background image
background image

R O Z D Z I A Ł 

Od pasa w dół wyglądał obiecująco. Gdy przesuwał 

się na specjalnym wózeczku pod ciężarówką, szukając 

miejsca awarii, obcisłe dżinsy napinały się na naprę­

żonych mięśniach jak skóra na lwie. Wzdłuż wytar­

tych z powodu długiego noszenia nogawek biegły ja­

śniejsze smugi, od paska aż do zniszczonych 

skórzanych butów roboczych. Kiedy zgiął nogę w ko­

lanie, żeby odpowiednio ustawić wózek, pod spłowia­

łą tkaniną wyraźnie zarysowały się potężne mięśnie 

uda drugiej nogi. 

Debra Barry po raz pierwszy w życiu poczuła się jak 

bezwstydny podglądacz. Przełknęła ślinę i spytała: 

- Przepraszam, czy pan Graham Reid? - A ponie­

waż ciało z obnażonym torsem nie poruszyło się, po­

deszła bliżej i pochyliła się, żeby sprawdzić, czy powy­

żej szczupłych bioder wystających spod ciężarówki 

rzeczywiście znajduje się mężczyzna. 

- Halo! - zawołała. 

Odrzucony klucz z lekkim brzękiem upadł na ce­

ment, a mężczyzna cicho zaklął. Pomagając sobie 

ugiętą w kolanie nogą, przesunął wózek do przodu. 

Spod ciężarówki wyłoniła się klatka piersiowa, ramio­

na oraz głowa i Debra znalazła się twarzą w twarz 

z człowiekiem, którego jej polecono. 

background image

Był ubrudzony smarem i kurzem. Ciemne smużki po­

krywały jego twarz i dłonie, a także przedramiona, bo 

rękawy grubej wełnianej koszuli miał wysoko podwinię­

te. Sama koszula też nie była najczystsza, podobnie jak 

włosy - zmierzwiona czupryna, odsłaniająca czoło. Ale 

oczy były czyste. Czyste i bursztynowe - i wpatrywały się 

w nią tak, jakby co najmniej na tę ciężarówkę napadła. 

- Tak? - spytał niskim i nadzwyczaj obojętnym 

głosem. 

- Szukam Grahama Reida - odparła z ulgą. Przy­

najmniej na nią nie krzyknął, chociaż jego wzrok su­

gerował, że mógłby to zrobić. Ale w końcu to New 

Hampshire, a nie Nowy Jork. On był człowiekiem ze 

wsi, a nie z miasta, zatem o wiele bardziej zrównowa­

żonym. Powinna to zapamiętać. 

- Tak? 

Czekała, aż powie coś więcej, po czym znów spy­

tała: 

- To pan jest Graham Reid? 

- Tak. - Tym razem mężczyzna odparł bardziej 

zdecydowanie, z nutą zniecierpliwienia w głosie. 

Wciąż leżąc, z uniesionymi nad głową rękami, nadal 

wlepiał w nią wzrok. 

Debra odetchnęła głęboko i powiedziała: 

- Potrzebuję cieśli. Polecono mi pana. Może mo­

glibyśmy porozmawiać? 

Ponieważ mężczyzna nadal tylko gapił się na nią, 

zastanowiła się, czy przypadkiem czymś go nie urazi­

ła. Gdyby nie jego wzrok, mogłaby pomyśleć, że nie 

zrozumiał jej prośby. Ale on wpatrywał się w nią prze­

nikliwie - i to jedynie w jej twarz, lecz jak gdyby do­

strzegał coś więcej. Nagle pozbyła się nieśmiałości. 

- Jest pan cieślą, prawda? - zapytała z nutą zawo­

du w głosie. - A może to pana ojciec... lub jakiś inny 

Graham Reid zbudował to, co widziałam? 

background image

Mężczyzna zamrugał, jakby został wytrącony 

z drzemki. Odepchnął się dłońmi od ciężarówki, po 

czym jednym płynnym ruchem wyprostował się. De­

bra pewnie wolałaby, żeby pozostał na ziemi. Jeśli do 

tej pory myślała, że tylko jego wzrok jest onieśmiela­

jący, to nie wzięła pod uwagę jego potężnego wzrostu, 

imponującej szerokości ramion i klatki piersiowej. 

- Widziała pani to, co zbudowałem? - zapytał tym 

samym obojętnym tonem. 

- Tak. Zanim zaczęłam pana szukać, obejrzałam 

domy państwa Hardy i Lavelle. Szkoda byłoby pań­

skiego i mojego czasu na tę rozmowę - przekonywa­

ła - gdyby najpierw nie spodobała mi się pana praca. 

W jego oczach pojawiło się coś w rodzaju szacunku, 

ale przemknęło tak szybko, że pomyślała, iż tylko jej 

się zdawało. 

Graham Reid wytarł ręce o tył spodni, po czym wy­

ciągnął prawą dłoń w geście spóźnionego powitania. 

Jednak zanim kobieta zdążyła jej dotknąć, spojrzał na 

swoją rękę i zauważył, że jest zabrudzona smarem, 

więc tylko wzruszył ramionami. Dostrzegł nienaganny 

wygląd Debry. Przesunął wzrokiem po jej obcisłych 

dżinsach i bluzce z miękkiej tkaniny, wyglądającej 

spod rozpiętej kurtki sięgającej bioder i przez moment 

przyglądał się czubkom kozaczków z miękkiej skóry, 

po czym znów powrócił wzrokiem do jej twarzy. 

- Przepraszam. Nie chciałbym pani pobrudzić -

powiedział. 

- Nic nie szkodzi - odrzekła szybko, pragnąc już 

przejść do rzeczy. - To, o czym wspomniałam, to pa­

na dzieło, prawda? - spytała. 

- Tak - odparł, unosząc dłonie na wysokość ust. 

- Imponujące - odważyła się powiedzieć. Kiedy 

jednak nadal patrzył na nią tak samo, nie zdradzając 

żadnych oznak wdzięczności, zmusiła się, żeby mówić 

background image

dalej. - Kupiłam dom tuż za miastem i chciałabym 

dokonać w nim pewnych zmian. Będzie przy tym du­

żo pracy, ale hojnie pana wynagrodzę. - Dostrzegła 

w jego oczach lekkie zniechęcenie, więc dodała 

ostrożnie: - Ma pan czas, prawda? 

- Nie. 

Zaskoczyła ją gwałtowność tego stwierdzenia. 

- Nie? To dziwne. Powiedziano mi, że właśnie pan 

kończy jakąś pracę. Właściwie to pan O'Hara wszelki­

mi sposobami usiłował mnie przekonać, iż jest pe­

wien, że będzie mi pan mógł pomóc. 

Bursztynowe oczy zwęziły się. 

- O'Hara tak mówił? - mężczyzna skrzywił się 

i spojrzał na szczyt jakiejś góry w oddali. - Cwaniak 

z tego O'Hary - wymamrotał pod nosem, po czym 

znów skierował wzrok na Debrę. - Obawiam się jed­

nak, że nie mogę pani pomóc. 

Odwrócił się i pochylił, żeby podnieść rzucony pod 

ciężarówkę klucz, pozostawiając Debrze do oglądania 

jedynie swe szerokie plecy. Jej wszakże nie satysfak­

cjonował ten widok. 

- A zatem... czeka pana inna praca? 

- Nie. - Wyprostował się i wszedł do garażu, żeby 

odwiesić klucz na haczyk. Debra podążyła za nim. 

- Nie rozumiem. Skoro kończy pan jedną pracę, 

a nie spodziewa się następnej, to dlaczego nie weźmie 

pan pod uwagę mojej propozycji? 

Sięgnął do kieszeni koszuli, wyjął z niej odłamany 

kawałek ołówka, spojrzał nań z niechęcią, po czym 

rzucił go na ziemię i zaczął przeszukiwać otwarte szu­

flady, żeby znaleźć coś do pisania. Pytanie Debry po­

zostawało bez odpowiedzi, a on przerzucał różne 

gwoździe i śrubki, aż w końcu znalazł to, czego po­

trzebował. Oderwał kartkę z zabrudzonego bloczka 

i zamaszyście coś na niej nagryzmolił. 

background image

- Tutaj ma pani kilka nazwisk. Każdy z tych ludzi 

może pani pomóc. A poza tym oni potrzebują pracy 

o wiele bardziej niż ja. 

- Ale ja chcę, żeby to pan przyjął to zlecenie - za­

protestowała, lecz Graham wcisnął jej kartkę w dłoń. 

Podszedł do automatu z napojami i sięgnął do kie­

szeni, jednak nie znalazł w niej drobnych. Błyskawicz­

nie wyjęła potrzebne monety i włożyła je do otworu 

w maszynie. 

- Co ma być? 

Zawahał się. 

- „Mountain Dew". Będę pani dłużny. 

- Nie ma sprawy. Niech to będzie zapłata za pora­

dę. - Zdecydowanym ruchem pociągnęła rączkę au­

tomatu, poczekała, aż wypadnie puszka z napojem, 

po czym podała ją stojącemu obok mężczyźnie. 

Potrzymał ją przez chwilę. Coś w nim buntowało się 

przeciwko przyjmowaniu czegokolwiek od kobiety 

noszącej markowe dżinsy i importowane buty, 

a zwłaszcza tak pewnej siebie. 

Niestety, chociaż owa pewność siebie mogła ozna­

czać kłopoty, to jednocześnie go intrygowała. Kiedy 

odginał palcem metalowy pierścień w wieczku puszki, 

żeby ją otworzyć, i kiedy dał się słyszeć syk wydostają­

cego się z niej gazu, nie mógł się oprzeć wrażeniu, że 

oto świadomie otworzył puszkę Pandory. 

- Możemy porozmawiać? - kobieta spytała po­

nownie, rozglądając się za odpowiednim na tę rozmo­

wę miejscem. Gdy znów na niego spojrzała, mężczy­

zna akurat pociągał duży łyk napoju. Miał mocną 

szyję. Jej wzrok podążył za poruszającymi się podczas 

przełykania mięśniami - po skórze szorstkiej od za­

rostu, do rozpiętego kołnierzyka i niżej, do kolejnej 

dziurki, już z zapiętym guzikiem... Oszołomiona 

swym zafascynowaniem siłą, która z tego człowieka 

background image

emanowała, odwróciła wzrok i popatrzyła na położo­

ne nieco dalej, przy głównej ulicy, zabudowania. -

Czy jest tu gdzieś w pobliżu jakaś restauracja, gdzie 

można by spokojnie porozmawiać? - zapytała cicho. 
- Minęło już trochę czasu od śniadania. 

Graham uśmiechnął się kącikiem ust. 

- Niezbyt odpowiednio jestem ubrany - zauważył, 

nieco przesadnie wymawiając słowa. 

Debry nie zraziło jego pokpiwanie. 

- Nie miałam na myśli Ritza - odpowiedziała rów­

nie żartobliwie. - Z pewnością znajdzie się jakiś bar, 

w którym nie obrażą się na widok smaru. 

- Pani nie czuje się obrażona, prawda? - spytał, 

marszcząc opalone czoło, na które opadały mu teraz 

włosy. 

- Oczywiście, że nie - odparła strofującym tonem. 

- Więc jak? Jest tu jakieś miejsce, gdzie możemy 

zjeść? A może obawia się pan, że ktoś pana zobaczy 

w takim stanie? 

W zamyśleniu potarł brodę, po czym zdał sobie 

sprawę, że w ten sposób jeszcze bardziej rozmazuje 

smar, więc zaraz opuścił rękę. Uśmiechnął się. 

- Jest aż tak źle? 

- Mnie to nie przeszkadza - odparła pobłażliwie 

Debra, rzeczywiście raczej rozkoszując się wyglądem 

tego mężczyzny. 

Jednak chodziło o coś jeszcze. Graham spojrzał na 

nią poważniej, a rozbawienie zupełnie zniknęło z jego 

twarzy. Wyprostował się i rzekł chłodniejszym tonem: 

- Niech pani posłucha, naprawdę nie ma sensu, że­

byśmy rozmawiali. Nie mogę dla pani pracować. Po 

prostu. 

Nie chciała przyjąć tego do wiadomości. 
- Przecież nawet pan nie wie, jaką pracę chcę pa­

nu zlecić. Jak pan może tak w ciemno odmawiać! 

10 

background image

Uniósł puszkę do ust i bez pośpiechu przełknął tro­

chę napoju. 

- Pracuję na własny rachunek. Sam decyduję 

o tym, jaką robotę biorę, a jakiej nie. - Odwrócił się 
i zaczął wolno iść w kierunku swojej ciężarówki. 

Kobieta poszła za nim. 

- Panie Reid, niezupełnie rozumiem, dlaczego nie 

chce mnie pan wysłuchać, ale wiem, że pan wykona tę 

pracę najlepiej. - Pobiegła przodem i w geście rozpa­

czy oparła się o drzwi ciężarówki. Nie potrafiła tak po 

prostu pozwolić mu odjechać. 

Cofnął się i spojrzał na kartkę, którą wciąż trzyma­

ła w dłoni. 

- Forbes albo Campbell świetnie dadzą sobie radę. 

Każdy z nich. Niech pani do któregoś zadzwoni. 

- Ale ja już widziałam ich pracę - przekonywała 

spokojnie, prostując się, by podkreślić swą zdecydo­

waną postawę. - Pan jest lepszy. 

Przeszyło ją świdrujące spojrzenie bursztynowych 

oczu. 

- Pochlebstwami niczego pani nie osiągnie, pani... 

- Barry. Debra Barry. - Z nawyku, przedstawiając 

się, wyciągnęła dłoń, a dopiero potem przypomniała 

sobie jego wcześniejszą nieudaną próbę uczynienia te­

go samego. Wsunęła rękę do kieszeni. - Wcale nie za­

mierzam panu schlebiać. Mówię po prostu prawdę. 

Przez cały ranek jeździłam po okolicy i oglądałam od­

nowione ostatnio domy. Nadal twierdzę, że pana praca 

prezentuje się najciekawiej. Właśnie pana potrzebuję. 

Graham popatrzył na nią, podziwiając jej odwagę. 

Nie była wysoka, ale dzięki dużym obcasom botków 

wydawała się jakby groźniejsza; zapewne nie mogłaby 

uzyskać takiego efektu w butach na płaskim obcasie. 

Nie była również masywnej budowy ciała. Nawet ob­

szerna kurtka nie mogła ukryć smukłości jej sylwetki. 

11 

background image

Poza tym Debra Barry miała delikatne rysy twarzy. 

Choć wszystko to mogło być zwodnicze. Przypomniał 

sobie o tym, próbując zapanować nad zimnym dresz­

czem, który przeszył jego ciało. 

Przykładając puszkę do ust, wysączył resztę jej za­

wartości, po czym zgniótł ją jedną ręką i rzucił do sto­

jącej nieopodal beczki. 

- Co pani miała na myśli? - spytał, a widząc roz­

promienioną twarz kobiety, natychmiast pożałował, 

że rozbudził w niej nadzieje. Ale co się stało, to się 

stało. Jak przypuszczał, Debra Barry, nie tracąc cza­

su, przystąpiła do wabienia go. 

- Wszystko. - Oczy zabłysły jej z podniecenia. -

Chcę przeprowadzić generalną renowację domu. 

- Gdzie to jest? 

Wskazała głową na zachód. 

- Niedaleko Woodbury, niecałe dwa kilometry od 

centrum miasta, tuż za jeziorem... 

- Jedynym budynkiem przeznaczonym na sprze­

daż w tamtej okolicy był dom Richardsona. - Przyj­

rzał jej się uważniej, z pewnym niedowierzaniem. -

Kupiła pani stary dom Richardsona? 

- Zgadza się - odrzekła z dumą. 

- To chyba najstarszy budynek w tym hrabstwie! 

Od lat stał zaniedbany. Nie jestem pewien, czy cokol­

wiek uda się tam ocalić. 

- I właśnie dlatego bardzo się pan przyda. 

Uniósł w górę dłoń, prostując szczupłe palce. 

- Chwileczkę. Nie powiedziałem, że zrobię dla pa­

ni cokolwiek. 

- Ale chce pan usłyszeć coś więcej, prawda? -

przymilała się, czując, że człowiek, który zaplanował 

i wykonał pracę, jakiej efekty oglądała dziś rano, nie 

byłby w stanie zrezygnować z wyzwania, które mu 

proponowała. 

12 

background image

Dostrzegł w jej wzroku jakiś ciepły blask rozbawie­

nia. Zauważył przy tym nagle, że jej oczy są równie 

brązowe jak jej włosy. Ani jedne, ani drugie nie były 

olśniewające, ale i jedne i drugie lśniły. Gdyby nie 

miał takich brudnych rąk, być może pokusiłby się 

o dotknięcie jedwabistego pasma, które wysunęło się 

z misternego koczka na karku i opadało jej na poli­

czek. Zamiast tego, przełknął tylko ślinę i sięgnął za 

jej plecy, do klamki. 

- Przepraszam - powiedział. 

Twarz Debry natychmiast spoważniała. 

- Przegrałam? Ale dlaczego? - Odsunęła się na 

bok, a Graham otworzył drzwi szoferki. Nagle odwró­

cił się w jej stronę i ruchem ręki zaprosił, by wsiadła. 

- Stwierdziłem, że właściwie jestem głodny. -

W jego głosie zabrzmiało znużenie. - Pomógłbym 

pani wsiąść, ale jest pani za czysta na to, żeby panią 

dotykać. - Wpatrując się w lśniący w oddali sportowy 

samochód, mknący ku jakiejś bardziej luksusowej 

okolicy, czekał na jej decyzję, równocześnie walcząc 

z pokusą, by samemu zmienić zdanie. 

Nie pozwoliła mu dłużej się zastanawiać. Ponownie 

odżyła w niej nadzieja, więc wspięła się do szoferki, 

przesunęła się nad kierownicą i usiadła na miejscu dla 

pasażera, zanim mężczyzna zdążył zmienić zdanie. 

Gdy znalazł się obok niej, miała już przygotowany na­

stępny plan ataku. 

- To wspaniały dom - zaczęła, nie spuszczając 

z niego wzroku, kiedy włączał silnik, cofał, żeby wyje­

chać z zatoczki, zawracał, a potem wyjeżdżał na głów­

ną drogę. - Perełka architektury. 

- Wiem - odrzekł zwięźle. 

Przyglądała się jego twarzy o wyrazistych rysach, 

których surowość potęgowała jeszcze brudna smużka 

na brodzie. 

13 

background image

- Co pan wie? - spytała odruchowo. 
- O domu Richardsona? - Zerknął na nią. - Nie­

wiele więcej niż powiedział pani 0'Hara, jak sądzę. -

Wzruszył ramionami. - Został zbudowany ponad 

dwieście lat temu przez jakiegoś cieślę okrętowego, 

który poległ podczas walk o niepodległość. Jego po­

tomkowie zamieszkiwali tam aż do początków dwu­

dziestego wieku, ale od tamtej pory za wiele razy 

zmieniali się właściciele domu, by móc ich wszystkich 

wyliczyć. Po prostu obracał się w ruinę i stworzenie 

w nim takich warunków, żeby wygodnie dało się tam 

mieszkać, wymagało zbyt wielkich kosztów. - Zręcz­

nym ruchem kierownicy wprowadził ciężarówkę na 

boczną ulicę wysadzaną po obu stronach drzewami -

teraz pozbawionymi liści. 

- Ale jednak drzemie w tym budynku ogromny po­

tencjał, zgodzi się pan ze mną, panie Reid? 

Spoważniał. 

- Mam na imię Graham. Tak, jest w tym budynku 

potencjał. 

Debrę zastanowiło, dlaczego tak niechętnie to przy­

znał. Tymczasem Graham zaparkował na wolnym miej­

scu przed niewielkim budynkiem, jednym z kilkunastu 

przy tej bardzo cichej uliczce, na jakiej się znaleźli. 

- Ja pójdę pierwszy, żeby trochę się odświeżyć 

w łazience, a pani mogłaby znaleźć dla nas wolny sto­

lik - zakomenderował. 

Zanim zdążyła odpowiedzieć, wysunął się z wozu 

i zatrzasnął za sobą drzwi. 

Zaskoczona, obserwowała, jak pobiegł ścieżką do 

drzwi restauracji, po czym za nimi zniknął. Był pe­

łen jakiegoś nieodpartego uroku... No i z pewnością 

był utalentowany, sądząc po efektach jego pracy. 

Choć zarazem dziwny. Nieco oszołomiona, wydo­

stała się z samochodu, i szczelniej otulając się kurt-

14 

background image

ką, udała się w stronę drzwi, którymi wcześniej 

wszedł Graham. 

Budynek restauracji, bardzo prosty z zewnątrz, 

miał równie bezpretensjonalne wnętrze. Znajdowały 

się w nim okrągłe stoliki bez obrusów. Mniej więcej 

połowa miejsc była zajęta - głównie przez dość swo­

bodnie ubranych mężczyzn. Kobiet było tu niewiele. 

Jakże dalece to miejsce różni się od restauracji, 

w których zazwyczaj jadam - pomyślała Debra, kie­

rując się ku wolnemu stolikowi w zacisznym kącie sa­

li. Usiadła, oparła ręce na poręczach dębowego krze­

sła i czekała, aż wróci jej cieśla. 

Bo on już był jej cieślą, tak jak to sobie przyrzekła 

- czy gotów był to przyznać, czy nie. Poznała jego sła­

by punkt. Były nim jego umiejętności zawodowe, 

zdolność projektowania i dbałość o szczegóły. Odda­

ny. Poważny. Pomysłowy. Znakomity. Miły. Miły? 

Kiedy przypomniała sobie, jak uśmiechnął się szero­

ko raz czy dwa, chociaż najwyraźniej wbrew własnej 

woli, stwierdziła, że ma szansę być miły. Może pod 

warstwą znużenia krył się w tym umięśnionym twar­

dzielu naprawdę sympatyczny człowiek? 

Jednakże Graham wcale nie miał miłego wyrazu 

twarzy, gdy po kilku minutach wyłonił się z zaplecza 

restauracji. Kiedy się mył, dopadły go wyrzuty sumie­

nia, że dał się skusić na ten obiad. Naturalnie, osta­

tecznie, to on go zaproponował, ale to jej przebie­

głość go do tego skłoniła. Ta jej łagodna perswazja 

jest niebezpieczna - pomyślał, szukając Debry wzro­

kiem po sali. Spokojnie na niego czekała. Natych­

miast wyczuła spojrzenie Grahama. Obserwowała, 

jak zmierzał w jej kierunku. Gdy dotarł do stolika, był 

już znacznie bardziej stanowczy. 

- Nie mogę przyjąć pani propozycji pracy, pani 

Barry. 

15 

background image

- Debra. 
- Niech będzie... - Odsunął krzesło i usiadł, stara­

jąc się zachować pewną odległość. 

- Nie. Debra. - Powstrzymała uśmiech. - Wpa­

dam w szał, kiedy ludzie zwracają się do mnie per 

„Niech będzie". 

Zamilkł na chwilę, po czym zmienionym tonem za­

pytał: 

- Często się to zdarza? - Nie zamierzał mówić tak 

żartobliwie, ale jakoś wciągnął go jej niefrasobliwy 

sposób bycia. 

- Nie. Tak naprawdę częściej irytuje mnie, gdy mó­

wią do mnie „kochanie" albo „złotko" - powiedziała, 

myśląc o środowisku, z którego się wywodziła. 

Graham zarejestrował w pamięci tę informację, ale 

zaciekawiony spytał: 

- Często wpadasz w szał? 

Debra uśmiechnęła się szeroko. 

- Jeżeli pytasz, czy będzie łatwo dla mnie praco­

wać, to mogę cię zapewnić... 

Na dźwięk tych słów natychmiast spoważniał. 

- Nie zamierzam dla ciebie pracować. 

- Ach tak. - Pochyliła się, wpatrując się w kartę 

dań. - Jakieś propozycje? 

- Podałem ci dwa nazwiska. Czyżbyś zgubiła już tę 

karteczkę? 

- Chodzi mi o obiad - bezpardonowo wyprowa­

dziła go z błędu. - Mają tu coś, czego powinnam 

spróbować? 

Ponownie dostosowując się do jej nastroju, Gra­

ham udał, że głęboko się namyśla. Nagle westchnął. 

- Podają tu świetny ser z grilla. Albo możesz za­

mówić hot-doga. Sałatkę jajeczną podają na bułce 

paryskiej. Jest zachwycająca ... pod warunkiem, że 

świeża. 

16 

background image

- Teraz się ze mnie nabijasz... albo z nich - zbesz­

tała go cicho, ale tak, żeby usłyszał. - Ja mówię po­

ważnie. Pewnie często tu jadasz. Co polecasz? 

- Jeżeli chcesz wiedzieć - odparł - to rzadko tu 

bywam. Jadam w miejscu pracy. 

- I w ten sposób znów wracamy do mojej propozy­

cji. I do twojej odmowy. Skoro właśnie kończysz jakąś 

pracę, to dlaczego nie chcesz potem pracować dla 

mnie? 

- Gulasz wołowy. 

- Co takiego? - spytała zdziwiona. 
- Spróbuj gulaszu wołowego. Podają go z ciepłym 

chlebkiem kukurydzianym. Jest bardzo smaczny. 

Frustracja rywalizowała w jej myślach z rozbawie­

niem. Jej tajemniczy cieśla miał teraz czystą twarz, 

więc mogła dostrzec kontrast szorstkiej skóry na 

szczęce i gładkiej na kościach policzkowych. Drobne 

zmarszczki, tak zwane „kurze łapki", przy zewnętrz­

nych kącikach oczu świadczyły o poczuciu humoru, 

którego próbki sama zdążyła już poznać. Natomiast 

głębokie zmarszczki na czole, wyłaniającym się spod 

dopiero co zaczesanych włosów, wynikały z poważ­

niejszej strony jego natury. Stwierdziła, że stanowił 

dla niej swego rodzaju łamigłówkę. A może po prostu 

z podejrzliwością podchodził do nowo przybyłych? 

Mieszkańcy stanu New Hampshire zachowywali 

ostrożność w kontaktach z przybyszami z miasta. Czę­

ściowo się nawet z nimi zgadzała. 

- A zatem niech będzie gulasz wołowy - oświad­

czyła, zamykając kartę dań. I splatając palce, znów 

podjęła ten sam temat: 

- Chciałabym przeprowadzić generalny remont 

domu. Trzeba zainstalować nowe przewody elektrycz­

ne, hydraulikę i system ogrzewania. Przypuszczam, że 

chciałbyś, żeby zajął się tym ktoś inny. 

background image

- Nie zamierzam przyjąć tej pracy - powtórzył 

Graham, chociaż, oparty na krześle, wsłuchiwał się 

w każde jej słowo. 

Debra wzruszyła ramionami, uznając, że jego pro­

test nie ma znaczenia, i mówiła dalej, jak gdyby nicze­

go nie powiedział. 

- Najbardziej ekscytujące będzie dokonywanie 

przebudowy domu, jaką już zaplanowałam. 

- Ty zaplanowałaś? Jesteś architektem? 

Roześmiała się i pokręciła głową, mrużąc oczy. 

- Gdybym była, to nie przejmowałabym się tak 

człowiekiem, którego chcę zatrudnić do roboty. Nie -

westchnęła - nie mam żadnego tytułu naukowego, 

a tylko wiele własnych pomysłów. Problem w tym, że 

nie wiem, czy te zmiany będą praktyczne... albo 

w ogóle wykonalne. - Zaczerpnęła powietrza. -

Właśnie to będziesz musiał mi powiedzieć. 

Próbując nie stracić cierpliwości, Graham w milcze­

niu spojrzał w górę. Gdy znów na nią popatrzył, w je­

go oczach pojawił się wyraz życzliwego pobłażania. 

- Nie muszę ci niczego mówić, moja damo - rzekł 

przeciągle. 

- Debra. Mów mi Debra. „Dama" brzmi jak jakieś 

imię dla psa. 

Nagle Graham pochylił się ku niej, wsparł przedra­

miona na stoliku i z twarzą niebezpiecznie blisko jej 

twarzy, powiedział: 

- Debra, zwracasz się pod zły adres. - Odchylił się 

do tyłu równie szybko, jak poprzednio pochylił się 

w przód, pozwalając jej odetchnąć, bo mimowolnie 

wstrzymała na chwilę oddech. - Poza tym, z tego, co 

słyszę, powinnaś zburzyć całość i zacząć od początku. 

Skoro tak ci się nie podoba obecny wygląd tego domu... 

- Nie powiedziałam, że mi się nie podoba! - wy­

krzyknęła. - Uwielbiam go. Lokalizacja jest idealna. 

18 

background image

Podstawowa zewnętrzna konstrukcja budynku także. 

Oczywiście, że będzie trzeba sporo czasu i wysiłku, za­

nim da się w nim zamieszkać. Ale będzie warto. 

- Czyżby? - spytał obojętnie. Ruchem głowy przy­

wołał kelnerkę i złożył zamówienie, po czym znów zwró­

cił się w stronę Debry. - Będzie cię to sporo kosztować. 

- Wiem. 

- I masz tyle pieniędzy? 

- Cóż to za pytanie?! Zawsze pytasz przyszłych 

pracodawców o ich sprawy finansowe? 

Na jego twarzy zamajaczył niewyraźny uśmiech, na­

dający mu figlarny, szelmowski wygląd, który całkowi­

cie rozwiał jej oburzenie. 

- Tylko wtedy, gdy czuję, że nie mają pojęcia, cze­

go będzie wymagała taka praca - odparł. 

- Czyli jednak zastanowisz się nad jej przyjęciem? 

Przestał się uśmiechać. 

- Nie - odparł. 

- Do cholery, Graham! - Pochyliła się ku niemu, 

patrząc błagalnie. - Dlaczego nie? 

- Po pierwsze dlatego, że to by za długo trwało. 

Widziałem ten dom. A nawet dokładnie mu się przyj­

rzałem. Masz rację, jest wspaniale zaprojektowany. 

Nawet potrafię sobie niemal wyobrazić pewne rzeczy, 

które miałaś na myśli... położenie skośnego dachu... 

z przeszklonymi świetlikami nad wyłożonym panela­

mi gabinetem, które aż się tam proszą... 

- Gabinet. Będzie gabinet z ogromnym biurkiem, 

z kilkoma fotelami i przeszklonym sufitem, przez któ­

ry będzie wpadać mnóstwo naturalnego światła. Cho­

ciaż nie jestem pewna, czy chcę, żeby to była szklana 

kopuła, czy płaska tafla-świetlik. A jeżeli chodzi o to, 

czy szyby mają być podwójne, czy potrójne... 

- Jeżeli będziesz unikała szyb plastikowych, to 

i jedne i drugie są dobre. Potrójne są świetne, jeśli 

19 

background image

można je zdobyć. Ale trzeba je robić na specjalne za­

mówienie. To wymaga czasu. 

Debra uśmiechnęła się. 
- Nie śpieszy mi się. Właśnie to jest piękne. Pod 

warunkiem, że będę miała jakiś kąt, w którym będę 

mogła mieszkać podczas tych wszystkich prac, to mo­

żesz mieć tyle czasu, ile ci będzie potrzeba. 

- Ja nie chcę żadnego czasu - przypomniał jej fi­

glarnie Graham. 

Majestatycznie skinęła głową. 

- No tak. Ciągle zapominam. O! - Podniosła 

wzrok. - A oto i gulasz! Lepiej żeby był smaczny, jeśli 

mam wierzyć jakimkolwiek twoim rekomendacjom. 

Temu cieśli o wiele mniej przeszkadzało jej poczu­

cie humoru, niż by chciał. Powinien go drażnić jej 

upór. Powinna go drażnić ona sama. Ale tak się nie 

działo. Uważał raczej, że w jej humorze jest coś słod­

kiego, podobnie jak poprzednio zachwycał się deli­

katnością rysów jej twarzy. Minęło już dużo czasu, od­

kąd ostatnio brał udział w takim odświeżającym 

przekomarzaniu się. Niestety, to mu się podobało. 

Obserwował, jak uśmiecha się do kelnerki, dzięku­

jąc jej, po czym zajmuje się swą porcją gulaszu. Wie­

dział, że musi w niej znaleźć coś irytującego... i to 

szybko. 

- I jak? - spytał, czekając na opinię o jedzeniu. 

Pomyślał, że pewnie potrawa daleko odbiega od „bo-

euf bourgignon", jakiego być może się spodziewała. 

Jeśli będzie miał szczęście, to ona za chwilę powie, że 

danie jest ohydne. 

Lekko przechylając głowę raz w jedną, raz w drugą 

stronę, przełknęła to, co miała w ustach. 

- Niezłe. Całkiem niezłe. Chyba pozwolę ci rów­

nież złożyć specjalne zamówienie na świetliki z po­

trójnymi szybami. 

20 

background image

Złośliwie figlarny błysk w jej oku nie wpłynął na 

Grahama uspokajająco. Z wściekłością zatem zaata­

kował własną porcję gulaszu. Dopiero po chwili cichy 

glos Debry przerwał jego zmieszanie. 

- Graham, dlaczego nie miałbyś przyjąć tej pracy? -

Teraz w jej głosie nie było żartobliwego tonu, a jedynie 

zwyczajna chęć uzyskania odpowiedzi. Zakochała się 

w domach, które on zbudował, równie szybko, jak za­

kochała się w tym starym, rozpadającym się budynku, 

który kupiła, decydując się na niego w ciągu jednego 

dnia. - Z tego, co widziałam, zajmujesz się budową 

nowych domów, ale także odnawianiem starych. Praca 

dla mnie będzie zawierała oba te elementy. - Gdy jed­

nak nadal pochylał głowę z ciemną czupryną, jedząc 

gulasz, Debra przełknęła jeszcze jeden kęs, po czym 

odłożyła łyżkę i powiedziała: - Naprawdę potrzebuję 

twojej pomocy. Chcę, żeby ten dom był idealny. 

Graham powoli uniósł głowę. 

- Dlaczego? Dlaczego to dla ciebie aż takie waż­

ne? Przecież to tylko dom. 

- To mój dom - odparła ostrzej niż zamierzała. 

Choć potem mówiła już łagodniej, Graham wpatry­

wał się w nią z uwagą. - Jest mój. Coś, co mam na 

własność po raz pierwszy w życiu. To być może nic dla 

ciebie nie znaczy. Nie wiem, z jakiego środowiska po­

chodzisz. Ale ponieważ jesteś robotnikiem, to przy­

puszczam, że mnie zrozumiesz. Poza tym, przecież je­

steś cieślą. Z pewnością dostrzegasz przynajmniej 

„fizyczne" zalety tego domu. Ale nie ma sensu inwe­

stować w renowację, która nie zostanie przeprowa­

dzona należycie. - Przerwała na chwilę, wpatrując się 

w jego poważną twarz. - Czy wyrażam się dość jasno? 

- spytała z wahaniem. 

- Wreszcie... tak. Zgadzam się z tobą. Jeśli masz 

odpowiednie środki, to ten dom może jeszcze wyglą-

21 

background image

dać olśniewająco. A poza tym, rozumiem, co to zna­

czy posiadać coś na własność... 

Ściszył głos, bo pomyślał o zupełnie innej sprawie. 

Mówiła, że ma ten dom na własność, że chciałaby 

mieć w nim jakiś kąt, w którym mogłaby mieszkać 

podczas prac renowacyjnych. To mogło znaczyć, że 

jest samotna. A wtedy to by było kuszenie diabła. 

Z drugiej strony, jeżeli źle zrozumiał jej słowa, jeśli 

miała kogoś - męża lub kochanka... Nie, to by było 

jeszcze gorsze. A może mieszka z nią ktoś z rodziny? 

- Powiedz mi... - zaczął. 
- Co tylko chcesz! - wykrzyknęła z takim entuzja­

zmem, że aż uniósł dłoń, by ją uciszyć. 

- Spokojnie, kobieto. 

- Debra. Mam na imię Debra. 

- Nie lubisz też, jak się mówi do ciebie „kobieto"? 

- Rzucił jej chłodne spojrzenie spod przymkniętych 

powiek. - Widzisz? Nigdy nie moglibyśmy się doga­

dać, spędzając ze sobą tak wiele czasu. 

Ignorując jego żart, kontynuowała myśl: 

- Jak myślisz, ile czasu to zajmie? 

- Nie mógłbym ci tego powiedzieć bez dokładnego 

obejrzenia domu, narysowania planu i przygotowania 

dokumentacji. Teraz mamy kwiecień. Jeśli prace roz­

poczną się w ciągu kilku najbliższych tygodni, to istnie­

je duża szansa, że można będzie skończyć do jesieni. 

Zdumiona, spytała: 

- Tak długo? Przypuszczam, że gdyby kilka ekip 

pracowało jednocześnie w różnych częściach domu, 

byłoby szybciej. 

Graham pochylił głowę. 

- Być może tak jest w dużym mieście, kochana. 

Ale to jest wieś. Oczywiście, są różne ekipy. Nawet 

ktoś, kto woli pracować sam, tak jak ja, wzywa specja­

listów od spraw technicznych. 

22 

background image

- Spraw technicznych? 

- Od hydrauliki, ogrzewania... tego typu rzeczy. 

Ale właśnie z tego powodu powstają opóźnienia 

w pracy. W takiej okolicy jest niewielu specjalistów. 

Podobnie jak ty, chciałbym, żeby pracowali najlepsi. 

A tacy mieszkają czasami dwie godziny drogi stąd 

i niekoniecznie mogą mieć wolny czas akurat wtedy, 

kiedy będziesz ich potrzebować. Poza tym, zdarzają 

się kłopoty z dostawą materiałów. Na przykład, dach 

takiego budynku jak dom Richardsona powinien być 

pokryty gontem. Nie mówię o tanich gatunkach. Naj­

lepszy jest gont cedrowy, a ten jego rodzaj, który mam 

na myśli, nie zawsze jest łatwo dostępny. Wyrażam się 

dość jasno? - spytał, powtarzając słowa, które wcze­

śniej padły już w ich rozmowie. 

- Słyszę, co mówisz... - odrzekła cicho i rozczarowa­

na spojrzała w bok. - Naprawdę mi się nie śpieszy. Ale 

myślałam, że będę mogła zamieszkać już w sierpniu. 

- A tak konkretnie o co ci chodzi, Debra? - zapy­

tał cicho. 

Uniosła nieco głowę. 

- O dom - odparła. 

- Tylko dla ciebie? - W końcu wydusił z siebie to 

pytanie. - Nie wspominałaś o nikim innym. Będziesz 

z kimś mieszkać? 

Zawahała się, po czym pokręciła przecząco głową. 

- Nie. - Powiedziała to takim tonem, jakby straci­

ła nagle pozorną pewność siebie. - Ale nie rozpowia­

daj tego. Wolałabym, żeby ludzie o tym nie wiedzieli. 

- Możesz być spokojna - stwierdził chłodno. 

Debra spojrzała mu w twarz, ale nie malowały się 

na niej żadne uczucia. Po prostu kończył jeść obiad. 

Obserwowała go jednak dalej, zauważając, że w spo­

sobie, w jaki spożywał posiłek, nie było nic z zacho­

wania prostaka z dziury zabitej dechami. W istocie, 

23 

background image

gdyby siedzieli w jednej z modnych nowojorskich ka­

wiarenek, również niczym negatywnym by się nie wy­

różniał. Było w nim coś dziwnego... Pod powłoką 

gburowatości miał w sobie coś ze światowca. Dało 

się to również zauważyć w efektach jego pracy. 

Gdy wreszcie skończył jeść, wykorzystała ten ostat­

ni moment do ponownego poruszenia tematu. 

- Graham - zaczęła najbardziej zdecydowanym 

tonem, na jaki ją było stać, nie mając przy tym poję­

cia, że to jedynie zaostrzy jego hardość. - Ja napraw­

dę chcę, żebyś zbudował mój dom. 

Siedząc z łokciami wygodnie opartymi o grube drew­

niane poręcze, złączył palce obu dłoni w geście nonsza­

lancji, która nie pasowała do niepokoju w jego oczach. 

- Przykro mi - powiedział tylko. 
- Podaj mi przyczyny - nalegała. - Jeśli mnie tak 

po prostu spławiasz, to przynajmniej mam prawo znać 

powód twojej odmowy. 

- Za dużo pracy. 

- Bzdura! Powiedziałeś, że nie masz w planie żad­

nej innej roboty. - Nagle coś ją tknęło. - Chyba stąd 

nie wyjeżdżasz, co? 

- Nie. 
- Więc o co chodzi? Przecież zapłacę. Jak w ogóle 

możesz nie przyjąć oferty pracy dającej ci zatrudnie­

nie na cztery, pięć miesięcy? 

- Sześć lub siedem. Nie chodzi o pieniądze. 
- Oczywiście, że nie. Moja oferta jest wspaniała 

z czysto zawodowego punktu widzenia. Jak możesz 

rezygnować z szansy renowacji takiego domu, i to 

w najdrobniejszych szczegółach, mając wolną rękę, 

i mogąc robić, co tylko chcesz? 

Na jego twarzy pojawił się cyniczny uśmieszek. 

- Wolną rękę? Czyż nie mówiłaś, że wszystko już 

zaplanowałaś? 

24 

background image

- No cóż... tak... - zająknęła się, ale znów ruszyła 

do ataku. - Wszystko jest do przedyskutowania. Tylu 

rzeczy nie wiem. Nawet nie wiem, czego właściwie nie 

wiem. 

- A co to, u diabła, znaczy? 

- To znaczy, że możesz zaproponować coś, o czym 

nawet nie śniłam, i że może mi się to ogromnie 

spodobać. Pomyśleć tylko, ile mogłabym stracić, gdy­

byś mi odmówił. 

- Ale wtedy - zauważył ponuro - nigdy nie prze­

konałabyś się, co straciłaś, prawda? 

Wyprostowała się, zdziwiona. 

- Czy zrobiłam coś, co cię uraziło? 

- Skąd ci to przyszło do głowy? 

- Bo odnoszę niejasne wrażenie, że odmawiasz 

ze względu na moją osobę. Coś cię we mnie irytuje, 

prawda? - Nie czekając na odpowiedź, dodała: -

Powiedz mi jasno, Graham. Gdybym najpierw do 

ciebie zadzwoniła... albo jeszcze lepiej, gdyby mój 

mąż zadzwonił... - Słowa uwięzły jej w gardle, gdy 

zdała sobie sprawę, co właśnie powiedziała. Tak po 

prostu jej się wymknęło. Jeszcze nie wysechł atra­

ment na dokumentach rozwodowych. Przełknęła 

ślinę. - Gdyby zadzwonił do ciebie ktoś, kto do­

kładnie opisałby twoje zadanie, czy od razu byś od­

mówił, czy może umówiłbyś się z tą osobą, żeby 

obejrzeć dom? 

Graham popatrzył na nią głęboko zamyślony. Kie­

dy jego wzrok przesunął się na lewą dłoń Debry, ko­

bieta powstrzymała się przed ukryciem jej pod stoli­

kiem. Nadal miała wrażenie, że ta dłoń jest naga bez 

obrączki, którą tak długo nosiła. 

- Jesteś w separacji? - zapytał cicho. 

Debra wolałaby, żeby ten temat nie został poruszo­

ny w ich rozmowie, ale nie było sensu go unikać. 

25 

background image

- Rozwiedziona - odparła. 
- Niedawno? 

- Tak. 

Pokiwał głową, a włosy opadły mu na czoło, łago­

dząc surowy wyraz jego twarzy. Była rozwiedziona, 

mieszkała sama, była do wzięcia. A jeżeli trafnie za­

uważył, że zadrżała z powodu bolesnych wspomnień, 

to znaczy, że była też podatna na zranienie. Wykorzy­

stanie tej sytuacji byłoby zbyt łatwe. Choć pochodziła 

z miasta, to była przecież człowiekiem jak każdy. 

Przebywanie w jej towarzystwie podczas długich go­

dzin pracy - gdyby tę pracę przyjął - byłoby dla nie­

go próbą. Już sobie wyobrażał frustrację, jaką mógłby 

czuć. Odnajdywał w tej kobiecie coś niepokojąco 

przyciągającego. 

Przeczesał palcami włosy w geście irytacji. Nagle 

spojrzał dziewczynie prosto w oczy. 

- OK, chodzi o ciebie. Czuję pewną niechęć wobec 

bogatych kobiet, które bawią się życiem na wsi. 

Wzburzona, zacisnęła dłoń w pięść. 

- Nie proszę cię, żebyś się ze mną żenił! Proszę 

tylko, żebyś trochę popracował nad moim domem! -

Spojrzała w okno, a jej ręka powędrowała w górę, po 

czym z impetem opadła na drewniany stolik. - Nie 

mogę w to uwierzyć - wyszeptała z niedowierza­

niem, po czym spojrzała na niego z wyrzutem. - To 

znaczy, przypuszczałam, że będziecie tu trochę... 

prowincjonalni... ale liczyłam jednak na zdrowy roz­

sądek. A jeśli chcesz wiedzieć, to nie jestem ani „bo­

gatą kobietą", ani taką, która „bawi się życiem na 

wsi". Wpakuję w ten dom mojego ostatniego centa... 

I nie mam zamiaru kiedykolwiek wracać do miasta! 

Jeżeli to jest „bawienie się życiem na wsi", to znaczy, 

że nie jesteś taki bystry, za jakiego cię uważałam. -

Wściekła, sięgnęła po portmonetkę i wyjęła z niej 

26 

background image

banknot, którym w niego cisnęła. - Proszę. Płacę za 
siebie. 

Chwycił jej nadgarstek i mocno przytrzymał. 

- Ja stawiam - burknął. Poczuł, podobnie jak ona, 

że coś między nimi zaiskrzyło. - Trochę już z tego wy­

rosłem, że każde płaci za siebie, a poza tym nie zno­

szę wyzwolonych kobiet. 

- Myślałam, że nie masz pieniędzy- warknęła, bez­

skutecznie próbując uwolnić się z palącego uścisku. 

- Mam pieniądze. - Powoli puścił jej rękę i sięgnął 

do tylnej kieszeni. - Nie mam drobnych. Ale mam 

pieniądze. 

- A zatem będę ci dłużna... po odjęciu ceny puszki 

„Mountain Daw". - Czując nagły przypływ gniewu, 

odwróciła się i wyszła z restauracji. 

Łagodne powietrze tego popołudnia sprawiło, że 

nieco ochłonęła. Nagle zdała sobie sprawę, że ktoś 

musi ją podwieźć na stację obsługi samochodów, 

gdzie pozostawiła swój wynajęty wóz. Kiedy, oszoło­

miona, oparła się o drzwi ciężarówki, gniew powoli 

zaczął jej mijać. Nie zdążyła nawet zastanowić się, co 

ją tak bardzo wzburzyło, kiedy ten, który był przyczy­

ną jej zdenerwowania, wyłonił się z restauracji i zaczął 

się do niej zbliżać. Wydawał się przy tym niezwykle 

męski i opanowany. 

- Podwieźć cię gdzieś? 

- Wiesz, że tak. Jeżeli to nie będzie zbyt duży kło­

pot. Bo rozumiem, że jesteś bardzo zajęty. 

- No już, już... - zbeształ ją, uśmiechając się prze­

kornie. - Ten sarkazm jest niepotrzebny. Tylko dlate­

go, że nie przywykłaś, by ci ktoś odmawiał... 

- To nie ma nic do rzeczy! Mogę się pogodzić z po­

rażką, jeśli przyczyny są uzasadnione. Twoje nie są! 

Graham wyciągnął rękę poza jej ramieniem, żeby 

chwycić klamkę, ale nie pozostawił jej miejsca, żeby 

27 

background image

się przesunęła. Był niebezpiecznie blisko. Tak przera­

żająco potężny. Przez ułamek sekundy Debra zasta­

nawiała się, czy to nie lepiej, że nie przyjął tej pracy. 

Całkowicie różnił się od mężczyzn, jakich znała do tej 

pory... Stanowił dla niej zagrożenie... i pokusę. Do 

diabła z tym! Przecież podobała jej się jego praca... 

- Posłuchaj, Debra - zaczął ostrożnie, niskim gło­

sem. - Nic o mnie nie wiesz. 

- Widziałam, co potrafisz. 
- Nie lubię kobiet z Nowego Jorku. 

Zaśmiała się. 

- To jakaś obsesja. A poza tym, skąd masz pew­

ność, że jestem z Nowego Jorku? 

- Po pierwsze, twój akcent. Rodowici nowojorczy­

cy wymawiają słowa w charakterystyczny sposób. 

Przypuszczam, że choć nawet przez jakiś czas przeby­

wałaś gdzie indziej, to zawsze wracałaś do miasta. 

Próbowała ignorować różnicę wzrostu między nimi; 

oparła głowę o ciężarówkę, spoglądając w górę! 

- Mogłabym pochodzić z północnej części stanu 

Nowy Jork. 

- O nie, masz zbyt wyraźny akcent. A poza tym, 

są jeszcze inne sprawy, na przykład twój makijaż 

i fryzura. 

Odruchowo dotknęła koczka na karku. 

- Coś nie tak z moimi włosami albo makijażem? 

- Nic - przyznał beznamiętnie. - Są doskonałe. 

- Więc o to chodzi? 

Powoli skinął głową. 

- Nawet pachniesz Manhattanem. Co to jest? 

„Magie Noir", „Chanel"? 

- „Lauren". I tak się składa, że dziś rano widzia­

łam te perfumy na wyprzedaży w tutejszym sklepie. 

- A czy zauważyłaś kurz na wierzchu pudełka? -

spytał. Widząc, że zrozumiała, o co mu chodzi, mówił 

28 

background image

dalej: - Ale to nie tylko to. Mam na myśli również 

twoje ubranie. - Jego wzrok zatrzymał się na chwilę 

na jej ustach, po czym przesunął się na piękną bluzkę 

i dżinsy. Niemal czuła ciepło jego bursztynowych 

oczu. - To wiejski styl dla mieszczuchów. Zdaje się, 

że nawet w gazecie z ubiegłej niedzieli widziałem 

zdjęcie tego ubrania. Sprzedają je chyba w „Saks" al­

bo w „Bloomingdale's". 

Miał odpowiedź na wszystko. Debra nagle poczuła 

się zmęczona. Ostatnio wydawało jej się, że nie potra­

fi wygrywać z mężczyznami i po prostu nie miała ocho­

ty na przedłużanie tej walki. Zresztą, w tym człowieku 

oraz w sposobie, w jaki swoim ciałem osłaniał jej cia­

ło, było coś takiego, co zupełnie zniechęcało ją do wal­

ki. Ta z kolei myśl była nadzwyczaj niepokojąca. 

- W porządku - rzekła, przyznając się do cichej po­

rażki i wpatrując się w jego szyję. Wygrałeś. Nie 

mam zamiaru przepraszać za to, kim jestem i skąd po­

chodzę. Jeżeli tylko byłbyś tak uprzejmy i zawiózł mnie 

do mojego samochodu, to zaraz bym sobie odjechała. 

Ponieważ nie poruszył się, zdziwiona spojrzała 

w górę. Jego wzrok palił ją, podobnie jak czyniły to je­

go palce wtedy, gdy dotknął jej nadgarstka. Jakby pło­

nął w nim jakiś wewnętrzny ogień, który zagrażał... 

i zachęcał ją... nawet bardziej niż zewnętrzne oznaki 

zmysłowości tego mężczyzny. 

Graham nagle się wyprostował, głęboko odetchnął 

i odsunął się od niej. Otworzył drzwi szoferki i pocze-

kał, aż dziewczyna wygodnie usiądzie. 

Żadne z nich przez całą drogę powrotną nie odzy­

wało się. Ale kiedy Graham zaparkował przy stacji 

obsługi, powiedział głośno, wyraźnie i stanowczo: 

- Jeżeli cię obraziłem, to przepraszam. Taki już je-

stem. Nie ma nic złego w tym, kim jesteś i jaka jesteś... 

Tylko że miałbym pewien kłopot, pracując z tobą. -

29 

background image

Wpatrywał się w przednią szybę, cały czas zaciskając 

dłonie na kierownicy. Patrzyła na zbielałe kostki jego 

palców, znów zastanawiając się, co w nim tkwi. Ale to 

nie był jej problem. 

- Doceniam twoją szczerość - odezwała się cicho. 

- Chociaż to niczego nie ułatwia. Nadal jestem prze­

konana, że wykonałbyś tę pracę najlepiej i że byłbyś 

w stanie to zrobić zapominając o mojej obecności. 

W końcu - zakpiła - nie patrzyłabym ci na ręce czy 

coś w tym rodzaju. No bo co ja mogę wiedzieć o bu­

downictwie? A poza tym, mam co robić. - Nacisnęła 

klamkę i otworzyła drzwi. Wysunęła się z szoferki 

i odwracając się, po raz ostatni spróbowała go przeko­

nać. Z ulgą stwierdziła, że odwzajemnił jej spojrzenie. 
- Gdybyś zmienił zdanie i chciał obejrzeć dom, to bę­

dę w nim od dzisiejszego późnego popołudnia. 

W jego oczach pojawiło się najwyższe zdumienie. 
- Ty tam mieszkasz? Ale tam pewnie nie ma żad­

nego ogrzewania! 

Uśmiechnęła się na myśl, że jest taki troskliwy, aż 

zdała sobie sprawę, że on po prostu bezczelnie jej nie 

wierzy... I wtedy uśmiech zniknął z jej twarzy. 

- Jest kominek i mnóstwo drewna na opał. No 

i właśnie kupiłam chyba najgrubszy śpiwór w tym 

hrabstwie. My, dziewczyny z miasta, nie jesteśmy ta-

kie delikatne, jak wam, chłopcom ze wsi, się wydaje -

zakończyła słodko. - Dziękuję za obiad. 

Głośno zatrzasnęła drzwi szoferki i nie oglądając 

się za siebie, poszła do swego samochodu. 

Przejechała spory kawałek drogi, zanim mężczyzna 

za kierownicą ciężarówki włączył silnik, wrzucił bieg 

i ruszył. 

Był późny ranek następnego dnia, gdy zjawił się 

w domu Richardsona. 

30 

background image

R O Z D Z I A Ł 

Po spędzeniu większej części nocy na zastanawianiu 

się, czy to mądre w ogóle brać pod uwagę przyjęcie tej 

pracy, Graham był równie zdziwiony jak Debra tym, 

że znalazł się na progu jej domu. To było wyzwanie -

tłumaczył sam sobie - nieodparta pokusa projekto­

wania i budowania. Nie potrafił jeszcze wyjaśnić, dla­

czego ogolił się i umył z taką szczególną starannością, 

nie mówiąc już o tym, dlaczego zrezygnował z przygo­

towanych wcześniej luźnych spodni i swetra, wybiera­

jąc dżinsy i świeżo upraną koszulę. Przecież przyjechał 

tu jako cieśla. Powinien o tym pamiętać. Nie był też 

w stanie usprawiedliwić faktu, że poświęcił na tę wy­

prawę cały dzień roboczy, niczym innym, jak tylko 

tym, że należało mu się trochę wolnego czasu. 

Debra początkowo nie rozpoznała ciężarówki. By­

ła tak zaabsorbowana pracą, że dopiero gdy auto by­

ło tuż, tuż, odgłos silnika uniemożliwił jej koncentra­

cję. Wyskoczyła zza prowizorycznego biurka 

i spojrzała przez okno na ciemnobrązowego pikapa, 

który zaparkował na żwirowym podjeździe za jej sa­

mochodem. Promienie południowego słońca, prze­

dzierające się pomiędzy konarami dębu, oślepiająco 

odbijały się od masek obu aut. 

Otwierając drzwi, w przypływie ostrożnej radości, 

uśmiechnęła się do przybysza. 

- O, widzę, że umyłeś ciężarówkę... i siebie - za­

uważyła; szybkie bicie swego serca przypisała nadziei, 

iż jej dom najwyraźniej zostanie ocalony. Nie miała za 

31 

background image

sobą spokojnej nocy i doszła do wniosku, że Graham 

prawdopodobnie miał rację. Nic by z tego nie wyszło. 

Musieliby egzystować zbyt blisko siebie. Jeżeli miał 

jakieś wątpliwości, obojętne, jakie, to źle one wróżyły 

całemu przedsięwzięciu. 

Spytała w duchu siebie samą, dlaczego zatem był tu 

teraz i dlaczego tak świetnie wyglądał? Cieśla powinien 

wyglądać obskurnie i byle jak, a nie świeżo i wytwornie. 

Kiedy nagle pożałowała, że na niego naciskała, było już 

za późno na zmianę decyzji. Stał przed nią. A sądząc 

po wyrazie jego twarzy, przyjechał wyłącznie w spra­

wach służbowych. Stanowiło to pewne pocieszenie. 

- Pomyślałem, że trochę się tu rozejrzę - odważył 

się odezwać obojętnym tonem, zerkając ponad jej ra­

mieniem na ogień w kominku, na kilka walizek przy 

ścianie oraz notatniki i papiery rozłożone na dużym 

blacie wspartym na dwóch sporych pojemnikach na 

popiół. - Przeszkadzam ci w czymś? 

- Nie, nie! - Nie wiedząc, co począć z rękoma, 

wsunęła je w tylne kieszenie mocno wytartych dżin­

sów. Miała też na sobie starą bluzę z napisem „Uni­

wersytet Columbia". W adidasach wyglądała na znacz­

nie niższą niż poprzednio. - Trochę pracowałam. 

- Pracowałaś? - Jakby podążając za tokiem jej 

myśli, przyjrzał się jej ubraniu. Musiał przyznać, że 

była to pewna odmiana. Nawet fryzura wyglądała na 

bardziej swobodną - włosy, cienką wstążeczką zwią­

zane nad jednym uchem w kucyk, opadały jej na ra­

mię. - Sprzątałaś? 

Pokręciła głową. 

- To zrobiłam już wczoraj... to znaczy tylko trochę. 

Nie ma sensu dokładnie sprzątać całego domu, skoro 

już niedługo zacznie się jego przebudowa. 

- Nie mogę uwierzyć, że naprawdę tu mieszkasz. 

Spojrzała na niego z pewną dozą przekory. 

32 

background image

- Mówiłeś to wczoraj. A dlaczego by nie? Mam 

dach nad głową, kominek i stary piec węglowy 

w kuchni. Nawet podłączyli mi elektryczność. Czego 

więcej może chcieć kobieta? 

- Zazwyczaj luksusów. Czyż nie użalałaś się nad tym, 

że prace mogą potrwać aż sześć czy siedem miesięcy? 

- To było rozczarowanie, a nie rozgoryczenie. 

A to różnica. Chcę ci zwrócić uwagę, że nie odrzu­

cam luksusów. Po ukończeniu prac ten dom będzie 

wyjątkowy. Ale przez jakiś czas mogę się bez tego 

obyć. - Nieśmiało rozchyliła usta w uśmiechu, opie­

rając się plecami o podrapaną klamkę przy 

drzwiach. - Poza tym, naprawdę nie mam wyboru. 

Nie znam w tej okolicy nikogo, kto mógłby mnie 

przyjąć pod swój dach, a nie znoszę mieszkać w ho­

telu. Tutaj będzie najlepiej. 

Graham popatrzył na nią z pewnym powątpiewa­

niem. Wydawała się zbyt krucha na to, by znosić nie­

wygody w starym, pełnym przeciągów domu. Ale 

w końcu - zastanowił się - dokonała takiego wybo­

ru. On po prostu przyszedł, żeby się rozejrzeć, popu­

kać w parę desek, porobić trochę pomiarów. Gdyby 

przyjął tę pracę - a wciąż pozostawało wielkie „gdy­

by" - to przecież nie byłby jej niańką. 

Przypominając sobie, po co tu przyjechał, poklepał 

kieszenie wiatrówki, a potem dżinsów. Nagle odwró­

cił się gwałtownie. 

- Zaraz wrócę. 

Po kilku minutach pojawił się ze składaną miarką, 

notesem i ołówkiem. Debra wciąż stała w tym samym 

miejscu. 

- Wpuścisz mnie do środka? - spytał, zaintrygo­

wany tym, że ona nadal tkwiła w przejściu. Nagle za­

czerpnął powietrza, a na jego twarzy pojawiło się na­

pięcie. - A może zatrudniłaś już kogoś innego? 

33 

background image

Cofnęła się o krok. 

- Nie! Nikogo nie zatrudniłam. Zamierzałam po­

czekać na ciebie do popołudnia. Potem musiałabym 

skontaktować się z kimś innym. Ale cieszę się, że 

przyjechałeś. 

Zmarszczył czoło. Zauważyła to, a także dostrze­

gła, że jego włosy po umyciu miały nieco jaśniejszy 

odcień brązu. Były gęste i z tyłu sięgały górnej krawę­

dzi kołnierzyka, dalej niż to zalecała obecna moda 

w mieście. Wydało jej się to bardzo odświeżające. 

Jego głos przerwał tok jej rozmyślań. 
- Nie obiecuję niczego - ostrzegł. Wciąż jeszcze 

nie przekroczył progu. - Może trzeba będzie zrobić 

więcej niż bym chciał. - Poniewczasie zdał sobie 

sprawę z niezamierzonego podwójnego znaczenia 

słów, które przed chwilą wypowiedział, więc szybko 

dodał: - Ale masz rację. Dla... dla budowniczego ten 

dom to zbyt wielka pokusa. Czuję, że powinienem 

przynajmniej go obejrzeć. 

Debra posłała mu swój najbardziej niewinny 

uśmiech. 

- Nie tłumacz się, proszę. - I tonem prawdziwego 

powitania rzekła: - Po prostu jestem ci wdzięczna, że 

tu przyjechałeś. - Wskazała w kierunku salonu. -

Proszę, wejdź. 

Jeszcze nie przekroczył progu. To jednak niezbyt go 

uspokajało. 

- Może zacznę stąd. Chcę zobaczyć, co trzeba 

zmienić w konstrukcji budynku i co należy naprawić. 

- Cofając się, zszedł ze ścieżki i stanął na trawie, że­

by przyjrzeć się budynkowi z zewnątrz. 

Debra podążyła za nim, zamykając za sobą drzwi, 

by nie wypuścić ogrzanego przez kominek powie­

trza. Potrzebny był jej całkiem nowy system ogrze­

wania. Jednak nie narzekała. Śpiwór dobrze ją chro-

34 

background image

nił przed chłodem, a wkrótce miała sprowadzić swo­

je łóżko i trochę innych rzeczy. Poza tym koc elek­

tryczny potrafił zdziałać cuda. No i miała gorącą wo­

dę do kąpieli. Nie, nie było tak źle. To nawet 

wydawało się ekscytujące, w pewien romantyczny 

sposób. 

- Kiedy nabyłaś prawo własności? - spytał Gra­

ham, wpatrującą się w zniszczone gonty. 

Podeszła bliżej. 

- Dwa dni temu. 

- Dobrze się przyjrzałaś budynkowi? 

- Nie. Wiedziałam, w jakiej okolicy chcę mieszkać 

i w jakiego rodzaju domu. Kiedy ujrzałam ten budy­

nek, zrozumiałam, że trafiłam na skarb. 

Zachichotał. 

- Ten skarb może trafić w ciebie, zanim przepro­

wadzi się tu remont. Widzisz tę ramę okienną? - De­

bra powiodła wzrokiem za palcem, którym mężczyzna 

wskazywał jedno z okien na piętrze. - Widzisz to wy­

paczenie, szczególnie z lewej strony? 

- Aha. 

- Coś nie podtrzymuje konstrukcji tak, jak powin­

no. Być może wilgoć przesiąka do ścian. Kiedy wejdę 

do środka, zbadam, o co chodzi. Możliwe, że wilgoć 

gromadzi się pod okapami. Ale to inna sprawa. 

- Potrzebny będzie nowy dach. 

- Zgadza się. Zakładając, że podtrzymująca go 

konstrukcja jest solidna, to nie będzie wielki problem. 

A poza tym, jeśli chcesz mieć w nim świetliki, to i tak 

trzeba go będzie nieźle pociąć. 

Debra, której podobała się zarówno jego wiedza, 

jak i entuzjazm, uśmiechnęła się do własnych myśli. 

Możliwe, że z łatwością byłby w stanie się jej oprzeć, 

ale bardzo prawdopodobne, że nie będzie mógł się 

oprzeć jej domowi. Więc jednak była nadzieja. Osła-

35 

background image

niając się ramionami przed chłodem, Debra rzuciła 

mu spojrzenie z ukosa. 

- A może by zainstalować jakiś system ogrzewania 

na baterie słoneczne? Czy to jest wykonalne? 

Mężczyzna ogarnął wzrokiem dach, zwieszające się 

nad nim gałęzie, położenie słońca. 

- Muszę obejrzeć tył budynku. Pobiegnij do domu 

i narzuć coś na siebie, a ja tymczasem zrobię trochę 

notatek. 

- Ciepło mi. 

- Przecież ci zimno. No idź. - Rzucił jej karcące 

spojrzenie. - Niczego nie przegapisz. 

Nie chcąc się sprzeczać, gdyż czuła, że zaczyna odno­

sić zwycięstwo, Debra wróciła do domu po kurtkę, za­

rzuciła ją na ramiona, po czym znów dołączyła do Gra­

hama. Ołówek w jego ręce szybko ślizgał się po papierze 

notatnika, zatrzymując się od czasu do czasu, gdy męż­

czyzna spoglądał w górę, żeby ponownie coś oszacować. 

Obserwowała go, podziwiając sposób, w jaki stał, 

a potem podchodził do domu, wskazując na zniszczo­

ne ściany zewnętrzne. Pokręciła się trochę po podwó­

rzu, a potem przysiadła na jednym z solidniejszych 

fragmentów odrapanego płotu, tym razem kierując 

pełen podziwu wzrok na swój dom. 

Był to jednopiętrowy drewniany budynek z wyso­

kim poddaszem i wznoszącym się pośrodku dachu, 

w najwyższym jego punkcie, ceglanym kominem. 

Kształt domu był naprawdę interesujący, bo przez la­

ta dodawano nowe elementy - przybudówkę z lewej 

strony, z mniejszym kominem, z tyłu pomieszczenie 

dla służby oraz małą powozownię z prawej strony, po­

łączoną z głównym budynkiem krytym pasażem. 

Siedząc tak i w milczeniu podziwiając konstrukcję 

domu, Debra znów rozkoszowała się owym swoistym 

domowym ciepłem, jakim emanował cały budynek. 

36 

background image

Pochodził z innej epoki, w której zapewne żyło się 

prościej - zadumała się, przywołując na chwilę w pa­

mięci obraz Nowego Jorku. Zerknęła na zegarek. 

Zbliżało się południe. Miała jeszcze półtorej godzi­

ny. Z pewnością Graham nie zabawi tu aż tak długo. 

Ponownie kierując wzrok na niego dostrzegła, że 

odwzajemnił jej spojrzenie. 

- Przepraszam! - Poderwała się. - Potrzebujesz 

mnie może? 

Dławiąc w sobie śmiech, pokręcił przecząco głową 

i powoli zaczął obchodzić dom dookoła. A jakże, po­

trzebował jej! Czyż nie na tym właśnie częściowo po­

legał jego problem? Kiedy stał przed budynkiem, pa­

trząc na nią, ogarnęła go fala takiego pożądania, 

jakiego nie czuł od lat. Bo przy całym jej przekonywa­

niu, że znalazła dokładnie to, czego szukała, czasa­

mi... przez ułamki sekund... wydawała się taka zagu­

biona... Mała, samotna i zagubiona. A może to były 

tylko jego pobożne życzenia? 

Poirytowany, skierował się na tyły budynku, wsłu­

chując się przy tym w szelest uschniętych liści pod sto­

pami. Kiedy się zatrzymał, by obejrzeć coś, co wyglą­

dało na zbutwiałe drewno w dolnej części ściany, 

dobiegł go z tyłu odgłos kroków. 

- Niektóre z tych belek trzeba będzie wymienić -

powiedział, nie oglądając się za siebie. - Widzisz to? 

- Dźgnął drewno końcem ołówka, z łatwością odłu-

pując kilka sporych drzazg. - To prawdopodobnie 

oryginalna belka. - Spojrzał z ukosa na dach. - Du­

ża część była wymieniana przynajmniej raz. A ten 

dach jest być może trzecim lub czwartym z kolei. I za 

każdym razem jakość nowych materiałów była coraz 

gorsza. 

Podeszła do niego z prawej strony i przyglądała się 

temu, co jej pokazywał. 

37 

background image

- Wczoraj mówiłeś o cedrowych gontach. Czy wła­

śnie takie byś polecał? 

- Na pewno biją na głowę te najnowszej generacji, 

ponoć tak szykowne. Nie zrobiłabyś źle, budując za­

równo dach, jak i ściany z drewna cedrowego. Naj­

lepszy jego gatunek pokrywany jest środkiem utrud­

niającym palenie się. - Przerwał na chwilę, 

spoglądając na nią przenikliwie. - Na długo zamie­

rzasz tu zostać? 

- Zamierzam tu żyć. To znaczy, oczywiście, że jeże­

li w następnym miesiącu przejedzie mnie ciężarówka, 

to nie zabawię tu długo. 

- Masz makabryczne poczucie humoru - burknął. 

- Wiesz, co mam na myśli. 

- Chciałeś zapytać, kiedy mnie zmęczy „bawienie 

się życiem na wsi"? Jak cię mam przekonać, że zamie­

rzam tu pozostać? 

Jego bursztynowe oczy wpatrywały się w nią 

uważnie. 

- Ale dlaczego? 

- Dlaczego zamierzam tu zostać? - Kiedy skinął 

głową, wzruszyła ramionami i powołała się na najbez­

pieczniejszy z powodów, dla których tu przybyła. -

Zawsze chciałam mieszkać na wsi. Zawsze też chcia­

łam sama zaprojektować swój dom. 

- To dlaczego nie kupisz kawałka ziemi i nie zbudu­

jesz nowego domu, zamiast „leczyć" ten zabytek? Pod 

pewnymi względami byłoby to znacznie łatwiejsze. 

Zawadiacko przechyliła głowę w bok. 

- Ale nawet nie w połowie tak zabawne. A poza 

tym, coś jest w tej ciągłości... - nie mogła znaleźć od­

powiednich słów. - Chodzi o to, że czujesz korzenie... 

Nawet jeśli nie dotyczy to własnej przeszłości. Sam 

przecież mówiłeś, że to jest jeden z najstarszych bu­

dynków w okolicy. To mi się podoba. 

38 

background image

Zakończyła odpowiedź tak radośnie, iż Graham nie 

zdobył się na uwagę, że trochę to wszystko za proste. 

- Powiem ci jeszcze coś, co ci się spodoba - rzekł, 

ruszając tym razem w stronę podwórza na tyłach do­

mu i jednocześnie cały czas oglądając budynek. -

Fundamenty wyglądają dobrze. Nic nie wskazuje na 

to, że są osłabione. Czasami osiadający przez lata bu­

dynek może narobić sporo kłopotów. Myślę, że twój 

dom jest w porządku, chociaż będę go jeszcze musiał 

obejrzeć wewnątrz. 

- Zrobisz to? - spytała z nadzieją w głosie. 

Spojrzał na nią z ukosa, po czym znów utkwił wzrok 

w tylnej ścianie domu. 

- Jeszcze nie - rzekł tak zdecydowanie, że nie 

śmiała drążyć tego tematu. Znów przyłożył ołówek do 

papieru, wracając do sporządzania notatek. Podcho­

dził do budynku, stukał to tu, to tam, cofał się, przy­

glądał i szedł dalej. 

Nie chcąc mu przeszkadzać, Debra przeszła na po­

dwórze do lekko zmurszałej, drewnianej, dwuosobowej 

huśtawki, zawieszonej na grubym konarze kasztanow­

ca. Już zamierzała na niej usiąść, ale na dźwięk podnie­

sionego głosu Grahama natychmiast się wyprostowała. 

- Jest bezpieczna? 

- Oczywiście, że tak. 
- Skąd wiesz? 

- Bo usiadłam na niej już pierwszego dnia, kiedy 

oglądałam dom. A poza tym, pośrednik od nierucho­

mości ostrzegał mnie przed każdym kamieniem na 

drodze, więc jestem pewna, że nigdy nie pozwoliłby 

mi usiąść na tej huśtawce, gdyby miał jakiekolwiek 

wątpliwości. Nie chciałby narażać się na sprawę w są­

dzie. No i... - uśmiechnęła się szeroko - miał ze so­

bą takiego olbrzymiego psa. Pozwoliliśmy, żeby naj­

pierw on wypróbował to urządzenie. 

39 

background image

W odpowiedzi usłyszała „hmm...", po czym Graham 

wrócił do oglądania domu. Usiadła wygodnie i zaczęła 

się lekko huśtać, uznając, że rytmiczne popiskiwanie 

zardzewiałej metalowej konstrukcji ma wiele uroku. 

Graham kontynuował swą pracę, a Debra nie 

spuszczała z niego oczu. Widać było, że wie, co robi. 

Zręcznie odsunął kilka desek leżących przy tylnych 

drzwiach, z łatwością ominął wystający korzeń drze­

wa, o który pośrednik od nieruchomości tak fatalnie 

się potknął, przeskoczył przez fragment płotka zagra­

dzającego mu drogę do powozowni. 

Głęboko odetchnęła czystym, chłodnym powie­

trzem, wyobrażając sobie, jak Jason próbowałby prze­

trwać w tak surowych warunkach. Nigdy by tego nie 

zrobił! Zadumała się, po czym znów zerknęła na zega­

rek. Było prawie wpół do pierwszej. Została jej jeszcze 

godzina. Czy Graham skończy do tego czasu? Na­

prawdę nie chciałaby mu wyjaśniać, na czym polega jej 

praca. Nie dzisiaj. Nie temu człowiekowi. Chociaż, 

ktokolwiek podejmie się renowacji tego domu, wkrót­

ce się przekona, że codziennie po południu przez go­

dzinę Debra jest nieuchwytna. Jednak im mniej ludzi 

będzie o tym wiedziało, tym lepiej. Nie miała pojęcia, 

jak przyjęto by tu to, czym się zajmowała. 

Postanowiła, że zaproponuje mu, aby wszedł do do­

mu na filiżankę kawy. Zeskoczyła z huśtawki i dogo­

niła Grahama przed powozownią. Jednak zaangażo­

wanie się w przebudowę domu skierowało jej myśli na 

inne tory. 

- Pomyślałam, że można by tu urządzić garaż -

powiedziała. - Ten budynek jest bardzo przestronny. 

Jak sądzisz? 

Skończył coś zapisywać, po czym się odezwał: 

- Myślę, że to dobry pomysł. Jeśli chcesz, można 

obudować pasaż. Wtedy mogłabyś przechodzić do sa-

40 

background image

mochodu prosto z domu, nie wychodząc na dwór. Wi­

działem już takie rozwiązania, tylko... 

- To by uniemożliwiło swobodny przepływ powie­

trza z frontowego podwórza na tyły domu, nie mó­

wiąc już o tym, że zniszczyłoby róże, które podobno 

wkrótce tu zakwitną. Nie, dzięki. Niech tak zostanie. 

- Dobrze - powiedział tylko i popatrzył na nią 

z wyraźną aprobatą. 

Debra poczuła nagle, że tymi ciepłymi, bursztyno­

wymi, bystrymi oczami przenikał ją tak samo, jak 

przenikał warstwy materiałów budowlanych, z któ­

rych wykonany był jej dom. Odwróciła się, zakłopota­

na, i skierowała się w stronę drzwi wejściowych. Nagle 

przypomniała sobie, co zamierzała zrobić. 

- Napiłbyś się kawy? - rzuciła przez ramię. Nie 

odpowiadał, więc się odwróciła. - Graham? - Po­

chylił głowę, zmarszczył czoło. - Kawy, Graham? 

Spojrzał zaskoczony, jakby usłyszał ją po raz 

pierwszy. 

- Nie, nie, dziękuję. - I nagle zmienił zdanie. -

A może jednak się napiję. Jeśli to nie kłopot. 

- Żaden kłopot - powiedziała cicho i poszła w kie­

runku drzwi. 

Minęło dobre dziesięć minut, zanim Graham podą­

żył za nią. Zapukał delikatnie, chociaż drzwi były 

uchylone, i głęboko zamyślony zaczekał, aż pojawi się 

Debra i gestem zaprosi go do środka. Jego wahanie 

było tak subtelne, że nie mogła tego dostrzec. Wie­

dział jednak, że zdecyduje się na ten krok. 

Przez chwilę postał w holu i przyjrzał się wnętrzu, 

po czym udał się za Debrą do kuchni, której cała pod­

łoga zastawiona była kartonami. 

- Nie najlepiej to wygląda! - zawołał. Kolejno, 

z coraz większą dezaprobatą, oglądał źle skompono­

wany zestaw przypadkowych półek i szafek, umiesz-

41 

background image

czonych tu tylko dlatego, że akurat były potrzebne. -

Wywaliłbym to wszystko. Właściwie... - powiedział, 

spoglądając w górę i do tyłu, co miało oznaczać, że 

ma na myśli cały budynek - wywaliłbym większość 

z tego, co tu jest. Być może dom jest duży, ale jeśli 

piętro wygląda tak, jak to, co widziałem na dole, to 

znaczy, że jest podzielone na wiele małych pomiesz­

czeń, a w każdym z nich panuje ciasnota. 

Wyciągając do niego rękę, w której trzymała kubek 

gorącej, parującej kawy, Debra oparła się plecami 

o stary porcelanowy zlew. 

- Niektórzy nazywają to przytulnością. -

Uśmiechnęła się - Ale ja akurat zgadzam się z tobą. 

Zbyt wiele lat spędziłam w małych mieszkaniach, że­

by znów dać się zamknąć w pudełku. Chciałabym zbu­

rzyć większość ścian działowych, zostawiając może tu 

i ówdzie - wskazała ręką - takie półścianki, jak mię­

dzy kuchnią i jadalnią. - Sącząc kawę, obserwowała 

reakcję Grahama. - Chciałabym również połączyć 

piętro z parterem... Wiesz, burząc strop jednej z sy­

pialni, żeby na dole powstał wysoki salon... A także 

burząc sufit innej sypialni, żeby połączyć ją z podda­

szem pełniącym funkcję kącika rekreacyjnego. Co 

o tym powiesz? 

- O możliwościach? - Oczy mu błyszczały. - Są 

nieograniczone. 

- O tym, czy to zrobisz. 

Przełknął ślinę. Blask w jego oczach przygasł. 

- Nie wiem. Będę jeszcze musiał zrobić więcej ob­

liczeń. - Gdy podnosił do ust kubek, jego spojrzenie 

było już całkiem ponure. Czubkiem buta lekko kop­

nął jedno z kartonowych pudeł. - Przywiozłaś to 

wszystko ze sobą? 

- Uhm. Stwierdziłam, że muszę sobie znaleźć ja­

kieś zajęcie. - Podążyła za jego wzrokiem, oglądając 

42 

background image

emaliowane garnki i rondle, wystające z jednego 

z kartonów. - Problem tylko w tym, że nie znoszę 

rozpakowywania. Podobnie jak sprzątania. I tak 

wszystko trzeba będzie wynieść, jak rozpoczną się 

prace remontowe. - Zmarkotniała. - Chodź. 

Przejdźmy do salonu. Ogień w kominku zupełnie zga­

śnie, jeżeli nie będę go podsycać. 

Poszła przodem, zastanawiając się przez chwilę, 

dlaczego od czasu do czasu nachodził ją lęk. Prze­

cież się nie bała. Chociaż od dawna marzyła o za­

mieszkaniu na wsi, nie wyobrażała sobie, że stanie 

się to w takich okolicznościach. Zawsze myślała, że 

przeprowadzi się razem z Jasonem. Dziwne, ale 

obecność Grahama, co by nie mówić - przytłaczają­

ca - jeszcze bardziej jej uświadomiła, jaka cisza pa­

nowała tu wczoraj wieczorem. Tak, pragnęła ciszy 

i spokoju. Była to miła odmiana po ciągłym bom­

bardowaniu dźwiękami dochodzącymi z ulicy 

w mieście, w którym zawsze mieszkała. Ale ta cisza 

odzwierciedlała również jej samotność, w sensie fi­

zycznym. W promieniu wielu kilometrów nie było 

żywej duszy. To stanowiło dla niej zupełnie nowe 

doświadczenie. 

- Przepraszam, ale nie bardzo jest na czym usiąść 

- mruknęła pod nosem, wskazując na pustą podłogę. 

- Meble jeszcze nie dotarły. - Odstawiła kubek z ka­

wą, zręcznie zgarnęła swoje papiery i położyła je na 

obudowie maszyny do pisania - tak dyskretnie, jak to 

tylko było możliwe. Na szczęście Graham był zbyt za­

jęty kominkiem, żeby zauważyć, co zrobiła. Wykorzy­

stała tę okazję i zerknęła na zegarek. Minęło kolejne 

piętnaście minut. Zostawało coraz mniej czasu. Sia­

dając na podłodze przed kominkiem, ponownie się­

gnęła po kubek z kawą. 

- Przyjmiesz tę pracę? - spytała bez ogródek. 

43 

background image

Wszystko wskazywało na to, że Graham jej nie 

usłyszał. Cały czas przyglądał się marmurowemu ob­

ramowaniu kominka. 

- Piękne. Powinno się to wyczyścić i wypolerować. 

- Właśnie zamierzałam to zrobić. Pomyślałam, że 

cegły pomaluję na biało. W gruncie rzeczy, chciała­

bym, żeby w całym domu przeważał biały kolor. Daje 

to wrażenie przestronności, bardziej niż ciemne bar­

wy, które, zdaje się, uwielbiano w przeszłości. 

- Wtedy ciemne kolory były praktyczniejsze. -

Uśmiechnął się kącikiem ust. - Budowlańcy nie dys­

ponowali pewnie zmywalną białą farbą. - Wspierając 

łokieć na obudowie kominka, powoli podniósł do ust 

kubek z kawą. 

Debra obserwowała go, czując jego siłę nawet tam, 

gdzie siedziała. Zauważyła, że paznokcie miał krótko 

przycięte i porządnie wyszorowane. Zastanowiła się, 

jak był sprawny, co mogłyby obejmować te palce, jak 

by to było, gdyby jej dotykał. Zacisnęła dłoń i spojrza­

ła w bok. 

- Więc jak? Jak będzie? - spytała. - Zrobisz to? 

Bez pośpiechu pociągnął jeszcze jeden duży łyk ka­

wy, po czym oblizał górną wargę. 

- Nie wiem. Muszę jeszcze obejrzeć wnętrze, a po­

tem przeanalizować swoje notatki. Później trzeba bę­

dzie naszkicować parę planów. 

- Ale rozważasz przyjęcie tej pracy, prawda? 

Drgnienie mięśni w jego twarzy zinterpretowała ja­

ko wyraz zniecierpliwienia. 

- N i e byłoby mnie tu, gdybym tego nie rozważał. 

Ale... - przerwał na chwilę, po czym odezwał się nie­

bezpiecznie cicho - nie powinnaś się tak zapalać. 

Mógłbym z łatwością wykorzystać twój entuzjazm, 

przyjmując tę pracę tu i teraz, biorąc dużą zaliczkę, 

a potem wszystko zrobić po łebkach. 

44 

background image

- Nie zrobiłbyś tego - powiedziała, z jakimś ta­

jemniczym przekonaniem o swej racji. 

- Skąd wiesz? Przecież mnie nie znasz. 

- Więc opowiedz mi o sobie. Od dawna wykonu­

jesz tę pracę? 

Zmartwiło go, że tak łatwo dał się złapać w pułapkę. 

Zmarszczył czoło i zamieszał resztką kawy w kubku. 

Jeśli miałbym się wyrażać precyzyjnie - pomyślał -

to wplątałbym się w długie wyjaśnienia. O wiele lepiej 

będzie, jeśli ona uzna, że jestem tylko cieślą. 

- Jak długo? Prawie dwadzieścia lat - odpowie­

dział, szerzej interpretując wyrażenie „tę pracę" i wli­

czając w to projektowanie jeszcze w szkole. 

- Zawsze tutaj mieszkałeś? 
- Nie. 

Po jego lodowatym spojrzeniu poznała, że już nic 

więcej jej nie powie. Zastanowiła się, podobnie jak 

dzień wcześniej, czy nie tkwiła w nim jakaś druga na­

tura, zupełnie różna od tej, którą pokazywał światu. 

Jeśli tak było, to lepiej, żeby przypisała swe zafascyno­

wanie jedynie niezdrowej ciekawości i dała spokój. 

O ile bardzo intrygował ją wygląd tego mężczyzny, 

o tyle niepotrzebne jej były tego typu emocjonalne 

komplikacje. Przecież opuściła miasto w poszukiwa­

niu prostego życia. I właśnie, do cholery, miała do 

czynienia z prostotą! 

- A zatem - westchnęła, powracając do poprzed­

niego tematu, świadoma, że dochodzi godzina pierw­

sza - przypuszczam, że będziesz musiał po prostu 

przejrzeć swoje notatki, a potem wrócisz do mnie 

z projektem i wyliczeniami. Jeżeli chodzi o jakość 

twojej pracy, nie mam zastrzeżeń. Jeśli chcesz tę ro­

botę, to ją masz. - Przerwała na chwilę i uśmiechnę­

ła się. - Jestem nowa w tej okolicy, ale wydaje mi się, 

że ustne rekomendacje ludzi najlepiej cię reklamują. 

45 

background image

Wątpię, że pracowałbyś dla mnie po łebkach... Wła­

śnie z powodu, o którym wspomniałam, a może dlate­

go, że wydajesz się zbyt oddany temu, co robisz. Ja­

kość puddingu sprawdza się, jedząc go. A efekty 

twojej pracy, które widziałam, są przepyszne. 

- Przepyszne? - powtórzył, krzywiąc się. - Nigdy 

nie myślałem o swojej pracy, że jest przepyszna. Le­

piej zatrzymaj to słowo dla siebie. Mogłoby przynieść 

więcej szkody niż pożytku. 

Uśmiechnęła się szeroko. 

- Zraniłoby męskie ego? 
- A pewnie. 

Spojrzenie, jakim ją w tej chwili obdarzył, zadowoliło 

męskie ego. Jego siła była druzgocąca. Przenikał wzro­

kiem jej ciało, wzbudzając w nim odczucia, które ją zdu­

miały. Wstrzymała oddech, poczuła przyśpieszone bicie 

serca. Przez jej żyły przebiegł żar, który znalazł ujście je­

dynie w zaróżowieniu się policzków. Tak, jak wcześniej, 

choć tym razem w znacznie większym stopniu, poraziła 

ją jego nieokiełznana męskość. Tak, męskość. Przedtem 

nazywała to zmysłowością albo urokiem. Teraz męsko­

ścią. Był mężczyzną w każdym calu. Bez wątpienia. 

Nagle wystraszona, odwróciła wzrok. Jednak ten 

ogarniający ją przypływ zmysłowych wrażeń nie minął 

tak szybko, jak się spodziewała. Trwał w tej ciszy i roz­

palił ją jeszcze bardziej, gdy Graham przykucnął obok 

i uniósł palcem jej brodę. Nie mogła się oprzeć jego 

sile. Podniosła wzrok i ich spojrzenia spotkały się. 

- Rozumiesz teraz, Debra, dlaczego waham się, czy 

przyjąć tę pracę? - Poduszeczka jego kciuka przesu­

wała się lekko po jej policzku w tę i z powrotem, a gdy 

nie odpowiedziała, zatrzymał palec. - Rozumiesz? 

- Kim ja dla ciebie jestem... 

- Jesteś piękną kobietą. 

Z trudem mogła oddychać, był tak blisko. 

46 

background image

- Nie jestem piękna. Przecież mam oczy i widzę. 
- Oczy kobiety. W oczach mężczyzny jesteś piękna. 

- Niekoniecznie - wyszeptała, przypominając so­

bie, jak łatwo przyszło Jasonowi porzucenie jej. Zna­

lazł sobie piękniejszą. 

- Tak - dobiegło z jego coraz bardziej zbliżających 

się ust, czemu towarzyszył trzask drewna płonącego 

w kominku. Debra zaprzeczyła wolnym ruchem głowy, 

po części protestując przeciw temu, co powiedział, 

a po części przeciw temu, co - jak przypuszczała -

miało się wydarzyć. Ale on po prostu znów wyszeptał: 

„tak" tuż przy jej ustach. A potem ją pocałował. 

Później Debra wielokrotnie zastanawiała się, jak to 

się stało. Sceneria nie miała w sobie nic romantyczne­

go... Stary, zniszczony salon, bez mebli, środek dnia... 

Ale dotknięcie jej ust przez jego wargi stanowiło słod­

ki wstęp, który był najbardziej romantycznym przeży­

ciem, jakiego kiedykolwiek doznała. Czuła, że zastą­

piło ono uścisk dłoni, którego nie wymienili 

poprzedniego dnia... Ale uścisk dłoni oznaczający po­

czątek związku jakże różnego od tego, czego się spo­

dziewała, gdy po raz pierwszy go ujrzała. 

Gdy podniósł głowę i zobaczył w oczach Debry 

strach, zsunął dłonie na jej ramiona i przyciągnął ją 

bliżej do siebie. Jego wzrok pieścił jej twarz, niemo po­

naglając: „Pocałuj mnie". Kiedy to spojrzenie dotarło 

do jej ust, była już jak w transie. Z rozchylonymi bez­

radnie wargami patrzyła, jak Graham pochyla głowę, 

by znów ich dotknąć. Nagle, przymykając powieki, po­

rzuciła wszelkie rozmyślania i po prostu zaczęła się 

rozkoszować jego ciepłem. Wargi Grahama przesuwa­

ły się ostrożnie, badając każdy zakamarek jej ust, jak­

by szukały jakiejś przeszkody. A gdy jej nie znalazły, 

mężczyzna nabrał śmiałości, lekko wodząc wokół jej 

warg końcem języka, który pozostawiał wilgotny ślad. 

47 

background image

W przypływie słabości, bez poczucia winy, Debra 

dała upust swym emocjom. Pozwoliła działać instynk­

towi, by przekonać się, co to za mężczyzna. Jej pocału­

nek, odwzajemniony z podobną, subtelną ciekawością, 

był w równej mierze odkrywaniem samej siebie, jak je­

go. Kiedy jednak niezaspokojona ciekawość doprowa­

dziła do zetknięcia się ich języków, oboje drgnęli. 

Graham odsunął się. 

- Piękna... i niebezpieczna - wyszeptał ochryple. -

Groźna kombinacja. 

Debra z trudem łapała oddech. 

- Nie musi... tak być - mówiła. Wiedziała, że te­

raz, bardziej niż kiedykolwiek, chciała, by to on odna­

wiał jej dom. Nie zastanawiała się, dlaczego, podob­

nie jak nie namyślała się przed wypowiedzeniem 

kolejnych słów: - Zawsze istnieje... powściągliwość. 

- Ha! A jak myślisz, co to było? Bez powściągliwo­

ści już byśmy się zaczynali kochać. I o to mi chodzi. 

Możesz mówić, że nie jesteś piękna, ale moje ciało 

mówi co innego. I nie pozwala mi o tym zapomnieć! -

Przeklinając cicho, wstał, odwrócił się, oparł łokcie na 

obudowie kominka i zagłębił palce we włosach. 

Obserwując wznoszenie się i opadanie w ciężkim 

oddechu ramion Grahama, próbującego nad sobą za­

panować, Debra starała się przyznać mu rację. Sama 

nadal czuła ciarki na całym ciele. Może byłoby lepiej, 

gdyby znalazła innego cieślę. Ale nie mogła. Pragnę­

ła tylko jego. 

- Nie jestem dzieckiem - powiedziała, już spokoj­

nym głosem. - Mam nad sobą władzę. 

- Tak, jak przed chwilą? - Nie odwrócił się. 

- Ja... hmm... jeszcze nie byłam przygotowana. -

Przecież on był obcym człowiekiem! Robotnikiem... 

Cieślą... Nigdy przedtem nie zdarzyło jej się nic takie­

go. - To się po prostu... stało. 

48 

background image

Spojrzał na nią z ukosa. 
- I nie sądzisz, że coś innego też się po prostu... 

stanie? 

- Nie, jeśli nie będziemy tego chcieli. - Triumf ro­

zumu nad materią, jak to się mówi, pomyślała. 

- Ale my tego chcemy! - odparł. - A przynaj­

mniej ja. Jestem mężczyzną, Debra. Tylko raz wczoraj 

na ciebie spojrzałem, a krew zaczęła mi żywiej krążyć. 

Oczywiście, że teraz, kiedy mój rozum przejął kontro­

lę nad sytuacją, wzdrygam się na myśl o tarzaniu się 

po podłodze z przyszłą klientką. Ale szczerze mówiąc 

nie wiem, jak dalece mogę zaufać głosowi sumienia. 

Gdybym miał tu pracować dzień w dzień... no cóż, nie 

chciałbym ponosić odpowiedzialności za swoje czyny. 

- Ja wezmę na siebie tę odpowiedzialność. - Z ro­

snącym zdecydowaniem przeciwstawiła się ostrzeże­

niom Grahama. - Chcę najlepszego cieśli. Tak się 

składa, że ty nim jesteś. - Uniosła do góry brodę. -

Przyjmiesz tę pracę, czy nie? 

Przez minutę Graham po prostu gapił się na nią, 

mrużąc z niedowierzaniem oczy. Podobna wątpliwość 

zabrzmiała i w jego głosie: 

- Słyszałaś cokolwiek z tego, co mówiłem, Debra? 
- Słyszałam. 

- No i... nie męczy cię... ta myśl, że będę pracował 

w tym domu, obmyślając, gdzie i kiedy cię dorwać? 

- Dam sobie z tym radę - oświadczyła stanowczo. -

Natomiast nie dam sobie rady z byle jakim pracowni­

kiem wykonującym byle jak robotę. A więc jeżeli uwa­

żasz, że możesz pracować dobrze, to jesteś zatrudniony. 

Graham uniósł dłoń i potarł tył głowy. 

- To brzmi jak wyzwanie - rzekł śmiertelnie spo­

kojnym głosem. 

- No pewnie, że to wyzwanie - przyznała z rosną­

cą śmiałością. - Podejmujesz rękawicę? 

49 

background image

- Kiepsko dobrane słownictwo. 

- Cholera! - krzyknęła rozdrażniona. - Chcesz tę 

robotę? 

- Tak! - mruknął. - Chcę. 

Sfrustrowana, ale uradowana, Debra poderwała się 

na równe nogi i wyrzuciła w górę ramiona. 

- Dzięki Bogu! Nareszcie coś konkretnego! 

Nie miała pojęcia, jak bardzo ten triumf ożywił jej 

oblicze. Ale Graham to dostrzegł. Z błyskiem w oku 

wyciągnął ręce i przytulił ją mocno do siebie. 

- Co robisz?! - krzyknęła przeraźliwie, nie mogąc 

uwierzyć, że zdecydował się na to. 

- Całuję cię - wyszeptał, składając ciepły, uwodzi­

cielski pocałunek na jej ustach. 

- Graham, przestań! - zaprotestowała, odchylając 

głowę, żeby móc się odezwać. Chodziło o zasady. Mu­

siała zademonstrować swoje opanowanie. Położyła 

mu dłonie na klatce piersiowej, próbując go ode­

pchnąć, ale on się nie poruszał. - Graham... 

Powiódł wargami po jej policzku, po czym lekko 

ukąsił ją w ucho. 

- Uhmm? 
- Puść mnie. 

- Dlaczego? 

- Bo... bo mam coś do zrobienia. - Sytuacja była 

krytyczna. Bała się, że jej zdolność panowania nad 

sobą okaże się niewystarczająca. Dotyk jego ciała 

podniecał ją bardziej niż chciała się do tego przy­

znać. 

Zdziwiony, zapytał: 

- Czyżby? Zatrzymuję cię? 

Udało jej się trochę od niego odsunąć pod pretek­

stem zerkania na zegarek. Było dwadzieścia pięć po 

pierwszej. 

- Tak - odparła. 

50 

background image

- No cóż, a zatem... - odepchnął ją lekko od sie­

bie, lecz przez kilka sekund przytrzymał jej nadgarst­

ki. - Nie będę cię zatrzymywał. 

Zostawało coraz mniej czasu. Chciała, żeby już so­

bie poszedł. Ale jej chwilowe poczucie ulgi okazało 

się przedwczesne. Ku jej przerażeniu usłyszała, jak 

Graham mówi: 

- Nie będzie ci przeszkadzało, jeśli jeszcze się tu 

trochę pokręcę? Muszę zrobić kilka pomiarów i obej­

rzeć piwnicę. Właściwie, tak naprawdę, nie widziałem 

tu zbyt wiele... to znaczy tego, co powinienem. -

Błysk w jego oku powiedział jej wszystko. Z trudem 

zachowała spokój. 

- Och, chcesz to wszystko zrobić dzisiaj? 

- Jasne. Poza tym, powinniśmy jeszcze porozma­

wiać. Mogę zaproponować pewne rzeczy, ale pomo­

głoby mi, gdybyś przekazała mi jak najwięcej swoich 

pomysłów, żebym się zorientował, czego chcesz, 

a czego nie. 

Nie będąc pewna, czy mówi to jako fachowiec, czy 

po prostu żartuje sobie z niej, skinęła głową. 

- Masz rację, oczywiście. A im wcześniej uzy­

skasz potrzebne ci informacje, tym szybciej będziesz 

mógł rozpocząć pracę. Jak sądzisz, kiedy możesz za­

cząć? 

Postukał się końcem ołówka w czoło. 

- Jeszcze jakieś trzy, najwyżej cztery dni zajmie mi 

dokończenie roboty w banku. 

- W banku? 

- Dokonuję tam pewnych przeróbek. 
- Sam jeden? 

- Właściwie, to wszystko nadzoruję. Właśnie dlate­

go mogłem wziąć wolne wczoraj i dzisiaj. Ale mam już 

wielką ochotę robić coś własnymi rękami. - Choć miał 

niewinną minę, jego głos zabrzmiał bardzo łobuzersko. 

51 

background image

Debra z niezachwianą pewnością siebie zignorowa­

ła jego pułapkę. 

- Mogę to sobie wyobrazić. Więc myślisz, że mo­

żesz zacząć w przyszłym tygodniu? 

- Jeśli naszkicuję plany, a ty je zaakceptujesz, no 

i jeżeli zdobędę potrzebne materiały. Zacznę od bu­

rzenia ścian... Będę też musiał poświęcić trochę czasu 

na zorganizowanie grupy robotników... wiesz, hydrau­

lika, elektryka... - Zmarszczył czoło w geście ostrze­

żenia. - Może tu się zrobić tłoczno. 

- Tym lepiej - odpaliła, wiedząc, że w większej 

grupie ludzi będzie bezpieczniejsza. - Aha, ale... bę­

dę potrzebowała jakiegoś miejsca do pracy. Czy jest 

tu takie pomieszczenie, którym możesz się zająć na 

końcu? 

Słyszał, jak kilkakrotnie wspominała o swojej pra­

cy. Teraz wzmogła się w nim ciekawość. 

- Jakiego rodzaju pracę wykonujesz? 

Było wpół do drugiej. Debra czuła to instynktownie. 

Chciała, żeby już poszedł, by mogła obejrzeć serial. 

- Piszę - powiedziała szybko, mając nadzieję, że on 

tylko kiwnie głową i odejdzie. Nie zrobił tego jednak. 

- Ach tak! - Okrzyk był przesadny i towarzyszył mu 

jakiś fałszywy błysk w oku. Wydawało się, że dysponu­

je całym czasem tego świata. - Jesteś jedną z tych. 

- Co masz na myśli? 

- Przyjeżdżają tu do nas dość często. Początkujący, 

dobrze się zapowiadający pisarze. Wszyscy szukają 

natchnienia na świeżym wiejskim powietrzu. 

To z pewnością nie był powód, dla którego tu 

przyjechała, ale właściwie ucieszyło ją, że on tak 

uważał. W gruncie rzeczy, z każdą minutą zachowy­

wała się coraz rozsądniej. Jeśli musiałaby codzien­

nie włączać telewizor, to on dość szybko by się 

o tym dowiedział. 

52 

background image

- Zobaczymy, jak to zadziała - rzekła, cały czas 

zdając sobie sprawę z tego, że Graham Reid i ta jego 

przeklęta męskość będą dla niej stanowić o wiele 

większą inspirację niż świeże wiejskie powietrze. -

A teraz naprawdę muszę coś zrobić. Przepraszam cię. 

Powiedziała mu to tak otwarcie, jak tylko umiała. 

Graham spojrzał na nią zdumiony. 

- Mogę się rozejrzeć na dole? 

Nie poruszyła się. 
- Rozgość się. To właściwie tylko wielka dziura 

w ziemi, z piecem centralnego ogrzewania i mnó­

stwem rur. Może ty lepiej się w tym połapiesz ode 

mnie. - Mówiła szybciej niż zazwyczaj. - Wchodzi 

się tam przez małe drzwi obok pieca w kuchni. Uwa­

żaj na głowę. 

Posłał jej wymuszony uśmiech. 

- Dzięki. 

Od razu gdy wyszedł, pośpiesznie uklękła, by otwo­

rzyć prostokątną torbę, mieszczącą radio i telewizor, 

stojącą niewinnie obok jej skórzanych walizek i ni­

czym się nie wyróżniającą. Nie była to jednak kolejna 

walizka, lecz prawdziwe cacko, prezent, jaki wręczyła 

sama sobie, gdy wróciła z Haiti z dokumentami roz­

wodowymi. Wszystko działało na baterie i było sym­

bolem zerwania długotrwałych więzi, jakie łączyły ją 

z Nowym Jorkiem. Obecnie utrzymywała tę więź je-

dynie za pomocą korespondencji, sporadycznych tele­

fonów do swego producenta, no i tego małego ekrani­

ku, na którym ożywały napisane przez nią słowa. 

Podniecenie, jakie odczuwała za każdym razem 

oglądając serial, nigdy nie malało, chociaż scenariu­

sze pisała już prawie od sześciu lat. Było coś ekscytu­

jącego w tym obserwowaniu wymyślonych przez sie­

bie postaci, słuchaniu ich rozmów, śledzeniu 

triumfów i porażek - ich losów prezentowanych od 

53 

background image

wybrzeża do wybrzeża wielomilionowej widowni. Se­

rial „Gry miłosne" w żadnym razie nie był najdłuższą 

operą mydlaną. Jednak od samego początku został 

nadzwyczaj dobrze przyjęty i po jakimś czasie stał się 

jedną z najpopularniejszych produkcji tego typu, do­

prowadzając do zniknięcia z ekranu dwóch innych. 

Mimo iż widziała już tak wiele odcinków, nadal po­

ruszał ją widok własnego nazwiska wśród napisów 

końcowych. Jej nazwiska... i Jasona... i pięciu innych 

scenarzystów tworzących ich ekipę. Gdy zaczynała, 

mając dwadzieścia cztery lata, była wśród nich naj­

młodsza. Trzeba przyznać, że mimo tego wszystkiego, 

co się wydarzyło później, w znacznej mierze swą do­

brą passę zawdzięczała Jasonowi. Zachęcał ją, by mu 

pomagała, tydzień po tygodniu, aż w końcu została 

zaakceptowana jako pełnoprawny członek zespołu. 

Do tej pory Debra była przekonana, że Jasona, tak 

jak i ją, zadowalał podobny rozwój wydarzeń. Proble­

my między nimi zaczęły się później. 

Dostroiła obraz, potem dźwięk. Po czołówce poka­

zano, czym zakończył się wczorajszy odcinek, kiedy to 

rozwścieczony Jonathan Gable odkrył, że jego żona, 

Selena, znów zniknęła. Dobrze to pokazali, dokładnie 

tak, jak to sobie Debra wyobraziła. Jonathan, zacho­

wując ostrożność, dawał wszystkim do zrozumienia, 

że jego złość skierowana jest wyłącznie przeciwko po­

tężnemu psu podwórzowemu, którego wynajął wła­

śnie po to, by uniknąć podobnej sytuacji. 

A tak naprawdę wściekał się na żonę. To była taka 

jej forma karania go, a jednocześnie chęć zwrócenia 

na siebie uwagi, za każdym razem, kiedy podejrzewa­

ła go o nowy romans. Być może w przeszłości jej po­

dejrzenia były słuszne. Tym razem jednak myliła się. 

Ta kobieta, z którą spotykał się w tajemnicy, była naj­

prawdopodobniej jego przyrodnią siostrą, dzieckiem, 

54 

background image

którego jego ojciec wypierał się przez całe czterdzie­

ści osiem lat. Jednak Jonathan nie wiedział jeszcze te­

go na pewno. No i z pewnością nie mógł o tym powie­

dzieć Selenie. Tamta tajemnicza kobieta była nową 

towarzyszką życia ojca Seleny. 

Oburzony Jonathan przeklinał Selenę i jej dziecinne 

zachowanie. Uciekała od czasu do czasu, powodując 

jedynie jego zażenowanie, no i kłopoty, bo musiał ją 

najpierw odnaleźć, a potem wyrwać z tego jej obrane­

go azylu. Już wiele lat temu rozwiódłby się z nią, gdyby 

nie obawa o karierę polityczną jej ojca, który oczywi­

ście robił się coraz starszy, ale ku wiecznemu zmartwie­

niu Jonathana, wciąż liczył się na arenie politycznej. 

Selena Gable wiedziała, że trzyma swego męża 

w garści. Jego firma elektroniczna rozkwitła w dużej 

mierze dzięki kontraktom rządowym, w których zała­

twieniu pośredniczył jej ojciec. Bez tych kontraktów, 

które regularnie przedłużano, firma by ucierpiała, je­

śli nie upadła. Selena wykorzystywała tę wiedzę. Tyl­

ko potęga jej ojca trzymała przy niej Jonathana, któ­

rego fizyczne zainteresowanie nią wygasło już wiele 

lat temu. Nie chciała rozwodu. „Gable Electronics" 

to była żyła złota, którą miało przejąć - w równych 

częściach - troje jej dzieci. Pragnęła tego bardziej 

niż czegokolwiek. Jonathan podejrzewał już, że naj­

młodszy Ben nie jest jego synem. Ale dopóki małżeń­

stwo trwało, nie powiedziałby ani nie zrobił niczego. 

I dopóki dwoje jego prawowitych dzieci miało udzia­

ły w „Gable Electronics", niczego powiedzieć nie 

mógł. On i Selena jak gdyby kręcili się razem na ka­

ruzeli z unoszącymi się i opadającymi konikami -

jedno do góry, drugie w dół - zamieniając się rolami 

w boleśnie powtarzającym się cyklu, z którego żadne 

z nich nie mogło uciec z obawy przed wpadnięciem 

pod końskie kopyta. 

55 

background image

No i był Adam Gable, ich najstarszy syn, prawnik. 

To właśnie Adama wezwał jego ojciec, prosząc, by go 

zastąpił w pracy, podczas gdy on będzie szukał żony. 

Adam, który był już przyzwyczajony do takich na­

głych zastępstw i odziedziczył po nim żądzę władzy, 

chętnie się zgodził. Teraz, pod nieobecność ojca, 

mógł wykorzystać swoją szansę. Pośpieszył do wła­

snego biura i zadzwonił do dyrektora „Fielder Insti-

tute", swego dobrego znajomego, by ten przygoto­

wał i przysłał mu kontrakty. Jego ojciec o wiele za 

długo nie chciał się mieszać do spraw implantów 

wszczepianych do mózgu. Nadeszła pora, by firma 

„Gable Electronics" tym się zainteresowała. Gdyby 

podpisał kontrakty w ciągu najbliższych tygodni, ich 

główny konkurent byłby skończony. Adam niewiele 

się przejmował faktem, że prezesem konkurencyjnej 

firmy był stary znajomy jego ojca, który zasługiwał 

na to, by go ostrzec. Adam miał pewność, że odpo­

wiednie zainicjowanie tej sprawy oraz korzyści, któ­

re to za sobą pociągnie, zrekompensuje w oczach Jo­

nathana Gable'a bezczelne posunięcie syna. 

Debra wiedziała o tym lepiej, ale tylko dlatego, że 

ciąg dalszy scenariusza, który dopisała dzisiaj, wła­

śnie to przewidywał. Gdy twarz Adama Gable'a ustą­

piła miejsca krzykliwej reklamie proszku do prania, 

Debra oderwała od ust kostki zaciśniętych palców, 

głęboko odetchnęła i wyprostowała się. Komuś, kto 

by ją teraz obserwował, musiałaby się wydać osobą 

uzależnioną od oper mydlanych - przez cały czas 

emisji nawet się nie poruszyła. Ale przecież nikt jej 

nie obserwował. A przynajmniej tak sądziła. 

Czując, że nagle robi jej się gorąco, powoli spojrza­

ła w stronę holu. A tam, oparty o futrynę drzwi, stał 

Graham, który wyglądał niemal na tak zirytowanego, 

jak Jonathan Gable na początku tego odcinka. 

56 

background image

R O Z D Z I A Ł 

- Muszę przyznać, że nigdy dotąd nikt mnie nie 

olał z powodu opery mydlanej - wycedził przez zaci­

śnięte zęby Graham. - To jest właśnie to, co „na­

prawdę musiałaś zrobić"? 

Wydawało się, że Debra nie ma innego wyjścia, jak 

tylko się przyznać, co też zamierzała uczynić, nie kry­

jąc oburzenia. W końcu Graham był tylko jej cieślą. 

Skoro ma mu płacić, to może mu kazać czekać na wy­

jaśnienia, jeśli przyjdzie jej na to ochota. 

- Tak. To ważna część moich codziennych zajęć. 
- Chyba żartujesz? 

- Ani trochę. 

- Codziennie po południu oglądasz opery mydlane? 

Mógłby się już domyślić. 

- Tylko tę jedną. Codziennie po południu. 
- Czy jest w niej coś szczególnego? - kpiąco wy­

krzywił usta w półuśmiechu, przez co Debra jeszcze 

bardziej zacięła się w sobie. 

- Można tak powiedzieć. - Tylko tyle powinien 

wiedzieć. 

Graham pokręcił głową i westchnął, zadziwiony. 

- Boże, nigdy bym cię nie wziął za zagorzałą fankę 

oper mydlanych! Ależ jesteś pełna niespodzianek! 

- Nie, wcale nie - odparła, po czym wzruszyła ra­

mionami i z udawaną nonszalancją znów odwróciła się 

do telewizora. - Po prostu nie znasz mnie zbyt dobrze. 

- Zaczynała się druga część odcinka. Niech sobie Gra­

ham myśli, co chce. Zdecydowana była oglądać dalej. 

57 

background image

Odwrócona do niego plecami, nie dostrzegła ta­

jemniczego wyrazu jego twarzy. Z pewnością nie znał 

jej zbyt dobrze, ale to, co o niej wiedział, wprawiało 

go w zakłopotanie. Czy była opanowaną, elegancką 

damą z Nowego Jorku, próbującą wiejskiego życia, 

czy też niezależną pisarką w dżinsach i bluzie, z wło­

sami związanymi w koński ogon? A może dziwaczką, 

spędzającą popołudnia na obserwowaniu wzlotów 

i upadków bohaterów oper mydlanych? Pomyśleć tyl­

ko: opery mydlane! 

Debra zdawała się nie pasować do żadnego szablo­

nu i w tym sensie niepokoiła go. W tym sensie... i nie 

tylko. Nawet teraz, kiedy kompletnie go ignorowała, 

myślał o łagodnym zarysie jej ramion, prostej linii ple­

ców, smukłych nogach i szczupłym ciele. 

Odwrócił się i zaczął wchodzić na piętro, w zamyśle­

niu analizując stan starych dębowych schodów i rozpa­

czając przez chwilę nad niemożliwością naprawy roz­

klekotanej poręczy. Powtarzał sobie, że był szalony. 

Nigdy nie powinien przyjmować tej pracy. Nie chodzi­

ło tylko o to, że obecność Debry będzie dla niego wręcz 

fizyczną torturą. Niepokoiła go również w jakiś inny 

sposób, wzbudzając w nim, między innymi, instynkty 

opiekuńcze. Co z tego, że było jej zimno? Powinna 

wziąć ze sobą płaszcz! Cóż z tego, że warunki życia by­

ły tu tak prymitywne? Wiedziała, co robi, kupując ten 

dom. Dlaczego to właśnie on ma się tym przejmować? 

Przejmował się jednak i tym, że wzbudzała w nim 

silniejsze emocje niż jakakolwiek inna kobieta, odkąd 

wyjechał z Nowego Jorku. No tak, popracuje dla niej 

tak długo, jak długo będzie trzeba, spędzając przy niej 

dzień po dniu, być może poznając ją nieco lepiej i naj­

prawdopodobniej znajdując drogę do jej łóżka. A co 

potem? Czy będzie w stanie spakować swoje narzędzia 

i wyjechać po skończeniu roboty? A co więcej, czy ona 

58 

background image

mu na to pozwoli? Czul przecież, jak odwzajemniła je­

go pocałunek. Mógłby przysiąc, że była równie tego 

spragniona jak on. No a kobiety są zaborcze. Wiedział 
o tym aż za dobrze. Nie chodziło o to, że - biorąc pod 

uwagę zaistniałe okoliczności - żałował, iż poślubił 

Joanie. To był jego obowiązek, coś, co zrobiłby nawet 

wtedy, gdyby jej ojciec nie nalegał na małżeństwo. 

Wciąż jednak podejrzewał, że „wypadek", który przy­

trafił się Joanie, nie był wcale żadnym wypadkiem. 

Chciała, żeby wpadł w pułapkę. Zrobiła to w taki spo­

sób, że wiedziała, iż on nie będzie z tym walczył. 

Teraz pojawiła się Debra Barry, która zarezerwo­

wała sobie sześć miesięcy jego życia. Ostrzegał ją, ale 

zdecydowała się ponieść odpowiedzialność za to, co 

się wydarzy... albo nie wydarzy... między nimi. Była al­

bo świętą, albo grzesznicą, albo naprawdę podziwiała 

jego pracę. Wiedziała, czego chce, miała dobre pomy­

sły. Oczywiście, wymagały one pewnej modyfikacji. 

Ale w końcu on też miał w zapasie sporo pomysłów. 

Pracując razem, z łatwością mogliby stworzyć ten jej 

wymarzony dom. Z jakiegoś powodu miało to dla nie­

go ogromne znaczenie. 

Stojąc w najmniejszej z czterech sypialni i wygląda­

jąc przez okno na tylne podwórze i łąkę w oddali, przy­

pomniał sobie własny dom, skryty za zasłoną drzew na 

stoku góry. Po przybyciu tu przed siedmioma laty zbu­

dował go od podstaw, powoli, mieszkając początkowo 

w ciężarówce. To zabawne, że się martwił, iż Debra bę­

dzie znosić niewygody w jej własnym domu! A jeszcze 

zabawniejsze było to, że on kiedyś myślał podobnie jak 

ona. Też był w tej okolicy nowy, nie znał tu nikogo 
i buntował się przeciwko mieszkaniu w hotelu. Wy­

starczyło chodzić tam raz w tygodniu, żeby wziąć po­

rządny prysznic. A na co dzień wystarczało jezioro po­

łożone u podnóża góry. A nawet jeśli wyglądał 

59 

background image

i pachniał jak robotnik, to niech tam! Dni, kiedy nosił 

trzyczęściowy garnitur i spoglądał w dół z czterdzieste­

go trzeciego piętra wieżowca, już minęły. Zamierzał 

pozostać na parterze. 

Otworzył notes i przechodząc z pokoju do pokoju, 

oglądając ściany, okna, podłogi i sufity, robił obszer­

ne notatki. Od czasu do czasu rozkładał miarkę i do­

konywał pomiarów pomieszczeń. Co jakiś czas ogar­

niało go podekscytowanie, bo w jego głowie pojawiały 

się wciąż nowe pomysły. 

Zatracając się w pracy nie zauważył, ile minęło czasu. 

Kiedy wreszcie wrócił do salonu, stwierdził, że Debra 

siedzi nachmurzona przed wyłączonym telewizorem. 

- Coś się stało z twoim odbiornikiem? - zapytał. 

Popatrzyła na niego zaskoczona, bo tym razem to 

ona pogrążona była całkowicie w świecie swojej sztuki. 

- Och, nie. Serial się skończył. 

- I to jest powód przygnębienia? - Nadal nie mógł 

uwierzyć, że naprawdę to oglądała. 

Spojrzała na niego jakoś mściwie, co wprawiło go 

w jeszcze większe zdumienie. 

- Tylko wtedy, kiedy zdarza się naprawdę coś 

głupiego! To znaczy... wiem, że ten wątek z trace­

niem pamięci stawał się już trochę nudny, ale żeby 

urozmaicać akcję kazirodztwem? Dla mnie to prze­

sada! 

Wzruszył ramionami. 

- Mnie się to nie wydaje zbyt wydumane. W takich 

operach mydlanych im sprośniej, tym lepiej. 

Pochyliła się, wsunęła telewizor do torby i zamknę­

ła ją z hałasem. 

- Odnosi się takie wrażenie, prawda? - Wstała, 

rzucając mu gniewne spojrzenie. - No cóż, są wśród 

nas tacy, którzy się z tym nie zgadzają. Dostrzegamy 

różnicę między realizmem a absurdem, i znacznie wo-

60 

background image

limy ten pierwszy! Schodzenie do najniższego poziomu 

nie zdziała nic, oprócz obrażania inteligencji widzów! 

Graham z równym wysiłkiem próbował pojąć jej wy­

buch gniewu, co stłumić ogarniające go rozbawienie. 

- Zawsze możesz napisać do nich list - zapropo­

nował półżartem. 

- Mogę zrobić coś lepszego! - Zrobiła zaledwie 

dwa kroki i nagle zatrzymała się, zasmucona. 

- Co się stało? 
- Telefon - zajęczała. - Założą go dopiero jutro. 

- Chyba nie zamierzałaś do nich dzwonić? - spy­

tał z niedowierzaniem i zaśmiał się serdecznie. -

Krzyżowiec z lasu! - Udał nagłą powagę, konspira­

cyjnie ściszając głos. - Często robisz takie rzeczy? 

Właśnie ten jego śmiech, głośny i szczery, uświado­

mił jej, w czym rzecz. Nagle mniej istotne wydały się 

jej obiekcje dotyczące manipulowania fabułą przez 

Martina Alonziona. Chodziło o Martina i Harrisa, 

o Nowy Jork. Już jej tam nie było. 

Jej twarz złagodniała i pojawił się na niej wyraz ja­

kiejś wzruszającej słabości. 

- To dziwne. Zwykle nie miałam żadnych zastrze­

żeń. Chyba się robię drażliwa na starość. 

- Na starość! A niech mnie! Dzisiaj wyglądasz na 

jakieś osiemnaście lat. - Gdy wymówił te słowa, 

wzdrygnął się. Jego własna córka za kilka miesięcy 

skończy osiemnaście lat. I nagle zastanowił się, ile na­

prawdę lat ma Debra Barry. 

Uśmiechnęła się, a jej oczy zaiskrzyły. 

- To najmilsza rzecz, jaką mogłeś mi powiedzieć, 

zważywszy, że w zeszłym tygodniu skończyłam trzy­

dziestkę. 

Poczuł wszechogarniające uczucie ulgi. Przynaj­

mniej nie byłoby to coś w rodzaju uwodzenia koleżan­

ki własnej córki! 

61 

background image

- Zasmuciło cię to? - spytał. 
- Nie, aż do ubiegłego wieczora, a raczej dzisiej­

szego ranka. - Powędrowała wzrokiem do złożonych 

w kąciku rzeczy. - Być może ten śpiwór chroni przed 

zimnem, ale z pewnością nic nie poradzi na twardość 

podłogi. - Spróbowała rozprostować ramiona. - Już 

jest lepiej, dzięki Bogu. 

Graham wyciągnął do niej rękę. 

- Pokaż, niech zobaczę. 
Ale Debra szybko odsunęła się poza zasięg jego ra­

mion. Bała się, co mogłoby się stać, gdyby jej dotknął. 

Te długie, szczupłe palce były zbyt sprawne. 

- Już w porządku. 
- Ciągle tak mówisz, ale najpierw było ci zimno, 

a teraz zesztywniałaś... 

- Nie jest mi zimno. A jeżeli chodzi o zesztywnie­

nie, to przyzwyczaję się. 

- Chyba nie zamierzasz spać na podłodze aż do za­

kończenia prac? - spytał z wyrazem takiego zatrwo­

żenia na twarzy, że Debra nie mogła się powstrzymać 

przed zadaniem mu pytania. 

- O co ci chodzi, Graham? Nie mów mi, że ciebie 

by to zniechęciło. - Był taki wytrzymały, był mężczy­

zną z krwi i kości, amerykańskim kowbojem, który 

przybył na wschód kraju. Nieomal wyobrażała go so­

bie mieszkającego w swej nieodłącznej brązowej cię-

żarówce-pikapie, w pobliżu jej domu. 

- Ty... chyba... żartujesz? - Jego przeciągłe wyma­

wianie słów potwierdziło to, co sobie przed chwilą wy­

obraziła. - Coś ci powiem, maleńka. Nic mnie nie 

zniechęca, kiedy czegoś chcę. 

Dopiero w tej chwili, widząc łotrowski błysk w jego 

oku, Debra pojęła, jak on rozumiał jej słowa. Żału­

jąc, że zdążyła się już zarumienić, rzekła strofującym 

tonem: 

62 

background image

- Nie to miałam na myśli. I jestem Debra, a nie 

„maleńka". Nie mów mi, że kobiety z New Hampshi-

re lubią takie określenia, bo ci nie uwierzę. 

Wzruszył ramionami. 
- Więc nie powiem. Ale... nie sądzisz, że posuwasz 

się trochę za daleko w tym znoszeniu niewygód? To 

znaczy, dobrze jest od czasu do czasu przeżyć przygo­

dę. Jednak taki gwałtowny powrót do warunków pier­

wotnych, to co innego. Jeżeli po jednej nocy zdrętwia­

ło ci ciało, to zobaczysz, co będzie po paru 

następnych. A skoro już jesteśmy przy tym temacie... 

- skrzywił się. - Jeśli to ma być biurko, to przed 

upływem tygodnia zupełnie cię pokręci. 

- Graham - zaczęła żartobliwym tonem, nie bar­

dzo wiedząc, co innego powiedzieć - nie wiedziałam, 

że tak cię obchodzi mój los. 

- Skoro mi płacisz, kotku, stać mnie na to. 

Westchnęła. 
- Ach, więc to tak. No to cię uspokoję, bo moje 

łóżko zjawi się tu już wkrótce. A jeżeli chodzi o biur­

ko, to pomyślę o kupieniu jakiegoś, jeśli mi powiesz, 

gdzie je ustawić. Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. 

- Jakie pytanie? 

- Gdzie będę mogła mieszkać podczas remontu? 

- Naprawdę jesteś zdecydowana tu mieszkać przez 

cały ten czas? 

- Tak. 

Graham zaczął rozglądać się po pokoju, a na jego 

twarzy malowało się coraz większe zatroskanie. Nagle 

odwrócił się i znów podszedł do schodów, przy któ­

rych zatrzymał się coś rozważając, po czym minął je 

i skierował się w stronę kuchni. Debra podążyła za 

nim i omal na niego nie wpadła, kiedy gwałtownie 

przystanął przy wejściu do przybudówki. 

- Tutaj? 

63 

background image

Po krótkim namyśle Graham pokręcił głową. 

- Nie. Za dużo roboty mnie tu czeka. - Wyminął 

ją, wychodząc przez tylne drzwi na zewnątrz. - Zaraz 

wrócę. 

Ale ona nadal szła tuż za nim, dotrzymując mu kroku. 
- W powozowni? 

- Może tam będzie dobrze - powiedział. 

Drzwi opierały się przez chwilę, po czym ustąpiły, 

głośno skrzypiąc. 

Wewnątrz było niemal ciemno. Okna już dawno te­

mu zostały zabite deskami. Światło wpadało jedynie 

przez uchylone drzwi. 

- Nie wygląda to o wiele lepiej od stajni! - zapro­

testowała łagodnie. 

Ale Graham nie wydawał się zaniepokojony. 

- Hej, a gdzie twoje umiłowanie natury? - Gdy je­

go oczy przywykły do ciemności, przeszedł przez po­

mieszczenie, żeby zbadać podwójne drzwi. - Są solid­

ne. I jest tu dość ciepło. 

Miał rację. Poczuła to ciepło z chwilą, gdy tu weszli. 

Grube drewniane ściany nie przepuszczały przecią­

gów, jednocześnie zatrzymując ciepło pochodzące od 

nagrzanego słońcem dachu. A może czuła to ciepło 

dlatego, że Graham tu był? 

- A co... co z elektrycznością? - spytała. - No bo 

przecież nie mogłabym pracować w takich warunkach. 

Stanął obok niej, z rękoma wspartymi na biodrach. 

W snopie światła wpadającym przez drzwi dostrzegła 

jego taksujące spojrzenie. 

- Z łatwością można tu przeciągnąć kabel. - Po­

wiódł wzrokiem po tylnej ścianie, po czym spojrzał w gó­

rę, na poddasze. - Właściwie... - uśmiechnął się chy­

trze - mogłoby tu być całkiem nieźle. Jeżeli mamy 

wyszykować ten budynek na przyzwoity garaż i pomiesz­

czenie magazynowe, to i tak musimy wstawić nowe szy-

64 

background image

by. Te drzwiczki u szczytu poddasza można zastąpić du­

żą przeszkloną kopułą. Przez nią i przez pozostałe szyby 

w oknach będzie wpadać dostatecznie dużo światła. 

- No nie wiem - wymamrotała, potrzebując do­

datkowej zachęty. Graham od razu to zrozumiał. 

- Będzie wspaniale! - przekonywał, zapalając się 

do tego pomysłu. - Urządzę cię tu w ciągu tygodnia. 

Będziesz musiała chodzić do głównego budynku, żeby 

korzystać z bieżącej wody... i z kuchni. Ale będzie ci 

tu wygodnie. - Nagle ściszył głos. - I będziesz się 

trzymała z dala ode mnie. 

- Ach, więc w twoim szaleństwie jest metoda! -

spekulowała. - Nie chcesz, żebym ci przeszkadzała. 

Graham odchylił głowę do tyłu i spojrzał na pod­

dasze. 

- Właściwie, pomyślałem o tym, że będziesz miała 

tu spokój. 

- Ha! Zapominasz, że jestem przyzwyczajona do 

obecności ludzi. Nie przejmuj się tym ze względu na 

mnie. 

Spojrzał jej prosto w oczy. 

- Przejmuję się tym raczej ze względu na nas. -

Wstrzymała oddech, a on mówił dalej. - Czasami, 

oprócz mnie, będą pracowali w głównym budynku 

jeszcze inni robotnicy. - Ściszył głos. - A ja napraw­

dę nie lubię mieć dużej widowni. 

Debra żałowała, że w powozowni nie było jaśniej, 

chłodniej, jakoś mniej przyjemnie. Było cicho, przy­

tulnie, otaczał ich półmrok. 

- Widownia bardzo by się nudziła... - zaczęła 

i cofnęła się o krok. 

Graham wyciągnął rękę i chwycił Debrę za nad­

garstek. 

- Doprawdy? - Podszedł do niej tak blisko, że nie­

mal nie było między nimi miejsca na swobodny od-

65 

background image

dech. Lekki wietrzyk bawił się drzwiami i snop wpa­

dającego przez nie światła stał się węższy. 

Samokontrola. Samodyscyplina. Debra bezgłośnie 

powtarzała te słowa, jakby były one w stanie zmniej­

szyć fizyczny pociąg, który odczuwała. Ale przed nią 

stał Graham, wysoki, wyprostowany, nęcący swym 

ciepłem... Rysował kciukiem „erotyczne wzory" na 

wewnętrznej stronie jej nadgarstka, co wzbudzało 

w jej żyłach falę podniecenia. 

- Graham... nie - wyszeptała. 

- Ostrzegałem cię. - Jego głos był ciepły, aksamit­

ny, równie głęboki jak otaczająca ich ciemność. 

- Robisz to celowo, prawda? 

- Tak. - Zbliżył się jeszcze trochę, niemal niedo­

strzegalnie. 

Nie mogła się poruszyć. Było tak, jakby mrok obej­

mował ją od tyłu, zatrzymując na miejscu. 

- Nie... - powtórzyła słabym głosem. - Ja... 

- Ty... co? - Ich ciała się zetknęły. Graham poło­

żył jej dłoń na wysokości swego pasa i przytrzymał. -

Jest coś innego, co „naprawdę musisz zrobić"? 

Nie była w stanie myśleć o niczym innym, jak tylko 

o swoim ramieniu obejmującym jego szczupłą talię. 

- Ja... powinnam... wrócić do domu. 

- Nikt go nie ukradnie. - Pochylił głowę i mruknął 

tuż przy jej policzku: - Nie ma tu nikogo... nikogo... 

Jego słowa, ich łagodna siła, podniecały ją w spo­

sób niewyobrażalny, przyćmiewając wszelkie nadzieje 

na odsunięcie od siebie Grahama. Była sama, w cie­

płej, ciemnej powozowni, z niezwykłym mężczyzną. 

We wznoszącym się ponad nią ciele poczuła jakąś dzi­

ką, ukrytą siłę, wyraźnie jej uświadamiającą, jak bar­

dzo ten mężczyzna różnił się od tamtego, którego 

znała przed nim. Był samotnikiem, cieślą... i podnie­

cał ją w sposób wręcz przerażający. 

66 

background image

Wydawało się, że było słychać jedynie ogłuszające 

bicie jej serca. A także... głos Grahama, teraz niższy 

i bardziej gardłowy. 

- Nie ma tu nikogo, kto mógłby zobaczyć, co robi­

my... nikogo, kto by się tym przejął... - Swobodną rę­

ką dotknął jej szyi. - Pocałuj mnie - zażądał lako­

nicznie, podnosząc kciukiem jej brodę. 

Chciała mu się oprzeć. Przecież sobie obiecała. 

Ale... nie mogła. Spojrzała na niego błagalnie, lecz on 

już dawno pozbył się ciężaru odpowiedzialności za 

swoje zachowanie. To był test - wiedziała o tym - i za 

chwilę miała go oblać ze szczętem. Ale czy to napraw­

dę miało znaczenie? Nie było tu nikogo oprócz nich. 

Kto by się tym przejął, że pocałowała swojego cieślę 

w powozowni? Po tym wszystkim, co przeszła, kto by 

jej zabronił krótkiego, nieodpowiedzialnego flirtu? 

Z jej ust, rozchylających się i wznoszących na spotka­

nie jego warg, dobył się cichutki jęk. Została nagrodzo­

na pełną pożądania reakcją, jakiej się po nim spodzie­

wała... Twarde męskie usta łapczywie pochyliły się nad 

nią, ramiona pożądliwie objęły jej ciało, a między nią 

a nim zapłonął taki żar, że niemal stopił ich w jedno. 

- No już, kochana - usłyszała jego zdławiony 

szept przy swych ustach, gdy na chwilę przestał ją ca­

łować. - Chodź tutaj - znów objął jej wargi pocałun­

kiem, od którego zadrżało całe jej ciało. 

Wyswobodzoną wreszcie ręką Debra przesunęła 

powoli w górę po jego naprężonych plecach. Gdy to 

samo zrobiła drugą, odniosła wrażenie, jakby obej­

mowała stal. Graham był naprężony... twardy i męski. 

I ta ciemność... ta ciemność zdawała się wyolbrzy­

miać każde doznanie. Krew tętniła w jej żyłach gorą­

cą falą, ciało aż do bólu płonęło z pożądania... Wiele 

razy przeżywała chwile namiętności z Jasonem, ale ni­

gdy nawet w przybliżeniu nie było w nich tyle eroty-

67 

background image

zmu, tyle ognia, co w tej chwili. Zastanowiła się, czy 

to się dzieje naprawdę, bo tak bardzo różniło się to od 

tego, co przeżywała wcześniej. Lecz przecież wszystko 

było teraz inne. Ona była inną kobietą, nagłe świado­

mą wolności, którą dał jej rozwód. Wolną. Ale czy 

właśnie nie rezygnowała z tej wolności? 

- Graham... - powiedziała, odrywając od niego 

usta i z trudem łapiąc oddech. 

On ujął jej głowę w obie dłonie, zbliżając ją do sie­

bie i dotykając końcem języka jej dolnej wargi. Debra 

usiłowała wydobyć z siebie jakiś spójny dźwięk: 

- Graham! - wyszeptała w gwałtownej obronie, 

resztkami sił, które jej pozostawił. 

- Ciii... 

- Nie. Musisz przestać. 

- A ty? 

Jej ręce nadal zaciskały się na potężnych mięśniach 

jego ramion. Zmusiła się do rozluźnienia uścisku. 

- Ja też - odrzekła. 

- Dlaczego? - Przesunął dłonie w dół, by przyci­

snąć ją do siebie jeszcze bardziej. - Mogłoby nam być 

dobrze razem. Nie widzisz tego? - Powiódł palcami 

po zewnętrznej stronie jej uda. Osunęłaby się na zie­

mię, gdyby jej nie podtrzymywał drugą ręką. - Chodź 

ze mną do łóżka na poddaszu, Debra. Spróbujmy. 

- Nie mogę - jęknęła, jednocześnie pragnąc go 

rozpaczliwie i wiedząc, że on pożąda jej równie moc­

no. - Proszę, Graham... 

Odpowiedział obejmując jej usta gniewnym, gwał­

townym pocałunkiem. Odpychała go, lecz on bezlito­

śnie nalegał, rozchylając językiem jej wilgotne wargi. 

Pozwoliła mu na to. Sprzeciwiała się jego sile, lecz za­

razem dziwnie ją ona podniecała. Kiedy gwałtownie 

odsunął ją od siebie, cała drżała. 

68 

background image

Popatrzył na nią, łapiąc powietrze i nierówno oddy­

chając. 

- Może powinnaś jeszcze raz przemyśleć sprawę 

zatrudnienia mnie. Bo ja cię pragnę, Debra. 

- Wiem. 

Mogła powiedzieć tylko to. Ona również go pra­

gnęła, nie przyznała się jednak do tego z obawy przed 

konsekwencjami. Stała przed nim w milczeniu, cała 

dygocząc. Gdy jednak wyciągnął rękę, by dotknąć jej 

twarzy, nie cofnęła się. Jego palce delikatnie wodziły 

po skórze policzka. Promienne bursztynowe oczy wy­

ruszyły w tę samą podróż, zamigotały na chwilę, na­

potykając jej wzrok, po czym podążyły dalej. 

Poczuła, że nagle zakołysała się ziemia. Krew w ży­

łach tętniła jeszcze szybciej. Gdy przesunął dłonią po 

jej piersi, była pewna, że za chwilę umrze. To, że takie 

dotknięcie, zwyczajne dotknięcie, mogło wywołać 

w jej ciele podobne poruszenie, wydawało się czymś 

przerażającym. Jej klatka piersiowa w podnieceniu 

unosiła się i opadała. Oblizała suche wargi. Nie mo­

gła się poruszyć. Jakby stopy wrosły jej w podłogę, 

a oczy... jej oczy stały się nagle więźniami jego błądzą­

cych bursztynowych oczu. 

Dłoń mężczyzny powoli przesuwała się w tę i z powro­

tem po miękkiej tkaninie bluzy Debry. Zareagowała na­

tychmiast. Musiał to wyczuć. Następnie powiódł kciu­

kiem po górnej części jej piersi, a potem precyzyjnie, 

przez wystający szczyt, i pod wrażliwą wypukłością pod 

spodem... Debra przygryzła wargę, żeby nie krzyknąć. 

Nagle opuścił dłoń. Niebezpieczeństwo minęło. 

Ten sam wietrzyk, który przymknął drzwi, pogrąża­

jąc ich w ciemności, teraz te drzwi ponownie otwo­

rzył. W tej nagłej, przykrej jasności, twarz Grahama 

wydawała się ponura. Miał ściągnięte brwi, zaciśnięte 

zęby. Jego oczy gniewnie płonęły. 

69 

background image

- Oto cała odpowiedzialność - rzekł strofująco. 

Odwrócił się i szybko odszedł w kierunku drzwi. 

Był to zwrot w więcej niż jednym znaczeniu tego sło­

wa. Kiedy z odległego końca pomieszczenia znów na 

nią popatrzył, wydawał się zadziwiająco opanowany, 

niezwykle obojętny. 

- I cóż, Debra? Co o tym sądzisz? 

Upłynęła minuta, zanim była w stanie się odezwać. 

A nawet wtedy jej głos zabrzmiał ledwo słyszalnie: 

- O czym? 
- O nas. O tobie i o mnie. Myślisz, że nam się uda? 

Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że oto czyha na nią 

lew, gotów do skoku na najdrobniejszy znak z jej stro­

ny. Mimo całej pozornej obojętności. 

- Myślę... - zaczęła ostrożnie, biorąc głęboki od­

dech - że ten dom będzie świetny, gdy remont się 

skończy. 

Ton jego głosu zabrzmiał obojętnie. 

- A co z poddaszem? Jest jakaś nadzieja? 

- I może masz rację... - kontynuowała, odważnie 

ignorując jego sugestywne spojrzenie i nonszalancko 

rozglądając się wokół. - Tutaj będzie mi dobrze. -

Przerwała na chwilę. - Czy... czy podejmiesz się tego? 

Jakoś obojętnie wzruszył ramionami. 

- Jestem do wynajęcia. 

Debra się odwróciła. 

- No to jesteś zatrudniony. 

Wymknęła się przez uchylone drzwi i pobiegła pa­

sażem łączącym budynki, po czym zatrzasnęła za sobą 

zewnętrzną, ażurową część odrapanych drzwi ku­

chennych. Gdy dotarła do salonu, rozejrzała się ner­

wowo za czymś do roboty. Odruchowo sięgnęła po 

duże polano i przyciągnęła je do kominka. 

- Daj, ja to zrobię - mruknął Graham, który nad­

szedł z tyłu. W kilka minut zręcznie rozpalił w komin-

70 

background image

ku duży ogień. - Na twoim miejscu używałbym 

mniejszych polan. Takie, jak to, mogłoby cię wciągnąć 

w płomienie. 

- Chciałbyś tak myśleć, co? - spytała, reagując na 

jego łaskawość ponownie odzyskanym animuszem. 

Ponieważ najwyraźniej nie była w stanie rzucić go na 

kolana, musiała się po prostu nauczyć opryskliwości. 

Czegokolwiek, dzięki czemu mogłaby odzyskać swą 

dumę i pewność siebie. - Chciałbyś myśleć, że nie po­

radzę sobie bez mężczyzny, prawda? No cóż, mylisz 

się! Ty i... i wszyscy mężczyźni na świecie, którzy uwa­

żają kobietę jedynie za zabawkę! 

W jego ponurym spojrzeniu pojawiło się zdumienie. 

- Co takiego? 

- Oj przestań, Graham. „Chodź ze mną do łóżka 

na poddaszu"? Takie zdanie ma kogoś skusić? - Oso­

biście uważała je za niebezpiecznie skuteczne, ale on 

nie powinien o tym wiedzieć. - Z pewnością sama na­

pisałam całą masę lepszych zdań! - Wyrzucając z sie­

bie te słowa, czuła coraz większą trwogę. Żeby to 

ukryć, mówiła dalej: - I powiem ci coś jeszcze. Mogła­

bym ci dorównać wytrzymałością, śpiąc noc w noc na 

twardej, drewnianej podłodze, drżąc z zimna i dorzu­

cając drew do tego rozpadającego się paleniska. To, co 

ty masz w mięśniach, ja mam tutaj. - Uderzyła się pię­

ścią w klatkę piersiową. - To się nazywa determinacja. 

A więc... - odchyliła głowę do tyłu, jak gdyby udało jej 

się rozwiązać jakiś problem - kiedy możesz zacząć? 

Graham patrzył na nią z błyskiem w oku, w jakiś 

niejasny sposób przypominając jej tego mężczyznę, 

który zaledwie wczoraj spokojnie odmówił przyjęcia 

pracy. Przez chwilę sądziła, że i tym razem może to 

zrobić. Wyglądał na wściekłego, gdy zabierał z obudo­

wy kominka swój notatnik, ołówek i składaną miarkę. 

- Zadzwonię do ciebie. 

71 

background image

Ruszył w kierunku drzwi. 

- Ale ja nie mam telefonu. 

- Jutro będziesz miała. 

Przekroczył próg. 
- Ale nie będziesz znał numeru! 

- Podadzą mi w biurze numerów. 

I już go nie było. 

Kiedy telefon zadzwonił późnym popołudniem na­

stępnego dnia, Debra poczuła takie samo ściskanie 

w żołądku, jakie męczyło ją całą noc. 

- Halo? - spytała z wahaniem. 

Jednak to nie był Graham, o nie. 

- No! Najwyższy czas! Wiesz, jak się denerwowa­

łam? 

Debra zacisnęła zęby. 

- Nie, mamo, nie wiedziałam. Mówiłam ci, żebyś się 

nie martwiła. Nie jestem taka całkiem bezradna. - Po­

wtórzyła dokładnie ten sam argument, który padł pięć 

dni wcześniej, gdy wpadła do matki, by się pożegnać. 

- Wiem, że nie jesteś bezradna. Ale ja jestem two­

ją matką i martwię się. Bóg jeden wie, co ci się może 

przydarzyć, kiedy będziesz mieszkać sama w tym lesie. 

- Nie mieszkam w lesie. 

- Wiesz, co mam na myśli. Wszystko w porządku? 

- Oczywiście, że tak. - Debra oparła się plecami 

o ścianę i osunęła się po niej, siadając na podłodze. -

W gruncie rzeczy, sprawy układają się naprawdę 

świetnie. 

- To Bogu dzięki! Nie odzywałaś się do mnie i... 

- Mamo, przecież ci mówiłam, żebyś nie spodzie­

wała się wiadomości przez kilka tygodni! Nie miałam 

pojęcia, kiedy znajdę odpowiedni dom. 

72 

background image

- Coś o tym wiem, kochanie. Czy... jest czarujący? 
- Jak na wiejski dom... - Debra uśmiechnęła się. -

Myślę, że można tak powiedzieć. - Rozejrzała się 

wokół. Od wczoraj nic się nie zmieniło, poza tym, że 

napisała scenariusz do kolejnego odcinka serialu i wy­

słała go do Nowego Jorku. 

Jej uśmiech zmienił się w grymas. To zabawne - za­

stanawiała się - jak tłumiona energia, odpowiednio 

ukierunkowana, może być twórcza. 

- Właściwie przekonał mnie potencjał, który tkwi 

w tym budynku. Dom jest bardzo stary i trzeba nad nim 

sporo popracować. Już kogoś w tym celu zatrudniłam. 

- Szybko działasz. 

On także. 

- No cóż... nie było sensu dłużej czekać. Im szyb­

ciej zacznie robotę, tym szybciej skończy. 

- No nie wiem, Debra. Może Jason powinien ci był 

polecić kogoś znajomego. 

Debra patrzyła prosto przed siebie, koncentrując 

się na zygzakowatej szczelinie w ścianie. 

- Jesteśmy rozwiedzeni. Nie chcę i nie potrzebuję 

jego pomocy. Świetnie daję sobie radę sama. 

- Ale czy on jest dobry, ten facet, którego zatrud­

niłaś? Widziałaś wcześniejsze efekty jego pracy? 

Sprawdziłaś go? 

- Tak, mamo. 

- I jesteś pewna, że będziesz bezpieczna, kiedy za­

cznie pracować w twoim domu? To znaczy, musisz pa­

miętać, że mieszkasz tam sama. Ci starzy rzemieślni­

cy bywają czasem wstrętnymi satyrami. 

Debra, słysząc te słowa, omal się nie zakrztusiła. 

Zakasłała. 

- Dobrze się czujesz, moja droga? Chyba się nie 

rozchorowałaś? 

- Nie, mamo. Czuję się dobrze. 

73 

background image

- Tutaj jest wyjątkowo zimno, jak na tę porę roku. 

Wyobrażam sobie, jak jest tam, gdzie ty jesteś. Masz 

tam ciepło? 

- Siedzę tuż przy kominku. Jest wspaniale. 

- Dotarły już twoje rzeczy? 
- Dzwoniłam do składu w Manchesterze, w któ­

rym je przechowują. Przywiozą wszystko w ponie­

działek. 

- Ale co zrobisz do tego czasu? 
- Bardzo mi tu wygodnie, mamo. 

- Debra, przecież nie masz nawet łóżka! 
- Dlaczego wszyscy tak się przejmują tym, gdzie 

śpię? 

- To Harris już cię niepokoił? - spytała Lucy Ship-

man i mówiła dalej, nie dając Debrze czasu na wypro­

wadzenie jej z błędu. Może to i lepiej. Szczególna tro­

ska, jaką okazywał Graham, jeszcze bardziej 

wstrząsnęłaby jej matką. - Wiesz, to dobrze, że 

w końcu do niego zadzwoniłaś. Męczył Jasona, żeby 

mu powiedział, kiedy się wprowadzasz. Liczy na to, że 

będziesz nadal pisać scenariusze do serialu. 

- Tak, mówił mi o tym. Zamierzam to robić. Nigdy 

nie miałam co do tego żadnych wątpliwości. 

- Może o tym nie myślałaś, ale... no cóż, tak nagle 

się spakowałaś i wyjechałaś... 

Tego jednego tematu Debra nie zamierzała oma­

wiać. Świadomość niewierności Jasona była zbyt upo­

karzająca. 

- Nagle czy nie... Mój wyjazd nie sprawił Harriso­

wi najmniejszych kłopotów. Dostanie swój scenariusz 

na czas, jak zawsze. Nie zapominaj, że muszę wywią­

zać się z umowy. 

- Jestem pewna, że Harris dałby ci więcej czasu, 

gdybyś go potrzebowała, kochanie. Wiesz, jak on cię 

lubi. 

74 

background image

Nie na tyle, żeby ostrzec ją przed zbliżającym się 

niebezpieczeństwem... albo żeby coś zrobić, gdy już to 

się zaczęło. 

- Czas nie jest istotny, mamo - buntowniczo od­

parła Debra. - Po raz pierwszy w życiu mam go tyle, 

ile chcę. I szczerze mówiąc, bardzo mi się to podoba. 

Ale zamierzam wykonać swoją pracę. Nie zapominaj, 

że umowę podpisują obie strony. Harris dostaje sce­

nariusz, a ja pieniądze. Naprawdę, bardzo mi się po­

doba ta moja samowystarczalność. 

- Jeżeli potrzebujesz pieniędzy, to Jason bardzo 

chętnie... 

- Nie chcę pieniędzy Jasona! 
- No to wiesz, że ja ci mogę pomóc. 

- Mamo - Debra Westchnęła, rozdrażniona - nie 

potrzebuję także twoich pieniędzy. Miałam szczęście. 

Mimo iż Jason ostatnio niezbyt idealnie się zachowy­

wał - o czym wolę nie mówić - to przez ponad pięć 

lat trwania naszego małżeństwa był dla mnie bardzo 

dobry. Nalegał, żebym zatrzymała wszystko, co zaro­

biłam na własne nazwisko - to, co było w banku albo 

w postaci jakichś inwestycji. Na swój sposób jestem 

bogatą kobietą. - Nie całkiem było to zgodne z praw­

dą, ale biorąc pod uwagę okoliczności, takie nagina­

nie faktów wydawało się nieszkodliwe. - Musisz po 

prostu to zaakceptować. - Debra nie była optymi­

stycznie nastawiona. Jej matka zbyt wiele lat rządziła 

ludźmi, by łatwo mogła zrezygnować z kierowania 

sprawami swej córki. 

- Akceptuję to, kochanie. Ale martwię się. To przy­

wilej matki. W końcu nie jestem już najmłodsza, no i... 

- Masz pięćdziesiąt cztery lata i jesteś w sile wieku 

- przerwała jej Debra z uśmiechem. - I wyglądasz 

dziesięć lat młodziej. Już niedługo ludzie będą nas 

brać za siostry.. 

75 

background image

- Nie, jeżeli będziesz tam o siebie dbała. Powietrze 

jest suche. Masz swój krem nawilżający, prawda? 

Ponieważ matka na to nalegała, Debra miała taki 

krem odkąd skończyła szesnaście lat. 

- Tak, mamo - odrzekła przeciągle, bo już dawno 

temu postanowiła, że nie będzie się kłócić. To, co ro­

biła po odłożeniu słuchawki telefonu, to była tylko 

i wyłącznie jej sprawa. 

- To dobrze! - zawołała Lucy Shipman najwyraź­

niej zadowolona, że ten najistotniejszy problem został 

rozwiązany. - Och, i zadzwoń do Stuarta, dobrze? 

- Do Stuarta? Skontaktowałam się z nim przed 

wyjazdem. Jakieś kłopoty? 

- Nie. Tylko... no cóż... - wzięła głęboki oddech 

i pośpiesznie dokończyła: - Stuartowi jest przykro, że 

stało się to, co się stało. 

Chociaż był jej starszym bratem, Debra nie miała 

dla niego zbyt wiele współczucia. 

- Stuartowi jest przykro z powodu mojego rozwo­

du? A to, że Jason zabawiał się na boku, nie przeszka­

dzało mu tak bardzo! 

- No nie, to nieprawda. Był bardzo niezadowolo­

ny, kiedy się dowiedział, co robi Jason. Ale on i Jason 

byli od lat przyjaciółmi. Nie może o tym zapomnieć, 

podobnie jak nie zapomina o tym, jak bardzo był 

szczęśliwy, gdy wyszłaś za Jasona. 

- Ja także byłam szczęśliwa - odparła smutno De­

bra - ale wszystko się zmieniło. I głupio byłoby pró­

bować odzyskać coś, co... minęło. 

Lucy Shipman zająknęła się: 

- Nie... nie kochasz już Jasona? 

- Wolałabym o tym nie mówić, mamo. 

- Bo jeżeli go kochasz... 

- Jesteśmy rozwiedzeni. Już po wszystkim. To ko­

niec! - Zdając sobie sprawę, jak bardzo podniosła 

76 

background image

głos, Debra szybko się opanowała. - Ale już dosyć 

o mnie. Jak ty się miewasz? 

- Jakoś przeżyję. Gardner zaczyna naciskać na 

mnie, żeby ustalić datę ślubu, ale ja wolałabym się nie 

śpieszyć. - Debra się roześmiała. Wyraźnie słyszała, 

że jej matka także się uśmiechała. - Wiem, co my­

ślisz, córeczko, i chyba masz rację. Być może dawniej 

się śpieszyłam. Ale zmieniłam się. Gardner jest moim 

czwartym partnerem, ale wierz mi, jeżeli zdecyduję 

się przyjąć jego oświadczyny, to będzie moim ostat­

nim mężczyzną. To nieustanne zmienianie nazwiska 

staje się trochę nudne. 

- Och, takie jest życie wymagającej kobiety! - draż­

niła się z nią Debra, ale replika matki otrzeźwiła ją. 

- Jaka matka, taka córka. Dzwonili już John i Ben-

jie. Chcą się z tobą zobaczyć, gdy tu wpadniesz. A kie­

dy to właściwie będzie, kochanie? 

- Ja... nie planuję tego w tej chwili. - Zamierzała 

trzymać się z dala od Nowego Jorku. 

- A ja myślałam, że raz czy dwa razy w miesiącu tu 

przylecisz, żeby pracować z Harrisem. 

- To nie jest konieczne. Będzie mi przysyłał zarys 

fabuły na następny tydzień. Ja będę mu wysyłała go­

towy scenariusz. Wszelkie inne sprawy można zała­

twić przez telefon. - Wymagało to nieco perswazji, 

ale Debra tak właśnie postanowiła, więc Harris nie 

miał wielkiego wyboru. 

- A co z przyjęciem Sandry? Liczy na ciebie... 

- Zadzwoniłam do niej w zeszłym tygodniu i wymó­

wiłam się. Doskonale mnie zrozumiała. - Czyż San­

drę nie spotkał kilka lat temu podobny los, jak Debrę? 

- Ale na pewno będziesz musiała wrócić po trochę 

swoich rzeczy... 

Lucy Shipman nie mogła zobaczyć uśmiechu swojej 

córki. 

77 

background image

- Nie, naprawdę nie. Zabrałam wszystko, czego 

potrzebuję. 

- Ale Jason mówi, że jest jeszcze wiele... 
- Powiedziałam Jasonowi, żeby się tego wszystkiego 

pozbył. Już mnie tam nie ma, mamo. Wyjechałam! -

Cisza w słuchawce świadczyła o konsternacji jej matki. 

Odczuwając coś w rodzaju litości, Debra odezwała się 

łagodniej: - A poza tym, naprawdę nie mogę się w tej 

chwili stąd wyrwać. Remont zacznie się w najbliższym 

tygodniu. Muszę tu być, żeby wszystko nadzorować. 

- A czy to piłowanie i walenie młotkiem nie prze­

szkodzi ci w pracy? Jak można w takich warunkach się 

skoncentrować? 

Debra natychmiast się ożywiła. 

- Układ pomieszczeń jest idealny. Widzisz, jest tu 

główny budynek, w którym przeprowadzi się więk­

szość prac. Poza tym mam tu starą powozownię, któ­

rą cieśla wyszykuje dla mnie tak, żebym mogła w niej 

mieszkać i pracować do czasu, aż zostaną zakończone 

wszelkie inne roboty. Tak więc, będę z dala od naj­

większego hałasu. Nic nie będzie mi przeszkadzać. 

Poza Grahamem Reidem. Ale z nim sobie poradzi. 

Po wczorajszej porażce w powozowni obiecała sobie, 

że będzie z nim przebywać tylko przy zapalonym świe­

tle... i z otwartymi oczami. 

- No cóż, kochanie... - matka westchnęła, przy­

znając niechętnie, iż wygląda na to, że jej córka panu­

je nad wszystkim. - Chyba wiesz, co robisz. Ale bę­

dzie mi cię brakować. Zadzwonisz, prawda? 

Chociaż Debra wiedziała, że najprawdopodobniej 

to matka będzie do niej dzwonić, i to dosyć często, 

przyznała: 

- Tak. Zadzwonię. A kiedy dom będzie gotowy, 

musisz wpaść z wizytą. Ty... - uśmiechnęła się - i sta­

ry Gardner. Nawet go lubię. 

78 

background image

- Bogu za to dzięki! - wykrzyknęła żartobliwie 

matka Debry, wiedząc, że tak naprawdę to nie miało 

żadnego znaczenia. Gdyby czekała na aprobatę córki, 

to przez te wszystkie lata byłaby samotna. Debra za 

bardzo kaprysiła nawet w swoich sprawach. W istocie, 

gdy wreszcie zakochała się w Jasonie, był to prawdzi­

wy powód do świętowania. - Ale Debra, pamiętaj. 

Jeśli poczujesz się samotna i zapragniesz towarzy­

stwa, to chętnie powiem słówko Benjie'emu. Lubię go 

bardziej niż Johna. Ma więcej klasy. Pojawi się u cie­

bie w mgnieniu oka. 

- Niekoniecznie tego mi potrzeba, mamo, ale dzię­

kuję, że o tym pomyślałaś. Pozdrów ode mnie wszyst­

kich, dobrze? 

- Oczywiście, kochanie. Trzymaj się. Do widzenia. 

Gdy Debra odłożyła słuchawkę, doznała pewnego 

poczucia winy. Mimo całego przewrażliwienia Lucy 

Shipman, ona naprawdę przejmowała się losem córki. 

I nic dziwnego, że z trudem przychodziło jej zaakcep­

tować tę jej „deklarację niepodległości". Bo czyż De­

bra nie grała w tę grę mniej więcej od trzydziestu lat? 

A jednak lepsza taka rozłąka późno niż wcale - po­

myślała. Odepchnęła się od ściany i wstała. 

I co teraz? Wykonała już zaplanowaną na dziś pra­

cę, telefon został zainstalowany, jako sumienna 

współpracownica zadzwoniła do Harrisa, żeby mu po­

dać swój nowy numer... No, a potem zadzwoniła do 

niej matka. Będzie musiała pamiętać, żeby dać za to 

Harrisowi małą reprymendę. 

Teraz potrzebna jej była filiżanka gorącej herbaty 

i krzyżówka do rozwiązania. Kupiła jakąś, gdy wyjeż­

dżała z Nowego Jorku. 

Ruszyła w stronę kuchni. 

Wzdrygnęła się, słysząc dzwonek telefonu. Po 

pierwsze dlatego, że był to nowy dźwięk w tym po-

79 

background image

mieszczeniu, a po drugie pomyślała, że to Graham. 

Z hałasem postawiła czajnik na ogniu i biegiem wró­

ciła do salonu. 

- Halo? - odezwała się, próbując ukryć entu­

zjazm. 

- Debra? Jak się masz? 

Od razu zmienił jej się nastrój. 

- Mike? Wszystko dobrze... Skąd masz mój numer 

telefonu? 

- Właśnie dzwoniła mama. Wydawało jej się, że je­

steś trochę przygnębiona. Zasugerowała, żebym cię 

rozweselił. - Przerwał na chwilę. - Mogę? 

Michael Lang był jej przyrodnim bratem, młod­

szym o trzy lata. Zawsze byli sobie bliscy. - Gdybym 

chciała, żeby ktoś mnie rozweselił, Mike, to do ciebie 

pierwszego bym zadzwoniła - powiedziała Debra 

z uśmiechem. - Ale czuję się znakomicie. Znasz ma­

mę... Zawsze doszukuje się czegoś, czego nie ma. 

- Wiem, ale postanowiłem, że sam to sprawdzę. 

Spodobał mi się ten pretekst, żeby do ciebie zadzwo­

nić. Co słychać? Mama mówiła, że już coś kupiłaś. 

Debra ponownie oparła się plecami o ścianę i usia­

dła na podłodze. I znów mówiła o swoim domu, o re­

moncie, jaki zamierza w nim przeprowadzić, o po­

mieszczeniu, w którym tymczasem będzie mieszkać, 

i o przekonaniu, że to posunięcie było najlepsze, jakie 

mogła wykonać. 

- Naprawdę nie mogłam tam zostać, Mike. Nie po 

tym... 

- Wiem. To padalec. 

- Stuart tak nie uważa. 

- Dlatego, że Stu nie jest od niego wiele lepszy. 

Nie mam pojęcia, jak Stephanie z nim wytrzymuje! 

- No cóż, może pozwolimy mu mieć wątpliwości. 

W końcu jest naszym bratem. 

80 

background image

- Jest twoim bratem. Ja przyznaję się do tego tylko 

w polowie. 

- A propos, jak tam twój tata? - Debra zawsze 

uważała, że Michael-senior nie był odpowiedni dla jej 

matki. Być może sam doszedł do tego wniosku. Ko­

bieta, z którą się ożenił po rozwodzie z Lucy, była 

o wiele bardziej uległa. Zdawali się do siebie idealnie 

pasować, a ich małżeństwo trwało już prawie dwa­

dzieścia lat. 

To o czymś świadczyło. 

- Tata czuje się świetnie. Razem z Marie łapią 

ostatni śnieg w Aspen. Odbiło im na punkcie nart. 

- Chyba zarazili się od ciebie. A propos, gdybyś 

chciał się u mnie zatrzymać po drodze do Tucker-

man's Ravine, to wiesz, że zawsze znajdzie się miejsce. 

- Mama miała rację. Ty się czujesz samotna. 

- Nie jestem samotna. Po prostu cieszę się, że te­

raz dla odmiany mogę sama dobierać gości. Powinie­

neś poczuć się zaszczycony. 

- Jestem, jestem! Ale chyba będę musiał zaczekać 

z jazdą na nartach do następnej zimy. Nie uda mi się 

wyrwać do połowy maja, no a wtedy to już... 

- No cóż, zaproszenie i tak jest aktualne. 

- Nie wrócisz? 

To samo pytanie, wywołujące te same wspomnienia. 
- Nie w najbliższej przyszłości. Chciałabym raczej 

trzymać się z daleka. 

Nastąpiła krótka przerwa, po czym Michael ode­

zwał się łagodnie: 

- Jeżeli ma to dla ciebie jakieś znaczenie, Deb, to 

uważam, że masz rację. Zasługujesz na coś lepszego. 

Mam tylko nadzieję, że tam to znajdziesz. 

Uśmiechnęła się i powiedziała, wzruszona: 

- Dzięki, Mike. Wiem, że znajdę. Będziemy w kon­

takcie. 

81 

background image

Odłożyła słuchawkę, oparła się o ścianę i głęboko 

westchnęła. Będzie jej brakowało pewnych ludzi. Mi­

ke był jednym z nich, jej ojciec drugim. Odruchowo 

sięgnęła po słuchawkę, ale znów ją odłożyła. Pewnie 

jest jeszcze w Londynie. Nie było sensu nawet próbo­

wać dzwonić. 

Przeraźliwy gwizd czajnika wezwał ją znowu do 

kuchni. Nie zdążyła jednak nawet sięgnąć po torebkę 

herbaty, gdy ponownie rozległ się dzwonek telefonu. 

Tym razem to musiał być Graham. 

A jednak nie był. 

- Debra? - w słuchawce ostrożnie odezwał się ni­

ski głos. 

- Tak, Jason. 

Powinna była wiedzieć. 

- Jak się masz? 

- Świetnie. - Cała zesztywniała. 

- Harris podał mi twój numer telefonu. 

- Domyśliłam się. 

- On... nie widział w tym żadnego problemu. 

- Nie dziwię się. - Przestąpiła z nogi na nogę. 

- A więc - kontynuował - jak ci się tam układają 

sprawy? 

- Wspaniale. 

- Kupiłaś ładny dom? 

- Uhm. 

- Harris powiedział, że przesłałaś mu scenariusz. 

Możesz tam pracować? 

- Bardziej niż kiedykolwiek dotąd. Tu jest cicho. 

Po prostu idealnie. 

Było, do chwili, gdy on zadzwonił. Czuła się głębo­

ko oburzona, że tak się jej narzucał. 

- Cieszę się. - Przerwał na chwilę. - No cóż, po 

prostu chciałem się upewnić, że dobrze się czujesz. 

Wysłuchała już chyba dosyć. 

82 

background image

- Chyba musisz mieć niezłe wyrzuty sumienia -

powiedziała. 

- Jesteśmy dobrymi znajomymi. Nie mam prawa 

wykazywać zainteresowania? 

- Przykro mi, Jason. Zrezygnowałeś z tego prawa, 

kiedy wskoczyłeś do łóżka Jackie. Tak mi utkwiła 

w pamięci scena z Lothario, że nie potrafię w tobie 

widzieć dobrego znajomego. 

Jason nie zamierzał dać sobie zamknąć ust. 
- Chciałem po prostu się dowiedzieć, co sądzisz 

o odcinkach w tym tygodniu. Szanuję twoją opinię, 

Debra. 

- Nie we wszystkich kwestiach, ale rzeczywiście -

zawsze liczyłeś się z moim zdaniem w sprawach zawo­

dowych. 

- Podobała ci się moja robota? - Wiedział, jak na­

wiązać z nią kontakt. 

- Nie mogła mi się nie podobać. Jesteś najlepszy 

w firmie. Natomiast Martin zaczyna świrować. 

- Myślisz o tej wzmiance o kazirodztwie? 

- Owszem! W szkicu scenariusza nie było o tym 

mowy. 

- Nie było... dopóki Harris nie dostał wyników 

ostatniego sondażu rynku. Pamiętasz, mówił nam... 

Nie, ty wtedy wyjechałaś. 

Na Haiti. Żeby szybko uzyskać rozwód. Odpowiedzią 

Debry było jedynie milczenie. Jason przełknął ślinę. 

- Tak czy inaczej, ten sondaż pokazywał, że musimy 

wymyślić coś szokującego, żeby zwiększyć oglądalność. 

Nadal jesteśmy na pierwszym miejscu, ale jeżeli chce­

my się na nim utrzymać, to... no cóż, włączenie wątku 

kazirodztwa jest jednym ze sposobów. No i nie wypa­

dło to najgorzej, zważywszy, że żadne z dwojga nie 

wiedziało o łączącym je pokrewieństwie. 

- To było kiepskie. 

83 

background image

- Tak. No cóż, napomknę o tym Harrisowi. Może 

na tym jednym ujęciu się skończy. 

- O Boże, mam taką nadzieję. 

Znów przerwał na chwilę. 

- Czy... czy czegoś potrzebujesz? 

- Spokoju i ciszy. Ten telefon dzwoni bez przerwy. 

Zignorował jej uwagę. 

- Mam na myśli to... czy... czy naprawdę czegoś ci 

potrzeba? 

Wiedziała dokładnie, co on ma na myśli, i bez żalu 

postanowiła go rozczarować. 

- Nie - odparła. 

- Jesteś pewna? 

Jak nigdy dotąd. 

- Uhm. 

Głos w słuchawce był coraz bardziej zakłopotany. 

- No cóż, to trzymaj się. 

- Dobrze. - Nie fatygowała się, żeby odwzajemnić 

jego ciche pożegnanie, po prostu poczekała chwilę 

i odłożyła słuchawkę. Upłynęło kilka minut, zanim 

ochłonęła. Masując palce, którymi podczas rozmowy 

z ogromną silą bezwiednie ściskała słuchawkę, ruszy­

ła w kierunku kuchni. 

Kiedy telefon zadzwonił po raz kolejny, omal nie 

krzyknęła. Zatrzymała się, zacisnęła pięści, wzburzo­

na, zawróciła i poderwała słuchawkę z widełek. 

- Halo! - Nie było to pytanie, lecz żądanie odpo­

wiedzi. 

Przez chwilę nikt się nie odzywał. I nagle jego głos 

popłynął po drucie jak orzeźwiający górski strumień, 

czysty i swobodny. 

84 

background image

R O Z D Z I A Ł 

- Debra? Mówi Graham. - Gdyby Debra nie wie­

działa, że w jego głosie brzmiał niepokój, mogłaby to 

uznać za zniecierpliwienie. Prawdopodobnie już wcze­

śniej próbował się dodzwonić. - Wszystko w porządku? 

Odetchnęła. 

- Już tak. Dzięki Bogu, że zadzwoniłeś! Już nie 

mogę wytrzymać tych telefonów. 

- Coś nie tak? 

- Ciągle dzwonią. Nie mogę w to uwierzyć! Można 

by pomyśleć, że wyjechałam już wiele miesięcy temu 

albo że jestem zupełnie niekompetentna. - Nie za­

mierzała obarczać Grahama swoją frustracją. Po pro­

stu trafił na zły moment. 

- Kto dzwoni? 
- Wszyscy... Harris, moja matka, Mike, a nawet Ja-

son. Właściwie, to ja zadzwoniłam do Harrisa. Pozo­

stali otrzymali mój numer właśnie od niego. 

Zapanowała dziwna cisza. W końcu Graham ode­

zwał się pierwszy. 

- Jesteś popularną damą. Przepraszam, że ci prze­

szkadzam. 

- Och, ty nie! - wykrzyknęła, rozczesując palcami 

włosy, przesuwając ręką od czoła w dół. - Tylko ty je­

den masz coś, czego potrzebuję. Czy... czy poczyniłeś 

już jakieś postępy, jeżeli chodzi o plany remontu? 

- Właśnie w tej sprawie dzwonię. - Teraz zaczął 

mówić poważniej, jak fachowiec, precyzyjnie, bez żar­

tów. - Poświęciłem temu trochę czasu wczoraj wie-

85 

background image

czorem i wykonałem kilka wstępnych szkiców. Dzisiaj 

cały dzień nie było mnie w domu, w przeciwnym razie 

zrobiłbym więcej. Jednak myślę, że mogę zacząć pra­

cę przy powozowni na początku przyszłego tygodnia. 

Chciałbym, żebyś jak najszybciej przeniosła się tam 

z głównego budynku. 

Przypomniała sobie o jego groźbie uwiedzenia jej 

na poddaszu, lecz szybko doszła do wniosku, że jego 

zasadniczy ton wykluczał taką ewentualność. Po pro­

stu nie chciał, żeby mu się plątała pod nogami. 

- Będziesz mógł zacząć pracę, gdy tylko wyniosę 

się z głównego budynku? 

Niemal wyobrażała sobie, jak potrząsa głową, a gę­

ste włosy najprawdopodobniej opadają mu na czoło. 

- Właściwie, to będzie zależało od tego, kiedy zdo­

będę potrzebne materiały. Będę mógł zacząć od razu, 

jeżeli uda mi się je zamówić w ciągu kilku najbliższych 

dni. Ale zanim złożę zamówienie, muszę z tobą omó­

wić moje plany. 

- Oczywiście. Powiedz, kiedy. 

- Może jutro po południu? 
- Doskonale. Hm... Może po wpół do trzeciej? 

Prawie zapomniała. Jak to się mogło stać? 

Graham przez chwilę milczał. Nagle zrozumiał. 

- Po wpół do trzeciej. Zatem do zobaczenia. 

- Uhm. Cześć. 

Spośród wszystkich rozmów telefonicznych, które 

odbyła w ciągu ostatniej godziny, ta była najważniejsza, 

najbardziej treściwa... I tylko tę z przykrością zakończy­

ła. Graham nagle stał się dla niej zwiastunem czekają­

cej ją przyszłości. Wnosił powiew świeżości i wolności, 

czyli zupełne przeciwieństwo tego, co pozostawiła, wy­

jeżdżając. Przypomniał jej, że zerwała z przeszłością, co 

było istotne zwłaszcza po rozmowie z Jasonem. Miała 

rację, że upierała się, by go zatrudnić. Wiedziała o tym. 

86 

background image

Graham, z kolei, odłożył słuchawkę z o wiele 

mniejszym przekonaniem o słuszności decyzji, którą 

podjął. Harris, Mike, Jason... czy ta kobieta sama 

uczestniczyła w jakiejś operze mydlanej? A poza tym, 

od czego właściwie uciekła? 

Ale przecież - zastanawiał się, siedząc na bujanym 

fotelu i odpychając się jedną stopą od biurka - nie 

był tym, który zamierzał „pierwszy rzucić kamie­

niem". Jego samego nawiedzały duchy przeszłości... 

Wciąż żywe. Przyciskając zaciśniętą dłoń do ust, przy­

glądał się fotografii, którą otrzymał pocztą w zeszłym 

tygodniu. Było to zdjęcie Jessie z uroczystości zakoń­

czenia szkoły średniej, które przysłał mu ojciec. Joan 

nie pozwoliłaby, żeby Jessie sama je wysłała, nawet 

gdyby dziecko pomyślało o tym. Ale nie pomyślało. 

Poza tym, Jessica nie była już dzieckiem. Musi zacząć 

myśleć o niej „Jessica", a nie „dziecko". Była kobietą, 

prawie dorosłą, już nie owym rozczochranym brzdą­

cem, który nie chciał iść spać. 

Natychmiast pogrążył się we wspomnieniach. Two­

rzyli wtedy trzyosobową rodzinę. Jessie była za mała, 

żeby zdawać sobie sprawę z napięcia panującego mię­

dzy rodzicami. Dopiero gdy podrosła, ta skompliko­

wana sytuacja zaczęła mieć wpływ także na nią. Jesz­

cze teraz Graham z bólem serca wspominał, jak stała 

między Joan a nim, spoglądając raz na niego, raz na 

nią. Chociaż chodziło właściwie o niezbyt istotne spra­

wy, jak pora chodzenia spać, wysokość kieszonkowe­

go, wyjazd na obóz - świadczyło to o znacznie więk­

szych różnicach poglądów męża i żony. Podstawowych 

różnicach. Takich, że niemożliwe już było pojednanie. 

Właśnie to powiedzieli sędziemu. Z pozoru rozwie­

dli się i rozstali w przyjaźni. Dopiero później, gdy 

z upływem czasu Jessie coraz bardziej się od niego 

oddalała, Graham zdał sobie sprawę, jaką to formę 

87 

background image

zemsty obmyśliła Joanie. Co za ironia - myślał -

a nawet okrucieństwo. Ożenił się z Joanie, bo spo­

dziewała się dziecka. A gdy małżeństwo się rozpadło, 

miał to dziecko i tak stracić. 

Jego pięść opadła na biurko. Poderwał się z miej­

sca. To wszystko przez ten pokój. To dlatego, że spo­

śród wszystkich pomieszczeń w tym domu, najwier­

niej odzwierciedlał dawne życie Grahama. Książki na 

półkach, papiery na biurku, no i zdjęcia... jego rodzi­

ców, Jessie, brata Boba i jego żony... To wszystko wy­

wołało melancholię, na którą był tylko jeden sposób. 

Dotarł do holu. Podeszwy jego butów zaczęły stu­

kać o lakierowane dębowe drewno, zakłócając ciszę 

i spokój, panujące w domu, i wymownie świadcząc 

o nastroju Grahama. Dopiero kiedy wszedł do swojej 

pracowni, oświetlonej wpadającym przez przeszklony 

sufit światłem, i zatrzasnął za sobą drzwi, cały ten 

zgiełk znów ustał. 

Godziny spędzone w tym zaciszu zostały przez niego 

dobrze wykorzystane. Plany, które zawiózł następnego 

popołudnia do domu Debry, były wspaniałe, znacznie 

bardziej dopracowane od pierwotnych. Czuł to, gdy 

rozwijał papier z projektem budowlanym, słyszał to we 

własnym głosie, kiedy wszystko Debrze objaśniał, wi­

dział to w jej oczach, patrzących na niego z zachwytem. 

- I naprawdę możemy zastosować z tyłu panele 

termiczne, gromadzące energię słoneczną? - spytała 

podekscytowana, siadając obok niego na podłodze, 

na piętach. 

- Jasne. - Uśmiechnął się, zadowolony z jej entu­

zjazmu. - Będzie doskonale. Możemy wyburzyć sufi­

ty dwóch pomieszczeń przybudówki, żeby zrobić tam 

88 

background image

solarium, o którym mówiłaś. Rozbudowując tutaj -

przyklęknął i pochylił się, wskazując różne części ry­

sunku - i tutaj, uzyskamy pięciokątne pomieszczenie. 

Dach będzie opadał ukośnie od strony południowej, 

bo tylko tam gałęzie drzew są na tyle rzadkie, że prze­

puszczają światło słoneczne. 

Skinęła głową i ponownie przyjrzała się planom. 

Imponowało jej to, jak starannie, na wysokim pozio­

mie i profesjonalnie je wykonał. Ostrożnie przewróci­

ła kartkę, by obejrzeć następną. Nagle, zdumiona, po­

kręciła głową. 

- Nigdy bym nie uwierzyła, że można przenieść 

schody. 

- Wszystko jest możliwe. Pytanie tylko, czy chcesz, 

żeby zostały przesunięte. Sam dom, bez przybudó­

wek, jest idealnie symetryczny. Sugerowałaś, że chcia­

łabyś wyburzyć część sufitu na parterze, by połączyć 

go z piętrem, a to zaburzyłoby ową symetrię. Dlacze­

go by nie dokonać radykalniejszej zmiany i nie zapro­

ponować czegoś naprawdę interesującego? 

Debra uśmiechnęła się szeroko. 

- W porządku! Podoba mi się to! - Podniosła 

wzrok i ich spojrzenia spotkały się. Pojawiła się między 

nimi niemal namacalna więź. W tej chwili jej serce za­

tańczyło jak szalone. Graham wydawał się równie po­

ruszony. Nagle odetchnął głęboko i wyprostował się. 

- Czy ja czegoś nie zapomniałem? 
- Zapomniałeś? - spytała. 

Popatrzył na nią. 

- Chodzi mi o plany. Czy uwzględniłem wszystko, 

co chciałaś? 

- Tak... a nawet więcej! Plany są doskonałe, Gra­

ham. Dzięki. 

Unikając jej wzroku, po prostu opuścił głowę, 

przyjmując do wiadomości jej komplement. 

89 

background image

- Zatrzymaj je. Mam w domu kopię. Jeżeli coś ci 

przyjdzie do głowy, zanotuj to. - Zaczął wstawać. -

Aha, i pomyślałem, że wpadnę w sobotę, żeby zosta­

wić trochę rzeczy w powozowni. Mogę? 

Chwilę to trwało, zanim ochłonęła. 

- W sobotę? Hm... jasne, świetnie. - Nagle coś so­

bie przypomniała. - Oj, ale może mnie nie być! Pla­

nowałam, że pojadę do Manchesteru po rzeczy. -

Przerwała na chwilę, żeby złapać oddech, po czym 

znów się odezwała: - Ale drzwi będą otwarte. Bę­

dziesz mógł wejść. 

Zdziwił się. 

- Zawsze zostawiasz otwarte drzwi? 

- Nie do tego budynku. - Powiodła dookoła wzro­

kiem. - Ale w drzwiach do powozowni nie ma zamka. 

Naprawdę nie ma w niej nic cennego. 

- Wkrótce będzie - zamruczał pod nosem, spoglą­

dając przy tym na nią ponuro. Energicznie wyciągnął 

z kieszeni długopis i zrobił stosowną notatkę w swym 

notesiku. Debra zastanawiała się, czemu tak się na­

chmurzył. 

- Przypuszczam, że masz rację - rzekła żartobliwym 

tonem. - Intruz byłby znacznie bardziej zainteresowa­

ny twoimi narzędziami niż moją maszyną do pisania. 

Graham nie fatygował się, żeby wyprowadzić ją 

z błędu co do przedmiotu jego troski. Schował długo­

pis i notes do kieszeni i odwrócił się, żeby odejść. Pró­

bowała coś wymyślić, cokolwiek, żeby go jeszcze na 

chwilę zatrzymać... Ale nie przychodziło jej do głowy 

nic oprócz własnej troski. 

- Graham? - Postanowiła mu o tym powiedzieć. Za­

trzymał się, z dłonią na klamce. - Chyba... nie masz już 

wątpliwości czy... przyjąć tę pracę, prawda? - spytała. 

Odwrócił się i spojrzał na nią. W jego głosie dało 

się wyczuć jakiś paraliżujący chłód. 

00 

background image

- Oczywiście, że mam. Ale przyjmę ją. Ten twój cho­

lerny dom to niezłe wyzwanie. I miałaś rację. Ani For-

bes, ani Campbell nie zaproponowaliby takich planów. 

Oczywiście, że nie. Przecież ani Forbes, ani Campbell 

nie praktykowali w Nowym Jorku, a chociaż Debra być 

może temu zaprzeczała, to jednak miała nowojorski 

gust. Szyk i wyrafinowanie. Taki był jej dom i ona sama. 

Debrę dobiegł odgłos włączonego silnika, pisk 

opon, a potem oddalający się warkot wozu Grahama. 

Usiadła i słuchała, dopóki nie pozostała jedynie cisza. 

Nagle, strofując się za uleganie wpływowi tego wiej­

skiego osiłka, zrolowała plany i odłożyła je do póź­

niejszego przejrzenia. 

Umieściła w maszynie do pisania czystą kartkę pa­

pieru i zaczęła sporządzać listę rzeczy, które zamie­

rzała kupić w Manchesterze. 

Jej pierwszy zakup tego dnia był chyba jednocze­

śnie najbardziej ekscytujący. Nigdy dotąd nie miała 

własnego samochodu, nie mówiąc o potężnym pojeź­

dzie z napędem na cztery koła. Była więc początkowo 

ostrożna. Jednak krok po kroku - a było tych kroków 

wiele - nabrała odwagi. Gdy o szóstej po południu 

wjeżdżała na żwirowy podjazd, zapomniała już o ma­

łym wynajętym samochodzie, zaprzyjaźniona ze swym 

nowym lśniącym Blazerem. 

W tylnej części wozu ułożyła torby z zakupami, 

wśród których były między innymi grube wełniane 

podkolanówki, bluza z napisem „New Hampshire -

Granite State", papier maszynowy, koperty, a także 

masło orzechowe i galaretka. Poza tym: długa deska 

rzeźnicza, z której postanowiła zrobić biurko, solidne 

emaliowane rury, które tak przycięto, żeby można 

91 

background image

z nich było zrobić nogi do tego biurka, krzesło z pro­

stym oparciem, które wypatrzyła na jakiejś „garażo­

wej wyprzedaży", poduszki do niego, a także gruba 

puchowa kołdra w kolorach jasnoniebieskim i kremo­

wym, którą sprzedawano akurat po obniżonej cenie. 

Z obniżoną ceną czy nie, ów ostatni nabytek był 

trochę na pokaz, zważywszy że jej elektryczny koc 

miał przybyć wraz z innymi rzeczami już w poniedzia­

łek. Rzeczywiście, wałęsała się bez końca po dziale 

z pościelą w domu towarowym, by wreszcie ulec im­

pulsowi. Koc elektryczny był praktyczny i skuteczny. 

Kołdra natomiast była przytulna i kojąca. 

Tak więc to właśnie tę kołdrę ułożyła na swym du­

żym mosiężnym łóżku, przywiezionym w końcu w cię­

żarówce od przeprowadzek w poniedziałek po połu­

dniu. Następnie ustawiła przed sobą mały telewizor 

i opierając się na grubych poduszkach, usiadła na łóż­

ku, by oglądać serial „Gry miłosne". Dopiero w prze­

rwie na reklamę, między drugą a trzecią częścią od­

cinka, zdała sobie sprawę, że nie jest sama. 

Graham stał z otwartą puszką napoju gazowanego 

w dłoni, opierając się swobodnie o drzwi salonu. Naj­

wyraźniej sięgnął do jej lodówki, a ona niczego nie 

słyszała. 

- Ciebie to naprawdę wciąga, co? - spytał, gdy 

spojrzała na niego, nagle dostrzegając jego obecność. 

- Stoję tu już od kilku minut. Nieźle wyglądasz, kie­

dy tak leżysz na łóżku i oglądasz telewizję. Naprawdę 

chcesz spać w tym salonie? - Podniósł puszkę do ust, 

nie spuszczając jednak wzroku z Debry. 

Zajmując nieco godniejszą pozycję, Debra przeszła 

do obrony. 

92 

background image

- Wydawało mi się to najbardziej sensowne. Po 

pierwsze, tutaj jest kominek. Po drugie, te schody są 

wąskie, więc ci mężczyźni od przeprowadzek strasznie 

by się namęczyli, gdyby mieli wnieść łóżko na piętro. 

- Rzeczywiście, było ogromne. - No a wreszcie, już 

niedługo przeniosę się do powozowni, zatem ten me­

bel znajdzie się tam również. 

Zastanowił się przez chwilę nad całą jej odpowie­

dzią, po czym, najwyraźniej usatysfakcjonowany, ski­

nął głową z uznaniem. 

- Rozsądne. Aha... - uniósł puszkę - dzięki za 

„Mountain Dew". - Odwrócił się i wyszedł tylnymi 

drzwiami, by kontynuować pracę w powozowni. 

A Debra znów musiała ochłonąć po tej niezapowie­

dzianej wizycie. 

Podkurczyła nogi. Przypomniała sobie moment jego 

przyjazdu. Ciężarówka Grahama wypełniona była ma­

teriałami budowlanymi, które zręcznie przeniósł do 

powozowni. Obserwowała go dyskretnie przez okno 

na piętrze, zahipnotyzowana jego fizyczną siłą, z jaką 

wszystko zdejmował, podnosił i przenosił. A potem za­

jął się pracą, jak gdyby Debry tu w ogóle nie było. Nie, 

wcale jej to nie przeszkadzało. Przecież zatrudniła go 

do pracy, a nie do zabawy. Miała jednak nadzieję, że 

Graham wpadnie zapytać, jak ona się miewa, czy zro­

biła zakupy, a nawet - gdzie kupiła tego Blazera. 

Nie zrobił tego. Po prostu poświęcał się pracy z ta­

ką samą niezmąconą koncentracją, jaką - jak się wy­

dawało - krytykował u niej. Oczywiście nie wiedział, 

że Debra oglądała telewizję ze względów zawodo­

wych i że to właśnie ona napisała scenariusz tego se­

rialu. W pewnym sensie podobało jej się utrzymywa­

nie tego w tajemnicy. Dawało jej to pewną przewagę. 

Choć czasami mogło się wydawać, że on dostrzega 

zbyt wiele, niemal jakby znal całą jej przeszłość. 

93 

background image

Skąd pochodził i co robił? Tu, w New Hampshire, 

w cieniu gór, budował domy swymi mocnymi dłońmi. 

Spojrzała na swoje ręce. Jej skóra była jasna i gładka, 

jego - ciemniejsza, bo pokryta włoskami. Jej palce by­

ły wysmukłe i zwężające się ku końcom, jego - szczupłe 

i tępo zakończone. Wnętrze jej dłoni było miękkie i za­

dbane, jego - twarde i zrogowaciałe. Takie różnice.. Ta­

kie podniecające różnice. Jednak nie mogła zapominać, 

że on był zwykłym cieślą, a ona przeżywała chwile sła­

bości po nagłym i bolesnym rozwodzie. Wystarczająco 

zły był już sam rozpad jej małżeństwa. Ale żeby zaba­

wiać się z wynajętym robotnikiem? A przecież tak ją to 

kusiło - wtedy, w powozowni, w ciemności... No tak, 

nie byłaby lepsza od jednej z postaci ze swego serialu. 

Przypominając sobie nagle o „Grach miłosnych", 

drgnęła i zerknęła na ekran akurat w chwili, gdy koń­

czył się odcinek. Przegapiła! Nie zdarzyło jej się to 

od... Czy w ogóle przegapiła kiedykolwiek jakiś odci­

nek tego serialu, odkąd zaczęła pisać scenariusz? 

Dzięki Betamaxowi i pracowitemu zbieraniu przez 

Jasona taśm filmowych, była nawet w stanie odtwo­

rzyć te odcinki, których nie obejrzała z powodu wyjaz­

du na Haiti. Przecież to była jej praca - rozumowała. 

A właśnie teraz ją spieprzyła! 

Zła na siebie, zeskoczyła z łóżka na podłogę i usia­

dła przy prowizorycznym biurku, na którym nadal sta­

ła maszyna do pisania, zmuszając się za karę do napi­

sania kolejnej sceny. I pomyśleć, że się przejmowała 

robotą Grahama... 

Gdy dwie godziny później mężczyzna pojawił się 

ponownie, wciąż uderzała w klawisze maszyny. Tym 

razem natychmiast dostrzegła jego obecność. Zawie­

szając dłonie nad klawiaturą, przerwała na chwilę 

pracę, by posłać mu krótkie spojrzenie, po czym znów 

zaczęła pisać. 

94 

background image

- Ciężko pracujesz - zauważył od razu. 

- Próbuję. - Wpatrując się w zapisaną do połowy 

kartkę, usiłowała nie stracić wątku. 

- Czy to powietrze? 
- Słucham? - Błędnie napisała słowo, zamazała je 

korektorem i wpisała na nowo. 

- Świeże powietrze. Czy to prawda, że ono inspiruje? 

Spojrzała w górę, a potem znowu w dół. 

- Ach, to... - westchnęła. - Naprawdę nie wiem. 

Inspiracja nigdy nie była dla mnie problemem. - Jej 

palce wydawały się nieutrudzone, lecz nie trafiały 

tam, gdzie powinny. Ignorując kolejny błąd, a potem 

trzeci, uparcie pisała dalej. Z pochyloną głową, być 

może nie dostrzegała zagadkowego wyrazu twarzy 

Grahama. Jednak nie mogła nie zwrócić uwagi na lek­

ką kpinę w jego głosie. 

- Rzadko widuje się takie pisarki - zażartował. -

Powinnaś opisać sekret swego pisania. To byłby best­

seller. 

Debra westchnęła, rozpaczając nad swym nieumie­

jętnym posługiwaniem się maszyną. Uzbierała się już 

co najmniej jedna linijka bezsensownie poprzekręca­

nych słów. Kładąc dłonie na obu bokach maszyny, 

podniosła oczy na Grahama. 

- Chciałeś czegoś ode mnie? 

Przez moment wydało jej się, że usłyszy typową mę­

ską ripostę. Wskazywała na to jego niedbała postawa, 

niewyraźny uśmiech. Lecz nagle ten uśmiech zniknął, 

a Graham wyprostował się. 

- Właściwie... - odezwał się zrównoważonym to­

nem - chciałem skorzystać z twojego telefonu. Cho­

dzi o rozmowę miejscową. Będę rozmawiał krótko. 

Wskazała głową w kierunku aparatu stojącego na 

podłodze. Odchyliła się na oparcie krzesła i patrzyła, 

jak Graham podchodzi sprężyście, przyklęka, by wy-

95 

background image

brać numer, a potem zaczyna rozmawiać. Mówił ci­

cho i zwięźle, cały czas spoglądając na Debrę. Gdy 

skończył, szybko wstał. 

- Dzięki - powiedział tylko i wyszedł. 

Przez długi czas Debra się nie poruszyła, z konster­

nacją wpatrując się w miejsce, gdzie klęczał, i przypo­

minając sobie każdy szczegół jego wyglądu. Miał na 

sobie swoje zwykłe ubranie robocze, to znaczy dżinsy, 

wełnianą koszulę i robocze buty. Chociaż nie był aż 

tak brudny, jak pierwszego dnia, kiedy go zobaczyła 

pracującego pod ciężarówką, to jednak widać było, że 

ta robota kosztowała go już trochę wysiłku. Świadczy­

ły o tym rozwichrzone włosy, ciemna, brudna smużka 

na przedramieniu, a także słabo wyczuwalny zapach 

potu. Pod koszulą miał biały ciepły podkoszulek, 

i jeszcze w tej chwili pamiętała, że przy dekolcie wy­

stawały spod niego brązowe włoski. 

Zapanowała nad rumieńcem i otrząsnęła się. Lecz 

wizerunek Grahama nie chciał opuścić jej pamięci. 

Potężny, wysmukły, władczy. Lew. Opanowany, z re­

zerwą. Po raz pierwszy zastanowiła się nad jego ży­

ciem. Zakładała, że rozmawiał przez telefon w spra­

wach zawodowych. Wskazywała na to zwięzłość jego 

wypowiedzi. Nie mogła jednak się powstrzymać od 

rozmyślań nad pozazawodową stroną jego życia. 

Przecież musiała istnieć. Ktoś taki na pewno spotykał 

się z kobietami. 

Wstrzymała oddech, bo pomyślała, że pewnie ma 

żonę, a może nawet gromadkę dzieci. Gorący pocału­

nek, którym ją obdarował, ani sugestywne spojrzenie 

w kierunku poddasza nie wykluczały przecież takiej 

możliwości. Jason miał żonę i to go nie powstrzymało! 

W przypływie oburzenia, Debra powróciła do ma­

szyny. Poirytowana, poprawiała każdą literówkę 

w tekście, rozpaczliwie pragnąc równie łatwo wyma-

96 

background image

zać z pamięci wizerunek mężczyzny, który przebywał 

właśnie w jej powozowni. Wydawało się jednak, że nie 

zostanie wplątana w pogmatwane losy klanów Ga-

ble'ów, Walkerów i Fieldingów, dopóki nie dotrą do 

niej słabe odgłosy piłowania i uderzania młotkiem, 

przywołujące ją do rzeczywistości. W końcu okazało 

się, że Graham wyszedł z jej domu równie dyskretnie, 

jak przyszedł. 

Mijały dni i ustaliła się pewna rutyna. Graham 

przyjeżdżał każdego ranka i od razu szedł do powo­

zowni. Nie chcąc kusić losu, Debra po prostu zosta­

wiała mu w kuchni dzbanek świeżo zaparzonej kawy 

i zajmowała się swoimi sprawami. Jeśli się spotykali, 

to jedynie przypadkowo i oboje reagowali na to ze 

stosowną nonszalancją. Debra uważała, że Graham 

jest w pełni zadowolony, całą swą energię wkładając 

w pracę. Musiała przyznać, że „swawolne" zachowa­

nie nie zdarzało się żadnemu z nich. Nie znaczyło to, 

że z upływem dni pociągał ją coraz mniej. Jego wy­

raźna obojętność zdawała się czynić go jeszcze atrak­

cyjniejszym. Trzymała się jednak od niego z daleka, 

oglądając postępy prac dopiero, gdy wieczorem zo­

stawała sama. Ta dzieląca ich odległość była jej wyba-

wieniem. 

Pod koniec tygodnia Graham zakończył remont 

powozowni, zainstalował nowe okna, świetlik i dużą 

przeszkloną kopułę w dachu. Rozświetlając to po­

mieszczenie w ten prosty sposób, zdziałał cuda i po­

zbawił Debrę wszelkich wątpliwości co do przekształ­

cenia powozowni w tymczasowe miejsce jej 

zamieszkania. Zaczęła niecierpliwie oczekiwać co 

wieczór kolejnych niespodzianek i znajdowała w nich 

97 

background image

usprawiedliwienie faktu, że całkowicie zawierzyła 

opinii Grahama. 

Jednak gdy minął wtorek, środa i czwartek następ­

nego tygodnia, zaczęła się niecierpliwić. Czas zajmo­

wało jej pisanie, wypady po zakupy, a także obowiąz­

kowe wizyty na poczcie. Zaczęła jednak odczuwać 

coraz większe pragnienie bezpośredniego obserwo­

wania postępów prac. W piątek uległa pokusie. 

W powozowni było ciszej niż przez cały tydzień. 

Nie słyszała uderzeń młotka, przenikliwego warkotu 

ręcznej piły czy, nieco cichszego, szlifierki. Nawet 

drzwi nie zaskrzypiały, kiedy je otworzyła i weszła do 

środka. Grahama nie było nigdzie widać. Zaskoczo­

na, weszła dalej, stanęła pośrodku i odwróciła się 

o sto osiemdziesiąt stopni. 

- Tutaj jesteś! - wykrzyknęła, dostrzegając go na 

poddaszu. - Malujesz? 

Zbliżał się do niej, powoli przesuwając się tyłem na 

czworakach. Nie pozwalał jej zbyt wiele dostrzec. 

- To lakier - powiedział i nagle zatrzymał się, 

przysiadając na piętach. - I jak, co o tym sądzisz? 

Debra powiodła wzrokiem po całym poddaszu. 

- Nie mogę w to uwierzyć! Wspaniałe! - Rzeczy­

wiście, było jasne i przestronne, a drewno uzyskało 

naturalną jasną barwę, po usunięciu starej, ciemniej­

szej warstwy. - Mogę wejść na górę? - spytała odru­

chowo, sięgając już dłonią do balustrady krętych 

schodów, które zbudował. 

Graham nie odpowiedział. Po prostu patrzył, jak 

Debra wchodzi na górę i zatrzymuje się tuż przy nim. 

- Ostrożnie! - Wskazał obok niej. - Jeszcze nie 

wyschło. 

Nie mogła się poruszyć, tak była zaabsorbowana 

podziwianiem widoku, który dotąd tonął w ciemności. 

- Prawie skończyłeś! - wykrzyknęła zachwycona. 

98 

background image

Graham podniósł pędzel i dalej umiejętnie rozpro­

wadzał lakier. Smarował równo i oszczędnie, nie po­

zostawiając żadnych zgrubień. 

- To chroni drewno, cokolwiek byś chciała w przy­

szłości tu, na górze, robić. 

Spoglądając na to szerokie poddasze, Debra była 

w stanie wyobrazić sobie ustawienie tu różnych rze­

czy. Wielkie mosiężne łóżko stanęłoby w samym koń­

cu, pod przeszkloną kopułą, żeby mogła przed snem 

liczyć gwiazdy, a budzić się wraz ze wschodem słoń­

ca. Biurko doskonale pasowałoby w pobliżu spadzi­

stego stropu, bo przez nowy świetlik wpadałoby mnó­

stwo światła, umożliwiając jej pracę. W innych 

kątach umieściłaby książki, sprzęt stereofoniczny, 

kilka małych stolików i fotele, które sprowadziła 

z Nowego Jorku. A pod spodem, przy tylnej ścianie 

powozowni, Graham zbudowałby półki, które po­

mieściłyby skrzynki i pudła z wszystkimi jej przywie­

zionymi rzeczami. 

Opierając się o sięgającą pasa balustradę, Debra przy­

glądała się wykonanej przez niego robocie. Na dźwięk 

podniesionego głosu Grahama, wyprostowała się. 

- Ostrożnie, Debra! 

- W porządku. 
- Jeżeli nie będziesz uważała, to spadniesz. -

Przerwał na chwilę, stojąc z pędzlem w dłoni. - Mo­

że powinienem był zrobić wyższą balustradę? 

- Nie bądź niemądry! Ta jest zupełnie bezpieczna. 

Poza tym, gdyby była wyższa, to połączenie poddasza 

z parterem nie wyglądałoby tak ładnie. Ale przecież -

spojrzała na niego łagodnie - ty o tym wiesz. 

- Tak - odrzekł spokojnie. - Wiem. 

Odwrócił się raptownie i znów zabrał się do pracy. 

Debra czuła, że pozwala jej już odejść, lecz nie mo­

gła się na to zdobyć. Zdumiona zmianą nastroju Gra-

99 

background image

hama, przyglądała się jego brązowym włosom i po­

chylonej głowie, gdy koncentrował się na pracy. Był 

samotnikiem. Zaakceptowała to. Pracował dla niej 

już dwa tygodnie, ale jeszcze nigdy nie przyprowadził 

żadnego pomocnika. A może ona go rozpraszała? 

Bardziej prawdopodobne było to, że go denerwowała. 

Opierając się o balustradę, doszła do smutnego wnio­

sku, że choć być może uważa ją za kobietę atrakcyjną, 

to po prostu jej nie lubi. 

Czując się dziwnie przygnębiona, zeszła po krętych 

schodach na dół, po raz ostatni z podziwem popatrzy­

ła na stworzone przez niego dzieło, i zostawiła go 

w spokoju. Gdy tylko znalazła się w kuchni, zadzwo­

nił telefon. Moment był odpowiedni, bo musiała roz­

ładować napięcie. Ruszyła pędem przez salon i pod­

niosła słuchawkę. 

- Halo? 

Niewielkie zakłócenia zasugerowały jej, kto to mo­

że dzwonić. 

- Cześć, laleczko. - To był Harris. - Jak tam leci? 

- Świetnie, Harris - odparła z entuzjazmem. 

Ale zaraz potem, siadając po turecku na podłodze, 

odezwała się nieco ostrożniej. - Dostałeś moją 

przesyłkę? 

- Wczoraj wieczorem. Wygląda nieźle, Deb. 

Kiedy zadzwonił trzy dni temu, omawiali scena­

riusz. Nie sądziła, że mogą być z nim jakieś problemy. 

Musiał być inny powód tego telefonu. 

- Jak było na zebraniu dziś rano? - spytała. 
- Brakowało nam ciebie... - rzekł ponuro, zawie­

szając głos, jakby się spodziewał, że ona coś z tym zro­

bi, zgadzając się natychmiast wrócić. 

Uśmiechnęła się tylko: 

- Dzięki, Harris. Jak tam wszyscy? 

- Wszyscy mają się świetnie. Ciągle pytają o ciebie. 

100 

background image

- Więc cieszę się, że jestem z tobą w ciągłym kon­

takcie - drażniła się z nim, nie chcąc ani trochę ustą­

pić. - Możesz ich zapewnić, że u mnie wszystko do­

brze. No to... co słychać nowego? 

Słuchała Harrisa, który przełknąwszy porażkę, 

przystąpił do przedstawiania ogólnego zarysu scena­

riusza na przyszły miesiąc, który miał zamiar jej prze­

słać. Nie było w nim nic „dziwacznego". Ku jej wiel­

kiej uldze, nawet wątek kazirodztwa został usunięty 

w cień. Dopiero gdy przyszło do omawiania rodziny 

Gable, którą ona wprowadziła do serialu, Debra za­

częła słuchać Harrisa zdumiona. 

- Ależ Harris, przecież już na ten temat dyskuto­

waliśmy. Selena uciekała już tak często i zawsze po­

tulnie wracała do Jonathana. Amerykańskie kobiety 

na pewno już wychodzą z siebie! 

- Tym razem nie było jej przez wiele tygodni. Uni­

kała Jonathana dłużej niż kiedykolwiek przedtem. 

Debra zaśmiała się pobłażliwie. 
- Oboje wiemy, że Marjorie chciała mieć trochę 

wolnego. Granie Seleny Gable dzień po dniu musi się 

stawać nudne, zwłaszcza dla tak energicznej kobiety, 

jak Marjorie. Mówię ci, niech ona znów się pojawi! 

- To znaczy powinna wrócić, tupnąć nogą i nie 

ustępować mu? 

- Niezupełnie. Uważam, że Selena powinna wresz­

cie postawić się mężowi. To jej ciągłe wyjeżdżanie 

i wracanie jest już nudne. Niech pokaże charakter! 

Jeżeli opuściła Jonathana, bo podejrzewała, że znowu 

ją zdradził, to niech sama czymś mu zagrozi. 

- To nie jest takie proste, Deb. Jonathan ma na Se-

lenę haka, że Ben może nie być jego synem. 

- A ona ma na niego wpływy swego ojca-polityka. 

Tak więc, ich rachunki są wyrównane. Proponuję, by­

śmy pozwolili Selenie wykorzystać swą inteligencję. 

101 

background image

- Ona wcale nie jest inteligentna! - zaprotestował 

Harris. - Nigdy nie była inteligentna! 

Ale Debra stanęła w jej obronie: 
- Nie, to nieprawda. Z pewnością trzymała Jonatha­

na w garści, wymachując mu przed nosem tymi kontrak­

tami rządowymi. Niech mu więc teraz na nosie zagra! 

- To znaczy, ma mu zagrozić utratą tych kontrak­

tów? Ale ona też na tym ucierpi. Jej dzieci mają takie 

same udziały w „Gable Electronics" jak Jonathan. 

- To prawda. Ale jest też druga strona medalu. Jej 

dzieci... a w każdym razie Adam i Cynthia... są także 

dziećmi Jonathana. Myślę, że niechętnie narażałby 

ich przyszłość. - Ściskając słuchawkę między policz­

kiem i ramieniem, pochyliła się, by podsycić ogień 

w kominku. 

- A zatem? 

- A zatem - powtórzyła i zaczęła mówić z coraz 

większą stanowczością - gdy Jonathan odnajdzie 

wreszcie Selenę, straszliwie się pokłócą. Po raz pierwszy 

Selena naprawdę odrzuci jego puste słowa wyrażające 

chęć pogodzenia się z nią. I po raz pierwszy wszystko 

mu wygarnie... co o nim myśli, co czuje. Mówię ci, na­

sza żeńska widownia będzie bić brawo na stojąco. 

- Chłopakom się to spodoba, nie ma co - w słu­

chawce rozległ się cichy pomruk. „Chłopaki" to byli 

scenarzyści z ekipy, koledzy Debry. 

- Dasz sobie z nimi radę, Harris. Poza tym, zawsze 

ci mówiłam, że powinniście mieć u siebie więcej sce­

narzystek. Powiedz chłopakom, że Jonathan też bę­

dzie miał kiedyś swój dzień w tym serialu. Tymczasem 

dajmy szansę Selenie. 

Westchnienie Harrisa z łatwością pokonało odle­

głość dzielącą Nowy Jork od New Hampshire. 

- W porządku, laleczko. Co jeszcze masz do po­

wiedzenia? 

102 

background image

Debra uśmiechnęła się ironicznie. 

- Selena może bardzo spokojnie poinformować 

Jonathana, że skontaktowała się z Rachel Lowden. 

- Z Rachel Lowden? Ale jej już nie ma w serialu 

od pięciu miesięcy. 

- No cóż, to ją znowu wprowadzimy... a w każdym 

razie groźbę, że może wrócić... I to w zaawansowanej 

ciąży. 

Nastąpiła długa przerwa. Nagle Harris odezwał się 

cicho, żartobliwym tonem: 

- Jesteś wcieleniem zła, Debra. Wiesz o tym? 
- Tego się wymaga w tym zawodzie, czyż nie? 

Posmutniała, zastanawiając się, czy takie samo 

„zło" tkwi w jej kolegach. Jason posunął się jeszcze 

dalej. 

- A co zrobi Selena, kiedy Jonathan przyprze ją do 

muru argumentem dotyczącym Bena? 

Debra uniosła głowę. 

- Jonathan nie ma żadnego dowodu. Selena o tym 

wie. Gdy dwa lata temu Richard dostał wylewu i za­

niemówił sparaliżowany, została wyeliminowana jedy­

na możliwość złożenia zeznań, że Ben jest dzieckiem 

z nieprawego łoża. Jeśli kiedyś w przyszłości pozwoli­

my Richardowi cudownie wyzdrowieć, to będziemy 

mogli to zrobić. Właściwie, może to mieć nawet zwią­

zek z badaniami dotyczącymi implantów, do których 

Adam właśnie zobowiązał firmę. Jak tak teraz o tym 

myślę, to mogłaby być nawet zemsta Jonathana w od­

powiedzi na zemstę Seleny. 

- Nieźle. 
- Będzie dobrze, Harris... o ile Selena będzie miała 

swój dzień. - Debra była zdecydowana postawić na 

swoim. - To źle, że Jonathan ciągle tak się zachowuje. 

Oczywiście, tym razem nie zdradził Seleny, to był fałszy­

wy alarm, ale na miłość boską, ten facet miał kiedyś je-

103 

background image

den gorący romans za drugim! - Głos Debry przybrał 

na sile. - Jakoś nie wydaje się, że oni wyrównali rachun­

ki. Nie ma sprawiedliwości. Selena za to, co zrobiła tyl­

ko raz, ciągle jest karana. Jonathan robił to samo bez 

przerwy, a odczuwa tylko pewne zakłopotanie, no i mo­

że lekkie zdenerwowanie, kiedy ucieka od niego żona. 

- No nie, chłopakom to się naprawdę spodoba -

powtórzył Harris, mrucząc pod nosem. Chociaż wyda­

wało się, że mówi tak, bo czuje się zastraszony przez 

ekipę scenarzystów, był wydawcą i producentem tego 

serialu, miał więc decydujące zdanie. 

Z płonącymi oczyma, w których odbijał się ogień 

kominka, Debra argumentowała dalej: - Jeśli chło­

paki nie potrafią sobie z tym poradzić, to ich problem. 

Takie mamy czasy. Kobieta ma prawo walczyć o to, 

czego pragnie, nawet jeżeli jest to jedynie odrobina 

szacunku ze strony męża! A skoro nie jest w stanie te­

go uzyskać, to być może można jej wybaczyć, że sama 

czasami oszukuje. - Podczas przerwy na złapanie od­

dechu, Debrze przyszedł do głowy pewien pomysł. -

Gdybym miała dość odwagi, to pozwoliłabym Selenie 

przespać się z młodszym mężczyzną, jakimś „mię-

śniowcem", który ją uwielbia. Do diabła, gdybym mia­

ła na tyle odwagi, to sama bym sobie takiego znalazła! 

Niekoniecznie młodszego. Ale z pewnością troskliwe­

go i czułego. - Przymrużyła oczy i odezwała się 

ostrzej: - I tak zadurzonego we mnie, że chętnie by 

machnął ręką na moją przeszłość. 

- To rzeczywiście byłaby sensacja - Harris drażnił 

się z nią. 

Debra, oczywiście, miała na myśli Selenę i jej krót­

ki romans, z którego narodził się Ben. Jednak musia­

ła zareagować na ciętą uwagę Harrisa. 

- Można to nazwać sensacją. - Nagle przelękła 

się, bo dostrzegła kątem oka jakiś ruch, odbity w mo-

104 

background image

siężnej rączce pogrzebacza opartego o kominek. Od­

wróciła się gwałtownie i ujrzała wpatrującego się 

w nią Grahama. Natychmiast ściszyła głos. 

- Słuchaj, Harris. Naprawdę muszę już kończyć. 
- I zostawisz mnie w takim zawieszeniu po całym 

tym wybuchu emocji? O rany, ty naprawdę jesteś 

wkurzona, co? 

- Co masz na myśli? 
- Jesteś zła na Jasona. Posłuchaj. Nie wiem, czy to, 

co powiem, jest coś warte, ale... już po wszystkim. 

- Właśnie to próbuję wszystkim mówić. 
- Nie, mam na myśli ten jego romans z Jackie. 

Świadoma obecności Grahama, Debra odwróciła 

się znów przodem do kominka i jeszcze bardziej ści­

szyła głos. 

- Naprawdę mnie to nie obchodzi. 

- On cię nadal kocha. 
- Harris - rzekła zwięźle - to po prostu nie jest 

prawda. 

- Kocha cię, Deb. 

- Harris... - powiedziała groźnie, walcząc z poku­

są zerknięcia przez ramię. - Słuchaj, poinformuj 

mnie, co postanowisz w sprawie Seleny. Może poroz­

mawiamy w przyszłym tygodniu, dobrze? 

Po chwili ciszy usłyszała zrezygnowany głos Harrisa: 

- Dobrze, laleczko. 

- Aha, Harris... 

- Tak? 
Uśmiechnęła się. 
- Rozchmurz się. Jak tylko sobie znajdzie kogoś 

innego, przestanie ci zawracać głowę. - Dobrze od­

gadła, co tam się dzieje. 

- Cholera, mam nadzieję... Cześć, Deb. 

Delikatnie odłożyła słuchawkę. Odwróciła się 

i spojrzała na Grahama. 

105 

background image

- Przepraszam. Nie mogłam się od niego uwolnić. 

Czy... chciałeś skorzystać z telefonu? 

Głos Grahama zabrzmiał dziwnie gardłowo: 

- Naprawdę byś to zrobiła... Wzięłabyś sobie ko­

goś tylko po to, żeby dopiec mężowi? - W jego ponu­

rym spojrzeniu dostrzegła pogardę. 

- Ja nie mam męża - odrzekła cicho. 
- W porządku. Byłemu mężowi. Wdałabyś się w ja­

kiś romans, żeby mu dopiec? - Zniknęła jego wcze­

śniejsza obojętność. Oczy, które ją sondowały, patrzy­

ły teraz bezlitośnie. 

- Nie powinieneś był podsłuchiwać. 

- Ale zrobiłem to. A teraz ty unikasz odpowiedzi 

na moje pytanie. 

Debra usiłowała mówić spokojnie i cicho: 

- Wcale nie muszę ci na to odpowiadać. 

Wykrzywił usta w sardonicznym uśmiechu. 
- A zatem... przypuszczam, że to prawda. 

- Co? 

- To jest bardzo subtelne przyznanie się do winy. 

Nie mogła w to uwierzyć. 

- Chyba tylko w wyobraźni beznadziejnego mę­

skiego szowinisty! Graham, zaskakujesz mnie! To 

znaczy, wiem, że wy, tutejsi, jesteście ciut bardziej 

konserwatywni niż my, ludzie z miasta, ale... dopraw­

dy! Nic cię nie upoważnia do oceny mojej moralności. 

Nie masz o niej pojęcia! - Zraniona i zagniewana, 

skoczyła na równe nogi i sięgnęła po kurtkę. - Wy­

chodzę! - stwierdziła, wsuwając ręce w rękawy. -

Możesz używać telefonu, ile chcesz. 

To jej wyjście byłoby doskonałe, gdyby nie fakt, iż 

Graham stał jej na drodze. Gdy chciała go wyminąć, 

z łatwością zastąpił jej drogę. 

Porażona jego bliskością, cofnęła się. 

- Przepraszam. Chciałabym teraz wyjść. 

106 

background image

- Zrobiłabyś to, Debra? 

- Czy bym wyszła? A pewnie. Przez cały tydzień 

myślałam o tym, żeby pojechać do supermarketu. 

Wiedziała, że nie to miał na myśli. Mówiło jej to 

ponure spojrzenie Grahama. Gdy podniosła wzrok, 

omal serce nie zatrzymało jej się w piersi. 

- Czy zachowałabyś się w ten sposób? - spytał po 

raz kolejny. 

- Chcę wyjść, Graham. Odsuń się, proszę. 

Powoli pokręcił głową, przymrużył oczy. 

- Próbowałem zachowywać się szlachetnie, próbo­

wałem dać ci spokój. Ale jeżeli to mam być ja albo ja­

kiś inny typek... 

Upłynęła chwila, zanim Debra pojęła, o co mu cho­

dzi. A wtedy rozzłościła się. 

- Żartujesz? Ja nigdy... 

- Nigdy byś się nie zadawała ze swoim cieślą? -

Przybliżył się o krok. - Zdaje się, że pamiętam twoją 

wcześniejszą reakcję. Spodobało ci się, gdy cię do­

tknąłem. - Wyciągnął rękę, żeby przypomnieć jej 

tamten dzień w powozowni, ale zwinnie go wyminęła. 

Jednak on równie szybko chwycił ją ręką w pasie. 

- Nie uciekaj teraz - mruknął. - Zaczyna się ro­

bić interesująco. - Przytrzymał ją jeszcze mocniej. 

- Puść mnie! - krzyknęła, aż nazbyt świadoma siły 

jego ramienia, siły całego jego ciała. W odpowiedzi 

obrócił ją i przyciągnął do siebie, tak że plecy Debry 

oparły się o jego klatkę piersiową. Jej wzrok padł na 

łóżko, i w przypływie paniki zadała sobie pytanie, co 

ją opętało, żeby je zostawić w salonie. 

- Nie możesz tego zrobić, Graham - wydyszała, gdy 

sięgnął drugą ręką pod jej kurtkę, obejmując biodra. 

Poczuła przy uchu jego ciepły oddech. 

- Dlaczego nie? Byłoby dobrze. Wiesz, to by rozła­

dowało napięcie. 

107 

background image

- Wcale nie czuję napięcia. Graham... przestań! -

Ugryzł ją lekko w ucho, a ponieważ krzyknęła, prze­

sunął usta na jej szyję. Próbowała oderwać jego ręce 

od swego ciała, ale wydawało się, że to były stalowe 

obręcze. 

- Ładnie pachniesz, maleńka... 
- Nie nazywaj mnie „maleńką"! To poniżające! -

Miękkim, ciepłym językiem wodził po wrażliwym miej­

scu na jej szyi. - Graham - błagała szeptem. - Nie! 

Pocałował ją jeszcze raz, po czym powoli odwrócił 

w ramionach twarzą do siebie. Zacieśnił uścisk, zanim 

zdążyła mu umknąć. Obejmując ją jedną ręką za szy­

ję, kciukiem i wskazującym palcem drugiej uniósł jej 

brodę. i 

Debra nigdy dotąd nie spotkała się z taką żądzą, ja­

ką właśnie dostrzegła w jego oczach. Graham jej pra­

gnął. I miał zamiar ją posiąść. Właściwie, powinna być 

teraz przerażona. Przerażało ją to, że uginały się pod 

nią kolana... a także to, że aby zachować szacunek dla 

samej siebie, będzie musiała stoczyć z nim walkę. 

- No już... - mruczał chrapliwie. - Zatrudniłaś 

odpowiedniego człowieka. 

- Zwolnię cię! - zagroziła, ale on tylko odchylił do 

tyłu głowę i zaśmiał się. Dostrzegła jego mocną, 

umięśnioną szyję, ładnie zarysowaną szczękę i zdro­

we, lśniące, białe zęby. 

- Nie zrobisz tego. - Popatrzył na nią pewnym 

wzrokiem. Nagle cały humor prysnął i w głosie Gra­

hama pojawił się tępy żal: 

- Zafascynował mnie twój dom. A ciebie zafascy­

nowały moje plany. To działa w obie strony, Debra. 

Po prostu. 

Miał rację. W pewnym sensie byli jak Selena i Jo­

nathan, bo każde z nich miało coś, czego potrzebowa­

ło to drugie. 

108 

background image

- Ale to byłby gwałt, gdybyś mnie zmusił. 
- Nie zmuszę cię. - Pochylił głowę i zaczął pieścić 

wargami jej policzek, przesuwając je tuż pod okiem 

i zmuszając ją, by je zamknęła. Drżenie jej ciała po­

twierdziło jego rację. Nie zmusiłby jej. Nie musiałby 

tego robić. 

Gdy Debra zdała sobie z tego sprawę, mocno wsu­

nęła dłonie między ich ciała. 

- Graham, daj spokój! - rzekła przez zaciśnięte 

zęby, prowadząc teraz wojnę na dwóch frontach. - To 

jest śmieszne! Nie będziesz chciał mieć ze mną do 

czynienia, jeżeli to zrobisz. I co wtedy będzie z twoją 

pracą tutaj? 

Z ustami tuż przy jej wargach, odparł niskim, zmy­

słowym głosem: 

- Każdego ranka przychodziłbym cię budzić, wpeł-

załbym na twoje łóżko, żeby poczuć ciepło twego ciała, 

jego dopasowywanie się do mojego... a potem brałbym 

się za pracę przy domu. Nie, Debra, to by mi zupełnie 

nie przeszkadzało! Jesteś atrakcyjna i do wzięcia -

przesuwał rękę coraz niżej - i jakoś nieprzyzwoicie 

sprawiasz, że łamię wszystkie swoje obietnice. - Nagle 

wydał się bardziej zagniewany niż podniecony. 

Debra przegrywała walkę. Jej własne postanowie­

nia zdawały się bardzo odległe. 

- Proszę - błagała - nie rób mi tego! Ja cię wcale 

nie znam. Niczego o tobie nie wiem! 

- A nigdy dotąd nie kochałaś się z nieznajomym? 

No, gdzie twoja wyobraźnia? 

- Wyobraźnia nie ma z tym nic wspólnego! - od­

paliła w ostatniej próbie zachowania świadomości. -

Pewnie jesteś żonaty albo zaręczony, albo masz jakąś 

kobietę, która rozchoruje się, gdy się dowie, że nie 

mogłeś się oprzeć swojej pracodawczyni. 

Jego ramię zacisnęło się na jej plecach. 

109 

background image

- Gdybym był żonaty lub zaręczony, to za cholerę 

bym nie robił tego, co właśnie zamierzam zrobić. -

Nie mówiąc nic więcej, odwrócił ku sobie jej twarz, 

a ich usta zetknęły się. 

R O Z D Z I A Ł 

Był mężczyzną potężnym, mocno zbudowanym, 

o wielkiej sile fizycznej. Jeśli Debra kiedykolwiek w to 

wątpiła, to teraz jego mocny pocałunek dowiódł tego 

ponad wszelką wątpliwość. Rozchylone usta Graha­

ma nie pozwalały jej wargom na żaden opór. Żarliwe, 

łapczywe, zdawały się pożerać ją z nienasyconą żądzą, 

która zapierała jej dech w piersiach. 

Gdy wreszcie się odsunął, zakręciło jej się w głowie. 

Zacisnęła palce na jego wełnianej koszuli. Była oszo­

łomiona. Graham pomyślał, że zaakceptowała swą 

porażkę. 

- Tak już lepiej - wyszeptał. - Chcę, żebyś była 

uległa, uległa i oddana. Prawa kobiet to piękna rzecz, 

ale nie tutaj. 

W przypływie oburzenia, zaczęła się z nim szarpać. 

- Jesteś brutal i łobuz! Odczep się ode mnie! 

Płonącymi oczyma wpatrywał się w jej wilgotne 

usta. 

- Co? I mam przegapić taką zabawę? Wiem, o co 

chodzi, Debra. Jesteś jedną z tych, które potrzebują 

takiej walki, żeby odegrać rolę skrzywdzonej dziewi-

110 

background image

cy. - Kiedy zaczęła się jeszcze energiczniej wyrywać, 

po prostu wzmocnił uścisk. - No cóż, nie musisz te­

raz tego robić. Nikomu nie powiem, że uległaś i do­

brze się bawiłaś. 

- Ty... - Jej protest został ukrócony przez jego 

wargi, które ponowiły atak. Po chwili, już nieco łagod­

niejsze, stały się bardziej przekonujące niż władcze. 

Debra, czując się coraz bardziej zagrożona, cała ze­

sztywniała. Była zdecydowana pozbawić go tej satys­

fakcji. 

Graham był jednak równie zdecydowany, by ją 

osiągnąć. Uwalniając jej plecy, tym razem uwięził 

w swych silnych dłoniach jej głowę 

- Otwórz usta, Debra - zażądał niskim, chrapli­

wym głosem. - Otwórz je. - Nie czekając, aż to zro­

bi, zaczął składać śmiałe, mocne pocałunki wokół jej 

warg, a każdy z nich pociągał ją, kusił, nęcił jakąś 

dziwną brutalnością. 

Nie potrafiła określić, na czym polegała ich niezwy­

kłość. Było tak, jakby agresywna pożądliwość Graha­

ma kryla jakąś głębszą potrzebę, jakby ta nagłość wy­

nikała raczej z samotności niż z czystego pociągu 

fizycznego. Pod powłoką brutalności Debra wyczuła 

coś cieplejszego, łagodniejszego. Być może sprawiały 

to jego dłonie, trzymające ją mocno, jednak nie czy­

niące jej żadnej krzywdy. A może było to delikatne 

drżenie jego ciała, świadczące o tym, że próbował się 

kontrolować, czego nie robiłby prawdziwy brutal. 

Jeszcze nie odważył się kusząco wysunąć języka... 

Nagle Debra zapragnęła, żeby to zrobił... Chciała, że­

by posmakował jej w pełni. Tak, kierowała nią cieka­

wość. Skoro jego śmiałe poczynania tak poruszyły jej 

zmysły, zastanawiała się, co by się stało, gdyby posunął 

się jeszcze dalej. To jego ledwie wyczuwalne uczucie 

desperacji wywołało u niej odruch współczucia. W tym 

111 

background image

ułamku sekundy zapragnęła zaspokoić jego pragnie­

nie, coś dla niego zrobić, być dla niego kimś ważnym. 

Jej usta stawiały coraz mniejszy opór, a w końcu 

uległy naciskowi, rozchylając się. Gdy jego język się 

w nich zagłębił, zdołał poznać je całe, zanim zdążyła 

zaprotestować. A jednak zaprotestowała - po chwili 

- próbując go odepchnąć. To jest niewłaściwe, mówi­

ła sobie, to wszystko jest niewłaściwe. Jednak gdy de­

likatnie przygryzł wnętrze jej warg, poczuła w sobie 

ogień, który mógłby ją całą spalić od środka. 

- Proszę, nie! - krzyknęła słabo, kiedy przesunął 

usta, by zbadać kształt jej policzka. - Nie... - Tym­

czasem jej dłonie mocniej ścisnęły jego muskularne 

ramiona. Byłby dobrym kochankiem, śmiałym i moc­

nym - mówiła sobie. Nagle zaczęła drżeć, przestra­

szona narastającym w niej podnieceniem. - Nie! -

krzyknęła, jakby rozkazując samej sobie, i spróbowa­

ła cofnąć się o krok. 

Ku jej zaskoczeniu, Graham pozwolił na to. Od ra­

zu pojęła, dlaczego. Gdyby jeszcze odrobinę posunął 

się do przodu, a ona cofnęła, znaleźliby się tuż przy 

łóżku. 

Zanim zdążyła zareagować, wsunął ręce pod jej po­

śladki i uniósł ją. Nim złapała oddech, już leżała na ple­

cach, spoglądając w twarz pożądającego ją mężczyzny. 

- Co ty robisz? - spytała, dysząc. Poczuła, że Gra­

ham przycisnął nogą jej uda, a ręką - ramiona. 

Nie odezwał się, pochylił głowę i pocałował ją z ta­

kim samym żarem, jaki palił ją w środku. Przynaj­

mniej był szczery - pomyślała. Pragnął jej. Nie bawił 

się w podchody, jak inni, których znała. Zawsze była 

wierna Jasonowi. Jednak mężczyźni często szeptali jej 

do ucha niedwuznaczne bzdury i tylko czekali, by za­

proponować jej pójście do łóżka. Może nie byliby ta­

cy odważni, gdyby wiedzieli, że im odmówi. 

112 

background image

W tym mężczyźnie, Grahamie, było natomiast coś 

naprawdę ekscytującego - wiedział, czego chciał, 

i zamierzał to osiągnąć. 

Czy była równie szczera? Zastanawiała się nad tym, 

a jej bezradne usta odpowiadały tymczasem na jego 

prowokujące pieszczoty. Smakowała go... Usta, język, 

zęby, po których wodziła czubkiem języka... Nawet je­

go zapach sprawiał jej przyjemność... Zapach, świeże­

go drewna, potu, lakieru, zapach pracy. Pragnęła re­

agować na jego poczynania. Jednak czy mogła uczynić 

to szczerze i pełnym przekonaniem? Czy mogła mu 

pozwolić, by robił, co chce... i czy jutro potrafiłaby so­

bie spojrzeć w oczy? 

- Graham! - wydyszała, gdy odsunął jej włosy, by 

zbadać ustami łuk jej szyi. - Dosyć! 

- Nie, kochana - zamruczał. - Nie sądzę, żebym 

kiedykolwiek miał dosyć. Nie masz pojęcia, co ty ze 

mną robisz! - To ostatnie zdanie zabrzmiało jak przy­

znanie się do słabości. Debra nagle poczuła się silna. 

Silna jako kobieta. Musiała rozczarować Jasona, skoro 

szukał szczęścia w ramionach innej. Fakt, że wzbudziła 

pożądanie w kimś tak niezwykle męskim jak Graham, 

było ogromnym komplementem dla jej kobiecości. 

- Powiedz mi, co z tobą robię - zażądała, przecze­

sując palcami jego bujne włosy i zmuszając go, żeby 

na nią spojrzał. - Powiedz mi, Graham. 

Ale on nie chciał brać udziału w gierkach słownych. 

Przesuwając się na jej ciało, wyraźnie zademonstro­

wał, jaki ona ma na niego wpływ. Opierając się na 

przedramieniu, zaczął obsypywać jej twarz i szyję po­

całunkami. 

Debra zamknęła oczy i delektowała się każdym do­

znawanym wrażeniem, nie tylko pełnym erotyzmu na­

ciskiem jego warg, lecz także ciężarem jego szczupłe­

go, silnego ciała o mięśniach jak ze stali. Wciąż czuła 

113 

background image

jego moc, ale teraz nieco się pohamował, by wywołać 

u niej reakcję, której pragnął. 

I to mu się udało. Debra czuła, że płonie i że jedy­

nym jej wybawieniem jest ciało Grahama. Nie bardzo 

wiedziała, co robią jego dłonie, dopóki nie poczuła na 

piersi powiewu chłodnego powietrza i nie zdała sobie 

sprawy, że jej bluzka została rozpięta. Debra jęknęła 

cicho, z przerażenia, czy może z podniecenia. Nie 

miała czasu się nad tym zastanawiać. Dłonie Graha­

ma nadal wędrowały po jej ciele, a usta obejmowały 

jej wargi. 

Jego twarde ręce cieśli wodziły po jej brzuchu, 

zręczne palce przesuwały się po koronkowym staniku. 

I znów dostrzegła w nim kuszące kontrasty... Szorst­

kie dłonie dotykały jej ze zmysłową finezją. Gdy prze­

sunęły się po jej piersiach, przytuliła się do niego, jak 

na ironię pragnąc teraz, by okazał swą siłę. Ale nie za­

mierzał tego zrobić. Aż nadto delikatnie wsunął palec 

pod koronkę stanika i zaczął powoli pocierać pełną 

pierś, aż po nabrzmiały szczyt... 

- Graham... o tak... 

Gdy ją pocałował, odwzajemniła jego łapczywość, 

nie zważając na to, iż zaczyna im brakować tchu. Miał 

rację. To rzeczywiście było dobre. Czuła, że obdarzał 

ją ciepłym uczuciem i pragnął jej. Czuła się nadzwy­

czaj kobieca i godna pożądania. 

- Tak... - zamruczała i zasygnalizowała ostateczne 

poddanie się, unosząc ręce ku jego piersiom, a potem 

obejmując jego naprężone plecy i przyciągając go do 

siebie. - Och, tak, Graham... 

- Powiedz mi... 
- To jest takie... dobre. 

I w tej samej chwili Graham się od niej odsunął. Je­

go dłoń zaprzestała swych słodkich tortur. Wsparł się 

na pięściach i spojrzał na nią z góry. 

114 

background image

- Jesteś cwana - burknął, a w jego głosie pojawiło 

się coś innego niż namiętność. - Zwiodłaś mnie, że­

bym podjął się tej pracy, kusząc mnie tym swoim 

drobnym ciałkiem. 

Walcząc z obezwładniającym pożądaniem, Debra 

zmusiła się, by otworzyć oczy. 

- Co? - wyszeptała, czując, że z pewnością prze­

gapiła początek tej rozmowy. 

Graham patrzył na nią groźnie. Oddychał ciężko, 

próbując się opanować. 

- Być może nie jestem owym młodszym mężczyzną, 

„wspaniałym osiłkiem", którego zaproponowałaś Sele­

nie - wycedził przez zęby - ale do cholery, pragnę cię. 

- O co ci... O co ci chodzi? 
- Nieźle nam idzie targowanie się. Ja zbuduję ci 

dom, ty mi zapłacisz. Ty będziesz mi ogrzewać łóżko, 

ja machnę ręką na twoją ponurą przeszłość. 

Pozbywając się resztek oszołomienia, Debra spoj­

rzała na niego z niedowierzaniem. 

- Moją... ponurą przeszłość? Nie ma żadnej ponu­

rej przeszłości! 

- W porządku. - Posłał jej nieprzyjemny uśmiech. 

- Nie będę cię o to pytał. Akceptuję cię taką, jaką je­

steś... Tak długo, jak długo będziesz mi robić dobrze. 

- Graham! - krzyknęła. - Sam nie wiesz, co mó­

wisz! 

- Wiem wystarczająco dużo - odpalił, delikatnie 

się do niej przybliżając. - Tylko to się liczy między na­

mi. Tylko to. Nic więcej. 

Nie doceniał jej. W przypływie siły zrodzonej 

z wściekłości nagle go odepchnęła, akurat na tyle sil­

nie, by wyśliznąć się spod niego i zeskoczyć w łóżka. 

- Ty łajdaku! - krzyknęła, próbując zapiąć bluzkę. 

Nagle poczuła się nic nie warta. - Nie mam żadnej 

ponurej przeszłości poza tym, że raz poderwałam jed-

115 

background image

nego faceta, żeby dopiec drugiemu. Podsłuchałeś pry­

watną rozmowę i... i niczego nie zrozumiałeś! - Trzę­

sąc się ze złości, nie była w stanie zrobić niczego wię­

cej, oprócz obrzucenia Grahama piorunującym 

spojrzeniem. Wstał z łóżka i stanął obok niej. Patrzył 

ponuro i zarazem zadziwiająco obojętnie. 

- Więc popraw mnie, jeśli się mylę - zażądał gło­

sem nie znoszącym sprzeciwu. Zahaczył kciuk za 

szlufkę przy pasku, a drugą rękę swobodnie opuścił 

wzdłuż ciała. 

Debra spojrzała na niego pełna oburzenia. 
- Powiedziałam ci już dosyć. Nie mam nic więcej 

do... 

- Chciałbym wiedzieć, skąd u ciebie nagle taki 

przypływ moralności. To znaczy... - uśmiechnął się 

drwiąco - te wszystkie telefony od Harrisa, Mike'a, 

Jasona... Proponowanie, żeby Selena zabawiła się 

z młodszym mężczyzną... Poderwanie biednego, ado­

rującego cię głupca... No, słucham! 

- Nie zasługujesz na żadne wyjaśnienia. 

- Chcę wiedzieć! - zagrzmiał, chwytając ją za ra­

miona z gwałtownością lwa atakującego zdobycz. 

- Jesteś moim cieślą - odparła słabo, chcąc go 

zranić równie mocno. - Niczym więcej, tylko moim 

cieślą. Na miłość boską! Nie jestem ci winna żad­

nych ... 

- Jestem mężczyzną - wycedził przez zaciśnięte 

zęby. - A ty prowadzisz niebezpieczną grę. Ten cieśla 

być może nie jest głupi, ale zaczyna się robić choler­

nie niecierpliwy. 

Debra najwyraźniej trafiła go w czuły punkt. Nigdy 

nie widziała go tak zagniewanego. Miał groźnie zaci­

śnięte usta, a bursztynowe oczy patrzyły na nią lodo­

wato. Uścisk jego palców nawet przez kurtkę sprawiał 

jej ból. 

116 

background image

- Chcesz wyjaśnień? - spytała, patrząc na niego 

z resztką śmiałości, jaka jej została. - No to będziesz 

je miał. 

Odetchnęła głęboko, by nieco ochłonąć. 

- Harris jest moim wydawcą. Mike jest moim przy­

rodnim bratem. Jason jest moim byłym mężem, a także 

kolegą po piórze. A Selena - wypaliła - akurat tak się 

składa, że jest postacią, którą stworzyłam. I jeżeli ze­

chcę jej znaleźć młodszego mężczyznę, ciepłego, uwiel­

biającego ją, delikatnego mężczyznę - to zrobię to! 

Zadyszana, wytrzymała zatrwożone spojrzenie 

Grahama. Bardzo powoli rozluźnił uścisk palców. 

Zmarszczył brwi i odezwał się dużo łagodniej i z pew­

nym wahaniem: 

- Czy ty... poddajesz się jakiejś terapii? 

- Terapii? 

- Chodzisz do psychiatry? 

- A po co, u licha, miałabym to robić? 

Spojrzał na nią z głębokim współczuciem i rzekł 

ostrożnie: 

- Wiesz, co to jest schizofrenia, prawda? 

Z początku nie pojęła, o co mu chodzi. 

- Schizofrenia? - powtórzyła z zakłopotaną miną. 

Nagle, zdumiona, zrozumiała, co miał na myśli. -

Schizofrenia? - wykrzyknęła histerycznie. Wyciągnę­

ła ręce, by go odepchnąć. - Nie jestem schizofrenicz­

ką! - wrzasnęła. - Selena to postać... jedna z wielu, 

o których piszę każdego dnia. - Cofnęła się o krok 

i drżącym palcem wskazała na telewizor. - Jestem 

scenarzystką! Piszę dla telewizji... operę mydlaną! Jak 

myślisz, dlaczego codziennie tak uważnie oglądam 

ten serial? Bo, do cholery, piszę do niego scenariusz! 

Piszę scenariusz! 

Graham milczał oszołomiony. Nie mogąc sobie po­

radzić z ogarniającym go wstydem, po prostu patrzył, 

117 

background image

jak Debra odwraca się i zaczyna iść w stronę drzwi. 

Gdy się za nią zatrzasnęły, Graham zmarszczył czoło 

i pochylił głowę. Usłyszał, jak Debra zapala silnik sa­

mochodu i odjeżdża. Chciał jej powiedzieć, żeby uwa­

żała... No, ale przecież była już dużą dziewczynką. 

Szykowną kobietą. Kobietą robiącą karierę... i to tak 

imponującą. A kim był on, żeby mówić jej cokol­

wiek... po takiej gafie, jaką popełnił? 

Zaczął go ogarniać coraz większy wstyd. Mężczy­

zna cofnął się w kierunku łóżka i ciężko usiadł na je­

go brzegu. Uważał się za inteligentnego człowieka, 

a jednak teraz wszystko źle zinterpretował. Przez 

chwilę myślał nawet, że Debra jest psychicznie nie­

zrównoważona. Bóg jeden wie, że nie byłaby pierwszą 

osobą, która opuściła miasto, znalazłszy się na skraju 

załamania nerwowego. Patrząc w sufit, wściekły na sa­

mego siebie, zacisnął zęby. Jakże mógł tak myśleć 

choćby przez chwilę, skoro zawsze wydawała mu się 

rozsądna i opanowana? 

Gdy pochylił głowę, jego wzrok padł na maszynę do 

pisania. Była scenarzystką... a nie jakąś kurą domową, 

która potrzebowała swojej dawki opery mydlanej, że­

by przetrwać kolejny dzień! 

Zaciskając palce na brzegu kołdry, rozmyślał 

o tym, co zrobił. Szczerze mówiąc był pewien, że ona 

fruwa z kwiatka na kwiatek. Tylu mężczyzn do niej 

dzwoniło... A kiedy dziś rano usłyszał, w jaki sposób 

rozmawia przez telefon... wydawało się, że postępuje 

niemoralnie. Skąd miał wiedzieć? Do cholery, dla­

czego od początku nie powiedziała mu całej prawdy? 

Cóż, prawdopodobnie to ją bawiło. Mimo że zaim­

ponowała mu swoim talentem pisarskim, to jednak 

wciąż była dziewczyną z miasta, cwaną oszustką. Pod 

tym względem miał rację. Od początku nim zawład­

nęła. A potem ubzdurała sobie, że chciał ją posiąść 

118 

background image

wbrew jej woli. Ale to przecież nie byłoby wbrew jej 

woli, prawda? Przytulała się do niego. Nie walczyłaby 

z nim, tego był pewien. Ale co potem? Jakże wiele ra­

zy zadawał sobie podobne pytanie... 

Wściekły, poderwał się z łóżka i powoli podszedł do 

okna, żeby spojrzeć na podjazd. Brązowy pikap wyda­

wał się samotny bez towarzystwa jej Blazera. Graham 

chciał zerknąć na zegarek i wtedy przypomniał sobie, 

że przecież nie ma go na przegubie. Już nie. Nie nosił 

go, odkąd się tu przeprowadził. To była jedna z tych 

rzeczy, które podobały mu się w życiu na wsi. Czas, 

mnóstwo czasu. Nowy Jork funkcjonował według ści­

śle określonego harmonogramu. Tam posiadanie ze­

garka było koniecznością. Każdy dzień to był maraton 

- bieganie z jednego spotkania na drugie, a rzadkie 

chwile przy desce kreślarskiej były niczym łapczywie 

wysysana w biegu cząstka pomarańczy. Pocierając 

w zamyśleniu nagi nadgarstek, próbował sobie przypo­

mnieć, kiedy ostatnio tak odruchowo próbował spraw­

dzić, która godzina. Było to dawno, dawno temu. 

Wpatrywał się w drogę za podjazdem, ale Blazer 

Debry nie wracał. Mężczyzna odwrócił głowę i rozej­

rzał się po pokoju za jakimś zegarem. W końcu na 

podłodze przy łóżku dostrzegł radio z budzikiem. By­

ła pierwsza po południu. Ona wkrótce wróci. Jej se­

rial zaczynał się za pół godziny. 

Przeklinając cicho swoją głupotę, poszedł do kuch­

ni, wyjął z lodówki puszkę „Mountain Dew" i wrócił 

do powozowni. Stwierdził, że tam jest jego miejsce. 

Był robotnikiem i powinien się trzymać swojej roboty. 

Schrzanił sprawę z Debrą. Zdaje się, że po prostu 

stracił kontakt z takim życiem - na wysokich obro­

tach. Osiem lat. To wystarczająco długi czas, żeby za­

pomnieć, jak to jest. Do tej pory mu to nie przeszka­

dzało. Więc dlaczego teraz było inaczej? 

119 

background image

Uniósł puszkę do ust i rozkoszował się chłodem na­

poju, spływającego powoli przez gardło. A potem po­

szedł do swojej ciężarówki i nie zamykając za sobą 

drzwi, usiadł za kierownicą. Sięgnął po brązową tor­

bę, która cierpliwie czekała na niego w cieniu na pod­

łodze, i wyjął z niej jedną z dwóch kanapek z szynką 

i serem, które przygotował sobie w domu. Szynka 

i ser... Spojrzał na tę nieciekawą kombinację i pomy­

ślał, że Debra nie jadłaby szynki i sera. Bez wątpienia 

schrupałaby jakąś sałatkę, wykwintną zapiekankę... 

i może popiła jogurtem. Znał ten typ kobiet... 

Poruszył się gwałtownie na siedzeniu. Łapczywie 

ugryzł dwa kęsy kanapki, jeden po drugim, i omal się 

nie udławił. Na ratunek przyszedł mu kolejny łyk na­

poju. Pamiętała o „Mountain Dew". Kim ona była, 

u licha, i czemu zagrażała spokojowi jego ducha? 

Kiedy już skończyły się kanapki i napój, on wciąż 

nie znał odpowiedzi. Wrócił do powozowni i zaczął 

instalować zamki, które kupił wcześniej. Jednak zale­

dwie zdążył wywiercić jeden otwór, odłożył narzędzia 

i ponownie udał się do głównego budynku. Nie bar­

dzo zdając sobie sprawę z własnych zamierzeń, usta­

wił przed sobą telewizor i włączył go. 

Serial „Gry miłosne" rozpoczął się już dawno te­

mu. Graham usiadł na podłodze, opierając się o łóż­

ko, i zaczął uważnie oglądać. Jeszcze zanim zakończy­

ła się ostatnia scena, uwierzył we wszystko, co usłyszał 

od Debry. Tak, Selena była postacią z tego serialu, 

chociaż dzisiaj tylko o niej wspominano. Harris Ward 

był wymieniony jako producent, a Jason Barry jako 

jeden ze scenarzystów. Pojawiło się także imię i na­

zwisko Debry. 

Graham ponownie schował odbiornik do torby, 

z której go wyjął, po czym powrócił do montowania 

zamków przy drzwiach powozowni. Wkręcał śruby 

120 

background image

z całą siłą, jaką dawała mu frustracja. Nagle rozejrzał 

się za czymś, w co mógłby uderzyć. 

Ależ był głupcem... Jak źle traktował Debrę! Choć­

by nawet nie była w jego typie, zasługiwała na jakiś 

szacunek! Gdybyż tylko mógł jej mieć za złe tę ule­

głość w jego ramionach... Ale nie mógł. Coś zaiskrzy­

ło między nimi, mimo wszelkich dzielących ich różnic. 

Do diabła, czyż nie złamał swego postanowienia, że 

będzie jej unikał? Czy to nie on zainicjował owe nie­

szczęsne „swawole"? Choć chciałby wierzyć, że jego 

reakcja była tylko odpowiedzią na jej zachowanie, to 

jednak w rzeczywistości chodziło o coś więcej. Pocią­

gała go. I, do diabła, nie wiedział, co z tym zrobić! 

Chwycił siekierę, wypadł jak burza z powozowni 

i zaatakował stare suche drzewo na podwórzu. Zdążył 

odrąbać jedynie dolne gałęzie, gdy usłyszał warkot sil­

nika. Zerknął na drogę i zobaczył Blazera wjeżdżają­

cego powoli na podjazd. Kiedy Debra zatrzymała się, 

on znów z całej siły rąbał drzewo. 

Kobieta wyłączyła silnik i siedziała przez chwilę 

w samochodzie, zastanawiając się, co powiedzieć, co 

zrobić. Winna mu była przeprosiny. Powinna wyja­

śnić wszystko już wcześniej. Sądziła, że to będzie tyl­

ko gra, ale ta „gra" obróciła się przeciwko niej. Jak­

że mogła go czynić odpowiedzialnym za to, co się 

stało? A jeżeli chodzi o sposób, w jaki się do niego 

przytuliła... Można by go niemal usprawiedliwić, że 

myślał o niej jak najgorzej. Jakiego rodzaju kobieta 

przybyłaby na to pustkowie, po czym zatrudniła do 

pracy najwyższego, najbardziej umięśnionego i nie­

zwykle przystojnego robotnika? Z pewnością był 

również wspaniałym projektantem i zdolnym rze­

mieślnikiem. Jednak ten scenariusz wydawał się aż 

nadto znajomy. Wielokrotnie sama opisywała różne 

warianty takiej sytuacji! 

121 

background image

Kręcąc głową, wysiadła z Blazera i zamyślona skie­

rowała w stronę domu. Nie zamierzała zobaczyć się 

z Grahamem, jeśli on pierwszy do niej nie przyjdzie. 

Nie zrobił tego jednak. Właściwie, nie wiedziałaby, co 

powiedzieć, gdyby się do niej odezwał. Nie odezwał 

się. Gdy już znalazła się w domu, rzuciła kurtkę na 

łóżko i udała się prosto do kuchni, żeby przygotować 

sobie filiżankę herbaty. Jej aromat i ciepło nie pomo­

gły jednak pozbyć się wewnętrznego chłodu, jaki od­

czuwała. 

Od chwili, gdy stąd odjechała, cały czas krążyła po 

okolicy. Trochę czasu spędziła też w zaparkowanym 

samochodzie, na cichej drodze usytuowanej na skar­

pie nieopodal pastwiska. I myślała o Grahamie. Tak, 

żałowała, że od początku nie powiedziała mu prawdy. 

I - tak, była zakłopotana tym, że go błagała. Ale naj­

większe wyrzuty sumienia miała z powodu tego, jak 

go upokorzyła. 

Była arogancka... zupełnie niepotrzebnie. Mówiąc 

mu, że nie jest „niczym więcej, tylko jej cieślą", miała 

na myśli to, iż byli jedynie dwojgiem ludzi, których 

ścieżki życiowe przecięły się z powodu tymczasowej 

sytuacji - remontu domu. Jednak z jej słów wynikało 

- a w swej złości pozwoliła, by tak się stało - że jest 

kimś gorszym od niej. 

To nie była prawda. Jako cieśla posiadał umiejęt­

ności, których ona w żaden sposób nie mogła naśla­

dować. Plany, które dla niej sporządził, przewyższa­

ły wszystkie, które do tej pory widziała, zarówno pod 

względem technicznym, jak i samego wykonania. 

W istocie, było w nim również coś takiego, co mogło 

świadczyć o jego wykształceniu. Wyrażał się jak czło­

wiek światły, miał bogate słownictwo, a w jego po­

czuciu humoru pobrzmiewała nawet nutka wyrafino­

wania. 

122 

background image

Zatrzymała się przy oknie w pustej jadalni. Komi­

nek. Graham rąbał suche drzewo na opał. Zahipnoty­

zowana, patrzyła, jak w powietrzu zakreśla siekierą 

niemal pełne koła, unosząc ją do tyłu i do góry, od no­

gi na wysokość klatki piersiowej i ramienia, i jeszcze 

wyżej... A potem całą siłą swych potężnych mięśni 

uderza w dół, rozłupując drewno. Westchnęła i opar­

ła się o ramę okna, popijając herbatę. 

Intrygował ją. Od samego początku, gdy tak gwał­

townie odmówił przyjęcia jej oferty pracy. Oczywi­

ście, jego wygląd fascynował ją, jednak chodziło o coś 

więcej. A może to był po prostu jej nawyk? W końcu 

obserwowanie ludzi, pisanie o nich, o ich zachowaniu 

i motywacjach, to jej praca. 

Gwałtownie uniosła głowę i wyprostowała się. „Gry 

miłosne"! Zupełnie zapomniała! Nerwowo zerknęła 

na zegarek i zdała sobie sprawę, że całkowicie przega­

piła dzisiejszy odcinek. Już po raz drugi jej się to zda­

rzyło. Po raz drugi! Zła, że aż tak zajmował ją ten 

mężczyzna, który przecież był tylko przelotną znajo­

mością, zasiadła przy maszynie do pisania. Właśnie 

tam - w salonie - zastał ją Graham, gdy pół godziny 

później wszedł do domu. 

Niosąc duże naręcze świeżo narąbanego drewna, 

rzucił jej przelotne spojrzenie i podszedł do kominka. 

Kucnął, by ułożyć polana w koszyku, i ponownie spoj­

rzał na Debrę. A ona odwzajemniła to spojrzenie. 

- Zrobiłaś zakupy? - spytał jak gdyby nigdy nic. 

- Hm... nie - odrzekła cicho. O tym też komplet­

nie zapomniała. - Pojeździłam sobie trochę... Nie by­

ło dużego ruchu... 

Ale palnęłam głupstwo, pomyślała, przecież to nie 

Nowy Jork. 

Graham tylko skinął głową i ponownie skupił uwa­

gę na układaniu polan. 

123 

background image

- Tutaj rzadko bywa duży ruch. Czasami nasila się 

na jesieni, kiedy turyści przyjeżdżają popatrzeć na ko­

lorowe liście. Wtedy jest tu pięknie. 

- Teraz też jest pięknie. 

- To prawda. - Skończył układanie drew, wstał 

i otrzepał dłonie, pocierając jedną o drugą. - Proszę. 

Powinno starczyć na jakiś czas. Popracuję jeszcze przy 

tym drzewie. I tak trzeba by je było ściąć. 

- Wiem. I... dziękuję. 

Unikając jej wzroku, znów skinął głową, po czym 

odwrócił się, żeby wyjść. Ale po chwili przystanął i po­

tarł kark. Debra wstrzymała oddech. 

- Posłuchaj - zaczął, spoglądając na nią łagodnie. 

- Przepraszam za to, co się stało. Wysnułem kilka 

błędnych wniosków. To nie powinno się było zdarzyć. 

Debra wysłuchała jego przeprosin, ale pokręciła 

głową. 

- Nie, Graham, to moja wina. Powinnam ci była 

powiedzieć o mojej pracy już pierwszego dnia, kie­

dy przyłapałeś mnie na oglądaniu tego serialu. A co 

do Harrisa, Mike'a i Jasona - uśmiechnęła się nie­

wyraźnie - to chyba powinnam była dokładniej 

określić, kim oni są, kiedy wymieniłam ich imiona. 

Nic dziwnego, że cię to zmyliło. A jeżeli chodzi 

o rozmowę, którą podsłuchałeś dzisiaj, to... no cóż, 

chyba rzeczywiście musiałam ci się wydawać trochę 

dziwna! 

Zmarszczył opalone czoło. 

- Tak, „dziwna" to dobre określenie. Zaczynałem 

już sobie wyobrażać, że zamierzasz przekształcić ten 

dom, to moje arcydzieło... w jaskinię grzechu. -

Uśmiechnął się kącikiem ust, co świadczyło, że wraca 

mu dobry humor. 

Debra poczuła się tak, jakby ktoś zdjął jej z ramion 

ogromny ciężar. 

124 

background image

- Nie - rzekła, wzdychając - ten dom ma być dla 

mnie i tylko dla mnie. Być może będę od czasu do 

czasu przyjmować gości, lecz mam nadzieję znaleźć tu 

spokój i ciszę. 

- Znajdziesz... bo ja znalazłem. 
Wydawało się, że to idealny moment, żeby go zapytać: 

- Jak długo już tu mieszkasz? 
- Osiem lat. Miałem szczęście. Dostałem aż za 

wiele propozycji pracy. A jeżeli chodzi o tutejszy spo­

kój - uśmiechnął się - to mogłoby być tak zawsze. 

Debra podkuliła pod siebie nogi i oparła się o ścianę. 
- Wiem, co masz na myśli. Jest coś takiego w tej ci­

szy, w śpiewie ptaków o świcie... 

- Jeszcze go tak wiele nie słyszałaś. Poczekaj kilka 

tygodni, aż wróci więcej ptaków i rozpocznie się ich se­

zon godowy... - Ściszył głos i przez chwilę oboje milcze­

li, zakłopotani. - No cóż... tak czy inaczej... jest miło. 

Uśmiechnęła się łagodnie i skinęła głową. 

- Więc będę czekać. 
Podtrzymany tym uśmiechem na duchu, Graham 

odezwał się delikatnie. 

- Przegapiłaś swój program. 

Zaczerwieniła się. 

- Wiem. 

- Obejrzałem go. 

Jej oczy rozbłysły. 

- Naprawdę? 
- Yhmm... Przegapiłem początek, ale to, co wi­

działem, przykuło mnie do telewizora. 

- Przestań, Graham - zbeształa go. 

Wyciągnął rękę, chcąc ją ułagodzić. 

- W porządku. No więc nie byłem przykuty. Sama 

fabuła mnie nie wciągnęła. Ale zafascynowały mnie 

dialogi i fakt, że to ty je napisałaś. 

- Nie do dzisiejszego odcinka. Chyba napisał je Don. 

125 

background image

- Ale twoje nazwisko też zostało wymienione. Mu­

sisz być bardzo utalentowana. 

Zbagatelizowała swoje dokonania wzruszeniem ra­

mion. 

- Ciężko pracuję, ale podoba mi się to. 
- Od dawna to robisz? 

- Od sześciu lat. 
- To znaczy, że byłaś bardzo młoda, kiedy zaczęłaś. 

Wydawało mi się, że trudno się załapać do takiej ro­

boty. 

- Tak, trudno. Ktoś mi... pomógł. 
- Nie mów, niech zgadnę... Twój tatuś jest grubą 

rybą w sieci telewizyjnej? 

- Niezupełnie. 
- To może... twoja matka jest aktorką, zatrudnioną 

tam na stałe. 

- Nie. 

- A zatem... to musi chodzić o Jasona. - Odchylił 

do tyłu głowę, spoglądając na nią pytająco. 

- Tak. - Uśmiechnęła się gorzko. - O Jasona. Po­

znałam go na warsztatach pisarskich pod koniec stu­

diów. Miał u nas wykłady... Pisał w tym czasie scena­

riusz do innej opery mydlanej. Zaczęliśmy się 

spotykać, a potem pobraliśmy się. Między innymi, na­

uczył mnie zawodu. 

- Albo on był dobrym nauczycielem, albo ty i tak 

byłaś uzdolniona w tym kierunku. 

- Chyba wszystkiego po trochu. Moim głównym 

przedmiotem na studiach był język angielski, a wiel­

kim marzeniem napisanie wspaniałej amerykańskiej 

powieści. - Te ostatnie słowa wypowiedziała żartobli­

wie, zabawnie je akcentując. - Wykłady Jasona były 

tak naprawdę moim pierwszym kontaktem z pisaniem 

scenariuszy. Zafascynowało mnie to. Ale oczarowało 

mnie i to, w jaki sposób opowiadał o tym Jason. 

126 

background image

- No i sam Jason? 
- On też. - Spojrzała na swoje dłonie spoczywające 

na kolanach - długie, szczupłe i... nagie. Nagle wes­

tchnęła. - Tak czy owak - przeniosła wzrok na Graha­

ma - zaczęłam pracować u jego boku. Wiesz, pisałam 

od czasu do czasu jakąś scenę, gdy on był zbyt zajęty. 

- Współpracowałaś z nim. 
- Na początku nieoficjalnie. 

Graham spojrzał ponuro. 

- To znaczy, że on wszystko przypisywał sobie? 
- Och, to nie było tak. - Debra stanęła w obronie 

Jasona. - W końcu byliśmy już wtedy małżeństwem 

i on mnie utrzymywał, tak czy inaczej. Ja nie chciałam 

uznania ani pieniędzy. One po prostu były przekłada­

ne z jednej kieszeni do drugiej. 

- To jest dobroczynność. Większość ludzi nalegała­

by na to, żeby znaleźć się w świetle reflektorów. 

- Ja nie lubię być w świetle reflektorów. 

Przyjrzał się jej sceptycznie. 

- Naprawdę? Ale... czekaj. Zbaczamy z tematu. 

Chciałbym usłyszeć zakończenie tej historii. 

- Nie ma zbyt wiele do opowiadania. Kiedy doszło 

do tego, że pisałam pełne scenariusze na dany dzień, 

Jason postanowił poinformować producenta, że jestem 

w stanie to robić z równym powodzeniem, jak on. Nie 

znaczy to, że tak właśnie było. Jednak to dało produ­

centowi swobodę działania, bo już dawno chciał zwolnić 

jednego ze scenarzystów. Byłam pod ręką. To wszystko. 

- Jesteś zbyt skromna - skarcił ją Graham, przyglą­

dając jej się uważnie. - Show-biznes potrafi być okrut­

ny, z tego co słyszałem. Trzeba być dobrym, żeby się 

tam wkręcić, po znajomości czy też nie. A kto mówi, że 

twoja praca nie jest lepsza od tego, co robi Jason? 

- Ja tak mówię. On jest dobry. Jego pomysły są 

spójne, a narracja zawsze nieco płynniejsza niż 

127 

background image

u reszty scenarzystów. - Zamyśliła się. - W tej pra­

cy przechodzi się kolejne etapy. Gdy człowiek zaczy­

na pisać scenariusze, to nie pragnie niczego więcej, 

jak tylko dopasować się do całości. W tym systemie 

pracy jest to konieczne. Ponieważ sześciu, siedmiu, 

a czasami ośmiu scenarzystów przygotowuje na zmia­

nę kolejne odcinki, byłoby katastrofą, gdyby każdy 

z nich chciał tworzyć po swojemu. Widz miałby wte­

dy kompletny mętlik w głowie. Istnieje jednak swo­

boda w pewnych sprawach, takich jak rozłożenie dia­

logów na różne postacie, a nawet proponowanie 

reakcji tych postaci na różnorodne wydarzenia. 

Upływa jednak trochę czasu, zanim człowiek nabie­

rze na tyle pewności siebie i wprawy, że potrafi ko­

rzystać z tej swobody. 

- Nie wierzysz, że osiągnęłaś już ten etap? 

Przypominając sobie poranną rozmowę z Harri­

sem, Debra odrzekła z przekonaniem: 

- Myślę, że w końcu zaczynam go osiągać. W każ­

dym razie, mam taką nadzieję. Kiedy teraz oglądam 

dany odcinek serialu, to od razu wiem, kto napisał 

scenariusz. Don, Martin, Steve - każdy z nich ma 

swój odrębny styl. Przez długi czas naśladowałam Ja-

sona. Mam nadzieję, że teraz się to zmienia. 

Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. Gdy 

Graham przerwał wreszcie ciszę, w jego głosie za­

brzmiała troska: 

- Czyżbym wyczuwał jakąś gorycz? 

- W sprawie Jasona? 

Skinął głową. Odrzucając włosy z twarzy, wzruszyła 

ramionami. 

- Nie ma powodu, żebym czuła gorycz. Jason był 

wspaniałym nauczycielem. To dzięki niemu zrobiłam 

karierę i mam środki do życia. Bez niego nie byłabym 

tym, kim jestem. 

128 

background image

- Pod każdym względem? Czy gdyby nie Jason, na­

dal mieszkałabyś w Nowym Jorku? 

Zastanawiając się nad jego pytaniem, przesunęła 

palcem po dolnym rzędzie klawiszy w maszynie do pi­

sania. 

- Tak. Chyba tak. Ale tylko dlatego, że Jason 

uwielbiał miasto. Ja od dawna chciałam się stamtąd 

wynieść. 

- Czy to... był jeden z problemów? 
- W naszym małżeństwie? Dobry Boże, nie! - Za­

śmiała się łagodnie. - Wątpię jednak, czy Jason zda­

wał sobie sprawę, co myślę na ten temat, a ja nie 

chciałam z tego robić problemu. Był szczęśliwy. A za­

tem i ja byłam szczęśliwa. 

Graham uśmiechnął się ironicznie. 

- Jaki śliczny układ. 
- Ale tak było! - wykrzyknęła Debra, przeciwsta­

wiając się jego sarkazmowi. - To znaczy, dobrze prze­

żyliśmy ze sobą pięć lat. Był dla mnie dobry. Prowa­

dziliśmy bardzo aktywne życie... dużo przyjęć, no i... 

i oboje odnieśliśmy sukces. 

- Więc co się stało? 

Nie spodziewała się, że spyta tak bez ogródek. 

Znów spojrzała w dół, na maszynę, i zmarszczyła czo­

ło. Jakoś nie potrafiła się zdobyć na powiedzenie mu 

całej prawdy. Była zbyt upokarzająca. 

- Och... chyba po prostu potrzebowaliśmy rozłąki. 

Jakoś tak poszliśmy w różne strony. 

- Tak nagle? 

Cały czas unikała jego wzroku. 

- Uhmm. 

- To dziwne. Naprawdę smutne. Wydaje się, że 

między tobą i Jasonem było dobrze. Żeby tak po pro­

stu... nagle się rozstać... To nie wróży najlepiej wszyst­

kim tym rzekomo szczęśliwym małżeństwom, prawda? 

129 

background image

Wystarczyło, że obrzuciła go jednym szybkim spoj­

rzeniem, i od razu zrozumiała, że dała się złapać na 

haczyk. Ani przez moment nie wierzył, że ona i Jason 

po prostu oddalili się od siebie. Ale w końcu, dlacze­

go miałby tak sądzić? Ludzie niezmiennie zakładali, 

że aby odnieść sukces jako telewizyjna scenarzystka, 

trzeba się z kimś przespać, a żeby to zrobić, należy 

prowadzić ryzykowny i nieuczciwy tryb życia. Ona 

i Jason nie postanowiliby się rozstać ot tak, dla zaba­

wy. Nie, musiał między nimi nastąpić jakiś poważny, 

dramatyczny konflikt. 

I rzeczywiście tak było. Ale Debra nie chciała o tym 

mówić. 

- Przypuszczam, że przeżywaliśmy kłopoty, jak in­

ne pary - zaproponowała, by zaspokoić jego cieka­

wość. 

- Ale kochałaś go? 
- Tak. Kochałam. Przez jakiś czas absolutnie wiel­

biłam. Gdy go poślubiłam, myślałam, że potrafi czynić 

cuda. Zdawał się wiedzieć wszystko i znać wszystkich. 

Może... może po prostu nie potrafiłam mu dorównać. 

Graham obrzucił ją karcącym spojrzeniem. 

- Ani trochę w to nie wierzę. A może było odwrot­

nie? - Widząc jej zdumienie, wyjaśnił: - Może stałaś 

się dla niego zagrożeniem? 

- Oczywiście, że nie! Nie mogłam się z nim rów­

nać. 

- Ty mogłaś tak uważać, lecz on mógł nie być pew­

ny siebie. 

Przez chwilę zastanawiała się nad taką ewentualno­

ścią. Nagle energicznie pokręciła głową. 

- Nie. Jason był absolutnie pewny siebie. Wiedział, 

kim był i czego chciał. - Jej własne słowa wywołały 

ukłucie w sercu i lekki dreszcz. Przecież on chciał Jac-

kie. Tak po prostu. 

130 

background image

Graham szybko wyjął ręce z kieszeni i podszedł do 

kominka. 

- Zaczyna się robić chłodno. - Przykląkł, wrzucił 

na popiół, który pozostał z ubiegłego wieczoru, nowe 

drwa i wziął z obudowy kominka długą zapałkę, by 

rozpalić ogień. Dopiero, gdy uznał, że polana się za­

jęły, odsunął się nieco, aby do Debry dotarła fala cie­

pła. Nie usiadł, a tylko przykląkł na jednym kolanie, 

na drugim wspierając przedramię. 

Debra obserwowała go ostrożnie, niepewna, jak 

bardzo Graham zamierza się tu rozgościć. Nie cho­

dziło o to, że była zajęta. Wręcz przeciwnie, popołu­

dnie miała wolne. Właściwie, jak się tak głębiej za­

stanowiła, doszła do wniosku, że lubi z nim 

rozmawiać, mimo tematu, który poruszyli. To dziw­

ne... Nie była w stanie myśleć o Jasonie, ani tak swo­

bodnie o nim mówić, od czasu, gdy dowiedziała się 

o jego zdradzie. 

Jakby odgadując jej myśli, Graham spytał: 
- Czy jest ci trudno... nadal z nim pracować? 

- Odległość czyni cuda - uśmiechnęła się delikat­

nie. - Nie muszę się kontaktować bezpośrednio z Ja-

sonem. Teraz najbliższy kontakt mam z nim wtedy, 

gdy oglądam napisane przez niego odcinki serialu. 

- A czy nie ma jakichś zebrań współpracowników, 

czy czegoś takiego? 

- No może, od czasu do czasu. 
- Mogłabyś więc do nich wrócić... 

- Nie chcę! I naprawdę nie ma takiej potrzeby. Po­

za tym... jestem tu bardzo szczęśliwa. 

Spojrzał na nią z ukosa. 

- Jak długo? 

- Słucham? 

- Jak długo będziesz tu szczęśliwa? - Pomyślał 

o Joan. Stanowczo sprzeciwiała się wyjazdom na wieś. 

131 

background image

Dla niej wakacje to był lot do Paryża, Acapulco czy na 

jakieś wyspy. 

Debra odetchnęła głęboko, udając rozdrażnienie. 

- No i znowu... stara śpiewka Grahama. Zamie­

rzam tu pozostać! Jak mogę cię o tym przekonać? 

- Słyszę, co mówisz, ale ciągle mam wątpliwości. 

Z tego, co powiedziałaś, byłaś w Nowym Jorku bardzo 

zajęta, udzielałaś się towarzysko. To musi być dla ciebie 

spora odmiana. Po jakimś czasie zaczniesz się nudzić. 

- I zacznę odrywać mojego cieślę od pracy, zaga­

dując go na śmierć? To masz na myśli? - Nieznaczny 

uśmiech w kąciku ust sprawił, że jej słowa nie za­

brzmiały ostro. 

Graham odpowiedział równie żartobliwie. 

- No cóż, miałbym się wtedy czym przejmować. 

Właśnie zaczynam ogromną pracę. Nie chciałbym, że­

by pogaduszki z panią domu opóźniały ją w takim sa­

mym stopniu, jak na przykład czekanie na dostawę 

nowego kotła centralnego ogrzewania. A propos -

od spraw żartobliwych przeszedł do praktycznych -

system paneli termicznych, który mam na myśli, powi­

nien ci zapewnić większość energii do ogrzania wody. 

- Wspaniale! 
- Chciałbym jednak zainstalować dodatkowy pod­

grzewacz wody, chociaż przez większość czasu będzie 

mógł być wyłączony. 

- Brzmi nieźle - kiwnęła głową. Nagle przypo­

mniała sobie dyskusję, którą przerwała wzmianka 

Grahama. - Posłuchaj, jeżeli cię zatrzymuję... 

- Nie zatrzymujesz. Już prawie skończyłem pracę 

w powozowni. W poniedziałek przyjdzie tu jeden gość 

i od razu rano przeniesiemy tam twoje rzeczy. Potem 

będę mógł zacząć pracować tutaj. 

Debra uśmiechnęła się zadowolona, wyprostowała 

nieco plecy, po czym westchnęła. 

132 

background image

- No cóż, zatem pewnie będziesz chciał już poje­

chać do domu... Mieszkasz sam? 

- Uhmm. - Nie uczynił żadnego ruchu, żeby 

wstać. 

- Niedaleko? 
- Niezbyt daleko. Około szesnastu kilometrów 

w tamtym kierunku - wskazał na północ. 

- W pobliżu tej góry? 

Wolno skinął głową, najwyraźniej nie śpiesząc się 

bardziej od niej. Być może - zastanawiała się - on 

także dobrze się czuje w jej towarzystwie. Dziwne... 

nie czuła się zagrożona... ani winna... 

- Byłeś kiedyś żonaty? - Skarcił ją spojrzeniem, 

szybko stanęła w swojej obronie. - Ja ci opowiedzia­

łam o sobie. To uczciwe pytanie. 

Uśmiech pojawiał się na jego twarzy powoli, ale 

jednak był dla niej wspaniałą nagrodą. 

- Tak sądzę. - Nieco przygasł. - Tak, byłem raz 

żonaty. 

- Ale nie tutaj. 

- Nie. 

I znów nie zamierzał jej powiedzieć, skąd przybył. 

Już po raz drugi unikał wyjawienia tego. Mogła się tyl­

ko domyślać, że nie był to dla niego przyjemny temat. 

Czyż mogła się z nim spierać? Przecież dopiero co sa­

ma wymijająco odpowiedziała na jego pytanie doty­

czące rozpadu jej małżeństwa. Przynajmniej mogła się 

czuć trochę usprawiedliwiona, skoro on też coś taił. 

- To było dawno temu? 
- Bardzo. 

- A jednak nie ożeniłeś się ponownie. - Nie mo­

gła tego zrozumieć. Był przystojny, miły, odnosił suk­

cesy w pracy. 

- Nie - odparł po prostu. Sięgnął po pogrzebacz 

i przesunął polana w kominku. 

133 

background image

- Nie czułeś się samotny? - spytała. 

- A gdzie tam... Mam tu dużo roboty. Wciąż je­

stem zajęty. - Jego odpowiedź była wymijająca i obo­

je o tym wiedzieli. Mnóstwo roboty to było coś zupeł­

nie innego niż bycie samotnym. Ludzie często 

wynajdują sobie jakieś zajęcie tylko po to, żeby nie 

odczuwać samotności. 

Graham wpatrywał się w ogień, a Debra przygląda­

ła się jemu. Jego mocno zarysowany, ostry profil paso­

wał do tego, kim był i gdzie postanowił spędzić tych 

osiem lat. Pomyślała, że zbyt wiele wniosków wyciąga 

na podstawie jego wymijających odpowiedzi, że tylko 

wyobraża sobie, iż znajdują się w podobnej sytuacji. 

Graham niekoniecznie musiał pochodzić z wielkiego 

miasta, tak jak ona. Bardzo prawdopodobne, że więk­

szość życia upływała mu w takim powolnym rytmie, 

w jakimś innym małym stanie, w innej wiejskiej okoli­

cy. Oczywiście, pozostawała jeszcze sprawa planów, 

które dla niej wykonał. Musiał się gdzieś tego nauczyć. 

No ale przecież w wielu mniejszych miastach były róż­

ne świetne szkoły... Gdzie on studiował? Otworzyła 

usta, żeby go o to zapytać, ale zadzwonił telefon. 

Graham odwrócił głowę w kierunku aparatu, ale to 

Debra podniosła słuchawkę. 

- Halo? 

Od razu rozpoznała głos w słuchawce i uśmiechnę­

ła się. 

- Mam się dobrze, Stuart. A ty? 

Jej starszy brat właśnie rozpoczął swą - potoczystą 

i długą - odpowiedź, kiedy Debra poczuła na sobie 

groźne spojrzenie Grahama. Przeniosła na niego 

wzrok i aż się cofnęła. 

134 

background image

R O Z D Z I A Ł 

Rozmawiając z Grahamem, Debra spędziła czas 

zaskakująco przyjemnie; była niezwykle zrelaksowa­

na. Kiedy więc nagle tak groźnie na nią spojrzał, na­

tychmiast poczuła, że coś utraciła. Nagle zrozumiała. 

Przykryła dłonią słuchawkę i pośpiesznie wyszep­

tała: 

- Stuart jest moim starszym bratem. 

Monolog starszego brata gwałtownie się urwał. 

- Kto tam jest? - mruknął, jak zawsze ostrożnie 

podchodząc do czegoś, czego nie znał. 

Debra nie spuszczała wzroku z Grahama, posyłając 

mu karcące spojrzenie, by nie był już tak naburmu­

szony. 

- To facet, który pracuje przy remoncie mojego 

domu - wyjaśniła pośpiesznie. - Właśnie omawiali­

śmy pewne sprawy. 

Było to właściwie zgodne z prawdą - pomyślała -

choć może trochę mylące. 

- Aha. A kto to jest? 

- Nazywa się Graham Reid. Ci, którzy go polecili, 

bardzo pozytywnie się o nim wyrażali. 

W jej spojrzeniu pojawiła się złośliwa figlarność; 

Graham odwrócił wzrok. Debra zamierzała jeszcze po­

chwalić sporządzone przez niego plany, lecz Stuart jej 

przerwał. 

- Jesteś z nim sama? 

Burkliwy i podejrzliwy ton głosu brata sprawił jej 

ból. Stuart zawsze był wobec niej opiekuńczy, ale nie 

135 

background image

tak dawno zawiódł ją właśnie wtedy, gdy mógł pomóc. 

Nawet jego rzekomy konflikt interesów był tu słabym 

usprawiedliwieniem. 

- Wszystko w porządku, Stuart - wycedziła 

przez zęby i zmusiła się do zachowania spokoju. -

Ale chyba ci przerwałam. Coś mówiłeś... coś o ma­

mie? 

W głosie Stuarta pojawiło się więcej irytacji niż 

oschłości. 

- Dzwoniła przed chwilą. Rozmawiałaś z nią? 

- Nie rozmawiałam od paru dni. 
- Poczekaj, aż usłyszysz najświeższe nowiny. 

- Czekam. 

Graham sięgnął po kolejne polano, dołożył do 

ognia, po czym wstał. Debra obserwowała jego ruchy, 

mając nadzieję, że nie wyjdzie. Była gotowa w każdej 

chwili zakończyć rozmowę ze Stuartem. 

- Tym razem chce mieć uroczysty ślub. - W jego 

słowach pobrzmiewało mnóstwo pogardy. 

To, że matka pragnęła uroczystego ślubu, rzeczywi­

ście było dla Debry nowiną, chociaż od dawna uważa­

ła ją za ekscentryczkę. 

- To znaczy z ministrantami, druhnami, płatkami 

róż i długim trenem przy sukni? - spytała. 

- No właśnie! Ona nie może tego zrobić! To jej 

czwarty ślub, na miłość boską! 

Debra wzięła głęboki oddech, próbując nie tracić 

cierpliwości. 

- Wiem, że to jej czwarty ślub. 

- To nieprzyzwoite. 

- Nie, jeżeli właśnie tego chce. 
- A ten idiota Gardner... 

- Lubię Gardnera. 

- On chce, żeby się przeprowadziła z nim do Palm 

Beach. Wiedziałaś o tym? 

136 

background image

- Nie. Ale uważam, że to świetnie. - Uśmiechnęła 

się, dodając żartobliwym tonem - Mama ma wystar­

czająco dużo lat, żeby dać sobie z nim radę. 

- Tak myślisz? A przypomnij sobie, jak było ze 

Stanleyem. 

- To nie była jej wina. Wyszła za Stanleya, bo 

uwielbiała go mieć przy sobie. Był czarującym towa­

rzyszem. Skąd mogła wiedzieć, że on to potraktuje jak 

dobrze opłacane zajęcie? 

Stuart żachnął się: 

- Powinna była wiedzieć. 

- Daj spokój. Była zakochana! 

- Zakochana? Naprawdę tak myślisz? No a co 

z Michaelem? 

- Z Michaelem było inaczej. Kiedy za niego wy­

chodziła, przeżywała chwile słabości po rozwodzie 

z tatą i sądziła, że potrzebny jej spokojniejszy, łagod­

niejszy mężczyzna. 

- I przypuszczam, że jego też kochała? 
- Na swój sposób. 

Graham stał oparty o obudowę kominka i inten­

sywnie wpatrywał się w ogień, który właśnie podsy­

cił. 

Debra zdawała sobie sprawę, że czeka, aż ona 

skończy rozmowę. 

- Posłuchaj, Stu. To nie jest nasza sprawa. 

Stuart nie dał się zbyć. 

- Ona jest naszą matką. Oczywiście, że to nasza 

sprawa! Myślę, że powinniśmy jej trochę przemówić 

do rozumu. 

- I tutaj się mylisz. To jej życie. Ona wie, co robi. 

W tej chwili szczerze wierzy, że jest zakochana 

w Gardnerze. Co będzie w przyszłym tygodniu... czy 

w przyszłym miesiącu... tego nie wie nikt. 

- Uciekasz od tematu. 

137 

background image

Poczuła, że zaczyna się coraz bardziej irytować. 

Stuart potrafił wzbudzać w niej takie uczucia. 

- Od niczego nie uciekam! Myślę po prostu, że po­

winniśmy zostawić mamę w spokoju. 

- Ale przecież jesteśmy jej coś winni. 
- Masz rację. Jesteśmy jej winni lojalność i wspar­

cie. Tylko że to nie jest twoja specjalność, co? 

Stuart postanowił całkowicie zignorować jej doci­

nek. 

- Jesteśmy jej winni dobrą radę. 

- Dobrą radę? - krzyknęła Debra. - A kim my je­

steśmy, żeby dawać jej dobre rady? Moje małżeństwo 

właśnie diabli wzięli, a twoje... no cóż, ty akurat masz 

za żonę świętą kobietę, która wytrzyma wszystko, no, 

może poza napaścią i pobiciem! Gdyby przyszło co do 

czego, Stuart, to nasze rady będą guzik warte! - Za­

milkła na chwilę, zirytowana; opuściła głowę i potarła 

dłonią czoło. - Słuchaj, muszę już kończyć - wyszep­

tała przygnębiona. 

- Chcesz iść na ten uroczysty ślub? 

- Nie zamierzam iść na żaden ślub! Nie ma mnie 

tam, pamiętasz? 

- Łatwo możesz wrócić. Będzie chciała, żebyś 

przyszła. 

- Po prostu będzie musiała mnie zrozumieć. 

W gruncie rzeczy, ty możesz jej to wytłumaczyć. Je­

steś mi coś winien. 

Nie cierpiała tych telefonów, nie cierpiała! 

- Jestem ci coś winien? 

- On był twoim najlepszym przyjacielem, Stuart! 

Cały czas o wszystkim wiedziałeś! - W przypływie 

emocji, Debra zapomniała na chwilę o obecności 

Grahama i ponownie zwróciła na niego uwagę do­

piero wtedy, gdy lekko poruszył nogą. Spojrzała na 

niego z obawą i stwierdziła, że wlepia w nią wzrok. 

138 

background image

Zerknęła w bok i ściszyła głos. - Będę zmuszona 

zadzwonić do ciebie innym razem, Stu. Do widze­

nia. 

Tylko przenikliwy wzrok Grahama powstrzymał ją 

od trzaśnięcia słuchawką. Celowo powoli odłożyła ją 

na widełki, podobnie jak celowo patrzyła w bok, do­

póki nie minął jej gniew. Zamiast niego pojawiło się 

jednak coś innego - krępująca świadomość wypowie­

dzianych przed chwilą słów. 

- Przepraszam - wyszeptała. - Nie musiałeś tego 

wysłuchiwać. 

Graham nie odpowiedział. Po prostu czekał, zakła­

dając, że jeśli ona zechce mu coś z tego wszystkiego 

wyjaśnić, to po prostu to zrobi. W swoim czasie. 

- Moja matka myśli o ponownym wyjściu za mąż -

zaczęła Debra niepewnie. Podeszła do okna. - To bę­

dzie jej czwarty ślub. Chce, żeby był wyjątkowy. - Ob­

jęła się rękoma w pasie. 

Graham cicho podszedł do niej od tyłu i oparł się 

o ramę okienną. 

- Potrafię to zrozumieć. 

- Mój brat nie potrafi. Chce jej to wybić z głowy. 

- Uroczysty ślub czy małżeństwo? 
- Jedno i drugie... Tylko nie mogę pojąć, dlaczego 

on uważa, że to jest jego sprawa. 

- On sam jest żonaty? 

Wpatrując się w postrzępioną linię horyzontu po­

nad wiecznie zieloną roślinnością, Debra zmarszczyła 

czoło i odparła: 

- Myślę, że można tak to nazwać. - Nagle zamil­

kła, usiłując znaleźć słowa, które potrafiłyby wyrazić 

dręczące ją uczucie. - Graham - zaczęła i odetchnę­

ła głęboko. Spojrzała na niego, a potem znów na ho­

ryzont. Ponownie wzięła głęboki oddech, po czym 

utkwiła wzrok w podłodze. 

139 

background image

Wyczuwając jej wewnętrzną walkę, nie odzywał się. 

Po raz pierwszy widział ją tak niepewną siebie. Chciał 

wyciągnąć do niej rękę, ale nie śmiał. 

Nie podniosła oczu, kiedy powiedziała cichym, peł­

nym bólu głosem: 

- Graham, czy ty kiedykolwiek... obwiniasz się 

o to, że nie potrafiłeś utrzymać swojego małżeństwa? 

Gdy powoli uniosła głowę, ujrzał ten ból w jej 

oczach i zrozumiał, że jej smutek wiązał się jedynie 

pośrednio z matką i bratem. Jeśli wypowiedziane 

przez nią słowa zdradzały to, o czym myślała, to teraz 

szukała pocieszenia u właściwego człowieka. 

- Często - odparł cicho. - Bardzo często. 

- Mimo że minęło już tyle czasu? To uczucie nie 

znika? 

Zastanowił się nad tym, co czuł w chwili rozwodu 

i później. 

- Myślę, że uczucie porażki pojawia się na końcu. 

Przynajmniej tak było w moim przypadku. Na początku 

był gniew i frustracja. Dopiero potem, gdy one minęły, 

przyszło to straszne poczucie, że do niczego się nie nada­

ję. Nadal czasami tak się czuję. - Myślał teraz o Jessie 

i o swej całkowitej niemożności porozumienia się z nią. 

- Ale tutaj odnosisz sukcesy. 

- Być może jako projektant i budowniczy. Z pew­

nością nie jako mąż i ojciec. 

Debra pomyślała, że być może chciał mieć dzieci, 

lecz nie miał. 

- Czy to dlatego nigdy się ponownie nie ożeniłeś? 

- Wzruszył ramionami, a ona mówiła dalej: - To 

znaczy, ja na przykład czuję, że nie udało mi się coś, 

co bardzo chciałam zrobić dobrze. 

- To normalne uczucie, Debra. 

- Ale w mojej sytuacji jest gorzej. - Nie zdając so­

bie z tego sprawy, mówiła podniesionym głosem. -

140 

background image

Słyszałeś moją rozmowę ze Stuartem. Moja matka już 

trzykrotnie była mężatką! Stuart traktuje swoje mał­

żeństwo, jakby było... psem. Gdy ma ochotę, głaszcze 

je po głowie. Kiedy nie jest w nastroju, daje mu kop­

niaka i wysyła do drugiego pokoju. No a popatrz na 

„Gry miłosne". Moi bohaterowie wymieniają się mał­

żonkami jakby to byli partnerzy do wynajęcia... - Za­

czerpnęła powietrza, po czym dodała, wyraźnie przy­

bita: - Ale kim ja jestem, żeby kogokolwiek 

krytykować? Wcale nie jestem lepsza. Mnie też się nie 

udało. - Teraz jej głos brzmiał już niemal jak szept. 

Graham myślał, że pęknie mu serce. Jeśli kiedykol­

wiek czuł, że nie nadaje się do niczego, to właśnie te­

raz. Tak naprawdę chciał ją wziąć w ramiona i ukoić jej 

ból, powiedzieć jej, że to wszystko w ogóle nie ma zna­

czenia. A jednak miało. A w każdym razie dla niego. 

Rozpad jego małżeństwa wywarł ogromny wpływ na 

jego życie. No i kimże on był, żeby dawać innym rady? 

- Co się stało w waszym małżeństwie, Debra? -

usłyszał własne ciche pytanie. 

Chwilę to trwało, zanim znalazła właściwe słowa. 

A gdy je wypowiedziała, były ledwie słyszalne, stłu­

mione upokorzeniem. 

- Mój mąż... Jason... postanowił... przećwiczyć 

swój scenariusz... z jedną ze swych głównych aktorek. 

No i już. Powiedziała to. Myślała, że poczuje się te­

raz lepiej, lecz miała wrażenie, że tylko poniżyła się 

w jego oczach. 

- On cię zdradził? 

Mocniej objęła się ramionami. 

- Tak. 

- Tylko raz? 

- O nie! - Jej gniew odżył. - To była długa opo­

wieść o tym, jak żona dowiaduje się ostatnia. Wiem, 

od niedawna, że to trwało wiele miesięcy. Cała ekipa 

141 

background image

o tym wiedziała, wszyscy scenarzyści i pozostali, od 

dyrektorów po techników. Tylko nie ja. Za bardzo 

ufałam swojemu mężowi. Byłam zbyt pewna, że 

w moim małżeństwie to się nie zdarzy. - Przerwała, 

nie mogąc złapać tchu. - No cóż, zdarzyło się - do­

dała. Opuściła ramiona i wsunęła dłonie w kieszenie 

dżinsów. Lecz nagle się uśmiechnęła. - Czyż nie je­

steś zadowolony, że mnie zapytałeś? 

- Tak - odparł bez wahania. Mógł teraz więcej 

zrozumieć... Ów chłód, który pojawiał się czasami 

w jej głosie, tylko czasami - gdy mówiła o Jasonie... 

Tę gorycz skierowaną ku bratu... Zdecydowanie, z ja­

kim oświadczyła, że nigdy nie wróci do Nowego Jor­

ku. - Ale mylisz się, Debra. 

Uniosła głowę. 

- Mylę się? W jakiej sprawie? 

- Po pierwsze, mylisz się obwiniając się o to - mó­

wił spokojnie, łagodnie. - Jeśli Jason zbłądził, to był 

jego problem. Trzymałem cię w ramionach. Niczego 

ci nie brakuje. - Gdyby jego głos nie brzmiał tak ko­

jąco, te słowa mogłyby wywołać pożar. Lecz Debra 

była w stanie jedynie lekko się zarumienić. 

- Niczego nie brakuje także średnio wypieczone­

mu na węglu drzewnym stekowi z polędwicy wołowej, 

ale nawet on po jakimś czasie może się znudzić. 

Graham uśmiechnął się. 

- Stek nie pisze scenariuszy. Co wiąże się z inną 

sprawą: mylisz się przypuszczając, że wszyscy gorzej 

o tobie myślą, ponieważ zdradził cię mąż. Mogą jedy­

nie gorzej myśleć o Jasonie. A każdy, kto uważa ina­

czej, nie jest wart, żeby go brać pod uwagę. 

- Mówisz tak, jakby to było bardzo proste. Ale 

chodzi również o mnie. Ja sama czuję się rozczarowa­

na. Chciałam, żeby nam się udało. Żebyśmy różnili się 

od innych. Chciałam udowodnić, że to jest możliwe... 

142 

background image

- Mówiła coraz ciszej, czując narastający ucisk w gar­

dle. Z trudem przełknęła ślinę, po czym wyszeptała: -

Chyba pragnęłam uwierzyć, że to jest możliwe. 

- A teraz nie wierzysz? 

Przecząco pokręciła głową. 
Graham bardzo delikatnie odsunął pasemko wło­

sów z jej szyi. 

- Może zbyt surowo się oceniasz. To znaczy, twoja 

sytuacja jest wyjątkowa. Praca, którą wykonujesz, krę­

gi towarzyskie, w których się obracałaś... pewnie wi­

działaś wszystko, co najgorsze, jeżeli chodzi o małżeń­

stwa i rozwody. - Zatrzymał dłoń na jej ramieniu, 

próbując ją jakoś pocieszyć. 

- Ty jesteś większym optymistą? 

- Jeżeli o mnie chodzi, to nie za bardzo. Ja też się 

sparzyłem. Ale tutaj poznałem mnóstwo wspaniałych 

ludzi, a sporo z nich przeżyło wiele szczęśliwych lat 

w małżeństwie. To może przywrócić człowiekowi wiarę. 

Debra zaśmiała się cicho, zdumiona, że jest w tej 

chwili do tego zdolna. 

- Czuję, że trzeba by długo przywracać mi wiarę. 

- Ona przyjdzie... z czasem. 

W jego oczach pojawił się na chwilę cień wątpliwo­

ści, ale szybko zniknął. 

- Musimy w to wierzyć - dodał Graham i zamilkł. 

Patrząc na niego, rzeczywiście w to wierzyła. Jego si­

ła dodawała sił i jej, jego łagodność i ją czyniła łagod­

niejszą. Ponownie sobie przypominała, jak ożywczo na 

nią działał... Był zupełnie niekonwencjonalny. I zdała 

sobie sprawę, że przy nim czuła się znacznie lepiej. 

Przez chwilę zdawali się doskonale siebie rozumieć. 
Graham westchnął głęboko, zsunął rękę z jej ra­

mienia i przez moment, który wydawał się wieczno­

ścią, ich dłonie zetknęły się w ciepłym uścisku... A po­

tem rozdzieliły. 

143 

background image

- No cóż... - Zrobił krok w kierunku drzwi. - Mu­

szę już iść. Do zobaczenia... w poniedziałek rano? 

Uśmiechnęła się i skinęła głową, a potem patrzyła, 

jak Graham otwiera drzwi. 

- Graham? 

Zatrzymał się i obejrzał za siebie. 

- Dzięki - wyszeptała. 
Dotknął dwoma palcami skroni i uśmiechnął się. 

- To wszystko w ramach moich obowiązków. 

I wyszedł. 
Debra podążyła wzrokiem za jego wysoką, smukłą 

postacią. Obserwując, jak wsiada do pikapa, włącza 

silnik, a potem cofa wóz po podjeździe, wróciła my­

ślami do tej godziny, którą właśnie z nim spędziła, 

i poczuła, że ogarnia ją jakieś rozkoszne ciepło. Nie 

było już ani śladu tego mężczyzny, który dziś rano nie­

mal siłą ją uwiódł. Wydawało się, że zniknął z chwilą, 

gdy ona pozbyła się swego gniewu. Odnalazła przyja­

ciela, który przeżył podobne katusze, jak ona, i który 

potrafił ją zrozumieć. 

Stała jeszcze chwilę przy oknie, patrząc na pusty już 

podjazd, niewymownie wdzięczna losowi za to, że mo­

gła z radością oczekiwać poniedziałku. 

Był początek maja, zaczynało się robić ciepło, a za­

pach unoszący się w powietrzu zapowiadał jakieś 

przyjemne wydarzenia. Jasno świeciło słońce, wiał 

orzeźwiający wiaterek. Debra poczuła się tak dobrze, 

jak nie czuła się od tygodni. 

Wcześnie wstała, szybko zebrała pościel z łóżka 

i wyruszyła w swą pierwszą z wielu wyprawę z rzecza­

mi - do powozowni. Skąpane w porannym słońcu 

poddasze wyglądało wesoło i przyjaźnie. Debra sta-

144 

background image

rannie układała ubrania i walizki pod ukośnym stro­

pem, jednocześnie cały czas wyglądając ciężarówki 

Grahama. Gdy wreszcie pojawiła się na drodze i wy­

kręciła na podjeździe, Debra poczuła w sobie taką 

pogodę ducha, jak nigdy dotąd. 

Jednak choć dla niej ten dzień zaczął się radośnie, 

Graham był najwyraźniej przygnębiony. Dostrzegła 

to od razu w jego twarzy, gdy wysiadł z ciężarówki, 

i usłyszała to w jego głosie, gdy zajrzał przez frontowe 

drzwi do głównego budynku i zawołał ją po imieniu. 

Kiedy rozległ się jego okrzyk, Debra szła już z po-

wozowni do domu. 

- Tutaj jestem! - zawołała, wychodząc zza naroż­

nika przed budynek, by tam spotkać się z Grahamem. 

Wyglądał na zmęczonego, jakby nie przespał całe­

go weekendu albo miał niezłego kaca. Chociaż był 

schludny, uczesany, a w dżinsach, podkoszulku z krót­

kim rękawem i narzuconej na nią rozpiętej koszuli ro­

boczej z denimu wyglądał dość świeżo, jego oczy mó­

wiły, że coś jest nie tak. 

Gdyby byli sami, Debra mogłaby zapytać, czy 

wszystko w porządku. Ale towarzyszył mu pomocnik, 

miło wyglądający człowiek o ciemnych, zmierzwio­

nych włosach i bezpośrednim spojrzeniu, trzymający 

się kilka kroków z tyłu. Patrząc na nich obu - równie 

muskularnych i „gotowych poruszyć ziemię" - pomy­

ślała, że być może Graham spędził ten weekend 

z chłopakami w jakimś miejscowym barze. W takiej 

wiejskiej okolicy pewnie było to częstym zwyczajem. 

Uśmiechnęła się nieśmiało, nie wiedząc, jak go po­

witać. 

- Hm... witam. - Uniosła rękę i nieznacznie nią 

pomachała. - Właśnie przenosiłam rzeczy. 

Graham zmarszczył brwi. 

- My byśmy to zrobili. Trzeba było poczekać. 

145 

background image

Skwitowała to wzruszeniem ramion, po czym zmu­

siła się, by przenieść spojrzenie z Grahama na jego 

znajomego. Wyciągnęła w jego stronę rękę. 

- Jestem Debra Barry. 

Uśmiechając się wstydliwie kącikiem ust, ciemno­

włosy mężczyzna mocno uścisnął jej dłoń. 

- Jestem Tom. - Nagle poczerwieniał. - Właści­

wie, mówią na mnie Butch. Pani też tak może mówić. 

Debra uśmiechnęła się szeroko. 

- Miło cię poznać, Butch. I dziękuję, że przyjecha­

łeś pomóc. Obawiam się, że będziecie mieli, chłopaki, 

pełne ręce roboty, wnosząc to łóżko na poddasze. -

Jej spojrzenie objęło Grahama, który patrzył na nią 

z powagą. - To znaczy, szalenie mi się podobają te 

spiralne schody, ale... 

- Mamy swoje sposoby. Pamiętałem o nich, kiedy 

budowałem te schody - odrzekł niemal mrukliwie, 

a Debra znów nie mogła się oprzeć wrażeniu, że oto 

widzi przed sobą lwa. Była w nim ta sama wystudiowa­

na powściągliwość, ta sama rezerwa, którą - jak sądzi­

ła - udało jej się rozproszyć w piątek wieczorem. 

Czując się nagle niepewnie, zmusiła się do uśmie­

chu, jeśli nie z powodu Grahama, to z myślą o męż­

czyźnie, którego przyprowadził ze sobą. 

- Cóż, a zatem... Czy któryś z was chciałby wypić fi­

liżankę kawy, zanim się do tego zabierzecie? - Już 

dużo wcześniej przygotowała cały dzbanek kawy. 

Twarz Butcha pojaśniała i już otworzył usta, by przy­

jąć jej propozycję, lecz Graham uprzedził go, mówiąc: 

- Po prostu zostaw ją w kuchni. Chyba zaczniemy 

od tego łóżka. Najpierw zrobimy najtrudniejszą robo­

tę. - Wskazał gestem, by Butch podążył za nim, po 

czym poszedł powoli w kierunku domu, zostawiając 

Debrę zadumaną nad tym, co też takiego uczyniła, że 

wywołała oburzenie. 

146 

background image

Po chwili rozmyślań stwierdziła jednak, że niczego 

złego nie zrobiła. On był po prostu w kiepskim humo­

rze. Westchnęła i wróciła do powozowni, by dalej ukła­

dać swe rzeczy. Uznała, że lepiej nie wchodzić Graha­

mowi w drogę, czego wyraźnie od niej oczekiwał. 

Nie mogła jednak oprzeć się podglądaniu, jak męż­

czyźni z mozołem przenoszą duże mosiężne łóżko przez 

podwórze, ostrożnie wnoszą je przez duże podwójne 

drzwi do powozowni i stawiają u podnóża schodów wio­

dących na poddasze. Usiadła przy ścianie, z nogami 

zwisającymi za krawędź poddasza, i tak dyskretnie, jak 

to tylko było możliwe, obserwowała, jak krzątają się 

przy stosie lin i bloczków. Ku jej zdumieniu, cała ta ope­

racja była prosta - przynajmniej dla człowieka o takich 

umiejętnościach technicznych, jakie posiadał Graham. 

W krótkim czasie duże łóżko zostało uniesione na li­

nach w górę, opuszczone za barierką na poddasze i od­

powiednio ustawione pod przezroczystą kopułą. 

- Wspaniale! - krzyknęła, obserwując to wszystko 

z podziwem. - Znakomicie tam pasuje! 

Z rękoma na biodrach, Graham skinął głową, zga­

dzając się z nią, po czym pochylił się, by pozbierać 

rozrzucone narzędzia. Odezwał się natomiast Butch. 

- Rzeczywiście wygląda dość ładnie. Dobre miejsce. 

Dużo światła. - W jego głosie pobrzmiewał jakiś tutej­

szy akcent, czego nie dawało się wyczuć u Grahama. 

- Też tak myślę - zauważyła Debra, uśmiechając 

się. - Promienie słońca wpadają przez kopułę, dzia­

łając jak naturalny grzejnik. 

Butch spojrzał w górę. 

- Później może tu nieźle przygrzewać. 

- W porządku. Lubię ciepło. A poza tym, jak się 

otworzy te duże podwójne drzwi, to będzie tu wpadał 

wiatr. 

Głos z dołu przerwał im rozmowę. 

147 

background image

- Chyba nie będziesz w nocy otwierać drzwi? Trzy­

mam tu swój sprzęt! - Po tej uwadze nad schodami 

pojawiła się głowa Grahama, który posłał Debrze 

znaczące spojrzenie, po czym znów zszedł na dół. 

- Nie w nocy! - zawołała za nim Debra. - Ale 

w dzień mam zamiar to robić! - Jej oświadczenie by­

ło równie śmiałe jak jego, aż Butch mrugnął do niej 

porozumiewawczo. Graham nie odezwał się już, więc 

Debra się uśmiechnęła. - Tak, jakby ktoś potrzebo­

wał jego starego sprzętu - zażartowała, mówiąc bar­

dzo cicho. - Tak naprawdę mogliby ukraść tę nową 

lampę, którą kupiłam w zeszły weekend. - Nagle za­

interesowała się: - Mieszkasz w pobliżu, Butch? 

- Tak, proszę pani. W drugim końcu tego mia­

steczka. 

- Z rodziną? - W ocenie Debry, chłopak miał nie­

wiele ponad dwadzieścia lat. 

- Tak, proszę pani. 

- Nie mów „proszę pani". Tak mógłbyś mówić do 

mojej matki. Jestem Debra. 

Uśmiechnął się szeroko. 

- W porządku, Debra. Mieszkam z mamą, tatą 

i czterema młodszymi braćmi. 

- Czterech chłopców? I wszyscy są tacy wysocy jak 

ty? - Z pewnością miał ponad metr osiemdziesiąt. 

- Niee... Ale ja jestem najstarszy. Po prostu jeszcze 

mnie nie doścignęli... 

- Butch! - znów dobiegło z dołu. - Pomóż mi! -

I znów wyłoniła się znad schodów głowa Grahama. -

To znaczy, jeżeli w czymś nie przeszkadzam. - Bystre 

bursztynowe oczy spoglądały to na Debrę, to na chło­

paka. 

Debra i Butch wymienili między sobą spojrzenia, 

z trudem kryjąc rozbawienie, po czym pomocnik Gra­

hama wzruszył ramionami i zszedł po schodach. W po-

148 

background image

czuciu winy, że tak bezczynnie obserwowała pracę 

mężczyzn, Debra sięgnęła po świeżą pościel, którą 

przyniosła tu wcześniej, i zaczęła ją rozkładać na łóżku. 

- Czy te kartonowe pudła z jadalni też mają się 

znaleźć na poddaszu? - zawołał Graham parę minut 

później. 

Debra przez chwilę się zastanawiała. 

- Nie, może ustawcie je tu na dole. Na górę wnie­

ście tylko rzeczy z salonu. 

Usłyszała oddalające się kroki. Energicznie potrzą­

snęła poduszkami i położyła na łóżku kołdrę w kolo­

rach jasnoniebieskim i kremowym. I ponownie zain­

teresowała się tym, co porabiają mężczyźni. 

Kolejne pudła - większość tego, co przywieziono 

ciężarówką w czasie przeprowadzki - zostały usta­

wione przy tylnej ścianie, na parterze powozowni. De­

bra zauważyła, że najpierw pojawiał się z pudłem 

Graham, stawiał je na podłogę i znikał, potem przy­

chodził Butch, wykonywał te same czynności i znów 

ustępował miejsca Grahamowi. 

Ze swojego wysokiego stanowiska Debra obserwo­

wała ich w milczeniu. Jedynie od czasu do czasu męż­

czyźni zerkali w jej stronę. Oczy Grahama były mrocz­

ne i tajemnicze, a Butcha nieco jaśniejsze i bardziej 

przyjazne. Do niego też ośmieliła się odezwać. 

- Czy ty się tym zajmujesz zawodowo, Butch? -

zawołała na dół, wspierając łokcie na barierce i luźno 

splatając dłonie. 

- Przenoszeniem rzeczy? - Zaśmiał się. - Nie, 

proszę pani... hm, przepraszam. Uczę się. 

- Naprawdę? - wykrzyknęła, jakby ją to ucieszyło. 

- Gdzie? 

- Na  U N H . To jest, na Uniwersytecie New 

Hampshire. Właśnie powinienem wkuwać do egza­

minów. Ale kiedy zadzwonił Graham, nie mogłem 

149 

background image

się oprzeć możliwości wyrwania się z domu. - Usta­

wił kolejny karton i stał z rękoma opuszczonymi 

wzdłuż tułowia. 

- Co studiujesz? - spytała żywo tym zainteresowa­

na Debra. 

- Weterynarię. Kocham zwierzęta. 

Debra była zafascynowana. 

- Chcesz być weterynarzem? To wspaniale! 

Właśnie w tym momencie pojawił się Graham z ko­

lejnym ładunkiem i skutecznie przerwał im rozmowę 

groźnym spojrzeniem. Butch, któremu przypomniał 

w ten sposób o jego obowiązkach, natychmiast odszedł 

w stronę domu. Debra obserwowała, jak Graham wy­

konuje kolejne czynności, a potem wychodzi. Gdy wró­

cił Butch, na nowo podjęła przerwaną rozmowę. 

- Miałeś w domu zwierzęta? 

Wydawał się równie chętny do rozmowy, jak ona. 

- U mnie w domu? Niee... Jeden z moich braci ma 

taką paskudną alergię na sierść, więc nigdy nie wolno 

mi było trzymać w domu zwierząt. Ale sąsiedzi mają 

ich mnóstwo, no i sąsiedzi sąsiadów, i ich sąsiedzi. 

W tym hrabstwie jest bardzo dużo zwierząt. Przydał­

by się jeszcze jeden weterynarz - powiedział i posta­

wił pudło na miejsce. 

- Więc chciałbyś tu otworzyć przychodnię dla 

zwierząt? 

To zabawne - pomyślała - istnieje taki mit, że 

dzieciaki opuszczają wieś i jadą do miasta, jak tylko 

staje się to możliwe. W każdym razie, tak uważają lu­

dzie z miasta, którzy naturalnie chcieliby wierzyć, że 

ich sposób życia jest marzeniem każdego. 

- Tutaj... albo gdzieś indziej w tym stanie - od­

rzekł Butch. 

- Podoba ci się takie spokojne życie? 

Uśmiechnął się szeroko. 

150 

background image

- Spokojne życie? Do cholery... przepraszam pa­

nią... tutaj bywa czasami niezłe zamieszanie. Na 

przykład w zeszłą sobotę, w starej fabryce włókien­

niczej nad rzeką. Taki jeden facet z Bostonu chce ją 

przekształcić w kompleks drogich mieszkań własno­

ściowych, no a tutejsi zaciekle się przed tym bro­

nią... 

Wrócił Graham. I znów rozmowa się urwała. Butch 

się wycofał. Graham ustawił karton na podłodze i na­

gle, zamiast wrócić po kolejne pudło, jak się spodzie­

wała Debra, spojrzał na nią, podparł się pod boki i za­

czął wchodzić po schodach. 

Widząc to, poczuła lęk, który tylko trochę łagodzi­

ła świadomość, że Butch zaraz wróci. Gdy Graham 

stanął przed nią w odległości niecałego metra, wypro­

stowała się i spojrzała mu prosto w twarz. 

- Co ty wyprawiasz z Butchem? - spytał niskim, 

pełnym napięcia głosem. 

Zdziwiła się. 

- Rozmawiam z nim. To miły chłopiec. 

- Co powiedziałaś? 
- To miły chłopiec. - Dopiero gdy to powtórzyła, 

zdała sobie sprawę, że Graham usłyszał ją również za 

pierwszym razem. W tym momencie jej obawy pogłę­

biły się jeszcze. 

- Tak, to miły chłopiec. Zapamiętaj to sobie. -

Bardziej niż jego słowa rozzłościła ją ostrość tonu, ja­

kim je wypowiedział i sposób, w jaki zmarszczył przy 

tym czoło. Gdy już zamierzał odejść, gwałtownie wy­

ciągnęła rękę i chwyciła go za ramię. 

- Zaczekaj chwilę. Co chcesz przez to powiedzieć? 

- Prawie nie zwróciła uwagi na to, że Butch wrócił, 

a potem znowu wyszedł, natomiast bardziej zaintry­

gowała ją sprężystość mięśni Grahama. Cofnęła rękę, 

jak oparzona. 

151 

background image

- Chcę powiedzieć... - zaczął powoli - że Butch 

jest młody i łatwo zrobić na nim wrażenie. Nie ma po­

jęcia, jak sobie poradzić z takimi kobietami, jak ty, 

a ja nie chcę, żeby musiał tego próbować. On ma te­

raz wiele spraw na głowie. Nie potrzebna mu jakaś 

młodzieńcza miłość. 

- Jest miły, czego nie mogę powiedzieć o tobie. 
- Ma robotę do zrobienia. I ja też. A skoro już je­

steśmy przy tym temacie, to chcę ci powiedzieć, że 

w ciągu kilku najbliższych miesięcy będą tu od czasu 

do czasu pracować jeszcze inni mężczyźni. Jeśli nie 

będziesz uważać, to zaczną się plotki.... 

- Że jestem przyjaźnie nastawiona do ludzi? 

Patrzył na nią chłodno. 

- Że tu polujesz. No wiesz, bogata rozwódka lądu­

je w lesie w poszukiwaniu... niedźwiedzi. 

- To odrażające, Graham! - krzyknęła, po czym 

ściszyła głos, bo znów pojawił się Butch. - A poza 

tym, nie jestem bogata! 

- Jesteś rozwiedziona i do wzięcia. 

- Jestem rozwiedziona. Nie jestem do wzięcia! 

- Czy dlatego nie było się przez cały weekend? 

- Co takiego? 
- Próbowałem do ciebie dzwonić. Nikt nie podno­

sił słuchawki. Jak na kobietę, która szuka ucieczki od 

nerwowego trybu życia, to jesteś bardzo aktywna. 

- Więc ty uważasz, że spędziłam ten weekend na hu­

lankach? - Znów podniosła głos. - Ha! To raczej ty 

wyglądasz na skacowanego! Tak się składa, że pojecha­

łam na północ, przez góry. A ponieważ chciałam wy­

łącznie sobie sprawić przyjemność, postanowiłam za­

trzymać się na noc w zajeździe. To była bardzo 

relaksująca wyprawa. - Nagle spoważniała, przypomi­

nając sobie zasadniczy temat tej rozmowy. - A jeżeli 

chodzi o twoje obleśne imaginacje, to są kompletnie 

152 

background image

chore. Byłam sama... przez cały weekend... Oczywiście 

nie licząc właścicieli zajazdu, innych gości, kelnerek 

w restauracji, faceta, który nalał mi benzyny do baku, 

no i uroczej starszej pani w Informacji przy autostradzie 

Kancamagus. - Przerwała na moment, by zaczerpnąć 

powietrza. - Ale nie, nie uwiodłam po drodze żadnego 

niedźwiedzia. Nie jestem aż taka napalona! 

Świadom, że Butch lada chwila może wrócić, Gra­

ham usiłował mówić cicho. 

- Czy właśnie o tym świadczyło to, co się stało 

w piątek? Już niemal błagałaś... 

W pierwszym odruchu chciała dać mu w twarz. Ale 

po chwili, pojmując sens tej całej dyskusji, uśmiechnęła 

się. I zrobiła to z nagle rosnącym zachwytem. - Dlacze­

go, Grahamie Reid, wydaje mi się, że jesteś zazdrosny? 

- Zazdrosny? Ja? O kogo? 
- O Butcha... albo o jakiegokolwiek innego męż­

czyznę, który mógłby się znaleźć na mojej drodze. -

Wciąż się uśmiechając, skrzyżowała ręce na piersi, 

przyjmując zuchwałą pozę. - Jesteś zazdrosny. 

Popatrzył na nią ponuro. 

- Zazdrosny? Niedoczekanie twoje! Nie masz ni­

czego, czego ja pragnę. 

- Nie? - drażniła się, podchodząc bliżej i mówiąc 

bardzo cicho. - Ja też cię poczułam w ubiegły piątek. 

Mężczyźni mają tę słabość, wiesz. 

Przez długą chwilę Graham w ogóle się nie odzywał. 

Debra stała tuż przy nim, spoglądając mu w twarz, prze­

konana, że miała rację, lecz mając przy tym nadzieję, że 

nie posunęła się za daleko. Graham wziął głęboki od­

dech, aż napiął mu się na piersi podkoszulek. W ogóle 

wydał jej się jakby wyższy. Nagle się uśmiechnął. 

- Jesteś cwana, Debro Barry. Masz odpowiedź na 

wszystko. Teraz rozumiem, dlaczego jesteś dobra 

w swoim fachu. Dialog to twoja specjalność. 

background image

Pozostając pod wpływem jego uśmiechu, Debra nie 

była w stanie zareagować inaczej, jak tylko tym sa­

mym, tyle że w nieco bardziej nieśmiałej wersji. Jak 

mu się udawało w jednej chwili tak ją poruszyć, 

a w następnej uspokoić uśmiechem - pozostawało 

zagadką. A jednak tak właśnie było. 

- Posłuchaj, Graham - zaczęła łagodnie. - Jeżeli 

to jest coś warte, to powiem, że naprawdę nie mam 

żadnych planów dotyczących Butcha... ani jakiegokol­

wiek innego mężczyzny. Ty powinieneś wiedzieć, co 

czuję. 

Graham przyglądał się jej z tajemniczym wyrazem 

twarzy. Nagle, nie mówiąc ani „tak", ani „nie", od­

wrócił się, zbiegł na dół po schodach i ruszył w kie­

runku głównego budynku. Do powozowni natomiast 

wpadł Butch z pocztą. 

- Udało mi się urządzić zasadzkę na George'a. -

Pomachał plikiem kopert, podchodząc do poddasza. 

- Tyle na dzisiaj. - Wyciągnął do góry rękę i poddał li­

sty Debrze, która znalazła się właśnie w połowie scho­

dów. - Mam nadzieję, że to dobre wieści. 

Debra dostrzegła w lewym górnym rogu koperty 

znane jej dobrze logo i uśmiechnęła się. 

- Tak, dobre. To... - pomachała dużą szarą koper­

tą, pozostałe listy wsuwając pod pachę - da mi zaję­

cie na cały tydzień. 

Był to zarys fabuły jej serialu. Przysiadła na scho­

dach i od razu zajrzała do koperty, Butch tymczasem 

dołączył do Grahama. 

Gdy Graham wrócił po krótkiej przerwie na kawę, 

zastał ją na podłodze powozowni, usiłującą przykręcić. 

śrubę, której nie dało się przekręcić. 

- Co ty robisz? - spytał rozbawiony i zdziwiony, 

obrzucając spojrzeniem długą deskę rzeźniczą, na 

której klęczała. 

154 

background image

- To moje biurko - mruknęła w odpowiedzi, wy­

krzywiając twarz w grymasie spowodowanym wysił­

kiem. Spróbowała jeszcze raz, po czym bezużyteczne 

narzędzie rzuciła na podłogę. - To śmieszne. Ten 

człowiek mówił... - zażartowała - że wystarczy tylko 

przykręcić nogi i będę miała biurko. - Spojrzała na 

Grahama pełna rezygnacji. - Dlaczego oni zawsze to 

robią... Przedstawiają sprawę tak, jakby to było dzie­

cinnie proste, choć wcale nie jest? 

Graham przyklęknął, podniósł śrubę i przyjrzał jej 

się chwilę. Rozbawiony, uśmiechnął się kącikiem ust. 

- Bo są wśród nas tacy, którzy nie potrafią napi­

sać listu do domu, nawet jeśli zależy od tego ich ży­

cie... Ale z drugiej strony, są świetni w przykręcaniu 

śrub. Poczekaj. - Poszedł do swej ciężarówki i po 

chwili wrócił z ręczną wiertarką. Włączył ją do nie­

dawno zainstalowanego gniazdka. Następnie ukląkł 

przy desce, ołówkiem zaznaczył na niej odpowiednie 

punkty, po czym kolejno wywiercił w czterech ro­

gach otwory. 

- Proszę - rzekł z satysfakcją. - Teraz spróbuj. -

Przytrzymał pionowo jedną nogę stołu, a Debra po­

nownie zaatakowała śrubę. Po kilku minutach wszyst­

ko znalazło się na swoim miejscu. 

- To oszukaństwo - drażniła się z nim. 
- Ale zadziałało, prawda? - Wziął od niej śrubo­

kręt, dokręcił śrubę, po czym umocował kolejną nogę. 

- Niektórzy z nas potrafiliby wywiercić tylko taki 

otwór, przez który śruba swobodnie by przechodziła. 

- Sekret - rzekł konspiracyjnym półszeptem Gra­

ham - polega na tym, żeby wywiercić otworek co naj­

mniej dwa lub trzy razy węższy od śrubki. Chodzi o to, 

żeby wszedł weń tylko jej czubek, a potem gwint po­

winien sam wkręcić się w drewno. 

- Bardzo sprytnie. 

155 

background image

- Jeszcze sprytniej byłoby użyć wiertarki do wkrę­

cania samych śrub. Ale to uniemożliwiłoby osiągnię­

cie zamierzonego celu. 

- Jakiego celu? 

- Własnoręcznego wykonania pracy. - Nagle Gra­

ham zaczął mówić bardziej serio. - Jeśli zadanie jest 

tak proste, że nie wymaga wielkiego wysiłku, to rów­

nie dobrze można do tego zatrudnić kogoś innego. 

Nagroda za pracę to odciski na dłoniach, pot, zmę­

czenie pod koniec dnia. 

- Bardziej ci na tym zależy niż na samym efekcie? 

- spytała Debra, czując, że powoli zaczyna Grahama 

„rozgryzać". 

Przed przymocowaniem trzeciej nogi biurka, po­

trzymał ją chwilę w dłoni, uśmiechając się łagodnie. 

- Tak. Nawet bardziej. Przypuszczam, że ty tak sa­

mo myślisz o swojej pracy. To, co miałaś w ręku, to był 

zarys scenariusza? 

Nie sądziła, że zauważył, jak czytała. 

- Hm. Skrót fabuły... na tydzień pisania. 

- Jak szczegółowy jest ten skrót? 

- Nie za bardzo. Dostaję jakieś dziesięć stron 

wskazówek i mam z tego zrobić sześćdziesiąt stron 

scenariusza. 

- Więc możesz w usta swoich postaci dowolnie 

wkładać dialogi? 

- Dość dowolnie. I właśnie na tym polega wyzwa­

nie. Ostateczny efekt może zasadniczo zależeć od te­

go, co postanowię. 

- A gdybyś nie miała tej swobody? Gdyby w skró­

cie, który otrzymujesz, było wszystko wyszczególnio­

ne, tak że musiałabyś tylko rozbudować już wymyślo­

ną fabułę? 

- To by było nudne... i frustrujące. 

Graham ustawił nogę biurka. 

156 

background image

- Moja praca jest taka sama. Musi istnieć jakieś 

wyzwanie, wymagające wysiłku umysłowego albo fi­

zycznego, i musi się z tym wiązać poczucie dumy z do­

łożonych starań. - Nagle uśmiechnął się wyraźnie 

rozbawiony, aż Debrze serce podskoczyło w piersi. -

Oczywiście, że sam rezultat pracy też się liczy. W koń­

cu tego oczekuje od nas klient. 

- Właśnie. - Nagle ich role się zmieniły i teraz 

Debra przytrzymywała nogę biurka, a Graham posłu­

giwał się śrubokrętem. Obserwowała jego zręcznie 

dłonie, podziwiając łatwość, z jaką radził sobie z na­

rzędziem; chwilami wydawało jej się, że było ono 

przedłużeniem palców Grahama. Zupełnie niepo­

trzebnie, przypomniała sobie ciepło tych palców, spo­

sób, w jaki jej dotykały. 

I nagle praca była skończona. Graham zręcznie od­

wrócił biurko blatem do góry; po raz pierwszy stanę­

ło na własnych nogach. 

- Nieźle - powiedział. - No to zanieśmy je na górę. 

Ku zdumieniu Debry, dźwignął je ponownie i uło­

żył sobie na ramieniu, by móc pokonać spiralne 

schodki. Tak, jakby dokładnie wiedział, gdzie zamie­

rzała je ustawić, postawił je tuż przy świetliku, po 

czym cofnął się nieco. 

- Zupełnie nieźle. A gdzie twoja maszyna do pisa­

nia? - Rozejrzał się, dostrzegł ją pod spadzistym 

stropem i przeniósł na biurko. Nagle potarł palcem 

podbródek. - Mam tylko nadzieję, że dwa gniazdka 

elektryczne, które tu zainstalowaliśmy, wystarczą. Co 

ty tu masz? Maszynę do pisania, lampę, telewizor... 

coś jeszcze? 

- Jeszcze radio z budzikiem, ale to już wszystko. 

Dwa gniazdka z rozgałęziaczami wystarczą aż nadto. 

- Zachichotała. - Przecież nie będę tu aż tak długo, 

prawda? 

157 

background image

Graham posłał jej nieprzyjemne spojrzenie i pokrę­

cił głową. 

- Nie, jeśli będę miał coś do powiedzenia na ten 

temat. - Nagle rozejrzał się po poddaszu, a w końcu 

zatrzymał wzrok na schodach. - Mam nadzieję, że to 

był dobry pomysł - wymamrotał pod nosem. 

Ale Debra go usłyszała. 

- Co masz na myśli? 

- Mam na myśli to - westchnął - że będziesz tu 

trochę odseparowana od reszty domu. A jeżeli obu­

dzisz się w środku nocy i zechcesz skorzystać z toalety? 

- To co? 

Popatrzył ponuro. 

- To będziesz musiała wędrować w ciemności aż do 

głównego budynku. 

- Będzie świecił księżyc. - Wzruszyła ramionami, 

starannie ukrywając zachwyt z powodu jego troski. 

- Tylko w bezchmurne noce. A nawet wtedy bę­

dziesz się mogła potknąć Bóg wie o co... To znaczy, je­

żeli w ogóle uda ci się zejść ze schodów w jednym ka­

wałku. Nie wydaje mi się, żeby łatwo było schodzić po 

ciemku po krętych schodach. 

- Graham, nic mi nie będzie - zapewniła go. -

Kupię sobie dużą latarkę. Co ty na to? 

- I tak będzie ci potrzebna - odparł posępnie. 

- No to sobie taką kupię. Coś jeszcze? - spytała 

nonszalancko, lecz jej nonszalancja natychmiast znik­

nęła, gdy Debra dostrzegła, że Graham spojrzał na 

łóżko. Zrobiła to samo. Cienie na kołdrze, tańczące 

z promykami słońca prześwitującymi przez młode ga­

łązki drzew, nagle wydały jej się bardzo zmysłowe. 

Spojrzała w bursztynowe oczy Grahama. 

Patrzyli na siebie przez moment, ponownie przeży­

wając dopiero co odkryty pożar namiętności. Debra 

poczuła, że krew zaczyna jej żywiej krążyć, żołądek 

158 

background image

podchodzi do gardła, a kolana uginają się. Zupełnie 

nieświadomie oblizała wargi, które nagle stały się zu­

pełnie suche. 

- Debra... - Graham ostrzegł ją głębokim tonem. 

Przełknął ślinę. - To wszystko - uciął, po czym od­

wrócił się i wyszedł. 

Dawno już umilkły odgłosy jego kroków, lecz De­

bra dopiero teraz była w stanie się poruszyć. Rzuciła 

się na łóżko, i od razu pomyślała o tym, jak by to by­

ło, gdyby leżeli obok siebie. 

Upłynęło trochę czasu, zanim zdołała zmobilizo­

wać się do pracy. 

Maj rozkwitał we wszystkich pięknych zakątkach 

wsi, jakie Debra odkrywała każdego dnia. Forsycje 

eksplodowały kaskadami żółci, a na drzewach poja­

wiły się pączki, które wkrótce się rozwinęły, tworząc 

parasole zieleni. Trawa z każdym dniem zmieniała 

barwę - od brązowej, poprzez szarą, aż do jasnozie­

lonej. 

Tak jak przewidział Graham, z południa powróciły 

pięknie upierzone ptaki, przepełniając powietrze swy­

mi godowymi nawoływaniami, a każdy z gatunków 

wyśpiewywał własną, wspaniałą pieśń. 

Graham energicznie zabrał się do pracy. Zaczął od 

szczytu dachu, odrywając stare gonty. 

Debra natomiast popadła w pewnego rodzaju wy­

godną rutynę: rano pracowała na poddaszu, przy biur­

ku obok świetlika, potem robiła sobie przerwę na 

obiad, a następnie oglądała swój serial. Pisanie szło jej 

dobrze. Była w stanie koncentrować się o wiele lepiej 

niż kiedykolwiek wcześniej w Nowym Jorku, chociaż 

trochę podejrzewała, że to poranne zdyscyplinowanie 

159 

background image

wynikało z pokusy obserwowania popołudniami pracy 

Grahama. 

I rzeczywiście, patrzyła na niego, ukradkiem z pod­

dasza, obserwując jego gibkie ciało balansujące na da­

chu, a czasem zupełnie tego nie kryjąc, gdy rozmawia­

ła przez telefon, który pozostał w głównym budynku. 

W to, że był przystojny, nigdy nie wątpiła. Nawet 

gdy dzień się dłużył, a wygląd Grahama zmieniał się 

z godziny na godzinę pod wpływem zmęczenia i nie­

zbyt czystej roboty, on sam wydawał jej się coraz 

atrakcyjniejszy. Dostrzegała nawet takie szczegóły, 

jak to, że jego włosy, coraz bardziej mokre od potu, 

przylepiały się do skroni... I to, jak od czasu do czasu 

rozprostowywał i zginał prawe ramię... Jak ocierał 

usta grzbietem dłoni... Stanowił dla niej doskonałą in­

spirację, kiedy opisywała sceny miłosne. 

Dramat „Gier miłosnych" nadal codziennie rozgry­

wał się na ekranach telewizorów. Harris pozwolił, by 

Debra nadała Selenie nieco charakteru, tak jak chcia­

ła. Gdy scenariusz dotarł do Nowego Jorku, dokona­

no w nim jedynie drobnych poprawek. Debra czuła 

się usatysfakcjonowana, a telefony od Harrisa ograni­

czyły się do jednego tygodniowo. 

Jej matka, z kolei, dzwoniła do niej co kilka dni, po­

dobnie jak wtedy, gdy Debra mieszkała w Nowym 

Jorku. Koszt rozmów międzymiastowych nie miał dla 

niej znaczenia. Ani to, że Debra musiała poświęcać 

im czas. Bardzo się natomiast przejmowała obmyśla­

niem szczegółów swej wspaniałej ceremonii ślubnej. 

Za każdym razem, gdy dzwoniła, miała inną sprawę 

do omówienia, inny problem do rozwiązania. I każdą 

rozmowę kończyła westchnieniem i stwierdzeniem, że 

wszystko naprawdę wymyka się spod kontroli. Nie­

zmiennie, kiedy Debra sugerowała, że być może jej 

matka nie jest pewna, czy powinna wyjść za mąż, Lu-

160 

background image

cy Shipman wzdychała, odpowiadała „Może masz ra­

cję, moja droga", po czym szybko przechodziła do na­

stępnego szczegółu planowanej ceremonii. 

Debra łatwo potrafiła wprawić matkę w dobry hu­

mor. Zupełnie inaczej przedstawiała się sprawa z jej 

bratem, Stuartem. Urażony ucieczką Debry z miasta, 

zdawał się celowo grać na jej poczuciu winy, które -

jak miał nadzieję - wciąż odczuwała. Albo przycze­

piał się do czegoś innego. Niestety często tym czymś 

był Graham. 

- A co on tam robi? - domagał się odpowiedzi. 
- Mówiłam ci. Pracuje tutaj. 

- Jako recepcjonista? Dlaczego odbiera telefony? 

- Jeśli jest bliżej aparatu niż ja, to podnosi słu­

chawkę. To też już ci mówiłam, Stuart. Mieszkam 

i pracuję w budynku powozowni, ale nie można tam 

było podłączyć telefonu bez załatwienia mnóstwa for­

malności. W sumie nie warte to było zachodu, bo 

przecież niedługo i tak się stamtąd wyprowadzę. Gra­

ham wyświadcza mi przysługę podnosząc słuchawkę, 

w przeciwnym razie telefon by dzwonił i dzwonił. No 

a ty myślałbyś, że codziennie się gdzieś wypuszczam. 

Nieraz zastanawiała się, że to nie byłby zły pomysł -

nie podnosić słuchawki. Telefony od Stuarta drażniły ją. 

- Czy on pracuje sam? 

- Przeważnie tak. Czasami pomagają mu inni lu­

dzie, ale przeważnie woli pracować sam. 

- Graham Reid? - Jej brat długo dumał nad tym 

imieniem i nazwiskiem, po czym mruczał „hm..." 

i przechodził do dyskusji o tym, że Debra unika odpo­

wiedzialności „chowając się" - jak on to określał -

w New Hampshire. Przez dłuższy czas Debra po pro­

stu pozwalała mu mówić. Jeżeli chciał uważać, że ona 

się „chowa", miał do tego prawo. Nie, właściwie to 

ona miała do tego prawo. 

161 

background image

Z każdym dniem Debra była coraz bardziej przeko­

nana, że jej decyzja o zamieszkaniu w tym miejscu by­

ła słuszna. Kilka razy w tygodniu jeździła do miastecz­

ka i szybko zaprzyjaźniła się z jego mieszkańcami, 

których powściągliwość ustąpiła pod wpływem jej 

życzliwego uśmiechu i otwartości. By zaspokoić ich 

ciekawość, powiedziała im, że jest pisarką. Zdarzyło 

się, iż pewnego dnia wstąpiła do ciastkarni i ujrzała, 

że jej stali bywalcy oglądają w telewizji operę mydla­

ną, która była emitowana tuż po jej serialu. Wtedy 

ośmieliła się przyznać otwarcie, co pisze. Przez jakiś 

tydzień później czuła na sobie spojrzenia miejsco­

wych, którzy uważnie obserwowali każdy jej krok. 

W końcu doszli do wniosku, że wciąż jest tą samą 

„ładną, młodą kobietą, która przybyła z Nowego Jor­

ku" i zaakceptowali ją jako jedną z nich. W istocie, 

byli nawet opiekuńczy, nie rozpowiadali o jej profesji 

obcym, którzy od czasu do czasu tamtędy przejeżdża­

li. Było tak, jakby stanowiła ich własny skarb, ich wła­

sny sekret. Debra ze swojej strony dołożyła starań, by 

poświęcać więcej czasu na rozmowę z nimi. 

Właściwie nie były to wielkie starania. To, czego 

między innymi brakowało jej w Nowym Jorku, a co 

od dawna sobie wyobrażała - że idzie ulicą, na któ­

rej właściciele sklepów i mieszkańcy miasta wołają ją 

po imieniu, machają do niej i uśmiechają się - stało 

się rzeczywistością. Czuła się tak spełniona i ważna 

jako jednostka, jak nigdy przedtem. Uśmiechanie się 

do ludzi przychodziło jej bez trudu. Właściwie tylko 

w jednym przypadku Debra zachowywała się po­

wściągliwie - gdy inni robotnicy pracowali z Graha­

mem w jej domu. Była wobec nich uprzejma i przy­

jazna w nieco mniej ostentacyjny sposób, 

zachowując ostrożność, żeby nie wzbudzać zazdrości 

Grahama. 

162 

background image

Z upływem dni bowiem, w jej relacjach z Graha­

mem pojawiło się dużo ciepła. Stopniowo czuła się 

przy nim coraz swobodniej. Gdy pracował, często roz­

mawiali. Doszło do tego, że kiedy byli sami, przyrzą­

dzała obiady dla nich dwojga, często bardzo obfite, 

a Graham pożerał je tak, jakby nie jadł od wielu dni. 

- Co ty jadasz? - spytała pewnego popołudnia, 

kiedy urządzili sobie piknik na zalanym słońcem po­

dwórzu na tyłach domu, dogadzając swym podniebie­

niom smażonym kurczakiem i kukurydzą. 

- Och, trochę tego, trochę tamtego - odrzekł 

z głupawym uśmiechem, proponując jej kolejne udko 

i cofając rękę, gdy pokręciła przecząco głową. 

- Sam gotujesz? 
- Pewnie. Dużo tego. - Dodał. Nadal ją prowoko­

wał. - Naprawdę zjadłabyś to wszystko beze mnie? 

- Przez parę dni - odparła sprytnie, po czym spró­

bowała jeszcze bardziej uzasadnić obfitość przygoto­

wanego jedzenia. - Duży posiłek najlepiej jeść w porze 

obiadowej. Wtedy przez resztę dnia można go spalić. 

Graham przyjrzał się jej dokładnie, zatrzymując 

wzrok na piersiach, talii, biodrach, i wzbudzając w jej 

ciele, podążające za jego spojrzeniem, dreszcze. 

- Więc dlaczego to ja głównie jem? 

- Bo ja nie pracuję tak ciężko, żeby móc to wszyst­

ko spalić. 

- No tak, ale jeżeli zjem duży obiad, a potem taką 

samą kolację, to chyba będzie przesada? - Graham 

przeciągnął się i poklepał po płaskim brzuchu. 

- Mógłbyś... podnosić ciężary - zauważyła Debra, 

uśmiechając się szeroko. 

- Żartujesz? - Udał oburzenie. - Musisz wie­

dzieć, że to ciało było kiedyś chude. W tej chwili wy­

gląda tak jak wygląda, dzięki solidnej pracy. -

W oczach zapaliły mu się iskierki. - Podnoszenie cię-

163 

background image

żarów jest dla tych, którzy nie mogą w inny sposób za­

pracować na mięśnie. A jak jest z tobą? - Nachylił się 

i zanim Debra zdążyła przewidzieć jego ruch, delikat­

nie ścisną! jej ramiona i nogi, pomacał brzuch. 

Wybuchnęła głośnym śmiechem, który tylko czę­

ściowo wywołały łaskotki. 

- Przestań, Graham! - zawołała, chwytając jego 

dłoń. Wtedy przestał. Popatrzyli sobie w oczy - nagle 

poważniej - pozostając niebezpiecznie blisko siebie. 

Jego dłoń była ciepła. Ciepła i duża, tak że Debra 

z trudem mogła ją objąć palcami. Jego spojrzenie 

przesunęło się na jej usta. Ta „pieszczota" sprawiła, że 

Debra oddychała z coraz większym trudem. Nagle 

wstrząsnął nimi krzyk dzikiej gęsi, przelatującej wyso­

ko nad ich głowami... i czar prysnął. 

Spędzali ze sobą czas beztrosko żartując, a potem 

nieuchronnie kończyło się to znaczącym spojrzeniem, 

dotykiem albo westchnieniem, które przypominało 

im, że to, co zaiskrzyło między nimi, nigdy nie wygasło. 

Debra niczego nie przyśpieszała. Nie była jeszcze go­

towa, podobnie jak Graham, by uczynić kolejny krok. 

A jednak pojawiło się dręczące ją uczucie, najbar­

dziej zauważalne w nocy, kiedy była sama na podda­

szu, księżyc i gwiazdy świeciły jej nad głową, a w drze­

wach szumiał lekki wietrzyk. Postanowiła nazwać to 

„trudami dojrzewania" - po raz pierwszy była prze­

cież zdolną do samodzielnego życia, odrębną jednost­

ką, nie córką czy żoną, lecz sobą. W głębi duszy jed­

nak podejrzewała, że chodzi o coś innego. Graham 

Reid szybko stawał się jej obsesją. 

Chociaż przez weekendy wynajdywała sobie wiele za­

jęć, poznawała okolicę, robiła zakupy w słynnym miej-

164 

background image

scowym zakładzie produkującym swetry, odwiedzała 

nowo poznanych znajomych, to jednak poniedziałkowe 

poranki były szczególne. Kiedy przyjeżdżał Graham, jej 

serce przyśpieszało nieco swój rytm i zaczynała poru­

szać się z większą lekkością. Gdyby nie wierzyła, że jest 

inaczej, podejrzewałaby siebie o to, że jest niemal zako­

chana w tym człowieku. Ale uważała, że jest inaczej. Po 

prostu przeżywała okropne chwile po rozpadzie związ­

ku, który miał trwać wiecznie. Graham był kimś, kogo... 

lubiła, podziwiała... do kogo czuła niezwykle silny po­

ciąg fizyczny. Ale miłość? To nie było możliwe. 

Mimo to zaczęła planować ich specjalne obiady, 

postanawiając rozmawiać z Grahamem tak otwarcie, 

jak się da - na temat swojej pracy i telefonów, które 

odbierała. Nie były to jakieś świadome starania z jej 

strony, by wprowadzić go w swoje życie. Stwierdziła 

po prostu, że odpowiada jej omawianie z nim różnych 

spraw, że on potrafi ocenić daną sytuację i pomóc jej 

z niej wybrnąć. 

Graham nadal jednak nie uchylał drzwi do swojej 

prywatności, chociaż Debra bardzo starała się to 

zmienić. Mówił jedynie o teraźniejszości albo niedaw­

nej przeszłości, czyli czasie, kiedy mieszkał już w tej 

okolicy. Natomiast zawsze unikał opowiadania o swo­

im dzieciństwie, o wykształceniu czy małżeństwie. 

Debra nauczyła się rozpoznawać zmiany jego na­

stroju po odgłosach młotka uderzającego w nowe ce­

drowe gonty, które mocował na dachu. Czasami przy­

bijał je łatwo i pewnie, a innym razem z siłą 

zdradzającą frustrację. Wtedy, kiedy nie mogła się 

z nim porozumieć, jej własna frustracja była niemal 

równie wielka. W takich chwilach wyglądał na zatro­

skanego, a ona bardzo pragnęła mu pomóc. 

On jej na to jednak nie pozwalał, zmuszając Debrę 

do zadowalania się tymi ich wspólnie spędzanymi 

165 

background image

chwilami, które były serdeczne, radosne, a często też 

pełne zadumy. 

Graham był jej tajemnicą. To, co ich łączyło, ciepło 

i bliskość, istniało tylko w małym świecie jej domu. 

Aż do dnia, kiedy pojawił się Jason Barry. 

Właśnie zaczął się czerwiec, a wraz z nim siódmy 

tydzień pobytu Debry w jej nowym domu. Ponieważ 

zrobiło się naprawdę ciepło, większość czasu spędza­

ła na dworze. Pisała, siedząc na starej drewnianej huś­

tawce, przechadzała się po podwórzu lub po lesie, 

a często po prostu wygrzewała się na słońcu, zerkając 

na Grahama. Skończył już przybijać gonty i zajął się 

zewnętrznymi ścianami domu, chcąc je starannie wy­

kończyć przed przystąpieniem do kolejnych prac we­

wnątrz budynku. 

W ten poniedziałek w domu panowała cisza, a spo­

kój pogłębiała bezwietrzna pogoda, bezchmurne nie­

bo i wspaniałe słońce. Debra, założyła krótką obcisłą 

bluzeczkę bez ramiączek i szorty. Była bosa. Graham 

miał na sobie jedynie spłowiałe dżinsy i adidasy. 

Było dość wczesne popołudnie. Debra skończyła 

już zaplanowane na ten dzień pisanie, przygotowała 

na obiad kanapki z upieczonymi na grillu stekami 

i zrobiła dokładne notatki po obejrzeniu kolejnego 

odcinka „Gier miłosnych". Odpoczywała teraz na 

R O Z D Z I A Ł 

166 

background image

trawniku przed domem, siedząc z wyciągniętymi no­

gami, podpierając się z tyłu rękami, wpatrując się 

w opalony tors swego cieśli. 

Jej cieśla. Już dawno nie myślała o nim w ten spo­

sób. Ale oto miała go przed sobą, stojącego u szczytu 

drabiny, wbijającego gwoździe w drewno i wyglądają­

cego niezwykle pociągająco. Pamiętała, jak pierwszy 

raz ściągnął koszulę z powodu upału. Poczuła zażeno­

wanie, onieśmielenie, niemal bała się spojrzeć na nie­

go. Nawet teraz, chociaż pokonała już owo pierwsze 

skrępowanie, czuła tak samo przyśpieszony puls, ten 

sam ucisk w żołądku. 

Nie znaczy to oczywiście, że nigdy dotąd nie widzia­

ła mężczyzny. Ale ciało Grahama było inne niż te, 

które znała - bardziej jędrne i umięśnione. Gdy uno­

sił każdą deseczkę, przykładał ją w odpowiednim 

miejscu, sięgał po gwóźdź, a potem z całej siły go wbi­

jał, jego błyszcząca od potu skóra napinała się na mu-

skułach. Ramiona miał długie, silne i z dnia na dzień 

coraz bardziej opalone. Debra zauważyła, jak na po­

krywających je brązowych włoskach zaiskrzyły pro­

mienie słoneczne, a potem, kiedy odwrócił się, żeby 

sięgnąć po kolejną deskę, dostrzegła trójkąt kędzie­

rzawych włosów porastających jego klatkę piersiową 

i sięgających niżej, aż do paska spodni. 

Debra ułożyła się na plecach i zamknęła oczy, ale je­

go wizerunek pozostał pod powiekami i z każdą chwi­

lą stawał się coraz wyraźniejszy. Gdy z otwartego okna 

dobiegł ją dzwonek telefonu, niemal poczuła ulgę. 

Graham przerwał pracę, by popatrzeć, jak Debra 

biegnie do domu. Pomyślał, jak zdrowo wygląda 

z opalenizną i jak bardzo zaczyna się upodabniać do 

wiejskiej dziewczyny. Coraz trudniej mu było utrzy­

mywać dystans. Odwrócił się i ze zdwojoną energią 

wbił kolejny gwóźdź. 

167 

background image

- Graham? - Wychyliła się zza frontowych drzwi. 

- To do ciebie. Dzwoni Joe. 

Joe był facetem, który tydzień temu dokonywał po­

miarów kuchni. 

Graham zszedł z drabiny, szybko podszedł do drzwi, 

wyminął Debrę i skierował się w stronę telefonu. Gdy 

rozmawiał, Debra powędrowała do kuchni. Już sobie 

w niej wyobrażała elektryczną kuchenkę, mikrofalów­

kę, lodówkę z podwójnymi drzwiami i ustawiony po­

środku grill, który już zamówiła. Wróciła do salonu 

akurat w chwili, gdy Graham odkładał słuchawkę. 

- Jakieś problemy? - spytała, dostrzegając jego 

zmarszczone czoło. 

- Co? Nie, nie. Nic podobnego. Przypomniał mi, 

że miałem o czymś powiedzieć elektrykowi. 

Debra skinęła głową i jeszcze raz się rozejrzała. 

- Ten dom wygląda już inaczej, jest jakby większy 

i jaśniejszy. 

- To prawda. - Graham spojrzał na miejsce, gdzie 

jeszcze do niedawna znajdował się sufit, a teraz widać 

było odsłonięte krokwie pierwszego piętra. - Być 

może te okna na górze są małe, lecz przez nie wpada 

do salonu znacznie więcej światła niż poprzednio. Po­

czekaj aż zostaną zainstalowane świetliki. Wtedy do­

piero zobaczysz różnicę. 

Odchyliła do tyłu głowę, próbując sobie to wyobra­

zić. Nie mogła zauważyć, że Graham spojrzał na nią, 

po czym przeniósł wzrok na okno. 

- Ktoś tu jest - rzekł cicho. - Spodziewałaś się 

kogoś? 

Debra odwróciła się i dostrzegła nadjeżdżający sa­

mochód. 

- Ja nie. - Wzruszyła ramionami, po czym przyj­

rzała mu się uważniej. Wóz miał tablice rejestracyjne 

z New Hampshire... Teraz też wyraźniej było widać 

168 

background image

kierowcę. Rozpoznała go natychmiast po gęstych si­

wych włosach. 

- Och, nie! - wyszeptała przerażona i podniosła 

pełen niepokoju wzrok na Grahama. - Och, nie! 

- Kto to jest? - zapytał ostrożnie, choć znał odpo­

wiedź, zanim mu jej udzieliła. 

- To Jason! - Przygryzając dolną wargę, wlepiła 

wzrok w Grahama, po czym wyszeptała: - Jego tu nie 

powinno być. To jest mój dom. 

Oczy Grahama wyrażały zrozumienie, lecz nic nie 

odparł. Po prostu uniósł dłoń do jej policzka i delikat­

nie go pogłaskał. Debra uspokoiła się. Odwróciła się 

i wyszła na dwór. 

Wychodząc z samochodu, Jason odruchowo wygładził 

swe lniane spodnie i poprawił pasek. Powiódł wzrokiem 

po budynku, a potem zatrzymał spojrzenie na Debrze. 

- Cześć, złotko! - wykrzyknął i znów spojrzał na 

dom. - Niezłe mieszkanko sobie znalazłaś. 

- Co ty tu robisz, Jason? - spytała, cały czas panu­

jąc nad głosem. Zbliżyła się do połowy podwórza, tak 

by w razie potrzeby zapobiec wejściu mężczyzny do 

domu bez zaproszenia. Tu się zatrzymała. 

Nie zrażony jej chłodnym przywitaniem, Jason 

udał, że napawa się świeżym powietrzem, poklepał się 

po brzuchu i zrobił kilka kroków w jej kierunku. 

- Odwiedzam cię, Deb. Stwierdziłem, że nadszedł 

czas, żebym i ja zobaczył w końcu wieś. - Podszedł, ujął 

ją za ramiona i pochylił się do jej ust. Debra jednak cof­

nęła się i odwróciła głowę, więc jego pocałunek dosięgnął 

tylko policzka. Debra znów zrobiła kilka kroków do tyłu. 

- Czego chcesz? - spytała. 
- Zobaczyć, jak sobie radzisz. - Uśmiechnął się. -

Dobrze wyglądasz. A właściwie pięknie. Opalona, bez 

makijażu, bosa. - Nagle pobiegł wzrokiem w bok. 

Debra obejrzała się i dostrzegła Grahama wyłaniają-

169 

background image

cego się zza budynku. Skinął głową w ich kierunku 

i wrócił do swej pracy. 

- To jest ten Reid, o którym Stuart mówił z takim 

rozdrażnieniem? 

- Tak. 
- Wygląda tylko na zwykłego robotnika. - Ostrość 

spojrzenia Jasona przeczyła niedbałemu tonowi jego 

głosu. 

- Bo właśnie nim jest. 
- Jesteś z niego zadowolona? 

- Uhm. 
- Czy mogę... czy masz coś przeciwko temu, żebym 

się trochę rozejrzał? 

- Stąd też możesz patrzeć. A potem możesz wrócić 

do swojego samochodu i do Nowego Jorku. 

- Przestań, Deb. Jak ty ze mną rozmawiasz? Przy­

jechałem tu, żeby się z tobą zobaczyć. 

Z każdą minutą czuła się silniejsza, zwłaszcza, że 

Graham był w pobliżu. 

- Powinieneś był zadzwonić i uprzedzić o swoich 

planach, to zaoszczędziłabym ci tej podróży. Tutaj nie 

ma dla ciebie miejsca, Jason. 

Wyciągnął rękę, żeby ją uspokoić. 

- Posłuchaj, wiem, że zostałaś zraniona. 

- Zraniona? - Poczuła wzbierającą złość. Nie mo­

gła uwierzyć, że ośmielił się przyjechać do jej domu. 

Do jej domu! - Zraniona? 

- Posłuchaj, mogę to wyjaśnić. 
- Za późno na wyjaśnienia, Jason. Jesteśmy roz-

wiedzeni. To koniec. 

- Jesteś dziecinna... 

- Jeśli ci się nie podobam, to możesz odjechać. Nie 

ma powodu, żebyś tu zostawał. 

- Debra, przyjechałem porozmawiać - zaczął mó­

wić głośniej. Spojrzał w górę i dostrzegł wlepiony 

170 

background image

w niego wzrok Grahama. - Chodźmy stąd gdzieś. -

Zrobił kilka kroków w jej stronę, wyciągnął dłoń 

i przesunął palcami po jej ramieniu, a potem je objął. 

Debra wyswobodziła się gwałtownym szarpnię­

ciem. 

- Wszystko, co masz do powiedzenia, możesz po­

wiedzieć tutaj. 

Jason ściszył głos i odezwał się, niemal nie porusza­

jąc ustami. 

- Mamy publiczność. Chciałbym trochę prywat­

ności. 

- To wróć do Nowego Jorku. Masz tam mieszka­

nie. Wejdź do niego i zamknij drzwi. Będziesz miał ty­

le prywatności, ile chcesz. - Starania, by zapanować 

nad sobą, zaczęły zbierać swoje gorzkie żniwo. Debra 

poczuła, że wszystko zaczęło w niej kipieć. 

- Dlaczego mi to robisz, Debra? Przecież łączyło 

nas coś szczególnego. 

- Łączyło, prawda? - zauważyła. - A potem ty to 

zniszczyłeś. 

- Przepraszam cię za to, złotko. Wynagrodzę ci to. 

Debra wpatrywała się w niego z niedowierzaniem. 

Spojrzała w bok, potem znów na niego. 

- Wynagrodzisz mi to? Zwariowałeś? Nie chcę od 

ciebie niczego... Poza tym, żebyś się wyniósł z mojego 

życia! 

- Ciii... Mów ciszej. - Rzucił spojrzenie w kierun­

ku domu. - Ten twój człowiek może się zacząć zasta­

nawiać, o co chodzi. 

- Graham nie będzie się nad niczym zastanawiał -

odcięła się, poirytowana. - On już o nas wie. A jeże­

li nie usłyszy, co mówisz, to ja mu to prawdopodobnie 

opowiem później. 

Po raz pierwszy Jason okazał zaniepokojenie. Spoj­

rzał na nią z dezaprobatą i przesunął palcami po jed-

171 

background image

nym ze swych znakomicie przyciętych baczków -

w geście, który kiedyś chwytał Debrę za serce. Teraz 

jednak nie robił na niej żadnego wrażenia. 

- Co tu się dzieje? - Świdrował ją wzrokiem. -

Nie mów mi, że poderwałaś pierwszego lepszego fa­

ceta, który ci się nawinął? 

- A jeśli tak? To moja sprawa, nie twoja. 

- Jestem twoim mężem... 
- Byłeś moim mężem. - Wyprostowała się. - Je­

stem teraz wolną kobietą. Mogę robić, co chcę. A poza 

tym, kim ty jesteś, żeby mnie oceniać? Miałeś romans 

z inną kobietą, podczas gdy twoja żona siedziała w do­

mu, wierząc, że jesteś jej wierny. Nie mów mi o byciu 

moim mężem. Zdradziłeś mnie i teraz za to płacisz. 

- A więc to jest kara... ten rozwód, ten twój dom 

tutaj? Tak? - Pytał cicho. - Wbijasz we mnie nóż... 

ale tylko trochę... i przekręcasz go. Nie chcesz zabić, 

tylko zranić. 

Debra skrzywiła się z niesmakiem. 
- Jak zawsze, dramatyzujesz. Zachowaj to do swo­

jego scenariusza, Jason. Na mnie to nie działa. - Od­

wróciła się i zaczęła iść w kierunku domu, ale Jason 

podbiegł i chwycił ją za ramię. 

- Poczekaj chwilę. - Jego głos zabrzmiał groźnie, 

pojawiło się w nim coś nowego, czego nigdy dotąd 

u niego nie słyszała. - Nie wlokłem się tu tyle kilome­

trów tylko po to, żebyś odwróciła się do mnie pleca­

mi. Nie wiem, co w ciebie wstąpiło. Nigdy dotąd nie 

byłaś taka nieuprzejma. 

Ciężko oddychając, usiłowała panować nad sobą. 

- Masz rację, Jason. Byłam słodka i wyrozumiała. 

Właściwie byłam frajerką. - Spojrzała na swe ramię 

i wyraźnie akcentując każde słowo, dodała stanowczo: 

- Zabierz rękę. - Zdumiony tonem jej głosu, Jason 

zrobił, co kazała. Dopiero wtedy zaczęła mówić dalej, 

172 

background image

patrząc mu prosto w oczy i wykorzystując jego chwilę 

słabości. - Wiesz, naprawdę czuję obrzydzenie do sa­

mej siebie. Kiedy myślę o tych wszystkich razach, gdy 

cię kryłam, pisząc za ciebie scenariusze, wierząc, że 

jesteś na planie i poznajesz sztukę reżyserii... - Po­

kręciła głową. - Naprawdę byłam tępa. 

- Nie, nie byłaś. Kochałaś mnie. Właśnie na tym 

polega miłość. Na zaufaniu. - Nie przerywał, ignoru­

jąc wyraz oburzenia, jaki pojawił się na jej twarzy. -

Chcesz mi powiedzieć, że wszystko, co czułaś, już mi­

nęło? - Pstryknął palcami. - Ot tak, po prostu? 

Debra resztką sił powstrzymała się od splunięcia 

mu w twarz. 

- Ot tak, po prostu? - powtórzyła. - Nie, Jason, 

to nie minęło. - Pstryknęła palcami, jak on przed 

chwilą. - Nie minęło ot tak. Było raczej tak. - Ude­

rzyła pięścią w otwartą dłoń z taką siłą, że aż poczuła 

piekący ból. Była jednak zbyt zdenerwowana, by 

zwracać na to uwagę. - Ale masz rację. To jest spra­

wa zaufania. Kiedy odkryłam, że zabawiasz się na bo­

ku, zaufanie, którym kierowałam się w życiu, runęło 

w gruzy. - Wzięła głęboki oddech. - Zabawna spra­

wa z tym zaufaniem... Gdy raz zniknie, to już na do­

bre. - Dygotała ze wzburzenia, ale mówiła łagodnie. 

- A więc odpowiadając na twoje pytanie, powiem: 

nie, nie wszystko, co czułam, przeminęło. Pamiętam 

dobre chwile, które przeżyliśmy, i tym wspomnieniom 

towarzyszy ciepłe uczucie. Ale nigdy już nie mogła­

bym ci ufać, ani cię szanować. A bez tych dwóch rze­

czy miłość jest... no cóż, farsą. 

Przez długą chwilę Jason milczał. Gdy w końcu się 

odezwał, w jego głosie zabrzmiała hardość, świadczą­

ca o tym, że nie może pogodzić się z porażką. 

- To ty dramatyzujesz. Nic dziwnego, że jesteś taką 

dobrą scenarzystką. 

173 

background image

- Nie pochlebiaj mi, Jason. To już nic dla mnie nie 

znaczy. Jestem dobra, bo mnie tego nauczyłeś. 

A wiem, że jestem dobra, bo Harris mi to mówi. 

- Ten serial cię potrzebuje. Nie chciałbym, żebyś 

się z nim pożegnała. 

Debra wstrzymała oddech, po części z powodu 

wrogiego wyrazu twarzy Jasona, a po części na skutek 

tego, co wyraźnie sugerował. 

- Czy to jest groźba? - wyszeptała w końcu. 

Wzruszył ramionami. 

- Ależ nie. To przypomnienie, że dostałaś tę posa­

dę dzięki mnie. 

- Zasłużyłam na nią! To ja wykonywałam za ciebie 

całą robotę! 

- Ale beze mnie nigdy byś nie dostała tej pracy. 

- I co w związku z tym? - Krew tętniła w jej żyłach 

jak oszalała. 

- Sporo czasu spędzam z Harrisem. 

- No i co? - Powiedział „A", czekała aż powie „B". 

Odetchnął głęboko. 

- No cóż... wiem, że Janice Walker bardzo by 

chciała wskoczyć na twoje miejsce. 

Debra stała oniemiała, nie wierząc własnym uszom. 

Nie chodziło o to, że czuła się zagrożona. Nie poczu­

ła się tak nawet przez chwilę. Harris znał jej talent. 

Ale jak Jason miał w ogóle czelność to zasugerować... 

- Czego ty właściwie chcesz, Jason? - wycedziła 

przez zęby. - Po co tu przyjechałeś? Przejdź do sed­

na sprawy. Bez uników. 

Patrzył na nią spokojnie. 

- Chcę, żebyś wróciła, Debra. Wróć ze mną do No­

wego Jorku jako moja żona. 

Wielkim wysiłkiem woli powstrzymała się od śmiechu. 

- Mów dalej. Jak byś wyjaśnił wszystkim to nagłe 

pojednanie? 

174 

background image

- Wystarczyłoby prostu powiedzieć, że się pogo­

dziliśmy. Że nie możemy żyć bez siebie. Że się ko­

chamy. 

- Ale tak nie jest. I nie będzie. 
- Chcę mieć cię przy sobie. 
- Dlaczego? 

Zająknął się, jak gdyby nie spodziewał się takiego 

pytania wprost. 

- Bo... tam jest twoje miejsce. 

Debra zacisnęła pięści i patrzyła na niego oszołomio­

na i wściekła. Gniew, który w niej narastał, teraz zaczął 

w niej wrzeć. Dygocząc z oburzenia, odezwała się cicho: 

- To chyba najbardziej nieprawdziwe zdanie, jakie 

kiedykolwiek od ciebie usłyszałam! - krzyknęła. -

Wcale w to nie wierzę, podobnie jak w to, że możesz 

doprowadzić do zwolnienia mnie przez Harrisa. 

Odwróciła się do niego plecami, zrobiła jeden 

krok, ale zmieniła zamiar i znów na niego spojrzała. 

- Wiesz, co myślę? Że przeżywasz jakiś cholerny 

kryzys wieku średniego. Stąd wzięła się ta sprawa 

z Jackie. I właśnie dlatego mnie potrzebujesz. Chodzi 

o zachowanie twarzy, prawda, Jason? - Podniosła 

głos. - Chcesz, żebym wróciła, bo nie możesz znieść 

myśli, że żona cię porzuciła. Myślałeś, że możesz mieć 

wszystko... mnie, Jackie, czy jakąkolwiek inną akto-

reczkę. Mogę sobie niemal wyobrazić, jak opowiadasz 

wszystkim o mojej wyrozumiałości. - Oczy jej błysz­

czały, ciężko oddychała. - No cóż, nie jestem wyrozu­

miała! Mam swoją godność i szacunek dla samej sie­

bie. Ostatnią rzeczą, którą bym zrobiła, byłby powrót 

do ciebie! - Drżącym palcem wskazała w jego kie­

runku. - Więc możesz wrócić do tego swojego wyna­

jętego samochodziku i zabrać się z powrotem do No­

wego Jorku. Nie chcę cię tu, Jason! Po prostu! 

Znów chwycił ją za ramię. 

175 

background image

- Posłuchaj, złotko... 

- Nie mów do niej „złotko" - spokojnie, lecz sta­

nowczo przerwał mu czyjś niski głos - i zabierz rękę 

z jej ramienia. - Oboje odwrócili głowy i ujrzeli Gra­

hama, który stanął obok Debry. Nigdy dotąd Debra 

nie widziała jego bursztynowych oczu patrzących z ta­

ką wściekłością. - Ta kobieta już kilka razy powie­

działa, żebyś odjechał. - Wskazał głową w kierunku 

podjazdu. - Proponuję, żebyś już ruszał. 

Jasona zamurowało tylko na moment. Po chwili wy­

prostował się - a miał ponad metr osiemdziesiąt, tyl­

ko parę centymetrów mniej od Grahama. Różnica 

między nimi o wiele bardziej zaznaczała się w budo­

wie sylwetki. 

- A ty myślisz, że kim jesteś? To prywatna sprawa 

między moją żoną a mną - odparł Jason z oburzeniem. 

Po krótkim namyśle Graham objął Debrę w pasie 

i przysunął delikatnie do siebie. Natychmiast poczuła 

się pewniej i wsparła się na jego potężnej sylwetce. 

- Ona nie jest twoją żoną. Wymyśl coś innego. 

- Co to jest, Debra? Od kiedy potrzebujesz ochro­

niarza? Czy aż tak bardzo się mnie boisz, czy może 

obawiasz się samej siebie? Czy to byłoby takie strasz­

ne, gdybyś przyznała, że nadal mnie kochasz? 

Graham milczał, rozumiejąc, że sama chce na to 

odpowiedzieć. Leciutko zacisnął palce na na wysoko­

ści jej talii, co przywróciło Debrze pewność siebie 

i umożliwiło udzielenie Jasonowi odpowiedzi zaska­

kująco spokojnym głosem. 

- Graham nie jest moim ochroniarzem. Jest moim 

przyjacielem... Kimś więcej niż ty byłeś dla mnie przez 

ostatnie miesiące. I nie, nie boję się ani ciebie, ani sa­

mej siebie. Zabiłeś wszelką miłość, jaką mogłam kiedy­

kolwiek czuć. Już jej po prostu nie ma. - Ściszyła na­

gle głos do szeptu, pod wpływem napięcia wywołanego 

176 

background image

wspomnieniem jego zdrady. - Jedź już, Jason! Zostaw 

mnie w spokoju! Ten dom, ta ziemia - to dla mnie coś 

zupełnie nowego. Nie chcę tu żadnych wspomnień. 

Myślała, że ugną się pod nią nogi, ale zacisnęła zę­

by i nadal stała wyprostowana. A sprawiło to wsparcie 

Grahama - ręka, którą ją obejmował i jego siła. 

- Rozczarowałaś mnie, Debra - dodał Jason, po 

czym rzucił Grahamowi lekceważące spojrzenie, od­

wrócił się i odszedł w kierunku swego samochodu. 

Debra nie poruszyła się. Obserwowała i czekała, aż 

Jason naciśnie na pedał gazu, wycofa samochód z pod­

jazdu i pomknie drogą, znikając jej w końcu z oczu. 

I wtedy nagle zaczęła dygotać. Graham powoli ob­

rócił ją w swych ramionach, a ona przytuliła policzek 

do jego ciepłego torsu. Mocno objął jej plecy. Bosa, 

wydawała się niższa, bardziej krucha. Pochylił głowę, 

jego twarz zanurzyła się w jej kasztanowych, jedwabi­

stych włosach. Zamknął oczy i tak jak umiał, starał się 

ukoić jej ból. 

Jęknęła cicho i kurczowo objęła go w pasie. Oddy­

chała nierówno, ciężko. Spróbowała się uspokoić, głę­

boko wciągając powietrze w płuca. Poskutkowało. Za­

pach jego ciała działał na nią kojąco. Wzdychała, 

jakby płakała bez łez, przytulając się do Grahama 

i próbując zapomnieć o tym, co się przed chwilą stało. 

Graham trzymał ją mocno, masując plecy Debry 

i próbując tą pieszczotą rozluźnić jej napięte mięśnie. 

Tylko tyle mógł zrobić, by powiedzieć bez słów, że jest 

z niej dumny, by zapewnić ją, że postąpiła słusznie. 

Jednak mogłaby go oskarżyć o wykorzystywanie sytu­

acji, a tego nie chciał. Zaufanie, które zapanowało 

między nimi, było dla niego bardzo cenne. Nie chciał 

tego zniweczyć. 

Debra wyczuła przyśpieszone bicie jego serca i odru­

chowo potarła policzek o jego tors. Odkryła rozkoszny 

177 

background image

kontrast: ciepła, miękka skóra pokryta krótkimi wło­

skami mocno opinała twarde, silne mięśnie. Czuła się 

bezpieczna i spokojna. Jasona już tu nie było. I nigdy 

nie będzie. Był tylko Graham i ta wspaniała ziemia. 

Zamknęła oczy i znów głęboko odetchnęła, rozko­

szując się jego zapachem, czystym i podniecającym. 

Spowodował on, że ukojenie przekształciło się w upo­

jenie, a ona nie miała ani siły, ani ochoty, by przeciw­

stawić się sile jego przyciągania. Zbliżyła usta do cia­

ła Grahama i pocałowała je delikatnie - raz, potem 

drugi... Następnie przesunęła dłonie w górę jego ple­

ców, badając wspaniałą muskulaturę... Jej puls przy­

śpieszył, dorównując biciu jego serca. 

- Debra? 

Znów mocniej go obejmując, powoli uniosła twarz 

i spojrzała mu w oczy. Ujrzała w nich ciepło i oczeki­

wanie. To nie był Jason. Między nim a Grahamem nie 

było żadnego podobieństwa. Ta twarz wyrażała tro­

skę, zrozumienie, bezinteresowność. To był Graham... 

I tak bardzo pragnęła go pocałować. 

Stojąc na palcach, dotknęła ustami jego brody... 

A potem zaczęła składać podobne, delikatne poca­

łunki wokół kącików jego ust. Cofnęła się i napotkała 

jego wzrok. Płomień w jego oczach potwierdzał to, 

o czym świadczył przyspieszony oddech. 

Objął ją i uniósł. Ich pocałunek był wyrazem wza­

jemnego pragnienia, nagle uwolnionego po wielu 

dniach oczekiwania na tę chwilę. Pochłonął ich całko­

wicie, powodując u Debry zawrót głowy. Przesunęła rę­

ce po jego talii, centymetr po centymetrze wspinając 

się w górę jego klatki piersiowej, ku opalonym ramio­

nom. Jej ciało przywierało teraz mocno do jego ciała. 

Objęła go za szyję, on tymczasem pieścił jej plecy. Ca­

ły czas ich wargi przywierały do siebie, jakby się bali te­

go, co może przynieść nawet chwilowe ich rozłączenie. 

178 

background image

To się musiało jednak zdarzyć, bo ich płuca pragnę­

ły powietrza z powodu szybko rosnącego podniece­

nia. Z gardłowym jękiem Graham oderwał usta od jej 

warg i przesunął je na szyję. 

- Debra - wyszeptał, po czym zaczął zataczać ję­

zykiem kółka poniżej jej ucha. 

Debra, przechylając głowę, z rozkoszą mu na to 

przyzwoliła, nieświadoma gwałtowności uścisku na je­

go szyi, ani swych cichych westchnień. Gdy w końcu 

Graham osunął się na ziemię, podążyła za nim. 

Miał ją tuż przy sobie, jedną dłonią podtrzymując 

jej ramiona, a drugą jej dotykając. Popatrzyli sobie 

w oczy. Debra czuła się teraz spełniona i kochana; 

Graham pomógł usunąć jej z pamięci wszelkie myśli 
o bólu i zdradzie... Jego ciepłe palce dotknęły jej po­

liczka, kciuk zaczął obrysowywać jej wargi. Nagle 

chwyciła dłoń Grahama i przycisnęła ją do ust, by po­

czuć chropowatość jego odcisków. Wiedziała już, że 

pragnie więcej, o wiele więcej... 

- Graham... ja... - Nie dokończyła. Słowa uwięzły 

jej w gardle. Cóż mogłaby powiedzieć? Że go kocha? 

Może to była prawda, chociaż sama nie czuła się jeszcze 

gotowa, by ją usłyszeć. Że go pragnie? Ale przecież on 

to już wiedział. A zatem, o co chodziło? - Graham... 

Wyswobodził jeden z palców i zakrył nim jej usta. 
- Nie mów ani słowa - wyszeptał. - Nie liczy się 

nic, oprócz tego... - pocałował jej powieki. - Pragnę 

tylko, żeby było lepiej, piękniej... 

- Już jest - wyszeptała, niemal nie rozchylając ust. 

Gdy ujął jej brodę i pochylił głowę, już na niego cze­

kała. Obdarowała go mocną mieszanką słodyczy 
i ognia... A dając, otrzymywała jeszcze większą dawkę 

podniecenia, bo dodawała mu śmiałości. Jego dłoń 

przesunęła się na jej szyję, po czym zsunęła się niżej. 

Czuła jego chropowate, lecz zarazem delikatne dło-

179 

background image

nie robotnika. Gdy przesunęły się na bluzeczkę, jej 

ciało odruchowo się wyprężyło. 

- Graham... - wyszeptała. 

Obsypał jej czoło pocałunkami i poprosił: 

- Pozwól, że cię dotknę. 
- Tak... tak... - Zamknęła oczy, wygięła plecy i po­

czuła jego dłoń na piersi. Zręcznymi palcami pieścił 

jej krągłość, jakby oceniał jej wielkość pod naprężoną 

tkaniną. Z łatwością odnajdując twardy szczyt, zaczął 

pocierać go kciukiem. Debra płonęła pod jego palą­

cym dotykiem. 

- Dobrze tak? - Spytał szeptem. 

- Och, tak... 

- Chcesz jeszcze? 

Otworzyła oczy. 

- Tak - zamruczała. Jej ciało płonęło coraz bar­

dziej. Napięcie, które odczuwała, nie pozwoliłoby na 

inną odpowiedź... 

- Pocałuj mnie - poprosił. Uczyniła to z wielką 

namiętnością. Choć oszołomiona rozkoszą, zdała so­

bie sprawę, że jego palce zsuwają jej z piersi bluzkę. 

Wspierając się na umięśnionych ramionach, Gra­

ham spojrzał w dół. Debra leżała nieruchomo, świa­

doma swej nagości i zachwycona rozkoszą, z jaką on 

podziwiał bujność jej piersi. Chociaż w odróżnieniu 

od pewnych kobiet, które znała, nigdy nie była ekshi-

bicjonistką, teraz nie odczuwała żadnego zażenowa­

nia. Proponowała Grahamowi coś, co - jak się wyda­

wało - już od dawna do niego należało. 

- Jesteś śliczna, Debra. - Ciepła barwa jego głosu 

i pełen uwielbienia wzrok pozwolił jej w to wierzyć. 

Uniósł dłoń i dotknął jej skóry, początkowo deli­

katnie, lekko ją łaskocząc... 

- Taka miękka i jasna - zamruczał zafascynowany. 

- Tutaj nie opalona. Gdyby słońce wiedziało, co tra-

180 

background image

ci... - Powiódł palcami wokół jednej piersi, a potem 

potarł dłonią brodawkę tymi samymi podniecającymi, 

okrężnymi ruchami... 

Debra jęknęła i chwyciła go za nadgarstek. 
- Sprawiam ci ból? - spytał. 
- Och, tak... - wyszeptała - ale nie tu... 

Pochylając się, Graham dotknął ustami jej warg. 

- Więc gdzie? Tutaj? - Nie patrząc, sięgnął po 

drugą jej pierś. Gdy zaprzeczyła ruchem głowy, prze­

sunął rękę niżej, na brzuch. - Tutaj? - I znów za­

przeczyła. Pochylił się jeszcze niżej, aż jego pierś do­

tknęła jej brodawek. Przesunął rękę po biodrze 

Debry, a potem niżej, po nodze, i z powrotem po­

wiódł palcami w górę jej uda. - Tutaj? 

- Nie... - zadrżała. - Och, Boże, Graham... gdybyś 

wiedział... - Głos uwiązł jej w gardle. Dłoń mężczyzny 

zakradła się w górę, by pieścić jej pulsujące, ciepłe cia­

ło. Odruchowo wyprężyła się, próbując się uwolnić. 

Jęknęła, bo ruch jego palców stał się gwałtowniejszy. -

Graham... - Tym razem jego wargi nie pozwoliły jej 

mówić, rozchylając jej usta w niepohamowanym poca­

łunku, jakiego nigdy dotąd nie doświadczyła... 

Teraz wiedziała, czego chce, i o czym powinna była 

wiedzieć od pierwszego dnia, kiedy poznała Grahama. 

- Graham... wyszeptała przy jego ustach. Gdy pod­

niósł głowę, ujęła w dłonie jego twarz. - Czego ty 

pragniesz? - spytała. 

Przesunął dłonią po jej brzuchu, piersiach, ramie­

niu, aż do nadgarstka. I z łagodną perswazją przyci­

snął jej dłoń do dowodu swego pożądania. 

- Pragnę cię - wyszeptał, przytrzymując jej rękę i po­

cierając nią pieszczotliwie w górę i w dół... Z minuty na 

minutę oddychał coraz głośniej. - Pragnę cię całą... że­

by każdy centymetr twego ciała dotykał mojego. Chcę 

cię trzymać nagą w ramionach... spragnioną, w moim 

181 

background image

łóżku. O Boże, Debra! - krzyknął. - Nie wydaje mi się, 

żebym mógł to dłużej wytrzymać. - Gwałtownie odsu­

nął od siebie jej rękę. - Pragnę być w tobie, do cholery, 

i nie wyobrażać sobie, jak ci było z Jasonem, albo co my­

ślisz i czujesz, kiedy piszesz swoje sceny miłosne! 

Siła, z jaką wymówił te słowa, zaskoczyła ich oboje, 

podobnie jak same słowa. Zakłóciły wyjątkowość tej 

chwili, jaskrawo przypominając o tamtym innym świe­

cie, z którego pochodziła Debra, i do którego, pod 

wieloma względami, nadal należała. A Graham znów 

był tylko cieślą, wynajętym robotnikiem. 

Nagle zaprzeczyła temu, o czym przed chwilą po­

myślała. Nie, nie był tylko cieślą! W czasie miłosnych 

uniesień okazał się czuły i delikatny. Nie było w nim 

nic z grubianina, pragnącego zaspokoić przede 

wszystkim własne potrzeby. Kim on był? - spytała sa­

mą siebie. Prawie nic o nim nie wiedziała. 

- O co chodzi, Debra? - spytał Graham, pohamo-

wując nagle swą gwałtowność, gdyż wyczuł zmianę jej 

nastroju. 

Odezwała się nieco głośniejszym szeptem, pełna 

pragnienia i zarazem obawy. 

- Trudno w to uwierzyć, ale prawie cię nie znam. 

- Wiesz to, co trzeba wiedzieć... to, co jest ważne. 

- A cóż to takiego? - spytała niespokojnie. 

- Że jestem mężczyzną mieszkającym samotnie na 

wsi i zarabiającym na swe utrzymanie uczciwą pracą. 

- Alę tak jest teraz. - Mówiła bardziej zdecydowa­

nie, gdyż w końcu zebrała myśli. - A co z twoją prze­

szłością? 

Puścił jej dłonie i usiadł obok, patrząc przed siebie, 

na wiejski krajobraz, podczas gdy ona usiłowała z po­

wrotem założyć bluzkę. 

- To nie ma znaczenia - wycedził przez zęby, a je­

go ciepła namiętność nagle zniknęła. 

182 

background image

- Ma znaczenie. Właśnie w tym rzecz - przekony­

wała go łagodnie, siadając obok niego. - Na to, kim 

jesteśmy w danej chwili, składa się suma wcześniej­

szych zdarzeń. - Patrzyła gdzieś ponad horyzontem. 

- Jestem teraz tutaj z powodu tego, kim byłam, co 

zrobiłam i co widziałam wcześniej. - Odwróciła się, 

by spojrzeć na jego mocno zarysowany profil. - Mo­

żesz mnie zrozumieć, bo wiesz, co się ze mną wcze­

śniej działo. Nawet twoje dzisiejsze spotkanie z Jaso-

nem z pewnością ci w tym pomogło. 

Spojrzał na nią chłodno. 

- Rzeczywiście. On jest pewnie ze dwadzieścia lat 

starszy od ciebie. 

Wzruszyła ramionami. 

- Niezupełnie, ale prawie. I dobrze myślisz... Przy­

puszczam, że był dla mnie mentorem, i to mnie 

w nim pociągało. Wziął mnie pod swoje skrzydła ja­

ko swoją protegowaną. Nigdy nie kwestionowałam 

tego, co robił. 

- Potrafię to zrozumieć - rzekł nieco łagodniej. 

- A więc zrozumiesz także, że to, iż tu jestem, robię 

swoje i mocno stoję na nogach, wiele dla mnie znaczy. 

- Rozumiem. 

- Widzisz? Ty potrafisz zrozumieć. Natomiast je­

żeli chodzi o mnie... - przerwała na chwilę. - Ty je­

steś dla mnie wielkim znakiem zapytania. Wyjeż­

dżasz stąd codziennie pod koniec dnia i jedziesz 

nawet nie wiem gdzie. Kończysz pracę w piątki. Co 

robisz przez cały weekend? Gdy nadchodzi ponie­

działek, nie śmiem cię o nic pytać z obawy, że za­

mkniesz się w sobie i będziesz na mnie zły. Wiem, że 

byłeś żonaty, ale nie ośmielam się pytać o twoją żo­

nę, o to, gdzie mieszkałeś, no i gdzie się nauczyłeś tak 

projektować... - Zabrakło jej tchu, więc zamilkła. 

Nagle spojrzała na niego błagalnie. - Czy mogę cię 

183 

background image

pytać o te sprawy, Graham? Mógłbyś mi udzielić kil­

ku odpowiedzi? 

Przez chwilę nie odzywał się. Patrzył to na nią, to 

na ziemię, to na odległe wzgórza. Wiedział, że nie po­

stępuje wobec niej uczciwie. Już wcześniej sam to 

przyznał. Doskonale zdawał sobie sprawę, że podczas 

ich rozmów to Debra otwierała się bardziej. Teraz, 

spoglądając na nią, uświadomił sobie, ile chciałby jej 

powiedzieć. A jednak ciągle coś go powstrzymywało, 

jakaś obawa, że będzie zgubiony, jeśli wyzna jej całą 

prawdę. Wtedy odsłoni się całkowicie. 

Ale czy to tak naprawdę ma znaczenie? - pytał 

sam siebie. Czy już teraz nie był całkowicie pod jej 

wpływem? Nie chciał tej pracy, ale ją przyjął. Nie pra­

gnął jej przyjaźni, ale ona się pojawiła równie nie­

uchronnie, jak wschód słońca. Nie chciał jej uczucia... 

tylko jej ciała. Nawet teraz sprawy przebiegały nie 

tak, jak to sobie zaplanował. Czy w takim razie mógł­

by uciec od tego, co prawdopodobnie było już fak­

tem? Czy był w niej zakochany? 

Wstał i spojrzał na nią z góry, celowo wykorzystu­

jąc tę przewagę, by zrekompensować sobie bezrad­

ność, którą odczuwał. Jednak jego mocno ściągnięte 

brwi zdradzały dręczący go niepokój. 

- Nie jestem gotów, Debra... przykro mi. - Od­

wrócił się i wymamrotał pod nosem: - Lepiej już 

wrócę do pracy - i odszedł. 

Debra, skonsternowana, patrzyła, jak zdecydowa­

nym krokiem szedł przez trawnik do domu, do swego 

młotka, gwoździ i desek. Zdumiało ją, jak wiele się 

wydarzyło, odkąd ostatnio stał na dachu. W zamyśle­

niu potarła dłonią gładką skórę ramienia i ścisnęła je 

mocno, aż poczuła pulsowanie krwi. 

Nie było aż tak źle - przekonywała samą siebie. 

Chociaż niczego się nie dowiedziała, to przynajmniej 

184 

background image

nie zatrzasnął jej drzwi przed nosem. Mogła poczekać. 

Żadne z nich nie wybierało się w daleką drogę. Gdyby 

tylko nie to dręczące uczucie niespełnienia... 

Odwróciła się, zostawiając za plecami Grahama. 

Niewielkim pocieszeniem było to, że - jak się wyda­

wało - on również był podenerwowany, co przejawia­

ło się w gwałtowności, z jaką uderzał młotkiem. Na 

szczęście, mógł w ten sposób rozładować napięcie. 

W przeciwieństwie do niej. 

Nagle przyszedł jej do głowy pewien pomysł. Wsta­

ła i udała się do powozowni po torebkę i kluczyki. Na­

wet nie spojrzała w stronę domu, wycofując samo­

chód z podjazdu. 

Po powrocie dostrzegła jedynie, że Graham pod­

czas jej nieobecności wykonał kawał dobrej roboty. 

Mogła się tego spodziewać. 

Zaparkowała swego Blazera przy jego ciężarówce, 

wysiadła i otworzyła bagażnik. Sięgnęła do niego 

i szarpnęła maszynę, glebogryzarkę, którą jej znajomy 

ze sklepu z narzędziami z łatwością załadował do sa­

mochodu. Ani drgnęła. 

- Cholera! - Zaciskając zęby, obiema dłońmi zdo­

łała ją tylko odrobinę przysunąć. Wdrapała się na ba­

gażnik i ze wszystkich sił spróbowała przesunąć ma­

szynę ku tylnym drzwiom. Udało jej się umieścić 

glebogryzarkę i oprzeć o brzeg samochodu, tak by 

można ją było potem opuścić na ziemię. Wygramoliła 

się na zewnątrz. Zdyszana i podenerwowana, cofnęła 

się o krok i przyjrzała się nowemu nabytkowi. Wtedy 

zmroził ją głos Grahama. 

- Mój Boże, Debra! - wykrzyknął, podbiegając. 

Odsunął ją na bok i ściągnął maszynę na ziemię. -

185 

background image

Co ty chcesz zrobić? Nadwerężyć wszystkie mię­

śnie? 

- Przecież tobie udało się to podnieść - odparła 

z oburzeniem, wycierając spocone czoło grzbietem 

dłoni. - Patowi ze sklepu z narzędziami także. Żaden 

z was nie miał z tym kłopotów. 

- Ale ty jesteś kobietą. Nie możesz tego robić. 

- Kto tak mówi? - Jej oczy płonęły. Była gotowa 

do walki. 

- Ja tak mówię - oświadczył, lecz w jego oczach 

i głosie pojawiła się nagle łagodność, co wystarczyło, 

by powstrzymać jej wojownicze zapędy. - Chyba nie 

ważysz więcej niż pięćdziesiąt kilo? 

- Pięćdziesiąt pięć. 

Uśmiechnął się szeroko. 

- Widzisz, chodzi o to, że moje ciało ma większą 

masę. Pat jest chyba jeszcze potężniejszy. Pod tym 

względem, jeżeli chodzi o podnoszenie takiej maszy­

ny - ogarnął ją wzrokiem - to mamy nad tobą prze­

wagę. Nie wspominając o tym, że obaj ciężko pracuje­

my fizycznie. Tak więc... - zaakcentował ostatnie 

słowa, marszcząc czoło - jeśli zamierzasz mnie oskar­

żyć o to, że jestem męskim szowinistą, to oszczędź so­

bie tego. Gdybyś miała z metr osiemdziesiąt i ważyła 

osiemdziesiąt parę kilo, to bym ci pozwolił podnieść 

tę twoją cholerną glebogryzarkę. A teraz powiedz -

westchnął - co ty w ogóle zamierzałaś z nią zrobić? 

- Przygotować ogród - odparła, przez jego nieod­

partą logikę pozbawiona możliwości zaczepki. 

- Gdzie? Za domem? 

- Tam jest największe nasłonecznienie. 

- Kwiaty? 

Zaprzeczyła ruchem głowy, odsuwając z policzka 

pasemko mokrych włosów. 

- Warzywa - odparła. 

186 

background image

- Ach... Zapasy na zimę? 

- Coś w tym rodzaju. - Odchyliła głowę w bok. -

Nigdy dotąd nie uprawiałam ogrodu. To będzie dla 

mnie wyzwanie. 

Graham obrzucił ją sceptycznym spojrzeniem. 

- Wiesz, co należy robić? 

- Jasne. W ostatni weekend spędziłam trochę cza­

su w bibliotece w Manchesterze. Wypożyczyłam parę 

książek. Ale najpierw muszę spulchnić glebę, zanim 

zacznę robić cokolwiek innego. I stąd się wzięło -

spojrzała na maszynę - to. - Odetchnęła głęboko 

i sięgnęła po rączkę urządzenia, zamierzając je prze­

ciągnąć na podwórze. - Właściwie mogę się już za to 

zabrać. Robi się późno. 

Graham uprzejmie nie powiedział nic na temat po­

ry dnia. Oboje wiedzieli, że najlepiej byłoby rozpo­

cząć tę ciężką pracę jutro z rana. Oboje wiedzieli jed­

nak również i to, że nawet krótka chwila pracy 

podziałałaby na nią w tej chwili terapeutycznie. 

- Proszę - rzekł wspaniałomyślnie - pozwól, że 

przeciągnę to na podwórze. 

Graham umieścił glebogryzarkę tam, gdzie Debra 

chciała, kiedy jednak chwyciła za rączkę, przystępując 

do pracy, gorzko się rozczarowała. Maszyna porusza­

ła się, to było już coś. Jednakże zaledwie Debra wyko­

nała pół okrążenia, spociła się. 

- Chcesz, żebym się tym zajął? - spytał Graham. 

Stał z boku z rękoma wspartymi na biodrach, bezczel­

nie z siebie zadowolony. 

Wyczuwając subtelny humor w jego głosie, zrobiła 

się jeszcze bardziej zawzięta. 

- Nie, dzięki. Sama to zrobię. - I popchnęła glebo­

gryzarkę jeszcze trochę do przodu, i jeszcze trochę... 

aż natrafiła na coś twardego i nie mogła ruszyć dalej. 

Kopnęła grudę ziemi i odkryła, w czym tkwi problem. 

187 

background image

- Kamienie? - zdziwiła się. Nie przewidziała, że 

tu będą. Zaklęła cicho, bo w książkach, które czytała, 

nie wspominano o nich. 

- Owszem, kamienie. Większa część Nowej Anglii 

jest kamienista. Chociaż tutaj nie jest jeszcze tak źle 

jak na południu i bliżej wybrzeża. 

- To zachęcające. Ale jak się tego pozbyć? 
- Musisz wykopać kilofem albo łopatą. Masz takie 

narzędzia? - Debra pokręciła głową na znak, że nie. 

- Więc biegnij i weź łopatę z ciężarówki. Powinna 

być w bagażniku. 

Gdy wróciła, Graham zdążył już trzeci raz okrążyć 

z maszyną podwórze. 

- Wykop ten kamień - polecił jej, nie przerywając 

pracy. - Nie jest zbyt duży. 

Rzeczywiście nie był. Usunęła go bez większego tru­

du i zdołała przenieść w inne miejsce, a potem stanę­

ła z boku i przyglądała się pracy Grahama. Tak spędzi­

ła całą godzinę. Od czasu do czasu trafiały się jakieś 

kamienie do usunięcia, ale on przeważnie dawał sobie 

z nimi radę gołymi rękami. Pozostawało jej tylko ob­

serwować pracę jego mięśni poruszjących się pod opa­

loną skórą na ramionach i plecach. Kiedy się spocił, 

popołudniowe słońce dodało blasku jego skórze, któ­

ra zdawała się jeszcze bardziej opinać muskuły. 

Stawał się coraz atrakcyjniejszy. Wilgotne włosy, 

przylegające teraz do jego skroni i szyi, oraz cień za­

rostu na szczęce przydawały jego wyglądowi surowo­

ści. Debra była tym widokiem bardzo podniecona. 

Napięcie nerwowe częściowo rozładowała dopiero 

po odjeździe Grahama. Po prostu przebiegła się tro­

chę w pobliżu domu. Ostatnie tego dnia promienie 

słońca oświetlały ciemnobrunatną ziemię i ogrzewały 

powietrze przed nastaniem wieczornego chłodu. 

Choć Debra nigdy dotąd nie biegała, to często o tym 

188 

background image

myślała. Teraz, gdy w końcu się na to zdecydowała, 

zaczęła dokuczać jej kolka. Biegła i zastanawiała się, 

co ci entuzjaści joggingu w nim widzą. Dopiero kiedy 

wróciła na poddasze, wzięła prysznic i założyła chłod­

ną, luźną koszulę nocną, doceniła wartość ruchu. 

Czuła się odprężona i przyjemnie zmęczona. Ostatnią 

rzeczą, której teraz pragnęła, była bezsenność i roz­

pamiętywanie przez pół nocy wydarzeń tego dnia. 

Każda myśl o wizycie Jasona jeżyła jej włosy na gło­

wie. Każda myśl o namiętności Grahama sprawiała, 

że krew żywiej zaczynała krążyć jej w żyłach. Wyczer­

panie fizyczne okazało się najlepszym wyjściem z tej 

sytuacji. Ostatnią jej myślą przed snem było to, że 

prawdopodobnie zacznie regularnie biegać. 

Kiedy następnego popołudnia jakiś samochód zaje­

chał na podjazd, była swojej decyzji już zupełnie pewna.. 

R O Z D Z I A Ł 

Debra odniosła tak silne wrażenie deja vu, jak nigdy 

dotąd. Była z Grahamem w domu, gdzie schronili się 

przed palącym słońcem i chłodzili napojem gazowa­

nym z puszek. Zadzwonił telefon. Debra podniosła 

słuchawkę, po czym podała ją Grahamowi, który z ko­

lei przeprowadził krótką rozmowę z urzędnikiem ze 

189 

background image

składu drzewnego. Zaledwie zdążył jej powiedzieć, że 

właśnie przywieziono dębowe elementy schodów, któ­

re zamówił, spojrzał przez okno i powiedział: 

- Masz gościa. 

Zastygła w bezruchu, ale zaraz spróbowała rozpro­

szyć obawy. 

- Ja nie. Może to ktoś do ciebie? - Popatrzyła mu 

w oczy, czując ucisk w żołądku. Nie przyszło jej do 

głowy, że Jason może tak szybko wrócić. Modliła się, 

żeby w ogóle nie wracał. 

Dopiero kiedy samochód podjechał bliżej, stwier­

dziła, że to nie jest jego auto. Samochód Jasona miał 

barwę kasztanową, a ten był niebieski. Na widok go­

ścia Debra głośno się roześmiała. 

- To mój ojciec! - wykrzyknęła podekscytowana, 

ruszając ku drzwiom. 

Cały czas uśmiechając się szeroko, pomknęła przez 

podwórze i padła w ramiona ojca. 

- Jak się masz, Debbie? - spytał przybysz, ściska­

jąc ją mocno. - Wyglądasz wspaniale! - Przyjrzał jej 

się pobieżnie. - Bez butów? Jakże to tak? 

Debra nie odpowiedziała od razu, bo emocje ści­

snęły jej na chwilę gardło. Otarła łzy radości. 

- To się nazywa „pozwolić palcom stóp odetchnąć 

świeżym powietrzem". Jak się masz, tato? - Uśmie­

chając się od ucha do ucha, pokręciła z niedowierza­

niem głową. - Cóż za wspaniała niespodzianka! 

David French uniósł ciemną brew, marszcząc, 

i tak już pokryte zmarszczkami, czoło. Z równo przy­

strzyżonymi szpakowatymi włosami, w sportowej ko­

szuli i jasnych spodniach, wyglądał jak zawsze do­

brodusznie. 

- Miałem nadzieję, że tak to przyjmiesz. Martwi­

łem się. Jason zadzwonił do mnie wczoraj wieczorem, 

cały wzburzony, zdenerwowany... 

190 

background image

- Jason! - Jęknęła; znów odżył w niej gniew. -

Nie tracił czasu. To mu trzeba przyznać! Naprawdę do 

ciebie dzwonił? Po co? 

- Był zmartwiony. 
- Wcale nie był zmartwiony! Był zły, że śmiałam 

mu odmówić. Był oburzony, bo powiedziałam, że już 

go nie kocham. No i był zazdrosny. 

- Zazdrosny o... Grahama? 

- Tak. O Grahama. Bój Boże, Graham był wspa­

niały. Gdyby go tu wczoraj przy mnie nie było, to my­

ślę, że Jason mógłby mnie zabrać stąd siłą. Był 

okropny! 

- No już, uspokój się, Debbie. - Ujął ją pod ra­

mię. - Przejdźmy się, opowiesz mi o wszystkim. A po­

tem możesz mi pokazać ten swój dom. - Rozejrzał 

się dookoła. - Jesteś dziś sama? 

- Nie, nie - odrzekła i ta myśl ją uspokoiła. -

Graham jest z tyłu domu. Chodź. - Wyswobodziła ra­

mię i wzięła ojca za rękę. - Przedstawię cię. A potem 

możemy usiąść na huśtawce i popatrzeć, jak pracuje. 

- Posłała ojcu wyjątkowo niewinny uśmiech. - To 

wspaniała rozrywka. 

- Czy on się na to zgadza? 

- Nigdy nic nie miał przeciwko temu. 

Obeszli budynek i mężczyzna, o którym rozmawia­

li, ukazał się ich oczom. 

- Graham? - zawołała Debra. - Chciałabym, że­

byś poznał mojego ojca, Davida Frencha. Tato, to jest 

Graham Reid. 

Graham przełożył młotek do lewej dłoni i zszedł po 

drabinie na tyle nisko, by móc podać rękę na powitanie. 

- Miło mi pana poznać, panie French. 

- Cała przyjemność po mojej stronie - odrzekł oj­

ciec Debry, dokonując bystrymi oczyma błyskawicz­

nej analizy, która wypadła zdecydowanie korzystnie. -

191 

background image

Ostatnio dużo o panu słyszałem. Z tego, co mówili mi 

syn i zięć... 

- Były zięć - przerwała mu Debra. 

- Były zięć. Dziękuję ci, moja droga. A zatem, 

sądząc po tym, co mi powiedzieli, zacząłem podejrze­

wać, że moja córka wynajęła jakiegoś brutala i potwo­

ra. - W kąciku ust Davida Frencha pojawił się poro­

zumiewawczy uśmieszek. 

Graham również się uśmiechnął, zadowolony 

z bezstronności ojca Debry. 

- Niezupełnie. Obiecuję panu, że nigdy, w żaden 

sposób nie skrzywdziłbym pańskiej córki. 

Starszy mężczyzna kiwnął głową, jakby dziękując 

Grahamowi i jednocześnie żegnając się z nim, ujął 

Debrę pod ramię i poprowadził ją w głąb podwórza. 

Gdy usiedli na huśtawce i Graham nie mógł ich już 

słyszeć, wrócił do swej pracy. Jednak jego myśli wciąż 

krążyły wokół ojca i córki; przypomniał sobie wyraz 

szczęścia, jaki rozjaśnił twarz Debry, gdy rozpoznała 

swego gościa. Wydawało się, że ci dwoje są sobie bar­

dzo bliscy. Łączyła ich jakaś szczególna więź. Byli te­

raz całkowicie sobą zaabsorbowani, a łagodny i cza­

sem poważny wyraz ich twarzy sugerował istnienie 

między nimi pełnego ciepłych uczuć i troski związku. 

Zazdrość może być czasem destrukcyjna, i Graham 

teraz właśnie ją poczuł. Zazdrościł im takiego poro­

zumienia, ale nie dlatego, że mogło być dla niego za­

grożeniem. Przypominało mu, czego zabrakło w jego 

kontaktach z własną córką, Jessie. 

Przywołanie jej imienia wywołało w nim bolesny smu­

tek. Niedawno były jej urodziny, a on nie zrobił niczego, 

by je uczcić. Często myślał o wysłaniu kartki z życzenia­

mi albo prezentu, jednak wciąż pamiętał, że sześć lat te­

mu córka odesłała mu jego podarunek z powrotem. Nie 

potrafiłby znieść podobnego odrzucenia po raz kolejny. 

192 

background image

Z całą siłą swej frustracji wbił w deskę kolejny 

gwóźdź. Jessie w tym tygodniu kończy szkołę. W tym 

tygodniu. Jego córka kończy szkołę średnią. Wydawa­

ło się to trudne do uwierzenia. Ta młoda kobieta była 

mu zupełnie obca, i właśnie to było najtrudniejsze do 

zaakceptowania. 

Rytmicznie uderzając młotkiem, przypomniał so­

bie rozmowę ze swym ojcem na temat podarowania 

jej samochodu z okazji ukończenia szkoły średniej. 

Ojciec porozmawiał z Joan, która od razu sprzeciwiła 

się temu pomysłowi. Jej córka nie potrzebowała jesz­

cze samochodu, a kiedy będzie jej potrzebny, to ona 

kupi jej go sama. Dziwne - zastanawiał się Graham -

przecież to Joan zawsze wydawała się bardziej „nowo­

czesna" od niego. I to właśnie była jedna z tych rze­

czy, które ich od siebie oddaliły. Joan chciała otaczać 

Jessikę wszelkimi możliwymi luksusami. Ale samo­

chód? Po prostu nie mogła znieść myśli, że kupiłby go 

Graham. Czy czuła się zagrożona? Czy matka i córka 

nie zawsze potrafiły się porozumieć? Czy Jessica za­

stanawiała się kiedykolwiek, jak by to było, gdyby 

znała ojca? 

Pobożne życzenia - stwierdził i zszedł z drabiny po 

następne deski. Jessica była już dorosła. Z łatwością 

mogłaby się z nim skontaktować, gdyby tylko chciała. 

Jego adres nie był tajemnicą. Bóg jeden wie, że na po­

czątku, gdy tu zamieszkał, Joan aż nazbyt często wy­

syłała pod ten adres swoje złośliwe liściki. Teraz już 

od lat się z nią nie kontaktował. Być może dawno 

zniszczyła w swoim notatniku tę stronę, na której by­

ło zapisane jego imię i nazwisko. 

Westchnął głęboko, ponownie wszedł na drabinę, 

przymocował kolejną deskę, po czym pozwolił sobie 

zerknąć na Debrę. Właśnie w tym samym momencie 

ona oderwała od niego wzrok. 

193 

background image

- Nie potrafię wyjaśnić, co czuję - powiedziała nie­

mal szeptem, by usłyszał ją tylko ojciec. - Zatrudniłam 

go, bo jest najlepszym cieślą w okolicy. Widziałam wcze­

śniejsze efekty jego pracy i byłam zachwycona. To zna­

czy, jeszcze za wcześnie, żebyś tu coś zobaczył, ale poka­

żę ci plany, które narysował, i poddasze, które dla mnie 

urządził. Jest naprawdę utalentowanym projektantem. 

Nie zdziwiłoby mnie, gdyby miał dyplom architekta. 

- Nie pytałaś go o to? 
- Och, próbowałam. Ale on nie lubi opowiadać 

o sobie. To nie znaczy, że coś ukrywa, nie przypusz­

czam, raczej wiąże się to z jakąś bolesną sprawą, do 

której nie chce wracać. 

David French przyłożył palec do górnej wagi i po­

ruszył nim lekko w górę i dół, co było u niego gestem 

wyrażającym zamyślenie. 

- Trochę go sprawdziłem - powiedział w końcu. 

- Co zrobiłeś? - krzyknęła Debra. - Myślałam, 

że jesteś po mojej stronie. 

- Wiesz, że jestem, Debbie. Ale chciałem przygo­

tować sobie dosyć amunicji, w razie, gdyby zadzwonił 

Stuart albo Jason. A zadzwonią, wiesz o tym. Powie­

działem im, że tu przyjadę. 

Skrzywiła się. 

- Nie zrobiłeś tego! 
- Zrobiłem. Musiałem ich jakoś uspokoić. Są prze­

konani, że ten facet całkowicie tobą zawładnął. 

- To absurd. Ale w końcu ani Stu, ani Jason nigdy 

nie widzieli we mnie samodzielnej jednostki... No to 

czego dowiedziałeś się o Grahamie? 

David French mrugnął do niej porozumiewawczo. 

- Tego, że chyba wszyscy go lubią. Ciężko pracuje, 

jest spokojny, skryty, nie sprawia żadnych kłopotów. 

Jestem pewien, że mówiono ci to samo, gdy o niego 

pytałaś. 

194 

background image

- Właściwie tak. 

Przeniósł wzrok z twarzy córki na Grahama. 

- Mówią, żeby nie oceniać książki po okładce, 

a jednak okładka potrafi czasem wiele powiedzieć. 

- W jakim sensie? - Debra miała własną teorię na 

ten temat, ale jak zawsze zaintrygowało ją filozoficzne 

podejście ojca do sprawy oraz jego niesamowita spo­

strzegawczość. I tym razem się nie rozczarowała. 

- Chociaż „okładka" może nie mówić wszystkiego, 

a czasami potrafi nawet zmylić, to może co nieco za­

sugerować. W przypadku Grahama, weźmy na począ­

tek jego ciężarówkę. Jest czysta, zadbana. On jest 

z niej dumny. Ale nie przyozdabia jej żadnymi nalep­

kami. To wiele mówi. Sugeruje, że jest niezależny i nie 

dba o rozgłaszanie na prawo i lewo, co lubi, a czego 

nie lubi. Absolutnie nie czuje potrzeby oznajmiania 

całemu światu za pomocą nalepek, że na przykład ko­

cha Nowy Jork, New Hampshire, Vermont, owczarki 

niemieckie lub kawior z bieługi. 

Debra cicho się roześmiała. 

- Pewnie w drodze z lotniska widziałeś wiele ta­

kich napisów na samochodach. 

- I wszystkie te auta mnie wyprzedzały. Twój ojciec 

nie jest już takim odważnym kierowcą jak kiedyś. 

- I Bogu dzięki... Ale mów dalej. 

- Na temat Grahama? 

Skinęła głową. 
- Jego ramiona są nagie. 

Zachichotała. 

- Oczywiście, że jego ramiona są nagie. Podobnie 

jak jego cały tors. Tam na górze, gdzie teraz pracuje, 

jest gorąco. Jego koszula wisi na płocie już od rana. 

- Chodzi mi o to, że nie ma żadnych tatuaży. 

- Tatuaży? - powtórzyła. - A cóż to ma do rze­

czy? 

195 

background image

- Hm... Tatuaże są pod pewnym względem podob­

ne do owych nalepek na samochodach. Ludzie, którzy 

się tatuują, chcą coś światu powiedzieć. A ten twój 

Graham niczego nie chce światu mówić. Maszeruje 

w rytm innego werbla, że tak powiem. 

- To może być albo dobre, albo złe. 

- Masz rację. Są ludzie, którzy idą własną drogą 

z braku innej. Oni po prostu nie słyszą innych werbli. 

Myślę, że Graham słyszy je dość dobrze, lecz podjął 

świadomą decyzję o pójściu tą a nie inną drogą. 

- Czyli zrobił na tobie dobre wrażenie? - spytała 

Debra, próbując nie okazywać, jak wielkie to ma dla 

niej znaczenie. 

Jeśli nawet jej ojciec to dostrzegł, bardzo dyploma­

tycznie zachował tę informację dla siebie. 

- Ma bezpośrednie spojrzenie i zdecydowany 

uścisk dłoni. To dobre oznaki. - Nagle głośno za­

czerpnął powietrza. - I na tym, obawiam się, kończą 

się moje obserwacje. Musiałbym spędzić więcej czasu 

z tym człowiekiem, żeby dowiedzieć się czegoś jesz­

cze... No, ale chodźmy już. - Poklepał ją po kolanie, 

wstał z huśtawki, odchrząknął, po czym odwrócił się 

i wyciągnął do Debry rękę. - Pokaż mi ten swój dom. 

Lepiej żeby był taki wspaniały, jak mówisz - ostrzegł 

ją z błyskiem w oku świadczącym o tym, że już polu­

bił to miejsce. 

Debra wzięła go za rękę, zamierzając oprowadzić 

go po domu. Jednak gdy dotarli do budynku, David 

French wpadł na inny pomysł. 

- Graham! - zawołał. - Może mi pan poświęcić 

kilka minut i zapoznać mnie ze swoimi planami? Mo­

ja córka jest pod tym względem zupełną amatorką. 

W postępowaniu ojca Debrę zaniepokoiło tylko to, 

że powstrzymywał uśmiech, który mógłby zdradzić je­

go motyw. Zaprotestowała tylko symbolicznie. 

196 

background image

- Mogę ci je pokazać, tato. Graham jest zajęty... 

- Graham jest zajęty odkąd tu przyjechałem. Nale­

ży mu się mała przerwa. Czyżbyś była aż tak surową 

pracodawczynią? 

Uśmiechnęła się kącikiem ust. 
- Ależ on uwielbia swoją pracę. Nie słyszysz tego 

oddania w każdym uderzeniu młotka? 

- Proszę pani i proszę pana, dajcie spokój... -

Graham już schodził po drabinie, równie ciekaw Da­

vida Frencha, jak on jego. - Nie kłóćcie się z mojego 

powodu - nalegał, bez trudu włączając się do rozmo­

wy. - Z przyjemnością oprowadzę pana po domu, pa­

nie French. I ma pan rację... - Posłał Debrze protek­

cjonalny uśmiech. - Być może Debra jest świetną 

pisarką, ale nie budowniczym. - Ściszył porozumie­

wawczo głos, przenosząc wzrok na Davida. - Wie 

pan, jak to jest z tymi „mózgowcami". Nie za bardzo 

sobie radzą z pracą fizyczną. 

- Słyszałam to, Grahamie Reid - oświadczyła De­

bra. - Ja jestem wyjątkiem. Kto pierwszy rozpala 

ogień w kominku każdego ranka? 

- Ty - odparł potulnie. 

- A kto samodzielnie napalił w tym zabytkowym 

piecu w kuchni? 

Skinął głową. 

- Ty. 

- A kto przygotowuje ci obiady o niebo lepsze od 

jakichś głupich kanapek z szynką i serem, które nosisz 

w starej brązowej torbie? - Gdy popatrzył na nią 

zdziwiony, obrzuciła go zuchwałym spojrzeniem. -

Widzę wszystko - odparła, po czym skorzystała z tej 

chwilowej przewagi i spytała: - To jak powiedziałeś? 

Że nie idzie mi praca fizyczna? 

Graham podrapał się po głowie. Była sprytna. Nie 

ustąpił jej jednak całkowicie. 

197 

background image

- To zabawne. - Zaśmiał się cicho. - Właśnie po­

myślałem o twojej zakłopotanej minie, kiedy zastana­

wialiśmy się, jak umieścić łóżko na poddaszu. No i... 

o tej scenie z biurkiem i śrubami, nie wspominając 

o pewnej glebogryzarce... 

Debra cierpliwie zniosła jego celne strzały, po czym 

zwróciła się do ojca: 

- Wy, mężczyźni, wszyscy jesteście tacy sami. Przy­

czepiacie się do drobiazgów i wyolbrzymiacie je. 

W porządku. - Uniosła w górę ręce. - Idźcie. -

Spojrzała na Grahama. - Pokaż mu dom, ale powo-

zownię zostaw mnie. 

- Słusznie - padła spokojna odpowiedź. Graham 

cofnął się, by mogła pójść przodem. Ona zrobiła to 

samo. 

- Nie, nie. Idźcie pierwsi. Ja będę szła kilka kro­

ków za wami i wysłucham waszych uwag. 

Jej żartobliwemu tonowi odpowiedział uśmiech oj­

ca. Teraz zrobił krok do przodu, wskazując głową na 

córkę. 

- Kochane z niej dziecko, nieprawdaż? - zauwa­

żył, po czym ruszył w kierunku domu. 

Graham uśmiechnął się szeroko i poszedł przo­

dem, a Debra, tak jak zapowiedziała, poszła za nimi. 

Odpowiadała jej ta pozycja. Z tego dogodnego punk­

tu obserwacyjnego mogła do woli patrzeć na idących 

obok siebie Grahama i swego ojca. Wyczuła, że od ra­

zu pojawiła się między nimi nić porozumienia. 

Gdy wędrowali z pokoju do pokoju, Graham wyja­

śniał im obojgu, co już zostało wykonane i co jeszcze 

będzie zrobione. Na każde pytanie Davida Graham 

z łatwością potrafił odpowiedzieć, David zaś miał sto­

sowną odpowiedź na każdy komentarz Grahama. Oj­

ciec Debry kilka razy zakwestionował przedstawione 

mu plany. Wtedy Graham cierpliwie uzasadniał każ-

198 

background image

de rozwiązanie, a David niezmiennie kiwał głową na 

znak, że rozumie i przyznaje mu rację. 

Debra prawie nie słyszała, o czym mówili. Docho­

dziły do niej jedynie niewyraźne odgłosy rozmowy. 

Cieszyła się, widząc, że jej ojciec jest równie zaabsor­

bowany słuchaniem, jak Graham opowiadaniem. 

Miało to dla niej ogromne znaczenie. 

Tak ją pochłonęły rozmyślania, że aż zadrżała, za­

skoczona, gdy ojciec chwycił ją nagle za rękę. 

- Teraz twoja kolej, Debbie. Co jest w powozowni? 

Debra półprzytomnie patrzyła to na jednego męż­

czyznę, to na drugiego. 

- Co? Już skończyliście? 

Graham uśmiechnął się. 

- Obejrzeliśmy prawie wszystko. Pewnie cię to 

znudziło. 

Jego uwaga zapiekła ją do żywego. 

- Nie wierz w ani jedno jego słowo, tato. Co naj­

mniej połowa tych pomysłów jest moja. 

- To znaczy - podjął ojciec - że jednak coś wynio­

słaś z tych swoich studiów? 

- Nie, nie to miałam na myśli. - Uśmiechnęła się 

przekornie. - Choć studia sporo kosztowały, najbar­

dziej przydała mi się lektura czasopisma „Architectu-

ral Digest", które zaprenumerowałeś dla mnie w ze­

szłym roku. 

Ojciec i córka obeszli główny budynek, przeszli pa­

sażem do powozowni i zniknęli w jej wnętrzu. 

Graham ponownie sięgnął po młotek i gwoździe 

i zaczął się wspinać po drabinie, ale nagle znierucho­

miał; pomyślał o tym, jak bardzo podobała mu się 

rozmowa z Davidem Frenchem. Ten człowiek najwy­

raźniej miał coś wspólnego z architekturą, chociaż 

Graham nie przypominał sobie, czy Debra wspomina­

ła coś na ten temat. Właściwie, jak się zastanowić, to 

199 

background image

ona bardzo mało o nim opowiadała, choć tak często 

rozmawiali o jej matce, braciach - rodzonym i przy­

rodnim - byłym mężu i producencie. Zastanawiał się, 

jaką rolę odgrywał David w jej życiu; podejrzewał, że 

reprezentuje normalniejszą część jej rodziny. 

I znów poczuł ukłucie zazdrości, choć tym razem 

bardziej bezpośredniej. Debra kochała swego ojca. 

Z tym nie mógł się spierać. Natomiast mógł polemi­

zować z decyzją, którą być może podjęła po cierpie­

niach spowodowanych przez Jasona, by ograniczyć 

swą miłość do wypróbowanych i szczerze oddanych jej 

ludzi, właśnie takich jak David. 

Jakaż to by była strata, gdyby już nigdy nie pokocha­

ła żadnego mężczyzny. Miała przecież tyle do ofiaro­

wania. Tak, do ofiarowania. Początkowo błędnie ją 

ocenił. A dokładniej mówiąc, to, w co chciał wierzyć, 

po prostu nie okazało się prawdą. Od samego począt­

ku czuł, że w tym „ładnym opakowaniu" kryje się coś 

więcej. I od początku wiedział też, że znalazł się pod 

jej wpływem. A teraz bardzo prawdopodobne było 

i to, że już się w niej zakochał, więc zaczął się teraz za­

stanawiać nad daremnością tego uczucia. 

Ironia tego wszystkiego - rozważał, wbijając kolej­

ny gwóźdź - polegała na tym, że kiedy był z Debrą, 

nie czuł się tylko zwykłym cieślą. W jej towarzystwie 

stawał się zdolnym architektem. Ona to sprawiała. 

Podobnie jak jej ojciec. Przy nich czuł się tak, jak nie­

gdyś; był człowiekiem, którego proszono o radę, 

z którym się zaprzyjaźniano, którego szanowano. De­

bra, ze swą łagodną perswazją, spowodowała, że za­

pomniał o tym, co - z jego winy - poszło kiedyś nie 

tak, jak powinno. Ufała mu, a to dodawało sił. 

I po raz pierwszy pomyślał, czy nie spróbować od 

nowa... Teraz właściwie nawet lękał się nadejścia tej 

chwili, gdy skończy pracę w jej domu, wyjedzie, zabie-

200 

background image

rze się za inną robotę... I będzie musiał żyć bez Debry. 

Ciężko przeżywał nawet krótką rozłąkę w weekendy. 

Nie miał pojęcia, jak sobie poradzi, gdy nie będzie jej 

już mógł widywać. 

Warkot silnika samochodu przerwał jego rozważa­

nia; niemal w tym samym momencie pojawiła się w je­

go polu widzenia szczupła sylwetka Debry. 

- Czy to odjeżdżał twój tata? 

- Tak. - Stała u podnóża drabiny, trzymając ręce 

w kieszeniach szortów. Był jej wdzięczny, że miała 

dziś na sobie koszulę, a nie obcisłą bluzeczkę bez ra-

miączek. Końce koszuli związała w węzeł powyżej ta­

lii. Wąski pas obnażonej skóry nie wpłynął kojąco na 

stan jego umysłu, zwłaszcza że Graham pozwolił so­

bie na przypomnienie, jak miękka była ta skóra w tym 

miejscu, a także wyżej... I jeszcze wyżej... 

Głęboko zaczerpnął powietrza. 

- Szkoda. Chciałbym się z nim pożegnać. Wróci tu 

jeszcze? 

- Nie wiem. Zamierza wybrać się dziś w góry. Wła­

śnie dlatego pojechał do miasteczka. Chce zasięgnąć 

informacji, gdzie mógłby się zatrzymać. Ale będziesz 

miał jeszcze okazję z nim porozmawiać. Poprosił nas, 

żebyśmy zjedli z nim kolację. - Celowo wypowiedzia­

ła te słowa jakby od niechcenia. Teraz wstrzymała od­

dech, zastanawiając się, co powie Graham. 

Wydawał się całkowicie zaskoczony. 
- Hm... kolację? 

- No wiesz, rostbef, kurczak w winie, krewetki, coś 

w tym rodzaju... 

Zaśmiał się. 

- To chyba nie tutaj. - Ale nagle coś mu przyszło do 

głowy. - Chociaż, jest tu takie jedno niezłe miejsce. 

Debra odpowiedziała uśmiechem. 

- Stonehenge West. 

201 

background image

- Już je odkryłaś? - Był trochę rozczarowany, że 

to nie on pierwszy wyjawił jej ten sekret. 

- Hej, przecież kubki smakowe na moim języku 

„urodziły się i wychowały" w Nowym Jorku. Jak tylko 

znajdę się w promieniu kilometra od dobrej kuchni, 

od razu cieknie mi ślinka. 

Graham próbował się nie roześmiać. 

- To naprawdę odrażające, Debra. Mogę sobie wy­

obrazić, jak jeździsz tym swoim Blazerem z pianą na 

ustach, nerwowo poszukując skrytej gdzieś w górach 

namiastki wielkiego miasta. - Nagle spojrzał na nią 

badawczo. - Jak odkryłaś Stonehenge West? 

- Naprawdę chcesz wiedzieć? 

- Jasne. 

Był przygotowany na wszystko. 

Ale ona zawahała się. 
- Niee... Pomyślisz, że zwariowałam. 

- No powiedz. Rozbudziłaś moją ciekawość. 

Odwrócił się i usiadł na drabinie, opierając wyprosto­

waną nogę na jednym z niższych szczebli. Debra jeszcze 

przez chwilę wahała się, po czym zaczęła mówić. 

- No cóż, widzisz... Parę tygodni temu, w weekend, 

jechałam przed siebie i nagle znalazłam się za pięk­

nym czerwonym Mercedesem. Wiesz, model 350 SL... 

- Czy wiem... - zamruczał pod nosem. 

- To było takie dziwne, że go tutaj zobaczyłam. 

Chyba nie widziałam podobnego od sześciu tygodni. 

Tak więc... postanowiłam za nim trochę pojechać. 

Wiesz... - uśmiechnęła się nieco złośliwie - żeby się 

dowiedzieć, jak spędzają czas bogaci... 

- To rzeczywiście było wariactwo. Mogłaś zabłą­

dzić na jakiejś zapomnianej przez Boga bocznej dro­

dze i znaleźć się sam na sam ze świrem. 

- W tym samochodzie siedzieli mężczyzna i kobie­

ta. Domyśliłam się, że jadą w jakieś interesujące miej-

202 

background image

sce. Poza tym, za kierownicą nie siedział żaden świr. 

Prowadził bardzo ostrożnie. 

- Model 350 SL? Powiedzmy! No dobra, i co się 

stało? 

Wzruszyła ramionami. 
- Właściwie niewiele. Pojechałam za nimi do tej 

restauracji, a potem zawróciłam. 

- Widziałaś tamte skały? 
- Jak mogłabym je przegapić! Są piękne. Jakby mi­

niatury gór. Nawet gdyby mnie nie było stać na jedze­

nie w tej restauracji, warto by było do niej pojechać 

choćby tylko na koktajl. Widok na te skały i na dolinę 

zapiera dech w piersiach. 

- Ale przecież stać cię na taki posiłek. Dlaczego 

nie zajrzałaś do środka? 

Zmarszczyła nos. 

- Och, nie wiem. Po pierwsze, nie byłam odpo­

wiednio ubrana. - Popatrzyła na swoje szorty. -

Zdaje się, że zapomniałam już, jak się nosi spódnicę. 

- A po drugie? - ponaglił ją. 

- Po drugie, byłam sama. Przebywanie w takim 

miejscu cieszy wtedy, kiedy jest się z kimś. 

Graham poczuł na całym ciele gęsią skórkę. Do 

cholery, ona miała na wszystko odpowiedź! Z każdą 

chwilą pociągała go coraz bardziej. 

- Zjesz dziś z nami kolację, Graham? Naprawdę 

chcielibyśmy, żebyś to zrobił. 

- Do diabła, Debra. Jestem twoim cieślą. - Usil­

nie starał się o tym pamiętać. - Chyba tak w głębi du­

szy nie chcesz, żebym wam towarzyszył? 

- Przede wszystkim, to ojciec zaproponował -

oświadczyła. - A poza tym, właśnie że chcę. 

Powiedziała tylko tyle. Tylko te proste słowa. Jej 

oczy dopowiedziały resztę. Gdyby przez pięć minut 

podawała mu wszelkie możliwe powody, dla których 

203 

background image

powinien zjeść z nimi tę kolację, nie zabrzmiałoby to 

równie przekonująco jak ta bezpośrednia, cicha proś­

ba. Teraz już wiedział, że nie ma wyboru i musi przy­

jąć propozycję. 

- Trzeba będzie zarezerwować miejsca - ostrzegł. 
- Ty się tym nie martw. - Podeszła do tylnych 

drzwi, po czym odwróciła się, z ręką na klamce. - Czy 

o ósmej będzie za późno? - W mieście o ósmej było­

by za wcześnie. Tutaj jednak sprawy wyglądały ina­

czej. O ile się orientowała, Graham pochłaniał swój 

stek z ziemniakami jeszcze przed wieczornymi wiado­

mościami w telewizji. I z tego, co wiedziała, przed 

dziewiątą już spał. 

- O ósmej będzie dobrze - odrzekł. - Jeśli twój 

ojciec zamierza się tu przebrać, to spotkamy się w re­

stauracji. 

Chciał przez to powiedzieć, że będzie miał ją kto 

podwieźć. Debra nie spierała się z nim, podejrzewa­

jąc, że Grahamowi może nie uśmiechać się pomysł 

podrzucenia jej pikapem na miejsce. 

- Jesteś pewien, że nie chcesz, żebyśmy wpadli po 

ciebie? - spytała możliwie delikatnie. Z radością zo­

baczyłaby, gdzie mieszka. 

Ale nie miało się to stać. Przynajmniej nie tego wie­

czoru. 

- Dzięki, ale będzie prościej, jeśli spotkamy się już 

na miejscu. 

- Jak wolisz - wzruszyła ramionami, po czym, 

wchodząc do domu, zawołała jeszcze. - Ale bądź do­

kładnie o ósmej. Mój ojciec jest zawsze punktualny! 

Graham Reid również był punktualny. W gruncie 

rzeczy, przyjechał nawet trochę za wcześnie. Tak dys-

204 

background image

kretnie, jak to było możliwe, zaparkował swego merce­

desa pomiędzy innymi autami na małym parkingu, po 

czym usiadł w zacisznym kąciku restauracji ze szklanką 

szkockiej z lodem. Został zaproszony, a przecież wła­

ściwie to on powinien się tu czuć gospodarzem. Z pew­

nością byłoby go stać na przyjęcie gości; te góry były, 

w pewnym sensie, jego domem. Może powinien poroz­

mawiać z szefem sali, żeby pod koniec posiłku podał 

mu rachunek... Ale nie. Ojciec Debry zaprosił go tu 

w dowód swej gościnności. Jeszcze będzie okazja, żeby 

się zrewanżować. Był o tym przekonany. 

Kiedy jednak Debra pojawiła się nagle w drzwiach 

restauracji, poczuł, że nie jest już taki pewien siebie. 

Pośpiesznie przełknął drinka i wstał, żeby ją powitać. 

- Pięknie wyglądasz - rzekł cicho, zauroczony kon­

trastem białego jedwabiu i lekkiej opalenizny i roz­

puszczonymi brązowymi włosami, a także rozpromie­

nionymi oczyma i wyjątkowo zaróżowionymi 

policzkami. Zdołał sobie przypomnieć, gdzie się znaj­

dują, i powstrzymać pragnienie wzięcia jej w ramiona. 

W końcu nie byli tu sami. Nagle przeniósł wzrok na jej 

ojca. Uśmiechnął się i wyciągnął dłoń na powitanie. 

- Miło mi znów pana widzieć, panie French. 
Na szczęście dla Debry, mężczyźni od razu rozpo­

częli rozmowę, co pozwoliło jej zebrać myśli, gdy zaję­

ła miejsce za stołem. Była oszołomiona jego wido­

kiem. Chociaż wiedziała, że nie będzie ubrany 

w dżinsy, to żadne z jej wyobrażeń nie przygotowało 

jej na to, co zobaczyła. Miał na sobie granatowy ble­

zer, jasnoszare luźne spodnie, białą koszulę, krawat 

w szaro-różowe paski i mokasyny. Wyglądał równie 

wspaniale i wytwornie jak każdy ze stałych bywalców 

tego lokalu. Na jego gładko zaczesanych włosach lśni­

ła jeszcze wilgoć po niedawno wziętym prysznicu. 

Świeżo ogolony, delikatnie pachniał jakimś balsamem. 

205 

background image

- Napijesz się czegoś, Debra? - zapytał. 

Podniosła wzrok na kelnera. 

- Hm... „białą lilijkę" proszę. 

Kelner skinął głową i przyjął zamówienie od jej oj­

ca, gdy tymczasem Graham usiłował sobie przypo­

mnieć, kiedy ostatnio słyszał nazwę tego aperitifu. To 

było dawno temu, w jakimś cichym, wytwornym miej­

scu, zupełnie nie związanym z jego obecnym życiem. 

A w jego obecnym życiu... była Debra. Nie potrafił 

oderwać od niej oczu. 

Pomogła mu w tym szkocka, a także umiejętne 

podtrzymywanie rozmowy przez Dawida. Pod koniec 

kolacji Graham znał już trochę ciekawych opowieści, 

które zrekompensowały mu frustrację spowodowaną 

tym, że przez cały wieczór siedział tuż obok Debry, 

dotykając kolanem jej kolana, obserwując jak rozma­

wia, je, uśmiecha się... i mając przed oczyma owe sty­

kające się ze sobą, wyłaniające się z dekoltu krągłości. 

Gdy odprowadził ją do samochodu jej ojca, podzięko­

wał starszemu panu i powiedział obojgu „dobranoc", 

ale nie ukoiło go to ani trochę. 

Doznania Debry były jeszcze bardziej ponure. 

- Nie dowiedziałeś się zbyt wiele, co? - Rzuciła 

ojcu groźne spojrzenie, gdy wyprowadzał samochód 

na główną drogę. - Bardzo uważa na to, co mówi. 

Mistrz uników. Nie wyjawia ani skrawka tajemnicy. 

- No już, Debbie, nie oceniaj go tak ostro. Pewnie 

ma jakiś ważny powód, dla którego nie mówi o swojej 

przeszłości. Poza tym, to są detale. Tego, co najważ­

niejsze - swojej inteligencji i prawości - nie może 

ukryć. 

Patrząc gdzieś w dal, w ciemność, Debra westchnęła. 

- Chyba masz rację. Tylko że to jest... denerwujące. 

Słowo „denerwujące" dobrze pasowało do dzisiej­

szego wieczoru. Bo chociaż wspaniale było spędzić go 

206 

background image

z Grahamem i obserwować, jak z łatwością nawiązuje 

kontakt z jej ojcem, to istną torturą zdawał się fakt, że 

znajdowała się tak blisko, a jednak tak od niego dale­

ko. Jeszcze raz przypominała sobie jego blezer, luźno 

narzucony na ramiona, dzięki czemu wydawały się 

one jeszcze szersze, biel mankietu jego koszuli, kon­

trastującą z opaloną skórą nadgarstka, lekki połysk 

brązowych włosków na grzbietach jego dłoni... włosy 

na karku muskające kołnierzyk koszuli... usta, zaci­

śnięte leciutko, gdy przyłapał ją na tym, że mu się 

wnikliwie przygląda... 

- Jesteś w nim zakochana, Debra? - Głos ojca 

przerwał tok jej rozmyślań. 

- Hm?... 

- Słyszałaś. 

Zauważyła, że użył jej pełnego imienia, nie zdrob­

nienia, co zdarzało mu się jedynie wtedy, gdy mówił 

bardzo poważnie. 

- Och... nie wiem. 

- Nie ma się czego wstydzić. 

Popatrzyła na ojca. 

- Jestem rozwódką zaledwie od dwóch miesięcy! 

Jakże bym się mogła zakochać tak szybko? Poza tym, 

on dla mnie pracuje. Człowiek nie zakochuje się 

w swoim cieśli. 

- Kto tak powiedział? 

- Ja tak mówię - odparła z nieoczekiwaną gwał­

townością. - Tego rodzaju rzeczy są dobre w operze 

mydlanej, a nie w prawdziwym życiu. 

David odezwał się nieco łagodniej: 

- To, co się tu dzieje, niezupełnie jest operą mydla­

ną, Debbie. Graham nie jest ani aktorem, ani zamoż­

nym playboyem skaczącym z kwiatka na kwiatek. 

O ile się orientuję, przebywa tu od ośmiu lat, ciężko 

pracując. Musisz mu to przyznać. 

207 

background image

- Przyznaję, tato. Przyznaję! Chodzi tylko o to, 

że... no cóż, czasami mam takie obawy... że jest jesz­

cze coś innego w jego życiu. 

- Inna kobieta? 
- Nie. Nie to. 

- Więc co? 

Zamknęła oczy, oparła się o zagłówek i westchnęła. 

- Wydaje się taki samotny... żadnej rodziny. To mi 

nie pasuje. Wiele rzeczy nie pasuje. W pewnych spra­

wach jest otwarty, a w innych skryty. To mnie przeraża. 

David French prowadził przez chwilę w milczeniu, 

porządkując myśli. Odezwał się dopiero wtedy, gdy 

wprowadził samochód na podjazd i zahamował. 

- Wiesz... - zaczął miękko, odwracając twarz do 

córki - dziś wieczorem obserwowałem was oboje. 

- Przecież rozmawiałeś. 

- Ale także patrzyłem. I wydawało mi się, że oboje 

próbujecie ignorować coś, co jest dosyć oczywiste. 

- Oboje? Ależ tato! Graham nie zamierza się we 

mnie zakochać. On nienawidzi kobiet z miasta. Po­

wiedział mi to. 

- Zatem oszukuje sam siebie. Możesz mi wierzyć, 

on zwracał na ciebie uwagę tak samo, jak ty na niego. 

Jestem mężczyzną. Powinienem coś o tym wiedzieć. -

Uśmiechnął się. - On naprawdę świetnie sobie ra­

dził, prowadząc zupełnie spokojną rozmowę, chociaż 

cały czas czuł na sobie twój wzrok. - Uśmiech zmie­

nił się w cichy śmiech. - Naprawdę znakomicie mu 

się to udawało. 

- Wcale nie znakomicie. Po prostu nie wzruszało 

go to, że na niego patrzyłam. 

- Czy dlatego ciągle się wiercił? I czy dlatego drża­

ła mu ręka, kiedy podnosił kieliszek do ust? Drżała 

bardzo leciutko... ale ja dostrzegam takie rzeczy. Jak 

na przykład odrobinę potu tuż nad jego górną wargą... 

208 

background image

- Tato! Przestań! Jesteś w błędzie! 
Ale on już powiedział to, co chciał powiedzieć, więc 

tylko wzruszył ramionami. 

- Być może. A może po prostu mam nadzieję. 
- Nadzieję na co? 

Spoważniał. 

- Nie mogę pogodzić się z myślą, że byłabyś tu sa­

ma. Mogłabyś skończyć gorzej niż Graham. 

- Już raz to zrobiłam, i to nie tak dawno temu. 

- Więc posłuchaj swego serca. 

- Mego serca! A co ono wie? Moje serce nieźle 

mnie urządziło w sprawie Jasona! 

- Ale teraz jesteś już trochę starsza i mądrzejsza. 

Wszyscy musimy brać lekcje od życia, często bolesne. 

Nie uszło uwagi Debry ani pełne goryczy spojrzenie 

ojca, ani głębsze znaczenie jego słów. Ona także do­

brze pamiętała tamte dni, kiedy to nie mogliby roz­

mawiać w ten sposób. Właśnie dlatego łącząca ich 

obecnie więź była taka cenna. 

Pochyliła się i uściskała ojca. 

- Kocham cię, tato. Wiesz o tym, prawda? 

- Wiem i wierz mi, że to mi nieraz dodaje otuchy. 

Teraz, kiedy Nora odeszła... 

Debra pomyślała o drugiej żonie ojca, która zmar­

ła dwa lata temu i z którą szczęśliwie przeżyli w związ­

ku małżeńskim dwadzieścia pięć lat. 

- Jesteś pewien, że nie chcesz przenocować w mo­

im domu, tato? Mógłbyś spać na łóżku. Ja mogłabym 

się przespać w moim wspaniałym śpiworze. 

David French natychmiast zaprotestował. 

- I miałbym przegapić partię golfa, którą udało mi 

się zamówić na jutro rano? Nie, moja pani. Ten ośro­

dek rekreacyjny znajduje się zaledwie godzinę drogi 

stąd. 

- Ale jest już późno. I ciemno. 

209 

background image

- Nonsens. Jest pełnia księżyca. A ja jestem noc­

nym markiem. Dam sobie radę. 

- Wpadniesz tu jeszcze w drodze powrotnej? 

Pokręcił przecząco głową. 

- Tutaj jest takie małe lotnisko. Polecę stamtąd do 

Manchesteru, a tam przesiądę się na samolot do Nowe­

go Jorku. W ten sposób nie będę musiał prowadzić sa­

mochodu. Ale niedługo znów cię odwiedzę. Gdy dom 

będzie już ukończony, pobędę z tydzień. Co ty na to? 

Brzmiało wspaniale. 

- Czy to groźba... czy obietnica? - Debra drażniła 

się z ojcem, by ukryć przerażenie, jakie ogarnęło ją na 

myśl o ukończeniu remontu. 

- Obietnica. A teraz daj mi buziaka i biegnij do do­

mu. 

Uściskała go mocno i wysiadła z samochodu. Lecz 

zamiast ruszyć w stronę budynku, zatrzymała się jesz­

cze przy oknie auta. 

- Dzięki, że przyjechałeś, tato. Było wspaniale. 

Dzięki za... wszystko. 

- Nie ma o czym mówić. No, trzymaj się. I pomyśl 

o tym, co ci powiedziałem. 

- Dobrze - wyszeptała. 

Poczekała, aż samochód zniknie jej z oczu. 

Długo nie mogła zasnąć. Nie pomógł ani ciepły 

prysznic, ani kubek mleka. Myślała o Grahamie i o tym, 

że była w nim zakochana. Jej ojciec od razu to do­

strzegł. Po co miałaby się oszukiwać? Kochała go. Co­

dziennie z przyjemnością czekała na ich rozmowy, na 

możliwość obserwowania go przy pracy. Czuła się do­

brze, gdy był w pobliżu, zaczęła polegać na jego wyro­

zumiałości, gdy była zakłopotana lub zmartwiona. I bar-

210 

background image

dzo pragnęła dzielić z nim to, co głęboko przed nią 

skrywał. Nie tylko powodowana ciekawością, ale też 

mając nadzieję, że pomoże mu uporać się z czymś, co -

była o tym przekonana - bardzo mu doskwierało. 

Słowa ojca nie dawały jej spokoju. „Gdy dom będzie 

już ukończony...". Kiedy to nastąpi, Graham nie będzie 

miał pretekstu, by tu przyjeżdżać, chyba że - jak twier­

dził jej ojciec - naprawdę czuł do niej coś szczególne­

go. Czy chodziło tylko o pociąg fizyczny? Czy to, co do­

strzegł ojciec, polegało jedynie na pożądaniu? Graham 

od początku przyznawał, że jej pragnie. Czy istniało 

jeszcze coś głębszego? Tego po prostu nie wiedziała. 

Godziny zdawały się dłużyć w nieskończoność. 

Wreszcie zasnęła. A wtedy zaczęła śnić o minionych ty­

godniach i o Grahamie. Od czasu do czasu budziła się 

gwałtownie, zastanawiając się w ciemności, co będzie, 

gdy dom zostanie wyremontowany. Wyczerpana, o świ­

cie zapadła w końcu w głębszy sen, ale tylko po to, by 

znów się poderwać, gdy koszmar powrócił. Tym razem 

jednak słońce było już wysoko na niebie, a Graham we 

własnej osobie pochylał się nad nią, zatroskany. 

R O Z D Z I A Ł 

Debra wpatrywała się z niego oszołomiona i nie­

pewna, czy go sobie nie wyobraziła. 

- Dobrze się czujesz, Debra? - spytał, odpowiada­

jąc przestraszonym spojrzeniem na jej przerażony 

211 

background image

wzrok. Pochylał się nad nią, opierając się na dłoniach 

po obu stronach jej ramion. Ciemnobrązowa koszul­

ka z krótkimi rękawami ciasno opinała jego klatkę 

piersiową, a wyblakłe dżinsy - jego biodra. 

- Och, Graham! - wyszeptała, mrugając, jakby się 

bała, że on zniknie, gdy zamknie oczy. - Ciągle śnił 

mi się ten sam koszmar. Wciąż myślałam, że dom zo­

stanie ukończony... - Te słowa wypowiedziała w po­

śpiechu, lecz ich głębsze znaczenie było oczywiste. 

Kiedy uniosła się gwałtownie i zarzuciła mu ramiona 

na szyję, przycisnął ją mocno do siebie. 

Upłynęło kilka minut, zanim wreszcie uwierzyła, że 

on naprawdę tam był. Jego potężny tors uciskał jej 

piersi, a ramiona jak ze stali obejmowały jej plecy. Po­

czuła wyraźny męski zapach i bicie jego serca. Zaci­

snęła uścisk na jego szyi. Graham zadrżał, co było od­

powiedzią na jej drżenie. 

Jakimś cudem znalazł w sobie siłę, by odchylić się 

nieco i spojrzeć na nią. W jej twarzy dostrzegł to sa­

mo nieokiełznane pragnienie, jakie czuł w jej uległym 

ciele. Dopiero się obudziła, była ciepła... Resztki jego 

samokontroli prysły jak mydlana bańka. 

Już kilka sekund później ich usta stykały się w na­

głym, gwałtownym pocałunku. Nie było ładnego 

drażnienia się ze sobą, żadnej zabawy w smakowanie 

i pieszczoty. Nie było też powolnego uwodzenia jed­

nych ust przez drugie. Była tylko dzika żądza, która 

narastała przez dwa miesiące, a teraz zdawała się eks­

plodować. Podczas tych zachłannych pocałunków 

dłonie Grahama przytrzymywały głowę Debry, a jego 

długie palce wczepiały się w jej gęste włosy. 

Debra szerzej otworzyła usta, by jego język mógł 

rozpocząć swoją agresywną, namiętną penetrację. 

Dyszała ciężko, ich języki walczyły ze sobą, sięgając 

ku tej samej, ciemnej, wilgotnej głębi. Przez cały ten 

212 

background image

czas jej dłonie pożądliwie przesuwały się po jego 

twardych muskułach, podążając coraz niżej i niżej... 

Klęczała teraz przed nim. Wyciągnęła mu koszulkę 

z dżinsów i wsunęła pod nią dłonie. Rozluźnił na 

chwilę swój uścisk, by gwałtownie uwolnić się od tej 

części garderoby i odrzucić ją na bok, po czym znów 

zaatakował jej usta... 

Debra płonęła, dotykając jego piersi i pocierając 

dłońmi o jego ciało. Czubkami palców przeszukiwała 

brązowe włosy porastające mu tors, odnajdując ukry­

te w nich brodawki. Dotyk Grahama wywoływał w jej 

ciele pożar. Drżała, czując, jak jej koszula nocna uno­

si się coraz wyżej, ponad jej uda, biodra, aż do talii. 

Jego palce dotykały ją wszędzie, zawładnęły jej skórą, 

krągłościami i zagłębieniami. Ich usta zwarły się na­

miętnie i gwałtownie. Uniósł jej koszulę aż do piersi, 

a potem jednym zdecydowanym ruchem zdjął ją z niej 

i odrzucił w kąt pokoju. 

Z ust Debry dobył się cichy jęk rozkoszy. Nadal klę­

cząc, wyprostowała się, po czym pochyliła się do przo­

du. Z wygiętymi w łuk plecami, powoli zbliżyła się do 

niego. Poczuła, jak jego szorstkie palce przesunęły się 

po jej udach, pośladkach, biodrach. Gwałtownie po­

chyliła głowę. Graham odnalazł jej brodawkę i mocno 

objął ją ustami. Krzyknęła, gdy tymczasem on coraz 

zachłanniej wpijał się w jej pierś. 

Kryjąc twarz w jego bujnych włosach, sięgnęła do je­

go ramion. Na przemian dawały się słyszeć jęki i ciężkie 

oddechy, dobiegające to z jego ust, to z jej. Gdy drżenie 

ud Debry stało się zbyt intensywne, usiadła na piętach. 

Ich dłonie spotkały się przy sprzączce paska od spodni. 

Potem sięgnęły do rozporka. Głośno oddychając, Gra­

ham musnął jej usta, zrzucając z siebie spodnie razem 

ze slipkami. I znów zbliżył się do niej, obejmując poca­

łunkiem jej wargi i popychając ją lekko na ogrzaną słoń-

213 

background image

cem pościel. Jednym doskonałym, zdecydowanym ru­

chem wsunął się pomiędzy jej uda i wszedł w nią. 

- Graham! - krzyknęła, czując w sobie jego pełnię 

i wiedząc, że nigdy dotąd nie doznała czegoś równie 

pięknego. Zagłębiał się w nią coraz głębiej, i głębiej, 

oddając jej całego siebie, a próbując dać jeszcze więcej. 

Tempo od razu było gwałtowne, rytm dwóch ideal­

nie dopasowanych do siebie ciał szybki i niemal bru­

talny. Siła Grahama była bezgraniczna, a każde 

pchnięcie unosiło ich wyżej, jak wielkie crescendo, 

które wybuchło w końcu oślepiającym szałem rozko­

szy, pozostawiając ich spoconych i wyczerpanych, 

z trudem wracających do rzeczywistości. 

Przez długie chwile dały się słyszeć jedynie odgłosy 

gwałtownie wdychanego przez ich zmęczone płuca 

powietrza. Ciało Grahama przygniatało Debrę, lecz 

ona niemal nie czuła jego ciężaru, jeszcze oszołomio­

na dzikością, z jaką się kochali. Nigdy w życiu nie do­

znała tak potężnych wrażeń fizycznych. I nigdy dotąd 

nie zapomniała się aż tak bardzo. Ich namiętność by­

ła spontaniczna i spalająca, zarówno egoistyczna, jak 

i bezinteresowna. Jedyna w swoim rodzaju. 

Debra zamknęła oczy, próbując to wszystko pojąć. 

Jej dłonie spoczywały bezwładnie na jego plecach, 

a palce wyczuwały wilgoć na jego skórze. Nagle jęknął 

tuż przy jej szyi i uniósł się. Otworzyła oczy i ujrzała, 

że Graham siedzi na brzegu łóżka, pochylony, wspie­

rając się łokciami na kolanach i zakrywając dłońmi 

oczy. 

- O co chodzi? - wyszeptała, unosząc się gwałtow­

nie, nagle przerażona. Jeśli tego żałował, jeśli mu się 

to nie podobało, to ona jest gotowa umrzeć. 

Jego bursztynowe oczy wyrażały zdziwienie. Nagle, 

spinając się w sobie, spojrzał daleko przed siebie. 

A potem znów popatrzył na Debrę. 

214 

background image

- Przyrzekłem, że tego nie zrobię - wyszeptał. 
- To było nieuniknione. Wiedziałeś o tym - po­

wiedziała równie cicho. 

- Nie planowałem tego. - Uderzył pięścią w udo. 

- Nie zaplanowałem tego... bo w przeciwnym razie 

przyniósłbym coś ze sobą. 

Uniosła dłoń na wysokość jego ramienia, ale zaraz 

ją cofnęła. 

- Przyniósłbyś coś? - powtórzyła bezmyślnie. Do­

piero po chwili zaczęła rozumieć. - Mówisz o zabez­

pieczeniu? 

- To był mój obowiązek. Nie zrobiłem niczego, 

gdybym... 

- W porządku - odrzekła cicho, pragnąc go uspo­

koić. - Ja... jestem zabezpieczona. - W gruncie rze­

czy, pomyślała o tym po raz pierwszy od miesięcy. 

Podczas bolesnego procesu rozwodowego po prostu 

nie przyszło jej do głowy, żeby przyśpieszyć swoją co­

roczną wizytę u ginekologa i usunąć spiralę, z której 

nie zamierzała korzystać. 

Graham poczuł ulgę. Wrócił myślami do przeszło­

ści, do poczęcia Jessiki i małżeństwa, które z koniecz­

ności nastąpiło potem. Ale Debra to nie była Joan. 

Myśl o tym, że Debra nosiłaby w sobie jego dziecko, 

wzbudziła w nim ciepłe uczucia. Wyraz jego twarzy 

złagodniał. Uniósł dłoń do jej twarzy, ponownie 

owładnięty jej urokiem. 

- Chyba nie sprawiłem ci bólu? - wyszeptał. 

Debra uśmiechnęła się i pokręciła głową, wzruszo­

na jego troską. Wspominając, z jaką energią ją po­

siadł, zaczerwieniła się lekko. 

- Kocham cię, Graham - szepnęła. - Wiesz 

o tym, prawda? - Uniosła dłoń i odgarnęła włosy 

z jego czoła. On zaś położył rękę na jej szyi, wyczuwa­

jąc kciukiem puls. W jego bursztynowych oczach było 

215 

background image

tyle ciepła, ile w porannym słońcu, które już dawno 

wzeszło. 

- Przypuszczałem, że nie oddałabyś mi się, gdybyś 

mnie nie kochała. - Pochylił się i pocałował ją łagod­

nie w usta. - Ja też cię kocham, wiesz o tym. 

- Nie wiedziałam - powiedziała cicho tuż przy jego 

ustach - ale się cieszę. - Westchnęła i uległa jego 

słodkim, żarliwym wargom. Zamknęła oczy, lecz zaraz 

gwałtownie je otworzyła, bo jakiś odległy dźwięk zmą­

cił ciszę. 

- Telefon - wyszeptała. 
- Hm... - Był zbyt zajęty smakowaniem słodyczy, 

której zaznał już wcześniej, żeby powiedzieć coś więcej. 

- Powinnam odebrać? 

- Uhm... - Pokręcił głową. - Jesteś piękna, Debra 

- po raz pierwszy przesunął wzrokiem po jej ciele. -

I bardzo miękka. - Poczuła, że dotyka spojrzeniem 

jej piersi, talii, bioder, jakby na znak, że należą do nie­

go. Nagle wyciągnął rękę, by dotknąć ich naprawdę. 

Zatoczył palcami ósemkę wokół jej piersi, potem 

przesunął je niżej, do pępka, a potem jeszcze niżej, aż 

wstrzymała oddech i pochyliła się ku niemu. 

Jednym zręcznym ruchem wziął ją w ramiona, ob­

rócił i opadł plecami na łóżko, przytrzymując ją nad 

sobą. Tym razem kochali się powoli, zmysłowo, nie­

śpiesznie rozkoszując się tym, czego zabrakło w po­

przednim szale uniesień. Jeśli przedtem Graham był 

gwałtowny, to teraz postępował jak zdolny i subtelny 

artysta. Sprawiał, że każdy fragment ciała Debry re­

agował na jego dotyk. 

Tym razem ich zespolenie wzbogacały czułe słowa 

miłości. Kiedy zwarte ciała rozgrzały się, naprężyły, 

a potem stały jednością, doznali uczucia całkowitego 

połączenia serc i umysłów, dzięki któremu ich osta­

teczna ekstaza była jeszcze wspanialsza. 

216 

background image

Dochodziło południe. Dzwonek telefonu rozlegał 

się już kilka razy. Bez żalu pozwolili, by dzwonił. Ra­

mię w ramię, zupełnie nadzy, przeszli pasażem do 

głównego budynku, żeby wziąć prysznic. Potem, otu­

leni ręcznikami, pożywili się spóźnionym śniadaniem 

złożonym z jajek na boczku i bułeczek, a później jesz­

cze raz nasycili się sobą nawzajem. 

- To niezbyt dobry dzień na pracę - zażartował 

Graham, opierając się o zagłówek łóżka, podczas gdy 

Debra wspierała się na jego ciele. Kiedy on napawał 

się widokiem poddasza, ona podziwiała jego ciało. 

Ale myśl o pracy przerwała jej tę przyjemność. 

- Och, Boże. Która godzina? - Odwróciła się, że­

by spojrzeć na radio z budzikiem. Poderwała się 

z miejsca i włączyła telewizor. - Przepraszam - rze­

kła żartobliwym tonem, wdrapując się znów na łóżko 

i przytulając do Grahama. - Masz do wyboru: albo 

to... albo przybijanie desek. Wybieraj. 

Usłyszała jego śmiech. Objął rękoma jej pośladki 

i jeszcze raz przycisnął ją mocno do siebie. 

- Wybieram ciebie, ale skoro jesteś już zajęta 

czymś innym, to lepiej wrócę do pracy. - Zsunął ją 

bezceremonialnie na łóżko, wstał i sięgnął po ubra­

nie. Zanim je założył, rozpoczęła się już pierwsza 

część odcinka „Gier miłosnych". Graham pochylił się, 

pocałował piersi Debry, po czym wyprostował się 

i udał w kierunku głównego budynku. 

Godzinę później podążyła za nim, rześka, pełna 

optymizmu, entuzjazmu, wyjątkowo ożywiona. Wi­

dząc, że Graham znów stoi na drabinie, uśmiechnęła 

się pogodnie. 

- Może napijesz się czegoś zimnego? 

- Brzmi nieźle. 

217 

background image

Zaledwie przekroczyła próg domu, zadzwonił tele­

fon. Tym razem nie mogła go zignorować. Przeszła do 

salonu i podniosła słuchawkę. 

- Debra, mówi Stuart. Gdzieś ty była, do diabła? 

Cały dzień próbuję się do ciebie dodzwonić! 

Była tak oszołomiona miłością, że nie zwróciła 

uwagi na jego nieuzasadnione oburzenie. - Byłam 

zajęta. Co tam słychać? 

- Nareszcie się czegoś dokopałem. 
- Dokopałeś się? Czego? 

- Czegoś na temat Grahama Reida. 

Debra cała zesztywniała. 

- Wymieniłem przypadkiem jego nazwisko w roz­

mowie z Johnem LeDuc. Pamiętasz Johna, prawda? 

Firma budowlana „LeDuc i synowie". On jest właśnie 

jednym z tych synów. No więc, w pewnym momencie 

zapytał o ciebie. Powiedziałem mu, co zamierzasz 

zrobić z tym swoim domem i że zatrudniłaś do pracy 

jakiegoś faceta. Kiedy wymieniłem nazwisko Reida, 

wydało mu się ono znajome. Właśnie przed chwilą 

John znowu zadzwonił do mnie. - Stuart przerwał na 

chwilę, żeby zaczerpnąć powietrza i wsłuchać się w ci­

szę w słuchawce. - Debra, jesteś tam? 

- Jestem - potwierdziła, rozdarta pomiędzy chę­

cią słuchania, a pragnieniem zachowania obecnego 

stanu rzeczy. Kochała Grahama, nie wiedząc nic o je­

go przeszłości. Jak stwierdził jej ojciec, to były nie­

ważne detale. Wiedziała to, co było naprawdę najważ­

niejsze. 

Stuart mówił dalej. 

- Mieszkał w Nowym Jorku. Wiedziałaś o tym? 

Nie wiedziała, choć nie zaskoczyło jej to. Gdyby to 

nie był Nowy Jork, mogło to by być jakieś inne "ko-

smopolityczne" miasto. Zawsze wyczuwała w nim 

mieszczucha. 

218 

background image

- Był architektem - stwierdziła spokojnie, próbu­

jąc samodzielnie dopasować ten fragment układanki. 

- Wiedziałaś o tym? - spytał Stuart raz jeszcze, 

nagle zbity z tropu. 

- Tak - odparła cicho, starając się przybrać obojęt­

ny ton. - Powiedz mi, czego jeszcze się dowiedziałeś. 

- Dyplom zrobił na Uniwersytecie Columbia. Ale 

jeszcze wcześniej ożenił się z córką pewnego bankiera. 

Bardzo bogatego bankiera. Z tego związku ma córkę. 

Debra wstrzymała oddech. Córka? Nigdy nie wspo­

minał, że ma dziecko! No ale przecież w ogóle nie 

mówił o swojej przeszłości. 

- Miał córkę? - usłyszała własne pytanie. 
- Przypuszczam, że nadal ją ma. Chociaż według 

Johna chodzą słuchy, że Reid nie przyjeżdżał do No­

wego Jorku od rozwodu. Czyli od bardzo dawna. 

To wiedziała. Pasowało to do jego pogardy dla ko­

biet z miasta. A więc... jego żona była bogatą miesz­

kanką Nowego Jorku. I to pewnie był paskudny roz­

wód. Do tego miał córkę... 

- Co o tym myślisz, Deb? 

Pomyślała, że Graham powinien był jej o tym 

wszystkim powiedzieć. Pozostało jej tylko mieć na­

dzieję, że w którymś momencie to uczyni. 

- A co mam myśleć, Stuart? Czy od tej informacji 

świat ma się zawalić? Graham jest moim cieślą. Nie 

interesuje mnie jego życie osobiste. Liczy się to, czy 

potrafi wykonać swoją pracę... - Urwała, bo 

w drzwiach pojawił się Graham. Nie wiedziała, jaką 

część tej rozmowy zdążył usłyszeć. Przyglądał się jed­

nak uważnie wyrazowi jej twarzy. Z wielkim trudem 

spróbowała się nawet uśmiechnąć. 

- Coś jeszcze, Stuart? - spytała cicho. 

- Nie... Cieszył się świetną reputacją jako archi­

tekt. 

219 

background image

Było to pewne ustępstwo ze strony Stuarta. 

- Dziękuję, że to powiedziałeś... Czy wszystko po­

za tym w porządku? 

- Tak. - Przerwał na chwilę, po czym odezwał się 

nieco ostrożniej. - Czy tata cię odwiedził? 

- Tak. Wczoraj. 

- Miła wizyta? 
- Yhm. - Nie zamierzała dłużej rozwodzić się na 

ten temat. 

- No cóż, pomyślałem tylko, że powinnaś o tym 

wiedzieć... 

- Tak. Jeszcze raz dziękuję. Do widzenia, Stuart. 

Kiedy słuchawka spoczęła na widełkach, Graham 

spytał: 

- Jakiś problem? 
- Nie, nie. - Debra wstała i zaczęła wolno iść 

w stronę kuchni. Nagle Graham chwycił ją za ramię 

i lekko przyciągnął do siebie. 

- Nie ma problemu? - spytał cicho - To dlaczego 

na mnie nie patrzysz? 

Uniosła głowę. 

- Patrzę na ciebie - wyszeptała, czując w duszy 

dziwny ból, mimo że bliskość tego mężczyzny zupeł­

nie ją rozbrajała. Spojrzała na jego usta, które po­

śpiesznie nachyliły się ku jej ustom. Pocałunek był 

ostrożny, lecz namiętny. Westchnęła bezradnie i przy­

tuliła się do potężnego ciała Grahama. 

- Tak już lepiej - rzekł cicho i wyprostował się. -

A teraz może byś się czegoś napiła? 

Uśmiechnęła się. Przeszłość nie miała znaczenia. 

- Właśnie. - Wzięła go za rękę i poprowadziła do 

kuchni, gdzie czekał już dzbanek świeżo przygotowa­

nej przez nią lemoniady. Wypili ją na huśtawce za do­

mem. Graham rozłożył się na całej jej długości, a De­

bra wcisnęła się pomiędzy jego kolana, opierając się 

220 

background image

o niego. Uspokoiła się. Wydawało się, że Stuart dzwo­

nił całe wieki temu. Ale znów zadzwonił telefon. De­

bra zesztywniała. 

- Niech dzwoni - rzekł Graham. 
- Tak nie można. 

Czuła jego oddech na swoim policzku. 

- Wcześniej już tak było - powiedział. 
- Wiem. Właśnie dlatego teraz powinnam ode­

brać. - Odepchnęła się od niego, wstała i ruszyła bie­

giem w stronę domu. - Stuart się nieźle wkurzył, że 

nie mógł się dodzwonić - zawołała przez ramię. -

Teraz ktoś inny może mieć ten sam problem. 

Chwytając słuchawkę, odezwała się, zdyszana: 

- Halo? 

- Debra? 

- Mama! Jak się masz? 

- Świetnie. Ale czy ty się dobrze czujesz? Masz ta­

ki słaby głos. 

- Po prostu zabrakło mi tchu. Musiałam tu przy­

biec, bo byłam za domem. Jak tam sprawy? 

Lucy Shipman zaczęła przedstawiać w skrócie 

„sprawy", a konkretnie problem z nową sukienką, 

którą zamówiła na przyjęcie z okazji pięćdziesiątych 

urodzin kogoś ze znajomych. Nie odezwała się ani 

słowem na temat własnego ślubu. Debra wiedziała, że 

chwilowo ta sprawa została „zawieszona". Jak się 

wkrótce okazało, jej matka dzwoniła z zupełnie inne­

go powodu. 

- Rozmawiałam dziś rano ze Stuartem. 

- Ach tak? - spytała Debra, instynktownie zacho­

wując ostrożność. 

- To doprawdy niezwykły zbieg okoliczności. Mil-

dred zna tego twojego Reida. 

- Mildred? 

- Przecież znasz Mildred, kochanie. Ona jest... 

221 

background image

- Oczywiście, że znam Mildred. - Przerwała jej 

Debra, natychmiast przypominając sobie największą 

plotkarę wśród znajomych Lucy Shipman. - Ale dla­

czego akurat rozmawiałaś na ten temat z Mildred? 

- No cóż, Stuart zadzwonił do mnie i powiedział, 

że ten Graham mieszkał kiedyś w Nowym Jorku, no 

więc naturalnie mnie to zaciekawiło. Jeśli był kimś 

ważnym, to Mildred na pewno o nim słyszała. 

Debra spochmurniała. 

- Najwyraźniej był kimś ważnym. 

- Och, tak. Jego żoną była Joan Yarrow. Jej ojciec 

jest... 

- Wiem, mamo. 
Lucy Shipman mówiła dalej, nie zważając na nutę 

zniecierpliwienia w głosie córki. 

- Graham nie miał właściwie żadnych pieniędzy. 

Jego ojciec był nauczycielem i kosztem niemałych wy­

rzeczeń udało mu się posłać synów na studia. A było 

ich dwóch, Graham i jeszcze jeden. - Zaczerpnęła po­

wietrza. - Tak czy inaczej, pieniądze żony zapewniły 

Grahamowi dobry start. Miał własną firmę architekto­

niczną. Po rozwodzie pozostał jeszcze przez jakiś czas 

w Nowym Jorku, a potem wyjechał i już nie wrócił. 

Debra odetchnęła głęboko, żeby się uspokoić. 

- Twoja Mildred to prawdziwa encyklopedia, co? 
- No, no, moja droga. Ten sarkazm nie jest ko­

nieczny. Być może ty już to wszystko wiesz, ale ja 

o tym nie wiedziałam. Lecz czeka cię jeszcze najważ­

niejsza wiadomość. 

- Córka. 

- Jak się o tym dowiedziałaś? 
Debra nie potrafiła się przyznać, że usłyszała o tym 

od Stuarta. 

- Przecież znam już tego człowieka od dwóch mie­

sięcy, mamo. Bardzo często rozmawiamy ze sobą. 

222 

background image

Matka konspiracyjnie ściszyła głos. 

- A czy on w ogóle ją wspomina... tę Jessikę? Z te­

go, co słyszała Mildred, to oni są bardzo wzajemnie 

do siebie zrażeni. Szkoda, zwłaszcza że ślub brał Gra­

ham pod przymusem. Można by pomyśleć, że skoro 

mężczyzna pragnie dziecka na tyle, że poślubia jego 

matkę, to powinien się domagać prawa odwiedzania 

go. Ale przecież ta dziewczyna jest już właściwie do­

rosła. Właśnie skończyła szkołę średnią. 

Oszołomiona Debra osunęła się na podłogę i usia­

dła po turecku, pochylając się nad telefonem. 

- Jestem pewna, że są jakieś powody - wyszeptała, 

usiłując przyjąć do wiadomości informację, którą 

matka tak radośnie jej przekazała. 

- No cóż, to dowiedz się, jakie, kochanie. To wspa­

niała historia. Może wprowadzisz podobny wątek do 

swojego serialu. A propos, obejrzałam wczorajszy odci­

nek i uważam, że był świetny. To ty pisałaś scenariusz? 

Debra poczuła ogromną ulgę, gdy chwilę potem 

odłożyła słuchawkę. Oparła się o ścianę, nadal 

siedząc na podłodze. Dlaczego on nie mógł jej o tym 

opowiedzieć? Czyżby jej nie ufał? 

Córka o imieniu Jessica. Absolwentka szkoły śred­

niej. Powód zawarcia małżeństwa, które i tak się nie 

udało. To wyjaśniało, dlaczego tak się zaniepokoił, czy 

zabezpieczyła się przed ciążą. Raz już został zmuszo­

ny do małżeństwa. Ale przecież teraz nie było mowy 

o małżeństwie. A może jednak?... 

- Debra? - dobiegający z kuchni głos Grahama 

odbił się echem po całym domu. 

- Tutaj - zawołała słabym głosem, po czym pod­

niosła głowę. Poczuła napływające do oczu łzy. Wła­

śnie je ocierała, gdy pojawił się Graham. 

Widząc, że Debra siedzi skulona na podłodze, za­

wołał: 

223 

background image

- Do cholery! Znowu ci to zrobili! Kto tym razem? 

Harris? Mike? - Patrzył coraz bardziej ponuro. - To 

był Jason, tak? - Przemierzył pokój kilkoma długimi 

krokami i wyciągnął do niej rękę, żeby pomóc jej wstać. 

- Nie. - Uśmiechnęła się zażenowana. - To nie 

był Jason. - Wstała, spojrzała na Grahama, a potem 

w bok. - To była moja matka. - Uwolniła rękę z jego 

dłoni i podeszła do okna. Zupełnie niespodziewanie 

ogarnęła ją złość. Tym razem to przecież była jego wi­

na. Grahama. Gdyby szczerze z nią porozmawiał, to 

ani słowa Stuarta, ani matki nie mogłyby jej zranić. 

- Czy coś się stało? - spytał Graham, nagle świa­

dom dystansu, który pojawił się między nimi. 

Pokręciła przecząco głową. 

- Po prostu sobie... pogawędziłyśmy. 
- Może powinnaś podłączyć automatyczną sekre­

tarkę? 

Debra odwróciła się gwałtownie w jego stronę. 

- To moja matka, na miłość boską! Nie mogę jej 

zbywać czymś takim! 

- Spokojnie, Debra. To była tylko sugestia. 

Miał rację. I wiedziała, że zareagowała zbyt emo­

cjonalnie. Ale nie mogła się opanować. Kiedy telefon 

znów zadzwonił, spojrzała nań bliska wybuchu. 

- Ja odbiorę... - zaproponował Graham. 
- Ja! - odpaliła zdecydowanym tonem, lecz jej 

brązowe oczy prowokowały go, żeby się temu sprzeci­

wił. Nie zrobił tego. 

- Halo! - burknęła do słuchawki, odwracając się 

plecami do Grahama. 

- Deb? Czy to ty? 
- To ja, Harris. - Nie była w nastroju do tej roz­

mowy, podobnie jak do dwóch poprzednich. A do­

kładniej, to właśnie tamte dwie zepsuły jej dzień. 

Nie, uczynił to Graham. 

224 

background image

- Wszystko w porządku? 

Debra uniosła dłoń. 
- Dlaczego wszyscy zawsze mnie o to pytają? 

Oczywiście, że wszystko w porządku. 

- Masz taki głos, jakbyś była gotowa kogoś zabić. 
- Nie zabić. Być może okaleczyć. To po prostu je­

den z gorszych dni. - Westchnęła. - Co tam nowego? 

- Hm... Może powinienem zadzwonić innym ra­

zem? 

- Mów teraz. No już. - Kątem oka dostrzegła, że 

Graham wciąż stał za jej plecami. W słuchawce nadal 

jednak panowała cisza. - Harris, o co chodzi? 

- O Jasona. 

Poczuła zimny dreszcz. 

- Co z nim? - Graham podszedł bliżej. Gdy zaczę­

ła się od niego odwracać, chwycił ją za ramiona. Choć 

z łatwością mogłaby się uwolnić, nie zrobiła tego. Po­

trzebowała w tej chwili jego siły. 

- Był wściekły, kiedy od ciebie wrócił. Debra, on się 

domaga, żebym cię zwolnił. - Wzdrygnęła się. - To 

znaczy... to jest absurd. Co się między wami dzieje? 

- Nic. Jesteśmy rozwiedzeni. 

- Ja też tak myślałem. To po co on za tobą jeździ do 

New Hampshire? Wpadł tu dziś rano potwornie wście­

kły. Twierdzi, że sytuacja jest nie do wytrzymania, że 

postanowiłaś go dręczyć. Co ty wyprawiasz, Deb? 

- Nic. On chce, żebym do niego wróciła, a ja od­

mawiam. To wszystko. 

- On jest zupełnie niemożliwy. Nie wiem, co robić. 

- Mógłbyś mnie zwolnić - odważyła się powie­

dzieć. 

Harris skwitował tę propozycję śmiechem. 

- I miałbym stracić swojego najbardziej godnego 

zaufania scenarzystę? Nie ma mowy! To Jason ciągle 

nie dotrzymuje terminów. Co mogę z nim zrobić? 

225 

background image

- Nie wiem, Harris. Po prostu nie wiem. 

Na chwilę zapadła cisza. 

- Myślisz, że mogłabyś... spróbować z nim poroz­

mawiać? 

Teraz ona się roześmiała. 
- Ja? Mam porozmawiać z Jasonem? Urządził mi tu 

niezłą scenę. - Podniosła głos. - Jason nie potrzebuje 

rozmowy ze mną. Potrzebuje tylko mojego całkowitego 

posłuszeństwa. - Gdy głos zaczął jej drżeć, Graham 

mocniej ścisnął jej ramiona. - No cóż, sama się o to 

prosiłam, bo zachowywałam się jak jego piesek pokojo­

wy. Przykro mi, Harris. Teraz Jason to twój problem. 

- Jesteś pewna, że nie można by niczego... 
- Co ja mu mogę powiedzieć? „Jason, zachowuj się 

stosownie"? „Jason, daruj sobie"? „Jason, dorośnij"? 

Nie rozumiesz tego, Harris? To jest coś, z czym on sam 

będzie musiał sobie poradzić. Ja sobie poradziłam. 

Jej ostatnie słowa zastanowiły Harrisa. 

- Poradziłaś sobie, co? Odkąd tam jesteś, twoje 

scenariusze są lepsze niż kiedykolwiek. - Wes­

tchnął. - W porządku, Debra. Przepraszam, że ci 

przeszkodziłem. Pomyślałem tylko, że warto będzie 

spróbować. 

- Harris... 

- Tak, laleczko? 

- Bądź wobec niego cierpliwy. On jest utalentowa­

nym scenarzystą. 

- Wierz mi, gdybym nie był o tym przekonany, to 

wywaliłbym go już dwa tygodnie temu. Myślisz, że po­

doba mi się, co on tutaj wyprawia? Przez niego moje 

najlepsze aktorki rzucają się sobie do gardeł... - Za­

milkł, przypominając sobie, w jaki sposób Debra zo­

stała zraniona. - Przepraszam cię, laleczko. No cóż... 

- westchnął - dam mu jeszcze trochę czasu. Jestem 

mu to winien. 

226 

background image

- Dzięki, Harris. 
- Nie dziękuj mi. Po prostu przysyłaj mi nadal swo­

je scenariusze. Potrzebuję cię, Deb. 

- Dzięki. 

Chociaż Debra poczuła ulgę, gdy dowiedziała się, 

że ma zapewnioną pracę, jednocześnie poczuła przy­

pływ ogromnej frustracji, bo wiedziała, że poza tym 

niewiele spraw było w porządku. Odłożyła słuchawkę 

i wyśliznęła się z objęć Grahama. 

- Lepiej trochę popracuję. - Spróbowała go wy­

minąć. Powstrzymał ją. 

- O co w tym wszystkim chodzi? 

- O nic. - Skoro on nie uznawał za stosowne dzie­

lić się z nią swym życiem, to dlaczego ona miałaby 

dzielić się swoim? 

- To był Harris, tak? Jason sprawia mu kłopoty? 

- Och, to nic takiego. 

- Debra... - W głosie Grahama zabrzmiało ostrze­

żenie. Ponieważ patrzyła gdzieś obok, ujął jej brodę 

i odwrócił jej twarz do siebie. - Co się stało, Debra? 

Gdyby jego uścisk sprawiał jej ból lub gdyby ode­

zwał się do niej chłodno, to być może byłaby w stanie 

mu się oprzeć. Lecz jego palce były delikatne, a głos 

ciepły i spokojny. Ku jej przerażeniu, znów miała oczy 

pełne łez. 

- Och, Graham... - zaczęła łamiącym się szeptem, 

lecz przerwał jej przenikliwy dzwonek telefonu. 

Oboje spojrzeli na aparat. Gdy dzwonienie rozle­

gło się ponownie, Graham podjął decyzję. Wziął De­

brę za rękę i poprowadził w kierunku drzwi. 

- Chodź. Wynosimy się stąd. 

Po upewnieniu się, że wejście od frontu zamknięte 

jest na klucz, przeszli ku tylnym drzwiom, które Gra­

ham również zamknął, podobnie jak drzwi powozow-

ni, po czym zaprowadził Debrę do swej ciężarówki. 

227 

background image

Czując, że ma się stać coś ważnego, Debra milcza­

ła. Od czasu do czasu spoglądała na Grahama, do­

strzegając na jego twarzy napięcie, którego nie mogły 

spowodować jedynie wydarzenia z ostatnich minut. 

Prowadził samochód bez słowa. Jechali na północ, 

w stronę gór. Kiedy po półgodzinie Graham skręcił 

z głównej drogi w boczną, mniej uczęszczaną, Debra 

zaczęła się domyślać, jaki może być cel ich wyprawy. 

Gdy ujrzała piękny, nowoczesny budynek na zboczu 

góry, była już tego pewna. 

- To twój dom, prawda? - wyszeptała. 
- Tak. To mój dom. - Zaparkował ciężarówkę pod 

strzelistymi sosnami i obszedł auto, żeby pomóc De­

brze wysiąść. 

- Sam go zbudowałeś? 
- Tak. 

Podeszła powoli do budynku, porażona jego wspa­

niałością. Był nieduży, lecz mimo to imponujący, ze 

ścianami z sekwoi, wysokim, spadzistym dachem 

i przeszklonym frontem. Zachwycił ją ten widok. 

- Jest podobny do ciebie, wiesz? 
- Do mnie? - spytał rozbawiony. Najwyraźniej 

wracał mu humor. Stali tuż obok siebie. 

- Yhm. Sprytnie schowany na uboczu, skryty za 

wiejską drogą i zasłoną drzew. Ale ma styl i klasę. 

I różni się od całego otoczenia. 

Popatrzył na nią z wyrazem powagi. 

- To, że się różni, może być albo dobre, albo złe. To 

samo można powiedzieć o stylu i klasie. 

- Ogromnie mi się podoba ten dom - powiedzia­

ła, znacząco akcentując każde słowo. Wsunęła rękę 

w jego dużą, silną dłoń i zapytała: - Dlaczego mnie tu 

przywiozłeś? * 

- Chciałem cię oderwać od tego telefonu. On ci 

przysparza za dużo zmartwień! 

228 

background image

- Ale dlaczego właśnie tutaj? Mogliśmy się po pro­

stu trochę przejechać, spędzić popołudnie gdzie indziej. 

Była to dla niego chwila prawdy. Jeszcze mógł ją 

stąd zabrać, pójść z nią na spacer do lasu, a potem na 

kolację... I nie musieliby wcale wchodzić do jego do­

mu. Przypomniał sobie, jak pierwszy raz do niej przy­

jechał, jak bardzo się wahał, zanim wreszcie przekro­

czył próg jej domu. Ale to jednak było przeznaczenie. 

Tak jak teraz. 

Mocniej ściskając jej rękę, wprowadził ją do budyn­

ku i przeprowadził przez kilka pokoi do swego gabi­

netu. Tam uwolnił jej dłoń, podszedł do biurka, popa­

trzył przez chwilę na stojące tam fotografie, po czym 

odwrócił się i przysiadł na brzegu blatu. Debra nie 

miała czasu, żeby się rozejrzeć. Nie spuszczała oczu 

z twarzy Grahama. Instynktownie zrozumiała, że ten 

pokój reprezentował to wszystko, co Graham pozo­

stawił za sobą. 

- Moja żona miała na imię Joan - zaczął cicho, 

jakby ostrożnie. - Poznaliśmy się jeszcze w szkole. 

Była o kilka klas niżej ode mnie. No cóż, dobrze nam 

było ze sobą. Byliśmy tacy beztroscy... Nieodpowie­

dzialni, krótkowzroczni. Zaszła w ciążę, więc się po­

braliśmy. Kilka miesięcy później zrobiłem dyplom na 

wydziale architektury. A po kilku kolejnych miesią­

cach urodziła się nasza córka. 

Podniósł z biurka jej fotografię. Debra podeszła bli­

żej, żeby się jej przyjrzeć. - Jessie. Jessica. Uwielbia­

łem ją. Joan także. Niestety, z upływem czasu już tylko 

to nas łączyło. To małżeństwo zupełnie się nie udało. 

- Dlaczego, Graham? 

Wzruszył ramionami. 

- Przyczyna była naprawdę prosta. Ona pochodzi­

ła z bogatego domu, ja nie. To, co dla mnie było luk­

susem, Joan uważała za niezbędne. Mnie najbardziej 

229 

background image

uszczęśliwiały pewne rzeczy, które nie kosztowały ani 

centa, jak niedzielne spacery po parku jesienią, spę­

dzanie czasu w domu na zabawie z Jessie. A jeżeli 

chodzi o Joan, no cóż... ona potrzebowała więcej szu­

mu, więcej blichtru. Coraz bardziej się od siebie od­

dalaliśmy. Ja nie lubiłem restauracji, które ona wybie­

rała, a jej nie obchodziły te, które ja lubiłem. Mnie się 

nie podobały jej plany wakacyjne, a jej moje. Ja nie 

lubiłem jej przyjaciół, a ona moich. No i Jessie tkwiła 

pośrodku tego wszystkiego, rozdarta między uczucia­

mi do nas obojga. 

Debra wyczuwała przepełniający go ból i serce jej 

się krajało. Stanęła pomiędzy kolanami Grahama 

i położyła dłonie na jego udach, w geście wyrażającym 

ciepłe uczucia i zachętę, by mówił dalej. 

- Dzięki pieniądzom Joan byłem w stanie założyć 

w Nowym Jorku własną firmę. Nigdy nie pozwoliła mi 

o tym zapomnieć. Ale szło mi dobrze. Firma miała na 

koncie spore sukcesy. - Przerwał na chwilę i zmarsz­

czył brwi. - Na tym też, po części, polegał problem. 

Gdy spłaciłem jej zainwestowane pieniądze, niemałe 

pieniądze, dojrzało we mnie bardzo silne postanowie­

nie dotyczące naszego wspólnego życia. Po raz pierwszy 

poczułem, że mam prawo być sobą. Za pieniądze, któ­

re zarobiłem, mogłem kupić niemal wszystko, czego mi 

było trzeba. - Odetchnął głęboko i spojrzał gdzieś 

w bok, a na jego twarzy pojawił się wyraz rezygnacji. -

Wkrótce potem napięcie między nami doszło do zeni­

tu. W chwili, gdy uzgodniliśmy, że się rozwiedziemy, już 

prawie ze sobą nie rozmawialiśmy. Joan zabrała niemal 

wszystko, co mieliśmy. W końcu, to były jej rzeczy. Ja 

przeprowadziłem się do mieszkania w innej części mia­

sta. Jessie miała spędzać ze mną co drugi weekend. 

Pochylił głowę i zamilkł. Był teraz myślami gdzieś 

daleko, ponownie przeżywając minione wydarzenia. 

230 

background image

Pragnąc je z nim dzielić, Debra delikatnie przesunęła 

dłońmi po jego udach, próbując go w ten sposób na­

kłonić, by „wrócił". 

- Na początku nie było tak źle. Planowałem dla 

mnie i córki różne zajęcia. Wydawało się, że lubiła ze 

mną przebywać. Miała wtedy siedem lat. Kiedy skoń­

czyła osiem, było już trochę ciężej. A kiedy miała dzie­

więć lat, zrobiło się jeszcze gorzej. Za każdym razem, 

gdy ją widywałem, była coraz bardziej obca. A potem 

już nie chciała, żebym ją gdzieś zabierał, twierdząc, że 

ma inne plany, albo po prostu płacząc. - Graham po­

patrzył na Debrę z wyrazem bezradności. - Jakże 

mógłbym z nią walczyć? Wydawała się taka nieszczę­

śliwa. Mała dziewczynka powinna mieć prawo spędzać 

weekendy ze swoimi przyjaciółmi. Wydawało się też 

naturalne, że dorastając, czuła się bardziej zażenowa­

na bawiąc się ze mną... W każdym razie, tak to sobie 

tłumaczyłem. Dopiero kiedy zaczęła odnosić się do 

mnie wyraźnie wrogo i gdy mimowolnie się wygadała, 

zdałem sobie sprawę, że Joan wpaja jej negatywny wi­

zerunek mojej osoby. 

- I nic nie mogłeś na to poradzić? - spytała Debra 

z wyraźną troską w głosie. 

- A co mogłem zrobić? Oczywiście, porozmawia­

łem z Joan. Ona zaprzeczyła wszystkiemu, mówiąc, że 

nie robi nic złego. A ja nie miałem innego dowodu, 

oprócz oświadczenia dziesięciolatki na temat tego, co 

powiedziała jej matka. Czy mógłbym pójść do sądu 

i przedstawić dziecko jako świadka? A jeśli nawet po­

wiedziałaby prawdę, co dobrego by z tego wynikło? 

Czy naprawdę mógłbym się domagać powierzenia mi 

opieki nad dzieckiem, które po prostu nie chciało ze 

mną przebywać? 

- Nie. Oczywiście, że nie mógłbyś - przyznała ci­

cho Debra. 

231 

background image

- Już na początku próbowałbym uzyskać prawo do 

opieki, gdyby nie trzy rzeczy. Joan była dobrą matką, 

kochała Jessikę, a Jessica najwyraźniej ją uwielbiała. 

To ja do nich nie pasowałem. - Zamilkł, na nowo 

przeżywając swoją porażkę. 

- Czy właśnie wtedy wyjechałeś z Nowego Jorku? 

Skinął głową. 

- Zawsze mi się marzył wyjazd na wieś. Wydawało 

się to idealnym rozwiązaniem. 

- Ale twoja praca... twoja firma... Co się z nią stało? 

Wzruszył ramionami. 
- Zwinąłem interes. 

- Tak po prostu? 

- To było dość łatwe. Miałem już wtedy kilku part­

nerów. Kupili ode mnie moje udziały. Miałem mnó­

stwo własnych pieniędzy i dokonałem kilku trafnych 

inwestycji. Więc przyjechałem tutaj i kupiłem trochę 

ziemi. 

- Nie tęskniłeś za pracą? 

Graham uśmiechnął się. 

- Nadal pracowałem w swoim zawodzie. Pod wie­

loma względami było to bardziej ekscytujące niż kie­

dykolwiek wcześniej. Nie tylko mogłem projektować, 

ale też budowałem. Jako dzieciak zawsze uwielbiałem 

to robić. Z pewnością skala moich projektów jest te­

raz mniejsza. Nie wybuduję tu dwoma rękami wie­

żowca z betonu i stali. Ale czuję się szczęśliwy, bar­

dziej usatysfakcjonowany niż byłem w Nowym Jorku. 

- Uśmiechnął się. - To chyba tkwiące we mnie zwie­

rzę potrzebuje fizycznego wyżycia się. 

- Zwierzę... - drażniła się z nim Debra. Uniosła 

dłoń i pogładziła go po policzku. Poczuła, że jest jej 

tak bliski, jak żaden inny mężczyzna dotąd. - Nie 

mogę się zdecydować, czy to lew czy kotek. Czasami 

jesteś dla mnie tajemnicą. 

232 

background image

- To dlatego, że nie byłem wobec ciebie tak otwarty, 

jak powinienem. I dlatego, że czasami czuję się kom­

pletnie przegrany i nie wiem, jak sobie z tym poradzić. 

- Przegrany? - Dokładnie wiedziała, co miał na 

myśli. - Jak możesz tak mówić? Przecież próbowałeś. 

Przez dwa... nie, przez trzy lata starałeś się, jak mogłeś. 

- Naprawdę? - spytał z taką gwałtownością, że 

przeszyła ją ona aż do głębi. Teraz Debra jeszcze wy­

raźniej dostrzegała, jak bardzo Graham musiał cier­

pieć przez te wszystkie lata. - A może postąpiłem jak 

tchórz? Mogłem być bardziej stanowczy wobec Jessi-

ki i domagać się, żeby spędzała ze mną więcej czasu. 

Może zbyt łatwo ustąpiłem. Może uwierzyła, że już 

mnie nie obchodzi na tyle, bym chciał o nią walczyć. 

Może właśnie dlatego odsunęła się ode mnie. 

Debra pokręciła głową. 

- Nie, Graham. Znam cię. Jesteś pełen ciepłych 

uczuć i poświęcenia. 

- Potrafię też być gburowaty i sprawiać kłopoty. 

- Czasami, tylko czasami. Ale ta twoja dobra stro­

na w każdej chwili może wziąć górę. 

- Ale Jessica prawdopodobnie dostrzegała jedynie 

tę złą stronę. To chyba moja wina. Za każdym razem, 

gdy po nią przyjeżdżałem, była albo zapłakana, albo 

w złym humorze. To od razu powodowało u mnie na­

pięcie. Bóg jeden wie, kogo wtedy widziała! - Ogrom 

jego cierpień był wypisany na jego twarzy. Debra pra­

gnęła go przytulić, ukołysać, sprawić, by poczuł się le­

piej. Ale rozwiązanie jego problemów nie było takie 

proste. 

- A co się działo po twoim przyjeździe tutaj? Wi­

dywałeś się z nią? 

- Próbowałem. Kilka razy mój ojciec ją tu przywo­

ził... Jakimś cudem kontakty między nimi wciąż były 

dobre. Ale zawsze wydawała się zamknięta w sobie 

233 

background image

i nieszczęśliwa. W końcu dałem za wygraną i po pro­

stu ograniczyłem się do wysyłania jej liścików i kartek 

okolicznościowych. - Jego głos lekko drżał z emocji. 

- Po jakimś czasie już nawet nie raczyła ich czytać. 

Kiedy jedna koperta wróciła w ogóle nie otwarta, da­

łem sobie spokój. Wydawało się, że radzi sobie z na­

szym rozwodem przez całkowite zapomnienie o mo­

im istnieniu. Ja próbowałem robić to samo. Niestety, 

nie zadziałało. 

Zapadła głęboka cisza. Debra usiłowała znaleźć 

słowa mogące to wszystko jakoś podsumować. 

- A zatem nie masz z nią żadnego kontaktu? 

- Żadnego. Nie widziałem się z nią od siedmiu lat. 

Debra spojrzała na fotografię, którą rzucił na biurko. 

- Jest piękną dziewczyną. 

On także popatrzył z podziwem na jasnowłosą, 

uśmiechniętą absolwentkę szkoły średniej i skinął 

głową. 

- Czy kiedykolwiek myślałeś o tym, żeby spróbo­

wać jeszcze raz? Teraz, gdy jest starsza, może byłaby 

bardziej otwarta. 

- Niee... Nie pragnę się karać w nieskończoność. 

Co innego myśleć o niej jak o dziecku, czuć się zranio­

nym, zagniewanym, a co innego widzieć ją jako doro­

słą kobietę, która być może jest równie zgorzkniała 

i ograniczona jak jej matka. 

- Ale przecież tego nie wiesz! Z pewnością jest już 

teraz bardziej niezależna. Być może ma w sobie tyle 

odwagi, by przeciwstawić się swojej matce i spojrzeć 

na ciebie w inny sposób niż kiedyś. 

Wzruszył ramionami. 

- Od czasu do czasu brałem taką ewentualność 

pod uwagę. Ale jeśli tak jest, to dlaczego nie skontak­

towała się ze mną? Nigdzie stąd nie wyjeżdżałem. Je­

stem dokładnie w tym samym miejscu; gdzie widziała 

234 

background image

ranie po raz ostatni. Dlaczego więc nie zadzwoniła, 

nie napisała, nie przyjechała? 

- Może się boi. To się czasami zdarza. To jest taka 

wzajemna obawa, że się zostanie zranionym. A wy­

starczy, żeby jedna ze stron uczyniła pierwszy krok... 

- Przestań, Debra. Mówisz jak bujająca w 

obłokach idealistka, że tak powiem. 

Uparcie patrzyła mu prosto w oczy. 

- W moim przypadku to zadziałało. 

Graham już otworzył usta, żeby jeszcze bardziej 

uzasadnić swój punkt widzenia, gdy nagle dotarło do 

niego znaczenie tych słów. Przyjrzał jej się badawczo, 

po czym zmarszczył czoło. 

- Co takiego? - zapytał. 

- Powiedziałam, że w moim przypadku to zadziałało. 

- Co zadziałało? 

- Zrobienie pierwszego kroku. 
- O czym ty mówisz, Debra? 

- O moim ojcu i o mnie. 

- O twoim ojcu i o tobie? - powtórzył, jakby nie 

zrozumiał. 

Nie było to coś, o czym lubiła opowiadać. Jednak 

dla niego mogła zrobić wyjątek. Nadeszła na to odpo­

wiednia pora. 

- Uwierzyłbyś, że przez wiele lat nie znałam moje­

go ojca? 

- Nie, nie uwierzyłbym - odparł zgodnie z praw­

dą. - Ciebie i Davida łączy wspaniała, doskonała 

więź, jedna z najbardziej naturalnych, jakie widywa­

łem między ojcem i córką. 

- Na to wygląda, prawda? - Uśmiechnęła się, za­

dowolona. 

- To znaczy, że tak nie jest naprawdę? 

- Och, jest. Ale nie zawsze tak było. Przez piętna­

ście lat mego życia wcale go nie znałam. 

235 

background image

- Nie wierzę. 

- To lepiej uwierz, bo to prawda. Moi rodzice roz­

wiedli się, zanim skończyłam roczek. Po roku matka 

ponownie wyszła za mąż. Wydawało się, że tata po 

prostu gdzieś zniknął. 

- Jak to... zniknął? 

- Po prostu był gdzie indziej. 
- Nie składał wam... wizyt? 

- Na początku być może tak, ale ja byłam za mała, 

żeby zwracać na to uwagę. A kiedy dowiedziałam się, jak 

się rzeczy mają, on już zupełnie zniknął z pola widzenia. 

- Ale dlaczego? Jak człowiek może zostawić dziec­

ko... właściwie dwoje dzieci... w taki sposób? 

- Mężczyźni... ludzie... robią dziwne rzeczy, kiedy 

czują się zagrożeni - wyjaśniła łagodnym tonem. -

Jeżeli chodzi o mojego ojca, okazało się, że nie może 

wytrzymać z moją matką. Ona ma niezły charakterek. 

Tylko w ten sposób można to określić. Po prostu nie 

próbował dostosować się do niej. Poznałeś go. Jest 

szczerym, prostolinijnym facetem. A tymi dwoma 

przymiotnikami ludzie niezbyt często określają moją 

matkę. Nie krytykuję jej, po prostu uczciwie mówię, 

jak jest. Matka to urocza dziwaczka. 

- Debra... - Graham skarcił ją wyjątkowo łagod­

nym tonem głosu. 

- Mówię poważnie. Kocham ją taką, jaka jest. Tata 

tego nie potrafił, więc odszedł. Po latach chciał się 

z nami skontaktować. Ale z każdym rokiem czuł, że 

ma do tego coraz mniejsze prawo. 

- A ty? Czułaś coś do niego przez ten czas? 

Usłyszała w jego głosie wyjątkowe zainteresowanie 

i podekscytowanie. Jakby próbował uwierzyć, że ist­

nieje nadzieja. 

- Byłam ciekawa. Odkąd skończyłam dziesięć lat, 

zastanawiałam się, jaki on jest. Moja matka bardzo 

236 

background image

dobrze sobie z tym poradziła, wyjaśniając, że on ma 

swoje życie, że ponownie się ożenił i jest szczęśliwy. 

Ale wymknęło jej się również, że często przyjeżdża do 

Nowego Jorku w sprawach służbowych. Zaczęłam 

fantazjować, jak by to było, gdybym wpadła na niego 

w jakiejś restauracji i dowiedziała się, kim jest. 

- I co się w końcu stało? 

Uśmiechnęła się szeroko. 

- Wpadłam na niego w restauracji i dowiedziałam 

się, kim jest. 

Graham przyjrzał jej się sceptycznie. 

- Chyba żartujesz. 
- Nie. Naprawdę na niego wpadłam. Przypadko­

wo, oczywiście. Miałam wtedy piętnaście lat. Biegłam 

do toalety w restauracji, skręciłam w nieoświetlonym 

korytarzu, no i zderzyłam się z nim. 

- Ale skąd wiedziałaś, że to był właśnie on? 

- Nie wiedziałam. On mnie poznał. Przez cały czas 

dostawał moje fotografie, a ostatnie zdjęcie zostało 

zrobione zaledwie dwa czy trzy miesiące wcześniej. 

Gapił się na mnie, więc przestraszona pobiegłam 

z powrotem do stolika. Mógł po prostu odejść. Sie­

dział w innej sali. A jednak poszedł za mną. Matka, 

która była akurat w wyjątkowo dziwacznym nastroju, 

ochoczo nas sobie przedstawiła. 

- I to wszystko? Odtąd staliście się kumplami? 

- Niezupełnie. Szczerze mówiąc, dzwonił ze trzy 

razy, zanim w końcu zgodziłam się z nim porozma­

wiać. Byłam wystraszona i zagniewana. Ale ta inna 

potrzeba była silniejsza. 

- Jaka? 

- Potrzeba poznania mężczyzny, po którym odzie­

dziczyłam geny. 

Przez dłuższy czas Graham po prostu wpatrywał się 

w nią z wyrazem niedowierzania. 

237 

background image

- I naprawdę staliście się sobie tak bliscy, jak jeste­

ście teraz, po tak długiej rozłące? - spytał wreszcie. 

- Myślę, że pod wieloma względami taka bliskość 

jest rezultatem tej rozłąki. Wielu ludzi przyjmuje 

kontakty rodzinne za pewnik. My tego nie robiliśmy. 

Czasem pewnymi drobnymi sprawami próbujemy 

nadrobić lata niewidzenia się. Na przykład, on za­

wsze nazywa mnie Debbie. Jestem pewna, że ma ku 

temu jakiś powód. I rzeczywiście, kiedy z nim jestem, 

znów czuję się trochę jak dziecko. Ale tylko trochę. 

Tata akceptuje mnie jako dorosłą. Daje mi swobodę, 

nigdy nie wywiera na mnie nacisku. A ja mogę go 

traktować w ten sam sposób bez obawy, że go stracę. 

W końcu to on pierwszy zrobił ten krok, wtedy, w re­

stauracji. 

Graham pokręcił głową. 

- Nie mogę uwierzyć. Wy dwoje wydajecie się so­

bie tacy bliscy. 

- Jesteśmy... teraz. Ale musiało upłynąć trochę 

czasu. 

- Więc jest w tym jakieś przesłanie dla mnie? 

- Jedynie takie, że to może się zdarzyć. A możliwe 

też, że w twoim przypadku to się nie wydarzy. Nigdy 

nie ma pewności. Lecz musisz zdać sobie sprawę, że 

twój problem nie jest wyjątkowy, no i że nie jest nie­

rozwiązywalny. 

Graham odetchnął głęboko 

- I nie myślisz teraz o mniej gorzej... wiedząc to 

wszystko? 

Popatrzyła na niego, jakby powiedział coś napraw­

dę niemądrego. 

- Czy gorzej o tobie myślę? Jakże bym mogła, Gra­

ham? 

- Mogłabyś mnie winić za to, że spieprzyłem spra­

wę jako ojciec? 

238 

background image

- Zrobiłeś, co mogłeś. Kto by mógł żądać czegoś 

więcej? 

- Jesteś niemożliwa, wiesz o tym? - Objął dłońmi 

talię Debry i splótł palce na jej plecach. - Właściwie 

nic się nie zmieniło, ale czuję ulgę. Po raz pierwszy 

opowiedziałem komuś o Jessie. Jest tak, jakbyś mi 

zdjęła z grzbietu ogromny ciężar. 

Poczuła się szczęśliwa. 

Graham objął ją mocniej i przytulił. 

- Kocham cię - wyszeptał. - Kocham cię. 

Debra czuła się akceptowana i spełniona. 

Uśmiechnęła się. 

- Mam nadzieję - rzekła cicho. - Nie chciałabym 

sama nieść tego ciężaru. 

Odchylił głowę. 

- Ciężaru, tak? 

Zupełnie ją rozbroił. 

- A pewnie! Tylko że on nie jest na grzbiecie. 
- Nie? A gdzie? 

Przyłożyła dłoń do serca. 

- Tutaj. 

- Tutaj? - delikatnie odsunął jej rękę i przyłożył 

w tym samym miejscu swoją. 

Od tej chwili zaczęli się unosić coraz wyżej... Dotyk 

przekształcił się w pieszczotę, która sprowokowała 

coraz intensywniejsze pocałunki. Gdy Debra złapała 

oddech, leżała już obok Grahama na jego dużym dę­

bowym łóżku, wyczerpana i szczęśliwa, okryta jedynie 

cienką warstewką potu. To był wspaniały moment, po­

dobnie jak ten, który nastąpił po nim, i ten, który był 

jeszcze później... Cała noc była wyjątkowa. Gdy na­

stępnego ranka wrócili wreszcie do jej domu, myślała 

tylko o ich wspólnej przyszłości. 

Ale nagle zadzwonił telefon i jej plany legły w gruzach. 

239 

background image

R O Z D Z I A Ł 

10 

- Nie wierzę ci - krzyknęła oburzona Debra, prze­

rażona pewnością Jasona. 

- Ale to prawda. Nasz rozwód jest nielegalny. 

- Dlaczego? - Kurczowo zacisnęła palce na słu­

chawce. 

Zaniepokojony jej nagłym zblednięciem, Graham 

stanął tuż obok. 

- O co chodzi? - wyszeptał niecierpliwie. Ale De­

bra tylko uniosła dłoń; chciała dokładnie słyszeć każ­

de słowo Jasona. 

- Mój podpis... ten na dokumencie, w którym wy­

raziłem zgodę na rozwód... - mówił szybko Jason. 

- Co z tym podpisem? 
- Nie został odpowiednio poświadczony notarial­

nie. Temu prawnikowi wcześniej wygasł certyfikat. 

- Niemożliwe! - krzyknęła Debra. - Próbujesz 

mnie nabrać! Dlaczego? 

Graham chwycił ją za ramię. Zacisnęła palce na je­

go dłoni. 

- Nie nabieram cię, kotku - odrzekł Jason niemal 

wesoło. - Powiedziałem, że chcę, żebyś do mnie 

wróciła. Teraz nie masz wyjścia. Nadal jesteś moją 

żoną. 

Przeszył ją nagły dreszcz, cała zaczęła dygotać. 

Myśl, że była żoną Jasona, teraz, gdy poznała i poko­

chała Grahama, wydawała się sennym koszmarem. 

- Nigdy już nie będę twoją żoną! Jeśli to koniecz­

ne, choćby dziś polecę na Haiti po ten rozwód! 

240 

background image

- Bez mojej zgody? - spytał kpiąco Jason. - Nie 

uda ci się to. Żaden prawnik nie przeprowadzi rozwo­

du, jeśli nie będziesz miała mojej zgody. A ja nie za­

mierzam popełnić drugi raz tego samego błędu. 

- Dość chętnie podpisałeś zgodę za pierwszym razem. 
- Wtedy nie myślałem rozsądnie. Teraz tak. 

Debra podniosła na Grahama oczy pełne łez i za­

gryzła dolną wargę. 

- Będę z tobą walczyć, Jason. Pozwę cię do sądu. 

Zostaniesz oskarżony o cudzołóstwo. Czy właśnie te­

go chcesz? 

- Nie masz żadnego dowodu. 

- Żadnego dowodu? - wrzasnęła. - Cała ekipa wie­

działa, co się dzieje. Każdy z nich zezna na moją korzyść! 

- Doprawdy? I zaryzykują, że zostaną zwolnieni? 

Mam tam sporo do powiedzenia. 

- Nie tyle, jak myślisz! Nadal dla nich pracuję i też 

coś znaczę. 

Jason parsknął głośnym śmiechem. 

- Ty? Ach, to dlatego, że prawie rozkochałaś w so­

bie Harrisa. Ale go nie zdobędziesz. No i z pewnością 

nie będziesz też miała tego swojego najemnego ro­

botnika. Dopilnuję tego. 

Zaczął łamać jej się głos. 

- O czym ty mówisz? 

- Kwestionowanie rozwodu może się ciągnąć lata­

mi, Deb. Proces może być bardzo paskudny i bardzo... 

jawny. 

- Ale to ty postąpiłeś niewłaściwie! To tobie się 

nieźle dostanie! 

Nie zrażony, odrzekł z takim chłodem w głosie, że 

zmroził on ją do szpiku kości. 

- Oświadczę, że niedostatecznie o mnie dbałaś, 

Debra, że odmawiałaś mi moich małżeńskich praw 

i nie zaspokajałaś mnie. Powiem, że miałem poważny 

241 

background image

powód, żeby szukać tego u kogoś innego. Czy właśnie 

o to ci chodzi? Czy chcesz, żeby właśnie to usłyszał ca­

ły świat?... Że wyżywasz się seksualnie jedynie w swo­

ich scenariuszach? 

- To podłość! - krzyknęła Debra, bliska załama­

nia. - To podłość i kłamstwo! Nie możesz tego zro­

bić, Jason! Nie pozwolę ci! 

Jason mówił niebezpiecznie spokojnie. 
- Zrobię to, Debra. Pomyśl o tym. Chcę, żebyś tu 

do mnie przyjechała, i nie wytrzymam już dłuższej 

zwłoki. Nie możesz się związać z nikim innym, złotko. 

Jestem twoim mężem. 

- To się jeszcze okaże! - krzyknęła Debra i trza­

snęła słuchawką o widełki, a potem wybuchnęła gło­

śnym płaczem. 

Graham natychmiast ją przytulił, ogrzewając jej 

rozdygotane ciało. 

- Już dobrze - szeptał spokojnie, obejmując jej 

głowę, choć sam z trudem panował nad własnym gnie­

wem. Usłyszał z tej rozmowy tyle, że pojął, o co cho­

dziło. Był wściekły. - Ciii... Już dobrze - powtarzał. 

- Wcale nie! - zawołała, wciąż szlochając, z twa­

rzą wtuloną w jego koszulę. - On lubi niszczyć! Nie 

obchodzi go nic, oprócz końca własnego nosa! Moje 

uczucia... Moje uczucia nic dla niego nie znaczą! Mo­

ja przyszłość się nie liczy... 

- Ciii... - Graham przytulił policzek do miękkich 

włosów Debry, masując otwartą dłonią jej plecy. 

- Och, Graham... co ja mam zrobić...? 

- Będziemy walczyć, kochana. 
- Ale ty nie słyszałeś jego głosu! Przysięgam, że on 

stracił rozum! 

Szloch ponownie wstrząsnął jej ciałem, doprowa­

dzając Grahama do rozpaczy. Gdyby Jason Barry był 

tam teraz, Graham z chęcią by go udusił. Lecz jedyne 

242 

background image

co mógł teraz zrobić, to mocniej objąć Debrę, próbu­

jąc przyjąć na siebie część jej bólu. Dopiero gdy jej 

płacz zaczął słabnąć, ujął w dłonie jej twarz, otarł kciu­

kami łzy, a potem delikatnie pocałował jej policzki. 

- Chodź - rzekł cicho. - Przejdźmy się trochę. -

Ostrożnie wsunął jej rękę pod swoje ramię i poprowa­

dził ją przez kuchnię na podwórze za domem, do huś­

tawki. 

- No już... Powiedz mi teraz dokładnie, co on mó­

wił - poprosił, gdy usiedli obok siebie. 

- Och, Graham... - zaczęła i znów wybuchnęła 

płaczem. 

Tulił ją cierpliwie, pocieszając w milczeniu, aż po­

nownie się opanowała. 

- Już w porządku? 

Pociągnęła nosem, skinęła głową, po czym wzięła 

głęboki oddech. 

- Powiedział, że ten rozwód jest nielegalny. Że no­

tariusz, który poświadczył jego podpis pod zgodą na 

rozwód, nie miał do tego prawa, bo w tym czasie stra­

cił uprawnienia zawodowe. Wygasł mu certyfikat. -

Znów napłynęły jej do oczu łzy. Zacisnęła palce na 

koszuli Grahama. - To niesprawiedliwe! To jest po 

prostu niesprawiedliwe! 

Pozwolił jej płakać, wyczuwając, że powodem tych 

łez jest także wspomnienie przyczyny rozpadu jej 

małżeństwa. Cieszył się, że mógł być tu teraz przy niej 

i ją przytulić. Jedną nogą odpychał się od ziemi, lek­

ko kołysząc huśtawką. Pod wpływem tych „hipnotyzu­

jących" ruchów i rytmicznego skrzypienia, a także po­

cieszającego uścisku mocnych ramion Grahama, 

Debra wreszcie nad sobą zapanowała. 

- Przepraszam, że... tak się załamałam. 
- Ciii... Masz do tego pełne prawo. 

- Ale to niczego nie rozwiązuje. 

243 

background image

- Jednak dzięki temu czujesz się chyba trochę le­

piej, prawda? 

Wyczuwając w jego głosie, że się uśmiechnął, spoj­

rzała w górę i sama również zmusiła się do uśmiechu. 

- Prawda. - Otarła łzy. - Ale co mam teraz po­

cząć? Czuję się taka bezradna. 

Ale Graham tak się nie czuł. 
- Najpierw musisz wziąć dokument poświadczają­

cy rozwód, no i swój egzemplarz zgody Jasona. Masz 

go tutaj, prawda? 

Skinęła głową i natychmiast po niego pobiegła. Po­

nownie siadając obok Grahama, rozłożyła papier, by 

oboje mogli go zobaczyć. 

- On ma rację - powiedziała z wyraźną rezygna­

cją, wskazując na złotą pieczęć. - Widzisz tę datę? 

Termin wygasł trzy miesiące przed rozwodem. Dla­

czego tego nie zauważyłam? Dlaczego Fuller tego nie 

dostrzegł? 

- Fuller? 
- Paul Fuller. Przygotowywał dla mnie dokumenty 

rozwodowe. Byłam wtedy dość zdenerwowana i wie­

działam tylko tyle, że chcę to zrobić, i to szybko. On 

zajął się wszystkim - samolotem, hotelem, umówie­

niem spotkania w Port-au-Prince na Haiti. 

- A kto to jest ten Gerald Axhelm? 

- Ten notariusz? Któż to wie! Jason go skądś wy­

trzasnął! - Zaczęła mówić głośniej. - Z tego co 

wiem, ten głupek może być jego dalekim krewnym! 

Jak ktoś mógł nam coś takiego zrobić? 

- Uspokój się, kochana. - Graham ścisnął jej 

dłoń. - Posłuchaj. Najpierw musisz zadzwonić do 

Paula Fullera. Może już zacząć działać. 

- Ale co on ma zrobić? 

- Mógłby poszukać odpowiedniego paragrafu... 

wyśledzić tego notariusza... no, działać. 

244 

background image

- Nie wiem, Graham. Paul był naszym prawni­

kiem... i przyjacielem, gdy jeszcze byliśmy małżeń­

stwem. Równie dobrze może próbować zablokować 

tę sprawę, jeśli Jason już do niego dotarł. 

- Poprosiłaś przyjaciela Jasona, żeby przygotował 

twój rozwód? 

- Ale Jason wyrażał wtedy całkowitą zgodę. Nie 

rozumiesz? Ani razu nie zasugerował, że będzie wal­

czył! - Gwałtownie uniosła ręce; znów była przerażo­

na. - Nie mogę w to uwierzyć. Po co mu żona, która 

go nienawidzi? 

- Może to sprawa zasad? 

- Zasad? Mój Boże, on musi być szalony! 

- Kiedy tu był, zasugerowałaś, że przeżywa jakiś 

kryzys wieku średniego. Rzeczywiście może tak być. 

Może to jego reakcja na fakt, że nie robi się coraz 

młodszy, że być może ma już za sobą szczyt swojej ka­

riery, swojej potęgi. 

Przyjrzała się Grahamowi sceptycznie. 
- Tak myślisz? 

Wzruszył ramionami. 

- Nie znam tego człowieka, więc nie mogę być pe­

wien. Ale zawsze istnieje taka ewentualność. To brzmi 

sensownie. 

- To wcale nie jest sensowne. Wszystko mu się świet­

nie układa. Ta cała sprawa jest dziwna! Gdybym napisa­

ła taki scenariusz, Harris wyrzuciłby go do kosza! 

Graham zachichotał nieco złośliwie. 

- Bywały takie momenty, kiedy podejrzewałem, że 

twoje życie trąci trochę operą mydlaną. 

- Nie trąci. Nie może! Przynajmniej ja tego nie 

chcę - oświadczyła poważnie. - Ten dom, ta ziemia, 

ty... w końcu znalazłam coś na kształt normalności. -

Poczuła ucisk w gardle. - Nie mogę teraz przegrać, 

Graham - wyszeptała. - Po prostu nie mogę. 

245 

background image

Graham również spoważniał i mocno ją przytulił. 

- Nie przegrasz, kochana. Daję ci na to słowo. Ja-

son nie zrobi tego po swojemu. - Coś mu nagle przy­

szło na myśl. - Słuchaj, pozwól, że zadzwonię do swo­

jego prawnika. 

- Nadal jesteś z nim w kontakcie? 

- Ma oko na moje inwestycje, więc często z nim roz­

mawiam. Poza tym, jest moim dobrym przyjacielem. 

- Myślisz, że mógłby pomóc? 
- Z pewnością mógłby się przyjrzeć tej sprawie. My 

się na tym nie znamy. On tak. Będzie musiał zobaczyć 

ten dokument, no i będzie chciał z tobą porozmawiać... 

Debra wyprostowała się gwałtownie. 

- Nie pojadę do Nowego Jorku, Graham. Nie ma 

mowy. 

Odsunął jej za ucho kosmyk włosów. 

- Być może nie będziesz musiała. - Jego głos był 

łagodny, choć zdecydowany. - Na razie możesz z nim 

porozmawiać przez telefon. A potem... no cóż, zoba­

czymy, co on powie. - Przerwał na chwilę. - Wiesz, 

że nie możesz wiecznie unikać tego miasta. 

- I kto to mówi! - wykrzyknęła. 

- Ja nie mam żadnego powodu, żeby tam wracać. 

Jeśli twierdzenie Jasona jest słuszne i będziesz go mu­

siała pozwać do sądu, to być może nie będziesz miała 

innego wyjścia. 

- Boże, mam nadzieję, że on się myli. To musi być ja­

kiś głupi kawał. Pewnie jakoś się dowiedział, że ty i ja... 

- Ta elektryzująca myśl zaparła jej dech w piersiach. 

- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Chodź. -

Starając się zachować niefrasobliwy ton, wziął ją za 

rękę i podniósł z huśtawki. - Zadzwonimy do Petera. 

Nie zastali go jednak. Graham zrobił, co mógł. Po­

dał numer telefonu Debry i wyjaśnił, że będą tu przez 

cały dzień. 

246 

background image

- Przykro mi, Deb. Oddzwoni do nas, jak tylko 

wróci. Chciałbym cię gdzieś stąd zabrać, żebyś prze­

stała o tym myśleć, ale musimy czekać. 

- W porządku, Graham - rzekła przygnębiona. -

I tak muszę trochę popisać. 

- Popisać? Jesteś pewna, że będziesz w stanie pra­

cować? 

Roześmiała się gorzko. 

- Jeśli czegoś nie napiszę, to Harris gotów mnie 

zwolnić. A poza tym, pisanie wymaga skupienia. To 

lepsze od bezczynności - powiedziała i jednocześnie 

pomyślała, że gdyby nie zaczęła pracować, skończyło­

by się na obserwowaniu Grahama. A gdyby go obser­

wowała, zaczęłaby go pragnąć. Wspięła się na palce, 

objęła go za szyję. - Kocham cię - wyszeptała- i nie 

obchodzi mnie, czy to grzech. Jestem okropna? 

On także ją objął i równie mocno przytulił. 

- Nie chciałbym cię innej - złożył na jej wargach 

długi, nieśpieszny, przenikający aż do duszy pocału­

nek, po czym pozwolił jej odejść. 

Jedynym pocieszeniem dla obojga było to, że każde 

wykonało więcej pracy niż zwykle. Graham z impetem 

uderzał w gwoździe, a Debra w klawisze maszyny do 

pisania, co okazało się bardzo pomocne i psychicznie 

oczyszczające. 

Ponieważ Peter O'Reilly przez całe popołudnie był 

w sądzie, oddzwonił dopiero o piątej. Najpierw poroz­

mawiał z Grahamem, potem z Debrą. Zapisał nazwisko 

notariusza i numer jego licencji, by móc go odnaleźć. Po­

lecił Debrze, żeby wysłała mu rano ekspresem doku­

ment poświadczający zgodę na rozwód. Dodał jej otuchy 

i obiecał zadzwonić, jak tylko będzie miał jakieś wieści. 

247 

background image

Wieści nadeszły dopiero późnym popołudniem na­

stępnego dnia i nie brzmiały zbyt obiecująco. Notariusz, 

Gerald Axhelm, był zatrudniony jako księgowy w małej 

nowojorskiej firmie, lecz odszedł z niej w niejasnych 

okolicznościach. Nikt też nie znał jego nowego adresu. 

- I co teraz zrobimy? - spytała przygnębiona Debra. 

Peter nie zamierzał się poddawać. 

- Przeprowadzimy małe śledztwo. Od czasu do 

czasu współpracuję z paroma ludźmi, którzy się zaj­

mują takimi sprawami. Ten, którego mam na myśli, 

wyśledzi tego człowieka. To tylko kwestia czasu. 

Jednak czas nie był ich sprzymierzeńcem, bo zamiast 

konkretów przynosił tylko niekończące się rozmyślania. 

Podobnie jak w czwartek wieczorem, tak i teraz 

Graham nalegał na spędzenie weekendu z Debrą. 

- Nie możemy... - mówiła bliska załamania. Cho­

ciaż ogromnie go pragnęła, nie potrafiłaby pójść 

z nim do łóżka - teraz, gdy dowiedziała się, że być 

może nadal jest żoną innego mężczyzny. To by rzuca­

ło cień na wszystko, co ją łączyło z Grahamem 

- Wiem, kochana, wiem. Ale możemy być blisko 

siebie. Możemy leżeć przytuleni, nawet jeśli nie bę­

dziemy się ze sobą kochać. 

- To będzie tortura! 

- Wolałabyś, żebym odjechał? 

- Nie! - Myśl o tym była jeszcze gorsza. Mimo że 

nieustanna pokusa i ciągłe opieranie się bez przerwy 

przywodziło jej na myśl Jasona i fakt, iż jej życie zo­

stało przewrócone do góry nogami, pragnęła towarzy­

stwa Grahama. 

W nocy delikatnie tulił ją w ramionach, w dzień 

również był blisko niej. Często rozmawiali o przeszło­

ści, dowiadując się o sobie coraz więcej. Często też 

pracowali albo po prostu siedzieli przytuleni i czytali. 

Czasami przychodziła im ochota na żarty, jak na przy-

248 

background image

kład w niedzielny poranek. Po joggingu Graham przy­

niósł ze skrzynki pocztowej kilka gazet, po czym wziął 

„New York Times'a", a prasę lokalną oddał Debrze. 

- Hej! - krzyknęła. - Co ty wyprawiasz? 
- Czytam gazetę - odparł, siadając na łóżku usta­

wionym na poddaszu. - Zawsze w niedzielę rano czy­

tam gazetę. 

- Ale to jest moja gazeta. Oddawaj! - Rzuciła mu 

na kolana lokalny dziennik i sięgnęła po „Times'a". 

Jednak Graham zdecydowanym gestem przytrzy­

mał gazetę. 

- No co ty, Deb... A gdzie tradycyjna gościnność? 

- Ale... „Times"? Myślałam, że tylko ja tu czytam 

„Times'a". 

- Gdyby tak było, to nie przywoziliby ci go do do­

mu. Nie szarp! 

Debra ustąpiła, wypuściła z rąk gazetę, ale jedynie po 

to, żeby usiąść i dokładniej przyjrzeć się Grahamowi. 

- Już się mną zmęczyłaś? - zażartował, po czym za­

trzymał dla siebie pierwszą stronę z artykułem wstęp­

nym, a jej rzucił na kolana resztę gazety. - Widzisz? 

Nie jestem egoistą. Potrafię się z tobą wszystkim dzielić. 

Ale ona myślała zupełnie o czymś innym; przypo­

minała sobie wydarzenia sprzed dwóch miesięcy. 

- Pierwszego dnia, kiedy cię poznałam, powiedzia­

łeś, że moje ubranie jest podobne do tego, które wi­

działeś minionej niedzieli w reklamie „Bloomingda-

le's". Ponieważ tutaj nie ma sklepu „Bloomingdale's", 

więc lokalne gazety nie zamieszczałyby takiego ogło­

szenia, prawda? Naprowadziłeś mnie na trop, ale ja 

go nie zauważyłam. Powinnam była wiedzieć, że jesteś 

kim więcej niż tylko miejscowym cieślą. 

Graham wydawał się niezmiernie rozbawiony. 

- Cóż mogę powiedzieć? Pewnie byłaś tak oślepio­

na moim wyglądem, że miałaś zmącony umysł. 

249 

background image

Uśmiechnęła się. 

- Byłeś umazany smarem, a twoje zachowanie też 

pozostawiało wiele do życzenia. Chociaż, no cóż... -

Wstała, zbliżyła się do niego i objęła go za szyję. -

Fakt, miałam zmącony umysł. Już wtedy zrobiłeś na 

mnie spore wrażenie. - Pochyliła głowę i pocałowała 

go delikatnie. - Kocham cię - wyszeptała. 

Rozchylił usta, co sprawiło, że usta Debry uczyniły to 

samo, a wtedy jego język natychmiast się w nich zagłę­

bił i posmakował ich słodyczy. Graham szeptał słowa 

miłości, a jego ręce wędrowały po całym jej ciele. 

W końcu odchylił głowę i popatrzył na szyję Debry, 

a potem niżej, na koronkowy dekolt jej nocnej koszuli. 

- To nie jest rozsądne - powiedział zmienionym 

głosem, przez dłuższy czas wodząc oczyma po wypu­

kłościach jej piersi, a potem spoglądając prosto w jej 

spragnione oczy. Na jego twarzy malowało się napię­

cie. - Cholera, lepiej żeby Peter szybko coś wymyślił. 

Nie wiem, jak długo będę mógł to znieść. 

- Wiem - wyszeptała. - Przykro mi. Nie powin­

nam była tego zaczynać. Tylko po prostu... po prostu... 

Jak mogła wyrazić ogrom swej miłości? Gdyby po­

wiedziała, że pragnie go tak samo mocno, jak on jej, 

byłaby to tylko połowa prawdy. Drugą połowę dopo­

wiedziałyby ich ciała w chwili, kiedy on by się w niej 

zagłębił. Mężczyzna i kobieta połączeni w odwiecz­

nym rytuale miłości i nadziei. Byłaby w tym obietnica 

wspólnej przyszłości i być może czegoś, co przeżyłoby 

ich oboje. 

Oszołomiona tokiem swych myśli, Debra w milcze­

niu wzruszyła ramionami, sięgnęła po swoją część ga­

zety i udając skupienie, oparła się o zagłówek tuż 

obok Grahama. Nigdy dotąd nie zastanawiała się, czy 

chciałaby mieć dziecko. Nigdy nie przyszło jej do gło­

wy, żeby mieć je z Jasonem. Był zajęty i bardzo wyraź-

250 

background image

nie dawał do zrozumienia, że nie pragnie takiego 

uwiązania. A ona tak była przez niego zdominowana, 

że nie wracała do tej sprawy. Jednak związek z Gra­

hamem to zupełnie co innego - myślała. - W jej 

małżeństwie to Jason znajdował się w centrum uwagi, 

natomiast przy Grahamie najważniejsza wydawała się 

miłość. Była to relacja oparta na dawaniu i otrzymy­

waniu, jakiej jeszcze nigdy nie zaznała; przepiękne 

poczucie dzielenia się zarówno dobrymi, jak i złymi 

doświadczeniami. Obecność Grahama była tego naj­

lepszym dowodem, podobnie jak czas, który spędzili 

tamtego dnia, w jego domu, na szczerej rozmowie. 

Widziała cierpienie w jego oczach, kiedy mówił 

o utracie kontaktu z Jessiką. Zrozumiała, że chciałby 

mieć dziecko. Była też pewna, że uwielbiałby je, choć 

być może jeszcze bardziej uwielbiałby Debrę za to, że 

je urodziła. Wiedziała, że ma w sobie dość miłości 

i dla Grahama, i dla jego dziecka. Tak, pragnęła mu je 

dać. Och, nie natychmiast. Tak wielu rzeczy chciałaby 

jeszcze doświadczyć tylko z nim. Ale byłaby szczęśli­

wa, mogąc kiedyś, w przyszłości, urodzić dziecko... 

Mimo iż zachwyciła ją ta myśl, zarazem przytłaczał 

ją ciężar kłopotliwej sytuacji, w której się znajdowała. 

Istniały dwa problemy: jej rozwód, który Jason uwa­

żał za nieważny, no i Jessica. W pierwszej sprawie 

musiała wierzyć, że wszystko pójdzie po jej myśli. Na­

tomiast Jessica... to było coś zupełnie innego. Zanim 

Graham zostałby ojcem kolejnego dziecka, musiałby 

dojść do ładu ze swoimi uczuciami wobec córki. To, że 

powiedział o niej Debrze, było jedynie podzieleniem 

się problemem. Jednak sam problem istniał nadal. 

Graham wciąż miał ogromne poczucie winy i żalu. 

- Dobrze się czujesz? - przerwał jej rozmyślania 

łagodnym, zabarwionym troską głosem. Odwróciła 

się i spojrzała na niego. 

251 

background image

- Hm... tak. - Zmusiła się do uśmiechu. - Do­

brze. 

Wątpił w to, a nawet wyczuwał, wokół jakiej sprawy 

krążą jej myśli, bo on również nie przestawał się nad 

tym zastanawiać. Na razie jednak mogli tylko czekać. 

- Choć do mnie - wyszeptał i wyciągnął w jej kie­

runku ręce. Natychmiast przyjęła jego propozycję 

i przytuliła policzek do potężnego torsu. - Widzisz, 

jak bardzo cię kocham - drażnił się z nią, sięgając po 

swoją część gazety. 

Tak więc czytali... czekali... i martwili się. Ponieważ 

wciąż odczuwali silne pożądanie, napięcie zaczęło na­

rastać. Ich frustracja była natury fizycznej, bo nie ko­

chali się ze sobą, ale jeszcze gorszy był jej aspekt psy­

chiczny - zastanawianie się, co przyniesie przyszłość. 

Gdy nadszedł poniedziałkowy poranek, Graham po­

wrócił do wbijania gwoździ, a robił to tak gwałtownie, 

jakby się na kimś mścił. Zastanawiał się, jak do tego do­

szło, że jego życie nagle tak się skomplikowało; jednego 

był pewien - nie chciałby pozbyć się kłopotów, gdyby to 

miało oznaczać utratę Debry. Debra z kolei wspomina­

ła te dni, kiedy wyobrażała sobie, że odnajdzie tu ciszę 

i wytchnienie; lecz wiedziała i to, że nie potrafi już sobie 

wyobrazić życia bez Grahama, nawet za cenę spokoju. 

Pracując ze zdwojoną energią zrodzoną z frustracji 

i wściekłości, w poniedziałek Graham skończył przy­

bijanie desek na zewnątrz budynku i we wtorek prze­

niósł się do wnętrza domu. Debra pisała scenę za sce­

ną, także posuwając się do przodu szybciej niż zwykle, 

po prostu próbując w ten sposób uciec od zmartwień. 

Za każdym razem, gdy dzwonił telefon, rytm ich 

serc gwałtownie się wzmagał. Po każdym fałszywym 

252 

background image

alarmie tracili nadzieję. Kiedy wreszcie późnym po­

południem w środę otrzymali długo oczekiwaną wia­

domość, był to dla obojga moment niezwykłej wagi. 

- A zatem wszystko w porządku? - spytał Gra­

ham, bo Debra zaniemówiła z wrażenia. Oboje przy­

kładali ucho do słuchawki. 

- W porządku! - wykrzyknął triumfalnie Peter. -

Odnaleźliśmy Axhelma w Oregonie. Zdaje się, że 

opuścił tę nowojorską firmę z przyczyn osobistych. Je­

go narzeczona musiała wrócić do Portland, bo jej ro­

dzina przeżywała jakieś trudne chwile. Oboje byli 

więc mocno zestresowani, próbując zdecydować, co 

powinni zrobić. Ucierpiała na tym jego praca. Kiedy 

jego partnerzy zaczęli mieć do niego pretensje, wku­

rzył się i z miejsca rzucił tę robotę. Padło przy tym pa­

rę nieprzyjemnych słów i powstało trochę nieporozu­

mień. I właśnie dlatego w Nowym Jorku nie chcieli 

podać jego nowego adresu. 

- Ale co z tą pieczęcią? - domagał się odpowiedzi 

Graham. - Jest ważna? 

- Pieczęć? Nie. Rzeczywiście jej termin wygasł. 

Ale to nie ma znaczenia. On nadal jest notariuszem. 

Przedłużył swoją licencję, mimo że zapomniał zamó­

wić nową pieczęć. 

- A więc podpis Jasona jest ważny? - Graham ob­

jął Debrę w talii. Cała drżała, czekając na odpowiedź. 

- W rzeczy samej. 

- A nie ma takiej możliwości, że Axhelm kłamie, 

próbując ukryć swój błąd? - Graham chciał mieć cał­

kowitą pewność. 

- Nie. Poleciłem mojemu człowiekowi, żeby spraw­

dził jego wiarygodność, no i certyfikat. Jest bez zarzutu. 

Ten rozwód jest jak najbardziej legalny. Jak tylko odło­

żę słuchawkę, podyktuję list w tej sprawie i poślę go 

przez posłańca Barry'emu. Otrzyma go dziś wieczorem. 

253 

background image

- Dziękuję ci, Peter - powiedziała Debra. Do 

oczu napłynęły jej łzy radości i ulgi. Czuła się lekka, 

swobodna i niewiarygodnie szczęśliwa. 

- Dzięki, stary - dodał wzruszony Graham. - Do­

ceniam to, co zrobiłeś. Bogu niech będą dzięki! - za­

wołał i nagle wypuścił słuchawkę, mocno przytulając 

Debrę. Skrył twarz w jej włosach. - Bogu niech będą 

dzięki! 

Debra nie była pewna, co uczyniło ją szczęśliwszą -

wieści od Petera czy radość Grahama. Widziała, że 

przez cały ten czas Graham okazywał siłę i uspokajał ją. 

Dopiero teraz zrozumiała, w jak wielkim żył napięciu. 

A jednocześnie sprawiał, że czuła się pożądana i kocha­

na, bardziej niż kiedykolwiek w całym swoim życiu. 

Wydawało się naturalne, że teraz od razu zaczną 

się kochać, tutaj - w tym salonie, na podłodze. Obo­

je przeżyli sześć dni piekła, więc byli to sobie winni. 

Bez słowa zdarli z siebie ubranie. Gdy ich nagie ciała 

dotknęły się wreszcie, docenili to bardziej niż kiedy­

kolwiek przedtem. Ich wygłodniałe usta zwarły się 

w pocałunku. Osunęli się na podłogę i uklękli naprze­

ciw siebie. Doświadczanie, dotykanie, poznawanie... 

wszystko było dozwolone, nic nie było zakazane. 

Graham ponownie odkrywał każdy fragment jej ciała, 

pieszcząc je dłońmi, a potem ustami... Wzdychała, wy­

powiadając jego imię i wyprężając się z rozkoszy. Ona 

również była spragniona. Jej ręce wędrowały po jego 

ciele, przypominając sobie wielkość jego ramion i klatki 

piersiowej, rozkoszując się smukłością jego talii i bioder, 

zachwycając się jego skórą, trójkątem włosów na piersi, 

zwężającym się ku dołowi, do pępka i jeszcze niżej... 

Wyczuła palcami jego naprężenie, a on odnalazł 

i pogładził jej ciepły, miękki aksamit... Okazując siłę, 

która tak ją podniecała, wsunął dłonie pod jej uda 

i nieznacznie ją uniósł, po czym rozsunął jej nogi, by 

254 

background image

objęła nimi jego biodra. Następnie, jakby oboje nic 

nie ważyli, pochylił się nad nią. 

To, co się stało później, było doświadczeniem wy­

kraczającym poza wszelkie wyobrażenia Debry. Jej 

ciało przestało istnieć, stało się częścią jego ciała. 

Unosili się i opadali w doskonałej harmonii. W miej­

scu ich zespolenia doznania wybuchały jak iskry 

ognia, jedne bardziej płomienne od drugich, coraz 

gorętsze, aż w końcu wszystkie złączyły się u szczytu 

ekstazy i eksplodowały. 

- Gra... ham... - krzyknęła przeciągle Debra, nie 

mogąc złapać powietrza. Obezwładniające spazmy 

rozkoszy zdawały się nie mieć końca. 

Graham głośno jęknął; jego ciało nie przestawało 

w niej pulsować, jego łomoczące serce czuła tuż przy 

swoim tak wyraźnie, jak jeszcze nigdy dotąd. Znowu 

jęknął, po czym ich ciała zaczęły się uspokajać. Nie 

odsuwał się od niej, mocno ją do siebie przytulając. 

- Nigdy nie chcę cię opuszczać, Debra. Pomóż mi 

w tym! 

Ta jego gwałtowna zaborczość przypomniała jej, że 

kiedyś dostrzegła w nim lwa. Był silny i potężny. 

Uwielbiała go. 

- O czym myślisz? - szepnął jej do ucha i przesu­

nął po nim językiem. 

Przytuliła twarz do wilgotnej, pachnącej piżmem 

skóry na jego szyi. 

- Myślałam o tym, że... pójdę za tobą dokądkol­

wiek zechcesz. 

- A może na kolację dziś wieczorem, żeby to 

wszystko uczcić w jakimś miłym miejscu? 

- Hm... Chciałabym... 

Znacznie później, gdy Graham pojechał do swego 

domu, żeby się umyć i przebrać, Debra wzięła prysz­

nic i założyła białą jedwabną sukienkę, którą tak lubi-

255 

background image

ła. Cicho podśpiewując, upięła włosy. Czuła się weso­

ła i beztroska. Był to pierwszy dzień ich wspólnego ży­

cia. Udało im się przetrwać naprawdę ciężką próbę. 

Gdy nadejdzie odpowiednia pora, rozwiąże się rów­

nież problem Grahama dotyczący Jessiki - tego była 

pewna. Przyszłość wydawała się jasna i radosna... 

Wydawała się do chwili, gdy Debra otworzyła drzwi 

i ujrzała pobladłą twarz Grahama. Zrozumiała, że 

stało się coś bardzo złego. 

- O co chodzi? - spytała, dostrzegając, że Graham 

nawet nie zdążył się ogolić. Stał w pozie wyrażającej 

największe przygnębienie. Widać było, że przeżył 

przed chwilą piekło. - Co się stało? - powtórzyła. 

Serce omal nie zatrzymało jej się w piersi ze strachu. 

Graham spojrzał na nią nieprzytomnie. 

- Może... może nie powinienem tu przyjeżdżać... -

powiedział niewyraźnie. 

Położyła mu dłoń na ramieniu, zanim zdążył się od­

wrócić i odejść. 

- Co się stało? Powiedz mi, Graham! - zawołała 

przygnębiona i przerażona. 

Przeczesał dłonią włosy i zaczął mówić. 

- Kiedy dotarłem do domu, dzwonił telefon. - Prze­

rwał na chwilę, jakby wypowiadanie tych słów czyniło 

jego przeżycia jeszcze bardziej realnymi i dręczącymi. 

- Tak...? - Debra zachęcała go do mówienia najła-

godniej jak umiała. 

- To był mój ojciec. Próbował się ze mną skontak­

tować od wczorajszego poranka. - Znów przerwał, 

wziął głęboki oddech, po czym spojrzał jej prosto 

w oczy. - Chodzi o Jessie. Jest ranna. 

Debra zaczerpnęła powietrza. 
- Co się stało? 

- Przebiegała przez ulicę... Potrąciła ją taksówka. 

- Mój Boże, Graham! Czy to coś poważnego? 

256 

background image

Upłynęło kilkanaście sekund, zanim był w stanie jej 

odpowiedzieć. 

- Ojciec nie jest pewien. Nie rozmawiali z Joan 

zbyt długo. Ale fakt, że w ogóle zadzwoniła, świadczy 

o tym, że to poważne. Jessie spędziła na stole opera­

cyjnym wiele godzin. Było kilka złamanych kości i ob­

rażenia wewnętrzne. Podobno zatrzymali już krwa­

wienie, ale ona nadal jest w stanie krytycznym. 

Debra zbliżyła się do niego. 

- Tak mi przykro, Graham. - Położyła mu ręce na 

ramionach. - Czy... czy mogę coś zrobić? 

Tym razem, zanim odpowiedział, upłynęła jeszcze 

dłuższa chwila. Objął jej plecy i poczuła, że przyjmu­

je jej pocieszenie. 

- Nie wiem... nie sądzę. - Nagle westchnął i odsu­

nął się, by na nią spojrzeć. - Muszę tam jechać, De­

bra. To jest moja szansa. Może Jessie w ogóle nie 

zwróci na mnie uwagi, ale myślę, że nie darowałbym 

sobie, gdybym nie spróbował. 

Mimo ogromnego zdenerwowania, Debra doceniła 

wagę tych słów. Graham Reid był niezwykłym człowie­

kiem. Wyprostowała się i delikatnie go pocałowała. 

- Ja też tak myślę... Kiedy chcesz pojechać? 

- Dzisiaj wieczorem nic już tam nie leci, ale jutro 

rano jest samolot z Menchesteru. Będę w Nowym 

Jorku przed dziesiątą. - Zawahał się, po czym spoj­

rzał na nią przepraszająco. - Nie będziesz miała mi 

za złe, jeśli odłożymy tę kolację? Chyba nie byłbym 

zbyt dobrym towarzyszem. 

- Oczywiście, że nie mam ci tego za złe. Może 

wróćmy do twojego domu, na wypadek, gdyby znów 

dzwonił twój ojciec. Jeżeli jesteś głodny, mogę ci tam 

coś przygotować. 

- Jesteś pewna? - Spojrzał na jej sukienkę. - Wy­

glądasz tak ślicznie. 

257 

background image

Widząc miłość w jego oczach, usilnie się starała 

mówić spokojnym tonem. 

- Jeszcze mogę się tak ubrać setki razy. Daj mi tyl­

ko chwilę na przebranie się i spakowanie. 

Zaskoczyła go. 

- Spakowanie? 

- Jadę z tobą. 
Dostrzegła na jego twarzy wyraz niedowierzania. 

- Do Nowego Jorku? 

Skinęła głową i ten prosty gest tak go wzruszył, że 

powiedział lekko drżącym głosem: 

- Nie musisz tego robić, Deb. 

Znów zbliżyła się do niego, wzięła go za rękę, unio­

sła ją do ust, a potem przycisnęła do swego policzka. 

- Nie wyobrażam sobie, że mógłbyś pojechać tam 

sam. Chcę być przy tobie. Chyba że... oczywiście, chy­

ba że wolałbyś być sam. 

- Och, Debra... - Wymówił jej imię, jednocześnie 

ciężko wzdychając. Ujął w dłonie jej głowę i nachylił 

się, delikatnie i czule całując ją w usta. - Och, De­

bra... co ja takiego zrobiłem, żeby na ciebie zasłużyć? 

Naprawdę pojechałabyś ze mną? 

- Tak - wyszeptała. 

Teraz pocałował ją mocniej, nie pozostawiając wąt­

pliwości, że chce w ten sposób wyrazić miłość i po­

dziękowanie. I nagle pomyślał, że Jessica wyzdrowie­

je. Musi. Zbyt wiele rzeczy chciał jej powiedzieć. 

Zrobi to powoli, tak samo, jak uczynił do David 

French. Był zdecydowany wykonać pierwszy krok. 

O świcie wyjechali do Manchesteru, skąd polecieli 

samolotem do Nowego Jorku i tak, jak powiedział 

Graham, znaleźli się na miejscu przed dziesiątą. Żad-

258 

background image

ne z nich podczas tej podróży nie mówiło zbyt wiele. 

Wszystko wyrażały ich splecione dłonie. Byli sobie 

potrzebni i chcieli mieć pewność, iż to drugie znajdo­

wało się tuż obok. 

Mimo że Debra obiecała sobie nigdy nie wracać do 

Nowego Jorku, czuła się dziwnie spokojna. Była teraz 

inną kobietą, już nie tą załamaną i przegraną, która 

opuściła to miasto dwa miesiące temu. Dowodem był 

siedzący obok Graham. Nikt nigdy tak bardzo jej nie 

potrzebował i właśnie dlatego czuła się spełniona 

i wartościowa. 

Z lotniska pojechali taksówką do szpitala. Debra 

została na parterze, a Graham poszedł na górę. Wy­

dawało jej się, że czekała na niego całą wieczność. 

Gdy wreszcie wrócił, był blady i wyczerpany, lecz 

uśmiechnięty. Zrozumiała, że to dobry znak. O nic 

nie pytała, a tylko ujęła rękę, którą do niej wyciągnął. 

Wyszli na zewnątrz. 

Kiedy Graham polecił taksówkarzowi, żeby zatrzy­

mał się przed hotelem „Plaza", Debra popatrzyła na 

niego pytająco. Bladość na jego twarzy zaczęła zani­

kać, a w oczach pojawił się ledwo zauważalny blask, 

świadczący o odzyskiwaniu dobrego humoru. 

- Musimy przecież gdzieś przenocować - odpo­

wiedział na jej nieme pytanie. Zapłacił taksówkarzo­

wi, a potem powierzył ich bagaże portierowi w ele­

ganckiej liberii. 

Po raz pierwszy, odkąd samolot wylądował na lot­

nisku LaGuardia, Debra naprawdę zdała sobie spra­

wę, gdzie się znajduje. Hotel „Plaza" był kwintesencją 

Nowego Jorku - szykowny, elegancki i romantyczny. 

A jednak gdy szła po wyłożonych czerwonym chodni­

kiem schodach w kierunku ogromnych obrotowych 

drzwi, czuła się tu jak gość. To miasto nie było już jej 

domem. Jej serce znajdowało się gdzie indziej. 

259 

background image

Spojrzała w bok i zauważyła, że Graham jej się 

przygląda. Uśmiechnęła się nieśmiało. To dziwne -

zastanawiała się - czuła się trochę jak dziewczyna ze 

wsi po raz pierwszy odwiedzająca Nowy Jork. Jej strój 

- szykowny lniany kostium i sandałki na wysokich ob­

casach - był jakby obcy jej ciału, choć nosiła go z gra­

cją, jak zawsze. Spojrzenie Grahama potwierdziło to. 

- Dobrze się czujesz? - szepnął, ujmując ją pod 

ramię, gdy podchodzili do recepcji. 

- Uhm - odparła. Graham wyglądał na zmęczo­

nego. Dostrzegała to, mimo uśmiechów, jakie jej po­

syłał. To był długi dzień, a przedtem był przecież jesz­

cze cięższy wieczór. On prawie wcale nie spał. Przez 

większość minionej nocy obserwowała, jak przewra­

cał się z boku na bok. 

Gdy tylko boy hotelowy zaprowadził ich do pokoju, 

Graham zdjął marynarkę, rzucił ją na krzesło i zaczął 

rozluźniać krawat. Debra bez słowa wzięła jego ubranie 

i powiesiła w szafie. Gdy się odwróciła, zobaczyła, że 

opadł na łóżko, zasłaniając ramieniem oczy... Zrzuciła 

żakiet, wysunęła stopy z butów i usiadła tuż obok niego. 

- Coś ci podać? - spytała ostrożnie. - Aspirynę, 

trochę wody, wezwać obsługę hotelową? 

Odsłonił oczy i objął Debrę, pociągając ją ku sobie. 

- Nie, kochana. Ty mi wystarczysz. Potrzebuję tyl­

ko kilku minut spokoju. 

Położyła się obok niego, przytulając swe szczupłe 

ciało do jego potężnej sylwetki. Jej policzek spoczął 

na koszuli z gładkiej bawełny. Położyła rękę na jego 

eleganckim skórzanym pasku. Chociaż chciała usły­

szeć, co wydarzyło się w szpitalu, wiedziała, że naj­

pierw potrzebował kilku chwil na zregenerowanie sił. 

Słyszała rytmiczne bicie jego serca. 

- Ona wyzdrowieje - odezwał się w końcu, po czym 

westchnął, jakby mu ulżyło, że wreszcie to powiedział. 

260 

background image

- Dzięki Bogu - szepnęła Debra. Odwróciła gło­

wę i oparła brodę na jego klatce piersiowej, żeby móc 

widzieć jego twarz. Miał zamknięte oczy, a jego dłu­

gie rzęsy pięknie ocieniały mu kości policzkowe. -

Rozmawiałeś z lekarzami? 

- Tak. Dodali mi otuchy. Jessie złamała nogę, rękę 

i kilka żeber. Najbardziej martwiły ich obrażenia we­

wnętrzne. Ale uważają, że wszystko „naprawili" i że 

ona już dochodzi do siebie. Na wszelki wypadek za­

trzymają ją na oddziale intensywnej opieki medycznej 

jeszcze co najmniej przez jeden dzień. 

Zamilkł, ale Debra chciała go zapytać o coś jeszcze. 

- Czy... widziałeś się z nią? - wyszeptała z waha­

niem. 

- Tak, długo siedziałem przy jej łóżku. 

Nastąpiła długa cisza. Debra zauważyła, że zmarsz­

czył brwi, starając się dobrać odpowiednie słowa. Ca­

ły czas miał zamknięte oczy. 

- To było... straszne uczucie - rzekł łamiącym się 

głosem. Zacisnął palce na jej ramieniu. - Tyle banda­

ży... Wydawała się taka mała, taka blada. 

W geście pocieszenia Debra odsunęła mu delikat­

nie włosy z czoła. Jego skóra była ciepła i napięta. 

Przesunęła dłonią po policzku Grahama, by wreszcie 

zatrzymać ją poniżej jego szyi, pomiędzy dwoma od­

piętymi guzikami koszuli. Wolno otworzył oczy i wte­

dy Debra spostrzegła, że są wilgotne od łez. 

- To było straszne - wyszeptał. - Nie widziałem jej 

tyle lat i wiem, że wydoroślała. Ale ciągle wyobraża­

łem ją sobie jako małą, chudą dziewczynkę z długimi, 

rozpuszczonymi włosami, która spadła z rowerka 

i rozcięła sobie kolano. Tym razem jednak plaster i po­

całunek nie wystarczały. Nawet nie mogłem jej przytu­

lić. Chciałem zrobić cokolwiek, ale, do cholery, nie 

mogłem zrobić niczego. Była tak bardzo poraniona, 

261 

background image

a ja byłem kompletnie bezradny. - Znów zamknął 

oczy. Debra otarła łzę, która spłynęła z kącika jego 

oka. Delikatnie gładziła palcami jego skroń. 

- Bardzo ją bolało? 

- Podali jej środki przeciwbólowe, więc nie sądzę, 

żeby coś czuła. Przez większość czasu spała. 

- Czyli... nie rozmawiałeś z nią? 

Sięgnął po jej dłoń i zbliżył ją do ust. Kiedy się ode­

zwał, poczuła na palcach jego oddech. 

- Rozmawiałem. Od czasu do czasu budziła się. 
- Co powiedziała? 

W odpowiedzi Graham niespodziewanie się zaśmiał. 
- Chyba wystraszyłem ją jak diabli. 

- Jak to? 

- Kiedy po raz pierwszy otworzyła oczy, spojrzała 

na mnie, jakbym był potworem z trojgiem oczu. Przy­

puszczam, że nie mogła znieść mojego widoku, więc 

po prostu znów zasnęła. Za drugim razem jednak nie 

mogła już zlekceważyć mojej obecności. 

- Rozpoznała cię, prawda? 

Posłał jej spojrzenie zabarwione wymuszoną weso­

łością. 

- Och, tak. Rozpoznała mnie... Chciała wiedzieć, 

czy umarła. 

- Niemożliwe! 
- Możliwe. Kiedy zapewniłem ją, że nie umarła, 

zaczęła przypuszczać, że byłem tam, bo wkrótce ma 

umrzeć. A gdy znów zaprzeczyłem, spytała wprost, po 

co przyszedłem. - Natychmiast spoważniał. - Pyska­

ty dzieciak. 

Wydawało się, że Graham doszedł już do siebie. 

- Co odpowiedziałeś? - spytała Debra. 

- Bardzo wyraźnie ją poinformowałem, że jest mo­

ją córką i że ją kocham. 

- I co ona na to? 

262 

background image

- Nic. Jeszcze przez chwilę gapiła się na mnie, 

a potem zamknęła oczy i znowu zasnęła. 

- I co się stało potem? - Debra czuła się tak, jak­

by wisiała na skraju przepaści, a Graham celowo po­

zwalał jej pozostawać w tym położeniu. 

- Obudziła się kilka minut później. Nie wiedzia­

łem, cholera, co mam robić. Bałem się, że jeżeli po­

wiem za dużo, to tylko ją zdenerwuję. A Bóg jeden 

wie, że miała w tym momencie dość problemów. 

- I co zrobiłeś? 

- Po prostu tam siedziałem. 

- Nie powiedziałeś niczego? 
- Nie. Powiedziałem już to, co najważniejsze. Po­

myślałem, że jest dostatecznie dorosła, żeby wycią­

gnąć z tego wnioski. 

- I zrobiła to? 

Poczuła, że jego klatka piersiowa uniosła się w gó­

rę, tak głęboko zaczerpnął powietrza w płuca. 

- Nie od razu. Co jakiś czas przysypiała i budziła 

się, spoglądając na mnie. Chyba spodziewała się, że 

po prostu w którymś momencie... zniknę. Fakt, że tak 

się nie stało, pewnie ją zaskoczył. - Graham od­

chrząknął, ale chrypka nie ustępowała. - Następnym 

razem, gdy się obudziła, nawet się uśmiechnęła... 

A przy kolejnej okazji... przesunęła rękę w moim kie­

runku. - Głos mu się załamał, więc zamilkł. Tym ra­

zem Debra nie mogła dostrzec jego wilgotnych oczu. 

Jej własne były zamglone od łez. - Po prostu siedzia­

łem tam przez chwilę, trzymając jej dłoń, aż w końcu 

przyszła pielęgniarka. Wtedy wyszedłem. 

Upłynęło sporo czasu, zanim którekolwiek z nich 

znów się odezwało. Debra cieszyła się szczęściem 

Grahama. Wydawał się usatysfakcjonowany. A to był 

dopiero początek. Oboje o tym wiedzieli. Nadeszła ta 

„odpowiednia pora", a wraz z nią nadzieja. 

263 

background image

Debra nie była pewna, kto zdrzemnął się pierwszy, 

ona czy Graham. Ale gdy się obudziła, było późne po­

południe i Graham już na nią czekał. 

- Martwiłem się, że będziesz tak spać w nieskoń­

czoność, a nie miałem serca cię budzić. 

- Powinieneś! Od dawna nie śpisz? 

Przysunął ją do siebie i przytulił mocno. Dotknął jej 

pleców, a ona przywarła do niego całym ciałem. 

- Na tyle długo, żeby mnie wytrącił z równowagi 

twój widok - mruknął, po czym przycisnął ją jeszcze 

mocniej. Wsunął nogę pomiędzy jej uda. - Och, De­

bra, masz pojęcie, jak bardzo cię kocham? 

Uśmiechnęła się nieśmiało. 

- Potrafię sobie wyobrazić, jak bardzo mnie pra­

gniesz... 

Zdumiała go i rozbawiła jej zuchwałość. 

- Potrafisz? Czyżby? 

Nie było wątpliwości. Napór jego ciała zdążył już 

wywołać w niej podobne pragnienie. 

- Uhmm... - odrzekła tylko. 

Ku jej zdumieniu, wypuścił ją nagle z ramion i prze­

turlał się w drugi koniec łóżka. Następnie zwinnie 

wstał i podszedł do niej od drugiej strony. Popatrzył 

na nią z góry. W jego postawie było coś zdecydowanie 

zuchwałego, nieco prowokującego i nad wyraz mę­

skiego. Jego ciemnobrązowe włosy lśniły w promie­

niach popołudniowego słońca. Był prawdziwym 

lwem. Debra drżała wewnątrz z podniecenia. 

Bezlitośnie patrząc jej prosto w oczy, zaczął zdejmo­

wać po kolei części swej garderoby. Na pierwszy ogień 

poszła koszula, wyciągnięta ze spodni, rozpięta, zsunię­

ta z ramion, ukazująca szeroką, opaloną klatkę piersio­

wą, którą Debra tak dobrze już zbadała dotykiem, po­

znała jej smak i zapach. Potem jego dłonie sięgnęły do 

paska, rozpinając sprzączkę i wyciągając go ze szlufek 

264 

background image

spodni. Równie nieśpiesznie sięgnął do rozporka i po­

woli, lecz zdecydowanie, rozsunął go. Pożądanie Debry 

wzrosło, gdy pozbył się butów, a następnie zdjął spodnie. 

Kiedy stanął przed nią jedynie w slipkach, wstrzymała 

oddech. A gdy podważył kciukami ich gumkę i zsunął je 

z bioder, w całym ciele poczuła zmysłowe pulsowanie. 

Był wspaniały, wysoki, szczupły i w pełni pobudzo­

ny. Jego ciało było kompilacją faktur i kształtów, od 

nierównej płaszczyzny klatki piersiowej do gładszej 

i jaśniejszej skóry bioder. Znakomicie prezentowała 

się teraz jego muskulatura, efekt wielu godzin ciężkiej 

pracy fizycznej. Po zrzuceniu eleganckiego ubrania 

znów był jej cieślą, cudownie nieokiełznanym przy­

stojniakiem, którego kochała. 

Wygłodniałym spojrzeniem bursztynowych oczu 

ogarnął jej ubrane ciało. 

- Zdejmij to - rozkazał pół żartem, pół serio. 

Debra wsparła się na drżących rękach i wstała 

z łóżka. Zaczęła się rozbierać. Najpierw zrzuciła na 

podłogę bluzkę i spódnicę. Coraz bardziej podnieco­

na, lecz i zakłopotana uważnym spojrzeniem Graha­

ma, z pewnym wahaniem zsunęła halkę i rajstopy. 

Stała przed nim niezdecydowana, jedynie w skąpej 

koronkowej bieliźnie, odczuwając dziwne drżenie 

w okolicy żołądka... Wobec jego nagości i braku zaże­

nowania, poczuła ogromną nieśmiałość. Był jak wspa­

niały heros, gotowy, by ją posiąść. Już teraz pożerał ją 

swym przenikliwym wzrokiem. 

- Najpierw stanik - polecił stłumionym głosem. 

Próbując zapanować nad sobą, sięgnęła drżącymi 

dłońmi za plecy. Rozpięcie biustonosza zajęło jej 

znacznie więcej czasu niż zwykle. W końcu odsłoniła 

pełne piersi. 

Graham zrobił mały krok w jej kierunku. Oddychał 

teraz nierówno, co dodało Debrze odwagi, by na nie-

265 

background image

go spojrzeć. Świadomość, że potrafiła podniecić lwa, 

uderzała do głowy i oszałamiała. 

Pieścił spojrzeniem jej jasną skórę, nabrzmiałe sut­

ki... wodził palącym wzrokiem pomiędzy jej piersiami, 

ku pępkowi i jeszcze niżej... 

- Teraz one - polecił niskim głosem, wskazując 

brodą jedwabny trójkąt majteczek. 

Przez chwilę nie mogła się poruszyć. 

- Majtki, Debra. 

Z pewnym zażenowaniem zsunęła lśniącą tkaninę 

z bioder i nóg. Teraz była zupełnie naga, tak jak on. 

- Tak już lepiej - mruknął. 

Zgrabnym ruchem odwinął narzutę z łóżka. 

- Teraz się połóż. 

Ciało Debry płonęło. Nigdy nie doświadczyła czegoś 

równie prowokującego, jak owa dominacja Grahama. 

- Połóż się! - powtórzył nieco ostrzejszym tonem. 

Znała go zbyt dobrze, żeby się obawiać. Drżał. Skó­

rę klatki piersiowej pokrywała mu cienka warstewka 

potu. Był na granicy utraty kontroli nad sobą. Delek­

towała się tą myślą. 

Ostrożnie usiadła na brzegu łóżka. Przesunęła się 

ku jego środkowi i powoli położyła się na plecach, 

spoglądając na Grahama. Gdyby go tak dobrze nie 

znała, mogłaby ją przerazić siła tego jędrnego, atle­

tycznego ciała. I gdyby mu tak bardzo nie ufała, prze­

straszyłaby się jego potężnej sylwetki. Ale kochała go 

i wiedziała, że nigdy, przenigdy by jej nie skrzywdził. 

Jej ciało pragnęło go z takim palącym napięciem, że 

nie miała innego wyboru, jak tylko zaakceptować 

wszelkie słodkie tortury, jakie dla niej szykował. 

Z szeroko otwartymi oczyma obserwowała, jak pod­

szedł do łóżka, powiódł płonącym wzrokiem od jej ra­

mienia, poprzez uda, aż do palców stóp, oparł jedno ko­

lano na materacu, a drugie przerzucił nad jej ciałem. 

266 

background image

Klęcząc nad nią okrakiem, oparł się na pięściach poni­

żej jej ramion. Przymykając powieki, upajał się wido­

kiem, znajdując rozkosz w szybkim unoszeniu się i opa­

daniu jej piersi, odnajdując przyjemność nawet 

w sposobie, w jaki przygryzała wargę. Nieśpiesznie, nie­

skończenie wolno pochylał głowę, aż jego usta znalazły 

się tuż przy jej ustach, drażniąc ją obietnicą płomienne­

go pocałunku i nakłaniając ją do rozchylania warg -

znów i znów - lecz ani razu jej nie dotykając. Zaskoczy­

ło go, gdy nagle zacisnęła dłonie na jego ramionach. 

- Graham! Nie wytrzymam dłużej! - krzyknęła, 

unosząc złaknione zaspokojenia ciało. Natychmiast 

łagodniej spojrzał jej w oczy. 

- To znaczy, że... nie przeraziłem cię... ani trochę? 

- Czy mnie przeraziłeś? Mój Boże, Graham, tak 

bardzo cię pragnę, że nic nie byłoby mnie w stanie 

przerazić! 

- Nic? - spytał z taką pewnością siebie, że natych­

miast nabrała podejrzeń. 

Usiadł i zaczął zsuwać się z łóżka. 

- Myliłam się! - krzyknęła, rzucając się za nim. -

Właśnie to mnie przeraża! - Mocno objęła go za szy­

ję, gotowa trzymać go w tym uścisku całą wieczność. -

Nigdy mnie nie zostawiaj - wyszeptała. - Tego bym 

nie zniosła! 

W odpowiedzi przytulił ją ze wszystkich sił. 

- Nie mógłbym cię zostawić, kochana. Jesteś moją 

lepszą połową. Nie wiesz o tym? - Jeśli chciała mu 

udzielić jakiejś odpowiedzi, to przepadła ona w jego 

ustach, które nagle objęły jej wargi. Dopiero kiedy ją 

uwolnił, wtulając głowę w jej miękką szyję, mogła się 

odezwać. 

- Jesteś wielkim kotkiem, Graham. 

- Kotkiem? - mruknął w sposób, który podejrza­

nie przypominał ryk lwa. - Kotkiem? - Dobył z głębi 

267 

background image

gardła niski, zwierzęcy odgłos, przewrócił ją na łóżko 

i posiadł z dzikością, która podnieciła ją bardziej niż 

potrafiłaby sobie wyobrazić. Nie pozostawała bierna. 

Kiedy Graham uszczypnął jasną, ciepłą skórę na jej ra­

mieniu, Debra wbiła paznokcie w opaloną skórę jego 

pleców. A gdy przycisnęła go mocniej do siebie, on za­

czął poruszać się w niej z jeszcze większą gwałtowno­

ścią. Była to pełna namiętności bitwa o tytuł najżarliw-

szego. Po ostatecznym wybuchu porażającej umysł 

ekstazy, gdy leżały obok siebie ich lśniące od potu, wy­

czerpane ciała, nie było wśród nich przegranego. 

Po dłuższej chwili Graham sięgnął po telefon. 

- Proszę o szampan i kawior do pokoju 3433. 

- Szampan i kawior? - wyszeptała Debra tuż przy 

jego piersi. 

Odłożył słuchawkę i uśmiechnął się szeroko. 

- Zasłużyliśmy na to, czyż nie? To był burzliwy ty­

dzień. 

Włączył stojące przy łóżku radio, by utuliły ich ła­

godne dźwięki muzyki. 

Przytulając ją mocniej, odezwał się łagodnie: 

- Chciałbym dziś wieczorem znów wstąpić do szpi­

tala. Masz coś przeciwko temu? Potem moglibyśmy 

zjeść późną kolację. 

- Oczywiście, że nie mam nic przeciwko temu! 

Z jego ust dobyło się ciche westchnienie satysfakcji. 

- Chciałbym tu spędzić kilka dni... żeby się upew­

nić, że wszystko z nią w porządku... żeby mieć pew­

ność, że ona wie, iż nie zamierzam jej pozwolić znowu 

odejść. Możesz... czy zechciałabyś zostać tu ze mną? 

To znaczy, wiem, że masz swoją pracę... 

- Praca zaczeka. Poza tym, dzięki energii wynika­

jącej ze zdenerwowania, tak bardzo posunęłam się 

naprzód w ciągu ostatniego tygodnia, że mogę sobie 

zrobić małą przerwę. - Oparła głowę o jego ramię. -

268 

background image

Mogę nawet pójść do studia i wziąć taśmy z tymi od­

cinkami serialu, które przegapiłam. 

- Chciałabyś to zrobić? - spytał. 

Pamiętał, jak przerażała ją myśl o zobaczeniu się ze 

współpracownikami. 

Debra uśmiechnęła się. Zyskała pewność siebie, 

a zawdzięczała to przede wszystkim jemu. 

- Myślę, że teraz już mogłabym. Chyba nawet 

chciałabym. Chcę mieć to wszystko za sobą, kiedy 

wrócimy do domu. 

Uścisk Grahama zacieśnił się, a jego usta dotknęły 

jej nosa. Gdy uniosła się nieco, objął wargami jej usta 

z doskonałą precyzją, wyrażając tą niemą pieszczotą 

podziw dla jej decyzji. Kiedy ponownie przytuliła się 

do niego, oboje zamknęli oczy, by móc rozkoszować 

się tą chwilą. 

Właśnie wtedy popłynęła z radia stara, dobrze im 

znana ballada country. Opowiadała o cieśli i o jego 

dziewczynie, o małżeństwie i dziecku. 

Debra otworzyła oczy i stwierdziła, że Graham 

wpatruje się w nią spokojnie i zarazem przenikliwie, 

co zawsze ją rozbrajało. 

- Zgodzisz się, prawda? - spytał niskim głosem. 

- Tak - wyszeptała, nie posiadając się z radości. 
- Na tę część o dziecku również? 

Wstrzymała oddech. 

- Jesteś pewien? - zapytała w końcu. 

Wyraz jego twarzy mówił o miłości, która zwycięża 

wszystko. 

- Nigdy w życiu nie byłem niczego tak bardzo pe­

wien - odparł cicho i pocałował ją, żeby przypieczę­

tować swoje uroczyste oświadczenie.