background image

SIGRID UNDSET

Krystyna córka 

Lavransa

CZĘŚĆ I 

WIANEK

Przełożyła Wanda Kragen

background image

I. Dwór Jørund

1

Przy podziale spuścizny po Ivarze Gjeslingu Młodszym na Sundbu 

w  roku  1306  jego  posiadłości  w  Sil  przypadły  córce  Ragnfridzie  i  jej 
małżonkowi  Lavransowi  synowi  Bjørgulfa.  Żyli  oni  dotychczas  na 
dworze Lavransa Kog w Folio, niedaleko Oslo, teraz jednak przenieśli się 
na dwór Jørund w dolinę Gudbrand.

Lavrans pochodził z rodu zwanego u nas synami Lagmana

[1]

. Przybyli 

oni ze Szwecji z owym Laurencjuszem, lagmanem Wschodniej Gotlandii, 
który uprowadził z klasztoru Vreta siostrę jarla Bjelbo, dziewicę Bengtę, 
i razem z nią schronił się do Norwegii. Pan Laurencjusz pozostał przy 
królu Haakonie Starym. Król cenił go wielce i podarował mu dwór Skog. 
Lecz po ośmioletnim pobycie w naszym kraju zmarł złożony chorobą, a 
wdowa po nim, córka Folkungów

[2]

 zwana w Norwegii królewną, wróciła 

do swej ojczyzny i pojednała się z krewnymi. Potem wyszła bogato za 
mąż w tamtym kraju. Ona i pan Laurencjusz nie mieli z sobą dzieci, tak 
więc dwór Skog odziedziczył Ketil, brat Laurencjusza; był on dziadem 
Lavransa syna Bjørgulfa.

Lavrans  ożenił  się  młodo;  gdy  przybył  do  Sil,  miał  dopiero 

dwadzieścia osiem lat i był o trzy lata młodszy od żony. Jako dorastający 
młodzieniec przebywał w orszaku króla i odebrał staranne wychowanie; 

[1]    Lagman  –  sędzia;  lagman  prowincji  (jak  ów  Laurencjusz)  przewodniczył  na 

zjazdach ludowych (thingach).

[2]   Folkungowie – dynastia szwedzka, panująca w XIII i XIV w.

background image

ale po ożenku zasiedział się na swym dworze, gdyż Ragnfrida była po 
trochu dziwaczką i melancholiczką i nie czuła się dobrze między ludźmi z 
południa kraju. Od czasu gdy nieszczęśliwie utraciła trzech synów jeszcze 
w kolebce, zaczęła zupełnie stronić od ludzi. Wiele też przemawiało za 
tym, by Ragnfrida żyła w bliskości swych krewnych, i dlatego przeniósł 
się Lavrans do doliny Gudbrand. Gdy przybyli tam, mieli jedno dziecko, 
małą dziewczynkę; na imię jej było Krystyna.

Po osiedleniu się na dworze Jørund żyli dalej tak samo spokojnie jak 

przedtem  i  najchętniej  samotnie;  nie  wyglądało  na  to,  by  Ragnfridzie 
zależało  wiele  na  jej  krewnych,  odwiedzała  ich  bowiem  tylko  wtedy, 
gdy  wymagała  tego  przyzwoitość.  Działo  się  tak  po  części  dlatego,  że 
Lavrans i Ragnfrida byli ludźmi bardzo pobożnymi, gorliwie uczęszczali 
do kościoła i chętnie gościli u siebie sługi Boże, jako też ludzi, którzy 
podróżowali w sprawach kościelnych, oraz pątników, którzy wędrowali w 
górę doliny, do Nidaros

[3]

. Także proboszczowi swej parafii, który był ich 

najbliższym sąsiadem i mieszkał na dworze Romund, okazywali wielki 
szacunek. Inni mieszkańcy doliny sądzili jednak, że dziesięciny, ofiary i 
datki składane Kościołowi zbyt są wysokie i że niekoniecznie muszą oni 
tak ściśle trzymać się postów i modlitw ani też bez wyraźnej potrzeby 
sprowadzać do domu księży i zakonników.

Poza  tym  szanowano  i  kochano  mieszkańców  Jørund,  zwłaszcza 

Lavransa, który był znany ze swej siły i odwagi, a także jako człowiek 
miłujący  pokój,  cichy  i  prawy,  działający  zawsze  z  rozwagą,  dworny 
w  obejściu;  był  on  nade  wszystko  dzielnym  gospodarzem  i  świetnym 
myśliwym, palił się do łowów na wilka, niedźwiedzia i innego grubego 
zwierza. W ciągu kilku lat skupił w swych rękach wiele ziem, ale zawsze 
był dobry dla swych dzierżawców i chętnie im pomagał.

Ragnfridę tak rzadko widywano między ludźmi, że wkrótce przestano 

[3]   Dziś Trondheim.

background image

mówić o niej. Po jej powrocie w dolinę wielu z początku się dziwiło, bo 
pamiętano ją z czasów, gdy przebywała w domu na Sundbu. Ładna nie była 
nigdy, ale wyglądała wtedy wesoło i pogodnie; obecnie straciła zupełnie 
wdzięk, można było śmiało sądzić, że jest nie o trzy, ale o dziesięć lat 
starsza od męża. Ludzie uważali też, iż zbytnio bierze sobie do serca owo 
nieszczęście z dziećmi; poza tym przecież powodziło się jej pod każdym 
względem lepiej niż innym kobietom: miała wielkie dostatki, poważanie 
i – jak się zdawało – dobrze żyła z mężem. Lavrans nie zadawał się z 
innymi kobietami i radził się jej w każdej sprawie. Nie była również tak 
stara, by nie mogła mieć jeszcze wielu dzieci, jeśliby tylko Bóg pozwolił.

Niełatwo było właścicielom Jørund dostać do służby młodych ludzi 

właśnie wskutek ponurego usposobienia pani domu, a również dlatego, 
że  tak  surowo  przestrzegano  tam  wszystkich  postów.  Poza  tym  służba 
miała się tam dobrze i nieczęsto zdarzało się, aby ktoś został skarcony 
lub  ukarany;  zarówno  Lavrans,  jak  i  Ragnfrida  przodowali  w  każdej 
robocie.  Zresztą  gospodarz  był  na  swój  sposób  wesoły  i  chętnie  brał 
udział w tańcach albo śpiewał wraz z innymi, gdy młodzież podczas nocy 
wigilijnych

[4]

 zabawiała się na kościelnym wzgórzu. Przeważnie jednak 

szukali  służby  na  Jørund  ludzie  starsi;  bardzo  im  się  tam  podobało  i 
pozostawali długo.

Gdy Krystyna skończyła siedem lat, zdarzyło się pewnego razu, że 

miała towarzyszyć ojcu na hale.

Był  piękny  ranek  późnego  lata.  Krystyna  stała  w  górnej  izbie 

[4]    Według  ówczesnego  zwyczaju  podczas  wigilii  poprzedzających  święta 

kościelne  wierni  pozostawali  przez  całą  noc  w  pobliżu  kościoła.  Czas  pomiędzy 

poszczególnymi nabożeństwami spędzano na tańcach i innych rozrywkach.

background image

spichrza,

[5]

 w której sypiali latem; widziała, że na dworze świeci słońce, 

i  słyszała,  jak  ojciec  rozmawia  z  ludźmi  na  dziedzińcu.  Cieszyła  się 
tak strasznie, że nie mogła spokojnie ustać na miejscu, kiedy matka ją 
ubierała, lecz cały czas kręciła się i podskakiwała. Nigdy jeszcze nie była 
w górach, przejeżdżała tylko wąwozem Rost do Vaage, kiedy zabierano 
ją w odwiedziny do krewnych matki na Sundbu, bywała także z matką i 
dworską  czeladzią  w  najbliższych  lasach,  gdy  wybierali  się  na  jagody, 
które  Ragnfrida  dodawała  do  piwa.  Ragnfrida  przyrządzała  również 
kwaskowe powidła z brusznic i żurawin. Podczas wielkiego postu jadła je 
z chlebem zamiast masła.

Matka  upięła  długie,  jasne  włosy  Krystyny  i  wsunęła  je  pod  stary 

niebieski czepek, potem ucałowała dziecko w policzek i Krystyna zbiegła 
do ojca. Lavrans siedział już w siodle; usadowił ją za sobą, ułożywszy 
swoje  okrycie  niby  poduszkę  na  zadzie  konia.  Tam  miała  siedzieć  i 
trzymać się ojca za pas. Po czym pożegnali matkę głośnym okrzykiem.

Ragnfrida  zbiegła  z  ganku  niosąc  okrycie  dla  Krystyny;  dała  je 

Lavransowi i prosiła, żeby tylko dobrze baczył na dziecko.

Słońce świeciło, ale ponieważ w nocy spadł ulewny deszcz, wezbrały 

wszystkie potoki i z szumem toczyły się z gór, a strzępy mgły błąkały 
się  po  stokach.  Nad  szczytami  unosiły  się  w  niebieskiej  przestrzeni 
białe  chmury,  zwiastuny  pogody;  Lavrans  i  jego  ludzie  przepowiadali, 
że  dzień  będzie  upalny,  gdy  tylko  słońce  wzejdzie  wyżej.  Lavrans 
miał z sobą czterech mężów, i wszyscy, chociaż było ich tylu i jechali 
niedaleko, byli dobrze uzbrojeni, po górach bowiem włóczyli się w tym 
czasie rozmaici ludzie; mało jednak było prawdopodobne, aby się z nimi 
spotkano. Krystyna lubiła bardzo wszystkich tych ludzi ojca; trzej z nich 

[5]   Spichrze były piętrowe, przy czym izba na piętrze służyła do przechowywania 

ubrań i broni, a latem jako sypialnia lub izba gościnna, posiadała ona zazwyczaj 

ganek.

background image

byli w starszym wieku, ale czwarty, Arne syn Gyrda z Finsbrekken, był 
dorastającym  chłopcem  i  najlepszym  przyjacielem  Krystyny;  jechał 
najbliżej niej i Lavransa i musiał opowiadać jej o wszystkim, co spotykali 
po drodze.

Jechali  między  zabudowaniami  dworu  Romund  i  wymienili 

pozdrowienia z sirą

[6]

 Eirikiem. Stał przed drzwiami i łajał córkę, która 

mu prowadziła dom, gdyż pozostawiła onegdaj na dworze zwój świeżo 
farbowanej przędzy; deszcz zniszczył ją zupełnie.

Na  wzgórzu  przy  plebanii  stał  kościół  –  niewielki,  lecz  pięknie 

zbudowany i starannie utrzymany, ściany jego były świeżo smołowane. 
Pod  krzyżem  przy  wrotach  cmentarnych  Lavrans  i  jego  ludzie  zdjęli 
kapelusze i pochylili głowy, po czym ojciec obrócił się w siodle i oboje 
z  Krystyną  dawali  znaki  matce,  którą  dojrzeli  na  łące  przed  dworem. 
Odpowiedziała im powiewając chustką.

Tutaj  to,  na  kościelnym  wzgórzu  i  na  cmentarzu,  Krystyna  bawiła 

się  co  dnia;  lecz  dzisiaj,  gdy  miała  z  ojcem  odbyć  tak  daleką  drogę, 
dobrze znany widok domu i doliny wydał się dziecku czymś nowym i 
niezwykłym.

Grupy  zabudowań  w  dole  na  Jørund  stawały  się  coraz  mniejsze  i 

bardziej szare; rzeka wiła się lśniąc, a przed Krystyną rozciągała się dolina 
z wielkimi, zielonymi płaszczyznami, z bagniskami na dnie i dworami 
rozrzuconymi wśród pól i łąk na stokach, aż po szare, strome ściany gór.

Daleko w dolinie, tam gdzie góry zbiegały się i zamykały widok, leżał 

dwór Lopt. Mieszkali w nim Sigurd i Jon, dwaj starzy ludzie z białymi 
brodami; ilekroć przebywali na Jørund, bawili się z nią i żartowali. Jona 
lubiła bardzo, gdyż strugał piękne zwierzęta z drzewa, a kiedyś podarował 
jej złoty pierścień. A gdy ostatnio w białą niedzielę

[7]

 bawił u nich, przyniósł 

[6]   Sira – ksiądz

[7]   Biała niedziela – niedziela przewodnia.

background image

dla  niej  rycerza  tak  cudnie  rzeźbionego  i  wspaniale  malowanego,  iż 
zdało się Krystynie, że nigdy dotąd nie dostała piękniejszego podarunku. 
Każdej nocy zabierała rycerza z sobą do łoża, ale rano, kiedy się budziła, 
stał on na stopniu przed łożem, w którym sypiała wraz z rodzicami. Ojciec 
mówił, że rycerz wyskakuje, skoro pierwszy kur zapieje, lecz Krystyna 
wiedziała  dobrze,  iż  matka  wyjmuje  go  z  łoża,  słyszała  bowiem,  jak 
Ragnfrida mówiła, że rycerz jest twardy i dziecko mogłoby się skaleczyć, 
gdyby  się  w  nocy  na  nim  położyło.  Sigurda  z  Lopt  Krystyna  bała  się 
bardzo i nie lubiła, jak ją brał na kolana, bo droczył się z nią, że kiedy 
dorośnie,  będzie  spał  w  jej  ramionach.  Przeżył  już  dwie  żony  i  sam 
mówił,  że  przeżyje  również  trzecią,  a  Krystyna  będzie  może  czwartą. 
Kiedy zaczynała płakać, Lavrans śmiał się i uspokajał ją mówiąc, że nie 
sądzi, by Margit tak prędko wyzionęła ducha; gdyby jednak tak się stało 
i Sigurd starał się o rękę jego córki, wówczas może być pewna, że powie 
mu stanowczo „nie”.

Mniej więcej na strzelenie z łuku na północ od kościoła leżał przy 

drodze  wielki  głaz,  a  wkoło  niego  rósł  gaj  brzozowy  i  osikowy.  Tam 
zwykle  bawili  się  w  kościół.  Tomasz,  najmłodszy  wnuk  siry  Eirika, 
odprawiał mszę i podobnie jak dziadek kropił wodą święconą i chrzcił, 
gdy w zagłębieniach kamienia zebrało się nieco deszczówki. Ale zeszłej 
jesieni źle się to skończyło. Najpierw Tomasz dał ślub jej i Arnemu, który 
nie był jeszcze tak dorosły, by nie móc bawić się z dziećmi, gdy miał na to 
czas. Potem Arne złapał uganiające w pobliżu prosię i zaniósł je do chrztu. 
Tomasz  namaścił  je  mułem,  zanurzył  w  wyżłobieniu  kamienia,  gdzie 
stała woda, i naśladował dziadka odprawiając po łacinie mszę i gniewając 
się,  że  za  mało  dali  na  ofiarę;  dzieci  śmiały  się,  słyszały  bowiem,  jak 
starsi mówili, że Eirik jest niezmiernie chciwy. Im bardziej się śmiały, 
tym gorsze rzeczy wymyślał Tomasz; powiedział, że dziecko to zostało 
poczęte w okresie wielkiego postu, a więc za ten grzech rodzice muszą 

background image

wobec kapłana i Kościoła oczyścić się pokutą. Wtedy doroślejsi chłopcy 
wybuchnęli grzmiącym śmiechem. Krystyna jednak stała zawstydzona i 
bliska płaczu, z prosięciem na rękach.

Nieszczęście  chciało,  że  podczas  tej  zabawy  Eirik  wracał  konno 

do  domu  z  jakiejś  podróży  duszpasterskiej.  Gdy  spostrzegł,  co  dzieci 
wyprawiają, zeskoczył z konia, a święte naczynia podał tak gwałtownie 
najstarszemu  wnukowi,  Benteinowi,  że  ten  omal  nie  upuścił  na  ziemię 
srebrnej gołębicy z Ciałem Pańskim. Kapłan wpadł w gromadę dzieci i 
bił te, które mu pod rękę wpadły. Krystyna wypuściła prosiaka, ten zaś 
kwicząc uciekał drogą, wlokąc za sobą chustkę, którą go w czasie chrztu 
nakryto, i kwiczał tak, że konie księdza stanęły dęba. Sira Eirik bił ją, aż 
upadła, a wówczas jeszcze ją kopnął, wskutek czego długi czas potem 
bolało ją biodro. Gdy Lavrans się o tym dowiedział, osądził, że Eirik był 
zbyt surowy dla Krystyny, przecież to małe dziecko. Oświadczył, że chce 
mówić z księdzem, ale Ragnfrida prosiła go, aby tego zaniechał, dziecko 
bowiem zostało słusznie ukarane za udział w tak grzesznej zabawie. Nie 
wspomniał tedy Lavrans więcej o tej sprawie, lecz Arnemu dostało się 
tyle kijów, co nigdy w życiu.

Dlatego gdy teraz przejeżdżali obok głazu, Arne pociągnął Krystynę 

za rękaw. Nie śmiał nic powiedzieć z obawy przed Lavransem, więc tylko 
stroił  miny,  uśmiechał  się  i  uderzał  po  zadku;  Krystyna  zawstydzona 
spuściła oczy.

Droga  weszła  w  gęsty  las.  Jechali  wzdłuż  skalnych  zboczy;  dolina 

stawała się coraz węższa i ciemniejsza, a szum rzeki dochodził głośniej 
i wyraźniej. Kiedy od czasu do czasu ukazywała się przed nimi część jej 
łożyska, widzieli, jak toczy spienione, zielonosine wody między stromo 
opadającymi  urwiskami.  Stoki  gór  po  obu  stronach  doliny  czerniły  się 
lasem; ponuro i niesamowicie było w wąskim parowie, ostry wiew szedł 
ku  nim.  Skierowali  się  w  stronę  ścieżki  i  wkrótce  ujrzeli  most,  przez 

background image

który szła droga w dół doliny. W jaskini poniżej ścieżki mieszkał nok

[8]

Arne chciał opowiedzieć o nim Krystynie, ale Lavrans surowo zabronił 
mu gadać w lesie o podobnych rzeczach. Gdy zaś dojechali do mostu, 
zeskoczył z konia i poprowadził go za uzdę, drugim ramieniem obejmując 
dziecko wpół.

Po drugiej stronie rzeki wąska ścieżyna prowadziła stromo pod górę. 

Mężczyźni zsiedli z koni i szli pieszo, ojciec zaś usadowił Krystynę w 
siodle, tak że mogła trzymać się łęku i sama jechać na Guldsveinie.

W miarę jak wjeżdżali coraz wyżej, wynurzały się sponad stoków gór 

nieznane szare i niebieskie szczyty z białymi pasmami śniegu. Krystyna 
mogła już dostrzec pośród drzew dwory leżące na północ od wąwozu. 
Arne wskazywał je i wymieniał ich nazwy.

Wysoko  w  lesie  dotarli  do  małego  samotnego  osiedla.  Zatrzymali 

się przy płocie, Lavrans zawołał głośno, a echo, zwielokrotnione przez 
góry, błąkało się tu i tam. Dwóch ludzi nadbiegło spomiędzy maleńkich 
pól: synowie tych, do których należało górskie osiedle. Byli oni dobrymi 
smolarzami i Lavrans chciał nająć ich do wypalania dziegciu. Matka szła 
za nimi z wielką misą mleka, gdyż dzień zrobił się tymczasem upalny, jak 
to ludzie Lavransa przewidywali.

–  Widziałam,  że  wziąłeś  z  sobą  swoją  małą  córeczkę  –  rzekła  po 

przywitaniu – i chciałam ją koniecznie zobaczyć. Musisz jej zdjąć czepek; 
słyszałam, że ma takie piękne włosy.

Lavrans uczynił, o co go kobieta prosiła, i włosy Krystyny spadły jej 

na plecy aż po siodło. Były one gęste i złote jak dojrzała pszenica. Isrida, 
tak zwała się kobieta, zanurzyła w nich ręce.

– Tak, teraz widzę, że w tym, co mówią o twojej pięknej córce, nie 

ma przesady. To istna lilia i wygląda na córkę rycerza. Oczy ma łagodne 

[8]   Wodnik; w bardziej znanej nam mitologii niemieckiej występuje on pod mianem 

raksa (Nix)

background image

– podobna jest do ciebie, nie do Gjeslingów. Oby Bóg dał ci z niej wiele 
radości, Lavransie synu Bjørgulfa! A na Guldsveinie jeździsz tak dziarsko 
jak dworzanin – żartowała podtrzymując misę, z której Krystyna piła.

Dziecko pokraśniało z radości, bo dobrze wiedziało, że ojciec daleko 

i szeroko słynął jako najpiękniejszy mężczyzna. W istocie wyglądał na 
rycerza, gdy tak stał między swoimi ludźmi, chociaż odziany był raczej 
po chłopsku, jak zwykł chodzić co dnia w domu. Nosił dość luźną i krótką 
bluzę z farbowanej na zielono fryzy

[9]

, rozpiętą na szyi, tak że widać było 

koszulę;  jego  pończochy  i  obuwie  były  z  nie  barwionej  skóry,  głowę 
okrywał  mu  staromodny  kapelusz  filcowy  z  szerokimi  skrzydłami.  Z 
klejnotów miał jedynie gładką srebrną klamrę w pasie i małą zapinkę u 
koszuli; na szyi jego widniał złoty łańcuch, który Lavrans nosił zawsze, 
na  nim  zaś  wisiał  złoty  krzyż  wysadzany  górskimi  kryształami.  Krzyż 
ten można było otworzyć, wewnątrz znajdował się skrawek śmiertelnej 
koszuli  i  pasmo  włosów  świętej  Eweliny  ze  Skøvde

[10]

;  od  jednej  z  jej 

córek wywodzili swój ród synowie Lagmana. Gdy Lavrans udawał się 
do lasu albo do roboty, chował zwykle krzyż na gołą pierś pod koszulę, 
by  go  nie  zgubić.  Niejeden  rycerz  lub  dworzanin  w  odświętnej  szacie 
nie  wyglądał  na  człowieka  tak  dostojnego  rodu,  jak  on  w  swej  prostej 
domowej  odzieży.  Był  słusznej  postawy,  szeroki  w  barach,  wąski  w 
biodrach;  mała  głowa  osadzona  była  pięknie  na  szyi.  Miał  regularne, 
nieco wydłużone rysy twarzy, nie za pełne policzki, pięknie zaokrąglony 
podbródek  i  foremne  usta.  Cera  jego  była  jasna  i  świeża,  oczy  szare, 
włosy gęste, gładkie, jedwabiste i złote.

Rozmawiał  z  Isridą  o  jej  sprawach,  wypytywał  również  o  Tordis, 

[9]   Grube sukno domowej roboty

[10]   Św. Ewelina ze Skøvde – znana w hagiografii jako św. Helena Szwedzka; 

pielgrzymowała do Ziemi Świętej; łączyła wielką pobożność z gorliwością w pracy 

charytatywnej. Zginęła z rąk własnych krewnych ok. 1160 r.

background image

krewną Isridy, która tego lata była pasterką na hali należącej do Jørund. 
Niedawno powiła ona dziecko i Isrida czekała tylko na sposobność, aby 
mieć pewne towarzystwo w wędrówce przez las, chciała bowiem zanieść 
chłopca do chrztu. Lavrans poddał jej myśl, żeby udała się z nimi na halę. 
Powrócą nazajutrz wieczorem; będzie się czuła dobrze i bezpiecznie, gdy 
z nią i małym poganinem będzie tylu mężów.

Isrida  podziękowała:  –  Po  prawdzie,  to  czekałam,  że  się  z  tym 

zaofiarujesz. My, biedni ludzie z gór, wiemy dobrze, że ilekroć przyjdziesz 
tutaj, zawsze świadczysz nam przyjacielskie usługi. – Pobiegła do domu 
po zawiniątko i okrycie.

Lavrans rzeczywiście dobrze się czuł między tymi biednymi ludźmi, 

mieszkającymi  wysoko  w  górach,  na  karczowiskach  i  w  osiedlach  na 
pograniczu gminy; wśród nich był zawsze wesół i skory do żartów. Mówił 
z nimi o leśnych zwierzętach i renach żyjących na górskich halach, i o 
strachach ukazujących się w takich miejscach. Pomagał im radą i czynem, 
oglądał  im  chore  bydło,  stawał  z  nimi  do  kowadła  i  do  ciesielskiej 
roboty,  ba,  jako  człowiek  niezwykłej  siły  pomagał  przy  wydobywaniu 
największych  kamieni  lub  korzeni.  Dlatego  ci  ludzie  witali  zawsze  z 
wielką  radością  Lavransa  syna  Bjørgulfa  i  jego  wielkiego  czerwonego 
ogiera  Guldsveina.  Guldsvein  był  pięknym  zwierzęciem  z  błyszczącą 
sierścią, białą grzywą, białym ogonem i jasnymi oczami – był silny i tak 
ogromny, że mówiono o nim w dolinach, ale wobec Lavransa był zawsze 
potulny jak jagniątko i pan jego zwykł mawiać, że kocha swego rumaka 
jak młodszego brata.

Lavrans zamierzał przede wszystkim obejrzeć stos na Heimbergu. W 

surowych czasach niepokoju, przed stu albo i więcej laty, wznieśli chłopi 
w kilku miejscach na okalających doliny górach szałasy strażnicze i stosy 
drzewa, podobne do ogni ostrzegawczych wzdłuż wybrzeży. Ale te znaki 
w górach nie pozostawały pod nadzorem obrony kraju. Utrzymywały je 

background image

bractwa chłopskie i członkowie bractw doglądali ich na zmianę.

Gdy  przybyli  na  polanę,  Lavrans  puścił  wszystkie  konie  prócz 

jucznego  wolno  na  pastwisko,  po  czym  ludzie  zaczęli  się  piąć  stromą 
ścieżką w górę. Wkrótce las począł rzednąć. Olbrzymie sosny, martwe 
i białe jak szkielety, stały na moczarach i Krystyna ujrzała nagie, szare 
turnie sterczące w niebo. Wspinali się po stromych usypiskach, czasem 
potok przecinał ścieżkę, tak że ojciec musiał przenosić Krystynę. Silny, 
świeży wiatr wiał tu w górze, a krzaczki czerniły się od jagód, ale Lavrans 
nie pozwalał zatrzymywać się i zbierać ich. Arne to biegł z przodu, to 
znowu pozostawał daleko w tyle; zrywał gałązki z jagodami dla Krystyny 
i opowiadał, do kogo należą hale leżące w dole wśród lasu – całe zbocze 
Høvring pokryte było wówczas lasami.

Teraz znajdowali się pod ostatnim, nagim stożkiem skalnym i ujrzeli 

potężny stos belek sterczący w błękit i chatkę strażniczą przycupniętą pod 
skalną ścianą.

Gdy  weszli  na  grzbiet  góry,  powiał  im  naprzeciw  wicher  i  zaplątał 

się w ich suknie; Krystynie zdawało się, że jest on żywym stworzeniem, 
które mieszka tu w górze, wychodzi im na spotkanie i wita ich. Wicher dął 
i swawolił, gdy szła z Arnem przez mchem porośniętą płaszczyznę. Dzieci 
usiadły  na  wystającym  omszałym  zrębie  skalnym  i  Krystyna  patrzyła 
wokoło szeroko rozwartymi oczyma – nigdy nie myślała, że świat jest 
taki wielki i rozległy.

Jak okiem sięgnąć, leżały pod nią kosmate od lasów stoki gór; dolina 

wyglądała jak niecka między potężnymi wierchami, a boczne doliny były 
jeszcze  mniejsze  i,  chociaż  liczne,  niknęły  niemal  między  grzbietami. 
Wszędzie wznosiły się szare, skaliste, płonące złotawym porostem turnie, 
a  daleko  na  horyzoncie  dźwigały  się  sponad  osłony  lasów  niebieskie 
szczyty z białymi płatami śniegu, stopione w jedno z szaroniebieskimi, 
połyskliwymi  chmurami.  Ale  w  pobliżu  na  północnym  wschodzie  – 

background image

zaraz za halami i lasem – ciągnęły się potężne skaliste pasma bielejące 
świeżo spadłym śniegiem. Krystyna poznała Góry Dzicze

[11]

, o których 

już słyszała; w istocie podobne były do stada ogromnych dzików idących 
w stronę gór, a odwróconych zadami ku dolinie. Arne mówił, że trzeba pół 
dnia jazdy konnej, żeby do nich dotrzeć.

Krystyna  sądziła,  że  gdy  tylko  wyjdzie  na  szczyt  najbliższych  gór, 

zobaczy leżącą z drugiej strony inną gminę, podobną do jej własnej, z 
dworami i trzodami, i miała dziwne uczucie, gdy ujrzała, jak daleko od 
siebie leżą ludzkie osiedla. Widziała drobniutkie, żółte i zielone plamy 
nisko w dolinie i śmiesznie maleńkie poręby z szarymi kostkami domów 
wśród górskich lasów; poczęła je liczyć, ale gdy doszła do trzech tuzinów, 
nie mogła już ich rozróżnić między sobą. A mimo to ludzkie sadyby ginęły 
bez śladu w tej puszczy.

Wiedziała, że w dzikim lesie panuje wilk i niedźwiedź i że pod każdym 

kamieniem kryją się gnomy, koboldy i rusałki, i przeraziła się, gdyż nikt 
nie znał ich liczby, ale musiało ich być wiele, o wiele więcej niż ludzi 
ochrzczonych. Zawołała głośno ojca, ale nie dosłyszał jej w wichurze – 
wtaczał  właśnie  ze  swymi  ludźmi  na  szczyt  wielkie  głazy,  które  miały 
służyć do umocnienia belek stosu.

Isrida  podeszła  do  dzieci  i  pokazała  Krystynie  góry  Vaage  na 

zachodzie, Arne zaś wskazał jej Góry Szare, gdzie mieszkańcy chwytali 
reny w wilcze paści, a sokolnicy królewscy żyli w kamiennych chatach. 
Arne  sam  zamierzał  w  przyszłości  poświęcić  się  tej  pracy;  wówczas 
także nauczy się układać sokoły do polowania. Podniósł ramię, jak gdyby 
wyrzucał sokoła w powietrze.

Isrida potrząsnęła głową:
– To rozpustne życie, Arne synu Gyrda; wielki ból sprawiłbyś matce, 

gdybyś został łowcą sokołów. Każdy, kto tam przebywa, musi się zetknąć 

[11]   Dziś: Rondane.

background image

ze złymi ludźmi i z czymś, co jeszcze jest gorsze.

Lavrans zbliżył się do nich i posłyszał ostatnie słowa.
– Tak – rzekł – tam w górze jest niejedna zamieszkana sadyba, która 

nie płaci podatków ani dziesięcin.

– Właśnie, wszak niejedno widziałeś, Lavransie – Isrida próbowała 

wydobyć z niego coś więcej. – Przecież nieraz zapuszczasz się głęboko 
w góry.

– Tak, tak – mówił Lavrans powoli – ale zdaje mi się, że nie należy 

mówić o tych rzeczach. Ludziom, którzy w dolinie nie zaznali pokoju, 
należy  go  użyczyć  przynajmniej  w  górach,  gdzie  może  go  odnajdą. 
Widziałem wszak żytnie pola i piękne łąki w okolicach, o których nieliczni 
tylko wiedzą, że są tam uprawne doliny – i widziałem stada wołów i cieląt, 
ale nie wiem, czy należały one do ludzi, czy do innych istot.

– Tak, tak – powiedziała Isrida. – Wini się niedźwiedzia i wilka, gdy 

ginie bydło z pastwisk, ale w górach są gorsi rabusie od nich.

–  Gorsi,  powiadasz?  –  spytał  Lavrans  w  zamyśleniu  przesuwając 

rękę po czepku córki. – Tam w górach, na południe od Dziczego Pasma, 
widziałem  kiedyś  trzech  małych  chłopców,  najstarszy  był  w  wieku 
Krystyny – mieli jasne włosy i futrzane kubraki. Wyszczerzyli ku mnie 
zęby jak młode wilczęta, potem uciekli i pochowali się. Nie dziwię się 
zgoła, że na biednego człeka, który jest ich ojcem, spadnie czasem pokusa 
ukraść jedną albo i dwie krowy.

– Wilk  i  niedźwiedź  też  mają  młode  –  odparła  ze  złością  Isrida.  – 

A tych wcale nie oszczędzasz, Lavransie, ani też ich młodych, choć nie 
uczyły się prawa ani wiary chrześcijańskiej jak ci zbrodniarze, którym tak 
dobrze życzysz.

– Przychylny im nie jestem, lecz im źle nie życzę – rzekł Lavrans i 

uśmiechnął się. – Ale chodźcie teraz, zobaczymy, co też przygotowała dla 
nas Ragnfrida. – Wziął Krystynę za rękę i poprowadził z sobą. Pochylił 

background image

się  nad  nią  i  szepnął  cicho:  –  Myślałem  o  twoich  trzech  braciszkach, 
Krystynko.

Zajrzeli do chaty strażniczej; było w niej duszno i cuchnęło zgnilizną. 

Krystynie pozwolono chwilę się rozejrzeć, były tam tylko ławy z ziemi 
wzdłuż  ścian,  palenisko  w  środku,  poza  tym  beczki  z  dziegciem,  parę 
smolnych  szczap  i  wiązek  kory  brzozowej.  Lavrans  osądził,  że  lepiej 
będzie jeść na dworze; trochę niżej znaleźli na brzozowym zboczu piękną, 
zieloną łączkę.

Zdjęli ciężary z jucznego zwierzęcia i rozłożyli się na trawie. Okazało 

się, że Ragnfrida dała im na drogę wiele dobrego jadła; był tam smaczny 
chleb i delikatne placki, masło i ser, słonina i suszone na powietrzu mięso 
renów, tłusty gotowany mostek krowi, dwie wielkie łagwie z niemieckim 
piwem i mała baryłka miodu. Prędko też zabrano się do krajania i dzielenia 
mięsa; tymczasem Halfdan, najstarszy z ludzi Lavransa, rozpalał ognisko 
– bardziej swojsko było w lesie przy ogniu.

Isrida  i  Arne  znosili  zioła  i  karłowate  brzózki  i  rzucali  w  ogień. 

Trzeszczało,  gdy  żar  pochłaniał  świeżą  zieleń  gałęzi,  a  małe,  białe, 
spalone płatki wirowały nad czerwoną grzywą płomienia. Tłusty, ciemny 
dym przesłaniał jasne niebo. Krystyna siedziała i patrzyła w płomienie; 
zdawało jej się, że ogień się weseli, iż jest tutaj wolny i rozigrany. To 
zupełnie  co  innego  niż  warować  w  domu  na  palenisku,  trudzić  się 
gotowaniem i oświetlać izbę.

Siedziała oparta ramieniem o kolano ojca; dawał jej najlepsze kąski i 

namawiał, aby piła piwo i miód.

– Będzie tak oszołomiona, że nie zejdzie w dół na halę – rzekł Halfdan 

ze śmiechem, lecz Lavrans przesunął ręką po jej krągłej twarzyczce.

– Jest nas dość, by ją znieść na dół, a piwo dobrze jej zrobi. Ty też pij, 

Arne – wy oboje rośniecie jeszcze, wam dary Boże na pożytek wyjdą, nie 
na szkodę. Ten trunek daje słodką, czerwoną krew, nie lubi szaleństwa i 

background image

nierozsądku.

Także ludzie Lavransa pili dużo i chętnie, Isrida również nie gardziła 

trunkiem, wkrótce ich głosy oraz trzeszczenie i szum ognia brzmiały w 
uszach Krystyny jak odległy hałas, powoli zaczynała jej ciążyć głowa. 
Słyszała jeszcze, jak wypytywali Lavransa i nakłaniali go, by opowiadał, 
jakie to dziwy widział podczas swych łowów. Ale niewiele chciał mówić, 
i to dawało jej uczucie bezpieczeństwa i spokoju; była przy tym bardzo 
syta.

Ojciec  trzymał  w  ręku  bochen  miękkiego  jęczmiennego  chleba; 

odrywał  z  niego  i  kształtował  w  palcach  małe  kawałki,  aż  przybierały 
postać koni, odrzynał kęski mięsa i sadzał je na chlebowych konikach, po 
czym przesuwał je po swoich udach wprost do ust Krystyny. Ale wkrótce 
była tak zmęczona, że nie mogła ani otworzyć ust, ani żuć; przewróciła 
się na ziemię i zasnęła.

Gdy  się  obudziła,  leżała  w  gorącu  i  ciemności  na  ramieniu  ojca, 

otulona razem z nim jego płaszczem. Krystyna usiadła, otarła pot z twarzy 
i zdjęła czepek, by na powietrzu osuszyć zwilgłe włosy.

Musiało  być  już  późno,  gdyż  światło  słońca  było  żółte,  a  cienie 

wydłużyły się i padały w kierunku południowego wschodu.

Wiatr ustał zupełnie, tylko muchy i komary bzykały i brzęczały nad 

gromadą śpiących ludzi. Krystyna siedziała cichutko jak mysz, drapała 
pokłute przez komary ręce i rozglądała się wkoło. Skalny szczyt nad nimi 
połyskiwał w palącym słońcu białym mchem i żółtawym porostem, a stos 
wiatrołomów wznosił się ku niebu niby szkielet dziwacznego zwierzęcia.

Powoli ogarnął ją lęk – tak dziwnie było patrzeć na tych wszystkich 

ludzi uśpionych w jasny dzień. Gdy w domu budziła się nocą, leżała w 
ciepłym i bezpiecznym łożu, mając po jednej stronie matkę, po drugiej 
kawał  płótna  rozciągnięty  na  belkach  ściany.  Wiedziała  wówczas,  że 
dymnik  i  drzwi  są  zamknięte  przed  nocą  i  niepogodą  i  że  głosy,  jakie 

background image

wydawali śpiący, pochodzą od ludzi leżących w bezpieczeństwie i cieple 
między  skórami  i  poduszkami. Ale  te  powykrzywiane  ciała,  leżące  na 
zboczu koło małej, biało czarnej garści popiołu, wyglądały jak martwe; 
niektóre leżały na brzuchach, inne na plecach podciągnąwszy kolana, a 
głosy,  jakie  wydawały,  przerażały  Krystynę.  Ojciec  chrapał  ciężko,  ale 
gdy Halfdan oddychał, świstało coś i jęczało w jego nosie. Arne leżał na 
boku z twarzą ukrytą w ramieniu, jego błyszczące, jasnokasztanowe włosy 
rozrzucone były na wrzosach. Leżał tak cicho, że Krystyna zaniepokoiła 
się, czy nie umarł. Pochyliła się nad nim i dotknęła go – wówczas we śnie 
obrócił się nieco.

Krystyna  pomyślała,  że  może  przespała  już  dzień  i  noc  i  obudziła 

się następnego dnia; zlękła się tak okropnie, że zaczęła potrząsać ojcem, 
on  jednak  spał  i  chrapał  dalej.  Krystynie  także  ciążyła  głowa,  ale  bała 
się znowu zasnąć. Podpełzła więc do ognia i gałęzią rozgarnęła popiół; 
tliło się jeszcze trochę. Przyciągnęła do siebie zioła i gałązki i kładła je 
na ogień, nie śmiała jednak wyjść poza krąg śpiących ludzi, by szukać 
większych gałęzi.

Nagle  tuż  obok  zagrzmiała  i  zadudniła  ziemia.  Serce  Krystyny 

przestało  bić  i  zimny  pot  oblał  ją  z  przerażenia. Potem  ujrzała  między 
krzewami wielkie czerwone cielsko i Guldsvein łamiąc karłowate brzózki 
stanął niedaleko patrząc na nią jasnymi, przejrzystymi oczami. Radośnie 
podskoczyła i pobiegła w stronę rumaka. Był tu także kasztanek Arnego 
oraz  juczny  koń.  Poczuła  się  bezpieczna  i  pewna,  poklepała  wszystkie 
trzy po lędźwiach, Guldsvein pochylił łeb tak, że mogła pogłaskać go po 
pysku i pociągnąć za białożółtą grzywę, on zaś obwąchiwał jej ręce.

Konie pasąc się schodziły zboczem w dół i Krystyna poszła z nimi, 

ufna,  że  żadne  niebezpieczeństwo  nie  grozi  jej  w  pobliżu  Guldsveina; 
kiedyś pokonał on już niedźwiedzia. Jagody rosły tu gęsto, a Krystyna 
była spragniona i czuła niesmak w ustach; na piwo nie miała ochoty, ale 

background image

słodkie,  soczyste  jagody  były  dobre  jak  wino.  Nieco  dalej  na  piargach 
ujrzała również maliny, chwyciła więc Guldsveina za grzywę i poprosiła 
go pięknie, aby z nią tam poszedł; ogier cierpliwie szedł za dziewczynką. 
A kiedy schodziła coraz dalej zboczem, szedł za jej głosem. Dwa inne 
konie podążały za Guldsveinem.

Gdzieś  w  pobliżu  usłyszała  bulgot  i  szmer  potoku,  poszła  więc  za 

tym  dźwiękiem,  aż  znalazła  wodę.  Położyła  się  na  wielkiej  kamiennej 
płycie i obmyła sobie pokłute przez komary ręce i twarz. Pod kamieniem 
stała woda czarna, nieruchoma i cicha, gdyż z drugiej strony tuż za kilku 
małymi  brzózkami  i  wierzbami  wznosiła  się  stroma  krzesanica.  Woda 
tworzyła  w  tym  miejscu  doskonałe  zwierciadło  i  Krystyna  nachyliła 
się ku niej, bo chciała zobaczyć, czy to prawda, co mówiła Isrida o jej 
podobieństwie do ojca.

Uśmiechnęła  się  i  nachyliła  tak  blisko,  że  jej  włosy  zetknęły  się  z 

włosami okalającymi wielkooką, dziecinną twarzyczkę, którą ujrzała w 
potoku.

Wkoło  rosło  mnóstwo  delikatnego,  różowego  kwiecia,  zwanego 

baldrianem;  tutaj,  nad  górskim  potokiem,  było  ono  dużo  piękniejsze  i 
czerwieńsze  niż  w  dole  nad  rzeką.  Krystyna  rwała  kwiaty  i  wiązała  je 
źdźbłami trawy, aż uwiła piękny różowy, gruby wianek. Włożyła go na 
głowę i pobiegła z powrotem do wodnego zwierciadła, by zobaczyć, jak 
będzie wyglądała teraz, przystrojona niby dorosła dziewczyna idąca na 
tańce.

Pochyliła  się  nad  wodą  i  ujrzała  swe  własne  ciemne  oblicze 

wynurzające  się  z  dna  i  coraz  wyraźniejsze,  im  bardziej  się  ku  niemu 
zbliżała.  Wtem  ujrzała  w  wodnym  zwierciadle  jakiegoś  człowieka 
stojącego  po  drugiej  stronie  między  brzozami  i  nachylającego  się  ku 
niej. Szybko wyprostowała się i klęcząc spojrzała w tę stronę… Zrazu 
zdawało się jej, że to tylko skała i drzewa gęsto skupione u stóp urwiska. 

background image

Nagle zauważyła jednak twarz wyglądającą spoza liści… Tam, po drugiej 
stronie, stała jakaś kobieta o białej twarzy i wijących się, jasnych jak len 
włosach; jej wielkie, jasnoszare oczy i rozszerzone bladoróżowe nozdrza 
przypominały Guldsveina. Była ubrana w coś liściastego i połyskliwego, 
a  gałęzie  i  konary  zasłaniały  ją  aż  po  pełną  pierś,  obwieszoną  gęsto 
łańcuchami i klamrami.

Osłupiała Krystyna wpatrzyła się w zjawę. Kobieta podniosła rękę i 

pokazała jej wieniec ze złotych kwiatków; dawała nim znaki.

Poza sobą usłyszała Krystyna głośne, przerażone rżenie. Spojrzała w 

tył. Ogier stanął dęba, zarżał przeraźliwie, odwrócił się i począł sadzić 
zboczem  w  górę,  aż  ziemia  huczała.  Oba  konie  pognały  za  nim  przez 
usypisko  staczając  z  łoskotem  kamienie,  depcząc  i  łamiąc  korzenie  i 
gałęzie.

Wtedy  Krystyna  krzyknęła  głośno:  –  Ojcze,  ojcze!  –  Pobiegła  za 

końmi nie śmiąc spojrzeć za siebie, pięła się po piargach w górę, deptała 
po kraju swej sukni, osuwała się w dół, znowu pięła się w górę pomagając 
sobie  skrwawionymi  rękami,  czołgała  się  na  zranionych,  potłuczonych 
kolanach, krzyczała i wołała głośno ojca i Guldsveina. Pot wystąpił jej 
na czoło, zalewał oczy, a serce biło młotem w piersi. Łkanie przerażenia 
ściskało krtań.

– Ojcze, ojcze!
Posłyszała gdzieś w górze nad sobą jego głos. Ujrzała, jak wielkimi 

susami zbiegał w dół po jasnym, zalanym słońcem usypisku; karłowate 
brzózki i osiki stały cicho na zboczu i listki ich drżały srebrnym lśnieniem, 
ale ojciec biegł szybko i wołał ją po imieniu, i Krystyna upadła czując, że 
jest uratowana.

– Maryjo Najświętsza! – Lavrans przyklęknął przy córce i pociągnął 

ją ku sobie. Był blady i miał dziwny rys koło ust, który jeszcze bardziej 
przestraszył Krystynę, jak gdyby teraz dopiero, widząc twarz ojca, pojęła, 

background image

w jak wielkim była niebezpieczeństwie.

– Dziecko, dziecko – wziął jej pokrwawione ręce, oglądał je, ujrzał 

wieniec  na  jej  głowie  i  dotknął  go.  –  Co  to  jest,  skąd  się  tu  wzięłaś, 
Krystynko?

– Szłam za Guldsveinem – łkała tuląc się do niego. – Zlękłam się, 

boście  wszyscy  spali,  ale  przyszedł  Guldsvein. A  potem  stał  ktoś  nad 
rzeką i dawał mi znaki.

– Kto taki… czy mężczyzna?
– Nie, jakaś kobieta… Skinęła wiankiem ze złota… Myślę, ojcze, że 

to była karlica.

– Jezu Chryste! – szepnął Lavrans i przeżegnał znakiem krzyża córkę 

i siebie.

Pomógł  jej  piąć  się  pod  górę,  aż  doszli  do  trawiastego  zbocza.  Tu 

wziął ją na ręce i niósł. Zawisła mu na szyi i płakała głośno, chociaż ją 
uspokajał.

Wkrótce spotkali pozostałych. Isrida załamała ręce posłyszawszy, co 

zaszło.

–  Tak,  to  na  pewno  była  rusałka  –  chciała  tę  piękną  dziewczynkę 

zwabić do wnętrza gór.

– Milcz! – rozkazał szorstko Lavrans. – Nie powinniśmy byli w lesie 

tak mówić: nie wiadomo, kto tu może pod kamieniem siedzieć i słyszeć 
każde słowo.

Wyciągnął  spod  koszuli  złoty  łańcuch  z  krzyżem  zawierającym 

relikwie, powiesił go na szyi Krystyny i wsunął pod suknię na gołe ciało.

–  Niech  mi  się  nikt  nie  waży  pary  z  gęby  puścić  –  powiedział. 

–  Ragnfrida  nie  powinna  się  nigdy  dowiedzieć,  w  jak  wielkim 
niebezpieczeństwie było dziecko.

Schwytali konie, które rozbiegły się po lesie, i szybko zeszli na polanę, 

gdzie pasły się pozostałe. Potem dosiedli ich i pojechali na halę. Droga 

background image

nie była daleka.

Gdy  tam  przybyli,  słońce  już  zachodziło.  Bydło  znajdowało  się  w 

zagrodzie, a Tordis i pasterze zajęci byli udojem. W chacie nawarzono 
kaszy dla Lavransa i jego ludzi, mieszkańcy hali bowiem widzieli ich w 
ciągu dnia przy chacie strażnika i oczekiwali przybyszów.

Krystyna  dopiero  tutaj  się  uspokoiła.  Siedziała  na  kolanach  ojca  i 

jedną łyżką jedli kaszę ze śmietaną.

Lavrans chciał udać się nazajutrz nad jezioro leżące głębiej w górach. 

Hodował tam w kilku szałasach byki. Krystyna miała mu towarzyszyć, 
lecz teraz zdecydował, że pozostanie na hali.

– Musicie dobrze baczyć, Isrido, i ty, Tordis, aby drzwi i dymnik były 

szczelnie zamknięte aż do naszego powrotu, zarówno przez wzgląd na 
Krystynę, jak i na nie ochrzczone dziecko w kołysce.

Tordis ze strachu stała się tak bojaźliwa, że nie chciała pozostać nadal 

z maleństwem na hali, poza tym od czasu, gdy je powiła, nie była jeszcze 
w kościele; najchętniej zeszłaby na stałe w dolinę. Lavrans rozumiał ją. 
Zaraz na drugi dzień może zejść z nimi, powiedział, a na jej miejsce pośle 
starszą wdowę służącą na Jørund.

Tordis  podesłała  pod  owcze  skóry  na  ławie  słodką,  świeżą  trawę; 

pachniała ona mocno i mile i Krystyna zasypiała już prawie, gdy ojciec 
odmawiał nad nią Ojcze nasz Ave Maria.

– No, dużo wody upłynie, zanim cię znowu wezmę w góry – rzekł 

Lavrans klepiąc ją z lekka po policzku.

Krystyna wytrzeźwiała nagle i spytała:
– Ale jesienią pojadę z tobą na południe, ojcze, jak mi obiecałeś?
– To się jeszcze zobaczy – rzekł Lavrans i za chwilę Krystyna zasnęła 

słodkim snem między owczymi skórami.

background image

2

Każdego roku Lavrans syn Bjørgulfa zwykł był jeździć na południe, 

by rozejrzeć się na swym dworze w Folio. Te podróże ojca odgradzały 
w  pamięci  Krystyny  poszczególne  lata  od  siebie;  długie  tygodnie 
jego  nieobecności  w  domu,  wielka  radość,  kiedy  wracał  z  pięknymi 
podarunkami:  zagranicznymi  materiałami,  przeznaczonymi  do  jej 
wyprawowej  skrzyni,  figami,  rodzynkami,  piernikami  z  Oslo.  Zawsze 
miał jej wówczas tyle do opowiadania.

Ale tego roku Krystyna zauważyła, że z podróżą ojca łączy się coś 

niezwykłego.  Podróż  ta  odwlekała  się  coraz  bardziej;  przyjeżdżali 
starcy  z  dworu  Lopt  i  siedzieli  z  rodzicami  Krystyny  pochyleni  nad 
stołem, mówili o dziedziczeniu i prawie spadkowym, o prawie odkupu 
i trudnościach związanych z zarządzaniem posiadłością z tak daleka, o 
siedzibie  biskupiej  i  dworze  królewskim  w  Oslo,  które  odciągały  siły 
robocze  okolicznym  dworom.  Nie  mieli  zupełnie  czasu  bawić  się  z 
dziewczynką i odsyłali ją do kuchni, między dziewki. Wuj jej, Trond syn 
Wara z Sundbu, przyjeżdżał częściej niż zazwyczaj; nigdy się jednak z 
Krystyną nie bawił ani nie żartował.

Powoli  zaczęła  pojmować,  o  co  chodziło.  Ojciec  od  czasu,  gdy 

przeprowadzili się do Sil, starał się skupić wiele ziemi w swych rękach. 
Teraz zaś rycerz Andrzej syn Godmunda poddał mu myśl zamiany dworu 
Formo, dziedzictwa swej matki, na dwór Skog. Panu Andrzejowi, odkąd 
należał  do  świty  królewskiej  i  rzadko  przebywał  w  dolinie,  wygodniej 
byłoby  mieszkać  w  Skog.  Lavrans  niechętnie  rozstałby  się  ze  swoim 
dziedzictwem – dwór Skog otrzymał jego ród jako dar królewski – lecz 
zamiana była dla niego z wielu względów korzystna. Ale Skog nabyłby 
chętnie  także  brat  Lavransa,  Aasmund  syn  Bjørgulfa,  który  mieszkał 

background image

obecnie w Hadelandii, gdzie przez ożenek został właścicielem dworu. Nie 
było więc pewne, czy Aasmund zrzeknie się praw przysługujących mu z 
tytułu dziedzictwa.

Jednak pewnego dnia Lavrans powiedział Ragnfridzie, że tego roku 

weźmie z sobą na Skog Krystynę; niechże zobaczy dwór, na którym się 
urodziła i który był domem jej przodków, zanim przejdzie on w obce ręce. 
Ragnfrida uważała to życzenie za zrozumiałe, chociaż obawiała się posłać 
małe dziecko w tak daleką drogę, a sama nie mogła mu towarzyszyć.

Po  ukazaniu  się  rusałki  Krystyna  stała  się  zrazu  taka  lękliwa,  że 

najchętniej przebywała w domu z matką; bała się nawet tych ludzi, którzy 
wtedy byli z nią w górach i wiedzieli, co się jej przydarzyło. Rada była, że 
ojciec zakazał wspominać o zjawie.

Ale gdy minął pewien czas, poczuła ochotę mówienia o tym. W duchu 

opowiadała  komuś  –  sama  nie  wiedziała,  komu,  a  dziwne  było,  że  im 
więcej czasu upływało od owego dnia, tym lepiej zdawała się przypominać 
sobie wszystko i tym wyraźniejsze stawało się wspomnienie jasnowłosnej 
kobiety.

Ale  najosobliwsze  było  to,  że  ilekroć  myślała  o  karlicy,  zawsze 

tęskniła  bardzo  za  podróżą  do  Skog  i  obawiała  się  coraz  bardziej,  że 
ojciec nie weźmie jej z sobą.

Wreszcie, przebudziwszy się pewnego dnia, ujrzała starą Gunhildę i 

matkę,  siedzące  na  progu  i  przeglądające  wiewiórcze  skórki  Lavransa. 
Gunhilda była wdową, wędrowała po dworach i szyła futrzane podbicia 
pod  szuby  i  inną  odzież.  Krystyna  domyśliła  się  z  ich  rozmowy,  że 
ma  dostać  nowe  okrycie,  podbite  wiewiórkami,  a  ozdobione  kunami. 
Zrozumiała wtedy, że ma jechać z ojcem, podskoczyła w łożu i krzyczała 
z radości.

Matka podeszła do niej i pogłaskała ją po twarzy:
–  Bardzo  się  z  tego  cieszysz,  moja  córko,  że  tak  daleko  ode  mnie 

background image

odjeżdżasz?

To samo powiedziała Ragnfrida owego dnia, gdy mieli wyjeżdżać z 

dworu. Wstali bardzo wcześnie. Kiedy Krystyna wyjrzała przez drzwi, 
na  dworze  było  jeszcze  ciemno  i  gęsta  mgła  leżała  między  domami. 
Wokół świateł i przed otwartymi drzwiami domostw falował szary dym. 
Ludzie  uwijali  się  między  stajniami  i  stodołami,  z  kuchni  wybiegały 
kobiety z dymiącymi misami, pełnymi kaszy, oraz nieckami z gotowanym 
mięsiwem  i  słoniną.  Jadący  mieli  dobrze  i  obficie  podjeść  sobie  przed 
wyjazdem.

W  domu  otwierano  skórzane  toboły  z  podróżnym  dobytkiem  i 

wkładano  zapomniane  rzeczy.  Ragnfrida  przypominała  mężowi  o 
wszystkim, co miał dla niej podczas podróży załatwić; mówiła o krewnych 
i znajomych, którzy mieszkali po drodze; tego miał pozdrowić, o tamtego 
znów nie zapomnieć spytać.

Krystyna  wybiegała  i  wbiegała  do  domu,  wszystkich  we  dworze 

żegnała wiele razy i nie mogła znaleźć spokoju.

– Tak bardzo się cieszysz, Krystynko, że tak daleko i na tak długo ode 

mnie odjeżdżasz? – zapytała matka.

Krystynie zrobiło się nieswojo i ciężko, wolałaby, żeby matka tego nie 

powiedziała. Ale odrzekła, jak umiała najlepiej:

– Nie, droga matko, lecz cieszę się, że wolno mi towarzyszyć ojcu.
– Tak, tak, widzę, że się cieszysz – rzekła Ragnfrida z westchnieniem. 

Ucałowała dziewczynkę i poprawiła jeszcze coś przy jej sukni.

Wreszcie  siedzieli  w  siodłach  –  cały  orszak  podróżny.  Krystyna 

jechała  na  Morwinie,  który  przedtem  był  wierzchowcem  ojca;  było 
to  zwierzę  stare,  mądre  i  pewne.  Ragnfrida  podała  jeszcze  mężowi  w 
srebrnym kubku strzemienne, położyła rękę na kolanie córki i prosiła ją, 
by pamiętała o wszystkim, co mieli załatwić.

O szarym brzasku wyjechali z dworu. Biała jak mleko mgła unosiła 

background image

się nad doliną. Po pewnym czasie stała się przejrzysta i promienie słońca 
zaczęły ją przebijać. Jaśniały w białym oparze ociekające rosą, zielone 
potrawem  łąki,  płowe  ścierniska,  żółte  drzewa  i  czerwone,  błyszczące 
grona  jarzębin.  Niebiesko  lśniły  stoki  gór  ponad  mglistymi  oparami, 
potem mgła przerzedziła się i strzępy jej błąkały się między wzgórzami, 
a orszak jechał doliną w najwspanialszym słońcu – Krystyna z ojcem na 
czele.

Do Hamaru przybyli w deszczowy, ponury wieczór. Krystyna siedziała 

w siodle przed ojcem. Była tak zmęczona, że wszystko zacierało się jej 
przed oczyma – jezioro, które jaśniało blado po prawej stronie, i ciemne 
drzewa,  strząsające  na  nią  wielkie  krople,  i  mroczne  grupy  domostw, 
stojące wzdłuż drogi na bezbarwnych, mokrych łąkach.

Przestała już liczyć dnie; zdawało się jej, że wieczność całą bawi w 

podróży. Jadąc przez dolinę odwiedzali krewnych i przyjaciół; przebywała 
razem z innymi dziećmi na wielkich dworach, bawiła się w obcych domach, 
stodołach i na dziedzińcach, i nieraz miała na sobie czerwoną sukienkę 
z  jedwabnymi  rękawami.  Przy  pięknej  pogodzie  odpoczywali  w  dzień 
opodal drogi. Arne zbierał dla niej laskowe orzechy, a po jedzeniu wolno 
jej było spać na skórzanych łubach z odzieżą. W jednym z dworów były 
w jej łożu jedwabiem obciągnięte poduszki, innej nocy spali w gospodzie 
i tam w jednym z łóżek leżała kobieta; jęcząca i płacząca żałośnie, ilekroć 
się Krystyna budziła. Każdą noc jednak spędzała spokojnie za szerokimi, 
ciepłymi plecami ojca.

Krystyna  obudziła  się  nagle.  Nie  wiedziała,  gdzie  się  znajduje,  ale 

dziwny, dźwięczny i dudniący hałas, który posłyszała we śnie, trwał dalej. 
Leżała w łóżku, w izbie płonął ogień na palenisku.

Zawołała na ojca; Lavrans podniósł się od ognia i zbliżył ku niej, za 

nim jakaś tęga kobieta.

– Gdzie jesteśmy? – spytała, a Lavrans roześmiał się:

background image

–  Jesteśmy  teraz  w  Hamarze,  to  zaś  jest  Małgorzata,  żona  szewca 

Farteina. Przywitaj się z nią pięknie, ponieważ wczoraj spałaś, gdyśmy 
przyjechali. Małgorzata pomoże ci teraz przy ubieraniu.

–  Czy  to  już  rano?  –  rzekła  Krystyna.  –  Myślałam,  że  to  dopiero 

wieczór. Ach, lepiej ty mi pomóż – prosiła, a Lavrans oświadczył surowo, 
aby raczej podziękowała Małgorzacie za jej pomoc. – Popatrz, co ci chce 
podarować.

Była to para czerwonych trzewiczków z jedwabnymi sznurowadłami. 

Kobieta  uśmiechnęła  się  widząc  uradowaną  twarz  Krystyny  i  w  łóżku 
jeszcze naciągnęła jej koszulę i pończochy, by nie musiała boso zejść na 
glinianą polepę.

– Co tu tak dźwięczy? – spytała Krystyna. – Jakby dzwon kościelny 

albo kilka dzwonów?

–  To  nasze  dzwony  –  śmiała  się  Małgorzata.  –  Czyś  nie  słyszała 

nigdy o naszej wielkiej katedrze w mieście? Zaraz do niej pójdziesz. Tam 
dzwoni wielki dzwon. Prócz tego dzwonią jeszcze dzwony w klasztorze i 
w kościele Świętego Krzyża.

Małgorzata posmarowała jej chleb grubo masłem i wlała miodu do 

mleka, żeby było bardziej pożywne, gdyż niewiele czasu pozostawało na 
jedzenie.

Na dworze było jeszcze ciemno i chwycił mróz. Lodowata mgła cięła 

twarz.  Ślady  wydeptane  przez  ludzi,  konie  i  bydło  w  ulicznym  błocie 
były  twarde  jak  lane  żelazo.  Krystynę  bolały  nogi  w  cienkich  nowych 
trzewiczkach;  w  jakiejś  koleinie  rozdeptała  lód  i  nogi  jej  przemokły  i 
zmarzły, Lavrans wziął ją więc na plecy i niósł.

Natężała  w  ciemności  oczy,  lecz  miasta  prawie  nie  widziała; 

rozpoznawała  tylko  czerniejące  w  mrocznej  szarości  szczyty  dachów  i 
drzewa. Potem przyszli na niewielką, lśniącą od szronu łąkę, po drugiej 
jej stronie ujrzała jasnoszary budynek, ogromny jak góra. Wokoło stały 

background image

wielkie  kamienne  domy  i  w  różnych  miejscach  błyszczało  światło 
otworów  w  murze.  Dzwony,  które  zamilkły  na  chwilę,  poczęły  znowu 
dzwonić i dźwięk ich był tak potężny, że mrowie przebiegło jej po plecach.

Gdy  weszli  do  przedsionka  kościoła,  zdawało  się  Krystynie,  że 

wchodzą w głąb góry; wionął ku nim mrok i chłód. Minęli jakieś drzwi 
i teraz uderzył w nich stary, zimny zapach kadzideł i woskowych świec. 
Krystyna znalazła się w ponurym i ogromnie wysokim pomieszczeniu. W 
ciemności nie widziała sklepienia ani ścian, ale w oddali płonęły świece 
na ołtarzu. Tam stał ksiądz, a echo jego głosu niby szept i westchnienie 
błąkało  się  w  przestrzeni.  Ojciec  przeżegnał  siebie  i  dziecko  święconą 
wodą,  po  czym  poszli  naprzód;  ale  chociaż  stąpał  ostrożnie,  ostrogi 
jego głośno dźwięczały na kamiennej posadzce. Szli wzdłuż olbrzymich 
kolumn,  między  którymi  gubił  się  wzrok  w  czarnych  jak  węgiel 
czeluściach.

Na przodzie, niedaleko ołtarza, ojciec uklęknął i Krystyna przyklękła 

obok niego. Powoli zaczęła coś rozróżniać w ciemności – migotało od 
złota i srebra na ołtarzach między kolumnami, a na ołtarzu przed nimi 
biły blaskiem świece, tkwiące w pozłacanych świecznikach, i promienie 
szły  od  świętych  naczyń  i  wspaniałego,  wielkiego  obrazu  w  głębi. 
Krystyna  znowu  pomyślała  o  górze  –  tak  chyba  musiało  wyglądać 
wnętrze góry, tyle wspaniałości, tylko jeszcze więcej światła. Zobaczyła 
znów twarz karlicy… Ale zaraz podniosła oczy i ujrzała na ścianie, ponad 
obrazem, samego Chrystusa, wielkiego i surowego, rozpiętego wysoko 
na krzyżu. Strwożyła się: Chrystus nie wyglądał łagodnie i smutno jak 
w  ich  wiejskim,  z  ciemnych  belek  zbudowanym  kościółku,  gdzie  z 
przebitymi  rękami  i  nogami  ciężko  zawisnął  na  ramionach  i  pochylał 
zalaną krwią głowę pod cierniową koroną. Tutaj stał na cokole z sztywno 
wyciągniętymi ramionami i podniesioną głową, włosy Jego, okryte złotą 
koroną, błyszczały jak miedź, a twarz była wyniosła i surowa.

background image

Usiłowała podążyć za słowami kapłana, który śpiewał i modlił się, lecz 

mówił niewyraźnie i spiesznie. W domu była przyzwyczajona odróżniać 
każde słowo modlitwy; sira Eirik miał najwyraźniejszy w świecie głos i 
wytłumaczył jej, co znaczą święte słowa po norwesku, by łatwiej mogła 
skierować w kościele swe myśli ku Bogu.

Tutaj nie potrafiła tego, gdyż co chwila odkrywała w ciemności coś 

nowego. Wysoko w ścianach były okna, przez które z wolna zaczynało 
się  sączyć  coraz  jaśniejsze  światło  dnia.  W  pobliżu  niej  wznosiło  się 
jakieś dziwne rusztowanie, jakby szubienica z belek, w tyle leżały jasne 
bloki kamienia, stały koryta i narzędzia; posłyszała, że ludzie wchodzą i 
wychodzą, i coś szepcą między sobą. Potem jednak wzrok jej padł znowu 
na surowego Chrystusa na ścianie i usiłowała skupić myśli. Od lodowatego 
zimna kamiennej posadzki skostniały jej nogi, a kolana bardzo ją bolały. 
W końcu była tak zmęczona, że wszystko dokoła niej poczęło wirować.

Wreszcie ojciec podniósł się; nabożeństwo było skończone. Podszedł 

kapłan i przywitał się z Lavransem. Podczas gdy rozmawiali, Krystyna 
usiadła na stopniu, widziała bowiem, że chłopak z chóru też usiadł. On 
ziewnął, wówczas i ona ziewnęła. Gdy spostrzegł, że Krystyna patrzy na 
niego, przycisnął język do policzka i wywrócił oczy. Potem wyciągnął 
spod  kubraka  jakiś  woreczek  i  strojąc  do  niej  miny  wypróżnił  jego 
zawartość na stopień. Były tam haczyki do wędek, bryłki ołowiu, skórzane 
rzemienie i parę kostek do gry. Krystyna była zdumiona.

Ojciec  i  ksiądz  spojrzeli  na  dzieci.  Ksiądz  roześmiał  się  i  kazał 

chłopakowi wracać do szkoły. Lavrans zmarszczył czoło i wziął Krystynę 
za rękę.

Przewędrowali cały kościół i w końcu weszli do przedsionka. Stamtąd 

prowadziły  kamienne  schody  na  wieżę  zachodnią.  Zmęczona  Krystyna 
zataczała się na stopniach; ksiądz otworzył drzwi pięknej kaplicy, a ojciec 
kazał,  by  usiadła  na  schodach  i  czekała, aż  on  się  wyspowiada,  potem 

background image

miała wejść i ucałować relikwiarz świętego Tomasza.

W  tej  chwili  wyszedł  z  kaplicy  stary  mnich  w  płowobrązowym 

habicie. Zatrzymał się, uśmiechnął do dziecka i wyciągnąwszy z niszy 
w murze kilka worków i kawałków zgrzebnego płótna rozpostarł je na 
stopniu.

– Usiądź na tym, nie będziesz tak marzła – rzekł i zszedł boso na dół.
Krystyna  spała,  gdy  pan  Martein,  jak  zwał  się  ów  ksiądz,  wyszedł 

i  dotknął  jej  ramienia.  Z  kościoła  słychać  było  wspaniały  śpiew,  a  we 
wnętrzu  kaplicy  płonęły  na  ołtarzu  świece.  Ksiądz  wprowadził  ją 
do  środka  i  dał  znak,  by  uklękła  obok  ojca,  po  czym  zdjął  mały  złoty 
relikwiarz stojący nad ołtarzem. Szepnął do niej, że wewnątrz mieści się 
kawałek krwawej szaty świętego Tomasza z Canterbury,

[12]

 i pokazał jej 

postać świętego; Krystyna przycisnęła wargi do jego stóp.

Gdy zeszli na dół, cudowne tony płynęły przez kościół; pan Martein 

objaśniał, że organista i chłopcy szkolni tutaj uczą się grać i śpiewać. Nie 
mieli jednak czasu słuchać, gdyż ojciec był bardzo głodny: pościł przed 
spowiedzią. Teraz mieli iść na posiłek do gospody katedralnej.

Ranne słońce złociło strome brzegi po drugiej stronie jeziora Mjøs, 

a pożółkłe drzewa liściaste stały niby złocisty pył pośród granatowych 
borów. Małe, białe, tańczące grzywy piany wieńczyły fale jeziora. Dął 
świeży, zimny wiatr i pstre liście wirowały po oszronionej ziemi.

Spomiędzy biskupiego dworu i domu braci krzyżowych wyłonił się 

orszak  jezdnych.  Lavrans  ustąpił  na  bok  i  skłonił  się  z  ręką  na  piersi, 
kapeluszem prawie dotykając ziemi. Krystyna domyśliła się, że panem w 
futrzanej szubie musi być sam biskup, i pokłoniła się aż do ziemi.

Biskup zatrzymał konia i oddał ukłon, po czym skinął na Lavransa 

i  chwilę  z  nim  rozmawiał.  Lavrans  wróciwszy  wkrótce  do  księdza  i 

[12]   Tomasz Becket (1118-1170) zamordowany przez króla Henryka II w katedrze 

w Canterbury, kanonizowany w 1173 r.

background image

dziewczynki rzekł:

–  Jestem  proszony  do  dworu  biskupiego  na  posiłek.  Jak  myślicie, 

panie Marteinie, czy mógłby ktoś ze służby opactwa odprowadzić dziecko 
do domu Farteina i powiedzieć tam moim ludziom, by Halfdan czekał tu 
na mnie z Guldsveinem podczas nieszporów?

Ksiądz odparł, że to się da zrobić. Wówczas wystąpił bosonogi mnich, 

który rozmawiał z Krystyną na schodach wieży, i pokłonił się:

– U nas w gospodzie jest człowiek, który i tak ma coś do załatwienia 

u szewca, on więc będzie mógł spełnić twoje polecenie, Lavransie synu 
Bjørgulfa.  Twoja  córka  zaś  może  mu  towarzyszyć  albo  też  zostać  w 
klasztorze aż do twego powrotu. Postaram się, aby dostała tam coś do 
jedzenia.

Lavrans podziękował i dodał:
– Przykro mi, bracie Edwinie, że będziecie musieli zająć się dzieckiem.
– Brat Edwin zaprasza do siebie wszystkie dzieci, które tylko mu się 

nawiną pod rękę – powiedział pan Martein i roześmiał się. – W ten sposób 
ma przynajmniej do kogo wygłaszać kazania.

Pewno,  przecież  nie  ośmieliłbym  się  kazać  przed  wami,  uczonymi 

panami  z  Hamaru  –  rzekł  mnich  z  uśmiechem  i  bez  urazy.  –  już  ja 
widocznie tylko do tego się nadaję, by wygłaszać kazania przed dziećmi i 
chłopami, ale przecież nie można młócącemu wołowi zawiązywać pyska.

Krystyna spojrzała prosząco na ojca; nic nie było jej milsze niż iść z 

bratem Edwinem. Lavrans podziękował i gdy tylko odszedł z księdzem 
za świtą biskupa, Krystyna ujęła mnicha za rękę i oboje skierowali się 
ku  klasztorowi,  złożonemu  z  grupy  drewnianych  zabudowań  i  jasnego 
kamiennego kościoła tuż nad wodą.

Brat Edwin ściskał nieco jej rękę, a gdy patrzyli na siebie, uśmiechali 

się oboje. Mnich był wysoki i chudy, lecz bardzo pochylony; głowa jego 
przypominała dziecku głowę starego żurawia: mała, o wąskiej, błyszczącej 

background image

łysej czaszce nad krzaczastym, białym wieńcem włosów osadzona była 
na długiej, cienkiej i pofałdowanej szyi. Nos także miał wielki i ostry jak 
dziób. Ale było coś jeszcze w jego podłużnej, wąskiej i pomarszczonej 
twarzy,  co  czyniło  dziewczynkę  spokojną  i  wesołą,  ilekroć  na  niego 
spojrzała. Stare, wyblakłe, niebieskie oczy były czerwono obrzeżone, a 
powieki brązowe i cienkie; tysiące fałd szły od nich promieniście, zwiędłe 
policzki z czerwoną siecią żyłek były poorane zmarszczkami, ciągnącymi 
się  do  małych  ust  o  wąskich  wargach,  ale  zdawało  się,  że  brat  Edwin 
stał  się  taki  pomarszczony  od  ustawicznego  uśmiechania  się  do  ludzi. 
Krystyna pomyślała, że nie zna nikogo, kto by wyglądał tak przyjaźnie 
i wesoło; było tak, jak gdyby nosił w sobie utajoną promienną radość, o 
której Krystyna się dowie, gdy tylko mnich zacznie mówić. Szli wzdłuż 
sadu, kilka owoców żółtych i czerwonych wisiało jeszcze na drzewach. 
Dwóch  braci  dominikanów  w  czarno-białych  habitach  zgarniało  w 
ogrodzie zwiędłą nać bobu.

Klasztor  wyglądał  jak  chłopski  dwór,  a  gospoda,  do  której  mnich 

zaprowadził Krystynę, przypominała ubogą izbę chłopską, tylko że stało 
w niej kilka łóżek. W jednym z nich leżał stary człowiek, przy ogniu zaś 
siedziała kobieta i przewijała niemowlę; obok niej stało dwoje starszych 
dzieci, chłopiec i dziewczynka.

Oboje, zarówno mężczyzna jak kobieta, uskarżali się, że nie dostali 

dotąd śniadania:

–  Nic  nam  nie  przynoszą  do  jedzenia,  możemy  tu  głodować,  a  ty, 

bracie Edwinie, uganiasz po mieście.

– Nie gniewaj się, Steinulfie – rzekł mnich. – Chodź tu i pokłoń się, 

Krystynko. Patrz, ta mała, ładna dziewczynka zostanie dziś tutaj i będzie 
z nami jadła.

Opowiedział  Krystynie,  że  Steinulf  wracając  z  jakiegoś  spotkania 

zachorował  i  zezwolono  mu  leżeć  w  gospodzie  klasztoru  zamiast  w 

background image

szpitalu, ponieważ tam mieszka jakaś jego krewna, taka zła, że nie mógł 
z nią wytrzymać.

– Już ja miarkuję, że macie dość trzymania mnie tutaj – mówił chłop. 

– Gdy stąd odejdziesz, bracie Edwinie, nie będzie nikogo, kto by miał 
czas mną się zająć, i na pewno oddadzą mnie znów do szpitala.

–  Zanim  skończę  moją  pracę  w  kościele,  będziesz  dawno  zdrów  – 

rzekł brat Edwin. – Wtedy twój syn przyjedzie i zabierze cię. – Wziął z 
ognia kociołek z ciepłą wodą i kazał Krystynie trzymać go, a sam umył 
Steinulfa.  Staremu  zaraz  poprawił  się  humor,  a  wnet  potem  przyszedł 
jakiś mnich przynosząc im jadło i picie.

Brat  Edwin  odmówił  modlitwę  przed  jedzeniem  i  usiadł  w  rogu 

łoża Steinulfa, by mu pomóc; Krystyna zaś przysiadła się do kobiety i 
karmiła  jej  chłopca,  był  bowiem  taki  maleńki,  że  nie  mógł  dosięgnąć 
misy z piwem i rozlewał trunek, ilekroć zanurzył w nim łyżkę. Kobieta 
była z Hadelandii, przybyła tutaj z mężem i dziećmi w odwiedziny do 
brata,  który  był  zakonnikiem  w  klasztorze.  Ale  wędrował  właśnie  po 
okolicznych gminach, utyskiwała więc bardzo, że musi tu teraz siedzieć 
i tracić czas.

Brat  Edwin  dobrotliwie  uspokajał  kobietę;  nie  powinna  mówić,  że 

traci czas w biskupim Hamarze, gdzie są wspaniałe kościoły i gdzie mnisi 
i księża odprawiają msze i śpiewają tam cały dzień, każdy o swej porze 
– a miasto jest takie piękne, piękniejsze jeszcze niż Oslo; a choć trochę 
mniejsze, to jednak tutaj każdy ma swój dom i ogród.

–  Szkoda,  żeś  tego  nie  widziała;  gdym  tu  przybył  na  wiosnę,  całe 

miasto było białe od kwiecia. A gdy potem zakwitły jeszcze jabłonie…

– Cóż mi z tego? – odburknęła kobieta. – Coś mi się widzi, że więcej 

tu świątobliwości niż świętości.

Mnich śmiał się i potrząsał głową. Pogrzebał w słomie swego łóżka 

i  wydobył  stamtąd  wielki  worek  z  jabłkami  i  gruszkami,  które  rozdał 

background image

dzieciom. Krystyna nigdy nie jadła tak wybornych owoców. Przy każdym 
kęsie sok spływał jej kątami ust.

Potem jednak brat Edwin musiał udać się do kościoła i zabrał z sobą 

Krystynę. Przeszli podwórze klasztorne i przez małe boczne drzwi dostali 
się do prezbiterium.

W kościele jeszcze budowano i w miejscu, gdzie schodziły się nawa 

podłużna i poprzeczna, stało rusztowanie. Biskup Ingjald kazał odnowić 
i upiększyć prezbiterium – opowiadał brat Edwin – jest bardzo bogaty 
i  całego  bogactwa  używa  na  zdobienie  kościołów  w  mieście.  Jest  on 
znakomitym  biskupem  i  dobrym  człowiekiem.  Bracia  dominikanie  w 
klasztorze  Św.  Olafa  są  też  poczciwymi  ludźmi,  prowadzą  czysty  tryb 
życia, są uczciwi i pokorni; jest to ubogi klasztor, ale brata Edwina przyjęto 
w  nim  gościnnie  i  pozwolono  mu  zbierać  datki  w  diecezji  hamarskiej, 
chociaż należy do konwentu franciszkanów w Oslo.

– A  teraz  chodź  ze  mną  –  powiedział  i  poprowadził  Krystynę  pod 

rusztowanie,  sam  zaś  wszedł  na  drabinę  i  poprawił  parę  dyli.  Potem 
znowu zszedł na dół, by pomóc dziecku wejść.

Nad  sobą  ujrzała  Krystyna  na  szarym  kamiennym  murze  dziwne, 

migające plamy świetlne, czerwone jak krew i żółte jak piwo, niebieskie, 
brązowe i zielone. Chciała się obejrzeć, ale mnich szepnął: – Nie spozieraj 
za siebie. – Gdy jednak stanęli już wysoko na rusztowaniu, ostrożnie ją 
odwrócił i Krystyna ujrzała zjawisko tak cudne, że aż jej dech zaparło.

Prawie  naprzeciw  niej,  na  południowej  ścianie  nawy  głównej, 

znajdował  się  obraz  tak  błyszczący,  jakby  zrobiony  był  z  cennych 
klejnotów.  Pstre  plamy  świetlne  na  ścianie  pochodziły  właśnie  od 
promieni płynących z obrazu; ona sama i mnich stali wśród tego blasku. 
Ręce jej były czerwone, jakby unurzane w winie, twarz mnicha złocista, a 
od jego ciemnej szaty odbijały ciemno barwy obrazu. Spojrzała na niego, 
jakby o coś pytała, ale on tylko skinął głową i uśmiechnął się.

background image

Wyglądało to tak, jak gdyby zaglądało się z bardzo daleka do nieba. 

Poza  kratą  z  czarnych  linii  poznała  powoli  samego  Pana  Jezusa  w 
drogocennym, czerwonym okryciu, Pannę Maryję w błękitnej niby niebo 
szacie, świętych mężów i dziewice w promiennych, żółtych, zielonych i 
fioletowych sukniach. Stali pod łukami i kolumnami jaśniejących domów, 
a konary i gałęzie wieńczyły cały obraz dziwnym, jasno zarysowanym 
listowiem.

Mnich pociągnął ją nieco dalej na brzeg rusztowania.
– Stań tutaj – szepnął – wówczas blask z płaszcza samego Chrystusa 

padnie na ciebie.

Z  kościelnej  nawy  płynął  ku  nim  słaby  zapach  kadzidła  i  zimnych 

kamieni.  Tam,  w  dole,  było  mroczno,  ale  promienie  słońca  przenikały 
przez  szereg  otworów  w  południowej  ścianie  nawy  głównej.  Krystyna 
zaczęła pojmować, że niebiański obraz jest czymś w rodzaju okna, gdyż 
wypełniał właśnie taki otwór. Inne otwory były puste lub też zamknięte 
rogowymi  szybami w  drewnianej oprawie.  Nadleciał ptaszek, usiadł  w 
jednym z otworów, poćwierkał trochę i odleciał, a z zewnątrz od strony 
prezbiterium dobiegał odgłos uderzeń metalu o kamień. Poza tym było 
zupełnie  cicho,  tylko  wiatr  podmuchiwał,  wzdychał  między  ścianami 
kościoła i znów się uspokajał.

– Tak, tak – rzekł brat Edwin i westchnął. – Takich rzeczy nie umieją 

robić u nas w kraju, wprawdzie w Nidaros też malują na szkle, ale to nie to 
samo. Daleko w południowych krajach, Krystyno, w wielkich katedrach 
mają obrazy na szkle tak ogromne jak bramy tego kościoła.

Krystynie przyszły na myśl obrazy w ich wiejskim kościółku. Był tam 

ołtarz św. Olafa i św. Tomasza z Canterbury, z wizerunkiem nad mensą i 
na relikwiarzu, ale te obrazy wydały jej się teraz mdłe i bez blasku.

Zeszli po drabinie i weszli do prezbiterium. Mensa była pusta i naga, 

na kamiennej płycie stały małe naczynka i miseczki z metalu, drzewa i 

background image

gliny, wokoło leżały rozrzucone dziwaczne małe noże i kawałki żelaza, 
pióra i pędzle. Brat Edwin objaśnił, że są to jego narzędzia; zajmuje się on 
malowaniem obrazów i rzeźbieniem cyboriów, także owe piękne obrazy 
stojące w stallach są jego dziełem. Mają one zdobić skrzydła ołtarza w 
kościele braci dominikanów.

Krystyna  przyglądała  się,  jak  mieszał  i  rozcierał  barwne  proszki  w 

małych  kamionkowych  miseczkach,  i  pomagała  mu  ustawiać  obrazy 
na  sztalugach  pod  ścianą.  Gdy  brat  Edwin  idąc  od  jednego  obrazu  do 
drugiego  nakładał  delikatne,  czerwone  linie  na  jasne  włosy  świętych 
mężów i dziewic, a włosy ich stawały się kręte i faliste, Krystyna szła tuż 
za nim, a mnich objaśniał, co malował.

Na  jednym  obrazie  siedział  Chrystus  na  złotym  krześle,  a  święty 

Mikołaj i święty Klemens stali obok pod jednym dachem. Po bokach zaś 
było przedstawione życie świętego Mikołaja. Z jednej strony siedział jako 
niemowlę na kolanach matki i odwracał się od podawanej mu piersi, gdyż 
już w kołysce był tak świątobliwy, że w piątki nie chciał ssać mleka więcej 
niż raz. Obok był obraz pokazujący, jak podkładał woreczek z pieniędzmi 
pod drzwi domu, gdzie mieszkały trzy dziewice tak biedne, że nie mogły 
dostać mężów. Widziała, jak uzdrowił dziecko rzymskiego rycerza i jak 
rycerz odpłynął w łodzi trzymając w ręku kielich z fałszywego złota. Za 
uzdrowienie dziecka ślubował świętemu Mikołajowi zloty kielich, który 
już od tysiąca lat był własnością jego rodziny. Ale teraz chciał oszukać 
świętego  i  dać  mu  zamiast  prawdziwego  kielicha  fałszywy.  Dlatego  to 
chłopiec z prawdziwym kielichem w ręku wpadł w morze. Lecz święty 
Mikołaj przeprowadził chłopca pod wodą bez żadnej szkody i wyniósł 
na brzeg właśnie w chwili, kiedy ojciec w kościele świętego składał jako 
ofiarę fałszywy kielich; wszystko to było na tym obrazie wymalowane 
złotem i najbarwniejszymi kolorami.

Na drugim obrazie siedziała Matka Boska z Dzieciątkiem na kolanach, 

background image

jedną ręką dotykało Dziecko podbródka Matki, w drugiej trzymało jabłko. 
Przy Nich stały święta Sunniva i święta Krystyna. Kołysały się wdzięcznie 
w biodrach, twarze ich były ślicznie białe i różowe, włosy miały złote i 
złote na nich korony.

Brat  Edwin  podparł  prawy  napięstek  lewą  ręką  i  wmalował  im  w 

korony liście i róże.

– Zdaje mi się, że ten smok jest za mały – rzekła Krystyna spoglądając 

na  obraz  świętej  imienniczki  –  nie  wydaje  mi  się,  aby  mógł  pożreć 
dziewicę.

– Tego, zaprawdę, nie mógłby uczynić – odparł brat Edwin. – Wcale 

nie był duży. Smoki i wszystko, co służy diabłu, tak długo jest wielkie, 
póki w nas samych gnieździ się strach. Lecz gdy człowiek całą mocą i 
zapałem  szuka  Boga,  tak  że  przeniknięty  zostaje  Boską  siłą,  wówczas 
kurczy się siła diabła, a jego narzędzia stają się małe i bezsilne; smoki i 
złe duchy maleją i nie są potężniejsze niż małe koboldy, koty albo wrony. 
Widzisz  przecie,  że  cała  góra,  w  której  przebywała  Sunniva,  jest  taka 
mała, że święta mogłaby ją unieść w pole swej szaty.

– Jak to, czy święta Sunniva i jej orszak nie mieszkały we wnętrzu 

góry, w jaskiniach? – spytała Krystyna. – Czy to nieprawda?

Mnich pokiwał głową i znowu się uśmiechnął:
– To jest i nie jest prawda, Krystyno. Tak zdawało się tym ludziom, 

którzy znaleźli święte szczątki. I prawdą jest, że tak zdawało się świętej 
Sunnivie i świętym mężom, gdyż byli oni pokorni i myśleli tylko o tym, 
iż pokusy świata silniejsze są niżeli grzeszni ludzie, przez myśl zaś im 
nie przeszło, że oni są silniejsi, bo nie są z ziemią związani. Gdyby to 
wiedzieli,  mogliby  unieść  wszystkie  góry  świata  i  jak  małe  kamienie 
powrzucać w morze. Nikt i nic nie może nam szkodzić, dziecko, prócz 
tego, czego się boimy i co kochamy.

–  Ale  jeśli  człowiek  nie  boi  się  ani  nie  kocha  Boga?  –  spytała 

background image

przerażona Krystyna.

Mnich położył rękę na jej złotych włosach, łagodnie odchylił główkę i 

spojrzał jej w twarz. Oczy miał szeroko otwarte i niebieskie.

– Nie ma człowieka, Krystyno, który by nie kochał i nie bał się Boga, 

ale  dlatego  że  serca  nasze  są  podzielone  między  miłość  Boga  a  strach 
diabła i miłość świata oraz ciała, stajemy się nędzni w życiu i śmierci. 
Gdyby bowiem człowiek nie czuł tęsknoty za Bogiem i obcowaniem z 
Nim,  wtedy  czułby  się  dobrze  i  w  piekle,  a  tylko  my  nie  moglibyśmy 
pojąć, iż znalazł tam to, czego serce jego pragnęło. Aniby go ogień nie 
parzył, gdyż nie tęskniłby za ochłodą, aniby nie czuł wężowych ukąszeń, 
gdyż obca by mu była tęsknota za ukojeniem.

Krystyna spojrzała w jego twarz; nie rozumiała nic z tego, co mówił. 

Brat Edwin ciągnął dalej:

–  Bóg  w  swym  miłosierdziu  widział,  jak  rozdarte  są  nasze  serca,  i 

zstąpił ku nam, i zamieszkał między nami, by samemu poczuć w żywym 
ciele pokusę diabła, kiedy ten wabi nas potęgą i świetnością, i groźbami 
świata,  w  rzeczywistości  jednak  daje  nam  razy,  szyderstwo  i  rany  od 
gwoździ na rękach i nogach. Tak więc wskazał nam drogę i objawił swoją 
miłość.

Spojrzał na zastygłą w powadze twarz dziewczynki, roześmiał się i 

mówił dalej innym zupełnie głosem:

–  A  wiesz,  kto  pierwszy  się  dowiedział,  że  Bóg  się  nam  urodził? 

Kogut. Ujrzał on gwiazdę, a że wtedy wszystkie zwierzęta znały łacinę, 
zawołał: „Christus natus est!”

Ostatnie słowa zapiał zupełnie jak kogut, tak że Krystyna roześmiała 

się w głos. I dobrze było móc się tak śmiać, gdyż uprzednio cała ta dziwna 
mowa brata Edwina ciążyła jej swoją uroczystością.

Mnich śmiał się również.
– Tak jest. Gdy zaś to wół posłyszał, począł ryczeć: „Ubi, ubi, ubi!” 

background image

Koza  zaś  zabeczała  i  rzekła:  „Betleem, Betleem, Betleem”.  A  owca 
poczuła taką tęsknotę, by ujrzeć naszą Bogarodzicę i Jej Syna, że zaraz 
zabeczała:  „Eamus, eamus!” Zaś  nowo  narodzone  cielątko,  leżące  na 
podściółce,  podniosło  się  i  stanęło  na  własnych  nogach.  „Volo, volo, 
volo” 
– powiedziało.

– Pewnie jeszcze nigdy o tym nie słyszałaś? Naturalnie, nie dziwię się 

temu. Wiem, że dzielnym i uczonym księdzem jest ów sira Eirik, którego 
tam macie u siebie, ale tego pewnie on sam nie wie, tego uczą tylko w 
Paryżu.

– A wy byliście w Paryżu? – spytała Krystyna.
–  Bóg  niech  cię  błogosławi,  Krystynko,  byłem  w  Paryżu  i  dużo 

wędrowałem po świecie, i wiedz, że diabła się boję, ale świat kocham i 
pożądam go jak głupiec. Lecz z całej mocy trzymam się krzyża – człek 
musi się go uczepić oburącz jak kociak deski w wodzie.

A  ty,  Krystyno,  co  powiedziałabyś  na  to,  by  ofiarować  te  twoje 

piękne  włosy  i  służyć  Najświętszej  Pannie  jak  te  oblubienice,  które  tu 
wyrysowałem?

– Nie ma innych dzieci u nas w domu – odrzekła Krystyna. – Pewnie 

więc wydadzą mnie za mąż. Matka ma już przygotowane skrzynie i wory 
z moją wyprawą.

– Tak, tak – mówił brat Edwin głaszcząc ją po czole. – Tak teraz ludzie 

robią  ze  swymi  dziećmi.  Naszemu  Panu  Bogu  poświęcają  córki,  które 
kuleją lub niedowidzą, są brzydkie i ułomne, albo też oddają Mu te dzieci, 
których dał im za dużo według ich mniemania. A potem dziwią się, że nie 
sami święci młodzieńcy i dziewice mieszkają w klasztorach.

Brat Edwin wziął ją z sobą do zakrystii i pokazał jej ułożone na półce 

księgi klasztorne, były w nich cudowne obrazki. Lecz gdy wszedł jeden z 
mnichów, brat Edwin rzekł, że szuka tylko oślego łba, by go odrysować. 
Potem sam nad sobą pokiwał głową:

background image

–  Widziałaś  moją  obawę,  Krystyno,  ale  oni  tu  w  klasztorze  tak 

strasznie  się  lękają  o  swe  księgi.  Gdybym  miał  prawdziwą  wiarę  i 
prawdziwą miłość, nie stałbym tak tutaj i nie okłamywał brata Aasulfa. 
Tak,  wtedy  mógłbym  wziąć  te  oto  skórzane  rękawice  i  powiesić  je  na 
promieniu słonecznym.

Poszła z mnichem znowu do gospody i dostała coś do jedzenia, poza 

tym przesiedziała dzień cały w kościele, przypatrywała się jego pracy i 
gawędziła z nim. I dopiero gdy przyszedł Lavrans, przypomnieli sobie o 
wiadomości, którą mieli przesłać do szewca.

Te dni w Hamarze zapamiętała Krystyna lepiej aniżeli wszystko inne, 

co się jej przytrafiło w długiej podróży. Wprawdzie Oslo było miastem 
większym od Hamaru, ale ponieważ już widziała jedno miasto handlowe, 
Oslo nie wydało się jej niczym osobliwym. Na Skog nie podobało się jej 
tak jak na Jørund, choć zabudowania były piękniejsze; rada była, że nie 
musi tam mieszkać. Dwór leżał na wzgórzu, w dole był fiord Botn, szary 
i smutny, z czarnymi lasami na przeciwległym brzegu, a poza domami 
niebo schodziło w dół aż ku wierzchołkom drzew. Nie było tu wysokich 
szczytów  górskich,  które  by  tak  jak  w  domu  unosiły  nad  człowiekiem 
niebo, czyniły je bliskim i tak ograniczały widok, że świat nie był ani za 
duży, ani za mały.

W  podróży  powrotnej  było  zimno;  rozpoczęli  ją  na  krótko  przed 

adwentem,  ale  gdy  ujechali  kawałek  w  górę  doliny,  spadł  już  śnieg. 
Musieli zatem wypożyczyć sanie i jechać nimi znaczną część drogi.

Ze sprzedażą dworu zaś rzecz się tak ułożyła, że Lavrans przekazał 

dwór  Skog  swemu  bratu  Aasmundowi  z  prawem  odkupu  dla  siebie  i 
swoich potomków.

background image

3

Na  wiosnę  po  powrocie  Krystyny  z  podróży  powiła  Ragnfrida 

córeczkę. Oboje rodzice bardzo życzyli sobie syna, ale wnet się pocieszyli 
i pokochali tkliwie małą Ulvhildę. Było to dziecko piękne i zdrowe, miłe, 
wesołe i ciche. Ragnfrida tak bardzo kochała tę córeczkę, że jeszcze w 
drugim  roku  sama  ją  karmiła  i  za  radą  siry  Eirika  nie  przestrzegała  z 
przesadną skrupulatnością postów i praktyk religijnych, dopóki dawała 
pierś dziecku. Dzięki temu, a także wskutek wielkiej radości, jaką miała z 
Ulvhildy, rozkwitła tak, iż nigdy przez wszystkie lata ich małżeństwa nie 
widział jej Lavrans tak wesołej, ładnej i przystępnej.

Krystyna także czuła, że wielkie szczęście spadło na nich dzięki tej 

małej, delikatnej siostrzyczce. Wprawdzie nigdy do tej pory nie myślała 
o  tym,  że  życie  na  ich  dworze  płynęło  tak  cicho  wskutek  ponurego 
usposobienia  matki.  Sądziła,  że  tak  być  musi,  iż  matka  ją  karci  i 
upomina, ojciec zaś bawi się z nią i żartuje. Teraz matka była dla niej 
o  wiele  łagodniejsza,  pieściła  ją  też  częściej,  dlatego  Krystyna  prawie 
nie zauważyła, że matka mniej ma czasu, by się nią zająć. Podobnie jak 
wszyscy kochała Ulvhildę i cieszyła się, gdy pozwolono jej nosić albo 
kołysać dziecko; potem zaś, gdy Ulvhilda zaczęła chodzić na czworakach 
i mówić, a Krystyna mogła się z nią bawić, było jeszcze weselej.

Tak  przeszły  trzy  dobre  lata  na  Jørund.  I  w  innych  sprawach  mieli 

szczęście.  Lavrans  dobudował  i  ulepszył  niejedno  na  dworze,  gdy  tu 
bowiem przybyli, budynki i stajnie były małe i stare. Gjeslingowie przez 
okres kilku pokoleń puszczali dwór w dzierżawę.

Potem, w trzy lata po urodzeniu się Ulvhildy, około białej niedzieli 

bawili u nich w gościnie Trond syn Ivara ze swą żoną Gudridą i trzema 
małymi synkami. Pewnego ranka dorośli siedzieli na ganku i rozmawiali, 

background image

dzieci zaś bawiły się na dziedzińcu. Lavrans rozpoczął budowę nowego 
domu i dzieci wspinały się po leżących belkach. Jeden z chłopców uderzył 
Ulvhildę, która się rozpłakała. Trond zszedł na dół, złajał syna, a Ulvhildę 
wziął na ręce. Była ona najpiękniejszym i najbardziej uroczym dzieckiem 
na świecie i wuj kochał ją bardzo, choć na ogół nie lubił dzieci.

W tej chwili od strony obory nadszedł pachołek ciągnący za sobą na 

postronku wielkiego czarnego byka. Dzikie i niesforne zwierzę wyrwało 
mu się z rąk. Trond uskoczył na stos belek, większe dzieci pognał przed 
sobą,  Ulvhildę  trzymał  na  ramieniu,  a  drugą  rękę  podał  najmłodszemu 
synowi.  Nagle  jedna  z  belek  wyśliznęła  mu  się  spod  nóg.  Upuścił 
Ulvhildę, belka zaś osunęła się za dzieckiem i zatrzymała na jego plecach.

Lavrans  błyskawicznie  skoczył  na  podwórze,  podbiegł  i  chciał 

podnieść belkę. Zwierzę rzuciło się na niego. Chwycił byka za rogi, ale ten 
powalił go na ziemię. Wówczas Lavrans złapał bestię za nozdrza, wstał i 
trzymał z całych sił, aż Trond się opamiętał, a ludzie, którzy tymczasem 
nadbiegli, ujęli byka.

Ragnfrida klęcząc usiłowała podnieść belkę; Lavrans mógł ją uchylić 

na tyle, że matce udało się wyciągnąć dziecko i wziąć na kolana. Małe 
stworzenie jęczało przeraźliwie, gdy je dotknięto, matka łkała głośno: – 
Żyje, Bogu niech będą dzięki, żyje!

Było cudem, że dziecko nie zostało całkiem zmiażdżone; belka upadła 

tak, że jeden jej koniec zatrzymał się na kamieniu w trawie. Gdy Lavrans 
znowu  się  podniósł,  krew  sączyła  mu  się  z  kątów  ust,  a  suknie  były 
rozdarte na piersi rogami byka.

Nadbiegła Tordis ze skórą w ręku i wraz z Ragnfrida ostrożnie ułożyła 

dziecko;  widoczne  było,  że  odczuwa  ono  za  najlżejszym  do  tknięciem 
nieznośne bóle. Matka i Tordis zaniosły dziewczynkę do zimowej izby. 
w  Krystyna,  blada  i  struchlała,  stała  na  stosie  belek.  Mali  chłopcy  z 
płaczem  przygarnęli  się  do  niej.  Wszyscy  dworscy  wybiegli  teraz  na 

background image

dziedziniec,  kobiety  płakały  i  zawodziły.  Lavrans  kazał  natychmiast 
osiodłać Guldsveina i jeszcze jednego konia, ale gdy Arne przyprowadził 
mu wierzchowca, którego miał dosiąść, zatoczył się i upadł. Polecił więc 
Arnemu,  by  sprowadził  księdza,  Halfdan  zaś  miał  jechać  do  pewnej 
znachorki  mieszkającej  nad  rzeką.  Krystyna  widziała  bladą  z  boleści 
twarz ojca, widziała, że krwawił, a jego szata cała była pokryta rudawymi 
plamami. Nagle wyprostował się, wyrwał topór jednemu z ludzi, podszedł 
do byka, którego wciąż jeszcze trzymano, rąbnął zwierzę toporem między 
rogi tak, że upadło na kolana, ale Lavrans rąbał dalej, aż trysnęła krew i 
mózg. Potem złapał go atak kaszlu i upadł na wznak. Trond i jeszcze jeden 
człowiek wnieśli go do domu.

Krystyna myślała, że ojciec umarł, krzyknęła przeraźliwie i pobiegła 

za nimi.

Wewnątrz,  w  zimowej  izbie,  ułożono  Ulvhildę  na  łożu  rodziców: 

wszystkie  poduszki  wyrzucono  na  podłogę,  by  dziecko  mogło  leżeć 
zupełnie płasko. Wyglądało, jak gdyby już leżało na marach. Ale jęczało 
głośno i bezustannie, a matka pochylona nad nim uspokajała je i głaskała 
szalejąc z żalu, że nie może pomóc.

Lavrans  leżał  na  drugim  łożu.  Teraz  wstał,  by  pocieszyć  żonę,  i 

zatoczył się po izbie. Ale ona zerwała się i krzyknęła:

–  Nie  dotykaj  mnie,  nie  dotykaj  mnie!  Jezu,  Jezu,  warta  jestem, 

byś  mnie  zabił  na  miejscu  –  nie  ma  końca  nieszczęściom,  które  ja  ci 
przynoszę…

– Czyżeś ty… Przecież nie jesteś temu winna – rzekł Lavrans i położył 

jej rękę na ramieniu. Wzdrygnęła się pod tym dotknięciem, jej jasnoszare 
oczy płonęły w chudej, ogorzałej twarzy.

– Ona myśli z pewnością, żem ja winien – rzekł szorstko Trond syn 

Ivara.

Siostra spojrzała nań z nienawiścią i odparła:

background image

– Trond wie, co mam na myśli.
Krystyna podbiegła do rodziców, lecz oboje odepchnęli ją od siebie, 

Tordis zaś, która nadeszła z kociołkiem gorącej wody, dotknęła lekko jej 
pleców i powiedziała:

– Idź do naszej izby, Krystyno, tutaj tylko zawadzasz.
Chciała opatrzyć Lavransa siedzącego na stopniu łoża, lecz rzekł, że 

to niepotrzebne.

– Ale czy nie moglibyście ulżyć nieco bólom Ulvhildy? Niechaj nam 

Bóg pomoże, przecież ona jęczy, że głaz by się wzruszył!

–  Nie  śmiemy  jej  tknąć,  zanim  nadejdzie  ksiądz  albo  znachorka 

Ingegjerda – rzekła Tordis.

W tej chwili wbiegł Arne i doniósł, że siry Eirika nie zastał w domu. 

Ragnfrida stała i łamała ręce.

– Wypraw posłańca po panią Aashildę, na Haugen – rzekła. – Niech 

już będzie, co chce, byleby ratować Ulvhildę.

Nikt nie zwracał uwagi na Krystynę. Usadowiła się na ławie, stojącej 

u wezgłowia łoża, podciągnęła kolana i oparła na nich głowę.

Miała wrażenie, że jakieś twarde dłonie ściskają jej serce. Posyłano po 

panią Aashildę! Matka nigdy nie wzywała pani Aashildy, nawet wówczas, 
gdy przy urodzeniu Ulvhildy była bliska śmierci, nawet wówczas, kiedy 
to  Krystyna  zapadła  na  ciężką  chorobę.  –  „To  czarownica”  –  mówili 
ludzie. Biskup w Oslo i kapituła odprawiali sąd nad nią, zasądziliby ją 
albo spalili, gdyby nie to, że pochodziła z wysokiego rodu, podobno była 
nawet siostrą samej królowej Ingebjörgi. Ludzie mówili, że otruła swego 
pierwszego męża, a pana Björna, którego teraz miała, zaczarowała; jest 
tak młody, że mógłby być jej synem. Miała dzieci, ale te nie troszczyły się 
nigdy o matkę; i tych dwoje ludzi ze szlachetnego rodu, Aashilda i Björn, 
żyło  po  stracie  całego  majątku w  małym  dworze  w  Dovre,  do  którego 
prowadzenia wystarczyłby jeden człowiek. Nikt ze znacznych rodów w 

background image

dolinie nie zadawał się z nimi, ale ludzie potajemnie szukali u nich rady, 
ba, biedniejsi otwarcie szli do Aashildy ze swymi troskami i kłopotami; 
mówili, że jest życzliwa, ale bali się jej.

Krystyna uważała, że matka, która ciągle się modli, powinna raczej 

wezwać na pomoc Boga i Matkę Boską. Sama próbowała się modlić – 
zwłaszcza do świętego Olafa, wiedziała bowiem, że jest dobry i pomógł 
już wielu ludziom w chorobie albo na rany, albo i na złamanie nogi. Ale 
nie mogła zebrać myśli.

Rodzice  zostali  sami  w  izbie.  Lavrans  położył  się  znowu  do  łoża, 

Ragnfrida siedziała pochylona nad chorym dzieckiem, od czasu do czasu 
ocierała mu czoło i ręce wilgotną chustką i zwilżała winem wargi.

Minął długi czas. Tordis zaglądała parokrotnie do izby chcąc pomóc, 

lecz Ragnfrida odsyłała ją za każdym razem. Krystyna płakała bezgłośnie 
i  modliła  się  w  duchu,  ale  ciągle  myślała  o  czarownicy  i  w  napięciu 
oczekiwała jej pojawienia się.

Nagle w ciszy zabrzmiały słowa Ragnfridy:
– Czy śpisz, Lavransie?
– Nie – odrzekł mąż. – Czuwam nad Ulvhildą. Bóg pomoże swemu 

niewinnemu  jagnięciu,  żono,  o  tym  nie  wolno  nam  wątpić.  Ale  czas 
upływa powoli, gdy się tak leży i tylko czeka.

–  Bóg  nienawidzi  mnie  –  rzekła  zrozpaczona  Ragnfrida  –  za  moje 

grzechy. Wierzę w to, że dzieciom moim dobrze się wiedzie tam, gdzie są, 
a teraz przyszła też godzina Ulvhildy. Lecz mnie Bóg odtrącił, gdyż serce 
moje jest wężowiskiem grzechu i nędzy.

Nagle ktoś otworzył drzwi. Wszedł sira Eirik, wyprostował wyniosłą 

postać i pozdrowił ich jasnym, głębokim głosem: – Bóg niechaj będzie z 
wami w tym domu.

Postawił szkatułkę z lekami na stopniu łoża, podszedł do ognia i ciepłą 

wodą polał sobie ręce. Potem wyciągnął z fałdów szaty krzyż i przeżegnał 

background image

nim wszystkie cztery kąty izby, mrucząc coś po łacinie. Po czym otworzył 
dymnik, by wpuścić światło do izby, podszedł do łoża i obejrzał Ulvhildę.

Krystyna strwożyła się, że mógłby ją znaleźć i wypędzić – mało co 

uchodziło  oczom  siry  Eirika. Ale  nie  dostrzegł  jej.  Wyjął  ze  szkatułki 
flaszeczkę, ulał troszkę płynu na płatek delikatnej wełny i położył go na 
ustach i nosie Ulvhildy.

– Zaraz będzie mniej cierpieć – rzekł. Podszedł do Lavransa i zbadał 

go każąc sobie opowiedzieć, w jaki sposób wydarzyło się nieszczęście. 
Lavrans miał dwa żebra złamane i uszkodzone płuco, ksiądz sądził jednak, 
że zranienie nie jest niebezpieczne.

– Ale Ulvhilda? – spytał stroskany ojciec.
– Powiem ci, gdy będę mógł ją obejrzeć – odrzekł ksiądz. – Musisz 

teraz  położyć  się  w  izbie  spichrza,  aby  ci,  którzy  ją  pielęgnują,  mieli 
więcej spokoju. – Zarzucił sobie ramię Lavransa na szyję, podniósł go 
i wyniósł z izby. Krystyna najchętniej wyszłaby za ojcem, ale nie śmiała 
się ruszyć.

Wróciwszy  sira  Eirik  nie  odezwał  się  do  Ragnfridy,  tylko  rozciął 

sukienkę Ulvhildy, która teraz ciszej jęczała i wyglądała na pogrążoną w 
lekkim śnie. Ostrożnie badał ciało i kończyny dziecka.

– Czy tak źle z moim dzieckiem, Eiriku, że nie masz żadnej rady i nic 

nie mówisz? – spytała ściszonym głosem Ragnfrida.

Ksiądz odparł cicho:
– Wygląda, jak gdyby miała całe plecy ciężko okaleczone, Ragnfrido. 

Nie  znam  tu  lepszej  rady,  jak  pozostawić  wszystko  Bogu  i  świętemu 
Olafowi, ja niewiele mogę tu zrobić. Matka rzekła porywczo:

– Módlmy się zatem. Wiesz dobrze, że Lavrans i ja damy wszystko, 

o co poprosisz. Nie będziemy niczego żałować, jeśli potrafisz wymóc u 
Boga, by Ulvhilda pozostała przy życiu.

– To byłby cud, gdyby wyżyła i wróciła zupełnie do zdrowia.

background image

– A czyż ty nie o cudach prawisz cały dzień? Czy myślisz, że na moim 

dziecku nie mógłby się ziścić cud? – rzekła jak poprzednio.

– To prawda – odparł kapłan – cuda się dzieją, ale Bóg nie wszystkich 

ludzi wysłuchuje; nie znamy Jego świętych postanowień. A czy nie wydaje 
ci się gorszym złem, by ta piękna dzieweczka żyła dalej jako ułomna lub 
kaleka?

Ragnfrida zaprzeczyła ruchem głowy i zawołała stłumionym głosem:
– Straciłam już tyle dzieci, księże, nie mogę jeszcze tego stracić!
– Zrobię, co będę mógł – odrzekł – i będę się modlić z wszystkich sił. 

Lecz ty, Ragnfrido, musisz spróbować wziąć na siebie krzyż, który ci Bóg 
nałożył.

Matka jęknęła:
– Żadnego z dzieci tak nie kochałam – jeśli i ono zostanie mi zabrane, 

serce mi pęknie.

– Niech cię Bóg wspiera, Ragnfrido córko Ivara – rzekł sira Eirik i 

potrząsnął głową. – Modlitwą i postami zamierzasz wymóc, co chcesz, na 
Bogu; czy dziwisz się tedy, że one ci nic nie pomogły?

Ragnfrida z przekorą popatrzyła na księdza i powiedziała:
– Posłałam po panią Aashildę.
– Tak, ty ją znasz, ja nie – rzekł ksiądz.
–  Nie  mogę  żyć  bez  Ulvhildy  –  mówiła  Ragnfrida  z  zawziętością. 

–  Jeśli  Bóg  mi  nie  chce  pomóc,  poszukam  rady  u  pani Aashildy  albo 
samemu diabłu się zaprzedam!

Zdawało  się,  że  kapłan  chce  jej  ostro  odpowiedzieć,  potem  jednak 

powściągnął się. Schylił się i dotknął kończyn maleństwa.

– Ma zimne nóżki i rączki – rzekł. – Musimy włożyć do łoża parę 

kamionek  z  ciepłą  wodą,  a  potem  nie  dotykajcie  jej  więcej,  póki  nie 
przybędzie pani Aashilda.

Krystyna usunęła się cicho na ławę i udawała, że śpi. Serce jej biło z 

background image

trwogi, niewiele rozumiała z rozmowy matki z sirą Eirikiem, ale pi ziła 
się okropnie i pojęła, że rozmowa ta nie była przeznaczona dla jej uszu.

Matka podniosła się, by przynieść kamionki, łkanie nią wstrząsało:
– Módl się za nas, siro Eiriku… mimo wszystko.
Po chwili wróciła z Tordis. Ksiądz wraz z kobietami zakrzątnął się 

koło Ulvhildy, przy czym znaleziono Krystynę i kazano jej wyjść.

Gdy  stanęła  na  dziedzińcu,  oślepiło  ją  światło.  Dopóki  siedziała 

w  wielkiej  izbie  zimowej,  zdawało  się  jej,  że  większa  część  dnia  już 
minęła, tymczasem domy były jasnoszare, a trawa lśniła niby jedwab w 
białym słońcu południa. Za złocistą siatką olszyny połyskiwała rzeka, jej 
jednostajny, rześki szmer napełniał powietrze. Tutaj bowiem, koło Jørund, 
płynęła  wartko  płaskim  korytem,  pełnym  wielkich  kamieni.  Ściany 
gór  wznosiły  się  w  błękitnym  oparze,  a  potoki  wezbrane  topniejącym 
śniegiem spadały w dolinę. Słodka, mocna wiosna wyciskała jej z oczu 
łzy żalu nad bezradnością, którą czuła wokół siebie.

Na dziedzińcu nie było żywej duszy, ale w izbie czeladnej słyszała 

głosy ludzi. Miejsce, w którym ojciec zabił byka, posypane było świeżą 
ziemią. Nie wiedziała, co z sobą począć, wsunęła się więc poza ścianę 
nowej  budowy,  wysokiej  dopiero  na  kilka  belek.  Tutaj  leżały  zabawki 
jej i Ulvhildy; zniosła je wszystkie do otworu między najniższą belką a 
podmurowaniem. W ostatnich czasach Ulvhilda chciała mieć wszystkie 
zabawki siostry i nieraz Krystyna gniewała się z tego powodu. Pomyślała, 
że gdy siostrzyczka wyzdrowieje, da jej wszystko, co posiada. Ta myśl 
nieco ją pocieszyła.

Przypomniała  sobie  mnicha  w  Hamarze;  on  był  pewny,  że  cud 

może się stać z każdym człowiekiem. Ale sira Eirik nie wierzył w to tak 
mocno, a rodzice także nie wierzyli, ona zaś przywykła największą wagę 
przypisywać ich zdaniu. Jakiś straszliwy ucisk spadł na nią, gdy po raz 
pierwszy przeczuła, że ludzie o tylu rzeczach mogą myśleć inaczej – i to 

background image

nie tylko źli bezbożnicy z jednej, a dobrzy z drugiej strony, ale również 
ludzie dobrzy, jak brat Edwin i sira Eirik, matka i ojciec; poczuła nagle, 
że i oni o wielu rzeczach myślą inaczej.

Późnym wieczorem Tordis znalazła Krystynę śpiącą w jakimś kącie 

i zabrała ją do siebie; dziecko od rana nic nie jadło. Tordis czuwała w 
nocy  razem  z  Ragnfridą  przy  Ulvhildzie,  Krystyna  zaś  spała  z  Jonem, 
mężem  Tordis,  i  jej  dwoma  małymi  synami,  Eivindem  i  Ormem,  w 
jednym łożu. Zapach ich ciał, chrapanie mężczyzny i miarowy oddech 
chłopców sprawiły, że Krystyna cichutko płakała. Jeszcze poprzedniego 
wieczora ułożyła się, jak co noc, z rodzicami i małą Ulvhildą do snu… 
Myślała o gnieździe, które ktoś zburzył i zniszczył, ją zaś wyrzucono z 
zacisznego  schronu  i  pozbawiono  opieki  grzejących  ją  skrzydeł.  I  tak 
płaczącą ukołysał sen, samotną i nieszczęśliwą między obcymi ludźmi.

Nazajutrz,  gdy  się  obudziła,  dowiedziała  się,  że  wuj  i  jego  orszak 

w gniewie opuścili dwór; Trond nazwał swą siostrę szaloną i obłąkaną 
kobietą, a szwagra niedołęgą i głupcem, który nigdy nie umiał poskromić 
żony.  Krystyna  poczerwieniała  ze  złości,  ale  zarazem  zawstydziła  się. 
Pojęła, że nieprzyzwoicie było ze strony matki wyganiać z dworu swych 
najbliższych krewnych. I po raz pierwszy wówczas zrodziła się w niej 
myśl, że w matce jest coś takiego, czego nie powinno być, i że różni się 
ona od innych kobiet.

Gdy tak stała zamyślona, podeszła do niej jedna z dziewek i poprosiła, 

by  udała  się  do  ojca  na  poddasze.  Kiedy  jednak  Krystyna  tam  weszła, 
zapomniała zajrzeć do ojca, gdyż naprzeciw otwartych drzwi siedziała – z 
twarzą w pełnym świetle – mała kobieta. I Krystyna domyśliła się, że to 
musi być czarownica, chociaż spodziewała się, że będzie ona wyglądała 
inaczej.

Wydawała się drobna i mała jak dziecko, siedziała bowiem w wielkim 

karle z oparciem, wniesionym dla niej na górę. Przed nią stał stół nakryty 

background image

najcieńszym, przejrzystym płótnem matki. Słonina i drób podane były na 
srebrnych półmiskach, wino w dzbanie z delikatnego drzewa, postawiono 
przed nią srebrny kubek ojca. Skończyła właśnie jeść i miała sobie wytrzeć 
małe, wąskie ręce najlepszym ręcznikiem matki. Ragnfridą stała przed nią 
i podawała jej wodę w mosiężnej misie. Pani Aashilda opuściła ręcznik na 
kolana, uśmiechnęła się do dziecka i rzekła jasnym, dźwięcznym głosem:

– Pójdź do mnie! Piękne są twoje dzieci, Ragnfrido – zwróciła się do 

matki.

Twarz  jej  była  cała  pomarszczona,  ale  biała  i  różowa  jak  twarz 

dziecka; zdawało się, że skóra w dotknięciu musi być delikatna i miękka. 
Usta miała czerwone i świeże jak młoda kobieta, a jej wielkie, żółtawe 
oczy gorzały blaskiem. Cienka biała chustka, spięta pod broda. klamrą, 
okalała  jej  twarz;  welon  z  miękkiej  granatowej  wełny  opadał  jej  na 
ramiona i jeszcze niżej na ciemną, dobrze leżącą suknię. Była smukła jak 
świeca i Krystyna raczej poczuła, aniżeli pomyślała, że nigdy dotąd nie 
widziała tak pięknej i dwornej kobiety, jak ta stara czarownica, z którą 
nikt z wielkich rodów w dolinie nie chciał się zadawać.

Pani  Aashilda  trzymała  rękę  Krystyny  w  swojej  miękkiej  dłoni 

i mówiła do niej przyjaźnie i żartobliwie, lecz Krystyna nie mogła ani 
głoski z siebie wydobyć. Przeto pani Aashilda zapytała śmiejąc się cicho:

– Jak sądzicie, czy ona się mnie boi?
–  Nie,  nie!  –  krzyknęła  omal  Krystyna.  Wtedy  pani  Aashilda 

roześmiała się głośno i rzekła do matki:

– Mądre ma oczy ta twoja córka i dobre, silne ręce; jak widzę, nie jest 

też zwyczajna próżnowania. Będziesz potrzebowała kogoś, kto pomógłby 
ci pielęgnować Ulvhildę, gdy mnie tu nie będzie. Pozwól zatem Krystynie 
pomagać mi, póki jestem we dworze, ma już przecież jedenaście lat.

Z  tymi  słowy  pani  Aashilda  odeszła,  a  Krystyna  chciała  pójść  za 

nią. Lecz Lavrans zawołał ją z łoża. Położono go płasko na plecach, z 

background image

poduszkami wepchniętymi pod zgięte kolana; pani Aashilda zarządziła, 
by tak leżał, wówczas rana w płucach prędzej się zagoi.

– To już wkrótce zdrowi będziecie? – spytała Krystyna.
Lavrans spojrzał na nią – nigdy dotychczas nie mówiła mu Krystyna 

„wy”. Potem odrzekł poważnie:

– Mnie nie grozi niebezpieczeństwo; gorsza sprawa z twoją siostrą.
– Tak – westchnęła Krystyna.
Chwilę jeszcze stała przed łożem. Ojciec nie odezwał się więcej, a 

Krystyna nie wiedziała, co rzec. A gdy Lavrans po chwili polecił, żeby 
zeszła na dół do matki i pani Aashildy, szybko wyszła i pobiegła przez 
dziedziniec do izby zimowej.

4

Większą część lata spędziła pani Aashilda na Jørund, toteż na dwór 

nieraz przybywali ludzie pytać ją o radę. Krystyna słyszała, jak sira Eirik 
mówi o tym z oburzeniem, i zdawało jej się, że rodzicom również jest to 
nie w smak. Ale starała się nie myśleć o tych sprawach, nie zastanawiała 
się także nigdy nad tym, co sama sądzi o pani Aashildzie, tylko ustawicznie 
była przy niej, niestrudzona w słuchaniu i przyglądaniu się jej.

Ulvhilda  wciąż  jeszcze  leżała  na  wznak  w  wielkim  łożu.  Jej  mała 

twarzyczka była biała aż po wargi, a pod oczami wystąpiły ciemne kręgi. 
Piękne, jasne, od dawna już nie myte włosy czuć było potem; stały się one 
spłowiałe,  gładkie,  bez  połysku,  przypominały  zwietrzałe  siano.  Miała 
zmęczoną i cierpiącą twarzyczkę i uśmiechała się słabo i boleśnie, kiedy 
Krystyna przysiadała się do niej i gawędziła z nią albo też pokazywała jej 
piękne podarunki, którymi obdarzali chorą rodzice oraz wszyscy krewni 
i przyjaciele z najdalszych stron. Były tam lalki, ptaki, zwierzęta, mała 

background image

szachownica,  ozdoby,  czepki  z  aksamitu  i  kolorowe  wstęgi.  Krystyna 
wszystko  razem  spakowała  do  skrzyneczki,  a  Ulvhilda  spozierała  na 
te  wspaniałości  poważnym  wzrokiem  i  z  wolna  wypuszczała  je  ze 
zmęczonych rąk.

Ale  ilekroć  zbliżała  się  ku  niej  pani  Aashilda,  twarz  dziewczynki 

rozjaśniała  się  radością.  Łapczywie  wypijała  orzeźwiające  i  usypiające 
napoje,  które  dla  niej  pani Aashilda  przygotowywała,  nie  skarżyła  się, 
kiedy  jej  dotykała,  i  leżała  szczęśliwa  nasłuchując,  gdy  pani Aashilda 
grała na harfie Lavransa i śpiewała; umiała śpiewać wiele pieśni, których 
ludzie z doliny nie znali.

Nieraz,  gdy  Ulvhilda  usnęła,  Aashilda  śpiewała  Krystynie. 

Opowiadała  czasem  o  swojej  młodości,  którą  spędziła  na  południu  z 
królem Magnusem, królem Eirikiem i ich małżonkami.

Pewnego  razu,  kiedy  siedziały  razem  i  pani  Aashilda  opowiadała, 

wyrwało się mimo woli Krystynie:

–  To  dziwne,  że  możecie  zawsze  być  taką  wesołą,  wy,  coście 

przywykli… – urwała i zaczerwieniła się.

Pani Aashilda popatrzyła z uśmiechem na dziecko.
– Masz pewnie na myśli, żem teraz odsunięta od tego wszystkiego? – 

Zaśmiała się cicho, potem rzekła: – Przeżyłam i ja piękne czasy, Krystyno, 
i nie jestem na tyle głupia, aby się skarżyć, że teraz muszę się zadowolić 
rozwodnionym  albo  kwaśnym  mlekiem,  ponieważ  wypiłam  już  piwo  i 
wino. Dobre dni mogą długo trwać, gdy człowiek rozważnie i ostrożnie 
obchodzi się z sobą i tym, co do niego należy; o tym wiedzą wszyscy 
rozumni ludzie i dlatego, jak mniemam, muszą oni zadowolić się tylko 
dobrymi dniami, gdyż najlepsze dni są drogie. Nazywają głupcem tego, 
kto marnotrawi ojcowską spuściznę, by użyć w młodych latach. O tym 
niechaj każdy sądzi wedle swego rozumu. Ja jednak tego dopiero zowie 
prawdziwym głupcem i półgłówkiem, kto żałuje potem swego postępku. A 

background image

dwukrotnym głupcem i osłem nad osłami jest ten, kto sądzi, że ujrzy koło 
siebie towarzyszy swych biesiad, gdy już zaprzepaścił całe dziedzictwo.

– Czy Ulvhilda życzy sobie czegoś? – spytała łagodnie Ragnfridy; ta 

bowiem poruszyła się niespokojnie nad łożem dziecka.

– Nie, śpi mocno – odrzekła matka i podeszła do ogniska ku Aashildzie 

i Krystynie. Stanęła z ręką opartą na żerdzi dymnika i popatrzyła w twarz 
pani Aashildzie.

– Tego Krystyna nie rozumie – powiedziała.
– To prawda – odparła pani Aashilda – ale także modlitw uczono ją, 

zanim je pojęła. Wtedy gdy potrzeba modlitwy albo rady, nie mamy już 
zwykle ochoty do nauki lub zastanawiania się.

Ragnfrida ściągnęła ciemne brwi. Jej jasne, głęboko osadzone oczy 

wyglądały jak jeziora leżące pod czarnym, lesistym zboczem – tak zawsze 
myślała Krystyna, gdy była maleńka, a może słyszała, że ktoś tak mówił. 
Pani  Aashilda  spozierała  w  jej  stronę  na  pół  uśmiechnięta.  Ragnfrida 
przysiadła na obrzeżeniu paleniska i gałęzią rozgarniała żar.

– Lecz ten, kto wymienił swoje dziedzictwo na najnędzniejsze rzeczy, 

a potem ujrzał skarb, za posiadanie którego dałby życie… Czy nie zdaje 
się wam, że takiego człowieka musi dręczyć własna głupota?

– Tam, gdzie jest kupno, może być i strata, Ragnfrido – rzekła pani 

Aashilda. – A ten, kto chce dać życie, musi się na to ważyć i baczyć, co 
zyskać może.

Ragnfrida  wyciągnęła  palącą  się  gałąź  z  żaru,  zdmuchnęła  ogień  i 

osłoniła ręką jarzący się koniec tak, że krwawo przeświecał między jej 
palcami.

– Ach, to są słowa, słowa, i tylko słowa.
– Niewiele też jest rzeczy, Ragnfrido, wartych, by je tak drogo okupić. 

By je okupić życiem.

– Są jednak – powiedziała matka gwałtownie. – Mój mąż… – szepnęła 

background image

prawie niedosłyszalnie.

Ragnfrido – rzekła pani Aashilda stłumionym głosem. – Tak sądziła 

niejedna dziewica, która pragnęła przykuć do siebie mężczyznę i dlatego 
poświęcała  swą  dziewiczość.  Ale  czyż  nie  czytałaś  o  młodzieńcach  i 
dziewicach,  którzy  ofiarowali  Bogu  wszystko,  co  posiadali,  i  szli  do 
klasztoru albo nago na pustynię, a potem żałowali tego? Tych zowią w 
świętych księgach głupimi. A chyba grzechem byłoby mniemać, że Bóg 
oszukał ich, gdy tak czynili.

Ragnfrida  długi  czas  siedziała  w  milczeniu.  Więc  pani  Aashilda 

odezwała się:

– Pójdź teraz, Krystyno, już czas, byśmy wyszły zbierać rosę, którą 

mamy jutro obmyć Ulvhildę.

Dziedziniec wydawał się w świetle księżyca to biały, to znów czarny. 

Ragnfrida poszła za nimi przez pastwisko aż do furty wiodącej do ogrodu 
warzywnego.  I  Krystyna,  strząsając  rosę  z  wielkich,  lodowatych  liści 
kapusty  i  przywrotnika do  srebrnego  kubka  ojcowskiego, widziała, jak 
matka, czarna i chuda, opiera się o furtkę.

Pani Aashilda  w  milczeniu  szła  obok  Krystyny.  Poszła  z  nią  tylko 

dlatego, by jej strzec, nie było bowiem bezpiecznie w taką noc puszczać 
dziecka  samego  w  pole. Ale  rosa  miała  większą  moc,  gdy  ją  zbierała 
niewinna dziewica.

Gdy  powróciły  do  furty,  matki  już  nie  było.  Krystyna  trzęsła  się  z 

zimna, gdy wręczała pani Aashildzie lodowaty kubek.

Pobiegła w mokrych trzewikach ku schodom na poddasze, na którym 

sypiała z ojcem. Już stawiała nogę na pierwszym stopniu, gdy z cienia 
ganku wysunęła się Ragnfrida. W ręku trzymała czarę z gorącym napojem.

– Zagrzałam ci trochę piwa, córko – rzekła matka.
Krystyna  radośnie  podziękowała  i  podniosła  czarkę  do  ust.  Nagle 

Ragnfrida spytała:

background image

– Krystyno… te modlitwy i wszystko, czego cię uczy pani Aashilda… 

nie ma w tym chyba grzechu albo czegoś bezbożnego?

– Nie sądzę – odparła Krystyna. – Ciągle powtarza się w nich imię 

Jezusa, Najświętszej Maryi Panny i świętych.

– Czegóż to cię nauczyła? – spytała znowu matka.
– O ziołach, i jak zarzekać cieknącą krew i brodawki, i nagniotki, i 

chorobę oczu, i mole w sukniach, i myszy w spiżarni. I które zioła musi 
się zbierać w słonecznym świetle, a które mają największą moc zebrane 
podczas  deszczu. Ale  modlitw  nie  wolno  mi  nikomu  powtórzyć,  gdyż 
stracą swoją moc – dodała szybko.

Matka  wzięła  próżną  czarkę  i  postawiła  ją  na  schodach.  I  nagle 

chwyciła  córkę  w  ramiona,  przycisnęła  mocno  do  siebie  i  całowała  ją. 
Krystyna czuła, że twarz matki jest gorąca i mokra.

– Oby cię Bóg i nasza Bogarodzica strzegli i uchowali przed wszelkim 

złem! Teraz twój ojciec i ja mamy już tylko ciebie, jedyną, której nie do 
tknął jeszcze nasz zły los. Droga ty moja – nie zapomnij nigdy, że jesteś 
największą radością twego ojca.

Ragnfrida  wróciła  do  zimowej  izby,  rozebrała  się  i  położyła  obok 

Ulvhildy. Otoczyła ją ramieniem, a twarz swą przysunęła tak blisko do 
twarzy dziecka, że czuła ciepło jego ciałka i ostry zapach potu wilgotnych 
włosów. Ulvhilda spała głęboko i spokojnie, jak zwykle po wieczornym 
trunku  pani  Aashildy.  Pachniało  oszałamiająco  rozsypaną  pod 
prześcieradłem macierzanką. Mimo to Ragnfrida długo leżała bezsennie, 
wpatrzona  w  małą  jasną  plamkę  na  pułapie,  w  miejscu  gdzie  zaglądał 
księżyc przez rogową szybkę dymnika.

W  drugim  łożu  leżała  pani Aashilda,  lecz  Ragnfrida  nie  wiedziała 

nigdy, czy ona śpi, czy też czuwa. Ani razu nie wspomniała o znajomości, 
jaka łączyła je w dawnych czasach – i to napełniło Ragnfridę przerażeniem. 
I nigdy jeszcze nie była tak boleśnie stroskana i pełna serdecznego lęku 

background image

jak teraz, chociaż już wiedziała, że Lavrans wróci do pełni sił, a Ulvhilda 
będzie żyła.

Widoczne było, że pani Aashilda znajduje przyjemność w rozmowie z 

Krystyną i z każdym dniem, który mijał, dziecko zaprzyjaźniało się z nią 
coraz bardziej.

Pewnego dnia wyjechały, by szukać ziół, i usiadły na zboczu góry, na 

małej  zielonej  łączce  pod  usypiskiem.  Mogły  stąd  widzieć  dziedziniec 
dworu  Formo  i  rozpoznać  czerwony  kaftan Arnego  syna  Gyrda,  który 
wyjechał wraz z nimi, i gdy one szukały ziół na górze, pilnował ich koni.

Wówczas to opowiedziała Krystyna pani Aashildzie o swym spotkaniu 

z karlicą. Długie lata nie pamiętała o tym wydarzeniu, ale teraz przyszło 
jej ono na myśl. I gdy mówiła, stało się jej dziwnie jasne, że między panią 
Aashilda  a  karlicą  jest  jakieś  podobieństwo  –  chociaż  przez  cały  czas 
zdawała sobie dobrze sprawę, że właściwie nie są wcale podobne.

Gdy skończyła, pani Aashilda siedziała chwilę w milczeniu i patrzyła 

w dolinę; wreszcie powiedziała:

– Mądrze zrobiłaś, żeś uciekła, bo wówczas byłaś jeszcze maleńka.
Ale czy słyszałaś o ludziach, którzy brali złoto ofiarowane im przez 

kar łów, a potem zaczarowywali gnoma w kamień?

– Słyszałam takie gadki – rzekła Krystyna – ale nie ośmieliłabym się 

nigdy tego uczynić. I nie wydaje mi się to piękne.

– Dobrze, gdy ktoś nie śmie zrobić tego, czego nie uważa za piękne 

– rzekła pani Aashilda ze śmiechem. – Ale co innego, gdy komuś rzecz 
jakaś wydaje się niepiękna, ponieważ nie ma odwagi jej uczynić. Urosłaś 
bardzo tego lata – dodała niespodziewanie. – Wiesz chyba sama dobrze, 
że wyrastasz na piękną dziewczynę.

– Tak – odrzekła Krystyna. – Mówią, żem podobna do ojca.
Pani Aashilda śmiała się cicho:
– Tak jest – i byłoby najlepiej dla ciebie, gdybyś ciałem i duszą wdała 

background image

się w Lavransa. Byłby to jednak grzech, gdyby cię wydano za mąż tu, w 
dolinie. Nie trzeba lekceważyć chłopskich zwyczajów i obyczajów, ale 
tutejsi chłopi mają się za tak dzielnych, iż sądzą, że jak Norwegia długa i 
szeroka nikt się z nimi równać nie może. Dziwią się za pewne okropnie, 
że mogę żyć i że mi się dobrze wiedzie, chociaż za mknęli drzwi swoje 
przede mną. Są leniwi i butni i nie chcą się uczyć nowych obyczajów, 
dlatego wciąż jeszcze zwalają całą winę na ów dawny spór z królestwem 
za  czasów  Sverrego

[13]

.  To  jest  kłamstwo,  twój  przodek  pojednał  się  z 

królem Sverrem i przyjmował dary od niego, ale gdyby twój wuj chciał 
wejść do świty naszego króla, musiałby się zewnętrznie i wewnętrznie 
odpowiednio przygotować, a na to jest Trond za leniwy. Ale ty, Krystyno, 
powinnaś być poślubiona człowiekowi, który posiada rycerskie zwyczaje 
i ogładę.

Krystyna siedziała i patrzyła na czerwone plecy Arnego na dziedzińcu 

Formo.  Ilekroć  pani  Aashilda  opowiadała  o  świecie,  w  którym  żyła 
przedtem,  Krystyna  wyobrażała  sobie  zawsze  –  nieświadoma  zresztą 
tego nawet – rycerzy i hrabiów podobnych do Arnego. Dawniej, gdy była 
całkiem mała, widziała ich zawsze w postaci ojca.

– Mój siostrzeniec, Erlend syn Mikołaja na Husaby, byłby stosownym 

małżonkiem  dla  ciebie  –  pięknie  wyrósł  ten  chłopak.  Siostra  moja 
Magnhilda odwiedziła mnie zeszłego roku, gdy przejeżdżała doliną razem 
z synem. Tak, tak, jego ty dostać nie możesz, ale chętnie rozpostarłabym 
nad wami zasłonę w waszym ślubnym łożu… Włosy jego są tak czarne, 
jak twoje są jasne, i ma cudne oczy. Ale o ile znam mojego szwagra, już 
on pewnie rozejrzał się za lepszym ożenkiem dla Erlenda.

– To ja nie jestem dobrym ożenkiem? – spytała zdumiona Krystyna. 

Nigdy  przez  myśl  jej  nie  przeszło  obrazić  się  o  coś,  co  mówiła  pani 

[13]   Sverre panował od (ok.) 1180 do 1202 r.; starał się o wzmocnienie władzy 

królewskiej przez ograniczenie praw możnowładców.

background image

Aashilda, lecz czuła się upokorzona i przygnębiona, że ta kobieta góruje 
czymś nad jej rodem.

– Ależ tak, dobrym – odpowiedziała tamta. – Lecz mimo to nie wolno 

ci nawet myśleć o tym, byś mogła wejść w mój ród. Twój praszczur tu, 
w  Norwegii,  był  wywołańcem  i  pochodził  z  obczyzny,  a  Gjeslingowie 
zasiedzieli się po swych dworach i zmurszeli już od tak dawna, że wkrótce 
nikt  poza  tą  doliną  nie  będzie  o  nich  pamiętał.  Lecz  ja  i  moja  siostra 
miałyśmy za mężów siostrzeńców królowej Małgorzaty córki Skulego

[14]

.

Krystyna  nawet  nie  pomyślała  o  tym,  że  to  nie  jej  przodek,  lecz 

jego  brat  przybył  do  Norwegii  jako  wywołaniec.  Siedziała  zapatrzona 
w ciemne zbocza gór po drugiej stronie doliny i przypominała sobie ów 
dzień  przed  laty,  kiedy  to  była  wysoko  na  hali  i  widziała,  ile  gór  leży 
między jej doliną a światem. Wtem odezwała się pani Aashilda, że muszą 
wracać, i kazała jej przywołać Arnego. Krystyna przyłożyła ręce do ust, 
pohukiwała i dawała znaki chustką, aż spostrzegła, że czerwona plama na 
dziedzińcu w dole poruszyła się i odpowiedziała.

W jakiś czas potem pani Aashilda wróciła na swój dwór, ale jesienią i 

z początkiem zimy przyjeżdżała niejednokrotnie na Jørund i pozostawała 
parę  dni  przy  Ulvhildzie.  Małą  wyjmowano  teraz  na  dzień  z  łoża  i 
próbowano stawiać na nogi, lecz wciąż jeszcze uginały się one pod nią. 
Drżała, była blada i zmęczona; gorset, który pani Aashilda sporządziła dla 
niej z końskiej skóry i cieniutkich gałązek wierzbowych, ciążył jej bardzo 
i  dziecko  najchętniej  spoczywało  cicho  na  kolanach  matki.  Ragnfrida 
trzymała zawsze małą w ramionach, tak że Tordis musiała teraz prowadzić 
całe gospodarstwo, a Krystyna na zlecenie matki była stale przy niej, by 
się uczyć i pomagać.

Krystyna  od  jednego  spotkania  do  drugiego  tęskniła  za  panią 

[14]   Żona Haakona Starego; jej ojciec poróżniwszy się z zięciem usiłował strącić 

go z tronu i zdobyć koronę Norwegii.

background image

Aashilda. Zdarzało się, że tamta rozmawiała z nią wiele, lecz kiedy indziej 
dziewczynka daremnie wyczekiwała na jakieś słowo prócz pozdrowienia, 
kiedy  tamta  przyjeżdżała  i  odjeżdżała.  Aashilda  siedziała  wówczas  i 
rozmawiała tylko z dorosłymi. Tak było zawsze, ilekroć towarzyszył jej 
mąż, gdyż zdarzało się teraz, że i Björn syn Gunnara przyjeżdżał z nią 
na  Jørund.  Pewnego  dnia  Lavrans  udał  się  do  Haugen,  chcąc  wręczyć 
pani  Aashildzie  podarunek  za  leczenie  Ulvhildy;  była  to  najlepsza 
spośród  wszystkich,  jakie  posiadali,  srebrna  konew  wraz  z  podstawą. 
Spędził  tam  noc  i  odtąd  bardzo  chwalił  ten  dwór.  Jest  ładny,  dobrze 
utrzymany i wcale nie taki mały, jak mówili ludzie, opowiadał. Wewnątrz 
i w zabudowaniach znać dobrobyt, a zwyczaje domowe są dworne jak 
u możnych ludzi z południa kraju. Co sądzi o Björnie, tego Lavrans nie 
mówił, ale przyjmował go dobrze, ilekroć tamten przybywał z żoną na 
Jørund. Natomiast niezmiernie polubił panią Aashildę i był zdania, że to, 
co  o  niej  opowiadano,  to  przeważnie  wierutne  kłamstwa.  Utrzymywał, 
że  przed  dwudziestu  laty  na  pewno  nie  potrzebowała  czarodziejskich 
sztuk,  by  przywiązać  do  siebie  mężczyznę,  gdyż  jeszcze  teraz,  bliska 
sześćdziesiątki, wygląda tak młodo i ma najmilsze, najbardziej ujmujące 
obejście.

Krystyna  wyczuwała,  że  matka  niechętnie  patrzy  na  to  wszystko. 

Bądź co bądź Ragnfrida nigdy nie mówiła o pani Aashildzie, ale kiedyś 
porównała Björna do żółtej, zgniecionej trawy, którą można znaleźć pod 
kamieniami, i Krystynie to porównanie wydało się trafne. Björn wyglądał 
dziwnie wyblakło, był dość otyły, blady i rozlany, choć niedużo starszy od 
Lavransa; widać było po nim jednak, że niegdyś był pięknym mężczyzną. 
Krystyna  nigdy  nie  zamieniła  z  nim  słowa;  mówił  mało  i  najchętniej 
siedział na jednym miejscu, od chwili gdy wszedł do izby, dopóki nie udał 
się na spoczynek. Pił niezmiernie wiele, choć nie znać było tego po nim, 
nic prawie nie jadł i od czasu do czasu, osłupiały i zamyślony, wlepiał w 

background image

kogoś w izbie swe dziwne, wyblakłe oczy.

Krewni  z  Sundbu  nie  pokazywali  się  od  czasu  nieszczęścia,  ale 

Lavrans był parę razy w Vaage. Natomiast sira Eirik nieraz przebywał na 
Jørund; spotykał się tu z panią Aashilda i zostali dobrymi przyjaciółmi. 
Ludzie uważali to za piękny rys księdza, ponieważ on sam był również 
dobrym  lekarzem.  Tu  tkwił  także  jeden  z  powodów,  dlaczego  ludzie 
z  wielkich  dworów  nie  udawali  się  po  radę  do  pani Aashildy,  uważali 
bowiem, że ksiądz jest dostatecznie dobry, a nie wiedzieli, jak się mają 
zachować  wobec  dwojga  ludzi,  jak  Björn  i Aashilda,  którzy  właściwie 
zostali usunięci z ich własnego kręgu. Sira Eirik nieraz mawiał, że jeśli 
o niego idzie, nie wchodzą sobie bynajmniej w drogę, a co do czarów, 
nie on jest jej spowiednikiem; może być, że pani Aashilda wie więcej, 
niż  dla  zbawienia  duszy  jest  potrzebne,  nie  wolno  jednak  zapominać, 
że  nieświadomi  ludzie  chętnie  mówią  o  czarach,  gdy  jakaś  kobieta 
mądrzejsza jest od ciemnego pospólstwa. Pani Aashilda ze swej strony 
chwaliła  księdza  bardzo  i  pilnie  uczęszczała  do  kościoła,  ilekroć  się 
zdarzało, że podczas święta bawiła na Jørund.

W  tym  roku  smutne  były  święta  Bożego  Narodzenia.  Ulvhilda  nie 

mogła jeszcze ustać na nogach, poza tym zaś z Sundbu nie przychodziły 
żadne wieści i nikt stamtąd się nie pokazywał. Krystyna zauważyła, że w 
gminie mówiono o tym i ojciec bierze sobie to bardzo do serca. Natomiast 
Ragnfrida pozostała obojętna i Krystyna miała jej to za złe.

Pewnego  wieczora  jednak  zajechał  w  wielkich  saniach  sira  Sigurd, 

kapelan Tronda Gjeslinga, i zaczął od zaproszenia wszystkich do Sundbu.

Sira Sigurd nie był lubiany w okolicznych gminach, on to bowiem 

zarządzał  posiadłościami  Tronda,  w  każdym  razie  jemu  przypisywano 
winę, gdy Trond postępował surowo i niesprawiedliwie. Trudno zaś było 
zaprzeczyć, że Trond gnębił trochę swych chłopów.

Jako ksiądz, Sigurd był niezwykle wprawny w pisaniu i rachowaniu, 

background image

nadto  był  uczonym  w  prawie  i  biegłym  lekarzem,  chociaż  nie  tak 
biegłym,  jak  sam  o  sobie  mniemał.  Z  jego  zachowania  się  nikt  jednak 
nie  mógł  wnosić,  że  ma  przed  sobą  mądrego  człowieka:  nieraz  mówił 
głupstwa. Ragnfrida i Lavrans nie cierpieli go, ale ludzie z Sundbu cenili 
bardzo swego kapelana i zarówno oni, jak i on sam byli dotknięci, że nie 
wezwano go do Ulvhildy.

W dodatku tak się nieszczęśliwie złożyło, że gdy sira Sigurd przybył 

na Jørund, byli tam już obecni Aashilda i pan Björn, nadto sira Eirik, Gyrd 
i Inga z Finsbrekken, rodzice Arnego, stary Jon z Lopt i brat Aasgaut, 
dominikanin z Hamaru.

Podczas  gdy  Ragnfrida  kazała  nakryć  dla  nowych  gości  stoły,  a 

Lavrans przeglądał listy przywiezione przez księdza, ten chciał obejrzeć 
Ulvhildę.  Ułożono  ją  już  na  nocny  spoczynek,  ale  sira  Sigurd  obudził 
małą obmacał jej plecy i kończyny i wypytywał ją najpierw przyjaźnie, 
potem niecierpliwie, gdyż się go bała. Sigurd był małym człowieczkiem, 
prawie karłem, miał jednak ogromną, płomieniście czerwoną twarz. Gdy 
chciał Ulvhildę podnieść i postawić na podłodze, aby wypróbować, czy 
się utrzyma na nogach, zaczęła krzyczeć. Wtedy pani Aashilda podeszła 
do łoża i przykryła dziewczynkę skórami, tłumacząc, że dziecko jest tak 
śpiące, iż nie mogłoby ustać na nogach, nawet gdyby było zdrowe.

Kapłan przerwał jej gwałtownie: on również uważany jest za dobrego 

lekarza; lecz pani Aashilda ujęła go za rękę, poprowadziła na poczesne 
miejsce za stołem i zaczęła opowiadać, jak leczyła Ulvhildę, wypytując 
go  przy  tym  o  zdanie.  Udobruchał  się  więc,  pił  i  zajadał  smakołyki 
Ragnfridy.

Ale  gdy  piwo  i  wino  uderzyło  mu  do  głowy,  popadł  sira  Sigurd 

znowu  w  zły  humor,  stał  się  swarliwy  i  zaczepny;  wiedział  dobrze,  że 
nikt z obecnych w izbie nie może go ścierpieć. Naprzód zwrócił się do 
Gyrda; był on pełnomocnikiem biskupa z Hamaru na Vaage i Sil, i wiele 

background image

było spornych spraw między biskupem a Trondem synem Wara. Gyrd nie 
mówił wiele, lecz Inga była kobietą popędliwą; w dodatku wmieszał się 
jeszcze do rozmowy brat Aasgaut i rzekł:

– Nie wolno ci zapominać, siro Sigurdzie, że nasz czcigodny ojciec 

Ingjald  jest  również  twoim  pasterzem.  My  w  Hamarze  wiemy  o  tobie 
niejedno. Mieszasz się we wszelkie sprawy na Sundbu i nie myślisz wcale 
o tym, żeś poświęcony innemu zawodowi i że nie tobie być szpiegiem 
Tronda i pomocnikiem we wszystkich niesłusznych poczynaniach, przez 
co duszę jego wiedziesz w nieszczęście i działasz na szkodę Kościoła. Czyś 
nigdy nie słyszał, co się dzieje z nieposłusznymi i niewiernymi księżmi, 
którzy sprzeciwiają się swoim ojcom duchownym i przełożonym? Czy nie 
wiesz, jak to razu pewnego aniołowie zaprowadzili świętego Tomasza z 
Canterbury do wrót piekła i pozwolili mu tam zajrzeć? Zdziwił się bardzo, 
że nie ujrzał tam ani jednego z tych księży, którzy mu się tak sprzeciwiali 
jak  ty  twojemu  biskupowi.  Właśnie  chciał  chwalić  miłosierdzie  Boga, 
ponieważ święty ów człowiek każdemu grzesznikowi życzył zbawienia, 
kiedy anioł poprosił diabła, by podniósł trochę ogon. Wówczas z potężnym 
hukiem i obrzydłym smrodem siarkowym wyjechali stamtąd wszyscy ci 
księża i uczeni, którzy szkodzili Kościołowi. Dowiedział się tedy święty, 
gdzie się to oni dostali.

–  Łżesz,  mnichu  –  rzekł  ksiądz.  –  Ja  też  znam  tę  gadkę,  ale  nie 

księża to byli, lecz żebrzący mnisi, którzy jak osy z gniazda wypadli z 
diabelskiego zadu.

Stary Jon śmiał się najgłośniej z wszystkich i wołał:
– Pewno i jedni, i drudzy tam byli!
– W takim razie diabeł musi mieć potężny ogon – rzekł Björn syn 

Gunnara, a pani Aashilda uśmiechnęła się i rzekła:

– Owszem, czyś nie słyszał, że wszystko złe ciągnie za sobą długi 

ogon?

background image

– Cicho bądź, Aashildo! – zawołał sira Sigurd. – Nie mów o długim 

ogonie, ciągnionym przez zło. Siedzisz tu, jak gdybyś tu była gospodynią, 
a nie Ragnfrida. Ale dziwne jest, że nie umiesz wyleczyć jej dziecka… 
Czy już nie posiadasz owej cudownej wody, którą swego czasu kupczyłaś? 
Tej wody, co to miała moc poćwiartowaną owcę w kotle uczynić znów 
całą, a kobietę w ślubnym łożu dziewicą? Słyszałem ja o owym weselu 
tu, w dolinie, na którym ty zgotowałaś kąpiel uwiedzionej narzeczonej…

Sira Eirik zerwał się, chwycił Sigurda za ramiona i rzucił go przez 

stół, tak że konwie i dzbany przewróciły się, a potrawy i napoje spłynęły 
po obrusach i deskach. Sira Sigurd leżał na podłodze w podartych szatach. 
Eirik przeskoczył stół i chciał się znowu rzucić na niego, rykiem głusząc 
ogólny hałas:

– Stul swój smrodliwy pysk, ty diabelski klecho!
Lavrans usiłował ich rozłączyć. Ragnfrida, blada jak śmierć, stała na 

swym miejscu i zaciskała ręce. Podbiegła pani Aashilda i pomogła wstać 
sirze Sigurdowi, otarła mu krew z twarzy i dała kubek miodu do wypicia 
mówiąc:

–  Nie  powinniście  być  tak  surowym,  siro  Eiriku,  byście  nie  mogli 

ścierpieć przy wieczerzy i piciu jakowegoś żartu. Usiądźcie wszyscy na 
swych miejscach, a posłyszycie o owym weselu. Nie odbywało się ono 
w tej dolinie ani też nie znałam owej wody; gdybym ją umiała warzyć, 
nie siedzielibyśmy tu w górach na maleńkim dworze. Mogłabym teraz 
być bogatą panią i mieć gdzieś posiadłość między wielkimi gminami w 
bliskości miasta, klasztorów, biskupów i kapituły – dodała z uśmiechem 
w  stronę  trzech  duchownych.  – Ale  w  dawnych  czasach  posiadał  ktoś 
tę  sztukę.  Rzecz  sama  zaś  zdarzyła  się  za  czasów  króla  Ingego

[15]

,  a 

narzeczonym  był  Piotr  syn  Lodina  z  Brattelandii.  Która  jednak  z  jego 

[15]   Król Inge – prawdopodobnie chodzi o Ingego syna Baarda, który panował w 

latach 1204-1217.

background image

trzech  żon  była  ową  narzeczoną,  tego  nie  powiem,  gdyż  żyją  jeszcze 
potomkowie wszystkich trzech. Owóż ta narzeczona miała pewno powód 
życzyć sobie tej wody; w istocie udało jej się ją zdobyć i przygotowała 
sobie  kąpiel  na  dole  w  warzelni  piwa.  Ale  zanim  jeszcze  zdążyła  się 
wykąpać,  weszła  tam  kobieta,  która  miała  zostać  jej  teściową.  Była 
zmęczona i brudna po długiej podróży na weselny dwór, więc rozebrała 
się i weszła do wanny. Była to stara kobieta, która już dziewięcioro dzieci 
miała z Lodinem. Ale tej nocy zarówno Lodin, jak i Piotr innych zaznali 
uciech, niż oczekiwali.

Ludzie w izbie roześmiali się w głos, a Gyrd i Jon prosili, by pani 

Aashilda więcej takich historii opowiedziała. Ale ona oświadczyła:

–  Tu  siedzą  dwaj  kapłani  i  braciszek  Aasgaut,  młodzi  chłopcy  i 

dziewczęta;  przestańmy  lepiej,  zanim  mowy  staną  się  nieprzyzwoite  i 
sprośne; pamiętajmy, że jest dzień świąteczny.

Mężczyźni  podnieśli  głośny  sprzeciw,  ale  kobiety  przytaknęły  pani 

Aashildzie.  Nikt  nie  zauważył,  że  Ragnfrida  opuściła  izbę.  Wkrótce  i 
Krystyna, która siedziała na szarym końcu pomiędzy dziewkami, musiała 
iść na spoczynek. Miała spać w izbie Tordis, gdyż było wielu gości we 
dworze.

Mróz był siarczysty, zorza polarna płonęła i migotała ponad czołami 

gór na północy. Śnieg skrzypiał głośno pod nogami Krystyny, gdy pędziła 
przez dziedziniec dygocąc z zimna, z rękami zaciśniętymi na piersiach.

Nagle spostrzegła w cieniu starego domu jakąś postać, która w wielkim 

podnieceniu chodziła tam i z powrotem po śniegu, załamując ręce i głośno 
jęcząc. Krystyna poznała matkę, podbiegła do niej przerażona i spytała, 
czy nie jest chora.

– Nie, nie – odparła gwałtownie Ragnfrida. – Musiałam tylko wyjść z 

izby. Idź, połóż się, dziecko.

Krystyna odwróciła się. Wówczas matka zawołała cicho:

background image

– Idź do izby i połóż się obok ojca i Ulvhildy, weź ją w ramiona, by 

jej przez nieuwagę nie przygniótł; ojciec śpi tak ciężko, gdy jest pijany. Ja 
będę tej nocy spać w starym domu.

– Jezu – rzekła Krystyna – zamarzniecie, matko, śpiąc tu na górze – 

jeszcze do tego sama. A co powie ojciec, gdy nie wejdziecie dziś w nocy 
do łoża?

–  Nie  zauważy  tego  –  odparła  matka  –  spał  już  niemal,  gdym 

odchodziła, a jutro zbudzi się późno. Idź i zrób, jak powiedziałam.

– Będzie wam okropnie zimno – rzekła Krystyna wzdrygając się, lecz 

matka odprawiła ją nieco już łagodniej, a sama zamknęła się w domu.

Wewnątrz  było  tak  samo  zimno  jak  na  dworze  i  ciemniuteńko. 

Ragnfrida  po  omacku  doszła  do  łoża,  zerwała  chustkę  z  głowy,  zdjęła 
buty i wsunęła się między skóry. Zdrętwiała między nimi; miała wrażenie, 
że się zapada w lodowiec. Schowała głowę pod skóry, skuliła nogi, a ręce 
położyła na piersiach, i tak leżała i płakała, chwilami cichutko zalewając 
się łzami, to znowu krzycząc głośno i zgrzytając zębami. Wreszcie ogrzała 
na tyle łoże dokoła siebie, że poczuła się senna, i wciąż płacząc usnęła.

5

Tego  roku,  kiedy  Krystyna  ukończyła  piętnaście  lat,  zmówili  się 

Lavrans syn Bjørgulfa i rycerz Andrzej syn Gudmunda z Dyfrina, że się 
spotkają  na  zjeździe  okręgu  Holledis.  Przy  sposobności  uradzono,  że 
Szymon,  drugi  syn Andrzeja,  zaręczy  się  z  Krystyną  córką  Lavransa  i 
otrzyma Formo, spadek po matce pana Andrzeja. Mężczyźni uderzeniem 
dłoni przypieczętowali sprawę, jednak żadnego dokumentu nie spisano, 
gdyż  pan Andrzej  musiał  przedtem  jeszcze  uporządkować  dziedzictwo 
reszty swych dzieci. Nie było też zwykłego poczęstunku zrękowinowego, 

background image

ale rycerz Andrzej i Szymon przybyli do Jørund, aby zobaczyć narzeczoną, 
i Lavrans wydał dla nich wielką ucztę.

Lavrans  wykończył  tymczasem  nowy  dom  mieszkalny  z  piętrem 

i  murowanymi  paleniskami  w  izbie  i  na  poddaszu,  wyporządził  go 
pięknie  i  ozdobił  bogato  struganymi  w  drzewie  rzeźbami  i  wszystkim 
innym.  Przebudował  też  stare  domostwo,  a  nadto  ponaprawiał  inne 
zabudowania, tak że mieszkał teraz, jak przystało na rycerza. Żył też w 
wielkim dostatku, gdyż przedsięwzięcia jego dawały pomyślne wyniki, 
a  był  gospodarzem  roztropnym  i  zapobiegliwym.  Słynął  zwłaszcza  z 
hodowli  najwspanialszych  koni  i  najpiękniejszego  bydła. A  gdy  dopiął 
tego, że córka jego miała poślubić syna dyfrińskiego rodu i zostać panią 
na Formo, zdawało się ludziom, że wprowadził w czyn swój zamysł, by 
być pierwszym mężem w dolinie. W istocie i on, i Ragnfrida byli bardzo 
zadowoleni, tak samo pan Andrzej i Szymon.

Krystyna  była  trochę  zawiedziona,  ujrzawszy  po  raz  pierwszy 

Szymona syna Andrzeja; słyszała bowiem tyle o jego piękności i dwornym 
obejściu, że spodziewała się Bóg wie czego.

Wprawdzie  Szymon  wyglądał  dobrze,  lecz  był  trochę  za  otyły  na 

swoich dwadzieścia lat. Szyję miał krótką, a twarz tak okrągłą i błyszczącą 
jak księżyc, włosy piękne, kasztanowe, kędzierzawe, oczy jasne i szare, 
ale trochę jakby nazbyt wciśnięte w głąb przez grube powieki; nos był 
za mały, usta również małe i nieco ściągnięte, lecz niebrzydkie. Mimo 
otyłości był lekki w ruchach, zgrabny i zwinny, zaprawiony do wszelkich 
ćwiczeń cielesnych. Mówił nieco zbyt głośno i szybko, lecz Lavrans był 
zdania, że w rozmowie ze starszymi Szymon wykazuje zdrowy rozum i 
sporo wiadomości.

Ragnfrida  wkrótce  polubiła  go  bardzo,  a  Ulvhilda  od  razu  gorąco 

pokochała. On również okazywał chorej dziewczynce serdeczną miłość i 
przyjaźń. I gdy Krystyna przyzwyczaiła się trochę do jego okrągłej twarzy 

background image

i  sposobu  mówienia,  była  bardzo  zadowolona  z  narzeczonego  i  rada  z 
wyboru ojca.

Panią  Aashildę  zaproszono  na  ucztę.  Odkąd  rodzina  na  Jørund 

ją  przyjęła,  zaczęły  także  inne  wielkie  rody  w  pobliskich  gminach 
przypominać  sobie  o  jej  pochodzeniu  i  mniej  wierzyć  w  rozsiewane 
pogłoski, tak że pani Aashilda dużo teraz bywała między ludźmi.

Kiedy zobaczyła Szymona, rzekła:
– Będziecie dobrym małżeństwem, Krystyno. Szymon będzie miał w 

świecie powodzenie, unikniesz wielu trosk i w pożyciu będzie on dobrym 
mężem. Ale jest trochę za tęgi i zbyt wesoły. Gdyby tutaj w Norwegii 
jeszcze teraz było tak, jak za dawnych czasów i jak jest dotychczas w 
innych  krajach,  że  ludzie  nie  patrzą  surowiej  na  grzesznika  niż  sam 
Bóg, wtenczas powiedziałabym, żebyś wybrała sobie przyjaciela, który 
byłby szczupły i zadumany, takiego, z którym mogłabyś przesiadywać i 
gawędzić. Wtedy wiedziałabym, że z nikim nie będzie ci się lepiej wiodło 
jak z Szymonem.

Krystyna zaczerwieniła się, choć niezupełnie pojęła, co ma na myśli 

pani Aashilda. Ale gdy czas mijał, a jej skrzynie napełniały się i mówiono 
o jej weselu i o tym, co miała wnieść z sobą do swego nowego domu, 
zaczęła  tęsknić  za  tym,  by  sprawa  została  ostatecznie  rozstrzygnięta  i 
by Szymon przyjechał znowu na północ; w końcu myślała o nim wiele i 
cieszyła się na spotkanie z nim.

Krystyna była teraz zupełnie dorosła i piękna. Podobna była do ojca, 

wysoka, o smukłej kibici, giętka i delikatna, ale mimo to pełna. Twarz 
miała nieco zaokrągloną i krótką, czoło niskie, szerokie i mlecznobiałe, 
oczy wielkie, szare i łagodne pod pięknie zarysowanymi brwiami. Usta, 
trochę  za  duże,  były  świeże,  czerwone  i  pełne,  podbródek  krągły  jak 
jabłko  i  foremny. Wspaniałe,  gęste  i  długie  włosy  miały  odcień  raczej 
brązowy niż złoty i były zupełnie proste.

background image

Lavrans lubił nade wszystko, gdy sira Eirik chwalił Krystynę; kapłan 

znał dziewczynę od dziecka, uczył ją czytać i pisać, i kochał ją bardzo. 
Ale  niechętnie  słuchał  Lavrans,  gdy  ksiądz  porównywał  jego  córkę  do 
nieskazitelnej młodej klaczy o jedwabistej sierści.

Wszyscy jednak byli zdania, że gdyby nie owo nieszczęście, Ulvhilda 

byłaby jeszcze piękniejsza od siostry. Miała ona najmilszą i najsłodszą 
twarzyczkę,  białą  i  różową  niby  lilie  i  róże,  a  jej  miękkie  jak  jedwab, 
jasnoblond  włosy  wiły  się  w  falistych  puklach  koło  delikatnej  szyi  i 
wąskich ramion. Miała oczy Gjeslingów; tkwiły głęboko pod prostymi, 
czarnymi łukami brwi, przejrzyste jak woda i szaroniebieskie, spojrzenie 
ich jednak było łagodne, nie ostre. Głos dziewczynki brzmiał tak czysto i 
mile, że rozkoszą było słuchać, gdy mówiła czy też śpiewała; była bardzo 
pojętna w nauce i sztuce gry na harfie i w szachy, nie miała jednak ochoty 
do fizycznej pracy, gdyż rychło odczuwała bóle w krzyżach.

Nie zanosiło się na to, by dziecko miało kiedykolwiek odzyskać pełne 

zdrowie. Nieco lepiej było jej od czasu, gdy rodzice udali się z nią do 
Nidaros, do świętego Olafa. Lavrans i Ragnfrida odbyli całą pielgrzymkę 
pieszo,  bez  pomocy  pachołka  lub  dziewki;  dziecko  nieśli  na  noszach 
między  sobą.  Po  pielgrzymce  Ulvhilda  poczuła  się  zdrowsza  i  mogła 
chodzić o kulach. Nie spodziewano się jednak, by wyzdrowiała na tyle, 
żeby móc wyjść za mąż, dlatego miano ją we właściwym czasie oddać do 
klasztoru wraz ze wszystkim, co przypadało jej w udziale.

Nigdy nie mówiono o tym i Ulvhilda sama nie spostrzegła, jak bardzo 

różni się od innych dzieci. Radowała się wielce kosztownymi rzeczami i 
ładnymi sukniami, a rodzice nie mieli serca odmówić jej czegokolwiek;

Ragnfrida wciąż przykrawała i szyła dla niej, i stroiła ją jak królewskie 

dziecię. Pewnego razu, gdy doliną ciągnęli kupcy i na noc zatrzymali się 
w Laugarbru, pozwolono Ulvhildzie obejrzeć ich towary; mieli oni sztukę 
jedwabiu bursztynowego koloru i Ulvhilda chciała koniecznie mieć taką 

background image

koszulę. Lavrans zwykle nie kupował niczego u wędrownych kramarzy, 
którzy  w  niedozwolony  sposób  kupczyli  po  dolinach  towarami,  ale 
tym razem zakupił całą sztukę. Z tego dał Krystynie na ślubną koszulę, 
którą sobie szyła tego lata. Dotychczas nie miała innych koszul oprócz 
wełnianych  i  jednej  płóciennej  pod  odświętną  suknię.  Lecz  Ulvhilda 
dostała  jedwabną  koszulkę  od  wielkiego  święta,  prócz  tego  zaś  na 
niedzielę płócienną, której górna część była z jedwabiu.

Lavrans  syn  Bjørgulfa  posiadał  teraz  także  Laugarbru;  rządzili 

tam  Tordis  i  Jon.  U  nich  to  przebywała  najmłodsza  córka  Lavransa 
i  Ragnfridy,  Ramborga,  karmiona  przez  Tordis.  Ragnfrida  zaraz  po 
urodzeniu córeczki nie chciała jej widzieć twierdząc, że przynosi swym 
dzieciom nieszczęście. Kochała jednak maleństwo i przesyłała zawsze jej 
i Tordis podarunki; potem chodziła też często na Laugarbru i zajmowała 
się  Ramborga.  Najchętniej  jednak  przychodziła,  kiedy  dziecko  spało,  i 
wtedy  siadała  przy  niej.  Lavrans  i  dwie  starsze  córki  często  bywali  na 
Laugarbru i bawili się z małą; była ona silnym i zdrowym dzieckiem, ale 
nie tak ładnym jak siostry.

Było to ostatnie lato, które Arne syn Gyrda spędzał na Jørund. Biskup 

obiecał Gyrdowi, że udzieli chłopcu poparcia, w jesieni zatem Arne miał 
udać się do Hamaru.

Krystyna wiedziała dobrze, że Arne bardzo ją lubi, była jednak jeszcze 

pod wieloma względami zbyt dziecinna, by wiele o tym myśleć, i odnosiła 
się do niego zawsze tak samo jak w dzieciństwie. Chętnie przebywała w 
jego towarzystwie i zawsze podawała mu rękę

[16]

, gdy tańczyli w domu 

albo na kościelnym wzgórzu. Wydawało jej się co najmniej śmieszne, że 
matka patrzy na to niechętnie. Nigdy jednak nie wspominała przed Arnem 
o  Szymonie  lub  o  swoim  małżeństwie,  gdyż  spostrzegła,  że  stawał  się 

[16]   Tańczono wówczas w korowodzie, który tworzy! zwykle zamknięte koło lub w 

braku miejsca wił się w wężowych skrętach.

background image

smutny, kiedy o tym mówiono.

Arne  był  bardzo  zręczny,  chciał  więc  sporządzić  dla  Krystyny  na 

pamiątkę stolik do szycia. Wystrugał pięknie półeczkę i stolik i teraz w 
kuźni  dorabiał  zamek  i  okucia.  Pewnego  pięknego  wieczora  u  schyłku 
lata  wybrała  się  Krystyna  do  niego.  Zabrała  z  sobą  kabat  ojca,  który 
miała wylatać, usiadła na kamiennym progu i rozmawiała z chłopakiem, 
zajętym w kuźni. Ulvhilda utykała o kuli wkoło niej i zbierała maliny na 
kamiennym wale.

Po  chwili Arne  stanął  w  drzwiach  kuźni,  aby  się  ochłodzić.  Chciał 

usiąść obok Krystyny, ale ona odsunęła się nieco i prosiła, by uważał i nie 
zawalał roboty leżącej na jej kolanach.

– Więc do tego już doszło – rzekł Arne – że nie pozwalasz mi usiąść 

obok siebie? Obawiasz się pewno, że chłopski syn mógłby cię zabrudzić?

Krystyna, zdumiona, spojrzała na niego, po czym rzekła:
– Wiesz przecie dobrze, co myślałam. Zdejm skórzany fartuch, obmyj 

ręce z sadzy, usiądź tu przy mnie i odpocznij – i zrobiła mu miejsce.

Arne jednak położył się na trawie przed nią. Wtedy powiedziała:
– Nie bądź taki zły, Arne. Czy może myślisz, że chciałam się okazać 

niewdzięczna za piękny dar albo że kiedykolwiek mogłabym zapomnieć, 
iż tutaj, w domu, byłeś moim najlepszym przyjacielem?

– Czy byłem nim naprawdę? – zapytał.
– Wszak wiesz o tym dobrze – powiedziała Krystyna. – I nigdy cię nie 

zapomnę. Ale teraz masz wyjechać w świat, może dojdziesz do dobrobytu 
i  godności  szybciej,  niż  myślisz,  i  zapomnisz  mnie  wcześniej  niźli  ja 
ciebie.

– Ty nigdy mnie nie zapomnisz? – rzekł Arne i uśmiechnął się. – To 

ja mam ciebie zapomnieć pierwszy niż ty mnie? O, jakie dziecko z ciebie, 
Krystyno.

– Ty też nie jesteś stary – odpowiedziała.

background image

–  Mam  tyle  lat  co  Szymon  Darre  –  rzekł  znowu.  –  I  nosimy  hełm 

i  tarczę  na  równi  z  ludźmi  z  Dyfrina,  tylko  że  moim  rodzicom  nie 
poszczęściło się.

Otarł ręce trawą, objął nogę Krystyny w kostce i przytulił twarz do 

jej stopy, wyzierającej spod rąbka sukni. Chciała usunąć nogę, lecz Arne 
rzekł:

–  Matka  twoja  jest  na  Laugarbru,  a  ojciec  wyjechał  ze  dworu  –  i 

siedzimy tak, że nikt z domów nie może nas widzieć. Ten jeden jedyny 
raz pozwól mi powiedzieć, co czuję w sercu.

Krystyna odparła:
– Przecież oboje, zarówno ty jak i ja, wiedzieliśmy przez cały czas, że 

miłość między nami byłaby beznadziejna.

– Czy wolno mi położyć głowę na twoim łonie? – spytał Arne, a gdy 

nie odpowiadała, zrobił to i ramieniem objął ją wpół. Drugą ręką ujął jej 
warkocze.

– Czy miło ci będzie – spytał po chwili – gdy Szymon tak położy się 

na twym łonie i będzie bawił się twoim włosami?

Krystyna nie odpowiedziała. Miała wrażenie, jakby nagle jakiś ciężar 

ją  przygniótł…  głowa Arnego  na  jej  łonie  i  jego  słowa…  Zdawało  jej 
się,  że  uchylają  się  wrota  w  jakąś  przestrzeń,  na  jakieś  ciemne  drogi, 
prowadzące w jeszcze większą ciemność; ze ściśniętym sercem i smutna 
wahała się i nie chciała zajrzeć poza nie.

– Czegoś takiego w małżeństwie się nie robi – powiedziała nagle z 

ulgą.

Usiłowała uprzytomnić sobie, jak by spoglądała ku niej okrągła, gruba 

twarz Szymona oczyma takimi jak oczy Arnego w tej chwili, przywołała 
jego głos i roześmiała się.

–  Szymon  zapewne  nigdy  nie  położy  się  tak,  by  bawić  się  moimi 

trzewikami.

background image

– Nie, on będzie mógł bawić się z tobą we własnym łożu – odrzekł 

Arne.

Słuchając  jego  głosu  poczuła  się  nagle  słaba  i  bezsilna.  Próbowała 

usunąć głowę chłopca ze swych kolan, on jednak wtulił ją mocniej jeszcze 
i mówił cicho:

– Ale  ja  pieściłbym  twoje  trzewiczki  i  twoje  włosy,  i  twoje  palce, 

Krystyno,  i  cały  dzień  byłbym  przy  tobie,  nawet  gdybyś  była  mi 
poślubiona i każdą noc spała w moich ramionach.

Usiadł, objął jej plecy i popatrzył w oczy.
– Nieładnie z twojej strony, że tak do mnie mówisz – rzekła Krystyna 

cicho i nieśmiało.

– Nie – odparł Arne. Podniósł się i stanął przed nią. – Ale powiedz mi 

jedno: czy nie wolałabyś raczej, abym to ja był?

– Ach, najbardziej wolałabym… – urwała. – Najbardziej wolałabym 

nie mieć męża… Jeszcze nie teraz.

Arne nie poruszył się, lecz rzekł:
– Chciałabyś raczej iść do klasztoru, jak przeznaczone jest Ulvhildzie, 

i całe życie pozostać dziewicą?

Krystyna oparła splecione ręce na łonie. Coś w niej zadrgało cudownie 

i  słodko  –  w  nagłym  wstrząsie  zdawała  się  pojmować,  jak  straszliwie 
szkoda jest małej siostry, oczy jej pełne były łez i żalu nad Ulvhildą.

– Krystyno – rzekł Arne cicho.
W  tej  chwili  Ulvhilda  krzyknęła  głośno.  Kula  jej  utkwiła  między 

kamieniami i dziewczynka upadła. Arne i Krystyna pobiegli do niej. Arne 
podniósł ją i złożył w ramionach siostry. Uderzyła się w wargi i silnie 
krwawiła.

Krystyna usiadła z nią w drzwiach kuźni, a Arne przyniósł drewnianą 

miseczkę z wodą. We dwoje obmyli twarz Ulvhildy. Mała zdarła sobie 
też skórę na kolanach. Krystyna pochyliła się pieszczotliwie nad wątłymi, 

background image

chudymi nożynami.

Skargi  Ulvhildy  wnet  umilkły,  płakała  tylko  cicho  i  boleśnie,  jak 

dzieci  nawykłe  do  cierpienia.  Krystyna  przytuliła  jej  głowę  do  piersi  i 
kołysała ją cicho.

W kościele Św. Olafa zaczął dzwonić dzwon na nieszpory.
Arne nalegał na Krystynę, ale ona siedziała pochylona nad siostrą, jak 

gdyby nic nie słyszała i nie widziała, aż się przeląkł i spytał, czy sądzi, że 
to coś niebezpiecznego. Krystyna potrząsnęła głową nie patrząc na niego.

Zaraz potem wstała i poniosła Ulvhildę do dworu. Arne kroczył za nią 

cichy i zmieszany. Krystyna szła jakby prześwietlona blaskiem, twarz jej 
była  zupełnie  nieruchoma.  Dzwon  wciąż  rozbrzmiewał  ponad  łąkami  i 
doliną; dzwonienie brzmiało jeszcze wtedy, gdy weszła do domu.

Położyła Ulvhildę do łoża, w którym spały obie, odkąd Krystyna była 

zbyt  dorosła,  by  spać  z  rodzicami;  zdjęła  trzewiki  i  położyła  się  obok 
siostry, i tak leżała zasłuchana w dźwięk dzwonu jeszcze długo potem, 
kiedy już umilkł i dziecko usnęło.

Kiedy dzwon zaczął dzwonić, a ona trzymała w dłoniach zakrwawioną 

twarz Ulvhildy, naszło na nią coś jakby objawienie. Jeśliby ona zamiast 
siostry  poszła  do  klasztoru,  jeśliby  ona  poświęciła  się  służbie  Boga  i 
Najświętszej Panny, może wtedy Bóg przywróciłby dziecku zdrowie.

Przyszły jej na myśl słowa brata Edwina, że w dzisiejszych czasach 

rodzice  poświęcają  Bogu  jedynie  dzieci  ułomne  i  chrome  albo  też  te, 
które nie mogą być dobrze wydane za mąż. Wiedziała, że jej rodzice są 
pobożnymi ludźmi, nigdy jednak nie było wątpliwości co do tego, że ona 
ma wyjść za mąż; a gdy zrozumieli, że Ulvhilda całe życie będzie chora, 
postanowili od razu oddać ją do klasztoru.

Ale Krystyna nie chciała… opierała się myśli, że Bóg uczyni cud z 

Ulvhildą,  gdy  ona  zostanie  mniszką.  Uczepiła  się  słów  siry  Eirika,  że 
teraz nie dzieją się już cuda. Chociaż czuła w ten wieczór, że jest tak, jak 

background image

mówił brat Edwin: jeśli człowiek posiada dość wiary, to wiara ta zdziała 
cuda. Lecz ona nie chciała mieć tej wiary, nie kochała na tyle Chrystusa i 
Jego Matki, i świętych, nie chciała ich nawet kochać. Kochała świat i za 
światem tęskniła.

Krystyna przycisnęła usta do jedwabistych włosów Ulvhildy. Dziecko 

spało mocno i starsza siostra uniosła się niespokojnie, lecz wnet położyła 
się z powrotem. Serce jej krwawiło ze wstydu i bólu, bo dobrze wiedziała, 
że nie chce wierzyć w cuda, ponieważ nie chce poświęcić swojego skarbu 
piękności, miłości i zdrowia.

Potem usiłowała się pocieszyć myślą, że przecież rodzice nie pozwolą 

jej  tego  uczynić.  Oni  też  nie  wierzą,  że  to  mogłoby  pomóc.  Była  już 
wszakże przyrzeczona i rodzice, którzy tak bardzo polubili Szymona, nie 
będą chcieli go stracić. Poczuła się obrażona, że oni uważają owego zięcia 
za takie cudo, i nagle pomyślała z odrazą o okrągłej, czerwonej twarzy 
Szymona,  o  jego  małych  śmiejących  się  oczach,  o  jego  podrygującym 
chodzie  –  niespodziewanie  odkryła,  że  skacze  jak  piłka  –  pomyślała  o 
jego żartobliwym sposobie mówienia, który sprawiał, że czuła się zawsze 
głupio  i  z  chłopska.  Nie  była  to  znowu  taka  wspaniałość  dostać  go  za 
męża, i do tego jeszcze musieć się przeprowadzić na Formo. A przecież 
wolała  już  raczej  wyjść  za  niego  aniżeli  poświęcić  się  klasztornemu 
życiu. Tam,  poza  górami,  był  świat  i  był  królewski  dwór,  byli  rycerze 
i hrabiowie, o których opowiadała pani Aashilda, i ów piękny człowiek 
ze smutnymi oczyma, który miał zawsze iść za nią i nie odstąpić jej na 
krok. Przypomniała sobie Arnego, jak w pewien letni dzień leżał i spał 
z rozrzuconymi na wrzosach kasztanowatymi, błyszczącymi włosami – 
wtedy kochała go jak brata. Nie było pięknie z jego strony tak do niej dziś 
przemawiać; wszak dobrze wiedział, że nigdy jej nie dostanie.

Z  Laugarbru  przybył  goniec  z  wiadomością,  że  matka  zostanie 

tam na noc. Krystyna wstała, aby się rozebrać i ułożyć do snu. Zaczęła 

background image

rozwiązywać suknię, ale potem obuła się znowu, wzięła okrycie i wyszła 
na dwór.

Nocne niebiosa, jasne i zielonawe, rozpinały się ponad pasmami gór. 

Było tuż przed wschodem księżyca i w miejscu, gdzie miał wynurzyć się 
spoza gór, ciągnęło kilka małych chmurek, od dołu srebrno obrzeżonych; 
niebo stawało się coraz jaśniejsze niby metal, na który spada rosa.

Krystyna biegła między opłotkami, potem drogą na kościelne wzgórze, 

kościół jednak stał czarny i zamknięty. Podeszła do krzyża, wystawionego 
obok na pamiątkę, że w tym miejscu odpoczywał święty Olaf uciekający 
przed wrogami

[17]

.

Uklękła na kamieniu i oparła złożone ręce na podnóżku krzyża.
–  Krzyżu  święty,  podporo  najsilniejsza,  pniu  najwdzięczniejszy, 

pomoście chorych do miłych brzegów zdrowia.

Słowa modlitwy sprawiły, że tęsknota rozpierzchła się, jak pierzchają 

koła na wodzie, myśli, które ją niepokoiły, wygładziły się, umysł stał się 
cichszy i łagodniejszy; na miejsce trosk wstąpił w nią ukojny, nieokreślony 
smutek.

Pozostała na klęczkach i nasłuchiwała głosów nocy. Wiatr wzdychał 

dziwacznie, poza drzewami z drugiej strony kościoła szumiała rzeka, a 
strumyk  płynął  wartko  tuż  obok  w  poprzek  drogi,  i  wszędzie,  blisko  i 
daleko, rozpoznawała w ciemności wzrokiem i słuchem strużki płynącej 
i cieknącej wody. Rzeka błyszczała daleko w dolinie. Księżyc wyśliznął 
się spoza zrębu gór, zalśniły zroszone liście i kamienie, słabo i ciemno 
rozbłysnęło  świeżo  smołowane  belkowanie  dzwonnicy  stojącej  przy 
częstokole  kościoła.  Potem  księżyc  znowu  się  ukrył  za  wystającym 
grzbietem góry. Teraz było na niebie wiele białych, nasyconych światłem 
chmur.

[17]   W 1028 r. podczas buntu pogan w Norwegii i najazdu Duńczyków pod wodza 

Kanuta Wielkiego.

background image

Posłyszała powolne stąpanie konia w górze na drodze, jakieś głosy 

męskie  mówiły  jednostajnie  i  cicho. Tu,  u  siebie,  gdzie  znała  każdego 
człowieka, nie obawiała się nikogo; poczuła się pewniejsza.

Psy ojca pognały ku niej, zawróciły i pobiegły z powrotem między 

drzewa,  potem  znów  popędziły  w  jej  stronę,  a  ojciec,  wyszedłszy 
spomiędzy brzóz, powitał ją głośnym pozdrowieniem. Prowadził za uzdę 
Guldsveina, do siodła przytroczony był pęk ubitych ptaków, a na lewej 
ręce  niósł  Lavrans  sokoła  w  kapturze  na  głowie.  Szedł  z  nim  wysoki, 
pochylony człowiek w mniszym habicie i zanim jeszcze Krystyna ujrzała 
jego twarz, wiedziała, że to brat Edwin.

Poszła tedy na jego spotkanie wcale nie zdziwiona, jak gdyby jej się 

to śniło; uśmiechnęła się tylko, kiedy Lavrans spytał, czy poznaje gościa.

Lavrans spotkał go w górze przy moście na Rost i nakłonił, by z nim 

powrócił i przenocował we dworze. Lecz brat Edwin chciał koniecznie 
nocować w stajni. – Jestem taki zawszony – powiedział – nie możecie 
mnie położyć w waszym czystym łożu.

I jakkolwiek Lavrans prosił i nalegał, mnich nie odstąpił od swego; 

zrazu chciał nawet, by mu wyniesiono jedzenie na dziedziniec. Wreszcie 
udał się jednak z nimi do izby. Krystyna przyłożyła drew do paleniska 
w kącie i postawiła na stole świecę, podczas gdy jedna ze sług wniosła 
jedzenie i picie.

Mnich zasiadł na żebraczej ławie koło drzwi, jadł tylko zimną kaszę i 

pił wodę. A gdy Lavrans zaofiarował się, że każe przygotować mu kąpiel 
i wyprać odzież, nie chciał tego przyjąć.

Brat  Edwin  tarł  się  i  drapał,  a  cała  jego  chuda,  stara  twarz  była 

roześmiana.

– Nie, nie – rzekł – to lepiej kąsa moją dumną skórę niż biczowanie i 

słowa gwardiana. To lato spędziłem w górach pod jakąś skałą. Pozwolono 
mi  wyjść  na  pustynię,  by  modlić  się  i  pościć,  siedziałem  tedy  tam  w 

background image

górze i zdawało mi się, że jestem jakimś świętym pustelnikiem. Biedacy 
z  doliny  Setny  przynosili  mi  na  górę  żywność  i  sądzili,  że  mają  przed 
sobą prawdziwie pobożnego i czystego mnicha. „Bracie Edwinie – ma 
wiali – gdyby wielu było takich mnichów jak ty, wnet bylibyśmy lepsi, ale 
gdy widzimy, jak się księża, biskupi i mnisi żrą i kłócą między sobą jak 
prosiaki nad korytem…” Mówiłem im wprawdzie, że to niechrześcijańskie 
gadanie, ale słuchałem tego chętnie i śpiewałem, i modliłem się, aż echa 
brzmiały w górach. Nic więc nie szkodzi, że teraz czuję, jak wszy żrą 
się i tarmoszą po mojej skórze, i słyszę, jak dobre gospodynie, chcące 
zachować ład i czystość w izbach, krzyczą, że ten parszywy mnich może 
przespać się latem w stodole. Idę na północ, do Nidaros, na uroczystość 
świętego Olafa, i dobra to będzie dla mnie nauka, gdy zobaczę, że ludziom 
wcale tak bardzo na tym nie zależy, aby się ze mną stykać.

Ulvhilda zbudziła się. Lavrans podszedł ku niej, wziął ją w ramiona i 

otulił swym okryciem.

–  Oto  dziecko,  o  którym  wam  opowiadałem,  drogi  ojcze.  Połóżcie 

na nie ręce i módlcie się do Boga za tę małą dziewczynkę, tak jak się 
modliliście za chłopca z Meldal, o którym nam mówiono, że wrócił do 
zdrowia.

Mnich delikatnie ujął Ulvhildę za podbródek i spojrzał jej w twarz. 

Potem podniósł jej rączkę i ucałował.

– Raczej wy się módlcie, twoja żona i ty, Lavransie synu Bjørgulfa, 

byście się oparli pokusie i nie usiłowali krzyżować zamiarów Boga co do 
tego dziecka. Nasz Pan Jezus sam postawił jej nóżki na owej ścieżce, po 
której krocząc dziecko może najpewniej wejść w dom pokoju – widzę to 
po twych oczach, szczęśliwa Ulvhildo, że orędownicy twoi nie z tego są 
świata.

– Chłopiec z Meldal ozdrowiał, jak słyszałem – szepnął Lavrans.
–  Był  on  jedynym  synem  ubogiej  wdowy  i  gdyby  go  straciła,  nie 

background image

miałby jej kto odziewać i żywić, chyba gmina. A przecież kobieta modliła 
się  jedynie  o  nieustraszoną  wiarę,  że  Bóg  tak  uczyni  z  chłopcem,  jak 
będzie uważał za słuszne. I nic innego tam nie zdziałałem, tylko o to samo 
modliłem się wraz z matką.

– Niełatwo jest Ragnfridzie i mnie tym się zadowolić – rzekł Lavrans. 

– Zwłaszcza że dziecko jest takie piękne i miłe.

– A widziałeś owo dziecko w dole na Lidstad? – spytał mnich. – Czy 

chciałbyś raczej, by twoja córka tak wyglądała?

Lavrans wzdrygnął się i przytulił małą do siebie.
– Czy nie sądzisz – ozwał się znowu brat Edwin – że w oczach Boga 

jesteśmy  wszyscy  jak  dzieci,  których  On  musi  żałować,  tak  bardzo 
zniekształceni  jesteśmy  grzechami.  A  przecież  nie  myślimy,  by  nam 
najgorzej było na świecie.

Zbliżył  się  do  obrazu  Matki  Boskiej  na  ścianie  i  wszyscy  uklękli, 

gdy  odmawiał  pacierz  wieczorny.  Uważali,  że  dobrze  ich  brat  Edwin 
pocieszył.

Ale kiedy wyszedł z izby wyszukać sobie jakieś legowisko do spania, 

Astrida,  najstarsza  ze  sług,  zamiotła  starannie  izbę  w  miejscu,  gdzie 
mnich stał, i zmieciony kurz prędko wrzuciła do ognia.

Nazajutrz  Krystyna  wstała  raniutko,  zaczerpnęła  kaszy  gotowanej 

na  mleku  do  czary  z  pięknie  opalonej  karpiny,  wzięła  placek  pszenny 
–  wiedziała  bowiem,  że  mnich  nie  tyka  nigdy  mięsa  –  i  wyniosła  mu 
jedzenie. Wszyscy we dworze spali jeszcze.

Brat  Edwin  stał  koło  stajni  z  kijem  i  sakwą,  gotów  do  drogi;  z 

uśmiechem podziękował Krystynie za jej trud, siadł na trawie i spożywał 
kaszę, a Krystyna siedziała u jego nóg.

Jej mały, biały piesek przybiegł do niej w podskokach, aż zadzwoniły 

dzwoneczki na obroży. Wzięła go na kolana, a brat Edwin prztykał palcami 
przed jego mordką, rzucał mu małe kęsy placka i chwalił go bardzo.

background image

– To jest odmiana, którą królowa Eufemia wprowadziła do kraju – 

rzekł. – Dostojnie jest tu u was na Jørund, pod każdym względem.

Krystyna pokraśniała z radości; wiedziała dobrze, że pies uchodzi za 

osobliwość, i dumna była z jego posiadania. Poza nią nie było nikogo w 
dolinie, kto by miał takiego pieska. Lecz nie wiedziała, że jest tej samej 
rasy co ulubieńcy królowej.

– Przysłał mi go Szymon syn Andrzeja – rzekła i przycisnęła pieska do 

siebie, on zaś lizał jej twarz. – Nazywa się Kortelin.

Miała  zamiar  mówić  z  mnichem  o  swoich  niepokojach  i  prosić  go 

o  radę.  Teraz  jednak  odeszła  ją  ochota  do  zajmowania  się  myślami  z 
poprzedniego wieczora. Wszak brat Edwin sądził, że Bóg pokieruje jak 
najlepiej losem Ulvhildy. Poza tym Szymon ładnie postąpił przesyłając 
jej tak piękny podarunek jeszcze przed zrękowinami. O Arnem zaś nie 
chciała myśleć – zdawało się jej, że nie postąpił względem niej właściwie.

Brat Edwin wziął kij i sakwę i prosił Krystynę, by pozdrowiła ludzi 

śpiących jeszcze w izbie; nie chciał czekać, aż wstaną, wolał iść, dopóki 
jest chłodno. Odprowadziła go poza kościół i kawałek przez las.

Kiedy  się  rozstawali,  pożegnał  ją  życzeniem  pokoju  Bożego  i 

błogosławieństwem.

– Ostawcie mi jakieś słowo, tak jakeście zostawili Ulvhildzie, drogi 

ojcze – prosiła Krystyna. Stała i trzymała jego rękę.

Mnich przesuwał nagą, wykrzywioną przez artretyzm stopę po trawie:
–  Chcę  ci  tedy  rzec,  córko,  byś  dobrze  baczyła,  jak  Bóg  wszystko 

tu w dolinie obrócił dla dobra ludzi. Niewielkie tu padają deszcze, ale 
dał On wam wodę z gór, byście ją kierowali na wasze pola, a rosa co 
noc odświeża łąki i rolę. Dziękuj Bogu za dobre dary, które ci dał, i nie 
skarż się, jeżeli sądzisz, że ci czegoś brak. Masz piękne, jasne włosy, nie 
martw się tym, że nie są kędzierzawe. Czyś nie słyszała o owej kobiecie, 
która płakała, bo miała tylko mały kawałek słoniny dla swych siedmiorga 

background image

głodnych  dzieci  na  ucztę  wigilijną?  Święty  Olaf  przejeżdżał  właśnie 
tamtędy; położył rękę na misie i prosił Boga, by nakarmił biedne robaki 
Ale gdy wdowa ujrzała, że na stole leży ubity wieprzak, zaczęła płakać, 
bo nie posiadała dość garnków i mis.

Krystyna  pobiegła  do  domu,  a  Kortelin  plątał  się  koło  jej  nóg, 

chwytał  poszczekując  rąbek  jej  sukni  i  dzwonił  wszystkimi  srebrnymi 
dzwoneczkami.

6

Ostatnie dni przed wyjazdem do Hamaru spędził Arne na Finsbrekken; 

matka i siostry szyły dlań odzież.

W przeddzień wyjazdu przybył na Jørund, by się pożegnać. Przy tym 

zdołał szepnąć Krystynie, czy nie chciałaby spotkać się z nim nazajutrz na 
drodze biegnącej na południe do Laugarbru.

– Tak bardzo chciałbym, byśmy się jeszcze na ostatek mogli widzieć 

sami – prosił. – Czy wydaje ci się, że proszę o zbyt wiele? Wyrośliśmy 
przecież jak rodzeństwo – nalegał, bo Krystyna ociągała się z odpowiedzią.

Przyrzekła więc, że przyjdzie, jeśli będzie mogła wyjść z domu.
Nazajutrz rano spadł śnieg, ale w ciągu dnia zaczął kropić deszcz i 

wnet łąki rozmokły i roztajały. Strzępy mgły błąkały się po pasmach gór, 
od czasu do czasu opadały i skupiały się w wielkie, białe kłęby u ich stóp, 
wtedy pogoda znów się pogarszała.

Nadszedł  sira  Eirik,  by  pomóc  Lavransowi  przy  układaniu  listów. 

Poszli  na  dół  do  kuchni,  tam  bowiem  było  milej  w  taką  pluchę  niż  w 
wielkiej  izbie,  gdzie  od  płonącego  ognia  szedł  dym.  Matka  była  na 
Laugarbru u Ramborgi, która przeszła w jesieni gorączkę, a teraz była na 
drodze do wyzdrowienia.

background image

Nietrudno  więc  było  Krystynie  wyjść  niepostrzeżenie  z  dworu;  nie 

śmiała  jednak  wziąć  konia,  lecz  szła  pieszo.  Stopiony  śnieg  i  zwiędłe 
liście  zamieniły  drogę  w  trzęsawisko;  pachniało  smętnie  wilgocią, 
zimnem  i  butwieniem,  od  czasu  do  czasu  silne  uderzenie  wiatru  biło 
deszczem  w  twarz.  Naciągnęła  czepek  głęboko  na  głowę,  oburącz 
przytrzymywała  okrycie  i  szybko  szła  naprzód.  Była  nieco  strwożona; 
rzeka szumiała dziwnie stłumionym dźwiękiem w ciężkim powietrzu, a 
czarne, poszarpane chmury pędziły ponad górskimi grzbietami. Co jakiś 
czas przystawała i nasłuchiwała, czy Arne jedzie.

Po chwili posłyszała tętent kopyt na rozmiękłej drodze i zatrzymała 

się; była teraz w miejscu dość odludnym, pomyślała zatem, że tu mogą się 
bez przeszkód pożegnać. Wkrótce ujrzała za sobą jeźdźca. Arne zeskoczył 
z konia i podszedł ku niej prowadząc go za uzdę.

– Pięknie z twojej strony, żeś przyszła w taką niepogodę – rzekł.
– Gorzej dla ciebie, który musisz jechać w tak daleką drogę – odparła. 

– Dlaczego wyruszasz tak późno?

– Jon chciał, żebym tę noc spędził u nich na Lopt. Sądziłem, że będzie 

ci dogodniej przyjść tu wieczorem.

Chwilę stali w milczeniu. Krystynie zdawało się, że po raz pierwszy 

widzi,  jak  piękny  jest  Arne.  Miał  na  głowie  stalowy  hełm,  pod  nim 
zaś  brązowy  kveif,  rodzaj  wełnianej  kapuzy,  okalającej  ściśle  twarz  i 
spadającej na ramiona. W tym obramieniu jasno rysowała się jego ściągła 
i ładna twarz. Ubrany był w stary skórzany kabat, pełen rdzawych plam 
i rysów od kolczugi, którą na nim noszono – Arne otrzymał go od swego 
ojca  –  ale  zgrabnie  opinający  jego  smukłą,  giętką  i  krzepką  postać.  U 
boku miał miecz, a w ręce oszczep – inna broń wisiała przy siodle. Był 
teraz dorosłym mężczyzną i wyglądał okazale.

Położyła mu rękę na ramieniu i rzekła:
– Pamiętasz, Arne, jak mnie pytałeś, czy sądzę, że jesteś tak dzielny jak 

background image

Szymon syn Andrzeja? Otóż chcę ci powiedzieć, zanim się rozstaniemy, 
że  górujesz  nad  nim  o  tyle  pięknością  i  zachowaniem,  o  ile  on  dzięki 
swemu  urodzeniu  i  bogactwu  bardziej  jest  ceniony  przez  ludzi,  którzy 
przywiązują wagę do takich spraw.

– Dlaczego mi to mówisz? – spytał Arne bez tchu.
– Bo brat Edwin powiedział, że powinniśmy dziękować Bogu za Jego 

dary, a nie być jak owa kobieta, która płakała, ponieważ nie miała dość 
mis, kiedy święty Olaf pomnożył jej zapasy. Nie powinieneś więc smucić 
się tym, że Bóg nie dał ci tyle bogactw, ile innych darów.

– Czy tylko to masz na myśli? – spytał Arne. A gdy milczała, rzekł: – 

Chciałbym wiedzieć, czyś nie myślała, że raczej mnie wolałabyś poślubić 
niż tamtego.

– Wolałabym, oczywiście – szepnęła. – Ciebie znam lepiej.
Arne  uniósł  ją  w  górę  tak,  że  nogami  nie  dotykała  ziemi.  Długo 

całował jej twarz, potem jednak postawił ją z powrotem:

– Bóg niech będzie z nami, Krystyno, jakie z ciebie dziecko.
Stała  ze  zwieszoną  głową,  ale  dłonie  trzymała  na  jego  ramionach. 

Chwycił ją ze przeguby rąk i ścisnął:

– Teraz dopiero widzę, iż nie wiesz, jak krwawi mi serce, że mam 

ciebie  stracić,  Krystyno.  Wszak  wyrośliśmy  jak  dwa  jabłka  na  jednej 
gałęzi i pokochałem cię, zanim pojąłem, że jednego dnia przyjdzie ktoś 
obcy i oderwie cię ode mnie. Jak prawdą jest, że Bóg dla nas wszystkich 
śmierć poniósł, tak wierzę, że już nigdy od tego dnia nie będę mógł być 
wesoły.

Krystyna płakała gorzko; uniósł jej głowę i całował.
– Nie mów tak, mój Arne – prosiła go i głaskała.
–  Krystyno  –  rzekł  cicho,  biorąc  ją  znowu  w  ramiona.  –  Czy  nie 

wyobrażasz  sobie,  że  mogłabyś  twego  ojca  –  Lavrans  jest  tak  dobrym 
człowiekiem i nie zmusi cię wbrew twej woli – uprosić, by ci pozwolił 

background image

czekać parę lat? Nikt nie wie, czy szczęście nie będzie mi sprzyjać. Oboje 
jesteśmy jeszcze tacy młodzi.

–  Przecież  muszę  uczynić  tak,  jak  sobie  życzą  w  domu  –  rzekła 

płacząc.

Arnemu teraz także popłynęły łzy.
– Nie wiesz, Krystyno, jak bardzo cię kocham – ukrył twarz na jej 

ramieniu.  –  Gdybyś  wiedziała  i  gdybyś  kochała  mnie,  poszłabyś  do 
Lavransa i serdecznie go poprosiła.

–  Nie  mogę  –  łkała  dziewczyna  –  nigdy  nie  pokocham  jakiegoś 

mężczyzny  tak,  bym  się  dla  niego  przeciwstawiła  woli  rodziców.  – 
Doszukała  się  dłońmi  jego  twarzy  pod  kveifem  i  ciężkim,  żelaznym 
hełmem. – Nie płacz tak, Arne, mój najmilszy przyjacielu.

– Weź to sobie – rzekł po chwili dając jej małą klamrę splecioną ze 

srebrnych nitek – i myśl czasami o mnie, bo ja nigdy nie zapomnę ciebie 
i mojego smutku.

Było  prawie  zupełnie  ciemno,  kiedy  Krystyna  i  Arne  się  żegnali. 

Gdy  wreszcie  odjechał,  stała  jeszcze  i  patrzyła  za  nim.  Żółty  blask  bił 
ze szczeliny między chmurami i światło odbijało się we wgłębieniach, 
które  ich  nogi  pozostawiły  na  błotnistej  drodze;  było  zimno  i  smutno. 
Wyciągnęła chustkę ukrytą na piersiach, otarła zapłakaną twarz, zawróciła 
i  poszła  w  kierunku  domu.  Była  przemoczona  i  zziębnięta,  szła  więc 
szybko.

Po chwili usłyszała, że ktoś idzie za nią. Zlękła się trochę. Ostatecznie 

obcy mogli błąkać się po gościńcu nawet w taki wieczór jak dzisiejszy, 
a  ona  miała  przed  sobą  jeszcze  spory  kawał  odludnej  drogi;  po  jednej 
stronie  wznosiło  się  spadziste,  czarne  urwisko,  po  drugiej  pokryte 
sosnowym  lasem  zbocze  opadało  stromo  aż  do  ołowianoszarej  rzeki 
w dole. Ucieszyła się zatem, kiedy idący za nią zawołał ją po imieniu; 
zatrzymała się i czekała.

background image

Był to długi, chudy człowiek w ciemnej szacie z jaśniejszymi rękawami. 

Gdy się zbliżył, ujrzała, że był ubrany po duchownemu i na plecach niósł 
pustą sakwę. Poznała Benteina syna Księdza

[18]

, jak go zwano: był synem 

córki siry Eirika. Natychmiast zauważyła, że jest pijany.

– Tak,  tak,  jeden odchodzi, drugi  przychodzi –  rzekł ze śmiechem, 

gdy się przywitali. – Właśnie spotkałem Arnego z Brekken i widzę, że 
płaczesz. Teraz więc możesz się uśmiechnąć, bo ja wróciłem, wszak i my 
byliśmy przyjaciółmi od lat dziecinnych, prawda?

–  Zła  to  zamiana  dostać  ciebie  zamiast  niego  –  rzekła  szorstko 

Krystyna.  Nigdy  nie  mogła  ścierpieć  Benteina.  –  Obawiam  się,  że 
niejeden tak pomyśli. I twój dziad też rad był, że tak dobrze dawałeś sobie 
radę tam, w Oslo.

– Ach,  tak  –  rzekł  Bentein  i  parsknął  śmiechem.  –  Dobrzem  sobie 

radził, mówisz? Tak się tam miałem, Krystyno, jak świnia w pszennym 
polu i taki też był koniec, wypędzono mnie z wielkim wrzaskiem. Tak, 
tak. Mój dziad niewielką ma pociechę ze swego potomka. Ale cóż ty tak 
gnasz?

– Zimno mi – rzekła krótko Krystyna.
– A cóż dopiero mnie – powiedział ksiądz. – Nie mam na sobie nic 

więcej  niż  to,  co  widzisz,  płaszcz  musiałem  sprzedać  w  Lillehammer 
na  jedzenie  i  picie.  Ty  jednak  powinnaś  mieć  dość  ciepła  w  ciele  po 
pożegnaniu z Arnem… Sądzę, że mogłabyś mnie wziąć pod twoje futro. – 
Chwycił jej okrycie, wsunął się pod nie i ramieniem objął ją wpół.

Krystyna była tak oszołomiona jego bezczelnością, że trwało chwilę, 

nim ją sobie w pełni uprzytomniła; chciała się wyrwać, ale przytrzymywał 
mocno  jej  okrycie,  poza  tym  było  ono  spięte  mocną  srebrną  klamrą. 

[18]   Syn Księdza złośliwe przezwisko stworzone w sposób analogiczny do takich 

nazwisk-przydomków jak: synowie Lagmana (sędziego), syn Biskupa, w których na 

miejscu imienia własnego stawia się tytuł ojca lub przodka.

background image

Bentein znów ją objął, chciał ją pocałować i zbliżył usta do jej podbródka. 
Próbowała go uderzyć, ale trzymał ją mocno.

– Zdaje mi się, żeś stracił rozum – syknęła broniąc się – jeśli ośmielisz 

się mnie tknąć, jakbym była jakąś… to jutro gorzko będziesz tego żałował, 
ty łotrze!

– Och, jutro nie będziesz już taka głupia! – rzekł Bentein. Podstawił 

jej nogę tak, że upadła w błoto, a ręką zacisnął jej usta, chociaż bynajmniej 
nie chciała krzyczeć.

Dopiero  teraz  pojęła,  na  co  się  ważył,  ale  opanowała  ją  taka  dzika 

i nieposkromiona wściekłość, że prawie nie czuła strachu; warczała jak 
walczące zwierzę i broniła się przed mężczyzną, który gniótł ją do ziemi 
tak, że lodowata woda i roztopiony śnieg przenikały przez suknię aż do 
rozpalonej skóry.

– Jutro będziesz już na tyle mądra, by milczeć – rzekł Bentein – a gdy 

się już nie da ukryć, zwalisz winę na Arnego, w to ludzie prędzej uwierzą.

Wpakował jej palec w usta. Ugryzła z całej siły, Bentein wrzasnął i 

puścił ją. Błyskawicznie oswobodziła Krystyna jedną rękę uderzając go 
w twarz i z całej siły wcisnęła mu kciuk w gałkę oczną; ryknął z bólu i 
podniósł się na kolana. Zwinnie jak kot wyśliznęła się spod niego, pchnęła 
go tak, że upadł na wznak, potem rzuciła się do ucieczki, a błoto pryskało 
w górę przy każdym jej kroku.

Biegła i biegła nie oglądając się. Słyszała, że Bentein goni za nią, i 

pędziła, aż serce waliło w piersiach. Jęczała cichutko i rozglądała się – 
czyż nigdy nie dobiegnie do Laugarbru? Wreszcie znalazła się w miejscu, 
gdzie  droga  wychodziła  na  pole;  ujrzała  domy  stojące  obok  siebie  na 
zboczu i w tejże chwili pojęła, że nie może biec tam, gdzie jest matka – w 
takim stanie, zawalana gliną i zwiędłymi liśćmi, w podartej sukni.

Poczuła, że Bentein się zbliża; schyliła się i podniosła dwa wielkie 

kamienie. Gdy był już dość blisko, rzuciła je; jeden trafił go i Bentein się 

background image

zachwiał. Znów poczęła biec i zatrzymała się dopiero na moście.

Stała  drżąca  trzymając  się  mocno  poręczy.  Pociemniało  jej  przed 

oczami i miała wrażenie, że padnie bez przytomności; pomyślała jednak, 
że Bentein mógłby nadejść i znaleźć ją. Wstrząsana dreszczami wstydu 
i rozgoryczenia szła dalej, ale tylko z trudem trzymała się na nogach i 
czuła, że jej podrapana paznokciami twarz płonie, a grzbiet i ramiona ma 
zupełnie potłuczone. Wtedy dopiero przyszły łzy gorące jak ogień.

Życzyła sobie, żeby rzucony przez nią kamień zabił Benteina; chciała 

wrócić i skończyć z nim, szukała noża, spostrzegła jednak, że go zgubiła.

Potem pomyślała, że w domu nie może się tak pokazać. Wpadło jej na 

myśl, by iść na Romund. Chciała się poskarżyć sirze Eirikowi.

Lecz ksiądz nie wrócił jeszcze z Jørund. W kuchni zastała Gunhildę, 

matkę Benteina; kobieta była sama i Krystyna opowiedziała, jak się z nią 
obszedł jej syn. Nie wspomniała jednak, że wyszła z domu, aby się spotkać 
z Arnem. Pozostawiła Gunhildę w mniemaniu, że wraca z Laugarbru.

Gunhilda niewiele mówiła, płakała tylko, piorąc i naprawiając odzież 

Krystyny. A młoda była tak wzburzona, że nie dostrzegła spojrzeń, które 
Gunhilda ukradkiem na nią rzucała.

Gdy Krystyna miała odejść, Gunhilda wzięła okrycie i wyszła z nią 

na dwór, ale skierowała się ku stajni. Krystyna spytała, dokąd się udaje.

– Pojadę zobaczyć, co się dzieje z moim synem – odrzekła kobieta. – 

Czyś go zabiła kamieniem, czy też żyje jeszcze.

Wydało się Krystynie, że nic na to odpowiedzieć nie może, Gunhilda 

ma się tylko postarać, żeby Bentein jak najszybciej znów odjechał i więcej 
się jej na oczy nie pokazał. – Inaczej powiem o wszystkim Lavransowi, a 
wtedy zobaczysz.

Rzeczywiście w niecały tydzień później Bentein udał się na południe; 

miał  z  sobą  listy  siry  Eirika  do  biskupa  Hamaru  z  prośbą,  by  biskup 
znalazł mu jakieś stanowisko albo też zajął się nim w inny sposób.

background image

7

Pewnego  dnia  po  świętach  Bożego  Narodzenia  przyjechał 

nieoczekiwanie  na  Jørund  Szymon  syn Andrzeja.  Usprawiedliwiał  się, 
że  przybył  nieproszony  i  sam,  bez  krewnych,  ale  pan Andrzej  bawił  z 
polecenia króla w Szwecji, on zaś przebywał pewien czas w Dyfrinie, tam 
jednak były tylko jego małe siostry i matka, która leżała chora, a że czas 
się dłużył, przyszła mu ochota przybyć na Jørund.

Ragnfrida i Lavrans dziękowali mu bardzo, że odbył tak daleką podróż 

w czasie najsroższej zimy. Im częściej widywali Szymona, tym był im 
milszy. Wiedział on dokładnie o wszystkim, co omówione zostało między 
Lavransem i Andrzejem, postanowiono więc, że o ile pan Andrzej zdąży 
na czas, zrękowiny z Krystyną odbędą się jeszcze przed postem, jeśli zaś 
nie, zaraz po Wielkanocy.

Krystyna  była  cicha  i  nieśmiała;  ilekroć  znajdowała  się  sama  ze 

swym przyszłym mężem, nie bardzo wiedziała, o czym z nim rozmawiać. 
Pewnego wieczora, gdy wszyscy jedli i przepijali do siebie, poprosił ją, 
by z nim wyszła zaczerpnąć świeżego powietrza. Wtedy to, kiedy stali na 
ganku przed górną izbą, objął ją wpół i pocałował. Potem czynił tak nieraz, 
gdy byli sami. Nie sprawiało jej to przyjemności, ale pozwalała mu tak 
czynić, odkąd wiedziała, że ich zrękowiny są nieodwołalne. Teraz myślała 
o swoim weselu jak o czymś, co było nieuniknione, a nie o czymś, czego 
pragnęła. A przecież lubiła Szymona, zwłaszcza kiedy mówił z innymi, jej 
zaś nie tykał ani się do niej nie odzywał.

Całą jesień była bardzo nieszczęśliwa. Nie pomagało, gdy powtarzała 

sobie, że przecież Bentein nic złego jej nie uczynił; mimo to czuła się 
załamana.

Już nic nie mogło być jak przedtem, odkąd jakiś mężczyzna ośmielił 

background image

się  żądać  od  niej  czegoś  podobnego.  Nocami  leżała  bezsennie,  płonąc 
ze wstydu, i daremnie starała się nie myśleć o tym. Czuła znowu ciało 
Benteina na swoim jak wówczas, gdy walczyła z nim, czuła jego gorący, 
cuchnący piwem oddech – przypomniała sobie z przejmującym dreszczem 
jego słowa, że na wypadek, gdyby rzecz się ukryć nie dała, trzeba będzie 
zwalić  winę  na  Arnego.  Przed  jej  oczami  wirowały  obrazy,  musiała 
myśleć o tym, co mogłoby się stać na skutek tego nieszczęścia… Gdyby 
ludzie dowiedzieli się o jej spotkaniu z Arnem… gdyby ojciec i matka 
mogli tak o Arnem pomyśleć… a Arne sam! Widziała go jak wtedy, w ów 
ostatni wieczór, i czuła, że łamie się przed nim, tylko dlatego, że mogłoby 
się tak wydarzyć, iż pociągnęłaby go za sobą w ból i sromotę! Miewała 
teraz tak ohydne sny. Słowa takie jak cielesna żądza i pokusa znała do tej 
pory jedynie z kościoła i historii świętej, ale nie mówiły jej one niczego. 
Teraz stało się dla niej oczywiste, że ona sama i wszyscy ludzie posiadają 
grzeszne i pożądliwe ciało, wiążące duszę, skuwające ją w twarde okowy.

Potem wyobrażała sobie, jak by to było, gdyby wówczas zabiła albo 

oślepiła Benteina. Jedyną ulgą dla niej było pławić się w marzeniach o 
pomście  na  tym  obrzydłym,  ciemnym  człowieku,  który  stał  się  zmorą 
jej myśli. Ale nie na długo to pomagało; w nocy leżała obok Ulvhildy i 
płakała gorzko, że wbrew jej woli chciano jej zadać taki gwałt. Bentein 
osiągnął to, że dziewiczość jej serca została złamana.

W pierwszy dzień po Objawieniu wszystkie kobiety na Jørund zajęte 

były w kuchni. Ragnfrida i Krystyna pracowały tam także przez większą 
część  dnia.  Późnym  wieczorem,  gdy  niektóre  z  kobiet  sprzątały  po 
pieczeniu, inne zaś przygotowywały wieczerzę, wpadła jedna z dojarek 
zawodząc i załamując ręce:

– Jezu, Jezu, czy słyszał kto kiedy o takim nieszczęściu? Arnego nie 

żywego wiozą na saniach do domu… Bóg niechaj wesprze Gyrda i Ingę 
w tej boleści.

background image

Wszedł człowiek mieszkający nieco niżej w chacie przy drodze, z nim 

zaś Halfdan. Obaj spotkali orszak pogrzebowy.

Kobiety  obstąpiły  ich  kręgiem.  Krystyna  stała  z  boku,  blada  i 

struchlała.  Halfdan,  stajenny  Lavransa,  który  znał  Arnego  od  czasów 
chłopięcych, z płaczem opowiadał:

– To Bentein syn Księdza zabił Arnego. W noworoczny wieczór ludzie 

biskupa siedzieli w izbie jezdnych i pili, kiedy nadszedł Bentein; był on 
pisarzem u kapelana prebend Bożego Ciała. Ludzie zrazu nie chcieli go 
wpuścić, wówczas przypomniał Arnemu, że są z tej samej gminy. Arne 
zezwolił  mu  usiąść  obok  siebie  i  pili  razem.  Potem  jednak  wybuchła 
między nimi kłótnia. Arne tak gwałtownie się uniósł, że Ben tein chwycił 
nóż ze stołu i pchnął nim Arnego kilka razy w szyję i w pierś. Arne skonał 
prawie natychmiast.

Biskup  wziął  sobie  to  nieszczęście  bardzo  do  serca;  sam  zajął  się 

zwłokami i polecił swoim ludziom odwieźć je do domu. Benteina kazał 
skuć w kajdany i wyklął go z Kościoła; jeżeli zbrodniarz dotąd jeszcze nie 
wisi, na pewno zostanie powieszony.

Halfdan musiał to powtarzać każdemu nowo wchodzącemu. Lavrans 

i Szymon także weszli do kuchni, zauważywszy na dziedzińcu niepokój i 
podniecenie. Lavrans był ogromnie wzburzony; rozkazał osiodłać swego 
konia,  chciał  bowiem  natychmiast  jechać  do  Brekken.  Gdy  wychodził, 
wzrok jego padł na białą twarz Krystyny.

–  Może  chcesz  jechać  ze  mną?  –  spytał.  Krystyna  zawahała  się  i 

wzdrygnęła, ale potem skinęła głową, nie mogąc słowa z siebie wydobyć.

– Czy nie za zimno dla niej? – rzekła Ragnfrida. – Wszak jutro będzie 

nocna stróża, więc i tak wszyscy się tam wybierzemy.

Lavrans spojrzał na żonę, dostrzegł też oblicze Szymona. Podszedł ku 

Krystynie i ujął ją za ręce.

– Nie zapominaj o tym, że wychowywali się razem – rzekł. – Mo że 

background image

zechce pomóc Indze w złożeniu zwłok na marach.

I  choć  serce  Krystyny  ściskała  rozpacz  i  trwoga,  jednak  poczuła 

gorącą wdzięczność dla ojca za te słowa.

Ragnfrida  życzyła  sobie,  by  naprzód  wieczerzali,  jeżeli  Krystyna 

ma z nimi jechać. Chciała im także dać dary dla Ingi: nowe płócienne 
prześcieradło,  woskowe  świece  i  świeżo  upieczony  chleb.  Mieli  też 
powiedzieć Indze, że sama przyjdzie i pomoże w obrzędzie pogrzebowym.

Mało  jedzono,  ale  za  to  wiele  rozmawiano  w  izbie,  a  tymczasem 

wieczerza stygła na stole. Jeden przypominał drugiemu o dopustach, jakie 
Bóg zsyła na Gyrda i Ingę. Dwór ich zniszczyły lawiny i powodzie, a 
wszystkie  starsze  dzieci  poumierały,  tak  że  rodzeństwo  Arnego  było 
jeszcze  maleńkie.  Teraz  szczęściło  się  im  od  kilku  lat,  odkąd  biskup 
osadził na Finsbrekken Gyrda jako swego pełnomocnika, a dzieci, które 
się uchowały, wyrastały pięknie i obiecująco. Lecz matka lubiła Arnego 
nad wszystkie.

Żałowano też siry Eirika, który był szanowany i lubiany. Ludzie w 

gminie byli dumni z niego, był uczony i dzielny, i przez cały czas, jak 
tu był proboszczem, nie opuścił ani jednego święta, ani jednej mszy, ani 
jednej kościelnej powinności, do której był zobowiązany. W młodości był 
żołnierzem Alfa Tornbergu, nieszczęście jednak chciało, że zabił jakiegoś 
człowieka dostojnego rodu, po czym schronił się do biskupa w Oslo; ten 
zaś widząc, jak wielkie zdolności do nauki posiada Eirik, przyjął go do 
szkoły dla duchownych. I gdyby nie to, że jeszcze ciągle miał wrogów 
z powodu dawnego zabójstwa, na pewno nie siedziałby wiecznie w tym 
małym kościółku. Bądź co bądź był ogromnie zachłanny na pieniądze, i 
to zarówno gdy chodziło o jego kiesę, jak i o kościół. W istocie kościół 
wyposażony był teraz we wszelkie paramenty i księgi. Potomstwo księdza 
zaś  nie  było  udane  i  sprowadzało  nań  tylko  zmartwienia  i  troski.  Po 
wiejskich gminach ludzie uważali za nierozsądne, by księża żyli jak mnisi, 

background image

potrzebowali przecież na swych dworach pomocy kobiecej, żeby mógł 
ich kto zaopatrywać na długie i trudne podróże, jakie musieli odbywać w 
każdą pogodę po swej parafii. Ludzie pamiętali dobrze nie takie dawne 
czasy, kiedy w Norwegii księża byli żonaci. Toteż nikt nie uważał za zbyt 
ciężką przewinę, że sira Eirik miał troje dzieci z gospodynią, która służyła 
u niego za młodu. Tego wieczora jednak mówili, że wygląda na to, jakby 
Bóg chciał ukarać Eirika za życie w nierządzie, dlatego tyle utrapień ma 
z  dziećmi  i  wnukami.  Niektórzy  zaś  mniemali,  że  tkwi  w  tym  słuszna 
myśl, iż ksiądz nie powinien mieć żony ni dzieci – teraz bowiem wynikną 
na  pewno  swary  i  wrogość  między  kapłanem  a  ludźmi  z  Finsbrekken; 
dotychczas żyli z sobą w największej przyjaźni.

Szymon syn Andrzeja wiedział niejedno o prowadzeniu się Benteina 

w  Oslo  i  opowiadał  o  nim.  Bentein  został  pisarzem  u  proboszcza 
kościoła Mariackiego i uchodził za zgrabnego chłopca. Kobiety były mu 
przychylne, miał te osobliwe oczy, poza tym usta mu się nie zamykały. 
Niektóre miały go za pięknego mężczyznę – przeważnie te, które uważały 
się za zdradzane przez mężów, a także młode dziewczęta, lubiące, aby 
mężczyźni byli wobec nich śmiali i swobodni. Szymon śmiał się – wszak 
rozumieją, prawda? Otóż Bentein był bardzo chytry, nigdy zbytnio nie 
zbliżał się do tych kobiet, obcował z nimi tylko na gębę. Wskutek tego 
mówiono o nim, że jest skromnisiem. Stało się jednak tak, że król Haakon, 
będąc sam panem bardzo pobożnym i surowych obyczajów, chciał także 
swoich  ludzi  utrzymać  w  karbach  i  należytej  karności,  przynajmniej 
młodych;  nad  starszymi  nie  miał  mocy.  I  zdarzyło  się,  że  ksiądz  z 
orszaku  króla  dowiedział  się  o  wszystkich  gałgaństwach,  które  młodzi 
chłopcy w tajemnicy wymyślali i wyprawiali – o pijatykach, hazardowej 
grze,  hulankach  i  tym  podobnych  sprawkach  –  i  wartogłowy  musiały 
spowiadać się i pokutować; dostali ostre upomnienie, nawet dwóch czy 
trzech wypędzono. Wtedy to wyszło na jaw, że właśnie ów lis Bentein był 

background image

tym, który po kryjomu uczęszczał do szynku i gorszych jeszcze domów; 
on to spowiadał dziewki i udzielał im absolucji.

Krystyna siedziała obok matki i usiłowała jeść, by nikt nie dostrzegł, 

co się z nią dzieje, lecz ręka jej drżała tak, że za każdym łykiem rozlewała 
z łyżki trochę zupy, a język zupełnie zesztywniał, nie mogła przełknąć 
ani  kęsa  chleba.  Gdy  jednak  Szymon  zaczął  opowiadać  o  Benteinie, 
musiała przestać udawać, że je; trzymała się mocno rękami ławy, strach 
i  przerażenie  ogarnęły  ją  do  tego  stopnia,  że  dostała  zawrotu  głowy. 
On to przecież ją właśnie… Bentein i Arne, Bentein i Arne… Chora z 
niecierpliwości czekała, rychło skończą jeść. Tęskniła za tym, by ujrzeć 
Arnego, jego piękną głowę, by móc uklęknąć i opłakiwać go, i zapomnieć 
o wszystkim innym.

Matka ucałowała ją i pomogła nałożyć ciepłe okrycie. Krystyna nie 

była  w  tym  czasie  przyzwyczajona  do  pieszczot  matki;  poczuła  ulgę, 
przez chwilę oparła głowę na ramieniu Ragnfridy, jednakże płakać nie 
mogła.

Gdy  wyszła  na  dziedziniec,  ujrzała,  że  jeszcze  inni  mają  jechać  z 

nimi: Halfdan, Jon z Laugarbru, Szymon i jego pachołek. Sprawiło jej 
niesłychany ból, że ci dwaj obcy będą przy tym.

Tego  wieczora  było  bardzo  zimno  i  śnieg  skrzypiał  pod  nogami; 

gwiazdy  migotały  gęsto  niby  szron  na  czarnym  niebie.  Ujechawszy 
kawałek  posłyszeli  krzyki,  nawoływania  i  szalony  tętent  kopyt  od 
południa; nieco wyżej dopędziła ich cała gromada i pognała mimo nich, 
aż  zadźwięczały  metalowe  części  uprzęży  i  uderzył  ku  nim  zapach 
spotniałych,  oszronionych  koni.  Halfdan  krzyknął  w  stronę  dzikiego 
zastępu – byli to młodzi ludzie z dworów na południu doliny, którzy święcili 
jeszcze Boże Narodzenie i wyjechali wypróbować konie. Niektórzy, spici 
na  umór,  pocwałowali  z  rykiem,  uderzając  w  tarcze.  Niektórzy  pojęli 
słowa Halfdana, opuścili gromadę, uciszyli się i przyłączyli do orszaku 

background image

Lavransa szepcząc z ludźmi w tylnym szeregu.

Jechali  dalej,  aż  ujrzeli  Finsbrekken  na  wzgórzu  po  drugiej  stronie 

potoku  Sil.  Jasno  było  między  domami  –  w  środku  dziedzińca  ludzie 
zatknęli w świeży kopiec smolne pochodnie i czerwony blask pełgał po 
białym zboczu, a ciemne belkowanie domów wyglądało jakby pomazane 
świeżą  krwią.  Mała  siostrzyczka  Arnego  stała  na  dworze  i  tupała 
nóżkami, ręce skrzyżowała pod okryciem. Krystyna ucałowała zapłakane, 
zmarznięte dziecko. Serce jej ciążyło jak kamień i zdawało jej się, że nogi 
ma z ołowiu, gdy wchodziła po schodach na piętro, gdzie go złożono na 
marach.

Śpiew  i  blask  wielu  płonących  świec  uderzyły  ją  w  drzwiach,  W 

środku izby położono na kozłach dyle i na nich ustawiono nakrytą całunem 
trumnę,  w  której  ludzie  biskupa  przywieźli  go  do  domu.  U  wezgłowia 
stał młody ksiądz z księgą w ręku i śpiewał; naokoło klęczeli ludzie z 
twarzami ukrytymi w grubych płaszczach.

Lavrans zapalił świecę od jednej z tych, które się już paliły, umocował 

ją na desce i przyklęknął. Krystyna chciała też tak uczynić, ale nie mogła 
postawić świecy; wówczas Szymon wziął świecę i pomógł jej. Dopóki 
ksiądz czytał, wszyscy klęczeli i powtarzali jego słowa; gęste kłęby pary 
unosiły się koło ich ust. Tu na górze było lodowate zimno.

Gdy ksiądz zamknął księgę i ludzie podnieśli się – sporo ich już się 

zebrało – Lavrans podszedł do Ingi. Wpatrzyła się w Krystynę i zdawała 
się nie słuchać słów Lavransa, stała bez ruchu i trzymała ofiarowane jej 
przez niego dary tak, jak gdyby nie czuła, że ma coś w ręce.

–  Toś  ty  także  przyszła,  Krystyno?  –  powiedziała  dziwnym 

wymuszonym głosem. – Pewno chciałabyś wiedzieć, jak mój syn do mnie 
wrócił?

Odstawiła parę świec na bok, chwyciła Krystynę drżącą ręką za ramię, 

a drugą ściągnęła całun z oblicza zmarłego.

background image

Było żółte jak glina, nieco uchylone wargi koloru ołowiu odsłaniały, 

jakby  w  drwiącym  uśmiechu,  proste,  wąskie  i  białe  zęby.  Pod  długimi 
rzęsami  widniały  zgaszone  śmiercią  oczy,  a  na  policzkach  kilka 
sinoczarnych  plam,  nie  wiadomo,  czy  znaki  uderzeń,  czy  plamy 
pośmiertne.

– Może chcesz go pocałować? – spytała Inga jak poprzednio i Krystyna 

posłusznie nachyliła się i przycisnęła usta do twarzy zmarłego. Była ona 
wilgotna, jakby zroszona, i zdawało się Krystynie, że czuje trupi zapach; 
w gorącu świec ciało zaczynało powoli tajać.

Krystyna  klęczała  nadal  z  rękami  na  trumnie,  gdyż  nie  miała  sił 

powstać. Inga uchyliła jeszcze bardziej całun, tak że można było widzieć 
szerokie cięcie zadane nożem ponad obojczykiem. Potem zwróciła się do 
ludzi i rzekła drżącym głosem:

– Wierutne widać kłamstwo, że rana zmarłego krwawi, gdy go dotknie 

ten, kto jest winien jego śmierci. Mój syn jest teraz zimniejszy i mniej 
piękny aniżeli wówczas, gdy po raz ostatni spotkałaś się z nim tam, w 
dole, na gościńcu. Niechętnie go teraz całujesz, jak widzę; ale słyszałam, 
żeś przedtem nie gardziła jego ustami.

– Ingo – rzekł Lavrans występując naprzód – czyś niespełna zmysłów, 

czy mówisz w szaleństwie?

–  Tak,  wy  tam,  na  Jørund,  jesteście  takimi  dzielnymi  i  dostojnymi 

ludźmi  –  tyś  był  zbyt  możny,  Lavransie  synu  Bjørgulfa,  aby  mój  syn 
choćby w myśli ośmielił się starać, jak przystoi, o rękę Krystyny. Ona 
sama pewno też uważała, że jest na to za dobra. Ale na to nie była za 
dobra, by latać za nim po nocy na gościńcu i bawić się z nim w krzakach 
w ten wieczór, kiedy miał odjeżdżać… Spytaj sam, to zobaczymy, czy się 
odważy zaprzeczyć, czemu Arne leży tu nieżywy. Ona sprawiła to swoją 
rozpustą. Lavrans nie pytał; zwrócił się do Gyrda.

– Musisz uspokoić żonę, ona oszalała.

background image

Lecz Krystyna uniosła białą twarz i w rozpaczy rozejrzała się wkoło.
– Spotkałam się z Arnem w ten ostatni wieczór, gdyż prosił mnie o 

to. Ale nie zaszło między nami nic zdrożnego. – Zdawało się, że skupia 
się i teraz dopiero zaczyna rozumieć. Zawołała głośno: – Nie wiem, co 
masz na myśli, Ingo. Oczerniasz wszak Arnego, który tu leży… Nigdy nie 
usiłował on mnie skusić ani zwabić.

Lecz Inga wybuchnęła głośnym śmiechem.
– Nie, Arne nie! Ale ksiądz Bentein – ten nie pozwolił na to, byś z 

nim igrała. Zapytaj Gunhildy, Lavransie, która zmywała błoto z pleców 
twojej  córki,  i  zapytaj  każdego,  kto  w  noworoczny  wieczór  siedział  w 
izbie jezdnych biskupa,  kiedy  to  Bentein wyszydzał Arnego,  ponieważ 
puścił ją i głupca z siebie zrobił. Benteina jednak wzięła pod swoje futro i 
poszła z nim w stronę domu, i chciała tak samo się pobawić.

Lavrans chwycił ją za ramię i położył jej rękę na ustach.
– Wyprowadź ją, Gyrdzie. Hańbą jest, że to mówisz nad zwłokami 

tego dobrego chłopca. Ale gdyby nawet wszystkie twoje dzieci leżały tu 
na marach, to przecież nie zniosę tego, byś oczerniała moje! Ty, Gyrdzie, 
odpowiesz mi za to, co mówi ta szalona.

Gyrd  wziął  żonę  i  chciał  ją  wyprowadzić,  zwrócił  się  jednak  do 

Lavransa:

– To prawda, że Arne i Bentein mówili o Krystynie wtedy, gdy mój 

syn stracił życie. Zrozumiałe jest, żeś ty nic o tym nie słyszał, ale jesienią 
opowiadano tu, w dolinie…

Szymon uderzył mieczem w najbliżej stojącą skrzynię:
–  Nie,  zacni  ludzie,  musicie  wreszcie  o  czymś  innym  gadać  przy 

zwłokach, nie o mojej narzeczonej. Księże, czyż nie możecie utrzymać 
tych ludzi w ryzach, by się tu wszystko odbyło, jak nakazuje zwyczaj?

Ksiądz  –  Krystyna  zobaczyła  teraz,  że  był  nim  najmłodszy  syn 

dziedzica  na  Uldsvolden,  który  na  Boże  Narodzenie  przybył  do  domu 

background image

– otworzył księgę i stanął przy katafalku. Lecz Lavrans zawołał, że ci, 
którzy mówili źle o jego córce, muszą odwołać swoje słowa, kimkolwiek 
są, a Inga krzyknęła:

– Tak, zabij mnie, Lavransie, ty, któryś mi zabrał całą moją radość i 

pociechę, i wypraw jej wesele z tym rycerskim synem, ale ludzie dobrze 
wiedzą, że była ona nałożnicą Benteina wtedy na gościńcu. Masz – rzuciła 
Krystynie przez trumnę prześcieradło wręczone jej przez Lavransa. – Nie 
potrzebuję płótna Ragnfridy, by pogrzebać Arnego w ziemi! Zrób sobie 
z niego czepek małżeński albo schowaj je sobie, byś miała w co owinąć 
twojego  bękarta  –  i  idź  stąd,  idź  do  Gunhildy  i  pomóż  jej  płakać  nad 
powieszonym chłopcem.

Lavrans,  Gyrd  i  ksiądz  chwycili  Ingę.  Szymon  chciał  podnieść 

Krystynę,  która  wciąż  jeszcze  klęczała przy  zwłokach.  Nagle  odsunęła 
gwałtownie jego ramię, uniosła się na kolanach i głośno zawołała:

– Boże, Zbawco mój, pomóż mi, to nieprawda!
Wyciągnęła  rękę  i  trzymała  ją  nad  płomieniem  najbliżej  stojącej 

świecy.

Naprzód zdawało się, że płomień kurczy się i ugina… Krystyna uczuła 

oczy wszystkich zwrócone na siebie – miała wrażenie, że to trwa bardzo 
długo.  Naraz  poczuła  palący  ból  w  dłoni  i  z  przeraźliwym  krzykiem 
runęła na wznak na ziemię.

Wydawało jej się, że popadła w omdlenie, czuła jednak, że Szymon 

i ksiądz ją podnoszą. Inga coś krzyczała. Ujrzała przerażoną twarz ojca 
i posłyszała, jak ksiądz woła, że tej próby nie należy liczyć: nie wolno 
Boga  w  ten  sposób  wzywać  na  świadka.  Potem  Szymon  zniósł  ją  po 
schodach.  Pachołek  jego  pobiegł  do  stajni  i  wkrótce  Krystyna,  jeszcze 
na  pół  przytomna,  siedziała  przed  Szymonem  w  siodle,  otulona  jego 
okryciem.

Dojeżdżali już prawie na Jørund, kiedy Lavrans ich dognał. Reszta 

background image

orszaku pędziła za nimi.

–  Nie  mów  nic  matce  –  rzekł  Szymon  zsadzając  ją  z  konia  przed 

drzwiami  domu.  –  Już  dosyć  szalonego  gadania  słyszeliśmy  tego 
wieczoru; nie dziwota, żeś w końcu i ty straciła rozum.

Ragnfrida  nie  spała  jeszcze,  kiedy  wrócili,  i  pytała,  co  się  działo 

podczas czuwania. Szymon zabrał głos i opowiadał za wszystkich.

Owszem,  świeciło  się  wiele  świec  i  było  wielu  ludzi. Tak  jest,  był 

jakiś  ksiądz  – Tormod  z  Uldsvolden;  o  sirze  Eiriku  słyszał,  że  zaraz  z 
wieczora udał się do Hamaru, w ten sposób można było ominąć trudności 
z obrzędem pogrzebowym.

– Musimy coś dać, aby odprawić mszę za chłopca – rzekła Ragnfrida. 

– Bóg niech będzie łaskaw Indze, ciężko została doświadczona ta zacna, 
dzielna kobieta.

Lavrans wpadł w ton poddany przez Szymona; wnet potem Szymon 

rzekł, że czas, by już wszyscy udali się na spoczynek, gdyż Krystyna jest 
zmęczona i smutna.

Gdy tylko Ragnfrida zasnęła, Lavrans narzucił na siebie jakąś szatę, 

podszedł  do  łoża  córek  i  usiadł  na  nim.  W  ciemności  odszukał  rękę 
Krystyny i rzekł bardzo łagodnie:

–  Teraz  powiedz  mi,  dziecko,  co  z  gadania  Ingi  jest  prawdą,  a  co 

kłamstwem.

Łkając  opowiedziała  Krystyna  o  wszystkim,  co  się  zdarzyło  tego 

wieczoru, kiedy Arne odjeżdżał do Hamaru. Lavrans niewiele się odzywał. 
Krystyna przysunęła się więc bliżej do niego, zarzuciła mu ramiona na 
szyję i cicho zawodziła:

–  Pomimo  wszystko  winna  jestem  śmierci Arnego.  To  prawda,  co 

mówiła Inga.

– Wszak Arne sam prosił, byś się z nim spotkała – rzekł Lavrans i 

naciągnął  derkę  na  nagie  ramiona  córki.  –  Nierozsądnie  było  z  mojej 

background image

strony,  żem  pozwolił  wam  tak  wiele  razem  przebywać,  lecz  sądziłem, 
że chłopak był roztropniejszy. Nie chcę was oskarżać, rozumiem dobrze, 
że  ciężko  ci  to  dźwigać.  Chociaż  nigdy  nie  przypuszczałem,  że  któraś 
z moich córek popadnie w niesławę tu, w dolinie… Naprawdę, ciężko 
będzie twojej matce, gdy się o tym dowie. Żeś jednak poszła z tym do 
Gunhildy, nie do mnie, to było tak niemądre, że nie pojmuję, jak mogłaś 
się tak głupio zachować.

–  Nie  mogę  tu  pozostać  –  rzekła  z  płaczem  Krystyna  –  nie  będę 

śmiała  odtąd  żadnemu  człowiekowi  spojrzeć  w  oczy. A  potem  to  całe 
zmartwienie, które mają przeze mnie ludzie na Finsbrekken i Romund.

– Tak jest – rzekł Lavrans – już oni będą musieli dbać o to, Gyrd, 

a  także  sira  Eirik,  by  pogrzebać  te  łgarstwa  o  tobie  i Arnem.  Zresztą 
Szymon syn Andrzeja najlepiej potrafi cię obronić – mówił głaskając ją 
w ciemności. – Czy nie uważasz, że postąpił w tej sprawie rozumnie i 
pięknie?

–  Ojcze  –  Krystyna  przytuliła  się  do  niego  i  prosiła  serdecznie  i 

trwożnie – poślij mnie do klasztoru, ojcze. Błagam, wysłuchaj mnie… Już 
dawno myślałam o tym; być może, Ulvhilda wyzdrowieje, gdy ja pójdę 
za  miast  niej.  Czy  przypominasz  sobie  trzewiki  z  perłami,  które  tego 
lata wyszywałam dla niej? Poraniłam sobie przy tym ręce tak mocno na 
ostrych złotych nitkach, że krwawiły… siedziałam i szyłam, gdyż ciągle 
myślałam, że to źle z mojej strony, że nie dość kocham siostrę, by sama 
zostać zakon nicą i pomóc jej w ten sposób… Arne pytał mnie kiedyś o to. 
Gdybym wówczas powiedziała „tak”, nie doszłoby do tego wszystkiego.

Lavrans potrząsnął głową.
– Teraz połóż się – rozkazał. – Sama nie wiesz, co mówisz, biedne 

dziecko. Staraj się zasnąć.

Lecz  Krystyna  leżała  bezsennie  i  czuła  ból  w  oparzonej  ręce,  a 

gorycz  i  rozpacz  nad  własnym  losem  szalały  w  jej  sercu.  Gdyby  była 

background image

najgrzeszniejszą  kobietą,  nie  mogłoby  spotkać  jej  nic  gorszego;  na 
pewno wszyscy w to uwierzą – nie, nie może, nie może dłużej pozostać 
w dolinie. Przerażenie za przerażeniem wzbierało w niej; gdy się matka 
dowie…  krew  jest  między  nimi  a  kapłanem  ich  parafii,  nieprzyjaźń 
między wszystkimi dokoła, którzy, jak długo żyła, byli jej przyjaciółmi. 
Najgorszy, najdokuczliwszy lęk ogarnął ją jednak na myśl o Szymonie i o 
tym, jak ją zabrał i uprowadził stamtąd, jak się za nią ujął i rozporządził 
nią, jak gdyby już była jego własnością. Ojciec i matka pozwalali mu tak 
się zachowywać, jakby należała już raczej do niego niż do nich.

Potem  stanęła  jej  przed  oczyma  twarz  Arnego,  zimna  i  okropna. 

Przypomniała  sobie,  że  gdy  ostatnio  opuszczała  kościół,  zobaczyła 
otwarty grób, czekający na nieboszczyka. Rozbite grudki ziemi leżały na 
śniegu, twarde, zimne i szare jak żelazo… Tam oto zaprowadziła Arnego.

Nagle przypomniał jej się pewien letni wieczór sprzed wielu lat. Stała 

na ganku w Finsbrekken przed tą samą izbą, w której teraz przeznaczenie 
powaliło ją na ziemię. Arne z paroma jeszcze chłopcami bawił się piłką na 
dziedzińcu i piłka poleciała aż na ganek. Ukryła ją za plecami i nie chciała 
oddać, gdy Arne przybiegł po nią; chciał zabrać piłkę siłą – mocowali się 
na ganku i w spichlerzu pomiędzy skrzyniami; wiszące skórzane wory z 
odzieżą biły ich po głowach, gdy uderzali o nie podczas walki. Śmiali się 
i hałasowali.

I  zdało  się  jej,  iż  dopiero  teraz  pojęła  jasno,  że Arne  nie  żyje  i  że 

nigdy nie ujrzy jego pięknej, silnej twarzy i nie poczuje ciepła jego rąk. 
Dziecinna  i  bez  serca,  nigdy  nie  pomyślała  o  tym,  jak  straszna  była 
dla  niego  jej  utrata.  Płakała  z  rozpaczy,  pewna,  że  zasłużyła  na  swoje 
nieszczęście. Potem jednak pomyślała znowu o wszystkim, co ją czeka, 
i płakała, gdyż to, co jeszcze miało spaść na nią, wydawało jej się zbyt 
ciężką karą.

Szymon  pierwszy  opowiedział  Ragnfridzie,  co  się  wydarzyło 

background image

poprzedniego wieczora podczas nocnego czuwania w Brekken. Nie dodał 
nic  więcej,  niż  było  konieczne.  Ale  Krystyna,  udręczona  smutkiem  i 
bezsenną nocą, poczuła do niego niezrozumiałą zupełnie urazę, ponieważ 
mówił o tym w ten sposób, jak gdyby nic okropnego się nie stało. Poza 
tym wielką niechęć budziło w niej to, że rodzice pozwalali Szymonowi 
zachowywać się tak, jakby był panem domu.

– Ty przecież nie wierzysz w nic z tego, Szymonie? – spytała z obawą 

Ragnfrida.

– Nie – odrzekł Szymon. – I nie sądzę, by ktokolwiek w to uwierzył. 

Wszak każdy tutaj zna was i dziewczynę, i tego Benteina. Ale tu, w tej 
odległej  dolinie,  niewiele  się  dzieje,  o  czym  by  można  mówić,  toteż 
prawdopodobnie ludzie nie dadzą sobie wyrwać tego tłustego kąska. My 
jednak  pokażemy  im,  że  dobre  imię  Krystyny  jest  za  delikatną  strawą 
dla tej zgrai chłopów. Tylko źle się stało, że tak łatwo przestraszyła się 
brutalności  Benteina  i  nie  poszła  od  razu  do  was  albo  do  siry  Eirika; 
sądzę, że ten dziwkarski ksiądz zaraz by zapewnił, że nic więcej tam nie 
było, tylko niewinny żart, gdybyś ty, Lavransie, z nim pogadał.

Rodzice  oświadczyli,  że  Szymon  ma  słuszność.  Krystyna  jednak 

poczęła krzyczeć i tupać nogą:

– Powalił mnie przecież na ziemię, sama nie wiem, co robił ze mną, 

byłam  nieprzytomna,  nie  pamiętam  nic.  Wszystko,  co  wiem,  to  to,  że 
łatwo mogło być tak, jak powiada Inga. Od tego czasu ani dnia nie byłam 
radosna i wesoła.

Ragnfrida  krzyknęła  i  załamała  ręce.  Lavrans  zerwał  się,  nawet 

Szymon zmienił się na twarzy; spojrzał bystro na Krystynę, podszedł do 
niej i podniósł jej podbródek. Potem uśmiechnął się:

– Niech Bóg ma cię w swojej opiece, Krystyno, już byś ty pamiętała, 

gdyby on ci co złego uczynił. Nic dziwnego, żeś smutna i że ci markotno 
od tego nieszczęsnego wieczora, kiedy się tak strasznie przelękłaś. Ona 

background image

– zwrócił się ku innym – która do tej pory przywykła jedynie do dobroci 
i życzliwości. Toć przecie każdy człowiek dobrej woli i nieprzewrotny 
może widzieć po jej oczach, że jest dziewicą.

Krystyna  popatrzyła  w  małe,  nieustraszone  oczy  narzeczonego. 

Wyciągnęła ręce, chciała go uścisnąć. Wtedy odezwał się znowu:

– Nie myślże, Krystyno, że nie potrafisz zapomnieć o tym. Nie mam 

zamiaru tak się zasiedzieć z tobą na Formo, żebyś nigdy nie wyszła po za 
tę dolinę. Niczyj włos ani myśli nie mają tej samej barwy w deszczu co 
przy pogodzie – mawiał stary król Sverre, gdy zarzucano Birkebeinom

[19]

że w szczęściu zanadto chleb ich rozpiera.

Lavrans i Ragnfrida uśmiechnęli się: radzi słuchali młodego człowieka, 

mówiącego mądrze niby stary biskup. Szymon ciągnął dalej:

–  Nie  wypada,  bym  ciebie,  który  masz  zostać  moim  świekrem, 

pouczał, ale jednak to przynajmniej ośmielę się powiedzieć, że my, jak 
i moje rodzeństwo, surowiej byliśmy chowani; nie wolno nam było tak 
jak Krystynie swobodnie zadawać się z czeladzią. Matka moja zwykle 
mówiła, że kto bawi się z dziećmi służby, tego w końcu obłażą wszy – i 
trochę prawdy jest w tych słowach.

Lavrans  i  Ragnfrida  zamilkli.  Krystyna  odwróciła  się,  a  chęć 

uściskania Szymona Darre, jaką czuła przed chwilą, odeszła ją zupełnie.

W  południe  Lavrans  i  Szymon  wzięli  narty  i  wyszli,  by  obejrzeć 

ustawione w lesie paści. Pogoda była teraz piękna, niemroźna i słońce 
świeciło. Obaj mężczyźni czuli się dobrze z dala od smutku i płaczu w 
domu i szli coraz wyżej aż poza górną granicę drzew.

Odpoczęli w słońcu pod skałą, jedli i pili, potem Lavrans opowiadał 

trochę o Arnem – obiecywał sobie wiele po tym chłopcu. Szymon wtórował 

[19]    Birkebeinowie  –  powstała  w  1174  r.  partia  walcząca  o  umocnienie  władzy 

królewskiej  kosztem  możnowładców  i  duchowieństwa;  oni  to  osadzili  na  tronie 

Sverrego i popierali go podczas walk z klerykalną partią Baglei.

background image

mu,  chwalił  zmarłego  i  powiedział,  że  nie  wydaje  mu  się  bynajmniej 
dziwne, że Krystyna smuci się po towarzyszu młodości. Wtedy Lavrans 
rzekł, że nie powinno się nalegać na nią, tylko dać jej nieco czasu, by 
wróciła  do  spokoju,  zanim  odprawią  zrękowiny. Wspomniał  o  tym,  że 
chętnie poszłaby na jakiś czas do klasztoru.

Szymon podniósł się i gwizdnął przez zęby.
– Nie wydaje ci się to słuszne? – zapytał Lavrans.
– Owszem, owszem – rzekł tamten prędko. – To w istocie najlepsza 

rada, drogi teściu. Oddaj ją na rok do sióstr w Oslo, niechże pozna, jak 
ludzie w świecie mówią o sobie nawzajem. Znam ja parę dziewic, które 
tam są – rzekł ze śmiechem. – Te na pewno nie umierałyby z rozpaczy o to, 
że dwóch szaleńców na śmierć się przez nie pobiło. Nie życzyłbym sobie 
takiej właśnie za żonę, ale nie sądzę, żeby było ze szkodą dla Krystyny, 
gdy pozna nowych ludzi.

Lavrans spakował resztę żywności i rzekł nie podnosząc oczu:
– Kochasz Krystynę, zdaje mi się.
Szymon roześmiał się i nie patrząc na Lavransa rzekł:
–  Możesz  wierzyć,  że  jest  mi  droga…  I  ty  także  –  dodał  szybko  i 

krótko. Wstał i wziął narty. – Nie spotkałem żadnej, którą bym chętniej 
pojął za żonę.

Niedługo  przed  Wielkanocą,  kiedy  trzymała  się  jeszcze  sanna  w 

dolinie i na jeziorze Mjøs, udała się Krystyna po raz wtóry na południe. 
Szymon przybył na Jørund, by odprowadzić ją do klasztoru, wybrała się 
więc w podróż z ojcem i narzeczonym; jechała w saniach, otulona w futra, 
a  za  nimi  jechali  pachołkowie  i  sanie  wiozące  skrzynie  z  jej  odzieżą  i 
darami, z żywnością i futrami dla ksieni i sióstr.

background image

II Wianek

1

Pewnej niedzieli rankiem, gdzieś w końcu kwietnia, łódź Aasmunda 

syna  Bjørgulfa  okrążała  cypel  Hovedø;  dzwoniły  dzwony  w  kościele 
klasztornym i odpowiadał im przez zatokę dźwięk dzwonów z miasta to 
słabiej, to znowu mocniej, zależnie od siły wiatru.

Wysoko rozpinało się błękitno białe niebo z jasnymi, postrzępionymi 

chmurkami,  pędzonymi  wiatrem,  a  blask  słońca  drżał  niespokojnie  na 
pomarszczonej wodzie. Wzdłuż wybrzeży wszystko było wiośniane, pola 
niemal wolne od śniegu, na krzewach leżały niebieskie cienie i żółtawy 
połysk.  Lecz  wyżej,  w  jodłowym  lesie,  okalającym  niby  rama  dwory 
na Aker, widać jeszcze było śnieg, a na dalekich górach na zachodzie z 
drugiej strony fiordu połyskiwało dużo białych plam.

Krystyna  stała  na  dziobie  łodzi  z  ojcem  i  Gyridą,  żoną Aasmunda. 

Zapatrzyła się na miasto, gdzie jasne kościoły i kamienne domy wznosiły 
się  wysoko  ponad  stłoczonymi  szarobrunatnymi  sadami  i  gołymi 
koronami drzew. Wiatr igrał w połach jej płaszcza i wyszarpywał włosy 
spod czepka.

Na Skog wypuszczono poprzedniego dnia bydło na pastwiska, i znowu 

poczuła Krystyna wielką tęsknotę za Jørund. Jeszcze wiele wody upłynie, 
nim tam, w górach, będą mogli wypuścić bydło – tkliwie i współczująco 
tęskniła  za  wychudłymi  zimą  krowami  w  ciemnych  oborach;  jeszcze 
długo  będą  musiały  czekać  i  mieć  cierpliwość.  Matka,  Ulvhilda,  która 
przez  te  wszystkie  lata  co  noc  spała  w  jej  ramionach,  mała  Ramborga 

background image

–  tak  bardzo  tęskniła  za  nimi; tęskniła za  wszystkimi  ludźmi w  domu, 
za  końmi,  psami,  za  Kortelinem,  który  podczas  jej  nieobecności  miał 
należeć do Ulvhildy, za sokołami ojca, które z zakapturzonymi głowami 
siedziały na żerdkach; pomyślała też o rękawicach z końskiej skóry, które 
wkładano biorąc sokoły na rękę, i o laseczkach z kości słoniowej, którymi 
je drapano.

Zdawało  jej  się,  jakoby  całe  zło  tej  zimy  odsunęło  się  w  dal,  i 

wspominała swoje rodzinne strony tylko takimi, jakimi były przedtem. 
Powiedziano jej zresztą, że nikt we wsi nie myślał tak ile o niej. Również 
sira  Eirik  nie  wierzył  w  to;  był  gniewny  i  stroskany  tym,  co  zrobił 
Bentein. Ten zaś zdołał uciec z Hamaru; mówiono, że zbiegł do Szwecji. 
Nic więc tak okropnego, o co się najbardziej bała, nie leżało między nimi 
a sąsiedzkim dworem.

Podczas  podróży  bawili  w  gościnie  w  domu  Szymona;  poznała 

jego matkę i rodzeństwo, rycerz Andrzej bawił jeszcze w Szwecji. Nie 
podobało jej się tam, a niechęć do ludzi z Dyfrina była tym silniejsza, 
im  bardziej  Krystyna  zdawała  sobie  sprawę,  że  nie  ma  ku  niej  żadnej 
uzasadnionej przyczyny. Przez całą drogę w tamtą stronę mówiła sobie, 
że rodzina Szymona naprawdę nie ma powodu pysznić się i uważać za 
lepszą od rodu Lavransa; nikt nie słyszał nigdy o Birkebeinie Reidarze 
Darre, zanim król Sverre dał mu za żonę wdowę po wasalu na Dyfrinie. 
Ale też bynajmniej nie zadzierali nosa i sam Szymon pewnego wieczora 
opowiadał o tym swoim przodku: – Tyle tylko mogłem się wywiedzieć o 
nim, że wyrabiał grzebienie, wejdziesz więc w królewski ród

[20]

, Krystyno 

– powiedział. – Strzeż swego języka, synu – rzekła matka, ale wszyscy 
się roześmiali. Tak straszliwie smutno jej było, gdy myślała o ojcu. Śmiał 
się głośno, ilekroć Szymon dał ku temu najmniejszy powód, i przeczucie 

[20]    Aluzja  do  niskiego  pochodzenia  Sverrego,  którego  potomek,  Haakon  V, 

panował zas w Norwegii.

background image

jej mówiło, że ojciec chętnie może śmiałby się więcej w swym życiu. Nie 
mogła jednak znieść tego, że ojciec tak bardzo lubi Szymona.

Przez Wielkanoc wszyscy bawili na Skog. Zauważyła, że jej stryj był 

surowym gospodarzem dla czeladzi; ten i ów pytał o jej matkę i mówił ze 
wzruszeniem o Lavransie – lepiej im się wiodło, kiedy on tutaj mieszkał. 
Matka Aasmunda, macocha Lavransa, miała na dworze osobny dom dla 
siebie; nie była jeszcze zbyt stara, ale chorowita i słaba. Lavrans rzadko 
tylko mówił w domu o niej. Raz, kiedy go zapytała, czy miał złą macochę, 
ojciec odrzekł: „Niewiele ona dla mnie zrobiła dobrego czy złego”.

Krystyna chwyciła rękę ojca, on zaś uścisnął jej dłoń.
– Już ty się rozweselisz, moja córko, u czcigodnych sióstr. Coś innego 

będziesz tam miała do roboty jak tęsknić za domem.

Płynęli tak blisko miasta, że woń dziegciu i solonych ryb niosła się od 

przystani aż do nich. Gyrida wymieniała kościoły, dwory i place położone 
nad wodą. Krystyna nie poznawała niczego od ostatniego swego pobytu 
prócz  ciężkich  wież  kościoła  św.  Halvarda.  Objechali  całą  zachodnią 
część miasta i przybili do przystani obok klasztoru.

Krystyna szła między ojcem i stryjem obok nadbrzeżnych szop, aż 

weszli  na  drogę  między  polami.  Za  nimi  szła  Gyrida,  którą  Szymon 
prowadził  za  rękę.  Służba  została  z  tyłu,  by  z  pomocą  paru  ludzi  z 
klasztoru załadować toboły podróżne na wózek.

Klasztor benedyktynek i cały Leiran leżały w obrębie miasta, ale przy 

drodze tylko tu i ówdzie stały domy. Ponad głowami idących skowronki 
wywodziły w błękicie swe trele, na płowych, gliniastych zboczach żółciło 
się kwiecie, a wzdłuż płotów zieleniło się wszystko aż po korzonki traw.

Gdy przekroczyli bramę i weszli na krużganek, z kościoła wychodziły 

właśnie w ich stronę zakonnice, a śpiew i muzyka płynęły z otwartych 
wrót.

Ze ściśniętym sercem patrzyła Krystyna na owe w czerń ubrane kobiety 

background image

z  białymi  welonami  wokół  twarzy.  Skłoniła  się  głęboko,  mężczyźni 
zaś pochylili się przyciskając kapelusze do piersi. Za zakonnicami szła 
gromada młodych dziewcząt – niektóre z nich były jeszcze dziećmi – w 
sukniach  z  nie  barwionej  surowej  wełny,  przepasanych  czarno-białymi 
sznurkowymi plecionkami, włosy miały takimi samymi sznurkami mocno 
ściągnięte w warkocze. Krystyna mimo woli spojrzała na dziewczęta z 
dumną miną, gdyż w onieśmieleniu lękała się, by nie przypuszczały, że 
wygląda głupio i z chłopska.

Klasztor przytłaczał ją niemal swą wspaniałością. Wszystkie budynki 

dokoła  wewnętrznego  dziedzińca  były  z  szarego  kamienia.  Po  stronie 
północnej  podłużna  ściana  kościoła  przewyższała  znacznie  resztę 
domów; dach wznosił się w dwóch poziomach, a po stronie zachodniej 
była  wieża.  Dziedziniec  wyłożony  był  kamieniami,  naokoło  biegł 
sklepiony krużganek, którego dach podpierały piękne kolumny. W środku 
stał kamienny posąg wyobrażający Mater Misericordiae, jak rozpościera 
płaszcz nad kilku klęczącymi ludźmi.

Nadeszła siostra świecka i poprosiła, by się udali za nią do rozmównicy 

ksieni. Pani Groa córka Guttorma, kobieta w podeszłych latach i okazała, 
byłaby ładna, gdyby nie szpecił jej zarost koło ust. Głos miała głęboki 
jak mężczyzna, zachowanie ujmujące; rozmawiała z Lavransem o jego 
rodzicach, których znała, wypytywała go o żonę i resztę dzieci. W końcu 
zwróciła się uprzejmie do Krystyny:

–  Słyszałam  o  tobie  wiele  dobrego  i  wyglądasz  na  mądrą  i  dobrze 

wychowaną  dziewczynę,  z  pewnością  nie  dasz  nam  powodu  do 
niezadowolenia.  Dowiaduję  się,  żeś  przyrzeczona  za  żonę  temu  oto 
szlachetnemu i zacnemu mężowi, Szymonowi synowi Andrzeja, i wydaje 
mi  się  roztropnym  zamysłem*  twego  ojca  i  przyszłego  małżonka,  że 
pozwolili  ci  zamieszkać  czas  pewien  w  domu  Maryi,  byś  się  nauczyła 
słuchać  i  służyć,  zanim  się  znajdziesz  na  miejscu,  z  którego  będziesz 

background image

rozkazywać i kierować. Chcę przede wszystkim, abyś pojęła, że radości 
szukać należy w modlitwie i służbie Bożej, by ci się stało przyzwyczajeniem 
we wszystkich czynach i pracach pamiętać o twoim Stwórcy, miłosiernej 
Matce Bożej i wszystkich świętych; oni to bowiem są dla nas najlepszym 
wzorem  siły,  prawości,  wierności  i  tych  wszystkich  cnót,  które  musisz 
okazać, jeśli masz rządzić domem i czeladzią i wychowywać dzieci. Poza 
tym  nauczysz  się  też  w  tym  domu,  że  człowiek  musi  dawać  baczenie 
na  czas,  tu  bowiem  każda  godzina  ma  swoje  przeznaczenie  i  należną 
jej pracę. Wiele dziewcząt i kobiet zbyt lubi wylegiwać się do późnego 
rana w łożu, a wieczorami przesiadywać długo przy stole i zabawiać się 
niepotrzebną gadaniną. Wprawdzie ty nie wyglądasz na taką, w każdym 
jednak razie możesz się w ciągu tego roku nauczyć wielu rzeczy, które ci 
zarówno tutaj, jak i na tamtym świecie przysporzą powodzenia.

Krystyna  pokłoniła  się  i  ucałowała  jej  rękę.  Po  czym  pani  Groa 

poleciła dziewczynie udać się z niezmiernie otyłą starą zakonnicą, którą 
zwała siostrą Potencją, do refektarza. Mężczyzn i panią Gyridę zaprosiła 
na posiłek do drugiej izby.

Refektarz był piękną salą, miał wyłożoną płytami podłogę i ostrołukowe 

okna ze szklanymi szybami. Drzwi prowadziły do drugiej izby i Krystyna 
zobaczyła, że i tam są okna, gdyż wnętrze jaśniało słońcem.

Siostry siedziały już przy stole i czekały na posiłek – starsze zakonnice 

na wyłożonej poduszkami kamiennej ławie pod ścianą z oknami, młodsze 
siostry  i  dziewczęta  z  odkrytymi  głowami  siedziały  w  swych  jasnych 
sukniach  na  drewnianej  ławie  po  zewnętrznej  stronie  stołu.  Także  w 
sąsiednim  pokoju  nakryty  był  stół,  przeznaczony  dla  poważniejszych 
jałmużników

[21]

 i sług świeckich. Wśród nich znajdowało się kilku starych 

mężczyzn; ci nie nosili klasztornych szat, byli jednak odziani ciemno i 

[21]   Osoby pozostające pod opieką klasztoru, który na ich utrzymanie czerpie z 

dochodów, jakie przynoszą należące do niego prebendy.

background image

godnie.

Siostra Potencja wskazała Krystynie miejsce po zewnętrznej stronie, 

po czym sama stanęła za stołem obok poczesnego miejsca ksieni; miejsce 
to dziś było puste.

Wszyscy powstali zarówno w tej izbie, jak i w sąsiedniej, gdy siostry 

odmawiały  modlitwę  przed  jedzeniem;  po  czym  wystąpiła  młoda, 
piękna  zakonnica  i  weszła  na  małą  kazalnicę  ustawioną  w  przejściu 
między salami. I podczas gdy dwie siostry świeckie w refektarzu, a dwie 
młodziutkie  zakonnice  w  drugiej  izbie  wnosiły  jadło  i  napoje,  czytała 
głośno i dźwięcznie, bez zatrzymywania się i jąkania, historię o świętej 
Teodorze i świętym Dydymie.

Zrazu myślała Krystyna jedynie o tym, by okazać przy stole dobre 

obyczaje, widziała bowiem, że wszystkie siostry i dziewczęta zachowywały 
się z godnością i jadły tak wytwornie, jak gdyby były na najwspanialszej 
uczcie. Było pod dostatkiem najlepszych potraw i napojów, ale wszystkie 
brały umiarkowanie i tylko koniuszkami palców sięgały do mis; nikt nie 
wylewał sosu na obrus ani na ubranie, mięso zaś krajały w tak drobne 
kawałki, że nie walały ust, a jadły tak ostrożnie, że nic nie było słychać.

Krystyna  pociła  się  z  trwogi,  że  nie  potrafi  zachować  się  układnie 

jak  inne,  czuła  się  też  nieswojo  w  swej  barwnej  odzieży  między  tymi 
wszystkimi czarno i biało ubranymi kobietami; zdawało jej się, że wszyscy 
na nią patrzą. Właśnie gdy chciała zabrać się do jedzenia tłustego mostku 
baraniego i przytrzymywała dwoma palcami kość, a prawą ręką odrzynała 
kawałki mięsa bacząc, by trzymać nóż lekko i zgrabnie, wszystko razem 
wyśliznęło się jej z rąk; chleb i mięso potoczyły się na stół, nóż zaś z 
brzękiem upadł na kamienne płyty.

Niezwykle głośno zabrzmiało to w cichej sali. Krystyna spąsowiała, 

chciała  się  schylić  i  podnieść  nóż,  ale  już  przybiegła  bezszelestnie  w 
sandałach jedna z świeckich sióstr i pozbierała wszystko. Krystyna jednak 

background image

nie mogła już nic więcej jeść. Czuła, że zacięła się w palec, i obawiała 
się, że krwią zawala obrus. Siedziała więc owinąwszy rękę w kraj szaty 
i  martwiła  się,  że  poplami  piękną  niebieską  suknię,  którą  dostała,  gdy 
jechała do Oslo; nie śmiała podnieść oczu.

Powoli jednak zaczęła przysłuchiwać się temu, co czytała zakonnica: 

„Gdy  księciu  nie  udało  się  ugiąć  niezłomnej  dziewicy  Teodory  –  nie 
chciała ani bogom złożyć ofiary, ani dać się poślubić – rozkazał, aby ją 
zaprowadzono do domu nierządu. Jeszcze po drodze przypomniał jej o jej 
wolnym pochodzeniu i szlachetnych rodzicach, którzy wydani będą teraz 
na lup wieczystej hańby, i przyrzekł, że będzie żyła w pokoju i pozostanie 
dziewicą, o ile wstąpi w służbę pogańskiej bogini zwanej Dianą.

Teodora  odparła  bez  lęku:  –  Czystość  jest  niby  lampa,  ale  miłość 

Boga jest płomieniem; gdybym poszła w służbę diablicy, którą zowiecie 
Dianą, czystość moja nie więcej byłaby warta niż zardzewiała lampa bez 
płomienia ni oliwy. Nazywasz mnie wolno urodzoną, a przecież wszyscy 
jesteśmy  niewolnikami,  odkąd  nasi  prarodzice  zaprzedali  się  diabłu. 
Chrystus odkupił mnie i winna jestem Mu służyć, nie mogę przeto wiązać 
się z jego wrogami. Obroni On swoją gołębicę, ale gdyby nawet dopuścił, 
że złamiecie moje ciało, które jest świątynią Jego Boskiego ducha, nie 
będzie mi to policzone za hańbę, dopóki nie zezwolę, by Jego własność 
przeszła w ręce wrogów”.

Krystynie serce biło mocno, w pewien bowiem sposób przypominało 

jej to spotkanie z Benteinem, i uderzyła ją myśl, że może to było grzechem 
z jej strony: ani przez chwilę nie pomyślała wtedy o Bogu, ani Go nie 
prosiła o pomoc. Teraz siostra Cecylia czytała o świętym Dydymie. Był 
chrześcijańskim rycerzem, dotychczas jednak nikt krom kilku przyjaciół 
o tym nie wiedział, gdyż zachowywał tajemnicę co do swej wiary. Otóż 
poszedł  on  do  domu,  gdzie  zamknięto  dziewicę,  przekupił  kobietę,  do 
której  ów  dom  należał,  i  pierwszy  wszedł  do  Teodory.  Uciekła  w  kąt 

background image

jak  przestraszony  zając,  lecz  Dydym  pozdrowił  ją  jako  swoją  siostrę 
i  oblubienicę  Pana  i  oświadczył,  że  przybył,  aby  ją  uwolnić.  Potem 
rozmawiał z nią przez czas pewien i rzekł: „Czyż brat nie powinien oddać 
życie za cześć swej siostry?” W końcu uczyniła, jak polecił, zamieniła z 
nim szaty i włożyła na siebie zbroję Dydyma; on zaś naciągnął jej kaptur 
na oczy, zapiął wysoko płaszcz i prosił, by wyszła z zasłoniętym obliczem 
jak młodzieniec, który się wstydzi, że był w takim miejscu.

Krystyna  myślała  o  Arnem  i  z  największym  tylko  trudem 

powstrzymywała  łzy.  Załzawionymi  oczyma  wpatrzyła  się  przed 
siebie, podczas gdy zakonnica czytała koniec historii: jak Dydym został 
zaprowadzony  przed  sąd  i  jak  Teodora  zbiegła  z  gór,  rzuciła  się  do 
nóg sędziego i błagała, aby ją stracił zamiast niego. Dwoje pobożnych 
sprzeczało  się,  które  z  nich  ma  pierwsze  otrzymać  koronę  męczeńską; 
zostali  straceni  jednego  dnia.  Działo  się  to  28  kwietnia  roku  304  po 
narodzeniu Chrystusa, w Antiochii, jak to spisał święty Ambroży.

Gdy podnieśli się od stołu, siostra Potencja zbliżyła się do Krystyny i 

poklepała ją przyjaźnie po policzku. – Pewno tęskno ci za matką, dziecko. 
–  Z  oczu  Krystyny  potoczyły  się  łzy.  Zakonnica  udała  jednak,  że  tego 
nie  dostrzegła,  i  zaprowadziła  Krystynę  do  komnaty,  w  której  miała 
zamieszkać.

Była  to  ładna  izba  ze  szklanymi  szybami  i  z  wielkim  kominem  w 

ścianie  poprzecznej,  leżąca  w  jednym  z  kamiennych  domostw  koło 
krużganku. Pod ścianą podłużną stało sześć łóżek, po przeciwnej stronie 
skrzynie dziewcząt.

Krystyna  bardzo  pragnęła  spać  z  którąś  z  małych  dziewczynek, 

lecz siostra Potencja zawołała grubą, jasną, dorosłą dziewczynę: – Oto 
Ingebjörga córka Filippusa, z nią będziesz dzielić łoże, zapoznajcie się 
więc. – Po czym odeszła.

Ingebjörga wzięła Krystynę za rękę i zaczęła gadać. Była niewysoka, 

background image

tęga, o pucołowatej twarzy, oczy jej wydawały się całkiem maleńkie, gdyż 
miała nazbyt grube policzki. Płeć jednak miała delikatną, białą i różową, 
a  włosy  żółte  jak  złoto  i  tak  kędzierzawe,  że  grube  warkocze  skręcały 
się jak liny, spod przepaski na czole zaś wymykały się ustawicznie małe 
kędziorki.

Zaraz  zaczęła  wypytywać  Krystynę  o  najrozmaitsze  rzeczy,  nie 

czekała jednak nigdy odpowiedzi, tylko opowiadała o sobie i wyliczała 
wszystkie  gałęzie  swego  rodu:  byli  to  sami  dzielni  i  bardzo  możni 
ludzie.  Ona  zaś  była  zmówiona  z  bogatym  i  zacnym  człowiekiem, 
Einarem synem Einara na Aganaes, był on jednak za stary i już dwa razy 
owdowiał.  Twierdziła,  że  to  jest  jej  największe  zmartwienie,  Krystyna 
jednak bynajmniej nie zauważyła, by się tym zbytnio przejmowała. Potem 
gadały  trochę  o  Szymonie  Darre  –  zdumiewające  było,  jak  Ingebjörga 
dokładnie  mu  się  przyjrzała  przez  tę  krótką  chwilę,  gdy  się  mijali  w 
krużganku. Potem znowu chciała obejrzeć skrzynię Krystyny; najpierw 
jednak otwarła własną i pokazała wszystkie swoje suknie. Podczas gdy 
grzebały  w  skrzyniach,  nadeszła  siostra  Potencja  i  złajała  je,  nie  było 
to bowiem stosowne zajęcie przy niedzieli. Z tego powodu poczuła się 
Krystyna znowu nieszczęśliwa; nigdy jeszcze nie była napominana przez 
kogokolwiek prócz własnej matki, czym innym zaś było karcenie przez 
obcych.

Ingebjörga  nic  sobie  z  tego  jednak  nie  robiła.  Kiedy  wieczorem 

położyły się razem do łóżka, gadała dopóty, dopóki Krystyna nie zasnęła. 
Dwie starsze siostry świeckie spały w kącie izby; miały one uważać, aby 
dziewczyny  nie  zdejmowały  w  nocy  koszul,  reguła  bowiem  zabraniała 
spania nago, i miały dbać o to, by wstawały na jutrznię. Poza tym jednak 
nie  troszczyły  się  zgoła  o  porządek  w  sypialnej  komnacie  i  udawały, 
że nie widzą, gdy dziewczęta nie spały, tylko szeptały między sobą lub 
spożywały smakołyki ukryte w skrzyniach.

background image

Gdy nazajutrz rano obudzono Krystynę, Ingebjörga była już w środku 

jakiegoś  opowiadania,  tak  iż  Krystyna  była  niemal  pewna,  że  tamta 
przegadała całą noc.

2

Obcy kupcy, którzy przez lato zatrzymywali się i handlowali w Oslo, 

przybyli do miasta na wiosnę około Świętego Krzyża, to jest na dziesięć 
dni przed uroczystością Św. Halvarda. W tym czasie napływały do miasta 
tłumy  ludzi  z  wszystkich  miejscowości  położonych  między  jeziorem 
Mjøs a granicą kraju, tak że w pierwszych tygodniach maja miasto roiło 
się  od  przybyszów.  Najkorzystniej  też  było  kupować  u  obcych,  zanim 
wyprzedali większą część towarów.

Siostra  Potencja  załatwiała  zakupy  dla  klasztoru  i  w  przeddzień 

świętego Halvarda przyrzekła Krystynie i Ingebjördze, że je zabierze do 
miasta. Koło południa jednak przybyło do klasztoru kilku jej krewnych w 
odwiedziny, nie mogła więc tego dnia wyjść. Ingebjörga uprosiła ją tedy, 
by mogły iść same, chociaż sprzeciwiało się to regułom. Dodano im do 
towarzystwa starego chłopa, jałmużnika klasztoru; zwał się on Haakon.

Krystyna przebywała tu już trzy tygodnie i przez cały czas noga jej 

nie  przestąpiła  dziedzińców  i  ogrodów  klasztornych.  Była  zdumiona, 
jak  wiosennie  zrobiło  się  na  dworze.  Małe  gaiki  stały  bladozielone  w 
otwartej  przestrzeni,  sasanki  krzewiły  się  gęsto  niby  dywan  między 
jasnymi  pniami;  oślepiające  chmury  –  zwiastuny  pogody  –  żeglowały 
nad wysepkami fiordu, a powierzchnia wody leżała świeża, niebieska i 
pomarszczona od lekkich wiosennych podmuchów.

Ingebjörga podskakiwała, zrywała zielone pędy drzew, wąchała je i 

oglądała  się  za  ludźmi,  których  spotykali.  Haakon  zburczał  ją:  czyż  to 

background image

wypada, aby dziewica ze szlachetnego rodu, jeszcze do tego w klasztornej 
szacie, tak się zachowywała? Dziewczęta musiały wziąć się pod rękę i 
iść tuż za nim cicho i skromnie, ale oczy i usta Ingebjörgi latały dalej – 
Haakon był nieco głuchawy. Krystyna także była już w odzieniu młodych 
sióstr; miała na sobie jasnoszarą suknię i pas z nie farbowanej wełny, a 
na  sukni  proste  granatowe  okrycie  z  kapuzą,  którą  zarzuciła  na  głowę 
tak,  że  zupełnie  nie  widać  było  splecionych  taśmą  warkoczy.  Haakon 
szedł  przed  nimi  z  wielką  laską  zakończoną  mosiężną  gałką.  Był  w 
luźnej czarnej szacie, na piersi miał Agnus Dei z blachy, na kapeluszu 
zaś wizerunek świętego Krzysztofa, siwe włosy i broda były tak starannie 
wyszczotkowane, że lśniły w słońcu jak srebro.

Górna  część  miasta,  od  potoku  płynącego  pod  klasztorem  aż  do 

biskupiego dworu, była zazwyczaj cichą dzielnicą, nie stały tu ani budy, 
ani gospody, dwory należały przeważnie do możnych okolicznych rodów, 
a domy zwracały ku ulicy ciemne, pozbawione okien belkowania. W ten 
jednak dzień także tu, w górze, płynęły przez ulice gromady ludzi, a służba 
domowa stała bezczynnie, oparta o płoty, i gawędziła z przechodniami.

Kiedy podeszli do biskupiego dworu, przed kościołem św. Halvarda i 

klasztorem św. Olafa był już ogromny tłok. Na porośniętym trawą zboczu 
rozbito  stragany  i  kuglarze  popisywali  się  wyuczonymi  psami  każąc 
im  skakać  przez  obręcze.  Haakon  nie  pozwolił  dziewczętom  stawać  i 
przyglądać się ani wejść do świątyni; mówił, że lepiej obejrzeć ją w jakieś 
inne wielkie święto.

Na  otwartym  placu  przed  kościołem  Św.  Klemensa  Haakon  ujął 

obie  dziewczyny  pod  ręce,  gdyż  tutaj  ciżba  była  największa.  Ludzie 
nadchodzili  z  przystani  albo  od  strony  ulic  leżących  między  dworami 
kupców. Dziewczęta chciały się dostać na dwór Mykle, gdzie siedzieli 
szewcy.  Ingebjörga  uznała  bowiem,  że  suknie  Krystyny  są  dobre  i 
ładne, ale obuwie jej było nie do użycia na wypadek, gdyby zechciała 

background image

się  wystroić.  Gdy  zaś  Krystyna  ujrzała  zagraniczne  trzewiki,  których 
Ingebjörga miała kilka par, zdawało się jej, że nie zazna spokoju, dopóki 
sobie nie kupi takich samych.

Dwór Mykle był jednym z największych dworów w Oslo, sięgał od 

przystani aż do ulicy Szewskiej i obejmował prócz czterdziestu domów 
dwa  wielkie  dziedzińce.  Teraz  poustawiano  tam  wszędzie  kramy  z 
płóciennymi dachami; nad nimi wznosiła się kolumna świętego Kryspina. 
Panował  tu  ożywiony  ruch,  kobiety  z  garnkami  i  miskami  biegały 
od  jednej  kuchni  do  drugiej,  dzieci  plątały  się  pod  nogami  starszych, 
to  wyprowadzano  ze  stajni  konie,  to  wprowadzano  je  do  niej,  przy 
straganach pachołcy wnosili i wynosili ciężary. Na gankach, ciągnących 
się  wzdłuż  wyższych  pięter,  gdzie  odbywała  się  sprzedaż  najlepszych 
towarów,  szewcy  i  ich  czeladnicy  wykrzykiwali  w  stronę  stojących  na 
dole dziewcząt, wymachując pstrymi, złotem haftowanymi trzewikami. 
Ingebjörga zmierzała do domu, w którym mieszkał Dydrek Sutare; był on 
Niemcem, żonę miał jednak z Norwegii i posiadał domostwo we dworze 
Mykle.

Stary  targował  się  właśnie  z  jakimś  panem  w  podróżnym  stroju,  z 

mieczem  przypasanym  do  boku;  Ingebjörga  wystąpiła  śmiało  naprzód, 
skłoniła się i rzekła:

–  Zacny  panie,  pozwólcie,  że  pierwsze  pomówimy  z  Dydrekiem, 

musimy bowiem jeszcze przed nieszporami zdążyć do naszego klasztoru. 
Wam może nie tak pilno?

Pan  ukłonił  się  i  odstąpił  na  bok.  Dydrek  szturchnął  Ingebjörgę 

łokciem pytając ze śmiechem, czy tyle tańczą w klasztorze, że wydeptała 
już  wszystkie  trzewiki  kupione  w  zeszłym  roku.  Ingebjörga  oddała 
szturchańca  i  rzekła,  że  jej  trzewiki  są,  niestety,  jeszcze  całe,  oby  to 
Bóg  odmienił,  ale  ta  oto  dziewica…  i  pociągnęła  Krystynę.  Dydrek  i 
jego  pomocnik  wynieśli  skrzynię  na  ganek  i  zaczęli  wykładać  przed 

background image

nimi  trzewiki,  jedne  piękniejsze  od  drugich.  Krystyna  musiała  usiąść 
na skrzyni, a Dydrek przymierzał jej na próbę przeróżne trzewiki: białe, 
brązowe,  czerwone,  zielone,  niebieskie,  z  drewnianymi  malowanymi 
obcasami i bez obcasów, z klamrami albo jedwabistymi wstęgami, z dwu 
– lub trójbarwnej skóry. Krystynie zdawało się, że na wszystkie prawie 
ma ochotę, lecz posłyszawszy cenę, przeraziła się wprost: żadna para nie 
kosztowała mniej niż krowa u nich w domu. Ojciec dał jej na odjezdnym 
sakiewkę z pół funtem srebra w monecie – miało to być wrzecionowe 
i  Krystynie  wydawało  się  wielkim  majątkiem.  Zauważyła  jednak,  że 
Ingebjörga sądzi, iż nic nadzwyczajnego nie będzie mogła za to kupić.

Ingebjörga  musiała  również  dla  żartu  przymierzać  trzewiki.  –  To 

przecież  nic  nie  kosztuje  –  mówił  Dydrek  ze  śmiechem.  Kupiła  sobie 
parę zielonych jak trawa, z czerwonymi obcasami; kupiła je na kredyt, ale 
Dydrek znał przecież dobrze i ją, i jej rodzinę.

Krystyna domyśliła się jednak, że Dydrek czyni to niechętnie, a poza 

tym jest zły, bo ów możny pan w podróżnym stroju odszedł tymczasem 
– zbyt długo zabawiły przy mierzeniu. Wybrała więc parę trzewików bez 
obcasów, z cienkiej, błyszczącej, niebieskiej skóry, wybijanych srebrem 
i różowymi kamieniami. Nie podobały jej się tylko zielone obszywki na 
nich. Wówczas Dydrek oświadczył, że może je zmienić, i pociągnął ją do 
kąta w tyle spichrza. Stała tam szafka z jedwabnymi wstęgami i srebrnymi 
klamrami – tych towarów nie wolno było właściwie szewcom sprzedawać 
– wstążki też były za szerokie, a klamry, przynajmniej wiele z nich, zbyt 
ciężkie do obuwia.

Musiały  kupić  to  i  owo  z  drobiazgów,  a  gdy  jeszcze  wypiły  z 

Dydrekiem  trochę  słodkiego  wina  i  opakował  wreszcie  ich  rzeczy  w 
kawałek fryzy, zrobiło się dość późno. Sakiewka Krystyny była teraz o 
wiele lżejsza.

Kiedy  wyszły  znowu  na  miasto,  słońce  świeciło  złotawo,  a  ponad 

background image

zapełniającą ulice ciżbą ludzką wirował pył niby jasny dym. Było ciepło i 
pięknie; ludzie wracali z Eikebergu z pękami młodych gałęzi, aby ozdobić 
swe izby na święto. Wtedy to strzeliła Ingebjördze do głowy myśl, żeby 
iść  jeszcze  do  Gjeitabru;  tam,  na  błoniach,  po  drugiej  stronie  rzeki, 
bawiono się zazwyczaj wesoło podczas jarmarków, bywali tam kuglarze i 
rybałci. Ingebjörga słyszała nawet, że przyjechał cały statek z zamorskimi 
zwierzętami, które pokazywano w budach na wybrzeżu.

Haakon wypił na dworze Mykle sporo niemieckiego piwa, był zatem 

potulny i w dobrym humorze; gdy więc dziewczęta wzięły go pod ręce 
i pięknie prosiły, zgodził się w końcu i wszyscy troje poszli w kierunku 
Eikebergu.

Na  przeciwległym  brzegu  znajdowało  się  tylko  kilka  niewielkich 

dworów, rozsypanych na zielonych wzgórzach między rzeką a stromym 
zboczem góry. Przeszli obok klasztoru franciszkanów i serce Krystyny 
ścisnęło  się  ze  wstydu,  gdyż  przypomniała  sobie,  że  miała  większą 
część  srebra  ofiarować  za  spokój  duszy Arnego.  Księdzu  w  klasztorze 
nie powiedziała o tym, obawiała się, że ją będą wypytywać, myślała, że 
raczej uda się do braci bosych, o ile brat Edwin już powrócił, tak chętnie 
ujrzałaby go znowu. Nie wiedziała jednak, w jaki sposób najstosowniej 
będzie  przedstawić  zakonnikowi  podczas  rozmowy  swój  zamiar. Teraz 
nie miała już tyle pieniędzy i nie wiedziała, czy uda się jej zakupić mszę; 
może  będzie  musiała  zadowolić  się  ufundowaniem  grubej  woskowej 
świecy.

Nagle usłyszeli ryk przerażenia z niezliczonych gardzieli od strony 

łąki nadbrzeżnej. Jak gdyby burza wstrząsnęła skłębiona ludzką gromadą 
–  cały  tłum  runął  w  popłochu  w  ich  stronę  z  wołaniem  i  krzykiem. 
Wszystkich ogarnęła dzika groza, a niektórzy z uciekających wrzeszczeli, 
że pantery wyłamały się z klatki.

Spiesznie  pobiegli  z  powrotem  do  mostu  i  usłyszeli  wołanie  ludzi, 

background image

że zawaliła się jedna z bud i dwie pantery uciekły; niektórzy mówili też 
o wężu. Im bliżej mostu, tym większy był tłok. Jakaś kobieta tuż przed 
nimi wypuściła dziecko z rąk. Haakon stanął przed maleństwem chcąc 
je osłonić – i wkrótce ujrzały go daleko od siebie niosącego dziecko na 
rękach; rychło zniknął im zupełnie z oczu.

Na wąskim moście ludzie cisnęli się tak gwałtownie, że dziewczęta 

zostały wypchnięte na łąkę. Widziały, jak ludzie biegną na brzeg rzeki; 
młodzi chłopcy rzucali się w wodę i płynęli, starsi wskakiwali do łodzi, 
które zapełniały się w mgnieniu oka.

Krystyna  usiłowała  wołać  na  Ingebjörgę.  Krzyknęła,  by  biegły 

do  klasztoru  franciszkanów,  z  którego  już  śpieszyli  szarzy  bracia, 
uspokajając i skupiając wokół siebie tłum. Krystyna nie bała się tak jak jej 
towarzyszka – nie było przecież śladu dzikich zwierząt, lecz Ingebjörga 
zupełnie  postradała  zmysły.  I  gdy  masa  ludzka  znów  zakołysała  się 
i  została  odepchnięta  od  mostu  przez  gromadę  mężczyzn,  którzy 
tymczasem  uzbroili  się  w  pobliskich  dworach  i  teraz  wypadli  –  część 
pieszo, część konno – Ingebjörga omal nie dostała się pod kopyta koni. 
Wydała  przeraźliwy  krzyk  i  w  ogromnych  susach  pobiegła  w  górę  do 
lasu. Krystyna nie przypuszczała nigdy, że tamta potrafi tak biec, mimo 
woli porównywała ją w myśli do ściganej świni; biegła jednak za nią, aby 
przynajmniej one nie straciły się z oczu.

Były  już  głęboko  w  lesie,  gdy  wreszcie  udało  się  Krystynie 

zatrzymać Ingebjörgę. Znajdowały się na wąskiej ścieżce, prowadzącej 
prawdopodobnie do Traelaborgu. Przez chwilę stały, by zaczerpnąć tchu. 
Ingebjörga łkając i zalewając się łzami oświadczyła, że nie odważy się za 
nic wracać sama do miasta i klasztoru.

Krystynie również nie wydawało się to bezpieczne wobec niepokoju 

na ulicach; radziła więc, by starały się znaleźć jakiś dom, tam wynajmą 
chłopca, który je odprowadzi do klasztoru. Ingebjörga była pewna, że w 

background image

dole  nad  brzegiem  rzeki  biegnie  gościniec  do Traelaborgu,  a  przy  nim 
muszą znajdować się domy. Szły więc dalej ścieżką.

W podnieceniu, jakie je ogarnęło, zdawało się im, że już uszły spory 

kawał,  gdy  wreszcie  ujrzały  jakiś  dwór  stojący  w  szczerym  polu.  Na 
dziedzińcu, przy stole pod jesionami, siedziało kilku mężczyzn, a jakaś 
kobieta  kręciła  się  i  wynosiła  im  dzbany.  Spode  łba  i  ze  zdziwieniem 
spojrzała  na  dwie  dziewczyny  w  klasztornym  stroju,  a  kiedy  Krystyna 
przedłożyła swą prośbę, wydawało się, że żaden z mężczyzn nie ma ochoty 
ich odprowadzić. W końcu wstali dwaj młodzi chłopcy i oświadczyli, że 
zaprowadzą je do klasztoru, jeśli Krystyna da im örtuga

[22]

.

Po mowie poznała, że nie są Norwegami, wyglądali jednak zupełnie 

przyzwoicie. Żądana zapłata wydawała się jej bezwstydnie wygórowana, 
lecz  Ingebjörga  była  wystraszona,  zresztą  nie  mogły  tak  późno  wracać 
same do klasztoru, zgodziła się przeto.

Nie doszły do leśnej ścieżki, a już młodzieńcy zbliżyli się i zaczęli 

rozmowę. Krystynie nie podobało się to wcale, nie chciała jednak okazać 
trwogi,  odpowiadała  zatem  spokojnie,  mówiła  o  panterach  i  pytała 
chłopców,  skąd  pochodzą,  rozglądała  się  i  udawała,  że  każdej  chwili 
oczekuje ludzi, którzy im towarzyszyli, mówiła tak, jakby ich była cała 
gromada.

Chłopcy z wolna zamilkli, zresztą mało co rozumiała z ich mowy.
– Po pewnym czasie zauważyła, że nie idą tą drogą, którą przyszły, 

ścieżka  prowadziła  w  zupełnie  innym  kierunku,  bardziej  na  północ,  i 
zdawało się jej, że uszli już sporo dalej, niż należało. Głęboko w niej tlił 
się lęk, którego nie śmiała sobie dokładnie uświadomić; szczególną jednak 
siłę dawała jej obecność Ingebjörgi, tak bardzo niemądrej, iż Krystyna 
pojęła,  że  musi  pomyśleć  za  siebie  i  za  nią.  Pod  okryciem  wyciągnęła 

[22]   Örtuga – 3 öre. 1 marka srebrna równała się 8 öre po 3 ørtugi, 1 örtug równai 

sie 10 groszom

background image

potajemnie krzyż z relikwiami – dar ojca. Ujęła go mocno i modliła się w 
duszy, by wnet kogoś spotkały; poza tym usiłowała zebrać całą odwagę i 
zachowywać się tak, jakby nic nie groziło.

Wkrótce zobaczyła, że ścieżka wyszła na drogę; w tym miejscu była 

polanka. Miasto i zatoka leżały daleko w dole. Mężczyźni wyprowadzili je 
na błędną drogę, świadomie lub też z nieznajomości okolicy; znajdowali 
się teraz wysoko w górze i daleko na północ od Gjeitabru.

Przystanęła,  wyciągnęła  sakiewkę  i  zaczęła  odliczać  pieniądze  na 

rękę.

– Dalej już, dobrzy ludzie, nie trzeba nam waszego towarzystwa, tu taj 

znamy drogę – rzekła. – Dzięki za wasz trud, a oto wasze wynagrodzenie, 
jako umówiliśmy się. Bóg niech będzie z wami, przyjaciele.

Mężczyźni skinęli głowami tak naiwnie, że Krystyna się uśmiechnęła. 

Jeden  z  nich  jednak  odezwał  się  szczerząc  brzydko  zęby,  że  droga  do 
mostu jest bardzo odludna, nie radzi, by szły nią same.

– Nie ma chyba takich łotrów albo głupców, którzy by zaczepili dwie 

dziewczyny w klasztornych szatach – odparła Krystyna. – Te raz wolimy 
iść same – i podała im pieniądze.

Chłopak chwycił ją za rękę, przycisnął twarz do jej twarzy i powiedział 

coś o „całusie” i „sakiewce”. Krystyna pojęła, że mówi, iż mogą odejść w 
spokoju, jeśli mu da całusa i woreczek z pieniędzmi.

Wówczas przypomniała sobie, jak to twarz Benteina była blisko jej 

twarzy, na chwilę opanowała ją trwoga i poczuła się bezbronna i słaba, 
lecz  zacisnęła  wargi,  wezwała  w  sercu  Boga  i  Najświętszą  Pannę  na 
pomoc – i w tejże chwili wydało się jej, że słyszy tętent kopyt na drodze 
wiodącej z północy.

Trzasnęła  chłopca  sakiewką  w  twarz  i  pchnęła  go  w  pierś,  aż  się 

zachwiał. Upadł i potoczył się przez drogę i spory kawał w dół po zboczu. 
Teraz drugi napadł na nią od tyłu, wyrwał jej z rąk sakiewkę i szarpnął 

background image

tak silnie za łańcuch, że go przerwał. Krystyna bliska była upadku, jednak 
mocno trzymała napastnika i usiłowała wyrwać mu krzyż z rąk. Chciał 
się  wymknąć,  hultaje  też  posłyszeli,  że  ktoś  jedzie  drogą.  Ingebjörga 
krzyczała co sił i jeźdźcy na ścieżce pocwałowali pędem w ich stronę. 
Wynurzyli się zza drzew: było ich trzech. Ingebjörga lamentując pobiegła 
ku  nim,  oni  zaś  zeskoczyli  z  koni.  Krystyna  poznała  pana  spotkanego 
w  składzie  Dydreka.  Wyciągnął  miecz,  chwycił  za  kołnierz  jednego  z 
opryszków i okładał go płazem. Jego ludzie puścili się za drugim, ujęli go 
i walili, ile tylko wlazło.

Krystyna  oparła  się  o  skałę.  Teraz,  gdy  niebezpieczeństwo  minęło, 

drżała  na  całym  ciele,  najsilniej  jednak  odczuwała  zdumienie,  że  jej 
modlitwa tak prędko została wysłuchana. Wtem spostrzegła Ingebjörgę, 
która  odchyliła  kapuzę,  okrycie  luźno  zwiesiła  na  plecach  i  właśnie 
wyciągała swoje ciężkie, jasne warkocze na piersi. Widząc to Krystyna 
wybuchnęła  głośnym  śmiechem.  Zachwiała  się  i  musiała  chwycić  się 
drzewa; czuła się taka słaba, jakby zamiast szpiku miała wodę w kościach, 
dygotała, śmiała się i płakała na przemian.

Obcy pan zbliżył się i ostrożnie położył rękę na jej ramieniu.
– Większego wyście mieli stracha, niż chcieliście okazać – rzekł, a 

głos jego był dźwięczny i miły. – Lecz teraz musicie się opanować, tak 
dzielnie zachowaliście się w niebezpieczeństwie.

Krystyna mogła tylko skinąć głową. Miał piękne, jasne oczy w ściągłej 

twarzy i kruczoczarne włosy, obcięte dość krótko nad czołem i za uszami.

Ingebjörga doprowadziła tymczasem swe włosy do ładu; teraz zbliżyła 

się i dziękowała obcemu w wyszukanych słowach. Trzymał wciąż jeszcze 
rękę na ramieniu Krystyny rozmawiając z tamtą.

– Tych łotrów – rzekł do swoich ludzi, którzy trzymali obu chłopców 

(należeli oni, jak się okazało, do załogi statku z Rostocku) – weźmiemy 
z  sobą  do  miasta,  by  ich  wsadzić  do  więzienia.  Najpierw  jednak 

background image

odprowadzimy dziewice do klasztoru. Wyszukajcie parę rzemieni do ich 
związania.

– Czy dziewic, Erlendzie? – spytał jeden z jego ludzi. Byli to dwaj 

młodzi, silni i starannie ubrani chłopcy, rozochoceni bijatyką.

Pan  zmarszczył  czoło  i  chciał  ostro  odpowiedzieć.  Lecz  Krystyna 

położyła mu dłoń na rękawie i z drżeniem prosiła:

– Zwróć im wolność, dobry panie! Nie bardzo chciałybyśmy, ja i moja 

siostra, by się ta rzecz rozniosła.

Obcy spojrzał na nią, zagryzł dolną wargę i skinął na znak, że pojmuje. 

Płazem  miecza  uderzył  każdego  z  więźniów  w  kark,  aż  się  zatoczyli. 
–  Umykajcie  –  rzekł  dając  każdemu  kopniaka.  Pognali  co  tchu.  Pan  > 
dziewcząt i spytał, czy chcą jechać konno.

Ingebjörga pozwoliła się usadowić na siodle Erlenda, lecz okazało się, 

że nie umie w nim siedzieć; ześliznęła się natychmiast. Pytająco spojrzał 
na Krystynę, ta zaś odparła, że przyzwyczajona jest do jazdy w męskim 
siodle.

Ujął  ją  pod  kolana  i  uniósł  w  górę.  Słodki  i  rozkoszny  dreszcz 

przebiegł jej ciało – tak ostrożnie trzymał ją z dala od siebie, jakby się 
obawiał zbytnio zbliżyć; ludzie w domu nigdy nie troszczyli się o to, gdy 
pomagali jej dosiadać konia. Czuła się dziwnie zaszczycona.

Rycerz – jak zwała go Ingebjörga, choć nosił tylko srebrne ostrogi 

– podał jej rękę, a pachołkowie wskoczyli na konie. Ingebjörga chciała 
koniecznie objechać miasto od północy, podnóżem gór Ryen i Marterstok, 
nie  jechać  ulicami. Tłumaczyła to  tym,  że  pan  Erlend  i  jego  słudzy  są 
uzbrojeni. Rycerz odparł poważnie, iż zakaz noszenia broni nie jest zbyt 
surowy,  szczególnie  dla  podróżnych,  a  teraz  cała  ludność  miasta  i  tak 
zajęła się łowami na dzikie zwierzęta. Wówczas Ingebjörga powiedziała, 
że bardzo boi się panter. Krystyna domyśliła się, że Ingebjörga chce wracać 
najbardziej okólną i samotną drogą, aby móc jak najdłużej rozmawiać z 

background image

Erlendem.

–  Już  po  raz  drugi  dziś  wieczór  zatrzymujemy  was,  panie  –  rzekła 

Krystyna, a Erlend odparł poważnie:

– To nic, dziś wieczór jadę tylko do Gerdarud, a noc będzie jasna. 

Krystynie było przyjemnie, że nie żartował i nie wyśmiewał się z niej, ale 
rozmawiał, jakby mu była równa albo nawet więcej niż równa. Przyszedł 
jej  na  myśl  Szymon;  poza  nim  nie  spotkała  dotąd  żadnego  mężczyzny 
o  dwornym  obejściu.  Ten  człowiek  jednak  był  na  pewno  starszy  od 
Szymona.

Jechali doliną pod górami Ryen, wzdłuż potoku. Ścieżka była wąska, 

z młodych gałązek drzew zwisały mokre i silnie pachnące pąki, tu, w dole, 
było nieco ciemniej. W powietrzu leżał chłód i liście krzewów wzdłuż 
strumienia były wilgotne od rosy.

Konie szły stępa, podkowy uderzały głucho o wilgotną, porosłą trawą 

ścieżkę.  Krystyna  kołysała  się  w  siodle;  poza  sobą  słyszała  paplanie 
Ingebjörgi i głęboki, spokojny głos obcego. Nie mówił wiele i odpowiadał 
jakby w roztargnieniu, zdawało się jej, że jest w podobnym nastroju jak 
ona.  Czuła  się  dziwnie  senna,  ale  zarazem  bezpieczna  i  zadowolona; 
wszystkie wydarzenia dnia były już wszakże poza nią.

Kiedy wyjechali z lasu na łąki pod Marterstok, Krystyna jak gdyby 

się zbudziła. Słońce zaszło, miasto i zatoka leżały pod nimi w jasnym, 
bladawym  świetle;  szczyty  wzgórz  Aker  lśniły  jeszcze  ognistożółtą 
poświatą  pod  błękitnym  niebem.  W  ciszy  wieczoru  niosły  się  z  dala 
głosy, jakby zrodzone z otchłani wieczornego chłodu, gdzieś na jakiejś 
drodze skrzypnęło koło wozu i naszczekiwały psy po dworach z drugiej 
strony rzeki. W lesie poza nimi, teraz, gdy słońce zaszło, głośno śpiewały 
i  ćwierkały  ptaki.  W  powietrzu  snuł  się  zapach  spalenizny,  daleko  na 
łące żagwiło się czerwone ognisko; od wielkiej płomiennej zorzy nawet 
jasność nocy odbijała się ciemno.

background image

Jechali  już  między  polami  klasztoru,  gdy  obcy  znowu  do  niej 

przemówił. Zapytał, czy nie uważa za słuszne, aby podjechał z nimi pod 
furtę i prosił o pozwolenie widzenia się z panią Groą, by jej wytłumaczyć, 
jak się wszystko odbyło. Ale Ingebjörga wolała wśliznąć się po cichu przez 
kościół, może wówczas uda im się wejść niepostrzeżenie do klasztoru i 
nikt nie zwróci uwagi na ich długą nieobecność; może siostra Potencja 
zapomniała o nich z powodu odwiedzin.

Krystyna nie zdziwiła się nawet, że na placu przed zachodnią bramą 

kościoła jest tak cicho. Zwykle wieczorami panował tu ożywiony ruch, 
bo ludzie z sąsiedztwa odwiedzali kościół klasztorny; tutaj stało też sporo 
domostw,  w  których  mieszkali  słudzy  świeccy  i  jałmużnicy  klasztoru. 
W tym miejscu pożegnały Erlenda. Krystyna stała i głaskała konia; był 
czarny, miał zgrabną głowę i łagodne oczy – wydał się jej podobny do 
Morwina, na którym jeszcze dzieckiem jeździła zawsze w domu.

– Jak zowie się wasz koń, panie? – spytała, gdy rumak odwrócił od 

niej głowę i obwąchiwał pierś swego pana.

– Bajard – odrzekł patrząc na nią przez szyję konia. – Pytacie o imię 

konia, nie zaś o moje?

– Rada bym znać wasze imię – odpowiedziała skłoniwszy się lekko.
– Nazywam się Erlend syn Mikołaja.
– Więc dzięki wam, Erlendzie synu Mikołaja, za waszą dobrą usługę 

dzisiejszego wieczora – rzekła Krystyna podając mu rękę. Nagle spłoniła 
się i na wpół wysunęła dłoń z jego dłoni.

–  Czy  pani Aashilda  córka  Gautego  z  Dovre  jest  waszą  krewną?  – 

spytała.

Zdumiona ujrzała, że i jemu łuna krwi oblała twarz, wypuścił szybko 

jej rękę i odrzekł:

– To moja ciotka. Ja zaś jestem Erlendem synem Mikołaja na Husaby. 

–  Spojrzał  na  nią  tak  dziwnie,  że  zmieszała  się  jeszcze  bardziej,  lecz 

background image

opanowała się i rzekła:

–  Winnam  wam  podziękować  lepszymi  słowami,  Erlendzie  synu 

Mikołaja, lecz nie wiem, co bym wam rzec mogła.

Skłonił się przed nią i zdawało się jej, że musi go już pożegnać, choć 

chętnie  mówiłaby  z  nim  dłużej.  W  drzwiach  kościoła  obejrzała  się,  a 
widząc, że Erlend stoi jeszcze przy koniu, skinęła mu ręką.

W klasztorze panowało wielkie zaniepokojenie i krzątanina. Haakon 

posłał  jezdnego  z  wiadomością,  sam  zaś  chodził  po  mieście  i  szukał 
dziewcząt wraz z przysłanymi mu do pomocy ludźmi. Zakonnice słyszały, 
że  dzikie  bestie  uśmierciły  i  pożarły  dwoje  dzieci  w  mieście.  Było  to 
oczywiście  kłamstwo,  panterę  zaś  –  jedna  bowiem  tylko  była  –  ujęło 
jeszcze przed nieszporami kilku służących z królewskiego dworu.

Krystyna stała cicha z pochyloną głową, gdy ksieni i siostra Potencja 

wyładowywały na nie swój gniew. Była jakby pogrążona w wewnętrznym 
śnie.  Ingebjörga  szlochała  i  próbowała  się  usprawiedliwić:  wszak 
otrzymały  zezwolenie,  że  mogą  wyjść  za  wiedzą  siostry  Potencji  i  w 
odpowiednim towarzystwie, a za to, co się potem wydarzyło, naprawdę 
nie ponoszą winy.

Lecz pani Groa poleciła im pozostać w kościele, aż północ wydzwoni, 

skierować  myśli  ku  sprawom  Boskim  i  dziękować  Bogu,  który  ocalił 
im  życie  i  cześć.  –  Sam  Bóg  odsłonił  wam  jasno  prawdę  o  świecie  – 
powiedziała – dzikie zwierzęta i sługi szatana na każdym kroku czyhają 
na Jego dzieci i nie ma na to ratunku; tylko w modlitwie i błaganiu trzeba 
szukać oparcia.

Dała każdej płonącą świecę do ręki i przykazała, aby poszły z siostrą 

Cecylią  córką  Baarda,  która  nieraz  całe  noce  spędzała  w  kościele  na 
modlitwie.

Krystyna postawiła świecę na ołtarzu świętego Wawrzyńca i przyklękła 

na stopniu. Utkwiła nieruchomo wzrok w płomieniu świec, odmawiając 

background image

cicho Ojcze nasz Ave Maria. Powoli zaczęło się jej zdawać, że obejmuje 
ją blask świec i wyłącza wszystko, co leży poza nią i światłem.

Czuła, że serce jej rozwiera się, przepełnione podzięką, uwielbieniem 

i miłością ku Bogu i Jego łaskawej Matce – czuła się im bliska. Wiedziała 
zawsze, że patrzą na nią z góry; ale tej nocy po raz pierwszy czuła, że tak 
jest w istocie. Ujrzała świat, jakby w widzeniu jakimś: ciemna przestrzeń, 
w  którą  pada  słoneczna  smuga,  pyłki  wirują  ustawicznie  pomiędzy 
ciemnością  a  światłem,  i  poczuła,  że  wreszcie  ona  sama  dostała  się  w 
krąg jasności.

Wydawało się jej, że chętnie pozostałaby jak najdłużej w tym ciszą 

i  ciemnością  nocy  owianym  kościele:  owych  kilka  plam  świetlnych, 
niby gwiazdy złote nocą, słodkawy, stary zapach kadzideł i ciepła woń 
palącego się wosku – i ona sama wtulona we własną gwiazdę.

I  zdało  się  jej,  że  kończy  się  jakieś  szczęście,  gdy  przysunęła  się 

siostra Cecylia i dotknęła jej ramienia. Trzy kobiety pokłoniły się przed 
ołtarzem i przez małą południową furtę wyszły na klasztorny dziedziniec.

Ingebjörga była taka śpiąca, że położyła się nic nie mówiąc. Ucieszyło 

to Krystynę – tak bardzo pragnęła być sama ze swymi dobrymi myślami. 
I było jej przyjemnie, że w nocy muszą mieć na sobie koszule: Ingebjörga 
była gruba i mocno się pociła.

Długo  leżała  bezsennie,  ale  ów  prąd  słodyczy,  który  ją  uniósł,  gdy 

klęczała w kościele, nie wracał. Przenikało ją jednak jeszcze jego ciepło, 
z serca dziękowała Bogu i czuła się silna, kiedy modliła się za rodziców, 
rodzeństwo i za duszę Arnego syna Gyrda.

Myślała o ojcu. Tak bardzo tęskniła za nim i za wszystkim, co ich 

łączyło, zanim Szymon Darre wszedł w ich życie. Jakaś nowa tkliwość 
ku niemu ogarnęła ją. Tego wieczora w jej miłości do ojca była jakby 
zapowiedź macierzyńskiego ukochania i troski; niejasno przeczuwała, że 
wiele jest rzeczy w życiu, które nie stały się jego udziałem. Przypomniała 

background image

sobie mały drewniany kościółek w Gerdarud; tam na Wielkanoc widziała 
groby  trzech  braciszków  i  babki,  matki  ojca,  Krystyny  córki  Sigurda, 
która umarła dając mu życie.

Co Erlend syn Mikołaja ma do roboty w Gerdarud, tego nie mogła 

pojąć.

Nie uświadamiała sobie, że w ten wieczór dużo o nim myślała. Ale 

przez cały czas wspomnienie jego szczupłej smagłej twarzy i spokojnego 
głosu trwało gdzieś w mroku, poza blaskiem świec, ponad jej myślami.

Gdy  się  nazajutrz  rano  obudziła,  słońce  świeciło  już  w  sypialni  i 

Ingebjörga  opowiadała,  że  pani  Groa  zabroniła  siostrom  budzić  je  na 
jutrznię.  Teraz  miały  iść  do  kuchni  i  przynieść  sobie  coś  do  jedzenia. 
Krystynie aż ciepło się zrobiło z radości, że ksieni taka łaskawa; odczuwała 
to tak, jak gdyby cały świat był dobry dla niej.

3

Bractwo chłopskie z Aker miało za swą patronkę świętą Małgorzatę 

i  doroczną  uroczystość  rozpoczynało  20  lipca,  w  dzień  świętej.  Bracia 
i  siostry  gromadzili  się  wtedy  razem  z  dziećmi  i  czeladzią  w  kościele 
w Aker i wysłuchiwali mszy przy ołtarzu świętej Małgorzaty; po czym 
ciągnęli do hali bractwa, leżącej przy szpitalu Hofvin, i tutaj świętowano 
zazwyczaj pięć dni.

Ponieważ jednak kościół w Aker zarówno jak szpital Hofvin należały 

do  klasztoru  zakonnic,  prócz  tego  zaś  wielu  chłopów  z  Aker  było 
dzierżawcami  klasztoru,  przeto  przyjął  się  zwyczaj,  że  ksieni  i  kilka 
starszych sióstr, aby okazać szacunek bractwu, brało udział w obchodzie 
w pierwszym dniu święta. Również wychowanki klasztoru, oddane tylko 
na naukę i nie mające później składać ślubów, mogły pójść i wieczorem 

background image

potańczyć; na to święto wolno im było zamiast odzieży klasztornej włożyć 
własne suknie.

Dlatego też wielki ruch panował w wigilię świętej Małgorzaty w izbie 

wychowanek;  dziewczęta,  którym  pozwolono  iść  na  zabawę,  grzebały 
w swych skrzyniach i mierzyły najlepsze szaty, inne zaś chodziły nieco 
zgnębione i przyglądały się. Niektóre postawiły na kominku garnuszki i 
gotowały wodę, która miała czynić płeć białą i miękką, inne warzyły znów 
jakiś płyn, którym nacierały sobie włosy; gdy dzieliły je potem w pasma i 
zwijały dokoła skórzanych rzemyków, włosy skręcały się w piękne pukle.

Ingebjörga powyciągała wszystkie swoje suknie, nie mogła się jednak 

zdecydować, którą z nich włożyć; w każdym razie nie tę najlepszą zieloną 
z aksamitu, ta była zbyt ładna i za kosztowna na chłopskie święto. Ale 
mała, szczupła siostra, która nie mogła iść na zabawę – zwała się Helga 
i  jeszcze  dzieckiem  przeznaczyli  ją  rodzice  do  klasztoru  –  odciągnęła 
Krystynę  na  bok  i  szepnęła,  że  z  pewnością  Ingebjörga  włoży  mimo 
wszystko swą zieloną suknię i czerwoną jedwabną koszulę.

–  Zawsze  byłaś  mi  życzliwa,  Krystyno  –  dodała  Helga.  –  Nie 

wypada mi mieszać się w takie sprawy, ale teraz powiem ci o tym. Ów 
rycerz, który was odprowadził owego wieczora na wiosnę… Słyszałam 
i widziałam, że Ingebjörga mówiła z nim potem. Rozmawiali z sobą w 
kościele i czekał na nią na ścieżce między opłotkami, gdy szła do domu 
jałmużnie. Rycerz pytał o ciebie i Ingebjörga przyrzekła mu, że weźmie 
cię z sobą. Założyłabym się, żeś do tej pory nic o tym nie słyszała.

– W istocie, Ingebjörga nie wspomniała mi o tym – odparła Krystyna. 

Ściągnęła  usta,  by  Helga  nie  dojrzała  uśmiechu,  który  jej  wykwitł  na 
wargach. Hm, taka więc jest Ingebjörga. – Zapewne wie ona dobrze, że ja 
nie należę do dziewcząt, które latają za węgły domów i płoty na spotkanie 
z obcym mężczyzną – rzekła dumnie.

– Mogłabym sobie zaoszczędzić mówienia ci tych nowinek, o których 

background image

przystojniej  byłoby  nie  wspominać  –  odpowiedziała  urażona  Helga  i 
rozeszły się.

Lecz przez cały wieczór Krystyna nie mogła sobie znaleźć miejsca i 

usiłowała stłumić uśmiech, gdy ktoś patrzył na nią.

Na drugi dzień rano Ingebjörga ociągała się tak bardzo z ubieraniem 

i tak długo chodziła w samej koszuli, że Krystyna zrozumiała, iż tamta 
czeka, póki ona nie będzie gotowa.

Nie odezwała się słowem, tylko ze śmiechem podeszła do skrzyni i 

wyciągnęła żółtą jedwabną koszulę. Pierwszy raz wdziała ją dzisiaj i gdy 
spłynęła wzdłuż ciała, Krystyna poczuła miły chłód i miękkość. Wkoło 
szyi i nad piersią, jak daleko sięgało wycięcie sukni, koszula była pięknie 
wyszyta srebrem oraz niebieskim i brązowym jedwabiem; tak samo były 
ozdobione rękawy. Krystyna naciągnęła płócienne pończochy i związała 
mocno małe purpurowo-niebieskie trzewiczki, które owego nieszczęsnego 
dnia Haakon szczęśliwie przyniósł do domu. Ingebjörga wciąż patrzyła na 
nią, Krystyna rzekła więc ze śmiechem.

–  Ojciec  pouczał  mnie  zawsze,  że  nie  powinniśmy  okazywać 

lekceważenia tym, którzy stoją niżej od nas, ty jednak jesteś pewnie zbyt 
dumna, aby się przystroić dla chłopów i dzierżawców.

Ingebjörga pokraśniała jak jagoda, opuściła wełnianą koszulę przez 

białe  biodra  i  wciągnęła  czerwoną,  jedwabną.  Krystyna  włożyła  przez 
głowę  najlepszą  aksamitną  suknię  koloru  fiołkowego,  głęboko  wyciętą 
na piersi, z rozciętymi rękawami sięgającymi prawie do ziemi. Opasała 
biodra złoconym pasem i narzuciła na plecy futrzane okrycie, po czym 
strząsnęła bujne, jasne włosy na ramiona, a na czoło włożyła złotą opaskę 
z wykutymi w niej małymi różyczkami.

Widziała, że Helga stoi i przypatruje się im. Wyjęła więc ze skrzyni 

wielką srebrną klamrę, tę samą, która spinała jej okrycie wówczas, kiedy 
Bentein  zaczepił  ją  na  gościńcu,  i  której  odtąd  nigdy  nie  nosiła. Teraz 

background image

zbliżyła się do Helgi i rzekła cicho:

– Wiem dobrze, że wczoraj wieczór chciałaś mi oddać przysługę. Nie 

sądź, że jestem niewdzięczna – i wsunęła jej klamrę do ręki.

Ingebjörga  również  była  bardzo  piękna  w  swej  zielonej  sukni  z 

czerwonym jedwabnym okryciem na plecach i z rozpuszczonymi włosami. 
„Wystroiły się na zawody” – pomyślała Krystyna i roześmiała się.

Ranek był jeszcze chłodny i rześki, gdy procesja wyszła z klasztoru 

i skierowała się na zachód ku Fryzji. Tutaj, za miastem, sianokosy były 
prawie  na  ukończeniu,  ale  wzdłuż  płotów  stały  w  kępkach  dzwonki 
i  macierzanka.  Jęczmienne  łany  falowały  bladosrebrnymi  kłosami  o 
różowawym połysku. W wielu miejscach, gdzie wąska miedza prowadziła 
wśród pól, źdźbła uderzały idących po kolanach.

Na  czele  kroczył  Haakon  i  niósł  godło  klasztoru  z  obrazem  Matki 

Boskiej na niebieskim jedwabiu. Za nim postępowała czeladź i jałmużnicy, 
dalej pani Groa i cztery starsze siostry na koniach, a dopiero na ostatku 
szły  pieszo  wychowanki;  ich  jaskrawe,  świeckie  szaty  błyszczały  i 
mieniły  się  w  słońcu.  Pochód  zamykały  żony  jałmużników  oraz  garść 
uzbrojonych sług.

Ze śpiewem kroczyli przez jasne pola, a ludzie, których spotykali na 

bocznych drogach, usuwali się i witali ich ze czcią. Wszędzie jechały i 
szły małe grupy ludzi, z każdego domu i każdego dworu płynął lud do 
kościoła. Wnet usłyszeli za sobą śpiew głębokich, męskich głosów i ujrzeli 
na wzgórzu godło klasztoru z Hovedø; czerwona chorągiew połyskiwała 
w słońcu, wznosiła się i opadała w takt kroków niosącego ją człowieka.

Potężny, spiżowy głos dzwonów zabrzmiał ponad hałasem i rżeniem 

rumaków na kościelnym wzgórzu. Krystyna nigdy nie widziała tylu koni 
razem – burzliwe, niespokojne morze końskich łbów falowało na murawie 
przed bramą kościoła. Na łące stali, siedzieli lub leżeli odświętnie odziani 
ludzie,  ale  wszyscy  podnieśli  się  i  skłonili,  gdy  uniesiono  wśród  nich 

background image

chorągiew  Maryi  z  klasztoru,  i  wszyscy  kłaniali  się  nisko  przed  panią 
Groą.

Zdawało  się,  że  ludzi  jest  więcej,  aniżeli  kościół  może  pomieścić, 

mimo to dla orszaku z klasztoru zatrzymano miejsce przy ołtarzu. Zaraz 
potem nadeszli cystersi z Hovedø i udali się do prezbiterium, po czym 
zabrzmiał w kościele śpiew męski i chłopięcy.

Pod koniec mszy, kiedy wszyscy powstali, wzrok Krystyny padł na 

Erlenda syna Mikołaja. Był wysoki, górował nad otaczającymi go ludźmi, 
widziała  jego  twarz  prawie  z  boku.  Miał  strome  i  wąskie  czoło,  duży, 
prosty, kształtny trójkąt nosa wysuwał się naprzód i był dziwnie cienki, 
a nozdrza delikatne i drgające; coś w tej twarzy przypominało Krystynie 
niespokojnego, spłoszonego ogiera. Nie był wcale taki piękny, jakim go 
sobie przypominała, wydłużone mięśnie twarzy jakby niechętnie ściągały 
się w dół ku małym, miękkim, ładnie skrojonym ustom – nie, jednak był 
piękny…

Odwrócił głowę i ujrzał ją. Nie wiedziała, jak długo stali tak – oko w 

oko. Potem myślała już tylko o tym, by msza się wreszcie skończyła. W 
napięciu oczekiwała, co dalej nastąpi.

Gdy  tłum  chciał  opuścić  nabity  kościół,  powstał  zamęt.  Ingebjörga 

pociągnęła Krystynę za sobą poza ciżbę, w ten sposób zostały szczęśliwie 
oddzielone od sióstr, które wyszły pierwej. Jedne z ostatnich doszły do 
skarbonki i opuściły kościół.

Erlend  stał  na  dworze  tuż  przy  drzwiach  pomiędzy  księdzem  z 

Gerdarud  a  tęgim,  czerwonym  człowiekiem  we  wspaniałej  jedwabnej, 
niebieskiej  szacie.  Erlend  też  był  odziany  w  jedwabną,  luźną  szatę 
ciemnego  koloru,  w  brązowy  i  czarny  wzór;  na  jego  czarnym  okryciu 
wyhaftowane były małe żółte sokoły.

Przywitali się i poszli ku łące, gdzie uwiązane były konie mężczyzn. 

Podczas gdy mówili o pogodzie, pięknej mszy i wielkich tłumach, gruby 

background image

czerwony pan – nosił złote ostrogi i zwał się rycerz Munan syn Baarda 
– ujął Ingebjörgę za rękę. Zdawało się, że dziewczyna niezwykle mu się 
podoba. Erlend i Krystyna zostali z tyłu, szli obok siebie i milczeli.

Kiedy ludzie zaczęli się rozjeżdżać, wybuchło zamieszanie i niepokój 

na kościelnym wzgórzu; konie stłoczyły się, ludzie krzyczeli, niektórzy 
się gniewali, inni śmiali się. Nieraz dwóch siedziało na jednym koniu, 
mężczyźni mieli za sobą żony albo przed sobą w siodle dzieci, młodzi 
chłopcy  wskakiwali  na  konie  swych  przyjaciół.  Krystyna  ujrzała 
chorągiew kościelną, mniszki i księży już zupełnie nisko u stóp wzgórza.

Rycerz Munan przejechał, Ingebjörga siedziała przed nim, trzymał ją 

w ramionach. Oboje wołali i dawali znaki. Erlend powiedział:

– Są tu ze mną moi ludzie, mogliby oni siąść we dwóch na jednego 

konia, a wy dostalibyście wierzchowca Haftora, dobrze?

Krystyna zaczerwieniła się.
–  Jesteśmy  już  tak  daleko  za  innymi,  że  nie  widzę  waszych  ludzi, 

więc… – roześmiała się i Erlend też się uśmiechnął.

Wskoczył na konia i pomógł jej usiąść za sobą. W domu Krystyna 

nieraz jeździła z tyłu za ojcem, gdy była już zbyt duża, by wskoczyć po 
męsku na konia. Mimo to poczuła się zmieszana i niepewna, kiedy kładła 
jedną  rękę  na  barkach  Erlenda,  drugą  oparła  o  grzbiet  konia.  Powoli 
zjeżdżali ku mostowi.

Po chwili wydało się Krystynie, że powinna się odezwać, skoro on nic 

nie mówi, rzekła więc:

– Było dla mnie niespodzianką spotkać was tu dzisiaj.
–  Czy  naprawdę?  –  spytał  Erlend  odwracając  się  ku  niej.  –  Czy 

Ingebjörga córka Filippusa nie oddała wam pozdrowienia?

–  Nie  –  rzekła  Krystyna  –  nie  słyszałam  o  żadnym  pozdrowieniu, 

nie wspominała o was ni razu od owego dnia w maju, kiedyście to nam 
przyszli z pomocą – rzekła podstępnie, aby obłuda Ingebjörgi wyszła na 

background image

jaw.

Erlend  nie  obejrzał  się,  ale  po  głosie  poznała,  że  uśmiechnął  się 

pytając:

–  A  ta  mała  czarna,  na  mniszkę  przeznaczona,  nie  pamiętam  jej 

imienia? Wynagrodziłem ją nawet, by tylko was pozdrowiła.

Krystyna poczerwieniała, lecz potem roześmiała się.
–  Owszem  –  wyznała  –  winnam  przyznać  Heldze,  że  zasłużyła  na 

nagrodę.

Erlend  poruszył  nieco  głową,  szyja  jego  znalazła  się  tuż  obok  jej 

ręki.  Krystyna  natychmiast  cofnęła  dłoń  dalej  na  ramię.  Z  pewnym 
zaniepokojeniem pomyślała, że przybywając na to święto okazała więcej 
śmiałości,  niż  dopuszczała  przyzwoitość,  gdyż  właściwie  mężczyzna 
prosił ją o spotkanie.

Po chwili Erlend zapytał:
– Czy chcecie tańczyć dziś wieczór u mego boku, Krystyno?
– Nie wiem, panie – odrzekła.
– Myślicie, że nie przystoi? – spytał, a gdy nie odpowiadała, mówił 

dalej: – Może i nie przystoi. Sądziłem jednak, iż nie staniecie się gorsza 
przez to, że tego wieczoru podacie mi rękę. Poza tym już osiem lat minęło, 
odkąd po raz ostatni brałem udział w tańcu.

–  Czemuż  to,  panie?  –  spytała.  –  Może  jesteście  żonaci?  –  Potem 

jednak przyszło jej na myśl, że gdyby był żonaty, nie byłoby godziwie z 
jego strony umawiać się z nią w ten sposób. Chciała naprawić zło i rzekła: 
– Może straciliście narzeczoną lub żonę?

Erlend odwrócił się szybko i spojrzał na nią dziwnie:
– Ja?… Czy pani Aashilda nic wam?… Dlaczego owego wieczora za 

czerwieniliście się tak, gdyście usłyszeli, kim jestem? – spytał po chwili.

Krystyna  znów  pokraśniała,  lecz  nic  nie  odrzekła;  Erlend  zagadnął 

powtórnie:

background image

– Chciałbym wiedzieć, co słyszeliście o mnie od mojej ciotki.
– Nic więcej – rzekła szybko Krystyna – nad same pochwały. Mówiła, 

że jesteście tak piękni i z tak dostojnego rodu, że w porównaniu z wami i 
waszym rodem my nie liczymy się tak wysoko, mój ród i ja.

–  Czy  ona  wciąż  jeszcze  mówi  o  takich  rzeczach  tam,  gdzie  jest 

teraz? – rzekł Erlend i roześmiał się gorzko. – Pewnie, jeśli to dla niej jest 
pociechą. Czy nic więcej nie mówiła o mnie?

– Cóż by to miało być? – spytała Krystyna; sama nie wiedziała, czemu 

jej serce ścisnęło się tak dziwnie.

– Och, mogła rzec – odparł Erlend zniżając głos i patrząc przed siebie 

– mogła rzec, że jestem zabójcą i że ciężko musiałem pokutować, aby 
zyskać pokój i ugodę.

Krystyna milczała długą chwilę. Potem odezwała się cicho:
–  Bywają  ludzie,  których  los  prześladuje.  Tak  słyszałam.  Mało 

widziałam świata, lecz nigdy nie uwierzę, Erlendzie, byście tak uczynili… 
dla jakiejś… niegodnej sprawy.

–  Bóg  niechaj  ci  wynagrodzi  te  słowa,  Krystyno  –  rzekł  Erlend, 

odwrócił  głowę  i  ucałował  tak  gwałtownie  jej  rękę,  że  koń  wspiął  się 
pod nimi. Gdy znów jechał spokojnie, Erlend rzekł błagalnie: – Tańczcie 
ze mną dziś wieczór, Krystyno. Potem opowiem wam wszystko o moim 
życiu. Ale dziś wieczór weselmy się razem.

Krystyna  przyrzekła  mu  i  chwilę  jechali  w  milczeniu.  Po  pewnym 

czasie Erlend zaczął wypytywać o panią Aashildę i Krystyna opowiedziała 
wszystko, co o niej wiedziała; chwaliła ją bard – Tak więc nie wszystkie 
drzwi są zamknięte przed Björnem i Aashildą? – spytał Erlend.

Krystyna odparła, że są oni poważanymi ludźmi, a ojciec jej i wielu 

wraz z nim jest zdania, że większość tego, co o tych dwojgu się mówi, nie 
jest prawdą.

– A jak się wam podobał mój krewniak, Munan syn Baarda? – zagadnął 

background image

Erlend ze śmiechem.

– Nie bardzo mu się przyglądałam – odparła Krystyna – i nie zdaje mi 

się, żeby wart był wielkiej uwagi.

– Czyście nie wiedzieli, że jest jej synem?
– Synem pani Aashildy? – rzekła zdumiona Krystyna.
– Tak jest, jednak piękności matki nie mogły dzieci jej zabrać tak, jak 

zabrały wszystko inne.

– Nie znałam imienia jej pierwszego męża – powiedziała Krystyna.
–  Było  dwóch  braci,  którzy  dostali  dwie  siostry  –  mówił  Erlend  – 

Mikołaj i Baard synowie Munana. Mój ojciec był starszy, moja matka była 
jego drugą żoną, z pierwszą nie miał dzieci. Baard, który dostał Aashildę, 
też nie był młody i nigdy nie żyli z sobą dobrze – byłem wówczas jeszcze 
dzieckiem i taili przede mną różne rzeczy. Lecz opuściła ona kraj z panem 
Björnem i poślubiła go, skoro tylko Baard umarł, nie pytając o radę swych 
krewnych. Ludzie chcieli zerwać to małżeństwo, chcieli udowodnić, że 
Björn nie omijał jej łoża jeszcze za życia pierwszego męża i że razem 
zastanawiali się, jak zgładzić mojego stryja ze świata. Oczywiście, nie 
można im było tego udowodnić i tym samym unieważnić małżeństwa. 
Lecz  musieli  odpokutować  całym  swym  majątkiem…  Björn  zabił  też 
jakiegoś jej krewniaka, mam na myśli krewniaka mojej matki i Aashildy.

Krystynie  mocno  biło  serce.  W  domu  rodzice  surowo  czuwali  nad 

dziećmi  i  młode  dziewczęta  nie  śmiały  słuchać  żadnej  nieprzyzwoitej 
gadaniny.  Zdarzyło  się  przecież  niejedno  w  dolinie,  o  czym  Krystyna 
posłyszała,  na  przykład  o  jakimś  mężczyźnie,  który  żył  z  zamężną 
kobietą.  Było  to  cudzołóstwo,  jeden  z  najgorszych  grzechów;  byli  też 
pono winni zamachu na życie jej męża, a za to groziła banicja i klątwa 
kościelna.  Lavrans  mawiał,  że  żadna  żona  nie  ma  obowiązku  pozostać 
przy mężu, jeśli zadawał się on z żoną innego, i takim bękartom nigdy nie 
przysługiwało prawo uznania ich przez ojca, nawet wówczas, gdy rodzice 

background image

stawali się potem wolni i mogli się pobrać. Mężczyzna mógł przekazać 
swoje imię i majątek dziecku spłodzonemu z dziewką albo włóczącą się 
żebraczką, ale przenigdy bękartowi poczętemu w łożu cudzej żony; nawet 
wówczas, gdy matka była małżonką rycerza.

Pomyślała o niechęci, jaką żywiła zawsze do pana Björna, do jego 

bladej twarzy i otyłej, rozlanej postaci. Nie mogła nigdy pojąć, że pani 
Aashilda  jest  tak  uprzejma  i  uległa  wobec  człowieka,  który  ją  pchnął 
na  drogę  hańby,  że  taka  pełna  wdzięku  kobieta  mogła  mu  się  tak  dać 
ogłupić.  Nie  był  nawet  dobry  dla  niej.  Na  jej  barkach  spoczywał  trud 
całego  gospodarstwa;  Björn  nie  robił  nic,  pił  jedynie  piwo. A  przecież 
Aashilda była zawsze łagodna i uprzejma, ilekroć rozmawiała z mężem. 
Wydało się Krystynie wątpliwe, czy ojciec jej znał całą tę historię, kiedy 
zaprosił Björna do siebie. Teraz, gdy o tym myślała, dziwiła się, że Erlend 
opowiada jej takie rzeczy o swym bliskim krewnym. Ale pewno sądził, że 
ona wie już o tym. Po chwili Erlend rzekł:

– Może zapragnę odwiedzić moją ciotkę Aashildę, gdy będę jechał na 

północ. Czy mój krewniak Björn ciągle jeszcze jest piękny?

–  Nie  –  odparła  Krystyna.  –  Wygląda  jak  siano,  które  przez  zimę 

leżało na polu.

–  Tak,  tak,  wgryza  się  to  dobrze  w  człowieka  –  rzekł  Erlend  z 

gorzkawym  uśmiechem.  –  Nigdy  nie  widziałem  równie  przystojnego 
mężczyzny. Już dwadzieścia lat od tego czasu minęło, byłem wtedy małym 
chłopcem, ale nie zdarzyło mi się dotąd spotkać nikogo tak urodziwego.

Niedługo  potem  przybyli  do  przytułku.  Był  to  wielki,  obszerny 

folwark  z  wielu  zabudowaniami  z  drzewa  i  kamienia;  mieścił  się  tu 
szpital, schronisko dla ubogich, dom zajezdny dla podróżnych, kaplica 
i  plebania.  Na  dziedzińcu  panował  niezwykły  ruch,  gdyż  w  kuchni 
folwarku  przygotowywano  jadło  na  uroczystą  biesiadę,  a  w  ten  dzień 
także biedaków i chorych goszczono jak najobficiej.

background image

Dom bractwa leżał za ogrodami przytułku, szło się doń drogą wiodącą 

przez  ogród  ziołowy,  którego  sława  rozniosła  się  daleko.  Pani  Groa 
wyhodowała  tu  rośliny,  których  do  tej  pory  nie  znał  nikt  w  Norwegii; 
także  te  zioła,  które  zazwyczaj  rosły  w  ogrodach,  najlepiej  udawały 
się  w  jej  ogrodzie,  zarówno  kwiaty,  jak  warzywa  i  zioła  lecznicze. 
Była  najuczeńszą  kobietą  w  tych  sprawach  i  sama  przełożyła  na  język 
norweski księgi salerneńskie

[23]

 traktujące o ziołach. Pani Groa okazywała 

szczególne względy Krystynie, odkąd zauważyła, że wie ona coś niecoś o 
sile leczniczej ziół i rada by dowiedzieć się czegoś więcej.

Krystyna  objaśniała  więc  Erlendowi,  co  rosło  po  obu  stronach 

zielonej  dróżki,  którą  szli.  W  południowym  słońcu  pachniało  silnie 
koprem  i  selerem,  cebulą  i  różami,  szczawiem  i  lakami.  Rzędy  drzew 
owocowych, stojące na skraju zalanego słońcem, pozbawionego zupełnie 
cienia  ogrodu  warzywnego,  wyglądały  kusząco;  błyszczały  czerwone 
wiśnie w ciemnej koronie listowia, a gałęzie jabłoni uginały się obciążone 
zielonym owocem.

Dokoła  sadu  ciągnął  się  żywopłot  z  głogu.  Kwitło  na  nim  jeszcze 

kilka różyczek; nie różniły się one niczym od innych dzikich róż, lecz 
w spiekocie liście ich pachniały winem i jabłkami. Ludzie przechodząc 
zrywali gałązki i wpinali je sobie w odzież. Także Krystyna zerwała parę 
różyczek  i  zatknęła  je  sobie  za  włosy  pod  opaskę  na  skroniach.  Jedną 
zatrzymała, po chwili Erlend wyjął jej kwiat z ręki, ale nic nie powiedział.

Przez chwilę trzymał różę w ręce, potem przypiął ją sobie do klamry 

na piersiach. Był przy tym onieśmielony i zmieszany, i tak niezgrabny, że 
skaleczył sobie palec do krwi.

W świetlicy, na piętrze domu bractwa, nakryto kilka wielkich stołów; 

pod ścianami podłużnymi po jednym dla mężczyzn i kobiet. W środku 

[23]    Księgi  salerneńskie  –  pochodzące  ze  słynnej  w  średniowieczu  akademii 

medycznej w Salerno.

background image

sali, przy dwóch stołach, siedziały dzieci razem z młodymi ludźmi.

Pani  Groa  zajęła  poczesne  miejsce  przy  stole  kobiet,  zakonnice  i 

najbardziej poważne kobiety zasiadły pod ścianą, a niezamężne na ławie 
zewnętrznej,  wyżej  zaś  wychowanki  klasztoru.  Krystyna  wiedziała, 
że Erlend patrzy na nią, ale nie śmiała odwrócić głowy. Dopiero kiedy 
wszyscy powstali i kapelan bractwa odczytywał głośno imiona zmarłych 
braci i sióstr, rzuciła spiesznie ukradkowe spojrzenie ku stołowi mężczyzn 
i udało się jej dojrzeć jego postać. Stał pod ścianą poza płonącymi na stole 
światłami i patrzył na Krystynę.

Uczta trwała długo, a to na skutek niezliczonych toastów, wznoszonych 

na cześć Boga, Przenajświętszej Dziewicy, świętej Małgorzaty, świętego 
Olafa i świętego Halvarda, przeplatanych modlitwami i pieśniami.

Krystyna widziała przez otwarte drzwi, że słońce zaszło. Z zarośniętego 

murawą dziedzińca zabrzmiał dźwięk skrzypiec i śpiew – młodzi ludzie 
opuścili już salę. Pani Groa zwróciła się do wychowanek, że mogą teraz 
zejść i chwilę się pobawić, jeśli mają na to ochotę.

Trzy  czerwone  ogniska  płonęły  na  dziedzińcu,  dokoła  nich  krążyły 

czarne i pstre szeregi tańczących. Grajkowie siedzieli na rozstawionych 
skrzyniach  i  pociągali  smyczkami  po  skrzypcach;  grali  i  śpiewali 
rozmaite melodie, każdy w swoim kręgu, było bowiem zbyt wiele osób, 
aby  wszyscy  mogli  tańczyć  w  jednym  kole.  Zmrok  już  zapadał,  na 
północy  lesiste  pasma  gór  odcinały  się  czarno  ostrymi  zrębami  na  tle 
żółtozielonego nieba.

Pod gankiem górnego piętra siedzieli ludzie i pili. Gdy sześć dziewcząt 

z  klasztoru  zeszło  po  schodach,  wystąpiło  paru  mężczyzn.  Munan  syn 
Baarda podbiegł do Ingebjörgi i pociągnął ją z sobą, Krystynę też ktoś 
chwycił:  Erlend  –  znała  już  jego  rękę.  Ścisnął  jej  dłoń  tak  mocno,  że 
pierścienie ich uderzyły o siebie i werżnęły się w ciało.

Pociągnął ją do skrajnego ogniska. Tu tańczyło wiele dzieci; Krystyna 

background image

wolną  rękę  podała  jakiemuś  dwunastoletniemu  chłopcu,  Erlend  zaś 
prowadził po swej drugiej stronie drobną, wpółdorosłą dziewczynkę.

W tym kręgu prawie nikt nie śpiewał; ludzie kroczyli w koło i kołysali 

się w takt skrzypiec. Potem ktoś zawołał, żeby Duńczyk Jivord zaśpiewał 
im nową piosenkę. Wysoki, jasnowłosy człowiek z olbrzymimi pięściami 
wszedł w środek koła i począł śpiewać.

Na białym piasku w Munkholm tańczono, 
od morza biła słona woń. 
Tańczył pan Ivar syn Jona, królowej podając dłoń. 
Znacie Ivara syna pana Jona?

Grajkowie nie znali tej melodii, brzdąkali z cicha w struny, a Duńczyk 

śpiewał sam, silnym, miłym głosem.

Czy pomnisz jeszcze, duńska królowo, 
lata gorący żar palił, 
kiedy to w Szwecji o twoją rękę Duńczycy się starali 
Z Szwecji cię tutaj przywiedli, w duńską krainę oto. 
Ze łzami na twym licu, z koroną szczerozłotą. 
Ze łzami na twym licu, z koroną rozbłyśnioną. 
Czy pomnisz, duńska królowo, jako wpierw byłaś 
moją?

Skrzypce znów zawtórowały, tańczący nucili nowo poznaną piosenkę 

i powtarzali końcowy jej rym.

A chociaż z tobą, Ivarze, piłem ja z jednej szklenicy,

zawiśniesz ty jutro wysoko, na szubienicy.

background image

Ale Ivar syn Jona nie uląkł się groźby ni fal.

Wskoczył do łodzi złocistej, okuty w stal.

Bóg niech ci da, duńska królowo,

tyle pogodnych nocy,

ile gwiazd nad twą głową wspaniałość nieba roztoczy.

Tobie niech jednak, o duński królu,

Bóg da lat złych takie mrowie, ile suka ma włosów na 
grzbiecie,

jak bujne ma lipa listowie.

Znacie Ivara syna pana Jona?

Była  już  późna  noc,  z  ognisk  pozostał  jeno  żar,  coraz  to  bardziej 

czerniejący.

Krystyna i Erlend stali przy płocie pod drzewami ująwszy się za ręce. 

Za  nimi  ściszał  się  z  wolna  hałas  pijatyki  –  paru  młodych  chłopaków 
skakało nucąc dokoła dogorywającego ogniska, lecz grajkowie udali się 
już  na  spoczynek  i  większość  ludzi  rozeszła  się.  Kilka  kobiet  szukało 
swych mężów, których piwo zwaliło z nóg.

background image

– Gdzie to ja położyłam moje okrycie? – szepnęła Krystyna. Erlend 

objął ją ramieniem wpół i swym płaszczem okrył oboje. Przytuleni do 
siebie poszli do ogrodu warzywnego.

Uderzyło  w  nich  wspomnienie  woni  ziół  za  dnia,  przytłumione  i 

wilgotne  od  chłodu  rosy.  Noc  była  zupełnie  ciemna,  niebiosa  ponad 
wierzchołkami drzew przesłonięte szarymi chmurami. Słychać było głosy 
innych jeszcze ludzi w ogrodzie. Erlend przycisnął dziewczynę do siebie 
i spytał szeptem:

– Nie boisz się, Krystyno?
Przez  mgnienie  oka  pomyślała  o  świecie  leżącym  poza  tą  nocą  – 

pomyślała,  że  to,  co  czyni,  jest  szaleństwem.  Lecz  była  tak  cudownie 
bezsilna. Więc tylko jeszcze mocniej przytuliła się do niego i szeptała coś 
niewyraźnie, sama nie wiedząc co.

Doszli  do  końca  dróżki;  był  tu  kamienny  wał  graniczący  z  lasem. 

Erlend pomógł jej wspiąć się na górę. Gdy miała zeskoczyć po drugiej 
stronie, chwycił ją w ramiona i trzymał przez chwilę, zanim opuścił na 
ziemię.

Stała  z  twarzą  zwróconą  ku  górze  i  tak  przyjęła  jego  pocałunek. 

Rękami objął jej skronie – i poczuła jako coś cudownego, że jego palce 
nurzają  się  w  jej  włosach.  Pomyślała,  że  ona  też  musi  mu  coś  miłego 
wyświadczyć; ujęła więc jego głowę i usiłowała go pocałować tak, jak 
on całował.

Kiedy położył ręce na piersi dziewczyny, zdawało się Krystynie, że 

obnażył i wyjął jej serce. Rozgarnął nieco fałdy jedwabnej koszuli i tu ją 
ucałował – gorąca fala przeniknęła ją całą aż do głębi serca.

– Ciebie nie śmiałbym nigdy zasmucić – szepnął Erlend. – Tobie nie 

pozwoliłbym uronić ani jednej łzy z mojego powodu. Nigdy nie wierzyłem, 
że jakaś dziewczyna może być tak dobra jak ty, moja Krystyno.

Pociągnął ją na trawę pod krzaki, usiedli oparci plecami o kamienny 

background image

wał. Krystyna nie mówiła nic, gdy jednak Erlend przestawał ją pieścić, 
wyciągała rękę i dotykała jego twarzy.

Po chwili spytał Erlend: – Nie jesteś zmęczona, ukochana? – A gdy 

Krystyna przytuliła się do jego piersi, objął ją ramieniem i szepnął: – Śpij, 
śpij, Krystyno, tu, przy mnie.

Z  wolna  zapadała  coraz  głębiej  i  głębiej  w  ciemność,  ciepło  i 

szczęśliwa jego piersi.

Kiedy  się  ocknęła,  leżała  wyciągnięta  na  trawie,  z  twarzą  na  jego 

kolanach, na brązowym jedwabiu jego szaty. Erlend siedział jak przedtem, 
plecami oparty o wał, twarz jego wydawała się szara w szarości brzasku, 
lecz szeroko rozwarte oczy były dziwnie przejrzyste i piękne. Zobaczyła, 
że  otulił  ją  całą  swym  płaszczem;  stopy  jej  były  rozkosznie  ciepłe  w 
futrzanym podbiciu.

–  Oto  spałaś  na  mych  kolanach  –  rzekł  ze  słabym  uśmiechem.  – 

Niechaj ci to Bóg wynagrodzi, Krystyno, spałaś tak spokojnie jak dziecko 
w ramionach matki.

– A wy, czyście nie spali, panie Erlendzie? – spytała Krystyna. Erlend 

uśmiechnął się w jej rozbudzone oczy.

– Być może, przyjdzie noc, kiedy oboje, ty i ja, odważymy się zasnąć 

razem… nie wiem, co pomyślisz, gdy się nad tym zastanowisz. Tej nocy 
jednak musiałem czuwać, tyle jeszcze rzeczy stoi między nami, zaprawdę 
więcej,  niż  gdyby  nagi  miecz  leżał  między  tobą  a  mną.  Powiedz  mi, 
będziesz mnie kochała, gdy ta noc minie?

– Będę was kochać, panie Erlendzie – rzekła Krystyna – będę was 

kochać, jak długo zechcecie, i odtąd nie chcę kochać nikogo innego.

– Tedy – mówił Erlend powoli – tedy niechaj Bóg mnie opuści, jeżeli 

wezmę  jeszcze  kiedy  w  ramiona  inną  kobietę  albo  dziewczynę,  zanim 
będę cię mógł poślubić we czci i według prawa. Powiedz ty to samo – 
prosił. Krystyna rzekła:

background image

– Oby mnie Bóg opuścił, jeżeli uścisnę w mych ramionach innego 

mężczyznę, póki żyć będę na ziemi.

– Musimy teraz iść – rzekł Erlend po chwili – zanim się ludzie zbudzą.
Szli zaroślami po zewnętrznej stronie kamiennego wału.
– Czy pomyślałaś – spytał Erlend – co będzie z nami dalej?
– Wy to musicie postanowić, Erlendzie – odparła.
– O twoim ojcu – zagadnął po chwili – mówią w Gerdarud, że jest 

dobrym  i  prawym  człowiekiem.  Czy  sądzisz,  że  bardzo  niechętnie 
cofnąłby umowę z Andrzejem Darre?

– Mój ojciec mawiał nieraz, że nie chce nas, swych córek, przyniewalać 

–  odparła  Krystyna.  –  Przede  wszystkim  stało  się  tak  dlatego,  że 
posiadłości leżą obok siebie. Ale mój ojciec na pewno nie chciałby, abym 
dlatego straciła całą radość świata. – Miała przeczucie, że lekko to nie 
pójdzie, ale odpędzała je.

– Może więc pójdzie łatwiej, aniżeli tej nocy sądziłem – rzekł Erlend. 

– Bóg niechaj będzie ze mną, Krystyno, wydaje mi się, że cię nie mogę 
utracić. Teraz już nigdy nie będę wesół, jeśli cię nie zdobędę.

Rozstali  się  pod  drzewami  i  Krystyna  o  brzasku  dnia  odszukała 

drogę wiodącą do gospody, gdzie mieli nocować ludzie z ich klasztoru. 
Wszystkie łoża były pozajmowane, rzuciła więc okrycie na garść słomy i 
położyła się spać w sukni.

Gdy się zbudziła, słońce stało już wysoko. Ingebjörga córka Filippusa 

siedziała  na  ławie  i  przyszywała  oderwane  od  swego  okrycia  futrzane 
obramowanie. Była rozmowna jak zwykle.

– Czy całą noc spędziłaś z Erlendem synem Mikołaja? – spytała. – 

Powinnaś się mieć na baczności przed tym chłopcem, Krystyno. Sądzisz, 
że Szymon Darre chętnie by widział, iż darzysz Erlenda przyjaźnią?

Krystyna poszukała miski i zaczęła się myć.
– A twój narzeczony, sądzisz, chętnie by widział, że tej nocy tańczy łaś 

background image

z Munanem „Tępym”? Chyba w taką noc jak wczorajsza wolno tańczyć u 
boku tego, kto nas wybrał; wszak pani Groa zezwoliła na to.

Ingebjörga rzekła z lekceważeniem:
– Einar syn Einara i pan Munan są przecież przyjaciółmi, zresztą on 

jest żonaty i stary. Brzydki jest także, ale za to grzeczny i dworny. Patrz, 
co  mi  podarował  na  pamiątkę  tej  nocy  –  pokazała  złotą  klamrę,  którą 
Krystyna  dzień  przedtem  widziała  wpiętą  w  kapelusz  pana  Munana.  – 
Ale ten Erlend… Wprawdzie na Wielkanoc zeszłego roku zdjęto z niego 
klątwę, lecz powiadają, że Elina córka Orma była od tego czasu u niego 
na  Husaby.  Pan  Munan  opowiadał,  że  schronił  się  on  do  siry  Jona  w 
Gerdarud, pewnie lęka się, że znów popadnie w grzech, skoro ją zobaczy.

Krystyna przystąpiła do niej. Była biała jak ściana.
– Toś o tym nie wiedziała – ciągnęła Ingebjörga – że gdzieś na pół 

nocy w Haalogalandii

[24]

 uwiódł zamężną kobietę i trzymał ją na swym 

dworze  mimo  zakazu  króla  i  klątwy  arcybiskupa?  Mieli  z  sobą  dwoje 
dzieci. W końcu musiał uciekać do Szwecji i zapłacić taki okup, że pan 
Munan powiada, iż zbiednieje zupełnie, o ile się wnet nie poprawi.

– Tak, oczywiście, wiem o tym – rzekła Krystyna ze stężałą twarzą. – 

Ale to przecież dawno skończona historia.

–  Owszem,  to  właśnie  mówił  Munan,  że  już  nieraz  wszystko  było 

między nimi skończone – rzekła Ingebjörga zamyślona. – Ale wszak ty 
nie potrzebujesz martwić się o to, ty będziesz miała Szymona Darre. Ale 
piękny jest ten Erlend!

Orszak z klasztoru miał wyruszyć z powrotem tego samego dnia po 

nieszporach. Krystyna obiecała Erlendowi, że gdy będzie mogła, przyjdzie 
jeszcze do kamiennego wału, pod którym spędzili noc.

Leżał na brzuchu w trawie, z głową ukrytą w dłoniach. Zaledwie ją 

ujrzał, zerwał się i podał jej obie ręce.

[24]   Haalogalandia – najdalej na północy położona prowincja norweska.

background image

Wzięła je w swoje i chwilę stali tak ze splecionymi dłońmi. Nagle 

odezwała się Krystyna.

– Dlaczego opowiadałeś mi wczoraj o panu Björnie i pani Aashildzie?
– Widzę po tobie, że wiesz wszystko – odparł Erlend i nagle puścił jej 

ręce. – Co sądzisz teraz o mnie, Krystyno?

Miałem wówczas osiemnaście lat – ciągnął podniecony – już dziesięć 

lat upłynęło od chwili, kiedy król, mój krewniak, posłał mnie do Vargøy, 
tam pozostaliśmy przez całą zimę na Steigen… ona była żoną lagmana 
Sigurda syna Saksulfa. Było mi jej żal, gdyż miała męża starego i nie do 
wiary brzydkiego… Nie wiem już, jak to się stało, kochałem ją pewnie 
także.  Zaofiarowałem  Sigurdowi  gotowość  zapłacenia,  jakiego  chce, 
okupu,  chętnie  postąpiłbym  godziwie  wobec  niego,  jest  on  pod  wielu 
względami dzielnym człowiekiem; lecz chciał, by rzecz tę rozstrzygnęło 
prawo.  Przedłożył  ją  na  thingu

[25]

,  miałem  zostać  napiętnowany  za 

cudzołóstwo z panią domu, którego gościem byłem, pojmujesz?

Doszło to do uszu mojego ojca i króla Haakona i ten wygnał mnie 

ze swego dworu. A jeśli już wszystko masz wiedzieć, to teraz już nic nie 
ma między mną i Eliną, prócz dzieci, z których ona niewiele sobie robi. 
Żyją w dolinie Øster, na dworze należącym do mnie, który podarowałem 
Ormowi, memu synowi, ale ona nie chce być przy nich. Liczy zapewne 
na to, że Sigurd nie będzie żył wiecznie; sam nie wiem, czego teraz chce.

Sigurd przyjął ją z powrotem, lecz Elina twierdzi, że obchodzono się 

z  nią  na  jego  dworze  jak  z  psem  lub  niewolnicą,  i  wymogła  na  mnie, 

[25]   Thing – zgromadzenie ludowe u dawnych Germanów, posiadające szeroki 

zakres  działania,  gdyż  decydujące  o  wojnie  i  pokoju,  o  zmianie  praw,  wydające 

prawomocne  dla  całej  wspólnoty  thingowej  wyroki  sądowe  itp.  Oprócz  wielkich 

thingów,  będących  jakby  prymitywną  formą  parlamentu  ogólnonarodowego  czy 

ogółnoplemiennego, odbywały się również thingi o mniejszym zasięgu terytorialnym, 

załatwiające sprawy lokalne danego terenu.

background image

że się spotkamy w Nidaros. Mnie też nie lepiej się wiodło na Husaby u 
ojca. Sprzedałem wszystko, czym rozporządzałem, i uciekłem z nią do 
Hallandii

[26]

 – hrabia Jakub był moim dobrym przyjacielem. Czyż mogłem 

postąpić inaczej? Oczekiwała dziecka. Wszak tylu mężczyznom, którzy 
żyli z żonami innych, udawało się jakimś sposobem prześliznąć… Gdy się 
jest dość bogatym… Lecz taki to już zwyczaj króla Haakona, że najsrożej 
obchodzi się ze swoimi. Już rok byliśmy rozłączeni, gdy umarł mój ojciec 
i Elina wróciła. Potem dołączyły się do tego jeszcze inne sprawy. Chłopi 
wzbraniali się płacić mi czynsz dzierżawny lub też układać się z moimi 
pełnomocnikami,  ponieważ  byłem  pod  klątwą,  ja  zaś  oddawałem  wet 
za wet i zostałem oskarżony o rabunek, a nie miałem wtedy nawet tyle 
pieniędzy, by wypłacić czeladzi; wierz mi, byłem zbyt młody, by wybrnąć 
z tych trudności, a moi krewni, prócz Munana, nie chcieli mi iść na rękę, 
on jeden pomagał mi, ile mógł, przez wzgląd na swą żonę.

Teraz więc wiesz, Krystyno, że straciłem wiele zarówno na majątku, 

jak  też  na  czci.  Lepiej  by  było  dla  ciebie,  gdybyś  trzymała  się  nadal 
Szymona syna Andrzeja.

Krystyna objęła ramionami jego szyję:
– Będziemy się trzymać tego, na co przysięgliśmy tej nocy, Erlendzie 

– jeśli tak myślisz jak ja.

Erlend przyciągnął ją do siebie, ucałował i rzekł:
– Teraz także musisz zaufać temu, że wszystko pójdzie innym trybem, 

odtąd  nikt  nie  ma  nade  mną  mocy  prócz  ciebie.  Och!  o  tylu  rzeczach 
myślałem  dziś  w  nocy,  gdyś  spała  na  moich  kolanach,  moja  miła. 
Zaprawdę, żaden diabeł nie ma takiej władzy nad człowiekiem, bym ci 
mógł zgotować ból lub zmartwienie, moje ty życie najdroższe.

[26]   Hallandia nadmorska prowincja szwedzka na wybrzeżu

background image

4

W owym czasie, gdy Lavrans syn Bjørgulfa mieszkał jeszcze na Skog 

nadał on włości kościołowi w Gerdarud za msze odprawiane za spokój 
duszy  jego  rodziców  w  dzień  ich  śmierci.  Rocznica  śmierci  Bjørgulfa 
syna Ketila wypadała 13 sierpnia i Lavrans umówił się ze swym bratem, 
że w tym roku weźmie on do siebie Krystynę, by mogła być obecna na 
nabożeństwie.

Krystyna obawiała się, że coś może stanąć na przeszkodzie i stryj nie 

dotrzyma przyrzeczenia; zdawało jej się, że Aasmund nie bardzo ją lubi. 
Ale w wigilię rocznicy zjawił się Aasmund syn Bjørgulfa w klasztorze 
po  swą  bratanicę.  Krystyna  otrzymała  nakaz  włożenia  świeckich  szat, 
jednak ciemnych i prostych. Ludzie rozwodzili się nad tym, że widzi się 
zbyt często siostry poza obrębem klasztoru; dlatego biskup polecił, aby 
wychowanki nie mające składać ślubów zakonnych, bawiąc w gościnie u 
swych krewnych, nie nosiły sukien przypominających odzież klasztorną, 
żeby ludzie nie mylili ich z nowicjuszkami i zakonnicami.

Krystyna była z duszy rada, gdy ze stryjem jechała konno gościńcem, 

Aasmund także stał się rozmowniejszy i życzliwszy, kiedy zauważył, że 
dziewczyna  umie  gadać.  Poza  tym  był  nieco  przygnębiony,  mówił,  że 
zanosi się na to, iż jeszcze tej jesieni dojdzie do wojny i król pociągnie 
z wojskiem do Szwecji, by pomścić zbrodnię popełnioną na krewnym, 
mężu  swej  bratanicy.  Krystyna  słyszała  o  wymordowaniu  szwedzkich 

background image

książąt

[27]

 i czyn ten wydawał się jej najnędzniejszym tchórzostwem, lecz 

sprawy państwa były jej obce. Nikt w domu, w jej dolinie, zbytnio się nimi 
nie przejmował; wiedziała jednak, że ojciec jej walczył przeciw księciu 
Eirikowi  pod  Ragnhildarholmem  i  Konungahelą.  Aasmund  opowiadał 
o całym zajściu między królem i książętami. Krystyna niewiele z tego 
rozumiała, lecz słuchała uważnie, co stryj mówił o ślubach zawartych z 
królewskimi córami, a potem złamanych. Pocieszała się, że nie wszędzie 
jest  tak  jak  w  ich  gminach,  gdzie  umówione  zrękowiny  były  równie 
wiążące jak samo wesele. Nabrawszy odwagi opowiedziała o przygodzie, 
jaka ją spotkała w przedwieczerz św. Halvarda, i spytała stryja, czy zna 
Erlenda  z  Husaby.  Aasmund  wystawił  Erlendowi  dobre  świadectwo; 
przyznał, że wprawdzie zachował się on niemądrze, ale w dużej mierze 
winę za to ponoszą jego ojciec i król – gdyż postąpili tak, jakby ów młody 
człowiek  był  wcielonym  diabłem,  dlatego  że  się  uwikłał  w  tę  głupią 
historię. Król był zawsze zanadto pobożny, pan Mikołaj zaś rozgniewał 
się, że Erlend w ten sposób roztrwonił wielkie dobra, obaj przeto grzmieli 
o nierządzie i ogniu piekielnym „a trochę uporu musi przecież tkwić w 
każdym dzielnym chłopcu” – dodał Aasmund. – Kobieta zaś owa była 
cudownej piękności. Lecz ty nie masz nic do czynienia z Erlendem, nie 
troszcz się przeto także o jego sprawy.

Erlend nie przyszedł na mszę, jak obiecał Krystynie, ona zaś więcej 

o  tym  myślała  niż  o  słowach  Bożych.  Nie  czuła  nawet  skruchy  z  tego 
powodu, miała tylko osobliwe uczucie, że obca jest teraz wszystkiemu, z 
czym dawniej była związana.

[27]    Wymordowanie  książąt  –  mowa  o  bratobójczych  walkach  szwedzkich 

Folkungów;  1317  r.  król  Birger  I  zamordował  swych  braci:  Waldemara  i 

(wspomnianego  powyżej  w  kicie)  Eirika.  Ostatecznie  z  całej  dynastii  ocalał  tylko 

trzyletni Magnus syn Eirika, przyszły król Norwegii i Szwecji (będzie o nim mowa w 

drugim tomie powieści).

background image

Usiłowała pocieszyć się: Erlend zapewne uważał za najrozsądniejsze, 

aby  nikt  z  tych,  co  mieli  nad  nią  władzę,  nie  dowiedział  się  o  ich 
przyjaźni. To przecież sama dobrze pojmowała. Ale tak serdecznie za nim 
tęskniła, że płakała ułożywszy się wieczorem na spoczynek w górnej izbie 
przybudówki, gdzie miała spać z małymi córkami Aasmunda.

Nazajutrz  udała  się  z  najmłodszą  córką  stryja,  sześcioletnią 

dziewczynką,  w  górę  do  lasu.  Zaledwie  uszły  kawałek  ścieżką,  Erlend 
je dopędził. Krystyna wiedziała, że to on, zanim jeszcze zobaczyła, kto 
idzie.

– Cały dzień siedziałem tu, na wzgórzu, i patrzyłem na dziedziniec – 

rzekł. – Słusznie sądziłem, że znajdziesz sposobność, by wyjść.

–  Myślisz,  że  wyszłam  po  to,  aby  się  z  tobą  spotkać?  –  spytała 

Krystyna śmiejąc się. – A nie boisz się chodzić po lasach mojego stryja z 
łukiem i psami?

– Stryj twój zezwolił mi, bym dla zabicia czasu polował w jego lasach 

– rzekł Erlend. – A psy należą do Aasmunda, znalazły mnie tu dziś rano. 
–  Pogłaskał  psy  i  podniósł  małą  dziewczynkę.  –  Znasz  mnie  przecie, 
Ragnfrido. Ale  nie  mów  nikomu,  żeście  rozmawiały  tu  ze  mną,  za  to 
dostaniesz coś ode mnie – wyciągnął zawiniątko z rodzynkami i wręczył 
je dziecku. – Dla ciebie były przeznaczone – zwrócił się do Krystyny. – 
Jak sądzisz, czy to dziecko potrafi milczeć?

Oboje  mówili  szybko  i  ze  śmiechem.  Erlend  miał  na  sobie  krótki 

brązowy  kaftan,  na  czarne  włosy  naciągnął  małą,  czerwoną,  jedwabną 
czapkę; wyglądał niezwykle młodo, śmiał się i żartował z dzieckiem, ale 
od czasu do czasu ujmował rękę Krystyny i ściskał ją aż do bólu.

Mówił o wojennych pogłoskach i był im rad: – Będzie wtedy dla mnie 

łatwiej odzyskać z powrotem przyjaźń króla. Wszystko pójdzie łatwiej… 
– dodał gwałtownie.

W  końcu  usiedli  na  polanie  położonej  wysoko  wśród  lasu.  Erlend 

background image

trzymał  dziecko  na  kolanach,  Krystyna  siedziała  przy  nim,  pod  osłoną 
trawy bawił się jej ręką. Wsunął jej w dłoń trzy złote pierścienie związane 
sznurkiem.

– Później – szepnął – dostaniesz ich tyle, ile ręce twoje będą mogły 

unieść.

– Będę czekał co dnia o tej porze tutaj, na łące, dopóki będziesz na 

Skog – rzekł, gdy się rozstawali. – Musisz przyjść, jeśli tylko będziesz 
mogła.

Nazajutrz Aasmund syn Bjørgulfa udał się z żoną i dziećmi do rodzinnej 

posiadłości  Gyridy  w  Hadelandii.  Wystraszyły  ich  wojenne  wieści; 
trwoga  żyła  jeszcze  w  mieszkańcach  okolicy  Oslo  od  czasu  łupieskiej 
wyprawy księcia Eirika sprzed kilku laty. Stara matka Aasmunda bała się 
tak bardzo, że chciała szukać przytułku w klasztorze benedyktynek; była 
też zbyt słaba, by jechać z innymi. Krystyna miała pozostać na Skog ze 
starą, którą zwała babką, aż do powrotu Aasmunda z Hadelandii.

W południe, gdy ludzie na dworze odpoczywali, udała się Krystyna 

na poddasze, do izby, w której sypiała. Miała z sobą trochę odzieży w 
skórzanym tobole, zmieniła więc suknię nucąc przy tym.

Ojciec  podarował  jej  suknię  z  grubej  bawełny  sprowadzonej  ze 

Wschodu. Włożyła tę błękitną suknię, gęsto tkaną w czerwony, kwiecisty 
wzór.  Wyszczotkowała  i  zaczesała  włosy,  związała  je  czerwonymi 
wstęgami, a na palce wsunęła pierścienie Erlenda; strojąc się myślała, czy 
tylko wyda mu się dość piękna.

Oba psy, które dzień przedtem były z Erlendem w lesie, zatrzymała 

na noc w swej komorze – teraz zabrała je z sobą. Przekradła się wokół 
zabudowań i weszła na tę samą leśną ścieżynkę co wczoraj.

Polana  leżała  cicha  i  samotna  w  żarze  południa,  upojnie  pachniał 

jodłowy las. Słońce aż kłuło, a niebo ponad wierzchołkami drzew było 
dziwnie mocno niebieskie i jakby zastygłe.

background image

Krystyna usiadła w cieniu na skraju lasu. Nie martwiła się wcale tym, 

że Erlenda jeszcze nie ma; wiedziała na pewno, że przyjdzie, i sprawiało 
jej osobliwą radość, że chwilę może siedzieć samotna i być pierwsza.

Nasłuchiwała  cichutkiego  bzykania  maleńkich  muszek  nad  zżółkła, 

spaloną  trawą,  zerwała  parę  zwiędłych,  aromatycznie  pachnących 
kwiatów,  które  mogła  dosięgnąć  wyciągniętą  ręką,  roztarła  je  między 
palcami i wąchała, siedziała z szeroko otwartymi oczami i jak gdyby śniła.

Nie poruszyła się posłyszawszy w lesie stąpanie konia. Psy warknęły 

i  sierść  im  się  nastroszyła  na  grzbiecie,  potem  pognały  przez  polanę 
szczekając i wymachując ogonami. Erlend na skraju lasu zeskoczył z konia 
i poklepał go po zadzie, puścił luzem i biegł ku niej wraz z obskakującymi 
go psami. Ujął w dłonie ich pyski i tak podszedł do niej, mając po obu 
stronach wilczury łosiowej maści. Krystyna uśmiechnęła się i podała mu 
rękę nie wstając z miejsca.

I nagle, gdy patrzyła na ciemną głowę spoczywającą między jej rękami 

na łonie, naszło na nią wspomnienie. Ujrzała siebie samą wyraźnie i daleko, 
tak jak niespodzianie rozbłyska w chmurnej ciemności jakiś odległy dom 
na stoku góry, gdy w burzliwy dzień padnie nań słoneczny promyk. Było 
tak, jak gdyby w jej sercu objawiła się cała owa czułość, o którą daremnie 
błagał ją Arne syn Gyrda, wówczas gdy jeszcze nie rozumiała jego słów. 
Z gwałtownym lękiem pociągnęła ku sobie mężczyznę, ukryła jego twarz 
na swej piersi i całowała go, jakby w obawie, że może jej zostać zabrany. 
A  gdy  głowa  Erlenda  spoczęła  na  jej  ramieniu,  poczuła  się  tak,  jakby 
dziecko  nosiła  na  ręku  –  nakryła  dłonią  jego  oczy  i  składała  delikatne 
pocałunki na jego ustach i twarzy.

Blask  słońca  zniknął  tymczasem  z  polanki,  ciężki  koloryt  ponad 

szczytami drzew zgęścił się w granatową ciemń, rozlaną po całym niebie; 
chmura  przybierała  miejscami  miedzianą  barwę  dymów  pożarnych. 
Bajard  zszedł  do  nich,  zarżał  głośno,  po  czym  znieruchomiał  i  stanął 

background image

zdrętwiały. Wnet potem pierwsza błyskawica rozdarła ciemności i tuż za 
nią huknął grzmot.

Erlend podniósł się i wziął konia za cugle. Niżej na polanie stała stara 

szopa na siano, skierowali się do niej i Erlend uwiązał Bajarda do belki 
przy wejściu. W głębi leżało siano, Erlend rozpostarł na nim swe okrycie; 
usiedli z psami u nóg.

Wnet potem lunął deszcz i niby dywan przesłonił wejście. Szumiało w 

lesie i pluskało na łące – wkrótce musieli cofnąć się w głąb szałasu, gdyż 
krople spadające z dachu pryskały na nich. Ilekroć błyskało i grzmiało, 
Erlend pytał:

– Czy boisz się, Krystyno?
– Troszeczkę – odpowiadała szeptem i tuliła się mocno do niego. Nie 

wiedzieli,  jak  długo  tak  siedzą.  Burza  przeszła  dość  szybko,  w  oddali 
grzmiało  jeszcze,  lecz  przed  drzwiami  szałasu  świeciło  słońce,  mokra 
trawa lśniła, połyskujące krople coraz to rzadziej spadały z dachu. Słodki 
zapach siana w szopie wzmógł się.

– Teraz muszę już iść – rzekła Krystyna, a Erlend odpowiedział: – Tak 

jest, musisz. – Ujął jej stopę: – Przemokniesz całkiem… Ty pojedziesz, a 
ja pójdę, aż wydostaniemy się z lasu. – Tak dziwnie na nią patrzył.

Krystyna drżała – może dlatego, że serce tak biło – było jej zimno i 

miała wilgotne ręce. Gdy ucałował jej nagie ciało nad kolanem, próbowała 
go bezsilnie odepchnąć. Erlend na mgnienie oka uniósł twarz. Wówczas 
przyszedł jej na myśl człowiek, któremu pewnego dnia dano w klasztorze 
jeść – ucałował on podany sobie chleb. Z otwartymi ramionami padła z 
powrotem w siano i pozwoliła Erlendowi czynić, co chciał.

Siedziała sztywna i osłupiała, gdy Erlend uniósł głowę. Dźwignął się 

gwałtownie na łokciach.

– Nie patrz tak, Krystyno!
Głos jego nowym, dzikim bólem wrył się jej w serce. I Erlend nie był 

background image

wesoły, i on był nieszczęśliwy!

– Krystyno! Krystyno! Czy myślisz, żem cię zwabił do lasu, bom te go 

chciał od ciebie, że chciałem cię posiąść przemocą? – spytał po pewnym 
czasie.

Przesunęła dłoń po jego włosach nie patrząc na niego.
– Przemocy tu żadnej nie było… wszak dałbyś mi odejść taką, jaką 

przyszłam, gdybym cię o to prosiła – szepnęła.

–  Nie  wiem  –  odrzekł  kryjąc  twarz  na  jej  łonie.  –  Czy  sądzisz,  że 

postąpię  z  tobą  niegodnie?  –  spytał  po  chwili  wzburzony.  –  Krystyno, 
przysięgam ci na moją wiarę chrześcijańską… oby mnie Bóg opuścił w 
godzinie skonu, jeśli nie dochowam ci wierności aż do śmierci. Nie mogła 
nic odpowiedzieć, głaskała go tylko po włosach.

– Już czas, bym poszła do domu? – spytała w końcu i zdawało mu się, 

że w śmiertelnym lęku czeka na jego odpowiedź.

– Czas już – odparł ponuro. Podniósł się szybko, podszedł do konia i 

poprawił coś koło cugli.

Wówczas  wstała  i  ona.  Z  wolna,  bezsilna  i  zdruzgotana,  pojęła… 

Nie  wiedziała  właściwie,  czego  oczekuje  po  nim:  czy  ma  ją  usadowić 
na swym koniu i zabrać z sobą, by nie musiała wracać między obcych 
ludzi?  Całe  jej  ciało  było  jakby  ranne  okropnym  zdumieniem…  że  to 
właśnie jest ów grzech, o którym wszyscy śpiewali. A ponieważ Erlend 
jej to uczynił, stała się przez to tak bardzo jego własnością, że nie mogła 
zupełnie wyobrazić sobie, jak ma żyć dalej poza kręgiem jego władzy. 
Teraz oto musi odejść od niego, nie rozumiała jednak, że to ma się stać 
naprawdę.

Szedł obok niej na dół przez las i prowadził konia, rękę jej trzymał w 

swojej, lecz nie znajdowali słów.

Gdy zeszli do miejsca, skąd widać było domy na Skog, pożegnał się 

z nią.

background image

– Krystyno, nie bądź taka smutna. Dzień, w którym zostaniesz moją 

żoną, nadejdzie rychlej, niż sądzisz.

Lecz jej serce łomotało w piersi.
– Więc musisz odejść ode mnie? – spytała pełna trwogi.
– Gdy tylko odjedziesz ze Skog – mówił, a głos jego stał się znowu 

żywszy – o ile nie będzie wojny, pomówię z Munanem. Długo przekonywał 
mnie, że powinienem się ożenić, z pewnością więc będzie mi towarzyszył 
i w moim imieniu starał się o twoją rękę u ojca.

Krystyna  pochyliła  głowę.  Z  każdym  słowem,  które  wymawiał, 

wydłużał się czas leżący przed nią i stawał się coraz bardziej niepojęty: 
klasztor, Jørund… Zdawało się jej, że porywa ją spieniony nurt i unosi z 
dala od tego wszystkiego.

– Jeśli sypiasz teraz sama na poddaszu – ciągnął Erlend – przyjdę dziś 

wieczór i pomówię z tobą. Czy zechcesz mnie wpuścić?

– Tak – powiedziała cicho Krystyna. Po czym rozstali się.
Przez  resztę  dnia  siedziała  z  babką,  a  po  wieczerzy  zaprowadziła 

staruszkę do łoża. Potem poszła na piętro do swojej komory, W ścianie 
było małe okienko. Krystyna usiadła na skrzyni pod nim; nie miała ochoty 
się położyć.

I musiała długo czekać. Było już ciemno, gdy usłyszała lekkie kroki 

na krytym strychu. Erlend zapukał do drzwi; Krystyna wstała, odsunęła 
zasuwę i wpuściła go do środka. Zauważyła, że ucieszył się bardzo, gdy 
zarzuciła mu ramiona na szyję i przygarnęła się do niego.

– Bałem się, że będziesz zła na mnie – powiedział. – Nie powinnaś 

się martwić tym grzechem – dodał po chwili. – Nie jest to znowu taki 
wielki grzech. Prawo Boga inne tu jest niż prawo ludzkie. Gunnulf, mój 
brat, wyłożył mi to kiedyś: gdy dwoje ludzi na zawsze przysięga sobie 
wierność, a potem oddają się sobie, wówczas są poślubieni przed Bogiem 
i nie mogą być zwolnieni z tych ślubów bez wielkiego grzechu. Mogę 

background image

ci powiedzieć to słowo po łacinie, gdy mi wpadnie do głowy, znałem je 
przecież dawniej.

Krystyna zastanawiała się nad tym, z jakiego powodu brat Erlenda to 

powiedział, lecz odepchnęła od siebie uporczywą trwogę, że może było 
to powiedziane z powodu innej kobiety, i usiłowała znaleźć pociechę w 
jego słowach.

Siedzieli obok siebie na skrzyni, Erlend objął Krystynę ramieniem, 

i poczuła się spokojna i bezpieczna. U jego boku było jedyne miejsce, 
gdzie mogła się ukryć.

Od czasu do czasu opowiadał Erlend wiele i z humorem, potem znowu 

długo siedział w milczeniu i pieścił ją tylko. Nie zdając sobie z tego wcale 
sprawy,  wybierała  Krystyna  z  wszystkiego,  co  mówił,  najdrobniejsze 
rysy, które go upiększały; czyniły droższym i zmniejszały jego winę w 
tym, co o nim wiedziała, a co nie było dobre.

Ojciec Erlenda, pan Mikołaj, był taki stary, gdy mu się urodziły dzieci, 

że nie miał cierpliwości ani możności po temu, by je wychowywać; obaj 
synowie wyrośli w domu pana Baarda syna Piotra na Hestnaes. Erlend nie 
miał innego rodzeństwa prócz młodszego od siebie brata Gunnulfa; był on 
księdzem w kościele katedralnym w Nidaros.

– Jego miłuję najbardziej z wszystkich ludzi prócz ciebie.
Krystyna  zapytała,  czy  brat  jest  do  niego  podobny,  ale  Erlend 

roześmiał  się;  są  zupełnie  do  siebie  niepodobni  zarówno  zewnętrznie, 
jak  i  wewnętrznie.  Obecnie  Gunnulf  bawił  za  granicą  i  studiował;  już 
trzeci rok był nieobecny, ale dwa razy przysłał listy do domu, ostatnio, 
zeszłego roku, gdy miał odjeżdżać z kościoła świętej Genowefy i udać 
się do Rzymu. – Ucieszy się bardzo, gdy wróci i zastanie mnie żonatym 
– dodał Erlend.

Potem mówili o wielkiej spuściźnie, którą odziedziczył po rodzicach. 

Krystyna zauważyła, że niedokładnie rozeznawał się w tych sprawach. 

background image

Ona  wiedziała  niejedno  o  zakupie  włości  przez  ojca.  Erlend  w  innym 
kierunku prowadził swoje sprawy, sprzedawał i rozpraszał, zaprzepaszczał 
i  zastawiał  dobra,  najwięcej  w  latach  ostatnich,  gdy  chciał  się  rozstać 
ze  swą  nałożnicą  i  mniemał,  że  jego  zły  tryb  życia  pójdzie  wkrótce  w 
zapomnienie  i  krewni  mu  dopomogą.  Łudził  się,  że  w  końcu  zostanie 
może mianowany królewskim wójtem nad połową okręgu Orkdøla, jak 
jego ojciec.

–  Lecz  teraz  naprawdę  nie  wiem,  jaki  to  wszystko  weźmie  obrót 

–  rzekł.  –  Być  może,  że  osiądę  na  małym  dworze  górskim  jak  Björn 
syn  Gunnara  i  będę  musiał  wynosić  gnój  na  własnych  plecach  niczym 
pachołcy w dawnych czasach, bo nie będę miał konia.

– Bóg niech będzie z tobą – rzekła Krystyna śmiejąc się. – Muszę więc 

przyjść do ciebie, sądzę bowiem, że rozumiem się lepiej na gospodarstwie 
aniżeli ty.

– Kosza z gnojem jeszcześ chyba nie wynosiła – rzekł i znowu się 

roześmiał.

– Nie, ale widziałam, jak rozrzucają gnój na polach, a ziarno siałam 

w domu co rok. Mój ojciec zwykł był sam uprawiać najbliżej leżące pole 
i  potem  mnie  kazał  obsiewać  pierwszy  zagon,  gdyż  miałam  przynosić 
szczęście.  –  Wspomnienie  to  zabolało  ją,  rzekła  więc  wzburzona:  –  I 
musisz  mieć  żonę,  aby  ci  piekła,  warzyła  piwo  i  prała  twoją  jedyną 
koszulę, i doiła – musisz pożyczyć jedną albo dwie krowy od bogatego 
chłopa w sąsiedztwie.

–  Och,  Bogu  dzięki,  że  cię  znowu  widzę  roześmianą  –  powiedział 

Erlend i podniósł ją tak, że jak dziecko leżała w jego ramionach.

Przez następnych sześć nocy, aż do powrotu Aasmunda, bywał Erlend 

co wieczór na poddaszu u Krystyny.

W  ostatnią  noc  zdawał  się  być  tak  samo  nieszczęśliwy  jak  ona. 

Powtarzał wiele razy, że ani dnia dłużej, niż konieczność tego wymaga, 

background image

nie będą rozdzieleni. W końcu szepnął cichutko:

– Gdybym na nieszczęście nie mógł powrócić przed zimą do Oslo, 

a  wydarzyłoby  się  tak,  że  potrzebowałabyś  przyjacielskiej  pomocy 
–  wówczas  zwróć  się  spokojnie  do  siry  Jona  z  Gerdarud,  jesteśmy 
zaprzyjaźnieni od dziecka. Możesz także liczyć na Munana syna Baarda.

Krystyna zdołała jedynie skinąć głową. Pojęła, że Erlend mówił o tej 

samej rzeczy, o której ona każdego dnia myślała, ale dokładniej niczego 
nie nazwał. Milczała przeto nie chcąc okazać, jak ciężko jej na sercu.

Kiedy indziej odchodził od niej po zapadnięciu nocy, tego wieczora 

jednak prosił serdecznie, by mu pozwoliła na chwilę położyć się obok 
siebie. Krystyna lękała się, lecz Erlend rzekł:

– Bądź pewna, że potrafię wystąpić, jeśli mnie znajdą w twej komorze. 

– Sama chciała też bardzo zatrzymać go jeszcze przy sobie, zresztą nie 
mogła mu niczego odmówić.

Bała się jednak, że zaśpią. Siedziała przeto większą część nocy oparta 

o wezgłowie łoża, od czasu do czasu drzemała, nie zawsze wiedziała, czy 
Erlend ją właśnie pieści, czy też śni się jej to tylko. Rękę trzymała na jego 
piersiach w miejscu, gdzie czuła bicie serca, a twarz zwróciła ku oknu, by 
móc widzieć świt.

Wreszcie nadeszła chwila, że musiała go zbudzić. Narzuciła na siebie 

okrycie i wyszła z nim na ganek – zsunął się w dół po belkowaniu z tej 
strony domu, którą osłaniało inne domostwo. Potem zniknął za węgłem. 
Krystyna  wróciła  do  izby  i  weszła  do  łoża.  Teraz  pofolgowała  sobie 
zupełnie i płakała po raz pierwszy, odkąd oddała się Erlendowi.

5

W  klasztorze  dnie  płynęły  jak  przedtem.  Krystyna  żyła  pomiędzy 

background image

komnatą  sypialną  a  kościołem,  krosnami,  biblioteką  i  refektarzem. 
Zakonnice i słudzy klasztorni zebrali już zioła z ogrodu warzywnego i 
owoce  z  sadu,  przyszedł  dzień  świętego  Krzyża  z  procesją  na  jesieni, 
potem był post przed świętym Michałem. Krystyna dziwiła się – nikt nie 
zdawał  się  dostrzegać  w  niej  zmiany. Ale  między  obcymi  była  zawsze 
milcząca i Ingebjörga córka Filippusa, jej towarzyszka za dnia i w nocy, 
mówiła za nie obie.

Tak więc nikt nie zauważył, że myślami jest daleko od wszystkiego 

dokoła. Kochanka Erlenda – powtarzała sobie w duchu. – Była kochanką 
Erlenda.  Zdawało  jej  się,  że  snem  było  wszystko,  co  przeżyła  –  ów 
wieczór w dzień świętej Małgorzaty, godzina spędzona na sianie w szopie 
i  noce  w  jej  komorze  na  Skog. Albo  to  wszystko  śniła,  albo  też  snem 
była teraźniejszość. Lecz pewnego dnia musi przyjść obudzenie; pewnego 
dnia wszystko wyjdzie na jaw. Ani przez chwilę nie wątpiła, że nosi pod 
sercem dziecię Erlenda.

Ale co miało się z nią stać, gdy ta rzecz się ujawni, z tego nie zdawała 

sobie sprawy. Czy zamkną ją w ciemnicy, czy też odeślą do domu… W 
wielkiej oddali majaczyły blade obrazy ojca i matki… Przymykała oczy, 
słabła  i  z  zawrotem  głowy  chyliła  się  przed  nieuniknioną  nawałnicą. 
Usiłowała być twarda, by znieść wszelką okropność, która musiała ją w 
końcu rzucić na zawsze w ramiona Erlenda – jedyne miejsce, gdzie mogła 
jeszcze znaleźć schronienie.

W napięciu tym było zarówno oczekiwanie, jak przerażenie, zarówno 

słodycz, jak męka. Była nieszczęśliwa, ale zarazem czuła w sobie miłość 
do Erlenda niby zaszczepiony w nią pęd, wydający co dnia świeższe i 
bogatsze pęki kwiatów mimo całego cierpienia. W ostatnią noc, kiedy spał 
przy niej, poczuła z tkliwą, nieuchwytną słodyczą, że w jego objęciach 
czeka ją rozkosz i szczęście, jakich dotychczas nie zaznała, i drżała na 
samo  wspomnienie  o  tym;  czuła  tę  rozkosz  jakby  gorący,  przesycony 

background image

ziołami  wiew  ze  spalonych  słońcem  ogrodów.  Bękart,  to  słowo,  które 
Inga cisnęła jej w twarz – przyjmowała teraz i tuliła do siebie. Bękart to 
było dzieciątko poczęte potajemnie w lesie i na łące. Czuła blask słońca i 
zapach jodeł nad leśną polaną. Każdy nowy, gorączkowy niepokój, każde 
szybsze pulsowanie krwi w ciele uważała za niechybną oznakę płodu w 
swym łonie, który przypominał jej, że teraz idzie oto nowymi drogami, 
a  choćby  nie  wiem  jak  ciężko  było  nimi  iść,  to  przecież  była  pewna, 
że  zaprowadzą  ją  w  końcu  do  Erlenda.  Siedziała  między  Ingebjörgą 
i  siostrą Astridą  i  wyszywała  na  kapie  rycerzy  i  ptaki  w  obramowaniu 
wijących  się  liści.  Podczas  tego  wyobrażała  sobie,  jak  będzie  uciekać, 
gdy  przyjdzie  czas,  że  nie  będzie  mogła  dłużej  ukryć  swego  stanu. 
Wędrowała gościńcem ubrana jak uboga kobieta, wszystko złoto i srebro, 
jakie  posiadała,  ukrywszy  w  niesionym  na  ręce  zawiniątku.  Zapewniła 
sobie dach nad głową w jakimś dworze w odległej dolinie, służyła jako 
zwykła dziewka, dźwigała wiadra na nosidłach, oporządzała bydło, piekła 
i prała; łajano ją, gdyż nie chciała zdradzić, kto był ojcem dziecka. Potem 
przybywał Erlend i odnajdował ją.

Czasem wyobrażała sobie, że przybywa za późno. Śnieżnobiała i piękna 

leżała w biednym chłopskim łożu. Erlend schylał się wchodząc w drzwi; 
miał na sobie ów luźny, czarny płaszcz, w którym zwykle przychodził do 
niej nocą na Skog. Chłopka prowadziła go do posłania, padał na kolana 
i  chwytał  zimne  ręce  konającej,  oczy  jego  były  śmiertelnie  smutne… 
„Tu leżysz, moja radości jedyna…” Złamany bólem wychodził, tuląc do 
piersi pod fałdami okrycia swego małego synka – Nie, nie myślała, że 
tak rzeczywiście będzie, nie chciała umrzeć: Erlend nie mógłby znieść 
tak  wielkiego  cierpienia. Ale  była  tak  bardzo  zgnębiona,  że  czuła  ulgę 
wyobrażając to sobie.

Potem  przychodziły  chwile,  w  których  z  bolesną  wyrazistością 

uświadamiała  sobie:  dziecko  nie  było  czymś  wymyślonym  przez  nią, 

background image

to było coś nieodwołalnego. Nadejdzie dzień, w którym będzie musiała 
odpowiadać za to, co popełniła – i serce jej zamierało z trwogi.

Gdy jednak minął pewien czas, przyszło jej na myśl, że nie jest wcale 

pewne, czy będzie miała dziecko. Sama nie rozumiała, dlaczego się nie 
raduje.  Czuła  się  tak,  jakby  dotychczas  leżała  pod  ciepłą  kołdra,  teraz 
zaś miała wstać i wyjść na mróz. Upłynął jeszcze miesiąc, potem drugi. 
Teraz była już pewna, że to nieszczęście jej nie grozi. Z wewnętrznym 
dreszczem  i  uczuciem  pustki  pojęła,  że  jest  bardziej  nieszczęśliwa  niż 
przedtem. W  sercu  jej  rósł  cichy  żal  do  Erlenda:  adwent  zbliżał  się,  a 
ona nie słyszała nic o nim ani też nie miała od niego żadnej wieści; nie 
wiedziała nawet, gdzie przebywa.

I  teraz  zdawało  się  jej,  że  nie  wytrzyma  tego  lęku  i  niepewności, 

zdawało  się  jej,  że  zostały  przecięte  łączące  ich  więzy;  teraz  obawiała 
się naprawdę: może wydarzyło się coś takiego, że już nigdy go nie ujrzy. 
Dalekie  stało  się  jej  wszystko,  z  czym  dawniej  była  zżyta,  a  łączność 
między nią i Erlendem była taka słaba. Nie sądziła, że ją opuścił, lecz tyle 
rzeczy mogło się przecież wydarzyć. Nie wiedziała, jak znosić dalej ową 
niepewność wyczekiwania, tak bardzo umęczona nią była Każdego dnia.

Czasem myślała o rodzicach i siostrach: tęskniła za nimi, ale tak, jak 

gdyby ich już na zawsze utraciła.

A zdarzały się znów chwile – w kościele, a czasem i poza kościołem – 

że odczuwała gwałtowną tęsknotę za łącznością z Bogiem, we wspólnocie 
z innymi ludźmi. Zawsze było to częścią jej istoty, teraz zaś przez swój 
nie wyspowiadany grzech pozbawiona była tej łaski.

Pocieszała  się,  że  ta  rozłąka  z  domem,  rodziną  i  chrześcijaństwem 

potrwa tylko krótki czas. Erlend musi ją tam zaprowadzić z powrotem. 
Kiedy ojciec pozwoli na miłość Erlenda i jej, znowu będzie mu bliska 
jak przedtem; gdy będą poślubieni, wówczas będą mogli się spowiadać i 
odpokutować winę.

background image

Zaczęła szukać dowodów, że inni ludzie także nie są wolni od winy. 

Zwracała teraz baczniejszą uwagę niż dotychczas na to, co mówiono, i 
dostrzegała  różne  drobnostki  wskazujące,  że  nawet  tu,  w  klasztorze, 
siostry nie są zupełnie święte i obce sprawom światowym. Były to tylko 
błahe  rzeczy,  klasztor  bowiem  pod  kierownictwem  pani  Groi  stanowił 
wzór przykładnego współżycia sióstr. Zakonnice były gorliwe w pełnieniu 
służby Bożej, pilne, dbałe o biednych i chorych. Reguła nie była na tyle 
surowa, by siostry nie mogły być odwiedzane przez przyjaciół i krewnych 
w  rozmównicy,  ani  też,  gdy  zachodziła  szczególnie  ważna  przyczyna, 
odwiedzać ich w mieście; lecz żadna zakonnica, przez te wszystkie lata, 
odkąd pani Groa rządziła klasztorem, nie wniosła jeszcze w dom hańby.

Teraz  jednak  otwarły  się  Krystynie  oczy  na  wszystkie  małe 

niedoskonałości  w  obrębie  murów  klasztornych:  na  drobne  sprzeczki, 
zawiści  i  próżnostki.  Żadna  z  zakonnic  nie  chciała  przyłożyć  ręki  do 
jakiejś grubszej roboty prócz pielęgnowania chorych, wszystkie chciały 
być uczonymi i biegłymi w sztukach; jedna chciała prześcignąć drugą, a 
mniej uzdolnione pod tym względem siostry traciły odwagę i żyły jakby 
w odurzeniu.

Sama pani Groa była uczoną i mądrą kobietą. Czuwała wprawdzie nad 

trybem życia i pilnością swych duchowych córek, ale niewiele czyniła dla 
zbawienia ich dusz. Krystynie okazywała zawsze dobroć i uprzejmość, 
zdawała  się  ją  przenosić  nad  inne  wychowanki,  głównie  dlatego,  że 
Krystyna  była  biegła  w  czytaniu,  pisaniu  i  robotach  ręcznych,  pilna  i 
małomówna – pani Groa zaś nigdy nie czekała na to, co siostry powiedzą. 
Chętnie natomiast rozmawiała z mężczyznami. Ci kręcili się bez przerwy 
w jej rozmównicy: chłopi i pełnomocnicy klasztoru, bracia dominikanie 
od biskupa, zastępcy cystersów z Hovedø, z którymi toczył się spór. Była 
ustawicznie  zajęta  zarżą  i  kich  dóbr  klasztoru,  obrachunkami,  odsyłała 
szaty  kościelne,  otrzymywała  księgi  do  przepisywania  i  sama  posyłała 

background image

jej  innym.  Nawet  najzłośliwsi  ludzie  nie  mogli  dopatrzyć  się  w  jej 
postępowaniu czegoś niestosownego. Lubiła jednak mówić o sprawach, 
na których kobiety zazwyczaj nie bardzo się znają.

Przeor,  którego  dom  znajdował  się  po  północnej  stronie  kościoła, 

nie  miał,  zdaje  się,  więcej  własnej  woli  aniżeli  pióro  ksieni.  W  całym 
klasztorze rządziła siostra Potencja, a ta myślała przede wszystkim o tym, 
by utrzymać takie zwyczaje domowe, jakie widziała odbywając nowicjat 
w  wytwornym  klasztorze  żeńskim  w  Niemczech.  Zwała  się  przedtem 
Sigrida córka Ragnwalda, ale zmieniła imię po przywdzianiu habitu; za 
jej to radą także te wychowanki, które tylko przez krótki czas przebywały 
w klasztorze, nosiły strój nowicjuszek.

Siostra Cecylia córka Baarda nie była podobna do reszty zakonnic. 

Chodziła cicho, ze spuszczonymi oczyma, odpowiadała zawsze łagodnie i 
pokornie, była służebnicą wszystkich, spełniała chętnie najcięższe roboty, 
pościła  więcej,  niż  było  przepisane,  pościła  tyle,  na  ile  jej  pani  Groa 
zezwalała, a po wieczornym pacierzu klęczała godzinami w kościele albo 
też udawała się tam jeszcze przed jutrznią.

Ale  pewnego  wieczora,  kiedy  wraz  z  dwiema  siostrami  świeckimi 

prała cały dzień bieliznę w potoku, przy wieczerzy zaczęła nagle głośno 
płakać.  Rzuciła  się  na  kamienną  podłogę,  czołgała  się  na  klęczkach 
pomiędzy siostrami, biła się w piersi i z płonącymi licami, cała we łzach, 
błagała wszystkie o wybaczenie. Ona to jest najgorszą grzesznicą wśród 
nich, zatwardziałą w pysze przez cały czas. Pycha to, a nie pokora lub 
wdzięczność  za  odkupującą  śmierć  Zbawiciela,  dawała  jej  siłę  oprzeć 
się pokusom świata; schroniła się do klasztoru nie dlatego, że pokochała 
duszę mężczyzny, ale dlatego, że własną dumę kochała. Z pychy służyła 
swym siostrom, poiła się próżnością ze swego kubka, a zarozumiałością 
smarowała swój suchy chleb wtedy, gdy inne siostry piły przy posiłkach 
piwo i jadły masło.

background image

Z tego wszystkiego zrozumiała Krystyna tylko tyle, że nawet Cecylia 

córka Baarda nie jest w swym sercu całkiem święta. Nie zużyta świeczka 
łojowa, wisząca pod dachem i omotana pajęczyną i sadzą – oto do czego 
porównała siostra swą zimną czystość.

Pani Groa zbliżyła się i podniosła łkającą kobietę. Surowo orzekła, że 

Cecylia za to przewinienie ma się wyprowadzić z dormitorium si położyć 
do łoża samej ksieni i pozostać tam dopóty, dopóki gorączka nie minie.

– A  potem,  siostro  Cecylio,  będziesz  przez  osiem  dni  siedziała  na 

moim miejscu, my zaś będziemy się do ciebie zwracać o radę w sprawach 
duchowych i będziemy ci za twój anielski tryb życia okazywać cześć, byś 
się  nasyciła  hołdami  grzesznych  ludzi. Wtedy  będziesz  mogła  osądzić, 
czy są one warte naszego starania, i wybrać, czy chcesz żyć według reguł, 
jak my wszystkie, czy też chcesz poddawać się praktykom, których nikt 
od ciebie nie wymaga. Po czym możesz się namyślić, czy z miłości do 
Boga czynisz te wszystkie rzeczy, aby raczył spojrzeć łaskawie ku tobie, 
czy też – jak teraz mówisz – dlatego, byśmy cię brały za wzór.

I tak się stało. Siostra Cecylia spała przez czternaście dni w pokoju 

ksieni,  miała  silną  gorączkę  i  sama  pani  Groa  ją  pielęgnowała.  Gdy 
się podniosła z choroby, musiała przez osiem dni zarówno w kościele, 
jak i w domu siedzieć na poczesnym miejscu obok ksieni i wszyscy jej 
usługiwali – przez cały czas płakała, jakby ją bito. Od tego czasu stała się 
o wiele łagodniejsza i radośniejsza. Żyła nadal prawie tak samo jak dotąd, 
ale rumieniła się jak oblubienica, kiedy ktoś patrzył na nią, czy to gdy 
zamiatała podłogę, czy gdy szła sama do kościoła.

Zdarzenie  z  siostrą  Cecylią  obudziło  w  Krystynie  silną  tęsknotę  za 

pokojem  i  odzyskaniem  wszystkiego,  co  teraz,  jak  czuła,  stało  się  jej 
dalekie. Pomyślała o bracie Edwinie i pewnego dnia ośmieliła się prosić 
panią Groę o pozwolenie udania się do braci bosych i porozmawiania z 
jednym z nich.

background image

Zauważyła,  że  pani  Groa  niechętnie  na  to  patrzy;  niewielka  była 

przyjaźń  między  franciszkanami  a  resztą  klasztorów  w  biskupstwie. 
Ksieni  zaś  bynajmniej  nie  złagodniała  dowiedziawszy  się,  kto  jest 
przyjacielem  Krystyny.  Powiedziała,  że  ów  brat  Edwin  jest  niezbyt 
godnym zaufania mnichem: wędruje stale po całym kraju i zbiera ofiary 
po  obcych  biskupstwach.  Ludzie  mają  go  gdzieniegdzie  za  człowieka 
świętego, on jednak zdaje się nie pojmować, że pierwszym obowiązkiem 
franciszkanina  jest  posłuszeństwo  względem  przełożonych.  Spowiadał 
włóczęgów  i  napiętnowanych,  chrzcił  ich  dzieci  i  grzebał  ich  ciała  w 
ziemi  bez  pytania  o  pozwolenie,  jednakże  czynił  to  w  równej  mierze 
z  nierozwagi  jak  z  uporu  i  cierpliwie  znosił  nałożone  na  niego  za  te 
przewinienia  kary.  Należy  mieć  dla  niego  wyrozumiałość,  gdyż  jest 
biegły w swej sztuce, lecz nawet przy wykonywaniu rzemiosła popadł w 
spór z ludźmi biskupa z Björgyinu

[28]

; od tego czasu mistrzowie malarscy 

nie chcieli, by przebywał i działał w ich biskupstwie.

Krystyna ośmieliła się zapytać, skąd przybył ów mnich o nienorweskim 

imieniu.  Pani  Groa  była  usposobiona  do  rozmowy.  Odpowiedziała, 
że urodził się w Oslo, ale ojciec jego był Anglikiem, zwał się Ryszard 
Płatnerz, ożenił się z chłopką z okolic Skogheim i osiadł tu, w mieście. 
Dwaj młodsi bracia Edwina byli poważanymi płatnerzami, on jednak był 
przez całe życie niespokojnym duchem. Mimo to od dziecka czuł pociąg do 
życia zakonnego i gdy tylko osiągnął przepisany wiek, wstąpił do szarych 
mnichów na Hovedø. Ci posłali go na naukę do jakiegoś klasztoru we 
Francji – był bardzo zdolny. Tam zezwolono mu na wystąpienie z zakonu 
cystersów i przeniesienie się do franciszkanów. Kiedy zaś potem bracia 
rozpoczęli na własną rękę, wbrew zakazowi biskupa, budować kościół na 
wschód od Løkken, brat Edwin okazał się jednym z najzapalczywszych 
kłótników,  nawet  omal  nie  uśmiercił  młotem  pewnego  człowieka, 

[28]   Dziś Bergen.

background image

wysłanego przez biskupa w celu wstrzymania robót.

Już dawno nikt nie rozmawiał z Krystyną tak długo i gdy pani Groa 

ją  odprowadziła,  dziewczyna  pochyliła  się  i  ucałowała  rękę  ksieni  z 
wdzięcznością i czcią; oczy jej napełniły się łzami. Pani Groa myślała, że 
to ze zmartwienia, obiecała więc, że może jednak będzie jej wolno wyjść 
i zobaczyć się z bratem Edwinem.

W istocie po kilku dniach otrzymała Krystyna wiadomość, że ktoś z 

klasztoru ma coś do załatwienia na dworze królewskim, może zatem udać 
się wraz z nim do braci na Løkken.

Brat  Edwin  był  w  domu.  Krystyna  nie  spodziewała  się  nigdy,  że 

ucieszy się tak bardzo widokiem kogoś innego niż Erlend. Starzec siedział 
i głaskał jej ręce dziękując, że przyszła. Nie, od owej nocy, kiedy spał na 
Jørund, nie zachodził w tamte strony, ale słyszał, że Krystyna ma wyjść 
za mąż i życzy jej szczęścia. Wówczas poprosiła go, aby poszedł z nią do 
kościoła.

Musieli  wyjść  z  klasztoru  i  obejść  go  dokoła,  by  wejść  głównym 

wejściem;  brat  Edwin  nie  śmiał  prowadzić  jej  przez  dziedziniec.  Był 
w  ogóle  bardzo  przygnębiony  i  zdawało  się,  że  obawia  się  uczynić 
cokolwiek, co by mogło spowodować zgorszenie. „Postarzał się bardzo” 
– pomyślała Krystyna.

Kiedy  złożyła  ofiarę  na  ołtarzu  i  poprosiła  brata  Edwina,  aby  ją 

wyspowiadał,  przeraził  się  okropnie.  Tego  zrobić  nie  może,  surowo 
zabroniono mu spowiadać.

–  Może  słyszałaś  coś  o  tym  –  powiedział.  –  Rzecz  miała  się  tak 

sądziłem,  że  nie  wolno  mi  odmawiać  tym  biedakom  darów,  które 
otrzymałem darmo od Boga. Naturalnie, powinienem ich był zachęcać do 
tego, by na właściwym miejscu szukali odpuszczenia i pokuty, tak, tak… 
Ty jednak, Krystyno, jesteś obowiązana spowiadać się u waszego przeora.

–  Chodzi  o  coś,  z  czego  nie  mogę  spowiadać  się  przeorowi  w 

background image

klasztorze – oświadczyła Krystyna.

– Czy myślisz, że pomoże ci, jeśli wyspowiadasz się przede mną z 

tego, co chcesz zamilczeć przed swoim spowiednikiem? – rzekł mnich 
surowo.

– Jeśli nie możesz wysłuchać mojej spowiedzi – odparła Krystyna – to 

w każdym razie możesz zezwolić na to, abym pomówiła z tobą i spytała 
cię o radę w pewnej sprawie, która mi leży na sercu.

Mnich  rozejrzał  się  wkoło.  Kościół  był  prawie  pusty,  usadowił  się 

więc na skrzyni stojącej w kącie.

– Myśl o tym – powiedział – że nie mogę odpuścić ci grzechów, lecz 

mogę ci doradzić i będę milczał, jakbyś do mnie na spowiedzi mówiła.

Krystyna stanęła przed nim i rzekła:
– Otóż sprawa tak się przedstawia, że nie mogę zostać żoną Szymona 

Darre.

– Wiesz przecie, że w tej sprawie nie mogę ci radzić inaczej, niżby 

to zrobił twój przeor w klasztorze – odparł brat Edwin. – Nieposłusznym 
dzieciom nie daje Bóg szczęścia, a twój ojciec chce twego dobra, o tym 
wiesz sama.

– Nie wiem, jaka będzie twa rada, gdy mnie do końca wysłuchasz – 

odpowiedziała Krystyna. – Chodzi o to, że Szymon jest za dobry na to, 
aby obgryzać nagą gałąź, z której kto inny uszczknął już kwiat.

Patrzyła  mnichowi  prosto  w  oczy.  Ale  gdy  spotkała  jego  wzrok  i 

ujrzała, jak sucha, pomarszczona twarz starca zmieniła się, pełna teraz 
smutku i przerażenia, wówczas coś jakby załamało się w niej i łzy trysnęły 
jej  z  oczu.  Chciała  się  rzucić  na  kolana,  lecz  brat  Edwin  wstrzymał  ją 
gwałtownie.

– Nie, nie, usiądź tutaj, obok mnie, na skrzyni, nie mogę cię spowiadać. 

– Usunął się na bok i zrobił jej miejsce.

Płakała dalej. Pogłaskał jej rękę i rzekł cicho:

background image

– Pamiętasz ten ranek, Krystyno, kiedym cię zobaczył po raz pierwszy, 

tam,  na  schodach,  w  hamarskiej  katedrze?  Gdy  byłem  za  granicą, 
słyszałem  opowieści  o  pewnym  mnichu,  który  nie  mógł  uwierzyć,  że 
Bóg kocha nas wszystkich, grzesznych i nędznych. Wówczas przyszedł 
anioł i dotknął jego oczu, i mnich ujrzał na dnie morza kamień, a pod 
kamieniem żyło ślepe, białe, nagie stworzenie, i patrzył na nie tak długo, 
aż  je  pokochał,  ponieważ  było  takie  małe  i  biedne.  Kiedym  cię  ujrzał 
maleńką  i  biedną  w  tym  wielkim  kamiennym  domu,  pomyślałem,  że 
łatwo można pojąć, iż Bóg kocha takie istoty jak ty: byłaś piękna i czysta, 
a przecież potrzebowałaś opieki i pomocy. Zdawało mi się, że widzę, jak 
cały kościół, razem z tobą w jego wnętrzu, spoczywa w ręku Boga.

Krystyna szepnęła:
– Związaliśmy się z sobą najświętszymi przysięgami, a słyszałam, że 

takie przyrzeczenie łączy nas przed Bogiem i uświęca zupełnie tak, jak 
gdyby połączyli nas rodzice.

Ale mnich odparł stroskany:
–  Mówił  wam  o  prawie  kanonicznym  ktoś,  kto  go  sam  dobrze  nie 

zna. Nie mogłaś związać się przysięgą z tym człowiekiem, nie grzesząc 
przeciwko  twoim  rodzicom;  ich  Bóg  ustanowił  nad  tobą,  zanim  go 
spotkałaś.  A  czyż  nie  jest  także  dla  jego  krewnych  zmartwieniem  i 
hańbą,  że  uwiódł  córkę  męża,  który  przez  wszystkie  lata  nosił  swą 
tarczę  bez  skazy…  przyrzeczona  też  byłaś  innemu. Wiem,  że  myślisz, 
iż tak bardzo nie zgrzeszyłaś, a jednak nie śmiesz spowiadać się z tego 
twemu przeorowi. A jeżeli jesteś zdania, żeś temu człowiekowi jak gdyby 
poślubiona,  czemu  nie  wkładasz  płóciennego  czepka,  tylko  chodzisz 
wciąż  jeszcze  z  rozpuszczonymi  włosami  wśród  młodych  dziewcząt,  z 
którymi  naprawdę  niewiele  masz  wspólnego,  gdyż  teraz  pewnie  inne 
rzeczy ci w głowie aniżeli im?

– Nie wiem, o czym myślą inne – rzekła Krystyna zgnębiona. – Prawdą 

background image

jest, że wszystkie moje myśli są przy człowieku, za którym tęsknię. Gdyby 
nie wzgląd na ojca i matkę, zakryłabym chętnie dziś jeszcze włosy. Nie 
dbałabym o to, że mnie będą zwać nałożnicą, bylebym tylko mogła do 
niego należeć.

– A wiesz, czy ten człowiek zamyśla tak z tobą postąpić, byś pewnego 

dnia zachowując cześć mogła zostać nazwana jego żoną? – spytał brat 
Edwin.

Wtedy  Krystyna  opowiedziała  o  wszystkim,  co  zaszło  między 

Erlendem  a  nią.  I  gdy  mówiła,  zdawała  się  w  ogóle  nie  pamiętać,  że 
kiedykolwiek wątpiła w dobre zakończenie sprawy.

– Nie pojmujesz, bracie Edwinie? – rzekła. – Nie panowaliśmy już 

nad sobą. Niechaj mi Bóg będzie miłościw, gdybym go spotkała teraz, 
po wyjściu od ciebie, poszłabym za nim, jeśliby mnie o to prosił. Możesz 
mi wierzyć, teraz wiem, że są także inni grzesznicy prócz nas. Wówczas, 
kiedy  byłam  w  domu,  nie  mogłam  zrozumieć,  że  coś  może  mieć  taką 
władzę nad myślami człowieka, iż przez to zapomni on o strachu przed 
grzechem; teraz sądzę, że jeśli nie można naprawić grzechów popełnionych 
z  tęsknoty  albo  w  uniesieniu,  to  pusto  musi  być  w  niebiosach.  Wszak 
nawet o tobie mówią, żeś pewnego razu w gniewie uderzył człowieka.

–  To  prawda  –  rzekł  mnich  –  i  jedynie  Boskiemu  miłosierdziu 

zawdzięczam, że nie zostałem zabójcą. Wiele lat już od tej pory minęło… 
Byłem  młodym  człowiekiem  i  zdawało  mi  się,  że  nie  mogę  znieść 
niesprawiedliwości,  którą  nam,  biednym  braciom,  chciał  wyrządzić 
biskup. Król Haakon – był podówczas księciem – podarował nam plac pod 
budowę klasztoru, lecz nie byliśmy zamożni, musieliśmy sami pracować 
przy budowie kościoła z kilku robotnikami, którzy nam pomagali raczej 
dla niebieskiej nagrody aniżeli za to, cośmy im płacili. Może była to pycha 
ze strony żebrzących mnichów, żeśmy nasz kościół chcieli budować tak 
wspaniale, ale byliśmy tak weseli jak dzieci na łące i śpiewaliśmy hymny, 

background image

kując, murując i tworząc. Bóg niech błogosławi brata Ranulfa, naszego 
budowniczego.  Był  on  niezwykle  zręcznym  kamieniarzem,  chyba  sam 
Bóg dał temu człowiekowi zdolność do wszelakich sztuk i nauk. Ja kułem 
wówczas figury w kamieniu, właśnie ukończyłem rzeźbę przedstawiającą 
świętą Klarę prowadzoną przez aniołów podczas mszy wielkanocnej do 
kościoła  Świętego  Franciszka.  Obraz  wypadł  pięknie,  radowaliśmy  się 
nim wszyscy… I wtedy to owe czarcie syny zburzyły mur, a walące się 
kamienie zdruzgotały moje płyty. Uderzyłem młotkiem jednego z ludzi, 
nie  mogłem  się  opanować… Tak,  tak,  teraz  uśmiechasz  się,  Krystyno, 
lecz nie pojmujesz, że źle jest z tobą, skoro wolisz słuchać o słabościach 
innych  ludzi  aniżeli  o  prowadzeniu  się  dobrych,  którzy  by  ci  mogli 
służyć za wzór? Niełatwo ci radzić – rzekł, gdy miała odchodzić – bo 
jeślibyś  uczyniła  to,  co  najsłuszniejsze,  byłoby  to  wielkim  cierpieniem 
dla twych rodziców i hańbą dla całego twego rodu. Musisz jednak starać 
się uwolnić od danego Szymonowi słowa – a potem musisz cierpliwie 
czekać na szczęście, które Bóg ci ześle, i całym sercem pokutować. I nie 
daj się wodzić więcej na pokuszenie temu Erlendowi, lecz błagaj go, aby 
się pogodził z Bogiem i swymi krewnymi.

– Uwolnić cię od twego grzechu nie mogę – dodał brat Edwin, gdy się 

rozstawali – lecz będę się modlił za ciebie ze wszystkich sił.

Po  czym  położył  swe  starcze,  wychudłe  ręce  na  jej  głowie  i  na 

pożegnanie odmówił nad nią modlitwę błogosławieństwa i pokoju.

6

Krystyna  nie  mogła  sobie  potem  ani  w  przybliżeniu  przypomnieć 

wszystkiego,  co  brat  Edwin  powiedział.  Opuściła  go  jednak  dziwnie 
spokojna i pogodna.

background image

Przedtem zmagała się z jakąś głuchą, skrytą obawą i usiłowała stawiać 

opór:  wszak  wcale  nie  zgrzeszyła  tak  ciężko. Teraz  brat  Edwin  ukazał 
jej wyraźnie i jasno, że przecież popełniła grzech. Tak oto wyglądają jej 
winy. Musi spróbować wziąć je na siebie i dźwigać cierpliwie i spokojnie. 
Starała się myśleć o Erlendzie nie niecierpliwiąc się ani tym, że nie dał 
jeszcze znać o sobie, ani tym, że musiała obywać się bez jego pieszczot. 
Chciała być tylko wierna i pełna dobroci dla niego. Myślała o rodzicach 
i  przyrzekła  sobie,  że  odpłaci  im  całą  ich  miłość,  gdy  już  zdołają 
przezwyciężyć zmartwienie spowodowane jej zerwaniem z Szymonem. 
A najczęściej myślała o tych słowach, że nie powinna szukać pocieszenia 
w  błędach  drugich;  czuła,  że  staje  się  pokorna  i  uprzejma,  i  wkrótce 
spostrzegła, jak łatwo pozyskać ludzką przyjaźń. Wtedy pocieszała się, że 
nie jest znowu tak trudno dojść do porozumienia z ludźmi, i wierzyła, że 
jej i Erlendowi nie przyjdzie to może zbyt ciężko.

Aż do dnia, w którym ślubowała Erlendowi wiarę, starała się zawsze 

postępować właściwie i dobrze, lecz robiła tak z nakazu drugich. Teraz 
czuła, że z dziewczęcia stała się kobietą. To znaczyło więcej niż gorące, 
potajemne pieszczoty, którymi obdarowywała i których sama doznała. To 
było coś więcej niż uchylenie się spod władzy ojca i poddanie się Erlenda. 
Brat Edwin nałożył na nią brzemię odpowiedzialności za własne życie i 
życie Erlenda. Była gotowa odważnie i dzielnie nosić to brzemię.

Dnie  Bożego  Narodzenia  spędziła  między  zakonnicami;  podczas 

pięknych  nabożeństw  czuła  się  wprawdzie  niegodna  ogólnej  radości  i 
pokoju, lecz pocieszała się, że wnet nadejdzie czas, kiedy znów będzie 
mogła odpowiadać za swe czyny.

W dzień po Nowym Roku zjawił się niespodziewanie w klasztorze 

Andrzej  Darre  z  żoną  i  pięciorgiem  dzieci.  Chcieli  ostatnie  dni  świąt 
spędzić z krewnymi i przyjaciółmi w mieście i przybyli, by zabrać z sobą 
Krystynę.

background image

– Sądzę, moja córko – powiedziała pani Angerda – że nie będziesz 

miała nic przeciw temu, by ujrzeć koło siebie nowe twarze.

Ludzie z Dyfrina mieszkali w pięknym budynku, we dworze opodal 

zamku  biskupa,  należącym  do  krewnego  pana  Andrzeja.  Była  tam 
obszerna izba, w której sypiała służba, oraz wspaniała komnata na piętrze 
z murowanym piecem i trzema wygodnymi łożami; w jednym sypiał pan 
Andrzej i pani Angerda z najmłodszym synem Gudmundem, dzieckiem 
jeszcze, w drugim Krystyna z obu córkami, Astridą i Sigridą, w trzecim 
Szymon i jego najstarszy brat Gyrd.

Wszystkie  dzieci  pana  Andrzeja  były  piękne  i  zgrabne,  najmniej 

Szymon, ale i o nim mówili ludzie, że jest przystojny. I Krystyna przekonała 
się jeszcze dobitniej niż rok temu w Dyfrinie, że zarówno rodzice, jak też 
rodzeństwo najbardziej cenią zdanie Szymona i czynią wszystko, co on 
chce. Wszyscy w rodzinie kochali się serdecznie i bez zawiści godzili się 
na to, by Szymon zajmował wśród nich pierwsze miejsce.

Tutaj,  w  mieście,  żyli  ci  ludzie  wspaniale  i  wesoło,  odwiedzali 

kościoły i składali co dnia ofiary, spotykali się wieczorami z przyjaciółmi 
przy  biesiadach  i  pili,  a  młodzi  mogli  bawić  się  i  tańczyć.  Wszyscy 
okazywali Krystynie największą życzliwość i nikt nie zauważył, jak mało 
się radowała.

Wieczorem,  kiedy  gaszono  światła  w  komnacie  i  wszyscy  kładli 

się na spoczynek, Szymon zwykł był wstawać i podchodzić do łoża, w 
którym spały dziewczęta. Chętnie siedział przez chwilę na brzegu łoża; 
przeważnie mówił do swych sióstr, ale jego ręka zakradała się w ciemności 
do piersi Krystyny i tam pozostawała. Ze wstrętu pot występował jej na 
ciało wszystkimi porami.

Teraz,  ponieważ  jej  zmysły  były  wyostrzone,  rozumiała  dobrze,  że 

wiele  jest  rzeczy,  o  których  duma  i  nieśmiałość  nie  pozwalały  mówić 
Szymonowi,  odkąd  spostrzegł,  że  ona  nie  chce  zgodzić  się  na  nie.  I 

background image

czuła jakiś osobliwy, gorzki żal do niego, gdyż wydawało się jej, że chce 
okazać się godniejszy od tamtego, który ją wziął – choć wcale przecie nie 
wiedział, że ten drugi istnieje.

Pewnego wieczora, kiedy wyszli na tańce, Astrida i Sigrida pozostały 

u przyjaciół i miały tam spać. Gdy ludzie z Dyfrina zasnęli już, Szymon 
w nocy podszedł do łoża Krystyny i położył się obok niej; leżał jednak na 
skórze, którą była przykryta.

Krystyna podciągnęła koc aż pod szyję i mocno skrzyżowała ręce na 

piersiach. Szymon posunął rękę ku jej piersi. Czuła szwy jego jedwabnego 
rękawa i domyśliła się, że nie zdjął odzienia.

– Jesteś po ciemku tak samo bojaźliwa jak za dnia, Krystyno – rzekł 

Szymon  ze  śmiechem.  –  Możesz  mi  chyba  podać  rękę?  –  zapytał  i 
Krystyna wyciągnęła do niego końce palców.

– Czy nie sądzisz, że niejedno mielibyśmy do omówienia, skoro się 

tak złożyło, że przez chwilę jesteśmy sami? – spytał i Krystyna pomyślała, 
że teraz musi mówić. Odrzekła więc: – Tak. – Ale ani słowa więcej nie 
mogła z siebie wydobyć.

– Czy wolno mi wejść pod skórę? – prosił znowu. – Tu, w izbie, jest 

zimo teraz – wśliznął się między futro a wełniany koc leżący na jej nagim 
ciele.  Ramieniem  otoczył  poduszkę,  lecz  w  ten  sposób,  że  nie  dotknął 
Krystyny. Leżeli tak czas jakiś.

– Niełatwo jest zabiegać o twe względy – rzekł wreszcie Szymon i 

poniechał umizgów. – Mogę ci nawet przyrzec, że nie ucałuję cię więcej, 
jeśli ci to niemiłe. Ale rozmawiać ze mną przecież możesz?

Krystyna zwilżyła wargi językiem, dalej jednak milczała.
– Zdaje mi się, że leżysz tu i drżysz – zaczął znów Szymon. – Chyba 

nie masz nic przeciw mnie, Krystyno?

Czuła, że nie może okłamać Szymona, rzekła więc tylko: – Nie – ale 

nic więcej.

background image

Szymon  leżał  jeszcze  chwilę  i  usiłował  podtrzymać  rozmowę. 

Wreszcie znowu roześmiał się i powiedział:

Rozumiem, ty sądzisz, że muszę się zadowolić na razie tym, że nie 

masz  nic  przeciw  mnie…  na  dziś  wieczór…  i  z  tego  być  rad.  Dumna 
jesteś bardzo. A jednak musisz mi teraz dać całusa, wtedy odejdę i nie 
będę cię dłużej dręczył.

Pocałował  ją,  podniósł  się  i  spuścił  nogi  na  ziemię,  Krystyna 

pomyślała, że teraz powie mu to, co musiało być powiedziane, ale on już 
był przy swoim łożu i słyszała, że się rozbiera.

Nazajutrz  pani  Angerda  nie  była  taka  uprzejma  dla  Krystyny  jak 

zwykle. Dziewczyna domyśliła się, że musiała ona w nocy coś posłyszeć 
i że – jej zdaniem – narzeczona nie przyjęła jej syna tak, jak powinna to 
była uczynić.

Po  południu  Szymon  powiedział,  że  ma  zamiar  zamienić  konia  z 

przyjacielem.  Spytał  Krystynę,  czy  chce  mu  towarzyszyć  i  obejrzeć 
wierzchowca. Skinęła głową, wyszli więc razem do miasta.

Na  dworze  była  piękna,  rześka  pogoda.  W  nocy  spadło  trochę 

śniegu, teraz świeciło słońce i zamarznięty śnieg trzeszczał pod stopami. 
Krystynie sprawiała przyjemność ta przechadzka na mrozie i gdy Szymon 
przyprowadził konia, zaczęła rozmawiać z ożywieniem; od ojca, z którym 
tyle przebywała, wiedziała coś niecoś o koniach. Ten zaś wierzchowiec 
był ładnym zwierzęciem, skarogniady ogier z czarną smugą przez grzbiet; 
grzywę miał krótko ściętą, był kształtny i zwinny, ale dość mały i niezbyt 
silny.

– Niedługo on wytrzyma pod jeźdźcem w pełnej zbroi – zauważyła 

Krystyna.

– Nie na to go też przeznaczam – odparł Szymon. Zabrał konia na 

pastwisko za domem, puścił go galopem, przeprowadził stępa, potem sam 
jechał na nim i chciał też, by Krystyna go dosiadła. Dlatego dość długo 

background image

zabawili na ośnieżonym błoniu.

W  końcu,  kiedy  Krystyna  podawała  koniowi  chleb,  Szymon  rzekł 

nagle:

– Zdaje mi się, Krystyno, że ty i moja matka nie bardzo się z sobą 

zgadzacie.

– Nie zamierzałam wcale być nieuprzejma dla twojej matki – odrzekła. 

– Nie wiem jednak, o czym bym miała mówić z panią Angerdą.

– Zdaje się, że i ze mną nie masz o czym mówić – rzekł Szymon. – Nie 

chcę ci się przed czasem narzucać, ale przecież nie może tak dalej być, 
żebym nigdy nie mógł z tobą porozmawiać.

Nigdy nie byłam rozmowna – odparła Krystyna. – O tym sama wiem. 

Sądzę, że niewiele byś stracił, gdyby ta umowa nie doszła do skutku.

– Wiesz dobrze, co o tym myślę – rzekł Szymon i spojrzał na nią. 

Krystyna  zaczerwieniła się.  Z  przerażeniem poczuła,  że  i  oświadczyny 
Szymona Darre nie są jej przykre. Po chwili Szymon rzekł:

– Czy to o Arnem synu Gyrda nie możesz zapomnieć, Krystyno? – 

Patrzyła na niego osłupiała. Szymon ciągnął dalej, a głos jego był łagodny 
i  miękki:  –  Nie  chcę  cię  winić  z  tego  powodu,  przecież  wyrośliście 
razem jak rodzeństwo i rok dopiero upłynął od jego śmierci. Ale możesz 
spokojnie zaufać temu, żem ci życzliwy.

Twarz Krystyny była teraz bardzo blada. Żadne z nich nie odezwało 

się  więcej,  gdy  o  zmierzchu  wracali  przez  miasto.  U  wylotu  drogi  w 
seledynowym powietrzu zawisł sierp księżyca obejmujący jasną gwiazdę.

„Rok” – myślała Krystyna i zdawało się jej, że nie może już sobie 

przypomnieć, kiedy po raz ostatni myślała o Arnem. Zlękła się: może jest 
lekkomyślną, rozpustną i złą kobietą. Rok temu dopiero widziała go na 
marach i wydawało jej się wtedy, że nigdy już więcej w życiu nie zazna 
radości;  przeraziła  ją  niestałość  własnego  serca  i  przemijanie  rzeczy. 
Erlend, Erlend… czy i on mógłby o niej zapomnieć? A przecież wydało 

background image

jej  się  czymś  jeszcze  straszniejszym,  gdyby  ona  kiedykolwiek  o  nim 
zapomniała.

Pan Andrzej z dziećmi wziął udział w wielkiej zabawie urządzanej 

w okresie Bożego Narodzenia na dworze królewskim. Krystyna ujrzała 
całą wspaniałość i przepych dworski. Byli też w hali, w której siedział 
król Haakon i pani Izabela Bruce, wdowa po królu Eiriku

[29]

. Pan Andrzej 

wysunął się naprzód i powitał króla, dzieci wraz z Krystyną stały nieco 
dalej. Krystyna pomyślała o wszystkim, co opowiadała jej pani Aashilda, 
przypomniała  sobie,  że  król  był  bliskim  krewnym  Erlenda,  matki  ich 
ojców były siostrami – ona zaś była nałożnicą Erlenda, nie miała prawa 
stać tutaj, zwłaszcza między tymi dobrymi i szlachetnymi dziećmi pana 
Andrzeja.

Nagle ujrzała Erlenda syna Mikołaja… stanął przed królową Izabelą 

z pochyloną głową, z rękami na piersi; miał na sobie to samo brązowe 
ubranie co w dzień chłopskiego święta. Krystyna ukryła się za córkami 
pana Andrzeja.

Gdy  po  chwili  pani Angerda  poprowadziła  swoje  trzy  córki  przed 

oblicze  królowej,  Krystyna  nie  dostrzegła  Erlenda,  nie  śmiała  jednak 
oderwać oczu od ziemi. Myślała o tym, czy Erlend stoi gdzieś w hali; 
zdawało jej się, że czuje na sobie jego wzrok, a jednocześnie, że wszyscy 
ludzie patrzą na nią, jakby spostrzegli, że okłamuje ich tym swoim małym, 
złotym wieńcem na rozpuszczonych włosach.

Nie  było  Erlenda  w  hali,  gdzie  goszczono  młodzież  i  gdzie  po 

uprzątnięciu  stołów  zaczęły  się  tańce.  Krystyna  musiała  tego  wieczoru 
tańczyć z Szymonem.

Pod jedną ze ścian podłużnych stał stół, na który służba królewska 

znosiła przez całą noc piwo, wino i miód. W pewnej chwili, gdy Szymon 

[29]    Eirik  syn  Magnusa,  brat  Haakona  V  i  jego  poprzednik  na  tronie  Norwegii 

(panował w latach 1280-1299).

background image

ją tam pociągnął i przepił do niej, ujrzała, że Erlend stoi tuż obok, zaraz 
za Szymonem. Patrzył na nią i ręka Krystyny drżała, kiedy przyjęła od 
narzeczonego kubek i nachyliła do ust. Erlend podniecony szeptał coś do 
człowieka, który mu towarzyszył. Był to postawny, piękny, starszy już 
mężczyzna; niechętnie potrząsał głową i wyglądał na zagniewanego. Po 
chwili Szymon poprowadził ją znowu do tańca.

Nie  wiedziała,  jak  długo  trwał  ten  taniec;  melodia  wlokła  się  bez 

końca, a każda chwila była boleśnie długa z tęsknoty i niepokoju. Wreszcie 
skończyło się i Szymon zaprowadził ją z powrotem do stołu z napojami.

Przyjaciel jakiś przeszedł, zagadnął go i odciągnął kilka kroków dalej 

od grupy młodych ludzi. Nagle Erlend stanął tuż przed nią.

– Tyle miałbym ci do powiedzenia – szepnął – nie wiem, od czego 

zacząć.  Na  miłość  Boską,  Krystyno,  co  ci  jest?  –  spytał  pośpiesznie, 
ujrzawszy, że zbladła jak ściana.

Widziała  jego  twarz  niewyraźnie,  jak  gdyby  przez  płynącą  wodę. 

Wziął kubek ze stołu, napił się i podał go jej. Krystynie wydał się on zbyt 
ciężki albo też ramię jej było dziwnie nieruchome; nie mogła podnieść 
go do ust.

– Pijesz więc ze swoim narzeczonym, ale nie ze mną? – spytał Erlend 

po cichu. Ale Krystynie wyleciał kubek z rąk i zemdlona padła w ramiona 
Erlenda.  Gdy  przyszła  do  siebie,  leżała  na  ławie  z  głową  na  kolanach 
jakiejś nieznanej dziewczyny. Rozluźniono jej pas i zdjęto klamrę z piersi; 
ktoś stał i uderzał ją w dłonie, a twarz jej była mokra.

Usiadła. Gdzieś w kręgu otaczających ją ludzi dojrzała oblicze Erlenda 

blade i strapione. Sama czuła się tak słabo, jak gdyby kości jej stały się 
zupełnie miękkie, a głowa wielka i pusta, lecz gdzieś w głębi błyskała 
jedna jedyna, jasna i rozpaczliwa myśl: musi pomówić z Erlendem.

Rzekła więc do Szymona Darre, który stał tuż obok niej:
– Było mi za gorąco… tyle świec się tu pali i niezwyczajna jestem pić 

background image

tyle wina.

– Czy czujesz się już lepiej, Krystyno? – spytał Szymon. – Ludzie 

przelękli się. Chcesz może, bym cię zaraz odprowadził do domu?

– Musimy zaczekać na twych rodziców – rzekła Krystyna spokojnie. 

– Usiądź tu. Nie mogę tańczyć. – Wskazała poduszkę leżącą przy niej, 
potem drugą rękę wyciągnęła ku Erlendowi:

–  Usiądźcie  i  wy  tutaj,  Erlendzie  synu  Mikołaja,  nie  mogłam  was 

nawet godnie powitać. W ostatnich czasach nieraz mówiła Ingebjörga, iż 
widzi się jej, żeście zupełnie o niej zapomnieli.

Widziała,  że  jemu  trudniej  opanować  się  niż  jej;  ledwo  mogła 

powstrzymać tkliwy uśmiech wybiegający na wargi.

–  Podziękujcie  dziewicy  za  pamięć  o  mnie  –  rzekł  jąkając  się.  – 

Jeszcze bardziej obawiałem się, że ona o mnie zapomni.

Krystyna zawahała się. Nie wiedziała, co jeszcze powiedzieć takiego, 

co  mogło  pochodzić  od  płochej  Ingebjörgi,  a  co  by  Erlend  mimo  to 
właściwie zrozumiał. Wówczas wezbrała w niej gorycz z powodu udręki 
tych wszystkich miesięcy i rzekła:

– Drogi Erlendzie, sądzicie, że my, dziewczęta, mogłyśmy zapomnieć 

o człowieku, który tak dzielnie bronił naszej czci?

Widziała,  że  wzdrygnął  się  jak  uderzony.  Pożałowała  natychmiast 

swoich  słów,  lecz  Szymon  spytał,  co  miała  na  myśli.  Krystyna 
opowiedziała mu o przygodzie, która spotkała ją i Ingebjörgę w lesie na 
Eikeberg. Zmiarkowała, że słuchanie tego sprawia Szymonowi przykrość. 
Prosiła go więc, aby odszukał panią Angerdę i zapytał, czy będą mogli 
wkrótce wyjść, jest bowiem bardzo zmęczona. Gdy odszedł, spojrzała na 
Erlenda.

– Aż dziw – rzekł cicho – że umiesz tak zręcznie sobie poczynać. Nie 

spodziewałem się tego po tobie.

– Musiałam przecież nauczyć się udawania, bądź pewien – odparła 

background image

ponuro.

Erlend oddychał z trudem, jeszcze ciągle bardzo blady.
– Więc to tak – szepnął. – Przyrzekłaś przecież zwrócić się w potrzebie 

do moich przyjaciół. Bóg mi świadkiem, żem co dnia myślał, czy też stało 
się to najgorsze.

–  Wiem,  co  masz  na  myśli  –  rzekła  Krystyna  krótko.  –  Tego  nie 

potrzebujesz się obawiać. Najbardziej mnie bolało, że ani jednym słowem 
nie kazałeś mnie pozdrowić przez ten cały czas. Czyż nie rozumiesz, że 
błąkam się między mniszkami jak obcy ptak? – Umilkła czując, że łzy 
cisną się jej do oczu.

– A więc dlatego jesteś teraz tutaj razem z ludźmi z Dyfrina? – spytał. 

Zmartwiła się tak bardzo, że nie mogła odpowiedzieć.

Zobaczyła  w  drzwiach  panią  Angerdę  i  Szymona.  Ręka  Erlenda 

zwisała z jego kolan tuż obok jej ręki, lecz nie mogła jej ująć.

– Muszę pomówić z tobą – rzekł gwałtownie. – Nie powiedzieliśmy 

sobie ani słowa o tym, co dla nas najważniejsze.

– Przyjdź po Objawieniu do kościoła Panny Maryi na mszę – odparła 

Krystyna, wstała i poszła w stronę tamtych dwojga.

Pani Angerda była w drodze powrotnej bardzo czuła i serdeczna dla 

Krystyny; sama pomogła jej ułożyć się do snu. Szymon rozmawiał z nią 
dopiero na drugi dzień.

– Jak to możliwe – rzekł – że pośredniczysz między tym Erlendem a 

Ingebjörgą córką Filippusa? Nie powinnaś wtrącać się do spraw, które oni 
mają między sobą.

– Ech, nic tam nie ma – odpowiedziała Krystyna. – Ona jest tylko 

gadułą.

– Poza tym sądzę – rzekł Szymon – żeś na tyle powinna była nauczyć 

się rozwagi, aby nie zapuszczać się sama z tą sroką w las i na gościńce. – 
Lecz Krystyna przypomniała mu, że nie ze swojej winy wtedy zabłądziła. 

background image

Wobec tego Szymon zamilkł.

Nazajutrz  ludzie  z  Dyfrina  odprowadzili  ją  do  klasztoru,  po  czym 

odjechali do domu.

Przez  cały  tydzień  przychodził  Erlend  na  nieszpory  do  kościoła 

klasztornego, ale Krystyna ani razu nie miała sposobności z nim pomówić. 
Czuła się jak sokół, który z kapturem na oczach uwiązany jest do pręta. 
Była  nieszczęśliwa  z  powodu  każdego  słowa,  jakie  wymienili  podczas 
ostatniego  spotkania  –  nie  tak  powinno  było  ono  się  odbyć.  Niewiele 
pomagało, gdy pocieszała się, że zbyt nagle spadło to na nich oboje i że 
sami dobrze nie wiedzieli, co mówią.

Któregoś popołudnia, już o zmierzchu, weszła do rozmównicy jakaś 

przystojna, wyglądająca na mieszczkę kobieta. Zapytała o Krystynę córkę 
Lavransa, oświadczając, że jest żoną kupca; mąż jej przywiózł niedawno 
z Danii kilka pięknych szat i Aasmund syn Bjørgulfa chciał podarować 
jedną z nich swojej bratanicy. Krystyna ma więc iść z nią i wybrać sobie, 
którą zechce.

Krystynie pozwolono wyjść z ową kobietą. Nie pasowało zupełnie do 

stryja robienie jej tak kosztownych podarunków, zastanowiło ją również, 
że posłał do niej obcą kobietę. Z początku była ona małomówna i tylko 
półgębkiem odpowiadała na pytania Krystyny, ale gdy doszły do miasta, 
rzekła niespodziewanie:

– Jesteś tak piękna, dziecko, że nie chcę cię okłamywać. Powiem ci 

całą prawdę, a ty postanów sama, co masz czynić. Nie twój stryj mnie 
posłał, ale pewien człowiek… Może zgadniesz jego imię, a jeśli nie, to 
nie powinnaś iść ze mną. Nie mam męża i muszę utrzymywać siebie i 
rodzinę z tego, że prowadzę gospodę i szynkuję piwo. W ta kim zawodzie 
człekowi niestraszny grzech albo i siepacze; nie chcę jednak, abyś została 
oszukana pod dachem mego domu.

Krystyna zatrzymała się spłoniona. Poczuła się dziwnie upokorzona 

background image

postępowaniem Erlenda.

– Odprowadzę cię do klasztoru, Krystyno, ale musisz mi coś dać za 

fatygę – powiedziała kobieta. – Rycerz przyrzekł mi wielką nagrodę. I ja 
też byłam niegdyś piękna, i mnie też zwiedziono. Wspomnij też o mnie 
przy wieczornym pacierzu, nazywam się Brynhilda Fluga.

Krystyna ściągnęła z palca pierścień i dała go kobiecie.
– To pięknie z twojej strony, Brynhildo, jeśli jednak człowiekiem tym 

jest mój krewny, Erlend syn Mikołaja, to nie mam się czego oba wiać; 
chce, abym go pogodziła z moim stryjem. Nie będziesz niczego żałować, 
ale dzięki za to, żeś mnie ostrzec chciała.

Brynhilda Fluga odwróciła się chcąc ukryć uśmiech.
Prowadziła Krystynę przez wąskie uliczki za kościołem Św. Klemensa 

na północ, ku rzece. Na zboczach nad brzegiem leżało kilka samotnych 
dworków. Między opłotkami spotkały czekającego Erlenda. Rozejrzał się 
na wszystkie strony, potem zdjął opończę, otulił nią Krystynę i naciągnął 
jej kapuzę na twarz.

– Jak ci się podoba ten wybieg? – spytał szybko i cicho. – Czy sądzisz, 

że bardzo źle postąpiłem? Musiałem jednak z tobą pomówić.

– Niewiele nam pomoże rozmyślanie nad tym, co słuszne, a co nie – 

rzekła Krystyna.

– Nie mów tak – prosił Erlend. – Ja jestem winien, Krystyno! Każdy 

dzień i każdą noc tęskniłem za tobą – szepnął jej do ucha.

Dreszcz  nią  wstrząsnął,  gdy  na  moment  spotkała  jego  spojrzenie. 

Kiedy tak patrzył na nią, czuła się winna, że mogła myśleć o czymkolwiek 
innym niż tylko o miłości do niego.

Brynhilda  Fluga  poszła  przodem;  gdy  przybyli  do  gospody,  Erlend 

spytał:

– Chcesz, byśmy weszli do izby, czy też mamy rozmawiać na górze 

na poddaszu?

background image

– Jak chcesz – odparła Krystyna.
– Na górze jest zimno – rzekł cicho Erlend. – Musimy się położyć do 

łoża. – Krystyna skinęła tylko głową.

Zaledwie zamknął drzwi komory, leżała w jego ramionach. Przeginał 

ją jak trzcinę, oczy jej i usta zamknął pocałunkami, niecierpliwie zerwał z 
niej oba okrycia i rzucił na podłogę. Potem podniósł dziewczynę w jasnej 
klasztornej  sukni,  przycisnął  do  piersi  i  zaniósł  do  łoża.  Przestraszona 
jego dziką namiętnością i własnym pożądaniem objęła go i ukryła twarz 
na jego ramieniu.

Na poddaszu było tak zimno, że oddech ich unosił się niby dym nad 

małą świecą na stole. Ale w łożu było dużo skór i koców, na wierzchu 
leżała  wielka  skóra  niedźwiedzia,  którą  podciągnęli  aż  do  brody.  Nie 
wiedziała, jak długo leży w jego ramionach, aż Erlend się odezwał:

– Teraz musimy pomówić o tym, co trzeba robić, Krystyno. Nie mam 

odwagi dłużej cię tu zatrzymywać.

– A  ja  ważyłabym  się  całą  noc  tu  zostać,  gdybyś  ty  tego  chciał  – 

szepnęła.

Erlend przytulił policzek do jej twarzy.
– Nie byłbym wówczas twoim przyjacielem. Już i tak jest źle, ale na 

ludzkie języki nie możesz się przeze mnie dostać.

Krystyna  nie  odpowiedziała, lecz  coś  w  niej  boleśnie  zadrgało;  nie 

rozumiała, jak mógł mówić coś takiego, on, który jej pozwolił przyjść 
do  gospody  Brynhildy  Flugi.  Nie  wiedziała,  skąd  ta  świadomość,  ale 
rozumiała, że nie jest to stosowne miejsce. A on był pewny, że wszystko 
odbędzie się tak, jak oczekiwał, bo przy łożu stał przygotowany dzban z 
miodem.

– Myślałem już o tym – rzekł znów Erlend – że jeśli nie da się inaczej, 

będę  cię  musiał  uprowadzić  siłą  do  Szwecji.  Pani  Ingebjörga  przyjęła 
mnie tej jesieni łaskawie i przypomniała sobie o pokrewieństwie, które 

background image

nas  łączy. Teraz  jednak  dręczą  mnie  moje  grzechy.  Już  raz  uciekłem  z 
kraju i nie chcę, by o tobie tak mówiono jak o tamtej.

– Weź mnie z sobą do twego domu na Husaby – rzekła cicho Krystyna. 

–  Nie  mogę  żyć  z  dala  od  ciebie  i  błąkać  się  między  wychowankami 
klasztoru. Twoi i moi krewni będą na pewno na tyle rozumni, że pozwolą 
nam żyć razem i pogodzą się z nami.

Erlend z jękiem przygarnął ją do siebie.
– Nie mogę cię zaprowadzić na Husaby, Krystyno.
– Czemu? – spytała szeptem.
– Elina zjawiła się tam jesienią – odparł po chwili. – Nie mogę jej 

oddalić  z  dworu  –  ciągnął  podniecony  –  chyba  żebym  ją  przemocą 
usadowił w saniach i wywiózł, a nie wydaje mi się, abym to mógł uczynić. 
Przywiozła z sobą nasze dzieci.

Krystyna miała wrażenie, że się zapada w przepaść. Głosem drżącym 

z trwogi rzekła:

– Sądziłam, żeś się z nią rozszedł.
– I ja tak sądziłem – odparł Erlend. – Ale pewnie w Østerdalen, gdzie 

przebywała, dowiedziała się, że myślę o ożenku. Widziałaś tego męża, z 
którym byłem na zabawie u króla? To mój opiekun, Baard syn Piotra z 
Hestnaes. Gdy tylko wróciłem ze Szwecji, pojechałem do niego, byłem 
też u mojego krewnego Heminga syna Alfa w Saltviken; mówiłem im, 
że chcę się żenić, i prosiłem ich o pomoc. Elina dowiedziała się o tym. 
Ofiarowałem jej, co tylko zechce dla siebie i dzieci, ale ona spodziewa 
się, że Sigurd, jej mąż, nie doczeka wiosny i wtedy nikt nie może nam 
zabronić żyć razem… Spałem w stajni z Haftorem i Ulfem, a Elina leżała 
w  izbie  w  moim  łożu.  Myślę,  że  słudzy  dobrze  się  ze  mnie  śmiali  za 
moimi plecami.

Krystyna nie mogła słowa z siebie wydobyć. Po chwili Erlend ciągnął 

dalej:

background image

– Widzisz, w dniu, w którym obchodzić będziemy nasze zrękowiny, 

musi  chyba  zrozumieć,  że  nic  jej  już  nie  pomoże,  że  nie  ma  już  nade 
mną władzy. Lecz tak mi ciężko ze względu na dzieci! Nie widziałem ich 
już cały rok; są piękne, a ja tak mało mogę zrobić, by im zabezpieczyć 
przyszłość. Niewiele by im też pomogło, gdybym się nawet mógł ożenić 
z ich matką.

Łzy płynęły z oczu Krystyny. Po chwili Erlend odezwał się znowu:
–  Czyś  słyszała?  Mówiłem,  że  zwróciłem  się  do  moich  krewnych. 

Owszem, byli zadowoleni, że chcę się żenić. Potem powiedziałem im, że 
ty jesteś tą, którą chcę mieć, żadna inna.

–  Czy  nie  chcą  się  na  to  zgodzić?  –  spytała  wreszcie  w  rozterce 

Krystyna.

–  Nie  rozumiesz?  –  rzekł  Erlend  posępnie.  –  Nie  mogli  dać  innej 

odpowiedzi, jak że nie chcą jechać ze mną do twego ojca, zanim umowa 
między tobą a Szymonem synem Andrzeja zostanie zerwana. Nie ułatwiło 
nam to sprawy, żeś obchodziła Boże Narodzenie z ludźmi z Dyfrina.

Krystyna, zupełnie złamana, płakała tylko cicho. Czuła dobrze, że w 

ich miłości jest coś niewłaściwego i niegodnego, i teraz widziała, że wina 
leży po jej stronie.

Kiedy  wkrótce  potem  wstała,  drżała  z  zimna,  i  Erlend  otulił  ją  w 

oba  okrycia.  Było  zupełnie  ciemno.  Odprowadził  ją  do  cmentarza  Św. 
Klemensa, przez resztę drogi do klasztoru towarzyszyła jej Brynhilda.

7

W tydzień potem Brynhilda Fluga przyszła z wiadomością, że okrycie 

jest już gotowe, i Krystyna poszła z nią. Znowu jak poprzednio przebywała 
z Erlendem w izbie na poddaszu.

background image

Gdy  się  rozstawali,  wręczył  jej  płaszcz.  –  …  byś  mogła  coś  w 

klasztorze pokazać – rzekł. Płaszcz był z niebieskiego aksamitu, podbity 
czerwonym jedwabiem i Erlend zapytał, czy zauważyła, że jest w tych 
samych  barwach  co  suknia,  którą  miała  na  sobie  owego  dnia  w  lesie. 
Krystyna aż się zdumiała, że tak bardzo ucieszyły ją te słowa; zdawało się 
jej, że Erlend nigdy nie sprawił jej większej radości.

Teraz  nie  mogli  już  użyć  tego  samego  wybiegu,  by  się  spotkać,  a 

niełatwo było wymyślić coś nowego. Erlend uczęszczał na nieszpory do 
kościoła klasztornego i parę razy Krystyna udała, że ma coś do załatwienia 
w domach jałmużnie; tak wykradali parę chwil widzenia się przy drodze 
pod płotami, w ciemności zimowych wieczorów.

Wówczas  to  wpadło  Krystynie  na  myśl  prosić  siostrę  Potencję  o 

pozwolenie odwiedzania paru starszych, podagrycznych kobiet, jałmużnie 
klasztoru, mieszkających dość daleko w szczerym polu. Poza ich domem 
była przybudówka, w której kobiety trzymały krowę; Krystyna podjęła 
się oporządzać bydlę, ilekroć była u nich, i wtedy wpuszczała Erlenda do 
obory.

Z  lekkim  zdumieniem  zauważyła,  że  chociaż  Erlend  rad  był  tym 

spotkaniom, to jednak martwiło go, iż takie wyjście znalazła.

– Nie na dobre ci wyszło, żeś mnie poznała – rzekł pewnego wieczora. 

– Nauczyłaś się szukać wykrętów.

– Nie powinieneś mi tego zarzucać – odpowiedziała zmartwiona.
– Nie tobie też czynię z tego zarzut – rzekł Erlend szybko i nieśmiało.
– Sama nie przypuszczałam nigdy – ciągnęła Krystyna dalej – że tak 

łatwo przyjdzie mi kłamać. Ale widzę, że człowiek może robić to, co musi.

–  Nie  zawsze  –  rzekł  Erlend  podobnie  jak  przedtem.  –  Czy 

przypominasz sobie, jak tej zimy nie mogłaś nawet powiedzieć swemu 
narzeczonemu, że go nie chcesz?

Krystyna nic na to nie odrzekła, pogłaskała go tylko po twarzy.

background image

Nigdy  nie  czuła  tak  mocno  swej  miłości  do  Erlenda  jak  wówczas, 

kiedy mówił jej coś, co ją martwiło i zmuszało do zastanowienia. Cieszyła 
się, że winę za wszystko, co było upokarzające i nieprawe w ich miłości, 
może wziąć na siebie. Gdyby miała odwagę mówić z Szymonem Darre, 
tak  jak  powinna  była,  może  by  już  uporządkowali  te  sprawy.  Erlend 
uczynił  wszystko,  co  było  w  jego  mocy,  mówiąc  z  krewnymi  o  swym 
małżeństwie. Powtarzała sobie to zawsze, ilekroć dłużyły się jej klasztorne 
dni. Erlend pragnął czynić wszystko dobrze i tak jak trzeba. Z czułym, 
słabym uśmiechem myślała o tym, jak mówił o ich weselu – miała jechać 
w aksamitach i jedwabiach do kościoła, miano prowadzić ją w ślubne łoże 
z wysoką złotą koroną na rozpuszczonych włosach – na tych pięknych 
włosach – mówił i przesuwał jej warkocze między palcami.

Gdy pewnego razu mówił o tym, Krystyna rzekła w zamyśleniu: – Nie 

może przecież być już tak, jak gdybyś mnie nigdy nie posiadał.

Wtedy gwałtownie porwał ją w ramiona.
– A czy nie pamiętam, jak po raz pierwszy święciłem Boże Narodzenie 

albo  jak  po  raz  pierwszy  widziałem  zieleniejące  łąki  po  zimie?  Och, 
dobrze pamiętam jeszcze ów pierwszy raz, kiedy cię wziąłem, i każdy 
następny raz od tej pory. Ale posiadać ciebie, to jest zawsze jak święcenie 
Bożego Narodzenia, jak wieczne polowanie na ptaki w zielonych gajach.

Szczęśliwa przygarnęła się do niego. Nie, żeby kiedykolwiek wierzyła, 

iż będzie tak, jak oczekiwał Erlend; sądziła raczej, że dzień sądu przyjdzie 
na pewno, wcześniej czy później. To przecież stanowczo nie mogło się 
dobrze skończyć. Lecz nie była bojaźliwa – czuła jedynie trwogę przed 
tym, że Erlend uda się na północ, zanim wszystko się wyda, i ona znów 
zostanie sama, rozłączona z nim. Obecnie mieszkał na zamku Akersnes; 
przebywał tam chwilowo Munan syn Barrda, dopóki podskarbi bawił w 
Tunsbergu, gdzie leżał król złożony ciężką chorobą. Ale Erlend musiał raz 
wreszcie udać się na północ i rozejrzeć w swoich włościach. Nie chciała 

background image

nawet sama przed sobą przyznać, że obawia się jego powrotu do domu 
na Husaby, gdzie czekała na niego nałożnica, a także, że większą czuje 
trwogę  przed  tym,  by  wyznać  wszystko  Szymonowi  i  ojcu,  niż  przed 
przyłapaniem jej na grzeszeniu z Erlendem.

Życzyła sobie, aby ją spotkała jakaś kara, i to wkrótce. Teraz bowiem 

jedyną  jej  myślą  był  Erlend;  tęskniła  za  nim  w  dzień,  śnił  się  jej  po 
nocach. Nie czuła skruchy, ale pocieszała się, że przyjdzie chwila, kiedy 
oboje będą musieli ciężko odpokutować za wszystko, co wzięli sobie bez 
pozwolenia. I w krótkich wieczornych godzinach, gdy mogła być sama z 
Erlendem w stajni jałmużnie, rzucała się tak gwałtownie w jego ramiona, 
jakby swą duszę ofiarowywała za to, by móc do niego należeć.

Ale  czas  mijał  i  wydawało  się,  że  Erlendowi  rzeczywiście  sprzyja 

owo  szczęście,  na  które  liczył.  Krystyna  nie  zauważyła  dotąd,  by  nie 
dowierzano jej w klasztorze. Ingebjörga wykryła wprawdzie, że spotyka 
się  ona  z  Erlendem,  lecz  Krystyna  spostrzegła,  że  tamta  zupełnie  nie 
myśli, żeby to było coś więcej niż drobna przyjemność i rozrywka. To, 
że zmówiona dziewica z dobrego domu mogłaby się ważyć na złamanie 
zawartej  przez  krewnych  umowy,  nie  pomieściłoby  się  Ingebjördze  w 
głowie.  I  znowu  na  mgnienie  oka  wstrząsnęła  Krystyną  trwoga:  może 
to, na co się odważyła, było czymś niesłychanym. Znowu pragnęła, by 
wszystko zostało wreszcie wykryte, by przyszedł kres.

Nadeszła  Wielkanoc.  Krystyna  nie  pojmowała,  gdzie  się  podziała 

zima. Przedtem każdy dzień, w którym nie widziała Erlenda, był długi; 
dłużył się jak zły rok, a te długie złe dni spływały w nie kończące się 
tygodnie. Teraz jednak była już wiosna i Wielkanoc, a zdawało się, że 
zaledwie krótki czas minął od Bożego Narodzenia. Prosiła Erlenda, by jej 
nie odwiedzał podczas świąt, on zaś stosował się do wszystkiego, czego 
sobie życzyła, tak się jej przynajmniej zdawało. Było zarówno jej, jak i 
jego winą, że zgrzeszyli nie szanując wielkiego postu. Ale teraz chciała 

background image

pamiętać przynajmniej o dniach wielkanocnych, choć ciężko było go nie 
widzieć. Może będzie musiał wnet odjechać – nic o tym nie wspominał. 
Wiedziała jednak, że król leży na śmiertelnym łożu, i sądziła, że to może 
zmienić położenie Erlenda.

Tak układały się sprawy, gdy któregoś z pierwszych dni po świętach 

polecono jej udać się do rozmównicy, gdzie czeka narzeczony.

Natychmiast,  zaledwie  podszedł  ku  niej  i  wyciągnął  rękę,  poznała, 

że coś się wydarzyło: twarz jego miała inny wyraz niż zazwyczaj, a małe 
piwne oczy były poważne nawet wówczas, kiedy się uśmiechał. I Krystyna 
mimo woli zauważyła, o ile mu z tym bardziej do twarzy, że się tyle nie 
śmieje. Dobrze wyglądał w podróżnym stroju, w niebieskiej, obcisłej i 
długiej wierzchniej szacie, zwanej przez mężczyzn kothardi, w brązowej 
pelerynce  z  kapuzą,  odrzuconą  teraz  do  tyłu.  Jego  jasne,  kasztanowate 
włosy sfalowały się mocno na wilgotnym powietrzu.

Usiedli  i  chwilę  rozmawiali.  Szymon  w  okresie  postu  bawił  na 

Formo i co dzień prawie odwiedzał Jørund. Wiodło się tam wszystkim 
dobrze; Ulvhilda była teraz tak żwawa, jak tylko można się było po niej 
spodziewać; Ramborga, ładna i żywa, była już w domu.

– W tych dniach kończy się rok, który miałaś spędzić w klasztorze – 

odezwał się Szymon. – W domu zaczęli już wszystko przygotowywać na 
nasze zrękowiny.

Krystyna nic nie mówiła, Szymon ciągnął więc dalej:
– Rzekłem tedy do Lavransa, że pojadę do Osio i rozmówię się z tobą.
Krystyna spuściła wzrok i powiedziała cicho:
– I ja, Szymonie, chętnie pomówiłabym z tobą w cztery oczy.
–  Zauważyłem  sam,  że  musimy  to  uczynić.  Właśnie  chciałem  cię 

prosić, byś spytała panią Groę, czy możemy wyjść do ogrodu.

Krystyna  wstała  szybko  i  cicho  wymknęła  się  z  pokoju.  Wkrótce 

wróciła z zakonnicą niosącą klucz.

background image

Z  rozmównicy  można  było  wyjść  wprost  do  ogrodu  ziołowego, 

leżącego po stronie zachodniej, poza zabudowaniami klasztoru. Zakonnica 
otworzyła drzwi. Wyszli w mgłę tak gęstą, że ledwie mogli rozpoznać 
drzewa o parę kroków przed sobą. Najbliżej stojące pnie były czarne jak 
węgiel. Wielkie krople wilgoci błyszczały na konarach i gałęziach. Spadło 
trochę  świeżego  śniegu,  który  topniał  na  mokrej  ziemi,  pod  krzakami 
kwitło już parę małych białych i żółtych bylin, a liście fiołków tchnęły 
świeżym, ożywczym zapachem.

Szymon zaprowadził ją do najbliższej ławki. Usiadł nieco pochylony 

w  przód,  z  łokciami  wspartymi  na  kolanach.  Potem  ze  szczególnym, 
ledwie dostrzegalnym uśmiechem zwrócił się do niej:

–  Wiem  niemal,  co  mi  chcesz  powiedzieć.  Jest  inny  mężczyzna, 

milszy ci ode mnie.

– Tak – odparła Krystyna cichutko.
– Sądzę też, że znam jego imię – ciągnął dalej Szymon twardszym 

głosem. – Jest nim Erlend syn Mikołaja z Husaby.

Po chwili Krystyna spytała cicho:
– Więc słyszałeś o tym?
Szymon zawahał się nieco, zanim odpowiedział:
– Nie sądzisz chyba, że jestem tak głupi, bym niczego nie zauważył 

na uczcie podczas Bożego Narodzenia. Wtedy nie mogłem nic mówić, 
bo matka i ojciec byli przy tym. To jednak jest przyczyną, dlaczego tym 
razem  przy  jechałem  sam.  Nie  wiem,  czy  mądrze  jest  z  mojej  strony 
dotykać tej sprawy, lecz wydaje mi się, że musimy pomówić o tym, zanim 
będziemy złączeni.

Wczoraj  jednak  po  przybyciu  tutaj  spotkałem  mojego  krewnego, 

mistrza  Oisteina.  Mówił  o  tobie.  Opowiadał,  że  widział  cię  pewnego 
wieczora  idącą  przez  cmentarz  św.  Klemensa.  Byłaś  w  towarzystwie 
jakiejś kobiety, która się zowie Brynhilda Fluga. Przysiągłem na wszystkie 

background image

świętości,  że  musiał  się  omylić.  I  jeśli  ty  powiesz,  że  to  nieprawda, 
uwierzę twemu słowu.

– Twój krewny widział dobrze – odrzekła z zawziętością Krystyna. – 

Krzywoprzysiągłeś, Szymonie.

Siedział w milczeniu czas jakiś, potem spytał:
– Czy wiesz, kim jest ta Brynhilda Fluga, Krystyno? – Gdy zaprzeczyła 

głową, rzekł: – Munan syn Bairda osadził ją po swym ożenku w tym domu 
w mieście. Prowadzi niedozwolony wyszynk wina i coś jeszcze gorszego.

– Znasz ją? – spytała drwiąco Krystyna.
–  Nie  byłem  nigdy  przeznaczony  na  księdza  czy  mnicha  –  odparł 

Szymon i zaczerwienił się. – Ale wolny jestem od winy wobec dziewic 
i  cudzych  żon.  Czyż  nie  rozumiesz,  że  żaden  uczciwy  mężczyzna  nie 
kazałby ci iść wieczorami przez ulice w takim towarzystwie?

– Erlend nie wzywał mnie nigdy – rzekła Krystyna pąsowa z gniewu – 

i niczego mi nie przyrzekał. Serce moje zwróciło się ku niemu, chociaż nie 
usiłował mnie kusić… Spośród wszystkich mężczyzn jego pokochałam 
najbardziej, gdy go tylko ujrzałam.

Szymon siedział i bawił się sztyletem przerzucając go z ręki do ręki.
– Dziwne to słowa w ustach narzeczonej – rzekł. – Dobra to dla nas 

obojga zapowiedź, Krystyno.

Krystyna odetchnęła głęboko.
– Źle byś wyszedł na tym, Szymonie, gdybyś mnie dostał teraz na 

panią swego domu.

– Bóg Najwyższy widzi, że tak to istotnie wygląda – rzekł Szymon.
– Ufam więc – mówiła z lękiem i nieśmiało – że pomożesz mi w tym, 

by pan Andrzej i mój ojciec cofnęli umowę dotyczącą nas obojga.

– Ach, więc to tak? – spytał Szymon. Przez chwilę milczał. – Bóg wie, 

czy ty sama dobrze rozumiesz, co mówisz.

– Rozumiem dobrze – odparła Krystyna. – Wiem, iż prawo orzeka, że 

background image

nikt nie może zmusić dziewicy do poślubienia kogoś wbrew jej woli; w 
przeciwnym razie może ona przedłożyć swą sprawę na thingu.

– Mnie się zdaje, że raczej przed biskupem – rzekł Szymon śmiejąc 

się szorstko. – Nie miałem dotąd powodu dowiadywać się, jak wyrokuje 
prawo  w  takim  wypadku.  I  ty  sama  nie  przypuszczasz,  aby  ci  to  było 
potrzebne.  Wiesz  dobrze,  że  nie  będę  żądał,  byś  dotrzymała  słowa, 
jeśliby to było dla ciebie zbyt ciężkie. Lecz zrozum przecież: już dwa lata 
mijają, odkąd nasz ślub jest postanowiony, i nigdy nic nie miałaś przeciw 
temu, dopiero teraz, kiedy wszystko gotowe do zrękowin i wesela. Czy 
pomyślałaś, Krystyno, co znaczy zerwać teraz łączące nas więzy?

– Ty przecież także mnie nie chcesz – powiedziała Krystyna.
– Nieprawda – odparł krótko Szymon. – Jeśli chcesz powiedzieć, że 

tak nie jest, zastanów się wpierw.

– Erlend syn Mikołaja i ja ślubowaliśmy sobie na naszą chrześcijańską 

wiarę – rzekła dygocąc cała – że jeśli nie będziemy mogli być poślubieni, 
wówczas żadne z nas nie złączy się z innymi: mężczyzną lub kobietą.

Szymon milczał długo. Potem powiedział z trudem:
–  Wobec  tego  nie  pojmuję,  Krystyno,  co  miałaś  na  myśli  mówiąc, 

że cię ani nie kusił, ani niczego nie obiecywał. Wyrwał cię przecież ze 
wspólnoty twoich krewnych. Czyś się zastanowiła nad tym, jakiego męża 
dostaniesz, jeśli poślubisz człowieka, który wziął cudzą żonę za nałożnicę, 
a teraz cudzą narzeczoną chce pojąć za żonę?

– Mówisz tak dlatego, by mi zadać ból.
– Sądzisz, że chcę ci zadać ból? – spytał cicho Szymon.
– I nie byłoby tak, gdybyś ty sam… – rzekła z wahaniem Krystyna. 

– Ciebie też nie pytano, Szymonie, tylko twój i mój ojciec powzięli owo 
postanowienie. Byłoby zupełnie inaczej, gdybyś sam mnie wybrał.

Szymon  wbił  sztylet  tak  mocno  w  ławę,  że  ostrze  w  niej  utkwiło. 

Wyciągnął go i próbował wsunąć do pochwy, lecz nie udawało mu się – 

background image

koniec był zagięty. Siedział więc i tylko przerzucał sztylet z ręki do ręki.

– Sama wiesz – mówił cicho, a głos mu drżał – sama wiesz, że kłamiesz 

teraz,  chcąc  rzecz  tak  wykręcić,  jakobym  ja…  Wiesz  dobrze,  o  czym 
chciałem mówić z tobą… za każdym razem… ale tyś to przyjmowała tak, 
że nie byłbym mężczyzną, gdybym mówił o tym, choćby wyrywano ze 
mnie rozpalonymi obcęgami.

Najpierw myślałem, że to ten zmarły chłopiec; sądziłem, że muszę cię 

zostawić w spokoju. Nie znałaś mnie. Zdawało mi się, że byłoby grzechem 
wobec ciebie tak zaraz potem… Teraz widzę, że niewiele potrzebowałaś 
czasu, by zapomnieć… otóż teraz… teraz…

–  Rozumiem  cię,  Szymonie  –  szepnęła  Krystyna.  –  Nie  mogę  się 

spodziewać, że zostaniesz nadal moim przyjacielem.

– Przyjacielem! – Szymon zaśmiał się krótko i dziwnie. – Czyż teraz 

potrzebujesz mojej przyjaźni!

Krystyna poczerwieniała.
– Ty  jesteś  mężczyzną  –  rzekła  cicho.  –  I  teraz  jesteś  już  dorosły” 

możesz więc sam decydować o swym małżeństwie.

Szymon spojrzał na nią ostro. Po czym roześmiał się jak przedtem.
–  Rozumiem.  Chcesz,  bym  oświadczył,  że  to  ja  jestem!…  Ja  mam 

wziąć  na  siebie  winę  za  złamanie  słowa.  Jeśli  rzecz  ma  się  tak,  że 
wola  twoja  jest  nieodwołalna,  że  masz  odwagę  i  chcesz  tę  sprawę 
przeprowadzić,  to  zrobię,  jak  sobie  życzysz  –  rzekł  cicho.  – W  domu, 
moim ludziom i wszystkim twoim krewnym powiem… prócz jednego. 
Twoje  mu  ojcu  musisz  powiedzieć  całą  prawdę,  tak  jak  ona  istotnie 
wygląda. Jeśli chcesz, ja przedłożę mu twą prośbę i postaram się, jeżeli 
to będzie możliwe, ułatwić ci wszystko, ale Lavrans syn Bjørgulfa musi 
wiedzieć, że ja nigdy nie złamałbym danego mu słowa.

Krystyna chwyciła obu rękami krawędź ławki; to trafiło ją boleśniej 

aniżeli wszystko inne, co Szymon Darre powiedział. Blada i pełna trwogi 

background image

wpatrzyła się w niego.

Szymon wstał.
–  Musisz  teraz  wejść  do  domu  –  rzekł.  –  Oboje  przemarzliśmy,  a 

siostra z kluczem siedzi i czeka. Daję ci tydzień, byś te sprawy przemyślała 
– mam tu coś do załatwienia w mieście. Przyjdę pomówić z tobą przed 
wyjazdem. Wątpię, byś chciała wcześniej mnie zobaczyć.

8

To więc jest już poza mną – mówiła sobie Krystyna. Ale czuła się 

śmiertelnie znużona, pełna lęku i chora z tęsknoty za uściskiem Erlenda.

Większą  część  nocy  przeleżała  bezsennie  i  postanowiła  uczynić 

coś, o czym dawniej nie ośmieliłaby się pomyśleć: przesłać Erlendowi 
wiadomość.  Niełatwo  było  wyszukać  kogoś,  kto  by  podjął  się  tego. 
Siostry  świeckie  nie  wychodziły  nigdy  same,  a  nie  wiedziała,  komu 
mogłaby  całkowicie  zaufać.  Wszyscy  ludzie  zajęci  gospodarstwem 
rolnym klasztoru byli starzy i rzadko tylko przychodzili w pobliże domu 
sióstr, chyba że mieli się porozumieć z ksienią. Pozostawał Olaf. Był to 
wyrostek zajęty w sadach, wychowanek pani Groi; znaleziono go przed 
kilkunastu laty podrzuconego na progu kościoła. Mówiono, że matką jego 
jest  jedna  z  sióstr  świeckich; miała ona  złożyć śluby  zakonne,  ale  gdy 
przesiedziała sześć miesięcy w ciemnicy – rzekomo z powodu ciężkiego 
nieposłuszeństwa, właśnie w owym czasie, kiedy znaleziono niemowlę 
–  przywdziała  strój  siostry  świeckiej  i  pełniła  odtąd  służbę  w  oborze. 
Krystyna w ostatnich miesiącach myślała nieraz o losie siostry Ingridy, 
lecz  nie  znajdowała  sposobności,  by  z  nią  pomówić.  Było  ryzykiem 
zaufać Olafowi; był jeszcze dzieckiem, pani Groa i zakonnice zawsze się 
przekomarzały  z  nim  i  żartowały.  Lecz  Krystyna  osądziła,  że  niewiele 

background image

już ma do stracenia. I w parę dni potem, gdy Olaf udawał się rano do 
miasta, namówiła go, by zaniósł wiadomość na Akersnes; Erlend miał się 
postarać o możliwość spotkania.

Tego  jeszcze  popołudnia  przybył  do  rozmównicy  Ulf,  pachołek 

Erlenda.  Oświadczył,  że  przychodzi  prosić  w  imieniu Aasmunda  syna 
Bjørgulfa, aby zezwolono jego bratanicy wyjść do miasta, sam bowiem 
ma zbyt mało czasu, by ją odwiedzić w klasztorze. Krystyna obawiała 
się, że sprawa weźmie zły obrót, ale kiedy siostra Potencja spytała, czy 
zna posłańca, odrzekła, że zna. Poszła więc z Ulfem do domu Brynhildy 
Flugi.

Erlend  czekał  na  nią  na  poddaszu,  strwożony  i  niecierpliwy. 

Zrozumiała natychmiast, że znów stroskany jest o to, czego najbardziej 
zdawał się obawiać.

Zawsze  było  to  dla  niej  niby  bolesne  ukłucie:  ta  jego  obawa,  że 

mogłaby mieć dziecko teraz, gdy i tak już nie mogli żyć bez siebie. A 
że była rozdrażniona, powiedziała mu to wprost, dość porywczo. Erlend 
oblał się ciemnym rumieńcem i skłonił głowę na jej ramię.

– Masz słuszność – rzekł. – Muszę zostawić cię w spokoju, nie mam 

prawa narażać twego szczęścia. Jeśli sobie tak życzysz…

Zarzuciła  mu  ramiona  na  szyję  i  roześmiała  się,  lecz  on  objął  ją 

gwałtownie i usadowił na ławie, a sam zajął miejsce po drugiej stronie 
stołu. Gdy podała mu przez stół rękę, ucałował gwałtownie jej dłoń.

–  Więcej  przez  ten  czas  przeszedłem  niż  ty  –  rzekł  wzburzony.  – 

Rozumiesz chyba, jak bardzo zależy mi na tym, abyśmy zostali poślubieni 
zachowując cześć w oczach ludzi.

–  Nie  powinieneś  był  mnie  wziąć  –  rzekła  Krystyna.  Erlend  ukrył 

twarz w dłoniach.

– Dałby Bóg, bym ci nie wyrządził tej krzywdy.
–  Tego  nie  pragnęlibyśmy  ani  ty,  ani  ja  –  rzekła  Krystyna  ze  swa 

background image

wolnym śmiechem. – A gdy mi będzie dane pojednać się wreszcie z moją 
rodziną i z Bogiem, wówczas na pewno nie będę się martwiła, że wyjdę za 
mąż już w małżeńskim czepku. Gdyby nie wolno mi było po zostać przy 
tobie, naonczas, wydaje mi się, że mogłabym żyć i bez z<

–  Ty  przecież  masz  przywrócić  godność  mojemu  dworowi  –  rzekł 

Erlend. – Nie chcę wciągać ciebie we własną hańbę.

Krystyna skinęła głową. Potem rzekła:
– Ucieszysz się pewnie, gdy się dowiesz, że mówiłam z Szymonem 

synem Andrzeja i że on nie chce wiązać mnie umową zawartą przedtem, 
nim ciebie spotkałam.

Erlend ucieszył się niezmiernie. Krystyna musiała mu opowiedzieć o 

wszystkim. Ale zataiła pogardliwe słowa, które Szymon wyrzekł o nim; 
wspomniała  jedynie,  że  przed  Lavransem  nie  chce  on  wziąć  winy  na 
siebie.

– To zrozumiałe – rzekł Erlend krótko. – Twój ojciec i on muszą mieć 

dobre o sobie mniemanie. Oczywiście, mnie Lavrans nie będzie ta ki rad.

Krystyna wzięła te słowa za dowód, że Erlend zrozumiał, jak ciężka 

czeka ją jeszcze droga, zanim osiągną swój cel, i była mu wdzięczna za 
to. Lecz on już nie wrócił do tych spraw i tylko rozradowany przyznał, 
że lękał się, czy Krystyna znajdzie dość odwagi, by mówić z Szymonem.

– Widzę, że lubisz go na swój sposób – dodał.
– Czy po wszystkim, co było między tobą i mną, może ci cokolwiek 

szkodzić, że uważam Szymona za zacnego i dzielnego człowieka?

– Gdybyś mnie nie spotkała – rzekł Erlend – wówczas mogłabyś żyć 

w spokoju i pędzić szczęśliwe dni u jego boku. Czemu się śmiejesz?

– Ach, pomyślałam o tym, co mówiła kiedyś pani Aashilda – odparła 

Krystyna. – Byłam wtedy jeszcze dzieckiem, ale mowa była o tym, że 
dobre dni są dla rozumnych, lecz najlepsze dla tych, którzy ośmielają się 
być nierozsądni.

background image

– Niechaj Bóg błogosławi ciotkę Aashildę, że cię takich rzeczy uczyła 

–  rzekł  Erlend  i  wziął  ją  na  kolana.  –  Dziwne  to,  Krystyno,  nigdy  nie 
zauważyłem, abyś była bojaźliwa.

– Nie? – spytała tuląc się do niego.
Usiadł na brzegu łoża i zdjął jej trzewiki, potem jednak posadził ją z 

powrotem przy stole.

–  Ach,  nie,  Krystyno.  Teraz  znowu  rozjaśniło  się  wszystko  przed 

nami. Nigdy nie postąpiłbym w ten sposób z tobą – mówił i głaskał jej 
włosy – gdyby mi się nie wydawało rzeczą nieprawdopodobną, że zechcą 
mi dać tak piękną i lubą żonę. Siądź tu przy mnie i pij ze mną – prosił.

Nagle zastukano w drzwi, jakby ktoś uderzał w nie rękojeścią miecza.
– Otwórzcie, Erlendzie synu Mikołaja, jeśli jesteście wewnątrz.
– To Szymon Darre – szepnęła Krystyna.
–  Otwórzcie,  do  stu  diabłów,  jeśli  jesteście  mężczyzną!  –  zawołał 

Szymon Darre i mocniej uderzył w drzwi.

Erlend podszedł do łoża i zdjął miecz z haka. Rozejrzał się bezradnie 

dokoła.

– Tu nigdzie nie ma miejsca, gdzie byś się mogła ukryć, chyba w łożu.
–  To  na  pewno  nic  nie  pomoże  –  rzekła  Krystyna.  Podniosła  się  i 

mówiła bardzo spokojnie, ale Erlend widział, że drży. – Musisz otworzyć 
– rzekła. Szymon walił z całej siły.

Erlend  zbliżył  się  do  drzwi  i  odsunął  zaworę.  Szymon  wszedł  z 

mieczem w ręku, ale natychmiast wsunął go do pochwy.

Przez  długą  chwilę  wszyscy  troje  stali  nic  nie  mówiąc.  Krystyna 

dygotała, ale mimo to poczuła w pierwszej chwili jakieś dziwne napięcie; 
ożyło w niej coś wietrzącego walkę dwóch mężczyzn o nią. Odetchnęła 
z  ulgą:  to  był  nareszcie  koniec  milczącego  czekania,  tęsknoty  i  trwogi 
długich  miesięcy!  Powiodła  wzrokiem  od  jednego  do  drugiego,  blada, 
z  błyszczącymi  oczyma  –  i  wówczas  podniecenie  jej  załamało  się  w 

background image

niepojętym  wstrząsie  rozpaczy.  W  oczach  Szymona  Darre  widniało 
więcej zimnej pogardy niż gniewu lub zazdrości, a po Erlendzie mimo 
jego butnej miny widać było, że płonie ze wstydu. Pomyślała o tym, jak 
by też inni mężczyźni osądzili go za to, że pozwolił jej przyjść do takiego 
domu,  i  zrozumiała:  dla  niego  był  to  jakby  policzek.  Czuła,  że  goreje 
chęcią wydobycia miecza i rzucenia się na Szymona.

– Po co przyszedłeś, Szymonie? – zawołała głośno, z trwogą.
Obaj mężczyźni zwrócili się ku niej.
– By zaprowadzić cię do klasztoru – rzekł Szymon. – Tutaj nie możesz 

pozostać.

–  Nie  macie  prawa  rozkazywać  nadal  Krystynie  córce  Lavransa  – 

rzekł gwałtownie Erlend. – Teraz jest ona moja.

– Twoja jest – rzekł szybko Szymon – i w „piękną ślubną komnatę” 

ją  zawiodłeś!  –  Stał  przez  czas  jakiś  i  ciężko  dyszał;  potem  znowu 
zapanował nad głosem i mówił spokojnie: – Ale sprawa wygląda tak, że 
dopóki ojciec po nią nie przyjedzie, dopóty ja jestem jej narzeczonym. 
I do tej chwili będę bronił mieczem i oszczepem tego, co się jeszcze da 
uratować z jej czci w oczach ludzkich.

–  Nie  potrzebujesz  robić  tego,  ja  mogę  sam…  –  znowu  spłonął 

krwawo  pod  spojrzeniem  Szymona.  –  Sądzisz,  że  ulęknę  się  gróźb  ta 
kiego młokosa jak ty? – wybuchnął i chwycił rękojeść miecza.

Szymon założył ręce na plecach.
– Nie jestem taki tchórzliwy z natury, bym się miał lękać, że posądzisz 

mnie o brak odwagi – rzekł jak poprzednio. – Do diabła! Będę z tobą 
walczył, Erlendzie, możesz być pewny, jeśli w odpowiednim czasie nie 
zaczniesz starać się u ojca Krystyny o jej rękę.

–  Na  twój  rozkaz  nie  uczynię  tego,  Szymonie  –  rzekł  gwałtownie 

Erlend i znów poczerwieniał.

–  Uczyń  to,  by  naprawić  krzywdę,  którą  wyrządziłeś  tej  młodej 

background image

kobiecie  –  odparł  z  niewzruszonym  spokojem  Szymon.  –  Tak  będzie 
lepiej dla Krystyny.

Krystyna krzyknęła głośno, udręczona męką Erlenda. Tupnęła:
– Odejdź, Szymonie, odejdź! Czemu mieszasz się w nasze sprawy?
– Powiedziałem już – odparł Szymon. – Musicie mnie jeszcze znosić 

do czasu, póki twój ojciec nie zwolni nas z danego sobie słowa.

Krystyna była zupełnie złamana.
– Wyjdź, wyjdź! Zaraz idę za tobą. O Jezu! Czemu mnie tak dręczysz, 

Szymonie? Przecież tobie samemu nie wydaję się warta, abyś się o mnie 
troszczył.

–  Toteż  nie  przez  wzgląd  na  ciebie  to  czynię  –  odparł  Szymon.  – 

Erlendzie, może wy zechcecie jej powiedzieć, by poszła ze mną?

Twarz Erlenda drżała. Dotknął jej ramienia:
–  Musisz  tak  zrobić,  Krystyno.  Z  Szymonem  Darre  rozprawię  się 

kiedy indziej.

Krystyna  podniosła  się  posłusznie.  Zarzuciła  na  siebie  okrycie. 

Trzewiki jej stały obok łoża – przypomniała sobie o tym, lecz nie śmiała 
ich włożyć na oczach Szymona.

Na  dworze  była  gęsta  mgła.  Krystyna  szła  spiesznie,  z  pochyloną 

głową, kurczowo zaciskając ręce pod okryciem. Krtań jej była ściśnięta 
tłumionym  szlochem  –  rozpaczliwie  pragnęła  znaleźć  się  w  jakimś 
miejscu,  gdzie  by  się  mogła  ukryć,  być  sama  i  płakać,  tylko  płakać. 
Najgorsze było jeszcze przed nią, ale w ten wieczór musiała doświadczyć 
czegoś nowego i uginała się pod tym: oto widziała, jak bardzo upokorzono 
człowieka, któremu się oddała.

Szymon szedł tuż obok niej, ona zaś biegła przez ulice i otwarte place, 

na których domy rozstępowały się i nie było niczego prócz mgły. Raz, gdy 
się potknęła, chwycił ją za ramię, aby nie upadła.

– Nie pędźże tak – rzekł. – Ludzie oglądają się za nami. Drżysz cała 

background image

– dodał łagodniej.

Krystyna milczała i szła dalej.
Pośliznęła się na ulicznym błocie, przemokła cała, nogi jej były zimne 

jak lód. Pończochy miała wprawdzie skórzane, ale cienkie; czuła, że są 
rozdarte, a brudna woda sączy się do środka.

Doszli  do  mostu  nad  potokiem  klasztornym  i  szli  teraz  wolniej 

zboczem po drugiej stronie.

– Krystyno – rzekł nagle Szymon – twój ojciec nie powinien się o tym 

nigdy dowiedzieć.

– Skąd wiedziałeś, że tam byłam? – spytała Krystyna.
– Przyszedłem do klasztoru, aby z tobą pomówić. Tam posłyszałem o 

tym pachołku twego stryja. Wiedziałem, że Aasmund jest w Hadelandii. 
Bardzo  pomysłowi  w  wykrętach  nie  jesteście.  Czyś  słyszała,  co 
powiedziałem?

– Tak – odparła Krystyna. – To ja zawiadomiłam Erlenda, że mamy się 

spotkać na dworze Brynhildy Flugi. Znałam tę kobietę.

– Och!… Ale ty nie mogłaś wiedzieć, co to za jedna, a on… Słyszysz? 

– rzekł Szymon twardo. – Jeśli uda się to ukryć, musisz zamilczeć przed 
Lavransem o wszystkim, coś utraciła. A jeśli nie będziesz mogła, musisz 
starać się zaoszczędzić mu przynajmniej tego, co najokropniejsze w tej 
hańbie.

– Martwisz się tak bardzo o mojego ojca – rzekła Krystyna z drżeniem. 

Usiłowała mówić z przekorą, lecz głos jej drżał od płaczu.

Szymon  szedł  jeszcze  chwilę,  potem  nagle  zatrzymał  się. Widziała 

jego  twarz,  gdy  stanęli  blisko  siebie  we  mgle.  Nigdy  jeszcze  tak  nie 
wyglądał.

– Bawiąc u was w domu zauważyłem – rzekł – że wy, kobiety, nie 

rozumiecie, jakim człowiekiem jest Lavrans. Nie trzymał on was nigdy 
mocno  w  garści,  jak  powiadał  ten  Trond  Gjesling.  Jakże  miałby  się 

background image

zajmować  czymś  takim  Lavrans,  stworzony  do  tego,  by  nad  mężami 
panować? Byłby im wodzem, byłby tym, za którym by szli z radością. Teraz 
już minął czas takich ludzi. Mój ojciec był z nim razem pod Baagahus. I 
nic z tego wszystkiego nie wynikło, tylko to, że Lavrans błąkał się tam 
po swojej górskiej dolinie niemal jak chłop. Zbyt młodo go ożeniono, a 
twoja matka… z jej usposobieniem… zaprawdę, nie uczyniła mu życia 
lżejszym. Wprawdzie ma wielu przyjaciół, ale czy sądzisz, że jest choć 
jeden, który byłby mu równy? Synów nie dane mu było zachować. Wy, 
córki, miałyście po nim na nowo podźwignąć ród. Czyż musi dożyć dnia, 
w którym ujrzy, że jedna straciła zdrowie, a druga cześć?

Krystyna zacisnęła ręce na sercu, czuła, że musi mocno panować nad 

nim, by stać się tak twardą, jak tego wymagają okoliczności.

– Dlaczego mi to mówisz? – szepnęła po chwili. – Ty przecież nigdy 

chyba nie chciałbyś nazwać mnie swoją.

–  Tego  zaprawdę…  nie  chciałbym  –  rzekł  niepewnie  Szymon.  – 

Bóg niechaj będzie ze mną, Krystyno. Widzę cię jeszcze w ów wieczór 
nad marami w Finsbrekken. Ale niech mnie żywcem diabli porwą, jeśli 
kiedykolwiek jeszcze zaufam oczom dziewczyny! Przyrzeknij mi, że do 
przyjazdu ojca nie spotkasz się więcej z Erlendem – rzekł, gdy stanęli 
przed bramą.

– Nie chcę tego przyrzec – odparła Krystyna.
– W takim razie on mi musi obiecać – rzekł Szymon.
– Nie będę się z nim spotykać – powiedziała prędko Krystyna.
– Tego pieska, którego ci posłałem – powiedział, zanim się rozstali 

– możesz podarować swoim siostrom. Lubią go bardzo. Jeśli nie sprawi 
ci przykrości, że będzie blisko ciebie. Jutro skoro świt jadę na północ – 
dodał i widząc, że furtianka patrzy na nich, podał jej na pożegnanie rękę.

Szymon Darre ruszył z powrotem ku miastu. Idąc wywijał zaciśniętą 

pięścią w powietrzu, mówił do siebie półgłosem i klął we mgłę. Przysięgał 

background image

sam sobie, że nie o nią się martwi. Krystyna – to było coś, co uważał za 
szczere złoto, a co okazało się z bliska tylko mosiądzem i cyną. Biała 
jak płatek śniegu klęczała wówczas i kładła rękę w płomień – to było w 
zeszłym roku; teraz zaś siedziała i piła wino z wygnanym rozpustnikiem 
na poddaszu domu Brynhildy Flugi – do diabła, nie! Naprawdę, było to 
coś w sam raz dla Lavransa syna Bjørgulfa, który żył tam, w górach na 
Jørund, i ufał; nigdy ani przez myśl nie przeszłoby Lavransowi, że jest 
tak haniebnie oszukiwany. Teraz zaś on sam, Szymon, miał mu zanieść tę 
wieść, miał kłamać za drugiego: oto, co ściskało jego serce bólem i troską.

Krystyna  nie  myślała  wcale  dotrzymać  danej  Szymonowi  Darre 

obietnicy, ale zaledwie kilka słów mogła zamienić z Erlendem pewnego 
wieczora na drodze.

Z dziwną uległością trzymała jego dłoń w swojej, gdy mówił o tym, 

co się niedawno wydarzyło w domu Brynhildy. Już on się innym razem 
rozprawi z Szymonem synem Andrzeja. – Gdybyśmy się tam wówczas 
pobili, całe miasto dowiedziałoby się o tym – mówił Erlend gwałtownie. 
– Szymon rozumiał to dobrze.

Krystyna czuła, jak bardzo dotknęło go to wydarzenie. Ona również 

bez przerwy o tym myślała, nie mogła zapomnieć. Ta przygoda okryła 
Erlenda jeszcze większą hańbą niż ją. I czuła, że teraz stali się już naprawdę 
jednym  ciałem  i  jedną  krwią  –  musiała  być  współodpowiedzialna  za 
wszystko, co czynił, choć nie uznawała jego postępowania za słuszne, i 
musiała sama płacić za to, że Erlend narażał swoją skórę.

W trzy tygodnie potem Lavrans syn Bjørgulfa przybył po córkę do 

Oslo.

Pełna trwogi i z krwawiącym sercem udała się Krystyna do rozmównicy, 

gdzie ojciec czekał na nią. Od razu, gdy tylko ujrzała go rozmawiającego 
z siostrą Potencją, spostrzegła, że wygląda inaczej, niż go pamiętała. Być 
może nie zmienił się wcale od ich rozstania przed rokiem, ale ona zawsze 

background image

widziała  w  nim  młodego,  przystojnego  i  urodziwego  mężczyznę,  z 
którego była taka dumna w dzieciństwie. Tymczasem każda zima i każde 
lato,  przechodzące  nad  nim,  pozostawiały  ślady  i  czyniły  go  starszym, 
ona zaś przez te lata rozwijała się w młodą kobietę i nie dostrzegała tego. 
Nie widziała, że włosy jego gdzieniegdzie zblakły i nabrały na skroniach 
owego  rdzawoczerwonego  połysku,  jaki  mają  siwiejące  jasne  włosy. 
Policzki  zapadły  się,  zgrubiałe  mięśnie  twarzy  uwydatniły  się  tworząc 
bruzdy  koło  ust;  młodzieńczy  jasny  rumieniec  jak  gdyby  przybladł. 
Lavrans nie był pochylony, a jednak ramiona jego sterczały pod okryciem. 
Podszedł ku niej lekko i swobodnie z wyciągniętą ręką, a jednak nie były 
to te same miękkie i szybkie ruchy. Pewnie już zeszłego roku wyglądał tak 
samo, tylko ona nic nie zauważyła. Może dołączył się do tego drobny rys 
– jakieś przygnębienie, które było powodem, że nagle ujrzała wszystko. 
Zalała się łzami. Lavrans przygarnął ją do siebie i ujął pod brodę.

–  Uspokój  się  Krystyno  –  rzekł  łagodnie  Gniewacie  się  na  mnie, 

ojcze? – spytała cicho.

–  Sama  chyba  rozumiesz,  że  jestem  zagniewany  –  odparł,  nie 

przestając jednak głaskać jej po twarzy. – Ale wiesz dobrze, że nie masz 
powodu  bać  się  mnie  –  rzekł  ze  smutkiem.  – Teraz  jednak  musisz  się 
uspokoić, Krystyno. Czy ci nie wstyd tak się zachowywać? – Płakała tak 
strasznie, że aż musiała usiąść na ławie. – Nie będziemy mówić o tych 
rzeczach tutaj, gdzie się kręcą ludzie – rzekł, usiadł obok niej i ujął jej 
rękę. – Nie pytasz nawet o matkę ani siostry?

– Co mówi na to matka? – spytała Krystyna.
–  Ach,  możesz  sobie  wyobrazić.  Tu  jednak  nie  będziemy  o  tym 

mówili – powtórzył. – Poza tym czuje się dobrze. – Zaczął opowiadać 
różne rzeczy o domu i dworze, aż uspokoiła się z wolna.

Czuła  jednak,  że  wskutek  milczenia  ojca  napięcie  potęguje  się 

coraz  bardziej.  Ojciec  dał  jej  pieniądze,  by  rozdzieliła  je  pomiędzy 

background image

ubogich  klasztoru,  oraz  podarunki  dla  usługujących  sióstr.  Sam  zaś 
hojnie obdarował klasztor i zakonnice, i wszyscy w klasztorze myśleli, 
że Krystyna wraca do domu na swe zrękowiny i wesele. Ostatni posiłek 
spożyli  oboje  przy  stole  pani  Groi  w  pokoju  ksieni,  która  wystawiła 
Krystynie jak najlepsze świadectwo.

Ale  wszystko  się  wreszcie  skończyło.  Po  raz  ostatni  pożegnała 

się  z  siostrami  i  przyjaciółkami  u  klasztornej  furty,  po  czym  Lavrans 
podprowadził jej konia i pomógł go dosiąść. Czymś niezwykłym było dla 
niej jechać konno z ojcem i służbą z Jørund ową drogą do mostu, którą 
zwykle przemykała się chyłkiem w ciemności; dziwne było tak swobodnie 
i  z  godnością  jechać  przez  ulice  Oslo,  Pomyślała  o  swym  wspaniałym 
pochodzie weselnym, o którym Erlend mówił nieraz, i ciężar przytłoczył 
jej serce; wszystko byłoby lżejsze, gdyby ją uprowadził. Jeszcze przez 
długi czas będzie musiała udawać przed ludźmi. Potem jednak wzrok jej 
padł na postarzałe, sterane oblicze ojca i starała się przyznać słuszność 
Erlendowi.

W  gospodzie  byli  jeszcze  inni  podróżni.  Wieczerzę  zjedli  wszyscy 

razem w małej izbie z otwartym paleniskiem, w którym stały tylko dwa 
łoża; mieli w nich spać Lavrans i Krystyna, byli bowiem najdostojniejszymi 
gośćmi.  Inni  oddalili  się;  po  zapadnięciu  zmierzchu  jeden  po  drugim 
wstawali  i  życząc  dobrej  nocy  szli  odszukać  swoje  posłania.  Krystyna 
myślała o tym, jak przekradała się wieczorami do Brynhildy Flugi, jak 
pozwalała się pieścić Erlendowi – była chora z cierpienia i lęku, że nigdy 
już nie będzie do niego należeć. Ojciec usiadł na ławie i przyglądał się jej.

– Nie zatrzymamy się tym razem na Skog? – spytała Krystyna, chcąc 

przerwać milczenie.

– Nie – odrzekł Lavrans. – Mam już dość tego, co musiałem wysłuchać 

od twego stryja za to, że nie chcę cię przymuszać – wyjaśnił, ponieważ 
patrzyła na niego. – Tak jest, zmusiłbym cię, byś dotrzymała danego słowa 

background image

– dodał po chwili – gdyby nie wzgląd na Szymona, który oświadczył, że 
nie chce mieć niechętnej sobie żony.

– Nie dałam Szymonowi słowa – odparła szybko Krystyna. – Ty sam 

dawniej mówiłeś, że nie przymusisz mnie nigdy do małżeństwa.

–  Nie  byłoby  żadnego  przymusu,  gdybym  żądał,  byś  dotrzymała 

umowy, która przez cały czas była wszystkim wiadoma – odparł Lavrans. 
–  Już  dwie  zimy

[30]

  uchodzicie  za  zmówionych  i  nigdy  nic  nie  miałaś 

przeciw temu i nie okazywałaś żadnej niechęci, dopiero teraz, kiedy dzień 
ślubu został wyznaczony. Jeśli zaś chcesz powołać się na to, że zeszłego 
roku  zrękowiny  zostały  odłożone  i  dlatego  nie  przyrzekłaś  wierności 
Szymonowi, to takie postępowanie nazywam niegodnym.

Krystyna wstała i patrzyła w ogień.
– Nie wiem, co jest gorsze – ciągnął ojciec. – Czy żeby wyszło na 

to, żeś ty odtrąciła Szymona, czy też, że on tobą pogardził. Pan Andrzej 
przesłał mi wiadomość – Lavrans zaczerwienił się mówiąc to – że gniewa 
się na syna i prosi, bym wyznaczył taki okup, jaki uważam za słuszny. 
Musiałem postąpić zgodnie z prawdą i odpowiedziałem, że jeśli idzie o 
okup, my jesteśmy gotowi płacić. Każde załatwienie tej sprawy przyniesie 
nam hańbę.

–  Nie  rozumiem,  czemu  miałoby  to  być  tak  wielką  hańbą  –  rzekła 

cicho Krystyna. – Skoro Szymon i ja jesteśmy zgodni…

–  Jesteście  zgodni?  –  podchwycił  Lavrans.  –  Szymon  nie  ukrywał 

przede  mną  bynajmniej,  że  jest  niezadowolony,  ale  oświadczył,  że  po 
rozmowie z tobą sądzi, że nic innego prócz nieszczęścia nie wyniknęłoby 
z  tego,  gdyby  zażądał  od  ciebie  dotrzymania  umowy. Teraz  musisz  mi 

[30]   Dwa lata. W innych miejscach tekstu znajdziemy określenia wielu bohaterów 

brzmiące „ma osiem zim”, „dwadzieścia zim” itp. Jest to pozostałość starogermańskiej 

rachuby  czasu  przyjmującej  za  podstawę  czasokres  odpowiadający  jednej  fazie 

księżyca (siedem nocy), a dłuższe okresy obliczającej na miesiące i zimy.

background image

powiedzieć, jak do tego doszło.

– Czy Szymon nic nie powiedział? – spytała Krystyna.
–  Zdawał  się  przypuszczać  –  rzekł  ojciec  –  żeś  zwróciła  myśli  ku 

innemu  człowiekowi. Teraz  ty  mi  musisz  powiedzieć,  Krystyno,  jak  ta 
rzecz wygląda.

Krystyna zastanawiała się chwilę.
– Bóg wie – rzekła cicho – widzę dobrze, że Szymon byłby dobry 

dla mnie i więcej niż dobry. Ale to prawda, poznałam innego człowieka i 
zrozumiałam, że nigdy nie miałabym już chwili radości, gdybym musiała 
żyć z Szymonem… Nie, nawet gdyby miał na własność całe złoto Anglii, 
ja i tak wolę tamtego, choćby nawet nie miał nic prócz jednej krowy.

– Nie spodziewasz się chyba, że oddam cię biednemu człowiekowi? 

– żachnął się ojciec.

– On jest równy mi stanem, a nawet wyższy – odparła Krystyna. – Ja 

tylko tak mówiłam. Ma dość ziemi i bogactw, ale wolę z nim spać na gołej 
ziemi niż z jakimkolwiek innym mężem na jedwabiach.

Ojciec milczał dobrą chwilę.
– To, że nie chcę cię zmuszać, byś wzięła męża, który nie jest ci miły, 

Krystyno – choć Bóg i święty Olaf raczą wiedzieć, co masz przeciwko 
człowiekowi, któremu cię przyrzekłem – to jedna sprawa, a zupełnie co 
innego, czy ten, ku któremu zwróciłaś serce, jest taki, bym mógł cię jemu 
oddać. Jesteś młoda i nie bardzo rozumna, a zalecać się do zaręczonej 
dziewicy, tego zaiste nie czyni żaden uczciwy mężczyzna.

– Żaden człowiek nie panuje tak bardzo nad sobą – rzekła gwałtownie 

Krystyna.

– Owszem, powinien panować. Ale rozumiesz przecie: nie chcę tak 

krzywdzić  ludzi  z  Dyfrina,  bym  cię  miał  zaręczyć,  ledwo  odwróciłaś 
się  od  Szymona,  zwłaszcza  z  człowiekiem,  który  mógłby  uchodzić  za 
bogatszego i bardziej poważanego. Musisz mi powiedzieć, kto to jest – 

background image

dodał po chwili.

Krystyna  zacisnęła  ręce  i  oddychała  z  trudem.  Potem  powiedziała 

Izo powoli – Nie mogę, ojcze. Sprawa ma się tak: jeśli nie dostanę tego 
człowieka, możesz mnie oddać do klasztoru i nie wyjdę już stamtąd. Nie 
sądzę,  bym  wówczas  długo  jeszcze  żyła.  Nie  wypada  jednak,  bym  ci 
wyjawiała jego imię, póki nie mam pewności, czy on jest mi tak przychylny 
jak ja jemu… Ty… nie możesz mnie zmusić, bym powiedziała, kim jest, 
za nim się okaże, czy on i jego krewni zamyślają starać się u ciebie o moją 
rękę.

Lavrans milczał długo.
–  Niechże  i  tak  będzie  –  rzekł  w  końcu.  –  Rozumiem,  że  wolisz 

przemilczeć jego imię, skoro nie wiesz, co on zamierza uczynić.

– Teraz jednak musisz się położyć, Krystyno – rzekł po chwili. Zbliżył 

się do niej i ucałował ją.

– Wielką boleść i zmartwienie sprawiłaś mi swoim postępkiem, córko, 

ale wiesz, że twoje dobro najbardziej mi leży na sercu. Bóg jeden wie… 
cokolwiek byś zrobiła, mojego uczucia to nie odmieni. On i jego litościwa 
Matka wspomogą nas, tak że się wszystko na dobre obróci. Teraz idź i 
staraj się dobrze wyspać.

Kiedy się położył, zdawało mu się, że słyszy cichutki płacz pod drugą 

ścianą, gdzie leżała córka. Nie mógł się przemóc, by jej powiedzieć, że 
obawia się, iż teraz ludzie znów odgrzebią stare plotki o niej, Arnem i 
Benteinie; ale ciążyło mu bardzo, że tak mało mógł zrobić, by poza jego 
plecami nie szarpano dobrego imienia córki. Najgorszą rzeczą było zaś to, 
że – jego zdaniem – zawiniła sama przez własną lekkomyślność.

background image

III Lavrans syn Bjørgulfa

1

Krystyna przybyła do domu najpiękniejszą wiosną. Wezbrana rzeka 

płynęła  wartko  wśród  pól  obok  dworu,  przez  młode  listki  osikowych 
zarośli woda błyszczała i lśniła bielejąc srebrną pianą. Zdawało się, że 
fale światła mają głos i śpiewają szumowi rzeki do wtóru. Gdy zapadał 
wieczorny zmierzch, rzeka płynęła jak gdyby ciszej. Szum jej napełniał 
przestrzeń  i  unosił  się  nad  dworem  Jørund  we  dnie  i  w  nocy  tak,  że 
Krystynie  zdawało  się,  iż  nawet  belki  ścian  drgają  dźwiękiem  jak  dno 
harfy.

W górze, na zboczach spowitych w mgłę, połyskiwały wąskie strugi 

wody.  Ziemia  parowała,  rozgrzane  powietrze  drżało  ponad  polami; 
ruń kiełkujących zbóż okryła je niemal zupełnie, a coraz gęstsza trawa 
błyszczała niby jedwab, gdy wiatr ją głaskał. Pachniało słodko w gajach i 
górach, a po zachodzie słońca unosiła się nad wszystkim mocna, chłodna 
i  cierpka  woń  soków  i  wiosennej  świeżości,  jakby  orzeźwiona  ziemia 
oddychała głęboko. Z drżeniem wspominała Krystyna chwilę, kiedy po 
raz ostatni obejmowały ją ramiona Erlenda. Każdego wieczora kładła się 
spać, chora z tęsknoty, a rano budziła się jakby w gorączce, umęczona 
własnymi snami.

Nie  przypuszczała,  że  w  domu  nie  będą  wspominać  ani  słowem  o 

sprawie,  która  wypełniała  jej  myśli.  Lecz  mijał  tydzień  po  tygodniu,  a 
domownicy nie mówili o tym, że złamała dane Szymonowi słowo, i nie 
pytali,  co  zamierza  uczynić.  Ojciec  po  ukończeniu  robót  wiosennych 

background image

przebywał teraz często w lesie, doglądał smolarzy, brał z sobą sokoły i 
psy  i  pozostawał  przez  wiele  dni  poza  domem.  Kiedy  był  we  dworze, 
rozmawiał  z  córką  równie  życzliwie  jak  dawnej,  ale  zdawało  się,  że 
niewiele ma jej do powiedzenia, i nigdy nie prosił, by mu towarzyszyła.

Krystyna obawiała się, że w domu czekają na nią skargi matki, ale 

Ragnfrida nie wspominała o niczym, i to było dla niej jeszcze cięższe do 
zniesienia.

Co roku podczas uroczystej biesiady na świętego Jona Lavrans syn 

Bjørgulfa  rozdawał  tyle  mięsa  i  żywności  między  ubogich  gminy,  ile 
zaoszczędzono w domu w ostatnim tygodniu postu. Ci, co mieszkali w 
sąsiedztwie Jørund, przychodzili sami po jałmużnę; ugaszczano ich suto, 
a Lavrans, jego goście i czeladź gromadzili się dokoła biedaków, gdyż 
pomiędzy  nimi  znajdowało  się  wielu  starców  znających  sagi  i  pieśni. 
Siedzieli więc w izbie przy płonącym ognisku i skracali sobie czas piciem 
piwa i przyjacielską rozmową, a wieczorami tańczyli na dziedzińcu.

W tym roku dzień świętego Jona był chłodny i chmurny, nikt się tym 

jednak nie martwił, bo chłopi w dolinie już zaczynali obawiać się suszy. 
Od świętego Halvarda nie było deszczu, w górach zaś mało leżało śniegu; 
ludzie  nie  pamiętali,  by  kiedykolwiek  w  ciągu  ostatnich  trzynastu  lat 
rzeka była latem tak płytka.

Lavrans i jego goście byli w dobrych humorach, zeszli więc na dół 

do izby powitać biednych. Siedzieli przy stole, jedli kaszę na mleku i pili 
mocne piwo, a Krystyna obchodziła stoły i usługiwała starym i chorym.

Lavrans  powitał  gości  pytając,  czy  zadowoleni  są  z  poczęstunku. 

Potem podszedł do pewnego starca, biednego pozostającego na utrzymaniu 
gminy, który tego wieczora przybył na Jørund, i pozdrowił go. Człowiek 
ów zwał się Haakon, służył jako żołnierz pod królem Haakonem i odbył z 
nim ostatnią wyprawę do Szkocji. Zubożał teraz i był prawie ślepy; ludzie 
chcieli mu podarować chatę, ale on wolał obchodzić po kolei dwory, gdzie 

background image

przyjmowano go zawsze jako poważanego gościa, wiele bowiem posiadał 
wiadomości i zwiedził kawał świata.

Lavrans stał przed nim, rękę oparł na ramieniu brata, który przybył 

również w gościnę na Jørund. Zapytał Haakona, jak mu smakuje jedzenie.

– Piwo jest dobre, Lavransie synu Bjørgulfa – rzekł Haakon. – Ale 

kaszę  to  chyba  jakaś  szkapa  dzisiaj  gotowała.  „Przygodna  kucharka 
zwykła palić strawę” – mówi przysłowie, a ta kasza jest przypalona.

– To źle – rzekł Lavrans – że dają wam u mnie przypaloną kaszę.
Ale  sądzę,  że  stare  przysłowie  nie  zawsze  mówi  prawdę,  bo  kaszę 

gotowała dzisiaj moja córka. – Roześmiał się i polecił Krystynie i Tordis, 
by się pośpieszyły i przyniosły misy z mięsiwem.

Krystyna szybko wymknęła się do kuchni. Serce jej biło; mignęła jej 

przez chwilę twarz stryja, gdy Haakon powiedział przysłowie o kaszy i 
kucharce.

Późnym wieczorem zauważyła, że ojciec i stryj długo przechadzają 

się  po  gościńcu  i  rozmawiają.  Ze  strachu  dostała  zawrotu  głowy  i  nie 
czuła się lepiej, gdy nazajutrz spostrzegła, że ojciec jest małomówny i 
markotny. Ale nic nie powiedział.

Nic  również  nie  mówił  po  wyjeździe  stryja.  Krystyna  spostrzegła 

jednak,  że  nie  rozmawiał  z  Haakonem  tyle  co  zazwyczaj,  a  gdy  minął 
czas, w ciągu którego starzec miał u nich gościć, nie prosił go, aby jeszcze 
pozostał, tylko pozwolił mu udać się na najbliższy dwór.

Poza  tym  wiele  było  tego  lata  przyczyn,  by  Lavrans  syn  Bjørgulfa 

był zmartwiony i niewesoły: w dolinie zapowiadał się nieurodzaj i chłopi 
zjechali się na naradę, jak się przygotować na zimę. Już pod koniec lata 
wielu wiedziało, że większą część bydła będą musieli ubić albo też pognać 
na południe kraju na sprzedaż i zakupić zboża na zimę. Poprzedni rok 
również nie był urodzajny, dlatego zapasy były mniejsze niż zazwyczaj.

Pewnego rana wczesną jesienią Ragnfrida wyszła z trzema córkami 

background image

w  pole,  aby  obejrzeć  płótno  rozciągnięte  do  bielenia.  Krystyna  bardzo 
chwaliła tkaninę matki. Wówczas ona głaszcząc włosy swej najmłodszej, 
Ramborgi, rzekła:

– Przeznaczone jest do twej skrzyni, mała.
– Matko – spytała Ulvhilda – a ja nie dostanę żadnej wyprawy, gdy 

pójdę do klasztoru?

– Wiesz przecież, że nie mniej otrzymasz z domu niż każda z twoich 

sióstr – odrzekła Ragnfrida. – Lecz ty potrzebujesz innych rzeczy. I wiesz 
także,  że  jeśli  zechcesz,  możesz  zostać  przy  ojcu  i  przy  innie,  dopóki 
będziemy żyli.

– A gdy wstąpisz do klasztoru – rzekła Krystyna niepewnym głosem – 

to może być, Ulvhildo, że ja już od wielu lat będę zakonnicą.

Ukradkiem spojrzała w stronę Ragnfridy, lecz matka milczała.
–  Gdyby  tak  było,  że  to  ja  miałabym  wyjść  za  mąż  –  oświadczyła 

Ulvhilda – nigdy nie odwróciłabym się od Szymona. On jest bardzo miły 
i taki był smutny, kiedy się z nami żegnał.

– Przecież wiesz, że ojciec zakazał nam mówić o tym – skarciła ją 

Ragnfrida, ale Krystyna rzekła z przekąsem:

– Tak, wiem dobrze, smutniejszy był, że się musiał rozstać z wami 

niż ze mną.

Matka wtrąciła gniewnie:
–  Gdyby  ci  okazał  smutek,  zaprawdę  mało  posiadałby  dumy. 

Niepięknie postąpiłaś sobie, córko, z Szymonem synem Andrzeja. Mimo 
to prosił nas, byśmy cię nie zmuszali groźbami ani ci nie złorzeczyli.

–  Uważał  pewnie,  że  sam  dostatecznie  mi  już  naurągał  –  rzekła 

Krystyna  jak  poprzednio  –  tak  że  nikt  nie  ma  potrzeby  mi  mówić,  jak 
bardzo  jestem  godna  politowania.  Ale  nie  zauważyłam  nigdy,  żeby 
Szymon wiele sobie ze mnie robił, nim zrozumiał, że inny mężczyzna jest 
mi milszy od niego.

background image

–  Odejdźcie!  –  rozkazała  matka  młodszym  siostrom.  Usiadła  na 

leżącym pniu i przyciągnęła Krystynę ku sobie.

– Wiesz dobrze – zaczęła – iż zawsze uważano za najwłaściwsze i 

najprzyzwoitsze, by mężczyzna nie mówił za wiele o miłości do swojej 
narzeczonej, by z nią sam nie przesiadywał ani też nie okazywał się zbyt 
natarczywy…

–  Chciałabym  wiedzieć  –  przerwała  jej  Krystyna  –  czy  młodzi, 

kochający się ludzie nigdy nie zapominają i zawsze pamiętają o tym, co 
starzy uważają za przyzwoite.

–  Strzeż  się,  Krystyno  –  ostrzegła  matka  –  byś  o  tym  nigdy  nie 

zapominała.  –  Milczała  chwilę.  –  Oczywiście  rozumiem:  twój  ojciec 
obawia się, że zwróciłaś swe serce ku człowiekowi, któremu nie chciałby 
cię oddać.

– Co powiedział stryj? – spytała po chwili Krystyna.
–  Nic  ponadto  –  odparła  matka  –  jak  że  Erlend  z  rodu  na  Husaby 

lepszy jest niż jego sława. Tak jest, Erlend uprosił Aasmunda, by wstawił 
się za nim u ojca. Ojciec wcale nie był rad posłyszawszy o tym.

Lecz  Krystyna  siedziała  rozpromieniona.  Erlend  mówił  zatem  z  jej 

stryjem. A ona tak strasznie cierpiała, gdyż nie dawał znaku życia! Po 
chwili matka znowu rzekła:

– Aasmund wspomniał, że w Oslo krążyły pogłoski o tym, iż ów Erlend 

kręcił się po ulicach koło klasztoru i że ty wychodziłaś i rozmawiałaś z 
nim pod płotami.

– No i co? – spytała Krystyna.
– Aasmund przecież namawiał do tego małżeństwa, nie rozumiesz? 

–  rzekła  matka  – Wtedy  jednak  Lavrans  rozgniewał  się  tak,  jak  nigdy 
jeszcze.  Oświadczył,  że  zalotnika,  który  takiej  drogi  szuka  do  jego 
córki, spotka z mieczem w ręku. Wystarczy już, że w niegodny sposób 
postąpiliśmy z ludźmi z Dyfrina. Jeśli na dodatek Erlend namówił cię, byś 

background image

za nim uganiała się po ciemku ulicami, i to wtedy, gdy byłaś w klasztorze 
– to uważa to za dostateczny powód, byś dla własnego dobra nie dostała 
takiego męża.

Krystyna zacisnęła ręce na łonie, płonęła i bladła na przemian. Matka 

objęła ją ramieniem, ale Krystyna wyrwała się i krzyknęła nieprzytomna:

–  Zostawcie  mnie,  matko,  chcecie  może  zobaczyć,  czy  zgrubiałam 

w  pasie! W  następnej  chwili  wstała  zasłaniając  twarz  ręką.  Zmieszana 
patrzyła  w  płonące  oczy  matki.  Nikt  jej  nigdy  nie  uderzył,  nawet  w 
dzieciństwie.

–  Usiądź  –  rzekła  Ragnfrida.  –  Usiądź  –  powtórzyła  takim  tonem, 

że  córka  posłuchała.  Przez  chwilę  matka  siedziała  w  milczeniu,  a  gdy 
zaczęła mówić, głos jej drżał:

–  Domyślałam  się  zawsze,  Krystyno,  że  nigdy  mnie  nie  lubiłaś. 

Sądziłam,  że  może  dlatego,  ponieważ  myślałaś,  że  cię  nie  kocham  tak 
bardzo jak twój ojciec. Pozostawiłam cię w tym mniemaniu, myślałam 
sobie: gdy nadejdzie czas, że sama będziesz rodziła dzieci, wtedy dobrze 
zrozumiesz.  Jeszcze  cię  karmiłam,  a  tyś  już  wyciągała  rączki  do  ojca, 
ledwie się zbliżał a zostawiałaś moją pierś, tak że mleko ciekło ci z ust. 
Lavrans  uważał  że  jest  zabawne,  i  Bogiem  się  świadczę,  że  mu  tego 
użyczałam.  Użyczałam  także  tobie,  gdy  twój  ojciec  cieszył  się  i  śmiał 
ilekroć cię zobaczył. Mnie samej zdawało się, że grzechem byłoby tyle 
łez  wylewać  z  twego  powodu  i  żeś  ty,  małe  stworzenie  niewarta  tego. 
Więc myślałam o tym, czy i ciebie mam stracić, niż cieszyłam się ze cię 
posiadam. Lecz Bóg i Przenajświętsza Panna widzą, że kochałam cię nie 
mniej niż Lavrans.

 Łzy ciekły Ragnfridzie po policzkach, lecz twarz jej była spokojna i 

głos także:

– Bóg wie, żem nigdy nie żywiła żalu do ciebie ani do ojca za tę przyjaźń 

między wami. Myślałam sobie, że niewiele dałam mu radości przez te 

background image

lata,  które  przeżyliśmy  razem;  cieszyłam  się,  że  ma  ciebie,  myślałam 
nieraz, że gdyby Ivar, mój ojciec, był taki dla mnie… Jest wiele rzeczy, 
Krystyno, przed którymi matka powinna ostrzec córkę. Sądziłam, że tobie 
to niepotrzebne, ponieważ tyle przebywałaś zawsze z ojcem – powinnaś 
przeto wiedzieć, co dobre i słuszne. To zaś, coś przedtem powiedziała… 
czy  sądzisz,  że  wierzę,  iż  mogłabyś  zgotować  taki  ból  Lavransowi? 
Chciałam ci tylko rzec: życzę ci, abyś dostała męża, którego byś mogła 
miłować.  Musisz  jednak  postępować  rozumnie,  aby  Lavransowi  nawet 
na myśl nie przyszło, żeś sobie wybrała jakiegoś nieszczęśnika, takiego, 
który lekce sobie waży cześć i spokój kobiety. Gdyż takiemu nie odda cię 
przenigdy, nawet wówczas, gdyby chodziło o to, aby cię uchronić przed 
jawną hańbą. Wtedy wybrałby raczej oręż, by rozstrzygnął pomiędzy nim 
a tym, który zmarnował twoje życie.

Po tych słowach matka podniosła się i zostawiła ją samą.

2

W dzień świętego Bartłomieja, 24 sierpnia, składano hołd wnukowi 

świętej  pamięci  króla  Haakona  na  zjeździe  w  Hauga.  Pomiędzy 
wysłannikami  z  północnej  części  doliny  Gudbrand  był  także  Lavrans 
syn Bjørgulfa. Nosił od młodości miano królewskiego męża, lecz przez 
te wszystkie lata rzadko tylko stykał się z królewską świtą i nigdy nie 
starał się wyciągnąć dla siebie korzyści ze sławy zyskanej w wyprawie 
przeciw  księciu  Eirikowi.  Niewielką  też  miał  ochotę  jechać  na  thing 
hołdowniczy, ale nie mógł zrzec się swego poselstwa. Mężowie wybrani 
z północy doliny otrzymali też polecenie, by zakupić zboże na południu 
kraju i statkami przesłać je do doliny Raum.

Ludzie po gminach stracili zupełnie otuchę i lękali się nadchodzącej 

background image

zimy. Również złą rzeczą wydawało się chłopom, że znowu dziecko ma 
zostać królem Norwegii. Starzy ludzie pamiętali dobrze owe czasy, kiedy 
to umarł król Magnus, a synowie jego byli jeszcze dziećmi. Sira Eirik 
mawiał: Vae terrae, ubi puer rex est. Co znaczy w naszej mowie: „Gdy 
myszy kota nie czują, bezpiecznie sobie harcują”.

Ragnfrida córka Ivara zarządzała dworem podczas nieobecności męża 

i dobrze było dla niej i Krystyny, że obie miały po uszy roboty. W całej 
dolinie  ludzie  zajęci byli  zbieraniem mchu  po  górach  i  łupaniem  kory, 
gdyż mało zebrano siana i prawie nic słomy, a nawet liście zniesione po 
świętym Jonie były zżółkłe i kwaśne. Podczas procesji świętego Krzyża, 
w której sira Eirik niósł przez pola krucyfiks, niejeden człowiek płakał w 
pochodzie i modlił się głośno, by Bóg zlitował się nad ludźmi i bydłem.

W tydzień po uroczystości świętego Krzyża powrócił z thingu Lavrans 

syn Bjørgulfa.

Ludzie dawno już udali się na spoczynek, lecz Ragnfrida była jeszcze 

zajęta w tkalni. W dzień miała teraz tyle roboty, że nieraz do późnej nocy 
siedziała i przędła. Ragnfrida bardzo chętnie przebywała w tym budynku; 
było to pono najstarsze domostwo na całym dworze, ludzie mówili, że 
stoi jeszcze od pogańskich czasów. Krystyna i jedna ze sług, imieniem 
Astrida, siedziały z nią przy ogniu i przędły.

Siedziały  milczące  i  senne,  gdy  wtem  posłyszały  tętent  konia  – 

ktoś  wjechał  spiesznie  na  rozmokły  dziedziniec.  Astrida  wybiegła 
do przedsionka i wyjrzała na dwór, po chwili wróciła, za nią zaś szedł 
Lavrans.

Żona i córka spostrzegły, że jest pijany. Zataczał się i trzymał żerdzi 

dymnika, gdy Ragnfrida zdejmowała z niego ociekające wodą okrycie i 
kapelusz i odpinała pas z bronią.

– A gdzie zostawiłeś Halfdana i Kolbeina? – spytała nieco przerażona. 

– Czyś uciekł im po drodze?

background image

– Nie, odjechałem od nich z dworu Lopt – odrzekł ze śmiechem. – 

Taka mnie ogarnęła tęsknota za domem – nie znalazłbym nigdzie spokoju. 
Oni położyli się tam spać, a ja wziąłem Guldsveina i przyjechałem.

– Przynieś mi coś do jedzenia, Astrido – poprosił dziewczynę. – Wnieś 

wszystko tutaj, to nie będziesz musiała tak daleko chodzić. Ale uwijaj się, 
od samego rana nic dziś w ustach nie miałem.

Biada krajowi, którego królem jest chłopiec.
–  Jak  to,  na  Lopt  nie  dostałeś  nic  do  jedzenia?  –  pytała  zdumiona 

gospodyni.

Lavrans usadowił się na ławie, otrząsał się i śmiał:
– Jadła było tam dosyć, ale ja nie miałem ochoty jeść. Piłem tylko 

chwilę z Sigurdem, a potem pomyślałem, że mogę przecież od razu jechać 
do domu nie czekając jutra.

Nadeszła  Astrida  z  piwem  i  jadłem,  przyniosła  też  suche  trzewiki 

dla Lavransa. Niepewnymi rękami usiłował odpiąć ostrogi, ale omal nie 
upadł.

– Pójdź, Krystyno – prosił – i pomóż ojcu. Wiem, że uczynisz to z 

miłującego serca… z miłującego serca… dzisiaj.

Krystyna posłusznie przyklękła. Wtedy ujął obu rękami jej głowę i 

podniósł ją.

– Wiesz dobrze, moja córko, że niczego innego nie pragnę, jak tylko 

twego dobra. Nie sprawiłbym ci nigdy żadnego cierpienia, chyba gdy bym 
wiedział, że przez to zaoszczędzę ci wiele smutku na przyszłość. Jesteś 
jeszcze bardzo młoda, Krystyno: skończyłaś tego roku siedemnaście lat, 
trzy dni po świętym Halvardzie; masz lat siedemnaście.

Krystyna ukończyła posługę. Nieco blada powstała i znów usiadła na 

zydelku przy ogniu.

Podniecenie  Lavransa  ustępowało  w  miarę,  jak  nasycał  głód. 

Odpowiadał na pytania żony i służebnej o thingu – owszem, było całkiem 

background image

miło. Udało się zakupić ziarna, nieco mąki i miodu, częściowo w Oslo, 
częściowo w Tunsbergu; były to towary zagraniczne. Mogły być lepsze, 
ale i gorsze, tak jest, spotkał wielu znajomych i krewnych i przywiózł od 
nich pozdrowienia. Ale odpowiadał tylko półgębkiem.

– Mówiłem z panem Andrzejem synem Gudmunda – rzekł po wyjściu 

Astridy.  –  Szymon  odprawił  zrękowiny  z  młodą  wdową  na  Mandvik. 
Wesele ma się odbyć około świętego Andrzeja na Dyfrinie. Szymon sam 
jeździł tym razem w konkury. W Tunsbergu trzymałem się nieco z dala 
od  pana  Andrzeja,  on  mnie  jednak  odwiedził.  Chciał  mnie  zapewnić, 
że  Szymon  widział  panią  Halfridę  po  raz  pierwszy  w  lecie  tego  roku. 
Bał  się,  że  mógłbym  pomyśleć,  iż  Szymon  miał  ów  bogaty  ożenek  na 
uwadze, kiedy zerwał z nami. – Lavrans siedział i śmiał się zgnębiony. 
– Pojmujecie, ów czcigodny człowiek bał się bardzo, że moglibyśmy coś 
takiego pomyśleć o jego synu.

Krystyna odetchnęła z ulgą. To więc był powód rozdrażnienia ojca 

Może jeszcze przez cały czas spodziewał się, że Krystyna mimo wszystko 
poślubi  Szymona.  Zrazu  obawiała  się,  że  dowiedział  się  czegoś  o  jej 
prowadzeniu się w Oslo.

Wstała  i  życzyła  dobrej  nocy.  Wówczas  ojciec  rzekł,  by  chwilę 

poczekała.

– Mam jeszcze jedną nowinę – rzekł. – Mógłbym ją zmilczeć przed 

tobą, Krystyno, lecz lepiej będzie, gdy się dowiesz. Chodzi o to, że musisz 
się starać zapomnieć o człowieku, ku któremu zwróciłaś swą miłość.

Krystyna stała z opuszczonymi ramionami i pochyloną głową. Teraz 

spojrzała ojcu w twarz. Wargi jej poruszyły się, lecz nie wymówiła ani 
słowa.

Lavrans spuścił oczy przed wzrokiem córki, wykonał jakiś ruch ręką.
–  Wiesz  dobrze,  że  nie  sprzeciwiałbym  ci  się,  gdybym  tylko  mógł 

wierzyć, że ci to wyjdzie na pożytek.

background image

– Co to za wieści, ojcze, przywiozłeś z podróży? – spytała Krystyna 

jasnym głosem.

– Erlend syn Mikołaja i jego krewny, pan Munan syn Baarda, przybyli 

do mnie w Tunsbergu – odrzekł Lavrans. – Pan Munan prosił mnie o twą 
rękę dla Erlenda, a ja odpowiedziałem: nie!

Krystyna stała oddychając z trudem.
– Czemu nie chcecie mnie dać Erlendowi synowi Mikołaja? – spytała.
–  Nie  wiem,  ile  ci  jest  wiadome  o  człowieku,  którego  pragniesz 

poślubić – rzekł Lavrans. – Jeśli nie znasz przyczyny, niezbyt ci będzie 
przyjemnie usłyszeć ją z moich ust.

– Czy dlatego, że był obłożony klątwą i wygnany z kraju? – spytała 

Krystyna jak poprzednio.

– A czy ty wiesz, jaka była przyczyna, że król Haakon wypędził swego 

bliskiego krewniaka z dworu i że w końcu obłożono klątwą Erlenda, gdy 
sprzeciwił się rozkazowi arcybiskupa, i że nie sam opuścił kraj?

– Wiem – rzekła Krystyna. Mówiła niepewnie. – Wiem również, że 

miał osiemnaście lat, gdy poznał ją – swoją nałożnicę.

–  I  ja  byłem  w  tym  wieku,  gdym  się  żenił  –  odparł  Lavrans.  –  Za 

moich młodych lat byliśmy zdania, że mężczyzna osiemnastoletni winien 
za siebie odpowiadać i winien mieć na oku dobro swoje i innych.

Krystyna milczała.
– Nazwałaś kobietę, która z nim dziesięć lat żyła i z którą miał dzieci, 

jego  nałożnicą  –  rzekł  Lavrans  po  chwili.  –  Mało  miałbym  powodów 
do radości w dniu, w którym oddałbym swoją córkę człowiekowi, który 
przez lata całe prowadził rozpustne życie, zanim się ożenił. Lecz ty wiesz, 
że nie była to tylko rozpusta.

–  Nie  tak  ostro  osądzacie  przecież  panią Aashildę  i  pana  Björna  – 

rzekła cicho Krystyna.

– Jednak nie mogę powiedzieć, że chętnie bym się z nimi spokrewnił 

background image

– odrzekł Lavrans.

– Ojcze – wybuchnęła – czy całe swoje życie byliście na tyle wolni od 

grzechu, że ważycie się tak ostro potępiać Erlenda?

– Bóg mi świadkiem – odparł szorstko Lavrans– że nikogo nie mam 

za  większego  grzesznika  niż  siebie  samego. Ale  nie  można  ode  mnie 
żądać,  bym  dał  córkę  pierwszemu  lepszemu  człowiekowi,  któremu 
przyjdzie ochota prosić o nią, dlatego tylko, że wszystkim nam potrzebne 
jest miłosierdzie Pańskie.

– Wiecie dobrze, że tak nie myślałam – rzekła gwałtownie Krystyna. 

– Ojcze, matko, i wy byliście młodzi; czy już nie pamiętacie, że niełatwo 
ustrzec się przed tym grzechem, który z miłości się wiedzie?

Lavrans spłonął.
– Nie – rzekł krótko.
– Tedy nie wiecie, co czynicie – krzyknęła zrozpaczona Krystyna – 

jeśli rozłączacie Erlenda i mnie!

Lavrans usiadł z powrotem na ławie.
– Masz dopiero siedemnaście lat, Krystyno – zaczął znowu. – Może 

być, że ty i on… żeście się pokochali bardziej, niż sądziłem. Ale nie jest 
on takim młodzikiem, aby nie pojmował, że zacny człowiek nie zbliżyłby 
się do tak młodego, nieletniego dziecka, jak ty, z miłosnymi słowami. To, 
że byłaś zaręczona z innym, uważał za błahą przeszkodę. Ale ja nie oddam 
swojej córki człowiekowi, który miał dwoje dzieci z żoną innego. Czy 
wiesz, że on ma dzieci? Jesteś za młoda, by zrozumieć, że taka krzywda 
pociąga  za  sobą  niekończące  się  kłótnie,  waśnie  i  niepokój  dla  całego 
rodu. Ten człowiek nie może ani zupełnie poniechać własnych potomków, 
ani też nie może swoim dzieciom zapewnić należnego miejsca w świecie. 
Z  trudem  tylko  znajdzie  sposób,  by  pomóc  swemu  synowi  przepchać 
się między ludźmi albo też by wydać swą córkę za kogo innego niż za 
podwładnego lub drobnego chłopa. Naprawdę musiałyby te dzieci nie być 

background image

z ciała i krwi, by nie czuć nienawiści do ciebie i twoich dzieci. Czy nie 
pojmujesz, Krystyno? Takie grzechy… Takim grzechom Bóg może łatwiej 
wybacza niż wielu innym, ale niszczą one ród tak, że nigdy nie może się 
już podnieść. I ja również myślałem o Björnie i Aashildzie – przede mną 
stał  ten  człowiek,  jej  syn.  Opływa  w  złoto,  należy  do  doradców  króla, 
otrzymał wraz z braćmi dziedzictwo po matce, i przez te wszystkie lata 
nie odwiedził ani razu matki skazanej na ubóstwo. Tak, tego człowieka 
wybrał twój przyjaciel na pośrednika.

Nie, raz jeszcze mówię: nie! W ten ród nie wejdziesz nigdy, dopóki 

jeszcze chodzę po ziemi!

Krystyna zakryła twarz rękami i wybuchnęła płaczem:
– Tedy będę błagała Boga dzień i noc, dzień i noc, żeby zabrał mnie 

stąd, jeżeli nie odmienicie swojej myśli.

– Nie ma potrzeby dziś wieczór więcej o tym mówić – rzekł twardo 

ojciec. – Nie wierzysz mi, lecz ja muszę tak za ciebie postanowić, abym 
mógł za to odpowiadać przed sobą. Idź spać, moje dziecko.

Wyciągnął do niej rękę, ale udała, że jej nie widzi, i łkając wyszła z 

izby.

Rodzice siedzieli w milczeniu czas jakiś. Potem Lavrans zwrócił się 

do żony: – Czy nie zechciałabyś przynieść mi trochę piwa, nie, przynieś 
raczej wina – poprosił. – Zmęczony jestem.

Ragnfrida spełniła jego prośbę. Kiedy wróciła z wysokim dzbanem, 

siedział z twarzą ukrytą w dłoniach. Podniósł oczy, ręką przesunął po jej 
chuście na głowie i po ramionach.

– Biedaczko, zmokłaś zupełnie. Pij do mnie, Ragnfrido.
Wargami zaledwie dotknęła dzbana.
–  No,  pijże  ze  mną  –  rzekł  Lavrans  gwałtownie  i  chciał  pociągnąć 

żonę na kolana. Poddała mu się z niechęcią. Lavrans rzekł:

–  Ty  chyba  w  tej  sprawie  stoisz  po  mojej  stronie,  żono?  Najlepiej 

background image

będzie dla Krystyny, jeśli z miejsca zrozumie, że tego męża musi sobie 
wybić z głowy.

– Trudne to będzie dla dziecka – rzekła matka.
– Tak, rozumiem to – odparł Lavrans. Siedzieli przez chwilę, po czym 

Ragnfrida spytała:

– Jak on wygląda – ten Erlend z Husaby?
– Och! – rzekł Lavrans ociągając się z odpowiedzią. – Jest pięknym 

mężczyzną – na swój sposób. Ale nie bardzo wygląda mi na to, by był 
zdatny do czegoś innego jak do zawracania głowy kobietom.

Milczeli znowu chwilę, po czym Lavrans odezwał się:
–  Wielkim  dziedzictwem,  które  przejął  po  panu  Mikołaju,  tak 

gospodarzył, że skurczyło się bardzo. Nie dla takiego zięcia harowałem i 
starałem się zabezpieczyć swoje córki.

Ragnfrida kręciła się niespokojnie po izbie. Lavrans ciągnął dalej:
–  Najmniej  zaś  podobało  mi  się,  że  usiłował  srebrem  przekupić 

Kolbeina, by potajemnie oddał Krystynie list od niego.

– Czy czytałeś ten list?
– Nie, tego bym nie uczynił – odparł Lavrans gwałtownie. – Oddałem 

go  panu  Munanowi  i  oświadczyłem,  co  sądzę  o  takim  postępowaniu. 
Pieczęć  swoją  też  na  nim  uwiesił  –  doprawdy  nie  wiem,  co  myśleć  o 
takich błazeństwach. Pan Munan pokazał mi, że jest to tajemna pieczęć 
króla  Skulego,  którą  Erlend  odziedziczył  po  ojcu.  Sądził  pewnie,  że 
powinienem wziąć pod uwagę, jaki to dla mnie wielki zaszczyt, że proszą 
o moją córkę. Ale ja myślę, że pan Munan nie zająłby się tą sprawą z 
takim przejęciem, gdyby nie był świadom, że przez tego człowieka potęga 
i sława rodu na Husaby, zyskane za czasów pana Mikołaja i pana Baarda, 
poczynają upadać. Erlend nie może już liczyć na to, że zawrze małżeństwo 
odpowiadające jego urodzeniu.

Ragnfrida zatrzymała się przed mężem.

background image

– Ja zaś nie jestem pewna, czy masz w tym słuszność, panie. Przede 

wszystkim godzi się wspomnieć, że w obecnych czasach wielu mężów 
na wielkich dworach musi się zadowolić mniejszą potęgą i chwałą, niż 
mieli ich ojcowie. O tym sam wiesz najlepiej. Niełatwo jest teraz zdobyć 
bogactwo, czy to na roli, czy handlem, jak dawniej bywało.

–  Wiem,  wiem  –  przerwał  jej  niecierpliwie.  –  Tym  bardziej  więc 

należy roztropnie zarządzać swym dziedzictwem.

Lecz Ragnfrida ciągnęła dalej:
– A potem jest jeszcze jedno: nie wydaje mi się, aby Krystyna była 

zbyt  niskiego  stanu,  żeby  móc  zostać  żoną  Erlenda.  W  Szwecji  twój 
ród należy do najznamienitszych, twój dziad i ojcowie nosili tu w kraju 
godność  rycerzy,  moi  przodkowie  byli  lennymi  panami  już  od  setek 
lat, z ojca na syna, poczynając od Ivara Starego; mój ojciec i dziad byli 
królewskimi wójtami. Wprawdzie wy obaj, ty i Trond, nie otrzymaliście z 
rąk królewskich godności ani ziemi… Wydaje mi się jednak, że można by 
rzec, iż sprawa Erlenda wygląda nie inaczej jak wasza.

To  nie  to  samo  –  rzekł  porywczo  Lavrans.  –  Na  Erlenda  czekała 

władza i godność rycerza, ale on odtrącił je dla nierządu. Być może, że i 
tobie, podobnie jak Aasmundowi i Trondowi, wydaje się, iż powinienem 
czuć  się  zaszczycony  tym,  że  ci  wielcy  panowie  chcą  mojej  córki  dla 
kogoś z ich rodu.

– Powiedziałam ci już – rzekła rozdrażniona Ragnfrida – nie wydaje mi 

się, byś musiał być tak wrażliwy i obawiać się, iż krewni Erlenda pomyślą, 
że się poniżyli w tej sprawie. Ale czyż nie widzisz? Łagodne i powolne 
dziecko  miało  odwagę  przeciwstawić  się  nam  i  wzgardzić  Szymonem 
Darre…  Czyżeś  nie  zauważył,  że  Krystyna  jest  zupełnie  odmieniona, 
odkąd wróciła z Oslo, że chodzi jak opętana? Czyż nie pojmujesz? Kocha 
tak  bardzo  tego  człowieka,  że  może  się  zdarzyć  nieszczęście,  jeśli  nie 
przyzwolisz.

background image

– Co masz na myśli? – spytał Lavrans i spojrzał na nią badawczo.
–  Niejeden  człowiek  pozdrawia  swego  zięcia  nie  wiedząc  o  tym  – 

rzekła Ragnfrida.

Zdawało  się,  że  Lavrans  zdrętwiał.  Powoli  twarz  jego  zbielała 

zupełnie.

– Ty, jej matka! – rzekł ochryple. – Czy może… Czyś widziała może 

tak pewne oznaki, że ośmielasz się oskarżać o to własną córkę?

– Nie, nie – odparła szybko Ragnfrida. – Nie to mam na myśli. Ale 

nikt  nie  może  wiedzieć,  co  się  stało  albo  co  się  stać  może.  O  niczym 
innym ona teraz nie myśli, tylko że kocha tego człowieka, i pewnego dnia 
mogłaby nam pokazać, że go przenosi nad cześć albo nad życie!

Lavrans zerwał się na równe nogi.
– Czyś zgłupiała! Jak możesz nawet tak myśleć o naszym pięknym, 

dobrym dziecku! Wszak niedaleko mogła zajść tam, gdzie była – u za 
konnic.  Przecież  nie  jest,  o  ile  wiem,  jakąś  dziewką,  która  się  oddaje 
pod płotem. Musisz zrozumieć, że nie mogła się ani często widzieć, ani 
też  często  mówić  z  tym  człowiekiem.  Już  to  się  jakoś  ułoży;  to  tylko 
zachcianka młodej dziewczyny. Bóg widzi, że mi ciężko patrzeć, jak ona 
się gryzie, ale możesz mi wierzyć: to przejdzie z czasem.

Życie,  powiedziałaś,  i  cześć. Tu,  w  domu,  na  moim  dworze,  mogę 

chyba  czuwać  nad  własną  córką  i  nie  wierzę,  by  dziewica  z  dobrego 
rodu,  wychowana  w  chrześcijańskiej  wierze  i  cnocie,  mogła  tak  łatwo 
wyrzec się swego dobrego imienia albo życia. Ech, o czymś takim ludzie 
śpiewają tylko, ale ja tak sobie myślę: gdy na męża albo na dziewczynę 
spadnie pokusa uczynić coś takiego, wtedy układają piosenkę i tym sobie 
pomagają  i  tak  to  mija.  Ty  sama  przecież  –  rzekł  stojąc  przed  żoną  – 
wolałaś innego w owym czasie, gdyśmy zostali poślubieni. Jak sądzisz, 
czy dobrze by ci się powiodło, gdyby twój ojciec postąpił wówczas tak, 
jak chciałaś?

background image

Teraz Ragnfrida zbladła śmiertelnie.
– Jezus, Maryja! Kto ci powiedział?
– Sigurd z Lopt bąkał coś o tym zaraz po naszym przeprowadzeniu 

się w dolinę. Ale odpowiedz mi na moje pytanie: czy sądzisz, że byłabyś 
szczęśliwa, gdyby cię Ivar oddał tamtemu mężowi?

–  Ów  człowiek  –  rzekła  ledwie  dosłyszalnie  –  nie  chciał  mnie.  – 

Wstrząs przebiegł jej ciało, zaciśnięta pięść uderzyła w powietrze.

Wówczas Lavrans położył ostrożnie ręce na jej ramionach.
– Więc  dlatego  –  pytał  złamany,  a  w  głosie  jego  brzmiał  smutek  i 

głębokie zdumienie – więc to było to… w ciągu tych wszystkich lat… 
przez niego smuciłaś się, Ragnfrido?

Drżała na całym ciele, ale nic nie odpowiedziała.
–  Ragnfrido?  –  pytał  jak  poprzednio.  – Ale  potem…  gdy  Bjørgulf 

umarł… i potem… kiedy ty… gdyś chciała… bym dla ciebie był taki… 
jaki być nie mogłem… czyś wtedy też myślała o nim? – szeptał pełen 
lęku, zmieszany i zbolały.

– Jak możesz nawet myśleć o czymś podobnym? – szepnęła bliska 

płaczu.

Lavrans  przywarł  czołem  do  jej  twarzy  i  kołysał  głową  tam  i  z 

powrotem.

– Nie wiem. Jesteś taka dziwna i dziwne wszystko, co dziś wieczór 

mówiłaś… Przeraziłem się, Ragnfrido. Nie rozumiem się widocznie na 
kobiecych uczuciach.

Ragnfrida uśmiechnęła się blado i objęła go za szyję.
– Bogu tylko jednemu wiadomo, Lavransie. Żebrałam u ciebie, gdyż 

miłowałam cię bardziej, niż wytrzymać może ludzkie serce. A tamtego 
nienawidziłam tak, że czułam, jak się diabeł raduje!

–  Kochałem  cię,  moja  żono,  z  całej  duszy  –  rzekł  Lavrans  cicho  i 

ucałował ją. – Chyba wiesz o tym? Zdawało mi się, że dobrze nam było 

background image

razem, Ragnfrido.

– Byłeś najlepszym mężem – rzekła łkając i przytuliła się do niego. 

Uścisnął ją gwałtownie.

– Chętnie spałbym z tobą dzisiaj, Ragnfrido. A gdybyś chciała być dla 

mnie taką jak w dawnych czasach, nie byłbym już takim głupcem.

Ragnfrida zesztywniała w jego ramionach, wysunęła się z nich.
– Teraz czas postu – rzekła cicho, dziwnie twardo.
– To prawda – roześmiał się. – Ty i ja, Ragnfrido, zachowywaliśmy 

wszystkie posty i staraliśmy się zawsze żyć według Bożych przykazań. 
Ale zdaje mi się nieomal, że bylibyśmy może weselsi, gdybyśmy teraz 
mieli czego żałować.

– Nie mów tak – błagała zrozpaczona kobieta przyciskając chude ręce 

do skroni. – Wiesz przecież, że ja nie chcę, byś robił co innego niż to, co 
uważasz za słuszne.

Przyciągnął ją do siebie raz jeszcze z głośnym jękiem.
–  Oby  Bóg  jej  dopomógł!  Oby  nam  wszystkim  Bóg  dopomógł, 

Ragnfrido. Zmęczony jestem – rzekł i puścił ją. – Ty też chyba chcesz już 
udać się na spoczynek?

W drzwiach zatrzymał się i zaczekał, aż zgasiła ogień na palenisku, 

zdmuchnęła  małą  żelazną  lampkę  przy  krosnach  i  zgniotła  żarzący  się 
knot. W deszczu poszli oboje do mieszkalnego domostwa.

Lavrans  postawił  już  nogę  na  stopniu,  ale  raz  jeszcze  odwrócił  się 

do  żony  stojącej  w  drzwiach  przedsionka.  W  ciemności  gwałtownie 
przyciągnął ją do siebie i ucałował. Potem przeżegnał ją znakiem krzyża 
i poszedł na górę.

Ragnfrida zrzuciła odzież i weszła do łoża. Przez jakiś czas leżała i 

nasłuchiwała  kroków  męża  na  poddaszu  –  potem  zaskrzypiało  łoże  na 
górze i zapanowała cisza. Ragnfrida skrzyżowała wychudłe ramiona nad 
zwiędłą piersią.

background image

Myślała o tym, jaką była żoną, jaką matką. Wkrótce będzie stara. A 

wciąż jest taka sama. Nie żebrała już jak wówczas, gdy oboje byli młodzi, 
gdy zdobywała tego męża i garnęła się do niego, a on zamykał się w sobie, 
zawstydzony i nieśmiały, zimny, kiedy chciała mu ofiarować więcej, niż 
wymagało jego mężowskie prawo. Tak było – i tak poczynała swe dzieci, 
za każdym razem upokorzona i wściekła ze wstydu, gdyż nie mogła się 
zadowolić  jego  chłodną  mężowską  miłością.  Potem,  kiedy  oczekiwała 
dziecka i potrzebowała dobroci i wyrozumienia, wówczas miał tyle do 
dawania. Gdy była chora i umęczona, jego niestrudzona, łagodna opieka 
padała na jej łaknące serce niby rosa. Chętnie zdejmował z niej każdy trud 
i sam go niósł, ale było coś zamkniętego w jego najgłębszym wnętrzu, 
czego dać nie chciał. Kochała tak strasznie swoje dzieci, że zdawało jej 
się, iż wyrywano z niej żywcem serce, ilekroć któreś z nich traciła. Boże, 
Boże, jakże się to działo, że wśród tych wszystkich cierpień mogła się 
cieszyć  tą  kroplą  słodyczy,  że  zdejmował  z  niej  troski  i  przyłączał  do 
swoich?

Krystyna… chętnie poszłaby w ogień dla swojej córki… Nie wierzyli 

jej,  ani  Lavrans,  ani  dziewczyna,  ale  tak  było.  Mimo  to  czuła  do  nich 
gniew podobny do nienawiści. Aby zapomnieć o swoim bólu z powodu 
cierpienia córki, Lavrans pragnął dziś znaleźć ukojenie w żonie.

Ragnfrida nie odważyła się wstać, gdyż nie wiedziała, czy Krystyna 

śpi już w drugim łożu. Cichutko uklękła i z głową opartą o wezgłowie 
łoża usiłowała się modlić – za córkę, za męża i za samą siebie. I podczas 
gdy jej ciało powoli drętwiało z zimna, udała się znowu w jedną z owych 
dobrze sobie znanych nocnych wędrówek i próbowała znaleźć dla swego 
serca drogę do upragnionego spokoju.

background image

3

Haugen  leżało  wysoko  na  górskim  zboczu  po  zachodniej  stronie 

doliny. Księżycowa noc wybieliła cały świat. Niby fale wznosiły się białe 
góry pod bladoniebieskim, bezgwiezdnym prawie niebem. Nawet cienie 
rzucane na śnieżne płaszczyzny przez skalne szczyty i grzbiety gór były 
dziwnie lekkie i jasne, tak wysoko żeglował księżyc.

Połyskliwy od śniegu i szronu las bramował białe powierzchnie pól i 

łąk z ich mrowiem opłotków i domów, aż hen, w dolinę. Całkiem nisko, 
na dnie doliny, cienie gęstniały w mrok.

Pani Aashilda wyszła z obory i zamknęła za sobą wrota; zatrzymała się 

chwilę na śniegu. Biały był już świat, a przecież trzech tygodni brakowało 
jeszcze do adwentu. Mróz na świętego Klemensa – więc zima nastała już 
nie na żarty. Tak, tak, wczesny mróz przychodził nieraz z nieurodzajnym 
rokiem.

Stara kobieta westchnęła ciężko w pustkę przed sobą. Znowu zimno 

i mróz, i samotność. Wzięła wiadra z udojem i świecę i skierowała się w 
stronę domu. Jeszcze raz rozejrzała się wkoło.

Nagle gdzieś w połowie górskiego zbocza wynurzyły się z lasu cztery 

czarne  plamy.  Czterech  jeźdźców,  w  blasku  księżyca  błysnęło  ostrze 
oszczepu. Konie z trudem pięły się pod górę; od czasu, jak spadł śnieg, 
nikt nie torował drogi. Czy jechali tutaj?

Czterech uzbrojonych mężów… Nikt mający jakąś uczciwą sprawę nie 

przybywałby w ten sposób. Pomyślała o skrzyni, w której leżały klejnoty 
jej i Björna. Czy powinna się ukryć w którymś z bocznych zabudowań?

Spojrzała – zima i głusza dokoła. Potem weszła do domu. Dwa stare 

psy leżące obok pieca uderzyły ogonami o ziemię. Młode psy Björn zabrał 
z sobą w góry.

background image

Rozdmuchała żar w piecu i przyłożyła drew, napełniła żelazny kocioł 

śniegiem i postawiła nad ogniem. Potem scedziła mleko do drewnianego 
szkopka i zaniosła do komory za przedsionkiem.

Następnie  zdjęła  brudną,  nie  farbowaną  wełnianą  suknię,  cuchnącą 

potem  i  stajnią,  włożyła  na  siebie  granatową  szatę,  zamiast  niebieskiej 
chustki wzięła białe płótno i ułożyła je w fałdy wokół głowy i szyi. Zdjęła 
futrzane pantofle i nałożyła trzewiki ze srebrnymi klamrami.

Potem  zabrała  się  do  porządkowania  izby.  Wygładziła  poduszki  i 

skórę na łożu, na którym w dzień leżał Björn, wytarła długi stół i rozłożyła 
poduszki na ławach.

Stała  przy  ognisku  i  mieszała  kaszę,  gdy  psy  zaczęły  szczekać. 

Usłyszała  wjeżdżające  na  dziedziniec  konie  i  ludzi  wchodzących  do 
przedsionka; ktoś uderzył oszczepem w drzwi. Aashilda zdjęła kaszę z 
ognia i wygładziła suknię; z psami po obu bokach podeszła do drzwi i 
otworzyła je.

Na  zalanym  księżycową  poświatą  dziedzińcu  stało  trzech  młodych 

ludzi, trzymających za uzdy cztery oszronione konie. Człowiek znajdujący 
się w przedsionku zawołał uradowany:

– Ciotko Aashildo, sama przychodzisz otworzyć nam drzwi? Wobec 

tego muszę powiedzieć: bien trouvé!

– Mój siostrzeniec! Nie, czy to ty naprawdę! Mówię tedy to samo! 

Wejdź do izby, ja tymczasem wskażę twoim ludziom stajnię.

– Czy jesteś sama w całym dworze? – spytał Erlend. Poszedł z nią, 

gdy pokazywała ludziom drogę.

–  Tak,  pan  Björn  i  nasz  pachołek  pojechali  saniami  w  góry.  Chcą 

zwieźć  trochę  paszy,  którą  tam  mamy  ukrytą  –  rzekła  Aashilda.  –  A 
dziewki służebnej nie mam – dodała z uśmiechem.

Wkrótce potem czterej młodzi ludzie siedzieli na zewnętrznej ławie, 

plecami zwróceni do stołu, i przypatrywali się starej kobiecie krzątającej 

background image

się cicho i szybko przygotowującej wieczerzę. Położyła obrus na stole, 
postawiła na nim zapaloną świecę, przyniosła masło, ser, niedźwiedzią 
szynkę i stos delikatnego, cienko krajanego chleba. Zeszła po piwo i miód 
do piwnicy pod izbą, przełożyła kaszę do drewnianego naczynia i prosiła 
ich, by zasiedli do stołu i posilili się.

–  Mało  to  dla  was  –  powiedziała  ze  śmiechem.  –  Muszę  jeszcze 

ugotować gar kaszy. Jutro będzie już lepiej. W zimie zamykam zupełnie 
kuchnię,  chyba  że  piekę  w  niej  albo  warzę  piwo.  Niewiele  nas  tu,  we 
dworze, a ja sama już się zaczynam starzeć, siostrzeńcze.

Erlend roześmiał się i zaprzeczył ruchem głowy. Zauważył, że jego 

ludzie zachowują się tak obyczajnie i dwornie wobec starej kobiety, jak 
tego nigdy dotychczas u nich nie spostrzegł.

–  Dziwna  z  ciebie  kobieta,  ciotko.  Moja  matka  była  o  dziesięć  lat 

młodsza od ciebie, gdyśmy tu byli po raz ostatni, a wyglądała starzej, niż 
ty dziś wyglądasz.

–  Tak,  młodość  wcześnie  opuściła  Magnhildę  –  rzekła  cicho  pani 

Aashilda. – A ty skąd przybywasz? – spytała po chwili.

– Bawiłem przez czas pewien na dworze na północy w Lezji – odrzekł 

Erlend. – Nie wiem, czy zgadujesz, co mnie sprowadza w tę okolicę?

– Pewnie masz na myśli, czy mi wiadomo, żeś się starał o rękę córki 

Lavransa syna Bjørgulfa na Jørund – powiedziała pani Aashilda.

– Tak. Starałem się o nią w godziwy, prawy sposób, a Lavrans syn 

Bjørgulfa  odpowiedział  ostro:  nie!  Krystyna  i  ja  nie  damy  się  jednak 
rozłączyć,  nie  mogę  więc  nic  innego  uczynić,  tylko  ją  uprowadzić. 
Miałem… miałem tu szpiega w dolinie i wiem, że od świętego Klemensa 
począwszy Ragnfrida zabawi przez czas pewien na Sundbu, a Lavrans 
razem z innymi mężami wyruszył, by zwieźć zapasy z fiordu do Sil.

Pani Aashilda siedziała długą chwilę w milczeniu:
–  Musisz  porzucić  ten  zamiar  –  rzekła.  –  Nie  wierzę  również,  by 

background image

dziewczyna dobrowolnie poszła z tobą, a chyba nie chcesz uprowadzić 
jej siłą.

– Pójdzie ze mną. Często mówiliśmy o tym. Sama nieraz błagała, bym 

ją wziął z sobą.

Czyżby? – zawołała pani Aashilda. Potem roześmiała s mimo to nie 

sądź, że naprawdę pójdzie z tobą, kiedy przybędziesz, aby ją wziąć za 
słowo.

–  Owszem,  pójdzie  –  rzekł  Erlend.  –  Myślałem  więc,  ciotko,  abyś 

wyprawiła gońca na Jørund i zaprosiła Krystynę do siebie w odwiedziny 
na jaki tydzień, dopóki rodzice są nieobecni. Będziemy w Hamarze, zanim 
ktoś zauważy, że uciekła – wyjaśnił. Pani Aashilda wciąż się uśmiechała. 
– A czyś pomyślał o tym, co powiemy ja i pan Björn, gdy Lavrans wróci i 
nas obarczy winą za uprowadzenie córki?

– Tak – rzekł Erlend. – Że było nas czterech uzbrojonych mężów, a 

dziewczyna zgadzała się.

– Nie chcę ci w tym pomagać – rzekła gwałtownie kobieta. – Lavrans 

przez długie lata był nam wiernym druhem. On i jego żona są godnymi 
ludźmi i nie chcę przyłożyć ręki do tego, by ich oszukać albo wtrącić ich 
córkę w hańbę. Zostaw tę dziewczynę w spokoju, Erlendzie! Czas już, 
aby twoi krewni dowiadywali się o innych twoich czynach niż o tym, że 
opuszczasz kraj lub wracasz do niego z kradzionymi żonami.

– Musimy pomówić w cztery oczy, ciotko – zażądał krótko Erlend.
Pani  Aashilda  wzięła  świecę,  poszła  z  Erlendem  do  komory  i 

zamknęła drzwi. Usiadła na skrzyni z mąką; Erlend stał przed nią z rękami 
wetkniętymi za pas i patrzał na nią z góry.

–  Możesz  oświadczyć  też  Lavransowi  synowi  Bjørgulfa,  że  sira 

Jon dał nam ślub w Gerdarud, zanim udaliśmy się do Szwecji, do pani 
Ingebjörgi córki Haakona…

– Tak? – rzekła pani Aashilda. – A skąd wiesz, czy pani Ingebjörga 

background image

dobrze was przyjmie?

– Mówiłem z nią w Tunsbergu – powiedział Erlend. – Powitała mnie 

jako miłego krewnego i dziękowała za służby, które ofiarowałem jej tutaj 
albo w Szwecji. A Munan obiecał, że da mi pismo do niej.

–  Wszak  wiesz  dobrze  –  rzekła Aashilda  –  że  nawet  w  wypadku, 

gdybyś  skłonił  jakiegoś  księdza  do  dania  wam  ślubu,  Krystyna  straci 
wszelkie prawo dziedziczenia i własności. A jej dzieci nie będą twoimi 
prawymi spadkobiercami. Nie jest nawet pewne, czy będzie uważana za 
twoją żonę.

Może  nie  tutaj,  w  Norwegii. To  jest  przyczyna,  dla  której  chcę  się 

schronić do Szwecji. Jej przodek, Lagman Laurencjusz, w ten sam sposób 
poślubił ową dziewicę Bengtę. Nigdy nie otrzymali zezwolenia jej brata, 
a przecież uważana była za jego żonę.

–  Nie  mieli  dzieci  –  rzekła  pani Aashilda.  –  Czy  myślisz,  że  moi 

synowie  pozostawiliby  w  spokoju  twoje  dziedzictwo,  gdyby  Krystyna 
ostała we wdowieństwie z dziećmi, których ślubne urodzenie można by 
podać w wątpliwość?

– Krzywdzisz Munana – rzekł Erlend. – Innych twych dzieci nie znam 

i wiem dobrze, że nie masz powodu myśleć o nich życzliwie. Ale Munan 
był mi zawsze wiernym, oddanym krewnym i bardzo chciałby widzieć 
mnie żonatym; on to udał się w moim imieniu do Lavransa. Poza tym 
mogę przecież nadać dzieciom, które będziemy mieć z sobą, dziedzictwo 
i imię.

– Tym samym piętnujesz ich matkę jako nałożnicę. Ale nie rozumiem, 

jak ten potulny człowiek, Jon syn Helgego, ważyłby się zadrzeć ze swoim 
biskupem dając wam ślub wbrew prawu.

–  Spowiadałem  się  u  niego  tego  lata  –  rzekł  stłumionym  głosem 

Erlend.  – Wówczas  przyrzekł  dać  nam  ślub,  gdy  wszystkie  inne  drogi 
zawiodą.

background image

– Więc to tak… – rzekła Aashilda. – Ciężki grzech wziąłeś na siebie, 

Erlendzie. Krystynie było dobrze w domu u ojca i matki. Czekało ją dobre 
małżeństwo z zacnym człowiekiem z dostojnego rodu.

– Krystyna sama opowiadała – przerwał Erlend – żeś ty miała mówić, 

iż my dwoje, ona i ja, pasowalibyśmy do siebie. I że Szymon syn Andrzeja 
nie jest dla niej odpowiednim małżonkiem.

– Ach, mówiłam i mówiłam – rzekła ciotka. – Ja tak wiele mówiłam 

w  swoim  życiu.  Nie  pojmuję,  jak  mogłeś  tak  łatwo  nakłonić  do  tego 
Krystynę.  Chyba  nieczęsto  mogliście  się  tam  spotykać.  I  nigdy  nie 
przypuszczałam, że ta dziewczyna łatwa jest do zdobycia.

–  Spotykaliśmy  się  w  Oslo  –  rzekł  Erlend.  –  Potem  przebywała  u 

swego stryja w Gerdarud. Wychodziła z domu i spotykała się ze mną w 
lesie. – Spuścił oczy i dodał bardzo cicho: – Tam, w lesie, byłem z nią 
sam.

Pani Aashilda zerwała się. Erlend pochylił głowę jeszcze niżej.
– A potem, czy nadal była ci przychylna? – spytała z niedowierzaniem.
Tak.  –  Po  twarzy  Erlenda  przemknął  miękki,  drżący  uśmiech.  –  I 

potem zostaliśmy przyjaciółmi. I nie było to dla niej tak bardzo niemiłe… 
Ale ona jest bez winy. Wtedy to prosiła, żebym ją uprowadził – nie chciała 
wracać do swoich krewnych.

– Ale ty się nie zgodziłeś?
– Nie, chciałem ją dostać za przyzwoleniem jej ojca.
– Czy dawno to było? – badała pani Aashilda.
– Na świętego Lavransa minął rok – odparł Erlend.
–  Nie  śpieszyłeś  się  zbytnio  ze  staraniem  o  jej  rękę  –  rzekła  pani 

Aashilda.

– Jej zaręczyny nie były zerwane – usprawiedliwiał się Erlend.
– A od tego czasu nie zbliżałeś się do niej więcej?
–  Udało  nam  się  tak  urządzić,  że  spotykaliśmy  się  parokrotnie  – 

background image

znów drżący uśmiech przebiegł po jego twarzy. – W pewnym domu w 
handlowej części miasta.

–  Na  Boga  –  rzekła  pani  Aashilda.  –  Pragnę  pomóc  tobie  i  jej, 

jeśli  tylko  potrafię.  Rozumiem,  że  Krystynie  jest  zbyt  ciężko  żyć  przy 
rodzicach i nosić to wszystko w sobie. Więcej już chyba nic? – spytała.

– Nic, o czym bym wiedział – odrzekł krótko.
– Czy pomyślałeś o tym, że Krystyna w całej dolinie ma przyjaciół i 

krewnych? – spytała po chwili ciotka.

– Musimy odjechać po kryjomu, gdy tylko będziemy mogli – rzekł 

Erlend.  –  Dlatego  należy  jak  najszybciej  zabrać  się  w  drogę,  abyśmy 
zanim  wróci  jej  ojciec,  mieli  już  spory  kawał  za  sobą.  Musisz  nam 
pożyczyć sani, ciotko.

Ramiona Aashildy zadrgały.
– A potem jest przecież jeszcze jej stryj na Skog. Co będzie, skoro on 

się dowie, że odprawiasz wesele z jego bratanicą w Gerdarud?

– Aasmund  wstawił  się  za  mną  u  Lavranasa  –  rzekł  Erlend.  –  Nie 

może być wtajemniczony, to prawda, ale z pewnością przymknie jedno 
oko. Musimy w nocy przyjść do księdza i nocą jechać dalej. Sądzę, że 
Aasmund wytłumaczy potem Lavransowi, że nie wypada tak pobożnemu 
mężowi jak on rozłączać nas, jeśli kapłan dał nam ślub, że raczej musi 
dać swoje pozwolenie, byśmy także według prawa byli małżonkami. Ty 
musisz mu powiedzieć to samo. Niechaj postanowi, ile chce ode mnie za 
pojednanie, niech zażąda okupu, jaki mu się wyda odpowiedni.

Nie  spodziewam  się,  by  można  było  w  tej  sprawie  dobrze  radzić 

Lavransowi  –  rzekła  pani  Aashilda.  –  Na  Boga  i  świętego  Olafa,  nie 
podoba mi się wcale ta sprawa, siostrzeńcze… Pojmuję jednak, że jest to 
jedyna droga, jaką musisz iść, aby wynagrodzić Krystynie wyrządzoną jej 
krzywdę. Sama pojadę jutro raniutko do Jørund, jeśli dasz mi któregoś z 
twoich ludzi, a Ingrida z góry oporządzi zamiast mnie bydło.

background image

Pani Aashilda przybyła na drugi dzień wieczorem do Jørund, w chwili 

kiedy  światło  księżyca  walczyło  z  ostatnim  promieniem  słońca.  Gdy 
Krystyna wyszła na dziedziniec, aby przyjąć gościa, Aashilda zauważyła, 
jak blade i zapadnięte są lica młodej dziewczyny.

Pani Aashilda siedziała przy piecu i bawiła się z małymi siostrzyczkami 

Krystyny. Ukradkiem i badawczo patrzyła na Krystynę nakrywającą stół. 
Dziewczyna była wychudzona i cicha. Zawsze była spokojna, teraz jednak 
jakaś inna cisza owładnęła nią. Pani Aashilda odgadła wielkie napięcie i 
wielki, nieugięty upór, który skrywał się za tą ciszą.

–  Słyszeliście  pewnie  –  rzekła  zbliżając  się  Krystyna  –  co  się  tu 

jesienią wydarzyło?

– Tak, słyszałam, że mój siostrzeniec starał się o twoją rękę.
– Przypominacie sobie – zapytała Krystyna – jak mówiliście, że on i ja 

bylibyśmy dobraną parą, tylko że jest on za bogaty, a jego ród za dostojny 
dla mnie?

– Słyszę, że Lavrans innego jest zdania – rzekła oschle pani Aashilda.
Oczy Krystyny błysnęły, uśmiechnęła się lekko. „Ona jest dostatecznie 

dobra  dla  Erlenda”,  pomyślała  pani Aashilda.  Choć  bardzo  niechętnie, 
musiała jednak posłuchać Erlenda i wyświadczyć mu przysługę, o którą 
prosił.

Krystyna  przygotowała  dla  gościa  posłanie  w  łożu  rodziców  i  pani 

Aashilda prosiła, aby z nią spała. Gdy się położyły i w izbie zrobiło się 
zupełnie cicho, pani Aashilda wyjawiła, z czym przybywa.

Dziwny smutek ścisnął jej serce, gdy ujrzała, że to dziecko zdaje się 

zupełnie nie myśleć o wielkim bólu, jaki sprawi rodzicom. „Ja przecież 
żyłam więcej niż dwadzieścia lat w troskach i męce z Baardem. Ale tak 
już  pewnie  jest  z  nami  wszystkimi.  Krystyna  nawet  nie  dostrzega,  jak 
bardzo Ulvhilda schudła tej jesieni”. Pani Aashilda pomyślała, że mało 
jest prawdopodobne, aby Krystyna ujrzała jeszcze kiedyś swą małą siostrę 

background image

za życia. Ale nie powiedziała o tym ani słowa; im dłużej mogła Krystyna 
wytrwać w tej dzikiej radości i uporze, tym lepiej dla niej. Krystyna wstała 
i po ciemku zgarnęła swoje klejnoty do małej szkatułki, którą wzięła z 
sobą do łoża. Wtedy pani Aashilda jednak powiedziała:

– A przecież byłoby lepiej, Krystyno, by Erlend tu przyjechał, gdy 

twój  ojciec  powróci,  przyznał  się,  jak  wielką  wyrządził  ci  krzywdę,  i 
złożył waszą sprawę w ręce Lavransa.

– Sądzę, że mój ojciec zabiłby wtedy Erlenda.
– Lavrans nie uczyni tego, jeśli Erlend nie wyciągnie miecza przeciw 

ojcu swej żony – odrzekła Aashilda.

– Nie chcę, by Erlend się tak upokarzał – powiedziała Krystyna. – A 

mój ojciec nie może się nigdy dowiedzieć, że Erlend posiadł mnie, zanim 
uczciwie starał się o moją rękę.

– Myślisz, że Lavrans będzie mniej rozgniewany – spytała Aashilda 

– gdy się dowie, żeś uciekła z domu z Erlendem, i że to będzie dla niego 
mniej  trudne  do  zniesienia?  Według  prawa  będziesz  tylko  nałożnicą 
Erlenda, dopóki będziesz z nim żyła bez zezwolenia ojca.

– To co innego – rzekła Krystyna. – Będę jego nałożnicą, dlatego że 

nie mógł mnie dostać za żonę.

Pani Aashilda umilkła. Myślała o tym, że będzie musiała stanąć przed 

Lavransem, kiedy ten powróci i dowie się, że mu skradziono córkę.

– Rozumiem, pani Aashildo, wam zdaje się, że jestem złym dzieckiem 

– powiedziała Krystyna. – Ale tutaj, we dworze, każdy dzień od powrotu 
ojca z thingu był męką zarówno dla niego, jak dla mnie. Dla wszystkich 
będzie najlepiej, gdy się to już raz skończy.

Nazajutrz rano odjechały z Jørund i zaraz po nieszporach przybyły 

do Haugen. Erlend przyjął je na dziedzińcu; Krystyna rzuciła mu się w 
ramiona nie zważając na pachołka, który towarzyszył jej i Aashildzie.

– W izbie powitała Björna syna Gunnara i dwóch ludzi Erlenda, jakby 

background image

ich znała dobrze od dawna. Pani Aashilda nie zauważyła, by Krystyna 
była nieśmiała albo bojaźliwa. A potem, gdy zasiedli do stołu i Erlend 
przedłożył  swój  plan,  Krystyna  także  zabierała  głos.  jeśli  chodzi  o 
drogę, to sądziła, że powinni wybrać się z Haugen nazajutrz wieczorem 
o  takiej  porze,  by  po  zachodzie  księżyca  przyjechać  do  Rost;  potem 
w  ciemności  przemknąć  się  przez  Sil  i  obok  dworu  Lopt,  stamtąd  zaś 
pojadą wzdłuż rzeki Ott aż do mostu, po czym zachodnią stroną doliny, 
mało uczęszczanymi drogami, udadzą się dalej, póki konie wytrzymają. 
Przez dzień odpoczywaliby na niżej położonych halach, gdyż jak długo 
będą jechali przez okrąg Holledis, mogą spotkać ludzi, którzy ją znają. A 
pomyślałaś o obroku dla koni? – spytała pani Aashilda. – W takim okresie 
nie możecie zabierać paszy ludziom z hal, jeśli ona tam w ogóle będzie; a 
wiesz dobrze, że tego roku nikt w dolinie nie ma paszy na sprzedaż.

–  Pamiętam  o  tym  –  odparła  Krystyna.  –  Musicie  nam  pożyczyć 

obroku  i  żywności  na  trzy  dni.  Dlatego  też  ważne  jest,  by  nas  było 
niewiele. Erlend musi odesłać Jona na Husaby. W okręgu Trond lato było 
lepsze; stamtąd będzie można przeprowadzić parę pojazdów przez góry 
przed  Bożym  Narodzeniem.  W  gminie  leżącej  na  południu  znam  paru 
biedaków i chciałabym bardzo, byście wy, pani Aashildo, wspierali ich 
jałmużną w imieniu Erlenda i moim.

Björn  wybuchnął  dziwnym,  niewesołym  śmiechem.  Pani  Aashilda 

potrząsnęła głową. Lecz Ulf podniósł ciemne, bystre oczy i spojrzał na 
Krystynę z właściwym mu, bezczelnym uśmiechem:

– Nigdy nie przelewało się na Husaby, Krystyno córko Lavransa, ani 

w  dobrych,  ani  w  złych  latach. Ale  może  to  się  odmieni,  gdy  wy  tam 
rządzić  zaczniecie.  Z  waszych  słów  wnoszę,  że  jesteście  gospody  nią, 
jakiej potrzeba Erlendowi.

Krystyna spokojnie skinęła głową i mówiła dalej. Była zdania, że jeśli 

będzie można, muszą się trzymać z dala od głównego traktu. Nie uważała 

background image

też za wskazane jechać drogą na Hamar. Erlend wtrącił, że przebywa tam 
pan Munan: chodzi o list do księżnej.

– Zatem Ulf musi się rozstać z nami koło Fagabergu i jechać do pana 

Munana, my zaś będziemy się trzymać zachodniej strony jeziora Mjøs i 
na  przełaj  lub  nie  uczęszczanymi  drogami  jechać  przez  Hadelandię  do 
Hakedal.  Stamtąd  ma  podobno  prowadzić  odludna  droga  na  południe 
do Doliny Małgorzaty, tak mówił stryj. Nie wskazane jest jechać przez 
Raumarike w tym czasie, gdy na Dyfrinie odprawiać będą weselne gody 
– rzekła z uśmiechem.

Erlend zbliżył się ku niej i objął ją, a ona przygarnęła się do niego 

nie troszcząc się wcale o obecnych w izbie. Pani Aashilda powiedziała 
gniewnie:

– Nikt by nie pomyślał, że po raz pierwszy uciekasz z domu.
Pan Björn znowu się roześmiał jak przedtem.
Wkrótce  potem  pani  Aashilda  wstała,  by  udać  się  do  kuchni  i 

przygotować  posiłek.  Rozpaliła  ogień,  bo  w  tym  budynku  mieli  spać 
ludzie Erlenda. Zwróciła się do Krystyny, aby z nią wyszła: – Chcę móc 
przysiąc Lavransowi, że w moim domu ani przez chwilę nie byliście sami 
– rzekła ze złością.

Krystyna roześmiała się i poszła za nią. Wkrótce przyszedł Erlend, 

przyciągnął sobie trójnożny zydel do ogniska, usiadł na nim i przeszkadzał 
kobietom w pracy. Chwytał krzątającą się Krystynę, ilekroć przechodziła 
obok niego. Wreszcie posadził ją sobie na kolanach.

– Chyba jest tak, jak mówi Ulf. Ty jesteś gospodynią, której mi trzeba.
– Naturalnie – śmiała się pani Aashilda oburzona – tobie na pewno 

będzie  się  dobrze  z  nią  powodziło.  Ona  wszystko  poświęca  w  tej 
awanturze, ty zaś ryzykujesz niewiele.

–  Tak,  istotnie  –  rzekł  Erlend.  – Ale  okazałem  dobrą  wolę,  by  iść 

uczciwą drogą. Nie bądźże taka zła, ciotko Aashildo.

background image

– Muszę być zła – odrzekła. – Ledwie uporządkowałeś swoje sprawy, 

już  znowu  postępujesz  tak,  że  zmuszony  jesteś  wszystko  porzucać  i 
uciekać z kobietą.

–  Pomnijcie,  ciotko  –  mówił  Erlend  –  stare  podania  świadczą,  iż 

naprawdę  nie  najgorsi  byli  owi  mężowie,  którzy  z  powodu  kobiety 
popadali w niełaskę.

– Ach,  Bóg  z  nimi  –  rzekła Aashilda.  Twarz  jej  stała  się  młoda  i 

łagodna. – Takie słowa słyszałam już dawniej, Erlendzie. – Objęła jego 
głowę i pociągnęła go za włosy.

W tej chwili Ulf syn Haldora wpadł do izby i szybko zamknął za sobą 

drzwi:

– Erlendzie, przybył na dwór gość, którego, jak sądzę, najmniej rad 

byś widzieć.

– Czy Lavrans syn Bjørgulfa? – spytał Erlend zrywając się.
– Tak dobrze nie jest – odparł Ulf. – Przybyła Elina córka Orma.
Drzwi otworzyły się z zewnątrz. Kobieta, która teraz weszła, odsunęła 

na bok Ulfa i stanęła w świetle. Krystyna spojrzała na Erlenda. Najpierw 
zdawało  się,  że  jest  zupełnie  zdruzgotany;  potem  wyprostował  się, 
purpurowy na twarzy.

– Do diabła! Skąd przybywasz? Czego tu chcesz?
Pani Aashilda podeszła i powiedziała:
– Musicie iść ze mną do izby, Elino córko Orma. Na tyle przyzwoitości 

mamy tutaj, we dworze, że naszych gości nie przyjmujemy w kuchni.

– Nie oczekuję bynajmniej, pani Aashildo – odparła tamta – że krewni 

Erlenda powitają mnie jako gościa. Pytałeś, skąd przybywam. Przybywam 
z Husaby, na pewno wiesz o tym, mogę ci oddać pozdrowienia od Orma 
i Małgorzaty. Są zdrowi.

Erlend nie odpowiadał.
– Gdy posłyszałam, żeś polecił Gissurowi synowi Arnfina, by ci przy 

background image

wiózł  pieniądze,  i  że  znów  wybierasz  się  na  południe  –  ciągnęła  –  po 
myślałam, że pewnie tym razem zatrzymasz się u twoich krewnych w do 
linie Gudbrand. Wiedziałam, że starałeś się o rękę córki sąsiada.

Po  raz  pierwszy  spojrzała  w  stronę  Krystyny  i  spotkała  jej  oczy. 

Krystyna, bardzo blada, patrzyła na Elinę w skupieniu i badawczo.

Była spokojna jak głaz od pierwszej chwili, odkąd się dowiedziała, 

kto  przybył.  Nieustannie  uciekała  przed  myślą  o  Elinie  córce  Orma; 
chciała ją zagłuszyć w sobie uporem, podnieceniem i niecierpliwością. 
Przez cały czas usiłowała nie myśleć o tym, czy Erlend zupełnie uwolnił 
się od swej dawnej kochanki. Teraz dognała ją ta myśl i beznadziejna była 
dalsza walka z nią.

Widziała, jak piękna jest Elina córka Orma. Nie była już młoda, ale 

ładna, dawniej zaś musiała być niezwykle urodziwa. Odrzuciła czepek; 
głowę miała okrągłą jak kula, kości policzkowe nieco wystające, ale mimo 
to widać było, że musiała być przedtem pełna uroku. Chustka zakrywała 
tylko  tył  głowy;  mówiąc  Elina  wsuwała  swe  złote,  błyszczące  i  faliste 
włosy pod płótno. Krystyna nigdy dotąd u żadnej kobiety nie widziała tak 
ogromnych oczu; ciemnobrązowe i okrągłe, dziwnie pięknie odbijały się 
od złotych włosów pod wąskimi, czarnymi jak węgiel brwiami i długimi 
rzęsami. Skórę i wargi miała spękane po jeździe na mrozie, ale była zbyt 
piękna, by ją to miało szpecić. Ciężka podróżna opończa otulała jej postać, 
lecz mimo to Elina poruszała się i trzymała się tak, jak to czyni jedynie 
kobieta mająca dumne poczucie wspaniałości swego ciała. Była wzrostu 
Krystyny, trzymała się jednak tak prosto, że robiła wrażenie wyższej niż 
smukła, wiotka dziewczyna.

– Czy przez cały czas była u ciebie na Husaby? – spytała Krystyna 

cicho.

– Nie byłem na Husaby – odparł krótko Erlend czerwieniąc się znowu. 

– Większą część tego lata spędziłem na Hestnaes.

background image

A  oto  wiadomość,  z  którą  do  ciebie  przybywam,  Erlendzie  rzekła 

Elina.  –  Nie  masz  potrzeby  nadal  włóczyć  się  po  swoich  krewnych  i 
u  nich  szukać  gościny,  dlatego  że  ja  rządzę  twoim  domem. Tej  jesieni 
owdowiałam. Erlend stał nieporuszony.

– Ja cię nie prosiłem, abyś przybyła zeszłego roku na Husaby i rządziła 

– wymówił wreszcie z trudem.

– Słyszałam, że wszystko tam jest zaniedbane – rzekła Elina. – A że 

miałam  dla  ciebie  od  dawna  wiele  życzliwości,  Erlendzie,  zdawało  mi 
się,  że  muszę  dbać  o  twoją  pomyślność,  choć  Bóg  wie,  że  postąpiłeś 
niesłusznie z naszymi dziećmi i ze mną.

– Dla dzieci zrobiłem, co mogłem – powiedział Erlend. – I dobrze ci 

wiadomo, że jedynie przez wzgląd na nie pozwoliłem na twój pobyt na 
Husaby. Nie sądzisz chyba, abyś przez to w czymkolwiek pomogła im lub 
mnie – dodał z szyderczym uśmiechem. – Gissur dałby sobie radę i bez 
ciebie.

– Tak, ty zawsze tak bardzo ufałeś Gissurowi – rzekła Elina śmiejąc 

się  cicho.  –  Ale,  Erlendzie,  teraz  jestem  wolna.  Jeśli  chcesz,  możesz 
wypełnić daną mi swego czasu obietnicę.

Erlend milczał.
– Przypominasz sobie – spytała Elina – ową noc, w której urodziłam i 

syna? Wówczas przyrzekłeś, że mnie poślubisz, gdy Sigurd umrze.

Erlend przesunął ręką po mokrych, spotniałych włosach.
– Tak, przypominam sobie – rzekł.
– Czy chcesz teraz dotrzymać słowa?
– Nie! – odpowiedział.
Elina spojrzała w stronę Krystyny, uśmiechnęła się i skinęła głową. 

Znowu popatrzyła na Erlenda.

– Od tego czasu minęło dziesięć lat, Elino – mówił Erlend. – Żyliśmy 

odtąd rok po roku jak dwoje potępieńców.

background image

– Nie tylko tak! – powiedziała z tym samym uśmiechem.
– Lata już upłynęły, odkąd było między nami inaczej – rzekł Erlend 

zmiażdżony. – Dzieciom to nic pomóc nie może. A ty wiesz, ty wiesz, 
że ja z trudem tylko mogę wytrzymać w jednej izbie z tobą! – krzyczał 
prawie.

– Zupełnie tego nie zauważyłam, gdyś tego lata był w domu – rzekła 

Elina  ze  znaczącym  uśmiechem.  –  Wówczas  nie  byliśmy  wrogami,  w 
każdym razie nie zawsze.

–  Jeśli  ty  to  nazywasz  przyjaźnią,  to  masz  słuszność  –  przyznał 

umęczony Erlend.

Czyż wiecznie tu będziecie stać? – wtrąciła pani Aashilda. Nabrała 

kaszy do dwu wielkich drewnianych mis i jedną z nich podała Krystynie. 
Dziewczyna  wzięła  ją.  –  Idź  z  tym  do  domu.  Ty,  Ulfie,  weź  drugą, 
postawcie je na stole; jakkolwiek sprawy się mają, wieczerzać musimy.

Krystyna i Ulf wyszli z misami. Pani Aashilda zwróciła się do dwojga 

pozostałych:

– Chodźcie i wy. Nie na wiele się przyda, gdy tu będziecie stać i gapić 

się na siebie.

– Lepiej będzie, jeśli Elina i ja rozmówimy się teraz – rzekł Erlend.
Pani Aashilda nic nie odpowiedziała i wyszła.
Krystyna nakryła stół w izbie i przyniosła piwo z piwnicy. Siedziała 

na zewnętrznej ławie wyprostowana jak świeca, ze spokojną twarzą, ale 
nic nie jadła. Inni także niewiele mieli ochoty do jedzenia, zarówno Björn, 
jak ludzie Erlenda. Jedynie człowiek, który towarzyszył Elinie, i pachołek 
Björna posilali się. Pani Aashilda usiadła i nabrała trochę kaszy.

Nikt nie przemówił słowa.
Wreszcie  Elina  córka  Orma  weszła  sama  do  izby.  Pani  Aashilda 

wskazała jej miejsce między Krystyną a sobą, Elina zajęła je i zjadła nieco 
kaszy. Od czasu do czasu jakby odblask ukrytego uśmiechu przebiegał po 

background image

jej twarzy i ukradkiem patrzyła na Krystynę.

Po chwili pani Aashilda przeszła do kuchni.
Ogień na palenisku wygasł niemal zupełnie. Erlend siedział przed nim 

na zydlu, złamany, z głową ukrytą w dłoniach.

Pani Aashilda podeszła do niego i położyła mu rękę na ramieniu.
– Niech ci Bóg wybaczy, Erlendzie, cóżeś to znowu nabroił? Erlend 

uniósł głowę, twarz miał zmienioną cierpieniem.

– Spodziewa się dziecka – rzekł i przymknął oczy.
Twarz pani Aashildy spłonęła. Twardo przytrzymała jego ramię.
– Która z nich? – spytała szorstko i szyderczo.
– Moje ono nie jest – rzekł Erlend zgnębiony. – Ale nie zechcesz mi na 

pewno uwierzyć, nikt mi nie uwierzy! – Znów się pochylił.

Pani Aashilda usiadła przed nim na brzegu paleniska.
– Musisz wziąć się w garść, Erlendzie. Niełatwo uwierzyć ci w tej 

sprawie. Czy możesz przysiąc, że dziecko nie jest twoje?

Erlend podniósł zmienioną twarz.
–  Tak,  jak  prawdą  jest,  że  potrzebuję  miłosierdzia  Boskiego.  Jak 

prawdą jest, że wierzę, iż Bóg pocieszył moją matkę tam, w górze, za 
wszystko,  co  tu  na  ziemi  musiała  wycierpieć…  nie  tknąłem  Eliny  od 
czasu, gdy po raz pierwszy ujrzałem Krystynę! – Krzyczał tak, że pani 
Aashilda musiała go uspokajać.

–  Nie  rozumiem  więc,  dlaczego  by  to  miało  być  tak  wielkim 

nieszczęściem. Musisz wynaleźć ojca dziecka i zapłacić mu, aby się z nią 
ożenił.

– Myślę, że jest nim Gissur syn Arnfina, mój rządca na Husaby – rzekł 

Erlend  znużonym  głosem.  –  Mówiliśmy  o  tym  zeszłej  jesieni  i  potem 
również. Śmierci Sigurda oczekiwano już od dawna. Gissur był gotów ją 
poślubić, gdy tylko zostanie wdową, jeśli dałbym jej odpowiedni posag.

– Tak – przytaknęła pani Aashilda.

background image

Erlend ciągnął dalej:
– Zapewnia mnie na wszystkie świętości, że go nie chce. Chce innie 

podać za ojca dziecka. Jeślibym nawet przysięgą temu zaprzeczył, sądzisz, 
że ktokolwiek pomyśli co innego, niż że fałszywie przysiągłem?

– Musisz ją odwieść od tego zamiaru – rzekła pani Aashilda. – Nie ma 

innego wyjścia; musisz zaraz jutro pojechać z nią na Husaby. Powinieneś 
być twardy i nieustępliwy, i doprowadzić do skutku to małżeństwo Eliny 
z twoim rządcą.

–  Tak  –  rzekł  Erlend.  Oparł  czoło  o  stół  i  zapłakał  głośno.  –  Nie 

rozumiesz, ciotko… co Krystyna o mnie pomyśli?

Erlend razem ze swoimi ludźmi spędził tę noc w kuchni. W izbie w 

jednym  łożu  leżała  Krystyna  z  panią Aashilda,  w  drugim  Elina  córka 
Orma. Björn wyszedł i położył się w stajni między końmi.

Nazajutrz  rano  Krystyna  poszła  z  panią  Aashilda  do  obory.  Gdy 

Aashilda udała się do kuchni, by przygotować ranny posiłek, Krystyna 
zaniosła mleko do izby.

Na stole paliła się świeca. Elina już ubrana siedziała na brzegu łoża. 

Krystyna powitała ją cicho, wzięła szkopek i scedziła mleko.

– Czy możesz mi dać łyk mleka? – spytała Elina. Krystyna wzięła 

drewniany czerpaczek i podała jej mleko. Elina piła chciwie, zerkając nad 
krawędzią czerpaka ku Krystynie.

– Więc to ty jesteś ową Krystyną córką Lavransa, która mi skradła 

przyjaźń Erlenda? – powiedziała oddając czerpak.

– Sami musicie wiedzieć, czy była jeszcze jakaś przyjaźń do skradzenia 

– odparła młodsza.

Elina przygryzła wargi.
– Co byś zrobiła – rzekła – gdybyś się sprzykrzyła Erlendowi i gdyby 

pewnego dnia zechciał cię oddać któremuś ze swoich ludzi? Czy i wtedy 
byłabyś mu powolna?

background image

Krystyna nic nie odpowiedziała; Elina roześmiała się i ciągnęła dalej:
–  Mogę  sobie  wyobrazić,  że  teraz  ustępujesz  mu  we  wszystkim… 

Jak myślisz, Krystyno, może zagramy w kości o naszego męża, my, dwie 
nałożnice Erlenda. – Nie otrzymawszy odpowiedzi, roześmiała się znowu 
i rzekła: – Czyż jesteś taka głupia, że nawet temu nie zaprzeczasz?

– Przed tobą nie myślę kłamać – rzekła Krystyna.
– Nie na wiele by ci się to zresztą zdało – odparła Elina. – Ja go znam. 

Z pewnością rzucił się na ciebie jak głuszec przy drugim spotkaniu. Żal 
mi ciebie, jesteś wszak jeszcze dzieckiem.

Krystynie cała krew odpłynęła z twarzy. Chora ze wstrętu szepnęła:
– Nie chcę z tobą rozmawiać.
– Myślisz, że postąpi z tobą lepiej niż ze mną? – ciągnęła Elina.
Wówczas Krystyna odpowiedziała twardo:
– Nie będę przeklinała Erlenda, cokolwiek uczyni. Ja sama zeszłam 

na tę błędną drogę i nie będę płakać ani żalić się, nawet gdyby mnie za 
wiodła w przepaść.

Elina milczała chwilę. Potem mieniąc się na twarzy rzekła niepewnie:
– I ja byłam dziewicą, gdy mnie wziął, Krystyno, mimo że już sie dem 

lat nazywano mnie żoną tego starego. Ach, ty nie możesz zrozumieć, jakie 
to było nędzne życie.

Krystyna  wzdrygnęła  się.  Elina  spojrzała  na  nią.  Potem  ze  swej 

podróżnej  skrzyni,  stojącej  obok  na  stopniu  łoża,  wyjęła  mały  róg. 
Przełamała pieczęć i rzekła cicho:

– Ty jesteś młoda, ja stara, Krystyno. Wiem dobrze, że to beznadziejne 

walczyć  z  tobą.  Nadszedł  twój  czas.  Czy  chcesz  napić  się  ze  mną, 
Krystyno?

Krystyna  nie  poruszyła  się.  Wtedy  tamta  podniosła  róg  do  ust: 

Krystyna spostrzegła jednak, że nie pije. Elina odezwała się:

– Możesz mi chyba zrobić ten zaszczyt, że przepijesz do mnie i przy 

background image

rzekniesz mi, że nie będziesz bardzo surową macochą dla moich dzieci.

Krystyna  chwyciła  róg.  W  tej  chwili  Erlend  otworzył  drzwi.  Stał 

chwilę i przenosił wzrok od jednej do drugiej.

– Co to ma znaczyć? – spytał.
Krystyna odpowiedziała, głos jej był dziki i ostry:
– Pijemy do siebie – my, twoje nałożnice. Chwycił ją za rękę i wyrwał 

jej róg.

– Milcz – rzekł szorstko. – Ty z nią pić nie będziesz.
– Czemu nie? – rzekła Krystyna jak przedtem. – I ona była dziewicą 

jak ja, gdyś ją uwiódł.

– Mówiła to tyle razy, że w końcu sama w to uwierzyła – odpowiedział 

Erlend. – Pamiętasz, jak zmusiłaś mnie, abym z tym gadaniem poszedł do 
Sigurda, i jak on postawił świadków na to, że już wcześniej przyłapał cię 
z kim innym?

Krystyna odwróciła się, blada ze wstrętu. Twarz Eliny spłonęła.
– Mimo to nie stanie się trędowata, jeśli się ze mną napije – rzekła z 

zawziętością.

Erlend z gniewem zwrócił się ku Elinie. Nagle twarz mu się wydłużyła 

i zastygła z przerażenia; nie mógł tchu złapać.

– Jezu! – rzekł ledwo dosłyszalnie. Chwycił Elinę za ramię. – Pij ty 

do niej pierwsza – rzekł nieubłaganie. – Pij ty, wtedy i ona będzie piła.

Elina wyrwała mu się z jękiem. Cofała się przed nim, on jednak szedł 

krok w krok za nią.

– Pij – rzekł. Wyciągnął sztylet zza pasa i wciąż posuwał się na przód. 

– Wypij ten trunek, który przygotowałaś dla Krystyny! – Ścisnął ramię 
Eliny, przyciągnął ją do stołu i przechylił róg do jej ust.

Krzyknęła i twarz ukryła w dłoniach. Erlend puścił ją. Drżał cały.
– Piekło przeżyłam z Sigurdem – krzyczała Elina – a ty, ty przysiągłeś! 

Ale byłeś jeszcze gorszy dla mnie, Erlendzie!

background image

Krystyna wysunęła się naprzód i chwyciła róg.
– Jedna z nas dwu musi wypić. Obu nas zatrzymać nie możesz! Erlend 

wyrwał jej róg z rąk i pchnął ją gwałtownie, że zatoczyła się i upadła na 
łoże Aashildy. Chciał zmusić Elinę, aby wypiła; stał obok niej, kolanem 
wsparty o ławę, i usiłował wlać jej napój do gardła.

Wyśliznęła mu się z rąk, chwyciła sztylet leżący na stole i pchnęła nim 

Erlenda. Uderzenie jednak rozdarło tylko szatę i drasnęło go. Wówczas 
skierowała ostrze ku sobie samej i padła w jego ramiona.

Krystyna zerwała się i podbiegła. Erlend trzymał Elinę wpół, głowa 

jej  zwisała  mu  przez  ramię.  Zaczęła  rzęzić,  krew  zalała  jej  gardło  i 
wypływała ustami. Odpluła ją i rzekła:

– Dla ciebie, Erlendzie, był przeznaczony ten napój… za wszystkie 

twoje zdrady wobec mnie.

–  Zawołaj  ciotkę  Aashildę  –  rzekł  Erlend  stłumionym  głosem. 

Krystyna stała bez ruchu.

– Umiera – rzekł jak poprzednio.
–  Tedy  lepiej  jej  niż  nam  –  odpowiedziała  dziko  Krystyna.  Erlend 

spojrzał na nią. Wstrząsnęła nią rozpacz wyzierająca mu z oczu. Wyszła 
z izby.

– Co się stało? – spytała pani Aashilda, kiedy Krystyna wywołała ją 

z kuchni.

–  Zabiliśmy  Elinę  córkę  Orma  –  powiedziała  Krystyna.  –  Umiera. 

Pani Aashilda pobiegła do izby. Ale gdy stanęła w drzwiach, Elina wydała 
już ostatnie tchnienie.

Pani Aashilda ułożyła zmarłą na ławie. Obtarła krew płynącą z ust i 

nakryła twarz chustką z głowy. Erlend stał z tyłu, oparty o ścianę.

– Rozumiesz chyba – rzekła pani Aashilda – że stało się najgorsze z 

wszystkiego, co się mogło stać.

Dołożyła do ognia polan i gałęzi; wstawiła w ogień róg i rozdmuchała 

background image

żar.

– Czy ufasz twoim ludziom? – spytała znowu.
– Ulfowi i Haftorowi – tak. Jona i tego człowieka, który przybył z 

Eliną, nie znam dobrze.

– Pamiętaj – rzekła pani Aashilda – jeśli wyjdzie na jaw, żeście tu byli, 

i że przy Elinie w chwili jej śmierci byliście tylko ty i Krystyna, to lepiej 
zaraz daj jej wypić truciznę Eliny. A jeśli mowa będzie o truciźnie, to na 
pewno ludzie sobie przypomną, o co mnie dawniej oskarżano. Czy miała 
jakichś przyjaciół lub krewnych?

– Nie – rzekł Erlend cicho. – Nie miała nikogo prócz mnie.
– A jednak – podjęła znów pani Aashilda – trudno będzie ukryć jej 

śmierć i usunąć zwłoki tak, aby podejrzenie nie padło na ciebie.

– Elina musi być pochowana w poświęconej ziemi – rzekł Erlend – 

choćby mnie to miało kosztować całe Husaby. Prawda, Krystyno?

Krystyna skinęła głową.
Pani  Aashilda  siedziała  w  milczeniu.  Im  więcej  się  zastanawiała, 

tym  bardziej  niemożliwe  zdawało  się  jej  znalezienie  jakiegoś  wyjścia. 
W kuchni siedzieli owi czterej ludzie. Gdyby nawet Erlend zapłacił im 
wszystkim  za  milczenie,  gdyby  nawet  przekupił  ich  i  pachołka  Eliny, 
by opuścili kraj, to i tak na zawsze zostałaby niepewność. A na Jørund 
wiedziano, że Krystyna tu jest… Jeśli Lavrans dowie się o wszystkim… 
Nie  mogła  sobie  wyobrazić,  co  by  wówczas  uczynił.  Poza  tym  trzeba 
było wywieźć zwłoki. O drodze przez góry na zachodzie nie można było 
nawet myśleć – pozostawała tylko droga do Raumsdalen lub górami do 
Trondhjem albo na południe przez dolinę. A jeśli prawda wyjdzie na jaw, 
to i tak nikt w nią nie uwierzy, nawet gdyby udano, że się nią zadowolono.

– Muszę naradzić się z Björnem – rzekła, wstała i wyszła z izby. Björn 

syn  Gunnara  wysłuchał  opowiadania  żony  z  nieruchomą  twarzą,  nie 
odwracając oczu od Erlenda.

background image

–  Björnie  –  rzekła  zrozpaczona Aashilda  –  ktoś  musi  przysiąc,  że 

widział, jak się sama zabiła.

Powoli rozbłyskiwał ponury blask w oczach Björna; spojrzał na żonę 

i uśmiech wykrzywił mu usta:

– A ty sądzisz, że ja mam być tym człowiekiem.
Pani Aashilda splotła palce rąk i wyciągnęła ku niemu dłonie:
– Björnie, ty wiesz, co to znaczy dla nich obojga.
– Myślisz zapewne, że ze mną i tak już wszystko skończone? – spytał 

powoli. – A może sądzisz, iż tyle jeszcze zostało z męża, którym niegdyś 
byłem, że odważę się na krzywoprzysięstwo, by ratować tego młokosa 
przed zagładą? Ja, który sam byłem zdeptany… wówczas, przed tylu laty. 
Zdeptany, mówię.

– Mówisz tak, bo już jestem stara – szepnęła Aashilda.
Nagle Krystyna wybuchnęła strasznym płaczem. Siedziała dotychczas 

w  kącie  przy  łożu  Aashildy,  sztywna  i  nieruchoma.  Teraz  zaczęła 
przeraźliwie szlochać. Zdawało się, że słowa pani Aashildy rozrywają jej 
serce. Ogarnęły ją wspomnienia całej słodyczy kochania, jakby dopiero 
słysząc ten głos zrozumiała całkowicie, czym była miłość jej i Erlenda. 
Wspomnienie  gorącego  szczęścia  spłukało  twardą  nienawiść  i  rozpacz 
ostatniej nocy. Teraz wiedziała jedynie o swojej wielkiej miłości i o swej 
woli wytrwania.

Wszyscy troje popatrzyli na nią. Pan Björn zbliżył się ku niej, ujął ją 

pod brodę i uniósł jej twarz:

– Czy mówisz,. Krystyno, że ona sama to zrobiła?
–  Prawdą  jest  każde  słowo,  które  słyszeliście  –  rzekła  Krystyna  z 

mocą. – Napieraliśmy na nią, aż to zrobiła.

– Obmyśliła dla Krystyny gorszy los – powiedziała pani Aashilda. Pan 

Björn puścił Krystynę. Podszedł do zwłok, zaniósł je na łoże, na którym 
Elina spała poprzedniej nocy, i położył pod ścianą, potem nakrył starannie 

background image

derkami.

– Jona i pachołka, którego nie znasz, musisz wyprawić na Husaby z 

wieścią, że Elina jedzie z tobą na południe. Każ im odjechać dzisiaj w 
godzinach południowych. Powiedz, że kobiety śpią jeszcze, niech jedzą 
w kuchni. Potem pomówisz z Haftorem i Ulfem. Czy już kiedyś groziła, 
że zrobi coś takiego? Wówczas mógłbyś ich podać za świadków, gdyby 
się o to pytano.

–  Każdy  człowiek  na  moim  dworze  w  ostatnich  latach  naszego  po 

życia – rzekł umęczony Erlend – może poświadczyć, iż groziła, że za bije 
siebie i mnie, ilekroć mówiłem o tym, że chcę się z nią rozejść.

Björn roześmiał się szorstko:
– Tak sobie myślałem… Dziś wieczór musimy ją ubrać jak do podróży 

i usadowić w saniach. Ty musisz usiąść obok niej.

Erlend zachwiał się.
– Tego nie zrobię.
– Bóg jeden wie, ile w tobie pozostanie z męża, jeżeli jeszcze przez 

dwadzieścia lat będziesz musiał sam za siebie odpowiadać – rzekł Björn. 
–  Czy  myślisz,  że  przynajmniej  potrafisz  kierować  saniami?  W  takim 
razie ja usiądę obok niej. Musimy jechać nocą przez mało uczęszczane 
drogi,  aż  zjedziemy  w  dół  do  Fron.  W  taki  mróz  nikt  nie  pozna,  jak 
długo nie żyje. Zajedziemy do gospody zakonników w Roaldstad. Tam 
poświadczymy obaj, że w saniach pokłóciliście się z sobą. Wiadomo, że 
nie chciałeś żyć z nią, odkąd zdjęto z ciebie klątwę, i że starałeś się o 
dziewczynę szlachetnego rodu. Ulf i Haftor muszą trzymać się z dala od 
nas przez całą drogę, by móc w razie potrzeby przysiąc, że Elina żyła 
jeszcze, gdy ją po raz ostatni widzieli. Chyba możesz im to nakazać. U 
mnichów będziesz mógł ją położyć do trumny – a potem będziesz musiał 
już sam porozumieć się z księżmi co do zapewnienia pokoju jej duszy i 
swojej własnej.

background image

Prawda, to wszystko nie jest piękne, lecz nie uczyniłeś tak, by mogło 

wypaść piękniej. Nie stójże tu jak brzemienna kobieta, która mdleje. Bóg 
niech będzie z tobą, młodzieńcze – ty jeszcze zaprawdę nie poczułeś noża 
na gardle.

Kiedy mężczyźni odjeżdżali, od gór wiał tnący wiatr, a nad śnieżnymi 

zaspami dymił w księżycowy przestwór delikatny, srebrzysty opar.

Zaprzęgli do sań dwa konie, jednego przed drugim. Erlend usiadł z 

przodu. Krystyna podeszła do niego.

– Tym razem, Erlendzie, musisz starać się przesłać mi wiadomość o 

tej podróży, i co się z tobą stało.

Ścisnął jej rękę tak mocno, że spod paznokci wytrysnęła krew.
– Więc  ciągle  jeszcze  masz  odwagę  trwać  przy  mnie  i  nie  opuścić 

mnie, Krystyno?

–  Nie  opuszczę  cię  nigdy  –  rzekła,  a  potem  dodała:  –  Oboje 

zawiniliśmy. Ja drażniłam cię, bo pragnęłam jej śmierci.

Pani Aashilda  i  Krystyna  patrzyły  za  pojazdem.  Sanie  ślizgały  się 

w  dół  i  w  górę  przez  śnieżne  zaspy.  Znikały  we  wgłębieniach,  znowu 
wynurzały  się  w  dole  na  białej  płaszczyźnie.  Potem  wjechały  w  cień 
górskiego pasma i znikły zupełnie z oczu.

Obie  kobiety  siedziały  koło  ogniska  odwrócone  tyłem  do  pustego 

łoża, z którego pani Aashilda wyjęła derki i słomę. Obydwie czuły, jaka 
pustka zieje za nimi.

–  Chcesz  może,  byśmy  dziś  w  nocy  spały  w  kuchni?  –  przerwała 

milczenie pani Aashilda.

– Jest mi zupełnie obojętne, gdzie się położymy – odparła Krystyna. 

Pani Aashilda wyszła przed dom popatrzeć na pogodę.

– Jeżeli nadejdzie burza albo odwilż, to niedaleko zajadą, a wszystko 

się wykryje – rzekła Krystyna.

– Tu, na Haugen, dmie zawsze – odpowiedziała pani Aashilda. – Nie 

background image

jest to wcale oznaką zmiany pogody.

Potem znowu siedziały w milczeniu.
– Nie wolno ci zapominać – odezwała się pani Aashilda – jaki los ona 

tobie chciała zgotować.

– Myślę, że na jej miejscu chciałabym pewnie tego samego – odparła 

cichutko Krystyna.

– Nigdy nie byłabyś zdolna do tego, by z twojej winy jakiś człowiek 

został trędowaty – rzekła pani Aashilda gwałtownie.

Czy przypominasz sobie, ciotko? Powiedziałaś mi kiedyś, że dobrze 

jest, jeśli człowiek nie śmie czynić tego, co mu się nie wydaje piękne. Ale 
niedobrze jest, jeśli się komuś coś wydaje niepiękne, gdyż nie ma odwagi 
tego zrobić.

– Ty jednak nie uczyniłabyś tego nigdy z lęku przed grzechem – rzekła 

pani Aashilda.

–  Nie  wiem  –  odparła  Krystyna.  –  Zrobiłam  już  wszakże  tak 

wiele  rzeczy,  o  których  niegdyś  myślałam,  że  z  lęku  przed  grzechem 
nie  śmiałabym  ich  uczynić.  Lecz  wtedy  nie  wiedziałam  jeszcze,  że 
następstwem grzechu jest konieczność deptania innych.

– Erlend chciał skończyć ze swym niegodnym życiem długo przedtem, 

nim ciebie spotkał – rzekła Aashilda podniecona. – Już wcześniej wszystko 
było między nimi skończone.

– Wiem o tym – mówiła Krystyna. – Ale zapewne Erlend nie dał jej 

nigdy powodu do przypuszczenia, że jego postanowienia są tak silne, iżby 
nie mogła ich skruszyć.

– Krystyno – prosiła pani Aashilda – chyba teraz nie opuścisz Erlenda. 

– Teraz już nikt was obronić nie może, jeśli sami wzajemnie nie będziecie 
się bronić.

– Tak na pewno nie radziłby żaden ksiądz – rzekła Krystyna z zimnym 

uśmiechem. – Ale wiem, że nie opuszczę nigdy Erlenda, nawet wówczas, 

background image

gdybym musiała najdotkliwiej skrzywdzić własnego ojca.

Pani Aashilda podniosła się.
– Zajmijmy się lepiej czymś zamiast siedzieć bezczynnie – rzekła. – 

Na darmo próbowałybyśmy położyć się teraz spać.

Przyniosła maślnicę z komory, wniosła parę skopków z mlekiem do 

izby i zaczęła wyrabiać masło.

– Pozwól mi to zrobić – prosiła Krystyna. – Moje krzyże młodsze. 

Pracowały w milczeniu. Krystyna stała w drzwiach wiodących do komory 
i  ubijała  masło,  a  Aashilda  czesała  wełnę  przy  ognisku.  Dopiero  gdy 
Krystyna wyrobiła już masło i chciała je ugnieść, spytała nagle:

–  Ciotko  Aashildo,  czy  nigdy  nie  obawiacie  się  dnia,  w  którym 

będziecie musieli stanąć przed sądem Boga?

Pani Aashilda powstała, podeszła do Krystyny i zatrzymała się przed 

nią w blasku ognia.

– Może, gdy czas nadejdzie, będę miała odwagę zapytać Tego, który 

mnie stworzył taką, jaką jestem, czy zechce się nade mną zmiłować, bo 
nigdy  nie  błagałam  o  miłosierdzie  postępując  przeciw  przykazaniom. 
I nigdy nie prosiłam Boga ni ludzi, aby mi odpuścili choćby szeląga z 
pokuty, którą tu, na ziemi, jestem dłużna. Po chwili rzekła szeptem:

–  Munan,  mój  syn,  miał  dwadzieścia  lat.  Nie  był  taki  jak  dzisiaj. 

Natenczas inne były moje dzieci.

Krystyna odparła cicho:
– Wszak mieliście przez te wszystkie lata dniem i nocą pana Björna 

u swego boku.

– Tak, i to również miałam – rzekła Aashilda.
Wkrótce  potem  Krystyna  skończyła  ugniatać  masło.  Pani Aashilda 

była zdania, żeby jednak spróbowały usnąć.

W wielkim ciemnym łożu otoczyła ramieniem Krystynę i przygarnęła 

do siebie jej młodą głowę. Niedużo czasu upłynęło, gdy po równomiernym, 

background image

spokojnym oddechu poznała, że Krystyna zasnęła.

4

Mróz nie zelżał. W każdej oborze, jak daleko sięgała dolina, głodne 

zwierzęta  skarżyły  się,  ryczały  i  cierpiały  wskutek  zimna.  A  ludzie 
oszczędzali już teraz paszy do ostatnich granic.

W tym roku nie urządzano żadnych wielkich biesiad podczas Bożego 

Narodzenia, ludzie przeważnie siedzieli w domach, każdy u siebie.

Około  Bożego  Narodzenia  mróz  stężał  jeszcze:  zdawało  się,  że 

każdy dzień mroźniejszy jest od poprzedniego. Ludzie nie pamiętali tak 
srogiej zimy. Śnieg nie padał wcale, nawet w górach, tylko ten, co spadł 
około świętego Klemensa, zamarzł na kamień. Słońce, jako że dnie były 
dłuższe, świeciło na pogodnym niebie. Po nocach iskrzyły się i gorzały 
zorze  polarne  ponad  grzbietami  gór  na  północy,  pół  nieba  jarzyło  się 
ich blaskiem, lecz nie przynosiły zmiany; czasem dzień był chmurny, w 
powietrzu wirowało nieco suchego śniegu, po czym znowu przychodziła 
pogoda i mróz. Rzeka dudniła i bulgotała leniwo pod lodową powłoką.

Każdego ranka myślała Krystyna, że dłużej nie da sobie rady, że nie 

wytrzyma już do końca dnia, każdy dzień bowiem wydawał się jej jakby 
pojedynkiem  z  ojcem.  Czyż  powinni  tak  zmagać  się  z  sobą  teraz,  gdy 
każde  żyjące  stworzenie,  zarówno  człowiek  jak  bydlę,  we  wszystkich 
gminach cierpiało od wspólnego dopustu?

Nadchodził jednak wieczór, jeden po drugim, i wytrzymywała.
Ojciec nie odnosił się do niej nieżyczliwie. Nigdy nie mówił o tym, 

co legło między nimi. Ale poza wszystkim, co mówił, czuła, że ma mocne 
postanowienie wytrwania w oporze.

W  niej  zaś  gorzała  tęsknota  za  nim  i  brak  jej  było  jego  przyjaźni. 

background image

Bolało ją to strasznie, gdyż wiedziała, ile trosk ma ojciec do dźwigania; 
wiedziała też, że gdyby wszystko było jak dawniej, mówiłby z nią o tym.

Wprawdzie  na  Jørund  lepiej byli  zabezpieczeni niż  po  okolicznych 

dworach, lecz i tu każdego dnia, każdej godziny tegoroczny nieurodzaj 
dobrze się dawał we znaki. Zazwyczaj w zimie Lavrans ćwiczył swoje 
małe źrebce; tego roku sprzedał je wszystkie jesienią na południu kraju. 
I córce brak było jego głosu na dziedzińcu i jego uganiania za smukłymi, 
kosmatymi dwulatkami, które tak bardzo lubił. Wprawdzie w stodołach 
i  spichlerzach  dworu  znajdowały  się  jeszcze  zapasy  po  żniwach  z 
poprzedniego  roku,  ale  na  Jørund  przybywało  wielu  ludzi  i  prosiło  o 
pomoc za zapłatą albo i darmo – i nikt nie odchodził z pustymi rękami.

Pewnego  wieczora  przybył  na  dwór  jakiś  stary,  okutany  w  futra 

człowiek na nartach. Lavrans rozmawiał z nim na dziedzińcu, a Halfdan 
zaniósł mu jadło z izby z paleniskiem. Nikt na dworze nie wiedział, kto to 
zacz. Przypuszczano, że to jeden z ludzi żyjących w górskich osiedlach i 
że może tam poznał Lavransa. Ojciec jednak nie wspominał ani słowem o 
tych odwiedzinach, tak samo Halfdan.

A znów innego wieczora przybył pewien człowiek, który długie lata 

żył z Lavransem w niezgodzie, i Lavrans udał się z nim do spichrza.

Kiedy wrócił do izby, rzekł porywczo do Ragnfridy:
– Wszyscy szukają u mnie pomocy. Jednak tu, na dworze, wszyscy są 

przeciw mnie! I ty także, żono!

Wówczas matka krzyknęła do Krystyny:
– Słyszysz, co twój ojciec mówi! Nie jestem przeciw tobie, Lavransie. 

Ty,  Krystyno,  wiesz  przecie  dobrze,  co  się  stało  tu,  na  południu,  w 
Roaldstad późną jesienią, gdy w towarzystwie tego drugiego rozpustnika, 
swego  krewnego  z  Haugen,  jechał  doliną.  Odebrała  sobie  życie  ta  nie 
szczęsna kobieta, którą zwabił do siebie i wyrwał ze wspólnoty wszystkich 
jej krewnych.

background image

Z zaciętością, twardo, odezwała się Krystyna:
– Widzę, że lata, w których starał się wydobyć z grzechu, tak samo 

ciężko mu liczycie jak te, przez które żył w grzechu.

– Jezus Maryja! – zawołała Ragnfrida załamując ręce. – Co się z tobą 

stało, Krystyno? Czyż nawet ta wiadomość nie odmieniła twych myśli?

– Nie – odrzekła Krystyna. – Ja nie zmieniłam mojego postanowienia.
Wtedy Lavrans, siedzący na ławie obok Ulvhildy, podniósł oczy.
– Ja też nie, Krystyno – rzekł stłumionym głosem.
Ale  Krystyna  czuła  w  sercu,  że  jednak  w  pewien  sposób  zmieniła 

swój zamiar, jeśli zaś nie zamiar, to spojrzenie na te sprawy. Otrzymała 
wiadomość  o  przebiegu  owej  nieszczęsnej  wyprawy.  Wszystko  poszło 
lepiej, niż można się było spodziewać. Czy dlatego, że mróz zaognił ranę 
Erlenda, czy też z innych przyczyn, draśnięcie zadane sztyletem w pierś 
poczęło się jątrzyć; Erlend musiał leżeć w gospodzie na Roaldstad i pan 
Björn pielęgnował go tam. Ale wskutek tego, że Erlend był ranny, łatwiej 
było wytłumaczyć i przedstawić jako wiarygodne wszystko inne.

Kiedy mógł puścić się w dalszą drogę, zawiózł zwłoki w trumnie do 

Oslo. Tam za wstawieniem się siry Jona z Gerdarud uzyskał dla Eliny 
miejsce  na  cmentarzu  po  zburzonym  kościele  św.  Mikołaja,  po  czym 
spowiadał się przed samym biskupem w Oslo, ten zaś nałożył na niego 
jako  pokutę  pielgrzymkę  do  świętej  Krwi  w  Zwierzynie.  Teraz  więc 
Erlend bawił poza granicami kraju.

Ona  jednak  nie  mogła  nigdzie  pielgrzymować  i  znaleźć  ukojenia. 

Musiała  siedzieć  w  miejscu,  czekać,  rozpaczać  i  starać  się  wytrwać  w 
swym oporze wobec rodziców. Dziwnie lodowate, zimne światło padało 
teraz na wspomnienia jej wszystkich spotkań z Erlendem. Myślała o jego 
porywczości – zarówno w kochaniu, jak w cierpieniu – i wydawało się jej, 
że gdyby sama mogła również brać wszystkie rzeczy w tak gwałtowny i 
nieopanowany sposób jak on, wówczas byłyby one o wiele łatwiejsze i 

background image

mniej trudne do zniesienia. Bywały chwile, w których sądziła, że Erlend 
ją  opuści. Wówczas  zdawało  się  jej,  że  już  zawsze  tak  myślała:  że  jej 
poniecha, gdyby za trudno było ją zdobyć. Ale ona nie chciała go opuścić, 
chyba że sam zwolniłby ją od wszystkich przysiąg.

Zima miała się ku końcowi. I Krystyna nie mogła się dłużej łudzić, 

musiał uświadomić sobie, że teraz czeka ją najcięższa próba, gdyż dni 
Ulvhildy były policzone. I wśród gorzkiego żalu nad siostrą poznawała ze 
zgrozą, że jej dusza jest zniszczona i odmieniona przez grzech. Mimo że 
patrzyła na umierające dziecko, na niewypowiedzianą boleść rodziców, 
musiała ciągle myśleć o jednym: „Jeśli Ulvhilda umrze, jak będę mogła 
się przemóc, by patrzeć na ojca i nie rzucić się przed nim na kolana, nie 
wyznać  mu  wszystkiego  i  błagać,  by  mi  wybaczył  i  zrobił  ze  mną,  co 
chce?”

Był czas postu. Ludzie zarzynali resztki bydła, które do tej pory mieli 

jeszcze nadzieję uratować; nie chcieli, by zwierzęta wyzdychały z głodu. 
Sami zaś wynędznieli zupełnie, gdyż odżywiali się tylko rybami i – bardzo 
skąpo – nędznymi potrawami mącznymi. Sira Eirik zwolnił całą gminę z 
zakazu potraw mlecznych. Lecz nie miano ani kropli mleka.

Ulvhilda leżała w łóżku. Leżała sama w wielkim łożu córek i co noc 

kto  inny  czuwał  przy  niej.  Zdarzało  się  niekiedy,  że  ojciec  i  Krystyna 
siedzieli przy niej razem. W taką noc rzekł raz Lavrans do córki:

–  Pamiętasz,  co  mówił  brat  Edwin  o  losie  Ulvhildy?  Już  wówczas 

sądziłem, że on to właśnie ma na myśli. Ale nie chciałem w to wierzyć.

W takie noce opowiadał Lavrans niekiedy o czasach ich dzieciństwa. 

Krystyna siedziała blada, pełna rozpaczy i rozumiała, że tymi słowami 
ojciec żebrał u niej zmiłowania.

Pewnego dnia Lavrans wybrał się z Kolbeinem w góry na północy, by 

podebrać legowisko niedźwiedzi. Przywieźli do domu na saniach martwą 
niedźwiedzicę, a Lavrans przyniósł zawiniętego w połę kaftana żywego 

background image

niedźwiadka. Ulvhilda ożywiła się trochę na jego widok, lecz Ragnfrida 
odezwała się, że teraz nie pora żywić takie zwierzę i co Lavrans zamyśla 
z nim zrobić.

– Chcę go wyhodować na wielkiego zwierza, by go uwiązać przed 

komorą moich córek – odrzekł Lavrans i roześmiał się szorstko.

Nie  mieli  jednak  odpowiednio  tłustego  mleka  dla  niedźwiadka, 

Lavrans musiał go więc zabić w kilka dni potem.

Słońce nabrało już tyle siły, że w południe lód tajał i kapało z dachów. 

Sikorki  czepiały  się  mocno  belkowania  po  słonecznej  stronie  i  biły 
dziobami, aż się rozlegało, szukając owadów śpiących w szczelinach. Na 
polach śnieg błyszczał twardo i połyskliwie niby srebro.

Wreszcie  pewnego  wieczora  chmury  zasnuły  księżyc.  Nazajutrz 

obudzili się ludzie na Jørund w gęstej, śnieżnej zadymce, wśród której 
nic nie było widać.

W ten dzień jasne stało się dla wszystkich, że Ulvhilda umiera.
Cała czeladź zebrała się w izbie, przybył także sir Eirik. Płonęło wiele 

świec.  Wczesnym  wieczorem  Ulvhilda  zgasła  spokojnie  w  ramionach 
matki.

Ragnfrida  zniosła  ten  cios  lepiej,  niż  się  spodziewano.  Rodzice 

siedzieli obok siebie i cichutko płakali. Wszyscy obecni w izbie płakali. 
Gdy Krystyna podeszła do ojca, objął ją ramieniem. Czuł, jak drży, więc 
przyciągnął ją do siebie, lecz jej samej zdawało się, iż musiał zrozumieć, 
że jest mu dalsza niż mała zmarła.

Nie pojmowała, jak mogła to wytrzymać. Z trudem tylko przypomniała 

sobie, co sama wycierpiała, lecz martwa i niema z bólu trzymała się prosto 
i nie padła mu do nóg.

W kościele wyrwano przed ołtarzem świętego Olafa parę dyli i tam – w 

twardej jak kamień ziemi – wykopano grób dla Ulvhildy córki Lavransa.

Cicho i gęsto padał śnieg przez te wszystkie dni, kiedy dziecko leżało 

background image

na słomie; śnieg padał, gdy niesiono Ulvhildę do grobu, i padał wciąż, 
prawie bez przerwy przez cały miesiąc.

Tym wszystkim, którzy od wiosny oczekiwali wybawienia, zdawało 

się, że ona nigdy nie nadejdzie. Dnie stawały się długie i jasne, dolina 
leżała w oparach wznoszących się z tającego śniegu, gdy słońce świeciło 
nad nią, lecz wciąż jeszcze panował chłód i ciepło nie mogło go przemóc. 
Nocami mróz ścinał wszystko. Lód trzeszczał, w górach huczało, wilki 
wyły,  a  lisy  poszczekiwały  całkiem  nisko  w  dolinie  jak  głęboką  zimą. 
Ludzie  obłupywali  korę  dla  bydła,  ale  zwierzęta  zdychały  masami  w 
oborach. Nikt nie miał pojęcia, czym się to skończy.

W taki dzień, kiedy woda sączyła się w koleinach drogi, a śnieg skrzył 

się  jak  srebro,  Krystyna  wyszła  z  domu.  Po  słonecznej  stronie  zaspy 
śnieżne tajały od spodu, delikatna lodowa szreń pokrywająca nierówności 
drogi pękała ze srebrzystym dźwiękiem, gdy się na nią stąpnęło. Ale w 
cienistych zakątkach czaił się ostry mróz i śnieg był twardy.

Szła w górę do kościoła – sama nie rozumiała po co, ale ciągnęło ją 

do niego. Wiedziała, że jest tam ojciec, a także kilku chłopów, członków 
bractwa, którzy mieli się zebrać w krużganku kościelnym.

Na wzgórzu spotkała chłopów schodzących na dół. Między nimi był 

sira Eirik. Wszyscy szli pieszo, posępną gromadą, nie mówiąc do siebie; 
mrukliwie odpowiedzieli na jej powitanie.

Krystyna pomyślała, jakie to dawne czasy, kiedy każdy człowiek w 

gminie był jej przyjacielem. Teraz pewnie wszyscy wiedzieli, że jest złą 
córką. Może i więcej o niej wiedzieli. Pewnie sądzili, że w tej dawnej 
pogłosce  o  niej, Arnem  i  Benteinie  było  jednak  trochę  prawdy.  Może 
miała wśród ludzi jak najgorszą sławę. Odrzuciła głowę w tył i poszła do 
kościoła.

Drzwi  były  uchylone.  Wewnątrz  stał  ziąb,  ale  mimo  to  jakby  fala 

ciepła  popłynęła  ku  niej  z  ciemnej,  brunatnej  przestrzeni,  w  której 

background image

strzeliste drewniane kolumny zdawały się dźwigać mrok aż pod wiązanie 
dachu. Na ołtarzach nie paliły się światła, lecz przez szczeliny w drzwiach 
wpadała słoneczna smuga i złociła lekko naczynia i obrazy.

Na przodzie przed ołtarzem Św. Tomasza ujrzała ojca: klęczał z głową 

pochyloną na złożone na piersi ręce, w których trzymał czapkę. Nieśmiała 
i stroskana, wysunęła się Krystyna z kościoła i zatrzymała w obiegającym 
go dokoła krużganku. W obramieniu łuku między dwoma drewnianymi 
filarkami,  o  które  się  oparła,  ujrzała  dwór  Jørund,  a  poza  ojcowskim 
domem bladoniebieskie opary nad doliną. Rzeka połyskiwała w słońcu, 
biała  od  wody  i  lodu,  jak  daleko  okiem  sięgnąć.  Lecz  zarośla  olszyny 
wzdłuż brzegu żółciły się kwieciem, las szpilkowy na górze koło kościoła 
też  już  zieleniał  wiosennie,  a  w  pobliskim  gaju  gwizdały,  ćwierkały  i 
nawoływały się ptaki. O tak ich śpiew słychać było każdego wieczora po 
zachodzie słońca.

I  Krystyna  poczuła  w  sobie  tęsknotę,  która  –  jak  sądziła  –  już  ją 

opuściła, tęsknotę krwi i ciała, drgającą słabo i tajemnie, jakby zbudzoną 
z zimowego snu.

Lavrans wyszedł z kościoła i przymknął za sobą wrota. Zbliżył się 

i stanął tuż obok córki patrząc spod drugiego łuku w dolinę. Widziała, 
jak wielkie spustoszenie spowodowała na jego twarzy ta zima. Sama nie 
pojmowała, że może teraz dotykać tej sprawy, ale wyrwało się jej mimo 
woli:

–  Czy  prawdą  jest,  co  matka  niedawno  mówiła?…  Podobno 

powiedziałeś  do  niej,  że  gdyby  chodziło  o Arnego  syna  Gyrda,  dałbyś 
swe przyzwolenie.

– Tak – odparł Lavrans nie patrząc na nią.
– Nie mówiłeś tego nigdy za życia Arnego – rzekła Krystyna.
– Nigdy nie było o tym mowy. Domyślałem się, że chłopak bardzo 

cię lubi, ale nigdy nic nie mówił i był bardzo młody. Nie spostrzegłem 

background image

byś o nim myślała w ten sposób. Nie mogłaś chyba spodziewać się, że 
ja pierwszy zaofiaruję moją córkę człowiekowi, który nic nie posiada – 
zaśmiał się krótko. – Ale lubiłem go bardzo – rzekł cicho. – I gdybym 
wiedział, że cierpisz, bo go kochasz…

Stali i spoglądali razem w dolinę. Krystyna czuła wzrok ojca na sobie. 

Usiłowała zachować na twarzy spokój, ale czuła, że blednie. Wówczas 
ojciec  podszedł  do  niej,  objął  ją  obu  ramionami  i  przytulił  do  siebie. 
Odchylił w tył jej głowę, popatrzył w oczy i znów przycisnął ją do swej 
piersi.

– Jezu Chryste, Krystyno moja, czyż tak bardzo jesteś nieszczęśliwa?
– Zdaje mi się, że umrę z tego, ojcze – rzekła garnąc się do niego.
Łzy  trysnęły  jej  z  oczu.  Ale  płakała,  bo  poczuła  w  pieszczocie  i 

wyczytała w jego oczach, że jest skruszony cierpieniem i że niedługo już 
potrafi wytrwać w swym oporze. Pokonała go.

Pod koniec nocy obudziła się: ojciec stał nad nią dotykając jej pleców.
– Wstań – rzekł cicho – słyszysz?
Usłyszała świst wokół węgłów domu: głęboki, pełny ton nasyconego 

wilgocią południowego wiatru. Kapało z dachu, a deszcz szeleścił padając 
na miękki, topniejący śnieg.

Krystyna narzuciła suknię i wyszła z ojcem przed drzwi. Razem stali 

i patrzyli w ciepłą, majową noc, owiani wiosennym wiatrem i deszczem. 
Niebo  było  przesłonięte  skłębionymi,  pędzącymi  chmurami,  a  z  gór 
dochodził głuchy łoskot toczących się lawin.

Krystyna odszukała rękę ojca i uścisnęła ją mocno. Przywołał ją, aby 

jej to pokazać. Tak było dawniej zawsze między nimi. A teraz było znowu 
tak samo.

Gdy  wchodzili  do  domu,  by  się  z  powrotem  położyć,  Lavrans 

powiedział:

– Ów obcy człowiek, który tu był w tym tygodniu, wręczył mi list 

background image

od  pana  Munana  syna  Baarda.  Zamyśla  on  tego  lata  przyjechać  tu,  by 
zobaczyć swą matkę, prosił mnie więc, abym go przyjął i mówił z nim.

– I co mu odpowiecie, ojcze? – szepnęła.
– Teraz tego jeszcze nie mogę powiedzieć – odparł Lavrans – lecz 

będę z nim mówił, a potem postanowię tak, abym mógł przed Bogiem za 
to odpowiadać, córko.

Krystyna wsunęła się do łoża, w którym sypiała z Ramborgą, a Lavrans 

położył się obok śpiącej żony. Leżał i myślał o tym, że niewiele dworów 
jest tak jak Jørund narażonych na niebezpieczeństwo w razie szybkiej i 
niespodziewanej powodzi. Krążyła gadka o pewnej przepowiedni, według 
której rzeka miała kiedyś znieść dwór.

5

Wiosna przyszła zupełnie nagle. W kilka dni po załamaniu się mrozów 

dolina sczerniała i zbrunatniała pod ulewnym deszczem. Wody z hukiem 
spadały  z  gór,  rzeka  wezbrała  i  niby  szaro  ołowiane  jezioro  wypełniła 
dno doliny, unosząc całe pływające gaje na powierzchni; środkiem zaś 
znaczyły się bruzdy zdradliwych wirów. Na Jørund woda zalała wielkie 
obszary pól. Jednak straty były mniejsze, niż się spodziewano.

Dopiero późną wiosną zabrano się do robót polnych i chłopi skąpo 

obsiali pola ziarnem, zanosząc modły do Boga, aby uchronił zasiew przed 
mrozem aż do jesieni. W istocie wszystko przemawiało za tym, że Bóg 
chce ich wysłuchać i ulżyć ich doli. Przez czerwiec utrzymała się piękna 
pogoda, lato było pomyślne i w ludziach poczynała budzić się nadzieja, że 
z czasem zupełnie znikną ślady nieurodzaju.

Minęły  już  sianokosy,  gdy  pewnego  wieczora  przybyło  na  dwór 

czterech jeźdźców. Byli to panowie ze swymi pachołkami: pan Munan 

background image

syn Baarda i pan Baard syn Piotra z Hestnaes.

Ragnfrida i Lavrans polecili nakryć stół w wielkiej izbie i przygotować 

posłanie  dla  gości  w  górnej  izbie  spichrza.  Lavrans  prosił  przybyłych, 
aby zatrzymali się do następnego dnia z przedłożeniem swej sprawy, aż 
wypoczną po dalekiej podróży.

Pan  Munan  prowadząc  przy  stole  rozmowę  zwracał  się  nieraz  do 

Krystyny i przemawiał do niej tak, jak gdyby byli dobrymi znajomymi. 
Wiedziała,  że  ojcu  nie  jest  to  miłe.  Pan  Munan  był  przysadkowaty, 
czerwony  na  twarzy  i  szpetny,  gadał  bardzo  wiele  i  wyglądał  na 
głupkowatego. Zwano go Munanem Tępym albo Munanem Tańczącym. 
Lecz mimo to syn pani Aashildy był dzielnym i rozumnym człowiekiem; 
bywał nieraz wysłannikiem Korony w ważnych sprawach i jego słowo 
wiele  znaczyło  w  radzie  możnych  państwa.  Siedział  na  matczynym 
dziedzictwie w Skogheimsharde, był bardzo zamożny i bogato się ożenił. 
Pani  Katarzyna,  jego  żona,  kobieta  niezwykle  brzydka,  rzadko  tylko 
otwierała usta, ale mąż twierdził zawsze, że jest najmądrzejszą kobietą na 
świecie, dlatego ludzie przezywali ją żartobliwie „mądrą panią Katarzyną 
z  pięknym  głosem”.  Zdawało  się,  że  żyją  z  sobą  dobrze  i  miłują  się, 
chociaż pan Munan słynął z płochych obyczajów, zarówno dawniej, jak i 
po ożenieniu się.

Pan  Baard  syn  Piotra  był  starszym  już,  lecz  okazałym  i  pięknym 

mężczyzną, chociaż trochę otyłym i ociężałym. Włosy i brodę miał już 
nieco  wyblakłe,  lecz  zawsze  jeszcze  raczej  jasne  niż  białe.  Od  śmierci 
króla Magnusa syna Haakona żył spokojnie w swoich wielkich dobrach 
w Nord Möre. Dwukrotnie już owdowiał i miał wiele dzieci, wszystkie 
dorodne, dobrze wychowane i żyjące w dostatku.

Lavrans  i  jego  goście  udali  się  nazajutrz  na  rozmowę  do  izby  na 

piętrze. Lavrans prosił żonę, aby im towarzyszyła, ale nie chciała.

– Ty sam musisz tę sprawę rozstrzygnąć, Lavransie. Wiesz dobrze, że 

background image

jeśli nie dojdzie ona do skutku, sprawi to największe cierpienie naszej cór 
ce, lecz przyznaję: wiele rzeczy przemawia przeciw temu małżeństwu.

Pan Munan przedłożył list od Erlenda syna Mikołaja. Erlend prosił w 

nim Lavransa, by sam ustanowił wszelkie warunki, pod jakimi zechce mu 
oddać Krystynę. Był gotów poddać oszacowaniu swoje włości i dochody 
nieuprzedzonym  mężom  i  Krystynie  przeznaczyć  takie  wiano,  by  na 
wypadek, gdyby została bezdzietną wdową, stała się właścicielką trzeciej 
części jego dóbr prócz własnego posagu i wszelkiego dziedzictwa po swych 
krewnych. Poza tym chciał zezwolić, aby Krystyna zupełnie samodzielnie 
rozporządzała swoją własnością, i to zarówno tym, co otrzyma z domu, 
jak i tym, co od niego dostanie. Jeśliby Lavrans chciał jakiegoś innego 
rozdziału dóbr, chętnie zastosuje się we wszystkim do jego życzenia. Do 
jednej tylko rzeczy krewni Krystyny mieli się zobowiązać: gdyby się tak 
stało, że musieliby objąć opiekę nad jego i jej dziećmi, wówczas nie będą 
próbowali odebrać darowizny zapisanej dzieciom jego i Eliny córki Orma, 
ponieważ darowizna ta wydzielona została z jego majątku, zanim zawarł 
małżeństwo z Krystyną córką Lavransa. Wreszcie Erlend ofiarował się 
urządzić na Husaby gody weselne z całą należną wystawnością.

Lavrans zabrał głos i przemówił:
– Piękne to jest przedłożenie. Widzę, że bardzo zależy waszemu krewne 

mu na tym, by dojść ze mną do porozumienia. Widzę to także z tego, że 
po raz wtóry skłonił was, panie Munanie, abyście jechali do człowieka 
takiego jak ja, który poza tą doliną niewielkie ma tylko znaczenie, i że mąż 
taki jak wy, panie Baardzie, znosił uciążliwości tej podróży, by poprzeć 
pana Munana. Jednak co do prośby Erlenda chciałbym tyle powiedzieć, 
że  córka  moja  nie  została  tak  wychowana,  aby  mogła  samodzielnie 
rozporządzać włościami i bogactwem, zawsze bowiem dążyłem do tego, 
by ją dać człowiekowi, w którego ręce mógłbym spokojnie złożyć dobro 
mojego  dziecka.  Nie  wiem,  czy  Krystyna  nadaje  się  do  tego,  by  być 

background image

wyposażona w taką władzę, ale nie sądzę, aby się mogła z tym czuć dobrze. 
Jest łagodna i posłuszna – i to było jednym z powodów, że sprzeciwiłem 
się  temu  małżeństwu,  ponieważ  Erlend  niejednokrotnie  wykazał  brak 
rozumu.  Gdyby  była  samodzielną,  stanowczą  i  władczą  kobietą,  cała 
rzecz wyglądałaby inaczej. Pan Munan wybuchnął śmiechem i rzekł:

– Drogi Lavransie, skarżycie się, że dziewczyna za mało jest samo 

dzielna?

Pan Baard dodał z uśmiechem:
– Wydaje mi się, że wasza córka okazała dość własnej woli. Dwa lata 

wbrew waszemu oporowi wierna jest Erlendowi.

– O tym wiem dobrze, mimo to wiem także, co mówię. Dosyć ciężko 

jej było w tym czasie, gdy mi stawiała opór, i niedługo będzie szczęśliwa 
z mężem, który nie potrafi nad nią zapanować.

– Do diabła – rzekł pan Munan. – W takim razie musi się wasza córka 

bardzo  różnić  od  wszystkich  kobiet,  jakie  znałem,  gdyż  nie  spotkałem 
do tej pory ani jednej, która by nie pragnęła rządzić nie tylko sobą, ale i 
swoim mężem.

Lavrans wzruszył ramionami, lecz nic nie odparł. Wtedy rzekł Baard 

syn Piotra:

–  Pewien  jestem,  Lavransie  synu  Bjørgulfa,  że  nie  zwiększyła 

się  wasza  radość  z  powodu  małżeństwa  między  waszą  córką  a  moim 
wychowankiem, kiedy posłyszeliście o nieszczęsnym końcu tej kobiety, 
z którą żył. Ale teraz niechaj wam będzie wiadome, iż wyszło na jaw, że 
biedaczka  dała  się  uwieść  przez  innego  mężczyznę,  rządcę  Erlenda  na 
Husaby. Erlend wiedział o tym, kiedy jechał z nią przez dolinę, i chciał jej 
dać odpowiedni posag, jeśliby tamten się z nią ożenił.

– Czy pewni jesteście, że sprawa tak się miała? – spytał Lavrans. – 

Choć nie wiem, czy przez to coś odmieniło się na lepsze. Ciężko musiało 
być dla kobiety z dobrego rodu wejść na dwór jako pani, a wyjść zeń jako 

background image

żona pachołka.

Munan syn Baarda przerwał mu:
–  Pojmuję,  Lavransie  synu  Bjørgulfa,  że  co  najbardziej  macie  za 

złe me mu krewniakowi, to tę nieszczęsną historię z żoną Sigurda syna 
Saksulfa.  Przyznaję,  piękna  ta  historia  nie  była,  ale  musicie  pamiętać, 
na miłość Boską, człowieku, że młody chłopak żył pod jednym dachem 
z młodą i piękną kobietą, która miała starego, brzydkiego, niemrawego 
małżonka – a w tamtych stronach przez pół roku panuje noc; zdaje mi się, 
że nie mogło stać się inaczej, chyba żeby Erlend był święty. Nie da się 
zaprzeczyć, Erlend nigdy nie miał powołania na mnicha, ale nie sądzę też, 
by wasza młoda, piękna córka była zadowolona, gdybyście jej dali mnicha 
za  małżonka.  Prawda,  Erlend  prowadził  swe  sprawy  głupio,  a  nawet 
jeszcze gorzej. Ale ta historia musi się raz wreszcie skończyć. My, jego 
krewni, zrobiliśmy, co było można, by chłopca znów postawić na nogi. 
Kobieta owa nie żyje, a Erlend w miarę sił starał się o spokój jej duszy 
i ciała; sam biskup w Oslo odpuścił mu jego grzechy, a teraz powrócił 
oczyszczony przez pielgrzymkę do świętej Krwi w Zwierzynie. Chcecie 
być surowsi niźli biskup w Oslo czy też arcybiskup albo ktokolwiek, kto 
tam ma pieczę nad drogocenną Krwią?

Drogi Lavransie, czyste życie piękną jest rzeczą, ale naprawdę żaden 

dorosły człowiek nie może tak żyć bez szczególnej łaski Boga. Na świętego 
Olafa, musicie pamiętać, że sam święty król dopiero wtedy posiadł ów 
dar, gdy życie jego miało się ku schyłkowi. Snadź było Boską wolą, żeby 
wpierw spłodził dzielnego chłopca, króla Magnusa

[31]

, który precz wygnał 

pogańskich najeźdźców z północnych krajów. Król Olaf nie z małżonką 
spłodził tego syna, a pomimo to siedzi między najzacniejszymi świętymi 
w niebiosach. Widzę jednak, że mowa moja zdaje się wam nieprzystojna.

Pan Baard wtrącił:

[31]   Magnus Dobry (1035 1047) pobił i wygnał z Norwegii Duńczyków.

background image

– Lavransie synu Bjørgulfa, i mnie ta rzecz nie podobała się zgoła, 

kiedy Erlend przyszedł po raz pierwszy do mnie i oświadczył, że kocha 
dziewczynę  przyrzeczoną  innemu. Ale  później  pojąłem,  że  tych  dwoje 
młodych  tak  silnie  się  miłuje,  iż  grzechem  byłoby  chcieć  tę  przyjaźń 
zniweczyć. Erlend był ze mną na uczcie, którą w ostatni dzień Bożego 
Narodzenia wydał król Haakon dla swych ludzi. Tam spotkali się i gdy 
się tylko zobaczyli, padła wasza córka zemdlona i długi czas leżała jak 
martwa, a ja poznałem po moim wychowanku, że raczej życie postradałby 
aniżeli ją.

Lavrans siedział chwilę w milczeniu, zanim odpowiedział:
–  Coś  takiego  zdaje  się  człowiekowi  piękne,  gdy  czyta  o  tym  w 

opowieści z południowych krajów. Lecz nie żyjemy obecnie w Brytanii i 
wy również żądalibyście czegoś więcej od waszego przyszłego zięcia, niż 
żeby wasza córka mdlała na jego widok na oczach wszystkich.

Obaj mężowie milczeli; tedy Lavrans ciągnął dalej:
–  Myślę,  że  gdyby  Erlend  syn  Mikołaja  nie  umniejszył  zarówno 

swego majątku, jak i swej sławy, nie siedzielibyście teraz tutaj, moi zacni 
panowie, i nie prosilibyście człowieka mojego stanu tak usilnie, by dał 
mu swoją córkę za żonę. Lecz ja nie chcę, by mówiono o Krystynie, iż 
spotkał ją za szczyt, że wyszła za mąż na Husaby i dostała za małżonka 
człowieka z jednego spośród najznamienitszych rodów w kraju – wtedy 
gdy ów człowiek tak bardzo obarczył się hańbą, iż nie mógł oczekiwać 
lepszego małżeństwa i nie mógł podtrzymać świetności swego rodu.

Powstał gwałtownie i chodził niespokojnie po izbie. Ale pan Munan 

wybuchnął:

– Nie, Lavransie, skoro mówicie o obarczeniu się hańbą, to wiedzcie, 

na Boga, że zbyt jesteście dumni.

Pan Baard przerwał mu. Zbliżył się do Lavransa:
–  Dumni  jesteście,  Lavransie,  jak  owi  chłopi  z  dawnych  czasów, 

background image

którzy nie chcieli zaszczytów ani szlachectwa przyjmować od króla, gdyż 
duma ich nie pozwalała na to, aby ludzie mówili, że komukolwiek prócz 
siebie  coś  zawdzięczają.  To  jednak  chcę  wam  powiedzieć,  że  gdy  by 
nawet Erlend posiadał owo bogactwo i godności, które mu się z urodzenia 
należą, to i tak nie uważałbym za poniżenie prosić zamożnego człowieka 
z zacnego rodu, by dał swą córkę mojemu wychowankowi za żonę, o ile 
bym wiedział, że obojgu młodym serca pękną w razie rozłąki. Zwłaszcza 
gdyby rzecz tak się miała, że dla zbawienia ich duszy najlepiej byłoby, 
żeby się mogli pobrać.

Lavrans cofnął rękę, twarz jego wyrażała niechęć i chłód.
– Nie rozumiem, co macie na myśli, panie.
Obaj mężowie patrzyli chwilę na siebie, po czym pan Baard rzekł:
–  Myślę  o  tym,  co  mi  powiedział  Erlend,  że  związali  się  z  sobą 

najświętszymi ślubami. Może odpowiecie na to, że leży w waszej mocy 
zwolnić  córkę  od  danej  przysięgi,  ponieważ  złożyła  ją  bez  waszego 
zezwolenia, ale Erlenda zwolnić nie możecie – i nic innego, sądzę, tylko 
nade wszystko wasza duma stoi temu związkowi na przeszkodzie, i wasza 
nienawiść grzechu. Ale zdaje mi się, Lavransie, że chcecie być surowsi 
niż sam Bóg.

– Może jest trochę prawdy w waszych słowach, panie Baardzie. Ale 

głównie sprzeciwiłem się z tej przyczyny, że Erlend wydawał mi się zbyt 
niepewnym człowiekiem, bym mógł oddać mu córkę.

–  Sądzę,  że  teraz  mogę  ręczyć  za  mojego  wychowanka  –  rzekł 

wzruszonym głosem pan Baard. – Kocha on bardzo Krystynę i gdy mu 
ją dacie, zmieni się tak, że na pewno nie będziecie mieli powodu skarżyć 
się na waszego zięcia.

Lavrans nie zaraz odpowiedział. Tedy pan Baard wyciągnął rękę i z 

naciskiem przemówił:

–  W  imię  Boga,  Lavransie  synu  Bjørgulfa,  dajcie  wasze  słowo! 

background image

Lavrans podał rękę panu Baardowi:

– W imię Boga tedy!
Zawołano  Ragnfridę  i  Krystynę,  i  Lavrans  powiadomił  je  o  swym 

postanowieniu. Pan Baard powitał z godnością obie kobiety, pan Munan 
ujął rękę Ragnfridy i przemówił dwornie do niej; ale Krystynę pozdrowił 
według  cudzoziemskiego  obyczaju  pocałunkiem,  nazbyt  może  długim. 
Krystyna czuła, że ojciec cały czas patrzy na nią.

– A jak podoba ci się twój nowy krewny, pan Munan? – spytał drwiąco, 

gdy na chwilę zostali wieczorem sami.

Krystyna spojrzała błagalnie na ojca. Wówczas pogłaskał ją po twarzy 

i nic już więcej nie rzekł.

Gdy pan Baard i pan Munan udali się na spoczynek, Munan rzekł:
– Dałbym wiele za to, żebym mógł ujrzeć twarz Lavransa, gdyby się 

dowiedział prawdy o tej swojej kochanej córce. Musieliśmy obaj błagać 
na kolanach, aby Erlend dostał za żonę kobietę, która tyle razy była u 
niego w domu Brynhildy Fugi.

– Pilnuj swojej gęby – odparł rozgoryczony Baard. – Najgorsze ze 

wszystkiego, co Erlend kiedykolwiek uczynił, jest to, że zwabił to dziecko 
w takie miejsce. Nie daj Boże, by Lavrans się o tym miał dowiedzieć; 
najlepiej będzie dla nas wszystkich, gdy ci dwaj zostaną przyjaciółmi.

Omówiono,  że  zrękowiny  odbędą  się  jeszcze  tej  samej  jesieni. 

Lavrans  oświadczył,  że  nie  będzie  mógł  wydać  zbyt  wspaniałej  uczty 
z  powodu  nieurodzaju,  który  w  ubiegłym  roku  nawiedził  dolinę,  za  to 
jednak chce sam z całą wspaniałością wyprawić weselne gody na Jørund. 
Jako przyczynę swego żądania, aby czas narzeczeństwa trwał rok, podał 
znowu nieurodzaj.

background image

6

Zrękowiny zostały z wielu powodów odroczone; odbyły się dopiero w 

Nowy Rok. Natomiast Lavrans zgodził się, by nie odwlekać już wesela. 
Miano  je  wyprawić  zaraz  po  świętym  Michale,  jak  to  było  pierwotnie 
umówione.

Tak więc Krystyna przebywała na Jørund jako narzeczona Erlenda. 

Wraz z matką przejrzała całą przygotowaną dla niej wyprawę i pracowała 
pilnie,  by  dalej  napełniać  skrzynie  pościelą  i  odzieżą,  gdyż  było  wolą 
Lavransa niczego nie szczędzić, skoro już przyrzekł swoją córkę panu na 
Husaby.

Krystyna  dziwiła  się  samej  sobie,  że  nie  jest  weselsza.  Lecz  mimo 

całej krzątaniny nie było prawdziwej radości na Jørund.

Rodzice odczuwali boleśnie brak Ulvhildy. Krystyna czuła jednak, że 

nie tylko dlatego są cisi i smutni. Byli dla niej uprzejmi, ale o Erlendzie 
mówili  z  nią  niechętnie,  jedynie  dlatego,  by  sprawić  jej  przyjemność. 
Erlend w czasie krótkiego pobytu we dworze na zrękowinach także był 
cichy i ogromnie powściągliwy. Inaczej zapewne być nie mogło, myślała 
Krystyna; wiedział przecież, że ojciec jej niechętnie dał swoje zezwolenie.

Ona sama mogła zaledwie dziesięć słów zamienić z Erlendem w cztery 

oczy. Było dla nich czymś niezwykłym i dziwnym móc siedzieć razem 
przy wszystkich. Mało mieli do mówienia z sobą, zbyt wiele nazbierało 
się spraw im dwojgu tylko wiadomych. Świtała w niej niepewna, ciemna, 
ale wciąż obecna trwoga, że będzie im obojgu może nieraz trudno i ciężko 
po ślubie, ponieważ byli pierwej tak bardzo blisko siebie, a potem długi 
czas żyli w rozłące.

Ale usiłowała wybić sobie z głowy te myśli. Postanowiono, że Erlend 

ma ich odwiedzić około białej niedzieli. Spytał Lavransa i Ragnfridę, czy 

background image

mają coś przeciw temu, lecz Lavrans zaśmiał się i odpowiedział, że na 
pewno dobrze przyjmie swego zięcia.

W tych dniach będą więc mogli być znowu razem, będą mogli mówić 

z  sobą  jak  w  dawnych  czasach  i  wówczas  –  sądziła  Krystyna  –  ulotni 
się na pewno ów cień, kładący się między nimi na skutek zbyt długiego 
rozstania, kiedy to każde z nich musiało dźwigać swoje troski.

Na Wielkanoc bawił Szymon syn Andrzeja z żoną na Formo. Krystyna 

zobaczyła ich w kościele. Żona Szymona stała niedaleko niej.

„Jest  na  pewno  o  wiele  starsza  od  niego  –  myślała  Krystyna  –  ma 

chyba około trzydziestki”. Pani Halfrida była niska i szczupła, ale twarz 
jej miała dziwny urok; nawet barwa spłowiałych kasztanowych włosów, 
wymykających  się  spod  chustki,  była  łagodna;  pełne  łagodności  były 
także  jej  wielkie  i  szare,  skrzące  się  małymi,  złotymi  iskierkami  oczy. 
Każdy rys jej twarzy był czysty i delikatny, lecz cerę miała bladoszarą, 
a gdy otwierała usta, widać było zepsute zęby. Nie wyglądała zdrowo i 
rzeczywiście  była  chorowita,  kilkakrotnie  już  –  jak  mówiono  –  ciężko 
chorowała. Krystyna myślała o tym, jak też Szymon żyje ze swą żoną.

Ludzie z Jørund i Formo parokrotnie pozdrawiali się na kościelnym 

wzgórzu, lecz nie rozmawiali z sobą. Na trzeci dzień Szymon był sam w 
kościele. Podszedł do Lavransa i chwilę rozmawiali. Krystyna słyszała, że 
wspominali Ulvhildę. Potem rozmawiał z Ragnfridą. Ramborga, stojąca 
przy matce, ozwała się w głos: – Przypominam sobie ciebie dobrze, wiem, 
kto ty jesteś. – Szymon podniósł dziecko i podrzucił parę razy: – To ładnie 
z twojej strony, Ramborgo, żeś mnie nie zapomniała. – Krystynę powitał 
tylko z daleka. A potem rodzice nie wspominali zgoła o tym spotkaniu.

Lecz  Krystyna  wiele  o  nim  myślała.  Dziwnie  jej  się  zdało  widzieć 

Szymona  Darre  żonatym.  Tyle  dawnych  rzeczy  w  niej  odżyło; 
przypomniała  sobie  swą  ślepą  i  uległą  miłość  do  Erlenda. Teraz  to  się 
nieco zmieniło. Myślała o tym, czy też Szymon opowiedział żonie, jak 

background image

się z nią rozszedł, chociaż wiedziała, że nie zrobił tego „przez wzgląd na 
ojca” – pomyślała drwiąco. Było naprawdę pożałowania godne, że wciąż 
jeszcze  żyła  niezamężna  przy  rodzicach. Ale  byli  zaręczeni  i  Szymon 
mógł widzieć, że przeprowadziła swą wolę. Cokolwiek Erlend uczynił, 
jednak pozostał jej wierny, a ona także nie była lekkomyślna i płocha.

Pewnego wieczora, już z początkiem wiosny, Ragnfridą chciała posłać 

kogoś w dół doliny do starej Gunhildy, wdowy szyjącej futra. Wieczór 
był  tak  piękny,  że  Krystyna  podjęła  się  pojechać  sama;  pozwolono  jej 
wreszcie, gdyż wszyscy mężczyźni byli zajęci.

Słońce już zaszło i lekki mroźny opar unosił się ku złocisto błękitnemu 

niebu.  Przy  każdym  stąpnięciu  konia  słyszała  Krystyna  łamliwy  trzask 
lodu,  który  pod  wieczór  znowu  ściął  i  teraz  pod  kopytami  pryskał  na 
wszystkie  strony. Ale  w  gęstwinie  wzdłuż  drogi  radosny  śpiew  ptasząt 
rozbrzmiewał słodko i wiośniano w zapadającym zmierzchu.

Krystyna  jechała  szybko  w  dół  doliny,  nie  myślała  o  niczym 

określonym,  cieszyła  się  jedynie,  że  jest  znowu  na  dworze  i  czuje  się 
dobrze. Utkwiła wzrok w księżycowym sierpie, chowającym się właśnie 
za góry po drugiej stronie doliny. Toteż gdy koń nagle się spłoszył i stanął 
dęba, omal z niego nie spadła.

Ujrzała jakieś ciemne, skulone ciało, leżące na skraju drogi. Naprzód 

zlękła się okropnie. Stale tkwiła w niej straszliwa trwoga przed spotkaniem 
z obcymi na gościńcu. Potem pomyślała, że może to jakiś chory podróżny, 
i gdy opanowała konia, zawróciła i pojechała z powrotem pytając, kto to.

Ciemny tłumok poruszył się nieco i głos rzekł:
– Zdaje mi się, że to ty, Krystyno córko Lavransa.
– Brat Edwin? – spytała cicho. Przypuszczała zrazu, że może to jakaś 

diabelska sztuczka albo mamiące ją zwidzenie. Ale zbliżyła się do niego; 
był to rzeczywiście staruszek, tak osłabiony, że nie mógł się sam podnieść.

– Drogi ojcze, o takiej porze wędrujecie? – spytała zdumiona.

background image

– Niech będzie pochwalony Bóg, który cię zesłał na tę drogę – rzekł 

mnich.  Krystyna  dostrzegła,  że  drży  cały.  –  Wybrałem  się  do  was  na 
północ, ale już iść nie mogłem. Sądziłem już niemal, że jest wolą Boską, 
bym  pozostał  i  zmarł  na  tych  drogach,  po  których  włóczyłem  się  całe 
życie. Ale chciałem jeszcze przedtem wyspowiadać się i przyjąć ostatnie 
namaszczenie, i chciałem ciebie, moja córko, raz jeszcze obaczyć.

Krystyna pomogła mnichowi usadowić się w siodle; prowadziła konia 

za uzdę i podtrzymywała starca, który litował się nad nią, że przemoczy 
nogi w błocie, i jęczał cicho z bólu.

Opowiadał,  że  od  Bożego  Narodzenia  przebywał  w  Eyabu;  kilku 

bogatych chłopów z tej gminy ślubowało podczas nieurodzaju upiększyć 
kościół  nowymi  ozdobami.  Lecz  robota  szła  mu  niesporo.  Całą  zimę 
dręczyła go jakaś choroba, jakieś cierpienie żołądka: pluł krwią i nie mógł 
jeść.  Wierzył  mocno,  że  już  niedługo  będzie  żył,  i  tęsknił  do  swojego 
klasztoru:  chciał  tam  umrzeć  między  braćmi.  Ale  nagle  ogarnęła  go 
tęsknota,  by  raz  jeszcze  powędrować  w  górę  doliny;  wybrał  się  więc 
w  podróż  z  jakimś  zakonnikiem  jadącym  z  Hamaru  na  północ,  który 
miał  zostać  gospodarzem  schroniska  prowadzonego  przez  mnichów  w 
Roaldstad. Jednak od Fron szedł już sam.

– Doszły mnie słuchy – rzekł – żeś zaręczona z tym człowiekiem. Więc 

tak bardzo tęskniłem, by cię zobaczyć. Bolesne byłoby dla mnie, gdy by 
to miała być nasza ostatnia rozmowa… wówczas w kościele klasztornym. 
Tak ciężko było mi na sercu, Krystyno, żeś zeszła na drogi niepokoju.

Krystyna ucałowała ręce mnicha i rzekła:
– Naprawdę nie wiem, ojcze, com uczyniła albo czym sobie zasłuży 

łam, że mi okazujecie tak wielką miłość.

Mnich odparł cicho:
– Nieraz myślałem, Krystyno, że gdyby dane nam było częściej się 

spotykać, może zostałabyś moją duchową córką.

background image

–  Sądziliście,  że  wówczas  moglibyście  pokierować  mną  tak,  bym 

myśl moją zwróciła ku zakonnemu życiu? – spytała Krystyna. Po chwili 
dodała: – Sira Eirik przekonywał mnie nieraz, abym, jeśli nie uzyskam 
zezwolenia ojca i nie będę mogła poślubić Erlenda, wstąpiła do klasztoru 
i pokutowała za swoje grzechy.

– Często modliłem się o to, byś poznała tęsknotę za życiem zakonnym 

– rzekł brat Edwin. – Ale nigdy więcej, odkąd mi powiedziałaś o tym. 
Chciałem, abyś z dziewiczym wiankiem przyszła do Boga, Krystyno.

Gdy zajechali na Jørund, musiano brata Edwina znieść z konia do łoża. 

Położono go w starej zimowej izbie z paleniskiem i otoczono staranną 
opieką. Był bardzo chory. Sira Eirik przybył z lekami dla ciała i duszy i 
zajął się staruszkiem. Kapłan oświadczył, że brat Edwin cierpi na raka i 
dni jego są policzone. Sam brat Edwin mniemał, że gdy tylko wróci nieco 
do sił, spróbuje udać się na południe do swego klasztoru. Sira Eirik był 
jednak zdania, że nawet myśleć o tym niepodobna.

Wszystkim na Jørund zdawało się, jak gdyby razem z mnichem zawitał 

w dom wielki pokój i radość. Ludzie kręcili się ciągle po zimowej izbie i 
zawsze znalazł się ktoś, kto czuwał nocą przy chorym. Wszyscy mający 
czas gromadzili się w izbie i słuchali, kiedy sira Eirik czytał umierającemu 
coś z świętych ksiąg lub rozmawiał z nim o rzeczach Boskich. A choć 
wiele z tego, co brat Edwin mówił, było niejasne i trudne, to jednak ludzie 
uważali, że wzmacniał on i krzepił ich dusze, każdy bowiem widział, że 
mnich całą duszą miłuje Boga.

Ale starzec chętnie słuchał o wszelkich innych sprawach, wypytywał 

o nowiny z dolin, i prosił Lavransa, aby mu opowiedział o nieurodzaju. 
Byli  ludzie,  którzy  w  tym  smutnym  położeniu  chwytali  się  złych 
środków,  przed  którymi  wzdraga  się  chrześcijanin.  Nieco  dalej  w 
górach, po zachodniej stronie doliny, znajdowały się w paru miejscach 
wielkie,  białe  kamienie,  ukształtowane  na  podobieństwo  wstydliwych 

background image

części  ciała  ludzkiego,  i  ludzie  wpadli  na  myśl,  by  składać  w  ofierze 
owym  potwornościom  koty  i  dziki.  Wówczas  sira  Eirik  zebrał  kilku 
najpobożniejszych i najodważniejszych mężów, którzy udali się tam nocą 
i rozwalili owe kamienie. Lavrans był z nimi i mógł poświadczyć, że były 
całe osmarowane krwią, a kości i inne odpadki leżały rozsypane wokoło. 
Chodziły  też  wieści,  że  w  Heidal  ludzie  usadowili  pewną  staruchę  na 
skale i kazali jej śpiewać stare zaklęcia przez trzy czwartkowe noce.

Pewnej nocy Krystyna czuwała sama przy mnichu.
Około  północy  obudziły  go  wielkie  bóle.  Prosił  więc  Krystynę,  by 

wzięła księgę o cudach Przenajświętszej Panienki, którą pożyczył mu sira 
Eirik, i czytała z niej na głos.

Krystyna  nie  miała  wprawy  w  głośnym  czytaniu,  lecz  siadła  na 

stopniu łoża i postawiła świecę obok; potem położyła księgę na kolanach 
i czytała, jak mogła najlepiej.

Po pewnym czasie dostrzegła, że chory zagryza wargi i zaciska ręce 

z bólu.

– Bardzo cierpicie, drogi ojcze – rzekła zmartwiona Krystyna.
–  I  mnie  się  tak  widzi.  Lecz  wiem,  że  to  Bóg  zrobił  mnie  znowu 

dzieckiem i gna po świecie.

Przypominam sobie, że kiedyś, gdym był jeszcze maleńki, uciekłem 

z domu i pobiegłem do lasu. Zbłądziłem w nim i przez wiele dni i nocy 
nie mogłem trafić do domu. Moja matka była między ludźmi, którzy mnie 
odnaleźli, a gdy wzięła mnie na ręce, ugryzła mnie w kark, pamiętam to 
dobrze. Sądziłem, że robi tak ze złości, ale potem zrozumiałem to lepiej.

Teraz zaś tęsknię za tym, by wyjść z tego lasu do domu. Napisane jest: 

„Sprzedaj wszystko, co masz, a chodź ze mną”, ale tak wiele jest rzeczy 
na świecie, które by mi trudno było opuścić.

– Wam, ojcze? – rzekła Krystyna. – Zawsze mówiono, że jesteście 

wzorem czystego życia, ubóstwa i pokory.

background image

Mnich uśmiechnął się.
– Naprawdę, ty, dziecko, sądzisz, że nie ma innych pokus na świecie 

jak rozkosz, bogactwo i potęga. Mówię ci, małe to są rzeczy i znajduje 
my  je  na  przydrożach,  ja  jednak  miłowałem  samą  drogę,  bom  nie  ko 
chał  małych  rzeczy  tej  ziemi,  ale  cały  świat.  Bóg  użyczył  mi  łaski,  że 
od młodości pokochałem cnotę i ubóstwo, dlatego też sądziłem, że z taki 
mi  towarzyszkami  pójdę  wszędzie  bezpieczny,  tak  więc  wędrowałem  i 
chodziłem, i pragnąłem poznać wszystkie drogi świata. I moje serce, i 
moje myśli wędrowały i błąkały się – one także – i boję się, że często 
myśli  moje  o  najciemniejszych  sprawach  schodziły  na  manowce.  Ale 
te  raz  koniec  już,  Krystyno,  i  pragnę  jedynie  iść  do  domu,  do  mojego 
klasztoru, i słuchać tylko słów gwardiana, mówiących mi, w co mam wie 
rzyć i jak myśleć o moich grzechach i o łasce Boskiej.

Wkrótce  mnich  zasnął.  Krystyna  usiadła  przy  palenisku  i  czuwała, 

by ogień nie wygasł. Ale nad ranem, kiedy była już bliska uśnięcia, brat 
Edwin przemówił nagle ze swego łoża:

– Raduję się, Krystyno, że ta sprawa między tobą a Erlendem synem 

Mikołaja została doprowadzona do pomyślnego końca.

Wówczas Krystyna wybuchnęła płaczem:
– Tak niegodnie postępowaliśmy, zanim do tego doszło. Najbardziej 

dręczy mnie to, że memu ojcu przysporzyłam tyle cierpienia. I teraz nie 
jest on wesół. A przecież nie wie wszystkiego. Gdyby wiedział, na pewno 
straciłabym jego przyjaźń.

– Krystyno – rzekł łagodnie brat Edwin – czy nie pojmujesz, dziecko, 

iż właśnie dlatego musisz zamilczeć przed nim i nie sprawić mu jeszcze 
większego  bólu,  ponieważ  nigdy  nie  żądałby  on  od  ciebie  pokuty. 
Cokolwiek  byś  uczyniła,  nic  nie  zdoła  zmienić  uczuć  twego  ojca  dla 
ciebie.

W  parę  dni  potem  przyszedł  brat  Edwin  na  tyle  do  sił,  że  chciał 

background image

wyruszyć na południe. Ponieważ tak bardzo mu na tym zależało, kazał 
Lavrans  sporządzić  rodzaj  noszy  wiszących  między  dwoma  końmi  i 
sam odwiózł chorego do Lindstad; tam dostał brat Edwin nowe konie i 
nowe towarzystwo i w ten sposób dojechał aż do Hamaru. Tutaj zmarł w 
klasztorze braci dominikanów i w ich kościele został pochowany. Potem 
bracia  bosi  zażądali  wydania  zwłok,  gdyż  wielu  ludzi  w  okolicznych 
gminach  uważało  go  za  świętego  i  mówiono  o  nim  jako  o  świętym 
Edwinie; chłopi po górach i w dolinach aż do Trondhjem modlili się do 
niego. Powstał więc między dwoma zakonami długotrwały spór o zwłoki.

O tym wszystkim posłyszała Krystyna dużo później. Ale smuciła się 

bardzo żegnając mnicha. Wiedziała, że on jeden zna całe jej życie: znał 
niewinne dziecko, jakim była pod opieką ojca, i znał jej tajemne życie 
z  Erlendem,  tak  że  był  niby  klamra  spinająca  wszystko,  co  przedtem 
kochała, z tym, co obecnie wypełniało jej myśli. Teraz zaś przerwała się 
nić łącząca ją z ową dziewicą, którą była niegdyś.

7

Ragnfrida zanurzyła palec w ciepłej brzeczce

[32]

 braźnika.

–  Myślę  –  rzekła  –  iż  teraz  wystygła  już  na  tyle,  że  można  dodać 

drożdży.

Krystyna siedziała w drzwiach warzelni i przędła czekając, aż ukrop 

dostatecznie wystygnie. Odłożyła wrzeciono na próg, odwinęła chustę z 
małej kadzi zawierającej rozpuszczone drożdże i odmierzyła je.

– Przymknij najpierw drzwi – prosiła matka – aby nie było prze ciągu. 

Chodzisz, jakbyś spała, Krystyno – dodała gniewnie.

[32]   Ekstrakt słodowy, z którego po odgotowaniu w warniku wraz z chmielem i po 

odfermentowaniu otrzymywano piwo.

background image

Krystyna z wolna sączyła rozczyn do braźników z piwem, a matka 

mieszała.

„…Geirhilda córka Driva wzywała Harta, ale zjawił się Odyn. Przybył 

i pomógł warzyć jej piwo; w nagrodę zażądał tego, co było między kadzią 
a  nią…”  Była  to  saga,  którą  Lavrans  opowiadał  dawno  temu,  kiedy 
Krystyna była jeszcze dzieckiem.

To,  co  było  między  kadzią  a  nią…  Krystyna  czuła  się  słaba  i 

oszołomiona  ckliwym  zapachem  i  oparem  ziół  w  ciemnej,  zamkniętej 
warzelni.

Na  dziedzińcu  Ramborga  z  całą  gromadą  dzieci  chodziła  wkoło  i 

śpiewała:

Orzeł siaduje na najwyższej skale I krzywi swój złocisty szpon.
Krystyna wyszła z matką do małego przedsionka, gdzie stały puste 

kadzie  i  rozmaite  narzędzia.  Stamtąd  prowadziły  drzwi  na  niewielki 
skrawek  podwórza  między  tylną  ścianą  warzelni  a  płotem  okalającym 
pole  jęczmienne.  Kilka  świń  rzuciło  się  z  kwikiem  na  wylane  letnie 
wytłoczyny pchając się i gryząc.

Krystyna  ocieniła  oczy  przed  oślepiającym  południowym  słońcem. 

Matka popatrzyła na świnie i rzekła:

–  Trzeba  będzie  zabić  z  jakie  osiemnaście  renów,  inaczej  nie 

nastarczymy.

–  Sądzicie,  że  aż  tyle  będziemy  potrzebowali?  –  spytała  z 

roztargnieniem Krystyna.

– Pewnie, musimy przecie co dzień podawać dziczyznę i słoninę – 

odparła matka. – A ptaków i zajęcy mamy niewiele więcej, niż będzie 
potrzeba  w  świetlicy.  Musisz  pamiętać,  że  przybędzie  ze  służbą  i  z 
dziećmi – blisko dwieście osób, a także biednych musimy nakarmić. A 
jeślibyście nawet wy, Erlend i ty, odjechali piątego dnia, to i tak wielu 
gości pozostanie co najmniej przez cały tydzień.

background image

– Musisz tu zostać i uważać na piwo, Krystyno – rzekła po chwili 

Ragnfrida. – Pójdę tymczasem przygotować posiłek dla ojca i żniwiarzy.

Krystyna przyniosła wrzeciono i usiadła w tylnych drzwiach. Włożyła 

zwój wełny pod pachę, ale ręce wraz z wrzecionem opadły jej bezwładnie 
na łono.

Poza  płotem  skrzyły  się  w  słońcu  jęczmienne  kłosy  niby  srebro  i 

jedwab. Poprzez szum rzeki słyszała od czasu do czasu dźwięk kos na 
łąkach, czasem żelazo uderzało o kamień. Ojciec i żniwiarze pracowali 
pilnie chcąc ukończyć na czas sianokosy. Tyle jeszcze było do zrobienia 
przed jej weselem.

Zapach ciepławego słodu i gorzka woń świń… znowu zrobiło się jej 

niedobrze. Południowy upał osłabiał ją, była bliska zawrotu głowy. Blada 
i sztywna, siedziała czekając, aż to minie – nie chciała znowu się poddać.

Tak źle nie czuła się jeszcze nigdy. Nic nie pomagało, gdy próbowała 

się pocieszyć, że to jeszcze niezupełnie pewne, że może się myli. To, co 
było między nią a kadzią…

Osiemnaście reniferów. Blisko dwustu weselnych gości.
Będą się ludzie mieli z czego śmiać, skoro wyjdzie na jaw, że całą tę 

wspaniałość urządzono dla brzemiennej kobiety, by jeszcze na czas ukryć 
ją pod małżeńskim czepkiem.

O nie! Odrzuciła wrzeciono i zerwała się. Z czołem opartym o ścianę 

zwymiotowała pomiędzy pokrzywy krzewiące się tu gęsto. Roiło się na 
nich  od  brązowych  gąsienic;  na  ten  widok  poczuła  się  jeszcze  gorzej. 
Przesunęła ręką po spotniałych skroniach. O tak, to było całkiem pewne.

Mieli  zostać  poślubieni  w  drugą  niedzielę  po  świętym  Michale, 

a  potem  miano  przez  dziesięć  dni  obchodzić  wesele.  Do  tego  czasu 
pozostawało jeszcze więcej niż dwa miesiące, a zatem matka i inne kobiety 
w  dolinie  będą  mogły  po  niej  poznać…  Były  one  tak  doświadczone 
w  tych  sprawach,  wiedziały  zawsze,  że  jakaś  kobieta  spodziewa  się 

background image

dziecka, długo przedtem, zanim Krystyna mogła wyrozumieć, po czym to 
poznawały. „Biedaczka, taka jest blada.” – Niecierpliwie potarła rękami 
swoje policzki, gdyż czuła, że są bezkrwiste i białe.

Dawniej myślała nieraz, że kiedyś musi się to stać. I nie obawiała się 

tego tak strasznie. Lecz wówczas było to coś innego, wówczas nie śmieli i 
nie mogli się pobrać w prawowity sposób. Na pewno uważano to za hańbę 
i grzech; jeśli jednak chodziło o młodych ludzi, którzy nie chcieli się dać 
przemocą  rozdzielić,  patrzono  na  to  z  pobłażaniem  i  mówiono  o  nich 
życzliwie.  Nie  wstydziłaby  się  w  takim  razie.  Jeśli  jednak  coś  takiego 
zachodziło  między  narzeczonymi,  wyśmiewano  ich  tylko  i  żartowano 
rubasznie.  Ona  sama  uważała,  że  to  jest  śmieszne;  tutaj  oto  warzyli 
piwo, mieszali wino, miano bić bydło i piec, i smażyć na weselne gody, 
o których ludzie będą opowiadać, a jej, narzeczonej, robiło się słabo, gdy 
tylko zapachniało jedzenie, przemykała się chyłkiem, z zimnym potem na 
czole, za gospodarskie zabudowania i czuła się tak nędznie.

Erlend… Zaciskała w złości zęby. Tego powinien jej był zaoszczędzić, 

gdyż ona nie chciała. Powinien był pamiętać o tym, że przedtem, gdy ich 
los był taki niepewny, gdy niczemu nie mogła ufać prócz jego miłości, 
była  mu  zawsze  powolna.  Powinien  był  ją  ostawić  w  spokoju,  skoro 
próbowała opierać się, sądząc, że niepięknie jest z ich strony wykradać 
coś dla siebie, gdy już ojciec w obecności krewnych złączył ich ręce. Ale 
wziął ją po trochu przemocą, po trochu śmiechem i pieszczotą, tak że nie 
mogła okazać, jak prawdziwy był jej opór.

Weszła do warzelni i zajrzała do piwa, wyszła z powrotem i pochyliła 

się przez płot. Zboże kołysało się lekko w słabym wietrze i lśniło w słońcu. 
Nie  przypominała  sobie,  aby  kiedykolwiek  widziała  zboże  tak  gęste  i 
bujne jak tego lata. Za polami połyskiwała rzeka i dochodził stamtąd głos 
ojca; słów nie odróżniała, ale dolatywał ją śmiech ludzi od strony wysepki 
na rzece.

background image

Miałaż  iść  do  ojca  i  wyznać  mu  prawdę?  Prosić  go,  by  poniechał 

wszelkiego zbytku i cicho połączył ją i Erlenda bez uroczystego ślubu 
w kościele i bez hucznych uczt – teraz, gdy chodziło jedynie o to, by się 
dostała pod małżeński czepiec, zanim dla wszystkich będzie widoczne, że 
już nosi dziecię Erlenda pod sercem?

Także  Erlend  wystawiony  będzie  na  pośmiewisko  albo  też  jemu 

wezmą to jeszcze bardziej za złe: wszak nie był już młokosem. Lecz on 
to właśnie pragnął tego wesela, on chciał ją widzieć w ślubnej koronie, 
w jedwabiach i aksamitach, a prócz tego chciał także posiadać ją w tych 
wszystkich słodkich, potajemnych godzinach. Ona zaś poddawała mu się 
we wszystkim – i nadal będzie uległa.

W końcu sam przecież zobaczy, że nikt nie może mieć wszystkiego 

naraz. Mówił wszak nieraz o wielkiej biesiadzie, jaką wyprawi na Husaby 
w pierwsze Boże Narodzenie, kiedy ona jako pani zasiądzie na poczesnym 
miejscu.  Chciał  pokazać  swym  krewnym,  przyjaciołom  i  ludziom  z 
okolicznych  gmin  ów  klejnot,  który  zdobył.  Krystyna  uśmiechnęła 
się  drwiąco.  Ta  uczta  na  pewno  nie  będzie  się  mogła  odbyć  na  Boże 
Narodzenie.

Około świętego Grzegorza musi się już spodziewać. Huragan myśli 

wstrząsnął nią, gdy mówiła sobie, że na świętego Grzegorza ma urodzić 
dziecko. Bała się także trochę; pamiętała dobrze krzyki matki, rozlegające 
się  przez  dwa  dni  i  dwie  noce  na  dziedzińcu,  kiedy  przyszła  na  świat 
Ulvhilda.  Niedaleko  na  Ulsvold  zmarły  dwie  młode  kobiety  jedna  po 
drugiej, przy porodzie, a także dwie pierwsze żony Sigurda z Lopt. I jej 
własna babka, której imię nosiła.

Ale czuła jeszcze coś innego prócz trwogi. Tak często w ciągu tych lat 

myślała o tym, ilekroć widziała, że jeszcze nie jest brzemienna: może to 
miała być kara dla niej i Erlenda, iż miała na zawsze pozostać bezpłodna. 
Mieli daremnie czekać i czekać na to, czego się przedtem obawiali, mieli 

background image

niezmiennie wierzyć, że przyjdzie to, czego przedtem niezmiernie się bali. 
Aż w końcu zrozumieją, że wyniosą ich oboje samotnych i bezpotomnych 
ze  starego  dziedzictwa  Erlenda,  i  że  odejdą  na  zawsze;  brat  jego  był 
wszak księdzem, dzieci, które miał Erlend, nie mogły po nim dziedziczyć. 
Munan Tępy i jego synowie przyjdą na dwór i zajmą ich miejsce, i pamięć 
Erlenda zaginie w jego rodzie.

Mocno  przycisnęła  rękę  do  łona.  Było  tu:  pomiędzy  płotem  a  nią, 

pomiędzy kadzią a nią. Pomiędzy nią a światem całym było: prawdziwy 
syn Erlenda. Już zrobiła próbę, o której raz wspominała pani Aashilda, 
próbę  krwi  z  prawego  i  lewego  ramienia.  Syna  nosiła  w  swym  łonie. 
Co też jej przyniesie?… Przyszli jej na myśl trzej zmarli bracia, smutne 
twarze  rodziców,  ilekroć  o  nich  wspominano;  przypomniała  sobie,  jak 
rodzice  rozpaczali  z  powodu  Ulvhildy,  i  noc,  kiedy  Ulvhilda  zmarła.  I 
pomyślała  o  całym  smutku,  jaki  ona  zgotowała  rodzicom,  o  steranej 
twarzy ojca, a jeszcze nie było końca zmartwieniom, które z jej powodu 
miały na nich spaść.

A przecież mimo wszystko… Krystyna skłoniła głowę na ramię oparte 

o płot; drugą rękę ciągle jeszcze trzymała na łonie. Jeśliby nawet miało jej 
to przynieść nowe cierpienia, jeśliby jej to miało przynieść śmierć – wolej 
umrzeć, a urodzić Erlendowi syna, niż żeby po ich śmierci dwory stały 
puste, a zboże na polach dla obcych miało się kołysać.

Ktoś wszedł do przedsionka. „Piwo” – pomyślała Krystyna; już dawno 

powinna była do niego zajrzeć. Wyprostowała się.

Nagle Erlend ukazał się w drzwiach i promieniejący radością wyszedł 

w słoneczny blask.

– Tu jesteś! – powiedział. – I nawet nie wychodzisz mi naprzeciw? 

Zbliżył się do niej i uścisnął ją czule.

–  Najdroższy,  przybyłeś  do  nas?  –  spytała  zdumiona.  Widocznie 

przed chwilą dopiero zeskoczył z konia; miał jeszcze na sobie podróżną 

background image

opończę i miecz przy boku, był zarośnięty, brudny i zakurzony. Ubrany 
był w czerwony kaftan, opadający w fałdach na piersi i rozcięty po bokach 
prawie pod pachy. Kiedy szli obok siebie przez warzelnię i dziedziniec, 
kaftan jego rozchylał się tak, że uda były widoczne aż po biodra. Dziwne 
– nigdy dotąd nie zauważyła, że Erlend stawia stopy trochę na zewnątrz, 
przedtem widziała tylko, że ma długie, smukłe nogi, smukłe przeguby i 
niewielkie, zgrabne stopy.

Erlend  przybył  z  całą  gromadą:  z  pięcioma  pachołkami  i  czterema 

końmi idącymi luzem. Tłumaczył Rangfridzie, że przyjechał po sprzęty 
Krystyny; będzie zapewne dogodniej dla niej, gdy przybywszy na Husaby 
zastanie tam już swoje rzeczy. A że ślub miał się odbyć późną jesienią, 
trudno  byłoby  wtedy  je  przewieźć,  na  łodzi  zaś  niejedno  mogłoby 
ulec  zniszczeniu.  Otóż  opat  z  Nidarholmu  zaofiarował  się  przewieźć 
rzeczy  do  klasztoru  św.  Wawrzyńca  statkiem  towarowym,  który  około 
Wniebowzięcia Panny Maryi miał odpłynąć z Veøy. Przybył więc, aby 
przewieźć rzeczy przez dolinę Raum nad fiord.

Siedział  w  drzwiach  kuchni,  popijał  piwo  i  mówił,  tymczasem  zaś 

Ragnfrida i Krystyna skubały dzikie kaczki, które Lavrans przyniósł do 
domu. Matka i córka były same we dworze, cała służba pomagała na łące 
przy sianokosach. Erlend był rozradowany i nadzwyczaj zadowolony z 
samego siebie, że przybywa w tak rozsądnej sprawie.

Matka wyszła, Krystyna doglądała rożna z ptactwem. Przez otwarte 

drzwi widziała gromadę ludzi, spoczywających w cieniu z drugiej strony 
dziedzińca, dzban piwa krążył tam z rąk do rąk. Erlend siedział na progu, 
rozmawiał i śmiał się. Słońce padało właśnie na jego odkryte kruczoczarne 
włosy i dostrzegła wśród nich parę srebrnych nitek. Tak, pewnie będzie 
miał wkrótce trzydzieści dwa lata, ale zachowuje się jak młody chłopak. 
Czuła, że nie będzie mogła mu powiedzieć o swych troskach; dość będzie 
czasu, skoro sam spostrzeże. Serdeczna, dobra tkliwość rozwiała jej złość 

background image

i gniew, spłukała je tak, jak przejrzysta rzeka spłukuje kamienie łożyska.

Kochała go ponad wszystko i miłość ta wypełniała jej serce, chociaż 

przez  cały  czas  wiedziała  i  widziała  też  tamto:  jak  mało  pasuje  ten 
dworny mąż w wytwornym czerwonym kaftanie, ze srebrnymi ostrogami 
na nogach i w pozłocistym pasie do żniwiarskiej krzątaniny na Jørund. 
Zauważyła również, że ojciec nie wrócił na dwór, choć matka posłała po 
niego nad rzekę Ramborgę z wieścią, jaki gość do nich przybył.

Erlend stanął przy niej i objął ją.
– Czy nie zdaje ci się dziwne – rzekł promieniejący – że to na nasze 

wesele sposobi się to wszystko?

Krystyna  pocałowała  go  i  odsunęła  się  nieco;  oblewała  tłuszczem 

ptaki i prosiła, by nie przeszkadzał jej w pracy. Nie, nie chciała mu tego 
powiedzieć.

Lavrans wrócił do domu dopiero wieczorem razem z czeladzią. Nie 

bardzo  różnił  się  od  swych  pachołków;  miał  nie  farbowany,  do  kolan 
sięgający wełniany kaftan, wełniane spodnie aż po kostki, był bosy, a kosę 
niósł na ramieniu. Jedynie skórzany kołnierz dla sokoła, siedzącego mu 
na  lewym  ramieniu,  wyróżniał  jego  strój  od  stroju  czeladzi.  Prowadził 
Ramborgę za rękę.

Lavrans powitał serdecznie swego zięcia i prosił o wybaczenie, że nie 

przyszedł wcześniej, ale spieszy się bardzo z pracą w polu, gdyż będzie 
musiał między sianokosami a żniwami udać się do miasta. Kiedy jednak 
Erlend po wieczerzy przedłożył swoją prośbę, Lavrans rozgniewał się.

Stanowczo nie może teraz podczas żniw obejść się bez wozu i koni. 

Erlend  odparł,  że  ma  z  sobą  cztery  konie.  Lavrans  obliczał,  że  będą 
przynajmniej trzy wielkie tłumoki. Poza tym zaś Krystyna musi tu jeszcze 
mieć  swoją  odzież. A  pościel,  którą  Krystyna  miała  z  domu  otrzymać, 
będzie też potrzebna podczas wesela, gdy trzeba będzie przyjąć tylu gości.

To nic, łagodził Erlend. Ostatecznie znajdzie się rada, aby przewieźć 

background image

te rzeczy jesienią. Ale on się tak bardzo cieszył i sądził, że plan opata, 
by przewieźć rzeczy na klasztornym statku, jest bardzo roztropny. Opat 
przypomniał sobie o pokrewieństwie, które ich łączyło. – To sobie teraz 
wszyscy  przypominają  –  mówił  śmiejąc  się  Erlend.  Niezadowolenie 
teścia bynajmniej nie odebrało mu humoru.

Zgodzono się na to, że Erlend pożyczy od Lavransa wóz i przewiezie 

jeden z tobołów, zawierający rzeczy najpotrzebniejsze dla Krystyny na 
nowym gospodarstwie.

Nazajutrz przez cały dzień pilnie pakowano. Wielkie i małe krosna 

–  sądziła  matka  –  można  już  teraz  odesłać;  na  pewno  Krystyna  przed 
ślubem nie będzie miała czasu tkać. Ragnfrida i córka odcięły rozpiętą 
na  nich  tkaninę;  była  to  nie  farbowana  fryza,  ale  cieniutka  i  miękka, 
przetykana węzełkami z czarnej wełny. Krystyna i matka zwinęły materiał 
w zwój i wpakowały do skórzanego wora. Krystyna pomyślała, że nada 
się na powijaki – będą pięknie wyglądały opasane czerwoną lub niebieską 
wstęgą.

Spakowano  również  stolik  do  szycia,  który  Arne  ongi  dla  niej 

sporządził. Krystyna wyjęła ze skrzyni wszystko, co otrzymała w darze 
od Erlenda. Pokazała matce niebieskie aksamitne okrycie z czerwonym 
wzorem, które miała włożyć jadąc do ślubu. Matka obracała i oglądała 
okrycie dotykając materii i futrzanego podbicia.

–  To  bardzo  kosztowne  okrycie  –  rzekła  Ragnfrida.  –  Kiedy  ci  je 

Erlend darował?

– Dał mi je, gdy byłam w klasztorze – odparła córka. Wyprawowa 

skrzynia  Krystyny,  w  którą  matka  od  jej  dzieciństwa  kładła  wszystko, 
została przepakowana. Była ona ozdobiona płytkami, na każdej zaś płytce 
było wyrzeźbione zwierzę albo ptak wśród liści. Suknię ślubną Krystyny 
włożyła Ragnfrida do jednej ze swych skrzyń.

Nie ukończono jej jeszcze; zaczęły ją szyć dopiero tej zimy. Była ze 

background image

szkarłatnego jedwabiu i tak skrojona, że miała przylegać ściśle do ciała. 
„Teraz będzie na pewno za wąska w piersiach” – pomyślała Krystyna.

Pod wieczór tobół spakowany i obwiązany sznurem leżał na wozie. 

Erlend miał wyruszyć nazajutrz wczesnym rankiem.

Stał obok Krystyny oparty o płot i spozierał na północ, kędy czarna, 

zwiastująca burzę chmura przesłoniła dolinę. W górach przewalał się już 
przeciągły grzmot, ale na południu łąki i rzeka leżały jeszcze w żółtym, 
oślepiającym blasku.

– Pamiętasz ową burzę wtedy w lesie w Gerdarud? – spytał cicho, 

pieszcząc jej palce.

Krystyna  skinęła  głową  i  starała  się  uśmiechnąć.  Powietrze  było 

niemożliwie ciężkie i duszne, głowa ją bolała i pot występował na ciało 
przy każdym oddechu.

Lavrans przystąpił do nich i zaczął mówić o pogodzie. Tutaj, w dolinie, 

burza rzadko tylko wyrządza szkody, ale Bogu tylko wiadomo, czy znów 
nie posłyszą o ofiarach wśród bydła i koni pasących się w górach.

Na  wzgórzu  ponad  kościołem  czarno  było  jak  w  nocy.  Wtem 

błyskawica  oświetliła  skłębioną  i  niespokojną  gromadę  koni,  stojących 
na łące przed parkanem cmentarnym. Lavrans sądził, że to nie są konie z 
doliny, raczej będą to konie z Dovre, pasące się niżej w górach; pójdzie na 
wzgórze i zobaczy – wołał wśród łoskotu piorunów – czy nie ma między 
nimi jego koni.

Przeraźliwa błyskawica rozdarła ciemność na wzgórzu; grzmot huknął 

tak potężnie, że słowa nie można było zrozumieć. Konie rozbiegły się po 
łąkach poniżej zbocza. Troje ludzi przeżegnało się. I nagle jeszcze jedna 
błyskawica; zdawało się, że niebo rozwiera się i olbrzymi, śnieżnobiały, 
płomienny  wąż  syczy  nad  nimi.  Wszyscy  troje  zachwiali  się  i  wpadli 
na siebie; stali z zamkniętymi, oślepionymi oczyma i czuli swąd jakby 
rozpalonych kamieni, a ryk pioruna rozdzierał im uszy.

background image

– Święty Olafie, ulituj się nad nami – szepnął Lavrans.
– Patrzcie na brzozę, patrzcie na brzozę! – zawołał Erlend. Wielka 

brzoza  zachwiała  się,  potężny  konar  oderwał  się  i  upadł  na  ziemię, 
odłupując z pnia grubą szczapę.

– Zdaje mi się, że się pali! Chryste, pali się dach kościoła! – krzyknął 

Lavrans.

Stali i patrzyli w tamtą stronę. Nie… Tak! Czerwone płomienie lizały 

już gonty pod sygnaturką dachu.

Obaj  mężczyźni  w  wielkich  susach  pobiegli  przez  dziedziniec. 

Lavrans otwierał wszystkie wrota i krzyczał; ludzie wybiegali gromadą.

– Bierzcie topory, bierzcie topory! Wielkie topory! – wołał. – I osęki! 

–  Pobiegł  ku  stajni.  Wnet  wyszedł,  prowadząc  Guldsveina  za  grzywę, 
wskoczył  na  nie  osiodłanego  konia  i  pognał  w  kierunku  północnym,  z 
wielką  siekierą  w  ręku.  Erlend  cwałował  tuż  za  nim,  pozostali  w  ślad 
za  nimi.  Niektórzy  byli  na  koniach,  ale  innym  nie  udało  się  okiełznać 
spłoszonych  zwierząt,  pobiegli  więc  pieszo.  Na  korku  szła  Ragnfrida  i 
dziewki dworskie z kadziami i wiadrami.

Nikt  już  nie  zważał  na  burzę.  W  świetle  błyskawic  widać  było  w 

dolinie ludzi wybiegających z domów. Sira Eirik biegł już na kościelne 
wzgórze,  jego  czeladź  za  nim.  W  dole  zagrzmiały  kopyta  końskie  na 
moście, kilku ludzi przejechało pędem; blade, przerażone twarze zwracali 
w stronę płonącego kościoła.

Lekki  wiatr  wiał  z  południowego  wschodu.  Ogień  nadwerężył 

już  mocno  północną  ścianę  kościoła;  wrota  po  zachodniej  stronie  były 
niedostępne.  Ale  strona  południowa  i  prezbiterium  były  jeszcze  nie 
naruszone.

Krystyna i kobiety z Jørund weszły od południowej strony na cmentarz 

przez wyłamany w tym miejscu płot.

Olbrzymia, czerwona łuna oświetlała las na północ od kościoła i łąkę 

background image

z palami do uwiązywania koni. Tam nikt już nie mógł się dostać z powodu 
gorąca – tylko samotny krzyż stał skąpany w blasku płomieni. Zdawał się 
ożywać i poruszać.

Wśród trzasku i syku ognia słychać było stuk toporów, uderzających 

w belki południowej ściany. W krużganku stali ludzie rąbiący i walący 
co  sił,  inni  tymczasem  usiłowali  zerwać  sam  krużganek.  Paru  z  nich 
zawołało do kobiet z Jørund, że Lavrans i jeszcze kilku mężów weszło 
wraz z sirą Eirikiem do kościoła; oni zaś muszą wyrąbać otwór w ścianie, 
już bowiem małe, ogniste języki pełzały i tutaj pomiędzy gontami dachu. 
Gdyby wiatr ustał lub zmienił kierunek, ogień objąłby cały kościół.

Nie mogło być mowy o gaszeniu; nie było czasu, aby ustawić się w 

łańcuchu do rzeki, ale na wezwanie Ragnfridy kobiety stanęły i podawały 
wiadrami wodę z małego strumyka płynącego nieco na zachód równolegle 
do drogi, w ten sposób mogły przynajmniej oblewać południową ścianę 
kościoła i ludzi pracujących przy niej. Wiele kobiet szlochało w głos ze 
wzruszenia i obawy o ludzi, którzy wdarli się do płonącego budynku, i ze 
zmartwienia o kościół.

Krystyna  stała  jedna  z  pierwszych  w  szeregu  kobiet  i  podawała 

wiadra; bez tchu wpatrywała się w kościół, gdzie trudzili się mężczyźni, 
ojciec i zapewne też Erlend.

Teraz zburzone filary krużganka spiętrzyły się w bezładny stos razem 

z  belkami  i  gontami  dachu.  Ludzie  walili  z  całych  sił  w  belkowanie 
kościoła, cała gromada podniosła wielki pień i uderzyła nim o ścianę.

Erlend i jeden z jego ludzi wyszli przez małe drzwi na południowej 

stronie koło prezbiterium; z trudem dźwigali wielką skrzynię z zakrystii 
–  tę  samą,  na  której  siadywał  sira  Eirik  słuchając  spowiedzi.  Erlend  i 
pachołek wynieśli skrzynię na cmentarz.

Krystyna nie słyszała, co wołał, kiedy biegł z powrotem do krużganka. 

Był  zwinny  jak  kot;  zrzucił  z  siebie  wierzchnią  szatę  i  został  tylko  w 

background image

koszuli, spodniach i pończochach.

Inni posłyszeli jego wołanie. Paliło się w zakrystii i w prezbiterium; 

nie można już było dostać się z głównej nawy do drzwi w południowej 
ścianie,  ogień  zagrodził  teraz  oba  wejścia.  Parę  belek  w  ścianie  było 
już  strzaskanych.  Erlend  chwycił  osęk,  rwał  i  szarpał  co  sił;  udało  mu 
się  zrobić  wyłom  w  ścianie.  Tymczasem  inni  wołali,  aby  się  mieć  na 
baczności, bo dach może runąć na tych, którzy są wewnątrz; płonęła już 
teraz także druga jego strona, a żar był nie do wytrzymania.

Erlend wszedł przez wyłom i pomógł sirze Eirikowi wydostać się z 

kościoła. Kapłan niósł w połach sutanny święte naczynia z ołtarza.

Za  nim  postępował  młody  chłopiec  przesłaniając  sobie  twarz  ręką 

i pchając przed sobą wysoki krzyż używany podczas procesji. Za nimi 
szedł Lavrans. Dla ochrony przed dymem miał zamknięte oczy i chwiał 
się pod ciężkim krucyfiksem niesionym w ramionach; krzyż był o wiele 
wyższy od niego.

Podbiegli ludzie, pomogli im zejść na ziemię. Sira Eirik potknął się, 

upadł  na  kolana,  a  święte  naczynia  potoczyły  się  po  wzgórzu.  Srebrna 
gołębica otwarła się i hostia wypadła. Kapłan podniósł ją, obtarł i ucałował 
łkając głośno; potem ucałował pozłacaną męską główkę, która stała nad 
ołtarzem i zawierała trochę włosów i paznokci świętego Olafa.

Lavrans syn Bjørgulfa wciąż jeszcze trzymał krucyfiks. Ramiona jego 

leżały  na  ramionach  krzyża,  a  głowę  pochylił  na  barki  Chrystusowego 
wizerunku; zdawało się, że Zbawiciel skłania swą piękną, cierpiącą twarz 
pocieszając człowieka.

Po  północnej  stronie  zapadał  się  teraz  kawałkami  dach  dzwonnicy 

stojącej przy parkanie; płonąca belka spadając uderzyła z mocą w wielki 
dzwon.  Dzwon  zabrzmiał  głębokim,  łkającym  tonem,  który  zamarł  w 
przewlekłym jęku, zgłuszonym trzaskiem ognia.

Nikt nie zwracał przez cały czas uwagi na burzę; nie trwała ona długo, 

background image

ale i tego ludzie nie dostrzegli. Teraz błyskało się i grzmiało dużo niżej w 
dolinie, deszcz padający od jakiegoś czasu wzmógł się, a wiatr uspokoił.

Ale  naraz  jakby  rozwinięto  płomienne  żagle:  jedno  mgnienie  oka  i 

ogień z rykiem objął cały kościół od jednego krańca po drugi.

Ludzie rozbiegli się przed buchającym żarem. Erlend znalazł się nagle 

przy Krystynie i pociągnął ją za sobą na dół. Czuć go było spalenizną; gdy 
przesunęła ręką po jego głowie i twarzy, pełno spalonych włosów zostało 
jej w garści.

W trzasku pożaru nie słyszeli nawet własnych głosów, lecz Krystyna 

widziała,  że  Erlend  ma  spalone  aż  do  korzonków  brwi,  oparzeliny  na 
twarzy i koszulę w kilku miejscach spaloną. Ze śmiechem pociągnął ją 
za innymi.

Ludzie postępowali za płaczącym starym kapłanem i za Lavransem 

synem Bjørgulfa, dźwigającym krucyfiks.

Na  skraju  cmentarza  Lavrans  postawił  krzyż  i  oparł  go  o  drzewo, 

potem  osunął  się  na  szczątki  płotu.  Sira  Eirik  już  tam  siedział,  teraz 
wyciągnął ramiona w stronę płonącego kościoła:

– Bądź zdrów, bądź zdrów, kościółku Olafa. Bóg niech cię błogosławi 

za  każdą  godzinę,  w  której  śpiewałem  i  odprawiałem  mszę  w  twoich 
ścianach. Dobranoc, dobranoc, kościele Olafa.

Cała  gmina  szlochała  głośno  wraz  z  nim.  Deszcz  lał  na  stojącą 

gromadę,  ale  nikt  nie  myślał  o  odejściu.  Nie  liczono  na  to,  aby  w 
nasyconym  smołą  belkowaniu  deszcz  mógł  uśmierzyć  ogień;  naokoło 
sypały  się  płonące  głownie  i  do  czerwoności  rozżarzone  gonty.  Potem 
runęła w ogień sygnaturka i snop iskier prysnął ku niebu.

Lavrans siedział ręką zasłaniając twarz, drugie ramię spoczywało na 

jego kolanach i Krystyna spostrzegła, że rękaw od pleców aż po dłoń jest 
skrwawiony, a krew cieknie po plecach. Podeszła i dotknęła ojca.

– To nic, coś upadło mi tylko na barki – rzekł unosząc głowę. Twarz 

background image

jego była biała aż po wargi. – Ulvhilda – szepnął z bólem i spojrzał na 
morze płomieni.

Sira Eirik dosłyszał i położył mu rękę na ramieniu.
–  Twego  dziecka  to  nie  obudzi,  Lavransie.  Ulvhilda  śpi  mocno, 

chociaż pali się nad jej grobem. Ona nie straciła przytułku dla swej duszy 
jak my wszyscy dzisiaj.

Krystyna ukryła twarz na piersi Erlenda. Słyszała, że ojciec pyta o 

Ragnfridę.

Paru  ludzi  odpowiedziało,  że  jakaś  kobieta  z  przerażenia  dostała 

bólów porodowych. Zaniesiono ją na probostwo i Ragnfrida poszła z nią.

Teraz  przypomniała  sobie  Krystyna  znów  o  tym,  o  czym  zupełnie 

nie myślała od wybuchu pożaru w kościele. Nie powinna była zapewne 
patrzeć  na  ogień.  Na  południu  doliny  żył  człowiek,  mający  czerwoną 
plamę  na  twarzy:  opowiadano,  że  matka  jego,  gdy  go  nosiła  w  łonie, 
patrzyła na pożar. – „Droga Przenajświętsza Panienko – modliła się w 
duchu – nie daj, by dziecko moje coś ucierpiało”.

Na drugi dzień zwołano na kościelnym wzgórzu thing gminny; miano 

radzić nad tym, jak odbudować kościół.

Krystyna  odszukała  na  Romund  sirę  Eirika,  nim  poszedł  na  thing. 

Spytała kapłana, czy ma uważać ów pożar za znak. Może jest wolą Boga, 
aby  wyznała  ojcu,  że  niegodna  jest  włożyć  ślubną  koronę,  że  raczej 
przystoi, by ją dał bez wszelkich uroczystości Erlendowi synowi Mikołaja 
za żonę.

Lecz sira Eirik rozgniewał się na nią, oczy błyszczały mu złością:
– Sądzisz, iż Bóg tak bardzo troszczy się o to, że wy, suki, gonicie 

się  i  precz  rzucacie  wasze  dziewictwo,  by  z  tego  powodu  pozwolił  na 
spalenie pięknego, czcigodnego kościoła! Poniechaj ty swej dumy i nie 
rób  Lavransowi  i  twojej  matce  zmartwienia,  które  niełatwo  byłoby  im 
znieść. Jeśli w dzień swego święta niegodna będziesz noszenia ślubnej 

background image

korony, tym gorzej dla ciebie, ale tym bardziej potrzebujecie, ty i Erlend, 
uświęcenia  przez  Kościół.  Każdy  musi  odpowiadać  za  swoje  grzechy; 
dlatego  na  pewno  spadło  na  nas  wszystkich  to  nieszczęście.  Staraj  się 
poprawić życie, i za równo ty, jak i Erlend pomóżcie odbudować kościół.

Krystyna pomyślała, że o ostatniej trosce, jaka na nią spadła, nic nie 

powiedziała, ale wystarczyły jej słowa księdza.

Poszła na thing razem z mężami. Lavrans miał rękę na temblaku, a 

Erlend wiele oparzelin na twarzy; nie wyglądał dobrze, lecz śmiał się z 
tego. Żadna rana nie była poważna i spodziewał się, że w dniu wesela nie 
będą go już szpeciły. Powstał zaraz po Lavransie i ślubował złożyć na 
kościół cztery marki w srebrze, a w imieniu swej narzeczonej, za zgodą 
Lavransa, kawałek pola z gruntów Krystyny.

Erlend z powodu odniesionych ran musiał zostać przez cały tydzień 

na Jørund. Krystyna miała wrażenie, że od owego pożaru Lavrans polubił 
bardziej  swego  zięcia;  zdawali  się  być  teraz  dobrymi  przyjaciółmi. 
Pomyślała, że ojciec może pokocha Erlenda tak, iż osądzi go pobłażliwie 
i nie weźmie sobie zbytnio do serca, skoro przyjdzie czas i będzie musiał 
spostrzec, że zgrzeszyli.

8

Ten rok był rokiem niezwykle urodzajnym w całej północnej części 

doliny. Zebrano wiele siana i zwieziono suche pod dach, z hal wracali 
ludzie  ze  sporymi  zapasami  i  z  tłustym  bydłem,  nawet  drapieżne 
zwierzęta oszczędzały je tego lata w górach. Zboże wyrosło tak dorodne, 
że niewielu tylko ludzi pamiętało, by kiedykolwiek było bujniejsze: kłosy 
dojrzewały pełne i obfite w ziarno, a wspaniała pogoda utrzymywała się 
nadal. Między świętym Bartłomiejem a Narodzeniem Panny Maryi, więc 

background image

w  czasie,  w  którym  najbardziej  obawiano  się  nocnych  przymrozków, 
spadł  lekki  deszcz,  zresztą  było  spokojnie  i  chmurno;  potem  nastała 
jesień, słoneczna i wietrzna, z ciepłymi, wilgotnymi nocami. W tydzień 
po świętym Michale zebrano zboże w całej dolinie.

Na Jørund krzątano się i sposobiono do wielkich godów weselnych. 

Przez dwa ostatnie miesiące miała Krystyna co dnia tyle do roboty, że 
niewiele jej zostało czasu na myślenie o czym innym. Zauważyła, że piersi 
jej nabrzmiały, a małe różowe brodawki zabarwiły się ciemno i bolały 
jak  rany,  gdy  wychodziła  w  zimne  ranki  na  pole,  ale  to  przechodziło, 
a potem myślała już jedynie o tym, co było jeszcze do zrobienia przed 
wieczorem.  Prostując  plecy  i  odpoczywając  czuła,  że  to,  co  dźwiga  w 
łonie, stało się cięższe, ale wciąż jeszcze wyglądała smukło i zgrabnie. 
Przesuwała ręce po wąskich, długich biodrach. Nie, nie chciała się już 
teraz martwić. Ogarniała ją czasem paląca tęsknota – za miesiąc mniej 
więcej będzie czuła życie dziecka. Wówczas będzie już na Husaby. Może 
Erlend  ucieszy  się.  Zamykała  oczy  i  gryzła  zaręczynowy  pierścień… 
Widziała  przed  sobą  blade  z  podniecenia  oblicze  Erlenda,  jak  stał  w 
świetlicy i jasnym, dobitnym głosem wymawiał wiążące ich słowa: „Tedy 
niech Bóg i mężowie tutaj obecni będą moimi świadkami, iż ja, Erlend 
syn  Mikołaja,  zaręczam  się  z  Krystyną  córką  Lavransa  według  prawa 
Boskiego i ludzkiego, pod warunkami omówionymi przez przytomnych 
tu świadków. Iż mam cię posiadać za żonę, a ty mnie za męża, dopóki 
oboje żyć będziemy, mieszkając społem i we wszelkiej wspólności, jaką 
znają prawa Boskie i prawa tego kraju”.

Biegła  w  pośpiechu  przez  dziedziniec  od  jednego  zabudowania  do 

drugiego i na chwilę przystanęła: jarzębina miała tyle jagód, zima będzie 
pewnie bardzo śnieżna. A słońce oświecało płowe ścierniska, gdzie zboże 
stało w stogach. Oby tylko pogoda utrzymała się przez czas jej wesela!

Lavrans  uparł  się,  by  córka  wzięła  ślub  w  kościele.  Postanowiono 

background image

więc, że odbędzie się on w kaplicy na Sundbu. W sobotę orszak weselny 
miał  pojechać  przez  wyżynę  do  Vaage,  tam  przenocować  na  Sundbu  i 
w  sąsiednich  dworach,  a  w  niedzielę  po  ślubnej  mszy  powrócić  na 
Jørund. W ten sam niedzielny wieczór po nieszporach miało się odbyć 
wesele i Lavrans miał oddać swą córkę Erlendowi. Po północy zaś miano 
poprowadzić oblubieńców w ślubne łoże.

W piątek po południu Krystyna stała na ganku i patrzyła na orszak 

nadciągający  od  północy  przez  wzgórze  koło  spalonego  kościoła.  Był 
to Erlend i jego drużbowie. Krystyna natężała wzrok chcąc go odróżnić 
pośród innych. Nie mogli widzieć się teraz, żaden mężczyzna nie mógł 
widzieć Krystyny do jutrzejszego rana, kiedy miała być wyprowadzona 
między gości w ślubnym stroju.

W miejscu, gdzie odgałęziała się droga na Jørund, odłączyło się od 

gromady kilka kobiet. Mężczyźni pojechali dalej na Laugarbru; tam mieli 
przenocować.

Krystyna  zeszła  na  dół  powitać  przybyłe.  Była  strasznie  znużona  i 

bolała ją głowa; matka użyła zbyt silnego ługu, by rozjaśnić jak najbardziej 
jej włosy.

Pani Aashilda córka Gautego ześliznęła się lekko z siodła w ramiona 

Lavransa.  „Jak  młodo  i  dobrze  się  trzyma”  –  pomyślała  Krystyna.  Jej 
synowa,  żona  Munana  Katarzyna,  wyglądała  niemal  starzej  od  niej: 
była  wysoka,  tęga,  włosy  i  oczy  miała  bezbarwne.  „Dziwne  –  myślała 
Krystyna – ona jest szkaradna, a on niewierny, mimo to, jak mówią ludzie, 
dobrze  z  sobą  żyją”.  Przybyły  również  dwie  córki  pana  Baarda,  jedna 
zamężna, druga nie. Nie były ani brzydkie, ani piękne, wyglądały zacnie 
i  poczciwie,  wobec  obcych  zachowywały  się  powściągliwie.  Lavrans 
podziękował im w dworny sposób, że wyświadczyły mu ten zaszczyt i 
przyjechały późną jesienią z tak daleka na wesele.

–  Erlend  wychowywał  się  u  naszego  ojca,  gdy  jeszcze  był  chłopię 

background image

ciem – rzekła starsza, zbliżyła się do Krystyny i powitała ją.

Na dziedziniec wjechali ostrym kłusem dwaj młodzieńcy, zeskoczyli z 

koni i ze śmiechem pobiegli za Krystyną, która spiesznie schroniła się do 
domu. Byli to młodzi synowie Tronda Gjeslinga, ładni i wielce obiecujący 
chłopcy. Przywieźli w szkatułce ślubną koronę z Sundbu. Trond z żoną 
mieli przyjechać na Jørund w niedzielę po ślubie.

Krystyna uciekła do izby z paleniskiem. Pani Aashilda poszła za nią, 

położyła jej rękę na ramieniu i ucałowała Krystynę nachylając jej twarz 
ku swojej.

– Szczęśliwa jestem, że dane mi było dożyć tego dnia – rzekła.
Widziała, jak wychudłe są ręce Krystyny, spoczywające w jej rękach.
Widziała, że oblubienica jest zbiedzona, tylko pierś ma pełną. Rysy 

twarzy stały się drobniejsze i węższe, skronie zapadły się nieco w cieniu 
ciężkich,  wilgotnych  włosów.  Policzki  nie  były  pełne  jak  dawniej,  a 
cera blada. Ale oczy Krystyny były o wiele większe i ciemniejsze. Pani 
Aashilda ucałowała ją znowu:

– Widzę, żeś wiele przeszła, Krystyno – powiedziała. – Dziś wieczór 

dam ci napój, wypijesz go i będziesz jutro wypoczęta i świeża.

Wargi Krystyny zadrgały.
– Cicho – rzekła pani Aashilda i głaskała jej rękę. – Cieszę się, że cię 

będę stroić. Piękniejszej narzeczonej, aniżeli ty jutro będziesz, na pewno 
nigdy nie widziano.

Lavrans pojechał do Laugarbru, by zasiąść do stołu z gośćmi, którzy 

tam  mieli  nocować.  Mężczyźni  nie  mogli  się  dość  nachwalić  jadła  – 
lepszego postnego wiktu nie dostanie w najbogatszym klasztorze. Podano 
zacierkę z żytniej mąki, gotowaną fasolę, biały chleb, a z ryb świeże oraz 
solone pstrągi i tłuste krewetki.

Im więcej piwa popijali mężczyźni, w tym lepszych byli humorach i 

coraz to rubaszniej żartowali z narzeczonym. Wszyscy drużbowie Erlenda 

background image

byli młodsi od niego, jego rówieśnicy i przyjaciele dawno się pożenili. 
Wyśmiewali  go  zatem,  że  taki  stary,  a  pierwszy  raz  ma  iść  w  ślubne 
łoże.  Niektórzy  ze  starszych  krewnych  Erlenda,  jeszcze  dosyć  trzeźwi, 
siedzieli w milczeniu i lękali się przy każdym słowie, że rozmowa zejdzie 
na sprawy, których lepiej nie tykać. Pan Baard z Hestnaes nie spuszczał 
oka z Lavransa. Pił on wiele, ale nie wydawało się, aby stał się weselszy 
na  swym  poczesnym  miejscu  za  stołem,  twarz  jego  wyrażała  coraz 
większe napięcie, oczy były nieruchome. Natomiast Erlend, siedzący po 
jego prawicy, odpowiadał zuchwale na żarty i śmiał się wiele; twarz mu 
płonęła, a oczy błyszczały.

Nagle Lavrans wybuchnął gniewnie:
– A mój wóz, zięciu; właśnie sobie o tym przypomniałem. Coś zrobił 

z wozem, który pożyczyłeś ode mnie?

– Wóz? – rzekł Erlend.
–  Nie  pamiętasz?  Tego  roku  wczesnym  latem  pożyczyłem  ci  wóz. 

Bóg wie, iż był całkiem dobry i nigdy nie dostanę lepszego, gdyż sam 
doglądałem  jego  roboty  tu,  na  dworze.  Przysięgałeś  i  dałeś  słowo  – 
świadczę się Bogiem i moimi ludźmi – że mi go zaraz odeślesz, ale nie 
dotrzymałeś słowa.

Niektórzy z gości wołali, że rzecz jest niewarta gadania, lecz Lavrans 

huknął pięścią w stół i klął; chciałby wiedzieć, gdzie Erlend zapodział 
wóz.

– Ach, stoi pewnie dotąd we dworze nad fiordem, gdzie złapaliśmy 

statek płynący do Veøy – odparł obojętnie Erlend. – Nie sądziłem, aby to 
miało być tak ważne. Widzicie, świekrze, była to długa i uciążliwa podróż 
przez dolinę z tym ciężarem, a gdy przyjechaliśmy na fiord, moi ludzie 
nie mieli zbytniej ochoty raz jeszcze jechać z powrotem tą samą drogą, a 
potem dopiero konno przez góry do Trondhjem. Myślałem przeto, że się 
tak bardzo nie śpieszy…

background image

– Niech mnie diabli na miejscu porwą, jeśli w życiu widziałem kogoś 

takiego – przerwał mu Lavrans. – Jakież zwyczaje są na twoim dworze? 
Czy ty, czy też twoja służba rozstrzyga, gdzie ma jechać albo nie jechać?

Erlend wzruszył ramionami:
–  Macie  słuszność,  z  wielu  rzeczami  było  u  mnie  inaczej,  niż  być 

powinno. Wóz odeślę wam zaraz, gdy tylko z Krystyną przyjedziemy do 
domu. Drogi teściu – rzekł z uśmiechem i wyciągnął rękę – wierzcie mi, 
teraz nastanie nowy porządek we wszystkim, a ja sam także się odmienię, 
kiedy Krystynę wezmę z sobą jako gospodynię. Nieładnie to wyszło z tym 
wozem. Ale przyrzekam wam, że ostatni raz dałem wam powód do skargi.

– Drogi Lavransie – prosił Baard – pojednajcie się z nim w tej drobnej 

sprawie.

– Drobna czy nie… – zaczął Lavrans, ale wstrzymał się i potrząsnął 

prawicę Erlenda.

Wkrótce potem wstał od stołu i goście na Laugarbru rozeszli się na 

nocny spoczynek.

W sobotę przed południem kobiety i dziewczęta zajęte były w starej 

izbie na poddaszu. Niektóre przygotowywały ślubne łoże, inne kończyły 
strojenie oblubienicy.

Ragnfrida wybrała to domostwo dla młodej pary, ponieważ miało na 

poddaszu najmniejszą izbę; na piętrze nowego domu mogli pomieścić o 
wiele więcej gości; była to ta sama izba, gdzie sypiali niegdyś latem, nim 
Lavrans wystawił nowy, obszerny dom, w którym mogli mieszkać przez 
cały rok. Ale poza tym ten stary budynek był niemal najpiękniejszy we 
dworze, odkąd go Lavrans odnowił. Wewnątrz i zewnątrz zdobiony był 
pięknymi  rzeźbami  w  drzewie,  a  choć  izba  nie  była  wielka,  za  to  tym 
łatwiej można ją było pięknie przybrać dywanami, tkaninami i skórami.

Ślubne  łoże  stało  już  gotowe,  poduszki  obciągnięto  jedwabiem,  a 

naokoło niby namiot rozpięte były piękne dywany; na skórach i derkach 

background image

rozciągnięta  była  w  łożu  jedwabna  haftowana  kapa.  Ragnfrida  i  kilka 
innych  kobiet  rozwieszały  dywany  na  ścianach  i  układały  poduszki  na 
ławach.

Krystyna siedziała na krześle z poręczami, które wniesiono na górę. 

Była  ubrana  w  ślubny  strój  ze  szkarłatnego  jedwabiu.  Wielkie  klamry 
spinały  szatę  na  piersi  i  zamykały  pod  szyją  żółtą  jedwabną  koszulę, 
złote naramienniki błyszczały na żółtych jedwabnych rękawach. Srebrny 
pozłacany  pas  trzykrotnie  opinał  jej  kibić,  a  na  szyi  i  piersiach  wisiał 
łańcuch  przy  łańcuchu  –  pierwszy  z  kolei  stary,  złoty  łańcuch  ojca  z 
wielkim  krzyżem  z  relikwiami.  Ręce,  które  trzymała  na  łonie,  ciężkie 
były od pierścieni.

Za krzesłem stała pani Aashilda i czesała jej bujne, złotawe włosy.
– Jutro będziesz je miała odkryte po raz ostatni – rzekła z uśmiechem 

i owijała głowę Krystyny czerwonymi i zielonymi wstęgami mającymi 
podpierać koronę. Potem kobiety obstąpiły Krystynę.

Ragnfrida  i  Gyrida  ze  Skog  wzięły  ze  stołu  wielką  ślubną  koronę 

rodu Gjeslingów. Była cała pozłacana, obręcz wysadzana była górskimi 
kryształami, a zęby kończyły się na przemian krzyżem i liściem koniczyny. 
Kobiety włożyły ją pannie młodej na głowę. Ragnfrida była blada i ręce 
jej drżały.

Krystyna podniosła się. Jezu, jak strasznie ciążyło jej to całe złoto i 

srebro. Pani Aashilda wzięła ją za rękę i zaprowadziła do wielkiej kadzi z 
wodą, a drużki otwarły szeroko drzwi, by wpuścić do wnętrza słoneczną 
jasność.

–  Przejrzyj  się,  Krystyno  –  rzekła  Aashilda  i  Krystyna  pochyliła 

się  nad  kadzią.  Ujrzała  swoje  blade  oblicze  wyłaniające  się  z  wody, 
zobaczyła złotą koronę nad nim. Wokoło twarzy migały i tańczyły jakieś 
cienie  w  wodnym  zwierciadle…  wspomnienie  jakieś  wynurzyło  się 
z  głębi…  zdawało  się  jej,  że  zemdleje,  chwyciła  za  brzeg  kadzi.  Pani 

background image

Aashilda położyła rękę na jej ręce i paznokcie wbiła w ciało tak boleśnie, 
że Krystyna oprzytomniała.

Z dołu, od strony mostu, zatrąbiły rogi. Z dziedzińca zawołano, że 

nadciąga pan młody ze swoją świtą. Kobiety wyprowadziły Krystynę na 
ganek.

Na  dziedzińcu  falował  tłum  odświętnie  wystrojonych  ludzi, 

połyskiwała  i  mieniła  się  w  słońcu  wspaniała  uprząż  koni.  Krystyna 
patrzyła  w  dal,  ponad  wszystkim  –  hen,  w  dolinę.  Kraj  rodzinny  leżał 
pełen  blasku  i  cichy  pod  przejrzystym,  mglistym  oparem  i  tylko  góry, 
szarzejące  skałami  i  czerniejące  borami,  wznosiły  się  ponad  mgłę.  Z 
bezchmurnego nieba słońce lało fale światła na wielkie wgłębienie doliny.

Teraz dopiero zauważyła Krystyna: wszystkie liście już opadły, gaje 

połyskiwały  pusto  i  srebrzyście.  Tylko  osikowe  zarośla  wzdłuż  rzeki 
zachowały jeszcze nieco pożółkłej zieleni na górnych pędach, a niektóre 
wierzby miały na końcach gałązek kilka białawych listków. Ale poza tym 
drzewa były nagie prócz jarzębiny, lśniącej rudawymi liśćmi i krwawymi 
jagodami.  W  cichej  dolinie  pachniał  cierpką  wonią  jesieni  spopielały 
dywan opadłych liści, rozpostarty daleko jak okiem sięgnąć.

I gdyby nie czerwone grona jarzębiny, można by sądzić, że to wczesna 

wiosna. I gdyby nie ta cisza, jesienna, wielka cisza. Ilekroć milkły dźwięki 
rogu, nie słychać było żadnych innych głosów w dolinie, tylko dzwonienie 
dzwonków bydła, pasącego się teraz wszędzie na zżętych polach i łąkach.

Rzeka, wąska i płytka, szumiała cicho; zaledwie parę niewielkich strug 

wiło się między ławicami piasku i wysepkami wielkich, zaokrąglonych 
kamieni. Nie było słychać łoskotu potoków spadających z gór; jesień była 
sucha. Mimo to łąki skrzyły się wilgocią – ową wilgocią, która jesienią 
występuje z ziemi, choćby dnie były upalne, a powietrze suche.

W dole na dziedzińcu tłum rozstąpił się czyniąc miejsce dla orszaku 

pana młodego. Młodzi drużbowie właśnie nadjeżdżali, wśród kobiet na 

background image

ganku powstał niepokój.

Pani Aashilda stała obok Krystyny.
–  Trzymaj  się  teraz  dzielnie,  Krystyno  –  rzekła.  –  Już  niedługo,  a 

będziesz ukryta pod małżeńskim czepkiem.

Krystyna skinęła bezsilnie głową. Czuła, że twarz jej jest przeraźliwie 

blada.

– Jestem pewnie za blada na pannę młodą – szepnęła.
– Jesteś najpiękniejszą oblubienicą – odparła Aashilda – a tam jedzie 

Erlend. Dwoje piękniejszych od was trudno byłoby znaleźć.

Erlend podjechał pod ganek. Zeskoczył lekko z konia, nie skrępowany 

ciężką fałdzistą szatą. Krystynie wydał się tak piękny, że poczuła ból w 
całym ciele.

Był  ubrany  ciemno,  w  jedwabną,  aż  do  stóp  sięgającą,  rozciętą  po 

bokach szatę koloru zwiędłych liści, haftowaną w biały i czarny wzór. Na 
biodrach miał pas bogato zdobny złotem, po lewej stronie miecz, którego 
rękojeść i pochwa również były wykładane złotem. Z pleców zwieszało 
się ciężkie, granatowe, aksamitne okrycie, a krucze włosy przykrył czarną 
czapką z jedwabiu, której końce na francuską modłę były ujęte po bokach 
w skrzydła i wybiegały w dwa długie końce; jeden był przerzucony od 
lewego ramienia w poprzek przez pierś.

Erlend powitał narzeczoną, podszedł do jej konia i stanął obok niego 

z  ręką  na  kulbace,  podczas  gdy  Lavrans  wszedł  na  schody.  Krystynie 
zrobiło  się  dziwnie  wśród  tego  całego  przepychu,  była  bliska  zawrotu 
głowy.  Ojciec  wyglądał  obco  w  odświętnej  długiej  szacie  z  zielonego 
aksamitu. Matka odziana była w czerwoną jedwabną suknię, lecz twarz 
jej pod płócienną chustą była szarobiała. Ragnfrida podeszła do córki i 
zarzuciła jej na plecy okrycie.

Potem Lavrans ujął ją za rękę i sprowadził na dół do Erlenda. Ten 

pomógł jej dosiąść konia, po czym sam usadowił się w siodle. Tak czekali, 

background image

zanim  pochód  weselny  się  ustawi  i  ruszy  przez  wrota  dziedzińca.  Na 
czele  jechali  księża,  sira  Eirik  i  sira  Tormud  z  Ulvsvolden  oraz  brat  z 
zakonu  braci  krzyżowych  z  Hamaru,  przyjaciel ojca,  potem  drużbowie 
i drużki para za parą, za nimi dopiero Erlend i Krystyna. Potem rodzice 
narzeczonej,  krewni,  przyjaciele  i  goście  w  długim  szeregu  przewijali 
się między opłotkami prowadzącymi ku drodze. Na dalekiej przestrzeni 
gościniec był usiany jarzębiną, jodłowymi gałązkami i ostatnimi kwiatami 
jesiennymi, a wzdłuż drogi, którą przejeżdżał orszak weselny, stali ludzie 
i witali go okrzykami.

W  niedzielę,  zaraz  po  zachodzie  słońca,  powrócił  cały  orszak  na 

Jørund. W zapadającym zmierzchu płonęły czerwone ognie na weselnym 
dworze. Pieśniarze śpiewali, grali na skrzypcach i bębnach, gdy orszak 
podjeżdżał w stronę czerwonego, ciepłego blasku ognisk.

Krystyna  omal  nie  upadła,  kiedy  Erlend  zsadził  ją  z  siodła  przed 

gankiem izby weselnej.

– Tak strasznie zmarzłam, gdyśmy jechali przez góry – szepnęła. – 

Jestem  tak  bardzo  zmęczona.  –  Przystanęła  na  chwilę,  a  wstępując  na 
schody słaniała się przy każdym kroku.

Na  górze  w  izbie  biesiadnej  zmarznięci  goście  wnet  się  rozgrzali, 

płonące świece dawały sporo ciepła, roznoszono gorące potrawy, a wino, 
miód  i  piwo  krążyły  gęsto  wokoło.  Hałas  głosów  i  szmer  jedzących 
brzmiały w uszach Krystyny jakby z oddali.

Siedziała i nie mogła się rozgrzać. Po chwili lica jej płonęły, ale nogi 

były wciąż jeszcze zmarznięte, a po plecach przebiegał zimny dreszcz. 
Ciążyło jej złoto, którym była obwieszona, i tak siedziała na poczesnym 
miejscu u boku Erlenda.

Ilekroć  pan  młody  do  niej  pił,  widziała  czerwone  plamy  na  jego 

twarzy, które teraz, gdy się rozgrzał po przejażdżce za zimnie, wystąpiły 
wyraźnie. Były to pozostałe od lata ślady oparzelin.

background image

Straszliwy lęk ogarnął ją wczoraj wieczór, gdy zasiedli do stołu na 

Sundbu. Wzrok jej spotkał zgaszone oczy Björna syna Gunnara, wpatrzone 
w nią i w Erlenda – owe oczy, które były nieruchome i nie drgały. Ubrano 
pana Björna w rycerską szatę; wyglądał jak umarły, którego wskrzeszono 
czarodziejską sztuką.

W nocy spała razem z panią Aashildą, ona bowiem była najbliższą 

krewną Erlenda.

–  Co  się  z  tobą  dzieje,  Krystyno?  –  rzekła  pani  Aashilda  nieco 

niecierpliwie. – Teraz musisz już wytrwać do końca i nie poddawać się.

– Myślę – odparła z dreszczem Krystyna – o tych wszystkich, którym 

musieliśmy zadać ból, by dożyć tego dnia.

– I wy też nie zawsze mieliście lekko – rzekła Aashilda jak poprzednio 

– Erlend z pewnością nie. A tobie, sądzę, było jeszcze ciężej.

– Myślę o jego opuszczonych dzieciach – mówiła panna młoda.
– Chciałabym wiedzieć, czy przeczuwają, że ich ojciec święci dziś 

swoje wesele.

– Myśl o twym własnym dziecku – szepnęła Aashilda. – Raduj się, że 

z nim, ojcem twego dziecka, święcisz dzisiaj wesele.

Krystyna leżała bliska omdlenia. Tak dziwnie było słyszeć to, co od 

przeszło  trzech  miesięcy  wypełniało  jej  myśli,  a  czego  żadnej  żyjącej 
duszy rzec nie śmiała. Ale to pomogło tylko na krótką chwilę.

– Myślę o tej, która życiem musiała zapłacić swą miłość do Erlenda 

– szepnęła drżąc.

– Być może i ty sama będziesz musiała dać życie, nim pół roku mi nie 

– rzekła twardo pani Aashilda. – Ciesz się, dopóki możesz. – Cóż mogę ci 
rzec, Krystyno? – ciągnęła łagodniej. – Czyż zupełnie straci łaś odwagę? 
Rychło będziecie musieli odpokutować za wszystko, coście sobie sami 
wzięli, nie troszcz się o to.

Ale Krystynie zdawało się, że w duszy jej wali się lawina za lawiną 

background image

i zrywa wszystko, co budowała od owego okropnego dnia na Haugen. Z 
początku myślała z dziką zaciętością jedynie o tym, aby wytrzymać do 
końca. I wytrzymała aż do tej chwili, w której już było lżej i miał nadejść 
kres udręki; nie chciała myśleć o niczym więcej prócz tego, że wreszcie 
będzie święcić wesele, wesele Erlenda i swoje.

Ona i Erlend podczas mszy ślubnej klęczeli obok siebie. Ale wszystko 

było  niby  senna  zjawa:  świece,  obrazy,  błyszczące  naczynia,  księża  w 
komżach i ornatach. Wszyscy ludzie, których dobrze znała, zdawali się 
jej wypełniającymi kościół widziadłami w obcych uroczystych szatach. 
Pan Björn stał pod kolumną i patrzył na nich swymi upiornymi oczami, 
i zdawało się jej, że i ta druga zmarła powróciła wraz z nim, wsparta o 
jego ramię.

Próbowała patrzeć na obraz świętego Olafa. Różowy i biały, stał tam 

ów piękny święty, oparty na toporze, i deptał pod stopami swą własną 
ludzką istotę… ale pan Björn ciągnął jej wzrok. A tuż obok niego ujrzała 
martwą twarz Eliny córki Orma, patrzącą na nią obojętnie. Przeszli po 
Elinie, stratowali ją, by móc dojść tutaj – i pozwoliła im na to.

Wyprostowała się, odrzuciła wszystkie kamienie, którymi Krystyna 

chciała  ją  kamienować:  zmarnowaną  młodość  Erlenda,  roztrwonienie 
jego czci i majątku, utratę życzliwości przyjaciół i narażenie zbawienia 
duszy. Zmarła staczała to wszystko z siebie. „On chciał mnie mieć i ja go 
chciałam mieć, tyś go chciała mieć i on ciebie chciał mieć – mówiła Elina. 
– Ja odpokutowałam i on musi odpokutować, i ty musisz odpokutować, 
kiedy czas przyjdzie. Gdy się grzech dopełni, urodzisz nieżywe dziecię”.

Zdawało się jej, że klęczy wraz z Erlendem na zimnym głazie. On 

klęczał z czerwonymi plamami oparzelin na bladej twarzy; ona w ciężkiej, 
ślubnej  koronie  i  czuła  głuchy  ucisk  brzemienia  w  łonie:  brzemienia 
grzechu, które nosiła. Bawiła się swym grzechem i igrała nim, i wystawiała 
go na próbę jakby w jakiejś dziecinnej zabawie. Święta Maryjo, teraz wnet 

background image

zostanie dopełniony czas, że dojrzały owoc grzechu będzie leżał przed 
nią,  będzie  spozierał  na  nią  żywymi  oczami,  pokazywał  jej  płomienne 
piętna  grzechu,  z  nienawiścią  bić  będzie  zaciśniętymi  piąstkami  pierś 
matki. Jeśli urodzi dziecko, zobaczy ogniste plamy, a będzie je mimo to 
kochać, tak jak kochała swój grzech, wówczas będzie koniec igrania.

Krystyna  pomyślała,  że  gdyby  zaczęła  krzyczeć  tak,  by  zagłuszyć 

śpiew i głęboki szmer modlitwy, tak, by jej krzyk zabrzmiał nad głowami 
ludzi, może przestałaby ją dręczyć martwa twarz Eliny, może wówczas 
wstąpiłoby życie w oczy martwego człowieka? Ale zacisnęła zęby.

„Święty  królu  Olafie,  wołam  do  ciebie.  Ciebie  błagam  przed 

wszystkimi innymi o pomoc, gdyż wiem, żeś i ty ukochał ponad wszystko 
Boską sprawiedliwość. Wołam do ciebie, połóż swą dłoń na niewinnym 
dzieciątku w mym łonie, odwróć gniew Boga od niewinnego, zwróć go na 
mnie. Amen w najświętsze imię Pana”.

„Moje dzieci – mówiła Elina – są niewinne, a nie ma dla nich miejsca 

na chrześcijańskich ziemiach. I twoje dziecko jest poczęte na wygnaniu 
jak  moje  dzieci.  Nie  możesz  w  kraju,  który  zostawiasz  za  sobą,  żądać 
więcej praw dla twojego dziecka, niż ja żądałam dla moich”.

„Święty Olafie, mimo to błagam cię o zmiłowanie. Błagam o łaskę dla 

mego syna, weź go pod swoją opiekę, wtedy boso zaniosę go do twego 
kościoła, a moją opaskę ze złota złożę na twoim ołtarzu w ofierze, jeśli mi 
pomóc zechcesz. Amen”.

Twarz  jej  była  nieruchoma  jak  kamień,  tak  walczyła,  by  zostać 

spokojną,  ale  ciało  jej  drżało  i  dygotało,  gdy  klęczała  i  brała  ślub  z 
Erlendem.

A teraz siedziała obok niego na poczesnym miejscu i wszystko dokoła 

było niby nierzeczywiste zjawy w gorączkowym majaczeniu.

Byli  tu  grajkowie,  grający  na  harfach  i  skrzypcach;  granie  i  śpiew 

dochodziły  z  dołu,  z  dziedzińca.  Ilekroć  otwierano  drzwi  i  wnoszono 

background image

potrawy, czerwony blask ognia wpadał do izby.

Potem  siedzący  przy  stole  podnieśli  się,  Krystyna  stała  między 

ojcem i Erlendem. Donośnym głosem oznajmił ojciec, iż oddaje swoją 
córkę Erlendowi synowi Mikołaja za żonę. Erlend dziękował teściowi i 
wszystkim życzliwym ludziom, którzy zebrali się tutaj, aby uczcić jego 
i żonę.

Wezwano  Krystynę,  by  usiadła,  i  Erlend  złożył  na  jej  podołku 

ofiarowane przez siebie ślubne dary. Sira Eirik i pan Munan syn Baarda 
rozwinęli dokumenty i wymienili głośno dobra i włości, mające należeć 
do  młodej  pary.  Tymczasem  drużbowie  stali  w  krąg,  z  oszczepami  w 
ręku,  i  od  czasu  do  czasu  uderzali  ich  drzewcami  w  podłogę  podczas 
odczytywania dokumentów oraz gdy kładziono na stół podarki i woreczki 
z pieniędzmi.

Deski  stołu  i  kozły  uprzątnięto  i  Erlend  zaprowadził  Krystynę  na 

środek izby do tańca. „Nasi drużbowie i drużki są za młodzi dla nas – 
myślała Krystyna. – Wszyscy, którzy wraz z nami byli młodzi, opuścili 
już te niwy, w jaki sposób my jedni zostaliśmy tutaj?”

–  Taka  dziwna  jesteś,  Krystyno  –  szepnął  jej  nad  uchem  Erlend 

podczas tańca. – Lękam się o ciebie. Czy nie radujesz się?

Szli od domu do domu i pozdrawiali gości. Wiele świec płonęło we 

wszystkich  izbach  i  wszędzie  pełno  było  śpiewających  i  tańczących. 
Krystynie  zdawało  się,  że  już  nie  poznaje  domów.  Straciła  wszelką 
rachubę czasu – godziny i obrazy plątały się w jej sercu dziwacznie i bez 
związku.

Jesienna noc była łagodna; na dziedzińcu też siedzieli grajkowie, a 

ludzie tańczyli koło ognia. Wołali, aby młoda para im także wyświadczyła 
zaszczyt, i Krystyna tańczyła z Erlendem na zimnym, wilgotnym od rosy 
dziedzińcu. Otrzeźwiała i oprzytomniała nieco.

Daleko nad rzeką snuło się w ciemności jasne pasmo mgły. Czarne 

background image

góry stały pod iskrzącym od gwiazd niebem.

Erlend odciągnął Krystynę z kręgu taneczników, w cieniu pod jakimś 

gankiem przytulił ją do siebie.

– Nawet nie powiedziałem ci tego dotychczas – taka jesteś piękna i 

taka kochana. Policzki twoje są czerwone jak płomień – przycisnął twarz 
do jej twarzy. – Krystyno, co ci jest?

– Jestem taka zmęczona, tak strasznie zmęczona – odszepnęła.
– Już wkrótce udamy się na spoczynek – odparł pan młody spojrzawszy 

w niebo.

Mleczna droga przesuwała się i wyznaczała teraz prawie dokładnie 

kierunek południe-północ. – A czy wiesz, że nie spaliśmy z sobą ani razu 
od owej nocy, gdym był w twojej komorze na Skog?

Wkrótce potem sira Eirik ogłosił z ganku, że już jest poniedziałek. 

Nadeszły  kobiety,  aby  zaprowadzić  Krystynę  do  łoża.  Była  taka 
zmęczona, że nie usiłowała nawet opierać się, jakby dla przyzwoitości 
wypadało.  Pozwoliła  się  wziąć  pod  ręce  pani Aashildzie  i  Gyridzie  ze 
Skog i wyprowadzić z sali. Drużbowie stanęli z płonącymi świecami i 
wyciągniętymi mieczami przy schodach; otoczyli kołem gromadę kobiet 
i odprowadzili Krystynę przez dziedziniec do domostwa nowożeńców.

Kobiety  zdjęły  z  Krystyny  ślubny  strój,  jedną  szatę  po  drugiej,  i 

odłożyły  ją  na  bok.  Krystyna  ujrzała  wiszącą  u  stóp  łoża  fioletową 
aksamitną  suknię,  którą  miała  włożyć  nazajutrz;  leżał  na  niej  kawał 
śnieżnobiałego, pięknie zwiniętego płótna. Był to czepek małżeński, który 
Erlend przywiózł dla niej; jutro miała upiąć w węzeł włosy i schować je 
pod płótno: wyglądało ono tak chłodno, świeżo i kojąco.

Wreszcie  stała  przed  ślubnym  łożem,  bosa,  z  gołymi  ramionami, 

odziana  jedynie  w  długą  do  kostek  jedwabną  żółtą  koszulę.  Koronę 
nałożono jej z powrotem na głowę; miał ją zdjąć oblubieniec, gdy zostaną 
sami.

background image

Ragnfrida położyła ręce na ramionach córki i pocałowała ją w policzek. 

Twarz  i  ręce  matki  były  dziwnie  zimne,  ale  zdawało  się,  że  głębokie, 
tłumione łkanie rozsadza jej piersi. Potem odwinęła kapę i poleciła pannie 
młodej usiąść w łożu. Krystyna usiadła i oparła się o jedwabne poduszki, 
ułożone wysoko u wezgłowia; głowę jednak pod ciężarem korony musiała 
pochylić do przodu. Pani Aashilda okryła Krystynę do połowy, położyła 
jej ręce na jedwabnej kapie, a błyszczące włosy wyciągnęła i rozpostarła 
na piersiach i nagich ramionach.

Mężczyźni  wprowadzili  pana  młodego.  Munan  odpiął  Erlendowi 

złoty pas z mieczem. Wieszając go nad łożem szepnął coś pannie młodej; 
Krystyna nie rozumiała, co mówił, ale starała się uśmiechnąć.

Drużbowie rozluźnili ciężką jedwabną szatę Erlenda i ściągnęli mu 

ją  przez  głowę.  Po  czym  Erlend  usiadł  na  krześle  z  oparciem,  oni  zaś 
pomogli mu zdjąć ostrogi i buty.

Tylko jeden raz odważyła się panna młoda podnieść wzrok i spojrzeć 

mu w oczy.

Potem życzono im dobrej nocy. Izba opróżniła się z gości weselnych. 

Ostatni  wyszedł  Lavrans  syn  Bjørgulfa  i  zamknął  za  sobą  drzwi  izby 
nowożeńców.

Erlend  wstał,  ściągnął  spodnią  odzież  i  rzucił  na  ławę.  Stanął  nad 

łożem,  zdjął  Krystynie  koronę  z  głowy,  wyjął  jedwabne  wstążki  z  jej 
włosów  i  położył  wszystko  na  ławie.  Potem  wrócił  i  wszedł  do  łoża. 
Klęcząc obok niej na posłaniu objął jej głowę i przytulił do swojej nagiej, 
gorącej piersi, całując czerwony ślad pozostawiony przez złotą koronę.

Krystyna  zarzuciła  mu  ramiona  na  szyję  i  łkała  głośno.  W  dzikiej 

radości poczuła: teraz oddalają się wszystkie widziadła i strachy – teraz, 
teraz  pozostają  znowu  jedynie  on  i  ona.  Uniósł  na  chwilę  jej  głowę, 
spojrzał na nią i ręką przesunął po jej twarzy i ciele dziwnie porywczo i 
szorstko, jakby zrywał zasłonę.

background image

–  Zapomnij  –  błagał  usilnym  szeptem  –  zapomnij  o  wszystkim, 

Krystyno, o wszystkim prócz tego, że jesteś moją żoną, a ja twoim mężem.

Uderzeniem  ręki  zgasił  ostatnią  z  palących  się  świec,  rzucił  się  w 

ciemności na łoże obok niej – i on łkał także:

– Nigdy, nigdy podczas tych wszystkich lat nie wierzyłem, że doży 

jemy tego dnia.

Na dziedzińcu hałas umilkł z wolna. Zmęczeni wczorajszą podróżą 

i oszołomieni piciem goście dla przyzwoitości kręcili się jeszcze przez 
chwilę, ale coraz ich więcej wymykało się i szukało miejsc przeznaczonych 
dla nich na spoczynek.

Ragnfrida odprowadziła najdostojniejszych gości do przygotowanego 

dla nich posłania i życzyła im dobrej nocy. Pana domu, który winien był 
jej w tym pomóc, nigdzie nie widziała.

Jeszcze  tylko  nieliczne  grupki  młodych  ludzi,  przeważnie  czeladź, 

stały  na  ciemnym  dziedzińcu,  kiedy  wreszcie  wymknęła  się  i  ona,  by 
odszukać męża i zaprowadzić go do łoża. Widziała, że Lavrans pod koniec 
wieczora był mocno pijany.

Wreszcie  błąkając  się  w  poszukiwaniu  po  ciemnym  dziedzińcu, 

potknęła się o niego; leżał jak długi za łaźnią z twarzą w trawie.

Macając  po  ciemku  poznała  go.  Sądziła,  że  śpi,  chwyciła  go  za 

ramiona i chciała podnieść z zimnej jak lód ziemi. Lecz Lavrans nie spał.

– Czego chcesz? – spytał ochrypłym głosem.
– Nie możesz tutaj pozostać – rzekła. Podparła go, chwiał się bowiem 

na nogach, drugą ręką wygładziła jego aksamitną szatę. – Już czas, byśmy 
udali  się  na  spoczynek.  –  Wsunęła  rękę  pod  jego  ramię  i  prowadziła 
zataczającego się męża wzdłuż tylnej strony zabudowań z powrotem na 
dziedziniec.

–  Tyś  nie  podniosła  oczu,  Ragnfrido,  gdyś  siedziała  w  koronie  w 

ślubnym łożu – rzekł jak poprzednio. – Nasza córka mniej była nieśmiała, 

background image

wcale nie była nieśmiała, gdy patrzyła na swego narzeczonego.

– Czekała wszak na niego siedem półroczy – szepnęła matka – musiała 

się tedy odważyć podnieść wzrok.

– Niech mnie diabli porwą, jeśli oni czekali! – wybuchnął ojciec, a 

przerażona gospodyni usiłowała go uspokoić.

Znajdowali się na wąskiej dróżce między ustępem a płotem. Lavrans 

uderzył zaciśniętą pięścią w belkę podtrzymującą ustęp.

– Położyłem cię tutaj, kłodo, na hańbę i drwiny. Położyłem cię tutaj, 

aby cię zżerał gnój. Za karę, boś zabiła moją małą, słodką dziewczynkę. 
Powinienem  był  raczej  umieścić  cię  nad  moimi  drzwiami  i  uczcić  cię 
pięknymi rzeźbami i dziękować, gdyż ustrzegłaś ją przed sromotą i bólem. 
Dzięki tobie zmarła moja Ulvhilda jako niewinne dziecko.

Odwrócił się i zatoczył na płot. Z głową wtuloną w ramiona płakał 

niepowstrzymanie, głucho, żałośnie jęcząc. Żona objęła go.

– Lavransie, Lavransie! – Ale nie mogła go uspokoić.
Och, nigdy, przenigdy nie powinienem był dać jej temu człowiekowi. 

Niech  mi  Bóg  będzie  łaskaw.  Wiedziałem  o  tym  przez  cały  czas:  on 
zniszczył  jej  młodość  i  niewinność.  Nie  wierzyłem  w  to,  nie…  jakżeż 
mógłbym  w  coś  takiego  wierzyć,  gdy  chodzi  o  Krystynę,  ale  przecież 
wiedziałem.  Mimo  to  ona  jest  za  dobra  dla  tego  gnuśnego  hultaja, 
który  zmarnował  siebie  i  ją.  Gdyby  ją  uwiódł  nawet  dziesięć  razy,  nie 
powinienem  był  dać  mu  jej,  aby  jeszcze  bardziej  zniszczył  jej  życie  i 
szczęście.

– Cóż innego można było zrobić? – rzekła zmęczona matka. – Sam 

rozumiesz, należała już do niego.

– Tak, naprawdę nie potrzebowałem sadzić się na taki przepych, aby 

dać Erlendowi to, co sobie sam już wziął – rzekł Lavrans. – To mi dopiero 
dzielnego człowieka dostała moja Krystyna. – Potrząsnął płotem, potem 
znowu zaczął szlochać. Ragnfridzie zdawało się, że nieco wytrzeźwiał, 

background image

ale teraz oszołomienie wracało.

Nie mogła go zaprowadzić tak spitego i zrozpaczonego do izby, gdzie 

mieli spać, było tam pełno gości. Rozejrzała się wkoło: tuż obok stała 
niewielka stodółka, w której przechowywali dobre siano dla koni aż do 
wiosny. Weszła  do  niej  i  rozejrzała  się:  nikogo  nie  było,  zaprowadziła 
więc tutaj męża i zamknęła za sobą drzwi.

Potem zgarnęła siano pod siebie i męża, a wierzchnimi szatami nakryła 

ich oboje. Lavrans od czasu do czasu płakał i mówił coś bez związku, nie 
mogła dopatrzyć się w tym sensu. Po chwili wzięła jego głowę na swe 
łono.

– Mój drogi mężu, jeśli już tak wielką żywią ku sobie miłość, może 

wszystko pójdzie gładziej, niż sądzimy.

Lavrans  odpowiadał  urywanymi  słowami.  Zdawał  się  być  teraz 

przytomniejszy.

–  Czyż  nie  rozumiesz? Teraz  on  ma  nad  nią  zupełną  władzę  –  on, 

który sam nigdy nie miał się w garści. Ciężko jej będzie oprzeć mu się w 
czymkolwiek, a gdy będzie musiała to zrobić, będzie to dla niej bardzo 
bolesne… Moje biedne, biedne dziecko.

Nie pojmuję omal, czemu Bóg nakłada na mnie tak ciężkie cierpienia. 

Przecież usilnie starałem się o to, by pełnić Jego wolę. Dlaczego zabrał 
nam nasze dzieci, Ragnfrido, jedno po drugim – najpierw naszych synów, 
potem małą Ulvhildę, a teraz tę, którą najbardziej umiłowałem, musiałem 
oddać,  odartą  ze  czci,  niegodnemu  zaufania,  nierozumnemu  mężowi. 
Pozostaje nam jeszcze nasza najmłodsza, ale wydaje mi się nierozsądne 
cieszyć się nią, póki nie zobaczę, co się z nią stanie.

Ragnfrida drżała jak liść. Mąż objął ją ramieniem.
– Połóż się – prosił – może uda nam się zasnąć. – Z głową opartą o 

ramię żony leżał przez chwilę, wzdychał, wreszcie jednak zasną!.

Było  jeszcze  zupełnie  ciemno  w  stodole,  gdy  Ragnfrida  znowu  się 

background image

poruszyła. Dziwiła się sama sobie, że mogła zasnąć. Powiodła ręką dokoła; 
Lavrans siedział wyprostowany, z dłońmi splecionymi na kolanach.

– Już nie śpisz? – spytała zdziwiona. – Czyś przemarzł?
– Nie – odparł ochrypłym głosem – ale nie mogłem na nowo zasnąć.
– Czy myślisz o Krystynie? – spytała matka. – Może wszystko pójdzie 

lepiej, niż przypuszczamy, Lavransie – powtórzyła.

– Tak, o niej myślę – odrzekł mąż. – Czy dziewicą, czy też kobietą, 

w  każdym  razie  poszła  w  ślubne  łoże  z  tym,  którego  kochała.  To  nie 
przytrafiło się ani mnie, ani tobie, moja ty biedna Ragnfrido.

Kobieta wydała ciężkie, głuche westchnienie i rzuciła się na siano. 

Lavrans położył rękę na jej plecach.

– Ale ja nie mogłem – rzekł gwałtownie i z boleścią – nie mogłem… 

być takim, jakim mnie chciałaś mieć, kiedyśmy byli młodzi. Nie jestem 
takim…

Po chwili powiedziała Ragnfrida cicho i z płaczem:
– Mimo to żyliśmy z sobą dobrze, Lavransie, przez te wszystkie lata.
– Tak i ja sądziłem – odparł ponuro.
Myśli cisnęły się i napierały na niego. Jedno nagie spojrzenie, które 

rzucili  sobie  oblubieńcy,  dwa  młode  oblicza  rozpromienione  czerwoną 
łuną – wydało mu się to bezwstydem. Palił się ze wstydu, że to jego córka. 
Jeszcze wciąż widział te oczy. Z ślepą rozpaczą bronił się przeciw zdarciu 
zasłony, strzegącej w jego sercu czegoś, o czym wolał nie wiedzieć, że 
istnieje; bronił się przed własną żoną, gdy tego szukała.

Nie mógł, powtarzał twardo w duchu. Do diabła, młodo go ożeniono, 

nie wybierał żony, ona była starsza od niego i nie pożądał jej; nie chciał 
się  od  niej  uczyć  miłości.  Teraz  jeszcze  żar  bił  na  niego,  gdy  sobie 
przypominał, że chciała doprowadzić do tego, aby ją kochał, kiedy on nie 
chciał od niej takiej miłości, że mu ofiarowywała to wszystko, o co nigdy 
nie prosił.

background image

Był  dla  niej  dobrym  mężem,  w  to  wierzył.  Okazywał  jej  wszelkie 

należne  poważanie,  pozostawiał  jej  pełną  swobodę  działania  i  pytał  ją 
zawsze o radę. Był jej wierny i mieli z sobą sześcioro dzieci. Pragnął z 
nią żyć, ale tak, by nie łaknęła tego w jego sercu, czego sam nie chciał 
wyjawić.

Żadnej kobiecie nie dał swej miłości… Ingunna, żona Karola na Bru. 

Lavrans  spłonął.  Zawsze  zatrzymywał  się  u  nich  w  gościnie,  ilekroć 
przejeżdżał doliną. Na pewno ani razu nie rozmawiał z nią w cztery oczy. 
Ale gdy ją widział, gdy tylko myślał o niej, czuł jakby świeży zapach pól 
na wiosnę. Teraz wiedział: mogło się zdarzyć i jemu… I on mógł kochać.

Ale tak młodo go ożeniono i taki był nieśmiały. Tak więc stało się, 

że najlepiej czuł się w lesie albo w górach, tam, gdzie wszystko, co żyje, 
pragnie mieć wolną przestrzeń dokoła siebie, by móc uciekać, gdzie każde 
stworzenie z lękiem patrzy na wszystko obce, co się zakrada.

Rok w rok nastaje dzień, że zwierzęta w lesie i w polu zapominają o 

swej nieśmiałości, że rzucają się na samiczkę. Jemu jednak żona została 
dana. I ofiarowała mu sama to wszystko, o co nigdy nie prosił.

Ale w gnieździe były młode; one to były ową małą, ciepłą ostoją w 

puszczy, najdroższą, najsłodszą rozkoszą jego życia. Małe, jasne dziecięce 
główki pod jego dłońmi.

Dano mu żonę, nie zapytawszy go prawie. Przyjaciele – miał wielu 

i  nie  miał  żadnego.  Wojna  –  to  była  radość,  ale  teraz  wojen  nie  było; 
jego  zbroja  wisiała  w  narożnej  izbie  spichrza,  mało  co  używana.  Stał 
się  chłopem. Ale  miał  córki.  Wszystko,  co  przeżył,  było  mu  miłe,  bo 
przy  tym  o  nie  się  troszczył,  o  te  małe,  delikatne  istotki,  które  tulił  w 
ramionach. Przypomniał sobie maleńkie ciałko dwuletniej Krystyny na 
swym ramieniu, jej miękkie włosy na swej twarzy, przypomniał sobie jej 
małe rączęta, którymi trzymała się go za pas, kiedy siedziała za nim na 
koniu, a jej wypukłe, twarde czoło uderzało o jego plecy.

background image

A teraz i ona miała owe gorące oczy, i ona dostała to, czego chciała. 

Siedziała tam w półcieniu, oparta o jedwabne poduszki łoża. W blasku 
świec była cała złota: złotą miała koronę i złotą koszulę, i złote włosy na 
nagich, złotych ramionach. Jej oczy nie były już nieśmiałe.

Ojciec jęczał ze wstydu.
A  przecież  serce  mu  krwawiło.  Z  powodu  tych  wszystkich  rzeczy, 

które nigdy nie były mu dane. I z powodu żony u jego boku, której nic 
dać nie mógł.

Chory ze współczucia chwycił po ciemku rękę żony.
–  Tak,  i  ja  myślałem,  że  dobrze  żyliśmy  z  sobą  –  powiedział.  – 

Myślałem, żeś smutna z powodu naszych dzieci. Nigdy nie sądziłem, że 
to ja mogłem nie być dobrym małżonkiem dla ciebie.

Ragnfrida trzęsła się jak w gorączce.
– Byłeś zawsze dobrym mężem, Lavransie.
–  Hm  –  Lavrans  siedział  z  głową  opuszczoną  na  piersi.  –  Jednak 

byłoby ci może lepiej, gdybyś tak wyszła za mąż, jak nasza córka dzisiaj.

Ragnfrida zerwała się, krzyknęła dziko i przeraźliwie.
– Więc wiesz o tym! Jakim sposobem dowiedziałeś się? Jak dawno 

już wiesz?

–  Nie  wiem,  o  czym  mówisz  –  rzekł  po  chwili  Lavrans,  dziwnie 

zgnębiony.

– Mówię o tym, że nie byłam dziewicą, kiedy zostałam twoją żoną – 

odparła Ragnfrida, a głos jej był jasny i ostry z rozpaczy.

Po pewnym czasie Lavrans rzekł jak poprzednio:
– O tym do dziś dnia nie wiedziałem.
Ragnfrida leżała na sianie wstrząsana łkaniem. Gdy atak przeszedł, 

uniosła nieco głowę. Przez otwór w ścianie poczęło się sączyć słabe, szare 
światło. Mogła teraz widzieć męża: siedział bez ruchu, jak skamieniały, 
ramionami objąwszy kolana.

background image

– Lavransie, przemów do mnie – jęczała.
– Cóż mam ci rzec? – spytał nie poruszając się.
– Ach, nie wiem. Przeklnij mnie, bij mnie.
– Na to już chyba za późno – odparł mąż; w głosie jego był jakby cień 

szyderczego śmiechu.

Ragnfrida znowu zaczęła płakać.
–  Tak  jest,  nie  dbałam  wówczas  o  to,  że  cię  oszukałam.  Zdawało 

mi się, że mnie samą tak strasznie oszukano i dotknięto. Nikt mnie nie 
szanował.  Przyprowadzono  ciebie.  Widziałam  cię  wszak  zaledwie  trzy 
razy, zanim nas połączono. Zdawało mi się, że jesteś tylko chłopcem, taki 
byłeś różowy i biały, taki młody i dziecinny.

– Byłem nim – rzekł Lavrans i głos jego zabrzmiał nieco dźwięczniej. 

– I dlatego sądziłem, że ty jako kobieta raczej będziesz się bała oszukiwać 
kogoś, kto był taki młody, że niczego nie podejrzewał.

– Tak też później myślałam – rzekła z płaczem Ragnfrida – kie dym 

cię poznała. Wnet nadszedł czas, że oddałabym dwadzieścia razy moją 
duszę za to, bym mogła być wolna od grzechu wobec ciebie.

Lavrans siedział bez ruchu, milczący; znów podjęła:
– O nic nie pytasz?
– Na co by się to teraz zdało! To jego orszak pogrzebowy spotkaliśmy 

na Feginsbrekka, kiedy nieśliśmy Ulvhildę do Nidaros?

– Tak – rzekła Ragnfrida. – Musieliśmy ustąpić z drogi i zejść w bok 

na łąkę. Widziałam, jak niesiono jego zwłoki, za nim szli księża, mnisi i 
zbrojna czeladź. Słyszałam, że lekką miał śmierć, że umarł pojednany z 
Bogiem. I gdyśmy tak stali z noszami Ulvhildy pośrodku, modliłam się, 
aby moje grzechy i mój smutek zostały mu położone przed oczy w dzień 
sądu ostatecznego.

– Tak, o toś się modliła – powiedział Lavrans; w jego głosie znowu 

zadźwięczało szyderstwo.

background image

– Nie wiesz wszystkiego – mówiła Ragnfrida zdrętwiała z rozpaczy. – 

Pamiętasz, w pierwszą zimę po naszym weselu przybył do nas na Skog…

– Tak – odparł mąż.
– Było to wówczas, kiedy twój ojciec Björgulf leżał na śmiertelnym 

łożu.  O,  wtedy  nikt  mnie  nie  oszczędzał.  Był  pijany,  gdy  mnie  po  raz 
pierwszy  wziął.  Potem  mówił,  że  mnie  nigdy  nie  kochał,  że  mnie  nie 
chce mieć, żebym zapomniała… Mój ojciec nie wiedział o niczym, on 
cię nie oszukał, tego możesz być pewien. Ale Trond – byliśmy wówczas 
najlepszymi  przyjaciółmi  –  jemu  się  poskarżyłam.  Chciał  zmusić  tego 
człowieka, by się ze mną ożenił, ale był zaledwie chłopięciem, zbito go. 
Potem radził mi, bym milczała i wzięła ciebie.

Siedziała długą chwilę w milczeniu.
– Kiedy przybył na Skog… Od tego czasu rok minął; nie myślałam 

już tak wiele o nim. Ale wówczas przybył, mówił, że żałuje, że pojąłby 
mnie za żonę, gdybym była wolna, że kocha mnie. Tak mówił. Bóg niech 
osądzi, czy rzekł prawdę. Gdy znów odjechał, nie ważyłam się wyjść nad 
fiord bojąc się grzechu, bojąc się o dziecko. A potem, potem zaczęłam cię 
tak strasznie kochać! – Krzyknęła to w najdzikszej męce. Mąż zwrócił 
szybko ku niej głowę.

– Gdy się urodził Bjørgulf, zdawało mi się, że kocham go nad życie. 

Gdy  leżał  chory  i  walczył  ze  śmiercią,  myślałam,  że  jeśli  on  zgaśnie, 
wtenczas i ja zgasnę. Ale nie modliłam się do Boga, by ratował życie tego 
chłopca.

Lavrans milczał długo, po czym spytał ciężko:
– Czy dlatego, że nie byłem jego ojcem?
–  Nie  wiedziałam,  czy  ty  nim  jesteś  –  rzekła  Ragnfrida  truchlejąc. 

Długi czas siedzieli w śmiertelnej ciszy. Nagle wybuchnął:

– Na miłość Boską, Ragnfrido, czemu mówisz mi o tym teraz?
– Nie wiem. – Łamała ręce, aż palce trzeszczały w stawach. – Byś się 

background image

mógł zemścić na mnie. Wypędź mnie z twego dworu.

– Sądzisz, że to by mi pomogło. – Głos jego drżał szyderstwem. – Są 

jeszcze nasze córki – szepnął – Krystyna i ta mała.

Ragnfrida siedziała chwilę w milczeniu.
– Myślę o tym, jak osądzasz Erlenda syna Mikołaja – szepnęła. – Cóż 

więc dopiero musisz myśleć o mnie?

Długi dreszcz przebiegł jego ciało, napięcie rozluźniło się nieco.
–  Ty  przecież…  my  przecież…  już  prawie  dwadzieścia  siedem 

lat żyjemy z sobą. Nie jest to zatem to samo co z obcym człowiekiem. 
Pojmuję, że ci było ciężko.

Ragnfrida  z  łkaniem  załamała  się  pod  tymi  słowami.  Nie  śmiała 

odszukać jego ręki. On zaś nie poruszył się, siedział cicho jak martwy. 
Płakała coraz głośniej; mąż siedział nieruchomo i patrzył na przenikające 
obok drzwi szare światło dnia. W końcu Ragnfrida leżała złamana, jak 
gdyby  wypłakała  już  wszystkie  łzy. Wtedy  dotknął  lekko  jej  ramienia. 
Znowu zaczęła płakać.

–  Czy  przypominasz  sobie  –  rzekła  łkając  –  tego  człowieka,  który 

pewnego razu przyszedł do nas na Skog? Tego, który znał stare pieśni? 
Pamiętasz tę pieśń o zmarłym człowieku, który wraca z czyśćca i opowiada 
synowi, co tam widział? Słychać tam było hałas z najgłębszej otchłani 
piekła, gdzie niewierne żony mielą ziemię na pokarm dla swych mężów; 
krwawe były kamienie, którymi mełły, i krwawe serca zwisały im z piersi.

Lavrans nic nie odpowiedział.
– O tych słowach musiałam myśleć przez te wszystkie lata – rzekła 

Ragnfrida. – W każdy dzień krwawiło moje serce, gdyż w każdy dzień 
zdawało mi się, że mielę ci ziemię na pokarm.

Lavrans  sam  nie  wiedział,  czemu  tak  odrzekł,  jak  to  uczynił.  Miał 

uczucie,  że  pierś  jego  jest  pusta  i  zapadnięta,  niby  pierś  człowieka, 
któremu wyjęto serce i płuca. Ciężko, z trudem położył dłoń na głowie 

background image

żony i rzekł:

– Skała musi być pierwej zmielona na pył, nim ziarno wzejdzie.
Gdy  chciała  podnieść  i  ucałować  jego  rękę,  cofnął  ją  gwałtownie. 

Potem spojrzał na żonę, wziął jej rękę, położył na swoim kolanie i skłonił 
na nią zimną, zdrętwiałą twarz. I tak pozostali, nie poruszając się ani nie 
mówiąc więcej do siebie.