background image

Ze zbiorów

Zygmunta Adamczyka

background image

 

 

 

 

 
 

background image

 

 2 

ŚWIAT POEZJI – POEZJE ŚWIATA 

 
Rabindranath Tagore 
(1861-1941) laureat nagrody Nobla w 1913 roku, był propagatorem 
idei zbliżenia Wschodu z Zachodem. Dzięki niemu filozofia indyjska włączyła się w tradycje 
kultury światowej nie tracąc przy tym nic ze swojej wielowiekowej tradycji. 
Najważniejszą rolę w bogatej twórczości literackiej tego piewcy indyjskiego światopoglądu 
odegrała poezja. Tagore był przede wszystkim lirykiem i stąd niniejsza prezentacja jego 
tekstów, będąca przekrojem przez cały dorobek poetycki, gdzie zarówno przyroda, jak i 
miłość mają swoje miejsce, a ponad tym unosi się refleksja nad sensem życia. 
 
 
 

For Polish edition copyright by „C&T Editions”, Toruń 1995 
 
Opracowanie graficzne: Zbigniew Morzyński 
Redaktor wydania: Paweł Marszałek 
Korekta: Magdalena Marszałek 
Opracowanie komputerowe: Sławomir Kozera 
ISBN 83-85318-60-7 
 
Wydawnictwo „C&T Editions” ul.Św. Józefa 79,  87-100 Toruń 
Toruń 1995. Wydanie I. 
 

 
 
 
 

 
Spis treści  

 
Pieśni ofiarne  
przekład:  Jan Kasprowicz  
 
Ogrodnik  
Przekład:  Julia Dickstein  
 
Zbłąkane ptaki  
Przekład:  Jerzy Bandrowski  
 
Dar miłującego  
Przekład:  Stanisław Schayer  
 
Ostatki myśli  
Przekład:  Jerzy Bandrowski,  Witold Hulewicz  
 

 
 
 
 
 
 

background image

 

 3 

                                    

PIEŚNI OFIARNE  

                                             1912 
                               Przekład: Jan Kasprowicz  
 
 
 
                                       8  
 
         Dziecko w książęce odziane szaty, z klejnotnym na  
szyi łańcuchem, traci wszelką przyjemność w zabawie,  
strój jego na każdym przeszkadza mu kroku. 
        W trwodze, aby go nie rozedrzeć lub nie zabrudzić, 
trzyma się z dala od świata, lęka się niemal poruszać. 
         Matko, nie na dobre wychodzi ten przymus strojenia, 
jeśli oddziela człowieka od zbawczego pyłu ziemi, jeśli 
pozbawia go prawa wkraczania na wielkie targowisko 
pospolitego życia ludzkiego. 
 
 
 
                                       11 
 
         Daj spokój tym zawodzeniom, tym śpiewom, temu 
odmawianiu różańca. Do kogóż ty się modlisz w tym 
ciemnym kącie świątyni, w obrębie tych bram zamknię- 
tych? 
         Otwórz oczy i patrz, Bóg twój nie stoi przed tobą. 
         On ci przebywa, gdzie oracz twardą przeoruje ziemię 
i gdzie kamieniarze tłuką kamienie. Przebywa z nimi 
w słońcu i na deszczu, a szata jego pokryta jest pyłem. 
Zdejmij z siebie płaszcz ten święty i jak on zstąp na  
zakurzoną ziemię! 
         Wyzwolenie? Gdzież znaleźć to wyzwolenie? Mistrz 
nasz wziął radośnie na siebie więzy stworzenia: związał  
się z nami na wieki. 
         Wyjdźże ze swoich rozmyślań i zostaw w spokoju 
kwiaty i kadzidła! Co szkodzi, że potargasz i zbrukasz 
swe suknie? Idź ku niemu i w pocie czoła trudź się 
z nim razem. 
 
 
 
                                       90  
 
         W dniu, w którym śmierć zapuka do twych wrót, 
cóż ty jej ofiarujesz? 
         Postawię przed gościem pełne naczynie mojego 
żywota: nie puszczę go z próżnymi rękoma! 
         Całe słodkie winobranie mej jesieni, mych nocy 
letnich, całe żniwo i wszystkie zyski pracowitego żywota 

background image

 

 4 

położę przed nią u schyłku moich dni, gdy śmierć 
zapuka do mych wrót. 
 
 
 
 

                             OGRODNIK 

 

                                           1913 
                             Przekład: Julia Dickstein  
 
 
 
                                        
 
              SŁUGA 
         Zmiłowanie miej nad sługą twoim, królowo! 
              KRÓLOWA 
         Przeminęło święto i rozeszli się wszyscy słudzy moi. 
Czemu przychodzisz o tej późnej godzinie? 
              SŁUGA 
         Skoro oddaliłaś innych, moja nadeszła pora. 
         Pytać przychodzę, co czynić może ostatni twój sługa. 
              KRÓLOWA 
         I czegóż to oczekujesz o tak późnym czasie? 
              SŁUGA  
         Uczyń mnie ogrodnikiem twojego ogrodu. 
              KRÓLOWA  
         Jakieś wyrzekł szaleństwo? 
              SŁUGA  
         Poniechać chcę dawnej pracy mojej. 
         W proch rzucam miecz i włócznię. Nie ślij mnie odtąd 
na dalekie dwory, nie każ na nowe wychodzić zwycię- 
stwa. Uczyń mnie ogrodnikiem twojego ogrodu. 
              KRÓLOWA 
         Jakież by były obowiązki twoje? 
              SŁUGA  
         Służyć ci w dni odpoczynku twego. 
         Pielęgnować będę ścieżkę różaną, po której błądzisz 
o poranku i gdzie kwiaty, schnące w śmiertelnej 
tęsknocie, każdy krok stóp twoich witają weselem. 
         Kołysać cię będę na huśtawce pod konarami sapta- 
parny. A księżyc, co wczesnym wypływa wieczorem, 
sączyć się zacznie przez listowie, żądny całować rąbek  
twojej szaty. 
         Wonną oliwą nalewać będę lampę, która pali się u 
łoża twojego, a podnóżek stóp twoich zdobić sandałem 
i szafranem w przedziwne wzory. 
              KRÓLOWA 
         Co ci będzie nagrodą? 
              SŁUGA 

background image

 

 5 

         Maleńkie piąstki twoje móc tulić jak śliczne pączki 
lotosu, sznurami kwiecia osnuwać postać twoją, stopy 
twe barwić szkarłatnym sokiem płatków aśoki i 
scałowywać ostatni kurzu pyłek, który lgnie do nich 
jeszcze. 
              KRÓLOWA 
         Sługo mój, prośby twoje będą wysłuchane. Oto jesteś 
ogrodnikiem mojego ogrodu. 
 
 
 
                                        
 
         Poeto, wieczór płynie na ziemię; włos twój szronieje. 
         Czy w swoich dumaniach samotnych słyszysz posła- 
nie z zaświata? 
         Wieczór jest – rzekł poeta – i nasłuchuję, albowiem 
we wsi może ktoś zawoła, choć późna pora.  
         Czuwam, czy odnajdą się dwa błądzące serca i czy 
dwie pary oczu roztęsknionych nie zaczną żebrać o 
muzykę, która przełamie ich milczenie, za nich mówić 
będzie. 
         Kto zaś prządłby im pieśń rozgorzałą, gdy ja, u życia 
nabrzeży posiadły, w śmierć i zaświaty się potopię? 
         Zachodzi wczesna gwiazda wieczoru. 
         Domiera zwolna syk pogrzebowego stosu nad milczącą  
rzeką. Wyje chór szakali w podwórzu osamotniałego domostwa  
pod nikłym światłem księżyca. 
         Jeśli wędrowiec, porzucając strony rodzinne, przyj- 
dzie tu czuwać nocą i ze spuszczoną głową wsłucha się 
w szelest mroków, kto tajemnice życia podszepnie 
mu w ucho, gdy ja, zawarłszy drzwi moje uwolnić się 
zapragnę od więzów ziemi? 
         Nie ma znaczenia, że włos mój szronieje. 
         Zawsze lat mam tyle, ile najmłodszy i najstarszy 
człowiek tego sioła. 
         U jednych w oczach uśmiech życzliwy i słodki, u 
innych chytre mruganie. 
         Jednym stoją łzy, co wzbierają w dziennej jasności, 
innym łzy, które się tają w mrokach. 
         A ja im wszystkim potrzebny jestem i czasu nie mam 
w zaświaty się pogrążyć. 
         Wszem równy jestem – co z tego, że włos mój 
szronieje? 
 
 
 
                                        
 
         O poranku zarzuciłem sieć moją w morze. 

background image

 

 6 

         Z czarnej topieli łupy dobyłem dziwnej postaci i o 
rzadkiej krasie – jedne świeciły jak uśmiech, drugie 
lśniły jak łzy, a inne jeszcze pałały, niby jagody młodej 
narzeczonej. 
         Kiedym z dnia plonem w domu progi wracał, 
umiłowana moja siedziała w ogrodzie, leniwie płatki 
obrywając z kwiatu. 
         Wahałem się chwilę, po czym do stóp jej złożywszy 
całe moje brzemię, stałem w milczeniu. 
         Spojrzenie jej padło na mój łup o rzekła: „Cóż to za 
dziwotwory? Nie wiem zaiste czemu służyć mają!” 
         Skłoniłem głowę w zadumie, myśląc: „Nie walczyłem 
o to wszystko, na targowisku tego nie kupiłem, nie 
są to dla niej odpowiednie dary>” 
         Przez całą długą noc jedno po drugim wyrzucałem 
na ulicę. 
         Nad ranem przechodzili pielgrzymi, pozbierali zdo- 
bycze i zanieśli w cudze kraje. 
 
 
 
                                        
 
         Ach, czemu zbudowali dom mój na ulicy, co do 
rynku wiedzie! 
         Ładowne czółna swoje uczepiają u moich drzew. 
         Idą, biegną, wędrują, jako im się zwidzi. 
         Siedzę i patrzę na nich, życie moje mija. 
         Odprawić ich nie mogę. Tak dni mi się toczą. 
 
         Dzień i noc krok ich tętni koło moich wrót. 
         Na próżno mi wołać: „Nie znam was.” 
         W jednych palce moje czują znajomych, innych czują 
nozdrza, krew w moich żyłach zna ich, jak się zdaje, 
a są i tacy, których widzę w snach. 
         Odprawić ich nie mogę. Wołam ich i mówię: „Niech 
w dom mój wnejdzie, kto może. Tak, tak – chodźcie.” 
 
         Rankiem zadźwięczy dzwon w świątyni. 
         Przychodzą oto z koszami w dłoniach. Stopy ich po- 
czerwieniałe są niby róże. Wczesna jasność świtu pada 
im na twarze. 
         Odprawić ich nie mogę. Wołam ich i mówię: „Wejdźcie 
kwiaty rwać w ogrodzie. Przychodźcie.” 
 
         W południe w dzwon biją w pałacowej bramie. 
         Nie wiem dlaczego wstają od roboty, skupiając się 
koło mego żywopłotu. 
         Kwiaty w ich włosach pełzną i wiotczeją. Wątle gra 
ton ich fletni. 

background image

 

 7 

         Odprawić ich nie mogę. Wołam ich i mówię: „Chłodny 
jest cień drzew moich. Chodźcie, przyjaciele.” 
 
         Nocą ćwierkają świerszcze po lasach. 
         Kto tak wolno do drzwi mych się zbliża i lekko 
stuka? 
         Ledwo twarz widzę, nie padnie słowo, spokojne niebo 
nad wszystkim leży. 
         Odprawić mego milczącego gościa nie mogę. Patrzę 
w twarz jego poprzez mrok i godziny marzenia się 
toczą. 
 
 
 
                                        
 
         Niespokojny jestem. Czuję pragnienie rzeczy dalekich. 
         Dusza moja rwie się w tęsknocie, aby musnąć o kraj 
ciemnej oddali. 
         O wielki bezkresie, o fletni twoja, natrętnie kusząca! 
         Zapominam, zapominam wiecznie, że nie mam 
skrzydeł do lotu, że do tego ziemi skrawka przywiązano 
mnie na wieki. 
         Pełen pożądań jestem ale czujny, przybyszem jestem  
w obcej krainie. 
         Tchnienie twe dobiega mnie i szepcze nieziszczalne 
nadzieje. 
         Mowa twoja dzwoni sercu mojemu, jakoby własna. 
         O celu w oddalach! o fletni twoja, natrętnie kusząca! 
         Zapominam, zapominam wiecznie, żem nieświadom 
drogi, że mi nie wystarcza skrzydlatego bieguna. 
         Niespokojny jestem, pątnikiem jestem w sercu. 
         W słonecznej mgle leniwych godzin jak potężnym 
widmem ściele się twa postać w błękitnej topieli nieba! 
         O najdalszy kresie! o fletni twoja, natrętnie kusząca! 
         Zapominam, zapominam, wiecznie, że zewsząd za- 
parto bramy domu, w którym mieszkam samotny. 
 
 
 
                                        
 
         W klatce mieszkał oswojony ptak, wolny ptak 
mieszkał w lesie 
         Kiedy przyszła im pora, spotkały się – tak chciał los. 
         Wolny ptak woła: „Lećmy w las, najdroższy!” 
         Ptak w klatce świergoce: „Chodź do mnie, w klatce 
będziemy żyły razem.” 
         Mówi ptak wolny: „Gdzież przestrzeń między prętami, 
abym skrzydła prężył?” 

background image

 

 8 

         „Biada mi – ptak w klatce woła – bo gdzie w 
chmurach spocząć mógłbym bez grzędy?” 
         Mówi ptak wolny: „Luby, zanuć pieśni leśne.” 
         Ptak w klatce rzecze: „Siądź przy mnie, chcę ci prawić 
w języku uczonych.” 
         „Nie, o nie – odpowie ptak lasu – nie da się nigdy 
nabyć pieśni uczeniem.” 
         Mówi ptak w klatce: „Wstyd mi! Ja nie wiem, co są 
pieśni leśne.” 
         Miłość ich płonie i pragnieniem dyszy, lecz skrzydeł 
nigdy nie złożą na skrzydła. 
         Patrzą na siebie przez pręty klatki i płonne są ich 
zabiegi, by się poznać nawzajem. 
         Biją skrzydłami w tęsknocie i śpiewają: „Zbliż się, 
ukochanie.” 
         Wolny ptak woła: „Niestety! Zamknięte drzwi klatki 
mnie trwożą.” 
         Ptak w klatce świergoce: „Biada! Omdlałe i martwe  
mam skrzydła.” 
 
 
 
                                        
 
         O matko, młody królewicz ma przejechać przed 
naszymi drzwiami. I jakże mi dziś pilnować roboty? 
         Powiedz mi, jak mam włosy pleść, jaką przyodziać 
sukienkę? 
         Czemu w zdziwieniu tak patrzysz na mnie, matko? 
         Wiem, że jednego spojrzenia w okno moje nie zwróci, 
wiem, że w mgnienie jedno zniknie oczom moim, tylko 
gasnąca fletów pieśń będzie westchnieniem dobiegać 
mnie z dali. 
         Ale królewicz młody musi przejechać koło naszych 
wrót i na to mgnienie wdziać chcę najpiękniejsze stroje. 
 
         O matko, królewicz przejechał przed naszymi drzwiami, 
a słońce poranne przeglądało się w jego kolasie. 
         Zdarłam zasłonę z twarzy, łańcuch rubinów zerwałam 
z szyi i rzuciłam na jego drogę. 
         Czemu tak zdziwiona patrzysz na mnie, matko? 
         Wiem dobrze, że nie podniósł mojego łańcucha, że 
prysł sznur w kruszyny pod kołami karocy, czerwony 
ślad znacząc w kurzawie gościńca, i nikt nie zgadnie, 
czym był mój dar, ani komu był niesiony. 
 
         A młody królewicz przejechał koło naszych wrót i 
ja mu klejnot z piersi rzuciłam na drogę. 
 
 

background image

 

 9 

 
                                        
 
         Kiedy zgasła lampa u mojej pościeli, przebudziłam 
się razem z ptaszętami. 
         Siadłam przy oknie ze świeżym wiankiem na rozpu- 
szczonych włosach. 
         Młody pielgrzym szedł drogą w różanej mgle poranka. 
         Sznur pereł miał na szyi, a promienie słoneczne w  
blask mu brały głowę. 
         Stanął u drzwi moich i natarczywie pytał się: „Gdzie 
ona?” 
         A mnie zawstydzenie nie dało odrzec mu: „Ja nią 
jestem, młody pielgrzymie, to ja nią jestem.” 
 
         Zmierzch już był, a lampa jeszcze nie płonęła. 
         Nie myśląc o niczym, zaplatałam włosy. 
         Podjechał młody pielgrzym w łunach gasnącego słońca. 
         Rumaki jego były spienione, kurz bielił mu szaty. 
         Wysiadł u drzwi moich i zapytał znużonym głosem: 
„Gdzie ona?” 
         A mnie zawstydzenie nie dało odrzec mu: „Ja nią 
jestem, zdrożony pielgrzymie, to ja nią jestem.” 
 
         Jest noc kwietniowa. W pokoju moim lampa się pali. 
Wpływa spokojny powiew południowy. Krzykliwa pa- 
puga już zasnęła w klatce. 
         Stanik mam barwy pawiego podgardla, płaszcz mój 
jest zielony jak młoda murawa. 
         Przysiadłam na ziemi u okna, wbita okiem w pustą 
ulicę. 
         I nie przestaję powtarzać w noc ciemną: „Ja nią 
jestem, zwątpiały pielgrzymie, to ja nią jestem.” 
 
 
 
                                        
 
         Gdy spieszę nocą na widzenie z ukochanym, nie 
śpiewają ptaki, wiatr się nie poruszy, domy z obu  
stron drogi stoją oniemiałe. 
         Tylko bransolety u nóg moich dzwonią przy każdym 
kroku. 
         Tak mi wstyd... 
 
         Gdy nasłuchuję z ganku jego kroków, liście nie 
szeleszczą na drzewach, a woda cichnie w rzece, jak  
miecz na kolanach śpiących wartowników. 
         Tylko serce moje bije jak oszalałe i jak je uspokoić –  
nie wiem. 

background image

 

 10 

 
         Gdy przyjdzie miłowany i przy mnie usiądzie, drży ciało 
moje, tulą się powieki, ciemność gęstnieje, wiatr zdmuchuje 
lampę, a chmury zasłoną nachodzą na gwiazdy. 
         Tylko drogi kamień lśni i światło sieje na mojej piersi. 
         A jak go ukryć – nie wiem. 
 
 
 
                                       10  
 
         Poniechaj roboty, oblubienico. Patrz, gość twój 
nadchodzi. 
         Słyszysz, jak lekko kołacze łańcuch u bramy? 
         Bacz, aby sprzączki u stóp twych nie dzwoniły zbyt 
donośnie i by nadto śpieszny był krok, jakim mu 
wyjdziesz naprzeciw. 
         Poniechaj roboty, oblubienico. Gość twój nadszedł 
wraz z wieczorem. 
 
         To nie wiatr z siedziby duchów, oblubienico, nie 
trwoż się. 
         Jest pełnia w noc kwietniową. 
         Cienie mdleją na dziedzińcu, nad nimi światłe niebo. 
         Spuść na twarz zasłonę, gdy inaczej nie możesz, i 
idź z lampą do bramy, jeżeli lęk w tobie. 
         Nie, to nie wiatr z krainy duchów, oblubienico, nie 
trwoż się. 
 
         Nie mów doń słowa, jeżeliś nieśmiała, odstąp od 
drzwi, gdy zajdzie ci drogę. 
         Kiedy cię zagadnie, możesz, jeśli zechcesz, spuścić 
oczy, milcząca. 
         Niechaj nie dzwonią naramienniki twoje, gdy go 
wprowadzać będziesz z lampą w dłoni. 
         Nie mów doń słowa, jeżeliś nieśmiała. 
 
         Jeszcze nie zostawiłaś pracy swej, oblubienico? 
Słuchaj, gość twój przybył. 
         Czyś nie zaświeciła lampy w oborze? 
         Czy kosz ofiarny nie gotów na wieczorne modły? 
         Czerwony znak szczęścia złożyłaś-li na głowie i na 
noc gotowaś? 
         Oblubienico, słyszysz? gość twój przybył. 
         Poniechaj roboty! 
 
 
 
                                       11  
 

background image

 

 11 

         Przyjdź jak jesteś, nie spóźnij się strojeniem. 
         Mogą się rozwiać zaplecione włosy, mogą ci pukle 
zwichrzyć się na skroni i rozsznurować może się kaftan 
 - ty nie bacz na to. 
         Przyjdź, jak jesteś, nie spóźnij się strojeniem. 
 
         Szybkimi kroki przebieżaj darninę. 
         Cóż, że rosa spłucze ci barwiczkę ze stóp, dzwoniące 
zapinki u nóg się rozluźnią, że z naszyjnika perły ci 
opadną – ty nie bacz na to. 
         Szybkimi kroki przebieżaj darninę.  
 
         Widzisz, jak chmury tłoczą się na niebie? 
         Stada żurawi ciągną się od dalekich brzegów rzeki, 
wiatr nawiewami bije w połoninę. 
         Strwożone trzody do obór się chronią. 
         Widzisz, jak chmury tłoczą się po niebie? 
 
         Daremnie zapalasz lampę na stole; migoce i gaśnie 
na wietrze. 
         Kto dostrzeże wtedy, żeś nie poczerniła powiek? Oczy 
twe czarniejsze, niż chmury deszczowe. 
         Daremnie zapalasz lampę na stole; migoce i gaśnie 
na wietrze. 
 
         Przyjdź, jak jesteś, nie spóźnij się strojeniem. Cóż, 
że warkocz nie spleciony jeszcze na twych włosach, 
żeś nie owiodła ramion chustą? 
         Niebo się w chmury otuliło – pora ci. Przyjdź jak 
jesteś, nie spóźnij się strojeniem. 
 
 
 
                                       12  
 
         Gdy ci gorliwa powie myśl, by dzban napełnić, 
przyjdź, o przyjdź nad moje jezioro. 
         Woda łasić się będzie do stóp twoich, bając swe 
tajemnice. 
         Cień nadciągającego deszczu leży na piasku, chmury 
wiszą nisko na modrych obrysach drzew, jak ciężkie 
sploty nad twoimi brwiami. 
         Znam dobrze rytm twych kroków – w sercu mi 
uderza. 
         Przyjdź, o przyjdź nad moje jezioro, gdy napełnić  
dzbanek będzie czas. 
 
         Gdy odpoczynku zapragniesz i dzbanek puściwszy 
na wodę, potonąć zechcesz w zadumie, przyjdź, o 
przyjdź nad moje jezioro. 

background image

 

 12 

         Trawiaste zbocze uśmiecha się zielenią, a kwiecie 
polne w bezliku się mai. 
         Myśli z twych czarnych oczu wybiegną, jak ptaki z gniazd. 
         Zasłona z twarzy do stóp ci upadnie. 
         Przyjdź, o przyjdź nad moje jezioro, gdy odpoczynku zapragniesz. 
 
         Kiedy znudzisz sobie igraszki i zanurzyć się w wodzie 
zechcesz, przyjdź, o przyjdź nad moje jezioro. 
         Płaszcz twój błękitny złożysz na brzegu, a modra 
woda opłynie cię i osłoni. 
         Fale wespną się na palce, by ci całować szyję i  
szeptać w uszko. 
         Przyjdź, o przyjdź nad me jezioro, gdy zechcesz 
zanurzyć się w wodzie. 
 
         Jeśli szał cię owieje i o śmiertelny skok się pokusisz, 
przyjdź, o przyjdź nad moje jezioro. 
         Chłodne jest i bez dna głębinne... 
         Czarne jest jak sen bez widzeń. 
         W jego głębiach noc i dzień są jednym, jednym pieśń 
i głusza. 
         Przyjdź, o przyjdź nad moje jezioro, jeśli w śmierć 
pogrążyć się zechcesz. 
 
 
 
                                      13  
 
         O nic nie prosiłem; u skraju lasu stanąłem za 
drzewem. 
         Tęsknota czaiła się jeszcze w oczach zmierzchu, w 
powietrzu stała rosa. 
         Rozleniwiający zapach wilgotnej trawy unosił się w 
rzadkiej mgle nad ziemią. 
         Pod drzewem figi ujrzałem ciebie: doiłaś krowę 
rączkami jak kwiaty. 
         Patrzyłem niemy. 
         Nie rzekłem słowa. To ptak niewidzialny śpiewał w 
gęstwinie. 
         Drzewo mangowe strząsało płatki na wiejską drogę, 
przelatywały z pobrzękiem pszczoły. 
         W świątyni Śiwy, za stawem, otwarte były wrota i 
pobożni rozpoczęli pienia. 
         Ze skopkiem u kolan widziałem ciebie, zajętą udojem. 
         Ja stałem jeszcze z pustym wiadrem. 
         Nie podszedłem do ciebie. 
         Niebo wstrząsało się odgłosem świątynnego dzwonu. 
         Drogą pędzono stado i spod kopyt jego buchnął obłok 
dymu. 
         Od rzeki wracały kobiety z czubatymi dzbanami, wspartymi o biodro. 

background image

 

 13 

         Naramienniki brzęczały, przelał się dzban. 
         Tak minął ranek – nie podszedłem ku tobie. 
 
 
 
                                       14  
 
         Błądziłem drogą, nie wiem dlaczego, kiedy przeszło 
południe i gałęzie bambusów zaszemrały na wietrze. 
         Nadchodzące cienie wyciągniętymi rękami czepiały 
się stóp uciekającego światła. 
         Słowiki utrudziły się śpiewaniem. 
         Błądziłem drogą, sam nie wiem dlaczego. 
 
         Pochyłe drzewo ocienia chatynkę u wody. 
         Krząta się w niej młódka przy robocie, naramienniki 
dzwoniły muzyką. 
         Stałem przed chatą ową, nie wiem czemu. 
         W zakręty drożyna się wije wśród pól gorczycy i 
gajów mangowych. 
         Koło świątyni wiejskiej przebiega i koło targu u 
rzecznej przystani. 
         Stałem przed chatą ową, nie wiem czemu. 
 
         Przed laty to było, w wietrzny dzień marcowy, w 
szmerach wiosennych niosła się tęsknota, drzewa 
mangowe w kurz roniły kwiecie. Swawolna woda 
pryskając lizała mosiężne wiaderko, które rzucono na 
schodach przystani. 
         Myślę o owym wietrznym dniu marcowym – nie 
wiem czemu.  
 
         Gęstnieją cienie i trzody ciągną do zagród. 
Szarość leży na osępiałych błoniach, a chłopi czekają 
na prom u przejazdu. 
         Zawracam z wolna drogą moją – nie wiem czemu. 
 
 
 
                                       15  
 
         Biegam, jak biega w cieniu lasu piżmowiec, oszalały 
od własnego zapachu. 
         Noc dzisiejsza, to noc majowa, powiew, to oddech 
południa. 
         Gubię drogę i błądzę, szukam, czego znaleźć nie 
mogę, znajduję, czegom nie szukał. 
 
         W sercu wzbiera mi i wiruje obraz własnej tęsknoty. 
         Świetlista zjawa rozpływa się.  

background image

 

 14 

         Staram się ją schwytać, wymyka mi się i ciągnie na 
bezdroża. 
         Szukam, czego znaleźć nie mogę, znajduję, czegom 
nie szukał. 
 
 
 
                                       16  
 
         Dłonie zadzierzgają się o dłonie, źrenice zwisają u 
źrenic, tak się poczyna naszych serc historia. 
         Jest miesięczna noc marcowa, słodką wonią henny 
dyszy wiew, flet mój zapomniany wala się po ziemi, 
splot kwiecia twego niedokończony. 
         Miłość między nami prosta jest jak pieśń. 
 
         Twa szafranowo-złota zasłona upaja moje oczy. 
         Wieniec jaśminów, któryś mi uwiła, przejmuje dre- 
szczem serce me jak chwała. 
         Gra to mieniąca się od darów i wyrzeczeń, odsłonień 
i powrotnych utajeń, drobin uśmiechu, onieśmielenia 
i kilku słodkich, niepotrzebnych zwad. 
         Miłość między nami prosta jest jak pieśń. 
 
         Nie ma w niej tajemnic za dzień dzisiejszy się 
wymykających, nie ma gonitw w nieziszczalność, powab 
nie włóczy za sobą cienia i nie szukamy po głębiach 
mroku. 
         Miłość między nami prosta jest jak pieśń. 
 
         Nie odbijamy od każdego słowa w wieczyste milczenie, 
nie wznosimy rąk w próżnię ku rzeczom nie zespolonym 
z nadzieją. 
         Nam starczy to, co dać możemy i otrzymać. 
         Nie wycisnęliśmy radości po ostatek, aby z niej 
wytłoczyć wino cierpienia. 
         Miłość między nami prosta jest jak pieśń. 
 
 
 
                                       17  
 
         Złocisty ptak śpiewa w jej gaju, a moje serce uderza 
weselem. 
         Oboje w jednym mieszkamy siole i to jest cala radość 
nasza. 
         Dwa jagnięta, jej ulubieńce, przychodzą paść się w  
cieniu naszych drzew. 
         Gdy w jęczmień pobłądzą, wynoszę je na rękach. 
         Miano naszej wioski jest Khanjana, a Anjana zowią 

background image

 

 15 

naszą rzekę. 
         Moje imię zna całe sioło, a jej imię jest Ranjana. 
 
         Tylko jedno pole nas rozdziela. 
         Pszczoły, co w naszym lasku mają ule, lecą miodu  
szukać w jej ogrodzie. 
         Kwiaty, rzucone ze schodków jej przystani, woda 
niesie do miejsca, gdzie się kąpiemy. 
         Koszyki z suszonych pąków kuszumby na nasz targ 
przynoszą z jej pól. 
         Miano naszej wioski jest Khanjana, a Anjana zowią 
 naszą rzekę. 
         Imię moje zna całe sioło, a jej imię jest Ranjana. 
 
         Ścieżka, co się wije do jej domu, pachnie wiosną 
mangowym kwieciem. 
         Kiedy len u niej dojrzewa pod żniwo, na naszym 
polu żółcą się konopie. 
         Gwiazdy, co śmieją się nad jej chatą, i nam tym 
samym mrugają spojrzeniem. 
         Deszcz, co wypełnia po brzeg jej beczkę, orzeźwia i 
nasz lasek kadambowy. 
         Miano naszej wioski jest Khanjana, a Anjana zowią 
naszą rzekę. 
         Moje imię zna całe sioło, a jej imię jest Ranjana. 
 
 
 
                                       18  
 
         Dwie siostry, kiedy po wodę chodzą, na to miejsce 
przyszedłszy, uśmiechają się obie. 
         Widać dostrzegłszy, że za drzewami ktoś się ukrywa, 
ilekroć one idą po wodę. 
 
         Szepczą dwie siostry do siebie, skoro tędy przecho- 
dzą. 
         Odgadnąć musiały tajemnicę człowieka, który za 
drzewami staje, ilekroć one idą po wodę. 
 
         Dzbanki przechylają im się i woda rozlewa, skoro 
tędy przechodzą. 
         Wykryć musiały, że bije serce człowieka, który za 
drzewami staje, ilekroć one idą po wodę. 
 
         Dwie siostry patrzą na siebie, skoro tędy przechodzą. 
         I chichot jest w chyżym miganiu ich stópek, co mąci  
myśli człowiekowi, który za drzewami stoi, ilekroć one  
idą po wodę. 
 

background image

 

 16 

 
 
                                       19  
 
         Szłaś nadrzeczną drogą, dzban pełen wody oparłszy 
o biodro. 
         Dlaczego szybko odwróciłaś głowę, śledząc mnie zza 
powiewnej zasłony? 
         Ten promienny wzrok dobiegł mnie z ciemności, jak 
podmuch, który dreszczem marszczy wodę i dalej 
pomyka na cienisty brzeg, 
         Przyszedł do mnie, niby ptak wieczorny, który w 
mroczną izbę wpadnie, od okna do okna przeleci i w  
ciemność zatonie. 
         Ukryta jesteś jak gwiazda za wzgórzami, a ja 
przechodniem jestem na drodze. 
         Ale dlaczego przystanęłaś na chwilę, patrząc przez 
zasłonę w twarz moją, kiedy nadrzeczną przechodziłaś 
drogą, dzban pełen wody oparłszy o biodro? 
 
 
 
                                       20  
 
         Dzień w dzień przychodzi do mnie i odchodzi. 
         Pójdź i kwiat z włosów mych mu daj, o bracie. 
         Jeśli zapyta, kto mu go przysyła, nie mów, proszę, 
mojego imienia, bo on przychodzi i odchodzi znowu. 
 
         Siedzi w kurzu przydrożnym pod drzewem. 
         Z kwiatów i liści zrób mu tam posłanie, o przyjacielu. 
         Smutne są jego oczy i smutek niosą sercu mojemu. 
         Nie mówi, o czym myśli, przychodzi tylko i odchodzi 
znowu. 
 
 
 
                                       21  
 
         Czemu on, wędrowiec młody, do drzwi zapragnął 
podejść mych, gdy dniało? 
 
         Kiedy z domu idę, albo w dom powracam, mijam go 
zawsze i oczy moje więzną w jego licach. 
         Nie wiem, czy mówić winnam z nim, czy milczeć? 
Czemu zapragnął podejść po me wrota? 
 
         Ciemne są i chmurne noce lipcowe, niebo jest 
blado-błękitne w jesieni, dni wiosny powiew południa 
zamąca. 

background image

 

 17 

         On z nowych wiecznie melodii dzierga swoje pieśni. 
         Odwracam się od roboty i oczy zachodzą mi mgłą. 
Czemu zapragnął podejść pod me wrota? 
 
 
 
                                       22  
 
         Kiedy mijała mnie szybkimi krokami, musnął mnie 
rąbek jej szaty. 
         Z nieznanej wyspy czyjegoś serca przebiegł nagły 
ciepły podmuch wiosny. 
         Musnęło mnie przelotne dotknięcie i znikło, jak 
zerwany liść, który wiatr pędzi. 
         Na serce padło mi niby westchnienie jej ciała i szept 
jej serca. 
 
 
 
                                       23  
 
         Dlaczego siedzisz tu, naramiennikami dzwoniąca, dla 
płonnej tylko igraszki? 
         Napełnij dzbanek. Czas ci w dom powrócić. 
 
         Dlaczego wody dotykasz rękoma i raz w raz za kimś 
pozierasz na drogę, dla płonnej tylko igraszki? 
         Napełnij dzbanek. Czas ci w dom powrócić. 
 
         Mijają ranne godziny, ciemna woda płynie i płynie. 
Śmieją się fale i szepczą ze sobą dla płonnej tylko 
igraszki. Chmury wędrowne zbiły się u widnokręgu, 
aby się znowu unieść ponad ziemię. 
         Zwlekam i w twarz twą patrzę, i śmieję się, dla 
płonnej tylko igraszki. 
         Napełnij dzbanek i wracaj do domu. 
 
 
 
                                       24  
 
         Nie chowaj dla siebie tajemnicy serca twojego, o 
miły. 
         Mnie ją powierz, mnie tylko, i skrycie. 
         Ty, co masz takie powabne uśmiechy, szeptaj po 
cichu, serce moje słyszeć będzie, nie uszy. 
         Noc jest głęboka, dom stoi niemy, gniazda ptasze 
owił sen. 
         Przez skrywane łzy, przez tamowane uśmiechy, przez 
słodkie zawstydzenie i udrękę, powierz mi tajemnicę 

background image

 

 18 

serca twojego. 
 
 
 
                                       25  
 
         „Chodź do nas, młodzieńcze, mów szczerze, dlaczego 
obłęd z oczu ci wyziera?” 
         Nie wiem, z jakiej makówki dzikiej wino piłem, iż 
ten obłęd z oczu mi wyziera.” 
         „O wstydzie!” 
         „Cóż, ludzie bywają mądrzy i głupi, pieczołowici i 
niefrasobliwi. Uśmiech jest w oczach jednych, łzy w 
innych, a z moich źrenic obłęd wyziera.” 
 
         „Młodzieńcze, czemu tak cicho stoisz w cieniu 
drzewa?” 
         „Stopy moje omdlały od ciężaru serca mojego i stoję 
cicho w cieniu.” 
         „O wstydzie!” 
         „Tak, jedni ludzie idą drogą, inni zwlekają, 
Jedni są wolni, inni w okowach, a moje stopy omdlały 
od ciężaru serca mojego.” 
 
 
 
                                      26  
 
         „Co z twych ochoczych płynie rąk, to biorę. O nic 
zresztą nie proszę.”  
         „Tak, tak, znam cię, żebraku skromny, o wszystko 
prosisz, co tylko jest.” 
 
         „Jeśli się znajdzie kwiat uroniony, będę go nosił na 
sercu.” 
         „A jeżeli mieć będzie ciernie?” 
         „Potrafię znieść je.” 
         „Tak, tak, znam cię, żebraku skromny, o wszystko 
prosisz, co tylko jest.” 
 
         „Gdybyś raz jeden oczy kochające podniosła ku mej 
twarzy, życie by mi słodkie było aż za zgon.” 
         „A gdyby miały tylko surowe spojrzenia?” 
         „Pozwoliłbym im przeszyć moje serce.” 
         „Tak, tak, znam cię, żebraku skromny, o wszystko 
prosisz. co tylko jest.” 
 
 
 
                                       27 

background image

 

 19 

 
         „Zaufaj miłości, nawet gdy zgryzotę niesie. Nie 
zamykaj serca swojego.” 
         „O nie, najmilszy, słowa twe są ciemne, zrozumieć 
ich nie mogę.” 
 
         „Serce mamy po to, byśmy je składali w darze, ze  
łzą lub pieśnią, o ukochana.” 
         „O nie, najmilszy, słowa twe są ciemne, zrozumieć 
ich nie mogę.” 
         „Rozkosz wiotka jest jak kropla rosy: gdy się 
uśmiecha – kona. 
         Ale zgryzota twarda jest i długa. Niech miłość pełna 
troski straż w twych oczach trzyma.” 
         „O nie, najmilszy, słowa twe są ciemne, zrozumieć 
ich nie mogę.” 
 
         „Lotos kwitnie w obliczu słońca i wszystko, co ma, 
roni. Nie miałby siły pąków nieść w wieczystej mgle 
zimowej.” 
         „O nie, najmilszy, słowa twe są ciemne, zrozumieć 
ich nie mogę.” 
 
 
 
                                       28  
 
         Smutna są twoje, pytań pełne, oczy. Pragną myśl 
mą zgłębić, jak księżyc, kiedy przeniknąć chce morze. 
         Obnażyłem życie moje przed twymi oczyma od końca 
do końca, nic nie ukryłem, nic nie utaiłem. Przeto 
znasz mnie. 
 
         Gdyby ono było tylko drogim kamieniem, rozbić bym 
je mógł na sto kawałków i na nić nawlec na twoją 
szyję. 
         Gdyby było tylko kwiatem świeżym, drobnym, miodo-  
wym, zerwałbym je z łodygi, by wetknąć ci w warkocze. 
         Ale to serce jest, umiłowana. Gdzie jego brzegi są, 
gdzie jego dno? 
         Nie znasz granic tego królestwa, a jednak jesteś jego 
królową. 
 
         Gdyby ono było tylko chwilą rozkoszy, zakwitłoby w 
uśmiech wdzięczny, a ty byś dojrzeć je mogła i czytać w tej jednej chwili. 
         Gdyby było bólem jedynie, rozpłynęłoby się w jasne 
łzy i bez słowa odbiło najgłębszą tajemnicę swoją. 
         Ale to miłość jest, o ukochana. 
Jej radość i jej ból są bez granic, a nieskończone 
są roszczenia jej i skarby. 

background image

 

 20 

         Tak bliska ciebie jest, jak życie twoje, a jednak nigdy 
całej poznać jej nie zdołasz. 
 
 
 
                                       29  
 
         Mów do mnie, luby! Słowami powiedz to, co śpiewa- 
łeś... 
         Noc czarna leży. Gwiazdy poginęły w chmurach. 
Wiatr wzdycha w liściach. 
         Rozpuszczę włosy. Błękitna opończa, opłynie mnie 
jak noc. Przycisnę głowę twą do piersi mojej, daj w 
samotności słodkiej mówić sercu. Ja oczy przymknę, 
słuchać chcę. Nie będę w twarz twą patrzyła. 
         A kiedy skończysz, pomilkniemy oboje. Tylko drzewa 
szeptać będą w ciemności. 
         Noc spłowieje. Dzień zaświta. Spojrzymy sobie w oczy 
i każde pójdzie swoją drogą. 
         Mów do mnie, luby! Słowami powiedz to, co śpiewałeś! 
 
 
 
                                       30  
 
         
Jesteś chmura wieczorna, która przepływa niebem 
moich marzeń. 
         Barwię cię i stroję zawsze w pragnienia mojej miłości. 
         Mojaś jest, moja, mieszkanko moich nieskończonych 
snów! 
 
         Stopy twoje różane kraśnieją od żaru roztęsknionego 
serca mojego, żniwiarko moich wieczornych pieśni. 
         Wargom twym dało gorzki i słodki posmak wino 
cierpień moich. 
         Mojaś jest, moja, mieszkanko moich samotnych  
snów! 
 
         Cień namiętności mojej pociemnił ci oczy, gościu 
codzienny w głębinach mego spojrzenia. 
         Pojmałem cię i wsnułem, umiłowana, w sieć mej 
muzyki. 
         Mojaś jest, moja, mieszkanko moich nieśmiertelnych 
snów! 
 
 
 
                                       31  
 
         Serce moje, ptak puszczy, niebo znalazło w twoich 

background image

 

 21 

oczach. 
         One są kołyską poranku, one są królestwem 
gwiaździstym. 
         Pieśni moje zagubiły się w ich otchłaniach. 
         Daj mi wyfrunąć w to niebo, w jego samotne 
przestrzenie. 
         Niechaj rozcinam jego chmury i skrzydła prężę w  
jego słoneczności. 
 
 
 
                                       32  
 
         Powiedz, czy to prawda, umiłowany, po- 
wiedz, czy to wszystko prawda? 
         Kiedy me oczy ciskają błyskawice, ciemne chmury 
w twej piersi odpowiadają burzą. 
         Prawda-li, że wargi moje są słodkie jak rozchylający  
się pąk pierwszej wyznanej miłości? 
         Czy w postaci mojej tają się wspomnienia minionych 
majów? 
         Drży-li ziemia, jak arfa, pieśnią, pod dotknięciem 
stóp moich? 
         Prawdą-że jest, iż krople rosy padają z oczu nocy, 
kiedy się jawię, i że ranna zorza raduje się, opływając 
ciało moje? 
         Czy prawdą jest, jest-li prawdą, że miłość twoja 
wędrowała samotna przez wieki i światy, mnie szuka- 
jąc? 
         A gdybyś mnie spotkał wreszcie, długa tęsknota 
przystań ostatnią znalazła w cichej mojej mowie, w  
oczach mych i wargach, w falujących splotach? 
         Prawda-li, że tajemnica nieskończoności tkwi wypi- 
sana na tym drobnym czole? 
         Powiedz, czy to wszystko prawda, umiłowany? 
 
 
 
                                       33  
 
         Kocham cię, najdroższy. Wybacz mi miłość moją. 
         Pojmana jestem jak ptak, co zatracił drogę. 
         Zadrżało serce me, zgubiło zasłonę i nagie oto stoi. 
Okryj je współczuciem, kochany, i wybacz mi miłość 
moją. 
 
         Jeśli nie możesz mnie kochać, najdroższy, wybacz  
mi moje cierpienie. 
         Nie pogardzaj mną z oddali. 
         W kącik się zaszyję, w cieniu siedzieć będę. 

background image

 

 22 

         Obiema rękami wstyd mój nagi okryję. Odwróć ode 
mnie twarz, ukochany i wybacz mi mękę moją. 
 
         Jeśli nie możesz mnie kochać, najdroższy, wybacz 
mi moją radość. 
         Kiedy fale szczęścia serce mi unoszą, nie śmiej się 
z niebezpiecznego mego odosobnienia. 
         Gdy na tronie siadam i tyranią miłości mej nad tobą 
rządzę, kiedy, jak bogini, zlewam ci łaski moje, znieś 
mą dumę, najdroższy i wybacz mi radość moją. 
 
 
 
                                       34  
 
         Nie odchodź ode mnie bez pożegnania, luba. 
         Czuwałem całą noc i teraz senność oczy ściąga. 
         Nie odchodź ode mnie bez pożegnania, luba. 
         Zrywam się, wyciągam ręce, by cię dotknąć. Pytam: 
„Czy to sen?” 
         O, gdybym mógł zaczarować sercem twoje stopy i 
do piersi mojej je przytroczyć! 
         Nie odchodź ode mnie bez pożegnania, luba! 
 
 
 
                                       35  
 
         Abym cię nie odgadł zbyt szybko, igrasz ze mną. 
         Oślepiasz mnie błyskawicami śmiechu, aby łzy utaić. 
         Znam, znam chytrość twoją. 
         Nigdy nie mówisz słowa, które powinnaś. 
 
         Abym nie zdołał szybko cię osądzić, wymykasz mi 
się na tysiąc sposobów. 
         Abym cię nie łączył z wieloma, stronisz od ludzi. 
         Znam, znam chytrość twoją. 
         Nigdy nie idziesz drogą, którą powinnaś. 
 
         O więcej kusisz się, niż inne, przetoś milcząca. 
         Z udaną obojętnością unikasz mych darów. 
         Nigdy nie chcesz przyjąć, co powinnaś. 
 
 
 
                                       36   
 
         Szeptał: „Najdroższa, podnieś oczy!” Złajałam go 
ostro, rzekłam: „Odejdź!”, ale się nie ruszył. 
         Stał przede mną i trzymał obie moje dłonie. Mówiłam: 

background image

 

 23 

„Puść mnie!”, ale nie odchodził. 
         Przysunął mi twarz do ucha. Spojrzałam nań i 
rzekłam: „Wstydź się!”, lecz on się nie przejął. 
         Wargi jego musnęły mi policzek. Drgnęłam i rzekłam: 
„Nazbyt jesteś śmiały”, ale on się nie wstydził. 
         Wpiął mi kwiat we włosy. Rzekłam: „Nic to nie 
pomoże”, ale on nie drgnął nawet. 
         Wziął z mojej skroni wianek i odszedł. Płaczę i pytam 
serca: „Czemu nie powraca?” 
 
 
 
                                       37  
 
         Czy twój wonny wianek włożysz mi na skronie, o 
piękna? 
         Ale wiedz, że wieniec, który ja uwiłem, należy do 
wielu tych, co mijają przelotnie, co niezbadane 
zamieszkują kraje, lub żyją w piersiach poety... 
         Za późno jest żądać zamiany serc naszych. 
         Był czas, gdy życie moje było jak pąk kwiatu, i 
zapach cały zamykał się w ziarnie. 
         Dzisiaj na wszystkie rozwijał się dale. 
         Kto zna zaklęcie, aby go zgarnąć i zamknąć na nowo? 
         Serce moje nie do mnie należy. Zbyt wielu czyniłem 
z niego podarek, abym mógł je ofiarować jednej. 
 
 
 
                                       38  
 
         Najdroższa, kiedyś, dawno, poeta twój wielki wyśpie- 
wał poemat. 
         Biada, niebaczny byłem; do nóg ci upadł, pod 
sprzączki dzwoniące. 
         Rozprysł się na piosenki i leżał tak u twych stóp. 
         Całe ładownie mojego okrętu, dzieje starych wojen, 
rozchybotały się na śmiejących się falach, nasiąkły 
łzami i poszły na dno. 
         Tę stratę musisz mi umilić, luba. 
         Zgasły marzenia o pozgonnej chwale, ty nieśmiertel- 
nym czyń mnie, póki żyję. 
         A nie będę opłakiwał straty mej, ni ciebie winił. 
 
 
 
                                       39  
 
         Przez całe rano próbuję spleść wianek, lecz kwiaty 
wysuwają się i spadają. 

background image

 

 24 

         Przyglądasz mi się chyłkiem, kącikami uporczywych 
oczu. 
         Zapytaj tych oczu, co ciemne knują usidlenia, czyja 
w tym wina. 
         Pieśń próbuję zanucić, ale nadaremnie. 
         Przyczajony uśmiech drży na twoich wargach. Spytaj 
go, czemu pieśń mi się nie składa. 
         Niech pod przysięgą wargi twe uśmiechnięte powie- 
dzą, jak głos mój zagubił się w ciszy, niby upojona 
pszczoła w lotosie. 
         Daj mi siąść przy boku twoim i pozwól mym wargom 
to uczynić, co w milczeniu tylko czynione być może i 
w słodkim świetle gwiazd. 
 
 
 
                                       40  
 
         Uśmiech niedowierzania przemyka przez oczy, gdy 
przychodzę się żegnać. 
         Tylekroć to czyniłem, iż mniemasz, że wkrótce  
powrócę. 
         Wyznam ci, ja tę samą niepewność mam w myśli. 
         Bo dni wiosenne wracają w kolei czasów, pełnia 
przenika, aby znowu zawitać na niebie, kwiecie 
powraca i rok za rokiem różowi się po gałęziach, może 
więc ja także żegnam się z tobą, abym wrócił jeszcze. 
         Ale przez chwilę tul marę zwodniczą, nie odganiaj 
jej z wrogim pośpiechem. 
         Kiedy mówię, że porzucam cię wiecznie, miej to za 
prawdę i niech mgła łez na chwilę pogłębi czarny cień 
oczu twoich. 
         A potem uśmiechnij się przebiegle, jakoś rada czynić, 
kiedy się zjawię znowu. 
 
 
 
                                       41  
 
         Pragnąłbym mówić ci najgłębsze słowa, jakie powie- 
dzieć mogę, ale nie ważę się z lęku, że je wyśmiejesz. 
         Dlatego sam śmieję się z siebie i tajemnicę moją 
zdradzam w żarcie. 
         Lekceważę ból własnej trwogi, byś ty go nie 
zlekceważyła. 
 
         Pragnąłbym mówić ci najwierniejsze słowa, jakie powie- 
dzieć mogę, ale nie ważę się z lęku, że nie dasz wiary. 
         Dlatego oblekam je w nieprawdę i mówię to, co 
sprzeczne z myślami moimi. 

background image

 

 25 

         Jak niedorzeczny przedstawiam mój ból, z trwogi, 
byś ty tego nie uczyniła. 
 
         Pragnąłbym najkosztowniejsze mówić słowa, jakie 
mam dla ciebie, ale nie ważę się z lęku, ze mi nie 
będzie równo odpłacone. 
         Tedy ci szpetne daję imiona i chełpię się mą 
szorstkością. 
         Krzywdzę cię z trwogi, że nie poznasz, czym jest 
cierpienie. 
 
         Pragnąłbym milcząco siedzieć przy tobie, lecz się nie 
ważę, bo serce wybiegłoby na wargi moje. 
         Dlatego bajam i bredzę bezmyślnie i ukrywam serce 
za słowami 
         Bezwzględnym czynię mój ból z trwogi, że ty go takim 
zrobisz. 
 
         Pragnąłbym odejść od twego boku, lecz się nie ważę  
z lęku, że tchórzostwo moje jawnym ci będzie. 
         Dlatego głowę noszę wysoko i wesół staję przy tobie. 
         Przez nieustanne ukłucia twych źrenic, ból mój się 
jątrzy wiecznie. 
 
 
 
                                       42  
 
         Szalony, wspaniały opilcze! 
         Kiedy rozwalasz drzwi i głupca grasz przed gawiedzią,  
         Kiedy w noc jedną trzos twój wypróżniasz i dajesz  
kuksańca rozsądkowi, 
         Kiedy włóczysz się po dziwnych drogach i zabawiasz 
sprawami bez celu, 
         Nie troskaj się o rym i prawo. 
         Kiedy przed burzą rozwijasz żagle i łupiesz ster, 
         Chcę pójść za tobą, druhu, być pijanym i zejść na 
psy. 
 
         Strwoniłem dni i noce wśród sąsiadów trzeźwych i 
rozumnych. 
         Od wiedzy wielkiej włos mój oszroniał, od czuwań 
wielu zmroczniało oblicze. 
         Lat wiele zbierałem okruchy i strzępy. 
         Pomiażdż je i tańcz po nich, rozwiej je na wsze 
wiatry. 
         Bo wiem, że najwyższa mądrość pijanym być i zejść 
na psy. 
 
         Niech pierzchną wszystkie kręte zwątpienia, niech 

background image

 

 26 

beznadziejnie drogę mą zatracę. 
         Burza niech nadleci dzikimi kłębami i urwie mnie z 
kotwic moich. 
         Świat zamieszkany jest przez dźwigających honory i 
pracowników pożytecznych a rozważnych. 
         Są ludzie, którym łatwo przypada pierwszeństwo i 
ludzie, którzy skromnie ciągną za tamtymi. 
         Niechaj szczęśliwi będą i uszczęśliwiają, ja chcę 
szaleńcem być bezużytecznym. 
         Bo wiem, że kresem wszelkiego działania jest być 
pijanym i spaść na psy. 
 
         Wyrzekam się w tej chwili wszelkich przywilejów, 
aby się liczyć wśród porządnych ludzi.  
         Odtrącam dumę z wiedzy mej i sąd o złym i dobrym. 
         Rozbiję naczynie pamięci, wyleję z niego ostatnie 
krople łez. 
         Wykąpię się w krwawej pianie perlistego wina i 
jaśniejszym uczynię mój śmiech. 
         Rozmyślnie w kawały rozedrę maskę statecznego 
obywatela. 
         Uczynię święty ślub, aby godności poniechać, pija- 
nym być i zejść na psy. 
 
 
 
                                       43  
 
         Nie, przyjaciele, nie będę nigdy pustelnikiem, mówcie, 
co chcecie. 
         Nie będę nigdy pustelnikiem, jeżeli ona ze mną 
ślubów nie wykona. 
         To wola moja niezłomna, jeśli cienistej strzechy i 
towarzyszki pokut mych nie znajdę, nie będę nigdy 
pustelnikiem. 
 
         Nie, mili moi, nie rzucę nigdy domu, ni ogniska i 
nie usunę się w lasu samotnie, gdy w jego cieniach 
nie będzie dzwonił śmiech pogodny i żółta suknia nie 
zaigra na wietrze, jeżeli ciszy nie pogłębi jeszcze  
stłumione szeptanie. 
         Nie będę nigdy pustelnikiem. 
 
 
 
                                       44  
 
         Ojcze czcigodny, wybacz grzesznej parze. Wiatr 
wiosenny miota się dziś dziko, miecie kurzawę i martwe 
listowie; z nim uleciały wszystkie twe nauki. 

background image

 

 27 

         Nie mów, ojcze, że życie to marność. 
         Albowiem nareszcie zawarliśmy rozejm ze śmiercią i 
na kilka wonnych godzin staliśmy się oboje nieśmier- 
telni. 
         Nawet gdyby wojska królewskie napadły nas gniew- 
nie, potrząsnęlibyśmy smutnie głowami i rzekli: „Bra- 
cia, wadzicie nam. Skoro konieczna wam ta krzykliwa 
zabawa, idźcie gdzie indziej poszczękiwać bronią. 
Przecież myśmy tylko na nikłych chwil parę stali się 
nieśmiertelni”. 
         Gdyby przyjazny nadszedł lud i obstąpił nas, skłoniliby- 
śmy się przed nim nisko i rzekli: „To przeraźliwie wielkie 
szczęście oszałamia nas. Skąpo jest miejsca w nie- 
skończonym niebie, gdzie mieszkamy. Bowiem wiosną 
tłumem idą kwiaty i pracowite skrzydła pszczół 
potrącają się nawzajem. Nasze niebo, w którym 
nas dwoje tylko nieśmiertelnych żyje, jest śmiesznie 
ciasne.” 
 
 
 
                                       45  
 
         Gościom, którzy odchodzić muszą, rzeknij: „Z Bo- 
giem” na drogę i zamieć wszelkie ślady ich kroków. 
         W uśmiechach garnij do piersi wszystko, co słodkie, 
proste jest, a bliskie. 
         Dziś święto duchów, które nie wiedzą, kiedy pomrą. 
         Niechaj śmiech twój będzie beztreściową radością, jak 
iskrzące światło fali. 
         Niechaj życie twoje pląsa zwiewnie na rubieżach 
czasu, niby rosa na czubku liścia. 
         Z harfy twojej dobądź w akordach rytmy, jakie 
poddaje ci chwila. 
 
 
 
                                       46  
 
         
Porzuciłaś mnie i poszłaś swoją drogą. 
         Myślałem, że żałobę wdzieję po tobie i w serce obraz 
twój wstawię, zmieniony w złotą pieśń. 
         Lecz, zła dolo moja, czas jest krótki. 
 
         Młodość rok za rokiem ulata, pierzchliwe są dni 
wiosny, w jednej godzinie giną śliczne kwiaty, a 
mędrzec przestrzega mnie, że życie to tylko kropla 
rosy na płatku lotosowym. 
         Mam-że poniechać wszystkiego i zmartwieć przeto, 
bo ona mnie porzuciła? 

background image

 

 28 

         Niedorzeczne byłoby i śmieszne, bowiem czas jest 
krótki. 
 
         Chodźcie więc do mnie, noce deszczowe, pluskającymi 
stopami, śmiej się, złocista jesieni, pójdź beztroski  
kwietniu i pocałunki rozsiej po tej ziemi. 
         I ty chodź także, i ty, i ty! 
         Wy wiecie, drodzy, żeśmy śmiertelni. Czy roztropnie 
byłoby serce rozkruszyć dla tej, która je wzięła? Przecież 
czas jest krótki. 
 
         Słodko jest w kąciku posiąść i dumać, i w rytmy 
wlewać wieść, że wy jesteście całym moim światem. 
         Bohatersko jest weselić się troską swoją i postano- 
wienie mieć, nie szukać pociechy. 
         Ale oto nowa twarz zagląda do drzwi i do mych oczu 
podnosi oczy. 
         Mogę tylko łzy otrzeć i odmienić nutę mej piosenki. 
         Bo czas jest krótki. 
 
 
 
                                       47  
 
         Gdy żądasz tego, poniecham śpiewania. 
         Jeżeli budzi ci niepokój w sercu, mogę odwrócić oczy 
od twej twarzy. 
         Jeśli cię nagle zastrasza na drodze, pójdę uboczem, 
innej szukać ścieżki. 
         Jeżeli niepokoi cię, kwiaty wijącą, omijać będę ogród 
twój samotny. 
         Jeżeli wodę wichrzy i podnosi, nie przepłynę czółnem 
koło twego brzegu. 
 
 
 
                                       48  
 
         Uwolnij mnie od więzów słodyczy twojej, miła! Dość 
wina pocałunków. 
         Mgła ciężkich kadzideł tłoczy serce moje. 
         Rozewrzyj drzwi, niech wpłynie jasność poranka. 
         Zatraciłem się w tobie, uwięziony w objęciu twej 
pieszczoty. 
         Wyswobodź mnie spod czaru swojego i wróć mi moc, 
bym ci raz jeszcze złożył uwolnione serce. 
 
 
 
                                       49  

background image

 

 29 

 
         Trzymam jej ręce i cisnę do piersi. 
         Chcę ramiona moje przepoić jej powabem, jej słodki 
uśmiech rozorać pocałunkami i pić oczyma ciemne jej 
spojrzenia. 
         Ach, lecz daremnie! Kto może błękit odjąć niebiosom? 
         Próbuję pochwycić piękno – wymyka mi się i tylko  
ciało w rękach mych zostawia. 
         Zawiedziony i znużony wracam do domu. 
         Jak może ciało dać tknąć się kwiatu, którego tylko 
dusza dotykać winna? 
 
 
 
                                       50  
 
         Luba, serce dzień i noc marzy o spotkaniu z tobą 
-spotkaniu, co jest jak wszechpożerająca śmierć. 
         Zmieć mnie jak burza, bierz wszystko, czym jestem, włam 
się w mój sen i rozgrab me widzenia... Złup mi mój świat. 
         Niech w spustoszeniu, w ostatniej nagości duszy 
staniemy się jednym w pięknie. 
         Ach, próżna tęsknota! Gdzie nadzieja połączenia, czy 
tylko w tobie, Boże? 
 
 
 
                                       51  
 
         Skończ więc pieśń ostatnią i rozejdźmy się. 
         Zapomnij tę noc, kiedy noc minie. 
         Kogo staram się okolić ramiony? Sny pojmać się nie  
dają. 
         Chciwe ręce pustkę przyciskają do serca i pierś moja 
taje. 
 
 
 
                                       52  
 
         Dlaczego lampa zgasła? 
         Otulałam ją płaszczem, by przed wiatrem osłonić, 
przeto zagasła lampa. 
 
         Dlaczego powiądł kwiat? 
         Przycisnęłam go do serca w trwożnej miłości, przeto 
powiądł kwiat. 
 
         Dlaczego wyschła krynica? 
         Przerzuciłam groblę, by ją mieć dla siebie, przeto 

background image

 

 30 

wyschła krynica. 
 
         Dlaczego pękła struna harfy? 
         Chciałam ton dobyć, co był nad jej siły, przeto pękła 
struna harfy. 
 
 
 
                                       53  
 
         Czemu rumienię się pod twym spojrzeniem? 
         Jam nie przyszedł jak żebrak. 
         Tylko znikomą godzinę stałem w progu twego dzie- 
dzińca za żywopłotem. 
         Czemu rumienię się pod twym spojrzeniem? 
         Jednej róży nie wziąłem z twojego ogrodu, nie 
zerwałem jednego owocu. 
         Skromnie stałem w cieniu gościńca, gdzie ma prawo 
stać każdy wędrowiec. 
         Nie zerwałem jednej róży. 
 
         Tak, stopy moje były zdrożone. Deszcz począł zacinać. 
         Świsnęły wiatry w chwiejnych bambusach.  
         Chmury cwałowały niebem, jakby uchodząc przed  
podbojem. 
         Moje stopy były zdrożone. 
 
         Nie wiem, coś myślała o mnie lub kogo-li czekałaś 
u bramy? 
         Ślepe błyskawice żarzyły twe śledzące oczy. 
         Jak wiedzieć mogłem, żeś mnie wypatrzyła w cieniu,  
gdzie stałem?... 
         Nie wiem, coś myślała o mnie. 
 
         Dzień się pochyla. Deszcz na chwilę ustał. 
         Opuszczam drzewo twojego ogrodu, miejsce me na  
trawie. 
         Mrok padł, zawrzyj wrota, idę moją drogą. 
         Dzień się pochyla. 
 
 
 
                                       54  
 
         Dokąd śpieszysz, kosz niosąca, późnym wieczorem, 
kiedy targ skończony? 
         Wszyscy wrócili z zakupem. Księżyc przegląda przez 
drzewa sioła. Echo głosów u promu ciemną wodą się 
niesie aż po bajoro, gdzie śpią dzikie kaczki. 
         Dokąd śpieszysz, kosz niosąca, kiedy targ skończony? 

background image

 

 31 

         Sen położył palce na oczach ziemi. 
         Scichły gniazda wronie, ustał szmer bambusów. 
         Wrócili z pól żniwiarze: ścielą maty na dziedzińcach. 
         Dokąd śpieszysz, kosz niosąca, kiedy targ skończony? 
 
 
 
                                       55  
 
         Popołudnie było, kiedyś odchodził. 
         Słońce stało gorejące na niebie. 
         Skończyłam robotę i sama siedziałam na balkonie, 
kiedyś odchodził. 
 
         Wiatr kapryśnym skrzydłem bił przez wonny prze- 
stwór wielu dalekich pól. 
         Gołębie gruchały w cieniu nieznużenie, a pszczoła, 
zabłąkana w moim pokoju, brzęczała wieści wielu 
dalekich pól. 
 
         Wieś drzemała w popołudniowej spiekocie. Droga bielała 
bezludna. 
         W nagłym podrywie budził się szum w liściach i gasł 
na nowo. 
         Spojrzałem w niebo i wprzędłam w błękit litery znajomego 
imienia, gdy wieś drzemała w południowym skwarze. 
 
         Zapomniałam zapleść włosy. Lekki je podmuch wwiał 
mi na policzek. 
         Rzeka sunęła nieskażoną gładzią pod ciemnym 
brzegiem. Ospałe, siwe chmury wisiały bez ruchu. 
         Zapomniałam zapleść włosy. 
 
         Południe było, kiedyś odchodził. 
         Kurz na drodze rozpalony był, a pola ziały. 
         Gołębie gruchały w listowiu. 
         Siedziałam sama na balkonie, kiedyś odchodził. 
 
 
 
                                       56  
 
         Byłam jedną z wielu niewiast, co dzień dnia zabiegają 
koło żałosnych spraw. 
         Czemuś wyszukał mnie i wyniósł za cichą ostoję 
codziennego żywota? 
         Nie wyznana miłość jest uświęcona. Błyszczy jak 
drogi kamień w łunie ukrytego serca. W świetle 
ciekawego dnia jest opłakanie markotna. 
         Ach, przebiłeś korę mego serca, wywlokłeś drżącą 

background image

 

 32 

miłość moją na rynek, rozbiłeś na wieki cienistą ustroń, 
gdzie miała gniazdo. 
         Inne niewiasty są, jak były. 
         Żadna nie spojrzała w dno własnej istoty, same nie 
znają swojej tajemnicy. 
         Pewnie śmieją się i płaczą, gwarzą i pracują, co 
dzień są w świątyni, zapalają lampy, wodę noszą z 
rzeki. 
         Ufałam, że miłości mojej oszczędzony będzie wstyd 
i ziąb bezdomności, aleś ty twarz odwrócił. 
         Tak, przed tobą leży otwarta droga, mnie przeciąłeś 
odwroty i zostawiasz mnie nagą przed światem, co 
oczyma bez powiek wbija się noc i dzień. 
 
 
 
                                       57  
 
         Zerwałem kwiat twój, o świecie! 
         Przycisnąłem go do serca i kolec mnie zranił. 
         Gdy dzień uchodził i zmierzchło, postrzegłem, że 
kwiat uwiędły był, lecz ból pozostał. 
         Nowe ci wzejdą kwiaty z wonią i dumą, świecie! 
         Lecz dla mnie godzina rwania kwiecia przeminęła i 
na noc długą nie starcza mi róży, ból tylko został. 
 
 
 
                                       58  
 
         Jednego dnia niewidoma dziewczynka ofiarowała mi 
w ogrodzie wianek kwiecia w liściu lotosowym. 
        Włożyłam kwiecie na skroń, w oczach stanęły łzy. 
         Pocałowałem dziewczynkę i rzekłem: „Jesteś niewi- 
doma, jak te kwiaty. 
         Nie wiesz nawet, jaki piękny jest twój dar.” 
 
 
 
                                       59  
 
         Kobieto! nie tylko Boga jesteś tworem, ale i ludzi: 
oni, wraz z pięknem, sieją ciebie z serc. 
         Poeci przędą dla ciebie motek ze złotych nici 
wyobraźni, malarze wiecznie nową nieśmiertelnością  
darzą twoją postać. 
         Morze daje perły, kopalnie – złoto, ogrody letnie –  
kwiecie, by cię otulić, okryć, bardziej drogocenną 
uczynić. 
         Pożądanie serc męskich rzuciło blask na młodość twoją. 

background image

 

 33 

         Jesteś pół-kobietą, pół-marzeniem. 
 
 
 
                                       60  
 
         Pośród pośpiechu i wrzawy życia stoisz niema i  
nieporuszona, samotna i daleka, o piękności ukuta w  
kamieniu. 
         Wielki Czas siedzi zakochany u twych stóp i szepce: 
         „Mów, mów do mnie, umiłowana, mów oblubienico 
moja!” 
         Ale twoja mowa wkuta jest w głaz, o niezłomna  
piękności. 
 
 
 
                                       61  
 
         Spokojnie, serce! niech czas rozstania słodkości owionie. 
         Niechaj nie śmiercią będzie, ale dopełnieniem. 
         Miłość niech we wspomnienie spłynie, a ból w pieśń. 
         Lot niebieski niech się skończy skłonieniem skrzydeł 
na gniazdo. 
         Ostatnie dotknięcie rąk twych niechaj będzie miękkie 
jak kwiat nocy. 
         Przystań na chwilę, o Przedziwny Końcu, i ostatnie 
słowa twoje wymów milczeniem. 
         Pochylam się przed tobą i wznoszę lampę, aby 
oświecić ciebie i twą drogę. 
 
 
 
                                       62  
 
         Mroczącą się ścieżką snu szedłem kochanki szukać, 
co moją była w jednym z dawniejszych żywotów. 
         Dom jej stał na końcu odludnej ulicy. 
         W wieczornym powiewie paw jej ulubiony siedział  
senny na płocie, gołębie milczały. 
         Postawiła lampę nisko u furtki i stała przede mną. 
         Podniosła wielkie oczy ku mej twarzy z głuchym  
pytaniem: 
         „Jak żyjesz, luby?” 
         Próbowałem odpowiedzieć, ale mowa nasza rozpły- 
wała się i tonęła w niepamięć. 
         Myślałem i myślałem, nie mogłem przypomnieć sobie 
naszych imion. 
         Łzy zaszkliły się w jej oczach. Wyciągnęła ku mnie 
prawą rękę. Ująłem ją i stałem milczący. 

background image

 

 34 

         Lampa nasza w nocnym wietrze zamigotała i zgasła. 
 
 
 
                                       63  
 
         Pielgrzymie, czy już czas ci w drogę? 
         Noc jest spokojna i ciemność zapada nad lasem. 
         Jasno płoną lampy na naszym balkonie, kwiaty 
jeszcze świeże, a młode oczy snem nie utulone. 
         Czy przyszła dla ciebie godzina rozstania? 
 
         Pielgrzymie, czy już czas ci w drogę? 
         Nie okułyśmy stóp twoich proszącymi ramiony. 
         Jasno płoną lampy na naszym balkonie, kwiaty  
jeszcze świeże, a młode oczy snem nie utulone. 
         Czy przyszła dla ciebie godzina rozstania? 
 
         Pielgrzymie, czy już czas ci w drogę? 
         Nie okułyśmy stóp twoich proszącymi ramiony. 
         Otwarte nasze wrota, koń osiodłany czeka cię u  
bramy. 
         Kiedy cię odwieść chciałyśmy od drogi, czyniłyśmy  
to tylko pieśnią. 
         Gdyśmy chciały cię zatrzymać, czyniły to tylko nasze  
oczy. 
 
         Pielgrzymie, siły czarów nam nie staje. Łzy tylko  
mamy. 
         Jakiż niegasnący ogień pali twoje lica? 
         Jaka nieukojona gorączka rozżarza ci krew? 
         Co za głos z ciemności cię przyzywa? 
         Jakież straszne zaklęcie w gwiazdach  
niebieskich, że noc sercu tajne rzuciła posłanie, obca  
i niema? 
         Jeśliś nie rad biesiadnej uciesze, gdy spokoju pragnie  
utrudzone serce, zgasimy lampy nasze i harfy pocichną. 
         Siedzieć będziemy cichutko w ciemności przy pogwa- 
rze liści, a księżyc mdlejący nikłą poświatę wleje w  
okno twoje. 
         Jakiż bezsenny duch z głębin północy, musnął cię,  
pielgrzymie? 
 
 
 
                                       64  
 
         Dzień przeszedł mi w rozprażonej kurzawie drożnej. 
         Teraz o wieczornym chłodzie stukam do drzwi 
gospody. Zapadła jest i opuszczona. 

background image

 

 35 

         Ponure, głodne drzewo aśwatthy pełznie chwytliwymi 
korzeniami po spękanym murze. 
         Były czasy, kiedy podróżni zachodzili tu, omyć 
zdrożone stopy. 
         Rozściełali maty na podwórzu w mdłym świetle 
wczesnego miesiąca i gwarzyli o dalekich krainach. 
         Budzili się rześcy rano, gdy ich ptactwo weseliło 
świergotem, a kwiaty przyjaźnie kłoniły się znad drogi. 
         Lecz mnie, gdym przyszedł, nie czekała lampa 
zapalona. 
         Czarne plamy z sadzy po dawnych, zapomnianych 
wieczorach, wpatrują się jak ślepe oczy ze ścian. 
         Robaczki świętojańskie migocą w zaroślach nad 
wyschłą sadzawką, a gałęzie bambusów cień rzucają 
na zarosłą ścieżkę. 
         Niczyim gościem nie jestem u schyłku dnia mojego. 
         Długa noc przede mną i w znużeniu stoję. 
 
 
 
                                       65  
 
         Czy znowu twe wołanie?  
         Wieczór jest. Zmęczenie opełzło mnie, jak ramiona  
błagalnej miłości.  
         Czy mnie wołasz?  
         Cały dzień mój złożyłem ci, okrutna władczyni.  
Chcesz mi wziąć jeszcze noc moją?  
         Wszystko ma gdzieś kres swój i naszą własnością  
jest mroku samotność.  
         Czy musi głos twój ją przeciąć i mnie odnaleźć?  
         Czy wieczór nie niesie muzyki snu przed twoje wrota?  
         Czy nigdy gwiazdy cichoskrzydłe nie wschodzą na  
niebie nad twoją bezlitosną wieżą?  
         A w twym ogrodzie nigdy kwiaty w pył się nie kłonią  
w bezgłośnym konaniu?  
         Czy musisz mnie przyzywać, Niespokojna?  
         Niech tedy smutne oczy miłości daremnie czuwają i  
płaczą.  
         Niech lampa płonie w samotnym domu  
         A prom do chat wiezie znużonych żniwiarzy.  
         Wyrywam się marzeniom i na zew twój biegnę.  
 
 
 
                                      66  
 
         Szalony wędrowiec szukał kamienia probierczego. 
Rozkudłany włos ognisty okryty miał kurzem, ciało  
wyschło jak cień, zaciśnięte wargi były jak zawarte 

background image

 

 36 

wrota serca, a oczy jarzyły się, niby robaczek swięto- 
jański, który szuka towarzyszy. 
         Przed nim huczał bezkresny ocean. 
         Gwarne fale szemrały bez ustanku o ukrytych  
skarbach, drwiąc z bezrozumu, który przenika ich 
mowy. 
         Może nie został mu już ślad nadziei i nie chciał  
spocząć, bowiem szukanie stało się dlań życiem. 
         Jak ocean wiecznie ramiona w niebo wznosi za 
nieosiągalnym, 
         Jak gwiazdy kołem idą – choć za celem dążą, co  
nie do zdobycia, 
         Tak wędrował szaleniec z opylonym, ognistym włosem 
po pustym okraju, szukając probierczego kamienia. 
         Dnia pewnego podszedł doń wiejski chłopiec i pyta: 
„Mów, skąd masz złoty łańcuch wokół bioder?” 
         Szaleniec osłupiał: łańcuch, żelazny ongi, był  
złoty – to nie sen – lecz on nie wiedział, kiedy tak się 
stało. 
         Uderzył się obłędnie w czoło: gdzie, ach, gdzie to 
szczęście przyszło bezwiednie? 
         Nawykiem się odtąd stało dlań zbierać kamyki, 
dotykać nimi łańcucha i odrzucać, nie patrząc, czy  
się co odmienia. Tak znalazł i stracił szaleniec 
swój kamień probierczy. 
         Słońce zapadło głęboko na zachodzie, niebo w złocie 
stało. 
         Szaleniec zawrócił drogą, szukać znowu uronionego  
skarbu, sterany, zgarbiony, z wyniszczonym sercem,  
niby wyrwane z korzeniami drzewo. 
 
 
 
                                       67  
 
         A długo i wieczór zajdzie ściężałym krokiem i 
wszystkim pieśniom da znak pocieszenia. 
         A długo towarzysze twoi do snu się pokładną, a ty  
strudzon będziesz, 
         A długo i strach się zalęgnie w ciemnościach i lice 
niebios przesłoni, 
         Słuchaj mnie ptaku, mój ptaku, nie opuszczaj lotu! 
 
         To nie lewada wśród lasu połyska, to morze, które 
jak niesamowity połoz się wzdyma. 
         To nie taniec osypanych kwieciem jaśminów, to 
musujące piany. 
         Ach, gdzie słoneczny brzeg zielony? gdzie twoje  
gniazdo? 
         Słuchaj mnie ptaku mój, ptaku, nie opuszczaj lotu! 

background image

 

 37 

 
         Noc samotna zaległa twój szlak, zmierzch drzemie 
za cienistymi wzgórzami. 
         Gwiazdy wstrzymują oddech i liczą godziny, blady 
księżyc przemierza głęboką noc. 
         Słuchaj mnie, ptaku mój, ptaku, nie opuszczaj lotu! 
 
         Nie ma nadziei, nie ma trwogi w tobie. 
         Słowo nie doleci, ni szept, ni krzyk. 
         Nie ma przystani, nie ma ostoi. 
         Jest tylko własnych twych skrzydeł dwoje i nieba 
bezdroże. 
         Słuchaj mnie, ptaku mój, ptaku, mnie opuszczaj lotu! 
 
 
 
                                       68  
 
         Nikt nie żyje wiecznie, bracie, i nic nie trwa długo, 
Miej to w pamięci i wesel się! 
         Życie nasze nie jest jedynym odwiecznym brzemie- 
niem, ścieżka nasza nie jest jedyną długą podróżą. 
         Jeden poeta nie potrzebuje sam wyśpiewać dawnej pieśni. 
         Kwiat więdnie i kona, ale kto go nosił, nie ma brać 
po nim wieczystej żałoby. 
         Myśl o tym, bracie, i wesel się! 
 
         Musi przyjść wielka pauza, aby się skończona 
muzyka uprzędła. Życie kłoni się ku zachodowi swemu,  
aby potonąć w złotej zorzy. 
         Miłość odwołać trzeba od zabawy, ażeby zakosztowała  
bólu i w niebo łez wstąpiła. 
         Myśl o tym, bracie, i wesel się! 
 
         Spieszymy się z kwiatów zerwaniem, inaczej wiatr je  
chyżostopy roztarga. 
         Kusi nas krew i rozpłomienia oczy, że gnamy za 
pocałunkami, które potraciłyby się przez powolność 
naszą. 
         Nasze życie jest nienasycone, pragnienia tak śmiałe, 
gdyż czas bije w dzwon rozłąki. 
 
         Nie mamy czasu, by chwycić coś, wycisnąć i odrzucić. 
         Wartko suną godziny, kryjąc w szatach sny swoje. 
         Życie nasze jest krótkie – kilka dni ledwie użycza  
miłości!  
         Gdyby mierzyło się pracą i mozołem, byłoby bez  
kresu. 
         Myśl o tym, bracie, i wesel się! 
 

background image

 

 38 

         Piękność słodka nam jest, bowiem ta sama taneczna  
melodia, co życiu, i jej rytm podaje. 
         Wiedza cenna nam jest, bowiem nigdy czasu nie  
stanie, byśmy całą posiedli. 
         Wszystko uczynione jest i ustanowione w wieczystym  
niebie. 
         Ale ziemskie kwiaty omamień śmierć zawsze wdzię- 
kiem mai. 
         Myśl o tym, bracie, i wesel się! 
 
 
 
                                       69  
 
         Ścigam złotego jelenia. 
         Możecie śmiać się, przyjaciele, ale gonię omam, który  
naigrywa się ze mnie. 
         Biegnę przez wzgórza i jary, przebywam nie nazwane  
krainy, bowiem ścigam złotego jelenia. 
         Wy chodzicie na targi i wracacie obładowani zakupem 
- mnie trącił czar bezojczyźnianego wiatru, nie wiem  
gdzie i kiedy. 
         Nie noszę w sercu nijakiej troski, dobytek mój  
zostawiłem daleko. 
         Biegnę przez wzgórza i jary, przebywam nie nazwane  
krainy, bowiem ścigam złotego jelenia. 
 
 
 
                                       70  
 
         Myśl biegnie do dnia jednego w moim dzieciństwie.  
         Puszczałem wtedy okręcik papierowy w rowie.  
         Wlókł się wilgotny dzień letni. Byłem sam, szczęśliwy  
z mej zabawy. 
         Puszczałem w rowie okręcik papierowy. 
         Nagle zwaliły się na burzę chmury, huknęły gniewnie  
wichry i deszcz lunął strugą. 
         Wezbrały strumyki mętnej wody, wzdęły nurt w rowie  
i zatopiły mój okręcik. 
         Gorzko rozumowałem, że burza przyszła umyślnie,  
aby rozbić moje szczęście – cała jej złość mierzyła  
we mnie. 
         Wlecze się dziś długi dzień lipcowy, a ja wspomniałem  
wszystkie gry życia mego, z których wyszedłem z przegraną. 
         Winiłem los mój za wszystkie cięgi, jakimi mnie  
darzył, aż nagle wskrzesał w myśli okręcik papierowy,  
który zatonął w rowie. 
 
 

background image

 

 39 

 
                                       71  
 
         Dzień nie przetoczył się jeszcze, nie skończył się  
kiermasz, kiermasz nad rzeką. 
         Lękałem się, że czas roztrwonię, stracę grosz ostatni. 
         Ale nie, bracie, jeszcze coś zostało. Los nie ze  
wszystkim mnie otumanił. 
 
         Targ i kupno skończone. 
         Już obie strony zagarnęły nabytki, czas mi do domu. 
         Ha, straży bramna, wołasz zapłatę?  
         Nie bój się, jeszcze zostało trochę, los nie ze  
wszystkim mnie otumanił. 
 
         Cisza bezwietrzna zapowiada burzę, nisko ciągnące 
chmury na zachodzie nie wróżą nic dobrego. 
         Oniemiała woda czeka na wiatr. 
         Pilno mi przeprawić się przez rzekę, nim noc zapadnie. 
         Przewoźniku, chcesz zapłaty? 
         Dobrze, bracie, zostało jeszcze trochę. Los nie ze 
wszystkim mnie otumanił. 
 
         Pod przydrożnym drzewem siedzi żebrak. Biada! w  
oczy mi patrzy z tajoną nadzieją. 
         Mniema, żem bogaty dnia plonem.  
         Dobrze, bracie, zostało jeszcze trochę. Los nie ze 
wszystkim mnie otumanił. 
 
         Noc ciemnieje, zamiera ulica. Robaczki świętojańskie 
błyskają w zaroślach. 
         Ktoś ty, co idziesz za mną skrycie cichym krokiem? 
         Aha, wiem, dybiesz na mój zarobek. Nie chcę cię 
zawieść. 
         Bo jeszcze zawsze zostało trochę. Los nie ze  
wszystkim mnie otumanił. 
 
         O północy przybywam do domu. Ręce mam puste. 
         Czekasz na mnie u wrót z niepokojem w oku,  
bezsenna i milcząca. 
         Jak ptak strwożony padasz mi na pierś w namiętnej 
miłości. 
         O tak, mój Boże! dużo jeszcze zostało. Los nie ze 
wszystkim mnie otumanił. 
 
 
 
                                       72  
 
         Z dni twardej pracy zbudowałem świątynię. Nie miała  

background image

 

 40 

drzwi ani okien, mury były grube z mocnych czworo- 
granów. 
         Zapomniałem o wszystkim, stroniłem od świata, 
wpatrywałem się w olśnieniu w obraz, który w ołtarz  
wstawiłem. 
         Wewnątrz noc panowała wieczna, rozświetlona przez  
lampę z wonną oliwą. 
         Ustawione kadzidło raniło mi serce ciężarem swych  
kłębów. 
         W bezsenne noce wyciosałem w murach cudaczne  
postacie o obłąkańczo-pogmatwanych obrysach, 
skrzydlate rumaki, kwiaty z ludzką twarzą, kobiety o  
ciałach węża. 
         Nigdzie nie było dostępu, którym by wniknąć mógł 
śpiew ptasi, szelest liści lub pracowity pogłos wioski. 
         Jedynym dźwiękiem. odbitym o mroczne stropu  
zakole, były zaklęcia, które ja śpiewałem. 
         Duch mój stał się zwinny i czujny jak płomień, 
zmysły tajały w zachwyceniu. 
         Nie czułem, jak czas płynął – aż piorun strzaskał  
świątynię i ból przeszył mi serce. 
         Lampa zdawała się blada i zawstydzona, rzeźby na  
ścianach, niby spętane sny, bezmyślnie sterczały w 
świetle, rzekłbyś: pragnęły ukryć się czym prędzej. 
         Spojrzałem na obraz w ołtarzu. Uśmiechał się i żył  
przez ożywcze tchnienie bóstwa. Noc, którą tu więziłem, 
rozłożyła skrzydła i uleciała. 
 
 
 
                                       73  
 
         Nie jesteś panią nieskończonych bogactw, cierpliwa  
i smutna Matko Moja, Ziemio! 
         Dręczysz się, by kłaść strawę w usta dzieciom swoim,  
lecz pokarm jest rzadki! 
         Dar radości, jaki masz dla nas, nigdy nie jest  
doskonały. 
         Zabawka, jaką robisz dzieciom swoim, jest krucha.  
         Nie możesz nasycić wszystkich naszych głodnych  
nadziei. Lecz czy miałbym cię porzucić? 
         Uśmiech twój, przyćmiony bólem, słodki jest oczom  
moim. 
         Twoja miłość, która nie zna ziszczenia, droga jest  
sercu mojemu. 
         Pierś twoja wykarmiła nas życiem, ale nie nieśmier- 
telnością, dlatego oczy twoje zawsze bezsenne. 
         Od prawieku ludzkiego pracujesz barwą i pieśnią, a  
jednak niebo twoje dotąd nie wybudowane. Mamy tylko  
smutne jego przeczucie. 

background image

 

 41 

         Na twoich tworach piękna leży mgła łez. 
         Wleję me pieśni w twoje nieme serce, a miłość moją 
w twoją miłość. 
         Będą się do ciebie modlił pracą. 
         Widziałem słodką twoją twarz i kocham smutny twój  
proch, Matko Ziemio. 
 
 
 
                                       74  
 
         W świetlicy świata na tym samym dywanie zasiada  
źdźbło trawy, co promień słoneczny i gwiazdy północy. 
         Podobnie w sercu świata jedno miejsce jest pieśniom  
moim i muzyce obłoków. 
         Ale twoje skarby, o bogaczu, nie znaczą nic w prostej  
wielkości radosnego słonecznego złota i słodkiej,  
zadumanej poświaty księżyca. 
         Nie zlewa się na nie bogactwo wszechogarniającego  
nieba. 
         A kiedy śmierć się jawi, bledną, usychają i sypią się  
w proch. 
 
 
 
 
                                       75  
 
         O północy oświadczył fałszywy asceta: 
         „Oto mi pora opuścić dom i szukać Boga. O! któż  
czasu tyle więził mnie w błędzie?” 
         Bóg szepnął: „ja”, ale uszy człowieka zakryte były. 
         Na połowie łoża, z dziecięciem u piersi uśpionym,  
spała spokojnie małżonka. 
         Człowiek pytał: „Kto jesteście wy, którzyście mnie  
bałamucili tak długo?” 
         Głos odparł znowu: „Ci oni – to Bóg”, ale on nie słyszał. 
         Dziecko krzyknęło przez sen i mocniej przytuliło się  
do matki. 
         Bóg rozkazał: „Stój, szaleńcze! nie porzucaj domu!” 
ale on nie słyszał i teraz. Bóg westchnął ze skargą: 
„Czemu sługa mój idzie mnie szukać tak, że mnie  
porzuca...” 
 
 
 
                                       76  
 
         Jarmark odbywał się przed świątynią. Padało od  
wczesnego rana i dzień miał się ku końcowi. 

background image

 

 42 

         Jaśniejszy nad całą uciechę tłumu był promienny  
uśmiech dziewczynki, która za grosz kupiła sobie  
gwizdawkę palmową. 
         Jaskrawa wesołość tej gwizdawki górowała nad  
śmiechem i wrzawą. 
         Przepływało i tłoczyło się nieskończone ludzkie  
mrowie. Ulica była błotnista, rzeka przybrała, pola  
stały pod wodą przez ciągłą ulewę. 
         Większe nad wszystkie frasunki ciżby było zmartwie- 
nie chłopczyka, który nie miał grosza, aby sobie kupić  
pstrą laseczkę. 
         Jego poważne oczki, wlepione w kramy, wlepione w kramy, całe to 
zbiegowisko ludzkie czyniło opłakanym. 
 
 
 
                                       77  
 
         Robotnik i jego żona z zachodniego kraju pilnie  
obrabiają cegły na suszarnię. 
         Mała córeczka idzie na przystań rzeczną, bez końca  
myje garnki i naczynia. 
         Młodszy braciszek z ogoloną głową, śniady i nagi,  
cały zaszargany, wlecze się za nią i na wysokim brzegu  
czeka cierpliwie, bo nie ma co zrobić z sobą. 
         Dziewczynka wraca do domu, pełny dzbanek niesie  
na głowie, w lewej rączce połyskliwy rondel miedziany,  
prawą trzyma dziecko – ona, mała służebna matki,  
poważna od brzemienia gospodarskiej troski. 
         Widziałem, jak dnia jednego malec siedział z roz- 
ciągniętymi szeroko nóżkami. 
         Siostrzyczka weszła w wodę i pełną garścią piasku  
szorować zaczęła błyszczące naczynie. 
         Blisko nich wełniste jagnię skubało trawkę u brzegu. 
         Podeszło do malca, pobekując głośno. Dziecko zer- 
wało się z krzykiem. 
         Siostra rzuciła rondel i przybiegła. 
         Wzięła brata na jedną rękę, jagniątko na drugą i  
między oboje dzieliła pieszczoty, jedną wstęgą miłości  
opasując potomka zwierzęcia i człowieka. 
 
 
 
                                       78  
 
         Było to w maju. Parne południe zdawało się nie mieć 
końca. Sucha ziemia mdlała z pragnienia w spiekocie. 
         Wtedy mnie dobiegło zza rzeki wołanie: „Chodź, miły!” 
         Złożyłem książkę i otworzyłem okno, by zobaczyć. 
         Na brzegu stał wielki bawół z zaszarganą sierścią i  

background image

 

 43 

łagodnym poczciwym wzrokiem; wyrostek, po kolana  
w wodzie, przyzywał go do pławienia się. 
         Uśmiechnąłem się z zadowolenia i powiew pogody  
napełnił mi serce. 
 
 
 
                                       79  
 
         Często dziwię się, gdzie leżą nieznane granice  
poznania między człowiekiem a zwierzęciem, które nie  
zna mówionego języka. 
         Przez jaki pierwszy raj, o dalekim ranku stworzenia,  
biegła prosta ścieżka, na której spotkały się ich serca?  
         Nie zatarły się ślady wiernej ich współdrogi, lubo  
pokrewieństwo w niepamięć zapadło. 
         Aż nagle w jakąś muzykę bez słów budzi się ciemne  
wspomnienie i zwierzę patrzy w twarz człowieka z  
pieszczotliwą ufnością, człowiek spuszcza ku zwierzęciu  
przyjazne i wesołe oczy. 
         Rzekłbyś, że dwaj przyjaciele spotkali się, w maskach  
obaj, i że ledwie się poznali w przebraniu. 
 
 
 
                                       80  
 
         Jednym spojrzeniem oczu twoich, o piękna! mogłabyś  
rozbić całe królestwo pieśni, jakie brzmią z harf poetów. 
         Lecz ty nie słuchasz ich pochwał, przeto ja chcę  
śpiewać twą chwałę.  
 
         Mogłabyś ugiąć do twych stóp najdumniejsze głowy  
ziemi. 
         Jednak tym, których wybrałaś, miłym twoim i  
uwielbionym, obca jest sława, tedy ja cię wielbię. 
 
         Piękność twych ramion dałaby nawet królewskiej  
wspaniałości sławę. 
         Jednak ty obracasz je, by omiatać kurze i sprzątać  
dom twój, a przeto pełen jestem czci dla ciebie. 
 
 
 
                                       81  
 
         Co szepczesz tak mdlejąco w uszy moje, śmierci, o  
śmierci? 
         Kiedy kwiaty kłonią się wieczorem, a trzoda do obór  
wraca, przychodzisz do mnie ukradkiem i mówisz  

background image

 

 44 

słowa, których nie rozumiem. 
         Musisz tak zabiegać i przymilać się do mnie  
głuszącym jadem półsennych szeptów i zimnych po- 
całunków, śmierci, moja śmierci? 
 
         Nie będzie tedy pysznego święta w nasze wesele? 
         Czy nie opaszesz wieńcem czarnych twoich splotów?  
         Czy nikt przed tobą chorągwi nie poniesie i noc nie  
stanie w ogniach od twych czerwonych pochodni,  
śmierci, moja śmierci? 
 
         Przyjdź z pieśnią muszli twych, przyjdź bezsenną nocą. 
         Odziej mnie w płaszcz z purpury, ujmij dłoń moją i  
powiedź mnie. 
         Niech przed bramą czeka nas twoja kolasa i  
niecierpliwe, rżące twe rumaki. 
         Unieś mą zasłonę i patrz w twarz zuchwale, śmierci, 
moja śmierci! 
 
 
 
                                       82  
 
         Musimy grę śmierci odegrać dziś w nocy, ja z moją  
wybraną. 
         Ciemność jest zbita, dziwaczne chmury wloką się po  
niebie, na morzu szaleją fale.  
         Opuściliśmy wezgłowie snów, szarpnęli wrota i  
wybiegli, ja z moją wybraną. 
         Siedzimy na huśtawce, a wiatr burzowy za nami się  
miota. 
         Wybrana ma się wstrząsa ze strachu i uciechy, drży  
i przytula się do mego serca. 
         Dużo czasu pełniłem przy niej służby miłosne. 
         Ścieliłem jej łoże z kwiatów i przymykałem wierzeje,  
by natrętne światło nie raziło jej oczu. 
         Sączyłem pocałunki na jej wargi i szeptałem jej  
miękko w uszy, aż półomdlała stała się z pragnienia. 
         Gubiła się w nieskończonej mgle upojnej słodyczy. 
         Nie odpowiadała na moje pieszczoty, moje pieśni nie  
były zdolne jej obudzić. 
         Dziś w nocy przybiegł zew burzy do puszczy. 
         Ona zadrżała i podniosła się, chwyciła rękę moją i wyszła.  
         Włos jej buja na wietrze, welon jej ulata, pierś faluje  
pod kwieciem. 
         Pchnięcie śmierci odrzuciło ją życiu. 
         Siedzimy z twarzą przy twarzy, i sercem przy sercu,  
ja z moją wybraną. 
 
 

background image

 

 45 

 
                                       83  
 
         Mieszkała pod wzgórzem, na skraju łanów kukurydzy,  
tuż koło strugi, która śmiejącymi kipielami płynie przez  
uroczyste cienie starych drzew. Kobiety przychodziły tu  
napełniać dzbanki, tu przysiadali odpocząć pielgrzymi. 
Pracowała i marzyła dzień za dniem, w takt szumiącej rzeki. 
         Jednego wieczora obcy przybysz opuścił się z przy- 
krytego chmurami wierzchołka; włosy jego wiły się  
splątane jak senne węże. 
         Pytaliśmy zdziwieni: :Ktoś ty?” Nie odpowiedział. 
Siadł nad rzeką szemrzącą, wpatrzony milcząco w  
chatę, gdzie ona mieszkała. Serca nasze drżały trwogą  
i wróciliśmy do domów, gdy noc zapadła. 
         Następnego ranka, kiedy kobiety przyszły po wodę  
do źródła pod drzewami dewadaru, drzwi jej chaty  
zastały otwarte, ale głos jej zniknął i gdzieś się podziała  
śmiejąca twarzyczka. Pusty dzbanek walał się po  
podłodze, lampa stała w kącie, wypalona. Nikt nie  
wiedział, dokąd uciekła, nim nastał ranek. I obcego  
przybysza nie było już w wiosce. 
         W maju słońce zaczęło przypiekać, tajały śniegi, 
siedzieliśmy u zdroju, płacząc. Dziwnie nam było w  
myślach: Jest-li krynica w krainie, dokąd uszła, i gdzie  
teraz zanurzać mogła dzbanek w te gorące, pragnieniem  
udręczone dni? I pytaliśmy się wzajemnie, zalęknieni: 
„Jest-li kraina jakaś za tymi wzgórzami, które nam  
ojczyzną?” 
         Była noc letnia, powiew szedł z południa, siedziałem  
w jej opuszczonej izdebce, gdzie lampy nikt dotąd nie  
zapalał. Nagle sprzed oczu moich znikły pagórki, jak  
rozsuwająca się kurtyna. „Ach! to ona”. – Nadchodzisz! 
         Co się dzieje z tobą, dziecię? Czyś szczęśliwa? Jaki  
masz nocleg pod tym wielkim niebem? I, o zła dolo,  
nie masz tam naszej krynicy, która by pragnienie twe  
koiła!” 
         „To samo mam tu niebo – odparła – tylko wolne  
od tłoczących się wzgórz, te samą strugę, co w rzekę  
urosła, tę sama ziemię, wielką jak równina.” „Wszystko  
jest – westchnąłem – tylko nas tam nie ma”. 
         „Jesteście w moim sercu”. Ocknąłem się i usłyszałem 
szmer rzeki i szelest liści dewadaru w nocy. 
 
 
 
                                       84  
 
         Po zielonych i żółtych polach ryżowych suną cienie  
chmur jesiennych, gnanych przez szybkościgłe słońce.  

background image

 

 46 

         Pszczoły zapominają ssać miód; upojone światłem, 
zataczają się i brzęczą nieprzytomnie. 
         Kaczki na rzecznym ostrowie pokrzykują radośnie  
bez przyczyny. 
         Niech nikt w domu dziś nie gnuśnieje, bracia, niech  
nikt do pracy nie stawa. 
         Weźmy niebo przebojem i biegiem przestwór pochłoń- 
my. 
         Śmiech unosi się w powietrzu, jak piana po topieli. 
         Bracia, strwońmy dziś ranek na niepłodnych pieś- 
niach. 
 
 
 
                                       85  
 
         Kto jesteś, czytelniku, który po stu latach czytać  
będziesz moje wiersze? 
         Nie mogę ci przesłać ani jednego kwiatu z przepychu  
dzisiejszej wiosny, ani jednego pasma złota z obłoków. 
         Rozewrzyj wrota domu i spojrzyj na cale. 
         W tym rozkwitłym ogrodzie zgromadź myśli pachnące  
o zniknionych przed stu laty kwiatach. 
         W radości serca może zadrga ci żywe wesele,  
rozśpiewane w pewien ranek wiośniany i ślące głos  
swój jasny hen, poprzez sto lat. 
 
 
 
 

                             ZBŁĄKANE PTAKI  

                                                 1916 
                              Przekład: Jerzy Bandrowski  
 
 
1.  Zbłąkane ptaki lata przylatują do mego okna, 
śpiewając, a potem odlatują. 
    Zaś żółte liście jesienne, nie mające żadnych pieśni,  
nadlatują, trzepocząc, i opadają z westchnieniem na  
ziemię. 
 
 
2.   O, wy mali wędrowcy z dalekiego świata, pozo- 
stawcie w mych pieśniach ślady swych stóp! 
 
 
3.  Świat, którego niezmierna wielkość cię przeraża, zrzuci  
tę maskę, gdy zaczniesz się o niego ubiegać w miłości. 
    Stanie się małym, jak jedyna piosenka, jak jedyny  
pocałunek Wieczystego. 

background image

 

 47 

 
 
4.  Łzy ziemi to są, zachowujące swój uśmiech w  
kwieciu 
 
 
5.  Olbrzymia pustynia płonie z tęsknoty do źdźbła  
trawy, które ze śmiechem potrząsa głową i leci dalej. 
 
 
6.  Kiedy przelewasz łzy dlatego, że nie widzisz słońca,  
nie dostrzegasz również i gwiazd. 
 
 
7.  Piasek na twej drodze prosi o twoją pieśń i o twój  
ruch, wodo tańcząca. Czy chcesz ponieść brzemię jego  
niemocy?  
 
 
8.  Jej poważna twarz prześlizguje się przez moje sny  
jak deszcz nocny. 
 
 
9.  Kiedyś marzyło się nam, że jesteśmy sobie obcy. 
Ocknęliśmy się i zrozumieliśmy, że się kochamy. 
 
 
10.  Cierpienie jest w mym sercu otulone spokojem, 
podobnym do spokoju wieczoru pod milczącymi drzewami. 
 
 
11.  Niby pusty powiew wygrywają na mym sercu  
niewidzialne palce muzykę szumu fal. 
 
 
12.  „Jakim językiem mówisz, o morze?” 
    „Językiem wiecznego pytania.” 
    „W jakim języku odpowiadasz, o niebo?” 
    „W języku wiecznego milczenia.” 
 
 
13. Słuchaj, serce moje, szeptu świata, którym on  
ubiega się o twoją miłość. 
 
 
14.  Tajemnica stworzenia jest wzniosła jak ciemności  
nocna. Błędy wiedzy są jak mgły poranne. 
 
 
15.  Nie wznoś, skuszony przez wyże, miłości swej  

background image

 

 48 

siedziby nad przepaściami. 
 
 
16.  Siedzę dziś rano w swym oknie, gdzie świat, jak  
przechodzień, przystaje na chwilę, kiwa mi głową i 
idzie dalej. 
 
 
17.  Te małe myśli są cichym szumem liści; szepczą  
o radości, której pełna jest moja dusza. 
 
 
18.  Czy jesteś, tego nie widzisz; co widzisz, jest  
twoim cieniem. 
 
 
19.  Życzenia me, to błazny, mistrzu mój; zakłócają  
muzykę swymi krzykami. Pozwól, abym mógł przysłu- 
chiwać się w ciszy. 
 
 
20.  Tego, co najlepsze, wybrać nie mogę. 
    Najlepsze wybiera mnie. 
 
 
21.  Rzucają przed siebie swe cienie, kiedy latarnię  
niosą na plecach. 
 
 
22.  To, że jestem, napawa mnie wciąż nowym 
podziwem. I to znaczy życie. 
 
 
23.  „My, szumiące liście, posiadamy głos, który daje  
odpowiedź burzy, ale czym jesteś ty, niema istoto?” 
    „Jestem tylko kwiatem.” 
 
 
24.  Praca i spokój tak należą do siebie jak oko i 
powieka. 
 
 
25.  Człowiek jest urodzonym dzieckiem; jego najwię- 
kszym darem jest dar rośnięcia. 
 
 
26.  Bóg oczekuje podziękowań za kwiaty, które nam  
zsyła, nie za słońce lub ziemię. 
 
 

background image

 

 49 

27.  Światło, które jak nagie dziecię igra wśród 
zielonych liści, nie wie na szczęście, że człowiek umie  
kłamać. 
 
 
28.  O, piękności, poznaj się w miłości, nie w  
schlebiającym odbiciu swego zwierciadła. 
 
 
29.  Serce moje bije swymi falami o brzegi świata i 
wypisuje na nich łzawymi literami: - Kocham cię! 
 
 
30.  – Księżycu, na co czekasz? 
- Aby móc powitać słońce, któremu muszę zejść z  
drogi. 
 
 
31.  Drzewa pną się ku mym oknom, jak tęskne  
wołanie niemej ziemi. 
 
 
32.  Sam Bóg staje w podziwie przed każdym  
porankiem, który stworzył.  
 
 
33.  Życie zdobywa swe bogactwo dzięki poparciu  
świata, swą wartość dzięki poparciu miłości.  
 
 
34.  Wyschłe łożysko rzeki nie żywi wdzięczności dla  
swej przeszłości. 
 
 
35.  Ptak mówi: - Ach, gdybym był obłokiem! 
    Chmura wzdycha: - Gdybym była ptakiem! 
 
 
36.  Wodospad śpiewa. – Znajduję swą pieśń, gdy  
odzyskuję swą wolność! 
 
 
37.  Nie mogę powiedzieć, do czego to serce w  
milczeniu tęskni. 
    O małe potrzeby dnia nie pyta i nic o nich nie wie. 
 
 
38.  Kobieto, kiedy się krzątasz podczas swych zajęć  
domowych, członki twe śpiewają jak strumień górski  
wśród swego żwiru. 

background image

 

 50 

 
 
39.  Słońce kroczy ku zachodniemu oceanowi, prze- 
syłając pożegnanie wschodowi. 
 
 
40.  Nie wydziwiaj nad swą potrawą dlatego, że nie  
masz apetytu. 
 
 
41.  Jak tęskniące pragnienia ziemi stają drzewa na  
palcach, aby tylko zajrzeć w niebo. 
 
 
42.  Uśmiechałaś się i gawędziłaś ze mną o niczym, 
ale ja czułem, że to było to, na co od dawna czekałem. 
 
 
43.  Ryba w wodzie milczy, zwierzę na ziemi czyni  
zgiełk, ptak na wysokościach śpiewa. 
    Człowiek ma w sobie milczenie mórz, zgiełk ziemi i 
muzykę nieba. 
 
 
44.  Świat przelatuje przez struny tęskniącego serca  
tak, że rozbrzmiewają smutno. 
 
 
45.  Z broni swej uczynił sobie swych bogów. 
    Jeśli broń jego zwycięży, on sam zostanie pobity. 
 
 
46.  Bóg odnajduje sam siebie – tworząc. 
 
 
47.  Z zasłoniętym obliczem w cichej pokorze idzie 
za światłem cień cichymi krokami miłości. 
 
 
48.  Gwiazdy nie boją się wyglądać jak muszki  
świecące. 
 
 
49.  Dziękuję ci, że nie jestem żadnym z kół potęgi  
lecz równy żywym stworzeniom, miażdżonym tymi 
kołami. 
 
 
50.  Duch, który posiada bystrość, ale pozbawiony  
jest szerokości, utyka w każdym punkcie i nie może  

background image

 

 51 

ruszyć z miejsca. 
 
 
51.  Twój bożek został rzucony w proch, abyś  
zrozumiał, że proch boży większy jest od twego bożka. 
 
 
52.  Ludzkość nie przejawia się w swej historii, ale  
przebija się przez nią. 
 
 
53.  Kiedy szklana lampa lżyła kaganek za to, że on  
nazwał ją ciotką, pojawił się na niebie księżyc; szklana  
lampa, ujrzawszy go, zawołała z schlebiającym uśmie- 
chem: - Ach, to ty, mój drogi, kochany bracie! 
 
 
54.  Spotkanie nasz jest jak spotkanie mew z falami. 
Mewy odlatują, fale toczą się dalej, a my rozchodzimy  
się każde w swoją stronę. 
 
 
55.Dzień mój skończył się i oto jestem jak łódź, 
wyciągnięta na brzeg i słuchająca wieczorem tanecznej  
muzyki fal.  
 
 
56. Życie jest darem, na który zasługujemy sobie  
tym, że je oddajemy. 
 
 
57. Stajemy się najbliżsi wielkości, kiedy jesteśmy  
wielcy w pokorze. 
 
 
58. Wróbel ubolewa nad pawiem z powodu ciężkości jego ogona. 
 
 
59. Nie lękaj się nigdy chwil – tak śpiewa głos wieczności. 
 
 
60. Orkan szuka najkrótszej drogi dokądkolwiek, nie  
zważając na żadną drogę, i kończy nagle, nie doszedłszy  
nigdzie. 
 
 
61.Pij me wino z mego własnego kielicha, mój  
przyjacielu! Nalane w kielichy drugich traci swą koronę  
z piany. 
 

background image

 

 52 

 
62. Doskonały odziewa się w piękność z miłości dla  
niedoskonałego. 
 
 
63. Bóg mówi do człowieka: - Uzdrawiam cię, przeto  
cię ranię; kocham cię, dlatego cię karzę. 
 
 
64. Dziękuj płomieniowi za jego światło, ale nie  
zapominaj o podstawie lampy, która w wiernej cier- 
pliwości stoi w cieniu. 
 
 
65. Wy wątłe trawki, wasze kroki są drobne; ale  
cała wielka ziemia ściele się wam pod nogi. 
 
 
66. Dziecię kwiecia rozchyla swój pączek i woła: -  
Proszę cię, kochany świecie, nie więdnij! 
 
 
67. Bóg może sobie czasem sprzykrzyć wielkie  
królestwa, ale nigdy małe kwiaty. 
 
 
68.Bezprawie nie może sobie nigdy pozwolić na  
poniesienie klęski, prawo może. 
 
 
69. Z radością daję całą swą wodę – śpiewa wodospad –  
mimo że mała odrobinka wystarczyłaby spragnionemu. 
 
 
70. Gdzież jest źródło, które wyrzuca te kwiaty w  
wiecznie bijącym zachwycie? 
 
 
71. Siekiera drwala prosiła drzewo o gałąź na  
rękojeść. Drzewo dało ją. 
 
 
72. W samotności swego serca słyszę westchnienia  
tego owdowiałego wieczoru w jego welonie z mgły i  
deszczu. 
 
 
73. Czystość jest bogactwem pochodzącym z nad- 
miaru miłości. 
 

background image

 

 53 

 
74. Mgła igra jak miłość na sercu wzgórz i  
wyczarowywuje z nich niespodziewane cuda piękności. 
 
 
75. Czytamy świat odwrotnie i mówimy, że on nas  
zwodzi. 
 
 
76. Poeta – wiatr wałęsa się po morzu i lesie, aby  
w nich odnaleźć swój własny głos. 
 
 
77. Każde dziecko przynosi wieść, że bóg nie  
sprzykrzył sobie jeszcze człowieka. 
 
 
78.Trawka stara się na ziemi łączyć z równymi  
sobie w gromadę. 
Drzewo szuka samotności niebios. 
 
 
79. Człowiek wznosi barykady przeciw sobie samemu. 
 
 
80.Twój głos, mój przyjacielu, przenika do mego  
serca jak stłumiony szum morza pod zasłucha- 
nymi jodłami 
 
 
81. Z jakiego niewidzialnego płomienia ciemności  
tryskają te gwiazdy?  
 
 
82. Niech życie twe będzie piękne, jak kwiaty lata,  
a twa śmierć świetna, jak zieleń jesieni. 
 
 
83. Kto chciałby czynić dobrze, puka do bramy; kto  
kocha, znajduje bramę otwartą. 
 
 
84. W śmierci wielokształtność zlewa się w jedno;  
w życiu jedno jest wielokształtne.  
Dopiero kiedy Bóg umrze, będzie mogło istnieć tylko  
jedno wyznanie.  
 
 
85. Artysta jest kochankiem przyrody; dlatego jest  
jej niewolnikiem i panem zarazem. 

background image

 

 54 

 
 
86. – Jak daleko jesteś ode mnie, owocu?  
Jestem ukryty w twym sercu, o kwiecie! 
 
 
87. Ta tęsknota wiedzie ku Jednemu, którego w  
ciemnościach czujemy, ale w świetle dziennym nie  
widzimy. 
 
 
88. – Ty jesteś wielką kroplą rosy pod kwiatem  
lotosu, a ja jestem mniejszą na kwiecie – rzekła kropla  
rosy do morza. 
 
 
89. Pochwa nie ma nic przeciw temu, ze sama jest  
tępa, jeśli osłania ostrze miecza. 
 
 
90. W ciemnościach wydaje się nam jedność jedno- 
stajną, w świetle – mnogą. 
 
 
91. Chcąc być gościnną potrzebuje wielka ziemia  
niezbędnie pomocy wątłego źdźbła trawy. 
 
 
92. Narodziny i śmierć liści są porywająco szybkimi  
kołami wiru, którego dalsze kręgi rozchodzą się powoli  
wśród gwiazd. 
 
 
93. Potęga rzekła światu: - Jesteś moim! 
Świat uwięził ją na jej tronie. 
Miłość rzekła światu: - Jestem twoją. 
Świat dał jej wolność swego domu. 
 
 
94. Mgła podobna jest do tęsknoty ziemi; zasłania 
słońce, za którym płacze. 
 
 
95. Bądź cicho serce me, te wielkie drzewa, to modlitwy. 
 
 
96. Zgiełk chwili szydzi z muzyki wieczności. 
 
 
97. Myślę o tysiącleciach, które spłynęły z rzeką  

background image

 

 55 

życia, miłości i śmierci i zostały zapomniane – i czuję  
wyzwolenie, znajdujące się w przemijaniu. 
 
 
98. Smutek jest ślubnym welonem mej duszy.  
Czeka, aby go podniosła cisza nocy. 
 
 
99. Stempel śmierci nadaje wartość monecie życia  
i umożliwia jej kupić to, co ma prawdziwą wartość. 
 
 
100. Obłok stał pokornie w kącie nieba.  
Poranek uwieńczył go blaskiem. 
 
 
101. Pył spokojnie przyjmuje obelgi, a odpłaca się  
nam za nie kwiatami. 
 
 
102. Nie zatrzymuj się, aby rwać kwiaty i przecho- 
wywać je na później, lecz idź naprzód, albowiem wzdłuż  
całej drogi będziesz miał kwiaty w rozkwicie. 
 
 
103. Korzenie to gałęzie sięgające w ziemię.  
Gałęzie to korzenie, pnące się ku niebiosom.  
 
 
104. Muzyka odległego lata trzepoce się dokoła jesieni  
i szuka swego dawnego gniazda. 
 
 
105. Nie obrażaj swego przyjaciela pożyczaniem mu  
zasług z własnej kieszeni.  
 
 
106. Dotknięcie bezimiennych dni obejmuje me  
serce, jak mech stare drzewo. 
 
 
107. Echo drwi ze swego pochodzenia, aby w ten  
sposób dowieść swej oryginalności. 
 
 
108. Bóg wstydzi się, kiedy ktoś cieszący się powodze- 
niem, chełpi się jego szczególniejszymi względami. 
 
 
109. Moje ciemne „ja” rzuca cień na moją drogę,  

background image

 

 56 

ponieważ lampa miłości nie jest we mnie zapalona. 
 
 
110. Człowiek idzie w zgiełk tłumu, aby zagłuszyć  
w sobie krzyk własnego milczenia.  
 
 
111. Co kończy się wyczerpaniem, jest śmiercią.  
Doskonały koniec uchodzi w nieskończoność. 
 
 
112. Słońce odziane jest w swą skromną szatę  
światła. Obłoki przystrojone są pyszną świetnością. 
 
 
113. Wzgórza są jak krzyczące radośnie dzieci, które  
wyciągają ramiona i próbują łapać gwiazdy. 
 
 
114. Pod stopami tłumu droga jest samotna, albo- 
wiem nie jest kochana. 
 
 
115. Z potęgi, która chełpi się swymi niegodziwymi  
czynami, śmieją się opadające liście i ciągnące w dal  
obłoki. 
 
 
116. Jak kobieta u kołowrotka śpiewa mi dziś ziemia  
w blasku słonecznym pieśń ze starych czasów w dawno  
zapomnianym języku. 
 
 
117. Źdźbło trawy jest godne wielkiej ziemi, na  
której rośnie. 
 
 
118. Przywidzenie senne jest kobietą, która musi  
paplać, sen małżonkiem, znoszącym to w milczeniu. 
 
 
119. Noc całuje blednący dzień i szepcze mu w ucho:  
- Jestem śmierć, matka twoja. Przeze mnie zrodzisz  
się na nowo. 
 
 
120. Czuję, o ciemna nocy, twe piękno, jak piękno  
kochanki, kiedy ona zgasi swą lampę. 
 
 

background image

 

 57 

121. W swym kwitnącym świecie noszę światy, które  
jeszcze nie zdołały zakwitnąć. 
 
 
122. Przyjacielu, kiedy przysłuchuję się szumowi  
tych fal, widzę cię nieraz siedzącym na brzegu z  
zapadnięciem wieczoru i czuję milczenie twych wielkich  
myśli. 
 
 
123. – Za pośrednictwem księżyca wyznajesz mi swą  
miłość? – rzekła noc do słońca. – Łzy na trawie są  
mą odpowiedzią. 
 
 
124. Człowiek dorosły jest wiecznym dzieckiem. Umiera- 
jąc, pozostawia światu wielkie posłannictwo dziecka.  
 
 
125. Ptak sądzi, że unosząc rybę z wody, wyświadcza  
jej dobrodziejstwo. 
 
 
126. Nie uderzenia młota lecz taniec wody czyni żwir  
tak pięknie okrągłym.  
 
 
127. Pszczoły ssą miód z kwiatów, a odlatując brzęczą  
dziękczynnie. 
Pyszny motyl jest przekonany, że kwiaty winne mu  
wdzięczność. 
 
 
128. Łatwo być otwartym, kiedy się sobie nie zadaje  
trudu powiedzenia całej prawdy. 
 
 
129. Możliwe pyta niemożliwego: - Gdzie twa siedziba?  
- W marzeniach niedołęgów! – brzmi odpowiedź. 
 
 
130. Jeśli zamkniecie swe drzwi wszystkim pomył- 
kom, wykluczycie prawdę. 
 
 
131.Za smutkiem swego serca słyszę szmer rzeczy  
- nie widzę ich. 
 
 
132. Bezczynność, która tworzy, jest pracą. 

background image

 

 58 

Cisza morska rusza się w fali. 
 
 
133. Listek staje się kwiatem, gdy kocha; kwiat  
dojrzewa w owoc, gdy ubóstwia. 
 
 
134. Korzenie pod ziemią nie żądają żadnej nagrody  
za to, że czynią urodzajnymi gałęzie. 
 
 
135. Wiatr dmie bezustannie tego dżdżystego wieczoru. 
Przyglądam się chwiejącym się konarom drzew i  
myślę o wielkości wszystkich rzeczy. 
 
 
136. Burza północna jest jak dziecię olbrzyma, które  
nie w porę budzi się w ciemnościach i zaczyna się  
bawić i hałasować. 
 
 
137.Na próżno dźwigasz w górę swe fale, aby iść  
za swym kochankiem, o morze, ty samotna oblubienico  
burzy! 
 
 
138. Wstydzę się swej pustki! – rzekło słowo do  
dzieła. 
- Kiedy cię widzę, rozumiem, jak biednym jestem -  
odpowiedziało dzieło słowu. 
 
 
139. Czas jest wiecznie zmieniająca się pełnia, ale  
parodia zegara czyni go zmiennym bez pełni. 
 
 
140. Prawda, przyodziana w fakty, czuje się skrę- 
powaną. 
W szacie poezji porusza się lekko i swobodnie. 
 
 
141. Kiedy jeździłem tu i tam, o drogo, sprzykrzyłaś  
mi się, ale dziś, gdy prowadzisz mnie wszędzie, jesteś  
mi poślubioną w miłości. 
 
 
142. Niechaj przystanią moją będzie myśl, że tam,  
pod gwiazdami jest ktoś, kto prowadzi me życie przez  
ciemne nieznane. 
 

background image

 

 59 

 
143. O, kobieto, wdziękiem swych palców dotknęłaś  
mego świata i oto trysnęła z niego muzyka porządku. 
 
 
144.Jakiś smutny głos uwił sobie gniazdo pod  
zwaliskami lat. 
Śpiewa mi cicho w nocy: - Kochałem cię. 
 
 
145. Płonący ogień ostrzega mnie już samym swoim  
żarem. 
Chrońcie mnie przed rozżarzonymi węglami, ukrytymi  
pod popiołem. 
 
 
146. Duszę swą mam na niebiosach. 
Ale biada! Moja mała lampa nie zapalona stoi w  
mym domu. 
 
 
147. Jesteś okryty pyłem martwych słów. 
Wykąp swą duszę w milczeniu. 
 
 
148. W życiu pozostały luki, przez które wdziera się  
smutna muzyka śmierci. 
 
 
149. Świat otworzył serce swe porankowi i oto tryska  
światło. 
Powstań, serce me, niech miłość twoja wyjdzie  
naprzeciw niego. 
 
 
150. Myśli moje lśnią znowu odblaskiem połysku  
liści, a serce moje śpiewa pod dotknięciem światła  
słonecznego; życie moje cieszy się, iż wraz ze wszystkim  
innym może popłynąć w błękit przestrzeni, w zmrok  
czasu. 
 
 
151. Wszechmoc Boga jest w łagodnych podmu- 
chach, nie w burzy. 
 
 
152. To istnienie jest snem, w którym wszystkie  
rzeczy są bez żadnego związku, a przy tym uciskają  
mnie. Kiedy się zbudzę, znajdę je w Tobie zjednoczone,  
a wtedy będę wolny. 

background image

 

 60 

 
 
153. – Czy jest tu ktoś, kto chciałby wziąć na siebie  
moje obowiązki? – spytało zachodzące słońce. 
- Zrobię, co będę mógł, panie mój! – odrzekł kaganek. 
 
 
154. Nie przez oskubanie kwiatka poznasz jego  
piękność. 
 
 
155. Milczenie trzyma w ukryciu swój głos, jak  
gniazdo drzemiące ptaki. 
 
 
156. Wielkość nie boi się iść razem z małym. 
Przeciętność trzyma się na uboczu. 
 
 
157. Noc w tajemnicy rozchyla pączki kwiatów i  
pozwala dniowi zbierać za to podziękowania.  
 
 
158. Potęga gani jęki swych ofiar jako niewdzięczność. 
 
 
159. Kiedy radujemy się swą pełnią, z radością  
oddajemy swe owoce. 
 
 
160. Krople dżdżu całowały ziemię, mówiąc: - O,  
matko, jesteśmy chore z tęsknoty, dzieci twe, wracające  
z niebios do ciebie. 
 
 
161. Pająk twierdzi, że zastawia swą sieć na perły  
rosy – a łapie muchy. 
 
 
162. O, miłości, kiedy przychodzisz do mnie z płonącą  
lampą cierpienia w ręce, widzę twe oblicze i witam w  
tobie najwyższą rozkosz. 
 
 
163. – Uczeni twierdzą, że wasze światło pewnego dnia  
zagaśnie – mówiły robaczki świętojańskie do gwiazd. 
Gwiazdy nie odpowiedziały. 
 
 
164. W zmierzchu wieczornym przylatuje do gniazda  

background image

 

 61 

mego milczenia ptak pewnego wczesnego świtu ran- 
nego.  
 
 
165. Myśli ciągną koło mego ducha, jak na niebie  
stada łabędzi.  
Słyszę śpiew ich skrzydeł. 
 
 
166. Kanał upodobał sobie w wyobrażeniu, iż rzeki  
są tylko po to, aby go zaopatrywać w wodę.  
 
 
167. Świat złożył pocałunek swego bólu na mej  
duszy, aby ona odpowiedziała pieśniami. 
 
 
168. I cóż mnie tak niepokoi? Czy moja dusza,  
próbująca wydostać się na wolność, czy też dusza  
świata, pukająca do mego serca i domagająca się  
wstępu. 
 
 
169. Myśl rośnie karmiąc się własnymi słowy. 
 
 
170. Zanurzyłem puchar mego serca w tej milczącej  
godzinie; napełnił się miłością. 
 
 
171. Albo robisz coś, albo nie robisz. 
Ale kiedy mówisz: - Trzeba by coś zrobić – może  
stać się nieszczęście. 
 
 
172. Słonecznik wstydzi się przyznać do pokrewień- 
stwa z bezimiennym kwiatkiem. 
Wtem wzeszło słońce, uśmiechnęło się do wzgardzonego  
przyjaźnie i spytało: Jak ci się powodzi, kochanie? 
 
 
173. Kto pędzi mnie naprzód niby los?  
„Ja”, jadące na twym grzbiecie. 
 
 
174. Chmury napełniają wodą puchar rzek, chowając  
się za dalekie wzgórza. 
 
 
175. Niosąc do domu wodę w dzbanie, rozlewam ją  

background image

 

 62 

po drodze. Bardzo mało pozostaje mi na potrzeby domu. 
 
 
176. Woda lśni w naczyniu jasno; woda w morzu  
jest ciemna. 
Mała prawda ma słowa jasne i przezroczyste, wielka  
tylko niezgłębione milczenie. 
 
 
177. Uśmiech twój był kwiatem twych własnych pól,  
mowa twoja była szumem twych własnych świerków  
górskich, ale serce twe było kobietą, którą znamy  
wszyscy. 
 
 
178. To, co pozostawiam swym ukochanym, to  
drobnostki – wielkie rzeczy dostępne są dla wszystkich. 
 
 
179. Kobieto, łzami swymi obejmujesz serce świata, 
jak morze ziemię. 
 
 
180. Promień słońca budzi mnie swym uśmiechem. 
Deszcz, jego smutny brat, przemawia do mego serca. 
 
 
181.Kwiat mego dnia stał zapomniany, otrząsając  
swe płatki. 
Teraz, kiedy wieczór już zapadł, dojrzewa w złoty  
owoc wspomnienia. 
 
 
182. Podobny jestem do pogrążonej w cieniu nocnym  
ulicy, zasłuchanej w milczeniu w kroki swych wspomnień. 
 
 
183. Wieczorne niebo jest mi niby okno, i płonąca  
lampa, i ciche przy niej oczekiwanie.  
 
 
184. Kto zbyt skwapliwie czyni dobrze, nie ma czasu  
być dobrym. 
 
 
185. Jestem ubogą w deszcz chmurą jesienną;  
podziwiajcie mą pełnię na dojrzałym polu ryżowym.  
 
 
186. Nienawidzili, zabijali, a ludzie wielbili ich. Ale  

background image

 

 63 

Bóg widzi hańbę i spieszy pamięć ich ukryć pod zieloną  
trawą. 
 
 
187. Palce nóg są palcami, które sprzeniewierzyły  
się swej przeszłości. 
 
 
188. Ciemność dąży ku światłu, ślepota do śmierci. 
 
 
189. Piesek pokojowy podejrzewa wszechświat o chęć  
zajęcia mu miejsca. 
 
 
190. Siedź spokojnie, serce moje, nie rób kurzu.  
Niech świat sam znajdzie drogę do ciebie. 
 
 
191. Łuk szepcze, wypuszczając strzałę: - Twoja  
wolność jest moją wolnością. 
 
 
192. Kobieto, w uśmiechu twym jest muzyka zdroju życia. 
 
 
193. Duch, będący tylko logiką, podobny jest do  
noża, mającego tylko ostrze; ręka krwawi przy jego  
użyciu.  
 
 
194. Bóg światło lamp ludzkich kocha więcej niż  
swe własne, wielkie gwiazdy. 
 
 
195.Ten świat jest światem dzikich burz, które  
poskramia muzyka piękna. 
 
 
196. – Serce moje jest złotą kapliczką twego  
pocałunku! – mówiła chmura wieczorna do słońca.  
 
 
197. Kto wie, czy twe dotknięcie nie zabija tego, co  
twe oddalenie może ci zdobyć. 
 
 
198. Ćwierkanie świerszcza i szum deszczu dolatują  
do mnie w ciemnościach, jak ciche marzenia mej  
minionej młodości. 

background image

 

 64 

 
 
199. – Ach, zgubiłem swe krople rosy! – zawołał  
kwiat do nieba porannego, które straciło wszystkie  
swe gwiazdy. 
 
200. Płonące polano buchnęło płomieniem i wykrzyk- 
nęło: - Oto mój kwiat, śmierci moja!  
 
 
201. Osa mniema, iż plaster miodu sąsiadujących  
z nią jest za mały. 
Sąsiadki radzą jej zbudować jeszcze mniejszy. 
 
 
202. – Nie mogę twych fal powstrzymać! – rzekł  
brzeg do rzeki. – Pozwól mi przechowywać w sercu  
ślady twych stóp. 
 
 
203. Dzień zagłusza wrzawą tej małej ziemi milczenie  
wszystkich światów.  
 
 
204. Pieśń ociera się o nieskończoność w powietrzu,  
obraz na ziemi, zaś poemat i w powietrzu, i na ziemi. 
Albowiem zmysł jego słów lgnie do ziemi, lecz ich  
muzyka wznosi się w niebiosa.  
 
 
205. Kiedy słońce chyli się ku zachodowi, stoi przed  
nim w milczeniu jego wschód. 
 
 
206. Daj, abym się nie przeciwstawił sztorcem memu  
światu i abym go sobie nie uczynił wrogiem. 
 
 
207. Pochwała zawstydza mnie, bo w tajemnicy  
żebrzę o nią.  
 
 
208. Daj, aby bezczynność moja, wówczas kiedy nie  
ma nic do roboty, była pełna głębokiego, niezmąconego  
spokoju, jak wieczór nad brzegiem, gdy morze milczy. 
 
 
209. Dziewczę, twa niewyszukana prostota podobna  
jest do błękitu morza; mówi o głębi twej istoty. 
 

background image

 

 65 

 
210. Najlepsze nie przychodzi samo. Wraz z nim  
przychodzi wszystko. 
 
 
211. Prawica Boga jest łaskawa, ale jego lewica  
straszna. 
 
 
212. Wieczór mój przyszedł do mnie pod obcymi  
drzewami i mówił do mnie w języku, którego moje  
gwiazdy poranne nie znały. 
 
 
213. Ciemność nocy podobna jest o powłoki, którą  
rozsadza złoto światła rannego.  
 
 
214. Pożądanie nasze samym już mgłom i wyparom  
życia użycza świecących barw tęczy. 
 
 
215. Bóg czeka, aby mu jego własne kwiaty jako  
dary zostały zwrócone ręką człowieka. 
 
 
216. Smętne myśli moje dręczą mnie, dopytując się  
wciąż o swe imię.  
 
 
217. Ofiara owoców jest kosztowna, ofiara kwiatów  
słodka, ale moja ofiara podobna jest ofierze liści,  
służących ci cieniem pobożnej pokory. 
 
 
218. Serce moje nadstawiało żagle bezczynnym wiatrom,  
pragnąc, aby one poniosły je ku cienistej wyspie Gdzieś. 
 
 
219. Ludzie są okrutni, ale człowiek jest poczciwy. 
 
 
220. Uczyń mnie pucharem i niech ma pełnia będzie  
dla ciebie i dla twoich. 
 
 
221. Burza jest niby okrzyk bólu Boga, którego  
miłością ziemia wzgardziła.  
 
 

background image

 

 66 

222. W świecie nie ma żadnej dziury, bo śmierć nie  
jest pęknięciem.  
 
 
223. Życie stało się bogatsze przez miłość, która  
przepadła.  
 
 
224. Przyjacielu mój, twe wielkie serce rozpromieniło  
się o wschodzie słońca, jak pokryty śniegiem szczyt  
samotnej góry w świetle porannym. 
 
 
225. Wodotrysk śmierci wprawia w ruch spokojne  
wody życia. 
 
 
226. Ci, co mają wszystko, prócz Ciebie, o mój Boże,  
śmieją się z tych, którzy nie mają nic, prócz Ciebie. 
 
 
227. Rytm życia ma spokój w swej własnej muzyce. 
 
 
228. Kroki podnoszą z ziemi tylko kurz, nie przy- 
czyniają się do żniw. 
 
 
229. Imiona nasze podobne są światłom, które w  
nocy płoną na falach, a potem znikają bez śladu.  
 
 
230. Pokazujcie ciernie tylko tym, którzy maja oczy  
dla róż. 
 
 
231. Oprawcie skrzydła ptaka w złoto, a nigdy więcej  
nie wzniesie się w przestworza.  
 
 
232. Lotos naszego klimatu kwitnie tu, w obcych  
wodach nie mniej pięknie pod inną nazwą. 
 
 
233. Spojrzenie serca widzi daleko.  
 
 
234. Księżyc rozlewa swe światło po całym niebie,  
ciemne plamy zachowując dla siebie.  
 

background image

 

 67 

 
235. Nie mów „znów ranek”, aby go potem z tym  
imieniem z dnia wczorajszego odprawić. Przyjrzyj mu  
się pierwszy raz, jak nowo narodzonemu dziecięciu,  
które jeszcze nie ma żadnego imienia.  
 
 
236. Dym chełpi się przed niebem, zaś popiół przed  
ziemią, że są braćmi ognia. 
 
 
237. Kropla deszczu szepnęła kwiatowi jaśminu: - Za- 
chowaj mnie na zawsze w swym sercu. 
 
 
238. Wy nieśmiałe myśli, nie bójcie się mnie.  
Jestem poetą.  
 
 
239. Głuche milczenie w mej duszy jest jakby  
przepełnione ćwierkaniem świerszczów – świtem w  
świecie tonów. 
 
 
240. O, wy rakiety, które gardzicie gwiazdami!  
Wasza pogarda wraz z wami spada na ziemię z  
powrotem. 
 
 
241. Przez ciżbę mych dni przeprowadziłeś mnie do  
samotności mego wieczoru.  
Słucham w ciszy nocnej, aby odgadnąć jego znaczenie.  
 
 
242. To życie jest podróżą zamorską, podczas której  
wciąż spotykamy się wszyscy na tym samym ciasnym  
statku. 
 
 
243. Rzeka prawdy płynie kanałami błędów. 
 
 
244. Serce me jest dziś chore z tęsknoty do słodkiej  
godziny po drugiej stronie oceanu czasu. 
 
 
245. Pieśń ptaka jest echem powitania światła  
rannego przez ziemię.  
 
 

background image

 

 68 

246. – Czy jesteś zbyt dumny, że nie chcesz mi się  
dać pocałować? – spytało światło porannego bratka. 
 
 
247. – W jaki sposób mogę cię wielbić i służyć ci,  
o słońce? – spytał mały kwiatek. 
- Swą milczącą czystością – odpowiedziało słońce.  
 
 
248. Kiedy człowiek zezwierzęceje, staje się gorszym  
od zwierzęcia. 
 
 
249. Ciemne chmury stają się kwiatami nieba, kiedy  
je słońce całuje. 
 
 
250. Klinga miecza nie powinna szydzić ze swej  
rękojeści dlatego, że ona jest tępa. 
 
 
251. Ciemność nocy żarzy się tajemniczo, jak daleka  
lampa wysoko w świetle Mlecznej Drogi. 
 
 
252. Dokoła słonecznej wyspy życia dzień i noc  
huczy, jak morze, wieczną pieśń śmierci. 
 
 
253. Czy ta góra nie jest jak kwiat, wzgórzami –  
niby wieńcem swych płatków – pijący chciwie światło  
słoneczne?  
 
 
254. Nierzeczywistość jest rzeczywistością, której  
sens fałszywie został odczytany, zaś akcent przesunię- 
to. 
 
 
255. O serce me, bierz piękno swe od rytmicznego  
tańca świata, jak łódź wzięła swój wdzięk od wiatru i  
fal. 
 
 
256. Oczy pysznią się nie swą siłą widzenia, kecz  
okularami. 
 
 
257. Zyję w tym swoim małym świecie i boję się  
utracić z niego choćby najmniejszą cząstkę. Podnieś  

background image

 

 69 

mnie do swego świata i pozwól radośnie oddać  
wszystko, co mam.  
 
 
258. Kłamstwo nigdy nie może stać się prawdą przez  
to, że wzrośnie w potęgę.  
 
 
259. Serce moje chciałoby falami swych pieśni prosić  
miłośnie zielone brzegi tego słonecznego świata. 
 
 
260. Trawko przydrożna, kochaj kamień, a wówczas  
marzenia twoje rozwiną się w kwiaty. 
 
 
261. Niechaj muzyka twa wbije się jak miecz w serce  
wrzawy targowej. 
 
 
262. Drżące liście tego drzewa dotykają mego serca  
jak paluszki nowo narodzonego dziecka. 
 
 
263. Mały kwiatek leży w pyle. Szukał dróg motyla  
 
 
264. . Żyję w świecie dróg.  
Nadchodzi noc. Otwórz bramę, świecie domu. 
 
 
265. Śpiewałem ci pieśni w słoneczne dni.  
Teraz, gdy noc zapada, pozwól abym poniósł przed  
tobą światło na tej niepewnej ścieżce. 
 
 
266. Nie zapraszam cię do swego domu.  
Odwiedź mnie w mej nieskończonej samotności,  
przyjacielu. 
 
 
267. Narodziny i śmierć należą do życia, jak  
podnoszenie i opuszczanie nogi składa się na chód. 
 
 
268. Zrozumiałem znaczenie wieści, przysłanej mi  
za pośrednictwem szeptu kwiatów i blasku słonecznego  
- naucz mnie znaczenia słów, które podszeptuje mi  
cierpienie i śmierć. 
 

background image

 

 70 

 
269. Kwiat nocy przyszedł za późno, kiedy go słońce  
całowało; zadrżał, westchnął i padł na ziemię. 
 
 
270. Przez smętek wszystkich rzeczy słyszę cichy  
śpiew wiecznej matki.  
 
 
271. Przybyłem do twych brzegów jako obcy, mie- 
szkałem w twym domu jako gość, opuszczam progi  
twoje jako przyjaciel, o matko moja! 
 
 
272. Gdy już odejdę, pozwólcie, aby do was przy- 
chodziły myśli moje, jak łuna zachodu słońca na  
skraju milczenia gwiazd. 
 
 
273. Rozpal w mym sercu gwiazdę wieczorną  
spokoju, a potem niechaj ona szepcze mi o miłości.  
 
 
274. W ciemnościach jestem dzieckiem. Spod okrycia  
nocy wyciągam swe ręce do ciebie, matko! 
 
 
275. Wykonana jest praca dzienna. Ukryj mą twarz  
w swym łonie, matko. 
Daj mi pomarzyć. 
 
 
276. To jedno słowo zachowaj dla mnie w swym  
milczeniu, świecie, po mojej śmierci: - Kochałem cię. 
 
 
277.Żyjemy na tym świecie dotąd, dopóki kochamy. 
 
 
278. Pozostawcie umarłym nieśmiertelność sławy,  
żywym dajcie nieśmiertelność miłości. 
 
 
279. Widziałem cię, jak o świcie na półzbudzone  
dziecię, które widząc matkę, uśmiechnie się i znowu  
zasypia. 
 
 
280. Będę umierał i umierał, by wiedzieć, że życie  
jest niewyczerpane. 

background image

 

 71 

 
 
281.Przechodząc w tłumie ulicą, ujrzałem cię,  
uśmiechającą się z balkonu; zacząłem śpiewać i  
zapomniałem zupełnie o wrzawie. 
 
 
282. Miłość jest życiem w całej swej pełni, jak puchar  
pełen wina. 
 
 
283. Zapalają swe własne lampy i śpiewają swe  
własne słowa w swoich świątyniach. 
Ale ptaki śpiewają twe własne imię w twym własnym  
świetle porannym – albowiem radość jest imieniem  
twym. 
 
 
284. Pozwól mi zanurzyć się w głębinach twego  
milczenia i napełnić serce swe pieśniami. 
 
 
285. Niechaj ci, którzy tak wolą, żyją w świecie  
swych syczących rakiet. Moje serce tęskni do twych  
gwiazd, mój Boże. 
 
 
286. Ból miłości owiał swą pieśnią me życie, jak  
niezgłębione morze, a radość miłości śpiewała, jak  
ptaki w swych kwitnących gajach. 
 
 
287. Zgaś lampę, kiedy chcesz.  
Poznam twą ciemność i pokocham ją. 
 
 
288. Kiedy u schyłku dnia stanę przed tobą, ujrzysz  
me blizny i poznasz, iż zadano mi rany i zostałem z  
nich uzdrowiony.  
 
 
289. Pewnego dnia zaśpiewam ci o wschodzie słońca  
innego świata: - Widziałem cię już w świetle ziemi, w  
miłości ludzi. 
 
 
290. Obłoki z dalekich dni gromadzą się nad mym  
życiem, ale już nie po to, aby spuścić deszcz lub burzę,  
lecz aby przystroić w barwy me wieczorne niebo. 
 

background image

 

 72 

 
291. Prawda wywołuje przeciw sobie burzę, która  
pełnymi garściami szeroko rozrzuca jej ziarno. 
 
 
292. Burza nocna ukoronowała dzisiejszy poranek  
złotym pokojem. 
 
 
293. Prawda zdaje się wypowiadać swe ostatnie  
słowo, ale to ostatnie słowo rodzi nowe.  
 
 
294. Szczęśliwy jest ten, którego sława nie płonie  
jaśniej od jego prawdy. 
 
 
295. Kiedy zapominam swego imienia, świeci w mym  
sercu urok imienia twego, jak słońce poranne, gdy  
mgły opadną.  
 
 
296. Milcząca noc ma piękność matki, zgiełkliwy  
dzień – dziecka. 
 
 
297. Świat kochał człowieka, kiedy on się uśmiechał.  
Zaczął się go bać, kiedy on się roześmiał. 
 
 
298. Bóg czeka, aby człowiek odnalazł swe dzieciń- 
stwo w mądrości. 
 
 
299. Pozwól, abym ten świat odczuwał jako ucieleś- 
niejącą się w nim miłość twoją, a wówczas i moja  
miłość mu pomoże. 
 
 
300. Blask twego słońca uśmiecha się przyjaźnie do  
jesiennych dni mego serca i nie wątpi o jego pąkach  
wiosennych. 
 
 
301. Bóg całuje w swej miłości świat skończony,  
człowiek nieskończoność. 
 
 
302. W milczeniu Boga myśli człowieka dojrzewają  
w słowa. 

background image

 

 73 

 
 
303. Wędrujesz przez jałowe pustynie nieurodzajnych 
 lat, aby dojść do chwili swego ziszczenia. 
 
 
304. Wieczny wędrowcze, w mych pieśniach znaj- 
dziesz ślady swoich stóp. 
 
 
305. Daj, abym ci nie przyniósł wstydu, ojcze, który  
na dzieciach swych pokazujesz swą wspaniałość. 
 
 
306. Posępny jest dzień; światło kurczy się trwożnie  
pod groźnymi chmurami, jak ukarane dziecko ze  
śladami łez na policzkach, a krzyk burzy rozlega się  
jak krzyk zranionego świata. A ja spokojnie wędruję  
dalej, bo wiem, że spotkam swych przyjaciół. 
 
 
307. Liście palm chwieję się tej nocy niespokojnie,  
do miesiąca w pełni, a morze wzbiera, jak gdyby serce  
świata biło gwałtownie. Z któregoż nieznanego nieba  
przyniosłeś w swym milczeniu bolesną tajemnicę  
miłości? 
 
 
308. Marzę o gwieździe, wyspie światła, gdzie kiedyś  
się narodzę i gdzie w najgłębszym łonie jej, dającej  
siły ciszy, życie me doprowadzi do dojrzałości swe  
dzieła, jak pole ryżowe w blasku jesiennego słońca. 
 
 
309. Zapach mokrej od deszczu ziemi unosi się w  
powietrze jak wielki hymn pochwalny niemego mnóstwa  
maluczkich. 
 
 
310. Że miłość może kiedyś zginąć, jest faktem,  
którego nie możemy uznać za prawdę. 
 
 
311. Pewnego dnia dowiemy się, ze śmierć nigdy nie  
zdoła nas pozbawić tego, co nasza dusza zyskała,  
albowiem jej korzyść i ona sama to jedno. 
 
 
312. Z zapadnięciem mego wieczoru przychodzi do  
mnie Bóg z koszem pełnym świeżych jeszcze kwiatów  

background image

 

 74 

mojej przeszłości. 
 
 
313. Kiedy wszystkie struny mego żywota zostaną  
nastrojone, mój mistrzu, za każdym twoim dotknięciem  
będzie z nich dzwonić muzyka miłości. 
 
 
314. Daj, żebym żył w prawdzie, mój Boże, abym  
mógł w prawdzie umrzeć.  
 
 
315. Historia ludzkości czeka cierpliwie na triumf  
wzgardzonego człowieka. 
 
 
316. Czuję, że w tej chwili spojrzenie twe spoczywa  
na mym sercu, jak słoneczne milczenie poranka leży  
na samotnym, zżętym już polu. 
 
 
317. Tęsknię do wyspy śpiewu po drugiej stronie  
tego wzburzonego morza krzyku. 
 
 
318. Muzyka nocy zaczyna od preludium zachodu  
słońca, od jego uroczystego hymnu do niezgłębionych  
ciemności.  
 
 
319. Wdarłem się na szczyt góry, ale żadnego  
schronienia nie znalazłem na łysych, nieurodzajnych  
wyżynach sławy. Przewodniku mój, zanim słońce  
zajdzie, sprowadź mnie w dolinę spokoju, gdzie żniwo  
życia dojrzewa do złotej mądrości. 
 
 
320. Fantastycznie wygląda wszystko w tym  
niewyraźnym świetle zmierzchu – wiszące w powietrzu  
wieże kościelne, korony drzew niby kleksy. Zaczekam  
do rana i obudziwszy się, obejrzę w świetle twe miasto. 
 
 
321.Doświadczyłem cierpienia i rozpaczy, poznałem  
śmierć i cieszę się, że żyję na tym wielkim świecie. 
 
 
322. Są w mym życiu nagie, ciche przestrzenie. To  
wolne miejsca, które pracowitym mym dniom użyczały  
światła i powietrza. 

background image

 

 75 

 
 
323. Wyzwól mnie z mej niespełnionej przeszłości, 
która trzyma mnie z tyłu i utrudnia mi śmierć. 
 
 
324. Niechaj ostatnim moim słowem będzie, iż buduję  
na twojej miłości. 
 
 
 
 

                                    DAR  MIŁUJĄCEGO  

                                                            1918  
                                          Przekład: Stanisław Schayer 
 
 
 
 
                                       36  
 
   Grałyście muzyką w moim sercu, moje kajdany!  
Całymi dniami igrałem, strojąc się wami. Byłyście  
moimi najlepszymi druhami, moje kajdany! I był czas,  
żeście mnie strachem napełniały, ale mój lęk kazał mi  
kochać was tym więcej. Byłyście towarzyszami moich  
nocy długich i ciemnych. A zatem pokłon wam składam,  
zanim się z wami rozstanę, moje kajdany!  
 
 
 
                                       46  
 
   Niebo oddycha swoim własnym bezkresem błękitu, swoi- 
mi snami. Kaprysem jego jesteśmy tylko my, chmury  
bezdomne. Gwiazdy świecą ponad wieczności koroną.  
Trwałe jest ich świadectwo, ale nasze jest tylko szkicem  
dorywczym i ściera się ciągle. Naszym losem jest występo- 
wać na scenie niebios, potrząsać brzękadłami i rzucać  
błyskawicami chichotu. Ale z naszego śmiechu rodzi się  
deszcz, który jest dość rzeczywisty, i piorun, który także nie  
jest igraszką. A przecież nie żądamy od czasu żadnej  
nagrody i wiatr, który do życia nas natchnął, pędzi nas  
dalej, zanim zdążył nas nazwać. 
 
 
 
 
                               

OSTATKI  MYŚLI 

 

                                               1921 
                 Przekład:  Jerzy Bandrowski, 

background image

 

 76 

                                    Witold Hulewicz  
 
 
 
                                       15 
 
   Ciemno jeszcze, wkrótce zacznie świtać. Przekupnie,  
którzy zjechali na jarmark, spędzili zimową noc siedząc  
dokoła płonących ognisk i śpiewając. Teraz zbierają  
się w drogę, aby się znów we wszystkich kierunkach  
rozproszyć. Zgiełk, jaki czynią, fałszywie wpada w śpiew  
ptaków i mąci ciszę poranka.  
   Albowiem człowiek stoi zawsze tam, gdzie drogi się  
rozchodzą. Struny jego muszą być nastrojone do pieśni  
znacznie głębszej i bardziej złożonej niż muzyka  
przyrody. Człowiek ma rozum, który rozważa, oraz  
wole, która szuka swej własnej drogi. Ani rozum, ani  
wola nie osiągnęły jeszcze pełnej harmonii ze swym  
otoczeniem. Stąd ich skłonność do wybuchania przy- 
krymi, szpetnymi dźwiękami.  
   Ale w tej właśnie szpetności leży wielka nadzieja na  
przyszłość, a to dlatego, że rozdźwięki te nie są wyłącznie  
faktami, które byśmy musieli uznać jako takie: są faktami  
szpetnymi. To zaś daje nam zawsze pewność, ze nie są tym,  
czym być powinny, są bowiem niedoskonałe. Stąd, spra- 
wiając nam ból, daja nam zarazem nadzieję.  
 
   Jerzy Bandrowski  
 
 
 
                                       18  
 
   Wczoraj wieczorem, kiedy dął zimny, ostry wiatr północ- 
ny, przekupnie w pośpiechu zbudowali sobie rodzaj osłon  
z gałęzi i listowia. Mimo niedostateczności schronisko to w  
danej chwili było pilnie potrzebne. Lecz dzisiejszego ranka  
słyszymy, jak już przed świtem wołają na swe woły i  
skrzypiące wozy wyciągają spod drzew. Teraz pilna jest  
potrzeba opuszczenia schroniska.  
   Gdyby nasze potrzeby nie zmieniały się ustawicznie,  
gdyby nas gniotły jak nieruchomy ciężar, zdruzgotałyby  
wszelki byt. W pewnej chwili wzdychamy może nad prze- 
mijaniem rzeczy, a jednak wieczystość wszystkich rzeczy  
oznaczałaby dla nas beznadziejną rozpacz. Przemijanie i  
wieczność: między tymi dwoma przeciwstawnymi prądami  
znaleźliśmy nasze mieszkanie i naszą wolność. 
 
   Witold Hulewicz  
 

background image

 

 77 

 
 
                                       27  
 
   Kiedy przychodzimy na widowisko życia, w głupocie  
swej siadamy tyłem do sceny. Widzimy złocone ko- 
lumny i dekoracje, obserwujemy fale przychodzących  
i odchodzących tłumów, a kiedy nareszcie światło  
gaśnie, pytamy zmieszani, jaki to właściwie  
ma sens. Gdybyśmy skierowali wzrok na wewnętrzną  
scenę, moglibyśmy ujrzeć wieczysty dramat miłości 
duszy i upewnić się, że dramat ów posiada przerwy,  
ale nie ma końca, i że wszystkie te wspaniałe  
urządzenia świata mają sens, a nie są tylko  
błyskotliwym majakiem pustych przedmiotów. 
 
   Witold Hulewicz  
 
 
 
                                       45  
 
   W kraju naszym jest to największą nędza, jeżeli ktoś  
dziedziniec swój zmuszony jest oddać na pastwę  
pługów. Albowiem na dziedzińcu człowiek przywłaszczył  
sobie niezmierzone bogactwo przestrzeni. Na szerokim  
świecie przestrzeń nie jest rzadkim towarem, lecz  
człowiek otrzymuje ją na własność dopiero, kiedy ją  
może wnieść w swój dom. Z dziedzińca człowiek uczynił  
część swego domu. Tu światło słońca świeci mu jako  
światło własne i tu dzieciątko jego w ręce klaszcze i  
gada z księżycem. Jeżeli zatem dziedziniec już niewolny  
jest i za ziemię ma służyć orną, wtedy zniszczone jest  
gniazdo, w którym człowiek cały daleki świat przywła- 
szczyć sobie może.  
 
   Witold Hulewicz  
 
 
 
                                       51  
 
   Słyszymy opowieści o deszczach błota, deszczach  
krwi i podobnych straszliwych zjawiskach. Pojawiają  
się one, kiedy czystość atmosfery jest zbrukana i  
powietrze ciężarne brudem. I już nie jest to śpiew  
nieba, spływający w oczyszczającym deszczu, lecz  
własne grzechy ziemi, powrotnie na nią spadające.  
Wtenczas religia nasza sama zostaje zbrukaną, egoizm  
zbiorowy ludu uzurpuje sobie nabożne imiona, a my  

background image

 

 78 

się chełpimy, że wodzem naszym jest Bóg, kiedy nasze  
samolubstwo i nienawiść ruszają do walki. 
 
   Witold Hulewicz  
 
 
 
                                       54  
 
   Obowiązkiem człowieka jest w swym zachowaniu się  
przestrzegać godności człowieka, nie tylko ze względu  
na siebie samego, ale także dlatego, że jest odpowie- 
dzialny za drugich. Człowiek, który się poniża, degra- 
duje nie tylko siebie samego, lecz całą ludzkość; za  
to rozumie i widzi swą wielkość, gdy widzi ludzi  
wielkich. Im prawdziwszy jest taki obraz wielkości,  
tym łatwiej przychodzi nam samym na wielkość się  
zdobyć.  
 
   Jerzy Bandrowski  
 
 
 
                                       61  
 
   Godnym człowieka jest łagodzić cierpienia i usuwać  
ich przyczyny. Mimo to jednak powinniśmy wiedzieć,  
że wielka część naszych cierpień pochodzi stąd, ze  
znajdujemy się na nowej płaszczyźnie bytu, do której  
temperament nasz niezupełnie się jeszcze dostosował  
i do której duch nasz jeszcze zupełnie się nie  
przyzwyczaił. Z ciasnej doskonałości bytowania zwie- 
rzęcego wszedł człowiek w niedoskonałość życia du- 
chowego, gdzie odbiera mu spokój wojna domowa  
miedzy siłami naszej prymitywnej przeszłości, a siłami  
wskazującymi przyszłość. Ponieważ ludzkość nie osiąg- 
nęła jeszcze swego normalnego poziomu, spowija ja  
rozżarzony obłok cierpień. 
 
   Jerzy Bandrowski  
 
 
 
                                       83  
 
   Pytano: jeśli wędrówka życia jest nieskończona,  
gdzież jej cel? Odpowiedź brzmi: wszędzie. Mieszkamy  
w pałacu, który nie ma końca ani granic, ale do  
którego przecież dotarliśmy. Badając go i rozszerzając  
coraz bardziej swój stosunek do niego, coraz bardziej  

background image

 

 79 

go sobie przyswajamy. Dziecię przychodzi na ten sam  
świat, na którym żyje siwowłosy starzec, ale zadanie  
jego nie jest bynajmniej zadaniem ucznia, który ma  
w klasie wybębnić swoje abecadło. Dziecię ma swą  
własną radość życia, albowiem świat nie jest jakimś  
gościńcem, lecz domem rodzinnym, który dziecię  
przyswaja sobie w miarę, jak staje się coraz mądrzejsze.  
Na gościńcu cel mamy u końca drogi, na tym naszym  
świecie jednak osiągamy go na każdym kroku, ponie- 
waż to jest gościniec i dom rodzinny zarazem: wiedzie  
nas wciąż dalej, a zarazem daje nam przytułek. 
 
   Jerzy Bandrowski  
 
 
 
                                       97  
 
   Żaden płomień nie płonie wiecznie. Albo olej się skończy,  
albo wiatr zdmuchnie światło, niejednokrotnie też sama  
lampa ulega rozbiciu. Może krzykniemy nieraz w przystępie  
oburzenia, że potęga ciemności jest ostateczną i prawdziwą,  
albo że dopiero my stwarzamy światło, zapalając lampę. W  
rzeczywistości jednak każde zgaszenie światła służy tylko  
do wykazania, iż źródło światła jest niewyczerpane i że  
prawdziwą potęgą człowieka jest jego zdolność udowodnie- 
nia tego zawsze, gdy zajdzie taka potrzeba.  
 
   Jerzy Bandrowski  
 
 
 
Spis treści  
 
 
Pieśni ofiarne  
przekład:  Jan Kasprowicz  
 
 
Ogrodnik  
Przekład:  Julia Dickstein  
 
 
Zbłąkane ptaki  
Przekład:  Jerzy Bandrowski  
 
 
Dar miłującego  
Przekład:  Stanisław Schayer  
 

background image

 

 80 

 
Ostatki myśli  
Przekład:  Jerzy Bandrowski,  Witold Hulewicz