background image

– Christine! 
Bezbarwny  głos  matki  przerwał  ciszę  zalegającą  mieszkanie. 
Christine  dała  przykutemu  chorobą  do  łóŜka  ojcu  ostatnią 
łyŜeczkę  jajka  na  miękko,  otarła  mu  brodę  i  usta,  po  czym 
wyprostowała plecy. 
– Tak, mamo, juŜ idę. 
Oczy ojca skierowały się znacząco w stronę stolika nocnego. 
– Jeszcze kawy? Proszę... 
Nalała mu kawy do specjalnego kubka z dziobkiem. Wyglądał 
na  zadowolonego.  Skinęła  głową,  by  dodać  mu  otuchy,  i 
skierowała się do salonu. 
Zastała tam matkę gotową do wyjścia. 
– Christine,  pójdę  na  chwilę  do  cukierni  Wibego.  Umówiłam 
się tam z Gerdą. 
Cukiernię  Wibego  zlikwidowano  juŜ  dawno,  a  Gerda, 
przyjaciółka matki, nie Ŝyła od dziesięciu lat. 
Christine westchnęła. Zdawała sobie sprawę, Ŝe nie moŜe tego 
powiedzieć matce wprost, gdyŜ jak zwykle skończyłoby się to 
sceną  pełną  rozpaczy  i  łez.  Nie  wiedziała,  co  wymyślić.  tym 
razem, by za 
trzymać  matkę  w  domu.  Coraz  trudniej  przychodziło  jej 
wyszukiwanie nowych pretekstów. 
Na  szczęście  uratowały  ją  odgłosy  dochodzące  od  strony 
skrzynki na listy. 
– Nie  wychodź  teraz,  mamo,  właśnie  przyszła  poczta.  MoŜe 
jest coś do ciebie... 
Oby tylko tak było! 
W  poczcie  rzeczywiście  znalazł  się  list  do  matki.  Christine 
nakłoniła  ją  do  zdjęcia  płaszcza  i  usadowiła  w  ulubionym 
fotelu. 
Przyszedł  równieŜ  list  do  niej.  Wzięła  go  i  udała  się  do 
swojego pokoju. 
List  był  od  Elłen,  dawnej  koleŜanki  z  klasy.  Christine  usiadła 
na  łóŜku  i  otwierając  kopertę,  usiłowała  przypomnieć  sobie 
wygląd Ellen. 
Okazało  się  to  niełatwym  zadaniem.  Pamiętała  ją  jako  szarą, 
niepozorną myszkę, za którą Ŝaden z chłopców nie obejrzał się 
dwukrotnie.  Była  nieporadna,  a  jej  nieśmiałość  często 
odbierano  jako  dumę.  Z  tego  powodu  nigdy  nie  udało  jej  się 
zdobyć  przyjaciół.  Nie  pomógł  nawet  fakt,  Ŝe  była  córką 
dyrektora  banku  i  jedyną  spadkobierczynią  pokaźnego 
majątku. 
Christine  niezwykle  zaskoczył  list  otrzymany  po  tylu  latach 
milczenia.  Od  razu  po  ukończeniu  szkoły  Ellen  przeniosła  się 
wraz  z  rodziną  do  Drammen.  Christine  wyjęła  list  z  koperty, 
nasłuchując 

odgłosów 

dobiegających 

głębi 

duŜego 

mieszkania,  lecz  wszędzie  panowała  cisza.  Mogła  się  więc 
skupić na lekturze. 
Droga Christine! 
Z  pewno
ścią  się  zastanawiasz,  dlaczego  piszę  wlaśnie  teraz  i 
wla
śnie  do  Ciebie.  Idzie  o  to,  źe  wkrótce  wychodzę  za  mąŜ,  a 
poniewa
Ŝ  wesele  ma  być  duŜe,  chcialabym  mieć  kilka  druhen. 
Wybralam  ju
Ŝ  parę  dziewcząt  spośród  moich  znajomych  tu  na 
miejscu, ale bardzo zale
Ŝy mi na tym, aby mieć teŜ druhnę z lat 
szkolnych.  Je
śli  zgodzilabyś  się  nią  zostać,  bardzo  bym  się 
ucieszyla z Twojego przyjazdu. 
Christine  się  skrzywiła.  Była  oczywiście  jedyną  dziewczyną  z 
klasy, która jeszcze nie miała męŜa. Ellen pisała dalej: 
Jestem przekonana, Ŝe polubisz mojego narzeczonego. Nazywa 
się Harry Berg. Jest wysoki, ciemnowlosy, elegancki i pracuje 

background image

w  Ministerstwie  Spraw  Zagranicznych.  A  co  najwaźniejsze  – 
nie  obchodz
ą  Go  moje  pieniądze.  Sam  jest  wystarczająco 
bogaty.  Zawsze  bylam  podejrzliwa  w  stosunku  do  m
ęŜczyzn, 
którzy  si
ę  mną  interesowali.  Wiesz  przecieŜ,  Ŝe  nie  jestem 
szczególnie pi
ękna ani, jak mi się wydaje, blyskotliwa, lecz tym 
razem wszystko wygl
ąda wręcz IDEALNIE. Poza tym fakt, Ŝe i 
On nie jest calkowicie doskonaly – ma mianowicie pewn
ą mglą 
ulomno
ść  –  czyni  Go  jeszcze  bardziej  pociągającym.  Budzi  to 
we mnie co
ś w rodzaju instynktu opiekuńczego. Data ślubu nie 
jest  jeszcze  ustalona,  ale  bylabym  wdzi
ęczna,  gdybyś  odpisala 
mi jak najszybciej. 
Twoja przyjaciólka Ellen 
Przez  długą  chwilę  Christine  siedziała  pogrąŜona  w  myślach. 
Pojechać  na  duŜe  wesele?  Poznać  nowych  ludzi,  rozmawiać, 
ś

miać się, jeść przysmaki, a moŜe nawet tańczyć? 

Wyjęła  papier  listowy  i  natychmiast  napisała  odpowiedź. 
Przesłała 

Ellen 

najserdeczniejsze 

Ŝ

yczenia 

szczęścia, 

zawiadamiając  ją  jednocześnie,  Ŝe  w  tej  chwili  niestety  nie 
moŜe  wyjechać  z  domu  ze  względu  na  rodziców  –  ojciec  jest 
powaŜnie  chory,  a  matka  cierpi  na  beznadziejny  przypadek 
sklerozy. 
Przerwała  pisanie  w  połowie  listu.  Kochany  tatuś,  którego  tak 
uwielbiała  będąc  dzieckiem.  Mądry,  łagodny  i  zawsze  pełen 
wyrozumiałości.  Pierwszy  wylew  krwi  do  mózgu  przyszedł 
niespodziewanie  przed  wielu  lary.  Od  tego  czasu  było  ich 
jeszcze  kilka  i  w  tej  chwili  ojcu  pozostało  juŜ  niewiele  Ŝycia. 
Dla  Christine  opieka  nad  chorym  była  rzeczą  oczywistą.  Jej 
własne Ŝycie zeszło na dalszy plan. Wierzyła, Ŝe jeszcze kiedyś 
znajdzie czas dla siebie. 
Tymczasem  lata  mijały;  równieŜ  i  matka  stała  się  całkowicie 
bezradna. Rodzice nie byli juŜ młodzi, gdyŜ Christine urodziła 
się po wielu latach ich małŜeństwa. Wszystko wydawało się jej 
tak beznadziejne i pozbawione perspektyw. Christine nigdy nie 
przyszłoby  do  głowy  zostawić  matkę  lub  oddać  ją  do  domu 
opieki.  Niemniej  jednak  ze  względu  na  to,  Ŝe  starszej  pani 
przychodziły  do  głowy  najdziwaczniejsze  pomysły,  wymagała 
nieustannego  doglądania.  Tak  więc  ewentualne  marzenia 
Christine oraz jej Ŝycie prywatne musiały zostać odsunięte na 
bok.  Nigdy  nie  zdąŜyła  nawet  poszukać  sobie  pracy,  jej 
miejsce  było  przy  rodzicach.  Ostatnio  jednak  znalazła 
niewielkie  zajęcie,  które  sprawiało  jej  wiele  radości.  Zawsze 
dobrze radziła sobie z gotowaniem, nawiązała więc współpracę 
z  pewnym  miesięcznikiem,  gdzie  prowadziła  stałą  rubrykę  na 
temat wytwornej kuchni. Dochód z tego był oczywiście bardzo 
skromny,  lecz  przynajmniej  nie  czuła  się  juŜ  tak  odizolowana 
od świata. 
Christine podeszła do lustra i spojrzała w nie w zamyśleniu. 
Nie  mogła  się  juŜ  dłuŜej  oszukiwać.  W  szybkim  tempie 
zbliŜała  się  do  wieku  określanego  mało  precyzyjnym  mianem 
„dojrzałej  młodości”,  a  odległego  o  wiele  lat  od  pierwszej 
młodości, tej prawdziwej. 
Z  zadumy  wyrwał  ją  dobiegający  z  salonu  odgłos  kroków 
matki.  W  pośpiechu  włoŜyła  do  koperty  ukończony  przed 
chwilą  list,  który  udało  jej  się  wysłać  nieco  później  w  ciągu 
dnia. 
Nie otrzymała juŜ jednak Ŝadnej wiadomości od Ellen Smidt. 
Minęły trzy miesiące. 
I  znów  całkiem  nieoczekiwanie  Christine  stała  na  środku 
swojego pokoju, trzymając w rękach dwa listy i spoglądając ze 

background image

zdumieniem  to  na  jeden,  to  na  drugi.  Pomyślała,  Ŝe  to  chyba 
jakieś szaleństwo. 
Pierwszy  z  listów  zawierał  stare  zaproszenie  na  ślub  Ellen 
Smidt.  Christine  odnalazła  je  właśnie  przed  chwilą  w 
szufladzie biurka. Drugi list został 
dopiero co przyniesiony przez listonosza. 
Tym  razem  przypomniała  sobie  o  niej  ta  natrętna  pani 
Melander  ze  Stavanger,  którą  Christine  poznała  w  czasie 
nieudanej  wycieczki  do  Hiszpanii  przed  paru  laty.  Miało  to 
miejsce wtedy, gdy matka na tyle jeszcze radziła sobie z opieką 
nad  ojcem,  Ŝe  Christine  mogła  sobie  pozwolić  na  tygodniowy 
wyjazd.  Niestety,  okazało  się,  Ŝe  był  to  tydzień  pełen  niezbyt 
przyjemnych  zdarzeń,  a  najgorsze  wspomnienie  stanowiła 
właśnie  pani  Melander.  Z  takiego  czy  innego  powodu 
upodobała  sobie  Christine.  Być  moŜe  uwaŜała,  Ŝe  musi 
zaopiekować  się  tą  najwyraźniej  samotną  i  nieprzywykłą  do 
podróŜy  młodą  dziewczyną  albo  teŜ  chciała  po  prostu 
przyczepić się do kogoś jak pozbawiona wszelkiej wraŜliwości 
i  taktu  pijawka.  Gdy  wycieczka  dobiegła  kresu,  Christine 
odetchnęła  z  ulgą,  ale  niestety  trochę  się  pospieszyła.  Pani 
Melander nie miała zamiaru zakończyć znajomości na lotnisku. 
Zaczęła  przysyłać  list  za  listem.  Christine  sumiennie  i  z 
mozołem  przekopywała  się  przez  ich  treść,  lecz  odpisywała 
bardzo rzadko. 
Pani  Melander  nie  wydawała  się  jednak  zniechęcona  tym 
faktem i tak oto Christine trzymała w ręku jej kolejny list. Jak 
zwykle  miała  kłopoty  z  odczytaniem  niechlujnego  pisma 
nadawczyni. 
Kochana Christine! 
Gdyby
ś tylko WIEDZIAŁA, co mi się przydarzyto od ostatniego 
razu. To się po prostu nie mieści 
w  gtowie!!!  Czy  wiesz,  na  co  si
ę  zdobytam?  Zamieścitam 
ogtoszenie w gazecie!!! Oczywi
ście to zwariowany pomyst, ale 
pomy
ślatam  sobie,  Ŝe  robię  się  coraz  starsza  i  muszę 
spróbowa
ć choćby jeszcze raz – to znaczy znaleźć męŜa. Wiesz 
przecie
Ŝ,  Ŝe  w  gruncie  rzeczy  jestem  stworzona  do  Ŝycia  w 
mat
Ŝeństwie, 

wię

postanowitam 

poszukać 

szczęścia. 

Mtodzieńcza,  rozwiedziona  pani  i  tak  dalej.  PrzecieŜ  nikt  nie 
musi  wiedzie
ć,  źe  rozwodzitam  się  DWA  razy!  „Dobrze 
sytuowana, 
szuka wspótpartnera”– tak napisatam, bo brzmi to 
dość  wytwornie,  no  a  przecieŜ,  jak  Ci  wiadomo,  z  moich  dwu 
poprzednich  mat
Ŝeństw  nie  wysztam  z  zupetnie  pustymi 
r
ękami...  Wyobraź  sobie  tylko,  ile  dostatam  odpowiedzi! 
Mogtam  przebiera
ć  do  woli.  Niektóre  listy  byty  rzecz  jasna 
bardzo nieprzyzwoite. 
Christine  wyobraziła  sobie  panią  Melander  piszącą  te  słowa. 
Słyszała jej chichot pensjonarki, którego tak nie cierpiała. 
Wybratam jednak jeden list, który wydawat się być obiecujący, 
i  rzeczywi
ście  się  nie  zawiodlam!!!  To  się  nazywa  szczęście! 
Facet  jak  marzenie  –  wysoki,  ciemnowtosy,  dystyngowany,  a 
równocze
śnie na swój sposób chwytający za serce. Spotykamy 
si
ę regularnie juŜ od dwóch miesięcy. Zastanawiam się, co mu 
si
ę we mnie podoba. 
Christine ponownie usłyszała w myślach jej chichot. 
Ŝ, trzymam się dość dobrze jak na moje czterdzieści trzy lata. 
Nie sądzitaśŜe tyle mam, prawda? 
AleŜ  tak!  Jeśli  o  to  chodzi,  to  Christine  z  pewnością 
odpowiednio ją oceniała. 
A  poza  tym  w  moim  towarzystwie  nie  sposób  przecieź  się 
nudzi
ć

background image

Co to, to nie! 
Przeczytawszy  kilka  stron  pełnych  czczej  i  nadętej  gadaniny, 
Christine dotarła do utęsknionego zakończenia. 
No, ale muszę juź kończyć. Mój autobus odjeŜdŜa za chwilę, a 
mam  jeszcze  TYSI
ĄCE  rzeczy  do  zrobienia.  Bywaj  zdrowa  
napisz  wkrótce.  Do  tej  pory  dostalam  od  Ciebie  tylko  jedn
ą 
jedyn
ą  kartkę  i  wydaje  mi  się,  Ŝe  to  trochę  za  mato.  Mówię 
po
waŜnie. Aha, jeszcze jedno... zapomnialam Ci powiedziećŜ
mój  przyjaciel  
nazywa  się  Harty  Berg.  Jest  inŜynierem  i 
pracuje  wla
śnie  nad  jakimś  fantastycznym  wynalazkiem. 
Zaproponowalam 
mu poźyczkę, ale on nie chcial o tym dyszeć 
ANI S~,OWA! Ze te
ź jeszcze istnieją tacy męŜczyźni! 
List kończył się niezliczonymi uściskami, pozdrowieniami oraz 
całą serią dopisanych bez ładu i składu PS-ów. 
Christine  w  zadumie  odłoŜyła  oba  listy.  Stemple  pocztowe 
były  z  dwóch  róŜnych  miast,  ale  nie  miało  to  specjalnego 
znaczenia.  Nadal  głęboko  zamyślona,  Christine  podeszła  do 
telefonu  i  odszukała  w  ksiąŜce  telefonicznej  numer  dyrektora 
banku  Smidta  w  Drammen.  Po  chwili  usłyszała  w  słuchawce 
sygnał wolnej linii, ale po drugiej stronie nikt nie odpowiadał. 
Nie miała wielkiej ochoty dzwonić do 
pani  Melander  ze  Stavanger,  a  poza  tym  co  miałaby  jej 
powiedzieć?  Harry  Berg  to  przecieŜ  dość  pospolite  nazwisko. 
MoŜe to po prostu zbieg okoliczności... 
A  jeŜeli  to  nie  przypadek?  Gdyby  chodziło  o  tę  samą  osobę, 
Harry  Berg  byłby  oszustem  wykorzystującym  samotne, 
łatwoa>ierne  kobiety.  W  takim  razie  trzeba  ostrzec 
przynajmniej  Ellen.  Kto  mógłby  to  wszystko  sprawdzić? 
Policja?  No  tak,  oczywiście  policja.  Być  moŜe  znali  juŜ  tego 
człowieka.  Ale  czy  moŜna  tak  po  prostu  pójść  na  policję  bez 
Ŝ

adnego dowodu? 

Gdyby  chociaŜ  miała  z  kim  na  ten  temat  porozmawiać...  Jej 
ukochany  ojciec  niedawno  zmarł,  a  matka  była,  mówiąc 
łagodnie, nieco pomylona. 
Christine  przygotowała  obiad  z  mniejszą  niŜ  zwykle 
starannością. Po obiedzie usadowiła matkę w fotelu, dała jej do 
ręki  ksiąŜkę  i  surowo  zakazała  się  oddalać,  po  czym  włoŜyła 
kurtkę. Podjęła juŜ decyzję. Nic nie zaszkodzi, jeśli zbada całą 
sprawę trochę bliŜej. 
JuŜ  w  drzwiach  odwróciła  się  i  spojrzała  ze  smutkiem  na 
matkę,  która  bezmyślnie  przewracała  kartki  ksiąŜki.  Widok 
kochanej  osoby  tracącej 

w  taki  sposób  kontakt  z 

rzeczywistością  sprawiał  jej  ból.  Nie  mogły  juŜ  ze  sobą 
pogawędzić  tak  jak  kiedyś...  Christine  było  bardzo  trudno. 
Fakt, Ŝe musiała przemawiać do własnej matki jak do dziecka, 
ogromnie  ją  przygnębiał.  Na  jej  oczach  wspaniały  człowiek 
przeobraŜał się w osobę zgorzkniałą, 
niecierpliwą,  zrzędliwą  i  podejrzliwą,  a  ona  w  Ŝaden  sposób 
nie mogła pomóc. Tak jak w tej chwili. Musiała wyjść z domu i 
zostawić matkę samą, i wiedziała, Ŝe przez cały czas będzie się 
zastanawiała, czy nie wpadta ona na jakiś zwariowany pomysł 
–  czy  gdzieś  nie  wyszła  albo  nie  próbuje  zrobić  sobie  czegoś 
do 

jedzenia, 

podpalając 

przy 

tym 

mieszkanie 

ulegającpoparzeniu... Czasami  matki doglądała  sąsiadka,  która 
jednak  pracowała  zawodowo  i  rzadko  bywała  w  domu. 
Christine  czuła  się  tak,  jakby  miała  skrępowane  ręce  i  nogi. 
MoŜe  nie  tym,  Ŝe  była  pozbawiona  swobody,  ale  raniącym  ją 
poczuciem bezsilności. Tak bardzo chciała pomóc matce. 
Teraz jednak musiała się pospieszyć, aby szybko wrócić. 

background image

Na  zewnątrz  panowała  listopadowa  szaruga.  Christine  zapięta 
kurtkę  pod  samą  szyję,  Ŝatując,  Ŝe  nie  włoŜyła  nic  na  gtowę. 
Wiatr był tak silny, Ŝe po przejściu kilkuset metrów wydawało 
jej  się,  iŜ  nie  ma  uszu.  Pamiętając  jednak  o  schowanych  w 
torebce  listach  od  Ellen  Smidt  i  pani  Melander,  brnęła 
odwaŜnie dalej. 
Najlepiej jeśli nie będzie zastanawiać się nad skutkami swojej 
decyzji.  W  dalszym  ciągu  sprawa  była  przecieŜ  otwarta  i 
wszystko mogło się wyjaśnić w sposób naturalny. 
Christine nie mogła przewidzieć nadchodzących wydarzeń. 
Komisarz John Bakken uniósł wzrok znad przy 
niesionych przez Christine listów i przyjrzał się jej uwaŜnie. 
Ciekawe,  co  rejestruje  jego  policyjne  spojrzenie,  pomyślała. 
Jak 

mnie 

właściwie 

ocenia? 

Czy 

uwaŜa 

mnie 

za 

rozhisteryzowaną  babę  juŜ  nie  pierwszej  młodości?  Nie,  nie 
wydaje się, by tak myślał. Te obojętne oczy odnotowują chyba 
tylko same fakty, jak na przykład to, Ŝe mam ciemne włosy, a 
moje  uczesanie  zostało  zrujnowane  przez  deszcz  i  wiatr,  Ŝe 
mam jasne oczy i prosty nos, który z pewnością bardzo mi się 
w tej chwili świeci. Widzi na pewno, Ŝe z niepokojem oczekuję 
jego  odpowiedzi,  chociaŜ  próbuję  zamaskować  to  chłodnym 
zachowaniem.  Patrzy  na  moje  ręce.  Niestety  zdradza  mnie  to, 
Ŝ

e nerwowo miętoszę rękawiczki. 

– Tak  –  odezwał  się  krótko  z  rezerwą  w  głosie.  Niewiele 
moŜna z tego wywnioskować. Czego pani ode mnie oczekuje? 
– Sama  nie  wiem  –  odpowiedziała  Christine  bezradnie.  –  Czy 
nie  naleŜałoby  zbadać  tej  sprawy  trochę  dokładniej?  To 
znaczy... 
Urwała zmieszana. 
Komisarz Bakken westchnął ledwo dostrzegalnie. – Nie ma się 
tu  na  czym  oprzeć  –  stwierdził  niechętnie.  –  KaŜda  z  pani 
przyjaciółek  mogła  sobie  przecieŜ  znaleźć  innego  Harry'ego 
Berga. Jest to najbardziej prawdopodobne. 
Christine podniosła się z wahaniem z krzesła. śałowała, Ŝe tak 
pochopnie  poszła  na  policję.  Poza  tym  miała  pecha. 
Spodziewała się zastać tutaj dobro 
dusznego, starszego policjanta, z którym moŜna porozmawiać, 
a  nie  tego...  robota!  Potraktował  ją  z  góry,  takie  przynajmniej 
odniosla  wraŜenie,  choć  ton  jego  odpowiedzi  był  jak 
najbardziej poprawny. Mimo  swego  miłego  wyglądu  wydawał 
się  być  nieznośnie  pewny  siebie.  Po  prostu  promieniowała  od 
niego siła i swego rodzaju poczucie wyŜszości. 
– Sądzi  więc  pani,  Ŝe  to  naciągacz?  –  pytał  dalej.  –  CóŜ,  nie 
jestem o tym do końca przekonana odpowiedziała powoli – ale 
przecieŜ  istnieje  taka  moŜliwość.  W  opisach  obu  męŜczyzn 
występuje  uderzające  podobieństwo,  a  one  obie  są  zamoŜne  i 
samotne.  Stanowią  idealny  łup  dla  takiego  typa.  Mówiąc 
szczerze,  nie  obchodzi  mnie  wcale,  czy  uda  mu  się  nabrać 
panią Melander, ale Ellen Smidt, moja koleŜanka ze szkoły, nie 
zasłuŜyła  sobie na to. Jej list  wprost promieniuje szczęściem i 
milością.  O  ile  pamiętam,  w  dzieciństwie  i  młodości  nie  było 
jej  dane  zaznać  tych  uczuć  obficie.  Nie  chciałabym,  aby 
chłodny, wyrachowany uwodziciel zniszczył ją w taki sposób. 
Bakken  zmarszczył  brwi  i  spojrzał  na  listy,  które  schował  juŜ 
do  kopert.  On  nie  kieruje  się  uczuciami,  pomyślała  Christine. 
Jest na wskroś realistą. 
Mogła  mu  się  teraz  lepiej  przyjrzeć.  Typowy  okaz 
energicznego policjanta, pomyślała z  goryczą.  Dość pospolite, 
twarde  rysy  twarzy,  ostry  wzrok.  Pozbawiony  wszelkiego 
poczucia  humoru.  Człowiek  zadowolony  z  samego  siebie  i 

background image

krytycznie  nastawiony  do  całej  reszty  świata.  Wydaje  się  nie 
wierzyć w mo 
ralność  lub  poczucie  sprawiedliwości  u  ludzi.  Ufa  we  własne 
siły  i  jest  przekonany  o  słuszności  swojego  postępowania, 
moŜe  w  kaŜdej  chwili  wcielić  się  w  rolę  dowolnego  bohatera 
filmowego... 
Nie, ta ostatnia myśl była krzywdząca. Oceniła go zbyt surowo. 
– Rzeczywiście  –  odezwał  się  tak  nieoczekiwanie,  Ŝe  aŜ 
podskoczyła.  –  Faktycznie  mieliśmy  jakiś  rok  temu  nie 
wyjaśniony  przypadek  oszustwa  matrymonialnego.  Pewna 
rozhisteryzowana  młoda  dama  złoŜyła  doniesienie,  ale  potem 
wszystko odwołała, nie podając Ŝadnego nazwiska. To typowe 
dla tego rodzaju kobiet. Poza tym niezwykle trudno jest zbadać 
bliŜej  takie  sprawy.  Ofiary  zazwyczaj  niechętnie  zgłaszają  się 
na  policję.  Ma  to  prawdopodobnie  związek  z  poczuciem 
uraŜonej godności. Z pewnością nie ma w tym nic wesołego, Ŝe 
zostało się oszukanym przez własnego... 
Christine  była  przekonana,  Ŝe  miał  zamiar  powiedzieć 
„kochanka”, ale słowo to nie przeszło mu przez usta. 
– Poza  tym  –  kontynuował  lekcewaŜącym  tonem  –  kobiety  są 
same sobie winne, tracąc głowę dla pierwszego lepszego... 
Poczuła,  Ŝe  ogarnia  ją  złość.  Co  za  bezczelny  typ!  –  Co  pan 
moŜe  wiedzieć  o  samotności?  –  powiedziała  cichym,  pełnym 
wściekłości  głosem.  –  Nie  wie  pan,  jakie  to  uczucie,  gdy 
kobieta  całymi  latami  Ŝyje  pragnieniem  przelania  na  kogoś 
swojej  miłości,  widząc,  jak  wszystkie  jej  przyjaciółki 
wychodzą za 
f mąŜ, rodzą dzieci, podczas gdy ona przez cały czas 
jest  pozbawiona  wszelkich  kontaktów  z  innymi!  Wiele  kobiet 
wybiera  samotne  Ŝycie,  poniewaŜ  im  to  odpowiada,  choć 
niejedna  potem  z  tego  rezygnuje.  Ale  są  teŜ  takie,  które 
odczuwają  w  swoim  sercu  wieczną  pustkę.  Czy  taka  osoba 
moŜe  odepchnąć  wyciągającą  się  w  jej  kierunku  dłoń 
człowieka obda 
i czającego ją uwagą i podziwem? Czy rozumie pan 
to poczucie spełnienia, gdy moŜe pomóc takiemu męŜczyźnie, 
poŜyczając  mu  w  potrzebie  trochę  pięniędzy?  CóŜ  bowiem 
znaczą pieniądze wobec perspektywy dzielenia z kimś swojego 
Ŝ

ycia? Nie cho– e 

dzi tu o to, by być wampem. To kwestia posiadania przyjaciela, 
kogoś, kto nas zrozumie i na kim moŜna polegać. 
Przerwała  nagle,  zawstydzona.  Znów  była  niesprawiedliwa, 
dała  się  ponieść  uczuciom.  John  Bakken  z  zaŜenowaniem 
patrzył  w  dół  na  swoje  biurko,  a  jej  policzki  płonęły  Ŝarem. 
Przez długą chwilę w gabinecie panowała głęboka cisza. 
– Przepraszam – powiedziała zakłopotana. 
– To  moja  wina  –  odrzekł  krótko.  Zaraz  potem  podjął  temat, 
przechodząc  do  porządku  dziennego  nad  jej  gwałtownym 
wybuchem.  –  W  obecnych  okolicznościach  nie  mam  podstaw 
do  uruchomienia  całej  machiny  dochodzeniowej.  Materiały  są 
na  to  zbyt  skromne.  Ale  jeśli  pani  ma  moŜliwość,  to  mogłaby 
pani  wypytać  trochę  swoje  przyjaciółki  o  tego  Harry  ego 
Berga.  Proszę  mnie  znów  odwiedzić,  gdyby  odkryła  pani  coś 
podejrzanego. 
Nigdy  w  Ŝyciu,  pomyślała  Christine,  postukując  obcasami  w 
długich  korytarzach  komisariatu.  MoŜesz  być  pewien,  Ŝe 
przeprowadzę  własne  dochodzenie,  ale  ciebie  nie  odwiedzę 
nigdy, ty bryło lodu! 
Christine,  idąc  w  kierunku  domu  ulicami,  po  których  hulał 
przejmujący  wiatr,  była  bliska  płaczu  z  poniŜenia.  Po  latach 

background image

Ŝ

ycia  w  izolacji  z  trudnością  przychodziło  jej  nawiązywanie 

kontaktów  z  ludźmi  poza  jej  własnymi  czterema  ścianami. 
Takie  odosobnienie  zawsze  jest  niebezpieczne,  poniewaŜ 
człowiek zaczyna odczuwać lęk przed spotkaniem z innymi. W 
tej  sytuacji  zetknięcie  się  z  osobą  tak  niewyrozumiałą  jak 
komisarz  John  Bakken  nie  wpłynęło  najlepiej  na  jej  wiarę  w 
samą siebie. 
Jak  zwykle  w  trudnych  chwilach  Christine  ogarnęła  chęć,  by 
wyjechać  gdzieś,  gdzie  nie  będzie  znała  nikogo  i  nikt  nie 
będzie  znał  jej.  Gdzieś  daleko,  do  słońca  i  ciepła,  do  kraju,  w 
którym  nie  trzeba  brać  odpowiedzialności  za  innych,  a  obcy 
ludzie nie zadają ran... 
Dlaczego miałyby ją obchodzić kłopoty innych? Czy nie miała 
dość własnych? 
Z  pewnością  miała.  Kiedy  bowiem  na  powrót  poczuła  ciepło 
własnego domu, okazało się, Ŝe matka zniknęła. 
W  Christine  natychmiast  odezwały  się  wyrzuty  sumienia,  z 
którymi,  jak  jej  się  często  zdawało,  musiała  się  juŜ  urodzić. 
Dlaczego  po  prostu  tak  sobie  wyszła,  wiedząc,  Ŝe  zachowania 
matki nie da się 
przewidzieć? Ogarnęło ją zwątpienie. Chyba będzie musiała je 
szcze  raz  udać  się  na  policję.  I  do  kogo  ją  tam  skierują?  Bez 
wątpienia do komisarza Bakkena. 
Tylko  nie  to!  Co  on  sobie  wtedy  pomyśli?  Bardzo  wątpliwe, 
Ŝ

eby  rozpoczął  poszukiwanie  matki,  poniewaŜ  jego  wiara  w 

słowa Christine musiała teraz być bliska zeru. 
JeŜeli  jednak  nie  uda  jej  się  natychmiast  odnaleźć  matki,  nie 
będzie miała innego  wyjścia.  Postanowiła zaryzykować i udać 
się tam, gdzie 
kiedyś znajdowała się cukiernia Wibego. Musiała znów  wyjść 
na  panujący  na  dworze  przeszywający  chłód.  Płaszcz  matki 
wisiał  na  swoim  miejscu  i  juŜ  sam  ten  fakt  był  dość 
niepokojący. 
Co za wiatr! Christine z trudem doszła do rogu ulicy. 
JuŜ z daleka dobiegł ją przenikliwy, uraŜony głos matki. 
– Chyba sama wiem najlepiej, Ŝe tu jest cukiernia Wibego! Co 
to za Ŝarty? Co tu robi sklep z odzieŜą dla młodzieŜy? 
Christine zareagowała szybko. 
– Przepraszam!  –  zwróciła  się  spokojnym  tonem  do  stojącego 
w  drzwiach  właściciela  sklepu.  Następnie  wzięła  matkę  pod 
ramię  i  wyprowadziła  ją  na  zewnątrz.  –  Chodź,  mamo  – 
przekonywała ją łagodnym głosem. – Jest za zimno, by chodzić 
po  dworze  w  takim  stroju.  WłóŜ  na  siebie  tę  kurtkę  i  czapkę, 
którą przyniosłam. 
– Christine,  co  się  dzieje  z  tym  dzisiejszym  światem?  Nic  nie 
jest tak, jak powinno – zaprotestowała matka. 
– Tak, masz rację. 
Odwróciła  się  do  młodego  sprzedawcy,  który  uśmiechnął  się 
znacząco  i  popukał  w  czoło.  Christine  poczuła  się  dotknięta. 
Troskliwie oto 
czyła  ramieniem  swoją  bezbronną  matkę,  która  była  przecieŜ 
kiedyś pełną wraŜliwości i serdeczności osobą. 
Na  świecie  jest  teraz  tyle  zagubionych,  zrezygnowanych 
kobiet, pomyślała. Moja matka naleŜy do tych szczęśliwszych. 
Nie  zdaje  sobie  sprawy  z  własnej  sytuacji.  My  pozostałe 
musimy  przez  cały  czas  walczyć  o  zachowanie  pozorów.  Nie 
zawsze nam się to udaje. 
ROZDZIAŁ II 
Komisarz  prosił  ją,  by  przeprowadziła  małe  śledztwo  na 
własną  rękę,  i  właśnie  tak  chciała  zrobić.  Nie  miała  tylko 

background image

zamiaru  informować  go  o  wynikach.  Nie  zniosłaby  juŜ 
kolejnych poniŜających uwag z jego strony. 
Jeszcze  tego  samego  wieczoru  Christine  ponowiła  próbę 
nawiązania  kontaktu  z  Ełlen  Smidt.  Chciała  się  dowiedzieć, 
czy  przyjaciółka  wyszła  za  mąŜ.  Wszystko  stałoby  się  wtedy 
jasne i nie byłoby juŜ Ŝadnych powodów do podejrzeń. Jednak 
i tym razem nikt nie podnosił słuchawki. 
MoŜe wyjechali w podróŜ poślubną? 
W  takim  razie  pani  Mełander?  Stavanger...  biuro  adresowe. 
Szybko  wykręciła uzyskany numer, chociaŜ nie  miała pojęcia, 
jak przeprowadzić rozmowę. 
Nie  mówi  się  przecieŜ  po  prostu:  „Proszę  posłuchać,  pani 
narzeczony  ma  zamiar  wyłudzić  od  pani  pieniądze  i  uciec”. 
Szczególnie  Ŝe  mógł  się  okazać  miłym  i  sympatycznym 
chłopakiem, który tylko przypadkiem nazywa się tak samo jak 
narzeczony  drugiej,  bogatej  przyjaciółki  Christine.  Nie  mogła 
tak zrobić. 
Niepotrzebnie  się  jednak  martwiła  o  to,  co  powiedzieć.  Z 
kłopotu  wybawiła  ją  sama  pani  Mełander.  Odebrała  telefon, 
zanim  Christine  zdąŜyła  uporządkować  myśli.  Jej  przesadnie 
oŜywiony głos ostro zabrzmiał w uchu dziewczyny. 
– Halo  –  odezwała  się  Christine  niepewnie.  Mówi  Christine 
Lyngmo.  Dziękuję  za  list.  Wieści  były  tak  wspaniałe,  Ŝe 
musiałam zadzwonić. 
Z drugiej strony popłynął nieprzerwany potok mowy. Kiedy w 
końcu  w  przerwie  między  jedną  a  drugą  rozwlekłą  historią 
Christine  zdołała  wtrącić  kilka  słów,  jej  pytanie  zabrzmiało 
dość dziwnie. 
– Czy mieszka w Stavanger? 
– Nie,  wydaje  mi  się,  Ŝe  mieszka  r:a  stałe  w  Oslo,  ale  często 
mnie tu odwiedza. W tej chwili jest właśnie w drodze do Anglii 
w  związku  ze  swoim  wynalazkiem.  Pisałam  ci  chyba  o  tym, 
prawda? 
– Ach,  tak,  więc  udało  mu  się  w  końcu  zdobyć  pieniądze?  – 
zapytała ostroŜnie Christine. 
Pani Melander zachichotała  głośno. Christine udało się jednak 
zrozumieć  część  jej  słów  docierających  między  kolejnymi 
wybuchami śmiechu. 
– Nie, znasz mnie przecieŜ! Nie naleŜę do osób, które łatwo się 
poddają,  gdy  sobie  coś  zaplanują.  W  końcu  udało  mi  się 
przekonać  Harry'ego,  by  przyjął  ode  mnie  poŜyczkę.  Dostał 
ode mnie osiemnaście tysięcy! 
Christine jęknęła. 
– Osiemnaście tysięcy? Czy to nie było trochę lekkomyślne? 
„Wesoła  wdówka”  roześmiała  się  na  całe  gardło.  – 
Lekkomyślne? Bzdura! Absolutnie pewna loka 
ta. Harty uwaŜa tak samo. Nie, moŜesz mi wierzyć,  wiem, jak 
rozgrywać swoje karty. 
Tak, ale czy moŜna ufać Harry'emu? pomyślała Christine. 
– Czy na długo zatrzyma się w Anglii? 
– Powiedział,  Ŝe  około  miesiąca.  JuŜ  tęsknię  za  moim 
kochanym chłopczykiem. Ale jak wróci, natychmiast bierzemy 
ś

lub.  Nalega  na  to.  Jest  taki  niecierpliwy  w  tej  kwestii,  sama 

rozumiesz, nie wytrzyma ani sekundy dłuŜej. 
Po  drugiej  stronie  znów  rozległ  się  chichot.  Christine 
zakończyła  rozmowę,  wygłaszając  na  przemian  przestrogi  i 
Ŝ

yczenia szczęścia, po czym odłoŜyła słuchawkę. 

A  więc  to  tak.  Miesiąc  w  Londynie?  JeŜeli  się  nie  myliła, 
będzie to dość długi miesiąc. Długi jak wieczność... 

background image

Być  moŜe  pani  Mełander  była  dość  prostacka,  natrętna  i 
zadufana  w  sobie,  ale  Christine  nie  Ŝyczyła  jej,  by  została 
oszukana  przez  jakiegoś  bezwzględnego  uwodziciela.  Nie  da 
się  o  niej  powiedzieć  duŜo  dobrego,  ale  właściwie  niewiele 
osób na świecie ma tak radosne i otwarte usposobienie... 
– W takim razie kolej na Drammen – powiedziała Christine do 
siebie półgłosem. Od śmierci ojca nie miała juŜ nikogo, z kim 
mogłaby  porozmawiać.  Rozmowa  z  matką  nie  była  łatwa  i 
najczęściej spro 
wadzała  się  do  kilku  nic  nie  znaczących,  wymuszonych 
frazesów,  mających  dodać  starszej  pani  otuchy.  Christine 
często smucił fakt, Ŝe pocieszanie matki przychodziło jej z taką 
trudnością.  Wiedziała  jednak,  Ŝe  po  prostu  brakuje  jej  juŜ  sił. 
Po tych  wszystkich latach pełnych smutku i  troski o rodziców 
czuła się wypalona i zmęczona. 
– Drammen  –  powtórzyła,  by  przypomnieć  sobie,  co 
zamierzała zrobić. – Drammen, Drammen... Oczywiście! Ellen 
Smidt. 
Nie mogła rzecz jasna pojechać juŜ nigdzie tego dnia, było na 
to  zbyt  późno.  Nazajutrz  jednak  poprosiła  sąsiadkę,  by  zajęła 
się matką, i wyruszyła w drogę. 
Sporo  czasu  zajęło  jej  w  Drammen  odszukanie  domu  Ellen. 
UwaŜała  jednak,  Ŝe  ciekawiej  jest  znaleźć  jakieś  miejsce 
samemu,  niŜ  pytać  o  drogę,  a  poza  tym  odczuwała  taką 
nieśmiałość wobec ludzi, Ŝe nie odwaŜyła się prosić o pomoc. 
W  końcu  stanęła  przed  domem,  o  który  jej  chodziło.  Była  to 
duŜa,  ponura  willa  w  ogrodzie  przypominającym  park. 
Zadzwoniła  do  drzwi,  lecz  nikt  nie  otworzył,  więc  po  chwili 
wahania ruszyła w kierunku sąsiedniej posesji. 
SłuŜąca – pomyśleć, Ŝe jeszcze takie istnieją – poinformowała 
ją  skwapliwie,  Ŝe  dom  Smidtów  jest  nie  zamieszkany.  Panna 
Smidt umarła. 
Christine doznała szoku. – Umarła? Kiedy? 
– Dwa tygodnie temu – lekko odpowiedziała słuŜąca. 
Przyglądała  się  Christine  pełnym  ciekawości  i  oczekiwania 
wzrokiem. 

Miała 

minę 

osoby 

wszystkowiedzącej 

najwyraźniej usiłowała wyglądać na kogoś waŜnego. 
– Czy  mogę  wejść?  –  spytała  przytomnie  Christine.  –  Ellen 
Smidt  była  moją  przyjaciółką.  Nic  o  tym  nie  wiedziałam.  W 
jaki sposób umarła? Była chora? 
Wyglądało na to, Ŝe gosposia nie ma nic przeciwko temu, by o 
wszystkim opowiedzieć. 
– Nie,  nie,  chora  nie  była  –  odrzekła,  prowadząc  Christine  do 
kuchni.  Miała  zamiar  nastawić  kawę,  ale  zrezygnowała  z  tego 
zawiedziona,  gdy  Christine  przecząco  pokręciła  głową.  –  Nie, 
coś było nie tak z tą jej śmiercią – mówiła dalej. 
Przerwała,  czekając  niecierpliwie  na  jakąś  reakcję.  I  nie 
zawiodła się. 
– Ach, tak? Co takiego? – zapytała szybko Christine. 
Wydawało  się,  Ŝe  dziewczyna  chce  podsycić  ciekawość 
swojego gościa. 
– CóŜ,  widywałam  pannę  Smidt  jedynie  z  daleka,  ale  zawsze 
wydawała  mi  się  taka  samotna.  Proszę  sobie  wyobrazić  jej 
Ŝ

ycie  w  tym  wielkim,  brzydkim  domu.  Była  taka  bogata,  a 

jednocześnie niezbyt ładna... 
Christine próbowała złapać w tym wszystkim jakiś wątek. 
– Czy nikt jej nie odwiedzał? 
– AleŜ  tak,  oczywiście.  Miała  kilka  koleŜanek,  które 
przychodziły  do  niej  od  czasu  do  czasu,  ale  chłopcy...  Nie, 

background image

nigdy.  Dopiero  niedawno  tak  jakoś  rozkwitła...  Wszyscy  w 
domu uznaliśmy, Ŝe pewnie się zakochała. 
– A więc odwiedzał ją jakiś męŜczyzna? 
SłuŜąca najwyraźniej nie uwaŜała, Ŝe pytania Christine są zbyt 
niedyskretne.  Przeciwnie,  wyglądało  na  to,  Ŝe  pozwalają  jej 
one zebrać myśli. 
– Nie, tego nie mogę powiedzieć. MoŜe tak było, ale nie jestem 
pewna.  Kilka  razy  widziałam,  jak  wieczorem  przyjeŜdŜał  po 
nią duŜy, ciemny samochód, ale nie udało mi się dostrzec, kto 
siedział w środku. 
Ten  Harry  Berg  musiał  być  bardzo  ostroŜny.  A  biedna, 
oszukana Ellen Smidt planowała huczne wesele. Coś tu się nie 
zgadzało. 
– Jak właściwie umarła? 
– Było  to  dość  dziwne  –  powiedziała  gosposia,  siadając  przy 
kuchennym  stole.  –  Utonęła.  Mówią,  Ŝe  spadła  z  mostu  w 
mieście. Nie rozumiem, jak moŜna spaść przez poręcz. Wydaje 
mi  się,  Ŝe  sama  skoczyła.  Moja  pani  teŜ  tak  uwaŜa.  Na  kilka 
dni  przed  śmiercią  panna  Smidt  zrobiła  się  taka  blada  i 
nerwowa.  Sama  pani  wie,  Ŝe  takie  sprawy  się  wycisza. 
Samobójstwo  nie  jest  w  zbyt  dobrym  tonie...  Christine  była 
wstrząśnięta do głębi. 
– Ale dlaczego miałaby...? 
– Tego  nie  wiem.  Nikt  z  domowników  nie  utrzymywał 
kontaktów  z  panną  Smidt.  Zawsze  zachowywała  się  dość 
wyniośle w stosunku do innych. 
Znów ta jej nieśmiałość, pomyślała Christine. Podziękowała za 
informacje i stwierdziwszy, 
Ŝ

e  nie  ma  juŜ  czego  szukać  w  Drammen,  wróciła  pierwszym 

pociągiem do domu. 
Na miejscu czekała na nią zaskakująca wiadomość, Ŝe dzwonił 
komisarz  Bakken.  Prosił,  by  Christine  odwiedziła  go 
następnego dnia w jego biurze. 
Coś podobnego! Jego Wysokość zniŜył się do tego, by do niej 
zadzwonić!  Usiłowała  stłumić  w  sobie  przepełniające  ją 
niegodne poczucie triumfu. Było ono jednak zbyt piękne, by z 
nim walczyć. 
Christine  nieświadomie  podeszła  do  lustra  i  przez  dłuŜszą 
chwilę wpatrywała się w jego taflę, nie widząc samej siebie. 
Nie wiedziała, dlaczego tak stoi, i nie zastanawiała się nad tym. 
Myślami  była  zupełnie  gdzie  indziej.  Wprawdzie  przyrzekała 
sobie, Ŝe nigdy więcej nie 
pójdzie  do  komisarza,  ale  informacje,  jakie  zdobyła  na  temat 
swoich  przyjaciółek  i  Harry'ego  Berga,  sprawiły,  iŜ 
postanowiła zapomnieć o dumie. 
CóŜ  mogła  stracić?  I  o  jakiej  dumie  mogła  myśleć?  Była  dla 
innych jedną z tych kobiet, którym się nie powiodło. Kto mógł 
przeczuwać, jakie myśli i marzenia ma taka osoba? 
Był  rok  1965,  a  wartość  kobiety  nadal  mierzono  liczbą 
otrzymanych przez nią ofert matrymonialnych... 
O  ile  to  moŜliwe,  komisarz  Bakken  wydał  jej  się  jeszcze 
bardziej oficjalny i nieprzystępny niŜ przed 
dwoma  dniami.  Napotkawszy  jego  chłodny  wzrok,  Christine, 
która  była  niemal  gotowa  mu  się  zwierzyć,  postanowiła 
milczeć. 
Niezwykle silny męŜczyzna, pomyślała. Z gatunku tych, którzy 
zawsze są panami sytuacji. Obojętnym ruchem ręki wskazał jej 
skrzypiące, 

background image

pokryte  skórą  krzesło,  stojące  naprzeciw  jego  biurka.  – 
Słyszałem,  Ŝe  odwiedziła  pani  wczoraj  Drammen  –  zaczął.  – 
Dzwoniłem do pani do domu. Chodziło o Harry'ego Berga? 
– Tak. 
Nie  miała  zamiaru  mówić  mu  nic  więcej.  Nadal  czuła  się 
rozgoryczona  faktem,  Ŝe  podczas  poprzedniej  rozmowy 
potraktował  ją  tak  protekcjonalnie.  Posłał  jej  szybkie,  surowe 
spojrzenie. 
– Po  naszym  przedwczorajszym  rozstaniu,  panno  Lyngmo, 
zastanawiałem się nad tym, co mi pani powiedziała... 
A więc to tak! pomyślała Christine. Próbuje mnie przeprosić. 
– Wiedziałem,  Ŝe  juŜ  kiedyś,  w  jakiejś  innej  Bytuacji, 
spotkałem się z nazwiskiem Harry Berg. Czekała. 
Wyglądało  na  to,  Ŝe  przyznanie  się  do  czegokolwiek 
przychodziło mu z największym trudem. 
– Przejrzałem  trochę  starych  raportów  –  mówił  dalej.  –  I  w 
końcu znalazłem. Panno  Lyngmo,  sprawa  wygląda powaŜniej, 
niŜ początkowo sądziłem. – Wiem o tym – odrzekła. 
Spojrzał na nią pytającym wzrokiem, lecz nie 
otrzymał  Ŝadnego  bliŜszego  wyjaśnienia.  Niech  Ŝyje  zimna 
wojna! zawołała w myślach Christine. 
Komisarz  kontynuował  nieco  ściszonym  głosem:  –  Nazwisko 
Harry Berg pojawiło się  w pewnej sprawie przed dwoma laty. 
Pewna  zamoŜna  pani  nazwiskiem  Grindheim  umierając 
pozostawiła  w  spadku  swojemu  narzeczonemu  Harry'emu 
Bergowi cały  majątek. Rodzina złoŜyła protest  w  sądzie,  więc 
on  wspaniałomyślnie  się  wycofał,  to  znaczy  zrezygnował  ze 
spadku. 
– Nie  pasuje  to  raczej  do  wizerunku  Ŝądnego  pieniędzy 
oszusta. 
– Dlaczego  nie?  –  spytał  Bakken.  –  Ludziom  tego  rodzaju  nie 
zaleŜy na rozgłosie. Nie interesują ich procesy. Berg  mieszkał 
wtedy za granicą, więc na miejscu reprezentował go adwokat. 
– To znaczy, Ŝe nikt nie widział jego ohydnej gęby? Być moŜe 
nie  naleŜało  uŜywać  takich  określeń  w  obecności  komisarza 
policji. Bakken chrząknął zakłopotany. 
– Najwyraźniej nikt. A teraz chciałbym usłyszeć, do czego pani 
udało się dojść. 
Christine  opowiedziała  mu  o  wszystkim:  o  osiemnastu 
tysiącach  koron  pani  Melander  i  miesięcznym  wyjeździe 
Harry'ego do Anglii, a takŜe – po pewnym wahaniu – o nagłej 
ś

mierci Ellen. 

Słuchał  w  skupieniu,  nie  zadając  Ŝadnych  pytań,  a  jego 
szarobrązowe surowe oczy przez cały czas skierowane były na 
nią. Chrstine czuła się nieswojo. Nie chciała spuszczać wzroku, 
ale nie była przy 
zwyczajona, by ktoś tak badawczo i chłodno się jej przyglądał. 
Trzymając  dłonie  na  kolanach,  nerwowo  wyłamywała  palce. 
Miała przy tym nadzieję, Ŝe się nie czerwieni. 
Gdy juŜ wszystko opowiedziała, komisarz podniósł słuchawkę 
telefonu  i  zadzwonił  na  posterunek  policji  w  Drammen. 
Krótkimi, zwięzłymi zdaniami poprosił o informacje w sprawie 
ś

mierci Ellen Smidt. 

– Ach, tak, nie  ma go... Kiedy  wróci? Hmm... Czy  moŜecie  w 
takim  razie  sprawdzić,  czy  w  ostatnim  okresie  Ŝycia 
podejmowała większe kwoty pieniędzy lub dokonywała innych 
zmian  na  swoim  koncie  bankowym?  Tak,  proszę  zadzwonić 
jak najszybciej. 

background image

OdłoŜywszy  słuchawkę,  przez  chwilę  siedział  pogrąŜony  w 
myślach,  po  czym  zwrócił  się  do  Christine  tak,  jakby  nagle 
przypomniał sobie o jej istnieniu. 
– Policja  z  Drammen  obiecała  dokładniej  zbadać  przypadek 
ś

mierci pani przyjaciółki, ale człowiek, który się tym zajmuje, 

jest dzisiaj nieobecny... 
Zadzwonił  telefon.  Komisarz  ponownie  podniósł  słuchawkę. 
Christine  usiłowała  się  domyślić,  o  czym  rozmawia,  lecz 
okazało  się  to  niełatwe,  poniewaŜ  jego  kwestie  składały  się 
głównie  ze  słów  „aha”  i  „rozumiem”.  Było  to  dość  irytujące 
dla osoby słuchającej ukradkiem. 
Wreszcie rozmowa dobiegła końca. 
– Tak – zwrócił się do Christine, lecz jego oczy wydawały się 
przenikać ją na wskroś tak, jakby jej osoba nie miała absolutnie 
Ŝ

adnego znaczenia. 

– Wszystko  wydaje  się  dość  jasne.  Na  trzy  tygodnie  przed 
ś

miercią Ellen Smidt podjęła z konta trzydzieści tysięcy koron. 

Według informacji uzyskanych od kierownika banku, który był 
jej znajomym, zamierzała wykorzystać pieniądze na urządzenie 
domu. Wszystkie niezbędne zakupy miał zrobić jej narzeczony. 
Christine chwyciła się za głowę. 
– O, ludzka głupoto! – zawołała. – No, ale przecieŜ nie mogła 
wiedzieć... Łatwo jest oceniać wszystko z zewnątrz. 
W  pomieszczeniu  zapadła  cisza.  Christine  miała  teraz  okazję 
przyjrzeć  się  bliŜej  profilowi  Bakkena,  który  oceniła  jako 
niezły,  a  takŜe  włosom  gęstym,  ciemnym  i  krótko 
przystrzyŜonym. Komisarz mógł mieć około trzydziestu pięciu 
lat. Patrząc na niego odnosiło się wraŜenie, Ŝe jest kawalerem. 
Poza  tym  nie  sposób  było  wyobrazić  sobie,  by  w  jego  Ŝyciu 
mogła  istnieć  kobieta.  Czy  ten  męŜczyzna  mógłby  się 
zakochać?  Nie,  jego  prywatny  „kodeks  postępowania 
policjanta” czegoś takiego z pewnością nie przewidywał. 
– Panno  Lyngmo  –  odezwał  się  tak  nieoczekiwanie,  Ŝe  aŜ 
podskoczyła  na  krześle.  –  Czy  zechciałaby  pani  pomóc  nam 
odnaleźć tego oszusta? 
– Harry  ego  Berga?  Z  największą  przyjemnością!  Ale  jak 
mogłabym...? 
– Czy jest pani zaręczona albo coś w tym rodzaju? – Nie. 
– Wyśmienicie. 
Wpatrywał się w nią tak, jakby chciał ją zahipnotyzować. Ona 
jednak  nie  reagowała.  Denerwowała  się  tylko  trochę,  czy 
wygląda wystarczająco schludnie. Wiedziała, Ŝe nie prezentuje 
się  najgorzej,  moŜe  tylko  jest  trochę  nieciekawie  ubrana. 
Szaroniebieski  sweter  i  ciemnoniebieska  spódnica,  do  tego 
buty  podobne  do  tych,  jakie  noszą  pielęgniarki  w  szpitalach. 
Miała  lekką  trwałą  na  włosach  ułoŜonych  w  dość  pospolitą 
fryzurę  typu  „grzeczny  kucyk”,  na  paznokciach  bezbarwny 
lakier, poza tym Ŝadnego makijaŜu. 
Wszystko bardzo poprawne, ale niezbyt inspiruj ące. 
Inspirujące do czego? pomyślała z lekkim odcieniem goryczy. 
Bakken  zdawał  się  nie  zwracać  uwagi  na  jej  myśli  o  samej 
sobie,  a  zresztą  w  jaki  sposób  miałby  to  okazać?  Christine 
spojrzała  mu  prosto  w  oczy  z  nieprzeniknionym,  niewinnym 
wyrazem twarzy. 
Jego następne słowa były dla niej całkowitym zaskoczeniem. 
– Czy odwaŜy się pani zostać następną ofiarą? zapytał powoli. 
–  Zamieści  pani  ogłoszenie,  jak  pani  Melander,  i  pozwoli  się 
pani uwieść tak, abyśmy mogli złapać tego człowieka? 
Przez chwilę siedziała w milczeniu, próbując przetrawić to, co 
powiedział. 

background image

– Moim  zdaniem  –  kontynuował  –  jest  to  dla  nas  jedyna 
moŜliwość,  by  go  odnaleźć.  Najwyraźniej  zakończył  juŜ 
sprawę z panią Melander, a zacieranie 
za  sobą  śladów  wychodzi  mu  bardzo  dobrze.  Wyszukanie  i 
sprawdzenie wszystkich męŜczyzn o nazwisku Harry Berg jest 
praktycznie 

nie 

do 

pomyślenia, 

szczególnie 

Ŝ

rzeczywistości moŜe się on nazywać zupełnie inaczej. 
– Pani Melander mówiła, Ŝe on mieszka w Oslo. – Nic nam to 
nie  daje.  Nie  moŜna  powiedzieć,  Ŝeby  często  trzymał  się 
prawdy.  Ale  jest  jeszcze  coś  innego.  Nikt  nie  złoŜył  na  niego 
formalnego doniesienia... 
– W  takim  razie  robię  to  teraz  ja  –  powiedziała  Christine 
zdecydowanym  tonem.  –  Mogę  to  chyba  zrobić  jako 
przyjaciółka Ellen Smidt? 
Komisarz natychmiast zaczął wypełniać odpowiedni formularz. 
To  się  nazywa  efektywność  działania,  pomyślała  z  lekką 
niechęcią. 
– Oczywiście  niezwłocznie  przesłuchamy  panią  Melander  – 
odezwał  się,  nie  przerywając  pisania.  ChociaŜ  nie  sądzę,  by 
okazała  się  szczególnie  pomocna.  Nie,  myślę,  Ŝe  uda  nam  się 
go złapać tylko  w przypadku, gdy postanowi popełnić kolejne 
oszustwo. Jak tam, zdecydowała się pani? 
– No  cóŜ  –  odrzekła,  prostując  się  na  krześle.  Mam  więc 
udawać  bogatą  damę,  która  desperacko  poszukuje  męskiego 
towarzystwa.  Ale  jeŜeli  nawet  połknie  haczyk,  to  czy  nie 
będzie  chciał  sprawdzić  mojego  rzeczywistego  stanu 
majątkowego? 
– A jest pani zamoŜna? 
– AleŜ skąd! Nie mam nawet ksiąŜeczki czekowej. Spojrzał na 
nią takim wzrokiem, jakby była stwo 
rzepiem  z  innej  planety.  CóŜ  mógł  wiedzieć  o  pozbawionych 
własnych  dochodów  córkach  opiekujących  się  starymi 
rodzicami? 
Uznała, Ŝe nie musi się niczego na ten temat dowiadywać. 
– No  to  dostanie  pani  ksiąŜeczkę  czekową  –  zadecydował.  – 
ZłoŜymy  w  banku  depozyt  na  pani  nazwisko,  powiedzmy 
nieoczekiwany spadek. Proszę jednak pamiętać, Ŝe to pieniądze 
państwowe ostrzegł surowo. – Będzie więc pani tak dobra i nie 
zakocha się w naszym przyjacielu Harrym Bergu. 
– No  wie pan! – zawołała z oburzeniem  w  głosie. – Poza tym 
będzie  to  tylko  fikcyjna  suma.  Nie  będzie  miał  Ŝadnej  szansy 
zdobycia tych pieniędzy. 
Fakt,  Ŝe  komisarz  nie  wierzył,  iŜ  będzie  w  stanie  zapanować 
nad  sobą,  Christine  wręcz  uwłaczał.  Spojrzał  na  nią  z  lekką 
dezaprobatą. 
– Wygląda  pani  zbyt  dobrze  –  ocenił  z  wyrzutem.  –  Zbyt 
dobrze,  Ŝeby  musiała  pani  szukać  towarzystwa  w  taki  sposób. 
Ponadto jest pani za młoda. Ile właściwie ma pani lat? 
Nie miała nic przeciwko temu, by poinformować tę zimną rybę 
o swoim wieku. 
– Trzydzieści dwa. 
– Ach,  tak,  doprawdy?  –  rzucił  obojętnie.  –  No  dobrze,  niech 
będzie... 
Zabrał się ponownie do pisania. 
– Chwileczkę – powiedziała Christine. – Mam nadzieję, Ŝe nie 
będę musiała nigdzie wychodzić lub 
wyjeŜdŜać, by spotkać tego... męŜczyznę. 
– Naturalnie  powinna  się  pani  z  tym  liczyć.  Musimy  mieć 
sposobność, by go ująć. 

background image

– To  wykluczone.  Proszę  o  wszystkim  zapomnieć.  Wstała, 
zbierając się do wyjścia. 
– Nie,  nie,  proszę  siadać!  –  zawołał  tak  poirytowany,  Ŝe 
automatycznie  usiadła  z  powrotem.  –  O  co  pani  chodzi? 
Wspólne  wyjście  do  restauracji  lub  coś  w  tym  rodzaju  nie 
stanowi chyba wielkiego niebezpieczeństwa? 
– Nie mogę opuszczać domu. Muszę się kimś opiekować. 
– Dziecko? 
– Nie!  –  zawołała  czerwieniąc  się  ze  złości.  –  Moja  matka. 
Sama nie da sobie rady. 
Bakken wypuścił z ręki pióro i odchylił się na oparcie krzesła. 
– Od dawna się pani nią zajmuje? Christine spuściła wzrok. 
Matką  nie,  ale  mój  ojciec  chorował  cięŜko  przez  wiele  lat. 
Umarł całkiem niedawno. 
– No  tak,  rozumiem  –  zabrzmiało  to  tak,  jakby  otrzymał 
odpowiedź  na  wiele  nurtujących  go  pytań.  –  Nic  nie  szkodzi, 
zajmiemy  się  tym,  gdy  zajdzie  taka  potrzeba.  To  znaczy  pani 
matką.  Ale  wróćmy  do  ogłoszenia  –  zmienił  temat.  –  Jak  się 
pani  podoba  coś  takiego:  „Na  co  nam  wszelkie  dobra  tego 
ś

wiata,  jeśli  nie  moŜemy  się  nimi  z  kimś  podzielić?  Samotna, 

finansowo niezaleŜna pani, 32 lata, przystojna, pragnie poznać 
sympatycznego pana w podobnej sytuacji 
i  w  stosownym  wieku.  Odpowiedzi dla Samotnej”. – Ja nigdy 
bym czegoś takiego nie napisała – po 
wiedziała  z  niesmakiem  –  ale  przypuszczam,  Ŝe  jest  to 
dostatecznie  idiotyczne,  by  zwabić  Harry'ego  Berga.  Proszę 
tylko skreślić „przystojna”. To nie odpowiada prawdzie, brzmi 
jak  przechwałka,  a  ponadto  jest  w  tej  sytuacji  zupełnie 
nieistotne. 
Rzucił  jej  szybkie  spojrzenie,  najwyraźniej  zamierzając  coś 
powiedzieć, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. 
– Jak  pani  chce.  Proszę  zamieścić  ogłoszenie  w  jutrzejszej 
gazecie.  Niech  pani  przyjdzie  tu  z  pokwitowaniem,  to 
zwrócimy pani pieniądze. I proszę mnie zawiadomić, jak tylko 
otrzyma pani jakieś odpowiedzi. 
Podniosła się do wyjścia. 
– A jeśli nie chwyci przynęty? 
– Będzie  to  znaczyło,  Ŝe  nie  istnieje  Ŝaden  Harry  Berg.  Albo 
raczej,  Ŝe  jest  trzech  niewinnych  męŜczyzn  o  tym  samym 
nazwisku.  Proszę  się  nie  denerwować.  Na  pewno  się  na  to 
złapie. 
Jego absolutne przekonanie o powodzeniu akcji nie podziałało 
na  Christine  uspokajająco,  lecz  przynajmniej  w  ich 
wzajemnych kontaktach pojawił się teraz element napięcia. 
Christine włoŜyła rękawiczki. 
– Czy powie mi pan coś więcej na temat śmierci Ellen? 
– Oczywiście.  Przesłuchamy  jej  wszystkie  przyjaciółki. 
ChociaŜ wątpię, by któraś z nich widzia 
ła z bliska jej „narzeczonego”. Takie typy są najczęściej bardzo 
ostroŜne i nie podejmują zbytecznego ryzyka... 
Otworzył Christine drzwi. MęŜczyźni zwracali na nią tak mało 
uwagi, Ŝe odebrała to jak drobny komplement pomimo faktu, iŜ 
w grę wchodził tu tak nieprzystępny i zachowujący obojętność 
człowiek jak komisarz Bakken. 
Kiedy znalazła się na ulicy, uderzył ją podmuch silnego wiatru. 
ZadrŜała z zimna, a moŜe z niepokoju... 
Polowanie na Harry'ego Berga się zaczęło. 
ROZDZIAŁ III 

background image

Pięć  dni  później  ze  skrzynki  na  listy  wypadła  duŜa,  cięŜka 
koperta z firmowym  nadrukiem  gazety.  Christine rozerwała ją 
niecierpliwie. 
Sześć odpowiedzi na ogłoszenie. Rezultat nie był najgorszy. 
Poczucie obowiązku zwycięŜyło nad ciekawością. Zadzwoniła 
do komisarza Bakkena. 
– Tu  Christine  Lyngmo.  Dostałam  pierwsze  odpowiedzi  na 
moje  ogłoszenie.  Mam  je  przeczytać  sama,  czy  teŜ  stanowią 
własność państwową? 
– Hmm,  czy  mogłaby  pani  przyjść  tu  z  nimi?  Moglibyśmy 
przeczytać je razem. Co pani na to? 
– Osobiście nie jestem nimi szczególnie zainteresowana. 
– Rozumiem – powiedział z wahaniem. – Ale z drugiej strony 
ich nadawcy liczyli na dyskrecję. Zostały przecieŜ napisane do 
pani. Nie sądzę, by autorzy byli zachwyceni faktem, Ŝe policja 
dowiaduje się o ich najgłębszych uczuciach. 
– Nie,  naturalnie.  Nie  przyszło  mi  to  do  głowy  bąknęła 
zawstydzona. – MoŜe raczej powinnam... 
– Proszę przyjechać z listami do mnie – zadecy 
doorał za nią. – Jestem wcieleniem dyskrecji. Oczywiście jeŜeli 
moŜe pani wyjść teraz z domu. Christine zawahała się. 
– To nie będzie łatwe, ale... 
– Wyślę do pani pielęgniarkę policyjną – postanowił szybko. – 
Ja nie mogę w tej chwili opuścić komisariatu. 
OdłoŜył  słuchawkę,  zanim  zdąŜyła  zaprotestować.  Christine 
stanęła  przed  lustrem  i  spojrzała  na  siebie  krytycznym 
wzrokiem. Po chwili dobiegł ją odgłos kroków na schodach. 
Rozumiem,  dlaczego  wybrał  mnie  na  potencjalną  ofiarę, 
pomyślała  z  goryczą.  Ten  sweter  rzeczywiście  nie  jest 
szczególnie  podniecającym  strojem.  Przypominam  raczej 
podstarzałą  kwokę  gorączkowo  szukającą  kontaktu  z 
męŜczyznami, zanim będzie juŜ na to za późno. 
Nie, przebiorę się w elegancką bluzkę. 
Zaczęła  pospiesznie  zdejmować  ubranie.  Właśnie  wtedy 
rozległ się dzwonek u drzwi. 
Do  licha,  pomyślała  Christine.  Z  nieco  potarganymi  włosami 
poszła  otworzyć.  Na  progu  stała  młoda,  piękna  i  energiczna 
policjantka. Wiara w samą siebie spadła u Christine do zera. 
– Dzień  dobry,  proszę  wejść  –  wymamrotała  pod  nosem.  – 
Moja  matka  właśnie  śpi,  ale  to  bardzo  miło  z  pani  strony,  Ŝe 
zechciała pani przyjść na wypadek, gdyby się obudziła. 
– Oczywiście. Czy jest coś, o czym powinnam wiedzieć? 
Christine  wyjaśniła,  Ŝe  matka  zachowuje  się  czasem  w 
szczególny  sposób,  i  udzieliła  pielęgniarce  kilku  wskazówek, 
po  czym  wyszła,  w  dalszym  ciągu  ubrana  w  ten  sam  stary 
sweter. ZdąŜyła jedynie nieco uporządkować fryzurę, narzucić 
na  siebie  swój  pięcioletni  zimowy  płaszcz  i  włoŜyć  botki  na 
niskim obcasie. 
Wyglądam  Ŝałośnie,  pomyślała  spoglądając  ostatni  raz  w 
lustro. 
Niepotrzebnie martwiła się swoim wyglądem. Kiedy weszła do 
gabinetu, komisarz Bakken nie 
oderwał  się  nawet  od  pracy  i  pozdrowił  ją  słowami 
wyraŜającymi zupełny brak zainteresowania. 
– Ach, to pani – rzucił, sięgając po kolejny dokument leŜący na 
biurku.  –  Proszę  siadać  –  skinął  w  kierunku  tego  samego 
skrzypiącego krzesła, na którym siedziała ostatnio. 
Christine  miała  w  kaŜdym  razie  okazję  własnoręcznie 
otworzyć  listy.  Nie  jest  źle,  pomyślała  kwaśno.  Oj,  chyba 
znowu jestem złośliwa. MoŜemy przeczytać je razem. 

background image

Pierwszy list zaczynał się słowami: CześćKotku! 
Odrzuć  na  bok  wszystkie  stare  smutki.  Oto  ch~opak,  który 
zajmie si
ę Twoim Ŝyciem. 
– I moimi pieniędzmi – zamruczała pod nosem. Nie ma chyba 
sensu  czytać  tego  do  końca?  Rzuciła  szybko  wzrokiem  na 
podpis i odłoŜyła list na biurko. 
– Następny! – rzucił rozkazująco komisarz Bakken. List był od 
wdowca w wieku sześćdziesięciu sied 
miu  lat,  który  oferował  jej  wyŜywienie  i  mieszkanie  oraz 
opiekę nad sporą gromadką dzieci. 
– Gratuluję  gospodyni  domowej  i  towarzyszce  do  łóŜka,  a  do 
tego  z  własnym  majątkiem  –  powiedział  sucho  Bakken.  –  To 
nie jest typ, jakiego szukamy. – Nie, oczywiście – bąknęła. 
Bakken  zwrócił  uwagę,  Ŝe  na  jego  słowa  o  towarzyszce  do 
łóŜka  dziewczyna  się  zaczerwieniła.  Obrzucił  ją  zdziwionym 
spojrzeniem.  Christine  była  w  stanie  wyobrazić  sobie  jego 
myśli:  „Mój  BoŜe,  czyŜby  aŜ  tak  pragnęła  tego  rodzaju 
przeŜyć?”  Gdyby  tak  mogła  przywołać  go  do  porządku 
kilkoma  pełnymi  wyŜszości  słowami  na  temat  całych  tłumów 
wielbicieli! 
Niestety, to nierealne. 
Rozcięli  kolejną  kopertę.  Christine  otworzyła  usta,  by 
przeczytać  list,  lecz  zamiast  tego  zmięła  kartkę  gwałtownym 
ruchem, wzdychając głęboko. 
– Nie! 
– AleŜ tak, czy mogę zobaczyć? 
– Nie, nie warto sobie zawracać głowy. 
Jego twarz przybrała wyraz zdecydowania. Wyciągnął rękę po 
list. Podała mu go niechętnie. 
– śe teŜ ludzie mogą pisać coś takiego – powiedziała patrząc w 
bok. 
Bakken nie wydawał się jednak szczególnie poru 
szony. – Ach, widywaliśmy tu gorsze rzeczy. 
– Ohyda! _ 
– No  cóŜ,  nie  było  to  przyjemne  –  przyznał,  chowając  kartkę 
do  koperty.  –  Proszę  o  tym  zapomnieć,  panno  Lyngmo.  Na 
ś

wiecie  jest  wielu  zboczeńców,  którzy  tylko  szukają 

sposobności,  by  napisać  do  kogoś  podobne  świństwa. 
Oczywiście  anonimowo.  Nigdy  się  nie  podpisują.  Ten  nie 
chciał się z panią spotkać, tylko sobie ulŜyć. 
Wzięła  głęboki  oddech  i  ponownie  zwróciła  się  w  stronę 
komisarza. 
– Rozumiem.  MoŜemy  brać  się  za  następny.  Bakken  spojrzał 
na nią badawczo. 
– Zaczynam  się  zastanawiać,  czy  nie  jest  pani  trochę  zbyt 
wraŜliwa na tego rodzaju grę... 
– Nic podobnego – zaprzeczyła pospiesznie. – Nie przywykłam 
tylko do takich rzeczy. 
Otworzyła  czwarty  z  kolei  list  i  dopiero  teraz  poczuła  się 
naprawdę nieprzyjemnie. List był mianowicie bardzo osobisty i 
szczery. 
Mila Nieznajoma! 
Nie  byto  mi  larwo  zebra
ć  się  na  odwagę  i  napisać  do  Pani. 
Jednak
Ŝe  nasze  losy  wydają  się  bardzo  podobne,  a  Pani 
ogloszenie  zapalilo  dla  mnie  w  ciemno
ściach  malutkie 
ś

wiatelko.  Ja  reŜ  jestem  samotny  i  trwa  to  juŜ  od  dluŜszego 

czasu  z  powodu  mojej  choroby.  Podobnie  jak  Pani  jestem 
finansowo  niezale
Ŝny,  ale  nie  miewam  zbyt  wielu  okazji,  by 
spotyka
ć się z innymi ludźmi. Proszę nie myśleć o mnie źle i nie 
gniewa
ć się na mnie, Ŝe ośmielilem się do Pani napisać... 

background image

– Dość  tego  –  powiedziała  Christine  ze  współczuciem  –  Nie 
chcę  juŜ  w  tym  brać  udziału.  To  przecieŜ  naśmiewanie  się  z 
innych  ludzi.  Ten  biedny  człowiek  jest  szczery,  a  zarazem 
niezwykle  nieśmiały  i  niepewny.  A  ja  przecieŜ  mu  nigdy  nie 
odpiszę. 
Dalsze słowa listu brzmiały: 
Nie będę juŜ więcej pisać tym razem, ale gdyby zechciafa Pani 
mi odpowiedzieć, byfoby to... Odwróciła kartkę i jej wzrok padł 
na podpis w tej 
samej  chwili,  w  której  dostrzegł  go  komisarz  Bakken.  Oboje 
zareagowali równie gwałtownie. 
List był podpisany przez Harry'ego Berga. 
– No  tak,  zna  się  na  rzeczy  –  odezwała  się  Christine,  gdy 
przyszła do siebie. – Dałam się nabrać. 
– Adres  na  poste  restante,  Oslo  1.  Nie  mógł  być  juŜ  bardziej 
ogólny. 
Dla  porządku  przeczytali  jeszcze  dwa  pozostałe  listy,  ale 
okazały się one zupełnie normalne i nic nowego nie wniosły. 
– Zniszczę  wszystkie  listy i zapomnę  nazwiska postanowiła. – 
Oprócz Harry'ego Berga. 
– Wspaniale!  Ja  juŜ  zapomniałem  –  stwierdził  Bakken.  – 
Zakładam, Ŝe sama napisze pani stosowną odpowiedź. 
– Dziękuję  za  zaufanie  –  rzuciła  oschle.  –  Czy  mam 
zaproponować spotkanie? 
Zawahał się przez moment. 
– Jeszcze  nie.  Byłoby  jednak  dobrze,  gdyby  tak  pani 
sformułowała odpowiedź, aby to jego zachęcić do 
złoŜenia tego rodzaju propozycji. 
– Postaram  się.  NajwaŜniejsze,  Ŝebyśmy  dostali  go  jak 
najszybciej.  Przy  okazji,  czy  wie  pan  coś  bliŜszego  na  temat 
ś

mierci Ellen? 

– Ach,  rzeczywiście  –  odparł  z  niezwykłym  jak  na  niego 
oŜywieniem.  –  Tak,  to  samobójstwo.  Nie  ma  najmniejszych 
wątpliwości.  Była  sama  na  moście.  Świadkowie  po  obu 
stronach  rzeki  widzieli,  jak  wchodzi  na  poręcz  i  rzuca  się  do 
rzeki. 
– Biedactwo  –  wyszeptała  Christine,  ściskając  w  dłoni  list  od 
Harry'ego Berga. 
Nagłe  wybuchy  uczuć  nie przemawiały do Bakkena. Christine 
podniosła  się  z  krzesła  i  przez  chwilę  stała  pogrąŜona  we 
własnych myślach. 
– Nie  wydaje  mi  się,  aby  to  właśnie  utrata  trzydziestu  tysięcy 
koron  doprowadziła  ją  do  tego  desperackiego  kroku  – 
powiedziała powoli. 
– Nie,  musiała  zdać  sobie  sprawę,  jakim  człowiekiem  jest 
Harry Berg. Prawdopodobnie on zniknął juŜ wtedy na dobre. 
– Tak,  znalazł  sobie  przecieŜ  nową  ofiarę  –  potwierdziła.  -
Panią  Melander.  ChociaŜ  ona  naleŜy  do  tego  rodzaju  osób, 
które  same  sobie  szukają  kłopotów.  Ze  swoją  wiarą  w 
„absolutnie  bezpieczne  inwestycje”  jest  wprost  stworzona  na 
ofiarę. 
Komisarz  Bakken  nie  wygłosił  jeszcze  do  końca  wszystkich 
swoich refleksji, więc Christine nie wychodziła z gabinetu. Na 
twarzy komisarza pojawił się grymas wyraŜający dezaprobatę. 
– Nie mieści mi się w głowie, jak moŜna popełnić 
samobójstwo dla takiego człowieka. Z miłości! Nie, nigdy tego 
nie zrozumiem. Po prostu nie potrafię! 
– Ale  j  a  mogę  sobie  wyobrazić  –  odpowiedziała  powoli  –  Ŝe 
taki  rozpaczliwy  czyn  jest  moŜliwy.  Tak  wielkie  uczucie  do 

background image

drugiego  człowieka  musi  być  czymś  wspaniałym,  nawet  jeśli 
ź

le się kończy... 

Bakken  posłał  jej  długie  spojrzenie,  po  czym  odwrócił  się 
tyłem. Christine  wiedziała, jak  musi  się  w tej chwili czuć.  Ich 
Ŝ

ycie  było  przecieŜ  podobne.  śadne  z  nich  nie  doświadczyło 

nigdy,  czym  jest  oddanie  i  miłość.  Widziała  to  w  całej  jego 
osobie. 
Korespondencja  z  Harrym  Bergiem  rozwijała  się  po  myśli 
Christine  i  komisarza  –  szybko  i  efektywnie.  Berg  nie  naleŜał 
do  ludzi,  którzy  długo  pozostają  w  bezczynności.  Christine 
napisała  do  niego  dość  głupi  list,  pełen  ogólnikowych, 
romantycznych  stwierdzeń  o  Ŝyciu,  jej  samotności  i  potrzebie 
znalezienia kogoś bliskiego. 
Jego  odpowiedzi  świadczyły  o  inteligencji  i  jeszcze  o  czymś, 
czego  równieŜ  się  nie  spodziewała.  Były  w  nich  mianowicie 
delikatne  dygresje  na  temat  filozofii,  nauki  i  sztuki,  na  tyle 
jednak  wyraźne,  by  mogły  zaimponować  osobie  niezbyt 
wykształconej  i  pozwoliły  zaprezentować  siebie  samego  jako 
człowieka bardzo kulturalnego i oczytanego. 
Christine  zastanawiała  się  z  pewną  dozą  złośliwości,  czy  za 
kaŜdym  razem,  gdy  udało  mu  się  znaleźć  ofiarę,  stosował  te 
same  ograne  chwyty.  Musiała  jednak  przyznać,  Ŝe  gdyby  od 
początku nie 
była  do  niego  tak  wrogo  nastawiona,  to  z  pewnością 
pomyślałaby,  iŜ  ton  jego  listów  jest  sympatyczny.  W  obecnej 
sytuacji  miała  jednak  wraŜenie,  Ŝe  obcuje  z  szarlatanem,  a  za 
jego  ubraną  w  piękne  słowa  nieśmiałą  prośbą  o  spotkanie 
doszukiwała się złych zamiarów. 
Niemniej  jednak,  ciesząc  się,  Ŝe  będzie  mogła  zakończyć 
prowadzenie  bezsensownej  korespondencji,  zgodziła  się  na 
jego  propozycję  i  pozwoliła,  by  sam  wybrał  czas  i  miejsce 
spotkania.  Wskazał  niewielką,  nastrojową  restaurację,  o 
niezbyt licznej, lecz dobrej, stałej klienteli i wspaniałej kuchni. 
Dokładnie  tego  spodziewała  się  po  Hartym  Bergu. 
Umówionego dnia miał przyjechać po nią o siódmej. 
Christine zadzwoniła natychmiast do komisarza Bakkena. 
– Chwileczkę  –  odpowiedział  dyŜurny  policjant,  po  czym 
zawołał  gdzieś  w  głąb  biura:  –  Czy  ktoś  widział  dzisiaj 
Sherlocka Holmesa? 
Gdzieś w oddali rozległy się głosy. 
– Bakken, to znowu ta baba. Lyngmo, czy coś w tym rodzaju! 
–  krzyknął  znowu  dyŜurny.  Christine  się  obruszyła.  Baba? Co 
za okropne 
i  poniŜające  określenie.  Miała  zamiar  trzeźwym  i  rzeczowym 
tonem  zdać  sprawę  z  przebiegu  wydarzeń,  ale  teraz  została 
całkowicie  wyprowadzona  z  równowagi,  straciła  poczucie 
pewności siebie i nie wiedziała, co powiedzieć. 
Gdy  w  końcu  Bakken  podniósł  słuchawkę,  wyjąkała  swój 
krótki raport, Ŝywiąc nadzieję, Ŝe wyśle 
jakiegoś  człowieka  w  charakterze  obserwatora  i  ochrony  dla 
niej. 
Niestety, grubo się myliła. 
– Powinna sobie pani poradzić sama – zadecydował chłodnym 
tonem. 
PrzeraŜona  Christine  patrzyła  przed  siebie,  nie  mogąc 
wykrztusić ani słowa. 
– Nie  byłoby  równieŜ  wskazane,  aby  odwiedzała  mnie  pani  w 
komisariacie –  kontynuował  tym  samym tonem. – Harry Berg 
nie  jest  idiotą.  Nie  moŜe  nabrać  podejrzeń,  Ŝe  jest  pani 

background image

powiązana z policją. A pani nie moŜe w Ŝaden sposób dać mu 
do zrozumienia, Ŝe zna pani Ellen Smidt albo panią Melander. 
– Ja równieŜ  nie jestem  idiotką – odcięła  się lodowato, gdy  w 
końcu odzyskała zdolność mówienia. Domyślam się jednak, Ŝe 
mam pana informować o rozwoju wypadków? 
– MoŜe pani dzwonić – rzucił krótko i odłoŜył słuchawkę. 
Co  za  arogancki  ryp!  Nie  miała  najmniejszego  zamiaru 
narzucać mu się bez przerwy. 
Idąc  do  łazienki,  by  pomóc  matce  wyjść  z  kąpieli,  Christine 
poczuła,  Ŝe  zbiera  jej  się  na  płacz.  Matka  znów  zamknęła  się 
od  środka  i  schowała  gdzieś  klucz,  a  teraz  nie  mogła  go 
znaleźć.  Wydawało  jej  się,  Ŝe  płynie  wielkim  statkiem, 
prześladowana przez piratów. 
– Sprawdź  w  kieszeni!  –  zawołała  Christine.  Proszę,  spróbuj 
sobie przypomnieć. Nie, nie, nic się 
nie stało. Na pewno sobie jakoś poradzimy. Ściskanie w gardle 
nie mijało... 
W  dniu  spotkania  z  Harrym  Bergiem  Christine  dostała  od 
niego  list.  Pisał,  Ŝe  o  siódmej  musi  wyjść  na  dworzec,  by 
odebrać  z  pociągu  przyjaciela.  Pytał,  czy  nie  sprawiłoby  jej 
kłopotu, gdyby pofatygowała się na Dworzec Wschodni, by się 
tam  z  nim  spotkać.  Przyjaciel  nazywał  się  Reidar  Lie,  a 
wiadomość o jego przyjeździe do Oslo nadeszła bardzo późno i 
Harry  nie  zdąŜył  go  poinformować,  Ŝe  jest  juŜ  umówiony. 
Proponował,  by  spotkali  się  na  dworcu  przed  wielkim  planem 
miasta. 
Christine  przygotowała  się  do  wyjścia  –  dyskretny  makijaŜ, 
odpowiednio  dobrany  do  stroju,  niezbyt  ciekawa  fryzura... 
Musiała  wyglądać  jak  bogata,  lecz  niepewna  siebie  kobieta, 
nieprzywykła do kontaktów z męŜczyznami. 
Najbardziej  przygnębiający  był  fakt,  Ŝe  nie  musiała  zmieniać 
zbyt  wiele  w  swoim  normalnym  wyglądzie.  Nowy  element 
stanowiło  jedynie  to,  Ŝe  powinna  sprawiać  wraŜenie,  iŜ  jest 
osobą zamoŜną. 
Próbowała  nie  zwracać  uwagi  na  niespokojne  bicie  serca  oraz 
na  oblewający  ją  co  chwila  zimny  pot.  Czuła  się  przeraźliwie 
osamotniona. Bakken nigdy nie okazywał jej zbytniej pomocy, 
ale tym razem zawiódł ją całkowicie. 
Gdyby  nie  pamięć  o  tragicznym  losie  Ellen  Smidt,  Christine 
wycofałaby  się  ze  wszystkiego.  Na  krótko  przed  jej  wyjściem 
przyszła ta sama 
co  poprzednio  policyjna  pielęgniarka.  RównieŜ  i  tym  razem 
ubrana  była  po  cywilnemu.  Christine  powiedziała  jej,  Ŝe 
spotyka się z Harrym Bergiem na dworcu. 
– Czy poinformowała pani o tym Bakkena? 
– Nie  –  odpowiedziała  Christine  zmęczonym  głosem.  – 
Powiedział  mi,  Ŝe  mam  sobie  radzić  sama.  Matka  niedawno 
jadła i przygotowałam ją juŜ do snu, ale będzie jeszcze pewnie 
chciała posiedzieć trochę i pooglądać telewizję. 
– Myślę,  Ŝe  sobie  poradzę.  Nie  musi  pani  się  o  nią  dziś 
martwić. Ma pani dość innych problemów. 
– Tak  –  westchnęła  Christine.  –  Zastanawiam  się,  w  co  ja  się 
właściwie  wmieszałam.  No,  czas  juŜ  na  mnie.  Nie  chcę  się 
spóźnić. 
Wzięła  taksówkę  na  Dworzec  Wschodni.  Jak  zwykle  była  na 
miejscu  trochę  przed  czasem.  Postanowiła  pozostać  nieco  na 
uboczu  tak,  aby  widzieć  miejsce  spotkania.  Ciekawe,  jak 
często się zdarza, Ŝe obie umówione osoby czekają na siebie w 
ten  sposób,  pomyślała,  uśmiechając  się  do  siebie.  I  nie 
spotykają się w końcu sądząc, Ŝe druga osoba nie przyszła. 

background image

Przy  peronie  zatrzymał  się  ze  zgrzytem  hamulców  pociąg.  Po 
chwili  pojawiło  się  dwóch  wysokich  męŜczyzn  prowadzących 
oŜywioną rozmowę. Stanęli przy planie miasta. 
Christine  nie  musiała  długo  się  zastanawiać,  który  z  nich  był 
Harrym Bergiem. Wysoki, ciemnowłosy, 
dystyngowany... Wszystko się zgadzało. Utykał lekko na jedną 
nogę, to ta jego niewielka ułomność. 
Drugi  męŜczyzna,  blondyn  o  opalonej  twarzy  i  zaraźliwym 
uśmiechu,  był  duŜo  młodszy  niŜ  Harry  Berg,  na  którego 
skroniach pojawiły się juŜ pierwsze siwe włosy. 
Christine  przełknęła  kilka  razy  ślinę  i  ruszyła  wich  kierunku, 
zmuszając się do spokoju. 
– Czy  panowie  Harry  Berg  i  Reidar  Lie?  –  odezwała  się, 
zaskoczona naturalnym brzmieniem swojego głosu. 
Odwrócili się do niej z uśmiechem. 
– Zgadza  się  –  odpowiedział  Harry  Berg.  –  A  pani  musi  być 
Christine Lyngmo. Bardzo mi przyjemnie. Nie spodobał jej się 
z bliska. Nie wiedziała, czy 
~to  dlatego,  Ŝe  wie  o  nim  zbyt  duŜo,  ale  wydawało  jej  się,  Ŝe 
nie pasował zwłaszcza do Ellen Smidt. Pani Melander musiała 
natomiast uwaŜać, Ŝe jest „szalenie przystojny”. Bardzo często 
się  zdarza,  Ŝe  ogólne  wraŜenie  moŜe  ucierpieć  na  skutek 
jakiegoś  prawie  niezauwaŜalnego  drobiazgu.  MoŜe  to  być 
zdradzający niezdecydowanie lub zbytnią surowość wyraz ust, 
zbyt  śmiałe  spojrzenie  lub  cokolwiek  innego.  U  Harry'ego 
Berga dostrzegało się wiele tego rodzaju szczegółów, które nie 
były  widoczne  z  większej  odległości  lub  w  przyćmionym 
ś

wietle.  W  innych  okolicznościach  Christine  prawdopodobnie 

byłaby  oczarowana  jego  wyglądem,  lecz  w  tej  chwili 
zauwaŜyła, Ŝe jego uśmiech jest trochę za bardzo przebiegły – 
było to niejasne wraŜenie – jego brązowe 
oczy mają zbyt rzewny wyraz, a jego woda po goleniu za ostro 
pachnie. 
Zaczęła  się  z  niepokojem  zastanawiać,  jak  daleko  komisarz 
Bakken  zamierzał  dopuścić  jego  zaloty...  Reidar  Lie  podobał 
jej się zdecydowanie bardziej. 
W jego dość pospolitej twarzy było coś ujmującego. Jego jasne 
włosy  wyblakły  od  słońca,  oczy  miały  intensywnie  niebieski 
kolor. Niestety, najprawdopodobniej był od niej duŜo młodszy. 
Co prawda nie miała zamiaru padać na kolana przed Reidarem 
Lie,  ale  nie  mogła  teŜ  nic  poradzić  na  to,  Ŝe  natychmiast 
poczuła, iŜ nawiązuje się między nimi kontakt. 
Musiaławręcz  przypomnieć  sobie  samej,  Ŝe  jej  zadaniem  było 
„oszołomienie” Harry'ego Berga. 
– Słuchajcie!  –  zawołał  z  zapałem  Harry  Berg.  Czy  nie 
moglibyśmy  zjeść  czegoś  wszyscy  razem,  we  trójkę?  Ja 
zapraszam. 
Reidar  Lie  wyglądał  na  trochę  niezdecydowanego,  widocznie 
nie  chciał  się  narzucać  ze  swoim  towarzystwem.  Posłał 
pytające spojrzenie w stronę Christine. 
– Bardzo  chętnie  –  odpowiedziała  swobodnie.  Udali  się  do 
restauracji,  którąwcześniej  zaproponował  Harry  Berg.  Po 
przełamaniu pierwszych lodów Christine stwierdziła, Ŝe dobrze 
się  bawi.  Wywołane  niepokojem  uczucie  ssania  w  Ŝołądku 
zniknęło  i  rozmowa  stała  się  bardziej  naturalna.  Obaj 
męŜczyźni  zachowywali  się  bardzo  grzecznie,  sprawiając 
wraŜenie, Ŝe cenią sobie jej towarzystwo. Harry Berg zyskiwał 
przy bliŜszej znajomości i nie 
wydawał się jej juŜ tak bardzo niesympatyczny. 

background image

– Jak  tam  twoja  muzyka?  –  spytał  Harty  przyjaciela  przy 
deserze. 
– Muzyka?  –  zwróciła  się  Christine  do  Reidara.  To  brzmi 
interesująco. 
– Ach  –  odpowiedział  Reidar  z  wyraŜającym  zaŜenowanie 
uśmiechem – to nic takiego. Gram tylko trochę na skrzypcach. 
– Ale  –  wtrącił  Harry  –  nie  wszystkim  dane  jest  utrzymywać 
się  z  muzyki,  więc  postanowił  zająć  się  interesami.  Twierdzi, 
Ŝ

e  to  coś  w  rodzaju  hobby.  Był  jednak  na  tyle  rozsądny,  by 

zwrócić się do mnie o radę. 
A  więc  tym  razem  Harry  Berg  występuje  jako  biznesmen. 
Najwyraźniej  stara  się  zmieniać  swoje  zawody.  Tego,  Ŝe 
Reidar  Lie  jest  skrzypkiem,  moŜna  się  było  właściwie 
domyślić po jego delikatnych dłoniach. 
– Czy to znaczy, Ŝe znacie się od niedawna? spytała. 
– Od  czternastu  dni,  Ŝeby  być  dokładnym  –  odpowiedział 
Harty. 
Nie wspomniał ani słowem, Ŝe on i Christine poznali się przez 
ogłoszenie.  Była  mu  za  to  wdzięczna,  poniewaŜ  chciała 
wywrzeć dobre wraŜenie na Reidarze. 
Wielokrotnie  podczas  tego  wieczoru  zwróciła  uwagę  na 
ukradkowe,  pełne  podziwu  spojrzenia  Reidara  i  za  kaŜdym 
razem jej serce zaczynało bić szybciej. . 
Kiedy  zbierali  się  juŜ  do  wyjścia,  Harry  oddalił  się  do  szatni. 
Christine  i  Reidar  zostali  na  chwilę  sami.  Z  ujmującym,  lecz 
jednocześnie  nieśmiałym  uśmiechem  Reidar  zapytał,  czy 
chciałaby pójść z nim nazajutrz na koncert. 
Christine  udała,  Ŝe  rozwaŜa  tę  propozycję,  po  czym  skromnie 
spuściła wzrok. 
– Dziękuję, z przyjemnością. 
– W takim razie przyjadę po panią. 
W  tym  momencie  wrócił  Harry.  Posłała  mu  promienny 
uśmiech,  nie  czując  absolutnie  Ŝadnych  wyrzutów  sumienia. 
Co  prawda  komisarz  Bakken  nie  tak  wyobraŜał  sobie  rozwój 
wypadków, ale... Christine miała go w nosie. 
ROZDZIAŁ IV 
Do  domu  odwiózł  ją  Harry  Berg.  Co  prawda  Reidar 
proponował,  Ŝe  sam  to  zrobi,  ale  Harry  był  stanowczy. 
Christine  pomyślała,  Ŝe  w  końcu  to  przecieŜ  on  się  z  nią 
umówił,  tak  Ŝe  nie  pozostawało  jej  nic  innego,  jak  wyrazić 
zgodę. 
Tym razem samochód Berg miał czerwony – nie czarny, jak w 
przypadku Ellen Smidt. Najwyraźniej nie chciał ryzykować, Ŝe 
zostanie rozpoznany. 
– W  jakiej  branŜy  właściwie  pracujesz?  –  spytała  ostroŜnie. 
Mówili  juŜ  sobie  po  imieniu.  Przez  cały  wieczór  było  jej 
niezręcznie  zwracać  się  do  nowo  poznanych  męŜczyzn  przez 
pan, ale nie mogła się zdobyć na odwagę, by zacząć mówić im 
po  imieniu.  Gdy  Reidar  wystąpił  z  tą  propozycją,  wszyscy 
odczuli ulgę. 
– Artykuły  elektroniczne  –  odpowiedział  Harry.  Są  teraz  na 
czasie. 
– Musisz być pewnie inŜynierem? 
– Nie, dlaczego? Jestem po prostu biznesmenem. Wynalazkami 
mogą się zajmować mądrzejsi ode mnie. 
Zachowała się bardzo nieostroŜnie. PrzecieŜ to 
właśnie  w  przypadku  pani  Melander  przedstawił  się  jako 
inŜynier  i  wynalazca.  Christine  nie  powinna  się  zdradzić,  Ŝe 
wie o jego znajomości z „wesołą wdówką”. 
Wyglądało jednak na to, Ŝe nic nie wzbudziło podejrzeń Berga. 

background image

– To  był  miły  wieczór  –  powiedział  z  zadowoleniem.  –  Czy 
lubisz  tańczyć?  MoŜe  moglibyśmy  wybrać  się  któregoś 
wieczoru na tańce? 
Tańczyć? Blisko niego? Nie dojrzała jeszcze do takiej decyzji i 
nie sądziła, by kiedykolwiek tak się miało stać. 
– Czy  powiesz,  Ŝe  jestem  dziecinna,  jeśli  wybiorę  kino?  – 
wymamrotała. 
– AleŜ  skąd,  wręcz  przeciwnie.  Ja  równieŜ  interesuję  się 
filmem. Co powiesz na piątek? 
– Swietnie. 
Odprowadził  ją  do  drzwi  i  powiedział  dobranoc.  Zachowywał 
się  bardzo  elegancko,  nie  wspominając  ani  słowem  o 
ogłoszeniu  i  sposobie,  w  jaki  się  poznali.  To  bardzo  ładnie  z 
jego strony, pomyślała Christine. 
Tak więc pierwszy etap dobiegł końca. Christine czuła się tak, 
jakby najpierw wzdragała się przed skokiem do zimnej wody, a 
potem stwierdziła, iŜ rzeczywiście umie pływać. 
Była z siebie bardzo dumna. 
Następnego dnia Christine posłusznie zadzwoniła do Bakkena, 
aby zdać mu sprawę z wydarzeń 
poprzedniego  wieczoru.  Sądząc  jednak  z  tonu  jego  głosu, 
mogła  sobie  oszczędzić  wysiłku,  gdyŜ  wyglądało  na  to,  Ŝe 
zapomniał zarówno o niej, jak i o sprawie Harry'ego Berga. W 
końcu jednak stało się coś nieoczekiwanego. 
– A a•ięc ten drugi był miły? – zapytał z irytującym spokojem. 
Christine  aŜ  podskoczyła  i  na  chwilę  zaniemówiła.  –  Jaki 
drugi? 
– Ten młody blondyn. 
Była tak zaskoczona, Ŝe aŜ musiała usiąść. – Był pan tam? 
– Ja nie, ale jeden z moich ludzi zrobił na dworcu kilka zdjęć. 
Mam je właśnie przed sobą. Musimy mieć coś konkretnego na 
wypadek, gdyby Berg znów zniknął. 
– Ach, tak – powiedziała cichym głosem. 
– Zachowała  się  pani  bardzo  nierozwaŜnie,  nie  informując 
mnie o zmianie miejsca spotkania rzekł surowo. – Zadzwoniła 
do mnie pielęgniarka i powiedziała mi o wszystkim, mogliśmy 
więc wysłać szybko na miejsce jednego z ludzi czekających w 
restauracji. 
– Rozumiem, ale my i tak tam poszliśmy usiłowała się bronić. 
– Wiem  o  tym.  MoŜe  podzieliłaby  się  teraz  pani  ze  mną 
swoimi  wraŜeniami  na  temat  Harry'ego  Berga?  Ten  drugi  nie 
interesuje mnie tak bardzo. 
Najwyraźniej  miał  zamiar  ją  ukarać.  Christine  musiała 
zaczerpnąć kilka głębokich oddechów, za 
nim  zdołała  opanować  się  na  tyle,  by  jej  raport  był 
wystarczająco rzeczowy. 
– No  cóŜ,  Harry  Berg  zyskał  przy  bliŜszym  poznaniu.  Z 
pewnością  wiele osób nazwałoby go ujmującym, lecz ja nadal 
nie  mogę  pojąć,  w  jaki  sposób  Ellen  dała  się  tak  opętać.  W 
Ŝ

adnym  wypadku  nie  udałoby  mu  się  zaimponować  trzeźwo 

myślącej kobiecie. 
– A pani jest trzeźwo myśląca? 
Bez wątpienia potrafił być nieprzyjemny. 
– W kaŜdym razie zachowałam w stosunku do niego dystans – 
ucięła krótko. 
– Proszę  nie  zapominać,  Ŝe  była  pani  przygotowana.  Inaczej 
niŜ Ellen Smidt. 
– To  prawda.  Z  drugiej  strony  jestem  przekonana,  Ŝe  pani 
Melander natychmiast uległaby urokowi takiego typa jak Harry 
Berg. Ma słabość do takich fircyków. 

background image

Gdyby  nie  było  to  tak  nieprawdopodobne,  mogłaby  przysiąc, 
Ŝ

e komisarz się uśmiechnął. 

Na  zakończenie  poradził  jej,  jak  ma  się  zachowywać,  by 
zmusić Berga do zdemaskowania się. 
– Komisarzu  Bakken,  cała  ta  sprawa  nie  wydaje  mi  się  juŜ 
zabawna. 
– Rozumiem.  Właśnie  dlatego  chcę,  aby  sprowokowała  pani 
jak  najszybsze  zakończenie.  Gdy  tylko  pojawi  się  okazja,  by 
zaoferować  mu  pomoc  finansową,  proszę  to  zrobić.  W  tym 
celu musi pani jednak odegrać zakochaną. 
Powiedziała policjantowi kilka ostrych słów i rzu 
ciła  słuchawkę,  nie  dając  mu  szansy  na  odpowiedź.  Jedynie 
wrodzona nieśmiałość powstrzymała ją 
od  tego,  by  zapytać  go,  czy  chce,  Ŝeby  poszła  z  Harrym  do 
łóŜka  i  tam  nakłoniła  go  do  złoŜenia  zeznań.  Niemal  jak  w 
historii  o  Samsonie  i  Dalili  albo  o  Judycie  i  Holofernesie. 
Prawdopodobnie coś takiego miał namyśli. 
Christine była tak poruszona, Ŝe przez dłuŜszą chwilę stała bez 
ruchu z ręką na słuchawce telefonu. W końcu jednak usiadła w 
fotelu. 
Jej  serce  na  powrót  zalała  fala  ciepła.  Przypomniała  sobie  o 
koncercie, na który miała iść z Reidarem. Wstrętny Bakken nie 
miał  tu  nic  do  powiedzenia.  Na  pewno  nie  pośle  tam  swoich 
szpiegów. 
Koncert  skrzypcowy  dobiegł  końca.  Rozległy  się  burzliwe 
brawa.  Solista  ukłonił  się  trochę  nieporadnie,  jednakŜe  z  jego 
oczu bił blask wielkiej radości. 
– Fantastycznie!  –  zawołał  Reidar,  odchylając  się  na  oparcie 
fotela. 
Nie  wyszli  z  sali  w  czasie  przerwy,  poniewaŜ  siedzieli  w 
ś

rodku rzędu i nie musieli przepuszczać przechodzących. 

W głosie Reidara słychać było nutę smutku. 
– Zawsze  gdy  słyszę  coś  takiego,  mam  zamiar  rzucić  moje 
granie. Nigdy nie dojdę do takiego poziomu. 
– AleŜ nie mów tak – usiłowała go pocieszyć. Uśmiechnął się z 
wdzięcznością.  Jego  uśmiech  był  niezwykle  sympatyczny, 
rozświetlał całą twarz. 
– Nie  powiesz  chyba,  Ŝe  grasz  tylko  dlatego,  by  zostać 
wirtuozem? – kontynuowała Christine. – Czy sama muzyka nie 
jest radością? To znaczy, gdy moŜesz grać. 
– Oczywiście, Ŝe tak. Jednak w tej radości kryje się dąŜenie, by 
zabrzmiała ona moŜliwie jak najlepiej, by samemu stać się jak 
najlepszym. 
– To zrozumiałe – przyznała. 
– Nie chodzi tu o to, by stać się sławnym i uwielbianym. Jest w 
tym  tęsknota,  by  umoŜliwić  przeŜycie  wzruszeń  jak 
największej  liczbie  ludzi;  by  móc  innym  przekazać  piękno 
muzyki. 
– Nie  kryją  się  więc  za  tym  Ŝadne  osobiste  pobudki?  śądza 
sławy? 
– To bardzo trudne pytania, Christine – uśmiechnął się, gładząc 
ją  lekko  po  policzku.  Pomyślała,  Ŝe  jego  dłonie  są  niezwykle 
czułe i delikatne. Dokładnie takie, jakie powinien mieć muzyk. 
Pod  dotknięciem  jego  ręki  zaczerwieniła  się,  spuszczając 
wzrok. 
– Zresztą  to  prawda  –  powiedział.  –  Zapomniałem  się 
pochwalić, Ŝe przyznano mi stypendium. 
– Moje gratulacje! – zawołała. – To musi być duŜą zachętą. 
– Rzeczywiście. MoŜna uwierzyć we własne siły. JuŜ niedługo 
będę mógł sobie kupić moje wymarzone skrzypce. 

background image

– Opowiedz mi o tym! 
– Nie  wiesz?  No  tak,  nie  mogłaś  o  tym  słyszeć.  Mój 
przyjacielw Niemczech sprzedaje autentyczne 
go  Guarneriego.  Jeśli  się  pospieszę,  to  dostanę  te  skrzypce  za 
sto tysięcy. Mam juŜ siedemdziesiąt, to stypendium uzupełniło 
trochę moje oszczędności. 
Był tak podekscytowany, Ŝe zaczął się jąkać; często  mu  się to 
zdarzało  w  chwilach  podenerwowania.  Wydawał  się  przez  to 
rozczulająco chłopięcy. 
Christine  juŜ  otwierała  usta,  by  powiedzieć:  „Jaka  szkoda,  Ŝe 
nie  mogę  ci  pomóc”,  lecz  w  porę  się  zreflektowała.  PrzecieŜ 
Reidar  był  przyjacielem  Harry'ego,  a  Harry  musi  trwać  w 
przekonaniu, Ŝe jest bogata. Jedno nieopatrzne słowo ze strony 
Reidara mogło sprawić, Ŝe Harry wycofa się z całej sprawy. 
Nie  powiedziała  więc  nic  konkretnego  i  tylko  wymamrotała 
kilka słów pocieszenia. 
Do  sali  powoli  wracali  ludzie,  a  orkiestra  zaczęła  stroić 
instrumenty.  Christine  wyprostowała  się  w  oczekiwaniu  na 
drugą część koncertu. 
Pomyślała,  Ŝe  polubili  się  nawzajem  z  Reidarem.  Dotykając 
ramieniem  jego  ramienia,  czuła  jego  obecność  i  wiedziała,  Ŝe 
on  odbiera  to  podobnie.  Komisarz  Bakken  nie  miał  tu  nic  do 
powiedzenia.  Ona  wypełni  warunki  umowy,  a  to,  jak  spędza 
swój własny czas, nie powinno nikogo obchodzić. 
Tego  wieczoru  miała  do  rozwiązania  pewien  problem  –  nie 
mogła  poprosić,  by  policja  zajęła  się  jej  matką.  Na  szczęście 
sąsiadka  była  akurat  w  domu  i  obiecała  zaglądać  do  starszej 
pani. 
Christine  obawiała  się,  Ŝe  w  najbliŜszych  tygodniach  będzie 
musiała często wychodzić wieczorami. 
Harry  Berg...  Tutaj  mogła  liczyć  na  pomoc  policyjnej 
pielęgniarki. Gorzej było z Reidarem. Ze względu na matkę nie 
powinna zbyt często się z nim widywać, choć z drugiej strony 
Ŝ

ywiła  głęboką  nadzieję,  Ŝe  poprosi  ją  o  następne  spotkanie. 

Była  trochę  niekonsekwentna,  ale  czy  to  w  ogóle  moŜliwe  w 
takich sprawach? 
Znów  dało  znać  o  sobie  znajome  ssanie  w  Ŝołądku.  Czuła  się 
tak  zawsze  w  chwilach  strachu  lub  głębokiej  rozterki. 
Szczególnie  często  zdarzało  się  to  w  ostatnich  latach  Ŝycia 
ojca.  Christine  była  przekonana,  Ŝe  okres  przed  śmiercią 
bliskiej  osoby  jest  zawsze  najgorszy.  Człowiek  dręczony  jest 
wtedy  ogromnym  niepokojem,  a  perspektywa  nadchodzącej 
ś

mierci  wydaje  się  nie  do  zniesienia,  lecz  kiedy  chwila  ta  juŜ 

przyjdzie  i  ogarnia  nas  Ŝal,  ma  on  raczej  charakter  pełnej 
smutku rezygnacji i uczucia ukojenia. 
Znów  znajdowała  się  w  samym  środku  najgorszego.  Nie  było 
tak  dlatego,  Ŝe  spodziewała  się  śmierci  matki,  gdyŜ 
bezpośrednie zagroŜenie nie istniało. Czuła się jednak rozdarta. 
Z jednej strony chciała pomóc matce i wiedziała, Ŝe  wyrządza 
jej  krzywdę,  zostawiając  ją  tak  często  samą  w  mieszkaniu.  Z 
drugiej  jednak  strony  w  jej,  Christine,  samotnym  Ŝyciu 
pojawiło  się  coś  pięknego;  a  jednocześnie  bardzo  kruchego  i 
ulotnego:  Było  to  poczucie  wspólnoty  z  człowiekiem,  którego 
polubiła od pierwszej chwili i z którym chciała się widywać jak 
najczęściej. W jaki sposób powie Reidarowi, Ŝe nie 
moŜe się z nim spotykać zbyt często? Czy on nie wycofa się na 
wieść,  Ŝe  ona  nie  moŜe  zostawić  matki?  Matki,  której  musi 
zawsze  towarzyszyć...?  Dość  tego,  dość  tych  nie  mających 
Ŝ

adnych  podstaw  marzeń  o  przyszłości!  Spotkała  się  z 

background image

Reidarem dopiero dwa razy, a juŜ snuje marzenia o tym, Ŝe on 
poprosi ją o rękę. CzyŜ nie tak było? 
Wstydź się, Christine! pomyślała, mając ochotę się roześmiać. 
Co  gorsza,  była  tak  głęboko  pogrąŜona  w  marzeniach,  Ŝe  nie 
dotarł do niej ani jeden dźwięk utworu granego przez orkiestrę. 
Musiało  to  w  kaŜdym  razie  być  coś  romantycznego,  co 
sprawiło,  Ŝe  potrafiła  w  taki  sposób  oderwać  się  od 
rzeczywistości.  Po  skończonym  występie  biła  jednak  brawo 
razem  z  innymi,  uśmiechając  się  przy  tym  promiennie  do 
Reidara.  Był  najwyraźniej  przekonany,  Ŝe  to  muzyka  dała  jej 
tyle szczęścia, a Christine nie miała zamiaru wyprowadzać go z 
błędu. 
W  drodze  powrotnej  poprosił  o  następne  spotkanie  w 
nadchodzącą sobotę. Christine postanowiła nie przejmować się 
Bakkenem i chętnie przystała na tę propozycję. 
Stwierdziła,  Ŝe  będzie  to  przyjemną  częścią  jej  misji. 
Następnego dnia sprawy miały przybrać powaŜniejszy obrót. 
Christine miała usidlić Harry'ego Berga. 
W piątkowy  wieczór, po skończonym  filmie,  wstąpili razem z 
Harrym  na  kawę.  Od  wielu  lat  Christine  nie  prowadziła  tak 
oŜywionego Ŝycia to 
warzyskiego jak  w ciągu kilku ostatnich dni. Harry przez cały 
czas prowadził z nią luźną  konwersację i ogólnie zachowywał 
się  wręcz  przykładnie.  Ani  słowem  nie  wspomniał  o  swojej 
sytuacji finansowej... 
Wilk w owczej skórze, pomyślała Christine. Stwierdziła, Ŝe nie 
wytrzyma długo takiego stanu rzeczy. Jak to radził jej komisarz 
Bakken?  Okazać  zaciekawienie  interesami  Harry'ego?  Łatwo 
mu tak mówić, nie siedział z nim teraz w nastrojowym świetle 
przy małym stoliku. 
Christine  z  desperacją  podjęła  najwaŜniejszy  temat:  – 
Opowiedz  mi  coś  o  tym  sprzęcie  elektronicznym,  którym  się 
zajmujesz. 
Harty Berg posłał jej pełne zdziwienia spojrzenie. – Nie sądzę, 
by było to dla ciebie ciekawe. A co chciałabyś wiedzieć? 
– CóŜ – odrzekła wymijająco – czym się w ogóle zajmujesz? 
Otworzył  usta,  by  odpowiedzieć,  lecz  od  razu  je  zamknął  i 
połoŜył dłoń na jej dłoni. Christine musiała zmobilizować całą 
siłę woli, by mu jej nie wyrwać. 
– Nie,  posłuchaj  –  zaprotestował  z  uśmiechem.  Mam  taką 
zasadę,  by  nigdy  nie  rozmawiać  o  interesach  z  damami. 
Jeszcze jedno ciastko? 
Męski szowinista? Pasowało to aŜ za dobrze do jego stylu... 
Wybrał więc dłuŜszą, okręŜną drogę. Prawdopodobnie chciał ją 
nieco urobić, zanim sięgnie do jej konta bankowego. 
Nieco później tego wieczoru, w samochodzie 
przed  jej  domem,  Christine  odwołała  wszystko,  co  pomyślała 
wcześniej na temat jego braku pośpiechu. Musiała wykorzystać 
całą  swoją  dyplomację  i  samokontrolę,  by  zapanować  nad 
wypełniającą ją wściekłością. 
Harty Berg równieŜ był rozgoryczony. 
– Kiedy  zaprasza  się  gdzieś  damę  na  wieczór,  moŜna 
oczekiwać czegoś w zamian! 
– Przepraszam – wymamrotała Christine, wyrywając się z jego 
ramion.  Za  bardzo  przypominały  one  macki  ośmiornicy. 
Wydawały się być równie długie i liczne. – Przepraszam, ale ja 
teŜ  mam  swoje  zasady.  Nie  chodzi  o  to,  bym  miała  coś 
przeciwko  tobie,  mój  drogi,  wręcz  przeciwnie  –  wyjaśniła 
pospiesznie, przypominając sobie polecenia Bakkena. 

background image

– Zasady!  –  rzucił  spocony  i  czerwony  ze  złości.  MoŜna  od 
nich dostać jedynie wrzodów Ŝołądka. 
– Nie,  nie  chodzi  mi  o  zasady  –  próbowała  go  uspokoić, 
odsuwając równocześnie od siebie jego ręce. 
Co  to  za  ohydny  facet,  ten  Harty  Berg!  Jak  Ellen  mogła  go 
znieść? pomyślała. 
– Nie,  zrozum”  chodzi  tylko  o  to,  Ŝe  ja  nigdy...  przestań, 
bardzo cię proszę! 
Harry uspokoił się trochę. 
– Chyba  Ŝartujesz!  Nie  jesteś  przecieŜ  podlotkiem.  –  Wiem  o 
tym,  ale  nigdy  nie  spotykałam  się  z  innymi  młodymi  ludźmi. 
Musiałam opiekować się moimi rodzicami. 
– Coś  takiego!  –  zawołał  Harry  lekko  wstrząśnięty.  –  Chyba 
nie mówisz powaŜnie! 
Christine juŜ  myślała, Ŝe udało się jej uwolnić od natręta,  gdy 
zaczął od nowa. Prawdopodobnie za duŜo wypił tego wieczoru. 
– AleŜ, dziewczyno, najwyŜszy czas, Ŝebyś... Chciała otworzyć 
drzwiczki,  ale  przytrzymał  ją.  Bakken  zapłaci  mi  za  to, 
pomyślała zrozpaczona. 
Nagle  z  ciemności  wyłoniła  się  jakaś  postać.  Ktoś  zapukał  w 
szybę samochodu. 
Harty  Berg,  z  dzikim  wzrokiem  i  rozwichrzonymi  włosami, 
wyprostował się. 
Obok stał policjant. Harty opuścił boczną szybę. – Przepraszam 
– odezwał się policjant – ale tu nie wolno parkować. 
Christine  momentalnie  wykorzystała  okazję  i  w  mgnieniu  oka 
znalazła się na zewnątrz. 
– To  moja  wina  –  powiedziała  z  wymuszonym  uśmiechem.  – 
Do zobaczenia w niedzielę, Harty, i dziękuję za miły wieczór. 
Z  pewną  ulgą  patrzyła,  jak  czerwony  wóz  Harry'ego  znika  u 
wylotu ulicy. Wbiegła po schodach i weszła do mieszkania. 
Tego  wieczoru  nie  zadzwoniła  do  Bakkena.  Spotkanie  z 
Harrym  było  przecieŜ  zupełnie  bezowocne,  a  poza  tym  ciągle 
jeszcze  była  poruszona  epizodem  w  samochodzie.  Nie  mogła 
znieść  myśli,  Ŝe  usłyszy  powolny,  arogancki  głos  komisarza. 
Była przekonana, Ŝe odpoczynek dobrze jej zrobi. 
Najgorsze, Ŝe obiecała Harry'emu, iŜ zobaczą się 
w niedzielę. Gdyby tak mogła nie pójść na to spotkanie! 
Ale  czy  to  nie  ona  sama  upierała  się  przy  tym,  by  pomóc  w 
ujęciu  męŜczyzny,  który  oszukał  Ellen?  Do  licha!  Wszystko 
tak się skomplikowało. 
RównieŜ  w  sobotę  nie  było  Ŝadnych  wieści  od  Bakkena. 
Poczuła się lekko uraŜona. Mógł przecieŜ zadzwonić i zapytać, 
jak mi poszło, pomyślała. 
Christine  wiedziała,  Ŝe  powinna  zatelefonować  i  powiedzieć 
mu  o  kolejnym  umówionym  spotkaniu  z  oszustem.  Był  to  jej 
obowiązek.  Chodziło  tylko  o  to,  Ŝe  to  zawsze  ona  musiała 
kontaktować  się  z  policją.  Czuła  się  przez  to  bardzo 
osamotniona.  Wyglądało  na  to,  Ŝe  wcale  ich  nie  obchodziło, 
co-się  z  nią  dzieje.  Najprawdopodobniej  właśnie  tak  było, 
szczególnie w przypadku Bakkena. 
Nadchodząca  niedziela  napawała  ją  nowymi  obawami.  Miała 
tego dnia wybrać się z Harrym na przejaŜdŜkę samochodową... 
Tylko nie to!  Znów będzie musiała bronić się przed tymi jego 
ramionami ośmiornicy. 
Sobotni wieczór poprawił jej jednak nieco humor. Odwiedził ją 
w domu Reidar Lie. 
Nieco  onieśmielony  i  zaŜenowany,  a  jednocześnie  ujmująco 
uśmiechnięty, wyjaśnił jej, iŜ czuł się bardzo samotny, po czym 
spytał, czy moŜe wejść i porozmawiać trochę. 

background image

Czy  moŜe!  W  grę  nie  mogły  tu  wchodzić  Ŝadne  ordynarne 
próby uwodzenia. Reidar był dŜentelme 
nem i nie zalecał się do kobiet w taki sposób j ak Harry Berg. 
Bardzo dobrze świadczyło o nim juŜ choćby to, iŜ przyszedł do 
niej  do  domu,  mając  na  uwadze  fakt,  Ŝe  Christine  nie  mogła 
zostawić matki samej. 
Christine  nawet  nie  wiedziała,  jak  bardzo  ucieszy  ją  wizyta 
Reidara.  Podała  na  stół  wszystko,  co  miała  najlepszego  w 
domu.  Przez  cały  czas  mówiła  z  nerwowym  oŜywieniem  o 
najzupełniej obojętnych sprawach. Chwilami  niemal zagryzała 
usta,  by  zmusić  się  do  milczenia,  gdyŜ  plotła  straszne  bzdury. 
Czy  tak  właśnie  zachowuje  się  ktoś  zakochany?  PrzecieŜ  to 
okropne! 
W  końcu  udało  jej  się  ochłonąć  do  tego  stopnia,  Ŝe  była  w 
stanie  zapytać  Reidara,  co  właściwie  wie  na  temat  Harry'ego 
Berga. 
Pomyślała  oczywiście,  Ŝe  to  strasznie  niemądre  z  jej  strony, 
czuła  jednak,  Ŝe  juŜ  dłuŜej  nie  zdoła  sama  dźwigać  całej 
odpowiedzialności.  Musiała  mieć  kogoś  –  kogoś,  kto  ją 
doceniał i komu mogłaby zaufać. 
– O co ci chodzi? – zapytał zdziwiony. 
– Dokładnie o to, co słyszysz. Czy dobrze go znasz? 
Wyglądało  na  to,  Ŝe  nie  moŜe  pojąć,  w  jakim  celu  go  o  to 
pytała.  Sprawiał  wraŜenie  oszołomionego.  Właściwie  nie  było 
w  tym  nic  dziwnego.  Reidar  Lie  był  na  wskroś  kulturalnym 
człowiekiem i z pewnością wstrząsnął nim fakt, Ŝe chciała, aby 
mówił o swoim przyjacielu za jego plecami. 
Christine poczuła się zawstydzona do tego stop 
nia, Ŝe musiała odwrócić wzrok. 
– Wybacz  mi  moje pytanie –  powiedziała szybko. – Zapomnij 
o tym. 
– Nie,  nie,  to  nic  takiego.  Po  prostu  nie  wiem,  co  byś  chciała 
wiedzieć.  Dlaczego  pytasz  o  Harry'ego?  Czy  widziałaś  go 
jeszcze po naszym pierwszym spotkaniu? 
Christine wzruszyła obojętnie ramionami. 
– Tylko raz. Wydaje mi się, Ŝe jest trochę... tajemniczy. 
Nie  chciała  wspominać  ani  słowem  o  nieprzyjemnej  scenie  w 
samochodzie, która miała miejsce dzień wcześniej. 
Reidar uśmiechnął się. 
– Harry tajemniczy? Hmm, nie znam go zbyt blisko. Łączą nas 
tylko interesy. 
– Czy  nazwałbyś  go  uczciwym?  Roześmiał  się  nieco 
zmieszany. 
– Teraz juŜ nic nie rozumiem. Myślę, Ŝe tak. A dlaczego? 
Christine  spojrzała  na  siedzącego  obok  Reidara,  na  jego 
szlachetny profil i szczere oczy, patrzące teraz  w głąb pokoju. 
Był  tak  pociągający,  Ŝe  odczuwała  wręcz  fizyczny  ból.  Nie 
mogła po prostu uwierzyć, Ŝe przyszedł ją odwiedzić. Jaki był 
cel  jego  wityty?  Nie  chciała,  by  robił  jej  fałszywe  nadzieje. 
Byłoby to zbyt okrutne. Od tylu lat Ŝyła w absolutnej izolacji, 
marząc  skrycie  o  tym  Kimś.  Czy  mogła  łudzić  się,  Ŝe  wizyta 
Reidara ma jakieś specjalne . znaczenie? 
Reidar  był  prostolinijny  i  uczciwy.  Być  moŜe  był  teŜ  zbyt 
naiwny.  MoŜe  nie  rozumiał,  jaki  wpływ  ma  jego  zachowanie 
na samotną kobietę? 
W końcu Christine zdała sobie sprawę, Ŝe Reidar o coś ją pyta. 
Zagryzła  usta,  a  po  chwili  odrzucając  wszystkie  skrupuły, 
poprosiła: 
– Reidar, nie pozwól mu się oszukać. UwaŜaj na siebie. Tak się 
składa, Ŝe wiem trochę na jego temat... – Mówisz serio? 

background image

– W  sprawach  przyjaźni  nigdy  nie  Ŝartuję.  Popatrzył  na  nią 
powaŜnym wzrokiem. 
– No  to  mów  –  powiedział  spokojnie.  Potrzebowała  wsparcia 
Reidara.  Potrzebowała  rozpaczliwie.  Komisarz  Bakken  nie 
okazał  się  szczególnie  pomocny.  Chodziło  mu  tylko  o  to,  by 
złapać Harry'ego Berga. Dla Christine cała ta sprawa zaczynała 
się  robić  nieprzyjemna  –  gardziła  Harrym  za  jego  podłą 
podwójną grę i samą sobą za to, Ŝe musi udawać przyjaźń,  by 
następnie ściągnąć na niego kłopoty. 
– Wiesz – zaczęła niepewnie, lecz poczuła się lepiej, gdy objął 
ją ramieniem. – Miałam przyjaciółkę... – Tak? 
Christine w dalszym ciągu się wahała. Nie miała pewności, Ŝe 
postępuje słusznie, ale z drugiej strony czuła, Ŝe musi podzielić 
się  z  kimś  swoimi  rozterkami,  gdyŜ  w  przeciwnym  razie 
zwariuje. 
– Harty  ją  uwiódł.  Obiecał,  Ŝe  się  z  nią  oŜeni,  a  potem  zabrał 
jej pieniądze i zniknął. Popełniła samobójstwo. 
W końcu wyrzuciła to z siebie. Doznała ogromnej ulgi na myśl 
o tym, Ŝe nie ma juŜ przed Reidarem Ŝadnych tajemnic. 
Przez  chwilę  siedział  w  milczeniu.  Popiół  na  końcu  jego 
papierosa stawał się coraz dłuŜszy, lecz on zdawał się tego nie 
zauwaŜać. 
– Skąd wiesz, Ŝe to był Harry? 
– Napisała  do  mnie.  Równocześnie  z  jeszcze  jedną  moją 
znajomą. 
– I dlatego zamieściłaś ogłoszenie? śeby go odnaleźć? 
Odwróciła się gwałtownie w jego stronę. – Mówił ci o tym...? 
Reidar skinął głową. 
– Tak.  JuŜ  przed  tygodniem,  przy  naszym  pierwszym 
spotkaniu. 
– To podłe z jego strony. 
– W  jaki  sposób  masz  zamiar  się  na  nim  zemścić?  –  Zemsta 
napawa  mnie  odrazą.  Chcę  tylko,  aby  Ŝadna  inna  kobieta  nie 
podzieliła juŜ losu Ellen. 
– Nie ma pewności, Ŝe zrobi to ponownie. 
– AleŜ  tak!  Moja  druga  znajoma,  pani  Melander,  równieŜ 
została przez niego oszukana. 
Reidar  spojrzał  na  nią  badawczo,  Christine  nie  miała  jednak 
ochoty  mówić  mu  o  swojej  współpracy  z  policją  ani  teŜ  o 
wszystkim, co wiedziała o tych dwóch – a moŜe nawet trzech – 
przypadkach.  Reidar  był  typem  człowieka  szczerego  i 
otwartego. Zrozumiałby to, Ŝe Christine działa na własną rękę, 
bawiąc się w prywatnego detektywa, nie spodobałaby 
mu się jednak myśl, Ŝe odgrywa rolę przynęty, by zaprowadzić 
jednego z jego przyjaciół do więzienia. 
– PomoŜesz  mi?  –  spytała  cicho.  –  To  znaczy  w  sprawie 
Harry'ego? 
– W jaki sposób? 
– Sama  nie  wiem.  MoŜe  po  prostu  swoją  obecnością,  Ŝebym 
wiedziała, Ŝe mogę na ciebie liczyć w potrzebie. 
Spojrzał przed siebie w zamyśleniu. 
– Wiesz, Christine, jestem doprawdy głęboko wstrząśnięty. Co 
prawda nie znam Harry'ego zbyt dobrze, ale Ŝeby miał być... – 
Popatrzył  na  nią.  –  Ale  jeśli  się  bliŜej  zastanowić...W  gruncie 
rzeczy pasuje to do niego, prawda? 
– Tak. 
– MoŜesz  na  mnie  liczyć,  Christine  –  zapewnił.  I  uwaŜaj  na 
siebie. Umówiłaś się z nim na następne spotkanie? 
– Na jutro. Mamy pojechać na wieś. 
– Czy nie lepiej byłoby pójść z tym wszystkim na policję? 

background image

Odwróciła wzrok. 
– Nie... nie mam przecieŜ całkowitej pewności, sam rozumiesz. 
MoŜe  się  okazać,  Ŝe  jest  niewinny.  Właśnie  tego  mam  się 
zamiar dowiedzieć. 
– Czy chcesz, Ŝebym pojechał jutro z wami? – zapytał wstając. 
– Nie,  moglibyśmy  wszystko  zepsuć.  –  Christine  wstała 
równieŜ. 
– Nie podoba mi się to wszystko – powiedział 
z  autentycznym  niepokojem.  –  Nie  chciałbym,  Ŝeby  ci  się  coś 
stało. 
Co za wspaniałe słowa! Zrobił krok w jej stronę, pogłaskał po 
policzku.  I  właśnie  w  tym  momencie  z  sypialni  dobiegło 
wołanie matki. 
Zazwyczaj  Christine  nie  denerwowała  jej  bezradność,  ale  tym 
razem westchnęła cięŜko z niecierpliwością. 
– Przepraszam na chwilę – rzuciła. 
– Muszę  juŜ  iść  –  odrzekł  z  pośpiechem.  –  Zadzwonię  do 
ciebie  jutro  wieczorem,  Ŝeby  się  dowiedzieć,  jak  ci  poszło. 
UwaŜaj na siebie. 
Christine musiała zaczerpnąć kilka głębokich oddechów, by się 
uspokoić  i  wejść  do  matki  z  tym  samym  co  zwykle  pełnym 
otuchy uśmiechem. 
ROZDZIAŁ V 
W niedzielę rano Christine poczuła w końcu wyrzuty sumienia 
i zadzwoniła na policję. 
Okazało  się,  Ŝe  komisarz  Bakken  ma  właśnie  wolny  dzień. 
Mogła  się  oczywiście  tego  spodziewać,  ale  trudno  sobie 
wyobrazić, by ten człowiek miał jakiekolwiek Ŝycie prywatne. 
Przeciwnie,  moŜna  było  odnieść  wraŜenie,  Ŝe  mieszka  w 
komisariacie i wychodzi stamtąd tylko po to, by przeprowadzić 
jakieś dochodzenie. 
Christine  mimo  wszystko zostawiła dla niego  wiadomość.  Nic 
więcej  nie  mogła  zrobić,  a  poza  tym  i  tak  niewiele  by  to 
zmieniło. Wyjaśniła dyŜurnemu policjantowi, Ŝe wybiera się na 
wycieczkę  z  Harrym  Bergiem,  ale  nie  potrafi  powiedzieć 
dokąd.  Otrzymała  w  związku  z  tym  instrukcję,  Ŝeby  nakłoniła 
Harry'ego do wspólnego odwiedzenia pewnej gospody, leŜącej 
kilkadziesiąt kilometrów za miastem. 
– AleŜ to mi się nie uda – zaprotestowała. – Harry Berg nie jest 
typem człowieka, który pozwala innym decydować za siebie. Z 
pewnością ma juŜ swoje własne plany i nie zgodzi się na to, by 
zmieniać je w ostatniej chwili. 
– W  takim  razie  będzie  pani  musiała  zawiadomić  nas,  dokąd 
jedziecie – rzekł policjant. 
W  jaki  sposób  miała  to  zrobić?  Nie  wiedziała,  czego  od  niej 
oczekują. 
– Jestem  pewna,  Ŝe  dam  sobie  radę  sama  –  odpowiedziała.  – 
Chodzi  mi  o  wycieczkę  z  Hartym  Bergiem.  Co  prawda 
ostatnim razem zachowywał się nieprzyzwoicie, ale dałam mu 
do  zrozumienia,  Ŝe  nie  aprobuję  takiego  postępowania.  Na 
pewno wszystko będzie dobrze. 
Ostatnie  słowa  wypowiedziała  dość  dziarskim  tonem, 
poniewaŜ  czuła  się  w  miarę  pewnie  przed  czekającą  ją 
przejaŜdŜką. 
Tym  razem  przynajmniej  na  policji  nie  zbyto  jej  byle  czym. 
Okazali  nawet  pewne  zainteresowanie  jej  wspólną  wyprawą  z 
Hartym Bergiem. MoŜe to tylko komisarz Bakken zachowywał 
się z taką nieznośną obojętnością? 

background image

Na  pewno  sama  da  sobie  radę  z  tym  oszustem,  nawet  jeŜeli  z 
całych  sił  będzie  się  starał  ją  usidlić.  Ubrana  odpowiednio,  z 
mocnym postanowie 
niem  działania,  Christine  oczekiwała  na  przyjazd  Harry'ego. 
Tym  razem  musi  sprowokować  rozstrzygające  przesilenie, 
gdyŜ nie miała juŜ siły kontynuować podwójnej gry. 
Podziękowała  policjantowi,  który  zaproponował,  Ŝe  przyśle 
pielęgniarkę.  Nie  było  jednak  takiej  potrzeby,  poniewaŜ 
sąsiadka była akurat w domu i mogła zająć się matką. 
Czas mijał, a Harry nie przyjeŜdŜał. Christine nie 
znała  ani  jego  adresu,  ani  telefonu,  a  zresztą  nie  miała 
najmniejszej ochoty go szukać. 
W  miarę  jak  mijały  godziny,  stawało  się  coraz  bardziej 
oczywiste, Ŝe  nie przyjedzie. Zastanawiając się  nad przyczyną 
takiego  stanu  rzeczy,  czuła  jednocześnie  ulgę  i  gniew.  Była 
pewna, Ŝe nie spodoba się to policji. 
Krótko  po  południu,  gdy  właśnie  przygotowywała  obiad, 
niespodziewaną wizytę złoŜył jej komisarz Bakken. 
– Kiedy ma przyjechać? – spytał od razu w drzwiach. 
– Harry  Berg?  Miał  tu  być  juŜ  dawno,  więc  pewnie  się  nie 
zjawi. Ale proszę wejść! 
Bakken  wszedł  do  pokoju  zdecydowanym  krokiem,  co 
Christine zdenerwowało, i połoŜył teczkę na krześle. 
– Nie zjawi się? Co chcesz przez to powiedzieć? Ach, tak, więc 
teraz  mówi  mi  po  imieniu,  pomyślała  Christine  z  goryczą.  W 
takim razie musi być bardzo rozgniewany. Poczuła, jak miękną 
jej nogi. 
– Właśnie... przygotowywałam obiad – wyjąkała niezręcznie. – 
MoŜe  zechciałby  pan...  moŜe  zechciałbyś  poczekać  parę 
minut? 
– Nie mam tyle czasu – odpowiedział pospiesznie. – JeŜeli nie 
masz nic przeciwko temu, to przejdę z tobą do kuchni. 
– Bardzo  proszę  –  powiedziała  zaskoczona,  pokazuj  ąc  mu 
drogę. 
– Dlaczego nic nie powiedziałaś, Ŝe masz się dzi 
siaj  spotkać  z  Harrym  Bergiem?  –  wybuchnął,  podąŜając  za 
nią. 
– Powiedziałam. 
– Tak, ale dopiero dzisiaj! Musiałaś wiedzieć o rym wcześniej. 
– To prawda, ale... 
Czekał  w  milczeniu,  patrząc,  jak  faszeruje  naleśniki  siekaną 
wędzoną szynką i pietruszką wymieszanymi ze śmietaną. 
– Ale co? – spytał w końcu. 
– Myślałam,  Ŝe  cię  to  nie  interesuje  –  wymamrotała  ze 
spuszczoną głową. 
– Co masz na myśli? 
– No,  ja...  To  zawsze  ja  muszę  wam  opowiadać  wszystko  o 
Hartym  Bergu  i  za  kaŜdym  razem  spotykam  się  z  tą  okropną 
obojętnością... 
Nie  odpowiedział  na  to.  Patrzył  tylko,  jak  zwija  kolejny 
naleśnik  i  układa  go  obok  pozostałych  w  Ŝaroodpornym 
naczyniu. 
– Wygląda  apetycznie  –  odezwał  się  w  końcu  z  wyczuwalną 
tęsknotą w głosie. 
– MoŜe  jednak  zostaniesz  na  obiedzie?  –  spytała  zachęcająco. 
Posypała naleśniki tartym serem, ułoŜyła na  wierzchu  kawałki 
masła  i  wstawiła  naczynie  do  piekarnika.  Pomyślała,  Ŝe  z 
trudem  przychodzi  jej  mówienie  po  imieniu  temu  pełnemu 
rezerwy  człowiekowi.  Wydawało  się  to  w  jakiś  sposób 
nieprzyzwoicie intymne. 

background image

Wydawało  się,  Ŝe  wyrazi  zgodę,  ale  odpowiedział:  –  Hmm, 
nie, dziękuję, przecieŜ nie mam czasu. 
– Rozumiem – odpowiedziała krótko. – Nie jadasz naleśników 
na słuŜbie. 
Do kuchni weszła matka Christine, witając komi 
sarza.  –  Czy  to  nie  wujek  Sverre?  –  zapytała  wesołym, 
dziecinnym głosem. 
– Nie,  mamo  –  powiedziała  Christine  ostroŜnie.  To  jest  John 
Bakken.  Przyszedł  porozmawiać  ze  mną.  –  Ach,  tak!  – 
zawołała matka z pełnym zrozumie 
nia  uśmiechem.  –  W  takim  razie  wrócę  do  siebie.  Drogi 
Johnie...  chyba  mogę  tak  do  ciebie  mówić?  Christine  nie  jest 
moŜe szczególnie majętna, ale ma złote serce. 
– Wiem  –  odpowiedział  Bakken  z  takim  ciepłem  w  głosie,  Ŝe 
głęboko  zakłopotana  Christine  nie  mogła  uwierzyć  własnym 
uszom. – MoŜe pani być dumna ze swojej córki, pani Lyngmo. 
Matka  wyszła  ze  śmiechem,  który  bardziej  niŜ  wszystko  inne 
zdradzał  jej  sklerozę.  Zmęczona  Christine  zaproponowała,  by 
przeszli z powrotem do jadalni i usiedli wygodnie. 
Bakken nie skorzystał z zaproszenia. 
– Nie odpowiedziałaś mi jeszcze na jedno z moich pytań. Co to 
ma znaczyć, Ŝe Harry Berg nie przyjedzie? 
ZnuŜona odgarnęła włosy z czoła. 
– Przypuszczam, Ŝe popełniłam błąd. – Jak to? 
Wzruszyła bezradnie ramionami. – Spłoszyłam go. 
Twarz Bakkena przybrała surowy wyraz. 
– Spłoszyłaś go? Zdradziłaś mu nasze plany? 
– Nie!  Nie!  Ale...  Dobrze,  niech  się  dzieje,  co  chce.  MoŜesz 
być  na  mnie  zły,  ale  nie  mogłam  juŜ  tego  dłuŜej  wytrzymać. 
Jego ręce były po prostu wszędzie! 
– Co  takiego?  Aha,  policjant,  którego  zostawiłem  tu  na 
posterunku,  mówił  mi,  Ŝe  miałaś  pewne  kłopoty  z  pozbyciem 
się  Berga,  więc  wymyśłił  tę  historię  z  nieprawidłowym 
parkowaniem.  Nic  jednak  nie  wspominał...  A  więc  Berg  cię 
napastował? 
Christine miała ochotę się rozpłakać. 
– Tak. Jak daleko miałam się twoim zdaniem posunąć? Nic się 
juŜ nie da zrobić, jeśli go spłoszyłam i wszystko zepsułam, ale 
nie mogłam iść z nim do łóŜka. 
– Nie,  tego  by  tylko  brakowało  –  powiedział  Bakken 
wstrząśnięty.  –  Nigdy  nawet  nie  przyszło  mi  do  głowy,  Ŝeby 
miało się to potoczyć w ten sposób. Szczególnie, Ŝe... 
Przerwał nagle. 
– Co  chciałeś  powiedzieć?  –  spytała,  czując,  Ŝe  milczenie 
nazbyt się przedłuŜa. 
Było widać, Ŝe Bakken czuje się niezręcznie. 
– Panno  Lyngmo...  To  znaczy  Christine.  Sprawy  przybrały 
powaŜny obrót. 
– Jak to? 
Usiadła  na  krześle,  splatając  dłonie  na  kolanach.  –  Tak  – 
odrzekł Bakken. – Zajęliśmy się nieco bliŜej pierwszą „ofiarą” 
Harry'ego Berga. Wiesz, tą, 
która zmarła, zapisując mu cały swój majątek. – Pamiętam. 
Pochylił się w jej kierunku. 
– Okazało  się,  Ŝe  była  dość  niezdecydowana  w  sprawie 
testamentu.  Najwyraźniej  tuŜ  przed  śmiercią  chciała  znów  go 
zmienić.  Poza  tym  sama  jej  śmierć  nie  jest  do  końca 
wyjaśniona.  To  mogło  być  morderstwo.  Harry  Berg  jest 
bardziej niebezpieczny, niŜ sądziliśmy. 

background image

Christine  zaschło  w  gardle  z  wraŜenia.  –  A  więc  byłam 
przynętą dla mordercy? 
– Nie  mieliśmy  najmniejszego  pojęcia,  Ŝe  sprawa  jest  tak 
powaŜna. Całe szczęście, Ŝe nie zjawił się tu dzisiaj. Gdybyś z 
nim pojechała, nie moglibyśmy was śledzić. 
– Coś  mi  się  zdaje,  Ŝe  podziękuję  za  dalszą  współpracę. 
Morderca i gwałciciel to dla mnie za wiele. 
– Musisz nam jeszcze trochę pomóc. 
– W  jaki  sposób?  Co  mam  zrobić?  Macie  zamiar  przywiązać 
mnie do pala i czekać w ukryciu na potwora? 
– Nie, 

nie 

narazimy 

cię 

juŜ 

oczywiście 

na 

Ŝ

adne 

niebezpieczeństwo – powiedział Bakken niecierpliwie. Chodzi 
tylko  o  to,  abyś  pomogła  nam  dotrzeć  do  Berga,  a  my 
załatwimy  resztę.  Skontaktujemy  się  z  panią  Melander, 
poprosimy,  by  go  zidentyfikowała  i  tak  dałej.  Gdzie  on 
mieszka? Jaki jest jego telefon? 
– Nie mam pojęcia. 
– A numer rejestracyjny samochodu? 
Zastanowiła się przez chwilę. 
– Wydaje mi się, Ŝe widziałam dwójkę. 
– Dziękuję – powiedział zgryźliwie. – Mogłaś przynajmniej to 
zapamiętać. 
Christine  była  zła  na  siebie,  szczególnie  Ŝe  miał  rację.  Jeśli 
chodzi  o  samochody,  była  typową  pozbawioną  zmysłu 
technicznego  kobietą.  Samochód  stanowił  dla  niej  coś,  co  ma 
cztery  koła.  Jedyna  rzecz,  na  którą  zwróciła  uwagę,  to  kolor. 
Marki i modele samochodów były dla niej czymś najzupełniej 
obcym. 
– No,  słucham?  Jaki  kolor?  –  spytał  zrezygnowany.  – 
Czerwony – wypaliła. 
– Serdeczne  dzięki.  Czy  miałaś  się  z  nim  znów  spotkać,  to 
znaczy nie licząc dzisiejszego dnia? 
– Nie, poza dzisiejszą wycieczką nie  uzgodniliśmy  nic  więcej. 
To  wszystko  dlatego,  Ŝe  zrobił  się  napastliwy.  Nie  mówił  juŜ 
później  o  Ŝadnym  innym  spotkaniu,  a  ja  myślałam  jedynie  o 
tym, jak się od niego uwolnić i wydostać się z tego okropnego 
samochodu. 
– Samochód chyba nie był okropny? 
– Nie,  ale  on  tak.  Po  co  tracimy  czas,  opowiadając  sobie  te 
bzdury  –  rzuciła  cierpko,  zdając  sobie  sprawę,  Ŝe  draŜni 
policjanta.  WciąŜ  jednak  zbierało  się  jej  na  płacz.  Niemal 
dosłownie czuła cięŜar, jaki spoczywał  na jej barkach, jeszcze 
bardziej  osamotniona  niŜ  kiedykolwiek  przedtem.  –  Jakie  to 
teraz  ma  znaczenie?  PrzecieŜ  on  się  nie  zjawił,  a  ja  nie  dając 
się uwieść zachowałam się nielojalnie... 
– Przestań! – przerwał jej ostro. 
Przestraszona Christine umilkła. Bakken zmarszczył brwi. 
– Czy  moŜe istnieć jakiś inny powód tego, Ŝe się nie pojawił? 
Czy mógł nabrać jakichś podejrzeń? A moŜe dowiedział się, Ŝe 
twoje  konto  bankowe  było  fikcyjne?  Posłuchaj,  w  jaki 
właściwie sposób zachowywałaś się w tej całej sprawie? 
Czuła,  jak  łzy  napływają  jej  do  oczu,  lecz  ciągle  jeszcze 
próbowała je powstrzymywać. 
– Nie  wiem.  Starałam  się,  jak  tylko  mogłam...  Zadzwonił 
telefon. Christine aŜ podskoczyła. 
– To  na  pewno  Reidar  Lie  –  powiedziała  z  pewną  ulgą  w 
głosie. – Miał zadzwonić. 
– Nadal się z nim widujesz? – zapytał Bakken uszczypliwie. – 
Spytaj go w takim razie o adres Harry'ego Berga. 

background image

Po  wszystkich  wymówkach,  j  akie  usłyszała  od  Bakkena, 
przyjazny  głos  Reidara  wydał  jej  się  wspaniały.  –  Cześć, 
Christine! Cudownie, Ŝe jesteś juŜ w domu. Jak poszło? 
Bakken  oddalił  się  w  kierunku  okna,  wiedziała  jednak,  Ŝe  z 
uwagą przysłuchuje się ich rozmowie. 
– Nie przyjechał – odpowiedziała krótko. 
Przez  dłuŜszą  chwilę  Reidar  nie  mówił  ani  słowa.  –  To 
niedobrze. Przepraszam. 
Christine  zaczęła  domyślać  się  najgorszego.  –  Za  co 
przepraszasz? 
– Najwyraźniej  zrobiłem  coś  bardzo  głupiego.  Pojechałem  do 
niego wczoraj wieczorem. Sama rozu 
miesz,  twoja  opowieść  tak  mną  wstrząsnęła,  Ŝe  musiałem  go 
przyprzeć do muru. 
– Och, Reidarze! – zawołała zrozpaczona. – Jak mogłeś? 
– Oczywiście  zaprzeczył,  jakoby  znał  jakąś  Ellem  i 
zdenerwował  się  co  najmniej  tak  jak  ja.  W  końcu  wyrzucił 
mnie  za  drzwi,  więc  nasza  znajomość  jest  juŜ  skończoną. 
Chodziło mi tylko o ciebie, Christine... 
– Poczekaj chwileczkę, Reidarze. Muszę tylko zajrzeć do matki 
– skłamała. 
Zakryła dłonią słuchawkę i odwróciła się do Bakkena. 
– To  on  spłoszył  zwierzynę  –  szepnęła.  –  To  nie  ja,  to  on 
wystraszył Harry'ego Berga. Nie miał złych intencji, ale... 
– Co za idiota! – wybuchnął Bakken. – Jak to się stało? 
Christine  słowo  po  słowie  powtórzyła  mu  rozmowę  z 
Reidarem.  Wyraz  twarzy  Bakkena  stawał  się  coraz  bardziej 
ponury. 
– Czy mogę z nim porozmawiać? 
Był  to  właściwie  rozkaz,  a  nie  pytanie.  Zanim  zdąŜyła 
zaprotestować,  wyrwał  jej  słuchawkę.  To,  co  później 
powiedział,  stanowiło  najostrzejszą  naganę,  jaką  słyszała  w 
Ŝ

yciu.  Bakkenowi  twarz  wprost  zbielała  ze  złości.  Cała 

sympatia Christine była po stronie Reidara. 
To oczywiste, Ŝe w ten sposób Bakken ujawnia jej współpracę 
z  policją.  śałowała  trochę,  Ŝe  okłamała  Reidara.  Jednocześnie 
miała nadzieję, Ŝe zro 
zumie,  iŜ  musiała  milczeć.  Rozgoryczenie  i  złość  Bakkena 
wyraźnie  dowodziły,  Ŝe  w  sprawie  Harry'ego  Berga  powinna 
była w ogóle trzymać język za zębami. 
– MoŜe  więc  teraz  rozumiesz,  Ŝe  z  Harrym  Bergiem  to  nie 
przelewki – dobiegły ją słowa Bakkena skierowane do Reidara. 
–  Powiedziałeś  mu  nawet,  Ŝe  panna  Lyngmo  zna  jego 
przeszłość.  Naraziłeś  ją  na~  śmiertelne  niebezpieczeństwo, 
rozumiesz?  Nie  ma  moŜliwości,  by  przez  okrągłą  dobę 
pilnował jej policjant. 
Myślał  tylko  o  tym,  Ŝe  przysporzyła  policji  pracy.  Komisarz 
krzyczał dalej: 
– Tak,  przecieŜ  Harry  Berg  nie  wie,  Ŝe  w  sprawę  wmieszana 
jest  policja!  Myśli,  Ŝe  panna  Lyngmo  prowadzi  śledztwo  na 
własną  rękę  i  dlatego  będzie  łatwo  ją  dosięgnąć.  MoŜesz  mi 
wierzyć, Ŝe Harry Berg nie ma najmniejszych skrupułów. 
Nie  słyszała  długiej  odpowiedzi  Reidara,  ale  następne  słowa 
Bakken wyrzekł juŜ nieco mniej agresywnym tonem: 
– Oczywiście,  masz rację, Ŝe  dziś  mu się  wymknęła, ale nie o 
to tu chodzi. 
Reidar  mówił  dalej.  Christine  stała  z  boku,  przyglądając  się 
nieprzeniknionej  twarzy  Bakkena.  Złapała  się  na  myśli,  Ŝe 
chciałaby, by był on nieco bardziej ludzki. Gdyby darzył kogoś 

background image

cieplejszym  uczuciem,  stałby  się  o  wiele  lepszy,  a  jego 
wybranka byłaby szczęśliwą kobietą. 
Co to za szalone pomysły? Nie mogę przecieŜ 
zmieniać w człowieka kaŜdej zimnej ryby. Nie jestem Ŝadnym 
reformatorem świata. 
Wyglądało  na  to,  Ŝe  argumenty  Reidara  ułagodziły  Bakkena. 
Rzucił jeszcze kilka krótkich odpowiedzi, po czym wybuchnął 
ponownie: 
– Dobrze, ale wtedy osobiście będziesz odpowiadał za to, Ŝeby 
nic się nie stało. A jeśli mówię nic, to mam na myśli wszystko! 
Rozumiesz? 
Odpowiedź  Reidara  najwyraźniej  go  uspokoiła.  OdłoŜył 
słuchawkę, nie pozwalając jej kontynuować rozmowy. 
– Lie zaraz tu będzie – powiedział krótko. – Zaproponował, Ŝe 
zabierźe  cię  na  kilka  dni  na  północ.  Do  czasu,  aŜ  złapiemy 
Harry ego Berga, zamieszkacie w letnim domku, naleŜącym do 
kogoś z jego rodziny. Nie będziecie tam sami, jeśli masz jakieś 
skrupuły natury moralnej... 
– Ale moja matka... 
– Nie mogę na tak długo przysłać tu pielęgniarki policyjnej, ale 
załatwię  dla  niej  opiekunkę.  Nic  się  nie  bój.  Reidar  dał  mi 
słowo  honoru,  Ŝe  cię  w  Ŝaden  sposób  nie  skrzywdzi.  W 
przeciwnym razie nie zgodziłbym się na jego propozycję. 
Skąd  moŜesz  wiedzieć,  jak  to  jest,  kiedy  się  kogoś  kocha,  ty 
stary  nudziarzu,  pomyślała  lekcewaŜąco.  –  Pojadę,  skoro 
uwaŜasz, Ŝe to konieczne – westchnęła udając obojętność. 
W głębi duszy szalała jednak z radości. Reidar! Reidar się nią 
zaopiekuje. Niestety Bakken zakłócił ten cudowny nastrój. 
– Tak,  myślę,  Ŝe  to  konieczne.  W  tej  chwili  stałaś  się 
zagroŜeniem dla Harry ego Berga. Nigdy przedtem  nie bał się 
uwiedzionych  przez  siebie  kobiet,  były  przecieŜ  w  nim 
zakochane.  Ty  jednak  przejrzałaś  go  na  wylot.  Musisz  przy 
tym pamiętać, Ŝe on  nie  wie  o twoich powiązaniach z policją. 
Myśli,  Ŝe  działasz  w  pojedynkę.  Jest  przekonany,  Ŝe  chce  go 
osaczyć  głupia  kobieta,  musi  więc  uderzyć  szybko,  zanim 
skontaktujesz  się  z  nami.  Z  tego,  co  wiemy  w  tej  chwili, 
wynika,  Ŝe  juŜ  kiedyś  zamordował.  Christine  przeszedł  zimny 
dreszcz. 
– A Reidar? Czy Harry Berg nie boi się równieŜ jego? 
– MoŜliwe  –  odpowiedział  obojętnie  komisarz  Bakken.  –  W 
kaŜdym razie Lie równieŜ będzie bezpieczny, razem z tobą. 
Szczerze mówiąc, Christine poczuła ulgę, Ŝe moŜe zostawić to 
wszystko za sobą. Razem z Reidarem... 
Nie  moŜna  było  dłuŜej  temu  zaprzeczać.  Chyba  się  w  nim 
zakochała. 
– Przygotuj  się  –  powiedział  Bakken.  –  A  ja  tymczasem 
zadzwonię. Muszę załatwić kilka spraw. 
– Oczywiście, dzwoń. 
Christine  poszła  do  swojej  sypialni  i  drŜącymi  rękami  zaczęła 
się pakować. 
Jej  najlepsza  bluzka  była  brudna.  Do  licha!  No,  ale  mogła 
przecieŜ  wziąć...  No  właśnie...  Zdenerwowana,  a  zarazem 
radośnie oŜywiona 
biegała w tę i z powrotem wyjmując kolejne sukien 
ki  i  odwieszając  je  znowu  do  szafy.  Nie  mogła  się  na  nic 
zdecydować. 
W  końcu  jednak  znalazła  odpowiednie  ubrania.  Nagle  stanęła 
zadumana,  trzymając  w  rękach  swoją  najlepszą  koronkową 
koszulę  nocną.  Błądząc  myślami  zupełnie  gdzie  indziej, 
pogładziła dłonią miękką jak jedwab tkaninę. 

background image

Nie  mogła  juŜ  dłuŜej  się  oszukiwać.  Sprawy  między  nią  a 
Reidarem rozwijały się w takim kierunku, Ŝe tam na miejscu, w 
jego letnim domku, na nic się nie zdadzą wszelkie przyzwoitki. 
Doszła  właśnie  do  punktu  zwrotnego  w  swoim  samotnym 
Ŝ

yciu. 

ZauwaŜyła to u Reidara ostatnim razem. Widziała, co kryje się 
w  spojrzeniu  jego  niebieskich  oczu.  Dlaczego  się  jeszcze 
wahała?  Miała  przecieŜ  trzydzieści  dwa  lata,  nie  była  więc 
małą  dziewczynką,  którą  trzeba  chronić.  Czy  nie  tęskniła  za 
tym  przez  długie,  długie  lata?  Za  tym,  by  naleŜeć  do  jakiegoś 
męŜczyzny,  by  dawać  mu  miłość  i  przyjmować  od  niego  jego 
ciepło, wyznania i czułość? 
Strach,  jaki  ogarnął  ją  w  tym  momencie,  był  doprawdy 
niemądry. 
ChociaŜ był teŜ chyba naturalny. Im dłuŜej się  w Ŝyciu czeka, 
tym  trudniej  przychodzi  zrobienie  pierwszego  kroku  w  jego 
nieznane,  a  zarazem  kuszące  rejony.  Tak  bardzo  przecieŜ 
chciała  przeŜyć  jedność  z  drugim  człowiekiem,  wzajemne 
zaufanie  i  przynaleŜność,  móc  porozmawiać  o  wszystkim,  co 
tak długo tłumiła w swoim sercu, o wszystkich swo 
ich refleksjach i przemyśleniach na temat Ŝycia, o ludziach i o 
banalnych sprawach dnia codziennego. 
Reidar.  Ten  wspaniały,  pełen  chłopięcego  uroku  męŜczyzna, 
który ją tak bardzo pociągał. Którego tak bardzo lubiła... 
Dopiero  teraz  Christine  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  jak 
bezgranicznie  samotna  była  przez  całe  swoje  dorosłe  Ŝycie. 
Nigdy nie pracowała poza domem, nie spotykała kolegów, nie 
miała nikogo, z kim mogłaby podyskutować. Brakło jej nawet 
odwagi,  by  udać  się  do  biura  pomocy  społecznej  i  poprosić  o 
pomoc  finansową,  którą  mogłaby  przecieŜ  otrzymać  jako 
nigdzie  nie  zatrudniona  córka  opiekująca  się  chorymi 
rodzicami.  Nie  wierzyła,  by  mogło  ją  tam  spotkać  coś  więcej 
niŜ  tylko  pełne  pogardy  ofuknięcie.  Wydawało  jej  się,  Ŝe 
wezmą ją tam za osobę uchylającą się od pracy i stwierdzą, Ŝe 
nie  będą  jej  płacić  za  bezczynne  siedzenie  w  domu.  Christine 
miała o sobie bardzo niskie mniemanie, typowe dla kogoś, kto 
nigdy nie spotyka się z innymi. 
Nagle przypomniała sobie o naleśnikach w piekarniku. Rzuciła 
się  w  kierunku  kuchni  i  zdąŜyła  wyjąć  je  jeszcze  w  dość 
dobrym  stanie.  Po  odcięciu  przypalonych  brzegów  będzie 
mogła...  Skupiła  się  na  nieudanym  obiedzie,  myśląc  z 
rozŜaleniem  tylko  o  tym,  Ŝe  matka  będzie  musiała  zjeść  takie 
przypalone  danie,  jakby  był  to  w  tej  chwili  najwaŜniejszy 
problem. 
Wiedziała jednak, Ŝe nie naleśniki są istotne. Dawały jej w tej 
chwili jedynie pretekst do wyraŜe 
nia  strachu,  dręczących  ją  rozterek  oraz  gniewu  na  Harry'ego 
Berga  i  na  tę  pozbawioną  wszelkich  uczuć  jaszczurkę, 
komisarza Bakkena. 
Porównała  go  juŜ  do  tej  pory  do  wielu  najróŜniejszych 
zwierząt,  wszystkie  jednak  były  równie  zimne  i  równie 
nieprzystępne. 
Nieoczekiwanie  usłyszała  jakieś  głosy  dobiegające  z  pokoju. 
CzyŜby to pielęgniarka? 
Niestety, to tylko matka rozmawiała z Bakkenem. Christine nie 
była  z  tego  powodu  zbyt  szczęśliwa,  poniewaŜ  nie  wiedziała, 
jak moŜe potoczyć się ta rozmowa. 
Wyglądało  jednak  na  to,  Ŝe  wszystko  idzie  dobrze.  Głos 
Bakkena  brzmiał  bardzo  przyjaźnie.  Najwyraźniej  komisarz 

background image

bardzo dobrze rozumiał całą sytuację i potrafił jej sprostać! Nie 
najgorzej, pomyślała Christine z uznaniem. 
Matka  miała  zamiar  wybrać  się  na  wycieczkę  rowerową,  lecz 
Bakken  powiedział  jej,  Ŝe  spodziewana  jest  zmiana  pogody 
oraz  burze,  więc  zdecydowanie  doradza  jej  zmianę  planów. 
Matka zgodziła się z nim. 
Kiedy  jednak  zaczęli  rozmawiać  o  Christine,  o  tym,  jakim 
wspaniałym  jest  człowiekiem,  dziewczyna  zdecydowała,  Ŝe 
musi im przerwać, poniewaŜ nie chciała słuchać takich rzeczy. 
W  tym  samym  momencie  zjawiła  się  pielęgniarka.  Christine 
udzieliła  jej  wszystkich  niezbędnych  wskazówek,  a  następnie, 
najlepiej  jak  potrafiła,  wyjaśniła  matce,  Ŝe  musi  wyjechać  na 
kilka dni, nie 
wspominając rzecz jasna ani słowem o policji i przestępcach. 
Niedługo  potem  zjawił  się  Reidar  Lie.  Christine  odczuła  ulgę, 
mając  w  pobliŜu  kogoś,  kto  przyjmie  na  siebie  choć  część 
wyrzutów 

Bakkena. 

Wysłuchując 

powtórnie 

gorzkich 

wymówek komisarza na temat ich zbyt długich języków, oboje 
czuli  się  jak  dwie  bardzo  czarne  owce.  Siląc  się  na  wesołość, 
Christine  przedstawiła  ich  sobie  nawzajem.  Bakken  jednak 
zachowywał się w stosunku do Reidara z duŜą rezerwą. 
Na  szczęście  pielęgniarka  zabrała  juŜ  matkę  do  jej  sypialni, 
obyło  się  więc  bez  zbędnych  świadków.  Podczas  gdy  Bakken 
jeszcze dokądś dzwonił, 
Christine udało się w przedpokoju zostać przez chwilę sam na 
sam z Reidarem. 
– Boisz  się?  –  spytał  Reidar  cichym  głosem,  uśmiechając  się 
przy tym. 
Starała się opanować drŜenie dłoni. 
– Teraz juŜ nie – odpowiedziała nieśmiało i spojrzała na niego 
płomiennym wzrokiem. Lampa wisząca pod sufitem oświetliła 
jego jasne włosy, czyniąc go tak pociągającym, Ŝe Christine aŜ 
zadrŜała. 
– Doprawdy, Reidarze, musiałeś się bardzo duŜo opalać. Twoje 
włosy są o wiele ciemniejsze w miejscach, gdzie nie dochodzi 
słońce. 
– To przez to oświetlenie – zaśmiał się. – W świetle dziennym 
nie widać Ŝadnej róŜnicy. Ale rzeczywiście uwielbiam leŜeć na 
zalanej  słońcem  plaŜy  i  często  wyjeŜdŜam  na  południe.  Czuję 
się tam jak w domu. 
Christine poczuła się nieco przygnębiona. 
– Byłam  tam  tylko  raz  i  chyba  nie  pojadę  ponownie  w 
najbliŜszych latach. 
– Moglibyśmy  to  jakoś  załatwić.  –  Reidar  spowaŜniał.  – 
Christine, ja... 
– Tak? 
– Nie, nic takiego. 
– AleŜ tak! Powiedz mi. 
Właśnie  w  tej  chwili  potrzebowała  wsparcia  duchowego, 
szczególnie w postaci wypowiedzianych przez niego pięknych 
słów. 
Pogładził ja lekko po włosach. 
– Nie teraz. W tej chwili niech nam wystarczy, Ŝe... bąrdzo cię 
lubię. 
– To wystarczy – wyszeptała bez tchu. 
Czego się wcześniej bała? Reidar i ona naleŜeli do siebie. 
Bakken  ze  swoimi  cierpkimi  uwagami  mógł  sobie  iść  gdzie 
pieprz  rośnie.  Miała  przecieŜ  Reidara  i  czuła,  Ŝe  pragnie 
odmiany.  Wybierali  się  do  domku  letniego  i  mieli  tam  zostać 

background image

razem  przez  wiele  dni.  Wszystko  mogło  się  tam  wydarzyć
Wszystko! 
OstroŜnie wytarła spocone dłonie ręcznikiem. 
ROZDZIAŁ VI 
Torba  Christine  została  umieszczona  w  bagaŜniku  samochodu 
Bakkena,  po  czym  wyruszyli  w  drogę.  Christine  siedziała  na 
tylnym  siedzeniu,  przysłuchując  się,  jak  komisarz  wypytuje 
Reidara  o  jego  znajomość  z  Harrym  Bergiem.  Reidar  znał 
adres Harry'ego. 
Nagły  przypływ  odwagi  niespodziewanie  minął.  Christine 
czuła się teraz jak lekko podstarzała stara panna, wstępująca w 
swoje  pierwsze  łoŜe  miłości.  Miała  wraŜenie,  jakby  była  w 
drodze na szafot. 
Gdy  znaleźli  się  przed  staromodnym  pensjonatem  średniej 
klasy,  Reidar  zarządził  przystanek.  Jak  na  playboya  i 
uwodziciela kobiet w wielkim stylu, Harry Berg mieszkał dość 
skromnie.  ChociaŜ  z  drugiej  strony  stanowiło  to  element  jego 
wizerunku: miał przecieŜ uchodzić za niezbyt zamoŜnego. 
Odszukali  w  końcu  jego  pokój,  który  okazał  się  rzecz  j  asna 
pusty.  Nie  było  tam  centralnego  ogrzewania,  a  jedynie  piec. 
Jak przystało na drobiazgowego policjanta, Bakken przeszukał 
popiół w palenisku. 
Usmolonymi sadzą palcami udało mu się wy 
ciągnąć kawałek koperty. Nadal jeszcze widoczne były na nim 
słowa: „...estante, Oslo 1”. 
– Czy  to  twoje  pismo?  –  zwrócił  się  do  Christine.  Skinęła 
twierdząco  głową  i  podała  mu  chusteczkę.  Bakken 
podziękował automatycznie i wytarł palce. 
– Czy  znasz  numer  rejestracyjny  jego  samochodu?  –  spytał 
Reidara. 
– Nie,  nie  miałem  Ŝadnego  powodu,  by  go  zapamiętywać  – 
odrzekł Reidar tonem dziecka, które wie, Ŝe czeka je lanie. 
Bakken poruszył ustami, lecz na szczęście nie zrozumieli tego, 
co  zamruczał  pod  nosem.  Reidar  zaproponował,  Ŝe  wypyta 
właścicieli pensjonatu. 
Wróciwszy  po  krótkim  czasie,  zdał  im  sprawę  z  tego,  czego 
udało mu się dowiedzieć. 
– Właścicielka  była  jedynie  w  stanie  powiedzieć,  Ŝe 
wyprowadził się wczorajszego wieczoru. Nie moŜe stwierdzić, 
czy  się  bardzo  spieszył,  poniewaŜ  dowiedziała  się  o  jego 
wyjeździe dopiero po fakcie. 
– To  wszystko  przez  ten  twój  idiotyczny  pomysł,  by  go 
przycisnąć do muru, Lie – stwierdził komisarz Bakken zimnym 
jak  lód  głosem.  –  Mogliśmy  juŜ  go  mieć.  Ty,  Christine,  nie 
byłaś  wiele  lepsza.  Następnym  razem,  gdy  będziesz  chciała 
sobie ulŜyć, nieco staranniej wybieraj adresata. 
Ani  Christine,  ani  Reidar  nie  mieli  nic  do  powiedzenia  na 
swoją obronę. Dziewczyna wspomniała juŜ wcześniej, Ŝe czuła 
się opuszczona przez policję, i nie miała zamiaru wracać do tej 
sprawy. 
Z pensjonatu udali się do wypoŜyczalni, gdzie Re 
idar  wynajął  samochód.  Wszystko  było  więc  gotowe  do 
wyjazdu.  W  momencie  gdy  Christine  miała  juŜ  wsiadać  do 
wozu,  poczuła,  Ŝe  Bakken  chwyta  ją  za  rękę.  Zdziwiona 
odwróciła się w jego kierunku. 
Jego twarz była jeszcze bardziej bez wyrazu niŜ zwykle. 
– Bądź  rozwaŜna,  Christine.  Zastanów  się  zawsze,  zanim 
zrobisz cokolwiek. 
– PrzecieŜ tak postępuję – odpowiedziała zaskoczona. – Zdaję 
sobie sprawę, Ŝe nie złapaliśmy jeszcze Harry'ego Berga. 

background image

Mogła  mu  oczywiście  obiecać  ostroŜność  w  tej  sprawie, 
natomiast  jeŜeli  chodzi  o  jej  Ŝycie  prywatne,  nie  miał  nic  do 
powiedzenia. 
Wydawało  się,  Ŝe  Bakken  chce  jeszcze  coś  dodać,  lecz  w 
ostatniej  chwili  zrezygnował.  PoŜegnał  ich  przesadnie 
obojętnym  ruchem  ręki,  po  czym  odjechał  w  kierunku 
komisariatu,  a  Reidar  i  Christine  ruszyli  w  stronę  wyjazdu  z 
miasta. 
Był  to  jeden  z  tych  deszczowych  wieczorów,  gdy  wszystko 
odbija  się  w  mokrym  asfalcie,  a  krople  tłuką  o  szybę 
samochodu.  Christine  siedziała  jak  na  szpilkach,  zaciskając 
nerwowo dłonie na kolanach. Z chwilą gdy znalazła się sam na 
sam  ze  swoim  uwielbianym  Reidarem,  straciła  wszelką 
pewność siebie. 
ZdąŜyła  juŜ  dawno  zapomnieć  o  Hartym  Bergu  i  w  tej  chwili 
dręczyły ją tylko problemy natury osobistej. 
W jaki sposób sobie z tym wszystkim poradzi? PrzecieŜ Ŝaden 
męŜczyzna  nigdy  jej  nawet  nie  pocałował.  ChociaŜ  tak,  w 
wieku  dziesięciu  czy  dwunastu  lat  była  kiedyś  na  szkolnej 
zabawie.  Bawili  się  wtedy  w  chowanego  i  jeden  z  chłopców 
pocałował ją ukradkiem. Nie pamiętała zbyt dokładnie, ale ten 
pocałunek nie wywarł na niej większego wraŜenia. 
Od tamtej pory była zawsze przywiązana do domu. 
Co za straszne słowa: przywiązana do domu. Kochała przecieŜ 
oboje rodziców. To nie ich wina, Ŝe dosięgnął ich zły los. 
Wycieczka  do  Hiszpanii?  Czy  nie  wiązała  z  nią  ukrytych 
nadziei  i  tęsknot?  Musiała  szczerze  przyznać,  Ŝe  chyba  tak. 
JednakŜe  męŜczyźni,  jakich  się  spotyka  przy  tego  rodzaju 
okazjach,  rzadko  naleŜą  do  właściwej  kategorii.  Po  pierwsze, 
zawsze  jest  tam  więcej  kobiet,  które  zaciekle  walczą  o 
nielicznych  męŜczyzn.  Po  drugie,  ci  ostatni  doskonale  zdają 
sobie  z  tego  sprawę  i  wykorzystują  to.  Niejednokrotnie  są  to 
Ŝ

onaci  panowie  na  urlopie  bez  Ŝony  i  dzieci.  Z  kolei  ci 

nieŜonaci  traktują  romanse  jak  sport  i  korzystając  z  okazji 
zmieniają  kobiety  co  wieczór.  Natomiast  spokojni  i  przystojni 
trzymają  się  z  reBuły  na  uboczu,  chodzą  na  długie  samotne 
spacery  plaŜą,  zbierają  muszle  lub  przesiadują  samotnie  na 
swoich balkonach. 
Nie  moŜna  oczywiście  zapomnieć  o  pani  Mełander,  z  którą 
zupełnie  przypadkowo  przyszło  jej  dnielić  pokój.  Pani 
Melander gadała bez przerwy i wy 
ciągała  Christine  do  niezliczonych  nudnych  nocnych  klubów. 
Najczęściej  trafiała  tam  na  nieodpowiednich  męŜczyzn  i 
wracała  do  pokoju  dopiero  nad  ranem,  robiąc  Christine 
wyrzuty,  Ŝe  nie  chciała  wziąć  udziału  w  zabawie  lub  Ŝe  nie 
podobali się jej partnerzy, jakich znajdowała dla nich obu. 
Była to bardzo nieprzyjemna  wycieczka. Ani przez chwilę  nie 
udało  się  Christine  samotnie  pospacerować,  by  poznać  i 
nacieszyć  się  tamtejszym  nieznanym  i 

fascynującym 

otoczeniem.  MęŜczyźni?  Nie  zaprzątała  sobie  nimi  głowy 
nawet  przez  dziesiątą  część  spędzonego  tam  czasu.  Bardziej 
przemawiał  do  niej  egzotyczny  kraj  i  jego  mieszkańcy. 
Niestety,  nieustanna  gadanina  pani  Melander  stała  się  murem 
nie do pokonania. 
Christine  aŜ  podskoczyła,  gdy  w  pewnym  momencie  Reidar 
przerwał  ciszę  panującą  w  samochodzie.  Na  mijanej  właśnie 
tablicy odczytała, Ŝe są juŜ w Veitvedt. 
– Jedzie  za  nami  jakieś  czerwone  auto.  Odwróciła  się  szybko, 
ale dostrzegła tylko długi rząd rozmazanych świateł. 

background image

– Trzeci  wóz  za  nami  –  powiedział  Reidar.  –  Jest  tam  juŜ  od 
dłuŜszego czasu. 
– Czy sądzisz...? 
– Nie,  to  nieprawdopodobne.  Skąd  miałby  wiedzieć,  gdzie 
jesteśmy?  Nie  bój  się,  moja  droga,  w  Oslo  jest  mnóstwo 
czerwonych samochodów... 
Reidar,  pragnąc  dodać  Christine  otuchy,  połoŜył  dłoń  na  jej 
dłoni. Christine pomyślała, Ŝe Harry 
Berg  mógł  czekać  w  pobliŜu  pensjonatu,  pojechać  za  nimi  do 
wypoŜyczalni  samochodów,  a  następnie  śledzić  ich  w  drodze 
za miasto. 
Nie  była  to  przyjemna  myśl.  Dłoń  Reidara  nie  mogła  tu  nic 
pomóc. Niestety nie był komisarzem policji. W tym momencie 
Christine  wolałaby, Ŝeby siedział obok niej raczej ten chłodny 
Bakken. 
Co  za  głupie  myśli!  Miała  przecieŜ  przy  sobie  pełnego 
serdeczności Reidara, który poprosił o to, by mógł ją chronić. I 
który... ją kochał! 
Wydawało jej się bowiem, Ŝe tak jest naprawdę. Ta myśl była 
o wiele bardziej pocieszająca. 
– Widzisz  go  jeszcze?  –  spytała  Christine,  kiedy  zjeŜdŜali  z 
pasma wzniesień Glerrerasen. 
Reidar rzucił krótkie spojrzenie w lusterko wsteczne. 
– Przyczepił się do nas jak rzep. Chyba trochę przyspieszę. 
Christine  odwróciła  się  i  w  świetle  przydroŜnej  latarni 
dostrzegła czerwony odblask na karoserii jadącego tuŜ za nimi 
samochodu. 
– Nie  znam  się  zbyt  dobrze  na  samochodach  –  powiedziała  w 
zamyśleniu  –  ale  wydaje  mi  się,  Ŝe  ten  rzeczywiście 
przypomina samochód Harry'ego. 
– To  ten  sam  model  –  stwierdził  Reidar,  po  czym  wcisnął 
mocniej  pedał  gazu.  Wóz  skoczył  do  przodu,  rozpryskując 
kałuŜe wody na mokrym asfalcie. 
W normalnych warunkach nie lubiła szybkiej jazdy, lecz teraz 
pragnęła  jedynie  zgubić  ten  czerwony  samochód.  Rozsądek 
mówił jej, Ŝe to nie mógł 
być wóz Harry ego Berga, jednakŜe nie dało się zaprzeczyć, Ŝe 
ktokolwiek jechał za nimi, nie spuszczał z nich oka. 
W  zalegających  ciemnościach  przemknęli  przez  Nittedal. 
Christine  nie  mogła  pojąć,  w  jaki  sposób  Reidar  mógł  jechać 
tak szybko przy tak słabej widoczności. Na szczęście ruch był 
dość mały i z naprzeciwka nadjeŜdŜało niewiele aut. 
Po  pewnym  czasie  za  nimi  jechał  juŜ  tylko  jeden  samochód, 
ciągle ten sam. Został jednak nieco w tyle... 
– To  chyba  dość  często  spotykana  marka  –  odezwała  się 
Christine drŜącym głosem. – Chodzi mi o ten czerwony wóz. 
– Jasne – potwierdził Reidar z przesadnym oŜywieniem. – Nic 
się nie bój. 
Przez chwilę jechali w milczeniu. Puls i oddech Christine stały 
się  nienaturalnie  przyspieszone,  nie  chciała  jednak  okazywać 
Reidarowi  swojego  strachu.  Zupełnie  zapomniała  o  rodzących 
się  między  nimi  uczuciach  i  o  tym,  co  ją  czekało  na  miejscu. 
Opanował  ją  lęk  przed  bez  wątpienia  rozgniewanym,  a  być 
moŜe nawet Ŝądnym krwi Harrym Bergiem. 
Zabudowa  wzdłuŜ  drogi  stawała  się  coraz  rzadsza.  WjeŜdŜali 
na  porośnięte  lasami  wzniesienia.  W  końcu  Christine  nie 
wytrzymała napięcia. 
– Daleko jeszcze? – spytała najspokojniej jak potrafiła. 
– Nie. Niedługo będziemy na miejscu. Nie jest to 

background image

właściwie domek letni w pełnym tego słowa znaczeniu. Raczej 
stare  gospodarstwo.  NaleŜy  do  moich  krewnych,  którzy 
przenieśli  się  do  Oslo  ze  względu  na  to,  Ŝe  dom  leŜy  na 
odludziu.  Spędzają  tu  tylko  urlopy.  Za  tym  zakrętem  zaczyna 
się droga dojazdowa, przygotuj się! 
Christine  nie  wiedziała  co  prawda,  do  czego  ma  się 
przygotować,  ale  skinęła  głową,  zacisnęła  zęby  i  wcisnęła 
stopą  wyimaginowany  pedał  hamulca  znany  tym  wszystkim 
kobietom,  które  jeŜdŜą  samochodami  jedynie  w  charakterze 
pasaŜerek. 
Reidar  wszedł  w  zakręt  z  prędkością  dziewięćdziesięciu 
kilometrów na godzinę. Tak jej się przynajmniej wydawało, bo 
nie  miała  odwagi  spojrzeć  na  prędkościomierz.  Wjechali  na 
boczną  leśną  drogę.  Reidar  przyhamował  gwałtownie  i  zgasił 
wszystkie  światła.  Christine  próbowała  pozbierać  się  po  tym, 
jak  najpierw  została  rzucona  w  lewo,  a  następnie  w  kierunku 
przedniej  szyby.  Pasy  bezpieczeństwa  przytrzymały  ją  z  taką 
siłą, Ŝe aŜ krzyk 
w  nęła  z  bólu.  Wrzynały  się  w  jej  ramię,  oznaczało  to  jednak 
na  szczęście,  Ŝe  działają.  Zawsze  zastanawiała  się,  czy 
,rzeczywiście zdają egzamin w niebezpiecznej sytuacji. Dzięki 
swojemu bolesnemu doświadczeniu przekonała się teraz, Ŝe  w 
istocie tak było. 
Obejrzeli  się  za  siebie,  starając  się  przeniknąć  wzrokiem 
jesienne ciemności. 
Po  głównej  drodze,  z  której  właśnie  zjechali,  przemknął 
samochód, rozpryskując kałuŜe. 
– To on! – zawołał Reidar. – Nawet nie zwolnił. – Wspaniale! 
– odetchnęła z ulgą Christine. Udało nam się go zmylić. 
Próbowała się poczuć jak  słaba, bezbronna kobieta znajdująca 
się pod opieką silnego męŜczyzny. Niestety, nie bardzo jej się 
to  udawało.  Mimo  to  tęskniła  za  choćby  jednym  słowem 
miłości albo innym dowodem czułości ze strony Reidara. 
Mój 

BoŜe! 

pomyślała 

przeraŜeniem. 

Muszę 

być 

niesamowicie spragniona pieszczot i męskiego towarzystwa. A 
moŜe  potrzebuję  tylko  zrozumienia,  poczucia  wspólnoty? 
ChociaŜ właściwie to na jedno wychodzi. 
Nagle  Reidar  zatrzymał  samochód,  choć  nie  było  widać 
Ŝ

adnego domu. 

– No to jesteśmy na miejscu! 
WytęŜyła  wzrok,  by  zobaczyć  coś  w  nieprzeniknionych 
ciemnościach  i  rzęsistym  deszczu.  W  końcu  udało  jej  się 
dostrzec ścianę domu z połyskującymi ponuro szybami okien. 
– Najlepiej będzie, jeśli jak  najszybciej  przedostaniemy  się  do 
ś

rodka – powiedział, otwierając drzwiczki. 

Zimny wiatr uderzył deszczem w twarz Christine. Pochyliła się 
do przodu i wbiegła pospiesznie na werandę. Noc w sam raz na 
morderstwo,  przeleciało  jej  przez  głowę.  Szybko  jednak 
oddaliła od siebie tę niemądrą myśl. 
Ponownie  złapała  się  na  tym,  Ŝe  tęskni  za  chłodną 
rzeczowością Bakkena. Gdyby był w pobliŜu, 
czułaby  się  przynajmniej  bezpieczna.  Reidar  takŜe,  poniewaŜ 
pomimo  całego  swojego  uroku  był  prawie  tak  samo  bezradny 
jak ona. 
Chyba  jednak  oceniła  go  niesprawiedliwie.  Trudno  przecieŜ 
przewidzieć,  jak  zachowałby  się  w  sytuacji  krytycznej.  Nawet 
bezmyślny  człowiek  mógł  w  obliczu  niebezpieczeństwa 
wykazać się niespodziewaną energią i rozsądkiem. 
Z  drugiej  strony  nie  mogło  juŜ  chyba  być  mowy  o 
jakimkolwiek  zagroŜeniu.  Udało  im  się  zgubić  Harry'ego 

background image

Berga.  Byli  tu  bezpieczni,  mimo  Ŝe  dom  nie  wyglądał 
szczególnie zachęcająco. 
W  duŜym  budynku  najwyraźniej  nie  było  Ŝywej  duszy.  We 
wszystkich pomieszczeniach panowała ciemność, a po wejściu 
do  środka  wprost  czuło  się  atmosferę  nie  zamieszkanego 
domostwa. 
Na  szczęście  oświetlenie  elektryczne  działało,  więc  Christine 
mogła rozejrzeć się po pokojach. 
– PrzecieŜ tu nikogo nie ma! – zawołała do Reidara. – Czy nie 
miało tu być twoich krewnych? 
Jej  głos  zabrzmiał  głucho  w  ogromnym  domu,  odbijając  się 
echem o ściany. 
– Pewnie wrócili do miasta z powodu pogody dobiegł z salonu 
jego głos. 
Musieli  w  takim  razie  wyjechać  dawno,  pomyślała,  lecz  nie 
chcąc wyglądać na niezadowoloną, nie powiedziała ani słowa. 
– Czy  moŜesz  podać  mi  zapałki?  –  odezwał  się  Reidar,  gdy 
weszła  do  salonu.  –  Są  tam,  w  prawej  zewnętrznej  kieszeni 
nesesera. Muszę rozpalić ogień. 
Zanim  udało  jej  się  znaleźć  zapałki,  Christine  zmarnowała 
kilka  minut,  szukając  najpierw  w  niewłaściwej  kieszeni,  w 
której  był  tylko  tytoń,  plaster,  woda  utleniona,  maść  gojąca 
oraz przybory toaletowe. 
Gdy  w  końcu  Reidar  rozpalił  ogień  w  kominku,  wszystko 
wydało się mniej straszne. Podszedł do niej od tyłu i delikatnie 
pogładził ją po włosach. Christine zadrŜała. 
– Nie, nie, nic nie szkodzi... 
Bez słowa odwrócił ją twarzą do siebie. Otoczył ją ramionami i 
przyciągnął  do  siebie.  Zrobił  to  bardzo  delikatnie,  bez  cienia 
natarczywości.  W  końcu  zamarł  w  bezruchu,  trzymając  ją  w 
objęciach tak, jakby chciał przelać na nią swój spokój. 
A  więc  mimo  wszystko nie  myliła  się. Reidar  miał  w  sobie tę 
ukrytą, wywołującą poczucie bezpieczeństwa siłę. Jedynie przy 
patrzącym  na  wszystkich  z  góry  Bakkenie  wydawał  się  taki 
niedojrzały. 
– Christine,  wiesz o tym, Ŝe Ŝ j~wię do ciebie pewne  uczucia, 
prawda? – wyszeptał, biorąc jej twarz w swoje dłonie. 
Nie  była  w  stanie  spotkać  jego  wzroku,  gdyŜ  przed  oczami 
przelatywały  jej  barwne  plamy,  a  serce  biło  jak  oszalałe  z 
radości.  Nie  mogła  nawet  nic  odpowiedzieć.  Spróbowała  się 
odwrócić, lecz Reidar przytrzymał ją przy sobie. 
– Myślę, Ŝe wiesz o tym. I wydaje mi się, Ŝe ja równieŜ wiem o 
twoich  uczuciach  do  mnie.  Christine  skinęła  głową, 
spuszczając wzrok i czerwieniąc się na twarzy. 
– Zachowujesz  się  jak  szesnastolatka  –  roześmiał  się  czule.  – 
To bardzo wzruszające. Będę się o ciebie troszczyć. 
Nic nie mogła odpowiedzieć na te słowa. Być moŜe zrozumiał, 
jak trudne dla niej było to wszystko, bo puścił ją, rezygnując z 
pocałunku.  Fakt,  Ŝe  postanowił  poczekać,  dobrze  świadczył  o 
jego  takcie.  Christine  nie  była  w  tej  chwili  przygotowana  na 
więcej. 
– MoŜe  pójdziemy  do  kuchni  i  spróbujemy  znaleźć  coś  do 
jedzenia? – powiedział tonem, pełnym zrozumienia. 
– Tak  –  próbowała  odpowiedzieć  Christine,  ale  z  gardła 
wydobył jej się tylko zachrypnięty szept. Pół godziny później, 
około północy, gdy siedzie 
li przy kuchennym stole przy skromnej kolacji i przywiezionej 
butelce wina, Reidar uniósł nagle głowę. 
– Ciii! Czy to nie samochód? 

background image

Christine  zaczęła  intensywnie  nasłuchiwać,  ale  nie  usłyszała 
nic poza nieustającym stukaniem deszczu o szyby. 
– Nie, nic nie słyszę. 
Reidar  siedział  jeszcze  przez  chwilę  bez  ruchu  nastawiając 
uszu, po czym wyraźnie się uspokoił. 
– Nie,  chyba  jest  cicho.  Mógłbym  jednak  przysiąc,  Ŝe 
słyszałem odgłos silnika jakiegoś samochodu. 
– Czy  to  takie  nieprawdopodobne?  Są  tu  chyba  w  pobliŜu 
jakieś drogi. 
– Nie, nie ma. Mówiłem ci przecieŜ, Ŝe dom 
leŜy  na  odludziu.  JeŜeli  słychać  samochód,  to  znaczy,  Ŝe 
zmierza tutaj. 
– Myślisz,  Ŝe  mógł  odkryć  ślady  naszego  wozu  przy  wjeździe 
na leśną drogę? – spytała z obawą. 
– Hmm  –  odezwał  się  Reidar  po  dłuŜszej  chwili  mógł  się 
zorientować,  Ŝe  nie  jedziemy  juŜ  przed  nim.  Jeśli  zawrócił  i 
dobrze poszukał, to mógł znaleźć ślady. 
– Och, Reidarze, przeraŜasz mnie! 
– Christine,  zapominasz,  Ŝe  jesteś  tu  ze  mną.  Było  to  bardzo 
ładnie  powiedziane.  Nie  mogła  powstrzymać  się,  by  nie 
pochylić  się  ku  niemu  nad  stołem  i  nie  pogłaskać  go  z 
wdzięcznością  po  policzku.  Pomyślała,  Ŝe  moŜe  to  zrobić, 
szczególnie  po  tym,  jak  wspaniale  zachował  się  przed  chwilą. 
Policzek Reidara był bardzo szorstki w dotyku – tak jak wielu 
ciemnowłosych męŜczyzn musiał się najwyraźniej często golić. 
RównieŜ  i  ten  fakt  świadczył  o  tym,  Ŝe  jego  włosy  musiały 
mocno  zjaśnieć  od  południowego  słońca.  Słońce  południa! 
Mówił  przecieŜ  coś  na  temat  wspólnej  podróŜy  na  południe. 
Tak, dał jej coś takiego do zrozumienia. Czy odwaŜy  się  w to 
uwierzyć?  Nie,  nie  ona!  Ona  nie  moŜe  zostawić  swojej  matki 
samej. No i ten tydzień w Hiszpanii był taki beznadziejny... 
Tęsknota za  słońcem była  u  Reidara cechą równie  uderzającą, 
jak jego czarujące, ledwie zauwaŜalne jąkanie się. 
Ujął  jej  dłoń,  po  czym  wstał  i  pociągnął  ją  za  sobą.  – 
Christine... Jak mam ci to powiedzieć? Ja... ja 
bardzo cię polubiłem! 
Christine oniemiała. Nie mogła wydusić z siebie ani słowa. 
– Posłuchaj,  Christine...  to  jest  coś  więcej.  Nie  wiem,  czy 
zdobędę się juŜ teraz na odwagę, by ci powiedzieć, Ŝe... Ŝe ja... 
cię kocham. Czy nie uwaŜasz, Ŝe to trochę zbyt nachalne? 
Pomocy! Co się mówi w takiej sytuacji? 
– NajdroŜszy Reidarze. Nie wiem, co mam ci odpowiedzieć... 
– Wiem  –  przerwał  jej.  –  Jesteś  jedną  z  tych  rzadkich, 
nieśmiałych kobiet, których się obecnie nie spotyka. Christine, 
ja... 
Reidar nie mógł juŜ opanować uczuć. Przyciągnął Christine do 
siebie  i  pocałował  ją.  Reidar  ją  pocałował!  Christine  aŜ 
zakręciło  się  w  głowie  z  zaskoczenia.  Była  oszołomiona 
szczęściem. Czy to na pewno szczęście? A moŜe niepewność? 
Ach,  gdyby  tylko  wiedziała...  Gdyby  tylko  wiedziała,  jak  ma 
się  zachować.  Czy  powinna  zachować  rezerwę,  czy  moŜe 
otwarcie i bez zahamowań okazać mu swoje oddanie? 
Mieć  trzydzieści  dwa  lata  i  nie  wiedzieć,  jak  się  zachować!  I 
tylko  czuć  się  niezręcznie,  bezradnie  i  głupio,  jak  podstarzała 
panna, jak przedmiot,który ktoś znalazł na śmietniku i podniósł 
z litości. 
Oczy  Reidara  promieniowały  jednak  szczerością,  odbijała  się 
w nich namiętność. Christine załkała cicho. 
– Kochana Christine! Śniłem o tobie ostatnio na 

background image

wet w dzień. Powiedz, Ŝe i ty choć trochę mnie lubisz! – AleŜ 
tak, Reidarze – przełknęła ślinę. – Bardzo cię lubię. 
– Czy mnie kochasz? 
– Nie wiem. Jeszcze nie. Nie utrudniaj mi wszystkiego. Daj mi 
czas, Reidarze, jestem taka niedoświadczona. 
– Moja  mała  Christine!  –  ,Jego  wzrok  był  pełen  łagodności  i 
czułości.  –  Wybacz  mi,  jesteś  taka  wzruszająca  w  twojej 
niewinności.  Chodźmy  poszukać  jakichś  miejsc  do  spania. 
Wiesz przecieŜ, Ŝe nie chcę się narzucać. 
Koszula  nocna.  Mam  w  torbie  moją  piękną,  koronkową 
koszulę nocną, którą dawno temu dostałam od ojca. „Niech to 
będzie  twoja  koszula  na  noc  poślubną”,  powiedział  w  owo 
BoŜe Narodzenie. 
Nie było  mu dane doczekać jej ślubu. Koszula  nocna  nie była 
nigdy uŜywana. Czekala od piętnastu lat. 
Dlaczego  właściwie  zabrała  ją  z  sobą  tym  razem?  O  czym 
myślała? 
Razem  obeszli  cały  dom  w  poszukiwaniu  miejsca  do  spania. 
Reidar  wybrał  jeden  z  pokoi  na  piętrze.  Najwyraźniej  była  to 
sypialnia  pana  domu.  Christine  znalazła  dla  siebie  niewielki 
pokoik z łóŜkiem. 
Gdy znaleźli się przed jej drzwiami, Reidar ponownie wziął ją 
w  ramiona.  Jego  pocałunki,  najpierw  ostroŜne,  stawaly  się 
coraz bardziej namiętne. 
– Christine  –  wyszeptał  gorączkowo.  –  Christine,  czy  muszę 
spać  w  tej  ponurej  sypialni?  ŁóŜko  w  twoim  pokoju  jest 
wystarczająco szerokię dla nas obojga. 
Niepewnym i niezdecydowanym ruchem Christine spróbowała 
się uwolnić. 
– Nie wiem, czy... 
– Wiesz,  Ŝe  cię  kocham.  Pragnę  tylko  twojego  dobra.  Ale 
zrozum,  przez  ostatnie  lata  byłem  taki  samotny,  zupełnie  tak 
jak  ty.  Będę  bardzo  delikatny.  Nie  chcę  cię  skrzywdzić.  Nie 
zrobię nic, czego sama nie pragniesz... 
Christine milczała. 
– Potrzebuję  twojej  bliskości,  muszę  być  przy  tobie,  Christine 
– powiedział błagalnie. – Otacza mnie zewsząd straszny chłód. 
Skinęła  lekko  głową,  mając  poczucie  czegoś  nieuniknionego, 
czegoś, co ją przyciągalo, a jednocześnie odpychało, lecz przed 
czym nie moŜna było uciec. 
Stara  panna,  pomyślała.  Stara  panna.  Dziewczyny  o  połowę 
młodsze  od  ciebie  mają  to  juŜ  za  sobą,  a  ty  rozpaczliwie 
chronisz tę swoją cnotę. 
– MoŜesz spać u mnie – wyjąkała. 
– Dziękuję,  ukochana  –  powiedział,  ponownie  ujmując  jej 
twarz w dlonie. – Jestem taki szczęśliwy. Nie zrobię nic wbrew 
twojej woli, wiesz o tym przecieŜ. 
– Wiem – wykrztusiła z trudem. 
– No to idź i przygotuj się do spania. Wejdź do 
łóŜka, za chwilę przyjdę do ciebie. 
Christine ponownie  skinęła  głową bez słowa. Patrzyła za nim, 
jak  idzie  na  dół  schodami,  i  czuła  się  bardziej  bezradna  niŜ 
kiedykolwiek. 
„Nie zrobię nic wbrew twojej woli”. Ale jaka była jej wola? 
ROZDZIAŁ VII 
Myśl  o  rym,  by  połoŜyć  się  w  obcym  łóŜku  w  zupełnie 
nieznanym  domu,  nie  wydała  się  Christine  szczególnie  miła. 
Była  co  prawda  zmęczona  do  tego  stopnia,  Ŝe  mogłaby 
natychmiast  zasnąć,  ale  łóŜko  nie  wyglądało  zachęcająco  – 

background image

stara  kołdra  bez  powłoczki,  poduszka  bez  poszewki,  a 
wszystko to na gołym materacu. 
Postanowiła uŜyć koca i poduszki zabranych z samochodu. 
Słanie łóŜka szło jej powoli i opornie. Nagle przyłapała się na 
rym,  Ŝe  trzyma  w  ręku  swoją  koszulę  nocną,  gładząc  ją  w 
zamyśleniu dłonią. 
W  zamyśleniu?  Nie  miała  juŜ  siły,  by  skupić  myśli  na 
czymkolwiek. Bezradnie opadła na brzeg łóŜka i przez dłuŜszy 
czas  siedziała  tam,  zaciskając  dłonie  na  zimnej  metalowej 
ramie.  Nie  zdjęła  jeszcze  z  siebie  ani  jednej  części  garderoby. 
LeŜąca  obok  koszula  nocna  wydawała  się  równie  nie  na 
miejscu jak... Jedynym porównaniem, jakie przychodziło jej do 
głowy, był krzyk. 
Myśli przelatywały jedna za drugą jak spłoszone trloryle. 
Reidar.  Wymarzony  męŜczyzna,  jakiego  spotyka  się  moŜe  raz 
w  Ŝyciu,  a  i  wtedy  jest  juŜ  na  ogół  zajęty.  Reidar  był  wolny, 
naleŜał do niej i chciał ją mieć. 
A  ona  siedziała  tu  jak  wariatka,  śmiertelnie  przeraŜona.  Nie, 
nie przeraŜona. Niepewna. Było jeszcze za wcześnie, wszystko 
stało  się  zbyt  szybko.  Chyba  nie  pogniewa  się  na  nią,  jeśli 
będzie chciała to odwlec? Nie chodziło o to, Ŝe go nie lubi, lecz 
po  prostu  w  tej  chwili  nie  dojrzała  jeszcze  do  tego,  by  spać  z 
męŜczyzną, by dzielić z nim łóŜko... 
Jeszcze nie dojrzała? Trzydzieści dwa lata! 
Czekała na to przez tyle długich samotnych nocy, a teraz nagle 
okazuje  się,  Ŝe  nie  dojrzała  do  tego!  PrzecieŜ  tak  bardzo 
chciała, nie mogła się tylko zdecydować. 
Tchórz! Wszystko w niej stawiało opór. Myśl o tym, by pójść z 
Reidarem  do  łóŜka,  wydawała  jej  się  w  tej  chwili  obca.  Nie 
wiedziała,  co  ma  powiedzieć  i  jak  się  zachować.  Dręczyła  ją 
obawa,  Ŝe  będzie  się  czuła  niezdarna,  brzydka,  stara, 
niedoświadczona, głupia i... 
Skończ  z  tym,  Christine!  Skończ  z  tymi  kompleksami. 
Rozbierz  się  jak  dorosła  osoba  i  zachowuj  się  naturalnie!  Co 
masz do stracenia? 
Kolejne  pięćdziesiąt  czy  sześćdziesiąt  samotnych  lat, 
wypełnionych  marzeniami  i  pełnym  goryczy  Ŝalem,  Ŝe  nie 
wykorzystałaś swojej szansy. Nie wia 
domo  przecieŜ,  co  powie  Reidar,  jeśli  nie  będziesz  chciała 
pójść z nim do łóŜka. Być  moŜe zostawi cię jak beznadziejną, 
nudną i pruderyjną idiotkę. 
Niepewnie  podniosła  dłonie,  by  rozpiąć  kołnierzyk,  po  czym 
znów je opuściła, siedząc niby w transie i patrząc przed siebie 
bezradnie. 
W  tym  momencie  z  dołu  rozległo  się  wołanie  Reidara.  Nie 
wołał  jednak:  „Czy  mogę  juŜ  przyjść  na  górę?”,  lecz: 
„Christine! Zejdź tu na dół!” Jego głos był cichy i stłumiony. 
Christine wstała i zeszła do niego. 
– Nic się nie denerwuj, Chriśtine – powiedział, chwytając ją za 
ręce.  –  Ale...?  Jeszcze  się  nie  przebrałaś?  -dodał,  marszcząc 
czoło. 
– Nie, ja... ja... 
Zamilkła zakłopotana i utkwiła wzrok w podłodze. 
– O czym chciałeś mi powiedzieć, Reidarze? 
– No tak, oczywiście! – przypomniał sobie. – Christine, to nic 
takiego, ale musiałem zawołać cię tu na dół, Ŝebyś nie była tam 
sama. Wydaje mi się, Ŝe ktoś jest w domu... 
– Skąd wiesz? – Christine przeniknął zimy dreszcz strachu. 
– Czy to ty schodziłaś po coś do piwnicy? 

background image

– Do  piwnicy?  Nie.  Nie  wiem  nawet,  gdzie  jest,  więc  nie 
mogłam tam być. 
– Ja teŜ nie, ale popatrz tylko tutaj! 
Pokazał  jej  drzwi  prowadzące  do  piwnicy.  Na  schodach 
widoczne były ślady mokrych butów, 
które  na  niŜszych  stopniach  stawały  się  coraz  słabsze,  aŜ  w 
końcu znikały. 
– Ten samochód, który słyszałeś – wyszeptała. – Tak. 
– Jak mógł się tu dostać? Czy zszedł z powrotem do piwnicy? 
A moŜe jest na strychu? 
– Nie mam pojęcia. W kaŜdym razie to dobrze, Ŝe nie zdąŜyłaś 
się jeszcze rozebrać. Mieliśmy szczęście. 
Christine  całkowicie  się  z  nim  zgadzała.  Ucieczka  w  nocnej 
koszuli? Sytuacja i bez tego była wystarczaj ąco powaŜna. 
– Ciekawe,  czy  telefon  działa  –  powiedział  ściszonym  głosem 
Reidar. W jego głosie było słychać obawę. 
– Mam  spróbować  zadzwonić  do  Bakkena?  –  Tak,  zrób  to. 
Znasz jego numer? 
– Nie, ale w pokoju obok widziałam ksiąŜkę telefoniczną Oslo. 
Przeszli szybko do pokoju z telefonem, rzucając pełne strachu 
spojrzenia  na  pogrąŜone  w  ciemnościach  kąty  hallu.  Trzymali 
się  razem.  śadne  z  nich  nie  miało  odwagi  oddalić  się  od 
drugiego. 
Nazwisko  komisarza  Johna  Bakkena  figurowało  w  ksiąŜce 
telefonicznej.  Christine  drŜącą  ręką  podniosła  słuchawkę.  A 
jeśli telefon został odłączony? 
Przez  kilka  pełnych  zdenerwowania  sekund  ze  słuchawki  nie 
dobiegał  Ŝaden  dźwięk,  lecz  w  końcu  rozległ  się  znajomy 
sygnał  wolnej  linii.  Nadal  trzęsąc  się  ze  strachu  Christine 
wykręciła ziumer 
Bakkena. śeby tylko był w domu! 
Dały  się  słyszeć  irytująco  rytmiczne  sygnały  dzwoniącego  na 
drugim końcu linii telefonu. 
– MoŜe jest w komisariacie – szepnęła do Reidara, lecz w tym 
momencie  ktoś  podniósł  słuchawkę.  Przez  pełną  napięcia 
sekundę  Christine  spodziewała  się  usłyszeć  głos  jego  Ŝony. 
Myśl  o  tym,  Ŝe  mógł  być  Ŝonaty,  napawała  ją  niemiłym 
uczuciem. 
Dobiegł  ją  jednak  zaspany  głos  Bakkena.  Nigdy  wcześniej  by 
nie pomyślała, Ŝe będzie tęsknić za tym, by usłyszeć jego głos. 
– Mówi Christine Lyngmo – powiedziała cicho. Jechał za nami 
czerwony samochód, ale udało nam się go zgubić, skręcając na 
boczną drogę prowadzącą do domu... 
– Gdzie jest ten dom? – spytał krótko Bakken. 
Z pomocą Reidara wyjaśniła mu najlepiej, jak potrafiła. 
– Jakiś  czas  temu  Reidar  słyszał  odgłos  nadjeŜdŜającego 
samochodu,  a  na  schodach  do  piwnicy  pojawiły  się  ślady 
butów.  Mokre  ślady.  Ktoś  tu  musi  być  i  jesteśmy  przekonani, 
Ŝ

e to Harry Berg. Czy moŜesz do nas przyjechać? 

W słuchawce zapadła cisza. 
– Proszę – powiedziała Christine błagalnym tonem. 
W tym momencie Reidar dał jej znak, Ŝe słyszy jakieś odgłosy 
dobiegające z góry, i zaczął skradać się na piętro. I pomyśleć, 
Ŝ

e przed chwilą była tam 

sama!  Całe  szczęście,  Ŝe  odkrył  te  ślady  na  schodach.  –  Czy 
moŜesz przyjechać, komisarzu Bakken?  
spytała ponownie. – Boję się. To wszystko przyprawia mnie o 
obłęd.  Potrzebuję  poczucia  bezpieczeństwa,  jakie  moŜe 
zapewnić obecność policjanta. Wiem, Ŝe jest środek nocy, ale... 
– Czy nie był natarczywy? – Kto? Harry Berg? 

background image

– Nie, ten drugi. Lie... 
– Nie, właściwie nie, ale... Nie wiem, jak sobie z tym poradzić! 
Proszę, przyjedź tu! 
W końcu usłyszała upragnioną odpowiedź. 
– Posłuchaj mnie, Christine. Nie macie się czego bać. Jeśli ktoś 
jest  w  tym  domu,  to  nie  Harry  Berg.  Znaleźliśmy  go.  Jego 
samochód zjechał z szosy i wpadł do głębokiego wąwozu kilka 
kilometrów  na  północ  od  Oslo  prawdopodobnie  wczoraj 
wieczorem. Mógłby tam leŜeć długo, gdyby nie fakt, Ŝe pewien 
człowiek  przechodzący  drugą  stroną  wąwozu  dostrzegł 
odbijające się od samochodu promienie słońca. On tam był... 
– Czy... nie Ŝyje? – Tak. 
– Och – powiedziała bezbarwnym głosem. 
– Nie  ma  Ŝadnych  wątpliwości,  Ŝe  to  on.  Pamiętasz,  mamy 
przecieŜ  jego  zdjęcia.  Najprawdopodobniej  zbyt  pospiesznie 
chciał  uciec  z  Oslo  po  tym,  jak  Lie  go  zdemaskował.  MoŜesz 
być  zupełnie  spokojna.  Harty  Berg  nie  popełni  juŜ  Ŝadnego 
przestęps 
twa. 
– Przyjedziesz? 
– Nie – zawahał się – nie widzę powodu. Na pewno sami sobie 
poradzicie z tym intruzem. Prawdopodobnie to jakiś  włóczęga 
szukający schronienia przed deszczem. 
– Oczywiście  –  zaśmiała  się  nerwowo.  –  Ale  sam  rozumiesz, 
krewni Reidara wyjechali i... 
– Czy to znaczy, Ŝe jesteście tam sami? 
– Tak. Nie wiem, co mam robić. Jestem niepewna i boję się. 
– Christine Lyngmo – jego głos stał się ostrzejszy – policja nie 
miesza się w takie sprawy. Z tego, co mówisz, wynika zresztą, 
Ŝ

e  Reidar  Lie  jest  wspaniałym  i  przyzwoitym  człowiekiem. 

Niczym się nie denerwuj. Do widzenia! 
Powolnym  ruchem  odłoŜyła  słuchawkę.  NajróŜniejsze  myśli 
bezładnie zaczęły się jej kłębić w głowie, lecz po chwili mózg 
zaczął znów normalnie pracować. 
Czerwony  samochód...  A  więc  wydawało  się  im  tylko,  Ŝe  ich 
ś

ledzi... Harry nie Ŝyje... 

Z góry w pośpiechu zbiegł Reidar. 
– Powiedz  Bakkenowi,  Ŝe  musi  tu  natychmiast  przyjechać  – 
wyszeptał  bez  tchu.  –  Natychmiast...  Do  licha,  odłoŜyłaś  juŜ 
słuchawkę?  Zadzwoń  jeszcze  raz,  szybko!  Widziałem 
Harry'ego!  W  korytarzu  na  piętrze.  Odwrócił  się  i  wybiegł 
tylnymi schodami. Widziałem wyraźnie jego twarz. To był on! 
Christine  popatrzyła  na  niego  zdezorientowana.  JuŜ  się  nie 
bała, bo przecieŜ Harry Berg nie Ŝył. Nie 
mógł juŜ im zrobić nic złego... 
Dlaczego  Reidar  chce  ją  przestraszyć?  Dlaczego  jej  wmawia, 
Ŝ

e  w  domu  jest  Harty  Berg? Najwyraźniej  Reidar  potraktował 

jej zaskoczenie jako oznakę strachu. 
– Christine,  nie  bój  się  –  powiedział  czule.  –  Będę  cię 
pilnować. Czy myślisz, Ŝe chciałbym, Ŝeby coś ci się stało? 
Uśmiechnęła  się  blado.  Czy  on  zupełnie  oszalał?  Jeśli  Harty 
Berg rzeczywiście zbiegł tylnymi schodami, to dlaczego Reidar 
nie  zamknął  na  klucz  znajdujących  się  u  ich  stóp  drzwi 
kuchennych? Ale przecieŜ Harry Berg nie Ŝył, więc... 
Myśli  Christine  były  tak  chaotyczne,  Ŝe  prawie  nie  usłyszała 
jego pytania o to, czy Bakken przyjedzie. 
– No więc jak? – spytał ponownie. 
JuŜ  miała  mu  odpowiedzieć,  ale  słowa  o  śmierci  Harry'ego 
Berga nie przeszły jej przez usta. Powstrzymał ją instynkt czy 
coś w tym rodzaju. 

background image

– Bakken  nie  moŜe  przyjechać  –  wyszeptała  ledwo  słyszalnie. 
– Musiał wyjechać w związku z inną sprawą. 
– Co  za  idiota!  –  rzucił  Reidar  przez  zaciśnięte  zęby.  – 
Zadzwonię jeszcze raz. Podaj mi numer. 
– Zapomniałam – powiedziała zdrętwiałymi wargami. 
Och,  Bakken,  dlaczego  mnie  zawiodłeś?  Czy  nie  zrozumiałeś 
mojego wołania o ratunek? Czy jesteś pozbawionym wszelkich 
uczuć robotem? PrzecieŜ 
tylko  ciebie  mogłam  poprosić  o  pomoc.  Teraz  nie  mam  juŜ 
nikogo.  Reidar  jest  miły,  ale  nie  stanowi  oparcia  w  trudnych 
chwilach. Jest czarujący i pociągający, ale... 
Reidar  stał  właśnie  pochylony  nad  ksiąŜką  telefoniczną  i 
usiłował znaleźć potrzebny numer. Christine miała nadzieję, Ŝe 
zdoła  się  dodzwonić.  Nie  mogąc  pozbierać  myśli,  wpatrywała 
się  w  jego  jasne  włosy  i  nagle  odniosła  wraŜenie,  Ŝe  kilka 
brakujących  kawałków  układanki  znalazło  się  na  swoim 
miejscu. 
Te  włosy!  Nie  rozjaśniły  ich  słońce  i  wiatr.  Były  rozjaśnione 
rozmyślnie! To dlatego miał ze sobą butelkę wody utlenionej – 
włosy  zaczęły  juŜ  ciemnieć  u  nasady.  To  dlatego  jego  zarost 
był taki ciemny i sztywny. 
Z  wielkim  trudem  zaczęła  porządkować  myśli.  Dlaczego 
męŜczyzna  miałby  zadawać  sobie  taki  trud,  by  rozjaśnić 
włosy?  Czy  nie  dlatego,  aby  go  nie  rozpoznano?  Czy  Reidar 
miał  powód  coś  ukrywać?  Czy  był  wspólnikiem  Harry'ego 
Berga? 
Nie,  wiedziała  to  juŜ  od  kilku  chwil,  ale  nie  chciała  spojrzeć 
prawdzie  prosto  w  oczy.  Reidar...  Czy  to  moŜliwe?  śe  to  on 
był  Hartym  Bergiem?  Jego  jąkanie  się...  czy  mogło  być  tą 
niewielką  ułomnością,  o  której  wspominały  Ellen  i  pani 
Melander? 
Przeszedł  ją  zimny  dreszcz.  Przypomniała  sobie  pierwsze 
spotkanie  z  Hartym  Bergiem  i  Reidarem  Lie  na  dworcu. 
Powiedziała wtedy: „Czy panowie 
Harty Berg i Reidar Lie?” Nie spytała, który z nich jest którym, 
bo  przecieŜ  uznała,  Ŝe  ten  ciemnowłosy  to  Harty  Berg.  Poza 
tym  utykał  lekko,  więc  zgadzało  się  to  z  tym,  co  wcześniej  o 
nim słyszała. 
ChociaŜ  w  rzeczywistości  wcale  tak  nie  było.  Przypomniała 
sobie,  Ŝe  zdziwiło  ją,  iŜ  Ellen  mogła  się  zakochać  w  Hartym. 
Oczywiście nie zakochała się w nim, tylko w „Reidarze”, który 
z  ciemnymi  włosami  dokładnie  odpowiadałby  opisom  Ellen  i 
pani Melander. 
Christine  oblał  zimny  pot.  Stojąc  bez  ruchu  przyglądała  się 
zajętemu,  nic  nie  podejrzewającemu  męŜczyźnie,  który  rzecz 
jasna sądził, Ŝe to ona jest nie spodziewającą się niczego złego 
gęsią. 
Rzeczywiście nią była! 
JakŜe okazała się głupia! Jedynie z powodu koloru włosów nie 
dostrzegła czegoś, co było zupełnie oczywiste. 
Uległa  jego  urokowi  dokładnie  tak  samo,  jak  jej  dwie 
przyjaciółki i prawdopodobnie wiele innych kobiet przed nimi. 
Nie  była  wcale  bardziej  rozsądna  od  nich,  wręcz  przeciwnie. 
ZaangaŜowała  się  w  tę  historię  z  otwartymi  oczami,  choć 
powinna  być  uwaŜna  i  wyczulona  na  tego  rodzaju  szczegóły, 
które teraz wynajdywała jeden po drugim. 
Spojrzała  na  pochylone  plecy  Reidara  –  nie,  Harry'ego  –  i 
uderzyła  ją  myśl,  Ŝe  juŜ  pierwszego  wieczoru,  na  koncercie, 
opowiedział  jej  o  swoich  wymarzonych  skrzypcach,  na  które 

background image

brakowało  mu  jeszcze  trzydziestu  tysięcy  koron.  Czy  nie  była 
to 
przynęta tak dobra jak kaŜda inna? 
A  ona  prawie  dała  się  na  to  złapać.  Gdyby  miała  wtedy  te 
trzydzieści tysięcy, pewnie by mu je wmusiła. 
Dobry BoŜe! Gdzie miała wtedy rozum? Skrzypce Guarneriego 
za  sto  tysięcy  koron?  Co  za  śmieszna  suma!  Cena  czegoś 
takiego musiała sięgać miliona albo nawet więcej. 
JakŜe  zaślepiona  moŜe  być  samotna  kobieta  tylko  dlatego,  Ŝe 
sympatyczny męŜczyzna udaje, Ŝe ją lubi! 
Och, co za wstyd i hańba! 
Kolejne  dowody:  Pierwszego  wieczoru,  a  takŜe  wtedy,  gdy 
była z Harrym sam na sam, nie zwróciła się do Ŝadnego z nich 
po  imieniu.  Dopiero  wczorajszego  popołudnia  spytała 
„Reidara” o Harry'ego Berga. 
Nic  dziwnego,  Ŝe  wówczas  oniemiał  i  nie  mógł  zrozumieć, 
dlaczego  zadaje  mu  takie  pytanie.  PrzecieŜ  to  on  nazywał  się 
Harry Berg. JednakŜe gdy zdał sobie sprawę z faktu, Ŝe ich ze 
sobą  pomyliła,  udało  mu  się  zachować  zimną  krew.  A  kiedy 
opowiedziała  mu  wszystko,  co  wiedziała  na  temat  Ellen  oraz 
innych oszustw Harry'ego Berga, dostrzegł w tym swoją szansę 
i  przytomnie  przybrał  toŜsamość  Reidara  Lie.  Przypuszczała, 
Ŝ

e odczuł ulgę, gdyŜ zdał sobie sprawę, Ŝe zaczyna mu się juŜ 

palić grunt pod nogami. 
Oznaczało  to,  Ŝe  prawdziwy  Reidar  Lie  musi  zniknąć, 
szczególnie po tym, jak pojawił się Bakken 
z  wiadomościami  na temat pani Melander i panny Grindheim. 
Harty Berg odegrał juŜ swoją rolę, ale jako „Reidar Lie” mógł 
działać dalej... W tej chwili przyszła jej do głowy jeszcze jedna 
myśl.  Pierwszego  wieczoru  na  dworcu  to  ten  ciemnowłosy 
zaproponował,  by  poszli  do  jakiejś  restauracji.  Blondyn 
spojrzał  wtedy  na  nią  niepewnym,  pytającym  wzrokiem. 
Odebrała  to  jako  przejaw  taktu,  po  prostu  nie  chciał  się 
narzucać. W rzeczywistości chodziło mu o to, Ŝe to on się z nią 
umówił, a ten drugi się narzucał. 
Zaczęła  w niej  wzbierać gwałtowna  wściekłość. Przypomniała 
sobie jego zdziwione spojrzenie, gdy niedawno zeszła na dół w 
ubraniu. Spytał  wtedy: „Jeszcze się nie przebrałaś?” czy jakoś 
podobnie.  Chciał  ją  upokorzyć,  na  ile  tylko  to  było  moŜliwe, 
udaremnić jej ucieczkę w nocy i w padającym deszczu. 
Była przekonana, Ŝe miał w stosunku do niej swoje plany i nie 
miały  one  nic  wspólnego  z  miłością.  Spragniona  miłości  stara 
panna? Czy tak właśnie o niej myślał? 
Łatwo  byłoby  mu  się  z  nią  uporać.  Nie  było  w  tej  chwili 
Ŝ

adnych  wątpliwości  co  do  tego,  Ŝe  stanowiła  dla  niego 

największe  zagroŜenie.  Na  pewno  wchodziła  teŜ  w  grę  chęć 
zemsty. CŜy to nie ona pokrzyŜowała mu wszystkie plany? 
MęŜczyzna,  którego  nazywała  Reidarem,  a  który  w 
rzeczywistości  był  Harrym,  wykręcił  właśnie  numer  w  Oslo  i 
czekał, aŜ Bakken podniesie słuchawkę. 
Przez  głowę  Christine  przebiegła  szybka 

myśl. 

On 

rzeczywiście  chciał  się  skontaktować  z  policją.  Chciał,  by 
wiedzieli  o  tym,  Ŝe  dotarł  tu  Harty  Berg,  a  kiedy  w  końcu 
przybyliby  na  miejsce,  ona  juŜ  by  nie  Ŝyła.  Nie  wiedziała,  co 
by wtedy powiedział, ale jedna rzecz była pewna – podejrzenie 
o morderstwo padłoby na Harry'ego Berga, który włamał się do 
domu, a Reidar Lie mógłby prowadzić spokojne Ŝycie w innym 
miejscu... 
– Pozwól mi porozmawiać z Bakkenem – poprosiła cicho. 

background image

MoŜe  zdoła  poinformować  go  w  jakiś  sposób  o  swojej 
beznadziejnej sytuacji? Harty niechętnie oddał jej słuchawkę. 
Nikt  nie  odpowiadał.  Wsłuchując  się  w  niweczące  wszelką 
nadzieję  odległe  sygnały,  Christine  rzuciła  szybkie  spojrzenie 
w kierunku „Reidara”. W końcu musiała odłoŜyć słuchawkę. 
Bakkena nie było w domu. 
– Dlaczego tak zamilkłaś, Christine? – spytał cicho „Reidar”. 
Udało jej się wydobyć z siebie krótki, urywany śmiech. 
– Jestem trochę przybita tym, Ŝe Bakken nie moŜe przyjechać. 
Cała  noc  z  Harrym  Bergiem  czającym  się  gdzieś  w  ukryciu... 
Jestem  prawdopodobnie  tchórzem  i  ta  myśl  wydaje  mi  się  nie 
do zniesienia. 
– Rózumiem. 
Dlaczego nie powie, Ŝe moŜemy wsiąść do samo 
chodu i wrócić do Oslo? pomyślała. W ten sposób z łatwością 
uciekliby  „Harry'emu”.  Dowodzi  to  jedynie,  Ŝe  chce  mnie 
zatrzymać tu na miejscu... 
Christine  nie  miała  zamiaru  wspominać  o  samochodzie.  Nie 
byłaby  wstanie  siedzieć  tak  blisko  mordercy  w  szczelnie 
zamkniętym wozie. 
– Przepraszam, najdroŜszy – powiedziała, rozkładając ramiona 
i  starając  się  nadać  głosowi  naturalne  brzmienie  –  nie 
powinnam  się  lękać  przy  tobie,  ale  boję  się  przecieŜ,  Ŝe  on  i 
tobie moŜe coś zrobić. To byłoby dla mnie jeszcze gorsze. 
– Moja  kochana  –  odezwał  się  głosem  tak  czułym,  Ŝe  mógłby 
oszukać kaŜdego. 
Próbowała  trzymać  się  na  tyle  daleko  od  niego,  by  nie  był  w 
stanie  jej  objąć.  Gdyby  to  zrobił,  z  pewnością  zaczęłaby 
krzyczeć. 
– Co  mamy  robić,  Reidarze?  –  wyszeptała.  Nie  musiała 
udawać  strachu.  Bała  się  naprawdę.  –  Czy  będziemy  tu  tylko 
siedzieć i czekać? PrzecieŜ on moŜe być uzbrojony. 
Muszę  dalej  odgrywać  swoją  rolę,  pomyślała.  Nie  mogę 
pozwolić, by się domyślił, Ŝe  wiem,  kim jest... – To prawda – 
odpowiedział, zbierając się w sobie. Deszcz stukający o szybę. 
Cisza w domu, w le 
sie...  I  pustka  w  jej  głowie  właśnie  teraz,  gdy  powinna  być 
maksymalnie trzeźwa. 
– Musimy zadzwonić jeszcze raz – zdecydował. Na komisariat. 
Tym razem ja zadzwonię, Ŝebyśmy nie zmarnowali równieŜ tej 
szansy. 
Gdyby tylko mogła uciec. Nic nie mogła poradzić 
na  to,  Ŝe  las  był  taki  mokry  i  przeraŜający.  MoŜe  powinna 
spróbować wydostać się z piętra? 
– Nie  chcę,  Ŝeby  moje  rzeczy  leŜały  tam  na  górze  – 
powiedziala  najspokojniejszym  tonem,  na  jaki  byto  ją  stać.  – 
Pójdę po nie. 
– Tak,  zrób  to  –  ódrzekł  nieobecnym  głosem,  wykręcając 
numer policji w Oslo. 
Dowód,  jeszcze  jeden  dowód,  pomyślała.  Gdyby  rzeczywiście 
w  tym  domu  znalazł  się  Harry  Berg,  to  prawdziwy  Reidar 
nigdy nie pozwoliłby mi samej pójść na górę. Byłoby to czyste 
szaleństwo. 
Gdy była juŜ na schodach wiodących na piętro, zrozumiała całą 
prawdę. Dopiero teraz zdała sobie do końca sprawę, Ŝe jest tu 
sam na sam z mordercą. 
Sama  z  bezwzględnym  mordercą  w  połoŜonym  na  odludziu 
domu. 
I nikt nie mógł jej przyjść z pomocą! 
ROZDZIAŁ VIII 

background image

Najspokojniej jak potrafiła, Christine weszła schodami na górę. 
Znalazłszy  się  w  swoim  małym  pokoiku,  zaczęła  gorączkowo 
wrzucać  rzeczy  do  torby.  Koszula  nocna...  Mój  BoŜe, 
pomyślała gorzko. Jakie to przeczucie uchroniło mnie przed jej 
włoŜeniem? 
Do łóŜka z mordercą? 
Przeniknęło  ją  uczucie  odrazy,  przezwycięŜyła  je  jednak. 
Zamknęła torbę. Okno...? 
Uświadomiła  sobie,  Ŝe  pozostawiła  kurtkę  na  dole.  Trudno. 
Musi się stąd wydostać. 
Okno  nie  dało  się  otworzyć.  Ludzie,  którzy  tu  mieszkali, 
prawdopodobnie nie wiedzieli, co to wietrzenie. 
Poza  tym  było  zbyt  wysoko,  by  skakać  stąd  na  ziemię.  W 
poczuciu  bezsilności  weszła  na  strych,  ale  tam  nie  znalazła 
Ŝ

adnych okien. 

A moŜe tylne schody? 
Gdyby  tak  mogła  wymknąć  się  tamtędy...  Przechodząc  obok 
głównych  schodów  usłyszała,  jak  Reidar  –  to  znaczy  Harry 
Berg  –  wyjaśnia  dokładnie  dyŜurnemu  policjantowi,  o  co 
chodzi. 
– Jest tutaj Harry Berg – tłumaczył. – Widziałem go na własne 
oczy! 
Jeśli tylko Bakken zostanie o tym powiadomiony, zrozumie, Ŝe 
to kłamstwo. Ale czy się domyśli, Ŝe to dzwonił Harry Berg we 
własnej osobie? 
Dlaczego  właśnie  teraz  musiał  wyjeŜdŜać  w  jakiejś  sprawie? 
Nie  wyglądało  bowiem  na  to,  by  był  w  tej  chwili  w 
komisariacie. 
A  dyŜurny  policjant?  Czy  on  nie  wiedział,  Ŝe  Harry  Berg  nie 
Ŝ

yje? Nie, z dobiegających z dołu słów mordercy wynikało, Ŝe 

raczej  nie  wiedział.  Pewnie  policjant  niedawno  przyszedł  na 
swój nocny dyŜur. 
A jeśli nawet wyśle tu patrol, to ile czasu minie, zanim zjawią 
się  na  miejscu?  Godzina?  Dwie?  Nie  mogła  sobie 
przypomnieć,  jak  długo  tu  jechali.  Czy  wytrzyma  do  ich 
przyjazdu? 
ś

eby tak chociaŜ umiała uruchomić samochód i stąd uciec, ale 

nigdy  przedtem  nie  siedziała  za  kierownicą.  Nawet  gdyby 
udało jej się ruszyć, to i tak po kilku metrach wylądowałaby w 
rowie. 
Ale oto ujrzała tylne schody. Były pogrąŜone w ciemnościach, 
więc  po  omacku  zaczęła  schodzić  stopień  po  stopniu, 
zastygając  w  bezruchu  za  kaŜdym  razem,  gdy  rozlegało  się 
skrzypnięcie.  Rozmowa  telefoniczna  wciąŜ  jeszcze  trwała. 
Najwyraźniej policjant nie mógł zrozumieć, o co chodzi. 
Christine  przystanęła  na  moment.  Czy  nie  postępowała  zbyt 
pochopnie?  Uznała  za  pewnik,  Ŝe  Harry  Berg  musi  ją  zabić, 
gdyŜ  była  dla  niego  zanadto  niebezpieczna.  Ale  czy 
rzeczywiście? 
Z  pewnością  był  zbyt  wyrachowany,  by  zabijać  ją  tylko  dla 
zemsty.  Musiał  mieć  bardzo  waŜne  powody,  w  przeciwnym 
razie powiedziałby po prostu „do widzenia” i wyjechałby jako 
Reidar  Lie,  by  zacząć  wszystko  od  początku  w  jakimś  innym 
miejscu. PrzecieŜ nie wiedział, Ŝe Christine podejrzewa, iŜ jest 
on kimś innym. 
A  więc  dlaczego  uznał  za  konieczne  zabrać  ją  tu  i  zabić? Jest 
przecieŜ  oczywiste,  Ŝe  taki  właśnie  miał  zamiar.  Musiała  być 
dla niego niebezpieczna z jakiegoś szczególnego powodu. 
Nie mogła sobie jednak uświadomić, co to takiego. 

background image

Mimo  Ŝe  próbowała  nie  dopuszczać  do  siebie  tej  myśli, 
wiedziała  juŜ  jednak,  w  jaki  sposób  zamierzał  to  zrobić. 
Widząc, jak bardzo zaleŜało mu na ściągnięciu tu policji, łatwo 
mogła  sobie  wyobrazić,  jakie  sobie  zaplanował  alibi.  Policja 
miała  przyjechać  na  miejsce  i  znaleźć  ją  martwą.  On  sam 
prawdopodobnie  zamierzał  udawać,  Ŝe  został  ogłuszony  i 
stracił  przytomność.  Wszyscy  byliby  przekonani  o  winie 
Harry'ego  Berga,  którego  samochód  zostałby  odnaleziony  na 
dnie  wąwozu  dopiero  po  dłuŜszym  czasie.  Natomiast 
prawdziwy  Harry  Berg  mógłby  się  gdzieś  wyprowadzić  i  pod 
nazwiskiem Reidara Lie oszukiwać kolejne kobiety... 
Tak,  z  pewnością  właśnie  tak  sobie  to  wymyślił,  nie  wiedział 
przecieŜ, Ŝe policja natrafiła juŜ na samochód i... 
Christine  znalazła  się  na  dole  i  odkryła,  Ŝe  drzwi  kuchenne 
były,  rzecz  jasna,  zamknięte.  Nic  w  tym  dziwnego,  po  prostu 
ich nie uŜywano. 
Poczuła,  jak  narasta  w  niej  histeria.  Z  całych  sił  ścisnęła 
uchwyt  torby,  która  była  w  tym  momencie  jakby  jej  jedynym 
sprzymierzeńcem. 
I  nagle  –  jak  błyskawica  –  olśniła  ją  pewna  myśl.  Wiedziała 
juŜ,  co  musi  zrobić.  Reidar  –  nie,  Harry,  kiedy  wreszcie  się 
tego  nauczy!  –  właśnie  kończył  rozmowę.  Gdy  rozmowa 
dobiegnie końca, skończy się równieŜ jej czas. Policja nabierze 
przekonania,  Ŝe  w  domu  jest  Harry  Berg,  i  „Reidar”  będzie 
mógł  zamordować  Christine  Lyngmo,  tę  kłopotliwą,  wścibską 
babę. 
Christine nie naleŜała do osób, które są w stanie uderzyć kogoś 
cięŜkim przedmiotem w głowę nawet w obronie własnej. Była 
raczej  typem  defensywnym,  tak  więc  jedyny  jej  ratunek  to 
ucieczka... 
Droga przez kuchnię nie wchodziła w grę, poniewaŜ w zamku 
nie było klucza. Pozostawało więc tyłko główne wejście. 
Przekradła się do hallu i właśnie w tym momencie usłyszała, Ŝe 
Harry Berg kończy rozmowę. 
– Christine!  Dokąd  się  wybierasz?  –  zawołał  do  niej.  –  Bądź 
ostroŜna. Pamiętaj o Hartym. Tymczasem ona znalazła się juŜ 
przy drzwiach 
wejściowych i zaczęła je szarpać. 
Niestety, były zamknięte na klucz. Mogła się tego domyślić. 
Berg wyszedł z pokoju do hallu. 
– AleŜ, Christine! Nie wolno ci tracić głowy, bo to nas zgubi. 
Zamarła  na  chwilę.  Jego  ton  wydawał  się  szczery.  A  jeśli  się 
pomyliła...  Jeśli  rzeczywiście  nazywał  się  Reidar  Lie  i  był 
zupełnie niewinny? 
Nie miała jednak czasu na dłuŜsze rozwaŜania. Zaczęła układać 
swój  plan.  Myśli  przelatywały  jej  szybko  przez  głowę. 
Powinna  wywabić  go  z  domu.  Do  samochodu.  Tam  będzie 
mogła mu uciec i schować się w ciemnym lesie. 
– Musimy się stąd wydostać! – zawołała z na poły autentyczną, 
a  na  poły  udawaną  histerią.  Nie  wytrzymam  tu  ani  chwili 
dłuŜej!  Nie  zniosę  myśli,  Ŝe  on  tu  gdzieś  jest.  Musimy 
natychmiast odjechać! 
– Kochana, ja nie mam klucza. Czy nie rozumiesz, Ŝe zamknął 
nas  od  zewnątrz?  Nie  wydostaniemy  się  stąd.  Nic  nam  nie 
grozi, jeŜeli będziemy się trzymać razem. 
Jego głos brzmiał bardzo przekonująco i w zdradziecki sposób 
kusząco.  Sprawiły  to  całe  lata  doświadczeń  z  kobietami. 
Wiedział,  w  jaki  sposób  postępować  z  łatwowiernymi, 
spragnionymi  miłości  gęsiami.  Christine  poczuła  krótkotrwałe 

background image

oszołomienie  i  juŜ  miała  zamiar  się  poddać,  gdy  nagle 
przypomniała sobie o piwnicy. 
Właśnie  w  tym  momencie  wyciągnął  w  jej  kierunku  rękę  i 
delikatnie  połoŜył  na  jej  ramieniu.  Obejrzała  się  za  siebie  i 
rzuciła się w stronę kuchni. Zbiegła po schodach do piwnicy i 
po omacku 
zaczęła  szukać  w  ciemnościach  jakichś  drzwi.  Tam  musiały 
być  jakieś  drzwi!  Widziała  przecieŜ  na  schodach  wiodące 
stamtąd ślady... 
Kiedy  przed  chwilą  „Reidar”  wyciągał  w  jej  kierunku  rękę, 
ogarnęło  ją  gwałtowne  uczucie  odrazy.  Całe  jej  ciało  zdawało 
się krzyczeć: „Nie dotykaj mnie”. 
Mimo  Ŝe  jego  głos  brzmiał  jak  balsam,  nie  docierał juŜ  do  jej 
wnętrza. „Reidar” nie miał juŜ nad nią władzy. 
W końcu odnalazła drzwi. Były zamknięte na klucz. 
Jedno  trzeba  mu  przyznać:  nie  przeoczył  niczego.  Christine 
zaczęła  rozpaczliwie  szarpać  klamkę  i  wtedy  usłyszała  na 
schodach jego kroki. 
– Christine? 
Przez  chwilę  zamarła  w  bezruchu,  drŜąc  z  napięcia  i 
przeraŜenia,  po  czym  bezgłośnie  przekradła  się  w  jakiś  kąt,  w 
którym, sądząc po zapachu, przechowywano ziemniaki. 
Na  zewnątrz  w  dalszym  ciągu  padał  ulewny  deszcz.  Tutaj  na 
dole w piwnicy było go słychać jeszcze wyraźniej. 
– Christine?  Odpowiedz  mi,  gdzie  jesteś?  PrzecieŜ  to  ja, 
Reidar! Chyba się mnie nie boisz? 
Christine  bała  się  oddychać.  Przez  kilka  sekund  panowała 
ś

miertelna  cisza.  Jedynym  odgłosem,  jaki  docierał,  był  szmer 

padającego na dworze deszczu. – Christine! 
Jego głos zabrzmiał tym razem inaczej. Nie 
było  juŜ  w  nim  nuty  łagodnej  wyrozumiałości,  lecz  groźba  i 
pewna doza strachu. 
Christine  zdała  sobie  sprawę,  Ŝe  nie  ma  przy  sobie  swojej 
torby. Gdzie...? Musiała upuścić ją jeszcze w hallu. 
Poczuła,  Ŝe  czegoś  jej  brakuje.  Wydawało  jej  się,  Ŝe  straciła 
część  samej  siebie,  znajomy  punkt,  w  którym  mogła  znaleźć 
oparcie. 
Na betonowej posadzce rozległy się niepewne kroki. Jego ręce 
po  omacku  szukały  drzwi.  Na  szczęście  w  piwnicy  panowała 
ciemność.  Christine  modliła  się  w  duchu  o  to,  by  nie  było  tu 
kontaktu, który „Reidar” mógłby znaleźć, bo to oznaczałoby jej 
koniec. 
Uniosła  się  lekko.  Miała  wraŜenie,  Ŝe  od  pulsującej  w  uszach 
krwi  popękają  jej  bębenki.  DrŜąc  ze  strachu,  próbowała 
wytęŜyć wzrok i przeniknąć panujące wokół ciemności. 
Usłyszała,  Ŝe  potknął  się  o  coś  i  upadł  niemalŜe  na  nią. 
Gwałtownie  zerwała  się  na  nogi  i  rzuciła  się  w  kierunku 
schodów.  Zanim  zdąŜył  się  pozbierać,  Christine  była  juŜ  na 
górze. 
Zatrzasnęła  drzwi  od  piwnicy  i  odruchowo  sięgnęła,  by 
przekręcić  klucz,  ale  oczywiście  go  nie  znalazła.  Światło  w 
kuchni  i  w  hallu  było  zgaszone,  a  ona  nie  miała  czasu  szukać 
wyłączników.  Ogarnięta  paniką,  zrobiła  coś  naprawdę  w  tej 
sytuacji  głupiego:  postanowiła  przytrzymać  drzwi,  by 
uniemoŜliwić mu wydostanie się z piwnicy. Było to oczywiście 
szaleństwem, ale w tej chwili nie potra 
fiła trzeźwo myśleć. 
– Christine!  –  rozległ  się  wrzask  „Reidara”  z  drugiej  strony 
drzwi,  które  zaczęły  ustępować  pod  jego  naciskiem.  –  Co  cię 
do diabła opętało? 

background image

– To  ty  jesteś  Harry  Berg,  wiem  o  tym  –  wyszlochała.  –  Nie 
próbuj zaprzeczać. 
Zaskoczony  faktem, Ŝe został zdemaskowany i Ŝe  udało się to 
takiemu  ptasiemu  móŜdŜkowi,  zwolnił  na  chwilę  nacisk  na 
drzwi. Christine wykorzystała ten moment, by stamtąd uciec. 
Opętana  strachem  i  niezdolna  do  rozsądnego  myślenia, 
podbiegła  do  najbliŜszego  okna,  które  dostrzegła  w  hallu. 
Udało  jej  się  wymacać  haczyki,  ale  rama  okazała  się  do  tego 
stopnia  zmurszała,  Ŝe  nie  dała  się  ruszyć  z  miejsca,  szyby 
natomiast były zbyt małe, by się przez nie przedostać. 
Christine szlochała, przeraŜona. Usłyszała, Ŝe wydostał się juŜ 
z  piwnicy  i  cięŜkimi,  szybkimi  krokami  zmierza  w  jej 
kierunku. Nie mogła mieć juŜ Ŝadnych wątpliwości co do jego 
zamiarów... 
Próbowała zrobić unik, ale nie było na to miejsca. Jego dłonie 
chwyciły  ją  wpół,  lecz  w  tej  samej  chwili  poczuła  tak  wielką 
odrazę  i  taki  nagły  przypływ  sił,  Ŝe  zdołała  się  mu  wyrwać. 
Usłyszała  chrzęst  rozrywanego  materiału.  Która  siła  jest 
większa? pomyślała. Ta, której źródłem jest śmiertelny strach, 
czy teŜ ta, która wynika z wściekłości i chęci, a moŜe potrzeby, 
zabijania? 
Miał  nad  nią  oczywiście  przewagę  fizyczną,  lecz  nie 
zamierzała się poddawać. Myślami pobiegła do 
matki,  która  bez  niej  zostałaby  zupełnie  sama,  zdana  na  łaskę 
pielęgniarek  w  jakimś  domu  opieki.  Matka  była  na  to  zbyt 
Ŝ

ywotna. 

Christine pobiegła schodami  na piętro. Kroki Harry'ego Berga 
rozlegały się tuŜ za nią. Nagle rzucił się do przodu i złapał ją za 
nogę. Oboje upadli. Christine wczepiła się kurczowo w poręcz, 
podczas gdy on nie był w stanie się ruszyć, by nie puścić przy 
tym jej nogi. 
Słyszała  swój  własny  urywany  oddech  i  wiedziała  z 
przeraŜającą  pewnością,  Ŝe  nie  uda  jej  się  uniknąć  losu,  jaki 
„Reidar” dla niej przeznaczył. Mogła co najwyŜej zyskać nieco 
więcej czasu, lecz na tym koniec. 
– Jak  ci  się  to  udało?  –  syknął  z  nienawiścią  i  pewnym 
niedowierzaniem. – W jaki sposób wpadłaś na to, kim jestem? 
– Dzięki tysiącom drobiazgów – zmusiła  się do odpowiedzi, z 
całych sił pragnąc go upokorzyć. Zaklął. 
– A więc wiedziałaś od dawna? – Oczywiście. 
Nie było to prawdą, ale... 
– I  mimo  to  przyjechałaś  tu.  Naprawdę  myślałaś,  Ŝe  sama 
zdołasz  mnie  ująć?  Doprawdy,  masz  o  sobie  wysokie 
mniemanie. 
– Pod  tym  względem  jesteśmy  do  siebie  podobni.  Naprawdę 
sądziłeś, Ŝe mam ochotę pójść z tobą do łóŜka? 
Usłyszała, Ŝe wydaje z siebie nieartykułowany 
dźwięk,  i  poczuła,  Ŝe  silniej  ściska  jej  stopę.  –  To  dlatego  się 
nie przebrałaś? 
– Właśnie – skłamała tak zmęczona, Ŝe z trudem  wydobywała 
z siebie jakiekolwiek słowa. 
Czy  rzeczywiście  było  to  kłamstwem?  Czy  kiedykolwiek 
poszłaby  do  łóŜka  z  męŜczyzną,  którego  nazywała  Reidarem 
Lie? 
Nagle  uświadomiła  sobie  jasno,  Ŝe  nie  zrobiłaby  tego.  Nigdy 
jej  tak  naprawdę  nie  podniecał.  Nie  był  w  jej  typie,  choć  z 
pewnością  okazał  się  bardziej  pociągający  niŜ  męŜczyzna, 
którego  na  początku  uwaŜała  za  Harry'ego  Berga.  Człowiek, 
który  w  tej  chwili  leŜał  na  schodach,  dysząc  Ŝądzą  mordu, 
wydawał się jej... zbyt miękki. Zbyt chłopięcy. Christine nigdy 

background image

nie  byłaby  wstanie  pokochać  kogoś  tak  niedojrzałego, 
potrzebowała męŜczyzny. 
Co  to  za  myśli,  gdy  człowiek  lada  chwila  ma  rozstać  się  z 
Ŝ

yciem? 

Oboje  odzyskali  nieco  sił.  Harty  Berg  uznał,  Ŝe  w  tej  pozycji 
nic  nie  zdziała,  i  zwolnił  jej  stopę.  Nie  miało  to  w  tej  chwili 
większego  znaczenia.  Mała  gra  w  kotka  i  myszkę  mogła 
okazać się nawet dość zabawna. 
Christine  zachowała  się  jednak  w  nieoczekiwany  dla 
napastnika  sposób.  Gdy  poczuła,  Ŝe  jest  wolna,  odwróciła  się 
błyskawicznie i zepchnęła go nogami ze schodów. 
Harry Berg, z krwawiącym nosem, przewrócił się do tyłu. Ból i 
poniŜenie  wywołały  w  nim  białą  gorączkę.  Zaryczał  jak  wół  i 
rzucił się w pogoń. 
Christine  zdąŜyła  tymczasem  podnieść  się  na  nogi  i  była  juŜ 
prawie  u  szczytu  schodów,  gdy  ponownie  udało  mu  się  ją 
chwycić i pociągnąć za  sobą w dół. Stoczyli  się po stopniach: 
ona próbowała się uwolnić, on zaś starał się zacisnąć dłonie na 
jej szyi. 
Walka była długa i wyczerpująca. Harry Berg ucierpiał jednak 
przy  upadku  bardziej.  Przez  krótką  chwilę,  gdy  oparł  się  na 
rozbitej  ręce,  odczuł  tak  ostry  ból,  Ŝe  musiał  zamknąć  oczy  i 
zwolnić nieco uściska 
Christine,  z  trudem  łapiąc  powietrze,  ponownie  zaczęła 
wspinać się po schodach. To juŜ koniec, pomyślała. Więcej nie 
zniosę... 
W  tym  momencie  wydało  jej  się,  Ŝe  słyszy  przed  domem 
samochód,  a  nawet  kilka.  Halucynacje,  przemknęło  jej  przez 
głowę.  Marzenia.  Minie  jeszcze  duŜo  czasu,  zanim  zdąŜy  tu 
dotrzeć policja z Oslo. 
Dźwięk ten dodał jej jednak trochę odwagi i z  nowymi siłami 
kontynuowała wspinaczkę. 
Słyszała, Ŝe Harty jest tuŜ za nią. Nic nie mogła na to poradzić. 
Czuła w ustach smak Ŝelaza, nie wiedziała jednak, czy to krew, 
czy teŜ oznaka wyczerpania. 
Chwilę  później  przez  jedno  z  okien  wpadł  do  wnętrza  snop 
ś

wiatła.  Harty  Berg  zaklął  głośno,  odwrócił  się  i  zbiegłszy  po 

schodach, skierował się do piwnicy. 
Christine opadła na stopnie, przytrzymując się 
poręczy i starając się nie zemdleć. 
Drzwi  prowadzące  do  piwnicy  otwarły  się  ze  zgrzytem, 
podczas  gdy  przed  domem  rozległo  się  trzaskanie  drzwiczek 
samochodowych oraz donośne, podniecone głosy. 
Christine  wydawało  się,  Ŝe  słyszy  samą  siebie.  –  Piwnica! 
Ucieknie przez drzwi do piwnicy! Nie miała jednak pewności, 
czy rzeczywiście to 
powiedziała,  a  poza  tym  i  tak  nikt  nie  mógł  jej  usłyszeć.  Byli 
przecieŜ na zewnątrz. 
Drzwi  wejściowe  otwarły  się  z  hukiem  i  do  hallu  wpadły 
ciemne, zmoczone deszczem postacie. 
– Tu ńa schodach ktoś siedzi! – zawołał nieznajomy głos. 
Zapaliło się światło. 
– Coś  takiego  –  powiedział  ktoś  inny  –  musiała  się  tu  stoczyć 
zaŜarta walka. 
W  końcu  udało  się  jej  odzyskać  mowę  i  powtórzyć  to,  co 
powiedziała przed chwilą o drzwiach do piwnicy. 
– Policja  z  Oslo  nie  mogła  jeszcze  dotrzeć...  dodała 
niewyraźnie. 

background image

– Nie  jesteśmy  z  Oslo,  jesteśmy  stąd  –  odpowiedział  jeden  z 
policjantów,  po  czym  wszyscy  zniknęli  na  schodach  do 
piwnicy. 
Christine  otarła  krew  cieknącą  jej  z  nosa  i  odgarnęła  z  oczu 
włosy.  Uniosła  powoli  głowę  i  spojrzawszy  w  dół  schodów, 
chwiejnym krokiem zaczęła schodzić wprost ku wyciągniętym 
ramionom komisarza Bakkena, który szedł jej na spotkanie. 
Oparła  policzek  na  jego  mokrym,  zimnym  płaszczu 
przeciwdeszczowym i poczuła się w końcu bezpieczna. 
– Piwnica – powiedziała tępo. – On... 
– Tak, tak – uspokoił ją. – Zaraz go złapią. 
– Jak  się  tu  dostałeś?  –  wymamrotała.  Czuła,  Ŝe  jego  silne 
ramiona  działają  na  nią  kojąco  i  nie  pozwalają  osunąć  się  na 
podłogę. 
– Wyjechałem  natychmiast  po  naszej  rozmowie.  Nie  mogłem 
ci  powiedzieć,  Ŝe  to  Harry  Berg.  Mogłabyś  się  zdradzić,  a 
wtedy  byłoby  z  tobą  źle.  Nie  sądziłem,  by  groziło  ci  jakieś 
szczególne  niebezpieczeństwo,  ale  na  wszelki  wypadek 
zawiadomiłem  miejscową  policję.  Jak  wiesz,  chcieliśmy,  by 
wpadł  w  swoją  własną  pułapkę.  Próbowałem  cię  jednak 
ostrzec, więc poprosiłem, abyś była rozwaŜna. 
– .Tak – powiedziała. – Dziękuję. Ale dlaczego przyjechałeś tu 
osobiście? Chyba poradziliby sobie z nim sami? 
– Nie  podobała  mi  się  myśl,  Ŝe  mogłabyś  spędzić  z  nim  tutaj 
noc – odpowiedział obojętnie. – W końcu to morderca. 
Serce Christine zabiło odrobinę zbyt mocno, choć przecieŜ nie 
mógł  mieć  na  myśli  nic poza tym, co  właśnie powiedział.  Nie 
mogła  sobie  pozwolić,  by  znów  budować  zamki  na  piasku.  Z 
drugiej strony wspaniale było czuć wokół siebie jego ramiona. 
– Muszę  przyznać,  Ŝe  jestem  trochę  wstrząśnięty  tym,  co  tu 
zaszło – dodał. – Odkryłaś, kim jest, i zdradziłaś się z tym? 
– Właściwie nie – powiedziała szczękając zębami. – ChociaŜ w 
pewnym sensie tak. Przywiózł mnie tu tylko po to, Ŝeby... Ŝeby 
mnie zabić. 
Kolana  ugięły  się  pod  nią  ponownie,  lecz  Bakken  trzymał  ją 
mocno.  Teraz,  gdy  było  juŜ  po  wszystkim,  przyszła  reakcja. 
Zabić... 
Bakken skinął głową. 
– Przez  całą  drogę  tutaj  nie  opuszczał  mnie  niepokój  – 
powiedział  powoli.  –  ChociaŜ  nie  powinien  mieć  Ŝadnego 
powodu, by to zrobić, prawda? 
– Tak,  w  końcu  teŜ  do  tego  doszłam  –  w  głosie  Christine 
brzmiało  zdumienie.  –  Chodzi  mi  o  to,  Ŝe  on  nie  naleŜy  do 
ludzi, którzy zabijają dla przyjemności. 
– Nie,  jest  raczej  dość  ostroŜny.  Ale  chodźmy  stąd,  chyba 
chcesz wydostać się wreszcie z tego okropnego domu. 
– Tak, chcę – westchnęła. 
Zaprowadzono  ją  do  samochodu  komisarza.  Jeden  z 
policjantów  poszedł  po  jej  torbę  i  inne  rzeczy,  a  Bakken 
pomógł jej załoŜyć buty, które zgubiła w ferworze  walki. Ona 
sama,  skrajnie  wyczerpana,  nie  była  w  stanie  zrobić 
czegokolwiek. Siedziała tylko w samochodzie ze zwieszonymi 
ramionami  tak,  Ŝe  komisarz  musiał  jej  nawet  zapiąć  pasy 
bezpieczeństwa. 
– Złapaliście go? – zwrócił się do policjanta. 
– Jeszcze  nie,  ale  znamy  okoliczne  lasy  lepiej  niŜ  on  i  mamy 
przy  sobie  lampy  o  dalekim  zasięgu.  Bakken  skinął  głową  i 
zapalił silnik. 
– Jak  ja  wyglądam!  –  zawołała  wstrząśnięta  Christine, 
ujrzawszy się w lusterku wstecznym. 

background image

Miała  potargane  włosy,  ubranie  i  twarz  pobrudzone  ziemią  z 
piwnicy, podartą sukienkę... 
– Słyszę,  Ŝe  zaczynasz  wracać  do  siebie  –  zaśmiał  się.  –  To 
dobrze. Ale jedźmy juŜ, ogarniesz się później. 
Auto  wytoczyło  się  powoli  z  podwórza,  gdzie  stało 
zaparkowanych  kilka  wozów  policyjnych.  Jak  wspaniale  było 
znaleźć  się  obok  Bakkena  w  ciepłym  wnętrzu  samochodu! 
Nawet deszcz za szybą i las ciągnący się po obu stronach drogi 
wydawały się przyjazne. 
Oddalali  się  coraz  bardziej  od  tego  znienawidzonego  miejsca, 
którego  nie  chciała  widzieć  juŜ  nigdy  więcej.  Christine 
pragnęła zapomnieć o tym domu i o Hartym Bergu, który teraz 
błądził gdzieś po mokrym od deszczu lesie. 
ZdąŜała  z  powrotem  do  świata  jasności,  siedząc  tak  obok 
komisarza,  do  którego  miała  absolutne  zaufanie  i  którego 
towarzystwo napawało ją otuchą. 
Czuła, Ŝe wraca do Ŝycia. 
ROZDZIAŁ IX 
– Odetchnęłaś z taką ulgą – stwierdził Bakken, gdy znaleźli się 
na głównej drodze. 
– Tak – wyrwało się jej. – Tak się cieszę, Ŝe przyjechałeś. 
– Kiedy  do  mnie  zadzwoniłaś,  prośbę  w  twoim  głosie 
zrozumiałem  w  ten  sposób,  Ŝe  nie  chcesz  być  sam  na  sam  z 
męŜczyzną,  którego  uwaŜałaś  za  Reidara  Lie  –  powiedział  z 
powagą w głosie. 
– Tak było. 
– Nie  spodobało  mi  się,  gdy  usłyszałem,  Ŝe  nie  ma  tu  jego 
krewnych.  Muszę  ci  jednak  wyznać,  Ŝe  wiedziałem  więcej. 
Odczułem duŜą ulgę, gdy zadzwoniłaś i powiedziałaś mi, gdzie 
jesteście,  bo  właśnie  dostałem  raport,  z  którego  wynikało,  kto 
był rzeczywistym właścicielem tego czerwonego samochodu w 
wąwozie.  Wszystko  stało  się  j  asne  z  chwilą,  gdy 
dowiedzieliśmy, 

Ŝ

jest 

zarejestrowany 

na 

nazwisko 

prawdziwego Reidara Lie. 
– Ach, tak – odrzekła. – Postąpił bardzo głupio, mam na myśli 
Harry'ego  Berga,  nie  mówiąc,  Ŝe  poŜyczył  swój  samochód 
przyjacielowi. 
– Nie mógł tak powiedzieć. Pamiętasz, jak py 
tałem  Berga  o  numer  tego  czerwonego  samochodu?  Nie  znał 
go,  a  przecieŜ  powinien,  gdyby  wóz  stanowił  jego  własność. 
Poza  tym  odnalezienie  prawdziwego  właściciela  byłoby 
jedynie kwestią czasu. 
– Ach,  tak – powiedziała znowu. Dla jej skołowanego  umysłu 
była  to  zbyt  duŜa  dawka  logiki.  –  Ale...  przecieŜ  Harty  Berg 
zadzwonił  na  komisariat,  a  dyŜurny  policjant  o  niczym  nie 
wiedział. 
– AleŜ tak, wiedział. Miał tylko rozkaz, aby nikomu o tym nie 
mówić. 
– Aha – mruknęła, chociaŜ tak naprawdę nic nie rozumiała. 
– No  a  teraz  –  odezwał  się  Bakken  –  opowiedz  mi  swoją 
wersję. 
Christine zaczerpnęła głęboki oddech. 
– W  tej  chwili  nie  mam  chyba  dość  sił,  by  cokolwiek 
opowiadać. Najchętniej wcale bym na ten temat nie mówiła. 
– Rozumiem, jesteś w dalszym ciągu w szoku. 
– Gdybym  tylko  wiedziała,  dlaczego!  –  jęknęła.  Dlaczego 
musiał mnie zabić? 
– To  zrozumiałe,  Ŝe  jesteś  wytrącona  z  równowagi  – 
powiedział cicho. 

background image

– Wcale nie jestem wytrącona z równowagi. Nie martw się, nie 
mam  zamiaru  wybuchnąć  płaczem.  Jestem  oczywiście 
zawiedziona, ale przede wszystkim jestem zła, wręcz wściekła, 
po części na niego, a po części na siebie samą. 
Bakken  przesłał  jej  zadziwiająco  przyjazny  uśmiech  i  nagle 
wydał się jej naprawdę ludzki. 
– To  zdrowe  uczucie  –  stwierdził.  –  To  znaczy,  gdy  jest  się 
złym na siebie samego. 
– Jak mogłam myśleć, Ŝe jest pociągający? 
– CóŜ, nie ma w tym nic dziwnego – odpowiedział spokojnie. – 
Mnie  równieŜ  wydał  się  sympatyczny.  –  Tak?  Wydawało  mi 
się, Ŝe go nie lubisz. 
– Racja, dlaczego miałbym go lubić? – Ale... 
Christine  zrezygnowała  z  prób  doszukiwania  się  w  słowach 
Bakkena jakiegokolwiek sensu. Przez pewien czas siedziała  w 
milczeniu, lecz po chwili ponownie ogarnęła ją złość. 
– I pomyśleć, Ŝe prosił mnie.., aby mógł spać ze mną w jednym 
łóŜku. 
– Udało mu się? – spytał sucho. 
– Nie,  nie  zdołałam  się  rozebrać.  Był  na  tyle  taktowny,  Ŝe 
obiecał  poczekać  na  zewnątrz.  A  ja  po  prostu  siedziałam  na 
łóŜku,  trzymając  w  ręku  moją  najlepszą  koszulę  nocną. 
Siedziałam  jak  sparaliŜowana,  jak...  Nie  mogłam  się  do  tego 
zmusić, komisarzu Bakken. 
– Wolę,  gdy  mówisz  do  mnie  John.  Komisarz  brzmi  dość 
sztucznie. Czy to dlatego jesteś na siebie taka zła? śe przeszła 
ci koło nosa taka szansa? 
– Nie,  co  teŜ  ci  przyszło  do  głowy!  Później  byłam  wprost 
szczęśliwa,  Ŝe  nie  mogłam  się  na  to  zdecydować.  JednakŜe, 
gdy tak siedziałam na łóŜku, czułam się strasznie głupio, chyba 
rozumiesz.  Nie  wiedziałam  wtedy  przecieŜ,  Ŝe  to  on  jest 
Hartym Bergiem. Był tylko bardzo sympatycznym młodym 
człowiekiem,  który  wyznał  mi  miłość,  a  ja  zdawałam  sobie 
sprawę  z  faktu,  Ŝe  mając  trzydzieści  dwa  lata  mogę  juŜ  nigdy 
więcej nie mieć takiej szansy. I mimo to nie mogłam. Po prostu 
nie był to ten właściwy, komisarzu Bakken... to znaczy John. 
Christine  spojrzała  na  swego  współtowarzysza  kątem  oka  i 
wydało się jej, Ŝe dostrzega na jego ustach cień zdradzającego 
zadowolenie  uśmiechu.  Choć  z  drugiej  strony  musiała  się 
pomylić.  Bakken  się  przecieŜ  nie  uśmiechał.  Był  bardzo 
powaŜnym  człowiekiem,  prawdopodobnie  pozbawionym 
poczucia humoru. 
– Co powiedział, gdy zobaczył, Ŝe się nie przebrałaś? 
– Było  widać,  Ŝe  się  rozzłościł,  ale  nadal  zachowywał  się 
bardzo miło. Miał chyba zamiar strasznie mnie upokorzyć. 
– Dowodzi  to  tylko  jego  paskudnego  charakteru.  Chciałem 
powiedzieć, Ŝe ty, Christine, jesteś osobą, którą trzeba chronić 
przed upokorzeniami, prawda? 
– Być  moŜe  –  odrzekła  powoli,  nie  bardzo  wiedząc,  do  czego 
zmierza. 
– Chodzi  mi  o  to,  Ŝe  łatwo  cię  zranić,  nieprawdaŜ?  JuŜ  sama 
twoja  sytuacja  Ŝyciowa  jest  wystarczająco  trudna.  Tak  wiele 
jest bezimiennych osób, które z największą pokorą troszczą się 
o  swoich  najbliŜszych,  poświęcając  dla  nich  swoją  młodość.  I 
co za to otrzymują od sąsiadów, od otoczenia? Drwiny, oto co 
otrzymują.  I  pełną  wyŜszości  pogardę.  „Ta  stara  panna  nigdy 
chyba nie złapie Ŝadnego fa 
ceta!”  Słyszałem  w  Ŝyciu  wiele  takich  komentarzy. 
Triumfujące  Ŝony,  którym  udało  się  zdobyć  męŜa,  a  które  nie 
kiwną nawet palcem, by pomóc swoim rodzicom. UwaŜam, Ŝe 

background image

nie  ma  ludzi  dzielniejszych  nad  tych,  którzy  odciąŜają 
społeczeństwo, zapewniając swoim bliskim opiekę w domu. 
– Dziękuję  –  powiedziała  Christine  zmęczonym  głosem.  –  To 
bardzo  miłe  z  twojej  strony.  Byłeś  zresztą  niezwykle 
sympatyczny dla  mojej matki, gdy odwiedziłeś  mnie  w domu. 
Jeszcze ci za to nie podziękowałam. 
– O czym ty mówisz? – rzucił z lekkim poirytowaniem. – Nie 
oczekiwałem podziękowań za rzecz tak oczywistą. A więc nie 
zakochałaś się  w tym Harrym Bergu? – odezwał się po chwili 
milczenia. – Albo, jak go nazywałaś, Reidarze Lie? 
– Nie,  na  to  pytanie  mogę  z  pewnością  odpowiedzieć  „nie”. 
Byłam  oszołomiona  podziwem  męŜczyzny.  Sam  wiesz,  nie 
byłam  pod  tym  względem  rozpieszczona  i...  CóŜ,  muszę  z 
niechęcią  przyznać,  Ŝe  jeŜeli  ktoś  w  moim  wieku  jeszcze  się 
nigdy  nie  całował,  to  z  dość  duŜą  łatwością  przychodzą  mu 
fantazje.  Człowiek  zdaje  sobie  sprawę,  Ŝe  nie  ma  juŜ  przed 
sobą  tak  wielu  lat,  i  jakby  zmusza  sam  siebie,  by  mu  się  to 
podobało. Rozumiesz? 
Bakken  uczepił  się  tego,  co  właśnie  powiedziała  o 
pocałunkach. 
– A więc cię pocałował? – Tak. 
– I co? 
– Jak to „i co”? – niemal  warknęła. – Byłam zaŜenowana,  oto 
cała  moja  reakcja.  Cieszyłam  się,  Ŝe  ktoś  mnie  pocałował,  ale 
byłam niezwykle zakłopotana. Czułam, Ŝe to nie to. 
Jeden z nielicznych mijających ich z naprzeciwka samochodów 
miał włączone długie światła i oślepił ich zupełnie. 
– O,  ten  –  powiedział  Bakken  automatycznie.  Musimy  go 
zatrzymać. 
W  tym  samym  momencie  przypomniał  sobie,  Ŝe  nie  jest  na 
słuŜbie. 
– Czy w dalszym ciągu jesteś zła na siebie? 
– Tak,  jestem.  Za  to,  Ŝe  wpatrywałam  się  w  niego  pełnym 
podziwu  wzrokiem.  Za  to,  Ŝe  nie  przejrzałam  jego  gry  duŜo 
wcześniej  i  nie  mogłam  mu  dać  prztyczka  w  nos,  od  którego 
porządnie zabolałoby go jego  własne ja. ChociaŜ  udało  mi się 
powiedzieć,  Ŝe  nigdy  nie  miałam  zamiaru  iść  z  nim  do  łóŜka. 
Wydaje  mi  się,  Ŝe  bardzo  go  to  ubodło.  Nadal  jednak  jestem 
tak  wściekła  na  niego  za  to,  co  zrobił  tym  wszystkim 
samotnym,  nieszczęśliwym  kobietom,  Ŝe  aŜ  wszystko  się  we 
mnie gotuje. 
Wyjął z kieszeni chusteczkę i podał jej. 
– Takie  rozgoryczenie  i  wszystko  to,  co  przeŜyłaś  dzisiejszej 
nocy,  musi  prędzej  czy  później  wyzwolić  jakąś  reakcję. 
Przedwczoraj  zniszczyłem  ci  chusteczkę.  A  moŜe  to  było 
wczoraj?  Straciłem  juŜ  rachubę  czasu.  Teraz  twoja  kolej,  by 
zniszczyć jedną z moich. Weź ją, będzie ci potrzebna. 
Przyjęła chusteczkę ze śmiechem, który przero 
dził  się  w  czkawkę.  Tak  niewiele  było  jej  potrzeba,  po  prostu 
odrobiny troskliwego zainteresowania... 
Odwróciła  się  tyłem  do  Bakkena  i  rozpłakała  się  tak 
gwałtownie, Ŝe poczuła ból w piersiach i w gardle. – Dobrze, o 
to chodziło – stwierdził trzeźwo i nie 
odezwał  się  juŜ  więcej  do  momentu,  gdy  tuŜ  przed  Oslo 
Christine wytarła nos i ostatnie łzy. 
– Przepraszam.  Dziękuję  ci.  Jesteś  taki  miły,  John,  a  ja 
nazywałam  cię  zimną  rybą,  wyniosłym  zarozumialcem  i 
wszystkim innym, co mi tylko przyszło do głowy. 
– A  ja  myślałem,  Ŝe  to  ty  jesteś  z  lodu.  –  Spojrzał  na  nią 
zdziwiony. – Sprawiałaś wraŜenie tak wyniosłej, Ŝe strach było 

background image

otworzyć  usta,  by  nie  otrzymać  jakiejś  druzgocącej 
odpowiedzi. 
Christine  spojrzała  na  niego  i,  jak  to  się  pięknie  mówi, 
uśmiechnęła  się  przez  łzy.  Choć  z  drugiej  strony  wątpiła,  czy 
moŜna  być  piękną,  gdy  płakało  się  całą  drogę  z  Hakadal  do 
Oslo. 
– Sądzę, Ŝe oboje się myliliśmy – powiedziała ciepło. 
– Oczywiście – potwierdził, nie odrywając wzroku od drogi. – 
Posłuchaj,  odwiozę  cię  do  domu,  ale  najpierw  chciałbym 
zajrzeć  na  komisariat.  Muszę  się  jak  najszybciej  dowiedzieć 
kilku drobiazgów. 
– Jasne. 
– Gdy się juŜ porządnie wyśpisz, czy mogłabyś zajrzeć jutro do 
mojego biura, Ŝebyśmy mogli sporządzić stosowny raport? 
– Z przyjemnością – rzuciła spontanicznie. 
Spojrzał na nią pytającym wzrokiem. Pisanie raportów nie było 
raczej  najprzyjemniejszym  sposobem  spędzania  czasu.  W 
końcu jednak zrozumiał. 
– Zrobiło mi się ciepło wokół serca – wyznał. 
– Co...? Ach – westchnęła cicho, gdy dotarło do niej, co przed 
chwilą powiedziała. 
Nie odezwał się juŜ więcej, lecz przez całą drogę do centrum z 
jego ust nie schodził łagodny uśmiech. 
W komisariacie przeŜyli szok. 
Poinformowano  ich,  Ŝe  Harry'emu  Bergowi  udało  się  uciec 
jednym  z  samochodów  zaparkowanych  przed  domem  na  wsi. 
MoŜna było przypuszczać, Ŝe pojechał w stronę Oslo. 
– Och,  nie,  czy  nigdy  nie  pozbędziemy  się  tego  potwora?  – 
jęknęła Christine. 
Bakken  nie  tracił  czasu.  Zadzwonił  do  mieszkania  Christine  i 
poprosił  pielęgniarkę,  by  zabrała  panią  Lyngmo  w  bezpieczne 
miejsce, najlepiej do siebie. Wysłał teŜ policjanta, który miał je 
eskortować. 
Christine  miała  zamiar  zaprotestować  i  powiedzieć,  Ŝe 
wyciągnięcie  jej  matki  z  łóŜka  w  środku  nocy  jest 
niemoŜliwością.  Po  chwili  jednak  uświadomiła  sobie,  Ŝe 
właściwie  noc  dobiegła  juŜ  końca.  Zza  okien  dochodziły 
odgłosy budzącego się miasta. 
– A  ty  –  zwrócił  się  do  niej  Bakken  –  nie  moŜesz  oczywiście 
wracać  do  domu.  Nie  wiemy,  jakie  zamiary  ma  w  tej  chwili 
Harry  Berg,  chociaŜ  prawdopodobnie  nie  grozi  ci  jakieś 
większe  niebezpieczeństwo.  On  jest  bardzo  ostroŜnym 
graczem. 
Z  drugiej  strony  wściekłość  wywołana  twoją  „zdradą”  mogła 
go  zaślepić,  nie  chcę  więc,  Ŝebyś  przebywała  teraz  w  znanym 
mu  miejscu.  Potrzebujesz;  rzecz  jasna,  snu,  musisz  być 
zupełnie wyczerpana... 
Zastanowił się przez moment. 
– Hotel teŜ nie jest najlepszym miejscem... Pojedziesz do mnie 
– zadecydował, patrząc na nią swoim przenikliwym wzrokiem. 
–  Będę  przynajmniej  wiedział,  gdzie  jesteś.  Poza  tym  mam 
wolne, więc będę cię mógł popilnować. 
Zgodziła  się,  lekko  oszołomiona.  Prawdę  mówiąc,  była 
ciekawa  jego  Ŝycia  prywatnego.  W  dalszym  ciągu  nie 
wiedziała, czy jest Ŝonaty,  lecz  myśl, Ŝe  mogłoby tak być, nie 
wydała jej się miła. 
Mieszkał  niedaleko  komisariatu  w  starej,  dość  przyzwoicie 
utrzymanej  kamienicy.  Był  to  dom  nie  za  brzydki  i  nie  za 
piękny, jakich w Oslo tysiące. 

background image

Na  drzwiach  do  mieszkania  na  trzecim  piętrze  znajdowała  się 
tabliczka:  „John  Bakken,  komisarz”.  Teraz...  dowie  się 
wszystkiego. 
Gdy  tylko  znaleźli  się  w  małym,  ciasnym  przedpokoju, 
zorientowała  się, Ŝe jest to  mieszkanie  samotnego  męŜczyzny. 
Dzięki  Bogu,  przeleciało  jej  przez  głowę.  Wszystko  było 
czyste i schludne, ale dawał się zauwaŜyć brak kobiecej ręki. 
Mieszkanie  okazało  się  nieduŜe.  Średniej  wielkości  pokój 
dzienny  z  tradycyjnymi  meblami:  skórzaną  kanapą,  fotelem  i 
niską  ławą,  zarzuconą  wszystkim,  co  męŜczyzna  musi  mieć 
pod ręką. 
Zgarnąwszy  pospiesznie  papierosy,  ksiąŜki  krajoznawcze, 
gazety oraz kilka notesów, zaprosił ją, by usiadła na sofie. 
– Jesteś  głodna?  –  zapytał  niepewnym  tonem,  typowym  dla 
osób, które nie mają zbyt wiele zapasów w lodówce. 
– Nie, dziękuję, zadowolę się jednym z tych jabłek... 
– Oczywiście,  proszę  –  odpowiedział  z  ulgą.  Przygotuję  ci 
posłanie  w  sypialni. Sam połoŜę się  na chwilę  tu na sofie, nie 
musisz się obawiać moich odwiedzin. 
– Nie, ale... 
Urwała w pół słowa, czując, Ŝe się mocno czerwieni. 
Bakken  zatrzymał  się  i  spojrzał  na  nią.  –  Chciałaś  coś 
powiedzieć? 
– Nic takiego, nie zaprzątaj sobie tym głowy. Podszedł do niej. 
– Nie, chcę  wiedzieć. Chcę  wiedzieć, co o mnie  myślisz, i  nie 
bój  się  powiedzieć  prawdy.  Usłyszałem  juŜ  w  Ŝyciu  niejedno, 
więc jestem zahartowany. 
Rozgniewana Christine przestała kontrolować swoje słowa. 
– Co  ry  sobie  myślisz?  Nie  dalej  jak  dobę  temu  wmówiłam 
sobie,  Ŝe  zakochał  się  we  mnie  męŜczyzna,  i  zaślepiona  tym 
faktem dałam się wywieźć na odludzie. To, Ŝe później doszłam 
do wniosku, iŜ nie chcę mieć z nim nic do czynienia, jest tu bez 
znaczenia. Czy chcesz, Ŝebym teraz wyznała, Ŝe spodo 
bał  mi  się  inny?  Wydaje  ci  się,  Ŝe  jestem  taka  zmienna,  Ŝe 
wręcz oszalałam na punkcie męskiego towarzystwa? 
– Nic  takiego  nie  miałem  na  myśli,  Christine  –  powiedział  z 
autentycznym  smutkiem  w  oczach.  –  Wydawało  mi  się,  Ŝe 
chcesz mi powiedzieć, Ŝe mnie nie znosisz. 
A co właściwie powiedziałam? pomyślała przybita. 
– Ja...  ja  przez  cały  czas  tak  bardzo  Ŝałowałam,  Ŝe  mnie  nie 
lubisz! – zawołała, zakrywając twarz dłońmi. – PrzecieŜ wiesz, 
Ŝ

e ja cię lubię. 

– Nie,  ale  marzyłem,  Ŝe  mnie  polubisz.  Promyk  nadziei 
zajaśniał mi dopiero w chwili, gdy prosiłaś mnie przez telefon, 
Ŝ

ebym  przyjechał.  Wmówiłem  sobie,  Ŝe  słyszę  w  twoim 

słabym głosie coś więcej niŜ tylko prośbę o pomoc, skierowaną 
do pierwszego lepszego policjanta. 
– Tak było – skinęła głową, wciąŜ zasłaniając twarz. – Myśl o 
tym,  Ŝe  być  moŜe  będę  musiała  dzielić  łóŜko  z  tym  typem, 
wywołała  we  mnie  panikę.  Pragnęłam,  Ŝebyś  przyjechał 
właśnie ty. 
Poczuła, Ŝe delikatnie odsuwa jej zakrywające twarz dłonie. 
– A  co  miałaś  zamiar  powiedzieć  przed  chwilą?  Kiedy 
powiedziałem, Ŝe nie musisz się bać moich odwiedzin? 
Odwróciła głowę. 
– Christine  –  przemówił  łagodnym  tonem.  –  Nie  miałem 
zamiaru wyprowadzić cię z równowagi. 
Chciałem  ci  tylko  wyznać,  Ŝe  od  chwili  naszego  pierwszego 
spotkania  myślałem  o  tobie  dzień  i  noc.  Miałem  nadzieję,  Ŝe 

background image

chciałaś  mi  powiedzieć:  „Wcale  się  tego  nie  boję,  wręcz 
przeciwnie”. Czy tak było? 
Minęło kilka sekund, nim udało się jej odpowiedzieć. 
– Tak, coś w tym rodzaju. 
Słysząc to, Bakken wziął ją w ramiona, tak samo jak to zrobił 
tam  na  wsi,  po  czym  zamarł  bez  ruchu  z  twarzą  zanurzoną  w 
jej  włosach.  Christine  nie  opierała  mu  się.  Wdychała  tylko 
zapach jego skóry. Była przeraŜona, a zarazem szczęśliwa. 
Po chwili Bakken ją puścił. – Teraz moŜesz iść spać. 
– John... 
– Tak?  –  Odwrócił  się  w  stronę  drzwi  prowadzących  do 
sypialni. 
– Tym razem poczułam się lepiej. 
– TeŜ mi się tak wydaje – skinął głową. Przygotował jej świeŜą 
pościel i powiedział, Ŝe moŜe się połoŜyć. 
– Śpij  tak  długo,  jak  zechcesz,  Christine.  Nikt  ci  nie  będzie 
przeszkadzał. 
– Obudź mnie, gdy sam będziesz wstawał. 
– Dobrze. Dobranoc, a moŜe raczej dzień dobry? Uśmiechnęła 
się.  Wszystko  wydało  się  teraz  o  wiele  łatwiejsze.  Wyjęła  z 
torby  swoją  piękną  koszulę  nocną  i  przypomniała  sobie 
niechęć, jaką wcześniej odczuwała przed jej włoŜeniem. Teraz 
nic 
jej  w  tym  nie  przeszkadzało.  Przeciwnie.  Gdy  juŜ  włoŜyła 
koszulę  i  stojąc  obok  łóŜka  gładziła  dłonią  delikatny  materiał, 
uświadomiła  sobie,  Ŝe  nie  ma  nic  przeciwko  temu,  by  wszedł 
teraz John Bakken i zobaczył, jak pięknie wygląda. 
Albo Ŝeby u niej został. 
Było jednak za wcześnie, by powiedzieć to głośno. 
Za  kaŜdym  razem,  gdy  Harry  Berg  przypominał  sobie 
Christine  Lyngmo,  przed  oczami  pojawiały  mu  się  czerwone 
płaty. 
On, który zawsze tak pedantycznie dbał o swój strój – robiło to 
wraŜenie  na  kobietach  –  musiał  teraz  marnować  tyle  czasu, 
próbując  doczyścić  ubranie  i  pozszywać  podarty  materiał. 
Wszystko  przez  tę  szaleńczą  ucieczkę  przez  mokry  i  ciemny 
las.  Upadł,  uderzając  się  w  głowę,  i  skaleczył  się  w  rękę.  A 
winna temu ta głupia gęś. 
Udało  mu  się  jednak  oszukać  gliniarzy.  Podczas  gdy  oni 
ganiali  za  nim  po  lesie,  on  się  przedostał  z  powrotem  do 
zagrody  i  zabrał  jeden  z  prywatnych  samochodów,  w  którym 
pozostawiono  kluczyki.  Nie  mógł  wziąć  wynajętego  przez 
siebie  auta,  nie  był  taki  naiwny,  a  poza  tym  zablokowały  go 
radiowozy. 
Zanim gliniarze zdąŜyli się obejrzeć, był juŜ w drodze do Oslo. 
Wspaniale  było  porzucić  wreszcie  tę  cholerną  dystyngowaną 
mowę. Musiał w to wkładać tyle wy 
siłku,  choć  z  drugiej  strony  się  opłacało.  Uśmiechnął  się  na 
myśl o wszystkich babach, które udało mu się nabrać. 
Jego myśli wróciły do Christine Lyngmo i świat znowu wydał 
się ponury. W jaki sposób, u diabła, udało się jej go oszukać? 
Jego!  Głupia  gęś,  jedna  z  najgorszych,  jakie  spotkał.  Stara 
panna, która nigdy nie miała faceta, a tu... 
Nie,  myśl  ta  była  tak  dokuczliwa,  Ŝe  nie  wpływała  dobrze  na 
jego ciśnienie. 
Ale on ją dostanie! Niech Bóg  ma ją  w swojej opiece, gdy on 
dostanie ją w swoje ręce! Tego jej nie przepuści. Nie on, Harty 
Berg, który bawił się w to od ośmiu lat i nie wpadł ani razu. A 
teraz ta głupia stara panna! 

background image

Samochód  zostawił  na  jednej  z  bocznych  uliczek  i 
doprowadziwszy się do porządku, wziął taksówkę do centrum. 
Rozsądek  podpowiadał  mu,  Ŝe  musi  uciekać  natychmiast, 
najlepiej za granicę, lecz on miał jeszcze coś do zrobienia. Nie 
obawiał  się  policjantów.  UwaŜał  ich  za  bandę  niedorajdów, 
którzy zawsze szukali w złym miejscu. 
Było  przedpołudnie.  Zmęczenie  dawało  mu  się  we  znaki  do 
tego stopnia, Ŝe oczy piekły niczym pełne piasku. 
Nie  miał odwagi  wracać do domu,  mimo Ŝe  nikt  nie  wiedział, 
gdzie  mieszka.  Miał  w  tym  cholernym  kraju  jeszcze  tylko 
jedną rzecz do załatwienia. 
Odwdzięczyć się Christine Lyngmo. 
Nie mógł jednak pójść do jej mieszkania. Z pew 
nością było  w tej chwili pilnowane przez policję. Nie, musi ją 
stamtąd  wywabić.  Ale  w  jaki  sposób?  Albo  dopaść  ją  na 
spacerze... 
Gdyby tylko nie było tak przeraźliwie zimno! Harty Berg miał 
dość pieniędzy i kupił sobie płaszcz oraz parę wysokich butów, 
lecz  chodzić  po  zalanych  deszczem  ulicach  koło  jej  domu... 
Nie,  to  niezbyt  przyjemna  perspektywa.  W  pobliŜu  nie  było 
nawet Ŝadnej restauracji, gdzie moŜna by się schronić. 
Harty  Berg  został  stworzony  do  wygodnego  Ŝycia  w  luksusie. 
Takie  miał  przekonanie.  CięŜka  praca  wydawała  mu  się  bez 
sensu. 
Nigdy  teŜ  nie  pracował,  przynajmniej  od  czasu,  gdy  wyniósł 
się  z  obskurnego  mieszkania  w  podwórzu,  gdzie  jego  rodzice 
tylko  pili,  kłócili  się  i  pozwalali  dzieciom  chodzić  własnymi 
drogami.  Dość  szybko  odkrył,  Ŝe  posiada  szczególny  dar 
oddziaływania  na  kobiety,  i  przybrał  zdradzający  bezradność 
styl  bycia,  na  który  niezwykle  silnie  reagowały  dojrzałe, 
samotne  panie.  Z  ogromną  chęcią  pomagały  mu  w  jego 
kłopotach finansowych i zmaganiach z okrutnym światem. 
Odwdzięczał  się  im  miłością,  a  w  kaŜdym  razie  seksem, 
którego  w jego przekonaniu  potrzebowały  najbardziej. W rym 
jednak  się  mylił.  W  rzeczywistości  potrzebowały  one  bliskiej 
osoby,  najchętniej  męŜczyzny.  Harty  Berg  nie  zdawał  sobie 
jednak  sprawy  z  rzeczywistego  stanu  rzeczy  i  być  moŜe 
dlatego nie udało mu się zaciągnąć Christine do łóŜka. 
Prawdopodobnie tak właśnie było, lecz Harty 
Berg tego nie rozumiał. 
Nie  mógł  teŜ  pojąć  faktu,  Ŝe  to  nie  w  nim  Christine  się 
zakochała.  Potrzebowała  tylko  trochę  czasu,  by  się 
zorientować, w czyją stronę kierowały się jej uczucia. 
Teraz juŜ miała pewność. 
Nie  wiedział  jednak  o  tym  Harry  Berg.  W  dalszym  ciągu  nie 
potrafił zrozumieć, w jaki sposób wymknęła mu się z rąk. 
Ani  jedna  z  kobiet,  które  wcześniej  uwiódł,  nie  złoŜyła  na 
niego  doniesienia  na  policję.  UwąŜał,  Ŝe  prawdopodobnie 
nadal go kochały. 
Chodził właśnie bez celu po ulicach, gdzie z pewnością nikt by 
go  nie  szukał,  gdy  nagle  stanął  jak  wryty  i  odwrócił  się  na 
pięcie. 
Było juŜ jednak za późno. 
– Harry! Kochanie! JuŜ wróciłeś z Londynu? Nie pozostało mu 
nic innego, jak tylko odwrócić się ponownie i spotkać się  z tą 
starą  jędzą,  panią  Melander,  z  którą  juŜ  dawno  skończył.  Do 
diabła!  To  właśnie  jej  pieniądze  wydawał  w  tej  chwili  w 
najlepsze. 
ROZDZIAŁ X 

background image

– Złotko  moje,  ty  tutaj?  –  paplała  pani  Melander,  ściskając 
narzeczonego z całych sił i dusząc mdłym zapachem perfum. – 
A ja myślałam, Ŝe jesteś w Anglii. 
Twarz  Harry'ego  Berga,  ukrytą  w  jej  futrzanym  kołnierzu, 
wykrzywił brzydki grymas. 
– Musiałem wrócić na krótko – wymamrotał. A ja sądziłem, Ŝe 
ty jesteś w Stavanger. 
– Nie,  przyjechałam  tu,  Ŝeby  obejrzeć  suknię  ślubną  z 
ogłoszenia.  Jest  cała  z  róŜowego,  błyszczącego  jedwabiu  i  ma 
mnóstwo  falbanek.  Sam  rozumiesz,  Ŝe  nie  mogę  wystąpić  w 
białej,  skoro  byłam  juŜ  zamęŜna  –  zachichotała.  –  Jest 
cudowna, moŜesz mi wierzyć. 
Harry'ego  przeszedł  dreszcz,  lecz  po  chwili  jego  twarz  się 
rozchmurzyła.  Czy  Christine,  ta  przeklęta  jędza,  nie 
wspominała, Ŝe zna Ellen Smidt i panią Melander? 
Mógł to wykorzystać. 
– Moja  droga  –  powiedział,  gdy  odzyskał  równowagę  – 
musimy  to  uczcić.  Wejdźmy  do  tego  hotelu  na  lunch.  Mam 
jeszcze kilka godzin przed odlotem 
do Londynu. 
– Och, Harry! – zaszczebiotała. 
Gdy  juŜ  znaleźli  się  przy  stoliku  i  pani  Melander,  lekko 
siorbiąc, jadła zupę, Harry zastanawiał się gorączkowo. Jak to 
zrobić, jak? 
W końcu wpadł na pewien pomysł. 
– Kochanie  –  odezwał  się  głaszcząc  jej  małe,  tłuste  dłonie.  – 
Czy  mogłabyś  mi  pomóc  w  pewnej  sprawie?  Natychmiast 
wyciągnęła w jego stronę ręce, wy 
lizując  przy  tym  z  kącików  ust  resztki  jedzenia.  –  Dla  ciebie 
wszystko, Harry. 
– Wiesz... jestem tu dlatego, Ŝe pewna zła osoba zachowała się 
w stosunku do mnie w sposób niegodziwy. 
– Och, Harry! śe teŜ są na świecie tacy podli ludzie! 
– Tak. Chciała mnie usidlić. To znaczy zakochała się we mnie, 
ale ja przecieŜ miałem juŜ ciebie i nie chciałem mieć z nią nic 
wspólnego... 
– Harry, mój chłopcze kochany! 
Skończ  z  tym  wreszcie,  pomyślał  z  niechęcią,  lecz  udało  mu 
się przywołać na twarz uśmiech. 
– Widzisz,  zaprosiła  mnie  do  siebie  pod  jakimś  błahym 
pozorem,  a  ja  w  swojej  naiwności  poszedłem.  Okazało  się,  Ŝe 
chodzi jej tylko o to, by mnie uwieść... 
– Ale  oczywiście  jej  się  to  nie  udało  –  z  pewnością  w  głosie 
oświadczyła pani Melander. 
– Nie, zwariowałaś? Ale wiesz, co zrobiła? – Nie? 
– Zabrała  mi  moją  aktówkę,  w  której  miałem  pewne  waŜne 
dokumenty. Było teŜ tam trochę pieniędzy. 
– Chcesz powiedzieć, Ŝe cię okradła? A to podłość! 
– Nie,  niezupełnie  okradła.  Zabrała  mi  aktówkę  jako  swego 
rodzaju fant, Ŝebym musiał znów do niej przyjść. 
– Ale ty tego przecieŜ nie zrobisz? 
– Nigdy  w  Ŝyciu.  Nie  chcę  jej  juŜ  widzieć  na  oczy.  –  Masz 
rację, Hariy, ale musisz przecieŜ odzyskać swoją teczkę. 
– O to chodzi i właśnie w tym moŜesz mi pomóc. – Ja? Ale w 
jaki sposób? 
– Ja wiem, gdzie schowała aktówkę, natomiast ty chyba znasz 
tę dziewczynę. 
– Ja? 
– Tak,  wymieniła  kiedyś  twoje  nazwisko.  Sama  nazywa  się 
Christine Lyngmo. 

background image

Pani Melander aŜ podskoczyła i zaczęła  mówić tak  głośno, Ŝe 
musiał ją uciszać. 
– Co?  Christine?  Nie,  nigdy  bym  nie  przypuszczała!  ChociaŜ 
teraz przejrzałam jej grę. Ta Ŝmija nigdy nie odpisuje na listy. 
Pewnie dręczą ją wyrzuty sumienia. Pomyśleć tylko, Ŝe byłam 
jej  najlepszą  przyjaciółką,  a  ona  chciała  mi  odebrać  mojego 
Harry  ego!  –  ZmruŜywszy  oczy,  pochyliła  się  znów  w  jego 
kierunku. – Co chcesz, Ŝebym zrobiła? Uczynię to natychmiast. 
Mam zgłosić o wszystkim na policję? 
– Nie,  nie,  tego  nie  moŜesz  zrobić.  Mówiłem  przecieŜ,  Ŝe  nie 
chcę  jej  juŜ  nigdy  widzieć.  Musisz  mnie  tylko  tam  wpuścić. 
Wejdziesz  do  jej  mieszkania,  a  ja  poczekam  na  klatce 
schodowej. Niech  nie przekręca zamka.  A kiedy ty będziesz z 
nią rozmawiać, o czymkolwiek, tylko błagam, nie o mnie... 
– Nie  wytrzymam.  Wydłubię  jej  oczy.  –  No  to  zapomnijmy  o 
wszystkim. 
– Nie,  nie,  Harry,  zrobię,  co  chcesz.  A  więc  gdy  będę  z  nią 
rozmawiać... 
– Ja  wśliznę  się  do  środka.  Schowała  moją  teczkę  w  pobliŜu 
drzwi  wejściowych.  Wezmę  ją  i  szybko  zniknę.  Potem  będę 
musiał od razu jechać na lotnisko Fornebu, więc tym razem nie 
zobaczymy się więcej, ale za to gdy wrócę... 
Jego  oczy  były  pełne  obietnic  i  panią  Melander  opuściły 
wszelkie wątpliwości. 
Tego  samego  ranka  John  Bakken  odwiózł  Christine  do  domu. 
Zjawiła się tam teŜ pielęgniarka z panią Lyngmo. 
– Jest  pani  wolna  –  zwrócił  się  Bakken  do  pielęgniarki.  – 
Zostanę  tu  cały  dzień,  ale  proszę  wrócić  wieczorem,  to 
wszystko  omówimy.  Mamy  nadzieję,  Ŝe  do  tego  czasu 
poszukiwany zostanie ujęty, więc będziecie tu bezpieczne. 
Pani Lyngmo chciała się od razu połoŜyć do łóŜka, a Christine, 
która po drodze zrobiła w supersamie potęŜne zakupy, zabrała 
się niezwłocznie do przygotowywania lunchu. 
Bakken spytał ostroŜnie, czy nie mogłaby zrobić takich samych 
naleśników,  jak  podczas  jego  poprzedniej  wizyty.  Wyglądały 
tak wspaniale, Ŝe był wtedy bliski złamania swoich zasad. 
– Nie  –  powiedziała  Christine  zdecydowanie.  Nigdy  nie 
przyrządzam  tego  samego  dania  w  tak  krótkich  odstępach 
czasu.  Tym  razem  mam  zamiar  podać  ci  kurczaka  w  winie  i 
moją specjalną sałatkę, a na deser suflet z suszonymi śliwkami. 
Musisz  bowiem  wiedzieć,  Ŝe  znam  się  na  jedzeniu.  To  chyba 
jedyna rzecz, do której się nadaję na tym świecie, więc chcę ci 
zaprezentować cały mój kunszt. 
– To brzmi obiecująco – uśmiechnął się szeroko. – Kapituluję. 
Policjanci  rzadko  mają  okazję  oddawać  się  rozpuście  w 
jedzeniu. 
Pielęgniarka  miała  właśnie  wychodzić,  gdy  sobie  o  czymś 
przypomniała. 
– A,  właśnie,  jest  tutaj  list  do  Christine  Lyngmo...  Z  listu 
dowiedzieli  się  wreszcie,  dlaczego  Harry  Berg  musiał  się 
pozbyć Christine. 
– Popatrz  tylko  –  powiedziała  do  Bakkena.  –  Przeczytaj  to! 
Napisał ten list, zanim się zorientował, Ŝe biorę go za Reidara 
Lie. Najwyraźniej kolejna z jego czarujących sztuczek. 
Pielęgniarka  juŜ  wyszła,  a  pani  Lyngmo  spała  w  swoim 
pokoju. Byli sami w kuchni. 
– Droga  Christine!  Tak  wielu  rzeczy  nie  potrafię  wyrazić 
slowami, wi
ęc postanowilem napisać... czytał na głos Bakken. 
Dalej następowało sformułowane w zawoalowa 

background image

nych słowach wyznanie miłości, w które nie wierzyła ani przez 
chwilę, wspomnienie wieczoru spędzonego razem na koncercie 
i tak dalej. List był podpisany imieniem Harry. 
– To wyjaśnia wszystko – stwierdził Bakken, kiwając głową. – 
Wyznałaś  mu,  Ŝe  polujesz  na  głowę  Harry'ego  Berga,  a  on 
tymczasem  przedstawia  się  tu  jako  Harry,  z  którym  byłaś  na 
koncercie. A więc to było motywem. 
– Tak. 
Usiadł  przy  stole  kuchennym,  zwrócony  tyłem  do  okna, 
podczas gdy ona wprawnymi ruchami dzieliła kurczaka. Po raz 
pierwszy dostrzegła na twarzy komisarza wyraz odpręŜenia. 
– Mama  wspominała o tobie, gdy byłam u niej przed chwilą – 
powiedziała  swobodnie.  –  Bardzo  się  cieszy,  Ŝe  tu  jesteś. 
Pomyśl  tylko,  pamięta  twoją  ostatnią  wizytę.  Zapomniała  juŜ 
zupełnie o istnieniu Harry'ego i Reidara, ale wygląda na to, Ŝ
ty 
zrobiłeś na niej wraŜenie. 
– Cieszę  się  –  odrzekł  Bakken  cicho,  śledząc  wzrokiem  ruchy 
Christine. – MoŜe to zbyt śmiałe z mojej strony, ale dobrze mi 
tutaj. 
– Dziękuję – wyszeptała. – Sprawiłeś mi radość tymi słowami. 
– Mam  zamiar  przychodzić  tu  częściej  –  uśmiechnął  się 
nieśmiało.  –  Czuję  się  tu  jak  w  domu.  To  nietypowe  uczucie 
dla samotnego funkcjonariusza. 
Christine opłukała ręce, wytarła je i usiadła obok komisarza. 
– Kobiety  w  obecnych  czasach  tak  bardzo  boją  się  słowa 
„naleŜeć”. Mylą to z niezaleŜnością i... nie, mówię od rzeczy. 
– Rozumiem,  co  masz  na  myśli  –  odpowiedział  z  powagą.  – 
NaleŜeć to nie to samo, co podporządkować się. 
– Właśnie!  –  oŜywiła  się.  –  Często  tęskniłam  za  tym,  by  do 
kogoś  naleŜeć.  Myślę,  Ŝe  to  piękne  słowo.  Spojrzał  na  nią  ze 
smętnym uśmiechem. 
– Ale  przecieŜ  musiałaś  mieć  wcześniej  okazje,  by  tak  się 
stało? 
– Tak, ale... 
– No  nie,  nie  przerywaj  znowu.  Jesteś  tak  wspaniale 
spontaniczna, ale nie do końca. Co chciałaś powiedzieć? 
– Czy mogę być szczera? 
– PrzecieŜ  właśnie  o  to  cię  proszę  –  powiedział,  biorąc  ją  za 
ręce. 
– No  więc  nigdy  przedtem  nie  spotkałam  kogoś,  do  kogo 
chciałabym naleŜeć. 
– Przedtem!  –  uśmiechnął  się.  –  To  mi  się  podoba.  Myślę,  Ŝe 
kobiety  bardzo  często  błędnie  rozumieją  słowo  „zaleŜność”  i 
sądzą, Ŝe to tylko one mają naleŜeć do męŜczyzny. A przecieŜ 
to  samo  obowiązuje  i  w  drugą  stronę.  Dwoje  ludzi  naleŜy  do 
siebie nawzajem. 
– A  wtedy  kaŜde  z  nich  ma  równe  prawa  skinęła  głową 
Christine.  –  I  to  w  o  wiele  większym  stopniu,  niŜ  gdy  obie 
strony walczą o równouprawnienie. 
„, 
– Tak  –  zawahał  się  przez  chwilę.  –  Wspomniałaś,  Ŝe  nigdy 
jeszcze...  nie  miałaś  męŜczyzny?  Nie  musisz  się  mnie  bać, 
Christine. Nie będę w Ŝaden sposób na to nalegał. 
– Wiem  o  tym.  Ale  ja  się  nie  boję,  John.  JuŜ  nie.  Jak  dotąd 
bałam się oddać komuś całkowicie. I mam tu na myśli uczucia, 
a  nie  miłość  fizyczną.  Wiem  jednak,  Ŝe  ty..,  nie  naduŜyłbyś 
mojego zaufania. 
– Oczywiście,  Ŝe  nie.  Pragnę,  Ŝebyś  się  przede  mną  otwarła, 
lecz  jednocześnie  musisz  się  czuć  zupełnie  bezpieczna.  Mnie 

background image

równieŜ  brakowało  towarzysza  Ŝycia.  Kogoś  takiego  jak  ty. 
Bardzo bym chciał, Ŝebyś została ze mną. 
Otoczenie  było  co  prawda  dość  prozaiczne:  stół  kuchenny 
zarzucony warzywami, obok margaryna, garnek perkoczący na 
kuchence, lecz dla nich nie miało to Ŝadnego znaczenia. śyli w 
swoim własnym świecie, widzianym w oczach drugiej osoby. 
Bakken  otwierał  właśnie  usta,  by  coś  powiedzieć,  gdy  nagle 
rozległ się dzwonek u drzwi. 
– A  któŜ  to  moŜe  być  o  tej  porze?  –  Christine  zmarszczyła 
czoło. – Popilnuj garnka, a ja pójdę otworzyć. 
John  Bakken  usłyszał  niewyraźne  głosy  dobiegające  z 
przedpokoju, a po chwili z przyległego pomieszczenia doszedł 
go szczebiotliwy głos kobiety. 
– Byłam właśnie w Oslo i po prostu musiałam wpaść na chwilę 
w odwiedziny... 
Głos  był  ostry  i  o  wiele  za  głośny.  Czy  przyszła  tylko  po  to, 
Ŝ

eby tak krzyczeć? Bakken stał nie 

ruchomo.  Odniósł  wraŜenie,  Ŝe  dzieje  się  coś  dziwnego. 
Musiała  to  być  pani  Melander,  wyczuł  to  równieŜ  po  tonie 
odpowiedzi Christine. W jaki sposób pozbędą się tej kobiety? 
Tymczasem  ona  nieprzerwanym  potokiem  słów  opowiadała  o 
sukni  ślubnej,  o  Harrym,  o  Londynie,  o  wyglądzie  Christine  i 
Bóg wie o czym jeszcze. W pewnym momencie jednak, równie 
nagle jak się pojawiła, stwierdziła, Ŝe musi juŜ iść. 
– No, muszę juŜ uciekać! Trzymaj się, moja droga, i pamiętaj, 
Ŝ

eby  napisać.  Tyle  Ŝe  następnym  razem  będę  się  nazywać 

Berg, a nie Melander, pamiętaj o tym. No to pa! 
Oboje  odetchnęli  z  ulgą.  Bakken  usłyszał,  jak  Christine 
zamyka  drzwi  za  nieproszonym  gościem,  i  wyszedł  jej  na 
spotkanie. 
Nagle  dobiegł  go  stłumiony  szloch  Christine,  a  zaraz  potem 
pełen  nienawiści  męski  głos.  Zrobił  kilka  kroków  w  kierunku 
przedpokoju,  lecz  zanim  zdąŜył  tam  dojść,  Christine  została 
wepchnięta  do  pokoju  przez  męŜczyznę,  który  przytrzymywał 
jej z tyłu ręce. 
Harty Berg. 
W  tej  samej  chwili  napastnik  dostrzegł  komisarza  Bakkena. 
Zaklął  szpetnie,  lecz  nie  stracił  panowania  nad  sobą.  Szybkim 
ruchem wyciągnął nóŜ. 
– Jeszcze  krok,  a  ją  zabiję  –  powiedział  ostro.  Popchnął 
Christine jeszcze trochę do przodu i zatrzymał się. 
– Ta pani musi mi za coś zapłacić – powiedział 
głosem,  który  nie  bardzo  pasował  do  dystyngowanego 
skrzypka  Harry'ego  Berga.  Oboje  słyszeli,  Ŝe  był  to  głos 
chłopaka  ze  slumsów.  Ma  w  sobie  coś  z  aktora,  pomyślała 
oszołomiona  Christine.  W  jaki  sposób  udało  mu  się  mnie 
oszukać? 
John czuł, jak serce podchodzi mu do gardła. Próbował grać na 
zwłokę, zastanawiając się jednocześnie, co moŜe zrobić. 
– Miałeś pecha, Ŝe trafiłeś na Christine – odezwał się spokojnie 
do Harry'ego Berga. – Przechytrzyła cię. 
– Nie  od  razu  –  bronił  się  tamten  gorączkowo.  Na  początku 
sądziła, Ŝe jestem Reidarem Lie, i zakochała się we mnie. 
– Nie sądzę – odpowiedział Bakken. – Christine i ja mamy się 
pobrać. 
Mimo  dramatycznych  okoliczności  nie  mogła  powstrzymać 
uśmiechu.  Wiedziała,  Ŝe  John  próbuje  zyskać  na  czasie,  lecz 
uznała, Ŝe trochę za bardzo draŜni Harry'ego. 
Harty  Berg  zaczął  wycofywać  się  w  kierunku  drzwi 
wejściowych, lecz najpierw musiał przejść przez przedpokój. 

background image

Wyraz  twarzy  Bakkena  nie  zmienił  się  ani  trochę  mimo  tego, 
co zobaczył za plecami Berga. Przez cały czas mówił, próbując 
skupić na sobie jego uwagę. 
Było  to  właściwie  niepotrzebne,  poniewaŜ  Harry'ego  niemal 
zaślepiła wściekłość, gdy usłyszał, Ŝe Christine nigdy nie była 
w nim zakochana. Nig 
dy przedtem nie zdarzyło mu się coś takiego – kobieta nieczuła 
na jego urok. Harty Berg był Ŝonaty. Porzucił Ŝonę i dzieci juŜ 
dawno,  lecz  nie  zadał  sobie  nawet  trudu,  by  przeprowadzić 
rozwód.  Od  tego  czasu  pozostawiał  na  swojej  drodze  tylko 
uwiedzione i oszukane kobiety. 
A tu nagle trafiła się jedna, która twierdzi, Ŝe nigdy się w nim 
nie zakochała! 
– Nie wierzę – powiedział. – Być moŜe miała zamiar wyjść za 
ciebie,  glino,  ale  przez  pewien  czas  jej  głowę  zaprzątały  inne 
myśli. 
– Mylisz  się  –  przerwała  mu  Christine.  –  Zakochałam  się  w 
Johnie,  a  jeśli  chodzi  o  ciebie,  to  chciałam  tylko,  Ŝebyś 
odpowiedział za oszustwa, jakich się dopuściłeś w stosunku do 
Ellen Smidt, panny Grindheim i pani Melander. 
Tego było juŜ zbyt wiele dla Harry'ego Berga. Mogła wybierać 
między  nim  a  tym  śmiertelnie  nudnym  komisarzem  i  wybrała 
policjanta. To nie do wiary! Nie mógł tego znieść. 
– Ty przeklęta suko! – warknął i uniósł nieco wyŜej nóŜ. 
W  tym  samym  momencie  jego  głowę  przeszył  straszliwy  ból. 
Przed  oczami  pojawiły  mu  się  słońca  i  gwiazdy.  Była  to 
ostatnia rzecz, jaką zobaczył. 
– Oj!  –  zawołała  z  przeraŜeniem  matka  Christine,  patrząc  na 
leŜącego męŜczyznę. – Uderzyłam go chyba trochę za mocno. 
John  Bakken  drŜącymi  rękami  wyjął  jej  z  dłoni  torebkę,  w 
której przechowywała wszystkie swoje 
zaoszczędzone  drobne  monety.  Była  to  torba  sporych 
rozmiarów i musiała waŜyć kilka kilogramów. 
Starsza pani, ubrana w białą flanelową koszulę nocną, spojrzała 
na nich ze zdziwieniem. 
– Dziękuję,  pani  Lyngmo  –  powiedział  John.  Uratowała  pani 
Ŝ

ycie swojej córki... i mojej ukochanej. 

– Tak,  tak  właśnie  sądziłam  –  odrzekła  rozpromieniona.  – 
Wydawało  mi  się,  Ŝe  to  jakiś  okropny  włamywacz,  a  kiedy 
zobaczyłam ten straszny nóŜ... Mój BoŜe, on leŜy zupełnie bez 
ruchu! 
– W kaŜdym razie oddycha – uspokoił ją Bakken. – Zadzwonię 
po ambulans. 
Harty  Berg  zmarł  w  drodze  do  szpitala,  lecz  nigdy  nie 
powiedzieli  o  tym  starszej  pani.  John  Bakken  pocieszał 
Christine, Ŝe jej matka nie będzie oskarŜona o zabójstwo, a to, 
co  się  stało,  było  najlepszym  rozwiązaniem.  Harry  Berg 
prędzej  czy  później  wyszedłby  z  więzienia,  a  wtedy  ani  przez 
chwilę nie mogliby Ŝyć spokojnie. Nikt go nie Ŝałował, moŜe z 
wyjątkiem  pani  Melander,  lecz  ona  nie  zrozumiałaby  zbyt 
wiele z całej historii. 
Tego  samego  wieczoru  komisarz  wrócił  do  pracy,  a  juŜ 
następnego ranka Christine była zmuszona zadzwonić do niego 
w pewnej trudnej sprawie. 
– Dzięki  za  wczorajszy  dzień.  Obiad  był  wyśmienity.  Nie 
moŜesz mnie tak rozpieszczać. Co słychać? 
– Och,  John,  jestem  taka  zdenerwowana.  Musisz  mi  pomóc. 
Mama spakowała swoją torbę i wy 
szła z domu. 
– O czym ty mówisz? 

background image

– Tak,  zostawiła  kartkę,  Ŝe  wybiera  się  do  jakiegoś  domu 
opieki, bo nie chce być dla nas cięŜarem. Napisała, Ŝe nie chce 
być  uciąŜliwą  teściową.  Czasami  miewa  momenty  lepszego 
samopoczucia,  ale  trwa  to  na  ogół  dość  krótko.  Tak  się  o  nią 
boję. 
– Natychmiast  zaczynam  jej  szukać.  Czy  wiesz,  dokąd  mogła 
się udać? 
– Nie. Ona nie zna Ŝadnego domu opieki. 
– Strasznie  mi  przykro,  Christińe,  ale  nie  martw  się.  Mam 
wspaniałe plany dla całej naszej trójki. Jeden z moich kolegów 
sprzedaje  właśnie  dom  tuŜ  za  miastem.  Będzie  się  dla  nas 
ś

wietnie  nadawał.  Ani  przez  chwilę  nie  przyszło  mi  do  głowy 

zostawiać  twoją  matkę.  NaleŜy  do  rodziny,  to  najzupełniej 
oczywiste. 
– John, jesteś taki dobry. 
– Wkrótce się odezwę. Nie wychodź z domu! 
Starszą  panią  odnaleziono  dość  szybko.  Siedziała  ze  swoim 
bagaŜem  na  Dworcu  Zachodnim  i  nie  wiedziała,  dlaczego  się 
tam znalazła. Nie chciała jednak ruszyć się stamtąd, dopóki nie 
zjawił  się  John  Bakken.  Gdy  go  rozpoznała,  pojechała  z  nim 
bez wahania. 
W  samochodzie  opowiedział  jej  o  swoich  planach. 
Usłyszawszy to, rozpłakała się ze szczęścia i wdzięczności, Ŝe 
nie miał zamiaru nigdzie jej odsyłać i traktował ją jak członka 
rodziny. 
– Nie będę  wam  sprawiać  kłopotu, John – szlochała. – Wiem, 
Ŝ

e  czasami  jestem  dla  Christine  cięŜarem,  ale  to  takie  trudne, 

gdy  człowiek  nie  panuje  juŜ  nad  swoim  rozumem,  gdy 
zauwaŜa,  Ŝe  wbrew  własnej  woli  staje  się  coraz  bardziej 
otępiały. 
– Rozumiem to doskonale – odrzekł przyjaznym tonem. – Przy 
domu  jest  ogród,  którym  będziesz  mogła  zajmować  się  do 
woli, i nie będziesz juŜ zamknięta w czterech ścianach swojego 
pokoju. 
– To  brzmi  cudownie.  Zabierzesz  mnie  tam,  Ŝebym  mogła 
sobie wszystko obejrzeć? 
– Rzecz jasna, przecieŜ będzie to i twój dom. 
– Dziękuję ci. Mam tylko jedną prośbę, John... ta pielęgniarka, 
u której spałam ubiegłej nocy... Była taka miła i doskonale się 
rozumiałyśmy.  Zaprosiła  mnie,  Ŝebym  wkrótce  znów  u  niej 
przenocowała. Pomyślałam sobie... Czy sądzisz, Ŝe  mogłabym 
pojechać tam dzisiaj? 
– Sądzę,  Ŝe  nie  będzie  miała  nic  przeciwko  temu  – 
odpowiedział zdziwiony. –  Ale czy  nie chcesz...? Starsza pani 
połoŜyła dłoń na jego ramieniu. 
– Obiecałeś  Christine,  Ŝe  ją  odwiedzisz  dziś  wieczorem, 
prawda? 
– Tak. 
– W  takim  razie  musicie  być  sami.  Musicie  mieć  sposobność 
poznać się nawzajem, a nie tylko mówić ciągle szeptem i przez 
cały czas myśleć o mnie... 
Na  twarzy  Bakkena  pojawił  się  szeroki  uśmiech.  –  Widzę,  Ŝe 
znasz się na ludziach! Noto postano 
winne,  ale  niech  się  to  nie  stanie  regułą.  Pamiętaj,  Ŝe  nigdy 
nikomu nie będziesz przeszkadzać. 
– Dziękuję, John – powiedziała wzruszona. – Tak się cieszę, Ŝe 
Christine cię poznała. Była taka samotna, sam rozumiesz. 
– Wiem  –  skinął  głową.  –  Ale  i ja  byłem  samotny.  Bardzo  jej 
potrzebuję. 

background image

Przez pewien czas rozmawiali jeszcze serdecznie, lecz w końcu 
matka  Christine  na  powrót  pogrąŜyła  się  w  swoim  własnym 
ś

wiecie  i  straciła  kontakt  z  rzeczywistością.  Johna  Bakkena 

ogarnęło  współczucie.  Miał  okazję  poznać  jej  piękną  duszę  i 
jeszcze  lepiej  rozumiał  poczucie  odpowiedzialności  i  miłość, 
jaką  Christine  darzyła  swoją  matkę.  Postanowił  wspierać 
ukochaną z całych sił i nigdy nie okazywać zniecierpliwienia w 
stosunku do starszej pani. 
Christine,  ujrzawszy  go  razem  z  matką,  nie  posiadała  się  z 
radości. Postanowili, Ŝe zrobią to, o co prosiła matka – zapytają 
pielęgniarkę,  czy  pani  Lyngmo  moŜe  u  niej  jeszcze  raz 
przenocować. Opiekunka nie miała nic przeciwko temu. 
Tak więc zostali w mieszkaniu tylko we dwoje. Christine stała 
naprzeciw  Johna,  oglądając  sobie  dłonie  i  wyłamując  palce. 
Nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. 
– Ten list, który znalazłem w popiele u Reidara Lie... 
– Tak? – spytała szybko, wdzięczna, Ŝe podjął neutralny temat. 
– Harty  Berg  umieścił  go  tam  z  pewnością  przed  naszym 
przyjazdem  –  kontynuował.  –  Jako  dowód,  Ŝe  naprawdę 
mieszkała tam  właściwa osoba. Pamiętasz, jak się zaoferował, 
Ŝ

e porozmawia z  gospodynią? W przeciwnym razie juŜ  wtedy 

bym się dowiedział, kim jest w rzeczywistości. 
– Z  pewnością.  A  ten  drugi  list,  który  do  mnie  wysłał...  Nie 
sądzisz, Ŝe wczoraj przyszedł tu równieŜ po niego? 
– Tak mi się zdaje, chociaŜ nie zdąŜył o to zapytać. W pokoju 
ponownie  zapanowała  cisza.  Program  telewizyjny  juŜ  się 
skończył, byli więc zdani na własne towarzystwo. 
– Christine – powiedział John, podchodząc bliŜej. – Nie jestem 
zbyt doświadczonym kochankiem. Tak naprawdę to nie wiem, 
co naleŜy mówić w chwili takiej jak ta. 
– Ja  teŜ  nie.  Czuję  się  taka  nieporadna...  Nie,  dlaczego  teraz 
miałabym  cokolwiek  udawać?  Gdy  byłam  z  Hartym  Bergiem, 
wszystko  wydawało  się  być  nie  tak.  Teraz  teŜ  jestem 
onieśmielona,  ale  to  tylko  z  powodu  braku  doświadczenia. 
Napawam się przecieŜ kaŜdą sekundą spędzoną przy tobie. 
Właśnie  taka  zachęta  była  mu  potrzebna.  Roześmiał  się 
serdecznie  i  wziął  ją  w  ramiona,  a  ona  odwzajemniła  jego 
uśmiech.  I  wtedy  pocałował  ją  po  raz  pierwszy.  Było  to 
cudowne  uczucie.  Pocałowali  się  raz  jeszcze  i  wyzbyli  się 
wszelkiego 

zakłopotania. 

Przy 

wtórze 

ś

miechów 

przekomarzań Christine włoŜyła swoją piękną koszulę nocną, a 
John zo 
stał u  niej na noc. Oboje stwierdzili, Ŝe wiele stracili  w Ŝyciu, 
choć z drugiej strony cieszyli się, czekali aŜ do tej chwili. 
John  Bakken  okazał  się  niezupełnie  doskonałym  kochankiem. 
Christine  była  tak  zdenerwowana  i  spięta,  Ŝe  czuła  straszny 
ból.  Ktoś  inny  mógłby  ocenić  tę  noc  jako  kompletne  fiasko, 
lecz oni tak nie uwaŜali. Liczyli się z trudnościami, a poniewaŜ 
oboje doskonale się rozumieli i darzyli głębokim uczuciem, nie 
opuszczała  ich  nadzieja  na  lepsze  i  wspanialsze  chwile 
spędzone w swoich ramionach. 
John  stwierdził,  Ŝe  juŜ  sam  fakt,  iŜ  od  samego  początku  ranił 
ich chłód, jaki sobie wzajemnie okazywali, dowodził, Ŝe wiele 
dla siebie znaczą. Christine całkowicie się z nim zgadzała. 
Była  ogromnie  szczęśliwa,  Ŝe  spotkała  kogoś,  kto  nie  tylko  ją 
kochał, 

ale 

był 

gotów 

wziąć 

na 

siebie 

część 

odpowiedzialności za matkę. Wszystko to stało się tak szybko. 
Oboje  wiedzieli  jednak,  Ŝe  tak  właśnie  miało  być.  Byli 
wystarczająco  dojrzali,  by  wyjść  wspólnie  naprzeciw 
czekającym ich trudnościom.