background image
background image

Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment

pełnej wersji całej publikacji.

Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji 

kliknij tutaj

.

Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie
rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez
NetPress Digital Sp. z o.o., operatora 

sklepu na którym  można

nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji

. Zabronione są

jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody
NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej 
od-sprzedaży, zgodnie z 

regulaminem serwisu

.

Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie

internetowym 

e-booksweb.pl - audiobooki, e-booki

.

background image
background image

Od redakcji:

Janusz

 

PRZETACZNIK

 

—  urodzony  i  zamieszkały  w  Krakowie,  z  wykształcenia  i

zawodu  prawnik.  Zainteresowania:  literatura,  sztuka,  muzyka,  podróże.  Wiersze  pisuje
od wielu lat, w większości tylko „do szuflady". Tematyka tych wierszy jest różnorodna:
religijna, patriotyczna, rodzinna, liryczna. Wcześniej autor stosował w swych wierszach
różnorakie formy: od sonetu poprzez tzw. biały wiersz do prostych rymowanek, które
mogłyby  stanowić  teksty  piosenek.  Niektóre  z  tych  wierszy  zostały  opublikowane
(najczęściej pod pseudonimem) w prasie, w kilku antologiach poezji, a także w niektórych
internetowych witrynach literackich.

W  2000  roku  autor  wydał  w  USA  tomik,  a  właściwie  swoją  antologię,  zatytułowaną

„Dotykanie Ziemi" (Wydawnictwo Wici,

 

Chicago, 2000), zawierający wybór jego wierszy z

całego okresu ich powstawania.

W  kwietniu  2010  roku  Goneta.net  wydała  tomik  pt.  „Pozostało".  Jest  to  swoisty

dialog  Autora  z  poetami  tej  miary  co  Baudelaire  czy  Rilke.  Zadaje  też  pytania
egzystencjalne Stwórcy.

W  przedmowie  do  „Pozostało"  pojawiła  się  deklaracja  o  chęci  wydania  prozy

poetyckiej  z  pobytu  Autora  we  Francji.  Pod  koniec  listopada  2010  roku  zrealizowane
zostały te zamiary. „BARBIZON, listopad" pojawiło się w sklepie wydawnictwa Goneta.net
właśnie w listopadzie 2010 roku.

„Opowiadania krótsze i dłuższe"

 

— tytuł adekwatny do zawartości Są

to  historie  z  życia  różnych  bohaterów,  jedne  dłuższe,  inne  krótsze.  Opowiadania  z
pointą.  Tak  jest  w  „Kapitanie  na  wielkim,  lśniącym  żaglowcu",  „Eurosie"  czy  „Królestwie
guzików".  Historie  przejmujące,  odsłaniające  ludzkie  uczucia,  pokręcone  losy  i  to,  co  z
tych  zawirowań  losu  wynikło?  Wszystkie  opowiadania  są  wspomnieniami,  historiami
opowiedzianymi przez bohaterów tak, jakby były przestrogą przed przemijaniem. Nauką,
żebyśmy  wracali  do  siebie  samego  częściej,  niż  to  robimy  obecnie,  żebyśmy  zauważali
to, co dookoła nas, żebyśmy żyli tak, żeby jak najmniej żałować z tego, co nas ominęło
za sprawą naszej indolencji, nieuwagi czy niechęci. Szkoda, że wszyscy jesteśmy mądrzy
i z bagażem doświadczeń dopiero na końcu naszego życia, a nie na jego początku.

Bohater

 

„Kapitana  na  wielkim,  lśniącym  żaglowcu"

 

tak  dużo  podróżował,  że  nie

zauważył,  kiedy  życie  mu  upłynęło.  Stracił  kontakt  z  lądem  i  ukochaną  kobietą,  wiernie
czekającą na niego. Kiedy był już u kresu swojej ziemskiej podróży, odkrył, że tęskni za

background image

nią i nadal ją kocha. Zaczął jej szukać. Próbował dogonić to swoje utracone życie, ale na
powrót do niego było już za późno. Na szczęście na odnalezienie siebie samego jeszcze
wystarczyło  czasu.  Odrobina,  ale  jakże  ważna.  Czy  było  to  odnalezienie  tylko  samego
siebie?

„Królestwo  guzików"

 

to  wspomnienia  Babci  z  jej  długiego  życia.  Wspomnienia

powracają  zawsze  podczas  przeglądania  metalowego  pudełka  po  czekoladkach,  które
obecnie jest jej królestwem guzików. A guziki są to niezwykłe. Każdy guzik, który Babcia
bierze  do  ręki,  wywołuje  w  jej  umyśle  projekcję  zdarzenia  związanego  z  właścicielem
danego  guzika.  Mamrocząc  niezrozumiałe  dla  otoczenia  zdania,  okrzyki  i  pytania
wspomina  swoją  młodość,  miłość,  szczęście  rodzinne,  wojnę,  czasy  powojenne,
wnuczkę w komunijnej sukni. Czyż życie nas wszystkich nie jest takim pudełkiem pełnym
guzików?

„Euros"

 

to  opowiadanie  o  Europejczyku,  który  w  niezwykły  sposób  wplątał  się  w

wojnę  domową  w  Ameryce  Południowej.  Bohater  opisuje  wszystkie  krwawe  sposoby
zabijania, zarówno ze strony wojska, jak i rebeliantów walczących ponoć o wyzwolenie.
Historie  ludzi  wyjętych  spod  prawa,  ludzi,  którzy  odczuwają  miłość,  przyjaźń,
przywiązanie,  szacunek  do  drugiego  człowieka,  a  z  drugiej  strony  są  okrutnymi
oprawcami. A główny bohater...? Euros? On też przecież zabija, torturuje i świetnie się
bawi  z  tymi  ludźmi,  którzy  uwierzyli  generałowi  Sacrapedro  i  wstąpili  w  szeregi  rebelii,
skąd  nie  mają  już  odwrotu  i  powrotu  do  normalnego  życia.  Euros  bawi  się  w  wojnę,
wykorzystuje  kobiety,  świetnie  kłamie  i  oszukuje,  żyje  chwilą.  Do  czasu...  kiedy  dostaje
do  wypełnienia  zadanie-testament  generała  Sacrapedro.  Ma  uratować  z  pożogi  wojny
domowej  córkę  generała,  Inez.  Ucieczka,  przywiązanie  i  miłość  jest  uwieńczeniem  tej
opowieści.  Czy  udało  im  się  uciec  i  czy  wszystko  dobrze  się  skończyło?  Trzeba
przeczytać opowiadanie do końca.

Ostatnim  opowiadaniem  tego  woluminu  jest

 

„Gwiazda  Prowidnyka".

 

To  jest  perełka

wśród 

niżej 

zamieszczonych 

tekstów. 

Autor 

zaprowadza 

nas 

świat

dziewiętnastowiecznej  tajemnicy  wojskowej,  jaka  krąży  wokół  Twierdzy  Suskiej  i
niewyjaśnionych okoliczności śmierci oddziału wojsk w bitwie pod Waduł Siret. Narrator
jest  oficerem.  Opowiada  perypetie  związane  ze  służbą  i  poszukiwaniem  prawdy.
Przewijają  się  wątki  miłostek  narratora  i  jego  wielkiej  namiętności  do  L.  Gęsto  padają
nazwiska majora Urynskiego, kapitania (...)skiego, barona von Nacht-Kastlitzky'ego, no i
samego Prowidnyka, który w opowiadaniu tym jest kreowany na bohatera narodowego.
Sam  tekst  utrzymany  jest  w  konwencji  pisarskiej  rejonu  i  czasów  zaboru  austro-
węgierskiego.  Wspaniałe  słownictwo,  atmosfera  tajemniczości  i  mroczności  w  zawiłych
czasach  zaborów  i  pogranicza  —  nadają  specyficzny  charakter  temu  opowiadaniu.
Zabawa  jest  świetna  i  właściwie  się  nie  kończy,  bo  to  relacja  wojskowa  oparta  na
podobno  posiadanych  przez  narratora  i  wydawnictwo  dokumentach,  niektórych
zaginionych,  niektórych  podartych,  niektórych  uratowanych  ze  zniszczenia.  Ta
mroczność i tajemniczość jest osią. Niby opowiadanie ma wiele stron, ale wielu rzeczy i
zdarzeń trzeba się domyślać. Takie były czasy.

background image

KAPITAN NA WIELKIM, LŚNIĄCYM ŻAGLOWCU
Stał  na  swoim  mostku,  wypatrując  przez  binokular  nieodkrytych  jeszcze  lądów  —

czyżby  zapomniał  o  Kolumbie  i  całej  tej  bandzie  portugalsko-hiszpańsko-brytyjskich
awanturników,  dawno  przed  nim  opływających  te  morza?  Właśnie  zamajaczyła  na
widnokręgu wyspa jakaś, a może tylko chmura.

Kapitan wydał rozkaz do zmiany kursu, więc dziób okrętu pruł teraz w tamtą stronę,

nie zważając, że może się rozbić o przybrzeżne rafy. Załoga znów patrzy na niego jak
na wariata, który już nieraz naraził ich na kłopoty. On nieporuszony wpatruje się przed
siebie.

Tymczasem zupełnie niespodziewanie nadciągnął szkwał, rozpętała się ulewa, którą

przecinały  oślepiające  błyskawice,  wezbrały  fale  i  okręt  niebezpiecznie  przechylił  się  na
lewą  burtę  zanim  zdążono  ściągnąć  żagle.  W  tym  przechyle  nadal  pruł  wzburzone  już
morze, ale majak na widnokręgu nie przybliżał się do nich — jak gdyby zastygł w miejscu.
Majtkowie  uwijają  się  na  rejach,  mocując  się  z  mokrymi  skrzydłami  żagli.  Gwałtowne
porywy  wichury  strąciły  już  kilku  w  kipiel  morską.  Kapitan  stoi  nadal  na  mostku,  jakby
niczego nie zauważył, tylko rękami uchwycił się mocniej poręczy.

Szkwał jak niespodziewanie uderzył, tak nagle ustał. Wyjrzało słońce. Okręt odzyskał

równowagę i lśnił teraz mokry w promieniach słonecznych. Miało się ku zachodowi.

Marynarze patrzyli w zdumieniu na swego kapitana: stał nadal na mostku w białym

uniformie,  patrzył  przez  binokular  jak  gdyby  nic  się  nie  stało  i  ręką  wskazywał  przed
siebie. Spojrzeli w tamtym kierunku:  na  horyzoncie  zobaczyli  tylko  czerwono-złotą  kulę
chowającego się w morzu słońca.

Kapitan był przystojnym brunetem, niewiele po czterdziestce, o czarnych, pałających

oczach  i  krótkiej,  lekko  szpakowatej  brodzie  okalającej  mu  szczękę.  Nosił  się  zawsze
schludnie i dystyngowanie, najchętniej przywdziewał, bez specjalnej okazji, swój galowy,
biały uniform z pirogiem przyozdobionym czarnym pióropuszem, z przypasaną u boku
szpadą.  Dłonie  miał  wysmukłe,  delikatne  niczym  kobieta  —  ponieważ  go  to  trochę
krępowało,  ukrywał  je  zawsze  w  rękawiczkach.  Nie  był  zbyt  wysoko  ceniony  wśród
kapitanów  innych  żaglowców,  którzy  widzieli  w  nim  lekkomyślnego  dowódcę
niedbającego  o  bezpieczeństwo  swojej  załogi,  aczkolwiek  cenili  jego  umiejętności
żeglarskie.  Przez  załogi,  którymi  dowodził,  nie  był  lubiany;  wyczuwano  w  nim  chłodny
dystans,  niemal  pogardę  dla  marynarzy.  A  jednak  było  w  nim  coś  wzbudzającego
respekt, bez czego nie mógłby przecież dowodzić żadnym statkiem.

Pływał  już  od  bardzo  wielu  lat,  zarówno  po  morzach  Dalekiego  Wschodu,  jak  i  na

Karaibach  czy  Południowym  Pacyfiku.  Każdy  ze  swych  rejsów  uważał  za  ten
najważniejszy,  w  którym  przydarzy  się  coś,  co  uwieczni  jego  imię  na  zawsze.  Znał  z
detalami historię wszystkich odkryć geograficznych począwszy od starożytności, aż po
czasy  mu  współczesne.  Mógł  bez  końca  recytować  szczegóły  każdej  z  odkrywczych
wypraw, ba! nawet znał doskonale życiorysy takich podróżników jak Vasco da Gama czy
Cook,  nie  mówiąc  już  o  Kolumbie.  W  swojej  kajucie  kapitańskiej  miał  pełne  półki  ich
książek lub książek o nich.

W  mieście,  z  którego  pochodził  pozostawił  kobietę;  piękną,  jasnowłosą,  wysmukłą,

zielonooką. Znali się od kilku lat, powracał do niej zawsze po każdym rejsie, czy trwał on

background image

tylko kilka czy kilkanaście miesięcy. Kobieta nie zmieniała się ani fizycznie, ani w stosunku
do niego: zawsze piękna i czuła, zawsze wierna i czekająca. Była wdową, która przybyła
do  tego  miasta  wkrótce  po  nagłej  śmierci  swego  męża,  który  zginął  w  niejasnych
okolicznościach gdzieś w innym kraju. Nabyła tu skromną rezydencję i prowadziła cichy,
pozbawiony  towarzystwa  żywot.  Gdy  kapitan  powracał  ze  swych  dalekich  podróży,
zawsze  czekał  go  kojący  wypoczynek  w  jej  ramionach.  Była  cudowną  kochanką,
namiętną  i  czułą,  pełną  oddania  w  chwilach  największych  uniesień.  Początkowo  nie
angażował się mocniej w ten związek, z czasem jednak coraz bardziej podczas swoich
rejsów tęsknił do tej kobiety. Po kilku latach takiego związku czuł, że bez niej jego życie
nie miałoby sensu, nawet gdyby udało mu się odkryć jakieś nieznane, nowe lądy. Kobieta
z  jednakową  mocą  okazywała  mu  swoje  przywiązanie  i  to  ona  pierwsza  wyznała  mu
kiedyś miłość. On jednak nie umiał się zdobyć na odwzajemnienie jej tego wyznania; coś
go przed tym powstrzymywało, może jego nawykła do wolności marynarska dusza?

Mijały  lata,  a  ich  związek  trwał,  pomimo  iż  często  pozostawali  na  długo  z  dala  od

siebie. Kiedyś wszakże ta rozłąka trwała nazbyt długo; kapitan pływał nieprzerwanie po
morzach i oceanach przez kilka lat. Tęsknił do niej coraz mocniej, śnił o niej po nocach,
stawał  się  dla  załogi  coraz  bardziej  niesprawiedliwy,  a  dla  swoich  oficerów  wręcz
opryskliwy. Ale nie potrafił się zmusić do napisania do niej listu, aby go nadać w którymś
z portów — podświadomie bał się, że kiedy napisze list (nie bardzo nawet wiedział jak się
to  robi,  nigdy  nie  pisywał  do  swoich  kochanek),  jego  tęsknota  za  nią  stanie  się  nie  do
wytrzymania. A tyle miał jeszcze drogi przed sobą... Pierwszym objawem jego obecnego
nastroju było zlekceważenie śmiertelnego wypadku na jego żaglowcu, jakiemu uległ jeden
z  marynarzy,  któremu  urwana  z  rei  lina  przecięła  aortę  szyjną.  Innym  znów  razem
wysłał  dziurawą  szalupę  na  jakąś  mijaną  wyspę,  na  której  zresztą  roiło  się  od
ludożerców, o czym wiedział z opowieści swojego pierwszego oficera. I tym razem nie
obyło  się  bez  ofiar,  bo  szalupa  zatonęła,  a  dwu  z  marynarzy  dostało  się  w  szczęki
żerującego  w  tym  miejscu  stada  rekinów.  Marynarze  szemrali,  wieszcząc,  że  kapitana
spotka kiedyś kara od Ducha Głębin Morskich, w którego moc święcie wierzyli.

Gdy  po  kilku  latach  kapitan  powrócił  wreszcie  ze  swego  najdłuższego  rejsu,  nie

zastał  już  swojej  kochanki.  Ludzie  w  mieście  powiedzieli  mu,  że  wkrótce  po  jego
wypłynięciu  w  ów  najdłuższy  rejs,  kobieta  zniknęła.  Jedni  twierdzili,  że  umarła,  inni,  że
nagle dokądś wyjechała. Nie mógł w to uwierzyć: to niemożliwe, żeby umarła, była wciąż
jeszcze taka młoda! A dlaczego miałaby nagle opuścić swój dom, nie pozostawiając dla
niego żadnej wiadomości? Chodził zrozpaczony po mieście, wypytując o nią ludzi, ale nikt
nie umiał mu nic konkretnego powiedzieć.

Mijało  właśnie  pięć  lat  od  czasu,  gdy  kapitan  opuścił  miasto  po  bezowocnych

poszukiwaniach  jakiegokolwiek  śladu  po  ukochanej  kobiecie.  Podczas  wszystkich
następnych  rejsów,  gnany  jakąś  obsesją,  szukał  w  każdym  z  portowych  miast,  dokąd
zawijał  jego  żaglowiec,  jakiegoś  znaku,  który  pozwoliłby  mu  zrozumieć  to,  co  się  stało.
Kiedyś  w  jednym  z  takich  miast  na  krótką  chwilę  mignęła  mu  na  ulicy  postać  kobieca
poruszająca  się  szybkim  krokiem;  jej  sylwetka,  część  profilu  widoczna  spod
okrywającego jej głowę szala, wszystko było nią. Pobiegł za nią, ale ona zniknęła w jakimś
zaułku.  Gotów  byłby  przysiąc,  że  kobieta  zauważyła  go  i  dlatego  przyśpieszyła  kroku  i
nagle zniknęła mu z oczu. Gryzł się tym przez długi czas, tym bardziej, że następnego

background image

dnia musiał wypłynąć w morze w bardzo długi rejs i stracił nadzieję na wyjaśnienie tego
zdarzenia.

Teraz  stał  znowu  na  mostku  kapitańskim,  patrząc  niewidzącymi  oczami  na  morze

unoszące  jego  wspaniały,  lśniący  żaglowiec.  Było  już  po  burzy,  załoga  w  ponurych
nastrojach krzątała się po pokładzie, śląc mu od czasu do czasu nienawistne spojrzenia
—  nie  mogli  mu  darować  śmierci  swoich  trzech  kolegów,  którzy  spadli  z  rei  i  tego,  że
kapitan zdawał się w ogóle nie przejmować tym faktem. Zmierzchało się, a statek płynął
tym samym kursem ku wciąż odległemu cieniowi ni to wyspy, ni to obłoku. Widoczność
stawała się coraz gorsza, więc tym bardziej rosło niebezpieczeństwo rozbicia się o rafy
lub  osiądnięcia  na  mieliźnie,  pomimo  iż  penetrująca  dno  morskie  sonda  wciąż
wykazywała w tym miejscu znaczną głębię. Kapitan zszedł do swojej kajuty, usiadł przy
biurku i zaczął przeglądać rozłożone na nim mapy. W pewnym momencie kadłub statku
zatrząsł  się  jakby  od  jakiegoś  silnego  uderzenia,  a  po  chwili  wstrząsy  ponowiły  się
jeszcze  kilkakrotnie  i  cały  statek  przechylił  się  lekko  na  prawy  bok.  Do  kajuty  wpadł
pierwszy  oficer,  meldując,  że  statek  osiadł  na  mieliźnie.  Kapitan  wybiegł  na  pokład  i
pierwszą  rzeczą,  którą  zobaczył  był  zarys  jakiegoś  lądu  w  odległości  niecałej  mili  od
żaglowca.

Przez  noc  nie  opuszczali  statku,  pomimo  że  kadłub  zaczął  przeciekać  i  załoga

szemrała już, że kapitan chce ich żywcem zatopić. Dopiero o świcie, gdy nastąpił odpływ
i  przechylony  statek  jeszcze  bardziej  wystawał  ponad  powierzchnię  wody,  a  jego  dno
nabierało  coraz  więcej  wody,  spuszczono  szalupy  i  dopłynięto  do  brzegu  nieznanego
lądu.  Ani  kapitan,  ani  nikt  z  załogi  nie  mógł  wówczas  przypuszczać,  że  jest  to  wyspa
bezludna, nieoznaczona na mapach, na której przyjdzie im spędzić siedem długich lat w
surowych  warunkach,  choć  na  szczęście  w  sprzyjającym  klimacie.  Statku,  pomimo
wielkich wysiłków, nie udało im się ściągnąć z mielizny ani naprawić, bo, jak się okazało,
jego  kadłub  został  znacznie  uszkodzony  podczas  uderzenia  w  skalistą  mieliznę  czy
raczej  podwodną  rafę,  i  po  kilku  dniach  zaczął  się  rozpadać,  a  fale  odpływu  uniosły  w
głąb  morza  jego  resztki.  Zdążyli  tylko  przenieść  ze  statku  na  ląd  większość  swoich
rzeczy,  ubrania,  broń  i  amunicję  oraz  wyposażenie  niezbędne  do  przeżycia  w  nowych
warunkach.

Gdy  wreszcie  jakiś  przepływający  w  pobliżu  statek,  który  zresztą  zgubił  drogę  i

dlatego  znalazł  się  w  tym  rejonie,  ocalił  ich,  byli  już  niemłodymi,  wyniszczonymi
prymitywnym bytowaniem mężczyznami o mocno posiwiałych skroniach i brodach.

Kapitan  nie  chciał  już  wracać  na  żaden,  choćby  i  najpiękniejszy  żaglowiec,

znienawidził  morze,  które  zabrało  mu  najlepsze  lata  życia,  pozbawiając  szczęścia,  jakie
dawała  mu  ta  kobieta,  wystąpił  więc  z  marynarskiej  służby.  Nie  bardzo  wiedział  co  ma
teraz  ze  sobą  począć  ani  gdzie  osiąść  na  stałe.  W  głębi  duszy  pragnął  powrócić  do
miasta, w którym ongiś przeżył tyle cudownych chwil ze swoją ukochaną. Długo nosił się
z  myślą,  czy  powinien  powrócić  do  miasta  swojej  młodości.  Ale  to  pragnienie  było
silniejsze  od  niego;  któregoś  dnia  wylądował  w  porcie,  z  którego  ostatni  raz  wypłynął
przed wieloma laty, nie wiedząc, że już nigdy nie zobaczy swojej miłości. Instynktownie
udał  się  na  przedmieście,  gdzie  stała  skromna  rezydencja,  która  kiedyś  była  jego
szczęśliwą  przystanią.  Dom  prezentował  się  bardzo  dobrze,  nie  był  wcale  zniszczony
upływem  czasu  —  wręcz  przeciwnie:  sprawiał  wrażenie  odnowionego,  lśnił  nowymi,

background image

czerwonymi  dachówkami  i  nieskazitelną  bielą  murów  odbijających  słoneczne  światło.
Wokół  domu  rozpościerał  się  zadbany,  pełen  kwiatów  ogród,  w  którym  teraz  krzątała
się  jakaś  młoda  kobieta,  zwrócona  bokiem  do  nadchodzącego  mężczyzny.  Serce
kapitana podbiegło do gardła i zatrzymało się, poczuł duszności i miękkość w nogach —
przystanął: to była ona! Po chwili kobieta odwróciła się w stronę drogi, zauważyła go i
pogodnie pomachała mu ręką jak gdyby na powitanie. Kapitan stał w miejscu, nie mogąc
zrobić  kroku.  Widział  jej  jasne,  rozpuszczone  włosy,  wspaniałą  figurę,  promienny
uśmiech  i  te  wielkie,  zielone  oczy,  które  teraz  lekko  mrużyły  się  w  świetle
popołudniowego słońca. Mężczyzna wreszcie powoli ruszył w stronę bramy wejściowej,
a nogi ciążyły mu jak ołów. Szedł nieskończenie długo i powoli, na twarzy kobiety zaczęło
malować się lekkie zdumienie, potem coś na kształt litości dla niedołężnego starca, który
przekroczył  bramę  i  zaczął  się  do  niej  zbliżać.  Gdy  był  już  blisko,  spojrzał  w  te  zielony
oczy i wyszeptawszy jej imię, zapytał łamiącym się głosem: „Dlaczego...?" — nic więcej
nie mógł z siebie wykrztusić. Chciał jeszcze coś dodać, ale właśnie z domu wybiegł mały
chłopczyk, bardzo do niej podobny, wołając: „Mamusiu, nie mogę znaleźć papy, a miał
się ze mną pobawić!". Kapitan poczuł, jak od nadmiaru wzruszeń robi mu się słabo i po
chwili  ogarnęła  go  ciemność.  W  tym  półśnie  czy  letargu  znowu  stał  na  swoim
kapitańskim mostku — teraz był to wspaniały, biały galeon płynący na czele dowodzonej
przezeń floty wielu innych białych żaglowców. Przed nim na horyzoncie majaczył zarys
nieodkrytego jeszcze nowego lądu. Na mostku u jego boku stała ona...

background image

Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment

pełnej wersji całej publikacji.

Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji 

kliknij tutaj

.

Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie
rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez
NetPress Digital Sp. z o.o., operatora 

sklepu na którym  można

nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji

. Zabronione są

jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody
NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej 
od-sprzedaży, zgodnie z 

regulaminem serwisu

.

Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie

internetowym 

e-booksweb.pl - audiobooki, e-booki

.