background image

Oscar Wilde 

 
 

Duch z Kettterwilu. 

Zbrodnia Artura Saville’a 

 

 

Na podstawie przekładu R. Centnerszwerowej 

background image

D

UCH Z 

K

ENTERWILU 

(U

PIÓR RODU 

C

ANTERVILLE

ÓW

Materialistyczno–idealistyczna opowieść 

background image

 

Gdy  rozeszła  się  wieść,  Ŝe  minister  amerykański,  pan  Hiram  B.  Otis,  kupuje  Zamek 

Kenterwilski, ostrzegano go powszechnie, aby nie popełniał szaleństwa, nie ulegało bowiem 
wątpliwości,  Ŝe  w  zamku  straszy.  Sam  zresztą  lord  Kenterwil,  człowiek  o  niezmiernie 
subtelnym  poczuciu  honoru,  uwaŜał  za  swój  obowiązek  wspomnieć  o  tym  fakcie  panu 
Otisowi podczas ostatecznych układów o kupno. 

—  Nie  chcieliśmy  mieszkać  w  zamku  od  czasu,  kiedy  cioteczna  babka  moja,  wdowa  po 

księciu Boltonie, dostała ataku z przeraŜenia, ujrzawszy w lustrze, w chwili kiedy przebierała 
się  do  obiadu,  dwie  ręce  kościotrupa  na  swoich  ramionach.  Po  ataku  tym  nigdy  juŜ  w 
zupełności  nie  przyszła  do  siebie.  Czuję  się  teŜ  w  obowiązku  powiedzieć  panu,  Ŝe  kilku 
Ŝ

yjących członków naszej rodziny, a takŜe rektor naszej parafii, wielebny Augustus Dampier, 

członek  Kolegium  Królewskiego  w  Cambridge,  na  własne  oczy  oglądali  ducha.  Po 
nieszczęśliwym  owym  wypadku  z  księŜną  nie  chciał  pozostać  u  nas  Ŝaden  z  młodszych 
naszych słuŜących, a lady Kenterwil nie sypiała po nocach z powodu tajemniczych szmerów, 
dochodzących z korytarza i biblioteki. 

—  Mylordzie  —  odparł  minister  —  nabywam  umeblowanie  i  ducha  w  cenie  kupna. 

Przybywam  z  nowoczesnego  kraju,  gdzie  mamy  wszystko,  co  moŜna  nabyć  za  pieniądze,  a 
wobec  zastępów  naszych  dzielnych  chłopców,  wywracających  do  góry  nogami  porządek 
Starego Świata i zabierających wam najlepsze wasze aktorki i prymadonny, pewien jestem, Ŝe 
gdyby  w  Europie  istniało  rzeczywiście  coś  takiego  jak  duchy,  mielibyśmy  je  od  dawna  w 
jednym z naszych muzeów publicznych, albo teŜ oprowadzalibyśmy je na pokaz po ulicach. 

— Obawiam się, Ŝe duchy istnieją — rzekł lord Kenterwil z uśmiechem — mimo iŜ mogły 

one  oprzeć  się  ponętnym  propozycjom  Waszych  przedsiębiorczych  impresariów.  Od  trzystu 
lat juŜ, ściślej biorąc od 1548 roku, znany jest fakt, Ŝe duch ukazuje się stale przed śmiercią 
kaŜdego z członków naszego rodu. 

—  To  zupełnie  jak  doktor  domowy.  Zapewniam  pana,  mylordzie,  Ŝe  nie  ma  Ŝadnych 

duchów;  nie  przypuszczam,  aby  prawa  natury  miały  być  przeistaczane  dla  arystokracji 
angielskiej. 

—  Widzę,  Ŝe  jesteście  w  Ameryce  bardzo  trzeźwi  —  odparł  lord  Kenterwil,  który 

niezupełnie  zrozumiał  ostatnie  zdanie  pana  Otisa  —  jeśli  zatem  nie  ma  pan  nic  przeciwko 
duchowi w domu, wszystko jest w porządku. Proszę tylko pamiętać, Ŝe ostrzegłem pana. 

W  parę  tygodni  po  tej  rozmowie  umowa  została  zawarta  i,  po  skończonym  sezonie  w 

Londynie,  minister  wraz  z  rodziną  przenieśli  się  do  Kenterwilu.  Pani  Otisowa,  która,  jako 
panna Lukrecja R. Toppan z 53–ej ulicy Zachodniej, słynęła jako piękność nowojorska, była 
obecnie  przystojną  damą  w  średnim  wieku,  o  pięknych  oczach  i  wspaniałym  profilu. 
Amerykańskie  panie  miewają  zwyczaj,  po  wyjeździe  z  rodzinnego  kraju,  przybierania  pozy 
chronicznej  słabowitości,  przypuszczając  zapewne,  Ŝe  jest  to  cecha  europejskiego 
wydelikacenia.  Pani  Otisowa  nie  popełniła  wszakŜe  tego  błędu.  Posiadała  silny,  zdrowy 
organizm  i  niespoŜyty  zapas  energii  Ŝywotnej.  Pod  wieloma  względami  była  zupełną 
Angielką  i  mogła  słuŜyć  jako  typowy  przykład  faktu,  Ŝe  Amerykanie  i  Anglicy  mają 
wszystkie  cechy  wspólne,  z  wyjątkiem  języka.  Najstarszy  syn  jej,  któremu  rodzice,  w 
przystępie  patriotyzmu,  nadali  imię  Waszyngton,  czego  nigdy  nie  przestał  Ŝałować,  był 
jasnowłosym,  dość  przystojnym  młodym  człowiekiem,  który  uwaŜał  się  za  powołanego  do 
amerykańskiej słuŜby dyplomatycznej, poniewaŜ przez trzy sezony z rzędu prowadził kadryla 
niemieckiego  w  kasynie  Newportu,  i  nawet  w  Londynie  znany  był  jako  doskonały  tancerz. 
Jedyną  jego  słabością  były  gardenie  i  herbarze.  Poza  tym  był  nadzwyczaj  rozsądny.  Panna 
Wirginia  E.  Otisówna  była  piętnastoletnią  panienką,  wysmukłą  i  zręczną  jak  młody  faun. 
Wielkie niebieskie jej oczy patrzyły w świat śmiało i swobodnie. Była skończoną amazonką i 

background image

pewnego  razu  prześcignęła  starego  lorda  Biltona,  bijąc  go  o  półtorej  długości  konia  w 
dwukrotnym biegu dokoła parku, co wywołało taki zachwyt ze strony młodziutkiego księcia 
Cheshire, Ŝe z miejsca oświadczył się o jej rękę, ale tej samej jeszcze nocy odesłany został w 
potokach  łez  do  kolegium  w  Eton.  Po  Wirginii  następowały  bliźnięta,  nazywane  zazwyczaj 
„Gwiazdami  i  Pasami”

*

,  moŜe  dlatego,  Ŝe  rózgi  często  darły  z  nich  pasy.  Byli  to  rozkoszni 

chłopcy i, z wyjątkiem szanownego ministra, jedyni w rodzinie szczerzy republikanie. 

PoniewaŜ  Kenterwil  odległe  jest  od  najbliŜszej  stacji  kolejowej,  Ascot,  o  siedem  mil 

angielskich,  pan  Otis  zatelegrafował  po  powóz,  do  którego  cała  rodzina  wsiadła  w  jak 
najlepszym  humorze.  Był  piękny  wieczór  czerwcowy;  w  powietrzu  unosił  się  balsamiczny 
zapach lasów iglastych; od czasu do czasu słychać było czułe gruchanie gołębi a tu i ówdzie, 
w  głębi  paprociowego  poszycia  gajów,  przemykały  rdzawe  skrzydła  baŜantów.  Małe 
wiewiórki  wysuwały  lepki  spomiędzy  gałęzi  brzóz;  króliki  przemykały  przez  zarośla  z 
zadartymi  do  góry  białymi  ogonkami.  W chwili wszakŜe,  kiedy  wjeŜdŜali w  aleję  parkowy, 
niebo zaciągnęło się chmurami, dziwna cisza zaległa powierzę, wielkie stada wron przeleciały 
bez  szelestu  nad  ich  głowami  zanim  dojechali  do  zamku,  spadły  pierwsze  grube  krople 
deszczu. Na stopniach zamku powitała ich stara kobieta, starannie ubrana w czarną, jedwabną 
suknię,  biały  fartuch  i  biały  czepeczek.  Była  to  pani  Umney,  dawna  gospodyni,  którą  pani 
Otisowa,  na  gorące  prośby  lady  Kenterwil,  zgodziła  się  zatrzymać  na  dotychczasowym 
stanowisku.  Przywitała  ona  kaŜdego  z  członków  rodziny  niskim  ukłonem  i  staroświecką 
formułką: „Witam w Kenterwilu”. Idąc za nią, minęli piękny przedsionek w stylu Tudorów i 
weszli do biblioteki, niskiego, długiego pokoju o ścianach wyłoŜonych boazerią dębową oraz 
o  jednym  wielkim  kolorowym  oknie  w  głębi.  Oczekiwał  na  nich  tutaj  stół  zastawiony 
przyborami  do  herbaty,  zdjąwszy  więc  okrycia,  zasiedli  i  zaczęli  rozglądać  się  dokoła, 
podczas gdy pani Umney krzątała się przy nalewaniu do filiŜanek. 

Nagle  wzrok  pani  Otisowej  padł  na  ciemnoczerwoną  plamę  na  podłodze,  tuŜ  przy 

kominku.  Nie  mając  pojęcia  skąd  się  ona  tutaj  wziąć  mogła,  zwróciła  się  z  zapytaniem  do 
pani Umney: 

— Musiało się tutaj coś rozlać, prawda? 
—  Tak,  proszę  pani  —  odparła  staruszka  przyciszonym  głosem  —  przelana  tutaj  była 

krew. 

— JakieŜ to okropne! — zawołała pani Otisowa — krew w pokoju mieszkalnym! Trzeba 

zmyć ją natychmiast. 

Stara  kobieta  uśmiechnęła  się  i  odpowiedziała  tym  samym  przyciszonym,  tajemniczym 

głosem: 

— To krew lady Eleonory Kenterwil, którą na tym właśnie miejscu zabił własny jej mąŜ, 

sir  Simon  Kenterwil,  w  1575  roku.  PrzeŜył  on  ją  o  dziesięć  lat,  i  nagle  znikł  wśród  bardzo 
tajemniczych  okoliczności.  Ciało  jego  nie  zostało  nigdy  odnalezione,  ale  pokutujący  duch 
jego straszy wciąŜ jeszcze w zamku. Wielu turystów i rozmaitych innych ludzi podziwiało tę 
plamę, która nie daje się zmyć. 

—  Nonsens!  —  zawołał  Waszyngton  Otis.  —  Niezrównany  Wywabiacz  Pinkertona  i 

Patentowany  Czyściciel  Plam  usuną  ją  w  jednej  chwili  —  i,  zanim  przeraŜona  gospodyni 
zdołała temu zapobiec, przykląkł i szybko zaczął wycierać podłogę małym kawałkiem jakiejś 
masy, mającej wygląd czarnego kosmetyku. 

—  Wiedziałem,  Ŝe  Pinkerton  poradzi  na  to!  —  zawołał,  spoglądając  z  tryumfem  na 

podziwiającą  go  rodzinę.  Nie  zdąŜył  jednak  dokończyć  tych  słów,  kiedy  straszliwy  błysk 
gromu rozświetlił ponury pokój i równocześnie przeraźliwy huk porwał wszystkich na nogi. 
Pani Umney padła zemdlona na posadzkę. 

*

 Aluzja do sztandaru USA (przyp. tłum.). 

background image

—  CóŜ  za  potworny  klimat!  —  rzekł  amerykański  minister  z  flegmą,  zapalając  długie 

cygaro. — Widocznie stary ten kraj jest tak przeludniony, Ŝe nie starczy porządnej pogody dla 
wszystkich. Zawsze byłem tego zdania, Ŝe emigracja jest jedynym zbawieniem dla Anglii. 

— Co się robi z mdlej cą kobietą, mój drogi? — zwróciła się pani Otisowa do męŜa. 
— Potrać jej z pensji, jak za stłuczone talerze — odparł minister — na pewno odechce jej 

się mdleć na drugi raz. Istotnie po kilku minutach pani Umney przyszła do siebie, była jednak 
bardzo  zgnębiona  i  stanowczo  ostrzegała  panią  Otisową  przed  zagraŜającym  jej  domowi 
niebezpieczeństwem. 

— Na niejedno juŜ patrzyły stare moje oczy, na co dębem stają włosy kaŜdego uczciwego 

chrześcijanina,  i  niejedną  teŜ  noc  spędziłam  bezsennie  z  powodu  straszliwych  rzeczy,  jakie 
się tutaj działy — rzekła staruszka. Pan Otis wszakŜe i Ŝona jego zapewnili poczciwinę, Ŝe się 
nie boją duchów. Wreszcie, po przywołaniu błogosławieństwa Opatrzności na głowy nowych 
swoich  państwa  i  ułoŜeniu  się  co  do  podwyŜszenia  pensji,  podreptała  stara  gospodyni  do 
swego pokoju. 

background image

II 

 
Burza  szalała  przez  całą  noc,  poza  tym  jednak  nie  zaszło  nic  szczególnego.  Mimo  to, 

nazajutrz,  kiedy  wszyscy  zeszli  na  śniadanie,  krwawa  plama  czerwieniła  się  znów  na 
podłodze. 

—  Stanowczo  nie  moŜe  to  być  wina  Niezrównanego  Wywabiacza  —  zadecydował 

Waszyngton — wypróbowałem juŜ jego działanie na wszystkim. Musi to być robota ducha. 

Wytarł plamę po raz drugi, ale następnego ranka krwawiła się powtórnie. Trzeciego rana 

zjawiła się znów na tym samym miejscu, mimo Ŝe pan Otis własnoręcznie zamknął drzwi do 
biblioteki na klucz, który zabrał do swojej sypialni. Cała rodzina zainteresowana była sprawą 
plamy:  pan  Otis  zaczął  podejrzewać,  Ŝe  był  zbyt  dogmatyczny  w  zaprzeczaniu  istnienia 
duchów,  pani  Otisowa  wyraziła  zamiar  zapisania  się  do  Towarzystwa  Psychologicznego,  a 
Waszyngton  wystosował  obszerny  list  do  panów  Meyersa  i  Podmore’a  w  sprawie 
niewypieralności krwawych plam, zaleŜnych od zbrodni. 

Nocy tej usunięte zostały raz na zawsze wszelkie wątpliwości co do faktycznego istnienia 

przejawów nadprzyrodzonych. 

Dzień  był  ciepły  i  słoneczny.  O  chłodzie  wieczornym  cała  rodzina  państwa  Otisów 

wyjechała na przejaŜdŜkę i dopiero o dziewiątej wieczorem powróciła do domu, aby spoŜyć 
lekko strawną wieczerzę. W rozmowie nie poruszano wcale sprawy duchów, tak Ŝe nie było 
nawet zasadniczych warunków, pobudzających wraŜliwość i często poprzedzających rozmaite 
przejawy  psychiczne.  Tematy,  poruszane  podczas  kolacji,  obracały  się  —  jak  dowiedziałem 
się następnie od pana Otisa — jedynie dokoła spraw stanowiących zwykły przedmiot rozmów 
kulturalnych  Amerykanów  z  lepszych  sfer,  więc:  olbrzymiej  wyŜszości  Fanny  Davenport, 
jako  artystki,  nad  Sarą  Bernard;  trudności  znalezienia  zielonych  ziarn,  gryczanych  ciastek  i 
kukurydzianej  kaszy  w  najlepszych  nawet  domach  angielskich;  znaczenia  Bostonu  dla 
rozwoju  ducha  świata;  korzyści  czekowego  systemu  bagaŜowego  przy  podróŜowaniu 
kolejami  Ŝelaznymi  i  pieściwości  akcentu  nowojorskiego  w  porównaniu  z  przeciąganiem 
londyńskim.  Ani  jednym  nawet  słowem  nie  wspomniano  o  Ŝadnych  zjawiskach 
nadprzyrodzonych, ani teŜ o osobie sir Simona Kenterwila. O jedenastej cała rodzina udała się 
na  spoczynek,  a  w  pół  godziny  później  pogaszono  wszystkie  światła  Po  pewnym  czasie 
zbudził  pana  Otisa  dziwny  jakiś  szmer  w  korytarzu.  Zdawało  mu  się,  Ŝe  słyszy  jak  gdyby 
brzęk  metalu,  zbliŜający  się  z  kaŜdą  chwilą.  Minister  wstał,  zapalił  zapałkę  i  spojrzał  na 
zegarek.  Była  punktualnie  pierwsza.  Czuł  się  zupełnie  spokojny,  a  zbadawszy  swój  puls, 
przekonał  się,  Ŝe  nie  był  wcale  przyspieszony.  Dziwny  brzęk  nie  ustawał.  Teraz  słyszał  juŜ 
wyraźnie  odgłos  kroków.  WłoŜył  pantofle,  wyjął  wąski,  podłuŜny  flakon  z  neseseru  i 
otworzył  drzwi.  Wprost  naprzeciw  siebie,  w  mdłym  blasku  księŜyca,  zobaczył  straszliwą 
postać  starca.  Oczy  jego  płonęły  jak  rozŜarzone  węgle,  długie  siwe  włosy  spadały  mu 
splątanymi  kosmykami  na  ramiona,  odzieŜ  jego,  starodawnego  kroju,  była  brudna  i  cała  w 
strzępach, cięŜkie łańcuchy i zardzewiałe okowy zwisały z kostek jego nóg i napięstków rąk. 

— Drogi panie — rzekł pan Otis — stanowczo zmuszony jestem prosić pana o naoliwienie 

pańskich łańcuchów. Przyniosłem panu w tym celu flaszeczkę maści Wschodzącego Słońca, 
firmy  Tammany.  Ma  ona  podobno  wybornie  skutkować  po  jednorazowym  uŜyciu, 
zaświadczenia  o  tym,  pióra  najwybitniejszych  naszych  teologów,  znajdzie  pan  na 
opakowaniu. Zostawię ją tu na stole i chętnie dostarczę panu większej ilości w razie Ŝyczenia. 
Mówiąc  to,  połoŜył  minister  Stanów  Zjednoczonych  flaszeczkę  na  marmurowym  stole  i, 
zamknąwszy za sobą drzwi, powrócił do sypialni. 

Przez  chwilę  stał  duch  z  Kenterwilu  osłupiały,  w  zrozumiałym  oburzeniu,  po  czym, 

cisnąwszy  z  całej siły  flaszeczkę  na  woskowaną  posadzkę,  puścił  się  pędem  przez  korytarz, 
wydając głuche jęki i świecąc widmowoziełonym światłem. W chwili wszakŜe, kiedy dobiegł 

background image

do górnego podestu klatki schodowej, otworzyły się szeroko jedne z drzwi, ukazały się w nich 
dwie drobne  postacie  w białych  szatach,  i wielka  poduszka  przemknęła  tuz nad jego  głową. 
Nie  było  juŜ  wyraźnie  czasu  do  stracenia,  przywołując  teŜ  pospiesznie  na  pomoc  czwarty 
wymiar,  jako  sposób  ucieczki,  znikł  przez  boazerię  ścienną,  po  czym  cisza  zupełna  zaległa 
dom. 

Przedostawszy się do małej, ukrytej izdebki w lewym skrzydle pałacu, oparł się o promień 

księŜyca,  aby  nabrać  tchu,  i  zaczął  zastanawiać  się  nad  swoim  połoŜeniem.  Nigdy,  w  ciągu 
całej  świetnej  i  nieprzerwanej,  trzywiekowej  swojej  kariery,  nie  doznał  on  tak  brutalnej 
zniewagi. 

Przypomniał sobie księŜnę wdowę, którą przestraszył śmiertelnie, przyprawiając o atak, w 

chwili,  kiedy  stała  przed  lustrem  w  powodzi  koronek  i  brylantów,  cztery  dziewczyny 
słuŜebne,  które  dostały  spazmów  na  sam  widok  jego  spoza  firanek  jednej  z  zapasowych 
sypialni, rektora parafii, któremu zdmuchnął świecę, kiedy wracał późno w nocy z biblioteki i 
który od tego czasu stale był w leczeniu u sir Williama Gulla z powodu cięŜkiego rozstroju 
nerwowego,  i  wreszcie  starą  panią  de  Tremouillac,  która,  obudziwszy  się  pewnego  dnia 
wcześnie  i  ujrzawszy  kościotrupa  siedzącego  na  fotelu  przy  kominku  i  czytającego  jej 
pamiętnik,  dostała  z  przestrachu  zapalenia  mózgu  i  przeleŜała  w  łóŜku  sześć  tygodni,  a  po 
wyzdrowieniu  pojednała  się  z  Kościołem  i  zerwała  wszelkie  stosunki  z  notorycznym 
sceptykiem, panem de Voltaire. 

Przypomniał  sobie  straszną  noc,  kiedy  znaleziono  niegodziwca,  lorda  Kenterwila, 

uduszonego  w  ubieralni  wpakowanym  mu  do  gardła  waletem  karowym.  Zanim  wyzionął 
ducha,  wyznał  on,  Ŝe  tą  samą  kartą  oszukał  Karola  Jamesa  Foxa  na  50  000  funtów  u 
Krokfordów i Ŝe teraz duch zmusił go do połknięcia jej. Przypomniały mu się wszystkie jego 
wielkie  czyny,  począwszy  od  kamerdynera,  który  zastrzelił  się  w  kredensie  po  ujrzeniu 
zielonej  ręki,  pukającej  do  ramy  okiennej,  i  skończywszy  na  pięknej  lady  Stutfield,  która 
musiała nosić zawsze na szyi czarną aksamitkę, aby ukryć ślady pięciu palców, wypalone na 
białej  jej  skórze,  i  która  w  końcu  utopiła  się  w  sadzawce  na  końcu  Alei  Królewskiej.  Z 
entuzjastycznym  egoizmem  prawdziwego  artysty  zaczął  raz  jeszcze  przebiegać  pamięcią 
najsławniejsze  swoje  role  i  gorzko  się  uśmiechnął  na  wspomnienie  ostatniego  swojego 
występu,  jako  „Czerwonego  Rutena,  czyli  Uduszonego  Dziecięcia”,  swojego  debiutu  w  roli 
„Chudego  Gibeona,  Wysysacza  Krwi  z  Bexley”  oraz  olbrzymiego  wraŜenia,  jakie  wywołał 
pewnego  pięknego  wieczoru  czerwcowego,  bawiąc  się  w  kręgle  własnymi  kośćmi  na  placu 
lawntenisowym. I po tym wszystkim jacyś przeklęci Amerykanie przyjeŜdŜają i dają mu maść 
Wschodzącego  Słońca  i  ciskają mu  w  głowę  poduszki!  To  nie  do  zniesienia’  śaden  zresztą 
duch w  historii  nie był  traktowany  w  podobny  sposób.  Postanowił  więc zemścić się  i aŜ  do 
białego dnia pogrąŜony był w głębokim zamyśleniu. 

background image

III 

 
Zebrawszy się nazajutrz z rana przy  śniadaniu, rodzina Otisów szczegółowo rozpatrywała 

sprawę ducha. Minister Stanów Zjednoczonych był oczywiście nieco uraŜony, przekonawszy 
się, Ŝe duch odrzucił jego dar. 

— Nie chciałbym bynajmniej obrazić ducha, a wobec tego, Ŝe przebywa on w tym domu 

od tak dawna, uwaŜam rzucanie w niego poduszkami za niezbyt grzeczne. 

Słuszną tę uwagę przyjęły bliźnięta — przyznaję to ze wstydem — wybuchem śmiechu. 
—  Z  drugiej  zaś  strony  —  ciągnął  dalej  —  jeśli  stanowczo  nie  zechce  on  uŜywać  maści 

Wschodzącego  Słońca,  będziemy  zmuszeni  odebrać  mu  łańcuchy.  Niepodobna  byłoby  spać 
przy takim hałasie na korytarzu. 

Przez całą jednakŜe resztę tygodnia nie przeszkadzało im nic i jedyną  rzeczą, zwracającą 

ich  uwagę,  było  stałe  odnawianie  się  plamy  na  podłodze  w  bibliotece. Było  to  niewątpliwie 
bardzo dziwne, poniewaŜ drzwi do biblioteki były stale zamykane na noc przez samego pana 
Otisa, a okna szczelnie zatarasowywane. Kameleonowa zmienność koloru plamy wywoływała 
teŜ  wiele  komentarzy.  Czasem  była  brunatnoczerwona,  innym  razem  purpurowa,  jeszcze 
innym  karminowa,  pewnego  ranka  zaś,  kiedy  zeszli  na  dół  na  wspólną  modlitwę,  według 
rytuału  Wolnego  Amerykańskiego  Reformowanego  Biskupiego  Kościoła,  zastali  ją 
szmaragdowozieloną. Kalejdoskopowe zmiany te bawiły naturalnie wielce całe towarzystwo, 
które co wieczór zaczęło nawet robić na ten temat zakłady. Jedyną osobą, nie biorącą udziału 
we  wszystkich  tych  Ŝartach,  była  Wirginia,  która,  z  nie  wytłumaczonego  jakiegoś  powodu, 
bardzo  była  zawsze  zgnębiona  na  widok  krwawej  plamy  i  prawie  Ŝe  się  rozpłakała  owego 
ranka, kiedy była ona szmaragdowozielona. 

Powtórne  ukazanie  się  ducha  nastąpiło  w  niedzielę  w  nocy.  Wkrótce  po  udaniu  się 

wszystkich  na  spoczynek  zaalarmowany  został  cały  dom  strasznym  hukiem  w  hallu. 
Zbiegłszy pospiesznie na dół, przekonano się, Ŝe wielka stara zbroja spadła z postumentu na 
kamienną posadzkę, a w wysokim poręczowym fotelu siedział duch Kenterwilu, rozcierający 
kolana  z  grymasem  gwałtownego  bólu.  Bliźniacy,  którzy  przynieśli  swoje  strzelby  nabite 
grochem, wystrzelili w niego cały ładunek z celnością strzału, moŜliwą do osiągnięcia jedynie 
drogą  długiego  i starannego  ćwiczenia  się  na  nauczycielu  kaligrafii, a  amerykański  minister 
skierował na niego rewolwer, prosząc go — w myśl kalifornijskiej etykiety — o podniesienie 
rąk do góry! Duch zerwał się z dzikim okrzykiem wściekłości i prześliznął się między nimi na 
kształt mgły, gasząc świecę Waszyngtona Otisa i pozostawiając tym sposobem wszystkich w 
zupełnej ciemności. Dobiegłszy do górnego podestu schodów, uspokoił się nieco i postanowił 
zaprodukować słynny swój wybuch szatańskiego śmiechu. W niejednej juŜ okazji uŜył  go  z 
wielkim powodzeniem. Mówią, Ŝe peruka lorda Rakera osiwiała pod jego wpływem w ciągu 
jednej  nocy,  a  jest  juŜ  faktem  nie  ulegającym  kwestii,  Ŝe  trzy  guwernantki,  Francuzki, 
wymówiły  wskutek  niego  miejsce  przed  upływem  miesiąca.  Zaśmiał  się  więc 
najstraszliwszym swoim  śmiechem, aŜ zatrzęsła się stara powała; nie zdąŜyło jednak jeszcze 
przebrzmieć przeraźliwe echo, gdy otworzyły się drzwi i na progu ukazała się pani Otisowa w 
jasnoniebieskim szlafroczku. 

— Zdaje mi się, Ŝe pan musi być chory — rzekła — i dlatego przyniosłam panu flaszeczkę 

tynktury dra Dobela. Jeśli to z niestrawności, lekarstwo na pewno poskutkuje. 

Duch wytrzeszczył na nią z wściekłością oczodoły i zaczął od razu robić przygotowania do 

przeistoczenia  się  w  duŜego  czarnego  psa,  z  której  to  roli  słynął  i  której  doktor  domowy 
przypisywał  zawsze  chroniczny  idiotyzm  wuja  lorda  Kenterwila,  wielebnego  Tomasza 
Hortona.  Odgłos  zbliŜających  się  kroków  przeszkodził  mu  jednak  w  wykonaniu  okrutnego 
zamiaru, zadowolił się więc wypromieniowaniem z siebie lekko fosforycznego światła i znikł 
z  ponurym  cmentarnym  jękiem  w  tej  samej  właśnie  chwili,  kiedy  dogoniły  go  bliźniaki. 

background image

Dobiegłszy  do  swojej  izby,  upadł  złamany  na  tapczan,  w  przystępie  najgwałtowniejszego 
wstrząśnienia.  Gminność  bliźniaków  i  gruby  materializm  pani  Otisowej  były  oczywiście 
niesłychanie przykre, ale najbardziej zgnębiło go, Ŝe nie mógł nosić zbroi. Miał nadzieję, Ŝe 
nawet  nowocześni  Amerykanie  doznają  wstrząśnienia  nerwów  na  widok  „Widma  w  Zbroi”, 
jeśli  juŜ  nie  z  innego  powodu,  to  chociaŜby  przez  szacunek  dla  narodowego  ich  poety, 
Longfellowa,  autora  poematu  pod  tym  tytułem,  nad  którego  wdzięcznymi  i  pociągającymi 
rymami  spędził  on  sam  niejedną  samotną  godzinę  podczas  pobytu  Kenterwilów  w  mieście. 
Zresztą była to jego własna zbroja. Nosił ją z wielkim powodzeniem na turnieju w Kemlworth 
i zaszczycony był wielkimi z jej powodu komplementami ze strony, ni mniej ni więcej, jeno 
samej  Dziewiczej  Królowej.  Kiedy  jednakŜe  wdział  ją  teraz,  zachwiał  się  pod  straszliwym 
cięŜarem  ogromnego  napierśnika  i  stalowego  kasku  i  cięŜko  upadł  na  kamienną  posadzkę, 
potłukłszy sobie mocno oba kolana oraz napięstek prawej ręki. Przez kilka następnych dni był 
mocno  chory  i  byłby  się  wcale  nie  ruszał  ze  swojej  izdebki,  gdyby  nie  musiał  utrzymywać 
krwawej plamy w naleŜytym porządku. Dzięki wielkiej jednak o siebie dbałości wyzdrowiał i 
postanowił  dokonać  po  raz  trzeci  próby  nastraszenia  ministra  Stanów  Zjednoczonych  i  jego 
rodziny. Wybrał na ukazanie się swoje piątek, 17 sierpnia, i większą część tego dnia spędził 
na  oglądaniu  swojej  garderoby,  decydując  się  ostatecznie  na  wielki,  nasunięty  na  oczy, 
kapelusz  z  czerwonym  piórem,  biały,  sfałdowany  przy  szyi  i  zakończeniu  rękawów,  całun 
oraz  zardzewiały  sztylet.  Ku  wieczorowi  lunął  deszcz,  a  wiatr  dął  tak  gwałtownie,  Ŝe 
wszystkie  szyby  w  drzwiach  i  oknach  starego  domu  trzęsły  się  i  brzęczały.  Taką  właśnie 
pogodę najlepiej lubił. Plan jego działania był następujący: miał wejść niepostrzeŜenie wprost 
do  pokoju  Waszyngtona  Otisa,  i  stanąwszy  u  stop  lóŜka,  zagadać  coś  do  niego  upiornym 
językiem  i  trzykrotnie  wbić  mu  sztylet  do  gardła  przy  wtórze  cichej  muzyki.  śywił  do 
Waszyngtona  specjalną  urazę,  doskonale  zdając  sobie  sprawę,  Ŝe  on  to  właśnie  wycierał 
codziennie  kenterwilską  krwawą  plamę  za  pomocą  nieporównanego  Wywabiacza 
Pinkertonowskiego.  Po  doprowadzeniu  niebezpiecznego  śmiałka  do  stanu  bezgranicznego 
przeraŜenia  miał  udać  się  do  pokoju,  zajmowanego  przez  ministra  Stanów  Zjednoczonych  i 
jego  Ŝonę,  połoŜyć  lepką  dłoń  na  czole  pani  Otisowej,  sycząc  równocześnie  do  ucha  jej 
męŜowi  straszliwe  tajniki  kostnicy.  Nie  mógł  się  tylko  na  nic  zdecydować  w  stosunku  do 
Wirginii.  Nigdy  go  ona  niczym  nie  dotknęła,  była  miła  i  łagodna.  Kilka  głuchych  jęków  z 
głębi szafy wystarczy — jak sądził — aŜ nadto, aby ją obudzić, gdyby zaś nie wystarczyło, 
zastuka kościstymi palcami w ramę okienną. Natomiast bliźniakom postanowił dać porządną 
nauczkę.  Pierwszą  rzeczą,  którą  naleŜało  zrobić,  było  usiąść  kaŜdemu  z  nich  na  klatce 
piersiowej  celem  wywołania  duszącego  wraŜenia  zmory,  a  potem  stanąć  pomiędzy  ich 
przysuniętymi  do  siebie  łóŜkami  w  postaci  zielonego,  lodowato  mroźnego  widma,  a  kiedy 
zupełnie  sparaliŜuje  ich  strach,  zrzucić  całun  i  zacząć  czołgać  się  po  podłodze,  obnaŜając 
białe,  wyblichowane  kości  i  wyszczerzając  jedno  kołujące  ślepię  w  roli  „Niemego  Daniela, 
czyli Szkieletu Samobójcy”, w której niejednokrotnie wywołał wielki efekt i która uwaŜał teŜ 
za nie gorszą od słynnej roli „Szaleńca Marcina, czyli Zamaskowanej Tajemnicy. 

O wpół do jedenastej usłyszał, Ŝe cała rodzina poszła spać. Przez czas jakiś nie dawały mu 

spokoju dzikie wybuchy śmiechu, rozlegające się w pokoju bliźniaków, którzy z lekkomyślną 
wesołością  Ŝaków  dokazywali  przed  udaniem  się  na  spoczynek.  Wreszcie  kwadrans  przed 
dwunastą zapanowała cisza. Wraz z uderzeniem północy wyruszył. Sowa zastukała dziobem 
w  ramę  okienną,  kruk  zakrakał  spośród  gałęzi  wielkiego  cisu,  a  wiatr  zawył  dokoła  domu, 
niby dusza potępiona. Rodzina Otisow spała jednak spokojnie, nie przeczuwając, co ją czeka. 
Chrapanie  ministra  Stanów  Zjednoczonych  zagłuszało  plusk  deszczu  i  huk  burzy.  Duch 
wysunął  się  ukradkiem  spoza  boazerii  z  jadowitym  uśmiechem,  okalającym  jego  okrutne, 
pomarszczone  usta,  w  chwili  kiedy  prześlizgiwał  się  wzdłuŜ  wielkiego  okna  w  wykuszu  w 
którym herb jego i zamordowanej przez mego  Ŝony wymalowany był purpurą i złotem skrył 
się księŜyc za chmurę. Przesuwał się cicho dalej jak zły cień. Mrok nawet zdawał się odsuwać 

background image

od niego z wstrętem w miarę jak szedł dalej. Przez chwilę zdawało mu się, Ŝe słyszy jakieś 
wołanie. Zatrzymał się. Było to jednak tylko wycie psów z Czerwonego Folwarku, sunął więc 
dalej,  miotając  dziwne  przekleństwa  uŜywane  w  szesnastym  stuleciu  i  potrząsając 
zardzewiałym sztyletem w powietrzu północy. Wreszcie dotarł do korytarza, który prowadził 
do pokoju Waszyngtona. Stanął na chwilę, a wiatr rozwiewał mu długie, siwe włosy dokoła 
głowy,  skręcając  zarazem  w  dziwaczne,  fantastyczne  fałdy  niewypowiedzianą  potworność 
jego  całunu.  Zegar  wybił  kwadrans.  Poczuł,  Ŝe  nadszedł  właściwy  moment.  Zachichotał  do 
samego siebie i skręcił za węgieł, zaledwie jednak to uczynił, upadł na wznak ze straszliwym 
jękiem przeraŜenia, kryjąc zbielałą twarz w długich kościstych palcach. 

Wprost  przed  mm  stała  przeraŜająca  zjawa,  nieruchoma,  jak  gdyby  wykuta  z  kamienia, 

potworna  jak  wizja  szaleńca.  Głowa  jej  była  łysa  i  osmalona,  twarz  okrągła,  tłusta  i  biała, 
ohydny  śmiech  zdawał  się  ściągać  jej  rysy  w  stały  grymas.  Z  oczu  tryskały  snopy 
szkarłatnego światła, jama ustna zionęła ogniem, a wstrętna odzieŜ podobna do jego własnej, 
spowijała  białym  całunem  tytaniczną  postać.  Na  piersi  jej  był  plakat  z  dziwnym  napisem 
antycznymi  zgłoskami,  opiewający  zapewne  czyn  jakiś  hańbiący,  jakieś  wspomnienie 
grzechów śmiertelnych, jakiś straszliwy szereg zbrodni, w prawej ręce trzymała zjawa pałasz 
z błyszczącej stali. 

Widok  ten  przeraził  go  straszliwie,  nigdy  bowiem  dotychczas  nie  widział  ducha; 

obrzuciwszy  więc  przelotnym  spojrzeniem  potworne  widziadło,  uciekł  do  swego  pokoju, 
potykając  się  i  plącząc  o  długi  całun  i  gubiąc  wreszcie  po  drodze  zardzewiały  miecz,  który 
wpadł do wysokich myśliwskich butów ministra, gdzie kamerdyner znalazł go nazajutrz rano. 
Stanąwszy wreszcie w czterech  ścianach swojej izby, rzucił się na tapczan i zarył w pościel. 
Po chwili jednak zwycięŜył w nim dawny rycerski duch Kenterwilów, postanowił teŜ pójść i 
przemówić do owego drugiego ducha, jak tylko się rozwidni. Istotnie, z chwilą, kiedy brzask 
dnia osrebrzył szczyty pagórków, powrócił na owo miejsce, na którym po raz pierwszy ujrzał 
szkaradne  widziadło,  czując,  Ŝe  jednakŜe  dwa  duchy  lepsze  są  niŜ  jeden  i  Ŝe  z  pomocą 
nowego  swego  przyjaciela  łatwiej  upora  się  z  bliźniakami.  Przybywszy  jednak  na  miejsce, 
ujrzał  widok  straszliwy.  Coś  się  musiało  widocznie  przytrafić  upiorowi,  światło  znikło 
bowiem zupełnie z pustych oczodołów, błyszczący miecz wypadł mu z ręki, a sam on opierał 
się o mur w nienaturalnie niewygodnej postawie. 

Rzucił  mu  się  na  pomoc  i  pochwycił  go  w  ramiona,  gdy  wtem,  ku  najwyŜszemu  jego 

przeraŜeniu, głowa zjawy odpadła od tułowia i potoczyła się na posadzkę, a ciało upadło na 
wznak,  tak  Ŝe  w  objęciach  jego  pozostała  biała  bawełniana  zasłona  z  łóŜka,  a  u  stóp  jego 
leŜała  szczotka  do  zamiatania,  siekiera  kuchenna oraz  wydrąŜona  rzepa. Nie  będąc  w  stanie 
zrozumieć dziwnego tego przeistoczenia, chwycił gorączkowo za plakat, na którym w szarym 
ś

wietle poranka odczytał przeraŜające słowa: 

 

DUHOTISUW 

Jedyny prawdziwy i oryginalny Strach. 

StŜec się naśladowanń

Wszysdkie inne podrobjone. 

 
Straszliwa  prawda  przeszyła  mu  błyskawicą  myśl:  zadrwiono  z  niego,  oszukano  go 

haniebnie. Dziki szał gniewu zaświecił po dawnemu w jego oczach; zacisnął bezzębne dziąsła 
i,  podnosząc  zwiędłe  ręce  wysoko  ponad  głową,  poprzysiągł  w  kwiecistej  frazeologii  starej 
szkoły, Ŝe kiedy kur zapieje po raz wtóry, dokonane będą krwawe czyny i morderstwo podąŜy 
cichą stopą w dal. 

Zaledwie wypowiedzieć zdąŜył straszliwe to zaklęcie, rozległo się z okrytego czerwonym 

łupkiem  dachu  odległego  domostwa  pianie  koguta.  Zaśmiał  się  długim,  przyciszonym, 
gorzkim  śmiechem  i  czekał.  Czekał  z  godziny  na  godzinę,  ale  kogut  z  niewytłumaczonej 

background image

jakiejś  przyczyny  nie  zapiał  po  raz  drugi.  Wreszcie  o  wpół  do  ósmej  przybycie  dziewcząt 
słuŜebnych zmusiło go do zaprzestania trwoŜnego tego czuwania, powlókł się więc do swojej 
izby,  myśląc  o  próŜnych  nadziejach  i  udaremnionych  zamiarach.  Wziął  się  teŜ  zaraz  do 
przejrzenia  kilku  ksiąŜek,  traktujących  o  dawnym  rycerstwie,  które  nadzwyczaj  lubił,  i 
wyczytał w nich, Ŝe ilekroć zaklęcie jego było stosowane, kur piał zawsze po raz wtóry. — 
Bodaj  zdechł  przeklęty  ten  ptak!  —  mruknął  —  dawniej  byłbym  go  nadział  na  włócznię  i 
zmusił, bodaj nawet w godzinę skonu, do zapiania dla mnie! Powiedziawszy to, ułoŜył się w 
wygodnej ołowianej trumnie i pozostał w niej aŜ do wieczora. 

background image

IV 

 
Następnego  dnia  duch  czuł  się  mocno  osłabiony  i  zmęczony.  Straszliwe  podniecenie 

ostatnich  kilku  tygodni  zaczęło  mu  dawać  się  we  znaki.  Nerwy  jego  zupełnie  były 
rozklekotane, dygotał teŜ za lada szmerem. Przez pięć dni nie wychodził ze swojej izby, i w 
końcu postanowił zaniechać odnawiania plamy na podłodze bibliotecznej. 

Skoro rodzinie Otisów niepotrzebna jest ta plama, najlepszy to dowód, Ŝe nie zasługują na 

nią.  Są  to  widocznie  ludzie  niskiego,  materialnego  poziomu,  niezdolni  do  ocenienia 
symbolicznej  wartości  zjawisk  zmysłowych.  Kwestia  zjawisk  nadzmysłowych  i  ciał 
astralnych  była  oczywiście  zupełnie  odmienną  dziedziną,  niezaleŜną  od  jego  woli. 
Ukazywanie  się  w  korytarzu  raz  w  tygodniu  oraz  wydawanie  niezrozumiałych  dźwięków 
przez wielkie okno w wykuszu w kaŜdą pierwszą i trzecią środę miesiąca wchodziło w zakres 
uroczystych  jego  obowiązków,  nie  widział  teŜ  moŜności  wycofania  się  z  nich  z  honorem. 
ś

ycie  jego  było  niegodziwe,  to  prawda,  z  drugiej  jednak  strony  był  on  nadzwyczaj 

obowiązkowy  w  stosunku  do  wszystkiego,  co  było  związane  ze  światem  nadzmysłowym. 
ToteŜ  przez  następne  trzy  soboty  spacerował  po  korytarzu,  jak  zwykle  między  północą  a 
trzecią z rana, zachowując wszelkie moŜliwe środki ostroŜności, aby nie być widzianym ani 
słyszanym.  Zdejmował  buty,  stąpał  na  palcach,  po  stoczonych  przez  robaki  drzewne, 
spróchniałych  starych  posadzkach,  zarzucał  na  siebie  szeroką,  czarną  aksamitną  opończę  i 
starannie  naoliwiał  łańcuchy  maścią  Wschodzącego  Słońca.  Przyznać  naleŜy,  Ŝe  bardzo 
trudno mu było przemóc się i chwycić tego środka ostroŜności. W końcu jednakŜe, pewnego 
wieczora, kiedy cała rodzina była na dole przy obiedzie, zakradł się do sypialni pani Otisowej 
i  zabrał  butelkę.  Zrazu  czuł  się  nieco  upokorzony,  niebawem  jednak  wziął  górę  rozsądek, 
który  kazał  mu  uznać  wielkie  zalety  tego  wynalazku,  nader  przydatnego  dla  jego  celów. 
Mimo  wszystkich  zabiegów  nie  udało  mu  się  jednak  uniknąć  przykrości.  Przeciągano 
nieustannie  przez  całą  szerokość  korytarza  sznury,  o  które  potykał  się  w  ciemności,  a 
pewnego razu, występując w roli „Czarnego Izaaka”, czyli „Myśliwego z lasów Hoglejskich”, 
upadł  bardzo  niebezpiecznie  na  sztucznej  ślizgawce  z  masła,  którą  bliźniaki  urządzili  od 
wejścia do Gobelinowej Komnaty aŜ do górnego podestu klatki schodowej. Zniewaga ta tak 
go  rozwścieczyła,  Ŝe  postanowił  dokonać  ostatecznej  próby  uratowania  swojej  godności  i 
stanowiska  społecznego.  Zdecydował  więc  odwiedzić  zuchwałych  młodych  Etonczyków 
następnej nocy jako „Śmiały Rupert”, czyli „Bezgłowy Hrabia” 

W  roli  tej  nie  ukazywał  się  juŜ  od  przeszło  70–cm  lat,  to  znaczy  od  czasu,  kiedy  tak 

przeraził  w  tym  przebraniu  piękną  lady  Barbarę  Modisch,  Ŝe  zwróciła  ona  pierścień 
zaręczynowy dziadkowi obecnego lorda Kenterwila i uciekła do Gretna Green z przystojnym 
Jackiem  Kestletonem,  oświadczając,  Ŝe  za  nic  w  świecie  nie  zgodzi  się  wejść  do  rodziny, 
która pozwala tak okropnemu widmu spacerować o zmierzchu po tarasie. Biedny Jack został 
potem  zastrzelony  w  pojedynku  przez  lorda  Kenterwila,  a  lady  Barbara  umarła  na  złamane 
serce, zanim rok minął, tak Ŝe występ ten naleŜał pod kaŜdym względem do udanych. Było to 
wszakŜe  niezmiernie  trudne  przebranie,  jeśli  moŜna  uŜyć  podobnie  teatralnego  wyraŜenia 
odnośnie  do jednego  z  największych  tajników  świata  nadprzyrodzonego  lub  teŜ, chcąc  uŜyć 
bardziej  naukowego  terminu,  świata  wyŜszego  nad  przyrodzony,  dlatego  teŜ  samo 
przygotowanie  zajęło  mu  pełne  trzy  godziny.  W  końcu  wszystko  było  gotowe.  Zadowolony 
był  bardzo  ze  swego  wyglądu,  mimo  Ŝe  wysokie  skórzane  buty  myśliwskie,  nieodłączne  od 
stroju, były nieco za obszerne, nie mógł teŜ znaleźć drugiej pary pistoletów, w ogóle jednak 
jak najlepszej był myśli. Kwadrans po pierwszej wyśliznął się zza boazerii i pomknął wzdłuŜ 
korytarza.  Doszedłszy  do  pokoju  zajętego  przez  bliźniaków  i  noszącego  nazwę  Błękitnej 
Komnaty  od  koloru  obicia,  zastał  drzwi  nieco  uchylone.  Pragnąc  ukazać  się  w  sposób 
efektowny, szeroko je rozwarł, gdy nagle cięŜki kubeł wody upadł wprost na niego, oblewając 

background image

go  całego  aŜ  do  skóry  i  chybiając  o  parę  cali  lewe  jego  ramię.  Równocześnie  usłyszał 
przytłumione wybuchy śmiechu, dochodzące z wielkiego podwójnego łóŜka. Cios ten był tak 
silny  dla  jego  starganych  nerwów,  Ŝe  uciekł,  jak  tylko  mógł  najszybciej,  do  swojej  izby  i 
nazajutrz  leŜał  złoŜony  cięŜką  niemocą  z przeziębienia.  Jedyną  pociechą w  całej fatalnej tej 
sprawie  był  dla  niego  fakt,  Ŝe  nie  wziął  z  sobą  głowy,  gdyby  był  bowiem  to  uczynił, 
konsekwencje mogłyby być bardzo powaŜne. 

Po  tym  wypadku  stracił  juŜ  zupełnie  nadzieję  przestraszenia  gruboskórej  rodziny 

amerykańskiej,  zadowolił  się  więc  pełzaniem  po  korytarzach  w  miękkich  pantoflach,  w 
grubym czerwonym szalu, owiniętym dokoła szyi, aby ochronić się przed przeciągiem oraz z 
małym łukiem na wypadek napaści ze strony bliźniaków. 

Cios  ostateczny  spotkał  go  w  dniu  19  września.  Zszedł  na  dół  do  wielkiego  hallu 

wejściowego,  pewny,  Ŝe  tam  nikt  mu  nie  przeszkodzi,  i  zabawiał  się  robieniem  uwag 
satyrycznych nad wielkimi fotografiami firmy Saroniego, przedstawiającymi ministra Stanów 
Zjednoczonych  i  jego  Ŝonę  i  zastępującymi  dawne  portrety  rodzinne  Kenterwilów.  Odziany 
był  skromnie, ale porządnie, w długi całun, pocentkowany ziemią cmentarną; dolną szczękę 
miał podwiązaną pasem Ŝółtego płótna, a w ręku trzymał małą latarkę i rydel grabarza. Był to 
strój  „Jonasza  bez  Grobu”,  czyli  „Porywacza  Ciał”,  jednego  z  najwybitniejszych  jego 
wcieleń,  o  którym  Kenterwilowie  najwięcej  mieli  powodów  pamiętać,  jako  o  właściwej 
przyczynie ich kłótni z sąsiadem, lordem Ruffordem. Był kwadrans po drugiej nad ranem i, o 
ile  mógł  sądzić,  dom  cały  pogrąŜony  był  w  głębokim  uśpieniu.  Mimo  to,  w  chwili,  kiedy 
kierował  kroki  swoje  ku  bibliotece,  aby  zobaczyć,  czy  pozostał  tam  jeszcze  ślad  krwawej 
plamy,  wyskoczyły  nagle  z  ciemnego  kąta  dwie  postacie,  dziko  wymachujące  rękami  w 
powietrzu i wrzeszczące mu z całych sił wprost do ucha jakiś niezrozumiały wyraz: „buu”!!… 

Ogarnięty  panicznym  strachem,  zupełnie  zrozumiałym  w  danych  warunkach,  uciekł  na 

schody,  ale  tam  czekał  juŜ  na  niego  przyczajony  Waszyngton  z  ogrodową  polewaczką. 
Osaczony  ze  wszystkich  stron  przez  nieprzyjaciół,  uratował  się  zniknięciem  w  wielkim 
Ŝ

elaznym  piecu,  w  którym,  na  szczęście  dla  niego,  nie  napalono,  i  torować  sobie  musiał 

dalszą drogę przez rury i kominy, tak  Ŝe wrócił do siebie straszliwie umorusany, oberwany  i 
zrozpaczony. 

Po  blamaŜu  tym  nie  wyruszał  juŜ  więcej  na  nocne  wyprawy.  Bliźniaki  czekały  na  niego 

wielokrotnie  i  co  noc  zasiewały  podłogi  korytarzy  łupinkami  od  orzechów,  ku  wielkiemu 
utrapieniu  rodziców  i  słuŜby,  ale  wszystko  to  nadaremnie.  Pan  Otis  zabrał  się  na  nowo  do 
wielkiego swojego dzieła o dziejach Stronnictwa Demokratycznego, nad którym pracował od 
kilku  juŜ  lat;  pani  Otisowa  urządziła  wspaniałą  piekarnię,  która  wprawiła  w  zachwyt  całą 
okolicę; chłopcy zajęli się jukerem, pokerem, lakrosem i innymi amerykańskimi narodowymi 
grami,  a  Wirginia  jeździła  na  swoim  kucyku  w  towarzystwie  młodego  księcia  Cheshire, 
spędzającego  w  Kenterwilu  ostatni  tydzień  wakacji.  Przypuszczano,  Ŝe  duch  wywędrował 
gdzieś, o czym pan Otis doniósł nawet lordowi Kenterwilowi, który, w odpowiedzi, wyraził 
wielkie  zadowolenie  z  powodu  tej  nowiny,  przesyłając  zarazem  serdeczne  powinszowania 
godnej małŜonce ministra. 

Mylili  się  wszakŜe  państwo  Otisowie.  Duch  był  w  dalszym  ciągu  w  domu,  a  chociaŜ  w 

danym  momencie  czuł  się  chory,  bynajmniej  nie  miał  zamiaru  złoŜenia  broni,  zwłaszcza 
odkąd  się  dowiedział,  Ŝe  w  liczbie  gości,  bawiących  w  pałacu,  znajdował  się  młody  ksiąŜę 
Cheshire, którego stryjeczny dziadek, lord Franciszek Hilton, załoŜył się ongi o sto gwinei z 
pułkownikiem  Kerburym,  Ŝe  zagra  w  kości  z  duchem  z  Kenterwilu,  i  następnego  rana 
znaleziono  go  na  podłodze  pokoju  karcianego  w  takim  stanie  paralitycznego  bezwładu,  Ŝe 
jakkolwiek  doŜył  późnego  wieku,  nigdy  juŜ  nie  mógł  wymówić  nic  więcej  poza  wyrazami: 
„Podwójna szóstka”. Historia ta bardzo była głośna w swoim czasie, jednakŜe, przez szacunek 
dla obu znakomitych rodów, starano się ją wszelkimi sposobami moŜliwie zatuszować. Mimo 
to  moŜna  znaleźć  dokładny  opis  wszystkich  związanych  z  nią  szczegółów  w  3  tomie 

background image

„Wspomnień  lorda  Tettla  o  księciu  regencie  i  jego  przyjaciołach”.  Nic  dziwnego  zatem,  Ŝe 
Duch  pragnął  dowieść,  iŜ  nie  utracił  dawnego  wpływu  na  potomka  Hiltonów,  z  którym 
pozostawał  w  dalekim  pokrewieństwie,  poniewaŜ  własna  jego  siostra  cioteczna  poślubiła 
secundo  voto  lorda  Bulkeleya,  od  którego  w  prostej  linii  pochodzą,  jak  wiadomo,  ksiąŜęta 
Cheshire.  Wszelkie  teŜ  poczynił  przygotowania,  aby  ukazać  się  młodemu,  zakochanemu  w 
Wirginii,  ksiąŜątku  w  słynnej  swojej  roli  „Wampira  mnicha,  czyli  Benedyktyna  bez  krwi”. 
Wcielenie  to  było  zjawą  tak  przeraŜającą,  Ŝe  kiedy  ukazała  się  ona  starej  lady  Hartrup  w 
fatalną  dla  niej  wigilię  Nowego,  1764,  Roku,  dostała  ona  ataku  najprzeraźliwszego  krzyku, 
zakończonego  napadem  apoplektycznym,  w  którym  umarła  po  upływie  trzech  dni, 
wydziedziczywszy uprzednio Kenterwilów, najbliŜszych swoich krewnych, i pozostawiwszy 
cały majątek londyńskiemu swemu aptekarzowi. 

W  ostatniej  wszakŜe  chwili  przemógł  strach  przed  bliźniakami,  który  nie  pozwolił 

Duchowi  opuścić  pokoju,  dzięki  czemu  młody  ksiąŜę  spał  spokojnie  pod  pióropuszem 
baldachimu, w królewskiej sypialni, i śnił o Wirginii. 

background image

 
W  kilka  dni  później  Wirginia  i  jej  nieodłączny  złotowłosy  rycerz  wybrali  się  na  konną 

wycieczkę  na  łąki  brocklejskie,  gdzie  dziewczynka  tak  fatalnie  rozdarła  sobie  suknię  przy 
braniu przeszkody przez płot,  Ŝe, powróciwszy do domu, postanowiła pobiec do siebie tylną 
klatką schodową, aby nikt nie mógł jej zobaczyć. Przebiegając obok sali gobelinowej, której 
drzwi  były  otwarte,  dostrzegła  w  przelocie  jakąś  postać,  a  przypuszczając,  Ŝe  jest  to 
garderobiana  jej  matki,  która  często  siadywała  tutaj  z  robotą,  weszła,  aby  poprosić  ją  o 
naprawienie  sukni.  Ku  najwyŜszemu  swemu  wszakŜe  zdumieniu  przekonała  się,  Ŝe  był  to 
Duch  z  Kenterwilu  we  własnej  osobie!  Siedział  przy  oknie,  patrząc  na  złote  i  purpurowe 
liście, spadające z Ŝółknących drzew i wirujące w jesiennym powietrzu. Głowę miał opartą na 
ręku, a skulenie całej postaci świadczyło o stanie najgłębszego zgnębienia. Wygląd jego był 
tak  beznadziejnie  złamany,  Ŝe  mała  Wirginia,  której  pierwszym  odruchem  było  uciec  i 
zamknąć się w swoim pokoju, poczuła wielką dla biedaka litość, postanowiła teŜ postarać się 
podnieść  go  trochę  na  duchu.  Krok  jej  był  tak  lekki,  a  jego  pogrąŜenie  w  myślach  tak 
głębokie, Ŝe nie zauwaŜył jej obecności, dopóki nie przemówiła do niego. 

—  Bardzo  mi  pana  Ŝal  —  rzekła  —  ale  bracia  moi  wracają  jutro  do  Eton.  O  ile  więc 

zachowa się pan przyzwoicie, nikt panu nie będzie dokuczał. 

—  Niedorzecznością  jest  Ŝądać  ode  mnie,  abym  zachowywał  się  przyzwoicie  —  odparł, 

patrząc  ze  zdumieniem  na  śliczną  dzieweczkę,  która  odwaŜyła  się  przemówić  do  niego.  — 
Muszę potrząsać łańcuchami i krąŜyć w zamku po nocy, jeśli o to pani idzie. Jest to jedyna 
moja racja bytu. 

— To nie jest Ŝadna racja bytu i pan sam wie najlepiej, Ŝe pan był złym człowiekiem. Pani 

Umney opowiedziała nam pierwszego zaraz dnia po naszym przyjeździe, Ŝe pan zabił swoją 
Ŝ

onę. 

— Bynajmniej temu nie przeczę — odrzekł Duch zgryźliwie — ale była to sprawa czysto 

rodzinna, która nie powinna nikogo obchodzić. 

—  To  bardzo  źle  zabijać  ludzi!  —  rzekła Wirginia,  zdradzająca  od czasu  do  czasu  pełną 

słodyczy powagę purytańską, odziedziczoną po jakimś przodku z Nowej Anglii. 

—  Nienawidzę  taniej  surowości  oderwanej etyki!  śona  moja  była  bardzo  brzydka,  nigdy 

nie  krochmaliła  naleŜycie  moich  kryz  i  nie  miała  pojęcia  o  gotowaniu.  Niech  pani  sobie 
wyobrazi, Ŝe postrzeliłem kiedyś wspaniałego jelenia w lasach hoglejskich i nie zgadnie pani, 
z  jakim  sosem  podała  go  do  stołu…  Mniejsza  zresztą  o  to  teraz,  kiedy  i  tak  wszystko  juŜ 
przepadło. Wcale teŜ nie było zacnie ze strony jej braci, Ŝe mnie na śmierć zamorzyli głodem, 
chociaŜ nawet zabiłem ich siostrę. 

— Zamorzyli pana głodem? O, panie Duchu, chciałam powiedzieć, Sir Simonie, moŜe pan 

jest głodny? Mam kanapkę w torebce, mogę ją panu dać. 

— Nie, dziękuję pani, nigdy nic teraz nie jadam, bardzo to jednak grzecznie z pani strony, 

pani  jest  daleko  uprzejmiejsza  od  całej  wstrętnej,  grubiańskiej,  gminnej, niegodziwej  twojej 
rodziny. 

— Milcz pan! — krzyknęła Wirginia, tupnąwszy nogą — to pan jest grubiański, wstrętny i 

gminny,  a  co  się  tyczy  niegodziwości,  pan  wie  najlepiej,  Ŝe  to  pan  wykradł  mi  farby  z 
pudełka,  aby  odnawiać  co  noc  tę  śmieszną  krwawą  plamę  w  bibliotece.  Naprzód  zabrał  mi 
pan wszystkie moje czerwone kolory, nie wyłączając karminu, tak Ŝe nie mogłam juŜ więcej 
malować zachodów słońca, potem wziął pan szmaragdowozielony i Ŝółty chromowy, w końcu 
pozostał  mi  tylko  niebieski  i  biały,  i  dlatego  mogłam  juŜ  tylko  robić  pejzaŜe  księŜycowe, 
nudne  do  oglądania  i  wcale  niełatwe  do  malowania.  Nigdy  pana  nie  oskarŜałam,  chociaŜ 
bardzo  byłam  na  pana  zła  i  cała  ta  rzecz  w  ogóle  bardzo  była  głupia,  któŜ  bowiem  słyszał 
kiedykolwiek o szmaragdowozielonej krwi? 

background image

—  Prawda  —  odparł  Duch  pokornie  —  ale  co  miałem  czynić?  Bardzo  teraz  trudno  o 

prawdziwą  krew,  a  poniewaŜ  brat  pani  zaczął  pierwszy  wycierać  plamę  Niezrównanym 
Wywabiaczem, nie widziałem powodu, dlaczego nie miałbym brać farb pani. Co się zaś tyczy 
koloru — to kwestia gatunku krwi: krew Kenterwilów na przykład jest niebieska, najbardziej 
niebieska w całej Anglii, wiem jednak, Ŝe wy, Amerykanie, nie dbacie o takie rzeczy. 

—  Nie  ma pan  Ŝadnego  pojęcia  o  tym  —  najlepiej  zrobi  pan,  emigrując do  Ameryki  dla 

uzupełnienia  pańskiego  wykształcenia.  Ojciec  mój  bardzo  chętnie  wyrobi  panu  wolny 
przejazd,  a  chociaŜ  wszelkiego  rodzaju  spiritus  obłoŜony  jest  u  nas  wysokim  cłem,  damy 
sobie  radę  z  komorą,  gdyŜ  wszyscy  urzędnicy  celni  są  demokratami.  Niech  się  pan  tylko 
dostanie do Nowego Jorku, a na pewno będzie pan tam miał wielkie powodzenie. Znam u nas 
mnóstwo  ludzi,  którzy  daliby  tysiące  dolarów,  Ŝeby  mieć  przodka,  a  cóŜ  dopiero  Ducha 
rodzinnego! 

— Zdaje mi się, Ŝe Ameryka nie mogłaby mi się podobać. 
— Pewnie dlatego, Ŝe nie mamy ruin i osobliwości — rzekła Wirginia ironicznie. 
— Nie macie ruin! nie macie osobliwości! — odpowiedział Duch — macie waszą flotę i 

wasze obyczaje… 

— Dobranoc. Idę do papy poprosić go, aby dał bliźniakom dodatkowy tydzień wakacji. 
—  Niech  pani  nie  odchodzi,  panno  Wirginio!  —jestem  taki  osamotniony  i  taki 

nieszczęśliwy; naprawdę nie wiem, co mam robić. Chciałbym spać i nie mogę. 

—  Co  teŜ  pan  za  głupstwa  gada!  Trzeba  się  tylko  połoŜyć  i  zdmuchnąć  świecę.  Czasem 

bardzo jest trudno nie zasnąć, zwłaszcza w kościele, ale spać — nie ma w tym nic trudnego. 
Nawet małe dzieci w kołysce umieją to, a przecieŜ nie są bardzo mądre. 

—  Nie  śpię  juŜ  od  trzystu  lat!  —  rzekł  Duch  smutnym  głosem.  Piękne  niebieskie  oczy 

Wirginii  rozwarły  się  ze  zdumienia.  —  Przez  trzysta  lat  nie  zasnąłem  i  taki  jestem 
zmęczony… 

Wirginia spowaŜniała od razu i usteczka jej zadrgały niby płatki róŜ. 
— Biedny, biedny Duchu — szepnęła — czy nie ma pan gdzie spać? 
— Daleko, za sosnowymi lasami — odpowiedział on cichym, sennym głosem — jest mały 

ogród. Trawa w nim rośnie wysoko i głęboko, bieleją wśród niej wielkie gwiazdy rumianów, 
a słowiki wywodzą całymi nocami piękne trele. Śpiewają przez noc całą; zimny kryształowy 
księŜyc śle na ziemię swoje promienie, a rozłoŜysty cis rozpościera nad  śpiącymi olbrzymie 
ramiona. 

Oczy Wirginii zaszły łzami. Wstydząc się ich, ukryła twarz w dłoniach. 
— Mówi pan o Ogrodzie Śmierci? — szepnęła. 
— Tak, Śmierci. Śmierć musi być bardzo piękna. LeŜeć w miękkiej brunatnej ziemi, mając 

trawę,  szumiącą  ponad  głową,  i  wsłuchiwać  się  w  ciszę.  Nie  mieć  ani  jutra,  ani  wczoraj. 
Zapomnieć o czasie, zapomnieć o Ŝyciu i mieć zupełny spokój. Pani jedna, panno Wirginio, 
moŜesz mi dopomóc. Otworzyć moŜesz przede mną wrota Śmierci, gdyŜ idzie z tobą zawsze 
Miłość, a Miłość mocniejsza jest od Śmierci. 

Wirginia zadrŜała; lęk straszny wstrząsnął jej ciałem. Przez kilka chwil głuche zapanowało 

milczenie. Zdawało jej się, Ŝe śni sen jakiś straszliwy. 

Po chwili przemówił znów Duch, a głos jego brzmiał niby jęk wiatru. 
— Czy czytałaś pani starą przepowiednię na oknie bibliotecznym? 
—  O,  często  —  zawołało  dziewczątko,  podnosząc  głowę.  —  Umiem  ją  na  pamięć. 

Wypisana  jest  dziwacznymi  czarnymi  zgłoskami,  tak  Ŝe  trudno  ją  odczytać.  Składa  się  z 
sześciu tylko wierszy: 

 

„Gdy złotowłosa niewinna dziewczyna 
Do modłów złego grzesznika nakłoni. 
Gdy migdał suchy ró
Ŝą się zapłoni. 

background image

I łezkę otrze malutka dziecina, — 
Do domu wówczas spokój wejdzie błogi, 
I cisza wróci w Kenterwilu progi”. 

 
— Nie rozumiem jednak, co one znaczą. 
—  Znaczą  one,  Ŝe  musisz  płakać  za  mnie,  za  grzechy  moje,  gdyŜ  ja  sam  nie  mam  łez,  i 

modlić się za mnie, za duszę moją, ja sam bowiem nie mam wiary; a wówczas, jeśli zawsze 
byłaś  dobra,  słodka  i  łagodna,  Anioł  Śmierci  ulituje  się  nade  mną.  Widzieć  będziesz 
straszliwe widma w ciemności, a złe głosy grozić ci będą karami, nie uczynią ci wszakŜe nic 
złego, Ŝadne moce piekielne nie mają bowiem władzy nad czystością dziecka. 

Wirginia  nie  dała  odpowiedzi,  i  Duch  załamał  ręce  w  dzikiej  rozpaczy,  patrząc  na 

pochyloną  złotowłosą  główkę.  Nagle  podniosła  się,  bardzo  blada,  z  dziwnym  w  oczach 
ś

wiatłem. 

—  Nie  boję  się!  —  oznajmiła  głosem  stanowczym.  —  Nie  boję  się;  prosić  będę  Anioła, 

aby ulitował się nad tobą. 

Zerwał się z fotela ze słabym okrzykiem radości, i ujmując jej rękę, pochylił się nad nią ze 

staroświecką galanterią i ucałował ją. Palce jego zimne były jak lód, a wargi płonęły ogniem, 
Wirginia  nie  zawahała  się  jednak,  kiedy  wiódł  ją  przez  mroczną  komnatę.  Na  wyblakłych, 
zielonych  gobelinach  wyhaftowani  byli  myśliwi.  Dęli  oni  w  zawieszone  na  taśmach  rogi  i 
machali na nią rękami, aby wróciła się. „Wróć się, Wirginio, wróć się” — wołali — ale Duch 
ś

cisnął mocniej jej dłoń, a ona przymknęła oczy, aby nic nie widzieć. Potworne zwierzęta o 

jaszczurczych  ogonach  i  wyłupionych  oczach  mrugały  na  nią  sponad  rzeźbionej  futryny 
kominka,  szepcząc:  „StrzeŜ  się,  Wirginio,  strzeŜ  się!  moŜe  juŜ  nigdy  nie  będziemy  cię 
oglądali” — ale Duch mknął jeszcze szybciej, a Wirginia nie słuchała nikogo. Kiedy doszli do 
końca  komnaty,  zatrzymał  się  i  wyrzekł  kilka  wyrazów,  których  nie  mogła  zrozumieć. 
Otworzyła oczy i spostrzegła, Ŝe ściana rozsunęła się, na kształt mgły, a poza ścianą rozwarła 
się  wielka,  czarna  przepaścista  jama.  Owionął  ich  mroźny  podmuch  wiatru;  czuła,  Ŝe  coś 
ciągnie ją za suknię. 

— Spiesz się, spiesz! — zawołał Duch — gdyŜ będzie za późno! — i w tej samej chwili 

lamperia dębowa zawarła się za nimi, a Komnata Gobelinowa opustoszała. 

background image

VI 

 
W  jakieś  dziesięć  minut  potem  rozległ  się  dźwięk  gongu,  wzywający  na  herbatę 

poobiednią.  Widząc,  Ŝe Wirginia  nie  schodzi  na dół,  pani  Otisowa  posłała  po  nią jednego  z 
pokojowców. Po chwili wrócił on, oznajmiając, Ŝe nie moŜe znaleźć nigdzie miss Wirginii. 

Nieobecność córki nie przeraziła na razie pani Otisowej, znającej jej zwyczaj schodzenia 

co  wieczór  do  ogrodu  po  kwiaty,  którymi  własnoręcznie  przystrajała  stół  w  jadalni.  Kiedy 
jednak  wybiła  szósta,  a  Wirginii  wciąŜ  jeszcze  nie  było,  matka  zaniepokoiła  się  i  posłała 
chłopców  na  poszukiwanie dziewczynki  do  ogrodu,  sama  zaś  obeszła  w towarzystwie  męŜa 
wszystkie  pokoje  pałacu.  Po  pół  godzinie  powrócili  chłopcy  z  oznajmieniem,  Ŝe  nigdzie 
znaleźć nie mogli śladu Wirginii. Wiadomość ta przeraziła wszystkich; nie wiedzieli teŜ, co 
mają  począć,  kiedy  nagle  pan  Otis  przypomniał  sobie,  Ŝe  przed  kilku  dniami  pozwolił 
obozowi Cyganów rozłoŜyć tabor w pałacowym parku. Natychmiast teŜ wyruszył w kierunku 
obozu  wraz  z  najstarszym  synem  i  dwoma  słuŜącymi.  Oszalały  z  trwogi  młodziutki  ksiąŜę, 
błagał,  aby  go  zabrano,  spotkał  się  jednak  ze  stanowczą  odmową  pana  Otisa,  obawiającego 
się  awantury.  Przybywszy  na  miejsce,  przekonali  się  jednak,  Ŝe  Cyganie  nie  tylko  poszli  w 
dalszą  drogę,  ale  Ŝe  zwinięcie  obozu  musiało  odbyć  się  nagle,  nie  zdąŜyli  bowiem  nawet 
jeszcze zgasić ogniska, a resztki jedzenia pozostawili na trawie. Poleciwszy Waszyngtonowi i 
słuŜącym, aby dobrze przetrząsnęli całą okolicę, powrócił sam do pałacu i wystosował szereg 
depesz  do  wszystkich  komisarzy  policji  w  hrabstwie,  polecając  im  dać  baczenie,  czy  nie 
natrafią  na  ślad  młodego  dziewczątka,  porwanego  przez  Cyganów  lub  innych  włóczęgów. 
Kazał  sobie  teŜ  zaraz  osiodłać  konia  i,  zmusiwszy  Ŝonę  i  trzech  chłopców,  aby  zasiedli  do 
obiadu,  popędził  w  towarzystwie  stajennego  do  pobliskiego  Ascot–Road.  Zaledwie  jednak 
ujechał  kilka  staj,  kiedy  usłyszał  tętent  galopującego  za  nim  konia,  i  wnet  potem  dostrzegł 
młodego księcia, pędzącego na oślep z gołą głową i płonącymi policzkami. 

—  Przepraszam  pana  bardzo,  panie  Otis  —  wyjąkał  zdyszany  chłopiec  —  ale  nie  mogę 

jeść  obiadu,  dopóki  nie  wiem,  co  się  dzieje  z  Wirginią.  Niech  się  pan  na  mnie  nie  gniewa; 
gdyby pan był pozwolił nam zaręczyć się w zeszłym roku, nie byłoby całej tej historii. Niech 
mnie pan nie odsyła z powrotem — proszę pana! Nie mogę wrócić! Nie chcę wrócić! 

Na widok ślicznego młodego narwańca minister nie mógł się powstrzymać od uśmiechu, a 

miłość  chłopca  do  Wirginii  tak  go  wzruszyła,  Ŝe,  pochylając  się  z  konia,  poklepał  go 
serdecznie po ramieniu i rzekł: 

—  Niech  i  tak  będzie,  Cecylu;  skoro  nie  chcesz  wrócić,  pojedziesz  chyba  ze  mną.  Będę 

zmuszony kupić ci w Ascot kapelusz. 

—  O,  mniejsza  o  kapelusz!  Chcę  mieć  Wirginię!  —  zawołał  chłopiec  ze  śmiechem,  po 

czym  popędzili  obaj  ku  stacji  kolejowej,  gdzie  pan  Otis  wybadał  przede  wszystkim 
zawiadowcę,  czy  nie  widział  młodego  dziewczątka,  odpowiadającego  rysopisowi  Wirginii. 
Wobec  przeczącej  odpowiedzi  zawiadowcy,  który  przyobiecał  jednakŜe  roztelegrafować  po 
całej  linii,  aby  obserwowano  wszystkich  przejeŜdŜających,  nie  pozostało  panu  Otisowi  nic 
innego  do  zrobienia, jak,  po  kupieniu  kapelusza dla  młodego  ksiąŜątka, pogalopować  z  nim 
razem  do  Bexley,  wioski  oddalonej  od  stacji  o  4  mile  angielskie,  która,  jak  mu  mówiono, 
miała  być  znanym  punktem  zbornym  Cyganów,  ze  względu  na  wielkie  przyległe  do  niej 
pastwisko. Przybywszy  na miejsce, odszukali wioskowego policjanta, który nic im jednakŜe 
nie umiał powiedzieć. Objechawszy tedy całe pastwisko, zawrócili ku domowi i około 11–ej 
stanęli  u  wrót  pałacu,  śmiertelnie  znuŜeni  i  zrozpaczeni  bezowocnością  poszukiwań. 
Waszyngton  i  bliźniaki  czekali  na  nich  przy  bramie  z  latarniami,  gdyŜ  aleja,  wiodąca  do 
pałacu,  była  bardzo  ciemna.  Niepodobna  było  natrafić  na  ślad  Wirginii.  Dopędzono  tabor 
cygański  na  łąkach  broklejskich,  ale  Wirginii  w  nim  nie  było.  Zapytani  o  powód  nagłego 
zwinięcia  obozu,  Cyganie  wytłumaczyli  się  tym,  Ŝe  otrzymawszy  wiadomość  o 

background image

wcześniejszym otwarciu jarmarku w Chorton, odjechali spiesznie, aby nie przybyć za późno. 
Wiadomość  o  zniknięciu  Wirginii  zmartwiła  ich  szczerze,  bardzo  bowiem  wdzięczni  byli 
panu  Otisowi  za  pozwolenie  rozłoŜenia  obozu  w  parku.  Ofiarowali  się  teŜ,  Ŝe  kilku  z  nich 
pozostanie,  aby  dopomóc  w  poszukiwaniach.  Zgruntowano  staw,  przetrząśnięto  całą 
posiadłość, ale wszystko nadaremnie. Nie ulegało juŜ wątpliwości, Ŝe na tę noc przynajmniej 
Wirginia pozostanie stracona dla nich. Nic dziwnego więc, Ŝe pan Otis i chłopcy, za którymi 
stajenny  prowadził  konie,  poszli  ku  domowi  w  stanie  najgłębszego  przygnębienia.  W  hallu 
zastali  bezładną  gromadę  wystraszonej  słuŜby,  a  na  kanapie  w  bibliotece  leŜała  biedna  pani 
Otisowa,  nieprzytomna  niemal  z  przeraŜenia  i  niepokoju.  Obok  niej  uwijała  się  stara 
gospodyni,  nacierająca  skronie  swej  chlebodawczyni  wodą  kolońską.  Pan  Otis  wymógł  na 
Ŝ

onie,  aby  coś  zjadła  i  wydał  rozkaz  podania  dla  wszystkich  kolacji.  Posłuszna  mu  rodzina 

zasiadła do stołu, była to jednak biesiada nader melancholijna; nikt nie przemówił ani słowa, 
a  nawet  bliźnięta  siedziały  zgnębione  i  przejęte  grozą,  bardzo  bowiem  kochały  siostrę.  Po 
skończonej  wieczerzy  polecił  pan  Otis  wszystkim  —  bez  względu  na  błagania  młodego 
ksiąŜątka — udać się na spoczynek, oświadczając, Ŝe nazajutrz z rana zatelegrafuje do biura 
policji londyńskiej z Ŝądaniem natychmiastowego przysłania kilku detektywów. 

W  chwili,  kiedy  wychodzili  z  sali  jadalnej,  zegar  wieŜowy  wybijać  zaczął  dwunastą. 

Równocześnie z ostatnim uderzeniem rozległ się głośny łoskot i ostry  krzyk; straszliwy huk 
grzmotu wstrząsnął domem, nadziemska jakaś melodia zabrzmiała w powietrzu, jedna z płyt 
górnego podestu klatki schodowej wypadła z hałaśliwym brzękiem, i w obramowaniu drzwi 
ukazała się Wirginia, blada jak płótno, i mająca w ręku małą szkatułkę. Wszyscy rzucili się na 
jej spotkanie. Pani Otisowa pierwsza porwała ją namiętnie w objęcia, ksiąŜątko zaczęło dusić 
ją w uściskach, a bliźnięta puściły się w dzikie pląsy dokoła tej grupy. 

— Na Boga, dziecko, gdzie byłaś? — zawołał pan Otis nieco gniewnie, przypuszczając, Ŝe 

dziewczynka pozwoliła sobie na niemądry jakiś Ŝart. — Cecyl i ja objechaliśmy całą okolicę 
w  pogoni  za  tobą,  a  matka  śmiertelnie  była  zaniepokojona.  Nie  powinnaś  nigdy  więcej 
Ŝ

artować w ten sposób. 

— Kochanie moje! Bogu dzięki, Ŝeśmy cię odnaleźli; nigdy juŜ nie odchodź ode mnie! — 

szeptała pani Otisowa, całując drŜącą dziewczynkę i głaszcząc zwichrzone złote jej loki. 

—  Papo…  —  przemówiła  Wirginia  spokojnie  —  byłam  przy  Duchu.  Umarł  on;  musisz 

pójść  ze  mną,  aby  go  zobaczyć.  Postępował  niegodziwie,  to  prawda,  ale  potem  Ŝałował 
bardzo wszystkiego, co zrobił, i przed śmiercią dał mi tę szkatułkę ze ślicznymi klejnotami. 

Cała rodzina wytrzeszczyła na nią oczy w niemym zdumieniu. Nie zraŜona tym, powaŜna i 

spokojna,  pokazała  im  przez  otwór  w  boazerii  ściennej  drogę  do  wąskiego  ukrytego 
korytarza.  Za  nią  poszedł  Waszyngton,  niosąc  lichtarz  z  zapaloną  świecą,  który  zabrał  ze 
stołu. Po przejściu korytarza doszli do wielkich dębowych drzwi, nabijanych zardzewiałymi 
gwoździami. Z chwilą, gdy Wirginia dotknęła ich, same rozsunęły się na cięŜkich zawiasach, 
ukazując  przybyłym  niewielką,  niską  izbę  o  sklepionym  suficie  i  jednym  małym 
zakratowanym  oknie.  Do  wielkiego,  Ŝelaznego,  wbitego  w  ścianę,  pierścienia  przyczepiony 
był  na  łańcuchu  wyschły  kościotrup,  wyciągnięty  w  całej  długości  na  kamiennej  posadzce. 
Swoimi  długimi,  sztywnymi  palcami  zdawał  się  sięgać  po  staroświecką  misę  i  dzban, 
postawione  jak  gdyby  naumyślnie  zbyt  daleko  od  niego.  Dzban  był  widocznie  napełniony 
niegdyś wodą, na dnie jego bowiem osiadła zielona pleśń. We wnętrzu misy widniała kupka 
pyłu.  Wirginia  uklękła  obok  kościotrupa  i,  złoŜywszy  drobne  dłonie,  zaczęła  modlić  się  w 
milczeniu.  Reszta  przybyłej  z  nią  rodziny  przypatrywała  się  ze  zdumieniem  straszliwej 
tragedii, której tajniki odsłoniły się przed nią teraz. 

— Patrzcie! — zawołały nagle bliźniaki, które wyjrzały przez okno, aby przekonać się, w 

którym skrzydle pałacu połoŜona była izba. 

— Patrzcie! zakwitło stare suche drzewo migdałowe. KsięŜyc oświetla wyraźnie kwiaty… 

background image

—  Bóg  mu  przebaczył!  —  rzekła  Wirginia  uroczyście,  podnosząc  się  z  klęczek. 

Nadziemskie jakieś światło zdawało się opromieniać jej twarz. 

— Pani jest aniołem! — zawołało ksiąŜątko, obejmując ją za szyję i całując ją. 

background image

VII 

 
W  cztery  dni  po  ciekawych  tych  wydarzeniach  wyruszył  o  jedenastej  w  nocy  orszak 

pogrzebowy z Pałacu Kenterwilskiego. Osiem czarnych koni, których łby strojne były w pęki 
zwisających  strusich  piór,  ciągnęło  karawan.  Ustawioną  na  nim  ołowianą  trumnę  okrywał 
bogaty purpurowy całun, na którym wyhaftowany był złotogłowiem herb Kenterwilów. Obok 
karawanu  i  powozów  kroczyła  słuŜba  z  zapalonymi  latarniami, co  wszystko  razem  składało 
się na obraz głęboko nastrojowy. W pierwszej karecie za karawanem jechał, w towarzystwie 
Wirginii,  lord  Kenterwil,  który  specjalnie  przybył  na  tę  uroczystość  z  Walii.  W  następnej 
siedział  minister  Stanów  Zjednoczonych  z  małŜonką,  za  nimi  Waszyngton  i  trzej  chłopcy,  i 
wreszcie  w  ostatnim  pojeździe  pani  Umney,  postanowiono  bowiem,  Ŝe  osobie,  którą  duch 
trwoŜył  przez  przeszło  pięćdziesiąt  lat  jej  Ŝycia,  przysługuje  prawo  odprowadzenia  go  na 
wieczny  spoczynek.  Wykopano  głęboką  mogiłę  w  rogu  cmentarza,  pod  wielkim  drzewem 
cisowym.  Wielebny  Augustus  Dampier  odprawił  modły  uroczyste,  a,  po  ukończonej 
ceremonii, słuŜba, zgodnie z dawną tradycją, przechowywaną w rodzie Kenterwilów, zgasiła 
pochodnie. Kiedy spuszczano trumnę do dołu, Wirginia pochyliła się, składając na niej duŜy 
krzyŜ,  uwity  z  róŜowych  kwiatów  migdału.  W  tej  samej  chwili  wyjrzał  zza  chmur  księŜyc, 
oblewając cały cmentarz srebrzystym światłem i równocześnie zabrzmiał z dalekiego kurhanu 
ś

piew  słowika.  Przypomniało  jej  to  opis  Ogrodu  Śmierci,  uczyniony  przez  ducha,  łzy 

zaperliły się na jej rzęsach i przez całą powrotną drogę nie wymówiła ani słowa. 

Następnego ranka, przed odjazdem lorda Kenterwila do miasta, prosił go pan Otis o chwilę 

rozmowy  w  sprawie  klejnotów,  którymi  duch  obdarzył  Wirginię.  Były  one  wspaniałe, 
zwłaszcza naszyjnik z rubinów w staroŜytnej weneckiej oprawie, stanowiący przepyszny okaz 
roboty szesnastego stulecia. Wartość ich była tak wielka, Ŝe pan Otis miał powaŜne skrupuły 
co do udzielenia córce pozwolenia na przyjęcie ich. 

— Mylordzie — rzekł — wiem, Ŝe w tym kraju prawo dziedziczenia rozciąga się zarówno 

na kosztowności, jak i na ziemię, jasne jest teŜ dla mnie, Ŝe klejnoty te są, lub  teŜ powinny 
być, dziedziczne w pańskim rodzie Dlatego teŜ proszę pana, abyś zechciał zabrać je z sobą do 
Londynu,  uwaŜając  je  za  część  pańskiej  własności,  która  została  zwrócona  panu  w 
niezwykłych  nieco  warunkach.  Co  się  tyczy  córki  mojej,  jest  ona  jeszcze  dzieckiem  i 
niewiele, jak dotychczas — z zadowoleniem mogę to zaznaczyć — zdradzała zamiłowania do 
podobnych  ozdób.  Wiem  teŜ  od  małŜonki  mojej,  która  nie  bylejaką  jest  znawczynią  w 
rzeczach  sztuki,  gdyŜ  spędziła  kilka  zim  w  Bostonie  za  czasów  panieńskich,  Ŝe  klejnoty  te 
przedstawiają  olbrzymią  wartość  pienięŜną  i  mogłyby,  gdyby  chciano  wystawić  je  na 
sprzedaŜ, bardzo wysoką osiągnąć cenę. W tych warunkach, zrozumie pan, mylordzie, Ŝe nie 
mógłbym pozwolić, aby pozostały one własnością któregokolwiek z członków mojej rodziny. 
Zresztą  świecidła  podobne,  jakkolwiek  odpowiednie  i  niezbędne  dla  godności  angielskiej 
arystokracji,  byłyby  zupełnie  nie  na  miejscu  jako  strój  ludzi,  wychowanych  w  surowych  i 
nieśmiertelnych,  wierzę  w  to,  zasadach  prostoty  republikańskiej.  Muszę  jedynie  dodać,  Ŝe 
Wirginia  pragnęłaby  bardzo,  aby  pan  pozwolił  jej  zatrzymać  szkatułkę,  jako  pamiątkę  po 
nieszczęsnym, zbłąkanym przodku pańskim. Jest to rzecz tak stara i tym samym zniszczona, 
Ŝ

e moŜe nie będzie pan miał mc przeciwko przychyleniu się do jej prośby. Co się mnie tyczy, 

wyznam, ze zdumiony jestem wielce, iŜ jedno z moich dzieci czuje szczególną skłonność do 
ś

redniowiecczyzny w jakiejkolwiek postaci, co jedynie przypisać mogę faktowi, iŜ Wirginia 

urodziła się na jednym z waszych przedmieść londyńskich, wkrótce po powrocie Ŝony mojej z 
wycieczki do Aten. 

Lord  Kenterwil  wysłuchał  z  uwagą  mowy  godnego  ministra,  skubiąc  od  czasu  do  czasu 

siwy  wąs,  aby  ukryć  mimowolny  uśmiech,  a  kiedy  pan  Otis  skończył,  uścisnął  serdecznie 
jego  dłoń  i  rzekł  —  Drogi  panie,  pańska  czarująca  córeczka  oddała  wielką  przysługę 

background image

nieszczęsnemu mojemu przodkowi, zarówno więc ja, jak i cała moja rodzina bardzo jesteśmy 
jej  zobowiązani  za  podziwu  godną  odwagę  jej  i  powodzenie.  Klejnoty  są  oczywiście  jej 
wyłączną  własnością  i  doprawdy,  gdybym  tak  mało  okazał  serca  i  chciał  je  odebrać  jej, 
wylazłby  stary  niegodziwiec  po  dwóch  tygodniach  z  grobu  i  zatrułby  mi  Ŝycie.  Co  zaś  do 
pańskiego  twierdzenia,  Ŝe  stanowią  one  część  dziedzictwa,  muszę  panu  powiedzieć,  Ŝe 
wszystko, co nie jest wzmiankowane w ostatniej woli lub w innym legalnym dokumencie, nie 
wchodzi  w  skład  dziedzictwa,  o  istnieniu  zaś  tych  klejnotów  nic  nie  było  wiadomo 
Zapewniam  pana,  Ŝe  nie  mam  do  nich  więcej  prawa  niŜ  pański  kamerdyner.  Pewien  teŜ 
jestem, Ŝe panna Wirginia ucieszy się gdy dorośnie, iŜ będzie mogła nosić tak piękne ozdoby 
Muszę  panu  zresztą  przypomnieć,  Ŝe  nabył  pan  umeblowanie  i  Ducha  w  cenie  kupna, 
wszystko  więc,  co  było  własnością  Ducha,  przeszło  od  razu  w  pańskie  posiadanie,  bez 
względu bowiem na działalność, jaką sir Simon mógł rozwijać po nocy w korytarzach, był on 
nieboszczykiem z punktu widzenia prawa, a pan, panie Otis, nabyłeś własność jego w drodze 
kupna. 

Odmowa lorda Kenterwila zasmuciła wielce pana Otisa, który prosił go, aby cofnął swoje 

postanowienie,  ale  dobroduszny  lord  nie  ustąpił  i  zmusił  w  końcu  ministra,  aby  pozwolił 
córce zatrzymać dar Ducha. 

A kiedy na wiosnę, 1890 roku, młoda księŜna Cheshire przedstawiona została królowej z 

okazji  swojego  zamąŜpójścia,  klejnoty  jej  były  przedmiotem  powszechnego  podziwu 
Wirginia  zyskała  koronę  ksiąŜęcą,  którą  nagradzane  są  wszystkie  dobre  amerykańskie 
dziewczątka  i  poślubiła  swojego  młodziutkiego  amanta  z  chwilą  dojścia  jego  do 
pełnoletności. 

Oboje byli tak czarujący i tak wzajem w sobie zakocham, Ŝe wszyscy zachwyceni byli tym 

małŜeństwem, z wyjątkiem jedynie starej markizy Dumbleton, która usiłowała złapać księcia 
dla jednej z siedmiu niezamęŜnych swoich córek i wydała w tym celu trzy kosztowne obiady, 
a takŜe — rzecz dziwna — samego pana Otisa. Lubił on osobiście bardzo młodego księcia, 
ale  w  teorii  nie  uznawał  tytułów  i,  wedle  własnych  jego  słów,  Ŝywił  pewną  obawę,  aby 
zdrowe  zasady  prostoty  republikańskiej  nie  zostały  zapomniane  pod  denerwującymi 
wpływami goniącej za zabawą arystokracji. 

Wszelkie  jednak  lego  obiekcje  zostały  pokonane,  i  nie  ulega  wątpliwości,  Ŝe  kiedy 

wchodził do nawy kościoła Św. Jerzego z córką, opartą na jego ramieniu, nie było na całym 
obszarze Anglii jak długa i szeroka, dumniejszego od niego człowieka. 

Gdy miesiąc miodowy skończył się, ksiąŜę i księŜna udali się do Kenterwilu. Nazajutrz po 

przybyciu  poszli  po  południu  na  samotny  cmentarz  za  lasem  sosnowym.  Zrazu  duŜo  było 
trudności z napisem na kamieniu grobowym sir Simona, w końcu jednak postanowiono wyryć 
po  prostu  pierwsze  litery  jego  imienia  i  nazwiska  oraz  sześciowiersz  z  okna  biblioteki. 
KsięŜna przyniosła pęk ślicznych róŜ i obsypała mmi grób, przy którym oboje pozostali przez 
chwilę w skupieniu, po czym odeszli ku ruinom dawnego opactwa. Tutaj księŜna usiadła na 
przewróconym filarze, mąŜ jej zaś rozłoŜył się na trawie u jej stóp, paląc papierosy i patrząc 
w jej piękne oczy Po chwili odrzucił papierosa, ujął ją za rękę i rzekł: 

— Wirginio, Ŝona nie powinna mieć tajemnic przed męŜem. 
— Nie mam przed tobą Ŝadnych tajemnic, najdroŜszy. 
—  Masz  —  odparł  ksiąŜę  z  uśmiechem  —  nie  opowiedziałaś  mi,  co  zaszło,  kiedy  byłaś 

zamknięta z Duchem. 

— Nikomu o tym nie opowiedziałam — odrzekła Wirginia powaŜnie. 
— Wiem, ale mnie mogłabyś powiedzieć. 
— Proszę cię, drogi mój, nie pytaj mnie. Nie mogę opowiedzieć. Biedny Sir Simon! DuŜo 

mu zawdzięczam. Tak, nie śmiej się. Cecylu, tak jest istotnie. Nauczył mnie, czym jest śycie, 
i co znaczy Śmierć, i dlaczego Miłość silniejsza jest od Śmierci i śycia. 

KsiąŜę wstał i ucałował gorąco Ŝonę. 

background image

— MoŜesz zachować twoją tajemnicę dopóty, dopóki ja zachowam twoje serce — szepnął. 
— Posiadasz je na zawsze. 
— Ale opowiesz kiedyś naszym dzieciom — prawda? 
Wirginia zarumieniła się. 

background image

Z

BRODNIA 

A

RTURA 

S

AVILLE

A

 

Studium obowiązkowości 

background image

  

Na ostatnim, przedwielkanocnym przyjęciu u lady Windermere jej londyńska rezydencja, 

Bentinck  House,  była  jeszcze  bardziej  zatłoczona  niŜ  zwykle.  Sześciu  ministrów  przyszło 
wprost  z  uroczystej  audiencji  u  premiera,  w  gwiazdach  i  orderowych  wstęgach,  wszystkie 
ładne  kobiety  miały  na  sobie  najelegantsze  stroje,  a  na  samym  końcu  galerii  obrazów  stała 
księŜna  Zofia  Karlsruhe,  otyła  dama  o  tatarskich  rysach,  z  małymi,  czarnymi  oczkami  i 
przepysznymi szmaragdami, mówiła donośnym głosem kiepską francuszczyzny i śmiejąca się 
niepohamowanie  w  odpowiedzi  na  wszystko,  co  do  niej  mówiono.  Była  tu  istotnie 
najdziwaczniejsza  mieszanina  ludzi.  Dumne  arystokratki  gawędziły  uprzejmie  z  zapalonymi 
radykałami,  popularni  kaznodzieje  ocierali  się  o  znanych  sceptyków,  cały  sznur  biskupów 
sunął  z  pokoju  do  pokoju  za  tłustą  primadonną,  a  na  podeście  klatki  schodowej  stało  kilku 
członków Królewskiej Akademii Sztuki, udających artystów. Opowiadano teŜ, Ŝe w pewnym 
momencie  sala  jadalna  natłoczona  była  geniuszami.  Był  to  stanowczo  jeden  z  najbardziej 
udanych wieczorów lady Windermere. KsięŜna pozostała prawie do wpół do dwunastej. 

Z  chwilą  jej  odjazdu  lady  Windermere  powróciła  do  galerii  obrazów,  gdzie  słynny 

ekonomista  uroczyście  wykładał  naukową  teorię  muzyki  zgorszonemu  wirtuozowi 
węgierskiemu, i zaczęła rozmawiać z księŜną Paisley. Wyglądała przepięknie ze swoją szyją 
o  barwie  kości  słoniowej,  z  wielkimi  niezapominajkowymi  oczami  i  cięŜkimi  splotami 
złocistych  włosów.  Były  one  koloru  czystego  złota,  a  nie  bladosłomiane,  podszywające  się 
najczęściej pod wdzięczną nazwę złotych; koloru takiego złota, z jakiego utkane są promienie 
słońca  lub  jakie  skrzy  się  w  złomach  zamorskiego  bursztynu.  Okalały  jej  twarz  rodzajem 
glorii  —  ze  sporą  domieszką  pociągającego  pieprzyka  grzesznicy.  Stanowiła  ona  ciekawe 
studium  psychologiczne.  JuŜ  w  zaraniu  Ŝycia  odkryła  doniosłą  prawdę,  Ŝe  nic  nie  daje 
bardziej  złudzenia  niewinności,  aniŜeli  jawność,  dzięki  teŜ  całemu  szeregowi  eskapad  i 
wybryków  zdobyła  wszystkie  przywileje  nietuzinkowej  osobistości.  Kilkakrotnie  zmieniała 
męŜów;  księga  rodowa  Debretta  przypisywała  jej  trzykrotne  zamąŜpójście;  Ŝe  jednak  nie 
zmieniła  ani  razu  kochanka,  świat  od  dawna  przestał  ją  obgadywać  Obecnie  liczyła 
czterdzieści lat, była bezdzietna i miała nieokiełznaną pasję do zabaw, stanowiącą tajemnicę 
zachowania młodości. 

Nagle  rozejrzała  się  badawczo  po  pokoju  i  zawołała  swoim  czystym,  kontraltowym 

głosem: 

— Gdzie jest mój chiromanta’ 
— Twój co, Gladys? — zapytała księŜna, zrywając się bezwiednie. 
— Mój chiromanta, księŜno, nie mogę teraz Ŝyć bez niego. 
—  Ach,  droga  Gladys,  jesteś  zawsze  oryginalna!  —  szepnęła  księŜna,  usiłując 

przypomnieć sobie, co właściwie robi taki chiromanta, i mając nadzieję, Ŝe to nie jest to samo, 
co manikiurzysta. 

— Przychodzi oglądać moją rękę regularnie dwa razy tygodniowo — ciągnęła dalej lady 

Wmdermere — i mówi mi bardzo ciekawe o niej rzeczy. 

— Wielkie nieba! — pomyślała księŜna, więc to jednak jest rodzaj manikiurzysty. JakieŜ 

to  okropne.  Mam  nadzieję,  Ŝe  jest  chociaŜ  cudzoziemcem.  Byłaby  to  przynajmniej  połowa 
złego. 

— Muszę go pani przedstawić. 
— Przedstawić go! — krzyknęła księŜna — jak to, przecieŜ on nie moŜe być tutaj?! — i 

zaczęła  szybko  rozglądać  się  za  szylkretowym  wachlarzykiem  i  mocno  poszarzałym 
koronkowym szalem, aby moc w kaŜdej chwili być gotową do odwrotu. 

background image

—  Rozumie  się,  Ŝe  jest  tutaj,  nie  mogłabym  pomyśleć  o  urządzeniu  zebrania  bez  niego. 

Mówi mi, Ŝe mam psychologiczną rękę i Ŝe gdyby mój wielki palec był o odrobinę krótszy, 
byłabym zdecydowaną pesymistką i wstąpiłabym do klasztoru. 

—  O,  rozumiem!  —  rzekła  księŜna  z  uczuciem  znacznej  ulgi  —  a  więc  on  przepowiada 

przyszłe dobre losy? 

— I złe takŜe — odparła lady Windrmere — wszystko, co się ma stać. W przyszłym toku, 

na  przykład,  będę  w  wielkim  niebezpieczeństwie,  zarówno  na  lądzie,  jak  na  morzu, 
zamierzam  więc  zamieszkać  w  balonie  i  kaŜę  sobie  wciągać  co  wieczór  na  linie  kosz  z 
obiadem.  Wszystko  to  jest  wypisane  na  moim  małym  palcu,  czy  teŜ  na  dłoni,  juŜ  nie 
pamiętam gdzie. 

— AleŜ to jest kuszenie opatrzności, moja droga. 
—  Kochana księŜno, opatrzność potrafi na pewno oprzeć się takiej pokusie. UwaŜam, Ŝe 

wszyscy powinni dawać sobie czytać z rąk przynajmniej raz na miesiąc, aby wiedzieć, czego 
nie  mają  robić.  Rozumie  się,  Ŝe  robiliby  to  mimo  wszystko,  ale  tak  jest  przyjemnie  być 
ostrzeŜonym. Ach, doprawdy, jeśli nie znajdzie się ktoś, kto sprowadzi mi natychmiast pana 
Podgersa, będę musiała chyba pójść po niego sama. 

—  Pozwoli  pani, Ŝe ja  pójdę  —  odezwał  się  wysoki,  przystojny  młody  człowiek,  stojący 

tuz obok i przysłuchujący się rozmowie. 

— Dziękuję serdecznie, lordzie Arturze, ale boję się, Ŝe go pan nie pozna. 
—  Jeśli jest taki  nadzwyczajny,  jak  pani  mówi,  trudno  byłoby  nie  dostrzec  go.  Niech  mi 

pani powie, jak wygląda, a zaraz go pani sprowadzę. 

— O, ani trochę nie wygląda na chiromantę Nie jest wcale tajemniczy ani mistyczny, ani 

nawet  romantyczny.  Jest  to  mały,  tłusty  człowieczek  ze  śmieszną  łysą  głową  i  wielkimi 
okularami  w  złotej  oprawie,  coś  w  rodzaju  domowego  doktora  albo  notariusza  wiejskiego. 
Bardzo  Ŝałuję,  ale  to  doprawdy  nie  moja  wina.  Ludzie  są  tacy  nieznośni.  Wszyscy  moi 
znajomi  poeci  wyglądają  jak  pianiści,  a  wszyscy  pianiści,  jakich  znam,  wyglądają  zupełnie 
jak  poeci.  Pamiętam  tez,  Ŝe  zeszłej  zimy  zaprosiłam  na  obiad  strasznego  spiskowca, 
człowieka,  który  wysadził  w  powietrze  mnóstwo  ludzi  i  zawsze  nosił  stalową  koszulkę  i 
sztylet  ukryty  w  rękawie.  OtóŜ,  wyobraź  pan  sobie,  Ŝe  kiedy  przyszedł  do  mnie,  wyglądał 
zupełnie  jak  poczciwy,  stary  księŜyna,  i  cały  wieczór  sypał  dowcipami.  Był  zresztą  bardzo 
zajmujący i miły, ale zupełnie mnie rozczarował. Zapytałam go o stalową koszulkę, roześmiał 
się i odpowiedział, Ŝe w Anglii jest za zimno na noszenie czegoś podobnego. — O, otóŜ i pan 
Podgers. Drogi panie, musi pan odczytać nam, co mówi ręka księŜny Paisley KsięŜno, proszę 
zdjąć rękawiczkę. Nie, nie lewą, tamtą. 

— AleŜ, droga Gladys, doprawdy, zdaje mi się, Ŝe nie godzi się tego robić — broniła się 

księŜna, zaczynając odpinać nieco przybrukaną skórzaną rękawiczkę. 

— Jak wszystkiego, co interesujące — roześmiała się lady Windermere — le mondt est fait 

aitisi

*

Ale muszę pana przedstawić KsięŜno — pan Podgers, mój ulubiony chiromanta, panie 

Podgers — księŜna Paisley,  ale jeśli pan powie, Ŝe jej wzgórek księŜycowy jest większy od 
mojego, przestanę zupełnie wierzyć w pana. 

—  Jestem  pewna, droga  Gladys,  Ŝe  nic  podobnego  nie  ma  na  mojej  ręce  —  oświadczyła 

księŜna z powagą 

— Jej Łaskawość ma zupełną rację — zapewnił pan Podgers, spoglądając na małą, tłustą 

rękę z krótkimi, płaskimi palcami — wzgórek księŜycowy nie jest rozwinięty. Ale za to linia 
Ŝ

ycia doskonała. Proszę, racz pani zgiąć rękę w przegubie. Trzy  wyraźne linie. DoŜyje pani 

późnej  starości,  księŜno,  i  będzie  pani  bardzo  szczęśliwa.  Ambicja  —  umiarkowana,  linia 
rozumu — nieprzesadnie długa, linia serca… 

— O, bądź pan niedyskretnym, panie Podgers — zawołała lady Windermere. 

*

 Il monde est fait ainsi (franc ) — tak juŜ jest urządzony ten świat 

background image

— Uczyniłbym to jak najchętniej — odparł pan Podgers z ukłonem — gdyby księŜna pani 

dała do tego jakikolwiek powód, ale muszę z przykrością zaznaczyć, Ŝe widzę wielką stałość 
uczuć, połączoną z surowym poczuciem obowiązku. 

— Proszę, mów pan dalej — zachęciła księŜna z widocznym zadowoleniem. 
—  Oszczędność  nie  jest  najmniejszą  z  cnót  Waszej  Łaskawości,  księŜno  —  dodał  pan 

Podgers, a lady Windermere wybuchła głośnym śmiechem. 

—  Oszczędność  jest  bardzo  dobrą  rzeczą  —  zauwaŜyła  księŜna  łaskawie.  —  Kiedy 

wyszłam za Paisleya, miał on jedenaście zamków i ani jednego domu mieszkalnego. 

— A teraz ma dwanaście domów i ani jednego zamku — zawołała lady Windermere. 
— CóŜ w tym złego, moja droga? — odparła księŜna — lubię… 
—  Komfort  —  wtrącił  pan  Podgers  —  i  nowoczesne  wygody,  i  gorącą  wodę  w  kaŜdej 

sypialni.  Wasza  Łaskawość  ma  zupełną  rację.  Komfort jest jedyną  rzeczą,  którą cywilizacja 
dać nam moŜe. 

— Cudownie określiłeś pan charakter księŜny, panie Podgers, a teraz kolej na lady Florę. 
W  odpowiedzi  na  skinienie głową  uśmiechniętej  gospodyni  wysoka panna  z  piaskowymi 

włosami i wystającymi łopatkami zbliŜyła się sztywno spoza sofy, wyciągając długą, kościstą 
rękę z rozpłaszczonymi palcami. 

—  O.  pianistka!  Widzę  to  wyraźnie  —  rzekł  pan  Podgers  —  wyborna  pianistka,  ale 

ś

rednia, zdaje  się,  muzyczka.  Bardzo  powściągliwa,  bardzo  uczciwa i  czująca  wielki  pociąg 

do zwierząt. 

—  Zupełnie trafnie! — zawołała księŜna, zwracając się do lady Windermere — zupełnie 

trafnie.  Flora  hoduje  dwa  tuziny  rasowych  psów  na  wsi  i  gotowa  byłaby  zrobić  z  kaŜdego 
domu menaŜerię, gdyby ojciec na to pozwolił. 

— Zupełnie to samo i ja robię z mojego domu co czwartek — zawołała lady Windermere 

ze śmiechem — tylko Ŝe ja wolę lwy niŜ rasowe pieski. 

— Jedyny błąd pani, lady Windermere — zauwaŜył pan Podgers z dworskim ukłonem. 
— Kobieta, która nie umie nadać czaru swoim błędom, jest tylko samicą — odparła lady 

Windermere.  Ale  musi  pan  odcyfrować  jeszcze  kilka  rąk  dla  nas.  Chodź  pan,  sir  Tomaszu, 
pokaŜ swoje ręce panu Podgersowi. 

Jowialny stary jegomość w białej kamizelce zbliŜył się i wyciągnął grubą, pomarszczoną 

rękę z bardzo długim wskazującym palcem. 

—  Awanturnicze  usposobienie;  cztery  długie  podróŜe  juŜ  odbyte  i  jedna  w  przyszłości. 

Trzy  razy  doznał  pan  rozbicia  okrętu.  Nie,  tylko  dwa  razy,  ale  grozi  panu  to 
niebezpieczeństwo w najbliŜszej podróŜy. Nieprzejednany konserwatysta, bardzo punktualny, 
opanowany namiętnością do zbierania rzadkości. Przeszedł pan cięŜką chorobę pomiędzy 16 
a  18  rokiem  Ŝycia.  Odziedziczył  pan  majątek  mając  lat  30.  Nienawidzi  pan  kotów  i 
radykałów. 

— Nadzwyczajne! — zawołał sir Tomasz — musi pan koniecznie odczytać teŜ rękę mojej 

Ŝ

ony. 

—  Pańskiej  drugiej  Ŝony  —  poprawił  pan  Podgers  spokojnie,  nie  wypuszczając  ręki  sir 

Tomasza ze swojej. — Pańskiej drugiej Ŝony. Z największą przyjemnością. 

Ale  lady  Marvel,  melancholijnie  wyglądająca  niewiasta,  o  czarnych  włosach  i 

sentymentalnych  rzęsach,  stanowczo  odmówiła  pokazania  ręki,  nieciekawa  ujawnienia  swej 
przeszłości i przyszłości.  śadne teŜ usiłowania lady Windermere nie mogły skłonić pana de 
Kołow,  rosyjskiego  ambasadora,  nawet  do  zdjęcia  rękawiczek.  Faktem  było,  Ŝe  wiele  osób 
zdawało  się  lękać  badawczego  wzroku  tego  dziwacznego,  małego  człowieczka,  z  jego 
stereotypowym  uśmiechem,  złotymi  okularami  i  jasnymi,  okrągłymi  jak  perełki  oczami.  A 
kiedy  wypalił  lady  Fermor  prosto  z  mostu,  wobec  wszystkich,  Ŝe  ją  muzyka  nic  a  nic  nie 

background image

obchodzi,  ale  nadzwyczajnie  lubi  muzyków,  wszyscy  poczuli,  Ŝe  chiromancja  jest  wielce 
niebezpieczną nauką, której nie naleŜałoby popierać, chyba tête à tête

*

. 

Lord  Artur  Saville  wszakŜe,  który  nie  wiedział  nic  o  niefortunnej  historii  lady  Fermor  i 

który  obserwował  pana  Podgersa  z  wielkim  zainteresowaniem,  niezmiernie  był  ciekaw 
odczytania  swojej  własnej  ręki,  czując  się  jednak  zaŜenowany,  nie  zbliŜył  się  do  mego 
wprost,  ale  przeszedł  przez  pokój  w  kierunku  krzesła  lady  Windermere  i  z  czarującym 
rumieńcem zapytał ją, czy sądzi, Ŝe pan Podgers nie miałby nic przeciw obejrzeniu jego ręki. 

—  Rozumie  się,  Ŝe  nie  —  zapewniła  lady  Windermere,  po  to  tylko  tu  przecieŜ  jest. 

Wszyscy moi protegowani muszą się czymś popisywać i skakać przez obręcze na kaŜde moje 
Ŝą

danie. Ale muszę z góry uprzedzić pana, Ŝe wszystko powtórzę Sybilli. Będzie jutro u mnie 

na śniadaniu, chcemy obgadać kwestię kapeluszową, jeśli więc pan Podgers wykryje, Ŝe masz 
zły charakter albo skłonność do podagry albo teŜ drugą Ŝonę, Ŝyjącą gdzieś za oceanem nie 
omieszkam poinformować jej o tym wszystkim. 

Lord Artur roześmiał się i potrząsnął głową. 
— Nie boję się — odparł — Sybilla zna mnie tak samo dobrze, jak ja ją. 
—  O,  bardzo  mi  przykro  to  słyszeć.  Właściwą  podstawą  małŜeństwa  jest  wzajemne 

nierozumienie  się.  Nie,  nie  jestem  wcale  cyniczna  mam  tylko  doświadczenie,  co  na  jedno 
wychodzi.  Panie  Podgers,  lord  Artur  Saville  umiera  z  ciekawości  dowiedzenia  się,  co  pan 
wyczyta  z  jego  ręki.  Nie  mów  mu  pan  tylko,  Ŝe  jest  zaręczony  z  jedną  z  najpiękniejszych 
młodych  panien  londyńskich,  bo  wszyscy  czytaliśmy  to  juŜ  przed  miesiącem  w  „Poczcie 
Porannej”. 

—  Droga  lady  Windermere  —  zawołała  markiza  Jedburgh  —  pozwól  panu  Podgersowi 

zostać jeszcze z nami. Właśnie powiedział mi, Ŝe powinnabym pojść na scenę — to mnie tak 
bardzo zaciekawia. 

—  Jeśli  powiedział  tak,  muszę  go  tym  bardziej  zabrać.  Proszę,  chodź  pan  tutaj  do  nas 

zaraz, panie Podgers, i odczytaj nam rękę lorda Artura. 

— W takim razie — oznajmiła lady Jedburgh wstając z lekkim dąsem z kanapy —jeśli nie 

wolno mi iść na scenę, muszę być przynajmniej jednym z widzów. 

— Rozumie się, wszyscy będziemy widzami — rzekła lady Windermere — a teraz,  panie 

Podgers,  weź  się  pan  do  dzieła  i  powiedz  nam  coś  miłego.  Lord  Artur  jest  jednym  ze 
specjalnych moich ulubieńców. 

Ale  kiedy  pan  Podgers  zobaczył  rękę  lorda  Artura,  zbladł  dziwnie  i  nie  rzekł  ani  słowa. 

Dreszcz nerwowy wstrząsnął nim, a jego wielkie, krzaczaste brwi ściągnęły się konwulsyjnie 
w dziwnie draŜniący sposób, jak zwykle, ilekroć był czymś mocno poruszony Wielkie krople 
potu wystąpiły na jego Ŝółtym czole, niby jadowita rosa, a jego grube palce stały się zimne i 
lepkie. Dziwne te oznaki wzburzenia nie uszły uwagi lorda Artura i po raz pierwszy w  Ŝyciu 
zdjął go samego silny lęk. Pierwszym jego odruchem było uciec z pokoju, ale opanował się 
siłą  woli.  Lepiej  było  mieć  choćby  najgorszą  pewność,  aniŜeli  pozostawać  w  tej  potwornej 
niepewności. 

— Czekam, panie Podgers — rzekł. 
—  Czekamy  wszyscy  —  zawołała  lady  Wmdermere  ze  zwykłą  sobie  Ŝywą 

niecierpliwością, ale chiromanta milczał uparcie. 

—  Myślę,  Ŝe  Artur  ma  wstąpić  na  scenę  —  rzekła  lady  Jedburgh  —  ale,  wyłajany  przez 

panią, pan Podgers boi się mu to powiedzieć. 

Nagle  pan  Podgtis  wypuścił  ze  swojej  dłoni  prawą  rękę  lorda  Artura  i  uchwycił  lewą, 

pochylając się nad nią tak nisko dla odcyfrowania jej, Ŝe złota oprawa jego okularów zdawała 
się  dotykać  niemal  dłoni.  Przez  chwilę  twarz  jego  stała  się,  białą  maską  grozy,  ale  wnet 
odzyskał zimną krew i patrząc na lady Windermere rzekł z wymuszonym uśmiechem: 

— Jest to ręka czarującego młodego człowieka 

*

 tête à tête (franc.) — sam na sam. 

background image

— Naturalnie, Ŝe tak — odpowiedziała lady Windermere — ale czy będzie teŜ czarującym 

męŜem? Tego się chcę dowiedzieć. 

— Wszyscy czarujący młodzi ludzie stają się czarującymi męŜami — rzekł pan Podgers. 
—  Sądzę,  Ŝe  mąŜ  nie  powinien  być  zbyt  czarujący  —  szepnęła  lady  Jedburgh  w 

zamyśleniu — jest to wielce niebezpieczne. 

—  O,  drogie  dziecko,  nie  są  oni  nigdy  zbyt  czarujący  —  zawołała  lady  Wmdermere.  — 

Ale chcę bliŜszych szczegółów. Szczegóły są jedynymi prawdziwie interesującymi rzeczami. 
Co ma spotkać lorda Artura? 

— W ciągu najbliŜszych tygodni czeka go podróŜ. 
— O, tak, podróŜ poślubna naturalnie. 
— Utraci kogoś z krewnych. 
— Nie siostrę, spodziewani się — rzekła lady Jedburgh Ŝałosnym głosem. 
—  Na  pewno  nie  siostrę  —  odparł  pan  Podgers  robiąc  przeczący  ruch  ręką  —  daleką 

krewną. 

—  Jestem  fatalnie  rozczarowana  —  oznajmiła  lady  Windermere  —  Nie  mam  absolutnie 

nic do powiedzenia jutro Sybilli. Nikogo nie obchodzą teraz dalecy krewni. Myślę jednak, Ŝe 
będzie  musiała  zaopatrzyć  się  w  czarną  jedwabną  suknię,  przyda  się  w  kaŜdym  razie  do 
kościoła A teraz, chodźmy na kolację. Na pewno juŜ wszystko zjedzone, ale moŜe znajdziemy 
filiŜankę  gorącego  bulionu.  François  robił  dawniej  doskonałe  zupy,  ale  teraz  tak  jest 
pochłonięty polityka, Ŝe nigdy nie mogę go być pewna. Chciałabym, Ŝeby generał Boulanger 
uspokoił się nareszcie. KsięŜno, czuję, Ŝe pani musi być zmęczona. 

— Ani trochę, droga Gladys — odparła księŜna, zmierzając ku drzwiom. 
—  Bawiłam  się  świetnie;  ten  manikiurzysta,  przepraszam,  chciałam  powiedzieć,  ten 

chiromanta, jest bardzo zajmujący. Floro, gdzie się podział szylkretowy grzebień? A mój szal 
koronkowy?  O,  dziękuję  panu,  sir  Tomaszu,  bardzo  pan  jest  uprzejmy  —  i  godnej  tej 
niewieście  udało  się  wreszcie  zejść  na  dół,  upuszczając  po  drodze  flaszeczkę  z  solami 
trzeźwiącymi tylko dwa razy. 

Lord  Artur  Saville  stał  przez  cały  ten czas  oparty  o  kominek,  wciąŜ  pod wraŜeniem  tego 

samego  uczucia  grozy,  tego  samego  lęku  przed  nieuchronnie  spotkać  go  mającym  złem. 
Uśmiechnął się smutnie do siostry, przesuwającej się obok niego. Wsparta na ramieniu lorda 
Plymdale’a wyglądała prześlicznie w róŜowej brokateli i perłach. Omal teŜ nie przeoczył lady 
Windermere,  wzywającej  go,  aby  poszedł  za  nią.  Myślał  o  Sybilli  Merton,  i  na  samo 
przypuszczenie, Ŝe mogłoby coś ich rozdzielić, oczy jego zaszkliły się łzami. 

Patrząc  na  niego,  rzec  było  moŜna,  Ŝe  Nemezis  wykradła  tarczę  Palladzie  i  pokazała  mu 

głowę Gorgony. Stał jak skamieniały, z wyrazem melancholii na twarzy. śył wydelikaconym 
i pełnym wykwintu Ŝyciem młodego, bogatego arystokraty, Ŝyciem wolnym od przyziemnych 
kłopotów,  cudownie,  chłopięco  beztroskim,  a  teraz  po  raz  pierwszy  uchylił  się  przed  nim 
rąbek straszliwych tajników przeznaczenia, przeraźliwego fatalizmu losu. 

JakieŜ  to  wydało  mu  się  wszystko  szalone  i  potworne.  Czy  mogła  być  na  ręce  jego 

wypisana  w  zgłoskach,  których  sam  nie  był  zdolny  odczytać,  ale  które  obcy  tylko  potrafił 
odcyfrować,  okropna  jakaś  tajemnica  grzechu,  jakieś  krwawe  piętno  zbrodni?  Czy 
niepodobna  było  ich  uniknąć?  CzyŜ  istotnie  mielibyśmy  być  tylko  pionkami,  poruszanymi 
jakąś niewidzialną siłą, naczyniami, które garncarz lepi wedle swej fantazji, na chwałę czy na 
hańbę? Rozum jego burzył się przeciw temu, a jednak czuł, Ŝe jakaś tragedia zawisła nad nim 
i Ŝe nagle przeznaczono mu dźwigać cięŜar nie do zniesienia. Aktorzy są pod tym względem 
szczęśliwi. Mogą wybierać, czy chcą nosić tragiczną, czy komiczną maskę, czy mają cierpieć, 
czy radować się, śmiać się, czy przelewać łzy. Ale w Ŝyciu rzeczywistym dzieje się inaczej. 
Większość  męŜczyzn  i  kobiet  zmuszona  jest  do  odgrywania  roli,  do  której  najmniej  mają 
kwalifikacji. Nasi Gildensternowie grają dla nas Hamletów, a nasi Hamleci muszą błaznować 
jak ksiąŜę Hal. Świat jest sceną, ale role źle są rozdane. 

background image

Wtem wszedł do pokoju pan Podgers. Ujrzawszy lorda Artura, drgnął i jego płaska, gruba 

twarz przybrała zielonoŜółtą barwę. Oczy obu męŜczyzn spotkały się i na chwilę zapanowało 
milczenie. 

—  KsięŜna  zostawiła  tutaj  jedną  ze  swoich  rękawiczek  i  kazała  mi  przynieść  ją  — 

wybąknął wreszcie pan Podgers. — O, widzę ją na kanapie. Dobranoc. 

— Panie Podgers, Ŝądam od pana szczerej odpowiedzi na pytanie, które panu zadam. 
— Innym razem, lordzie Arturze, księŜna się niecierpliwi. Muszę pośpieszyć do niej. 
— Nie odejdzie pan. KsięŜna moŜe poczekać. 
—  Damom  nie  powinno  się  kazać  czekać  —  odparł  pan  Podgers  z  wymuszonym 

uśmiechem. — Piękna płeć łatwo się niecierpliwi. 

Pogardliwy  uśmiech  okolił  subtelnie  wyrzeźbione  wargi  lorda  Artura.  Biedna  księŜna 

wydawała mu się w tej chwili osobą bardzo małego znaczenia. Przebiegł szybko przez pokój 
ku miejscu, na którym stał pan Podgers, i wyciągnął dłoń. 

—  Powiedz  mi  pan,  co  wyczytujesz  na  niej  —  rzekł.  —  Powiedz  mi  pan  prawdę.  Nie 

jestem dzieckiem. 

Oczy  pana  Podgersa  błysnęły  spoza  okularów  obramowanych  złotem,  przestępował 

niespokojnie  z  jednej  nogi  na  drugą,  podczas  gdy  palce  jego  bawiły  się nerwowo  gminnym 
łańcuchem od zegarka. 

— Co panu nasuwa przypuszczenie, lordzie Arturze,  Ŝe dostrzegłem w pańskiej dłoni coś 

więcej ponad to, co panu powiedziałem? 

— Wiem, Ŝe tak jest i Ŝądam, aby mi pan powiedział, co mianowicie. Zapłacę panu. Dam 

panu czek na sto funtów. 

Zielone oczy błysnęły przez chwilę, ale zgasły niebawem. 
— Gwinei? — poprawił pan Podgers przyciszonym głosem. 
— Rozumie się. Prześlę panu jutro czek. Jaki jest adres pańskiego klubu? 
— Nie naleŜę do Ŝadnego klubu. To jest, dotychczas jeszcze. Mój adres jest… ale pozwoli 

pan,  Ŝe  wręczę  mu  moją  kartę.  —  Wyjął  z  kieszeni  kamizelki  mały  kawałek  kartonu  o 
złoconych brzegach i z niskim ukłonem wręczył go lordowi Arturowi, który odczytał na mm: 

 

SEPTIMUS R. PODGERS 

Chiromanta zawodowy 

103 a ul. Zachodnia 

 
— Godziny moich przyjęć są od 10 do 4 — wybąkał pan Podgers automatycznie. — Dla 

rodzin ceny zniŜone. 

— Pośpiesz się pan — zawołał lord Artur bardzo blady, wyciągając nerwowo dłoń. 
Pan  Podgers  rozejrzał  się  niespokojnie  dokoła,  i  szybkim  ruchem  zasunął cięŜką  portierę 

na drzwi. 

— Trochę cierpliwości, lordzie Arturze, wolałbym, aby pan usiadł. 
—  Prędko,  panie!  —  krzyknął  lord  Artur  powtórnie,  uderzając  gniewnie  obcasem  o 

politurowaną posadzkę. 

Pan  Podgers  uśmiechnął  się,  wyjął  z  kieszonki  na  piersiach  małe  szkło  powiększające  i 

wytarł je starannie chustką do nosa. 

— Jestem gotów — oznajmił. 

background image

II 

 
W  dziesięć  minut  później  wybiegł  lord  Artur  z  domu  lady  Windermere. Twarz jego  była 

blada  z  przeraŜenia,  a  oczy  wyraŜały  głęboki  smutek.  Roztrącał  po  drodze  tłum  lokajów, 
przybranych  w  opatrzone  wysokimi  futrzanymi  kołnierzami  liberie  i  cisnących  się  dokoła 
podjazdu pod daszkiem, obciągniętym materią w szerokie pasy, i nie zdawał się widzieć ani 
słyszeć  nikogo.  Noc  była  chłodna.  Lampy  gazowe  dokoła  skweru  migotały  i  dygotały  na 
wietrze, ale ręce młodego człowieka paliła gorączka, a czoło płonęło ogniem. Szedł szybko, 
zataczając  się  jak  pijany.  Przechodzący  policjant  spojrzał  na  niego  z  zaciekawieniem,  a 
Ŝ

ebrak,  który  wysunął  się  spod  portyku,  aby  wyciągnąć  rękę  po  jałmuŜnę,  przeraził  się, 

dostrzegając troskę jeszcze cięŜszą niŜ jego własna. Na chwilę lord Artur stanął pod latarnią i 
spojrzał  uwaŜnie  na  swoje  ręce.  Pomyślał,  Ŝe  będzie  mógł  dostrzec  juŜ  na  nich  ślady  krwi. 
Słaby okrzyk wyrwał mu się z drŜących warg. 

Morderstwo! Oto co wyczytał z nich chiromanta. Morderstwo! Noc zdawała się wiedzieć 

juŜ  o  tym,  rozpaczliwy  wiatr  huczał  mu  to  do  ucha.  Ciemne  rogi  ulic  pełne  były  tego. 
Szczerzyło ono do niego zęby sponad dachów domów. 

Doszedł  do  parku,  w  którym  ponure  kępy  drzew  zdawały  się  pociągać  go  ze  szczególną 

siłą.  Oparł  się  znuŜony  o  sztachety,  chłodząc  czoło  o  wilgotne  Ŝelazo  i  wsłuchując  się  w 
drŜącą ciszę nocy. 

—  Morderstwo!  Morderstwo!  —  powtarzał  nieustannie,  jak  gdyby  powtarzanie  mogło 

osłabić grozę tego wyrazu. Dźwięk własnego głosu przeszywał go dreszczem, mimo to miał 
niemal  nadzieję,  Ŝe  echo  mogłoby  usłyszeć  go  i  zbudzić  uśpione  miasto  z  jego  sennych 
marzeń.  Czuł  szaloną  chęć  zatrzymania  przypadkowego  przechodnia  i  opowiedzenia  mu  o 
wszystkim. 

Po  chwili  odpoczynku  rozpoczął  na  nowo  swoją  wędrówkę  po  ciemnych,  zakazanych 

zaułkach.  Dwie  kobiety  o  uróŜowanych  twarzach  szyderczo  uśmiechnęły  się  do  niego  w 
przejściu.  Z  głębi  ciemnego  podwórza  rozległ  się  odgłos  przekleństw,  wymysłów  i  razów, 
przeplatanych dzikimi wrzaskami. Na progach nędznych domostw  widział skulone postacie, 
symbole występku i nędzy. Dziwna ogarnęła go litość. Czy te dzieci grzechu i biedy tak samo 
skazane były z góry juŜ na swoje przeznaczenie, jak on na swoje. Czy były one, podobnie jak 
on,  jedynie  marionetkami  na  potwornej  jakiejś  scenie’  A  jednak,  nie  tyle  tajemniczość,  ile 
farsowość  cierpienia  uderzyła  go,  jego  zupełna  bezcelowość,  groteskowy  wprost  brak 
wszelkiego  sensu.  JakŜe  wszystko  to  wydawało  mu  się  pozbawione  wszelkiego  logicznego 
związku.  Jak  raził  go  zupełny  brak  harmonii.  Przestraszał  go  rozdźwięk  pomiędzy  płytkim 
optymizmem dnia a realnymi faktami bytu. Był jeszcze bardzo młody. 

 
Po  pewnym  czasie  stanął  przed  wrotami  kościoła  w  Marylebone.  Cichy  gościniec  czynił 

wraŜenie  długiej  wstęgi  wypolerowanego  srebra,  połyskującej  tu  i  ówdzie  pomiędzy 
ciemnymi  arabeskami  ruchomych  ciem.  Daleko  na  horyzoncie  snuła  się  linia  migocących 
latarni  gazowych.  Przed  ukrytym  wśród  wysokich  murów  małym  domkiem  stała  samotna 
doroŜka  ze  śpiącym  woźnicą  w  głębi  siedzenia.  Szedł  szybko  w  kierunku  duŜego  placu, 
oglądając  się  od  czasu  do  czasu  dokoła,  jak  gdyby  w  obawie  pogoni.  Na  rogu  ulicy  stało 
dwóch ludzi, odczytujących niewielki afisz na słupie. Dziwne uczucie ciekawości pociągnęło 
go  w  tę  stronę.  Z  dala  juŜ  wzrok  jego  padł  na  wydrukowany  duŜymi  czarnymi  czcionkami 
wyraz  „morderstwo!”  Drgnął  i  ciemny  rumieniec  oblał  mu  policzki.  Było  to  ogłoszenie, 
obiecujące  znaczną  nagrodę  za  zatrzymanie  męŜczyzny  średniego  wzrostu,  lat  30  do  40,  w 
meloniku,  w  czarnym  tuŜurku  i  kratkowanych  spodniach,  z  podłuŜną  blizną  na  prawym 
policzku. 

background image

Odczytywał  tekst  ogłoszenia  kilkakrotnie,  myśląc  o  tym,  czy  ten  nieszczęsny  człowiek 

zostanie  schwytany  i  skąd  pochodzi  jego  szrama  na  policzku.  MoŜe  wkrótce  własne  jego 
nazwisko  będzie  rozplakatowane  na  ulicach  Londynu.  Wkrótce  moŜe  i  na  jego  głowę 
nałoŜona  będzie  cena.  Myśl  ta  zdjęła  go  dreszczem  grozy.  Zawrócił  w  ulicę  i  wnet  znikł  w 
głębinach nocy. 

Dokąd  szedł,  nie  umiałby  sam  powiedzieć.  Jak  przez  mgłę  przypominał  sobie  wędrówkę 

poprzez labirynt mrocznych zaułków, w których olbrzymiej plątaninie gubił się bez wyjścia, 
aŜ wreszcie, o białym juŜ świtaniu dnia, znalazł się w obrębie Piccadilly. Po drodze do domu 
spotkał  wielkie  wozy  ładowne  na  drodze  do  Covent  Garden.  Biało  ubrani  woźnice,  o 
roześmianych,  opalonych  twarzach  i  krótkich  krętych  włosach,  szli  posuwistym,  krzepkim 
krokiem obok wozów, potrzaskując z biczów i nawołując się wzajem od czasu do czasu, na 
wielkim,  jabłkowitym  koniu,  który  szedł  pierwszy  w  strojnym  w  dzwonki  i  grzechotki 
zaprzęgu,  siedział  mały,  pucułowaty,  rozbawiony  chłopak  z  pękiem  pierwiosnków 
przypiętym do kapelusza, trzymając się mocno grzywy końskiej swoimi drobnymi, ciemnymi 
rękami. Wielkie, spiętrzone na wozie sterty jarzyn wyglądały na tle nieba, rumieniącego się w 
brzasku  dnia,  niby  masy  zielonych  kamieni  dokoła  róŜanych  płatków  jakiegoś  olbrzymiego 
kwiatu. Lord Artur uczuł się dziwnie pociągnięty tym widokiem, sam nie umiałby powiedzieć 
dlaczego.  Było  w  tym  subtelnym  uroku  budzącej  się  jutrzenki  coś  niewypowiedzianie 
wzruszającego.  Pomyślał  teŜ  o  wszystkich  dniach,  budzących  się  w  krasie  piękna  i 
zachodzących  w  mrokach  burzy.  A  ci  wieśniacy  z  rubasznymi,  wesołymi  głosami  i 
swobodnymi,  nieskrępowanymi  ruchami,  jaki  dziwny  oglądali  Londyn.  Londyn  wolny  od 
grzechu  nocy  i  oparów  dnia,  blade,  widmowe  miasto,  opustoszałe  miasto  grobów.  Ciekaw 
był, co teŜ o nim myśleli i czy wiedzieli cośkolwiek o jego wspaniałościach i jego hańbie, o 
jego dzikich, ognistych orgiach i jego straszliwym  głodzie, o jego pracach i znieprawieniach 
od  wczesnego  rana  do  późnego  wieczora.  Prawdopodobnie  Londyn  był  dla  nich  jedynie 
olbrzymim targowiskiem, na które przywozili swoje owoce na sprzedaŜ i gdzie zatrzymywali 
się  co  najwyŜej  na  parę  godzin,  wyjeŜdŜając  z  miasta  o  ulicach  cichych  i  domach  jeszcze 
uśpionych. 

Z  przyjemnością  obserwował  ich,  w  miarę  jak  przechodzili.  Mimo  całej  swojej 

pospolitości,  grubych,  cięŜko  podkutych  butów  i  niezdarnych  ruchów  wnosili  z  sobą  jakiś 
arkadyjski  powiew.  Czuł,  Ŝe  Ŝyli  z  naturą,  która  nauczyła  ich  spokoju.  Zazdrościł  im 
wszystkim tego, Ŝe nic nie wiedzieli. 

Zanim  doszedł  do  ulicy,  na  której  mieszkał,  niebo  zbladło,  z  róŜowego  stało  się 

bladoniebieskie, a ptaki świergotać zaczęły w ogrodach. 

background image

III 

 
Kiedy  nazajutrz  lord  Artur  obudził  się,  była  juŜ dwunasta  w  południe  i  promienie  słońca 

wpadały  do  pokoju  szeroką  smugą  poprzez  jedwabne  kremowe  kotary  okienne.  Wstał  i 
wyjrzał na ulicę. Płowy opar południowego ciepła rozpięty był nad wielkim miastem, a dachy 
domów  szarzały  matowym  srebrem.  Wśród  migocącej  zieleni  skwerów  trzepotały  się 
gromadki  dzieci  na  kształt  białych  motyli,  po  flizach  chodnika  snuły  się  tłumy  ludzi, 
spieszących  do  parku.  Nigdy  Ŝycie  nie  wydawało  mu  się  bardziej  ponętne,  nigdy  zło  nie 
zdawało się bardziej dalekie. 

Lokaj  przyniósł  mu  filiŜankę  czekolady  na  tacy.  Po  jej  wypiciu  rozsunął  cięŜką  kotarę  z 

morelowego  pluszu  i  przeszedł  do  pokoju  kąpielowego.  Światło  sączyło  się  tutaj  miękko  z 
góry  poprzez  cienkie  tafle  przejrzystego  onyksu,  a  woda  w  marmurowej wannie mieniła się 
opałowymi blaskami. Zagłębił się w chłodną falę szybko aŜ po szyję i włosy, potem zanurzył 
w  niej  głowę,  jak  gdyby  chciał  zmyć  plamę  hańbiącego  wspomnienia.  Wychodząc  z  wanny 
czuł  się  prawie  uspokojony.  Cudowne  fizyczne  warunki  chwili  górowały  nad  wszystkim 
innym,  jak  to  często  się  zdarza  u  szczególnie  wysubtelnionych  natur,  zmysły  bowiem, 
podobnie jak ogień, mają własność zarazem oczyszczającą i rozkładową. 

Po  śniadaniu  rzucił  się  na  kanapę  i  zapalił  papierosa.  Na  kominku,  w  ramie  ze  starej 

wspaniałej brokateli, stała duŜa fotografia Sybilli Merton w stroju, w jakim ją poznał po raz 
pierwszy  na  balu  u  lady  Noel.  Mała,  prześlicznie  zarysowana  główka  z  lekka  przechylona 
była na jedną stronę, jak gdyby cienka, smukła na kształt trzciny szyja nie mogła udźwignąć 
takiego  ogromu  piękna;  wargi  lekko  rozchylone  zdawały  się  stworzone  do  pieściwych 
dźwięków  muzyki,  z  marzących  oczu  wyzierała  cała  łagodność  i  słodycz  czystej  duszy 
dziewczęcej. W zwojach miękko opływającej jej kibić sukni z crepe de Chine’u

*

, z duŜym, w 

kształcie  rozpostartego  liścia  wachlarzem  przypominała  jedną  z  owych  wytwornych 
figurynek,  odnajdywanych  w  lasach  oliwkowych  w  pobliŜu  Tanagry;  grecki  wdzięk  był  w 
całej jej postaci i pozie. Nie była jednakŜe mała, ale doskonale proporcjonalna, co jest rzadką 
rzeczą  dzisiaj,  kiedy  tak  wiele  jest  kobiet  bądź  przesadnie  duŜych,  bądź  teŜ  karłowato 
drobnych. 

Wpatrując się w nią doznawał lord Artur uczucia bezgranicznej litości, której źródłem była 

miłość.  Czuł,  Ŝe  poślubić  ją,  z  zawieszonym  nad  głową  swoją  przeznaczeniem  morderstwa, 
byłoby  Judaszową  zdradą,  grzechem  gorszym  od  wszystkich,  jakie  mogli  wymyślić 
Borgiowie.  Czy  mogła  być  mowa  o  szczęściu  dla  nich,  jeśli  w  kaŜdej  chwili  mógł  być 
powołany  do  spełnienia  przepowiedni,  wypisanej  na  jego  dłoni’  fakie  byłoby  ich  Ŝycie, 
dopóki  los trzymał  na szalach  swoich  tę straszliwą  dla  niego  groźbę?  MałŜeństwo  musi  być 
odłoŜone  za  wszelką  cenę.  To  postanowił  nieodwołalnie,  jakkolwiek  kochał  gorąco  młodą 
dziewczynę, której samo dotknięcie palców, kiedy Medzieh obok siebie, wprawiało wszystkie 
jego  nerwy  w  rozkoszne  drŜenie,  jasno  jednak  widział  swój  obowiązek  i  świadom  był 
zupełnie faktu, Ŝe nic miał prawa poślubienia jej, dopóki nie popełni morderstwa. Dopiero po 
dokonaniu go będzie mógł stanąć przed ołtarzem z Sybillą Merton i złoŜyć w jej ręce Ŝycie 
swoje  bez  obawy,  Ŝe  źle  czyni.  Dopiero  po  dokonaniu  tego  będzie  mógł  przycisnąć  ją  do 
piersi,  wiedząc,  Ŝe  nigdy  nie  będzie  miała  powodu  rumienić  się  za  niego,  nigdy  nie  będzie 
musiała  spuszczać  głowy  ze  wstydu.  Ale  przede  wszystkim  musiało  to  być  dokonane,  im 
wcześniej, tym lepiej dla nich obojga. 

Wielu  ludzi  na  jego  miejscu  wolałoby  wybrać  róŜaną  drogę  pieszczot  zamiast  twardej 

ś

cieŜki obowiązku, ale lord Artur był zbyt sumienny, aby stawiać przyjemność ponad zasadę. 

W miłości jego było coś więcej ponad fizyczną namiętność: Sybilla była dla niego symbolem 

*

  crepe  de  Chine  (franc.)  —  krepdeszyn,  krepdeszyna,  miękka  lekka  tkanina  z  jedwabiu  naturalnego  lub 

sztucznego. 

background image

wszystkiego,  co  dobre  i  szlachetne.  Zrazu  doświadczył  zrozumiałego  wstrętu  do  tego,  co 
musiał zrobić, ale uczucie to szybko minęło. Serce powiedziało mu, Ŝe nie był to grzech, ale 
ofiara; rozum przypomniał mu, Ŝe nie było innego sposobu wyjścia. 

Musiał  wybierać  pomiędzy  Ŝyciem  dla  siebie  i  Ŝyciem  dla  innych,  i  jakkolwiek  zadanie, 

które  miał  do  wypełnienia,  straszliwym  legło  na  nim  brzemieniem,  wiedział  jednak,  Ŝe  nie 
moŜe pozwolić samolubstwu zatryumfować nad miłością. Wcześniej czy później przychodzi 
na  kaŜdego  z  nas  chwila  decyzji  w  podobnej  sprawie:  kaŜdemu  zostaje  postawione  do 
rozstrzygnięcia  to  samo  pytanie.  Lord  Artur  musiał  dać  odpowiedź  na  nie  niemal  u  progu 
Ŝ

ycia, zanim wyrachowany cynizm dojrzałego wieku zdąŜył wypaczyć właściwą jego naturę, 

a  płytki,  powszechny  dzisiaj,  egoizm  —  skazić  jego  serce.  Nie  zawahał  się  teŜ  przed 
spełnieniem  twardego  obowiązku.  Na  szczęście  dla  niego  samego  nie  był  ani  czczym 
marzycielem,  ani  bezczynnym  dyletantem.  Gdyby  nim  był,  byłby  wahał  się  jak  Hamlet  i 
byłby  dopuścił,  aby  niezdecydowanie  zniweczyło  jego  zamierzenia.  Ale natura jego  była  na 
wskroś  praktyczna.  śycie  miało  dla  niego  znaczenie  czynu  raczej  niŜ  myśli.  Posiadał 
najrzadszą ze wszystkich cnót: zdrowy rozsądek. 

Dzika,  nie  ujęta  w  karby  logiki  udręka  nocy  poprzedniej  minęła  zupełnie.  Z  uczuciem 

wstydu  niemal  myślał  o  szalonej  wędrówce  po  dalekich  zaułkach  i  ulicach,  o  bezdennej 
otchłani  rozpaczy,  której  się  oddał.  Zdawało  mu  się  niemoŜliwe,  aby  istotnie  przejść  mógł 
takie  katusze  cierpień.  Nic  mógł  pojąć,  jak  mógł  być  tak  niedorzeczny  i  wpaść  w  rozpacz  i 
szal  z  powodu  rzeczy  nieuniknionej.  Jedyną  sprawą,  która  zdawała  się  go  niepokoić,  było 
pytanie,  kogo  ma  zgładzić,  zdawał  sobie  bowiem  jasno  sprawę  z  faktu,  Ŝe  morderstwo, 
podobnie  jak  religie  świata  pogańskiego,  wymaga  zarówno  ofiary,  jak  kapłana.  Nie  będąc 
geniuszem, nie miał wrogów, czuł teŜ, Ŝe nie była to okazja do dogodzenia jakimś osobistym 
uprzedzeniom  czy  niechęciom.  Misja  jego  była  powaŜna  i  uroczysta.  Świadomy  tego, 
sporządził na arkuszu papieru listę przyjaciół swoich i krewnych i po starannym rozwaŜeniu 
zadecydował na korzyść lady Klementyny Beauchamp, miłej staruszki, dalekiej jego kuzynki 
ze  strony  matki.  Bardzo  zawsze  lubił  lady  Klem,  jak  ją  wszyscy  nazywali,  a  poniewaŜ  sam 
był  bogaty,  gdyŜ  odziedziczył  majątek  lorda  Rugby  z  chwilą  dojścia  do  pełnoletności,  nie 
mogło  być  mowy  o  szukaniu  przyziemnych,  materialnych  korzyści  w  jej  zgładzeniu.  Im 
więcej  teŜ  myślał  o  tym,  tym  bardziej  wydawała  mu  się  lady  Klem  jedyną  odpowiednią 
osobą.  Czując  więc,  Ŝe  wszelka  zwłoka  byłaby  nieuczciwa  względem  Sybilli,  postanowił 
przystąpić do przygotowań od razu. 

Przede wszystkim jednak naleŜało załatwić sprawę z chiromantą, usiadł więc przy swoim 

eleganckim  biureczku  w  pobliŜu  okna,  aby  wypisać czek  na  105  funtów,  płatny  na  zlecenie 
pana Podgersa, po czym, włoŜywszy go do koperty i starannie zakleiwszy, zawołał słuŜącego 
i kazał mu zanieść list pod wskazany adres. Załatwiwszy się z tym, zatelefonował do swojej 
stajni po powóz i ubrał się do wyjścia. Wychodząc z pokoju spojrzał raz jeszcze na fotografię 
Sybilli i przysiągł sobie w myśli, Ŝe cokolwiek się stanie, nie da jej nigdy poznać, co zrobił 
dla jej miłości i na wieki ukryje na dnie serca tajemnicę swojego poświęcenia. 

Wyszedłszy  z  domu,  wstąpił  przede  wszystkim  do  kwiaciarni  i posłał  Sybilli  prześliczny 

kosz narcyzów o śnieŜnobiałych płatkach i szafranowoŜółtych serduszkach, po czym pojechał 
do klubu i wszedłszy wprost do biblioteki kazał przynieść sobie karafkę lemoniady i ksiąŜkę o 
truciznach.  Postanowił  nieodwołalnie,  Ŝe  trucizna  będzie  najlepszym  sposobem,  do  jakiego 
wypada  mu  uciec  się  w  tej  przykrej  sprawie.  Wszelki  akt  gwałtu  i  przemocy  był  mu 
nieskończenie  wstrętny,  zresztą  zaleŜało  mu  na  tym,  aby  zgładzić  lady  Klem  w  sposób  nie 
ś

ciągający  na  siebie  uwagi  publicznej.  Myśl,  Ŝe  mógłby,  jako  osobistość  wsławiona, 

występować  w  roli  atrakcji  na  przyjęciach  u  lady  Windermere  lub  widzieć  nazwisko  swoje 
figurujące  na  szpaltach  poczytnych  dzienników,  była  dla  niego  nie  do  zniesienia.  Musiał 
zresztą  liczyć  się  z  rodzicami  Sybilli,  którzy  byli  ludźmi  nieco  starej  daty  i  mogliby  nie 
zgodzić się na małŜeństwo w razie jakiegokolwiek skandalu, chociaŜ, z drugiej strony, pewien 

background image

był,  Ŝe  gdyby  opowiedział  im  wszystko,  om  pierwsi  uznaliby  słuszność  motywów,  którymi 
się  kierował.  Wszelkie  zatem  miał  powody  do  zadecydowania  na  rzecz  trucizny.  Był  to 
sposób bezpieczny, pewny i cichy, usuwający potrzebę wszelkich przykrych scen, do których, 
jak większość Anglików, czuł nieprzezwycięŜony wstręt. 

Toksykologia  była  jednakŜe  dla  niego  nauką  absolutnie  obcą,  a  poniewaŜ  słuŜący 

biblioteczny okazał się zupełnie niezdolny do znalezienia czegokolwiek, poza przewodnikami 
i  ilustrowanymi miesięcznikami,  zaczął  sam  przeszukiwać  półki, aŜ  nareszcie  znalazł ładnie 
oprawne  wydanie  farmakopei  oraz  tom  toksykologii  Erskina,  wydanej  przez  sir  Mathew 
Reida,  prezesa  Królewskiego  Kolegium  Lekarskiego,  zarazem  jednego  z  najdawniejszych 
członków ich klubu, wybranego podobno przez pomyłkę zamiast kogoś innego; wypadek ten 
tak  zirytował  komitet,  Ŝe  kiedy  przyszło  do  głosowania  nad  właściwym  kandydatem,  dostał 
biedak wszystkie czarne gałki. 

Techniczne  terminy  w  obu  ksiąŜkach  zniechęciły  zrazu  lorda  Artura,  zaczął  teŜ  Ŝałować 

juŜ, Ŝe tak mało przykładał się do studiowania klasyków w Oksfordzie, gdy wtem w drugim 
tomie  Erskina  natrafił  na  bardzo  ciekawe  i  wyczerpujące  studium  o  właściwościach 
akonityny,  napisane  dość  czystą  angielszczyzną.  Miał  wraŜenie,  Ŝe  jest  to  właśnie  trucizna, 
jakiej  było  mu  potrzeba.  Szybko  działająca,  niemal  natychmiastowa,  zupełnie  bezbolesna  i, 
zaŜyta w kapsułce Ŝelatynowej, jak to zalecał sir Mathew, pozbawiona była nawet przykrego 
smaku. Zapisał teŜ sobie na mankiecie dozę fatalną, odstawił ksiąŜki na miejsce i od razu udał 
się  do  największego  w  tej  dzielnicy  składu  aptecznego.  Właściciel,  który  zawsze  osobiście 
obsługiwał  arystokrację,  wielce  zdziwiony  był  Ŝądaniem  lorda  Artura  i  bardzo  uniŜenie 
szepnął coś o potrzebie zaświadczenia lekarskiego. Gdy jednak lord Artur wytłumaczył mu, 
Ŝ

e idzie tu o wielkiego brytana podwórzowego, którego jest zmuszony pozbyć się, poniewaŜ 

zaczął zdradzać objawy nagłej wścieklizny i dwa razy juŜ ugryzł stangreta w łydkę, zupełnie 
mu  to  wystarczyło,  powinszował  teŜ  lordowi  Arturowi  jego  zdumiewającej  znajomości 
toksykologii  i  kazał  natychmiast  przygotować  truciznę,  którą  wręczył  klientowi  z  głębokim 
ukłonem.  Lord  Artur  wyjął  kapsułkę  z  aptekarskiego  pudełka  i  włoŜył  ją  do  ślicznej,  małej 
srebrnej bombonierki, którą spostrzegł w oknie wystawowym jednego z wielkich jubilerów, i 
z darem tym pojechał do lady Klementyny. 

— Oh, monsieur le mauvais sujet!

*

 — zawołała staruszka na jego widok. — DlaczegóŜ to 

nie raczyłeś być u mnie przez tak długi czas? 

— Nie mam ani chwili wolnej, droga lady Klem — odparł lord Artur z uśmiechem. 
—  To  ma  znaczyć,  Ŝe  chodzicie  całymi  dniami  z  Sybillą  po  sklepach  albo  gadacie  o 

głupstwach?  Nie  pojmuję,  po  co  ludzie  tyle  sobie  robią  zachodu  z  małŜeństwem.  Za  moich 
czasów nie przyszłoby nikomu na myśl gruchać i pieścić się z tego powodu publicznie czy w 
ukryciu. 

—  Zapewniam  panią,  droga  lady  Klem,  Ŝe  nie  widziałem  juŜ  Sybilli  od  dwudziestu 

czterech godzin. O ile mi wiadomo, naleŜy ona teraz niepodzielnie do swoich modystek. 

—  Aha,  rozumiem,  i  to  właśnie  jest  jedyny  powód,  dla  którego  przyszedłeś  odwiedzić 

starą, brzydką jak ja kobietę. Dziwię się doprawdy, Ŝe wy, męŜczyźni, nie dajecie się niczym 
odstraszyć. On a fait des folies pour moi

*

a teraz siedzę, marne zreumatyzowane stworzenie, 

z  fałszywą  grzywką  i  złośliwym  usposobieniem.  Ach,  gdyby  nie  poczciwa  lady  Johnson, 
która  przysyła  mi  najniemoralniejsze  francuskie  powieści,  jakie  tylko  moŜe  znaleźć,  nie 
byłabym chyba w stanie przeŜyć dnia. Doktorzy są zupełnie do niczego, prócz do wyciągania 
nam z kieszeni honorariów. Nie umieją mnie nawet wyleczyć z mojej zgagi. 

— Przyniosłem pani na to lekarstwo, lady Klem — rzekł lord Artur powaŜnie. — Jest to 

cudowny środek, wymyślony przez jakiegoś Amerykanina. 

—  Nie  bardzo  lubię  te  amerykańskie  pomysły,  mój  Arturze.  Stanowczo  nie  lubię. 

Czytałam niedawno jakieś amerykańskie powieści, które były zupełnie idiotyczne. 

*

 monsieur le mauvais sujet (franc.) —jest pan łajdaczyną. 

*

 On a fait des folies pour moi (franc.) — popełniano dla mnie szaleństwa. 

background image

—  AleŜ  te  kapsułki  nie  są  wcale  idiotyczne.  Zapewniam  panią,  Ŝe  są  bardzo  skuteczne. 

Musi  mi  pani  przyrzec,  Ŝe  je  pani  zaŜyje  —  mówiąc  to,  wyjął  z  kieszeni  maleńką 
bombonierkę i podał ją lady Klem. 

—  Pudełko  jest  śliczne.  Czy  to  ma  być  naprawdę  prezent  dla  mnie?  Jesteś  bardzo 

uprzejmy, mój chłopcze. A to jest owo cudowne lekarstwo? Wygląda zupełnie jak cukierek. 
Mogę je zaraz połknąć. 

— AleŜ, na Boga! Lady Klem! — krzyknął lord Artur, chwytając ją za rękę — niech pani 

nie waŜy się robić czegoś podobnego. Jest to środek homeopatyczny; jeśli go pani zaŜyje, nie 
mając  zgagi,  moŜe  nawet  bardzo  zaszkodzić.  Niech  pani  zaczeka  aŜ  do  następnego  ataku  i 
wtedy weźmie kapsułkę. Będzie pani zdumiona rezultatem. 

—  Chciałabym  zaŜyć  ją  juŜ  teraz  —  upierała  się  lady  Klementyna,  przyglądając  się  pod 

ś

wiatło kapsułce, w której bulgotała płynna zawartość akonityny. 

—  Pewna  jestem,  Ŝe  musi  być  wyborna.  Faktem  jest,  Ŝe  nie  cierpię  doktorów,  ale 

uwielbiam lekarstwa. Zaczekam jednakŜe na najbliŜszy atak. 

— A kiedy to będzie? — zapytał lord Artur z zaciekawieniem. — Czy prędko? 
—  Mam  nadzieję,  Ŝe  dopiero  za jaki  tydzień.  Wczoraj  przemęczyłam  się  cały  ranek.  Nie 

moŜna jednak nigdy wiedzieć. 

— Ale przed końcem miesiąca moŜe pani na pewno liczyć na atak, lady Klementyno? 
— Obawiam  się, Ŝe tak. Ale jakiś ty dzisiaj współczujący, Arturze. Sybilla doskonale na 

ciebie wpłynęła. A teraz, zmykaj; mam mieć na obiedzie strasznie nudnych ludzi, którzy nie 
będą  chcieli  opowiadać  mi  Ŝadnych  ciekawych  ploteczek;  jeŜeli  więc  nie  prześpię  się 
porządnie  teraz,  nie  będę  mogła  usiedzieć  przy  obiedzie.  Do  widzenia,  Arturze,  pokłoń  się 
Sybilli. Dziękuję ci bardzo za twoje amerykańskie lekarstwo. 

— Nie zapomni pani wziąć go, prawda? — rzekł lord Artur, podnosząc się z krzesła. 
— Naturalnie, Ŝe wezmę, głupi chłopaku. Bardzo to uprzejmie z twojej strony, Ŝe myślisz 

o mnie. Napiszę ci, jeśli zechcę je powtórzyć. 

Lord Artur opuścił dom lady Klem w doskonałym humorze i z uczuciem ogromnej ulgi. 
Tego  samego  wieczora  był  u  Sybilli  Merton.  Powiedział  jej,  Ŝe  znalazł  się  nagle  wobec 

okropnych trudności, przed którymi honor i sumienie nie pozwalają mu się cofnąć. Uprzedził 
ją teŜ, Ŝe ślub ich musi być na razie odłoŜony, dopóki bowiem nie usunie fatalnych powikłań, 
nie  moŜe  uwaŜać  się  za  wolnego  człowieka.  Błagał  ją,  aby  mu  zechciała  zaufać  i  mieć 
niezachwianą wiarę w przyszłość. Wszystko dobrze się ułoŜy, naleŜy mieć tylko cierpliwość. 

Rozmowa ich miała miejsce w oranŜerii u Mertonów w Park Lane, gdzie Artur obiadował 

jak  zazwyczaj.  Sybilla  wydała  mu  się  tak  promieniejąca,  jak  nigdy  dotąd,  przez  chwilę  teŜ 
ogarnęła go pokusa stchórzenia, napisania do lady Klementyny o zwrot kapsułki i stanięcia z 
Sybillą przed ołtarzem w dniu pierwotnie oznaczonym, jak gdyby nie było wcale na świecie 
Ŝ

adnego Podgersa. Lepsza jego natura wzięła jednak niebawem górę i nawet kiedy Sybilla z 

płaczem rzuciła się w jego objęcia, pozostał nieugięty. Piękno, które działało na jego zmysły, 
poruszyło teŜ jego sumienie. Czuł, Ŝe zmarnowanie tak czarownego Ŝycia dla rozkoszy kilku 
miesięcy byłoby niegodziwością. 

Pozostał  u  Sybiłli  do  północy,  pocieszając  ją  i  szukając  u  mej  wzajem  pociechy,  a 

nazajutrz wczesnym rankiem wyjechał do Wenecji, wysławszy uprzednio, napisany z męską 
stanowczością, list do pana Mertona w sprawie niezbędności odłoŜenia daty ślubu. 

background image

IV 

 
W Wenecji spotkał się z bratem, lordem Surbitonem, który przypadkiem przybył z Korfu 

na  swoim  jachcie.  Obydwaj  młodzi  ludzie  spędzili  razem  rozkoszne  dwa  tygodnie.  Z  rana 
jeździli na Lido lub teŜ pływali po zielonych kanałach we własnej długiej, czarnej gondoli, po 
południu  przyjmowali  zazwyczaj  gości  na  pokładzie  jachtu,  wieczorem  zaś  obiadowali  u 
Floriamego i wypalali niezliczone ilości papierosów na Piazza. Mimo to lord Artur nie czuł 
się  szczęśliwy.  Co  wieczór  studiował  dział  nekrologów  w  „Timesie”,  mając  nadzieję 
znalezienia  wzmianki  o  śmierci  lady  Klementyny,  codziennie  jednak  odkładał  gazetę  z 
rozczarowaniem.  Zaczął  się  obawiać,  Ŝe  coś  jej  się  przytrafiło,  i  często  Ŝałował,  Ŝe  nie 
pozwolił jej wziąć akonityny wówczas, kiedy tak pragnęła wypróbować jej działanie. 

Listy Sybilli, jakkolwiek pełne wiary i miłości, bywały często bardzo smutne, czasem teŜ 

doznawał wraŜenia, Ŝe zostali rozłączeni na zawsze. 

Po upływie dwóch tygodni sprzykrzyła się lordowi Surbitonowi Wenecja, postanowił więc 

popłynąć  wzdłuŜ  wybrzeŜa  do  Rawenny,  poniewaŜ  słyszał,  Ŝe  na  Pinetum  ma  być  świetne 
polowanie na baŜanty. 

Lord Artur zrazu stanowczo odmówił towarzyszenia mu w tej wyprawie, ale Surbiton, do 

którego był bardzo przywiązany, przekonał go ostatecznie,  Ŝe gdyby pozostał sam w hotelu, 
zanudziłby się na śmierć. 

Wczesnym  rankiem  15  wyruszyli  przy  silnym  północno–wschodnim  wietrze  i  nieco 

wzburzonym  morzu.  Polowanie  udało  się  doskonale,  Ŝycie  na  otwartym  powietrzu 
przywróciło policzkom lorda Artura dawne rumieńce, jednakŜe około 22 zaczął się niepokoić 
o lady Klementynę i mimo wszelkich perswazji Surbitona powrócił do Wenecji koleją. 

Kiedy wychodził z gondoli na stopnie hotelu, właściciel wyszedł mu naprzeciw z plikiem 

depesz. Lord Artur wyrwał mu je z ręki i przerzucił w mgnieniu oka. Wszystko powiodło się 
znakomicie Lady Klementyna umarła nagle w nocy, 17! 

Pierwsza myśl jego była o Sybilli, wysłał teŜ do niej natychmiast depeszę z oznajmieniem 

o niezwłocznym powrocie do Londynu, kazał słuŜącemu przygotować wszystko do wyjazdu 
najbliŜszym  pociągiem  i  pobiegł  do  swego  pokoju  lekkim  krokiem,  w  radosnym,  pełnym 
róŜowych nadziei nastroju. Znalazł tu trzy listy, oczekujące go juŜ od paru dni. Jeden był od 
Sybilli  z  wyrazami  gorącego  współczucia,  jeden  od  matki,  a  ostatni  od  notariusza  lady 
Klementyny.  Jak  się  okazało,  staruszka  wieczerzała  tej  samej  nocy  w  towarzystwie  jego 
matki, zachwycała wszystkich obecnych swoim humorem i dowcipem, wcześnie jednak udała 
się na spoczynek, skarŜąc się na silną zgagę. Nazajutrz z rana znaleziono ją nieŜywą w łóŜku. 
Spokojny wyraz twarzy i pozycja leŜącej wskazywały, Ŝe śmierć musiała nastąpić nagle, bez 
uprzednich  cierpień.  Posłano  natychmiast  po  lekarza,  ale  nic  naturalnie  nie  udało  się  juŜ 
zrobić.  Pogrzeb  miał  się  odbyć  22  w  Beauchamp  Chalcote.  Na  kilka  dni  przed  śmiercią 
sporządziła testament, w którym zapisała lordowi Arturowi swój niewielki dom przy Curzon 
Street oraz wszystkie meble, przedmioty osobistego  uŜytku i obrazy — z wyjątkiem kolekcji 
miniatur,  którą  miała  odziedziczyć  jej  siostra,  lady  Małgorzata  Rufford,  oraz  naszyjnika  z 
ametystów, przeznaczonego dla Sybilli Merton. Dom nie przedstawiał wielkiej wartości, ale 
notariusz pan Mansfield domagał się moŜliwie szybkiego powrotu lorda Artura ze względu na 
znaczną  liczbę  nie  zapłaconych  rachunków  i  absolutny  brak  wszelkich  ksiąŜek  kasowych, 
których zmarła nigdy nie prowadziła. 

Lord Artur był bardzo wzruszony pamięcią o nim lady Klementyny. Czuł, Ŝe pan Podgers 

duŜą  ponosił  w  tym  winę.  Miłość  do  Sybilli  górowała  wszakŜe  nad  wszystkimi  innymi 
uczuciami, a świadomość spełnienia obowiązku dawała mu spokój i była źródłem pociechy. 
DojeŜdŜając do stacji kolejowej Charing Cross czuł się bezwzględnie szczęśliwy. 

background image

Mertonowie przyjęli go bardzo serdecznie. Na wstępie zaraz przyrzec musiał Sybilli, Ŝe nie 

pozwoli  juŜ,  aby  coś stanęło  raz jeszcze pomiędzy  nimi.  Data  ślubu  oznaczona  została  na 7 
czerwca.  śycie wydało mu się znów jasne i piękne i jego dawna radość wróciła mu w całej 
pełni. 

Pewnego  dnia  podczas  obchodzenia,  w  towarzystwie  notariusza  lady  Klementyny  oraz 

Sybilli, odziedziczonego świeŜo domu i palenia pakietów wyblakłych listów, wyciąganych z 
szuflad pełnych najrozmaitszych rupieci, młoda dziewczyna wydała nagle okrzyk zachwytu. 

—  Co  znalazłaś,  Sybillo?  —  zapytał  lord  Artur,  odrywając  się  od  swego  zajęcia  i 

spoglądając na nią z uśmiechem. 

—  Patrz,  jaka  śliczna  bombonierka!  Jaka  wytworna  holenderska  robota!  —  Daruj  mi  ją! 

Ametysty będę mogła nosić dopiero po skończeniu osiemdziesięciu lat. 

Było to puzderko zawierające kapsułkę akonityny. 
Lord  Artur  drgnął,  słaby  rumieniec  oblał  jego  policzki.  Zupełnie  prawie  zapomniał,  co 

zrobił i dziwnym wydało mu się trafem, Ŝe Svbilla, dla której dobra przeszedł całą okropną tę 
udrękę, była pierwszą, która przypomniała mu o tym. 

— AleŜ weź ją naturalnie. Ja sam dałem ją lady Klementynie. 
—  O,  dziękuję  ci  Arturze  i  czy  niosę  wziąć  i  cukierek?  Nie  miałam  pojęcia,  Ŝe  lady 

Klementyna lubiła słodycze. Myślałam, Ŝe była zbyt wielką na to intelektualistką. 

— Cukierek, Sybillo? O czym mówisz? — wyjąknął ochrypłym głosem. 
— Tutaj, w tej bombonierce jest coś, co wygląda jak cukierek, co prawda, stary juŜ i trochę 

zakurzony. Nie mam teŜ najmniejszego zamiaru zjedzenia go. Co ci się stało, Arturze? Taki 
jesteś blady! 

Lord Artur przyskoczył do niej jednym susem i wyrwał bombonierkę z jej rąk. W środku 

leŜała bursztynowego koloru kapsułka z kroplą jadu, bulgocącą w jej wnętrzu. 

Lady Klementyna umarła więc, mimo wszystko, śmiercią naturalną! 
Odkrycie  to  było  dla  niego  ciosem  nazbyt  juŜ  silnym.  Gwałtownym  ruchem  rzucił 

kapsułkę w ogień i padł na kanapę z jękiem rozpaczy. 

background image

 
Pan  Merton  był  mocno  zgnębiony  powtórnym  odłoŜeniem  daty  ślubu,  a  lady  Julia,  która 

zamówiła  juŜ  suknię  weselną,  robiła  wszystko  co  było  w  jej  mocy  aby  nakłonić  Sybillę  do 
zerwania  małŜeństwa.  Mimo  gorącego  jednak  przywiązania  do  matki  Sybilla  zbyt 
niepodzielnie  złoŜyła  cały  swój  los  w  ręce  Artura,  aby  cokolwiek,  co  lady  Julia  mogła 
powiedzieć  zachwiało  jej  wiarę  w  niego.  Co  zaś  do  samego  lorda  Artura  potrzeba  było 
długiego okresu, aby zdołał przyjść nieco do siebie po doznanym okropnym rozczarowaniu. 
Nerwy jego byli przez pewien czas zupełnie rozstrojone. Zdrowy rozsądek wziął jednak i tym 
razem  górę,  a  cechujący  go  stale  zmysł  praktyczny  wskazał  mu  rychło  drogę  wyjścia  z 
fatalnego  połoŜenia  skoro  eksperyment  z  trucizną  tak  źle  się  powiódł  naleŜało  spróbować 
dynamitu  lub  teŜ  innego  rodzaju  materii  wybuchowej,  jako  rzeczy  najwłaściwszy  w  danym 
wypadku. 

Znów  więc  przejrzał  starannie  listę  przyjaciół  i  krewnych  i  po  dojrzałej  rozwadze 

postanowił  wysadzić  w  powietrze  swojego  wuja  dziekana  z  Chichesteru.  Dziekan,  człowiek 
duŜej wiedzy i kultury, był nadzwyczajnym amatorem zegarów i miał wspaniałą ich kolekcję, 
poczynając od piętnastego stulecia aŜ do chwili obecnej wydało się więc lordowi Arturowi, Ŝe 
ta  fantazja  poczciwca  nastręcza  doskonałą  sposobność  do  wykonania  zamierzonego  planu. 
Skąd jednak wziąć maszynę piekielną — trudniejsza to była sprawa. Przewodnik po Londynie 
nie dał mu Ŝadnych wskazówek w tym względzie, udanie zaś się z tym do policji uwaŜał za 
bezcelowe,  poniewaŜ  zdradzała  ona  najzupełniejszą  ignorancję  na  punkcie  działalności 
dynamitardów, a o kaŜdym wybuchu dowiadywała się dopiero po fakcie dokonanym, a nawet 
i wtedy niewiele o nim wiedziała. 

Wtem  przypomniał  sobie  przyjaciela  swojego  Ruwałowa,  młodego  rosyjskiego 

rewolucjonistę,  którego  spotykał  w  zimowym  sezonie  u  lady  Windermere.  Mówiono,  Ŝe 
hrabia  Ruwałow  pisze  Ŝyciorys  Piotra  Wielkiego  i  Ŝe  przyjechał  do  Anglii  celem  zbadania 
dokumentów,  odnoszących  się  do  pobytu  cara  w  tym  kraju  w  roli  cieśli  okrętowego, 
powszechnie  wszakŜe  przypuszczano,  Ŝe  był  agentem  nihilistów,  nie  ulegało  teŜ  kwestii,  Ŝe 
ambasada rosyjska nie patrzyła zbyt przyjaznym okiem na jego pobyt w Londynie. Lord Artur 
czuł, Ŝe znajdzie w mm osobę odpowiednią do swoich celów, udał się teŜ pewnego dnia do 
jego mieszkania, aby zapytać o radę i prosie o pomoc. 

— Zajmuje się pan więc serio polityką — rzekł hrabia Ruwałow, kiedy lord Artur wyjawił 

mu cel swoich odwiedzin, nie znosząc wszakŜe blagi w Ŝadnym kierunku, lord Artur uwaŜał 
za swój obowiązek wyznać szczerze, Ŝe nie interesuje się wcale kwestią socjalną, a maszyna 
piekielna  potrzebna  mu  jest  dla  spraw  czysto  rodzinnych,  obchodzących  wyłącznie  jego 
samego. 

Hrabia Ruwałow przyjrzał mu się przez chwilę ze zdumieniem, widząc wszakŜe, Ŝe gość 

traktuje  sprawę  zupełnie  powaŜnie,  napisał  mu  adres  na  kawałku  papieru,  opatrzywszy  go 
kabalistycznym jakimś znakiem, i wręczając mu cenny ten dokument rzekł: 

— Policja londyńska duŜo dałaby za posiadanie tego adresu, drogi panie Arturze. 
—  Nie  będzie  go  miała!  —  zawołał  lord  Artur  ze  śmiechem,  po  czym,  uścisnąwszy 

serdecznie dłoń młodego Rosjanina, zbiegł pędem ze schodów i kazał stangretowi jechać na 
jeden z placów w pobliŜu wskazanej na karteczce ulicy. Przyjechawszy na miejsce odprawił 
woźnicę a sam poszedł w kierunku właściwego adresu. Minąwszy długie jakieś przejście pod 
arkadami  znalazł  się  w  małym,  dziwacznym  zaułku  bez  wyjścia  zajętym  widocznie  przez 
duŜą  jakąś  pralnię,  na  przeciągniętej  bowiem  od  domu  do  domu  sieci  sznurów  suszyło  się 
mnóstwo  bielizny,  wesoło  powiewającej  na  wietrze.  Doszedłszy  do  samego  końca  zaułka 
zapukał  do  drzwi  niskiego,  zielonego  domku.  Po  dłuŜszej  chwili,  podczas  której  wszystkie 
okna domów, wychodzących na zaułek zapełniły się zaciekawionymi twarzami, otworzył mu 

background image

drzwi jakiś dość pospolitego wyglądu cudzoziemiec, który zapytał go marną angielszczyzną, 
czego  sobie  właściwie  Ŝyczy.  Na  widok  wszakŜe  karteczki  hrabiego  Ruwałowa  od  razu 
wprowadził lorda Artura z ukłonem do małego, mocno obszarpanego saloniku na parterze, do 
którego po kilku minutach wbiegł „Herr Winckelkopf”, jak go nazywano w Anglii, z brudną, 
poplamioną winem serwetą, zawiązaną dokoła szyi, i widelcem w lewej ręce. 

—  Przychodzę  z  polecenia  hrabiego  Ruwałowa  —  oznajmił  lord  Artur  na  wstępie  — 

bardzo zaleŜy mi na kilku minutach rozmowy z panem w waŜnej dla mnie sprawie. Nazywam 
się Smith, Robert Smith, chciałbym, aby mi pan sporządził wybuchający zegar. 

— Bardzo mi miło pana poznać, lordzie Arturze — odparł jowialny Niemiec ze śmiechem 

—  Niech  to  pana  nie  przeraŜa,  obowiązkiem  moim  jest  znać  kaŜdego,  przypominam  sobie 
zresztą,  Ŝe  widziałem  pana  kiedyś  na  wieczorze  u  lady  Windermere.  Mam  nadzieję,  Ŝe  jej 
lordowska  mość  jest  zdrowa.  Czy  nie  zrobi  panu  róŜnicy  towarzyszenie  mi  przy  śniadaniu? 
Mam doskonały pasztet, a moi przyjaciele zapewniają mnie, Ŝe moje reńskie wino jest lepsze 
niŜ to, które piją w ambasadzie niemieckiej. 

I zanim lord Artur zdąŜył ochłonąć ze zdumienia, Ŝe został poznany, posadzono go juŜ na 

wygodnym  fotelu  przy  stole  jadalnym  i  postawiono  przed  nim  bladoŜółty  kielich,  znaczony 
monogramem cesarskim i napełniony najwspanialszym Marchobrunnerem. Po chwili popijał 
ten szlachetny trunek i gawędził moŜliwie najprzyjaźniej ze słynnym spiskowcem. 

—  Zegary  wybuchające  —  rzekł  Herr  Winckelkopf—  nie  są  zbyt  dobrym  artykułem  do 

zagranicznego  eksportu,  jeŜeli  bowiem  uda  się  nawet  przeprowadzić  je  przez  urząd  celny, 
ruch  pociągów  tak  jest  nieregularny,  Ŝe  często  wybuchają,  zanim  zdoła  się  dowieźć  je  na 
miejsce przeznaczenia. JeŜeli jednak potrzebny panu jest taki zegar na domowy uŜytek, mogę 
panu  dostarczyć  doskonałą  sztukę  i  zagwarantować,  Ŝe  będzie  pan  z  mej  zadowolony.  Czy 
wolno mi zapytać, dla kogo jest przeznaczony? Jeśli dla policji lub dla kogokolwiek bliskiego 
tym  sferom,  daruje  pan,  ale  nie  mógłbym  panu  słuŜyć.  Angielscy  detektywi  są  naszymi 
najlepszymi przyjaciółmi, przekonałem się, Ŝe dzięki ich głupocie moŜemy robić, co nam się 
tylko podoba. Nie chciałbym więc pozbawić się Ŝadnego z nich. 

—  Zapewniam  pana  —  rzekł  lord  Artur  —  Ŝe  moja  sprawa  nie  ma  absolutnie  mc 

wspólnego z policją. Zegar jest przeznaczony dla dziekana z Chichesteru. 

—  Ach,  drogi  panie!  Nie  miałem  pojęcia,  Ŝe  pańskie  uczucia  religijne  są  tak  głębokie. 

Niewielu dzisiejszych młodych ludzi mogłoby się tym poszczycić. 

— Przecenia mnie pan, panie Winckelkopf — odparł Artur, rumieniąc się. — Faktem jest, 

Ŝ

e nie mam pojęcia o teologii. 

— A więc to sprawa czysto prywatna? 
— Najzupełniej. 
Herr  Winckelkopf  wzruszył  ramionami,  wyszedł  z  pokoju  i  po  kilku  minutach  wrócił  z 

krąŜkiem  dynamitu  wielkości  pensa  oraz  ładnym,  małym  francuskim  stojącym  zegarem, 
uwieńczonym brązową statuetką Wolności, depcącej hydrę Despotyzmu. 

Twarz lorda Artura rozpromieniła się. 
— Tego mi właśnie potrzeba — zawołał — proszę, pokaz mi pan, jak działa mechanizm. 
— O, to moja tajemnica! — odparł Herr Wmckelkopf, przyglądając się dziełu swojemu z 

usprawiedliwionym  wyrazem  dumy.  —  Niech  mi  pan  powie,  kiedy  ma  nastąpić  wybuch,  a 
nastawię maszynkę ściśle na dany moment. 

— Niech i tak będzie. Mamy dzisiaj wtorek, i gdyby pan mógł wysłać zegar zaraz… 
—  To  niemoŜliwe,  mam  waŜną  sprawę  do  załatwienia  dla  przyjaciół  moich  w  Moskwie. 

Mógłbym jednak wysłać go jutro. 

—  O,  najzupełniej  wystarczy  —  grzecznie  zapewnił  lord  Artur  —  jeśli  zegar  będzie 

doręczony  jutro  wieczorem  lub  we  czwartek  rano.  Chwilę  wybuchu  moglibyśmy  więc 
oznaczyć na piątek w południe. Dziekan bywa zawsze w domu o tej porze. 

background image

— Piątek w południe — powtórzył Herr Winckelkopf, wpisując datę do ksiąŜki, leŜącej na 

biurku niedaleko kominka. 

— A teraz — rzekł lord Artur wstając z krzesła — proszę, powiedz mi pan, ile panu jestem 

winien. 

—  To  taki  drobiazg,  Ŝe  nie  opłaci  się  spisywać  rachunku.  Dynamit  wypada  siedem  i  pół 

szylinga,  zegar  trzy  i  pół  funta,  a  wysyłka  około  pięciu  szylingów.  Rad  jestem,  Ŝe  mogę 
usłuŜyć przyjacielowi hrabiego Ruwałowa. 

— A praca pańska, panie Winckelkopf? 
— O, to bagatela! Sprawia mi ona przyjemność. Nie pracuję dla zarobku, Ŝyję jedynie dla 

mojej sztuki. 

Lord  Artur  połoŜył  cztery  funty  oraz  dwa  i  pół  szylinga  na  stole,  podziękował  małemu 

Niemcowi  za  jego  uprzejmość,  zręcznie  uchylił  się  od  przyjęcia  zaproszenia  na  herbatę  w 
najbliŜszą  sobotę  w  towarzystwie  paczki  anarchistów,  poŜegnał  się  i  wyszedł  w  kierunku 
parku. 

Przez następne dwa dni był w stanie największego podniecenia, a w piątek o 12 pojechał 

do klubu, aby czekać tam na wiadomości. Przez całe popołudnie specjalny portier odbierał z 
aparatu  telegraficznego  depesze  z  róŜnych  stron  kraju:  o  wynikach  wyścigów  konnych,  o 
wyrokach  sądu  w  sprawach  rozwodowych,  o  stanie  pogody  itp.  waŜnych  sprawach,  a 
równocześnie telefon wydzwaniał nudne szczegóły z całonocnego posiedzenia w Izbie Gmin 
oraz  z  małej  paniki  na  giełdzie.  O  4  po  południu  przyniesiono  wieczorne  wydania 
dzienników. Lord Artur znikł w głębinach czytelni zabrawszy ze sobą większą część gazet, ku 
wielkiemu  zgorszeniu  pułkownika  Goodchilda,  który  chciał  przeczytać  sprawozdanie  z 
mowy,  jaką  wygłosił  tego  dnia  na  przejęciu  u  lorda–majora  w  sprawie  misji 
południowoafrykańskiej  oraz  konieczności  mianowania  czarnych  biskupów.  śaden  z 
dzienników nie zawierał wszakŜe najdrobniejszej wzmianki o Chichesterze, co naprowadziło 
lorda Artura na myśl, Ŝe zamach musiał się nie udać. Był to straszny dla niego cios, i zrazu 
upadł on zupełnie na duchu. 

Herr  Winckelkopf,  do  którego  poszedł  nazajutrz  z  rana,  nadzwyczajnie  go  przepraszał  i 

zaofiarował  dostarczenie  innego  zegara  bez  Ŝadnej  dopłaty,  lub  teŜ  pudła  bomb 
nitroglicerynowych po cenie kosztu. 

Lord Artur stracił juŜ jednak wszelką wiarę w narzędzia wybuchowe, zwłaszcza Ŝe nawet 

sam Herr Wmckełkopf tłumaczył się, Ŝe wszystko teraz tak jest fałszowane, iŜ trudno nawet o 
dynamit  w  czystym  stanie.  Mimo  to  nie  tracił  poczciwy  Niemczyna  nadziei,  Ŝe  zegar  moŜe 
wybuchnąć,  jakkolwiek  przyznawał,  Ŝe  coś  musiało  być  w  maszynerii  nie  w  porządku. 
Proponował  teŜ  dostarczenie  wybuchowego  barometru,  takiego  samego,  jaki  posłał  niegdyś 
wojennemu  gubernatorowi  Odessy;,  co  prawda,  barometr  ten,  który  miał  eksplodować  po 
dziesięciu  dniach,  zwlekał  z  tym  około  trzech  miesięcy,  a  kiedy  po  upływie  tego  czasu 
wybuchł, rozerwał na drobne kawałki tylko pokojówkę gubernatora, sam gubernator bowiem 
juŜ  sześć  tygodni  wcześniej  wyjechał  z  miasta.  W  kaŜdym  jednak  razie  był  to  dowód,  Ŝe 
dynamit,  jako  siła  destrukcyjna,  kierowana  przez  odpowiednią  maszynerię,  jest  potęŜnym, 
jakkolwiek nieco niepunktualnym czynnikiem. Uwaga ta pocieszyła trochę lorda Artura, ale 
nawet i tym razem sądzone mu było doznać rozczarowania, w dwa dni później bowiem, kiedy 
szedł  do  siebie  na  górę,  zawołała  go  matka  do  swego  buduaru,  aby  mu  pokazać  list,  który 
tylko co dostała z Chichesteru. 

—  Janka  pisze  śliczne  listy  —  rzekła  —  musisz  przeczytać  ten  jej  ostatni.  Nie  jest 

doprawdy gorszy od powieści, które przysyła nam nasz księgarz. 

Lord Artur wyrwał jej niemal list z ręki. 
Brzmiał on, jak następuje: 
 

Dziekanat, Chichester 

background image

27 maja 

NajdroŜsza Cioteczko’ 
Dziękuję  Ci  serdecznie  za  flanelę  i  wełnę,  którą  byłaś  łaskawa  przysłać  dla  naszego 

Towarzystwa  Pomocy  Ubogim.  Zupełnie  zgadzam  się  z  Tobą,  Ŝe  nonsensem  jest  ich  chęć 
noszenia  ładnych  rzeczy,  ale  ludzie  dzisiaj  są  tak  bezboŜni  i  radykalni,  Ŝe  trudno  ich 
przekonać,  iŜ  nie  powinni  usiłować  ubierać  się  tak  samo,  jak  wyŜsze  sfery.  Nie  wiem  juŜ 
doprawdy,  do  czego  to  dojdzie  Słusznie  powtarza  papa  często  podczas  swoich  kazań,  Ŝe 
Ŝ

yjemy w wieku niewiary. 

Mieliśmy zabawną historię z zegarem, przysłanym papie w zeszły czwartek przez jakiegoś 

nieznanego  wielbiciela.  Nadeszło  to  cacko  w  drewnianej  pace  z  Londynu  z  opłaconym 
portem.  Papa  przekonany  jest,  Ŝe  musiał  przysłać  go  ktoś  kto  słyszał  jego  sławne  kazanie 
„Czy  swawola  jest  wolnością”,  poniewaŜ  na  wierzchu  zegara  umieszczona  była  postać 
kobieca, mająca na głowie coś, co — zdaniem papy — jest hełmem wolności. Nie uwaŜam, 
co prawda, aŜeby to był strój bardzo twarzowy, ale papa utrzymuje, Ŝe jest historyczny, musi 
więc być zupełnie odpowiedni. 

Pokojowa nasza rozpakowała go, papa postawił na kominku w bibliotece, i w piątek z rana, 

kiedy  siedzieliśmy  tam  wszyscy,  w  tej  samej  chwili,  kiedy  zegar  wybił  dwunastą, 
usłyszeliśmy jakiś dziwny chrapliwy zgrzyt i mały kłębek dymu strzelił do góry, wydostając 
się spod piedestału z którego bogini Wolności spadła i utrąciła sobie kawałek nosa. Pokojowa 
była  przeraŜona,  ale  wszystko  to  wyglądało  tak  komicznie,  Ŝe  Jakub  i  ja  wybuchnęliśmy 
ś

miechem i nawet papa miał minę rozbawioną. Po bliŜszym zbadaniu zegara okazało się, Ŝe 

jest  to  rodzaj  budzika,  który,  nastawiony  na  daną  godzinę,  przy  równoczesnym  podłoŜeniu 
szczypty  prochu  strzelniczego  pod  mały  młoteczek,  wybucha  ilekroć  się  tego  chce.  Papa 
mówi,  Ŝe  nie  moŜna  go  zostawić  w  bibliotece,  bo  robi  zbyt  wiele  hałasu  i  dlatego  Reggie 
zabrał  go  do  szkolnego  pokoju,  gdzie  wciąŜ  urządza  sobie  wybuchy.  Jak  myślisz  czy  Artur 
miałby ochotę na taki zegar jako ślubny prezent? Przypuszczam, Ŝe zegary te są modne teraz 
w Londynie? Papa mówi, Ŝe robią one duŜo dobrego gdyŜ wskazują, Ŝe Wolność nie moŜe się 
utrzymać  i  musi  być  utrącona.  Papa  mówi,  Ŝe  Wolność  wymyślono  w  czasie  Francuskiej 
Rewolucji. Jakie to okropne! 

Muszę  iść  teraz  do  Towarzystwa,  aby  przeczytać  naszym  pensjonariuszom  Twój  bardzo 

pouczający  list.  Jak  trafna,  droga  cioteczko,  jest  uwaga  Twoja,  Ŝe  na  ich  stanowisku 
socjalnym  powinni  om  nosić  to,  co  jest  nietwarzowe.  Muszę  przyznać  doprawdy,  Ŝe  ich 
dbałość o strój jest niedorzeczna wobec tylu znacznie donioślejszych spraw na tym świecie i 
w Ŝyciu przyszłym. Bardzo jestem rada,  Ŝe Twoja popelina w kwiaty tak dobrze wyszła i  Ŝe 
koronka nie jest podarta. WłoŜę moją Ŝółtą, atłasową suknię, którą byłaś tak dobra dać mi na 
przyjęcie  środowe  u  biskupa,  myślę,  Ŝe  będzie  bardzo  ładnie  wyglądała.  Jak  uwaŜasz,  czy 
mam  przypiąć  kokardy  czy  nie?  Krawcowa  mówi,  Ŝe  kokardy  bardzo  są  teraz  modne  i  Ŝe 
spódniczka powinna być marszczona. Reggie urządził znów w tej chwili wybuch, tak Ŝe papa 
kazał wynieść  zegar  do stajni.  Zdaje  się,  Ŝe  papie  nie  podoba  się  on juŜ tak jak  z  początku, 
chociaŜ bardzo mu to pochlebia,  Ŝe mu przysłano takie ładne i pomysłowe cacko. Najlepszy 
to dowód, Ŝe ludzie słuchają jego kazań i odnoszą z nich korzyść. 

Papa przesyła serdeczne ukłony, i my wszyscy takŜe. W nadziei, Ŝe podagra wujaszka juŜ 

minęła, pozostaję, droga cioteczko, przywiązaną siostrzenicą 

Janina Percy 

PS Proszę cię, napisz mi o kokardach. Krawcowa stanowczo utrzymuje, Ŝe są modne. 
 
Lord  Artur  miał  po  przeczytaniu  tego  listu  tak  powaŜną  i  nieszczęśliwą minę,  Ŝe  księŜna 

wybuchła śmiechem. 

—  Nigdy  juŜ  nie  pokaŜę  ci  Ŝadnego  listu  młodej  panny  —  zawołała.  Ale  co  mam  jej 

napisać o zegarze? UwaŜam, Ŝe to świetny wynalazek Chciałabym mieć sama coś podobnego. 

background image

— Nie widzę w tym mc szczególnego — odparł Artur ze smutnym uśmiechem, pocałował 

matkę w rękę i wyszedł z pokoju. 

Przyszedłszy na górę, rzucił się na kanapę z oczami pełnymi łez. Zrobił, co tylko mógł, aby 

popełnić morderstwo, ale za kaŜdym razem nie powiodło mu się, bynajmniej nie z jego winy. 
Usiłował  wypełnić  swój  obowiązek,  ale  widocznie  los  zawziął  się  przeciwko  niemu. 
Zgnębiony  był  poczuciem  daremności  najlepszych  zamierzeń  i  najuczciwszych  usiłowań. 
MoŜe  lepiej  byłoby  zerwać  zupełnie  małŜeństwo?  Sybilla  cierpiałaby  niewątpliwie,  ale 
cierpienie niezdolne byłoby skazić natury tak szlachetnej. Co zaś do niego — wszystko jedno, 
co zrobi. Zawsze są na świecie wojny, w których moŜna zginąć, istnieją sprawy, dla których 
męŜczyzna moŜe poświęcić Ŝycie. śe zaś to Ŝycie nie miało juŜ dla niego Ŝadnego powabu, 
nie lękał się teŜ śmierci. Nie poruszy odtąd palcem, aby dopomóc Przeznaczeniu. Niech samo 
dokona ono swego dzieła. 

O  wpół  do  ósmej  ubrał  się  i  pojechał  do  klubu  Surbiton  był  tam  w  towarzystwie  kilku 

młodych  ludzi,  musiał  więc  zjeść  obiad  razem  z  nimi.  Trywialne  ich  rozmowy  i  oklepane 
dowcipy  nie  zajmowały  go;  z  chwilą  teŜ,  gdy  podano  czarną  kawę,  poŜegnał  ich  pod 
pretekstem  pilnego  jakiegoś  rendez–vous.  Na  wychodnym  z  klubu  podał mu  odźwierny  list. 
To Herr Wmckelkopf proponował mu przybycie nazajutrz z rana celem obejrzenia parasola, 
który  wybuchał  automatycznie  z  chwilą,  gdy  go  otwierano.  Miał  to  być  najświeŜszy 
wynalazek, dopiero co przywieziony z Genewy. Lord Artur podarł list na kawałki. Postanowił 
nie  robić  Ŝadnych  juŜ  więcej  prób.  Poszedł  pieszo  w  kierunku  brzegu  Tamizy  i  usiadł  na 
ławce  nad  rzeką,  pozostając  tak  nieruchomo  przez  kilka  godzin.  KsięŜyc  przeświecał,  niby 
oko lwa, przez grzywę nastroszonych chmur, a niezliczone gwiazdy usiały strop, podobne do 
złotko pyłu, rozsypanego na purpurowej kopule. Od czasu do czasu wynurzała się z mętnych 
fal barka i płynęła z prądem w dal, sygnały kolejowe zmieniały się z zielonych na szkarłatne, 
w miarę jak pociągi przelatywały z hukiem i gwizdem przez most. 

Po  pewnym  czasie  wybiła  na  wysokiej  wieŜy  Westminsteru  północ.  Przy  kaŜdym 

uderzeniu głośnego dzwonu cała noc zdawała się drgać. Światła kolejowe zgasły i tylko jedna 
jedyna  samotna  latarnia  płonęła,  niby  wielki  rubin,  na  olbrzymim  maszcie.  Dalekie  odgłosy 
miasta cichły i słabły coraz bardziej. 

O drugiej wstał i poszedł w kierunku Blackfnars. Jaki widmowy miało wszystko wygląd! 

Zupełnie  jak  fantastyczny  jakiś  sen!  Domy  na  przeciwległym  brzegu  rzeki  zdawały  się 
wyrastać  z  mroków.  Srebrna  poświata  księŜyca  i  mroki  cieni  przeistoczyły,  zda  się,  cały 
ś

wiat. Wyniosła kopuła Św. Piotra wynurzała się jak kula z głębin mrocznego powietrza. 

Dochodząc do Igły Kleopatry dostrzegł postać męŜczyzny, przechylonego przez parapet, a 

gdy zbliŜył się, męŜczyzna podniósł ku niebu twarz, na którą padło światło gazowej lampy. 

Był  to  chiromanta,  pan  Podgers!  Niepodobna  byłoby  nie  poznać  jego  tłustej,  gąbczastej 

twarzy, okularów w złotej oprawie, wiecznego uśmiechu i zmysłowych warg. 

Lord Artur stanął. Świetna myśl przeszyła błyskawicą jego mózg. Przysunął się cichutko, 

chwycił  pana  Podgersa  za  nogi  i  rzucił  go  z  całych  sił  w  nurt  rzeki.  Jedno  dzikie  zaklęcie, 
jeden cięŜki plusk i znów zupełna cisza. Lord Artur spojrzał  trwoŜnie w głąb, ale nie dojrzał 
mc  prócz  wysokiego  kapelusza  wirującego  w  strumieniu  osrebrzonej  księŜycem  wody.  Po 
chwili i on zanurzył się i nie pozostał juŜ po panu Podgersie Ŝaden ślad. Przez chwilę wydało 
mu się, Ŝe dostrzega otyłą, niezdarną postać, usiłującą wydostać się na stopnie schodów przy 
moście, ale po chwili przekonał się, Ŝe był to jedynie refleks, który znikł, gdy księŜyc ukazał 
się spoza chmur. 

Wykonał  więc  nareszcie  wyrok  przeznaczenia.  Pierś  jego  wydęło  głębokie  westchnienie 

ulgi, a wargi wyszeptały imię Sybilli. 

— Czy panu wpadło coś do rzeki? — rozległ się za nim nagle jakiś głos. 
Obejrzał się i zobaczył policjanta, trzymającego ślepą latarkę. 

background image

— Nic waŜnego — odparł z uśmiechem i skinąwszy na przejeŜdŜającą doroŜkę, wskoczył 

do niej, krzyknąwszy woźnicy adres swojego domu. W ciągu następnych kilku dni Ŝył między 
nadzieją i lękiem. Były chwile, kiedy był niemal pewien, Ŝe pan Podgers wejdzie niebawem 
do jego pokoju, zaraz potem jednak czuł, Ŝe los nie moŜe być dla niego tak niesprawiedliwy. 
Dwa  razy  poszedł  do  mieszkania  pana  Podgersa,  nie  był  jednak  w  stanie  przemóc  się  i 
pociągnąć za dzwonek. Pragnął pewności i bał się jej. 

Przyszła  wreszcie.  Pił  herbatę  w  palarni  klubu,  słuchając  z  roztargnieniem  opowiadania 

Surbitona o najnowszej farsie, kiedy wszedł do pokoju słuŜący z gazetami. Wziął jedną z nich 
i zaczął niedbale przerzucać stronice, gdy nagle wzrok jego padł na duŜy nagłówek: 

 

SAMOBÓJSTWO CHIROMANTY 

 
Zbladł ze wzruszenia i zaczął czytać: 
 

Wczoraj o 7 godzinie z rana wypłynęło na brzeg w Greenwich, naprzeciwko hotelu 

Okrętowego,  ciało  znanego  chiromanty  pana  Podgersa.  Nikt  nie  wiedział,  gdzie  się 
podział ju
Ŝ od kilku dni, co wywołało wielkie zaniepokojenie w kołach chiromantów. 
Przypuszczalnie  popełnił  samobójstwo  pod  wpływem  chwilowego  rozstroju, 
spowodowanego przepracowaniem. Ustaliła to dzisiaj ostatecznie policja 
śledcza. Pan 
Podgers  uko
ńczył  był  właśnie  wyczerpujący  traktat  o  właściwościach  ręki  ludzkiej, 
który  wkrótce  ogłoszony  zostanie  drukiem  i  wywoła  niew
ątpliwie  powszechne 
zainteresowanie. Zmarły miał 65 lat i nie pozostawił, jak si
ę zdaje, Ŝadnych krewtych. 

 
Lord  Artur  wybiegł  z  klubu  z  gazetą  w  ręku,  ku  nieopisanemu  zdumieniu  odźwiernego, 

który nadaremnie usiłował zatrzymać go, i pojechał niezwłocznie na ulicę Park Lane. Sybilla 
zobaczyła go wyskakującego z powozu i od razu poczuła, Ŝe jest zwiastunem dobrych wieści. 
Zbiegła na dół na jego spotkanie i gdy tylko spojrzała na jego twarz, wiedziała, Ŝe wszystko 
dobrze się ułoŜyło. 

— Sybillo droga! — zawołał — pobierzemy się jutro. 
—  Szalony  chłopaku!  PrzecieŜ  torty  nie  są  jeszcze  obstalowane!  —  odparła  Sybilla, 

ś

miejąc się przez łzy. 

background image

VI 

 
Ś

lub  odbył  się  w  trzy  tygodnie  później  w  kościele  Św.  Piotra,  zatłoczonym  ciŜbą 

najelegantszego  świata.  NaboŜeństwo  odprawiał  z  wielką  pompą  dziekan  z  Chichesteru. 
Utrzymywano ogólnie, Ŝe trudno byłoby znaleźć piękniejszą parę młodych małŜonków. Byli 
oni  więcej  niŜ  piękni  —  byli  szczęśliwi.  Ani  na  jedną  chwilę  nie  Ŝałował  lord  Artur 
wszystkiego,  co  przecierpiał  dla  dobra  Sybilli,  ona  zaś  z  kolei  dała  mu  to,  co  kobieta  moŜe 
dać najlepszego męŜczyźnie — ubóstwianie, czułość i miłość. Urzeczywistnienie marzeń nie 
zabiło w nich romantyzmu uczuć. Czuli się wiecznie młodzi. 

W kilka lat później, kiedy narodziło im się juŜ dwoje pięknych dzieci, odwiedziła ich lady 

Windermere  w  wiejskiej  posiadłości,  miłym  staroświeckim  zakątku,  który  był  prezentem 
ś

lubnym  starego  księcia,  danym  najstarszemu  synowi.  Pewnego  popołudnia  siedziała  lady 

Windermere z Sybillą pod wielką lipą w ogrodzie, gdzie obie panie z lubością przypatrywały 
się  chłopcu  i  dziewczynce,  bawiącym  się,  niby  dwa  promyki  słońca,  wśród  róŜanych 
krzewów. 

—  Czy  jesteś  szczęśliwa,  Sybillo?  —  zapytała  nagle  lady  Windermere,  ujmując  młodą 

kobietę za rękę. 

— AleŜ, droga pani, naturalnie, Ŝe jestem szczęśliwa. A pani? 
—  Nie  mam  czasu  być  szczęśliwą,  Sybillo.  Zawsze  zachwycam  się  najświeŜszą  moją 

znajomością, ale zazwyczaj, gdy tylko poznaję ludzi bliŜej, mam ich dość. 

— Więc wybrańcy pani nie dają jej stałego zadowolenia? 
—  O,  nie.  Dobrzy  oni  są  tylko  na  jeden  sezon  co  najwyŜej.  Wraz  z  odpadnięciem  lwich 

grzyw  stają  się  najnudniejszymi  pod  słońcem  istotami.  Nie  Umieją  zresztą  ocenić  dobrego 
obchodzenia się z nimi i stają się nieznośni. Czy pamiętasz tego okropnego pana Podgersa? 
Wstrętny to był oszust. Mało mnie to zresztą obchodziło, wybaczałam mu nawet, Ŝe poŜyczał 
ode  mnie  pieniądze,  nie  mogłam  tylko  znieść  jego  zanudzania  mnie  swoją  miłością. 
Znienawidziłam  przez  niego  chiromancję.  Zajmuję  się  teraz  telepatią.  To  daleko 
zabawniejsze. 

—  Niech  pani  nie  mówi  nic złego  o  chiromancji,  droga  lady  Windermere.  Jest  to jedyny 

temat,  o  którym  Artur  nie  pozwala  mówić  w  sposób  Ŝartobliwy.  Bierze  on  go  zupełnie  na 
serio. 

— Nie znaczy to chyba, Ŝe wierzy w nią7 
— Niech go pani zapyta, idzie ku nam. — Lord Artur zbliŜył się właśnie z pękiem Ŝółtych 

róŜ w ręku i z dwojgiem dzieci, skaczących dokoła mego 

— Lordzie Arturze, czy to prawda, Ŝe wierzy pan w chiromancje? 
— Oczywiście, Ŝe wierzę — odparł zapytany z uśmiechem. 
— Ale dlaczego? 
— PoniewaŜ zawdzięczam jej szczęście całego mojego Ŝycia — odparł, siadając w fotelu 

na biegunach 

— Co teŜ pan moŜe jej zawdzięczać’ 
— Sybillę! — odparł podając Ŝonie róŜe i spoglądając w jej fiołkowe oczy. 
— Co za głupstwo! — zawołała lady Windermere — Nigdy w moim Ŝyciu nie słyszałam 

podobnego głupstwa 

background image

P

OSŁOWIE

 

 
Oscar  Fingal  O’Flahertie  Wills  Wilde  (16  X  1856  —  30  XI  1900)  pochodził  ze  starej 

arystokracji  irlandzkiej  Studiował  w  Dublinie,  a  potem  w  Oksfordzie.  Zgłębiał  z 
zamiłowaniem klasyczną literaturę grecką, związał się takŜe z nowymi prądami estetycznymi, 
które  zrzuciły  jarzmo  panujących  gustów,  manier  i  konwencji  w  sztuce.  W  dwudziestym 
pierwszym  roku  Ŝycia,  po  podróŜy  do  Włoch  i  Grecji  osiadł  w  Londynie  i  stał  się  wkrótce 
znany  w  kołach  towarzyskich  z ekscentrycznego stroju,  błyskotliwego  dowcipu  i  „szargania 
ś

więtości”.  W  1882  r.  podróŜował  po  kontynencie  amerykańskim  z  odczytami,  wszędzie 

witany  z  entuzjazmem.  Potem  —  podróŜ  do  ParyŜa  zapoczątkowała  serdeczną  więź  z  tym 
miastem  do  końca  dni  pisarza.  Poznał  tam  m.in.  Wiktora  Hugo,  Emila  Zole,  Mallarmégo, 
Paula  Verlaine’a,  Kamila  Pissarro  i  Edgara  Degasa.  Następnie  odwiedził  ponownie  Nowy 
Jork  i  odbył  objazd  z  odczytami  po  Anglii.  Szybko  stał  się  przedstawicielem  angielskiego 
modernizmu hołdującego estetyzmowi. W roku 1884 załoŜył rodzinę, miał dwóch synów. W 
latach  dziewięćdziesiątych  osiągnął  szczyt  sławy,  w  okresie  od  1890  do  1895  powstały 
bowiem jego najznakomitsze eseje i sztuki sceniczne (m.in. Wachlarz lady Windermere, Brat 
marnotrawny, Kobieta bez znaczenia, M
ąŜ idealny) 

Klęska  nastąpiła  w  1895  r.,  gdy  oskarŜony  o  nieobyczajny  związek  z  Alfredem  Bruce 

Douglasem  przegrał  proces  i  spędził  dwa  lata  w  więzieniu,  skazany  na  cięŜkie  roboty.  Po 
zwolnieniu  był  juŜ  człowiekiem  kompletnie  załamanym  moralnie  i  fizycznie,  zrujnowanym 
materialnie. Padł ofiarą tępej przemocy i kołtuństwa. Zmarł w osamotnieniu i nędzy w ParyŜu 
w ostatnim roku XIX w. 

„Oskar  Wilde  Ŝył  tak,  jak  gdyby  Ŝycie  było  jeszcze  jednym  utworem  do  napisania. 

Budował  je  jak  utwór,  poddawał  je  całe  tej  samej  idei,  która  przenikała  jego  eseje,  dialogi, 
bajki czy komedie Był równie dobrym mówcą, jak i pisarzem. Czarował świetnym dowcipem, 
paradoksem, drwiną, śmiałością zachowania się, gestem” (Juliusz śuławski). 

„Ludzie  nie  zdają  sobie  sprawy,  ile  prawdy,  mądrości  i  powagi  kryje  się  pod  tą  maską 

Ŝ

artownisia” (Andre Gide) 

 
Dwa  wybrane  przez  nas  opowiadania  pochodzą  z  tomu  wydanego  tuŜ  po  zbiorze 

czarujących,  poetyckich  bajek;  spokrewnione  są  z  literaturą  baśniową,  lecz  nie  naiwną. 
Wielkiemu gawędziarzowi przyszło chyba na myśl, Ŝe z piórem w ręce moŜna mówić tak, jak 
wieczorami przy winie i papierosach. Duch z Kenterwilu czy Sfinks bez zagadki były zresztą o 
wiele  wcześniej  znane  w  salonach  londyńskich,  zanim  pojawiły  się  w  popularnych 
magazynach.  Zbrodnia  Artura  Saville’a  zapowiada  przyszłe  dialogi  komediowe,  które 
sprawiały  tyle  radości  teatralnej  widowni  całego  świata  w  ciągu  niemal  stulecia.  „Lord 
Paradoks”  traktuje  półŜartobliwie  przygody  swoich  bohaterów,  nie  obawia  się  naruszenia 
prawdopodobieństwa  sytuacyjnego  czy  wiarygodności  fabuły,  śmiało  porusza  się  takŜe  po 
obszarze  fantastyki  (Duch  z  Kenterwilu).  A  jednak  nie  pozbawione  drwiny  portrety 
amerykańskich  „zdobywców”  Europy  chociaŜ  śmieszą,  to  takŜe  kojarzą  nam  się  i  dziś  z 
problemami wcale nie przebrzmiałymi. Mimo całej skłonności do zabawy w paradoksy Wilde 
pozostaje  moralistą,  tyle  Ŝe  nieco  przewrotnym.  Śledzi  łatwość,  z  jaką  najprzyzwoitszy  na 
pozór  Anglik  epoki  wiktoriańskiej  staje  się  przestępcą  i  popełnia  tylko  jedno  morderstwo 
dzięki  usłuŜnemu  losowi,  który  wyprzedził  go  w  wypełnieniu  innych,  na  zimno 
wykalkulowanych zbrodniczych planów. 

Nie  obawiajmy  się  jednak  sięgnąć  po  lekturę.  Wytrawny  artysta  głęboko  ukrywa  dość 

pesymistyczne spojrzenie na świat. Pogodne Ŝarty i nieco staromodny wdzięk, z jakim snuje 
opowiadanie,  łagodzą  odcień  smutku,  a  nawet  pewne  okrucieństwo,  jakiego  moŜe  doszukać 
się bardziej wnikliwy czytelnik tej prozy. Cieszy ona dziś takŜe młodszego miłośnika ksiąŜki, 

background image

oswojonego  z  fantastyką  i  mieszkańcami  zaświatów,  od  których  aŜ  się  roją  literatura, 
telewizja i film amerykański i zachodnioeuropejski. 

 

E.R.