background image

Anne–Lise Boge 

 

GRZECH PIERWORODNY XIV 

 

POWRÓT SYNA 

 
 Wydarzenia przedstawione w serii powieściowej „Grzech pierworodny" rozgrywają się w 

gospodarstwie należącym do rodziny mojej matki. Dwór, przyroda, postaci i tło kulturowe są 
autentyczne. Chciałabym jednak zaznaczy
ćże ani ludzie, ani cała historia opisana w serii nie 
maj
ą żadnego związku z rzeczywistością. To powstało w mojej wyobraźni. 

 
Dla Anne-Berit, mojej m
ądrej synowej z Surnadalen,  
z podzi
ękowaniami za wszelką praktyczną pomoc  
w pracy nad „Grzechem pierworodnym"  
Anne-Lise Boge 
 
DZIEJE BOHATERÓW PIERWSZEJ CZĘŚCI SAGI „GRZECH PIERWORODNY" 
  
W  pierwszej,  zło
żonej  z  trzynastu  tomów,  części  sagi  Anne-Lise  Boge  poznaliśmy  kilka 

pokoleń  rodziny  osiadłej  we  dworze  Stornes,  pięknym,  bogatym  gospodarstwie,  położonym 
nad fiordem w 
środkowej Norwegii. 

Główną postacią sagi jest Mali Stornes, z domu Buvik, którą czytelnik poznaje w 1910 roku 

jako dziewiętnastoletnią dziewczynę i towarzyszy jej losom w kolejnych tomach serii. Mali jest 
córk
ą komornika, pochodzi z najbiedniejszej warstwy społecznej na ówczesnej norweskiej wsi. 
Ojciec  licznej  rodziny  nie  był  w  stanie  spłaca
ć  wszystkich  zobowiązań  wobec  właściciela 
ziemi, popadł w długi i rodzinie groziła katastrofa. Mali, najstarsza z córek, została przyj
ęta 
na  słu
żbę  w  bogatym  dworze  Gjełstad  i  tam  spotkała  Johana  Stornesa,  jedynego  syna  i 
dziedzica wielkiego maj
ątku, starego kawalera, mężczyznę blisko czterdziestoletniego, który z 
jakich
ś  powodów  do  tej  pory  nie  znalazł  sobie  żony.  Johan  Stornes  zakochał  się  w  pięknej 
Mali od pierwszego wejrzenia, ale jego miło
ść była niczym opętanie, pożądał tej dziewczyny 
jak niczego na 
świecie, gotów był nawet walczyć z własną matką, która do tej pory rządziła 
nim  i  cał
ą  rodziną  żelazną  ręką,  i  której  Johan  po  prostu  się  bał.  Matkę  zdołał  przekonać
gorzej było z sam
ą Mali, która mówiła otwarcie, że nic do niego nie czuje i że Johan nie jest 
takim m
ężczyzną, o jakim ona marzy. 

Wkrótce Mali zdała sobie jednak sprawęże małżeństwo z Johanem mogłoby uratować jej 

rodzinę.  On  bowiem  gotów  był  pokryć  wszystkie  długi  rodziny  Buvików,  wykupić  dla  nich 
gospodarstwo,  czyli  da
ć  im  niezależność.  To  oznaczało  lepszą  przyszłość  dla  licznego 
rodze
ństwa  Mali,  spokój  jej  matki.  I  Mali  się  zgodziła...  Nie  mogła  tylko  przestać  myśleć  i 
mówi
ćże ona nie wyszła za mąż do Stornes, tylko została tam sprzedana. 

Została  sprzedana  czy  sprzedała  się  sama,  to  już  bez  znaczenia,  tak  czy  inaczej  Johan, 

który  przed  ślubem  zapewniał,  że  będzie  ją  kochał  i  nosił  na  rękach,  a  Mali  na  tych  jego 
zapewnieniach  budowała  kruch
ą  nadzieję,  że  może  im  się  jednak  jakoś  życie  ułoży, 
natychmiast  po  
ślubie  poczuł  się  w  prawach  właściciela,  a  młodą  żonę  potraktował  jak 
przedmiot, narz
ędzie zaspokajania własnej żądzy, i w noc poślubną brutalnie ją zgwałcił Mali 
musiała tak
że walczyć z surową teściową, która nie tak wyobrażała sobie żonę jedynego syna, 
a na mał
żeństwo zgodziła się tylko dlatego, iż Johan zapowiedział, że innej nie weźmie, co z 

background image

kolei  oznaczało  brak  dziedzica  dla  wielkiego  majątku.  Nędzarka  Mali  musiała  wię
odpokutowa
ć  za  to,  że  ów  jedyny  syn  zapłonął  do  niej  taką  namiętnością.  Pociechą  dla 
nieszcz
ęsnej dziewczyny jest przyjaźń z babką Johana, bardzo mądrą staruszką, która wiele w 
ż

yciu doświadczyła, no i jej własne marzenia, że może z czasem los okaże się łaskawszy. 

Jednym  z  ostatnich  wydarzeń  przed  ślubem  Mali,  kiedy  jeszcze  była  służącą  u  dawnych 

chlebodawców,  było  pojawienie  się  w  okolicy  cygańskiego  taboru,  prowadzonego  przez 
niezwykle urodziwego młodzie
ńca Jo. Ów Cygan Jo i Mali rozmawiali ze sobą kilkakrotnie, w 
niej  jego  obecno
ść  budziła  gwałtowne  uczucia.  Zresztą  w  nim  również  W  rok  później,  po 
bardzo bolesnych prze
życiach w roli mężatki, bita i poniewierana przez męża, źle traktowana 
przez te
ściową, przekonana, że nigdy w życiu nie zazna już szczęścia, Mali ponownie spotyka 
Jo.  W  dodatku  tym  razem  Cygan  zostaje  zatrudniony  w  Stornes  jako  robotnik  sezonowy  na 
cale lato. Mali kompletnie traci spokój. 

Ona  też  nie  jest  mu  obojętna,  nie  trzeba  długo  czekać,  a  spragniona  miłości  dziewczyna 

przestaje  nad  sobą  panować.  Uczucie  trwa  kilka  tygodni,  jest  gwałtowne  i  wspaniałe,  Mali 
oddaje si
ę ukochanemu mężczyźnie bez reszty, kiedy jednak Jo musi wyjechać i prosi Mali, by 
rzuciła wszystko i poszła z nim, ona odmawia. Je
śli opuści Stornes, jej rodzina z pewnością 
znowu znajdzie si
ę w nędzy, Mali nie może na to pozwolić, poświęca się po raz drugi. 

W jakiś czas po wyjeździe Cyganów okazuje sięże Mali będzie miała dziecko. Z Johanem 

dotychczas w ciążę nie zachodziła, jest przekonana, że z jego winy, a zatem urodzi dziecko Jo! 
Ogarnia j
ą wielka radość, ale z drugiej strony przerażenie, co będzie, jeśli prawda wyjdzie na 
jaw? 

Sam  Johan  i  jego  rodzice  są  uszczęśliwieni  -  nareszcie  urodzi  się  dziedzic  dworu!  Tylko 

babka  Johana  wie,  jak  jest  naprawdę,  ona  od  początku  znała  tajemnicę  Mali,  na  szczęście 
m
ądra staruszka jest po stronie dziewczyny i przekonuje jąże wszystko będzie dobrze. 

Na świat przychodzi chłopiec, Sivert. Jest niczym skórka zdjęta z ojca, ale jakoś nikt ani w 

rodzinie, ani we wsi za  bardzo nie domyśla się,  co się stało. Przynajmniej na razie nikt nie 
mówi, 
że to cygański bękart. 

Ż

ycie  Mali  nareszcie  zyskuje  sens,  będzie  ona  teraz  za  wszelką  cenę  dążyć  do  tego,  by 

owoc  jej  jedynej  miłości,  ukochany  syn,  został  dziedzicem  Stornes.  Samotnie  dźwiga  swoją 
tajemnic
ę,  ów  grzech  pierworodny,  którym  się  okryła,  zdradzając  męża,  grzech,  z  którego 
konsekwencjami  b
ędzie  się  zmagać  do  końca  swoich  dni,  ale  wie,  że  robi  to  wszystko  dla 
Siverta. Johan jest nieprzytomnie zakochany w chłopcu i niczego złego nie podejrzewa. Ona 
my
śli tylko o Jo, wciąż bardzo za nim tęskni i po kilku latach on znowu się pojawia. Mali jest 
akurat z dzieckiem na górskim pastwisku, tam przychodzi do nich Jo, który o istnieniu syna 
nie  mial  poj
ęcia.  Po  raz  drugi  prosi  Mali,  by  z  nim  odeszła,  ale  ona  ponownie  odmawia  - 
Sivert jest przecie
ż dziedzicem Stornes! Na pastwisku zjawia się też Johan i nagle, kiedy widzi 
Małego  Siverta  obok  Jo,  dociera  do  niego  prawda.  W  strasznym  gniewie  spycha  rywala  w 
przepa
ść.  Jo  ginie,  Mali  z  Sivertem  wracają  do  domu.  Johan  nie  pozwoli  im  odejść,  ale 
odpycha  od  siebie  uwielbianego  dotychczas  syna,  a  
życie  Mali  zamienia  w  jeszcze  większe 
piekło.  On  sam  płaci  za  to  chyba  najwi
ększą  cenę,  świadomość,  że  utracił  wszystko,  że  z 
człowieka  bogatego,  który  miał  pi
ękną  żonę  i  wspaniałego  syna,  stał  się  zwyczajnym 
rogaczem, a 
żona wolała Cygana, podkopuje jego zdrowie i po jakimś czasie Johan umiera na 
zawał.  Wkrótce  si
ę  jednak  okaże,  że  Mali  ponownie  jest  w  ciąży,  tym  razem  nie  ma 
w
ątpliwości, że nosi dziecko Johana! Po kilku miesiącach na świat przychodzi chłopiec Ola 
Johan Stornes, którego w rodzinie b
ędzie się nazywać Oja. 

Mali  wciąż  tęskni  za  zmarłym  kochankiem,  ale  teraz  przynajmniej  już  na  nic  nie  czeka, 

uważa, że wszystko, co w życiu najważniejsze, ma za sobą. Jest jednak w gospodarstwie sama, 
tylko ona i słu
żba, bo wcześniej teść, stary Sivert Stornes, zginął w wypadku, teściowa Beret 
ju
ż się nie miesza do prowadzenia dworu, Mali potrzebuje więc zarządcy i kogoś, kto by jej 
doradzał. I wtedy pojawia si
ę Haward Gjelstad. Znają się z czasów, kiedy Mali była służącą u 

background image

jego  rodziców,  Havard  zawsze  okazywał  jej  specjalne  zainteresowanie,  a  nawet  więcej,  nie 
ukrywał, 
że gdyby tylko zechciała, on zrobiłby dla niej wszystko. Młodzi nie potrzebują wiele 
czasu. Wkrótce po urodzeniu synka Mali wychodzi za m
ąż za Havarda, on przyjmuje nazwisko 
Stornes. 

I w końcu można by powiedziećżyli długo i szczęśliwie. Ale los nie jest dla Mali aż taki 

łaskawy.  Owszem,  znalazła  nareszcie  życiową  przystań  u  boku  ukochanego  i  kochającego 
m
ężczyzny,  jest  zamożna,  cieszy  się  coraz  większym  szacunkiem  sąsiadów,  ale  przecież 
popełniła grzech, grzech pierworodny, jak sama o tym my
śli, i musi za niego pokutować

Nieustannie trawi ją lęk, że sprawa pochodzenia Siverta wyjdzie na jaw, i wie, że ludzie by 

jej  tego  nie  wybaczyli.  A  co  by  powiedział  mąż?  Mali  obawia  się,  że  musiałaby  wraz  z 
dzieckiem opu
ścić dwór. Sam Sivert też dostarcza matce powodów do zmartwienia. Chłopiec 
ro
śnie, ale jakoś nie widaćżeby się szykował do roli gospodarza. Któregoś roku do dworu 
znowu  przyje
żdżają  Cyganie  z  tego  samego  rodu,  z  którego  pochodził  Jo,  i  stary  skrzypek 
stwierdza,  
że  Sivert  jest  niezwykle  uzdolniony  muzycznie.  Doradza  Mali,  by  kupiła  synowi 
skrzypce.  Te  skrzypce  stan
ą  się  przyczyną  jej  wieloletniej  udręki.  Bo  Sivert  odkrywa,  że  tak 
naprawd
ę pociąga go wyłącznie muzyka i jej chce się poświęcić, a nie prowadzeniu dworu, 
cho
ćby i najbogatszego. 

Mali  i  Havard  mają  córeczkę,  Ruth,  wszystkie  dzieci  chowają  się  zdrowo,  tylko  z  Oją  są 

kłopoty.  Mali  jakoś  nie  ma  serca  do  tego  syna,  zbyt  jej  przypomina  Johana  i  straszne  lata, 
które prze
żyła z pierwszym mężem. Malec wyczuwa matczyny chłód, robi się krnąbrny, uparty 
i  zło
śliwy,  przez  co  staje  się  jeszcze  bardziej  podobny  do  ojca.  Tylko  że  to  on  wykazuje 
ogromne zainteresowanie gospodarstwem, Mali sama musi przyzna
ćże z niego to by dopiero 
był wspaniały dziedzic! 

Tymczasem  kolejnego  lata  znowu  przyjeżdżają  Cyganie.  Ten  sam,  od  dawna  znajomy 

tabor. Mali przeżywa szok, bo nieoczekiwanie staje przed nią mężczyzna dokładnie taki sam 
jak Jo. Gdyby nie wiedziała, 
że Jo nie żyje, byłaby pewna, że to on! Ale to młodszy brat Jo, 
Torgrim. O
żywają pogrzebane wspomnienia, wraca tęsknota za pierwszą miłością. Choć Mali 
od dawna była pewna, 
że wszystko, czego pragnęła jako kobieta, daje jej Hdrard, nie jest w 
stanie si
ę powstrzymać, marzy, by jeszcze raz przeżyć tamte uniesienia, jeszcze raz znaleźć się 
w ramionach Jo. Jest jak op
ętana, tropi i śledzi młodego mężczyznę, który nie bardzo wie, co 
to oznacza. W ko
ńcu dochodzi do spotkania, ale będzie ono rozczarowaniem. Torgrim uważa, 
ż

e Mali mu się oddaje, bo nie znalazła spełnienia w małżeństwie, on sam nie ma w sobie nic z 

Jo, nie ma w nim miłości ani czułości tamtego, Mali musi przyznaćże popełniła błąd. Drugi 
raz popełniła bł
ąd i teraz będzie już tylko pragnąćżeby wymazać go z pamięci. Zapomnieć 
jednak nie jest łatwo, bo w jaki
ś czas później Mali stwierdza, że znowu jest w ciąży, i nie wie, 
czy  to  dziecko  Havrda,  czy  mo
że  Torgrima.  Jest  w  rozpaczy.  Gdyby  urodziła  drugie 
czarnowłose, podobne do Jo i do Siverta male
ństwo, ludzie z pewnością domyślą się prawdy... 
Mali  nie  znajduje  innego  wyj
ścia,  postanawia  pozbyć  się  płodu.  Przygotowuje  bardzo  silny 
wywar  ziołowy,  stosowany  w  takich  sytuacjach  przez  wiejskie  akuszerki,  i  pije  go 
systematycznie.  Po  paru  tygodniach  przychodzi  krwotok,  Mali  jest  pewna,  
że  poroniła, 
wyznaje Havardowi, 
że była w ciąży, ale straciła dziecko, czym on strasznie się martwi, ale 
te
ż stara się pocieszać żonę

Tymczasem krwotok był fałszywym alarmem, wkrótce wychodzi na jaw, że ciąża nadal się 

rozwija, i teraz nic już nie można na to poradzić. Rodzi się synek, dziecko Havarda, ma jego 
włosy,  jego  niebieskie  oczy,  ale  jest  słabiutki,  niezdolny  do  
życia  i  wkrótce  umiera.  Skutki 
pierworodnego  grzechu  Mali  zatoczyły  kołejny  kr
ąg,  teraz  będzie  musiała  żyć  również  ze 
ś

wiadomością,  że  zabiła  Havardowego  syna.  To  kolejne  brzemię,  które  musi  dźwigać  sama 

tak  jak  poprzednie,  nikt  jej  w  tym  nie  pomoże,  przede  wszystkim  dlatego,  że  nikt  nie  moż
pozna
ć  prawdy.  Mali  bardzo  by  chciała  jednak  dać  Havardowi  syna,  po  śmierci  Małego 
Havarda stara si
ę znowu zajść w ciążę i w końcu jej się udaje, dziecko przychodzi na świat 

background image

zdrowe,  ale  widocznie  Bóg  jej  nie  przebaczył  tego,  co  zrobiła,  bo  to  nie  jest  syn.  Córeczka 
Dorbet b
ędzie wielką miłością Havarda, ale syna Mali ukochanemu mężowi dać nie może. 

Mija  kilka  spokojniejszych  lat,  Mali  bardzo  intensywnie  rozwija  talent,  który  posiada  i 

który  od  dawna  byt  dla  niej  źródłem  radości.  Gospodyni  Stornes  jest  mianowicie  bardzo 
uzdolnion
ą tkaczką, tka z wełny makaty, kilimy i narzuty. Z upływem lat staje się prawdziwą 
artystk
ą,  co  zresztą  zostaje  zauważone  nie  tylko  przez  najbliższe  otoczenie.  Ludzie  bardzo 
chc
ą kupować jej piękne wyroby. Talent artystyczny zaczyna też przeważać w poczynaniach 
Siverta,  chłopak  wyje
żdża  z  domu,  żeby  uczyć  się  muzyki,  i  odnosi  sukcesy.  Mali  jest  coraz 
bardziej zaniepokojona, 
że najstarszy syn nie zechce przejąć dziedzictwa, o które tak walczyła 
z losem wła
śnie dla niego. 

Najgorsze jednak ma ją dopiero spotkać. Otóż pewnego dnia dorosły już Sivert przyjeżdż

do  Stornes  w  towarzystwie  bardzo  pięknej  czarnowłosej  dziewczyny  imieniem  Tordhild  i 
oznajmia, 
że to jego ukochana. Mają zamiar się pobrać, i to jak najszybciej, bo Tordhild jest 
w  ci
ąży.  Mali  z  przerażeniem  patrzy  na  dziewczynę.  To  Cyganka,  co  do  tego  nie  może  być 
w
ątpliwości, poza tym tak zdumiewająco podobna do Jo, że Mali ogarnia przerażenie. Jak się 
okazuje, uzasadnione - Tordhild jest córk
ą Jo! Mali nie wiedziała o nim wszystkiego. Wtedy, 
tamtego lata, kiedy poł
ączyło ich uczucie, on mialjuż żonę i córkę. Pewnie chciał je opuścić
skoro proponował Mali, 
żeby z nim pojechała, ałe to nie zmienia faktu, że ją oszukał, zataił 
prawd
ę

Co zrobić teraz, skoro Sivert i Tordhild są przyrodnim rodzeństwem? I ona jest w ciąży... 

Przecież  to  straszny  grzech,  ale  też  przestępstwo  wobec  prawa.  Mali  nie  może  postąpić 
inaczej, musi obojgu młodym powiedzie
ć, kim są. Szok przeżywają oboje, ale większy jednak 
Sivert, bo okazuje si
ęże do tej pory niewiele wiedział o sobie samym, żył w przekonaniu, ż
jego ojcem był Johan Stornes, który najpierw bardzo go kochał, a potem od siebie odepchn
ął. 
Sivert nie mo
że tego matce wybaczyć, ciska jej w twarz, że jej nienawidzi i nie chce jej znać
po  czym  oboje  z  Tordhild  w  najwi
ększym  pośpiechu  wyjeżdżają.  Mali  musi  wyznać  prawdę 
Havardowi. 

Dla niego jest to też straszny wstrząs. Wzburzony wybiega z domu. Spotyka Laurę, młodą 

kobietę  z  sąsiedztwa.  Od  najmłodszych  lat  Havard  bardzo  jej  się  podobał,  posyłała  mu 
powłóczyste spojrzenia, on jednak nie widział nikogo poza Mali. W tym stanie ducha, w jakim 
znajduje si
ę teraz, Havard jest wobec Laury bezbronny i spędza z nią noc. 

Wkrótce wraca do Mali, jest pewien, że ta sprawa z Laurą to nic takiego, jest mu wstyd, 

ale  znajduje  dla  siebie  rozmaite  usprawiedliwienia.  I  tak  będzie,  dopóki  się  nie  okaże,  ż
Laura  jest  w  ci
ąży.  Wprawdzie  niedawno  owdowiała,  więc  wszyscy  sądzą,  że  to  dziecko 
zmarłego m
ęża, ona jednak wie, że ojcem jest Havard, i nie zamierza tego przed nim ukrywać
Ma  te
ż  wobec  niego  sprecyzowane  plany.  Małżeństwo  Mali  wkracza  w  bardzo  poważny 
kryzys.  Ona  wie,  
że  musi  Havardowi  wybaczyć,  skoro  on  jej  wybaczył  grzechy,  które  mu 
wyznała.  Wci
ąż  jednak  żyje  w  lęku,  że  zatajona  mroczna  historia  Torgrima  i  malutkiego 
Havarda, który 
żył ledwie kilka tygodni, wyjdą na jaw, a wtedy na pewno utraci męża. Bo są 
granice  tego,  co  człowiek  mo
że  wybaczyć,  nawet  jeśli  tym  człowiekiem  jest  Havard  i  w 
dodatku jest tak zakochany jak on w Mali. 

Wybacza  Havardowi  zdradę,  choć  nigdy  nie  pozbędzie  się  strachu,  że  miłość  do  tego 

nieślubnego synka może zwyciężyć i Havard porzuci ją i dzieci po to, by żyć dalej z Laurą i 
synem. Havard zapewnia, 
że nigdy do tego nie dojdzie, ale cóż człowiek wie o uczuciach? Tak 
wi
ęc  Mali  żyje  na  pozór  szczęśliwie  i  dostatnio,  nieustannie  jednak  uczucie  szczęścia 
przeplata si
ę z lękiem, że prawda o jej zatajonych przed światem grzechach wyjdzie na jaw. 

Z ulgą przyjmuje do wiadomości, że Sivert po kilku latach już nie żywi do niej nienawiści, 

ale umiera ze strachu na myśl o tym, że jej syn, który tymczasem zdobył światową sławę jako 
znakomity  skrzypek,  b
ędzie  kiedyś  musiał  ponieść  konsekwencje  tego,  że  ożenił  się  ze  swoją 
przyrodni
ą  siostrą  i  w  dodatku  ma  z  nią  dziecko.  Dla  niego  jednak  miłość  była  wartością 

background image

największą. Miłość do Tordhild oraz do muzyki, dla nich zrzekł się - na rzecz młodszego brata 
- prawa dziedziczenia dworu. Mo
że z czasem zdoła też pojednać się z matką

  
ROZDZIAŁ 1. 
  
Trwało wigilijne przedpołudnie. 
Dzień  był  cichy  i  zimny.  Zmrożona  mgła  snuła  się  nad  ciemnym  fiordem,  a  na 

najwyższych  szczytach  słońce  mieniło  się  w  oślepiająco  białym  śniegu.  Blask  słońca  nie 
spływał jednak na dół, do Stornes. Będą musiały minąć jeszcze cztery tygodnie, zanim tutaj 
dotrze. 

Dom  pachniał  świętami,  jak  zwykła  mawiać  Dorbet,  kiedy  była  małą  dziewczynką.  Ją 

zawsze w tym dniu przejmowały właśnie zapachy. Widocznie wzmagały jej oczekiwanie na 
to wszystko, co miało się zdarzyć wieczorem. Była wśród moich dzieci tą, która najbardziej 
oczekiwała gwiazdkowego wieczoru, pomyślała Mali. Może dlatego, że to ona z całej rodziny 
miała największą zdolność odczuwania radości. Niezależnie czego to dotyczyło. 

I oto znowu świąteczne zapachy powróciły, zapach świeżo wymytego domu, pomarańczy i 

daktyli oraz wigilijnej kaszy, którą poda się do stołu, kiedy Sivert i Tordhild przyjadą, a także 
woń żeberek, które zaczynały się już rumienić w piekarniku. 

Mali  zastanawiała  się  przez  chwilę,  czyby  nie  zmienić  zwyczajów  i  nie  ubrać  już  przed 

południem  dużego  drzewka,  które  stało  pokryte  szronem,  oparte  o  ścianę  pralni.  Tak,  żeby 
choinka  była  gotowa  w  izbie,  kiedy  zjawią  się  goście.  Mieliby  na  co  popatrzeć!  Szybko 
jednak zdała sobie sprawę, że dla syna Siverta będzie wielkim przeżyciem uczestniczenie w 
ubieraniu  choinki.  Jeśli  oczywiście  przyjedzie,  pomyślała  nie  wiadomo  który  raz  i  znowu 
poczuła  skurcz  żołądka.  Zrobi  się  więc  tak  jak  zawsze,  wniesie  choinkę  i  zostawi  w  sieni, 
ż

eby szron się roztopił, zanim drzewko stanie w izbie. 

Wciąż miała jakieś sprawy przy oknie wychodzącym na drogę. Stawała tam przez chwilę i 

wypatrywała, czy nie dostrzeże w oddali chmury śnieżnego pyłu wznieconej przez sanie. Na 
razie jednak niczego nie widziała. 

-  To  kiedy  oni  mają  przyjechać?  -  spytała  Dorbet,  pomagając  Ingeborg  w  nakrywaniu 

stołu. 

-  Przed  południem  -  zapewniła  Mali  i  pośpiesznie  wróciła  do  piekarnika,  by  znowu 

spojrzeć na żeberka. - Wcześniej czy później, ale przed południem. 

-  O tej porze roku nigdy nie wiadomo, co z podwodą - wtrącił Oja. 
Wpadł  do  domu,  żeby  coś  zabrać,  i  teraz  ostra  woń  stajni  mieszała  się  ze  świątecznymi 

zapachami. 

-  Nie moglibyśmy zjeść, zanim oni się zjawią? - zapytał, spoglądając na Ane, która stała 

nad wielkim garnkiem i mieszała kaszę. 

-  Zabieraj  się  do  stajni  i  dokończ  mycie  koni  -  odparła  Mali  krótko.  -  Zanim  skończysz, 

goście  z  pewnością  będą  na  miejscu.  Pogoda  dzisiaj  ładna,  drogi  też  przejezdne  -  dodała.  - 
Kaszę podamy o zwykłej porze. 

Oja  posłał  jej  mroczne  spojrzenie.  W  ostatnim  czasie  zrobił  się  miły  i  sympatyczny. 

Zwłaszcza  po  tym,  jak  Mali  zaprosiła  Ruth  Linę  do  Stornes  i  przyjęcie  udało  się 
nadzwyczajnie. Ale jedno nie uległo zmianie, uświadomiła sobie Mali. Kiedy tylko rozmowa 
schodziła na Siverta, Oja spoglądał na nią znowu tym swoim mrocznym wzrokiem. Jakby się 
czegoś bał. Jakby się bał lub nie był pewien, a może i jedno, i drugie. 

-  Oni  chyba  też  zjedzą  z  nami  kaszę,  Ruth  i  ten  jej  Samuel,  prawda?  -  spytała  Dorbet, 

licząc, ile talerzy trzeba postawić na stole. 

-  Oczywiście, że zjedzą  - przytaknęła Mali. - Ślub dopiero trzeciego dnia świąt. Pewnie, 

ż

e będą jadać z nami. Przecież nie prowadzą jeszcze własnego gospodarstwa - dodała. 

background image

-  Jeśli o tych dwoje chodzi, to nigdy nic nie wiadomo - prychnęła Dorbet. - Samuel potrafi 

wymyślać najdziwniejsze rzeczy. Czy ty wiesz, że on każdego popołudnia odprawia dla Ruth 
nabożeństwo?  Ona  siedzi  na  kanapie  w  domu  dziadków,  wyprostowana  niczym  świeca,  z 
Biblią  w  rękach,  i  nie  podnosi  wzroku.  Któregoś  dnia  weszłam  tam  niespodziewanie  i 
zobaczyłam... Przewracała oczami, spoglądając na matkę. 

-  Czy ty uważasz, że Ruth wygląda tak, jak przystało na szczęśliwą narzeczoną? - spytała 

nieoczekiwanie. 

Mali  nie  od  razu  odpowiedziała.  Myśl  o  przyszłym  małżeństwie  Ruth  z  Samuelem  nie 

przestawała jej dręczyć. Odkąd misjonarz przyjechał, wielokrotnie słyszała dziwne dźwięki z 
jego  sypialni,  choć  wiedziała,  że  Ruth  nadal  sypia  u  siebie.  Tylko  że  on  przetrzymuje  ją  w 
domu dziadków do późnej nocy, Mali była tego pewna. I wciąż się zastanawiała, co się tam 
właściwie dzieje. 

  
Mali  rozpaczliwie  czekała,  by  Sivert  porozmawiał  z  Ruth.  Miała  szczerą  nadzieję,  że 

dotrze  jakoś  do  siostry.  Nie  zostało  już  zbyt  wiele  czasu.  Ale  jeśli  Sivert  zdoła  przekonać 
Ruth,  że  popełniła  błąd,  i  ślub  zostanie  odwołany,  to  naturalnie  we  wsi  wybuchnie  skandal. 
Tylko  że  tego  Mali  się  już  nie  bała.  Takie  przeciwności  gotowa  jest  przyjąć  z  podniesioną 
głową. Będzie walczyć o Ruth niczym lwica, wiedziała ponadto, że wszyscy we dworze będą 
ją wspierać. Najważniejsze jest nie to, żeby wydać Ruth za mąż, ale żeby była szczęśliwa. A 
Mali coraz mniej wierzyła, że Samuel jest tym mężczyzną, z którym córka spędzi szczęśliwe 
ż

ycie. 

-  Mamo, pytałam cię o coś - powtórzyła Dorbet. - Ja myślę, że Ruth... 
W  tej  samej  chwili  rozległo  się  pukanie  do  drzwi.  Mali  drgnęła.  Przecież  nie  mogła 

przeoczyć przyjazdu gości! Powinna stać na ganku i witać ich oraz... 

Drzwi się otworzyły i w progu pokazał się Ola Granvold. Mali stała przy piecu i patrzyła 

na  niego  zakłopotana.  Był  ostatnim  człowiekiem,  którego  spodziewałaby  się  zobaczyć  tego 
przedpołudnia. Przesunęła wzrok z Oli na Dorbet, która znieruchomiała przy stole z talerzem 
w ręce. Córka zrobiła się płomiennie czerwona. 

-  A  cóż  to  się  stało?  Czy  to  naprawdę  ty  odwiedzasz  nas  w  wigilijne  przedpołudnie?  - 

wykrztusiła w końcu Mali, wyciągając rękę do gościa. 

-  Przepraszam,  jeśli  przychodzę  nie  w  porę  -  tłumaczył  się  Ola,  który  wciąż  tkwił  przy 

drzwiach z czapką w ręce. On też był czerwony jak burak, ale on to chyba od mrozu. Zresztą 
może  też  trochę  ze  skrępowania,  pomyślała  Mali.  Po  raz  pierwszy,  odkąd  on  i  Dorbet  są 
razem, przyszedł do Stornes bez zaproszenia. 

-  Chodź, mój drogi - zapraszała Mali. - Usiądź na chwilę. Nie stój tak przy tych drzwiach. 

Czy stało się coś wyjątkowego? - zapytała raz jeszcze, przyglądając mu się badawczo. 

-  Tak, to znaczy nie... chciałem powiedzieć... - jąkał się niczym uczniak. - Tylko bardzo 

chciałem porozmawiać z Dorbet - wyznał w końcu pośpiesznie. - I mam coś... 

Dopiero teraz Mali zauważyła, że gość wciąż stoi z jedną ręką ukrytą za plecami. Musiała 

się uśmiechnąć. Ten chłopak przyszedł tutaj z gwiazdkowym prezentem! 

Dorbet odstawiła talerz i podeszła do Oli z promiennym wzrokiem. Mali widziała oddanie 

w  oczach  chłopaka,  kiedy  patrzył  na  Dorbet.  Gdyby  mógł  ją  zjeść,  to  właśnie  teraz  by  to 
zrobił, pomyślała. 

-  Czy mogę zabrać Olę i pójść na... 
Dorbet umilkła i spojrzała pośpiesznie na matkę. Najwyraźniej zdała sobie sprawę, że nie 

wypada prosić, by mogła zabrać gościa do swojej sypialni. Jeśli o to chodzi, Mali nie jest taka 
liberalna jak Marit, akurat tego nikt Dorbet tłumaczyć nie musiał. 

-  Czy możemy na chwilę wyjść do sieni? - zapytała wobec tego. 
-  Oczywiście, jeśli macie sobie do powiedzenia coś, czego nie możecie powiedzieć tutaj w 

izbie, to naturalnie idźcie - odparła Mali. - Uprzedzam tylko, że tam jest strasznie zimno. 

background image

Ale jestem pewna, że ci dwoje potrafią się rozgrzać, pomyślała przy tym. 
-  Dziękuję, no i życzę wesołych świąt wam wszystkim tutaj w Stornes - wybąkał Ola. - I 

mam przekazać pozdrowienia od całej naszej rodziny. 

-  Dziękuję,  i  ty  przekaż  nasze  pozdrowienia  -  uśmiechnęła  się  Mali.  -  My  wam  też 

ż

yczymy wesołych świąt. 

Potem drzwi za dwojgiem młodych zamknęły się cicho. 
Kiedy tylko znaleźli się sami w sieni, Ola objął Dorbet i mocno do siebie przytulił. 
-  Nie widziałem cię już dwa dni - szeptał jej do ucha. - O mało nie zwariowałem. 
-  Ale  idą  święta,  Ola.  Ja  musiałam  siedzieć  w  domu  i  pomagać.  Wiesz  przecież,  że 

oczekujemy gości i jeszcze wesele szykujemy. Jest tyle do zrobienia, mama zbiłaby mnie na 
kwaśne jabłko, gdybym teraz wyszła chociaż na chwilę. 

-  Mam coś dla ciebie - oznajmił Ola, pokazując paczkę, którą wciąż chował za plecami. - 

To prezent gwiazdkowy. 

Było  to  czworokątne,  płaskie  pudełeczko  starannie  zapakowane  w  ciemnoniebieski 

ś

wiąteczny papier i przewiązane złotym sznureczkiem. Dorbet natychmiast się domyśliła, że 

to  nie  zostało  kupione  w  wiejskim  sklepie.  To  prezent  przywieziony  z  miasta,  widziała  to 
wyraźnie. Uśmiechnęła się promiennie i wzięła pudełeczko. Potrząsnęła nim ostrożnie. 

-  Co to jest? - spytała, patrząc Oli w oczy. 
-  Dowiesz się dziś wieczorem, kiedy otworzysz - wyjaśnił Ola i znowu przyciągnął ją do 

siebie. 

Odnalazł wargami jej usta i mocno pocałował. Dorbet poczuła mrowienie w dole brzucha. 
-  Ja też mam coś dla ciebie - wyszeptała dziewczyna. - Ale ja to mam w sypialni. 
Ola pośpiesznym spojrzeniem ogarnął drzwi do izby. 
-  Chodź - wyszeptała Dorbet, pociągając go za sobą. 
-  Ale twoja mama... 
-  Chyba  wolno  nam  pójść  po  prezent,  który  przygotowałam  dla  ciebie  -  upierała  się 

Dorbet.  -  Poza  tym  mama  jest  tak  zajęta  przyjazdem  Siverta  i  Tordhild,  że  zaraz  o  nas 
zapomni. Przynajmniej na chwilę. No chodź już! 

Ola  nie  dawał  się  dwa  razy  prosić.  Zrzucił  z  nóg  buty  i  na  palcach  szedł  za  Dorbet 

schodami na górę. 

  
Nigdy przedtem nie był w sypialni. Zatrzymał się tuż przy drzwiach i patrzył na przytulny 

pokoik,  chociaż  ten  nie  bardzo  się  różnił  się  od  innych  tego  rodzaju  pomieszczeń.  Wzrok 
chłopaka  padł  na  łóżko  pod  ścianą  i  Ola  wciągnął  głęboko  powietrze.  Dorbet  podeszła  do 
łóżka,  pochyliła  się  i  wysunęła  spod  niego  duży  pakunek,  który  tam  leżał.  Kiedy  się 
wyprostowała, wpadła prosto w objęcia Oli. 

-  Ola, no coś ty... nie chcesz wziąć swojego prezentu, co ty myślisz... 
Ola zarumienił się i przyjął paczkę. Przez chwilę badał ją palcami i spoglądał na Dorbet. 
-  Co to jest? - spytał. Dorbet roześmiała się cicho. 
-  Dowiesz się dziś wieczorem - drażniła się z nim. - Ty mi odpowiedziałeś tak samo. 
Ola  skinął  głową  i  odłożył  prezent  na  nocny  stolik.  Potem  znowu  zwrócił  się  ku  niej. 

Wzrok mu płonął. Dorbet uśmiechnęła się i zarzuciła mu ręce na szyję. 

-  Och, jak ja za tobą tęskniłam, ja też - szeptała. 
I  nagle  ogarnęło  ją  pożądanie.  Ola  pachniał  dobrym  mydłem  i  świeżym  powietrzem. 

Oczywiście,  że  za  nim  tęskniła!  Kiedy  popchnął  ją  lekko  i  położył  na  łóżku,  roześmiała  się 
cicho.  W  niepamięć  poszedł  lęk  przed  zajściem  w  ciążę.  W  niepamięć  poszła  matka.  Oboje 
oddychali coraz szybciej. 

-  Weź mnie - wyszeptała Dorbet podniecona. 
-  Ale twoja mama... 

background image

-  Weź mnie szybko - wykrztusiła Dorbet ochryple. - Nie musimy się rozbierać tak jak  u 

ciebie. Ale możemy... 

Ola rozumiał, co mogą. Gwałtownymi ruchami zdjął jej majtki, a spódnicę podciągnął aż 

do pasa. Potem pośpiesznie rozpiął spodnie i opuścił je na tyle tylko, by mógł zrobić to, co 
zamierzał. Dorbet pojękiwała z rozkoszy. Nigdy przedtem tak tego nie robili. Pośpiesznie, w 
ubraniu, i z matką nasłuchującą w kuchni. Dorbet czuła, że serce bije jej mocno z podniecenia 
i trochę ze strachu. 

Nie  mówili  do  siebie  nic.  Nie  było  żadnych  pieszczot.  Ledwie  dwa  czy  trzy  pocałunki, 

zanim  Ola  się  w  nią  wdarł.  Szorstki  samodział  jego  spodni  drapał  skórę  na  udach  Dorbet. 
Odczuwała to i jako przyjemność, i jako ból. Odrzuciła w tył głowę i jęknęła. To chyba tak 
jest, kiedy kobieta jest gwałcona, pomyślała nagle. Gwałciciel po prostu ją przewraca, zrywa 
ubranie i gwałci. Ta myśl podnieciła ją tak, że musiała zagryzać rękę, żeby nie krzyczeć. 

Wszystko  dokonało  się  bardzo  szybko.  Zbyt  szybko.  Dorbet  miała  ochotę  pobudzić  go 

jeszcze raz. Chciała więcej. Ale  wtedy na schodach rozległy się kroki.  Oboje zerwali się na 
równe nogi. Ola w najwyższym pośpiechu zapinał spodnie i przeczesywał palcami potargane 
włosy. Dorbet wcisnęła majtki pod pierzynę i wygładziła spódnicę. Kiedy rozległo się krótkie 
pukanie do drzwi, oboje stali pośrodku pokoju sztywni niczym ołowiane żołnierzyki. 

-  Zdawało mi się, że mieliście być w sieni - rzekła Mali z wyrzutem. 
Ogarnęła spojrzeniem obie rozpalone twarze. 
-  Tak, ale musiałam przynieść prezent dla Oli - odparła Dorbet trochę zdyszana. 
Wzięła z nocnego stolika duży pakunek i złożyła go w drżące ręce Oli. Mali popatrzyła na 

zburzoną pościel i wiedziała, co się stało. Wyczuwała też zapach tego, co tu miało miejsce. W 
tej sprawie nie odezwała się jednak ani słowem. 

-  Sanie z twoim bratem widać już na drodze - poinformowała. - Uważam, że powinniśmy 

wyjść na ganek powitać gości. 

-  Dobrze, zaraz przyjdę - obiecała Dorbet posłusznie. Kiedy matka odwróciła się i wyszła, 

Dorbet wzięła rękę Oli i ścisnęła ją mocno. Uśmiechnęła się do niego z gwiazdami w oczach. 

-  Wesołych świąt - wyszeptała, wspięła się na palce i pocałowała go. 
Potem pośpiesznie ruszyli za matką na ganek. 
W sieni Ola włożył buty i naciągnął czapkę na głowę. 
-  No  dobrze,  w  takim  razie  wesołych  świąt  -  powiedział  jeszcze  raz,  zaczerwieniony  po 

korzonki włosów i z koszulą wystającą mu spod kurtki. 

-  Powinieneś chyba włożyć koszulę w spodnie - rzekła Mali cierpko. - Wygląda to trochę 

dziwacznie, kiedy tak chodzisz z powiewającymi połami koszuli - dodała. 

Ola  znowu  zrobił  się  ogniście  czerwony,  niezdarnie  wpychał  koszulę  w  spodnie  i  kłaniał 

się. W końcu zniknął. 

-  A ty... 
Mali wpiła spojrzenie w Dorbet. 
-  Czy  ze  mną  też  coś  nie  w  porządku?  -  spytała  dziewczyna,  patrząc  na  matkę  z 

uśmiechem w oczach. - Wyglądam chyba wystarczająco reprezentacyjnie, czyż nie? 

Szybko przeszła obok matki. I wtedy Mali znowu poczuła ten wyjątkowy zapach. Zapach 

pośpiesznego kochania. 

  
Kiedy  sanie  zajechały,  na  dziedzińcu  w  Stornes  stali  wszyscy  domownicy.  Mężczyźni 

właśnie  wrócili  z  pracy,  Oja  skończył  mycie  koni.  Mali  splotła  swoje  lodowate  dłonie, 
niewymownie szczęśliwa, ale równocześnie przestraszona i spięta. Havard położył rękę na jej 
ramieniu. Nie zdążył się jeszcze umyć i przebrać, pachniał potem i oborą. Mali jednak tego 
nie  zauważała.  Nie  odrywała  wzroku  od  pojazdu,  który  się  właśnie  przed  nimi  zatrzymał. 
Kątem oka dostrzegła, że z domu dziadków wyszła Ruth. Otulała się szczelnie zarzuconą na 
ramiona  chustką,  jakby  marzła.  Ostatnio  wygląda  na  to,  że  Ruth  nieustannie  marznie, 

background image

pomyślała Mali niepewnie. I chyba tak jest, kiedy ktoś tak bardzo schudnie. A córka z dnia na 
dzień  robiła  się  szczuplejsza.  Niedługo  zostanie  tylko  brzuch,  już  teraz  wyraźnie  się 
zaokrąglił. 

Za Ruth ukazał się również Samuel, wielki i zwalisty. 
Oparł ciężko dłoń o ramię Ruth, jakby chciał ją przytrzymać, Mali odniosła takie wrażenie. 

To mu się jednak nie uda. Skoro Sivert przyjechał, to mu się nie uda. 

Sivert  pierwszy  zeskoczył  z  sań.  Miał  na  sobie  grube  ciemne  spodnie  i  długi  do  kolan 

płaszcz  z  kołnierzem  z  futra.  Na  głowie  nosił  dużą  futrzaną  czapkę.  Mali  nigdy  jeszcze  nie 
widziała  takiej  pięknej  futrzanej  czapki.  Wyciągnął  ręce  i  Tordhild  podała  mu  małego 
chłopca. On wziął go w ramiona, a potem odwrócił się i postawił dziecko na ziemi, tuż obok 
sań. 

Mali  czuła,  że  serce  tłucze  się  ciężko  w  jej  piersi.  Więc  oto  jest  jej  pierwszy  wnuk. 

Wpatrywała  się  w  chłopca,  ale  widziała  go  bardzo  niewyraźnie.  Łzy  wolno  spływały  po  jej 
twarzy. 

-  Rany boskie! - zawołała Dorbet zaskoczona. - Co to za dziecko?... Czy Tordhild i Sivert 

mają dziecko? 

-  Mają - potwierdziła Mali cienkim głosem. - Syna, który kończy pięć i pół roku. 
-  Ale dlaczego nic nie mówiłaś... 
-  Bo nie wiedziałam, czy zechcą go ze sobą zabrać - bąknęła Mali cicho. 
-  Dlaczego  mieliby  go  nie  zabrać?  -  zdziwiła  się  Dorbet.  -  Jeśli  się  ma  syna,  to  się  go 

przecież zabiera ze sobą, o ile mi wiadomo. 

Sivert pomógł Tordhild wysiąść z sań, a potem woźnica zaczął zdejmować duże walizki. 

Na samym końcu znalazł się futerał ze skrzypcami. Sivert wziął go tak, jak się bierze chorego 
noworodka. 

-  Syn  -  wykrztusił  Oja  ponuro.  -  Więc  wtedy...  tamtym  razem.  ..  Tordhild  była  w  ciąży. 

Ale  dlaczego  oni  uciekli?  I  dlaczego  Sivert  zrzekł  się  dziedzictwa?  Bo  przecież  teraz 
dziedzictwo jest moje, prawda? 

-  Dziedzictwo  jest  twoje,  Oja  -  potwierdziła  Mali,  ale  wciąż  nie  spuszczała  wzroku  z 

chłopczyka, który poprawiał czapkę na głowie. Nie potrafiłaby powiedzieć, do kogo dziecko 
jest podobne. Sanie stały zbyt daleko. 

-  Ale na pewno? - spytał Oja z napięciem w głosie. 
-  Na pewno - potwierdziła Mali, spoglądając pośpiesznie na młodszego syna. 
Oja miał spiętą twarz, wzrok mu pociemniał. Było oczywiste, że nie cieszy  się z tego, iż 

najstarszy  brat  spędzi  Boże  Narodzenie  w  domu.  Wciąż  nie  był  pewien,  czy  dziedzictwo 
rzeczywiście należy do niego, Mali zdawała sobie z tego sprawę. Oja boi się, żeby Sivert nie 
zmienił zdania, zwłaszcza teraz, kiedy ma syna. 

Mali położyła rękę na ramieniu młodszego syna. 
-  Są  przecież  papiery,  Oja  -  powiedziała  cicho.  -  Sivert  naprawdę  zrzekł  się  prawa  do 

Stornes. Tego nie można już odmienić. Tym bardziej, że ty wcale nie jesteś złym dziedzicem 
- uśmiechnęła się. - Co ja mówię, ty zawsze byłeś najlepszy, tobie należy się dwór. 

Na  moment  napotkała  jego  spojrzenie.  Zapaliło  się  w  nim  światełko.  Oja  wolno  skinął 

głową. 

-  Tak, chyba tak - przyznał i wolno wypuścił powietrze z płuc. 
-  Chodźcie,  chłopaki,  pomożemy  gościom  wnieść  bagaże  -  zarządził  Havard,  ruszając  w 

stronę sań. 

Mali poszła za nim. Spostrzegła, że Ruth wyrwała się Samuelowi i również idzie w stronę 

gości. 

-  Witaj - powiedziała Mali dziwnie cienkim głosem, kiedy dotarła na miejsce i wyciągnęła 

rękę do Siverta. 

background image

-  Dziękuję  bardzo  -  odpowiedział  i  potrząsnął  jej  ręką,  drugą  przez  cały  czas  mocno 

przyciskał do siebie futerał ze skrzypcami. 

-  I  ty  także,  Tordhild,  witaj  w  domu  -  ciągnęła  Mali.  -  Tak  się  cieszymy,  że 

przyjechaliście. 

Przysiadła w kucki i przyglądała się małemu chłopcu, który tulił się do matki i rozglądał 

wokół trochę niepewnie. 

Havard mrugnął do niego, na co twarzyczka chłopca rozjaśniła się w szerokim uśmiechu. 

Mali poczuła ukłucie w sercu. Miała wrażenie, że widzi twarz Siverta. On też tak wyglądał w 
tym  wieku.  Te  same  zielone  oczy  ze  złotymi  plamkami.  Ta  smagła  skóra  mimo  zimy.  Ten 
sam  szeroki  uśmiech,  który  miał  Sivert.  Mali  była  pewna,  że  kiedy  tylko  chłopiec  zdejmie 
czapkę,  zobaczy  gęste,  ciemne,  kręcone  włosy.  Pogłaskała  dziecko  po  zimnym  policzku.  W 
piersiach czuła dławiący ból. 

-  Witaj w Stornes - wyszeptała łagodnie. - Jestem twoją babcią. 
-  Wiem - odparł chłopczyk, przyglądając się jej uporczywie. - Masz na imię Mali. 
-  To prawda - przyznała Mali. - Ale jestem też twoją babcią. I mam nadzieję, że będziesz 

mówił do mnie babciu. 

Havard pochylił się i wziął chłopca na ręce. Trzymał go wysoko nad swoją głową. 
-  A ja jestem Havard - przedstawił się. 
-  Tylko ciągle nie wiemy, jak ty masz na imię - wtrąciła Mali. 
-  Johannes - odparł chłopiec. 
Krew odpłynęła z twarzy Mali. Szukała wzrokiem oczu Siverta. 
-  Tak, to jest Johannes - potwierdził syn spokojnie. - Dostał imię po swoich dziadkach, po 

Johanie  i  po  Jo.  Uważaliśmy,  że  tak  będzie  najbardziej  właściwie,  Tordhild  i  ja.  Lepszego 
imienia nie mógł dostać ten nasz syn - dodał, wytrzymując jej spojrzenie. 

Mali  bez  słowa  skinęła  głową.  Nagle  poczuła,  jakby  stali  przy  niej  niczym  zimne zjawy, 

obaj, i Johan, i Jo. Przeszłość wróciła z tym małym chłopcem. Przeszłość i grzechy. 

-  Czy mogę wziąć cię za rękę? - spytała i wyciągnęła do chłopca zimną, drżącą dłoń. 
Malec przyjął ją z ufnością. Złożył w jej dłoni swoją ciepłą rączkę. I tak Johannes Stornes 

poszedł do dworu. Ręka w rękę ze swoją babką. 

  
ROZDZIAŁ 2. 
  
Kiedy  Mali  i  Johannes  odwrócili  się  i  ruszyli  w  stronę  domu,  Ruth  rzuciła  się  na  szyję 

Sivertowi, wciąż stojącemu przy saniach. Uczepiła się go niemal desperacko. Po chwili brat 
ostrożnie uwolnił się z jej objęć i odsunął lekko od siebie. 

-  Przyjechałeś - wyszeptała z oczyma pełnymi łez. - Jednak przyjechałeś! 
-  Pewnie, że przyjechałem - odparł Sivert z lekkim uśmiechem i pogłaskał ją po policzku. 

- Przecież ma być twój ślub. I najwyraźniej bardzo ci się śpieszy - dodał. - Domyślam się, że 
jesteś w ciąży. 

Ruth  spłonęła  intensywnym  rumieńcem  i  spuściła  wzrok.  Sivert  znowu  poklepał  ją  po 

zimnym policzku. 

-  Przydarzyło się to wielu pannom, nie tylko tobie, Ruth - rzekł łagodnie. - To naprawdę 

nie ma znaczenia, bylebyś tylko była szczęśliwa. 

-  Czy to narzeczony, ten pan, który stoi na  ganku domu dziadków? - spytał, spoglądając 

pośpiesznie  w  stronę  Samuela,  który  oparty  o  futrynę  drzwi  patrzył  na  to,  co  się  dzieje  na 
podwórzu. 

Ruth  lekko  odwróciła  głowę  i  dostrzegła  plecy  Samuela  znikające  w  drzwiach.  W 

milczeniu skinęła głową. 

-  No cóż, pewnie będę mógł się z nim przywitać później - skwitował całą sprawę Sivert. 

background image

Dorbet również przybiegła, żeby  się przywitać, a potem obie siostry uściskały  Tordhild i 

cieszyły się z jej przyjazdu. 

-  Nie  wiedziałam  tylko,  że  macie  syna  -  stwierdziła  Dorbet,  patrząc  w  ślad  za  Mali  i 

Johannesem, którzy zbliżali się już do domu. 

-  Wiele w tym mojej winy - tłumaczył Sivert. - Mama i ja uzgodniliśmy to wtedy, kiedy 

tak  nagle  stąd  wyjechaliśmy,  ja  z  Tordhild.  Było  coś,  co...  no  cóż,  to  nikogo  nie  musi 
obchodzić  -  dodał.  -  Zresztą  nie  wiedzieliśmy  jeszcze,  że  Tordhild  jest  w  ciąży,  ale,  jak  się 
później okazało, była. 

Pośpiesznie spojrzał na Tordhild i uśmiechnął się. 
-  Matka też nie wiedziała nic o Johannesie do mojej ostatniej bytności w domu, ale wtedy 

prosiłem ją, żeby zachowała tę wiadomość dla siebie. Nie byłem pewien, czy jeszcze kiedyś 
przyjadę do Stomes ani czy przywiozę tu chłopca - dodał. 

-  Ale dlaczego nie? - zdziwiła się Dorbet i patrzyła na brata. 
-  Ech, to długa historia, którą mamy już za sobą, Dorbet - westchnął Sivert. - No ale teraz 

Johannes  jest  tutaj,  chociaż  muszę  przyznać,  że  głównie  dzięki  Tordhild.  Ona  widzi  różne 
rzeczy  wyraźniej  niż  ja.  Ja  mogę  być  czasami  trochę...  trochę  uparty  -  wyznał  szczerze.  - 
Tordhild taka nie jest. No i postanowiła, że Johannes z nami przyjedzie, a teraz już wiecie, że 
mamy  syna.  Wspaniałego  syna  -  dodał  z  dumą.  -  I  dla  was,  jak  sądzę,  Johannes  jest 
największą niespodzianką. 

-  Wcale  nie  jest  bardzo  podobny  do  mamy  ani  do  rodu  Stornesów  -  zastanawiała  się 

Dorbet. - Bardziej przypomina ciebie i trochę też Tordhild. 

-  Możliwe  -  zgodził  się  Sivert.  -  Ale  to  nie  jest  takie  ważne,  do  kogo  człowiek  jest 

podobny, Dorbet. Ważniejsze, jakim jest człowiekiem - dodał. - Chociaż różne podobieństwa 
tutaj we wsi zawsze ludzi bardzo zajmowały... Moim zdaniem jednak to są głupstwa, tak to po 
prostu  widzę.  Nigdy  nie  rozumiałem,  nad  czym  się  tu  zastanawiać.  Ludzie  są,  jacy  są,  i 
ważne, żeby mogli pozostać sobą. 

-  Czy  twój  syn  odziedziczył  po  tobie  muzyczne  zdolności?  To  znaczy,  czy  zostanie 

muzykiem? - spytała Dorbet. 

-  Zostanie,  kim  sam  zechce  -  odparł  Sivert.  -  My  nigdy  nie  będziemy  wywierać  na  nim 

ż

adnej presji. Chce być piekarzem, to proszę bardzo, byleby tylko wiedział, że wybrał sam, z 

własnej woli. I żeby był wolny oraz szczęśliwy - dodał. 

Oja stał przez cały czas nieco z boku i nie odzywał się ani słowem. Teraz Sivert spojrzał na 

niego. Wyciągnął rękę, żeby się przywitać. 

-  No i jak to jest, kiedy prowadzi się taki wielki dwór? - spytał. 
-  Całkiem dobrze - bąknął Oja krótko. - Przynajmniej na razie. 
Spojrzenie  młodego  gospodarza  znowu  stało  się  mroczne.  Było  jasne,  że  przyjazd  brata 

bardzo  go  zaniepokoił,  mimo  iż  Mali  próbowała  temu  przeciwdziałać.  I  widok  Johannesa 
wcale  mu  nastroju  nie  poprawił.  Fakt,  że  Sivert  ma  syna,  syna,  który  mógłby  odziedziczyć 
dwór,  gdyby  wszystko  poszło  tak,  jak  matka  chciała.  Gdyby  Sivert  nie  zrzekł  się  prawa  do 
dziedziczenia.  Oja  wciąż  nie  miał  pewności,  czy  sprawy  rzeczywiście  zostały  do  końca 
uporządkowane. Teraz niespokojnie przestępowal z nogi na nogę. Dokumenty dokumentami, 
myślał,  spoglądając  na  rodzinę  prawowitych  spadkobierców.  A  gdyby  tak  Sivert  się 
rozmyślił?  Oja  słyszał  o  ludziach,  którzy  z  tego  powodu  trafiali  do  sądów.  Przynajmniej 
wydawało mu się, że o takich słyszał. 

-  Jestem pewien, że wszystko układa się dobrze - oznajmił Sivert spokojnie, udając, że nie 

dostrzega  mrocznego  spojrzenia  brata  i  jego  zdawkowej  odpowiedzi.  -  Ty  zawsze  byłeś 
urodzonym  gospodarzem,  w  przeciwieństwie  do  mnie.  Przy  mnie  to  nawet  chwasty  by  nie 
wyrosły - uśmiechnął się. - Mam nadzieję, że później mi wszystko pokażesz. 

Oja  nie  odpowiedział.  Śledził  wzrokiem  postać  matki  i  małego  chłopca,  którzy  właśnie 

wchodzili do domu. Poczuł, że marznie. 

background image

Havard  stał  tuż  za  Dorbet,  ale  do  tej  pory  się  nie  odzywał.  Teraz  zrobił  krok  naprzód  i 

wyciągnął rękę do Siverta. 

-  Bardzo się cieszę, że przyjechaliście - powiedział. - To wiele znaczy... dla wielu osób w 

tym domu - dodał, patrząc Sivertowi w oczy. - I ty też witaj, Tordhild - mówił dalej. - Dobrze 
widzieć cię znowu tutaj, w Stornes. 

-  Dziękuję - odparła z uśmiechem. - Ja się naprawdę bardzo cieszę i na święta w wielkim 

dworze, i na wesele. 

Sivert nie skomentował słów żony. 
Zapłacił woźnicy, potem mężczyźni wzięli bagaże i wszyscy razem ruszyli w stronę domu: 
Minęło  sporo  czasu,  zanim  mogli  usiąść  do  stołu.  Domownicy  także  chcieli  się  witać, 

wszyscy  mówili  coś  jeden  przez  drugiego.  A  tym,  który  gadał  najwięcej  i  wzbudzał 
największe  zainteresowanie,  był  Johannes.  Chłopiec  nie  mógł  nigdzie  zagrzać  miejsca, 
zdawało się, że jest wszędzie naraz. 

Fakt, że Tordhild i Sivert mają syna, był wielkim zaskoczeniem również dla pozostałych 

domowników.  Mali  widziała,  że  zarówno  Ingeborg,  jak  i  Ane  liczą  szybko  w  myślach,  by 
określić,  kiedy  dziecko  zostało  poczęte.  Nie  miała  jednak  pojęcia,  czy  tamtą  pośpieszną 
ucieczkę przed sześcioma laty obie służące wiążą z ciążą Tordhild. Zresztą wcale się tym nie 
przejmowała. O tamtej historii nikt nie powinien, a nawet nie może wiedzieć. 

-  Ale  że  wy  macie  syna  -  dziwiła  się  Ingeborg,  przyglądając  się  Johannesowi.  -  Jak  to 

możliwe, że nikt nigdy w tym domu o nim nie wspomniał... 

-  Jak już powiedziałem moim siostrom, wina jest po mojej stronie, Ingeborg - powtórzył 

Sivert.  -  Mieliśmy  z  mamą  umowę  w  tej  sprawie.  Tak  więc  Johannes  będzie  w  tym  roku 
wielką wigilijną niespodzianką dla wszystkich. 

Potem  już  więcej  o  sprawie  nie  wspominano.  Sivert  był  bardzo  uprzejmy,  ale  też  w  jego 

głosie brzmiała taka stanowczość, że nikt nie chciał zbyt dokładnie się dopytywać. 

Kiedy Ingeborg podjęła ten temat, Mali siedziała z sercem w gardle ze strachu. Pośpiesznie 

spojrzała w stronę Siverta. Napotkała jego wzrok i westchnęła cicho. Tak się cieszyła, że syn 
z rodziną przyjeżdża. O mało się nie rozpłakała z radości, kiedy zobaczyła Johannesa. Mimo 
wszystko wiedziała, że Sivert, Tordhild, a już zwłaszcza Johannes wywołają plotki i gadanie, 
zarówno  tu,  we  dworze,  jak  i  we  wsi.  Ludzie  nie  zapomnieli  tej  pięknej,  ciemnowłosej 
dziewczyny,  którą  Sivert  kiedyś  przywiózł  do  domu  i  z  którą  potem  tak  nieoczekiwanie,  w 
największym pośpiechu opuścił dwór, a nikt nigdy nie potrafił tego porządnie wyjaśnić. Mali 
wielokrotnie  słyszała  aluzje  na  ten  temat.  Więc  jednak  ludzie  swoje  myślą,  westchnęła  w 
duchu.  Ale  niech  tak  zostanie.  Wyglądało  na  to,  że  Sivert  świetnie  sobie  z  całą  sprawą 
poradzi.  Potrafi  powstrzymać  spekulacje.  Więc  niech  ludzie  myślą,  co  chcą,  uznała  i 
pogłaskała pyzaty, ciepły policzek Johannesa. Zresztą i tak się tego nie uniknie. 

-   Moglibyśmy  pójść  obejrzeć  zwierzęta?  -  spytał  Johannes  i  oparł  się  mocno  o  kolana 

Mali,  która  siedziała  na  długiej  ławie.  -  Chciałbym  zobaczyć  krowy  i  owce,  i...  a  macie 
króliki?  -  spytał  nagle,  szarpiąc  Mali  z  całej  siły  za  spódnicę.  -  W  domu  znam  jednego 
takiego, który ma króliki. One są mięciutkie i śliczne. Macie króliki? 

-  Króliki? - powtórzyła Mali zaskoczona. - Nie. Królików nie mamy. Ale mamy i konie, i 

ś

winie - wyliczała. - I starą kotkę - uśmiechnęła się, kiedy duża podpalana kotka wskoczyła 

jej na kolana. 

-  Ze zwierzętami jeszcze zaczekamy, Johannes - upomniał Sivert. - Najpierw zjemy kaszę. 

I chyba nie zapomniałeś, że dzisiaj jest Wigilia, co? 

-  Och nie - zapewnił malec z szerokim uśmiechem. - My mamy prezenty... 
-  To  ma  być  niespodzianka,  wszystko  okaże  się  dopiero  wieczorem  -  ostrzegła  Tordhild 

przyjaźnie. - Nic na razie nie mów. Obiecałeś, że dochowasz tajemnicy. 

Johannes  skinął  głową  i  wrócił  na  ławę.  Najwyraźniej  już  się  wybierał,  żeby  przynieść 

prezenty. 

background image

-  A gdzie choinka? - spytał, spoglądając na Mali. - Choinka chyba będzie? 
Johannes rozglądał się po izbie. 
-  Pewnie,  że  będzie  choinka  -  uśmiechnęła  się  Mali  i  nie  mogła  powstrzymać  chęci 

pogłaskania jeszcze raz jego ciemnych, miękkich loków. - Będzie taka aż do samego sufitu! 
Na razie leży na ganku w domu dziadków. Zwykle ubieramy drzewko pod wieczór - dodała. - 
Myślę, że nam w tym pomożesz. 

-  Och tak! - Johannes rozpromienił się znowu. - A nie moglibyśmy zaraz zacząć ubierać? 
-  Nie, teraz będziemy jeść - powtórzył Sivert. 
-  Mój  Boże,  to  dziecko  mówi  dialektem  -  stwierdziła  Mali,  spoglądając  na  Tordhild.  - 

Myślałam, że posługuje się tylko miejskim językiem. 

-    My  w  domu  najchętniej  rozmawiamy  dialektem  -  wyjaśniła  Tordhild.  -  Chcemy,  żeby 

Johannes dobrze znał swoje korzenie. Ale obawiam się, że usłyszycie tu  dziwną mieszankę, 
bo  z  dziećmi  w  mieście  Johannes  rozmawia  w  miejskim  języku,  poza  tym  zna  trochę 
angielskiego.  I  my...  -  Spojrzała  na  Siverta  z  uśmiechem.  -  Z  nami  też  pewnie  będzie  tak 
samo,  obawiam  się.  Tyle  podróżujemy,  a  musimy  rozmawiać  z  ludźmi  tak,  żeby  nas 
rozumieli, więc chyba nie zawsze mówimy zbyt poprawnie. 

Ona jest jeszcze ładniejsza niż dawniej, pomyślała Mali, przyglądając się synowej. Sześć 

lat  i  poród  zmieniły  tamtą  przestraszoną  młodziutką  dziewczynę,  którą  Sivert  przywiózł  do 
Stornes, w dojrzałą piękność. Długie ciemne warkocze obcięła i nosiła teraz półdługą fryzurę, 
układającą  się  miękko  przy  twarzy.  Mali  widziała  w  jakimś  kobiecym  piśmie,  że  teraz  taka 
moda. W każdym razie w miastach. Spojrzenie Tordhild było spokojne i bez lęku, za każdym 
razem kiedy spoglądała na Siverta lub syna, pojawiała się w nim miłość i duma. Najwyraźniej 
nie dręczyło jej to, że żyje w grzechu i na dodatek w zakazanym związku. Żyła po prostu z 
mężczyzną, którego kocha. Nic innego nie miało dla niej znaczenia. Z Sivertem jest tak samo, 
Mali  widziała  to.  Najwyraźniej  wszystko  to  złe,  co  się  między  nimi  wydarzyło,  nie  zdołało 
zniszczyć miłości. 

To była dla Mali niewielka pociecha. Ona sama bowiem zniszczyła tak wiele zarówno w 

ż

yciu Siverta, jak i Tordhild. Ale z radością patrzyła, że teraz jej syn jest szczęśliwy. Żyje w 

szczęściu i poczuciu bezpieczeństwa. 

Jej  jednak  wciąż  nie  wybaczył.  Czuła  wyraźny  dystans,  kiedy  podawał  jej  rękę  na 

powitanie.  Był  uśmiechnięty  i  uprzejmy,  ale  w  jego  oczach  widziała  ból.  Ten  ból  miał  tam 
pewnie  pozostać  na  zawsze.  Ale  nienawiści  już  w  sobie  nie  nosił,  powiedział  to  sam,  kiedy 
ostatnio  był  w  domu.  Mali  musiało  to  wystarczyć.  Właściwie  na  nic  więcej  sobie  nie 
zasłużyłam, myślała ze skurczem w sercu... 

 
Drzwi się otworzyły i w progu stanął Samuel. 
-  Czekałem,  aż  przyjdziesz  i  zabierzesz  mnie  na  obiad  -  zwrócił  się  do  Ruth,  jakby  nie 

zauważył gości. 

Twarz miał spiętą, wzrok mroczny. 
Ruth zrobiła się czerwona i wbiła wzrok w podłogę. Nerwowo bawiła się guzikiem bluzki. 
Sivert wstał i podszedł do Samuela. 
-  Jesteś  chyba  na  tyle  dorosłym  mężczyzną,  żeby  znaleźć  drogę  do  izby  bez  niczyjej 

pomocy - rzekł z przekąsem w głosie. - Bo ty jesteś Samuel, prawda? 

-  Owszem, jestem misjonarz Samuel Langmo - przedstawił się tamten, niechętnie ujmując 

rękę, którą Sivert do niego wyciągnął. Było oczywiste, że nie podobało mu się napomnienie 
Siverta. Samuel w ogóle źle znosi wszelkie uwagi, pomyślała Mali. Zauważyła to już dawno 
temu.  Misjonarz  należy  do  tych,  którzy  dostrzegają  źdźbło  w  oku  bliźniego,  w  swoim 
natomiast belki nie widzą. Miała wiele okazji, żeby się o tym przekonać. 

-  A ja jestem najstarszym bratem Ruth - wyjaśnił Sivert. - Siostra znaczy dla mnie bardzo 

wiele - dodał. 

background image

-  O  tak,  zdążyłem  zauważyć  -  burknął  Samuel.  -  Miło  widzieć  takie  przywiązanie  w 

rodzinie.  Chociaż  ciebie  to  jednak  w  domu  często  się  nie  widuje,  o  ile  zdążyłem  się 
zorientować. 

Przyglądał się Sivertowi badawczo. 
-  No cóż, wybrałem muzykę, a ona nie zostawia wiele czasu na inne sprawy - powiedział 

Sivert. - Tak już niestety jest. 

-  Jesteś sławny na całym świecie - rzekł Samuel z uśmiechem, który nie docierał do oczu. 

-  Jeździsz,  jak  słyszałem,  po  całym  globie  i  koncertujesz.  I  w  gazetach  o  tym  czytałem  - 
wyjaśnił. 

Najwyraźniej bardzo mu to imponowało. Z jednej strony mu imponuje, a z drugiej budzi 

zazdrość, pomyślała Mali, spoglądając na misjonarza. Samuel zawsze najbardziej lubił być w 
centrum zainteresowania. Być tym, wokół którego wszystko się obraca. Ludzie ze wsi mogli 
się  o  tym  przekonać  podczas  spotkań  modlitewnych.  Po  prostu  rozkwitał,  kiedy  wszyscy 
padali na kolana z twarzami zwróconymi w jego stronę. 

-  Ale mimo wszystko uważam, że to niezwykłe zrzec się swojego dziedzictwa tak, jak ty 

to zrobiłeś - ciągnął Samuel, a w jego oczach pojawiały się ponure błyski. -  I to w dodatku 
zrzec się takiego wspaniałego dworu jak Stornes - dodał ze zdziwieniem w głosie. - Mogłeś 
przecież zachować majątek i skłonić innych, żeby dla ciebie pracowali. 

Najwyraźniej bardzo chciał wiedzieć, co też się kryje za tą całą historią. Za tym, że Sivert 

zrzekł  się  prawa  do  dziedziczenia  majątku  i  wybrał  własną  drogę.  Spojrzenie  misjonarza 
przenosiło  się  nieustannie  z  Tordhild  na  Johannesa  i  z  powrotem.  Mali  poczuła,  że  żołądek 
zaciska jej się boleśnie. Samuel mógłby być niebezpieczny, gdyby wiedział za wiele. 

-  Na świecie jest mnóstwo rzeczy niezwykłych - odpowiedział mu Sivert spokojnie. - Na 

przykład  to,  że  pewien  misjonarz  uczynił  moją  siostrę  brzemienną,  choć  jeszcze  jej  nie 
poślubił. 

Na  dłuższą  chwilę  w  izbie  zaległa  paraliżująca  cisza.  Samuel  powoli  robił  się  coraz 

bardziej czerwony, a jego oczy miotały nienawistne błyski. Boże, oni zaraz skoczą sobie do 
gardeł,  myślała  Mali  przerażona.  Sivert  nie  ukrywał,  że  nie  znosi  przyszłego  szwagra. 
Powinien bardziej panować nad swoim językiem, uważała matka. On jednak zawsze taki był, 
zawsze mówił to, co myśli. Zwłaszcza jeśli wyczuwał fałsz. Tego nigdy nie tolerował. Teraz 
nie tolerował tego tym bardziej, że chodzi o Ruth. 

Samuel chwycił narzeczoną za ramię, szarpnął ją gwałtownie i przyciągnął do siebie. 
-  Myślę, że zjemy u siebie - oznajmił. Jego głos był nabrzmiały gniewem. 
-  Nie, zjecie tutaj! - wtrącił Havard krótko. - Usiądziemy do stołu i zjemy wszyscy razem 

tak, jak było postanowione. 

-  Ale ja nie pozwolę, żeby... 
-  Odpowiedziałem  tylko  na  zaczepkę,  panie  misjonarzu  -  odparł  Sivert  spokojnie.  - 

Sprawy dziedzictwa i naszego dworu nie powinny cię w ogóle obchodzić. Żenisz się z Ruth, a 
nie z dworem. I nie ma żadnych powodów do zmartwienia - dodał. - Stornes znajduje się w 
najlepszych  rękach,  nikt  nie  mógłby  mieć  zdolniejszego  dziedzica,  niż  my  mamy  w  osobie 
mojego brata. 

Zdawało  się,  że  w  duszy  Oi  coś  się  nareszcie  otworzyło.  Sztywno  uniesione  w  górę 

ramiona opadły, w oczach pojawił się blask.  Zaciśnięte szczęki uchyliły się i coś w  rodzaju 
uśmiechu  wypłynęło  na  twarz.  Kiedy  patrzył  na  brata,  w  jego  spojrzeniu  widać  było  ulgę  i 
wdzięczność. 

-  A  teraz  przywitaj  się  z  moją  żoną  -  mówił  dalej  Sivert,  podchodząc  z  Tordhild  do 

Samuela. - I z moim synem - dodał, rozglądając się wokół. - Jeśli tylko wyjaśnimy, gdzie się 
podział... 

-  Leży z kotką przy piecu - poinformowała Ingeborg. 

background image

Te słowa wzbudziły powszechną wesołość i nieprzyjemny nastrój ustąpił. W końcu mogli 

zasiąść do stołu. 

  
Mali zjadła niewiele. 
Siedziała i nie spuszczała wzroku z małego Johannesa. Nieskończona miłość, jaką budzi w 

niej  to  dziecko,  dziwiła  ją  i  zaskakiwała.  Nie  zna  przecież  wnuka,  a  mimo  to  czuje  całym 
sercem, że on jest częścią jej samej. Jest krwią z jej krwi, powstał dzięki gorącej, zakazanej 
miłości  jej  oraz  Jo  tamtego  lata  dawno,  dawno  temu.  Byłam  wtedy  taka  młoda,  pomyślała 
nagle.  Taka  młoda,  zrozpaczona  i  samotna.  I  przepełniona  taką  tęsknotą  za  miłością.  Za 
bliskością i ciepłem. Przez to właśnie stało się to, co się stało. 

Johannes  okazał  się  tak  podobny  zarówno  do  Jo,  jak  i  Siverta,  że  jego  widok  po  prostu 

sprawiał Mali ból. Kiedy pochylał głowę nad talerzem, jego ciemne loki lśniły niebieskawo. 
Mali doznała skurczu serca, kiedy spojrzał na nią tymi zielonymi, mieniącymi się oczyma, a 
blask stearynowych świec zapalał w nich złote błyski. 

Mali zmagała się z trudną do opanowania potrzebą przytulenia dziecka. Chciała poczuć to 

ciepłe,  małe  chłopięce  ciało  przy  swoim.  Poczuć  jego  małą  piąstkę  w  swojej  dłoni,  dotyk 
pulchnego  policzka  na  swojej  twarzy.  Chciała  z  nim  rozmawiać.  Jak  najlepiej  go  poznać. 
Zerknęła ponad stołem w stronę Siverta. Nie była pewna, czy on by chciał, żeby poświęcała 
jego  synowi  aż  tyle  uwagi.  Być  może  czuł,  że  matka  nie  ma  do  niego  żadnego  prawa,  ona, 
która swojego syna okłamywała przez tyle lat. Ale przecież teraz nie chce mu niczego zabrać. 
Chcę  tylko  dać  to,  co  we  mnie  płonie,  myślała.  Bo  Johannes  należy  też  do  niej,  tak  to 
odczuwała. 

Nabrała łyżkę jedzenia i spojrzała na koniec długiego stołu. Nagle znalazła się w odległej 

przeszłości;  przy  tym  samym  długim  stole  w  gorący  letni  dzień.  Jo  uśmiechał  się  do  niej. 
Wspomnienie  sprawiło,  że  się  zakrztusila,  jedzenie  wpadło  nie  tam,  gdzie  trzeba,  i  Mali 
zaczęła  kaszleć  tak,  że  z  oczu  popłynęły  jej  łzy.  Kiedy  nareszcie  mogła  znowu  oddychać, 
napotkała spojrzenie Havarda. Jego niebieskie oczy patrzyły na nią badawczo. Otarła rąbkiem 
fartucha łzy z twarzy i uśmiechnęła się do niego. Jo był tylko wspomnieniem. Ale wszystko 
najcudowniejsze,  co  z  nim  przeżyła,  wróciło  teraz  z  wielką  siłą  razem  z  tym  małym 
chłopcem,  który  zajadał  kaszę  z  takim  zapałem,  że  mleko  ściekało  mu  po  brodzie,  a  na 
swetrze  porobiły  się  wielkie  plamy.  To  dziecko  jest  owocem  grzechu,  i  to  w  podwójnym 
rozumieniu.  Ale  to  nie  ma  najmniejszego  znaczenia.  Mali  go  kocha.  Tego,  co  czuje  do 
chłopca,  nie  odczuwała  nigdy  do  żadnego  innego  człowieka.  To  musi  być  miłość  babki, 
pomyślała ze zdumieniem. Jest wielka, nieznana i dziwnie bolesna. 

Jo  jest  wspomnieniem,  które  czasami  do  niej  wraca,  prawie  tak  jak  smak  pierwszych 

dzikich  jagód,  które  zbierała  w  czasach  młodości.  Nic  nie  może  się  równać  z  tamtym 
smakiem ani z marzeniem o lecie i o wszystkim, czego nie doznała. Jest tak od dawna. I tak 
też  było  z  Jo.  To  marzenie.  Bo  człowiekiem,  którego  kocha  naprawdę,  jest  Havard. 
Uśmiechnęła się do niego szczerze, z głębi serca. I wiedziała, że on rozumie. Że to on, i tylko 
on, jest dla niej ważny. Nic nie ma większego znaczenia. 

  
Jeszcze nie wstali od stołu, gdy Johannes chwycił ją gwałtownie za spódnicę. 
-  Teraz już się najedliśmy, to możemy iść do zwierząt, babciu. Fakt, że tak ją nazwał, że 

powiedział do niej babciu, znowu wycisnął łzy z oczu Mali. 

-  Idź,  idź  -  powiedziała  Ane,  kiwając  głową  do  gospodyni.  -  Już  my  się  tu  wszystkim 

zajmiemy. 

-  Możesz  zaprowadzić  Tordhild  i  Siverta  na  górę  do  ich  sypialni?  -  Mali  popatrzyła  na 

Dorbet.  -  Z  pewnością  będą  chcieli  się  rozpakować  i  może  odpocząć  trochę  po  długiej 
podróży - tym razem zwróciła się do Tordhild. 

background image

-  Ja  nie  mam  nic  przeciwko  temu  -  roześmiał  się  Sivert  i  poklepał  po  brzuchu.  -  Chyba 

zjadłem za dużo tej kaszy. Poczułem się nagle jak w dawnych czasach - dodał. 

-  Ja mogę teraz... 
Ruth najwyraźniej chciała także iść na górę, ale Samuel złapał ją za ramię i poprowadził ku 

drzwiom. 

-  Twoja  siostra  świetnie  sobie  poradzi  -  warknął.  -  Ty  też  musisz  odpocząć.  Czeka  cię 

długi wieczór, potrzebujesz więc trochę spokoju. 

Objął  ją  ramieniem  i  uśmiechnął  się.  Ruth  spojrzała  na  niego  zdumiona.  Nie  była 

rozpieszczana taką czułością z jego strony. Zarumieniła się z radości. 

-  Jeżeli ty tak uważasz... 
-  Ja tak uważam, moja droga - rzekł przyjaźnie. 
Ruth  patrzyła  na  Samuela  z  wdzięcznością  w  oczach.  Na  jej  policzkach  pojawiły  się 

czerwone, gorączkowe rumieńce. Biedna Ruth nie rozumie, że to nie troska o nią, ale sposób 
trzymania jej z dala od Siverta, pomyślała Mali i westchnęła ciężko. 

Sivert nie odezwał się, dopóki za tamtymi nie zamknęły się drzwi, ale jego wzrok mówił 

więcej niż słowa. Mali raz jeszcze zdała sobie sprawę z tego, że dziś wieczorem musi z nim 
porozmawiać.  O  Ruth,  Samuelu  i  o  ślubie.  Sivert  musi  przemówić  Ruth  do  rozumu.  To 
ostatnia szansa, by powstrzymać coś, czego Mali obawiała się coraz bardziej. 

-  Babciu! 
Johannes wziął ją za rękę i ciągnął w stronę drzwi. 
-  Obiecałaś, że pójdziesz ze mną... 
-  No, już idziemy - uśmiechnęła się Mali. - Popatrzymy sobie na wszystkie zwierzęta. 
W sieni pomogła mu włożyć kurtkę i ciepłe buty. Sama otuliła się wielką chustką i razem 

wyszli  w  mroźny  dzień.  Ciepła  rączka  dziecka  spoczywała  bezpiecznie  w  jej  dłoni  i  Mali 
znowu  doznała  tej  dziwnej  potrzeby,  by  się  rozpłakać,  choć  przecież  serce  jej  przepełniała 
nieskończona  wdzięczność  i  szczęście.  Tylko  że  ten  mały  chłopiec  przywoływał  tak  wiele 
zapomnianych wspomnień. I Mali zdawała sobie też sprawę, że los pożycza jej wnuka ledwie 
na kilka krótkich dni. Myśl o tym, że być może nigdy  więcej go już nie zobaczy, kładła się 
ciężkim  brzemieniem  na  jej  duszy.  Starała  się,  jak  mogła,  odsuwać  ją  od  siebie.  Teraz 
powinna się cieszyć każdą chwilą, którą może razem z nim spędzić. 

  
Johannes  miał  ten  sam  niezwykły  stosunek  do  zwierząt,  który  zawsze  obserwowała  u 

Siverta.  Mali  odkryła  to  bardzo  szybko.  Bez  lęku  chłopiec  wdrapał  się  na  ogrodzenie 
pomieszczenia dla owiec, a zwierzęta, zwykle takie płochliwe, szczypały jego ubranie. 

-  Czy one nie są śliczne? - spytał, obejmując rączkami jedną z owiec i tuląc twarz do jej 

porośniętej gęstą wełną szyi. - Jak będę duży, to będę miał dwór i mnóstwo zwierząt. 

-  Ale  ty  przecież  mieszkasz  w  mieście  -  roześmiała  się  Mali.  -  Co  byś  tam  robił  ze 

zwierzętami? 

-  To się przeprowadzę - odparł chłopiec. - Może sprowadzę się tutaj. Mógłbym? 
-  Pewnie,  że  byś  mógł  -  przytaknęła  Mali,  zastanawiając  się,  ile  w  tym  wszystkim  jest 

fantazji, a ile jego rzeczywistych pragnień. - Ale jak sądzisz, co na to mama i tata... 

-  Możemy się przeprowadzić wszyscy  - odpowiedział niezrażony, jego zdaniem nie było 

ż

adnego problemu. 

Mali poczuła ból w sercu, kiedy pomyślała, że ten dwór mógłby kiedyś należeć do niego, 

gdyby  wszystko  poszło  tak  jak  powinno.  Gdyby  ona  nie  namieszała  w  całej  sprawie.  Teraz 
jednak dwór odziedziczą dzieci Oi. 

Weszli  do  obory  dla  krów  i  Johannes  bardzo  się  wzruszył  widokiem  tygodniowego 

cielaczka.  Znowu  wdrapał  się  na  ogrodzenie  kojca  i  wyciągnął  rękę  do  zwierzątka.  Cielak 
zaczął ją łapczywie lizać. Pienista i lepka ślina ściekała po ręce na sweterek chłopca. 

background image

-  Zobacz,  jakie  on  ma  śliczne  oczy  -  zachwycał  się  Johannes.  -  Myślisz,  że  jest 

szczęśliwy? 

Mali  oniemiała,  słysząc  takie  pytanie.  Nigdy  się  nie  zastanawiała  nad  tym,  czy  cielęta  są 

szczęśliwe, czy nie. 

-  Dlaczego miałby nie być szczęśliwy? - spytała, przytrzymując Johannesa, żeby nie spadł. 
-  Przecież nie może być przy swojej mamie - wyjaśnił Johannes. - Siedzi w tej zagrodzie 

zupełnie sam. 

-  Ale cielęta zazwyczaj bywają... 
-  Ja  mu  przyniosę  mojego  misia  -  oznajmił  Johannes  i  wyciągnął  rękę  z  pyska  cielęcia, 

otarł ją potem o własne spodnie. - Na pewno się ucieszy. 

-  Ale chyba sam chciałbyś mieć swojego misia? 
-  Ja mam dwa - poinformował chłopiec. - A potrzebuję tylko jednego. 
Biegiem ruszył w stronę drzwi. 
-  To świń ani koni dziś nie będziemy oglądać? - zapytała Mali. 
Chłopiec  odwrócił  się  i  popatrzył  na  nią.  Mali  siedziała  na  stołeczku  do  dojenia  krów  i 

przyglądała  się  wnukowi.  Ten  stał  przez  chwilę  niepewnie.  Potem  podszedł  i  usiadł  jej  na 
kolanach. 

-  A  nie  moglibyśmy  zrobić  tego  później?  -  zastanawiał  się,  nawijając  na  palec  kosmyk 

włosów babki, który wymknął się spod chustki. 

Palce  miał  lepkie  i  pachniał  oborą.  Mali  przestraszyła  się,  co  też  Tordhild  na  to  powie. 

Chyba  trzeba  będzie  i  chłopca,  i  wszystkie  jego  ubrania  wsadzić  do  balii  przed  wigilijną 
kolacją, tyle wiedziała na pewno. 

-  Pewnie,  że  możemy,  na  przykład  jutro  -  zgodziła  się,  przytulając  dziecko  do  siebie.  - 

Teraz mamy mnóstwo innych rzeczy do zrobienia. Przecież musimy ubrać choinkę i... 

-  Ja mam dla ciebie paczkę - uśmiechnął się mały tajemniczo. 
Jego  słodki  oddech  łaskotał  ją  po  policzku.  Przytuliła  twarz  do  jego  buzi.  Pocałowała  go 

delikatnie. 

-  Ja dla ciebie też - szepnęła cichutko. 
-  Ty jesteś bardzo kochana, babciu - wyznał, patrząc na nią z wielką powagą. - Dlaczego 

dawniej tutaj nie przyjeżdżałem? 

-  Twój tata ma tyle zajęć... 
-  Ale mama i ja możemy przyjeżdżać - stwierdził. 
-  Możecie - przytaknęła Mali. - Kiedy tylko będziecie chcieli.  
Mały uśmiechnął się szeroko, zeskoczył z kolan babki i wziął ją za rękę. 
-  Powinniśmy  jednak  popatrzeć  też  na  świnie  i  na  konie  -  oznajmił.  -  Nie  powinniśmy 

robić różnicy. Byłoby im przykro. 

Najwyraźniej na chwilę zapomniał o misiu, Mali jednak nie wątpiła, że zabawka znajdzie 

się  jeszcze  przed  wieczorem  w  kojcu  cielaka.  Uśmiechnęła  się  i  pogłaskała  wnuka  po 
policzku.  Serce  przepełniały  jej  najrozmaitsze  uczucia.  To  dziecko  jest  takie  podobne  do 
Siverta, Sivert też taki był, zanim wszystko poszło nie tak. To chodzenie po oborze z rączką 
Johannesa w dłoni to tak, jakby wrócić do czegoś, co dawno temu utraciła. 

 
-  Obawiam się, że trzeba go będzie wykąpać - rzekła Mali, spoglądając na Tordhild, kiedy 

w końcu znaleźli się znowu w izbie. 

-  Ale  to  nic  nie  szkodzi  -  uśmiechnęła  się  Tordhild.  -  Zobaczyłeś  wszystkie  zwierzęta, 

Johannes? 

Chłopiec skinął głową i wyciągał przed siebie ręce, kiedy matka zdejmowała z niego lepki, 

niezbyt ładnie pachnący sweter. 

-  Muszę przynieść małego misia - zawołał. - Cielaczek jest kompletnie sam, widzisz... 
-  To znaczy, że chciałbyś dać cielaczkowi... 

background image

-  Nikt  nie  lubi  być  tak  całkiem  sam  -  wyjaśnił  i  szybko  wbiegł  na  schody.  -  W  którym 

pokoju my mieszkamy? 

-  Musisz  zawołać  tatę  -  wyjaśniła  Tordhild.  -  On  cię  usłyszy  i  otworzy  drzwi.  Jeżeli 

jeszcze naprawdę nie zasnął - dodała. 

-  A ty nie powinnaś też trochę odpocząć? - spytała Mali. 
-  Ech, ale wtedy musiałabym zostawić Johannesa... 
-  Tym  się  akurat  nie  przejmuj  -  zapewniła  Mali  pośpiesznie.  -  Ja  bardzo  chętnie  się  nim 

zajmę. Bo jego to się chyba nie da zmusić, żeby trochę pospał? 

-  O  nie,  nie,  on  zostanie  na  nogach  do  końca  wigilijnego  wieczoru  -  roześmiała  się 

Tordhild. - Sama nie wiem, skąd się w tym dziecku bierze tyle energii, sami zobaczycie, jaki 
on jest. 

-  To  rzeczywiście  niezwykłe  dziecko  -  przyznała  Mali.  -  A  ja  tak  się  bałam...  tak  się 

bałam, że on nie przyjedzie - dodała bardzo cicho, tak aby nikt nie słyszał jej słów. 

-  Rozumiem,  że  było  ci  ciężko  -  potwierdziła  Tordhild  cicho.  -  Ale  Sivertowi  też  było 

trudno po tym, jak ty... - głęboko wciągnęła powietrze do płuc. - Sivert jest bardzo wrażliwą 
naturą  -  dodała.  -  To  artysta.  Jest  najlepszym  człowiekiem,  jakiego  znam,  ale  może  być 
bardzo bezkompromisowy. Nie toleruje fałszu ani zdrady. 

-  Zawsze tak było - szepnęła Mali, wpatrując się w podłogę, tak by synowa nie zauważyła 

płynących z jej oczu łez. 

-  Ale teraz on dojrzał - zapewniła Tordhild. - Zrozumiał, że życie nie jest ani tylko białe, 

ani tylko czarne. I że każdy może popełnić błąd. Chociaż wciąż nie jest mu łatwo... 

-  Czy ty mnie nienawidzisz, Tordhild? - Mali spojrzała na nią błyszczącymi oczyma. 
Tordhild ujęła jej zimną rękę w swoje dłonie. 
-  Nie - odparła spokojnie. - Nie żywię do ciebie nienawiści. 
-  Wyrządziłam ci wiele krzywdy - szepnęła Mali. 
-  Ale dałaś mi też coś wspaniałego, co najbardziej na świecie cenię - odparła tamta. 
Przez chwilę stały spokojnie, nie mówiąc nic. 
-  Sądzisz,  że  jeszcze  kiedyś  przyjedziecie?  -  spytała  Mali  tak  cicho,  że  brzmiało  to 

właściwie jak oddech. - Że będę mogła jeszcze zobaczyć Johannesa... 

-  Z pewnością przyjedziemy - odparła Tordhild. - Sivert też nie żywi do ciebie nienawiści. 

Powinnaś o tym wiedzieć. 

-  Tak, ale on mi nigdy nie wybaczy - westchnęła Mali, patrząc Tordhild w oczy. - I ja to 

rozumiem. Nie zasłużyłam na wybaczenie. Przynajmniej nie od niego i nie od ciebie. Ale ja... 
ja... ja tak bardzo go kocham. I ciebie też. A teraz jeszcze Johannesa. Wydaje mi się, że... że 
nie mogłabym żyć bez... 

-  Wszystko  się  ułoży,  Mali  -  zapewniła  Tordhild  i  pogłaskała  dłonią  mokry  policzek 

teściowej.  -  Nie  utraciłaś  Siverta.  Daj  mu  tylko  czas,  to  on  do  ciebie  wróci.  Przyjedziemy 
wszyscy troje - dodała. - Bo wszyscy należymy do tego domu. 

Mali  pochyliła  głowę,  odwróciła  się  plecami  do  Ingeborg  i  Ane,  które  zajmowały  się 

gotowaniem, i zaczęła płakać. Chciała podziękować synowej, ale nie zdołała wykrztusić ani 
słowa.  czule  objęła  Tordhild  i  przytuliła  do  siebie.  Trzymała  ją  mocno.  Po  chwili  Tordhild 
uwolniła się z jej objęć. Położyła dłonie na ramionach Mali i popatrzyła jej w oczy. 

-  Masz swoją siłę - powiedziała cicho. - Korzystaj z niej. 
-  Ona się już wyczerpała - odparła Mali wolno. 
-  Nie,  ona  wciąż  w  tobie  trwa  -  upierała  się  Tordhild.  -  To  ona  sprawia,  że  żyjesz. 

Pierwotna siła nie znika, Mali. 

-  Ale ja muszę dźwigać straszne brzemię - wyznała Mali szeptem. 
-  Ja o tym wiem - przytaknęła tamta. - To brzemię jednak musisz dźwigać sama. Nikt ci w 

tym nie pomoże. Przecież zawsze o tym wiedziałaś. 

background image

Mali skinęła głową. Owszem, wiedziała. Teraz czuła się taka zmęczona. Stara i zmęczona. 

Popatrzyła na Tordhild. Może te święta sprawią, że brzemię nieco zelżeje. Może... 

-  Dziękuję - wyszeptała, ściskając dłoń synowej. - Dziękuję. 
  
 ROZDZIAŁ 3. 

  

Mali żyła w dziwnym oszołomieniu - z jednej strony przepełniało ją szczęście, że ma przy 

sobie Siverta i jego  rodzinę, oraz wielka miłość,  jaką odczuwała do wnuka, zarazem jednak 
gdzieś w głębi duszy czaił się strach, że może utracić ich na zawsze. Że nigdy więcej ich nie 
zobaczy. Że Sivert uzna, iż nie należy już do Stornes. Przecież ostatnim razem tak powiedział, 
Mali o tym nie zapomniała. Teraz przyjechał tylko ze względu na Ruth. 

Bardzo nie chciała w to wszystko wierzyć. Po prostu nie była w stanie znieść takiej myśli. 

Miała  nadzieję,  że  Tordhild  zdoła  przemówić  Sivertowi  do  rozumu,  gdyby  on  coś  takiego 
wymyślił.  Po  prostu  muszę  jej  ufać,  powtarzała  sobie  Mali.  Ale  była  i  druga  sprawa, 
najgorsza ze wszystkiego. W środku wielkiej radości z powodu czekającego ich wyjątkowego 
wieczoru wigilijnego tkwił bolesny niepokój z powodu nieuchronnego już chyba małżeństwa 
Ruth. 

  
Mali mogła siedzieć długo i przyglądać się Johannesowi. Uczyła się na pamięć wszystkich 

rysów  jego  ślicznej  buzi.  Wpatrywała  się  w  promienne  uśmiechy  i  roziskrzone  oczy  ze 
złotymi plamkami, starała się ten widok ukryć głęboko w swoim sercu. Kiedy tak siedziała i 
przyglądała się wnukowi, lepiej rozumiała Havarda i jego uczucia do synka. Rozumiała jego 
tęsknotę i frustracje, kiedy zdał sobie sprawę, że dziecko żyje w domu, w którym nie czuje się 
dobrze. Bo oboje już teraz wiedzieli, że ani Laura, ani Knut Gran nie przejmują się specjalnie 
chłopcem. Gdyby Mali odkryła coś takiego w odniesieniu do Johannesa, byłaby w rozpaczy. 
Co do tego nie miała wątpliwości. 

-  Babciu, już się zbliża wieczór. Czy nie powinniśmy zacząć ubierać choinki? 
Johannes  oparł  się  mocno  o  jej  kolana  i  szarpał  za  bluzkę,  zarumieniony  z  podniecenia. 

Musiała porzucić swoje rozmyślania. 

-  Zaraz się do tego zabierzemy - uśmiechnęła się i pogłaskała go po policzku. 
Nie była w stanie odmówić sobie, żeby go nie dotknąć, kiedy tylko nadarzała się okazja. 
-  No  to  spytaj  Havarda  i  parobków,  czyby  nie  przynieśli  choinki  do  izby.  Trzeba  ją 

najpierw umocować, wiesz, żeby pewnie stała na podłodze, a to jest robota dla mężczyzn. Ja 
już przygotowałam wszystkie ozdoby - dodała. 

Johannes  podszedł  do  kanapy,  na  której  leżał  Havard,  zakrywszy  twarz  gazetą.  Chłopiec 

ostrożnie pociągnął go za ramię. 

-  Mógłbyś ustawić drzewko, Havardzie? - spytał cichutko.  
Havard  uniósł  się  na  posłaniu  i  posadził  Johannesa  obok  siebie.  Mali  ze  wzruszeniem 

patrzyła,  jak  sympatycznie  Havard  odnosi  się  do  chłopca.  A  przecież  nie  jest  to  jego  wnuk. 
Poza  tym  Havard  wie,  że  Johannes  nie  jest  też  wnukiem  Johana,  tylko  Jo.  Nigdy  jednak  w 
ż

aden  sposób  nie  dał  do  zrozumienia,  że  tak  myśli.  Kiedy  patrzył  na  Johannesa,  w  jego 

oczach pojawiała się szczera radość. Bo taki właśnie jest Havard, pomyślała Mali i ogarnęła 
ją wielka czułość. Serdeczny i nie chowa w sercu dawnej urazy. Nie znała drugiego takiego 
jak Havard. 

-  Gwarantuję ci, że nigdy jeszcze nie ubierałeś takiego wielkiego drzewka - powiedział i 

uśmiechnął  się  do  Johannesa.  -  Zaraz  je  tu  przyniesiemy.  Musisz  z  nami  iść,  to  będziesz 
otwierał drzwi. 

W  ustach  tego  dziecka  nigdy  nie  pojawiało  się  słowo  „nie",  teraz  przejęty  zeskoczył  z 

kanapy i ruszył ku drzwiom. 

background image

-  Myślałam,  że  przynajmniej  Dorbet  pomoże  ubierać  drzewko  -  westchnęła  Ane,  która 

pociła się przy kuchni nad przygotowaniem wigilijnej kolacji. - I może nawet Ruth... 

-  Zaraz sprowadzę Ruth - obiecała Mali. - Ale jeśli chodzi o Dorbet, to mam wrażenie, że 

pobiegła  do  Granvold.  Zdaje  mi  się,  że  widziałam  ją  jakiś  czas  temu.  Widocznie  nie  mogła 
już usiedzieć w domu. 

-  Oja  też  nie  mógł  -  poinformowała  Ingeborg  cierpko.  -  Zaprzągł  do  sań  i  zniknął  jakąś 

godzinę temu. Nie mam wątpliwości, dokąd się wybierał, co to, to nie - dodała. 

-  Tak, tak, Johannes. W takim razie tylko ty mi zostałeś do pomocy - zwróciła się Mali do 

chłopca. - Ingeborg i Ane mają mnóstwo innej pracy. 

-  Ale  mama  mogłaby  nam  pomóc  -  oznajmił  chłopiec,  odwracając  się  w  stronę  babki.  - 

Gdzie się podziała mama? 

-  Myślę, że i ona, i twój tata poszli trochę odpocząć - wyjaśniła Mali. - Dzisiaj zostawmy 

ich w spokoju. W końcu damy sobie radę sami, prawda? 

Chłopiec skinął głową i otworzył drzwi. 
-  No to chodź, Havardzie - zachęcał. - Musimy wnieść choinkę. 
I Havard poszedł. Wziął Johannesa za rękę, a Aslak i O1av ruszyli za nimi. W tym roku 

obaj  parobcy  i  ich  żony  będą  obchodzić  Wigilię  w  Stornes.  Przyjedzie  też  Ragnhild,  córka 
Ane i Aslaka. Dziewczyna uczy się w szkole pielęgniarskiej w Trondheim, ale będzie miała 
parę dni wolnych na święta. Ragnhild skończyła dwa dni temu dziewiętnaście lat. Wyrosła na 
szczupłą, ładną dziewczynę, z której rodzice, zresztą bardzo słusznie, są dumni. Dla Mali jest 
niczym rodzona córka. Ragnhild przecież była w tym domu od urodzenia i właściwie zawsze 
należała  do  rodziny,  podobnie  jak  jej  rodzice,  a  także  Ingeborg  i  Olav.  Trafili  nam  się 
niezwykle wierni i pracowici ludzie tu w Stornes, tak było przez wszystkie lata, myślała Mali 
z wdzięcznością. 

  
Johannes wykrzykiwał z radości na widok dużego drzewka wnoszonego do izby. 
-  Do samego sufitu! - wołał. - Ona sięga aż do sufitu!  
Mali  przyniosła  pudełka  z  choinkowymi  ozdobami,  a  także  śliczne  czerwone  świeczki. 

Uśmiechała  się  do  chłopca.  Ileż  on  ma  w  sobie  radości,  cieszyła  się.  Ten  jego  zachwyt  i 
oczekiwanie! 

Ale  to  jednak  mija  z  latami.  Przynajmniej  w  jej  przypadku  tak  było.  Albo  może  to  są 

uczucia zarezerwowane jedynie dla młodych, niewinnych istot. Dla tych, którzy mają dostęp 
do  raju,  przemknęło  jej  przez  głowę.  A  minęło  już  dużo  czasu,  odkąd  poczuła,  że  dla  niej 
bramy  raju  zostały  zamknięte.  Chociaż  akurat  teraz,  z  Johannesem  u  boku,  ona  również 
odczuwała ciepłą, intensywną radość. 

-  Miałam nadzieję, że Oja mi trochę pomoże - zwróciła się Mali do Havarda. - Drzewko 

jest  takie  wysokie,  że  sama  nie  zdołam  zawiesić  ozdób  na  czubku  ani  umieścić  świec  tak 
wysoko. Ale Oja zniknął. 

-  W takim razie możemy poprosić mojego tatę - zaproponował Johannes. - On na pewno 

zechce. 

Sam  jednak  nie  miał  czasu  wyjść  z  izby.  Klęczał  na  długiej  ławie  i  rozpromienionym 

wzrokiem przyglądał się choinkowym ozdobom. 

-  A może moglibyśmy tatę zawołać? - spytał. 
-  Nie, ale możemy zastukać w sufit - uśmiechnęła się Mali. - Zawsze tak robiłam, kiedy on 

jeszcze mieszkał tutaj w domu. Na pewno się domyśli, że chcemy, żeby do nas przyszedł. 

Wzięła szczotkę na długim kiju i trzy razy zastukała w sufit w miejscu, gdzie znajdowała 

się sypialnia Siverta i Tordhild. 

-  Teraz przyjdzie - uśmiechnęła się. - Pewnie zresztą przyjdą oboje z mamą. 
Nie sądziła jednak, że Sivert zechce przymocowywać świece czy też obcinać zbyt długie 

gałęzie choinki. Jego ręce nie są przeznaczone do takich prac. 

background image

-  No ale my możemy chyba zaczynać? - dopytywał się Johannes. - Zanim oni zejdą na dół, 

chciałem powiedzieć. 

-  Pewnie, że możemy - roześmiała się Mali i poczochrała mu włosy. 
Znowu przeniknęła ją głęboka radość, że będzie mogła ubierać choinkę w Stornes razem z 

synem  Siverta...  Marzyła  o  tym  od  tamtego  dnia,  kiedy  mogła  go  do  siebie  przytulić.  Nie 
sądziła jednak, że sprawy przybiorą taki obrót. 

Kiedy  rozległo  się  stukanie  w  sufit,  Sivert  objął ramionami  Tordhild.  W domu  panowała 

cisza, więc leżąc tu, słyszał od czasu do czasu radosne okrzyki Johannesa. 

-  Kto to stuka w ten sufit? - spytała Tordhild zdumiona. 
-  Myślę,  że  mama  -  odparł.  -  W  ten  sposób  się  ze  mną  porozumiewała,  kiedy  chciała 

ś

ciągnąć mnie na dół. Nie musiała wchodzić na górę, żeby mi to powiedzieć. 

Uśmiechnął się lekko i przeczesał palcami włosy. 
-  To było tak dawno temu - szepnął. - Wydaje mi się, jakby w innym życiu. 
-  Powinniśmy  chyba  w  takim  razie  zejść  na  dół.  Tordhild  usiadła  na  łóżku,  ale  Sivert 

pociągnął ją z powrotem na poduszki i mocno do siebie przytulił. 

 
-  Tak się cieszę, że przyjechaliśmy - powiedziała Tordhild z wargami przy jego policzku. - 

To było słuszne, Sivercie. I dobre dla wszystkich. 

-  Tak,  chyba  masz  rację  -  zgodził  się  Sivert,  przesuwając  pieszczotliwie  palcem  po  jej 

wargach. - Ale stało się tak wyłącznie dzięki tobie... bo gdyby ciebie nie było... 

-  Gdyby  mnie  nie  było,  to  ty  byś  tutaj  mieszkał,  głuptasie  -  powiedziała  z  uśmiechem  i 

pocałowała go delikatnie. - Nie miałbyś ani mnie, ani Johannesa, ale z pewnością jakąś inną - 
dodała. - Inną, która byłaby w Stornes młodą gospodynią. 

-  Nie  -  zaprotestował  Sivert.  -  Ja  bym  stąd  i  tak  wyjechał.  Nie  jestem  urodzony  na 

gospodarza. W jakiejś chwili i tak muzyka by mnie sobie podporządkowała, mimo wszystko. 
Tak już po prostu jest. Ale wtedy, kiedy przyjechałem tu do domu z tobą, a ty byłaś w ciąży... 
wtedy postanowiłem, że obejmę gospodarstwo. Tylko że... 

Leżał przez chwilę bez ruchu i wpatrywał się w sufit. 
-  A  żadnej  innej  bym  nie  miał  -  dodał  gwałtownie.  -  Tylko  ciebie,  ciebie  jedną,  dobrze 

wiesz. 

Muskał wargami jej twarz i całował miękkie wargi. Kochali się po południu, kiedy przyszli 

tu odpocząć. Długo i z czułością. Teraz Sivert oparł się na łokciu i spoglądał na żonę. 

-  Tak bardzo cię kocham - wyszeptał. 
Tordhild  odgarnęła  w  tyl  jego  włosy  i  uśmiechnęła  się.  -  No  i  nawzajem  -  powiedziała 

cicho. - Dla mnie też istniejesz tylko ty. 

Kiedy jednak chciał wsunąć jej rękę pod bluzkę, powstrzymała go. 
-  Nie  teraz,  Sivercie.  Jeśli  natychmiast  nie  zejdziesz  na  dół,  to  za  pięć  minut  twój  syn 

stanie przed drzwiami. A chyba nie chcesz... 

-  Ech, ja chcę - wykrztusił ochryple, odsuwając kołdrę na bok. 
Rozpiął jej bluzkę, przywarł wargami do ciemnej brodawki. Tordhild jęknęła. 
-  Sivert, nie teraz - mamrotała, głaszcząc go po plecach. On jednak wyczuwał, że nie jest 

taka niechętna. 

Zerwali  się  na  równe  nogi,  kiedy  na  schodach  rozległy  się  kroki.  Tordhild  pośpiesznie 

zapięła bluzkę, Sivert wyskoczył z łóżka i wciągał spodnie. Kiedy jednak kroki przeszły obok 
ich drzwi, popatrzyli na siebie z niepewnymi minami. Sivert odwrócił się znowu do Tordhild, 
ona jednak go powstrzymała. 

-  Wieczorem - wyszeptała, całując go czule. - Wieczorem. 
  

background image

Dorbet miała nadzieję, że Marit Granvold jej nie zauważy, ale się oczywiście przeliczyła. 

Nikt nie może zbliżyć się do Granvold, żeby Marit tego nie dostrzegła, pomyślała dziewczyna 
z westchnieniem, kiedy drzwi na ganek się otworzyły. 

-  Mój Boże, to ty, Dorbet? - rozpromieniła się Marit w niebieskim fartuchu okrywającym 

wydatny brzuch i w białym czepku przytrzymującym włosy. - W samiutką Wigilię! 

-  Tak,  chciałam  tylko  bardzo  szybko  życzyć  wam  wesołych  świąt  -  wyjaśniła  Dorbet.  - 

Widzę, że jesteś zajęta gotowaniem, nie będę przeszkadzać. Ale chętnie bym... 

-  Chętnie byś zobaczyła Olę, jak się domyślam - uśmiechała się Marit zadowolona. - Ola 

jest w stajni i karmi konie. 

-  W takim razie zajrzę tam do niego - rzekła Dorbet. - No a my zobaczymy się trzeciego 

dnia świąt. 

-  Tak,  w  te  święta  naprawdę  będzie  bardzo  uroczyście  -  stwierdziła  Marit.  -  A  wy  w 

Stornes to pewnie macie urwanie głowy, bo to i święta, i wesele, i na dodatek goście z miasta. 
Widziałam podwodę - wyjaśniła. 

Dorbet  skinęła  głową.  Dziwiłoby  ją  raczej,  gdyby  Marit  podwody  nie  widziała.  Jej 

wiewiórczym oczom nic nie umknie. 

-  No  i  właśnie  dlatego  muszę  się  śpieszyć  -  powtórzyła  Dorbet.  -  Właściwie  powinnam 

siedzieć w domu i pomagać. 

-  Tak, jednak Ola bardzo się ucieszy, jak cię zobaczy - zapewniała Marit. - Nie musisz tu 

być tak długo, żeby twoja mama się rozzłościła - dodała. 

Dorbet  jeszcze  raz  życzyła  jej  wesołych  świąt  i  pobiegła  w  dół  do  stajni.  Usłyszała  Olę 

wcześniej,  niż  go  zobaczyła.  Zajęty  był  noszeniem  siana  dla  koni.  W  stajni  było  ciepło  i 
wilgotno.  Również  tutaj  konie  zostały  starannie  wymyte  i  teraz  para  unosiła  się  nad  ich 
wielkimi, lśniącymi ciałami. 

Przez chwilę Dorbet stała i po prostu przyglądała się Oli. Miał na sobie granatowy roboczy 

kombinezon.  Ubranie  napinało  się  na  jego  szerokich  plecach.  Dorbet  głęboko  wciągnęła 
powietrze. Na jego widok dziwna słodycz rozlała się w jej ciele. 

-  Wesołych  świąt,  Ola  -  powiedziała  cicho,  wyglądając  zza  wielkiej  belki,  za  którą  się 

ukryła. 

Chłopak  podskoczył  i  rozglądał  się  zdumiony.  W  końcu  jego  twarz  rozjaśnił  szeroki 

uśmiech.  W  oczach  miał  radosne  błyski.  Wrzucił  ostatnią  garść  siana  do  końskiego  żłobu  i 
podszedł do niej. 

-  Dorbet! Co ty tu robisz w wigilijne popołudnie? Przecież ja byłem u was... 
-    Ale  ja  chciałam  ci  życzyć  wesołych  świąt  -  roześmiała  się  i  przechyliła  kokieteryjnie 

głowę  tak,  że  jej  długie  gęste  włosy  opadały  na  ramiona.  -  Chciałam  ci  jeszcze  raz  życzyć 
wesołych świąt - dodała z uśmiechem. 

Ola objął ją i przyciągnął mocno do siebie. Unosił się nad nim zapach koni. A właściwie 

zapach koni, potu i mydła. Objął dłońmi głowę  dziewczyny i popatrzył jej głęboko w oczy. 
Jego  usta  opadły  na  jej  wargi,  ona  otworzyła  je  lekko  i  poddała  się  długiemu,  zmysłowemu 
pocałunkowi. 

-  Powinnam  natychmiast  wracać  -  wykrztusiła  w  końcu,  odsuwając  się  lekko  od  Oli.  - 

Mama pojęcia nie ma, że ja... 

Ola  nie  odpowiadał.  Pociągnął  ją  za  sobą  w  narożnik  stajni,  gdzie  zgromadził  stos 

pachnącego  siana,  żeby  starczyło  dla  koni  na  całe  święta.  Zanim  Dorbet  zdążyła  się 
zorientować, do czego zmierza, popchnął ją lekko na siano. 

-  Ależ Ola... nie powinniśmy teraz... - protestowała. - Ja muszę... 
Zrobił  się  bardziej  zuchwały,  pomyślała  Dorbet,  kiedy  podnosił  jej  w  górę  spódnicę. 

Jeszcze niedawno stanąłby bez ruchu, zarumieniony i onieśmielony, gdyby tylko powiedziała 
„nie".  Teraz  jednak  trzymał  ją  mocno  i  zdejmował  z  niej  majtki.  Po  czym  sam  zrzucił  swój 
kombinezon. Pod spodem miał tylko podkoszulek i kalesony. 

background image

-  Ola... Ola, coś ty! 
Zatrzymał się na chwilę i spoglądał w dół na nią. 
-  Nie chcesz? - spytał niepewnie. 
Dorbet popatrzyła na niego, na mięśnie napinające się pod skórą ramion, na spoconą twarz 

i  potargane  włosy,  na  wielką  bulę  pod  bielizną.  Jęknęła  z  rozkoszy.  Było  w  tym  wszystkim 
coś dzikiego. Coś zakazanego. Niedozwolonego. Nie robi się takich rzeczy w samą Wigilię, 
pomyślała, a już na pewno nie robi się tego w stajni. 

-  Jezu, oczywiście, że chcę - wykrztusiła ochryple, głos z trudem wydobywał się z gardła, 

kiedy Ola położył się na niej i rozsunął jej nogi. 

-  Ale jakby tu ktoś wszedł... 
-  Nikt  nie  przyjdzie  -  odparł  Ola  zdyszany,  podłożył  jej  ręce  pod  pośladki  i  uniósł  je  ku 

sobie. 

Kiedy wdarł się w nią gwałtownie, Dorbet krzyknęła cicho. Potem objęła go ramionami i 

mocno  przyciągnęła  do  siebie.  Napinała  mięśnie  brzucha  i  pojękiwała  z  podniecenia.  To 
pobudzało go jeszcze bardziej, kochał ją szybko i gwałtownie. Jęczał przy tym tak głośno, że 
konie  przestały  jeść,  odwracały  głowy  i  patrzyły  na  tych  dwoje  na  kupie  siana  swoimi 
wielkimi, brązowymi, smutnymi oczyma. 

-  Konie nam się przyglądają - wyszeptała Dorbet, która widziała zwierzęta ponad barkami 

Oli. 

-  One nie roznoszą plotek - rzekł Ola i pogłaskał ją po włosach, potem wodził wargami po 

jej twarzy i wzdychał zadowolony. 

-  Ja już muszę iść, Ola - rzekła Dorbet cichutko. - Wybiegłam z domu tylko, żeby... 
-  Strasznie  się  cieszę,  że  to  zrobiłaś  -  oznajmił  i  pomógł  jej  wstać.  -  Te  świąteczne  dni, 

kiedy nie będziemy się widywać... nie wiem, jak to wytrzymam - dodał, obejmując ją znowu i 
przytulając do siebie. 

-  No ale w każdym razie dzisiaj to było dwa razy - uśmiechnęła się Dorbet szelmowsko. - 

Poza tym będziesz dla mnie lepszy, jeśli na następny  raz będziesz musiał trochę poczekać - 
drażniła się z nim, czochrając jego włosy. 

-  Już  bardziej  czekać  na  ciebie  nie  mogę  -  westchnął.  -  Właściwie  nie  myślę  o  niczym 

innym, tylko o tobie, powinnaś wiedzieć. Chciałbym cię mieć tutaj w Granvold każdego dnia 
i każdej nocy - dodał. 

-  W takim razie musielibyśmy się pobrać - stwierdziła Dorbet. 
-  No  to  pobierzmy  się  -  rzekł  ochryple,  patrząc  na  nią  z  powagą.  -  Naprawdę  nie 

moglibyśmy się pobrać, Dorbet? 

Dorbet wymknęła mu się z objęć i strzepywała źdźbła siana ze spódnicy. Jak zawsze, kiedy 

on  mówił  takie  rzeczy,  w  jej  piersi  pojawiało  się  jakieś  nieprzyjemne  uczucie.  Jest  w  nim 
zakochana  i  nie  chciałaby  w  żaden  sposób  z  niego  zrezygnować.  Zarazem  jednak  bardzo 
chciała  pozostać  wolna.  W  każdym  razie  nie  wiązać  się  jeszcze  na  całe  życie.  Jeszcze  nie 
teraz. To ją przerażało. Ale niczego takiego nie powiedziała. Zdawała sobie sprawę z tego, że 
zabrnęła  za  daleko  i  teraz  nie  wolno  jej  mówić  takich  rzeczy.  Matka  wytłumaczyła  jej  to 
bardzo dokładnie. Więc właściwie i tak jest związana. Choć przecież nie jest ani zaręczona, 
ani zamężna. Jeszcze nie. I niech tak na razie zostanie, czas pokaże, co będzie dalej. 

-  Ty  chyba  zwariowałeś  -  prychnęla,  nie  patrząc  na  niego  i  porządkując  włosy.  -  Matka 

obedrze mnie ze skóry, jak zaraz nie pojawię się w domu. 

Wspięła się na palce i cmoknęła go w czubek nosa. Nie pozwoliła, żeby ją znowu objął. 
-  Wesołych świąt - wyszeptała, głaszcząc go po policzku. Potem cicho wybiegła ze stajni. 
 
-  To naprawdę ty? - zdumiała się Helga, kiedy Oja stanął w drzwiach w Gjelstad. - Och, ja 

znam  kogoś,  kto  się  strasznie  ucieszy.  Ruth  Lina  nie  miała  jak  przekazać  ci  gwiazdkowego 

background image

prezentu,  cały  dzień  marudziła  dzisiaj  ojcu,  że  musi  pojechać  do  Stornes.  Ale  on 
zaprotestował. Powiedział, że nie wypada nachodzić ludzi w dzień wigilijny. 

-  I chyba miał rację - przyznał Oja, zdejmując czapkę. - Ja też nie przyjechałem tu, żeby 

przeszkadzać, wcale nie. Widzę, że jesteś bardzo zajęta przygotowywaniem kolacji. Ale ja też 
nie miałem okazji dać Ruth Linie prezentu, więc... 

Zrobił się czerwony i przestępował z nogi na nogę. 
-  Tak, a chciałem, żeby go ode mnie dostała - bąkał skrępowany. 
-  Jak to miło z twojej strony - uśmiechnęła się Helga. - I nie myśl, że przychodzisz nie w 

porę. Ty zawsze jesteś u nas mile widziany. 

-  No właśnie, tak też to czuję - odparł Oja. - Ale w domu mówią, że wciąż wiszę u klamki 

w Gjelstad. 

-  A czy oni mają coś przeciwko temu... że ty i Ruth Lina spędzacie ze sobą tyle czasu? - 

zapytała Helga, mrużąc oczy. 

-  Nie, nie, czy Ruth  Lina nie opowiadała, jak miło było podczas jej wizyty w Stornes? - 

spytał  Oja.  -  Moja  mama...  moja  mama  bardzo  serdecznie  ją  przyjęła.  Ja  sam  byłem 
zaskoczony - dodał. 

-  No  tak,  a  twoja  mama  nie  wszystkich  przyjmuje  z  otwartymi  ramionami  -  zauważyła 

Helga, otwierając drzwiczki piekarnika, żeby sprawdzić, czy żeberka się już upiekły. 

-  Mama zrobiła całe przyjęcie - mówił Oja, jakby to miało wszystko wyjaśnić. 
-  Tak,  tak,  słyszałam  -  potwierdziła  Helga.  -  I  bardzo  sobie  to  cenię.  Wiesz  przecież,  że 

twoja  matka  i  ja  nie  zawsze  byłyśmy  zgodne  we...  we  wszystkim.  Teraz  najważniejsze  jest 
jednak,  że  ona  dobrze  przyjmuje  moją  córkę.  Tak,  bo  jeśli  pewnego  dnia  miałoby  dojść  do 
tego, że... skończyć się tym, że... 

Przerwała  i  zaczerwieniła  się  mocno.  Nagle  zaczęło  jej  się  bardzo  śpieszyć  z 

przesuwaniem  garnków  na  kuchni.  Oja  nie  odpowiedział  na  aluzję  Helgi,  chociaż  świetnie 
rozumiał, co miała na myśli. Zresztą rozumiał to już od dawna. Ta wyniosła Helga, nosząca 
wysoko  głowę,  nie  robiłaby  żadnych  przeszkód,  gdyby  on  chciał  pojąć  Ruth  Linę  za  żonę. 
Wprost przeciwnie. Od dawna Helga patrzyła przez palce na to, że młodzi tyle czasu spędzają 
w sypialni dziewczyny. A przecież nie jest głupia i musi wiedzieć, co tam robimy, myślał Oja. 
Nie  sądzi  chyba,  że  siedzimy  sobie  i  rozmawiamy,  chociaż  Ruth  Lina  jest  jeszcze  taka 
młodziutka. 

Drzwi  się  otworzyły  i  weszła  Ruth  Lina.  Uśmiechnęła  się  promiennie  na  widok  Oi, 

podbiegła do niego i ściskała mu ręce. 

Ona nie jest taka śliczna jak Dorbet, pomyślał Oja. Nikt nie jest taki jak Dorbet. Ale Ruth 

Lina ma w sobie wiele wdzięku. Jest szczupła, tak samo wyprostowana jak matka. Tylko że 
jej twarz ma o wiele łagodniejsze rysy, a uśmiech jest otwarty i szczery, odsłania dwa rzędy 
mocnych, białych zębów. Włosy Ruth Lina ma ciemniejsze niż matka, lekko rudawe, a kiedy 
je rozpuści, sięgają aż do talii. 

W  ciągu  ostatniego  pół  roku  Ruth  Lina  bardzo  się  zmieniła.  Jej  dawniej  nieco  kanciaste 

ciało  nabrało  kształtów.  Teraz  pod  bluzką  rysowały  się  niewielkie,  ale  jędrne  piersi,  a 
szczupła talia wydawała się jeszcze szczuplejsza, gdy biodra zaczęły się zaokrąglać. 

I  charakter  miała  taki,  jak  Oja  lubił,  trochę  nieśmiała  i  czasami  jakby  skrępowana, 

równocześnie jednak buzowały  w niej bardzo silne uczucia. Kiedy pierwszy raz się kochali, 
była dziewicą i leżała przy nim niemal sztywna z przerażenia. Oddała mu się jednak z własnej 
woli. I nigdy nie ukrywała, jak bardzo jest w nim zakochana ani że Oja podoba jej się bardziej 
niż  ktokolwiek  inny.  Jemu  sprawiało  to  przyjemność.  W  domu  nigdy  nie  czuł  się  tym 
najlepszym, wiedział, że dla matki jest zawsze drugi. U Ruth Liny było odwrotnie, to on był 
najlepszy. Sama to mówiła, a zresztą Oja poznawał to po jej zachowaniu. W ciągu tego czasu, 
kiedy  byli  parą,  Ruth  zrobiła  się  swobodniejsza  i  śmielsza.  Oja  najwyraźniej  budził  w  niej 
bardzo silne uczucia, bo teraz już nigdy nie była w łóżku ani sztywna, ani taka niewinna. To 

background image

też  Oja  bardzo  cenił,  lubił  wiedzieć,  że  wzbudza  w  niej  pożądanie.  Ruth  Lina  nawet  nie 
spoglądała na innych chłopaków, o tym był przekonany. Dziewczyna należy do niego i będzie 
należeć tak długo, jak on będzie sobie tego życzył. 

-  Nie miałem okazji przekazać ci gwiazdkowego prezentu - powiedział Oja, szukając ręką 

w kieszeni. - Tyle było zajęć w ostatnich dniach, że... 

-  Ja  też  nie  miałam  okazji  -  bąknęła  Ruth  Lina,  rumieniąc  się.  -  Ale  mam  dla  ciebie 

paczkę. W sypialni - dodała, spoglądając ukradkiem na matkę. - Prosiłam ojca, żeby... 

-  Możecie przecież iść do sypialni po ten prezent - przerwała Helga. - Rozumiem, że Oja 

ma  mało  czasu,  przecież  to  Wigilia.  A  ty  też  potem  będziesz  musiała  mi  trochę  pomóc  - 
dodała,  spoglądając  na  córkę.  -  Zaraz  trzeba  będzie  ubierać  choinkę.  I  nakrywać  do  stołu. 
Będziemy mieć gości na wigilijnej kolacji - dodała, zwracając się do Oi. 

-  Zaraz wrócę - obiecała Ruth Lina, wzięła Oję za rękę i pociągnęła za sobą. - Jak tylko 

Oja odbierze swój prezent. 

-  No właśnie, wesołych świąt wszystkim - powiedział Oja przy drzwiach. - Zobaczymy się 

w trzeci dzień świąt. Na weselu. 

-  Tak, zobaczymy się - potwierdziła Helga. - Wciąż jeszcze nie mogę uwierzyć, że to Ruth 

ma brać ten ślub, ale, ale... wszystko poszło tak szybko - dodała. - No i żeby z misjonarzem. .. 
jakoś nie rozumiem... 

Oja domyślał się, że chciałaby dłużej porozmawiać o tym, co się dzieje w Stornes, ale on 

tematu nie podjął. Zamknął za sobą drzwi i poszedł za Ruth Liną. 

  
W sypialni Ruth Liny było ciepło, w piecu palił się ogień. Elegancka sukienka, którą miała 

włożyć wieczorem, wisiała na haczyku wbitym w ścianę. 

Dziewczyna  otworzyła  szufladkę  swojej  nocnej  szafki  i  wyjęła  stamtąd  płaski,  miękki 

pakuneczek. 

-  Proszę bardzo - rzekła, podając go Oi. - Mam nadzieję, że ci się spodoba. Poświęciłam 

na to całą jesień - dodała z uśmiechem. 

Oja  położył  prezent  na  łóżku  i  objął  dziewczynę.  Przytulał  jej  delikatne,  szczupłe  ciało. 

Czuł jej jędrne piersi. 

-  Jestem  pewien,  że  będzie  się  podobało,  niezależnie  od  tego,  co  to  jest  -  rzekł  cicho.  - 

Mogę otworzyć już teraz? 

-  Nie,  przecież  to  ma  być  niespodzianka  -  zaprotestowała,  patrząc  mu  w  oczy.  -  Musisz 

poczekać do wieczora. 

Oja wyjął z kieszeni maleńką paczuszkę i podał dziewczynie. - A to dla ciebie. 
Ruth  Lina  obracała  w  palcach  paczuszkę.  Spostrzegła,  że  to  coś  kupionego  w  mieście,  i 

zarumieniła się z radości. 

-  A co to takiego? 
Oja roześmiał się i znowu przyciągnął ją do siebie. 
-  O nie, nie, ty też musisz zaczekać do wieczora - mówił ze śmiechem. 
Ś

wieżo  umyte  włosy  dziewczyny  pachniały  rozkosznie,  a  jej  wargi  były  czerwone  i 

kuszące.  Oja  całował  ją,  a  ona  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję.  Dłonie  Oi  same  odnalazły 
dziewczęce piersi. Ruth Lina nie protestowała. Nawet kiedy zaczął rozpinać guziki bluzki, też 
mu na to pozwoliła. 

-  A twoja mama... 
-  Mama siedzi w kuchni - uspokoiła go Ruth Lina, lekko zdyszana. 
Oja  położył  ją  na  łóżku.  Podniecenie  narastało  w  nim  coraz  bardziej.  Oja  nosił  w  sobie 

gwałtowne  pragnienia,  odkrył  to  już  dawno  temu,  jeszcze  w  czasach,  kiedy  służące,  jakie 
miewali w Stornes, uczyły go życia. Ale dopiero szczupłe, jeszcze nie całkiem dojrzałe ciało 
Ruth Liny potrafiło rozpalić go tak gwałtownie. 

background image

Kiedy  leżała  już  naga  na  łóżku,  on  przez  chwilę  stał  i  przyglądał  się  temu  ciału,  tym 

napiętym,  małym  piersiom  z  brodawkami  przypominającymi  jagody,  tej  szczupłej  talii  i 
zaokrąglonym już biodrom i tym rudawym włosom w dole brzucha. Pochylił się potem nad 
nią i głaskał jej delikatną skórę. 

Ruth  Lina  przyciągnęła  go  do  siebie.  Splotła  dłonie  na  jego  karku  i  przyciskała  swoje 

piersi  do  jego  ciała.  On  drażnił  językiem  jedną  brodawkę,  a  dziewczyna  wzdychała  cicho. 
Prężyła  się  z  rozkoszy.  Oja  powoli  całował  ciało  ukochanej,  coraz  niżej  i  niżej,  w  talii,  po 
brzuchu,  i  jeszcze  niżej.  Dziewczyna  zesztywniała.  Oja  nigdy  przedtem  nie  używał  warg 
inaczej niż do pieszczenia jej piersi. 

-  Co ty robisz? - spytała ochryple. 
-  Chcę cię wziąć całą - odparł, rozsuwając jej nogi. 
-  Ale... tak przecież nie można, żeby... 
Próbowała  odepchnąć  jego  głowę,  kiedy  ciepły  język  zdecydowanie  dotykał  jej  łona  i 

podążał dalej. 

-  Oja... 
-  Będzie ci dobrze - wyszeptał. - Ja bardzo chcę. W tym nie ma nic złego. 
Ruth  Lina  głośno  wciągała  powietrze,  kiedy  poczuła  w  najbardziej  intymnym  miejscu 

ciepły oddech Oi. Pozwoliła mu jednak, żeby robił, co chce. On wsunął język głęboko w jej 
ciało, Ruth Lina krzyknęła głośno. Oja czuł, że krew pulsuje mu w podbrzuszu. Już od dawna 
miał na coś takiego ochotę, bał się jednak, że ją wystraszy. Nie sądził, że dziewczyna ulegnie 
tak  łatwo.  Położył  się  teraz  na  niej  i  wszedł  w  jej  ciało.  Bardzo  szybko  osiągnął  spełnienie. 
Fakt, że pozwoliła mu się pieścić językiem, sprawił, że mógłby osiągnąć ekstazę, wcale w nią 
nie wchodząc. 

Przez chwilę leżeli bez ruchu. Ogień trzaskał w piecu, poza tym panowała zupełna cisza. 
-  Czy zrobiłem coś, czego nie chciałaś? - spytał w końcu Oja, bawiąc się długim lokiem 

jej włosów. 

-  Nie, tylko ja nie wiedziałam, że... że ktoś może zrobić... 
-  Nie było ci dobrze? - dopytywał się, pieszcząc palcami jej pierś. - Nie lubisz tego? 
Dziewczyna  zarumieniła  się  i  odwróciła  głowę.  Oja  z  powrotem  odwrócił  ku  sobie  jej 

twarz. 

-  Podobało ci się to? 
Ruth Lina skinęła głową, ale nie patrzyła mu w oczy. 
-  To następnym razem będzie twoja kolej - oznajmił. 
-  Moja kolej? 
Tym razem spojrzała na niego przestraszona. 
-  Ty też możesz pieścić mnie ustami - wyjaśnił. 
Ruth  Lina  wyglądała  na  kompletnie  zbitą  z  tropu.  Potem  powoli  intensywny  rumieniec 

wypłynął na jej twarz. 

Ale znowu skinęła głową. Wolno, jakby nieśmiało, ale jednak skinęła. 
-  Jeśli ty tak chcesz, to... - wyszeptała. - Ale ja nigdy nie robiłam takich... 
Sama  myśl  o  tym,  jak  to  będzie,  znowu  podnieciła  Oję.  Lekko  odsunął  od  siebie 

dziewczynę. 

-  No to zrób to teraz - poprosił ochryple. 
Nie jest ona ekspertem w tych sprawach, pomyślał, kiedy wargi dziewczyny jakby trochę 

niechętnie  zamknęły  się  wokół  jego  członka.  Ale  z  pewnością  się  nauczy,  tego  był  pewien. 
Wystarczy, że raz to zrobi, to... 

Odsunął  ją  od  siebie  i  mocno  pocałował.  A  potem  wziął  ją  jeszcze  raz.  Kiedy  doszło  do 

spełnienia, miał wrażenie, że w jego głowie rozbłysły błyskawice, a potem potrzebował sporo 
czasu,  żeby  móc  znowu  normalnie  oddychać.  Uniósł  się,  oparł  na  łokciu  i  przyglądał 
dziewczynie. Uśmiechał się do niej i głaskał po policzku. 

background image

-  Tego właśnie chciałeś? - spytała Ruth Lina cicho, bardzo skrępowana. 
-  Tak,  muszę  jednak  wiedzieć,  że  ty  też  tego  chcesz  -  oświadczył.  -  Na  szczęście  mamy 

dużo czasu - dodał. - Tyle jest rzeczy, które możemy robić ze sobą w łóżku. 

-  Ja nie miałam pojęcia o... - Nagle wpiła w niego spojrzenie. - A skąd ty wiesz o takich 

rzeczach? - spytała. - Kto cię tego nauczył... 

-  Tym  akurat  nie  powinnaś  kłopotać  swojej  małej  główki  -  odparł  i  ucałował  ją  czule.  - 

Mężczyźni  zwykle  wiedzą  o  takich  sprawach  więcej  niż  kobiety.  A  ty  jesteś  jeszcze  taka 
młodziutka - dodał. 

-  To może nie będziesz ze mnie zadowolony - wymamrotała, odwracając wzrok. 
Po jej policzku spłynęła w dół samotna łza. 
-  No,  teraz  to  już  wygadujesz  głupstwa  -  oświadczył  cicho  i  lekko  ugryzł  ją  w  ucho.  - 

Naprawdę  jestem  z  ciebie  bardzo  zadowolony.  I  tylko  ciebie  pragnę,  czyżbyś  tego  nie 
wiedziała? 

Ruth Lina przytuliła się do niego. Oja zauważył, że pod jej długimi rzęsami pokazały się 

łzy. 

-  Mnie pragniesz? Na zawsze? 
-  Na zawsze - przytaknął z wargami przy jej szyi. 
Nagle zdał sobie sprawę z tego, co powiedział, i przyszło mu do głowy, że może powinien 

bardziej  panować  nad  słowami.  Dziewczyna  jest  jeszcze  taka  młoda,  a  na  świecie  istnieje 
mnóstwo kobiet, pięknych, pełnych wdzięku, podniecających dziewczyn, które nie ukrywają, 
ż

e bardzo chętnie poszłyby z nim na siano. Parę razy dał się uwieść, również teraz, kiedy był 

już z Ruth Liną, ale to nigdy nie było nic poważnego. Zawsze wracał do niej. Tęsknił za jej 
uśmiechem,  za  tym  cichym  śmiechem,  którym  go  witała,  i  za  jej  nieskrywanym  podziwem. 
Miał dla niej bardzo wiele dobrych uczuć i też wcale tego nie ukrywał. Ale żeby zostać z nią 
na zawsze... 

Ruth Lina oplotła go ramionami. 
-  I ja też chcę do ciebie należeć - wyszeptała mu do ucha. - Będziemy parą, Oja. Będziemy 

parą ty i ja. 

-  Na  razie  jednak  powinnaś  to  zachować  dla  siebie  -  poradził.  -  Bo  w  przeciwnym  razie 

zacznie  się  to  całe  gadanie,  że  jesteś  za  młoda,  i  spekulacje  na  temat,  co  my  robimy,  kiedy 
jesteśmy sami. 

Dziewczyna zachichotała cicho uszczęśliwiona, zarumieniona i z błyszczącymi oczyma. 
-  O  tak,  żeby  oni  tylko  wiedzieli  -  roześmiała  się.  -  Ja  uczynię  cię  szczęśliwym,  Oja  - 

dodała, ujmując jego twarz w dłonie. - Dam ci wszystko, czego tylko będziesz chciał. 

Oja wstał i zaczął się ubierać. 
-  Twoja  mama  musi  się  już  zastanawiać,  co  my  tu  robimy  -  zaniepokoił  się.  -  A  ja  też 

powinienem pomagać trochę w domu. 

Ruth Lina włożyła majtki i spódnicę. 
-  Ale ja nie codziennie się zaręczam - odparła, obracając się, jakby miała zamiar tańczyć. 
-  Zaręczasz się? 
-  Przecież powiedziałeś, że chcesz mnie mieć na zawsze.  
Oja skinął głową i wziął paczkę. 
-  Czy ty mówiłeś poważnie, powiedz? 
-  Oczywiście, że poważnie - wymamrotał. Unikał jednak patrzenia jej w oczy. 
  
Kiedy Oja ściągnął lejce i skierował sanie do Stornes, na dworze od dawna było ciemno. 

Był  rozgrzany  i  rozluźniony  po  tym,  co  się  stało  w  sypialni  Ruth  Liny,  mimo  wszystko 
odczuwał jakiś dziwny niepokój. Chyba obiecał za wiele, teraz wyraźnie zdawał sobie z tego 
sprawę. No ale to się przecież jakoś tam ułoży. Może nawet zdarzyć się tak, że to Ruth Lina z 
nim zerwie. W każdym razie to jest zbyt dobra dziewczyna, żeby ją oszukiwać, pomyślał. Nie 

background image

bez  znaczenia  jest  też  to,  że  matka  najwyraźniej  ją  zaakceptowała.  A  on  strasznie  się  bał 
nieporozumień w Stornes. 

Popędzał  konia  pod  rozgwieżdżonym  niebem  i  nagle  poczuł,  że  jest  dorosły.  Otulił  się 

szczelniej derką. To bardzo przyjemne uczucie. 

  
ROZDZIAŁ 4. 
  
Izba  w  Stornes  tonęła  w  blasku  świec.  Wielka  choinka  jest  chyba  najpiękniejsza  ze 

wszystkich,  jakie  kiedykolwiek  mieliśmy,  pomyślała  Mali  i  uśmiechnęła  się,  widząc,  że 
większość  ozdób  została  umieszczona  na  najniższych  gałązkach.  Bo  tylko  tam  Johannes 
sięgał.  Ona  zaś  nie  miała  serca  zdejmować  powieszonych  przez  niego  zabawek  i  przenosić 
wyżej. Chłopiec był taki zachwycony rezultatem swojej pracy. Długo stał i wpatrywał się w 
ubraną choinkę. 

-  To  najpiękniejsze  świąteczne  drzewko,  jakie  widziałem  -  rozpromienił  się  i  zwrócił  ku 

Mali z błyszczącym wzrokiem. 

-  Tak,  ja  też  ładniejszego  nie  widziałam  -  uśmiechnęła  się  babka,  głaszcząc  go  po 

policzku. - Nigdy nie mieliśmy w Stornes ładniejszego drzewka. 

-  To dlatego, że dzisiaj ja je ubierałem - stwierdził z dumą i wyprostował plecy. 
-  Tak, to dlatego, że ty ubierałeś - potwierdziła Mali, ponownie dotykając pośpiesznie jego 

policzka. - To na pewno dlatego. 

Siedzieli przy długim stole, zarówno gospodarze, jak i goście. Wszyscy pięknie wystrojeni, 

uroczysty  nastrój  wyczuwało  się  w  całym  domu.  Za  oknami  panowały  nieprzeniknione 
ciemności,  ale  nad  górami  wisiał  wielki  bladożółty  księżyc  i  zabarwiał  okrywający  ziemię 
ś

nieg niebieskawą poświatą. 

-  Zanim  przystąpimy  do  jedzenia,  chciałbym  przeczytać  fragment  Ewangelii  na  Boże 

Narodzenie  -  oznajmił  Havard  i  wstał  ze  swojego  miejsca  ze  zniszczoną  Biblią  Starego 
Siverta w rękach. 

-  A  ja  myślałem,  że  to  ja  powinienem  przeczytać  Słowo  Pańskie  -  wtrącił  Samuel  i 

nerwowo poprawił swój ciemny krawat. - To przecież ja jestem misjonarzem - dodał, ujmując 
Biblię, którą położył na długiej ławie między sobą i Ruth. 

-  W  Stornes  zawsze  gospodarz  czyta  Ewangelię  -  odparł  Havard  spokojnie.  -  Tego 

zwyczaju przestrzegano tutaj od pokoleń. Więc i w tym roku tak będzie. 

Samuel zrobił się czerwony i nagle można było odnieść wrażenie, że krawat ma zawiązany 

za  ciasno.  Popatrzył  na  Ruth,  ona  jednak  siedziała  ze  złożonymi  rękami  i  spuszczonym 
wzrokiem. Nikt się nie odezwał. Wobec tego Havard odchrząknął i zaczął: „I stało się w tych 
dniach, że cesarz August wydał polecenie..." 

Kiedy Havard skończył, usiadł na swoim miejscu. Jeszcze przez krótką chwilę przy stole 

panowała  cisza,  po  czym  Mali  dała  znak  Ingeborg  i  Ane,  by  zaczęły  wnosić  półmiski  z 
wigilijnymi daniami. 

-  Czy dzisiejszej nocy anioły sfruną na ziemię? - zapytał Johannes bardzo zaciekawiony i 

popatrzył na swojego ojca. - Czy one będą w nocy śpiewać na chmurach? 

-  Chyba  nie,  nie  bardzo  w  to  wierzę  -  odparł  Sivert  z  uśmiechem.  -  To  się  chyba 

wydarzyło tylko jeden raz. Tamtej nocy, kiedy Jezus przyszedł na świat. 

-  Ale czy ktoś nie spał przez całą noc i patrzył, co się dzieje? - dopytywał się Johannes. - 

Bo jak nie, to mogło się zdarzyć, że one przyleciały, ale nikt ich nie widział. 

-  Bóg  zsyła  swoje  anioły  ludziom,  którzy  w  Niego  wierzą  -  oznajmił  Samuel  swoim 

profetycznym głosem. - Dobrym ludziom Boga, którzy zostali obdarzeni Jego łaską. Inni nie 
widzą aniołów - zakończył. 

-  A ty je widziałeś? - spytał Johannes, przyglądając się z zaciekawieniem Samuelowi. 
-  Zdarzyło mi się - odparł tamten i znowu poprawił krawat. - Ja jestem człowiekiem Boga. 

background image

-  A ja to nie? 
W ciemnych oczach dziecka lśniły złote plamki. 
-  Owszem. Ty jesteś dzieckiem Boga, Johannesie - wtrąciła Mali spokojnie. - My wszyscy 

jesteśmy dziećmi Boga, tak jest napisane w Biblii. A teraz możemy zaczynać kolację - dodała, 
widząc, że Samuel ma zamiar protestować przeciwko temu, co powiedziała. 

Samuel popatrzył wokół mrocznym wzrokiem, ale się nie odezwał. Ruth też nie podnosiła 

oczu,  przynajmniej  dopóki  Ingeborg  nie  postawiła  przed  nią  półmiska  z  żeberkami, 
kiełbaskami i kotletami. Ruth wzięła malutki kawałek żeberek i jedną kiełbaskę. 

-  Musisz  więcej  jeść,  Ruth  -  rzekł  Sivert  i  uśmiechnął  się  do  niej  ponad  stołem.  - 

Zauważyłem, że jadasz niczym ptaszek. Dziewczyno, toż to przecież Wigilia! 

-  Ja... ja nie jestem taka głodna - odparła Ruth cicho. 
-  To  są  nerwy  przed  ślubem  -  zauważyła  Dorbet,  nakładając  sobie  na  talerz  różne 

pyszności. - Słyszałam, że z nerwów przed ślubem to człowiek może być po prostu chory... 

-  Może i tak bywa - skrzywił się Samuel. - Ale to bardziej w przypadku, kiedy człowiek 

nie jest pewien, czy dobrze robi. 

On  naładował  sobie  na  talerz  tyle  jedzenia,  że  zaczynało  niemal  spadać  na  stół.  Ten  to 

przynajmniej jest pewien swego, pomyślała Mali ze złością. 

-  A Ruth jest pewna - zakończył swoje Samuel. 
-  W tej sprawie to ona chyba sama powinna się wypowiedzieć - wtrącił Sivert spokojnie. - 

Mnie  nie  było  w  domu  od  dawna,  ale  pamiętam,  że  Ruth  zawsze  potrafiła  powiedzieć,  co 
czuje - dodał. 

-  No  właśnie,  ty  to  jakoś  bardzo  wcześnie  wyjechałeś  z  domu  -  zmienił  temat  Samuel.  - 

Ruth  mi  opowiadała.  I  wasze  wesele  też  nie  odbyło  się  tutaj  we  dworze,  o  ile  dobrze 
zrozumiałem. Domyślam się, że wesele było u twoich rodziców, Tordhild? 

-  Ja  już  nie  mam  rodziców  -  odparła  Tordhild,  pomagając  Johannesowi  pokroić  mięso.  - 

Moi  rodzice  nie  żyją,  oboje.  My  wzięliśmy  cichy  ślub  w  Oslo,  Sivert  i  ja.  Wtedy  było  to 
najbardziej odpowiednie - dodała. 

-  Ale musisz mieć jakąś rodzinę?  
Samuel nie dawał za wygraną. 
-  Oczywiście,  mam  bardzo  dużą  rodzinę,  tylko  że  rozproszoną  po  całym  kraju  -  odparła 

Tordhild. - Myślałam, że wiesz, że pochodzę z cygańskiego rodu - dodała z uśmiechem. 

Samuel mało nie udławił się jedzeniem. Dostał ataku kaszlu, z oczu popłynęły mu łzy. 
-  Z cygańskiego rodu? No to muszę... 
-  A ja uważam, że powinieneś zostawić ten temat - wtrącił Sivert krótko. - Jeśli chcesz o 

tym  podyskutować,  to  znajdziemy  okazję  innym  razem.  Dzisiaj  świętujemy  w  tym  dworze 
wieczór wigilijny. 

Samuel napił się soku i otarł oczy. Jego spojrzenie wędrowało od Siverta do Tordhild i z 

powrotem. Mali spostrzegła to i poczuła, że strach zaciska jej żołądek. Żeby tylko nie doszedł 
do wniosku, że ci dwoje, Tordhild i Sivert, są jakoś dziwnie do siebie podobni. Dużo bardziej 
niż na przykład Sivert i Oja, którzy przecież uważani są za braci. Skierowała więc rozmowę 
na inny temat i reszta wieczoru minęła już w spokoju. 

  
Po  kolacji  mężczyźni  rozsiedli  się  wygodnie,  kobiety  tymczasem  sprzątały  ze  stołu, 

zaczęły zmywać i wynosić świąteczne jedzenie do chłodnej spiżarni. Tordhild poszła z Mali, 
niosąc dużą miskę wypełnioną kotletami, żeberkami i kiełbaskami. 

-  Wystrzegaj  się  trochę  tego  Samuela  -  ostrzegła  Mali  cicho,  spoglądając  pośpiesznie  na 

synową. - W jego obecności ja się nigdy nie czuję bezpieczna. 

-  A Ruth czuje się przy nim bezpieczna? - spytała Tordhild. - Ja po prostu widzę, że ona 

się go boi. A w każdym razie nie jest szczęśliwa. 

background image

-  No  właśnie,  sama  nie  wiem  -  westchnęła  Mali.  -  Ale  widzisz,  ona  wierzy,  że  ciężko 

zgrzeszyła... 

Tordhild prychnęła. 
-  O  tak,  i  z  pewnością  słyszy  to  raz  po  raz  od  tego  zadufanego  w  sobie,  fałszywego 

misjonarza - potwierdziła, a jej czarne oczy miotały skry. - Bo on najwyraźniej zdaje się nie 
mieć z jej grzechem nic wspólnego, tak mi się po prostu wydaje. On uważa, że mamy tu do 
czynienia z niepokalanym poczęciem, prawda? 

Odstawiła miskę i odwróciła się do Mali. 
-  Wiem,  że  ty  się  boisz  tego,  że  ja  pochodzę  z  cygańskiego  rodu.  I  że  ktoś  mógłby  się 

domyślić, iż Sivert i ja... Ale ja tak nie uważam. Nikt Siverta o nic takiego nie posądzi. On 
jest sławny, Mali. 

-  Ale ty nie znasz naszej wsi, Tordhild - ostrzegła Mali. - Pomyśl, co by to było, gdyby oni 

się dowiedzieli, co ja kiedyś zrobiłam. To by zrujnowało życie wam wszystkim. 

Tordhild przez chwilę stała w milczeniu. Wzięła kawałek kiełbaski z miski i zaczęła jeść. 
-  Czy ty kochałaś mojego ojca? - spytała nagle. 
-  Tak, wtedy kochałam go bardzo. Nie wiem, czy to była miłość, która mogłaby przetrwać 

lata, gdybym wtedy zdecydowała się wyjechać i razem z nim wędrować... naprawdę tego nie 
wiem - dodała cicho. - Wtedy jednak było mi tak strasznie źle, że... 

-  Ale on ci nie powiedział, że ma żonę i córkę, kiedy byliście razem tamtego lata? 
-  Nie,  tego  mi  nie  powiedział  -  przyznała  Mali  cicho.  -  Prosił  mnie  tylko,  żebym  z  nim 

wyjechała.  Jak  chciał  ułożyć  te  sprawy,  też  nie  mówił,  pojęcia  nie  mam,  co  by  się  stało, 
gdybym  ja  się  zgodziła.  Ale  ja  powiedziałam  „nie"  -  dodała.  -  Czułam,  że  wyrządziłabym 
krzywdę bardzo wielu ludziom, gdybym po prostu poszła swoją drogą. Miałam zobowiązania, 
powinnaś o tym wiedzieć. Życie wielu ludzi ode mnie zależało. Tu nie chodziło tylko o mnie 
ani o to, co ja czuję czy chcę, nie. 

Przygładziła ręką włosy. 
-  Nie, ja myślałam, że Jo jest wolny - ciągnęła dalej z nieobecnym wzrokiem. - Nic też nie 

powiedział, kiedy  wrócił do mnie, blisko pięć lat później, kiedy spotkaliśmy się na  górskim 
pastwisku. Nie powiedział, że wtedy był z kimś związany, to mam na myśli. Kiedy go jednak 
zapytałam  wprost,  przyznał,  że  ma  żonę  i  dziecko,  i  że  musi  wrócić  do  nich  do  domu. 
Zrozumiałam  to  tak,  że  ożenił  się  po...  no,  po  tym,  kiedy  ja  nie  chciałam  z  nim  wyjechać 
tamtego lata. Ale i wtedy w górach tamtej jesieni chciał zabrać i mnie, i Siverta... 

Popatrzyła na Tordhild. Wzięła jej dłoń i mocno uścisnęła. 
-  Ja  po  prostu  nie  miałam  pojęcia  o  twoim  istnieniu.  Nic  nie  wiedziałam,  dopóki  nie 

przyjechałaś wtedy z Sivertem i nie opowiedziałaś mi, kim jesteś i ile masz lat. Że jesteś dwa 
lata starsza od Siverta. Wtedy zrozumiałam... 

-  A  czy  sprawy  potoczyłyby  się  inaczej,  to  znaczy,  czy  byłaby  dla  ciebie  jakaś  różnica, 

gdybyś wiedziała o mnie wtedy, kiedy po raz pierwszy spotkałaś ojca? 

Tordhild wbiła w nią spojrzenie i Mali poczuła, że się rumieni. 
-  Tego nie wiem - wyznała wolno. - Być może nie byłoby żadnej różnicy, bo ja po prostu 

nie  myślałam,  że  to,  co  robimy,  może  mieć  konsekwencje.  Nie  zachodziłam  w  ciążę  z 
Johanem i byłam przekonana, że nie mogę mieć dziecka. 

Przetarła twarz zimną ręką. 
-  I tamtego lata... nic na to nie mogłam poradzić - dodała szeptem. 
-  Nie było ci łatwo żyć tutaj w tym dworze. 
-  Nie.  Dźwigałam  bardzo  ciężkie  brzemię  -  potwierdziła  Mali.  -  I  dźwigam  je  nadal, 

wszędzie  mi  ono  towarzyszy.  Ale  i  tak  miałam  szczęście.  Spotkałam  Havarda.  I  swoją 
tajemnicę  mogłam  zachować  wyłącznie  dla  siebie.  No,  przynajmniej  prawie  dla  siebie  - 
dodała. 

-  A Havard... 

background image

-  Ja kocham Havarda bardziej niż własne życie - wyznała Mali. - Niczym nie zasłużyłam 

na kogoś podobnego. I on wie o wszystkim. 

Ani  o  Torgrimie,  ani  o  zmarłym  synku  wolała  nie  wspominać.  Tego  nadal  nikt  nie 

powinien wiedzieć. 

-  Sivert  nie  żywi  do  ciebie  nienawiści,  Mali,  już  ci  to  mówiłam  -  zapewniła  Tordhild, 

obejmując ramionami teściową. - Chociaż ty sama pewnie nie masz odwagi w to uwierzyć. Ja 
wiem, co to dla ciebie znaczy i jak musiałaś  cierpieć, kiedy on wyjechał. Ale Sivert... jemu 
jest teraz dobrze. Tak dobrze, jak to tylko możliwe. Tylko fakt, że nie powiedziałaś mu, kim 
jest...  on  o  tym  nigdy  nie  zapomni,  nie  możesz  tego  oczekiwać.  On  jest  artystą  -  dodała  z 
uśmiechem.  -  Widzisz,  to  specjalny  gatunek  ludzi.  On  też  ma  swoje  gorsze  strony...  na 
przykład  kiedy  komponuje  albo  przed  wielkimi  koncertami.  Wszystko  się  jednak  jakoś 
układa.  Ja  go  rozumiem.  I  kocham  go  -  dodała.  -  W  moim  życiu  jest  tylko  Sivert  i  nigdy 
nikogo innego nie będzie. W jakiś sposób my oboje do siebie należymy. 

Mali pogłaskała ją po policzku. W oczach miała łzy. 
-  Byłam  po  prostu  zrozpaczona,  kiedy  zrozumiałam,  kim  jesteś  -  wyznała  cicho.  -  A 

jeszcze jak Sivert powiedział, że jesteś w ciąży... nie miałam pojęcia, jak was ratować. Ale wy 
wzięliście  sprawy  w  swoje  ręce  i  teraz  bardzo  się  z  tego  cieszę.  Powinnaś  wiedzieć,  jak 
bardzo jestem rada z tego, że to właśnie ty dostałaś Siverta, niezależnie od całej tej sytuacji. 
Jesteś  niezwykle  mądrym  i  dobrym  człowiekiem,  Tordhild  -  wyszeptała.  -  Sivert  nie  mógł 
dostać lepszej żony. 

-  I  ty  też  jesteś  wspaniałą  osobą,  Mali  -  oświadczyła  Tordhild.  -  Jesteś  dobrym 

człowiekiem. Żebyś ty wiedziała, jak ja cię podziwiam. 

-  Nie ma znowu tak wiele do podziwiania - rzekła Mali krótko. 
-  Owszem, bo ty zawsze będziesz walczyć o swoich do upadłego - powiedziała Tordhild. - 

Ty  nigdy  nie  zboczysz  z  obranej  drogi  i  zawsze  masz  odwagę  powiedzieć  to,  co  inni  wolą 
przemilczeć. W dzisiejszych czasach niewielu ludzi tak robi. 

Tordhild zjadła kiełbaskę i obie z Mali zaczynały już marznąć. 
-  Chciałabym,  żebyś  wiedziała,  że  mój  brat  z  żoną  na  razie  u  nas  mieszkają  -  Tordhild 

nagle zmieniła temat. - Wiesz być może, co się teraz dzieje z Cyganami. Władze i ludzie tacy 
jak  ten  wasz  misjonarz postanowili  się  z  nami  rozprawić.  Najpierw  odebrali  nam  konie,  tak 
ż

ebyśmy  nie  mogli  wędrować  po  kraju.  Odebrali  nam  podstawę  naszego  życia.  Teraz 

posuwają się jeszcze dalej. Zamykają Cyganów w obozach i odbierają im dzieci! Mówią, że 
sami nie są w stanie zająć się własnymi dziećmi. A jeśli ktoś się temu sprzeciwia... 

Tordhild oddychała ciężko. 
-   ...to  tacy  poddawani  są  lobotomii  -  stwierdziła  drżącym  głosem.  -  Tak,  żeby  nie 

pamiętali,  jak  to  jest  być  wolnym,  móc  wędrować  z  taborem  i  żyć.  Śpiewać  i  grać.  Oni 
mówią,  że  Cyganie  to  naród,  który  trzeba  unicestwić.  I  dlatego  dokonują  pod  przymusem 
sterylizacji  młodych  dziewcząt.  Odbierają  im  prawo  rodzenia  dzieci.  Tylko  dlatego,  że  są 
Cygankami! 

Mali wpatrywała się w synową wytrzeszczonymi oczyma. 
-  Lobotomia? - spytała niepewnie. - Co to takiego? 
-  To  zabieg  chirurgiczny,  wycinają  im  coś  w  mózgu,  i  potem  oni  nie  są  już  normalnymi 

ludźmi  -  wykrztusiła  Tordhild  z  nienawiścią  w  głosie.  -  Zmieniają  Cyganów  w  powolne, 
milczące zjawy, którymi nie trzeba się już przejmować. 

-  Ale to nie może być prawda - wyszeptała Mali. - Nikt... nikt nie ma prawa robić czegoś 

takiego. Wobec nikogo! 

-  To spytaj tego tam w izbie. Tego misjonarza. Tacy jak on wiedzą, kto jest wystarczająco 

dobry. Dla nich Cyganie dobrzy nie są. Dokonywany jest gwałt na całym narodzie, Mali. I to 
przy milczącej zgodzie wszystkich pozostałych, nikt nie protestuje. 

-  A więc twój brat... 

background image

-  Bratowa  oczekuje  dziecka,  a  oboje  wiedzą,  że  są  ścigani.  Dlatego  wzięliśmy  ich  do 

siebie. Żeby nikt im nie odebrał dzieci. 

-  Ale przecież nikt nie może tak po prostu... 
-  Owszem, oni mogą i robią to! Jestem ciotką pewnej dziewczyny, która została poddana 

sterylizacji,  choć  ma  zaledwie  siedemnaście  lat.  Młoda,  piękna,  wspaniała  dziewczyna, 
mająca  przed  sobą  całe  życie.  Teraz  jest...  teraz  jest  nikim  -  wykrztusiła  Tordhild.  - 
Gdybyśmy  tylko  mogli  przeciwdziałać  atakom,  chętnie  wzięlibyśmy  do  domu  więcej 
krewnych. 

-  Ale to przecież może... ludzie zaczną gadać, domyślać się... 
-  Boisz się, że zaczną gadać, kim i my jesteśmy - pomogła jej Tordhild. - No cóż, mogą 

sobie gadać. Nikt mnie  nie tknie, chociaż jestem Cyganką, bo moim mężem jest sam Sivert 
Stornes.  A  nikt  nie  wie,  że  i  on  należy  do  naznaczonych.  Poza  granicami  tej  wsi  Sivert 
Stornes to naprawdę wielkie nazwisko, Mali. On cieszy się światową sławą. Ci dranie go nie 
tkną. 

Drzwi się otworzyły i Johannes zajrzał do pomieszczenia. 
-  Gdzie  wy  się  podziewacie?  Zaraz  będziemy  tańczyć  wokół  choinki.  Dziadek  zapalił 

ś

wieczki na drzewku! 

-  Już wracamy - zapewniła Tordhild, wzięła syna na ręce i pocałowała go. - Zagadałyśmy 

się obie z babcią tak, że straciłyśmy poczucie czasu. 

Tordhild  zauważyła  spojrzenie,  jakie  Mali  posłała  Johannesowi.  Spojrzenie,  w  którym 

płonęła miłość i czułość. 

-    Będziesz  widywała  go  częściej  -  obiecała  cicho.  -  Już  ja  o  to  zadbam.  On  ciebie 

potrzebuje. 

Potem wszyscy troje wrócili do izby. 
  
Wszystkie  inne  światła  w  izbie  zostały  pogaszone,  tylko  wielkie  drzewko  mieniło  się 

blaskiem świec. Potem ludzie wzięli się za ręce, chodzili tanecznym krokiem dookoła choinki 
i  śpiewali  stare  kolędy,  a  Sivert  przygrywał  im  na  skrzypcach.  Delikatne  tony  wypełniały 
izbę,  to  były  naprawdę  bardzo  uroczyste  chwile.  Mali  trzymała  małą,  spoconą  rączkę 
Johannesa  w  swojej  dłoni  i  wiedziała,  że  nigdy  więcej  takiej  Wigilii  nie  przeżyje.  Pewnie 
będą  jeszcze  nieraz  wspólnie  obchodzić  święta,  nigdy  jednak  nie  będzie  już  tak  jak  dziś. 
Kręciła  się  razem  z  innymi  i  śpiewała  trochę  zachrypniętym  głosem,  bo  płacz  dławił  ją  w 
gardle.  Zwróciła  wzrok  ku  gwieździe  na  samym  czubku  drzewka,  a  potem  popatrzyła  na 
ciemną głowę Johannesa. Pragnęła zamknąć tę chwilę głęboko w sercu. 

Wkrótce  po  izbie  rozszedł  się  zapach  świeżo  parzonej  kawy  i  wniesiono  tace  pełne 

wszelakiego świątecznego ciasta. 

-  Czy teraz mógłbym dostać swoją paczkę? - spytał Johannes z przejęciem, wskazując na 

prezenty ułożone pod drzewkiem. 

-  Owszem,  teraz  będziemy  pić  kawę  i  sok,  a  przy  okazji  możemy  otwierać  prezenty  - 

zgodził się Havard. - Musisz być jednak cierpliwy niczym anioł - dodał. 

-  Być może nawet spłynę na ziemię z chmury - roześmiał si Johannes. - Tak jak ten anioł, 

o którym jest mowa w Biblii. 

-  Nie  widzę,  żeby  wyrastały  ci  jakieś  skrzydła  -  roześmiał  się  Havard,  macając  łopatki 

chłopca. - Ale charakter masz tak samo dobry jak jakiś anioł, to absolutnie pewne - dodał ze 
ś

miechem. 

-  Takie  gadanie to czyste bluźnierstwo - zaprotestował Samuel urażony.  - Dziecko może 

nabrać o sobie niewłaściweg wyobrażenia. 

-  A ja uważam, że nie powinieneś się tego obawiać - wtrąci Sivert cierpko. - Johannes wie, 

kim jest, i pozostanie tym, kim jest. A nie wszyscy są tacy. Anioły czy nie. 

background image

-  Spójrz no tutaj, Johannes - zawołała Mali, stojąca tuż przy choince. - Ta paczka jest dla 

ciebie. 

Tym  samym  rozmowa  ponownie  została  skierowana  na  inn  tory.  Rozdawano  prezenty, 

zebrani  pili  kawę  i  jedli  świąteczne  ciasto.  Paczek  nie  było  zbyt  wiele,  więc  tym  większe 
zainteresowanie  im  towarzyszyło.  Wszyscy  musieli  patrzeć,  jak  są  otwierane,  dlatego 
ceremonia ciągnęła się w nieskończoność. 

Johannes był bardzo zadowolony. Od Mali i Havarda dostał śliczne saneczki. Havard wiele 

czasu spędzał w stolarni od chwili, kiedy usłyszał, że Sivert z rodziną przyjedzie na święta, w 
rezultacie powstało prawdziwe, pomalowane na niebiesko cudo na metalowych płozach. 

-  Możemy  iść  na  dwór  i  na  nich  pojeździć?  -  pytał  Johann  z  przejęciem,  siadając  na 

sankach pośrodku izby. 

-  No,  chyba  nie  teraz  -  roześmiała  się  Tordhild.  -  Ale  obiecuję  ci,  że  jutro  będziemy 

jeździć, jak długo zechcesz, ty i ja. 

Mali  długo  się  zastanawiała  nad  prezentem  dla  Tordhild  i  Siverta.  W  końcu  wyjęła  ze 

swoich  zbiorów  piękny  gobelin,  który  utkała  po  ostatniej  bytności  Siverta  w  domu,  we 
wrześniu.  Przez  kilka  dni  po  jego  wyjeździe  prawie  nie  wstawała  od  warsztatu  tkackiego, 
spędzała przy nim nawet noce i zawarła w tkaninie cały swój smutek, udrękę i radość. Obraz 
był  wyjątkowy.  Wydaje  się  jak  żywy,  pomyślała  teraz,  kiedy  Tordhild  otworzyła  paczkę  i 
starannie rozłożyła kilim. Mali znowu poczuła dawny ból i niespokojnym ruchem otarła oczy. 

Tordhild  i  Sivert  długo  siedzieli  w  milczeniu  i  patrzyli  na  gobelin.  Potem  Sivert  uniósł 

wzrok na matkę. Widziała, że zrozumiał. 

-  Dziękuję, mamo - wyszeptał. - Niczego piękniejszego nie mogłaś nam dać. 
-  Ta tkanina będzie z nami zawsze, gdziekolwiek pojedziemy - zapewniła Tordhild. - To 

będzie nasze Stornes. 

Dla obu córek Mali utkała materiały na sukienki. Nowej sukienki do ślubu Ruth jednak nie 

chciała. Jedna sprawa to to, że wszystko potoczyło się tak szybko i na szycie nie było czasu. 
Druga jednak to protest Samuela, który uważał, że dotychczasowa świąteczna sukienka Ruth 
jest wystarczająco dobra. Nie powinno się bez potrzeby wydawać pieniędzy - oznajmił. Mali 
poczuła  gniew  niczym  lodowatą  kulę  w  żołądku.  Człowiek  raz  w  życiu  bierze  ślub  i  Ruth 
chciałaby, naturalnie, być piękna w tym swoim dniu. Ona jednak broniła Samuela. 

-  I tak będę ładnie wyglądać - zapewniała. - Jeżeli będę mogła pożyczyć od ciebie welon, 

mamo... 

Mali  nie  powiedziała  ani  słowa.  Przymierzyły  starą  sukienkę  i  welon,  Ruth  była 

zadowolona. 

-  Powinnaś mieć długą, białą suknię - uważała Dorbet. - Teraz śluby bierze się właśnie w 

takich. Z pewnością widziałaś zdjęcia w czasopismach. A do tego wielki bukiet - dodała. - Z 
ż

ywych kwiatów. Ja taki będę miała w dniu mojego ślubu. 

-  To po prostu głupstwa, które nie mają żadnego znaczenia - odparła Ruth, obracając się 

przed lustrem. - Będę w mojej sukience, bo właśnie taką chce mnie Samuel. 

Dorbet  przewracała  oczami,  Mali  jednak  posłała  jej  karcące  spojrzenie,  wobec  tego 

młodsza siostra milczała. 

  
Dla  Havarda  Mali  utkała  piękną  kamizelkę  w  stonowanych  barwach.  Ona  zaś  dostała  od 

męża długi, ciężki łańcuch ze srebra. 

-  Ależ Havardzie... - patrzyła na męża zaskoczona. - To naprawdę zbyt wiele! 
-  Nie, nie dla ciebie - zaprotestował. W jego oczach widziała miłość. 
-  Nic nie jest za dobre dla ciebie. Mali wzięła łańcuch i powiesiła go sobie na szyi. Bardzo 

dobrze  pasował  do  jej  niebieskiej  sukienki.  Posłała  Havardowi  uśmiech.  Tak  naprawdę,  od 
serca, podziękuje mu, kiedy zostaną sami. 

background image

Najwięcej  paczek  dostał  Johannes.  Leżał  teraz  na  podłodze,  objedzony,  zmęczony,  w 

otoczeniu samochodzików i pięknych ubranek, a sanki i nowe narty leżały obok. 

-  Wydawało  mi  się,  że  dostałaś  coś  od  Oli?  -  spytała  Mali,  spoglądając  na  Dorbet.  - 

Przecież  zachodził  do  nas  dziś  przed  południem.  I  ty,  Oja,  też  chyba  coś  dostałeś  od  Ruth 
Liny, o ile się nie mylę? 

Dorbet wyjęła małe pudełeczko, które przyniósł  jej Ola. Wszyscy wyciągnęli szyje, żeby 

lepiej widzieć. W pudełeczku znajdował się cieniutki złoty łańcuszek, a przy nim serduszko. 
Dorbet zarumieniła się, zarówno z radości, jak i ze skrępowania. 

-  No,  nie  szczędził  pieniędzy  na  ten  złoty  prezent  dla  ciebie  -  mruknął  Havard.  -  To 

musiało swoje kosztować! 

Dorbet nie odpowiadała. Siedziała w milczeniu i bawiła się łańcuszkiem. 
-  Mam pomóc ci go włożyć? - spytała Mali. 
-  Nie, wolałabym trochę poczekać, odłożyć... na później - wybąkała Dorbet. 
Chciała  przymierzyć  ozdobę,  kiedy  będzie  sama.  Bardzo  ją  ucieszył  ten  prezent.  Ale  z 

drugiej  strony  było  to  jakby  jeszcze  jedno  przypomnienie  o  tym,  jak  się  sprawy  mają.  Że 
Dorbet jest jednak związana. 

Ruth Lina uszyła dla Oi piękną koszulę ozdobioną przy szyi haftem. Mali przyglądała jej 

się uważnie. 

-  Musiała  włożyć  w  to  mnóstwo  pracy  -  powiedziała,  spoglądając  na  Oję.  -  I  jaka  z  niej 

zdolna krawcowa - rzekła z podziwem. 

-  No  a  ty,  Ruth?  -  spytał  Sivert.  -  Co  przyszła  panna  młoda  dostała  od  swojego 

narzeczonego? 

Ruth ostrożnie otwierała płaską paczuszkę, tak żeby nie zniszczyć papieru. Wyjęła z niej 

psałterz. 

-  Aha, no to będziesz miała na zapas, na wypadek gdybyś zgubiła ten, który dostałaś przy 

konfirmacji - skomentował Oja cierpko. 

Ruth  milczała.  Popatrzyła  na  Samuela  i  ledwie  dostrzegalnie  skinęła  głową  na  znak 

podziękowania.  Było  oczywiste,  że  spodziewała  się  czegoś  innego.  Ona  również  uszyła 
piękną koszulę. I też ozdobiła ją starannym haftem, Samuel jednak zdawał się nie pojmować, 
ile pracy musiała w to włożyć. Ledwie bąknął „dziękuję" i odłożył prezent na bok. 

Kiedy  wszyscy  zaczęli  zbierać  papiery  od  prezentów,  a  Ingeborg  i  Ane  składały  je 

starannie,  żeby  można  je  było  wykorzystać  w  przyszłym  roku,  Mali  wyszła  na  chwilę,  a 
potem wróciła z jeszcze jedną paczką. 

-  To jest dla ciebie, Johannes - oznajmiła. 
Johannes  z  zaciekawieniem  chwycił  paczkę  i  rozerwał  papier.  Stał  później  oniemiały  z 

naszyjnikiem  ze  srebra  w  ręce.  Ozdoba  była  świeżo  wyczyszczona,  wszyscy  widzieli,  że  to 
piękna i wyjątkowa, stara robota. 

-  Co to jest? - spytał chłopiec, patrząc pytającym wzrokiem na Mali. 
-  To jest naszyjnik - wyjaśniła Mali. - Taka obręcz, której w dawnych czasach używali dla 

ozdoby, i kobiety, i mężczyźni. Dostałam to kiedyś od... 

Przerwała i zarumieniła się po korzonki włosów. 
-  No i chciałabym, żebyś to miał - zakończyła. 
Sivert  wziął  ozdobę  z  rąk  syna  i  przyglądał  się  jej  uważnie,  potem  podał  Tordhild.  Ona 

spojrzała  ukradkiem  na  swój  pierścionek.  Zarówno  Tordhild,  jak  i  Sivert  nosili  pierścionki, 
które Mali dała Sivertowi w czasie ostatniego spotkania. Pierścionek, który należał do niej, i 
ten, który nosił Jo. Kiedy  tylko teraz przyjechali, Mali natychmiast je zauważyła,  ale nic na 
ten temat nie powiedziała. Bardzo ją to ucieszyło. Wiedziała, że Jo też by się cieszył. 

Nie  ulegało  wątpliwości,  że  naszyjnik  wykonał  ten  sam  artysta,  który  zrobił  pierścionki, 

Mali miała jednak nadzieję, że nikt tego nie odkryje. Długo się wahała, czy dać Johannesowi 
ten  naszyjnik.  Bała  się,  że  cała  sprawa  wzbudzi  liczne  pytania  i  domysly.  W  końcu  jednak 

background image

zapakowała go starannie. Dla niej osobiście było ważne, żeby to właśnie wnuk odziedziczył 
ozdobę, którą zrobił jego dziadek. A ona już jakoś to wytłumaczy domownikom, gdyby ktoś 
pytał. 

-  Jesteś pewna, że chcesz to komuś oddać? - spytał Sivert, spoglądając na matkę. 
Nie ulegało wątpliwości, że domyśla się, skąd Mali ma tę obręcz. I że znaczy ona dla niej 

bardzo wiele. 

-  Tak,  jestem  pewna  -  stwierdziła  cicho.  -  Od  tej  chwili  Johannes  powinien  być 

właścicielem tej ozdoby. U niego jest dla niej właściwe miejsce  - dodała, patrząc synowi w 
oczy. 

-  A skąd to się wzięło? - spytał Oja. - Ludzie używali takich ozdób bardzo dawno temu. 

Ostatni raz widziałem taką obręcz, kiedy... 

-  To  dawny  podarunek  -  przerwała  mu  Mali  pośpiesznie.  -  Chciałam,  żeby  Johannes  to 

dostał,  bo  przecież  jest  moim  pierwszym  wnukiem.  Zresztą  teraz  takie  ozdobne  obręcze 
znowu są coraz częściej noszone - dodała. 

-  Moim  zdaniem  to  najwięcej  używali  ich  Cyganie  -  wtrącił  Samuel,  wyciągając  szyję, 

ż

eby lepiej widzieć. - Dziwne, że to trafiło do ciebie - dodał, przyglądając się Mali badawczo. 

-  Dlaczego to takie dziwne? - spytał Sivert. - To przecież może być podarunek od jednego 

z tych licznych cygańskich taborów, które zatrzymywały się w naszym dworze przez długie 
lata. Oni byli niezwykle uzdolnionymi artystami, jeśli chodzi o kowalstwo i obróbkę srebra, 
przynajmniej wielu z nich - mówił. - A w naszym domu odnosiliśmy się zawsze do Cyganów 
bardzo życzliwie. 

-  No pewnie, w to akurat wierzę - rzekł Samuel cierpko. - Ty to nawet się ożeniłeś z jedną 

z nich. 

-  Owszem, ożeniłem się i nigdy tego nie żałowałem - odparł Sivert wyzywająco. - Ale to 

oczywiste, że ty widzisz sprawy zupełnie inaczej. - Patrzył Samuelowi w oczy i mówił dalej: - 
To  wprost  niewiarygodne,  że  są  ludzie,  którzy  mogą  czuć  się  lepsi  od  innych.  I  wyobrażać 
sobie, że to właśnie oni posiedli prawdę we wszystkich sprawach. 

-  Kiedy człowiek zostanie natchniony przez Boga... 
-  Boga to ty do tego nie mieszaj - przerwał mu Sivert krótko. - Moim zdaniem ludzie sami 

ponoszą  odpowiedzialność  za  to,  co  robią.  Nawet  tacy  ludzie  jak  ty.  Bóg  nie  ma  nic 
wspólnego z twoim postępowaniem, dobrze o tym wiesz. 

-  W Biblii napisano... 
Samuel próbował znowu dowodzić swoich racji, twarz mu poczerwieniała. 
-  W  Biblii  powiedziano,  że  ten,  kto  jest  bez  winy,  może  pierwszy  rzucić  kamieniem  - 

przypomniał Sivert. - Kto jest bez winy, panie misjonarzu? Ty? 

Na chwilę w izbie zaległa dręcząca cisza. Zaraz jednak Johannes pociągnął Mali za rękaw. 
-  Czy ja mogę wziąć jeszcze jedno z tamtych ciastek? - spytał. 
-  Dzisiaj jest Wigilia i możesz dostać wszystko, co tylko chcesz - uśmiechnęła się Mali. - 

Tylko  żebyś  się  nie  przejadł  i  nie  rozchorował.  Ja  naprawdę  nie  wiem,  skąd  się  bierze  tyle 
miejsca w tym twoim małym brzuszku. 

Dzięki  temu  dyskusja  Siverta  z  Samuelem  została  przerwana,  Mali  niespokojnie  ocierała 

swoją  rozpaloną  twarz.  Kątem  oka  zerknęła  na  Samuela  i  przeniknął  ją  strach,  jakby  jakieś 
szpony  chwytały  ją  za  kark.  On  może  być  niebezpieczny,  ten  cały  Samuel  Langmo.  Ten 
nędznik  to  nie  tylko  nieodpowiedni  mąż  dla  ich  córki.  Jeśli  Sivert  nie  zdoła  wybić  Ruth  z 
głowy  tego  małżeństwa...  gdyby  mu  się  jednak  udało,  to  Samuel  mógłby  się  stać  jeszcze 
bardziej niebezpieczny, pomyślała Mali. On nie należy do takich, którzy nie pragną pomścić 
porażki. 

  
Mali  chodziła  po  domu,  patrząc,  czy  wszystkie  światła  zostały  pogaszone.  Strach  przed 

pożarem zawsze nosiła głęboko w duszy. 

background image

Stół  do  śniadania  na  następny  dzień  był  już  nakryty.  To  będzie  wczesne  śniadanie,  bo 

wszyscy wybierają się na nabożeństwo do kościoła w Kvannes. Niewiele snu pozostało im tej 
ś

wiątecznej nocy. 

Usłyszała, że drzwi się otwierają, i odwróciła głowę. Do izby wszedł Sivert. 
-  Zostawiłem tu skrzypce - wyjaśnił i podszedł do stołu. 
-  Zechcesz porozmawiać jutro z Ruth, Sivercie? - spytała Mali cicho. - Nie jestem pewna 

tego jej małżeństwa... 

-  Tak, porozmawiam z nią - obiecał. - Jak wiesz, nie należę do ludzi, którzy wtrącają się w 

ż

ycie innych, ale kiedy widzę... 

Stał w półmroku i wodził palcem po pudle skrzypiec. 
-  Samuel Langmo nie jest dobrym człowiekiem, mamo - oznajmił cicho. - Domyślałem się 

jednak,  że  coś  takiego  może  się  przytrafić  Ruth...  bo  ona  jest  silna  i  rozsądna  pod  wieloma 
względami,  kiedy  jednak  chodzi  o  wiarę...  on  wykorzystał  jej  czystą  wiarę  w  Boga,  ten 
misjonarz. Większego grzechu chyba na świecie nie ma - dodał. -  I dlatego chciałbym z nią 
porozmawiać. 

-  Mam nadzieję, że zechce cię wysłuchać - westchnęła Mali. - Ale ona jest przekonana, że 

musi odpokutować, bo popełniła grzech. Ze musi zostać ukarana. 

-  Tak, ludzie mają różne wyobrażenia o tym, jak powinni być ukarani za swoje grzechy - 

przyznał Sivert cicho. 

Jego  słowa  trafiły  Mali  niczym  cios  w  żołądek.  On  pewnie  uważa,  że  ja  nie  otrzymałam 

właściwej kary, pomyślała. Tak naprawdę to właśnie powiedział i sprawiło jej to większy ból, 
niż była w stanie znieść. 

-  Dobranoc  -  bąknęła  cicho  i  poszła  ku  drzwiom.  -  Zgasisz  ostatnią  świecę,  zanim 

pójdziesz na górę? 

Sivert skinął głową i Mali cicho wyszła za drzwi. 
  
Położyła  się  obok  śpiącego  głęboko  Havarda,  leżała,  wpatrując  się  w  grę  księżycowego 

ś

wiatła  na  belkach  sufitu,  gdy  nagle  usłyszała  muzykę  skrzypiec.  Ponad  uśpionym  dworem 

unosiły się tony Ave Maria tak cudownie piękne, że Mali poczuła mrowienie na plecach. 

I wtedy przyszedł płacz. 
   
ROZDZIAŁ 5. 
  
Sivert  lekko  zapukał  do  drzwi  w  domu  dziadków.  Kiedy  nikt  nie  odpowiadał,  uchylił  je 

ostrożnie. 

-  Halo, jest tam kto? 
Ruth odwróciła się przestraszona. Stała przy wanience do zmywania i nie słyszała, że ktoś 

puka. 

-  Ach, to ty, Sivercie - rzekła, wycierając ręce w fartuch. - Wejdź, wejdź, proszę. 
-  Nie  chciałbym  przeszkadzać  -  tłumaczył  się  Sivert.  -  Może  przyszedłem  w 

nieodpowiednim momencie? 

-  Nie, nie. 
Na  policzkach  Ruth  pojawiły  się  dwa  gorączkowe  rumieńce.  Szybkimi,  nerwowymi 

ruchami zdjęła z siebie fartuch. 

-  Może napijesz się kawy? 
-  Nie, dziękuję. Wypiłem już chyba z litr - odparł Sivert, siadając na kanapie. - Mieliśmy 

bardzo  mroźną  wyprawę  do  kościoła.  Wszyscy  przemarzliśmy  do  szpiku  kości.  I  dlatego 
piliśmy przed obiadem gorącą kawę. Myślałem, że wy też przyjdziecie. 

Spoglądał  na  nią  pytająco.  Ruth  była  płomiennie  czerwona  i  nerwowo  zwijała  w  palcach 

chusteczkę do nosa. 

background image

-   Samuel  również  bardzo  zmarzł,  więc  poszedł  się  położyć  i  trochę  odpocząć  - 

wymamrotała Ruth. - Mam go obudzić przed obiadem, bo na obiad przyjdziemy do rodziców. 

-  Myślę, że to raczej ty powinnaś odpoczywać - stwierdził Sivert. - To przecież ty jesteś w 

ciąży i... 

-  Nie, ja... ze mną wszystko w najlepszym porządku - uświadczyła Ruth, nie patrząc mu w 

oczy. 

-    A  nie  mogłabyś  na  chwilę  przy  mnie  usiąść?  -  zapytał  Sivert.  -  Chętnie  bym  z  tobą 

porozmawiał. Tak w cztery oczy, tylko ty i ja - dodał. 

Spojrzenie  dziewczyny  wciąż  było  rozbiegane,  palce  skubały  niespokojnie  wszystko, 

czego dotknęły. 

-  Ruth,  to  ja,  twój  brat  -  upomniał  ją  Sivert.  -  Na  Boga,  dlaczego  jesteś  taka 

zdenerwowana?  Nie  rozmawiałem  z  tobą  poważnie  od  wielu  lat,  a  teraz  ty  wychodzisz  za 
mąż.  Chciałbym  wiedzieć,  jak  ci  się  powodzi.  Przecież  zawsze  rozmawialiśmy  ze  sobą 
właściwie o wszystkim - mówił. - Chodź i usiądź tu przy mnie. 

Poklepał miejsce obok siebie, Ruth podeszła i usiadła. 
-  Taka jestem wdzięczna, że ty... że wy przyjechaliście - wykrztusiła cicho. - To dla mnie 

bardzo ważne, że będziesz przy mnie, kiedy będę brała ślub. To mi doda odwagi i poczuję się 
chyba bezpieczniejsza - wyjaśniła nieoczekiwanie. 

-  To  jasne,  że  musiałem  przyjechać  -  odparł  Sivert,  obejmując  ramieniem  jej  barki  i 

przytulając  do  siebie  sztywne  ciało  siostry.  -  Ale  co  miałaś  na  myśli,  mówiąc,  że  będziesz 
bezpieczniejsza w mojej obecności? 

-  Nie,  to...  -  Ruth  próbowała  zbagatelizować  swoje  słowa,  zabrzmiało  to  jednak  bardziej 

jak szloch. - To... wszystko stało się tak szybko i... 

Popatrzyła  na  brata.  Jej  oczy  były  niczym  mroczne  studnie  pełne  cierpienia  i  czegoś,  co 

przypominało  strach.  Sivert  pogłaskał  ją  po  policzku.  Przytulił  jeszcze  mocniej  do  siebie, 
jakby była małym dzieckiem. 

-  Co się dzieje, Ruth? - spytał. - O co chodzi? Bo przecież widzę, że nie jesteś szczęśliwa. 
Nie  od  razu  odpowiedziała.  Siedziała  w  jego  objęciach  i  skubała  już  i  tak  podartą 

chusteczkę do nosa. 

-  Bo  widzisz,  ja...  ja  zgrzeszyłam  przeciwko  Bogu  -  wyszeptała  w  końcu  głosem 

nabrzmiałym  łzami.  -  Ja  nie  powinnam  była  nigdy...  ale  kiedy  Samuel  powiedział,  że...  że 
jesteśmy sobie poślubieni wobec Boga i że nie będzie grzechem, jeśli my... 

Uniosła twarz i spojrzała Sivertowi prosto w oczy. 
-  Ale to i tak był ciężki grzech, prawda? - wykrztusiła. 
Sivert  siedział  przez  chwilę  i  nie  mówił  nic.  Jego  ciepłe  dłonie  głaskały  siostrę 

uspokajająco. 

-  Wszyscy  grzeszymy,  Ruth  -  rzekł  na  koniec.  -  Ja  wiem,  ile  dla  ciebie  znaczy  twoja 

wiara,  powinnaś  jednak  wiedzieć  i  to,  że  Bóg  ludziom  wybacza.  To  ludzie  oceniają  i 
odmawiają wybaczenia, nie Bóg. 

Odgarnął kosmyk włosów z jej twarzy i przyglądał się jej uważnie. 
-  Ja sam popełniłem taki grzech jak ty - oznajmił. - Tordhild była w ciąży wtedy, kiedy po 

raz pierwszy przywiozłem ją do Stornes. A to tylko jeden z długiej listy grzechów, jakie mam 
na sumieniu - dodał. - Gdybym jednak wierzył w Boga tak jak ty, to wolałbym sądzić, że on 
rozumie ludzi i wybacza, jeśli człowiek Go o to prosi. 

Przez chwilę słychać było tylko tykanie starego zegara nad kanapą. 
-  Ja uważam, że sami ponosimy odpowiedzialność za własne życie - ciągnął dalej Sivert. - 

Człowiek jednak może zostać oszukany i wykorzystany. Ty zostałaś wykorzystana - dodał i 
poczuł,  jak  jej  drobne  ciało  sztywnieje  jeszcze  bardziej.  -  Samuel  wykorzystał  fakt,  że 
wierzyłaś, iż on wie, co jest dobre, a co złe. Ty zawsze sama też to wiedziałaś, Ruth, ale on 
wmówił ci co innego. 

background image

-  Tylko  że  ja  też  chciałam  do  niego  należeć  -  Ruth  starała  się  bronić  Samuela.  -  Ja  go 

kochałam...  w  każdym  razie  myślałam,  że  go  kocham  -  bąknęła  niepewnie.  -  Myślałam,  że 
jest tym, którego Bóg dla mnie przeznaczył. Był taki sprawiedliwy, taki dobry... 

-  Gdyby to była prawda, nie postąpiłby z tobą w ten sposób - odparł Sivert spokojnie. 
-  Ale przecież ja chciałam... 
-  Tak, słyszę, co mówisz, ale to on cię namówił do grzechu. I gdybyś kochała go tak, jak 

twierdzisz,  to  nie  odchodziłabyś  teraz  od  zmysłów  ze  strachu  i  wyrzutów  sumienia  -  mówił 
dalej Sivert. - Bo mam rację, Ruth, prawda? Byłabyś teraz szczęśliwa mimo wszystko. Pewna 
i swojej miłości, i jego, i miłości Boga do was obojga. Ale ty pewna nie jesteś. Już w to nie 
wierzysz, wydaje ci się, że jest tylko piekło, kara i potępienie. 

Ruth  otarła  dłonią  twarz  i  wtuliła  się  ciężko  w  ciepłe,  silne  ciało  Siverta.  Kiedyś  miała 

nadzieję,  że  tak  właśnie  będzie  mogła  siedzieć  obok  Samuela.  Że  on  będzie  ją  obejmował  i 
pocieszał.  Że  pokaże,  jak  bardzo  mu  na  niej  zależy.  Będzie  jej  okazywał  szacunek  i 
troskliwość, przyniesie ulgę jej niespokojnej duszy. 

On  tymczasem  zachowuje  się  jak  ktoś  obcy.  Zmusza  ją,  by  robiła  rzeczy,  których 

nienawidzi.  Które  uważa  za  niewłaściwe.  Niewłaściwe  i  wstrętne.  Nie  zawahał  się  również 
przed  tym,  żeby  ją  uderzyć,  ani  wtedy,  kiedy  ją  brał,  ani  przy  byle  jakiej  okazji,  kiedy  ona 
natychmiast  nie  podporządkowuje  się  jego  woli.  To  ją  przerażało  i  nie  pozwalało  do  końca 
poznać,  jaki  on  właściwie  jest.  Dlaczego  tak  szybko  zmienia  się  jego  nastrój.  Prawie  nie 
sypiała,  ponieważ  czuła,  że  nie  tylko  popełniła  grzech,  ale  na  dodatek  jest  na  najlepszej 
drodze,  by  związać  się  na  cale  życie  z  mężczyzną,  którego  się  boi  i  którego  czasami 
nienawidzi.  Mężczyzną,  co  do  którego  zaczynała  wątpić,  czy  on  rzeczywiście  jest 
człowiekiem Pana. Kiedy jednak nachodziły ją takie myśli, robiła się sztywna ze strachu. To 
nie może być! Tak bardzo nie mogła się pomylić co do Samuela. Jeśli jednak tak właśnie się 
pomyliła,  to  to  jest  jej  osobista  wina,  jej  ślepe  zakochanie,  jej  zmysłowe  pożądanie,  to 
wszystko pchnęło ją w ramiona Samuela. A skoro tak, to zrywając z nim, popełniłaby jeszcze 
jeden grzech. 

Do  tego  nie  ma  najmniejszego  prawa.  Sama  ściągnęła  sobie  na  głowę  nieszczęście.  Są 

granice tego, co Bóg może wybaczyć, myślała. 

-    Ruth,  posłuchaj  teraz,  co  ci  powiem  -  poprosił  Sivert.  -  Nie  chciałbym  się  mieszać  do 

twojego  życia.  Ja,  może  bardziej  niż  większość  ludzi,  uważam,  że  każdy  ma  prawo 
decydować  o  sobie.  Ty  także  masz  takie  prawo.  To  właśnie  chcę  ci  powiedzieć,  bo  moim 
zdaniem  robisz  coś,  czego  nie  uważasz  za  właściwe  i  słuszne.  Jesteś  na  najlepszej  drodze, 
ż

eby  wpakować  się  w  coś,  czego  tak  naprawdę  nie  chcesz,  bo  sądzisz, że  nie  ma  dla  ciebie 

drogi odwrotu. Ale ja chcę ci powiedzieć, że taka droga istnieje - dodał z naciskiem. - Dobrze 
wiesz,  że  mama  i  Havard  zajmą  się  zarówno  tobą,  jak  i  dzieckiem.  I  w  głębi  duszy  wiesz 
zapewne również, że i Bóg zechce ci wybaczyć, Ruth. Nie będziesz stracona, jeśli uznasz, że 
lepiej  jest  odmówić  Samuelowi.  To  nie  on  jest  Bogiem,  Ruth.  To  nie  on  ma  prawo  cię 
osądzać. 

Ruth nie odpowiadała, tylko łzy cicho spływały po jej twarzy. 
-  Ale ja nie mam prawa... - zaczęła udręczona. - To przecież jest dobry człowiek... 
-  Naprawdę? 
Ruth mocno zagryzła dolną wargę. 
-  Czy ty coś wiesz? - wykrztusiła przerażona. - Czy ktoś we dworze się czegoś domyśla... 

czy to mama coś ci powiedziała...? 

-  A co mama mogłaby  mi powiedzieć? - spytał Sivert, czując, że żołądek zaciska mu się 

ze zdenerwowania. - Co tu się dzieje? 

Ruth spojrzała na niego  zapłakanymi oczyma.  Zarzuciła mu ręce na szyję i wtuliła się  w 

niego rozpaczliwie. 

-  Bo on... on... 

background image

Nagle umilkła i zasłoniła usta dłonią. 
-  Nie, to nic takiego - bąknęła cicho. - Nic, o czym należałoby rozmawiać. 
Sivert  siedział  bez  ruchu  i  milczał.  Z  wolna  zaczynało  do  niego  docierać,  że  Samuel 

Langmo być może jest nie tylko człowiekiem nadętym i dwulicowym, ale że nie zachowuje 
się też wobec jego siostry tak, jak powinien. Sivert słyszał, że dzieją się różne rzeczy również 
w  środowisku,  do  którego  należy  Samuel.  Trudno  mu  jednak  było  uwierzyć,  że  coś  takiego 
może  się  odnosić  do  misjonarza.  Wtedy  nawet  Ruth  zrozumiałaby,  że  coś  jest  grubo  nie  w 
porządku, i być może powiedziała rodzicom. 

-  Ruth! 
Uniósł jej mokrą twarz ku sobie i wpatrywał się w nią natrętnie. 
-  Jeśli  Samuel  robi  coś,  co  twoim  zdaniem  jest  nienormalne.  ..  jeśli  on...  nie  powinnaś 

wierzyć, że on wszystko robi w imię Boże, Ruth. Są ludzie chorzy... ludzie, którzy... 

Nagle  jakby  jakieś  tamy  w  duszy  Ruth  puściły.  Oparła  głowę  o  pierś  Siverta  i  szlochała 

tak, że cała się trzęsła. On obejmował ją, ale w głowie kręciło mu się ze strachu i gniewu. Coś 
jest mocno nie w porządku. Strasznie nie w porządku. Na tyle znał Ruth, żeby się domyślać. 

-  Pozwól mu odejść - wyszeptał cicho z wargami przy jej policzku. - Pozwól mu odejść, 

Ruth. To wszystko jest jakieś chore. 

-  Ja nie mogę - szlochała Ruth głośno. - Ja mu się oddałam. .. zostaliśmy sobie poślubieni 

wobec Boga... 

-  Nie, nie zostaliście - zaprotestował Sivert. - Poślubiona zostaniesz trzeciego dnia świąt w 

kościele, Ruth. Ani dnia wcześniej. Dobrze o tym wiesz. 

-  Ale ja jestem w ciąży... 
-  No  to  co?  Wiele  dziewcząt  przed  tobą  też  było  -  uspokajał  Sivert.  -  Myślisz,  że  nie 

byłoby lepiej dla ciebie i dla dziecka, gdybyście mogli żyć w spokoju tutaj we dworze bez... 

-  Ale co ludzie powiedzą? - szeptała zrozpaczona. 
-  Tym  nie  powinnaś  się  przejmować  -  odparł  Sivert.  –  Oni  i  tak  będą  gadać.  I  nie  o 

ludzkim gadaniu powinnaś myśleć przede wszystkim, Ruth. Ani nawet o sobie samej. Ale o 
dziecku. Czy ty chcesz, żeby dziecko, które nosisz pod sercem, dorastało przy takim ojcu jak 
Samuel? Tylko ty możesz na to odpowiedzieć, bo tylko ty znasz go na tyle dobrze. 

-  Ale on chyba nic złego dziecku nie zrobi - zastanawiała się Ruth cicho, niemal pytająco. 

- Dziecku chyba nie... 

-  A zatem on tobie coś robi, tak? 
Ruth zaczerwieniła się płomiennie i odwróciła wzrok. 
-  Jaki  dom  stworzycie  razem,  skoro  on  nie  okazuje  ci  szacunku?  Tylko  ty  możesz 

wybierać w imieniu swojego dziecka, Ruth! 

Przez dłuższą chwilę Ruth siedziała w milczeniu i skubała chusteczkę. Od czasu do czasu 

ocierała  nos  rękawem.  W  końcu  wstała.  Było  w  niej  coś  bardzo  zdecydowanego,  kiedy 
stanęła przed bratem. 

-   Na  to  już  za  późno,  Sivercie  -  powiedziała  tylko.  -  Ja  wiem,  że  ty  chcesz  dla  mnie 

dobrze,  jestem  ci  wdzięczna,  że  tutaj  przyszedłeś.  Ale  jest  za  późno.  Z  mojego  punktu 
widzenia jest już za późno. 

-  Nigdy nie jest za późno, Ruth - zapewnił Sivert z uporem i on również wstał. - Nie jest 

za późno, jeśli wiesz, że postępujesz słusznie. 

-  Ale  ja  zgrzeszyłam  i  muszę  teraz  dźwigać  krzyż  na  własnych  plecach  -  odparła.  -  Dla 

mnie nie istnieje inne wyjście, Sivercie. Tak powiedziano w Biblii. 

Usłyszeli  kroki  na  schodach  ze  strychu  i  Ruth  podskoczyła.  Chwyciła  ścierkę  do 

zmywania, namoczyła ją w wodzie i przemyła swoją zapłakaną twarz. Niespokojnymi rękami 
przygładziła włosy i poprawiła bluzkę. 

Do  izby  wszedł  Samuel.  Ogarnął  wzrokiem  scenę  przed  sobą:  zapłakaną  młodą 

dziewczynę i jej poważnego brata o mrocznym spojrzeniu. Oczy obu mężczyzn spotkały się i 

background image

Sivert  zrozumiał,  że  Samuel  domyśla  się,  iż  on  przyszedł  tutaj,  żeby  wyperswadować  Ruth 
małżeństwo z misjonarzem. Sivert poznał to po jego spojrzeniu. Było rozbiegane i niepewne. 
A już myślał, że ma Ruth w swoich rękach, przemknęło Sivertowi przez głowę.  Że nikt nie 
zdobędzie się na to, by wywołać skandal, odwołując ślub na dwa dni przed terminem. 

Sivert zastanawiał się, dlaczego właściwie Samuel zgodził się na to całe małżeństwo. Bo 

przecież  nie  żeni  się  z  Ruth  z  miłości,  tego  był  pewien.  Gdyby  misjonarz  był  zdolny  żywić 
takie  uczucia  do  kogokolwiek,  to  sam  byłby  innym  człowiekiem  i  z  pewnością  już  dawno 
ż

onatym. 

Matka,  pomyślał  Sivert.  Matka  to  wszystko  zaaranżowała.  Nie  ze  złej  woli,  w  to  by  nie 

uwierzył.  Chciała  tylko  chronić  Ruth  przed  wstydem  zostania  samotną  matką.  Chciała 
oszczędzić  wrażliwej  córce  plotek  i  złej  ludzkiej  radości.  I  być  może  także  wierzyła,  że 
pomaga  Ruth  dostać  tego,  którego  dziewczyna  pragnie.  Samuel  poddał  się  temu  ze  strachu 
przed współwyznawcami i zwierzchnością, Sivert był w stanie to zrozumieć. Misjonarz chciał 
wyjść z całej sprawy z honorem. Chociaż honor. .. ten człowiek jednak potrafi się wykręcić z 
przykrej  sytuacji,  uważał  Sivert.  Ciekawe,  jaką  to  historię  zaserwował  swoim  przełożonym, 
chętnie bym się dowiedział. Być może nawet Samuel powiedział im, że żeni się z dziedziczką 
wielkiego  dworu.  I  chyba  sam  w  to  wierzy.  Był  dziwnie  zainteresowany  sprawami 
dziedziczenia, przypomniał sobie Sivert i wpił ponure spojrzenie w Samuela. 

Samuel przygładził ręką lekko potargane włosy i wyprostował się. Nagle stał się zupełnie 

innym człowiekiem. Zaczął się nawet uśmiechać. 

-  Cóż widzę, mamy gości? - rzekł przyjaźnie, spoglądając na Siverta. 
-  Tak, Sivert wstąpił do nas - przyznała Ruth cicho. 
-  A nie poczęstujesz gościa kawą? 
-  Dziękuję,  ale  już  piłem  u  rodziców  -  odparł  Sivert.  -  Wstąpiłem  po  prostu,  żeby 

porozmawiać trochę z siostrą. 

-  I porozmawialiście? 
-  Tak, porozmawialiśmy - rzekła Ruth krótko. - Sivert właśnie wychodzi. Zresztą my też 

niedługo pójdziemy na obiad. 

Sivert spoglądał na Ruth przez dłuższą chwilę. Gniew i rozpacz dławiły go w gardle. Teraz 

wiedział, że Ruth jest na najlepszej drodze, żeby zmienić swoje życie w piekło. Swoje i życie 
tego dziecka, które nosi. Ruth dobrze o tym wie, tego akurat był pewien. Mimo wszystko to 
zrobi, żeby przebłagać Pana Boga. To wszystko dlatego, myślał Sivert, choć trudno mu było 
pojąć, że siostra jest aż taka głupia. 

Skinął głową Samuelowi i ruszył ku drzwiom. Tam odwrócił się jeszcze raz, ale Ruth nie 

chciała  już  na  niego  patrzeć.  Sztywna  i  przestraszona  stała  przy  wanience  do  zmywania. 
Sivert wyszedł i głośno zatrzasnął za sobą drzwi. 

Na ganku zatrzymał się jeszcze na chwilę. Czuł się bezradny, wściekły i przerażony. Nagle 

z całej siły uderzył pięścią w ścianę tak, że aż zadzwoniło. 

-  Niech  cię  diabli  wezmą  -  syknął,  spoglądając  ku  drzwiom  domu  dziadków,  za  którymi 

został Samuel. - Zarówno ciebie, jak i tego twojego Boga, na którego wciąż się powołujesz! 

 
-  Czy on miał jakiś specjalny interes? - spytał Samuel, podchodząc do Ruth. 
Dziewczyna potrząsnęła głową i odwróciła się do stołu, zaczęła go wycierać, choć i tak był 

wystarczająco czysty. Samuel położył jej ręce na ramionach. Odwrócił ją ku sobie i pogłaskał 
po policzku. 

-  Ale ty płakałaś? - zauważył łagodnym głosem. - Czy coś się stało, moja kochana? 
-  Nie... nie, to... nie, ja tylko... 
Samuel przyciągnął ją do siebie i ukrył twarz w jej włosach. 
-  Moja kochana, mała Ruth - mówił cicho. - Nie chcę, żeby ktoś sprawiał ci ból. 
-  On mi nie sprawił bólu - mruknęła Ruth. - Sivert nigdy by mi nie zrobił nic złego. 

background image

Była przygotowana na to, że zaraz znajdzie się w krzyżowym ogniu pytań Samuela. Może 

nawet ją uderzy. Tymczasem on był czuły i pełen życzliwości. To kompletnie zbiło ją z tropu. 

-  Dla  twojej  rodziny  to  chyba  nie  jest  łatwe,  że  wychodzisz  za  mąż  -  stwierdził.  - 

Wszystko dokonało się tak nagle, w dodatku prawie wcale mnie nie znają. To zrozumiałe, że 
się martwią. A jeszcze ty jesteś taka blada i chuda - ciągnął, unosząc jej twarz ku sobie. - Ja 
ich rozumiem - powtórzył. - Myślą pewnie, że jesteś nieszczęśliwa i niepewna, że to dlatego... 

Ruth  nie  odpowiadała.  Stała  tuż  przy  nim,  czuła  silny  uścisk,  troskę  i  płynące  od  niego 

ciepło. Poddawała się ciepłym dłoniom, które ją czule głaskały. 

-  Mam nadzieję, że zjesz chociaż trochę na obiad - mówił. - Bądź grzeczną dziewczynką i 

zjedz odrobinę. Dla mnie i dla naszego dziecka - prosił i uśmiechał się do niej łagodnie. 

Delikatnie położył rękę na jej lekko wypukłym brzuchu. Ruth stała przy nim i zupełnie nie 

miała pojęcia, co o tym sądzić. Była przygotowana na wszystko, ale nie na tyle życzliwości i 
dobroci. 

-  Wszystko będzie lepiej, jak już weźmiemy ślub - tlumaczył, całując ją w czoło. - Teraz 

jesteś  spięta  i  chyba  jednak  trochę  niepewna.  Ale  to  nic  dziwnego.  To  przecież  poważny 
wybór,  wybór  na  cale  życie,  kiedy  człowiek  musi  komuś  powiedzieć  „tak".  Rozumiem  to, 
moja kochana. 

-  Ale przecież ja powiedziałam tak już dawno temu - przypomniała Ruth cicho. - Wtedy... 

wtedy, kiedy my... 

-   Mimo  wszystko  powiedzieć  tak  w  kościele,  publicznie,  to  zupełnie  coś  innego  - 

tłumaczył Samuel cierpliwie. - Ja wiem, że później będziesz się czuła lepiej. Bo ty taka jesteś 
- uśmiechnął się. - Dla ciebie wszystko musi być tak jak powinno. I zapewniam cię, że nikt 
nie cieszy się bardziej z tego powodu niż ja. 

Poprowadził ją do kanapy. 
-  Usiądź  sobie  -  powiedział.  -  Mam  coś  dla  ciebie.  Coś,  co  zamierzałem  ci  dać  w  dniu 

ś

lubu. Myślę jednak, że mogę to zrobić teraz. 

Otworzył  stary  sekretarzyk  i  wyciągnął  małą  ukrytą  szufladkę.  Kiedy  wrócił  do  Ruth, 

usiadł  przy  niej  na  kanapie  i  położył  na  jej  dłoni  maleńkie  niebieskie  pudełeczko.  Ruth 
spoglądała  to  na  pudełeczko,  to  na  niego.  Samuel  uśmiechał  się  i  głaskał  czułą  dłonią  jej 
policzek. 

-  No otwórz - zachęcał. 
W pudełeczku na podkładzie z białej waty leżał złoty łańcuszek ze ślicznym krzyżykiem. 

Ruth wstrzymała oddech. 

-  Ależ Samuelu... to naprawdę zbyt wiele. 
-  Nie  dla  tej,  która  niedługo  stanie  ze  mną  przed  ołtarzem  -  oznajmił.  -  Dla  tej,  którą 

kocham - dodał z uśmiechem. 

Wziął łańcuszek w palce i założył jej na szyję. Przesunął na bok długi warkocz tak, by móc 

zapiąć zameczek. Ruth dotknęła dłonią szyi i poczuła na skórze chłodny metal. 

-  Dziękuję - wykrztusiła cicho. - Jesteś naprawdę bardzo hojny, Samuelu. 
On przyciągnął ją do siebie i mocno trzymał. Wciąż gładził ją po plecach. Ruth wstydziła 

się, że mogła w niego zwątpić. Ten mężczyzna teraz to jest jej Samuel. On taki właśnie jest, 
myślała, ciepły, szczodry i dobry. Ten właściwy. 

Wieczór  był  długi  i  bardzo  przyjemny.  Ruth  jest  jak  odmieniona,  myślał  Sivert. 

Uśmiechała się, raz po raz dotykała ręki Samuela. Sivert nie pojmował, co się stało, dopóki 
nie  dostrzegł  krzyżyka  mieniącego  się  na  odkrytej  szyi  siostry.  A  zatem  misjonarz 
przestraszył  się,  że  jego  sytuacja  jest  niepewna,  pomyślał  z  obrzydzeniem.  Sięgnął  więc  po 
swoje srebrniki. Zawiesił na szyi Ruth judaszowy krzyżyk. Niestety Sivert nie mógł jej tego 
powiedzieć. Akurat  w tej chwili nie chciałaby  go słuchać i nie zrozumiała, o co mu chodzi. 
Ale nadejdzie dzień, kiedy łuski będą musiały opaść z jej oczu. 

background image

Sivert westchnął i ujął rękę Tordhild. Nagle ogarnęło go pragnienie, by zostać z nią sam na 

sam. By oboje mogli płakać nad zagubioną duszą. 

-  Ja  myślę,  że  czas  już  spać  -  powiedział,  wstając.  -  Wczoraj  położyliśmy  się  bardzo 

późno, a czeka nas jeszcze wiele długich wieczorów. Dobranoc. 

-  Co się stało? - spytała Tordhild, kiedy znaleźli się na ganku. 
-  Chodzi mi o Ruth - wykrztusił ochryple. - Ona oddaje się we władanie diabłu. 
-  Ależ Sivercie... 
-  Jeszcze  wspomnisz  moje  słowa  -  rzekł,  wchodząc  na  schody.  –  Ale  ja  nie  mogę  jej  od 

tego odwieść. 

-  Ależ Sivert, chyba nie jest aż tak źle - próbowała pocieszać go Tordhild, obejmując go 

ramieniem w pasie. 

-  Jest gorzej, niż myślisz - odparł cicho. 
  
W chwilę później wstał również Samuel. 
-  Myślę, że my też się pożegnamy - oznajmił. - Ruth potrzebuje odpoczynku. 
Ruth  poczuła,  że  serce  dosłownie  skacze  jej  do  gardła.  Czego  on  znowu  zażąda  od  niej 

dzisiejszego wieczora? Wstała wolno, kolana się pod nią uginały. 

On jednak przystanął na strychu przy drzwiach do jej sypialni i objął ją czule. 
-  Śpij dobrze, najdroższa - wyszeptał. - I niech Bóg cię błogosławi. 
Potem odwrócił się i poszedł do siebie. 
Ruth stała bez słowa, nie była w stanie zrozumieć, co się dzieje. Nawet jej nie tknął! Nie 

próbował  do  niczego  zmuszać.  Był  po  prostu  dobry.  Z  wolna  jej  serce  zaczęła  przepełniać 
wdzięczność. 

-  Samuelu - rzekła cicho i pobiegła za odchodzącym. - Tak bardzo cię kocham. I nie ma 

we mnie niepewności. Już nie - westchnęła uszczęśliwiona i zarzuciła mu ręce na szyję. 

On  przytulił  ją  mocno  i  uśmiechał  się  nad  jej  ramieniem.  Wygrał  oto  starcie  z  Sivertem 

Stornesem. Ruth należy do niego! 

  
ROZDZIAŁ 6. 
  
Mali obudziła się o świcie, bo słyszała hałasy dochodzące z kuchni. Był drugi dzień świąt, 

dzień przed weselem. Bo jednak wesele się odbędzie, domyśliła się tego natychmiast, kiedy 
wczoraj Sivert wrócił do domu. 

-  Ruth  jest  jak  zaczadziała  -  powiedział  do  Mali.  -  Rozmawialiśmy  długo  i  ona  nawet 

płakała. Tam dzieje się naprawdę coś bardzo złego, tyle zdołałem zrozumieć. Ona jednak nie 
odważyła się nawet pisnąć, o co chodzi. 

Patrzył  na  Mali  i  palcami  przeczesywał  włosy.  Oczy  mu  pociemniały  z  frustracji  i 

rozpaczy. 

-  Całą noc dzisiaj myślałem - ciągnął dalej. - Czy ty nie zauważyłaś, żeby Samuel... że on 

się odnosi źle do Ruth? 

-  No wiesz, co to znaczy źle - zastanawiała się Mali niepewnie. - Widzę przecież, że ona 

nie  wygląda  na  zadowoloną.  Nawet  niekiedy  robi  wrażenie  kompletnie  wystraszonej.  Ale 
misjonarz  jest  taki  dominujący  -  westchnęła  zmartwiona.  -  Nie  pomyślałabym  jednak,  że 
mógłby... 

Przyglądała się Sivertowi z niepokojem we wzroku. 
-  A jak ty sądzisz, co on mógłby jej robić? - spytała cicho, nie przestając na niego patrzeć. 
-  Nie, no nie wiem. Ale zdarzało mi się słyszeć o takich jak on, którzy głoszą co innego 

zwyczajnym  ludziom,  sami  zaś  prowadzą  zupełnie  inne  życie.  Ludzie  chorzy  na  władzę, 
człowiek nigdy nie wie, czego się po nich spodziewać. 

background image

-  Chyba nie myślisz, że on mógłby podnieść na nią rękę? - Mali wpatrywała się w Siverta 

przerażona. W jej oczach było niedowierzanie i strach. 

-   Ty  chyba  wiesz  lepiej  niż  większość  ludzi,  co  mężczyzna  może  zrobić  swojej  żonie  - 

odparł Sivert, wpijając w nią wzrok. - I podnieść rękę, i zmuszać ją do... 

Umilkł i głośno wciągnął powietrze. 
-  Zrozumiałem  przecież  to  i  owo,  kiedy  ostatnio  byłem  w  domu  -  dodał.  -  Nie 

powiedziałaś  mi  za  wiele  i  nie  chciałaś  się  wdawać  w  szczegóły,  aleja  i  tak  swoje 
zrozumiałem. Zresztą gdzie indziej też widziałem i słyszałem podobne rzeczy. 

-  Nie! On nie może... 
Stłumiony  krzyk  wyrwał  się  z  gardła  Mali.  Nagle  pojawiły  się  wspomnienia  o  tym,  co 

musiała znosić ze strony Johana. Również w sypialni. Na myśl o tym zaczęła dygotać. Chyba 
Samuel nie jest taki jak Johan? 

-  On jest misjonarzem, Sivert - powiedziała, ujmując syna za rękę, jakby szukała u niego 

pociechy i wsparcia. - Jest kimś, kto... kto powinien żyć zgodnie z nakazami Biblii i... 

-  To,  że  jest  misjonarzem,  nie  ma  tu  żadnego  znaczenia  -  odparł  Sivert.  -  Tacy  zresztą 

często są najgorsi, bo oni to wszystko  robią w imię Boże. Ja nie sądzę,  że wszyscy są tacy. 
Spotkałem  wśród  nich  wielu  uczciwych  ludzi.  I  dobrych,  którzy  pragną  dobra  dla  swoich 
bliźnich.  Którzy  niosą  im  pociechę  i  nadzieję  na  zbawienie.  Spotkałem  jednak  wielu  takich 
jak Samuel. Oni istnieją wszędzie, zarówno w miastach, jak i na wsiach. Straszą ludzi takich 
jak Ruth, odbierają im szacunek dla samych siebie oraz zdrowy rozsądek. I on mi właśnie na 
takiego  wygląda  ten  cały  Langmo.  W  każdym  razie  takie  na  mnie  robi  wrażenie  -  dodał 
ponuro. 

-  Ale...  ale  czy  my  coś  możemy  zrobić?  -  pytała  Mali  w  rozpaczy.  -  On  może  zniszczyć 

Ruth życie, jeśli... ona nie jest na to wystarczająco silna. 

Pomyślała teraz, ile ją kosztowało przeżycie tych lat z Johanem. A Ruth nie ma takiej siły 

jak ja, stwierdziła ze zgrozą. Ona sama zniosła wszystko, bo była do tego zmuszona. Musiała 
chronić rodzinę. A mimo to nie wyszła z tego małżeństwa cało. Grzech pierworodny będzie ją 
prześladował do końca życia. Do końca życia będzie na niej spoczywać odpowiedzialność za 
to,  by  konsekwencje  jej  grzechu  nie  wyrządziły  więcej  szkody  bliskim,  niż  się  to  już  stało. 
Zdawała sobie jednak sprawę z tego, że nie jest panią swego losu. Grzech pierworodny okazał 
się od niej silniejszy. Rozchodził się niczym kręgi na wodzie i obejmował przyszłość całych 
pokoleń, a ona musiała się temu przyglądać bezradnie. 

-  Moglibyście  jej  zabronić  tego  małżeństwa  -  podpowiedział  Sivert.  -  Ona  ma  tylko 

osiemnaście  lat  i  nie  jest  jeszcze  w  pełni  dorosła  w  rozumieniu  prawa.  Jeśli  więc 
zaprotestujecie przeciwko temu małżeństwu, to będzie musiała... będzie przynajmniej musiała 
poczekać,  tak  myślę.  Może  się  zastanowi.  Może  tymczasem  odzyska  zdrowy  rozsądek. 
Otworzą jej się oczy i zobaczy, kim właściwie jest ten jej Samuel Langmo - mruczał Sivert. 

-  Zabronić jej? Ależ my nie możemy tego zrobić - wyjaśniła Mali, spoglądając na Siverta. 

-  Myśmy  podpisali  i  wysłali  prośbę  o  zgodę  na  to  małżeństwo.  Tak  jest,  byliśmy  do  tego 
zmuszeni,  bo  Ruth  rzeczywiście  ma  dopiero  osiemnaście  lat.  Zresztą  to  tylko  formalność, 
zwłaszcza że ani Havard, ani ja nie zgłaszaliśmy żadnych pretensji. Nie mogliśmy jej przecież 
zabronić,  Sivercie  -  powtórzyła  Mali,  patrząc  na  niego  z  rozpaczą.  -  Nie  mogliśmy  tego 
zrobić, skoro ona... i wtedy nie mieliśmy pojęcia, że on jest taki, jak myślisz. Poza tym i ona... 
ona też powinna zareagować sama, gdyby Samuel... gdyby on... 

Znowu  zalała  ją  fala  wspomnień.  Przecież  ona  też  o  wszystkim  milczała.  A  później,  w 

miarę upływu czasu, zdała sobie sprawę, że większość kobiet przeżywających podobne udręki 
zachowuje się tak samo. Żadna z nich nic nie mówi. Dlaczego Ruth miałaby postąpić inaczej. 
Zwłaszcza że sama twierdzi, iż zasłużyła sobie na taki los, bo zgrzeszyła. 

-  W  każdym  razie  ja  nic  więcej  zrobić  nie  mogę  -  poinformował  Sivert.  -  Ona  jest 

zdecydowana stanąć jutro przed ołtarzem. 

background image

Mali skinęła głową. 
-  Dziękuję ci mimo wszystko - wyszeptała i puściła jego rękę. 
 
Właściwie to powinna pomagać w domu w przygotowaniach do wesela. Zamiast tego Mali 

wzięła Johannesa i wyszła na dwór. Czuła, że potrzebuje powietrza. Musi zrobić coś innego, 
nie  tylko  krzątać  się  po  domu  i  martwić.  Poza  tym  było  dla  niej  ważne,  by  możliwie  jak 
najlepiej  wykorzystać  czas  z  wnukiem.  Wizyta  dziecka  jest  zbyt  krótka,  wydawało  jej  się 
więc,  że  powinna  spędzać  z  nim  wszystkie  drogocenne  chwile,  niezależnie  od  tego,  że 
szykuje się wesele. 

Dzień był pogodny, mroźny i cichy. 
-  Dokąd idziemy? - spytał Johannes, z zainteresowaniem podnosząc wzrok ku babce. 
-  Pomyślałam  sobie,  że  może  trochę  pojeździmy  na  saneczkach  -  zaproponowała  Mali.  - 

Albo możemy robić coś innego, co ty byś chciał? 

-  Na sankach jeździłem już wczoraj z mamą - rzekł. - Bo te sanki, które od was dostałem, 

są  naprawdę  śliczne  -  pośpieszył  z  wyjaśnieniami.  Najwyraźniej  się  przestraszył,  że  babka 
pomyśli,  iż  nie  jest  zadowolony  z  prezentu.  -  Później  jeszcze  będziemy  dużo  jeździć.  Ale 
teraz najchętniej poszedłbym do zwierząt. 

Znowu  spojrzał  na  Mali  pytającym  wzrokiem.  Ona  uśmiechnęła  się  i  pogłaskała  go  po 

policzku.  Sama  powinna  się  była  domyślić,  dokąd  chłopiec  chciałby  pójść.  Oczywiście,  do 
zwierząt. 

-  W takim razie idziemy do obory - rzekła, biorąc go za rękę. - I powiem ci, że być może 

czeka tam na nas pewna niespodzianka - dodała. 

-  Niespodzianka? - Johannes patrzył na babkę promiennym wzrokiem. - Co to takiego? 
-  No,  nie  jestem  taka  całkiem  pewna,  ale  wydaje  mi  się,  że  dzisiejszej  nocy  stara  kotka 

urodziła małe kocięta. 

Johannes stanął jak wryty. Oczy robiły mu się coraz większe. 
-  Urodziła kocięta? Całkiem sama w oborze? 
-  Nasza stara kotka taka jest - wyjaśniła Mali. - Wiele zwierząt tak się zachowuje, widzisz, 

one  najchętniej  zostają  same,  kiedy  mają  urodzić  młode.  Ze  zwierzętami  jest  inaczej  niż  z 
ludźmi. 

-  Ale  ona  pewnie  musiała  cierpieć,  biedna  stara  kotka  -  zmartwił  się  Johannes  i  ruszył 

pośpiesznie  w  stronę  obory.  -  No  i  kto  jej  daje  jeść,  kiedy  musi  tam  leżeć  sama  i  pilnować 
swoich dzieci? 

-  Jeśli naprawdę urodziła kocięta, to zaniesiemy jej mleka, ty i ja - obiecała Mali. - Poza 

tym jednak ona daje sobie radę sama. Łapie myszy i... 

-  No ale wtedy myszy umierają! 
Johannes patrzył na nią wciąż tymi wytrzeszczonymi szeroko oczyma.  
Mali ukucnęła obok wnuka. Wzięła jego ręce w swoje. 
-  Tak to już jest - westchnęła. - Niektóre zwierzęta zjadają się nawzajem, przecież wiesz. I 

ludzie też jedzą zwierzęta, my również. 

Chłopiec patrzył na nią i w jego ciemnych oczach pojawiły się błyski. 
-  Nie powinniśmy tego robić - oznajmił cicho. - Biedne zwierzęta. 
-  Ale Bóg tak wszystko urządził, Johannes - mówiła Mali łagodnie. 
Przyciągnęła go do siebie i mocno objęła. 
-  Twój tata też taki był - powiedziała. - On chciał, żebyśmy hodowali wszystkie zwierzęta, 

jakie się urodzą. Ale przecież tego robić nie możemy. Bóg dał nam zwierzęta i ryby, żebyśmy 
mieli  co  jeść.  Myślę  jednak,  że  nie  powinniśmy  się  więcej  nad  tym  zastanawiać,  co?  - 
uśmiechnęła  się  i  wyprostowała.  -  Nie  sądzisz,  że  powinniśmy  zakraść  się  na  palcach  do 
obory i zobaczyć, czy stara kotka rzeczywiście ma młode? 

Wzrok chłopca znowu się rozjaśnił, Johannes z entuzjazmem pokiwał głową. 

background image

-  A wiesz, gdzie ona może być? - spytał. 
-  Och  tak,  zawsze  wybiera  sobie  takie  jedno  miejsce  w  kącie,  znosi  tam  słomę  i  siano, 

przygotowuje  coś  w  rodzaju  gniazda,  kiedy  spodziewa  się  młodych.  Jest  im  tam  dobrze  i 
ciepło. A w oborze są krowy i pilnują wszystkich. 

-  Kotka się pewnie ucieszy, kiedy przyjdziemy. My możemy pilnować jej dzieci i dbać o 

nie. Krowy przecież tego nie potrafią, chyba rozumiesz. 

-  Ale ona chyba nie chce - wtrąciła Mali. - Wolałaby radzić sobie sama i zostać z dziećmi 

w spokoju. Chociaż na twój widok na pewno się ucieszy. 

Chłopiec spojrzał na nią z uśmiechem. 
-  Oczywiście, że się ucieszy - potwierdził. - Ona mnie przecież zna. Wie, że nigdy bym jej 

nie zrobił nic złego. 

Mali nie była taka całkiem przekonana, czy stara kotka wie, ona sama jednak wiedziała na 

pewno,  że  Johannes  nawet  muchy  by  nie  zabił.  Ścisnęła  jego  rączkę  i  razem  wkroczyli  do 
obory. Jest tak jak kiedyś, dawno temu, pomyślała Mali wzruszona. Jak w czasach Siverta. 

  
Znaleźli kotkę tam, gdzie Mali znajdowała ją zawsze, kiedy na świat przychodziły kocięta. 

Leżała teraz na boku w dołku wygrzebanym w sianie, z trzema kociętami przy piersi. 

Mali i Johannes ostrożnie ukucnęli obok. Kotka spojrzała, nie ruszyła się jednak, widząc, 

ż

e to Mali. 

Johannes ukląkł i wpatrywał się jak zaczarowany. 
-  Jakie  one  malutkie  i  śliczne  -  wyszeptał  po  chwili.  -  Nigdy  przedtem  nie  widziałem 

malutkich kotków. 

Popatrzył na Mali. Złote plamki mieniły się w jego oczach. 
-  Czy ona się rozgniewa, jakbym jednego pogłaskał? - spytał. 
-  Nie, nie pogniewa się - zapewniła Mali. - Możesz nawet jednego wziąć w ręce. 
Ostrożnie  uniosła  jedno  z  kociąt  i  złożyła  je  w  dłoniach  Johannesa.  Chłopiec  oddychał 

ciężko i bardzo ostrożnie dotykał małego zwierzątka. 

-  On nie ma oczu - wyszeptał przestraszony, spoglądając na babkę. 
-  Nie, jest taki maleńki, że nie może jeszcze otworzyć oczu - wyjaśniła Mali. - Z małymi 

kociętami  tak  zawsze  jest.  Otworzą  oczy  dopiero  za  jakiś  czas.  I  wtedy  będą  jeszcze 
ładniejsze - uśmiechnęła się. 

Johannes uniósł kotka do twarzy. Dotykał wargami mięciutkiego futra i wzdychał. Siedział 

tak długo, całkiem bez ruchu. 

-  Czy mógłbym jednego dostać? - spytał nagle. 
Mali  spojrzała  na  wnuka  zaskoczona.  Zwykle  we  dworze  nowo  narodzone  kocięta  nie 

miały długiej przyszłości. Jeden z parobków pozbawiał je życia, jak tylko zostały znalezione. 
Nie  mogli  mieć  dworu  pełnego  kotów,  a  kotka  z  latami  stawała  się  coraz  bardziej 
produktywna.  Mali  już  miała  nadzieję,  że  kocica  jest  za  stara  na  kolejne  młode,  za  każdym 
razem jednak się myliła. 

-  Ale przecież nie możesz zabrać kotka do Oslo - rzekła niepewnie, żeby go nie urazić. - I 

te  tutaj  są  zbyt  maleńkie,  by  jechać  z  tobą  za  kilka  dni.  Zginęłyby  po  drodze,  Johannes. 
Zresztą nie wiem, co twoi rodzice by na to powiedzieli... 

-  Ja ich bardzo poproszę - rzekł, patrząc na nią oczyma pełnymi łez. - Ja zawsze chciałem 

mieć zwierzątko, ale... 

-  Ale  taki  kot  musi  wychodzić  na  dwór,  przecież  wiesz  -  tłumaczyła  Mali.  -  Kot  jest 

przyzwyczajony  do  swobody.  A  w  mieście,  gdzie  tyle  samochodów,  tramwajów  i  mnóstwo 
ludzi... nie bardzo by pewnie wiedział, gdzie się podziać. 

-  Przecież  może  mieszkać  z  nami  w  domu  -  wtrącił  Johannes  pośpiesznie.  -  Ja  będę  się 

nim opiekował, będzie mógł biegać po salonie i... 

-  No a kiedy wyjedziecie za granicę? 

background image

Chłopiec  głaskał  i  głaskał  małego  kotka.  Mali  widziała,  że  łzy  spadają  na  drobne  ciałko 

zwierzątka i na ręce wnuka. 

-  Ja  myślę,  że  mógłbyś  sobie  wybrać  jednego  i  on  tutaj  zostanie  -  zaproponowała 

pośpiesznie,  obejmując  dziecko.  -  Ja  będę  się  nim  zajmować,  dopóki  nie  przyjedziesz 
następnym razem. Chciałbyś tak, Johannes? 

Buzia chłopca się rozjaśniła. Otarł nos rękawem. 
-  Można by tak? - spytał i popatrzył na nią z wielką nadzieją. Wciąż jeszcze łzy mieniły 

się  na  jego  długich  rzęsach.  -  Ale  on  będzie  tylko  mój,  prawda?  Ty  będziesz  się  nim  tylko 
opiekować, jak ja stąd wyjadę. 

-  Oczywiście,  że  tak  -  zapewniła  Mali.  -  Kotek  będzie  tylko  twój.  Będziesz  mógł  nadać 

mu imię, zanim wyjedziesz. 

Zastanawiała  się,  co  Havard  na  to  powie.  Nie  mówiąc  już  o  Ingeborg,  która  nie  była 

zadowolona  nawet  z  tej  jednej  starej  kotki,  kręcącej  się  po  obejściu.  Z  pewnością  wszyscy 
stwierdzą,  że  wystarczy  nam  ten  jeden  kot,  którego  już  mamy,  myślała  Mali.  Ale  to  nie  ma 
znaczenia. Johannes dostanie swojego kociaka. Nikt jej nie odbierze tej radości, że może mu 
dać coś, czego chłopiec tak szczerze pragnie. Poza tym nikt nie wie, jak długo jeszcze stara 
kotka  pożyje,  a  jakiegoś  kota  we  dworze  Mali  jednak  chciała  mieć.  Była  do  tego 
przyzwyczajona  od  najwcześniejszej  młodości.  To  też  może  wykorzystać  jako  argument, 
gdyby się okazało konieczne. 

-  No to którego byś chciał? - spytała, podnosząc dwa pozostałe kotki. 
Johannes  patrzył  na  nie  błyszczącymi  oczyma.  Jego  brudne  ręce  głaskały  wszystkie  po 

kolei. 

-  A mógłbym dostać wszystkie trzy? - spytał, nie odrywając oczu od zwierząt. 
Mali potrząsnęła głową. 
-  Nie,  trzy  to  stanowczo  za  dużo  -  zaprotestowała.  -  Najlepiej  będzie,  jak  wybierzesz 

jednego.  Trzy  to  naprawdę  dla  ciebie  zbyt  wiele.  Dla  mnie  zresztą  też  -  dodała.  -  Bo  to  ja 
mam się nimi opiekować, kiedy wyjedziesz... 

Johannes przyjął to do wiadomości. 
-  No dobrze, bo pewnie później ona będzie miała młode i wtedy zachowamy wszystkie i... 
-  Zobaczymy, jak to będzie - uśmiechnęła się Mali. 
Nie  przypuszczała,  że  mały  wybiegnie  myślą  tak  daleko  w  przyszłość.  Będziemy  mieć 

problemy, jeśli jego kotek doczeka się młodych do następnej wizyty swojego właściciela. Ale 
znajdzie  się  na  to  jakaś rada.  Zrobi  się  z  nimi  porządek  tak,  żeby  chłopiec  nie  widział  i  nie 
odczuwał bólu. Mimo wszystko zamierzała dotrzymać obietnicy. A młodymi, które miałyby 
się pojawić później, będzie się też później martwić. Teraz nie chciała o tym myśleć. 

-  No więc wybierz, którego byś chciał. 
-  A kto dostanie dwa pozostałe? 
Mali  spuściła  oczy.  Nie  mogła  wjawić,  że  zostaną  pozbawione  życia.  Dziecko  by  nie 

zrozumiało,  że  coś  takiego  jest  w  ogóle  możliwe,  Mali  nie  była  w  stanie  powiedzieć  mu 
prawdy.  Nie  uwierzyłby,  że  można  tak  postępować,  a  ona  chciała,  żeby  nie  tracił  jeszcze 
dziecięcych złudzeń. 

-  Obiecaliśmy je naszym sąsiadom - skłamała. 
-  Więc i one będą miały dobrze? - dopytywał się Johannes. 
-  Oczywiście,  tego  możesz  być  pewien  -  odparła  Mali  z  wielkim  przekonaniem,  nie 

patrząc wnukowi w oczy. 

-  No  to,  kiedy  znowu  tu  przyjadę,  wezmę  mojego  kota  i  odwiedzimy  tamte  pozostałe  - 

rozpromienił się Johannes. - Wtedy będą mogły się spotkać, z pewnością im się to spodoba. 
Są przecież rodzeństwem - dodał. 

Mali wstrzymała oddech. To małe kłamstwo, którego się dopuściła, może jej w przyszłości 

narobić kłopotu. Teraz musi koniecznie znaleźć ludzi, którzy wzięliby pozostałe kocięta, a nie 

background image

będzie  to  łatwe.  W  każdym  dworze  mają  koty.  Zajmie  się  jednak  tą  sprawą  dopiero  po 
wyjeździe  Johannesa.  W  każdym  razie  musi  zadbać,  żeby  nikt  nie  pozbawił  kociąt  życia. 
Jeszcze nie teraz. 

-  Rozumiem, że chciałbyś mieć kotkę? - spytała, żeby zmienić temat. 
-  No tak, bo kotka będzie mieć młode - uśmiechnął się Johannes wzruszony. - A to one nie 

wszystkie są kotkami? 

-  Tego jeszcze nie wiem - powiedziała Mali. - Musimy zbadać. 
Odwracała  małe  stworzonka  i  uważnie  je  badała.  Johannes  przyglądał  się  z 

zainteresowaniem. 

-  Skąd ty wiesz, czy to kot, czy kotka? 
-  Po prostu widzę - odparła Mali. - Kotki i koty różnią się między sobą. Dokładnie tak jak 

chłopcy i dziewczynki. Chyba wiesz. 

Johannes skinął głową. 
-  Oczywiście,  że  wiem  -  odpowiedział  rezolutnie.  -  Tata  i  ja  mamy  siusiaki,  a  mama  i 

dziewczynki nie. 

No  tak,  to  dziecko  wie,  co  trzeba.  Mali  nie  bardzo  się  zdziwiła.  I  jest  to  dla  niego  takie 

naturalne, bo Sivert i Tordhild z pewnością w sposób naturalny z nim o tym rozmawiali, nie 
robili  żadnych  tajemnic.  Inne  dzieci  z  pewnością  tak  by  nie  odpowiedziały,  mimo  że  też  z 
pewnością wiedzą, na  czym polega  różnica.  Zwykle ludzie z dziećmi o takich sprawach nie 
rozmawiają. W każdym razie nie tutaj we wsi. 

-  Tym razem urodziła same dziewczynki ta nasza stara kotka - stwierdziła Mali. - Możesz 

więc sobie wybrać, którą chcesz. 

Johannes  długo  stal  i  przyglądał  się  trzem  kłębuszkom.  W  końcu  wskazał  palcem  na 

złocistożółtawego kotka z białymi łapkami i białym krawatem. 

-  Chcę tę - oznajmił. - Nie żeby tamte nie były ładne, ale chciałbym mieć tę. 
-  A jakie nadasz jej imię? - spytała Mali. 
Johannes podniósł kociątko, które sobie wybrał, i przytulił do niego policzek. Namyślał się 

długo, aż między jego brwiami pojawiła się głęboka bruzda. 

-  Eliza - powiedział w końcu. 
-  Eliza? - Mali patrzyła na niego zaskoczona. - Dlaczego tak? Nigdy nie słyszałam, żeby 

jakiś kot miał na imię Eliza. 

-  Tata gra taki utwór, który się nazywa Dla Elizy - wyjaśnił Johannes. - To bardzo piękny 

utwór  muzyczny.  Słyszałaś  może?  Ja  też  umiałbym  go  zagrać  -  dodał.  -  Więc  moja  kotka 
będzie miała swoją muzykę - opowiadał dalej. - Zagram jej to, kiedy przyjadę tutaj następnym 
razem  i  przywiozę  ze  sobą  swoje  skrzypce.  A  teraz  poproszę  tatę,  żeby  on  jej  zagrał.  Bo 
przecież musimy urządzić prawdziwe chrzciny - dodał. - Polejemy jej głowę wodą i... 

-  Wody to ona chyba nie lubi - zaprotestowała Mali. - A poza tym jest taka maleńka, że 

mogłaby się rozchorować, gdybyś ją zmoczył. Ale tata oczywiście może zagrać, a ty będziesz 
ją tymczasem trzymał w rękach. To będą naprawdę uroczyste chrzciny. 

Chłopiec zastanawiał się chwilę nad propozycją, w końcu skinął głową. 
-  Nie wiedziałam, że ty też umiesz grać - zdziwiła się Mali. Zdumiewało ją, że ani Sivert, 

ani Tordhild o tym nie wspomnieli. 

-  I  mam  własne  skrzypce  -  powtórzył  Johannes.  -  Chciałem  mieć  i  dostałem.  Ale  nie 

jestem aż taki zdolny jak tata - dodał z dziecinną szczerością. 

-  No cóż, ale twój tata ćwiczy od bardzo dawna - wtrąciła Mali, próbując ukryć uśmiech. - 

Czy chciałbyś również być muzykiem, jak twój tata? 

-  Tego jeszcze nie wiem - odparł Johannes beztrosko. - Ale chyba nie. Bardzo lubię grać. 

Nie, kiedy dorosnę, to zostanę doktorem od zwierząt - ciągnął dalej, patrząc na Mali. - Taki 
doktor  nazywa  się  weterynarz  -  wyjaśnił.  -  Na  świecie  jest  bardzo  niewielu  doktorów  dla 
zwierząt. 

background image

Mali przytaknęła. Chłopiec siedział z małym kotkiem przytulonym do policzka i wyglądał 

tak  pięknie,  że  Mali  o  mało  się  nie  rozpłakała.  Myśl  o  tym,  że  dziecko  wkrótce  wyjedzie, 
powodowała ból w piersi. Bez niego w domu zrobi się tak cicho i pusto. Bardzo pusto. 

-  Myślę,  że  będziesz  bardzo  dobrym  weterynarzem  -  uśmiechnęła  się.  -  Jestem  tego 

pewna. 

-  Oczywiście - potwierdził bez skrępowania. - Będę dobrym doktorem. 
Stara kotka uniosła głowę i miauknęła. 
-  Ona chce dostać z powrotem swoje dziecko - wyjaśniła Mali. - My natomiast weźmiemy 

jej miseczkę i przyniesiemy trochę mleka od krowy, żeby mogła się napić czegoś dobrego i 
ciepłego. 

Johannes  patrzył  wielkimi  oczyma,  kiedy  Mali  wyciskała  mleko  z  krowiego  wymienia  i 

napełniała nim kocią miskę. 

-  A ja nie mógłbym spróbować? - spytał zaciekawiony i pochylił się ku niej. 
-  No to otwórz buzię - roześmiała się Mali. 
Johannes  otworzył  i  Mali  skierowała  strumień  mleka  prosto  do  jego  ust.  Poleciało 

wprawdzie na boki, Johannes pośpiesznie ocierał rękawem to, co się rozlało. 

-  Smakowało ci? - spytała Mali.  
Chłopiec kiwał głową i mlaskał. 
-  Kiedy przyjadę do domu, to wszystkim opowiem - mówił ze śmiechem. - Powiem im, że 

piłem mleko prosto od krowy. Pewnie mi nie uwierzą. Oni tam w mieście myślą, że mleko to 
się bierze z butelki. 

Postawili  miseczkę  z  mlekiem  przy  posłaniu  starej  kotki,  po  czym  cicho  wyszli  z  obory. 

Na dworze ostre światło raziło ich w oczy. 

-  Muszę  biec  do  domu  i  powiedzieć,  że  dostałem  małą  kotkę  -  oznajmił  Johannes.  -  I 

powiem tacie, żeby się przygotował, bo po południu będziemy ją chrzcić. Ale potem możemy 
jeździć na sankach - uśmiechnął się, biorąc babkę za rękę. 

Mali  skinęła  głową.  Pomyślała  o  tym,  co  właściwie  powinna  teraz  robić.  Ale  wesele 

odbędzie  się  i  bez  tego.  Wieczorem  zrobię  wszystko,  co  w  ciągu  dnia  zaniedbałam, 
pomyślała. Johannes zostaje u nas tylko przez kilka drogocennych dni. 

-  A co to za mały domek tam na dole? - Johannes nagle przerwał jej rozmyślania. 
Patrzył w stronę fiordu i pokazywał szopę na łodzie. 
-  To  jest  szopa  na  łodzie  -  wyjaśniła  Mali.  -  Trzymamy  w  niej  też  sprzęt  potrzebny  do 

łowienia ryb. 

-  Chciałbym tam pójść - oznajmił stanowczo. - Chcę zobaczyć łódź. 
-  Ale na dole jest mnóstwo śniegu... 
Mali poczuła dziwne ssanie w żołądku. Nie bardzo chciała prowadzić teraz Johannesa do 

szopy  na  łodzie,  choć  niezupełnie  wiedziała  dlaczego.  Jeśli  przyjedzie  tu  w  lecie,  to  z 
pewnością będzie tam spędzał całe dnie. Będzie się kąpał i łapał kraby. Ale tyle zakazanych 
wspomnień łączy się z tym budynkiem. Stać tak na dole z wnukiem Jo... nie była pewna, czy 
jest już na to gotowa. 

-  Nie przejmuj się, przejdziemy przez ten śnieg - zapewniał Johannes. - Ja już chodziłem 

po takim głębokim śniegu, że prawie nie było mnie widać. 

Mali wolno skinęła głową. 
-  Pewnie, oczywiście, że przejdziemy - przytaknęła. - Biegnij teraz do domu i opowiedz o 

kotku, a ja tu na ciebie poczekam. 

Chłopiec zniknął na ganku, Mali zaś stała i spoglądała w stronę starej szopy. W jej pamięci 

pojawiały się obrazy z przeszłości, ona i Jo przy tej szopie. Początek grzechu pierworodnego. 
Torgrim.  Na  myśl  o  nim  wstrząsnął  nią  dreszcz.  I  powrót  Siverta  do  domu  w  tym  roku  we 
wrześniu. Kiedy nagle stanął przy ścianie szopy, była pewna, że to cud. 

background image

Mali zdała sobie sprawę, że najważniejsze wydarzenia w jej życiu mają jakiś związek z tą 

szopą. I dobre, i złe. A teraz ma iść tam z Johannesem. Tam, gdzie jego ojciec został poczęty 
w gorączkowym akcie zakazanej miłości. 

-  Ja ci pomogę, babciu - zapewniał Johannes, kiedy wrócił. Wziął ją za rękę i oboje, brnąc 

w głębokim śniegu, ruszyli w dół przez ogród. - Damy sobie radę, nie przejmuj się. Pomogę 
ci i razem przejdziemy. 

Mali kiwała głową i mocno trzymała jego rękę. 
-  No, jak ty mi pomożesz, to na pewno ze wszystkim sobie poradzę - uśmiechnęła się. 
Ale jej serce pełne było łez. 
  
 ROZDZIAŁ 7. 
  
Ane rozpaliła w pralni. W ten drugi dzień świąt potrzebowali mnóstwa gorącej wody, więc 

z  samego  rana  zawieszono  nad  paleniskiem  największy  kocioł.  Dym  z  komina  wyglądał 
niczym długi, szary duch, unoszący się nad dworem w ten spokojny zimowy dzień. 

Bo  chociaż  to  święta,  trzeba  było  we  wszystkich  pokojach  powycierać  kurze  i  pomyć 

podłogi. Wielkie sprzątanie na wesele zostało zrobione w tygodniu przed świętami, ale wciąż 
w domu kręciło się tylu ludzi, którzy wychodzili i znowu wracali, że trzeba wszystko umyć 
od  nowa,  choć  już  może  nie  tak  dokładnie.  I  przed  obiadem  w  kuchni  przed  piecem 
wystawiono dużą balię, by wszyscy mogli się wykąpać i umyć włosy. 

-  Coś ty, na Boga, robił? - roześmiała się Tordhild, gdy ukucnęła przed Johannesem, żeby 

go  rozebrać.  -  Jesteś  kompletnie  przemoczony  i  brudny,  naprawdę  potrzebujesz  gorącej 
kąpieli przed jutrzejszym weselem. Będziesz musiał się jutro bardzo ładnie ubrać. 

-  Wiesz,  mieliśmy  mnóstwo  zajęć,  Johannes  musiał  odwiedzić  wszystkie  zwierzęta  - 

tłumaczyła Mali. - Nie protestowałam, bo wiedziałam, że i tak wyląduje w balii. 

-  On  tu  jakiś  czas  temu  wpadł  zdyszany  i  opowiadał  nam,  że  dostał  malutkiego  kotka  - 

ś

miała się Tordhild. - I że będziesz się tym kotkiem opiekować pod jego nieobecność. 

-  Mam  nadzieję,  że  nie  będziesz  protestować?  - Mali  spojrzała  pośpiesznie  na  synową.  - 

Ale on tak bardzo prosił... 

-  Nie,  nie,  to  bardzo  miło  z  twojej  strony  -  przerwała  jej  Tordhild.  -  On  zawsze  pragnął 

mieć  jakieś  zwierzątko,  ale  w  mieście...  no  i  my  tyle  jeździmy.  Chociaż  teraz  to  się  pewnie 
zmieni,  kiedy  Johannes  pójdzie  do  szkoły.  Sivert  będzie  musiał  wyjeżdżać  sam.  Nie  jest  to, 
niestety, sytuacja, której wyglądam z utęsknieniem - westchnęła Tordhild. - Ja nie czuję się w 
mieście u siebie, rzadko wychodzimy z domu, żeby się z kimś spotkać. Będę więc prowadzić 
samotne  życie.  Ale  to,  że  Johannes  będzie  tu  miał  kotka,  który  na  niego  czeka,  uważam  za 
bardzo dobre rozwiązanie. 

Spojrzała pośpiesznie na Mali z błyskiem w oczach. 
-  I  wiem  już  teraz,  że  ktoś  będzie  bardzo  marudził,  żebyśmy  jak  najszybciej  znowu  tu 

przyjechali - uśmiechnęła się. 

Na policzkach Mali pojawiły się rumieńce. Ona też o tym pomyślała, kiedy zaproponowała 

Johannesowi kociaka. W innej sytuacji też by mu go nie odmówiła, musiała jednak przyznać, 
ż

e  taka  myśl  pojawiła  się  w  jej  głowie.  I  Tordhild  to  zrozumiała,  wcale  się  zresztą  z  tego 

powodu nie gniewała. Mali uśmiechnęła się do synowej z ulgą. 

-  Mam nadzieję, że wysłuchacie jego próśb - rzekła. - A jeśli ty zostajesz sama na dłuższy 

czas,  to  przecież  możesz  po  prostu  wziąć  Johannesa  i  przyjechać.  Zawsze  jesteś  u  nas 
serdecznie witana, wiesz o tym dobrze. 

Tordhild  skinęła  głową,  ale  nie  powiedziała  nic.  Zaczęła  ściągać  z  Johannesa  sweter,  ale 

chłopiec wymknął się jej z rąk. 

-  Nie  mogę  się  kąpać,  dopóki  nie  ochrzcimy  kotka  -  zaprotestował.  -  Chodźmy,  tato.  Ty 

musisz zagrać. Obiecałeś mi - przypomniał. 

background image

Sivert trochę niechętnie  kręcił  głową, ale wstał z miejsca.  Futerał ze skrzypcami leżał na 

kanapie  i  Mali  zrozumiała,  że  syn  został  powiadomiony  o  tym,  co  go  czeka,  już  wówczas, 
kiedy Johannes przybiegł tu z obory, uszczęśliwiony, że został właścicielem kociaka. 

To było przed wyprawą do szopy na łodzie, pomyślała i poczuła skurcz w żołądku. 
Bo dla Johannesa tam na dole łodzie były czymś nadzwyczajnym. Wchodził wysoko, jak 

tylko mógł, czołgał się po ziemi i badał wszystko dokładnie, także sieci i inne wyposażenie 
rybackie. Dla Mali zaś było to spotkanie z dawnymi wspomnieniami, które boleśnie paliły w 
piersi. Starała się je od siebie odsuwać. Nie teraz, myślała. Nie teraz. 

-  Nie  ma  chyba  na  świecie  drugiego  kota,  który  by  miał  takie  uroczyste  chrzciny  - 

chrząknął Havard z kanapy. 

-  Czy ty też mógłbyś z nami pójść, dziadku?  
Havard spojrzał na niego zaskoczony. 
-  Ja? 
-  Tak,  i  ty,  mamo,  i  babcia,  i...  Johannes  rozglądał  się  po  izbie,  żeby  znaleźć  jeszcze 

więcej osób, które mogłyby uczestniczyć w ceremonii chrztu. 

-  Nie, ja myślę, że pójdziemy we troje, tylko ty, ja i twój tata zdecydowała Mali. - Starej 

kotce  by  się  nie  podobało,  gdybyśmy  się  zjawili  tak  tłumnie.  Bałaby  się  o  swoje  dzieci, 
musisz to zrozumieć. 

Johannes  zastanawiał  się  przez  chwilę.  Było  oczywiste,  że  wymarzył  sobie  bardzo 

uroczystą ceremonię w oborze. Między brwiami znowu pojawiła się głęboka bruzda, chłopiec 
rozglądał się po izbie, potem jednak z powagą skinął głową. 

-  Masz rację, moglibyśmy ją przestraszyć - zgodził się. - Ale widzisz, mnie to ona już zna 

-  dodał  i  z  dumą  popatrzył  Havarda.  -  Trzymałem  w  rękach  jej  dzieci.  Ty  będziesz  musiał 
poczekać  do  jutra,  dopiero  wtedy  zobaczysz  Elizę,  i  wszyscy  i  też.  Ale  ochrzcić  musimy 
kociaka  dzisiaj,  bo  obiecałem  to  i  tej  małej,  i  starej  kotce.  One  tam  teraz  pewnie  leżą  i 
czekają. 

Po tych słowach ruszył ku drzwiom. 
  
Mali nie była pewna, czy  Sivert rzeczywiście zechce to zrobić. Czy zabierze drogocenne 

skrzypce do obory i będzie grał dla kota. Kiedy się jednak lepiej zastanowiła, to uznała, że nie 
mógł odmówić Johannesowi. On rozpoznawał w synu wiele z samego siebie i wiedział bardzo 
dobrze, co może dla niego zrobić. Mali w to nie wątpiła. 

-  Oczywiście, że chcę - odparł, kiedy zagadnęła go o to na podwórzu. - Pamiętam dobrze, 

ile zwierzęta dla mnie znaczyły, kiedy byłem małym chłopcem. Zresztą nadal jest tak samo - 
dodał. - Zwierzęta i natura... to jest ważna część mnie. I na zawsze tak zostanie. Johannes jest 
do mnie podobny. Ja też bym się pewnie cieszył, gdyby... gdyby mój ojciec zagrał... 

Przerwał i brnął dalej w głębokim śniegu. Mali też już nic więcej nie powiedziała. On w 

tamtym czasie po prostu nie wiedział, kto jest jego ojcem, pomyślała i poczuła znajome ssanie 
w  żołądku.  Odebrałam  mu  ich  obu.  I  prawdziwego  ojca,  i  tego,  którego  za  ojca  uważał. 
Johana. 

  
Mali stała w milczeniu przy ścianie obory. Johannes ukląkł obok posłania kotki. Przyniósł 

ze  sobą  z  domu  białą  ścierkę  do  naczyń.  Rozpostarł  ją  sobie  teraz  na  kolanach,  ostrożnie 
wyjął  z  gniazda  rudawego  kociaka  i  położył  na  białej  ścierce.  Jego  brudna,  mała  rączka 
spoczęła  delikatnie  na  głowie  zwierzątka.  Z  wody  zrezygnował  po  tym,  jak  Mali  mu 
wytłumaczyła,  że  koty  tego  nie  lubią.  W  końcu  dał  znak  ojcu,  który  stał  ze  skrzypcami, 
przygotowany. 

-  Kiedy  ją  ochrzczę,  to  ty  zacznij  grać  -  powiedział.  Sivert  z  powagą  skinął  głową. 

Napotkał  wzrok  Mali  i  uśmiechnął  się.  Szerokim  uśmiechem,  pełnym  czułości  i  miłości  dla 
syna. 

background image

-  Chrzczę  ciebie  i  nadaję  ci  imię  Eliza  -  mruczał  Johannes  wolno,  klęcząc  na  sianie.  - 

Jesteś moja i tylko moja, i ja zawsze będę przy tobie. Amen. 

Podniósł wzrok na ojca. Sivert oparł podbródek na pudle skrzypiec. Mali widziała chłopca 

z  kociakiem  w  mdłym  świetle  lampy  pod  sufitem.  Dźwięki  skrzypiec  wypełniały  oborę  i 
brzmiały niemal cudownie. Poczuła, że łzy zaczynają płynąć jej z oczu. Opierała się o zimną 
ś

cianę i miała wrażenie, że znajduje się w katedrze. Nie mogła być przy Sivercie, kiedy brał 

ś

lub.  Nie  było  jej  też  wtedy,  kiedy  Johannes  się  urodził.  Ani  kiedy  był  chrzczony.  Teraz 

poczuła, że przeżywa to wszystko razem, że mimo wszystko może w tamtych wydarzeniach 
uczestniczyć. Ocierała wierzchem dłoni mokrą twarz. 

Kiedy ostatnie tony zamarły w oddali, Johannes uniósł kociaka do ust i leciutko ucałował. 
-  No  to  zostałaś  ochrzczona,  Elizo  -  powiedział  i  położył  maleństwo  przy  boku  starej 

kotki. - Teraz jesteś moja. 

-  To były bardzo piękne chrzciny - uśmiechnęła się Mali i wzięła go za rękę. 
-  Tak, to prawda - przytaknął Johannes zadowolony. - Ale ona na to zasługuje - dodał. 
Drugą  rękę  podał  ojcu,  który  zdążył  już  ostrożnie  włożyć  skrzypce  do  futerału.  I  tak 

wszyscy troje, trzymając się za ręce, wrócili do domu. 

  
Johannes został wsadzony do balii. Rozkoszował się myciem w ciepłej wodzie i raz po raz 

wychlapywał wielkie strumienie na podłogę. Ani chwili nie mógł usiedzieć spokojnie. Wziął 
ze  sobą  do  kąpieli  parę  kawałków  drewna,  które  teraz  były  statkami.  Amerykańskimi 
statkami,  jak  objaśnił  wszystkim  dookoła.  Myjka  była  górą  lodową,  a  kostka  mydła 
błyskawicą,  która  spadała  na  statki  i  rozbryzgiwała  wodę  na  wszystkie  strony.  Ingeborg 
nieustannie  musiała  wycierać  podłogę  i  wykręcać  mokre  ścierki,  by  za  chwilę  wszystko 
zaczęło się znowu od początku. 

Długo jednak nie mogło to trwać, bo wielu potrzebowało wody. Ruth musiała umyć włosy. 

Wszyscy  się  wprawdzie  kąpali  przed  wigilijną  kolacją,  tak  jak  wymaga  tego  zwyczaj,  Ruth 
jednak  wolała  zaczekać  z  myciem  włosów.  Chciała,  żeby  były  świeżo  umyte  przed  ślubem, 
lśniące i pachnące. 

-  Powinniśmy  umyć  włosy  Ruth  przed  obiadem  -  oświadczyła  Mali.  -  Trzeba  wielu 

godzin, żeby wyschły, takie są długie i gęste. Zresztą po obiedzie nie będzie już na to czasu. 
Musimy zacząć nakrywać stoły. 

Odwróciła się w stronę młodszej córki, która razem z Tordhild siedziała w kucki przy balii 

i bawiła się z Johannesem. 

-  Dorbet,  sprowadź  tu  Ruth  -  poprosiła.  -  Powiedz,  że  będziemy  myć  jej  włosy.  I  niech 

przyniesie  ze  sobą  suszone  jagody  jałowca,  zaparzymy  je  i  wypłuczemy  włosy  w  wywarze. 
Ona miała je u siebie przechowywać. 

-  Czy Ruth nie mogłaby sama raz umyć sobie włosów? - marudziła Dorbet. 
-  Przecież  wiesz,  ile  to  kłopotu  -  odparła  Mali.  -  Sama  też  potrzebujesz  pomocy, 

przynajmniej przy płukaniu. A ja obiecałam Ruth, że tym razem jej pomogę. Jeszcze by tego 
brakowało, przecież ona jutro bierze ślub - Mali zaczynała tracić panowanie. 

-  A  dlaczego  właściwie  ona  nam  w  niczym  nie  pomaga?  -  ciągnęła  dalej  Dorbet.  - 

Przecież to ona wychodzi za mąż, więc powinna też zrobić to i owo, a nie tylko siedzieć  w 
domu dziadków z tym swoim misjonarzem, kiedy my wszyscy... 

-  Dorbet! 
Głos Mali brzmiał ostro. 
-  Powiedziałam Ruth, żeby się położyła przed obiadem i odpoczęła. Będzie nam pomagać 

później.  I  postarajmy  się  zachować  spokój  -  poprosiła  stanowczo.  -  Chcę,  żeby  jutrzejszy 
dzień był dla Ruth możliwie jak najpiękniejszy, żeby zapamiętała go na długo. 

Dorbet podniosła się niechętnie i ruszyła ku drzwiom. 

background image

-  O rany boskie, chyba zapamięta - mamrotała, przewracając oczami. - Wychodzić za mąż 

za misjonarza! Tego nigdy nie zapomni. 

Uciekła pośpiesznie, zanim matka zdążyła jeszcze raz na nią nakrzyczeć. 
  
Wkrótce  potem  Ruth  weszła  do  izby.  W  ręce  trzymała  słoik  z  suszonymi  jagodami 

jałowca. Już od dawna Mali nie widziała swojej starszej córki takiej zadowolonej i rumianej. 
Dziewczyna  po  prostu  promieniała.  Mali  przyglądała  jej  się  zdumiona.  Co  to  znowu  się 
dzieje?  Sivert  dawał  do  zrozumienia,  że  Ruth  wcale  się  nie  cieszy  z  zamążpójścia,  ale  nie 
widzi możliwości wyplątania się z całej tej sprawy. Tymczasem jej niebieskie oczy po prostu 
płoną szczęściem. 

-  Odpoczęłaś sobie trochę? - spytała Mali, głównie po to, by coś powiedzieć. 
-  Tak, leżałam od samego śniadania i teraz jestem w świetnej formie - zapewniła Ruth. - 

Po obiedzie chciałabym wam pomagać. To niesprawiedliwe, że wy macie tyle pracy z mojego 
powodu, a ja tymczasem... 

Spostrzegła Johannesa w balii, podeszła do niego i ukucnęła. Oczy jej lśniły. Pewnie zdała 

sobie sprawę, że wkrótce sama zostanie matką, pomyślała Mali. Pamiętała, jak ona wzruszała 
się na widok dzieci, kiedy była w ciąży. 

-  Och,  jaki  jesteś  czysty  i  śliczny  -  powiedziała  Ruth,  dotykając  delikatnie  głowy 

Johannesa.  Włosy  chłopca  kręciły  się  jeszcze  bardziej,  kiedy  były  mokre.  Patrzył  teraz  na 
ciotkę spod oka. 

-  Nie  mogliśmy  cię  zaprosić,  kiedy  chrzciliśmy  mojego  kotka  -  tłumaczył,  wypluwając 

mydło z buzi. - Ale jutro będziesz mogła zobaczyć Elizę. Albo jeszcze dzisiaj po obiedzie - 
dodał z nadzieją. 

-  Powinnaś  wiedzieć,  że  Johannes  dostał  jedno  z  kociąt,  które  urodziła  stara  kotka  - 

tłumaczyła Tordhild. - Jakiś czas temu kociak został uroczyście ochrzczony. 

-  Och,  chciałabym  przy  tym  być  -  uśmiechnęła  się  Ruth.  -  Ale  widzisz,  jutro  to  ja  biorę 

ś

lub - wyjaśniła i pogłaskała Johannesa po policzku. - Może jednak uda mi się zobaczyć Elizę 

pojutrze. 

-  Jutro nie będziesz miała czasu? Johannes przyglądał się Ruth badawczo. 
-  Myślę, że chyba nie - odparła Ruth ze śmiechem. - Jutro będę tylko piękną panną młodą. 
-  No to może dzisiaj po obiedzie? 
-  Przestań,  Johannes  -  jęknęła  Tordhild.  -  Ruth  zdąży  obejrzeć  twojego  kota,  zanim 

wyjedziesz.  Tego  możesz  być  absolutnie  pewien.  Ale  teraz  ona  umyje  włosy  i  potem  nie 
będzie już mogła chodzić do obory. Bo włosy nabrałyby zapachu obory, a to niedopuszczalne, 
skoro  ma  stanąć  przed  ołtarzem  jako  panna  młoda.  Tego  dnia  musi  być  bardzo  piękna, 
szczęśliwa i pachnieć ładnie. 

-  Zapach  obory  też  jest  ładny  -  zaprotestował  Johannes  i  niechętnie  pozwolił,  by  matka 

wyciągnęła go z balii. 

-  Akurat na ten temat zdania są podzielone - wtrąciła Dorbet, która nakrywała do stołu. - 

Ja osobiście znam mnóstwo rzeczy, które pachną o wiele ładniej. 

-  To znaczy, że ty nie lubisz krów? 
Johannes stał na podłodze owinięty w wielki ręcznik, wyszorowany do czysta, potargany i 

zarumieniony od gorącej wody. Dorbet podeszła i poczochrała mu włosy. 

-  Oczywiście, że lubię krowy - uśmiechnęła się. - Ale ciebie lubię jeszcze bardziej. Jesteś 

naprawdę świetnym chłopcem. 

Mali spojrzała na młodszą córkę. Było coś niezwykle miękkiego, niemal macierzyńskiego 

w jej głosie, kiedy rozmawiała z Johannesem. Mali nigdy nie przyszłoby do głowy, że Dorbet 
będzie  się  tak  przejmować  jakimś  małym  chłopcem,  najwyraźniej  jednak  to  był  błąd.  Ta 
dziewczyna bardzo się zmieniła, i to pod wieloma względami, odkąd zaczęła się spotykać z 
Olą,  pomyślała  Mali.  Bardzo  dojrzała.  Coś  mi  się  wydaje,  że  niedługo  nie  będę  już  miała 

background image

córek w domu, przemknęło jej przez głowę. W ogóle Stornes stanęło wobec wielkich zmian. 
Wkrótce pewnie zjawi się tu jakaś młoda gospodyni. Ciekawe, jak to będzie, Mali nie była w 
stanie sobie tego wyobrazić. 

Jej wzrok podążył w stronę Havarda, który siedział na krześle i czytał. Na skroniach męża 

pojawiły  się  siwe  włosy.  Wokół  ust  miał  wyraźnie  zarysowane  linie,  których  przedtem  tam 
nie było. Zaczynamy się starzeć, pomyślała i czułość przeniknęła gorącą falą jej ciało. Całym 
sercem  ufała,  że  ich  życie  trochę  się  teraz  uspokoi.  Że  dzieciom  wszystko  ułoży  się  jak 
najlepiej i że ona z Havardem będą mieć więcej czasu dla siebie nawzajem. I że ona będzie 
mogła częściej siadywać do krosien. Bo ostatnio to naprawdę brakowało jej na to czasu. 

Minie pewnie jednak jeszcze parę lat, zanim zaczną się jakieś większe zmiany, rozmyślała 

dalej. Ona sama nie zamierza tak zaraz oddawać  dworu Oi, nawet  gdyby  się ożenił za jakiś 
rok  czy  dwa.  Stornes,  to,  czym  teraz  jest  ten  dwór,  to  jej  zasługa.  Jej  i  Havarda.  Oja  jest 
bardzo zdolny i chętny, aby przejąć zarządzanie, ale nadal potrzebuje czasu, żeby nauczyć się 
czego trzeba. Tak samo ewentualna młoda gospodyni będzie potrzebowa czasu, żeby stać się 
odpowiedzialną panią domu. Więc pewnie na razie wszystko w Stornes zostanie tak, jak jest, 
miała nadzieję Mali. Pragnęła tylko, żeby jej dzieciom było dobrze, żeby zaznały szczęścia. 
Wtedy ona da radę każdemu wyzwaniu. A gdyby jeszcze Sivert z bliskimi mógł przyjeżdżać 
częściej... to może znowu staliby się rodziną. 

Mali głęboko wciągnęła powietrze do płuc i popatrzyła Johannesa. Kto wie, może Bóg da, 

ż

e  nadchodzące  lata  będą  najlepszym  okresem  mojego  życia,  pomyślała  nieoczekiwanie 

optymistycznie.  Może  to,  co  najgorsze,  już  minęło.  Choć  może  jest  to  tylko  cisza  przed 
burzą? Na myśl o tym dostała gęsiej skórki. 

Przeżyła  już  chyba  dość,  a  brzemię  i  tak  będzie  dźwigać  zawsze.  Byleby  jednak  tylko 

panował wokół niej spokój, to da sobie radę. 

Mimo wszystko niepewność zostanie w sercu. Na zawsze. 
Jak długo człowiek może być karany za swoje grzechy, zastanawiała się. Kiedyś wreszcie 

musi się to skończyć, nawet w odniesieniu do niej. 

  
-  Jak ty pięknie pachniesz! 
Samuel  przeczesywał  palcami  świeżo  wymyte,  pachnące  włosy  Ruth.  Luźno  opuszczone 

spływały  jej  na  plecy.  Nie  zostaną  zaplecione  aż  do  jutra.  Ruth  stała  tuż  przy  nim,  przed 
drzwiami swojej sypialni. Na korytarzu było bardzo zimno, mdłe światło świec sprawiało, że 
cienie  pełgały  niespokojnie  po  ścianach,  Ruth  splotła  ręce  na  karku  Samuela  i  patrzyła  na 
niego błyszczącymi oczyma. 

-  Tak uważasz? - spytała szeptem. 
Jego  ręce  przesuwały  się  w  dół  po  chudych  plecach  i  zatrzymały  się  w  talii.  Wodził 

miękkimi wargami po jej rozpłomienionej twarzy. 

-  Będziesz  najpiękniejszą  panną  młodą,  jaką  kiedykolwiek  widziano  -  rzekł  cicho  prosto 

do jej ucha. - Od jutra będziesz moja. 

Ruth  przeniknął  słodki  dreszcz.  Również  dzisiaj,  przez  cały  dzień,  Samuel  był  dla  niej 

bardzo miły. Chwalił wszystko, cokolwiek zrobiła. Raz po raz nieoczekiwanie  głaskał ją po 
policzku.  Był  dokładnie  taki,  jakiego  pamiętała  z  pierwszego  okresu,  gdy  przyjechał  do 
Stornes.  Z  niewypowiedzianą  radością  i  wdzięcznością  za  jego  dobroć  Ruth  odsuwała  od 
siebie  pamięć  wszystkiego,  co  wydarzyło  się  później.  Pamięć  tego,  co  ją  przerażało  i 
upokarzało. Teraz trwało to tylko niczym mroczne cienie gdzieś w głębokich zakamarkach jej 
mózgu.  Najchętniej  w  ogóle  by  nie  wierzyła,  że  coś  podobnego  miało  miejsce.  Bo  Samuel 
taki  nie  jest!  To  zło,  które  jej  wyrządził,  wynikało  z  pewnością  z  tego,  że  on  również  jest 
zdenerwowany  przed  jutrzejszym  dniem.  I  z  tego,  że  znajduje  się  pod  presją,  zarówno 
wiernych, zwierzchników, jak i jej rodziny. Ale teraz im się ułoży. Wszystko będzie dobrze. 
Samuel  jest  taki  jak  wczoraj  i  dzisiaj,  pomyślała  uszczęśliwiona  i  przytuliła  się  do  niego 

background image

mocno. Napotkała spojrzenie narzeczonego i zadrżała w jego ramionach. Pojawiło się znowu 
dawne pragnienie. Dawne gorące zakochanie. Pożądanie. 

On  jest  taki  urodziwy,  pomyślała  z  bijącym  sercem.  Taki  przystojny.  I  ona  kocha  go  tak 

bardzo. 

-  O, Samuelu - wymamrotała z wargami przy jego ustach i przytuliła się jeszcze mocniej. - 

Taka jestem szczęśliwa. 

On  roześmiał  się  cicho,  ujął  jej  twarz  w  swoje  duże,  ciepłe  ręce.  Całował  ją  długo  i 

namiętnie. Ruth z trudem chwytała powietrze. Czuła pulsowanie w dole brzucha. Pragnęła go! 
Chciała leżeć w jego ramionach i czuć ciepło tego silnego ciała. Oddawać mu się z ufnością i 
miłością. Pragnęła, by kochał ją delikatnie i bez pośpiechu. By ją uszczęśliwiał. 

-  Samuelu... 
Wypuścił ją z objęć i zdjął jej ręce ze swojego karku. Pogłaskał narzeczoną po policzku i 

uśmiechnął się. 

-  A teraz idź do siebie i śpij dobrze - wyszeptał. - A jutro będziesz moja. Na zawsze moja, 

mała Ruth. 

Ruth  stała  z  opuszczonymi  rękami.  Nie  chciała,  żeby  od  niej  odchodził!  Chciała 

towarzyszyć mu do jego sypialni. 

On jednak wyciągnął rękę i otworzył drzwi za jej plecami. 
-  Dobranoc, moja kochana - powiedział cicho. - Śpij dobrze i niech Bóg będzie przy tobie. 
Potem  odszedł.  Ruth  widziała  jego  plecy,  kiedy  znikał  na  końcu  korytarza.  Stała  jeszcze 

przez  jakiś  czas  i  patrzyła  w  ślad  za  nim.  Serce  tłukło  się  jej  w  piersi.  A  gdyby  tak  za  nim 
pobiegła? Odepchnęła jednak od siebie tę myśl. Wszystko jest przecież tak, jak chciała, żeby 
było.  A  tamto  inne...  nie,  nie  chcę  nawet  myśleć.  To  się  nigdy  więcej  nie  powtórzy.  Mimo 
wszystko  Ruth  się  nie  pomyliła.  Samuel  jest  tym  właściwym  mężczyzną!  Teraz,  kiedy  tak 
stała na tym zimnym korytarzu, w jej sercu nie było ani cienia wątpliwości. 

Poczuła, że marznie, i weszła do swojej sypialni. Nie zapalając światła, podeszła do okna. 

Była roziskrzona, pogodna zimowa noc. Księżyc wisiał nisko nad górami, a gwiazdy mieniły 
się w ciemnym fiordzie. Ruth przycisnęła rozpalone czoło do zimnej szyby i uśmiechała się. 
To  ostatni  wieczór,  kiedy  mogę  stać  przy  tym  oknie,  pomyślała.  Pokój  należał  do  niej  od 
wielu  lat.  Przy  tym  oknie  spędziła  mnóstwo  wieczorów,  wyglądając  na  zewnątrz.  Tutaj 
zastanawiała się nad życiem. Myślała o przyszłości. Znowu przygładziła dłońmi swoje długie 
włosy. Przeczesywała je palcami, wchłaniała delikatny zapach mydła i jałowca. 

Jutro  wieczorem  Ruth  będzie  mężatką!  Będzie  się  mogła  przeprowadzić  do  wspólnej  z 

Samuelem sypialni. Będzie sypiać w jego łóżku. Znowu przeniknął ją słodki dreszcz.  

Jutro... 
   
ROZDZIAŁ 8. 
  
-  Również i ciebie pytam, Ruth Stornes, czy chcesz tego Samuela Langmo, który tu przed 

tobą  stoi,  pojąć  za  małżonka?  Czy  chcesz  żyć  z  nim  zgodnie  ze  świętymi  przykazaniami 
Boga, kochać go i szanować, i trwać przy nim wiernie, dopóki śmierć was nie rozłączy? 

Mali  patrzyła  na  tych  dwoje,  klęczących  przed  ołtarzem.  Głos  pastora  docierał  do  niej 

jakby z bardzo daleka. Drgnęła, kiedy Ruth odparła „tak". Głos był cichy, ale czysty i brzmiał 
pewnie.  Mali  miała  wrażenie,  że  to  jedno  krótkie  słowo  płynie  ponad  głowami  ludzi  przez 
kościelną nawę i wraca do niej niczym ciśnięte z całej siły echo. Tak, tak, tak... 

A więc teraz nie ma już odwrotu. 
Chociaż Ruth tego ranka była taka promienna, kiedy ukazała się ubrana do ślubu, Mali nie 

mogła  pozbyć  się  dręczącego  ją  niepokoju.  Nic  nie  ucieszyłoby  jej  bardziej  niż  szczęście 
córki.  Tylko  że  nie  mogła  zrozumieć  gwałtownej  odmiany,  jakiej  uległa  Ruth.  Jeszcze 
niedawno  przecież  nie  ukrywała,  jak  bardzo  jest  niepewna  i  nieszczęśliwa,  było  tak  nawet 

background image

wówczas, kiedy Samuel znowu przyjechał i oświadczył, że chce się z nią ożenić. Co więcej, 
potem  wydawała  się  jeszcze  bardziej  zrozpaczona.  Przygnębiona  i  przestraszona.  Teraz 
jednak  wszystko  się  zmieniło,  można  powiedzieć,  z  piątku  na  niedzielę.  Mali  tego  nie 
pojmowała.  Stało  się  to  po  rozmowie  Siverta  z  Ruth.  Syn  przecież  zwierzył  się  matce,  że 
siostra ma poważne wątpliwości. Że podczas rozmowy z nim płakała. Następnego dnia jednak 
była  niczym  zaczarowana.  Pogodna,  zarumieniona,  z  błyszczącymi  oczyma.  Co  takiego  się 
stało? 

Dłoń pastora spoczywała na głowie Ruth bardzo delikatnie, by nie pognieść panieńskiego 

welonu. Ruth nie chciała nowej sukni. Mali na myśl o tym czuła, że gniew dławi ją w gardle. 
To także dzieło Samuela. Ruth nie powinna myśleć o sprawach doczesnych, jak się wyraził. 
On  sam  jednak  wystąpił  w  świeżo  wyprasowanym,  znakomitym  czarnym  garniturze  i 
olśniewająco  białej  koszuli  oraz  czarnym  krawacie.  Był  taki  wypucowany  i  wystrojony,  że 
Mali nie miała wątpliwości, iż poświęcił na to cały ranek. Tymczasem jej córka... 

Ruth była śliczna mimo starej sukienki. Mali odświeżyła ją nad parą i pożyczyła Ruth swój 

wielki, biały, piękny kołnierzyk ozdobiony draperią. Ten kołnierzyk zdziałał cuda. Sukienka 
nieoczekiwanie  zrobiła  się  bardzo  elegancka.  Kiedy  dziewczyna  kręciła  się  po  izbie,  by 
pokazać,  jak  wygląda,  a  ślubny  welonik  unosił  się  nad  jej  uradowaną  twarzą  niczym  biała 
mgiełka, wyglądała tak pięknie, że Mali łzy napłynęły do oczu. 

-  Żebyś tylko była szczęśliwa - wyszeptała, tuląc córkę do siebie. 
-  Będę szczęśliwa, mamo - Ruth miała gwiazdy w oczach. Będę najszczęśliwsza na całym 

ś

wiecie! 

Wydawała  się  taka  pewna.  Dlaczego  więc  ja  jej  nie  wierzę,  zastanawiała  się  Mali 

niespokojnie. 

  
Państwo  młodzi  usiedli. Onieśmielona  Ruth  wpatrywała  się  w  psałterz,  który  trzymała  w 

rękach. Nie miała ślubnego bukietu. To także sprawka Samuela. Psałterz uznał za ważniejszy. 
W  geście  protestu  Mali  siedziała  wczoraj  wieczorem  do  późna  i  naszywała  na  utkaną  na 
krosnach  opaskę  główki  suszonych  kwiatków,  zrobiła  coś  w  rodzaju  ślubnego  wianka.  Mali 
zawsze zbierała dzikie kwiaty przez całe lato i jesień, a potem suszyła je w pralni. Używała 
ich  do  bardzo  wielu  rzeczy.  Chwilę  przed  tym,  zanim  Ruth  wsiadła  do  sań,  by  pojechać  do 
kościoła, włożyła jej ten wianek na głowę. 

-    To  taki  mały  prezencik  ode  mnie  -  powiedziała  z  uśmiechem.  -  Uważam,  że  dzikie 

kwiatki bardzo do ciebie pasują. Zawsze przecież bardzo lubiłaś naturę. Teraz jesteś jeszcze 
ładniejsza, prawda, Samuelu? 

Napotkała wzrokiem jego spojrzenie, kiedy tak stał gotowy, by wsiadać do sań. Dostrzegła 

w nim głęboką niechęć. I zaskoczenie. Wyglądało na to, że chciałby coś powiedzieć, ale upór 
w  spojrzeniu  Mali  go  powstrzymał.  Widocznie  zdał  sobie  sprawę,  że  i  tak  posunął  się  już 
wystarczająco daleko.  Że istnieją  granice tego, co Mali byłaby  gotowa z  jego strony znieść. 
Wiedział, że Mali jest silna i ma władzę.  

I potrafię zadbać, żeby ten drań nigdy o tym nie zapomniał, myślała. 
-  Bardzo ładna - wymamrotał niechętnie. 
Potem podał rękę Ruth i pomógł jej wsiąść do sań. 
  
Zaczęli  śpiewać  psalm.  Głęboki  tenor  Samuela  słychać  było  w  całym  kościele.  I  o  to 

pewnie chodzi, pomyślała Mali zirytowana. Wszyscy powinni go słyszeć i wszyscy powinni 
go widzieć. Nawet tego dnia chciał być w centrum uwagi. Panna młoda jest tylko dodatkiem 
do  niego.  I  rzeczywiście,  ludzie  wypełniający  kościół  po  brzegi  pośpiesznie  spoglądali  w 
stronę  misjonarza.  Niektórzy  uśmiechali  się  życzliwie.  Inni  tylko  patrzyli  na  niego  z 
podziwem w oczach. 

background image

Samuel  Langmo  nadal  cieszył  się  powszechnym  zaufaniem,  Mali  wyraźnie  to  widziała. 

Fakt, że żeni się z Ruth, prowadził jedynie do gorących uścisków dłoni i życzeń szczęścia... 
Tymczasem. Bo na razie mało kto przecież wie, że Ruth jest w ciąży, myślała Mali. Ciekawe, 
co  powiedzą  o  misjonarzu,  kiedy  odkryją  prawdę.  Ale  tacy  jak  Samuel  zawsze  spadają  na 
cztery łapy. Jeśli ktoś zostanie obciążony winą, to z pewnością będzie to Ruth. Powiedzą, że 
to  ona  wodziła  go  na  pokuszenie!  Wcale  by  mnie  nie  dziwiło,  gdyby  tak  się  właśnie  stało, 
myślała Mali z goryczą. 

Pastor  mówił  w  kazaniu  o  małżeństwie.  O  tym,  że  powinni  się  kochać  i  szanować 

nawzajem  zarówno  w  czasie  dobrych,  i  jak  złych  dni.  O  tym,  że  powinni  sobie  nawzajem 
pomagać  w  dźwiganiu  brzemienia,  że  każde  powinno  dochowywać  wiary  temu,  kogo  sobie 
wybrało.  Mali  słuchała  tego  wszystkiego  jednym  uchem.  Jej  wzrok  wędrował  po 
zgromadzonych. Przyszli wszyscy. Nawet Laura się pokazała. To prawdziwy cud, że udało jej 
się wyciągnąć z łóżka swojego męża, który wyglądał marnie. Knut Gran był szary, wymięty i 
miał mocno zaczerwienione oczy. Najwyraźniej  od początku świąt bardzo obficie raczył się 
pędzonym w domu bimbrem, co nie pozostało bez śladu. 

Między  nimi  siedział  mały  Ola  Havard.  Mali  zwróciła  uwagę,  że  chłopiec  jest  blady  i 

przygnębiony,  że  on  też  nie  wygląda  za  dobrze.  Rozpromienił  się  jednak,  kiedy  witali  go 
przed kościołem. 

-  Już  niedługo  wieczór  sylwestrowy  -  przypomniał,  patrząc  na  Havarda.  -  Chyba  nie 

zapomnieliście, że mam do was przyjechać? 

-  Skąd,  nie  zapomnieliśmy  -  uśmiechnął  się  Havard  i  pogłaskał  go  po  policzku.  - 

Cieszymy się wszyscy w Stornes, że nas odwiedzisz. 

-  I ja też się cieszę! 
Chłopiec nie spuszczał z Havarda wzroku pełnego tęsknoty. 
-  A jak długo będę mógł zostać? - zapytał cichutko. 
-  Przecież  dobrze  wiesz  -  wtrąciła  Laura,  kładąc  mu  rękę  na  ramieniu.  -  Do  następnego 

dnia po Nowym Roku. Mali ma zawsze tyle pracy, chyba rozumiesz - tłumaczyła, posyłając 
Mali  złośliwe  spojrzenie.  -  Ona  nie  ma  czasu  na  to,  żebyś  się  tam  plątał  po  całych  dniach  i 
przeszkadzał. 

-  To nieprawda! - W głosie Havarda słychać było tłumiony gniew. - Umawialiśmy się, ty i 

ja, a Mali nie ma z tym nic wspólnego. Dobrze o tym wiesz. 

-  No, skoro przypominasz o umowie, to chciałam powiedzieć, że chłopak miał być u was 

przez cały czas między  świętami a  Nowym Rokiem - oznajmiła  Laura. - Ale potem do  was 
przyjechali  eleganccy  goście,  Sivert  i  jego  rodzina.  Ja  zresztą  nie  miałam  pojęcia,  że  on  się 
ożenił,  a  już  tym  bardziej,  że  ma  syna.  Niewiele  wiadomości  wycieka  od  was  ze  Stornes  - 
uśmiechnęła  się  tajemniczo.  -  Zresztą  zawsze  tak  było,  chociaż  prawdę  powiedziawszy,  to 
przez te wszystkie lata w waszym domu działy się różne rzeczy. 

Jej słowa zawisły w mroźnym grudniowym powietrzu. Mali odetchnęła głęboko. Aż się w 

niej  gotowało  ze  złości.  I  z  powodu  lęku,  jaki  ją  znowu  ogarnął.  Laura  nigdy  nie  da  za 
wygraną! Dopóki nie dostanie Havarda, to nie ustąpi. Mali nie miała co do tego wątpliwości. 

-  No to i ty też masz teraz wnuka, Mali - uśmiechnęła się Laura z fałszywą słodyczą. 
Ale uśmiechały się tylko wargi, oczy pozostały lodowate. 
-  Co chcesz przez to powiedzieć, że ja też mam wnuka? Kto jeszcze ma? 
-  No, w innych dworach już dawno mają, czas najwyższy, żebyś i ty się doczekała, tylko 

to  chciałam  powiedzieć.  Zwykle  nie  spóźniasz  się  w  różnych  życiowych  sprawach.  A  syn 
Siverta musi być rówieśnikiem Oli Havarda, z tego, co słyszałam. Więc od lat masz wnuka, 
ale nie pisnęłaś na ten temat ani słowa. Inne babcie są strasznie dumne i zadowolone w takiej 
sytuacji - dodała. - Ty jednak... 

Wpatrywała się w Mali zmrużonymi oczyma. 

background image

-  I  dziwne,  że  dotychczas  oni  tu  nie  przyjeżdżali.  Bo  chyba  tak  było?  Nigdy  też  nie 

słyszałam,  żebyście  wy  jeździli  na  wesele  czy  na  chrzciny  dziecka.  Jak  to  możliwe?  -  nie 
przestawała się dziwić. - A gdzie on jest teraz, ten chłopiec? 

Mali dostrzegła w jej spojrzeniu błysk tryumfu. Laura wiedziała, że ma przewagę. Gdyby 

tylko zechciała, może ogłosić wszem wobec, kto jest ojcem Oli Havarda. Powiedziała, że tego 
nie zrobi, Mali jednak nie wierzyła ani jednemu jej słowu. Laura złamie każdą obietnicę, jeśli 
zobaczy w tym swój interes. Na tyle Mali ją zna. 

Havard objął żonę ramieniem. 
-  Jest ze swoją mamą - odparł krótko. - Myślę, że powinieneś pójść do Johannesa - mówił 

dalej, zwracając się do Oli Havarda. - Widzisz, on stoi tam, to ten chłopiec w ciemnej kurtce. 
Bardzo się ucieszy, mogąc cię poznać. 

Ola Havard popatrzył niepewnie na matkę, ona jednak skinęła głową. Wobec tego chłopiec 

ruszył w stronę Tordhild i Johannesa. 

Kiedy nie mógł już słyszeć dorosłych, których opuścił, Havard wpił spojrzenie w Laurę. 
-   Wnuk  Mali  nie  powinien  cię  nic  obchodzić  -  warknął  krótko.  -  Ani  inne  sprawy,  o 

których tu rozprawiasz. Pilnuj swojego nosa. Wygląda na to, że masz pełne ręce roboty, żeby 
pokierować własnym życiem z tym zapijaczonym mężem. 

Laura gniewnie potrząsnęła głową. 
-  Syn Siverta i Ola Havard mogliby się zaprzyjaźnić - zaprotestowała, patrząc wyzywająco 

na  Havarda  i  Mali.  -  Są  przecież.  ..  no  tak,  są  w  tym  samym  wieku,  a  teraz  zdążyli  się  już 
poznać - dodała, patrząc na syna, który z ożywieniem rozmawiał z Johannesem. - Jak długo tu 
zostaną, Sivert i... 

-  Wyjadą zaraz po weselu. 
Havard  starał  się  opanować  gniew.  Wciąż  obejmował  Mali  ramieniem,  teraz  oboje 

odwrócili się od Laury i odeszli bez pożegnania. 

-  Ona jest... 
Havard ledwo mógł mówić ze złości, kiedy szedł z żoną w stronę drzwi kościoła. 
-  Ona jest taka, jak zawsze była - pomogła mu Mali. - To wstrętne babsko, nie można jej 

ufać. 

-  Bardzo mi przykro, że... 
-  Nic nie możemy na to poradzić, Havardzie - przerwała mu Mali. - Teraz jest tak, jak jest. 

I powinniśmy brać to, co nadchodzi. I kiedy nadchodzi - dodała. 

  
Przy  organach  zrobiło  się  jakieś  zamieszanie.  Ludzie  odwracali  się  i  spoglądali  w  górę. 

Sivert  wstał.  Oparł  brodę  na  skrzypcach.  Przez  chwilę  trwał  bez  ruchu.  Szukał  wzrokiem 
spojrzenia Ruth. Ona popatrzyła na niego, zrobiła się czerwona i natychmiast znowu spuściła 
wzrok. Ręce ściskały nerwowo psałterz. 

Sivert sprawił swoją grą, że w oczach ludzi pojawiły się łzy. Miękkie tony unosiły się pod 

sklepieniem kościoła, przypominały jakby szum strumienia a może nawet bolesny płacz, Mali 
nie mogła się temu nadziwić i ugniatała w dłoniach chusteczkę do nosa. 

Miała  wrażenie,  że  Sivert  swoją  muzyką  opowiada  życie  Ruth.  Był  to  utwór,  który  z 

pewnością on sam skomponował. To właśnie jego sposób, by powiedzieć siostrze, jak bardzo 
ją  kocha,  przypomnieć  jej  wszystkie  radosne  dni  i  zachwyty  nad  wspaniałą  naturą. 
Powiedzieć  o  łączącej  ich  wspólnocie.  Potem  pojawiły  się  tony  bolesne.  Jakby  skrzypce 
płakały w jej imieniu. Te ostatnie dźwięki musiał napisać teraz, już po przyjeździe do Stornes 
- pomyślała Mali.  I po  rozmowie z Ruth. Kiedy  zobaczył, jak bardzo się zmieniła. Jaka jest 
przepełniona poczuciem winy i zwątpieniem. Po tej rozmowie on też płakał w imieniu Ruth. 
Płakał w głębi duszy. Mali to widziała, na tyle znała swojego syna. 

W  kościele  zaległa  taka  cisza,  że  ludzie  ledwie  mieli  odwagę  oddychać.  Mali  musiała 

ocierać oczy. Raz po raz spoglądała w stronę Ruth. Córka siedziała z mocno pochyloną głową 

background image

i w rękach ściskała psałterz. Mali widziała, że jej ramiona drżą od płaczu, nad którym stara się 
zapanować. 

Ruth zawsze miała szczególny stosunek do Siverta. Pod wieloma względami brat i siostra 

byli  do  siebie  podobni.  Od  dzieciństwa  łączyło  ich  wielkie  porozumienie,  którego  nikt  nie 
mógł zakłócić. Rozumieli się nawzajem bez słów. 

Czy dlatego ona teraz płacze? - zastanawiała się Mali. Czy zrozumiała coś, co przedtem do 

niej  nie  docierało? Czy  muzyka  zdołała  dotrzeć  do  niej  głębiej,  niż  docierały  słowa?  Nawet 
słowa Siverta? Mali przymknęła piekące oczy. Jej serce również płakało z powodu Ruth tak 
jak serce Siverta. Bo teraz to już naprawdę jest za późno. 

  
Dom w Stornes wypełniały śmiechy i gwar rozmów. Obiad się skończył, ludzie siadali w 

grupach lub krążyli po pokojach, szukając znajomych, żeby z nimi porozmawiać. 

Samuel  przenosił  się  z  uśmiechem  z  miejsca  na  miejsce.  Ale  nawet  dzisiaj  jego  uśmiech 

nie docierał do oczu. Przez cały czas obejmował ramieniem Ruth. Szczególnie czułym gestem 
przytulał ją wtedy, kiedy witał swojego zwierzchnika, Thorvalda Brattbakka z Berkak, i jego 
małżonkę.  Goście  przyjechali  prosto  do  kościoła  i  Mali  zdążyła  ich  tylko  powitać,  zanim 
usiedli  do  stołu.  Na  rozmowę  nie  było  czasu.  Brattbakk  okazał  się  wysokim,  solidnie 
zbudowanym mężczyzną z wydatnym brzuchem i rzadkimi włosami. Żona sięgała mu ledwie 
do  ramienia.  Była  to  chuda,  blada  kobiecina  o  gładko  zaczesanych  włosach,  która  otwierała 
usta wyłącznie wtedy, gdy ktoś zwrócił się bezpośrednio do niej. 

Mali  słyszała,  jak  Samuel  wychwala  Ruth  i  opowiada,  ile  miał  szczęścia,  że  dostał  taką 

wyjątkową  żonę.  I  jak  bardzo  sobie  ceni  to,  jak  został  przyjęty  przez  rodzinę  w  Stornes. 
Dopytywał się też, czy zwierzchnik nie uważa, że dwór jest wspaniały. Owszem, zwierzchnik 
tak uważał. Uścisnął rękę Ruth, uśmiechnął się i powiedział coś, czego Mali nie słyszała. 

Samuel  krążył  z  Ruth  wśród  gości.  Przystawał  to  tu,  to  tam,  wysoki  i  wspaniały, 

wymachiwał  rękami,  jakby  wygłaszał  kazanie.  Wiedział  doskonale,  co  powiedzieć,  by 
wzbudzić zainteresowanie, zaufanie i podziw, pod tym względem nasz Samuel Langmo radził 
sobie  bardzo  dobrze.  Ludzie  kiwali  głowami,  uśmiechali  się  i  ściskali  ręce  zarówno 
misjonarza, jak i Ruth. Rozpromienionej Ruth, która nieustannie spoglądała na swojego męża 
z wielkim oddaniem. Po łzach z kościoła nie zostało śladu. Ruth jaśniała z dumy i szczęścia. 

Dobry  Boże,  spraw,  żeby  nie  cierpiała,  modliła  się  Mali  w  duszy.  Pozwól,  żeby  jej  się 

wszystko ułożyło. Daj jej dobre życie, Boże. Ona na to zasługuje! 

  
-  No cóż, to teraz już dwoje z twoich dzieci założyło rodziny - powiedział jakiś głos tuż za 

plecami Mali. - Sivert ożenił się z tą czarnowłosą panną, której nikt nie zna, a Ruth wyszła za 
misjonarza.  Wiedzą,  jakich  wybierać  sobie  małżonków  te  twoje  dzieci,  Mali  Stornes.  I  w 
dodatku  nie  pytają  o  zgodę,  bo  domyślam  się,  że  nie  cenisz  specjalnie  żadnego  z  nich,  ani 
synowej, ani zięcia? 

Mali odwróciła się i napotkała wzrok Helgi. Jak zwykle tamta była przesadnie wystrojona. 

Suknia  musi  być  nowa,  pomyślała  Mali,  mierząc  szwagierkę  wzrokiem.  I  nie  jest  to  suknia 
szyta w domu. Została kupiona w mieście i jest zgodna z najnowszą modą. Tylko że wyraźnie 
za  ciasna,  pomyślała  z  niechęcią  i  szczerą  satysfakcją.  Napina  się  zarówno  na  wielkim 
biuście,  jak  i  na  brzuchu.  Helga  też  już  nie  ma  dwudziestu  lat,  stwierdziła  Mali  w  duchu, 
chociaż suknia wskazuje, że woli nie przyjmować tego do wiadomości. 

-  Pojęcia nie mam, o czym gadasz - odparła spokojnie, choć serce zaczęło jej szybciej bić. 
-  Oj, wiesz, wiesz - uśmiechnęła się Helga złośliwie. - Zawsze było jasne, że masz swoje 

tajemnice, ty jednak nigdy do niczego nie chciałaś się przyznać. 

Spojrzenie  szwagierki  zatrzymało  się  na  Sivercie  i  Tordhild,  którzy  stali  i  rozmawiali  z 

Bengtem i Sigrid. 

-  Ale, jak to mówią, swój ciągnie do swego - dodała szyderczo. 

background image

-  I co by to miało znaczyć? 
-  To, że Sivert... że to, co mówił mój teść... 
-  Powinnaś  trzymać  gębę  na  kłódkę,  Helga,  ty,  która  wepchnęłaś  starego  gospodarza  z 

Gjelstad do dołu z gnojówką - warknęła Mali. - Jeżeli uważasz, że u nas w domu dzieje się 
coś złego, to zadbaj lepiej, żeby twoja Ruth Lina zerwała z Oją - dodała. - Bo chybabyś nie 
chciała, żeby Ruth Lina skończyła jako gospodyni w Stornes, o ile dobrze cię rozumiem. 

Helga  zamrugała  pośpiesznie.  Jej  wzrok  powędrował  w  stronę  Oi,  który  obejmował 

ramieniem jej córkę. 

-  Ja  ci  zresztą  mogę  pomóc  w  zerwaniu  tego  związku  -  ciągnęła  dalej  Mali,  podążając 

wzrokiem  za  spojrzeniem  tamtej.  -  No  bo  jeśli  uważasz,  że  trudno  ci  będzie  wytłumaczyć 
Ruth Linie, iż Oja nie jest dla niej dobrą partią, to ja bym mogła... 

-  Niczego  takiego  nigdy  nie  powiedziałam  -  zaprotestowała  Helga.  Jej  piersi  falowały 

ciężko. 

-  Tego  może  akurat  nie,  ale  wciąż  masz  chyba  za  dużo  do  powiedzenia  -  odparła  Mali 

krótko. - A ja mam tego dość. W gruncie rzeczy bardzo lubię twoją córkę, być może dlatego, 
ż

e nie bardzo jest do ciebie podobna, ale jeśli nie skończysz z tym swoim głupim gadaniem, 

to  ja  się  postaram,  żeby  ona  nigdy  nie  weszła  do  naszej  rodziny.  Dobrze  wiesz,  że  mówię 
poważnie - dodała. - I że zrobię tak, jak powiedziałam. 

-  A  ja  nie  rozumiem,  co  Oja  i  Lina  mają  z  tym  wspólnego  -  bąknęła  Helga  nieco 

spłoszona. 

-  Oja jest bratem Siverta - rzekła Mali krótko. - Nie chciałabym podziałów w rodzinie. A 

do  tego  dojdzie,  jeśli  wciąż  będziesz  wygadywać  różne  głupstwa  na  temat  Siverta  i  go 
oczerniać. Jest wiele dziewczyn,  Oja ma w  czym wybierać.  Zresztą dobrze wiesz, że on nie 
jest złą partią. 

Obie  kobiety  wpatrywały  się  w  siebie  nawzajem  przez  dłuższą  chwilę.  Helga  pierwsza 

odwróciła  wzrok.  Mali  domyślała  się  jednak,  że  szwagierka  aż  się  pali,  by  zdobyć 
potwierdzenie tego, w co od dawna wierzyła: że Sivert nie jest synem Johana. 

-  A  ty  nie  wyciągaj  mi  dawnej  historii  z  teściem  -  syknęła  Helga  gniewnie.  -  Dobrze 

wiesz, że to był nieszczęśliwy wypadek. 

-  Nie,  nie  wiem  -  odparła  Mali,  patrząc  na  nią  mrocznym  wzrokiem.  -  Widziałam  to,  co 

widziałam. Ale pomogłam ci się z tego wygrzebać, być może jeszcze o tym pamiętasz? 

-  To  wszystko  działo  się  tak  dawno  temu  -  warknęła  Helga  ponuro.  -  Do  niczego  nie 

dojdziesz, jeśli teraz zaczniesz o tym opowiadać. Sprawa jest przedawniona. 

Mali roześmiała się.  
Helga spoglądała na nią niepewnie. 
-  Niewiele wiesz o takich sprawach, Helgo, prawda? Ale ja wiem - mówiła dalej Mali. - 

Najlepiej  więc,  żebyś  zachowywała  się  jak  ludzie.  Bo  dobrze  wiesz,  że  tutaj  chodzi  o 
morderstwo. 

-  To nieprawda - syknęła Helga. - Nikt nie zechce ci uwierzyć... 
-  Chciałabyś  się  przekonać?  -  rzekła  Mali  lodowatym  tonem.  -  A  ja  myślałam,  że  ty  się 

czegoś nauczyłaś, Helga. I powtarzam ci, jeśli nie przestaniesz mnie dręczyć swoimi starymi 
podejrzeniami i nie skończysz z rozsiewaniem plotek na mój temat, to Bóg mi świadkiem, że 
załatwię i ciebie, i twoją córkę. Nie chcemy, żeby w Stornes młodą gospodynią została córka 
morderczyni. Rozumiesz to czy nie? Są granice tego, czego możesz od nas wymagać - dodała, 
potrząsając głową. 

Jej spojrzenie znowu powędrowało w stronę Oi i Ruth Liny. 
-  Jaka szkoda - westchnęła cicho. - Szkoda, bo sprawiają wrażenie szczęśliwych. Sądzę, że 

nie wierzysz, by twoja córka mogła otrzymać w życiu lepszą propozycję niż ta, którą daje jej 
Oja. A nie zostanie młodą gospodynią w naszym dworze, jeśli wyjdzie na jaw, co ty zrobiłaś. 
Jednak, jak powiedziałam, Bóg mi świadkiem, że będzie tak, jak ty sama zechcesz! 

background image

Helga patrzyła na nią blada z wrażenia. Oddychała ciężko. Spojrzenie, które skierowała na 

Mali, pełne było nienawiści. 

-  No to jak będzie? 
-  Ja... ja nie mam zamiaru nikogo rozdzielać - wykrztusiła Helga ochryple. 
-  Głupio  byś  zrobiła  -  roześmiała  się  Mali,  kiwając  przyjaźnie  głową  jakiejś  parze, 

przechodzącej  obok.  -  Ja  jednak  jestem  zmęczona  tym,  że  nie  możesz  skończyć  ze  swoimi 
głupstwami. No i teraz będzie nareszcie koniec.  Nigdy więcej nie bąkniesz na ten temat ani 
słowa. W porządku? 

Helga  skinęła  głową  prawie  niedostrzegalnie.  Nie  spuszczała  wzroku  z  córki,  która 

uśmiechała się promiennie do Oi. 

-  To  dobrze  -  stwierdziła  Mali.  -  Bo  kolejny  raz  takiej  rozmowy  już  bym  nie  zniosła, 

rozumiesz to? 

Helga  znowu  skinęła  głową  przygnębiona.  Popatrzyła  w  stronę  Siverta.  Ten  stał  obok 

swojej czarnowłosej żony, z synem na rękach. 

-  No to jak będzie, Helgo? - glos Mali zabrzmiał niczym świst bicza. 
-  Nie,  ja...  my  przecież  bardzo  sobie  cenimy,  że  Oja  przyjeżdża  do  Gjelstad  -  bąkała 

Helga. - A ja nie należę do tych, którzy by robili awantury z... z jakiegoś powodu - dodała. - 
Co to, to nie, niech mnie Bóg broni! 

-  Tak właśnie myślałam - stwierdziła Mali. 
Helga przeniosła wzrok z Siverta na Mali. Jej oczy błyszczały złowieszczo, głos jednak był 

słodziutki. 

-  Jak  to  miło, że  Sivert  przyjechał  z  rodziną  na  ten  ślub  -  powiedziała.  -  I  jeszcze  raz  ci 

powiem,  że  ładną  żonę  sobie  znalazł.  Tak,  syn  też  urodziwy  -  dodała.  -  Ale  jego  żona  nie 
pochodzi chyba z naszych okolic, prawda? Ludzie gadali, że Sivert przywiózł ją do domu za 
pierwszym razem, że ona... no cóż, że ona jest... jakaś obca. 

Mali  poczuła,  że  gniew  się  w  niej  gotuje.  Już  myślała,  że  w  końcu  udało  jej  się  zatkać 

Heldze  gębę,  ale  ta  najwyraźniej  wciąż  ma  coś  na  wątrobie.  Zmieniła  tylko  taktykę.  Teraz 
przemawia  słodkim  głosikiem.  Mali  wiedziała  jednak,  że  jest  co  najmniej  tak  samo 
niebezpieczna jak wówczas, kiedy gniewnie wykrzykuje swoje podejrzenia. 

-  Tak,  rzeczywiście,  nie  pochodzi  z  naszej  okolicy  -  odparła  krótko.  -  To  przecież  dla 

nikogo nie jest żadna tajemnica. No i nie wszyscy przecież biorą sobie żony z sąsiedztwa. Czy 
to dla ciebie jakiś problem? 

-  Nie, niech Bóg broni - uśmiechnęła się Helga. - Człowiek może sobie przecież wybierać, 

kogo chce. Chociaż mnie to nie bardzo by się podobało, gdyby Lina przyprowadziła do domu 
kogoś całkiem obcego... tak ja to widzę. Kogoś, o kim bym nie wiedziała, czy jest... czy jest 
dobrą partią. 

-  Nie  wszystko  musisz  wiedzieć,  Helga  -  odparła  Mali  chłodno.  -  My  wiemy,  kim  jest 

Tordhild, i to nam wystarczy. 

Serce biło jej  głośno. Wciąż spoglądała na Siverta i Tordhild. Strach ściskał ją w  gardle. 

Jacy  oni  są  do  siebie  podobni!  Żeby  tylko  Helga  nie  zaczęła  czegoś  podejrzewać.  To 
naprawdę jest rodzinne podobieństwo! 

-  No ale Oja jest nam dobrze znany i wiemy na pewno, że pochodzi ze Stornes - ciągnęła 

swoje Helga. - Nic mi do tego, kogo znalazł sobie Sivert. 

-  To akurat prawda, nic ci do tego - warknęła Mali. - A sam Sivert pochodzi ze Stornes tak 

samo jak Oja - dodała. - Bo wydawało mi się, że wspomniałaś tylko Oję. 

Helga zaczęła się śmiać. Był to wymuszony śmiech. 
-  Przecież ja nie miałam nic złego na myśli - chichotała. - Co ty znowu sobie wyobrażasz? 

Ale, jak mówiłam, jesteśmy bardzo zadowoleni, że Oja przychodzi do Liny. Ja nie zamierzam 
stwarzać  wam  żadnych  problemów,  tyle  chyba  możesz  zrozumieć.  I  wiem,  jakie  by  to  było 

background image

dla  nas  ważne,  gdyby  moja  córka  trafiła  do  tego  dworu.  Stornes  przecież  zawsze  było 
najlepszym dworem w okolicy - dodała przypochlebnie. 

-    O,  tu  masz  rację  -  potwierdziła  Mali.  -  Jeśli  jednak  twoja  córka  ma  wejść  do  naszej 

rodziny, to ty też musisz przyjąć reguły gry. Bo jak nie, to postaram się, żeby ona się tu nigdy 
nie znalazła. 

Po tych słowach odwróciła się pośpiesznie i odeszła. Helga patrzyła na jej wyprostowane 

plecy i zagryzała wargi. Nienawiść do Mali paliła ją w piersi. 

Ale Ruth Lina liczyła się dla niej bardziej. Jeśli wszystko ułoży się tak, jak na to wygląda, 

to nadejdzie dzień, kiedy jej córka zostanie gospodynią w tych pokojach. Trzeba tylko trochę 
poczekać. .. 

  
Ola  Granvold  nie  odrywał  oczu  od  Dorbet.  Była  taka  śliczna,  że  aż  odczuwał  ból.  Ta 

intensywnie czerwona sukienka musi być nowa, myślał, przynajmniej on jej nigdy przedtem 
nie  widział.  Opinała  ciało  dziewczyny  tak,  że  Oli  kręciło  się  od  tego  w  głowie.  Jej  włosy 
mieniły  się  niczym  stare  złoto  w  blasku  świec.  Miała  je  dzisiaj  niezaplecione,  przewiązała 
tylko czerwoną wstążką nad czołem. Ola czuł, że zasycha mu w ustach, i zastanawiał się, czy 
szybko podadzą kawę. Podszedł do Dorbet, która pomagała w kuchni. Położył jej delikatnie 
dłoń  na  ramieniu.  Dziewczyna  odwróciła  się  szybko.  Jej  twarz  rozjaśniła  się  w  uśmiechu, 
kiedy zobaczyła, że to on. 

-  Ola! 
-  Czy ty musisz przez cały czas tutaj siedzieć? - spytał cicho. - Bo właściwie to ja jeszcze 

nie dostałem... 

-  Nie  dostałeś  czego?  -  uśmiechnęła  się  przekornie  i  koniuszkiem  języka  gładziła  swoje 

kredowobiałe  zęby.  -  Widzisz,  u  nas  jest  wesele  i  muszę  trochę  pomagać.  Ale  właśnie 
podajemy kawę, to będę przez chwilę wolna. 

Wsunęła mu rękę pod ramię i wsparta się na nim ciężko. Poczuł jej jędrną pierś i głęboko 

wciągnął powietrze. 

-  Ty...  ty  sprawiasz,  że  rozum  mi  się  miesza  -  wyszeptał  z  ustami  przy  jedwabistych 

włosach  dziewczyny.  -  Czy  nie  moglibyśmy  pobyć  chociaż  chwilę  sam  na  sam?  Nikt  by 
niczego nie zauważył. Może w twojej sypialni... 

-  Dobrze  wiesz,  że  nie  mogę  -  roześmiała  się,  przesuwając  jego  rękę  na  swoją  szczupłą 

talię. - Nie dzisiaj, Ola. Wszędzie jest pełno ludzi. 

Dotknął  ręką  złotego  serduszka,  które  dał  jej  na  gwiazdkę.  Kolana  się  pod  nim  ugięły, 

kiedy poczuł pod palcami ciepłą, miękką skórę na szyi Dorbet. 

-  Podoba ci się?  
-  Bardzo, ale to naprawdę zbyt drogi prezent - odparła Dorbet, kładąc rękę na jego dłoni. - 

Nie powinieneś był... 

-  Nic nie jest zbyt kosztowne dla ciebie - wymamrotał gorączkowo. 
-  Dziękuję ci - szepnęła i pogłaskała palcami jego wargi. - A tobie, czy tobie podobał się 

prezent ode mnie... 

-  Jeszcze  się  pytasz,  miałem  ci  to  już  dawno  powiedzieć,  ale  wciąż  mi  uciekasz.  Bardzo 

dziękuję. To najwspanialszy sweter, jaki kiedykolwiek widziałem. 

-  Zrobiłam  go  na  drutach  całkiem  sama  -  rozpromieniła  się  Dorbet.  -  Nawet  wzór  sama 

wymyśliłam. Jest na świecie tylko jeden taki sweter, Ola, i ten sweter należy do ciebie. 

Ręka chłopaka obejmowała ją mocno w tali. Jego spojrzenie zatrzymało się na Ruth. 
-  To powinnaś być ty - westchnął cicho. 
-  Kim powinnam być? 
Dorbet spoglądała na niego, niczego nie rozumiejąc. 
-  To ty powinnaś być panną młodą. 

background image

-  No nie, powiem ci, że bardzo się cieszę, że nie jestem panną młodą i nie będę musiała 

dzielić łóżka z tym misjonarzem - zachichotała Dorbet, przewracając oczami. - Poza tym Ruth 
jest starsza... 

-  Następnym  razem  to  będziemy  my,  ty  i  ja  -  upierał  się  Ola.  -  Jesteś  wystarczająco 

dorosła,  a  nawet  więcej  niż  dorosła.  Moja  mama  też  to  mówi.  Twoi  w  domu  pewnie  nie 
mieliby nic przeciwko naszemu małżeństwu, o ile mi wiadomo? 

-  Na razie jeszcze nikogo o to nie pytałam - mruknęła Dorbet, bawiąc się swoim złotym 

łańcuszkiem. 

Nie lubiła, kiedy rozmowa schodziła na takie tematy. Nie chciała, żeby Ola znowu zaczął 

gadać o małżeństwie. 

-  Ty jesteś moja! 
Mówił  cicho,  ale  bardzo  stanowczo,  prosto  do  ucha  dziewczyny.  Jego  gorący  oddech 

łaskotał ją po policzku i po odkrytej szyi. 

-  Przecież  wiesz  -  odparła  Dorbet  cicho  i  cofnęła  się  nieco.  -  Mama  na  nas  patrzy  - 

ostrzegła szeptem. - Uważam, że powinniśmy... - Ola puścił ją i zaczerwienił się. 

-  Kiedy zaczną się tańce... 
-  No to długo będziesz czekał - prychnęła Dorbet. - Myślisz, że ludzie będą tańczyć, kiedy 

ż

eni się misjonarz? Nie, na tańce musimy iść gdzie indziej, ty i ja, Ola. 

Spojrzała na niego i uśmiechnęła się. 
-  No właśnie, przecież możemy gdzieś pójść - ciągnęła z ożywieniem. - Kiedy następnym 

razem będzie zabawa w domu ludowym w Kvannes, to moglibyśmy pójść... 

-  Jeśli  mi  obiecasz,  że  będziesz  tańczyć  tylko  ze  mną  -  oznajmił  Ola,  patrząc  na  nią 

płomiennym wzrokiem. 

Rany  boskie,  pomyślała  Dorbet  zakłopotana.  Czasami  on  bywa  po  prostu  straszny.  Ale 

jeśli tylko zgodzi się zabrać ją na tańce, to gotowa jest wybaczyć mu wiele. Może nawet zdoła 
go  przekonać,  żeby  pozwolił  jej  też  od  czasu  do  czasu  zatańczyć  z  kimś  innym.  Dorbet 
wiedziała, co zrobić, żeby postawić na swoim. Uśmiechnęła się teraz pod nosem. 

-  Będę  tańczyć  tylko  z  tobą,  obiecuję  -  powiedziała  i  skrzyżowała  palce  za  plecami.  - 

Tylko, tylko z tobą! 

-  Dorbet,  pomóż  Ane  wnosić  jedzenie  ze  spiżarni  -  rozległ  się  glos  Mali  tuż  za  nimi.  - 

Zaraz będziemy podawać kawę. 

Dorbet i Ola podskoczyli. 
-  Zobaczymy się później - zawołała Dorbet, posyłając Oli promienny uśmiech. 
Zniknęła  w  drzwiach  izby,  a  on  znowu  został  sam.  Czuł,  że  dłużej  nie  wytrzyma  bez 

ukochanej. Jego wzrok znowu padł na Ruth. Następnym razem to Dorbet będzie panną młodą, 
pomyślał  po  raz  kolejny  i  poczuł  słodkie  mrowienie  w  dole  brzucha.  A  on  będzie  panem 
młodym, który poprowadzi narzeczoną do małżeńskiego łoża. Następnym razem... 

  
Helga krążyła po pokojach i rozmawiała to z jednym, to z drugim znajomym. Przez cały 

czas  śledziła  kątem  oka  Siverta.  Jeszcze  się  z  nim  nie  przywitała.  Nie  przyjrzała  się  też 
dokładniej jego żonie. Nagle mały synek Siverta wpadł prosto na nią. Helga przytrzymała go 
ze śmiechem. 

-  Johannes,  Johannes  -  zawołała  tamta  śliczna  ciemnowłosa  kobieta,  biegnąc  dziecku  na 

ratunek. - Powinieneś zachowywać się trochę spokojniej, chłopcze. 

-  Nic się nie stało - uśmiechnęła się Helga. - Jeśli tylko on się nie uderzył, to... 
-  Jemu  to  akurat  nic  nie  będzie,  cały  czas  chodzi  poobijany  -  przerwał  Sivert  i  wziął 

chłopca na ręce. - A w ogóle to dzień dobry, dużo czasu minęło od ostatniego spotkania. 

-  Tak,  od  paru  lat  nie  widzieliśmy  cię  w  Gjelstad  -  uśmiechnęła  się  Helga.  -  Zniknąłeś 

wtedy tak nagle, że... 

background image

-  A u Oddleiva i Hakona wszystko w porządku? - Sivert starał się skierować rozmowę na 

inne tory. 

-  Owszem,  owszem,  w  porządku.  Oddleiv  prowadzi  dwór  razem  ze  swoim  ojcem. 

Przecież  jest  dziedzicem,  jak  wiesz.  Podobnie  jak  ty  jesteś  dziedzicem...  to  znaczy  byłeś  - 
dodała pośpiesznie. 

-  Tak,  byłem  -  powtórzył  Sivert  spokojnie.  -  Ja  wybrałem  inne  życie.  Dla  mnie 

najważniejsza jest muzyka. I uważam, że Stornes dobrze na tym wyszło - dodał. - Ja nigdy nie 
miałem zdolności, żeby zostać gospodarzem, Helgo. Natomiast Oja... tak, i jak widzę, jest coś 
między moim bratem i twoją córką. 

Helga zarumieniła się, obracała w palcach guzik na obfitej piersi. 
-  Owszem,  na  to  wygląda  -  przyznała.  -  Ale  Lina  jest  jeszcze  taka  młoda,  że  sama  nie 

wiem, czy... 

-  Wiek  akurat  nie  ma  tutaj  wielkiego  znaczenia  -  rzeki  Sivert.  -  Poza  tym  Oja  jest 

wystarczająco dorosły. A on zwykle wie, o co mu chodzi, i mnie się zdaje, że już wybrał tę, 
którą chciałby dostać. 

Policzki Helgi zarumieniły się z dumy. 
-  Ale, ale... może zechcesz przywitać się z moją żoną - wtrącił Sivert, obejmując Tordhild 

ramieniem.  -  Pozwól,  Tordhild,  to  jest  Helga,  żona  Kristena  Gjelstada.  Brata  Havarda  - 
wyjaśniał. 

-  Domyśliłam  się  tego  -  rzekła  Tordhild,  wyciągając  do  Helgi  delikatną,  ciepłą  rękę.  - 

Sivert  opowiadał  mi  o  latach  swojego  dzieciństwa  i  wtedy  słyszałam  wiele  o  Gjelstad  -
uśmiechnęła się. 

Z bliska jest jeszcze ładniejsza, pomyślała Helga. Ten szczery uśmiech, te piękne, ciemne 

oczy,  włosy  mieniące  się  niemal  niebieskim  blaskiem.  A  skórę  ma  niczym  matowozłocisty 
jedwab. 

-  No właśnie, więc to ty jesteś tą Tordhild, która zniknęła tak nagle razem z Sivertem, że 

nikt z nas nawet nie zdążył się z tobą przywitać? 

Helga wpijała w nią swoje ciekawskie oczy. 
-  Ja nawet nie wiem, skąd ty pochodzisz - dodała. 
-  Jestem  z  cygańskiego  rodu  -  poinformowała  Tordhild  spokojnie.  -  Wcześnie  straciłam 

rodziców, więc wychowywałam się w różnych miejscach u krewnych. 

Helga  otworzyła  usta  ze  zdziwienia.  Że  też  ta  kobieta  może  tak  stać  i  po  prostu 

informować bez skrępowania, że pochodzi z cygańskiego rodu! Nic dziwnego, że Mali była 
taka nieprzyjemna. 

Ale że synowa Mali może naprawdę być Cyganką! Helga nie posiadała się ze zdumienia. 
-  Ty jesteś... ty jesteś... 
Wpatrywała  się  w  spokojne,  ciemne  oczy  tamtej.  Jak  ona  może  coś  takiego  powiedzieć? 

Czy nikt jej nie poinformował, że Cyganom nie wolno poruszać się swobodnie po kraju? 

-  Wyglądasz,  Helgo,  jakbyś  zjadła  coś,  co  ci  zaszkodziło  -  powiedział  Sivert  cierpko, 

patrząc  jej  prosto  w  oczy.  -  Czy  to  dla  ciebie  jakaś  różnica,  że  Tordhild  jest  Cyganką  z 
pochodzenia? 

-  Och, nie! - Helga złapała się za pokrytą czerwonymi plamami szyję. - Nie, moi kochani, 

nic takiego nie myślałam. Jestem tylko... tak, jestem trochę zaskoczona - dodała, nie będąc w 
stanie opanować podniecenia. - Myślałam tylko, że Mali nie chciałaby... 

-  Że moja mama nie chciałaby mieć synowej, która pochodzi z cygańskiego rodu? 
Sivert patrzył na Helgę z taką miną, jakby nią pogardzał. 
-  Tutaj,  w  tym  dworze,  osądzamy  ludzi  po  tym,  jacy  są.  A  nie  po  tym,  skąd  pochodzą  - 

dodał. - Zresztą moja mama zawsze z wielką życzliwością przyjmowała Cyganów. 

-   Tak,  tak,  ona  zawsze  taka  była  -  rzekła  Helga  ze  złośliwym  uśmiechem.  -  Jeśli  o  to 

chodzi, to masz całkowitą rację, Sivercie. 

background image

Helga pośpiesznie otarła chusteczką swoją spoconą twarz.  
Sivert uparcie patrzył jej w oczy. 
-  Czy coś cię dręczy, Helgo? - spytał cicho. 
-  Nie, nie! Co mogłoby mnie dręczyć? - śmiała się Helga sztucznie. 
-  Czy  coś  jeszcze  chciałabyś  wiedzieć?  No  to  pytaj  -  zachęcał  Sivert.  -  Teraz  już  wiesz, 

skąd pochodzi Tordhild, jeśli wcześniej tego nie wiedziałaś - dodał sucho. - Nie sądziliśmy, 
ż

e  to  coś  takiego,  co  należałoby  utrzymywać  w  tajemnicy.  Czy  nad  czymś  jeszcze  się 

zastanawiasz? 

Helga  popatrzyła  na  niego.  W  jego  mroczne,  uparte  oczy.  Raz  po  raz  spoglądała  też  na 

kobietę, którą obejmował ramieniem. 

-  Nie, ja... nie, ja się nad niczym nie zastanawiam, - była bardzo zdyszana. - Co takiego by 

to mogło być? 

-  No, ja też nie wiem - odparł Sivert.  
Johannes wyrywał się z objęć ojca, kiedy zobaczył, że wnoszą ciasta. 
-  Teraz będziemy jeść tort! - rozpromienił się. - Chodźcie! 
-  Wszystkiego najlepszego - uśmiechnęła się Tordhild do Helgi. - Możliwe, że się jeszcze 

spotkamy. 

-  Pozdrów Oddleiva i Hakona - dodał Sivert.  
Poszli  w  stronę  stołu,  a  Helga  nadal  nie  ruszała  się  z  miejsca,  patrzyła  w  ślad  za  nimi  z 

bijącym  sercem.  Tordhild  jest  Cyganką!  I  to  nie  stanowi  tajemnicy.  Helga  zastanawiała  się, 
jak Mali mogła im pozwolić, żeby tak swobodnie o tym mówili. Mimo wszystko coś mi się tu 
jednak nie zgadza, myślała, nie spuszczając wzroku z Tordhild i Siverta. Nie zgadzało jej się 
coś, co powinna była zrozumieć. Nie miała jednak pojęcia, o co to chodzi. 

  
ROZDZIAŁ 9. 
  
Zbliżała się północ. Tytoniowy dym gęstymi kłębami wypełniał ciepłą izbę, ludzie po raz 

kolejny  pili  kawę.  Wielu  było  w  niezwykle  pogodnym  nastroju,  co  należy  chyba  wiązać  z 
nieustającymi wizytami  w wygódce, zarówno po to, by  opróżnić pęcherz, jak i po to, by  na 
dworze  wypić  coś  mocniejszego.  Wszędzie  trwały  głośne  rozmowy  i  śmiechy.  Bo  w  taki 
ś

wiąteczny  wieczór  można  nie  myśleć  o  codziennej  mozolnej  pracy  i  ludzie  wiedzieli,  że 

trzeba  z  tego  korzystać.  Przeważnie  bowiem  życie  składa  się  z  długich  i  męczących  dni 
powszednich, nawet dla bogatych gospodarzy. 

  
Mali zatrzymała wzrok na Heldze. Tamta siedziała obok Kristena i piła kawę. 
Rozmowa  ze  szwagierką  wciąż  nie  dawała  Mali  spokoju.  Nie  była  pewna  tej  Helgi. 

Dlatego odniosła się do niej tak ostro. Wiadomo przecież, że atak jest najlepszą formą obrony, 
myślała. Na szczęście miała wobec tamtej środek nacisku w postaci stosunku łączącego Oję z 
Ruth Liną. Mali bowiem nie miała ani przez chwilę wątpliwości, że Helga więcej niż chętnie 
widziałaby córkę jako młodą gospodynię w Stornes, niezależnie od tego, że uzyskała właśnie 
potwierdzenie, iż do tej rodziny weszła Cyganka. 

Mali głęboko wciągnęła powietrze. Jeśli o nią chodzi, to wolałaby, żeby nikt nie wiedział, 

iż Tordhild pochodzi z cygańskiej rodziny. Młodzi jednak nie życzyli sobie, by stanowiło to 
jakąś  tajemnicę.  Tordhild  chciała  z  podniesionym  czołem  informować  otoczenie  o  swojej 
rodzinie.  Mali  rozumiała,  że  dziewczyna  jest  z  tego  dumna,  i  nie  chciała  się  wtrącać.  Było 
jednak  wykluczone,  by  Sivert  i  Tordhild  komukolwiek  wyznali,  że  są  przyrodnim 
rodzeństwem.  To  by  zniszczyło  nie  tylko  ich  życie,  lecz  także  życie  Johannesa,  a  do  tego 
nigdy nie dopuszczą. I jest już wystarczająco źle tak, jak jest, westchnęła Mali. Wielokrotnie 
widziała  tego  wieczora  pochylające  się  ku  sobie  głowy  gości,  którzy  rozmawiali  szeptem, 
ś

ledząc oczami Tordhild i Siverta. Większość wiedziała, że to Cyganka, ta dziewczyna, którą 

background image

Sivert przywiózł do domu ponad pięć lat temu. Dotychczas były to tylko plotki. Teraz ludzie 
wiedzą na pewno! 

  
Małżonkowie  z  Gjelstad  nie  wymieniali  ze  sobą  wielu  słów.  Siedzą  obok  siebie  i 

wyglądają jak dwoje obcych sobie ludzi, pomyślała Mali. Helga zarumieniona i bujna. Kristen 
szary,  chudy  i  przygnębiony.  Mali  pamiętała  tamten  czas,  kiedy  Kristen  starał  się  o  rękę 
Helgi.  Niemal  trudno  pojąć,  że  to  wciąż  ten  sam  mężczyzna,  myślała,  odczuwając  coś  w 
rodzaju  współczucia  dla  szwagra.  W  tamtych  latach  był  to  wyprostowany,  dumny  młody 
człowiek, zakochany po uszy. Wprawdzie nie taki przystojny jak Havard, ale i tak było na co 
popatrzeć,  wspominała  Mali.  Teraz  był  cieniem  samego  siebie  z  tamtych  lat.  Tak  to  bywa, 
kiedy miłość się kończy i staje się jasne, że człowieka niewiele już łączy z tą drugą osobą. 

Właściwie to ich chyba nigdy wiele nie łączyło, rozmyślała Mali dalej. Przypominała sobie 

też  czas,  kiedy  Helga  pojawiła  się  w  Gjelstad.  Wysoka  i  szczupła,  piękna  i  zarozumiała. 
Kristen  był  zakochany  i  dumny  niczym  jakiś  młodzieniaszek.  Ale  Helga  nigdy  się  tak 
naprawdę nim nie przejmowała! To on był kompletnie zaślepiony, oszołomiony pożądaniem i 
miłością, myślała Mali. Dla Helgi nigdy się specjalnie nie liczył, Mali domyśliła się tego od 
razu, kiedy spotkała ją po raz pierwszy. Helgę interesowało Gjelstad i pozycja, jaką daje rola 
gospodyni  takiego  wielkiego  dworu,  to  dlatego  powiedziała  Kristenowi  „tak".  Tylko  że 
Kristen zrozumiał to za późno. 

Mali  zauważyła,  że  Helga  macha  zirytowana  ręką  na  coś,  co  Kristen  powiedział.  Mimo 

braku  uczucia  jednak  z  nim  została.  Nigdy  w  życiu  nie  wypuściłaby  z  rąk  tego,  co  raz 
osiągnęła, o tym Mali była absolutnie przekonana. Dlatego ta kobieta na zawsze pozostanie w 
rodzinie. 

Helga  odwróciła  się  prawie  całkiem  od  Kristena.  Przesuwała  badawcze  spojrzenie  po 

gościach, nieustannie wkładając do ust kolejne kawałki ciasta. Mali miała wyjść do spiżarni, 
by  przynieść  więcej  ciasta,  kiedy  odkryła,  że  wzrok  Helgi  z  zaciekawieniem  na  czymś  się 
zatrzymał. Kobieta przestała jeść, siedziała bez ruchu i gapiła się na coś z dziwnym błyskiem 
w oczach. Mali podążyła w ślad za jej spojrzeniem i drgnęła. Otóż Helga siedziała i gapiła się 
na  Havarda!  On  stał  z  Johannesem  na  rękach.  Grzywka  opadła  mu  na  czoło  i  wyglądał 
niczym  chłopiec,  a  w  błękitnych  oczach  miał  tyle  ojcowskich  uczuć!  Był  taki  urodziwy,  że 
Mali  poczuła  ssanie  w  żołądku,  kiedy  na  niego  patrzyła.  Musiałam  się  chyba  pomylić, 
pomyślała i raz jeszcze spojrzała na Helgę. Ale nie! Helga gapiła sie na Havarda rozpalonym, 
wygłodniałym wzrokiem! 

No,  tylko  nie  to,  Mali  była  bliska  paniki.  Już  i  tak  jest  wystarczająco  dużo  powodów  do 

kłótni  z  Helgą.  Ale  dotychczas  nigdy  nie  zauważyła,  by  tamta  kierowała  łakomy  wzrok  na 
Havarda.  Tylko  która  kobieta  tego  nie  robi,  pomyślała  z  uczuciem  piekącej  zazdrości  w 
piersiach.  Mój  mąż  nadal  jest  mężczyzną,  na  którego  można  popatrzeć  i  którego  można 
pragnąć! 

Na szczęście Havard nigdy by się Helgą nie zajął, stwierdziła, podchodząc zdecydowanym 

krokiem do męża. Zresztą ani  Laurą, ani żadną inną kobietą! Havard jest mój! Uśmiechnęła 
się do niego i do Johannesa, przytuliła się czule  do męża. Czuła spojrzenie Helgi na swoim 
karku i objęła ramieniem plecy Havarda. 

-  A wy dobrze się bawicie, chłopcy? - spytała i potargała włosy Johannesa. 
-  Świetnie - Havard odpowiedział jej uśmiechem. - Jest tutaj tylko jeden młody człowiek, 

który zjadł chyba za dużo toru. I miał ochotę posiedzieć trochę u mnie na rękach. 

-  Już mi lepiej - zapewnił Johannes.  
Oczy poszarzały mu ze zmęczenia. 
-  Myślę,  że  niedługo  będziesz  musiał  się  położyć  -  oznajmiła  Mali.  -  Chcesz,  żebym 

poszła z tobą na górę? 

background image

-  Nie, mama ze mną pójdzie - odparł Johannes, rozglądając się ponad ramieniem Havarda 

za Tordhild. - Chcę na ziemię - zawołał i starał się wymknąć z objęć Havarda. 

Ten puścił chłopca i objął ramionami żonę. Przyciągnął ją do siebie i przyglądał się jej z 

czułością. Był tak blisko, że czuła jego ciepły oddech na swoim policzku, ale się nie odsunęła. 
Tego się Helga nie doczeka! 

-  Jaka ty jesteś piękna - wymamrotał Havard tuż przy jej uchu. 
-  I  ty  też  -  uśmiechnęła  się  Mali.  -  Tak  się  cieszę  na  moment,  kiedy  będziemy  nareszcie 

mieli trochę czasu dla siebie. 

-  Dzisiaj w nocy? - spytał Havard pośpiesznie.  
Mali poczuła, że się rumieni. 
-  Ja niekoniecznie miałam na myśli... 
Zaraz jednak przypomniała sobie Helgę i przytuliła się jeszcze mocniej do męża. 
-  Dlaczego nie? - rzekła łagodnie, pogłaskała go pośpiesznie po policzku i wymknęła się z 

jego objęć. - Teraz jednak muszę przynieść więcej ciasta - szepnęła. - Ale w nocy... 

  
Helga  odwróciła  wzrok.  Poszarzała  ze  złości  wstała,  by  dołożyć  sobie  słodyczy.  Nie 

podobało jej się to, co przed chwilą zobaczyła. Na stołach zabrakło miejsca na wszystkie tace 
i patery,  więc również ławy uginały się od kuszących wypieków. Helga stała, trzymając już 
bardzo wypełniony talerzyk w jednej ręce, drugą próbowała sięgnąć po kawałek szarlotki ze 
ś

mietaną. Nagle poczuła czyjąś silną dłoń na ramieniu. 

-  Czy mógłbym pani pomóc? 
Helga odwróciła się lekko i stwierdziła, że tuż za nią stoi Samuel Langmo. Nie rozmawiała 

z nim jeszcze, zdążyła tylko złożyć gratulacje przed kościołem, jak wszyscy. 

-  Dziękuję, to bardzo miło z twojej strony - wybąkała z uśmiechem. 
-  Ty jesteś Helga Gjelstad, jeśli się nie mylę... szwagierka Mali? 
-  Tak, to ja. 
-  Miło poznać cię bliżej - uśmiechnął się znowu, ogarniając wzrokiem jej bujną sylwetkę. 

- Będę potrzebował sporo czasu, żeby zapoznać się ze wszystkimi. 

-  Tak, bardzo szybko doszło do tego wesela - wtrąciła Helga. 
-  Tak to bywa, jak między ludźmi pojawi się miłość - uśmiechnął się Samuel. 
Helga  spojrzała  na  niego  uważnie.  Przystojny  mężczyzna,  pomyślała.  Ale  łże  jak  pies! 

Takie rzeczy ona wietrzyła natychmiast. Te jego misjonarskie maniery są przede wszystkim 
na pokaz. To nie miłość sprawiła, że jest dzisiaj panem młodym. Nagle Helga pojęła wszystko 
z  wielką  jasnością.  Ruth  jest  w  ciąży!  O  mało  nie  wybuchnęła  głośnym  śmiechem.  Rany 
boskie, a to dopiero! Misjonarz sprokurował przed ślubem dziecko tej cnotliwej Ruth Stornes! 
Och,  jak  szczerze  Helga  życzyła  czegoś  takiego  Mali!  Nareszcie  pojęła  teraz  chłodny 
stosunek Mali do pana młodego. Nie takiego zięcia życzyła sobie gospodyni ze Stornes, o nie! 
Helga to akurat znakomicie rozumiała! Wszystko w niej chichotało w złośliwej satysfakcji. 

Uniosła  wyżej  talerzyk  i  pozwoliła,  by  Samuel  położył  na  nim  kawałek  szarlotki.  Ich 

spojrzenia  się  spotkały.  Coś  w  nim  jest  dziwnego.  Coś  mrocznego,  pomyślała.  To  nie  jest 
dobry  człowiek.  Helga  Gjelstad  rozpoznawała  podobnych  sobie,  gdy  tylko  znaleźli  się  w 
zasięgu  jej  wzroku.  Może  on  mógłby  się  okazać  pożyteczny  dla  mnie,  teraz,  kiedy  znajdzie 
się w czterech ścianach dworu Stornes jako członek rodziny... 

-  Uważamy  za  wspaniałe,  że  Ruth  znalazła  kogoś  takiego  jak  ty  -  kłamała  gładko, 

oblizując  wargi.  -  Dla  rodziców  to  bardzo  ważne,  z  kim  nasze  dzieci  wchodzą  w  związki 
małżeńskie,  powinieneś  wiedzieć.  Zresztą  wiesz,  ty,  który  jesteś  misjonarzem  i  w  ogóle  - 
uśmiechnęła się do niego szeroko. - Uważam, że Mali będzie cenić cię bardziej niż tę swoją 
synową. 

Spojrzenia obojga znowu się spotkały. Samuel uniósł brwi. 

background image

-  Uważasz, że Mali mogłaby mieć coś przeciwko Tordhild, to próbujesz mi powiedzieć? - 

spytał z czujnym zainteresowaniem we wzroku. 

-  No przecież ona jest Cyganką - oznajmiła Helga słodziutkim głosem. - A chyba nikt by 

nie chciał, żeby akurat  w jego rodzinie przytrafiło się coś takiego. Tym bardziej, że Stornes 
jest  teraz  wielkim  dworem  i  rodzina  ma  wiele  do  stracenia,  a  taka  cygańska  krew,  która 
pojawiła się... 

-  To Mali nie lubi Cyganów? 
Helga wepchnęła spory kawałek szarlotki do ust. 
-  Owszem, lubi - mówiła, mlaszcząc i patrząc mu prosto w oczy. - Lubi nawet bardziej niż 

większość ludzi - dodała ze złośliwym uśmiechem. 

Samuel  patrzył  na  nią.  Nie  pojmował,  co  ta  kobieta  ma  na  myśli,  zrozumiał  jednak 

natychmiast, że gotowa jest wyrządzić krzywdę Mali. Ciekawe, do czego też doszło między 
obiema  szwagierkami?  Bo  że  nie  żyją  w  zgodzie,  to  i  widział,  i  wyczuwał.  Owa  bujna 
kobieta, z którą miał zamiar wymienić jedynie kilka grzecznościowych formułek, nagle stała 
się dla niego bardzo interesująca. 

-  Mam  nadzieję,  że  my  dwoje  będziemy  mieli  okazję  widywać  się  częściej  -  uśmiechnął 

się. W jego oczach pojawił się błysk. - Zdaje mi się, że mamy sobie to i owo do powiedzenia. 

-  Możliwe - przytaknęła Helga. - Właśnie pomyślałam dokładnie to samo. 
Po  tych  słowach  odwróciła  się  i  wróciła  do  swojego  poszarzałego  męża.  Samuel 

odprowadzał ją wzrokiem. Helga Gjelstad. Powinien ją sobie zapamiętać. 

  
Ruth  miała  wrażenie,  że  ten  wieczór  jest  czymś  nierzeczywistym.  Czuła  się  lekka  i  taka 

szczęśliwa,  taka  pełna  buzującego  napięcia  i  oczekiwania.  Jestem  jak  ten  zwiewny  welonik 
panny  młodej,  myślała,  potrząsając  głową,  na  której  welon  pysznił  się  niczym  biała  piana. 
Nigdy  jeszcze  nie  wydawała  się  sobie  taka  piękna.  Nigdy,  aż  do  tego  dnia.  To  uczucie  ją 
oszałamiało. 

Ś

miała  się  więcej  niż  zazwyczaj.  Rozmawiała  z  ludźmi,  których  nie  widziała  od  dawna. 

Wszyscy  byli  tacy  życzliwi  i  uśmiechnięci.  Głaskali  ją  po  policzkach  i  życzyli  wszystkiego 
dobrego. Mówili, że zawsze była wspaniałą dziewczyną. I że dzisiaj jest piękną panną młodą. 

Ruth bardzo się to wszystko podobało. Tego wieczora podobało jej się wszystko. 
-  Dobrze się czujesz? 
Mali stanęła obok córki i przyglądała jej się uważnie. 
-  Och tak - wyszeptała Ruth rozpromieniona. - Taka jestem szczęśliwa, mamo. 
-  Nic  nie  sprawia  mi  większej  radości  niż  takie  słowa  z  twoich  ust  -  przyznała  Mali, 

obejmując córkę ramieniem. - Jesteś naprawdę promienną panną młodą. Po prostu emanujesz 
blaskiem. Jak dobrze jest widzieć cię taką. 

Ruth uśmiechnęła się i zarumieniła. Spuściła wzrok i wygładziła sukienkę. 
-  No  widzisz,  mamo,  wszystko  skończyło  się  dobrze  -  wyszeptała  cicho.  -  Nawet  nie 

myślałam, że to pójdzie właśnie tak, bo były... były takie sprawy, że... 

Przerwała pośpiesznie i na krótki moment w jej oczach pojawił się mrok. Coś bolesnego. 
-  Ale teraz jest już tylko dobrze - powtórzyła i uściskała matkę. - Dziękuję za to wspaniałe 

weselne  przyjęcie,  jakie  przygotowaliście  dla  mnie.  Dla  nas...  -  dodała  pośpiesznie, 
rozglądając się za Samuelem. 

-  Żebyś tylko była szczęśliwa... 
-  Ale ja jestem, mamo! 
Ruth uśmiechnęła się z miłością do matki i mocno ścisnęła jej rękę. 
-  Powinnaś mi wierzyć. Przecież bym ci nie kłamała! 
-  Och nie, wierzę ci - zapewniła Mali cicho. Nie musiała słuchać zapewnień, że Ruth jest 

szczęśliwa. To było po prostu widać. Zawsze taka była, od dzieciństwa. 

background image

-  Żeby  tylko  małżeństwo  i  współżycie  z  Samuelem  było  takie,  jak  sobie  wymarzyłaś  - 

westchnęła cicho. 

-  Takie będzie! 
Samuel podszedł do nich szybkim krokiem i położył rękę na ramieniu Ruth. 
-  Ja  myślę,  że  my  to  już  chyba  pójdziemy  do  siebie  -  powiedział  i  pogłaskał  ją  po 

policzku. 

Mali spostrzegła zaskoczenie we wzroku Ruth. 
-  Jak to, już? - spytała dziewczyna zarumieniona i trochę onieśmielona. 
Podniosła  wzrok  na  swojego  męża.  Tak  czekała  na  ten  moment.  Marzyła  o  tym,  że 

zostanie zaprowadzona do dużej sypialni jako małżonka Samuela. Drzwi zostaną zamknięte, a 
jej  życie  rozpocznie  się  od  nowa.  Marzyła,  że  on  będzie  dla  niej  dobry.  Że  będzie  czuły, 
ciepły  i  delikatny,  taki,  jak  był  w  ciągu  ostatnich  dwóch  dni.  Staną  się  jednością,  tak  jak 
pastor  powiedział  dzisiaj  w  kościele.  Będziemy  się  nawzajem  kochać  i  szanować,  myślała, 
ś

ciskając dłoń męża. 

Czuła  ssanie  w  żołądku.  Już  niedługo  stanie  się  jednością  z  Samuelem.  Poczuje  jego 

wielkie, silne ciało tuż przy swoim. Będzie czuć ciepło jego dłoni, pieszczotliwych i dobrych. 

Poczuje jego wargi. Otworzy się przed nim w pragnieniu i radości. Odda mu się w miłości 

i  pożądaniu.  Kiedy  ludzie  są  sobie  poślubieni,  to  wszystko  jest  właściwe,  zarówno  wobec 
Boga, jak i bliźnich. To, co Bóg złączył, człowiek niech się nie waży rozłączać - powiedział 
pastor. 

-  Moim  zdaniem  i  tak  jest  już  bardzo  późno  -  uśmiechnął  się  Samuel  i  pociągnął  ją  ku 

sobie. - Bardzo bym chciał teraz pobyć sam na sam z moją piękną żoną. Czekałem na to przez 
cały wieczór. 

Jego  spojrzenie  ogarnęło  Mali,  mroczne,  niezgłębione  spojrzenie,  którego  matka  panny 

młodej  nie  umiała  pojąć.  Doznała  jakiegoś  dziwnego  uczucia,  którego  nie  potrafiłaby 
wytłumaczyć.  Że  w  Samuelu  jest  coś...  to  niesprawiedliwe,  że  tak  myślę.  Bo  cokolwiek 
czyniło Ruth taką zrozpaczoną i nieszczęśliwą przez długi czas, to na pewno już minęło. Nie 
ma co do tego najmniejszej wątpliwości.  I Sivert też mówił, że Samuel nie był wobec Ruth 
miły...  Mali  jednak  pośpiesznie  odepchnęła  od  siebie  tę  myśl.  Wszystko  to  musiało  być 
jakimś wielkim nieporozumieniem. 

Ruth  poczuła,  że  serce  bije  jej  szybciej.  Uśmiechnęła  się  nieśmiało  i  znowu  spojrzała  w 

górę na Samuela. Potem odwróciła wzrok ku matce. W jej oczach były gwiazdy. 

-  No to w takim razie podziękujemy już, mamo - rzekła cicho i raz jeszcze uścisnęła rękę 

matki. - Nie pogniewasz się, że już idziemy? 

Mali uśmiechnęła się i skinęła głową. 
-  Oczywiście, idźcie - pozwoliła i jeszcze raz pośpiesznie spojrzała na Samuela. 
Szukała  czegoś  w  jego  wzroku.  Ciepła,  pomyślała.  Miłości  do  mojej  córki,  która  pełna 

oczekiwań  i  zarumieniona  stała  tuż  przy  nim.  Bo  to  też  Mali  dostrzegała,  że  Ruth  idzie  do 
małżeńskiego  łoża  z  radością.  Że  się  nie  boi,  tak  jak  ona  tamtego  wieczora,  kiedy  pijany 
Johan wciągnął ją siłą na strych, zgwałcił i upokorzył. W tym roku mija dwadzieścia pięć lat 
od  tamtej  nocy.  Mali  pewnego  dnia,  kiedy  siedziała  w  tkalni,  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  że 
gdyby Johan żył i ich małżeństwo przetrwało, to tej jesieni obchodziliby srebrne wesele. Do 
tego jednak nie doszło, bo Johan zniszczył wszystko już w czasie nocy poślubnej. Ale z Ruth 
tak  nie  będzie  -  przekonywała  Mali  samą  siebie  w  myślach.  Ona  jest  pełna  szczęścia  i 
nieśmiałego  oddania.  Mali  próbowała  zagłuszyć  to,  co  mówiło  jej  niespokojne  matczyne 
serce. Znowu popatrzyła na Samuela, on jednak stał po prostu spokojny i uśmiechnięty. Jego 
wzrok nic jej nie mówił. 

-  Sami decydujecie, kiedy chcecie odejść do siebie. 
-  Czy musimy wszystkim uścisnąć ręce na pożegnanie? - spytała Ruth i znowu popatrzyła 

na matkę. 

background image

-  Wszystkim nie, ale niektórym. Zresztą sama wiesz komu - odparła Mali. 
Ruth skinęła głową. Popatrzyła na Samuela, kiedy matka od nich odchodziła. 
-  Ja też tak czekałam na... na to, aż będziemy mogli zostać sami - wyszeptała, rumieniąc 

się. 

Samuel roześmiał się cicho i spojrzał na nią jakoś dziwnie. Czuła jego oddech na swoim 

uchu.  Czuła też  mrowienie  pod  skórą,  fale  ciepłej  słodyczy  ogarniały  raz  po  raz  jej  ciało.  Z 
ręką wsuniętą pod pachę męża rozpoczęła pożegnalną rundę wśród gości. 

  
Kiedy drzwi sypialni zamknęły się za nimi, z Samuela jakby opadła maska. Gwałtownym 

ruchem zerwał wianek z głowy Ruth. Cisnął go ze złością na łóżko. 

-  Wiedziałaś, że nie życzę sobie, żebyś się w ten sposób stroiła! - warknął gniewnie. - Ale 

ty mimo wszystko musiałaś… 

Ruth odskoczyła przerażona i patrzyła na niego. Atak kompletnie ją zaskoczył. 
-  Ale...  ale  co  w  tym  złego?  -  wyszeptała.  -  Nie  miałam  ślubnego  bukietu,  bo  tego  nie 

lubisz. Nie miałam nowej sukienki. Uznałam, że to miło ze strony mamy, że... 

-  Od  tej  chwili  nie  liczy  się  to,  czego  chce  twoja  matka  -  oznajmił  lodowatym  tonem.  - 

Mówiłem  ci  to  już  dawno,  że  teraz  ja  jestem  twoim  mężem.  To  mnie  masz  słuchać  i  mnie 
masz się podporządkować. 

-  Ależ ja to robię - bąkała Ruth, skubiąc nerwowo chusteczkę do nosa. 
Dawny strach powrócił, jakby zalała ją fala przerażenia. Nie pojmowała, jak on może tak 

nagle  się  odmienić.  W  ciągu  ostatnich  dwóch  dni  dosłownie  nosił  ją  na  rękach.  Był 
najbardziej troskliwym i pełnym szacunku mężem, o jakim tylko mogła marzyć. I oto teraz... 

Wspomnienia  dawniejszych  wydarzeń  w  tej  sypialni  spadły  na  nią  niczym  fala 

powodziowa i o mało jej nie zadławiły. Nigdy więcej nie może być znowu tak! On przecież 
taki nie jest! 

Kiedy  podszedł  do  niej,  odskoczyła  gwałtownie  w  tył.  Uderzyła  się  o  krawędź  łóżka  i 

upadła na posłanie. On  rzucił się na nią, czerwony  na twarzy z wściekłości, której Ruth nie 
rozumiała. Jak mógł być taki miły i przyjazny przez cały dzień i przez cały cudowny wieczór, 
skoro najwyraźniej nosił w sobie tę straszną złość? 

Samuel chwycił Ruth i potrząsał nią niczym szmacianą lalką. Ślubny welon spadł, warkocz 

się rozplótł. Włosy zasypały jej twarz, zasłoniły oczy. 

-  Przez  cały  wieczór  kręciłaś  się  wśród  gości  i  przewracałaś  oczami  do  chłopów  - 

wysyczał. - Dobrze widziałem, ty przebiegła kurwo! 

Ruth próbowała odgarnąć włosy z twarzy, by go widzieć. 
-  Co ty wygadujesz? - wyszeptała przerażona. - Ja przecież nic takiego nie robiłam... 
-  Mówisz, że ja kłamię? 
Jego głos był niczym świst bicza, Ruth skuliła się ze strachu. 
-  Nie, nie chcę powiedzieć, że kłamiesz, Samuelu, ale ja... ja przecież nie... 
On nie powiedział już nic więcej, ale złapał ją gwałtownie i postawił na nogi. 
-  Rozbieraj się! - warknął. Jego oczy płonęły dziwnym ogniem. - Zdawało mi się, że już 

się nauczyłaś, jak powinnaś się zachowywać, ale okazuje się, że nie. Będziesz dopóty karana, 
dopóki się nie nauczysz, rozumiesz? 

-  Karana? 
Ruth stała przed nim z opuszczonymi rękami i potarganymi włosami. 
-  Samuelu,  to  jest  nasza  noc  poślubna  -  wyszeptała  udręczona.  -  Ja  myślałam...  ja 

myślałam, że będziesz dla mnie dobry. Wierzyłam, że mnie kochasz... 

-  Tego, kogo się kocha, tego się karze, moja mała Ruth! Mówiłem ci to już przedtem. Ale 

ty bardzo szybko zapominasz, prawda? 

Złapał ją z całej siły w pasie. 
-  Rozbieraj się, nie słyszałaś? 

background image

Drżącymi  rękami  Ruth  zaczęła  zdejmować  z  siebie  ubranie.  Łzy  spływały  jej  po  twarzy, 

bardzo  niewyraźnie  widziała  jego  twarz  w  chwilach,  kiedy  odważyła  się  na  niego  spojrzeć. 
Samuel stał przed nią, wielki, zwalisty. Kiedy zdjęła z siebie ostatnią sztukę ubrania, usiadła 
na  łóżku  i  skuliła  się,  jakby  chciała  się  ukryć.  Była  sztywna  ze  strachu  i  rozpaczy.  Kim  on 
jest, ten mężczyzna, którego właśnie poślubiła? Przecież ona wcale go nie zna! 

Samuel powoli zaczął wyciągać pasek ze spodni. 
-  Nie,  Samuelu  -  wykrztusiła  Ruth  zrozpaczona.  -  Nie,  nie  rób  tego!  To  jest  nasza  noc 

poślubna... 

-  No i właśnie dlatego - wycharczał ochryple. - Ja nie chcę mieć nieposłusznej żony. Czy 

ty tego nie rozumiesz? 

-  Tak, ale ja zrobię wszystko, co każesz - szlochała Ruth. - Ja będę... 
-  Uklęknij na łóżku! 
-  Samuelu... 
-  Milcz i rób, co mówię! - wysyczał. - I żebyś mi nawet nie pisnęła, rozumiesz? Wszędzie 

kręci się pełno ludzi, a ja nie chcę, żeby oni słyszeli twoje zawodzenie. Dostajesz tylko to, na 
co zasługujesz. Musisz się nauczyć być małżonką Samuela Langmo. 

Ruth uklękła na łóżku i objęła rękami głowę. Skuliła się, kiedy pierwszy cios spadł na jej 

plecy,  ale  nawet  najlżejszy  dźwięk  nie  wydostał  się  z  jej  gardła.  Ból  był  niczym  pieczenie 
ż

ywego  ognia  za  każdym  razem,  kiedy  pas  spadał  na  jej  skórę,  w  końcu  Ruth  upadła  na 

posłanie.  Tłumiony  szloch  o  mało  jej  nie  zadławił.  Samuel  gwałtownym  szarpnięciem 
podniósł ją, znowu zmusił, żeby uklękła, i bił dalej. 

Ruth była w szoku, z bólu kręciło się jej w głowie. W ustach czuła smak krwi. Zagryzała 

ręce,  by  nie  krzyczeć.  Co  on  by  zrobił,  gdybym  zaczęła  wzywać  pomocy,  pomyślała 
nieśmiało. Czyby mnie zamordował? 

Przez krótką, szaloną chwilę pomyślała, żeby uciekać. Wybiec z sypialni i głośno wzywać 

matki i ojca. Odepchnęła jednak od siebie tę myśl. Nie wolno jej tego zrobić. Nikt nie może 
się o tym dowiedzieć. Nigdy, nigdy. 

Nagle  Samuel  przestał  bić.  Ruth  słyszała  tylko  jego  świszczący  oddech  gdzieś  za  sobą. 

Ostrożnie wyjrzała spod ręki, na której była oparta, i zobaczyła, że on zrywa z siebie ubranie. 
Domyśliła się, co ją czeka, nie miała jednak odwagi się poruszyć. Samuel odwrócił ją, rzucił 
na  posłanie  i  wdarł  się  w  nią  niczym  dzikie  zwierzę,  taki  podniecony,  że  żyły  na  skroniach 
zrobiły  się  niemal  granatowe  pod  skórą.  Kiedy  w  nią  wszedł,  Ruth  nie  była  w  stanie  dłużej 
milczeć.  Wydała  z  siebie  stłumiony  krzyk,  ale  on  natychmiast  zakrył  jej  usta  twardą  ręką. 
Paznokcie  jej  popękały,  kiedy  wbijała  palce  w  krawędź  łóżka  w  bólu,  którego  nie  mogła 
znieść. Była kompletnie nieprzygotowana na spotkanie z mężczyzną, sucha wewnątrz, na co 
on zupełnie nie zwracał uwagi. 

Dziecko, pomyślała zdjęta przerażeniem, zanim pogrążyła się w niosącej ulgę, czerwonej 

mgle. Moje dziecko... 

  
Ruth  nie  miała  pojęcia,  jak  długo  tak  siedziała  na  twardym  krzesełku  przy  oknie.  Czas 

przestał dla niej istnieć. 

Leżała  sztywna  u  boku  Samuela,  dopóki  nie  poznała  po  jego  spokojnym  oddechu,  że 

zasnął mocno. Dopiero wtedy wymknęła się cichutko z łóżka i usiadła na krzesełku. 

Niebo  na  zewnątrz  dosłownie  ociekało  gwiazdami.  Łączyły  się  w  roziskrzoną  poświatę, 

kiedy spoglądała na nie przez łzy, Jak mogło dojść do czegoś takiego? Pytanie wirowało jej w 
oszołomionej głowie, ale nie znajdowała odpowiedzi. Jak to możliwe, by człowiek zmieniał 
się  tak  nagle  i  stawał  się  dziką  bestią?  Jak  to  możliwe,  żeby  ktoś,  zwłaszcza  ktoś  taki  jak 
Samuel, mógł tak strasznie bić drugiego człowieka? Bić ją, której wyznawał miłość,.. 

background image

Ruth podciągnęła nogi pod nocną koszulą i objęła ramionami kolana. W pokoju zaczynało 

być zimno. Odkąd wrócili na górę, nikt nie dokładał do ognia, a to było już dawno temu. W 
każdym razie jej się zdawało, że dawno. 

Spojrzenie Ruth padło na Samuela, który leżał na plecach z szeroko rozłożonymi nogami i 

spał. Kim jest ten człowiek? Jak Ruth mogła wyjść za mąż za kogoś takiego? Jak mogła być 
taka zaślepiona? Miała przecież możliwość, żeby się wycofać, Zarówno rodzice, jak i Sivert 
próbowali  odwieść  ją  od  tego  małżeństwa.  Czyżby  oni  rozumieli,  jaki  jest  Samuel?  - 
zastanawiała się Ruth. 

Nie, to niemożliwe! Nikt przecież nie wie, że istnieją tacy ludzie jak ten misjonarz. Ruth 

nigdy w to nie uwierzy. Zdarza się, że małżonkowie się ze sobą nie zgadzają, bywa nawet, że 
mąż uderzy żonę, tego typu sprawy nie były jej obce. Słyszała też różne historie o służących 
wykorzystanych  przez  bogatych  chlebodawców.  O  służących,  wyrzuconych  potem  na  mróz 
razem z dzieckiem. Ale żeby robić coś takiego, co zrobił Samuel... 

Przecież  jednak  posmakowałam  już  tego  jeszcze  przed  ślubem,  przemknęło  Ruth  przez 

głowę. Dlaczego wtedy nie domyśliłam się, że on jest chory? Zadrżała, patrząc na mężczyznę 
w  łóżku.  Chory  lub  szalony  -  tego  nie  potrafiła  rozstrzygnąć.  Nie  rozumiała  niczego,  co  ją 
spotkało. 

Nie  była  w  stanie  myśleć  o  tym,  że  on  bił  ją  pasem,  jeszcze  zanim  wzięli  ślub.  Wtedy 

wierzyła,  że  wszystko  się  zmieni,  kiedy  tylko  zostaną  mężem  i  żoną.  I  Samuel  przecież  był 
taki miły, czuły i kochający przez ostatnie dwa dni. Tylko że to musiała być gra, tyle nawet 
Ruth była w stanie zrozumieć. 

Siedziała  na  twardym  krzesełku  i  w  ciągu  jednej  nocy  stała  się  dorosła.  Wszystkie  jej 

piękne marzenia zostały zdeptane. Niezależnie jak bardzo by się starała dogodzić Samuelowi, 
on  zawsze  znajdzie  powód,  by  ją  ukarać.  Bo  on  to  lubi,  przemknęło  jej  przez  głowę,  kiedy 
widziała  jego  płonące  dzikim  ogniem  oczy.  Przeraziło  ją  to  tak,  że  na  samo  wspomnienie 
jęknęła cicho. 

  
Jak  zdoła  z  nim  żyć  po  czymś  takim?  Jak  będzie  mogła  chodzić  po  domu,  w  którym 

mieszkają rodzice i służba, żeby nikt się nie domyślił, jak się rzeczy mają? 

Mama już i tak rozumie, że coś jest nie w porządku. Zresztą ona zawsze rozumie wszystko 

pierwsza.  Tym  razem  jednak  za  nic  nie  może  się  dowiedzieć,  że  ma  rację.  Tego  by  nie 
zniosła, a Ruth nie jest w stanie nawet myśleć o tym, by swoim nieszczęściem obarczać tych, 
których  kocha.  Musi  sobie  poradzić  sama.  Z  dołu  docierały  do  niej  rozmowy  i  śmiechy, 
powoli  jednak  wszystko  cichło.  Słyszała,  jak  ludzie  na  palcach  wchodzą  po  schodach  na 
strych. Drzwi zamykały się cichutko, nikt nie chciał przeszkadzać. 

Noc poślubna Ruth dobiegła końca. 
   
ROZDZIAŁ 10. 
  
-  Rany  boskie,  dlaczego  ty  wstajesz  tak  wcześnie?  -  mamrotała  Tordhild  sennie,  kiedy 

Sivert  ostrożnie  usiłował  przez  nią  przejść  w  nieudanej  próbie  niezrywania  jej  ze  snu.  - 
Wczoraj  wieczorem  położyliśmy  się  bardzo  późno,  a  przecież  wyjeżdżamy  dopiero  o 
jedenastej. 

Pogłaskała go pośpiesznie po brzuchu, który akurat znajdował się nad nią. 
-  Czy wydarzyło się coś szczególnego? 
-  Nie,  nic  innego  tylko  to,  że  mam  ochotę  porozmawiać  z  Oją,  zanim  wyjadę  -  odparł 

Sivert, zaczynając się ubierać. 

-  Z Oją? A to o czym? 
-  O  dworze  i  o  dziedzictwie.  On  nie  czuje  się  bezpiecznie,  byłoby  niedobrze,  gdybym 

wyjechał i go tak z tym zostawił. 

background image

-  Ale chyba nie powiesz mu, że... 
Tordhild usiadła i patrzyła na Siverta wytrzeszczonymi oczyma. 
-  Nie,  nie,  chcę  tylko  zapewnić  mojego  brata,  że  dwór  jest  jego.  Na  zawsze.  Że  nie 

powinien  się  niczym  martwić.  Że  niczym  go  nie  zaskoczę  i  nadal  myślę,  że  dobrze 
postąpiłem. Patrzyłem na niego, kiedy przyjechaliśmy. Nie wszystko z nim jest w porządku. 

Zapiął koszulę i wciągnął przez głowę sweter. 
-  Być może nasze stosunki ułożą się znacznie lepiej, będziemy ze sobą bardziej szczerzy, 

jeśli go o wszystkim zapewnię - dodał. - On musi się tego dowiedzieć ode mnie, to chciałem 
powiedzieć. 

Tordhild opadła z powrotem na poduszki i patrzyła na męża. 
-  Ty jesteś bardzo dobrym człowiekiem, Sivercie - powiedziała cicho. - Zawsze myślisz o 

innych. Chcesz, żeby im było dobrze. Niewielu ludzi tak czyni. 

Sivert pochylił się i pocałował ją delikatnie. 
-    Pośpij  sobie  jeszcze  -  powiedział,  głaszcząc  ją  po  policzku.  -  Czeka  nas  dzisiaj  długa 

podróż. 

Tordhild  skinęła  głową,  podciągnęła  pierzynę  do  samego  nosa  i  westchnęła  sennie.  Już 

zasypiała, kiedy dotarł do niej dźwięk cicho zamykanych drzwi. 

  
Sivert  słyszał,  że  w  kuchni  są  już  ludzie.  Ktoś  stukał  naczyniami,  ktoś  przesuwał  meble. 

Ś

cierka  do  podłogi  raz  po  raz  spadała  z  plaśnięciem.  Najwyraźniej  służące  już  od  dawna 

sprzątały to, czego nie zdążyły uporządkować wczoraj wieczorem, po wyjściu ostatnich gości. 

Włożył w sieni kurtkę i wyszedł na dwór. 
Dzień  był  szary  i  mglisty.  Gęsta  mgła  poruszała  się  wolno  ponad  fiordem  i  chociaż  nie 

było nawet w połowie tak zimno jak wczoraj, to czuło się chłód i wilgoć. Sivert wsunął obie 
ręce w kieszenie i ruszył w stronę stajni. 

  
Ciepły zapach koni uderzył go w nozdrza, kiedy otworzył drzwi i wszedł do środka. Sivert 

głęboko wciągnął powietrze. Spadły na niego wspomnienia z przeszłości. W tej stajni spędził 
tak wiele czasu, zwłaszcza od kiedy Johan podarował mu Simę. Jakże on kochał tego konia! 
Sam przejął całą opiekę nad nim - karmienie, przeprowadzanie, czyszczenie i ścielenie, odkąd 
był  na  tyle  duży,  by  sam  mógł  sięgnąć  do  grzbietu  wspaniałego  konia.  Tylko  że  do  tego 
musiało minąć parę lat. Johan bowiem dał mu tego koma, kiedy Sivert skończył trzy lata. To 
czyste szaleństwo wzbudziło też zainteresowanie w całej wsi i daleko poza nią. Nikt nie daje 
wspaniałego  konia  trzylatkowi,  nawet  jeśli  ten  jest  dziedzicem  Stornes,  gadali  ludzie, 
spoglądając nienawistnie w stronę dworu. Ale Johan to zrobił. Nic nie było za dobre dla jego 
syna, pomyślał Sivert. 

Zapamiętał  Johana  Stornesa  takim,  jakim  go  widział  we  wczesnym  dzieciństwie.  Jako 

dobrego ojca. Dlatego nie mógi pojąć, co się stało, kiedy ojciec nagle całkowicie się odmienił. 
Johan  stał  się  ponury,  bez  powodu  wpadał  w  złość  i  w  ogóle  nie  odzywał  się  do  chłopca. 
Zaczął też dużo pić. Sivert rozumiał to, chociaż miał wtedy zaledwie pięć lat. 

Na  pół  z  płaczem  zapytał  matkę,  czy  tata  go  już  nie  kocha.  Mali  pośpieszyła  z  jakimiś 

wyjaśnieniami,  że  tata  jest  zmęczony,  bo  odpowiedzialność  za  cały  dwór  spoczywa  na  jego 
głowie, ale to Sivertowi niewiele pomogło. Zapamiętał, jak bardzo cierpiał w tamtym czasie. I 
chyba nie on jeden, ale to zrozumiał dopiero, kiedy poznał całą prawdę, sześć lat temu. Johan 
musiał przeżyć największy szok w życiu, kiedy dotarło do niego, że Mali go zdradziła oraz że 
ten syn, którego stawiał ponad wszystko na ziemi, wcale nie jest jego synem, tylko cygańskim 
bękartem! 

Matka  mówiła,  że  ojciec  traktował  ją  źle  również  przedtem,  ale  że  po  tym,  jak  Johan 

odkrył jej tajemnicę, życie z nim stało się piekłem. Sivert świetnie to rozumiał. Niewielu by 
milczało, gdyby im ciśnięto w twarz taką prawdę. Sivert był przeciwny wszelkiej przemocy, 

background image

mimo  to  żywił  pewne  zrozumienie,  że  Johan  zmienił  się  w  potwora  po  tym,  czego  się 
dowiedział. W jednej chwili odebrano mu wszystko, czym żył. Syna, żonę, dziedzica, honor i 
przyszłość.  Z  człowieka,  który  posiadał  tak  wiele,  nagle  Johan  Stornes  stał  się  żałosnym 
rogaczem. Żona wolała Cygana! 

Sivert  pamiętał  swoją  babkę,  tę  wyprostowaną,  surową  Beret.  Pamiętał,  jakie  ważne  dla 

wszystkich  w  Stornes  było  zachowanie  pozorów,  sprawy  dziedziczenia  i  to,  co  ludzie 
powiedzą,  Johan  też  został  tak  wychowany.  Sivert  potrafił  zrozumieć,  U  niełatwo  było  mu 
ż

yć,  kiedy  ponura  prawda  wyszła  na  jaw.  I  tu  ona  do  tego  doprowadziła,  moja  matka, 

pomyślał z goryczą. 

Przeczesał  palcami  włosy,  westchnął  i  starał  się  o  tym  nie  myśleć.  Na  nic  się  zda 

nieustanne roztrząsanie starej historii, Tordhild powtarzała mu to raz po raz. I Sivert wiedział, 
ż

e  żona  ma  rację.  Nigdy  jednak  te  sprawy  nie  opuściły  jego  pamięci.  Lecz  dotknęły  go 

samego zbyt boleśnie. 

Poczuł  krótki,  ostry  ból,  który  sprawił,  że  się  skulił.  Boże  Narodzenie  w  Stornes 

przypomniało mu ponownie wszystko, co utracił. Bo choć sam miał się teraz bardzo dobrze i 
chociaż zaszedł już tak daleko, że był w stanie przyjechać znowu do Stornes - zresztą głównie 
dzięki  Tordhild,  pomyślał  -  to  nic  nie  było  takie  jak  przedtem.  Stosunek  do  matki  też  nie. 
Układało się między nimi poprawnie, Sivert musiał jednak przyznać, że oboje utracili coś na 
zawsze. 

Kochał ją tak bardzo. W jego oczach była pozbawiona jakichkolwiek wad. Nikt nie mógł 

się  równać  z  jego  piękną,  silną  matką.  Nikogo  nie  cenił  wyżej  od  niej.  Gniew,  rozpacz  i 
poczucie,  że  ją  utracił,  pozostaną  na  zawsze.  I  tęsknota...  tęsknota  za  tamtymi  dobrymi 
dniami, poczuciem bezpieczeństwa i radością bycia z nią. To już nigdy nie wróci. Nigdy nie 
będzie jak dawniej. Domyślał się tego już wcześniej, ale rana nadal krwawiła. Mówi się, że 
czas leczy rany, ale Sivert nie był tego taki pewien. 

-  Co ty tu, na Boga, robisz? 
Z głębi stajni wyłonił się Oja ze zgrzebłem w ręce. Podszedł do zagrody wielkiego ogiera i 

zaczął  go  czyścić  długimi,  zdecydowanymi  ruchami.  Sivert  nie  od  razu  odpowiedział. 
Pochylił się w stronę zagrody i przyglądał się bratu. Po chwili Oja spojrzał na niego. Wpił w 
niego spojrzenie. Było to spojrzenie mroczne, niemal agresywne, a zarazem niepewne. 

-  Chciałem  porozmawiać  z  tobą,  zanim  dzisiaj  wyjedziemy  -  oznajmił  Sivert,  rozpinając 

kurtkę. - Przedtem nie było na to zbyt wiele czasu - dodał. 

-  Miałeś całe trzy dni - mruknął Oja, nie patrząc na brata. Głos miał ochrypły. 
-  Chciałem porozmawiać z tobą w cztery  oczy  - wyjaśnił Sivert. - A jakoś nie trafiła się 

okazja. 

Zauważył,  jaki  brat  jest  spięty.  Woń  ludzkiego  potu  mieszała  się  ze  znajomym,  dobrym 

zapachem konia. 

-  Czy my dwaj mamy jeszcze coś do omówienia? 
Głos Oi brzmiał teraz ostro i chłodno. Sivert wyciągnął rękę i położył mu na plecach. Oja 

podskoczył, przestał czyścić konia i odwrócił się do brata. 

-  Posłuchaj  no  mnie  teraz,  Oja  -  zaczął  Sivert  spokojnie.  -  Obaj  wiemy,  że  to  ja  miałem 

zostać dziedzicem naszego dworu. I rzeczywiście zamierzałem nawet podjąć próbę, zająć się 
gospodarstwem,  wtedy,  kiedy  przyjechałem  tutaj  z  Tordhild,  chociaż  nigdy  nie  miałem 
zadatków  na  gospodarza.  Właściwie  nigdy  nie  chciałem  tego  dworu  -  dodał.  -  Nie  bardzo 
jednak  miałem  możliwość  się  nad  tym  zastanawiać.  Jeśli  ktoś  jest  dziedzicem,  to  po  prostu 
nim  jest.  Wspomniałem  jednak  mamie,  zanim  wyjechałem,  że  ja  wolałbym  poświęcić  się 
muzyce. 

Roześmiał się cicho, potem zgarniał jakieś wiórki z belki, o którą się opierał. 
-  Zresztą po raz pierwszy powiedziałem jej to, kiedy miałem jakieś pięć czy sześć lat. To 

jednak  nie  padło  na  podatny  grunt.  Mimo  wszystko  zamierzałem  z  tym  zerwać.  Uprzeć  się. 

background image

Potem  jednak  spotkałem  Tordhild  i  zapragnąłem  mieć  coś  stałego.  Rodzinę.  Dom.  I  chyba 
właśnie dlatego przyjechałem wtedy do domu, żeby się ożenić i osiąść tutaj na zawsze. 

Oja stał sztywny, bez ruchu, i patrzył w ziemię. Oddychał ciężko. 
-  I teraz chcesz odebrać dwór? - wykrztusił z trudem. 
-  Nie, wcale tego nie chcę, Oja. 
Sivert znowu położył rękę na ramieniu brata. Oja próbował się usunąć, ale koń stał mu na 

drodze. 

-  Ja  wiem, że  ty  się  przez  cały  czas  boisz  -  ciągnął  dalej  Sivert.  -  Boisz się,  że zażądam 

zwrotu  dworu.  Chociaż  wiem,  że  widziałeś  dokumenty,  w  których  zostało  napisane,  że 
zrzekam się prawa do dziedziczenia Stornes. 

-  Papiery można napisać od nowa - mruknął Oja cicho. 
-  Nie  takie  papiery,  Oja.  To,  co  widziałeś,  to  jest  oficjalny  dokument,  potwierdzony  w 

sądzie. Ja nie mogę się teraz wycofać. Zresztą nigdy nie miałem takiego zamiaru. 

Po raz pierwszy Oja spojrzał mu prosto w oczy. Wciąż miał we wzroku tę niepewność. 
-  Ale masz syna... 
-  Mam i bardzo się z tego cieszę - uśmiechnął się Sivert. -To jednak niczego nie zmienia. 

Zrzekłem  się  dziedzictwa  z  własnej  woli.  Dwór  jest  twój  i  na  zawsze  twoim  pozostanie. 
Będziesz  się  więc  musiał  niedługo  zatroszczyć  o  syna,  ty  także,  byś  miał  komu  później 
przekazać dwór. 

Przez dłuższą chwilę w stajni zaległa cisza. Oja niespokojnie szarpał zgrzebło. 
-  A co spowodowało, że zrzekłeś się prawa do Stornes? - zapytał w końcu. 
Sivert przeczesał ręką włosy. Przez moment jego spojrzenie było dalekie i niezgłębione. W 

końcu głęboko wciągnął powietrze. 

-  Nie  musisz  tego  wiedzieć  -  odparł  spokojnie.  -  To  jest  sprawa,  którą  i  ja  dawno 

zostawiłem  za  sobą.  Ty  także  powinieneś  to  zrobić.  Odkąd  przyjechaliśmy,  widziałem,  jak 
bardzo  jesteś  niepewny,  i  nie  chcę,  żeby  dalej  tak  było.  Zawsze  pragnąłem  mieć  brata,  ale 
jakoś nigdy nie udało mi się do ciebie zbliżyć. Pewnie wiele rzeczy się na to złożyło, myślę 
jednak, że najważniejszą rolę odegrał ten właśnie dwór - mówił w zamyśleniu. - Stornes jest 
twoje,  Oja.  Nie  zdobyłeś  go  podstępem.  Otrzymałeś  je  w  honorowy  sposób.  Ja  nie  chcę  ci 
niczego odbierać. 

Oja długo mu się przyglądał. Powoli napięcie opuszczało jego ciało. 
-  Muszę przyznać, że tego nie rozumiem - bąknął cicho. 
-  Ja mam muzykę - odparł Sivert. - I nigdy nie miałem zadatków na gospodarza, Oja. 
Przez twarz brata przemknął lekki uśmiech. 
-  Chyba rzeczywiście nie, skoro tak uważasz...  Znowu spoważniał. Spojrzał Sivertowi w 

oczy. 

-  Ale  do  twojej  decyzji  musiało  się  przyczynić  coś  więcej  niż  tylko  to,  że  nie  masz 

zadatków  na  gospodarza  -  powiedział.  -  Mimo  wszystko  byłeś  pierworodnym  synem, 
dziedzicem, dwór był twój. A Stornes to przecież nie byle jaki dwór. Być może w przyszłości 
twój syn chciałby go przejąć - dodał. 

-  Ale  przejmie  go  twój  syn  -  oznajmił  Sivert  i  mocno  uścisnął  dłoń  brata.  -  Ja  mam 

wszystko, czego mógłbym pragnąć, Oja, z wyjątkiem brata... 

Oja spojrzał na niego pośpiesznie. Powoli rumieniec wypływał na jego twarz. 
-  Masz przecież mnie... 
-  Tak, ty zawsze tutaj byłeś. Nigdy jednak nie czułem, że jesteśmy braćmi. A ty? 
Oja  nie  odpowiedział.  Niespokojnie  przestępował  z  nogi  na  nogę.  Koń  uniósł  głowę  i 

szturchał  go  chrapami.  Oja  pogłaskał  go,  nie  bardzo  zdając  sobie  sprawę  z  tego,  co  robi. 
Sivert to spostrzegł. Oja wolno wyszedł na środek stajni. Stanął twarzą w twarz z Sivertem. 
Zgrzebło wypadło mu z ręki, ale na to też nie zwrócił uwagi. 

background image

-  Ja...  ja...  -  Oja  głośno  wciągnął  powietrze.  -  Ja  zawsze  czułem,  że  wszystko  kręci  się 

wyłącznie dookoła ciebie - wyszeptał. - Nasza mama... ja dla niej byłem nikim. 

Patrzył na Siverta. Wzrok miał mroczny i lekko zamglony. Sivert pojął, że brat walczy z 

płaczem. 

-  Bywały  chwile,  że  cię  nienawidziłem  -  wykrztusił  Oja.  -  Ty  miałeś  wszystko,  dwór, 

mamę...  wszystko.  Ja  nie  miałem  nic,  tak  to  odczuwałem.  Nie  znałem  nawet  swojego  ojca. 
Stałem się więc zimny i... momentami zły. 

Otarł rękawem nos i patrzył  gdzieś w dal przez małe okienko w stajni. Ja też nie znałem 

swojego ojca, pomyślał Sivert ponuro. Ja tylko myślałem, że znam ojca. 

-  Dwór znaczył dla mnie po prostu życie - ciągnął dalej Oja. - Kiedy dotarło do mnie, że 

nie  będzie  do  mnie  należał,  przeżyłem  szok.  Pamiętam,  że  mama  mi  to  któregoś  dnia 
powiedziała.  Miałem  wtedy  kilka  lat,  ale  odkąd  pamiętam,  zawsze  myślałem,  że  to  ja  będę 
dziedzicem.  Nic  innego  nie  przychodziło  mi  do  głowy,  nie  wiem  dlaczego.  I  nagle  okazało 
się, że to nieprawda. Ze wszystko jest twoje... 

-  Bardzo dobrze to rozumiem. Sivert patrzył na brata. - Naprawdę rozumiem to wszystko, 

Oja.  Zrozumiałem  to  już  dawno  i  dlatego  chciałem  porozmawiać  z  tobą  sam  na  sam.  Bo 
chciałbym, żebyś wiedział, że wszystko jest tak, jak ma być, to znaczy tak, jak jest teraz. Mój 
syn nie umrze z głodu, jeśli nie dostanie Stornes. On nie ma żadnego prawa do tego dworu. 
Zresztą  nie  wiem,  czy  byłby  lepszym  gospodarzem  niż  ja  -  dodał  po  chwili  z  uśmiechem.  - 
Ale to nie o to chodzi, Oja. Chodzi o to, że chciałbym, abyś wiedział, że stało się tak dlatego, 
bo ja chciałem, żeby tak było. Dwór jest twój i przejmą go twoje dzieci.  

Wolno wyciągnął rękę do brata. 
-  Czy możemy sobie teraz uścisnąć dłonie jak bracia? - spytał cicho. - Jak dobrzy bracia. 
Oja  popatrzył  na  niego.  Próbował  ukryć  łzy,  które  napływały  mu  do  oczu.  Z  jego  serca 

spadło brzemię, które dźwigał przez wiele lat. Wiedział, że może polegać na Sivercie. Że nie 
musi  już  dłużej  zachowywać  czujności.  Przepełniała  go  niewypowiedziana  wdzięczność  i 
głęboki szacunek dla brata. Wolno wyciągnął rękę. Sivert ujął ją i mocno uściskał. 

-  Zabrało mi to sporo czasu, ale w końcu mam brata. Ja też mam brata - uśmiechnął się. - 

To bardzo dobre uczucie, pragnąłem go od dawna. 

-  I  ja  -  przytaknął  Oja  cicho.  -  Wciąż  nie  do  końca  to  rozumiem,  ale  to  chyba  nie  ma 

wielkiego znaczenia. Masz rację, nie muszę wszystkiego wiedzieć. Teraz wiem to, co jest dla 
mnie najważniejsze, że mianowicie Stornes jest moim dworem. Żebyś ty wiedział... 

-  Ja wiedziałem - rzekł Sivert z wolna. Skinął głową i wypuścił dłoń Oi. W jego ciemnych 

oczach pojawiły się złociste plamki. Oja nigdy przedtem nie zwrócił uwagi na to, że brat ma 
takie dziwne oczy. 

-  Powinienem  wracać  do  izby  i  zjeść  śniadanie  -  powiedział  Sivert.  -  O  jedenastej 

wyjeżdżamy. 

-  Mam  nadzieję,  że  niedługo  znowu  przyjedziecie  -  rzekł  Oja,  patrząc  bratu  w  oczy.  - 

Naprawdę  tak  myślę,  Sivercie,  teraz  chyba  wiesz.  Ty  i  twoja  rodzina  będziecie  zawsze 
serdecznie witani u nas w Stornes. Mam przecież tylko jednego brata - dodał cicho. 

-  Dziękuję ci - uśmiechnął się Sivert. - Nie zapomnę o tym, bracie. 
Potem odwrócił się i wyszedł ze stajni. 
 
Ruth  powoli  otrząsała  się  z  oszołomienia,  w  którym  od  dłuższego  czasu  się  znajdowała. 

Nie spała przez całą noc, od czasu do czasu jedynie zapadała w coś w rodzaju zamroczenia, 
wywołanego bólem, żalem i rozpaczą. 

Nie dawało jej to wytchnienia, czuła się taka zmęczona i wyczerpana, że nie była w stanie 

myśleć o tym, by kiedykolwiek podnieść się z łóżka. 

Kiedy próbowała się ostrożnie przewrócić na drugi bok, z jej gardła wyrwał się cichy jęk. 

Plecy i pośladki Ruth były jedną otwartą raną po tych wszystkich ciosach, które poprzedniego 

background image

wieczora zadał jej pas Samuela. Była sztywna z bólu, naprawdę nie miała pojęcia, jak zdoła 
wstać. 

Samuel  spał  obok  niej.  Ruth  na  moment  zatrzymała  na  nim  spojrzenie.  Poczuła,  że  go 

nienawidzi! 

Ś

wiadomość  tego  spadła  na  nią  niczym  błyskawica,  musiała  mocno  zasłonić  ręką  usta. 

Boże,  ja  muszę  mu  wybaczyć!  Myślała  tak,  bo  to  przecież  ona  zgrzeszyła,  ona  oddała  się 
mężczyźnie bez ślubu. Nie ma więc teraz prawa nienawidzić Samuela Mimo wszystko jednak 
nienawidziła  go.  To  uczucie  płonęło  w  jej  duszy  żywym  ogniem,  Ruth  skuliła  się,  gdy 
mdłości podeszły jej do gardła. 

Jak  zdoła  żyć  dalej  z  Samuelem?  Przyszłość  z  tym  człowiekiem,  na  którą  tak  czekała, 

wydała jej się nagle niezmierzoną, nieprzeniknioną ciemnością. W ciągu tej nocy łuski opadły 
jej z oczu. Zdała sobie sprawę, że Samuel musi być w jakiś sposób chory. Albo chory, albo 
szalony,  myślała,  czując,  że  strach  dławi  ją  w  gardle.  Być  może  zresztą  i  jedno,  i  drugie.  I 
znowu  będzie  ją  bił,  tego  była  absolutnie  pewna.  Zniszczy  jej  życie,  wykorzysta  ją  i 
upokorzy. Nie znała żadnego człowieka, który mógłby komuś zrobić coś takiego, co Samuel 
zrobił jej. 

O tylu rzeczach nie miałam pojęcia, pomyślała ze smutkiem. Była taka naiwna, taka zajęta 

czekaniem  na  przyjście  właściwego  mężczyzny.  Tego,  którego  Bóg  dla  niej  wybrał. 
Uwierzyła, że to jest Samuel, ponieważ on był taki mądry, a ona taka głupia. Ale z Samuelem 
Pan Bóg nie ma nic wspólnego, zrozumiała to dopiero teraz. Samuel jest dziełem szatana! 

Czego on od niej chce? Bo przecież niemożliwe, żeby interesowal się jej osobą, w każdym 

razie nie mogło być mowy o uczuciach wtedy, gdy upokarzał ją tak jak ostatniego wieczora. 
Co do tego również nabrała tej nocy pewności. Tego, co on jej zrobił, nie robi się z miłości. 
Nie  robi  się  też  z  poczucia  sprawiedliwości,  chociaż  misjonarz  był  szczerze  przekonany,  że 
ma  prawo  ją  karać.  Za  tym  wszystkim  musi  się  kryć  coś  innego.  Coś,  co  przez  moment 
dostrzegła w jego oczach. Jakieś dzikie podniecenie... 

Ale w końcu nie musiał się ze mną żenić, pomyślała Ruth. Rodzice co prawda byli bardzo 

stanowczy,  ale  mimo  wszystko  ślub  nie  był  konieczny.  Tymczasem  Samuel  zgodził  się  na 
małżeństwo bez najmniejszego protestu. 

Nagle  Ruth  przypomniała  sobie  rozmowę  z  nim  na  temat  spadku.  Tak,  to  chyba  właśnie 

jest  powód!  On  uważał,  że  to  Ruth  odziedziczy  Stornes,  a  przynajmniej  znaczną  część  tego 
znakomitego dworu. Musiała mu się wydawać godna pożądania ze względu na pieniądze! 

Nie, on nie jest taki! Łzy znowu pociekły po twarzy, musiała wbić sobie do ust narożnik 

pierzyny, żeby stłumić szloch. To przecież jest mój Samuel, myślała z rozpaczą. Czuły, ciepły 
i  pełen  troskliwości.  Największe  przerażenie  budziło  w  niej  to,  że  w  Samuelu  jest 
równocześnie jakby dwóch ludzi, ale mimo wszystko jest to wciąż Samuel. On mnie nie tylko 
przywołuje do porządku i karze w zwyczajny sposób, tak jak na to zasłużyłam, myślała Ruth 
w rozpaczliwym żalu z powodu tego, co zrobiła. On mnie też upokarza i wykorzystuje. A to 
nie jest właściwe. 

Ogarnęła  ją  kolejna  fala  mdłości.  Położyła  rękę  na  małym  zaokrągleniu  w  dole  brzucha. 

Łzy  spływały  strumieniem  na  rozpalone  policzki.  Mimo  wszystko  teraz  jest  już  za  późno. 
Ruth nosi dziecko Samuela, poza tym przysięgała mu w obliczu Boga i ludzi. Rodzice i Sivert 
przejrzeli Samuela, teraz to rozumiała. To dlatego mówili, że chętnie wezmą na siebie wstyd, 
iż ich córka jest panną z dzieckiem. Ale niestety, to sama Ruth musi odpowiedzieć za to, co 
zrobiła. Musi brać dni takimi, jakie będą. Cierpieć i milczeć. Ale najważniejsze, to przeżyć, 
pomyślała półprzytomnie. Przeżyć ze względu na dziecko. 

 
Ruth  wymknęła  się  z  łóżka  cicho,  by  nie  budzić  Samuela.  Będzie  wściekły,  kiedy  się 

obudzi i stwierdzi, że ona zeszła już na dół, ale trudno, Ruth zniesie i to. Nie była w stanie 

background image

patrzeć na niego ani z nim rozmawiać, przynajmniej w tej chwili. Zniesie więc konsekwencje 
tego, co teraz robi, kiedy nadejdzie pora. 

Bezgłośnie  ubrała  się  i  na  palcach  zeszła  na  dół.  Umyć  może  się  w  kuchni.  Nikt  nie 

powinien  niczego  po  niej  poznać.  Teraz  była  zadowolona,  że  zdecydowali  się  na  skromne 
wesele.  Zwykle  następnego  dnia  po  ślubie  po  domu  kręci  się  mnóstwo  gości.  Wielu  ludzi 
nocuje  w  domu  weselnym  i  oczekuje,  że  para  młoda  usiądzie  z  nimi  do późnego  śniadania. 
Tym  razem  było  inaczej.  W  domu  został  tylko  Sivert  i  jego  rodzina.  Nawet  zwierzchnik 
Samuela z Berkak i jego małżonka woleli wyjechać wieczorem do Surnadalen i przenocować 
w tamtejszej gospodzie. Chcieli rano pierwszym autobusem wyruszyć na północ. 

Ruth  słyszała,  że  w  domu  rodziców  są  jacyś  ludzie,  nie  wiedziała  jednak,  kto  to. 

Pośpiesznie  zeszła  do  kuchni.  Stary  zegar  na  podłodze  wskazywał  parę  minut  po  dziesiątej. 
Sivert  i  Tordhild  wkrótce  wyjadą.  Ruth  powinna  się  ogarnąć  i  wyjść,  żeby  się  z  nimi 
pożegnać. 

Poczuła  ból  w  całym  ciele,  kiedy  pochyliła  się  nad  miednicą  i  obmyła  twarz  w  zimnej 

wodzie.  Kiedy  zobaczyła  swoje  odbicie  w  lustrze,  przestraszona  odskoczyła  w  tył.  Twarz 
miała niemal białą i sine cienie pod oczami. Natomiast oczy... co się stało z jej oczami? Ruth 
pochyliła się bliżej lustra i przyglądała się badawczo swojemu odbiciu. Wyglądała okropnie. 
W jakimś sensie była do siebie niepodobna. Nie miała pojęcia, dlaczego tak jest. Zrozumiała 
to dopiero, kiedy w lustrze napotkała własne spojrzenie. Światło w jej oczach zgasło. 

Ruth  uczesała  włosy,  zaplotła  je  w  warkocz  i  znowu  spojrzała  w  lustro.  Nikt  nie  może 

widzieć  jej  w  takim  stanie!  Natychmiast  by  zrozumieli,  że  coś  jest  nie  tak,  że  stało  się  coś 
strasznego.  Nie  była  w  stanie  nawet  myśleć  o  spojrzeniach  domowników  i  o  ich  cichych 
pytaniach.  Gdyby  ktoś  mnie  objął,  na  pewno  bym  się  rozpłakała,  myślała  przerażona. 
Załamałabym się. Nie wolno do tego dopuścić. 

Matka  i  tak  zrozumie,  że  dzieje  się  coś  złego,  od  tego  Ruth  nie  ucieknie.  Może  jednak 

odsunąć  to  wszystko  w  czasie.  Być  może  pójdzie  na  chwilę  do  izby  w  ciągu  dnia.  Będzie 
udawać, że jest tylko zmęczona po weselu i poślubnej nocy. Często uważa się za dobry znak 
to, że panna młoda jest blada i niewyspana po pierwszej nocy z mężem. To oznacza bowiem, 
ż

e pan młody wykonał swoje zadanie, jak należy, i że bardzo się starał. Muszę tylko dać sobie 

trochę  czasu,  to  jakoś  przeżyję  spotkanie  z  rodzicami  i  resztą  domowników,  myślała  Ruth. 
Ale Sivert... 

Sivert natychmiast by zrozumiał. Sama myśl o tym sprawiła, że Ruth skuliła się z jękiem. 

Sivert wiedziałby, jaki straszny błąd popełniła. Chciałby ją objąć i przytulić, a wtedy ona nie 
zdołałaby  powstrzymać  płaczu.  I  do  czego  by  to  wszystko  doprowadziło?  Być  może  Sivert 
wziąłby sprawę w swoje ręce i natychmiast przegonił Samuela z dworu? 

Ruth wyobraziła to sobie i z przerażenia zakręciło jej się w głowie. Żeby tylko chciał tak 

zrobić,  pomyślała  zrozpaczona,  żeby  tak  chciał  uwolnić  ją  od  tej  strasznej  sytuacji,  żeby 
nareszcie miała spokój. Żeby już nie musiała spotykać tego człowieka, który leży i śpi tam na 
górze. Wolałabym raczej znaleźć się w piekle, niż patrzeć na niego, myślała. Tam nie byłoby 
mi dużo gorzej niż w życiu, jakie czeka mnie z człowiekiem, którego poślubiłam. 

Ś

ciągnęłaby  jednak  wstyd  na  rodzinę  i  dwór.  Wszyscy  cierpieliby  z  jej  powodu.  A  jej 

dziecko  na  zawsze  zostałoby  pozbawione  ojca.  Nie,  czegoś  takiego  Ruth  zrobić  nie  może! 
Weszła  w  związek  z  Samuelem  z  otwartymi  oczyma.  Pozwoliła,  by  pożądanie  i  zmysły 
kierowały  jej  postępowaniem.  W  takim  razie  teraz  weźmie  na  siebie  sama  całą 
odpowiedzialność  za  swoje  postępowanie.  Ruth  skuliła  się,  kiedy  usłyszała  jakiś  ruch  za 
drzwiami.  Serce  tłukło  się  jej  w  piersi  jak  szalone,  mocno  trzymała  się  ławki,  na  której 
siedziała. Nagle usłyszała dźwięczny śmiech Johannesa i zrozumiała, że Sivert wraz z rodziną 
są gotowi do wyjazdu. 

Nie zdążyła jeszcze napalić w kuchni. Ostrożnie zdmuchnęła świece, które zapaliła, kiedy 

zeszła  na  dół.  Gdyby  teraz  ktoś  tutaj  zajrzał,  stwierdzi,  że  w  domu  dziadków  jest  pusto  i 

background image

zimno.  Pomyślą,  że  Ruth  nadal  śpi.  Żeby  tylko  Samuel  nie  zszedł  na  dół,  pomyślała, 
nasłuchując dźwięków z góry. Wtedy bowiem wszystko by się wydało. 

Ostrożnie  wyglądała  przez  kuchenne  okno.  Podwoda  była  już  gotowa  i  czekała  na 

podróżnych.  Ruth  nie  może  pozwolić,  żeby  Sivert  wyjechał  bez  pożegnania!  Nagle  wydało 
się jej, że tylko ta sprawa ma jakiekolwiek znaczenie. Chciała poczuć uścisk silnych ramion 
brata. Pragnęła przytulić twarz do jego ciepłej szyi i rozpłakać się. Bo Sivert byłby w stanie ją 
uratować! 

Na  dziedzińcu  zrobiło  się  zamieszanie.  Ruth  słyszała  rozmowy  i  śmiechy.  Słyszała,  jak 

mama mówi coś do Tordhild. Słyszała Johannesa. 

-  Czy Ruth jeszcze nie wstała? 
Ruth przywarła do ściany, kiedy usłyszała głos Siverta. 
-  Nie, najwyraźniej jeszcze śpi - odparła Mali. - Bo w przeciwnym razie z pewnością by 

zeszła, żeby się z wami pożegnać. 

-  No to ja zajrzę do domu dziadków - oznajmił Sivert. 
Z  bijącym  sercem  Ruth  słuchała,  jak  jego  kroki  zbliżają  się  do  drzwi.  Na  trzęsących  się 

nogach stała przy samej ścianie. Drzwi do domu dziadków otworzyły się. 

-  Hallo, jest tam kto? Ruth... 
Tak,  tak,  chciała  krzyknąć,  ale  przez  jej  spękane  wargi  nie  przedostał  się  żaden  dźwięk. 

Drzwi  ponownie  się  zamknęły.  Ruth  położyła  się  na  kuchennej  leżance  i  wyglądała  przez 
okno. Widziała Mali, Havarda i Oję, którzy czekali przy saniach. Przez łzy Ruth patrzyła, jak 
Johannes  obejmuje  ich  wszystkich  po  kolei.  Patrzyła,  jak  tamci  ściskają  sobie  ręce  na 
pożegnanie. 

Kiedy sanie ruszyły, widziała jeszcze, że Sivert ogląda się i patrzy w jej okna. Cofnęła się 

ostrożnie,  jakby  się  bała,  że  mimo  wszystko  ją  zobaczy.  Sanie  szybko  przejechały  przez 
mostek przy pralni i skierowały się w stronę wzgórza. Teraz jest już za późno! 

Płacz i mdłości sprawiły, że nie mogła oddychać. Na chwiejnych nogach brnęła w stronę 

umywalki, dotarła tam w ostatniej chwili i zwymiotowała. 

   
ROZDZIAŁ 11. 
  
Kiedy  Samuel  wkroczył  do  izby  w  domu  dziadków,  Ruth  leżała  na  leżance.  Napaliła  w 

piecu,  poza  tym  jednak  nie  zrobiła  nic.  Nie  nakryła  do  śniadania,  nie  zapaliła  ani  jednej 
ś

wiecy. 

Samuel  zatrzymał  się  w  drzwiach  i  patrzył  na  nią.  W  to  zimne,  szare,  zimowe 

przedpołudnie wyglądała straszliwie blado. 

-  Dlaczego wstałaś przede mną? - spytał, podchodząc do leżanki. - Chyba jest w zwyczaju, 

również w tych okolicach, że para młoda następnego dnia po ślubie wstaje razem? 

-  Musiałam  zwymiotować  -  odparła  Ruth  cicho.  -  Nie  chciałam  cię  budzić.  Dlatego 

zeszłam na dół. 

-  Zwymiotować? Czy ty jesteś chora, to chcesz powiedzieć? 
-  Po prostu musiałam zwymiotować - powtórzyła Ruth. - Nie zastanawiałam się specjalnie 

nad tym, dlaczego. 

-  Coś mi się wydaje, że ty  po prostu chciałaś się pożegnać z Sivertem  - uznał Samuel. - 

Nie chcesz chyba jednak przyznać, że brat znaczy dla ciebie więcej niż ja. 

Ruth wolno odwróciła głowę. Spojrzenie miała mroczne. 
-  Nie pożegnałam się z Sivertem - wykrztusiła ochryple. 
Samuel usiadł obok niej na kanapce i wziął jej ręce w swoje. Dłonie Ruth były lodowate. 

Ona sama z bliska wydawała się jeszcze bledsza. 

-  Biedna  mała  Ruth  -  powiedział  i  pogłaskał  ją  po  policzku.  Zauważył,  że  ciało  żony 

sztywnieje, kiedy on go dotyka. Odwrócił jej twarz ku sobie. 

background image

-  Czy ty jesteś na mnie za coś zła? - spytał. 
Ruth nie odpowiedziała. Zamiast tego odsunęła się na bok i usiadła. 
-  Już  mi  lepiej  -  oznajmiła  krótko,  wstając.  -  Chcesz  śniadanie  czy  wolisz  poczekać,  aż 

pójdziemy do rodziców na obiad? To już niedługo. 

Samuel  objął  ją  i  przyciągnął  do  siebie.  Ciało  Ruth  stawiało  opór.  Sztywna  i  niechętna 

stała przy nim, nawet nie próbowała go objąć. 

-  Co się z tobą dzieje, Ruth? 
-  A jak myślisz? - wysyczała cicho przez sztywne wargi. 
-  Czyżbyś była zła za to, że musiałem... 
-  Ja naprawdę nie rozumiem, że ty... że ty posunąłeś się do tego, by mnie bić, Samuelu! W 

każdym razie nie... nie w ten sposób - dodała niemal bezgłośnie. 

Jej  mroczne  spojrzenie  nagle  zapłonęło  i  mówiła  dalej:  -  Ja  wiem,  że  zgrzeszyłam  i  że 

zasłużyłam na karę. Ale grzech popełniłam wobec Boga, Samuelu. I to Bóg może mnie karać. 
A  ty  nie  jesteś  Bogiem!  Pod  tym  względem  bardzo  się  pomyliłam  -  dodała  z  goryczą.  -  Od 
początku nie widziałam różnicy między tobą a Bogiem. 

-  Ruth,  Ruth,  co  to  znowu  za  gadanie?  Teraz  ja  jestem  twoim  małżonkiem.  I  ty  dobrze 

wiesz,  co  zostało  napisane  w  Biblii,  że  kobieta  musi  być  poddana  swojemu  mężowi.  I  poza 
tym ja jestem wysłannikiem Boga, Ruth. Dobrze o tym wiesz. Jestem w Jego służbie, jestem 
Jego narzędziem. Dlatego to ja cię karzę. W imię Boga - dodał z powagą. 

-  To  nie  znaczy,  byś  mógł...  żebyś  mógł  robić  ze  mną  takie  rzeczy,  jak  dzisiaj  w  nocy  - 

zaprotestowała  Ruth  cicho.  -  To  jest  takie...  takie  obrzydliwe...  ja  tego  nie  rozumiem, 
Samuelu.  Poza  tym  grzeszyliśmy  we  dwoje.  Ty  też  brałeś  w  tym  udział.  Dlaczego  więc  ja 
mam być ukarana, a ty nie? 

Między  brwiami  Samuela  pojawiła  się  głęboka  pionowa  bruzda.  Było  oczywiste,  że  nie 

podoba mu się to, iż Ruth się przeciwko niemu burzy. 

-  Bardzo nie lubię tego, że moja żona mnie lekceważy, i to już następnego dnia po ślubie. 

A już najbardziej mi się nie podoba, że podajesz w wątpliwość moją duchową pracę, Ruth. Ja 
tylko wypełniam słowa Pana, wiesz o tym. A karanie... co ty możesz wiedzieć na temat tego, 
co jest między mną a Panem Bogiem? 

Pogłaskał dłonią jej starannie uczesane włosy. 
-  I wczoraj też mi się sprzeciwiłaś, włożyłaś wianek z kwiatów. Poza tym gadałaś za dużo 

z... z innymi - ciągnął swoje. - To nie przystoi szanującej się kobiecie, a już zwłaszcza tobie, 
mojej małżonce! Pamiętaj o mojej pozycji, Ruth. Pamiętaj o tym, kim ja jestem! 

Ruth wbiła w niego wzrok. 
-  Prawie  całą  noc  przesiedziałam  na  krzesełku  przy  oknie,  Samuelu  -  oznajmiła  cicho.  - 

Nie mogłam pojąć, że ty w naszą noc poślubną posunąłeś się do tego, że tak strasznie mnie 
pobiłeś. Przedtem też podnosiłeś na mnie rękę, ale potem byłeś jak odmieniony, więc... 

Zmęczonym ruchem otarła swoją poszarzałą twarz. 
-  Ja  myślałam,  że  wiem,  kim  jesteś,  ale  tak  nie  było.  Nie  rozumiem  tego,  co  się  dzieje. 

Kiedy  do  nas  przyjechałeś...  uwierzyłam,  że  jesteś  tym,  którego  mi  Bóg  przeznaczył.  Teraz 
już tego nie wiem, bo głównie się ciebie boję, Samuelu. Boję się ciebie, kiedy... 

Mimo woli jej wzrok padł na pasek Samuela ze lśniącą sprzączką. Na jego widok skuliła 

się przestraszona. - Ale wyszłam za ciebie za mąż i muszę pozostać w tym stanie - dodała. - 
Nie  mogę  popełnić  jeszcze  jednego  grzechu  i  zerwać  małżeństwa.  I  będę  milczeć  na  temat 
tego, co ze mną robisz. Nie mogę znieść myśli, że moi rodzice mogliby się dowiedzieć... sama 
sobie ciebie wybrałam - dodała z goryczą. 

-  Czy ty mnie kochasz, Ruth? 
Samuel ujął podbródek żony i zwrócił jej twarz ku sobie. 
-  Nie  bardziej  niż  ty  kochasz  mnie  -  odparła  Ruth  cicho.  -  Więc  pewnie  odpowiedź 

powinna brzmieć, że nie, prawda? Bo ty mnie nie kochasz, chyba się nie mylę? 

background image

Puścił ją i podszedł do okna. 
-  A co to znowu za gadanie - zdenerwował się. - Ja się wcale nie musiałem z tobą żenić, 

dobrze o tym wiesz. Nigdy przedtem nie byłem żonaty, bo nie spotkałem kobiety, którą bym 
uznał  za  odpowiednią.  W  każdym  razie  nie  spotkałem  takiej  przed  tobą,  Ruth.  Tylko  że  ty 
jesteś taka młoda i niedoświadczona, jest tyle rzeczy, których nie rozumiesz. Myślę jednak, że 
wszystko się ułoży. 

Wrócił znowu do niej i położył jej ręce na ramionach. 
-  Oczekuję, że będziesz dla mnie dobrą i wierną małżonką - oznajmił spokojnie. 
-  A czego ja mogę oczekiwać od ciebie? - spytała Ruth wolno. 
Przez  jego  twarz  przemknął  blady  uśmiech.  Oczy  mu  zapłonęły.  Ruth  ogarnęło  drżenie. 

Bardzo nie lubiła tego jego uśmiechu. 

-  Ty możesz oczekiwać tego, na co sobie zasłużysz - rzekł, spoglądając na żonę. - Wiesz, 

ż

e pragnę dla ciebie tylko dobra, ale akurat pod tym względem sprawy mi nie ułatwiasz. Mam 

nadzieję,  że  z  czasem  będzie  lepiej.  Że  zrozumiesz,  iż mężczyzna  karze  tę,  którą  kocha.  To 
jest jego obowiązek, moja kochana. Tak zostało powiedziane w Biblii. 

Przytulił twarz do jej włosów. Ruth poczuła zapach jego wody po goleniu. Pachniał bardzo 

przyjemnie. Jego ręce przesuwały się po jej plecach. Na moment Ruth poczuła, że wszystko 
może  się  ułożyć.  Że  może  być  tak,  jak  powinno.  Ostatnia  noc  wydała  jej  się  odległym 
koszmarem. Głęboko wciągnęła powietrze. To właśnie tego nie mogła zrozumieć, że Samuel 
może się składać z dwóch tak kompletnie różnych ludzi. Gdyby jednak zrobiła wszystko, co 
w jej mocy,  gdyby starała się być taka, jak on sobie życzy, to może wszystko mogłoby być 
dobrze, nadzieja przemknęła przez jej udręczoną głowę. Powiedział przecież, że ją kocha. Że 
zanim ją poznał, nie spotkał innej kobiety, którą mógłby zaakceptować. Może... jeśli ona... 

-  Uważam, że powinnaś się trochę ogarnąć - powiedział Samuel i pocałował ją w czoło. - 

Zabrudziłaś sobie sukienkę. Nie możesz pójść na obiad tak, jak wyglądasz. Zadbaj o siebie, 
przecież potrafisz? Zrób coś z tym. 

Popchnął  ją  ku  drzwiom.  Ruth  nie  protestowała.  Samuel  miał  rację,  ona  też  nie  chciała 

budzić  zainteresowania  domowników.  A  tak  by  się  na  pewno  stało,  gdyby  weszła  do  izby 
brudna i zapłakana. Nikt nie może mieć najmniejszych podejrzeń, że między nimi jest coś nie 
w porządku. 

-  A  właśnie,  chyba  zapomniałem  wczoraj  ci  powiedzieć  -  mówił  dalej  Samuel  za  jej 

plecami.  -  Trzeciego  stycznia  muszę  jechać  na  spotkanie  do  Berkak.  Brattbakk  mi  o  tym 
powiedział. Musimy odbyć serię rekolekcyjnych spotkań w całym okręgu, nie będzie mnie w 
domu ponad trzy tygodnie. 

Ruth  stała  bez  ruchu.  Duszę  wypełniało  jej  poczucie  ulgi.  Samuel  musi  wyjechać!  Na 

długo! Powoli odwróciła się i spojrzała mu w oczy. 

-  Nie, wczoraj mi o tym nie mówiłeś - przyznała spokojnie. 
-  No cóż, to teraz już wiesz - bąknął Samuel. - Zresztą można się było tego spodziewać. 

Mam  przecież  swoją  pozycję,  wiesz  o  tym.  Musiałaś  się  liczyć  z  tym,  że  będę  często 
nieobecny. Rozmawialiśmy zresztą o tym. 

Ruth skinęła głową. 
-  Nie przejmuj się - mruknęła. - Mam tu przecież rodzinę. Potem odwróciła się i wyszła z 

izby. 

 
-  Oto  i  mamy  młodą  parę!  -  uśmiechnął  się  Havard,  kiedy  Ruth  z  Samuelem  weszli  do 

izby. - Jak tam się czujecie następnego dnia po ślubie? 

-  Dziękujemy,  mamy  się  znakomicie  -  odparł  Samuel  i  objął  ramieniem  Ruth.  -  A  teraz 

chciałbym jeszcze raz podziękować, że urządziliście nam takie wspaniałe weselne przyjęcie. 
Zapamiętamy to na całe życie. Prawda, Ruth? 

background image

Ruth skinęła głową i uśmiechnęła się. To blady uśmiech, bez blasku w oczach, pomyślała 

Mali,  przyglądając  się  badawczo  córce.  Ruth  była  straszliwie  blada.  Gdzie  się  podziała  ta 
promienna panna młoda z wczorajszego wieczora? 

-  A  ja  muszę  przekazać wam  serdeczne  pozdrowienia  od  Siverta,  Tordhild  i Johannesa  - 

rzekła  pośpiesznie.  -  Jeszcze  nie  wstaliście,  kiedy  oni  wyjeżdżali,  a  nikt  nie  chciał  budzić 
młodej pary - dodała. 

Przez twarz Ruth przemknął prawie niezauważalny grymas. Jej oczy zrobiły się wilgotne. 
-  Ja bardzo chciałam...  
-  Nie myśl już o tym - uspokajała ją Mali. - Oni rozumieją, dlaczego nie przyszłaś. Poza 

tym mamy nadzieję, że niedługo znowu do nas przyjadą. 

Ruth nie odpowiedziała. Wymknęła się z objęć Samuela i poszła w stronę kuchni. 
-  Czy mogę w czymś pomóc? 
-  Nie, moja kochana - uśmiechnęła się Mali, obejmując córkę. - Dzisiaj masz wolne. Ale 

od jutra będziesz gospodynią we własnym domu, chociaż to na razie tylko domek dziadków - 
dodała,  stwierdzając  ze  zdziwieniem,  że  córka  jest  dziwnie  sztywna  i  napięta.  -  Wtedy 
będziesz musiała sama zajmować się wszystkim. 

Odsunęła leciutko Ruth od siebie i poklepała ją po policzku. 
-  Jesteś bardzo blada - stwierdziła. - Dobrze się czujesz? 
-  O,  bardzo  dobrze  -  odparła  Ruth  pośpiesznie.  Zbyt  pośpiesznie,  pomyślała  Mali 

zatroskana. 

-  Jestem tylko trochę zmęczona, i poza tym ja... rano było mi niedobrze, miałam mdłości... 
-  To akurat nic dziwnego, że panna młoda jest zmęczona następnego dnia - roześmiał się 

Havard. - Ty, Mali, chyba jeszcze pamiętasz, co? 

Owszem,  Mali  dobrze  pamiętała,  jak  to  było  następnego  dnia  po  każdym  z  jej  ślubów. 

Kiedy wyszła za mąż za Johana, z wielkim trudem przeżyła ten dzień. Zdała sobie sprawę z 
tego,  że  jej  życie  legło  w  ruinie,  że  przyszłość  rysuje  się  przed  nią  niczym  nieprzenikniona 
ciemność. 

Z  Havardem  natomiast  było  tak,  jakbym  się  obudzili  w  raju,  wspominała.  Była 

oszołomiona szczęściem i pełna oczekiwań. Havard spełnił je wszystkie, co do jednego. Ruth 
jednak  nie  obudziła  się  w  raju,  nietrudno  było  to  zauważyć.  Fakt,  że  jest  taka  blada  i 
zmęczona, nie wynika jedynie z jej porannych mdłości, myślała Mali. Znowu coś jest nie tak, 
nie  rozumiała  jednak,  o  co  chodzi.  Poprzedniego  wieczoru  Ruth  była  taka  rozpromieniona, 
dumna  i  szczęśliwa,  kiedy  odchodziła  do  sypialni  dla  nowożeńców.  A  teraz...  Mali  znowu 
poklepała ją po policzku. 

-  Może lepiej się poczujesz, jak zjesz coś ciepłego - rzekła z udaną swobodą. - Siadajmy 

do stołu. Jedzenie jest gotowe. 

Mali  odsuwała  od  siebie  złe  myśli.  Nie  była  w  stanie  znowu  zacząć  się  zamartwiać 

małżeństwem córki. Nie teraz. A może to i prawda, że Ruth jest taka zmęczona i źle wygląda, 
bo jest w ciąży i wczoraj późno poszła spać? Trzeba po prostu trochę poczekać, myślała Mali, 
nakładając  parujące  ziemniaki  do  dużych  salaterek.  Nawet  jeśli  nowo  poślubieni 
małżonkowie  będą  prowadzić  własne  gospodarstwo  i  żyć  własnym  życiem,  to  przecież 
mieszkają w obrębie tego samego dworu. Będą się widywać bardzo często. Gdyby działo się 
coś  naprawdę  złego,  Ruth  nie  zdoła  tego  na  dłuższą  metę  ukryć.  Nie  przede  mną,  myślała 
Mali. Poczekajmy więc i miejmy oczy i uszy otwarte. 

  
-  Co się stało z Dorbet? 
Mali usiadła obok Havarda, który leżał na tapczanie; starą gazetą okrył twarz. 
-  Ja śpię - mruknął spod gazety. 
Mali odsunęła ją na bok. Havard uśmiechnął się do niej, przyciągnął ją ku sobie i zmusił, 

by położyła się obok niego na tapczanie. 

background image

-  Czyś ty oszalał - szepnęła Mali przestraszona, patrząc w stronę drzwi. - W każdej chwili 

ktoś może wejść, Ane albo... 

-  Ale na razie nikogo tu nie ma - szepnął Havard i delikatnie przygryzał jej ucho. - Udała 

ci się noc poślubna? 

Na  myśl  o  tym  Mali  zrobiła  się  czerwona.  Położyli  się  późno  i  Mali  zapomniała,  co 

obiecała  mu  na  początku  wieczoru.  Havard  jednak  pamiętał.  Kiedy  zaczęła  szukać  swojej 
nocnej koszuli pod pierzyną, jakoś nie mogła jej znaleźć. 

-  Ja  ją  mam  -  roześmiał  się  Havard.  -  Bo  myślę,  że  przez  jakiś  czas  nie  będzie  ci 

potrzebna. 

-  Havard, jest strasznie późno - protestowała, wyciągając rękę po koszulę. 
-  Obiecałaś! 
Podszedł  i  objął  ją.  Mali  była  zmęczona.  Pracowała  niemal  od  świtu,  więc  teraz  lekko 

zirytowana próbowała mu się wymknąć. 

-  Będą  inne  wieczory,  Havardzie  -  prosiła  cicho.  -  Szczerze  mówiąc,  jestem  taka 

zmęczona, że mogłabym... 

-  Ale oczywiście możesz się położyć - odparł ze śmiechem, wziął ją na ręce i zaniósł do 

łóżka. 

-  Ale ja nie chcę... 
Havard  nie  odpowiadał.  Wsunął  jej  rękę  pod  ubranie  i  położył  ją  na  jednej  piersi.  Mali 

próbowała go odepchnąć. 

-  Ja mówię poważnie - mamrotała. 
-  Ja też - uśmiechnął się Havard, całując żonę. - Obiecałaś! 
-  My  przecież  jesteśmy  starzy,  Havardzie  -  westchnęła  Mali  niechętnie.  -  A  ty  czasami 

zachowujesz się jak jakiś młody chłopak. 

-  Bo  ja  jestem  młodym  chłopakiem  -  wyszeptał  z  ustami  przy  jej  policzku.  -  Przy  tobie 

jestem zawsze tylko młodym chłopcem. I pragnę cię, Mali. A ostatnio jesteś ciągle taka zajęta 
i zmęczona. 

Mali  nie  odpowiedziała  mu  na  to,  musiała  jednak  przyznać,  że  ma  rację.  Długie, 

wypełnione  pracą  dni  i  nieustanne  zmartwienia  sprawiały,  że  wieczorem  padała  na  posłanie 
bez sił. Poza tym rzeczywiście nie są już młodzi. Mali nie odczuwała takiego pożądania jak 
dawniej. W każdym razie nie tak często. 

Ręce  Havarda  pieściły  jej  ciało.  Dobrze  wiedziały,  co  ona  lubi.  A  jego  usta...  wciągnęła 

głęboko powietrze, kiedy język męża, gorący, ruchliwy, przesuwał się po jej nagim brzuchu. 
Przeczesała palcami jego włosy, poczuła jego zapach. Ciepło i nagle przed oczami stanęła jej 
Helga taka, jaką zapamiętała ją z wesela. Z tym spojrzeniem, które utkwiła w Havardzie. On 
jest nadal dla kobiet godny pożądania, pomyślała Mali. Powinnam się strzec, by nie traktować 
jego  obecności  w  moim  życiu  jako  czegoś,  co  mam  już  na  zawsze.  Myśl  o  tym,  że  Havaid 
mógłby  odejść  do  innej,  była  trudna  do  zniesienia.  Utrata  męża  była  czymś  najgorszym,  co 
mogłoby ją spotkać. Bez Havarda... poczuła skurcz w żołądku. 

Położyła  się  na  plecach  i  pozwoliła  mu  się  do  siebie  zbliżyć.  Powoli  ogarniało  ją 

pożądanie.  Jak  mogła  mówić  mu  „nie"?  On  jest  przecież  wszystkim,  czego  Mali  w  życiu 
pragnie.  Jest  delikatny  i  zarazem  zuchwały,  i  obdarzony  taką  niewiarygodną  zdolnością 
odczytywania, czego ona akurat pragnie. Przyciągnęła go do siebie i zaczęła całować. Rękami 
pieściła jego szerokie plecy. 

-  Havard, Havard - szeptała wolno. 
On  uniósł  się  na  łokciach  i  patrzył  na  żonę.  Pogłaskał  delikatnie  jej  twarz,  pełną  garścią 

ujął jej gęste włosy, które opadały falą na poduszki. Serce Mali przepełniała dobroć dla męża, 
przysunęła  się  do  niego  jeszcze  bardziej  i  pieściła  całe  jego  ciało.  Zasypywała  je  krótkimi 
pocałunkami.  Kiedy  nareszcie  ją  wziął,  skrzyżowała  nogi  na  jego  plecach  i  przywarła  do 
niego z całej siły. Nie panowała już nad pożądaniem. Na moment przed tym, zanim pogrążyła 

background image

się w morzu światła i rozkoszy, pomyślała, że powinni robić to częściej. To takie ważne dla 
ich  wspólnego  życia.  Im  rzadziej  się  do  siebie  zbliżają,  tym  mniej  jest  w  nich  pragnienia. 
Odkryła  to  jakiś  czas  temu.  Stwierdziła,  że  teraz  dłużej  może  sobie  radzić  bez  intymnych 
zbliżeń. Kiedy już jednak to się stanie... gryzła go delikatnie w ramię i przyjmowała chętna i 
oddana, przepełniona pragnieniem uszczęśliwienia Havarda. Ja go pragnę, chcę go mieć, nie 
mogę bez niego żyć... 

-  Czy tobie jeszcze zależy na mnie tak jak dawniej? - spytał Havard wolno, kiedy potem 

leżeli przytuleni do siebie. 

Mali zarzuciła mu ramiona na szyję i ukryła twarz przy szyi męża. 
-  Jeszcze bardziej - odparła. - Nie wiem, jak to możliwe, ale to prawda. Zależy mi jeszcze 

bardziej. 

-  To dlaczego jesteś tak często zmęczona i niechętna, aby... 
-  Tyle obowiązków na mnie spoczywa - wyszeptała. - Ale to nie tak. Bo ja mam na ciebie 

wciąż tyle samo ochoty... więc mnie nie słuchaj - prosiła cicho. - Ja chcę, Havardzie. Ja chcę 
często, gdybyś tylko był bardziej stanowczy... 

Zarumieniła się niczym młoda dziewczyna, a on uśmiechnął się i głaskał ją po policzku. 
-  No  to  się  nie  przejmuj  -  obiecał  cicho.  -  Teraz  kiedy  wiem,  że  ty  chcesz,  nie  będę 

ustępował. 

-  Chcę - powtórzyła gorączkowo i przytuliła nagie ciało do męża. - Chcę, chcę! 
Zasypiali mocno objęci i przytuleni do siebie. 
 
-  Zaraz  ktoś  tu  może  wejść  -  powtórzyła  Mali,  wciąż  leżąc  obok  męża  na  tapczanie.  - 

Jakby ktoś zobaczył... 

-  Przecież nie robię nic złego - zachichotał Havard i pocałował ją we włosy. - Ale gdybyś 

miała zamiar mnie... 

-  Havardzie! 
Mali  usiadła,  mocno  zarumieniona,  i  poprawiła  włosy.  Popatrzyła  na  męża,  po  czym 

uśmiechnęła się i pogłaskała go po policzku. 

-  Rany  boskie,  jesteś  niemożliwy  -  roześmiała  się  skrępowana.  -  Żebyś  ty  wiedział,  jak 

strasznie cię kocham. 

-  No a czy to, co powiedziałaś dzisiaj w nocy, jest ważne również w świetle dnia? To, że 

chcesz... 

Mali  zarumieniła  się  jeszcze  bardziej.  Spojrzała  jednak  na  niego  z  błyskiem  w  oku  i 

uśmiechnęła  się.  To  uśmiech  młodej  dziewczyny,  poczuła,  i  zakłopotana  przygładziła  ręką 
włosy. 

-  Wszystko zachowuje ważność, tak. Ale pytałam cię, gdzie podziała się Dorbet. Czy coś 

może na ten temat wiesz? 

-  Nie jestem całkiem pewien, myślę jednak, że nie popełnię wielkiego błędu, jeśli powiem, 

ż

e Oja wziął konia i zniknął w Gjelstad u Ruth Liny, Dorbet natomiast... 

Roześmiał się pogodnie i ciepłą dłonią pogłaskał Mali po plecach. 
-  Dorbet  z  pewnością  zajmuje  się  teraz  mieszaniem  w  głowie  temu  nieszczęsnemu 

dziedzicowi z Granvold. 

-  Dzisiaj powinni siedzieć w domu, wszyscy - mruknęła Mali i wstała. 
-  Ale  oni  są  młodzi  i  zakochani,  moja  Mali  -  tłumaczył  jej  Havard.  -  Czy  już  nie 

pamiętasz, jak to bywa? 

Mali  milczała.  Poszła  do  kuchni  i  nastawiła  wodę  na  kawę.  Zbliżała  się  pora 

podwieczorku. 

-  Uważam, że Ruth wyglądała dzisiaj blado i bardzo nieswojo - rzekła, nie odwracając się 

w stronę tapczanu. 

-  To chyba nic dziwnego. Możliwe, że ma za sobą gorącą noc. A na dodatek jest w ciąży... 

background image

Mali skinęła głową. Ruth jednak nie wygląda na zmęczoną po miłosnej nocy, pomyślała. 

Gdyby  spędziła  taką  noc  z  Samuelem,  prawdziwą,  wartą  zapamiętania  na  całe  życie  noc 
poślubną,  to  miałaby  gwiazdy  w  zmęczonych  oczach.  A  Ruth  żadnych  gwiazd  dzisiaj  nie 
miała. 

-  Teraz  nie  musisz  się  już  tak  bardzo  martwić  o  Ruth  -  ciągnął  Havard  z  tapczanu.  -  To 

dobrze, że oni oboje z Samuelem na razie będą mieszkać we dworze, będziemy ich więc rzecz 
jasna ciągle widywać. Ale musisz zdać sobie sprawę z tego, że Ruth jest mężatką i ma prawo 
ż

yć własnym życiem. Zdobywać własne doświadczenia. 

Złożył gazetę i usiadł. 
-  Oni  znają  się  nawzajem  nie  tak  długo,  Ruth  i  Samuel.  Potrzebują  czasu,  żeby  się  do 

siebie dostosować. Dajmy im ten czas, Mali. 

-  Ja się tylko boję, że ona nie jest szczęśliwa... 
-  Na  to  już  nie  możesz  nic  poradzić  -  westchnął  Havard.  -  Daliśmy  jej  przecież  szansę, 

mogła się wycofać z tego małżeństwa, ale ona nie chciała.  I poza tym wczoraj, o ile dobrze 
pamiętam, była niezwykle szczęśliwą panną młodą. 

Tak, rzeczywiście wczoraj była szczęśliwa, myślała Małi. ł właśnie to tak ją martwiło. Te 

nieustanne  zmiany  od  rozpaczy  i  łez  do  największego  szczęścia.  To  przecież  nie  jest 
normalne.  Ale  Havard  ma  rację.  Teraz  musi  pozwolić  córce  żyć  własnym  życiem.  Będzie 
jednak  mieć  na  oku  zarówno  Ruth,  jak  i  Samuela.  Bo  poczucie,  że  nie  wszystko  jest  jak 
trzeba, nie chciało jej opuścić. 

-  Zastanawiałam się nad tym, Havardzie, żeby jutro przyjechał do nas Ola Havard. 
-  Ale... mówiłaś przecież, że będzie mógł przyjechać dopiero na sylwestra. 
Glos Havarda lekko drżał. 
-  Ja wiem, że tak mówiłam. Teraz jednak uważam, że mógłby przyjechać wcześniej. 
Mali  czuła  taką  tęsknotę  za  Sivertem  i  Johannesem,  że  bolało  ją  serce.  Wiedziała,  że 

potrwa  to  bardzo  długo.  Tordhild  przed  samym  wyjazdem  objęła  ją  i  szepnęła  do  ucha,  że 
niedługo znowu przyjadą. Że ona to załatwi. Mali miała nadzieję, że jej się to uda. Tak dobrze 
było mieć ich przy sobie. Nawet Oja jest jak odmieniony - pomyślała. Kiedy przyjechali, był 
burkliwy  i  niechętny,  jakby  się  czegoś  bał.  I  niewiele  pomogło  to,  że  zapewniała  go,  iż 
dziedzictwo  jest  jego.  I  oto  nagle  wszystko  się  zmieniło.  A  pożegnanie  obu  braci  było  po 
prostu  wzruszające,  kiedy  teraz  sobie  to  przypominała.  Sama  taka  była  przejęta  własnym 
smutkiem, że wyjeżdżają, że właściwie nie zwróciła uwagi na to, co się dzieje przy saniach. 
Teraz  przypomniała  sobie,  że  obaj  bracia  długo  i  serdecznie  ściskali  sobie  ręce,  a  potem... 
potem się po prostu objęli! Dziwne, pomyślała jeszcze raz, radosne, niezależnie od tego, czym 
było to spowodowane. 

-  A masz czas, żeby przyjąć chłopca już jutro? Havard podszedł do niej i objął ją w pasie. 
-  Ja rozumiem, że ty nie... że on nie jest twój, chciałem powiedzieć - dodał wolno. 
-  Ale jest twój, więc przez to również mój - odparła Mali. - Johannes też nie jest twoim 

wnukiem, ale nikt nie mógłby pragnąć lepszego dziadka, niż on znalazł w tobie. 

Odwróciła się w jego objęciach i uśmiechnęła serdecznie. 
-  Chcę, żeby Ola Havard przyjechał już jutro - powtórzyła. - To nie jest żaden kłopot. Ja 

kocham tego chłopca. I myślę, że on potrzebuje zniknąć na parę dni ze Storhaug. Nie sądzę, 
ż

eby oni tam mieli jakieś wyjątkowo radosne święta Bożego Narodzenia. 

Bardzo dobrze to rozumiała. Gdyby ona wiedziała, że Johannesowi dzieje się krzywda... 
-  Dzwoń  do  Laury  -  szepnęła,  przeczesując  palcami  jego  włosy.  -  Zrób  to  zaraz, 

Havardzie. 

-  Dziękuję. 
Jego głos brzmiał ostro, oczy zrobiły się wilgotne. Mali cierpiała razem z nim. Być może 

sądził,  że  potrafi  zachować  pewien  dystans  do  tego  syna,  którego  urodziła  mu  Laura.  W 
takich  sprawach  jednak  nie  decyduje  rozsądek.  Havard  szczerze  pokochał  chłopca,  Mali  o 

background image

tym wiedziała. I teraz, kiedy poznała Johannesa, rozumiała go jeszcze lepiej niż poprzednio. 
Miłości nie można powstrzymać, zwłaszcza miłości do dziecka czy wnuka. Tak już po prostu 
jest. 

-  No idź i zadzwoń - powtórzyła cicho i pogłaskała go po policzku. - Bardzo się cieszę, że 

mały do nas przyjedzie. 

Havard wypuścił ją z objęć, ale wzroku z niej nie spuścił. 
-  Jesteś bardzo dobra, Mali. 
Nie,  to  nie  dlatego  tak  się  zachowuję,  pomyślała.  Przynajmniej  nie  przede  wszystkim 

dlatego.  To  prawda,  że  pokochała  Havardowego  syna,  chociaż  życie  byłoby  prostsze  bez 
niego.  Ale  tak  naprawdę  najważniejsze  jest  to,  że  kocha  Havarda.  To  jemu  pragnie  sprawić 
przyjemność. Przywiązać go do siebie tak, by nigdy nawet do głowy mu nie przyszło spojrzeć 
na inną kobietę. 

-  No idź już - uśmiechnęła się, odpychając go lekko od siebie.  
Jego  twarz  rozjaśniła  się  w  uśmiechu.  Nikt  nie  ma  takiego  uśmiechu  jak  on,  pomyślała 

Mali. Poczuła, że jej serce zaczyna szybciej bić,  odwróciła się pośpiesznie w stronę kuchni, 
ż

eby  nie  dostrzegł  pożądania  w  jej  oczach.  To  już  raczej  sprawię  mu  niespodziankę 

wieczorem, pomyślała, czując słodkie mrowienie w dole brzucha. Uwiodę go, jak dawniej. 

Usłyszała, że drzwi izby zamknęły się za mężem. 
  
ROZDZIAŁ 12. 
  
Tego popołudnia Mali poszła do swojej tkalni. W domu po wczorajszym gwarze panowała 

kompletna cisza. Nawet nie zaprosili nikogo na kawę, chociaż na ogól tak się robi po weselu. 
Zwyczaj każe podejmować ludzi, którzy przysłali prezenty, choć na wesele proszeni nie byli. 
W  tym  przypadku  jednak  było  ich  tak  niewielu,  że  Mali  dała  sobie  spokój.  Ze  względu  na 
wesele  w  Stornes  nie  odbyło  się  też  tradycyjne  przyjęcie  drugiego  dnia  świąt.  Po  Bożym 
Narodzeniu  też  będą  jeszcze  święta  i  niedziele  -  powiedziała  Mali  do  Sigrid.  Bo  właśnie 
rodzina  ze  Stornes  miała  w  tym  roku  jechać  w  gości  do  Innstad.  Sigrid  się  z  nią  zgodziła. 
Zresztą i tak miała dom pełen ludzi, dzieci i wnuków, które przyjechały świętować razem z 
rodzicami. 

  
Ostry  zapach  wełnianej  włóczki  uderzył  Mali  w  nozdrza,  gdy  tylko  otworzyła  drzwi  do 

tkalni. Usiadła na stołku i pieszczotliwie przesuwała ręką po krosnach. 

Zbyt  długie  są  przerwy  między  chwilami,  kiedy  mogę  posiedzieć  tutaj  przy  pracy.  Mali 

odczuwała  z  tego  powodu  niepokój.  Owe  ciche  godziny  spędzone  w  samotności  przy 
krosnach znaczyły dla niej więcej, niż początkowo przypuszczała. Mogła w te swoje gobeliny 
przelewać wiele z tego, z czym codziennie mu siała się zmagać - swoje stare grzechy, troski i 
gniew.  Lecz  tak  że  dobre  wspomnienia,  radosne  chwile,  uśmiechy  i  promienie  słońca. 
Stanowiły one jasny element w tkanych obrazach, przeważnie zdominowanych przez ciemne 
barwy.  Nie  rozumiała,  że  w  gruncie  rzeczy  tkanie  wpływa  na  nią  uspokajająco,  dopóki  nie 
musiała opowiedzieć Sivertowi o swoim związku z Jo. O mało nie umarła z żalu i rozpaczy, 
kiedy zabrał Tordhild i zniknął. Siadywała wtedy w swojej tkalni do późna w nocy i kończyła 
dopiero,  kiedy  była  już  strasznie  zmęczona.  Powoli  jednak  wracał  jej  spokój,  a  po  jakimś 
czasie  zrozumiała,  że  to  właśnie  dzięki  pracy  nad  gobelinami.  W  każdym  razie  w  znacznej 
mierze  dzięki  temu.  Później  często  chodziła  do  tkalni  i  przesiadywała  przy  robocie,  nawet 
jeśli czuła się chora ze zmartwienia i tęsknoty. Przekonała się, że to pomaga. 

Mali bardzo rozwinęła swoje zdolności w zakresie sztuki tkackiej. Jej wyroby cieszyły się 

coraz  większym  powodzeniem  zarówno  ze  strony  oficjalnych  urzędów,  jak  i  bogatych  osób 
prywatnych. Z czasem poświęcała się też coraz bardziej tkaniu dużych kilimów. Znalazła na 
strychu dużą teczkę z wzorami, kiedy robiła porządek w kufrze, zostawionym jej przez starą 

background image

babkę Johana. Mali nie mogła zrozumieć, jak to się stało, że te wzory leżały niezauważone na 
samym  dnie  kufra.  Kiedy  teraz  zaczęła  je  przeglądać,  natychmiast  pojęła,  że  natrafiła  na 
prawdziwy skarb. Wzory i techniki były bardzo stare, musiała poświęcić bardzo wiele czasu, 
ż

eby się ich nauczyć. Powoli jednak wszystko zaczynało iść  coraz lepiej,  różni ludzie coraz 

częściej o nie pytali. 

Do  Mali  przybył  w  odwiedziny  nawet  angielski  lord  wraz  z  wytworną  żoną.  Było  to 

ubiegłego  roku  na  początku  jesieni.  Lord  i  jego  żona  kupili  posiadłość  w  Sunndalen,  po 
drugiej  stronie  fiordu,  i  każdego  lata  razem  z  przyjaciółmi  przyjeżdżali  łowić  łososie  w 
bardzo rybnej rzece, która płynęła w dolinie. 

Pierwsi  bogaci  Anglicy  odkryli  Sunndalen  już  na  przełomie  wieków,  z  czasem  coraz 

więcej  ich  przyjeżdżało  tutaj  każdego  lata.  Chłopi,  którzy  mieli  prawo  połowu  ryb  w  rzece, 
zarabiali  na  cudzoziemcach  bardzo  dobrze.  Mieli  też  u  nich  pracę,  pomagali  zarówno  w 
domu, jak i przy łowieniu ryb. 

To  właśnie  jeden  z  bogatych  chłopów  z  Sunndalen  przyjechał  do  Stornes  z  angielską 

lordowską parą. On sam kupił kiedyś jeden kilim i makatkę utkaną przez Mali, to właśnie u 
niego angielska lady zobaczyła tkaniny i zachwyciła się nimi od razu. 

Oboje z mężem spędzili w Stomes wiele godzin, a kiedy wyjeżdżali, zamówili u Mali dwie 

wielkie makaty i jeden gobelin. 

-  To nie są ostatnie zamówienia, jakie dostałaś od moich Anglików - śmiał się chłop do 

Mali,  kiedy  się  z  nią  żegnał.  -  Takie  wiadomości  szybko  się  rozchodzą.  Wkrótce  będziesz 
popularna wśród angielskiej arystokracji, Mali Stornes. Wspomnisz moje słowa! 

No  i  okazało  się, że  miał  rację.  Już  w  następnym  tygodniu  przyjechała  kolejna  angielska 

para.  Wielu  telefonowało,  że  też  chcą  ją  odwiedzić,  Mali  jednak  musiała  odmawiać.  Nie 
starczy jej czasu na to, by wykonać tak wiele zamówień. Trzeba przecież te tkaniny zrobić i 
oddać. Uznała, że wykona przyjęte już zamówienia, a angielska para odbierze je sobie, kiedy 
przyjedzie tutaj następnego lata. 

Mali popatrzyła na listę zamówień, którą powiesiła na ścianie przy krosnach, i westchnęła. 

Pojęcia nie miała, jak z tym wszystkim zdąży. Właściwie powinnam była odmówić, myślała. 
W każdym razie tym ostatnim Anglikom. Ale pochlebiały jej te zamówienia, kusiło ją też to, 
ż

e  jej  dzieła  trafią  do  Anglii.  Wciąż  dostawała  też  zamówienia  z  USA,  po  tym  jak  Martin 

Bakken  zabrał  stąd  jej  trzy  gobeliny.  Najwyraźniej  nie  ukrywał,  skąd  te  wyjątkowe  dzieła 
pochodzą. I Mali domyślała się, że oglądało je wielu ludzi. Ten Bakken ma przecież mnóstwo 
znajomych, zdawała sobie z tego sprawę już wówczas, kiedy był w Norwegii. 

Martin  Bakken,  a  właśnie...  Mali  pogrzebała  w  koszyku  z  włóczką.  Głęboko,  całkiem  na 

dnie,  pod  kłębkami  i  motkaml  wełny  leżał  list.  Wyjęła  go  teraz  i  rozłożyła.  To  był  list  z 
Ameryki.  Szczęście,  że  tamtego  dnia  w  listopadzie,  kiedy  parowiec  go  przy  wiózł,  to  ona 
sama była na przystani. Odebrała list, ale nie pokazała go nikomu. Nawet Havardowi. Jeszcze 
go  nie  pokazałam,  pomyślała  i  ogarnęło  ją  nieprzyjemne  poczucie  winy.  Tylko  że  najpierw 
musi się zastanowić, co z tym wszystkim zrobić. List bowiem był od Bakkena, Amerykanina 
norweskiego pochodzenia który zamówił u niej ten wielki gobelin do kościoła w  Lademocu 
Odsłaniano  go  podczas  wielkiej  uroczystości  w  Trondheim,  we  wrześniu  1930  roku.  To  już 
ponad pięć lat temu! 

Martin Bakken, milioner, który wraz z rodzicami wyemigrował dawno temu do USA, był 

zachwycony  nie  tylko  obrazem.  Zwrócił  uwagę  również  na  Mali.  Nagle  we  wspomnieniach 
Mali pojawiło się to, co się wydarzyło tutaj, w tej tkalni, kiedy Bakken przyjechał do Stornes, 
by zakupić kilka jej prac. Prosił ją wtedy, żeby opuściła Stornes i pojechała z nim do USA. 
Obiecywał, że da jej wszystko! Wyznał jej miłość, miał nawet ze sobą diamentowe serduszko, 
którym  usiłował  ją  zwabić.  Mali  wyrzuciła  go  za  drzwi  i  nigdy  później  tego  nie  żałowała. 
Moje  życie  jest  tutaj,  myślała,  u  boku  Havarda,  razem  z  dziećmi.  Pieniądze  i  diamenty  nie 
były w stanie zmienić jej przekonań. 

background image

Ale to bardzo urodziwy mężczyzna, ten Martin Bakken - przystojny, elegancki i obyty w 

ś

wiecie. I chociaż Mali nie potrafiła sobie wyobrazić życia z nim, to jednak odczuwała jakąś 

przyjemność. Tylko z tego powodu, że taki mężczyzna mógł zwrócić na nią uwagę! Sama nie 
miała  wątpliwości,  czego  w  życiu  pragnie,  mimo  wszystko  jednak  to  było...  tak,  to  było 
podniecające  wiedzieć,  że  jest  się  tak  podziwianą  i  pożądaną.  Nie  mogła  się  tego  wyprzeć. 
Zainteresowanie  Martina  nie  miało  dla  niej  żadnego  znaczenia,  przypominała  sobie. 
Ś

wiadomość, że ktoś jej pragnie, była jednak niezwykle miła. 

Powiedziała  mu  wtedy,  że  nie  chce  mieć  z  nim  nigdy  więcej  do  czynienia.  Mimo  to 

przyjmowała  zamówienia,  jakie  załatwiał  jej  w  Ameryce.  Ale  że  on  odważy  się  kiedyś 
napisać... 

Mali spojrzała na arkusik papieru, zapełniony wyraźnym pismem, i poczuła, że w jej duszy 

coś się niespokojnie poruszyło. 

  
Mali Stornes, 
nie  zapomniałem,  
że  powiedziałaś,  iż  nigdy  więcej  nie  chcesz  mnie  widzieć.  Przez  ponad 

pięć  lat  trzymałem  się  od  ciebie  z  daleka  i  byłem  jedynie  pośrednikiem,  kiedy  ktoś  pragnął 
zamówi
ć  twoje  prace.  Ale  teraz,  w  styczniu,  wybieram  się  znowu  do  Norwegii.  U  mojej 
rodziny w Rinndalen b
ędzie wielka uroczystość i chciałbym wziąć w niej udział. To stamtą
przecie
ż pochodzi mój ród, tam są moje korzenie. Ty prawdopodobnie nie zmieniłaś swoich 
pogl
ądów.    Mimo  to  pozwolę  sobie  jeszcze  raz  zapytać,  czy  mógłbym  i  teraz  przyjechać  do 
Stornes,  wył
ącznie  po  to,  by  zakupić  i  zamówić  twoje  gobeliny  i  makaty.  Śledzę  twoje 
poczynania,  jak  si
ę  z  pewnością  domyślasz,  i  zauważyłem,  że  oprócz  dawnych  gobelinów 
zacz
ęłaś też tkać niezwykle piękne makaty. 

Obiecuję  ci,  że  będzie  to  jedynie  formalna  wizyta  w  interesach,  jeśli  się  zgodzisz,  bym 

przyjechał.  Mam  też  dla  ciebie  pewną  propozycję,  czysto  biznesowego  charakteru.  Tak  się 
zło
żyło,  że  mam  zamiar  otworzyć  tutaj  sklep,  w  którym  będą  sprzedawane  wyłącznie 
norweskie towary. Mam nadziej
ęże później stworzy się z tego cała sieć sklepów z filiami w 
licznych  du
żych  miastach  Stanów  Zjednoczonych.  Twoje  prace,  jak  wiesz,  są  tutaj  bardzo 
cenione przez wszystkich, którzy je znaj
ą, zamówień ze Stanów masz przecież sporo. 

Chciałbym  więc  zawrzeć  z  tobą  umowę,  abyś  robiła  i  przekazywała  do  mojego  sklepu 

gobeliny i makaty. Otrzymasz bardzo dobrą zapłatę i spodziewam sięże z czasem mógłbym 
spopularyzowa
ć twoje nazwisko i twoją sztukę daleko poza granicami mojego stanu. Można 
by te
ż pomyślećżeby twoje wyroby połączyć w jakiś sposób z koncertami twojego syna. Jego 
nazwisko  jest  bardzo  dobrze  znane  w  znacznych  cz
ęściach  naszego  kraju  i  z  pewnością 
budziłaby  wielkie  zainteresowanie  wiadomo
ść,  że  wy  dwoje  to  matka  i  syn.  Można  by  na 
przykład  urz
ądzić  wystawę  twoich  prac  w  związku  z  jego  koncertem.  Ale  o  tym  oczywiście 
b
ędziesz w każdym przypadku decydować ty sama. Długo się zastanawiałem, zanim usiadłem 
do  pisania  tego  listu.  Uwa
żam  jednak,  że  musiałem  cię  zapytać,  bo  to  przecież  unikalna 
mo
żliwość dla ciebie, sam muszę ci to powiedzieć. Taka możliwość nie zdarza się każdemu, a 
na ogół tylko razw 
życiu. Onet in a life time jak mawiają Amerykanie. 

Mam nadziejęże przynajmniej mi odpowiesz.  
Z najwi
ększym szacunkiem, Martin Bakken 
  
Mali  odłożyła  list,  długo  siedziała,  wpatrując  się  gdzieś  przed  siebie  pustym  wzrokiem. 

Nie napaliła w piecu i w tkalni było bardzo zimno. Zdała sobie sprawę, że nie będzie mogła 
długo tutaj siedzieć. 

Co powinna zrobić w tej sytuacji? Pod wpływem pierwszego impulsu chciała zgnieść list i 

wrzucić go do ognia. Coś jednak ją przed tym powstrzymało. Tkanie z latami stało się czymś 
o wiele więcej niż hobby, którym zajmowała się w czasie wolnym. Teraz jest to ważna część 
jej  życia.  Odczuwała  radość  i  dumę,  widząc,  że  jej  prace  budzą  coraz  większe 

background image

zainteresowanie w świecie. I były też z tego pieniądze. Bardzo trudny okres na przełomie lat 
dwudziestych  i  trzydziestych,  kiedy  to  tysiące  ludzi  bankrutowało  i  traciło  pracę,  oni  w 
Stornes przeżyli, prawie niczego nie odczuwając. I to właśnie dzięki jej tkactwu. Szkatułka z 
pieniędzmi,  którą  oboje  z  Havardem  zakopali  przy  ścianie  domu,  systematycznie  się 
wypełniała. 

W  ostatnich  latach  sytuacja  zaczęła  się  stabilizować  również  w  gospodarce  norweskiej. 

Havard  mówił,  że  wkrótce  będą  mogli  umieścić  pieniądze  w  banku.  Uważał,  że  to  teraz 
bezpieczne  posunięcie,  a  bank  będzie  im  wypłacał  odsetki.  To  Mali  wstrzymywała  jeszcze 
ostateczną decyzję. Lęk przed niedobrymi tendencjami w gospodarce światowej wciąż w niej 
trwał. Pamiętała, że jeszcze niedawno bankrutowały również banki... ale te czasy już minęły - 
zapewniał  Havard  z  wielkim  przekonaniem.  On  cały  czas  trzymał  rękę  na  pulsie.  Ustalili 
więc, że na początku nowego roku wybiorą się do Stangvik, do Kasy Oszczędnościowej. Mali 
zastanawiała się, jaką minę zrobi szef banku, kiedy zobaczy, ile pieniędzy ze sobą przywieźli. 

Ale  pieniądze  to  jedna  sprawa.  Oczywiście  dobrze  jest  je  mieć.  Jednak  popularność, 

również  za  granicą,  zdawała  się  znaczyć  dla  niej  co  najmniej  tyle  samo.  Już  dawno  zdała 
sobie sprawę z tego, że jest więcej niż zdolna. Że w swojej dziedzinie jest artystką dokładnie 
tak  samo  jak  Sivert  w  swojej.  Świadomość  tego  buzowała  w  niej  czasami  i  budziła  dumę. 
Dlaczego  miałaby  ukrywać  swoje  osiągnięcia  i  nie  skorzystać,  kiedy  nadarzają  się  takie 
wspaniałe  możliwości?  Zresztą  miałoby  to  znaczenie  nie  tylko  dla  niej,  lecz  także  dla 
Norwegii, gdyby jej prace zdobyły uznanie i popularność za granicą. 

Mali  ponownie  wzięła  list.  Dawniej  była  pewna,  że  nie  chce  mieć  nigdy  więcej  do 

czynienia z Martinem Bakkenem. Powiedziała mu to otwarcie, kiedy odwiedził ją w Stornes. 
Gdyby teraz zgodziła się na kolejne spotkanie, chociaż dotyczyłoby ono jedynie interesów... 
Havard  nie  byłby  zadowolony,  co  do  tego  nie  miała  wątpliwości.  Jego  wzrok  ciemniał  z 
zazdrości  natychmiast,  gdy  tylko  ktoś  wspomniał  światowego  Amerykanina.  Jak  więc  Mali 
miałaby mu powiedzieć, że ten człowiek znowu do nich przyjedzie? 

Ale  to  przecież  moja  sprawa,  pomyślała  nagle.  Tu  chodzi  o  moją  pracę,  o  moje 

możliwości.  Havard  będzie  się  musiał  jakoś  z  tym  pogodzić.  I  nagle  wiedziała  już,  że 
odpowie na list Amerykanina. I zgodzi się na kolejną wizytę. Najpierw jednak będzie musiała 
pokazać list Havardowi. Miała nadzieję, że mąż zrozumie, iż chodzi tylko o interesy. Nie, nie 
tylko,  pomyślała,  składając  list  i  chowając  go  w  kieszeni  fartucha.  Chodzi  też  o  sławę  i 
uznanie. Kusiło ją to wszystko. 

Wstała, strzepnęła ze spódnicy strzępki wełny. Oczywiście, że odpowie Amerykaninowi! 
 
-  Ukrywałaś  list  od  tego  drania  przez  tyle  czasu?  -  syknął  Havard,  kiedy  poinformowała 

go o wszystkim jeszcze tego samego wieczora w sypialni. - Noga tego faceta nie postanie w 
naszym dworze, powiedziałem i zdania nie zmienię. 

-  No  a  ja,  czy  ja  nie  mam  już  nic  do  powiedzenia?  -  spytała  Mali  ostrym  tonem.  -  Tu 

chodzi o moją pracę, Havardzie. To jest wyjątkowa możliwość, tyle to chyba i ty pojmujesz? 

-  On kupiłby cały świat, gdyby tylko dzięki temu mógł do ciebie dotrzeć, ten cały Bakken 

- warknął Havard gniewnie. -Wszystko, o czym pisze, to tylko kolejna próba, by zwabić cię 
do USA. 

-    No  teraz  to  wygadujesz  prawdziwe  głupstwa  -  rzekła  Mail  spokojnie.  -  Gdyby  mnie 

pociągały  jego  miliony,  to  pojechałabym  za  pierwszym  razem,  kiedy  mi  to  zaproponował. 
Rany boskie, Havard, przecież my nie jesteśmy już młodzi. Dobrze wiesz, że ja mam tutaj we 
dworze wszystko, czego pragnę, przy tobie... 

-  Nie, najwyraźniej nie  wszystko - odparł ze złością. - Bo  gdyby tak było, to już dawno 

spaliłabyś ten przeklęty list! 

-  Nie  zachowuj  się  jak  smarkacz  -  krzyknęła  Mali,  rozplatając  warkocz.  -  To  po  prostu 

interesy, Havardzie. To wyjątkowa możliwość, by upowszechnić moje prace... 

background image

-  Ciekawe tylko, skąd weźmiesz na to czas? I tak masz dni wypełnione od świtu do nocy. 

Ciągle jesteś zmęczona i... jak zamierzasz to zorganizować... 

-  Zastanawiałam  się  już  nad  tym  -  odparła  Mali.  -  Musimy  przyjąć  więcej  ludzi  do 

pomocy. Ja muszę mieć czas na pracę w tkalni... 

-  Więc  nie  będziesz  już  gospodynią  we  dworze?  -  Havard  oddychał  ciężko  i  biegał  po 

pokoju tam i z powrotem. 

-  Oczywiście, że będę gospodynią. Muszę tylko mieć większą pomoc... 
-  Doba  ma  dwadzieścia  cztery  godziny,  nawet  dla  ciebie,  Mali.  Ktoś  będzie  musiał 

ponieść  konsekwencje,  i  ja  już  wiem,  kto  to  będzie.  Ja!  Będę  cię  widywał  jedynie  przy 
posiłkach, do sypialni będziesz się zakradać późną nocą, kiedy ja od dawna już będę spał. No 
i będziesz jeździć tu i tam... 

Mali poczuła, że zaczyna ją dławić  gniew. Jakie to typowo męskie, pomyślała. Gdyby to 

Havard  otrzymał  taką  możliwość  lub  podobną,  w  ogóle  nie  byłoby  żadnej  dyskusji.  Ona 
jednak jest kobietą, a kobieta powinna trzymać się domu, nie mieszać się w jakieś zewnętrzne 
interesy. Tylko że to jest moje życie! Moja wyjątkowa szansa. Dlaczego miałabym pozwolić, 
ż

eby ktoś przeszkodził mi w jej realizacji? 

Popatrzyła  na  Havarda.  Stał  pośrodku  pokoju  z  potarganymi  włosami,  ręce  zwisały  mu 

bezwładnie. Nagle ogarnęła ją wielka czułość dla tego człowieka. Pojmowała oczywiście, że 
on  się  boi.  Obawia  się,  że  może  ją  stracić.  Podeszła  więc  i  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję. 
Pogłaskała delikatnie po policzku. 

-  Ja  rozumiem,  że  ogarnia  cię...  strach,  Havardzie  -  zaczęła  cicho.  -  Spróbuj  jednak 

popatrzeć na sprawę również z mojej strony. To jest coś, o czym mogłabym tylko marzyć, że 
moje tkaniny moją trafić aż do Ameryki... Havard nie odpowiadał. 

-  Dobrze wiesz, co ja do ciebie czuję - wyszeptała. - Nikt nie znaczy dla mnie więcej niż 

ty. Ale czy nie mam już prawa niczego więcej w życiu przeżyć? Potrafisz mi tego zakazać? 

Przeczesywała palcami włosy na jego karku i patrzyła mu w oczy. 
-  Spodziewałam się, że ty mi ufasz, Havardzie - rzekła cicho. - Nie mogę pojąć, chyba nie 

dawałam ci powodów, by było inaczej. 

Natychmiast kiedy to powiedziała, zdała sobie sprawę, jakie to grube kłamstwo. Torgrim! 

Oddała  się  młodszemu  bratu  Jo  w  desperackim  pragnieniu,  by  jeszcze  raz  przeżyć  dawną 
gorącą miłość. A dziecko, którego potem oczekiwała... Mali na wspomnienie tego przeniknął 
dreszcz. Piła jakieś wstrętne ziołowe wywary, by pozbyć się płodu, śmiertelnie przerażona, że 
mogłoby być to dziecko Torgrima, a nie Havarda. To jednak był syn Havarda, to jego dziecko 
urodziła, słabiutką, chorą istotkę, która wkrótce potem zmarła. A wszystko dlatego, że zatruła 
dziecko  swoimi  ziołowymi  wywarami!  Poświęciła  Havardowego  syna,  by  ratować  siebie, 
tego nawet sama nie potrafi sobie nigdy wybaczyć. 

Z jękiem przytuliła twarz do szyi Havarda. On najwyraźniej nie ma żadnych powodów, by 

jej ufać. Tylko że nie wie nic o Torgrimie i nigdy się zresztą o nim nie dowie, nigdy nie pozna 
prawdy,  dlaczego  utracili  synka.  Tego  nawet  on  by  jej  nie  wybaczył.  Nigdy.  Nie  ma  tak 
wielkiej miłości na świecie, która by wybaczyła taki grzech. 

-  No, zresztą wszystko mi jedno - oznajmiła Mali cicho. - Po prostu nie odpowiem na ten 

list. 

Havard  przyciągnął  ją  mocniej  do  siebie.  Teraz  on  przeczesywał  palcami  gęste  włosy, 

które spływały jej na plecy. 

-  Owszem, powinnaś odpowiedzieć - rzekł ochrypłym głosem. - Nie mam żadnego prawa 

żą

dać, abyś mu odmówiła. Nie mogę ci tego odebrać, Mali, nie zrobię tego. Jestem tylko... 

Westchnął ciężko. 
-  Ja ci ufam - zapewnił. - Nigdy nie dałaś mi powodów do jakichś podejrzeń. To ja jestem 

tym, który... który zdradził. 

background image

-  Jeśli o tę sprawę chodzi, to chyba wszystko zostało już powiedziane - przerwała mu Mali 

i pocałowała go w usta. – Ale ja nie chcę tej całej amerykańskiej historii, gdybyś ty miał się 
czuć w jakiś sposób... odepchnięty. Znaczysz dla mnie więcej niż ta propozycja. A i tak mam 
wystarczająco dużo zamówień - dodała. - I tak powinnam dużo więcej nad tym pracować. 

Havard głaskał ją po plecach. 
-  Napisz, że chcesz porozmawiać z tym... z tym Bakkenem - wykrztusił. - Przecież zdaję 

sobie sprawę, jakie możliwości to przed tobą otwiera, i chciałbym, żebyś skorzystała. Życzę 
ci  przecież  tylko  wszystkiego  dobrego,  Mali.  Bylebyś  tylko  w  całym  zamieszaniu  nie 
zapomniała o mnie. 

-  Havard, Havard - wyszeptała tuż przy jego szyi. - Możesz być absolutnie pewien, że nie 

zapomnę o tobie. Jak bym mogła zapomnieć o kimś, kto jest dla mnie najważniejszy na całym 
ś

wiecie. Możesz mi wierzyć, Havardzie! 

Havard skinął głową i wypuścił ją z objęć. 
-  Ależ wierzę - odparł, chociaż Mali wciąż widziała w jego oczach niepokój. 
Kiedy  znaleźli  się  już  pod  pierzyną,  Mali  ujęła  rękę  męża,  która  obejmowała  ją  w  talii, 

podniosła  do  ust i  ucałowała.  Najchętniej  usunęłaby  niepokój  z  jego  serca,  ale  nie  potrafiła. 
Havard  zawsze  będzie  się  bał,  widząc  wokół  niej  zbyt  wiele  zamieszania.  Mali  nie  jest 
zwyczajną kobietą, jedną z tych, które trzymają się tego, co stare i znajome. Ona pragnie mieć 
własne  życie.  Chce  wykorzystać  to,  co  los  jej  dał.  Siłę  i  zdolności.  Rozumie,  że  to  może 
budzić lęk nawet w tak tolerancyjnym mężu jak  Havard. Wiedziała jednak, że jutro napisze 
do  Bakkena.  Havard  powiedział,  że  powinna  to  zrobić,  chociaż  wiedziała,  że  byłby 
uszczęśliwiony,  gdyby  machnęła  na  tę  amerykańską  sprawę  ręką.  Nie  mogła  jednak 
zrezygnować  z  takiej  wspaniałej  szansy.  Havard  będzie  musiał  z  tym  żyć,  pomyślała, 
ś

ciskając jego rękę.  

 
Havard  nie  musiał  jechać  aż  do  Storhaug,  by  przywieźć  Olę  Havarda.  Laura  z  rodziną 

miała spędzić kilka dni w Oppstad, więc nie czeka ich długa droga. Mimo wszystko zaprzągł 
kobyłę do sań i przyniósł skórzane okrycia. 

-  Chłopiec nie będzie miał chyba wielkiego bagażu? - zastanawiała się Mali, kiedy zdała 

sobie sprawę, że Havard jedzie tylko do Oppstad. 

-  Nie,  ale  on  bardzo  lubi  jeździć  saniami  z  wielką  pompą  -  tłumaczył  Havard, 

zarumieniony po korzonki włosów. - Myślisz, że nie powinienem tego robić? 

-  Nie,  nie,  skąd  -  uśmiechnęła  się  Mali.  -  Rozumiem,  że  cieszy  go  taka  parada,  choć  to 

ledwie  parę  kroków.  I  powiedz  Laurze,  że  może  odebrać  chłopca  w  Nowy  Rok.  W  porze 
podwieczorku - dodała. 

Havard  skinął  głową  i  cmoknął  na  kobyłę.  Ta  podskoczyła  i  ruszyła  do  przodu  tak,  że 

ś

nieg sypał się spod jej kopyt. Sanie kierowały się ku wzgórzom otaczającym Stornes. 

   
ROZDZIAŁ 13. 
  
Mali  ocknęła  się,  bo  ktoś  ją  delikatnie  potrząsał  za  ramię.  Oszołomiona  otworzyła  oczy. 

Pokój  nadal  pogrążony  byl  w  mroku.  Musi  być  jeszcze  bardzo  wcześnie,  pomyślała  trochę 
nieprzytomna, opierając się na łokciu. Ledwie świta. 

Tuż przy łóżku stał Ola Havard. Czuła na swojej twarzy, w zimnym pokoju, jego słodki, 

ciepły oddech. 

-  Co się dzieje... 
-  Nie  mogłem  spać  -  wyszeptał  chłopczyk,  spoglądając  z  lękiem  na  Havarda,  który 

głęboko spał za plecami Mali. - Dzisiaj jest wieczór sylwestrowy i ja... 

Mali  uniosła  go  i  położyła  przy  sobie  w  łóżku.  Bose  stopy  dziecka  były  lodowate. 

Szczelnie otuliła chłopca pierzyną i mocno do siebie przytuliła chudziutkie ciało. Natychmiast 

background image

jak  tylko  przyjechał  do  Stornes,  zauważyła,  że  jest  strasznie  chudy.  Chudy,  blady  i 
przestraszony.  Ale  jadał  sporo  i  chętnie,  od  kiedy  przyjechał  w  niedzielę,  więc  nie  o  brak 
apetytu  tu  chodzi,  myślała  Mali.  Zastanawiała  się,  jakie  to  właściwie  stosunki  panują  w 
Storhaug. Zauważyła zresztą, że Havard rozmyśla o tym samym. Dostrzegła głęboką troskę w 
jego  wzroku,  kiedy  w  niedzielny  wieczór  kładł  syna  spać.  Bo  gdy  Mali  zdjęła  dziecku 
sweterek,  żeby  je  przebrać  w  piżamkę,  zobaczyli  po  prostu  skórę  i  kości.  Żadne  jednak  nie 
wspomniało o tym ani słowa, on sam też bardzo rzadko mówił coś o matce i ojczymie. 

-  Rzeczywiście,  dzisiaj  wieczór  sylwestrowy  -  potwierdziła  Mali.  -  Ale  nie  dotrwasz  do 

północy, jeśli wstaniesz już teraz. 

-  Dotrwam,  dotrwam  -  zapewnił  pośpiesznie.  -  Wcale  nie  jestem  zmęczony.  I  tak  się 

cieszę, że będą sztuczne ognie, cieszę się na... na wszystko. 

Mali przesunęła się na skraj łóżka i pociągnęła go za sobą. Było dosyć ciasno, ale chłopcu 

najwyraźniej  nie  przeszkadzało,  że  leży  tak  bardzo  do  niej  przytulony,  z  głową  na  jej 
ramieniu.  Wprost  przeciwnie.  Układał  się  niczym  mały  kociak  i  palcami  przeczesywał  jej 
włosy. 

-  Bardzo lubię być tutaj w Stornes - wyszeptał. 
-  Ja  też  się  cieszę  -  uśmiechnęła  się  Mali  w  mroku  i  potargała  mu  włosy.  -  My  wszyscy 

lubimy, kiedy u nas jesteś. 

-  To będę mógł przyjechać znowu? 
Zauważyła, że chłopiec wstrzymał oddech i zesztywniał. 
-  Naturalnie, że będziesz mógł - zapewniła. - I może następnym razem zostaniesz dłużej. 

Jeśli zechcesz. 

-  Zechcę - odetchnął z ulgą. - Ja bym się nawet mógł tutaj przeprowadzić... na jakiś czas, 

chciałem powiedzieć - dodał pośpiesznie, kiedy  uznał, że prawdopodobnie nie powinien był 
niczego takiego mówić. 

-  No  nie  wiem,  czy  twoi  w  Storhaug  chcieliby  o  czymś  takim  słyszeć  -  zastanawiała  się 

Mali, nie dając po sobie poznać, jakim szokiem były dla niej słowa chłopca. - Oni pewnie też 
chcą, żebyś z nimi był. 

Musi mu nie być za dobrze w domu, pomyślała znowu. No ale to nie jest jej sprawa. Jeśli 

ktoś miałby poruszyć ten temat z Laurą, musi to zrobić Havard. A jeśli Havard coś powie, to z 
pewnością wybuchnie wielka awantura. Laura nie zechce łaskawie przyjąć tego rodzaju uwag, 
Mali zna ją aż za dobrze. Muszą się więc gruntownie zastanowić, zanim cokolwiek zostanie 
powiedziane, w przeciwnym razie mogą doprowadzić do tego, że Laura w ogóle nie pozwoli 
Oli Havardowi przyjeżdżać do Stornes. A on tego bardzo potrzebuje. 

Dziwne, że rodzina z Oppstad niczego nie robi, zastanawiała się Mali dalej. W tym dworze 

przecież  zawsze  wszystko  jest  jak  należy,  sprawy  mają  swój  porządek.  Może  zresztą 
próbowali, ale usłyszeli, że nie powinni się wtrącać do tego, co ich nie dotyczy. Mali słyszała, 
ż

e między rodziną z Oppstad i Knutem Granem stosunki nie są zbyt serdeczne. Zresztą z kim 

ten człowiek ma dobre stosunki, myślała. Ona w każdym razie nikogo takiego nie zna. Znowu 
dziwiła  się,  dlaczego  Laura  wyszła  za  kogoś  takiego  jak  Knut.  Im  lepiej  poznawała  tego 
człowieka, tym dziwniejsze jej się to wydawało. 

-  Ale może was odwiedzi Johannes - wtrącił Ola Havard cichutko. - To wtedy ja bym nie 

mógł... 

-  No,  co  ty?  Przecież  dopiero  wtedy  byłoby  bardzo  miło  -  zaprotestowała  Mali.  -  Ty  i 

Johannes jesteście równolatkami. Witałeś się z nim przed kościołem, kiedy Ruth brała ślub, 
prawda? Nie polubiłeś go? 

-  O  tak,  uważam,  że  jest  bardzo  miły  -  wyszeptał  chłopiec  cicho.  -  Ale  on  jest  waszym 

wnukiem, a ja... mama powiedziała... 

-  U nas we dworze to ja decyduję - oznajmiła Mali swobodnie. - Ja i Havard. A my mamy 

miejsce dla dwóch małych chłopców, jeśli miałoby się tak zdarzyć, że obaj przyjedziecie w 

background image

tym  samym  czasie,  niezależnie  od  tego,  co  ma  do  powiedzenia  twoja  mama  i  inni  ludzie. 
Pomyśl, ile wspaniałych rzeczy moglibyście razem robić, ty i Johannes - dodała. 

-  A czy wasz Johannes niedługo znowu przyjedzie? 
Mali  poczuła  bolesny  skurcz  w  sercu.  Gdyby  ona  mogła  to  wiedzieć!  Obecność  Oli 

Havarda  we  dworze  przypominała  jej  dni  spędzone  z  Johannesem.  To  były  wspaniałe  dni, 
wspominała.  Tak  je  zapamiętała.  Tęsknota  za  Johannesem  była  niczym  otwarta  rana  w  jej 
duszy. 

-  Nic  jeszcze  nie  zostało  postanowione  -  odparła,  otulając  szczelniej  chłopca.  -  Ale  ty 

przecież możesz przyjeżdżać i tak. 

-  No to kiedy? 
-  Nie, tego nie wiem... najpierw powinniśmy chyba porozmawiać o tym z Havardem, nie 

uważasz? 

Przytuliła go mocniej i głaskała w ciemnościach po policzku. 
-  Ty nigdy nie bywasz w Oppstad? - spytała. - To znaczy nie nocujesz u babci? 
-  Czasem... ja... moja mama... 
Chłopiec plątał się, nie wiedział, co powiedzieć. 
-  Knut nie lubi, żebym tam zostawał - wykrztusił w końcu. - On nie lubi... 
-  Ale przecież to chyba twoja mama decyduje, czy możesz zostać w Oppstad, czy nie? 
-  Tak,ale... 
Mali zrozumiała, że dziecku trudno o tym rozmawiać. 
-  Wiesz co, myślę, że powinniśmy jednak obudzić Havarda - zmieniła temat. - Słyszę, że 

na dole zaczynają już szykować śniadanie. 

Szturchnęła Havarda w bok. On odwrócił się, otworzył oczy i ziewnął. 
-  Czy to już rano? 
-  Tak,  już  rano,  a  ja  mam  w  łóżku  gościa  -  uśmiechnęła  się  Mali.  -  Znalazłam  sobie 

nowego kawalera. 

Havard usiadł oszołomiony i patrzył na Olę Havarda, przytulonego do Mali. 
-  O  rany  boskie  -  jęknął  i  potargał  synowi  włosy.  -  To  ty  przychodzisz  tu  po  nocy  i 

bałamucisz moją żonę? 

-  Nie,  niczego  takiego  nie  robię  -  zapewniał  chłopiec  trochę  spłoszony.  -  Tylko  że  nie 

mogłem spać i... 

-  I przyszedłeś tutaj, do Mali? 
-  Nie chciałem nikogo budzić - rzekł chłopiec pośpiesznie. - Ale ona już prawie nie spała, 

kiedy przyszedłem. Prawda, że tak było? 

Patrzył na Mali wielkimi, proszącymi oczyma. 
-  Tak,  rzeczywiście  tak  było  -  uśmiechnęła  się  Mali  uspokajająco.  -  No  i  jest  mi  bardzo 

miło mieć takiego wspaniałego chłopca w łóżku. 

-  A ja o niczym nie wiedziałem - Havard udawał urażonego. 
-  Nie,  bo  ty  po  prostu  spałeś  -  roześmiał  się  Ola  Havard  uszczęśliwiony,  że  nikt  się  na 

niego nie złości. 

-  Teraz  to  już  naprawdę  nakrywają  do  śniadania,  więc  powinniśmy  wszyscy  wstać  - 

komenderowała  Mali.  -  Będziesz  musiał  odpocząć  trochę  po  obiedzie,  Ola  Havardzie,  w 
przeciwnym razie zaśniesz nam przed północą. 

Przyjaźnie wypchnęła go z łóżka. 
-  Idź teraz do siebie i się ubierz - powiedziała. - Zobaczymy się przy śniadaniu. 
Ola  Havard  pobiegł  w  stronę  drzwi.  W  progu  się  odwrócił.  Zobaczyli  w  półmroku  błysk 

jego białych zębów, kiedy się do nich uśmiechnął. Potem zniknął. 

-  Czy on długo tutaj leżał? - spytał Havard, zatrzymując Mali, kiedy chciała wstać. 
-  Nie, niedługo. 

background image

-  Jaka  ty  jednak  jesteś  dobra,  że  wzięłaś  go  do  łóżka.  Niewiele  kobiet  by  tak  zrobiło  - 

wyznał Havard z wdzięcznością. - Bo przecież on cię obudził, prawda? 

Mali nic na to nie odpowiedziała. Havard przytulił do niej twarz i mocno ją uściskał. 
-  Przykro  mi  z  powodu  tych  wszystkich  głupstw,  jakich  nawygadywalem  wczoraj  - 

wyszeptał. - Ty robisz dla nas wszystkich tak wiele. Jesteś taka szczodra. A ja niczym jakiś 
zazdrośnik gadałem, że ci nie pozwolę, byś... 

-  Ale  przecież  pozwoliłeś,  Havardzie  -  przypomniała  Mali  wolno  i  pogłaskała  go  po 

włosach. - Powiedziałeś, że mam się zgodzić. 

-  Ale najpierw musiałaś porządnie postukać w moją głowę - westchnął. - Powinienem był 

zgodzić się natychmiast. I cieszyć się razem z tobą, że los daje ci taką szansę. 

-  Ale ja ciebie rozumiem - wtrąciła Mali. - Wiem, że nie zawsze łatwo jest być Havardem 

Stornesem. Chyba niewielu chciałoby się znaleźć na twoim miejscu i mieć taką żonę jak ty. 

-  Jeśli  ktoś  tak  mówi,  to  nie  wie,  o  czym  gada  -  wyszeptał  Havard  z  ustami  przy  jej 

włosach. 

Mali pocałowała go w czoło i wymknęła się z łóżka. 
-  Ja  w  każdym  razie  mam  tutaj  wszystko,  czego  pragnę  -  powiedziała,  zdejmując  przez 

głowę  nocną  koszulę.  -  Gdybyś  tylko  chciał  mi  uwierzyć,  Havardzie,  to  wszystko  będzie 
dobrze. 

Havard nie odpowiadał, wciąż leżał w łóżku i patrzył, jak Mali się ubiera. 
-  Czy ty wiesz, jaka jesteś piękna? - powiedział nagle.  
Mali odwróciła się nieco zaskoczona i popatrzyła na niego. 
-  Rany  boskie,  jesteś  jeszcze  ładniejsza  niż  wtedy,  kiedy  wychodziłaś  za  mnie  -  ciągnął 

swoje Havard. - Czterdzieści cztery lata, a śliczna niczym młoda dziewczyna. 

-  Ależ ty łżesz, Havardzie Stornes - roześmiała się Mali, odrzuciła na plecy  swoje bujne 

włosy i zaczęła je szczotkować. - Codziennie patrzę na siebie w lustrze i widzę w nim raczej 
babcię, która ma czterdzieści cztery lata. 

Szybkimi, sprawnymi palcami zaplatała włosy w warkocz. 
-  A ja widzę najpiękniejszą babcię na świecie - roześmiał się Havard cicho. - I najmilszą. 
Mali upięła włosy, potem odwróciła się ku niemu. Jej ciemne, piwne oczy lśniły. 
-   Sam  też  nie  wyglądasz  najgorzej,  skoro  już  o  tym  mówimy  -  uśmiechnęła  się.  -  Teraz 

jednak musisz wstawać, Havardzie Stornes. 

Potem pośpiesznie zniknęła w drzwiach. 
  
Mali stanowczo zapukała do drzwi dziadków, zanim je otworzyła. Samuel siedział w izbie 

przy  stole  i  coś  pisał.  Kiedy  weszła,  uniósł  głowę  i  bez  słowa  skinął  na  powitanie.  Było 
jednak widać, że nie cieszy go ta wizyta. 

W domu pachniało obiadem. Coś się smaży, poczuła Mali. Zgodnie z tradycją dopiero w 

wieczór  sylwestrowy  można  jeść  główny  posiłek,  z  kotletami,  słodką  kaszą  ze  śmietaną  i 
innymi pysznościami. Ruth wyjrzała z kuchni. Była rozgrzana i zarumieniona od stania przy 
ogniu. 

-  Och,  to  ty,  mamo!  -  zawołała  najwyraźniej  bardziej  ucieszona  widokiem  Mali  niż 

Samuel. 

-  Tak,  to  ja,  chciałam  zapytać,  jakie  macie  plany  na  dzisiejszy  wieczór.  Byłoby  nam 

bardzo miło, gdybyście przyszli i zjedli kolację z nami, moglibyśmy razem spędzić ten ostatni 
wieczór w roku. 

-  Owszem,  bardzo  chętnie  przyjdziemy  -  odparła  Ruth  pośpiesznie.  Potem  jednak 

spojrzała  na  Samuela  i  zarumieniła  się  jeszcze  bardziej.  -  Prawda,  że  chętnie  pójdziemy, 
Samuelu? - spytała niepewnie. 

-  Ja  osobiście  wolałbym  spędzić  ten  wieczór  w  ciszy  i  na  rozmyślaniach  -  oznajmił 

misjonarz. 

background image

-  Ale przecież nie będziesz rozmyślał tyle godzin? - wtrąciła Mali krótko. - No i chyba nie 

będziecie siedzieć tu sami aż do północy? 

-  Ruth i ja znakomicie się czujemy sami ze sobą, jeśli już o to chodzi... - Samuel odłożył 

pióro  i  przygładził  swoje  jak  zawsze  starannie  uczesane  włosy.  -  Rozumiem  jednak,  że  ty 
chętnie spędziłabyś ten wieczór w domu rodzinnym, więc tak zrobimy, Ruth - dodał. 

-  Nie, jeśli ty nie chcesz, to ja też nie - Ruth spoglądała na niego lekko spłoszona. 
-  Chcę, żeby było tak, jak do tego przywykłaś, Ruth. Przecież i tak nic innego nie mamy w 

planach. 

Mali poczuła skurcz w żołądku. Czy on zawsze musi tak sprawy wykręcić, żeby to on był 

ten miły i ustępujący, choć przecież nie jest? Ale, z drugiej strony, w ostatnich dniach Ruth 
sprawia  wrażenie  znacznie  spokojniejszej.  Może  więc  zbyt  surowo  osądzam  Samuela, 
pomyślała,  spoglądając  na  niego  raz  jeszcze.  On  znowu  pochylił  się  nad  pracą.  Może  jest 
lepszy, niż mi się wydaje? 

-  W takim razie przychodzicie do nas?  
Ruth skinęła głową. 
-  Chodź,  mamo,  na  chwilę  do  mnie  do  kuchni  -  poprosiła.  -  Samuel  ma  pracę,  nie 

będziemy mu przeszkadzać. 

Mali zamknęła za sobą drzwi do kuchni i usiadła na sofie przy stole jadalnym. 
-  A czym to Samuel się zajmuje? 
-  Zapomniałam  ci  powiedzieć,  ale  trzeciego  stycznia  będzie  miał  spotkanie  w  Berkak  - 

wyjaśniła  Ruth,  przesuwając  patelnię  na  ogniu.  -  Widzisz,  on  wciąż  jest  tam  potrzebny. 
Będzie uczestniczył w cyklu rekolekcji. 

Usiadła na krześle naprzeciwko Mali, spuściła wzrok i bawiła się obrusem. 
-  Będzie musiał tam zostać co najmniej trzy tygodnie. 
-  No, a co ty na to? 
-  Nie, no ja... tego można się było spodziewać - odparta Ruth, nie patrząc na matkę. - On 

często będzie wyjeżdżał z domu, tak mi powiedział. To przecież jego praca. Zresztą ja mam 
was... 

Onieśmielona  zerknęła  na  matkę.  Jej  wcale  nie  jest  przykro,  że  Samuel  musi  wyjechać, 

pomyślała Mali. 

W oczach Ruth dostrzegała ulgę. Więc jednak nie wszystko jest tak, jak należy. Przecież 

Ruth powinna być załamana tym, że zaraz po ślubie musi zostać sama, i to na tak długo. 

-  Oczywiście,  że  masz  nas  -  potwierdziła  matka,  starając  się  ukryć  swoje  myśli,  i 

poklepała dłoń Ruth. - Nie będziesz sama, przecież wiesz. Zawsze będziesz nas miała. 

-  No i to właśnie powiedziałam Samuelowi - uśmiechnęła się Ruth. - Wiesz, on uważa, że 

to okropne, że musi wyjechać ode mnie na tak długo. 

Ależ  ty  nie  umiesz  kłamać,  pomyślała  Mali.  Czegoś  takiego  Samuel  na  pewno  nie 

powiedział. Nie dała jednak po sobie poznać, że przejrzała córkę. Skinęła tylko głową. 

-  No i jak się czujesz jako mężatka? - spytała spokojnie.  
Ruth zaczerwieniła się po korzonki włosów. Szybko wstała i podeszła do kuchni. 
-  Tak w ogóle to bardzo dobrze - odparła cicho. 
Jej  głos  nie  zachęcał  do  dalszych  pytań.  Mali  zrozumiała,  że  córka  nie  chce  o  tym 

rozmawiać, i sama nie zamierzała jej dręczyć. Wstała więc i ruszyła ku drzwiom. 

-  W  takim  razie  spotykamy  się  po  obrządku  -  powiedziała  jeszcze,  poklepała  Ruth  po 

plecach i wyszła. 

Ruth  odetchnęła.  Ręka  jej  drżała,  kiedy  przesuwała  patelnię.  Matka  nigdy  nie  może  się 

dowiedzieć, jaką Ruth miała noc poślubną. Ale tamto już się chyba więcej nie powtórzy. Po 
ś

lubie byli ze sobą jeszcze raz, ona i Samuel, i on okazywał jej czułość, był miły i szeptał jej 

do ucha dobre słówka. 

background image

Ruth wzięła szklankę i nalała wody. Usiadła przy stole, żeby się napić. Wciąż nie mogła 

pojąć, jak to możliwe, że w Samuelu jest dwóch kompletnie różnych ludzi. Zrobiła się od tego 
niespokojna i zdenerwowana. Chodziła po domu jak po rozżarzonych węglach, w strachu, że 
powie  lub  zrobi  coś,  co  obudzi  w  mężu  diabła.  W  ciągu  ostatnich  dni  on  był  jednak 
niezmiennie  miły.  Może  od  tej  pory  zawsze  już  tak  będzie,  zastanawiała  się  Ruth.  Tamten 
drugi... 

Samuel  pewnie  też  był  bardzo  zdenerwowany  i  zagubiony  z  powodu  tego  wesela, 

tłumaczyła go sama przed sobą. Bał się, że może stracić pracę. Reputację i ludzki szacunek. 
To wystarczające wyjaśnienie, myślała, obracając szklankę w dłoniach. 

Podskoczyła na krześle, kiedy drzwi z izby otworzyły się i w progu stanął Samuel, wysoki 

i  barczysty.  Szklanka  wyślizgnęła  jej  się  z  rąk  i  przewróciła.  Woda  rozlała  się  po  obrusie  i 
wolno ściekała na podłogę. 

-  Masz nieczyste sumienie? - spytał. - Wystarczy stuknąć, a ty podskakujesz jak oparzona. 
-  Nie, siedziałam tylko pogrążona w myślach i wtedy... 
Ruth  sięgnęła  po  ścierkę  i  zaczęła  wycierać  wodę  nerwowymi,  niezdarnymi  ruchami. 

Nagle poczuła, że Samuel obejmuje ją od tyłu, i zesztywniała. 

-  Nie  możesz  zachowywać  się  tak,  jakbym  ja  był  wielkim,  paskudnym  trollem,  Ruth  - 

wyszeptał  jej  do  ucha.  -  I  dla  dziecka  też  nie  jest  dobrze,  kiedy  się  tak  denerwujesz.  A 
przecież nie ma żadnego powodu. Ja jestem Samuel, twój mąż. Czyżbyś zapomniała? 

Nie, nie zapomniała o tym. Nie wiedziała tylko, kim ten jej mąż naprawdę jest. 
  
W  tym  roku  w  wieczór  sylwestrowy  urządzano  przyjęcie  dla  młodzieży  w  Granvold, 

zarówno  Dorbet,  jak  i  Oja  zostali  zaproszeni.  Rzecz  jasna  Ruth  Lina  również  miała 
przyjechać.  W  sumie  będzie  dwadzieścia  osób,  opowiadała  Dorbet  przy  obiedzie, 
zarumieniona i ożywiona. - Zamierzamy bawić się wesoło i tańczyć jeszcze długo po północy 
- śmiała się rozpromieniona. 

-  E  tam,  Marit  i  Trygve  na  pewno  każą  wam  się  zabierać  do  domu,  gdy  uznają,  że  pora 

spać  -  drażnił  się  z  nią  Havard.  -  Wrócicie  może  nawet  jeszcze  przed  północą  -  mówił 
zaczepnie. 

-  Ich  nie  ma  -  odparła  Dorbet  z  pełnymi  ustami.  -  Pojechali  do  jakiejś  rodziny  i  wrócą 

dopiero jutro. 

-  Ale  ty  wrócisz  do  domu  dzisiaj  -  ostrzegła  Mali,  wpijając  wzrok  w  Dorbet.  -  Tak,  i  ty 

także - dodała, zwracając się do Oi. - Wy będziecie spać we własnych łóżkach. 

-  Ale ja muszę odwieźć Linę... 
-  Odprowadzić dziewczynę to jedna sprawa. Nie oznacza to jednak, że masz nocować w 

Gjelstad. Zapamiętaj to sobie! 

Oja nie odpowiadał. Spokojnie jadł dalej, Mali wcale nie była pewna, czy nie znajdzie się 

w Stornes dopiero następnego dnia. W takim razie ona będzie musiała porozmawiać z Helgą. 
To, że chłopak odwiedza Ruth Linę i przesiaduje tam do późna, nie oznacza, że powinien też 
u niej nocować. Muszą istnieć jakieś granice, złościła się Mali w duchu. 

-  A  ja  obiecałam  Oli,  że  pomogę  mu  posprzątać  po  przyjęciu  -  mruknęła  Dorbet.  -  Dom 

nie może wyglądać niczym pole bitwy, kiedy Marit i Trygve wrócą. 

-  O jakim polu bitwy ty mówisz? - zdziwił się Havard, unosząc w  górę brwi. - Dom nie 

będzie przecież zrujnowany tylko dlatego, że zjecie kolację i trochę potańczycie? 

Dorbet wzruszyła ramionami. Lekki rumieniec zabarwił jej śliczną twarz. 
-  No ale i tak muszę Oli potem pomóc - powtórzyła. - Przecież obiecałam. 
-  Pomagaj sobie, tylko żebyś później wróciła do domu - upierała się Mali. 
-  Dobrze, kiedyś w końcu wrócę - burknęła Dorbet. 

background image

-  To  was  nie  będzie  tutaj  z  nami?  -  spytał  Ola  Havard,  spoglądając  to  na  jedno,  to  na 

drugie.  -  Havard  kupił  przecież  fajerwerki  i  w  ogóle.  I  będziemy  mieć  kaszę  ze  śmietaną, 
kotlety i inne rzeczy... 

-   Takimi  obietnicami  młodych  w  domu  nie  zatrzymasz  -  uśmiechnął  się  Havard.  -  Całe 

szczęście, że dzisiejszego wieczora będziemy mieć ciebie na pociechę, Ola Havard. 

-  No ale Ruth i ten... ten tam... 
-  Samuel - pomógł mu Havard. 
-  Tak, ten Samuel - ciągnął dalej Ola Havard. - Oni chyba przyjdą. A oni też są młodzi. 
-  Młodzi? Samuel jest młody? 
Dorbet prychnęła, wznosząc oczy do nieba. 
-  On jest prastary, zapewniam cię. On jest... 
-  Dorbet! 
Glos Mali brzmiał ostro.  
Dorbet pochyliła się nad talerzem i już nic więcej nie powiedziała. 
-  Ale przynajmniej Ruth nie jest stara - Ola Havard nie ustępował. 
-  Nie, stara nie jest, ale jest mężatką - mruknęła Dorbet, zerkając z ukosa na matkę. 
-  To jak ktoś wziął ślub, to już nie może chodzić na przyjęcia? - Ola Havard patrzył na nią 

zdziwiony. 

-  Nie może, jeśli wziął ślub z Samuelem - wyjaśniła Dorbet. 
-  Nie przejmuj się, mój drogi, my się na pewno będziemy bardzo dobrze bawić - obiecał 

Havard,  uśmiechając  się  do  chłopca.  -  Pogoda  też  nam  dopisuje,  zobaczysz,  jak  będzie 
pięknie,  kiedy  o  północy  wyjdziemy  na  dwór,  będziemy  patrzeć  na  gwiazdy  i  na  zorzę 
polarną, a także... 

-  A także będziemy mieć fajerwerki - dokończył Ola Havard uradowany. 
-  Otóż to właśnie - Havard skinął głową, wstał od stołu i podziękował za jedzenie. - Teraz 

jednak musimy trochę poleżeć na tapczanie, ty i ja, bo jak nie, to nie doczekamy do północy i 
nic z tych fajerwerków nie będzie - dodał. 

Ola  Havard  podbiegł  i  ułożył  się  wygodnie  obok  Havarda.  Mali  słyszała,  jak  chichocze, 

kiedy  Havard  przykrył  sobie  i  dziecku  twarz  gazetą.  Zaraz  potem  zaległa  kompletna  cisza. 
Kiedy posprzątała ze stołu i spojrzała na nich, obaj spali. Gazeta zsunęła się na podłogę, Ola 
Havard  leżał  wtulony  w  bok  Havarda.  Mali  stała  przez  chwilę  i  przyglądała  się  im  obu. 
Poczuła lekkie ukłucie  w sercu. Ola  Havard powinien też być moim synem, pomyślała. Nie 
tylko synem Havarda. 

-  Aż dziwne, jacy oni są do siebie podobni, ten synek Laury i Havard - szepnęła nagle Ane 

tuż obok Mali. 

-  Jakoś nigdy nie przyszło mi to głowy - Mali zmuszała się, by jej głos brzmiał spokojnie. 

- I chyba nie widzę tego podobieństwa - dodała. 

-  No  nie,  musiało  mi  się  coś  wydawać  -  przyznała  Ane.  -  Ale  Ingeborg  też  tak  mówiła, 

dzisiaj rano. 

Mali  położyła  rękę  na  brzuchu  i  milczała.  Zastanawiała  się,  ilu  jeszcze  innych  ludzi 

zauważyło podobieństwo ojca i syna. Bo z pewnością są do siebie podobni, ona wiedziała o 
tym od dawna. Teraz westchnęła cicho. 

Drogi,  kochany  Boże,  nie  pozwól,  żeby  i  z  tego  powodu  wyniknęły  jakieś  kłopoty  - 

modliła się w duchu. - Mam dosyć tych zmartwień, które i tak są. 

  
 ROZDZIAŁ 14. 
  
Mali zrzuciła buty z nóg i podeszła do okna sypialni. Stała i patrzyła na wspaniałą zimową 

noc, równocześnie wolno rozplatała warkocz. Na ciemnym niebie mieniły się miliardy niemal 

background image

nienaturalnie wielkich gwiazd. Wydają się takie bliskie, że wystarczyłoby wyciągnąć rękę, by 
ich dotknąć, pomyślała. 

Nad  górami  falowała  wielobarwna  zorza  polarna  i  chociaż  okna  były  starannie 

pozamykane,  Mali  słyszała  towarzyszące  jej  dudnienie.  Księżyc  sypał  srebrne  błyski  na 
ciemny fiord i sprawiał, że śnieg wydawał się niebieskawy. To naprawdę czarodziejska noc, 
pomyślała Mali wzruszona. 

Ramiona Havarda objęły ją w talii, mąż przytulił policzek do jej głowy. 
-  Oto zaczął się pierwszy dzień nowego roku - powiedział cicho. - Ciekaw jestem, co ten 

rok nam przyniesie. 

Mali nie odpowiedziała natychmiast. Położyła ręce na jego dłoniach i przytuliła się mocno. 
-  Ja stoję tu i zastanawiam się nad tym samym - szepnęła. - Niech Bóg da, żeby to był rok 

dobry i spokojny. Myślę, że dość zmartwień już przeżyliśmy. 

-  Bywają  jednak  również  i  dobre  chwile  -  wtrącił  Havard  cicho.  -  Człowiek  nie  może 

oczekiwać tylko samych szczęśliwych dni. Nikomu się to nie zdarza. 

To  prawda,  mogłam  się  o  tym  w  pełni  przekonać,  od  chwili,  kiedy  po  raz  pierwszy 

postawiłam stopę tutaj w Stornes, myślała Mali. Chociaż Havard ma rację, że radosne chwile 
także się pojawiają. Niestety coraz częściej przyćmione lękiem, aby prawda o wszystkim, co 
się wydarzyło przez lata, nie ujawniła się nagle niczym grom z jasnego nieba. 

Mali  przypominała  sobie  wieczory  noworoczne  z  czasów  dzieciństwa.  Radość  i 

oczekiwanie.  Uciechę  z  tego,  że  można  kłaść  się  do  łóżka  dopiero  długo  po  północy.  Tak 
niewiele trzeba było, by wywołać radość w tamtych czasach. Mali była biedna, jeśli chodzi o 
dobra ziemskie, bogata jednak wielką radością życia i tymi oczekiwaniami wobec niego. 

Miała  wtedy  wiele  marzeń.  Teraz  od  dawna  już  właściwie  nie  marzy.  Została  jej  tylko 

nadzieja, rozjaśniająca się w duszy niczym słaby płomyk. I z tej nadziei za nic nie chciałaby 
zrezygnować. Otarła dłonią twarz i westchnęła. 

-  Co się dzieje, Mali? 
-  Nie wiem - odparła cicho. - Może zaczynam się starzeć? Wydaje mi się, że sylwestrowy 

wieczór jest... jest bardzo trudny. 

-  Trudny? 
-  Tak, człowieka dopada tyle różnych myśli. Jeszcze jeden rok mam za sobą. I co zrobiłam 

z  tym  rokiem?  Jaki  będzie  ten,  który  nadchodzi?  Zawsze  się  nad  tym  w  ten  wieczór 
zastanawiałam. Miałam marzenia i nadzieje... i... 

-  Zaczyna nam się dobry rok - zapewnił Havard szeptem tuż przy jej uchu. - Popatrz na tę 

piękną noc. Czy z czegoś takiego może wyniknąć zło? 

Gdyby  to  tylko  było  takie  proste,  pomyślała  Mali.  Ale  już  za  kilka  godzin  dopadnie  nas 

znowu codzienność. Jeszcze raz popatrzyła na usiany  gwiazdami nieboskłon. Co dobry  Bóg 
zamierza  jej  teraz  dać?  Co  się  stanie  z  jej  dziećmi?  Przez  moment  zobaczyła  w  wyobraźni 
twarz Ruth i poczuła ssanie w żołądku. Żeby tylko Ruth była szczęśliwa!  I żeby Dorbet nie 
ś

ciągnęła sobie na głowę jakiegoś nieszczęścia. Lęk przed tym, że również najmłodsza córka 

mogłaby przyjść do niej pewnego dnia i oznajmić, że jest w ciąży, nieustannie trwał gdzieś z 
tyłu  głowy  Małi.  Nie  żeby  Ola  Granvold  był  złą  partią,  gdyby  tak  się  złożyło,  że  Dorbet 
zajdzie  w  ciążę.  Córka  jednak  jest  za  młoda.  Mali  bała  się,  że  Dorbet  nie  zniesie  jeszcze 
wszystkich  obowiązków  i  tego,  że  jest  związana  na  całe  życie.  Dorbet  jest  niczym  motyl, 
równie śliczna i równie zajęta szukaniem coraz to nowych pokus. A wszystko to z czystego 
pragnienia przygody, westchnęła Mali w duchu. Mogłoby się skończyć źle, gdyby wyszła za 
mąż, czując, że niczego jeszcze nie przeżyła, jak to często sama powtarza. 

No a co z Helgą i Laurą? Co z wszystkimi kłamstwami wciąż spoczywającymi w ukryciu? 

Co z nią i z Havardem? 

Mali  odwróciła  się,  zarzuciła  mężowi  ręce  na  szyję  i  oparła  głowę  na  jego  piersi.  Wiele 

potrafi znieść, byleby tylko nie utracić Havarda! On jest w jej życiu opoką. Mali jest silna, to 

background image

prawda. Stać ją na to, żeby podjąć większość wyzwań. Zawsze wiedziała, że gdyby przyszło 
co  do  czego,  to  sobie  poradzi.  I  zresztą  zawsze  dawała  tego  dowody,  zarówno  sobie,  jak  i 
innym. Ale tego rodzaju życie kosztuje. Poza tym jej siła zawsze miała jedno słabe ogniwo. 
Tym ogniwem jest Havard. Bez niego nic nie miałoby sensu, pomyślała, przeczesując palcami 
jego włosy. Albo może... 

Mali odsunęła  w tyl  głowę i patrzyła na męża.  Tak bardzo  go kocha.  On znaczy  dla niej 

więcej niż cokolwiek czy ktokolwiek inny. Mimo to, gdyby już miała iść na dno, to szczerze 
mówiąc, wolałaby upaść razem z nim. Ale co tam, nic nie spowoduje, że Mali się załamie! Po 
prostu  ją  na  to  nie  stać.  Zresztą  nie  ma  do  tego  prawa.  Odpowiedzialność  za  zbyt  wiele 
ludzkich losów spoczywa na jej barkach. 

-  Jaki to był miły wieczór - uśmiechnął się Havard i pogłaskał ją po włosach. - W każdym 

razie  dla  Oli  Havarda.  Sądzę,  że  temu  dziecku  nigdy  nie  było  lepiej  niż  w  ciągu  tych  kilku 
dni, które spędził u nas. Słyszałaś jego radosne wrzaski, kiedy zapalaliśmy fajerwerki? 

Mali skinęła głową. 
-  Zapytał  mnie,  czy  musi  jutro  wracać  do  domu  -  mówił  dalej  Havard  cicho.  -  To  było 

wtedy, kiedy otulałem go pierzyną, kiedy ty powiedziałaś mu już dobranoc i poszłaś. Miałem 
wrażenie. .. 

Mali  wiedziała,  co  Havard  zamierza  powiedzieć,  że  mianowicie  nie  jest  w  stanie  znieść 

myśli  o  tym,  iż  będzie  musiał  odesłać  syna  z  powrotem  do  Laury  i  tego  jej  zapijaczonego 
męża. Mali bardzo dobrze to rozumiała, nie mogła się jednak zgodzić na to, żeby zatrzymali 
chłopca  na  dłużej.  Laura  na  to  nie  pozwoli.  To  by  przecież  dla  niej  była  obraza.  Gdyby 
pozwoliła,  to  tak  jakby  sama  się  przyznała,  że  nie  potrafi  zapewnić  synowi  właściwych 
warunków do życia. A czegoś takiego ona nigdy nie zrobi. Laura zawsze była dumna. Raczej 
poświęciłaby  dobro  Oli  Havarda.  Jest  na  to  wystarczająco  cyniczna,  pomyślała  Mali.  Ani 
starszy syn, którego miała z Olą Storhaugiem, ani Ola Havard nie mają dla Laury wielkiego 
znaczenia.  Najbardziej  zajęta  jest  własnymi  sprawami.  Była  bardzo  ładną,  rozpieszczoną  i 
egoistyczną dziewczyną. I w gruncie rzeczy z latami wcale się nie zmieniła. W każdym razie 
Mali tego nie dostrzegała. 

-  Dobrze rozumiem, co myślisz - rzekła cicho. - Ale nie możemy zabrać chłopca do siebie, 

Havardzie.  W  oczach  wszystkich  ludzi  jest  to  tylko  nasz  chrześniak.  I  Laura  nie  zechce  go 
nam oddać. Mogłaby to zrobić tylko pod warunkiem, że przy okazji zdobędzie ciebie - dodała 
cierpko. 

-  O  niczym  takim  nie  może  być  nawet  mowy,  dobrze  o  tym  wiesz  -  odparł  Havard 

stanowczo.  -  Przyznaję,  że  chłopiec  znaczy  dla  mnie  wiele.  Więcej,  niż  się  spodziewałem  - 
dodał. - Laura jednak nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia. I nigdy nie miała. To, co się 
stało... to po prostu nieszczęście. 

-  Spróbujemy  zapraszać  go  częściej  -  obiecała  Mali,  nie  komentując  tego,  co  Havard 

powiedział o Laurze. - Na więcej na razie nie mogę się zgodzić. Już i tak my tutaj, w Stornes, 
mamy  dość  zmartwień,  nie  trzeba,  żeby  jeszcze  wyszło  na  jaw,  iż  Ola  Havard  jest  twoim 
synem.  I pomyśl o nim, mój drogi. Jak myślisz, jak by Ola Havard się czuł, gdyby mu ktoś 
powiedział, że... 

Havard przytulił ją do siebie i milczał. Długo tak stali, bez słowa, mocno objęci. W końcu 

Mali wymknęła się z objęć męża. 

-  Już późno - westchnęła. - Powinniśmy się położyć. Za parę godzin będzie śniadanie. 
Havard  w  milczeniu  skinął  głową.  Powoli  zaczął  się  rozbierać.  Mali  podeszła  do  drzwi  i 

położyła dłoń na klamce. 

-  A ty dokąd się wybierasz? 
-  Chciałabym  zobaczyć,  czy  Dorbet  wróciła  do  domu.  Nie  słyszałam  jej,  a  jest  już  po 

drugiej. 

background image

-  Daj spokój, Mali - zaprotestował Havard spokojnie. - Ona na pewno przyjdzie. Przecież 

dzisiaj wieczór sylwestrowy. 

-  Ale ja powiedziałam, że... 
-  Pamiętam,  co  powiedziałaś,  ale  ona  i  tak  zrobi,  co  zechce.  Jeśli  myślisz,  że  być  może 

teraz twoja córka jest w łóżku z Olą, to przecież i tak wiesz, że nie stało się to dzisiejszej nocy 
po raz pierwszy. 

Mali zarumieniła się i cofnęła rękę. Wróciła wolno do męża. 
-  A jeśli ona zajdzie w ciążę? - spytała. 
-  To  wtedy  będziemy  się  martwić,  Mali.  Uważam,  że  masz  dosyć  trosk,  żebyś  jeszcze 

zamartwiała się na zapas takimi sprawami. 

-  Ona jednak jest za młoda... 
-  Owszem, jest. Ale co ty możesz zrobić? Przecież nie zamkniesz jej w domu. 
Mali  usiadła  ciężko  na  krawędzi  łóżka.  Gładziła  dłonią  twarz  i  czuła,  że  zaraz  się 

rozpłacze. Havard podszedł i usiadł obok. 

-  Mali,  Mali,  przecież  świat  się  nie  skończy,  gdyby  nawet  do  tego  doszło  -  wyszeptał, 

kładąc rękę na jej barkach. 

-  Ale tyle wciąż na mnie spada obciążeń, Havardzie - rozszlochała się Mali. - Popatrz na 

Ruth,  jak  potoczy  się  jej  życie?  A  Sivert  i...  czy  my  jeszcze  kiedykolwiek  ich  zobaczymy? 
Myślę o wszystkim, co zniszczyłam. O wszystkim, co ja... 

Havard przyciągnął ją do siebie i głaskał czule po plecach. 
-  Jesteś po prostu przemęczona - powiedział cicho. - Jutro sprawy będą wyglądały lepiej. 
Mali nie odpowiedziała. Zdawała sobie sprawę z tego, że Havard nie do końca ma rację. 
  
W  nocy  pogoda  się  zmieniła.  Kiedy  Mali  rozsunęła  firanki  następnego  ranka,  na  ziemię 

padał  mokry,  ciężki  śnieg.  Zmęczeni  świętowaniem  parobcy  na  pewno  się  nie  ucieszą,  że 
muszą odśnieżać drogę, pomyślała. 

Dom  pogrążony  był  w  zupełnej  ciszy.  Każdy,  kto  nie  miał  pilnej  pracy,  mógł  spać  do 

południa.  Tak  było  co  roku.  Dopiero  przy  obiedzie  spotykali  się  po  raz  pierwszy  w  nowym 
roku. 

Havard spał, kiedy Mali wymknęła się z łóżka. Nie chciała go budzić. Jeśli trzeba będzie 

odśnieżać, to Aslak i Olav dadzą sobie radę sami. A zresztą i tak Havard pewnie zaraz zejdzie 
na  dół.  On  nie  należy  do  tych,  którzy  potrafią  spać  do  południa,  nawet  po  bardzo  krótkiej 
nocy. 

W  drodze  ku  schodom  Mali  zatrzymała  się  przy  drzwiach  do  pokoju  Dorbet.  Wewnątrz 

było całkiem cicho. Wolniutko uchyliła drzwi i zajrzała. Dorbet leżała na brzuchu i spała. Jej 
długie włosy spływały niczym złocisty wodospad z krawędzi łóżka. Ubranie, które miała na 
sobie  wczoraj  wieczorem,  leżało  rzucone  na  podłogę.  A  więc  jednak  wróciła  do  domu, 
pomyślała  Mali, zamykając  cicho  drzwi.  Zastanawiała  się  tylko,  o  której  godzinie.  Bo  sama 
nic nie słyszała. 

Oja również leżał w swoim łóżku. Wrócili więc oboje, tak jak matka żądała. Havard miał 

jednak rację, myślała, schodząc po schodach. Równie dobrze mogli zanocować poza domem. 
Ż

adne  z  nich  nie  robiło  pewnie  tej  nocy  niczego,  czego  nie  robiło  wielokrotnie  przedtem. 

Mali dobrze przecież o tym wiedziała. Chodzi jednak o zasady, myślała dalej. Młodzi należą 
do Stornes i dopóki żadne nie jest zaręczone ani nie zawarło małżeństwa, to będą sypiać we 
własnych łóżkach, niezależnie od tego, co nawyprawiają przed powrotem do domu. 

Później  zauważyła,  że  u  Ruth  i  Samuela  też  panuje  cisza.  Widocznie  śpią  oboje.  Samuel 

wspominał coś, że mieli jechać na nabożeństwo do kościoła w pierwszy dzień nowego roku. 
Widocznie  jednak  na  gadaniu  się  skończyło,  pomyślała  Mali.  Teraz  już  za  późno,  żeby 
podejmować  taką  podróż.  Poza  tym  byłoby  szaleństwem  wybierać  się  w  drogę  przy  takiej 
pogodzie,  kiedy  śnieg  nie  przestaje  padać.  Samuel  miał  szczęście.  Bo  Mali  nie  wątpiła,  że 

background image

właśnie  na  pogodę  zrzuci  całą  winę,  będzie  tłumaczył,  że  nie  chciał  narażać  Ruth  przy 
ś

nieżnej  zadymce.  Prawda  tymczasem  jest  taka,  że  on  sobie  leży  w  łóżku  i  smacznie  śpi, 

lekceważąc  zarówno  nabożeństwo,  jak  i  Pana  Boga.  To  zresztą  nie  po  raz  pierwszy, 
pomyślała Mali z niechęcią. 

Zirytowana zabrała się do porannych zajęć. 
  
Zadymka  ustała  kolo  południa.  Kiedy  posprzątali  po  obiedzie,  śnieg  już  wcale  nie  padał, 

chociaż  dzień  wciąż  był  szary  i  nieprzyjemny.  Parobcy  przejechali  się  przed  południem 
ś

nieżnym pługiem tak, że droga była czysta. No i bardzo dobrze, pomyślała Mali, wyglądając 

przez  okno.  Przez  chwilę  zaczęła  się  już  bać,  że  zadymka  powstrzyma  Laurę  przed 
odebraniem Oli Havarda. 

On  akurat  nic  by  przeciwko  temu  nie  miał,  tego  się  domyślała.  Przez  całe  przedpołudnie 

chodził za nią niczym cień. 

-  Czy  moglibyśmy  zobaczyć  kotki  jeszcze  raz,  zanim  będę  musiał  wyjechać?  -  spytał 

nieśmiało, kiedy Mali wycierała stół po obiedzie. 

Przysiadła na ławie i przytuliła chłopca do siebie. Wzrok dziecka był ponury i zatroskany. 

Poczuła ból w sercu. A tak się cieszył przez wszystkie te dni, które spędził w Stornes. Teraz 
wszystko  minęło.  Znowu  jest  przestraszonym,  małym  chłopczykiem,  którym  był,  kiedy  tu 
przyjechał. 

-  Oczywiście, że możemy - powiedziała i potargała mu włosy.  
Po czym ubrali się i ręka w rękę poszli do obory. 
 
-  Ja bym chciał mieć małego kotka - bąknął Ola Havard trochę niewyraźnie, kiedy ukucnął 

i wziął jedno z kociąt w ręce. 

-  To wy w Storhaug nie macie kota? - spytała Mali zaskoczona. 
-  Jasne, że mamy, i to nawet kilka - mruknął. - Ale one są dzikie. Przychodzą i ocierają się 

o nogi w oborze, żeby dostać mleka. Ja zawsze pilnuję, żeby im trochę dać, ale Knut nie może 
o  tym  wiedzieć.  On  powiada,  że  koty  to  zwyczajne  paskudztwa  i  że  należałoby  je 
powystrzelać. 

Mali siedziała przez chwilę w milczeniu. Znowu ten Knut Gran! Chętnie wygarnęłaby mu 

parę słów prawdy. 

-  To chyba nie byłoby dobrze, gdybyś przywiózł jeszcze jednego - rzekła cicho. - Knutowi 

pewnie by się to nie podobało, że kot chodzi po domu, skoro nie cierpi nawet tych w oborze. 

-  Nie... nie, on by się nie zgodził - wybąkał chłopiec niepewnie. – Ale ja bym chciał coś, 

coś... z czym by mi było dobrze. Kotka, który by mnie lubił i siadał mi na kolanach. Ja nie 
mam nikogo, ja... nikogo, kto... 

Mali objęła go ramieniem. Serce jej krwawiło. 
-  Masz przecież brata - przypomniała cicho. 
-  On...  -  szloch  wstrząsnął  dziecięcym  ciałem.  -  On  jest  prawie  dorosły.  Myśli  tylko  o 

prowadzeniu dworu, a poza tym lata za dziewczynami. On... mną się w ogóle nie przejmuje. 

Mali  przytuliła  go  mocniej.  Trzymała  chłopca  przy  sobie  i  czuła  jego  ciepły,  wilgotny 

policzek na swojej twarzy. 

-  Wiesz,  co  ci  powiem?  Dostaniesz  kociaka,  ale  on  będzie  mieszkał  tutaj  -  obiecała 

impulsywnie.  -  Johannes  też  jednego  takiego  ma,  to  tamten  -  pokazała  ręką.  -  Ale  nie  mógł 
zabrać  go  ze  sobą  do  Oslo,  sam  rozumiesz.  Kot  nie  powinien  mieszkać  w  dużym  mieście, 
dlatego kotek Johannesa został tutaj i czeka, aż Johannes znowu przyjedzie. Twój kot mógłby 
się  wychowywać  razem  z  nim.  Będzie  im  na  pewno  dobrze  razem,  będziesz  się  nimi 
opiekował, jak przyjedziesz do nas z wizytą. Co ty na to? 

Oczy dziecka błyskały w półmroku. Na policzkach pojawiły się rumieńce. 

background image

-  Mógłbym  tak?  -  wstrząsnął  nim  ostatni  szloch.  -  Mógłbym  mieć  takiego  kotka,  który 

mieszka u was, i ja... naprawdę bym mógł? 

Chyba i tak za dużo, że zatrzymaliśmy tamtego kotka Johannesa, pomyślała Mali. A dwa 

to już naprawdę przesada. Ale co się rzekło, to się rzekło. I zresztą wcale tego nie żałowała. 
Zwłaszcza kiedy zobaczyła uradowane oczy Oli Havarda. 

-  Oczywiście,  że  możesz  -  uśmiechnęła  się.  -  I  nikomu  oprócz  Havarda  o  tym  nie 

powiemy, jeśli nie chcesz. 

-  No ale będę musiał powiedzieć Johannesowi, kiedy tutaj przyjedzie. 
-  Pewnie - potwierdziła Mali i poczuła, że żołądek jej się kurczy. - Tylko że ja nie wiem, 

kiedy to będzie. 

Ola Havard podniósł kotka i przytulił twarz do mięciutkiego futra. 
-  Johannes dał swojemu kotkowi imię - powiedziała Mali. - Czy ty też byś chciał... 
Chłopiec  w  milczeniu  skinął  głową.  Przez  jakiś  czas  siedział  z  kotkiem  przytulonym  do 

twarzy. Potem popatrzył na Mali. 

-  Mówiłaś, że to jest ona, prawda? To czy mógłbym ją nazwać Mali? - spytał cicho. 
-  Mali? 
-  Tak,  bo  ty  jesteś  najmilszym  człowiekiem,  jakiego  znam  -  wyjaśnił  z  błyszczącymi 

oczyma. - Czy mógłbym ją nazwać Mali? 

-  Oczywiście, jeśli o mnie chodzi, to nic nie stoi na przeszkodzie - uśmiechnęła się Mali, 

głaszcząc  go  po  policzku.  -  Tylko  nie  przypominam  sobie,  żebym  kiedykolwiek  słyszała  o 
jakimś kocie, który tak się nazywa. 

-  Ale mój kot tak się będzie nazywał - oznajmił chłopiec stanowczo. 
Ostrożnie odłożył kotka z powrotem do gniazda, odwrócił się i zarzucił Mali ręce na szyję. 
-  Dziękuję - wyszeptał tak cicho, że ledwie go słyszała. 
 
-  O, właśnie po ciebie przyjechali, Ola Havardzie - poinformowała Ingeborg stojąca przy 

oknie. 

Akurat  mieli  siadać  do  podwieczorku,  kiedy  sanie  ze  Storhaug  wjechały  na  dziedziniec. 

Mali wyjrzała przez okno. 

-  Tak,  to  oni  -  przytaknęła.  -  Musisz  włożyć  kurtkę  i  ciepłe  buty,  Ola  Havardzie. 

Odprowadzimy cię - dodała, patrząc, jak dziecko skuliło się na krześle. - Odprowadzimy cię i 
Havard, i ja. 

Ola  Havard  niezdarnie  wkładał  kurtkę  i  buty.  Havard  wziął  małą  walizeczkę,  z  którą 

chłopiec przyjechał. 

-  Ja ci to zaniosę - powiedział, biorąc dziecko za rękę. Głos mu drżał ze wzruszenia. 
Poszli  wszyscy  troje  w  stronę  sań.  Laura  zmierzała  ku  domowi,  ale  na  ich  widok 

przystanęła.  Knut  Gran  stał  przy  saniach  na  rozstawionych  nogach,  pochylony  do  przodu, 
jakby  miał  trudności  z  utrzymaniem  równowagi.  Wygląda  gorzej  niż  kiedykolwiek, 
pomyślała  Mali,  kiedy  podeszli  bliżej.  Oczy  ma  przekrwione,  nie  sprawia  wrażenia 
trzeźwego.  To  chyba  nieostrożność,  że  on  ma  powozić.  Na  szczęście  koń  z  pewnością  zna 
drogę,  uspokajała  sama  siebie.  Może  zresztą  nie  pojadą  dalej  niż  do  Oppstad.  Kiedy  już 
przyjechali  do  wsi,  byłoby  oczywiste,  że  wstąpią  na  podwieczorek  do  rodziny  w  pierwszy 
dzień nowego roku. 

Laura  miała  na  sobie  niebieski  płaszcz  z  obramowanym  futrem  kapturem.  Mimo  że  i  na 

niej widać było ślady nieprzespanej nocy i być może zbyt wielkiej ilości wypitego alkoholu, 
była bardzo urodziwa. Trudno zaprzeczyć, Mali musiała to przyznać. 

-  Halo, Ola Havardzie - uśmiechnęła się Laura, kiedy chłopiec podszedł do sań. - Dobrze 

się bawiłeś? 

Ola Havard w milczeniu skinął głową, jakby nagle stracił głos. 
-  Nie słyszysz, że matka o coś cię pytała? - warknął Knut Gran, łypiąc ponuro na chłopca. 

background image

Mali poczuła, że rączka, którą trzyma w dłoni, sztywnieje. 
-  Było mi tu bardzo dobrze - odparł Ola Havard cicho. 
-  To co, przyjedziesz jeszcze? - spytała Laura, spoglądając to na jedno, to na drugie. 
-  Pewnie, że przyjedzie - odpowiedział Havard. - Później to omówimy. 
Laura nie spuszczała wzroku z Havarda. Nawet nie próbuje ukrywać, co czuje, pomyślała 

Mali  wzburzona.  Wielkie  oczy  płonęły  pożądaniem,  kiedy  na  niego  patrzyła.  Mali  miała 
ochotę wymierzyć jej siarczysty policzek. 

Co  sobie  ta  małpa  wyobraża?  Poczuła,  że  wściekłość  dławi  ją  w  gardle.  Wiedziała 

przecież,  że  Laura  nie  wyrzekła  się  Havarda.  Ale  to  jej  jawne  pożądanie  wprawiło  Mali  w 
szok. Wyglądało na to, że uczucia Laury z czasem raczej się wzmogły, niż wygasły, choć nie 
wiadomo, co mogło temu sprzyjać. 

-  Dobrze,  to  wsiadaj,  chłopcze,  nie  będziemy  tu  sterczeć  i  czekać,  aż  nam  tyłki 

pozamarzają - warknął Knut Gran ordynarnie, popychając Olę Havarda. 

Chłopiec odskoczył w bok, przerażony zachowaniem tego wielkiego, cuchnącego bimbrem 

człowieka. Knut, który cały czas stał na niepewnych nogach, poślizgnął się na jakiejś bryłce 
lodu i runął na plecy. Klął przy tym siarczyście, niezdarnie próbował wygrzebać się ze śniegu. 
Zebrał się w końcu na nogi i zanim ktokolwiek zdążył się zorientować, o co chodzi, rzucił się 
w  stronę  Oli  Havarda  i  uderzył  go  z  takim  rozmachem,  że  chłopiec  wpadł  głową  w  śnieg. 
Przez  dłuższą  chwilę  wszyscy  stali  niczym  bryły  lodu.  Mali  przerażona  patrzyła  na  Olę 
Havarda. Chłopiec płakał żałośnie, a śnieg powoli zabarwiał się na czerwono krwią płynącą z 
jego nosa. 

-  Ty przeklęty draniu! 
Havard złapał jedną ręką Knuta Grana za kołnierz kurtki. Drugą wymierzył mu taki cios w 

szczękę, że tamten znowu runął na ziemię. 

-  Havard! 
Mali  klęczała  w  śniegu  obok  chłopca  i  patrzyła  przerażona  na  to,  co  się  dzieje.  Pomogła 

Oli Havardowi wstać, podbiegła do Havarda i złapała go za rękę. 

-  Havard, to wszystko... 
Laura nie mówiła nic. Spoglądała wciąż to na jedno, to na drugie. W jej wzroku było coś, 

czego Mali nie rozumiała. Jej mąż mozolnie próbował znowu stanąć na nogi. Trzymał się za 
brodę, a oczy miał czarne ze złości, kiedy patrzył na Havarda. 

-  Co  ty  sobie  wyobrażasz,  że  kim  ty  jesteś,  przeklęty  diable?  Myślisz,  że  możesz  mnie 

bezkarnie bić? - syczał przez zaciśnięte zęby. - Ja ci zaraz... 

Nagle  umilkł.  Jego  wzrok  przesuwał  się  z  Havarda  na  Olę  Havarda.  Chłopiec  stał 

wczepiony w Mali i ze strachem patrzył na ojczyma. 

-  A niech to jasny gwint... 
Knut  Gran  mrużył  przekrwione  oczy,  gapił  się  na  chłopca,  a  potem  znowu  przyglądał 

Havardowi. 

-  Coś  mi  się  zdaje,  że  ty  jesteś  wielkim  przyjacielem  dzieci,  Havardzie  Stornes  - 

wybełkotał  gardłowym  głosem.  -  To  już  drugi  raz  rzucasz  się  na  mnie  z  powodu  tego 
swojego... chrześniaka! 

Mali  poczuła,  że  ogarnia  ją  strach.  Pociągnęła  Havarda  ku  sobie,  chciała  odejść  jak 

najdalej od tamtych. 

-  Jakoś nigdy przedtem dokładnie się nie przyjrzałem - bełkotał dalej Knut Gran, a w jego 

pijackim  wzroku  czaiła  się  złośliwa  radość.  -  Ale  to  zadziwiające,  jaki  ten  chłopak  jest  do 
ciebie podobny. 

Znowu zaległa kompletna cisza. Mali mocno ściskała ramię Havarda. Serce biło jej tak, że 

czuła  je  w  gardle.  Na  moment  napotkała  wzrok  Laury,  ten  lśniący,  dziwny  wzrok.  To  jest 
tryumf, stwierdziła, złośliwy tryumf! 

background image

-   A  może  to  nie  jest  tylko  twój  chrześniak,  ten  Ola  Havard?  Knut  Gran  zachichotał. 

Szczerze i złośliwie. Od tego jego śmiechu Mali dostała gęsiej skórki. 

-  Być może... jest czymś więcej? 
-  Jedziemy, Knut! - przerwała Laura, zwracając się do męża. Wtedy on uderzył ją w twarz 

z taką siłą, że poleciała w stronę sań i o mało nie upadła. 

-  Ty przeklęta kurwo! - wysyczał. 
Havard  chciał  się  wyrwać,  Mali  jednak  powstrzymała  go.  Laura  odzyskała  równowagę  i 

wpiła  spojrzenie  w  Knuta  Grana.  Oczy  jej  pociemniały  z  gniewu.  Z  gniewu,  a  może  i  z 
nienawiści. 

-  Ty głupku! - syknęła. - Ty zapijaczony głupku! 
Potem pociągnęła Olę Havarda do siebie i pomogła mu wsiąść do sań. 
-  Wsiadaj, jeśli chcesz z nami jechać! - warknęła do męża.  -  Bo jak nie, to ruszamy  bez 

ciebie. 

Z  wysiłkiem  wdrapała  się  na  sanie,  ujęła  lejce  i  cmoknęła  na  konia.  Knut  Gran  zdążył 

wskoczyć w ostatnim momencie, kiedy koń ruszał już w drogę. Odwrócił jeszcze głowę, żeby 
popatrzeć na Mali i Havarda. 

-  Chrześniak! Na to ja właśnie widziałem chrześniaka! - wołał pijackim głosem. 
Po chwili sanie wjechały na szczyt wzgórza i zniknęły w szarym mroku.