background image

 

Jacek Komuda

 

Czarna Cytadela

Wysokie, letnie słońce schowało się za welonem chmur, 

płynących od wschodu. Na równinie, urozmaiconej kępami 

krzewów i wstęgą lasu na horyzoncie, panowała cisza. Suche 

trawy nadal trwały w bezruchu, nie szeleściły liście drzew. 

Tylko żar zelżał nieco.

   Rżenie koni zburzyło martwotę krajobrazu. Po drodze, 

przebiegającej poprzez trawiasty płaskowyż, jechało wolno 

kilku ludzi. Kołysali się sennie w takt końskich kroków. 

Wszyscy, a było ich sześciu, rozglądali się uważnie nie 

bacząc na pot, spływający z czół.

   Pierwsza piątka nosiła na sobie lekkie karacenowe zbroje, 

stanowiące jednak świetne zabezpieczenie przed uderzeniami 

mieczy i toporów. Jako broń mieli długie, proste miecze i 

topory osadzone na stalowych rękojeściach. Przy każdym z 

siodeł wisiał też ostry nadziak i pięknie rzeźbiona, stale 

naciągnięta kusza. Tylko jeździec w białej opończy, 

podążający z tyłu, nie miał żadnej broni.

background image

   Nagle jedący na przedzie zatrzymał konia. Rozejrzał się, 

zaklął głośno i zwrócił do nadjeżdżających kompanów zmęczoną 

twarz.

   - Co się stało? - zapytał wysoki rycerz, zbliżywszy się 

do niego.

   - Chyba zgubiliśmy drogę. Jesteś pewien, Revorze, że 

dobrze jedziemy?

   - Nie mam pojęcia.

   Do przodu wysunął się rosły mężczyzna o spalonej słońcem 

twarzy. Przez chwilę stał, zapatrzony w widnokrąg, w końcu 

westchnął ciężko.

   - Jesteś durniem, Revorze. Nie poznaję tej okolicy. To 

nie ta droga.

   - No tak! - zakrzyknął pierwszy z rycerzy. - I co teraz? 

Będziemy musieli zawrócić. Nie mogłeś powiedzieć tego 

wcześniej? Tyle mil jazdy w takim upale.

   - W dodatku zanosi się na burzę - uzupełnił Revor. - 

Erlofie, to Arstat chciał, abyśmy skręcili. Twierdził, że w 

okolicy musi być inna droga.

   - Nie czas na spory. Jedziemy dalej, czy wracamy?

   - A co powie nasza piękność? - zapytał Arstat. - Zawsze 

powtarzam, że kobiety przynoszą nieszczęście.

   Ostatni jeździec przybliżył się, odrzucił biały, 

chroniący przed słońcem kaptur i ciemne włosy rozsypały się 

po jego ramionach.

   - Przestańcie - powiedziała dziewczyna. - Kłócicie się od 

początku podróży. Najpierw o podział łupów, a teraz o 

wybór właściwej drogi. Po cóż właściwie wyjeżdżaliśmy z 

Cannavae?

background image

   - No tak - westchnął Erlof. - A gdyby twierdza została 

zdobyta? Daliśmy wprawdzie dobrą nauczkę tym dzikusom z 

Birvannt, ale Alaryk zamierza ruszyć na wschód. Myślałaś, że 

pozwolę, abyś została na granicy? I to w tak słabo 

umocnionym grodzie? Wybij to sobie z głowy! Muszę odwieźć 

cię do twego ojca.

   - A także łupy, które zgarnąłeś na tej wyprawie - Revor 

odkręcał ze swego naplecznika wysokie skrzydła z orlich piór 

osadzonych w metalu. - Ciężko mi nosić to żelastwo - dodał - 

upał coraz większy.

   - Więc co robimy? - zapytał ktoś z tyłu.

   Na wschodzie pociemniało. Zbliżała się niska, ciemna 

chmura.

   - Niech decyzję podejmie nasz dowódca - zaproponował 

Revor.

   Erlof z wściekłością wyciągnął zza pasa buławę.

   - Słuchajcie mnie, zgrajo łajdaków - rzucił. - Zbliża się 

burza, a my nie mamy schronienia. Ta droga prowadzi w stronę 

lasu. Pojedziemy tam - rozkazał i ruszył z miejsca, a 

pozostali podążyli za nim. Chwilę jechali szybko, potem 

zmęczone konie zwolniły. Las zbliżał się powoli; na 

horyzoncie błysnęło, po czym rozległ się osłabiony 

odległością grzmot - pierwsze ostrzeżenie. Upał i duchota 

jeszcze wzrosły, a oni uparcie podążali naprzód. Erlof 

zbliżył się do dziewczyny.

   - Jesteś zmęczona?

   Odwróciła doń zagniewaną twarz. Milczała.

   - Uspokój się! - wykrzyknął. - Wiesz dobrze, że nie 

możesz zostać ze mną. Po co tu przyjeżdżałaś? Naraziłaś mnie 

background image

na kpiny! Dowódca chorągwi narodowego autoramentu nie może 

wytrzymać miesiąca bez narzeczonej. Jak wyglądam w oczach 

Alaryka? Co on teraz o mnie pomyśli? - grom zawtórował jego 

słowom. 

   Gigantyczna błyskawica przecięła pół nieba. Dziewczyna 

pisnęła i przywarła do napierśnika mężczyzny. Burza wisiała 

w powietrzu. Ciężkie, czarne chmury zasnuły widnokrąg, nadal 

jednak nie czuło się najsłabszego podmuchu wiatru.

   - Hej! - zawołał nagle jadący na przedzie Arstat. - Coś 

widzę! Spójrzcie w kierunku lasu!

   - To zamek - zaczął rycerz zwany Hellegrenem.

   - Raczej ruiny - przerwał Arstat. - Ruiny starej fortecy.

   Ponaglili zmęczone konie i po kilku chwilach pośród 

gęstwiny zarysowało się wyniosłe wzgórze, zwieńczone szarą, 

wysmukłą budowlą. Podjechali jeszcze bliżej i dostrzegli 

zarysy zniszczonych murów, zabudowania straszące czernią 

pustych okien, a także wysoką, poszczerbioną wieżę. Martwa 

cisza i spokój panowały nad tym rumowiskiem. Tylko wysoko w 

górze niebo ciemniało od chmur nadciągającej nawałnicy.

   - Ruiny twierdzy - przemówił Thrvald. - Mieliście rację.

   Wjechali w las. Wzgórze wznosiło się w pewnej odległości 

i jadąc w jego kierunku widzieli tylko niewyraźny zarys 

między drzewami.

   Ciemniało już, gdy wynurzyli się spod zielonego 

sklepienia. Stoki wzgórza porastał gęsty las, ponad murami 

twierdzy wznosiły się też korony drzew rosnących na 

wewnętrznym dziedzińcu. Zatrzymali się obok wąskiej, 

zarośniętej dróżki.

   - Nie wiedziałem, że w tej okolicy znajdują się takie 

background image

budowle - odezwał się Erlof. - Dziwne, że nikt nie odbudował 

tej cytadeli. Potrzebujemy przecież tutaj takich fortec. 

Ciekawe, kto ją zbudował.

   Nowy grzmot wstrząsnął powietrzem. Zrobiło się jeszcze 

ciemniej.

   - Tutaj niebezpiecznie - rzekł Erlof. - A ten zamek jest 

tylko częściowo zburzony. Za mną! - rozkazał i ruszył pod 

górę.

   Arstat zbliżył się do Hellegrena.

   - Nie podoba mi się to miejsce - mruknął cicho. - Ta 

cytadela nie została z pewnością zbudowana przez 

Paleodyjczyków. Jedynie na tych kresach spotyka się podobne. 

Nie cieszą się dobrą sławą.

   - To tylko legendy - powiedział Hellegren. - Ludzie w 

tych stronach są bardzo przesądni.

Gdy dotarli na szczyt wzniesienia czarne chmury całkowicie 

objęły niebo, a częste błyskawice rozjaśniały ich splątane 

kłęby. Przed grupką jeźdźców rozpościerała się stara, 

zniszczona brama. Wąskie strzelnice ziały pustką i 

zapomnieniem, przejście zaś nie było niczym przegrodzone. 

Przejechali pod łukowym sklepieniem i zatrzymali się na 

popękanych płytach dziedzińca porośniętego drzewami. Erlof 

wskazał w głębi pomiędzy kolumnami czarny prostokąt wejścia. 

Odkryli sporą wnękę w ścianie sąsiedniego budynku, uwiązali 

w niej konie i zanim pierwsze krople deszczu spadły na 

ziemię, przekroczyli otwór wejściowy.

   Byli w ciemnym pomieszczeniu, z widocznym zarysem pnących 

się w górę schodów. W ścianach widniały przejścia do 

background image

sąsiednich komnat; ich ciemne i wilgotne wnętrza nie 

pociągały nikogo, toteż wspięli się na piętro. Dopiero teraz 

widać było jak wielka jest cytadela. Wyposażenie komnat 

strawił czas, mury zachowały się w lepszym stanie. Pod 

butami chrzęściły jednak kamyki i gruz odpadły ze stropów, w 

podłodze otwierały się dziury i szczeliny, odsłaniając 

leżące niżej pokoje. Trzeba było nie lada uwagi, by nie 

zgubić się w tym kamiennym labiryncie.

   W pustych salach słychać było poświstywanie wiatru, a 

potem także szmer wody, albowiem na dworze zaczęło padać. 

Przeszli przez korytarz o ścianach pokrytych spłowiałymi 

malowidłami i znaleźli się w rozległym pomieszczeniu. W 

otworach po wybitych oknach widniały szarpane wiatrem fale 

deszczu. Erlof powiódł wzrokiem po ścianach i zauważył 

wmurowane kamienne tablice pokryte napisami w nieznanym 

języku. Zdecydował, iż zatrzymają się właśnie tutaj.

   Hellegren i Revor odeszli po żywność pozostawioną w 

jukach wierzchowców, Erlof zaś zdjął i cisnął na ziemię 

pancerz opatrzony, tak samo jak u towarzyszy, parą 

potężnych, złoconych skrzydeł. Po namyśle odkręcił je, zaś 

zbroję założył z powrotem, po czym usiadł na rzuconej 

niedbale skórze.

   Błysnęło. Głuchy huk zatrząsł murami. Dziewczyna drgnęła 

i przysiadła obok.

   - Straszne miejsce - szepnęła. - W dodatku ta burza.

   - Nie przesadzaj, Dyano.

   Wstał i podszedł do okna. Ulewa zelżała nieco. 

Widać było mglisty zarys wieży, a obok mokrą ścianę 

popękanego muru. Dalej brama. Nagle zadudniły kroki 

background image

powracających kompanów. Odwrócił się.

   - Tu nie da się rozpalić ognia - powiedział Revor. - 

Przynieśliśmy to, co można zjeść i bez niego - podał Dyanie 

wołowy udziec, a na podłodze postawił bukłak z winem.

   Arstat sięgnął do swego worka i wydobył ciemną, oplataną 

butelkę. Wlał do gardła dużą porcję, po czym mlasnął.

   - Nie ma jak gorzałka - mruknął. - Ale najlepiej smakuje 

na polu bitwy - rozsiadł się na resztce marmurowej kolumny. 

Ukrywał niepokój, starając się, by w jego ruchach nie było 

śladu niepewności i uważnie obserwował otoczenie.

   Burza ucichła i chociaż dzień miał się już ku końcowi, 

pojaśniało. Na niebie ukazał się błękit, z drzew skapywały 

krople wody, bursztynowo-złote blaski rozjaśniały liście. 

Słoneczna tarcza pojawiła się na chwilę i zaraz schowała się 

za brzegiem spłaszczonej chmury, wypływającej zza horyzontu. 

Deszcz miał jeszcze padać.

   Erlof otarł usta wierzchem dłoni. Wstał skończywszy 

posiłek i podszedł do Arstata zajętego napisami wyrytymi w 

kamieniu.

   - Chyba zostaniemy tu na noc - powiedział. - Za parę 

godzin będzie ciemno. I tak nie dojechalibyśmy do Wysokich 

Wież przed wschodem słońca.

   Stary wojownik spojrzał dowódcy prosto w oczy.

   - Nie radzę - ostrzegł. - Nie podoba mi się to miejsce.

   - Znów zaczynasz - rzucił Thorvald. - Dość mam twoich 

przesądów!

   - Dobrze, dobrze - rzekł Arstat i rozgniewany odwrócił 

się ku napisom. Erlof także przyglądał  się im w zadumie. 

   - Dziwny alfabet - mruknął. - To nie są nasze litery. 

background image

Potrafisz to przetłumaczyć?

   Stary rycerz pokręcił głową.

   - Kiedyś widziałem już takie napisy - rzucił cicho - ale 

nie wiem gdzie. Tylko niektóre znaki są dla mnie zrozumiałe. 

Powtarza się tu nazwa "Czarna Cytadela" i imię "Monevor". 

Chyba je kiedyś słyszałem.

   - Pewno w legendach twojej babki - wtrącił Revor. - 

Prawdę mówiąc, to i mnie nie odpowiada to miejsce. Skąd 

właściwie wzięła się cytadela na Wielkich Kresach? Kto ją 

zbudował?

   - Może ten, którego imię wyryte jest na tablicach?

   - Gdzie jest Hellegren? - zapytał nagle Thorvald.

   Rozejrzeli się. Hellegrena nie było.

   - Nie widziałaś go? - Erlof zwrócił się do Dyany.

   - Wyszedł - odparła. - Poszedł tam - wskazała wyjście 

prowadzące na północ.

   - Na pewno do koni albo za potrzebą - uśmiechnął się 

Revor.

   Odetchnęli, Erlof podszedł jednak do okna pełen 

niepokoju. Deszcz znowu zaczynał padać i mrok spowijał mury 

zamku. Plac był pusty.

   - Nie ma go na dziedzińcu.

   - Może ogląda cytadelę? - odezwał się Thorvald.

   Arstat powstał.

   - Hellegrenie! - zawołał. - Gdzie jesteś?!

   Echo poniosło głos po wszystkich salach. Odbijał się od 

murów i sklepień.

   - A niechże was! - zakrzyknął. - Mówiłem, żeby tu nie 

wchodzić!

background image

   Erlof zajrzał do sąsiednich komnat. Na próżno. 

Zdenerwowany, położył dłoń na rękojeści miecza.

   - Co robimy?

   - Ty coś rób! - wybuchnął Arstat. - Rozkazuj! Jesteś 

przecież dowódcą.

   - Musimy go poszukać - powiedział Erlof wyciągając broń. 

- Pójdziesz ze mną. Revor i Thorvald spenetrują sale po 

północnej stronie, my po południowej.

   - A ja? - zapytała Dyana. - Nie sądzisz chyba, że tu 

zostanę?

   - Pójdziemy we trójkę.

Drobny deszcz wciąż zacinał. Ze sklepień kapała woda, wolno 

sączyła się ze ścian i tworzyła mętne kałuże na zawalonej 

gruzem podłodze. Erlof, Arstat i Dyana nie trafili dotąd 

na ślad zaginionego. Dopiero w jednej z komnat na parterze 

Arstat przystanął.

   - Popatrzcie tam - powiedział.

   Erlof dostrzegł szeroki, ciemny otwór, przesłonięty 

kilkoma kolumnami. Zbliżył się i spojrzał w głąb czeluści.

   Korytarz lekko opadał w dół. W słabym świetle 

przedostającym się z sali dostrzegł płaskorzeźby na 

ścianach. Wytężył wzrok; zdawało mu się, że w głębi stoją 

białe, dziwnie ukształtowane posągi, nie mógł wszakże 

stwierdzić, co przedstawiały. Wycofał się.

   - Ten korytarz prowadzi do lochów albo do podziemi - 

rzucił. - Tam raczej się nie zapuścił. Wracamy.

   Wyszli z komnaty i zmierzali w kierunku północnym, gdy 

nagle rozległ się przytłumiony odległością okrzyk. 

background image

Znieruchomieli. Był to głos człowieka wydany w chwili 

straszliwego przerażenia. Nie powtórzył się.

   - To chyba głos Revora - wykrztusił Arstat.

   Erlof zaklął i rzucił się w stronę głosu. Popędzili za 

nim. W biegu mężczyźni dobyli broni. Stal zadźwięczała, oni 

zaś przemierzali w milczeniu ponurą budowlę.

   Wpadli do długiego korytarza. Nagle z łukowego przejścia 

wyskoczyła postać w czarnym, rozwianym płaszczu. Erlof 

wzniósł miecz i zaraz go opuścił. Naprzeciwko stał Revor i 

dyszał ciężko, krople potu lśniły na jego czole.

   - Co się stało? - zapytał łagodnie Erlof. - Gdzie 

Thorvald?

   - Thorvald nie wróci!

   - Jak to?

   - To stało się tak nagle... Weszliśmy do dużej sali. 

Thorvald powiedział, bym spenetrował pokoje z prawej, a sam 

poszedł na lewo. Słyszałem najpierw jego kroki, potem 

zapanowała cisza. Wołałem, nie odpowiadał. Wróciłem do sali, 

lecz tam go nie było. Zajrzałem do wszystkich komnat w 

pobliżu. Nawet najmniejszego śladu! Musiał się oddalić, ale 

dokąd?... Tutaj coś mieszka! Coś straszliwego! - umilkł, a 

jego twarz stężała w grymasie przerażenia.

   Erlof potrząsnął nim mocno.

   - Uspokój się - powiedział.

   - Mówiłem, że to przeklęte miejsce - wtrącił ze złością 

Arstat. - Nie czas na dyskusje. Za mną!

   Czując na karkach zimny pot, popędzili na lewo i wbiegli 

na piętro. Znajdowali się w sali, w której zamierzali 

spędzić noc. Stanęli bezradnie.

background image

   - Teraz tym przejściem - zakomenderował Erlof. Arstat 

wszakże, jakby lekceważąc rozkaz, zbliżył się ku tablicom i 

raz jeszcze przyjrzał się wyrytym na nich napisom.

   - Co robisz? - zapytał Erlof. Ochłonął już z pierwszego 

strachu. - Czekaj, postąpiliśmy jak głupcy! - powiedział 

nagle. - Skąd pewność, że nasi towarzysze zginęli? Może 

właśnie oczekują naszej pomocy... - urwał, dostrzegając 

dziwny wyraz twarzy odsuwającego się od ściany Arstata.

   - Czarna Cytadela! - wrzasnął tamten. - Przypomniałem 

sobie! To przeklęte miejsce. Uciekajmy stąd czym prędzej!

   - A Hellegren i Thorvald?

   - Jeżeli to Czarna Cytadela, są martwi, a nawet gorzej. 

Że też nie zorientowałem się wcześniej! Czarna Cytadela! 

   Nagle usłyszeli rżenie pozostawionych na dziedzińcu koni. 

Wierzchowce, którym udzieliła się ich trwoga głośno szarpały 

się i wierzgały. Nieoczekiwanie rozległ się stukot podków, 

cichnący w oddali.

   Erlof doskoczył do otworu okiennego. Nie

wiedział - zdawało mu się, czy też dostrzegł naprawdę - 

ciemną sylwetkę, która szybko wtopiła się w mrok po drugiej 

stronie dziedzińca.

   - Nasze konie! - wrzasnął Revor i jakby zbudzeni przezeń 

z głębokiego snu popędzili do przeciwległego przejścia. 

Wtedy Arstat uchwycił Erlofa za ramię.

   - Coś jest przed nami - szepnął. - Lepiej zejdźmy z 

drogi.

   Cofnęli się do niewielkiego pokoju. Revor zgasił 

latarnię.  Słychać było zbliżające się, dziwne, jakby 

niezdarne stąpanie. Gdy ciemna sylwetka przesłoniła 

background image

przejście, Erlof z całej siły uderzył buławą.  

   Rozległ się trzask pękających kości. Bezwładne ciało 

osunęło się na posadzkę. Erlof dopiero w tym momencie 

uświadomił sobie, iż mógł powalić któregoś z zaginionych. 

Arstat pochylił się nad leżącym.

   - To obcy - powiedział z ulgą. - Bałem się, że zabiłeś 

Thorvalda albo Hellegrena.

   Revor zapalił latarnię, by mogli zobaczyć twarz zabitego. 

Nagle rozległ się przeraźliwy okrzyk, a wypuszczona z ręki 

latarnia zbiła się z hałasem. Dziewczyna osunęła się w 

ramiona Erlofa. Uniósł ją i poczuł, jak silne ramię Arstata 

wypycha go z komnaty.  

   - To nie był żaden z nich - szepnął Revor trzęsącym się 

ze strachu głosem. - Jego oczy... Nie, nie mogę już nic 

powiedzieć.

   Erlofowi dźwigającemu Dyanę zdawało się, iż serce 

wyskoczy mu z piersi. Kilkakrotnie był świadkiem niesamowitej 

odwagi przyjaciela na polach bitewnych i murach zdobywanych 

miast. Cóż za przerażający widok zatrwożył teraz tego 

nieulękłego rycerza?

   Szli w milczeniu. Cisza spowijała zamek i chociaż starali 

się iść ostrożnie, ich kroki dudniły głucho w pustych 

pomieszczeniach. W wielkiej sali Arstat zatrzymał ich, a w 

jego dłoni błysnął miecz. Zrobił jeszcze krok i ukazał 

leżące na posadzce ciało mężczyzny w karacenowej zbroi.

   Erlof poczuł, jak włosy stają mu dęba. Arstat błysnął 

latarnią i z okrzykiem przerażenia. Na podłodze leżał 

trup, a jego rysy zastygły w grymasie rozpaczy. Na 

pancerzu widniało kilka nacięć - śladów uderzeń 

background image

zadanych ze straszliwą siłą.

   - To Thorvald - wydyszał Erlof.

   Arstat bez słowa ruszył do wyjścia. Erlof i Revor rzucili 

jeszcze kilka spojrzeń na swego kompana wpatrującego się w 

sufit martwym wzrokiem. Zeszli na parter i nagle niesiona 

przez Erlofa dziewczyna jęknęła cicho. Ułożył ją na podłodze 

i lekko potrząsnął. Otwarła oczy.

   - Gdzie jesteśmy? - spytała słabym głosem.

   - W Czarnej Cytadeli - mruknął Arstat.

   - Ten zabity... - szepnęła - jego oczy.

   - Dosyć! - uciął Erlof. - Możesz iść o własnych siłach?

   Kiwnęła głową i powstała. Pośpieszyli w kierunku 

następnego pomieszczenia. Gdy przeszli łukowe przejście, 

Arstat znów się zatrzymał. Naprzeciw widniał otwór 

wejściowy, za którym szemrały krople deszczu. Arstat 

rozejrzał się podejrzliwie, nie spostrzegł jednak niczego 

podejrzanego.

   - Szybko! - rzucił i popędził w tamtym kierunku. Mrok 

spowijał salę, przez którą biegli. Revor wysunął się nieco 

do przodu i gdy dopadał otworu, rozległ się trzask. 

Dostrzegli, jak płyta pod jego stopami opada w dół. Z 

okrzykiem przerażenia Revor runął w czeluść, kamień zaś, 

obróciwszy się dookoła własnej osi, wrócił na miejsce. Z 

wyjątkiem Revora nikt nie zdołał wydać z siebie głosu.

   - Zapadnia! - krzyknął Erlof. Podbiegł do zdradliwej 

płyty i usiłował ją podnieść lub obrócić, jednakże ta nawet 

nie drgnęła.

   - Czemuż nie uciekliśmy wcześniej?! - zawołał. - Cóż to 

za przeklęte miejsce?!

background image

   - Czarna Cytadela - lakonicznie odparł Arstat. - Bądź 

lepiej cicho. Zmykajmy, póki czas. Może zdołamy ujść żywi.

   Drobny deszcz uderzył w ich twarze, gdy wyszli na 

zewnątrz. Zarysy murów i wież tonęły w mroku. Zdawało się, 

że teraz cytadela jest znacznie większa od oglądanej w 

blasku dnia. Z budowli biła nieokreślona złośliwość i 

potężne, zda się wszechmocne zło. W dziwny sposób 

przyciągała wzrok Erlofa.

   Bez trudu przebyli dziedziniec, lecz oto wyrósł przed 

nimi masyw zamkowej bramy. Przejście było szeroko otwarte, a 

za nim kołysały się kształty drzew.

   Wpadli do ciemnej wnęki bramy. Dyana pierwsza skoczyła 

na drugą stronę. W tej chwili rozległ się wibrujący 

dźwięk, z którym opadła w dół schowana dotąd masywna krata. 

Erlof wrzasnął ostrzegawczo, Arstat nie zdołał jednak 

uskoczyć i grube jak męskie ramię pręty spadające w dół, 

przebiły jego zbroję, przygniatając go do ziemi. 

Erlof rzucił się usiłując podnieść żelazną konstrukcję. 

Krata była zbyt ciężka.

   - Arstacie - szepnął w rozpaczy i opadł na kolana. Krew 

płynęła z ciała rannego, mieszając się z deszczem. Jego 

wargi rozchyliły się, więc Erlof pochylił głowę.

   - To Czarna Cytadela - wyszeptał umierający. - Słyszałem 

o tych ruinach. Uciekaj, a jeżeli nie zdołasz tego zrobić, 

zniszcz jego ciało. Zniszcz ciało Monevora.

   Umilkł, głowa opadła mu na ziemię.

   Erlof stał w bezruchu, z którego wyrwał go dopiero głos 

Dyany.

   - Co teraz zrobimy?

background image

   Cofnął się i dokładnie obejrzał mury, nie dostrzegł 

jednak schodów ani drabiny, prowadzącej na szczyt. Był w 

pułapce.

   - Musisz uciekać - rozkazał. - Biegnij tą drogą w 

kierunku równiny. Proś o pomoc każdego napotkanego 

człowieka. Mów, że jestem w Czarnej Cytadeli. Pamiętaj, w 

Czarnej Cytadeli!!

   - A co będzie z tobą?

   - Idź. Przynajmniej ty się uratujesz.

   Dziewczyna łkając pobiegła przed siebie.

   Gdy jej postać zniknęła między drzewami, Erlof wydobył 

miecz i odwrócił się ku trwającej w mroku budowli.

   - Teraz zmierzymy się - powiedział, nie czując już lęku i 

położył dłoń na chłodnym ostrzu.

Krople ściekające z dachu rozpryskiwały się w kałużach, gdy 

przekraczał próg. Przed Erlofem otworzył się szeroki 

korytarz, zakończony niewyraźną plamą odległego przejścia, 

skąd płynęło słabe, żółte światło. Choć nic już, jak sądził, 

nie mogło go zdziwić, poczuł wstrząs na widok wielkiej sali. 

Jej sufit spowijał mrok, zalegał też pod kolumnami przy 

ścianach, wśród których stały tajemnicze posągi. Czyniły z 

tego pomieszczenia coś w rodzaju ponurej i odrażającej 

świątyni. Złotawy snop światła płynącego nie wiadomo skąd 

padał na środek sali. Stała w nim samotna, czarna sylwetka. 

Przezwyciężając bezwład nóg, Erlof zaczął podchodzić 

bliżej. Dziwna jasność unosiła się wokół postaci okrytej 

ciemnym płaszczem. Kaptur okrywał jej głowę, nie widać było 

rysów twarzy. Erlof czekał.

background image

   - Zjawiłeś się wreszcie - powiedział metaliczny głos. Czy 

przemówiła postać, czy też głos dochodził z przestrzeni 

wokół nich, Erlof nie wiedział. Czuł, że opadają na niego 

niewidzialne więzy. Pomimo wysiłków nie był w stanie 

poruszyć ani ręką, ani nogą.

   - Kim jesteś? - zapytał. Jedyne, na co mógł się jeszcze 

zdobyć.

   - Jestem... cieniem człowieka, który żył dwa tysiące lat 

temu. Niegdyś byłem królem. Nazywałem się Monevor.

   - To ty zabiłeś moich przyjaciół! Dlaczego? 

   Nieznajomy roześmiał się cicho.

   - Jesteś Paleodyjczykiem - powiedział. - Tak samo twoi 

kompani. Każdy Paleodyjczyk jest moim wrogiem.

   - Dlaczego?

   - Czy słyszałeś o królestwie Tavonu?

   Erlof drgnął. Nazwa ta obiła się o jego uszy.

   - Zadrżałeś, co? - syknął tamten. - Tak, byłem niegdyś 

królem tego państwa. Przepiękna kraina! Pośród lasów, łąk i 

pól wznosiły się grody i miasta. Żyliśmy w spokoju i 

szczęściu. W dolinach rozbrzmiewały pieśni naszych kobiet, w 

lasach pełno było zwierzyny, cały kraj płynął miodem i 

mlekiem. Do czasu, gdy przybyli tu wasi przodkowie z 

zachodu. Przybyli, a potem zmietli nas z powierzchni ziemi. 

Wciąż jest we mnie pamięć o spalonych miastach, zrównanych z 

ziemią siołach, wymordowanych kobietach, dzieciach i 

starcach, o wojownikach palonych żywcem na stosach. Potężnym 

byliśmy narodem, ale ulegliśmy waszej przewadze. Zwycięzcy 

osiedlili się później na ruinach Tavonu i stworzyli nowe 

państwo - Paleodię, słynną ze swej jazdy. Zbudowaliście to 

background image

państwo i nie wiedząc o tym, co zrobili z nami wasi 

przodkowie, podjęliście się obrony świata przed barbarzyńską 

potęgą Birvantt. Walczycie ze wschodem, a jesteście stokroć 

gorsi od mieszkających tam dzikusów. Ja byłem królem Tavonu. 

Z tego miejsca, z Czarnej Cytadeli, rządziłem moim państwem. 

To był ostatni punkt oporu, gdy zajęliście już kraj. Nie 

mogliście go złamać, a wtedy jeden z waszych 

czarnoksiężników rzucił na to miejsce klątwę. Ale ja byłem 

Nieśmiertelny. Ci, którzy się tu schronili, zginęli, ja 

jednak przeżyłem, choć moje ciało umarło.

   - Wiedziałem, że Tavon był przesiąknięty czarami - 

mruknął Erlof.

   - Zabiłem twoich przyjaciół - ciągnął tamten - zabijałem 

i innych, którzy tu trafili. Zniszczyliście Tavon, ja muszę 

go pomścić.

   - Minęło dwa tysiące lat! - krzyknął Erlof.. - Cóż my, 

dzisiejsi mieszkańcy Paleodii możemy dla ciebie zrobić? 

Zawinili nasi przodkowie, my nie mieliśmy na to wpływu.

   - Wszystko byłoby proste, gdyby czas cokolwiek znaczył. 

Ale on jest niczym. Nie podlegam mu, więc nie umniejsza mojej 

nienawiści.

   - Jesteśmy niewinni!

   - Twoi przodkowie zniszczyli mój lud. Należysz do tej 

samej rasy.

   Erlof zbierał rozproszone myśli.

   - Ciekaw jestem, o jaką zemstę ci chodzi? - powiedział w 

końcu. - Wydaje mi się, że nie możesz stąd wyjść. Jakże zatem 

dokonasz odwetu? Możesz zabijać tych, którzy tu wejdą, ale 

nie zdołasz pokonać całego narodu. Jesteśmy zbyt potężni, by 

background image

ulec cieniowi z przeszłości.

   Monevor roześmiał się chrapliwie.

   - To, że zabijam, albo przejmuję władzę nad takimi jak 

ty, to zemsta za moje cierpienia - możesz tak to nazwać. 

Pozostaje odwet za zniszczenie Tavonu. Nie ja go dokonam. 

Gdy byłem człowiekiem, posiadałem dar przewidywania 

przyszłości. Czas nie mógł zabić mojej nienawiści, ale czas 

porządkuje wasz świat. Istnieje jedno przeznaczenie i 

chociaż nie potrafię go odgadnąć, to przecież mogę

stworzyć sobie jego wizję. Jesteście skazani na zagładę. 

Jako nieśmiertelny będę oglądał wasz upadek - oto moja 

zemsta. Nie muszę niczego robić. Z tej twierdzy ujrzę kres 

Paleodii. Pogrążycie się w cierpieniu na wieki. Sami zresztą 

doprowadzicie kraj do zguby. Czas was zniszczy i po tym 

przeklętym państwie nie zostanie nawet wspomnienie.

   - Po cóż mi to mówisz? Szukasz usprawiedliwienia? 

Dlaczego nie zabiłeś mnie od razu? - zapytał Erlof. - Dyana 

uciekła. Wszyscy dowiedzą się o tym miejscu. Nikogo już nie 

uśmiercisz.

   - Ja nie zabijam ludzi - odparł Monevor. - Przynajmniej 

staram się tego nie robić. To znaczy uśmiercam wszystkich, 

ale nad ich ciałami przejmuję władzę. Spotkało to jednego z 

twoich ludzi. Niestety, pozostali byli zbyt silni, a co za 

tym idzie, zbyt niebezpieczni. Ktoś zdaje się leży w jednej 

z sal na parterze, ktoś spoczywa na dnie głębokiego dołu, a 

ciało innego gnije przy bramie. Interesowała mnie twoja 

reakcja, gdy twoi towarzysze umierali w męczarniach bądź 

znikali bez śladu. Jesteś inny od tych, z którymi dotąd 

się spotykałem. Nie wiem, dlaczego zapragnąłem powiedzieć ci 

background image

wszystko. Może po to, abyś umierał ze świadomością winy?

   - A jednak jesteś bardzo słaby - zauważył Erlof. - 

Potrafisz mordować, lecz nie dopuszczasz do siebie myśli, 

jak bardzo się mylisz. Nie potrafisz odejść z tego miejsca. 

Możesz tylko czekać. Wymyśliłeś bajeczkę o upadku Paleodii 

tylko po to, aby odnaleźć cel swojego istnienia.

   - Być może - odparł Monevor i zdjął kaptur.

   Erlof krzyknął z przerażenia. W miejscu głowy tamtego 

była duża fosforyzująca czaszka. W jej oczodołach czaiła się 

moc, ktora pomogła temu martwemu stworowi przetrwać wieki, 

dając mu przez cały ten czas pozory życia. Siła nienawiści?

   Erlof uwolnił się z okowów, krępujących jego ciało. 

Błysk szaleństwa zapalił się w mózgu rycerza. Monevor nie 

zdążył drgnąć, gdy dziwna siła popchnęła Erlofa do 

działania. Napiął mięśnie i skoczył wprost na postać okrytą 

czarnym płaszczem. Powietrze zawyło, gdy ciął z całej siły. 

Żelazo zagłębiło się w ciele widma nie napotykając oporu jak 

gdyby postać utworzona była z dymu lub mgły. Erlof ukląkł, 

straciwszy równowagę.

   - Nie możesz mnie zabić - powiedział Monevor. - Sądziłem, 

że będziesz rozsądniejszy. Jestem duchem człowieka, który 

zmarł dwa tysiące lat temu. Zachowałem nieśmiertelność 

właśnie w takiej postaci. A teraz żegnaj. Twoje 

przeznaczenie nadchodzi - postać widma zmalała, zbladła i 

rozwiała się. Erlof usłyszał jeszcze dziwne szelesty 

dochodzące ze wszystkich stron.

   Coś kryło się w cieniu kolumn. Czując, jak serce zaczyna 

mu bić coraz szybciej, Erlof dostrzegł wyłaniającą się z 

mroku mglistą sylwetkę człowieka w półpancerzu i hełmie. 

background image

Dalej pojawił się drugi, trzeci. Były ich dziesiątki, 

zewsząd dochodziły ukradkowe stąpnięcia. Podchodzili coraz 

bliżej, a z nimi blade lśnienie wzniesionych mieczy, toporów 

i włóczni. Znalazł się w zacieśniającym się pierścieniu. 

Włosy zjeżyły mu się, gdy ujrzał oblicza przeciwników. Miał 

do czynienia nie z ludźmi, lecz z martwymi ciałami, 

ożywionymi diaboliczną siłą. Blade twarze były groteskowymi 

maskami bez wyrazu, trupy szły równym, aczkolwiek nieco 

bezwładnym krokiem. Najbardziej niepokojące były ich oczy - 

matowe i puste niczym u śniętych ryb. Zdawali się nie żyć od 

dawna, a jednak rozkład nie tknął obrzękłych, sinych twarzy 

i bladej skóry.

   Okrążyli go i zatrzymali się. Wiedział, że jeśli nie 

uczyni czegoś zdecydowanego - zginie.

   Rzucili się na niego; nie wydając żadnego dźwięku, nie 

byli przecież żywymi ludźmi, lecz tworami, utrzymywanymi na 

pograniczu życia i śmierci przez magię potężnego umysłu, 

który trwał przez wieki.

   Świsnęło ostrze. Najbliższy przeciwnik zwalił się, 

przecięty w pół paleodyjskim mieczem. Cofnęli się, po czym 

znów zaatakowali - nieporadnie i opieszale, jak gdyby dla 

powodującej nimi siły największą trudnością było 

przezwyciężenie martwoty ciał. Uderzali na oślep, a ich 

topory i miecze dźwięczały, odbijając się od hełmu i zbroi 

Erlofa. Przestrzeń wokół niego malała, co chwila jednak 

powiększała się, gdy na posadzkę opadało kolejne ciało. 

Rycerz opanowany szaleńczą pasją walki zataczał mieczem 

szerokie kręgi i sam uchylał się przed uderzeniami. Pod jego 

ciosami pękały ostrza, hełmy i pancerze nacierających. Krew 

background image

nie plamiła podłogi, padające ciała przechodziły 

przerażającą przemianę - kurczyły się, ciemniały i 

rozsypywały w proch. W jednej krótkiej chwili czas 

egzekwował swe prawa.

   Stos przemieszanych kości, czaszek i pyłu wznosił 

się wokół niego, gdy pozostali przeciwnicy zamarli, po czym 

rozstąpili się. Z tłumu wynurzył się wojownik w karacenowej 

zbroi. Erlof rozpoznał Hellegrena. Okrzyk przerażenia zamarł 

na jego ustach. Towarzysz broni, który zniknął przed 

godziną, teraz kroczył sztywno trzymając wzniesiony w górę 

miecz.

   - Hellegrenie! - wrzasnął Erlof. - Hellegrenie! Nie 

poznajesz mnie?! - urwał, gdy uprzytomnił sobie, że ten, do 

którego mówi, musi być martwy.

   Hellegren zatrzymał się o krok. Od bladej postaci o 

wydętych sinych wargach i wytrzeszczonych oczach ciągnęło 

chłodem.  Chwila i oto długi miecz runął w dół szerokim 

łukiem. Erlof zdołał odskoczyć. Ostrze skrzesało iskrę z 

kamiennej podłogi, lecz wówczas świsnęła stal, po czym 

kolejne bezgłowe ciało osunęło się na ziemię.  

   Pozostali znów podnieśli broń i posunęli się do przodu. 

Zanim jednak zdołali otoczyć samotnego wojownika, ten rzucił 

się w bok, przebił przez linię wrogów i gnając jak opętany, 

wpadł w przejście, prowadzące do ciemnego korytarza. Tu 

rozepchnął ostatnich, którzy chcieli go zatrzymać i uciekł.

Pierwszą myślą Erlofa było pragnienie wydostania się z 

Czarnej Cytadeli. Zaraz jednak musiał o tym zapomnieć, 

bowiem tuż za plecami słyszał tupot wielu stóp. Podążali za 

background image

nim. Zresztą krata, pod którą spoczywało ciało Arstata, na 

pewno też była opuszczona. Należało znaleźć inne wyjście.  

   Przebył klucząc kilka komnat i korytarzy, aż wreszcie 

otoczyła go cisza. Ucichły odgłosy pościgu, może 

prześladowcy zgubili jego ślad? Wyczerpany, zwalił się na 

marmurową ławę w jednej z sal, zagubiony w kamiennym 

labiryncie, którego mroki rozpraszała jedynie słaba 

poświata, przedostająca się przez otwory po przegniłych 

oknach. Po chwili odpoczynku zagłębił się w kolejny 

korytarz, którym doszedł do następnego wielkiego 

pomieszczenia.

   Nagle usłyszał cichy szelest, dochodzący zza przejścia w 

przeciwległej ścianie. Pod palcami poczuł rękojeść miecza, 

ręka chwyciła za nią bezwiednie. Światło księżyca 

uwolnionego z okowów chmur, zalśniło w przeciwległym kącie 

sali. Rozległo się ciche człapanie. Jeszcze chwila i z 

przejścia wysunęło się kilka ciemnych sylwetek. Cicho 

wycofał się z komnaty i przeszedł na drugą stronę korytarza.

   Wrogowie najwyraźniej rozdzielili swoje siły. Nie sądził, 

aby byli na jego tropie, ruszył więc w kierunku zakrętu 

korytarza. Kim byli za życia? Niemożliwe, by ciała ożywione 

szatańską mocą Monevora należały do Tavończyków. 

Najprawdopodobniej byli to tacy sami jak on, przypadkowi 

wędrowcy, którzy nieświadomi niebezpieczeństwa weszli do 

przeklętych ruin. Rozmyślając tak wszedł do ciemnego 

pomieszczenia. Przebite u góry dymniki i skośne kominy 

przepuszczały słaby poblask księżycowego światła. Wtem z 

mroku wyłoniła się biała sylwetka, ciało owinięte jasnym 

płaszczem. Palce Erlofa dotknęły rękojeści sztyletu. 

background image

Świsnęło ostrze ciśnięte silną ręką i postać zniknęła. Nie 

wiedział, czy trafił, lecz już w następnej chwili usłyszał 

tupot kilkudziesięciu stóp i chrzęst oręża.

   Skoczył w otwór prowadzący do pokoju z lewej, a w 

przejściu odwrócił się błyskawicznie i zaatakował. Ostrze 

miecza zgrzytnęło, ocierając się o kość, Erlof odwrócił się 

i popędził w ciemność. Prześladowcy deptali mu już po 

piętach, gdy nagle ziemia pod nim rozstąpiła się. Poleciał w 

dół tak szybko, iż nie zdołał wydać z siebie żadnego 

dźwięku.

   Nie spadał zbyt długo. Nim zdążył zastanowić się, co go 

czeka, lądował na wysokim stosie gruzu, piętrzącym się w 

ciemnej komnacie. Przekoziołkował i potłuczony zerwał się na 

nogi. Czekając, aż uspokoi się bijące głośno serce starał 

się przebić wzrokiem otaczające ciemności.

   Niewątpliwie był to szczęśliwy przypadek. Uszedł swym 

prześladowcom, nie wiedział jednakże, gdzie się znajduje. W 

każdym razie nie spadł zbyt głęboko. Mury, których dotykał 

idąc po omacku, były wilgotne, w powietrzu trwał chłód, 

charakterystyczny dla lochów.

   Trochę trwało zanim dotarł do szerokich schodów 

prowadzących w górę. Wspiął się i stanął na progu obszernej, 

pustej sali. Zniżający się księżyc słał padający skośnie 

blask, gwiazdy lekko przybladły, niewątpliwie noc miała 

się ku końcowi. Naprzeciw widział czworokątny otwór, wypełniony 

gęstą, prawie namacalną ciemnością. Przecież znał to 

miejsce. Zamarł w bezruchu. Nagle, niczym olśnienie, 

spłynęło na niego wspomnienie słów wypowiedzianych przez 

Arstata przed śmiercią.

background image

   - Zabij jego ciało - powtórzył szeptem. Patrzył w mroczną 

głębię otworu, rozdarty pomiędzy chęcią ucieczki z tego 

strasznego miejsca a pragnieniem zejścia galerią tam, gdzie 

spoczywa... - Nagle z obydwu przejść w ścianach wypadły 

czarne cienie otaczając go półkolem. Zanim uderzyli, podjął 

ostateczną decyzję, spojrzał za siebie i pobiegł tam, gdzie 

spoczywał martwy bądź tylko uśpiony pan tych ruin, 

przeklętych przez Boga i ludzi.

Korytarz nie nosił śladów zniszczenia, jakie szerzyło się w 

cytadeli. Spadek był łagodny, co kilkanaście kroków 

przestrzeń przecinały smugi białego światła. Nie płynęło ono 

z zewnątrz; jego źródłem były płyty wmurowane w ścianę w 

regularnych odstępach. Zrobione z fosforyzującej substancji 

dawały mocny, ostry blask, ale tylko w pobliżu muru. Ich 

światło nie do końca rozpraszało ciemności.

   Nikt go nie gonił. Być może jego wrogom nie wolno było tu 

wchodzić lub też w podziemiach czaiły się jeszcze gorsze 

okropieństwa. Strach na chwilę znowu sparaliżował jego 

ciało, przemógł się jednak i szedł dalej.

   Pojawiły się nisze, wykute po obu stronach korytarza. W 

każdej z nich tkwił duży, kamienny posąg. Oglądał je 

ciekawie. Wszystkie były precyzyjnie wykonane, gładkie, nie 

mógł jednakże stwierdzić, co przedstawiały. Miały ludzkie 

proporcje, niektóre jednak z istot przedstawionych w 

kamieniu posiadały po troje oczu, zazwyczaj też kilka rąk. Z 

ich palców zaś zwieszały się ciężkie, dziwnie ukształtowane 

macki.

   Spoglądał właśnie na jedną z kamiennych postaci, bardziej 

background image

niż inne podobną do człowieka, gdy rozległ się cichy trzask. 

Rozejrzał się, niczego jednak nie spostrzegł; z powrotem 

skierował swój wzrok na posąg i włosy stanęły mu dęba. Oczy 

rzeźby wyglądały jak żywe! Poruszyły się lekko. Erlof 

odskoczył i z okrzykiem przerażenia pognał w dół.

   Nisze z przerażającymi lokatorami skończyły się wreszcie.

Korytarz opadał teraz stromo, a mógł obniżać się 

jeszcze długo, toteż należało oszczędzać i tak już 

nadwątlone siły. Starając się nie myśleć o chwili grozy, 

jaką przeżył wcześniej, Erlof schodził coraz niżej i niżej.

   W echo jego kroków wmieszały się ciężkie stąpnięcia 

dochodzące z tyłu. Spojrzał w górę korytarza. Ciemność, 

przetykana łatami światła, kryła ciszę i pustkę. Daleko jak 

okiem sięgnąć nie było za Erlofem nikogo.

   Przywidziało mi się - pomyślał. Przeszedł kilka kroków i 

znów wydało mu się, że ktoś za nim idzie. Raz jeszcze 

obejrzał się zaniepokojony, jednakże echo tajemniczych 

stąpnięć ucichło w oddali.

   Ruszył naprzód, a wówczas do tajemniczego odgłosu 

dołączyły następne. Wreszcie, gdy stąpnięcia maszerujących 

za nim istot zlały się w jeden równomierny pogłos, zatrzymał 

się przerażony i wtedy dźwięk ucichł. W przebłysku 

świadomości skojarzył go z posągami. Przestrach wstrząsnął 

jego ciałem; nie bacząc już na nic puścił się pędem przed 

siebie.

   Ciężkie wrota zamykały długą galerię. Ich powierzchnia, 

jak wszystko tutaj, pokryta była płaskorzeźbami. Dwie z nich 

wyobrażały smocze paszcze, z których zwieszały się żelazne 

pierścienie. Uchwycił jeden z nich i pociągnął. Jedno ze 

background image

skrzydeł odchyliło się z lekkim szumem. Erlof prześliznął 

się przez szparę. Był w grobowcu.

Na środku komnaty spoczywała kamienna skrzynia ozdobiona 

twarzami prymitywnych bożków i symbolami, które wziął za 

herby rycerskie. Nie wątpił, że jest to sarkofag zawierający 

ciało Monevora. Chciał doń podejść, lecz lęk zatrzymał go na 

miejscu. Nie sądził, by w grobowcu znajdowała się pułapka; 

było to raczej zagrożenie mocą, jakiej dotąd nie napotkał.

   Stał w progu niezdolny do podjęcia decyzji. Za plecami 

miał ruchome posągi, przeciw którym jego miecz byłby zapewne 

bezsilny. Przed sobą nieokreślone, straszliwe zagrożenie. 

Usłyszał szmer, dochodzący z korytarza i czując, że nie 

wytrzyma dłużej w niepewności, postąpił naprzód. Był przy 

płaskim wieku sarkofagu, gdy stało się to, co przeczuł 

wcześniej.

   Kopuła stropu kończyła się zawieszoną wysoko tarczą, 

pokrytą niezrozumiałymi symbolami. Zobaczył ją kątem oka, 

bowiem w chwili, gdy dopadł skrzyni, zerknął w górę. Właśnie 

w tym momencie z sufitu skoczył na niego czarny, rozmazany 

cień. Erlof zdołał dostrzec bezkształtny pęcherz, otoczony 

wieńcem macek i odruchowo uskoczył zanim owa istota znalazła 

się na ziemi, chybiając celu. Ciało stworzenia przypominało 

gruby, ciemnobrązowy wór pokryty kłębem chaotycznie wijących 

się macek. Kilka z nich wysunęło się w kierunku Erlofa.

Miecz błysnął, stwór sprężył się, jakby zwarł w sobie i 

wówczas dyszący ciężko Erlof wbił ostrze w bąblaste ciało.

   Wyrwał broń i chwilę patrzył na miotającą się po posadzce 

poczwarę. Jej ciało zamarło w końcu, zaś Erlof odwrócił 

background image

głowę i podszedł ponownie do kamiennej skrzyni. Oglądał ją 

dokładnie, szukając sposobu, dzięki któremu mógłby zajrzeć 

do środka. Pochłonięty opukiwaniem ścian, nie zwracał już 

uwagi na rozciągnięty nie opodal kształt podobny do 

olbrzymiego pająka skrzyżowanego z ośmiornicą.

   Zawiłe symbole pokrywały wierzch sarkofagu. Odnalazł w 

końcu szczelinę, obiegającą dookoła całą skrzynię. Do 

uniesienia kamiennej pokrywy nie starczyłoby z pewnością 

dwóch mężczyzn, Erlof zdołał jednak podnieść i odrzucić na 

bok kamienny blok. Ujął później rękojeść miecza i spojrzał w 

głąb odsłoniętego grobu. Leżał tam pożółkły szkielet 

obleczony w resztki przegniłej materii. Erlof westchnął 

ciężko wspierając ręce na krawędzi sarkofagu. To dziwne, ale 

nie czuł nienawiści. Kimże był ten król sprzed wieków? Jak 

długo jego duch żył nienawiścią do świata, który przecież od 

tamtych lat tak bardzo się zmienił? Nie jesteśmy już owym 

dzikim ludem, który przedostał się tu przez góry Lomill, 

ciągnąc z zachodu - pomyślał rycerz. Jaka tajemnica dała

nieśmiertelność tej duszy? Podniósł miecz do góry. Chciał go 

opuścić - nie mógł. Czyżby poczuwał się do winy? Do czynów, 

których nie popełnił? Czyżby to, co czynił tamten, było 

słuszne? Wiedział jedno - nie powinien bezcześcić zwłok. Ale 

może był to wpływ magii, a nie jego wewnętrzne, niezależne 

od niczego przekonanie?

   Nagle zamarł z podniesionym mieczem. Na korytarzu 

grzmiały czyjeś kroki, a mury i podłoga odpowiadały im 

donośnym echem. Musiało iść ku niemu coś bardzo ciężkiego. 

Nie sądził, by był to człowiek lub nawet jeden z 

odrażających trupów ożywionych czarnoksięskim kunsztem 

background image

Monevora. Donośny dźwięk zwiastował coś znacznie bardziej 

niebezpiecznego.

   Zrobił kilka kroków w kierunku drzwi, tajemnicze 

stąpnięcia rozległy się jeszcze głośniej. Erlof konwulsyjnie 

ścisnął miecz, gdy w otwartych wrotach zarysowała się biała 

sylwetka. Tylko w zarysach przypominała człowieka. Chwilę 

stała w drzwiach, po czym ruszyła wprost na rycerza, a każdy 

jej krok dźwięczał głośno, jak gdyby uczyniona była z 

kamienia.

   Straszliwe przypuszczenie spowodowało, iż włosy stanęły 

mu dęba. Zacisnął szczęki i widząc, że tamto jest już przy 

nim - uderzył.

   Paleodyjski miecz przeciął ze świstem powietrze i 

skrzesawszy snop iskier, odbił się jak po uderzeniu w 

najtwardszą skałę. W tej samej chwili straszliwa siła 

odrzuciła Erlofa pod ścianę. Upadł, nie wypuścił jednak 

broni. Podniósł się obolały, a gigantyczna sylweta szła już 

na niego. Nie wątpił, że walczy z przeciwnikiem zbudowanym z 

kamienia. Nie wiedział wszakże, czy ma do czynienia ze 

statuą, ożywioną magią, czy też z demonem w rodzaju tych, 

jakie przyzywali na swoje usługi birvantyjscy czarownicy. 

Posadzka dudniła pod nogami potwora.

   Bezkształtne ręce wyciągnęły się w jego kierunku. 

Odskoczył i zaczął obchodzić sarkofag. Demon szedł za nim, 

Erlof cofał się coraz szybciej, nie znajdując w myślach 

żadnego wyjścia z tej fatalnej sytuacji.

   Ostrze miecza znów uderzyło w wyciągniętą kamienną rękę. 

Tylko zadźwięczało i odbiło się z trzaskiem. Erlof znowu 

odskoczył i dostrzegając ciężki kamień leżący na podłodze, 

background image

uchwycił go i cisnął z rozpaczą. Ugodzony demon zatrzymał 

się na moment, a Erlof wykorzystał tę chwilę, aby zebrać 

siły. A więc nie miał wyjścia. Skoro tak... Gdy przeciwnik 

znów ruszył w jego kierunku, rycerz poczuł, że ogarnia go 

szaleństwo.

   Zmęczenie, obrzydzenie i strach nękające młodego woja już 

od paru godzin, zaowocowały raptem wściekłością. Ze 

zwierzęcym rykiem, nie bacząc już na nic, błyskawicznie 

rzucił się na wroga. Odłupywane kawałki skały rozpryskiwały 

się wokoło, gdy parł naprzód. Potwór cofnął się pod gradem 

uderzeń; ale jego łapa, zakończona czterema kamiennymi 

szponami, spadła na hełm rozszalałego rycerza. Blacha 

wygięła się i Erlof na chwilę stracił równowagę. Padając

rozpaczliwie pchnął od dołu. Poszczerbiona klinga ześliznęła 

się po ciele bestii, gigantyczne ramiona rozwarły się, aby 

zmiażdżyć rycerza w uścisku, lecz Erlof ostatkiem sił 

skoczył w bok.

   Demon obrócił się. Rycerz ciężko dysząc, oparty o 

sarkofag ujrzał raptem tuż przed sobą spowitą prochem 

rozsypującej się tkaniny czaszkę Monevora. Przed oczyma 

błysnęły mu rozwarte w trupim grymasie szczęki i zamknięte 

oczy zmarłego. Od widoku tych szczątków spadło na Erlofa 

takie znużenie, strach i zwątpienie, jakiego nigdy jeszcze 

nie doświadczył. Zrozumiał, że jeszcze chwila, a zginie i 

wówczas znów zadźwięczały mu w uszach słowa Arstata.  

Otrząsnął się z martwoty i ciął potężnie. Ostrze przeszyło i 

strzaskało pożółkły szkielet; pękła i rozpadła się czaszka 

pokryta zasuszoną skórą, a miecz zazgrzytał o dno kamiennej 

trumny.  

background image

   Wiedziony instynktem przetoczył się w kąt sali; broń 

wypadła mu z ręki. Wsparty na łokciach leżał wpatrzony w 

koszmar rozgrywający się na środku pomieszczenia. Niezwykła 

jasność wydobywała się z sarkofagu. Białe światło oślepiało 

tak straszliwie, że musiał mrużyć oczy. W kręgu niesamowitej 

poświaty zjawiła się postać w czarnych szatach, która po 

chwili rozwiała się jak dym. Zapadły ciemności, a ściany i 

podłoga zadrżały gwałtownie; złowieszczy ryk wypełnił 

powietrze, z sufitu zaczęły sypać się odłamki muru, 

wypełniając salę pyłem, kurzem i hałasem. Posadzka dygotała 

coraz gwałtowniej, on zaś leżał oszołomiony nagłością 

wydarzeń.

   Na ziemię zaczęły walić się posągi, grube płyty ze ścian 

i w końcu wielkie odłamy skalne. Tracił już świadomość, gdy 

nagle pod wpływem wstrząsów zapadła się jedna z kaset 

pokrytych płaskorzeźbami ukazując schody.

   Nie wiedział kiedy i jak zerwał się i podniósł miecz. W 

chwilę potem pędził w górę po zakurzonych stopniach. 

Wszystko dokoła dygotało coraz gwałtowniej. Głuchy huk, 

dobiegający z dołu, nabrał jeszcze większej siły, gry Erlof 

dotarł do wielkiej, kamiennej płyty u szczytu schodów. 

Uchyliła się pod jego naporem, otwierając drogę do komnaty 

pełnej zwałów gruzu. Także tu, na powierzchni, wyczuwało się 

drżenie gruntu, toteż nie bacząc na nic Erlof puścił się 

pędem w kierunku jaśniejszego prostokątu drzwi. Przebiegł 

przez kilka pomieszczeń, aż w końcu niby we śnie wypadł na 

pomniejszy dziedziniec, wbiegł do ciemnego przejścia i 

pognał ku bramie.

   Była najciemniejsza godzina przed świtem. Księżyc wiszący 

background image

ponad lasem rysował w ciemności kształt fortecznego muru, 

nie rozjaśniając jednak placu porośniętego drzewami. We 

wrotach nie było kraty, nie widać też było ciała Arstata. 

Czując jak dusi go walące mocno serce, Erlof przemknął przez 

bramę, zbiegł na dół wąską ścieżką pomiędzy drzewami i, gdy 

był już w lesie, upadł. Za nim rozległ się głuchy grzmot 

jakby burzy przetaczającej się po niebie. Zabrzmiał 

gwałtownie, a potem zapanowała cisza.

W mroku otaczającym Erlofa zadrgał płomień. Coś pozbawiało 

go spokoju, wyciągało z koszmaru. By wciągnąć w nowy? 

Najpierw uczuł czyjeś palce zaciśnięte na ramieniu, potem 

gwar głosów dookoła. Poczuł, a potem zobaczył promienie 

słońca padające na twarz.

   Otworzył oczy. Otaczali go skrzydlaci woje w pozłacanych 

zbrojach.

   - Przecież to rotmistrz Erlof - powiedział znajomy głos. 

Spojrzał w jego kierunku i dostrzegł obrysowaną słońcem 

postać rycerza.

   - Onotheon - wyszeptał.

   - Erlof! - krzyknął ktoś znowu.

   Jeszcze sekunda i Erlof trzymał w ramionach ciało Dyany.

   Onotheon chrząknął i zdziwiony powiódł wzrokiem po 

okolicy.

   - Twoja kobieta - mruknął widząc, że Erlof patrzy na 

niego wyczekująco - sprowadziła nas tutaj. Jechałem do 

Cleynor; znaleźliśmy ją zemdloną na drodze. Gdy przyszła do 

siebie, zaczęła błagać o pomoc. Pośpieszyliśmy na wskazane 

miejsce, lecz chociaż wielokrotnie przeszukiwaliśmy cały 

background image

las, znaleźliśmy cię dopiero teraz. Co tu się właściwie 

stało?

   - Czarna Cytadela - odparł Erlof. - Trafiliśmy do Czarnej 

Cytadeli. Revor, Arstat, Hellegren i Thorvald nie żyją. Jej 

udało się uciec, a ja zniszczyłem ciało Monevora, władcy 

Tavonu.

   Onotheon z powątpiewaniem pokręcił głową.

   - Mówisz jak obłąkany. Nie widzę tu żadnej cytadeli - 

powiódł ręką po okolicy, a rycerz urażony jego 

niedowierzaniem, spojrzał na południe i zdębiał. Nie widział 

niczego oprócz falującego jednostajnie lasu.

   - Tam były ruiny zamku! - rzucił oniemiały. - Przecież 

chcieliśmy zatrzymać się tam na noc!

   - Nie ma żadnych ruin - przerwał Onotheon. - Nigdy nie 

słyszałem, aby były w tej okolicy.

   Erlof wstrząsnął głową.

   - Niczego nie rozumiem - powiedział. - Tam stała Czarna 

Cytadela, siedziba króla, którego państwo podbili nasi 

przodkowie. W odwecie jego duch zabijał wszystkich, którzy 

tam trafili. Zniszczyłem go i, choć to dziwne, 

nie mam pewności, czy postąpiłem słusznie. - Urwał, a jego 

wzrok padł na powiewającą nad oddziałem chorągiew z godłem 

Paleodii. - To wszystko wydaje się snem - dodał cicho i 

ukrył twarz w dłoniach.

                                          

background image

 

TAK DALEKO DO 

NIEBA

   

   W mroku przemykały dwie postacie, oświetlając drogę 

czerwoną latarnią. Rubinowy poblask wydobywał z ciemności 

zarysy nagrobnych tablic. Pokryte napisami i płaskorzeźbami 

zdawały się poruszać, jakby życie wstępowało w kamień pod 

wpływem purpurowej poświaty. Wygasłe, pomarszczone twarze 

ściągały wargi ukazując kły. Wężowe smoki i nagrobne 

bazyliszki wiły się na kamiennych obramowaniach płyt, chcąc 

odstraszyć śmiałków, którzy naruszali spokój umarłych. Lecz 

gdy krąg światła przesuwał się poza tablice, wrażenie 

utajonego życia mijało. Pozostawały czarne prostopadłościany 

w srebrnym blasku. Nagie, oszronione drzewa wydawały się w 

tej poświacie bezbronne i skarlałe.  

   Borest kroczył przodem utykając na lewą nogę. Dla niego 

to nie była pierwszyzna. Jednak przemykający pomiędzy 

mogiłami Lionel czuł chłód chwytający za gardło. Bał się. 

Lionel był karłem, miał krzywe, krótkie nogi, więc by 

nadążyć za towarzyszem, niemal biegł, skakał i kołysał 

się. W dodatku przyginał go do ziemi ciężar zawiniętych w 

płachtę narzędzi.  

background image

   Borest zatrzymał się nagle, karzeł niemal wpadł na niego.  

Przewodnik nasłuchiwał chwilę, a potem niby skradający się 

ryś, zdecydowanie i miękko zarazem skręcił w prawo. Z 

ciemności wyłonił się niewyraźny kształt nagrobka.  Małą 

mogiłę usypano niedawno, świeżą ziemię grobu pokrywał szron.  

   - Jest - mruknął Borest. - Mały, szykuj łopaty!

   Karzeł rzucił płachtę na ziemię, chwycił róg materiału i 

szarpnął, wywalając zawartość na trawę. Oskardy zalśniły w 

świetle księżyca. Borest rozłożył płachtę tuż obok.  

   - Doktor Agryppa będzie piłował kości, ile tylko dusza 

zapragnie - mruknął cicho. - I to jakiejś młódki. Rarytas...  

   - Długo tu leży? - spytał cicho Lionel. - A niech to jasny 

szlag! Dawno się nie czułem jak dzisiaj.  

   - Dobra, dobywamy twardziela - mruknął Borest w żargonie 

miejskich cmentarnych hien. - Bierz tam, od głowy.  

   Gdy Borest wbił łopatę w grób, Lionel rozejrzał się.  

Odgłos rozszedł się echem po wszystkich podziemnych kryptach 

i katakumbach nekropolii.  Borest nie rozglądał się.  

Pracował, dysząc ciężko. Śpieszył się; ziemię z grobu 

wyrzucał na płachtę materiału. Nie powinni zostawić po 

sobie żadnych śladów.  

   Kopali długo. Lionel nie czuł już potu ściekającego spod 

nasuniętego na oczy kaptura. Wpatrywał się w ziemię, 

czekając na chwilę, w której usłyszy łomot żelaza o 

drewniane wieko trumny. Wręcz modlił się, aby nastąpiło to 

jak najszybciej. Ale gdy łopata Boresta w końcu uderzyła w 

coś, co odpowiedziało słabym stukotem, poczuł dreszcz 

przerażenia. Cmentarz wokół był tak ponury. Milczące, 

oszronione drzewa i groby przyglądały im się ze wszystkich 

background image

stron. Ich cienie, przeplatane pasmami księżycowego światła, 

dzieliły ziemię na szeregi czarnych i szarych plam.  

   Borest odgarnął łopatą wilgotną ziemię z dwóch pierścieni 

zamocowanych na wieku trumny.  Podniósł grubą, konopną linę 

i przełożył przez oba uchwyty. Szybko wyskoczyli z jamy i 

chwycili końce sznura.  Coś zatrzeszczało cicho, gdy 

poruszyli skrzynię. Była cięższa i bardziej masywna niż się 

spodziewali. Minęła długa chwila, nim spoczęła na stercie 

piasku. Dębowa, solidna trumna z mosiężnymi okuciami w 

kształcie gryfów i orłów wyglądała złowieszczo.  Lionel 

rozejrzał się niespokojnie. Wydało mu się, że krzaki przy 

ścieżce, którą przyszli, nie stoją tak, jak powinny. Jak 

stały za dnia. Albo zbliżyły się do siebie, albo było ich 

więcej.  

   - Borest! - wykrztusił. - Co my... Co my robimy?

   - Przestań ględzić. Chędożyłeś już przednich twardzieli! 

Dobędziemy i tego.  

   - Tej - szepnął Lionel. - Młodo skończyła.

   - Arystokratka, psia ją mać! - Borest wbił łom w 

szczelinę między wiekiem a podstawą trumny. - Chyba sama 

się wykończyła, czy jak.  

   Karzeł przygryzł wargi. Dostrzegł, że i po wysuszonej, 

pokrytej brodawkami twarzy nieustraszonego Boresta spływają 

grube krople potu. Rabuś schylił się, jego wielka, 

pozbawiona włosów i brwi głowa wychyliła się z kaptura.  Z 

całej siły podważył łomem wieko. Rozległ się cichy trzask 

pękającego drewna. Lionel poczuł dreszcze.  

   Wbił oczy w wieko, czekając na to, co miało się spodeń 

wyłonić. Borest odrzucił w bok pokrywę.  

background image

   Nic się nie stało. Zmarła leżała cicho, spokojnie, z 

twarzą okrytą białym welonem i jasnymi włosami rozrzuconymi 

wokół głowy. Przez ciemną tkaninę Lionel widział śmiertelną 

bladość jej lica. Ręce skrzyżowane miała na piersiach...  Te 

piersi - wyobrażał je sobie, choć nigdy ich nie oglądał - 

powinny być duże, pełne kobiecego powabu, pod tkaniną 

musiały kryć ciemne sutki, wznoszące się stromo nad płaskim 

brzuchem i smukłą talią...  Lionel patrzył uważnie. Zwykle 

pragnął kobiet wydobywanych z tych starych trumien. Wiedział 

dobrze, że ze swoim pokracznym ciałem nie ma co marzyć 

nawet o najgorszych z miejskich dziwek, więc zamiast żywych 

miał zmarłe. Były lepsze. Mógł robić z nimi to, co chciał. 

Ale ta... Z nią było inaczej. Często razem z Borestem 

gwałcili martwe ciała, lecz teraz nie czuł pożądania.  

   - No i co... Martwa. Arystokratka. - mruknął Borest. - 

Dziwne, że pochowali ją w trumnie. No, wsadzamy ją do worka 

i spływka!  

   Lionel spojrzał na piękną, bladą twarz zmarłej.  Nie 

naznaczył jej jeszcze rozkład... Ręce kobiety wyciągnięte 

wzdłuż tułowia były szczupłe i smukłe.  Wzdłuż tułowia... 

Coś tu nie pasowało...  

   - Borest! - wykrzyknął. - Ty stary durniu!

   - Co tam mamroczesz? - mruknął opryszek. Pochylił się nad 

leżącą, a wtedy karzeł zrozumiał.  Te dłonie... Te martwe 

dłonie nie powinny, nie mogły same znaleźć się po obu 

stronach ciała, skoro wcześniej spoczywały na piersiach.  

   - Co się... - zaczął Borest.  Niespodziewanie w oczach 

zmarłej zabłysły dwa ogniki białego światła. Lionel 

odskoczył dalej, a z martwego ciała  wzbiły się w górę białe 

background image

płomienie.

   - Pali!!! Pali mnie! - zawył Borest. Biały niby rozgrzane 

żelazo płomień spowił jego postać. Płaszcz i wytarty kubrak 

zajęły się w jednej chwili jasnym ogniem.  Lionel krzyknął. 

Oślepiony, skoczył za najbliższy nagrobek. Potem wyjrzał, 

osłaniając twarz dłońmi.  

   Borest płonął. Z ciała, z ubrania, wydobywały się 

poskręcane języki białego ognia. Rabuś nie krzyczał.

Lionel czuł mdlący swąd palącego się mięsa. Borest padł na 

kolana, a wówczas karzeł odwrócił się i począł biec.

Pędził co tchu potykając się o nagrobki, wpadając na 

kamienne płyty i tablice. Z tyłu za sobą usłyszał jeszcze 

cichy szum, ale wtedy dopadł już bramy cmentarza i 

przemknąwszy przez ciemną czeluść, puścił się pędem w dół 

uliczki.  

   W cuchnącej stęchłym piwem i zmurszałym drewnem gospodzie 

"U Matjasza" nie było tej nocy wielu gości. Oczywiście 

gospoda nie świeciła pustkami.  Dla samego Matjasza 

bynajmniej pusta nie była, bowiem w szynku zebrali się tej 

nocy najwięksi łotrowie z Rienn. Dziwki i ich kawalerowie, 

hultaje, oczajdusze, świętokradcy i cmentarni rabusie. Przy 

starych, zalanych winem stołach rodziły się plany przyszłych 

występków, wszystkich włamań, kradzieży, napadów.  

   Główną osobą w towarzystwie była okazała postać. Na 

stole, pogwizdując beztrosko, siedział pucołowaty grubasek w 

porwanym kubraku. Jego rumiana, poznaczona bliznami twarz 

wyglądała jeszcze młodo, choć oszpecona była opuchlizną i 

czerwona z pijaństwa. Gdy rabuś gwizdał, spoza jego warg 

background image

ukazywały się połamane, żółte zęby. Kiedy odrzucał z czoła 

rzadkie włosy, odsłaniał czerwonawe blizny, jakby po dawnym, 

źle zagojonym poparzeniu. Znudzony bezczynnym siedzeniem 

sięgnął po leżącą na stole lutnię i uderzył w struny. 

Brzdąkał dość udanie i w gwar rozmów, w pijackie chrapanie 

śpiącego pod stołem brodatego rzezimieszka wdarły się nagle 

słowa piosenki: 

   

   Przyszedł do mnie łotr w żupanie podartym

   Ojca nie miał jako żyw, jest własnym bękartem

   Kędy służył - kijem dawano mu myto

   Jego matkę dwa razy u pręgierza bito

   Wychowanie takie miał, jako się urodził

   Wszystko w browarze legał albo dziady wodził

   Ukradłszy kęs rzemiosła, wędruje po światu

   Nie godzien tylko wisieć albo oddan katu.

   

   - Przestałbyś muzykować, Villon - odezwał się starszy 

mężczyzna w koronkowym żabocie pod szyją, z resztkami włosów 

przyklepanymi do pomarszczonej czaszki. - O sobie samym 

śpiewasz? Przecie twoja matka była kurwą, nie?!  

   - Od mojej matki to ty się odwal, Sporton. W końcu nie 

spuściła mnie do rzeki.  

   - Co i gorzej, gdyż złodziej z ciebie żaden, Villon - 

stary podniósł do twarzy prawą rękę. Zamiast dłoni, uciętej 

za kradzież, gdy miał dziesięć lat, widniał szeroki, ostry 

hak. Dlatego wszyscy rabusie z Rienn zwali Jeana Sportona po 

prostu Hakiem. - Spartolić robotę. Miałeś taki dom do 

ochędożenia...  

background image

   - Myślałem, że straż nadeszła. Miałem czekać, aż wielebny 

kat Piotrek Kręcikoło mi poświeci? Ty byś może stał i 

czekał, aż cię przydybią głąby?!  

   Hak uśmiechnął się chytrze. Jego małe przekrwione oczka 

patrzyły uważnie na młodego rzezimieszka. Villon spojrzał na 

Carnasa i Hansa. Sporton zaczynał go denerwować. Po raz 

kolejny w ciągu ostatnich dni. Tak... Czy aby nie próbował 

podważyć jego pozycji w towarzystwie? Może powinien z nim 

skończyć? Odruchowo dotknął rękojeści tkwiącego za pasem 

sztyletu. Mógł poczekać, rozprawić się z Hakiem choćby za 

tydzień. A może zresztą tamten miał rację? Ostatnia robota 

poszła fatalnie. Nie dość, że nie obrobili domu bogatego 

kupca, to jeszcze Villon stojąc na lipie narobił rabanu, 

myśląc, że nadchodzi straż miejska. Uciekali jak ostatni 

głupcy. I pomyśleć, że tak naprawdę usłyszał tylko kilku 

spóźnionych tragarzy. Wprawdzie wcześniej popili tęgo u 

Matjasza, ale do tej pory nie mógł darować sobie błędu.  

Cholerny świat - pomyślał - znowu będą trupy. Ale z Hakiem 

mogła być trudna sprawa... Myśląc o tym wszystkim zapragnął 

wyjść na świeże powietrze.  Opuścić cuchnącą norę, wzbić się 

gdzieś, dać sobie spokój z życiem. Ostatniego człowieka 

zabił trzy miesiące temu. To było na rynku, w awanturze. 

Teraz znowu szykowała się rzeźnia.  

   Od życia się nie ucieknie - przemknęło przez głowę 

Villona. - Trzeba przyjąć je takim, jakim jest. Wspomniał 

swoją jedyną próbę opuszczenia tego padołu, kiedy był 

jeszcze chłopcem. Stary strych, konopna pętla i chybocący 

stołek. Nie był dobrym katem dla siebie.  Odratowali go bez 

trudu. Potem matka żałowała, że to zrobili. Miała gębę 

background image

więcej do wykarmienia.  

   Ktoś ciągnął Villona za rękaw. Otworzył oczy. Obok niego 

stał stary Matjasz.  

   - Co, już skończyliście? Chyba jest warta tych pięciu 

rojali?  

   - Dość świeża jak na kurwę. Chodź ze mną do sieni.

   - A co jest?

   - Nie wiem - szepnął Matjasz. - Lionel przyszedł. Płacze.

   - Carnas - szepnął Villon w stronę siedzącego nie opodal 

młodego złoczyńcy o śniadej, cygańskiej cerze - chodź ze 

mną.  

   Młody rzezimieszek błysnął w uśmiechu białymi zębami.  

Villon był go całkowicie pewien. Carnas nie cierpiał Haka.  

Przy tym był dobrze wprawiony w walce na sztylety.  

   Bez słów podążyli za oberżystą. Matjasz wprowadził ich do 

mrocznej sieni. Cuchnęło stęchlizną i wilgocią. W słabym 

blasku przesączającym się z głównej izby Villon dostrzegł 

postrzępiony, skulony łachman na ławie w kącie.  Potem 

usłyszał szloch. Kłąb szmat poruszył się ukazując bladą 

twarz. Coś mokrego skapnęło na stare deski podłogi.  

   - Lionel? - Villon przyjrzał się uważniej pokracznemu 

karłowi. - Co się dzieje?  

   - Boresta zabili... - wyszlochał kaleka. 

   Carnas wypuścił z sykiem powietrze. Villon poruszył się 

niespokojnie.  

   - Coście robili? Chędożyliście trupy?!

   - Jak co tydzień - wyjęczał Lionel. - Villon.  

Otworzyliśmy rympel. Znaczy się trumnę po waszemu.  Mieliśmy 

dobyć twardziela... A ona... martwa, sztywna znaczy, jak nie 

background image

wybuchła płomieniami. I Boresta, Boresta...  spaliło.  

   Villon obejrzał się na Carnasa. Tamten położył dłoń na 

rękojeściach sztyletów.  

   - Borest był dobry złodziej - mruknął. - Nie raz stawiał. 

Nie można ostawić tak przyjaciela.  

   - To i nie ostawim, cholera! Lionel, co się stało?  

Kogoście dobywali? Mówże jaśniej.  

   - Arystokratkę... Odwaliliśmy wieko, a potem... Ona 

otworzyła oczy. W nich - sapnął i rozłożył bezradnie ręce - 

w nich były płomienie.  

   - Cholera by wzięła - powiedział cicho Villon. Boresta 

znał od paru lat. Nie pochwalał jego procederu, ale tamten 

był mimo wszystko dobrym kompanem. Często musiał wysłuchiwać 

jego zwierzeń. Prawda, że potem chciało mu się od nich 

rzygać, lecz Borest płacił bez szemrania za obydwu. Więc 

czuł jakby dług wdzięczności.  

   - Nie chce mi się wierzyć. Umrzyki nie stają w 

płomieniach. Może trafiliście na upiora?  

   - To nie mógł być upiór - upierał się Lionel. - 

Sprawdzaliśmy. To nie martwy. Tylko coś innego.  

   - Ale co? Martwa dziewka zaczyna się palić, ni stąd ni 

zowąd?  

   - Villon, to nie były zwykłe płomienie. Ja nie widziałem 

ziemskiego ognia. Villon, myślże rozumniej.  Przecie nie 

zwariowałem.  

   Grubawy łotr milczał. Karzeł wpatrywał się weń z mocą, 

trudno było nie uwierzyć w jego słowa.  

   - Wiesz co, idź się napij - mruknął do Lionela. - I nie 

myśl o tym.  

background image

   - Ona go spaliła. Villon, poradź coś.  Przecie lubisz 

zagadki.  

   - Poszedł won!... Carnas!

   - Jestem.

   - Wypytaj, kto leżał w grobie. Ciekawa sprawa. Co ty 

myślisz?  

   - Nie wiem. Niczego takiego nigdy nie widziałem.

   - Tym lepiej. Idź z nim - wskazał izbę ruchem głowy. - 

Spotkamy się wieczorem.  

   - A ty?

   - Ja jeszcze gdzieś zajrzę. 

   Carnas ulotnił się. Villon wyszedł z sieni, pchnął 

niewielkie drzwiczki za kontuarem gospody, pochylił głowę 

przechodząc przez próg. Ogarnął jednym spojrzeniem izbę 

oświetloną wątłym światłem kaganka i siedzącą na 

rozgrzebanym łożu kobietę. Była jeszcze młoda, nawet ładna. 

Miała regularne rysy, długie, jasne włosy i wciąż niewinne 

spojrzenie. Niezła dziewka - przemknęło mu przez głowę. 

Naprawdę mogła zrobić karierę jako ulicznica.  

   - Zbieraj się.

   W milczeniu zakryła nagie piersi koszulą. Villon zauważył 

w jej oczach łzy.  

   - Co jest, Margot?!

   - Dlaczego - spytała cicho - dlaczego ty mi kazałeś... z 

Matjaszem?  

   - Zamknij gębę, głupia dziwko - mruknął zezłoszczony. - 

Muszę wyjść. Zobaczymy się wieczorem.  

   - Dokąd idziesz? Nie chcę, żebyś mnie tak zostawiał.

   Villon poczuł narastającą złość. Wszystko było tego 

background image

wieczora nie tak. Chwycił dziewczynę za jasne włosy i 

uderzył w twarz. Jęknęła, wyrwała się, przycisnęła głowę do 

ściany.  

   - Masz mnie słuchać, głupia - wycedził przez zęby. - 

A jak do wieczora nie zobaczę paru dukatów, tak obiję ci 

śliczną twarzyczkę, że będziesz straszyć staruchów w 

bramach.  

   - Villon - jęknęła cicho - Villon, ja... - Chciała się 

zerwać z legowiska ku niemu, ale odepchnął ją mocno i ruszył 

do wyjścia.  

   - Masz się przespać z Alfredem! - rzucił przez ramię. - 

Da ci za to dwa rojale.  

   - Villon! Villon! - krzyknęła, ale już jej nie słyszał.  

Wyszedł z izby, skinął Carnasowi, a potem ruszył do drzwi.  

Na progu zaśpiewał znowu: 

   

   Gdy w łoże wróci moja kurwa bez szeląga

   Z wciekłości zbiera mnie szaleństwo czyste

   Chwytam za kiecki, sam chwytam się drąga

   Wołam, że przechlam jej szmaty do nitki

   Aż ona na to - ha, ścierwo sobacze!

   Krzyczy, przeklina, pod boki się bierze

   Że mi tknąć nie da. Wówczas siniec brzydki

   Na gębie pięścią sumiennie jej znaczę

   W burdelu, kędy mamy zacne łoże!

   

   Gdy Villon wychodził z szynku, był świt.  Obwieszczany 

turkotem ciężkich, wyładowanych towarami wozów zmierzających 

na targ. Rozpoczynany hałasem otwieranych, przegniłych 

background image

okiennic i dębowych wrót.  Na wąskie, cuchnące błotem i 

łajnem ulice Rienn wylegał obdarty, wygłodzony, hałaśliwy i 

swarliwy tłum.  Przekupnie i kupujący, tragarze i robotnicy, 

sprzedawcy trutki na szczury i podmiejscy chłopi. Miejskie 

kurwy i szlachetne panny, czeladnicy i mularze, strażnicy i 

stajenni, poganiacze mułów, drobni kupcy, żebracy i szelmy, 

złodzieje i paserzy... Potężny kołowrót rozpoczynał nowy, 

kolejny obrót, jak było od niepamiętnych lat. Po 

dziesiątkach zim i wiosen, po jesieniach takich jak ta, 

wypluwał z siebie zniszczone, złachmanione istnienia - 

żebraków, kaleki, zgrzybiałych starców żyjących na łasce 

synów i córek. Takich jak ci, którzy siedzieli pod ścianami 

domów wyciągając rękę po wsparcie. Złodziei i morderców. I 

małe dzieci, które dorastały i włączały się w to od nowa.  

   Choć w górze chłodny, jesienny wiatr pędził kłęby chmur, 

w wąskiej ulicy pomiędzy dwoma ścianami domostw, w przesmyku 

wyznaczonym linią stromych, opatrzonych sterczynami dachów, 

panowała duchota. Villon szedł szybko poprzez tłum. W 

ostatniej chwili uskoczył przed rozpędzonym wozem i uniknął 

świszczącego rzemienia, jakim zamachnął się woźnica.  

Nastąpił na nogę starej jędzy dźwigającej zatłuszczony 

tobołek, odskoczył przed jej zakrzywionymi pazurami. Z 

lubością wsłuchał się w potok przekleństw dobywający się z 

ust staruchy. Był u siebie, był w mieście, tchnącym wonią 

rozkładających się murów i zbutwiałego drewna, smrodem 

odchodów i gnijących w nich ludzkich wraków. Czasami aż 

podskakiwał, ciesząc się ze wszystkiego. Z tego, że żył, 

czuł i widział wszystko dokoła. Przyglądał się tłumom. Z 

pozoru wydawałoby się, że to miasto - toczone przez 

background image

zgniliznę zbiorowisko domów z kamienia i drewna - cuchnący 

labirynt ulic, na których królowała zbrodnia i bezprawie, 

smród ścieków i odór nie mytych ciał, zabijało ludzi, zanim 

doczekają młodzieńczego wieku. A jednak ulice ciągle były 

zatłoczone. Cuchnące, przeżarte zgnilizną łono Rienn rodziło 

coraz to nowe człowiecze zastępy.  

   Wesołe to było miasto. Ot, kilka kroków dalej, Villon 

zobaczył bramę, w niej zaś przekupnia - dużego, rosłego o 

czerwonej gębie, w futrzanej czapie na głowie. Idący z 

przeciwka tuż pod murem, bosy, mało rozgarnięty widać 

chłopak nie dostrzegł straganu. Pewnie był pierwszy raz w 

Rienn, bo z otwartymi ustami wpatrywał się w fasady 

miejskich domostw. Potknął się, a potem zaczepił kolanem o 

deskę przekupnia. Drewniana konstrukcja rozpadła się, a 

główki kapusty i zwiędłe brukwie posypały się w błoto. W 

okamgnieniu podeptali je przechodnie. Sprzedający nawet nie 

krzyknął.  Bez słowa chwycił wyrostka za gardło, a potem 

pchnął pod ścianę, zamachnął się i uderzył pięścią w twarz. 

Bił długo, do krwi, nie zwracając uwagi na wycie i krzyki.  

Villon roześmiał się.  

   - Na wieżę z hultajem! - zakrzyknął wesoło. - Wsiok 

przyjechał, nie wie, jak się chodzi po mieście!  

   Nieco dalej, przy jednym z zakończonych ostrołukowo 

portalów, w podsieniu, jazgotały swarliwie trzy stare babiny, 

zgarbione pod ciężarem trzymanych na plecach tobołów.  

   - Pani, pani, te dzisiejsze ludzie same nie wiedzom, co 

robiom. Jakie to rzeczy się w śmieciach znajduje - mówiła 

pierwsza, zgięta jak pogrzebacz.  

   - I jak brudzom. Wstydu nie majom - dodała druga.

background image

   - Ta Larysa to dziwka. W zeszłej niedzieli dwóch gachów 

miała - dodała trzecia, przygłupia, z oczyma wielkimi jak 

spodki. - I to na raz. To jak oni ją robili? Przez zadek?  

   - Hej, o czym tak rozprawiacie, babiny?! - zawołał wesoło 

Villon. - Ile śmieci każda zeżre, zanim pęknie?  

   - Co to? Kto to? - zapytała ostatnia, rozglądając się 

głupawo.

   - To hultaj - syknęła jadowicie trzecia i wskazała 

kosturem Villona. - Ty szelmo, ty złodziejski wyrodku!  

Obrażasz uczciwych ludzi.  

   - Ciszej, ciszej, stara ruro! - zakrzyknął wesoło. - 

Jeszcze twój starszy usłyszy i znowu będziesz liczyć żebra 

na schodach!  

   - To jest Villon! - warknęła trzecia, najbardziej 

przygarbiona. - Ty szelmo! Ty łobuzie! Zobaczysz, przyjdę, 

jak cię będą wieszali na rynku!  

   - To nie tak prędko, stara! Prędzej ktoś ci zrobi bękarta 

na śmietniku!  

   - To już szczyt! Gdzie straż?! Żeby taki szelma obrażał 

spokojnych ludzi! - wykrzyknęła w furii.  Villon tylko 

zarechotał i zniknął w tłumie.  

   Nie minęło wiele czasu, gdy ulica skończyła się nagle, a 

przed Villonem otworzyła się wielka przestrzeń placu 

zastawionego setkami brudnych kramów i szop. Przestrzeń, 

ograniczona dotąd dwoma ścianami domów z cegły i kamienia, 

nagle rozbiegła się na boki, zrobiło się luźniej, 

przestronniej. Ponad poszarpanymi, nadgryzionymi zębem 

czasu dachami dostrzegł Villon strzeliste, wznoszące się 

stromo nad miastem górskie szczyty i ponure, skaliste turnie. 

background image

Rienn zbudowane było na samym przedgórzu; od wschodu, 

południa i północy otaczały je szare, posępne szczyty.  

   Villon chłonął wszystko zmysłami. Przenikał gwar 

targowiska, krzyki, śmiechy ladacznic, woń błota zmieszanego 

z gnojem i odchodami, tłok, ścisk, przekleństwa. Odgłosy 

targowania, zwady i łoskot końskich kopyt. Otworzył się na 

to, chłonął całą swoją duszą zwykły, codzienny gwar 

przeklętego miasta zgnilizny i ropiejących wrzodów, miasta, 

które było niemal takie samo jak każde inne w księstwie 

Confarrearo. Był jego częścią. Wiedział to dobrze.  

   Znienacka coś uderzyło Villona w głowę, wżarło się w jego 

jestestwo, boleśnie oślepiło oczy. To tylko wiatr rozegnał 

zasłonę chmur, a spoza szarych, ponurych obłoków wyjrzał 

promień słońca. Villon zaklął, nie mogąc znieść światła. 

Jego oczy przywykły od lat do poruszania się w półmroku, 

więc szybko skoczył w cień najbliższego z kramów. Tu 

odetchnął z ulgą. Spojrzał w niebo, deszczowe chmury powoli 

odchodziły w dal. Spoza szczelin w ich szarej pokrywie 

prześwitywały białe, puszyste obłoki, rozjaśnione bielą 

słońca, dalekie, tajemnicze. Nie lubił ich. Cóż z tego, że 

były piękne, skoro nikt nie mógł nigdy dosięgnąć ich stopą, 

skoro nigdy nie uczyniły nic pożytecznego dla ludzi.  

   Nagłe potknięcie o rozchybotaną, kamienną płytę - 

pozostałość po dawnym miejskim bruku Rienn - przywróciło go 

rzeczywistości. Znowu przemykał między straganami z 

wtuloną w ramiona, spuszczoną głową.  Ukradkiem zerknął na 

ściany rynku, na wielkie, okazałe kamienice. No tak. 

Wszystko, co złe na tym świecie, działo się z przyczyny 

bogatych. Villon był o tym absolutnie przekonany. To oni - 

background image

patrycjusze sławetnego miasta Rienn - obdzierali do cna 

nędzarzy, wyduszali ostatni grosz z ich sakiewek, a sami 

bawili się, pili i hulali za pieniądze nędzników. Dlatego 

też Villon nie miał wobec nich żadnych skrupułów. Wiedział 

dobrze, że podcinając gardła i obcinając pękate mieszki, 

odbierał tylko to, co ich właściciele zabrali innym. 

Obejrzał się jeszcze na wielkie, okazałe  domy, a potem 

skręcił w wąską, opadającą w dół uliczkę.  

   

   Arfurta obudziło słońce. Żółte, jesienne, ale jeszcze 

piękne promienie światła wlewały się do pokoju przez szparę 

w źle zaciągniętej zasłonie. Był poranek. Piękny świt po 

mroźnej nocy.  

   Arfurt leżał przez chwilę w pościeli. Nie czuł się źle, 

ból, jaki dręczył go po odejściu Nirweny, nie był już tak 

dotkliwy. Wszystko przeminęło, ale przecież tak naprawdę 

znaczyło niewiele. Arfurt wstał z łoża. Podszedł wolno do 

ostrołukowego okna. Przez oprawione w ołów szybki widział 

słońce. Dom, w którym mieszkał, zbudowano w najokazalszej 

części rynku, obok sadyb bogatych patrycjuszy i 

nowobogackich kupców. Przed Arfurtem była teraz wielka 

przestrzeń miejskiego targowiska, a na wprost okien blask 

słoneczny rozszczepiał się na czarnych, strzelistych wieżach 

największej katedry Rienn. Poczuł mimowolny dreszcz na 

widok ostrych, strzelających w niebo iglic, potężnych 

filarów budowli, ogromnych przypór i mrocznych gzymsów 

ozdobionych setkami szczerzących zęby w uśmiechu 

maszkaronów. Wielkie, czarne blendy pod zawijasami okapów 

spoglądały nań niby potworne ślepia ogromnego smoka. Spuścił 

background image

wzrok niżej, na umieszczoną nad wejściem galerię dwunastu 

ojców świata.  Tych, którzy dali niegdyś ludziom wolną wolę 

wyboru, mądrość i rozum. Co przechytrzyli przedwiecznego 

Boga.  Widział ich wyniosłe, czarne posągi, spoglądające 

jakby na kłębiący się w dole ludzki tłum. On znał ich 

prawdziwe imiona... Asmodeus, Prussar, Avistel, Vobis, 

Balthin, Lurey i wszyscy pozostali.  

   Kiedyś, kiedyś ta katedra była inna. Jeszcze zanim Alfred 

de Vary ogłosił się herezjarchą, zanim król Francji został 

odparty spod miasta, zanim wybuchła wielka wojna Francji z 

Anglią, czczono tutaj imię Boga. Katedrę Rienn przejęli 

nowochrzczeńcy. Ci, którzy pozostali wierni naukom Kościoła, 

korzystali ze świątyni poza miastem. A czas przeminął, nawet 

papież przestał upominać się o swoje, widać miał ważniejsze 

sprawy na głowie. Zresztą który papież miałby upominać się o 

zbawienie mieszkańców Rienn? Ten z Awinionu czy ten z Rzymu? 

A może ten trzeci, wyklęty przez obydwu? Nigdzie, dosłownie 

nigdzie nie było spokoju. Całym światem wstrząsały wojny. 

Anglicy wycięli połowę rycerstwa francuskiego pod Agincourt, 

Cesarstwo wiodło wielkie spory wewnętrzne, Polacy wespół z 

pogańskimi Litwinami i Tatarami wygubili Zakon Krzyżacki. A 

wszędzie panowała jednakowo - nędza i głód.  Nie było dokąd 

iść. Bazylea, Lion, Mediolan, Rienn...  Wszędzie było tak 

samo.  

   Dochodzący spoza drzwi hałas sprawił, że odwrócił wzrok 

od okna. Usłyszał czyjeś krzyki, biadolenie, a potem 

trzaśnięcie drzwi, gdzieś na dole, chyba w sieni.  

   - Bruno! Bruno!

   Na schodach rozległy się szybkie, mocne kroki.  Wezwany 

background image

lokaj wszedł do pokoju.  

   - Co to za awantura na dole?

   - Jakiś bękart zamarzł na naszych schodach w nocy, panie. 

Jasna krew by go zalała. Miała z pięć wiosen. Teraz przyszła 

młoda dziwka i mówi, że to jej dziecko. Złota chciała, 

panie. No to ją wygoniłem za próg, panie. Przekleństwo z tą 

hołotą! Lężą się każdego roku na nowo! Zaraza by ich 

wydusiła.  

   - Bruno! - przerwał lokajowi Arfurt.  - To dziecko 

naprawdę zamarzło przed naszymi drzwiami?  

   - Sama ją tam zostawiła. Nędzarki tak zawsze, panie. Do 

cna by nas rozdrapały. Dlatego kazałem jej iść precz!  

   - Odejdź! - wyrzucił z gniewem Arfurt. - Zostaw mnie 

samego.  

   Gdy Bruno odszedł, Arfurt wrócił do okna. Spojrzał w 

słońce nie mrużąc powiek, pozwolił, aby złocisty blask 

wypełnił oczy. Potem odsunął zasuwę i pchnął oszklone ramy. 

Wyjrzał na plac targowy, lecz wówczas w jego oczy uderzył 

gwar ulicy, w nozdrza zaś woń zgnilizny i łajna. Arfurt 

zadygotał. Miał dość tego świata. Dość nędzarzy, którzy 

przesiadywali pod ścianami domów, dość tych wszystkich 

ludzi, dla których nie mógł nic zrobić.  

   Zniżył wzrok. Dostrzegł idącego między straganami 

zgarbionego żaka lub prędzej rzezimieszka. Arfurt widział 

całą jego nędzę. Zastanowił się, co dla kogoś takiego, jak 

ów oberwaniec znaczyć mogło piękno.  Zapewne kolejną noc z 

cuchnącą dziwką czy cudze poderżnięte gardło. Wątpliwości co 

do osoby człowieka w dole rozwiały się w chwili, gdy 

obszarpaniec podniósł głowę, spoglądając w słońce, a potem, 

background image

niby dźgnięty nożem, skoczył w cień; pewnie zląkł się 

złocistego, padającego z góry blasku. Wolał ciemność.  

   Arfurt zatrzasnął okno, odcinając się od smrodu i gwaru 

targowego placu. Podszedł do inkrustowanego złotem 

sekretarzyka i odsunął górną szufladę. Sięgnął po złożoną 

kartę pergaminu. Wspomnienie o Nirwenie powróciło znowu. 

Wziął w rękę sztylet pokryty arabskimi napisami. Wiedział, 

że czas jeszcze nie nadszedł, ale nie mógł wytrzymać, aby 

nie pomyśleć o tym, co miało się niebawem wydarzyć. Miał 

dosyć tego świata. Pragnął stąd uciec, wzbić się w niebo i 

trafić tam, hen, w podobłoczne przestrzenie. Przez chwilę 

pieścił ostrze w dłoniach.  

   - Jeszcze nie czas - wyszeptał cicho.

   

   Cmentarz położony był niemal na samym zboczu skalistego 

występu skalnego.  W blasku jesiennego słońca wyglądał na 

mniejszy, bardziej przytulny.  Wiatr szeleścił źdźbłami 

uschłych traw, podrywał z ziemi pożółkłe liście. Ten 

cmentarz był stary, prawie zapomniany.  Kiedyś chowano tu 

bogatych mieszczan i kupców, pozostały po nich tylko stare, 

popękane tablice na rozmytych przez deszcze nagrobkach. 

Teraz nekropolia służyła przede wszystkim za miejsce 

spoczynku biedaków, samobójców, morderców i złodziei.  

   Villon wyjrzał zza kamiennej płyty, widział ponad dachami 

domów poszczerbione wieżyce Wysokiego Zamku. Przesłaniały 

pół horyzontu, straszyły czarnymi otworami ostrołukowych 

strzelnic. Zamek - osłaniający jedyną drogę do miasta 

pomiędzy zakolami rzeki Aare - od dawna leżał w ruinie. Jego 

wymarłe, pozbawione dachów budowle stały się siedliskiem 

background image

żebraków i włóczęgów. Bajlif Rienn rezydował w Zamku Niskim, 

położonym u stóp skalistego występu dźwigającego Wysoki, zaś 

książę Confarrearo - Henryk Czarny, miał swój zamek daleko 

stąd, na południu. Tak...  wszystko w tym mieście powoli 

obracało się w gruzy. Nie budowano już wielkich domów i 

zamków, a miejsce kamienic z dnia na dzień zajmowały 

śmierdzące lepianki.  

   Szybko odnalazł grób rozkopany przez Lionela i Boresta. 

Nikt tu nie przyszedł od ostatniej nocy.  Nikt nie zakopał 

ziejącej w ziemi jamy, z której wydobyto trumnę. Wśród trawy 

leżały jeszcze oskardy rabusiów.  

   Villon zajrzał do grobu. Nigdzie nie było trumny. 

Schylił się niżej nad rozgrzebaną mogiłą i zamarł. Na piasku 

leżało trochę nadpalonych drzazg, kilka poczerniałych 

kawałków drewna. Spojrzał dokoła. Przekrzywiona tablica 

nagrobna na sąsiedniej mogile była okopcona. Po drugiej 

stronie dołu dostrzegł dużą plamę popiołu. Ostrożnie dotknął 

go dłonią - szary proch lepił się do palców. W gęstym pyle

dostrzegł kilka poczerniałych kawałków kości, jakiś 

nadtopiony guzik... A więc tyle pozostało z Boresta. Spalił 

się na popiół. Lionel nie łgał. Szatańska moc zmarłej 

spopieliła także trumnę.  

   Czuł narastający zawrót głowy. Oparł się o pobliską płytę 

nagrobną.  O co tu chodziło? Trup stający w płomieniach po 

otwarciu trumny? Może to pułapka?  Ale kto zastawiałby taką 

paść w grobie dziewki pogrzebanej na zapuszczonym cmentarzu? 

Może wszystko jest bardziej skomplikowane, niż przypuszczał? 

Nie wiedział, kim była zmarła. Lionel wspominał o 

arystokratce. Szlachetnie urodzona na takim cmentarzu? I co 

background image

stało się z ciałem? Czy też zmieniło się w popiół? A może 

zmarła była upiorem?  

   Obszedł grób dokoła. Nie znalazł śladów stóp. Lecz nagle 

wśród zdeptanych, uschniętych chwastów dostrzegł pióro. 

Duże, twarde i mocne. Porażające nieskazitelną, czystą 

bielą. Na pewno nie należało do żadnego ze znanych 

Villonowi ptaków. Podniósł pióro i patrzył na nie 

oszołomiony. Skąd i dlaczego się tu wzięło?  

   Wzniósł wzrok ku słońcu. Spaliło nienawykłe do światła 

źrenice, wbiło się w głąb czaszki tysiącami kłujących 

promieni. Pogroził pięścią niebu, a potem skulił się, 

nasunął kaptur na głowę. Musi rozwikłać jeszcze niejedną 

tajemnicę związaną z tym grobem. Dowiedzieć się, co tu się 

stało i skąd wzięło się pióro - klucz do podniebnych 

przestrzeni. Ten ptasi znak chmur, obłoków i niebieskich 

otchłani, którymi tak gardził, bo były  nieosiągalne dla ludzi, 

doprowadzał go do szału.  

   

   ,..leciał ku słońcu. Podniebne przestrzenie, które 

oglądał kiedyś z ziemi, oszałamiały bezmiarem. Były ogromne, 

puste, ale niesamowicie majestatyczne, pełne wiatru, światła 

i chmur. Arfurt mknął ku nim. Leciał, wyzwolony, pełen życia 

i radości.  Powierzchnia gruntu w dole wydawała się szara i 

smutna, spowita mgłami, oparami, plamami brązu. Był chłodny, 

jesienny świt. Szron bielał na źdźbłach traw, z drzew 

opadały żółte liście. Wszystko wyglądało na skarlałe, 

zamarzłe i pokurczone.  

   W górze było inaczej. Słońce wzeszło ponad linię 

horyzontu, świeciło Arfurtowi wprost w oczy. Napawał się 

background image

złocistym blaskiem, mknął, uniesiony przez podniebne wiry, 

kąpał się w czystym błękicie spod chmur. Obłoki, lśniące 

bielą, której nie skalała stopa śmierdzącego żebraka z 

Rienn, kusiły go lodowymi blankami, wabiły świeżością i 

nadzieją na odpoczynek. Uległ im, zmienił tor lotu i pomknął 

w tamtą stronę prześcigając w pędzie wiatr. Arfurt czuł, że 

jest czysty. Że nie ma w nim nic ze zła, którego doświadczał 

dawno temu, żyjąc w Rienn. Wyzwolił się z cielesnej powłoki, 

wyzwolił się z ohydnego, duszącego zewłoku larwy, aby 

pomknąć ku podniebnym otchłaniom.  

   Wpadł w chmury niby we śnie. Pozwolił, by delikatne, 

wiotkie przędze mgły owionęły jego ciało, a potem odbił się 

od nich, spoczął na obłoku, przekoziołkował wśród mlecznych 

kłębów. Wreszcie osiadł, poderwał się do lotu, aby znowu 

opaść na chmurę. Był szczęśliwy. Był wolny niczym dziecko, 

jak nigdy w życiu. Każdą cząsteczką ciała czuł swobodę, 

jakby przemiana, której podlegał, zdjęła z jego ramion 

przytłaczające brzemię wszystkich lat życia.  

   Wzbił się wyżej, ponad linię obłoków, trzymając w dłoniach 

czystą kulę błękitu, dotarł do słonecznych, spokojnych 

przestrzeni ponad morzem kłębiastych kumulusów. Nie patrzył 

już na płaską i daleką ziemię. Pędził wciąż w górę, chcąc 

dowiedzieć się, co było tam, na bezkresnych przestrzeniach, 

na ogromnych polach nieboskłonu. Pędził ku słońcu, napawał 

się jego złocistym blaskiem. Potem poczuł, że otwarły się 

przed nim wrota. Wyczuł raczej, niż zobaczył, obecność kogoś 

bliskiego, kto czekał nań tutaj, w miejscu nie skalanym 

żądzą ani złośliwością. Wyciągnął ręce do tego kogoś, gdy 

nagle nieboskłon zwalił mu się na głowę.  Wszystko rozpadło 

background image

się z brzękiem na tysiące maleńkich okruchów nieba.  

   Arfurt otworzył opuchnięte powieki. Przez wybite okno 

wpadał do komnaty świszczący, zimny podmuch.  Zasłony przy 

łożu łopotały głośno. Dostrzegł leżący na podłodze kamień - 

ktoś wybił szybę, kiedy spał. Zapewne uczynił to jeden z 

tych złośliwych włóczęgów czy żebraków, którzy nie mieli nic 

do roboty, poza piciem, płodzeniem podobnych sobie kreatur i 

szkodzeniem drugim. Byli nieszczęśliwymi ludźmi. Arfurt 

próbował im kiedyś pomagać. Tylko że na miejsce jednego, 

który dostawał jałmużnę, zjawiało się dziesięciu innych.  

   Wstał i zamknął okiennicę. Nad posępnymi, ostrymi dachami 

Rienn wstawał powoli zamglony, deszczowy świt. Arfurt usiadł 

przy inkrustowanym złotem sekretarzyku. Świeca, którą 

postawił wieczorem przy papierach, jeszcze się paliła. 

Powoli odsunął szufladę. Ozdobny puginał niemal sam wsunął 

mu się w ręce. Czas upływał. Arfurt wiedział dobrze, że do 

nowiu było jeszcze tylko kilka dni. Musiał je przetrwać. A 

może mógł spróbować już teraz?  

   Ostrożnie rozchylił koszulę na piersi. Przytknął ostrze 

do ciała, poczuł chłód i ból na sercu. Chciał nacisnąć 

mocniej, ale ręka była śliska od potu. Nie mógł, nie 

mógł pchnąć się tym sztyletem.  Wszystko w nim zdrętwiało. 

Do wyzwolenia był tylko jeden krok, ale nie mógł zdecydować 

się, by opuścić świat. Po prostu przeskok od życia do 

wieczności zdawał się tak ogromny, że przerastał jego siły.  

   - Ty tchórzu! - wyszeptał. - Nawet skończyć ze sobą nie 

potrafisz!  

   Dom, przed którym zatrzymał się Villon, nie należał do 

background image

najbogatszych w Rienn. Zresztą, czy do bogatego domostwa 

wpuszczono by rzezimieszka, złodzieja i szelmę? Zamiast 

przed pałacem czy wygodną, kupiecką sadybą znajdował się 

przed brudną ruderą. Był wieczór - uliczka ciemna, słabo 

oświetlona. Tylko przez szczeliny w nie domkniętych 

okiennicach przedostawały się wątłe smużki blasku. Brama 

śmierdziała moczem i pomyjami. Villon wyminął obojętnie 

pijanego włóczęgę trzymającego się występu ściany. Gdy 

wchodził po trzeszczących schodach, usłyszał piski 

spłoszonych szczurów. Nie bał się ich. Były dziećmi 

nocy jak on.  

   Zatrzymał się przed pierwszymi drzwiami na piętrze i 

zastukał. Po chwili w mieszkaniu rozległy się ciche kroki. 

Potem szczęknął rygiel i drzwi otwarły się, przepuszczając na 

korytarz smugę żółtego blasku. Villon uśmiechnął się do 

stojącej w wejściu staruchy.  

   - Czego tak się drze i hałasuje? - spytała. - Nie może 

ciszej?  

   - Podajowa nie gada. To ja, Villon.

   - Aaa... Villon. To pewnie do Malvista. Wejdź i 

poczekaj... Poczekaj chwilę.

   Posłusznie wszedł do ciemnej kuchni. Było tu parno, 

gorąco. Ogień płonący w murowanym palenisku przypominał 

płomienie otchłani, która wedle nowochrzczeńców czekała 

każdego człowieka po śmierci, a gdzie wypalić się miał z 

uczuć, które łączyły z tym światem, zanim błogosławieni 

ojcowie nie przyjęli go w poczet swego zgromadzenia. Wedle 

kościoła miejsce to zwano piekłem. Stojące na płycie 

naczynia wyglądały jak lśniące kolumny pełne białych, 

background image

mętnych zawiesin i złocistożółtych proszków. Gdy Podajowa 

wróciła, Villon trzymał nieduży słoiczek z lepką mazią. 

Powąchał.  

   - Lepiej niech Villon tego nie bierze.

   - Tak? A dlaczego?

   - Bo od tego członek wstydliwy odpaść może.

   Villon omal nie wypuścił flaszki.  Pośpiesznie odstawił 

ją na półkę, wytarł ręce o kubrak.  

   - No, niech wchodzi.

   Szybko wkroczył do pokoju. Panował w nim bałagan, jak 

chyba w każdym gabinecie uczonego. Na stołach poniewierały 

się szklane kule, retorty, alembiki. W wielkim atanorze 

płonął ogień, w aludelach zawieszonych wprost nad 

płomieniami wrzały białawe ciecze. Otwarte szeroko, 

ostrołukowe okno i za dnia dawało mało światła, stąd na 

stole płonęły świece. Światło ich - chwiejne, mdłe i 

rozmyte - wystarczyło jednak, aby Villon ujrzał zgarbionego 

nad księgą Malvisa. Mieszkaniec tego wnętrza też wyglądał 

tak, jak powinien wyglądać alchemik - przygarbiony, o 

pożółkłej, przeżartej oparami twarzy, nerwowy i chorowity, 

choć był równolatkiem Villona.  

   - Królestwo Diany... - mamrotał, nie zwracając 

uwagi na nowo przybyłego. - Jajo pęka już przy Merkurym... A 

może Azoth jest nie ten... Na Awistela!.

   - Co, stary? Znowu zbawiasz świat?! 

   Alchemik rzucił krótkie spojrzenie. Wstał, zamknął gruby 

tom.  

   - Ty, Villon? Jeszcze nie dyndasz na wiei?

   - Ano, jeszcze mnie nie zdybał Piotrek Kręcikoło. A ty, 

background image

co? Ślęczysz nad księgami. Oj, Malvis, Malvis...  

Poszlibyśmy lepiej na dziwki. Mam teraz taką jedną. Albo - 

wiesz co! Chodźmy na wino do Ślepego Hansa!  

   - Na wino. Nie... - Malvis zaniósł się suchym kaszlem. - 

Ja już nie mogę pić wina. I mam dużo pracy.  

   Villon spojrzał na okładkę woluminu. Czerwone linie 

tytułu wiły się jak smoki. Grymoar summum perfectionis - 

przeczytał.  Spojrzał na alchemiczne malowidła na karcie, na 

symbol łączenia się substancji, czyli spółkujących Dianę i 

Azotha. Pokręcił głową.  

   - I po co to komu?

   - Czerwona Tynktura - odparł ochryple Malvis. - Wszyscy o 

niej marzą.  

   - Transmutuje każdy metal w złoto, przedłuża życie i jest 

skarbnicą wszelkiej mądrości... - dokończył Villon. - Gdyby 

transmutowała wodę na wódkę, to byłoby dobrze. A złota 

najwięcej jest w kieszeniach kupców. Tych tam - wskazał w 

stronę okna, za którym słychać było uliczny gwar. A może 

powinna transmutować sumienia? Może sprawiać, żeby ci, co 

mają najwięcej, dawali trochę ubogim? A może pomóc nam, 

abyśmy wreszcie wyrżnęli wszystkich bogatych?  

   - Jeśli wyrżniecie jednych, to wkrótce pojawią się 

następni. I staną się nimi ci, którzy wyrżnęli poprzednich.  

   - Też racja.

   Alchemik podszedł do okna. Spojrzał na ulicę. Z tej 

perspektywy, z samego dołu, niby z dna wielkiej rozpadliny, 

przypominała mroczny, ledwie oświetlony wąwóz o gładkich, 

ceglanych ścianach podziurawionych oknami i okrągłymi 

rozetami. Malvis zatrzymał wzrok na obdartym tłumie

background image

żebraków i stojących pod domami nierządnic.  

   - Wszystko się wali - powiedział. - Stary świat idzie w 

gruzy. Na nim zrodzi się nowy. A ja od lat myślę, że 

alchemia może uzdrowić ludzi. Uzdrowić chorych. I dać im 

szczęście, dać coś więcej niż tylko chłód, brud i rozpustę. 

Dać bogactwo.  

   - Dać złoto?

   - Jeśli złota będzie dużo, to straci ono  wartość. A tym 

samym przestanie być celem życia wielu ludzi.  

   - Gadanie. Nie jestem tu dla filozofowania.  Potrzebuję 

twojej pomocy. Co wiesz o upiorach?  

   - Upiory!? Wszyscy coś o nich wiedzą, Villon.  

Nowochrzczeńcy mówią, że umarli wstają z grobów dlatego, że, 

jak mówił Alfred de Vary, Bóg mści się na nas za to, iż nie 

zostaliśmy jego niewolnikami. Księża z kolei sądzą, że to 

sprawka diabła.  

   - A słyszałeś kiedyś, żeby z grobu mógł wstać latający 

upiór? Coś, co wzbije się w powietrze...  

   - Latające upiory? No, niby są, te latawce. No i 

czarownice lecą na miotłach na sabat. Ale umarli? Umarli nie 

latają. Nie mogą latać. To już byłoby bluźnierstwo.  

   - Bluźnierstwo... Wobec kogo? Wobec Boga czy wobec 

apostołów?  

   - Wobec ziemskich praw... Nic nie może opuścić ziemi.

Nic nie może się od niej oderwać. Wszystko musi zostać 

tutaj. Bóg stworzył nas jako swoich niewolników.  Przykuł do 

tej ziemi. A żeby przykuć w pełni, wysłał do nas Chrystusa, 

abyśmy w niego wierzyli i czekali w pokorze. Sprawił, że 

musimy gnić tu po wieczność... Nigdy nie wyrosną nam 

background image

skrzydła! Gdyby nie diabeł, nie bylibyśmy tym, kim jesteśmy. 

Poczekaj - uciszył dłonią  Villona, który już otwierał usta, 

by wygłosić replikę - coś sobie przypominam... Skrzydła... 

Wiesz, widziałem kiedyś księgę... Autora nie pamiętam... 

Zwała się chyba "O demonach powietrznych". Poszukaj tam. 

Może coś ci podpowie.  

   - "O demonach powietrznych"? Znaczy się, to o sylfach?

   - Nie tylko. Niewielu czyta dzisiaj książki. Zdaje się, 

że widziałem ją w bibliotece naszego uniwersytetu.  

   - Na uniwersytecie? To dobrze - Villon wyglądał na wielce 

podnieconego. Jego oczy zabłysły dziwnie. Zatarł ręce i 

uśmiechnął się głupkowato. - Wiesz, coś ci powiem.  Ciężko 

jest uciec z tego świata. Nawet po śmierci.  

   

   - Ona się zabiła, Villon.

   - Jak to? Sama siebie?

   - Tak - Carnas splunął obficie. - To dziwne, nie? Córka 

bajlifa Rienn wbija sobie sztylet w serce. I to na 

najwyższej wieży w mieście. Na Wysokim Zamku.  

   - Ale dlaczego to zrobiła? Źle jej było na świecie?

   - Kto to wie. Ale wiesz co, Villon... Ich było więcej...  

- mamrotał Carnas. - Znaczy się tych samobójców - 

odcharknął zgrabnie w garść. - Paru bogatych dostało szału. 

Poszli na Wysoki Zamek i tam skończyli ze sobą. Zaraza... 

Pomór na nich czy jak? A wszystkich pogrzebali na starym 

cmentarzu. Samobójcy zawsze tam kończą, no nie?  

   Villon nie odpowiedział. Poczuł się tak, jakby od rana 

nie miał w ustach ani kropli piwa.  

background image

   Okiennice ustąpiły z lekkim trzaskiem. Villon rozchylił 

je ostrożnie. Pchnął framugę okna. Wydobył sztylet, wbił go 

w szczelinę pomiędzy okuciami, a potem podniósł zasuwkę w 

górę. Zawiasy skrzypnęły, gdy otworzył okno. Szybko i cicho, 

jak nietoperz, zsunął się na podłogę.  

   Biblioteka uniwersytetu w Rienn przerażała go kiedyś swym 

ogromem. Villona dawno wykreślono z regestru studentów, i

w Paryżu, i w Rienn, jako notorycznego hultaja i 

awanturnika, więc nie miał czego szukać w skryptorium. Aby 

znaleźć to, czego potrzebował, musiał zakradać się tutaj w 

nocy i robić to, co potrafił najlepiej - kraść.  

   Ostrożnie ruszył wzdłuż ogromnych regałów uginających się 

pod ciężarem niezliczonych tomów. Księgi marniały tu, żółkły 

i pleśniały w kurzu i wilgoci, nikomu niepotrzebne, 

odrzucone ze wzgardą. W ostatnich czasach niewielu 

korzystało z biblioteki.  Żakowie woleli pić i bawić się niż 

w pocie czoła wertować zapomniane woluminy.  Zresztą 

bibliotekarze nie wpuszczali nikogo do samego serca gmachu. 

Lecz kiedyś, nim jeszcze wkroczył na zdradliwą ścieżkę mordu 

i bezprawia, Villonowi zdarzało się pomagać rektorowi w 

odszukiwaniu wytartych, zakurzonych traktatów. Z tamtych 

czasów pamiętał rozkład pomieszczeń.  

   W mroku orientował się doskonale, z kocią zwinnością 

omijał ogromne regały, półki, zwalone niedbale stosy ksiąg 

oraz luźnych kart. Uśmiechał się mimowolnie, wchłaniając wilgoć

i kurz. Gigantyczne, sięgające stropu półki 

uginające się pod przemożnym ciężarem już go nie przerażały. 

Cała ich mądrość rozsypywała się przecież w proch i pył. 

Nikt nie potrzebował ksiąg. Villon potrafił kiedyś 

background image

przesiadywać nad nimi przez długie godziny. Skrzywił się 

na wspomnienie dawnych czasów. Dziesięciokroć więcej 

nauczył się, gdy został złodziejem.  

   Ale przecież nie tego, co potrzebne było mu teraz.  

Ostrożnie odgarnął wilgotne pajęczyny. Dotarł chyba na 

miejsce. Na półkach wokół stały same czarnoksięskie i 

alchemiczne traktaty. Wiedza zgromadzona na półkach 

bibiliotecznych była przytłaczająca. Lecz on szukał tylko 

jednej, jedynej małej książki. Klucza do tajemnicy...  

   Zdało mu się, że usłyszał jakiś szmer. Zamarł.  Rozejrzał 

się niespokojnie. Cisza. Wydobył więc z kieszeni ogarek 

świecy i zapalił.  Przeszedł wzdłuż długiej półki z księgami 

odczytując tytuły. "Prawdziwy Ognisty Smok, czyli tajemnica 

wielka, w księgach Salomona zawarta", "O Demonach" "Magia 

Czarną zwana albo Tajemnica Tajemnic", "Grymoar Prawdziwy 

przez papieża Hadriana uczyniony", "Wielka Xięga Alberta 

Magnusa", "O żywiołakach".  Czytał tytuły, jedne po drugich, 

odgarniając pajęczyny. Ale nie było nigdzie "O demonach 

powietrznych". Nie widział tej jednej, jedynej księgi.  

Zdenerwowany, zrzucił z półki kilka tomów.  Przewalił 

następne. Ani śladu poszukiwanego dzieła... Poirytowany z 

niepewności, zżerany ciekawością, wertował traktaty, 

przerzucał leżące luzem pergaminy.  Kilka razy słyszał 

zduszone piski, a pod palcami przemknęły mu małe, puszyste 

kształty. W bibliotece były szczury, jego sprzymierzeńcy.  

   Miejsce poczynało działać Villonowi na nerwy. Był 

zdezorientowany wielkością biblioteki i zgromadzonego 

księgozbioru.  Gdy wszedł na jedną z szaf i spojrzał ponad 

ogromnymi półkami -  otworzył się przed nim widok niby na 

background image

ogromny labirynt, niby na otchłań zapełnioną ciasnymi 

zaułkami i wąskimi przestrzeniami utworzonymi przez regały. 

Niemal dostał zawrotu głowy. Zeskoczył, dysząc ciężko.  

Chciał szukać w dalszej cześci biblioteki, ale raptem 

wstrzymał się. Przecież ten traktat wcale nie musiał być 

oddzielnym woluminem. Przeciwnie - mógł być oprawiony razem 

z innym czarnoksięskim dziełem!  

   Chciwie przerzucał ogromne foliały. Wrócił do tych, które 

oglądał na początku. Porwał szybko płaski, ciemny tom "O 

żywiołakach" i otworzył strony tytułowe. Miał! Miał wreszcie 

to, czego potrzebował! Skórzana oprawa kryła w sobie dwa 

dzieła. "O żywiołakach" Raimonda Lullusa i "O demonach 

powietrznych", ten drugi bez autora. Villon otworzył księgę 

pośrodku na chybił trafił. Przerzucał szybko karty.  

Najpierw było o magii astralnej, potem o czarownicach, dalej 

o sylfach - żywiołakach powietrza... A potem... to mogło być 

to. Osadził świecę w mosiężnym lichtarzu i zagłębił 

się w lekturze. Rzecz była po łacinie, spisana wiele lat 

temu.  

   ,..jest bowiem wiele istot przeklętymi zwanych, które 

atoli przez Boga stworzone są, żyją w głębinach nieba 

największych, podle Słońca, w chmurach i na samym niebie. 

Angelisy owe z ludzi ponoć biorą się, a każden człowiek stać 

się takowym może. Anno Domini 1291, wielebny biskup Andreas 

z Rawenny, będąc jako pustelnik w Ziemi Świętej, dziwny lud 

barbarzyńców znalazł, w którym to ludzie każdy po śmierci 

własną ręką zadanej, czartem powietrznym się staje, a ciało 

jego spala się w ziemi. Odtąd w niebie mieszka, 

bluźnierstwo Bogu czyniąc. Poniżej tedy podaję i ja, nie 

background image

inaczej, jak tylko gwoli przestrogi i nauki, formułę 

magiczną, jako stać się owym monstrum można. A przestrzec 

chcę wszystkich, że jeno człek szalony na umyśle spróbować 

może tego, bowiem w maleficium owym najpierw sztylet ofiarny 

wykonać trzeba, po tym zaś śmierć sobie samemu zadać należy, 

aby zaś ze zmarłych powstać do życia w niebiesiech...  

   Zajrzał na następną stronę. Tam znajdowały się już 

rozważania o locie ptaków. Spojrzał na środek księgi.  Jedna 

ze stron, właśnie owa strona z zaklęciem, była wyrwana - 

świadczyły o tym strzępy pergaminu i kilka srebrnych nitek 

pozostałych po usuniętym arkuszu... A więc ktoś wyjął tę 

jedną, najważniejszą stronę.  

   - Spodobała się księga?!

   Villon odwrócił się. W słabym blasku świecy dostrzegł 

stojącego na wprost białowłosego starca w spłowiałym 

kubraku, syczącego z wściekłością.  

   - Teraz cię przydybałem, złodzieju!  Przyszedłeś po tę 

księgę... Najpierw wyrwałeś z niej stronę, ale to było za 

mało. Wróciłeś po resztę, złodzieju. Złodzieju! Rozszarpią 

cię na kole na strzępy!  

   Villon milczał. Zauroczony wpatrywał się w starego. 

Tamten musiał być bibliotekarzem albo strażnikiem.  

   - Kto wyrwał z tego dzieła stronicę? Kto?

   - Ty sam, złodzieju!

   Starzec skoczył nań, a wtedy Villon upuścił księgę, 

rzucił się w tył, unikając zakrzywionych pazurów. Staruch 

wrzasnął powtórnie, a potem skoczył w stronę Villona, 

mierząc dłonią w oczy. Młody złodziej chwycił mosiężny 

lichtarz z półki. Uderzył! Trafił prosto w czaszkę.  

background image

Starzec padł - twarzą w otwartą księgę. Na pergaminowe 

stronice spłynęła krew z rozwalonej głowy.  

   Villon przeskoczył trupa. Rzucił się ku oknu. Szybko, nie 

zważając na nic przemknął obok ogromnych bibliotecznych 

regałów. Wypadł z dusznego labiryntu prosto w chłodną 

ciemność nocy. Wskoczył na parapet, uchylił okiennicę i 

chwytając się liny, szybko zsunął się na dół.  

   

   Wysoki Zamek był w ruinie. Arfurt błąkał się po 

zarośniętych chwastami komnatach, pod sklepieniem, które 

tworzyło wyblakłe, jesienne niebo.  Potykał się o sterty 

gruzu i wystające spod warstwy trawy resztki zbutwiałego 

drewna. Przemykał zrujnowanymi, arkadowymi dziedzińcami 

i resztkami krużganków. Ogromne, puste mury wznosiły się 

wokół, zda się zamykając wszystkie przejścia. Mógł tylko 

wzlecieć - wypuścić skrzydła i wzbić się w nieboskłon. 

Zostawić za sobą skarlałą ziemię i ludzi.  

   Niebawem stanął u stóp najwyższej z wież. Strzelała w 

niebo - smukła, ale zarazem ogromna. Arfurt przekroczył 

wejście, stanął na samym początku wijących się spiralnie 

wokół ścian schodów. Wszystkie drewniane podłogi pięter 

dawno strawiły deszcze i wichry. Wnętrze wieży przypominało 

studnię bez dna lub też lufę działa wycelowanego w podniebne 

przestrzenie. Gdy wspinał się po schodach, znienacka ze 

szczelin w murze zerwało się stado wron i kawek. Ich 

skrzydła zatrzepotały, wzbudziły echo, zwielokrotnione przez 

mury. Krakanie zabrzmiało ostro, złowróżbnie. Nie zważał na 

to. Wspinał się coraz wyżej.  Przez ostrołukowe okienka 

widział już z góry ruiny zamku, a w dole panoramę Rienn, 

background image

poszarpane kwartały ulic i trupio blade światła miasta... 

Rękojeść wetkniętego w zanadrze kindżału uwierała go mocno, 

oddech stał się głębszy.  

   Co właściwie skłoniło go, aby przyjść tutaj na dzień 

przed wszystkim. Miał sen, a śniła mu się ona i ich 

spotkanie w tym miejscu. Może jednak przyszedł tylko 

dlatego, że jutro była pełnia - musiał więc zjawić się tutaj 

i dopełnić ceremonii. Musiał nakreślić pentagram własną 

krwią, a potem - wyszeptać słowa zaklęcia, wbić sobie 

sztylet w serce i zmienić się. Tylko tyle dzieliło go od 

wieczności, lecz ciągle się wahał. Nirwena tak nie 

postąpiła. Uczyniła to zaraz, zaraz, gdy tylko znaleźli 

księgę. Gdy tylko postanowili opuścić ten świat. Zabiła 

się zaraz po Alfrydzie, po Elvirze i Fredericu. Arfurt jest 

ostatni ze wszystkich.  

   Schody skończyły się nagle, nie wiedzieć kiedy znalazł 

się na szczycie. Była tu mała platforma otoczona murem, 

pokryta gruzem i resztkami zbutwiałych belek.  Arfurt 

wstąpił na rumowisko, chwycił się krawędzi muru i wyjrzał. 

Rienn leżało pod nim niby czarny, rozdeptany pająk, sięgając 

czarnymi, prążkowanymi odnóżami ulic daleko poza skalny 

nawis z ruinami Wysokiego Zamku. Rienn - miasto, do którego 

ściągali wyrzutkowie z całej Rzeszy Niemieckiej, z Francji, 

Niderlandów i księstw włoskich. Niewiele było widać z tej 

wieży. Szare Alpy  poznaczone plamami zielonych lasów i 

śniegami przesłaniały horyzont. Błękitnawa kopuła nieba 

wznosiła się nad tym wszystkim - majestatyczna i spokojna.  

Stojąc na wieży, Arfurt czuł się jakby w połowie drogi 

między ziemią a nieboskłonem. A ogromna otchłań nad jego 

background image

głową porażała. Bał się.  

   Usłyszał za sobą szum skrzydeł. Wielki cień nakrył go, 

przesłonił blask słońca. Zamarł, a serce podeszło mu do 

gardła, pot wystąpił na czoło.  

   Nie odwracał się. Czekał z bijącym sercem. Wszystko 

zamarło, cały świat napierał na niego. Czuł, że jeszcze 

chwila, a nie wytrzyma, zacznie krzyczeć, a może rzuci się z 

wieży. Coś stało za Arfurtem, coś bliskiego, lecz tak teraz 

odległego. Poczuł na karku miękki dotyk, delikatny niby ptasi 

puch. Coś niewyobrażalnie lekkiego, przywodzącego na myśl 

muśnięcie aksamitnych, kobiecych warg przesunęło mu się po 

plecach. Odwrócił się wolno, a potem przyklęknął. Widział 

ją... Rozpoznawał rysy Nirweny. Przemiana dokonała się.  Jej 

ogromne skrzydła lśniły nieskazitelną bielą, wabiły puchem, 

miękkością; zakończone kopytami nogi dźwigały smukłą talię. 

Uśmiechnęła się miękko, kładąc palec na wargach, a Arfurt 

przypadł do jej stóp. Objęła go ramionami. Puszyste, złote 

włosy otuliły go ze wszystkich stron, okryły miękką zasłoną, 

za którą czaił się sen i zapomnienie. Arfurt chciał tak 

zostać, przytulony do twardego, gorącego ciała.  Do czegoś, 

co było nie z tego świata i nie z tych zmysłów. Co swym 

pięknem przekraczało wszystkie znane mu pojęcia.  Otuliła go 

skrzydłami, odcięła od świata. A potem nagle odsunęła się z 

wielką siłą, skoczyła na blanki, rozpostarła skrzydła i 

poleciała - prosto w błękit.  Krzyknął z żalu. Chciał rzucić 

się za nią - nawet spaść z wieży, lecz potknął się o kamień 

i padł na gruzy. Zerwał się zaraz, wbił oczy w mroczniejący 

nieboskłon, lecz już nic nie zobaczył. Wszystko dokoła było 

puste i ciemne.  Słońce chowało się za horyzontem. Zapadała 

background image

noc.  

   - Wrócę do ciebie! - krzyknął żałośnie. Puścił się 

pędem w kierunku schodów, skoczył w ciemną czeluść, a potem 

począł zbiegać w dół.  

   Minęła chwila. I jeszcze jedna. Kawał gruzu w kącie 

platformy poruszył się. Przegniła deska pękła z trzaskiem. Z 

załomu murów osłoniętego przez leżące luźno kamienie wyszedł 

Villon. Otrzepał się z pyłu, spojrzał dokoła, a potem 

splunął przez rzadkie zęby i ostrożnie ruszył za Arfurtem.  

   

   Czekali już od rana. Byli tu Villon, Carnas, trzymający 

przy pasie dwa sztylety, mały Lionel, jeden ze znajomych 

Carnasa - rudobrody podrzynacz mieszków i gardeł, a nawet 

stary Matjasz, przycupnięty w kącie wieży z pordzewiałym 

mieczem. Villon mógłby spędzić tu rok, byle tylko dokonać, 

co zamierzył. Mógł czekać aż do skutku, byle wydrzeć serce 

tym, którzy wybrali tak łatwą drogę ucieczki.  

   Dzień był zimny. Od rana siąpił drobny deszczyk, niebo 

stało się szare, smutne, mgliste. Z wieży nie widzieli gór, 

nie widzieli nawet Rienn. Z tumanu mgły wyglądały tylko 

spadziste dachy najbliższych kamienic i poszarpane skały u 

stóp Wysokiego Zamku.  

   Wszystko było przygotowane. Wszystko miało odbyć się 

szybko i prosto. Nikt nie przewidywał komplikacji.  Wszak 

Villon wiedział dobrze, że Arfurt musi tu wrócić.  Musi, aby 

wykonać to, co zamierzył. Młody złoczyńca postanowił 

po prostu czekać na niego.  

   Łopot skrzydeł zaskoczył wszystkich. Był tak 

niespodziewany, że nawet Villon prawie stracił głowę.  

background image

Pośpiesznie schował się w niszy w murze. Mógł stąd 

obserwować cały szczyt wieży. Gdy szum stał się mocniejszy, 

gdy usłyszał chrzęst gruzu - wyjrzał ostrożnie z kryjówki.  

   Stworzenie, które widział poprzedniego dnia, wylądowało na 

szczycie wieży. - Było piękne, puszyste, z rozłożonymi 

skrzydłami. Zatrzepotało nimi, a potem złożyło za plecami - 

z wdziękiem, z gracją, o jaką nie podejrzewał żadnego 

zwierzęcia ani nawet człowieka. Miało oblicze pięknej 

kobiety i porosłe miękkim puchem ciało. Jak angelisa z 

księgi.  

   - Carnas!!! - zawył, wypadając z kryjówki. Angelisa 

rozłożyła skrzydła, a na jej twarzy pojawiło się 

przerażenie. Nie zdążyła uczynić nic więcej, bo 

w tej samej chwili rozległ się okrutny świst i sieć ciśnięta 

przez Carnasa spadła z góry.  

   - Nie, nie uciekniesz nam, aniołku!  - zakrzyknął Villon.  

Schwycił ciężką linę, uwiesił się jej, przytrzymał. Potężne 

skrzydło uderzyło go w pierś z wielką siłą, przetoczył się 

na bok, nie puszczając jednak sznura. Otwór na środku 

platformy znajdował się o krok, a uderzenie wyparło z płuc 

Villona resztki powietrza.  Angelisa rzuciła się, załopotała 

skrzydłami, chcąc wyrwać się ze skrętów sieci, lecz Carnas i 

pozostali rzucili się na pomoc Villonowi. Schwytana chciała 

wzlecieć, pragnęła wzbić się w powietrze. Jej szpony 

rozdarły liny niby wątłe niteczki, kopyta szczęknęły na 

gruzie. Powlokła wszystkich w bok, ku miejscu, gdzie blanki 

rozsypały się doszczętnie. Stąd już tylko krok do 

otchłani.  

   - Ucieknie nam! - zawył Carnas. - Trzymajcie ją, 

background image

skurwysyny!!!  

   Villon przetoczył się na bok. Nie wiedział dlaczego, ale 

w ustach miał pełno krwi. Uderzył pięścią w pokryte puchem 

ciało angelisy, raz, drugi, trzeci. A potem wyswobodzone z 

sieci skrzydło chlasnęło go po twarzy.  Villon padł, ciężar 

przygniótł go. Schwycił skrzydło, przycisnął jak mógł 

najmocniej do gruzu...  

   - Ty kurwo! Zabiję cię! - usłyszał tuż obok.  Z boku 

doskoczył Lionel. Karzeł szlochał głośno, łzy spływały po 

jego pobrużdżonej twarzy.  Villon widział wszystko. Pokurcz 

przypadł doń w jednej chwili, a potem - uniósł topór i ciął. 

Jednym szybkim ruchem odrąbał angelisie skrzydło!  

   Schwytana zawyła. To nie był ryk żądnej krwi bestii.  

Raczej przerażający wrzask torturowanej kobiety. To był 

ludzki krzyk! Serce Villona zamarło ze zgrozy. Z kikuta

skrzydła trysnęła jasnoczerwona krew barwiąc wszystko dokoła 

szkarłatem. Angelisa rzuciła się rozpaczliwie, machnęła 

ogonem, trafiając w locie Lionela. Villon usłyszał wrzask, 

gdy karzeł potoczył się na bok, wypuszczając topór, a potem 

wpadł w otwór na środku wieży i runął w dół, aby z 

zamierającym okrzykiem rozpocząć lot przez kondygnacje. 

Zamarli wszyscy. Lecz Villon otrząsnął się pierwszy. 

Schwycił topór Lionela, przycisnął do ziemi drugie skrzydło, 

a potem jednym szybkim ruchem odrąbał je od ciała.  

   Ze straszliwym okrzykiem bólu i zgrozy angelisa rzuciła 

się w sieci. Lecz Carnas, Villon i Matjasz trzymali ją 

mocno. Widzieli, jak zaszlochała nagle, ukryła twarz w 

dłoniach, a potem szarpnęła się w stronę otworu w dachu, 

chcąc skoczyć w przepaść.  Nadaremnie. Gdy znieruchomiała, 

background image

jęcząc cicho, Villon przetarł pokrwawioną twarz. Obejrzał 

się na Carnasa.  

   - Zwiąż jej kikuty rzemieniem. Wykrwawi się.

   Młody rzezimieszek posłusznie pochylił się nad angelisą. 

Villon powiódł wzrokiem po wszystkich obecnych, wpatrzonych 

szeroko rozwartymi oczyma w leżącą.  

   - No, co się gapicie. To była czysta robota. Nawet nie 

wiecie, ile za nią dostaniemy.  

   Odsunęli się odruchowo. Zorientował się, że patrzą na 

niego ze zgrozą.  

   - Już dokonałeś, czego chciałeś, złodzieju?

   Kto to powiedział? Villon obejrzał się. W niszy, u wylotu 

schodów, stał Arfurt. Patrzył na nich z bezbrzeżnym 

zdumieniem, jakby nie wierząc w to, co zobaczył. Villon 

uśmiechnął się złośliwie.  

   - Łatwo jest stąd uciec, co? Ale niełatwo coś zmienić.  

Ot i poobcinaliśmy ptaszkom skrzydełka!  

   - Nirweno! - wykrzyknął Arfurt. - Nirweno! 

   Rzucił się w stronę leżącej. Na pewno nie chciał walczyć. 

Villon był pewien. Więc nawet nie zastąpił mu drogi. Gdy 

Arfurt go mijał, po prostu wbił mu nóż w pierś, skosem ku 

lewej stronie, prosto w serce. Arfurt potknął się na 

kamieniach. Padł na kolana. Zacharczał.  

   - Dlaczego? - wyszeptał. - Dlaczego?

   Villon wzruszył ramionami. Wyczekał, aż przeszły 

śmiertelne drgawki, pochylił się nad martwym ciałem i 

odszukał w zanadrzu pergamin wyrwany z księgi...  Nawet go 

nie przeczytał. Po prostu wziął w palce, a potem podszedł do 

wieży. Spojrzał w niebo, wyciągnął rękę przed siebie. Chciał 

background image

podrzeć tę kartę, chciał ją zniszczyć.  Powstrzymał się 

jednak. Rozluźnił palce i pozwolił, by wiatr wyrwał mu 

pergamin z zaciśniętej dłoni.  

   

   Był wczesny świt. Rienn budziło się ze snu. Wstawało po 

zimnej, deszczowej nocy do codziennego ruchu i szaleństwa. 

Otwierały się drzwi gospód i domów i coraz to nowe zastępy 

włączały się w korowód codzienności. I wszystko było takie, 

jakie powinno być.  

   Ulicą, przedzierając się wolno poprzez tłum, jechał 

stary, rozklekotany wóz. Kołysała się na nim niedbale zbita, 

drewniana klatka. Wewnątrz uważne oko obserwatora dostrzec 

mogło dziwne, białe stworzenie przykute łańcuchem do 

drewnianych bali. Wóz trząsł się niemiłosiernie, lecz istota 

owa - kiedyś zapewne wielka i piękna - siedziała 

nieporuszona. Tuż obok, na burcie pojazdu widniały przybite 

ogromne, okrwawione skrzydła. Pojazdem powoził Carnas, a 

Villon, wychylony z kozła, krzyczał wesoło w tłum: 

   - Hej, ludzie! Rozstąpcie się! No, mówię wam! Wiozę wam 

bestię, jakiej jeszczeście nie widzieli. No, gamonie!  

Przyjdźcie dziś na plac targowy! Zobaczycie gwiazdkę z 

nieba. Wczoraj ją upolowaliśmy... Dzisiaj wam pokażemy.  

Chciała uciec, aleśmy jej obcięli skrzydełka. Dzisiaj będzie 

was bawić. Z drogi, gamonie!  

   Rozparty wygodnie na koźle Carnas pogwizdywał beztrosko. 

Do najbliższego jarmarku było dwa dni drogi.  Spodziewali 

się jednak, że ściągnie na niego wielu ludzi z okolicy 

Rienn. Mieli im co pokazać.  

                                      

background image

   

                     

 

Wampiry z 

Odrzykońskiej

Czy popiół tylko zostanie i zamęt,

Co idzie w przepaść z burzą? - czy zostanie

Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament,

Wiekuistego zwycięstwa zaranie...

CYPRIAN KAMIL NORWID - "ZA KULISAMI"

SLD = KGB

Dopisek na plakacie

 z wyborów samorządowych 

-  październik 1998

Denaturat przesączył się już przez chleb. Spłynął cały do butelki, 

tracąc nieco koloru; ale nic z ostrego aromatu, a zwłaszcza - mocy. 

Seta odcharchnął w bok, nalał do brudnej szklanki, a garbaty Konus 

szybko wyciągnął koślawe paluchy w stronę naczynia. Wielki, łysy 

background image

Glaca uderzył go po ręku i spojrzał gniewnie spod przymrużonych, 

bezrzęsych powiek.

- Nie dygaj, małolat - warknął. - Jak będziesz miał odgibane tyle lat, 

co ja, to się pierwszy napijesz. Jakbyś tak pod celą zrobił, 

wydziabaliby ci jagodziankę dechą z koja na styi.

- Przecie ja nie cwel.

- Bo to raz przecweliłem człowieka? U nas na Rawiczu posyłali w 

dół za mniejsze rzeczy. Za to podnieść go po czymś takim nie 

sposób.

Glaca sięgnął po szklankę. Zrogowaciała skóra pod jego 

paznokciami pobłękitniała, podobnie jak białka wytrzeszczonych 

oczu. Pewnie od denaturatu. Seta miał nadzieję, że Glaca kiedyś 

przekręci się przez picie piszczelówki. Czasami sam miewał to całe, 

jak to mówiono  na zajęciach... delirium tremens... Wtedy trząsł się i 

nie poznawał nawet takiego starego wafla jak Seta. Ale ostatnio 

żłopali denaturat bez przerwy. Kartki na wódkę dawno się 

skończyły. Nawet te fałszywe, skombinowane na mecie u Grubej 

Berty.

Glaca upił nieco denaturatu. Zaznaczył paznokciem po szkle i podał 

Secie, a ten, po kilku łykach - Konusowi. Pili po równo, 

sprawiedliwie, bez zagrychy. Seta nie musiał więc  zbyt długo 

czekać, żeby poczuć ożywczą siłę trunku. Już po trzeciej kolejce 

świat poweselał. Brudne, ceglane ściany Warszawskiej Kostnicy 

Dzielnicowej przy Odrzykońskiej 2, powszechnie zwanej trupiarnią, 

nabrały kolorów. Światło słabej, dwudziestopięciowatowej żarówki 

osłoniętej drucianą siatką zalśniło tęczowym blaskiem. Seta obejrzał 

się na uchylone drzwi prowadzące do chłodni. Za ścianą cicho wył 

stary, zajeżdżony agregat, bulgotała woda w rurach. Ostatnio w 

background image

chłodniach było bardzo mało pacjentów. Kryzys tak dobrał się 

ludziom do skóry, że nie mieli siły umierać.

- Kurwa, nawet w chłodni nie trzymamy żadnej laski - powiedział 

Konus. - Coś ostatnio nie ma nic do ruchania. A kurwy u nas na 

Brzeskiej złapały ruską odmianę syfa. Można je odpytywać tylko z 

ustnego...

- Tobie, Konus, i szuflada wystarczy - wycharczał Glaca. - Przecież 

kutasa masz małego. A na piczkę mówisz: "proszę pani".

- Spoko, większego od tego - Konus sięgnął gdzieś pod stół, a potem 

szybko wydobył i rzucił na blat duży członek, pokryty zaschłą 

krwią. Seta nawet nie drgnął. Znał głupie maniery Konusa, zresztą 

sam, nudząc się po nocach, nie raz wyciągał flaki z brzucha trupów 

źle zaszytych po sekcji.

- To z szóstej chłodni - mruknął Seta. - Od jednego bejcy, co wpadł 

pod beteera na moście Poniatowskiego. Urżnął się jak szpadel i padł 

na środku jezdni. Widać go było z daleka, ale że to jechali ruscy, nie 

nasi, to przejechały się po nim trzy wozy. Łopatami go do wora 

zbierali.

- Ale chuja miał niezłego - rzekł Glaca, oglądając członka. - Leć 

Konus po igły i nitki. Przyszyjemy ci raz dwa. Żadna ci nie odmówi.

Z ulicy doszedł chrzęst podkutych, żołnierskich butów. Zbliżał się 

szybko; wkrótce rozbrzmiał głośno, a potem zaczął cichnąć. Było 

już dawno po godzinie milicyjnej, patrole krążyły gęsto po całej 

Warszawie. Niespodziewanie usłyszeli stłumione odgłosy 

wystrzałów. Daleko, gdzieś za placem Narutowicza, koło Filtrów, a 

może w pobliżu starego akademika.

- Strzelają, kurwa mać - mruknął Konus. - Wiecie, słyszałem, że 

dzisiaj były wiece i demonstracje przy Uniwersytecie. To dlatego 

background image

psy i ruskie kręcą się po mieście jak wściekłe. Kurwa, znowu 

zomowcy ludzi rozpierniczą.

- Koło uniwersytetu? Te, Seta, magister, to twoje strony. Tyś tam 

kiedyś gibał, nie? 

 - Dawno temu. Wypierdolili mnie jeszcze w osiemdziesiątym 

dziewiątym.

- Chuj w dupę studenciakom - zawyrokował Glaca. - Na cholerę te 

demonstracje. Znowu, kurwa, nie będzie wódki.

Seta rozparł się wygodniej na krześle. Denaturat już działał czuł 

szybki zawrót głowy.

- Chodźmy obejrzeć pacjentów. Konus, dawaj kutasa!

Mały garbus nie protestował, Seta z członkiem truposza w 

wyciągniętej ręce chwiejnym krokiem ruszył do sąsiedniego 

pomieszczenia. Było tu zimniej niż w dyżurce. W metalowej ścianie 

po lewej widniały całe szeregi małych drzwiczek do chłodni, w 

których spoczywały martwe ciała.

- Żadnej laski - zamamrotał Glaca. - A wszystkie... prawie prycze 

zajęte.

Na zewnątrz na ulicy Słupeckiej rozległ się warkot motoru. Coś 

ciężkiego, chyba ciężarówka, podjechało pod główne drzwi 

kostnicy. Seta usłyszał głośny łomot otwieranej klapy, stukot 

podkutych butów, gniewne głosy. Potem w drzwi posypały się 

uderzenia. Głośno, przenikliwie zabrzęczał dzwonek.

- O cholera - rzucił Seta przez zaciśnięte zęby. Błyskawicznie 

wsunął mary do chłodni i zatrzasnął klapę. Potem wbiegł po 

pochylni na górę. Przebiegł przez pokój przyjęć, wpadł do 

korytarzyka prowadzącego do głównych drzwi wejściowych. Konus 

pędził za nim.

background image

Niecierpliwy dzwonek odezwał się znowu, więc Seta przekręcił 

zasuwy, odemknął ciężką, żelazną furtę i wyjrzał przez próg. Na 

ulicy było ciemno, tylko czerwone światełka jarzące się z tyłu paki 

wydobywały z mroku zarys wielkiego ciężarowego stara. Plandeka 

była podwinięta, dokoła stało kilku żołnierzy... I jeszcze oficer, i 

jakiś mężczyzna ubrany po cywilnemu. Seta nie widział twarzy. 

Zresztą padało, tamten miał kapelusz nasunięty na oczy i 

postawiony kołnierz płaszcza. W słabym świetle latarki trzymanej 

przez jednego z żołnierzy cywil błysnął blachą legitymacji. 

- Służba Bezpieczeństwa. Osiem ciał do kremacji.

Seta spojrzał oszołomiony. Ubek, znaczy się, dlatego w cywilu.

- A zaświadczenie od lekarza jest? - zapytał odruchowo. - I zgoda 

rodziny...

- Jakiego lekarza, idioto - przerwał cywil. - Masz tu rozkaz od 

pułkownika Bednarskiego. - Tu, kurwa, debilu, czytaj - promień 

latarki padł na biały dokument. Do Sety nie bardzo to wszystko 

docierało.

- Ruszaj, się, człowieku - rzucił wściekle cywil. - Nie ma czasu!

Żołnierze mocniej odchylili plandekę. W żółtym świetle latarek 

zabłysły duże worki z czarnej folii. Dwaj zomowcy chwycili 

pierwszy z brzegu, zrzucili z chrzęstem na ziemię.

- Dawajcie wózek, do cholery!

Glaca przypadł z tyłu, przyciągnął dwa skrzypiące wózki. Szybko 

wzięli pierwsze dwa worki, ciężkie, zimne jak lód, wilgotne od 

marcowego deszczu. Położyli je na wózki, zaczęli pchać. Żołnierze 

z tyłu nieśli następne.

- Wszystko do kremacji. Do rana ma tych ciał nie być - 

zakomenderował cywil, gdy znaleźli się w chłodni. - I żadnych 

sztuczek, bo będą kłopoty. No, tu podpiszcie - podsunął Secie 

background image

świstek papieru, będący w istocie protokołem przyjęcia zwłok. Seta 

odnalazł  odpowiednią rubrykę, z trudem nagryzmolił podpis.

- A co to za trupy? - nie wytrzymał Konus.

- Wypadek na Starym Mieście - mruknął ubek. - Zresztą gówno was 

to obchodzi.

Wyrwał papier z ręki Sety. Zomowcy posłusznie za nim ruszyli do 

drzwi. Seta usłyszał stukot podkutych butów na schodach, potem 

trzaśnięcie drzwi na górze i zapanowała cisza. 

Zostali sami z trupami. Popatrzyli na siebie zdumieni. Seta spojrzał 

na worki złożone pod ścianą. Leżały cicho, otulając zmarłych jak 

czarne kokony. Że też różnych rzeczy brakowało w tym kraju, ale 

nigdy plastyku na trupy. 

Wstrząsnął nim dreszcz. Ciała leżały tak cicho, tak spokojnie. 

Ostrożnie rozsznurował pierwszy worek, rozchylił szeleszczącą 

folię. W środku był młody, może dwudziestoletni chłopak, miał 

przymknięte oczy, wpółotwarte usta, zupełnie jak gdyby lada chwila 

miał wydobyć się z nich jęk bólu czy może okrzyk rozpaczy. Złote 

druciki okularów połyskiwały słabo, a głowę oplótł drapieżnie 

czerwony polip krwi, już zakrzepłej, ale wcześniej spływającej z 

małego otworu po kuli na skroni. Kurwa, pomyślał Seta, Konus 

mówił, że na Uniwersytecie miały być demonstracje...

- Gówniarze - mruknął Glaca, który zajrzał tymczasem do innego 

worka. - Popatrz - mruknął do Konusa - sikor ma ładny. Zajrzyj, czy 

psy nie obłuskały go ze szmalu.

Seta nie patrzył na tamtych. Szybko i sprawnie zajął się swoim 

nieboszczykiem. Bez pośpiechu zsunął mu z ręki zegarek, ale nie 

mógł wymacać portfela. Na szyi zmarłego odkrył mały krzyżyk. 

Przez chwilę usiłował zdjąć go z trupa, niespodziewanie jednak 

łańcuszek stawił opór. Seta szarpnął mocniej i ogniwka pękły. 

background image

Sprawdził na ząb, czy aby nie złoto, skrzywił się, ale wcisnął 

krzyżyk do kieszeni. Potem przeszedł do następnego ciała leżącego 

na wózku.

- Trzeba palić,  jak kazali - upomniał kolegów zajętych 

przetrząsaniem kolejnego trupa. Szybko rozwiązał worek, zajrzał do 

środka i zamarł. Na wózku leżała kobieta. Złote włosy w nieładzie 

opadały na jej czoło i policzki, zlepione od wilgoci, jakby 

przedśmiertnego potu. Złote włosy. Obejrzał się na garbatego 

Konusa i Glacę. Porozumieli się wzrokiem.

- To ja zaraz... - nie skończył. Popchnął wózek za drzwi. Tamci 

uśmiechnęli się wyrozumiale. Mylili się, bo Seta wcale nie lubił 

takich rzeczy... Tym bardziej nie teraz, kiedy był tak wzburzony. 

Może dlatego, że pamiętał jeszcze swoje dawniejsze życie, życie bez 

delirek, bez denaturatu, włamów i kaca.

Wjechał do wąskiego korytarzyka obok sali sekcyjnej. Tutaj był 

piec, nosze i turbina. Szybko przysunął wózek do otwartych 

drzwiczek. Potem rozsunął folię. Spojrzał na leżącą na wózku 

dziewczynę. Była piękna, była cudowna jak anioł... Seta poczuł 

dziwny chłód. Jakby wynurzył się na powierzchnię z gorącego 

morza gówna, szczyn i odpadków... Jak gdyby patrzył na anioła 

poprzez ruszta diabelskiego pieca. On nie chciał nic jej robić, chciał 

tylko popatrzeć... Dawno nie widział takiej laski. Była inna niż 

zniszczone, wiecznie pijane kurwy z Brzeskiej, z którymi pieprzył 

się na melinach. Seta dawno już nie widział takiej kobiety... I 

dlatego wpatrywał się w nią jak urzeczony... 

Dostrzegł na jej boku plamę krwi. Nie musiał już zaglądać pod 

bluzkę, zginęła od kuli. Od kuli z milicyjnej albo ruskiej broni. Seta 

nie był głupi. Domyślał się, że przywieźli te ciała do kostnicy, żeby 

background image

pozbyć się zwłok, pozbyć się dowodów. Co mógł robić. Co robić? 

Do diabła, to był mord, a Seta zawsze brzydził się mokrą robotą. 

Cofnął się do sąsiedniego pomieszczenia. Glacy i Konusa tu nie 

było. Pewnie poszli rozpalać piec. Wskoczył do sąsiedniej salki. To 

był pokój sekcyjny. Szybko znalazł aparat - starego zenita, 

trzęsącymi się dłońmi wepchnął doń film, poganiając się w myślach.

Zbliżył się do trupów. Rozsunął pierwszy worek. Błysk flesza 

wydobył z mroku oblicze jasnowłosego mężczyzny z dziurą po kuli 

na skroni. Seta rozsunął następny worek. Magnezjowy rozbłysk 

podkreślił ciemne włosy następnego trupa, krew na piersi zalśniła 

czerwonawo. Seta przeszedł dalej. Szybko jak automat robił zdjęcia, 

błyskał fleszem raz po raz, aż wreszcie, chyba za trzydziestym 

razem, usłyszał metaliczny szczęk, a lampa błyskowa nie zajaśniała 

światłem. Wypstrykał całą rolkę. Ostrożnie zasznurował worki, 

wyjął błonę z aparatu, odniósł zenita na miejsce. Film niemal 

sparzył go w dłoń, gdy wsuwał rolkę do kieszeni. To było wszystko, 

co mógł zrobić. Teraz pozostawało tylko wykonać to, co kazali 

ubecy. Spalić ciała!

Wrócił z powrotem do korytarzyka. Szybko popchnął wózek z 

ciałem dziewczyny w stronę pieca. Nagle zamarł; zdało mu się, że 

coś usłyszał. Kobieta poruszyła się lekko. Z jej posiniałych ust dobył 

się cichy jęk. Kurwa, pomyślał spłoszony jak ptak, ona żyje... Żyje...

- Gdzie jesteśmy - na poły wyszeptała, na poły wyjęczała, otwierając 

zamglone powieki. - Jurek, gdzie jesteś...

- Co ty, co ty? - zapytał zupełnie zbity z tropu. Wąska, rubinowa 

struga krwi wypływająca z jej ust przecięła podbródek na pół. 

- Kto ty jesteś... Gdzie ja jestem? - wyszeptała półprzytomnie. Seta 

rozejrzał się w panice. Ten ubek mógł przecież wrócić... 

- Dobra, jest git.

background image

Spojrzała przytomniej, podniosła lewą rękę, sięgnęła do boku, 

dotknęła zakrzepłej krwi.

- Pomóż mi, pomóż - plama na bluzce robiła się większa - ja muszę 

coś... przekazać.

Cofnął się jeszcze bardziej 

- Ja żyję... żyję... - wyszeptała. - Boli, jak strasznie boli... Strzela... li 

do mnie... do nas... A Jurek, gdzie on jest?! No gdzie... - szarpnęła 

się. 

- Leż grzecznie, laleczko. Pies cię jebał, żeś wstała. Ale i tak trafisz 

do pieca. Pan kapitan kazał.

- Ja muszę żyć - wyszeptała. - Proszę, pomóż mi. Dla dobra Armii 

Wyzwolenia... Musisz przekazać, że padła technika na Białołęce...

- Jeszcze czego...

- ...Że wpadła technika Marcina - wyszeptała błagalnie. - Proszę... 

To - zakrztusiła się krwią spływającą z ust. - W Aninie, Zielna 7... 

proszę. - Rubinowy strumyczek przybrał na sile.

- Tylko bez takich. Pół roku temu wyszedłem z pudła.

- Musisz mi pomóc - wyszeptała. - Proszę...

Na górze trzasnęły drzwi. Seta usłyszał głosy. Potem na schodach 

zadudniły podkute buty żołnierzy... A więc ubecy wrócili. Jak 

błyskawica przyskoczył do dziewczyny, pchnął ją na wózek, 

brutalnie wcisnął głowę do worka, zawiązał sznurek. Dziewczyna 

jęknęła tylko cicho, potem chyba zemdlała, bo nie rzucała się wcale. 

Seta usłyszał, że za ścianą wybuchła sprzeczka. Usłyszał piskliwy 

głos Konusa, potem odgłosy uderzeń i zbliżające się kroki. Szli tutaj 

- był tego pewien. Rozejrzał się jak szczur w pułapce i skoczył w 

małe drzwiczki prowadzące do magazynu z wózkami. Było tu 

zupełnie ciemno. Ale gdy stanął obok szafy z narzędziami, mógł 

background image

wyraźnie słyszeć wszystko, co było powiedziane tuż przed piecami 

krematorium.

Usłyszał zbliżające się kroki, rozmowę. W słabo oświetlonym 

korytarzu pojawiło się dwóch cywilów. Jednego z nich poznał po 

lekko chropawym głosie. To musiał być ten sam ubek, który 

przywiózł tu trupy. Teraz kłócił się z drugim, pewnie 

zwierzchnikiem.

- Kurwa, Micewicz, spierdoliłeś wszystko. Nie mogłeś przeszukać 

jej wcześniej?!

- Przecie i tak robota była czysta. Nikt nic nie wie, panie kapitanie. 

Zebraliśmy trupy zaraz po akcji. A o tej zapomnieliśmy.

- Wmieszali się w demonstrację. Niektórzy to nie z tych 

studenciaków. Pierdolone gnoje. Państwo płaci za naukę, a oni 

podnoszą łapy przeciwko władzy. Mówię wam, Micewicz, 

dorwiemy kiedyś prowodyrów, to będzie spokój. 

Skulony pod wózkiem Seta usłyszał szelest folii. W korytarzu 

zajaśniał ognik zapalonej zapałki, potem czerwonawo odznaczyła 

się końcówka zapalonego papierosa. Ubecy odsunęli folię. Seta 

usłyszał cichy jęk, potem stukot. Pierwszy z cywilów zagwizdał 

przeciągle. Drugi odskoczył.

- No proszę, jeszcze żyjemy! - mruknął pierwszy. Ranna znów 

jęknęła. 

- Niech ja dorwę konowała, co stwierdził jej zgon. Ty, mała, 

słyszysz nas?

Nawet Seta, skulony w niewygodnej pozycji pod wózkiem, usłyszał 

zdławiony jęk. A potem suchy trzask, oznaczający chyba, że ubek 

uderzał dziewczynę w policzek.

- Oprzytomnieliśmy. No proszę. I co, warto bawić się w konspirację, 

laleczko?! No, bądź grzeczna!

background image

- O Boże - jęknęła dziewczyna. - O Boże, jak boli... Czego wy 

chcecie...

- Dobrze wiesz czego - znów rozległ się cyniczny głos wyższego z 

cywili. - Adresu grupy w Aninie. No, do diabła, dość tego - Seta 

usłyszał teraz odgłos uderzenia, głuchy jęk, a potem płacz 

dziewczyny. Kurwa - pomyślał - co oni jej zrobią?

- Sławek, przeszukaj ją dobrze. Co, cholera, nic nie ma!? Jak to 

nic!? - wrzasnął ubek. No proszę, mała konspiracja. To będziesz 

musiała gadać.

Seta, skulony pod wózkiem, zaczął powoli pełznąć w tył. Tam, w 

korytarzyku usłyszał jakąś szamotaninę. A potem... potem stłumiony 

trzask. Kątem oka dostrzegł czerwonawy błysk... Czyżby wystrzału? 

Zamarł. Czegoś takiego nie widział jeszcze nigdy. Szybko wpełzł do 

sąsiedniego pomieszczenia. Potem prześliznął się do tego pokoju, w 

którym złożono trupy... Stanął pod ścianą, drżącymi rękoma 

wyciągnął paczkę klubowych.

- Ty, do ciebie mówię!

Z wrażenia wypuścił papierosa. Cywil; ten wyższy   wyszedł z 

korytarzyka prowadzącego do paleniska. Jego oczy błyszczały 

nerwowo.

- Chodź tutaj! - wskazał drzwi.

Seta posłusznie postąpił we wskazanym kierunku. Znów był w 

korytarzyku, w którym tamci przeszukiwali ranną. Teraz panował tu 

spokój. Drugi ubek palił papierosa. Żarzący się ognik oświetlał jego 

pobladłą, jakby wystraszoną twarz. A dziewczyna... wzrok Sety 

mimowolnie powędrował w kierunku wózka. Nie poruszała się już. 

Folia była rozpięta. Seta dostrzegł włosy studentki, włosy powalane 

krwią. Wcześniej tej krwi nie było...  Kurwa mać - powiedział 

background image

bezgłośnie sam do siebie. Boże... Rozwalili ją. Ale za co, do diabła, 

za co... Ja widziałem... Zaraz rozwalą i mnie...

- Spal zwłoki! - zakomenderował cywil. - Natychmiast!

Seta bez słowa popchnął wózek w stronę pieca. Otworzył drzwi do 

drugiej sekcji. Najpierw wcisnął przycisk rozrusznika. Agregat 

ruszył z cichym sykiem. Zaszumiał, zabulgotał. W korytarzyku 

zrobiło się cieplej. Seta otworzył drzwiczki. Przepchnął worek z 

ciałem na nosze, a potem pchnął na ruszt. I właśnie wtedy jego dłoń 

musnęła kieszeń, w której spoczywał film...

Zdrętwiał, mierzony bacznymi spojrzeniami ubeków, a potem 

wepchnął nosze do pieca i przełączył zawór. Gaz wpadł z sykiem do 

komory, usłyszeli wściekły trzask płomieni, głuchy huk ognia i... 

było po wszystkim.

- No to w porządku - mruknął wyższy. Zmierzył Setę groźnym 

spojrzeniem, a potem ruszył w stronę drzwi. Seta wsłuchał się w 

łoskot płomieni, w poszeptywanie gazu w rurach i wolno spuścił 

głowę. 

Dzienna zmiana, czyli Lobo, Zocha i Marcus przyszli o czasie. Gdy 

Seta i Konus wyszli z kostnicy, był świt, piąta rano; wstawał kolejny 

zadymiony, zasnuty chmurami i deszczem, szary dzień Warszawy. 

Wstawał w łoskocie drzwi otwieranych sklepów, w chrzęście 

podkutych butów żołnierzy i milicjantów patrolujących ulicę, w 

poszarzałych twarzach kobiet, wystających w kolejkach od trzeciej 

w nocy, aby kupić dzieciom bułkę i butelkę kartkowego mleka. 

Odbijał się w zmęczonych obliczach warszawiaków śpieszących do 

roboty, tkwił w drażniącym oczy dymie z koksowników, w 

warkocie motorów ciężkich skotów.  Godzina policyjna przeminęła, 

miasto budziło się do życia, zmęczone, skacowane, zarzygane... 

background image

Konus i Seta szli wolno do czwórki, na plac Narutowicza, a wokół 

nich były same odcienie szarości. Szare budynki, szare ulice, szare 

chodniki, czarny asfalt, czarne, bezlistne, poskręcane drzewa, 

smutne, zmęczone i złe twarze ludzi o oczach płonących gorączką. 

A ponad tym wszystkim ołowiane niebo i szary marcowy deszcz 

omywający mury, ludzi, nieliczne samochody na kartkową benzynę, 

ściekający strumyczkami po nierównym bruku...

Czwórka miała pętlę na placu Narutowicza. Jeszcze były w niej 

miejsca. Konus i Seta padli na siedzenia, oparli się o wilgotne szyby, 

zamglone od ludzkich oddechów. Tłum w pojeździe gęstniał, ludzie 

pchali się, przepychali, napierali. Nikt nie ustępował miejsca 

starszym, nikt nie przepraszał, nikt się nie uśmiechał. Boże, który to 

był już rok stanu wojennego.

Tramwaj ruszył w końcu - opóźniony. Minął ruski posterunek przy 

wylocie Filtrowej, potoczył się wolno w stronę placu Zawiszy. 

Przybywało ludzi. Wsiadali na każdym przystanku, wpychali się w 

drzwi, w miarę jak na ulicach robiło się coraz ludniej. Ci wszyscy 

ludzie... Seta rzygał nimi, dusił go tysiąc oddechów, dławił napór 

tłumu, rozwścieczały szare, pobrużdżone twarze. Wciąż czuł na 

swym obliczu cuchnące oddechy skacowanych, wciąż widział 

napierające ciała, oczy patrzące z pożądliwością, czekające na 

chwilę, gdy zwolni, miejsce i cała tłuszcza będzie mogła rzucić się, 

by dać ulgę strudzonym nogom. Nienawidził tych wszystkich ludzi 

wokół siebie, nie tylko w tramwaju, ale i na ulicach. Robole, 

urzędasy, nauczyciele, trochę studenciaków, jakieś gnoje, wszystkie 

twarze zmęczone i złe. Taksówkarze i cinkciarze, ladacznice i 

dziwki, zmęczone robotnice, przypalające nerwowym ruchem 

ostatniego radomskiego.

background image

Tramwaj wtoczył się w Aleje Jerozolimskie. Z lewej zrobiło się 

nieco jaśniej, nad wykopem kolejowym wiatr unosił śmieci i stare 

gazety. Seta wpatrzył się w niebo, spojrzał przez zamgloną szybę w 

ołowiane, matowe kłęby chmur, zalewające deszczem nieszczęsną 

Warszawę, miasto betonu i rdzy, gówien i odpadków, rzygowin, 

kaca i mgły. 

Czwórka minęła następny posterunek, tym razem przy placu 

Starynkiewicza. Dziewięciu sowietów opatulonych po szyję grzało 

się przy koksowniku ustawionym nieopodal starego T-72. Po drugiej 

stronie ulicy zagrzewało się w taki sam sposób ośmiu milicjantów.

Tramwaj przebijał się dalej. Na ulicach nie było dużego ruchu. 

Szybko dojechali do Dworca Centralnego. Ogromna hala była 

prawie pusta, tylko deszcz zacinał po ścianach, wpadał do środka 

przez wybite szyby. Po drugiej stronie Alej Jerozolimskich, obok 

starego, nigdy nie dokończonego terminalu Lotu, hulał wiatr.

Seta przywarł do szyby. Spocony i wymęczony chłonął to wszystko, 

cały gwar i ruch. Mężczyzna w waciaku przepychał się przez tłum w 

tramwaju. Wariat, a może jedyny normalny człowiek w tym 

wszystkim.

- Wszystko przez profesorów! - krzyknął Secie do ucha. - Wszystko 

przez profesorów. Ale sekretarz wojewódzki nas uratuje. No, 

powiedzcie sami... Ludzieeeee! - rozdarł się.  - Przecież daję mu 

dupy co noc. Co noc, przysięgam!

Czwórka toczyła się dalej. Za Centralnym ruscy przeprowadzali 

rewizję w starym fiacie kombi. Mężczyzna - kierowca i kobieta stali 

z rękami podniesionymi do góry, trzech sołdatów wyrzucało z wozu 

kartonowe pudła. 

background image

Tramwaj toczył się dalej... Skrzyżowanie z Marszałkowską; tu 

wysiadło sporo osób. Deszcz ostro zacinał w szyby.  Z głębi 

Marszałkowskiej słychać jakieś krzyki...

...Uśmiechnięta twarz dziewczyny na plakacie. Wola PZPR wolą 

narodu. Sojusz robotniczo-chłopski...

...Tramwaj wtoczył się na most Poniatowskiego. Tu było groźniej. 

Przy wieżyczkach na obu końcach mostu ułożono worki z piaskiem, 

stały na nich karabiny maszynowe, obok transportery; jezdnie 

przegrodzone były kolczatkami.

- Co ja widziałam, pani Podajowa - gadała bezzębna starucha do 

sąsiadki - wyrwał się wczoraj matce i poleciał przez most w 

Łazienkach, bo kaczuszki tam pływały. Ale przyuważyli ruscy - 

puścili serię. Jezus Maria, ino strzępy z dzieciska.

Tramwaj skręcił w Zieleniecką. A dokoła wciąż trwała Warszawa... 

Miasto milicyjnych patroli, mundurów, skotów, ruskich z kałaszami, 

Warszawa ulotek, tajnych drukarń, bibuły, dziwnych ludzi, wódki i 

przemycanego przez ruskich spirytusu... WRON za Don! Orła 

wrona nie pokona! Generale - nie boimy się tej wojny wcale... 

Solidarność walczy!

Tramwaj przejechał pod wiaduktem,  skręcił w Kijowską. Seta 

ocknął się nagle. Byli u celu. Szarpnął za ramię Konusa. Szybko 

przepchnęli się do wyjścia. Wysiedli wprost na deszcz, na słotę i 

marcowy ziąb. Ale to nic, że lało. Zaledwie kilka kroków i - byli na 

Brzeskiej. Tu Seta mógł czuć się jak u siebie w domu. Tu była 

swoboda, można nawet rzec - wolność. Brzeska, Stalowa, 

Ząbkowska, Białostocka, Markowska... Tutaj był jego świat, jego 

ojczyzna. Wolny kwartał ulic w środku Warszawy. Tu w wąskich, 

błotnistych uliczkach  pomiędzy starymi, rozpadającymi się 

kamienicami panowały inne prawa; nikt obcy nie miał tutaj wstępu. 

background image

Nawet patrole ruskich i ubeków zapuszczały się tu niechętnie. W 

ostatnich latach, w ciemnych podwórkach, w ponurych bramach 

przepadł niejeden politruk czy sołdat, a niejeden ruski kałasz trafił 

stąd do rąk solidarnościowców czy do konspiratorów z Armii 

Wyzwolenia, zresztą, jak sądzono, ubeckiej prowokacji. Niejeden 

litr gorzałki czy połeć mięsa przemycony ze wsi przez szmuglerów 

wędrował z Pragi pod lady warszawskich sklepów, w których od lat 

straszyły puste półki, ocet i sznurowadła. Tak, tutaj, w stolicy 

zniewolenia, Brzeska była zawsze oazą spokoju i względnego 

dostatku. Gdy Seta zanurzał się w ciemne bramy i zaułki tej części 

Pragi, przestawał czuć na plecach przenikliwe spojrzenia milicji i 

zomowców...

Secie nie chciało się spać. Zanim zaszyli się w kamienicy, wpadli 

razem z Konusem do Kolorowej, małej knajpki, a właściwie meliny 

u grubej Berty, na tyłach bazaru Różyckiego. Tu, w starej 

odrapanym domu z czerwonej cegły, wszystko pozostało na swoim 

miejscu. Zadymiona sala, gruba Berta za szynkwasem i - rzecz jasna 

- morze bimbru.

Zielony, Esy, Kaczor, Gaju i Dominik byli tu już, siedzieli pośród 

mniej znanej złodziejskiej zgrai. Zaprawiali od dawna, a zwłaszcza 

gruby Dominik. Seta i Konus dosiedli się do Kaczora. Młody 

złodziej, znany z tego, że okradał głównie ruskich, kiwał się sennie 

nad stołem. W szklance miał mętną herbatę, bo oficjalnie nic poza tą 

lurą nie można było kupić u grubej Berty. Wystarczyło jednak, że 

Seta uśmiechnął się do właścicielki, a ta podała sporą flachę bimbru. 

Obciągali ją przy stole, polewali do musztardówek z mankietu, 

zerkając na sąsiadów, choć i tak w barze byli sami swoi.

background image

- No, jak tam trupy? - wychrypiał Kaczor. - Kurwa, chłopaki, ciągle 

się dziwię, że nie mogliście znaleźć lepszej roboty...

- Po pierdlu dzielnicowy łaził za mną i łaził, że jak nie zacznę robić, 

coś na mnie znajdzie - mruknął Seta. - Po tym jak buchnąłem brykę 

tej dziwce Millerowi,  mieli na mnie oko. Za audi sekretarza 

wojewówdzkiego przypierdolili mi dziesiątaka. No, zdrowie! A co u 

ciebie?

Popili bimbru. Był mocny, czuć w nim było drożdże; Bercie nie 

chciało się destylować samogonu do końca. Kaczor wstrząsnął 

głową. Seta popatrzył na jego ręce, białe i smukłe, nienawykłe do 

ciężkiej pracy. Przypomniał sobie  opowieść starego złodzieja, że 

bolszewicy na początek rozwalali złodziei razem z burżujami, bo 

każdy miał dłonie jak elegant...

- Nie farci mi się ostatnio - mruknął Kaczor. - Załapałem tylko ładny 

sikor od ruskiego oficera. Chyba kradziony w Niemczech. Ale już 

poszedł u starego Kubasa...

Wypili znowu. Konus odcharknął, spojrzał uważniej na Setę i 

Kaczora.

- Kurwa, chłopaki, nie wiecie, jaki przedwczoraj miałem sen.

- Sen? Co, gołe kurwy ci się śniły, Konus! Z cyckami do ziemi?

- Nie, chłopaki. Śniła mi się Warszawa... Ale właściwie to nie 

Warszawa...

- Co ty pierdolisz?

- Szedłem Jerozolimskimi, przy Centralnym, a wszystko było inne 

niż teraz. Wszędzie sklepy, banki, kurwa, komisy i takie te, no... 

peweksy z wódkami. A samochody jakie... Same zachodnie bryki. A 

jakie wieżowce! Wyższe niż Pałac Kultury... Takie jak w Ameryce.

- Opowiadasz. Wieżowce w Warszawie?

background image

- A ludzie jacy wystrojeni. I jakie laski mi się śniły - Konus 

rozpłaszczył się na blacie. - Wszyscy uśmiechnięci i jacyś... inni. A 

w sklepach żadnych kolejek.

- Pierdolisz! Może jeszcze kartek nie było?! - warknął Kaczor.

- A pewnie, dawali, ile kto chciał. Jak wszedłem do sklepu, to 

kupiłem zaraz pięć kilo zwyczajnej. I dali mi od razu. Kurwa, jakie 

piwo piłem, prosto z beczki i zimne. A w sklepie wszyscy 

uprzejmi...

- No chyba żeś się za dużo bimbru ożłopał...

- A potem - Konus spojrzał na brudny sufit - potem śniła mi się 

Brzeska. I byłem tutaj - u grubej Berty. A tutaj jak czysto, jak 

schludnie. A gruba Berta uśmiechnięta, wysztafirowana. Aż się 

lepiła od tapety... A jakie zakąski u niej były...

- Gruba Berta uśmiechnięta? Pierdolisz. To już niemożliwe...

- A na Brzeskiej wyburzali domy. I budowali same takie ze szkła i 

betonu. I był taki ten, no, jak na filmach sklep z samochodami...

- To pewnie jaki ruski miał przyjechać tak jak, ten Ziuganow, co był 

u nas w zimę...

- Nie, nie ruski. Ale potem znowu bieda przyszła...

- Dlaczego?

- Bo ludzie znowu komunistów wybrali...

- U nas to, kurwa, naród ciemniaków - mruknął Kaczor. - A jak tam 

u was w trupiarni. Nie było w nocy zamieszania?!

- Nie, a bo stało się co?!

- Chłopaki - Kaczor odsunął się z krzesłem w tył. - To wy naprawdę 

niczego nie wiecie? Wczoraj były marsze i demonstracje przy 

uniwersytecie. Podobno ruscy i milicja strzelali do nielatów z 

uniwerku... Były trupy. Naprawdę nic nie wiecie?

background image

Seta spojrzał na Konusa, a Konus na Setę. Ich oczy spotkały się. 

Zimny chłód przeszył serce Sety. Fatalny film wciąż tkwił w jego 

kieszeni. Seta czuł, jak krawędź rolki uwiera go w udo...

- Nie, nic u nas nie było - powiedział. Kaczor skinął w stronę 

starego rubina na blacie. Telewizor trzeszczał niewyraźnie.

- Mówią o tym.

Seta przechylił się w stronę odbiornika. Szedł poranny dziennik, na 

brudnym ekranie widział twarz prezentera Tumanowicza, starego, 

zaufanego towarzysza. Z tyłu, w studiu siedzieli goście, Seta 

rozpoznał wśród nich Urbana, papugę Jaruzelskiego...

- Wczoraj doszło do kolejnych zamieszek na Uniwersytecie 

Warszawskim - mówił prezenter poważnym, uniżonym tonem. - 

Wszyscy wiemy, że po ostatnich nielegalnych demonstracjach 

cierpliwość władz wyczerpała się i Uniwersytet Warszawski będzie 

czasowo zamknięty. Nie bacząc na zakaz, studenci prowadzeni 

przez zbrodniczych prowodyrów i podżegaczy próbowali 

zorganizować nielegalną manifestację...

Seta przetarł zmęczone oczy, pociągnął łyk bimbru.

- Jakiekolwiek pogłoski o tym, że doszło do użycia broni, są 

oczywiście bezpodstawne - wyjaśnił prezenter. Kamera pokazała 

Urbana szczerzącego zęby w bezgłośnym uśmiechu.

- Ach, te demonstracje i strajki... W dzisiejszej chwili jakiekolwiek 

żądania, nawet uzasadnione, stanowią podcinanie gałęzi, na której 

każdy z nas siedzi.

- A jak skomentuje pan pogłoski o użyciu siły przez jednostki 

prewencyjne Milicji Obywatelskiej?

- Jestem zdania - powiedział Urban - że żyjemy w kraju łagodnych 

rządów, gdzie represje są raczej dobrotliwe i krótkotrwałe. Panowie, 

background image

Solidarność, to pojęcie ideowo mi obce, a pod względem 

programowym jeżące włosy na głowie...

Siedzący w studiu mężczyźni zarżeli z radości. Seta patrzył na to 

przymglonym wzrokiem. Studenci, trupy... a cóż go to wszystko 

obchodzi.  Cała jebana, popierdolona Polska Ludowa. Jemu było git. 

Najważniejsze, że nikt się do niego nie przyczepiał. Od czasu do 

czasu szedł na mały włam albo kosił brykę i miał wszystko - ciuch, 

szmal, poważanie u dziwek. A ten Uniwersytet, strzelanina. Głupi 

gówniarze, sami chcieli...

Na ekranie pojawiła się zaaferowana gęba grubawego przystojniaka 

ze znaczkiem ZSMP w klapie marynarki. Niewyraźny podpis: jakiś 

...ksander Bwaśniewski?...

- Jesteśmy krajem cywilizowanym i dokładamy starań aby obywatel 

miał wpływ na władzę, na jej decyzje, ale nie organizując zadym, 

protestów, tylko uczestnicząc w życiu publicznym...  - recytował 

przejęty. - I ten drugi świat także znam. To jest świat, w którym nie 

ma argumentów, w którym jest tylko siła, w którym jest tylko pięść, 

w którym jest petarda, w którym jest śruba rzucona w okno i jest 

słowo, które jest albo wulgarne, albo obrzydliwe.

- Co za cwel - mruknął Seta. Nie słuchał już. Kaczor podniósł się z 

miejsca i poszedł się odlać do sracza w bramie. Konus szarpnął Setę 

za rękaw.

- Ty, kurwa, w co myśmy wdepnęli - wyszeptał spanikowany - co za 

gówno. Rozwalą nas jak nic, przecież paliliśmy ciała.

- Nie dygaj, Konus. Jesteśmy kryci.. Pamiętaj, nic nie widzieliśmy, 

nic nie słyszeliśmy. Ja ci powiem coś jeszcze. Pamiętasz tę małą, z 

jasnymi włosami? Ona jeszcze żyła. 

- Co? O kurwa!

background image

- Posłuszaj - syknął Seta. - Tylko posłuchaj. To było morderstwo. 

Ubecy zamordowali studentów, a potem kazali spalić ciała, żeby nie 

było dowodów. Ale dowody są. Jak was nie było, zrobiłem zdjęcia. 

Masę zdjęć. 

Seta wyciągnął z kieszeni film, pokazał go Konusowi pod stołem.

Konus zakrztusił się bimbrem, zacharczał, oczy wyszły mu z orbit. 

Seta uderzył go pięścią w plecy.

- Wyrzuć to! - jęknął Konus, odzyskując oddech.

- Po co? Słuchaj, to jest dowód. Trzeba pokazać prawdę. Ludzie nie 

wiedzą. 

- Wyrzuć to, kurwa.

- To trzeba zanieść, pokazać...

- Komu?! 

Seta pomyślał znowu o umierającej dziewczynie, o ubekach, 

ciężarówce z ciałami, o strzałach w nocy... To wszystko było takie 

popieprzone. Takie nie do ogarnięcia.

- Konus - powiedział cicho - tu na tym filmie jest prawda. Dowód na 

zbrodnie komunistów. Musimy tę prawdę chronić. 

Szybko wstał od stołu. Potrącił przy tym szklankę i resztka 

księżycówki wylała się na blat.

- Chodź, Konus, idziemy, pogadamy jeszcze.

Mały złodziej przetarł oczy, splunął i ruszył za Setą. 

Tymczasem  rozpadało się na dobre. Była już dziewiąta, a deszcz lał 

jak z cebra. Brzeska jeszcze spała. Seta i Konus skręcili w bramę, 

wyszli przez przechodni dom na małe, zaśmiecone podwórko. 

Znajdowali się teraz na dnie ogromnej studni nakrytej szarym 

dachem pochmurnego nieba. Weszli do następnej bramy. Zaraz za 

progiem stało trzech nieogolonych mężczyzn. Pili wódkę z butelki, 

background image

zataczali się lekko. Gdy tylko usłyszeli Setę i Konusa, czujnie 

podnieśli głowy, ale od razu rozpoznali swoich. Jeden z nich 

gwizdnął, drugi pozdrowił Setę.

Szli dalej... Ponura, odrapana kamienica z czerwonej cegły cuchnęła 

stęchlizną. W bramie, w której ktoś wyłamał drzwi, leżał wielki 

śmierdzący paw, na schodach usłyszeli piski spłoszonych szczurów. 

Na drugim piętrze jakaś postać poruszyła się w głębi korytarza. Seta 

usłyszał skrzyp drewna i cichy łoskot. Cień poruszył się szybko, 

zbyt szybko. Do nozdrzy Sety doszła zgniła woń kanałów 

ściekowych. Tak cuchnął stary Maksio.

- Spokojnie, panie Maksiu, to ja, Seta.

Nieznajomy zamarł, więc Seta odetchnął z ulgą. Zawsze się bał, że 

stary, pierdolnięty Maksio z drewnianą nogą nie rozpozna go kiedyś 

w ciemności i wypruje mu flaki. Stary zbliżył się, uśmiechnął, 

szczerząc powybijane zęby.

- A, to wy, chłopaki - mruknął. - Już myślałem, że to ruscy.

Seta wiedział, co sowieci zrobili kiedyś z żoną Maksia. Dlatego nie 

dziwił się, czemu tamten przepada na całe noce, a pod połą płaszcza 

nosi całą blachę z patek zerwanych ruskim oficerom...

Wyminęli Maksia i wyszli na półpiętro. Seta zawahał się, czy nie 

kupić jeszcze jednej flaszki. Ale bał się kupować gołdę u starego 

legionisty, na parterze. Wiedział dobrze, że tamten trzymał metyl 

razem z wódką, a wzrok miał słaby.

Weszli do mieszkania Sety. Konus kopnął walającą się butelkę i 

rozległy się piski szczurów. Seta podszedł do okna. Skąpaną w 

deszczu ulicą wolno przejechała milicyjna nyska. 

- Nie wiem, co robić - mruknął Seta. - Ale nie możemy tego 

wyrzucić.

background image

- Też się w tobie, kurwa, profesor odezwał. Wypieprz film w cholerę 

i zapomnij o wszystkim.

Seta rozebrał się i padł  na rozgrzebane wyro. Dobra, wyrzuci i... 

wszystkoo będzie w porządku, tylko czemu czuje dziwny skurcz pod 

sercem? Nie myślał więcej. Okrył się starym, tramwajarskim 

kożuchem i odwrócił do ściany.

Konus przysiadł na łóżku. Myśli aż kipiały mu w cabanie. Bał się to 

przyznać. Nie cierpiał milicji, nienawidził uboli, ale czym innym był 

drobny zachwat, wyczyszczenie kwadratu, a czym innym to, co 

zrobił Seta. On po prostu, kurwa, zadzierał z ubecją. A to mogło być 

niebezpieczne. Trzeba coś zrobić, bo inaczej wariat gotów był iść z 

filmem do solidarnościowców. 

Konus wsłuchał się w równy oddech Sety i nagle przypomniał sobie, 

że przecież w kuchni ma dwie czyste rolki. Zawsze kiedy był na 

dyżurze, udawało mu się zwinąć  z Odrzykońskiej parę sztuk. 

Pomyślał chwilę, uśmiechnął się. Po prostu nie chce kłopotów ani 

dla siebie, ani dla kolegi. A potem począł podkradać się do leżących 

na podłodze spodni Sety.

Kapitan Zieliński z pewnością nie był typowym ubekiem. Zresztą 

przez całe życie starał się odróżnić od reszty pracowników z II 

wydziału SB. Zawsze niezwykle zadbany i elegancki, uprzejmy i 

elokwentny, jednak wobec przesłuchiwanych starał się zgrywać 

twardziela. Bił  mocniej niż inni, nie to jednak odróżniało go od 

pracowników II departamentu. W przeciwieństwie do 

prostodusznych stróży bezpieczeństwa i prawomyślności Zieliński 

wiedział, o co naprawdę chodziło w nowej rzeczywistości  i jaka 

rola przypadła mu do odegrania. Był prawą ręką ruskich i nie czynił 

sobie żadnych złudzeń. Wiedział, że wejście sowietów w zimę 1982 

background image

roku, po buncie w polskim wojsku, nie było  decyzją podjętą na 

Kremlu, lecz że to sam generał tak bał się solidarnościowej latarni, 

iż wymógł na Breżniewie, aby wspomógł go dywizjami. Zieliński 

znał Jaruzela jeszcze z czasów praskiej wiosny i pamiętał, ile 

telefonów do Moskwy wykonywał wtedy Wojtek w ciągu każdego 

dnia. No, ale i Zieliński wiedział, jak się ustawić. Dlatego częściej 

niż u bezpośredniego przełożonego bywał na popojkach u 

pułkownika Ałganowa, radzieckiego "doradcy" przy II wydziale SB. 

Zieliński rozumiał doskonale, jaka rola przypadła mu do odegrania 

w całym systemie, lecz nie czuł się źle. W końcu na jego miejsce 

mógł przyjść jeszcze gorszy. Kapitan znał dobrze historię, 

przynajmniej tę partyjną. Po czterdziestym piątym roku elity 

musiały skapitulować, bo ich polityka sprowadziła na Polskę 

zagładę. W końcu - wóz albo przewóz, nie mogąc lawirować 

pomiędzy ZSRR i Niemcami, trzeba było kogoś ucapić za nogi. 

Zieliński wierzył głęboko, że państwo ludowe uczepiło się 

właściwych nóg - ma się rozumieć, tych obutych w walonki.

Myśląc po trosze o tym wszystkim odwrócił się Zieliński do 

człowieka siedzącego naprzeciwko. Mały przykurcz o zaciętej 

twarzy recydywisty tkwił na krześle na wprost pana kapitana, pod 

portretem Karola Świerczewskiego. Zieliński zerknął w akta, choć 

nie musiał. Zaciągnął się niedbale papierosem.

- No więc, skąd miałeś ten film?

Mały złodziej uśmiechnął się chytrze.

- Już mówiłem, panie kapitanie. Ale mogę powiedzieć jeszcze raz. 

No więc zdjęcia zrobił  Seta. Wtedy, jakżeście przywieźli te no... 

trupy. Znaczy się do nas, do kostnicy. To ja pomyślałem, że przecież 

nie wolno fotografować. No i kiedy dowiedziałem się, że Seta zrobił 

background image

filmy, to zaraz je zabrałem i przyszedłem do pana. On tam jeszcze 

jest, na Brzeskiej 15, mieszkania...

Zieliński otworzył teczkę, spojrzał na wywołane przed chwilą, 

jeszcze wilgotne odbitki. Uśmiechnął się smutno. 

- A ten trzeci jak się nazywał?

- Glaca, to znaczy Janusz Brzóska. On mieszka na Stalowej, pod 

numerem osiemnastym. 

- W porządku. Wszystko git, jak wy mówicie. Tylko że ja ci nie 

wierzę - oświadczył Zieliński z rozbrajającą szczerością. - Bo 

widzisz - nawet nie musiał zerkać w akta - moja wersja jest inna i 

brzmi tak: trzech meneli zamordowało ośmiu studentów, ograbiło 

ich, a ciała spaliło w krematorium. Wampiry z Odrzykońskiej to 

nawet ładnie brzmi. A dowody przeciw wam mamy.

- Jak to? - wybełkotał Konus. - Panie władzo, jak to?

- Ano tak, kurduplu. Masz tutaj, podpisz zeznanie. Może będziesz 

miał mniejszy wyrok.

- Jakie zeznanie. Jak pragnę zdrowia, panie kapitanie. Powiedziałem 

wszystko. To Seta, nie ja.

- Podpiszcie, podpiszcie. Będzie dla was lepiej.

- Ale ja niczego nie zeznawałem...

- Uparciuszek - mruknął cicho Zieliński. - A to nieładnie. Nazwisko! 

- huknął tak gwałtownie, że karzełek omal nie spadł z krzesła.

- Ko... Konus.

- Prawdziwe imię i nazwisko, a nie jak wołają cię w chlewie.

- Janusz Majewicz...

- No proszę. Karany?

- Tylko raz. Paragraf dwudziesty ósmy.

- No proszę. A teraz będzie KS, jak to wy mówicie. Wydziergasz 

sobie na ramieniu marszałka. 

background image

Kurdupel spocił się, Zieliński widział wyraźnie. Postanowił jeszcze 

pomęczyć go trochę, zanim zawoła sierżanta Zykę i każe brać się do 

pał. Po takie środki Zieliński sięgał w ostateczności, nie jak 

Piotrowski, Pękala i Chmielewski z IV departamentu MSW. Ci od 

razu ładowali klechów do worka. 

- No powiedz, po co ich zabiliście - uśmiechnął się przyjaźnie. 

Wyciągnął w stronę małego paczkę z papierosami.

- Panie władzo, nikogo nie zabiliśmy... Przecież to wy 

przywieźliście te ciała. Ja powiedziałem wszystko. Seta robił 

zdjęcia, nie ja. 

- Brzydko mówisz. Człowieku, zlituj się nad sobą. Do tej pory było 

ci u nas jak u mamy, ale teraz... Ty chyba nie zdajesz sobie sprawy z 

tego, co zrobiłeś. Stary, dostaniesz czapę jak nic.

Konus zbladł. Zieliński uśmiechnął się z politowaniem.

- W tej okolicy, koło Filtrów, zginęło kilku ruskich. To też wasza 

sprawka. Wiemy, że od pięciu lat grasujecie na Ochocie. A ci 

Rosjanie... wiesz, co to znaczy?

Kurdupel pokręcił głową.

- To znaczy, że osądzi cię sąd wojenny Związku Radzieckiego. 

Pojedziesz na Łubiankę w worku na głowie,  jak Wałęsa, Kuroń i 

Bujak. A ty wiesz, jak wygląda ruskie przesłuchanie?

Konus zadrżał. Zieliński uśmiechnął się szeroko.

- Nie mówię, że cię wyciągnę. Ale jeśli okażesz skruchę, zarobisz 

parę latek w Białołęce albo w Rawiczu, a to przecież nie Syberia. 

Musisz tylko powiedzieć, kogo i kiedy zabiliście. No i wydać 

wspólników. A jak nie, cóż, sąd ci dopierdoli. Spalenie ciał... Trzech 

meneli-morderców w kostnicy... Wampiry z Odrzykońskiej... 

Pamiętasz, kurduplu, jak było z Marchwickim?! 

background image

Konus dygotał, a Zieliński uśmiechał się. Gnój się łamie, wszystko 

na dobrej drodze. 

- No to kto jeszcze był razem z tobą? - wysyczał.

- Ja powiem... Napiszę, panie władzo... Wszystko napiszę.

Zieliński podsunął kartkę i długopis. Podszedł do okna. Usłyszał  za 

sobą szelest. Odwrócił się, Konus podał mu zmięty papier. Zieliński 

podniósł go z tryumfem, rozwinął... Na środku kartki widniał 

czerwony, kłujący w oczy napis: "Guwno, pierdolony ubeku". Nic 

więcej.

Zieliński sięgnął do przycisku na biurku, potem zmiął kartkę. Drzwi 

z lewej otworzyły się i wszedł sierżant Zyka i Micewicz. Ich czarne, 

oksydowane pałki kołysały się w takt kroków.

- Rozbieraj się - rzucił Zieliński do Konusa. 

- Pomóc? - zarechotał Zyka.

Konus stał blady. Niezdarnie zdjął skórzaną kurtkę, potem koszulę. 

Ubecy zarechotali na widok jego krzywego, trzęsącego się garba, 

chudych żeber i powykręcanych kości. Zyka podstawił krzesło. 

Potem już z Micewiczem złapali ręce Konusa, posadzili złodzieja na 

krześle, przewlekli łańcuszek przez poprzeczkę pod siedzeniem i 

jednym szybkim ruchem zatrzasnęli kajdanki na jego dłoniach. Zyka 

włożył rękawiczki, Micewicz też.

- Uważajcie, żadnych śladów. 

- No już, kurwy, pierdolone chuje ubolskie - zaskomlał Konus. - No, 

katujcie, esesmańskie wyrodki.

Pierwszy cios odbił się echem po pokoju. Następny był już cichszy, 

stłumiony. Zyka szybko się zmachał, zastąpił go Micewicz. Ten 

tłukł mocniej i szybciej - był młodszy. Konus rzęził, na usta 

wystąpiła mu krwawa piana. Gryzł oparcie krzesła, gdy Zieliński 

schwycił go za włosy i poderwał głowę do góry.

background image

- Ty mordowałeś ludzi?

- A cmoknij mnie w koniec kutasa - wymamrotał Konus. - Ty 

spasiona świnio, ty kurwo, ty esesmanie...

Zieliński zmarszczył brwi. Puścił włosy Konusa i skinął na Zykę. 

Usłużny sierżant podał lejek i małą gumową rurkę, a Micewicz 

wydobył z szafki bańkę z terpentyną. Konus patrzył na to i mrugał 

oczami. Nie mógł przewidzieć, że wkrótce ten widok okaże się dlań 

najstraszniejszy na świecie. Tymczasem Micewicz poderwał mu 

głowę do góry, a Zyka włożył w usta rurkę zakończoną lejkiem... 

Zieliński włożył kastet.

Seta ledwo wszedł na ostatnie piętro swojej kamienicy przy 

Brzeskiej 15. Ostatnio nie miał sił. Może za dużo pił, ale teraz 

akurat zdarzało się sporo różnych okazji. Do wczoraj zaprawiał 

razem z chłopakami od Ząbka. Mieli farta, trafili wystawną brykę, 

kupił ją za niezły szmal ruski z Odessy. Było za co pić.

Zdyszany pokonywał ostatnie stopnie. Musiał zerwać się z biby, 

czekała go robota na Odrzykońskiej, u trupów. Trochę przekima, a 

potem trzeba się będzie zwlec z wyra. Przeszedł przez korytarz, 

przestąpił rozlaną szeroko wodę ze wspólnej łazienki i stanął przed 

drzwiami mieszkania Konusa. Już miał położyć dłoń na klamce, ale 

nagle go tknęło. Kurwa, coś było nie tak, miał zawsze dziwne 

przeczucie, złodziejski fart. A Seta prawie zawsze miał farta. Coś się 

nie zgadzało. Za cicho. Kurwa, czyżby Konus spał? Seta przyłożył 

ucho do drzwi. Nic nie usłyszał, ten fakt, zamiast uspokoić, 

zaniepokoił go jeszcze bardziej. Rozejrzał się. Ciągle cisza, więc 

może wejść, ale nie, wstrzymał się. Nigdzie nie było starego Maksia. 

A przecież ten stary wariat codziennie wystawał na klatce 

background image

schodowej, wpatrując się przez okno w zmurszałe dachy domów 

przy Brzeskiej. To było dziwne. Bardzo dziwne.

Cicho i szybko Seta zbiegł na dół. Niczym duch przemknął przez 

podwórko, zaszył się w bramie, a potem wszedł ostrożnie po 

skrzypiących, drewnianych stopniach na trzecie piętro. Wytężył 

wzrok. Całe podwórze miał teraz jak na dłoni. W mieszkaniu 

Konusa paliło się światło, a ponieważ od kiedy w delirce chlasnęła 

się nożem stara Ziuta, matka garbusa, nie było im w głowie 

wieszanie w oknach jakichś szmat. Widział więc wnętrze 

mieszkania. W środku dostrzegł cienie ludzkich postaci. Ktoś stał 

przy drzwiach, dwie inne sylwetki krzątały się po pokoju. Do diabła, 

co to mogło znaczyć?! Seta poczuł chłodny pot na czole. Kurwa, w 

mieszkaniu był milicyjny kocioł. Czyżby Konus go wsypał?! 

Ledwie to pomyślał, zaraz przypomniał sobie o filmie. Szybko 

wsunął rękę do kieszeni, ale kasetka była na swoim miejscu.

Wytężył wzrok aż do bólu. Dostrzegł zamieszanie w mieszkaniu. 

Ktoś wlókł kogoś ku wyjściu. Potem trzasnęły drzwi, na drugiej 

klatce schodowej załomotały kroki. Marcowy zmrok zapadał 

szybko, ale Seta dojrzał, jak przez podwórze idzie ku bramie grupa 

mężczyzn ubranych po cywilnemu. Prowadzili, a właściwie wlekli 

małego, słaniającego się człowieczka. Seta zadrżał. Choć serce biło 

mu jak młot, ostrożnie zszedł w dół, przycupnął za barierką 

schodów, w miejscu, z którego mógł widzieć część mrocznego 

wnętrza bramy. Musieli tędy przechodzić. Zamarł w oczekiwaniu. 

Było ich pięciu... Tego szóstego trudno byłoby nazwać człowiekiem. 

Potykał się, ledwie szedł, popychany mocnymi dłońmi ubeków. 

Nieoczekiwanie zatrzymał się i upadł na bruk. Mężczyźni poderwali 

go brutalnie, a wówczas Seta po garbie rozpoznał Konusa. Zbliżyli 

się, zamarł, widząc resztki twarz kaleki, złamany, niemal oddarty 

background image

nos, wybite oko, popalone usta. Konus dygotał. Gdy ubecy powlekli 

go w stronę bramy, Seta usłyszał skowyt. Ciche, żałosne skomlenie 

psa bitego przez zagniewanego pana... Seta stał jak zamurowany. 

Nie spodziewał się czegoś takiego... Widywał już katowanych ludzi, 

czuł na plecach milicyjne lole. Widział, jak bito do zdechu cweli i 

festów, jak w kiciu przecwelano ludzi, ale nie spodziewał się czegoś 

takiego. Seta zadrżał. Był wstrząśnięty, czuł się trochę tak, jak 

kiedyś, gdy był inny. Uczył się grzecznie w szkółce, chodził na 

uniwerek, zanim nie nadeszła gołda i pierwszy w życiu kić.

Długo nie mógł złapać oddechu, pociemniało mu w oczach. Kurwy, 

co oni zrobili z chłopakiem! Psy pierdolone...

Wrócił myślami do tamtej nocy w trupiarni, kiedy milicja 

przywiozła trupy... Przypomniał sobie jasnowłosą, przypomniał jej 

krew... Zdjęcia, do diabła, zdjęcia. Miał je przy sobie. Coś musiał 

robić, ale co? Komu je oddać? 

- Szukają cię - mruknął Kaczor. - Słyszałem w radiu. 

Odlewali się wspólnie na zasyfioną ścianę w bramie, tuż obok 

Kolorowej. Kaczor smarknął przez dwa palce.

- Seta, mówili, że zamordowałeś kupę ludzi. Gadają o was... 

Wampiry z Odrzykońskiej. Tak samo jak kiedyś o Marchwickim. A 

Glacę zabrały psy. Konusa też. Zakatują ich teraz na dołku.

- Nikogo nie zamordowałem. Kaczor, znasz mnie dobrze.

- Wczoraj zrobili nalot na melinę Kokoszki. Nie jesteś bezpieczny 

na Brzeskiej.

- Potrzebuję bryknąć gdzieś w Polskę.

- Zobaczymy, co się da zrobić - Kaczor podciągnął rozporek. - 

Przyjdź tu za dwa dni.

background image

Seta wyszedł z bramy w chwilę po Kaczorze. Nie wiedział, co robić. 

Narastała w nim chęć, aby olać śmieszną konspirację, olać trupy, 

zaszyć się na melinie, zrobić ze dwa skoki, oczyścić jakiś kwadrat, a 

potem położyć się brzuchem do góry i spijać gołdę. Ale nie mógł 

tego zrobić. Szukali go. Walnął pięścią w mur, aż zabolało. Nie 

wiedział co dalej. Napłynęło wspomnienie tamtej nocy... Pamiętał 

śmierć tej dziewczyny, nawet nie wiedział, jak się nazywała... Mimo 

wszystko miał dla tej śmierci pewien szacunek. Przecież był 

człowiekiem, nie cwelem. Miał sznyty kapitana, a grypsował od 

dziecka... 

Nagle przypomniał sobie. Jak to szło... Anin, Zielna 7. To mogło 

być rozwiązanie...

Wyszedł z bramy szybkim krokiem. Nie zauważył mężczyzny pod 

latarnią, który omiótł go uważnym spojrzeniem, a potem wyciągnął 

z kieszeni komórkę i szepnął kilka słów.

Willa na Zielnej 7 w Aninie nie wyglądała jak kwatera główna 

Armii Wyzwolenia Polski lub siedziba Mazowieckiego Regionu 

Solidarności. Seta przyglądał się długo niewielkiemu, drewnianemu 

domkowi otoczonemu przez bezlistne topole. Oglądał mały ogródek, 

składzik na tyłach budynku i niski płotek okalający posesję. Ale nie 

widział nikogo, nie słyszał pracującego powielacza, a z drzwi na 

werandzie nie wychodzili kurierzy. Zupełnie nic, spokój i cisza.

Minął kwadrans, nim ruszył ku furtce. Nie była zamknięta. Nie 

niepokojony, Seta wszedł na werandę. Zadzwonił. Długo nikt nie 

odpowiadał. Wreszcie szczęknął zamek i drzwi uchyliły się nieco. 

W szparze dostrzegł młodą, ciemnowłosą dziewczynę. Spojrzała 

nań, nieco wystraszona. Seta uśmiechnął się niepewnie.

- Dzień dobry. Mam coś dla was.

background image

- Dla nas to znaczy dla kogo?

- No, dla Solidarności.

- Co pan opowiada? - dziewczyna drżała, Seta czuł, że się go boi. 

Wcale się nie zdziwił. Jego poszczerbiona i  potatuowana gęba nie 

budziła zaufania. - Tu nikt taki nie mieszka - jej głos lekko się 

załamał. Zatrzasnęła drzwi. Usłyszał jej oddalające się szybko kroki. 

Potem jakieś szepty. Zastukał znowu. 

Tym razem czekał dłużej. Dziewczyna nie była już sama. Obok stał 

wysoki, szczupły mężczyzna. Seta ocenił go najwyżej na 

dwadzieścia parę lat. Nieznajomy spojrzał nieprzyjaźnie.

- Czego pan tu chce?

Seta przestąpił z nogi na nogę

- No dobra. Nie jestem ubeckim kapusiem. Wiem, co stało się z 

waszymi waflami z uniwerku... Sam wsadzałem sztywniaków do 

pieca. Ubecy ich zamordowali, mam dowody.

Mężczyzna drgnął. Spojrzał na dziewczynę, ale ona patrzyła na Setę 

przerażona.

- Mogę wejść?

Cofnęli się odruchowo. Seta wszedł do przedpokoju. Nie wpuścili 

go dalej, i tak przez uchylone drzwi do salonu zobaczył aż za wiele. 

Najpierw usłyszał stukot klawiatury. Potem dostrzegł młodziaka w 

okularach przy komputerze. Na szerokim stole stała potężna 

drukarka wypluwająca kolorowe plakaty. Na ścianie wisiało biało-

czerwone godło AWP - kotwica, w głębi stały skrzynie.

Młodzieniec wbił w Setę przerażony, błędny wzrok.

- Do diabła, ty coś wiesz?!

- Ja jestem, kurwa, zwykły praski złodziej. A robię na 

Odrzykońskiej, w kostnicy. Przedwczoraj w nocy ubecy przywieźli 

nam całą cieżarówkę zwłok. Tam były różne ciała... Jedna 

background image

dziewczyna, taka długowłosa laska jeszcze żyła. Kazała... Kazała 

przekazać wam, że na Żeraniu jest wsypa techniki. Jakoś tak gadała.

- Krystyna! - krzyknęła dziewczyna. - Jezus Maria, Krystyna! 

- Co, co z nią się stało?

- Przyszli, kurwa, ubecy... Zabili ją... Potem kazali spalić ciała. 

Młody chwycił się za głowę, a dziewczyna zaszlochała 

rozdzierająco. 

- Niech pan wejdzie - opamiętał się gospodarz, usunął się i wpuścił 

gościa do pokoju. Tutaj złodziej zobaczył jeszcze więcej. Najpierw 

dwóch młodziaków, tak na oko po szesnaście wiosen, którzy 

ładowali wydrukowane ulotki do kartonowych pudeł. Stary, 

zgarbiony dziadek z białym wąsem wyglądał przez okno. Seta 

rozglądał się ciekawie.  Same gnoje - pomyślał. Gówniarze bawią 

się w konspirę...

- Krystyna nie żyje! - krzyknął mężczyzna, który otworzył drzwi 

Secie. - Zabili ich pod uniwersytetem, na demonstracji. 

Natychmiast oderwali się od swoich zajęć. Jeden ze studenciaków, 

jak w myślach nazywał ich Seta, wypuścił z rąk paczkę z ulotkami. 

Tektura na spojeniu pękła, kolorowe plakietki wysypały się ze 

środka. Seta podniósł pierwszą z brzegu. Widniała na niej mapa 

Polski, podzielona na pół linią biegnącą wzdłuż Wisły. "IV rozbiór 

Polski" - przesylabizował. "NRD domaga się podziału stref 

okupacyjnych w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej!". 

Wszyscy skupili się wokół niego. Seta chciał splunąć, ale 

pohamował się.  

- Gadałem już wszystko. Przedwczoraj rabotałem na nocnej zmianie 

w kostnicy przy Odrzykońskiej. Przykitrali do nas ubecy ze starem. 

Targali z osiem ciał. Wszystkie zabite w strzelaninie. Musieli gady 

background image

na tej demonstracji ich kropnąć, na tej co była pod uniwerkiem. Ja 

jestem stary urke, nie peniajcie, że tak gadam.

- A niby dlaczego - zapytał ten wysoki - mamy ci wierzyć?

- Mam dowód - Seta wyciągnął film z kieszeni. - Zrobiłem zdjęcia. 

Obejrzyjcie sobie.

- Wiedziałem - mruknął jeden. - Korab mi mówił, że na uniwerku 

naprawdę była strzelanina. Kryśka musiała się tam zaplątać... 

Cholera jasna. 

- Trzeba zawiadomić Karola.

Dziewczyna, jedyna w tym towarzystwie, szlochała cicho. Wszyscy 

pochylili głowy.

Dwa okna do pokoju rozpadły się z trzaskiem. Seta nie zdążył 

uczynić kroku, gdy do pomieszczenia wpadli mężczyźni w 

szarooliwkowych, łaciatych mundurach, z kałaszami w dłoniach. 

Ale nie padł ani jeden strzał. Wszystko odbyło się szybko i 

sprawnie. Wysoki meżczyzna, ten sam, który wpuścił Setę do domu, 

rzucił się jeszcze ku drzwiom do sąsiedniego pokoju; uderzony 

kolbą kałasznikowa w łeb, jęknął cicho i padł na posadzkę, a wokół 

jego głowy poczęła się tworzyć ciemna kałuża krwi. 

Seta szybko znalazł się na podłodze, przetoczył się na wznak, 

przesunął rękę z filmem na plecy. I zanim wepchnięto mu lufę 

kałasznikowa pod gardło, z wysiłkiem wsunął film do odbytu. To 

był stary, więzienny sposób. Miał nadzieję, że i teraz zadziała. 

Pozwolił potem bez oporu podnieść się z podłogi i zatrzasnąć na 

rękach kajdanki. Nawet znajome uczucie. Zarechotał, udając, że ma 

łaskotki. 

- Co wam tak wesoło?!

background image

Od wejścia szło dwóch cywili. Na kilometr śmierdziało od nich 

ubecją. Secie zrobiło się chłodno. Jeden z umundurowanych 

funkcjonariuszy zasalutował i zameldował.

- Wsio haraszo, towariszcz komandir. 

Pierwszy z cywili zlustrował uważnym spojrzeniem zatrzymanych. 

Spojrzał na komputery, na godło AWP na ścianie, na kotwicę, 

ulotki, uśmiechnął się krzywo.

- No proszę, co za wpadka - anińska komórka AWP. Co my tu 

mamy, laleczko? - uśmiechnął się pogardliwie i zadarł głowę 

ciemnowłosej dziewczynie. Spojrzała z pogardą prosto w oczy 

ubeka, ale Seta wiedział, że drżała na całym ciele i ledwie 

powstrzymywała się od płaczu. 

- Ulotki, nielegalny dostęp do Internetu, drukarnia. Nieźle. 

- Mogło być lepiej  - odezwał się drugi z cywili

- Myślałeś, że dostaniemy samego Karola? No, jeszcze trochę 

musisz popracować w tym fachu. Przeszukać dom!

Sowieci w panterkach rzucili się, by wykonać rozkaz. Zaszeleściły 

wyrzucane z półek papiery. Ruscy wiedzieli, jak zabrać się do 

rewizji. Wytrząsali książki, zerwali ze ścian makaty. Jeden wspiął 

się na krzesło i gmerał przy żyrandolu. Niespodziewanie gwizdnął. 

Wszyscy spojrzeli w jego stronę. Oderwał szeroką listwę przy 

ścianie, odsłaniając przemyślny schowek i teraz wyrzucał zeń po 

kolei pistolety, magazynki, lufy i rozłożone części karabinów. 

Twarze jeńców zbielały. Seta poczuł chłód w sercu.

- Próba zbrojnego zamachu na ustrój państwa ludowego - 

wybełkotał cywil. Nawet on był pod wrażeniem. Zdjął skórzaną 

czapkę i przesunął ręką po spotniałym czole. Spuścił wzrok. 

- Zabrać ich!

background image

Pomiędzy wyrzucanymi ze schowka częściami broni błysnęło coś 

małego, matowego. Stary, zgarbiony dziadek wysunął się szybko 

spomiędzy zatrzymanych i przypadł do stosu broni.

- Kuda ty?! - ruknął jeden z ruskich i zdzielił starca kolbą. Staruszek 

opadł z jękiem na podłogę, ale wcześniej chwycił brązowy krzyżyk 

leżący między magazynkami. Jeden z cywili i jakiś ruski w panterce 

przypadli bliżej. Krasnoarmiejec chwycił zaciśniętą dłoń starego.

- Zostaw, ścierwo bolszewickie, zostaw - wychrypiał starzec. Z ust 

pociekła mu krew. - To od marszałka, jeszcze w dwudziestym 

roku...

Krzyknął z bólu, gdy rosyjski komandos uderzył kolbą w zaciśnięte 

palce. Staruszek zwinął się, płacząc, a wtedy poderwały go z 

podłogi mocne ręce żołnierzy. Z zaciśniętych, skrwawionych rąk 

wypadł mały, złoty krzyż Virturi Militari, potoczył  się po dywanie 

między rozrzucone spluwy i magazynki.

- Nie bijcie, kurwy, starego!  - ryknął Seta. - Wy  esesmańskie 

wyrodki. Pizdy lesbijskie!

Najbliższy z żołnierzy uderzył go w twarz. Seta padł na kolana, 

splunął krwią. Z drugiej strony ruski poprawił kopniakiem w nerki, 

potem wspólnie z drugim komandosem poderwali jęczącego Setę z 

podłogi, popchnęli ku drzwiom.

Szybko i sprawnie zagnali ich do suki. Ale Seta i  młodziak w 

okularach nie załapali się do środka. Ruscy wepchnęli ich do 

milicyjnego gazika. Młodziak płakał cicho, łzy spływały mu spod 

okularów.

- Nie becz - mruknął Seta. - Trzymaj się na komendzie i nie wsyp 

kumpli. Jak będą bili, wystaw głowę pod lolę. Albo zapierdol łapą w 

szybę i koniec - powiozą do szpitala.  

background image

- Zamknij się, bandyto -  syknął jeden z tajniaków. - Już ja, kurwa, 

zrobię z tobą porządek.

- Nie gadaj - odezwał się z tyłu  drugi. - To dzięki niemu tutaj 

doszliśmy. Jak po nitce.

Seta zamarł.

- Tak, tak, śledziliśmy cię od Brzeskiej. Opłaciło się - zarechotał 

ubek.

Ruszyli. Seta milczał, ale wszystko kłębiło mu się w głowie, myśli 

jak szalone, bez sensu, bez związku. Przypomniał sobie wszystko, 

co spotkało go w ciągu ostatnich dni. Najpierw ciała w kostnicy, 

potem to, co zrobiono z Konusem, a teraz...

Jechali szybko przez Warszawę. Wjechali w Płowiecką, potem w 

Grochowską. Wcześniej milicyjna nyska przed nimi skręciła w 

lewo, w Ostrobramską. Seta domyślił się, że pewnie pogrzali wprost 

na Rakowiecką albo do Mostowskich, do Komendy Głównej. Dokąd 

jednak zabierali jego? Może na Białołękę. Ale było mu już wszystko 

jedno. Seta czuł tylko, że jest mu coraz bardziej zimno... Pamiętał, 

takie uczucie ogarniało go zawsze w więzieniu, gdy zaprawiał 

kotwicę na ostro albo ciął sobie żyły... To samo, co wtedy... Teraz 

nie był już sobą, wiedział, że gdyby tylko chciał, mógłby krajać się 

na kawałki. 

Gazik skręcił w Targową, przejechał pod mostem kolejowym. A 

wówczas Seta poczuł, że chwila, a oszaleje i że robi mu się nagle 

gorąco. 

- Ty pierdolony ubeku! - wysyczał do siedzącego obok mężczyzny. 

A potem błyskawicznie złapał go za gardło i ścisnął. Ubek zakrztusił 

się, zacharczał. Ktoś krzyknął, samochód zahamował, siedzący z 

tyłu ubek wyciągnął pistolet, ale nie mógł rozeznać się w 

kotłowaninie ciał. Chciał strzelić, nie wiedział w kogo.

background image

- Hamuj! - wrzasnął do kierowcy. 

Seta pochylił się jeszcze bardziej. Ubek szarpnął się, rzucił w tył, a 

wówczas drzwiczki gazika otworzyły się. Wypadli na zewnątrz, 

potoczyli się po mokrym asfalcie. Seta usłyszał obok świst kuli. 

Poderwał się i rzucił się przez skrzyżowanie w stronę rogu Brzeskiej 

i Kijowskiej.

Łazik zatrzymał się z piskiem opon. Zieliński wyskoczył z drugiej 

strony, łapiąc za służbową tetetkę. Zapadł zmierzch, w strugach 

deszczu ledwie widział uciekającego Setę. Strzelił, raz, drugi, trzeci. 

Wszystkie kule chybiły.

- Micewicz! - ryknął w stronę gramolącego się na kolana 

porucznika. Obejrzał się na dwóch komandosów ze specnazu 

Ałganowa.

- Za mną!

Na Brzeskiej panował zmrok, było pusto i cicho, nie świeciły 

porozbijane latarnie. Zieliński spojrzał na stare rudery z czerwonej 

cegły po obu stronach jezdni, na ciemne, ślepiące nań ze wszystkich 

stron okna. Poczuł dreszcz i splunął z obrzydzeniem. Musiał dostać 

Setę. Tylko gdzie wsiąkł ten złodziej? Pewnie wskoczył do bramy. 

Ale do której? Zieliński skinął na Micewicza, gestem pokazał mu 

drugą stronę ulicy i majaczącą w szarówce bramę. Porucznik i 

towarzyszący mu komandos szybko skoczyli na drugą stronę 

Brzeskiej, roztopili się w mroku. Zieliński wbiegł do pierwszej z 

bram. Tuż za nim wsunął się drugi z ruskich, z odbezpieczonym 

kałasznikowem. Zieliński znów zadrżał mimowolnie. Wiedział, że 

nie powinien pakować się w te ulice, zwłaszcza mając ze sobą tylko 

jednego człowieka. A jednak pędził coraz dalej.

background image

Szybko przeszli przez ponure, zaśmiecone podwórko. Gdy Zieliński 

zerknął w górę, ponad poszczerbionymi dachami kamienic dostrzegł 

czarne niebo, jak gdyby biegł po dnie ogromnej, ponurej studni. 

Usłyszał gdzieś z boku tupot kroków i rzucił się w tamtym kierunku, 

chwytając oburącz tetetkę. Wyminął wrak rozbitej syrenki, wpadł w 

wąskie przejście wyrąbane w murze. Pędził dalej. Z przodu usłyszał 

brzęk szkła, zupełnie jak gdyby ktoś biegnący przed nim (zapewne 

uciekinier) potrącił pustą butelkę. Zieliński był już pewien. Miał go!

Pędził co tchu. Z wąskiego przejścia pomiędzy dwoma 

rozpadającymi się domami wypadł na następne podwórko. Z jednej 

strony był mur nieczynnej fabryki, stare, zniszczone zabudowania 

straszyły czarnymi otworami po wybitych oknach. Z drugiej 

widniała sterta węgla. Zieliński usłyszał skrzyp i trzask - w wejściu 

do klatki schodowej chwiały się wypaczone drzwi.

Zieliński i towarzyszący mu ruski wbiegli do środka. We wnętrzu, 

ledwie widocznym, brudnym i śmierdzącym szczynami, kapitan 

dostrzegł od razu pnące się stromo w górę schody. Usłyszał jeszcze 

echo dalekiego tupotu stóp, więc pomknął jak zając w górę po 

trzeszczących stopniach. Komandos popędził za nim.

Ten dom miał tylko dwa piętra. Na drugim Zieliński dostrzegł długi 

korytarz, zakończony wybitym przejściem do drugiego budynku. 

Nie czekając na ruskiego, puścił się pędem w stronę przejścia. I 

zaraz omal nie upadł; cuchnęło tu wprost potwornie. Z prawej strony 

mijał okrągłe, zbutwiałe okienka wychodzące na podwórze, z lewej 

drzwi do mieszkań, a co jakiś czas wspólne łazienki - ponure, 

mroczne czeluście jaśniejące bielą rozbitych kafelków, przesycone 

pluskiem wody wypływającej z potrzaskanych rur. Z jednej z takich 

nor wytoczył się nagle jakiś gruby człowiek. Zieliński omal nie 

wrzasnął, widząc jego oblicze. Lewa połowa twarzy tamtego była 

background image

nienaturalnie spuchnięta, dwa razy większa od prawej. Spomiędzy 

popękanych warg wystawały rzadkie zęby. Nieznajomy chciał 

przegrodzić wąskie przejście, ale Zieliński skierował w jego stronę 

lufę pistoletu, a wówczas tamten cofnął, się zaskoczony.

Mężczyźni popędzili dalej. Ruski omal nie wyłożył się w wilgotnej 

kałuży rzygowin. Zieliński skoczył na wąskie schodki prowadzące 

w dół. Strącił z nich kopniakiem jakiegoś pijaka, który lazł w górę 

na czworakach. Potem zbiegł na dół. Przystanął, widząc, że jest na 

następnym, ciemnym i mrocznym podwórzu. Rozejrzał się dokoła. 

Zewsząd otaczały go stare, gnijące domy, ceglane ściany, sterty 

śmieci, wraki samochodów, kopertowe dachy przedpotopowych 

kamienic, odór ścieków, mdła woń rzygowin i rozlanego alkoholu. 

Brzeska była wszędzie, nawet we włosach czuł lepki odór zgnilizny. 

Ale wciąż słyszał kroki uciekającego Sety, więc popędził dalej, w 

głąb wilgotnego, lepkiego labiryntu ze starych murów, deszczu i 

mgły. Wpadł do kolejnego ciemnego wnętrza, potem do korytarza, 

do przejścia między domami. Przeskoczył wilgotny mur i znalazł się 

na małym podwórzu. Rozejrzał się zdezorientowany, ale niczego nie 

dostrzegł. Zdenerwowany rozglądał się dokoła, podszedł wolno do 

rozwalonego śmietnika. I wtedy właśnie poczuł dziwny, mdły i 

słodkawy zapach ścieków. Rozejrzał się, nieopodal, o kilka kroków 

od niego znajdował się otwarty właz do kanału. W słabym świetle 

Zieliński wyraźnie widział unoszące się nad nim wilgotne opary. 

Pochylił się i wtedy poczuł lęk. Aż zadygotał, pierwszy raz w życiu 

bał się tak strasznie, tak szaleńczo. Uniósł dłoń z pistoletem, a 

wówczas cień przemknął za jego plecami. Coś drewnianego, 

ciężkiego, uderzyło w głowę kapitana. A potem była cisza, ciemność 

i deszcz.

background image

Igor Zamordcew wpadł na podwórko chwilę później. Rozejrzał się 

po mrocznych domach i zamarł, bo nigdzie nie widział komandira. 

Chciał zawołać, ale wstrzymał się; zdał sobie sprawę, w jakiej części 

Warszawy się znajduje. To tutaj znajdowano ciała zabitych 

sowieckich żołnierzy. Tutaj bardzo niebezpiecznie było zapuszczać 

się samemu. Igor spojrzał dokoła, zatrzymał wzrok na zamkniętej 

klapie do kanału ściekowego, zajrzał do śmietnika, do najbliższej 

klatki schodowej, ale po kapitanie nie było ani śladu. Nagle wytężył 

słuch, bo gdzieś obok, w bramie usłyszał warkot motoru. Szybko 

skoczył w tamtą stronę. Wypadł z ciemnego przejścia na jeszcze 

mroczniejsze podwórko i zobaczył starą nyskę podjeżdżającą tyłem 

do klatki schodowej. Przy samochodzie stało dwóch mężczyzn - 

jeden brodaty, w ciemnym płaszczu i czarnych włosach 

wymykających się spod płaskiej czapki, drugi mniejszy, w skórze, 

jasnowłosy. Igor spojrzał na nich, coś mu się nie zgadzało. Przecież 

była godzina milicyjna. Ci dwaj powinni siedzieć w domu. 

- Ech, wy skatiny! - Zamordcew przypadł do tamtych. - Ruki 

wwiorch!- wykrzyknął, mierząc z kałasza do jasnowłosego. 

Tamci dwaj spojrzeli na niego zdziwieni. A później wszystko stało 

się tak szybko, że Igor nie zdołał nawet zgiąć palca na spuście. 

Długowłosy rozchylił poły płaszcza. Zamordcew zobaczył 

wymierzone w siebie dwa czarne oczka luf obrzyna. Potem stało się 

coś dziwnego. Wilgotny bruk dotknął jego pleców. Uniósł głowę i 

ze zdziwieniem zobaczył, że wirują wokół niego czarne i czerwone 

plamy. Tamci dwaj podeszli bliżej; powoli zbliżył się i trzeci - 

długowłosy, pyzaty, w czarnym płaszczu. Zaciągnął się schowanym 

w garści papierosem.

- To ruski!

- Dokończ go, Kaczor.

background image

- Lepiej nie. Słuchaj Szary, mam lepszy pomysł.

Igor poczuł, że ciągną go w stronę bramy. Zostawiał za sobą smugę 

krwi. Gdzieś w głębi jego brzucha narastał ból. Był tak straszny, że 

chciało mu się wyć... Ale nadal nic nie rozumiał.

Zrozumiał, gdy zawarczał silnik furgonetki. Leżał na lewym 

policzku i chciał krzyczeć, gdy zobaczył zbliżającą się oponę nyski. 

Ale nie miał sił wrzeszczeć. Wypluł tylko nieco krwi i zabełkotał 

niezrozumiale, rozpaczliwie. 

Delikatny, słodkawy odór kanału ściekowego zbudził Zielińskiego z 

omdlenia. Kapitan nie wiedział, gdzie jest. Poruszył rękoma, a 

wówczas poczuł, że są związane na plecach grubym, wrzynającym 

się w ciało drutem. Palce miał zupełnie zdrętwiałe. Usta, język i 

gardło były opuchnięte, na skroniach tętna waliły z taką siłą, jakby 

za chwilę miały rozwalić mu czaszkę. Nie od razu zorientował się, 

że wisi, powieszony za nogi w dużym kanale. Usłyszał plusk 

płynącej dołem wody, owionęły go wiotkie, wilgotne opary. 

Wówczas wiedział już, że w kanale ściekowym. Zobaczył śliskie od 

osadu, pokryte zielonymi plamami ściany. 

Z boku było małe źródło światła - być może jakaś ostatnia, 

zapomniana żarówka w tej części Warszawy. Kapitan zauważył w 

jej świetle kilka ruszających się plam. Szczury - pomyślał z 

obrzydzeniem. Zakrztusił się własną śliną, o mało nie zwymiotował. 

Wisiał, dysząc ciężko. Nie wiedział, kto go tak załatwił. Może była 

to zgrywa meneli z tej dzielnicy. Pozostawało czekać. Zieliński 

wierzył, że rozpoczęto już poszukiwania, że lada chwila w kanale 

pojawią się jego chłopcy z SB.

Spróbował uwolnić się z więzów, ale drut był tak ściśnięty, że przy 

najmniejszym ruchu dłoni mocniej wrzynał się w ciało. Przy tych 

background image

wysiłkach rozbujał linę, którą obwiązane były jego nogi, obrócił się 

w bok. I wówczas jego wzrok padł na jakiś ciemny kształt kołyszący 

się tak jak on na linie, tuż obok. Zieliński zamrugał załzawionymi 

oczyma. Kształt obok niego miał jakby ludzką twarz. Kapitan 

wyraźnie widział dwie czarne jamy w miejscu wyłupionych oczu i 

szeroko rozwarte usta, okolone strupami zakrzepłej krwi. Kształt 

wisiał nieruchomo. Zieliński wpatrywał się weń rozszerzonymi 

przerażeniem oczyma. Widział rozdartą klatkę piersiową tamtego, 

czuł coraz silniejszy zapach zgnilizny, mieszający się z odorem 

ścieków, widział ślad po obciętym języku, wydarty nos, 

wywleczone trzewia. Trup przyodziany był w brudny, wilgotny 

mundur żołnierza Armii Czerwonej... 

Zieliński nie mógł nic uczynić. Chciał krzyczeć, ale obrzmiały język 

stawał mu kołkiem w ustach. Pozostawało wisieć, kołysać się i 

czekać, aż go znajdą.

Z tyłu poruszył się jakiś kształt. Zieliński widział  zamglony, 

niewyraźny cień. Zbliżający się nieubłaganie. Zobaczył wyciągniętą 

w swoją stronę rękę z czymś koliście zakończonym, z cieniem 

sierpa, ale nie był to sierp z flagi ZSRR. Ciemny kształt, przesycony 

zgniłym zapachem ścieków, drgający od biegających po nim 

szczurów zbliżał się szybko. Zieliński wiedział, że ma mało czasu. 

Wszystko, co przeżył, całe życie przemknęło kapitanowi przed 

oczyma. Teraz już nie liczyła się partia ani praca, ani korzystna 

pozycja w układzie między sowietami i polaczkami. Zieliński 

przypomniał sobie, jak w rodzinnych stronach widział ojca w 

jarmułce odmawiającego modlitwy w kieleckiej bożnicy... Przyszły 

znów doń święte, a zapomniane hebrajskie słowa, ale nie zdążył ich 

wyszeptać. 

background image

Przerażający, zwierzęcy skowyt wstrząsnął ścianami kanału 

ściekowego. 

Pięć metrów ponad wrzeszczącym Zielińskim ulicą Brzeską 

przejechał wolno sowiecki BTR. Kierowca i załoga może nawet 

usłyszeliby krzyki kapitana, jednak o dwie przecznice wcześniej 

kupili na mecie wódkę u starego legionisty i teraz przede wszystkim 

pociągali z flaszek. O tym, że kupili metyl, przekonali się  kilka 

godzin później.

- Mówię, że to się będzie opłacać.

- No, no, zobaczymy jeszcze - wychrypiał Gumiś. - Mam nadzieję, 

że gadasz prawdę. Wydaliśmy kupę szmalu, żeby chować ciebie na 

melinie. I na wódkę.  

- Spoko, spoko, przerzućcie mnie tylko na Zachód,  zobaczycie. 

Zaraz dam to jakiejś agencji prasowej. Dostaniemy kupę forsy. 

- Mam nadzieję - dorzucił Kosmek z drugiego krańca stołu.

Drzwi od ciemni otwarły się ze skrzypem. Stary Nocuj zmrużył 

nienawykłe do światła oczy, wbił spojrzenie w Setę.

- Ty, kurwa, na tej kliszy nic nie ma.

Seta poderwał się z krzesła.

- Co takiego? Jak to?

- Czegoś, kurwa, bajerował, że tam są dowody na ubeków. Czegoś, 

kurwa, kazał się przerzucać do Berlina. Poszło na to dwa tysiące 

zielonych. Popatrzcie - rzucił na stół czarny wąż kliszy. Wszyscy 

pochylili się nad nim. Seta zamarł. Film był jakby prześwietlony. 

- Ty, co to ma być? - zapytał Gumiś.

- Wstawiałeś nam, Seta, zwykły bajer. Mówiłeś, że film jest warty 

kilkaset kawałków. A teraz co?

- Tyle kasy od nas wyciągnąłeś!

background image

- Ty cwelu pierdolony!

- To niemożliwe, prześwietliliście taśmę!

Kurka strzelił Setę krótką pirydą w szczękę. Seta uchylił się, jak 

błyskawica kopnął Kosmka w krocze. Ten skręcił  się z jękiem. Stół 

potrącony przez Gumisia przechylił się, zwalił z trzaskiem. Wszyscy 

trzej rzucili się na Setę. Osaczony - strzelił Gumisia w twarz, ale w 

tej samej chwili Nocuj przyłożył mu przez łeb łomem. Seta zamarł. 

A potem bardzo powoli osunął się na posadzkę. Kosmek skoczył do 

niego, kopnął w głowę raz, drugi. Aż zawył z wściekłości, a potem 

wskoczył na Setę, uderzył obcasami. Gumiś poprawił z drugiej 

strony dwoma kopami. Zatrzymali się nad ciałem Sety, drżący i 

spoceni.

- Tyle kasy - jęknął Nocuj. - Tyle kasy poszło!

- Zabrać go - warknął Kosmek.

Bez słowa powlekli bezwładne ciało Sety ku drzwiom.