background image
background image

Margit Sandemo

background image

ZIMOWA ZAWIERUCHA

SAGA O LUDZIACH LODU

Tom X

1

ROZDZIAŁ I

Villemo, jedyne dziecko Gabrielli i Kaleba, ocknęła się o brzasku, bo ktoś rzucał kamykami w okno.
Wyskoczyła z łóżka, ale zakręciło jej się w głowie i musiała się przytrzymać poręczy.

Przywykła już do takich stanów, zresztą sama była winna temu, że głód ją dręczył i wysysał

z niej wszystkie siły. Villemo wyrosła na młodą kobietę o niezłomnej woli.

Po wielu latach marnych urodzajów rok 1673 był w tej okolicy czasem prawdziwej nędzy.

Elistrand, gdzie Villemo mieszkała, było zaopatrzone lepiej niż inne dwory i gospodarstwa w parafii;
duży majątek miał spore zapasy. Villemo jednak była uparta. Jak długo mogła, starała się dzielić los z
innymi  i  w  ascetycznym  odmawianiu  sobie  pokarmu  znajdowała  coś  w  rodzaju  ponurego
zadowolenia.

Skutki  niedojadania  zaczynały  już  być  widoczne.  Villemo  miała  siedemnaście  lat  i  niezwykłą,
fascynującą  urodę,  teraz  jednak  wyglądała  na  wynędzniałą.  Jej  jasne  z  rudym  połyskiem  włosy
zmatowiały, a złocistozielone oczy jakby zapadły się. Skóra stała się niemal przezroczysta.

Cała  postać  promieniała  jednak  jakimś  wewnętrznym  ogniem,  co  czyniło  przejmujące  wrażenie.  W
niecierpliwych ruchach, jakby starała się powstrzymać w sobie  coś  gwałtownego,  w  gorączkowym
sposobie  mówienia,  w  pałających  oczach  -  zawsze  dawała  o  sobie  znać  ta  jakaś  groźna  siła,
zamknięta w niej niczym rozżarzona lawa w wulkanie.

Podeszła do okna. Na dworze stała Irmelin z Niklasem, o rok od niej starsi kuzyni z Grastensholm i
Lipowej Alei.

Villemo dała znak, że zaraz zejdzie.

Pospiesznie i byle jak narzuciła ubranie. Nie zwracała zbyt wielkiej uwagi na swój wygląd.

Dbała o czystość, ale na tym koniec. Gabriella często ubolewała nad bałaganiarstwem córki, ona zaś
po prostu nie mogła sobie dać rady ze swoim pragnieniem życia, chęcią doznawania. Nie opuszczała
jej  dojmująca  tęsknota  za  czymś,  co  ukrywało  się  jeszcze  w  przyszłości,  za  czymś  cudownym,
niezwykłym, czego tak bardzo chciała doświadczać. Kiedy ludzie mówili o miłości, wiedziała, że dla
niej  te  słowa  znaczą  coś  zupełnie  innego  niż  dla  nich.  Dla  niej  miłość  była  uczuciem
bezkompromisowym, któremu człowiek oddaje się cały, bez reszty, aż sam staje się tylko miłością.

background image

Nigdy jeszcze tego nie przeżyła, ale czekała...

Wybiegła  na  dziedziniec.  Powietrze  było  zimne,  miało  się  chyba  na  przymrozek.  Pierwsze  jesienne
chłody nadchodziły niepostrzeżenie, nocą, pozostawiając rankiem cieniutką, chrupką warstewkę lodu
na kałużach i zwarzone szronem źdźbła traw.

- Hej! - zawołała i po raz nie wiadomo już który stwierdziła, że Niklas stał się bardzo przystojnym
młodzieńcem.  I  jaki  pociągający  z  tymi  skośnymi,  połyskującymi  złotym  blaskiem  oczami!  -  Co  się
stało? Dlaczegoście się zerwali tak rano?

2

- W nocy złodzieje zakradli się do Grgstensholm - wyjaśnił Niklas.

- Wcale mnie to nie dziwi. Szukali jedzenia?

- Chyba tak - potwierdziła Irmelin. - Ale nie zdążyli niczego zabrać.

- Co za idioci! - prychnęła Villemo. - Wiedzą przecież, że twój ojciec dzieli wszystko sprawiedliwie
pomiędzy komorników i biednych chłopów. Wiadomo, kto to był?

- Mówią, że ludzie ze Svanskogen.

-  O,  tak,  można  się  było  domyśleć!  Cóż  za  wypaczoną  dumę  noszą  oni  w  sobie!  Odmawiają
przyjmowania od nas pomocy, a kraść to mogą. Ale dlaczego przyszliście do mnie?

- Ojciec pojechał do chorego, a mama położyła się wczoraj tak późno, że nie chciałam jej niepokoić.
Pomyślałam więc, że moglibyśmy załatwić to sami - wyjaśniła Irmelin.

- Co załatwić?

- Wiesz, nasi ludzie strzelali do złodziei i trafili. Uważam, że powinniśmy pójść po śladach krwi.

- Chyba tak. Poczekajcie, wezmę kilka rzeczy, które mogą się przydać. Masz coś do opatrywania ran,
Irmelin?

- Tak, wzięłam od ojca. Ale pospiesz się! Wydaje mi się, że oni obaj są ranni!

Villemo po chwili wróciła z dużym koszykiem i wszyscy troje pobiegli w stronę Grastensholm. Ona
była najsłabsza, lecz zaciskała zęby i starała się nie zostawać w tyle.

Irmelin  z  Grastensholm  wyrosła  na  bardzo  ładną,  miłą  dziewczynę  dość  krępej  budowy,  którą
odziedziczyła po babce Irji, miała też łagodny, spokojny charakter tamtej. Była niewiarygodnie silna,
podobnie zresztą jak Niklas, potomek Arego.

-  Miałeś  jakieś  wiadomości  od  Dominika?  -  zapytała  Villemo  ciężko  dysząc,  gdy  nieco  zwolnili
tempo.  Z  jej  powodu,  co  do  tego  nie  miała  wątpliwości,  choć  oboje  byli  tak  delikatni,  że  nie  dali

background image

niczego po sobie poznać.

- Owszem - odparł Niklas. - Pisze, że przyjedzie do nas jesienią.

- Znakomicie! Miło będzie zobaczyć go znowu. To już trzy lata minęły, odkąd był tu po raz ostatni.

W głębi duszy jednak nie była zbyt pewna, czy odwiedziny kuzyna będą aż takie miłe.

Dominik  bowiem  miał  jakąś  niepojętą  zdolność  wprawiania  jej  w  zakłopotanie.  W  jego  obecności
zachowywała się beznadziejnie, stawała się nienaturalna.

3

Niklas mówił dalej:

-  Tym  razem  przyjedzie  sam.  Jak  wiesz,  wuj  Mikael  i  ciotka Anene  bardzo  przeżyli  śmierć  Marki
Christiany w ubiegłym roku. A teraz także Gabriel Oxenstierna odszedł z tego świata.

Oboje są bardzo przygnębieni i na razie nie chcą wyjeżdżać z domu.

Villemo  pokiwała  głową.  Wiedziała,  że  kuzynka  wuja  Mikaela  i  jego  ukochana  przyjaciółka  z
czasów  dzieciństwa,  Marka  Christiana,  miała  ciężką  śmierć  i  życie  nielekkie.  Urodziła  ośmioro
dzieci  i  troje  z  nich  straciła.  Najmłodsze  miało  zaledwie  dwa  lata,  gdy  Marka  Christiana
zachorowała.  Przez  trzy  lata  leżała  nieuleczalnie  chora  na  zamku  w  Sztokholmie,  zanim  śmierć
uwolniła  ją  od  cierpień.  Dominik  musiał  jej  obiecać,  że  nigdy  nie  opuści  tego  z  jej  synów,  którym
często  się  opiekował  i  z  którym  razem  dorastał:  cztery  lata  od  siebie  młodszego  Gabriela,  syna
marszałka Gabriela i wnuka admirała Gabriela Oxenstierny.

Marka  Christiana  obawiała  się  o  przyszłość  tego  chłopca.  Nie  został  obdarzony  ani  takim
charakterem, ani takimi talentami, by stać się równie wielkim jak ojciec czy dziadek. To zresztą nie
miałoby dla niej specjalnego znaczenia. Szło o to, że chłopiec był bardzo chorowity.

Marka Christiana miała wspaniały pogrzeb w katedrze sztokholmskiej i spoczywała tam teraz u boku
swego małżonka. Jej odejście okryło Mikaela głęboką żałobą.

Tak  więc  Dominik  miał  przyjechać  sam!  Wspaniałe,  podniecające  wiadomości!  Dla  Villemo
wszystko było podniecające. Także ta dzisiejsza wyprawa o świcie w poszukiwaniu rannych złodziei
ze Svartskogen.

Żeby  tylko  nie  czuła  się  tak  okropnie  zmęczona!  Nogi  nie  chciały  jej  nieść,  a  serce  biło  ledwo,
ledwo.

Tymczasem doszli do Grastensholm i, wypatrując krwawych śladów, ruszyli w stronę lasu.

Choć krew przeważnie już wsiąkła w mech i leśne poszycie, nietrudno było śledzić trop.

Wkrótce też znaleźli jednego ze złodziei pod drzewem, leżącego wprost na ziemi.

background image

- On nie żyje! - zawołał Niklas przerażony. - To straszne.

Stali  bez  słowa  i  wszyscy  troje  myśleli  o  tym  samym:  ta  nie  kończąca  się,  toczona  w  zawziętym
milczeniu  walka  pomiędzy  Grastensholm  i  Svanskogen  przerodziła  się  oto  w  krwawą  zemstę.
Nienawiść do Ludzi Lodu stanie się teraz jeszcze większa.

Znali tego blisko czterdziestoletniego mężczyznę. Był to drań, po prostu nędznik, ale przecież żadne
śmierci mu nie życzyło!

- Zostawmy go na razie, niech tu leży - powiedziała Villemo. - Krwawe ślady prowadzą dalej.

Musimy się spieszyć, żeby nie mieć jeszcze jednego życia na sumieniu.

- Na sumieniu? To przecież nie nasza wina, śmierć tego tutaj - obruszył się Niklas.

4

- Oczywiście, że nie - potwierdziła Irmelin, gdy szli już dalej. - Ale ci dwaj nasi ludzie za bardzo
lubią strzelać. Dostali już ostrą reprymendę, że się tak pospieszyli, a pewnie dojdzie i do sądu.

- Bronili przecież majątku - próbował ich usprawiedliwiać Niklas. - Chociaż masz rację, nie można
przesadzać.

Szli przez gęsty las sosnowy o wilgotnym podłożu, przedzierając się wśród rosochatych gałęzi. Ich
przyciszone głosy dudniły głucho. Jedyne co do nich poza tym docierało, to jakiś szelest od czasu do
czasu. Jakby spłoszona wiewiórka albo ptak...

Villemo  spoglądała  ukradkiem  na  wypatrującego  śladów  Niklasa.  Z  niewyraźnym  uśmiechem
wspominała ostatnią noc świętojańską. Jak stała przy ognisku na wzgórzu pomiędzy Grastensholm a
Lipową Aleją i wpatrzona w płomienie obserwowała niezwykłą grę barw. I jak ją nagle jakiś diabeł
podkusił, że spytała Niklasa, czy by ją odprowadził do domu, bo ona boi się ciemności.

Już  wtedy  spojrzał  na  nią  zdziwiony,  bo  Villemo  raczej  nie  była  znana  jako  ktoś,  kto  boi  się  sam
chodzić po nocy. Jeszcze bardziej się zdumiał, gdy weszli w jałowcowe zarośla niedaleko Elistrand.

„Pocałuj mnie, Niklas” - zawołała roześmiana. „Dlaczego, na Boga, miałbym to zrobić?” -

spytał  zaskoczony.  „Bez  żadnego  specjalnego  powodu  -  odparła.  -  Tylko  dlatego,  że  chciałabym
zobaczyć, jak to jest”. „Ty nie jesteś całkiem mądra, Villemo!” - brzmiała odpowiedź. Odwróciła się
więc na pięcie i poszła. „Nie, to nie”. „Villemo, poczekaj!” „Taak?” -

odparła  przeciągle  i  wyczekująco.  On  zaczął  się  jąkać.  „Może...  może  ja  też  miałbym  ochotę
zobaczyć, jak to jest...” „Świetnie!” „Ale to nic nie znaczy, pamiętaj!” „Oczywiście, że nie, Niklas!”

Ostrożnie odnaleźli się w mroku jak młodzi ludzie wszystkich czasów, którzy podejmują eksperyment
pierwszego  pocałunku.  To  była  gra,  udawali,  że  są  w  sobie  zakochani,  dotykali  się  nawzajem
wargami.  „Mmm...  kocham  cię,  kocham  cię”  -  mruczała  Villemo  w  kark  Niklasa.  Spojrzał  na  nią

background image

przestraszony. „Naprawdę tak myślisz?” „Ech, ty głuptasie, teraz wszystko popsułeś! - prychnęła. - Ja
się tylko na tobie wprawiam, nie rozumiesz tego?”

Przez chwilę robił wrażenie naburmuszonego, po czym znowu podjął zabawę. A gdy teraz on szeptał
do niej „kocham cię”, pojęła, dlaczego poprzednio tak zareagował. Bo tym razem prawie uwierzyła,
że  on  naprawdę  myśli  to,  co  mówi.  Poczuła  gniew,  że  Niklas  nadużywa  takich  świętych  słów,  a
jednocześnie  zawód,  że  to  tylko  zabawa.  Mimo  to  przeniknął  ją  leciutki  dreszcz  podniecenia.  „Ile
serca  wkładasz  w  tę  zabawę...  -  szepnęła.  -  Kogo  masz  na  myśli?”  „Nic  cię  to  nie  powinno
obchodzić. A ty? Ty sama też jesteś bardzo przejęta. O kim ty myślisz?” „Nie, ja... - odparła Villemo
niepewnie. - O nikim nie myślę. Jest mi po prostu przyjemnie.” „Mmm - potwierdził Niklas. I nagle
oświadczył: - To okropnie głupia zabawa!

Nigdy  więcej  nie  będziemy  tego  robić!”  Puścił  ją  tak  gwałtownie,  że  się  zatoczyła.  „Ale  było
przyjemnie!” - parsknęła. „Diablo przyjemnie - potwierdził. - Ale teraz koniec. I wracaj sobie sama
do domu!” - zawołał i zniknął.

5

Villemo poszła, przepełniona jakąś nową, buzującą radością.

- Tutaj widzę świeży ślad - powiedziała Irmelin i Villemo wróciła do rzeczywistości.

Zaledwie  po  paru  krokach  napotkali  drugiego  zbiega.  Leżał  na  ziemi  z  pobladłą  twarzą,  włosami
pozlepianymi potem i zaciskał zęby z bólu.

- O Boże, to Eldar - mruknął Niklas. - Źle trafiliśmy!

- Wygląda na to, że on trafił jeszcze gorzej - powiedziała Villemo.

To  był  ten  sam  chłopiec  ze  Svanskogen,  którego  kiedyś,  przed  wieloma  laty,  spotkali  na  drodze
niedaleko Grastensholm. Wiedzieli, że on i jego siostra Gudrun zioną zapiekłą nienawiścią do Ludzi
Lodu.  Zwłaszcza  siostra.  Tamten  zabity  był  kuzynem  ich  ojca  czy  coś  w  tym  rodzaju.  Stosunki
pokrewieństwa  w  Svartskogen  były  niebywale  skomplikowane,  ale  agresywność  cechowała
wszystkich.

Villemo nie spotykała Eldara od kilku lat, a zresztą nigdy nie widziała go z tak bliska.

I taka jestem chuda, pomyślała zakłopotana całkiem bez powodu.

Teraz  Eldar  był  muskularnym  dorosłym  mężczyzną  lat  około  dwudziestu  pięciu,  o  popielatoblond
włosach i wąskich, lodowato patrzących jasnych oczach. Wszyscy ze Svartskogen mieli w sobie coś
dzikiego i Eldar nie stanowił pod tym względem wyjątku. W

jego  wzroku  dawał  się  dostrzec  jakiś  niepokojący  błysk,  jak  u  dzikiego  zwierza,  i  Villemo
wpatrywała się weń zafascynowana, choć tego nie chciała. Uważała, że jest wprost nieprzyzwoicie
przystojny, z naciskiem na nieprzyzwoicie.

background image

Gdy  Eldar  zobaczył  nadchodzących,  próbował  odwrócić  się  do  nich  plecami.  Na  jego  pełnej
nienawiści twarzy teraz odmalowała się gorycz.

Łagodna Irmelin zapytała:

- Dlaczego to zrobiliście? Mogliśmy wam pomóc, wystarczyło tylko powiedzieć!

- Myślicie, że przyjmiemy pomoc od jakiegoś diabelskiego pomiotu? - syknął przez zęby.

- Ale kraść możecie? - odcięła się Villemo.

- Nasi krewni konają z głodu - rzucił w odpowiedzi. - A wy pochowaliście jedzenie dla siebie.

-  Nie  zrobiliśmy  tego  -  odparł  Niklas.  -  Wiesz  o  tym  bardzo  dobrze.  Zapytaj  którego  chcesz
komornika.  Tylko  że  wy  jesteście  piekielnie  uparci  i  nie  chcecie  przyjąć  tego,  co  się  wam  należy.
Przecież Svartskogen jest częścią Grastensholm.

6

Ranny ledwo był w stanie mówić z powodu bólu i utraty krwi, lecz z jego oczu sypały się skry.

Jakim sposobem macie jeszcze jedzenie? Chyba zawarliście pakt z diabłem, co? Ale za takie rzeczy
się płaci. Po śmierci.

- Głupstwa wygadujesz - odparł Niklas i przykucnął, by go zbadać.

Eldar szarpnął się gwałtownie do tyłu.

-  Wystarczy  popatrzeć  na  wasze  oczy  -  powiedział  z  nienawiścią.  -  Na  jej  -  dodał,  wskazując
Villemo. - Czy to normalne mieć takie oczy?

- W naszym rodzie, tak.

- O, tak! Wszyscy wiedzą, skąd wzięli się Ludzie Lodu!

Villemo w ogóle tego nie słuchała. Przejęta wpatrywała się w to muskularne ciało, napinające się w
udręce.

- Wygląda na to, że kość została uszkodzona. But jest przestrzelony.

- Trzymajcie przy sobie te wasze brudne łapy! Sam dam sobie radę.

- Tak, właśnie widzę - rzekła Villemo spokojnie: Czy sytuacja u was w domu jest bardzo poważna?

- Idźcie do diabła!

- Czy nie mógłbyś porzucić na chwilę swojej niezłomnej dumy i pomyśleć trochę o innych?

background image

Ty nas mało obchodzisz, ale chcielibyśmy wiedzieć, jak mają się sprawy w Svanskogen.

Znowu zapłonął gniewem.

- Czy to nie wasza wina, że musieliśmy zrobić to, co zrobiliśmy?

- Tak? Nic nam o tym nie wiadomo - prowokowała Villemo.

Przymknął oczy.

-  Już  mówiłem,  leżą  i  konają  z  głodu.  Zeskrobują  korę  z  drzew  i  jedzą.  Larwy  spod  kory  także
zjadają.

-  Nie  wy  jedni  w  okolicy  -  odparła  Villemo.  -  Irmelin  i  ty,  Niklasie,  weźcie  koszyk  z  jedzeniem  i
zanieście do Svartskogen. Ja tymczasem zajmę się tym krzykaczem.

Eldar próbował wstać.

7

- Nie chodźcie tam! Nie macie tam czego szukać!

- W porządku; wobec tego zaczekamy na ciebie. Leż spokojnie, tak... spróbujemy zdjąć ten but!

- Nie dotykajcie mnie! Nie dosyć bólu już nam sprawiliście?

Niklas starał się wyjaśnić:

-  Naprawdę  bardzo  nam  przykro  z  powodu  śmierci  twojego  krewniaka.  Znaleźliśmy  go  w  lesie.
Ludzie z Grastensholm nie mieli prawa do was strzelać.

- Jemu i tak lepiej - warknął Etdar. - Udało mu się. A ja pewnie zapłacę za to ręką. Od was pochodzi
tylko zło. Zawsze tak było.

W oczach Villemo pojawił się wyraz zdecydowania.

-  Posłuchaj  no  mnie,  ty  uparty  koźle!  Mój  pradziadek  skazał  twojego  pradziadka  na  śmierć  za
kazirodztwo. To było pięćdziesiąt lat temu. Uważasz, że nadal mamy się z tego powodu gryźć?

- On zrobił coś więcej. On odebrał nam majątek.

- Niczego takiego nie zrobił i dobrze o tym wiesz. Twój pradziadek tak nieudolnie prowadził

swoje gospodarstwo, że w końcu poszło pod młotek. Mój pradziadek nie miał z tym nic wspólnego.
Czy nie dał wam w zamian Svartskagen? Dał, bo żal mu było niewinnej rodziny.

I Svartskogen wzięliście, więc o co ci chodzi?

background image

- Dla niego to był drobiazg, a dzięki temu zostaliśmy uzależnieni od Grastensholm, nie zapominaj o
tym, my, przedtem wolni gospodarze. On dobrze wiedział, jak nas upokorzyć!

-  To  jest  taka  okropna  niesprawiedliwość  wobec  Irmelin  i  mojego  drogiego  pradziadka,  Daga
Meidena, że nie zamierzam ci odpowiadać. Podnieś nogę!

- Nigdy w życiu! Trzymajcie się ode mnie z daleka!

Villemo czuła, że za chwilę wybuchnie.

-  Podnieś  nogę,  ty  przeklęty  idioto!  -  ryknęła,  aż  echo  przetoczyło  się  po  lesie.  Sama  uniosła  jego
ranną nogę i jednym szarpnięciem ściągnęła but: Eldar krzyknął z bólu i złości.

Z buta chlusnęła krew: Cała stopa Eldara pokryta była brązowoczerwoną zakrzepłą krwią.

Irmelin nabrała wody z pobliskiej sadzawki i starannie obmyła nogę, by można było obejrzeć ranę.
Eldar nie stawiał już oporu, nie miał siły. Leżał na plecach, obolały i udręczony, i miotał

przekleństwa nad ich głowami.

8

Niklas  przez  wiele  lat  bardzo  starał  się  nie  ujawniać  przed  ludźmi  swoich  uzdrowicielskich
zdolności. Nie życzył sobie być obiektem uwielbienia jak święty, nie chciał też, by jego dom stał się
celem  pielgrzymek.  Także  i  teraz  nie  przyłożył  ręki  do  okaleczonej  chudej  stopy  Eldara,  którą
dziewczęta  opatrzyły  jak  umiały.  Ten  użalający  się  nad  sobą  nieszczęśnik  wyzdrowieje  bez
niezwykłych talentów Niklasa.

Gdy krew została zatamowana, a rana opatrzona, zmusili Eldara, by wstał.

- Oprzyj się o Niklasa i o mnie - nakazała Villemo.

- Raczej mnie piekło pochłonie!

Słysząc to Villemo puściła go, tak że zwinął się z bólu i padł bezwładnie, ciskając na nią najgorsze
przekleństwa.

Po chwili Irmelin z Niklasem spróbowali znowu go podnieść, a Irmelin zagadnęła przyjaźnie:

- Nie widywałam cię przez jakiś czas.

Eldar syknął jak kropla wody padająca w ognisko.

- To chyba nie takie dziwne. Nie było mnie w domu przez kilka lat.

- Siedziałeś w więzieniu? - Villemo nie mogła się powstrzymać od złośliwości.

background image

Wąskie oczy Eldara rozbłysły.

-  Wyobraź  sobie,  że  nie.  Czyż  dorastające  dzieci  nie  wyjeżdżają  z  domu,  by  zarobić  na  własne
utrzymanie?  Ale  wy  pewnie  nie  słyszeliście  o  czymś  takim,  rozpieszczone  smarkacze!  A  teraz
wróciłem  do  domu,  bo  tam,  gdzie  służyłem,  nastała  wielka  bieda  i  nie  dla  wszystkich  starczało
jedzenia. A co tu zastałem? Dom pełen konających, którzy nikogo nie obchodzą!

- I wtedy uznałeś, że masz pełne prawo kraść? Czy nie byłoby prościej przyjść i powiedzieć, jak się
sprawy mają?

Eldar przerwał swoją powolną wędrówkę w stronę domu. Wyprostował się i spojrzał na Villemo z
góry.

- Wy naprawdę nigdy nie pojęliście, co to znaczy pochodzić ze Svartskogen?

- Owszem - odparła Villemo porywczo. - Duma i pycha, i nieliczenie się z nikim innym.

W tym momencie dostrzegła jednak w jego wzroku coś zupełnie nowego - pełne goryczy zmęczenie i
rezygnację.

9

- Nie - rzekł cicho. - Nie, wy niczego nie pojęliście.

Ku swemu zdumieniu Villemo poczuła się winna.

W chwilę potem spośród drzew wyłoniła się niewielka leśna zagroda Svanskogen, Czarny Las.

Villemo nigdy tutaj nie była, widywała tylko tę zagrodę z daleka, ze wzgórz. Teraz mogła stwierdzić,
że  to  niezłe  gospodarstwo,  większe  niż  zwyczajne  zagrody  komorników.  Należało  jednak  do
Grastensholm, a to oznaczało, że właściciele mają obowiązek pracować w określone dni dla swego
chlebodawcy.  Ludzie  ze  Svartskogen  rzadko  tę  powinność  wypełniali.  Meidenowie  mieli  pełne
prawo wyrzucić ich stąd, ale nie zamierzali tego robić. To nie w stylu Meidenów pozbawiać ludzi
domu.

Za  każdym  razem  gdy  Villemo  oglądała  tę  leśną  zagrodę  z  któregoś  ze  swoich  punktów
obserwacyjnych,  przenikał  ją  dreszcz.  Wokół  Svartskogen  panowała  jakaś  dziwna,  budząca  grozę,
nieprzyjemna atmosfera. Z rodzaju tych, o których otwarcie się nie mówi...

Wszyscy  znali  tę  starą,  paskudną  historię  o  założycielu  rodu,  który  cudzołożył  z  dwiema  swoimi
córkami,  za  co  zapłacił  głową.  Ów  zastrzelony  dzisiaj,  pozostawiony  w  lesie  złodziej  pochodził
właśnie z linii zapoczątkowanej kazirodztwem starego. Eldar także był

prawnukiem tamtego nędznika, lecz z innej, normalnej części rodu.

Villemo  nie  wiedziała,  ani  ilu  ich  wszystkich  mieszka  w  Svartskogen,  ani  jak  się  ród  rozgałęzia.
Mówiono, że potomstwo będące owocem grzechu jest trochę dziwne. Ale, zdaniem Villemo, wszyscy

background image

oni byli dziwni.

Protoplasta posiadał duże gospodarstwo w sąsiedniej wsi, był więc niezależnym chłopem i mógł się
równać  z  właścicielami  Lipowej Alei.  Doprowadził  jednak  do  upadku  majątku,  który  przeszedł  w
obce ręce, i teraz rodzina przyjęła nazwisko Svartskogen, od tej zagrody, którą im dali Meidenowie.
Villemo słyszała jednak, że ludzie, którzy ich dawny majątek kupili, też są przez nich znienawidzeni.
Oni  zaś  zostali  odrzuceni  przez  całą  parafię.  Chociaż  odrzuceni  to  niewłaściwe  określenie.  Sami
przecież byli winni swojej izolacji.

Zawsze  uważała,  że  to  szumowiny,  ale  teraz  nie  była  już  tego  taka  pewna.  Bo  jakie  miała  prawo
osądzać?  Słowa  Eldara  sprawiły,  że  zaczęła  wątpić.  Czy  nie  o  to  mu  chodziło,  że  ona,  podobnie
zresztą jak inni mieszkańcy parafii, krzywią się z niechęci i pomieszanego ze strachem obrzydzenia na
myśl o czymś tak okropnym jak postępek ich pradziadka? Że potomstwo cierpieć musi za jego winy,
dokładnie tak jak Ludzie Lodu cierpią za winy swojego przodka?

W  przypływie  współczucia  i  jakiejś  wspólnoty  losu  zwróciła  się  do  Eldara.  I  natrafiła  na  jego
bezgraniczną wrogość. Ale czyż nie tego właśnie powinna się była spodziewać? To postawa obronna
wobec osądu całej okolicy.

10

Przypomniała  sobie  spotkanie  z  Eldarem  i  jego  siostrą  Gudrun  sprzed  wielu  lat.  I  przyjazne
zaproszenie Irmelin, by poszli z nimi do Grastensholm na podwieczorek. Eldar się wahał i już prawie
uległ,  siostra  jednak  była  nieustępliwa;  to  ona  ostro  przecięła  jakąkolwiek  możliwość  nawiązania
kontaktu.

A teraz Eldar był równie brutalny.

Czy to zresztą naprawdę takie dziwne?

Stał się niezmiernie przystojnym mężczyzną, temu zaprzeczyć nie mogła. Rozpalał w niej te szalone
uczucia, które jej łagodni rodzice bezustannie starali się w niej stłumić. Wiedzieli bowiem, że to na
ogół zapowiedź jakichś równie szalonych zachowań.

Tym  razem  jednak  Villemo  starała  się  trzymać  w  ryzach.  Postanowiła  być  miła  dla  Eldara,
niezależnie od tego, w jak bardzo wojowniczym nastroju on się znajduje.

Zatrzymał się na skraju lasu. Przed nimi leżały niskie zabudowania Svanskogen.

Chwyciwszy się gałęzi, co pozwoliło mu stanąć prosto, powiedział:

- Teraz możecie iść do diabła. Dam sobie sam radę.

Villemo natychmiast zapomniała o swoich szlachetnych zamiarach, że będzie dla niego miła.

- Jak sobie życzysz - powiedziała złośliwie, bo widziała, że bez pomocy daleko nie zajdzie. -

background image

Tu jest koszyk z jedzeniem dla twojej rodziny.

- Nie chcemy ani okruszyny z waszego zgniłego żarcia! - zawołał gniewnie.

- Oczywiście - szydziła Villemo. - Pewnie powinniśmy się odwrócić, to byś ukradł koszyk.

Wtedy byłoby dobrze, prawda?

- Ty złośliwa krowo! - wysyczał przez zęby. - Biedny ten głupiec, który się z tobą ożeni!

- Tym razem nie trafiłeś, bo nie mam zamiaru wychodzić za mąż. A już ty w żadnym razie nie musisz
się martwić, jesteś ostatnim, o którym mogłabym pomyśleć.

- O, niech mnie Bóg broni! To... - Zrobił się jeszcze bledszy niż był, ręka trzymająca gałąź

drżała  z  wysiłku  i  Niklas  ledwo  zdążył  go  podtrzymać,  żeby  nie  upadł.  Eldar  opuścił  jednak  na
chwilę zło tego świata. Stracił przytomność.

- Zbyt duży upływ krwi - stwierdził Niklas. - I prawdopodobnie zbyt mało jedzenia.

- Co mamy robić? - zastanawiała się Irmelin.

- Zostawmy go, niech leży! Mamy teraz możliwość zająć się pozostałymi.

11

- Powinniśmy tam wejść?

- O ile zrozumiałam, oni są zupełnie wyczerpani. Chodźmy!

-  Szkoda,  że  nie  wzięliśmy  ze  sobą  więcej  jedzenia  -  westchnęła  Irmelin.  -  Zupełnie  o  tym  nie
pomyślałam.

- Możemy jutro przywieźć trochę mąki - powiedział Niklas. - Żeby sobie mogli chleba upiec.

Bardzo  niepewnie  zbliżali  się  do  zabudowań.  Żadne  nie  mogłoby  zaprzeczyć,  że  się  wzdraga.
Villemo przychodziły do głowy różne straszne myśli, że spotkają tam jakieś okropne kaleki albo nic
nie  rozumiejących  idiotów.  To  była  ponura  niesprawiedliwość  tak  myśleć.  Zdawała  sobie  z  tego
sprawę, lecz powtarzane w okolicy plotki zabarwiały jej wyobraźnię.

Drzwi nie były zamknięte na klucz i weszli do mrocznej izby. Nikt z mieszkańców nie podnosił się
już z posłania, tylko szczury umykały z piskiem.

Wiedzieli, że nędza w okolicy jest wielka, ale to, co tutaj zastali, przekraczało granice wyobraźni...

Zabawili około godziny. Ugotowali kaszy i mleka dla dzieci, a dorosłych próbowali karmić kwaśnym
ciemnym  chlebem.  Spotykali  tylko  zmatowiałe,  pozbawione  wszelkiej  nadziei  spojrzenia,  nikt  nie

background image

odsyłał ich do diabła, ci ludzie ledwo byli w stanie poruszać wargami.

Gudrun była tu także, pełna wrogości, ale jedyne, na co było ją jeszcze stać, to odwrócić twarz do
ściany. Villemo po prostu siłą zwróciła ją ku sobie i zmusiła do przełknięcia zupy.

Gdy Gudrun poczuła smak jedzenia, zaniechała oporu.

Prześcielili łóżka, gdzie to było niezbędne, a gdy Niklas zobaczył niedużego wyrostka o ogromnych,
niczego nie rozumiejących oczach i z paskudnymi ranami na całym ciele, odstąpił od swoich zasad i
zaczął gładzić tę nieszczęsną istotę ciepłymi, delikatnymi dłońmi.

Villemo patrzyła na niego i kiwała z uznaniem głową.

Nagle spostrzegła, że w progu stoi Eldar, trzymając się kurczowo futryny. Musiał tam stać już jakiś
czas, bo zdawało jej się przed chwilą, że słyszy skrzypnięcie drzwi, ale zajęta nie spojrzała nawet w
tamtą stronę.

Patrzył  na  Irmelin  troskliwie  pomagającą  któremuś  biedakowi  ułożyć  się  w  łóżku  i  nie  sprawiał
wrażenia zaskoczonego. Bardziej chyba zdumiało go to, że widzi Villemo w podobnej sytuacji. Może
nie była wobec chorych zbyt troskliwa, ale nie potrzebował

specjalnej  przenikliwości,  by  zauważyć,  że  za  jej  ciętym  słownictwem  i  szorstkim  zachowaniem
kryje się głębokie zrozumienie i współczucie dla cierpienia innych.

12

On sam nie był w stanie nikomu pomóc, jego siły zostały wyczerpane. Wszystko co mógł

zrobić, to patrzeć, z uznaniem czy bez, tego nie potrafili ocenić. Przypuszczalnie i jedno, i drugie,

I wtedy zobaczył, że Villemo zachwiała się i przysiadła na krawędzi łóżka, drżąc na całym ciele.

- Co to? - zapytał szorstko. - Nie możesz znieść widoku nędzy?

Niklas podniósł głowę.

- Villemo jada tyle co ptak. Po to, by zapasy z Elistrand dzielić z innymi. Oddaje to, co jej samej jest
niezbędne.

- No, no, popatrzcie - mruknął Eldar z grymasem, ale spojrzał na nią z wyraźnym podziwem.

Gdy skończyli, Irmelin zwróciła się do Eldara:

-  Jutro  rano  przyślę  do  was  woźnicę.  Przywiezie  wam  jęczmiennej  i  żytniej  mąki.  Bądź  tak  miły  i
przyjmij to ze względu choćby na twoich krewnych!

Eldar patrzył jej uporczywie w oczy, jakby mierząc siły, w końcu skinął ponuro głową.

background image

Zbierali  się  do  wyjścia.  Nie  towarzyszyło  im  ani  jedno  słowo  podzięki. Ale  przecież  nie  po  to  tu
przyszli.

Villemo pożegnała swoich przyjaciół po drodze. Nagle bardzo jej się zaczęło spieszyć do domu.

Chciała po prostu zacząć znowu jeść.

Gdy doszła do kościoła, zawahała się chwilę, po czym zawróciła i weszła na cmentarz.

W zamyśleniu minęła nagrobek Tengela i Silje. Villemo nie znała ich. Zatrzymała się natomiast przy
innym kamieniu nagrobnym.

Prababka Liv...

Bardzo  długo  nikt  w  rodzinie  nie  mógł  pojąć,  że  jej  już  nie  ma.  Przeżyła  osiemdziesiąt  pięć  lat  -
niezwykły  wiek.  Villemo  wspominała  rozmowę  z  prababką,  kiedy  tamta  nie  wstawała  już  z  łóżka.
Jednego  z  ostatnich  dni  życia.  Ona  sama  miała  wtedy  zaledwie  dwanaście  lat,  lecz  słowa  babki
zapamiętała na zawsze.

„Villemo  -  powiedziała  wtedy  Liv.  -  Ty  wiesz,  że  jest  was  teraz  w  rodzie  Ludzi  Lodu  troje
obdarzonych  złocistożółtymi,  kocimi  oczyma.  Nie  boję  się  zła,  bo  tym  żadne  z  was  nie  zostało
obciążone, ale wiem, że z was wszystkich tobie będzie najtrudniej”.

13

„Dlaczego, babciu?”

„Bo masz takie samo gorące serce i duszę jak moja nieszczęsna kuzynka i przybrana siostra Sol. Ona
była  dużo  bardziej  obciążona  niż  ty,  ale  jeśli  chodzi  o  reakcje  i  charakter,  to  jesteście  do  siebie
przerażająco  podobne.  Pomyśl  zawsze  co  najmniej  pięć  razy,  zanim  coś  zrobisz,  Villemo!  Łatwo
stracić głowę, gdy ktoś tak się we wszystko angażuje jak ty. Jeśli uda ci się zachować równowagę,
będziesz miała życie znacznie bogatsze niż większość ludzi.”

Villemo kiwała głową i serdecznie uściskała prababkę.

Kiedy wychodziła z pokoju chorej, usłyszała pełen niepokoju szept:

„Moja biedna, nieszczęsna mała! Niech Bóg będzie dla ciebie miłościwy!”

Prababka miała rację. Villemo już wtedy wiedziała, jak trudno jest zachować życiową równowagę.
Zwłaszcza jeżeli ma się taką niepohamowaną ochotę rzucania się we wszelkie szaleństwa świata.

O nie, Niklas ani Dominik takich problemów nie mieli. Dlaczego oni tego uniknęli, a jej duszę wciąż
dręczy niepokój? Niklas otrzymał dar w postaci uzdrawiających rąk. Niezwykły i bardzo pożyteczny
dar.  Dominik  potrafi  odczytywać,  co  kryje  się  w  ludzkich  duszach.  Gdyby  tak  ona  posiadała  taką
wspaniałą umiejętność! Jakie by wtedy życie mogło być interesujące!

background image

Zamiast tego została naznaczona tą jakąś bezgraniczną tęsknotą, tym rozdarciem pomiędzy chęciami a
możliwością działania.

Villemo westchnęła i podeszła do kolejnego grobu.

TARALD MEIDEN 1601 - 1660. MAŁŻONKA IRJA MATTIASDATTER 1601 - I669.

Irja,  babka  Irmelin,  także  już  odeszła  z  tego  świata.  W  Grastensholm  pozostało  rozpaczliwie  puste
miejsce.

Rodzinie Lindów z Ludzi Lodu także całkiem niedawno przybył nowy grób. Matyldzie, żonie Branda,
nie  danym  było  się  zestarzeć.  I  zawsze  była  za  bardzo  korpulentna.  Gospodynią  w  Lipowej  Alei
została teraz drobna Eli, żona Andreasa i matka Niklasa.

Także w Danii babcia Cecylia została sama. Jej ukochany Alexander zmarł. Cecylia nie przyjeżdżała
już  tak  często  do  Norwegii,  miała  ponad  siedemdziesiąt  lat,  więc  po  śmierci  Liv  to  Gabriella
najczęściej jeździła w odwiedziny do matki. Teraz zresztą też tam byli oboje z Kalebem. Pojechali,
by  zdobyć  trochę  zboża  dla  Elistrand,  i  Villemo  sama  zajmowała  się  gospodarstwem.  Prawdę
mówiąc, robił to zarządca, ale ona jednak pełniła rolę gospodyni i to było ważne.

Wszystkie  majątki  przejęło  młode  pokolenie.  Oprócz  Cecylii  ze  starszych  pozostał  jeszcze  tylko
Brand. W Lipowej Alei nie było kłopotów z zachowaniem rodu. Żył Brand, jego syn 14

Andreas  z  małżonką  Eli  i  ich  syn  Niklas...  Gorzej  miały  się  sprawy  w  Grastensholm.  Nie  ulegało
wątpliwości,  że  rodowe  nazwisko  Meidenów  wygasa.  Mattias  i  Hilda  mieli  tylko  jedną  córkę,
Irmelin. Wyglądało na to, że będzie ona ostatnią baronówną Meiden, bo inni, nawet dalecy krewni i
w Norwegii, i w Danii wymarli już dawno temu. Za jakiś czas ten stary baronowski ród przestanie
istnieć.

Villemo  spojrzała  w  stronę  Lipowej  Alei.  Nie  było  tam  już  ani  jednej  z  tych  lip,  które  kiedyś
posadził Tengel. Na ich miejscu rosły nowe, całkiem zwyczajne, niewinne drzewa.

Wraz  ze  śmiercią  Liv  skończyła  się  cała  epoka.  Epoka,  która  zaczęła  się  dawno  temu  w  małej,
odludnej górskiej dolinie w Trondelag. Villemo czuła jednak, że dziedzictwo nie wygasło. Ona sama
jest  jedną  z  tych,  którzy  je  przenoszą.  Nici  wywodzące  się  z  tamtej  nieszczęsnej  górskiej  doliny
stworzyły rozległą sieć. Dotarły tu, do okolic Akershus, do Gabrielshus w Danii i na szwedzki dwór
królewski w Sztokholmie.

Były czasy, że członkowie rodu wędrowali daleko po świecie. A w każdym z nich tkwiło ziarenko
złego dziedzictwa. Villemo chciała złożyć taką samą obietnicę, jaką kiedyś złożył

Tengel: Nie przekaże dziedzictwa dalej. Nigdy nie wstąpi w związek małżeński.

Wiedziała  jednak,  że  nie  wolno  jej  tak  myśleć.  Rozumiała  bowiem,  że  właśnie  ona  ma  przekazać
dalej także inne dziedzictwo.

Silje,  którą  wszyscy  uważają  za  matkę  rodu,  miała  jedyną  córkę,  Liv.  Liv  także  miała  tylko  jedną

background image

córkę,  Cecylię,  matkę  Gabrielli,  która  z  kolei  była  matką  Villemo.  Tak  więc  było  obowiązkiem
Villemo postarać się urodzić córkę, praprawnuczkę Silje.

Ale ona bała się tego, nie chciała. Po części ze względu na przekleństwo, a po części dlatego, że była
po prostu jeszcze za młoda na to, by myśleć o dziecku. Zdawało jej się to głupie i okropne i... nie!
Nie chce i już!

Dobra  mała  Villemo  nie  dojrzała  jeszcze  do  spotkania  z  dorosłym,  podniecającym  i  pełnym  napięć
życiem. W rzeczywistości zaś ona sama ze swoim nienasyconym,

nieodpowiedzialnym pragnieniem przygód stanowiła dla swego życia największe niebezpieczeństwo.

A te jej pobłyskujące żółtym blaskiem oczy, które tak martwiły całą rodzinę?

Wkrótce już miało się okazać, dlaczego właśnie oni troje: Niklas, Dominik i Villemo, przynieśli na
świat takie oczy.

15

ROZDZIAŁ II

Zima zbliżała się wielkimi krokami i starsi ludzie w okolicy byli śmiertelnie przerażeni. Już dawniej
przeżywali klęski głodu i dobrze wiedzieli, co to znaczy. Oczywiście i Ludzie Lodu, i Meidenowie
robili co mogli, lecz ich zapasy także były na wyczerpaniu. A co potem?

Ostatnie nieurodzaje miały zasięg lokalny. Klęski ogarniające cały kraj przeżywali około roku 1650,
a  później  jakoś  powszechny  głód  omijał  Norwegię.  Kraj  był  jednak  zaludniony  nierównomiernie,
wsie izolowane od siebie i nie było roku, żeby jakiś dystrykt nie głodował.

W  parafii  Grastensholm  i  najbliższej  okolicy  zbiory  były  marne  już  od  kilku  lat  z  rzędu,  a  zatem
nadchodząca zima wszystkich napełniała lękiem.

W  kilka  tygodni  po  wyprawie  trojga  młodych  do  Svartskogen  wrócił  z  Danii  Kaleb,  a  wraz  z  nim
przypłynął statek załadowany zbożem z Gabrielshus. Gabriella została w Danii. Jej matka, Cecylia,
często się teraz przeziębiała, ostatnio także niedomagała, więc Gabriella postanowiła spędzić z nią
najgorszy zimowy czas.

Kalebowi towarzyszył natomiast młody Tristan, syn Tancreda.

Tristan  miał  piętnaście  lat  i  wszystkie  właściwe  temu  wiekowi  zmartwienia.  Wyrósł  na  wysokiego
chłopca  z  mnóstwem  orzechowobrązowych  loków,  których  nienawidził.  „Cóż  za  słodki  chłopiec!  -
szczebiotały damy na duńskim dworze. - Istny cherubinek!” Chociaż Tristan miał w sobie niewiele z
cherubina. Jego rysy i cała sylwetka świadczyły, iż chłopiec jest w okresie dojrzewania, zdawało się
że nic do niczego nie pasuje. Nękały go pryszcze i w najmniej odpowiednich momentach oblewające
twarz rumieńce. Pociły mu się dłonie, a ponad wszystko interesowały go kobiety. Spoglądał na nie
ukradkiem z ciekawością, obrzydzeniem i tęsknotą. Na wszystkie, od najbrudniejszej dwunastoletniej
świniarki do uperfumowanej damy dworu. Po nocach miewał sny, na których wspomnienie płonął ze

background image

wstydu. Sam ścielił swoje łóżko, by pokojówki nie widziały plam na prześcieradle, i przeklinał

głos, który nieustannie go zawodził i zawsze gdy Tristan chciał się dorośle włączyć do konwersacji,
przechodził w piskliwy falset.

Statek z taką ilością ziarna w ładowniach nie mógł wejść do portu w Christianii. Nie obroniliby tam
ładunku. Przybili więc do brzegu w małej zatoce, możliwie jak najbliżej Grastensholm. Zrządzeniem
losu,  czy  też  może  z  naturalnych  powodów,  wypadło  to  w  tym  samym  miejscu,  w  którym  chory  z
nienawiści do brata Kolgrim zwabił małego Mattiasa na tratwę.

O  tym  jednak  ani  Kaleb,  ani  Tristan  nie  wiedzieli.  Sprowadzili  konny  transport  z  Grastensholm,
Elistrand  oraz  Lipowej Alei  i  pod  osłoną  nocy  przewieźli  ładunek  do  domu,  a  statek  odpłynął  do
Christianii. Nie odczuwali wyrzutów sumienia wobec głodującej ludności dystryktu Akershus, że się
ukrywają. Mieli przecież do wykarmienia całą własną parafię.

Villemo prowadziła jeden z wozów, co Kaleb przyjmował z uśmiechem. Właściwie ta jego szalona
córka powinna była urodzić się chłopcem, myślał. Taka niezależna i pewna siebie. Z

16

drugiej jednak strony wyrastała na bardzo pociągającą kobietę, więc może byłoby trochę szkoda.

Zauważył,  że  zaczęła  znowu  normalnie  jeść,  i  zastanawiał  się,  co  ją  skłoniło  do  zmiany
postanowienia. W każdym razie cieszył się z tego.

Widział  Villemo  i  Tristana  w  mroku  na  siedzeniu  dla  woźnicy.  Dalekie  gwiazdy  migotały  na
jesiennym niebie.

Villemo nie przestawała mówić, opowiadała z dumą i otwartością:

- Byliśmy w Svartskogen, wiesz. Chyba pamiętasz Svanskogen?

-  Oczywiście  -  odparł  Tristan  swoim  piskliwym  głosem.  -  To  tam  mieszkają  ci  straszni  ludzie,
kazirodcy i wszelkie możliwe szumowiny.

-  No,  nie  wszyscy  z  nich  są  tacy  -  przerwała  mu  Villemo  pospiesznie.  -  Okropnie  było  na  nich
patrzeć, oni po prostu konali z głodu. Nie chcieli prosić o pomoc i z początku kiedy przyszliśmy, byli
wściekli, ale w końcu przyjęli jedzenie. Uratowaliśmy ich.

- Byli wam pewnie wdzięczni?

- Och, nie sądzę - powiedziała Villemo cokolwiek za głośno. - Słyszałam we wsi, że mówią o nas:
„Rozpuszczeni smarkacze, którzy rzucili się na nas z udawaną troskliwością po to, by mogli się sami
lepiej  poczuć”.  Nazywają  nas  fałszywymi  samarytanami.  A  to  nieprawda.  To  oczywiste,  że
człowiekowi  jest  miło,  kiedy  zrobi  dobry  uczynek,  a1e  nam  naprawdę  chodziło  o  nich.  A  nie  o
własne dobro, jak twierdzą. Ja się zresztą nie przejmuję takim głupim gadaniem.

background image

Tristan zerkał na nią spod oka. W jej głosie było coś... jakby skrępowanie.

- A poza tym musimy tam jeszcze pojechać, żeby zobaczyć, jak sobie dają radę - mówiła dalej. - I
zawieźć im jeszcze trochę ziarna. Pojedziesz z nami?

Ogarnęła go fala lęku i jakiegoś niezwykłego podniecenia. Rumieniec oblał mu twarz.

- Do Svartskogen? Ja... nie wiem.

Już się jednak zdecydował. Pragnienie wrażeń było silniejsze niż lęk czy nawet niechęć.

-  A  dlaczego  twoja  siostra  Lena  nie  przyjechała?  -  dziwiła  się  Villemo,  swoim  zwyczajem
zmieniając nieoczekiwanie temat.

- Lena? - Tristan prychnął przeciągle. Już się tak bardzo nie bał rozmowy. Na ogół miewał

wrażenie, że słowa są jak żaby spadające na ziemię. Ale urok i otwartość Villemo budziły w 17

nim poczucie bezpieczeństwa. - Lena świata bożego wokół siebie teraz nie widzi. Jest zakochana i
pewnie wkrótce wyjdzie za mąż.

- O, co ty mówisz? Ale to, oczywiście, nic dziwnego Lena skończyła już chyba dwadzieścia jeden lat.
- Za kogo?

Tristan  owijał  jakiś  znienawidzony  lok  wokół  palca.  W  ten  sposób  dodawał  sobie  zazwyczaj
odwagi.

- Wiesz, kiedy ojciec i matka byli młodzi, mama zajmowała pewną pozycję w domu Corfitza Ulfeldta
i córki Christiana IV, Leonory Christiny...

- Tak, słyszałam o tym. A co się potem z nimi stało?

- Z mamą i ojcem?

- Nie, z tamtymi.

- A! Corfitz Ulfeldt skończył marnie. Ale też zasłużył na to, oszust i zdrajca, a poza tym zadufany w
sobie i nieprzyjemny dla ludzi. Tak wszyscy mówią.

Tristan  przez  cały  czas  dotykał  palcami  twarzy  lub  włosów.  Villemo  była  zdziwiona,  że  się  na
dodatek nie jąka. Można było się tego spodziewać po kimś tak nerwowym. Ale szczerze lubiła swego
najmłodszego kuzyna. Był chyba tylko trochę za bardzo rozpieszczany przez rodzinę, jedyny i ostatni
męski potomek paladinów. Chyba niewiele wiedział o życiu poza duńskim dworem.

Chłopiec opowiadał dalej:

- Ulfeldt był źle widziany zarówno w Danii, jak i w Szwecji, wobec tego uciekł do Niemiec.

background image

Lecz także i tam był prześladowany, nie zaznał nigdzie spokoju i umarł w samotności, opuszczony, na
małym statku na rzece. Zdaje się na Renie, ale nie wiem.

-  Marszałek  dworu  i  nagle...  takie  rzeczy,  samotna  śmierć!  Jego  upadek  był  rzeczywiści  wielki  -
rzekła Villemo zamyślona. - Ale sam sobie był winien. A co z królewską córką? -

ożywiła się.

- Z Leonorą Christiną los obszedł się niewiele lepiej, i to już niesprawiedliwe, bo to była osoba z
klasą.  Tak  mówią  mama  i  ojciec.  Dumna  i  zarozumiała  w  stosunku  do  większości  ludzi,  ale
obdarzona  niebywałą  siłą  duchową,  a  ponadto  bezwzględnie  wierna  i  lojalna  wobec  tej  kreatury,
swego  męża.  Ona  jeszcze  żyje,  lecz  małżonka  Fryderyka  III,  Sofia  Amalia,  nienawidzi  jej  tak
strasznie, że kazała ją zamknąć w Błękitnej Wieży, gdzie biedaczka siedzi już dziesiąty rok,

Wilgotna jesienna mgła osiadała im na twarzach, kiedy mijali podmokłą łąkę w dolinie.

Villemo lubiła mgłę. Mgła stwarza taki niezwykły, czarodziejski nastrój, a księżyc i gwiazdy 18

stają  się  blade  i  niesamowite  spoza  gęstej  zasłony.  Gdyby  prababka  Liv  wiedziała  o  tych  jej
zachwytach, byłaby poważnie zmartwiona. Bo to za bardzo przypominało reakcje Sol i jej pociąg do
niesamowitych zjawisk.

- No tak - wtrąciła Villemo. - Wybacz, że ci przerywam, ale miałeś opowiedzieć o wielkiej miłości
Leny.

- Tak. No więc nasza mama, Jessica, w młodości pracowała w domu Ulfeldta - podjął swą opowieść
wciąż skrępowany Tristan. - Była opiekunką jednej z jego córek, małej Eleonory Sofii. Teraz jest to
już  dorosła  osoba,  ale  nigdy  naszej  mamy  nie  zapomniała.  Na  zawsze  pozostały  przyjaciółkami.
Eleonora  Sofia  jest  zaręczona  ze  szlachcicem  nazwiskiem  Lave  Beck.  Tego  lata  zaprosiła  Lenę  do
majątku owego Becka w Skanii, a tam moja siostra spotkała jego przyjaciela, młodego dworzanina
króla Karola XI. Nazywa się Orjan Stege.

Lena nie mówi o niczym innym.

Tristan opowiadał tak szybko i z takim ożywieniem, że Villemo ledwo za nim nadążała, ale zdawało
jej się, że istotę całej historii pojmuje.

- Twoi rodzice, wuj Tancred i ciocia Jessica, godzą się na ten związek?

- O tak! I babcia Cecylia także. Jedyne co ich martwi, to fakt, że Lena będzie musiała wyjechać do
Szwecji, jeżeli wyjdzie za tego Orjana Stege. Wiesz przecież, że Skania należy teraz do Szwecji.

-  Tak,  wiem.  Musiało  w  końcu  do  tego  dojść.  Ale  najbardziej  to  ja  się  cieszę,  że  Trondelag  i
Romsdal wróciły do Norwegii. My przecież pochodzimy z Trondelag, jak z pewnością wiesz.

Czułam  się  trochę  jakby  pozbawiona  korzeni,  kiedy  Trondelag  znajdowało  się  po  niewłaściwej
stronie granicy.

background image

- Pozbawiona korzeni? - zachichotał. - Słuchaj, czy to prawda ta cała historia o dolinie Ludzi Lodu?
Że nasi przodkowie żyli na pustkowiu, o głodzie i chłodzie, w krainie mroku? I że prababcia Liv tam
się urodziła?

- Oczywiście, że prawda! Mój ojciec, Kaleb, tam był. Wrażenie było tak wstrząsające, że nigdy tego
nie zapomni, tak mówi. Na tych górskich pustkowiach musieli pochować Kolgrima, wuja Irmelin. I
przynieśli rannego Tarjei do domu, nieśli go przez całą Norwegię.

- Tarjei... On był dziadkiem Dominika - rzekł Tristan, nagle zamyślony. - Miałabyś ochotę zobaczyć
tę dolinę, Villemo?

-  Nie  wiem.  Czasami.  Kiedy  jest  lato  i  dużo  światła,  słońce  grzeje  i  wszystko  jest  piękne,  wtedy
myślę,  że  mogłabym  tam  pojechać,  bo  ta  dolina  wydaje  mi  się  miejscem  niezwykłym  i
podniecającym. Ale kiedy nocą leżę w łóżku i słyszę, jak zimowy wicher zawodzi na dworze... wtedy
jakaś dłoń zaciska się wokół mego serca. Z żalu i smutku po tych wszystkich, którzy leżą tam martwi i
opuszczeni. Zastanawiam się, jak oni mogli tam żyć.

Wtedy kulę się pod kołdrę i wdzięczna jestem Tengelowi i Silje, że przenieśli się tutaj. W

19

przeciwnym  razie  nadal  byśmy  tam  pewnie  mieszkali.  Zresztą  nie,  dolina  została  przecież
spustoszona. A ty, Tristan, masz ochotę tam pojechać?

- N-nie! - odparł chłopiec z ociąganiem. - Ja chyba nie jestem stworzony do życia na pustkowiu.

- Delikatny paniczyk - roześmiała się Villemo złośliwie. - Dworzanin!

-  Nie,  no  wiesz  co...  -  zaczął  Tristan  energicznie,  ale  głos  mu  się  załamał,  więc  i  on  wybuchnął
śmiechem.

Gwiazdy zaczynały już blednąć, gdy wozy dotarły do uśpionej wsi. Wyraźnie świeciły jeszcze tylko
dwie największe. Villemo nazywała je Gwiazda Wieczorna i Gwiazda Poranna, bo innych nazw nie
znała.

Powiodła  wzrokiem  po  grzbietach  wzgórz.  Ciekawe,  co  też  robią  ludzie  mieszkający  w  leśnej
zagrodzie? Może szykują się, by pomścić śmierć krewniaka złapanego na kradzieży w Grastensholm?
Zachowywali się ostatnio tak spokojnie. Żadne nie pokazało się na dole we wsi. To groźna cisza...

Kaleb był zaniepokojony:

-  Villemo,  ty  naprawdę  chcesz  jechać  do  Svartskogen?  Przecież  wiesz,  że  to  nie  jest  przyjemne
miejsce.

- Nie ma tam nic niebezpiecznego, a poza tym będzie nas czworo. Niklas i Tristan, Irmelin i ja.

- Mogliby to przecież zrobić parobcy.

background image

- Nie. Oni są właśnie źli na parobków za te strzały. My ich znamy, będzie więc lepiej, jeśli to my
pojedziemy.

- W takim razie jadę z wami.

- To naprawdę nie jest potrzebne, ojcze. Zresztą wszystko jest już załadowane na wóz.

- Ale czy ta sukienka nie jest za dobra, skoro masz siedzieć na workach ze zbożem?

- Nie miałam akurat innej czystej. Będę uważać - odparła Villemo pospiesznie. - Niedługo wrócimy.

Wybiegła, zanim zdążył wytoczyć poważniejsze argumenty.

Siedziała  na  wozie  razem  z  pozostałą  trójką  i  trzęsła  się  na  kiepskiej  leśnej  drodze.  Dwa  woły
ciągnęły ładunek, a fura skrzypiała żałośnie.

20

Niecierpliwie wypatrywała znaków, które mogłyby wskazywać, czy zbliżają się do celu.

Wprost nie mogła usiedzieć spokojnie. Ale u ludzie się ucieszą! Teraz będą zabezpieczeni na zimę.
Do węzełka, który wiozła ze sobą, nawkładała różnych dobrych rzeczy...

I  oto  ukazało  się  Svartskogen  z  niskimi,  ciemnymi  zabudowaniami,  ciemniejszymi  niż  inne  budynki
we wsi, bo las stanowił osłonę od wiatru i smoła, którą je smarowano, trzymała się tu dłużej. Dym
unosił się nad dachami, mieszkańcy zajęci byli pracą.

Wpatrywała się w zagrodę trochę skrępowana.

Mieszkańcy Svartskogen przyjęli ich w milczeniu, ze ściągniętymi twarzami. Villemo znała ich teraz
wszystkich, wypytała służbę w Grastensholm o imiona i stopień pokrewieństwa.

Rozpoznawała ojca Eldara i Gudrun, zaciętego przygaszonego mężczyznę, który zapewne nie zaznał
wiele  radości  w  życiu.  W  końcu  człowiekowi  zaczyna  sprawiać  przyjemność  zatruwanie  sobie
samemu  życia  na  złość  wszystkim  innym.  Przy  kuchni  stała  jego  żona  o  zdeformowanej  licznymi
porodami figurze. Kręciły się przy niej na wpół dorosłe dzieci, najwyraźniej czekające na jedzenie.
Na ławie przy stole siedzieli dwaj mężczyźni. Byli to bracia ojca Eldara, obaj starzy kawalerowie,
Villemo  wiedziała,  że  w  domu  obok  mieszkają  ci,  których  społeczność  odrzuciła,  potomkowie
zrodzonych  z  grzechu...  Dwie  rodziny  z  liczną  gromadą  dorosłych  synów.  Villemo  widywała  ich
czasami  i  na  pierwszy  rzut  oka  nie  postrzegała  w  nich  niczego  dziwnego.  Ale  co  kryło  się  w  ich
duszach, tego, oczywiście, wiedzieć nie mogła. Mówiono, że są trochę dziwni.

Ale  pewnie  i  ona  byłaby  dziwna,  gdyby  w  jej  rodzinie  zdarzyło  się  coś  tak  nienormalnego  i
odpychającego, przekonywała sama siebie. Jeśli już nie z innego powodu, to choćby ze zmartwienia.

Przepełniona  uczuciem  jakiejś  niezrozumiałej  pustki  wyszła  na  dwór,  by  pomóc  rozładować  wóz.
Czego  właściwie  szukała  tu  w  tym  lesie?  Naprawdę  nie  była  w  stanie  zrozumieć  swojego

background image

postępowania.

Na  wyniosłym  zboczu  ponad  domami  stało  rodzeństwo,  Eldar  i  Gudrun,  każde  ze  swoją  wiązką
chrustu.

- To znowu te przeklęte smarkacze z rodu Ludzi Lodu - stwierdziła Gudrun mrużąc gniewnie oczy. -
Znowu mają ochotę poczuć się ważni i szlachetni?

Eldar nie odpowiadał. Jego twarz była jak kamień.

- Taka jestem na nich wściekła - mówiła dalej Gudrun. - Mam ochotę dać im nauczkę raz na zawsze.
Zapłacić im za wszystko.

- To znaczy, za co? - zapytał Eldar cierpko.

- Dobrze wiesz. Za wszystkie upokorzenia, za tę troskliwość, która stoi mi kością w gardle.

Będą musieli zapłacić za wszystko, co nam zabrali.

21

- Jakoś nie mogę sobie przypomnieć, żeby przedtem tu przychodzili z wyjątkiem tej ostatniej wizyty,
niedawno. Ale też dzięki nim uniknęłaś śmierci.

- Eldar! Co z tobą?

- Nic. Chyba po prostu po tej długiej nieobecności patrzę na świat trochę inaczej.

- Mnie też tutaj nie było przez wiele lat. Ale ja nie zmieniłam poglądów!

- Nie, ty nie - przyznał Eldar z wyraźną niechęcią.

Gudrun  była  w  Christianii.  Życie,  jakie  tam  wiodła,  trudno  by  nazwać  pięknym.  Teraz  wróciła  do
domu. Była chora i wyniszczona, więc klienci już jej nie chcieli. Gdy zdjęła ubranie, nikt nie mógł
mieć złudzeń co do stanu jej zdrowia.

Wciąż  jednak  była  kobietą  przyciągającą  wzrok,  z  oczami,  w  których  czaiło  się  coś  dzikiego,  i  z
lekko kręconymi włosami, które sięgały jej do kolan. Gdy znowu zaczęła się lepiej odżywiać, figura
nabrała powabnych krągłości. Ale świerzb i jeszcze znacznie gorsze dolegliwości szpeciły to młode
ciało, co wprawiało ją we wściekłość. Dopóki była zdrowa, prowadziła w Christianii wesołe życie.
Svartskogen  uważała  za  ostatnią  dziurę,  ale  teraz  było  to  jedyne  miejsce,  w  którym  mogła  się
schronić.

W oczach Gudrun pojawiły się błyski, które zaniepokoiły Eldara.

- Może bym mogła...

background image

- Co ty knujesz? - uciął.

- Może bym mogła ich trochę naznaczyć?

- Co przez to rozumiesz?

- Tego szczeniaka, tam - roześmiała się zimno. - Jak myślisz, co powie jego wytworna rodzina, kiedy
on wróci do domu ze wstydliwą chorobą?

- Gudrun! Czyś ty oszalała? Nie możesz tego zrobić!

- Ty nie wiesz, co ja mogę - odparła zaczepnie.

- Niklas z Lipowej Alei? On nigdy ci nie ulegnie. Nigdy!

- O, wiem o tym. Toteż wcale nie jego miałam na myśli.

- Tak? A kogo?

22

Eldar  spojrzał  w  dół  na  młodych  ludzi  uwijających  się  pomiędzy  wozem  i  spichrzem.  Nikt  z
domowników im nie pomagał.

- Myślisz o tym młodym chłopcu, tam? Kto to jest?

- A ja wiem, kto. Nasze siostry go poznały. To jeden z Duńczyków. Paladin.

- Ależ, na Boga! Nie możesz tego zrobić! Ja... Ja ci zabraniam!

Popatrzyła na niego chłodno.

- To okropne, jak ty się zachowujesz! Masz może jakieś specjalne powody, że tak ci zależy?

-  Nie  bądź  idiotką!  Czy  ty  nie  rozumiesz,  co  chcesz  na  nas  ściągnąć?  Nie  dość  już  mamy
prześladowców?

- Masz na myśli Wollerów? A co oni mają z tym wspólnego? Chodź, zejdziemy na dół.

- Nie, nie pójdę, dopóki oni tam są.

- To idę sama.

- Gudrun, zostaw tego chłopca w spokoju! Tylko nieszczęście z tego wyniknie.

- Dla nich, tak. O to mi właśnie chodzi.

- Dla nas także. Nie wolno ci tego robić! Zabiję cię, jeżeli mnie nie posłuchasz!

background image

Podeszła do niego z groźną miną.

- Eldar, skąd nagle u ciebie taka słabość?

- To nie słabość, nie cierpię ich tak samo jak ty. To rozsądek, Gudrun!

Żądza zemsty w jej wzroku i upór ustąpiły miejsca rezygnacji.

- Dobrze, niech będzie, dam mu spokój. Ale teraz idę. A ty?

- Nie. Nie mogę na nich patrzeć. Poczekam, aż sobie pójdą.

Gudrun zbiegła lekko ścieżką w dół i weszła na podwórko.

- Oj, oj! - zawołała szyderczo. - A co to? Wędrowni kramarze do nas zawitali?

Oczy  Villemo,  które  na  moment  rozbłysły  nadzieją,  natychmiast  zgasły.  Wyjaśniła,  jak  mogła
najuprzejmiej, z czym tu przybyli.

23

- Jakie to wspaniałomyślne - powiedziała Gudrun, strzelając oczami w stronę Tristana. - Czy to twój
krewniak?

- Tak, to mój wujeczny brat, Tristan Paladin.

- Naprawdę? Co ty mówisz? Kiedy widziałam go po raz ostatni, miał chyba nie więcej niż sześć lub
siedem lat. Dzień dobry! - zawołała, wyciągając do niego rękę. - Jestem Gudrun.

Witaj w Svartskagen!

Twarz Tristana przybrała barwę czerwonego buraka. Powstrzymał się od uwagi, że córka komornika
nie powinna wyciągać ręki na powitanie Paladina, tylko ukłonić się dwornie.

Skrępowany  uścisnął  podaną  rękę,  oczywiście  zbyt  mocno,  ale  ukłonił  się  po  rycersku,  tak  jak  się
nauczył przy dworze.

Uśmiech Gudrun obiecywał wiele.

Villemo  zastanawiała  się,  skąd  w  tamtej  nagle  tyle  dobrej  woli,  ale  nie  miała  czasu  na  rozmowy.
Napełniła swój worek i zaniosła da spichrza.

Gudrun wciąż stała i rozmawiała z okropnie onieśmielonym Tristanem. Chłopak czerwienił

się i bladł, wił się jak piskorz pad jej spojrzeniem. Uważał, że nigdy w życiu nie spotkał

kogoś równie pięknego.

background image

W końcu ze spichrza wyszedł Niklas i dziewczyna zniknęła w drzwiach domu.

- Gotowe - powiedział Niklas. - Wsiadać na wóz!

Z domu wyszedł gospodarz.

- Zapłacimy za to - oświadczył zaczepnie. - Nie chcemy jałmużny.

Niklas przyjrzał mu się uważnie i skinął głową.

- Oczywiście. Przecież nikt nie mówi o jałmużnie. Jesteśmy zobowiązani pożyczać w razie potrzeby
żywność naszym komornikom. Umówmy się, że przyjdziecie za dwa tygodnie, we wtorek, i będziecie
przez kilka dni pomagać przy naprawie stajni w Lipowej Alei, dobrze?

Jedna ściana ledwo się trzyma, a zimowe wichury mogą być potężne. Stajnia wymaga gruntownego
remontu.

- Przyjdziemy - obiecał chłop ponuro.

Powoli  i  niechętnie  wsiadła  Villemo  na  wóz.  Teraz  nie  miała  już  żadnej  wymówki,  żeby  znowu
przyjść do Svartskogen.

24

Siedziała  milcząco,  gdy  jechali  przez  las.  Tristan  też  się  nie  odzywał,  ale  ona  tego  nie  zauważyła.
Dwoje pozostałych dyskutowało o czymś żywo. Nagle drgnęła i poczuła, że twarz jej płonie. Drogę
zagrodziła im jakaś postać. Niklas zatrzymał woły.

- Gdzie byliście? - zapytał Eldar groźnie, choć przecież wiedział bardzo dobrze.

Niklas odpowiedział spokojnie:

- Sprzedaliśmy twojemu ojcu ziarna i mąkę.

- Sprzedaliście?

- Tak, macie to odpracować w Lipowej Alei przy remoncie stajni. Przyjdziesz?

Eldar sprawiał wrażenie, że zaraz gwałtownie zaprotestuje, ale nagle uspokoił się.

- Zobaczę.

I przepuścił ich.

Villemo posłał tylko jedno pośpieszne spojrzenie.

Gdy ruszyli znowu, odwróciła się i wtedy zobaczyła, że on wciąż stoi na skraju drogi. Ich spojrzenia
spotkały się i Villemo nie spuściła wzroku. Gdy popatrzyła w te jego wąskie, pełne nienawiści oczy,

background image

odpływające od niej w miarę jak fura posuwała się do przodu, poczuła, że ziemia usuwa się spod kół
wozu.

Zakręt spowodował, że ten kontakt został przerwany szybciej, niż by sobie życzyła.

Przez resztę drogi siedziała cicha, przepełniona jakąś trudną do opisania słodyczą. Dopóki nie dotarli
do opłotków Grastensholm. Wtedy buzująca w niej radość sprawiła, że wyrzuciła ramiona w górę, ku
niebu, i krzyknęła pełnym głosem.

- Aż tak się cieszysz powrotem do domu? - zapytał Niklas sucho. - Zresztą masz rację, ci ludzie, tam,
są naprawdę nieprzyjemni.

Villemo nie zadała sobie trudu, by odpowiedzieć. Uważała, że teraz nic nie może jej urazić.

25

ROZDZIAŁ III

To  wszystko  działo  się  we  czwartek,  a  już  najbliższa  sobota  przyniosła  nowe,  podniecające
wydarzenia.

Villemo  szła  do  Grastensholm,  z  wizytą  do  Irmelin,  i  na  dziedzińcu  dworskim  zobaczyła  jakiegoś
obcego konia.

Już w hallu wybiegła do niej Irmelin, wołając:

- Villemo, zgadnij, kto do nas przyjechał!

- Nie, chyba nie zgadnę. Widziałam konia, ale...

Zamilkła,  bo  w  drzwiach  salonu  stanął  wysoki  młody  mężczyzna.  Wpatrywał  się  w  Villemo
połyskującymi złotym blaskiem oczyma z przyjaznym, wesołym uśmiechem.

- Dominik - szepnęła spłoszona. - Ty tutaj?

- Tak. Nie wiedziałaś, że przyjadę?

Ocknęła się.

- Oczywiście, ale...

Jak mogła o tym zapomnieć? No, właśnie, jak? Co się z nią dzieje?

Boże,  jakiż  on  się  zrobił  przystojny!  Głos  miał  ciepły  i  miękki  jak  aksamit,  rysy  męskie,  lecz  nie
pozbawione łagodności, piękne oczy miały w sobie jakiś cień smutku i jakby delikatnej ironii.

Villemo z irytacją stwierdziła, że jej dawne skrępowanie wobec Dominika wraca.

background image

Zbyt głośno i nieco sztucznie zawołała:

- O, witaj, Dominiku! Jak ty wyrosłeś!

-  Tak,  ciociu,  mam  jus  dwadzieścia  jeden  lat  i  stlaciłem  wsystkie  mlecne  zęby  -  seplenił  jak  mały
grzeczny chłopczyk.

Villemo zaśmiała się nerwowo.

- Kiedy wyjeżdżasz? To znaczy, chciałam powiedzieć, jak długo zamierzasz zostać?

W jego obecności nigdy nie była w stanie wyrażać się właściwie. Nie mówiąc już o błyskotliwości.

26

- Jeśli nie będziesz miała ochoty pozbyć się mnie wcześniej, to chciałbym tu pobyć przez tydzień -
uśmiechnął  się.  -  Tak  naprawdę  to  jestem  kurierem  do  namiestnika  Gyldenlove  w  Akershus,  ale
oczywiście chciałem przy okazji złożyć wizytę w domu.

Wzruszyło ją to jego „w domu”. Dominik, podobnie jak jego ojciec, Mikael, zawsze uważał, że tu są
jego korzenie.

Teraz mówił dalej:

-  Słyszeliśmy,  że  głód  panuje  w  tej  części  kraju,  i  niepokoiliśmy  się  o  was.  Mam  przekazać
pozdrowienia od mamy i ojca.

Oczywiście!  Na  dodatek  do  wszystkiego  zapomniała  też  spytać,  co  u  nich  słychać!  Czy  nie  będzie
końca tym gafom?

- Dziękuję. Jak oni się mają?

- Dziękuję, dobrze. I podróż też miałem dobrą.

- Jesteś za szybki jak na mnie - próbowała żartować i zakręciła się w kółko, zwiesiwszy ręce, niczym
sześcioletnia dziewczynka, która chce się zaprezentować rodzinie.

W głowie miała tylko jedną myśl: Bogu dzięki, że on zostanie tu tylko tydzień! Teraz nie zniosłaby
dłużej jego przenikliwego spojrzenia!

- Jak ta nasza mała Villemo wyrosła - powiedział po chwili Dominik. - Nieźle. Naprawdę nieźle!

- Ja wyrosłam? - krzyknęła zaczepnie. - A czy ty nie powinieneś mieszkać w Lipowej Alei?

-  Tam  właśnie  mieszkam.  Przyjechałem  tu  się  przywitać.  A  później  zamierzałem  pojechać  do
Elistrand.

background image

Z uczuciem irytacji stwierdziła, że najpierw odwiedził Irmelin. Choć to przecież naturalne, było mu
po drodze.

- Słyszałem, że Tristan przyjechał do was w odwiedziny? Cieszę się, że i jego będę mógł

zobaczyć. Najmniejszy chłopiec w rodzinie.

- Najmniejszy? Przerasta każde z nas o głowę!

- Tristan? Niemożliwe! Jeśli pozwolisz, to będę ci towarzyszył do domu w powrotnej drodze.

Myślę, że koń udźwignie nas oboje.

- Mówisz tak, jakbym ważyła dwieście funtów - przerwała mu obrażona. - A zresztą nie wiem, czy to
wypada, bym siedziała na twoim koniu...

27

- Usiądziesz, oczywiście, z tyłu, na końskim zadzie - chichotał zaczepnie.

Villemo oblała się rumieńcem. To myśl o tym, by siedzieć z przodu, czuć jego obejmujące ręce, tak ją
początkowo przeraziła.

-  Zobaczymy,  jak  to  będzie  -  ucięła  i  odwróciła  się.  -  Irmelin,  przyszłam  do  ciebie  umówić  się  na
jutro do kościoła. Wybieram się na mszę.

Irmelin przyglądała jej się zdumiona. Villemo nie należała do ludzi zbyt gorliwie uczęszczających do
kościoła.

- Ja, oczywiście, także idę. Spotkamy się przed kościołem?

- Znakomicie - ucieszyła się Villemo, a potem już starannie unikała rozmowy na ten temat.

W  godzinę  później  odjechali  oboje  z  Dominikiem  do  Elistrand.  Villemo  z  wdzięcznością  zajęła
miejsce z tyłu za kuzynem. Unikała w ten sposób tego badawczego spojrzenia. Nie mogła pozbyć się
uczucia, że on wie o niej wszystko, i akurat teraz nie była to myśl zanadto przyjemna.

Rozmawiali swobodnie o jakichś nieważnych sprawach. Villemo starała się nie trzymać kuzyna zbyt
mocno.  Wciąż  chwytała  rękami  a  to  uprząż,  a  to  konia  lub  pelerynę  Dominika  i  delikatnie,  bardzo
delikatnie obejmowała go w pasie. W końcu zniecierpliwił się.

- Trzymaj się porządnie i nie wierć się jak zdenerwowany pająk! Można by pomyśleć, że się boisz,
bym cię nie uwiódł!

Villemo zapłonęła gniewem.

- Naprawdę myślisz, że wzdycham ze wzruszenia, bo siedzę tak blisko ciebie? - syknęła ze złością.

background image

Dominik zatrząsł się ze śmiechu.

- Kochana Villemo. Naprawdę nie wyobrażam sobie, że usychasz z tęsknoty za mną!

Mówił to tak, jakby wiedział, kto naprawdę zajmuje jej myśli.

Nie byłoby to zbyt wesołe, gdyby wiedział, pomyślała.

Kaleb z radością powitał Dominika i bardzo żałował, że Gabrielli nie ma w domu.

- A Tristan? - zapytał Dominik. - Gdzie on się podziewa?

- Akurat teraz nie ma go w domu. Pojechał do Svanskogen po sweter. Musiał go tam zostawić.

28

- Zostawił sweter? - zapytała Villemo gniewnie. - Ale to przecież ja bym mogła...

Zamilkła, widząc ich zdziwione spojrzenia:

- Dlaczego miałabyś się trudzić z powodu jego niedbalstwa? - zapytał ojciec.

- Nie, myślałam... on jest przecież mały.

- Jest i większy, i silniejszy od ciebie.

- Ale taki młody.

- Szczerze mówiąc, Villemo, ty też nie jesteś jeszcze taka dorosła.

Przez cały czas Dominik przyglądał jej się tymi swoimi jasnymi, przenikliwymi oczami, a kąciki ust
drgały mu od powstrzymywanego śmiechu.

- Wynoś się! - krzyknęła nagle i wbiegła po schodach na górę.

- Villemo! - zawołał za nią ojciec, ale ona się nie zatrzymała.

Pobiegł za córką i dogonił ją przed drzwiami sypialni. Złapał ją za ucho.

- Teraz zejdziesz na dół i przeprosisz Dominika. Co to znowu za głupie zachowanie?

- Dobrze, zejdę - syknęła ze złością. - Ale nie trzymaj mnie za to ucho. Upokarzasz mnie.

- Twoje zachowanie, Villemo, przekracza ostatnio wszelkie granice - powiedział jeszcze Kaleb, gdy
schodzili  na  dół.  -  Czy  nie  mogłabyś  bardziej  nad  sobą  panować,  zwłaszcza  teraz,  kiedy  mamy  nie
ma?

- Wybacz mi, kochany ojcze - szepnęła z poczuciem winy. - Sama nie wiem, co się ze mną dzieje.

background image

Na  dole  z  pokorą  poprosiła  Dominika  a  wybaczenie,  a  on  przyjął  to  z  takim  wyrozumiałym
uśmiechem, że o mało znowu nie wybuchnęła.

- Muszę wyjść, ba mam spotkać się z kilkoma gospodarzami - powiedział Kaleb. - Ale to nie potrwa
długo. Villemo, czy tymczasem mogłabyś pokazać Dominikowi, jak urządziłaś swój pokój?

- Oczywiście, bardzo chętnie - zgodziła się bez entuzjazmu.

Kaleb wyjaśnił Dominikowi:

- Villemo uznała niedawno, że jej pokój jest beznadziejnie staromodny, i przez całe lato pracowała
tam ze stolarzami a innymi rzemieślnikami. Pozwalałem jej na to, bo przecież 29

rzemieślnicy  też  muszą  mieć  pracę.  Idź  i  sam  zobacz.  Ja  uważam,  że  wypadło  to  naprawdę  bardzo
ładnie.

Dominik zwrócił się do Villemo:

- Pójdę z radością, jeśli będzie mi wolno przekroczyć próg dziewiczej komnaty.

- Dominiku, bądź tak dobry i zaniechaj tych insynuacji! To naprawdę jest dziewiczy pokój!

- Nie mam co do tego żadnych wątpliwości!

- Sam słyszysz, ojcze - zawołała rozżalona. - On to mówi takim tonem, jakby żaden konkurent nawet
pomyśleć nie mógł, by do mnie przyjść.

Kaleb roześmiał się.

- Och, po kim mi się wzięła taka pyskata córka? W każdym razie nie po Gabrielli ani nie po mnie.

- Po babci Cecylii - zawołała Villemo pospiesznie. - I ludzie mówią, że po wiedźmie Sol.

-  Boże,  wybacz  mi  -  zawołał  nagle  Kaleb.  -  Pokój  zobaczycie  później.  Villemo,  Dominik  jest
przecież głodny, poproś go do stołu!

-  O,  nie!  -  zaprotestował  Dominik.  -  Odkąd  przyjechałem,  nic  innego  nie  robię,  tylko  jem.  Jak  tak
dalej pójdzie, koń nie zechce mnie nieść na grzbiecie.

Villemo  z  dumą  pokazywała  kuzynowi  swój  odnowiony  pokój.  Elistrand  zostało  urządzone  według
najlepszego gustu Alexandra Paladina, który też nie szczędził pieniędzy. Dom utrzymany był w stylu
barokowym,  ze  wspaniale  rzeźbionymi  poręczami  schodów,  pełen  ciężkich  mebli  i  pulchnych
cherubinów szybujących pod sufitami, taki wystrój bowiem najbardziej Alexandrowi odpowiadał.

Villemo  wyrzuciła  ze  swego  pokoju  ciężkie,  przytłaczające  łoże  z  baldachimem,  a  na  jego  miejsce
wstawiła  łóżko  wbudowane  w  ścianę.  Dominik  nie  uważał,  że  jest  szczególnie  nowoczesne,
przeciwnie, to był stary chłopski styl - bogaty chłopski styl, należy dodać -

background image

musiał  jednak  przyznać,  że  pokój  urządzony  jest  ze  smakiem.  Bazarne,  tkane  w  domu  dywany
znakomicie pasowały do jasnego drewna ścian, krzesła zaś były stare, wyprosiła je w Grastensholm.

Łoże zostało zbudowane solidnie i ozdobione pięknymi rzeźbami. Wskutek tych wszystkich dekoracji
wejście było może trochę zbyt wąskie, ale za to całość sprawiała bardzo przytulne wrażenie. Tylko
pokojówki skarżyły się, że trudno je ścielić.

Villemo pokazała wysokie oparcie łoża.

30

- Tutaj chciałabym mieć inskrypcję - rzekła z przejęciem. - Jakiś ornament i napis. Myślę, że to by
mogło być coś w rodzaju: „Tu sypia najszczęśliwszy człowiek na świecie”.

-  O  Boże!  -  westchnął  Dominik,  z  trudem  zachowując  powagę.  -  Naprawdę  uważasz,  że  to  nie
przesada? Pomyśl o tych, którzy będą tu spali po tobie! To mogą być okropnie nieszczęśliwi ludzie.
A wtedy te słowa brzmieć będą jak szyderstwo.

Villemo z zakłopotaniem gryzła wskazujący palec. Nagle rozpromieniła się.

- Nie, już wiem. Napiszę tak: „Tu sypia najszczęśliwszy człowiek na świecie, Villemo córka Kaleba
Elistrand, z rodu Paladinów, Meidenów i Ludzi Lodu”.

On jednak nie uważał, że ten dodatek cokolwiek zmienia.

- Ty sama możesz być w życiu nieszczęśliwa - upomniał ją.

- Ja nigdy nie będę nieszczęśliwa - odparła z przekonaniem.

- Masz na to wszelkie zadatki.

- Co masz na myśli? - zapytała zgnębiona.

- Twój charakter. Teraz jesteś szczęśliwa. Ale tak bardzo angażujesz się we wszystko, co robisz. A
to sprawi, że twoje smutki będą równie wielkie jak twoje radości.

Villemo spoważniała.

-  Prababcia  Liv  też  tak  mówiła.  Ale  ty,  skąd  ty  jesteś  taki  strasznie  mądry...?  Kraczesz  jak  złe
ptaszysko - dodała oskarżycielsko. - No to co powinnam tu napisać?

- Och, nie wiem. Może jakąś sentencję? Tak się zwykle robi.

- Sentencję? A na co mi to?

- No, jest kilka niezłych. Na przykład taka: „Miłość ponad wszystko”.

background image

- O! - zawołała entuzjastycznie. - To piękne! Tak właśnie napiszę! - Zaraz jednak przygasła. -

Ale czy to nie brzmi jakoś bezwstydnie? Taki napis? Na łóżku?

-  Sądzę,  że  autor  powiedzenia  nie  ten  rodzaj  miłości  miał  na  myśli  -  rzekł  Dominik  z  błyskiem  w
swoich złocistych oczach, a Villemo aż się gorąco zrobiło z zawstydzenia.

- No to może zejdźmy już na dół - powiedziała przesadnie swobodnym tonem. - Ojciec pewnie zaraz
wróci.

31

Boże,  spraw,  żeby  już  przyszedł,  prosiła  w  myśli.  Może  wtedy  znowu  zacznę  się  zachowywać
normalnie.

Młody  Tristan  wpatrywał  się  jak  zauroczony  w  stojącą  przed  nim  tak  niezwykle  pociągającą
dziewczynę.  Gudrun  podała  mu  sweter  ze  słodkim  uśmiechem  i  cofnęła  szybko  swoje  pokryte
świerzbem dłonie, by nie zdążył ich zobaczyć.

- Znalazłam go w spichrzu - powiedziała. - Ale nie byłam pewna, do kogo należy.

Tak naprawdę to ona sama schowała sweter, bo chciała, żeby Tristan po niego wrócił.

-  Odprowadzę  pana  kawałek,  wasza  wysokość  -  rzekła  grzecznie  i  poszła  wolno  tuż  przy  końskim
boku.  Tristan  musiał  prowadzić  wierzchowca,  ale  wzroku  nie  mógł  oderwać  od  Gudrun.  Ona
trzymała ręce głęboko w kieszeniach spódnicy, a idąc kołysała się lekko. W

białej  bluzce  i  czarnej  spódnicy,  z  kolorową  przepaską  w  bujnych  włosach,  sprawiała  wrażenie
osoby niezwykle delikatnej.

W głębi duszy jednak płonęła najgłębszą nienawiścią.

- Och - westchnęła. - Dziś wieczorem muszę pójść do szałasu na górskim pastwisku po różne rzeczy,
które przed zimą trzeba przynieść do domu. A tak się baję ciemności.

- Czy tamto pastwisko należy do Svartskogen? - zapytał zdumiony Tristan. - To najwyżej położone?

- Szczyt jest jeszcze wyżej - odparła z dźwięcznym śmiechem. - Do pastwiska nie jest tak daleko.

- Ale dlaczego nie pójdzie pani za dnia?

- Wtedy muszę pracować, wasza wysokość. Och, jak się boję nadejścia wieczoru!

Tristan zastanawiał się długo i gruntownie. Myśli płynęły powoli.

- Ja... eee... może ja mógłbym tam z panią pójść? - Czy nie posunął się za daleko? Teraz ta wdzięczna
leśna istota na pewno odwróci się plecami, za nic mając jego propozycje.

background image

-  Nie,  och,  wasza  wysokość  nie  może  tego  robić!  To  nie  uchodzi,  ja  jestem  przecież  ty1ko  zwykłą
córką komornika!

Jak na to liczyła, Tristan zaprotestował energicznie.

- Ależ zapewniam panią, to będzie dla mnie radość pomóc pani. Proszę nie mówić do mnie wasza
wysokość,  to  mnie  krępuje.  Nie  musi  się  pani  mnie  bać,  panno  Gudrun,  ja  mam  uczciwe  zamiary.
Chcę panią tylko odprowadzić, żeby nic złego panią nie spotkało na tym pustkowiu.

32

Gudrun musiała się pochylić, by nie pokazać, że dławi ją śmiech. Bać się? Ona? Takiego szczeniaka?
Tego  śmiesznego  paniczyka?  Ona  po  prostu  chciała  naznaczyć  go  na  całe  życie!  A  to  musiało  się
dokonać po ciemku. Światło dnia jej już nie sprzyjało.

-  Dobrze,  skoro  nalegacie,  panie.  Tysięczne  dzięki!  -  rzekła  z  udaną  nieśmiałością  i  ukłoniła  się
głęboko. - Ale teraz powinnam już wracać.

Umówili  się  jeszcze,  gdzie  się  spotkają  wieczorem.  Tristan  chciał  pocałować  ją  w  rękę  na
pożegnanie, ale ona odwróciła się pospiesznie i umknęła niczym leśne zwierzątko.

Pełen radosnych oczekiwań Tristan pogalopował do Elistrand.

Villemo nie mogła sobie znaleźć miejsca. Dominik wrócił do Lipowej Alei, popołudnie wlokło się
niemiłosiernie.

- Och, Villemo, przestań tak się kręcić w kółko jak kura z jajkiem - powiedział Kaleb. - Nie możesz
ani przez chwilę posiedzieć spokojnie?

- Nie, ja... chyba wyjdę trochę z Prinsem. Powinien pobiegać po łąkach.

- Tylko żeby nie gonił owiec!

- Prins? Chciałabym zobaczyć tę owcę, którą Prins dogoni.

Stary pies do polowania na łosie podążał posłusznie u jej boku, gdy szła przez łąki do lasu.

Błądziła bez celu przez kilka godzin od jednego punktu obserwacyjnego do drugiego, dopóki zmrok
nie zmusił jej do powrotu.

-  Ależ,  Villemo  -  roześmiał  się  Kaleb  na  widok  córki.  -  Ten  nieszczęsny  pies  jest  zupełnie
wykończony!

Prins opadł na podłogę jak worek.

- Tak, trwało to dłużej, niż zamierzałam - przyznała.

background image

- Wyglądasz na smutną.

- Nie, po prostu jestem zmęczona. Chyba się położę. A gdzie Tristan?

- Znowu wyszedł. Bąknął coś, że musi pomóc koledze. I że wróci późno.

- Tak? A co to on za kolegę tutaj ma? Niklasa?

- To chyba nie o Niklasa chodziło, ale przecież bywał tu już dawniej. Ma jakichś znajomych.

- Pewnie tak. Dobranoc, ojcze!

33

- Dobranoc, mój skarbie!

Na  górze  w  pokoju  Villemo  popatrzyła  na  front  swojego  łoża.  Koniec  końców  Dominik  ma  chyba
rację. Ten „najszczęśliwszy człowiek świata” to by chyba nie było zbyt mądre.

Szczęście nie jest przecież stanem wiecznym, pomyślała. Zresztą też i nie okresowym.

Szczęście  to  po  prostu  skurcz  serca,  którego  doznaje  się  czasami,  kiedy  człowieka  przepełnia  taka
radość,  że  wprost  trudno  ją  znieść.  Znika  równie  szybko  jak  się  pojawia.  I  nie  ma  go,  dopóki  nie
nadejdzie znowu, by sprawić, że człowiek uzna życie za najwspanialszy dar.

Myśli jej krążyły wciąż wokół tej samej sprawy. Wślizgnęła się do wyrzeźbionego według własnego
projektu łóżka i wdychała zapach świeżego drewna.

Siedemnaście lat... I głowa pełna marzeń, o których nikt, nikt nie powinien wiedzieć.

Tristan próbował odnaleźć w ciemności spojrzenie Gudrun.

Jak do tego doszło?

Wewnątrz małego szałasu panował chłód, lecz owcze skóry na pryczy były gorące. Skóra dziewczyny
jeszcze gorętsza.

On nie chciał posuwać się za daleko, ale ona odgadywała jego tęsknotę. Była taka miła.

Zapewniała, że on wcale nie wykorzystuje swojej przewagi nad nią, ubogą dziewczyną. Nie, nie musi
się niczego bać, przekonywała. Ona nikomu nie powie, kto odebrał jej wianek. Nie odsunęła się od
niego, skarżyła się tylko cicho i prosiła, żeby miał wzgląd na jej młodość i niedoświadczenie. Ona
wie  tak  niewiele,  mówiła.  Wie  tylko  tyle,  że  panowie  mają  prawo  zbierać  owoce,  które  im  się
należą.

- Ale ja nie chcę pani skrzywdzić - jąkał Tristan.

background image

- Tak, wiem o tym - szlochała. - Pan jest szlachetnym człowiekiem, a ja, biedna dziewczyna, nic nie
mogę na to poradzić, że moje serce drży ze szczęścia, kiedy na pana patrzę.

-  Moje  także  -  zapewniał  łamiącym  się  głosem,  a  wielka,  dotychczas  nawet  nie  przeczuwana
gorączka  trawiła  jego  ciało  i  sprawiała,  że  drętwiały  mu  ręce.  Czymże  była  płytka,  krótkotrwała
ekstaza jego samotnych nocy wobec tych doznań? - To znaczy kiedy panią widzę. Kiedy mogę czuć
pani piękne włosy pod palcami.

-  To  nic  -  szeptała  nieśmiało.  -  Wiemy  przecież,  że  wszyscy  panowie  pozwalają  sobie  na  takie
chwile ze swoimi służącymi w pasterskich szałasach.

-  Wszyscy?  -  zawołał  zdumiony,  pomyślał  bowiem  o  swoim  ojcu,  o  Kalebie,  Brandzie  i  Mattiasie.
Jakoś nie mógł w to uwierzyć.

34

Gudrun  spostrzegła,  że  jej  zapewnienia  mogą  narobić  więcej  szkody  niż  pożytku.  W  ciągu  tych  lat
spędzonych w Christianii wiele dowiedziała się o mężczyznach i ich reakcjach.

- No nie, oczywiście, że nie wszyscy, ale większość. Naprawdę większość. To ich przywilej, a my,
służące, musimy się temu podporządkować. To dla nas zaszczyt, że jesteśmy wybrane. - Uświadomiła
sobie  nagle,  że  zaczyna  przeczyć  swoim  własnym  słowom,  że  taka  niedoświadczona,  dodała  więc
pospiesznie: - Ale za mną nikt się jeszcze nie oglądał. Czy jestem taka odpychająca, panie?

- Ależ... ależ oczywiście, że nie, panno Gudrun. Oczywiście, że nie!

Choć przez cały czas podkreślała, że jest cnotliwa, to starała się jak najbardziej do niego przybliżyć.
Tristan  był  tak  oszołomiony,  że  niczego  nie  dostrzegał,  nie  docierało  do  niego  nic  oprócz  jej
rozkosznej bliskości, jej włosów na jego policzku, jej ciała tuż obok i jej gorących, wilgotnych warg.

Nagle  w  jakimś  przebłysku  świadomości  stwierdził,  że  leży  pomiędzy  owczymi  skórami,  Gudrun
zrywa z niegoubranie, a jej ciało od pasa w dół jest nagie.

O Boże, co ja robię tej biednej dziewczynie? - przeleciało mu przez głowę, ale zaraz potem przestał
w ogóle myśleć, czuł się jak dzikie zwierzę zerwane z uwięzi i zdawało mu się, że traci świadomość,
takie wszystko stało się cudowne.

Z  nieprzyjemnym  grymasem  Gudrun  odsunęła  od  siebie  oszołomionego  chłopca,  ostrożnie,  ale
zdecydowanie.  Na  wargach  miała  pełen  nienawiści  i  triumfu  uśmieszek.  Zemsta  za  wszelkie
upokorzenia...

Teraz jednak najlepiej będzie zniknąć na jakiś czas z okolic Grastensholm. Zanim skandal stanie się
faktem.

I Eldar... Gudrun żywiła pomieszany ze strachem respekt wobec brata. Miała wszelkie podstawy, by
potraktować poważnie to, co powiedział. Że ją zabije. Był do tego zdolny.

background image

To zresztą dziwna reakcja z jego strony. Jako dziecko był zawsze jej powolnym narzędziem.

I łatwo się zapalał, nikt nie żywił większej nienawiści do Meidenów i Ludzi Lodu niż on.

Byłem  w  świecie,  powiedział.  Nauczyłem  się  inaczej  patrzeć.  Nonsens!  A  czy  ona  nie  była  w
świecie? Naprawdę dostała nauczkę od życia. I czyja to była wina? Ludzi Lodu. Meidenów, którzy
przepędzili ich z ojcowizny. I zrobili z nich swoich niewolników, te przeklęte, pewne siebie zadutki!
Ona  pochodzi  z  prawie  tak  samo  szacownego  rodu  jak  oni.  No,  może  nie  jest  szlachcianką,  ale
szlachta to przecież śmiecie, zwłaszcza duńska szlachta.

Gudrun leżała i gniew w niej narastał. Nagle zerwała się na równe nogi, a Tristan o mało nie zleciał
na podłogę.

35

- O Boże, co myśmy zrobili? - zaczęła rozpaczać. - O, ja nieszczęsna dziewczyna, teraz będę musiała
się utopić! Nie, nie możemy się więcej spotykać, nigdy więcej, nigdy bym nie mogła spojrzeć waszej
wysokości  w  oczy.  Pan  sobie  teraz  pomyśli,  że  tak  łatwo  uległam  pańskiej  sztuce  uwodzicielskiej.
Jestem zgubiona na zawsze.

Tristan  był  załamany.  Do  tego  stopnia,  że  mógł  narobić  kłopotów,  musiała  więc  zmienić  ton,
uspokajać  go  i  pocieszać,  a  potem  rozstali  się  w  poczuciu  sekretnej,  wstydliwej  wspólnoty,
obiecując sobie nawzajem, że zapomną, nigdy nikomu o tym nie pisną i nigdy więcej się nie spotkają.

Cała  ta  przygoda  była  dla  Tristana  gorzką  pigułką  da  przełknięcia.  A  miała  się  okazać  jeszcze
bardziej gorzka...

Villemo spotkała kuzynkę przed kościołem. Irmelin o pięknym, łagodnym uśmiechu, zawsze spokojna,
budziła poczucie bezpieczeństwa. Córka Mattiasa i Hildy, wnuczka Irji.

Odziedziczyła  charakter  po  tych  trojgu  serdecznych,  dobrych  ludziach,  a  także  po  swojej  drugiej
babce,  pełnej  cierpliwości  matce  Hildy.  I  nie  miała  w  sobie  ani  śladu  słabości  dziadków,  którymi
byli  Tarald  i  Joel  Nanmann.  Wyrosła  na  dziewczynę  łagodną,  lecz  psychicznie  bardzo  silną.  Ale
chociaż  była  niemal  o  głowę  wyższa  od  Villemo,  budziła  w  mężczyznach  instynkty  opiekuńcze.
Sprawiał to pewnie ten jej wzruszający, ciepły uśmiech.

Nikomu natomiast nie przyszłaby do głowy ochraniać Villemo!

Owa niezbyt rosła, lecz samodzielna dama rozglądała się ukradkiem wśród ludzi przed kościołem.

A może w kościele?

- Wejdziemy do środka?

- Powinnyśmy chyba poczekać na rodzinę z Lipowej Alei.

- Tak, naturalnie - mruknęła Villemo.

background image

W  końcu  przyszli.  Teraz  w  Lipowej  Alei  zostali  prawie  sami  mężczyźni.  Jedyną  kobietą  w  tym
towarzystwie była Eli. Przyszła z Brandem, Andreasem i dwoma chłopcami, Niklasem i Dominikiem.
„Dominiklas”, nazywała ich Villemo w dzieciństwie.

Nagle Villemo ogarnęła gwałtowna, paląca tęsknota za latami dzieciństwa. Jak wesoło im się wtedy
żyło!

Teraz wszystko uległo zmianie.

Razem weszli do kruchty.

36

Tristan  był  dzisiaj  jakiś  dziwny.  To  bladł,  to  czerwieniał,  oczy  błyszczały  mu  promiennym
szczęściem, by po chwili pogrążyć się w czarnym przygnębieniu. Przeżywa trudny wiek, pomyślała
Villemo niczym rozsądna, doświadczona osoba.

Nieustannie  spoglądała  na  siedzących  w  ławkach  ludzi.  Pospiesznie,  żeby  nikt  nic  odkrył  jej
zainteresowania. W końcu z głębokim westchnieniem rezygnacji usiadła na swoim miejscu niedaleko
ołtarza.

Pastor mówił i mówił.

Ani jedno z jego mądrych słów nie dotarło jednak do Villemo.

Po co, na Boga, tutaj przyszła?

Po  wyjściu  z  kościoła  najstarsi  członkowie  rodziny  zastanawiali  się,  kto  dzisiaj  zaprasza  na
niedzielne  śniadanie.  Właśnie  ustalili,  że  powinno  się  to  odbyć  w  Grastensholm,  gdy  Villemo
uświadomiła sobie, że Irmelin coś do niej mówi. To imię...

- Co mówisz? Mogłabyś powtórzyć, bo akurat słuchałam twojej mamy.

Irmelin uśmiechnęła się.

- Nic. Mówiłam tylko, że nasze służące opowiadały o wczorajszych tańcach w Eikeby.

- Tak, tak, ale o kim to wspominałaś?

Zdumiona tym zainteresowaniem Irmelin zmarszczyła brwi.

- O nikim. Mówiłam tylko, że Eldar Svartskogen też tam był.

- Ach, tylko to - odparła Villemo, siląc się na obojętność. - To chyba nic niezwykłego.

- Nie. Zresztą zaraz sobie poszedł. Tak mówiły dziewczyny.

background image

- On się chyba podoba dziewczynom - rzuciła Villemo z drżącym sercem.

- Mówiły, że długo nie zabawił, i chyba były trochę zawiedzione, bo oczywiście uważają, że on jest
strasznie  przystojny.  A  ja  myślę,  że  jest  nieprzyjemny.  Trochę  dziki,  wydaje  mi  się  jakiś
niebezpieczny.

- E, tam - bąknęła Villemo i poczuła się jak zdrajczyni.

Eikeby? Słyszała, oczywiście, że szykują tam zabawę. Zazwyczaj rodziny właścicieli majątków nie
biorą  udziału  w  takich  uroczystościach,  ale  ludzie  z  Eikeby  to  przecież  ich  rodzina.  Irja,  matka
Mattiasa, pochodziła z Eikeby.

37

Dlaczego nie poszła na te tańce?

Ogarnął ją żal i rozczarowanie, a po chwili głuchy gniew. Miała ochotę rzucić się na ziemię przed
kościołem i tłuc pięściami ze złości, ale opanowała te uczucia.

Wyszedł wcześnie...

Przyszedł, żeby kogoś spotkać? Kogoś, kogo nie było?

Głupstwa. Znalazł sobie pewnie dziewczynę i z nią wyszedł.

Nie, to samoudręka! Villemo wsiadła do powozu, który miał zawieźć rodzinę do Grastensholm.

Ostatnie,  co  dostrzegła,  zanim  powóz  ruszył,  to  były  wszystko  rozumiejące  kocie  oczy  Dominika,
zmrużone, z błyskiem ironii.

O mało nie wyskoczyła i nie rzuciła się na niego.

38

ROZDZIAŁ IV

- Jak to dobrze, Villemo, że tyle przebywasz na świeżym powietrzu - powiedział Kaleb mniej więcej
w tydzień później. - Takie długie spacery są bardzo zdrowe. Ale dokąd ty chodzisz?

Villemo bąknęła coś niezrozumiałego w odpowiedzi.

- I zaczęłaś dbać o swój wygląd. Mama się ucieszy.

Dominik  odjechał  już  do  Akershus,  co  Villemo  przyjęła  ze  szczerą  wdzięcznością.  Nigdy  się  nie
dowiedziała, ile on jest w stanie wyczytać w jej myślach. Wyobrażała sobie, że wie o niej wszystko,
i to było okropne.

background image

Nie zdawała sobie sprawy, że Dominik nie potrafi tak dosłownie czytać w niczyich myślach.

Tego rodzaju zdolność bywa rzadka i jest wątpliwe, czy ktoś kiedyś naprawdę ją posiadł.

Nie, ów szczególny dar, który Dominik otrzymał w spadku po Ludziach Lodu, polegał na niezwykłej
wrażliwości i wyczuwaniu stanu innych ludzi. Bywało, że źle się czuł, w czysto fizycznym sensie, w
obecności  ludzi  z  poważnymi  zaburzeniami  nerwowymi  lub  będących  w  nie  najlepszym  nastroju.
Zdawał sobie na przykład sprawę, że ma do czynienia z osobami o skłonnościach przestępczych, bo
wyczuwał ich wyrzuty sumienia bądź lęk, że zostaną odkryci. Zdarzało się, że tacy ludzie wydzielali
jakiś  szczególny  zapach,  który  Dominikowi  ujawniał  ich  stan  psychiczny.  Ale  odgadywał  jedynie
ogólne samopoczucie i nie potrafił

szczegółowo  określić,  co  taki  człowiek  myśli. A  i  tak  wszystko  wymagało  znacznej  koncentracji  z
obu stron.

Biedna  mała  Villemo  nie  musiała  specjalnie  ukrywać  swej  prawdziwej  natury.  Nie  trzeba  było
żadnych  ekspertów  w  odczytywaniu  myśli,  by  ją  przejrzeć.  Dominikowi  było  jej  żal,  ale  tak  łatwo
jest urazić młodą dziewczynę, przeżywającą pierwsze dorosłe uczucie, że wolał

milczeć.  Nie  powiedział  więc  nic,  a  wkrótce  wyjechał.  Jedyne  na  co  sobie  pozwolił,  to  delikatne,
czułe muśnięcie w policzek przy pożegnaniu. Odniósł wrażenie, że zachowanie to ją zaskoczyło, ale
że  przyjęła  je  z  wdzięcznością.  Widocznie  uznała  je  za  wyraz  więzi  między  nimi.  My,  o  kocich
oczach...

Tristan nadal bawił w Elistrand. Jego statek nie mógł jeszcze przez jakiś czas wrócić do Danii.

Villemo uważała, że kuzyn stał się roztargniony i jakby nieobecny. W jego oczach pojawiał

się często jakiś nieokreślony lęk, nabrał też nieprzyjemnego zwyczaju drapania się między palcami, a
na  pytania  odpowiadał  całkiem  bez  sensu.  Większość  czasu  spędzał  w  swoim  pokoju.  Właściwie
stracili z nim kontakt.

We  wtorek,  w  tydzień  po  wyjeździe  Dominika,  Villemo  zeszła  rano  do  jadalni  i  oświadczyła
obojętnym tonem:

- Chyba się wybiorę dzisiaj do Lipowej Alei, ojcze. Masz może do nich jakiś interes?

39

Kaleb spojrzał znad śniadania.

- Nie, chyba nie. A zresztą zapytaj Andreasa, co z tą jego chorą owcą.

- Dobrze, zapytam. Zabawię tam chyba dość długo.

- Oczywiście! Pokaż no się, jak ty ładnie dzisiaj wyglądasz! Czy to fryzura tak cię zmienia?

background image

Tak.  I  w  tej  sukni  jest  ci  nadzwyczaj  do  twarzy.  Tylko  uważaj  na  nią!  Chciałem  ci  jednak  zwrócić
uwagę, droga Villemo, że bardzo mało zajmujesz się domem. Długie spacery są bardzo zdrowe, ale
prawie wcale nie uczysz się prowadzenia gospodarstwa. Co mama na to powie?

- Poprawię się, ojcze.

- Bardzo bym się cieszył, kochanie.

Już z daleka zobaczyła ludzi pracujących przy stajni. A więc jednak przyszli!

Pospiesznie szukała wzrokiem...

Nie.

Może w środku, w stajni. Czy powinna...?

W drzwiach stał Niklas. Niech mu to Bóg wynagrodzi!

Podeszła do kuzyna spokojnie, ale wszystko w niej buzowało.

Właśnie wtedy ze stajni wyszedł Andreas, a z nim...

Och, żebym się tylko nie zaczerwieniła! Nie mogę się zachowywać dziecinnie.

Podeszła do Andreasa, starając się nie patrzeć w stronę tamtego.

Czy  ładnie  wygląda?  Sukienka  z  białym  kołnierzykiem.  Upięte  włosy.  Ojciec  był  przyjemnie
zaskoczony. Przecież poświęciła cały ranek, żeby zrobić się piękną.

Och,  ale  serce  wali!  On  naprawdę  jest  bardzo  przystojny,  już  prawie  zapomniała,  właściwie  nie
potrafiła  wywołać  z  pamięci  jego  twarzy.  Poczuła  się  okropnie  niezręcznie,  chociaż  tylko  raz
spojrzała w jego stronę, a potem już obserwowała go jedynie kątem oka.

- Dzień dobry, wuju Andreasie. Ojciec mnie przysyła, żeby zapytać, jak się ma ta chora owca.

Zdumiony  gwałtownym  zainteresowaniem  Kaleba  dla  jego  owcy  Andreas  odparł,  że,  dziękuje,
owszem, wraca do zdrowia.

40

- O, jak to dobrze. A co wy tutaj robicie?

- Remontujemy stajnię. Chciałabyś może pomóc?

Andreas powiedział to żartem, ale Villemo złapała go za słowo.

- Bardzo chętnie.

background image

- Nie, jesteś zbyt ładnie ubrana,

Villemo przeklinała swoją próżność:

- Znajdzie się chyba jakaś lżejsza praca, jak wbijanie drewnianych gwoździ albo coś w tym rodzaju?

- A nie lepiej, żebyś pomogła w kuchni?

- W kuchni? - prychnęła Villemo pogardliwie. Prace domowe nigdy nie budziły w niej entuzjazmu, co
odziedziczyła  po  swojej  praprababce  Silje.  Nikt  nie  potrafi  lepiej  niż  Villemo  znikać  jak  kamfora,
kiedy w kuchni potrzebny był ktoś do pomocy. - Dzisiaj wolałabym zostać na dworze.

- Dobrze, tylko nie plącz się pod nogami - roześmiał się Andreas i powiedział do syna: -

Masz tu pomocnicę, znajdź jej jakieś zajęcie.

Z  wyrazem  złośliwej  satysfakcji  w  oczach  Niklas  polecił  jej  uporządkowanie  końskiej  uprzęży.
Villemo, widząc, że tak czy inaczej zostanie ulokowana w jakimś ciemnym kącie, do którego nikt nie
zagląda, zaczęła protestować:

- Może bym raczej przeprowadziła konie? - zaproponowała.

- Niewolnicy nie mają głosu - burknął Niklas. - Jazda do roboty!

Mamrocząc coś pod nosem ze złości poszła do zagrody, gdzie trzymano zapasową uprząż.

Słyszała, jak mężczyźni wchodzą i wychodzą ze stajni, słyszała ich rozmowy, ale nic nie widziała i
sama też dla nikogo nie była widoczna. Nie miała wyjścia, w pośpiechu więc sortowała stare i nowe
uzdy, strzemiona, lejce i siodła, a gdy usłyszała głos Niklasa w stajni, zawołała:

- Już, gotowe!

Podszedł do niej, roześmiany.

- Nie bądź taka zła, kochanie. Jako niewolnica byłabyś nieznośna. Pokaż to, no, rzeczywiście, bardzo
ładnie. Możesz poprzenosić ta teraz do obory.

41

O,  niech  ci  to  Bóg  wynagrodzi,  Niklasie,  pomyślała  i  nawet  nie  zauważyła,  że  właściwie
niepotrzebnie  tak  wszystko  starannie  układała.  Teraz  będę  to  nosić  po  troszeczku,  żeby  na  długo
starczyło. W końcu przecież muszę spotkać kogoś na swojej drodze.

Villemo nosiła i nosiła, i starała się nie myśleć, co się dzieje z jej piękną sukienką.

Kilkakrotnie  udało  jej  się  spotkać  Eldara  Svanskogen  i  chyba  nigdy  jeszcze  żadna  dziewczyna  nie
posłała mu piękniejszego uśmiechu! On kwitował to ponurym milczeniem.

background image

Gdy  jednak,  dość  już  zniechęcona,  brała  przedostatnią  porcję,  podszedł  do  zagrody  dla  koni.
Zwróciła się ku niemu z promiennym wzrokiem.

Jego spojrzenie błądziło niepewnie po stajni. O Boże, jaką on ma pociągającą twarz, pomyślała. Te
głębokie bruzdy na policzkach, wspaniałe zęby, te wąskie błyszczące oczy...

- Nie widziałaś tu gdzie kilofa? - zapytał bez żadnych wstępów.

O,  do  licha,  pomyślała  z  bijącym  sercem.  Ze  wszystkich  wymówek,  jakie  słyszałam,  ta  jest  szyta
najgrubszymi nićmi. Kilof tutaj? Przecież na dworze mają co najmniej dwa.

- Nnie, chyba nie - odparła niepewnie, chcąc zyskać na czasie. - Może tam, pod ławką?

Udawał, że szuka, a ona mu pomagała.

- A jak się ma twoja rodzina? - zapytała. Najlepiej kuć żelazo póki gorące.

- Dobrze.

- A ten mały chłopiec z ranami na ciele?

- Wszystko się zagoiło.

- A Gudrun?

- Gudrun wyjechała.

To dobrze, pomyślała Villemo. Gudrun jest najgorsza.

Głośno westchnęła.

- Chciałabym, Eldar, żebyście nie byli na nas tacy źli.

I pomyśleć, że odważyła się zwrócić do niego po imieniu. Wydało jej się to jakieś takie...

śmiałe. Przeniknął ją dreszcz.

On wyprostował się gwałtownie, żadne z nich już nie szukało kilofa.

Prychając niczym kot oświadczył:

42

- Jeśli chcesz wiedzieć, to wy nas po prostu nic a nic nie obchodzicie! To nie wy jesteście naszymi
najgorszymi wrogami!

- Tak? A kto?

background image

- Ludzie z Woller. Musiałaś przecież o tym słyszeć.

- Nie, nic nie wiedziałam. Czy oni nie mieszkają w sąsiedniej parafii?

Eldar pochylił się ku niej tak, że musiała spojrzeć wprost w te jego lodowate oczy. Doznała zawrotu
głowy.

- Ja sam nazywałem się kiedyś Woller - powiedział cierpko. - My wszyscy tak się nazywaliśmy, bo
to był nasz majątek. Ale go nam odebrano.

- Jeżeli jeszcze raz powiesz, że zrobił to mój pradziadek, Dag Meiden, to zacznę krzyczeć!

- Nie ma znaczenia, kto to zrobił. Ale o tym, jak postąpili z nami ludzie z Woller, to chyba wiesz?

- Nie wiem. Wygląda na to, że żyłam we własnym zamkniętym świecie.

- Tak, to typowe dla bogaczy - powiedział i odwrócił się, znużony.

Villemo wybuchnęła.

- Musisz odnosić się do mnie z taką wrogością, kiedy jestem szczera i niczego nie udaję?

Eldar zacisnął zęby i mruknął coś, czego nie dosłyszała, ale była pewna, że to nic pięknego.

-  A  więc  -  nastawała  -  próbujecie,  jak  zwykle,  winą  za  waszą  biedę  obciążać  innych,  czy  też
Wollerowie naprawdę wyrządzili wam krzywdę?

Na  moment  wbił  w  nią  te  swoje  dzikie,  tak  w  tej  mrocznej  stajni  pociągające  oczy,  a  potem
wymamrotał:

- Rzeczywiście było tak, że moi przodkowie próbowali kiedyś siłą usunąć Wollerów z gospodarstwa
i może nawet posunęli się trochę za daleko. Ale to nie daje Wollerom prawa, żeby nas unicestwić!

Nagle w głosie jego zabrzmiał ból. Patrzył na nią ze smutkiem.

- A oni naprawdę to robią?

- Bez przerwy.

- Ale dlaczego? Tak przecież nie wolno!

43

- Nie chcą nas mieć w pobliżu. Uważają, że zagrażamy ich bezpieczeństwu.

- A nie zagrażacie?

Uśmiechnął się boleśnie.

background image

- Zdarza się i tak. - Gdy jednak dostrzegł, że ona tego nie pochwala, dodał pospiesznie: -

Ale, oczywiście, tylko wtedy, gdy mamy powody, żeby się zemścić.

- Tylko że w ten sposób nigdy nie będzie końca!

- Nie, dopóki jeden z rodów doszczętnie nie wyginie. A już ja się postaram, żeby to nie był

nasz.

Villemo milczała przez chwilę.

- No, a my? Przecież my nie chcemy was zniszczyć.

- Nie.

- To dlaczego nas tak nienawidzicie?

Patrzył na nią z uwagą. I ze złością.

- Może dlatego, że jesteście zbyt mili.

- O, to dosyć dziwny powód.

- Wcale nie, to logiczne. My ze Svartskogen jesteśmy bardzo dumnymi ludźmi.

- Tak, wiem o tym. Ale mimo wszystko nie rozumiem.

- A co ty byś wolała? Dawać czy brać niczym żebrak?

Pominęła  milczeniem  te  dwa  ostatnie  słowa,  ale  zaczęła  się  zastanawiać  nad  tym,  co  powiedział
przedtem.

- Dawać, oczywiście - powiedziała na koniec.

Eldar skinął głową.

Jaki on jest dojrzały, budzi tyle szacunku, pomyślała z bezgranicznym dziecinnym podziwem.

-  Jesteś  naprawdę  bardzo  inteligentny  -  dodała  po  chwili.  - A  ja  myślałam,  że  potrafisz  być  tylko
brutalny.

44

Spostrzegła, że mięśnie twarzy mu się napinają, ale zdołał zachować spokój.

- A ja myślałem, że ty jesteś głupia gęś - odparł krótko.

background image

- I co, nadal tak myślisz?

- Nie wiem, nie zastanawiałem się.

Andreas wołał na dziedzińcu:

- Nie widział kto Eldara?

Młody człowiek pospiesznie wyszedł ze stajni. Gdyby Andreas znalazł się teraz blisko niej, Villemo
byłaby w stanie go udusić.

Powoli i ona wyszła ze swoim ciężarem.

Niklas wyszczerzył do niej zęby.

- Villemo, jak ty wyglądasz?

- Jak wyglądam?

- Całą brodę masz umazaną na czarno.

Miała  ochotę  zawyć  z  rozpaczy.  Ależ  się  wygłupiła!  Przewracała  oczami  i  robiła  uwodzicielskie
miny, a cała broda czarna!

O, wstydzie.

Pracowała jak wół przez całe przedpołudnie. Gdy koło trzeciej rozległ się gong wzywający na obiad,
poszła  wraz  ze  wszystkimi  do  dużego  stołu  w  kuchni.  Próbowała  usiąść  obok  Eldara,  ale  się
spóźniła,  bo  zbyt  dużo  czasu  poświęciła  na  mycie.  Naprzeciwko  też  już  nie  było  miejsca.
Rozdrażniona  usiadła  z  dala  od  niego,  po  tej  samej  stronie  stołu,  bez  żadnej  możliwości  kontaktu.
Widziała tylko jego ręce, kiedy łamał chleb albo nabierał zupę z wazy, i tym musiała się zadowolić.

Prowadziła natomiast zbyt głośną rozmowę z Niklasem. Żeby Eldar słyszał, jaka jest elokwentna.

Potem wstydziła się tej swojej głupiej, pustej gadaniny.

Domownicy  nie  pozwolili  jej  wrócić  po  jedzeniu  do  pracy.  Nie  chcieli  mieć  na  sumieniu
zniszczonego ubrania.

45

Nie pomogły żadne protesty, wraz z innymi kobietami została posłana do zmywania.

Próbowała przysłuchiwać się ich rozmowom, ale one ani razu nie wspomniały o Eldarze.

Sama też nie chciała wymieniać tego imienia, bo to by się mogło wydać podejrzane.

Gdy skończyły, poszła do starego wuja Branda: Miał teraz sześćdziesiąt cztery lata i srebrne pasma

background image

w czarnych włosach. Czy może raczej odwrotnie: czarne pasma w srebrzystych włosach. Przez cały
dzień nadzorował pracę, a teraz odpoczywał po obiedzie. Wkrótce zamierzał znowu wyjść.

- Wuju Brandzie, ca to za ludzie ci Wollerowie?

Popatrzył na nią zdziwiony znad buta, który właśnie wkładał.

- Wollerowie? Mówisz o tych właścicielach Woller w parafii Eng?

- Tak.

- Zbyt dobrze ich nie znam - odparł z wolna.

- Spotkałem ich zaledwie parę razy przy jakichś większych okazjach. To Duńczycy z pochodzenia.

- Czy oni są mili?

- O, co to, to nie! - wykrzyknął spontanicznie. - Nie, to znaczy ja ich naprawdę mało znam, więc nie
powinienem się wypowiadać.

- Proszę powiedzieć, co wuj o nich wie. To dla mnie ważne.

- Dlaczego? Zaprzyjaźniłaś się z kimś z tej rodziny?

- Nie, przeciwnie!

-  No,  skoro  tak,  to  będę  szczery.  Sam  właściciel  majątku  jest  wyjątkowo  niesympatycznym
człowiekiem. Podobno bija swoją służbę, nie znosi sprzeciwu ani mieszania się w jego sprawy. W
posiadanie  majątku  też  nie  weszli  uczciwym  sposobem.  Ludzie  mówią,  że  jego  synowie  szybko
działają, kiedy trzeba z kimś wyrównać rachunki.

- A poprzedni właściciele?

- Właściciele Woller? Ja nie wiem, kto... Ależ tak, to chyba byli ludzie ze Svartskogen. Nie, uf, to
poplątana i niezbyt wesoła historia, Villemo. Nie sądzę, że powinniśmy się do tego mieszać.

- Jeden z tych ze Svartskogen powiada, że Wollerowie chcą ich wykończyć.

46

- Wcale by mnie to nie zdziwiło. Między nimi od dawna toczy się walka. Podobno krwawa zemsta.
Ale to tylko pogłoski, Villemo. Nie powinniśmy brać tego zbyt poważnie.

- To jest poważna sprawa, wuju.

Brand zmarszczył brwi.

-  Porozmawiam  o  tym  z  Mattiasem.  Chyba  jednak  niewiele  możemy  zrobić.  Zresztą  ludzie  ze

background image

Svartskogen nas też nie kochają, sama wiesz.

- To może wójt?

-  Ten  wójt,  którego  teraz  mamy,  rozgląda  się  tylko  za  wódką  i  kobietami,  a  jest  tak  przekupny,  że
Wollerowie  łatwo  go  pozyskają  dla  swojej  sprawy. Ale  jeszcze  dzisiaj  porozmawiam  z  ludźmi  ze
Svartskogen. A teraz, Villemo, powinnaś chyba iść do domu.

Ojciec będzie się niepokoił.

Przyznała  wujowi  rację.  Rozmawiała  już  przecież  z  Eldarem.  Nie  można  prosić  jednego  dnia  dwa
razy o to samo.

- Długo będziecie remontować tę stajnię?

- Przy tym tempie pojutrze będziemy gotowi. Ci ze Svartskogen umieją pracować, jeśli tylko chcą.

Villemo  życzyłaby  sobie,  żeby  praca  nie  posuwała  się  tak  szybko.  Gdyby  miała  kilka  dni,  może
udałoby jej się stopić ten lodowy pancerz Eldara.

Gdy przechodziła przez podwórze, odwróciła się do pracujących i pomachała im ręką, dziękując za
wspólną pracę. Eldar robił właśnie coś na dachu. Po chwili wahania wyciągnął

rękę w nader powściągliwym pozdrowieniu.

Obok niego siedział na dachu syn Jespera, rówieśnik Niklasa. Ten długo patrzył w ślad za Villemo.

- Ale dziewczyna - westchnął w końcu pełen najwyższego uznania, jakby próbował

smakowitego deseru. - Taką chciałbym mieć na sianku!

Eldar odwrócił się z prychnięciem.

- To już bym wolał iść do łóżka z jeżem.

Syn Jespera uznał to za niebywale śmieszne:

- Z jeżem? Do łóżka? O, niech mnie... Nie mogę!

47

Eldar ani razu nie spojrzał za Villemo.

Następnego  dnia  Villemo  stawiła  się  do  pracy,  lecz  Eldar  nie  przyszedł.  Już  bez  tego  entuzjazmu,
który ożywiał ją wczoraj, pomagała głównie Niklasowi, ale udało jej się porozmawiać w cztery oczy
z bratem Eldara.

- Niezbyt dużo was dzisiaj przyszło - powiedziała zaczepnie.

background image

- Naprawdę? - odparł tamten ze złością. - Tylko Eldara nie ma.

- Ano właśnie! A gdzie on się ukrywa?

- Ma co innego do roboty.

Villemo  miałaby  ochotę  zapytać,  czy  przyjdzie  jutro,  ale  to  już  by  chyba  było  zbyt  wyraźne
zainteresowanie. Nawet ona to rozumiała.

Dość szybko tego dnia opuściła swoje dobrowolne zajęcia i powlokła się do Grastensholm.

Udało  jej  się  tam  zastać  Mattiasa  samego  w  jego  pokoju.  Zbliżał  się  teraz  do  pięćdziesiątki,  ale
trudno  było  w  to  uwierzyć.  Dawny  wyraz  dziecięcej  niewinności  nigdy  nie  zniknął  z  jego  twarzy,
choć przeżył wiele zmartwień i widział wiele nędzy wśród ludzi, których leczył.

Villemo  krążyła  w  rozmowie  jak  kot  wokół  szperki,  podejmowała  rozmaite  manewry  tak,  by  to
najważniejsze pytanie zabrzmiało naturalnie i raczej obojętnie.

- A właśnie, wuju Mattiasie, czy nie mogłabym zobaczyć tajemnego skarbu Ludzi Lodu?

Nigdy go jeszcze nie widziałam.

Mattias  drgnął.  Sprawa  wydawała  się  poważna.  Villemo  wkraczała  w  niebezpieczną  strefę,  może
najbardziej niebezpieczną z możliwych. Gdyby się dowiedziała, że to Niklas ma dziedziczyć skarb,
doznany zawód mógłby rozpalić w niej pragnienie posiadania go.

Widywano już skutki czegoś takiego.

By zyskać na czasie, powiedział:

- No, niewiele już tego zostało. A co byś chciała obejrzeć?

- Czy to prawda, że są tam prawdziwe czarodziejskie zioła i mikstury?

Oj, trzeba się mieć na baczności!

-  Wiesz,  różne  bywają  czarodziejskie  środki  -  roześmiał  się.  -  Ale  to  prawda,  że  w  zbiorze  jest
mnóstwo dziwnych rzeczy.

- Takich, którymi posługiwały się Sol i Hanna?

48

- Owszem, pewnie się posługiwały. Ale o skutkach wiemy niewiele.

- Ja słyszałam, że one obie, te czarownice, znały sprawy nie z tego świata.

- Nie trzeba wierzyć we wszystko, co się słyszy.

background image

- Tak, ale to babcia Cecylia tak mówiła!

Mattias znowu się roześmiał.

-  Moja  ciocia  Cecylia  zawsze  odznaczała  się  bardzo  żywą  wyobraźnią,  a  jej  sposób  traktowania
prawdy nie bardzo bym polecał. Zawsze trochę przesadza, lubi imponować.

Dokładnie tak jak ty.

Villemo  bała  się,  że  niczego  już  nie  wskóra.  Wuj  Mattias  na  wszystko  miał  odpowiedź  i  zawsze
potrafił skierować rozmowę na inny temat.

- Dlaczego nie mogę obejrzeć skarbu?

- Bo po prostu okropnie trudno to wszystko powyjmować.

- Wuj nigdy już z niego nie korzysta?

Mattias się wahał. Przyglądał się z uwagą tej miłej, ładnie ubranej panience i ani przez moment nie
wierzył  anielskiemu  wyrazowi  jej  buzi.  Na  to  miała  zbyt  wyraźne  złociste  błyski  w  oczach
odziedziczone po Ludziach Lodu.

- Czasami po coś sięgam, przeważnie jednak stosuję bardziej nowoczesne środki. Zwykle operuję w
przypadkach, w których oni wypowiadali zaklęcia.

Villemo  długo  milczała,  w  końcu  jednak  przystąpiła  do  rzeczy.  Nie  zamierzała  o  to  pytać,  skoro
jednak wuj Mattias jest taki uparty i niechętny, to...

- Czy to prawda, co mówi babcia, że Sol używała czasami jakiegoś miłosnego ziela? Żeby mężczyźni
jej pożądali?

Łagodne  oczy  Mattiasa  rozbłysły  w  uśmiechu.  Pojawiły  się  już  wokół  nich  zmarszczki,  lecz  nadal
były tak samo promienne i pełne życia jak dawniej.

-  Sol  nie  musiała  się  uciekać  do  takich  sztuczek.  Była  tak  oszałamiająco  piękna,  że  mogła  mieć
każdego mężczyznę. Przecież widziałaś jej portret. Chociaż miała inną karnację niż ty, rysy też macie
różne, to uważam, że istnieje między wami znaczne podobieństwo. Być może w wyrazie twarzy. W
tej niecierpliwej chęci przeżywania!

No i znowu ją zagadał. Zaczynała się czuć jak natręt.

49

- Ale nigdy nie dawała tych ziół innym? Żeby pomóc?

- Jakich ziół?

background image

Czy on musi jej tak utrudniać?

- No tych... miłosnych...

- A, tych! Tego nie wiem.

Villemo kipiała z irytacji.

- A czy w zbiorze są takie środki?

Nareszcie  Mattiasowi  coś  zaświtało.  Jej  nie  obchodzi  cały  zbiór,  ona  po  prostu  chce  rozkochać  w
sobie  jakiegoś  chłopaka!  No,  to  poważna  sprawa,  nie  ma  co!  Ulga  była  tak  wielka,  że  wstał
roześmiany.

- Chodź! Popatrzymy!

Villemo podskoczyła i poszła za nim do tej części domu w Grastensholm, w której Mattias urządził
swoją izbę przyjęć.

Któż  to  taki,  ten  młodzian,  który  zdołał  podbić  serce  Villemo,  zastanawiał  się  Mattias  rozbawiony.
No, było w lecie kilka przyjęć w okolicznych dworach i tu, w Grastensholm.

Znalazła  sobie  pewnie  jakiegoś  niepokornego  zucha.  Mattias  miałby  ochotę  dać  jej  jakiś  niegroźny
środek miłosny tylko po to, by zobaczyć, jak się sprawy potoczą.

Ale  czegoś  takiego  nie  powinien  był,  rzecz  jasna,  robić.  Otwierał  niezliczone  zamki,  a  Villemo
przyglądała mu się w napięciu. W końcu wydobył ze schowka sporą skrzynkę i postawił na stole.

-  Uporządkowałem  to  wszystko  i  opisałem  -  wyjaśnił.  -  Niektóre  z  tych  rzeczy  włączyłem  do
medykamentów, których używam, bo to dobre i skuteczne środki. Tutaj trzymam prastare receptury i
mnóstwo  jakichś  dziwacznych  przedmiotów.  Nie  wydaje  mi  się,  że  powinniśmy  wierzyć  w  ich
przydatność.

Villemo  przyglądała  się  kolekcji.  Zachwycały  ją  te  wszystkie  podniecające,  okropne,  a  czasami  po
prostu  śmieszne  rzeczy.  Wiele  jednak  budziło  w  niej  szacunek.  Nie  miała  wątpliwości,  że  jest  to
prawdziwy skarb.

Mattias oznajmił z powagą:

-  Oficjalnie  ten  zbiór  nie  istnieje,  zniszczyliśmy  go.  Gdyby  wyszło  na  jaw,  że  nadal  jest  w  naszym
posiadaniu,  moglibyśmy  mieć  poważne  nieprzyjemności,  zdajesz  sobie  z  tego  sprawę.  Ufam  ci  i
wierzę, że nigdy nikomu nie wspomnisz o tym, co tu widziałaś.

50

- Oczywiście - zapewniła Villemo, wzruszona i dumna z okazanego jej zaufania. - No, a gdzie jest...?

background image

Mattias uniósł jakieś małe puzderko.

- To, co trzymam w prawej ręce, to prawdziwy afrodyzjak, ale to nie dla ciebie.

- Dlaczego? - zapytała Villemo, przekonana, że to właśnie powinna mieć.

- Bo to rozpala w mężczyznach zwierzęce żądze. Nie byłabyś w stanie obronić się przed mężczyzną,
który tego zażyje.

Villemo skrzywiła się niechętnie. Była jeszcze w tym wieku, że nie interesowała jej miłość fizyczna.
To nie takiej więzi z mężczyzną poszukiwała.

- Nie, e tam - bąknęła po dziecinnemu. - A tamto?

Mattias wyciągnął przed siebie lewą rękę.

- W działanie tego ja nie wierzę. To jest środek, który ma jakoby wzbudzić w mężczyźnie tęsknotę,
tak  że  jego  serce  przepełnia  czysta  i  piękna  miłość  do  pierwszej  kobiety,  na  jaką  po  zażyciu  tego
spojrzy. To właśnie taki napój miłosny król Marek z pieśni o Tristanie i Izoldzie pragnął dać swojej
przyszłej narzeczonej. Wysłał po nią swego siostrzeńca Tristana, lecz złe duchy sprawiły, że oboje
młodzi  wypili  ów  napój  po  drodze,  a  pierwszym  mężczyzną,  jakiego  Izolda  zobaczyła  po
przebudzeniu, był Tristan. Wynikła z tego straszna tragedia.

Villemo  słuchała  jednym  uchem.  Ponieważ  miała  w  rodzinie  chłopca  imieniem  Tristan,  bardzo
dobrze  znała  tę  rycerską  opowieść.  Jak  zahipnotyzowana  wpatrywała  się  w  preparat  na  dłoni
Mattiasa.

To chcę mieć, myślała. Właśnie po to tu przyszłam!

- Wuj w to nie wierzy? A nie mogłabym dostać odrobiny i wypróbować na kimś? Na byle kim.

Mattias uśmiechnął się.

- A co będzie, jeżeli zadziała? W żadnym razie nie powinnaś wybierać byle kogo. Ani syna Jespera,
ani nikogo z tych, co teraz pracują w Lipowej Alei. To by było straszne. - Śmiał się, jakby wybranie
kogoś z tamtych było zupełnie niemożliwe.

- Nie, oczywiście, że nie - odparła z uśmiechem, który wydał jej się wstrętny i nienaturalny. -

Nie, mogłabym spróbować z Niklasem.

Mattias spoważniał.

51

- Moim zdaniem tego ci nie wolno. To by naprawdę było przeciw...

background image

Villemo nie pojęła, co Mattias chciał powiedzieć, zbyt była zajęta swoimi myślami.

- Więc wuj jednak wierzy, że to działa? - przerwała mu z triumfem w głosie.

- Nie. Ale uważam, że nie wolno eksperymentować na ludzkich uczuciach.

Zaczął wkładać z powrotem do skrzynki to, co przedtem powyjmował.

- Mogłabym to wypróbować sama na sobie - zaproponowała.

Mattias spojrzał na nią ze stanowczym wyrazem twarzy.

- Villemo, uważam, że powinniśmy zapomnieć o tym szalonym pomyśle. Słyszałem, co powiedziała
moja  prababka  Silje,  kiedy  czarownica  Hanna  zaproponowała  jej  miłosny  napój  dla  zdobycia
Tengela. „Jeśli nie mogę go zdobyć bez pośrednictwa czarów, to znaczy, że jestem za słaba na to, by
go mieć”. Zastanów się nad tym! Co właściwie może być warta miłość zdobyta... podstępem?

Położyła uszy po sobie i przyznała mu rację. Musiała wrócić do Elistrand bez miłosnego napoju.

Mattias jednak długo jeszcze stał przy oknie i zamyślony patrzył w ślad za odchodzącą dziewczyną.
Czy postąpił właściwie, pokazując jej skarb? A jeżeli rozniecił w jej sercu groźny ogień?

Villemo  mogła  być  przyczyną  niepokoju.  Nikt  z  rodziny  nie  był  tak  zmienny  w  uczuciach,  tak
niezrozumiały, tak wewnętrznie skomplikowany jak ona. Nigdy nie można było przewidzieć, jak się
zachowa. Kaleb i Gabriella często sami się na to skarżyli. Kochali to swoje jedyne dziecko i byli z
niej  niezmiernie  dumni,  nie  mogli  jednak  zaprzeczyć,  że  czasami  przypominała  małego  trolla.
„Dokładnie jak Sol - wzdychała nieraz zmartwiona Liv. - Ale miła i niegroźna Sol - pocieszała się. -
Dopóki nic nie odmieni jej charakteru. Bo wtedy może się stać bardzo niebezpieczna”.

Czy on teraz przypadkiem nie zapoczątkował przemiany? Nie mógł w to uwierzyć. Gdy odchodziła,
nie  dostrzegł  w  niej  niczego  niepokojącego.  Była,  oczywiście,  zła  i  zawiedziona,  w  przeciwnym
razie nie byłaby sobą. Ale w jej oczach nie widział żadnych niebezpiecznych błysków.

Nie, szczerze wierzył, że w Villemo nie było złości. Lecz przecież tak zupełnie pewnym nie można
być, zwłaszcza jeśli chodzi o nią.

Stałem  się  bardzo  popularny  u  młodych,  stwierdził  Mattias  tego  samego  wieczora,  gdy  pojawił  się
jeszcze jeden gość.

52

Tym razem Tristan.

Miał  przed  sobą  rozdygotanego,  czerwieniącego  się  i  blednącego  na  przemian  nieszczęśliwego
piętnastolatka, który chciał rozmawiać z wujem Mattiasem na osobności.

Chodzi o poradę w sprawach zdrowia.

background image

Tristan siedział w fotelu, mocno pochylony do przodu, łokcie oparł ciężko o poręcze i z całych sił
zaciskał  dłonie.  Od  czasu  do  czasu  rzucał  rozpaczliwe  spojrzenia  ojcu  Irmelin,  przeważnie  jednak
unikał jego wzroku.

Wuj  Mattias  miał  takie  dobre  oczy,  to  dodawało  chłopcu  nieco  odwagi.  Przez  wiele  ostatnich  dni
często oblewał się zimnym potem ze strachu. Samotny, nie rozumiejący, co się dzieje, przerażony, z
potwornymi wyrzutami sumienia. Tak strasznie żałował tego, co się stało!

W końcu uznał, że musi pójść do wuja Mattiasa. Lada moment nie będzie już w stanie ukryć swojego
nieszczęścia.

- No więc? - zapytał życzliwy, łagodny głos. - Domyślam się, że nie czujesz się całkiem dobrze.

Tristan przełknął ślinę tak, że jabłko Adama podskoczyło w górę i gwałtownie zsunęło się w dół, ale
żadnego dźwięku nie udało mu się z gardła wydobyć.

Nagle Mattias zobaczył w oczach chłopca łzy.

- O, mój drogi, co się stało?

Głos jego brzmiał tak czule, dłoń, która gładziła włosy Tristana, była taka delikatna, że łzy trysnęły
niepohamowanie.  Młody  margrabia  szlochał  gwałtownie,  nie  będąc  w  stanie  wykrztusić  ni  słowa.
Wyciągnął natomiast przed siebie obie ręce dłońmi w dół.

Mattias przyglądał się. Ujął jedną rękę i studiował ją dokładnie, potem drugą.

- Zaraziłeś się świerzbem, mój chłopcze. Ale nie martw się, wyleczymy to, zanim wyjedziesz.

Płacz ustał.

- Czy to pewne? Czy mama i ojciec nie muszą się o niczym dowiedzieć?

- Obiecuję ci.

Świerzb był chorobą nędzy i niedostatku. Arystokracja na takie dolegliwości nie cierpiała.

Świerzb w dobrej rodzinie był nie do pomyślenia, po prostu skandal!

Łzy popłynęły znowu.

53

- Tak strasznie się wstydzę!

- Nie ma się czego wstydzić. Ale gdzie ty się tego nabawiłeś?

Tristan stoczył z sobą dramatyczną walkę, ale kłamstwo zwyciężyło. A przynajmniej półprawda.

background image

- To musiało się stać w Svartskogen. Kiedy nosiliśmy zboże do spichrza.

Mattias pokiwał głową.

- Tak, to możliwe.

- Chciałbym umrzeć!

Mattias ukucnął przed chłopcem.

- Posłuchaj mnie. Bardzo dobrze wiem, jak się teraz czujesz, bo przeżywałem kiedyś to samo.

Oczy chłopca zrobiły się okrągłe.

- Wuj? Naprawdę?

- Oczywiście, a nawet spotkały mnie jeszcze gorsze rzeczy. Wiesz przecież, że ja i twój wuj Kaleb
pracowaliśmy kiedyś w kopalni.

- Tak.

-  Tam  mieliśmy  i  wszy,  i  pchły,  i  wszelkie  inne  paskudztwo. A  znasz  Oline?  Tę,  która  pracuje  w
Grastensholm?

- Tak.

-  Znaleźliśmy  ją  w  Christianii,  w  najgorszej  spelunce.  O,  ona  to  miała  świerzb!  I  jeszcze  znacznie
gorsze choroby! Ale wyleczyliśmy ją, i to szybko!

Nieśmiały uśmiech rozjaśnił udręczoną twarz Tristana.

-  Zaraz  przeprowadzimy  porządną  kurację  -  obiecał  Mattias.  -  Ale  musimy  się  porozumieć  z
Kalebem, bo będziesz, niestety, śmierdział dziegciem, a poza tym musisz mieć pościel, którą można
zabrudzić. Kaleb to zrozumie.

- Ale Villemo?

Mattias zastanawiał się.

54

- Jej też trzeba powiedzieć, ale jestem pewien, że ona nie rozgada.

- Nie - rzekł Tristan z przekonaniem. - Nie, Villemo nie plotkuje.

Cieszący się wielką sławą doktor z parafii Grastensholm zaczął się znowu przyglądać chłopcu.

- Powiedz mi, mój przyjacielu, czy ty masz to tylko na rękach?

background image

- Tak - odparł Tristan zdecydowanie zbyt pospiesznie.

- A na łokciach nie? Ani na kolanach?

- Nie, naprawdę nie.

Ulga w jego głosie była wyraźna.

- Ani w innych miejscach?

- Też nie.

Mattias nie był przekonany, ale nie chciał dręczyć nieszczęsnego chłopca.

- Dzisiaj wysmaruję ci ręce i założę opatrunki. I dam maści na wypadek, gdyby świerzb pojawił się
jeszcze w innych miejscach.

Mattias domyślał się, że wypryski pojawiły się przynajmniej w jeszcze jednym miejscu, za co Tristan
był mu nieopisanie wdzięczny. Pouczony, jak obchodzić się z maścią, mógł

smarować się sam.

- Czy może wuj przeprowadzić u mnie taką samą kurację, jaką przeszła Oline, zanim wyzdrowiała?

- Och, nie. Ona miała jeszcze inne obrzydliwe choroby.

- Ale ja mam mało czasu. Niedługo wyjeżdżam. Może więc lepiej wykorzystać wszystkie sposoby,
żebym jak najszybciej wrócił do zdrowia.

Mattias uśmiechnął się.

- No dobrze, to ci nie zaszkodzi.

Wyjął jakąś niedużą szkatułkę.

- To pochodzi z tajemnego skarbu Ludzi Lodu i leczy większość chorób skóry, również świerzb. Dam
ci trochę tej maści. Jeśli nawet nie jest ci potrzebna, to w każdym razie przywróci ci spokój.

55

Mattiasowi nawet w najgorszych snach nie przyszłoby do głowy, że to zagubione, bezradne, niewinne
dziecko naprawdę potrzebuje cudownej maści Ludzi Lodu!

Tristan łapczywie wyciągnął rękę po szkatułkę i nie był w stanie ukryć ulgi.

- Dostaniesz także miksturę do picia. Ona oczyszcza krew. Pójdę z tobą do Elistrand i powiem im,
jak należy cię w ciągu najbliższych dni pielęgnować. I muszę sprawdzić, czy nikt się od ciebie nie
zaraził.

background image

- Myślę, że nie. Nie zbliżałem się do nikogo, odkąd to zauważyłem.

- To bardzo rozsądne!

Tristan wytarł nos i wyszedł za Mattiasem. Z jego pleców został zdjęty potworny ciężar.

Późnym  wieczorem,  gdy  był  pewien,  że  wszyscy  już  się  położyli,  wyjął  lekarstwo,  które  dostał  od
wuja. Pociągnął solidny łyk mikstury i ostrożnie posmarował miejsca najbardziej dotknięte chorobą.
Najpierw dziegciem, a potem cudowną maścią Ludzi Lodu. Szczypiący ból sprawił, że zaciskał zęby.
Po twarzy spływały mu łzy wstydu.

Gdy skończył, padł na kolana i żarliwie prosił Boga o pomoc i wybaczenie tego strasznego grzechu.

Bóg i pogańskie maści. Młody Tristan doprawdy solidnie się zatroszczył o swoje zdrowie!

56

ROZDZIAŁ V

Eldar Svartskogen następnego dnia znowu przyszedł do Lipowej Alei i Villemo była zachwycona. Po
co  mi  jakieś  czarodziejskie  napoje?  Mój  osobisty  wdzięk  pokona  wszelkie  przeszkody,  myślała
zarozumiale. Bo czyż on nie przyszedł tu znowu? Tutaj, do Lipowej Alei, gdzie mógł ją spotkać?

Ale  Eldar  to  był  twardy  orzech  do  zgryzienia.  Ani  razu  nie  spojrzał  w  jej  stronę,  choć  Villemo
kręciła się w pobliżu jak natrętna mucha. Rozmawiał natomiast ze służącymi, i młodymi, i starszymi,
które pracowały na podwórzu lub przynosiły robotnikom jedzenie.

Odpowiadał im dowcipnie i śmiał się często, a dziewczęta odpłacały mu tym samym. Miał

piękne zęby i szeroki uśmiech. Stęsknione serce Villemo ściskało się boleśnie.

Pogoda się psuła i humor Villemo wraz z nią. Najdotkliwiej cierpiała jej pewność siebie. W

miarę jak dzień zbliżał się ku południowi, Villemo cichła i powolniała. Nawet jej niepohamowaną
energię można było stłumić.

W  końcu  spadł  deszcz.  Czarne  chmury  nieoczekiwanie  i  gwałtownie  rozlały  nad  ziemią  swoją
zawartość.

Wszyscy  rzucili,  co  kto  miał  w  rękach,  i  pobiegli  do  stajni.  Ponieważ  nad  połową  budynku
brakowało  jeszcze  dachu,  tłoczyli  się  w  jednym  kącie.  Nie  opłacało  się  biec  przez  podwórze  do
domu, nikt nie chciał aż tak przemoknąć.

To przelotna ulewa, wszyscy tak uważali. Woleli tutaj zaczekać, aż przejdzie.

Villemo stała nieszczęśliwa i samotna pod ścianą. Tak samotnym można czuć się tylko w tłumie co
najmniej tuzina ludzi przepychających się na wąskim skrawku suchego miejsca.

background image

Ogarniał  ją  bezgraniczny  smutek,  nigdy  przedtem  nie  była  jeszcze  zakochana,  zaskoczyło  ją  to,
zupełnie  nieprzygotowaną  na  ból,  jaki  może  sprawiać  miłość.  A  to  chyba  najgłębsze  doznania  w
życiu  młodej  dziewczyny.  Tak  wiele  do  ofiarowania,  a  on,  ten  wybrany,  odwraca  się  plecami.
Odrzucona, niegodna...

Nagle zorientowała się, że ktoś ją obserwuje. Pod sąsiednią ścianą stał Eldar i musiał

przyglądać jej się długo, choć, naturalnie, odwrócił wzrok, gdy tylko spojrzała w jego stronę.

Villemo wytarła oczy.

- Deszcz pada mi na twarz - uśmiechnęła się przepraszająco.

Raz jeszcze popatrzył na nią, po czym odwrócił się obojętnie, bez słowa.

Po  chwili  jednak  zdjął  z  siebie  kunkę,  podał  mężczyźnie  stojącemu  pomiędzy  nimi  i  powiedział
złośliwie:

57

- Okryj jej wysokość! Jej nawet parę kropli może zaszkodzić!

Mężczyzna  okrył  głowę  i  ramiona  Villemo,  tak  by  nie  leciała  na  nią  woda  spływająca  po  ścianie.
Eldar odwrócił się i zaczął rozmawiać ze stojącymi obok mężczyznami.

Villemo  oniemiała,  zaparło  jej  dech  ze  szczęścia.  Wciągała  zapach  uszytej  z  szarego
samodziałowego płótna kurtki. Był to mocny, ciężki zapach, dość przyjemny, ale obcy. Tak pachnie
mężczyzna.

Gdy deszcz ustał, zdjęła kurtkę i oddała Eldarowi.

- Dzięki za uprzejmość. Bardzo się przydało - szepnęła niepewnie.

- Co? A, tak, kurtka O, zapomniałem.

Czy naturalny ton głosu mógłby brzmieć aż tak obojętnie? Villemo miała co do tego wątpliwości.

Do  wieczora  żyła  jak  w  oszołomieniu.  Nigdy  jeszcze  życie  nie  było  tak  podniecające  jak  w  tych
dniach, kiedy w Lipowej Alei remontowano stajnię. Wkrótce musiała wracać do domu, ale przecież
będzie  jeszcze  jutro.  Deszcz  spowodował  opóźnienia,  choć  ludzie  pracowali,  nie  oszczędzając  się,
do późna w nocy.

Eldar nie miał kiedy z nią rozmawiać, było też wątpliwe, czy miałby na to ochotę. Ale jego wzrok
padał na nią od czasu do czasu, dobrze to widziała i radowała się. Była tak strasznie, tak okropnie
szczęśliwa, że sama też nie odzywała się ani słowem. Chodziła po prostu w niemym zachwycie!

W  końcu  przyszedł  Kaleb  i  zabrał  córkę  do  domu.  Uznał,  że  jej  zainteresowanie  robotami

background image

budowlanymi  zaczyna  zwracać  uwagę.  Na  ogół  dobrze  wychowane  panny  nie  oddają  się  takim
zajęciom,  o  nie!  To  prawda,  tylko  że  Villemo  zawsze  zachowywała  się  odmiennie  niż  inne  panny,
trochę  jak  chłopak,  i  zawsze  robiła  to,  na  co  miała  ochotę.  Kaleb  i  Gabriella  nie  zabraniali,  ale
starali  się  nie  spuszczać  jej  z  oczu.  Liv,  kiedy  już  nie  wstawała  z  łóżka,  odbyła  z  nimi  poważną
rozmowę.

„Postępujcie  ostrożnie  z  Villemo  -  powiedziała.  -  Ona  jest  jak  Sol,  a  moi  rodzice  zawsze  mieli
kłopoty z jej wychowaniem. Villemo trzeba dawać dużo swobody, ale nie należy przesadzać. Dopóki
nie czyni krzywdy sobie ani innym, pozwólcie jej działać według własnej woli. Inaczej odbije się to
na  niej  w  bardzo  przykry  sposób.  Na  razie  Villemo  nie  jest  nawet  w  dziesiątej  części  tak
niebezpieczna jak Sol, bowiem moja przyrodnia siostra, jeśli nie mogła przeprowadzić swojej woli,
mściła  się  zawsze,  i  to  okrutnie.  Villemo  tego  nie  robi,  lecz  ona  także  potrzebuje  wolności.
Rozumiecie?”

Rozumieli,  owszem,  i  zawsze  postępowali  zgodnie  z  zaleceniami  Liv.  A  zresztą,  czy  było  coś
zdrożnego w tym, że chciała pomagać w Lipowej Alei?

58

Kaleb wpadł w tę samą pułapkę, w jaką od wieków wpada tysiące rodziców. Wciąż traktował

swoją  córkę  jak  dziecko,  do  głowy  by  mu  nie  przyszło,  że  jego  mała  dziewczynka  myśli  o
mężczyźnie! Albo że mężczyźni zaczynają się oglądać za jego niewinnym dzieckiem.

Byłby chyba wstrząśnięty, gdyby poznał myśli swojej Villemo.

Na  razie  zresztą  były  to  marzenia  najczystsze  z  możliwych.  Villemo  miała  dość  szczególne
wyobrażenie o gorącej miłości pomiędzy nią a Eldarem Svanskogen. Marzyła tylko o tym, że połączy
ich  czysto  platoniczne  uczucie,  że  będą  siedzieć  przy  sobie,  ona  w  jego  ramionach,  o,  jakie  silne
muszą być te ramiona! Będą ze sobą rozmawiać o wszystkim, zwierzać się ze swych marzeń, mówić
o  swojej  tęsknocie.  I  on  podzieli  się  z  nią  swoimi  myślami,  i  może,  może  zechce...  Nie,  najpierw
będzie pieścił jej włosy, bo na pewno będą mu się podobały, powie, że są piękne, a ona popatrzy na
niego, spojrzy w te lodowato błękitne oczy, które uśmiechną się do niej czule i... no, tak, wtedy on
pewnie zechce ją pocałować.

Na myśl o tym cudownym pocałunku Villemo drżała i wzdychała głęboko.

Dalej  w  swoich  marzeniach  nie  posuwała  się  nigdy.  Chyba  nie  zdawała  sobie  sprawy,  że  miłość
dwojga ludzi oznacza też coś więcej.

Gdyby  tylko  on  zechciał  okazywać  jej  nieco  zainteresowania!  Czuła  się  odepchnięta  i  porzucona,
samotna w zimnym świecie, gdy stwierdzała, że mu na niej nie zależy.

Następnego ranka z daleka dostrzegła, że na stajni położono już nowy dach. Musieli wczoraj długo
pracować.

Z płonącymi policzkami, pełna oczekiwań, weszła na podwórze.

background image

Robotnicy stali w gromadzie i rozmawiali z ożywieniem.

Eldara z nimi nie było.

- Co się stało? - zapytała.

Odpowiedział jej Niklas:

-  Wczoraj  wieczorem  został  zamordowany  służący  z  Grastensholm.  Jeden  z  tych,  którzy  tamtego
ranka, pamiętasz, strzelali do złodziei. Znaleziono go w jałowcowych zaroślach niedaleko Elistrand.
Drugi, on też strzelał, twierdzi, że to Eldar zabił. Późno wieczorem obaj służący poszli nad jezioro
zastawić więcierze i tam, w tych zaroślach, mignęła im sylwetka Eldara, który stał i patrzył w stronę
Elistrand. Do domu nie wracali razem, jeden poszedł

przodem i to właśnie jego z nożem w plecach znalazł później ten drugi. To jest nóż Eldara.

Nigdy przedtem nie zauważyła, że w jesienny dzień głosy mogą brzmieć tak klarownie.

Słyszała  donośną  mowę  mężczyzn,  dźwięczącą  w  pustce  podwórza,  była  w  stanie  wyłowić
najmniejszy nawet szelest trawy, gdy łamało się jakieś zwarzone przymrozkiem źdźbło.

59

Przychodziła jej do głowy tylko jedna rozsądna myśl: jak on mógł być taki głupi i zostawić nóż przy
zabitym?

- Tak, rzeczywiście, można się zastanawiać - odparł Niklas, gdy mu to powiedziała.

Uczucie odrętwienia nie chciało jej opuścić.

- Gdzie jest teraz Eldar?

- Uciekł do lasu. Wójt i jego ludzie już wyruszyli na poszukiwanie.

Niklasa  ktoś  odwołał  na  bok  i  Villemo  została  sama,  pośrodku  podwórza,  w  tym  nieznośnie
przezroczystym powietrzu.

Powoli jednak paraliż zaczął ustępować; a w głowie Villemo huczało od myśli. Nie była w stanie ich
ogarnąć, najrozmaitsze pomysły pojawiały się niemal jednocześnie. Nie wierzyła, że to Eldar zabił,
on tego nie zrobił, on nie mógł tego zrobić, to kłamstwo, kłamstwo! Ale potem pojawiał się lęk... A
jeśli jednak? A jeśli to prawda? Nie, to nie może być prawda, on jest przecież mój!

Dość to osobliwy argument, ale akurat teraz Villemo nie kierowała się za bardzo logiką.

Wszystko przesłaniał bezdenny smutek. A mimo to ogromna, dławiąca radość: niedaleko Elistrand?
Eldar stał i patrzył w stronę Elistrand!

background image

Stał tam z jej powodu? To jej wypatrywał?

Chaos  w  głowie  sprawił,  że  łzy  popłynęły  jej  z  oczu.  Czuła  ból  w  piersiach  po  tym  wszystkim,  co
spadło na nią w ciągu ostatnich kilku minut. Pragnęła, by czas się cofnął do tych rozkosznych chwil,
gdy szła lipową aleją, pewna, że zaraz go zobaczy.

Teraz wszystko przepadło. Wszystko!

Eldar  mordercą?  Nie  mogła  w  to  uwierzyć.  Jaki  miałby  powód,  żeby  zabijać  służącego  z
Grastensholm? Nawet jeśli to był ten sam człowiek, który go zranił i zabił jego krewniaka tamtego
ranka, kiedy próbowali kraść jedzenie.

Krwawa zemsta?

Nie,  nie  Eldar!  Nigdy  przedtem  nie  było  krwawej  zemsty.  Ludzie  ze  Svartskogen  nienawidzili  ich,
grozili, ale przecież nigdy nie przeszli do czynu!

No, ale teraz jeden z nich został zabity. Przez kogoś z Grastensholm.

Nie, nie, nie, powtarzała z uporem. To nie powód, żeby Eldar zrobił coś takiego!

To w takim razie dlaczego, dlaczego?

60

Wkrótce  otrzymała  odpowiedź.  Z  Grastensholm  przyszła  Irmelin,  żeby  porozmawiać  z  Niklasem.
Villemo rzuciła się ku niej.

- Czy to prawda? Że wasz parobek został zamordowany i że to zrobił Eldar?

Irmelin patrzyła zdumiona w jej szalone oczy.

- Nie powinnaś się tak przejmować śmiercią tego chłopaka - powiedziała. - Mieliśmy ciągle kłopoty
z nimi obydwoma, oni byli niebezpieczni dla otoczenia!

Villemo nie chodziło o parobka.

- Ja myślę, że Eldar tego nie zrobił. On nie był taki. On nie żywił do nas nienawiści.

Nic nie czyni człowieka równie ślepym jak chęć chronienia kochanej osoby.

-  Nie,  do  nas  pewnie  nie  -  przyznała  Irmelin.  - Ale  rozumiesz,  ci  dwaj  służący  przyszli  z  Woller.
Zostali stamtąd wyrzuceni, a ojciec zawsze się lituje nad różnymi nieszczęśnikami.

Z Woller? Głosy znowu rozbrzmiewały krystalicznie, jak to bywa w pogodne jesienne dni.

Jarzębiny nad brzegiem jaru mieniły się krwistą czerwienią jagód, na szczytach wzgórz szron bielił

background image

drzewa.

Woller? To właśnie ludzie z Woller i ze Svartskogen poprzysięgli sobie nawzajem krwawą zemstę.
Eldar sam to mówił. Skoro więc spotkał człowieka pochodzącego z Woller, to...

Nie,  nie  Eldar!  Eldar,  który  dał  jej  kurtkę,  co  prawda  ze  złośliwym  komentarzem,  ale  na  pewno  w
dobrej intencji.

On, który stał niedaleko Elistrand i wpatrywał się w jej dom!

Irmelin spostrzegła Niklasa i pobiegła do niego.

Villemo  ocknęła  się,  gotowa  do  działania.  Zdecydowanie  podeszła  do  młodszego  brata  Eldara,  z
którym także w ciągu ostatnich dni parokrotnie rozmawiała.

- Gdzie jest Eldar?

Tamtem zwrócił się ku niej wolno i ze złością, spoglądając na nią z góry.

- Nie powiem. Nikomu.

- Ja wiem, że on jest niewinny - oświadczyła Villemo.

- Wiesz? A skąd?

- Nie, ja...

61

Nie  znajdowała  odpowiedzi.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  o  czymś  takim  jak  intuicja  ten  młody
człowiek nie ma pojęcia.

Zdawała  sobie  sprawę  także  i  z  tego,  że  od  żadnego  z  nich  nigdy  nie  usłyszy,  gdzie  się  Eldar
podziewa.  Nie  ona.  Ona  należy  do  obozu  wroga  i  każdą  wiadomość  może  natychmiast  przekazać
wójtowi.

O, jak niewiele oni wiedzą!

Villemo  jednak  nie  była  z  tych,  co  łatwo  dają  za  wygraną.  Wiedziała,  że  do  Svartskogen  należy
górskie pastwisko z szałasem...

Gdy się jednak nieco lepiej nad tym zastanowiła, uznała, że tam właśnie wójt będzie szukał

przede wszystkim i że Eldar nie jest taki głupi.

Na pewno schronił się gdzieś indziej.

Może krąży po prostu po lesie? O tej porze roku to chyba niemożliwe. Jesienne wichry wyją już po

background image

nocach, a śnieg może spaść dosłownie w każdej chwili.

Może wrócił do tego majątku, w którym pracował przez ostatnie lata?

Villemo  nie  wiedziała,  gdzie  to  jest,  zresztą  w  tę  możliwość  także  wątpiła.  Nie  wyrażał  się  zbyt
dobrze o właścicielach. Nie, to chyba nie wchodzi w rachubę.

Musi go odnaleźć za wszelką cenę. Powiedzieć, że wierzy w niego. Usłyszeć, że jest niewinny.

Nastała krótka przerwa w pracy, bo Niklas pojechał z Irmelin do Grastensholm po jakieś materiały.
Villemo  nie  wiedziała,  o  co  chodzi,  zbyt  była  zajęta  własnymi  myślami.  Robotnicy  zebrali  się  pod
ścianą obory i grzali w jesiennym słońcu.

Ludzie ze Svartskogen przykucnęli na uboczu, pogrążeni w poważnej rozmowie. Villemo dokładnie
zapamiętała miejsce, w którym siedzą, i jakby nigdy nic weszła do obory.

Gdyby pod ścianą, za którą siedzieli, leżało siano, nie mogłaby się do niej dostatecznie zbliżyć, bo
szelest  by  ją  zdradził.  Miała  jednak  szczęście,  przy  samej  ścianie  była  goła  ziemia  i  jakieś
porozrzucane narzędzia.

Skradała się cichutko w mrocznym pomieszczeniu. Już z daleka wyraźnie słyszała przytłumione głosy.

Ostrożnie, na palcach, podeszła do ściany, błagając w duchu Boga, by przypadkiem nikt nie wszedł
do  obory.  Musiała  chyba  wyglądać  podejrzanie,  stojąc  tak  z  uchem  przylepionym  do  drewnianego
bala.

62

A niech to licho! Villemo uświadomiła sobie, że rozmawiają o pokojówkach z Lipowej Alei.

Nie tego przyszła tu słuchać.

Nagle któryś powiedział:

-  Co  ta  dziewczyna  z  Elistrand  tak  się  tu  kręci  przez  cały  czas?  To  wstyd,  tak  pomiędzy  samymi
chłopami. Uważam, że to nie przystoi, żeby panna z lepszych sfer...

- Nasze dziewczęta nigdy by się tak nie zachowywały - dodał inny.

- Ale pracować umie - zaoponował ktoś trzeci.

- Ona jest jakaś taka dziwna - powiedział znowu pierwszy z niechęcią.

-  Można  by  pomyśleć,  że  się  na  kogoś  zagapiła  -  zachichotał  drugi.  -  I  nawet  nietrudno  zgadnąć  na
kogo.

Villemo zaklęła pod nosem.

background image

Ludzie za ścianą zniżyli głosy.

- Myślicie, że on jest u Barbro?

- Jasne. Jestem tego pewien. Tam nikt go nie będzie szukał.

Barbro? Villemo poczuła bolesne ukłucie w sercu. Pierwsza zazdrość w życiu!

Ale kim jest Barbro?

Przerwa się skończyła i Villemo wymknęła się z obory.

Barbro...  Kogo  mogłaby  zapytać?  Na  pewno  nie  tamtych  ze  Svartskogen,  oni  nie  odpowiedzą  w
żadnym razie. Nie powinna też zadawać tego pytania nikomu z Ludzi Lodu ani z Lipowej Alei, ani z
Grastensholm. Mogliby zwietrzyć pismo nosem i donieść wójtowi.

Syn Jespera! On stoi całkiem na uboczu, a jest dostatecznie głupi, żeby nic nabrać podejrzeń. Ale co
będzie, jeżeli zacznie się chwalić przed chłopakami ze Svanskogen, że ona z nim rozmawiała?

To  ryzyko  musiała  podjąć.  Zresztą  nie  spotykał  się  z  tamtymi  za  często,  oni  spoglądali  na  niego  z
góry. Właściwie rozmawiał tylko z Eldarem.

Zaczęła razem z nim nosić deski, a po chwili znaleźli się sam na sam w bezpiecznej odległości od
innych.

63

- Czy ty znasz może jakąś Barbro, Lars - zapytała obojętnie, pochylając się nad ciężarem, który miała
podnieść.

Chłopak wyprostował się i gapił się na nią głupawo.

- Barbro? Nie. Tylko Staruchę-Barbro. Ale ona przecież nie żyje.

- A jakiejś młodej Barbro nie znasz?

- Nie, takiej nie ma.

- A może w innej parafii?

- Nie.

- A ta Starucha-Barbro to gdzie mieszkała?

- W chałupie.

No, myślę!

background image

- Ale gdzie? Tu we wsi?

-  Nie,  to  przecież  jest  w  Moberg.  Tam,  po  drugiej  stronie  Moberg,  na  dole,  nad  jeziorem,  wie
panienka. Na Bagnaeh Wisielca!

Uf, to brzmi okropnie.

- Nie, to nie może być ta Barbro, o którą mi chodzi.

- A co panienka od niej chce?

- Znalazłam broszkę, na której jest wyryte imię Barbro.

- Może zapytać chłopaków.

- Nie, nie chcę, żeby się ktoś dowiedział o tej broszce. To bardzo ładna broszka, wiesz.

Zapytam mojego ojca.

Lars nie upierał się i pękał z dumy, że panienka tylko jemu okazała zaufanie. Miał ochotę pochwalić
się przed chłopakami ze Svartskogen, ale panienka Villemo pewnie by sobie nie życzyła. Tak był tym
przejęty, że zrezygnował z możliwości zaimponowania im. Westchnął

jedynie głęboko z żalu.

Wkrótce Villemo zakończyła swoją ochotniczą pracę w Lipowej Alei i poszła do domu.

64

- Ojcze - zwróciła się do Kaleba. - Słyszałam o pewnej rodzinie z wieloma dziećmi, która od dawna
głoduje. Czy mogłabym zanieść im trochę jedzenia?

Nie  zdawała  sobie  najzupełniej  sprawy  z  tego,  że  kiedyś,  dawno  temu,  podczas  świąt  Bożego
Narodzenia Silje posłużyła się tym samym wybiegiem, by po kryjomu pójść do Tengela.

- Co to za rodzina? - dopytywał się Kaleb. - Teraz kiedy rozdzieliliśmy zapasy, nikt w naszej parafii
nie głoduje.

- Oni tu nie mieszkają, to jest w parafii Moberg. Na granicy z naszą. Mogę?

Kaleb był wzruszony troskliwością córki.

- Oczywiście, Villemo. Weź, co trzeba, ale nie więcej, niż zdołasz unieść!

- Zaraz tam idę. Dziękuję, ojcze! - W drzwiach przystanęła. - Eee... Wrócę chyba dosyć późno. Bo
może oni potrzebują pomocy przy małych dzieciach albo coś...

Kaleb zmarszczył brwi.

background image

- Musisz być w domu przed zapadnięciem zmroku.

Villemo wahała się.

- Ale jeżeli zrobi się za późno, to może lepiej, żebym przenocowała?

- No pewnie, że lepiej! Nie chcę, żebyś chodziła po nocy wśród wilków i jakichś rozbójników.

W okolicy zostało popełnione morderstwo, wiesz o tym. I Eldar Svartskogen nadal jest na wolności.

Ledwie widoczny uśmiech pojawił się na wargach Villemo.

- On mi nic nie zrobi. Ale będę uważać - zapewniła i pobiegła do kuchni.

Kaleb patrzył w ślad za nią. Jego pełen czułości wzrok zmieniał się powoli. Pojawił się w nim cień
niepokoju.

Jak większość członków rodziny odczuwał lęk z powodu złocistożółtych oczu córki. On przecież był
w  Lodowej  Dolinie  tamtego  dnia,  gdy  zło  tkwiące  w  Kolgrimie  wzięło  górę  i  Tarjei  zginął  z  ręki
tego nieszczęsnego chłopca. Kaleb nigdy nie otrząsnął się z przerażenia, jakie wtedy przeżył.

Zdawał  sobie  sprawę,  że  Villemo  jest  największą  zagadką  pośród  trojga  najmłodszych,
dziedziczących  po  Ludziach  Lodu  ich  niezwykłe  oczy.  Nie  ulegało  raczej  wątpliwości,  jakimi
talentami zostali obdarowani obaj chłopcy. Ale ona...? Czy to tylko ten niespokojny 65

charakter? Czy w jej duszy nie kryje się coś więcej? Coś, czego wszyscy się lękają? Coś, co któregoś
dnia przerwie tamy i wypłynie na powierzchnię?

Tak strasznie się tego bał. Podobnie zresztą jak jego małżonka, Gabriella. Podobnie jak Andreas i Eli
bali się z powodu Niklasa, jak Mikael i Anette niepokoili się z powodu Dominika.

Wszyscy w rodzinie drżeli na myśl o przyszłości, bo wiedzieli, jak straszne przekleństwo ciąży nad
Ludźmi Lodu. Niepewność, lęk, szarpiące nerwy oczekiwanie...

Ale pełna niepokoju uwaga całej rodziny skupiała się przede wszystkim na Villemo, jego ukochanej
córce. Ona budziła najwięcej obaw.

Tymczasem nikt nie podejrzewał, że nieszczęście nadejdzie z innej, zupełnie nieoczekiwanej strony i
porazi wszystkich.

Obawy  jednak  były  całkiem  uzasadnione.  W  godzinie,  gdy  znowu  dopełniać  się  będzie  los  Ludzi
Lodu, okaże się, dlaczego tych troje młodych o kocich oczach zostało obciążonych czy też wybranych,
jeśli ktoś woli takie określenie. Wtedy ujawnią się ich wszystkie możliwości i zdolności.

Dopiero tego dnia będzie można po raz pierwszy zobaczyć ślad stopy Szatana.

Na razie dzień ów pokrywała jeszcze zasłona nieznanej przyszłości.

background image

Najchętniej  Villemo  wybrałaby  się  w  drogę  konno,  byłaby  jednak  wówczas  zanadto  widoczna.
Lepiej trzymać się ziemi.

Na własnych nogach przemykała więc skrajem lasu, a wkrótce dotarła do szerokiego duktu.

Podobnie  jak  Sol  Villemo  zupełnie  się  nie  bała  leśnej  gęstwiny.  Na  plecach  niosła  tłumoczek  z
jedzeniem i ubrana była ciepło, czymże więc miałaby się martwić?

Mogło się okazać, że wyprawa jest całkiem niepotrzebna. Nie istniała przecież żadna gwarancja, że
Eldar ukrywa się na Bagnach Wisielca.

Ale jedyna Barbro, o jakiej Villemo słyszała, mieszkała kiedyś właśnie tam. I bez wątpienia lepiej
brzmiało, że szukał schronienia w domu starej, zresztą już dawno zmarłej kobiety, niż gdyby miał się
udać do jakiejś młodej dziewczyny.

Dużo przyjemniej było o tym myśleć! Villemo uznała, że tak właśnie musiał postąpić.

Choć  przez  całą  drogę  niemal  biegła,  dzień  płynął  nieubłaganie.  Ciemność  nastaje  wcześnie  o  tej
porze roku, trzeba się spieszyć, jeżeli chce się przed nocą dotrzeć do celu.

W Moberg musiała wypytywać o drogę.

66

Na Bagnach Wisielca...? Nie, nikt tam nie mieszka a Barbro umarła już dawno temu.

Tak, ale Villemo idzie tam za interesem.

To okropne miejsce! Czego ona tam szuka?

Musi zabrać pozostawiony sprzęt rybacki.

Słyszane to rzeczy? Wysyłać młodą dziewczynę w taką drogę?

A dlaczego to się tak nazywa, Bagna Wisielca?

O, to taka stara gadka. Ale pewnie prawdziwa. Że kiedy pierwsi ludzie przybyli nad jezioro -

bo to rybna woda - na drzewie, w lesie, wisiał trup. Nikt nie umiał powiedzieć, skąd się tam wziął.
Ci  ludzie  się  nie  bali,  więc  go  odcięli  i  odmówili  jakieś  zaklęcia  nad  żałosnymi  szczątkami. Ale...
Mimo  to  trup  pokazywał  się  jeszcze  i  potem,  co  jakiś  czas,  i  teraz  też,  tak  ludzie  gadają.  Kiedy
nastaną zimowe wichury, to tu, to tam, słychać czasem skrzypienie gałęzi pod ciężarem wisielca.

Że też Barbro się nie bała...

Nic o tym nie wiadomo. Ona była ostatnia z rodziny, która mieszkała na bagnach od niepamiętnych
czasów.

background image

Czy łatwo tam trafić? - dopytywała się Villemo.

Nie wiadomo, kiedyś była ścieżka przez mokradła, ale pewnie już dawno zarosła...

Villemo dygotała ze zniecierpliwienia. Opisy i wyjaśnienia przeciągały się. Musi przedostać się na
drugą stronę wzgórza, a potem powinna...

Starała się wszystko spamiętać.

W  końcu  jednak  znalazła  się  na  szczycie  wzgórza  i  spoglądała  na  ponurą,  porosłą  lasem  dolinę.
Pośrodku  połyskiwało  metalicznym  blaskiem  niewielkie  jeziorko  otoczone  trzęsawiskiem.  Z  tej
odległości  nie  mogła  dostrzec  nigdzie  żadnych  zabudowań,  ale  coś  musiało  się  tam  przecież
znajdować, bo żadnej innej wody ani bagien nigdzie nie widziała.

Jeśli w ogóle jakieś resztki budynków jeszcze zostały. Właściwie od kiedy ta Barbro nie żyje? Mogła
umrzeć tak dawno temu, że dom się po prostu rozpadł.

Słońce stało nisko nad horyzontem. Jeszcze chwila i zniknie na dobre. A jak wtedy Villemo odnajdzie
ścieżkę już i teraz ledwie widoczną?

67

E,  głupstwo!  Jej  drogi  do  Eldara  nie  może  przesłonić  mrok.  Nie  przeszkodzą  jej  żadne  nieprzebyte
zarośla, znikną wszelkie góry, doliny się wypełnią. Nie znająca lęku miłość Villemo wyrównywała
wszystkie drogi, a tej miłości nic pokonać nie mogło!

A jeśli Eldara tam nie ma? A ona przedziera się ku porzuconemu przez Boga i ludzi miejscu o złej
sławie gdzieś pośrodku niezmierzonych pustkowi?

Bagna Wisielca...

Zła była na siebie, że pytała, skąd pochodzi ta makabryczna nazwa. I o całą jej historię.

Miejsca o tragicznej przeszłości zawsze robiły na Villemo głębokie wrażenie. Jak na przykład Głębia
Marty  na  rzece,  gdzie  parę  lat  temu  pewna  dziewczyna,  która  popadła  w  tarapaty,  rzuciła  się  do
wody. Zresztą ludzie gadali, że ojciec dziecka jej w tym dopomógł.

Albo  górska  hala,  gdzie  inna  młoda  dziewczyna  została  uduszona,  z  tych  samych  powodów,  przez
innego ojca dziecka, mężczyznę żonatego. Miało to miejsce bardzo dawno temu, lecz atmosfera grozy
trwała  tam  nadal.  Smutek  i  żal  nad  losem  wszystkich  tych  dziewcząt,  wykorzystywanych  przez
niegodziwców,  a  potem  karanych  za  to,  że  przysparzają  kłopotów  dzielnym,  silnym  mężczyznom.
Nieświadomie jednak ludzkie gadanie czyni owe nieszczęsne istoty w jakiś sposób nieśmiertelnymi. I
hala, i głębia noszą ich imiona, mężczyzn natomiast zapomniano, ich imiona przepadły bez śladu.

Villemo  znowu  ruszyła  przed  siebie,  szybko,  w  wyścigu  ze  słońcem,  którego  ostatnie  promienie
zabarwiały  obłoki  ognistą  poświatą  na  tle  zimnego,  turkusowoniebieskiego  jesiennego  nieba.
Chowało się już za las i na dolinę spływały długie, mroczne cienie.

background image

Ścieżka...? Tak, widać ją wyraźnie. Schodziła tak ostro w dół, że Villemo, biegnąc bez wytchnienia,
poczuła ból w kolanach.

W dole teren był równiejszy, ale straciła z oczu jezioro.

Robiło  się  coraz  ciemniej...  Jezioro  musi  być  gdzieś  na  lewo.  Grunt  stawał  się  coraz  bardziej
podmokły, porosły brunatnozielonym mchem.

Ostatni błysk ognia na niebie zgasł. Villemo przeniknął dreszcz.

Szła we właściwą stronę, była na bagnach, co chwila spod jej stóp strzelały fontanny wody.

Ścieżka  stawała  się  też  wyraźniejsza,  przemieniła  się  w  dróżkę,  wydeptaną  kiedyś  pewnie  przez
bydło, które hodowano w gospodarstwie. Wiele lat musiało upłynąć od tamtych czasów. Nikt już tędy
nie chodzi, nikt oprócz łosi i lisów.

Villemo znowu zadrżała. Ponownie znalazła się w lesie o prastarych drzewach. Miały wielkie, silne
konary, jakby czekały, że ktoś zostanie na nich powieszony. A może tamten powiesił się sam?

Bagna Wisielca. Czy Villemo odważy się przejść przez ten las i przez te mokradła?

68

Ale co tam duchy! Czyż ona nie jest córką Ludzi Lodu?

No właśnie, jest. A oni widzą więcej niż inni.

Przestała  się  wahać.  Zdecydowanie,  ze  wzrokiem  utkwionym  w  ziemię,  szła  przez  leśne  zarośla,
szurając nogami.

Tam! Czy to nie ślad stopy na mchu? Ślad dużego męskiego buta? Musiała pochylić się bardzo nisko,
by dokładnie obejrzeć ten ślad. Eldar?

On musi tu być!

Chyba że to wisielec wodzi ją po bagnie.

Nie  dopuszczać  do  siebie  takich  myśli!  Za  żadną  cenę!  Mrużyła  oczy,  kontury  się  zamazywały,
wszystko zlewało się w jedno, ale na szczęście wkrótce znalazła się na skraju lasu.

I  wtedy  zobaczyła  jezioro,  na  wprost,  tuż  przed  sobą,  połyskliwe  rozlewisko  o  brzegach  porosłych
mchem.  Kwiaty  wełnianki  bielały  jeszcze  gdzieniegdzie  w  półmroku,  a  nieco  dalej,  w  małych
zatoczkach,  jesienny  przymrozek  ścinał  już  wodę  chrupką  warstewką  lodu,  mieniącego  się
srebrzyście.

Villemo rozejrzała się.

background image

Tam, w oddali, pod drzewami... A może to raczej wielki głaz...? Nie, to siedziba ludzka.

Przynajmniej kiedyś nią była. Z boku widać resztki niedużej obórki.

Wszystko sprawiało wrażenie dojmującej pustki i osamotnienia.

A ślad buta? Czy to nie jakiś przypadkowy rybak przechodził tędy w ubiegłym tygodniu, w ubiegłym
miesiącu, może wiosną?

Nagle cisza pustkowia spadła na nią jak dławiący, miażdżący ciężar. Eldara nigdy tu nie było. Nikt tu
nie mieszkał od chwili, gdy samotna Barbro zmarła nie wiadomo jak dawno temu. Villemo poczuła
się potwornie samotna, oddalona całe mile od ludzkich siedzib, bez możliwości odnalezienia domu
w nocnym mroku, gdy dzikie zwierzęta czają się wśród drzew, zza których w każdej chwili wyłonić
się może upiór - cień wisielca.

69

RO2DZIAŁ VI

Nie miała wyboru, musiała spędzić noc w chacie Barbro.

Najprawdopodobniej stara tam właśnie umarła, lecz Villemo nie zastanawiała się nad tym.

Śmierci się właściwie nie bała tylko że otoczenie tutaj nie należało do przyjemnych.

Niechętnie zbliżała się do małej chatynki. Nawet w tych ciemnościach dostrzegała, że dom mocno się
pochylił. A jeśli runie, gdy ona będzie chciała otworzyć drzwi? No i gdzie są te drzwi?

Przeszła  pod  dłuższą  ścianą.  Trzy  łokcie  wysokości,  pomyślała,  i  nigdzie  okna.  Przyjemne
mieszkanie, nie ma co! Przeniknął ją zimny dreszcz.

Wejście  znajdowało  się  w  szczycie  domu.  Po  omacku  odnalazła  klamkę.  Drzwi  ustąpiły  z
przeciągłym jękiem.

Ze środka buchnęło ciężkim odorem zatęchłej ziemi.

Gdyby tak miała świeczkę! Wewnątrz panowały, oczywiście, nieprzeniknione ciemności.

Villemo stała w progu, nie wiedząc co począć. Z jej odwagi niewiele już zostało.

Nagle jęknęła w śmiertelnym przerażeniu. Ktoś chwycił ją od tyłu, czyjaś dłoń zakryła jej usta.

Wisielec, przeleciało jej przez głowę, a wściekły głos wysyczał nad uchem:

- Co ty tu, do diabła, robisz?

Eldar! Spłynęła na nią niewypowiedziana ulga. Walczyła zaciekle, by wyswobodzić usta i zapewnić

background image

go o swojej lojalności.

Eldar  wciągnął  ją  do  środka  i  zamknął  drzwi.  W  ciężkim,  wilgotnym  powietrzu  mrocznej  izby
wyczuwała jego obecność, nie tylko rękę, którą z żelazną siłą zaciskał na jej dłoni, lecz także ciepło
promieniujące od drugiego człowieka, od bliźniego!

- Jak ty się tu dostałaś?

- Przyszłam.

- Nie bądź głupia! Wiem, że przyszłaś, ale kto ci nagadał, że tutaj jestem?

- Nikt. Podsłuchałam twoich krewniaków.

Eldar klął długo i soczyście.

70

- Jesteś sama? - zapytał w końcu.

- Oczywiście! Nikt za mną nie szedł.

- Co ty możesz o tym wiedzieć! Przeklęta idiotka! Czego tu chcesz?

Villemo przełknęła głośno ślinę.

- Pomóc ci.

On tylko jęknął w odpowiedzi.

- Przyniosłam jedzenie - rzekła z ożywieniem. - I wiem, że jesteś niewinny.

- Ach, tak? A jak do tego doszłaś?

- Ty taki nie jesteś.

- I to wszystko?

- Dla mnie to więcej niż dosyć.

- Siadaj - warknął i westchnął głęboko.

Villemo rozglądała się dokoła, ale wszędzie panowała ciemność. Eldar popchnął ją szorstko na coś,
co pewnie było łóżkiem, przymocowanym na stałe do ściany.

- Co ja, u diabła, mam z tobą zrobić? - rzucił ze złością.

Villemo zapytała ostrożnie:

background image

- Ty jesteś niewinny, prawda?

- Oczywiście, że jestem niewinny! To podstęp!

- A twój nóż?

- Zostawiłem go na dziedzińcu w Lipowej Alei. Wieczorem zniknął.

Doznała nieprzyjemnego uczucia, że on coś przed nią ukrywa.

- Co robiłeś koło Elistrand?

- To cię nie powinno obchodzić. Jak tu trafiłaś?

- Rozpytywałam ludzi w Moberg.

71

- O, dzięki! Tysięczne dzięki! - syknął.

Uświadomiła sobie teraz, że postąpiła niewybaczalnie, naiwnie i lekkomyślnie.

- Jutro rano sobie pójdę - pisnęła zgnębiona.

-  Oczywiście!  Nie  zamierzasz  tu  chyba  zostać!  Panna  z  dobrego  domu  włóczy  się  sama  po  nocach!
Naprawdę tak potrzebujesz chłopa, że musisz...

-  Nie!  -  krzyknęła,  dotknięta  do  żywego.  -  To  nie  tak.  Ty  nic  nie  rozumiesz.  Przecież  ja  jestem  po
twojej stronie, chcę ci pomóc!

- W takim razie wybrałaś najgorszą metodę. Jak myślisz, co powie twój ojciec, gdy nie wrócisz na
noc?

-  Och,  o  to  chodzi?  -  odparła  spokojnie.  -  Wszystko  załatwiłam.  Powiedziałam,  że  idę  zanieść
jedzenie głodującej rodzinie w parafii Moberg i że pewnie będę musiała zanocować.

Eldar usiadł przy niej na łóżku. Jego bliskość sprawiła, że atmosfera w izbie zgęstniała.

Niemal bez przerwy wzdychał głęboko.

-  No  i  co,  twoim  zdaniem,  ja  mam  teraz  zrobić?  Muszę  stąd  uciekać.  Jak  myślisz,  ile  czasu  trzeba,
żeby mnie odkryli?

-  Tak  mi  przykro  -  szepnęła.  -  Chciałam  dobrze.  Myślałam,  że  potrzebujesz  kogoś,  kto  w  ciebie
wierzy.

-  I  gotowa  byłaś  wszystko  poświęcić?  -  prychnął  sarkastycznie,  lecz  w  jego  głosie  wyczuła
niepewność. - Wygodne życie, szacunek rodziny, swoją cnotę i cześć...

background image

- Nie! - przerwała mu ze złością. - Przecież wiem, że nie chcesz mi zrobić nic złego.

-  O,  możesz  być  pewna,  że  nie  chcę!  Nigdy  w  życiu  nie  odważę  się  mieć  do  czynienia  z  żadną  tak
zwaną  panną  z  dobrego  domu,  nie  jestem  idiotą,  a  dziewcząt  mam  pod  dostatkiem.  Ale  czy
pomyślałaś, co ludzie powiedzą na takie nocowanie w samotnej chacie?

Znowu odniosła wrażenie, że za tymi słowami kryje się coś więcej niż tylko złośliwy przytyk. I coś
więcej niż zadawniony gniew na jej rodzinę.

Villemo odważyła się zadać pytanie, które gnębiło ją najbardziej.

- Czy miałeś dużo dziewcząt? - szepnęła prawie bez tchu.

W fałszywym przekonaniu, że każdy uwodziciel wydaje się kobietom szczególnie pociągający, Eldar
odparł z udaną swobodą:

72

- Możesz być pewna, że niemało!

Villemo zerwała się z miejsca.

- Ach, tak! - zawołała. - W takim razie możesz sobie radzić sam. Ja chcę mieć czystego i szlachetnego
mężczyznę, który będzie należał tylko do mnie. Tu masz węzełek z jedzeniem i możesz się wynosić na
Blocksberg!

I  nim  Eldar  zdążył  się  otrząsnąć  ze  zdumienia  i  wyswobodzić  spod  węzełka,  który  cisnęła  mu  w
twarz, wypadła z izby i zniknęła w zaroślach na skraju lasu.

Najpierw rzucił się do drzwi i chciał ją wołać, lecz machnął ręką, sapiąc ze złości.

- Niech idzie do diabła - mruknął pod nosem.

Mimo to stał w progu i uśmiechał się krzywo. Nocą do tego lasu nie wypędziłby najgorszego wroga.
A Villemo córka Kaleba... Ona nie jest przecież...

- Cholera - syknął przez zęby i zaciśniętą pięścią grzmotnął z całych sił w futrynę.

Villemo pochlipując przedzierała się przez straszne Bagna Wisielca. Akurat w tej chwili nie miała
głowy, żeby się zastanawiać nad leśnymi strachami ani nad tym, jak w ciemnościach odnajdzie drogę
do domu. Chciała uciec jak najdalej od swego rozczarowania i upokorzenia.

Nie rozglądała się, nie spostrzegła więc, że biegnie prosto w objęcia jakichś dwóch mężczyzn.

- Jezu, kto to jest? - krzyknął jeden.

Ona  nie  znała  ich  także,  z  całą  pewnością  jednak  nie  byli  to  ludzie  wójta,  tyle  była  w  stanie

background image

stwierdzić.

- To pewnie kochanka Eldara Svartskogen - powiedział drugi. - Czyli że on tu jednak jest.

Dobrze trafiliśmy, Mons.

Mons? Czy kiedyś nie słyszała nazwiska Mons Woller? To znaczy, że nie tylko ludzie wójta szukają
Eldara!

- No tak! Słyszałem, że jakaś dziewczyna rozpytywała o chałupę Barbro na Bagnach Wisielca.

- Nnnie - wyjąkała Villemo. - Ja nie jestem kochanką Eldara. Przyznaję, ja też myślałam, że on jest
tutaj,  ale  pomyliłam  się.  Nie  ma  go!  Wszystko,  co  ja,  ja,  jja  ttu  widziałam,  to  upiór,  dduch  tego
wisielca. Zabierzcie mnie stąd, o, zabierzcie jak najszybciej!

- Nie, nie, poczekaj no! Nie wierzę w takie babskie gadanie. Nie ma żadnych upiorów, to...

73

- Są - wrzeszczała Villemo histerycznie. - Ja chcę do domu!

- O, nie, panienko. Teraz wrócisz z nami do chaty - powiedział jeden z obcych i chwycił ją mocno za
ramię. - Marsz !

Nie  przestawała  krzyczeć  i  wiła  się  jak  piskorz.  Nigdy  jeszcze  nie  wykorzystywała  swoich
aktorskich  talentów  tak  jak  teraz  i  była  pewna,  że  robi  to  znakomicie.  Ze  zdumiewającą  łatwością
wprowadziła się w histeryczny nastrój.

- Nigdy w życiu! - darła się. - Nigdy tam nie wrócę! On tam wisi i dynda. Widziałam go!

Widziałam!

- Stul gębę, dziewczyno! - syknął jeden.

Chwycił ją za ramiona i uniósł, a drugi złapał za nogi, żeby nie kopała, i tak nieśli ją między sobą. Po
chwili stanęli, zatkali jej usta, żeby przestała krzyczeć, i jeden z nich zaczął wołać:

- Eldarze Svattskogen, mamy twoją kochankę! Wychodź, bo jak nie, to przebijemy ją nożem!

Nasłuchiwali, czy nie usłyszą odpowiedzi. Lecz las, bagno, jezioro, wszystko trwało w ciszy.

Jedyne, co ją zakłócało, to szelest spódnic Villemo, gdy próbowała kopać napastników.

- Jego tam nie ma - powtarzała zdławionym głosem spod zaciskającej jej usta ręki.

Nagle znieruchomieli i upuścili ją bezwładnie na ziemię.

- Jezus - szepnął jeden.

background image

Villemo uniosła się na czworaki.

Na wprost nich, nad jeziorem, pojawiło się jakieś światło. Na jego tle wyraźnie odbijało się coś, co
sprawiło, że z jej gardła wydobył się krzyk podobny do czkawki. Próbowała przełknąć ślinę, lecz w
gardle czuła dławiący kłąb. Z trudem łapała powietrze.

Mężczyźni stali jak sparaliżowani z opuszczonymi rękami.

Nad jeziorem, na gałęzi drzewa, ktoś wisiał i kołysał się z wolna to w przód, to w tył. Na szczęście
korona drzewa zasłaniała głowę wisielca i w ogóle w mroku nie było widać szczegółów. Ale korpus
widzieli. I nogi, długie, bezwładne...

- Czy wy też to widzicie, wy też? - wykrztusiła przerażona Villemo. Sądziła bowiem, że jako jedna z
Ludzi Lodu tylko ona może widzieć upiora.

Mężczyźni długo nie mówili nic, potem jeden wydał z siebie przeciągłe, pełne przerażenia wycie. W
jego kompana życie wstąpiło na nowo i nie oglądając się obaj wzięli nogi za pas.

74

Villemo, zdając sobie sprawę, że zostanie tu sama rzuciła się za nimi.

- Zaczekajcie! Zaczekajcie na mnie! - krzyczała oszalała ze strachu.

Nie  zwracali  na  to  uwagi,  ale  słyszała  ich  ciężkie  kroki  i  pędziła  za  nimi,  podnosząc  wysoko
spódnicę.  Zawodziła  żałośnie,  nie  miała  odwagi  się  odwrócić,  pewna,  że  zjawa  depcze  jej  po
piętach.

Była  sprawniejsza  fizycznie  niż  tamci  dwaj.  Gdy  znaleźli  się  na  stromym  zboczu,  zaczęło  im
brakować tchu.

Ona sama przedzierała się jeszcze przez trzęsawisko, wpadała co chwila z chlupotem w wodę, ale
słyszała, jak tamci dyszą na górze, i szła za nimi.

Wkrótce ich dogoniła, leżeli bez sił na zboczu i z trudem łapali powietrze.

- Chodźcie, szybko! - wołała nerwowo. - Musimy uciekać! To idzie za nami, słyszałam.

- Nie gadaj głupstw - warknął jeden, ale podniósł się skwapliwie i ruszył za nią.

Nie  robiła  tego  z  sympatii  do  nich,  ale  oni  byli  ludźmi,  a  właśnie  teraz  odczuwała  bezgraniczną
potrzebę bycia z ludźmi.

Musiało  im  się  w  jakiś  niepojęty  sposób  udać  odnaleźć  ścieżkę,  bo  od  pewnego  czasu  szli  jakby
niewielką przecinką wśród posępnych sosen. Obaj mężczyźni bez słowa podążali za nią w górę. W
końcu przestraszyła się, że padną martwi ze zmęczenia, i stanęła.

background image

- Tu będziemy bezpieczni - wydyszała. - Jesteśmy już prawie na szczycie wzgórza.

Noc robiła się zimna, lecz oni tego nie zauważali. Zgrzali się tak, że pot zalewał im oczy.

Wszyscy troje opadli na sporą kępę trawy i czekali, aż ich ciała i oddechy znowu się uspokoją.

Po chwili jeden z mężczyzn odzyskał zdolność mówienia.

- To najokropniejsze co kiedykolwiek widziałem! Modliłem się przez całą drogę.

-  I  ja  -  przyznał  drugi.  -  Nie,  tam  Eldar  Svartskogen  mieszkać  nie  może,  za  to  ręczę.  Ludzie  ze
Svartskogen zawsze byli tchórzliwi.

Eldar! Nie, Villemo nie zapomniała o nim, ale jakoś nie pomyślała, że on tam został sam, z upiorem.
Biedny Eldar! Powinna teraz do niego wrócić, ale nie mogła. Nie była w stanie.

Strach okazał się silniejszy od miłości.

Jęknęła cicho ze wstydu.

75

Ale kiedy mówił o swoich licznych kochankach, poczuła, że dzieli ją od niego wielka przepaść. Więc
sam jest sobie winien!

Wiedziała,  że  to  dziecinne  z  jej  strony  marzyć  o  mężczyźnie  całkowicie  cnotliwym  i
niedoświadczonym. Ale i on zachował się niepoważnie, przechwalając się swoimi podbojami.

Obaj obcy dochodzili z wolna do siebie. Jeden uniósł się na łokciu, wciąż dysząc.

- A kim ty jesteś? - zapytał ostro.

O nie, Villemo nie była taka naiwna, żeby mówić, jak się nazywa. I narażać swoją rodzinę na plotki i
gadanie za plecami.

- No, ja... nikim, zwyczajną dziewczyną...

Było  zbyt  ciemno,  by  mogli  zobaczyć  jej  piękną,  złotożółtą  jedwabną  sukienkę,  jakich  zwyczajne
dziewczęta na ogół nie nosiły. Nie powinna była ubierać się tak elegancko na wyprawę do lasu, to
prawda, ale chciała być ładna dla Eldara. Okazało się teraz, że ci dwaj mają ze sobą latarkę. Jeden
trzymał  ją  w  dłoni,  choć  nadal  nie  zapalał.  Musi  więc  zachowywać  się  ostrożnie,  oni  nie  mogą
zobaczyć jej ubrania.

- Czy ty jesteś ze Svanskogen? - dopytywali się.

-  Nie,  jestem  tylko  znajomą  Eldara.  Chciałam  mu  pomóc,  ale  jego  tam  nie  było.  -  Rozejrzała  się
wokół.

background image

- Nie pamiętam, żebym mijała tę polankę, kiedy szłam w tamtą stronę. Musieliśmy zboczyć ze ścieżki.

- O to nietrudno - powiedział któryś, a obaj sprawiali wrażenie przestraszonych. - Zabłądzić tutaj to
niewesoło.

-  Aha,  to  znaczy  jesteś  dziewczyną  Eldara  -  rzekł  znowu  jeden  zalotnie  i  przysunął  się  do  niej.
Wsparty  na  łokciu  próbował  w  mroku  pochwycić  jej  spojrzenie.  Z  ust  mu  cuchnęło  i  Villemo
odwróciła się z obrzydzeniem.

- Nie, nie jestem jego dziewczyną. Po prostu przyjaźnimy się.

- I chcesz, żebyśmy w to wierzyli? - zachichotał drugi który też zdążył się do niej przysunąć i nagle
znalazł  się  nad  nią,  stając  na  czworakach.  -  Przyjaciółka  Eldara  Svanskogen?  Nie  można  być  jego
przyjacielem. Można być jego nieprzyjacielem albo, jeśli się jest dziewczyną, jego kochanką.

76

- To nieprawda - zaprzeczyła Villemo gniewnie, próbując wstać. Ale ręce obu mężczyzn zatrzymały
ją na miejscu. - Puśćcie mnie! - wołała wściekła i przerażona. - Puśćcie mnie, łobuzy!

- My nie jesteśmy łobuzy. Jesteśmy właścicielami ziemskimi i jako tacy mamy pewne przywileje w
stosunku do takich panienek jak ty.

- Ale nie do mnie - parsknęła. - Pochodzę ze znacznie lepszej rodziny niż wy, nędzni Wollerowie!

- A, ty wiesz, jak my się nazywamy? - rzekł jeden groźnie. - To cię może drogo kosztować!

- Z dobrej rodziny? Ty? - szydził drugi, szarpiąc jej spódnicę.

Villemo wpadła we wściekłość.

- O co wam chodzi? Puśćcie mnie natychmiast, bo jak nie, to zamelduję na was wójtowi!

Wybuchnęli śmiechem.

- Wójtowi? On też poluje na Eldara, ale my dotarliśmy tutaj pierwsi.

-  Jeszczeście  go  nie  znaleźli  -  syknęła  i  kopnęła  natręta  z  całej  siły,  tak  że  zatoczył  się  i  wpadł  w
jałowcowe zarośla.

Villemo  zerwała  się  na  nogi,  ale  drugi  był  czujny  i  znowu  powalił  ją  na  ziemię.  Czuła  ze  strachu
ucisk  w  piersi.  Nie  wiedziała,  co  robić.  Czy  powinna  wykrzyczeć,  jak  się  nazywa?  To  by  ich
niewątpliwie natychmiast powstrzymało, ale mogli ją też zamordować jako niewygodnego świadka.
Postanowiła walczyć i milczeć. Była młoda i silna, i bardzo pewna siebie. Przynajmniej na razie.

A  jak  później  odnajdzie  drogę  do  domu,  kiedy  już  uwolni  się  od  napastników,  to  zupełnie  inna
kwestia.  Nie  miała  czasu  się  zastanawiać.  Ten,  który  przed  chwilą  wpadł  w  krzaki,  zdążył  się  już

background image

pozbierać i znowu rzucił się na nią.

Byli wściekli i zdecydowani przeprowadzić swoje zamiary, żeby się zemścić za jej opór.

Teraz  była  to  dla  nich  sprawa  honoru.  Villemo  mogła  się  więc  przekonać,  co  przeżywają  zwykłe,
proste dziewczyny.

Jeden z napastników złapał ją za nogi, a drugi usiadł na niej. Strach naprawdę dławił ją za gardło,
ale jeszcze nie chciała dać za wygraną.

- Przestańcie! Zaatakowaliście kobietę wysokiego rodu!

- Wysokiego rodu? Ty? - wysyczał któryś przez zęby. - Ty, co się uganiasz po lesie za chłopem? I to
za jakim chłopem? Taka hołota!

77

Trzymali ją mocno. Widziała, że nie mają zamiaru puścić, i zawyła ze strachu i z wściekłości.

Villemo słyszała, oczywiście, o gwałtach, ale miała o tym dość szczególne wyobrażenie; uważała, że
jest  w  tym  coś  podniecającego,  niemal  pociągającego,  choć  na  ogół  myśl  o  tym  tajemniczym,  co
przynależy do dorosłego życia kobiety, wywoływała w niej niechęć i uczucie niesmaku. Ale gwałt...
To coś całkiem innego. Jakaś straszna niezwykła przygoda, coś niebywale dramatycznego.

Ów fałszywy pogląd na sprawę gwałtu dzieliła zapewne z wieloma kobietami na świecie.

Zresztą  i  wielu  mężczyzn  wyobraża  sobie,  że  wszystkie  kobiety  tak  właśnie  na  to  patrzą.  Że  w
rzeczywistości sobie tego życzą...

Teraz  zrozumiała.  Gwałt  jest  czymś  obrzydliwym!  Kobieta  jest  skazana  na  łaskę  i  niełaskę,
bezlitośnie wydana na zbliżenie z człowiekiem, od którego nie może się uwolnić, a któremu nigdy w
świecie  sama  by  się  nie  oddała.  To  poniżające,  upokarzające,  dławiące  aż  do  wymiotów!
Wrzeszczała  dziko,  ze  złością,  drapała  i  kopała,  gryzła  ich,  wyrywała  wielkie  kępy  włosów  temu,
który się do niej dobierał. Ale drugi trzymał mocno.

Zdarli  z  niej  ubranie  od  pasa.  Villemo  miotała  się  jak  szalona,  ale  ich  było  dwóch  i  byli  od  niej
silniejsi. Gdy uświadomiła sobie, że ten, który nad nią klęczy, w każdej chwili może dopiąć swego,
zawyła:

- Jestem Villemo z Elistrand! Bliska krewna Meidenów z... au, puśćcie mnie! z Grastensholm, a moim
dziadkiem jest margrabia Paladin! Nie możecie...

Napastnicy znieruchomieli.

- Rany boskie! - mruknął jeden. - Ona kłamie!

- Nie, wyczuwam, że ma jedwabną spódnicę. I jej mowa! Posłuchaj, jak ona mówi!

background image

- Nie mogę jej przecież puścić, bo nam ucieknie. Nie wrzeszcz tak, ty przeklęta idiotko!

Zapal latarkę - polecił kompanowi.

Tamten  zabrał  się  po  omacku  do  krzesania  ognia,  tymczasem  Villemo  walczyła  niczym  dzikie
zwierzę,  by  się  wyswobodzić,  skoro  miała  teraz  tylko  jednego  przeciwnika.  On  jednak  też  nie  był
ułomkiem i trzymał ją wciąż wciśniętą w ziemię tak, że szlochała z rozpaczy.

W końcu światło zapłonęło i napastnicy zobaczyli jej twarz. Oczy dziewczyny miotały skry.

-  O  rany!  -  szepnął  jeden  zmartwiałymi  wargami.  -  Spójrz  na  te  kocie  oczy!  To  oczy  Ludzi  Lodu,
wierz mi! Co teraz zrobimy?

Drugi jąkał się, przestraszony:

- Ppanienko, mmy nie chcieliśmy nic złego. Mmyśleliśmy tylko, że to... No, panienka wie.

78

Wciąż trzymali ją mocno.

- Jesteśmy przecież po tej samej stronie - zagadywał znowu pierwszy.

- Po jakiej stronie? - syknęła Villemo i po raz kolejny próbowała się uwolnić.

-  My,  Duńczycy,  rzecz  jasna.  Ale  że  też  panienka  chce  mieć  do  czynienia  z  tymi...  Panienka
oczywiście żartowała, prawda?

Tego już nie zniosła.

- Tysiąc razy wolę się przyjaźnić z Eldarem niż z wami - wrzasnęła i nareszcie wyswobodziła ręce. -
Puśćcie mnie, łobuzy, pożałujecie tego...

- Ona ma nie całkiem po kolei w głowie - powiedział ten, który ją trzymał. - Przeszła na ich stronę.
Doniesie na nas, zobaczysz. Co my teraz zrobimy?

- Trzeba ją zgładzić, i to szybko! Tak, żeby winę znowu zwalić na Eldara Svartskogen.

- Oczywiście, wszyscy się na to nabiorą.

Zmęczona, bezsilna ze strachu i obrzydzenia, Villemo wybuchnęła płaczem:

- Zostawcie mnie, błagam was! Nie zrobiłam wam przecież nic złego, ja...

Niepohamowany  krzyk  przerażenia  przerwał  jej  prośby.  Mężczyzna,  który  wciąż  nad  nią  klęczał,
wykonał gwałtowny ruch głową, jakby nad nią nie panował. Od strony drugiego dobiegło zdławione
charczenie, po czym skulił się jakoś dziwnie i opadł na ziemię.

background image

Nagle  Villemo  stwierdziła,  że  jest  przy  niej  trzech  mężczyzn  zamiast  dwóch.  Poczuła,  jak  jeden  z
napastników  został  ściągnięty  z  niej  i  odrzucony.  Nie  stawiał  żadnego  oporu  i  leżał  w  trawie  jak
pusty worek. Drugi też.

Ona została podniesiona na nogi, ale po przebytym szoku nie mogła stać o własnych siłach i trzeba
było ją podtrzymywać, szlochającą, niezdolną wymówić słowa.

Nieoczekiwanie poznała głos Eldara, wzburzony i zdyszany:

- Zgubiłem was w ciemnościach, zboczyliście ze ścieżki, aż nagle usłyszałem, że krzyczysz.

Ale masz głos - zakończył cierpko.

- Eldar, muszę zwymiotować!

- Nie mam nic przeciwko temu. Potrzymam ci głowę.

Z trudem łapała powietrze, oddychała ciężko.

79

- Nie, jakoś przeszło. Dziękuję ci, że przyszedłeś.

- Czy oni zdążyli...?

Villemo skuliła się.

- Nie wiem. Bardzo mnie zabolało!

- Przeklęte diabły! - warknął Eldar.

Oparła się czołem o jego ramię i płakała bezradna, a on objął ją bez słowa.

- Co ty z nimi zrobiłeś, Eldar? - zapytała szeptem.

- Nie wiem dobrze. Zaraz zobaczę.

- Oni mieli latarkę. Leży tam, w trawie. Kopnęłam ją i zgasła - objaśniała przesadnie dokładnie.

- Nie wiesz, co to za jedni?

- To ludzie z Woller.

- Mogłem się tego domyślać.

- Jeden ma na imię Mons.

- Jezu! Rozum ci odebrało? Nie mówisz tego poważnie?

background image

- Owszem.

Eldar znalazł latarkę, a po kilku przekleństwach udało mu się też natrafić na krzesiwo.

- Chciałabym, żebyś tak nie przeklinał - chlipnęła cicho.

- To chyba moja sprawa. Jeśli jeszcze zaczniesz mnie wychowywać, to...

-  Nie,  oczywiście,  że  nie  -  rzekła  pospiesznie.  - Ale  skóra  mi  cierpnie  za  każdym  razem,  kiedy  to
słyszę.

- To zatykaj uszy!

W tej samej chwili, gdy udało mu się zapalić latarkę, Villemo krzyknęła:

- Uważaj !

Jeden z napastników odzyskał właśnie przytomność i rzucił się od tyłu na Eldara.

80

Villemo  działała  odruchowo.  Dostrzegła  nóż  u  pasa  nieprzytomnego  mężczyzny  i  chwyciła,  nie
zastanawiając się, co robi. W następnej sekundzie ostrze tkwiło już w plecach tego, który rzucił się
na Eldara.

Zaległa cisza. W trawie stała latarka z chybotliwym płomykiem światła.

Eldar wstał.

- No, no, muszę powiedzieć... - zaczął powoli.

Villemo nie była w stanie wykrztusić ani słowa, patrzyła tylko na niego, przerażona.

Wtedy usłyszeli obcy głos:

- Tak, rzeczywiście trzeba by powiedzieć to i owo! Co się tu właściwie dzieje?

W mdłym świetle latarki Villemo zobaczyła trzech mężczyzn, stojących na zalesionym zboczu ponad
polanką. Rozpoznała mówiącego, należał do ludzi wójta.

- Eldar Svartskogen! - zawołał. - Tego można się było spodziewać. Ale kim jest ta żądna krwi młoda
dama?

- Oni, oni... chcieli mnie zgwałcić. I zabić Eldara

- wyjąkała.

Nowo przybyli podeszli bliżej.

background image

- Nie pokazuj im oczu - szepnął Eldar.

-  Oczu?  -  spytał  przeciągle  człowiek  wójta.  -  Dlaczego  ona  miałaby  ukrywać  oczy?  Łapać  ich,
chłopaki!

Eldar chwycił Villemo za ramię, by pociągnąć ją za sobą, gdy nagle w powietrzu świsnął nóż i jeden
z ludzi wójta osunął się na ziemię. Nim dwaj pozostali zdążyli wyciągnąć broń, kolejny nóż przeszył
powietrze i drugi z nich padł. Został tylko jeden, najbliższy współpracownik wójta, który rzucił się
do ucieczki, starając się ujść pogoni.

- O co tu właściwie chodzi? - pytała oszołomiona Villemo.

Z  zarośli  na  skraju  lasu  wyszło  jeszcze  czterech  czy  pięciu  mężczyzn.  Jeden  z  nich  czubkiem  buta
odwracał ludzi z Woller.

- Martwi?

81

- Na to wygląda - odparł Eldar, a w jego głosie zabrzmiała pewność siebie. - Tamci dwaj także.

- Uciekajmy! Szybko! Zabierz ze sobą dziewczynę! Tego pomocnika wójta nie będziemy gonić.

Eldar  wziął  Villemo  za  rękę  i  wszyscy  pobiegli  nieznanymi  jej  ścieżkami  w  dół  po  zboczu  jak
najdalej od tego fatalnego miejsca. Przyłączyło się do nich jeszcze kilku mężczyzn.

Zastanawiała się, czy już naprawdę wyzwoliła się z tego koszmaru.

Wreszcie,  gdy  myślała,  że  zaraz  padnie  ze  zmęczenia,  zatrzymali  się.  Nie  miała  najmniejszego
pojęcia, gdzie są, wszędzie wokół tylko las i ciemność.

-  Tu  musimy  się  rozłączyć  -  powiedział  jeden,  wyglądający  na  przywódcę.  Wyczuwało  się  jego
autorytet nawet w tych warunkach.

- Eldar, pomocnik wójta widział i ciebie, i dziewczynę. Musicie zniknąć z powierzchni ziemi.

- Ale ja muszę wracać do domu - zaprotestowała Villemo.

- Do domu? - spytał. - Zapomnij o tym. Kim ona jest, Eldar?

- To jedna z Ludzi Lodu. Z rodu Meidenów i Paladinów.

-  O  rany!  -  mruknął  tamten.  -  O  tak,  panienko,  może  panienka  być  pewna,  że  nieprędko  wróci  do
domu.

- Ale ja nic z tego nie rozumiem!

background image

- A jak się panienka w to wmieszała?

-  Chciała  mnie  uratować  -  wyjaśnił  Eldar  z  ironią.  -  W  każdym  razie  spaliła  naszą  najlepszą
kryjówkę. Bagna Wisielca.

-  Tak,  domyśliłem  się.  Czego  panienka  chciała  od  Eldara  Svartskogen?  Przecież  on  nie  należy  do
pani środowiska.

Villemo znowu zbierało się na płacz. Była wściekła, że nic nie rozumie, zdołała jednak wykrztusić z
siebie:

- Ja wiedziałam, że on jest niewinny, że nie popełnił tego morderstwa w Grastensholm.

Dowiedziałam się, gdzie jest, żeby mu przynieść trochę jedzenia.

- Jedzenia? - jednocześnie zawołało kilku z obecnych.

82

- Dobry Boże, człowieku, nie widzieliśmy jedzenia od wielu dni - powiedział przywódca. -

Zjadłeś wszystko sam, Eldar?

- Nawet nie zdążyłem spróbować. Mam węzełek ze sobą.

Odwiązywał drżącymi palcami tłumoczek przytroczony do pasa.

- W takim razie zatrzymamy się na chwilę w tej grocie - zadecydował przywódca. - Stokrotne dzięki,
panienko.

Za to wybaczymy pani wiele!

Mimo  woli  poczuła  się  dumna  i  zadowolona.  W  dalszym  ciągu  nic  nie  rozumiała,  lecz  teraz  nie
okazywali jej już wrogości.

Nikt  się  nie  odważył  rozpalić  ognia,  ale  i  tak  w  grocie  zrobiło  się  ciepło,  zwłaszcza  że  siedzieli
ciasno przy sobie. Villemo dzieliła jedzenie, bo wiedziała, co w węzełku jest. Rada była, że aż tyle
wzięła, duży bochenek chleba i mnóstwo różnych przysmaków.

Przez chwilę było cicho, czy raczej prawie cicho, bo trudno powiedzieć, że jedli bezgłośnie.

- Ach, żeby tak można wziąć trochę tego do domu, dla rodziny - westchnął któryś.

Villemo już przedtem zauważyła, że to jeden, to drugi chowa ukradkiem kawałek chleba do kieszeni.

- Czy naprawdę są ludzie, którzy mają pod dostatkiem dobrego jedzenia w tych ciężkich czasach? -
zapytał znowu któryś.

background image

- Duńczycy - odparł inny krótko.

- No nie, chwileczkę - zawołała Villemo dotknięta. - Co chcecie przez to powiedzieć?

- Czy ty ciągle nic a nic nie rozumiesz? - dopytywał się Eldar ze złością.

- Owszem, rozumiem. Że jesteście ludźmi, jakby to powiedzieć, wyjętymi spod prawa.

Rozbójnikami.  I  że  nie  chcecie  mi  niczego  wyjaśnić,  a  ja  o  niczym  nie  mam  pojęcia,  siedzę  tu  i  o
mało nie pęknę ze złości!

- To słyszymy - uśmiechnął się przywódca. - Wyjętymi spod prawa akurat nie jesteśmy.

Mieszkamy we własnych zagrodach. Ale od czasu do czasu spotykamy się. Pracujemy w milczeniu.

- Nad czym?

- Naszym celem jest wolna Norwegia.

83

Musiała chwilę pomyśleć. Teraz, gdy siedzieli już od jakiegoś czasu w grocie, poczuła, że jesienny
chłód przenika ją do kości. Drżała.

- Norwegia jest przecież wolna - rzekła.

- Naprawdę?

- Oczywiście. Czy Norwegia i Dania nie stanowią jednej całości?

- Tak. A kto rządzi?

- Dania - odparła z wahaniem. - Ale tak przecież jest od wielu stuleci.

-  O,  aż  tak  dawno  to  nie.  My  chcemy,  żeby  wszyscy  Duńczycy  opuścili  nasz  kraj,  i  chcemy  mieć
własnego króla. Sądzę, że namiestnik Gyldenlove nie miałby nic przeciwko temu, byśmy go obwołali
królem Norwegii.

- Przecież on jest Duńczykiem!

- Tak, ale to porządny człowiek.

- Zatem wy... nienawidzicie Duńczyków? - zapytała żałośnie.

Eldar pochylił się ku niej.

- Tak, a co myślałaś? Naprawdę uwierzyłaś w tę śmieszną starą historię, że to wy odebraliście nam
majątek  Woller?  My  przecież  wiemy,  że  to  nie  wasza  wina,  że  to  obecny  właściciel  Woller

background image

podstępem wszedł w posiadanie majątku, kiedy byliśmy słabi po przestępstwie mojego pradziadka.
Nie, ta historia to tylko wymówka, żeby ukryć nasz ruch powstańczy. Nienawidzimy was dlatego, że
jesteście Duńczykami, intruzami.

- Ale ja nie jestem Dunką - zaprotestowała gwałtownie. - Mój ojciec jest Norwegiem i porządnym
człowiekiem.

- Twój ojciec tak. Ale czy nie ożenił się z Dunką? A twoja babka, Cecylia, pracowała na duńskim
dworze  i  wyszła  za  mąż  za  Paladina. A  stara  baronowa  Liv,  twoja...  no  właśnie,  kim  ona  jest  dla
ciebie?

- Prababką. Matką mojej babki.

- No właśnie, czy ona nie wyszła za mąż za Duńczyka, Daga Meidena?

- Owszem, ale może chociaż Niklas i jego rodzina to Norwedzy?

-  O  tak.  Lindowie  z  Ludzi  Lodu,  właściciele  Lipowej  Alei,  są  czystej  krwi  Norwegami.  Dlatego
poszliśmy pracować przy remoncie stajni, ja i moi krewniacy. Chociaż Tarjei... On ożenił się 84

z Niemką! Tak, jak słyszysz, znam was wszystkich. Żywych i umarłych. A jego syn, Mikael, ożenił się
ze szwedzką szlachcianką.

- Francuską - poprawiła mimo woli Villemo. - Ale chyba można czuć się Norwegiem?

- I ty się czujesz?

Drgnęła, jakby chciała coś z siebie zrzucić.

-  Można  chyba  żyć  w  przyjaźni,  choć  nie  należy  się  do  tego  samego  narodu?  Nie  widzę  powodu,
żebyśmy nie mieli żyć w pokoju jako ludzie, po prostu, a nie jako Norwegowie, Duńczycy czy... Taka
nienawiść jak wasza jest przyczyną wszystkich wojen.

Przerwał jej przywódca:

- To bardzo piękne myśli, panienko. Ale tu chodzi o kraj pozbawiony wolności. O nasz kraj!

Villemo spuściła głowę. Siedziała przez chwilę w milczeniu, a potem zapytała:

- Dlaczego nie mogę wrócić do domu?

- Ponieważ ludzie wójta wiedzą, kim pani jest. Eldar był nieostrożny, mówiąc o pani oczach.

Wójt  łatwo  dojdzie,  kto  z  Ludzi  Lodu  i  dlaczego  chodził  nocą  po  lesie.  Wszyscy  wiedzą,  że  teraz
tylko jedna dziewczyna ma te dziwne oczy Ludzi Lodu. My tutaj już dawno domyśliliśmy się, że pani
jest Villemo z Elistrand.

background image

- To się zgadza.

- Jeśli wójt dostanie panią w swoje ręce, szybko wydobędzie z pani, co będzie chciał. O

Bagnach Wisielca, o Eldarze, o...

-  Bagna  Wisielca...  -  Villemo  wstrząsnęła  się  na  to  wspomnienie.  -  Wiecie,  że  my  naprawdę
widzieliśmy tam upiora? Wisiał na drzewie. Widzieliśmy, ci dwaj z Woller i ja.

Eldar oblizał się, żeby ukryć uśmiech.

-  Moja  droga,  to  przecież  ja  tam  wisiałem!  Musiałem  odstraszyć  tych  drani  od  naszej  najlepszej
kryjówki. Mamy tam broń i wiele innych rzeczy.

- Ty? Ale...

- Wisiałem na jednej ręce. Widziałaś moją głowę?

- Nie, to prawda, ale... ech! To tylko ty!

85

Uśmiechnęła się i napięcie panujące dotychczas w grocie znalazło ujście w gromkim śmiechu.

- Eldar - poprosiła Villemo po chwili zamyślenia. - Opowiedz coś więcej o twoich porachunkach z
tymi z Woller i o zamordowaniu tamtego chłopca w Grastensholm.

- Obaj służący pochodzili z Woller, z tego duńskiego gniazda, które nie ma sobie podobnych.

Oni uważają, że wszyscy Norwegowie są ludźmi mniejszej wartości i że można nami pomiatać.

- Ale my nigdy tak nie myśleliśmy! Moja rodzina.

-  Wiem,  wy  nie.  Wy  utrudnialiście  nam  zawsze  życie  w  inny  sposób,  właśnie  dlatego,  że
traktowaliście nas jak równych sobie. I dlatego was też nienawidziliśmy, chociaż inaczej.

- Rozumiem. Chcieliście we wszystkich Duńczykach widzieć wrogów, intruzów, jak nas nazywacie.

-  No  właśnie! A  wy  jesteście  tak  cholernie  życzliwi  i  wielkoduszni,  i  tak  pełni  zrozumienia,  że  to
staje kością w gardle. Nie mamy prawa myśleć o was źle ani mówić o was „duńskie świnie”.

- Naprawdę myślicie, że wszyscy Duńczycy to świnie? W takim razie jesteście niewiele lepsi od tych
z Woller!

-  Nie,  oczywiście  nie  uważamy,  że  wy  wszyscy,  co  do  jednego,  jesteście  świnie.  W  każdym  razie
dopóki trzymacie się Danii i nie odbieracie nam naszych majątków, i nie gnębicie nas.

Ale  Wollerów  mamy  prawo  nienawidzić.  I  my  ze  Svartskogen  nienawidzimy  ich.  Wiesz,  ci  dwaj

background image

służący zostali nasłani do Grastensholm przez właściciela Woller. Żeby szpiegowali.

Was,  bo  jesteście  tacy  serdeczni  i  otwarci,  i  nas,  podejrzanych  o  wrogość  wobec  Duńczyków.
Słusznie zresztą.

- Zatem nic dziwnego, że to właśnie oni strzelali do was tamtego ranka, kiedy próbowaliście ukraść
żywność z Grastensholm.

- No właśnie!

- A to ostatnie morderstwo? To, o które ciebie oskarżają?

Pochylił się ku niej.

-  Widzisz,  jeden  z  tych  chłopców  zaczął  się  z  całej  sprawy  wycofywać.  Zakochał  się  w  służącej  z
Grastensholm i chciał się tam osiedlić na stałe. Wobec tego gospodarz z Woller kazał temu drugiemu
go zabić, a winę zwalić na mnie. To właśnie on ukradł mój nóż i wbił go w plecy swojemu koledze.

86

Villemo poczuła, że robi jej się niedobrze. Nie tak dawno ona też wbiła człowiekowi nóż w plecy.
Była to dławiąca, nieznośna świadomość.

- Skąd ty to wszystko wiesz?

- Domyśliłem się natychmiast, ale nie mogłem nic mówić, musiałem być ostrożny ze względu na ruch
powstańczy. Wolałem uciekać. Ale przyszłaś ty, głupia dziewucho, i narobiłaś takich szkód.

Kiedy  Eldar  przestawał  być  taki  okropnie  agresywny,  posługiwał  się  bardzo  kulturalnym  językiem,
więc  chyba  naprawdę  Svanskogenowie  to  była  kiedyś  dobra  rodzina  i  dopiero  później,  po
przestępstwie pradziadka, podupadła. Znowu nastała cisza. Villemo czuła się dość zgnębiona całą tą
krytyką, jakiej przyszło jej wysłuchać, i wszystkimi upokorzeniami, jakie musiała znieść.

W końcu zapytała pojednawczym tonem:

-  A  jak  to  się  stało,  że  tylu  różnych  ludzi  znalazło  się  dzisiejszej  nocy  w  lesie?  Trudno  mi  to
zrozumieć.

Odpowiedział jej przywódca:

-  My  jesteśmy  tu  dlatego,  że  właśnie  dzisiaj  wypada  termin  naszego  spotkania.  Zbieramy  się
regularnie na Bagnach Wisielca. A czego Wollerowie szukali, to nie wiem.

- Ale ja wiem - wtrąciła Villemo zawstydzona. - Oni szukali Eldara, a w Moberg dowiedzieli się, że
jakaś młoda dziewczyna rozpytywała o drogę do chaty Barbro.

- O, dobry Boże! - jęknął przywódca, wstrząśnięty taką naiwnością.

background image

- Tak. No, a że ludzie wójta wiedzieli, gdzie mnie szukać, to już nic dziwnego - westchnął

Eldar. - Bo przecież parobek z Woller, ten, który pracował w Grastensholm, był też w Lipowej Alei,
pomagał  przy  remoncie  stajni.  Skoro  Villemo  słyszała,  jak  moi  krewniacy  rozmawiają  o  chacie
Barbro,  to  słyszał  pewnie  i  on.  I  to  on  poleciał  z  tym  do  wójta.  Tak  że  to  nie  tylko  twoja  wina,
Villemo.

- Dziękuję - powiedziała ze szczerą wdzięcznością. Poza tym jednak czuła się marnie. - Ale jak to się
stało, że wszyscy spotkali się akurat w tym fatalnym miejscu na szczycie wzgórza?

Mężczyźni wybuchnęli śmiechem.

- Nigdy jeszcze nie słyszeliśmy, żeby ktoś wrzeszczał tak okropnie. Krzyki panienki mogły umarłego
postawić na nogi - powiedział przywódca.

Villemo  wolałaby,  żeby  nie  używał  takich  słów.  Znowu  poczuła,  że  coś  podchodzi  jej  do  gardła.
Zabiła człowieka. Pozbawiła go życia.

87

Cicho zapytała:

- A co będzie teraz? Tak bardzo bym chciała wrócić do domu.

- To niemożliwe - uciął przywódca. - I chyba długo nie będzie możliwe. Oboje z Eldarem jesteście
teraz poszukiwani i musicie stąd zniknąć. Ale już pomyślałem, co z wami zrobić. W

okręgu  Romerike  jest  pewien  dwór,  należący  do  przyjaciela  Duńczyków.  Ludzie  gadają,  że  służba
jest tam traktowana w okropny sposób, znacznie gorzej niż w Woller. Chciałbym, żebyście się najęli
do służby w tym dworze. Powiecie, że jesteście małżeństwem...

- Nie - zawołali oboje jednocześnie.

- Nie? A ja myślałem...

- Absolutnie nie - powiedziała Villemo, prostując się. - Ale możemy przecież być bratem i siostrą,
prawda?

- Zgodziłabyś się na coś takiego? - zapytał Eldar zdumiony, spoglądając na nią w zbliżającym się już,
choć jeszcze ledwo dostrzegalnym brzasku poranka.

- A czy mam jakiś wybór?

- Niewielki.

Sama uważała, że to dobry pomysł. Rodzeństwo...

background image

Płynęło stąd jakieś poczucie bezpieczeństwa.

Starszy brat? Villemo stawała się sentymentalna. W dzieciństwie nieustannie marzyła, by mieć brata,
dużego, silnego brata, do którego można by się zwrócić o pomoc, pociechę lub obronę.

Braterska  miłość  jest  czymś  pięknym,  tak  sobie  przynajmniej  wyobrażała.  Może  dlatego,  że  sama
była jedynaczką i nie miała pojęcia o tych wiecznych przepychankach i kłótniach, jakie są udziałem
rodzeństwa.

Teraz ucieszyła się. Miło będzie mieć Eldara jako brata, móc do niego przyjść, wiedzieć, że on jest,
że są ze sobą związani.

Nie zdając sobie z tego sprawy, westchnęła głęboko, uszczęśliwiona i pełna oczekiwań.

88

ROZDZIAŁ VII

W grocie pod wysoką skałą panowała cisza.

Villemo ledwo dostrzegała Eldara w szarym świetle poranka, ale wiedziała przecież, gdzie siedzi, i
pamiętała jego twarz - wąskie, przeważnie zmrużone oczy, bruzdy na smagłych policzkach... I nagle
opadły ją wątpliwości.

- Czy nie moglibyśmy pójść każde gdzie indziej? - zapytała nieśmiało.

Przywódca potrząsnął głową.

- Czynię Eldara odpowiedzialnym za panienkę. Po części ze względu na pani bezpieczeństwo, a po
części ze względu na nas, żeby nas panienka nie wydała.

- Jak mogłabym to zrobić? Przecież nie znam waszych nazwisk, nawet was nie widziałam!

-  Dlatego  musimy  się  rozdzielić  teraz,  zanim  się  rozwidni.  Ale...  -  dodał  ostro.  -  Istnieje  jedno
wielkie  ale.  Wy  oboje  możecie  bez  kłopotu  podawać  się  za  rodzeństwo,  jest  między  wami  pewne
podobieństwo...

- Pan wie, jak ja wyglądam?

- Oczywiście! Oboje w oczach macie ten jakiś dziki błysk niczym trolle, chociaż barwą wasze oczy
się różnią. Oboje jesteście blondynami, więc powinno się udać. Chciałem wam jednak powiedzieć:
jeżeli jesteście rodzeństwem, to jesteście, i o żadnych miłosnych głupstwach między wami mowy być
nie może. W przeciwnym razie wszystko diabli wezmą, to chyba rozumiecie!

- Nie ma między nami żadnych miłosnych głupstw - wycedził Eldar przez zęby.

Villemo przytaknęła.

background image

-  To,  co  ja  czuję  do  Eldara,  to  nie  żadne  romansowe  uniesienia.  Po  prostu  głęboka  przyjaźń  i
sympatia, to wszystko. Ale przypuszczam, że starczy tego na długo.

O, święta naiwności! Jakim ty bielmem potrafisz ludziom zasnuć oczy!

- Dobrze! - powiedział przywódca i wstał, a wszyscy poszli za jego przykładem. - Panno Villemo,
mam nadzieję, że panienka wie, co powinniśmy z panienką zrobić?

- Nie?

-  Powinniśmy  panienkę  zabić.  Jest  panienka  przecież  jedną  z  „nich”.  Z  tych  sprzyjających
Duńczykom.

89

Krzyknęła cicho, przestraszona. Próbowała uspokoić głos, lecz nie całkiem jej się to udało.

-  Jestem  także  jedną  z  tych  sprzyjających  Norwegom.  Moje  usta  są  zamknięte  na  siedem  pieczęci.
Bardzo chcę się przyczynić do zwalczania ucisku, ale uważam że też powinniście odróżniać kąkol od
pszenicy.  -  I  tak  właśnie  czynimy.  Rodzina  panienki  i  wiele  jej  podobnych  nie  ma  powodu  bać  się
powstańców. My się tylko boimy polegać na tych, którzy są w jakiś sposób powiązani z Duńczykami.
Ale teraz zrobimy wyjątek.

Ponieważ  ludzie  wójta  widzieli,  że  panienka  zabiła  Monsa  Wollera,  jedynego  syna  gospodarza  na
Woller, a nie chcemy widzieć tak pięknej głowy na katowskim pieńku.

Poczuła się dość żałośnie. Najłagodniej mówiąc.

- Tak strasznie bym jednak chciała posłać jakąś wiadomość mojemu drogiemu ojcu. Żeby się o mnie
nie martwił.

- I nie szukał panienki - zgodził się przywódca.

-  Będzie  panienka  mogła  przesłać  wiadomość.  Zanim  dojdziecie  do  Moberg,  zrobi  się  już  widno.
Proszę wtedy wziąć płat kory brzozowej i napisać na nim węglem parę słów, a potem ukryć zwitek
pod  kamieniem  przy  moście,  tym  z  lewej  strony.  Zatroszczymy  się,  by  wiadomość  dotarła  do  ojca
panienki. Ale proszę nie wspominać ani o nas, ani o Eldarze!

- Oczywiście, że nie. A kiedy przypuszczalnie będę mogła wrócić do domu?

Zastanawiał się przez chwilę.

- Na wiosnę - rzekł zdecydowanie. - Proszę tak napisać. Na wiosnę!

To  znaczy,  że  wtedy  wybuchnie  powstanie  -  pomyślała  zgnębiona.  Boże,  spójrz  łaskawie  na  moją
biedną rodzinę! O, dobry Boże, w co ja się wplątałam?

background image

Przywódca mówił dalej do Eldara:

- Dostaniesz ode mnie adres dworu i wszelkie polecenia. Nie będzie wam trudno dostać się tam na
służbę, bo wszyscy od nich uciekają, zawsze brak im ludzi. I dam ci też nazwisko twojego łącznika.

Villemo zawołała zdumiona:

- To i w Romerike są tacy jak wy?

Nie mogła zauważyć, że przywódca uśmiecha się cierpko.

-  W  całej  wschodniej  Norwegii,  panienko  -  odparł  ze  smutkiem.  -  Opór  przeciwko  duńskiemu
uciskowi jest większy, niż mogłoby się wydawać.

90

- Ale dlaczego akurat teraz? Czy może zawsze tak było?

-  W  mniejszym  lub  większym  stopniu  zawsze.  Teraz  jednak  namiestnikiem  w  Norwegii  jest  Ulryk
Fryderyk  Gyldenlove,  nieprawy  syn  Fryderyka  III,  i  to  jego  obecność  pobudza  nas  do  bardziej
zdecydowanych działań. Widzimy w nim człowieka, o którego chcielibyśmy zabiegać jako o naszego
przyszłego króla. On, oczywiście nic o tym nie wie, ale nie sądzę, żeby nam odmówił.

- Tylko czy ojciec mu na to pozwoli?

Przywódca uśmiechnął się.

- W jakiej epoce panienka żyje, panno Villemo? Jego ojciec zmarł. Królem jest teraz przyrodni brat
Ulryka  Gyldenleve,  Christian  V.  A  co  on  na  to  powie?  Nie,  jego  pytać  nie  będziemy.  Jeżeli  nie
dostaniemy Gyldenlove, to znajdziemy sobie zwykłego Norwega i posadzimy na tronie.

Powiedział to z takim przekonaniem, że Villemo domyśliła się, iż odpowiedni kandydat został

już wyznaczony.

Jesienne  słońce  mozolnie  wspinało  się  ponad  horyzont,  podczas  gdy  Eldar  i  Villemo  pospiesznie
chodzili po stromym, oszronionym zboczu w stronę Moberg. Szli w milczeniu, nie mieli sobie nic do
powiedzenia. Villemo starała się myśleć o tym, co czeka ją w najbliższej przyszłości. Tego, co się
niedawno stało, nie miała odwagi przywoływać we wspomnieniach.

Przychodziła jej to jednak z trudem. Wstyd i cierpienie fizyczne były co najmniej dwa razy bardziej
dokuczliwe teraz, gdy schodziła w dół po zboczu i każdy krok sprawiał jej ból w całym ciele. Czuła,
że  długo  nie  wytrzyma  i  rozpłacze  się  z  powodu  szoku  i  z  rozpaczy  po  tych  wszystkich  bolesnych
wydarzeniach, jakie ją spotkały i jakie przecież sama na siebie ściągnęła.

Desperacko czepiała się myśli o przyszłości,

background image

Powinno  im  być  dobrze  razem,  Eldarowi  i  jej,  muszą  się  tylko  lepiej  poznać  i  on  musi  zmienić  te
swoje grubiańskie maniery...

O, Villemo, Villemo! Wciąż taka dziecinnie naiwna i taka idealistka!

Nim znaleźli się na prostej drodze, musieli pokonać szczególnie stromy skłon, przechodząc z jednego
kamiennego bloku na drugi. Villemo nie była w stanie powstrzymać jęku.

Eldar, który zdążył już zejść na dół, odwrócił się.

- Co z tobą?

91

- Nic - odparła z wymuszanym uśmiechem.

Ranek  stawał  się  coraz  jaśniejszy  i  mogli  się  już  widzieć.  Wyglądało  na  to,  że  Eldar  przypomniał
sobie nareszcie, co się stało.

- Boli cię? - zapytał szorstko, wyciągając rękę, by pomóc jej zejść. Przedtem nigdy tego nie robił.

- Boli, ale tylko trochę.

On jednak spojrzał na jej pobladłą twarz i zacisnął wargi.

- Musisz jakoś dojść do wsi. Później zobaczymy.

- Zobaczymy? - zapytała ze stężałą twarzą.

- Owszem, zobaczymy, czy stała ci się poważna krzywda. Czy to takie dziwne?

Villemo przełknęła ślinę.

- To nie jest konieczne.

- Owszem, jest. I to z wielu powodów. A teraz chodź!

Po chwili znowu przystanęła.

- Miałam napisać list.

- No tak, prawda - westchnął. - W takim razie zrób to teraz!

Rozejrzała się bezradnie wokół.

Eldar  syknął  ze  złością  i  podszedł  zamaszystym  krokiem  do  młodej  brzozy.  Znajdowali  się  w
zagajniku,  w  pobliżu  jakiejś  wsi.  Widzieli  pola  uprawne  i  łąki,  ale  na  razie  jeszcze  żadnych
zabudowań. Oderwał spory kawałek kory i podał jej,

background image

- Spróbuję też znaleźć węgielek - mruknął. - Nie możemy tu rozpalać ogniska, ale oni mają zwyczaj
jesienią palić na polach starą słomę i liście...

Głos  jego  się  oddalał.  Villemo  stała  przez  chwilę  opuszczona  i  bezradna,  zastanawiała  się,  co  ma
napisać. Wiadomość musi być krótka. I uspokajająca, a to nie takie łatwe.

Eldar wrócił wkrótce z kilkoma osmalonymi patykami.

- Miałem szczęście - powiedział. - Zaczynaj!

92

Villemo  uklękła  i  rozłożyła  korę  na  kamieniu.  Potem  zaczęła  pisać  jak  mogła  najstaranniej,
przyciskała mocno, by pismo nie zatarło się, zanim dotrze do Elistrand. O, Elistrand...

Poczuła bolesny skurcz w sercu, ale otrząsnęła się natychmiast.

- No! Skończyłam.

- Mogę zobaczyć?

Mimo woli przycisnęła do piersi zwitek kory.

- To przecież prywatne...

- Muszę zobaczyć, co napisałaś. Chyba rozumiesz. Dawaj to!

Niechętnie wyciągnęła rękę, a on złapał list. Zaraz jednak poprosił, by to ona przeczytała.

Może sam nie umiał? Villemo czytała głośno:

Kochany  ojcze!  Wpadłam  w  ręce  gwałcicieli  i  musiałam  jednego  z  nich  zabić  w  obronie  własnej.
Wójt  mnie  ściga,  lecz  dobrzy  ludzie  pomogli  mi  się  ukryć.  Nie  szukajcie  mnie,  jest  mi  tu  dobrze.
Wrócę o0 domu na wiosnę. Villemo.

Eldar skinął głową.

- Dobrze. A teraz chodź! Schowamy to pod kamieniem.

Schowali list w umówionym miejscu przy moście, przekradli się przez wciąż jeszcze uśpioną wieś i
znowu dotarli do lasu. Na wzgórze wiodła ubita droga. Oddalali się od Moberg, ale nie szli w stronę
Grastensholm, niestety. Zmierzali w odwrotnym kierunku, na północ.

W końcu Eldar zaczął z nią rozmawiać. Droga była tu tak szeroka, że mogli iść obok siebie.

- Zdajesz sobie chyba sprawę z tego, że ludzie z Woller także nas poszukują, i to nie mniej zaciekle
niż wójt?

background image

- Z powodu tamtych dwóch?

- Tak, z powodu Monsa Wollera, jedynego syna właściciela majątku. Ale to nie jemu wbiłaś nóż w
plecy, to był ten drugi.

Żołądek Villemo znowu zaczął się burzyć.

- Eldar! Bądź tak dobry! Ja nie jestem w stanie o tym myśleć!

- Musisz się jednak nauczyć. Nie duś tego w sobie, bo będzie jeszcze gorzej. Uratowałaś mi życie,
choć ono niewiele teraz warte. - Uśmiechnęła się z wdzięcznością, a on jakby na chwilę złagodniał. -
I własną cześć - dodał.

93

Uśmiech zamarł na jej wargach.

- To nie jest takie pewne.

- Zobaczymy.

To brzmiało strasznie. Bardzo nie chciała tych oględzin. Musi się postarać, żeby ich jakoś uniknąć.

Nieśmiało zapytała:

- Czy Gudrun, twoja siostra, też należy do waszej grupy powstańczej?

-  Do  grupy?  -  prychnął  ze  złością.  -  Czy  ty  myślisz,  że  tu  chodzi  o  jakiś  chór  kościelny  czy  coś
takiego?

Potem spoważniał, wyglądał tak, jakby się źle poczuł.

-  Nie,  Gudrun...  Ona  od  urodzenia  nienawidzi  Duńczyków,  to  oczywiste,  cała  nasza  rodzina  ich
nienawidzi. Ale nie mogliśmy jej włączyć do sprzysiężenia. Jest zbyt nieobliczalna. I dlatego, że...

Wyraźnie nie miał ochoty dokończyć zdania.

A teraz ja jestem z nimi, pomyślała Villemo. Z konieczności, czy nie, ale mnie wzięli.

- Ja będę dobrą pomocnicą - uroczyście obiecała drżącym głosem. - Nie będziecie żałowali.

- To dobrze - odparł, ale myślami był gdzie indziej.

- Jedyny warunek, jaki stawiam, to żeby moja rodzina została oszczędzona.

-  My  ich  oszczędzimy,  to  oczywiste,  ale  nie  możemy  odpowiadać  za  to,  co  zrobi  wójt  czy
Wollerowie.

background image

Villemo przystanęła gwałtownie.

- O, nie, muszę wracać do domu!

Eldar chwycił ją za ramię.

-  Nie  wygłupiaj  się,  dobrze?  Przesadziłem.  Oni  nic  nie  mogą  zrobić.  Nie  wam,  cieszycie  się  zbyt
dużym poważaniem. Ale moja rodzina... No nic, bywaliśmy i przedtem w opałach.

Umilkł.  Villemo  wsłuchiwała  się  w  swoje  i  Eldara  szybkie,  szurające  kroki,  głośne  oddechy,  w
szelest swojej spódnicy. Słońce stało już wysoko na niebie, zapowiadał się ładny, jasny dzień. Ona
jednak była sina z zimna po spędzonej pod gołym niebem jesiennej nocy.

94

Złościło ją to ze względu na urodę. Jej jasna skóra nabierała na zimnie koloru sinoliliowego.

By choć trochę okryć swoją biedę, otulała się szczelnie wielką chustką.

- Zatrzymamy się tutaj i odpoczniemy - oświadczył Eldar.

Już dawno zostawili za sobą dolinę, w której leżało Moberg, i znajdowali się teraz wyżej, na skłonie
łagodnego  zbocza,  schodzącego  do  kolejnej  doliny.  Drzewa  zdawały  się  być  obsypane  monetami  z
miedzi i złota. Ludzkich siedzib nie widzieli od dawna, odkąd opuścili Moberg.

-  Nie  jestem  zmęczona  -  zaprotestowała.  -  Tylko  głodna.  I  chyba  powinniśmy  się  starać  zajść  jak
najdalej, dopóki widno.

- Idziesz z wysiłkiem. Siadaj tutaj.

Posłuchała,  choć  nie  mogła  opanować  drżenia  rąk.  Był  taki  stanowczy,  że  domyśliła  się,  co
zamierzał.

- Eldar, myślę, że powinniśmy dać sobie spokój z tymi oględzinami - zaczęła.

- Ale to bardzo ważne, czy ty nie pojmujesz? Nic mnie nie obchodzi, jak panienka z dobrego domu
wygląda pod spódnicą, ale muszę.

Z trudem powstrzymywała płacz:

- Ja nie chcę!

- A dziecko z tym wstrętnym Monsem Wollerem chcesz?

- Dziecko? - powtórzyła, blednąc.

- Tak, wyobraź sobie, że te małe stworzenia naprawdę z tego się biorą. Muszę zobaczyć, jak daleko

background image

to zaszło, jeśli w ogóle cokolwiek zdołał osiągnąć. Mówiłaś, że cię bolało.

Jeżeli osiągnął swój cel, musimy natychmiast iść do pewnej mądrej baby, którą znam. Ona ci pomoże
pozbyć się płodu.

Villemo odwróciła się z obrzydzeniem.

- Chodzi mi tylko o siebie - syknął brutalnie. - Bo w razie czego to ja byłbym posądzony o ojcostwo.

- Nie, ale to...

- A co ty myślałaś? - uciął ostro.

95

Villemo siedziała przez chwilę w milczeniu, a on stał i czekał.

W końcu z jej piersi wyrwało się westchnienie podobne do szlochu, po czym skinęła głową, że się
zgadza.

Nie chciała na niego patrzeć, gdy uląkł obok i skłonił ją, by się położyła. Kiedy poczuła, że podniósł
jej spódnicę, zasłoniła twarz rękami i ze wszystkich sił próbowała stłumić płacz.

Niepewnym głosem powiedziała tak obojętnie jak tylko mogła:

- Moje ubranie jest chyba za eleganckie? Jak mam w nim prosić o pracę służącej?

Jego głos też nie był całkiem spokojny, choć starał się mówić swobodnie:

- Wszystko jest już dość brudne, a będzie jeszcze brudniejsze, nim dojdziemy na miejsce.

Powiemy, że chodziłaś po prośbie i dali ci to w jakimś bogatym dworze. Gorzej z tą twoją delikatną
bielizną. To jest naprawdę zbyt piękne. Musisz się tego pozbyć.

- Ale jest tak zimno. I zima idzie.

- Tak, ale w takim razie musisz bardzo uważać, żeby nikt nie zobaczył.

Powoli zdejmował z niej tę piękną bieliznę. Villemo zaczęła drżeć. Czuła się okropnie.

- Śladów krwi nie widzę - mruczał. - A teraz zegnij kolana!

- Nie, ja...

- Rób, co mówię, zaraz będzie po wszystkim!

Posłuchała z najwyższym wysiłkiem. Pod plecami czuła mokrą ziemię, słońce świeciło jej prosto w
twarz. Nie odważyła się otworzyć oczu nawet na sekundę, żeby na niego spojrzeć.

background image

- Cała jesteś sina - stwierdził Eldar.

- Marznę - pisnęła żałośnie.

- Nie o to chodzi, jesteś niemal czarna od siniaków.

- Naprawdę? Tak, tak czułam, jego ręce...

- No, ale na razie widzę tylko zadrapania. To przeklęta świnia!

Villemo zauważyła, że Eldar nie klnie już tak okropnie. Dotknął jej delikatnie koniuszkami palców.
Drgnęła.

- Powinienem się umyć - mruknął. - Taki jestem brudny. Nie płacz! Naprawdę nie ma czego!

96

Ale ona nie mogła powstrzymać łez. Obciągnął jej spódnicę i poprosił, żeby zaczekała. W

pobliżu słychać było szum strumyka i Eldar poszedł w tamtą stronę.

Villemo leżała bez ruchu z rękami na twarzy i myślała, że wszystko jest takie okropne. Czuła w duszy
kompletną pustkę. Nigdy jeszcze nie doznała takiego upokorzenia. Nie tak wyobrażała sobie słodką
przygodę  z  wymarzonym  Eldarem.  Przełykała  i  przełykała  łzy,  by  jakoś  przerwać  ten  nieutulony
płacz.

Eldar wrócił i znowu nad nią ukląkł.

- Teraz zobaczymy - wymamrotał. - Leż całkiem spokojnie. Nie bój się!

Dotknął ją dłonią lodowatą po myciu w strumyku.

- Nie, nie ruszaj się!

- Ale jesteś taki zimny.

Wyglądało na to, że uśmiecha się z ulgą. Dla niego też to nie była łatwa sprawa.

Badał  ją  ostrożnie,  bardzo  ostrożnie,  ledwo  dotykał  jej  palcami.  Villemo  walczyła  ze  sobą,  żeby
leżeć  bez  ruchu,  nie  zerwać  się  i  nie  uciec  gdzie  oczy  poniosą.  Wszystko  to  było  taką  udręką,  że
wolałaby umrzeć.

Nagle szarpnęła się do tyłu:

- Och, nie, zostaw mnie!

- Już, już, spokojnie, jeszcze moment...

background image

I w końcu spojrzał na nią z ulgą i uśmiechnął się.

- Jesteś dziewicą, moja panno.

- Naprawdę? - odetchnęła. - Jesteś pewien?

- Absolutnie. Ból sprawiają ci te posiniaczone miejsca. Musiałaś ostro walczyć.

- O, tak - przyznała roześmiana. - On miał takie mocne ręce, trzymał mnie jak w żelaznym uścisku, był
na mnie zły, że się opieram...

- No, myślę.

Nastrój stał się wyraźnie swobodniejszy. Ale Villemo nie mogła wstać, bo Eldar wciąż trzymał rękę
na jej brzuchu.

97

- Jesteś bardzo ładna - powiedział z uznaniem, pieszcząc jej nagą skórę i dłonią, i wzrokiem.

- Jesteś piekielnie ładna. Właściwie to szkoda...

- Co takiego? - zapytała i pospiesznie obciągnęła spódnicę, tak że musiał się odsunąć.

- Że jesteś dziewicą. Mogłoby nam być wesoło razem tej zimy.

- Co masz na myśli?

Wstali  już  oboje.  Villemo  ubierała  się,  ale  wciąż  nie  spuszczała  z  niego  wzroku.  Jej  oczy  były
niepokojąco wojownicze, ale on zdawał się tym nie przejmować. Powiedział zaczepnie:

- Wdowy, mężatki i napoczęte panny każdy może mieć bezkarnie.

Ona uporządkowała ubranie i odetchnęła głęboko.

- No, nie! - zawołała, szarpiąc go za włosy. - Nie, nie, nie! Czy nie dotarło do ciebie, ty przeklęty,
wstrętny, zarozumiały uwodzicielu, że ja nie chcę mieć z tobą do czynienia w ten głupi, obrzydliwy
sposób?

Eldar  wyrwał  się,  ale  w  rękach  Villemo  zostały  kłęby  blond  włosów,  czym  się  zresztą  nie
przejmowała. Wyjąc ze złości rzuciła się na niego znowu, biła go i kopała, aż w końcu udało mu się
złapać ją za nadgarstki i przytrzymać. Patrzyła na niego wyzywająco.

Ale on też się rozzłościł.

- Czy myślisz, że ja bym się zadał z panną z dobrej rodziny? - wycedził przez zęby z tymi zmrużonymi
oczyma tuż przy jej twarzy. - Niedoczekanie twoje, żebym cię chciał choćby dotknąć! Z tego wynika

background image

tylko zło i nieszczęście. A kto by za to zapłacił? Ja, wyłącznie ja!

Villemo dała za wygraną. Skuliła się, zrezygnowana.

- No, to co do tego jesteśmy zgodni. Sama nie wiem dlaczego, ale lubię cię, Eldar...

- Dziękuję ci. Raczej nie robiłaś z tego tajemnicy.

- Ale ja chciałam być twoją przyjaciółką. Można chyba kochać człowieka w inny sposób, niż tylko...
niż...

- Chodzi ci o ten głupi, obrzydliwy sposób, jak to sama nazwałaś? To ja ci teraz coś powiem, moja
kochana! Kobiety można wykorzystywać tylko w jeden jedyny sposób, i to jest właśnie ten. Poza tym
są całkowicie bez wartości.

- Nieprawda! - zapaliła się znowu.

98

- Nie? Wy nie macie pojęcia, czym jest przyjaźń czy koleżeństwo, lojalność czy sympatia.

Wasze głowy są puste jak dziurawe skorupki od jaj i...

- Ech - szarpnęła się Villemo. - Nie jestem w stanie z tobą rozmawiać. Jesteś tak samo zatwardziały
jak większość mężczyzn. Lepiej chodźmy!

Eldar zgadzał się. Przynajmniej na jej ostatnią propozycję. Urażeni nawzajem, szli dalej w milczeniu.
Eldar znał drogę. Szli długo, kiszki zaczynały im już porządnie grać marsza, gdy Villemo nareszcie
się odezwała.

- Za jedną rzecz jestem ci w każdym razie wdzięczna.

- Co takiego?

- Nie wypominasz mi, że musisz mnie za sobą ciągnąć.

Eldar nie odpowiedział. Rzeczywiście nic takiego nie mówił. Ale czy nie myślał?

Dzień miał się ku końcowi, gdy Villemo nagle pociemniało w oczach. Szła tak niepewnie, że nawet
Eldar musiał to zauważyć.

- Jesteś zmęczona? - zapytał niechętnie.

Przystanęła.

- Siedzi we mnie jakaś mała wściekła istota. Nazywa się Głód i ściska mnie od środka tak mocno, że
chyba już nic we mnie nie zostało.

background image

Eldar pokiwał głową i pospiesznie spojrzał na jej nogi.

- Buty nie wytrzymały, jak widzę. To dobrze.

- Dobrze? - zapytała, nie mogąc opanować zdumienia nad takim brakiem współczucia.

- Tak. Patrz, przetniemy teraz tę dolinę. Po tamtej stronie jest niewielka osada. Tam pójdziemy.

- Powiedziałeś przecież, że powinniśmy unikać ludzi.

-  Powiedziałem,  ale  nie  jestem  tak  zupełnie  pozbawiony  serca.  Skostniałaś  z  zimna  i  w  ogóle
wyglądasz  tak  marnie,  że  żal  patrzeć.  Poza  tym  ja  też  jestem  głodny,  a  tam  jest  nieduża  karczma.
Powinniśmy do niej dotrzeć.

- Tylko że ja nie mam pieniędzy i wątpię, żebyś ty miał.

- Jakoś to załatwimy.

99

- Dlaczego powiedziałeś to o moich butach?

Eldar ujął ją za nadgarstki i zaprowadził na skraj lasu.

- Ponieważ jesteś zbyt elegancka. Zniszczone buty wyglądają bardziej naturalnie.

Cofnął się o parę kroków i przyglądał jej się pozbawionym wyrazu wzrokiem.

-  Ja  muszę  uporządkować  swoje  ubranie,  jak  tylko  się  da  -  powiedział.  -  A  ty  musisz  wyglądać
bardziej  zwyczajnie,  żebyśmy  do  siebie  pasowali.  Mamy  przecież  uchodzić  za  rodzeństwo.  Zapleć
włosy!

- A to co znowu?

-  Wydasz  się  wtedy  młodsza  i  bardziej  niewinna.  Pamiętaj,  jesteś  moją  młodszą  siostrą,  masz
piętnaście lat i jesteś trochę przygłupia. Potrafisz udawać głupią? Zresztą, nie. Z tymi oczyma, nie.

Przyjęła to jako komplement.

- Zdawało mi się, że twoim zdaniem wszystkie kobiety mają kurze móżdżki?

- Tak uważam, ale teraz miałem na myśli naprawdę głupią, niedorozwiniętą. Ale to się chyba nie uda.

- Rozumiem. Może mogłabym udawać głuchoniemą? Można wtedy wszystko słyszeć, dowiedzieć się
różnych rzeczy.

-  Nie,  myślę,  że  to  nie  jest  dobre  wyjście.  Wszędzie  czyhają  niezliczone  pułapki,  musiałabyś  się
nieustannie mieć na baczności. To zbyt męczące.

background image

Nim się zorientowała, co Eldar zamierza, on pochylił się i nabrał pełne garście zmarzniętego błota,
które zaczął wcierać w jej piękną, złotożółtą spódnicę. Od góry do dołu.

Villemo wydała z siebie okrzyk zgrozy i uderzyła go po łapach.

- Stój spokojnie - syknął. - To zaraz wyschnie i opadnie, a wtedy spódnica stanie się równomiernie
szara.

- Ty bestio! - krzyczała. - Ty potworze!

- Czy jedna spódnica znaczy dla ciebie więcej niż to wszystko, przez co przeszłaś od wczoraj? I co
jeszcze będziesz musiała znieść?

Villemo uspokoiła się. Rzuciła smętne spojrzenie na spódnicę, na którą materiał jej matka zamówiła
aż w Kopenhadze.

100

- Zbyt dobrze na tobie leży - skonstatował rzeczowo. - Ale to nie szkodzi. Musisz się tylko szczelnie
otulać chustką. No tak, teraz jesteś piękna.

- Piękna?

- I zapleć włosy, a ja siebie doprowadzę do porządku.

Została  sama  i  przemarzniętymi  palcami  próbowała  spleść  swoje  gęste,  kręcone  włosy  w  dwa
warkocze. Nigdy przedtem tego nie robiła, w każdym razie nie własnoręcznie. Rezultat odpowiadał
doświadczeniu:

Eldar wrócił wymyty i uczesany, w uporządkowanym ubraniu. Taki przystojny, że aż poczuła ukłucie
w swoim pełnym wstydu sercu. Na jej widok przystanął.

-  Boże,  zlituj  się  -  wymamrotał,  a  kąciki  ust  drżały  mu  ze  śmiechu.  Pomógł  jej  ułożyć  warkocze  i
przewiązać grubym źdźbłem trawy.

Przez większość dnia milczeli. Ale zdarzyło się i tak, że rozmawiał z nią dość długo o cierpieniach,
jakie zwyczajni ludzie muszą znosić pod duńskim panowaniem.

Villemo zastanawiała się, czy nie musieliby cierpieć tak samo pod norweskim królem.

-  To  możliwe  -  przyznał  Eldar.  -  Ale  byłby  to  w  każdym  razie  własny  król  i  własne,  norweskie
cierpienie.  Poza  tym  to  nie  król  i  nie  rząd  w  Danii  odpowiada  za  wszystkie  nieprawości.  To  ci
bezwstydni wójtowie.

Była  wstrząśnięta  tym,  co  opowiadał  o  traktowaniu  ludzi.  O  podatkach  tak  bezlitosnych,  że  wprost
trudno w to uwierzyć. O tym, że wójt zabiera biedakom nawet ostatnią krowę, jeśli nie są w stanie
zapłacić podatku. A jeśli im jeszcze zostanie jakieś zboże czy siano, to też się je zabiera i składa w

background image

swojej  stodole,  gdzie  pewnie  zgnije,  bo  tam  wszystkiego  mają  w  nadmiarze.  O  przestępstwach
popełnianych w desperacji, o karach strasznych i niesprawiedliwych. O bezdomnych, zamarzających
na  śmierć  w  zimnych  grotach,  z  żołądkami  wypełnionymi  trawą  i  ziemią,  o  starcach  i  dzieciach
traktowanych tak okrutnie, że śmierć zdaje się wybawieniem.

Gdy  skończył,  Villemo  była  niemal  przekonana,  że  Norwegia  powinna  mieć  własny  rząd,  i  z  dumą
myślała o zadaniu, jakie jej powierzono.

Teraz, kiedy zmierzali przez równinę do małej wioski, zapytała:

- Co my tam właściwie mamy robić w tym dworze?

- Musimy mieć oczy i uszy otwarte. I jeśli chodzi o ludzi, którzy są tam źle traktowani, i o samych
gospodarzy. Musimy się dowiedzieć, jakie mają powiązania. To jest jeden z tych dworów, w których
powstanie ma wybuchnąć najpierw... kiedy już do niego dojdzie.

101

Villemo przełknęła ślinę. I to tam ona ma mieszkać! Przeczuwała, że nie wróży to nic dobrego.

Ale  czyż  nie  pragnęła  przeżywać  przygód?  Czy  nie  uważała  jeszcze  niedawno,  że  życie  w  parafii
Grastensholm jest nudne? Ma więc to, czego chciała. Tylko że teraz wolałaby tego uniknąć!

Jej  piękny  pokój  w  Elistrand...  Łóżko.  „Tu  sypia  najszczęśliwszy  człowiek  świata”.  Odkryła  z
rozdrażnieniem, że jest chora z tęsknoty za domem.

Wytarła  pospiesznie  kilka  łez,  wyprostowała  się  i  głęboko  wciągnęła  powietrze.  Chcąc  nie  chcąc
powlokła się dalej za Eldarem, który stanowczo stawiał zbyt długie kroki i nawet nie myślał, żeby się
obejrzeć, czy ona za nim nadąża, czy nie.

102

ROZDZIAŁ VIII

Kiedy  nareszcie  dotarli  do  dużych,  rozległych  drewnianych  zabudowań  karczmy,  Villemo  była  tak
zmęczona,  że  z  trudem  ciągnęła  za  sobą  nogi.  Eldar  wziął  ją  za  rękę,  czego  nie  zrobił  przez  całą
drogę, i wprowadził do środka. Pewnie chciał wyglądać jak prawdziwy starszy brat, opiekujący się
siostrą.

Na ich widok szum w mrocznej izbie ustał. Eldar podszedł do szynkarza.

-  Znalazłoby  się  jakieś  posłanie  dla  mojej  siostry?  Idziemy  z  daleka  i  biedne  dziecko  jest  bardzo
zmęczone.

To on naprawdę potrafi mówić takim łagodnym i czułym głosem? Jaka szkoda, że to tylko gra!

Szynkarz  przyglądał  jej  się  badawczo.  Spuściła  wzrok  i  starała  się  wyglądać  niewinnie.  Po  chwili

background image

gospodarz przeniósł swoje zainteresowanie na Eldara.

- A masz czym zapłacić?

I wtedy Eldar zrobił coś dziwnego. Odwrócony plecami do izby, podciągnął lewy rękaw aż do łokcia
i zaraz szybko opuścił go znowu.

Gospodarz skinął głową.

- Mała może się przespać w izdebce na strychu.

Poprowadził ich schodami na górę i otworzył nieduże, skrzypiące drzwi.

- A ty? Też tu będziesz spał?

- Jesteśmy już na to za duzi - odparł Eldar. - Ja położę się w stajni na sianie.

- Dokąd idziecie?

- Do Tobronn.

Gospodarz zmarszczył brwi.

- Powodzenia!

- Dziękuję, będzie nam potrzebne!

- Przyjdź do mnie później, to porozmawiamy chwilę!

Eldar potwierdził skinieniem głowy.

103

- Jak tylko położę siostrę. A moglibyśmy dostać tu coś do jedzenia? Nie bardzo chcę siedzieć z nią
pośród tylu obcych.

- Oczywiście. Jak jej na imię?

- Merete.

Aha, więc mam na imię Merete, pomyślała Villemo.

Szynkarz  wyszedł,  Eldar  zamknął  drzwi.  Izdebka  była  tak  niska,  że  musiał  się  zgiąć  niemal  wpół.
Wewnątrz intensywnie pachniało nagrzanym w słońcu, świeżo smołowanym drewnem.

- Mamy tu wodę i miednicę - powiedział. - Usiądź na krawędzi łóżka!

Zrobiła, co kazał. Była zanadto zmęczona, by protestować.

background image

Zdjął  jej  z  nóg  buty  i  pończochy,  nalał  wody  do  miednicy  i  mył  jej  pokaleczone  stopy.  Villemo
wzdrygnęła się na pierwsze zetknięcie z zimną wodą, potem jednak oparła się o ścianę i z rozkoszą
poddawała zabiegowi.

Eldar Svanskogen przyglądał się tej zmęczonej drobnej twarzyczce,  jakby  pozbawionej  życia  teraz,
gdy żar płonący zawsze w oczach został ukryty pod zamkniętymi powiekami.

Jesteś  jeszcze  dzieckiem,  pomyślał. Ale,  na  Boga  Wszechmogącego,  jak  ty  będziesz  reagować,  gdy
pewnego  razu  obudzi  się  w  tobie  kobieta?  Ty,  z  taką  intensywnością  przeżywania,  z  twoim
gwałtownym temperamentem i z uwodzicielskim pięknem tych niemal szalonych oczu?

Puścił jej stopę nagle, jakby się oparzył. Na moment ogarnęło go wariackie pragnienie, by to on mógł
obudzić w niej kobietę. Był przekonany, że umiałby to zrobić. W każdej chwili.

Ale  miał  się  na  baczności.  Dziewczyna  z  Ludzi  Lodu  to  nie  igraszka.  A  jeszcze  mniej  pozostała
rodzina. Meidenowie z Grastensholm... Paladinowie z Danii.

Nie, Eldar ze Svanskogen powinien trzymać się z daleka. Szybko wytarł jej nogi i wstał.

Gospodarz  sam  przyniósł  jedzenie.  Postawił  na  stole  misę,  z  której  wydobywał  się  smakowity
zapach, i wyszedł. Na tacy leżały też dwie drewniane łyżki. Eldar podał jedną Villemo i zaprosił ją
gestem do misy.

- Proszę bardzo, jedz!

Posłuchała  zachwycona.  Na  zmianę  zagłębiali  łyżki  w  misie,  choć  jej  zawartość  nie  wyglądała
szczególnie zachęcająco: w szarej, tłustej mazi pływały kawałki czegoś nieokreślonego.

104

- Co to jest? - jęknęła po kilku łyżkach.

- Lepiej nie pytać.

Przestała jeść.

- Głód panuje także tutaj - wyjaśnił sucho.

Villemo odłożyła łyżkę.

- Chyba już więcej nie chcę.

-  Jedz  natychmiast  i  nie  marudź!  To  wygląda  na  wnętrzności  jakiegoś  zwierzęcia,  a  to  zdrowe
pożywienie.

Miała  wrażenie,  że  widzi  wrony  i  szczury  w  tych  odrażających  ochłapach,  ale  postanowiła  nie
poddawać się tego rodzaju fantazjom. Potrzebowali jedzenia, a ta zupa nie jest przecież szkodliwa.

background image

Dzielnie jadła dalej, a poza tym sytość poprawia humor!

Kiedy  później  wieczorem  leżała  sama  w  łóżku  i  czuła,  jak  ciepło  wypełnia  jej  ciało  z  wyjątkiem
stóp, które pozostawały zimne niby lód, powróciła świadomość tego wszystkiego, co działo się z nią
w ciągu ostatniej doby.

Czy to naprawdę dopiero wczoraj wieczorem opuściła Elistrand? To niepojęte. Miała wrażenie, że
od tamtej pory przeżyła całe życie. Pełne bólu, przerażające życie.

Myśl  o  jasnym,  dobrym  rodzinnym  domu  była  nie  do  zniesienia.  Villemo  wciągała  powietrze
głęboko, chcąc uwolnić się od dławiącego ucisku w gardle. Ojciec... Czy już dostał jej list?

Wszyscy przyjaciele i krewni z sąsiednich dworów, co oni teraz robią?

Tylu  zmartwień  przysporzyła  im  wszystkim,  zwłaszcza  kochanemu  ojcu.  Jak  to  dobrze,  że  mama  o
niczym nie wie - na razie. Ona nie może się o tym nigdy dowiedzieć! Villemo musi wrócić do domu
przed nią! Musi!

Zabiła.

Ta prawda przesłania wszystko inne. Ona, Villemo córka Kaleba, zabiła człowieka.

To było nieznośne. Nie wytrzyma tego uczucia. Nie wytrzyma!

Wybuchnęła spazmatycznym płaczem i już wcale nie starała się go powstrzymać. Zresztą i tak by nie
mogła. Czuła, że płacz jej pomaga. Niech więc inni goście karczmy myślą, co im się podoba.

105

Następnego  dnia  wyruszyli  wcześnie.  Kiedy  Villemo  wkładała  na  siebie  spódnicę,  otoczyła  ją
chmura  pyłu.  Potrzebowała  trochę  czasu,  zanim  znowu  mogła  iść  jako  tako  normalnie  na  swoich
obolałych nogach.

Kiedy jednak zjedli solidne śniadanie - „jedz, Merete chleb z mąki pomieszanej z korą drzewną, bo
nie  wiadomo,  kiedy  dostaniesz  następny  posiłek”  -  i  kiedy  już  uszli  spory  kawałek,  popatrzyła  na
swojego towarzysza przestraszona.

- Eldar... Ty kulejesz!

- Naprawdę?

- Wyglądasz, jakbyś stąpał po rozpalonym żelazie.

- Mam pęcherze pod stopami - mruknął.

- O, mój drogi - rzekła współczująco. - Nie wiedziałam, że bohaterom robią się pęcherze!

background image

- Bohaterom? - prychnął. - Ja chyba nie jestem bohaterem!

- Dla mnie byłeś. Byłeś piękny, silny i niepokonany.

- Byłem, powiadasz. To znaczy pęcherze pozbawiły cię złudzeń?

- Och, nie, nie! Złudzenia rozwiały się już dawno temu.

-  No,  tak  dawno  to  chyba  nie.  Poznaliśmy  się  przecież  dopiero  co.  Jako  dorośli,  chciałem
powiedzieć.

Najwyraźniej chciał pozostać w jej oczach bohaterem.

- To było wtedy, kiedy mi opowiadałeś o swoich dziewczynach.

- Ach, to - uśmiechnął się jakby skrępowany. - To było tylko takie gadanie.

Milczała przez chwilę.

- Więc to nieprawda?

- Nie, sama wiesz, jak to mężczyźni gadają.

- Nie wiedziałam.

Niklas...  Dominik...  przecież  nie  są  tacy.  To  dobrze  wychowani,  grzeczni,  odnoszący  się  z
szacunkiem do innych młodzieńcy.

- Tak ucichłaś - powiedział po chwili.

106

Przystanęła i przyglądała mu się zbita z tropu. Kim jest ten człowiek? Dlaczego ona idzie z nim po
zamarzniętej, pokrytej grudą wiejskiej drodze?

- Przepraszam. Chyba się zamyśliłam.

Eldar nic już nie powiedział. Zrozumiał chyba, że ona przez chwilę była myślami gdzie indziej i że w
tamtym jej życiu dla niego miejsca nie ma.

Ruszyli  dalej,  oboje  na  obolałych  nogach.  Villemo  z  trudem  dotrzymywała  Eldarowi  kroku,  szła
zawsze nieco z tyłu i przyglądała mu się.

W piersiach dławił ją bolesny ciężar. Patrzyła na tego mężczyznę z przyjemnością. Na jego długie,
zgrabne nogi, wąskie biodra i szerokie ramiona. Włosy, bujne popielatoblond, bruzdy na policzkach,
wąskie oczy i duże białe zęby. Jak u niebezpiecznego zwierzęcia, pomyślała.

Był  szorstki  i  wulgarny  w  mowie,  gdy  wpadał  w  zły  humor.  Ale  kochała  go  właśnie  dlatego,  że

background image

pragnęła wydobyć z niego to, co w nim było dobrego, a co - była o tym przekonana -

istnieje, ukryte pod tą twardą skorupą brutalności.

Krótko mówiąc, Villemo wpadła w tę samą pułapkę, w którą przed nią dało się złapać tysiące innych
kobiet. Chciała mianowicie zbawiać zatraconą duszę ukochanego.

Ileż  to  już  kobiet  uwierzyło,  że  znajdą  w  sobie  dość  sił,  by  uratować  na  przykład  jakiegoś
zapijaczonego  wraka  wyłącznie  swoją  miłością  i  dobrym  wpływem?  Ile  wierzyło,  że  potrafią
brutalnego drania przemienić w anioła?

Villemo  znajdowała  się  w  jeszcze  gorszej  sytuacji  niż  większość  tamtych  kobiet.  Ona  bowiem
zamierzała wydobyć w Eldarze jego lepsze ja wyłącznie poprzez uczucie wzniosłe i platoniczne. O
fizycznej  miłości  nawet  nie  myślała.  Na  to  Villemo  była  jeszcze  zbyt  niedojrzała,  a  zarazem  zbyt
poważnie myśląca.

Szli  więc  tak  oboje,  każde  pogrążone  w  swoich  fantazjach.  On  pragnął  ją  widzieć  prymitywnie
zmysłową, ona chciała, by stał się grzeczny i szlachetny. Czyje marzenia zostaną spełnione? Wszystko
zależy od tego, co ich spotka tej zimy i w jakich warunkach przyjdzie im żyć.

Villemo zapytała nieśmiało:

- Skoro ja mam teraz na imię Merete, to jak ty się nazywasz?

- Einar. Einar Foss, zapamiętaj to!

- To znaczy, że ja nazywam się Merete Foss. Ile masz lat?

- Powiedzmy dwadzieścia pięć.

- Czy jest coś jeszcze, co powinnam wiedzieć? Skąd pochodzimy?

107

- Z Christianii. Ty zarabiałaś na życie żebrząc. Teraz ja chcę się tobą zaopiekować, dlatego szukamy
miejsca na wsi.

Skinęła głową.

- A jak twoje nogi?

- Już niedługo będziemy na miejscu.

- Wiesz, gdzie jest ten dwór?

- Otrzymałem dokładne wskazówki.

background image

Wkrótce dostrzegli w zapadającym już zmierzchu zabudowania, rozłożone na wzgórzu ponad rozległą
równiną, otoczoną pagórkami.

- To tu - oświadczył Eldar. - Wchodzimy nie zwlekając.

Villemo patrzyła z szacunkiem, pomieszanym z odrobiną lęku, na liczne pociemniałe budynki wokół
dziedzińca.  Dwór  był  niewątpliwie  duży,  utrzymany  w  starym  norweskim  stylu  chłopskim.  Co
najmniej ze dwadzieścia mniejszych budynków otaczało rozległe podwórze, pośrodku którego stało
wielkie  drzewo  i  jedna  z  tych  dwu  imponujących  studni,  od  których  dwór  brał  swoją  nazwę  -
Tobronn,  Dwie  Studnie.  Na  wprost  bramy  wznosił  się  główny  budynek  -  piętrowy  dom  z  wielkich
drewnianych  bali,  z  gankiem  ozdobionym  rzeźbioną  balustradą.  Bogate  spichrze  ulokowano  po  obu
stronach domu, a za nimi, jak okiem sięgnąć, rozciągały się żyzne pola. Wieś, do której dwór należał,
położona  była  nieco  dalej,  dyskretnie  cofnięta  za  porosłe  lasem  wzniesienia,  jakby  wiejskie
zabudowania nie miały odwagi nawet głowy wychylić w pobliżu takiej potęgi i wspaniałości.

- Trzymaj buzię na kłódkę, jeśli tylko się da - mruknął Eldar. - Wyrażasz się za wytwornie, więc ja
będę gadał.

Jakaś przerażona stara służąca zaprowadziła ich do gospodarzy. Eldar stał przy drzwiach i kłaniał się
głęboko. Villemo na wpół ukryta za nim starała się wyglądać na spłoszoną i oszołomioną bogactwem
domu. Udało jej się też dygnąć niezdarnie.

W  pokoju  na  dużych  drewnianych  krzesłach  siedzieli  właściciele  dworu  i  gapili  się  na  nich  złym
wzrokiem.  Gospodarz  i  jego  żona,  podobni  do  siebie,  oboje  najwyraźniej  jadający  zbyt  dużo.  On
ubrany w spodnie i kurtkę ze znakomitego samodziału, ona godnie, cała na czarno.

Villemo nie podobały się oczy gospodyni. W ogóle jej się nie podobała, ona cała. Siedziała na tym
swoim  krześle  jak  wielka,  tłusta  pajęczyca,  pod  czarnymi,  krzaczastymi  brwiami  połyskiwały
brązowe,  świdrujące  oczka.  Brodę  miała  mocno  wysuniętą  do  przodu,  tak  że  wielki,  mięsisty  nos
prawie się z nią schodził. Szare jak żelazo włosy były mocno ściągnięte i związane z tyłu. Na twarzy
stara miała ślady zarostu, i nawet nie tylko ślady.

108

Mężczyzna  był  po  prostu  tłusty  i  pospolity,  o  zimnych,  wytrzeszczonych  ślepkach  i  przerzedzonych
włosach. Sprawiał wrażenie, jakby miał ochotę odchrząknąć, ale jakoś mu się nie udawało.

- No? Czego chcecie? - burknął niechętnie.

-  Szukamy  służby,  panie,  i  chcielibyśmy  może  tutaj  -  odpowiedział  Eldar  takim  pokornym  głosem,
jakiego Villemo nigdy jeszcze u niego nie słyszała. - To jest moja młodsza siostra, którą się opiekuję,
bo  zostaliśmy  teraz  bez  domu  i  rodziny.  Oboje  umiemy  dobrze  pracować  i  chętnie  będziemy  robić
wszystko co potrzeba. Nasza matka była Dunką i dlatego chcielibyśmy służyć u państwa.

- Podejdź bliżej! - warknęła kobieta do Villemo.

Villemo podeszła spłoszona. Znowu dygnęła.

background image

Kobieta złapała jej spódnicę i macała dość teraz zszarzały materiał.

- Skąd wzięłaś coś takiego, dziewczyno?

Nim Eldar zdążył odpowiedzieć, Villemo odparła trochę sepleniąc:

- Jedna miła pani mi dała przy drzwiach, wasza wysokość.

- Wasza wysokość - roześmiała się kobieta szyderczo, ale najwyraźniej jej to pochlebiło. -

Ale mogę spojrzeć w twoje oczy? O, fuj, takie oczy to chyba należą do szatana!

Villemo zdołała wycisnąć kilka łez, tak że oczy zrobiły jej się błyszczące.

- Tak powiadają wszyscy ludzie, wasza wysokość. Ale to tylko dlatego, że mamę wystraszył

jakiś  kot  o  żółtych  oczach,  kiedy  ze  mną  chodziła.  Dlatego  urodziłam  się  z  takimi  oczami.  Ale  ja
chodziłam do kościoła co niedziela i Pan Bóg mi przebaczył.

Daje sobie świetnie radę, pomyślał zdumiony Eldar, który wciąż stał przy drzwiach.

Posługuje się z umiarem chłopską mową, nie przesadza; zachowuje się też tak, jakby przez całe życie
była służącą. Ale niech Bóg ma w opiece Eldara Svartskogen, jaka ona ładna!

Wspaniała! Boże, zmiłuj się nade mną, pragnę jej! A w żadnym razie nie mogę sobie na to pozwolić,
w żadnym razie!

Jeszcze pamiętał jej nagie, kształtne biodra, czuł pod dłonią miękką, napiętą skórę. Chce oglądać to
znowu! Chce! Musi!

Drgnął i oprzytomniał, otrząsnął się z tego zauroczenia i zobaczył, że gospodarz patrzy na dziewczynę
łakomie tymi swoimi oczkami. On też chciałby ją mieć, uświadomił sobie wstrząśnięty i poczuł, że
dławi  go  gwałtowna  zazdrość.  Ten  stary  kozioł!  Ten  tłusty,  obrzydliwy  stary  alfons  rozbiera
wzrokiem moją Villemo...

109

Moją Villemo? Co też mu przychodzi do głowy?

Żona nie zauważyła powłóczystych, łakomych spojrzeń swojego męża. Wciąż jeszcze nie pozbyła się
przyjemnego wrażenia po tym, jak została nazwana „wasza wysokość”.

- Czy umiesz podawać do stołu, dziewczyno?

- Trochę - odrzekła Villemo. - Ale się nauczę.

Właścicielka  dworu  posłała  swemu  małżonkowi  pytające  spojrzenie.  On  skinął  głową,  lecz  twarz

background image

pozostała bez wyrazu. Potem zwrócił się do Eldara.

-  Potrzebujemy  oborowego  -  powiedział  ostro.  -  Możesz  sypiać  w  czeladnej  izbie  razem  z  innymi
parobkami.

Twoja siostra będzie mieszkać tu, w domu.

Wszystko w duszy Eldara protestowało, ale nie mógł zrobić nic innego, jak tylko skłonić się głęboko
i zabrać Villemo do kuchni, gdzie mieli dostać jeść.

Gdy na chwilę zostali sami, szepnął jej do ucha:

- Staraj się nigdy nie być sam na sam z gospodarzem, Villemo!

Patrzyła na niego zdumiona, niczego nie rozumiejąc. Nigdy jeszcze nie widziała Eldara takim. Oczy
płonęły mu dziwnym blaskiem - niepokoju, żalu i... tak, co by to mogło być?

Tęsknota, pragnienie? Nie mogła tego pojąć.

Za czym on mógłby tęsknić?

Dopiero  kilka  dni  spędziła  Villemo  w  dużym  domu  w  Tobronn,  a  zaczynała  wyczuwać,  że  w  tym
dworze dzieje się coś bardzo dziwnego.

W domu, pominąwszy, rzecz jasna, gospodarzy, była oprócz niej jeszcze tylko ta stara przestraszona
kobieta  i  bardzo  władczy  mężczyzna,  zaufany  gospodarza.  W  podwórzu  poza  Eldarem  pracowało
tylko  dwóch  służących  i  dwie  służące.  Tych  czworo  wywarło  na  Villemo  bardzo  nieprzyjemne
wrażenie. Uważała, że są zamknięci, nieprzystępni i ponurzy. Nigdy nie rozmawiali ani z nią, ani z
Eldarem, chyba że wydawali im jakieś polecenia. Domyślała się, że Eldarowi nie jest lekko. Tamci
większość obowiązków przerzucali na niego.

Mimo  to  jednak  dwór  był  dobrze  utrzymany,  pola  i  łąki  w  jak  najlepszym  stanie.  W  wielkiej,
niepraktycznie  urządzonej  kuchni  panowała  czystość  i  porządek,  a  resztki  jedzenia,  które  stara
kobieta podawała jej w pokoju kredensowym, były dobre i smacznie przyrządzone.

Villemo nie miała prawa wchodzić do kuchni, chyba że została wezwana, ale to zdarzało się rzadko.
Ona  pracowała  w  pokojach.  Musiała  sprzątać,  odkurzać,  a  poza  tym  łatała  ubrania  i  podawała  do
stołu.

110

Villemo żadnej z tych rzeczy nie umiała robić. Teraz miała do siebie pretensje, że zawsze tak unikała
domowych obowiązków. Czuła się okropnie bezradna wobec zadań, które na nią spadały. Tylko że
Villemo nigdy nie czuła powołania do tych tak zwanych kobiecych zajęć.

Nie posiadała wrodzonych zdolności, żeby instynktownie wiedzieć, jak najlepiej pościelić łóżko, nie
dostrzegała, czy w pokoju jest kurz, czy nie. Nie umiała ładnie zacerować skarpetki, a już najmniej ze

background image

wszystkiego umiała przyjmować polecenia. To zdumiewające, myślała często, przepełniona uczuciem
buntu,  jak  zachowania  przodków  odbijają  się  na  potomstwie.  Moi  przodkowie  ze  strony  dziadka
Alexandra  na  ogół  byli  ludźmi,  którzy  w  życiu  głównie  rozkazywali.  Wysocy  oficerowie,
marszałkowie, książęta... To zostaje we krwi potomstwa! W jakiś mistyczny sposób oni przekazali mi
w spadku te cechy, tak że wszystko się we mnie burzy, jeśli ktoś próbuje mi coś nakazać. Nie żebym
ja  sama  chciała  rozkazywać  czy  też  bym  czuła  się  za  dobra,  by  służyć  innym.  Po  prostu  próba
dominacji budzi we mnie opór. Jestem taka wściekła, że sama się tego wstydzę.

Ale  też  tutejsi  gospodarze  są  wyjątkowo  niesympatyczni,  myślała  dalej.  Zwłaszcza  ona,  z  tymi
świdrującymi oczkami i wyraźnymi wąsami.

Kiedy  na  przykład  Villemo  miała  robić  porządki  w  garderobie,  gospodyni  siadała  w  pobliżu  na
krześle z zaostrzonym patykiem w ręce. Tym patykiem dźgała i poszturchiwała Villemo, pokazywała,
że tu zostawiła jakąś plamę, a tam kłaczek kurzu. Z największą rozkoszą ta stara hetera dyrygowała
dziewczyną w ten sposób niemal bez słowa. Wydawała tylko ostre, warkliwe polecenia i triumfująco
mlaskała  grubymi  wargami,  kiedy  dostrzegła  jakieś  uchybienie.  W  takich  przypadkach  Villemo
musiała przywoływać na pomoc całą swoją miłość do Eldara, by znieść udrękę.

Pragnęła  bowiem  szczerze,  żeby  on  był  z  niej  dumny.  Jego  obecność  była  jedyną  rzeczą,  która
pomagała jej się utrzymać w ryzach.

Gospodarze  z  Tobronn  bardzo  często  przyjmowali  gości.  Już  w  kilka  dni  po  tym  jak  Villemo
rozpoczęła  pracę,  odbyło  się  przyjęcie,  na  które  zjechało  wielu  sąsiadów.  Oboje,  gospodarz  i
gospodyni, z wyraźną dumą prezentowali im Villemo, której rzeczywiście udało się zrobić przyjemne
wrażenie. Gospodyni nauczyła ją czego trzeba o podawaniu do stołu. Dała jej też inną, ciemniejszą
sukienkę.  Jej  własna  piękna  suknia  zniknęła.  Później,  któregoś  dnia,  mignęła  jej  w  sypialni
gospodarzy, wyprana i pocerowana. Villemo była przekonana, że nigdy sukni nie odzyska.

Eldar zdołał tak urządzić sprawy, że mógł codziennie rozmawiać przez chwilę z „młodszą siostrą”,
bo  przecież  był  za  nią  odpowiedzialny.  Spotykali  się  zawsze  na  ławce  pod  wielkim  drzewem  na
dziedzińcu. Każdy mógł ich tam widzieć, ale nikt nie słyszał, o czym rozmawiają.

Villemo udawała obrażoną, kiedy Eldar poprosił gospodynię, by mógł się widywać z „siostrą”

codziennie.  Tamta  patrzyła  na  niego  surowo  i  zastanawiała  się,  czy  to  będzie  dobrze,  jeżeli  się
zgodzi.

111

- Owszem - zapewniał ją Eldar. - Bo obiecałem matce na łożu śmierci, że zaopiekuję się Merete, a
taka obietnica to rzecz święta, jak pani gospodyni sama wie najlepiej.

To twoja matka umarła, chciała zapytać Villemo. Nie wiedziałam. Czy to się stało niedawno?

W porę jednak ugryzła się w język. Wydałoby się, co z nich za rodzeństwo!

Spotykali się codziennie około czwartej, po podwieczorku, gdy skończyli pracę. Już czwartego dnia

background image

Villemo powiedziała:

- Dzisiaj w nocy słyszałam jakieś okropne głosy.

- Tak? Muszę przyznać, że ja śpię jak kamień - odparł Eldar.

Tak  przyjemnie  było  widzieć  go  znowu.  Villemo  uważała,  że  są  sobie  teraz  bardzo  bliscy  w  tym
obcym świecie. On sprawiał wrażenie dość zmęczonego, co zresztą nie powinno dziwić przy takiej
pracy,  jaka  na  niego  spadła!  Oczy  stały  się  zapadnięte,  były  zaczerwienione  i  suche,  a  bruzdy  na
policzkach  wyraźniejsze  niż  przedtem.  Złagodniała  też  ta  jego  obojętna  niechęć;  teraz,  kiedy  z  nią
rozmawiał, patrzył jej w oczy. Przedtem zawsze odwracał

niechętnie wzrok.

- Słyszałam - mówiła dalej Villemo. - Nie wiem wprawdzie, co to takiego, jakby zamknięte w jakimś
pomieszczeniu zwierzęta albo coś.

- Zwierzęta mają się dobrze - stwierdził Eldar. - Tłuste i błyszczące. Ale zastanawiam się...

- Nad czym się zastanawiasz?

- Kto robił wszystko, kiedy mnie nie było. Ci dwaj, co się tu kręcą po podwórku, zajmują się jedynie
wydawaniem mi poleceń.

-  Ja  myślałam  o  tym  samym.  Nijak  nie  mogę  zrozumieć,  jakim  sposobem  ta  stara,  śmiertelnie
przerażona zjawa jest w stanie przygotować tyle jedzenia, i to tak szybko!

- Spróbuj podejrzeć, jak ona to  robi.  Nie  może  przecież  pracować  okrągłą  dobę. A  w  ogóle  to  nie
potrzebujesz się już obawiać gospodarza.

Villemo ściągnęła brwi.

- Obawiać?

-  A,  więc  niczego  nie  zauważyłaś?  -  mruknął.  -  No,  w  porządku.  W  każdym  razie  słyszałem,  jak
służący rozmawiali między sobą, że wszelkie siły męskie już go opuściły.

- A co to takiego?

112

Eldar patrzył na nią przez chwilę.

- Zapomnij o tym - powiedział w końcu. - Masz coś jeszcze do opowiedzenia?

Zastanawiała się.

background image

- Nie, już nic specjalnego. A ty?

- Jeszcze nie, ale wydaje mi się, że wkrótce dowiemy się czegoś. Villemo... bądź ostrożna, na Boga!

- Nie bój się. Ja was nie zdradzę.

-  To  nie  nas  miałem  teraz  na  myśli.  To  nie  jest  dobre  miejsce  dla  ciebie.  Nie  wiem  jeszcze  nic
pewnego, ale jest tu coś, co mi się nie podoba.

- Ja też tak myślę.

- Jak wyglądają twoje dnie?

Villemo westchnęła.

-  No  więc  tak.  Spać  mogę  zastanawiająco  długo.  Nie  wolno  mi  się  pojawiać  przed  pierwszym
posiłkiem,  przy  którym  podaję  do  stołu.  Potem  czas  mija  na  różnych  zajęciach  domowych,  tak
nudnych, że można skonać. Baba jest przy mnie przez cały czas i nadzoruje pracę. Nie wolno mi robić
tak i nie wolno mi robić siak. Nie wolno mi chodzić tu i nie wolno mi chodzić tam. Eldar, ja, która
tak nie cierpię domowej roboty! Czy myślisz, że teraz ją pokochałam? O, nie! Nienawidzę jej z całej
duszy i zgadnij, co mówię za plecami baby?

Gdyby myśli mogły zabijać... I jeszcze ten dziwny pomocnik. Syver ma na imię, jest raczej czymś w
rodzaju  zarządcy  czy  prawej  ręki...  Jego  widuję  tylko  przedpołudniami.  Potem  znika.  Natomiast  ta
stara, przestraszona kobiecina, Berit, pracuje od rana do nocy. No, a poza tym... - Villemo roześmiała
się.  -  Pamiętasz,  jak  chciałam  udawać  głuchą?  Otóż  ona  jest  głucha!  Mówi,  ale  nie  słyszy  nic.
Odczytuje z ust.

- Naprawdę? Tak, ja też wstaję strasznie późno. Jeden z tych pyszałkowatych parobków przychodzi
mnie budzić, a jeżeli wstanę za wcześnie, to jest wściekły.

Eldar zamilkł na chwilę.

- Gdzie jest twój pokój? W której części budynku?

-  To  służbówka,  w  głębi  domu,  za  kuchnią.  Pomieszczenie  wystarczyłoby  dla  czterech  osób,  ale
mieszkam tam sama.

Eldar odwrócił głowę w stronę domu.

113

- Które okno?

- Pokój nie ma okna. Tylko otwór w tylnej ścianie.

- Jakie jest twoje łóżko? - zapytał wolno.

background image

-  Moje  łóżko?  Jest...  jakby  to  powiedzieć?  Słoma,  naturalnie,  przykryta  kocem,  na  którym  leżę,  a
okrywam się drugim kocem. Mam ciepło, ale koce są za krótkie, tak że muszę leżeć skulona, żeby mi
nogi nie wystawały albo nie leżały na gołej słomie.

Eldar poruszył się na swoim miejscu. Zawstydził się tego pytania, ale musiał wiedzieć, jak wygląda
jej posłanie i jak ona wygląda, kiedy na nim leży...

- Masz jakąś koszulę na noc?

-  Nie  -  odparła  zdumiona.  -  Śpię  w  dziennej  koszuli,  ale  muszę  uważać,  żeby  jej  kto  nie  zobaczył,
więc nie zawsze jej używam.

Nie używa koszuli? Leży goła? Naga...

Zakręciło mu się w głowie, ale zaraz się opanował.

- Oho, wołają mnie, nadzorcy niewolników! Zobaczymy się jutro!

- Tak. Eldar...

Zatrzymał się. Ona położyła mu rękę na ramieniu.

- Ja... Chciałabym widywać cię częściej. Czuję się taka samotna.

On zagryzał wargi.

- Musimy być ostrożni, wiesz o tym.

- Tak, oczywiście. - Spuściła oczy i cofnęła rękę. Potem pobiegła do domu; szczupła, nieduża figurka
z warkoczami tańczącymi na plecach, kołysząca biodrami.

Mimo  iż  Eldar  był  tak  zmęczony,  że  całe  ciało  zdawało  się  sparaliżowane,  nie  mógł  zasnąć  tego
wieczora. Rzucał się i wiercił na swoim twardym posłaniu, nie mogąc znaleźć sobie miejsca.

W końcu wstał, postawił nogi na nierównej, zimnej podłodze czeladnej izby i raz po raz tłukł

zaciśniętą pięścią w oparcie łóżka.

- Do diabła, do diabła, do diabła! - powtarzał niezmiennie, aż mu tchu zaczynało brakować.

Nie znajdował jednak innego wyrażenia, które by odpowiadało temu, co czuł.

114

Buntownicze  nastroje  nieubłaganie  przybierały  na  sile.  Wzmagała  je  może  nawet  nie  tyle  miłość
ojczyzny, co nieludzkie traktowanie ze strony bezmyślnych wójtów. Bunt rodził się w milczeniu, ale
narastał jak lawina, zataczał coraz szersze kręgi, zapalał fanatyczny ogień w oczach uciśnionych, był

background image

przekazywany szeptem przy stołach w karczmach i sekretnych izbach...

Cel pierwszego ataku już został wyznaczony.

Dwór Tobronn w Romerike.

Ten cel wyznaczył się poniekąd sam - z wielu powodów. Przede wszystkim jednak dlatego, że tam
można było uderzyć w określoną personę, gdy będzie pozbawiona ochrony.

Czekano tylko na odpowiedni moment.

Tristan, ten młody, nieszczęśliwy i zagubiony chłopiec, wrócił do Danii. Był już wtedy, przynajmniej
zewnętrznie, wyleczony ze swojej wstydliwej choroby. Nikt, ani rodzice -

Jessica  i  Tancred,  ani  babka  Cecylia,  ani  ciotka  Gabriella,  niczego  nie  mogli  się  nawet  domyślać.
Ale często wieczorami zamykał się w swoim pokoju i w ogóle zmienił się nie do poznania.

Podstępny atak Gudrun zranił go do głębi niczym długi, przeszywający na wylot kieł.

Odmieniła ona niewinne życie wrażliwego chłopca, okaleczyła go na zawsze.

Tristan  nigdy  nie  stał  się  na  powrót  taki  jak  przedtem.  Tamto  nieszczęsne  wydarzenie  w  szałasie
Svanskogen wywarło wpływ na całe jego życie. Skierowało jego los na dziwne tory, o czym jeszcze
teraz nie będziemy opowiadać.

W  każdym  razie  Tristan  swoim  życiem  uzasadnił  znaczenie  imienia,  które  nosił:  „Urodzony  dla
smutku.

115

ROZDZIAŁ IX

Niklas Lind z Ludzi Lodu wpadł galopem na dziedziniec twierdzy Akershus.

- Czy Dominik Lind z Ludzi Lodu jest tu jeszcze? - zapytał pełniącego wartę oficera.

- Ten ze Sztokholmu? Jest, oczywiście, ma wyjechać dopiero pojutrze. - Oficer uśmiechnął

się. - Jesteście krewniakami? Poznaję po oczach.

- Na nic się zda zaprzeczać. To prawda.

Wkrótce potem kuzyni się spotkali.

- Niklas? Widzę, że nie żałowałeś konia. Co się stało? Chyba nic z wujem Brandem?

- Nie. Z Villemo.

background image

Dominik zdrętwiał.

- Z Villemo? Co...?

- Zniknęła. Spójrz, wuj Kaleb dostał ten zwitek brzozowej kory wczoraj wieczorem.

Dominik czytał w milczeniu. Jego oczy pociemniały i przygasły.

- Och, moi kochani - szepnął. - Nie natrafiliście na żaden ślad?

-  Owszem.  Dziś  rano  był  u  wuja  Kaleba  wójt.  Powiedział,  że  Villemo  zadźgała  nożem  Monsa
Wollera,  a  może  raczej  jego  kompana,  a  Eldar  Svanskogen  tego  drugiego.  Zniknęli  oboje,  i  ona,  i
Eldar.

Dominik zbladł.

- Eldar Svartskogen? Czy Villemo jest z nim?

- Na to wygląda - głos Niklasa nie brzmiał zbyt pewnie.

- Szukaliście w Svartskogen?

- Wczoraj byli tam ludzie wójta i starannie przeszukali zagrodę. Nie ma ich tam. Wszystko wskazuje
jednak na to, że udział w tych niezrozumiałych wydarzeniach brało więcej osób.

Wójt powiada, że on także stracił dwóch ludzi. Podejrzewa, że chodzi tu o tajny ruch powstańczy.

- I Villemo mogłaby być z tym ruchem związana?

116

- Albo mogła zostać zamieszana przypadkiem. Wuj Kaleb wyruszył już na poszukiwania, ale sam nie
ma wielkich szans, a poza tym nie może zostawić dworu na łasce losu.

Dominik wygładził zwitek kory. Płonące żółtym blaskiem oczy wpatrywały się w pismo.

- Czy to prawda? To o gwałcicielach?

- Nic pewnego nie wiemy, ale po ludziach z Woller można się wszystkiego spodziewać.

- Po Eldarze Svartskogen także - powiedział Dominik i zacisnął wargi. Na jego twarzy pojawił się
głęboki cień. - Villemo razem z tym... opryszkiem!

- Czy musisz już jechać?

- Do Szwecji? Oszalałeś? Przecież teraz nie mogę nigdzie jechać! Musimy pomóc wujowi Kalebowi.
Wracam  z  tobą  do  Grastensholm.  Tylko  przekażę  parę  listów,  do  domu  i  do  Jego  Wysokości.
Poczekasz na mnie?

background image

- Tak, oczywiście.

Dominik oddał mu zapisany zwitek kory, który dotychczas ściskał w dłoni.

- Eldar Svartskogen - szepnął. - Niech Bóg ma w opiece naszą małą Villemo!

Villemo usiadła na łóżku. Jak zwykle zmarzły jej stopy i chyba to ją obudziło.

Gdy jednak rozbudziła się na dobre, coś zupełnie innego przyciągnęło jej uwagę. Jakieś dźwięki...

Dopiero zaczynało świtać, co bardziej wyczuwała niż widziała, bo pokój nie miał okna.

Dźwięki docierały z zewnątrz.

Wstała po cichutku, uderzyła się w palec od nogi o łóżko i jęknęła z bólu. Villemo zawsze reagowała
złością, kiedy się uderzyła. Szczególnie wrażliwe miała palce u nóg i głowę.

Wiedziała,  że  to  prymitywne  tak  się  złościć,  ale  nic  nie  mogła  na  to  poradzić.  Odsunęła  kawałek
deski zasłaniający wywietrznik. Wilgotny nocny wiatr wionął jej w twarz. Tydzień już minął od dnia,
gdy przyszła do tego dworu.

Na zewnątrz było dość ciemno, szary brzask dopiero się zbliżał. Wszystko tonęło w półmroku, wciąż
bardziej jeszcze po stronie nocy niż po stronie dnia. Dwór pogrążony był w ciszy, ale z kuchennego
okna,  w  tej  samej  części  domu  co  jej  pokój,  sączyło  się  żółtawe  światło  i  raz  po  raz  przemykały
jakieś cienie, jakby ktoś przechodził koło okna.

Villemo  wytężała  wzrok,  drżąc  coraz  bardziej  z  zimna.  A  tam  co?  Co  to  się  porusza  pomiędzy
domami?

117

Jakieś postacie?

A może...

Tak, to ludzie! Długi szereg ludzi. I to stamtąd dochodzi ten dźwięk. Rytmiczne, przeciągłe, żałosne
zawodzenie.

Nagle jedna z postaci wydała z siebie krótki bolesny jęk, zagłuszony natychmiast przez jakiś wściekły
głos.

Villemo wpatrywała się z uwagą, lecz mimo to nie widziała wyraźnie.

Ludzi  było  wielu,  policzyć  jednak  nie  mogła,  zresztą  szli  nie  zatrzymując  się,  aż  zniknęli  między
zabudowaniami.

Villemo chciała się dowiedzieć czegoś więcej. Naciągnęła pospiesznie spódnicę i buty i wymknęła

background image

się na dwór przez tylne drzwi za kuchnią.

Dokąd ci ludzie szli? Który to dom...? Próbowała się zorientować z tego miejsca, w którym się teraz
znalazła.

W  tym  samym  czasie  także  Eldar  ocknął  się  ze  swego  niespokojnego  snu.  Niewiele  spał  tej  nocy.
Zapadał tylko na krótkie chwile w drzemkę, z której budziły go wkrótce przesycone erotyką marzenia.
Wciąż powracał ten sam obraz - jakaś piękna, niewinna rusałka wabiła go do siebie, zachęcała, by ją
gonił. Raz już, już, prawie udało mu się ją złapać, gdy nagle pojawił się skądś archanioł z mieczem i
oddzielił  go  od  zjawy.  Oczy  anioła  płonęły  żółtym  blaskiem.  Te  oczy  i  czarne  włosy  przypominały
tego... tego Szweda... jak mu tam, jej kuzyna.

Również Eldar coś słyszał, ale było to znacznie bardziej nieokreślone. Nie umiałby powiedzieć, co
popchnęło  go  do  okna.  Ale  właśnie  gdy  przez  nie  wyjrzał,  drobna  figurka  wymknęła  się  przez
kuchenne drzwi dużego domu. Postała chwilę, a potem ruszyła ostrożnie przez dziedziniec. Zbliżała
się powoli, w końcu przeszła pod jego oknem.

To Villemo! Eldar narzucił na siebie, co miał pod ręką, i wyszedł na dwór cichutko, by nie budzić
służących śpiących w izbie obok...

Serce  Villemo  tłukło  się  w  piersi  jak  szalone.  Przystanęła  za  narożnikiem  jakiegoś  budynku,
rozpoznała, że to pralnia, i rozglądała się uważnie wokół. W tej samej chwili ktoś zaszedł ją z tyłu i
zasłonił jej usta dłonią.

- Ciii - szepnął Eldar. - Co tu robisz?

Jej oczy w półmroku były ogromne. Boże, zmiłuj się, pomyślał Eldar. Ona nie ma nic pod spodem.
Wszystkie  jego  męskie  instynkty,  i  tak  już  dramatycznie  pobudzone  po  męczących  snach,  ożyły  z
wielką siłą.

118

Villemo,  niema,  pokazywała  z  przejęciem  coś  za  pralnią.  Położyła  palec  na  ustach,  nakazując  mu
milczenie.

- Zaczekaj tu - szepnął Eldar.

O, nie! Nie Villemo! Gdy prześlizgiwał się pod ścianą, ona szła krok w krok za nim jak cień, ale dla
pewności  odszukała  w  mroku  jego  rękę.  Choć  było  mu  z  tym  niewygodnie,  ujął  jej  drżącą  dłoń  i
zamknął  w  swojej,  zastanawiając  się  jednocześnie,  jak  ma  sobie  tłumaczyć  jej  zachowanie.  Jest
odważna, czy zbyt naiwna, by pojmować niebezpieczeństwo?

Dłoń Villemo była tak drobna, że niemal zupełnie niknęła w jego dużej ręce. W stwardniałym sercu
Eldara Svanskogen wzbudziło to nieznaną przedtem czułość.

Z początku trudno im było rozróżnić cokolwiek wśród domów i drzew na dziedzińcu. Wkrótce jednak
ich  oczom  ukazała  się  jakaś  dziwna  procesja.  Zatrzymała  się  dokładnie  na  wprost  jednego  z

background image

większych budynków. Villemo nie wiedziała, co się tam mieści, Eldar jednak rozpoznał stary lamus.
Jakiś  duży  krzew  zasłaniał  ich  oboje,  tak  że  praktycznie  byli  zupełnie  niewidoczni  z  miejsca,  w
którym przywarli do ściany pralni.

Villemo  mocno,  bardzo  mocno  ściskała  rękę  Eldara.  On  po  chwili  zdobył  się  na  odwagę,  rozluźnił
uścisk  i  objął  ramieniem  jej  prawie  nagie  barki.  Tak  była  przejęta  rozgrywającą  się  przed  nimi
sceną, że pozwoliła na to, a potem przytuliła się do Eldara, jakby szukając oparcia. Słyszała teraz,
jak mocno wali mu serce, ale uznała, że to z napięcia, wywołanego tą nocną przygodą.

W budynku, który obserwowali, otworzyły się jakieś nisko umieszczone drzwi, najprawdopodobniej
do piwnicy. Przytłumione głosy wydawały polecenia.

Teraz  widzieli  wyraźniej:  po  każdej  stronie  procesji  stał  jeden  lub  dwóch  strażników,  którzy
kierowali pochylone postaci na dół, do piwnicy. Wyglądało na to, że są tam i kobiety, i mężczyźni.
Villemo słyszała od czasu do czasu zdławione szlochy, którym natychmiast odpowiadał świst bicza.

Przytuliła się do Eldara.

- Widziałeś? - szepnęła, niczego nie pojmując.

Drzwi  do  piwnicy  zostały  zamknięte.  Dwóch  strażników  zeszło  na  dół.  Trzeci  ruszył  w  stronę
budynku, przy którym stali Eldar i Villemo.

- Ukucnij - szepnął Eldar.

Posłuchała natychmiast. Tkwili tak w kucki, niby przyklejeni do ściany, w śmiertelnej ciszy i -

przynajmniej ona - w śmiertelnym przerażeniu.

119

Mężczyzna  przeszedł  obok.  Gdy  ich  mijał,  Villemo  poznała,  że  to  Syver,  najbliższy  pomocnik
gospodarza.

Kiedy  już  zniknął  w  mroku,  Villemo  chciała  wstać,  bo  zdrętwiałe  kolana  bolały  ją  dotkliwie,  lecz
Eldar przytrzymał ją. Drzwi do piwnicy otworzyły się i wyszli z niej dwaj pozostali strażnicy. Także
oni minęli ten miłościwie osłaniający szpiegów krzew. Villemo czuła, jak dłoń Eldara zaciska się na
jej ramieniu.

Strażnicy zniknęli, lecz on nie wstawał.

- To jeden ze służących i jego baba - szepnął.

Tak, Villemo także dostrzegła, że jedna z postaci nosiła spódnicę.

- To są dwa małżeństwa, ci zajmujący się stajnią i oborą - wyjaśnił Eldar. - Ale nigdy nie pracują
wszyscy czworo jednocześnie. Sypiają na zmiany. Wszyscy są wstrętni.

background image

- Zastanawiam się, jak oni zdołali utrzymać to w tajemnicy.

- Chyba nie zdołali. Ludzie w okolicy od dawna szepczą, że się tu dzieją dziwne rzeczy.

Niejeden pewnie wie, co, ale nikt nie ma odwagi powiedzieć tego głośno.

- Co oni robią na polach tak późno jesienią? A na dodatek w nocy?

-  Tobronn  ma  wiele  dworów  w  okolicy.  Pewno  byli  w  jednym  z  nich.  Pracowali  w  stajniach  i
oborach albo gdzie indziej, nie wiadomo.

- Co teraz zrobimy, Eldar?

- Jeszcze nie wiem. Najpierw muszę o tym poinformować mojego łącznika.

- A kto to jest?

- Ostrzyciel noży ze wsi. Przychodzi tu raz na dwa tygodnie.

- Nie możemy go sami odszukać wcześniej?

- Nie! Oszalałaś? Nie wolno nam się ujawnić! Myślę zresztą, że on się pokaże w najbliższych dniach.
My tymczasem musimy zebrać jak najwięcej wiadomości.

- W jaki sposób?

Eldar zastanawiał się.

- W każdym razie muszę się dostać do tej piwnicy.

- Ja też! - wykrzyknęła Villemo.

120

Eldar  uśmiechnął  się  nieznacznie.  Teraz  Villemo  uświadomiła  sobie,  że  jego  ręka  pieści  jej  nagie
ramię. Delikatnie, bardzo delikatnie przesuwa się w górę i w dół.

Na  chwilę  przestała  oddychać.  Coś  w  niej  było...  coś,  co  zrodziło  się  w  tym  właśnie  momencie.
Czuła  szum  w  głowie  i  mrowienie  w  całym  ciele,  ogarniało  ją  dziwne  ciepło  i  ociężałość,  jej
świadomość koncentrowała się w jednym punkcie i nagle całe ciało przeniknął gorący dreszcz. Było
to  rozkoszne,  a  zarazem  dręczące  uczucie.  Bliskość  Eldara  nabrała  nieoczekiwanie  ogromnego
znaczenia. Poczuła, że wargi jej płoną.

Bezgłośnie chwytała powietrze.

Gdyby  ją  Eldar  teraz  pocałował,  Villemo  byłaby  zupełnie  bezbronna.  On  jednak  nie  dostrzegał,  co
się z nią dzieje. Nie wiedział, że właśnie teraz zbudził w tym dziecku kobietę.

background image

Gdyby  to  jednak  wiedział,  to  i  tak  trudno  przewidzieć,  jak  by  się  zachował.  Villemo  córka  Kaleba
Elistrand należała do innego świata niż on i stanowiła dla niego tabu. Wiele wskazuje na to, że nie
starałby się jej wykorzystać. Przestępstwo wobec niej mogłoby oznaczać koniec dla niego i dla życia
jego  rodziny  w  Svanskogen.  On  sam  mógłby  to  znieść,  lecz  przecież  matka  i  młodsze  rodzeństwo
rozpaczliwie potrzebują domu w Svartskogen.

Przyczynić się do wyrzucenia ich po prostu na wiejską drogę, wszystkich tych małych dzieci... Nie,
nie mógł tego zrobić.

Eldar był doświadczonym uwodzicielem, zawsze dostawał od kobiet to, czego pragnął. To uczyniło
go cynicznym. I naprawdę myślał tak, jak mówił - że w kobiecie widzi tylko obiekt pożądania i nie
warto się wysilać, by na przykład rozmawiać z kobietami. Kobiety nie mają mózgu, uważał, potrafią
tylko chichotać i flirtować, i zawsze są chętne na widok przystojnego mężczyzny.

Villemo  córka  Kaleba  była  inna.  Nie  dlatego,  iżby  uważał,  że  ma  więcej  rozumu  -  chociaż
wytrzeszczył  oczy,  kiedy  zobaczył,  że  umie  czytać  i  pisać.  Nie,  Villemo  była  przede  wszystkim
dzieckiem,  i  o  tym  on  nigdy  nie  powinien  zapominać.  Uwieść  dziecko  z  rodu  Ludzi  Lodu,  jego
gospodarzy...  Nie,  o  czymś  takim  nie  odważył  się  nawet  myśleć.  A  poza  tym  musiał  postępować
bardzo delikatnie z tą bliską ubóstwienia adoracją, jaką mu okazywała.

To było kłopotliwe, ale też bardzo mu pochlebiało. Z jakichś idiotycznych powodów pragnął, by nie
dowiedziała  się,  jakim  w  gruncie  rzeczy  był  draniem,  że  uważał  wszystkie  te  kobiety,  które
zdobywał, za nadające się jedynie do takich pospiesznych, nie przynoszących satysfakcji stosunków,
jakie dotychczas nawiązywał.

Musiał  więc  opanować  pożądanie  wobec  tej  małej  istoty.  Było  ono  niebezpieczne,  bardzo
niebezpieczne, bo Eldar Svanskogen należał do mężczyzn, którymi targają silne namiętności.

Villemo siedziała w milczeniu, próbując jakoś zapanować nad tym chaosem, który w niej narastał. O
zdrętwiałych kolanach całkiem zapomniała.

Nieziemsko czysta, platoniczna miłość...? Trzeba jej powiedzieć: żegnaj!

121

„Nigdy nie wyjdę za mąż.” „Okropnie jest mieć dzieci.” „Nigdy nikogo nie będę kochać w ten głupi,
obrzydliwy sposób jak...”

Wszystko to rozpadało się niczym domek z kart. Jakaż ona była dziecinna!

Teraz  uświadomiła  sobie  także,  jak  dalece  się  myliła,  kiedy  twierdziła,  że  jej  miłość  będzie
bezkompromisowa. Wierzyła, że to jej wrodzona cecha: umie postawić wszystko na jedną kartę, nie
poczyni  ustępstw  w  żadnej  dziedzinie.  A  tu!  Nawet  się  czegoś  takiego  nie  domyślała!  Tego
gwałtownego,  prymitywnego  uczucia,  które  wzięło  w  posiadanie  całe  jej  ciało.  Z  przerażającą
jasnością dotarło do niej nagle, że to, co nazywała miłością, było jedynie zapowiedzią, nieśmiałym
początkiem. Dopiero teraz jej miłość stawała się pełna.

background image

Wszechogarniająca.

Przeraziło ją to ponad wszelkie wyobrażenie. Villemo bowiem nie była Sol, pozbawioną wszelkich
hamulców. Jeśli Sol chciała mieć jakiegoś mężczyznę w swoich objęciach, troszczyła się jedynie o
to,  by  się  tam  znalazł,  a  potem  spędzała  z  nim  rozkoszne  chwile  bez  najmniejszych  wyrzutów
sumienia.

Villemo  nie  mogłaby  zrobić  niczego  takiego,  by  jej  dusza  nie  została  rozdana  na  dwoje,  pomiędzy
miłość a szacunek dla domu i rodziny. Jej uczucia do Eldara mogły wprawdzie uczynić ją gotową na
to, by dać mu wszystko, lecz potem płakałaby rzewnymi łzami z żalu.

Ze względu na ojca i matkę i ze względu na wszystkich swoich kochanych krewnych i domowników.

Ta spontaniczna, pełna napięcia przygoda miłosna z Eldarem Svanskogen przestawała być zabawna.
Nie odczuwała z nim więzi psychicznej ani wzajemnego zrozumienia w tym trudnym położeniu, nie
potrafiła też się cieszyć widokiem jego fantastycznego ciała i twarzy.

Bo po prostu od tej chwili nie chciała się tym rozkoszować.

Boże! Dobry Boże, tak bym chciała odzyskać moje dziecięce uczucia.

Drgnęła na dźwięk jego głosu:

-  Ten,  którego  nazywasz  pomocnikiem...  Syver,  wiesz...  On  jest  rodzonym  synem  gospodarza
Tobronn.

Zmusiła swój głos, by brzmiał normalnie.

- Synem gospodarza? - szepnęła zdumiona. - Do głowy by mi nie przyszło!

- Tak jednak jest. Słyszałem, jak służący ze sobą rozmawiali.

- On sam prawie się nie odzywa, toteż nigdy nie słyszałam, jak się zwraca do swoich rodziców. Czy
oni mają więcej dzieci?

122

- Tak... Mają jeszcze córkę, wydaną za właściciela sąsiedniego majątku. I tak mi się wydaje, że mieli
jeszcze dwoje, syna i córkę, ale o tym się wyraźnie nie mówi.

- Dlaczego?

- Tego nie wiem.

Nagle wstał pospiesznie i pociągnął ją za sobą. Dotyk jego silnej dłoni wywołał w Villemo kolejny
dreszcz.  Wszystko  między  nimi  było  teraz  nowe,  ale  już  nie  tak  pełne  rozkosznego  napięcia  jak
przedtem. Napięcie wprawdzie pozostało, ale jako nieprzyjemny skurcz odczuwany w całym ciele.

background image

- Wracamy? - zapytał oschle. - Jesteś zbyt lekko ubrana, by stać tyle czasu na dworze.

Uważaj tylko, żeby cię nikt nie zobaczył!

- Oczywiście.

W każdym razie okazywał troskliwość. Powinna być mu za to wdzięczna.

-  Kiedy  chcesz  pójść  do  piwnicy?  -  pytała  jakby  nie  chcąc  zerwać  jedynej  więzi,  łączącej  ją  z
normalnym życiem.

- W każdym razie nie dzisiaj. Najpierw muszę porozmawiać z naszym łącznikiem, ostrzycielem noży.
Może dowiem się czegoś więcej.

Po czym zniknął, pochłonął go mrok okrywający dziedziniec. Villemo wpatrywała się przed siebie,
nie  wiedząc  co  począć,  pozbawiona  swojej  wielkiej  życiowej  iluzji.  Naprawdę  nie  miała  pojęcia,
czy potrafi stawić czoło tej fizycznej stronie życia, której istnienie dopiero co sobie uświadomiła.

Wciąż  pracowała  w  zamkniętych  pomieszczeniach.  Stara  Berit  nie  mogła  stanowić  żadnego
moralnego  oparcia,  bo  trwała  w  takim  przerażeniu,  że  nawet  się  do  Villemo  nie  uśmiechała  ze
strachu,  że  gospodyni  mogłaby  to  zauważyć.  Poza  tym  była  głucha  jak  pień.  Villemo  miała  często
wrażenie,  że  znalazła  się  w  jakiejś  pustej,  izolowanej  przestrzeni  -  ani  się  do  kogo  odezwać,  ani
kogo  poprosić  o  radę  w  tych  codziennych  sprawach,  którymi  przyszło  jej  się  zajmować.  Rzeczy  na
ogół  nieskomplikowane  -  jak  porządnie  wyszorować  stół,  gdzie  czyścić  nocniki  gospodarzy  -
stanowiły dla niej problemy trudne do rozwiązania, gdyż nigdy niczym takim się nie zajmowała.

Nienawidziła  tej  pracy.  Dobry  Boże,  myślała  czasami,  co  ze  mnie  będzie  kiedyś  za  gospodyni?
Biedny ten mój mąż, jeżeli kiedykolwiek wyjdę za mąż. Ale poważnie w to wątpię. Bo ja przecież
nie  powinnam  mieć  dzieci,  nie  powinnam  przekazywać  dalej  złego  dziedzictwa.  A  Eldar...  Po
pierwsze,  to  Eldar  mnie  nie  chce,  a  po  drugie,  to  i  ja  nie  jestem  już  taka  pewna,  czy  chcę  jego.  W
każdym  razie  nie  w  ten  sposób,  który  kiedyś  określiłam  jako  głupi  i  obrzydliwy.  Teraz  myśl  o  tym
wszystkim po prostu mnie przeraża, bo zaczyna mi się to wydawać niezwykle nęcące.

123

Ze  złością  ustawiała  na  stole  filiżanki  i  talerze,  nie  zwracając  uwagi,  czy  robi  to  właściwie.  Im
więcej się o życiu wie, tym bardziej staje się ono niezrozumiałe, myślała zgnębiona.

Spotkania  z  Eldarem  pod  drzewem  na  dziedzińcu  były  jedynymi  jaśniejszymi  punktami  w  jej
monotonnym życiu. Mogła wtedy przynajmniej porozmawiać. Ale i te chwile nie były już teraz łatwe.
Nowa świadomość jego fizycznej obecności, jego niezwykła uwodzicielska siła i wszystko, do czego
to mogło doprowadzić, krępowało ją ogromnie. Nigdy nie wiedziała, ile on się domyśla, ile rozumie,
ale czasami miała wrażenie, że w jego oczach pojawił się jakiś nowy, pełen zadumy, a jednocześnie
budzący  lęk  wyraz!  W  takich  razach  spuszczała  wzrok  i  zaczynała  gorączkowo  rozprawiać  o  byle
czym.

Raz udało jej się naprawdę powiedzieć coś rozsądnego.

background image

- Eldar, jeżeli jest tak jak przypuszczamy, że oni tu uprawiają jakąś... no, jakąś formę niewolnictwa,
bo ja jestem pewna, że te kobiety pracują nocami w kuchni, a mężczyźni w stajniach i oborach... To
jak  to  się  dzieje,  że  ty  i  ja  chodzimy  na  wolności?  Tamta  czwórka,  służący  i  służące,  oni  są
zdecydowanie po stronie gospodarzy, stara Berit w żadnym razie nie jest niebezpieczna, ale my? Ty i
ja? Jak oni znoszą naszą obecność?

- Po pierwsze, powiedziałem im, że pochodzimy z duńskiej rodziny i sprzyjamy Duńczykom.

A po drugie, oni przecież muszą mieć kogoś w dzień do pracy, i w domu, i w obejściu. Nie chcą brać
służących ze wsi, więc my zjawiliśmy się naprawdę jakby nas niebo zesłało.

Nawet  nie  dlatego,  że  dla  nich  pracujemy,  ale  oni  po  prostu  muszą  mieć  kogoś,  żeby  ludzie  to
widzieli. A w porównaniu z resztą dziennej służby jesteśmy nawet dość reprezentacyjni, w każdym
razie ty.

- No, ty także - rzuciła jakby od niechcenia, na co on uśmiechnął się krzywo.

-  Villemo,  my  mamy  tu  do  wypełnienia  misję  -  powiedział,  podejmując  po  raz  kolejny  próbę
oddziaływania  na  nią  w  kierunku,  który  uważał  za  właściwy.  -  Naród  norweski  jest  na  najlepszej
drodze, by wyginąć, nie wiesz o tym? Czy uważasz, że język, którym się teraz mówi, to czysty, nasz,
język norweski?

- A nie jest?

- Villemo, zastanów się!

Zamyśliła się.

- Tak, chyba masz rację - rzekła po chwili. - Zdumiewające, jak wiele wkradło się do naszego języka
z duńskiego. Nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Eldar uśmiechał się ukradkiem. Tak oto wskazywał jej właściwą drogę.

124

- Oni zabrali nam tak wiele - powiedział. - Po prostu narzucili nam swoje obyczaje.

Wprowadzają  nowsze  narzędzia,  nowsze  sposoby  pracy,  niby  lepsze,  ale  to  wpływa  na  nasze
myślenie, na nasz gust, na wszystko...

-  No,  często  wychodzi  nam  jednak  na  dobre  -  wtrąciła  Villemo  pospiesznie,  próbując  zachować
lojalność także wobec drugiej strony.

-  To  nie  o  to  chodzi.  Chodzi  o  to,  że  zanika  wszystko,  co  jest  norweskie.  Oni  usiłują  zrobić  z  nas
Duńczyków, nie rozumiesz tego? Chcą, żeby Norwegia stała się małą, zaniedbaną duńską prowincją!

background image

- Nie wolno do tego dopuścić - powiedziała buntowniczo. - Będziemy temu przeciwdziałać, i ty, i ja.

- No i jeszcze parę osób - mruknął pod nosem.

- Och, Eldar, wszystko jest tutaj takie okropne, tak strasznie źle się czuję i tęsknię do domu.

Jestem od tego po prostu chora. Gdyby nie te miłe spotkania z tobą, na które czekam przez cały dzień,
to nie wiem, co bym zrobiła. Uciekłabym stąd natychmiast!

- Tego ci nie wolno! - zawołał, przestraszony nie na żarty.

Wzrok Villemo natychmiast złagodniał.

Ostrzyciel noży przyszedł następnego dnia. Villemo widziała z okna pokoju na piętrze, że Eldar stoi
przy nim z jakimiś nożami i z kosą. Rozmawiali ze sobą, naturalnie i bez pośpiechu, jak to mężczyźni
na  ogół  czynią,  wiedziała  jednak,  że  omawiają  sprawy  nadzwyczaj  poważne.  Ale  co  konkretnie?
Nawet pytać o to nie mogła. Dostrzegła, że Eldar na moment podwinął rękaw, jakby chciał obejrzeć
ślady po ukąszeniu owada. Długo się nad tym zastanawiała.

Tego dnia nie mogła się z nim spotkać pod drzewem na dziedzińcu, co ją rozzłościło.

Gospodarze mieli gości. Przyjechała córka z rodziną i różne ważne osoby, sami Duńczycy.

Dom dosłownie stanął na głowie. Wszyscy biegali jak w ukropie.

Goście zjechali pod wieczór. Główną personą był, rzecz jasna, naczelnik dystryktu. Nie gubernator,
bo  takiego  urzędu Akershus  jeszcze  wówczas  nie  miało.  Funkcję  tę  pełnił  sam  namiestnik  państwa,
Ulryk  Fryderyk  Gyldenlove,  lub  jego  zastępca  Ove  Juel.  Naczelnik  dystryktu  był  im
podporządkowany, ale i tak była to bardzo wysoka godność.

Villemo, ta roztrzepana pokojówka, zrobiła przy stole furorę.

Przywykła  już  do  tego,  że  goszczący  w  Tobrenn  mężczyźni  klepali  ją  po  tyłku,  kiedy  podawała  do
stołu.  Zresztą  czynił  to  również  gospodarz  w  chwilach,  gdy  małżonka  spuściła  go  z  oka.  Villemo
nauczyła się to ignorować. Przywykła też, że goście przyglądali się jej 125

zwracającej  uwagę  twarzy  ze  zdziwieniem  i  zachwytem  oraz  do  odrzucania  ich  bełkotliwych
zaprosin, natrętnie szeptanych gdzieś w korytarzu, po kolacji.

Tego wieczoru jednak stało się coś szczególnego, co zresztą wyszło na dobre i jej, i Eldarowi. Jeden
z  panów,  przyglądający  jej  się  bez  skrępowania,  zapytał  po  duńsku,  co  to  za  pieczeń  wniosła  na
półmisku. Mimo woli Villemo także odpowiedziała w czystej duńszczyźnie, języku, który opanowała
biegle w czasie swoich długich pobytów u babci Cecylii i dziadka Alexandra w Gabrielshus.

Efekt był piorunujący.

- Macie państwo duńską pokojówkę? - zawołała jedna z pań.

background image

- Owszem, zatrudniamy tylko właściwych ludzi - odparła gospodyni z pozoru obojętnie, lecz widać
było, jak puszy się z dumy. - Ta mała i jej brat pochodzą z duńskiej rodziny. Prawda, Merete?

-  Tak,  proszę  pani  -  odparła  Villemo  po  duńsku  i  dygnęła.  - Ale  mój  brat  nie  jeździł  tak  często  do
Danii jak ja i nie zna języka tak dobrze.

Wszyscy komentowali to z zadowoleniem, a gospodarze spoglądali na nią niemal z respektem

Villemo  czuła  się  jak  zdrajczyni.  Kochała  Danię,  podobnie  jak  kochała  Norwegię  i  zresztą  także
Szwecję, którą kilkakrotnie odwiedzała. A teraz musiała stawać przeciwko Duńczykom.

To nie było sprawiedliwe.

Jakie to wszystko niepotrzebne, myślała. Ta cała wrogość.

Niechcący jednak sprawiła przyjemność swoim gospodarzom.

Córka właścicieli dworu była okropna.

Podobnie jak matka zaczesywała swoje czarne włosy do tyłu i wiązała, mocno naciągnięte, co wcale
nie dodawało urody jej końskiej twarzy. Zachowywała się tak, jakby cały dom już do niej należał.

Jej brat Syver to złościł się na nią, to spoglądał z mimowolnym podziwem. Po obiedzie młoda dama
krążyła po salonie i przyglądała się sprzętom.

- Muszę dostać te gobeliny - oświadczyła w pewnym momencie.

- One należą do Kristiny - wtrącił brat cierpko.

-  Do  Kristiny!  -  fuknęła  siostra  z  obrzydzeniem.  -  Nigdy  nie  będą  jej  potrzebne.  Matko,  następnym
razem je zabiorę.

126

- Oczywiście, moja droga - odparła matka, najwyraźniej podziwiająca córkę. - Gobelinów mamy pod
dostatkiem.

Te ostatnie słowa przeznaczone były dla gości.

Kristina, pomyślała Villemo, nadstawiając uszu. To musi być ta siostra, o której się tu nie wspomina.
Siostra w niełasce.

Zgodnie  z  tym,  co  mówił  Eldar,  powinien  być  jeszcze  brat.  Na  jego  temat  to  już  naprawdę  nikt  się
nigdy nawet nie zająknął. Ciekawe, gdzie on się podziewa?

Villemo miała właśnie podawać ciasto i wina po obiedzie, gdy wydarzyło się coś okropnego.

background image

Właściciel  Tobrmnn  wziął  od  niej  kieliszek,  słuchając  jednocześnie  naczelnika  dystryktu,  który
mówił:

- Tak, dziękuję. Chętnie złożę państwu dłuższą wizytę przed świętami Bożego Narodzenia.

W taki wieczór jak dzisiejszy nie mamy czasu porozmawiać spokojnie.

-  Cieszymy  się  na  pańską  wizytę.  -  Gospodarz  zniżył  głos,  gdy  Villemo  podeszła,  by  napełnić
kieliszek naczelnika. - Słyszę, że zaczęły się jakieś niepokoje?

- Tak - potwierdził naczelnik spod imponujących rozmiarów peruki. - Jeden z moich wójtów ściga
dwu  morderców,  których  łączy  się  z  pogłoskami  o  jakichś  buntownikach,  nie  bardzo  to  wszystko
kojarzę. A tu nie widziano ostatnio jakichś podejrzanych indywiduów?

- Morderców? Nie, nie przypuszczam.

- Jeden z nich ma mieć na imię Villemo. Około szesnastu lat. Bardzo niebezpieczny.

Villemo  chlapnęła  winem  na  podłogę.  Na  szczęście  nikt  tego  nie  zauważył.  Stała,  gotowa  stąd
zmykać na łeb na szyję, gdy gospodarz odparł:

- Taki młody? Villemo... Nic o takim chłopcu nie słyszałem.

Odetchnęła oszołomiona. Z pomocą przyszło jej to dziwne imię.

Owszem, zawsze wiedziała, że Villemo to imię rzadkie, które nadaje się i chłopcom, i dziewczętom.
Podobnie jak Kai, a w obcych krajach na przykład Maria. Pewnie więcej jest takich imion.

W każdym razie teraz była za nie wdzięczna rodzicom z całego serca. W tym momencie po prostu je
kochała. Nikt by nie skojarzył pokojówki Merete z groźnym mordercą Villemo.

W parafii Grastensholm Kaleb przyszedł do starego Branda z Lipowej Alei i ciężko opadł na krzesło.
W ostatnich tygodniach postarzał się wyraźnie.

127

- Żadnych śladów? - zapytał Brand współczująco.

- Żadnych. Jakby ją ziemia pochłonęła. Nie, to okropne określenie, nie to chciałem powiedzieć.

- Napisałeś do Gabrielli?

- Jeszcze nie. Nie jestem w stanie. Wciąż mam nadzieję, że Villemo wróci do domu pierwsza. Ona
jest moją jedyną córką, wuju Brandzie! Moim jedynym dzieckiem!

- Obiecała, że wróci do domu na wiosnę - delikatnie przypomniał mu Brand. - Zaufaj jej słowom!

background image

- Ale ja nie mogę czekać! Nie mogę siedzieć z założonymi rękami, kiedy moja mała dziewczynka...
Dlaczego  nie  daje  znaku  życia?  Dlaczego?  Bogu  niech  będą  dzięki  za  Dominika  i  Niklasa!  Szukają
niestrudzenie. Irmelin także choć w węższym kręgu.

- Tak, to bardzo pięknie ze strony Dominika, że tak długo z nami został. Jaki to wspaniały chłopak,
ten mój stryjeczny wnuk! Tarjei byłby z niego dumny!

- No właśnie. A poza tym sędzia uwolnił Villemo od podejrzenia o morderstwo. Uznał

ostatecznie, że musiała działać w obronie koniecznej. A ona o tym nie wie! Nie wie, że nie musi się
już ukrywać!

- W kraju narasta niepokój, chyba o tym wiesz?

- Wiem - potwierdził Kaleb, pocierając dłonią czoło. - Ludzie wójta są tacy nerwowi, że strzelają do
wszystkiego, co się rusza. I w to miałaby Villemo być wplątana? Nie rozumiem.

Jak ona by mogła...?

- Ja myślę, że ona właśnie dlatego się ukrywa - rzekł Brand zamyślony. - Oni ją zmuszają.

Bo  ze  względu  na  morderstwo  uwaga  skierowana  jest  na  nią,  a  ona  wie  za  dużo  o  ruchu
powstańczym. Nie uważasz, że tak może być?

- Możliwe. Tak, to chyba prawdopodobne.

- A nie zapominajmy, że Villemo ma w sobie wiele z Sol. Łatwo daje się ponieść uczuciom.

- Chyba nie żywi żadnych uczuć do tego wstrętnego Eldara Svartskogen? - wybuchnął

Kaleb.

-  Podczas  remontu  stajni  wiele,  niestety,  na  to  wskazywało.  Ale  odkryliśmy  to  już  po  czasie,  za
późno.  On  jest  niezwykle  przystojnym  mężczyzną,  to  musisz  przyznać.  Dokładnie  taki  romantyczny
typ, jakiego żyjąca w nierzeczywistym świecie Villemo mogłaby szukać.

Przecież to jeszcze dziecko i prawdopodobnie nie słyszała, co ludzie o nim gadają.

128

- Jeżeli on skrzywdził moją córkę, to ja go zabiję gołymi rękami!

- Myślę, że nie jest taki głupi - uspokoił go Brand. - To by go mogło za dużo kosztować.

Kaleb  długo  siedział  w  milczeniu.  Potem  wstał  i  podszedł  do  okna.  Wzrok  jego  spoczął  na  nagich
teraz drzewach w lipowej alei, lecz jakby ich nie widział.

background image

- A co wam wiadomo o powstaniu, wuju Brandzie?

Stary westchnął.

- Nie za dużo. To jedynie, że ferment wśród ludności narasta. Ale tak było zawsze, raz tu, raz tam,
lokalne bunty dość szybko wygasające. Choć teraz rzeczy wyglądają poważniej.

Wójtowie stali się już naprawdę nieznośnie dokuczliwi. W ogóle urzędnicy rozpanoszyli się ponad
wszelką  miarę.  Namiestnik  państwa  jest  uczciwym  człowiekiem.  I  to  wyłącznie  jemu  trzeba
zawdzięczać, że krwawe powstanie nie wybuchło już dawno.

- Tak - zgodził się Kaleb. - Ludzie go szanują. Ale nienawidzą wójtów. I pragną wolnej Norwegii.

- A ty byś nie chciał?

- Wszyscy byśmy chcieli. Ale nie poprzez gwałt.

- Tak. Masz rację. Chcemy uzyskać wolność w wyniku rokowań, chcemy się dogadać.

Brand zamyślił się na dłużej, a potem westchnął:

- Wygląda jednak na to, że nigdy do tego nie dojdzie.

- Co Dominik mówi na to wszystko? Jest bądź co bądź Szwedem i patrzy na sprawy z boku.

- On rzadko tu bywa. Bez przerwy w rozjazdach, szuka jakiegoś śladu Villemo. Ale kiedy był

ostatnio, wspominał o powstaniu...

- Tak?

- Słyszał pogłoski, że powstańcy koncentrują siły wokół jakiegoś dworu w Romerike.

- To gdzieś bardzo daleko od nas. Ale dlaczego akurat tam?

- Tego dokładnie nie wiedział, ale wspominał coś o jakimś naczelniku dystryktu.

- Żaden naczelnik tam nie mieszka.

- Nie, ale ma przyjaciół.

129

- Jak się nazywa ten dwór?

-  Dominik  nie  mówił.  Zresztą  wszystkie  wiadomości  były  bardzo  niepewne.  W  każdym  razie
pogłoski o powstaniu bardzo go niepokoją. Z powodu Villemo.

background image

-  To  martwi  nas  wszystkich  -  westchnął  Kaleb.  -  Gdybym  tylko  miał  ją  w  domu,  myślałbym
spokojniej o tym powstaniu. A tak, nie mogę się uwolnić od lęku, że ona znalazła się w jakimś kotle
czarownicy.

- Nic przecież nie wiemy - uspokajał go Brand. - A może ona w ogóle nie ma z tym nic wspólnego?

-  Och,  ma,  niestety!  Wiemy  przecież,  że  Eldar  Svartskogen  jest  członkiem  sprzysiężenia.  I  choć
bardzo  bym  nie  chciał,  to  jestem  prawie  pewien,  że  moja  mała  Villemo  jest  razem  z  tym
pozbawionym sumienia nędznikiem. Gdziekolwiek to jest.

- Niech Bóg ma ją w swojej opiece - westchnął Brand.

130

ROZDZIAŁ X

Villemo padła na posłanie, śmiertelnie zmęczona po kolejnym przyjęciu.

Mimo to jednak w środku nocy obudziła się niespodziewanie i wkrótce uświadomiła sobie, dlaczego.
Znowu docierały do niej te stłumione, błagalne wołania.

Podeszła do wywietrznika, przekonana, że głosy dochodzą z tamtej piwnicy w podwórzu.

Ale nie. Noc była księżycowa i w jasnej poświacie dostrzegała ponurą procesję daleko na otwartym
polu. I to nie stamtąd niosły się krzyki. Ani nie z piwnicy pod starym lamusem.

Docierały do niej z zupełnie innej strony, z innego budynku, którego ze swojego miejsca nie była w
stanie dojrzeć.

Villemo  przypuszczała,  że  noc  zbliża  się  już  ku  końcowi,  ale  musiało  być  jeszcze  trochę  czasu  do
świtu, robotnicy znajdowali się przecież tak daleko od domu.

Wahała  się  przez  chwilę.  Była  tak  zmęczona,  że  z  trudem  trzymała  się  na  nogach,  ale  cóż  miała
począć?

Ubrała się, tym razem ciepło, i wymknęła na dwór. Miała nadzieję, że hałasy nie wyciągną z domu
gospodarzy, bo nie byłoby to chyba zbyt wesołe, gdyby ją przyłapali na dworze o tym czasie. Może
jednak nic nie słyszą, bo tylko jej pokój znajduje się po tej stronie domu.

Wciąż  słyszała  tę  jakąś  beznadziejną  skargę,  dochodzącą  od  strony  dużej  grupy  zabudowań
gospodarskich.

Na wszelki wypadek wzięła ze sobą świecę i krzesiwo. Drżąc w nocnym chłodzie, przemykała się
pospiesznie pod ścianami zabudowań. Będzie padał śnieg, pomyślała.

Wczoraj wieczorem niebo na zachodzie płonęło purpurowo jak od pożaru. To zapowiada wiatr albo
śnieżycę. Zresztą już teraz przenikliwie wiało.

background image

Ze zdumieniem uświadomiła sobie, że to już grudzień. Przygotowania do świąt toczyły się jakoś obok
niej, bo pracowała wyłącznie w pokojach, rzadko wchodziła do kuchni, a jeszcze rzadziej pojawiała
się  na  dziedzińcu.  Widziała  co  prawda,  że  do  kuchni  wnoszono  mięso,  ale  zabijano  zwierzęta  w
zupełnej ciszy. Może nocą? Za to akurat była wdzięczna. Villemo była jak Silje. Serce jej krwawiło
na  widok  krzywdy  zwierzęcia.  Bardzo  wielu  z  rodu  Silje  podzielało  te  uczucia.  Dominik,  na
przykład.

Na  myśl  o  ciepłym  spokoju  Dominika  Villemo  ogarnęła  rozpaczliwa  tęsknota.  Próbowała  ratować
się  wspominaniem,  jaki  był  zawsze  wobec  niej  ironiczny  i  jak  ją  denerwowała  jego  arogancja  i
zarozumialstwo.

Doszła do zabudowań i przez chwilę stała, nasłuchując.

Wszędzie panowała cisza. Dwór spał po upojnej uczcie.

131

Służący  byli  daleko  stąd,  na  polu,  lub  spali  w  swoich  łóżkach,  taką  przynajmniej  miała  nadzieję.
Eldara też nigdzie ani śladu.

Villemo poczuła się bardzo samotna i bardzo mała.

Długo stała bez ruchu. Czekała. Wokół trwał niczym nie zmącony spokój. Kuliła się z zimna.

I nagle usłyszała znowu. Pełen goryczy, bezradny, żałosny jęk. Tuż obok.

Dostrzegła  mały  domek.  Musiała  zejść  w  dół  po  wykopanych  w  ziemi  schodach,  bo  dostać  się  do
niewiarygodnie  niskich  drzwi.  Chyba  tylko  dzieci,  lub  karły,  mogłyby  tędy  przechodzić
wyprostowane.

I, oczywiście, drzwi były zamknięte na klucz. Gdy Villemo macała, szukając klamki, krzyki ustały. W
środku zaległa przerażająca, pełna wyczekiwania cisza.

Villemo zastanawiała się. Chciała wejść do środka, to jasne, ale jak? Zamknięcie było solidne, a ona
nie należała do najsilniejszych. Tu zresztą nie dałby rady nawet barczysty mężczyzna.

Ale  znając  lekkomyślność  ludzi  można  było  przypuszczać,  że  klucz  został  schowany  gdzieś  w
pobliżu. Jeśli więc dopisze jej szczęście...

Zaczęła  poszukiwania  od  najłatwiej  dostępnych  miejsc.  Nad  futryną.  Nie.  Pod  progiem.  Też  nie.
Szczeliny w ścianie? Nie, to na nic.

Stojąc,  z  łatwością  dotykała  torfowego  dachu.  Jeden  kamień  w  murze  wydał  jej  się  obluzowany...
Wyjęła  go  bez  trudu,  zresztą  był  nieduży.  Pomacała  dłonią  w  szczelinie.  Palce  dotknęły  czegoś
przejmująco zimnego, długiego, wygładzonego - klucz.

Nie zdając sobie z tego sprawy, Villemo uśmiechnęła się szeroko, lecz napięcie jej nie opuściło.

background image

Najpierw długo nasłuchiwała. Dwór nadal pogrążony był w ciszy. W głównym budynku nie paliło się
ani jedno światełko.

Wsunęła klucz w zamek, przekręciła, mrucząc coś pod nosem, gdy zazgrzytał, i pchnęła drzwi. Stała
przez chwilę nieruchomo, ale nic się nie stało.

Z  lękiem  przekroczyła  wysoki  próg,  zmuszona  pochylić  się  tak  głęboko,  że  niemal  zgięła  się  we
dwoje.

Okazało się, że weszła do jakiegoś wypełnionego wonią mokrej ziemi korytarzyka. Przed nią jeszcze
jedne drzwi...

132

Villemo  zamknęła  drzwi  wejściowe  i  zapaliła  świecę.  Tu,  gdzie  stała,  nie  było  nawet  specjalnie
zimno, tylko bardzo nieprzyjemnie.

Ciepły płomyk świecy rozjaśnił zupełnie puste pomieszczenie.

W wewnętrznych drzwiach tkwił klucz, lecz zawahała się przed otwarciem.

- Nie wiem, kto tam jest - powiedziała przyciszonym głosem - ale chciałam zapewnić, że przychodzę
w przyjaznych zamiarach. Nie bój się mnie, a w każdym razie nie napadaj na mnie! Usłyszałam twoje
wołanie i chciałabym ci pomóc.

Po  tym  oświadczeniu  zdecydowanie  przekręciła  klucz  w  zamku  i  weszła  do  środka,  przygotowana
nawet na cios w głowę, ale trudno, wejść musiała.

Nic się jednak nie stało. Znalazła się w małym i nawet niebrzydkim pokoju, ale zaduch panował tu
straszny!  Ogień  żarzył  się  jeszcze  na  palenisku,  a  na  stojącym  w  kącie  łóżku  leżała  jakaś  istota.
Związana!

- Na Boga - szepnęła Villemo. - Kim jesteś?

Istota,  jak  się  okazało  dość  młoda  kobieta,  wpatrywała  się  w  nią  oczyma,  które  wciąż  jeszcze
zachowywały względny spokój i rozsądek, lecz w każdej chwili mogły go utracić na zawsze. Widać
to było wyraźnie. Włosy miała obcięte niemiłosiernie krótko, a raczej mało urodziwa twarz wyrażała
bezradność  i  bliskie  szaleństwu  przerażenie.  Przeguby  rąk  miała  do  krwi  obtarte  rzemieniami,
którymi była przywiązana do łóżka.

- A kim jesteś ty? - zapytała skrzekliwym szeptem. Nie była w stanie mówić głośno.

- Pracuję tu, we dworze.

- Nie wyglądasz na służącą.

- Różnie można o tym myśleć. Kim jesteś?

background image

Kobieta, czy raczej dziewczyna, uśmiechnęła się i przymknęła oczy.

- Nie opowiadali ci o mnie? - zapytała.

- Nie.

-  Oczywiście,  że  nie.  Wszyscy  powinni  o  mnie  zapomnieć.  Jestem  Kristina.  Córka  gospodarzy.
Czarna owca w rodzinie.

Villemo ściągnęła brwi.

- Słyszałam coś o jakiejś Kristinie. Długo tu już tak leżysz?

133

- Dwa lata.

-  Co?  I  dlaczego?  -  wykrzyknęła  Villemo,  siadając  na  brzegu  łóżka.  Zrozumiała  teraz,  że  usłyszała
krzyki, bo wiatr wiał akurat w tę stronę. W przeciwnym razie nic by do niej nie dotarło.

Kristina leżała z przymkniętymi oczyma. Łzy ciekły jej po twarzy i spływały do uszu.

- Popełniłam niesłychane przestępstwo, bo zakochałam się w synu komornika. Chcieliśmy się pobrać.
Moi rodzice, moje rodzeństwo... wszyscy byli wściekli. On, mój ukochany...

zginął w tak zwanym wypadku. O, ja dobrze wiem, co się stało! A ja zostałam zamknięta tutaj...

Villemo była wstrząśnięta.

- Tylko dlatego?

- Nie, my... Naruszyliśmy także inne zasady.

Jeszcze parę miesięcy temu Villemo nie zrozumiałaby, co te słowa znaczą. Teraz wiedziała więcej.

- Rozumiem. Spodziewałaś się dziecka?

-  Tak.  Ono  urodziło  się  tutaj,  o  czasie.  Ale  mi  je  zabrali.  Nigdy  go  nie  widziałam.  Siostra
powiedziała, że urodziło się martwe. Ale to nieprawda, słyszałam jego płacz.

- We dworze nie ma teraz żadnego dziecka - westchnęła Villemo współczująco.

- Oczywiście, że nie - szepnęła dziewczyna. - Zamordowali je. Niczego innego nie można się po nich
spodziewać.

Zaległa cisza. Villemo serce krajało się z żalu, gdy myślała o losie tej nieszczęśnicy. Ból był

tym większy, że przecież i ona żywiła podobne uczucia do syna komornika.

background image

Villemo, roztrzepana, lekkomyślna i raczej mało sentymentalna, wyciągnęła rękę i pogładziła leżącą
po policzku.

Łzy znowu zaczęły spływać na poduszkę.

-  Dziękuję  ci,  dziękuję  -  szeptała  biedaczka.  -  To  pierwszy  życzliwy  gest,  jaki  mnie  spotyka  od
dwóch lat!

Villemo obejrzała rzemienie.

134

-  Nie  mogę  ci  pomóc  natychmiast,  by  nie  narażać  siebie  i  wielu  innych  ludzi  na  śmiertelne
niebezpieczeństwo.  Jeśli  jednak  nikomu  nie  powiesz,  że  tu  byłam,  to  mogę  ci  obiecać,  że  będziesz
wolna, nim nadejdzie wiosna.

- Wolna? Ja? Skąd ty to możesz wiedzieć?

- Nie pytaj! Obiecaj tylko, że wytrwasz do tego czasu. Pomoc nadejdzie.

Kristina skinęła głową.

-  Nie  będę  cię  więcej  odwiedzać  -  wyjaśniła  Villemo.  -  To  zbyt  ryzykowne  dla  nas  obu.  Ale
opowiem o tobie odpowiednim ludziom. Wkrótce będziesz wolna.

Ręka Kristiny, przywiązana rzemieniem do łóżka, zacisnęła się jak szpony na ramieniu Villemo.

- Nie pisnę ani słowa! Obiecuję!

-  Obiecaj  mi  coś  jeszcze  -  poprosiła  Villemo  ze  smutnym  uśmiechem.  -  Obiecaj  mi,  że  zachowasz
władze umysłowe!

- To nie będzie łatwe, ale wytrwam!

- Wspaniale. Kto się tobą zajmuje?

Twarz Kristiny wykrzywił grymas.

- Jedna z tych bab. Stara czarownica.

- Rozumiem. A co na to twoja matka?

- Nie widziałam rodziców od chwili, kiedy mnie tu zamknięto.

Villemo przyjęła to w milczeniu. Nie chciała mówić głośno, co o tym myśli.

- A zatem żegnaj, Kristino! Nie zostaniesz zapomniana! Zaufaj mi!

background image

- Żegnaj... i dziękuję! Jak ci na imię?

- Lepiej, żebyś nie znała mojego imienia.

Villemo  wyszła  i  starannie  zamknęła  za  sobą  drzwi.  Gdy  nie  zauważona  przez  nikogo  znalazła  się
nareszcie w swoim pokoju, ręce drżały jej tak bardzo, że ledwie była w stanie się rozebrać.

Następnego dnia miała Eldarowi wiele do opowiedzenia, aż dygotała z przejęcia. On słuchał

w milczeniu, przyglądał jej się tylko uważnie. W jego oczach dostrzegała jakiś nowy wyraz.

135

Villemo  nie  pomyliła  się  w  swoich  przepowiedniach  co  do  pogody.  Nastały  trzaskające  mrozy,  a
porywisty wiatr wzbijał nad wzgórzami tumany śniegu, całkiem przesłaniając horyzont.

W końcu Villemo przerwała sama sobie:

- O czym ty myślisz?

-  O  tym,  jak  niebezpiecznie  jest  dla  młodej  dziewczyny  zakochać  się  w  chłopcu  z  ludu.  Czy
odwrotnie: zadawać się z dziewczynami z klasy wyższej niż własna.

- Ale moja rodzina nigdy by się nie posunęła do czegoś takiego, żeby...

- Co ty powiesz?

Villemo miała dość poczucia przyzwoitości, by się zarumienić ze wstydu. Mimo wszystko podniosła
głowę i zapytała:

- Ale czy postąpiłam słusznie? Zachowałam się jak należy?

- Oczywiście! Sam bym lepiej nie postąpił. Byłoby szaleństwem uwolnić ją teraz.

Znowu zamyślił się na chwilę.

- Villemo... Zastanawiałem się nad pewną sprawą.

- Tak?

- Balansujemy na linie, zdajesz sobie chyba z tego sprawę. Ja jestem pewnie bardziej zagrożony niż
ty.  Opowiedziałem  o  tobie  ostrzycielowi  noży.  Poza  tym  wiem,  że  jesteś  inteligentna  i  można  ci
zaufać...

-  Dziękuję  -  szepnęła,  czując  się  niby  w  siódmym  niebie  z  radości,  że  słyszy  od  niego  taki
komplement.

Eldar wciąż się wahał.

background image

- Czy możesz pójść ze mną za stajnię, kiedy już skończymy tę rozmowę? Chciałem coś zrobić...

- Niech mnie Bóg ma w opiece - usiłowała żartować, lecz serce dudniło jej w piersi ze strachu.

On natychmiast pojął, co powiedział. Ściągnął wargi.

- Czyś ty oszalała? Nie w głowie mi żadne igraszki. Pamiętaj, że jesteśmy rodzeństwem!

136

Villemo uśmiechała się zażenowana.

- Przecież tylko żałowałam.

- Wiem. No to co? Pójdziesz?

Skinęła głową, że się zgadza, choć nie rozumiała, o co chodzi.

- Powiedziałeś, że tobie grozi większe niebezpieczeństwo niż mnie? - zapytała po chwili.

- Tak. Ja... przeszukuję. Przeważnie za dnia, dyskretnie. Ale po nocach także.

- Chyba nie piwnicę? Beze mnie?

-  Nie,  jeszcze  tam  nie  byłem.  Próbowałem,  ale  nie  mogę  znaleźć  klucza.  A  poza  tym  chciałem
najpierw porozmawiać z ostrzycielem noży.

- No dobrze. I co on w końcu powiedział?

-  Że  sprzysiężenie  powstańcze  wiele  się  po  nas  spodziewa.  Nikt  przed  nami  nie  odważył  się
wtargnąć  w  takie  gniazdo  os  jak  to.  Szkoda,  że  nie  wiedziałem  o  tej  Kristinie.  Ale  on  znowu
przyjdzie w przyszłym tygodniu. Owszem, mieli pewne podejrzenia, że nie wszystko jest w porządku
z robotnikami w Tobronn. Ponieważ majątek nie ma komorników ani dzierżawców, a we dworze też
mało kto mieszka, to ludzie się zastanawiają, jakim sposobem wszystko jest utrzymane w tak dobrym
stanie. Pytał, czy my, ty i ja, nie jesteśmy źle traktowani. Jak to jest z tobą?

- Nigdy nikt mnie nie uderzył - odparła Villemo. - Ale szyderstwa tej starej są trudne do zniesienia.

Eldar uśmiechnął się z niezwykłą jak na niego czułością.

-  Zwłaszcza  dla  ciebie!  Z  twoim  temperamentem!  Mogę  sobie  wyobrazić.  A  mnie  i  biją,  i
poszturchują, ale nie więcej niż gdzie indziej. Ja myślę, że oni się nas trochę boją, zwłaszcza ciebie.
Ty jesteś dla nich skarbem... a poza tym stoimy jakoby po ich stronie.

- Ja, skarbem? Bardziej gapowatej i niezdarnej służącej chyba jeszcze nie mieli!

- To ty tak mówisz. A ja uważam, że jesteś nadzwyczajna.

background image

- Mam to potraktować jako komplement, czy jako prześmiewki? - prychnęła Villemo.

- No, no, nie kryguj się tak. Panna służąca to szacowny zawód.

Uznała, że Eldar ma rację, i zmieniła temat.

137

- Co jeszcze mówił ostrzyciel noży?

- Że uderzą już wkrótce. Dzień nie został jeszcze ustalony, ale tak czy inaczej będzie to przed Bożym
Narodzeniem. Trzeba jeszcze tylko wyjaśnić parę szczegółów.

- My to mamy zrobić?

- Nie. Czy nie zrozumiałaś, że to dotyczy całej wschodniej części monarchii? Całej Norwegii? Ten
dwór jest tylko niewielkim fragmentem całości, jednym z miejsc, w których wszystko się ma zacząć.
Kraj musi być wolny, mała gąsko.

- Nie nazywaj mnie gęsią - syknęła Villemo. - Nie zasłużyłam na to. W każdym razie nie zasłużyłam,
żebyś ty tak do mnie mówił, przeklęty ignorancie!

- No, no, nie przemieniaj się w beczkę prochu! - przerwał jej. - Dobrze, nie jesteś gęsią. Ale jesteś
przecież kobietą.

-  Owszem.  I  bardzo  jestem  z  tego  dumna.  Uważam,  że  kobiety  są  znacznie  rozsądniejsze  niż
mężczyźni.

- Ohoho!

- Tak! I co najmniej tyle samo warte.

Eldar  miał,  rzecz  jasna,  odmienne  poglądy  w  tej  sprawie.  Uznał  jednak,  że  tym  razem  powinien
raczej milczeć.

- Jesteś gotowa? - zapytał. - Możemy iść?

Poszła  za  nim  bez  słowa.  Gdy  znaleźli  się  za  stajnią,  gdzie  nikt  nie  mógł  ich  dojrzeć,  Eldar
przystanął.

Podciągnął wysoko lewy rękaw i pokazał jej bliznę w kształcie krzyża tuż pod zgięciem łokcia.

- To jest znak rozpoznawczy członków powstańczego sprzysiężenia - oświadczył. - Podwiń rękaw!

- Ale nie mam przy sobie niczego do tamowania krwi.

Eldar rozejrzał się i powiedział:

background image

- Przyłożysz trochę śniegu, zanim nie wrócisz do domu.

138

Skinęła  głową.  Niezmiennie  dumna,  że  zostaje  wtajemniczona  i  przyjęta  do  sprzysiężenia,
przyglądała  się,  jak  nóż  kreśli  na  skórze  znak  krzyża,  nacinając  ją  tak  głęboko,  że  krew  tryska.  Po
chwili zakręciło jej się w głowie.

O mało nie zemdlała. Musiała się na chwilę oprzeć o ścianę stajni. Ból zdawał się przeszywający,
jej własna krew kapała na ziemię, jakby w ciele Villemo zrobiła się dziura i jakby ona sama składała
się  wyłącznie  z  krwi  -  zbyt  silnie  napinała  mięśnie,  a  w  końcu  przeżycie  okazało  się  trudne  do
zniesienia.

- Baby! - prychnął Eldar z niechęcią, spoglądając na jej kredowobiałą twarz.

To wystarczyło, by Villemo odzyskała siły.

- Ja nie zemdlałam! - syknęła. - Po prostu dzisiaj trochę za mało jadłam.

- Oczywiście - rzekł ze sceptycyzmem. Zebrał garść śniegu, ścisnął go w bryłkę i podał

dziewczynie. - Masz! Wracaj teraz szybko do domu i przewiąż ranę!

Villemo posłała mu żałosne spojrzenie i odwróciła się, by odejść. Wtedy on chwycił ją za ramiona i
odwrócił ku sobie.

- Co się z tobą dzieje?

- Ze mną? - spytała zaskoczona.

- Tak. Z tobą. Jesteś jakaś inna.

- Nnie... wiedziałam.

- Wiesz dobrze, o co chodzi. Powiedz mi, co ty właściwie czujesz teraz... do mnie?

Zaskoczona zmarszczyła swoje piękne brwi i przyglądała mu się chłodno.

- Dokładnie to samo, co czułam zawsze.

-  O,  nie!  Nie  wmawiaj  mi.  Rumienisz  się  na  każde  życzliwsze  słowo  z  mojej  strony  i  drżysz,  gdy
tylko  na  ciebie  spojrzę.  To  się  nie  bardzo  zgadza  z  twoimi  zapewnieniami,  że  chcesz  mnie  kochać
tylko poetycznie, że nie ma w tym nic cielesnego.

-  Słuchaj  no,  może  byś  się  zachowywał  trochę  ostrożniej?  Nie  mówisz  teraz  jak  brat  do  siostry. A
skoro tak, to i ja mam chyba prawo zapytać: co ty czujesz do mnie? Nigdy mi tego nie mówiłeś.

background image

Przyciągnął ją bliżej i patrzył jej w oczy.

- Cholernie bym chciał mieć cię w łóżku, dobrze o tym wiesz.

139

-  A  to  dlaczego?  -  wykrztusiła,  bo  serce  podeszło  jej  do  gardła  i  nie  była  w  stanie  rozmawiać
naturalnie.

- Bo stajesz się dla mnie za silna i mam ochotę trochę cię uciszyć, pokazać ci, które z nas dwojga jest
silniejsze. Ale możesz być spokojna. Palcem nie tknę kobiety z Ludzi Lodu, bo wtedy żadne z nas nie
mogłoby wrócić do domu, a przecież oboje chcemy wrócić, prawda?

-  Oczywiście.  Pragnę  tego  bardziej  niż  czegokolwiek  na  świecie. Ale  dobrze,  Eldar,  będę  szczera.
Odkryłam, że życie składa się nie tylko z poezji.

Długo, długo przyglądał się jej bez słowa. Potem zapytał niepewnie:

- Naprawdę?

- Tak, ale ty także możesz być spokojny. Ja też nie chciałabym okryć mojej rodziny wstydem.

Zaraz zacznie mi krew kapać na ubranie, więc może powinnam...

- Oczywiście, wybacz mi!

Puścił  ją  natychmiast,  ale  sprawiał  wrażenie  kompletnie  zbitego  z  tropu  i  oszołomionego;  nie  mógł
oderwać od niej oczu.

I  kto  tu  z  nas  jest  silniejszy,  myślała  Villemo  radośnie  z  tym  cudownym  uczuciem,  którego  doznaje
kobieta, gdy wie, że jest pożądana. Przyłożyła do rany nową porcję śniegu i z ręką przyciśniętą do
ciała pobiegła przez dziedziniec, a potem do swojego pokoju.

Jestem  jedną  z  nich.  Należę  do  powstańców,  myślała  uszczęśliwiona,  obwiązując  ranę  gałgankiem.
Uznali, że jestem godna!

Nawet nie zauważyła, jak uległa rewolucyjnym nastrojom Eldara. Nie zdawała sobie sprawy, że on
stopniowo  wpoił  w  nią  swoje  własne  przekonania.  Zaczęła  tak  dalece  nienawidzić  duńskiego
panowania,  że  w  domu  by  jej  pewnie  nie  poznali.  Dokonywało  się  to  powolutku,  krok  po  kroku.
Każdego  dnia  pod  drzewem  na  dziedzińcu  spływała  do  jej  duszy  mała  kropelka  tego,  co  stanowiło
sens działania Eldara

Sama  zupełnie  sobie  nie  zdawała  sprawy  z  tej  przemiany.  Wzruszona  przyglądała  się  bandażom.
Ciekawe, co w domu na to powiedzą, zastanawiała się.

W  domu.  Nagle  poczuła  się  tak,  jakby  nigdy  więcej  nie  miała  zobaczyć  Elistrand,  Grastensholm,
Lipowej Alei...

background image

Villemo zaczęła szlochać. Eldar, powstanie, wszystko jedno! Ona po prostu tak strasznie tęskniła do
domu!

140

Teraz jeszcze na dodatek wyznała mu swoje bezwstydne uczucia. Była jednak pewna, że z jego strony
nie  ma  się  czego  obawiać.  On  naprawdę  nie  miał  wobec  niej  nieuczciwych  zamiarów.  Rodzina  i
Svartskogen znaczyły dla niego zbyt wiele.

Zatem i w nim drzemią jakieś lepsze uczucia, myślała pocieszona.

Grudzień w tym roku był taki mroźny, że podobnego najstarsi ludzie nie pamiętali.

Sygnał został dany, przekazywano go sobie ze wsi do wsi: naczelnik wyruszył z kilkudniową wizytą
do przyjaciół w Tobrann.

W  całym  dystrykcie Akershus  zbierali  się  w  ciche  mroźne  noce,  przybywając  konno  lub  piechotą,
ludzie, którzy postanowili wziąć los Norwegii w swoje ręce. Ich celem był teraz naczelnik. Jeśli go
pojmają, będzie im łatwiej rozprawić się z wójtami. I należało go pojmać właśnie teraz, kiedy był z
dala od stolicy, od swoich duńskich dragonów, bezbronny...

Villemo nie miała o tym pojęcia.

Pogoda  stawała  się  coraz  gorsza.  Zawieruchy  nie  ustawały,  szarpane  wichrem  budynki  skrzypiały
żałośnie po nocach, gdy ona nie śpiąc przewracała się w łóżku. Lodowaty wiatr ciskał śniegiem w
ściany domu.

Udało  jej  się  jednak  zrobić  dobry  uczynek,  o  czym  promieniejąc  z  radości  doniosła  Eldarowi
pewnego  dnia  w  czasie  spotkania  pod  drzewem.  Nie  mogli  teraz  siadywać  na  ławce,  oblodzonej  i
okropnie zimnej.

- Nie mam dzisiaj dużo czasu - szepnęła zdyszana. - Ale odkryłam, gdzie oni przechowują klucz od
piwnicy dla niewolników!

- Jesteś pewna? - zawołał Eldar, podniecony.

- Tak. Mogę ci go przynieść dzisiaj wieczorem, jeśli chcesz.

-  Dobrze,  przynieś...  ale  pod  warunkiem,  że  nikt  cię  nie  zobaczy!  To  musi  być  wcześnie,  zaraz  po
zmierzchu,  bo  służący  chodzą  do  piwnicy  w  środku  nocy.  A  wtedy  już  klucz  musi  być  znowu  na
swoim miejscu.

Pospiesznie kiwała głową.

Eldar chwycił ją za ramię.

- Villemo... Czy to prawda, że naczelnik przyjeżdża z wizytą?

background image

- Tak. Jutro.

- Gdzie będzie mieszkał?

141

Wyjaśniła, a Eldar wypytywał o różne szczegóły: ilu gości przyjedzie, czy będzie zbrojna eskorta i
tak dalej. Villemo odpowiadała, spoglądając na niego badawczo.

Eldar  zagryzał  wargi.  Czy  powinien  jej  powiedzieć  to,  co  mówił  ostrzyciel  noży?  O  ataku,  który
planują i który ma się stać sygnałem do powstania? Nie, Villemo widywała gospodarzy częściej niż
on.  Jeśli  nie  potrafi  ukryć  tego  co  wie,  stanie  się  niebezpieczna.  Najlepiej  pozostawić  ją  w
nieświadomości.

Nie mógł się jednak pozbyć uczucia, że postępuje wobec niej nie po koleżeńsku.

-  Wracaj  teraz  do  domu  -  powiedział.  -  Nie  trzeba,  żebyś  tu  stała  i  marzła.  Zobaczymy  się
wieczorem.

Ustalili, gdzie i kiedy, po czym Villemo pobiegła przejęta, że może się na coś przydać.

Eldar długo patrzył w ślad za nią. Czuł lekkie wyrzuty swego na ogół dość spokojnego sumienia. Już
następnego dnia miał się ponownie spotkać z ostrzycielem noży, bo teraz sprawy zaczynały być pilne.
I  cieszył  się,  że  będzie  mógł  przekazać  dokładny  raport  o  przyjeździe  naczelnika.  Wszystkie  te
wiadomości, które zebrała Villemo i ufnie mu powierzyła, nie wiedząc nawet, czemu mają służyć.

No dobrze, trzeba zapytać ostrzyciela noży, co z nią dalej robić. Eldar z napięcia czuł

mrowienie na skórze. Oto godzina wybiła. Godzina, na którą czekali tyle lat.

Dominik znalazł Niklasa w jego pokoju w Lipowej Alei.

- Gdzie się wszyscy podziali? - zapytał krótko. Ostatnie zmartwienia i nieprzespane noce zostawiły
wyraźny ślad na jego twarzy.

- Sam się nad tym zastanawiam - odparł Niklas. - Nigdzie żywego ducha, ani w stajni, ani w oborach.
Tylko jakaś jedna przerażona służąca.

- Może ona wie. Chodź, zapytamy.

Znaleźli dziewczynę w izbie dla pokojówek. Najpierw twierdziła, wytrzeszczając ze strachem oczy,
że nic nie wie, a potem nieoczekiwanie oświadczyła:

- Wszyscy wzięli konie i pojechali do Romerike.

Dlaczego? Na to nie umiała albo nie chciała odpowiedzieć. A gdzie dokładniej w Romerike?

background image

Nie, tego też nie wiedziała. Słyszała tylko, że ktoś szeptem wymawiał jakąś nazwę...

Tobrann, czy jakoś tak.

Dominik i Niklas spojrzeli po sobie. Nie pierwszy już raz w ostatnim czasie słyszeli tę nazwę.

Obaj pomyśleli to samo: trzeba jechać do Romerike. Może tam dowiedzą się czegoś o Villemo?

142

Nigdy by nie wpadli na to, że ona tam właśnie jest.

Wrócili  do  domu.  Dominikowi  było  bardzo  ciężko.  Tysiące  razy  od  chwili,  gdy  Villemo  zniknęła,
wyrzucał sobie, że zachowywał się wobec niej złośliwie. Zgodnie ze starym powiedzeniem, że atak
jest najlepszą formą obrony, wciąż wykpiwał wszystko, cokolwiek powiedziała. Drażnił się z nią i
przedrzeźniał. A ona odpłacała mu tym samym albo wpadała we wściekłość. Nigdy nie przyszło mu
do głowy, że może ją ranić. Dopiero teraz uświadamiał sobie, jak czasami wyglądały jej oczy, kiedy
wymyślała mu ze złością. A w oczach był wyraz zdumienia, jakby pytały: dlaczego?

Sprawiało mu to teraz dotkliwy ból i żal ściskał serce.

- Coś mi mówi, że zanosi się na awanturę - powiedział Niklas. - Trzeba mieć broń w pogotowiu.

- Już mam - odparł Dominik.

- Ale po której stronie się opowiemy, jeżeli dojdzie do wybuchu? - zastanawiał się Niklas bezradnie.

- Po stronie Villemo - rzekł Dominik stanowczo - W inne sprawy nie będziemy się mieszać.

143

ROZDZIAŁ XI

Był już dość późny wieczór, gdy Villemo wyszła z domu. Wiatr szarpnął drzwiami tak, że o mało jej
nie przytrzasnęły. Na dworze panowały nieprzeniknione ciemności, ale gdyby nawet było jaśniej, to i
tak nic by nie widziała, bo wiatr wściekle zacinał śniegiem i całkiem ją oślepiał.

Posuwała się do przodu po omacku wzdłuż ścian budynków.

Eldar już czekał w umówionym miejscu.

- Masz? - zapytał.

- Tak.

Wsunęła  mu  klucz  w  dłoń.  Ciepło  jego  ręki  odczuła  przez  chwilę  jako  jedyną  pociechę  w  tym
nieprzyjaznym świecie. Z jej samotnego serca wyrwało się spontaniczne wyznanie:

background image

- Kocham cię, Eldarze.

- Daj spokój - odburknął. - Nie mam teraz czasu na pieszczoty. A poza tym jest za zimno.

Villemo zwiesiła głowę, milcząca i spłoszona. On także długo się nie odzywał.

- A teraz wróć do domu i połóż się - powiedział w końcu.

Villemo wyprostowała się.

- O, nie! Wielkie dzięki! - syknęła. - Było uzgodnione, że ja też pójdę. Dawno temu.

- Ale to niebezpieczne, to nie jest tak, jakby pójść na nieszpory!

- Dobrze o tym wiem. Czy cię kiedyś zawiodłam?

Nie, ale co się ze mną dzieje? pomyślał ze złością.

Głośno zaś powiedział:

-  Nie.  Przez  cały  czas  zachowujesz  się  jak  należy.  No  dobrze,  chodź  -  ustąpił  jakby  w  nagrodę.  -
Tylko żeby nie było na mnie, jak się coś stanie!

Villemo była zadowolona. Jak zawsze, kiedy dostała to, czego chciała.

Nawet w tych ciemnościach choć oko wykol dostrzegali, że ziemia jest biała. Od dawna już nocami
mróz ściskał siarczysty.

144

Po omacku dotarli do drzwi piwnicy.

- Wybadałem zwyczaje służących. Przychodzą tu nie wcześniej niż gdzieś około trzeciej nad ranem.
Mamy sporo czasu.

Skinęła głową, ale on przecież nie mógł tego widzieć. Wykrztusiła więc mocno schrypnięte

„tak”.

Drzwi otworzyły się bezgłośnie, widocznie były dobrze naoliwione.

Buchnął na nich trudny do opisania smród. Villemo z największym wysiłkiem zmusiła się, by wejść
do środka.

Wewnątrz panowała cisza, lecz z ciemności dochodziły szmery oddechów. Mimo woli przytuliła się
do Eldara.

On zamknął drzwi i zapalił latarkę. Powoli światło rozjaśniało ponurą piwnicę. Ogień na kamiennym

background image

palenisku nie dawał zbyt dużo ciepła, nie rozpraszał też mroku, ale w świetle ich latarki wyłaniał się
widok jak z koszmarnego snu.

Ze wszystkich kątów wlepiały się w nich jakieś przerażone oczy. Villemo poczuła, że płacz ją dławi,
a łzy oślepiają.

- Eldar - wykrztusiła. - Przecież oni są... O, Boże! Boże, nie mogę na to patrzeć!

Przykucnęła, opierając się plecami o ścianę, i szlochała rozpaczliwie.

Eldar też nie był w stanie nic powiedzieć. Z trudem łapał powietrze.

Nieszczęsne istoty w piwnicy były poprzywiązywane łańcuchami do ścian niczym psy.

Zaczęły  się  teraz  kołysać  niespokojnie  w  przód  i  w  tył,  wysuwały  nogi,  chcąc  się  zbliżyć  do
przybyłych.

-  Czy  jest  tu  ktoś,  kto  umie  mówić?  -  zawołał  Eldar,  starając  się  przekrzyczeć  hałas.  Głos  miał
zachrypły, jakby go nie używał od stu lat.

- Ja. Ja umiem - wybełkotał mężczyzna w średnim wieku. - Ja tu jestem rządcą.

Eldar  spojrzał  w  małe,  wodnistoniebieskie  oczka.  Villemo  opanowała  się  na  tyle,  że  mogła  wstać.
Wierzchem dłoni wycierała zapłakane oczy.

- Posłuchaj mnie - powiedział Eldar do rządcy. - To bardzo ważne. Jesteśmy waszymi przyjaciółmi.
Pomożemy wam niedługo, ale jeszcze nie dzisiaj. Nie powiesz nikomu o tym?

145

- Nie, nikomu - zapewniał tamten z przejęciem. Małe uszy miał osadzone dziwnie nisko.

Głowa, gdy się patrzyło z przodu, zdawała się okrągła jak księżyc w pełni, ale z tyłu była wyraźnie
spłaszczona.

- A oni też niczego nie powiedzą?

- Oni nie rozumieją nic - odparł mężczyzna.

- Jak się nazywasz?

- Jens. Jestem tu rządcą. Rządcą.

- W porządku, Jens. Spróbujemy wam pomóc. A może ktoś potrzebuje pomocy zaraz?

Cierpi bardziej?

Jens wskazał na młodego, wychudzonego chłopca w rogu.

background image

- Noga go boli - powiedział, dziwnie przerywając słowa, w sposób jaki często charakteryzuje ludzi
niedorozwiniętych. - Noga boli. Niedługo umrze, mówią diabły.

Żadne z nich nie miało wątpliwości, kim są te diabły.

- Możemy zobaczyć?

Podeszli do chłopca, który na wpół leżał, oparty o ścianę. Przyglądał im się przerażony.

Villemo pochyliła się i pogładziła jego pokryty jasnym puchem policzek. Chłopiec wybuchnął

głośnym płaczem, od którego serce się krajało.

- No, no - mruknął do niej Eldar. - Żadnych głupstw!

Kiedy zaczęli oglądać chorą nogę, płacz przeszedł w szloch. Chłopiec, podobnie zresztą jak wszyscy
inni, był niewiarygodnie brudny. Kobiety wyglądały nieco lepiej, ale też one pracowały w kuchni.

Villemo starała się opanować mdłości. W tym ciasnym pomieszczeniu siedziało osiem, a może nawet
dziesięć osób.

- Kajdany ranią mu nogę - powiedział Eldar. - A niech to diabli!

Noga była spuchnięta jak kłoda.

- Niewiele się tu da zrobić - mruknął. - Najlepiej zostawić biedaka w spokoju i niech będzie, co ma
być!

- Nie! - zaprotestowała Villemo gwałtownie.

146

Eldar wzruszył ramionami i wyjął nóż.

Villemo poczuła, że jakaś ciężka ręka głaszcze ją po włosach. Spojrzała w górę i zobaczyła nad sobą
kobietę  z  głową  trzęsącą  się  niczym  u  kurczęcia.  Uśmiechała  się  do  niej  bezzębnymi  ustami,  pełna
podziwu. Villemo odpowiedziała jej także uśmiechem, choć z trudem układała wargi.

Jakiś  mężczyzna  też  chciał  dotknąć  złocistych  loków  Villemo,  ale  kobieta  odtrąciła  go  zazdrośnie.
Większość  trzymanych  w  pomieszczeniu  nie  mogła  jej  dosięgnąć,  co  Villemo  uświadomiła  sobie  z
niekłamaną ulgą, choć przecież serce jej krwawiło ze współczucia dla tych nieszczęśliwców. Ani na
chwilę nie ustawał tłumiony beznadziejny płacz, płynący ze wszystkich stron i raniący ją boleśnie.

- Przytrzymaj go teraz - powiedział Eldar. - Jeżeli jesteś w stanie.

Schwyciła  mocno,  a  Eldar  uniósł  nóż.  Jedno  szybkie  cięcie.  Rozpaczliwy  krzyk  chłopca  przeszedł
wkrótce w żałosny dziecięcy płacz. Z rany buchała najpierw ropa a potem krew.

background image

Villemo wzięła swój szalik, wytarła i osuszyła jak mogła ranę, a na koniec założyła prowizoryczny
opatrunek. Chłopiec ucichł, przyglądał jej się z otwartymi ustami, w niemym podziwie.

- No, nieźle - mruknął Eldar z uznaniem.

Przywróciło jej to siły. W samą porę, bo już niewiele brakowało, a byłaby zemdlała.

Eldar schował opatrunek pod nogawkę spodni chłopca, tak by nie było widać szalika.

Zresztą nikt by się już teraz nie domyślił, co to za szmata. Gdyby nawet służący odkryli opatrunek, nie
skojarzyliby go z Villemo, ale ostrożność nigdy nie zawadzi.

- Uważam, że to, co robisz, to rzucanie pereł przed wieprze, ale...

- Zamilcz! - ucięła ostro. - Jeszcze jedno takie słowo, a powiem ci, kto tu jest naprawdę świnią!

Eldar rzucił jej spojrzenie pełne złości, ale nie powiedział nic. Villemo miała jednak wrażenie, że na
jego policzkach pojawiły się rumieńce.

Przez  cały  czas  kątem  oka  widziała,  co  robi  mężczyzna  po  jej  prawej  stronie,  który  teraz  otwarcie
zaczął ją zaczepiać.

- Villemo, nie spoglądaj w prawo - przestrzegł ją półgłosem Eldar.

- Wiem. To nie ma znaczenia - odparła drwiącym głosem.

- Naprawdę dzielna z ciebie dziewczyna - powiedział z uznaniem Eldar.

147

Przyjęła te słowa z dumą. Wstała i podeszła do Jensa, czy raczej odwróciła się do niego.

Stał tuż za nią, bo pomieszczenie było bardzo ciasne.

- Skończ z tym - upomniał Jens nie krępującego się niczym mężczyznę po prawej. - Nie widzisz, że tu
są panie?

Ale to chyba właśnie damska wizyta działała na tamtego tak inspirująco.

Jens zwrócił się do Eldara i Villemo.

- On nie ma całkiem dobrze w głowie - wyjaśnił, co w tym pomieszczeniu zabrzmiało dość dziwnie.
- To jest Malte Tobronn, myśli, że może robić, co chce, tylko dlatego, że jest właścicielem dworu.

- To syn gospodarza? - zapytał Eldar wstrząśnięty.

- Tak.

background image

- O rany boskie! - mruczał Eldar, a Villemo też nie była w stanie zdobyć się na nic więcej.

- Jak myślisz, ile zachowali jeszcze rozsądku? - zapytała Eldara, wciąż czując jakby żelazną obręcz
zaciskającą się wokół jej serca.

- Chyba sporo, bo w przeciwnym razie gospodarz nie miałby z nich żadnego pożytku. Z

pewnością są dobrymi pracownikami, kiedy ktoś nimi kieruje. Ale żeby własnego syna! Mdli mnie,
Villemo.

- Nie tylko ciebie. Nie mów mi już nigdy o nieszczęściu! Teraz wiem, jak to może być!

Myślisz, że oni mogą o nas opowiedzieć?

- Nie. A w każdym razie nie tak, żeby ich ktoś zrozumiał. Ale Jens...

Zwrócił się znowu do niego:

- Pamiętaj, rządco, co ci powiedziałem: nikomu nie wolno nawet pisnąć, że tu byliśmy, dopóki nie
przyjdziemy znowu. A wtedy wszyscy otrzymacie pomoc.

Jens kiwał z przejęciem głową.

- Kiedy przyjdziecie?

- Niedługo. Jeszcze nie dzisiaj, ale niedługo. Tylko nic nie mów!

- Nie, coś ty. Nic diabłom nie powiem.

148

Villemo była przez cały czas napięta jak struna. Wiedziała, że lada chwila może stracić panowanie
nad sobą. W tak krótkim czasie zwaliło się na nią tyle nieludzkiego cierpienia, więcej niż człowiek
jest w stanie ogarnąć.

- Chodźmy już - wykrztusiła.

W drzwiach pomachała im jeszcze ręką i wyszła. Piwnica była tak starannie izolowana, że błagalne
jęki  ucichły  natychmiast,  gdy  tylko  zamknęli  drzwi.  Nad  nieszczęsnymi  istotami  wewnątrz  znowu
zamknęła się ciemność.

Sztywna jak kij szła za Eldarem aż do stajni, gdzie musieli się rozejść. Eldar przystanął.

- Masz taki nierówny oddech - rzekł pytająco.

Bez  słowa  przytuliła  się  do  niego.  Eldar  nie  należał  do  ludzi  najwrażliwszych,  ale  teraz  rozumiał.
Objął  ją  mocno  i  przyciskał  do  siebie  jej  rozdygotane  ciało.  Dzwoniła  zębami,  jakby  ją  polano

background image

lodowatą wodą. Eldar nie wypowiedział słów, które przychodziły mu do głowy: że takich najlepiej
by było pozbawić życia.

Nagle  pojął,  że  spotkał  oto  wyższą  kulturę  niż  ta,  w  której  się  wychował.  Otworzył  się  przed  nim
świat innych ważności, w którym życie mierzy się nie tylko własną, egoistyczną miarą.

Milczał.  I  nie  zrobił  najmniejszego  nierozważnego  ruchu.  Przytulał  ją  tylko  mocniej  do  siebie  i
dotykał wargami jej pięknych włosów.

- Eldar, nie mogę tego znieść! - szepnęła w końcu. - Moja dusza nie jest w stanie godzić się na takie
cierpienie, patrzeć na tyle zła, jakie czynią ci pozbawieni sumienia dranie. Przecież nikt nie zasługuje
na takie traktowanie. A już najmniej oni, tacy bezbronni. Eldar, ja już nie mogę.

- Uwolnimy ich - obiecał ochrypłym głosem.

- Tak, koniecznie musimy to zrobić!

Uwolnimy, myślał Eldar zgnębiony. A co się potem z nimi stanie?

- Eldar, taki jesteś miły.

Boże,  dopomóż  mi,  modlił  się  Eldar,  spoglądając  w  jej  zwróconą  ku  niemu  twarz  i  jej  niezwykłe,
teraz zapłakane oczy.

- Och, tak szczerze jestem do ciebie przywiązana, Eldar - szepnęła.

Aż  do  tego  dnia  pocałunek  był  dla  Eldara  stratą  czasu,  lecz  także  niezbędnym  przygotowaniem  do
przeżycia  pełnego  fizycznego  zaspokojenia.  Uważał  zawsze  pocałunki  za  męczące  i  niemęskie,  po
prostu mazgajowate. Ale teraz nie mógł się powstrzymać, 149

właściwie nie bardzo zdawał sobie sprawę z tego, co robi, jakby to nie on pochylił się nad Villemo z
dziwną czułością i poszukał wargami jej ust. Zakręciło mu się w głowie, jakby wypił

za dużo. Ona była cudowna. Cudowna. Przycisnął dziewczynę mocno do siebie, ale nieoczekiwanie
wyślizgnęła  się  z  jego  objęć  i  zniknęła.  Mógł  się  jedynie  domyślać  jej  drobnej  postaci  skradającej
się pod ścianami zabudowań.

Eldar  Svartskogen  został  z  pustymi  rękami.  Nigdy  w  całym  swoim  życiu  nie  czuł  się  taki  biedny.
Jakby otrzymał jakieś wielkie bogactwo i w tym samym momencie je utracił.

Nie  wszyscy  powstańcy  zdążali  do  Romerike.  Wielu  zbierało  się  wokół  swoich  dowódców  w
pobliżu domu miejscowego wójta. Zbierali się i czekali.

Wkrótce miało się zacząć.

Czekali na sygnał.

background image

Dwaj  kuzyni  z  Lipowej Alei  podróżowali  samotnie.  Jeszcze  nie  nawiązali  kontaktu  z  żadną  grupą
powstańczą  i  zresztą  wcale  takich  powiązań  nie  szukali.  Oni  pragnęli  tylko  dowiedzieć  się  czegoś
nowego  o  Villemo.  Jeśli  w  ogóle  były  jakieś  nowe  wiadomości  na  jej  temat.  Jeśli  jeszcze  żyła.
Dotychczas nie znaleźli nigdzie pociechy, nikt ich nie utwierdził w przekonaniu, że nie należy tracić
nadziei.

Wokół Tobronn jednak pętla już się zaciskała.

Wiele par oczu śledziło powóz zastępcy naczelnika dystryktu, gdy następnego dnia toczył

się po drogach i traktach Romerike.

Podróżnych w powozie nie było wielu. Tylko przyboczny służący, pewnie kiepsko uzbrojony.

Ten naczelnik mieszkał bowiem w pobliżu Christianii, gdzie panował spokój, nie podejrzewał

więc żadnego niebezpieczeństwa.

Różne  wieści  rozchodzą  się  jednak  szybko  i  docierają  także  do  niepowołanych  uszu.  Ludzie  Lodu
słyszeli  przecież  o  powstańczym  sprzysiężeniu.  Nic  więc  dziwnego,  że  wójtowie  w  Romerike  też
dowiadywali się tego i owego.

Naradzali się między sobą, co robić, a za pięć dwunasta oni także ruszyli ku Tobronn ze wszystkimi
swoimi ludźmi.

Ale o tym powstańcy nie wiedzieli.

Nie wiedział też Eldar, któremu udało się zorganizować potajemne spotkanie z ostrzycielem noży.

Odbyli długą rozmowę. Eldar przekazał informacje Villemo o wizycie naczelnika i opowiedział o ich
przerażającym  odkryciu  w  piwnicy  dla  niewolników.  Ostrzyciel  noży  specjalnie  zdumiony  nie  był.
Krążyły już różne pogłoski po okolicy, ale każdy przecież ma 150

dosyć  własnych  zmartwień  i  nikomu  nie  pilno  mieszać  się  do  cudzych  spraw.  Nikt  jednak  nie
przypuszczał,  że  niedorozwinięci  pracownicy  traktowani  są  w  taki  straszny  sposób.  I  rodzony  syn
gospodarzy? Obrzydliwe! Ale nie takie dziwne.

Eldar otrzymał rozkazy. Gdy wrócił, zawiadomił Villemo.

Spotkali  się  po  podwieczorku,  jak  zwykle  na  dziedzińcu,  pod  drzewem,  nawiasem  mówiąc  był  to
jesion,  choć  to  bez  znaczenia.  Pogoda  nie  poprawiła  się,  a  raczej  przeciwnie.  Za  dnia  jeszcze  się
przynajmniej coś widziało mimo zadymki, ale zimno było przygnębiające.

Villemo miała za sobą trudną noc.

Pocałunek  Eldara  wciąż  palił  jej  wargi,  była  pewna,  że  nigdy  nie  zdoła  go  zapomnieć.  To  było
cudowne. A  mimo  to  wolałaby,  żeby  jej  nigdy  nie  pocałował.  Nie  mogła  spać,  nie  była  w  stanie

background image

zebrać myśli. Ciało jej aż do bólu tęskniło za jego ciałem, rzucała się na posłaniu przez całą noc, a
gdy  tylko  zapadała  w  drzemkę,  natychmiast  zaczynała  śnić  o  nim.  Jego  brutalność  odpychała  ją,  a
zarazem  pragnęła  go  z  taką  gwałtowną  tęsknotą,  którą  tylko  on  mógł  ugasić  właśnie  poprzez  swoją
brutalność.

O Boże, jęczała. Tak bym chciała znaleźć się znowu w Elistrand. Być znowu, jak dawniej, dziecinna
i ufna, kłócić się i żartować z Dominikiem i Niklasem, z Irmelin, Tristanem i Leną, przytulać się do
mamy i ojca, do babci Cecylii i dziadka Alexandra - och, nie, dziadek przecież nie żyje! Nie ma już
na  świecie  mojego  ukochanego,  wspaniałego  dziadka.  Byłam  z  nim  przez  ostatnie  tygodnie,  wtedy,
dwa lata temu. Był już bardzo stary, siedemdziesiąt pięć lat. Prosił, bym była dobra dla mamy i ojca,
a co ja zrobiłam? Villemo zaczęła gorzko płakać i na jakiś czas straciła poczucie, gdzie się znajduje.
Gdy  zaś  uświadomiła  sobie,  że  jest  w  Tobronn  ze  wszystkimi  jego  okropnymi  tajemnicami,  płacz
wcale nie zelżał.

No  a  po  południu  spotkała  się  z  Eldarem  pod  drzewem.  na  dziedzińcu.  Był  onieśmielony,  nie
wiedział, co powiedzieć, uważał, że jeszcze nigdy w życiu nie widział nic równie pięknego jak ona.
Starannie oczyścił ławkę i usiedli. Mieli sobie tego dnia wiele do powiedzenia.

- Villemo... Sprawa jest poważna. Śmiertelnie poważna.

- To znaczy co? - zapytała, nie domyślając się niczego.

- Uderzamy dziś w nocy.

Aż jęknęła.

- Powstanie?

- Tak. Wybuchnie tutaj.

- W jaki sposób?

151

- Tym się nie przejmuj. My, ty i ja, mamy jasne zadania.

- Och, mam nadzieję, że nie będziemy musieli zabijać. Ja bym nie mogła brać w tym udziału.

- Nie! Wprost przeciwnie. Będziemy ratować życie.

- Wspaniałe! Jak będziemy to robić?

Nie miała odwagi popatrzeć na niego wprost. Jego spojrzenie też uciekało w bok, a to takie do niego
niepodobne. Sprawiało jej to ból.

- Rozkaz mówi wyraźnie: my wszystko zaczynamy. Ty i ja.

background image

Serce Villemo załomotało gwałtownie.

- To brzmi strasznie. Wciąż nie wiem, co mamy robić.

- Kiedy wybije północ, podjedzie fura, to znaczy wóz drabiniasty, pod stos drewna na polu, stąd go
widać, stos drewna, chciałem powiedzieć.

Villemo spojrzała w tamtą stronę i skinęła głową.

- Tym wozem zabierzemy wszystkich zamkniętych w piwnicy niewolników ze dworu i odwieziemy
ich do szałasu ostrzyciela noży na górskim pastwisku.

- Och, Eldar, dziękuję ci, dziękuję!

Przyjął jej wdzięczność, nie wspominając, że to życzenie ostrzyciela noży, nie jego.

- To się musi dokonać w zupełnej ciszy. Dlatego będziemy musieli ich zakneblować.

Wszystkich. Twoim zadaniem jest ponownie zdobyć klucz i przygotować coś na kneble.

- Ilu ich jest?

- Ja naliczyłem dziesięcioro łącznie z Jensem.

- Jego też trzeba zakneblować?

- Tak, myślę, że trzeba. On się czuje taki ważny z tą swoją funkcją rządcy, że mógłby zacząć na nich
krzyczeć.

Villemo przyznała mu rację.

- Przygotuję, co trzeba. Poświęcę na to swoją bieliznę.

Eldar jęknął.

152

- Nie mów o bieliźnie, jeżeli to dotyczy ciebie, Villemo!

Zarumieniła się, spłoszona.

- A co potem?

- Będziemy mieć naprawdę mnóstwo roboty z tymi biedakami tutaj. O resztę zatroszczą się inni.

Zastanawiał się nad czymś przez chwilę.

- Czy nie mogłabyś dać sobie z nimi rady sama? Gdy ich już powiążemy. Mam straszną ochotę być z

background image

naszymi, kiedy to się zacznie.

- Nie, Eldar! Nie wolno ci! Przecież mógłbyś zginąć!

- Czy to coś dla ciebie znaczy? - zapytał nieoczekiwanie poważnie.

- Tyle co życie.

Eldar nie był już w stanie panować nad sobą. Chwycił ją za ręce.

- Villemo... Wszystko, czego teraz pragnę, to móc położyć się przy tobie, mieć cię.

- Nie, Eldar, proszę cię! Miłość może być też czymś zupełnie innym.

-  Och,  nie  opowiadaj  głupstw!  Nigdy  przecież  nie  przeżyłaś  tej  rozkoszy,  jaką  dwoje  ludzi  może
sobie dać.

- Nie, nie przeżyłam. Chciałbyś może, żeby było inaczej?

Jeszcze mocniej zacisnął ręce.

- Nie, na Boga, nie! Ty jesteś moja, tylko moja! Nikt inny nie będzie się z tobą zabawiał, dotykał cię
brudnymi paluchami, leżał w twoich objęciach. Ty jesteś moja, moja, moja!

Villemo poczuła lęk.

- Eldarze, proszę cię, bądź ostrożny! Widać nas z okna. Teraz nie zachowujesz się wcale jak brat!

- A niech to diabli wezmą! Nic sobie z tego nie robię. Chcę cię znowu całować, Villemo, ile tylko
sobie życzysz. Chcę oglądać twoje ciało, tak jak już kiedyś oglądałem, chcę dotykać twojej skóry i
wszystkiego, co należy do mnie, brać cię całą. Pragnę ciebie bardziej niż czegokolwiek na tej ziemi!

153

Villemo wstała. Zakręciło jej się w głowie. Wszystko przepływało obok niej, dziedziniec, drzewo,
niebo  i  ziemia,  nie  dostrzegała  już  śnieżnej  zadymki.  Ścierały  się  w  niej  dwie  przeciwstawne  siły:
oszołomienie jego słowami oraz niechęć, jaką w niej wzbudziły, i wyrzuty sumienia...

On wstał także.

- Przyznaj, że pragniesz tego samego! Przyznaj to!

- Eldarze, uderz mnie, ale szybko! Patrzą na nas z okna.

- Ja nie mogę... Nie chcę cię bić.

- Musisz. Twoje wzburzenie jest zbyt widoczne, moje pewnie też, oni są ciekawi powodów.

background image

- Rozumiem. Uważasz, że to lepiej, żebym był na ciebie zły, niż cię pożądał?

- Właśnie tak, mój starszy bracie.

- Ale ja nie mogę.

Zaczęła go prowokować.

-  Ty  wstrętna  świnio,  ty  łajdaku!  Nie  masz  więcej  rozumu  niż  ci  nierozgarnięci  biedacy  tam,  w
piwnicy!

Pomogło. Eldar uderzył, i to mocniej, niż się spodziewała.

Ból  wywołał  w  niej  wściekłość  i  o  mało  mu  nie  oddała,  lecz  na  szczęście  w  porę  przypomniała
sobie swoją rolę, ukryła więc twarz w dłoniach i pobiegła do domu.

Gospodyni czekała na nią przy drzwiach.

- No, co? Brat cię skarcił? - zapytała nie bez złośliwej radości.

- Nie powinno być starszych braci - szlochała Villemo. Ból, obok złości, wywołał też łzy.

- A o co się tak rozgniewał?

- Bo ja się skarżyłam, proszę pani gospodyni. Że tak mi trudno wstawać rano. Ja rano nie nadaję się
do niczego, to u mnie wrodzone.

Kłamstwo. Villemo należała do rannych ptaszków.

- No? I co on powiedział?

154

- Że mamy tutaj bardzo dobrze, ja przecież też wiem że mamy, i że powinnam być wdzięczna.

Baba kiwała głową. Najzupełniej się z tym zgadzała.

- I wtedy ja powiedziałam, że on jest niedobry dla mnie, a on mnie uderzył.

Villemo znowu zaczęła płakać.

-  Brat  ma  obowiązek  karcić  swoje  rodzeństwo  oświadczyła  baba  wyniośle.  -  Twój  brat  postąpił
bardzo słusznie, a ty powinnaś się wstydzić! Bierz się teraz do roboty, ty niewdzięcznico!

-  Dobrze,  proszę  pani  -  dygnęła  Villemo  i  poszła  do  pokoju.  -  Szybko,  bardzo  szybko  skończy  się
twoje panowanie, ty babo - syknęła przez zęby.

Ogarnęła  ją  fala  niechęci  i  strachu,  gdy  pomyślała,  co  się  może  stać  już  niedługo  z  właścicielami

background image

Tobronn.

Ale nie było odwrotu.

Jeden z wójtów przybył tu aż z Moberg, zwabiony pogłoskami, które jak pajęczyna omotały kraj. Szli
z nim wszyscy jego zaufani oraz mężczyźni z Woller.

Ci ostatni dowiedzieli się bowiem, że dwaj młodzieńcy z rodu Ludzi Lodu wyruszyli poprzedniego
dnia ku północnemu wschodowi, ku Romerike.

Być  może  natrafili  na  ślad  znienawidzonego  Eldara  Svanskogen  i  jego  kochanki,  Villemo  córki
Kaleba Elistrand?

Ludzie z Woller, bardziej niż czegokolwiek innego, chcieli dostać w swoje szpony tę właśnie parę.
Żeby zemścić się za śmierć Monsa Wollera i jego najbliższego kamrata.

Dlatego oni także udali się na wschód.

Rzecz  jasna  sprzyjający  Duńczykom  ludzie  starali  się  ostrzec  naczelnika,  który  dojechał  już  do
Tobronn. Nie zdołali jednak nigdy dotrzeć dalej niż do pól otaczających dwór. Na obrzeżach lasów
roiło się od powstańczych wart.

Tak więc naczelnik i właściciel Tobronn nie wiedzieli o niczym.

Pod  wieczór  śnieżyca  przeszła  w  deszcz  i  nieoczekiwanie  gwałtownie  pocieplało.  Wciąż  jednak
wiatr hulał po dziedzińcu, może nawet teraz jeszcze ostrzejszy, bardziej przejmujący, jak to zwykle
bywa,  gdy  idzie  ocieplenie.  Pod  strzechami,  w  szparach  ścian  i  w  wąskich  przejściach  między
budynkami wicher wył i gwizdał, a nad światem powoli zapadała noc.

155

Poza  tym  dwór  pogrążony  był  w  ciszy.  Wszystko  pogrążone  było  w  ciszy.  Ponura  cisza  panowała
także nad łąkami. Nikt nie widział ludzi na skraju lasów wokół całej równiny, jak stoją sini z zimna i
napięci.

Jakiś drabiniasty wóz, skrzypiąc żałośnie, toczył się drogą do zagajnika niedaleko Tobronn.

Tam zatrzymał się i czekał.

Okna  w  głównym  budynku  dworu  jaśniały  żółtym,  ciepłym  światłem.  W  domu  odbywało  się
przyjęcie  na  cześć  naczelnika  i  jego  świty.  Głosy  biesiadników  zaczynały  być  coraz  bardziej
ożywione, rozmowy coraz szumniejsze, coraz częściej wybuchały śmiechy.

Przyjęcie przeciągało się. Villemo, która pracowała przez cały wieczór, zaczynała się denerwować.
Niedługo będzie musiała zacząć działać.

Usprawiedliwiła  się  przed  swoją  chlebodawczyni,  że  nie  czuje  się  dobrze.  Właśnie  dopiero  co

background image

zemdlała  w  pokoju  kredensowym,  oświadczyła,  i  bardzo  by  nie  chciała,  żeby  się  to  powtórzyło  w
sali jadalnej, przy gościach. Nie, nie przydarzyło jej się nieszczęście, o jakim pani gospodyni pewnie
myśli, chyba zjadła coś i nie strawiła. Czy mogłaby pójść i położyć się?

Gospodyni  przyjrzała  się  jej  badawczo.  Rzeczywiście  wyglądała  mizernie.  Villemo  zawsze  była
dobrą aktorką. Nikt nie wyglądał tak źle jak ona, gdy jej na tym zależało.

- Pozbieraj tylko te brudne talerze i możesz iść. Nie potrzebujemy tu żadnych cherlaków.

Villemo natychmiast spełniła polecenie.

Udało  jej  się  już  wcześniej  wykraść  klucz  do  piwnicy  i  w  kilka  minut  po  rozmowie  z  gospodynią
była na dworze, gdzie czekał na nią zniecierpliwiony Eldar.

- Gdzie się, u diabla, podziewałaś? Ubrałaś się ciepło?

- Włożyłam na siebie wszystko, co posiadam - roześmiała się nerwowo.

- No to idziemy. Szybko! Oni czekają tylko na nas.

Jacy oni, tego już nie wyjaśnił, Villemo uznała jednak, że chodzi o ludzi w lesie, którzy czekają, aż
wóz odjedzie, i wtedy uderzą.

Pomyślała o nich z wdzięcznością za ich troskę wobec słabszych. Są więc jeszcze na świecie jakieś
ludzkie uczucia.

Na  dole,  w  piwnicy,  zorientowali  się,  że  powinno  ich  tu  być  więcej.  Owe  nieszczęsne  istoty  nie
pojmowały, czego od nich chcą. Dopiero gdy Eldar porozmawiał z Jensem, cierpliwie tłumacząc mu,
o  co  chodzi,  rządcy  coś  jakby  zaczęło  świtać.  Pozwolił  się  zakneblować  i  związać  sobie  ręce  na
plecach. Po tym inni także się godzili, choć lękliwie i z ociąganiem.

156

Jeden całkiem się zaparł i po prostu kwiczał jak zarzynany wieprzek. W końcu Eldar musiał

go uderzyć.

- Ta cholerna szarpanina jest zupełnie niepotrzebna - powiedział do Villemo z zaciętą twarzą. - Czy
nie byłoby lepiej podłożyć ogień pod tę ruinę?

Wtedy z goryczą uświadomiła sobie, że to chyba nie on wyraził chęć ratowania bezbronnych. A może
teraz był po prostu wzburzony...?

Na  szczęście  wszyscy  mieli  już  nałożone  kajdany.  Eldar  owijał  łańcuchy  szmatami,  żeby  nie
dzwoniły, i wkrótce mogli wyjść.

- Poczekaj - szepnęła Villemo do Eldara. - Idź wolno w stronę zagajnika. Ja cię dogonię.

background image

- Sam sobie z nimi nie poradzę - warknął.

- Nie będzie tak źle. Teraz są posłuszni. Pożyczę sobie twój nóż.

Zanim  zdążył  zaprotestować,  Villemo  zniknęła  w  ciemnościach.  Jak  strzała  pomknęła  do  małego
budynku, odszukała klucz pod kamieniem i otworzyła drzwi.

Kristina  Tobronn  leżała  jak  przedtem.  Villemo  przecięła  rzemienne  więzy,  znalazła  jakieś  ubrania,
które na nią zarzuciła, a w końcu opatuliła ją w gałgany zabrane z łóżka.

- Będziesz w stanie iść o własnych siłach? - zapytała. - Nadeszła pora, trzeba uciekać.

Młoda kobieta dygotała ze zdenerwowania.

- Nie wiem. Nie stałam na własnych nogach od tak dawna.

Z pomocą Villemo próbowała się podnieść, lecz natychmiast upadła.

-  Wesprzyj  się  na  mnie  -  szepnęła  Villemo.  -  Nie  mogę  cię  nieść,  ale  jakoś  musimy  się  stąd
wydostać. I to szybko. Czekają na nas.

Po prostu wlokła za sobą Krisanę, przeciągała ją od węgła do węgła, aż wydostały się poza obręb
dziedzińca. Z daleka dostrzegały w ciemnościach długi szereg ludzi.

- To jest Kristina - szepnęła Villemo do Eldara. - Ona nie jest w stanie iść. Czy mógłbyś ją nieść?

- A kto w takim razie będzie podpierał chłopca z chorą nogą?

- Ja. Ruszamy!

157

Próbowała nie zwracać uwagi na okropny smród, bijący od rannego chłopca, który opierał

się  na  niej  całym  ciężarem.  Jakoś  musieli  iść.  Oczywiście  w  grupie  wybuchało  co  chwila
zamieszanie, ten i ów próbował się wyrwać, lecz Eldar panował nad wszystkim.

Był to koszmarny marsz. Zagajnik zdawał się leżeć nieosiągalnie daleko, w każdej chwili mogły się
za  nimi  odezwać  krzyki  od  strony  dworu,  świadczące,  że  zostali  odkryci,  a  ci  nieszczęśnicy  w
pochodzie wciąż się szarpali i próbowali zrywać więzy. Pojmowali, że to nie jest zwykły wymarsz
do  pracy,  zostali  mocniej  niż  zazwyczaj  powiązani,  nie  znali  Eldara  ani  Villemo  i  bali  się  ich
gorączkowej nerwowości. Villemo męczyła się z nimi okropnie.

Nie dało się jednak zorganizować tej ucieczki inaczej.

Z  mroku  wyłonił  się  nagle  jakiś  cień.  Villemo  drgnęła  i  w  pierwszej  chwili  chciała  uciekać,
natychmiast jednak domyśliła się, że to człowiek z wozem.

background image

Jaki  silny  jest  instynkt  nakazujący  ratować  siebie,  pomyślała  rozgoryczona.  Przed  chwilą  byłam
gotowa zrobić wszystko dla tych nieszczęśników, a natychmiast potem prawie o nich zapomniałam,
żeby ocalić własną skórę.

Teraz  wszystko  stało  się  łatwiejsze.  Już  nie  tylko  na  nich  spoczywała  odpowiedzialność,  poza  tym
woźnica pomógł im powsadzać uciekinierów na wóz. Któryś nie chciał, stawiał

energiczny  opór,  a  kiedy  jeden  zaczął,  inni  poszli  za  jego  przykładem.  W  końcu  jednak  wszyscy
zostali załadowani, a z nimi wsiadła Villemo.

Czy  ktoś  nie  mógł  nasmarować  kół?  myślała  rozzłoszczona.  Skrzypienie  słychać  chyba  na  końcu
świata!

Konie ciągnęły z wysiłkiem. Były wprawdzie dwa, ale też ładunek miały ciężki. Villemo zagryzała
palce i pojękiwała cicho.

- Gospodarze ucztują tak, że żadne hałasy do nich nie dotrą - uspokajał ją Eldar.

Nareszcie znaleźli się pod osłoną lasu. Pod drzewami czekała na nich grupa ludzi, którzy zatrzymali
wóz.

- Eldar Svanskogen? - zapytał jeden. - Tak

- Zastąpisz woźnicę. Znasz drogę do szałasu?

- Tak, ale...

- Nie, nie możesz pójść z nami. Dostałeś swoje zadanie i musisz je wypełnić! Dziewczyna pojedzie z
tobą.

Mężczyzna, który ich eskortował, zeskoczył z wozu i oddał Eldarowi lejce.

158

-  Mam  być  niańką!  -  syknął  Eldar.  -  Siedzieć  w  szałasie  i  pilnować  gromady  przeklętych  idiotów,
gdy inni mają prawo dokonywać bohaterskich czynów!

-  Myślę,  że  większym  bohaterstwem  jest  ratowanie  ludziom  życia  niż  ich  zabijanie  -  wtrąciła
Villemo.

- Stul pysk! - krzyknął Eldar.

Villemo, dygocąc, skuliła się na końcu wozu, skąd mogła widzieć wszystkich swoich podopiecznych.
A  oni  byli  jak  sparaliżowani  wszystkim,  co  przeżyli,  teraz  tą  podłogą,  która  się  pod  nimi  porusza,
zimnem,  lasem,  spotkaniem  z  obcymi...  Kristina  usiadła  obok  Villemo,  objęły  się  i  przytuliły  do
siebie.

background image

Przez las niosło się posłanie: Czas zaczynać! Bitwa o Norwegię!

Na  wzgórzu  zapłonęła  warta.  Wkrótce  potem  następna,  na  innym  wzgórzu  koło  Tobronn.  I  jeszcze
jedna.  I  jeszcze,  znacznie  dalej.  W  ciągu  paru  chwil  watry  zapłonęły  niemal  w  całym  dystrykcie
Akershus.

Wójtowie, czuwający w różnych miejscach ze swymi ludźmi, także je widzieli.

- Oni nie wiedzą, że zapalili swoje stosy ofiarne - powiedział jeden. - Jest to sygnał może bardziej
dla nas niż dla nich. Postarajcie się, żeby żaden diabeł nie wyszedł z tego żywy!

159

ROZDZIAŁ XII

Wygląd naczelnika dystryktu Akershus wskazywał na to, że powodzi mu się dobrze. Dyszał

ciężko, siedząc w sali jadalnej dworu w Tobronn z kielichem wina w tłustej ręce.

Jak  większość  urzędników  w  ówczesnej  Norwegii  naczelnik  był  Niemcem.  Tylko  niektórzy
pochodzili z Danii, a już Norwegów nic było prawie wcale.

Na  czole  pod  bujnymi  falami  peruki  pana  naczelnika  pojawiła  się  zmarszczka  oznaczająca  irytację.
Gdzie się podziała ta wdzięczna pokojóweczka? Zamierzał zawrzeć z nią małą umowę, że odwiedzi
ją  później,  w  nocy,  w  jej  pokoiku.  Albo  jeszcze  lepiej,  że  ona  przyjdzie  do  niego.  Tymczasem
przepadła. Niech to diabli! Niełatwo będzie trafić po nocy do jej izdebki, nie pytając nikogo o drogę.

Tym razem, na szczęście, nie towarzyszyła mu żona, ta stara jędza. Zawsze siedziała nastroszona, z
ostrzegawczo ściągniętymi brwiami, jeśli pił za dużo lub rozglądał się za paniami.

Odwiedziny  w  Tobrenn  były  przyjemnością.  Nigdy  tu  nie  oszczędzano,  ani  na  stole,  ani  na  innych
rozkoszach życia. Człowiek jest taki izolowany w tej prowincji, zwanej Norwegią.

Buntowniczy,  niechętni  ludzie  bez  kultury.  Dobrze  jest  mieć  takiego  przyjaciela  jak  gospodarz  z
Tobronn. Bogaty, z horyzontami i lojalny wobec władzy.

Ale  jadąc  tutaj  wymarzł  się  okrutnie.  Nie  pojmował,  jak  ludzie  mogą  mieszkać  w  tym  kraju  przez
całe  życie.  Gdy  czas  jego  służby  dobiegnie  końca,  on  z  radością  powróci  do  Rzeszy  Niemieckiej.
Znacznie  bogatszy  niż  wówczas,  gdy  przyjechał  do  Norwegii.  Tak,  no  bo  trzeba  się  przecież
troszczyć, by zdobyć to, co dostać można, skoro człowiek musi się tak męczyć w tym nędznym kraju.
Kufry i skrzynie powoli się napełniały. Najrozmaitsze dobra stawały się jego własnością.

Jeden  z  obecnych,  czy  to  nie  jest  syn  gospodarza,  Syver?  Tak,  nigdy  nie  miał  pamięci  do  imion  i
twarzy, ale to on. Otóż Syver stał dość długo przy oknie, a potem wrócił do gości przy stole.

- Na Wschodnim Wzgórzu płonie ognisko, ojcze.

background image

- Ach, tak? - burknął gospodarz. - Jakiś przeklęty łazęga, któremu zimno w nocy.

- Pogoda się zmieniła - upiłem się Syver. - Pocieplało, tylko wieje okropnie. Nie pamiętam takiego
wiatru.

-  O,  dziękuję  za  ostrzeżenie  -  odparł  ojciec.  -  Słyszymy,  że  wieje.  Mam  nadzieję,  że  nasz  dach
wytrzyma.

- Prawdziwa zimowa zawierucha - skrzywił się naczelnik. - Przyjemnie być w domu w taki czas!

160

Wóz, prowadzony przez Eldara, podskakiwał na nierównym zboczu. Villemo usunęła kneble i ci nic
nie  pojmujący  biedacy  zawodzili  teraz  żałośnie:  „Zimno  zimno”,  a  ona  nie  była  w  stanie  nic  na  to
poradzić.  Swoją  wielką  chustą  opatuliła  Kristinę.  Pozostałych  ulokowała  tak,  by  wiatr  był  mniej
dokuczliwy,  i  kazała  im  powkładać  ręce  pod  ubrania.  Gałganami,  które  przedtem  służyły  do
kneblowania,  omotała  im  głowy.  Wielu  zrywała  je  z  powrotem,  była  więc  wciąż  w  ruchu,  starając
się im pomagać.

W którymś momencie, gdy znalazła się przy siedzeniu dla woźnicy, Eldar mruknął:

- Po jakiego diabła my się nimi zajmujemy? Oni nie mają nawet tyle rozumu, żeby podziękować, a
wręcz przeciwnie!

Villemo miała wargi zdrętwiałe z zimna, więc odpowiedziała niezbyt wyraźnie:

-  Dobre  uczynki,  Eldarze,  nie  zawsze  wynikają  tylko  z  braku  egoizmu.  Zdarzają  się,  naturalnie,
postępki całkowicie anonimowe i bez nadziei na zapłatę, ale przeważnie ofiarodawca nie czuje się
zadowolony, jeżeli sam nie może zobaczyć skutków swojego postępowania, dopóki nie przekona się,
jaki szczęśliwy i wdzięczny jest ten, któremu pomógł. Większość dobrych uczynków to postępowanie
egoistyczne, bo chcemy czuć się szlachetni i bardziej wartościowi.

-  Ty  nie  masz  całkiem  dobrze  w  głowie!  -  burknął.  -  Nawet  w  takiej  śnieżycy  potrafisz  wygłosić
kazanie!

Tu w górze wciąż jeszcze padał śnieg. Dokuczliwe, ostre ziarenka docierały wszędzie, wciskały się
za  kołnierz  i  do  rękawów,  paliły  policzki  i  gęsto  osiadały  na  włosach.  Lodowaty  wiatr  przenikał
przez  dziurawą  podłogę  wozu  i  podwiewał  pod  spódnice  Villemo.  Żebym  się  tylko  nie
rozchorowała,  myślała  z  lękiem.  Miała  jak  większość  kobiet  skłonność  do  zapaleń  i  nieżytów
pęcherza, a tak zwana wygódka w Tobronn była okropnie dziurawa i narażona na przewiewy. Tylko
nie  to,  myślała.  Nie  teraz,  kiedy  oboje  z  Eldarem  mamy  do  spełnienia  tak  ważne  zadanie,  musimy
uratować gromadę po macoszemu potraktowanych ludzi. O, czy nigdy nie dotrzemy na miejsce?

Eldar Svanskagen był wściekły i zrozpaczony. Jako upokorzenie odbierał fakt, że został

wysłany w tę bezsensowną podróż z gromadą idiotów, jak ich nazywał, zamiast wziąć nóż lub miecz
czy cokolwiek innego i zetrzeć w proch tego przeklętego gospodarza z Tobronn, wdeptać w ziemię

background image

obu  służących  i  ich  baby  za  to,  że  pomiatali  nim  tak  długo.  On,  który  przez  tyle  lat  uczestniczył  w
ruchu  powstańczym,  który  tak  niecierpliwie  wyczekiwał  chwili,  kiedy  będzie  można  uderzyć  na
duńskich panów, nie może teraz brać w udziału w walce! Oni, ci tutaj, nie zdawali sobie, rzecz jasna,
sprawy,  jak  ważną  osobistością  był  Eldar  wśród  powstańców,  ale  postąpili  z  nim  tak  okropnie,  że
chciało mu się płakać!

Nie wiedział po prostu, że to jego własny dowódca przybył tu z rodzinnej parafii i przestrzegł

miejscowych  powstańców,  by  nie  korzystali  z  usług  Eldara  Svanskogen.  Eldar  był  szalony,
niepohamowany i pragnął widoku krwi, za wszelką cenę. Lepiej, żeby unikał walki!

161

A w tyle wozu siedziała Villemo i rozmarzonym wzrokiem wpatrywała się w postać na koźle.

Eldar z pewnością miał wiele złych cech, lecz Villemo wiedziała, całą duszą była przekonana, że to
dobry  człowiek.  Życie  potraktowało  go  bardzo  niesprawiedliwie,  ale  bezgraniczna  miłość  Villemo
wskaże mu znowu właściwą drogę.

Wysoko na wzgórzach nieszczęsne ognie i ich strażnicy wiedli nierówną walkę z wiatrem i deszczem
lub śniegiem. Widoczność była bardzo zła; ludzie z wielu oddziałów długo musieli się zastanawiać,
czy widzą watrę, czy nie. Noc nie została najlepiej wybrana...

Poza tym w obozach panował niepokój. Powstańcy szeptali między sobą przestraszeni, że tu i ówdzie
w  lasach  i  samotnie  położonych  zagrodach  widziano  oddziały  wójtów.  Nie  mówiąc  już  o  tych
obcych,  którzy  starali  się  dostać  do  Tobronn,  na  szczęście  bez  powodzenia.  Ich  intencje  były
najzupełniej jasne: chcieli ostrzec.

Wszystko to brzmiało alarmująco.

Powstanie mogło być zagrożone.

Nie wszystkim oddziałom udało się dostrzec ognie - sygnały. A gdy łańcuch został

przerwany,  przesyłanie  informacji  stało  się  bardzo  trudne.  W  rezultacie  wiele  stosów  w  dystrykcie
Akershus  nie  zostało  tej  nocy  podpalonych.  Ludzie  czekali  na  próżno.  Wójtowie  zdążyli  uderzyć
pierwsi, zdławili opór nielicznych oddziałów powstańczych i w końcu doszczętnie je rozbili.

Gdzieniegdzie udało się mimo wszystko wymierzyć jakiemuś wójtowi sprawiedliwość, ale ogólnie, z
powodu  niewłaściwie  wybranej  pory,  powstańcy  wokół  Tobronn  znaleźli  się  w  izolacji,  nie
otrzymali  żadnego  wsparcia  grup  z  pozostałych  części  dystryktu.  A  właśnie  w  okolicach  Tobronn
zebrała się większość wójtów z dobrze uzbrojonymi dragonami.

- Widzę szałas! - zawołał Eldar przez ramię do siedzącej za nim Villemo.

- Bogu dzięki - szepnęła.

background image

Na  wozie  sytuacja  stawała  się  coraz  gorsza.  Przemarznięci  do  kości  uciekinierzy  jęczeli  coraz
głośniej i płakali.

Villemo  znowu  poczuła  beznadziejny,  głuchy  smutek  nad  losem  tych  tak  niesprawiedliwie
potraktowanych ludzi.

-  Wiesz  -  powiedziała  do  Eldara,  gdy  pomagali  biedakom  zejść  z  wozu  i  znowu  musieli  ich  skuć
razem w ten upokarzający sposób - nigdy nie byłam żądna krwi, ale naprawdę mam nadzieję, że tym
razem właściciele Tobronn dostaną nauczkę, na jaką zasłużyli.

Eldar nie odpowiedział. Nadal był skwaszony. W milczeniu prowadził procesję do szałasu.

Villemo rozzłościła się.

162

- Doprawdy niełatwo przy tobie odzyskać dobry nastrój!

Spojrzał  na  nią  ponuro,  wiatr  zacinał  śniegiem  w  twarz,  ręce  zgrabiały  mu  z  zimna. Ale  głos  miał
spokojny:

- Czuję się po prostu oszukany.

- Wiem. Niestety, będziesz musiał to jakoś znieść. To, oczywiście, nie to samo, ale...

Oczy Eldara zabłysły w mroku.

- Przynajmniej będziemy mieć trochę czasu dla siebie, ty i ja - powiedział z zaciekłością. -

Nie pozwolili mi walczyć, ta mogę się chociaż kochać.

- Ależ, Eldar - wykrztusiła Villemo. - Chcesz miłość potraktować jako zemstę?

-  Miłość?  -  warknął,  gdy  otwierali  drzwi.  -  Czy  ty  musisz  być  taka  cholernie  ckliwa?  Chcę  ciebie
mieć! I teraz się to stanie, bo teraz jesteśmy sami z gromadą...

- Ani  słowa  więcej!  Nie  chcę  tego  słuchać.  Uważam,  że  musimy  się  nareszcie  rozmówić,  ty  i  ja.  I
dobrze się składa, że jesteśmy sami. Starczy nam na to nocy.

Przyciągnął ją do siebie mocno, tam gdzie stali, w drzwiach.

- Nazywasz to rozmową? Proszę bardzo, może być i tak.

Niechętnie  uwolniła  się  z  jego  objęć  i  poszła  do  Kristiny.  Była  obolała  i  nieszczęśliwa.  Eldar
pociągał  ją  tak  bardzo.  Jego  siła  i  męskość...  Pragnęła  być  z  nim,  wcale  się  tego  nie  wstydziła,  i
wierzyła,  wciąż  nieugięcie  wierzyła  w  jego  dobre  ja...  choć  musiało  ono  być  naprawdę  bardzo
głęboko ukryte! Sprawiał jej tyle zawodu i rozczarowań, że wkrótce chyba nie będzie w stanie się z

background image

tego  podźwignąć.  Największą  męką  było  to,  że  ona  sama  okazała  się  taka  chwiejna.  Kiedy  Eldar
przemawiał  do  niej  w  ten  grubiański  sposób,  budził  w  niej  nie  tylko  obrzydzenie,  lecz  także
pożądanie. Nienawidziła tego w sobie, ale nic nie mogła poradzić. Szumiało jej w głowie, a głucha
tęsknota  za  tym,  by  schować  się  w  jego  objęciach  i  poddać  się  jego  pożądaniu,  była  coraz
silniejsza...

Kristina sama zeszła na ziemię i stała, kurczowo trzymając się wozu.

- Chodź, zaprowadzę cię do szałasu - powiedziała Villemo.

Biedaczka uwiesiła się jej ramienia i chwiejąc się, szła wolniutko.

- Uff! Co za niepogoda! Przemarzłam na kość. Powiedz mi... Czy jest też tutaj mój brat?

- Malte? Tak.

163

Kristina jęknęła.

- Nie widziałam go od sześciu lat. Byłam przekonana, że on od dawna nie żyje. A co się teraz stanie z
moimi rodzicami? I z Syverem?

- Nie wiem, Kristino. Ale nie sądzę, by ktoś posunął się do morderstwa.

Po krótkim milczeniu młoda kobieta szepnęła:

- Ja też mam taką nadzieję.

Villemo nie odpowiedziała nic. Bo co mogła powiedzieć?

- Słuchaj - rzekła znowu Kristina. - Uważaj na tego młodego człowieka, który tu z tobą jest!

On nie jest twoim bratem! Co to, to nie! Jesteście kochankami, prawda?

- Nie, ale jesteśmy sobą bardzo zainteresowani, to prawda.

-  Chciałabym,  żebyś  pamiętała  o  moim  losie.  Chociaż  mój  ukochany  był  dobrym,  porządnym
chłopcem. Ten, tutaj, nie jest dla ciebie. Jesteś dla niego za dobra.

- Ja jestem zwyczajną pokojówką.

-  O,  tego  nikt  mi  nie  wmówi.  Nie  rozumiem  tylko,  jak  ci  się  udało  wywieść  w  pole  wszystkich  w
Tobronn.

Villemo uśmiechnęła się.

- Masz rację. Wiesz, tak naprawdę, to ja go nie chcę. Nie chcę takiego, jakim jest teraz, ale wierzę,

background image

że jest w nim wiele dobrego.

Kristina westchnęła.

- To znaczy, że jesteś poważnie zakochana, tak! Ale uważaj, bądź ostrożna! On sprowadzi na ciebie
tylko smutek i nieszczęście.

-  Będę  uważać  -  uśmiechnęła  się  Villemo,  bezgranicznie  ufna  w  swoje  siły.  -  No,  jesteśmy  na
miejscu. Mam nadzieję, że Eldar już trochę ogrzał pomieszczenie!

Ciepło  jeszcze  nie  było,  ale  udało  mu  się  przynajmniej  rozpalić  ogień.  Uciekinierzy  tłoczyli  się
wokół paleniska, wyciągali ręce do ognia i wykrzykiwali jeden przez drugiego: „Widno”,

„Ciepło”. Eldar rozglądał się po domu.

-  To  duży  budynek  -  powiedział  z  uznaniem.  -  Zaczynam  podejrzewać,  że  ostrzyciel  noży  jest  kimś
więcej,  niż  mówi.  Położymy  wszystkich  w  tej  izbie.  Prócz  tego  jest  pokoik  na  strychu  i  alkowa.
Kristina będzie spać na górze, a my zajmiemy alkowę.

164

- Ja idę do Kristiny - rzekła Villemo pospiesznie.

- Czy nie mieliśmy się ze sobą rozmówić w nocy? Poza tym musimy pilnować tych tutaj. Z

alkowy będziemy mieć na nich baczenie.

Villemo zastanawiała się przez chwilę.

- Czy oni mogą tu spać wszyscy razem? Mężczyźni i...

- Do tej pory zawsze byli razem.

- Tak, powiązał. Ale niech cię Bóg broni, żebyś ich znowu powiązał!

- Zobaczymy, jak to będzie.

Znaleźć  się  w  obcym,  nie  zamieszkanym  domu,  w  środku  nocy,  o  głodzie  i  chłodzie,  to  nigdy  nie
dodaje człowiekowi odwagi. Eldar i Villemo mieli jednak znacznie gorszą sytuację.

Musieli się zająć dziesięciorgiem bezradnych ludzi, zapewnić im jedzenie, ciepło i bezpieczeństwo,
choć sami byli dosłownie wykończeni.

Ich  bezbronni  podopieczni  usiedli  na  przymocowanych  do  dłuższych  ścian  budynku  łóżkach  i
wpatrywali  się  w  ogień.  Przy  jednej  z  krótszych  ścian  stał  stół,  a  przy  drugiej  znajdowało  się
palenisko i drzwi do alkowy. Z izby wiodły schody na górę.

background image

Mój Boże, od czego zacząć, myślała Villemo. Eldar miał wymówkę, że musi pilnować ognia.

Drżała  na  całym  ciele  z  zimna  i  narastającego  poczucia  bezradności.  Chodziła  pomiędzy
onieśmielonymi, przemarzniętymi biedakami, przyglądając się każdemu uważnie.

Najpierw  zajęła  się  kobietami,  żeby  nabrać  wprawy,  zanim  będzie  musiała  opatrzyć  mężczyzn.  Od
razu wyłoniło się mnóstwo kłopotów.

- Powinno się zmienić im ubrania - wzdychała zmartwiona. - Albo przynajmniej umyć...

- Z tym trzeba poczekać.

- Tak, rozumiem. Ale wszystko na nich jest sztywne, zamarznięte na kość.

- Myślisz, że oni...? O, Boże!

Ani jednym gestem nie dał jednak do zrozumienia, że chciałby jej pomóc.

Villemo  zdejmowała  im  z  nóg  kajdany,  rozgrzewała  zimne  jak  lód  ręce,  ściągała  sztywne  owijki  i
onuce, rozcierała stopy tak czarne, jakby nigdy nie widziały wody.

- O Boże, jakie rany! - zawołała nagle. - Eldar, masz ciepłą wodę?

165

- Zaraz będzie.

Polał ciepłą wodą czystą szmatę i padał jej, a Villemo najostrożniej jak umiała oczyszczała ranę.

Natychmiast podszedł do niej ktoś inny, żeby pokazać kolano:

- Rana!

- U mnie też rana! - wołał trzeci, wyciągając rękę.

Nagle zaroiło się wokół od ludzi, pokazujących jej swoje rany, jedną gorszą od drugiej. W

uszach jej huczało od żałosnych wołań: „Rana! Rana!”

Och, pomóż mi, szeptała w duchu. Powinien tu ze mną być wuj Mattias. Albo Niklas! Tak, Niklas, ze
swoimi  uzdrawiającymi  dłońmi.  Tutaj  musiałby  się  nimi  posłużyć!  Zresztą  na  pewno  by  chciał,
wiem, że by chciał, bo taki jest dobry i współczujący. Nie taki jak ten...

Nie,  to  niesprawiedliwe.  Eldar  pochodzi  z  całkiem  innego  środowiska.  Ale  jego  czas  jeszcze
nadejdzie i wtedy Eldar pokaże swoje prawdziwe, ludzkie oblicze.

Sama czuła się po prostu bezradna wobec tego bezmiaru nędzy i bólu. Nie miała też czym opatrywać
ran. Zaciskała zęby bliska płaczu i robiła, co mogła. Smród z ich brudnych ubrań rozsadzał jej nos i

background image

wywoływał mdłości, ale z uporem pracowała nadal.

Eldar  stał  przy  palenisku  i  wodził  za  nią  oczami.  Patrzył  na  twarze  rozjaśniające  się  na  jej  widok,
słyszał, że między sobą mówią o niej anioł i księżniczka, i myślał, że aniołem to ona na pewno nie
jest.  Gdy  jednak  stwierdził,  jak  zręcznie  i  delikatnie  opatruje  chorych,  choć  przecież  zawsze  była
dość  szorstka  w  obejściu,  uczuł  w  sercu  coś  niezwykle  ciepłego  i  miłego.  To,  co  jej  teraz
powiedział, zabrzmiało surowiej, niż zamierzał:

- Ostrzyciel noży mówił, że mamy im ugotować polewki z mąki i wody. Powinnaś to zrobić.

Villemo,  która  akurat  skończyła  opatrywać  rany,  w  każdym  razie  na  tyle,  na  ile  pozwalały  nader
skąpe środki, którymi dysponowała, wpatrywała się w Eldara:

- Ja? Ja mam gotować polewkę?

- Ty! Czy nie do tego są baby?

Nie mogła znaleźć odpowiednich słów.

- No wiesz co! Z każdą minutą stajesz się okropniejszy!

- Zabieraj się do roboty i nie strój fochów!

166

- Możesz sobie sam gotować swoją zupę!

- Swoją? To oni są głodni, nie ja.

Musiała się, niestety, z tym zgodzić.

- Ale ja nie umiem gotować polewki.

- Ja powinienem oporządzić konie. Chcesz, żeby stały przez całą noc w śnieżycy?

- Nie, oczywiście! Idź do koni, ja sobie tu jakoś poradzę.

Ale w głębi duszy nie była wcale taka pewna, czy rzeczywiście sobie poradzi.

Kristina nie nadawała się do pomocy. Była tak słaba, że nie mogła ustać na nogach. Villemo położyła
ją na razie na jednym z łóżek i pilnowała, by mężczyźni jej nie zaczepiali.

W  jakiś  czas  potem  Villemo  stała  przy  palenisku  i  zastanawiała  się,  co  zrobić  z  mąką  i  wodą  w
dużym kociołku, która zaczynała się właśnie gotować.

-  Ja  nie  umiem  gotować  polewki  -  powtarzała  ze  złością,  głosem  coraz  wyższym,  aż  przeszedł  w
falset. - Ja nie umiem gotować polewki!

background image

Trzy kobiety z grupy przyglądały jej się z nieukrywanym rozbawieniem. Chichotały coraz głośniej, w
końcu ulitowały się nad Villemo.

- Nie, pewnie, że nie - powiedziała ze śmiechem jedna. - Usiądź!

I  one  zajęły  się  gotowaniem.  Zręcznie  mieszały  zupę  w  kociołku,  aż  wszystkie  nieszczęsne  kluchy
Villemo zniknęły, a z kociołka dochodziło przyjemne pyrkotanie, tworząc miły domowy nastrój.

Gdy Eldar wrócił, Villemo siedziała z założonymi rękami.

- Nie doceniliśmy naszych przyjaciół, Eldarze - powiedziała cicho:

- Chyba tak - przyznał. - Choć przecież wiedzieliśmy, że jedzenie w Tobronn było dobre.

- No właśnie. Myślę poza tym, że powinniśmy być bardziej ostrożni w tym, co mówimy.

Możemy zadawać ból, wiesz.

Eldar skinął głową.

- Właściciel Tobronn nie wziąłby ich do siebie na służbę, gdyby byli zbyt głupi.

- Nie używaj tego słowa, Eldarze - zawołała dotknięta. - Odmienni, tak będzie lepiej. W jakim stanie
są mężczyźni?

167

- W różnym, jak mi się zdaje. Niektórzy ożywieni, inni... no tak, odmienni.

- Ale wszyscy mogą wrócić do świata? Dadzą sobie jakoś radę?

- Wygląda, że tak.

- To dlaczego zostali zamknięci?

- Nie wiem.

- Owszem, a ja wiem - rzekła Villemo twardo. - Bo rodziny się ich wstydziły. Bo to wstyd mieć takie
dziecko.

-  Więcej  niż  wstyd.  Ludzie  myślą,  że  to  podmieńcy. Albo  że  sam  Szatan  miał  coś  wspólnego  z  ich
narodzinami.

- Tak, wszystko można zrzucić na Szatana. To bardzo praktyczne. Bardzo cię lubię, Eldarze!

Spojrzał na nią spod oka.

- Dlaczego mówisz to akurat teraz?

background image

- Dlatego, że rozumiesz.

Mówię po prostu tak, jak ty chcesz, pomyślał Eldar. Bo chcę iść z tobą do łóżka i już wiem, jak cię
zdobyć.  Czułość  wobec  ludzi  i  zwierząt.  Wrażliwość.  Tam  do  licha!  Ale  ja  chcę  ciebie,  Villemo
córko Kaleba. Już mnie wcale nie obchodzi, co na to powie twoja znakomita rodzina.

Będę cię miał, a potem zniknę, tak jak zniknęła moja siostra Gudrun. Ona umiała sobie dobrze radzić.
No, powiedzmy, dość dobrze. Ja nie ryzykuję, że złapię jakąś wstydliwą chorobę, jak ona, bo ja będę
się  zadawał  z  takimi  jak  Villemo.  O  Boże,  jaka  ona  piękna,  nie  wytrzymam,  nie  mogę  czekać!
Miłość?  Bzdura,  ona  sama  nie  wie,  o  czym  mówi,  nie  ma  nic  oprócz  tego,  co  kobieta  może  dać  w
łóżku, a ona może mi dać dużo, ja to wiem, ja widzę.

Czułość. Wspólnota... Co ona za głupstwa wygaduje!

Zamyślił  się  głęboko,  nie  przestając  wodzić  za  nią  oczyma.  Przestawiał  niepewnie  pionki  na  tej
dziwnej szachownicy, ale jakoś nie mógł dojść do ładu.

Ona gada głupstwa...

Głupstwa, mówię, głupstwa, głupstwa!

Wstał i ze złością zabrał się do swojej roboty.

Cholerna dziewczyna!

168

Zręczne kucharki podały wszystkim zupę, a potem pomogły Villemo przygotować posłania, najlepiej
jak się w tych warunkach dało. Były trochę męczące, kręciły się pod nogami, ale jak większość ludzi
słabych  na  umyśle  miały  też  spore  poczucie  humoru.  Śmiały  się  i  chichotały,  rozkładając  pościel  i
koce, których nie starczało dla wszystkich.

Villemo  stwierdziła,  że  to  niezwykle  sympatyczne  istoty,  choć  obdarzone  nieco  innymi  duchowymi
właściwościami, niż ludzie zazwyczaj miewają, czy też myślą, że mają.

Pomagały  jak  mogły,  by  wprowadzić  Kristinę  na  stryszek,  gdzie  Villemo  przygotowała  dla  niej
posłanie.

- O, jaka ty jesteś miła - rzekła Kristina, gdy zdyszana znalazła się nareszcie w łóżku.

-  Gadanie!  Wcale  nie  jestem  miła. Ale  mam  chyba  jakąś  taką  zdolność,  że  widzę  ludzi  na  wylot  -
odparła Villemo.

Kristina westchnęła.

-  Może...  W  każdym  razie  u  każdego  potrafisz  dostrzec  coś  dobrego.  To  niezwykle  wartościowa
cecha. Chociaż czasami może być niebezpieczna.

background image

Villemo była za bardzo zmęczona, by się zastanawiać nad znaczeniem tych słów.

Długo  trwało,  zanim  w  dużej  izbie  zapanował  nareszcie  spokój.  Villemo  po  raz  ostatni  szła  od
posłania  do  posłania,  mówiła  dobranoc  tym  niespokojnym,  niepewnym,  bezdomnym  ludziom,
próbowała  pocieszać  i  tłumaczyła,  że  teraz  będzie  im  lepiej.  Sama  jednak  zdążyła  się  już  ocknąć  z
oszołomienia  i  zaczynała  się  poważnie  zastanawiać,  jaki  los  ich  czeka.  Jaką  to  właściwie
odpowiedzialność  ona  i  Eldar  na  siebie  wzięli?  Co  mieli  do  zaofiarowania  tym  biedakom,
odrzuconym przez społeczeństwo?

Eldar stał przy drzwiach i przyglądał się jej, gdy tak chodziła pośród swoich protegowanych.

Kiedy jednak dostrzegł, że zamierza pójść na górę do Kristiny, zastąpił jej drogę.

- Czy nie mieliśmy porozmawiać tej nocy?

- Już niewiele nocy zostało - próbowała się bronić.

- Dla nas wystarczy.

Villemo stała przez chwilę niezdecydowana. Na dworze zimowa zawierucha szalała z nic malejącą
siłą.  Nie  wiedzieli  nic  o  losach  bitwy,  która  przecież  właśnie  teraz  musiała  się  chyba  toczyć. A  tu
panowało ciepło i spokój.

Była niewiarygodnie zmęczona. A co gorsza, narastające nieprzyjemne pieczenie i od czasu do czasu
przejmujący ból w brzuchu uświadamiały jej, że katar pęcherza, którego się tak 169

okropnie  bała,  jej  nie  ominie.  Tak  ją  przewiało  podczas  tej  podróży,  że  inaczej  skończyć  się  nie
mogło.

- Przecież rozmowa to nic zdrożnego - zawahała się.

- Pewnie, że nie - uśmiechnął się Eldar z zadowoleniem.

Chyba nigdy przedtem ten zatwardziały człowiek ze Svanskogen nie ścielił łóżka tak starannie, z taką
uwagą. Ale teraz tak właśnie robił. Jakbym przygotowywał swoją noc poślubną, pomyślał cierpko.
Chociaż coś w tym chyba jest, gdyby się tak zastanowić...

Przerwał pracę, stał bez ruchu, pogrążony w myślach. Villemo...

Już samo jej imię budziło w nim jakieś ciepło. Nie do końca zdawał sobie z tego sprawę, ale wyraz
czułości pojawił się w jego oczach, a także w kącikach ust.

Zbyt  trudno  jednak  było  Eldarowi  uporządkować  myśli.  Nie  nawykł  do  głębszych  refleksji  nad
swoim stosunkiem do kobiet.

170

background image

ROZDZIAŁ XIII

-  Musimy  znaleźć  jakieś  schronienie  pod  dachem!  -  zawołał  Niklas  do  Dominika.  -  Ta  zawierucha
wykończy i nas, i konie.

- Jeszcze trochę - poprosił tamten. - Już wkrótce będziemy w Tobronn.

Z lękiem spoglądali na ogniska, towarzyszące im od dawna. Watry na wszystkich wzgórzach... Obaj
wiedzieli, co to znaczy.

Niklas zrównał się z kuzynem i zapytał cicho:

- Ty coś wiesz, prawda? Chciałem powiedzieć... chodzi mi o to, że coś przeczuwasz, i to od dawna.

- Nie wiem, co to jest - odparł Dominik. - Ale mam dziwne przeświadczenie, że tutaj dowiemy się
czegoś o losie Villemo.

- A jak ty to odczuwasz?

- To jakby jakaś bolesna gorączka, która nie pozwala mi spocząć, odkąd po raz pierwszy usłyszałem
o Tobrenn. Nie potrafię ci tego wytłumaczyć.

Niklas przyglądał mu się ze smutkiem. Widział jedynie zarys postaci, ale on także podzielał

niepokój  i  podniecenie  Dominika.  Do  jakiego  my  dziwnego  rodu  należymy,  myślał.  Tylko  bogowie
wiedzą, co się kryje w naszych duszach.

Nieoczekiwanie ich wierzchowce zostały ponownie zatrzymane przez sine z zimna ręce. Z

mroku wyłoniły się nieznane twarze i oczy groźnie wpatrzone w obu jeźdźców.

- Coście za jedni? I dokąd zmierzacie?

- Jesteśmy kuzynami, obaj nosimy nazwisko Lind z Ludzi Lodu i chcemy się dostać do Tobronn, bo
tam jest nasza krewniaczka - wyjaśnił Niklas.

-  To  brzmi  podejrzanie  -  rzekł  jeden  z  obcych.  -  A  nie  macie  przypadkiem  zamiaru  ostrzec
naczelnika?

- Jakiego naczelnika? - zapytał Niklas. - O ile mi wiadomo naczelnik mieszka w Akershus. -

Może  się  znaleźć  i  tu. A  wielu  takich,  którzy  próbowali  go  ostrzec,  przypłaciło  to  dzisiejszej  nocy
życiem. Brać ich, chłopcy.

Dominik stanął w siodle i zawołał rozkazującym tonem:

171

background image

-  Nie!  Stać!  My  nic  o  niczym  takim  nie  wiemy.  Tyle  tylko,  że  wielu  jeźdźców  kręciło  się  w  tych
dniach po tutejszych drogach. I być może oni mogliby coś powiedzieć o naszej młodej kuzynce, gdzie
ona się podziała.

- O, widzę, że i Szwedów tu mamy? - zdziwił się obcy i gestem powstrzymał swoich ludzi. -

To w najwyższym stopniu zadziwiające, bo nasz naczelnik Szwedów specjalnie nie kocha. A ta jakaś
ona, o której wspominaliście? Co to za jedna?

-  Jej  nazwisko  brzmi:  Villemo  córka  Kaleba  z  Elistrand.  Przed  paroma  miesiącami  zniknęła  z
naszego  domu  w  parafii  Grastensholm,  prawdopodobnie  z  przestępcą,  Eldarem  Svanskogen,
Przypuszczamy, że nie poszła z nim dobrowolnie.

Obcy na chwilę wstrzymał oddech, a potem głęboko wciągnął powietrze.

-  W  takim  razie  nie  jesteście  naszymi  wrogami.  Bo  Eldara  Svanskogen  to  my  znamy,  jest  jednym  z
nas, Tylko że nazwiska dziewczyny nigdy przedtem nie słyszałem.

Dominik i Niklas zeskoczyli z koni.

- Znacie ich? I dziewczynę... Wiecie, gdzie ona jest? Żyje?

- Żyje, a jakże.

-  O  Boże  -  szepnął  Niklas.  -  Ale  czy  mówimy  o  tej  samej  dziewczynie?  Z  tego  co  wiemy,  Eldar
Svanskogen jest człowiekiem dość lekkomyślnym.

- Mówią do niej Merete.

Dopiero  co  rozbudzona  iskierka  nadziei  zgasła, Ale  oto  jeden  z  ludzi  podniósł  do  góry  latarkę  i  w
grupie rozległy się śmiechy.

- Tak, to ta sama dziewczyna - powiedział ten, który przez cały czas z nimi rozmawiał. - To na pewno
wasza krewniaczka, nie może być inaczej! Ma złocistorude włosy, no i te oczy!

Żółte niczym u kota, jak wasze, moi panowie!

Dominik odetchnął z ulgą:

- Bogu dzięki!

Obcy zaczęli im się znowu przyglądać.

- Ale wasze ubrania, panowie, są kosztowne. Czy mimo wszystko nie jesteście zdrajcami?

- My stoimy z boku - odparł Dominik. - Nie mieszamy się do tej walki. Jedyne czego pragniemy, to
odnaleźć naszą małą Villemo. Gdzie ona jest? We dworze?

background image

172

-  Nie,  dziękujcie  Bogu,  że  tam  jej  nie  ma!  Bo  moi  ludzie  właśnie  zdążają  do  dworu  i  nikt  żywy
stamtąd  nie  wyjdzie.  Nikt,  oprócz  naczelnika,  który  będzie  naszym  zakładnikiem.  Proszę  za  mną,  to
pokażę panom, jak dojechać do Villemo. Swoją drogą to dziwne imię, myślałem, że to chłopców się
tak chrzci.

- Można i chłopców, i dziewczynki. Ale gdzie ona jest? Czy w jakichś znośnych warunkach?

- O, myślę, że tak.

- A Eldar Svanskogen?

- Jest z nią, Schronili się w moim górskim szałasie.

Niklas  i  Dominik  ściskali  lejce  drżącymi  rękami.  Mężczyzna,  ostrzyciel  noży,  opowiedział  im  o
pracy Villemo we dworze Tobronn, wyjaśnił, że ona i Eldar zostali wysłani do górskiego szałasu z
grupą nieszczęśników, których trzeba było ratować.

- Więc nie pracowali razem, Eldar i ona? - pytał Dominik niepewnie. - Nie... mieszkali też razem?

-  Nie,  uchowaj  Boże!  Występowali  tam  jako  brat  i  siostra,  spotykali  się  tylko  raz  dziennie,  i  to  na
widoku. Byli naszymi szpiegami we dworze i wykonali dla nas bardzo ważną pracę.

Dominik odetchnął.

- Ale teraz są razem? W tym szałasie?

- Tak.

Poczuł chłód w sercu, dużo bardziej dokuczliwy niż zimno, które przenikało jego ciało.

- Śpieszmy się, Niklas. Musimy się tam dostać jak najszybciej!

Z lasu wybiegł jakiś człowiek.

- Czy jego wysokość tutaj jest?

- Jestem - odparł ostrzyciel noży.

- Jego wysokość? - zapytał Niklas zdumiony.

-  Nazywam  się  Skaktavl.  Pochodzę  ze  starej  norweskiej  szlachty.  Nic  to  nie  znaczy  w  dzisiejszych
czasach, ale... Tak, co się stało?

-  Nasi  ludzie  zostali  zaatakowani  -  dyszał  posłaniec.  -  Powiadają,  że  widziano  kilku  wójtów  i
mnóstwo dragonów.

background image

173

- Zdrada - wyszeptał Skaktavl.

- Chyba nie - rzekł Niklas,  otulając  szczelniej  głowę  kapturem.  - Ale  wydaje  mi  się,  że  zbyt  wielu
waszych ludzi znało ten plan z uprowadzeniem naczelnika, czyż nie?

- Ma pan rację.

-  Tylu  ludzi  nie  jest  w  stanie  zachować  tajemnicy.  Nawet  my  słyszeliśmy  wiele,  a  przecież  stoimy
całkiem na uboczu.

Przywódca skrzyknął swoich ludzi.

- Natychmiast musimy tam ruszać!

- A szałas? - wołał Dominik. Dosiadł już konia, niecierpliwy, by ruszać dalej. - Jak się tam dostać?

Wszystko  tonęło  w  krzyku  i  chaosie.  Z  daleka  dochodziły  inne,  jeszcze  bardziej  gorączkowe
nawoływania.

- Droga do szałasu? - powtarzał Dominik.

Skaktavl odwrócił się na moment.

- Znajdziecie ją, to kawałek stąd.

I zniknął.

- W tych ciemnościach? - jęknął Dominik. - Ale trudno, musimy próbować.

- A może powinniśmy pomóc walczącym? - zastanawiał się Niklas.

-  Rób,  co  ci  serce  dyktuje.  Ja,  jako  Szwed,  ani  nie  chcę,  ani  nie  powinienem  się  w  to  mieszać.
Jedyne, co mnie interesuje, to odnaleźć Villemo.

Niklas na moment wstrzymał konia.

-  Jadę  z  tobą  -  zdecydował  po  chwili.  -  Miecz  i  rozlew  krwi  to  nie  jest  najwłaściwsza  droga  do
wolnej Norwegii.

Posuwali się dalej w śniegu z deszczem, na mokrych koniach, przemoczeni i przemarznięci tak, że nie
zawsze byli w stanie zachować jasność myśli. Droga do szałasu... Jak odszukać wąską dróżkę w taką
noc?

174

Eldarowi udało się jakoś nakłonić Villemo, by położyła się do łóżka. „Nie mamy pościeli na dwoje -

background image

odpowiadał na jej wątpliwości. - Przecież nie możesz siedzieć do rana, rozumiesz chyba. A z tego
łóżka możemy mieć baczenie na dużą izbę”.

To ją uspokoiło. Każdy mógł zajrzeć do alkowy. W tej sytuacji mogą chyba spać w jednym łóżku.

Chłopak ze zranioną nogą wciąż głośno jęczał. Podróż dała mu się mocno we znaki. Ach, gdybyśmy
tak mieli tutaj Niklasa, pomyślała Villemo po raz co najmniej dwudziesty, nie przeczuwając nawet,
jak blisko jest Niklas w tej chwili.

Eldar  miał  doświadczenie  z  niezdecydowanymi  dziewczętami,  wiedział,  jak  się  z  nimi  obchodzić.
Villemo  położyła  się,  co  zrozumiałe,  na  samym  skraju  łóżka,  spłoszona  i  nieprzystępna,  on  jednak
stosował  taktykę  uwodzicielską,  którą  młodej  osobie  trudno  przejrzeć.  Polega  ona  bowiem  na
działaniu niezwykle ostrożnym i powolnym, tak że dziewczyna nigdy nie wie, kiedy powiedzieć nie.

Teraz  posunął  się  już  tak  daleko,  że  leżał  wsparty  na  łokciu  i  próbował  w  czerwonej  poświacie
ogniska z dużej izby pochwycić jej spojrzenie. Villemo jednak najchętniej patrzyła w bok. Tak było
przez cały czas, gdy leżeli przy sobie i rozmawiali szeptem.

- Nie mogę przestać myśleć o starej Berit - mówiła Villemo zmartwiona. - Powinniśmy byli zabrać ją
ze sobą.

Eldar oniemiał. Leży tu oto, można powiedzieć, w jego ramionach, i myśli o jakiejś starej babie! Na
Boga, co to za dziewczyna?

- To by się nie udało - szepnął w odpowiedzi, przesuwając rękę, którą już przedtem położył

na jej ramieniu, o cal bliżej szyi. - W rzeczywistości Berit podziwiała gospodarzy. Żywiła dla nich
wdzięczność. Narobiłaby krzyku.

Villemo westchnęła tylko, ale nie powiedziała nic.

O Boże, jak zdołam wytrzymać to czekanie, myślał Eldar w udręce. Moje ciało płonie. Ale wiem, że
ona  zmięknie,  i  to  niedługo.  Jest  przestraszona,  ale  to  przejdzie.  Trzeba  tylko  działać  wolno,
wolniutko, nie płoszyć jej.

Oczywiście,  że  mógłbym  wszystko  przyśpieszyć.  I  zaraz  to  zrobię.  Wszystko  odbędzie  się  na  jej
warunkach, ale teraz nie ma to żadnego znaczenia. Cel uświęca środki.

- Villemo - szepnął. - Wiesz, czego ja chcę?

Gwałtownie potrząsnęła głową.

- Chcę się z tobą ożenić.

175

Natychmiast odwróciła się do niego.

background image

- Chcesz, Eldar? Naprawdę?

- Bardziej niż czegokolwiek na świecie.

Kiedy to powiedział i kiedy poczuł jej ramiona zbliżające się do niego nieśmiało, jakby go chciała
objąć,  lecz  nie  miała  odwagi,  doznał  skurczu  serca  i  ogarnęła  go  czułość.  Ożenić  się?  On,  Eldar
Svartskogen? Mieć dzieci? Być z nią na zawsze? No, nie powinien się teraz roztkliwiać! To przecież
tylko wybieg, do którego został zmuszony.

- Och, Eldar, Eldar - szeptała Villemo uszczęśliwiona, a on czuł na ramionach jej gorące łzy.

Wydawało mu się, że wypalą mu dziury, że skóra zacznie syczeć niczym rozżarzony węgiel.

- Ale ja nie mogę - oświadczyła zmartwiona. - To złe dziedzictwo, wiesz.

- Och, to tylko przesąd. Nikt nie widział, żeby coś takiego się zdarzyło.

- Owszem, to prawda. Dawniej rodziły się straszne potwory.

Gdy jednak pochylił się nad nią i zaczął ją całować, nie stawiała oporu.

Z  płonącym  wzrokiem,  czego  w  ciemności  nie  widział,  a  mógł  się  jedynie  domyślać,  słysząc  jej
zdyszany głos, uwolniła się z jego objęć.

- O, Eldar, mój kochany, kochany! Więc jednak zrozumiałeś, że istnieje też inny rodzaj miłości!

Do diabla, dziewczyno, nie wygłaszaj mi znowu bzdurnych kazań, pomyślał i zdławił tę rodzącą się
dopiero  w  jego  sercu  iskierkę  ciepła.  Po  prostu  tym  sposobem  chciałem  szybciej  się  do  ciebie
dostać.

I rzeczywiście, posunął się już bardzo daleko. Obejmował ją mocno w pasie i próbował

kolanem rozchylić jej nogi.

Villemo jednak nie zwracała na to uwagi. Miała inne zmartwienia.

- Co z tobą? - zapytał, gdy jej niepokój stał się wyraźnie widoczny.

- Muszę wyjść.

- Nie, na Boga - jęknął. - Przecież dopiero co wychodziłaś!

- Ja... Ja dostałam kataru.

- Jakiego znowu kataru?

176

background image

- Takiego, na jaki cierpią kobiety. Od przeciągów w... wygódkach i... Przewiało mnie na tym wozie.

Eldar  klął  w  duchu  szczerze  i  siarczyście.  Teraz  będzie  musiał  wszystko  zaczynać  od  początku. A
posunął się już tak daleko. Ale cóż robić, musiał ją wypuścić.

Gdy  mijała  palenisko  w  izbie,  zobaczył  w  świetle  ognia,  że  twarz  ma  zbolałą,  a  idzie,  utykając,
pochylona. Jako mężczyzna Eldar pojęcia nie miał, jaką udręką jest zapalenie pęcherza, nie zdawał
sobie sprawy, jak to przygnębia i odbiera radość życia, ani że owa potrzeba „wychodzenia na dwór”
staje się po każdym wyjściu jeszcze bardziej nagląca.

Takie  samopoczucie  nie  zachęca  w  żadnym  razie  do  erotycznego  debiutu.  To  zdaje  się  ostatnia
sprawa, o jakiej chora kobieta skłonna byłaby pomyśleć.

A naprawdę, to Villemo znajdowała się już poza zasięgiem jego oddziaływania, tylko on jeszcze o
tym nie wiedział.

Gdy więc po chwili Villemo pojękując cicho, zmoknięta i drżąca z zimna i bólu, wślizgnęła się do
łóżka, Eldar objął ją znowu.

Ona szarpnęła się gwałtownie i prychnęła:

- Zostaw mnie!

- Dlaczego? Co znowu? - zapytał urażony. - Chciałem cię tylko ogrzać.

- Przepraszam cię. Mam bóle.

- Rozumiem - rzekł, choć nawet w połowie nie miał pojęcia o jej cierpieniu ani nie domyślał

się, że najchętniej ze wszystkiego wyszłaby znowu na dwór, a jednocześnie zdawała sobie sprawę,
że właśnie tego robić nie powinna. On dostrzegał tylko, że po jakimś czasie przytuliła się do niego
ufnie,  szukając  pociechy,  i  poczuł  drgnienie  serca.  Znowu  powróciło  tamto  dojmujące  pragnienie:
całe życie z Villemo. Patrzeć na nią każdego dnia. Pracować, by uczynić jej życie lżejszym.

Ech, głupstwa!

Czy powinien spróbować jeszcze raz? Tej nocy miał swoją jedyną szansę. Może już nigdy się taka
nie powtórzy.

Położył rękę na jej spódnicy, której ze względu na przyzwoitość nie zdjęła. Poczuł jej śliczny płaski
brzuch,  którego  kiedyś  dotykał  bez  tego  przeklętego  ubrania.  Przeniknął  go  dreszcz,  aż  jęknął.  Nie
zastanawiając się nad tym, co robi, zaczął ją znowu całować, a ręka przesuwała się w dół, pewnie, z
rutyną.

177

Villemo  stawiała  opór  całym  ciałem,  zrobiła  się  sztywna,  a  w  tej  samej  chwili  ranny  chłopiec  w

background image

izbie zaczął krzyczeć.

Eldar klął ze łzami w oczach. Villemo zdążyła się już uwolnić i pobiegła do izby, on zaś leżał

i tłukł pięścią w krawędź łóżka.

Villemo wzywała pomocy.

- Zdaje mi się, że chłopiec ma gorączkę. Może trzeba mu jeszcze raz przeciąć tę ranę?

- O, do diabła - zaklął pod nosem. - Zaraz zrobię porządek z tymi idiotami!

I właśnie wtedy rozległo się stukanie do drzwi.

- Jeszcze tylko tego brakowało - zawołał Eldar z rozpaczą.

Villemo poszła otworzyć. Wielu śpiących pobudziło się. Ich przelęknione twarze to pojawiały się, to
znikały w chybotliwym świetle dogasającego ognia.

- Kto tam? - zapytała Villemo głucho.

- Właściciel szałasu. Otwierać, szybko!

Otworzyła. Ze zdumieniem stwierdziła, że na dworze zaczyna świtać.

Ten,  którego  znała  jako  ostrzyciela  noży,  ciągnął  za  sobą  jakiegoś  mężczyznę.  Inny,  zakrwawiony,
leżał na świeżym śniegu.

- Eldar, chodź, pomóż nam! - zawołała Villemo.

Zgrzytając zębami Eldar wstał z łóżka i wspólnymi siłami wnieśli rannych do izby.

- Skąd się tu wzięliście? - zapytała Villemo.

Ostrzyciel noży, układając rannego towarzysza na podłodze przy ogniu, odpowiedział z desperacją w
głosie:

- Wszystko poszło nie tak jak trzeba. Bijemy się nadal, ale walka przeniosła się z Tobronn tutaj, na
wzgórza.

- Tu? Obok nas? - zawołała przerażona.

-  Nie,  trochę  dalej  na  północ.  Ci  dwaj  to  moi  najlepsi  ludzie.  Trzeba  zrobić  wszystko,  żeby  ich
uratować. Ale straciliśmy wielu, bardzo wielu.

Kristina Tobronn stanęła przy schodach, trzymając się kurczowo poręczy.

178

background image

- A moi rodzice? Co z nimi?

Mężczyzna spojrzał w górę.

- Kristina? Jesteś tutaj? Muszę cię zmartwić, ale z Tobronn nikt nie wyszedł żywy. Z

wyjątkiem naczelnika. Tak bardzo chcieliśmy go pojmać, a on zdołał uciec.

Kristina bez słowa opadła na łóżko.

Przywódca, Skaktavl, choć oni nie znali go pod tym nazwiskiem, zwrócił się do Eldara i Villemo:

- Zajmijcie się tymi ludźmi. Opatrzcie im rany, zróbcie to dla mnie! Ja muszę natychmiast wracać do
walczących.

- Ja idę także! - wykrzyknął Eldar.

Tamten zawahał się.

- Nie. Nie możemy tej młodej dziewczyny zostawiać samej z tyloma potrzebującymi pomocy.

Zostań z nią!

Twarz Eldara była zacięta i ponura. Ów obcy miał jednak w sobie jakąś taką siłę, że młody człowiek
nie powiedział ani słowa, pogodził się ze swoim losem.

W drzwiach Skaktavl jeszcze się odwrócił:

- Powiedzcie mi... Nie mieliście tu odwiedzin?

- Odwiedzin? - zdziwiła się Villemo. Siedziała na stołku pobladła i zgięta w pół z bólu.

- Tak, dwóch młodzieńców, którzy szukają ciebie, panienko. Bo masz na imię Villemo, prawda?

Nie zdobyła się na nic innego, tylko powtarzała głupio:

- Szukają mnie?

- Aha, więc nie było ich tutaj? To na pewno przyjdą.

I poszedł.

Dopiero teraz się ocknęła.

- Proszę zaczekać!

179

background image

Rzuciła  się  do  wyjścia,  z  rozmachem  otworzyła  drzwi,  ale  zadymka  cisnęła  jej  w  twarz  mokrym
śniegiem w bladym jeszcze świetle poranka. Skaktavl zniknął.

Villemo zamknęła drzwi.

- Szukają mnie - powtarzała jak lunatyczka. - Dwaj młodzi mężczyźni?

- Może jacyś tajemniczy wielbiciele - roześmiał się Eldar. - Mam nadzieję, że nas nie znajdą.

To jednak, że znali jej imię, wzbudziło w obojgu niepokój. Z wielu powodów.

Za  dużo  przeżyć  jak  na  jeden  dzień.  Ze  zmęczenia  nie  była  w  stanie  myśleć  jasno.  Jedyne  co
odczuwała, to nieokreślony lęk, czy ci ludzie nie zginęli. W taką noc nikt nie mógł

podróżować  w  górach  i  nie  zabłądzić.  Ale  przecież  wszyscy  powstańcy  mogliby...?  Myśli  jej  się
plątały.

Znowu zostali sami, a z nimi dwaj nieprzytomni ranni powstańcy.

Rany były ciężkie i Villemo czuła, bezradna, że tutaj sprawy rozstrzygną się szybko.

Pozbawieni jakichkolwiek środków, starali się jednak jakoś opatrzyć rannych, a jednocześnie ona nie
spuszczała oczu ze swoich podopiecznych, którzy już się pobudzili i bardzo byli niespokojni, drażnili
się  nawzajem,  więc  Villemo,  która  sama  cierpiała  coraz  bardziej,  musiała  co  chwila  zostawiać
rannych  i  biec  uspokajać  tamtych,  nakłaniać,  by  kładli  się  do  łóżek.  Krzyk  i  rozgardiasz  panował
okropny, a ona była taka zmęczona, taka zmęczona...

Eldar nie stanowił wielkiego oparcia. Pomagał jej trochę, ale naburmuszony i niechętny, aż uznała, że
powinna okazać mu trochę życzliwości, bo przecież to z jej powodu stracił humor.

Jeden z rannych bardzo krwawił, a ona nie wiedziała, jak zatamować krwotok. Zużyła już dosłownie
wszystko,  co  mogło  się  nadawać  do  opatrywania  ran.  Zdesperowana  zerwała  ze  ściany  jakąś
makatkę, przewiązała nią pierś rannego, mocno uciskając. Skutek był

znakomity,  krew  przestała  płynąć  i  Villemo  mogła  się  zająć  drugim  rannym,  który  na  szczęście  był
mniej  poszkodowany.  Kula  karabinowa  poszarpała  mu  rękę.  Jak  w  transie  Villemo  owinęła  mu  to
czapką  i  mocno  owiązała  rzemieniem.  Od  strony  łóżek  wciąż  dobiegały  rozdzierające  serce  krzyki,
tamci biedacy niczego nie rozumieli, a to, że Eldar wrzeszczał na nich, by stulili pyski, wcale sytuacji
nie poprawiało.

W  końcu  Villemo  nie  była  już  w  stanie  nic  więcej  zrobić.  Wstała,  dowlokła  się  jakoś  do  alkowy,
usiadła na brzegu łóżka i ukryła twarz w dłoniach. Wszystko wokół niej wirowało.

Eldar natychmiast zjawił się obok. W izbie histeryczne płacze nie cichły, a on obejmował jej barki i
szeptał uspokajająco:

- No, no, Villemo, zaraz opatrzymy rannych, wtedy ja uspokoję tamtych, a ty będziesz mogła chwilkę

background image

odpocząć.

180

-  Taka  jestem  zmęczona,  Eldarze  -  mówiła,  opierając  się  o  niego.  -  W  głowie  mi  huczy,  czy  nie
mógłbyś mnie zastąpić?

- No dobrze, już dobrze. Niech no tylko oni znowu posną, to będziemy sami.

Pojmowała, co on ma na myśli, jego ręce nie czyniły z tego żadnej tajemnicy. Pieściły ją delikatnie,
lecz wymownie.

- Nie, Eldarze, ja nie chcę - szepnęła udręczona.

Przesunął ręce na jej piersi, starał się ją rozbudzić, jak to zawsze z powodzeniem robił

wobec opornych dziewcząt.

- Och, Eldarze - szlochała. Chciała go prosić, by przestał, zostawił ją w spokoju, a jednocześnie bała
się, że go do siebie zniechęci. Wszystko między nimi było takie niepewne, tak łatwo to popsuć. - Nie
rób tego, nie wolno ci.

On  jednak  znowu  zapłonął,  podniecony  własną  uwodzicielską  grą.  Nie  zważając  na  protesty,
przewrócił ją na łóżko. Ogień w izbie już prawie całkiem wygasł, a dom nie miał okien, przez które
mogłoby  się  przedostać  światło  poranka.  Wichura  wciąż  szarpała  budynkiem,  lecz  jęki
nieszczęśników zgromadzonych w izbie zaczynały z wolna przycichać.

- Zostaw mnie, Eldar!

Jego głos drżał z podniecenia.

- Ty mnie nie kochasz - szeptał gwałtownie. - Nie możesz mnie kochać, skoro nie pozwalasz mi się
nawet dotknąć!

- Owszem, wiesz dobrze, że cię kocham.

- Skąd mam o tym wiedzieć, przecież ty mnie nie chcesz!

- Jesteś niesprawiedliwy.

- To daj mi dowód, że mnie kochasz! A może ty jesteś zupełnie zimna?

To odwieczny sposób nacisku, stosowany przez mężczyzn. W ciągu wieków udało się dzięki niemu
sprowadzić na manowce niezliczone rzesze dziewcząt.

- Nie, ja nie jestem zimna - pochlipywała. - Ale mam boleści.

background image

- Moja miłość pozwoli ci zapomnieć o bólu. Villemo, kochana, posłuchaj mnie! Bitwa pod Tobrann
jest skończona. Przegraliśmy. O świcie wrogowie dotrą tutaj i my, ty i ja, będziemy musieli umrzeć.
To nasza ostatnia noc...

181

Chciała  sprostować,  że  świt  już  nastał,  ale  wydało  jej  się  to  małostkowe.  Jego  słowa  były
obezwładniające,  Villemo  popadła  w  tragiczne  uniesienie.  Są  oto,  tak  jej  się  zdawało,  parą
kochanków  skazanych  na  śmierć,  i  wybuchnęła  rozpaczliwym  płaczem.  Wszystko  stało  się  takie
smutne, takie okropnie smutne, ale przynajmniej będą mogli umrzeć razem, i to jest piękne.

Eldar zauważył, że nastrój Villemo zmienił się pod wpływem jego słów, i starał się to wykorzystać.

- Zastanów się, Villemo! Nigdy, nigdy więcej. Czy nie byłoby rzeczą najsłuszniejszą, byśmy ten jeden
jedyny raz objęli się nawzajem i dali sobie całą miłość, jaką do siebie czujemy?

Czy to jest także Eldar? Ten człowiek, który potrafi wypowiadać takie piękne, pełne miłości słowa?

Tak,  to  jest  jego  prawdziwe  ja,  ona  wiedziała,  od  początku  wiedziała,  że  owa  szorstkość,  a  nawet
brutalność, to tylko maska. Ogarnęło ją zwątpienie. Bardzo chciała przekonać go o swojej miłości,
lecz jak zdoła to uczynić? Bolesne skurcze i natrętna potrzeba wyjścia na dwór były bezlitosne.

-  Eldarze,  wymagasz  ode  mnie  zbyt  wiele.  I  pamiętaj,  że  tylu  ludzi  potrzebuje  naszej  pomocy.
Wszyscy ci śpiący w izbie. Powinniśmy teraz znowu do nich zajrzeć.

- Potrzebują pomocy, powiadasz? Teraz, gdy za kilka godzin będą musieli umrzeć! Villemo, ja cię tak
kocham, muszę ciebie mieć! Dziś w nocy, natychmiast!

Jego  słowa  już  jednak  do  niej  nie  docierały.  Usidlony  przez  własne  pożądanie  Eldar  Svanskogen
wybrał fatalny moment, tak fatalny, że wprost trudno to zrozumieć. Villemo, szlochając, odepchnęła
go od siebie.

-  Jeden  z  rannych  tam  w  izbie  jęczy  -  powiedziała.  -  Odzyskał  przytomność.  Muszę  przypilnować,
żeby nie zrywał bandaży.

Eldar wpadł w furię.

- Bardziej troszczysz się o nich niż o mnie! Idź, zajmuj się nimi! Ale teraz ja wychodzę! Idę walczyć!
Dość mam tych głupstw z tobą!

Zerwał się, w pośpiechu narzucił na siebie ubranie i wyleciał na dwór poszukać jakiejś broni.

Villemo,  niczego  nie  rozumiejąc,  siedziała  przez  chwilę  na  łóżku,  a  potem  wstała.  Krzyki  Eldara
pobudziły śpiących i teraz przestraszeni zaczynali znowu jęczeć.

Na podłodze zaś leżał jeden z rannych i zdawało się, że kona.

background image

182

Villemo, postękując z bólu, zrobiła jeden krok w stronę chorego, drugi w stronę drzwi, i znowu ku
choremu, po czym zdecydowanie rzuciła się do drzwi i otworzyła je na oścież.

- Eldar! Eldar! - wołała rozpaczliwie. - Wróć! Nie możesz iść w taką zawieruchę! Wróć!

Ale Eldara nie było. Jego ślady zostały już prawie zasypane przez śnieg, który i ją oślepiał, więc i
tak nic nie widziała.

Jeszcze się na dobre nie rozwidniło, panował szary świt, ale cała ta górska okolica tonęła w białych
kłębach gnanego wiatrem śniegu.

Villemo  szlochała.  Nic  nie  mogła  dla  Eldara  uczynić,  akurat  teraz  jej  miejsce  było  przy  rannych  i
upośledzonych.

Bezradna wróciła do domu. O swoich cierpieniach musiała na razie zapomnieć. Innym było jeszcze
gorzej.

- No, już, już - szeptała przez łzy. - Już, już, wszystko będzie dobrze. Nic złego się nie stanie. Jestem
przy was.

Pochyliła się nad śmiertelnie rannym.

Nigdy jeszcze nie czuła się taka opuszczona i bezsilna.

Na północ, myślał Eldar Svartskogen, ściskając mocniej widły do siana, jedyne w co mógł

się uzbroić w szałasie. Walki powinny się toczyć od północnej strony. Niedaleko stąd...

Próbował  jakoś  się  zorientować  w  zadymce.  Wicher  hulał  nad  polaną.  Wieczorem  wiał  wiatr
północny. O ile nie zmienił kierunku, to wystarczy teraz tylko iść pod wiatr.

Brnął naprzód, uparty i świadomy celu, mocno zaciskając szczęki.

Porażka z Villemo paliła dotkliwie. Może najbardziej dlatego, że tak strasznie chciał zrobić na niej
wrażenie.

I niech to diabli wezmą, ile ta dziewczyna dla niego znaczy! Nigdy jeszcze nie przeżywał

czegoś podobnego.

To prawda, że jej za bardzo nie pomagał. I chora. też niewątpliwie jest, a poza tym tak się starała,
żeby dogodzić wszystkim, całej tej gromadzie i jemu także.

Jak to pięknie zabrzmiało, kiedy powiedziała, że go kocha.

background image

A on? Czy nie zachowywał się cynicznie, jak zwykle zresztą, gdy uwodził ją pięknymi słówkami o
miłości i małżeństwie? Cynizm dawał mu siłę.

183

Nagle Eldar stanął.

Ale  on  naprawdę  tak  myśli!  Coraz  wyraźniej  uświadamiał  sobie,  że  pragnie  mieć  Villemo  na  całe
życie.

Niepewnie zawrócił, by pójść do niej, lecz wówczas stwierdził, że nie wie, gdzie jest.

Zewsząd otaczała go białoszara zasłona wodnistego, lepkiego śniegu.

Villemo...

Nieznana fala ciepła przeniknęła jego ciało. Villemo miała boleści, powinien się nią zająć.

Chciał być dla niej dobry, chciał, by była z nim szczęśliwa. Nigdy więcej nie będzie jej okazywał
niechęci.  Bo  ona  tyle  mu  mogła  dać,  dać  mu  wszystko  to,  czego  mu  przez  całe  życie  brakowało.
Szacunek, kulturę, radość życia, ufność, oddanie...

Popatrzył na widły, które trzymał w ręce. Co zamierzał nimi robić? Walczyć?

I ocknął się z marzenia. Cóż to za dziwactwa roją mu się w głowie? Kultura? On? Czy on naprawdę
traci rozum?

Zdecydowanie ruszył przed siebie. Na północ. Tam gdzie walka.

W chwilę później potoczyły się, jedno po drugim, nieoczekiwane wydarzenia.

Śnieżna zadymka ustała nagle i Eldar mógł rozejrzeć się po okolicy. Bezkresne pustkowie, jak okiem
sięgnąć żadnego szałasu, żadnej bitwy ani w ogóle śladu walki.

Zobaczył natomiast coś innego.

Zbliżało się do niego czterech jeźdźców.

Ludzie  z  Woller  zdobyli  poprzedniego  wieczora  wiadomości  o  nim  i  o  Villemo.  Owszem,
powiedziano  im,  tych  dwoje  mieszkało  w  Tobronn  od  czasu  zamordowania  Monsa  Wollera  i  jego
kompana.  Teraz  jednak  zostali  przewiezieni  w  góry,  prawdopodobnie  do  jakiegoś  szałasu.
Wollerowie nie zawracali sobie głowy walką. Oni mieli do wypełnienia krwawą zemstę.

Zobaczyli go z daleka i zbliżali się szybko.

- To Eldar Svanskogen - powiedział któryś. - Teraz go mamy! No to... To jeszcze tylko dziewczyna
została!

background image

184

ROZDZIAŁ XIV

Niklas i Dominik musieli szukać schronienia w innym szałasie. Nie udało im się odnaleźć właściwej
drogi, a nie chcieli zbytnio narażać koni. Gdy więc nieoczekiwanie dostrzegli jakieś zabudowania na
wzgórzu, przyjęli to z nieopisaną ulgą. I oni, i konie spędzili w cieple tę okropną noc, lecz i ostatnia
myśl przed zaśnięciem, i pierwsza po przebudzeniu dotyczyła Villemo.

Po  drodze  nie  dotarły  do  nich  żadne  odgłosy  walki  pomiędzy  oddziałami  wójtów  a  powstańcami.
Gdy tylko zaczęło świtać, podjęli poszukiwania zaginionej kuzynki.

- Mam wrażenie, że zadymka ustaje - rzekł Niklas, gdy już jakiś czas jechali przez rzadko porośnięte
brzozami wzgórze.

- Tak, chyba tak - potwierdził Dominik. - Wielki śnieg to nie spadł, tylko ten piekielny wiatr siekący
po twarzy ziarenkami lodu był nie do wytrzymania. Teraz rzeczywiście chyba się przejaśnia.

W dziesięć minut później śnieżyca ostatecznie ustała i zobaczyli przed sobą rozległe zbocze. Tylko
wiatr jeszcze wiał, porywał tumany śniegu i ciskał nimi jak kłębami piasku na pustyni.

- Tam chyba widać szałas - pokazał Dominik.

- A tam drugi - Niklas wskazywał w przeciwnym kierunku. - Do którego idziemy najpierw?

- Do bliższego. Ruszajmy!

Ściągnęli lejce.

Gdy byli już blisko, Dominik powiedział zdenerwowany:

- Z otworu w dachu unosi się dym.

- To znaczy, że on tutaj jest. Ten przeklęty Eldar Svanskogen! Ale Villemo? Co się z tą dziewczyną
stało? Czy ona naprawdę rozum postradała?

-  Ma  dopiero  siedemnaście  lat  -  rzekł  Dominik  tonem  usprawiedliwienia.  -  W  gruncie  rzeczy  to
jeszcze  dziecko.  Jest  tak  strasznie  niedojrzała.  Nie  widzi,  jaki  on  jest  naprawdę,  zaślepiona  jego
powierzchownością.

- Tak, ale teraz przerwiemy tę idyllę. Zapukamy najpierw, czy wchodzimy bez uprzedzenia?

- Na pewno zamknęli się na klucz - powiedział Dominik zdenerwowany.

185

Kiedy jednak próbowali otworzyć, drzwi ustąpiły bez oporu. Zaskoczeni obserwowali rozgrywającą

background image

się przed nimi w mrocznym wnętrzu scenę.

Ci wszyscy ludzie w łóżkach i wokół stołu. Dwóch poważnie rannych mężczyzn na podłodze.

I  drobna  Villemo  z  twarzą  wykrzywioną  bólem,  chodząca  pomiędzy  nimi  i  usiłująca  pomagać
wszystkim jednocześnie...

- Villemo!

Odwróciła  się  gwałtownie.  Oczy  ze  zmęczenia  straciły  blask,  na  twarzy  widać  było  ślady  łez,  a
włosy sterczały na wszystkie strony jakby nigdy nie widziały grzebienia.

- Niklas? Dominik? - powiedziała matowym głosem, jakby nie rozumiała, co się z nią dzieje.

Weszli zdecydowanie do środka.

- Na Boga, co to wszystko znaczy?

Villemo opadła na krzesełko przy stole i podparła czoło ręką.

- On sobie poszedł - powiedziała ze łzami w głosie.

Niklas uniósł jej głowę.

- Ty jesteś chora, Villemo.

- Nie mam czasu. Muszę pomagać...

-  Nie,  teraz  odpoczniesz.  My  się  wszystkim  zajmiemy.  Powiedz  tylko,  co  to  znaczy,  ci  ludzie  i  w
ogóle...?

Próbowała  jakoś  tłumaczyć,  ale  okazało  się  to  dla  niej  zanadto  skomplikowane.  Jej  podopieczni,
którzy początkowo ze strachem chronili się po kątach, teraz zbliżali się do nowo przybyłych, patrząc
im prosto w oczy. Dominik i Niklas starali się nie zwracać na nich uwagi.

Jeden z rannych na podłodze, ten z potrzaskaną ręką, wyjaśnił z wysiłkiem:

-  Ta  młoda  panienka  jest  strasznie  zmęczona.  Każdy  widzi,  że  sama  też  jest  niezdrowa,  ma  jakieś
boleści, ale ona cały czas na nogach, stara się pocieszać, pomagać.

- Ale kim są ci... wszyscy? - zapytał Niklas, wskazując kłębiący się wokół niego tłum.

-  To  są  niewolnicy  z  Tobronn.  Ich  nieludzkich  cierpień  nie  da  się  opowiedzieć.  Svanskogen  i  ona
dostali  zadanie  przewiezienia  ich  tutaj  w  tajemnicy,  zanim  rozpocznie  się  walka.  Ale  on  nie
zachował się wobec niej ładnie.

186

background image

Dominik drgnął.

- Co pan chce przez to powiedzieć?

-  Słyszałem  przecież  dobrze.  Narzucanie  się,  wymuszanie  najgorszego  rodzaju...  a  kiedy  nie  dostał
czego chciał, wpadł w furię i poleciał. Walczyć, jak oświadczył.

Obaj młodzieńcy zwrócili głowy w stronę Villemo.

- On ci na pewno nic nie zrobił?

Zaprzeczyła ruchem głowy.

- To nieprawda, co mówi ten człowiek. Eldar był dla mnie dobry. On chce się ze mną ożenić, wy go
nie  znacie,  on  w  głębi  duszy  nie  jest  zły.  Nic  mi  nie  zrobił.  Bo  wieczorem  tak  się  strasznie
rozchorowałam na ten katar.

- Co za katar? - spytał Niklas.

- No wiesz, taki... że trzeba stale biegać... och, no wiesz, cały czas.

Po chwili milczenia Dominik wybuchnął serdecznym śmiechem.

- Zostałaś uratowana! Przez taką śmieszną chorobę!

Villemo skuliła się.

- Nie ma w tym nic śmiesznego, zapewniam cię - powiedział Niklas ostro. - To piekielny ból.

Dominik spoważniał.

-  Nie  chciałem  cię  urazić.  Po  prostu  odczułem  ulgę.  A  zresztą,  czy  to  nie  ty  miałaś  nigdy  nie
wychodzić za mąż?

Villemo nic nie odpowiedziała.

- Czy jest tu gorąca woda? - zapytał Niklas. - O, jest, tyle wystarczy.

Nalał wody do kubka.

- Villemo, masz to wypić, do dna! I potem jeszcze jeden kubek. To ci dobrze zrobi. Chcesz, żebym ja
pomógł moją uzdrowicielską siłą?

- Przez dotykanie rękami? - przerwał mu Dominik. - Nie, no wiesz co! Zastanów się trochę!

Niklas uświadomił sobie, że to by rzeczywiście było krępujące, i zrezygnował. Poszedł do rannych i
badał ich dokładnie, a tymczasem Villemo posłusznie piła wodę. Dominik ze 187

background image

smutną miną gładził jej potargane włosy. Siedziała apatyczna i tylko od czasu do czasu pojękiwała z
bólu.

- Jesteś uzdrowicielem, panie? - zapytał człowiek z potrzaskaną ręką.

- Niezupełnie - odparł Niklas. - Uczyłem się wielu rzeczy, ale moja prawdziwa siła tkwi w rękach.
To one uzdrawiają.

- Bogu niech będą dzięki! To może potrafisz i mnie przywrócić dłoń?

-  Nie,  tego  nie  umiem. Ale  postaram  się  przynajmniej  pozszywać  kawałki.  Najpierw  jednak  muszę
się zająć waszym towarzyszem, panie, jeśli pozwolicie.

- Oczywiście. Co z nim będzie?

Niklas rozwiązał dziwne bandaże Villemo.

- Nic wygląda to zbyt dobrze. Ale zrobię, co potrafię.

Wszystkie jego poczynania śledziła liczna publiczność. Tak liczna, że musiał prosić, by się cofnęli i
nie zasłaniali światła. Dominik usiadł obok Villemo.

- Czy możesz mi wybaczyć? - zapytał cicho.

Jej głos drżał.

- Wybaczyć? Co?

- No, że się z tobą ciągle drażniłem. Naprawdę nie chciałem sprawić ci bólu.

- Ach, to - mruknęła. - To nie ma znaczenia.

Ta odpowiedź z jakiegoś powodu go zraniła.

- On sobie poszedł - powtarzała znowu. - I to jest nasza wina.

- Kogo masz na myśli, mówiąc „nasza”?

- Nas, wszystkich. To my mamy w sobie duńską lub szwedzką krew, która zniszczyła Norwegię. Ja
nie chcę być Dunką, choćby półkrwi. Wstydzę się tego.

- Ależ, Villemo, posłuchaj - rzekł Dominik poważnie. - Zostałaś gruntownie przekabacona przez tego
łobuza.

- Puść mnie - szlochała odtrącając jego przyjazną rękę. - Nie chcę mieć z wami nic wspólnego!

188

background image

Twarz Dominika przybrała surowy wyraz.

- My wszyscy pragniemy wolnej Norwegii, Villemo. Niezależnie od tego, że w naszych żyłach płynie
inna krew. Twój dziadek Alexander też tego pragnął. Tylko to się nie może dokonać w taki sposób.
Nie poprzez nienawiść i przelew niewinnej krwi. Czas Norwegii nadejdzie, Villemo. Zobaczysz!

Ale ona znowu wróciła do swojego zmartwienia:

- Eldar sobie poszedł.

-  To  najlepsze,  co  się  mogło  stać,  zapewniam  cię. A  teraz  wrócisz  z  nami  do  domu.  Jesteś  wolna,
wiesz? Uwolniona od podejrzeń o zabójstwo.

W końcu dotarło to do niej, w oczach pojawiło się zrozumienie.

- Eldar też?

- Też. Sędzia uznał, że zrobiliście to w obronie własnej.

Villemo wstała, znowu silna i gotowa do działania.

- Muszę iść do niego!

- Do Eldara? Oszalałaś?

- On powinien o tym wiedzieć. Że jesteśmy wolni, możemy wrócić do domu. I że możemy się pobrać.

- Villemo, o tym nawet mowy być nie może.

- Ale ja go kocham, czy wy tego nie rozumiecie? A ja mogę kochać tylko jednego mężczyznę. Jeżeli
kogoś pokocham, to na śmierć i życie.

Niklas spojrzał na nią.

- Jesteś tego pewna? Że tu chodzi o miłość? A nie jest to raczej... upór?

- Głupi jesteś - krzyknęła po dziecinnemu. - Sama chyba wiem najlepiej!

Co  do  tego  mieli  akurat  poważne  wątpliwości,  ale  poprzestali  na  tym,  że  posadzili  ją  znowu  na
ławie, a sami zajęli się rannymi i rozmaitymi dolegliwościami pozostałych nieszczęśników.

189

Walka  o  życie  ciężko  rannego  powstańca  pochłonęła  ich  całkowicie  i  dopiero  po  dłuższym  czasie
stwierdzili,  że  Villemo  zniknęła.  Dominik  przeszukiwał  gorączkowo  dom.  Potem  wyszedł  na
zewnątrz. Oczywiście, wychodziła na dwór często, ale...

W nawiewanym przez wiatr śniegu dostrzegł jej ślady. Najwyraźniej kierowała się na północ.

background image

Wkrótce  jednak  trop  się  urwał.  Obaj  kuzyni  zakończyli  jak  mogli  najszybciej  pracę  przy  chorych.
Potem  Niklas  został  na  straży  całej  tej  gromady  zebranej  w  szałasie,  a  Dominik  wyruszył  na
poszukiwania.

Młody  Niklas  miał  tu  licznych  wielbicieli.  Bezradni  biedacy  zdążyli  go  już  pokochać  go  za  jego
ciepłe  dłonie,  którymi  dotykał  wszystkich  po  kolei,  łagodząc  cierpienia.  Mężczyzna  ranny  w  rękę
także był pełen podziwu dla niezwykłych zdolności chłopca. A jego nieprzytomny towarzysz... Tak,
od niego Niklas nie mógł odejść ani na chwilę. Powstaniec znajdował się na granicy życia i śmierci.
Dłonie Niklasa spoczywały na jego klatce piersiowej, ale jedna z kobiet rozpaczliwie wyciągała do
niego  swoje  pokryte  ranami  ręce,  by  im  także  użyczył  trochę  ciepła.  Kristina  Tobronn  została
zniesiona na dół, dostała jeść i pić.

Była potwornie wycieńczona po kilku latach leżenia w łóżku prawie bez opieki.

Niklas  nie  przestawał  myśleć  o  Villemo,  swojej  nieznośnej  kuzynce,  którą  własna  impulsywność
naraziła na tyle smutku i cierpienia.

W końcu Villemo go znalazła.

Eldar, uzbrojony w te swoje widły, nie miał najmniejszych szans. Trafiły go cztery kule, co prawda
niezbyt  celnie,  ale  skutecznie.  Gdy  Villemo  nadeszła,  leżał  samotny  na  stoku  i  z  trudem  łapał
powietrze.

Zalewając się łzami, próbowała jakoś opatrzyć jego rany, ale nie miała nawet czym zatamować krwi.

- Villemo - szeptał gorączkowo. - To wszystko prawda, co mówiłaś. Istnieje inna forma miłości.

- Oczywiście, że istnieje - potwierdziła drżącym głosem. - O, Eldarze, jesteśmy wolni! Już nas nie
oskarżają o zabójstwo Monsa Wollera.

Spojrzał na nią pytająco.

- Przyjechali moi kuzyni - wyjaśniła. - Oni nas zabiorą do domu, do Grastensholm, i wszystko będzie
dobrze.

Wpatrywał się w nią uparcie.

- Ja cię naprawdę kocham, Villemo. Naprawdę. Nigdy niczego nie mówiłem tak poważnie jak teraz.

190

- Ja wiem, mój kochany.

- A ci twoi kuzyni... Czy to nie ten Szwed przyjechał?

- Dominik? Tak. I Niklas.

background image

Słabnącą ręką ściskał jej ramię.

- Ty jesteś moja, Villemo. Ja nie chcę, żeby...

Kaszel mu przerwał.

Nagle pojął, jak ciężko został zraniony.

- Villemo... czy ja nie...

- Nie, Eldarze, nie umrzesz, ja to wiem. Nie możesz umrzeć!

Ale on jej nie słuchał.

- Nie chcę cię opuścić, Villemo. Chodź ze mną! Żaden inny mężczyzna nie może cię mieć, ty jesteś
moja! Chodź ze mną!

- Och, Eldarze, wiesz przecież, że jeśli ty umrzesz, to ja także nie będę mogła żyć.

- To chodź ze mną!

- Tak, ja...

Ze  świstem  wciągał  powietrze.  Z  lodowatą,  bolesną  jasnością  uświadomiła  sobie  nieznaną
dotychczas prawdę.

- Nie, ja nie mogę z tobą iść, Eldarze! Ja mam tu jeszcze posłannictwo do spełnienia.

- Co masz na myśli?

Spojrzała w górę.

-  Ja  jestem...  przepełniona  wiedzą,  której  przedtem  nie  miałam.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  czuję,  że
należę do Ludzi Lodu. Że zostałam wybrana.

- Nie rozumiem, o czym ty mówisz.

Znowu zwróciła spojrzenie na niego.

191

-  Moje  oczy.  Wszyscy  się  stale  dziwili,  dlaczego  ja,  Niklas  i  Dominik  mamy  te  żółte  kocie  oczy.  I
teraz ja wiem. Jeszcze nie mogę nic zrobić, ale wiem, że zostaliśmy wybrani do czegoś wielkiego, do
czegoś strasznego, lecz nieuniknionego.

Eldar spoglądał na nią podejrzliwie, nie rozumiał nic.

Villemo wybuchnęła śmiechem, nerwowym i żałosnym.

background image

- Nie wiem dlaczego, ale czuję, że to jakimś dziwnym sposobem ma coś wspólnego z tobą.

Nie pojmuję tego uczucia, ale tak jest.

- Może ja mam być razem z wami?

- Może - odparła bez przekonania.

Jego oczy stały się matowe.

- Eldar - szeptała. - Eldar, słyszysz mnie?

- Tak - odrzekł cichutko.

-  Nie  opuszczaj  mnie,  Eldarze.  To  ty  powinieneś  zostać  ze  mną,  bo  ja  nie  mogę  pójść  za  tobą.  Ty
musisz żyć! Musisz!

- Tak, Villemo. Kocham cię.

Nigdy przedtem tego nie robiła, ale teraz złożyła dłonie w błagalnej modlitwie.

- O Boże, bądź miłościw! Pozwól mu żyć, dobry Panie Boże! On jest wszystkim, co mam na tej ziemi,
wszystkim, co chcę mieć. Pozwól mu żyć. Widzisz, jak wielka jest moja miłość!

Kocham go w tę zimową zawieruchę i będę kochać zawsze.

O,  Villemo!  To  nie  żadna  sztuka  kochać  człowieka  w  nieszczęściu.  Dopiero  w  szarym  codziennym
życiu miłość wystawiona jest na prawdziwą próbę.

Dominik szukał długo. Ślady Villemo już dawno rozwiał wiatr, nie wiadomo było, w którą stronę się
zwrócić.

Ona jest chora, a ten nie cichnący ani na moment wiatr przenika do szpiku kości, myślał.

Muszę ją odnaleźć jak najszybciej, zanim nie będzie za późno.

I wtedy ją zobaczył. Drobną postać schodzącą po stromym stoku, potykającą się w śnieżnych zaspach.
Zawrócił konia i pognał do niej przez równinę.

Przestraszony spoglądał na jej ręce.

192

- Villemo! Co ty robiłaś?

Powoli podniosła ku niemu głowę. Oczy spoglądały martwo.

- Pogrzebałam moją miłość. Pogrzebałam ją gołymi rękami. Jedyną miłość mojego życia.

background image

Dominik bez słowa zeskoczył na ziemię i wsadził ją na konia, potem usiadł za nią i ruszył z kopyta w
stronę, gdzie, jak mu się zdawało, znajduje się szałas.

- Ale... Nie mogłaś go chyba pochować w tej zamarzniętej ziemi?

-  Rzeczywiście,  nie  mogłam.  Paznokcie  zdarłam  do  krwi,  kopałam  małym,  ostrym  kamieniem,  bo
przecież nie mógł tam tak po prostu leżeć... zupełnie sam. Ale grób jest płytki, myślałam, że nigdy nie
skończę.  Nazbierałam  kamieni,  i  trochę  ziemi,  i  przysypałam  go.  Zrobiłam  nagrobek.  Przysypałam
jego piękne ciało.

-  Tak  jak  to  robią  Lapończycy  i  Eskimosi  -  mruknął  Dominik.  Otulił  ją  swoim  płaszczem,  lecz  ona
zdawała się nie dostrzegać jego troskliwości.

- Modliłam się, Dominiku - rzekła po chwili tym samym bezbarwnym głosem. - Prosiłam Boga, by
pozwolił  mu  żyć. Ale  jego  oczy  stawały  się  coraz  bardziej  matowe.  Przestał  mnie  słyszeć.  I  oczy
zgasły. A ja siedziałam, trzymałam go w ramionach i nie chciałam uwierzyć, że on nie żyje. Był coraz
bardziej zimny i sztywny, patrzył i nic nie widział. Wtedy zrozumiałam, że jego... już nie ma.

Dominik nic nie powiedział, obejmował ją tylko mocniej. I tak siedziała, skulona i apatyczna, przez
całą drogę do szałasu.

Odnaleźli go zdumiewająco łatwo i szybko. Musiałem się przedtem kręcić w kółko, pomyślał

Dominik.

Niklas pokazał się w progu.

- Długo cię nie było - wołał z daleka.

- Tak, ale znalazłem Villemo - odparł Dominik. - A to jest najważniejsze.

- A Svartskogen?

- Nie żyje. Zajmij się nią. Ona jest śmiertelnie zmęczona.

Niklas wyciągnął ręce i Villemo ześlizgnęła się na dół. Nie było w niej nie tylko radości życia, nie
było w niej nic, ani odrobiny woli.

193

Wstrząśnięty tym widokiem Niklas natychmiast zabrał się do opatrywania jej niezliczonych ran. Darł
pościel na bandaże, ale były to rzeczy stare i zniszczone, nie bardzo się nadawały do takiego celu.

Podczas nieobecności Dominika pojawił się w szałasie ostrzyciel noży, czy raczej Skaktavl.

Zabrał obu rannych i Kristinę Tobronn na dół, do wsi. Miała tam zamieszkać u jakichś dobrych ludzi.
Kristina uparła się zabrać też swojego brata, Malte, którym chciała się zaopiekować.

background image

Skaktavl był strasznie przygnębiony, trudno to wprost opowiedzieć. Tyle lat przygotowań, nadziei i
oczekiwań zostało zniszczone w ciągu jednej jedynej nocy. Trudno zliczyć tych, którzy stracili życie
w starciu ze znacznie lepiej od nich uzbrojonymi dragonami. Inni ratowali się ucieczką, wrócili do
swoich wsi i domów, niestety wielu też zostało schwytanych. Sam Skaktavl był poszukiwany i musiał
jak najszybciej znaleźć gdzieś schronienie. Zamierzał

przedostać się do Szwecji.

Namiestnik zaś zdołał zbiec.

- A  co  zrobimy  z  tymi?  -  zapytał  Dominik,  wskazując  na  ośmioro  byłych  niewolników  z  Tobronn.
Villemo  podniosła  głowę.  Widocznie,  mimo  wszystko,  tliła  się  w  niej  jeszcze  jakaś  iskierka  życia.
Jej  podopieczni,  którymi  zajmowała  się  z  takim  poświęceniem  i  których  Niklas  opatrzył,  co  z  nimi
teraz będzie? I znowu poczuła, że jej zmysły są w stanie reagować.

Serce  jej  krwawiło,  gdy  patrzyła  na  tych  nieszczęśliwców.  Bezbronni,  porzuceni  przez  bezduszny
świat.

- Nie ma zmartwienia - powiedział Niklas spokojnie. - Weźmiemy ich do nas.

- Co ty mówisz? - zawołał Dominik.

Niklas uśmiechnął się.

- Czy zapomnieliście o naszej babce Liv? Zapomnieliście o Mattiasie, Gabrielli i Kalebie i ich domu
dla porzuconych dzieci? Czy nie pamiętacie, że i w Grastensholm, i w Elistrand są izby przeznaczone
dla takich gości?

Usta Villemo zadrżały. Wstała i zarzuciła Niklasowi ręce na szyję.

- Och, Niklas! Jaki ty jesteś wielkoduszny! I jak potrafisz wszystko urządzić! Ja bym tak nie umiała.

- No, no - śmiał się. - Oni są zdolnymi pracownikami i nie muszą być dla nikogo ciężarem.

Trzeba im tylko zapewnić prawo do życia w ludzkich warunkach.

Dominik  spoglądał  ze  smutkiem,  jak  Villemo  obejmuje  kuzyna.  Miała  dużo  więcej  zaufania  do
Niklasa  niż  do  niego.  I  nic  dziwnego,  skoro  Dominik  dokuczał  jej  i  drażnił  się  z  nią  zawsze,  od
dzieciństwa. Tak jakby stali po przeciwnych stronach.

194

Niklas ostrożnie zdjął jej ręce ze swoich ramion.

-  Jak  dobrze  widzieć  cię  znowu  uradowaną,  Villemo.  Bardzo  mi  przykro  z  powodu  Eldara,  ale  on
sam sobie kopał grób, wierz mi. Nie znałaś go, Villemo. Nikt ci przedtem nie opowiadał o Eldarze
Svartskogen ani o tym, dlaczego on kilka lat temu zniknął z parafii Grgstensholm.

background image

-  On  mi  opowiadał  -  zaprotestowała.  -  On  mi  wszystko  powiedział.  O  tym,  że  jako  jeden  z
najstarszych w domu musiał pójść na służbę.

- Ach, tak! - syknął Niklas jadowicie. - Takie jest jego wyjaśnienie? Czy pamiętasz taką dziewczynę
imieniem Marta? Tę, która rzuciła się do rzeki w miejscu, które teraz nazywa się Głębia Marty? To
Eldar  Svartskogen  sprowadził  na  nią  nieszczęście.  I  to  on  miał  podobno  pomóc  jej  znaleźć  się  w
rzece.

- Nie - jęknęła Villemo.

-  Owszem. A  pamiętasz  tę  dziewczynę,  która  urodziła  dziecko,  nie  wytrzymała  ludzkiego  gadania  i
tego, że stała się pośmiewiskiem, więc uciekła do miasta? Nigdy już nie wróciła.

Ojcem dziecka był Eldar Svartskogen, ale czy myślisz, że przejął się jej losem?

- Niklas - upomniał go Dominik.

Villemo ze szlochem odwróciła się od Niklasa i ukryła twarz na piersi Dominika. Objął ją mocno, a
ona po raz pierwszy chyba poczuła się w jego obecności bezpieczna.

- Ale on mówił, że mnie kocha - zanosiła się rozpaczliwym płaczem. - To jego ostatnie słowa.

I naprawdę tak myślał, jestem tego pewna.

- Nietrudno w to uwierzyć, moja mała Villemo - szepnął Dominik łagodnie. - Kto by cię mógł

nie kochać?

Villemo jednak nie pojęła ani tych słów, ani tonu, jakim zostały wypowiedziane.

Skaktavl dał im wóz i konie i wkrótce wyruszyli w długą drogę do Grastensholm.

Ośmioro  pasażerów  wozu  było  w  dobrym  stanie.  Teraz  gdy  Eldar  zniknął,  mieli  pełne  zaufanie  do
opiekunów,  zwłaszcza  do  Niklasa.  Eldar  ich  przerażał.  Siedzieli  ciepło  opatuleni  i  rozmawiali  po
swojemu. Villemo zaś usiadła na koźle, między swoimi braćmi, jak ich nazywała.

Smutek  przytłaczał  jej  myśli,  lecz  opowieść  Niklasa  o  Eldarze  zmieniła  jednak  nieco  tej  sąd  o
zmarłym.

195

Ostatnie  wydarzenia  sprawiły,  że  Villemo  bardzo  wydoroślała,  choć  nie  zdawała  sobie  z  tego
sprawy.  Czas  spędzony  w  Tobronn  i  straszna  noc  powstańcza  zatarły  to,  co  jeszcze  było  w  niej
dziecinnego.

Wóz dotarł do parafii Grastensholm w święta Bożego Narodzenia. Villemo zdążyła wrócić do domu
przed  Gabriellą,  która  zresztą  nigdy  nie  poznała  zbyt  wielu  szczegółów  dotyczących  tej  dziwnej

background image

przygody  swojej  córki.  Kaleb  wprost  nie  wiedział,  jak  dziękować  Niklasowi  i  Dominikowi,  a
ośmioro bezdomnych robotników z Tobronn ulokowano, po kilkoro, we wszystkich trzech dworach.
Mieszkali tam i pracowali. Minęło trochę czasu, nim naprawdę pojęli swoje szczęście i uświadomili
sobie, że będą mogli zostać na zawsze u tych miłych ludzi, mieszkać w pięknych pokojach i żyć, jak
ludzie żyją.

Villemo powoli dochodziła do siebie. Ale głęboko w sercu nosiła cierń smutku. Mogła kochać tylko
jednego mężczyznę, powtarzała, i nikt nie był w stanie jej tego przeświadczenia wyperswadować.

Ze złocistych oczu Dominika zniknął zaś ów wyraz szyderczego rozbawienia, z którego był

przedtem znany.

Choć się to wydaje dziwne, noc powstańcza nie pociągnęła za sobą poważniejszych następstw.

Powód tego jest dość prosty. Otóż do Ulryka Fryderyka Gyldenlove dotarła wiadomość, że to on miał
zostać królem wolnej Norwegii, gdyby powstanie się udało. Za nic nie chciał, by ta kompromitująca
go  na  duńskim  dworze  pogłoska  się  rozniosła,  polecił  więc  całą  sprawę  wyciszyć.  Przemilczeć.
Żadnych raportów do Danii, niczego nie opisywać ani nie opowiadać.

Nie będzie żadnych sądów, wszystkich jeńców należy puścić wolno.

Tak  więc  nieudane  powstanie  nie  weszło  na  karty  historii.  Pozostało  jednym  z  wielu  stłumionych
buntów,  może  tylko  lepiej  zaplanowanym  i  mającym  większy  zasięg.  Żyło,  naturalnie,  przez  długi
czas w opowieściach przekazywanych z ust do ust, potem jednak, gdy świadkowie wydarzeń pomarli,
powstanie poszło w niepamięć. I nigdy nie znalazło miejsca w podręcznikach historii.

W dzień Bożego Narodzenia 1673 roku do Woller powrócili czterej jeźdźcy z wiadomością, że Eldar
Svartskogen padł z ich mściwych rąk.

- Dobrze - pochwalił stary Woller. - To teraz jeszcze tylko ta mała gadzina o żółtych oczach.

Ale dostaniemy ją, prędzej czy później.

Uśmiechnął  się  zadowolony  na  samą  myśl  o  tym.  Zaraz  jednak  jego  wielka,  jakby  w  kamieniu
wyciosana twarz przybrała ponury wyraz.

Krwawa zemsta nie została jeszcze dopełniona.

196