background image

Józef Mackiewicz

 

Dużym zaskoczeniem było dla mnie wydrukowanie w Zeszytach Historycznych (zeszyt 19) 
"Listu   Zygmunta   Jundziłła   do   Prezydenta   Raczkiewicza"   z   29   maja   1952   r.   (Oczywisty 
lapsus calami: nie Raczkiewicza, lecz Prezydenta Zaleskiego. Raczkiewicz umarł w 1947 r.). 
Jak   też   dopisek   Redakcji,   że   list   dotyczy   "tzw.   sprawy   J.   Mackiewicza",   gdyż   sądziłem 
dotychczas,   że   nie   istnieje   "sprawa   J.   Mackiewicza",   a   tylko   kierowana   nagonka   bandy 
oszczerców, z dość znanych i przejrzystych względów.

Z odpisem tekstu prof. Jundziłła zapoznałem się po raz pierwszy dawno: akurat w okresie, gdy 
występowałem   przed   specjalną   Komisją   Kongresu   Amerykańskiego   do   Zbadania   Zbrodni 
Katyńskiej   jako   świadek   i   rzeczoznawca   dla   oceny   sowieckiego   urzędowego   "Komunikatu". 
Później kiedyś jeden z moich przyjaciół londyńskich zamierzał spowodować ogłoszenie tego listu 
w   Wiadomościach.   Prosiłem   go   usilnie,   aby   zaniechał   swego   zamiaru.   I   prosiłem   redaktora 
Wiadomości, by tego nie publikował. Albowiem list senatora prof. Jundziłła wprowadza w błąd, i 
pośrednio wybiela niejako autorów oszczerczej przeciwko mnie kampanii, sugerując, że genezą jej 
stało   się   zwyczajne   nieporozumienie   spowodowane   identycznością   nazwisk.   Gdyż   jakoby 
redaktorem   wydawanego   przez   Niemców   w   Wilnie   Gońca   Codziennego   miał   być   istotnie 
Mackiewicz, ale inny. Bohdan.

W rzeczywistości tak nie było.

Prof.   Zygmunt   Jundziłł   należał   do   ludzi   o   wyjątkowej   uczciwości   osobistej,   dużej   kultury, 
nieskazitelny  w swej  trochę  staroświeckiej   prawości.  Akurat  jednak  te   przymioty charakteru  - 
przytoczone tu nie jako panegiryk pośmiertny, lecz jako cechy właściwe - nie zawsze ułatwiały 
rozeznania   w   sieciach   wojny   podziemnej,   i   w   splotach   krecich   intryg   na   kilku   frontach 
jednocześnie. Z czego później montowano historię: "tak straszliwie - jak to słusznie zauważa W. M. 
Marcinkowski w tym samym numerze Zeszytów - fałszowana...?!!!

Wymieniony przez Zygmunta Jundziłła Mackiewicz nigdy nie był redaktorem Gońca Codziennego. 
Bohdan Mackiewicz (ani mój krewny, ani powinowaty) pochodził z Kowieńszczyzny. W latach 
niepodległej Polski służył jakiś czas w policji; w r. 1926 przydzielony został do tajnej ochrony 
osoby prezydenta Wojciechowskiego. Po zamachu majowym otrzymał przez protekcję "endecką" 
posadę w administracji Kuriera Warszawskiego. Wkrótce potem mianowany kierownikiem filii 
Kuriera Warszawskiego w Wilnie przy ul. Tatarskiej 1. W Wilnie znalazł się w orbicie lokalnej 
prasy. Był na ogół lubiany w gronie dziennikarskim jako "biesiadnik", lepiej określony rosyjskim 
powiedzonkiem "sobutylnik", przy stolikach restauracyjnych. A że napisał ze dwie korespondencje 
do  Warszawy  (oficjalnym   korespondentem   Kuriera  Warszawskiego   był   Stanisław   Kodź),   więc 
przyjęty został do Syndykatu Dziennikarzy (Związku Dziennikarzy), o co bardzo usilnie się starał. 
Jak   wiadomo,   członkom   tego   Związku   -   formalnie   czy   zwyczajowo,   już   nie   pamiętam   - 
przysługiwał tytuł "redaktora". Bohdan Mackiewicz szczególnie sobie ten tytuł cenił, gdyż poza 
tym nie wykazywał większych ambicji, będąc w istocie pracownikiem administracyjnym, a nie 
redakcyjnym. Znałem go bardzo dobrze. W grudniu 1939, za czasów litewskich, będąc redaktorem 
naczelnym   i   wydawcą   Gazety   Codziennej,   przyjąłem   Bohdana   Mackiewicza   na   zastępcę 
administratora, którym był wtedy b. administrator Słowa, Kazimierz Luboński. Zdaje się, że w tym 
czasie   jedyną   funkcją   redakcyjną   jaką   spełnił   Bohdan   Mackiewicz   na   moje   polecenie,   było 
wyproszenie Stefana Jędrychowskiego, obecnego ministra spraw zagranicznych PRL, który chciał 
w redakcji mojej Gazety objąć "dział ekonomiczny". - Wkrótce jednak władze litewskie odebrały 
mi koncesję na redagowanie i wydawanie pisma (u nich wymagało to formalnych "koncesji"). 

background image

Bohdan Mackiewicz pozostał w Gazecie Codziennej i z wkroczeniem bolszewików w 1940 wszedł 
do   "Kolektywu   Wydawniczego".   Figurował   na   zamieszczonej   w   gazecie   fotografii   tego 
"Kolektywu", obrócony sprytnie tyłem. Zdradzało go tylko wymienione nazwisko. Pamiętam - 
będąc   już   wtedy   furmanem   wozu   ciężarowego   -   jak   podżartowywał   ze   mnie,   że   pod   jego 
nazwiskiem   czytelnicy   myślą   zapewne,   że   to   ja.   Ale,   zdaje   się,   nie   myśleli.   -   Niezadługo 
bolszewicy zamknęli obydwie gazety polskie (Gazetę Codzienną i Kurier Wileński) i utworzyli na 
ich miejscu jedną: Prawdę Wileńską. Bohdan Mackiewicz w niej pracował. Handlował, jak wielu 
wówczas, spekulował na czarnym rynku, do czego miał zresztą nieprzeciętny talent.

Z   chwilą   wkroczenia   Niemców   w   1941,   gdy   zaczął   wychodzić   Goniec   Codzienny   Bohdan 
Mackiewicz zostaje w tym piśmie zastępcą administratora, którym jest Eugeniusz Kotlarewskij. 
Kotlarewskij był przed wojną redaktorem i wydawcą rosyjskiej gazety w Wilnie: Russkoje Słowo. 
Z tamtego czasu łączyła go do pracy administracyjnej, nic wspólnego z redagowaniem pisma nie 
mającej. Ażeby wyjaśnić, w jaki sposób Zygmunt Jundziłł mógł wyciągnąć swój błędny wniosek z 
wizyty w redakcji Gońca Codziennego, należy opisać stan faktyczny, o którym nie tylko "głośno", 
ale w ogóle nie wolno mówić. Było tak:

Lokal Gońca Codziennego stał się upatrzonym miejscem spotkania, a wkrótce pewnego rodzaju 
centrum "handlowym" i giełdą czarnego rynku, z czego w tych ponurych czasach żyło tak wielu 
mieszkańców miasta. Unikano jednej czy dwóch kawiarni: nie było restauracji (nie tak jak w 
Warszawie!),   ani   innych   lokali   publicznych.   Salka   administracyjna   Gońca,   przedzielona 
drewnianym przepierzeniem z okienkami dla przyjmowania ogłoszeń, prenumeraty etc. nadawała 
się   znakomicie:   gwarantowała   maksimum   bezpieczeństwa:   większe   skupisko   nie   budziło 
podejrzenia, gdyż tłumaczyło się interesantami, którzy przyszli zapłacić prenumeratę, względnie 
dać ogłoszenie do gazety; jako instytucja niemiecka chroniła przed wkroczeniem litewskiej policji 
ścigającej spekulację etc. Osobiście, mieszkając w odległym o 12 km od miasta Czarnym Borze, 
gdy   przychodziłem   do   Wilna,   też   używałem   tego   lokalu   jako   pierwszej   "bazy"   orientacyjnej, 
zwłaszcza   w   zimie   gdzie   się   można   było   ogrzać,   spotkać   tego   i   owego,   dowiedzieć   o   stanie 
bezpieczeństwa w mieście, w ogóle "co słychać?", sprzedać jakąś rzecz, zorientować w cenach 
czarnego rynku. Otóż nad tym codziennie tam gromadzącym się tłumkiem ludzi królował, jeżeli 
nie jako król to w każdym razie wówczas już jako królik wileńskiego czarnego rynku, "redaktor" 
Bohdan   Mackiewicz.   Znaczna   część,   jeżeli   nie   większość,   interesantów,   to   byli   jego   osobiści 
klienci. Miał też rozległą klientelę wśród uprzywilejowanej ludności litewskiej. Stąd, nad głowami 
wizytatorów Gońca Codziennego od rana aż do zamknięcia, unosiło ciągłe wołanie: "Redaktor 
Mackiewicz!",   "gdzie   jest   redaktor   Mackiewicz?!",   "redaktor   Mackiewicz   do   telefonu!",   "czy 
redaktor Mackiewicz wyszedł"! Kiedy przyjdzie redaktor Mackiewicz?"... - i w tym zagajeniu 
spraw, bez końca. Nic więc dziwnego, że gdy Zygmunt Jundziłł, nie obeznany z nową dla niego 
topografią wileńską, zapytał w lokalu Gońca Codziennego o "redaktora Mackiewicza", skierowany 
został do Bohdana Mackiewicza, i mylne stąd wyciągnął wnioski, że insynuacja jakobym to ja był 
redaktorem Gońca, wynika z prostego nieporozumienia przez pomieszanie identycznych nazwisk. 
Nie   wiedział   bowiem,   a   zapewne   i   nie   domyśliłby   się   nigdy,   że   istnieje   jeszcze   inna,   trochę 
paradoksalna okoliczność. Ta mianowicie, że...

...   Goniec   Codzienny   był   de   facto   robiony  i   wydawany   rękami  AK   i   podziemia   cywilnego... 
Zwłaszcza   po   zamordowaniu   redaktora   Ancerewicza   blady   strach   padł   na   wszystkich 
pracowników. Jeden przez drugiego starali się nawiązać kontakt z Podziemiem i przeistoczyć się w 
tzw. ''wtyczkę". Ze strachu przed podziemnym terrorem, względnie dla asekuracji na przyszłość. 
Rezultat był taki, że w końcu cały zespół składał się z'" wtyczek" Podziemia, bodaj łącznie z 
redaktorem   Lubieżyńskim   (czy   Lubierzyńskim"),   który   nastał   po   zastrzeleniu   Ancerewicza. 
Dawało   to   zresztą   dosyć   wygodną   pozycję.   (Nawiasem   podobnie   jak   w   większości   instytucji 
niemieckich   na   terenie   okupacji.   Jak   mówi   rosyjskie   powiedzonko:   "I   kapitał   priobriesti,   i 
niewinnost" soblusti".) Opowiadał mi o tym - zniżając głos - tenże "redaktor" Bohdan Mackiewicz 

background image

("Bodzio"), jak dziś pamiętam, z okazji pewnej transakcji "karakułowych łapek".

- Fantastyczne rzeczy. Nie masz o tym pojęcia! Może tam za boksem przyszły wojewoda wileński 
siedzi... - Podnosił swoim zwyczajem wzrok do sufitu, i opuszczał oczy tajemniczo, dając do 
zrozumienia, że i on, oczywiście, zajmuje szczególnie eksponowane stanowisko w Podziemiu. Że 
zajmował, nie miałem wątpliwość, choć zapewne bardziej podrzędne niż to, jakie było w zwyczaju 
dawać   wówczas   do   zrozumienia   przez   opuszczanie   powiek.   Według   jego   oceny   80   proc. 
wszystkich pracowników redakcji, administracji i ekspedycji, to "wtyczki". Według mojej, na oko, 
99 proc. Tym bardziej, że tych ludzi było tam niedużo. Co mogli robić, o tym istotnie nie mam  
pojęcia. Śledzili jeden drugiego? Pisali nawzajem donosy do Podziemia? Czy tylko "dawali do 
zrozumienia?" O ile wiem, aresztowana została przez Niemców tylko jedna, zresztą wyjątkowo 
ładna   dziewczyna,   Piłsudska,   ale   nie   krewna   głośnej   rodziny.   Bodaj   wypuszczona   niebawem. 
Zbiegiem   okoliczności,   jedyny   rozstrzelany   przez   Gestapo,   później   już,   Rosjanin,   Eugeniusz 
Kotlarewskij, który akurat w żadnej, podziemnej organizacji nie brał udziału. Brat rodzony tego, o 
którym   wspomina   Stefan   Korboński.   Szczegóły   opisał   ciekawie   Sergiusz   Wojciechowski   w 
Nowoje   Russkoje   Słowo   (New  York,   10.   V.   1970).1   Nie   przeszkodziło   to   wszakże   agentowi 
komunistycznemu ("b. dowódca I Brygady Wileńskiej AK, Roman Korab - Żebryk") napisać w 
warszawskiej Kulturze o nim, że "...dosięgła go karząca ręka sprawiedliwości? (!!!) - (Nawiasem, 
wszystkie inne "rewelacje" owego Żebryka są na podobnym poziomie).2 - Jeżeli chodzi o resztę 
zespołu, to opłaciło się im w rezultacie. Po wojnie nie było, o ile słyszałem, żadnego procesu 
Gońca   Codziennego.   Bohdan   Mackiewicz   wypłynął   później   w   Warszawie   w   aureoli   cichego 
bohatera, gdzie też spokojnie dokonał żywota. Już w Monachium doszła mnie wiadomość, że 
jakoby przed śmiercią zapisał się do partii. Rzecz byłaby banalna, ale nie potwierdzona.

Tak więc senator Jundziłł nie mógł wiedzieć, że kompozytorzy nagonki na moją osobę, nazwijmy 
ich skromnie: z lewego pod - skrzydła "sojuszników naszych sojuszników", mieli informacje z 
pierwszej   ręki.  "Redaktor   Mackiewicz  !.."  rozbrzmiewające   w Gońcu  przez   tamte  lata   mogło, 
istotnie, mylić niejednego bywalca z miasta, ale nigdy kierowników intrygi. Ci orientowali się 
dokładnie, że redaktorem Gońca był Ancerewicz, a po jego zastrzeleniu3 Lubieżyński. (Zresztą ten 
sam, który robił ze mną wywiad po moim odwiedzeniu Katynia.) Nie zaś skromny pracownik 
administracji Bohdan Mackiewicz, którego wskutek "nieporozumienia" rzekomo pomieszali z... 
Józefem   Mackiewiczem.   Nie,   to   "nieporozumienie"   zarówno   spreparowane   było,   jak 
podtrzymywane jest, z całą premedytacją i świadomością fałszu i celów, jakim służy.

Zeszyty Historyczne nr 20; Wiadomości 1972 nr 43 (1334)

Niniejszny tekst publikujemy na podstawie tomu 11 "Dzieł Józefa Mackiewicza" "Droga pani"..., 
wydawnictwo Londyn 1998 r.

Przypisy:

1 Por. Józefa Mackiewicza "Zgoda 6 czyli pęk kluczy". W: Fakty, przyroda i ludzie. (Dzieła, tom 
12. Kontra, Londyn 1993.)

2 To, co szczególnie oburzyło tego "b. dowódcę I Brygady Wileńskiej AK" w mojej książce to, jak 
pisze: "... wypady w dziedziny, które powinny być dla autora i niedosiężne i nietykalne. Mam na 
myśli przede wszystkim brudny paszkwil na naród radziecki... etc. etc.? - Por. jego recenzję z mojej 
książki Nie trzeba głośno mówić, którą zamieścił w Kulturze warszawskiej (1970 nr 4)

3 O zabójstwie Ancerewicza dowiedzieliśmy się z opóźnieniem w Czarnym Borze z radiostacji 
"Świt". Dziś wstydzę się uczucia, jakie ta wiadomość we mnie wywołała. Ancerewicza nie znałam, 
ale   czułam  do  niego   zapiekłą  złość.   Nie  za   Gońca,   którego  także  tak   jak  nie  znałam,   bo  nie 

background image

prenumerowaliśmy   (a   sądzę,   że   nie   był   szmatławszy,   bo   to   za   trudno,   od   niedawnej   Prawdy 
Wileńskiej   i   wszystkich   kolaboranckich   pism   po   dziś   dzień),   ale   za   odmowę   wystawienia 
fikcyjnego   zaświadczenia   Józefowi,   że   jest   pracownikiem   redakcji.   Było   mi   potrzebne   dla 
uzyskania kartek żywnościowych w naszej gminie. "Pan wpadnie, choćby w jakiejś łapance, a ja 
przez taki świstek narażę ludzi, których tu kryję". Coś w tym rodzaju, dając do zrozumienia, że 
ludzi z "organizacji" (w Wilnie tak określano wtedy "podziemie"). Zaraz pobiegłam do Wilna, by 
się   dowiedzieć,   jak   się   ci   jego   podwładni   "z   organizacji"   zachowali   na   pogrzebie   szefa, 
uśmierconego   za   kolaborację.   Zachorowali   wszyscy   tego   dnia   na   grypę"..   "Nie   było   tak   źle" 
relacjonował mi tenże Bodzio. Za konduktem pogrzebowym szły tłumy. "Prawie demonstracja 
patriotyczna''. Jedni mówili, że to przeklęci Litwini zabili polskiego redaktora, inni dowodzili, że 
bolszewicy, bo Litwin nie mordowałby człowieka w kościele.

Ancerewicz   został   zastrzelony   przez   Sergiusza   Piaseckiego,   gdy   modlił   się   na   klęczniku   w 
kruchcie kościoła Św. Katarzyny. B. T. 1983