background image

Bez prawa łaski 
Nasz Dziennik, 2011-03-10 

Z Waldemarem Goskiem, synem ppor. Franciszka Goska ps. 
"Sęk", bohaterskiego żołnierza Polski Podziemnej, 
zamordowanego wyrokiem komunistycznego sądu, rozmawia 
Adam Białous
 
 
W którym momencie życia Franciszek Gosk rozpoczął służbę 
wojskową ?
 
- Mój ojciec po raz pierwszy związał się z wojskiem, kiedy jako 
nastoletni chłopak zawyżył swój wiek, zaciągnął się w szeregi Wojska 

Polskiego, zasilanego ochotnikami, by odeprzeć bolszewicką nawałę w roku 1920. Kiedy z 
Bożą pomocą wroga udało się pokonać i zakończyć wojnę, ojciec nie chciał się rozstać z 
wojskiem - bo sobie w tej służbie bardzo zasmakował. Najpierw był w piechocie, później w 
szwadronie kawalerii Korpusu Ochrony Pogranicza, który stacjonował w Stołpcach na 
Nowogródczyźnie. Niełatwa to była służba. Wschodnia granica Rzeczypospolitej, której 
strzegli żołnierze KOP, ciągle wrzała, często dochodziło do potyczek z komunistyczną 
partyzantką czy sowieckimi bandami. Ojciec często wracał wówczas ze służby do domu 
bardzo zmęczony, prawie nie rozstawał się z bronią. 
 
Życie Państwa rodziny w tym okresie można jednak określić niemal jako sielankę w 
porównaniu z tragicznymi zmianami, jakie przyniosła II wojna.
 
- Tak, to prawda. Ja na pewno w okresie dzieciństwa byłem szczęśliwy. Trwało to do 
wybuchu wojny 1 września 1939 roku. Jako że ze Związkiem Sowieckim obowiązywał pakt o 
nieagresji, większą część oddziałów KOP skierowano do walki na zachodniej granicy. 
Również szwadron "Stołpce" wchodzący w skład pułku "Snów", w którym służył mój tato 
Franciszek Gosk, ruszył do boju z Niemcami. Niestety Związek Sowiecki, jak to było w jego 
zwyczaju, nie dotrzymał podpisanego z Polską paktu i zaatakował ją 17 września. Wtedy dla 
nas świat się zupełnie zawalił. Widziałem czołgi sowieckie wkraczające do Stołpc, to było 
straszne. Z mamą wychodziliśmy codziennie na dworzec, wyglądać, czy w którymś 
transporcie polskich żołnierzy wiezionych na Wschód nie ma mojego ojca. 
 
Znaleźliście ojca w którymś z bydlęcych wagonów wiozących polskich oficerów na 
zagładę?
 
- Na szczęście ojcu udało się uniknąć losu polskich oficerów zamordowanych w ZSRS. Nie 
spotkała go również śmierć na bitewnym polu, nie trafił do niemieckiej niewoli. Wrócił 
szczęśliwie do Stołpc. W domu nie zabawił jednak długo, gdyż ostrzeżono go, że będzie 
wywieziony z rodziną na Wschód. Jeszcze w Stołpcach dosięgło naszą rodzinę nieszczęście, 
gdyż w listopadzie 1939 r. zmarła moja mama. Ojciec więc ze swoim małoletnim synem 
Waldemarem, czyli ze mną, wyjechał w głąb Polski. Osiedliliśmy się u dziadków w 
Wysokiem Mazowieckiem. Jednak i tu znaleźli nas Sowieci. Chcieli naszą rodzinę wywieźć 
na Wschód, byliśmy już nawet na liście deportacyjnej, jednak wybuchła wojna niemiecko-
sowiecka, co nas uratowało. Życie zaczęło toczyć się swoim biegiem. Był to dla naszej 
rodziny czas w miarę spokojny. Ojciec ożenił się po raz drugi, z siostrą mojej zmarłej matki. 
Doczekał się z nią czworga dzieci. 
 
Jednak Pana ojcu nie było dane cieszyć się domowymi pieleszami. 
- O nie. Żołnierska dusza mojego ojca nie pozwoliła mu długo żyć bez wojaczki, więc 
wkrótce wstąpił w szeregi podziemnego Związku Walki Zbrojnej przekształconego później w 

background image

Armię Krajową. Jego aktywna działalność została szybko doceniona przez dowódcę okręgu 
ppłk. Władysława Liniarskiego "Mścisława". W pisanej przez niego opinii o ppor. Franciszku 
Gosku ps. "Sęk" jest informacja, że własnym sumptem i staraniem uzbroił cały pluton 
piechoty AK, co wówczas było nie lada wyczynem. Z plutonem tym prowadził wiele akcji 
przeciwko niemieckiemu okupantowi, aż do czasu wkroczenia na ziemie polskie Armii 
Czerwonej w roku 1944. 
 
Komunistyczna bezpieka zainteresowała się od razu Pana ojcem? 
- Nastąpiły liczne aresztowania i prześladowania. Nie uniknął tego smutnego losu także mój 
ojciec. Co gorsza, wydał go jeden z podległych mu żołnierzy. Ojca jako dowódcę batalionu 
Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość" (organizacji powstałej we wrześniu 1945 r. na bazie 
Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj) aresztowano w grudniu 1946 roku. Podczas przesłuchań 
był bity i torturowany. Nikogo jednak nie wydał i odmówił współpracy z UB. Dlatego 
postawiono go przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Białymstoku. Mojego ojca oraz 
kilka innych osób sądził 14 stycznia 1947 r. na posiedzeniu wyjazdowym w Czyżewie sam 
szef tego sądu mjr Włodzimierz Ostapowicz - nie bez powodu zwany "sędzią śmierć". W 
latach 1946-1952 wobec żołnierzy podziemia niepodległościowego orzekł on około 200 
wyroków śmierci, z czego wykonano nie mniej niż 174. 
 
Dlaczego komuniści zdecydowali się sądzić publicznie "Sęka"? 
- Publiczny proces w Czyżewie miał na celu zastraszenie miejscowej ludności, którą 
zmuszano, by była jego świadkiem. Wyroki ustalono już wcześniej, natomiast wystąpienia 
obrońcy były tylko formalnością. Bezpieczeństwa komunistycznego sądu bronił wóz 
pancerny oraz duża liczba sowieckich żołnierzy. Sam sąd nie trwał długo. Na proces mnie nie 
wpuszczono, miałem wówczas 12 lat, kiedy więc zobaczyłem, że ludzie się rozchodzą, 
pobiegłem tam szybko. Jeden znajomy mężczyzna zatrzymał mnie jednak i powiedział: 
"Walduś, nie masz już ojca". Byłem zrozpaczony. Podszedłem do stojących jeszcze w 
miejscu sądu prokuratora i sędziego. Ściskałem ich za nogi, błagałem o litość dla ojca. Jednak 
zostałem brutalnie odtrącony. 
 
Pana rodzina podejmowała próby interwencji? 
- Próbowaliśmy różnych sposobów, aby darowano mu życie. Jeździliśmy wszędzie, gdzie się 
dało. Prosiliśmy we wszystkich urzędach. Byliśmy nawet u pierwszego sekretarza PPR. 
Spotkaliśmy się tam jednak jedynie z obojętnością i wrogością. Nikogo nie wzruszył widok 
matki z pięciorgiem małych dzieci, które miały zostać bez ojca. Próbowaliśmy jeszcze 
uzyskać łaskę u okrutnego sędziego mjr. Włodzimierza Ostapowicza, który wydał na ojca 
wyrok śmierci. Dom, w którym mieszkał, na ulicy Mickiewicza w Białymstoku, strzeżony był 
przez żołnierzy. Powiedzieliśmy, że jesteśmy z rodziny majora. Wtedy nas przepuścili. 
Weszliśmy do mieszkania. Ostapowicz wyszedł do nas. Mama zaczęła prosić go o litość, o 
łaskę dla taty. A on zaczął na nas krzyczeć i wyrzucił nas, tak że o mało co nie spadliśmy ze 
schodów. 
 
Pana ojciec wnioskował o ułaskawienia? 
- Tak. Mój ojciec w piśmie do prezydenta Bolesława Bieruta zwrócił się z prośbą o łaskę. 
Prosił o nią ze względu na to, że jak pisał, "rąk nie splamił bratnią krwią" oraz z powodu 
swoich małoletnich dzieci, które miały być pozbawione ojca. Skład sędziowski, opiniując tę 
prośbę, poradził jednak prezydentowi nie korzystać z prawa łaski z uwagi na "niespokojny 
teren". Prezydent Bierut posłuchał sędziów. Mojego ojca zamordowano. Pamiętam ten dzień, 
w którym się o tym dowiedzieliśmy. Wówczas przyjechaliśmy do Białegostoku, do więzienia, 
gdzie był tato. Prosiliśmy o widzenie, bo była taka możliwość, ale nie chcieli nas wpuścić. 

background image

Poszliśmy więc po wyjaśnienie do prokuratury. Pytamy, dlaczego? A oni do nas: "Nie 
dostaniecie widzenia ani teraz, ani już nigdy". Zrozumieliśmy, że tatę zabito. Po wykonaniu 
wyroku, 27 stycznia 1947 r., nie wydano nam ciała ojca i tak do dnia dzisiejszego nie znamy 
miejsca jego pochówku. 
 
Dziękuję za rozmowę.