background image

 

Donna Carlisle 

 

Jeźdźcy burzy 

 

background image

Rozdział 1 

 
Przez  otwarte  drzwi  wtargnął  ostry,  zimny  powiew  wiatru,  wywołując 

zniecierpliwienie  pięciu  mężczyzn  zebranych  wokół  telewizora  stojącego  w  tak 
zwanym  wspólnym  pokoju.  Meg  weszła  do  środka,  szybko  zamknęła  drzwi  i 
zaczęła  rozwijać  kolejne  warstwy  opatulających  ją  szalików,  zdjęła  ośnieżone 
zimowe boty i postawiła przemarznięte stopy na gumowej macie leżącej tuż przy 
drzwiach.  Czynności  te  wykonywała  niezmiennie  każdego  ranka  przez  ostatnie 
dwa lata. 

Koledzy  nazywali  to  pomieszczenie  wspólnym  pokojem,  zamiast  zwyczajnie 

sekretariatem. I rzeczywiście, ta frontowa sala w Carstone Industries Adinorack na 
Alasce była miejscem, gdzie wszyscy pracownicy zbierali się, gdy akurat nikt nie 
miał nic do roboty. Posiadała wyposażenie typowe dla pokoju gościnnego – łóżka 
polowe,  okryte  tanimi  pledami,  kilka  lichych  wyściełanych  krzeseł  i  telewizor. 
Jedynym  sygnałem,  że  jest  także  miejscem  pracy,  było  biurko  stojące  w  pobliżu 
frontowych  drzwi,  zawalone  plikami  folderów,  druków,  okólników  i 
pozostawionych bez odpowiedzi listów. Meg dostrzegła ogromny dzbanek z kawą i 
napełniła swój kubek. Nareszcie zrobiło się jej ciepło i przyjemnie. 

–  Dzień  dobry,  pani  Forrest  –  przywitała  ją  Sadie,  wchodząca  właśnie  przez 

obrotowe drzwi. Sadie zajmowała stanowisko o budzącej respekt nazwie: urzędnik 
organizacyjny, a tak naprawdę była zwykłą sekretarką. Obrotowe drzwi prowadziły 
do  laboratorium  i  pokojów  mieszkalnych.  Sadie  trzymała  przed  sobą  wypełnioną 
listami torbę, która zdradzała prawdziwy charakter jej pracy. 

– Samolot jest już gotów do startu – powiedziała Meg, skinąwszy nieznacznie 

głową. – Gdzie jest pilot? 

– W kabinie radiooperatora z Joem. – Sadie posłała Meg niepewne spojrzenie 

znad  otwartej  torby  i  zaczęła  wyrzucać  jej  zawartość  na  biurko,  i  tak  prawie 
niewidoczne spod papierów. 

– Hm, pani Forrest, myślę... 
– W porządku – przerwała natychmiast Meg – powiedz mu, że będę gotowa do 

drogi za około godzinę. Chciałabym spakować jeszcze trochę rzeczy. 

– Wzięła kilka kopert i zaczęła je szybko przeglądać. 
– A zresztą nieważne, powiem mu to sama. 
–  Hej,  Sadie,  czy  jest  coś  dla  mnie?  –  zawołał  jeden  z  mężczyzn  siedzących 

przed  telewizorem.  Cała  piątka  obserwowała  snującą  się  po  ekranie  Godzillę  z 

background image

takim  zachwytem  i  uwagą,  z  jaką  zagorzali  fanatycy  futbolu  śledzą  ostatni 
kwadrans meczu finałowego superligi. 

–  Poczta  przychodzi  o  dziesiątej  trzydzieści  –  odpowiedziała  ostro  Sadie.  – 

Wiesz o tym doskonale. 

Mężczyzna posłał jej szyderczy uśmiech i lekko pochylił się, trzymając w ręku 

filiżankę kawy. 

– Nie próbuj się stawiać – odparł. 
Meg skierowała chłodne spojrzenie w jego stronę, ale on, szyderczo szczerząc 

zęby, znów wpatrywał się w telewizor. 

Meg  zawsze  irytował  widok  połowy  personelu  Carstone  siedzącego  przed 

telewizorem  już  o  dziesiątej  rano.  Dziś  jednak  drażnił  ją  bardziej  niż  zwykle. 
Wydawało  się  jej,  że  koledzy  postępują  tak  celowo,  aby  wyprowadzić  ją  z 
równowagi.  Postanowiła  nie  dać  im  tej  satysfakcji.  Powoli  zaczęła  wybierać 
zaadresowane do niej listy i spokojnie zwróciła się do sekretarki: 

–  Pozwól,  Sadie,  że  jako  twoja  szefowa  po  raz  ostatni  zadam  ci  służbowe 

pytanie. 

Sadie  spojrzała  sponad  sterty  metodycznie  układanej  w  alfabetycznym 

porządku korespondencji. 

– Naturalnie, pani Forrest. 
– Dlaczego – zapytała Meg – jeżeli dostajemy pocztę tylko raz w tygodniu, ty 

zawsze zalegasz z odpowiedziami? 

Sadie spojrzała zaskoczona. 
– Odpowiadam na listy tego samego ranka, gdy otrzymuję pocztę. Przecież pani 

o tym wie, pani Forrest. 

–  Owszem,  odpowiadasz,  ale  na  osobiste  listy,  pomijając  służbową 

korespondencję.  –  Wskazała  ręką  na  stos  leżący  nieporządnie  na  biurku.  – 
Zapominasz, na czym polega twoja praca. 

Sadie patrzyła na nią przez chwilę, jakby zupełnie nie rozumiała, o co chodzi. 

Wydała więc z siebie tylko uprzejme „och” i powróciła do sortowania listów. 

Meg na chwilę przymknęła oczy. Byle do jutra, pomyślała. Już jutro opuści na 

zawsze to zapomniane przez Boga i ludzi, wiecznie mroźne pustkowie! 

Już niedługo będzie leżeć na plaży w Waikiki i spędzi tam całe dwa tygodnie. 

Te myśli miały poprawić jej nastrój, tak się jednak nie stało. Zadała sobie pytanie – 
dlaczego? 

Meg  Forrest  miała  trzydzieści  dwa  lata  i  była  jednym  z  najwybitniejszych 

inżynierów-konstruktorów Carstone Industries. Wysoka i szczupła, smukłość swej 

background image

sylwetki utrzymywała bez najmniejszego wysiłku. Jej owalna twarz, duże brązowe 
oczy  i  zmysłowe,  wyraziste  usta  podobały  się  mężczyznom,  ale  też  często 
wprowadzały  ich  w  błąd.  Delikatna  kobieca  twarz  sugerowała  bowiem  słaby 
charakter,  a  Meg  miała  silną  osobowość.  Kasztanowe  włosy  nosiła  zwykle 
zaczesane  za  uszy,  ale  przez  ostatnie  dwa  lata  brak  dobrego  fryzjera  sprawił,  że 
pozwoliła im rosnąć swobodnie. Nie chcąc jednak wyglądać nieporządnie, spinała 
je  w  klasyczny  węzeł  z  tyłu  głowy.  Odpowiadał  jej  ten nie  rzucający  się  w  oczy 
spokojny styl. Ktokolwiek popatrzyłby teraz na Meg Forrest, nie mógł się pomylić. 
W tym surowym uczesaniu wyglądała na szefa. 

A  jednak  po  dwóch  latach  kierowania  Energy  Research  Station  oczy 

pracujących  tam  mężczyzn  wciąż  nieuchronnie  zatrzymywały  się  na  jej  tyłeczku. 
Modliła  się  o  wyzwolenie  z  tego  piekła  już  od  momentu,  kiedy  samolot  dotknął 
brudnego pasa startowego w odległym zakątku Alaski. Stało się to dwa lata temu; 
zaznaczyła ten „czarny dzień” w swoim kalendarzyku i od tej chwili liczyła dni i 
godziny, które pozostały do końca służbowego pobytu. 

Nienawidziła osady, w której przyszło jej żyć. 
Miała  dość  oglądania  na  co  dzień  monotonnego  szeregu  brzydkich  chat 

ustawionych na skutym lodem i przewianym wiatrem niegościnnym obszarze, dość 
temperatury minus trzydzieści pięć stopni. 

Miejscem  wieczornych  towarzyskich  spotkań  był  „Blue  Jay  Bar  and  Grill”, 

gdzie  jako  główne  danie  serwowano  kanapkę  z  wołowiną  i  serem.  Pozostawała 
jeszcze „Brownie’s Video”, wypożyczalnia oferująca klientom ponad sto kaset, ale 
ani jeden film nie liczył mniej niż pięć lat. 

W całej wiosce znajdowało się może ze dwadzieścia książek, w tym fachowe, 

techniczne  pozycje,  które  zresztą  Meg  przywiozła  ze  sobą.  Jej  podwładni: 
inżynierowie,  mechanicy,  specjaliści  i  personel  pomocniczy,  czyli  śmietanka 
wioskowej  społeczności,  byli  to  ludzie  skłóceni  z  życiem  i  wzajemnie  sobie 
nieżyczliwi. 

Tak się żyło w Adinorack na Alasce, osadzie liczącej ogółem siedemdziesięciu 

pięciu mieszkańców. 

Jutro będzie siedemdziesięciu czterech, pomyślała ponuro Meg, wieszając swój 

płaszcz i liczne szale na wieszaku w pobliżu drzwi obrotowych prowadzących do 
jej biura. Dlaczego nie czuję się szczęśliwa? 

Adinorack nazywany był pieszczotliwie Przedsionkiem Piekła. Tę nazwę nadali 

mu ci straceńcy, którzy z powodu braku życiowego fartu musieli w nim mieszkać 
przez jakiś czas. 

background image

Osadę  zbudowano  dwadzieścia  lat  temu  jako  jedną  ze  stacji  badawczych 

wojskowej bazy. Bazę w końcu zlikwidowano, ale wioska została i kiedy Carstone 
potrzebował  odpowiedniego  miejsca  do  przeprowadzenia  testów,  będących 
elementami  rządowych  badań  nad  sposobem  wykorzystania  alternatywnych 
energii, jego wybór padł na Adinorack. 

Czy  rzeczywiście  była  tam  potrzebna  obecność  głównego  inżyniera?  Meg 

Forrest czuła się obowiązana czuwać, aby w zaprojektowanym przez nią systemie 
nie pojawiły się usterki. I musiała wytłumaczyć tym wszystkim gryzipiórkom, że 
jej wyjazd do Adinorack jest konieczny! Nadgorliwość okazała się podstawowym 
błędem, błędem, za który została ukarana. 

Przez  kilka  pierwszych  miesięcy  po  przyjeździe  tutaj  jej  obecność  była 

właściwie  zbyteczna.  Mechanicy  i  inżynierowie  systematycznie  budowali  swoje 
konstrukcje, dzień po dniu, według planu. Meg pozostawało tylko rozglądanie się 
dookoła i wydawanie poleceń, których nikt nie chciał słuchać. Zresztą w dwa lata 
później też nikt jej nie słuchał. 

Weszła do własnych pomieszczeń biurowych, które były równie nieprzytulne, 

jak  reszta  budynku.  Postawiła  na  biurku  filiżankę,  położyła  przed  sobą 
korespondencję. I nagle zrozumiała prawdziwy powód swych mieszanych odczuć 
związanych z opuszczeniem Adinorack. W zadumie patrzyła na filiżankę z kawą. 

To  właściwie  był  kubek,  lśniący  połyskiem  porcelany,  z  biegnącym  wokół 

szlaczkiem  i  ozdobiony  napisem:  „As  Przestworzy”  wykonanym  dużymi 
czerwonymi literami. Ten kubek z wyszczerbioną krawędzią... Szczerba powstała 
wówczas, gdy rzuciła kubkiem w niego... Jaki był powód wybuchu gniewu? Dziś 
już zupełnie nie pamiętała. Minęło sześć miesięcy, a ona wciąż piła z tego samego 
naczynia. 

Przecież  wiedział,  że  dziś  wyjeżdża,  musiał  o  tym  wiedzieć  i  nawet  nie 

zadzwonił, aby się pożegnać. 

– Błąd numer dwa – wyszeptała do siebie. 
Próbując się otrząsnąć z natrętnych wspomnień, które stawały się coraz bardziej 

dokuczliwe, usiadła za biurkiem i zagłębiła się w lekturze listów. 

Nie było w nich nic szczególnie interesującego, nic, co mogłoby przyciągnąć jej 

uwagę.  Zresztą  cała  zawodowa  energia  Meg  wyczerpała  się  już  tydzień  temu, 
pochłonęły  ją  ostatnie  prace  związane  z  rządowym  projektem.  W  korespondencji 
natrafiła na kartkę od ojca, który prosił, aby podała mu godzinę swego przylotu do 
Waszyngtonu,  a  wtedy  zleci  komuś,  by  wyszedł  po  nią  na  lotnisko.  Zwrot  „ktoś 
przyjdzie  po  ciebie”,  zamiast  po  prostu  „ja  przyjdę”,  wywołał  u  Meg  lekkie 

background image

zdenerwowanie.  No  oczywiście  –  generał  był  przecież  człowiekiem  tak  zajętym! 
Nie  mogła  więc  oczekiwać,  że  odstąpi  od  swego  codziennego  rozkładu  zajęć  i 
popędzi  na  lotnisko.  Nie  zrobiłby  tego  dla  nikogo,  nawet  dla  swojej  dawno  nie 
widzianej córki. 

Większość przeglądanych przez Meg listów spoczęła w koszu na śmieci, kilka 

zostawiła  dla  Sadie,  gdyż  wymagały  odpowiedzi.  Kartkę  od  ojca  schowała  do 
torebki  i  oparłszy  łokcie  na  biurku,  małymi  łykami  popijała  kawę  błądząc 
nieobecnym  wzrokiem  po  pokoju.  Nic  jej  tutaj  nie  trzymało,  dlaczego  nie 
wyjechała wcześniej? 

Pokój  wyglądał  dokładnie  tak  samo  jak  wtedy,  gdy  zobaczyła  go  po  raz 

pierwszy. Tania, udająca drewno wykładzina, dwie stalowe szafki, stół kreślarski i 
czarna kanapa, na której spędziła wiele uciążliwych nocy, kiedy pogoda była zbyt 
niełaskawa,  aby  mogła  wrócić  do  siebie,  do  mieszkania,  które  w  gruncie  rzeczy 
wydawało się  równie  niegościnne  jak biuro.  Jednak nie  wszystkie noce spędzone 
tutaj pozostawiły tak niemiłe wspomnienia. Były też inne nocne godziny przeżyte 
na tej samej kanapce, kiedy nie dokuczała jej samotność... 

Otworzyła  oczy  i  spojrzała  w  kierunku  okna.  Okiennice  były  jak  zawsze 

zamknięte, ponieważ widok zamarzniętej i jałowej ziemi mógł budzić w ludziach 
uczucie depresji. Teraz Meg rozchyliła je trochę i raz jeszcze popatrzyła na ponury 
pejzaż. Zamarznięte ślady opon w śnieżnej mazi, a gdzieniegdzie nagie spłachetki 
gruntu,  z  których  wiatr  zwiał  resztki  śniegu,  dalej  przykucnięty,  niezgrabny 
budynek Blue Jay,  przysłonięty  nieco przez  przerdzewiałą  i niepotrzebną nikomu 
stację pomp, która powinna zostać zburzona już rok temu. Wszystko wokół tonęło 
w  ponurym  zmierzchu  i  nikomu  nie  przychodziło  do  głowy,  że  przecież  jest  już 
marzec i dni powinny być dłuższe. 

–  Ziemia  północnego  słońca  –  wyszeptała  do  siebie  Meg  i  trzasnęła 

okiennicami.  Na  palcach  jednej  ręki  mogła  policzyć,  ile  razy  widziała  słońce,  od 
kiedy się tu znalazła. 

Poza tym zauważyła na wschodzie ciężkie ołowiane chmury, zwiastujące burzę 

i zazwyczaj znamionujące obfite opady śniegu. Naprawdę nie było powodu, aby tu 
pozostawać choćby chwilę dłużej. Każdy pilot dbający o swe dobre imię powinien 
odmówić  lotu  w  czasie  burzy  śnieżnej,  a  ją  czekał  naprawdę  niełatwy 
czterogodzinny  lot  do  Juneau  i  Meg  powinna  wziąć  to  wszystko  pod  uwagę. 
Postanowiła natychmiast opuścić Adinorack. 

On już z pewnością nie zadzwoni. 
Zarzuciła  torbę  na  ramię  i  ruszyła  w  kierunku  radiostacji,  zatrzymując  się 

background image

jeszcze  na  chwilę  we  wspólnym  pokoju,  gdzie  ponownie  napełniła  kubek  kawą. 
Tym  razem  nie  zwróciła  uwagi  na  porozumiewawcze  i  ukradkowe  spojrzenia 
rzucane przez mężczyzn skupionych wokół telewizora. 

–  Jestem  Meg  Forrest  –  powiedziała  stając  w  drzwiach  pokoju  mieszczącego 

radiostację – i jeśli paliwo zostało zatankowane, to chyba moglibyśmy lecieć. Zdaje 
mi się, że będziemy mieli trochę śniegu, dobrze byłoby uniknąć burzy. 

W  ciasnym  pomieszczeniu,  służącym  także  jako  wieża  kontrolna  i  stacja 

meteorologiczna,  znajdowało  się  dwóch  mężczyzn.  Radiotelegrafista  Joe  siedział 
na swym stałym miejscu naprzeciw radia i ze słuchawkami opuszczonymi na szyję 
żartował  z  pilotem,  który  przysiadł  na  krawędzi  biurka.  Z  chwilą  wejścia  Meg 
śmiech zamilkł i pilot powoli odwrócił się. 

– To ty? – spytała cicho. – My się chyba znamy. 
Meg  znalazła  się  twarzą  w  twarz  z  Redem  Worthingtonem,  swym  błędem 

numer dwa. 

Tego mężczyznę rozpoznałaby bez trudu nawet z tyłu. Baseballowa czapeczka 

wciśnięta  na  faliste  brązowe  włosy,  luźna  czerwona  wiatrówka  z  błyskawicznym 
zamkiem i niewymuszony wdzięk w sposobie trzymania głowy. 

Nie mogło jej się przytrafić nic bardziej zaskakującego niż to spotkanie. 
Już na pierwszy rzut oka wielu ludzi określiłoby twarz Reda jako przystojną lub 

co  najmniej  interesującą,  ale  Meg,  wielokrotnie  analizując  jego  oblicze,  dawno 
doszła  do  wniosku,  że  tak  naprawdę  była  to  twarz  zupełnie  pospolita.  Nie 
wyróżniające  się  niczym  szczególnym  rysy  i  zupełnie  zwyczajne,  jasnobrązowe 
oczy  nie  powinny  zapadać  w  pamięć.  Byłby  przeciętnym  facetem,  gdyby  nie 
szczery  chłopięcy  uśmiech,  który  powodował  niespokojne  bicie  niejednego 
kobiecego  serca,  i  gdyby  nie  to  chmurne  spojrzenie,  dzięki  któremu  każda 
dziewczyna  natychmiast  byłaby  gotowa  wybaczyć  mu  wszystkie  grzechy.  W 
gniewie nazbyt energicznie zaciskał szczęki, ale umiał także patrzeć na kobietę ze 
zmysłową  tkliwością,  patrzeć  tak,  że  prawie  każda  czuła  się  zniewolona  i  nie 
potrafiła mu się oprzeć. Tak, gdyby nie to wszystko... 

Serce  Meg  mocno  zakołatało.  Jedno  spojrzenie  na  Reda  wystarczyło,  żeby 

nagle  straciła  oddech  –  był  przecież  najwspanialszym  mężczyzną,  jakiego 
kiedykolwiek spotkała. 

Tymczasem jego oczy błądziły po postaci Meg. Swobodnie i bez skrępowania 

mierzył ją wzrokiem od stóp do głów. Badał spojrzeniem okrągłość piersi rysującą 
się pod swetrem, kształt ud w obcisłych dżinsach. Nienawidziła tej bezpośredniości 
Reda i zarazem kochała go za nią. 

background image

Red uśmiechnął się kpiąco i pozdrowił Meg skinieniem dłoni, w której trzymał 

plastikowy kubeczek. 

– No i cóż, pani Worthington – wycedził – jakoś żyję i jeszcze oddycham. 
Meg patrząc w skupieniu na plastikowe naczynie powiedziała zimno: 
– Wiesz, że niszczysz ten świat i żyjące na nim istoty. 
Wzruszył ramionami i dalej popijał kawę. 
Nie  miała pojęcia,  , skąd Red  wziął się  tutaj,  wiedziała tylko,  że  jego twarz i 

kasztanowa czupryna, ujrzane niespodziewanie w tym pokoju, zupełnie zbiły ją z 
tropu.  Zawahała  się,  następnie  zamknęła  drzwi  kierując  równocześnie  wymowne 
spojrzenie na Joego. Joe nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat, był absolutnym 
geniuszem w sprawach elektroniki i młodzieńcem niezbyt bystrym, gdy chodziło o 
cokolwiek innego. 

Joe z ogromnym zainteresowaniem przysłuchiwał się rozmowie i było jasne, że 

nic  na  świecie  nie  skłoni  go  teraz  do  opuszczenia  swego  stanowiska.  To  bez 
znaczenia,  zdecydowała  w  końcu  Meg.  Przecież  ona  i  Red  nie  mają  sobie  do 
powiedzenia niczego takiego, czego nie powinniby usłyszeć inni. 

Przechodząc  przez  pokój  starała  się  uspokoić  i  zapanować  nad  nie 

kontrolowanym biciem serca. 

– Co ty tu robisz? 
– To moja trasa, prawda? – Udawał zaskoczenie. 
– Jakoś nie widywałam cię tu przez ostatnie sześć miesięcy – stwierdziła Meg. 

Jej  puls  powoli  zaczął  się  uspokajać.  Zwyczajny,  całkiem  zwyczajny  facet, 
powtarzała w duchu. 

Red uśmiechnął się znowu, trzymając przy ustach kubek z kawą. 
–  Czy  mógłbym,  kochanie,  pozwolić  ci  odjechać  bez  pożegnania?  Czy  to 

chciałaś usłyszeć? 

Myślała, że już całkowicie panuje nad sobą, ale serce nadal biło zbyt szybko, 

tym razem jednak powodem emocji był gniew. 

–  Oczywiście  –  odpowiedziała  krótko.  –  Jesteś  jedynym  mężczyzną,  który 

potrafi przelecieć pół kontynentu tylko po to, aby eskortować swą żonę w drodze 
do stolicy stanu, ponieważ pragnie ona złożyć tam pozew rozwodowy. 

–  Masz  rację  –  odpowiedział  –  to  istotnie  jedyna  sprawa,  dla  której  warto 

przelecieć pół kontynentu. 

Zacisnęła wargi. 
Red wstał nagle i rozkładając szeroko ramiona zawołał: 
– Chodź tu, Megan, i ze względu na pamięć dawnych dobrych czasów daj mi 

background image

małego całusa. 

Nawet  nie  drgnęła,  gdy  zbliżył  się  do  niej.  Jego  żartobliwe  słowa  przywołały 

natychmiast tyle wspomnień. Broniła się przed tym, ale wciąż desperacko pragnęła 
Reda.  Kiedy  znalazł się  tuż  przy  niej,  wysunęła dłoń  w geście  protestu.  Megan... 
Mój Boże, jak ja nienawidzę tego imienia, pomyślała. A przecież Red był jedynym, 
który mówiąc tak do niej nie wywoływał odruchu, aby uderzyć go w szczękę. 

Stał teraz przed nią i bezczelnie się uśmiechał. 
Patrzyła  na  Joego,  który  włożył  słuchawki  i  gorliwie  kręcił  gałką  aparatu 

radiowego. Jednak słuchawki nie całkiem zakrywały uszy i była pewna, że chłopak 
nie ma zamiaru stracić ani słówka z ich rozmowy. 

–  Zostawiłeś  u  mnie  trochę  rzeczy,  zamierzałam  ci  je  oddać,  leżą  na  moich 

torbach – powiedziała Meg. 

Red ponownie uniósł kubek z kawą. 
–  Nie  zwykłem  chodzić  z  torbami.  Aha,  przy  okazji,  co  zamierzasz  zrobić  z 

samochodem? – zapytał od niechcenia. 

Jak  długo  rozmawiał  z  nią  tonem  żartobliwym  i  kpiarskim,  odczuwała 

podniecenie  lub  gniew,  ale  wtedy  nie  był  jej  obcy.  Teraz  to  grzeczne,  chłodne 
pytanie  zupełnie  ją  pokonało.  Zadał  je,  jakby  rzeczywiście  był  przypadkowym 
znajomym. To chyba już koniec ich związku. Nie pozostało między nimi nic prócz 
zwykłej, banalnej uprzejmości. 

Musiała  przełknąć  łyk  kawy,  inaczej  nie  zdołałaby  wykrztusić  z  siebie  ani 

słowa. 

– Dancer obiecała go sprzedać. 
– Być może ja go wezmę. 
– Należna część z tytułu ślubnego kontraktu, co? – odcięła się Meg gwałtownie, 

zanim ugryzła się w język. 

– Do diabła! Przecież powinienem coś dostać. 
– O tak, należy ci się, za te lata absolutnego oddania. 
– Hej, kochanie! Ja naprawdę byłem oddanym mężem. 
– Nawet nie rozumiesz sensu tych słów! 
– A ty rozumiesz? 
– Przynajmniej próbowałam być dobrą żoną. 
–  Ty  również  nie  znasz  sensu  niektórych  słów.  Mam  nadzieję,  że  masz  w 

swoich bagażach odpowiednio gruby słownik. Powinnaś się jeszcze wiele nauczyć, 
Meg! 

– Nie będę więcej marnować życia dla ciebie, mój czas jest zbyt cenny. 

background image

–  Marnowałaś  ze  mną  życie,  do  licha!  Podoba  mi  się  to  określenie.  Nigdy 

przedtem nie powodziło ci się tak dobrze. 

– Och, przepraszam, rzeczywiście masz rację. Pobyt na arktycznym pustkowiu 

jest  przecież  marzeniem  każdej  romantycznej  dziewczyny.  Ekscytujące  wspólne 
oglądanie w telewizji meczu bokserskiego sprzed trzech tygodni. 

– Nie musieliśmy tego robić wspólnie. 
Twarz  Meg  była  rozpalona,  ręce  kurczowo  ściskały  kubek.  Najbardziej 

denerwowało ją to, że Red najwyraźniej bawił się tą rozmową i tylko udawał, że 
jest  zagniewany.  Wprawdzie  jego  oczy  rzucały  iskry  i  gdyby  Meg  starała  się 
podnieść  jeszcze  bardziej  temperaturę  dialogu,  z  pewnością  dorównałby  jej 
temperamentem.  Tylko  że  ta  burząca  krew  w  żyłach  szermierka  słowna  nie 
kosztowała  go  wiele  i  to  właśnie  złościło  Meg  najbardziej.  W  słownych  grach 
małżeńskich był zawsze lepszy od niej. Dlaczego mu na to pozwalała? 

Z impetem postawiła kubek na brzegu biurka i powiedziała twardo: 
– Ty, Red, jesteś jak nagłe pchnięcie. 
–  Nagłe  pchnięcie?  Jak  ładnie  to  powiedziałaś,  Megan.  –  Uniósł  brwi,  a  jego 

oczy  rozbłysły  zadowoleniem.  –  Czy  wiesz,  że  mówiąc  coś  takiego,  zrobiłaś  mi 
wielką frajdę? 

– Tak... – zastanowiła się. – To jest to, do czego mnie redukujesz. 
Wciąż  śmiał  się  hałaśliwie.  Dobrze,  że  odstawiła  już  swój  kubek,  inaczej  z 

pewnością rzuciłaby nim znowu. 

Przypomniała  sobie  o  Joem,  który  przyglądał  im  się  z  coraz  większym 

zainteresowaniem. 

–  Mam  nadzieję,  że  zaspokoiłeś  dostatecznie  swoją  ciekawość,  Joe.  Teraz 

wywołaj Juneau i przekaż im trasę naszego lotu. Poczekam na zewnątrz. 

Joe  spojrzał  na  Reda,  jakby  szukając  u  niego  pomocy.  Red  pocierał  dłonią 

podbródek i uśmiechał się nieznacznie. 

– No cóż, trzeba będzie powiedzieć... – mruknął. 
Meg patrzyła na niego wyzywająco. 
– Nie próbuj ze mną swoich gierek, Redzie Worthington. Wolałabym spędzić 

dwa tygodnie w klatce z olbrzymią iguaną, niż cztery godziny w samolocie z tobą, 
musimy jednak lecieć do Juneau. Dobrze wiedziałeś, co robisz, kiedy decydowałeś 
się na ten lot. Nie wykręcaj się! Bierz swój płaszcz, czapkę i chodźmy. 

Meg trzymała już rękę na klamce, gdy głos Reda zatrzymał ją. 
–  Najdroższa,  wiesz,  że  pragnę  twojej  obecności  w  równym  stopniu  jak  ty 

mojej, jednak wydaje mi się, że będziemy mieli trochę kłopotu z naszym lotem. 

background image

Odwróciła  się  i  spojrzała  na  niego.  Jakież  to  złe  wiadomości  pragnie  jej 

przekazać? 

–  Wydaje  mi  się,  że  mały  burzowy  front  przesuwa  się  tu  z  północy  i  dlatego 

wszystkie loty z Juneau zostały odwołane. 

Powiedział to z taką satysfakcją, że nagle zapragnęła go udusić. 
– Niestety, kochanie, musimy tu zostać razem przez jakiś czas. 
 

background image

Rozdział 2 

 
Meg  nie  mogła  uwierzyć,  że  prawie  godzinę  temu  czuła  żal  na  myśl  o 

opuszczeniu  tego  miejsca  i  szukała  sposobu,  aby  odwlec  moment  odjazdu  –  w 
nadziei, że Red zadzwoni. Teraz, gdy zjawił się w Adinorack osobiście, wiedziała, 
że nie powinna tu zostać ani minuty dłużej. 

Dlaczego próbuje ją zatrzymać? Sam jest szalony, więc chce, abym i ja również 

nie była normalna, pomyślała. 

Przeszła  przez  pokój  i  chwyciła  dokument,  na  którym  Joe  na  bieżąco  nanosił 

informacje  dotyczące  pogody.  Uważnie  przebiegła  wzrokiem  papier.  Niskie 
ciśnienie... silne wiatry... duże opady śniegu. 

–  Sami  to  spreparowaliście  –  rzuciła  patrząc  oskarżycielsko  znad  arkusza  na 

obu mężczyzn. 

– Ależ co pani mówi, pani Worthington – zaprotestował Joe. 
– Forrest, nazywam się Forrest – odpowiedziała krótko. 
– Jeszcze nie – przypomniał jej łagodnie Red. 
Nerwowo krążyła wokół krzesła Joego i wpatrywała się w ekran radaru. Mogła 

już nawet rozpoznać wyraźny punkt na ekranie oznaczający burzowy front. 

Odwróciła się do Reda. 
–  No  dobrze,  nawet  jeśli  to  prawda,  to  w  czym  problem?  Burza  jest  o  jakieś 

dwie  godziny  stąd!  Latałeś  w  trudniejszych  warunkach,  zrobiłeś  przecież  te 
cholerną karierę, pilotując samoloty podczas gorszej pogody niż ta. Dlaczego teraz 
chcesz  opóźnić  lot?  Zabieraj  się  stąd,  przygotuj  urządzenia  kontrolne.  Idę  po 
bagaże. 

Była już przy drzwiach, gdy Red odpowiedział stanowczo: 
– Nie. 
Utkwiła  w  nim  wzrok  i,  aby  się  opanować,  zaczęła  liczyć  do  dziesięciu. 

Siedział rozparty na krześle ze swobodnie wyciągniętymi nogami i zsuniętą na tył 
głowy  czapeczką.  Spoglądał  przed  siebie  spokojny  i  obojętny.  Pomyślała,  że  być 
może  jedną  z  najbardziej  irytujących  cech  Reda  była  ta  umiejętność  całkowitego 
relaksu,  niezależnie  od  miejsca,  w  którym  się  znajdował.  Umiał  być  na  luzie  w 
każdej sytuacji. 

– Celowo opóźniasz lot – zawołała. 
– Jasne, zbudziłem się dziś rano i powiedziałem do siebie: Co mam zrobić, aby 

uczynić życie Meg trudniejszym? Już wiem. – Strzelił palcami. – Wyczaruję burzę 

background image

śnieżną, wtedy nie będzie mogła odlecieć do domu. 

Meg z gniewną miną zrobiła dwa kroki w kierunku Reda. 
– Wiesz, do cholery, co ja myślę?! Siedzisz tu i tylko marnujesz czas, chociaż 

mógłbyś  zdążyć  przed  burzą,  gdybyś  zdecydował  się  lecieć  natychmiast,  i 
poleciałbyś, jeśli poprosiłby cię o to ktoś inny, a nie ja! 

W odpowiedzi uśmiechnął się szeroko. Meg gwałtownie obróciła się do Joego. 
– No dobrze, ile mamy spóźnienia i jak długo jeszcze będę musiała tu tkwić? – 

spytała. 

Joe włączył radio. 
– Właśnie próbuję przelecieć całą skalę. Jest coraz gorzej. Burza przechodzi już 

nad tundrą. Mówią o zamknięciu lotniska Fairbanks i nie będę zaskoczony, jeśli za 
chwilę powiedzą to samo o Juneau. – Spojrzał na Meg. – Możemy tu pozostać bez 
możliwości manewru przez dobre kilka dni. 

Meg skierowała zimny, oskarżycielski wzrok na Reda. 
– Oddałam klucz od mojego mieszkania – powiedziała starając się, aby jej głos 

brzmiał spokojnie. 

– Nie mam nawet gdzie się przespać tej nocy. 
– Jest przecież zawsze kanapa w twoim biurze – przypomniał jej ironicznie. 
Odstawił kubek i podniósł się. 
– Oczywiście wtedy ja nie będę miał gdzie spać, ale pracując tutaj razem jakoś 

nigdy nie mieliśmy z tym kłopotów, no nie? 

Kątem  oka  Meg  dostrzegła  lekki  uśmieszek  Joego,  ale  zlekceważyła  tę 

drobnostkę. 

– Jesteś bardzo przewidujący – odparła chłodno. 
– Nie, Megan, jest mi jedynie przykro. 
Ruszył w stronę drzwi, lecz Meg schwyciła go za ramię. 
–  Pozwól  sobie  coś  powiedzieć,  ty  cwaniaku  –  zawołała.  –  FCC  miało  swoje 

zasady  stosowane  wobec  ludzi  takich  jak  ty.  Myślę,  że  wyrządziłeś  mi  tyle 
przykrości, że dziś powinnam po prostu cisnąć ci w twarz twoją licencję. 

Jego  oczy  patrzyły  współczująco  na  Meg  i  nie  uczynił  nic,  aby  wyswobodzić 

ramię z uścisku. 

– Kocham, kiedy mówisz tak stanowczo – powiedział. 
–  Ponieważ  możesz  latać,  wyobrażasz  sobie,  że  nie  jesteś  zwyczajnym 

człowiekiem  stworzonym  przez  Boga.  Siedzisz  dumny  jak  paw  w  tej  swojej 
kabinie pilota i myślisz, że jesteś ponad wszystkimi i nikt nie potrafi cię zrozumieć. 
Wydajesz  nieodwołalne  rozkazy,  tworzysz  własne  prawa  i  dlatego  czujesz  się 

background image

wielki jak udzielny książę. 

Red zakrył dłonią jej usta. 
– Niestety, nie potrafię w inny sposób zmusić cię do milczenia – stwierdził. 
W  odpowiedzi  jej  paznokcie  boleśnie  wpiły  się  w  ramię  Reda,  ale  trwało  to 

tylko chwilę. Nagle cała energia opuściła ją. Poczuła taki przypływ pożądania, że 
zaskoczyło  ją  to  zupełnie.  Jakże  nienawidziła  własnej  słabości!  Nie  mogła  nic 
zrobić,  aby  powstrzymać  to  obezwładniające  uczucie.  Dotknięcie  Reda  zawsze 
działało na nią w podobny sposób, nawet teraz, po długiej rozłące. 

Była jak urzeczona. Wciągnęła w nozdrza woń świeżej bawełny i ten jedyny w 

swoim rodzaju zapach płynu po goleniu, którego chyba nikt poza nim nie używał. 
Obezwładniał  ją  dotyk  stwardniałych  rąk  na  policzku,  palce  Reda  delikatnie 
muskały jej włosy na skroniach. 

Nie  potrafiła  się  opanować  patrząc  na  władczy  zarys  jego  ust,  ich  widok 

rozniecał  żar  w  jej  piersiach.  Chciała  pić  z  tych  ust  bez  opamiętania,  chciała 
zamknąć Reda w swoich ramionach, posiąść całkowicie, a później poddać mu się 
zupełnie. 

Myślała,  że  zobojętniała  na  niego  tak  bardzo,  jak  tylko  może  zobojętnieć 

kobieta,  która  wiele  wycierpiała,  poświęcając  mężczyźnie  wszystko,  całą 
namiętność  i  całą  życiową  energię;  nagle  jednak  uświadomiła  sobie,  jak  wielkie 
było jej pożądanie i z jak olbrzymią siłą Red wciąż nad nią panował. 

Nawet  wówczas,  gdy  przestał  ją  obejmować,  trwała  nieruchomo,  sztywnością 

mięśni próbując obronić się przed trudnym do opanowania zmysłowym drżeniem, 
ignorując  rumieńce,  które  paliły  jej  policzki.  Stała  przed  swym  mężem  twarzą  w 
twarz  oddychając  ciężko,  wyczuwała  podziw  Joego,  który  bez  skrępowania 
obserwował  ten  pojedynek.  Jeszcze  czuła  oddech  Reda  na  swojej  skórze  i  to 
uczucie było niezwykle podniecające. Była wściekła, że wciąż go pragnie, a on z 
całym rozmysłem pobudzał ją erotycznie. Nadal czegoś od niej chciał i wiedziała, 
że właśnie to c o ś było celem, dla którego przeleciał pięćset kilometrów. 

Miała  ochotę  okładać  go  pięściami  ze  złości,  ale  jej  widoczny  gniew  mógłby 

mu  sprawić  zbyteczną  satysfakcję.  Spokojnie  spojrzała  wprost  w  oczy  Reda  i 
powiedziała łagodnie: 

– Zabawne. Nie myślałam, że zrobiłeś tak duże postępy. 
Zauważyła, że jego szczęki zacisnęły się gniewnie, a to było wszystko, czego 

chciała.  Odwróciła  się  na  pięcie  i  wyszła  z  pokoju  starannie  zamykając  za  sobą 
drzwi. 

Red  obserwował  Meg,  jak  z  wysoko  uniesioną  głową  opuszcza  kabinę 

background image

radiooperatora. Takiego opanowania nie widział jeszcze nigdy u nikogo i z trudem 
powstrzymał się, aby nie pobiec za nią. 

Zazwyczaj  bawiło  go  to,  że  Meg  chodzi  jak  dowódca  przed  bitwą,  ale  teraz 

uświadomił sobie, że jej sposób poruszania się urzekał go najbardziej. 

– Niesamowita kobieta – wyszeptał. 
Do  diabła  z  jej  sposobem  chodzenia!  Utracił  nie  tylko  to,  utracił  przecież 

wszystko.  Jej  płomienne  oczy,  bystry  umysł  i  ostry  jak  brzytwa  język...  Włosy 
rozrzucone na poduszce, sposób, w jaki przed pójściem spać spoglądała na niego, 
gdy z parą ciężkich okularów na nosie siedziała ubrana w jedną z tych jego starych 
flanelowych  koszul  i  pilnie  studiowała  sterty  papierów.  Utracił  możliwość 
patrzenia  na  nią,  dotykania  jej  i  słuchania  jej  ciętych  ripost.  Utracił  możliwość 
walki z Meg i wszelką szansę na pójście z nią do łóżka. 

Chwycił gwałtownie nie opróżniony jeszcze papierowy kubek i zmiażdżył go. 

Zaklął, gdy letnia kawa trysnęła mu wprost na koszulę. 

– Właściwie mogłeś lecieć – skomentował Joe, w pośpiechu wycierając przód 

jego koszuli garścią papierowych serwetek. 

Red rzucił mu ponure spojrzenie. 
– Mogłeś zdążyć przed burzą, gdybyś wyleciał wcześniej – wyjaśniał dalej Joe. 
–  Tak,  być  może.  –  Red  spoglądał  spode  łba  na  chłopaka,  gdy  ten  wrzucał 

mokre  serwetki  do  kosza.  –  Jednak  czy  powinienem  narażać  na  szwank  mój 
samolot, i to jeszcze dla takiej wiedźmy? 

Joe udawał, że podziela jego zdanie, ale tak naprawdę czegoś tu nie rozumiał. 

Myślał, że gdyby Red otrzymał zadanie przewiezienia do Juneau jakiegoś cennego 
ładunku  –  na  przykład  poczty,  elektronicznego  sprzętu,  nawet  przemycanego 
alkoholu  czy  papierosów  –  wówczas  nie  zawahałby  się  ani  chwili.  Zawsze  aż  się 
trząsł z  radości na  myśl  o  nowym  wyzwaniu.  Gdyby  jego  samolotem  miał  lecieć 
lekarz  z  życiodajnym  serum  w  swojej  torbie,  Red  natychmiast  podjąłby  ryzyko. 
Lubił hazard. 

Robert  „Red”  Worthington  był  jednym  z  najznakomitszych  pilotów 

obsługujących nie zamieszkane tereny Alaski. Doskonałą reputację zyskał głównie 
dzięki  umiejętności  brawurowego  lądowania.  Pociągały  go  trudne  sytuacje, 
lądował w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach, a oblodzone skrzydła jego 
samolotu  prześlizgiwały  się  między  szczytami  gór.  Potrafił  wystartować  w 
najciemniejszą  noc,  mając  na  domiar  złego  zepsuty  pulpit  sterowniczy  czy 
przerwaną łączność i pasjonował się każdą minutą takiego lotu. 

Pragnął silnych przeżyć. Gwałtownie wzrastający poziom adrenaliny we krwi, 

background image

nagłe wstrzymanie bicia serca, suchość w gardle ekscytowały go. I wreszcie lubił 
ten  szczególny  moment,  kiedy  cichy  głos  wewnętrzny  rozkazywał  mu,  aby  dodał 
gazu lub wzniósł się jeszcze trochę. Dążył do zwycięstwa, fascynowała go walka z 
przeciwnościami losu i zawsze miał nadzieję, że będzie mógł zaryzykować znowu. 
Mówiono o Redzie, że jest pilotem, który sam pakuje się w kłopoty. Red myślał, że 
w tych sądach jest sporo prawdy, gdyż jeśli sam nie szukał życiowych utrudnień, to 
z pewnością nie uciekał przed nimi. Grać bezpiecznie czy ryzykować życiem – ten 
wybór nigdy nie stanowił dla niego dylematu. 

Wszystko to jednak uległo zmianie z chwilą pojawienia się Meg. Początkowo 

prawie  sobie  nie  uświadamiał  tych  zmian,  ale  później  stały  się  one  już  zbyt 
wyraźne.  Nikt,  poza  innym  pilotem,  nie  może  zrozumieć,  jak  wiele  podczas  lotu 
zależy  od instynktu. Instrumenty  są  sprawne,  rozmawiasz  z wieżą kontrolną,  gdy 
czujesz  się  samotny,  a  jednak  to  wszystko  nie  to.  Autentyczne  odczucie  lotu  jest 
czymś  innym,  odbywa  się  przez  ustawiczne  nasłuchiwanie  drgań  silnika, 
obserwację światełek kontrolnych, a dobry pilot wyczuwa nawet ciężar powietrza. 
Samolot  staje  się  po  prostu  przedłużeniem  jego  ciała.  Ważny  jest  tylko  on  i 
maszyna, wszystko inne przestaje mieć znaczenie. 

No tak, ale jeśli ktoś bliski oczekuje cię w domu, wtedy te inne rzeczy nie są już 

tak obojętne, a ty nie jesteś sam w powietrzu! Red wielokrotnie przyłapywał się na 
tym,  że  nie  ufa  już  swoim  instynktom,  maszyna  przestała  być  dla  niego  jedyną 
kochanką. Stał się ostrożniejszy. To właśnie dlatego nie chciał zaryzykować lotu z 
Meg,  ale  Joe  oczywiście  nie  mógłby  tego  zrozumieć;  co  gorsza,  Meg  również 
niczego nie rozumiała. 

Wciąż jeszcze zachmurzony przejechał po raz ostatni ręką po wilgotnej koszuli, 

następnie  podniósł  kubek,  który  Meg  pozostawiła  na  biurku.  Był  jeszcze  ciepły. 
Odprężył  się,  usiadł  i  wypił  pozostawiony  napój.  Meg  piła  tylko  czarną  kawę  i 
nigdy nie zostawiała śladów szminki na brzegu filiżanki. Za to również ją lubił. 

Joe  szybko  zanotował  jakiś  komunikat  radiowy  i  zdjął  z  uszu  słuchawki. 

Odwrócił się i uważnie spojrzał na Reda. 

– Czy mogę cię o coś zapytać? 
Red  podniósł  oczy.  Prawie  zapomniał  o  istnieniu  Joego  i  teraz  był  mu 

wdzięczny za przerwanie ciszy i tych jego wewnętrznych rozważań, które mogłyby 
sprowokować  go  do  zrobienia  jakiegoś  szaleńczego  kroku,  na  przykład  nowej 
próby pogadania z Meg. 

– Dlaczego się z nią ożeniłeś? 
Red uśmiechnął się smutno. 

background image

– Sam chciałbym to wiedzieć. – Zatopił oczy w kubku z kawą, jakby tam mogła 

pojawić się odpowiedź. – Ona była najzgrabniejszą dziewczyną, jaką kiedykolwiek 
widziałem.  –  Wzruszył  ramionami  i  dodał:  –  Najbardziej  myślącą,  najbardziej 
seksy... 

Zachmurzył  się.  Wiedział,  że  były  sprawy,  o  których  nie  mógł  rozmawiać  z 

Joem. Chłopak taki jak on zrozumiałby je opacznie. 

Życie z Meg było jak lot z uszkodzonym silnikiem tysiąc metrów nad ziemią w 

czasie  szalejącej  wokół  burzy.  Czasem  wydawało  mu  się  podobne  do  jazdy  na 
karuzeli.  Meg  była  jak  grom  i  błyskawica,  nagły  fajerwerk  i  przypływ  morza. 
Chciał ją mieć właśnie taką, a kiedy szła, mógł patrzeć na nią i zmysłami odbierać 
impulsy idące od jej ciała. Elektryczne wyładowania w jej spadających na ramiona 
włosach, tętniąca krew... Na samą myśl o tym czuł podniecenie. Niszczyła go dzień 
po dniu, a on wciąż nie mógł się nią nasycić, dosłownie i w przenośni. Dlaczego ją 
poślubił? Po prostu nie mógł tego nie zrobić. 

Przynajmniej tak myślał w tej chwili. 
Patrzył  na  Joego,  który  wciąż  nie  spuszczał  z  niego  oczu  w  oczekiwaniu  i 

nadziei, że usłyszy dalszy ciąg zwierzeń; uśmiechnął się więc. 

– Dobrze gotowała – wyjaśnił. – Ożeniłem się z nią, bo lubię dobrą kuchnię. 
Taką  odpowiedź  Joe  mógł  zaakceptować.  Skinął  głową  usatysfakcjonowany  i 

wrócił do radiostacji, aby odebrać kolejny komunikat. 

 
Wyraz  twarzy  Meg,  gdy  opuszczała  kabinę,  musiał  być  wystarczająco 

wymowny  nawet  dla  najmniej  ciekawskich  i  niezbyt  uważnych  obserwatorów. 
Wszyscy zgromadzeni we wspólnym pokoju bez wątpienia słyszeli każde słowo jej 
rozmowy z Redem i z zafascynowaniem oglądali teatr cieni widoczny na matowej 
szybie drzwi, ale na widok Meg natychmiast wlepili wzrok w ekran telewizora. 

Omiotła ich spojrzeniem pełnym pogardy zmieszanej z furią, które to uczucia 

żywiła do całego świata, i stwierdziła krótko: 

– Nadchodzi burza. Gilly, sprawdź poziom paliwa, Shark, ty i Lewis dajcie mi 

instrukcję bezpieczeństwa. Reszta z was niech zabezpieczy stanowiska i proszę nie 
zapominać o hangarze. No już, ruszać się! 

–  Tak,  proszę  pani  –  rzekł  Gilly  przeciągając  słowa  i  rzucając  ostatnie 

spojrzenia na Godzillę. 

Meg przeszywała ich spojrzeniem, dopóki wszyscy nie podnieśli się. Uczynili 

to w sposób znamionujący leniwą obojętność, która mogła być porównana jedynie 
do  tępej  opieszałości  więźniów  wypędzanych  z  celi  na  plac  apelowy.  Meg 

background image

oczywiście wiedziała, że jej polecenia nie były sprawą życia i śmierci. Burza taka 
jak ta była dla nich zjawiskiem powszednim, a poza tym mieli ponad godzinę, aby 
się  przygotować.  To  jednak  nie  miało  znaczenia.  Kiedy  wydawała  rozkazy, 
oczekiwała bezwzględnego posłuszeństwa. 

 –  Wydaje  mi  się,  że  zostaniesz  tu  jeszcze  chwilkę.  –  Lewis  skomentował 

niewinnie  jej  zachowanie  i  podnosząc  się,  znacząco  szturchnął  łokciem  swojego 
kompana.  –  Tak  przypuszczam  –  powiedział  i  obaj  mężczyźni  wybuchnęli 
śmiechem. Meg nie widziała w tym nic szczególnie zabawnego, a w ogóle to nigdy 
nie rozumiała męskiego poczucia humoru, a już szczególnie tych ludzi. 

Nawet  nie  zauważyła,  że  Dancer  również  była  w  pokoju,  dopóki  ta  nie 

zeskoczyła z biurka, na którym siedziała w niewymuszonej pozie. 

– Cześć – powiedziała – właśnie idę podstawić samochód. 
Dancer  była  długonogą  istotą  o  nieprawdopodobnie  kanciastych  kształtach, 

ubraną  w  jaskrawo-pomarańczowe,  zrobione  na  drutach  getry,  wąską  skórzaną 
spódniczkę  i  błyszczącą  satynową  bluzkę.  W  jej  nastroszonych  blond  włosach 
widoczne były ciemne odrosty. Nieustannie żuła gumę. Trochę pracowała w Blue 
Jay, a resztę czasu spędzała miło w towarzystwie mężczyzn. Kontakt z nią niekiedy 
irytował Meg, ale tak naprawdę była jedną z niewielu dziewczyn, które lubiła. 

W tym momencie jednak nie miała nastroju do rozmowy z nią czy kimkolwiek 

innym, a to dlatego, że wciąż przeżywała niedawny dialog z pewnym pilotem. 

– Zaparkuj samochód z powrotem – rzuciła szorstko. 
Szybko weszła w drzwi obrotowe prowadzące do pomieszczeń biurowych, ale 

Dancer pobiegła za nią. 

– Wygląda na to, że utkwiłaś tu na dobre. Upór został złamany, co? 
– Po co mi to mówisz? 
– Nie jest ci przyjemnie, że mężulek wrócił? 
– Jasne, przyjemnie jak z dwoma wężami w śpiworze. 
Dancer zachichotała. 
– Chyba masz jednak bzika na punkcie Reda, nie? 
Meg  nie  odpowiedziała.  Zanurzyła  dłoń  w  kieszeni,  szukając  klucza  do 

metalowych  drzwi  na  końcu  korytarza.  Przekazanie  służbowych  kluczy  było 
ostatnią czynnością, którą miała wykonać, na szczęście nie uczyniła tego. 

Wszystkie światła na górze zapalały się automatycznie po otwarciu drzwi. Meg 

zstąpiła  po  stalowych  stopniach  do  samego  centrum  instalacji  Carstone.  Blade 
światło  lamp  odbijało  się  w  sieci  przewodów  i  rur,  maszyny  pulsowały,  jakby 
miały tętniące serca, i prawie natychmiast odczuła ogarniający ją spokój. 

background image

– Kapitalne! – Głos Dancer unosił się ponad nią. – Siedziba duchów, co? Czy 

również mogę zejść na dół? 

Meg  podeszła  do  kontrolnego  pulpitu.  Jej  obcasy  dźwięczały  po  betonowej 

podłodze. Włączyła kilka przycisków. 

–  Możesz,  to  nie  jest  ściśle  tajne.  Jestem  zdziwiona,  że  żaden  z  tych  twoich 

chłopaków nie przyprowadził cię tutaj wcześniej. 

Dancer wciąż wyglądała na nieco spłoszoną. 
– Do czego służy to wszystko? – spytała. 
Meg nie mogła powstrzymać prawie matczynego uśmiechu, kiedy patrzyła na tę 

rozległą  salę  wypełnioną  najrozmaitszymi  urządzeniami.  Wszystkie  pracowały  w 
pełnej synchronizacji ze sobą. 

Dancer skojarzyły się z duchami, Meg zaś uważała, że są piękne. 
–  Widzisz  –  powiedziała  –  te  urządzenia  tutaj  grzeją,  chłodzą  i  dostarczają 

energię  elektryczną  do  wszystkich  budynków  w  osadzie.  Co  więcej,  ten  system 
pracuje  tylko  częścią  swojej  mocy.  Mógłby  dać  energię  miastu  dziesięć  razy 
większemu i nawet jeden bezpiecznik by nie wysiadł. 

Dancer  podniosła  głowę,  aby  obejrzeć  pajęczynę  przewodów  rozsnutych 

dookoła. 

–  Więc  to  jest  to  miejsce,  do  którego  uciekasz?  W  odpowiedzi  Meg 

uśmiechnęła się tylko. Dancer patrzyła na nią z przejęciem. 

–  I  ty  to  wszystko  sama  zaprojektowałaś?  Meg  zaprzeczyła  z  żalem, 

równocześnie robiąc notatki na karcie kontrolnej. 

–  Nie,  niezupełnie.  Ten  projekt  był  gotowy  dziesięć  lat  przed  moim 

przybyciem.  –  Zapisała  na  dole  karty  końcowy  odczyt.  Burza  zaczęła  właśnie 
osiągać punkt kulminacyjny i zapotrzebowanie miasta na energię wzrosło. Przeszła 
przez  pokój  i  położyła  dłoń  na  metalowym,  szczelnie  zamkniętym  pojemniku,  o 
wymiarach około metr na półtora, obudowanym mnogością liczników, kabli i rur, 
które łączyły się w rozmaity sposób z innymi urządzeniami wypełniającymi pokój. 

– To – powiedziała – ja zaprojektowałam, a przynajmniej część z tego. 
– Och! – Dancer czuła się zobowiązana wyrazić swój podziw pełnym szacunku 

spojrzeniem. – To ładnie. Co to właściwie jest? 

– To... – Meg próbowała przywołać słowa, które  mogłyby być zrozumiałe dla 

laika. – To jest rodzaj – słonecznej baterii, myślę, że wiesz, o co mi chodzi? 

– Podobnej do tych w kalkulatorach? 
– No, coś w tym rodzaju. – Meg nie znosiła opisywać ważnych dla niej spraw w 

sposób tak uproszczony. – Nie całkiem. Widzisz, urządzenie, które oglądasz, może 

background image

pobierać energię nawet w pochmurne dni. To jego ogromna zaleta, jest przez to o 
wiele  bardziej  skuteczne.  Wszystkie  doświadczenia  odbywają  się  tutaj.  –  Gestem 
dłoni  wskazała  wnętrze  sali.  –  Mamy  dwa  takie  urządzenia.  Jedno  powinno 
pozostać tu jako wzór, a drugie iść do produkcji. Jestem gotowa pracować nad nim 
tak długo, aż będzie mogło służyć do użytku domowego. Powinno mieć mniejsze 
rozmiary, to podstawowy problem. Gdybyśmy mogli umieścić takie urządzenie w 
każdym amerykańskim domu, bylibyśmy w ciągu jednego pokolenia niezależni od 
problemów  energetycznych,  bowiem  koszt  uzyskanej  energii  byłby  praktycznie 
żaden. 

Ten klarowny wywód spowodował jednak zamęt w głowie Dancer. 
– Jesteś chyba niewolnicą tego dziwnego urządzenia? – spytała. 
Meg, lekko zakłopotana, wzruszyła ramionami. Nie lubiła opowiadać o swojej 

pracy i pamiętała, że większość ludzi w ogóle się tym nie interesuje. 

– Dlaczego więc tego nie zrobisz? 
– Czego? 
– Dlaczego nie dasz tego każdej rodzinie? 
–  Bo  wiesz,  tak  naprawdę,  to  byłoby  zbyt  drogie.  Koszty  wdrożenia  tego 

pomysłu będą – astronomiczne. Przypuszczam, że są również polityczne powody; 
wprowadzenie  tego  systemu  mogłoby  wywołać  trudne  do  przewidzenia  skutki. 
Jednak doświadczenia nad projektem Carstone powinny być kontynuowane aż do 
momentu, gdy ktoś znajdzie sposób, aby to urządzenie uczynić tańszym i lepszym. 
Oczywiście  tym  kimś  nie  będę  ja  –  powiedziała  Meg,  a  nagły  żal  w  głosie 
zaskoczył ją samą. 

– Wylali cię – stwierdziła Dancer ze współczuciem. 
Meg spojrzała na nią zaskoczona. 
– Kto ci to powiedział? 
– Nikt mi nie mówił, tak sobie pomyślałam. 
Meg mogła być pewna, że będą teraz plotkować na jej temat. 
– Nie, nie dostałam wymówienia. Podpisałam z firmą dwuletni kontrakt, który 

właśnie się kończy. Wyjeżdżam w poszukiwaniu szczęśliwej przyszłości. Chcę być 
wolna. 

– A co się stanie z tym? – Dancer zrobiła wymowny gest w stronę generatora. 
– Zostanie tutaj. 
– Nie chcesz już nad tym pracować? 
Ukłucie żalu w sercu sprawiło, że Meg powróciła do równowagi. 
– Myślę że znajdzie się ktoś, kto przejmie moją pracę i będzie ją kontynuował. 

background image

–  Nie  wyglądasz  na  kogoś,  kto  zmierza  do  szczęśliwej  przyszłości  –  bystro 

zauważyła Dancer. 

Meg nachmurzyła się. 
–  Zrozum,  nienawidzę  tego  miejsca.  Zawsze  go  nienawidziłam.  Jest  zimne  i 

brzydkie.  Ludzie  tutaj  też  mnie  nie  cierpią,  równie  mocno  jak  ja  ich.  Jestem 
zadowolona, że stąd odchodzę. 

– Nie wszyscy cię nie cierpią – sprostowała Dancer. – Ja cię lubię, tylko że ja – 

uśmiechnęła się – lubię wszystkich. 

Humor Dancer był zaraźliwy i Meg nie miała siły mu się oprzeć. 
– Wszyscy wiedzą, że jesteś dziwna. – Dancer bujała się na metalowym krześle, 

kiwając  długimi  nogami.  –  Coś  mi  się  wydaje,  że  prawdziwy  powód  twego 
odejścia siedzi teraz na górze, w radiostacji. 

– Odmawiając pracy, którą miał wykonać, jak zwykle utrudnił mi życie. 
– No więc czemu wyszłaś za niego? 
Meg głośno westchnęła. 
–  Dlaczego?  Gwałtowny  atak  gorączki?  Bezmyślność,  błąd?  Z  jakich  innych 

powodów  mogłam  poślubić  mężczyznę,  którego  znałam  zaledwie  sześć  tygodni? 
Później  żyłam  z  nim  osiemnaście  miesięcy,  dopóki  nie  uzyskałam  całkowitej 
pewności, że jest obłąkanym maniakiem. 

–  Moim  zdaniem  oboje  jesteście  maniakami  –  powiedziała  szczerze  Dancer, 

starannie  oglądając  paznokcie,  z  których  odpryskiwał  lakier.  –  Nigdy  nie 
widziałam dwojga ludzi, którzy paliliby się do siebie bardziej niż wy dwoje. 

–  Chwilowy  obłęd.  –  Meg  pieściła  ośmiocalową  rurkę,  ciesząc  się 

przytłumionym  dźwiękiem  przepływającej  wewnątrz  energii.  –  Nie  wiem  – 
powiedziała w zamyśleniu – to było takie dziwne i nagłe uczucie, prawie jak trąba 
powietrzna albo jedna z tych alaskańskich zamieci nadciągających z wybrzeża. 

Odwróciła się i spojrzała na swą towarzyszkę, świadoma, że mówiąc jej o sobie 

tak  dużo,  traktuje  Dancer  jak  przyjaciółkę.  Ubieranie  uczuć  w  słowa  nigdy  nie 
przychodziło Meg łatwo. Dancer zaś umiała wysłuchać wszystkiego i czynione jej 
zwierzenia nigdy nie wywoływały u Meg poczucia winy. 

– Nie przypuszczałam, że wyjdę za mąż – kontynuowała. – Nawet nigdy tego 

nie  chciałam.  Wiele  kobiet  mówi,  że  lubią  być  same  i  że  nie  rozglądają  się  za 
facetami, ale w głębi ducha pragną zdobyć męża. Nie należałam do nich. Zwykłam 
mawiać,  że  jeżeli  znajdę  mężczyznę  dziwniejszego  niż  ja  i  oczywiście 
przystojnego,  poślubię  go.  Wiedziałam,  że  nigdy  się  taki  nie  znajdzie  i  to  było 
fajne.  Był  to  rodzaj  psychicznego  zabezpieczenia,  mogłam  nie  myśleć  o  tym 

background image

więcej. Tak, mogłam, dopóki nie poznałam Reda. 

– Wpadłaś we własne sidła  – skomentowała Dancer, a Meg popatrzyła na nią 

zaskoczona.  –  Od  czasu  do  czasu  czytam  książki  –  dodała,  gdyż  wyczuła 
zdziwienie przyjaciółki. 

Meg  zaśmiała  się,  lecz  rozbawienie  w  jej  głosie  natychmiast  przeszło  w 

tłumiony patos, gdy powiedziała: 

– On był... jedynym mężczyzną, który nie bał się mnie, no może z wyjątkiem 

mego taty. Był jedynym mężczyzną, który podejmował ze mną walkę. I na Boga, 
był taki seksy! 

– Taak, o tym możesz mi opowiedzieć – zamruczała zmysłowo Dancer. 
– Meg spojrzała na nią ostro, czując, że ogarnia ją zazdrość. 
–  Nie  ma  powodu  do  obaw.  –  Dancer  szybko  podniosła  dłonie  w  geście 

samoobrony.  –  Nigdy  nie  spałam  z  Redem,  przysięgam  na  swoje  życie.  Nie  – 
dodała  –  przysięgam  na  swoją  śmierć  i  życie  uczuciowe.  To  nie  znaczy,  że  nie 
chciałam,  ale  on  nigdy  nie  dał  mi  szansy,  nigdy  się  mną  nie  interesował. 
Próbowałam  raz  czy  dwa.  Przed  twoim  przyjazdem,  oczywiście.  Red  jest  taki 
kapryśny i to jest w nim zresztą najzabawniejsze. Jest jedynym mężczyzną, który 
mnie odtrącił. Nigdy nie wyobrażałam go sobie jako męża. 

– On również nie, uwierz mi. 
– Chyba zwariował na twoim punkcie. 
– Tak uważasz? 
Dancer roztropnie skinęła głową. 
–  Wiesz,  tak  sobie  rozmyślam  o  wielu  sprawach.  Na  przykład  jestem 

przekonana,  że  twoim  największym  błędem  było  małżeństwo.  Czuliście  się  tacy 
szczęśliwi, gdy tylko sypialiście ze sobą. Dlaczego musiałaś to popsuć? Zachciało 
ci się zostać legalnie ubóstwianą żoną? I wreszcie, gdy zerwaliście, nie wróciłaś do 
domu,  a  Red  musiał  przez  sześć  miesięcy  latać  po  trasie,  której  nie  lubił,  tylko 
dlatego,  by  się  z  tobą  nie  spotkać.  Umiesz  dokręcać  śrubę!  Powinnaś  czasem 
porozmawiać  ze  mną,  poradzić  się,  zanim  dokręcisz  ją  do  końca.  Potrafiłabym 
oszczędzić wam wielu kłopotów. 

Meg roześmiała się. 
– Zapamiętam to na przyszłość. Co jeszcze przyszło ci do głowy? 
Dancer  zeskoczyła  z  krzesła  i  otrzepała  ręce,  mimo  że  pomieszczenie 

utrzymane było w sterylnej czystości. 

– Sądzę, że jeszcze z tym nie skończyłaś, oboje nie skończyliście. Możesz być 

jeszcze  szczęśliwa,  jeżeli  umiejętnie  wykorzystasz  tę  burzę  i  swoją  przewagę. 

background image

Jeżeli tego nie zrobisz, znienawidzisz samą siebie na resztę swego życia. 

–  Wykorzystać  przewagę?  Jaką?  Co  kryje  się  w  twoich  słowach?  –  Meg 

wpatrywała się w twarz Dancer. 

– Jeśli nie wiesz, to jesteś w gorszej formie, niż myślałam. Czy możemy stąd 

wyjść? To miejsce powoduje, że mam gęsią skórkę. 

Poszły w stronę drzwi. 
– Dancer, chyba już nigdy nie porozmawiamy w cztery oczy, więc wytłumacz 

mi.  Najpierw  mówisz,  że  nikt  nie  należał  bardziej  do  siebie  niż  ja  i  Red  i  że 
zrobiliśmy wielki błąd pobierając się, a teraz mnie namawiasz, żebym wróciła do 
niego. Chyba oszalałaś. 

Dancer  rzuciła  jej  jedno  z  tych  niecierpliwych,  a  zarazem  wyrozumiałych 

spojrzeń. 

– Nie musisz znów być z nim razem, ty ptasi móżdżku! Uprawiaj z nim seks. 

To jedyny sposób, aby posiadać mężczyznę. Czy mama niczego cię nie nauczyła? 

Meg  była  nieco  oszołomiona  słowami  dziewczyny.  Zaczerwieniła  się;  nie  z 

zakłopotania, ale dlatego, ponieważ uświadomiła sobie, że długo skrywana prawda 
została  nagle  objawiona.  Na  szczęście  Dancer  niczego  nie  zauważyła  i  spokojnie 
szła dalej. 

Przed chwilą Red ją całował; nie, to było dawniej, a jednak nie mogła przestać 

wciąż o tym myśleć. 

To  było  śmieszne.  Nie  chciała  zwątpić  w  swój  rozsądek.  Powinna  darować 

sobie lunch z ojcem i po powrocie do domu natychmiast udać się do Bellevue na 
intensywne leczenie psychiatryczne. 

Spędziła  sześć  miesięcy,  próbując  skończyć  z  Redem  i  ten  czas  był  jak 

przedłużająca  się  agonia.  Czy  teraz  naprawdę  musi  myśleć  o  rozpoczynaniu 
wszystkiego od nowa? To szaleństwo, nawet jeśli ta chęć powoduje zaburzenia w 
systemie hormonalnym. 

–  Prędzej  mi  kaktus  wyrośnie  na  dłoni  –  mruknęła  wchodząc  za  Dancer  po 

schodach. 

–  Zrób  to  –  powiedziała  Dancer  jakby  nigdy  nic.  –  Albo będziesz  żałować.  – 

Otworzyła drzwi. – Myślę, że skoro zostajesz, to nie ma powodu, bym zajmowała 
się twoim samochodem? 

–  Nie,  w  porządku  –  odpowiedziała  machinalnie  Meg.  –  Zabiorę  tylko  swoje 

bagaże. 

– Jak zamierzasz dostać się do domu? 
– Oddałam już klucz od mojego mieszkania, nie mam domu. 

background image

–  O,  to  niedobrze!  Potrzebne  ci  miejsce,  gdzie  mogłabyś  przeżyć  swój 

gwałtowny moralny upadek. 

–  Dzięki  ci,  Dancer,  ale  postanowiłam  spać  dziś  na  kanapce  w  moim  biurze. 

Chcę być gotowa do drogi, jak tylko niebo się przejaśni. – Meg uśmiechnęła się. 

– W porządku, ale wysłuchaj mojej rady. – Dancer mrugnęła do niej. – Nie śpij 

sama. Kto wie, kiedy będziesz miała następną okazję być z mężczyzną. 

  

background image

Rozdział 3 

 
Meg  spędziła  następną  godzinę  w  biurze,  próbując  zmienić  swoje  plany 

podróży. System telefoniczny Adinorack był kapryśny i często zawodził. Założyło 
go dopiero Carstone, przedtem w ogóle nie funkcjonowały tu telefony, zatem było 
lepiej używać radia. Żadna siła jednak nie skłoniłaby Meg do ponownego wejścia 
do kabiny Joego. 

Następny  samolot  do  Waszyngtonu  odlatywał  za  trzy  dni  i  można  było 

zakładać,  że  do  tego  czasu  burza  ucichnie.  Meg  spędziła  kilka  uroczych  minut, 
przeklinając  Reda  i  jego  maszynę,  człowieka,  który  wyznaczył  mu  ten  lot  i  jego 
mamusię, a także wszystkich tych, którzy w jakiś sposób spowodowali, że znalazła 
się w tak trudnej sytuacji. 

Red,  oczywiście,  nie  był  odpowiedzialny  za  burzę.  Nawet  gdyby  zabrał  ją  do 

Juneau,  najprawdopodobniej  utkwiłaby  tam  nieodwołalnie.  Nie  o  to  jednak 
chodziło.  Meg  była  kobietą  zdyscyplinowaną,  planującą  wszystko  i  niezmiernie 
dokładną.  Nie  lubiła,  jeśli  nieprzewidziane  wydarzenia  burzyły  jej  plany.  I  od 
momentu  gdy  Red  Worthington  wkroczył  w  jej  życie,  musiała  być  szczególnie 
ostrożna. 

Zaczęła  zastanawiać  się  nad  skomplikowanym  sposobem  połączenia 

telefonicznego  z  Waszyngtonem.  Trzy  razy  Sadie  przerywała  jej  brzęcząc 
interkomem. W końcu Meg wcisnęła guzik. 

– Mam międzymiastową, do cholery! 
Kiedy  wreszcie  udało  się  jej  porozmawiać  z  ojcem,  a  później  z  dyrektorem 

Carstone,  informując  ich  o  niespodziewanej  burzy  i  opóźnieniu  przyjazdu,  nie 
miała  już  nic  więcej  do  roboty.  Mogła  wpatrywać  się  w  ponure  wnętrze  biura  i 
rozmyślać.  Jeszcze  jedną  noc  będzie  musiała  spędzić  na  niewygodnej  kozetce, 
słuchając samotnie wycia wiatru. 

Starała  się  odsunąć  te  myśli.  W  życiu  spotkały  ją  przecież  gorsze 

rozczarowania.  Można  by  nawet  powiedzieć,  że  minione  dwa  lata  były  jednym 
wielkim  rozczarowaniem.  Nie  zamierzała  więc  rozczulać  się  nad  sobą  z  powodu 
opóźnienia  powrotu  do  domu  lub  konieczności  spędzenia  najbliższej  nocy  na 
kanapce, zamiast w łóżku. Postanowiła również zignorować fakt, że Red znajduje 
się o kilka metrów stąd, a ona nie wie, jak uniknąć spotkania z nim przez następne 
dwadzieścia  cztery  godziny,  a  może  czterdzieści  osiem,  a  może  nawet 
siedemdziesiąt dwie? 

background image

Niecierpliwie  uderzyła  pięścią  w  przycisk  interkomu.  Wciąż  słyszała  ponure 

wycie wiatru za oknem i poczuła dreszcz zimna. 

– Sadie! 
Nie było odpowiedzi. 
Wcisnęła przycisk, który to już raz z kolei? 
– Sadie, gdzie jesteś? 
–  Pani  Forrest?  –  usłyszała  bojaźliwy  głos.  Kto  jeszcze  mógłby  tam  być?  – 

szepnęła do siebie z rozdrażnieniem. 

Roztarła ramiona, aby trochę się rozgrzać, i powiedziała do mikrofonu: 
–  Każ  Lewisowi  albo  panu  Reese  pójść  do  mego  samochodu  i  przynieść 

stamtąd bagaże, dobrze? Jest otwarty. 

– Kiedy... nie ma ich tutaj. Meg nachmurzyła się. 
– Więc gdzie są? 
– Chyba poszli do Blue Jay. 
– Po jaką cholerę ich tam zaniosło?! 
Meg znów zadrżała; winien był temu chłód panujący w pokoju. 
– Nie przypuszczam, aby potrafili na to odpowiedzieć, ale... 
– Sadie, tu jest zimno – przerwała Meg. – Dlaczego tutaj jest tak zimno? 
– Nie wiem, pani Forrest... 
– Gdzie jest Gilly? 
– Tutaj, psze pani – odezwał się męski głos przeciągający słowa. 
– Gilly, w moim biurze zrobiło się chłodno, co na to ci twoi faceci – zasnęli nad 

przełącznikami? Oczywiście ci, którzy nie poszli do Blue Jay. 

–  Tak,  psze  pani,  już  odpowiadam.  Przeszliśmy  na  awaryjne  zasilanie  i 

wyłączono wszystkie zbędne urządzenia. 

Wpatrywała się w interkom, nie wierząc własnym uszom. 
– Jakie znów awaryjne? Kto tak zdecydował? 
– No, Red, właśnie chcieliśmy to pani jakoś powiedzieć... 
Meg podbiegła do obrotowych drzwi, zanim skończył mówić. Jej oczy płonęły, 

twarz była rozogniona, pięści zaciśnięte. 

Sadie  odruchowo  usiadła  na  krześle  i  zaczęła  coś  pisać  na  maszynie;  nawet 

Gilly,  ważący  ponad  sto  kilogramów  eksmarynarz,  wycofał  się  drobnymi 
kroczkami. 

– Co za diabeł – zapytała złowieszczo – dał Redowi Worthingtonowi prawo do 

uruchamiania awaryjnego zasilania bez mojej zgody? 

Gilly, który już przyszedł do siebie, wziął z biurka wydruk dalekopisu. 

background image

– To krajowa prognoza pogody – powiedział wręczając jej papier. 
Meg  wyszarpnęła  raport  z  rąk  Gilly’ego  i  przeglądała  go  szybko,  desperacko 

próbując uspokoić się i przeczytać komunikat z zawodową obiektywnością. Burza 
rzeczywiście  nasilała  się  w  takim  stopniu,  że  wymagało  to  już  zastosowania 
określonych przepisami środków bezpieczeństwa. Podczas czytania raportu doszła 
do  wniosku,  że  zrobiłaby  dokładnie  to  samo,  co  zrobił  Red.  I  to  właśnie  tak  ją 
rozwścieczyło. 

– Dlaczego nie otrzymałam raportu w momencie jego przesłania? – spytała. 
–  Pani  Worthington  –  odpowiedział  szczerze  Gilly  –  pani  już  tu  nie  pracuje. 

Red i Joe byli właśnie w radiostacji, gdy to nadeszło. 

– Gdzie on jest? 
– Joe? 
– Red! – prawie zaryczała Meg. 
Gilly wzruszył ramionami. 
– Wydawało mi się, że słyszałem, jak z kimś rozmawiał, zanim poszedł do Blue 

Jay. 

Meg  przeszła  godnie  przez  pokój,  wpychając  zwinięty  raport  do  kieszeni. 

Zatrzymała  się  tylko  raz,  by  skonsultować  z  Joem  najświeższe  informacje  o 
pogodzie i gwałtownie opuściła budynek. 

Zimno  dosłownie  zaparło  jej  dech.  Owinęła  szalikiem  usta  i  momentalnie 

poczuła,  jak  zesztywniał  na  mrozie.  W  powietrzu  wirowało  tylko  kilka  suchych 
płatków  śniegu,  ale  wiatr  był  wystarczająco  silny,  by  w  razie  nagłego  porywu 
zwalić  ją  z  nóg.  Między  kompleksem  biurowym  a  Blue  Jay  ktoś  rozpostarł  tak 
zwaną linę życia – długi jasnożółty marynarski sznur; to było także częścią planu 
bezpieczeństwa. W przypadku przedłużającego się zagrożenia Blue Jay  mógł być 
dla  wszystkich  jedynym  źródłem  żywności  i  gdyby  nie  ta  lina,  byłoby  zupełnie 
prawdopodobne,  że  ktoś  zgubiłby  się  nawet  parę  metrów  od  drzwi  wejściowych 
baru. Meg chwyciła mocno linę i ruszyła przeciw wiatrowi. 

Weszła do przedsionka Blue Jay oddychając ciężko, rozmasowując zmarznięte 

palce i tupiąc nogami, aby przywrócić ciału właściwe krążenie. 

Skoczne  tony  muzyki  country  i  odgłosy  śmiechu  ledwie  dochodziły  zza 

ciężkich drzwi odgradzających wnętrze. 

Zdjęła okrycie, powiesiła na haku i pchnęła drzwi. 
W  pokoju  było  aż  gęsto  od  tytoniowego  dymu  i  wyziewów  przypalonego 

tłuszczu. Dobiegający z szafy grającej głos piosenkarki wył rozdzierająco, a ponad 
połowa personelu Meg zebrała się wokół stołu bilardowego, śmiejąc się, żartując i 

background image

popijając piwo. 

Między nimi znajdował się, oczywiście, Red Worthington. 
Meg  stała  pod  drzwiami  ze  skrzyżowanymi  ramionami  i  zaciśniętymi  ustami, 

dopóki jej nie zauważyli. 

To trwało jakieś pół minuty. 
Nagle  na  widok  Meg  ktoś  zaczął  gwizdać  piosenkę  „Czarownica  nie  żyje”  z 

filmu „Czarnoksiężnik z Oz”, po chwili inni podchwycili tę melodię i teraz prawie 
wszyscy, z wyjątkiem tych, którzy nie mogli stłumić śmiechu, zgodnie gwizdali. 

Meg pozwoliła im na ten zbiorowy występ, później rzekła sucho: 
– Nie jestem w nastroju, panowie. Czy ktoś mógłby mi powiedzieć, dlaczego w 

czasie  pierwszego  stopnia  zagrożenia  muszę  przeczesywać  bary,  szukając  mojej 
załogi? 

Lewis potarł kredą swój kij bilardowy. 
– Tylko dlatego, że po pierwsze już nie jesteśmy pani załogą, a pod drugie jest 

właśnie przerwa na lunch – odparł. 

Meg popatrzyła na zegarek. 
– Jest dokładnie  jedenasta  czterdzieści pięć.  Lunch, o ile sobie  przypominam, 

nigdy nie zaczyna się przed dwunastą. 

–  Ósma  kula  do  środkowej  kieszeni  –  powiedział  Red  i  pochylił  się,  aby 

dokonać uderzenia. 

Meg zbliżyła się do stołu i schwyciła bilę. Kula uderzyła ją boleśnie w rękę, a 

jej zachowanie wywołało głośny wrzask protestu wśród graczy. 

Patrzyła na Reda, a gniew napinał jej mięśnie. 
–  A  ty!  Może  mi  powiesz,  kto  cię  upoważnił  do  uruchamiania  systemu 

bezpieczeństwa za moimi plecami? – spytała. Red wyprostował się wolno. 

– Proszę cię, kochanie, nie przy dzieciach... 
– Zrobiłeś to celowo – odrzekła, tylko odrobinę ściszając głos. – Wiedziałeś, że 

moje biuro będzie odcięte od dopływu energii jako pierwsze i sądziłeś, że to może 
być niezwykle zabawne. 

Próbował  spojrzeć  na  nią  niewinnie,  ale  było  to  niemożliwe,  ponieważ 

ironiczny uśmiech wciąż igrał w jego oczach. 

– Ja, skąd, ja przecież nigdy nie łamałem zasad! 
– I mogę się założyć, że to również nie ty zarządziłeś wcześniejszy lunch? 
–  Ludzie  nie  mogą  żyć  tylko  pracą.  Połóż  tę  bilę  z  powrotem,  kochanie. 

Przeszkadzasz nam w grze. 

Meg  nadal  ściskała  kulę  i  gorączkowo  szukała  dalszych  argumentów.  Red 

background image

obserwował ją z wyraźną przyjemnością. Wyglądał tak, jakby czytał w jej myślach. 

Po  chwili,  w  pełni  już  opanowana,  obrzuciła  całą  grupę  badawczym 

spojrzeniem i powiedziała: 

–  Mam  nadzieję,  że  to  was  ucieszy,  chłopcy:  za  godzinę  osiągniemy  drugi 

stopień  zagrożenia  i  ten,  kto  nie  będzie  znajdował  się  na  swoim  posterunku,  nie 
dostanie  przepustki.  Wszystko  mi  jedno,  nawet  gdybym  miała  wrócić  z 
Waszyngtonu, by osobiście je wam odebrać. 

Położyła bilę obok Reda z siłą, która mogłaby przebić stół na wylot, odwróciła 

się  i  uroczyście  pomaszerowała  do  baru.  Usiadła  na  stołku  i  Maudie  postawiła 
przed nią szklaneczkę burbona. 

Maudie, szefowa i właścicielka Blue Jay, była wysoką kobietą w nieokreślonym 

wieku,  której  pochodzenie  uwidaczniało  się  w  szerokim  czole,  ciemnej  skórze  i 
ciemnych oczach. Mówiono o niej, że kiedyś była piękna, ale teraz została jej już 
tylko imponująca  postawa.  Na  rzemieniu  opasującym  biodra nosiła nóż  do  ciecia 
skór, a pod ladą trzymała spluwę, którą była zdolna rozwalić wszystko. Nie trzeba 
dodawać, że w Blue Jay zdarzały się od czasu do czasu małe kłopoty. 

Meg wypiła burbona drobnymi łykami, wstrząsając się lekko. Było za wcześnie 

na drinka, ale oczywiście winna była nie tylko pora dnia. 

– Czy widziałaś kiedyś większą bandę nałogowych pijaczków? – zwróciła się z 

pytaniem do Maudie. 

– Gdyby pracowali za darmo, to i tak jeszcze byliby przepłacani. Co się z nimi, 

do diabła, dzieje?! 

Maudie, która raczej nie była małomówna, popatrzyła na Meg z zadowoleniem, 

że wreszcie będzie mogła sobie pogadać, ale właśnie Red wślizgnął się na stołek 
tuż obok Meg. 

– Nie lubią cię tutaj i mają ku temu powód – powiedział wprost. 
Posłała mu nienawistne spojrzenie znad szklanki. 
– Dzięki za tę nieco spóźnioną wiadomość. 
Red pchnął pusty kufel od piwa wzdłuż baru, a Maudie natychmiast podsunęła 

mu pełny. 

– Dostałaś zgraną załogę, Megan – poinformował ją. – Twój problem polega na 

tym, że nie dajesz im spokoju, nie pozwalasz wykonywać swojej roboty. 

Meg wskazała niedowierzającym gestem na grupkę przy stole bilardowym. 
– To jest ta ich robota? 
– Pomyśl – odpowiedział spokojnie Red – za – chwilę będzie tu okropna burza. 

Nikt nie potępiłby tych facetów, gdyby się spakowali i wrócili do domu, do swoich 

background image

rodzin, a ty nie mogłabyś ich zatrzymać. Jednak nie odchodzą. Są tu całą noc i cały 
dzień,  nikt  nie  potrafi  przewidzieć  jak  długo,  dopóki  nie  zastąpi  ich  następna 
zmiana.  Tuzin  mężczyzn  ściśniętych  jak  króliki  w  klatce...  Jeśli  to  zrozumiesz  i 
dasz  im  pewną  swobodę,  dopiero  wtedy  będziesz  mogła  nimi  kierować,  a  może 
nawet otrzymasz coś fajnego w zamian. 

Meg wypiła jeszcze jedną lampkę burbona. No oczywiście, Red wziął wszystko 

we własne ręce. Nienawidziła go, kiedy miał rację. Red zawsze potrafił udowodnić, 
że ma rację. 

Meg Forrest  musiała  teraz po  cichu  rozwiązać  swój  złożony  problem.  Dobrze 

wykonywała  powierzoną  jej  pracę i  oczekiwała od  ludzi tego samego.  Wszystkie 
zagadnienia były dla niej czarne lub białe. Nie rozumiała, że ktoś mógłby mieć na 
ich  temat  odmienną  opinię.  Nie  grzeszyła  wyrafinowaniem  i  tłumaczenie  jej 
złożonych spraw było stratą czasu. Naturalnie że chciałaby, tak jak Red, cieszyć się 
powszechną sympatią. Ludzie lubili Reda za jego wyrozumiałość, dowcip i wdzięk 
osobisty, a Meg po prostu nie umiała zachowywać się tak jak on. 

Raniły ją słowa Reda, a frustracja potęgowała jeszcze to uczucie. 
Nie chciała przyznać się do tego przed Redem. 
–  Rzeczywiście  nie  mogłeś  zrobić  nic  lepszego,  tylko  przylecieć  tutaj  i 

nakłaniać załogę do buntu w tak trudnej sytuacji – powiedziała z przekąsem. 

Nie wyglądał na zdenerwowanego i spokojnie popijał piwo. 
– Rozpogódź swe czoło, sierżancie. Nie biegniesz teraz do wojskowego baraku 

i nieważne, co powie tatuś. Nie każdy jest urodzonym żołnierzem. 

Patrzyła na niego wilkiem. Jej ojciec, generał, był człowiekiem, który zawsze 

imponował Meg. 

Wolałaby,  aby  barowe  stołki  nie  stały  tak  blisko  siebie,  albo  żeby  Red  nie 

zbliżał się tak do niej. Stopami zahaczał o jej stołek, a kolanami przyciskał kolana 
Meg. Kiedy podnosił kufel z piwem, lekko odsunęła ramię. 

Teraz,  kiedy  patrzyła  w  dół,  widziała  wyraźnie,  że  uda  Reda  zbliżają  się 

nieuchronnie  do  jej  ud.  I  nawet  wtedy,  gdy  uprzejmie  przesunął  stopy,  aby  jej 
przypadkiem nie dotknąć, wciąż czuła ciepło jego ciała. 

Burbon  nie  mógł  przytępić  w  pamięci  Meg  smaku  jego  skóry,  gdy  delikatnie 

dotykała jej językiem. 

Pił piwo, a po chwili znów otarł się ramieniem o Meg. Była pewna, że zrobił to 

celowo. 

– Co tu porabiasz o tak wczesnej godzinie, popijając piwo? Czy nie wiesz, że to 

szkodzi na wątrobę? – spytała. 

background image

– Ty z pewnością nie masz takich problemów. 
– Popatrzył znacząco na szklaneczkę whisky. 
– Lepiej coś zjedz, inaczej padniesz trupem. 
Meg pociągnęła jeszcze łyk. 
– Nie jestem głodna. 
– Hej, Maudie, daj nam dwa Buffalo-burgery z cebulką, dobrze? – Uśmiechnął 

się do Meg. 

–  Przyjemnie  obserwować  sposób,  w  jaki  przygotowujesz  się  do  spędzenia 

czasu w zamkniętej strefie. 

 – Ponosi cię wyobraźnia. 
Meg upiła łyk ze szklanki. Oczy Reda śledziły każdy ruch jej ręki. Zauważyła, 

że patrzy na jej ślubną obrączkę. 

Postawiła szklankę i opuściła rękę na kolana. 
– Próbowałam sobie z tym poradzić – szepnęła – ale nie chce zejść. Mój palec 

musiał zgrubieć. 

Popatrzył na nią z żartobliwym błyskiem w oku. 
– Wszystkiemu winien ten wilgotny, tropikalny klimat. 
Spoglądając na swoją dłoń wzruszyła ramionami. 
– Nie myśl, że będę ci się tłumaczyć. Zachowam ją, bo słyszałam, że to chroni 

przed rekinami i ułatwia spędzenie nocy z żonatym mężczyzną. 

– Jesteś wstrętna. – Sięgnął po kufel. – Nauczyłaś mnie wszystkiego, co umiem, 

dziecino. 

Odsunęła się, ale chwycił ją za ramię. 
– Hej! – zawołał. 
Popatrzyła mu w oczy i nagle zatrzymała się. Z oczu Reda wyzierał spokój, w 

jego spojrzeniu była szczerość i nieme pytanie. W ten sposób nigdy nikt na nią nie 
patrzył. 

–  Byłem  ci  wierny  cały  czas,  gdy  byliśmy  małżeństwem.  Nawet  teraz  – 

powiedział. 

Serce Meg zabiło mocno powolnym, ciężkim rytmem. Wpatrywała się w Reda, 

próbując odgadnąć jego myśli, ale on puścił jej ramię i znów zajął się piwem. 

Uścisk jego palców Meg odczuła jako pieszczotę. Była pewna, że w czasie ich 

krótkiego  małżeństwa  Red  był  jej  wierny,  ale  żyli  w  separacji  już  od  sześciu 
miesięcy. Mógł robić, co chciał, a myśl o tym stawała się nieznośną udręką. 

Pragnął, żeby o tym wiedziała. To było pierwsze osobiste zwierzenie, od czasu 

gdy powiedział – żegnaj. 

background image

Rozluźniła się i usiadła ponownie na stołku. Wzięła jeszcze jednego burbona, 

aby zwilżyć gardło. Po chwili spytała: 

– Dlaczego mi to mówisz? 
Patrzył zakłopotanym, a nawet przepraszającym wzrokiem. 
– Nie wiem. Może dlatego, abyś wiedziała, że nie jestem taki najgorszy i może 

nie  powinienem  winić  się  za  to,  że  nigdy  nie  byłaś  zadowolona  z  mojego 
postępowania. 

Wyraźnie próbował jej dopiec i udało mu się to. Naruszył jej strefę ochronną. 
– A ja – powiedział z zastanowieniem – jakoś nigdy nie oskarżałem cię o to. 
– No to robisz to teraz. – Mówiąc to czuła się jak kłótliwa jędza. 
W jego spojrzeniu dostrzegła satysfakcję. 
– Znów w swojej typowej roli. 
Meg spojrzała  mu  w  oczy,  lecz teraz  były  puste.  Bezmyślnie wpatrzyła  się  w 

blat stołu. 

Po  chwili  ukazała  się  Maudie,  niosąc  dwa  talerze  hamburgerów  otoczonych 

stertą frytek z dodatkiem marynaty. 

Meg trąciła łokciem swoją szklankę, Maudie zabrała ją i napełniła ponownie. 
–  Kobietka  lubi  sobie  poeksperymentować  –  powiedział  Red.  –  Radziłbym 

popić to wodą. 

– Nie widziałeś jeszcze prawdziwych eksperymentów – ostrzegła. , Śmiał się i 

jadł hamburgera. 

– Uwierz mi, mógłbym napisać książkę na ich temat. 
Meg  patrzyła  zdegustowana  na  swój  talerz.  Hamburgery  nie  były  zrobione  z 

wołowiny,  ich  szumna  nazwa  „Buffalo-burger”  nieudolnie  maskowała  twardość  i 
podły smak mięsa. 

Niestety  Red  miał  rację:  może  jej  się  tu  przydarzyć  coś  niemiłego,  jeśli 

natychmiast  nie  spróbuje  zjeść  czegoś  gorącego.  Przysunęła  hamburgera  bliżej. 
Dzięki  Bogu,  nadpłynęła  nowa  szklaneczka  burbona,  pomagając  zabić  przykry 
smak mięsa. 

– Pierwszą rzeczą, jaką zrobię po powrocie do domu – powiedziała – to pójdę 

do  Georgetown  Hotel  i  zamówię  największy,  najgrubszy  i  najbardziej  soczysty 
stek. 

– No to zamów także jeden dla mnie, dziecinko. 
Powiedział  to  tak  zwyczajnie,  wkładając  do  ust  kolejny  kawałek  mięsa. 

Naprawdę nie było powodu, aby te słowa podziałały na nią jak pchnięcie noża. A 
przecież...  przez  dwa  lata  pobytu  tutaj  miała  jedno  szczególne  marzenie  – 

background image

wyłożony  pluszem,  nowocześnie  urządzony  pokój  hotelowy,  wielkie  łóżko  z 
szorstkimi  białymi  prześcieradłami  i  obsługa  gotowa  na  każde  skinienie.  Przede 
wszystkim to właśnie sobie wyobrażała. 

Jakaś kostka utkwiła jej w gardle, wypluła ją. Do licha, on przypuszczał, że to 

rzeczywiście może się zdarzyć! 

– To będzie wiosną w Waszyngtonie, gdy zakwitną wiśnie – powiedział nagle. 
Walczyła z ogarniającym ją uczuciem. Byłoby głupio wyprzedzić jego reakcje. 
–  Przez  najbliższy  miesiąc  z  pewnością  nie  zakwitną.  Jest  dopiero  marzec  i 

czeka nas jeszcze dużo chłodnych dni. 

–  Ja  też tak  myślę.  Dawno nie byłem  w  centrum  kraju  i  wielu prawidłowości 

przyrody już nie pamiętam. Wciąż wybierasz się na Hawaje? 

Jeszcze  jedno  marzenie.  Zalana  słońcem  plaża,  zapach  kokosowego  mleka, 

obnażone ciało na plażowym ręczniku i pieszczota słońca na piersiach... Mógłby to 
być ich miodowy miesiąc. Czy całe jej życie upłynie na marzeniach, które nigdy się 
nie spełnią? 

– Tak – odpowiedziała i z determinacją wbiła zęby w swojego hamburgera.  – 

Mam jeszcze sporo rzeczy do zabrania. Powinnam spędzić jakąś godzinkę w biurze 
na posegregowaniu ich. W czasie tej pracy będę mogła błądzić myślami gdzieś po 
południowym Pacyfiku. 

Wciąż czuła na sobie jego wzrok i zastanawiała się, czy pamięta. Nie wiedziała, 

co może się stać, gdy nadal będzie tak patrzeć w jego oczy, więc z zakłopotaniem 
spuściła głowę. 

Zapadła cisza. Meg przełknęła ostatni kawałek hamburgera i stwierdziła: 
– Znów to robisz. 
– Co? 
– Uporczywie gapisz się na mnie. 
–  Och,  przepraszam.  –  Odwrócił  wzrok  i  nadal  sączył  piwo.  –  Myślałem,  że 

powinnaś sprawić sobie jakieś nowe ubrania. 

Oczywiście nie o tym myślał, jednak Meg była mu wdzięczna za to kłamstwo. 

Odsunęła talerz. 

–  Jeśli  będę  dłużej  patrzeć  na  tego  hamburgera,  to  z  pewnością  zwymiotuję. 

Maudie, czy jest szarlotka? 

– Nie ma dziś szarlotki, niestety, mam tylko dwie ręce. – Maudie chciała zabrać 

talerze,  ale  Red  walczył  jeszcze  z  ostatnimi  frytkami.  –  Jeśli  chcesz  szarlotkę, to 
przyślij mi tu tę zwariowaną dziewczynę do pomocy. 

– Dancer? 

background image

– Wciąż się spóźnia. 
– Jestem pewna, że przyjdzie dzisiaj. 
Maudie parsknęła. 
– Myślisz, że jestem głupia? Z pewnością przytula się teraz do jakiegoś faceta, 

zamiast  wziąć  się  do  pracy!  Mam  tylko  trochę  bananowego  chleba,  ale  jest 
wczorajszy. 

– Gdzie dostaliście banany? 
Maudie spojrzała na nią, jakby Meg była największą idiotką na świecie. 
– Zrobiony z prasowanej mieszanki, czy chcesz kromkę? 
– Dzięki. – Meg usiłowała się nie skrzywić. 
Maudie odwróciła się z kolejnym parsknięciem. 
– Jak tam ostatnia prognoza pogody? – zapytał Red. 
– Wygląda na to, że zbliża się potężna burza – odpowiedziała Meg. – W Little 

Falls  wichura  spowodowała  wiele  uszkodzeń  i  zamknięto  siedemdziesiątą  drugą 
autostradę. W czasie ostatniej godziny przybyło pół metra śniegu. 

– Można będzie ulepić niezgorszego bałwana – powiedział Red. Słysząc to Meg 

uśmiechnęła się mimo woli. 

Chciała to ukryć, więc zwróciła się do Maudie: 
– Jak tam zaopatrzenie? 
– Red przywiózł trochę żywności dziś rano. Myślę, że to wystarczy. 
– Możemy jej sporo potrzebować, zanim ta burza się skończy. 
– Nie martw się, jeśli zapłacisz, to dostaniesz – odburknęła Maudie. 
– Za odpowiednio wyższą cenę – szepnęła Meg. 
Maudie puściła to mimo uszu. 
– Jeśli będziesz tak narzekać, to możesz nie dostać niczego. 
Twarz Meg przybrała przepraszający wyraz. 
– Czy mogę zajrzeć do twojej spiżarni? 
– Po co? – Maudie spojrzała podejrzliwie. 
– Chciałabym zobaczyć, co dostałaś, może mogłabym coś kupić. 
Maudie patrzyła sceptycznie, wreszcie zdecydowała niechętnie: 
– Red ci pokaże. Wie, gdzie leży towar. 
– Czy myślisz, że mam zamiar coś ukraść? 
– Red ci pokaże – powtórzyła stanowczym głosem. 
–  No,  trzeba  zapłacić  –  mruknęła  Meg.  –  Nigdy  nie  spotkałam  bardziej 

nieprzyjemnej kobiety. 

Red pchnął pieniądze w kierunku Maudie i wstał. 

background image

– Jestem dziś przy forsie, to mój atut. Chodź, zobaczmy tę spiżarnię. 
 

background image

Rozdział 4 

 
Red objął ją ramieniem. 
–  Czego  potrzebujesz?  –  zapytał,  szerokim  gestem  wskazując  dwoje  drzwi, 

które prowadziły do kuchni. – Świeża żywność czy mrożona? 

Skierowała się do drzwi na lewo. 
– Skąd wiesz, gdzie się co znajduje? – spytała. 
– Rozładowywałem większość tych skrzyń osobiście. 
Obrzuciła go nieufnym spojrzeniem. 
– Mnie nigdy nie pomagałeś przy czymś takim. 
– Ty nie jesteś nieszczęśliwą kobietą. 
Ściany  magazynu  od  dołu  do  góry  zastawione  były  puszkami  konserw, 

pozostała przestrzeń zawalona najprzeróżniejszymi kartonami. 

– Dobry Boże – powiedziała cicho Meg – zgromadziła tyle tego wszystkiego, 

że mogłaby tu przeżyć trzecią wojnę światową. 

– Taka jest właśnie Maudie – zgodził się z ochotą – lubi się zabezpieczyć. 
Meg  przeciskała  się  między  stertą  wojskowych  koców  a  stosem  kartonów 

wypełnionych serwetkami. Red szedł za nią, czuła, że coraz bardziej się zbliża. 

– Czy myślisz, że powinniśmy powiedzieć jej o tych kocach? Jeśli chłopcy będą 

musieli tu tkwić całą noc, trzeba pomyśleć o spaniu. 

Jego głos był beznamiętnie rzeczowy, ale Meg zdawało się, że znów przysunął 

się do niej nieco bliżej. 

Nie odwróciła się jednak, aby to sprawdzić. 
– Mam nadzieję, że pożyczy te koce. 
– Najprawdopodobniej nie. 
Oparł  ramię  o  półkę  tuż  przed  nią  i  nagle  zamknął  ją  w  pułapce  między 

kartonami serwetek a puszkami konserw z siekaną wołowiną. 

–  Specjalny  rodzaj  przyjemności,  co?  –  spytał,  a  w  jego  głosie  pobrzmiewał 

żartobliwy ton. – Czy niczego sobie nie przypominasz? 

Meg wiedziała dobrze, do czego się odwoływał, i jej policzki zaczerwieniły się. 

Pierwsze  przyjęcie,  w  którym  uczestniczyli  jako  małżeństwo,  skończyło  się 
gwałtownym  aktem  miłosnym  w  garderobie  pełnej  płaszczy,  w  pokoiku  o  wiele 
mniejszym niż ten. 

– Nie – odpowiedziała oschle i odepchnęła jego rękę. 
–  Ależ  Megan,  gdzie  się  podziały  twe  romantyczne  porywy?  –  Ze  śmiechem 

background image

uniósł ją i obrócił wokoło. Patrzyli sobie w oczy. Red uśmiechał się. 

Jej  puls  bił  coraz  szybciej,  ciało  było  jak  naelektryzowane,  a  brzuch  napięty. 

Czuła na szyi gorący oddech. Porażała ją świadomość takiej bliskości. 

Podobne  uczucia  mogła  wyczytać  z  twarzy  Reda.  Malowały  się  na  niej 

zaskoczenie i obezwładniające pragnienie seksu. 

– Zabierz ręce – powiedziała prawie szeptem. 
–  Tak,  myślę,  że  tak  będzie  lepiej  –  zgodził  się  –  od  razu,  ale  nie  wykonał 

najmniejszego ruchu. Patrzył na nią i nadal pożerał ją wzrokiem. Przełknęła ślinę. 

– Red, pozwól mi odejść. 
– W porządku. 
Jego  ciemne  oczy  połyskiwały  zielonkawym  blaskiem  klejnotów.  Znajomy 

zapach  ciała  uniemożliwiał  chłodne  rozumowanie.  Tak  bardzo  pragnęła  go 
dotknąć.  Tak  łatwo  byłoby  wsunąć  się  teraz  w  jego  ramiona,  zatonąć  w  silnym 
uścisku i połączyć się z nim ten ostatni raz. 

Resztką  sił  próbowała  wymknąć  się  z  pułapki,  ale  nagle,  z  lunatycznym 

spojrzeniem, odrzuciła głowę w tył i kurczowo objęła go w pasie. Pod materiałem 
koszuli wyczuwała napięte mięśnie. Zbliżyli się do siebie tak bardzo, że nie mogła 
zrobić już ani kroku. 

Wzięła głęboki oddech mając nadzieję, że w ten sposób wróci do równowagi. 

Jednak  to  spazmatyczne  westchnienie  tylko  spotęgowało  uczucie  słabości  i 
oszołomienia. Jeden jedyny, ostatni raz... 

Dotknęła ustami jego ust i zatraciła się w miłości. Poczuła rozkoszny ból w dole 

brzucha i dreszcz wstrząsnął jej ciałem. 

– Proszę cię, rozchyl wargi, najdroższa – wyszeptał. 
–  Nie.  –  Podniosła  ręce  w  geście  samoobrony,  ale  nagle  natrafiła  na  jego 

miękkie włosy i jeszcze mocniej przyciągnęła go do siebie. Poczuła w ustach język 
Reda; jej pocałunki stały się chciwe, a pożądanie wzrosło. 

Pomogła mu włożyć ręce pod sweter. Były tak gorące, nawet w porównaniu z 

jej  rozpaloną  skórą.  Pieścił  teraz  jej  piersi,  na  pozór  szorstko  i  mało  delikatnie,  a 
jednak traciła oddech i myślała, że łomot własnego serca zabije ją. 

– Przestań, to szaleństwo – wyszeptała. 
– Wiem. – Jego wargi okrywały szybkimi pocałunkami jej ciało, a gwałtowny 

oddech oblewał żarem szyję. 

Meg  przesunęła  dłonie  w  dół,  pieszcząc  uda  Reda.  Pomiędzy  ich  ciasno 

splecionymi ciałami poczuła twardy kształt. 

– Nie możemy – wyszeptała, ale zaczęła rozpinać guziki koszuli Reda. 

background image

– Jesteśmy małżeństwem. 
Włożył ręce w jej dżinsy i gładził nagie pośladki. 
– Ktoś może tu wejść – szepnęła. 
Zawahał się tylko na moment, sprawdzając jedną ręką, czy drzwi są zamknięte. 

Po krótkiej chwili znów wpił się w jej usta. 

– Nie możemy tego robić – powtórzyła słabo, a on zgodził się, zdyszany. Oboje 

wiedzieli, że jest już za późno, aby się wycofać. 

Ostatni  raz,  myślała,  jeden  raz  w  odwecie  za  te  wszystkie  przyszłe  samotne 

noce... I gdy na moment przestał ją całować, szepnęła: 

– Zrobimy to, nikt się przecież nie dowie. 
– Tak, Megan. 
– To nie ma znaczenia, jesteśmy dorośli. 
– To niczego nie zmieni. 
– Niczego. 
– To tylko seks. 
– Kłamca! 
Patrzyła  w  jego  przymglone  oczy,  w  tę  podnieconą  twarz  i  jeszcze  raz 

wyszeptała: 

 – Tak. 
Pod  sobą  czuła  szorstki  koc,  a  wewnątrz  ciała  przeszywającą  rozkosz.  Objęła 

Reda  konwulsyjnie  ramionami  i  nogami,  gotowa  wyjść  mu  na  spotkanie. 
Przeżywała udrękę oczekiwania i nadzieję na spełnienie. Otrzymała już tak wiele, 
teraz, w tej chwili, ale pragnęła jeszcze więcej i zupełnie nie czuła się nasycona. 

Oczekiwała tej ostatniej chwili palącej przyjemności, która mogła być zawsze 

jeszcze większa. 

Pogrążyła  się  w  nim.  Cały  był  płomieniem  i  wspaniałą  męską  stanowczością. 

Wszystko, o czym chciała teraz pomyśleć, stawało się jego imieniem. Red należał 
do niej, był jej częścią. 

Przez długi czas oddychali ciężko, spleceni ramionami tak ciasno, aż uścisk stał 

się bolesny. Otwarte usta Meg dotykały ramion Reda, palce zaciskała wciąż na jego 
pośladkach. Nie otwierała oczu, aby jeszcze przedłużyć stan rozkoszy. Nadal czuła, 
że Red należy do niej i nie mogła powstrzymać w myśli gwałtownie powracającego 
błagania. Nie zostawiaj mnie Red, nie... 

Jednak  w  końcu  stało  się.  Napięcie  opadło  i  w  milczeniu,  z  trzęsącymi  się 

rękoma, pospiesznymi ruchami zaczęli szukać swoich ubrań. Maudie z pewnością 
była zaciekawiona, co się z nimi stało. Ktoś mógł tu wejść lada moment. 

background image

Meg  czuła  się  rozbita  i  oszołomiona.  To  było  ich  ostateczne  pożegnanie  – 

szaleństwo  w  ponurym  magazynku.  Chyba  zasługiwali  na  coś  więcej?  Zacisnęła 
usta, aby się nie rozpłakać. 

Powinni po tym wszystkim poczuć się lepiej, tak się jednak nie stało. Tęsknota i 

pragnienie  dokuczały  Meg  jeszcze  bardziej.  Myślała  na  przemian:  powiedz  coś, 
Red, dotknij mnie, obejmij, to znów: nie, nic nie mów i niczego nie rób. 

O czym on teraz myśli i czy także cierpi? 
Oczywiście, że nie. Mężczyźni nie reagują na seks w ten sposób, nie zawracają 

sobie głowy sentymentami. Akceptują wszystko, co im się przydarza. 

To, co zrobili, było szaleństwem, ale Meg postanowiła niczego nie żałować. To 

nie  miało  znaczenia.  Jeśli  mężczyźni  w  takich  chwilach  po  prostu  wstają  i 
odchodzą, to dlaczego ona nie mogłaby zrobić tego samego? 

Ależ mogła! 
Zapięła pasek, przeczesała palcami włosy. 
– Czy wszystko w porządku? Długo nie odpowiadał. 
– Taak, wspaniale. 
Wstała  z  drżącymi  kolanami,  żar  wciąż  przenikał  jej  ciało.  Jednak  powoli 

zaczęła się już kontrolować. 

– Wyjdę pierwsza – powiedziała, wciąż nie mogąc spojrzeć mu w oczy. 
Red wstał również, a jego głos był szczególnie zmieszany, gdy wyszeptał: 
– A więc to jest to... 
Poczuła się dotknięta, ale umiała być przecież równie chłodna jak on. 
–  Czy  chcesz,  abym  ci  powiedziała,  że  to  było  dobre?  To  zawsze  było  dobre 

między  nami,  Red.  –  Głos  jej  się  łamał  i  posłała  mu  wymuszony  uśmiech.  – 
Dlatego cię poślubiłam, pamiętasz? 

Na chwilę jego oczy zapłonęły gniewem. 
–  W  porządku  –  odpowiedział  beztrosko.  –  Gdybym  miał  tę  świadomość 

wcześniej, mógłbym brać za to forsę „od godziny”. 

Meg rzuciła się do drzwi. 
– Poczekaj chwilę. 
Wstrzymała oddech, ale Red tylko poprawił jej skręcony pasek i odszedł. 
– Dzięki – odpowiedziała bezbarwnym głosem. 
– Zawsze do usług. 
Wciąż oczekiwała, że zrobi coś ważnego, ale nie miała pojęcia, co by to mogło 

być. 

Kłaniając się głęboko, otworzył przed nią drzwi. 

background image

Zdusiła łzy i wyszła. 
Red  poczekał,  aż  zostanie  sam,  potem  z  całych  sił  zaczął  walić  w  ścianę 

pięściami. Nie była tak twarda, jak sobie wyobrażał, a tylko dotkliwy ból mógł w 
nim stłumić rodzącą się potrzebę krzyku. 

Zacisnął powieki i oparł głowę o ścianę. 
– Cholera – szepnął. – Niech ją diabli wezmą, ją, mnie  i te wszystkie szalone 

bóstwa, które zetknęły nas razem na nowo. Czy to wspólne obcowanie nie mogłoby 
być trochę łatwiejsze? 

Źle podszedł do sprawy. Nie powinien wracać do Adinorack. Skąd wzięła się w 

nim ta potrzeba samoudręczenia? 

To  było  proste.  W  swoim  stosunku  do  Meg  nie  kierował  się  zdrowym 

rozsądkiem i nie umiał postępować właściwie. 

Musiał się jakoś od niej uniezależnić. Czy mógł uczynić coś, co zmieniłoby na 

lepsze  jej  uczucia  do  niego?  Przyglądała  mu  się  tak  szorstko  i  badawczo,  jakby 
myślała,  że  to,  co  się  między  nimi  przed  chwilą  wydarzyło,  było  jedynie 
nieważnym incydentem w jej rozkładzie dnia. Czy wiedziała, że zawsze gdy kochał 
się z nią, oddawał jej cząstkę własnej duszy? 

– Do diabła – wyszeptał znów i otwierając oczy, ponuro rozejrzał się dokoła. 

Jego ręka już tak nie drżała, ale ból w piersiach nie ustępował. 

A  burza,  z  powodu  której  znalazł  się  w  tej  pułapce,  jeszcze  się  nawet  nie 

zaczęła. 

 
Przenikliwy  i  paraliżujący  podmuch  arktycznego  wiatru  popychał  Meg  przez 

ulicę. O niczym nie myślała i nie czuła niczego prócz zimna. Wreszcie zatrzasnęła 
za sobą drzwi i zrzuciła wierzchnie okrycie. 

Twarz miała zarumienioną, oczy jej błyszczały, ale mogło to być spowodowane 

ujemną  temperaturą  powietrza.  Nikt  nie  zauważył  nic  niezwykłego  w  jej 
wyglądzie. Wspólny pokój spełniał teraz rolę klubu karcianego. 

Nagle usłyszała swój własny głos: 
– Gilly, twoi chłopcy powinni się już wymienić. Wygląda, że będzie to męcząca 

noc. I poślij kogoś do Blue Jay, nie mam ochoty znowu tam iść. 

Sześciu  graczy  zgromadzonych  wokół  stołu  wytrzeszczyło  na  nią  oczy,  jakby 

nie byli pewni, czy dobrze słyszą. 

– Wszystko, czego sobie życzysz, szefie! 
– Ty też powinnaś wrócić do siebie, oczekuję telefonu  – Meg zwróciła się do 

Sadie. 

background image

– Nic z tego – odparła z satysfakcją sekretarka. – Telefony nie działają. 
–  – Skoro tak, możesz właściwie iść do domu. Nie ma powodu, abyś tu tkwiła. 
Sadie uniosła brwi. 
– Nie nabierasz mnie? – Ale nie czekała na odpowiedź. – No to lecę, cześć! 
Meg weszła do kabiny radiooperatora. 
– Jakie wiadomości, Joe? 
Odwrócił krzesło i rzekł zadowolony z siebie: 
– Temperatura spadła o dwadzieścia stopni. 
– To wszystko? 
– Zbliża się centrum burzy i będzie to coś w rodzaju piekła, pani Worthington. 
– Kiedy to nastąpi? 
Spojrzał w notatki. 
–  Najsilniejszy  wiatr  i  śnieg  są  jeszcze  około  stu  pięćdziesięciu  kilometrów 

stąd. 

Meg skinęła głową. 
–  W  porządku,  Joe,  idź,  zjedz  lunch.  I  jeżeli  masz  jakieś  osobiste  sprawy,  to 

załatw je teraz. Będziesz nam potrzebny dziś w nocy. 

– Tak, wyobrażam sobie, ale zabrałem kanapkę... 
Potrząsnęła głową. 
– Nie, idź zjeść coś gorącego, napij się piwa. Kto wie, jak długo tu zostaniemy. 
– Ale co z... – Wskazał wzrokiem na urządzenia radiowe. 
– Rzucę na to okiem, idź. 
Wyplątał się z licznych przewodów i wstał. 
– Jeżeli pani tak mówi... 
W drzwiach odwrócił się jeszcze. 
–  Aha,  wnieśliśmy  pani  rzeczy.  –  Wskazał  gestem  róg  pokoju.  –  Nie 

wiedzieliśmy, gdzie je położyć. 

Meg  patrzyła  na  swój  bagaż:  dwie  walizki,  kartonowe  pudło,  wszystko,  co 

zostało z dwóch ostatnich lat jej życia, a to pudło nawet nie należało do niej. 

– Dzięki, Joe. 
Włączyła  radio,  radar  i  dalekopis,  które  wydawały  się  tak  samo  martwe  jak 

telefony. 

Wreszcie,  wiedziona  jakby  magnetyczną  siłą,  podeszła  do  swoich  bagaży. 

Zignorowała drogie skórzane walizki, uklękła obok kartonowego pudła i otworzyła 
je. 

Niedługo  po  tym,  jak  Red  ją  opuścił,  zebrała  wszystkie  rzeczy,  które 

background image

pozostawił,  i  wrzuciła  je  do  kartonowego  opakowania.  Planowała  wręczenie  mu 
tego pudła w drzwiach, gdyby kiedykolwiek jeszcze się tu pojawił. Nie pokazał się 
jednak  i  pudło  leżało  w  kącie  jej  gabinetu.  Nie  myślała  o  nim  już  od  miesięcy. 
Teraz  spoglądała  na  nie  na  wpół  z  lękiem,  na  wpół  ze  wzruszeniem  i  nie  mogła 
oderwać od niego oczu. 

Nie  było  duże.  Odchodząc  zabrał  swoje  ubrania  i  większość  przedmiotów 

osobistych.  Przynęta  na  ryby,  zmięty  kapelusz,  przygodowa  książeczka  o 
nazistowskich  szpiegach  i  zagubionym  skarbie.  Ich  wspólne  zdjęcie  z 
bożonarodzeniowego  przyjęcia  u  Sadie.  Spoglądał  w  obiektyw  z  uśmiechem. 
Wpatrywała się w to zdjęcie tak długo, aż rozbolały ją oczy. 

Były  tu  i  inne  rzeczy.  Jakaś  pojedyncza  skarpetka,  grzebień,  piłka  golfowa, 

śrubokręt  i  scyzoryk  ze  złamanym  ostrzem.  Rupiecie  należące  do  mężczyzny, 
odpadki, które porzucił tak łatwo i niedbale. Z podobną niedbałością odnosił się do 
ich małżeństwa. Symbolem tego związku były właśnie strzępy zamknięte w pudle. 

Na dnie spoczywała flanelowa koszula w czerwoną kratę. Lubiła w niej sypiać, 

pachniała jego ciałem. Wolno wyciągnęła ją na zewnątrz i przyłożyła materiał do 
policzka.  Był  miękki  i  ciepły.  Red  sprawiał  wrażenie  mocnego  mężczyzny, 
wydawał  się  twardy  i  szorstki,  ale  kiedy  o  nim  myślała,  kojarzył  się  jej  z 
miękkością i ciepłem. Przez te minione dwa lata czuła ciepło tylko wówczas, gdy 
znajdowała się w jego ramionach. 

Koszula pachniała ich ciałami. Nie potrafiła już oddzielić od siebie tych dwóch 

zapachów. 

Nie  wiedziała,  że  jej  twarz  jest  mokra  od  łez,  gdy  nagle  usłyszała  dźwięk 

otwieranych drzwi. Szybko wrzuciła koszulę do pudła. 

– A więc zmusił cię do płaczu – zauważyła Dancer. – Mężczyźni to świnie! 
–  Nie  wygłupiaj  się  –  powiedziała  Meg,  jednak  ukradkiem  wytarła  twarz. 

Wiedziała, że Dancer nie jest skończoną idiotką. – Maudie cię szukała. Lepiej byś 
się wzięła do roboty. 

– Tak, już idę. Wpadłam tylko na chwilę, by zapytać, czy nie poszłabyś ze mną 

na lunch. 

– Już jadłam, dziękuję. – Meg ze sztucznym zainteresowaniem szukała jakiejś 

stacji radiowej. 

Dancer siadła na biurku machając nogami i obserwowała Meg bez skrępowania. 
– Nie pozwoliłaś mu przyjść do siebie, prawda? 
– Nikt do mnie nie przychodzi. 
– Tak to bywa. Jakiś facet cię porzuca i traktuje jak śmieć, więc czujesz się jak 

background image

śmieć i zaczynasz myśleć, że jesteś rzeczywiście śmieciem. Musisz wziąć – się w 
garść, zafundować sobie jakąś prawdziwą przyjemność. 

– Och, na miły Bóg! 
–  Mówię  z  własnego  doświadczenia,  to  zawsze  pozwalało  mi  się  podnieść.  – 

Dancer  zsunęła  się  z  biurka,  zrzucając  na  ziemię  papiery  Joego.  Pospiesznie 
wyładowywała zawartość swej ogromnej torby. 

– Zajmij się sobą – mówiła – włosy, paznokcie, makijaż! Spraw, by mężczyźni 

zwrócili na ciebie uwagę. Zaraz poczujesz się lepiej, zobaczysz! I nigdy więcej nie 
hamuj swych seksualnych potrzeb. 

–  Czy  mogłabyś  przestać?  –  Meg  próbowała  się  bronić,  gdy  Dancer  zaczęła 

wyciągać spinki z jej włosów. – To ostatnia rzecz, jakiej potrzebuję... 

–  Rzeczywiście,  jesteś  taką  ładną  dziewczyną.  Zawsze  myślałam,  że  o  tym 

wiesz, ale może nie miałam racji i może nikt inny nie miał okazji tego zauważyć. 

– Daj spokój, nie jestem w nastroju. 
– Słuchaj, zawsze myślałam, że mogę być fachowcem od kosmetyków. Nawet 

startowałam  do  szkoły  o  tym  profilu,  ale  w  takim  miejscu  jak  to  niewiele  osób 
potrzebuje salonu piękności – opowiadała, rozluźniając kok na głowie Meg. 

– Psujesz wszystko, przestań. – Meg schwyciła się za włosy. 
– Nie, już ci się to podoba. Pewnie nie masz w tej walizce niczego fajnego do 

włożenia. Musimy jednak coś zrobić, żeby facetom gały wyszły na wierzch. 

– Meg spuściła z rezygnacją głowę, gdy Dancer zaczęła rozczesywać jej włosy. 
– Nie, nie mam niczego ładnego do włożenia i nie chcę, aby ktokolwiek gapił 

się na mnie. 

–  No  dobrze,  zrobię  tak,  że  będziesz  wystarczająco  ładnie  wyglądać  i  bez 

wkładania na siebie czegoś wystrzałowego. 

Dancer  wykonała  kilka  ruchów  grzebieniem,  a  potem  odeszła,  aby  podziwiać 

swoje dzieło. Meg patrzyła na nią cierpliwie. 

– Czy już skończyłaś? Czy mogę je znowu odrzucić do tyłu? 
– Nie możesz! Wyglądasz wspaniale. 
– Daj spokój, nie mam na to czasu i nie chcę, aby włosy opadały mi na twarz, 

nie chcę, aby się na mnie gapiono. 

– A więc ktoś jednak zamierza cię oglądać? Poczekaj, jeszcze cienie do oczu i 

trochę dobrej szminki. 

– Słuchaj, to jest miejsce pracy, a nie gabinet kosmetyczny. 
– Nie ruszaj ustami! 
Pomimo protestów Meg, Dancer umalowała jej wargi. W tym wszystkim było 

background image

jednak  coś  zabawnego.  Meg  nigdy  nie  miała  przyjaciółki,  która  by  dotykała  jej 
włosów  i  z  którą  mogłaby  poplotkować  w  nocy.  Zawsze  była  zbyt  zajęta,  zbyt 
rozsądna i zbytnio się spieszyła. 

–  Wiesz  –  powiedziała  Dancer  –  możesz  sobie  być  ważną  osobistością, 

kierować  mnóstwem  ludzi,  którzy  są  gotowi  wypełnić  każdy  twój  rozkaz,  ale 
założę się, że byłabyś szczęśliwsza, gdybyś nieco mniej pracowała. 

–  Tak,  na  pewno  masz  rację.  –  Meg  usiłowała  przytrzymać  jej  rękę,  gdyż 

Dancer próbowała raz jeszcze pociągnąć jej usta szminką. 

– Dlaczego musisz wszystko traktować tak poważnie? Jeśli ci się coś przydarza, 

po  prostu  zgódź  się  na  to.  –  Odłożyła  szminkę  i  krytycznie  przyglądała  się 
zestawowi cieni do powiek. 

– Zostaw to paskudztwo, i tak wyglądam jak czarownica! 
Dancer wybrała inny zestaw. 
– Dobrze – powiedziała, wyjmując mały pędzelek. 
– Czy Red zostanie tutaj na noc? 
– Oczywiście, a gdzie mógłby pójść? 
Meg  była  tak  zaskoczona  pytaniem,  że  nie  protestowała,  gdy  Dancer  zbliżyła 

się ze swoim pędzelkiem. 

Baza  nie  była  duża,  ale  miała  dostatecznie  wiele  pokoi  i  łóżek,  w  których 

mógłby przenocować samotny mężczyzna. Nie było powodu, by miał koczować na 
betonowej podłodze. 

Od pierwszego dnia gdy się spotkali, nigdy nie spali osobno. Oczywiście, kiedy 

Red był tutaj. Spali zawsze razem albo na kanapie w biurze, albo w łóżku w jego 
mieszkaniu. Nawet nie pomyślała, że mogłoby być inaczej. 

To  dowodziło,  jak  bardzo  jej  myśli  były  zmącone  od  chwili  pojawienia  się 

Reda. 

– Zresztą nie wiem, gdzie będzie spał, to jego sprawa – dodała. 
– Tak. – Dancer cofnęła się o krok i z pełnym zachwytu spojrzeniem podziwiała 

efekt swojej pracy. 

– Wiem, gdzie jest wygodne, ciepłe łóżko zupełnie w jego guście. Wprawdzie z 

nim skończyłaś, ale... 

Meg patrzyła na nią osłupiała i na moment straciła mowę. Nie wiedziała nawet, 

co mogłaby odpowiedzieć, ponieważ właśnie w tej chwili męski głos odezwał się 
za nimi: 

– Dziękuję za ofertę, Dancer, ale sądzę, że nie skorzystam. 
To był Red. Stał pochylony w drzwiach, z kubkiem kawy w ręce i obserwował 

background image

je z wyraźnym zadowoleniem. Uśmiechnął się niewinnie i wszedł do środka. 

–  Nie  myśl,  że  tego  nie  doceniam  –  powiedział,  dając  Dancer  delikatnego 

klapsa. – Jednak wiesz, jak to jest. – Wciąż się uśmiechał i patrzył w zadumie na 
Meg. – Nie lubię opuszczać mego samolotu – wyjaśnił. 

 

background image

Rozdział 5 

 
Red nie zamierzał szukać Meg. Chciał po prostu znaleźć odpowiednie miejsce, 

aby  przeczekać  burzę  –  być  może  w  wolnym  pokoju  Maudie  albo  u  któregoś  z 
mężczyzn  pracujących  tej  nocy.  Miał  wiele  możliwości.  Było  jasne,  że  Meg  nie 
pragnie być z nim razem. 

Jednak gdy wszedł do kabiny radiooperatora i zobaczył ją z pasmami włosów 

rozwianymi  wokół  twarzy,  zabawiającą  się  makijażem  niczym  podrastająca 
uczennica, stanął jak urzeczony. Nie widział Meg z rozpuszczonymi włosami od... 
od ostatniego razu, kiedy sam własnoręcznie je rozplótł. 

Dancer  zachowywała  się  być  może  odrobinę  zbyt  wulgarnie,  ale  była  na  tyle 

taktowna, aby umieć się znaleźć w trudnej sytuacji. 

– Lepiej będzie, jak sobie pójdę – powiedziała. 
– Spieszę się do pracy. 
– Tak – zgodziła się Meg, ścierając szminkę z ust. 
– Bądź ostrożna, przechodząc przez ulicę – poradził Red. 
Dancer  zatrzymała  się  jeszcze  na  chwilę  w  drzwiach  i  przesłała  im  na 

pożegnanie wymuszony uśmiech. 

–  Nigdy  nie  lubiłem  cię  w  makijażu  –  skomentował,  gdy  Meg  wyrzucała  do 

śmieci chusteczkę ubrudzoną szminką. 

–  Nigdy  nie  obchodziło  mnie,  co  lubisz  –  odpowiedziała,  wiążąc  włosy  w 

węzeł. 

– Zauważyłem to. 
Zajął miejsce za biurkiem i popijał kawę. 
– Więc skończyłaś ze mną? – dopytywał się łagodnie. 
Meg  spojrzała  na  niego;  twarz  Reda  znajdowała  się  nie  więcej  niż  kilka 

centymetrów od jej twarzy, oczy miał prawie zamknięte, a koszulę rozchełstaną na 
piersiach.  To  nie  miało  znaczenia,  Red  często  chodził  w  rozpiętych  koszulach  i 
kiedyś Meg uważała, że jest to seksowne. 

Nadal tak uważała. 
– Czego chcesz? – spytała opryskliwie. 
– Gilly powiedział, że potrzebujesz kogoś do pomocy. 
– Powinnam być bardziej precyzyjna, kiedy mówiłam mu, żeby kogoś przysłał. 
–  Ty  zawsze  mówisz  dokładnie  to,  co  chcesz  powiedzieć.  Musiałaś  mieć 

jeszcze coś innego na myśli. 

background image

Rozbolały ją zaciskane z wysiłku szczęki, tak chciała zdusić cisnące się na usta 

słowa. Nie miała zamiaru wywlekać tego na nowo, nie miała zamiaru... 

Zaczęła  więc  porządkować  papiery  porozrzucane  przez  Dancer.  Jeden  z  nich 

leżał w pobliżu Reda, schwyciła go gwałtownie i niechcący przedarła na połowę. 

– Spokojnie, spokojnie – strofował ją Red. 
– Wstał, wziął oddarty kawałek i podał jej. 
– Przyniosłem kilka koców – mówił – trochę konserw i skrzynkę piwa. Jeżeli 

będziesz potrzebować czegoś jeszcze, musisz pójść po to sama. 

– Meg wciągnęła hałaśliwie powietrze i nic nie odpowiedziała. To ona powinna 

zatroszczyć się o jedzenie. Zapomniała o tym, a Red zjawił się, aby naprawić jej 
błąd.  Wyświadczał  jej  grzeczność,  którą  doceniała,  chociaż  nie  pragnęła  żadnych 
względów z jego strony. 

– Dobra myśl, harcerzu. Skrzynka piwa to jest to, czego szczególnie będziemy 

potrzebować tej nocy – wykrztusiła wreszcie. 

Wzruszył ramionami. 
– Zdaje się, że już ci powiedziałem, że jeśli chcesz czegoś jeszcze, to możesz 

sama sobie przynieść. 

Podmuch wiatru targnął metalowym uchwytem podtrzymującym okna. Meg aż 

się wzdrygnęła. Nienawidziła odgłosów wiatru; wyglądało na to, że burza jest już 
blisko. 

Patrzyła z niepokojem na frontowe drzwi. 
– Jak też tam może być na zewnątrz? 
– Taka sobie typowa, wiosenna zadymka. Zaczyna padać śnieg – powiedział. 
–  Nie  powinnam  pozwolić  chłopcom  wychodzić.  Jeszcze  gdzieś  na  dobre 

ugrzęzną. 

– Znają się na pogodzie. Powinni zaraz tu wrócić. 
Red  uszczelnił  okno  i  otworzył  zamek  mocujący  osłonę  zewnętrznych  drzwi. 

Spoglądał  niespokojnie  na  hangar  będący  pozostałością  po  wojskowej  bazie, 
zbudowany z arkuszy blachy. 

– Ten hangar stoi tu już dwadzieścia lat  – powiedziała Meg niecierpliwie.  – I 

nie rozleci się tylko dlatego, że właśnie twój samolot jest w środku. 

– Być może opuszcza mnie szczęście. 
Uznała, że będzie lepiej, jeśli nie zareaguje na te słowa. Usiadła przy biurku i 

uruchomiła mikrofon radia. Udało jej się znaleźć jakąś stację, ale wiadomości nie 
były zachęcające. Wiatr poczynił olbrzymie spustoszenia. Wyglądało na to, że będą 
tkwić tu trochę dłużej niż jedną noc. 

background image

Gdy skończyła słuchać radia, usiadła na chwilę, popijając kawę i próbując sobie 

przypomnieć, czy nie przeoczyła czegoś ważnego. Dzięki Carstone Adinorack był 
daleko lepiej wyposażony w sprzęt przeciwburzowy niż większość placówek tego 
typu. Nie pozostawało nic innego, tylko czekać. 

Jakże tego nienawidziła! 
– To moja kawa – powiedział Red. 
Jego głos przestraszył Meg. Dopiero teraz spostrzegła, że stał tak blisko niej, że 

mogłaby  go  pieścić,  nawet  nie  wyciągając  ręki.  Odstawiła  kubek  z  głuchym 
stuknięciem. 

– Może byś sobie poszedł i zajął się czymś pożytecznym? 
– Myślę, że już się zająłem. 
– Przeszkadzasz mi. 
– Czy tak, jak u Maudie? 
Meg nie mogła uwierzyć, że to właśnie powiedział. Ostatnie słowa uderzyły w 

nią  jak  nagła  salwa  o  burtę  statku.  Nadpłynęła  fala  gorąca,  potem  zimna  i 
dosłownie odebrało jej mowę. To był szok. 

Wstała od biurka. Wziął ją za ramiona i przyciągnął do siebie. Nie dostrzegła 

jednak ciepła w jego oczach, tylko zły, cyniczny błysk. 

– Chodź, dziecinko – wyszeptał – nic tu po nas.  Znajdźmy jakieś miejsce dla 

siebie i spędźmy miło czas. 

Oślepiona  wściekłością  uderzała  go  z  całej  siły  rękami,  ale  on  znosił  to  z 

całkowitym spokojem. 

– Musiałeś mi to przypomnieć, tak?! Nie mogłeś sobie tego darować! 
– Nie mogłem, do cholery! – odpowiedział, a jego głos stwardniał od gniewu i 

pogardy.  –  Sądziłem,  że  to  pozwoli  mi  poczuć  się  mężczyzną.  Nie  wiedziałaś  o 
tym? 

Red  nie  rozumiał,  jak  to  się  zaczęło,  ten  rozszalały  płomień  między  nimi, 

gwałtowny  pożar,  nagły  wybuch  wściekłości  i  pełne  nienawiści  słowa.  Każde  z 
nich sięgało teraz do własnych arsenałów broni, by móc się skutecznie ranić. Nie 
przyszedł tu, by walczyć, ale wiedział, że nie ustąpi, jeśli ona rozpocznie atak. 

Zmusiła się do cierpkiego uśmiechu. 
– A więc to tak! Czujesz się wykorzystany i zlekceważony. Następnym razem 

będę pamiętać o twoim wrażliwym męskim ego! 

– Twoje słowa są wyjątkowo plugawe! 
–  Z  pewnością.  Stały  się  takie dlatego,  że  przez  dwa  lata żyłam  ze  szczurem, 

który ciągle uciekał! 

background image

– No, skocz mi do gardła, Meg – szydził. – To umiesz najlepiej. 
Patrzyła na niego przez chwilę, oddychając ciężko. Zacisnęła dłonie w pięści i 

ze wszystkich sił próbowała zachować resztkę spokoju. 

–  Och,  rzeczywiście  umiem.  Nie  jestem  tylko  pewna,  czy  warto  tracić  na  to 

czas. 

Chciała odejść, lecz pochwycił ją w mocny uścisk. 
– Co się dzieje, Meg? Czy twoje ostrze już tak stępiało? 
Wyswobodziła się. 
– Jedyną rzeczą, jaką utraciłam, jesteś ty i stało się to dawno temu. 
–  Od  godziny  pozwalasz  mi  wałęsać  się  bez  celu  –  kpił.  –  Nie  widziałem 

kobiety,  której  by  mniej  zależało  na  facecie  niż  tobie.  Do  diabła,  powinienem 
znaleźć sobie jakąś inną dziewczynę, która zechciałaby uwolnić mnie od tego... 

– Nic nie rozumiesz. Nie potrafisz pogodzić się z myślą, że kobieta może tak 

samo  nonszalancko  traktować  seks,  jak  mężczyzna.  Wszystko  było  w  porządku, 
kiedy  to  ty  nie  pamiętałeś  niczego  po  minucie.  Wkładałeś  spodnie  i  już,  czy  nie 
tak? Wierz mi, to nie jest zabawne czuć się odrzuconą jak wczorajsza gazeta. 

Chwycił  Meg  za  ramiona,  kiedy  próbowała  go  wyminąć,  i  okręcił  dookoła. 

Czuła krew pulsującą jej w skroniach. 

– Po jakie licho o tym mówisz? Nigdy nie traktowałem cię w ten sposób! 
–  Robiłeś  to  za  każdym  razem,  gdy  wsiadałeś  do  tego  cholernego  samolotu  i 

zostawiałeś mnie samą! 

– krzyknęła. 
Red milczał. Nie oczekiwał takiej odpowiedzi i czuł się naprawdę zaskoczony, 

a to sprawiło, że stał się jeszcze bardziej zły. 

Miała rację. Wszystko, co powiedziała, było prawdą i to go przede wszystkim 

zirytowało.  Oczy  Meg  lśniły,  a  jej  twarz  zarumieniła  się.  Pragnął  potrząsnąć  nią 
mocno i równocześnie pragnął ją całować. Całować tak długo, dopóki nie roztopi 
się  jak  wosk  w  jego objęciach.  Chciał  ją pieścić  w  ten  jedyny,  jemu  tylko  znany 
sposób.  Kochać  się  z  nią  na  podłodze.  Przypomnieć  jej  to  wszystko,  co  potrafili 
robić ze sobą. Pożądał jej tak mocno, jak tylko to było możliwe i nienawidził się za 
to. Raptownie wypuścił ją z uścisku. 

– Dobrze – powiedział zduszonym głosem – oboje jesteśmy chorzy. 
Meg  musiała  oprzeć  się  o  biurko,  aby  ukryć  drżenie  nóg.  Czuła  wewnętrzną 

pustkę,  a  każdy  nerw  był  podrażniony.  Ich  pełne  nienawiści  słowa  huczały  jej  w 
głowie, natrętnie wracało wspomnienie jego twarzy, gdy tak patrzył na nią, jakby 
nie wiedział, czy chce ją uderzyć, czy pocałować. A ona, co by wolała? Niszczymy 

background image

się  nawzajem,  pomyślała  trzeźwo.  Zjadamy  się  po  kawałku,  niczym  szakale  na 
biesiadzie, i nie możemy tego zaprzestać. 

Podszedł  do  okna  i  wyjrzał  na  zewnątrz.  Zrobił  to,  chociaż  tak  naprawdę  nie 

było  na  co  patrzeć.  Przedłużająca  się  cisza  wciąż  była  gorąca  od  emocji 
wypełniającej pokój. 

– Zazwyczaj byliśmy w trochę lepszej formie niż teraz – powiedział w końcu. 
– Tak. 
To jedno słowo wyrażające całkowitą zgodę zdawało się zamykać w sobie cały 

ich smutek i całą ponurość sytuacji, zdawało się także obnażać tę psychiczną ranę, 
w której wciąż tkwił ostry nóż. 

– Co się z nami stało, Red? 
–  Czy  to  jest  pytanie  za  milion  dolarów?  –  spytał  miękko  i  spróbował  się 

uśmiechnąć. – Pobraliśmy się w gorączce namiętności – albo w ogóle w gorączce. 
Nie potrafię znieść tortur, jakie mi zadajesz, a ty nie możesz znieść... Do licha! To 
chyba  wszystko.  Nie  pasowałem  do  ciebie.  Chciałaś,  abym  się  przystosował. 
Próbowałem  zmienić  ciebie,  a  ty  mnie...  Skąd  przyszło  zło?  Byłoby  łatwiej 
odpowiedzieć, skąd przyszło dobro. 

– Nigdy nie chciałam cię zmienić – odpowiedziała spokojnie. 
–  Trele-morele!  Żadne  moje  zachowanie  cię  nie  zadowalało.  Żaden  facet  nie 

miał u ciebie szans, nawet ja! Tylko twój tatuś był dla ciebie niedościgłym wzorem. 
– Przerwał nagle i z lękiem na twarzy podniósł ręce w geście obrony.  – Nie, nie 
powiedziałem tego. Zapomnij. Nie chcę wszystkiego zaczynać od nowa. 

– O Boże, Red, czy ty naprawdę nie możesz przestać? – Meg odetchnęła ciężko 

i przycisnęła palce do skroni. – Doprowadzasz mnie do szaleństwa. – Ściszyła głos. 
– Rozwodzimy się i to powinno załatwić wszystko. Nie możemy nawet spokojnie 
porozmawiać o tym, dlaczego się rozwodzimy, aby natychmiast nie skoczyć sobie 
do gardła. Red, jak długo będziemy tak postępować? Kiedy to się skończy? 

Wyraz jego twarzy był smutny i gorzki. 
–  To  się.  nigdy  nie  skończy  –  odpowiedział  zwyczajnie.  –  Jesteśmy  tak 

sprasowani ze sobą, jak dwa samochody po wypadku drogowym. – Uśmiechnął się 
trochę  smutno.  –  I  jeżeli  myślisz,  że  kawałek  papieru  to  wszystko  unieważni,  to 
jesteś niemądra. 

Meg przymknęła oczy, próbując znów zapanować nad sobą. 
– To nie zawsze była moja wina – powiedziała. – Ja wiem, że ty tak myślisz, ale 

to właśnie ty odszedłeś ode mnie. Pamiętaj o tym. 

– A co miałem zrobić? Czekać, aż któreś z nas – weźmie do ręki śmiercionośną 

background image

broń? Do diabła, życie z tobą było niemożliwe. Wiesz o tym. 

– Ty także byłeś okropny, a jednak nie odeszłam od ciebie. 
– Przestań już, dobrze? Oboje wiemy, że to nie moje odejście tak cię zmartwiło, 

ale  fakt,  że  nie  umiałaś  mnie  przy  sobie  zatrzymać!  Byłem  twoją  własnością, 
zgadza się? Ten mąż, czy inny, co to za różnica. Należy go trzymać pod pantoflem 
i bez przerwy kontrolować. 

Chciała krzyknąć, że to nieprawda, zaprzeczyć z całą mocą, odrzucić idiotyczne 

oskarżenie, które raniło ją jak ostrze, ale nie mogła. 

Zacisnęła dłonie, tłumiąc gniew. 
–  Lubisz  to,  prawda?  Myślę,  że  walka  jest  dla  ciebie  najlepszym  sposobem 

wypoczynku. 

–  W  przeciwieństwie  do  ciebie,  która  od  samego  początku  byłaś  małą 

męczennicą. 

–  Znowu  zaczynasz.  Zawsze  musisz  mi  wbijać  szpile.  Jesteś  chory,  jeśli  nie 

zranisz mnie do krwi. Dlaczego to robisz, Red? 

– A ty? – Wsunął palce we włosy gestem znamionującym frustrację i odwrócił 

się do niej. – Chcesz wiedzieć, dlaczego to robię? Powiem ci, Meg. Ponieważ jesteś 
jak  ta  zamarznięta  tundra,  której  tak  bardzo  nienawidzisz.  Czasem  pod  tymi 
warstwami  lodu  można  odnaleźć  coś  wartościowego,  ale  mężczyzna  musi  się 
piekielnie napracować, aby to wydobyć. – Zbliżył się o krok, a jego twarz wyrażała 
tysiące sprzecznych uczuć. – Są kobiety, które sprawiają wrażenie skutych lodem, 
a jednak wewnątrz płoną mocno i sądzę, że czasem warto nad nimi popracować. 

– Jego głos i spojrzenie stały się czułe. Patrzył na nią. 
–  Tylko  w  dwóch  momentach  jesteś  dla  mnie  prawdziwą  kobietą,  Meg  – 

powiedział  rozplatając  jej  włosy  i  pieszcząc  je.  –  Kiedy  się  kochamy  i  kiedy 
walczymy ze sobą. I myślę, że nawet dla tych momentów warto było...  – Opuścił 
ręce i spojrzał na nią zmęczonym wzrokiem. – Tak naprawdę nigdy nie osiągnąłem 
celu. Gdy myślałem, że już cię odnalazłem, gdy sądziłem, że naprawdę staniesz się 
moja, nagle natrafiałem na kolejną warstwę lodu. 

Chciała krzyczeć, że to kłamstwo i omal nie powiedziała tego na głos. Była to 

jedna z tych rzadkich chwil, kiedy oboje docierali do prawdy. Patrzyli sobie w oczy 
z pożądaniem, oczekiwaniem i nadzieją, chociaż zdawało się, że wszystkie nadzieje 
są już stracone. Powinna mu powiedzieć, co myśli, ale nie mogła. Nigdy nie miała 
dość odwagi, aby się przed nim otworzyć. Wymagała od niego dużo, oczekiwała, 
że  będzie  doskonały.  Zawiodła się  na nim,  tak  jak on  na  niej,  i teraz  było  już za 
późno. 

background image

Zacisnęła  wargi.  Był  obcy.  Miał  mocne  ramiona,  szeroką  klatkę  piersiową, 

emanowało z niego ciepło i spokój. Tym wszystkim ją wzbogacał, przenikał do jej 
zamkniętego  wnętrza  i  trzymał  przy  sobie.  Wszystko  mogło  ułożyć  się  inaczej. 
Dlatego wciąż chciała wrócić do Reda, dlatego tylko on mógł dać jej radość, mimo 
iż wcześniej ją ranił. 

Wiatr wył nieustannie wokół budynku i Meg wciąż słyszała ten nieprzyjemny i 

przerażający dźwięk. Skuliła się w nagłym odczuciu chłodu. 

Nie mogła dostrzec jego oczu, gdy powiedziała nieco sztucznym głosem: 
–  Przepraszam  za  to,  co  było.  –  Wykonała  jakiś  nieokreślony  gest,  jakby 

niczego już nie potrafiła wyjaśnić. – Nie chciałam cię zranić. 

– Tak – odparł głucho. – Wiem o tym. 
Objął jej szyję czułym gestem i próbował złagodzić ton głosu. 
– Tak, to w końcu coś nowego, nigdy przedtem nie staczaliśmy bojów o seks. 
– Zawsze to w tobie lubiłam, Red. – Usiłowała się uśmiechnąć. 
Pieszczota jego palców stawała się powoli coraz delikatniejsza, a w jego oczach 

pojawiały się na przemian tęsknota i rezygnacja. 

Chciała, by ją pocałował. Jeden pocałunek, nic więcej. To by jej wystarczyło, 

ale inicjatywa powinna wyjść od niego. Nie zrobił jednak żadnego ruchu. 

Po chwili uśmiechnął się cierpko i powiedział ochryple: 
– Do diabła, dziecinko, nigdy nie mieliśmy szansy. 
Jego  palce  nadal  pieściły  szyję  Meg.  Sprawiał  wrażenie,  że  w  ten  sposób 

pragnie się z nią pożegnać. 

Wycie  wiatru  zawsze  przygnębiało  Meg.  Nagle  w  jego  porywach  usłyszała 

odgłos eksplozji i była pewna, że się nie przesłyszała. 

Spojrzała  na  Reda,  który  natychmiast  pobiegł  włączyć  alarm  i  wtedy  jakiś 

rozpaczliwy głos krzyknął: 

– Pani Worthington! Red! O Boże, niech ktoś tu szybko przyjdzie! 
 

background image

Rozdział 6 

 
Oboje popędzili do wyjścia, ale Red był szybszy i już zmagał się z frontowymi 

drzwiami,  usiłując  zamknąć  je,  zanim  silny  wiatr  i  śnieg  zdołają  wedrzeć  się  do 
środka.  Lewis  leżał  na  podłodze  przemarznięty,  z  oszronionymi  rzęsami,  wargi 
miał zsiniałe, szczękał zębami z zimna. 

– Szedłem przez ulicę – wykrztusił. – Widziałem to. Stacja pomp... Blue Jay... 

chciałem wrócić... na pomoc... 

Red otworzył okiennice i pomimo śniegu wpatrzył się w przestrzeń. 
– Wydaje się, że to runęło wprost na dach baru – powiedział twardo. – Jesteś 

ranny? – zapytał ostro Lewisa. 

Lewis, trzęsąc się konwulsyjnie, zaprzeczył. 
Zanim  Red  skończył  mówić,  Meg  pobiegła  i  wyłączyła  urządzenia  zasilające 

Blue  Jay.  Pomimo  obfitości  taniej  energii  przesyłanej  przez  Carstone,  Maudie 
gotowała używając ropy i odcięcie elektryczności było najmniejszym problemem. 
W drodze powrotnej zajrzała do specjalnego pomieszczenia i wyciągnęła stamtąd 
lampy, zwój sznura i osobiste pakiety bezpieczeństwa. Po chwili wróciła do Reda, 
który  wkładał  już  polarną  kurtkę,  kask  narciarski,  okulary  i  zabierał  się  do 
pakowania koców. Tymczasem Lewis usiłował wstać. 

– Zostań tutaj – poleciła Meg, rzucając mu koc ze stosu leżącego na podłodze. – 

Wyskakuj z tych mokrych rzeczy i sprawdź odmrożenia. Później idź do radiostacji 
i zobacz, czy nie możesz nam w czymś pomóc. 

–  To  chyba  wszystko  –  powiedział  Red,  gdy  pomogła  mu  umocować 

rynsztunek chroniący przed wiatrem. – Jesteś gotowa? – zapytał. 

Skinęła  głową,  zapinając  szczelnie  płaszcz  z  kapturem.  Włożyła  rękawice  i 

podała mu lampę. Bez zbędnych słów otworzył przed nią drzwi i oboje znaleźli się 
nagle wśród szalejącej wokół burzy. 

Red, który  szedł tylko o kilka kroków przed  nią,  wydawał  się  jej  teraz ledwo 

widocznym  cieniem  zagubionym  w  tumanach śniegu.  Najpierw  poczuła zimno  w 
stopach, a później przenikliwy ból przeszył ją całą. Czuła go nawet w płucach, gdy 
próbowała oddychać. Naciągnęła więc mocniej kaptur na głowę. Wiatr wciąż był 
tak porywisty i niebezpieczny jak w chwili, gdy rozwalił stację pomp. W pewnym 
momencie wydało się jej, że zabłądziła, tracąc kontakt z „liną życia”. Zapomniała, 
że powinna iść za cieniem Reda, a skoncentrowała się na posuwaniu się do przodu. 
Myślała  wciąż  o  tych  ludziach  schwytanych  w  pułapkę.  Ci  na  zewnątrz  mieli 

background image

niewielką szansę przeżycia. Mogli umrzeć, zanim ona i Red dotrą do nich. 

Pragnęła  mocno  zamknąć  oczy,  aby  nie  mogły  jej  dosięgnąć  kłujące  żądła 

wiatru,  ale  nie  miała  odwagi;  bała  się,  że  jeśli  to  zrobi,  jej  powieki  pozostaną 
zamarznięte. Pole widzenia miała tak ograniczone, że nawet nie zauważyła, kiedy 
Red się zatrzymał. 

Desperacko mocował się z kawałkiem metalu blokującym drzwi. Usiłowała mu 

pomóc, mocno napierając ciałem. Przez jakiś czas walczyli ze śniegiem i wiatrem, 
który  wprost  rozrywał  im  płuca  i  paraliżował  mięśnie,  ale  wreszcie  pokonali 
blokadę. Red przecisnął się przez wąską szparę i otworzył drzwi, a Meg podążyła 
w ślad za nim. 

Najpierw odczuła wielką ulgę spowodowaną brakiem wiatru, ale po chwili to, 

co zobaczyła, wywołało u niej szok. Światło sączyło się z okien i z dziury ziejącej z 
dachu, którą wdzierało się przeraźliwe zimno. Pokój był gęsty od dymu, a z kuchni 
wydobywały  się  języki  ognia.  Stoły,  krzesła  i  stołki  były  wywrócone,  dźwigary 
zwisały niebezpiecznie z sufitu. Błysk latarki Reda wprawdzie przebił mgłę, lecz i 
tak trudno było cokolwiek dostrzec. Meg usłyszała jęki i nagle zrozumiała. 

Dancer,  Joe,  Gilly,  Maudie,  Shark...  Wszyscy  tu  byli  i  leżąc  tak  w  dymie  i 

ciemności  mogli  wykrwawić  się  na  śmierć...  Przez  ułamek  sekundy  pomyślała  o 
Redzie. Przecież on też mógł się tu znaleźć. 

– Hej! – zawołał ktoś. To chyba Gilly. 
– Daj mi rękę! 
Red  zdjął  z  twarzy  maskę,  zrzucił  plecak,  a  Meg  sparaliżowana  strachem 

sięgnęła do torby. 

– Biorę pierwszy pakiet. Idziemy. 
Uklękła i zaczęła wyciągać zapasowe ubrania. Było ich za mało dla wszystkich. 

Płaszcze,  pomyślała.  Nikt  z  nich  nie  miał  ze  sobą  płaszcza,  a  temperatura  wciąż 
spadała. 

Wstała i przeszła do przedsionka, gdzie przechowywano okrycia. 
– Wszystko w porządku, Red? – zawołała. 
– Tam jest Joe – krzyknął w odpowiedzi. – Jest uwięziony pod barem, czy ktoś 

nie mógłby nam pomóc? 

– Człowieku, w kuchni się pali! – usłyszała jakiś głos. 
A później ktoś inny zawołał: 
– Ratunku! Nie mogę poruszać nogami! 
Na  chwilę  sparaliżował  ją  strach.  Była  gotowa  rzucić  to  wszystko  i  uciec. 

Trwało  to  jednak  bardzo  krótko.  Koncentracja  myśli  i  wewnętrzna  dyscyplina 

background image

pozwoliły jej przezwyciężyć kryzys. Uświadomiła sobie, co należy zrobić w czasie 
podobnej  katastrofy:  udzielić  pierwszej  pomocy,  dostarczyć  poszkodowanym 
schronienia i ciepła, ocenić zniszczenia. 

Stawiała stopy nawet nie czując, że idzie po podłodze, potknęła się o coś i serce 

skoczyło  jej  do  gardła,  bo  zrozumiała,  że  to  ludzkie  ciało.  Kolana  zachwiały  się 
pod nią. Promień latarki oświetlał szczupły, znajomy kształt. 

– Nie, mój Boże, proszę, nie... 
Odłamki gruzu przygniatały dziewczęce ramiona, a blond włosy leżącej postaci 

zlepione były krwią. Wstrzymując oddech, Meg odwróciła ją ostrożnie. 

– Dancer – wyszeptała łamiącym się głosem. 
– A to idiotka. – Usłyszała głos Maudie i zobaczyła łzy na jej twarzy. – Zawsze 

musi się w coś wpakować. Kretynka. 

Z uczuciem suchości w gardle Meg pochyliła się nad dziewczyną. 
–  Dancer!  –  Uderzyła  ją  w  policzek  i  schwyciła  za  puls.  Był  prawidłowy.  – 

Dancer! Otwórz oczy, popatrz na mnie... 

Dancer jęknęła i odemknęła powieki, patrząc nieprzytomnie. Toczyła wzrokiem 

bez celu i wreszcie rozpoznała Meg. 

– Co to za bałagan? – spytała. 
Maudie  uklękła,  położyła  głowę  Dancer  na  swych  kolanach  i  tak  czekały, 

dopóki  Meg  nie  wróciła,  niosąc  kilka  kocy  i  pakiet  bezpieczeństwa.  Ledwie 
obandażowała głowę Dancer, znów ktoś wzywał pomocy. Ścisnęła dłoń rannej. 

– Muszę już iść, przepraszam... 
–  Idź.  Czuję  się  dobrze.  –  Dancer  drgnęła  dotykając  czoła.  –  Zupełnie  tak, 

jakbym miała potężnego kaca. 

Meg spojrzała na Maudie. 
– Zostań i zaopiekuj się nią. 
Maudie  tylko  skinęła  głową  i  Meg  wiedziała,  że  zostawia  przyjaciółkę  w 

dobrych rękach. 

Reese, inżynier z dziennej zmiany, został przygnieciony szafą grającą. Pobieżne 

oględziny wskazały, że może mieć złamane żebra. 

–  Nie  mogę  oddychać  –  wyszeptał  ochryple.  Meg  spróbowała  odsunąć  szafę, 

ale mebel nawet nie drgnął. 

–  Trzymaj  się  –  odparła,  równocześnie  myśląc  z  roztargnieniem,  że  nie  może 

sobie  przypomnieć  jego  imienia.  Pracowała  z  tym  mężczyzną  przez  dwa  lata,  co 
tydzień  podpisywała  listę  płac  i  przecież  powinna  pamiętać.  –  Zaraz  wrócę  – 
powiedziała. – Trzymaj się, jakoś cię z tego wyciągnę. 

background image

Rozglądała się nerwowo po rumowisku, aż wreszcie znalazła jakąś belkę – była 

to jedna z nóg stołu bilardowego. Usiłowała nią podważyć szafę, ale podniosła ją 
tylko o kilkanaście centymetrów. 

– Reese – zasapała – możesz mi... 
I nagle ktoś znalazł się tuż obok niej i ciężar stał się lżejszy. 
– Jestem, dziecinko – powiedział Red stęknąwszy lekko. Po chwili udało mu się 

podnieść szafę nieco wyżej. 

– Zobacz, czy nie można go już wyciągnąć – zawołał. 
Meg  uklękła  i  pociągnęła  Reese’a  za  ramiona.  Red  uniósł  szafę  jeszcze 

odrobinę. 

–  Jeżeli  ktoś  kiedykolwiek  będzie  mi  opowiadał  historyjki  o  przerażonych 

matkach wyciągających swe maleństwa z pogruchotanych samochodów, to powiem 
mu,  że  jest  głupim  bucem  –  wyszeptał  klękając  koło  Reese’a.  –  To  nie  ma  nic 
wspólnego ze strachem. 

– Jak się masz, przyjacielu? – spytał. 
– Teraz lepiej. –  Reese próbował z pomocą Meg i Reda wygramolić się spod 

szafy. Jego twarz była blada i skurczona z bólu. 

–  Mam  tu  coś,  co  cię  postawi  na  nogi.  –  Red  wyciągnął  płaską  butelkę  z 

kieszeni płaszcza i odkręcił zakrętkę. – A oto jedna z korzyści bycia uwięzionym w 
barze. 

–  Nie  musisz  mi  dwa  razy  powtarzać  –  powiedział  Reese,  biorąc  butelkę  w 

drżące dłonie. 

–  To  złagodzi  szok  –  wyjaśnił  spokojnie  Red  i  dodał:  –  Powinnaś  bardziej 

uważać na ręce. 

Skinęła głową i zapytała: 
– Co z Joem? 
–  Ma  paskudnie  złamane  nogi.  Gilly  stara  się  je  unieruchomić.  Ugasiliśmy 

pożar w kuchni. 

– Z Maudie wszystko w porządku. Dancer ma – chyba wstrząs mózgu, ale jest 

przytomna – zrelacjonowała w odpowiedzi. 

Red odwrócił się do Reese’a i zabrał mu butelkę. 
–  Nie  bądź  taki  chciwy,  przyjacielu,  mam  i  innych  pacjentów.  –  Poklepał  go 

przyjaźnie po ramieniu. 

– Trzymaj się. Niczego ci na razie już nie trzeba, a my musimy jeszcze trochę 

popracować. 

– Pewnie, Red. Dzięki! 

background image

Meg patrzyła na Reese’a z bezsilnością. 
– Red... 
–  Najdroższa  moja  –  odpowiedział  spokojnie  –  w  tym  barze  jest  trzydziestu 

pięciu ludzi i może pięciu z nich potrafi zrobić parę kroków, większość jest ranna. 
Dotychczas  użyliśmy  tylko  dwóch  pakietów  bezpieczeństwa.  Róbmy  dalej,  co 
możemy, i to szybko, bo jeżeli temperatura jeszcze trochę spadnie, to nie będziemy 
mieli tu już nic więcej do roboty. Jasne? 

Wiedziała,  że  Red  ma  rację,  ale  przygnębiało  ją  myślenie  o  Dancer,  Joem  i 

Reesie, którzy leżąc tu mogą się wykrwawić, a najbliższy punkt medyczny jest o 
prawie  dwieście  kilometrów  stąd!  Myślała,  jak  też  w  końcu  poradzą  sobie  z  tym 
wszystkim. 

– Hej! – zawołał Red, ściskając jej ramię. 
– To ja wysłałam ich tutaj – powiedziała cienkim, płaczliwym głosem. – Nawet 

Dancer, która przecież nie chciała iść, ale ja... 

Uścisk Reda nagle stał się bolesny. 
– Przestań – zawołał. – To przecież był mój pomysł, pamiętasz? 
Zaczerpnęła  powietrza  i  z  największym  wysiłkiem  spróbowała  się  opanować. 

Popatrzyła na niego. 

–  Tak  –  szepnęła  –  już  w  porządku.  –  I  ponieważ  wciąż  patrzył  na  nią  z 

niepokojem, zmusiła się do uśmiechu. – Co za piekielna prywatka! 

– Jesteś moim małym, dzielnym żołnierzykiem. – Red uśmiechnął się ciepło i 

odszedł. 

Nie  wiedziała,  ile  czasu  minęło  od  chwili,  kiedy  przestała  pracować.  Teraz  z 

nową  energią  rozdzielała  koce  i  płaszcze,  pomagała  rannym  wydostać  się  z 
niebezpiecznych  miejsc,  unieruchamiała  złamania,  obdzielając  porcją  brandy  co 
cięższe  przypadki.  Mogłaby  przestać  i  powiedzieć  sobie  –  dość,  a  jednak  w 
poplamionym  krwią  płaszczu  nadal  zajmowała  się  tymi  silnymi  mężczyznami, 
którzy  jeszcze  godzinę  temu  wyśmiewali  się  z  niej  i  chwilami  doprowadzali  do 
szału. Teraz, gdy widziała ich płaczących z bólu, z pobladłymi od szoku twarzami, 
nie czuła się ani odrobinę szczęśliwsza i oni z pewnością także nie. 

Przestała już liczyć rannych, przestała martwić się kolejnymi obrażeniami. Bez 

zmrużenia  powiek  wyciągnęła  dziesięciocentymetrową  drzazgę  z  barku  jakiegoś 
mężczyzny i dopiero później zaczęła drżeć. Na szczęście nikt nie został zabity, a 
przecież  mogło  tak  się  stać.  Nikt  nie  miał  przeciętych  arterii  ani  złamanego 
kręgosłupa; naprawdę mogło być gorzej. 

Rozejrzała się wokół – nie było już nikogo, kto potrzebowałby natychmiastowej 

background image

pomocy. Byli zmarznięci, poranieni i oszołomieni, ale najgroźniejsze rany zostały 
już opatrzone. 

Red pojawił się tuż obok niej. 
– Jak myślisz, jaka tu jest temperatura? – zapytał. 
Podniosła dłonie do ust i chuchała, aby je rozgrzać. 
– Poniżej pięciu? 
 – Jeszcze nie, ale blisko. 
Spojrzał  na  sufit,  skąd  nie  docierało  już  światło  dnia,  tylko  zimny  powiew 

wiatru i wirujące płatki śniegu. 

– Gdyby udało nam się podeprzeć ten dach i naprawić okna, czy myślisz, że to 

pomieszczenie ogrzałoby się wtedy choć trochę? 

Potrząsnęła przecząco głową. 
–  Nie  ryzykuj.  Za  dużo  zerwanych przewodów.  Mogłabym  je  jakoś połączyć, 

ale... 

– Za późno – westchnął. – Wygląda na to, że nie mamy szansy. 
Meg wiedziała dobrze, że najbardziej niebezpieczna jest próba przeprowadzenia 

tych ludzi przez ulicę podczas zamieci. Ona i Red, choć zdrowi, ledwo to przeżyli. 

– Ilu z nich może iść? 
– Około połowa, a tylko dwoje lub troje jest w stanie użyć liny bezpieczeństwa. 
Meg zamyśliła się. 
–  Ty  i  Gilly  musicie  zbudować  nosze,  które  umieścimy  między  dwoma 

sznurami  jak  hamak  i  za  pomocą  bloczka  przeciągniemy  na  drugą  stronę. 
Wychodzę, aby zawiązać drugą linę. 

– Mylisz się. – Zatrzymał ją, gdy chciała odejść. – Ja pójdę i zawiążę tę linę. 
Odsunęła się niecierpliwie. 
– Nawet nie wiesz, co chcę zrobić. 
–  Kochanie  –  odezwał  się  łagodnie  Red.  –  Być  może  jestem  tylko  małym 

chłopcem z Arkansas, ale myślę, że lepiej dam sobie radę z mechanizmem bloczka. 
Oprócz tego, ważę o dobre trzydzieści kilogramów więcej od ciebie, więc ja pójdę. 
Na prawdę porwie cię wiatr, zanim zdążysz otworzyć drzwi. 

– Red, pomyśl tylko... – Chciała mu powiedzieć, że na zewnątrz panuje zamieć, 

ale to zabrzmiałoby głupio. Po prostu bała się, że Red mógłby zostać ranny, a  to 
byłoby straszne. Nie chciała, aby wychodził, ale nie wiedziała, jak go zatrzymać. 

– Pójdziemy razem – powiedziała nagle. 
– Megan! 
– Daj spokój, Red. – Włożyła rękawice. – Idziemy. Musimy działać wspólnie. 

background image

To jedyny sposób, żeby nie zginąć w czasie takiej burzy. Zawsze to powtarzałam 
moim chłopcom, więc zamknij się i chodź. 

– Meg! – Objął ją. 
Skrzywiła się gniewnie, ale słowa protestu uwięzły jej w gardle. Uświadomiła 

sobie, jak piękna jest twarz Reda i jak bardzo jej bliska. Chciałaby móc oglądać ją 
zawsze.  Znajome  wargi,  ogorzała  od  wiatru  skóra,  napięta  silnie  na  kościach 
policzkowych, zmierzwione brązowe loki ocieniające czoło, orzechowe oczy – tak 
czułe  i  rozumne.  Ta  twarz  należała  do  niej,  twarz  jedynego  mężczyzny,  jakiego 
kiedykolwiek kochała. 

Dotknął  delikatnie  palcami  jej  policzków.  Patrzył  na  nią  w  takim  skupieniu, 

jakby  ta  ich  bliskość  była  czymś  najważniejszym  w  świecie.  Długo  upajał  się  tą 
chwilą, zanim wreszcie pocałował Meg. 

To był czuły, subtelny pocałunek. Słodki koncentrat ciepła i rozkoszy. Zatopili 

się w sobie nawzajem. Ich oddech stał się wspólny. Ten pocałunek niósł w sobie 
tyle  miłości  i  wyzwolenia,  że  Meg  zagubiła  się  w  nim.  Czuła  się  tak,  jakby 
wystawiła  twarz  na  ostatnie  promienie  zachodzącego  słońca.  Objęła  dłońmi  jego 
kark i w ułamku sekundy uświadomiła sobie, jak bardzo go kocha. Naprawdę była 
teraz żoną Reda. Nikt nigdy i nigdzie nie umiał kochać się tak wspaniale, jak ich 
dwoje. 

Nie  chcieli  przerywać  tego  pocałunku,  który  wydawał  się  trwać  wieki.  Stali 

razem objęci ciasno i patrzyli sobie w oczy. 

– Ten pocałunek – powiedział miękko – niech idzie na konto naszej wspólnej 

pracy. 

Odsunęli się od siebie gwałtownie. Potrzebowali trochę czasu, aby znów stawić 

czoło burzy. 

 

background image

Rozdział 7 

 
Z  pomocą  Lewisa  udało  im  się  zainstalować  bloczek  w  niecałe  pół  godziny. 

Najgorsza  była  walka  z  obezwładniającym  zimnem  i  śniegiem,  który  miejscami 
sięgał im do kolan. Meg była zirytowana faktem, że pracownicy ośrodka nie zostali 
wyposażeni w polarne kombinezony. O tej porze roku wykonywano mało prac na 
zewnątrz i nikt nie pomyślał, że mogą być potrzebne. 

W drodze powrotnej przywiązali się do „liny życia”, tak jak to czynią alpiniści. 

W ten sposób chcieli przetransportować rannych. 

Zostawili  Lewisa  przy  korbie  bloczka  i  wysłali  pierwszą  ofiarę  wypadku  w 

bezpieczne  miejsce.  Tylko  pięcioro  spośród  ciężko  poszkodowanych  można  było 
bez  ryzyka  przetransportować  w  czasie  burzy.  Maudie,  Meg,  Lewis,  Red  i  Gilly 
pracowali kolejno przy korbie bloczka, zmieniając się co dziesięć minut. Te zmiany 
były  konieczne  nie  tylko  ze  względu  na  bardzo  niską  temperaturę,  ale  także 
dlatego, że wiatr i śnieg spowalniały proces myślenia. Każda minuta w tym białym 
i  lodowatym  świecie  wydawała  się  godziną  i  już  po  krótkim  czasie  ogarniało 
człowieka  poczucie  zagubienia.  Meg  wciąż  musiała  sobie  przypominać,  co 
powinna  zrobić.  Myślała  też,  że  śmierć  przez  zamarznięcie  musi  być  najgorszym 
rodzajem umierania. A przecież mogła ich spotkać w tych warunkach. 

Bała  się  nie  tyle  własnej  śmierci,  ile  drżała  na  myśl  o  tym,  że  inni  mogliby 

umrzeć.  Przerażała  ją  chwila  wysyłania  noszy  w  drogę.  Był  to  jej  pomysł, 
wstrzymywała  więc  oddech  za  każdym  razem,  gdy  podnoszono  je  do  góry  i 
przypinano do „liny życia”. Cała konstrukcja wydawała się tak krucha, chwiejna i 
prowizoryczna. Wszystko to nie powinno sprawdzić się w praktyce, ale jednak się 
sprawdziło. Liny nie pękły, wiatr ich nie splątał, ofiary nie wypadły z noszy i jedna 
po drugiej zostały uratowane. 

Było  już  po  piątej,  kiedy  ostatnia  osoba  została  bezpiecznie 

przetransportowana.  Wokoło  panowały  nieprzeniknione  ciemności,  a  śnieg  na 
podłodze był prawie tak głęboki jak na zewnątrz,  mimo iż Maudie próbowała go 
usuwać, a drzwi otwierano tylko na kilka sekund. Wiatr szalał bez przerwy i Meg 
zaczęła myśleć, że już nigdy nie będzie jej ciepło. 

Niebawem ratownicy opadli z sił i stali się równie słabi, jak pozostający pod ich 

opieką  ranni.  Było  to  widoczne  na  ich  twarzach  i  w  ich  zesztywniałych  ruchach, 
gdy  zdejmowali  ubrania  i  sprawdzali  odmrożenia.  Meg  nie  była  wyjątkiem,  ale 
stały dopływ adrenaliny utrzymywał ją w formie. Wiedziała, że prawdziwa robota 

background image

dopiero się zacznie. 

Poleciła Maudie zagrzać wodę i wysuszyć koce, a Lewisa poprosiła, aby usiadł 

przy  radiu.  W  części  budynku  przeznaczonej  na  szpital  włączyła  mocne 
ogrzewanie,  tak  jednak,  by  nie  przekroczyć  granicy  bezpieczeństwa.  Nie 
interesowała  się  uszkodzeniami  systemu  zasilania,  ale  nie  miała  wystarczającej 
liczby  ludzi  zdolnych  do  utrzymania  w  porządku  urządzeń  pracujących  z 
maksymalną wydajnością dla całej osady. 

Wielu rannych mogło chodzić i szukało miejsca tylko po to, aby przez chwilę 

odpocząć.  Poważniej  poszkodowanym  Red  i  Gilly  robili  wygodne  posłania  na 
sofach,  krzesłach  i  kocach  rozłożonych  na  podłodze.  Meg  doglądała  chorych, 
przemywając im rany i opatrując odmrożenia. 

–  Przydałoby  się  więcej  środków  antyseptycznych  –  rzuciła  w  przestrzeń,  ale 

nikt jej nie usłyszał. 

– I coś w rodzaju bandaży. 
–  Zachowujesz  się  jak  prawdziwa  pielęgniarka.  Nie  wiedziałem,  że  masz  w 

sobie tyle opiekuńczości – powiedział Red. 

Meg spojrzała na niego i już nie pierwszy raz tego popołudnia pomyślała, jaką 

przyjemność sprawia jej patrzenie na niego. Twarz Reda była posiekana wiatrem i 
naznaczona wyczerpaniem. Czoło i ręce nosiły ślady zadrapań i Meg uświadomiła 
sobie,  że  jest  równie  podatny  na  fizyczne  cierpienia,  jak  i  ona.  Jego  obecność  w 
samym środku tego piekła, jakie się wokół niej dziś rozpętało, dodawała jej sił. 

– Tu gdzieś powinien być karton pełen spirytusu salicylowego. Widziałam go w 

zeszłym tygodniu. Poszukaj i zobacz, czy nadaje się do użycia. Przydałoby się też 
trochę wody utlenionej – powiedziała. 

– Rozkaz, szefie. – Red wstał. 
– Będziemy potrzebowali środków przeciwbólowych. W przypadku złamań ból 

stale narasta i jeżeli chorzy nie otrzymają leków uśmierzających, doznają szoku  – 
zwrócił się Gilly wprost do Reda. 

– Meg popatrzyła na niego i zauważyła z zaskoczeniem, że zachowuje się tak, 

jakby jej tu nie było. 

– Mam trochę morfiny w moim pakiecie ratunkowym. Niedużo. Na pewno nie 

starczy dla wszystkich, ale... – odpowiedział Red poufnym głosem. 

– Przynieś ją – zgodził się ponuro Gilly. – Chodzi tu przede wszystkim o Joego. 

Z nim jest najgorzej. 

Meg wstała i podeszła do nich. 
– O co chodzi? Co za morfina? Co chcecie zrobić? 

background image

–  Umożliwić  niektórym  przeżycie  –  szepnął  Red  z  jakimś  dziwnym 

uśmieszkiem. 

Meg odwróciła się teraz do Gilly’ego. 
–  Przecież  nie  możesz  tak  sobie  chodzić  i  rozdzielać  wszystkim  wokół 

morfinę... 

– Gilly był felczerem na statku – przerwał jej łagodnie Red. – Nie wiedziałaś o 

tym? Więc radzę ci, powierz mu reżyserię tej części widowiska. 

Meg  znów  spojrzała  na  Gilly’ego.  Przecież  powinna  to  o  nim  wiedzieć, 

mogłaby wtedy lepiej wykorzystać jego obecność tutaj. 

– Tak, dobrze. Wiem, że możecie mi wiele pomóc. 
– Gdy powiedziała te słowa, odczuła wielką ulgę. 
Red położył jej na ramieniu ciężką rękę. 
– Pozwól mu działać swobodnie, Meg. 
Mówił  głosem  łagodnym  i  wyciszonym,  ale  wciąż  widziała  płomień  w  jego 

oczach. Speszona, spuściła wzrok i odwróciła się do Gilly’ego. 

– Mam tu jeszcze aspirynę i trochę środków do tamowania krwotoków. 
– To pewnie wszystko, co powinniśmy mieć – zgodził się z pewną ironią. 
Podniosła głos i krzyknęła na cały pokój: 
– No dobra, kto ma narkotyki? 
Pokasływania i szmery ucichły i ponad tuzin oczu spojrzało na nią. Kątem oka 

dostrzegła Reda i Gilly’ego uśmiechających się z niedowierzaniem. 

– No prędzej, panowie – wołała niecierpliwie. – Nie powiecie mi chyba, że w 

takiej  dużej  grupie  nikt  nie  ma  ani  odrobiny  prochów.  Potrzebujemy  tego,  więc 
wywróćcie kieszenie. Może coś się znajdzie. 

W dziesięć minut później Gilly trzymał już pół butelki diazepamu i pewną ilość 

psychotropów, a także kilka fiolek penicyliny. Razem z bezcenną  morfiną leki te 
stanowiły  zabezpieczenie  i  mogli  już  w  miarę  spokojnie  oczekiwać  nadejścia 
pomocy. 

–  Dobra  robota,  szefowo  –  rzucił  w  przestrzeń  Gilly  i  Meg  z  zaskakującą 

przyjemnością zauważyła, że po raz pierwszy powiedział jej coś miłego. 

Doglądając  rannych  Gilly  rzeczywiście  pomógł  Meg,  ale  niezbędna  była  tu 

interwencja lekarza. Poszkodowani  leżeli we  wspólnym  pokoju,  na korytarzu i  w 
biurze, słowem wszędzie. Szczęśliwcy, którzy mieli tylko złamane ręce lub żebra, 
chodzili ostrożnie i robili wszystko, aby pomóc innym, ale wokół słychać było jęki 
bólu i należało obawiać się paniki. Wciąż dął wiatr i padał śnieg. Co będzie, jeśli 
pomoc nie nadejdzie w porę? A jeżeli stan rannych się pogorszy? Takie miejsce jak 

background image

Adinorack  mogło  być  odcięte  od  świata  przez  tygodnie.  Jak  poradzą  sobie  bez 
pomocy lekarza? 

Meg uklękła przy Dancer i podała jej kubek kawy. 
– To od Maudie – powiedziała zmuszając się do uśmiechu. 
Dancer  siedziała  na  podłodze,  a  biel  bandaży  na  jej  czole  potęgowała  jeszcze 

bladość twarzy. 

–  Czuję  się  głupio,  siedząc  tutaj  bezczynnie  –  szepnęła  biorąc  kubek.  – 

Właściwie  powinnam  wziąć  się  w  garść  i  pomóc  wam,  ale  gdy  próbuję  się 
podnieść, mam wrażenie, że dostaję świra. 

– Masz wstrząs mózgu – uspokoiła ją Meg. 
– Powinnaś odpoczywać. Niczego nie musisz teraz robić. 
– Taak. – Dancer rozglądała się wokół ponuro, dopóki jej oczy nie spoczęły na 

Joem leżącym na sofie. Trząsł się pod stertą koców, a jego twarz była pobladła i 
konwulsyjnie skrzywiona z bólu pomimo leków, jakie dał mu Gilly. Rzucał głową i 
majaczył w półprzytomnej drzemce. 

–  Jest  taki  miły,  a  oberwał  najgorzej  ze  wszystkich,  nie?  –  powiedziała  ze 

spokojem Dancer. 

Meg mogła tylko skinąć głową. 
– Zawsze go lubiłam. Jakieś złe fatum ciąży nad twoimi chłopcami. – Zadrżała, 

gdyż kolejny poryw wiatru wstrząsnął budynkiem. 

– O Boże! – zawołała. – Jak ja nienawidzę tego miejsca. 
–  To  nie  jest  pierwsze  miejsce,  do  którego  próbowałam  uciec  –  powiedziała 

Dancer. 

Meg uśmiechnęła się z zainteresowaniem. 
– Co cię tu sprowadziło? 
–  Pewien  facet.  –  Wzruszyła  ramionami.  –  Sądziłam,  że  dzięki  niemu  moje 

marzenia  się  ziszczą,  jednak  tak  się  nie  stało.  Porzucił  mnie  na  tym  pustkowiu, 
nawet bez biletu autobusowego. Oto historia mego życia. 

– Nie pomyślałaś nigdy, aby wrócić do domu? 
– zapytała Meg i nagle przyszło jej do głowy, że nie wie, gdzie jest ten dom. 

Przez dwa lata traktowała ją nieomal jak przyjaciółkę, a nawet nie wiedziała, skąd 
Dancer pochodzi. Tutaj nie mówiło się o przeszłości. 

– Myślałam o tym czasami. Wiesz, to zabawne. Krótko po twoim przyjeździe 

tutaj  coś  zaczęło  się  jakby  zmieniać.  Nie  dlatego,  aby  to  miejsce  zaczęło  mi  się 
wydawać lepsze, ale jakby stało się mniej realne. Czy wiesz, co chcę powiedzieć? 

Meg  rozglądała  się  po  pokoju  i  wreszcie  odnalazła  Reda,  który  rozdzielał 

background image

brandy wśród grupy mężczyzn z rękami na temblakach. 

– Tak, sądzę, że wiem – mruknęła w odpowiedzi i lekko klepnęła przyjaciółkę 

po kolanie. 

–  Siedź  tutaj  i  odpoczywaj,  ale  nie  próbuj  zasnąć.  Daj  mi  znać,  jak  będziesz 

czegoś potrzebowała. 

Dancer skrzywiła się drwiąco. 
– Dziewczyno, tego, czego ja naprawdę potrzebuję, ty nie możesz mi dać. 
Meg roześmiała się. 
Zrobiła może dwa kroki, kiedy poczuła nagły skurcz w nodze. Był tak silny, że 

aż krzyknęła głośno i oparła się o ścianę, aby nie upaść. 

– Hej, Meg, co się stało? – zawołała przerażona Dancer. 
– Nic, nic – odpowiedziała zduszonym głosem, masując napięty mięsień. – To 

się zdarza koniom wyścigowym, głupstwo. 

– Pewnie tak. – Red objął Meg w pasie, gdy pomagał jej usiąść. 
– Powinnaś zawsze chronić nogi przed zimnem w czasie forsownych ćwiczeń – 

mruknął.  Usiadł  –  naprzeciwko  Meg i  położył  jej  nogi  na  swoich kolanach. Jego 
zwinne i mocne palce ugniatały skurczony mięsień. Westchnęła z bólu i próbowała 
odsunąć jego ręce. 

– Przestań, to jest okropne. 
– Wiem. 
Zacisnęła wargi, aby się nie rozpłakać. Zdjął jej buty, a potem zaczął masować 

talię i biodra. 

–  No  widzisz,  to  przynosi  ulgę.  Gdzie  jest  twoja  ciepła  bielizna?  –  zapytał 

niespodzianie. 

– W... śmietniku – szepnęła, czyniąc jeszcze jedną bezowocną próbę pozbycia 

się jego rąk. 

– A twoja? 
– Noszę ją, nie zauważyłaś tego? 
Kiedy indziej byłaby zakłopotana, ponieważ rzeczywiście tego nie zauważyła. 
– Może powinienem przynieść ci gorący ręcznik? 
– zapytał. 
– Nie. 
Położyła nogi na jego udach, a Red nadal delikatnie masował jej talię. 
–  Powinnaś  się  wstydzić.  Jak  można  wyjść  na  zewnątrz  w  takim  ubraniu? 

Generał byłby niezadowolony z ciebie. 

Skurcz  powoli  ustępował  i  Meg  z  ulgą  przymknęła  oczy.  Sprawne  ręce  Reda 

background image

przyniosły wreszcie uczucie ulgi. 

– Generał byłby niezadowolony z wielu rzeczy – odpowiedziała. 
– A jak tam palce? – Zdjął jej skarpetkę. – Odmrożone? 
Trzymał jej stopę w dłoniach i powoli rozcierał. 
– Do licha! Masz najzimniejsze nogi ze wszystkich kobiet, które znałem. 
Po chwili zaczął masować również drugą stopę Meg. Chciała zaprotestować, ale 

nie mogła. To było takie niezwykłe. 

Masował  jej  kostki,  gładził  palce.  Nigdy  przedtem  nie  zaznała  podobnego 

uczucia. Przyjemność spłynęła na nią jak ciepła fala. Musiała walczyć ze sobą, aby 
powstrzymać jęk rozkoszy. 

–  Czuję  się  winna  –  szepnęła  po  chwili.  –  Powinieneś  poświęcić  swój  czas 

bardziej potrzebującym. 

–  Dziecinko,  nie  chciałabyś  chyba  wynająć  mnie,  abym  masował  stopy  tym 

wszystkim facetom. 

Rozśmieszył ją; nagle poczuła, że jest im dobrze razem i wydawało się jej, że 

zawsze tak było. 

Przymknęła oczy, myśląc, że wszystko, co było dobre między nimi, zdarzało się 

w  najbardziej  nieoczekiwanych  momentach.  Wspomnienie  niemiłego  poranka 
zatarło się już w jej pamięci. 

Szkoda byłoby zniszczyć ich związek. 
Z zamyślenia wyrwał ją głos Reda. 
– Ktoś musi stąd wyruszyć po zapasy. To, co mamy, nie wystarczy na długo. 
– Byle nie ty! 
Niespodziewana twardość w jej głosie nie zaskoczyła go. Patrzył cierpliwie. 
– Więc kto? Kogo chcesz posłać? 
– Nie wiem, kto mógłby pójść, ale... nie ty. Zrobiłeś już wystarczająco dużo. 
Ten upór był dziecinny i naiwny, nie potrafiła się jednak pohamować. 
– Nie pójdziesz stąd nigdzie – powtórzyła stanowczo. 
Spuścił oczy. 
– Myślę, że możemy zaczekać jeszcze trochę. Nikt nie będzie głodny tej nocy, a 

rano może wiatr się uspokoi. 

Ponownie spróbowała się odprężyć. 
– Jakie są ostatnie wiadomości radiowe? – spytała. 
Wciąż trzymał w dłoniach jej stopy. Czuła przyjemne ciepło. 
–  Burza  uszkodziła  połączenia.  Lewisowi  jakiś  czas  temu  udało  się  wywołać 

Chicago, ale nie mógł złapać Brownsville. 

background image

– Masz potargane włosy. Powinnaś się uczesać. – Uśmiechnął się do niej. 
– Ty też nie wyglądasz najlepiej, zuchu. 
Chciałaby  pozostać  z  nim  na  zawsze,  szczęśliwa,  uspokojona  i  rozgrzana 

ciepłem jego ciała. 

Cieszę się, że tu jesteś, Red, pomyślała. Co ja bym bez ciebie zrobiła? 
Nie mogła się zmusić, aby mu to powiedzieć. 
Otworzyła oczy i delikatnie wysunęła stopy z jego rąk. 
– Będzie lepiej, jeżeli zajrzę do urządzeń kontrolnych. Temperatura jest bardzo 

wysoka, a nie życzylibyśmy sobie chyba wybuchu bezpieczników. 

– Zmień skarpetki – powiedział wstając. 
– Tak, mamusiu. 
– Meg... 
Pogładził  delikatnie  jej  brzuch.  Zarumieniła  się  i  odwróciła  twarz.  Chciała 

odczytać w jego oczach ukrytą intencję tego gestu. 

Potrząsnął tylko głową i posłał Meg obojętny uśmiech. 
– Wracaj do pracy. 
Zgromadzeni we wspólnym pokoju zabrali się do kolacji. Jedzenie skutecznie 

przytłumiało  niepokój,  a  Meg  najbardziej  bała  się  paniki.  Ktoś  znalazł  kasetowy 
magnetofon i dookoła słychać było dźwięki muzyki heavy metal. Ten hałas drażnił 
jej nerwy, ale pozostałych chyba uspokajał. 

Usiadła  na  sofie  obok  Joego  i  próbowała  go  nakarmić.  Bardzo  cierpiał,  a  na 

dodatek martwił się o swój nadajnik radiowy. 

– Ktoś tam jest cały czas – uspokajała go. 
– Oczywiście, jesteś niezastąpiony, ale mimo to... 
– Co za próżniak ze mnie – mruknął i wtulił się znów w poduszki. – Naprawdę 

mi przykro, pani Worthington – wymamrotał. 

Jego  skóra  była  zbyt  chłodna,  a  przecież  zrobili  dla  niego  wszystko,  co  było 

możliwe...  Był  taki  młody.  Powinien  znajdować  się  teraz  w  domu  z  rodziną. 
Bezpieczny na swojej farmie i myślący tylko o dziewczynach i samochodach. Co 
on tu robi, co my wszyscy tu robimy? 

Czuła  na  sobie  oczy  Reda.  Gdy  się  odwróciła,  spostrzegła,  że  jego  twarz  ma 

dziwny wyraz. 

– Wiesz, czego mi najbardziej brak? – spytał faceta siedzącego obok. – Zapachu 

węgla  drzewnego.  Pamiętam  ten  zapach,  unosił  się  wokół  grilla  przy  ulicy 
Czwartego Lipca. Przypomniał mi się, kiedy przyniosłeś ten stek. Tutaj stek nigdy 
nie pachniał jak należy. 

background image

– Do licha, zjadłbym gorącego hot-doga – powiedział jego kumpel. 
– A mnie najbardziej brakuje kąpieli w basenie – podjął wątek ktoś inny. – W 

tym stanie nie ma nawet przyzwoitej kałuży. 

 – Tęsknię za kuchnią mojej żony – szepnął Gilly, patrząc niepewnie znad łyżki 

z potrawką. – To jest to, co utraciłem. 

Meg przyjrzała mu się uważnie. 
– Jesteś żonaty? 
Wyglądał na zaskoczonego nie pytaniem, lecz dźwiękiem jej głosu. 
– Pewnie. – Odsunął potrawkę. 
– Gdzie ona jest? Dlaczego... 
Gilly wzruszył ramionami. 
–  Nie  mogłaby  przecież  tkwić tu  ze  mną  przez  całą  zimę.  Potrójna  zapłata to 

prawdziwa  pokusa  –  dodał.  –  Myślę,  że  w  przyszłym  roku  będziemy  już  sobie 
mogli pozwolić na mały dom w Fernando Valley. 

– Znam ten dom i zamierzam sobie kupić podobny obok – zażartował ktoś. 
Spacerowali  rozmawiając  o  swoich  marzeniach,  o  tym,  co  zostawili  gdzieś 

daleko. 

Meg słuchała zdumiona. Fragmenty życia tych mężczyzn, z którymi pracowała 

przez  dwa  lata,  ożywały  w  jej  wyobraźni,  tworząc  obraz  ludzkiego  losu.  Shark 
został wylany z West Point. Reese pracował przedtem w NASA. Większość tych 
mężczyzn  było  żonatych,  wielu  miało  dziewczyny  w  rodzinnych  stronach. 
Przyjechali tu dla pieniędzy, to prawda, ale znaleźli coś więcej. Północ przyciągała 
ludzi  specjalnego  pokroju,  tych,  którzy  lubili  żyć  w  samotności  i  niewygodach, 
czasem  na  granicy  bezprawia.  Czerpali  z  tego  dziwną  satysfakcję.  Wszyscy  byli 
skłóceni  z  życiem,  uparci  i  niezależni  duchem,  nie  było  dla  nich  żadnych 
autorytetów. Ten gatunek ludzi mógł tutaj przetrwać. Ona i Red byli właśnie tacy. 

Dancer dotknęła ramienia Meg. 
– Dlaczego nie pójdziesz czegoś zjeść? Ja z nim posiedzę. 
Patrzyła na Dancer i próbowała stłumić niespokojne myśli. 
– Jesteś pewna, że temu sprostasz? 
– Mogę siedzieć równie dobrze tu, jak gdzie indziej – odpowiedziała biorąc od 

niej talerz z potrawką. – Dam mu jeść, jak się obudzi. Idź już! 

Red  zauważył  wychodzącą  Meg,  ale  nie  poszedł  za  nią.  Nie  wiedział,  czy 

zatrzyma  się  w  jakimś  przytulnym  kąciku,  w  którym  mogliby  kontynuować 
rozmowę. 

I ty myślisz, że znasz kobiety, wyrzucał sobie. Meg Forrest była jedyną kobietą, 

background image

jaką  chciał  poznać.  Przez  te  ostatnie  dwa  lata  poznał  ją  lepiej  niż  kogokolwiek. 
Wciąż  go  jednak  zaskakiwała.  Przypatrywał  się,  gdy  przed  chwilą  słuchała 
wynurzeń  tych  wszystkich  mężczyzn  i  zauważył,  że  po  raz  pierwszy  zaczęła 
wnikać w siebie. Nie zdziwiła go jej opiekuńczość i ten szczególny rodzaj czułości, 
którą  okazywała  rannym.  Znał  tę  stronę  charakteru  Meg,  chociaż  rzadko  ją 
objawiała.  Wiedział  też,  że  często  próbowała  ukrywać  swoje  emocje.  Zaskoczyła 
go  jej  bezbronność.  To  było  coś  zupełnie  nowego.  Obserwował  pobladłą  ze 
zmęczenia  twarz  i  przygarbione  ramiona  Meg.  Wydała  mu  się  nagle  niezwykle 
samotną  istotą,  kiedy  przysłuchiwała  się  dowcipom  i  żartom.  Nigdy  nie  widział 
takiej Meg. I obserwując ją, zapragnął znaleźć jakiś dyskretny kącik i pochwycić ją 
w ramiona. Trzymać w objęciach tak długo, aż znów stanie się silna. 

Nie wytrzymał i poszedł za nią do kuchni. 
Meg wiedziała, że jest znów przy niej, ale nie obejrzała się; zmywała naczynia. 
–  No  tak  –  powiedział.  –  Przestałaś  być  pielęgniarką  i  stałaś  się  gospodynią. 

Jakie jeszcze talenty ukrywasz? 

– Mógłbyś coś zrobić z tą muzyką? – spytała. 
– Doprowadza mnie do szału. 
– Nie udawaj, lubisz głośną muzykę. Podnosi ciśnienie i powoduje gwałtowny 

przypływ adrenaliny. 

– Myślę, że mam wystarczająco dużo adrenaliny we krwi. Wyłącz magnetofon i 

połóż tych ludzi spać. 

– O czym teraz myślisz? – Roześmiał się. 
Odwróciła się i spojrzała na niego. 
– Jak ty to robisz? – spytała poważnie. – Przeżyliśmy tę katastrofę, wszyscy są 

chorzy i wycieńczeni, a ty mimo to zmusiłeś ich do śpiewu. 

Oparł biodro o ladę. 
– Nie wiem – odpowiedział. – Chyba mam wrodzony talent. 
Pokręciła głową z niedowierzaniem. 
– Nie znam tych chłopców. Mieszkam tu z nimi dwa lata i nic o nich nie wiem. 

Ty wiesz o nich wszystko. 

– Hołdujemy różnym stylom życia, to wszystko. 
– Wzruszył ramionami. 
– Nie, to coś więcej – szepnęła. – Ukończyłam kursy menedżerskie, wiem, jak 

powinnam postępować z ludźmi, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogę w 
stosunku do nich zastosować te reguły. 

– Nie przejmuj się – powiedział z uśmiechem. 

background image

– Bardzo trudno jest wniknąć do męskiego świata. 
Robisz  to  lepiej  od  innych  kobiet.  To  właśnie  jest  jedna  z  cech,  za  którą  cię 

lubię. Spróbowała odpowiedzieć mu uśmiechem. 

– Jedynie ty zawsze akceptowałeś mnie taką, jaką jestem. 
Patrzył  na  nią  czule  i  wyraźnie  pragnął  przedłużyć  ten  moment  między  nimi, 

chwilę prawdy. 

– Nic się nie zmieniło. 
Kuchnia była ciasna i wciąż musieli ocierać się o siebie. Oboje czuli przypływ 

pożądania i oboje bali się tego uczucia. 

Meg wytarła ręce w chusteczkę. 
– Lewis powinien coś zjeść, zastąpię go przy radiotelefonie. 
– Kochanie, nikogo nie wywołasz teraz przez radio. – W jego głosie usłyszała 

przygnębienie.  –  A  nawet  jeśli  to  zrobisz,  to  po  co?  Medevac  nawet  nosa  nie 
wyściubi, dopóki burza nie minie. Co zamierzasz osiągnąć, dzwoniąc do piechoty 
morskiej? Tatuś nie przybędzie na ratunek, uwierz mi. 

Spojrzała na niego, ale była zbyt zmęczona, aby okazać gniew. 
– Tatuś jest w armii – powiedziała. 
– Wiem. 
– Dlaczego właściwie tak go nienawidzisz? Przecież go nawet nie poznałeś. 
–  Wcale  nie,  nienawidzę  tylko  krzywdy,  jaką  ci  wyrządził,  zmuszając  do 

myślenia, że jesteś lepsza niż wszyscy. 

Patrzyła  skonsternowana,  jakby  chciała  coś  powiedzieć,  lecz  brakowało  jej 

słów.  Czuł,  że  za  chwilę  może  nastąpić przełom  w  ich  wzajemnych  stosunkach i 
nie był pewny, czy naprawdę tego pragnie. 

Nagle  silny  wiatr  wtargnął  przez  żaluzję  okienną,  zrzucając  szklanki  i 

pojemniki z przyprawami stojące na parapecie. Nastrój prysł. 

–  Boże,  jak  ja  nienawidzę  wiatru  –  powiedziała  Meg,  kierując  się  w  stronę 

drzwi. 

– Oczywiście, że go nienawidzisz, jest bowiem jednym z niewielu zjawisk, nad 

którymi nie potrafisz zapanować. 

Rzuciła mu ostre spojrzenie i spróbowała go wyminąć. 
–  Hej.  –  Wziął  ją  za  rękę  i  wyjął  czekoladki  z  kieszeni.  –  Zjedz.  Szykuje  się 

długa noc, będziesz potrzebować sił. 

Patrzyła na niego w milczeniu. Wzięła czekoladkę i wyszła. 
 

background image

Rozdział 8 

 
Red  uklęknął  obok  Dancer,  która  trzymała  na  kolanach  głowę  Joego  i 

pieszczotliwie gładziła jego włosy. 

– Jak on się czuje? 
– Jest spokojniejszy. Gilly dał mu jakiś środek uśmierzający. 
Cisza  panowała  w  całym  budynku.  Przyciemniono  światła  i  ci,  którzy  mogli 

usnąć,  spali.  Maudie  drzemała  za  biurkiem  z  głową  opuszczoną  na  piersi.  Nawet 
Gilly zasnął. Red nie widział Meg od kilku godzin. 

Dancer spojrzała w kierunku radiostacji i uśmiechnęła się. 
– Ta kobieta opętała cię, no nie? Popatrzył na swój kubek z kawą. 
– Nie wiem, o czym mówisz. 
– Zrobiłeś poważny błąd przyjeżdżając tutaj. 
– Przeciągnęła się lekko i pogładziła dłońmi biodra. 
–  Kiedy  dziewczyna  trzyma  cię  już  w  garści,  to  nie  należy  pozwolić,  aby 

zacisnęła pięść. 

– Nie jestem pewien, czy masz rację – odpowiedział. 
– Oczywiście, że mam. Co zaszło teraz między wami? 
– To niepotrzebne pytanie. – Wzdrygnął się. 
– Nie, sterczałeś tu półtora roku. Na pewno masz jakieś zamiary. 
– Mam. 
– Więc? 
Red długo patrzył na nią. 
–  Powiedz  mi,  Dancer,  co  każe  kobietom  wychodzić  za  mąż,  a  później 

próbować  zmienić  charakter  tego  mężczyzny.  Czy  nie  mogłybyście  poślubić  od 
razu właściwego chłopaka, tego, którego naprawdę pragniecie? 

– Mogłabym o to samo zapytać mężczyzn. – Wzruszyła ramionami. – Myślę, że 

nie mamy wyboru. 

–  I  ja  sądzę,  że  nie.  –  Spuścił  wzrok.  –  Ona  ma  idiotyczne  pomysły.  Chce, 

żebym został pilotem handlowym albo nauczycielem w szkole latania, kimś... Do 
diabła,  gdybym  chciał  to  robić, nie ruszałbym  się  z  Arkansas.  Starałem  się  jej  to 
wszystko wytłumaczyć, zanim odszedłem. 

– Chciała ci uwić gniazdko. Kobiety zawsze o tym marzą. 
Był zaskoczony, nigdy nie myślał o Meg jako o istocie wijącej gniazda. 
– O nie! To nie było tak – zaprzeczył bezwiednie. 

background image

–  Niemądry  jesteś  –  zawołała  niecierpliwie  Dancer.  –  Wszyscy  jesteście 

niemądrzy. Bóg wie, że nie jesteście wcale tacy dobrzy, ale jeśli kobieta zamierza 
mieć gniazdo, mężczyzna bierze się do jego budowy. Tak to już jest. 

Znów potrząsnął głową, rozbawiony i trochę zirytowany. 
–  No  dobrze,  ale  jeśli  tak  jest,  to  wybrała  sobie  niewłaściwego  ptaka.  Nie 

chciałem jej pozwolić... 

– Obciąć sobie skrzydeł? 
– Właśnie tak. 
–  Mam  dla  ciebie  dobrą  wiadomość,  słodziutki.  Ona  już  o  tym  wie.  – 

Uśmiechnęła się. 

Popatrzył na nią przeciągle i wstał. 
– Na razie, Dancer. 
Ponownie napełnił kubek kawą i udał się w stronę radiostacji. Lewis spał, a i 

Meg  pewnie  się  zdrzemnęła.  Nie  chciał  jej  zakłócać  snu.  Położył  śpiwór  na 
podłodze i ostrożnie otworzył drzwi pokoju radiowego. 

Siedziała  przy  biurku,  z  głową  podpartą  rękami.  Jej  włosy  opadały  w  dół, 

skrywając twarz. Nie spała i natychmiast, gdy wszedł, odrzuciła głowę do tyłu. 

– Coś ci przyniosłem. – Podał jej kubek kawy. 
– Dzięki. – Jej głos był aż ochrypły ze zmęczenia. 
– I to. – Rzucił śpiwór. – Jeżeli chcesz odpocząć, to posiedzę przy radiu. 
Przełknęła odrobinę kawy i skrzywiła się. 
– Co to jest? Smakuje jak burbon. 
– Zgadłaś. Przyniosłem ci mały prezent od Maudie. 
– Jesteś okropny. 
–  Wiem.  –  Usiadł  na  brzegu  biurka.  –  Ale  nie  wiadomo,  co  ci  się  jeszcze 

przydarzy tej nocy. 

Przechyliła się w tył wraz z krzesłem i zaplotła ręce na karku. 
– Co słychać u poszkodowanych? 
– Większość zasnęła. Jaka temperatura? 
– Trzydzieści trzy poniżej zera. 
– Przyszedł mi do głowy pewien pomysł. 
– Jaki? 
–  – Mała przechadzka przy świetle księżyca, aby odświeżyć umysł. 
Jej wargi rozchylił niespodziewany uśmiech. 
– Nie ma księżyca. Wstał i podszedł do okna. 
– Nawiązałaś z kimś kontakt? Potwierdziła skinieniem głowy. 

background image

–  Niedawno  złapałam  Little  Creek,  ale  są  w  takiej  samej  sytuacji  jak  my. 

Niestety, nie ma nowej prognozy pogody. 

–  Gdzie  są  ci  wspaniali  mężczyźni,  kiedy  ich  potrzebujesz  –  zamruczał.  – 

Podniósł żaluzję i wpatrywał się w ciemną przestrzeń tak uporczywie, jakby chciał 
ją  przewiercić  wzrokiem.  –  Czy  wiesz  –  rzekł  w  zamyśleniu  –  że  gdybym  mógł 
wznieść się ponad pokrywę chmur... 

– Nie – powiedziała szybko Meg. 
– Teraz jeszcze nie, ale wiatr przycicha już chwilami. 
– Tutaj może tak, ale kto wie, co się dzieje o parę kilometrów stąd? Zresztą nie 

wiesz, jak się zachowa metalowy sprzęt w takiej temperaturze. 

–  Daj  spokój,  Meg,  ja  wiem,  co  potrafi  mój  samolot.  Latałem  w  niższych 

temperaturach. 

– I straciłeś maszynę. 
– Przecież znów wystartowałem, prawda? 
–  Zapomnij  o  tym,  Red.  –  Zacisnęła  ręce  na  kubku  i  całe  zmęczenie  nagle  ją 

opuściło. – To nie jest wyjście, więc nie myśl o tym. 

Stał  odwrócony  do  okna  i  nie  odpowiadał.  Meg  wolno  piła  kawę,  licząc,  że 

burbon  pomoże  jej  się  rozluźnić,  ale  tak  się  nie  stało.  Dlaczego  nie  próbuje 
wyperswadować  Redowi  jego  idiotycznych  pomysłów?  Zawsze  robił,  co  chciał  i 
nie zważał na jej argumenty. Nie mogła, nie potrafiła go kontrolować. 

Wreszcie odezwała się, próbując przybrać zasadniczy ton. 
– Czy myślisz, że był kiedyś czas, gdy nie walczyliśmy ze sobą? 
Odwrócił się. 
– Nie, pamiętam jedynie, że pierwszego dnia, gdy cię tu przywiozłem, tuż po 

wyjściu z samolotu usłyszałem kilka niecenzuralnych słów. 

Uśmiechnęła się na to wspomnienie. 
–  Byłeś  maniakiem.  Myślałam,  że  chcesz  zabić  nas  oboje,  ten  twój  sposób 

latania... 

– Wydałaś mi się tak apodyktyczną osobą, a przecież zupełnie nie znałaś się na 

tych sprawach. Chciałem zrobić na tobie wrażenie. 

– I udało ci się. 
O tak. Zrobił na niej wrażenie. Zaledwie w dwadzieścia godzin od chwili, gdy 

jej  stopa  dotknęła  „ziemi  Carstone”,  leżała  już  naga  w  ramionach  Reda  i  to  było 
najlepsze ze wszystkiego. Sześć tygodni szczęścia i niezliczone potyczki później. 
Prosił,  aby  została  jego  żoną.  Nie  przyszło  jej  na  myśl,  że  mogłaby  zrobić  coś 
innego. 

background image

– Chociaż mówią, że walka dobrze robi. Odświeża atmosferę – powiedział Red 

podchodząc do niej. 

– Nie sądzę, aby nam służyła. Przecież postanowiliśmy się rozwieść. 
Podniósł kubek Meg i napił się z niego. 
– Ale żadne z nas nie nabawiło się wrzodów żołądka. 
 –  Wspaniale.  –  Osunęła  się  na  krzesło.  –  Jeśli  chcesz  zachować  zdrowie, 

rozwiedź się. 

Jego oczy patrzyły łagodnie z jakąś wewnętrzną siłą. Nie pragnęły  jej osądzać 

ani przekonywać o niczym, niczego też nie oczekiwały. 

Odwróciła wzrok. 
– Przyzwyczaiłam się być dobra we wszystkim. Nie lubię sprawiać zawodu  – 

powiedziała przytłumionym głosem. 

– Ja też tego nie lubię. – Spuścił oczy. 
– A małżeństwo nie spełniło mych oczekiwań. 
–  Czego  się  spodziewałaś?  –  Spojrzenie  Reda  stało  się  czujne  i  pełne 

ciekawości. 

Meg musiała chwilę się zastanowić i była zaskoczona prostą odpowiedzią, która 

nagle nasunęła się sama. 

– Nie jestem pewna, ale sądzę, że wyobrażałam sobie ten związek jako bardziej 

cywilizowany. Poprzez obserwację moich rodziców małżeństwo kojarzyło mi się z 
koktajlami o szóstej i obiadami o ósmej... 

– A nie z gorącym seksem na podłodze w pralni? 
Meg  musiała  być  bardziej  zmęczona,  niż  mogła  to  sobie  uświadomić,  gdyż 

roześmiała się serdecznie. 

– Racja. A moja mama zawsze przestrzegała zasad etykiety. 
Wytrzeźwiała już trochę i patrząc na Reda z zainteresowaniem, szepnęła: 
– A czego ty oczekiwałeś? 
– Gorącego seksu na podłodze w pralni – odpowiedział bez wahania. Rozejrzał 

się po pokoju, jakby szukał odpowiedzi. – Nigdy nie chciałem małżeństwa z byle 
powodu. 

– Ja także nie. 
Wypił łyk kawy. 
–  Domyślam  się,  czego  oczekuje  większość  mężczyzn.  Szukają  miejsca,  do 

którego mogliby wracać. Kogoś, kto chciałby na nich czekać. 

Zmarszczył  brwi,  stojąc  tak  z  kubkiem  kawy  w  rękach.  Myślał  o  tym,  czego 

właściwie  oczekiwał  od  Meg.  Chciał  być  dla  niej  najważniejszy  na  świecie, 

background image

pragnął, aby trwała obok niego i dawała mu poczucie sensu życia. 

Westchnęła zmęczona. 
–  Nigdy  nie  myśleliśmy  o  tym,  jakie  powinno  być  nasze  małżeństwo. 

Gdybyśmy  zastanowili  się  chociaż  przez  minutę,  wiedzielibyśmy,  że  to  nie  takie 
trudne. Żadne z nas nie miało nawet nieśmiałego pomysłu na wspólne życie. 

– Być może postępowaliśmy ze sobą zbyt brutalnie – powiedział Red wolno. – 

Być może – wbił wzrok w podłogę – małżeństwo jest niczym więcej, niż piciem z 
tego samego kubka. – Uśmiechnął się. 

Wstał, świadomy wahania w oczach Meg i położył jej rękę na ramieniu. 
– Idź i zdrzemnij się trochę, ja cię zastąpię. 
W odpowiedzi usłyszał jej opanowany głos. 
– Dzięki, ale nie mogę zasnąć. Muszę jeszcze uporać się z paroma sprawami; 

zaraz wrócę. Nie ma powodu, abyśmy oboje czuwali przez całą noc. 

Meg przeszła cicho przez pokój pełen śpiących ludzi, starając się nie obudzić 

nikogo.  Dancer  spała  z  głową  Joego  na  swoich  kolanach;  wydawali  się  tak 
spokojni, jakby spoczywali w najwygodniejszym łóżku. Kilka osób pozdrowiło ją, 
gdy  przechodziła.  Niektórzy  nawet  się  uśmiechali.  Nie  ma  to  jak  katastrofa, 
pomyślała,  nic  nie  zbliża  ludzi  bardziej.  Zastanawiała  się  uporczywie  nad 
wszystkim, co się wydarzyło przez kilka ostatnich godzin. Szczególnie nad tym, co 
zaszło między nią a Redem. 

Ich  małżeństwo  było  katastrofą,  jeden  kryzys  za  drugim,  ustawiczna  burza  i 

bunt;  lepiej  funkcjonowali  w  stanie  zagrożenia.  Być  może  nie  było  w  tym  nic 
złego, pomyślała. 

Chciała być teraz sama, z pewnością dobrze zrobiłoby jej trochę zimna, ma zbyt 

gorącą głowę. 

Zdawała  sobie  sprawę,  że  w  Redzie  pociągają  ją  najbardziej  wady,  a 

przynajmniej  wiele  kobiet  nazwałoby  te  cechy  wadami  –  jego  upór,  dzika 
niezależność, szorstkość, która niektórym mogła zdawać się brutalnością. Zawsze 
wiedziała,  czego  może  się  spodziewać  i niczego nie  musiała przed nim  ukrywać. 
Czy to wszystko było wystarczającym fundamentem małżeństwa? 

Weszła  do  maszynowni.  Było  tu  ciepło,  a  rytmiczna  praca  maszyn  dawała 

poczucie bezpieczeństwa. 

Dlaczego wciąż próbuje znaleźć odpowiedzi na te pytania? Czy jeśli uświadomi 

sobie, co było złego między nimi, to uratuje coś z ich związku? Czy nie jest na to 
za późno? 

Dopiero teraz uświadomiła sobie, że wiele złego jest już poza nimi i że niektóre 

background image

z tych złych rzeczy były po prostu jej urojeniami. 

Gdy  analizowała  tę  fatalną  listę  błędów,  doszła  do  wniosku,  że  można  by 

wypełnić  nimi  specjalny  małżeński  poradnik.  Nie  mieli  ze  sobą  nic  wspólnego  i 
zarazem byli zbyt podobni do siebie. Ich cele i wartości skrajnie się różniły. Ona 
nie mogła żyć w tym strasznym miejscu, a on nie potrafił stąd odejść. Miała tyle 
kompleksów, o których do tej pory nie mogła z nim nawet porozmawiać. Nigdy nie 
dał jej szansy. 

Co było złego w ich związku? Obopólna walka, lęk, gdy odchodził, wściekłość 

zmieszana z namiętnością, gdy był blisko. Żyła z tym wszystkim i kochała go na 
przekór  temu.  Kochała  tak  bardzo.  Opuścił  ją,  zanim  była  gotowa  pozwolić  mu 
odejść. Nie mogła mu tego wybaczyć. To właśnie dlatego miłość zamieniła się w 
nienawiść. Przynajmniej tak jej się wydawało. 

– Och, Red – szepnęła bezgłośnie. – Cóż za bałagan. 
Rozejrzała się po pokoju i poczuła lekkie ukłucie żalu na wspomnienie porannej 

rozmowy  z  Dancer.  Ta  dziewczyna  uzmysłowiła  jej,  jak  wiele  z  siebie  będzie 
musiała tutaj zostawić. To było niewygodne, bo przecież naprawdę chciała opuścić 
to miejsce. Wykonała kawał dobrej roboty, nie tej, oczywiście, na którą podpisała 
kontrakt.  Przede  wszystkim  udoskonaliła  generator;  nigdy  nie  miała  takiego 
poczucia twórczej wolności w Waszyngtonie. Uniemożliwiały jej to przymiarki u 
krawców, spotkania o dziesiątej wieczorem, sterylne laboratoria i nie kończąca się 
biurokracja. 

O Boże, pomyślała. Chyba oszalałam jak wszyscy tutaj i właśnie zaczynam to 

lubić. 

W podobny sposób pomyślała o Redzie. 
Jej życie było proste do dzisiejszego ranka. Wiedziała, dlaczego stąd odchodzi i 

wierzyła, że jej wybór jest słuszny, ale teraz... nawet szum maszyn, który zawsze 
był  przyjazny,  zmienił się.  To  było  miejsce  pracy,  a  nie  schronienie,  maszyny  są 
tylko maszynami, niczym więcej. Zamknęła oczy walcząc z natłokiem myśli. 

–  O  co  chodzi?  –  wyszeptała.  –  On  się  nigdy  nie  zmieni,  więc  dlaczego  nie 

pozwala mi odejść? 

Ponieważ wie, że go kocha, tak ślepo i desperacko jak wtedy, gdy spotkała go 

po raz pierwszy. To było proste. Kochała mężczyznę, który zmusił ją do miłości w 
spiżarni  u  Maudie.  Kochała  człowieka,  który  podporządkował  sobie  tylu 
wystraszonych  rannych  ludzi  i  pozwolił  im  zapomnieć  na  chwilę  o  kłopotach. 
Podziwiała  nieustraszonego  pilota  i  czułego  kochanka.  Pragnęła  go  nawet  w 
gorączce  gniewu,  kiedy  mówił  do  niej  w  okrutny  sposób.  Kochała  go  dziko,  – 

background image

beznadziejnie i nie chciała już dłużej panować nad tym uczuciem. Niech wypełni ją 
całą i odnajdzie się w biciu jej serca. 

Kiedy wróciła na górę, Lewis i Gilly nie spali. Spojrzała przelotnie na Gilly’ego 

i gdy Lewis zadeklarował chęć dyżurowania przy radiostacji, zaprotestowała. 

– Idź spać – rzekła miękko. – Ja się tym zajmę. 
Weszła do kabiny radiooperatora, zamykając za sobą drzwi. 
Red rozłożył śpiwór w rogu pokoju i siedział na nim. Z jego twarzy nie dało się 

odczytać żadnych uczuć. Zobaczyła tylko, że wkładał fotografie do pudełka. 

– Kontrolujesz mnie? – zapytał. 
– Myślę, że to mogłoby być niegłupie. Uniósł brwi. 
– Sprawdzanie tego, co robię, o to ci chodzi? Czy myślisz, że mógłbym opuścić 

swój posterunek? 

Nie  słychać  nic  nowego.  –  Wskazał  gestem  radio.  –  Sądzę,  że  wszyscy  po 

prostu śpią. 

Popatrzyli na siebie i Meg poczuła bicie własnego serca. 
– O czym myślisz? – spytała. 
– Mam ci powiedzieć prawdę? Przytaknęła. 
Odchylił  głowę  w  tył  i  uśmiech  rozjaśnił  jego  twarz,  był  pełen  współczucia  i 

trochę zakłopotany. 

–  To  brzmi  szaleńczo,  ale  myślałem  o  twojej  skórze,  jest  taka  gładka  i 

elastyczna, a twój brzuch jest tak przyjemnie zaokrąglony. Właśnie o tym myślę. – 
Przymknął oczy. – Pewnie zwariowałem. 

Wstał  i  powiesił  kurtkę  na  haku,  przysłaniając  nią  zamarznięte  okno.  Meg 

odwróciła się i zamknęła drzwi na zasuwkę. 

Powoli  ściągnęła  sweter.  Red  patrzył  na  nią,  gdy  rozpinała  biustonosz. 

Temperatura w pokoju sprawiła, że przeszedł ją dreszcz zimna. Podeszła do Reda i 
uklękła  między  jego  nogami.  Powoli  zaczął  gładzić  ciało  Meg.  Pieścił  ramiona, 
piersi i biodra, a jego oczy błyszczały z podniecenia. 

–  Kochanie  –  powiedział  łagodnie.  –  Czy  nie  popełniamy  znów  tego  samego 

błędu? 

– Prawdopodobnie. 
Wsunęła  palce  pod  kołnierzyk  jego  koszuli  i  westchnęła  głęboko,  czując  ręce 

Reda na swych  piersiach.  Masował  sutki Meg, najpierw  delikatnie, później  coraz 
bardziej niecierpliwie. 

– Red – wyszeptała. – Rozbierz się. 
– Mam zdjąć wszytko? 

background image

– Do najmniejszego drobiazgu. 
Zupełnie nadzy patrzyli sobie bezwstydnie w oczy. 
Nogi Reda oplatały biodra Meg, a dłonie niecierpliwie obrysowywały kształt jej 

ciała.  Ogarnęła  ją  słodka gorączka.  Czuła  język  Reda  muskający  jej  sutki i  palce 
pieszczące  ledwo  zarysowującą  się  wypukłość  brzucha.  Rozgrzana  z  podniecenia 
odbierała pocałunki na skórze niczym dotknięcie rozpalonego żelaza. Jak cudownie 
być  małżeństwem.  Jak  wspaniale  jest  czuć,  że  twój  kochanek  uważa  cię  za 
najwspanialszą dziewczynę na świecie! Jak dobrze wiedzieć, że tylko on jeden zna 
twoją tajemnicę rozkoszy, on jedyny daje ci szczęście. Wie, jak to zrobić i w każdej 
jego pieszczocie odczuwasz zaskoczenie, jak gdyby dotknął cię po raz pierwszy w 
życiu. 

Zanurzyła palce w jego włosach, przesuwała je po szorstkich policzkach Reda, 

wodziła  językiem  po  jego  szyi.  Bliskość  ukochanego  doprowadzała  ją  do 
szaleństwa,  zaciskała  desperacko  dłonie  wokół  jego  jędrnych  pośladków  i  w  tej 
samej  chwili  obojgiem  targnął  spazm  rozkoszy.  Ich  usta  spotkały  się  teraz  w 
namiętnym pocałunku. 

Kiedy był już w niej, zapragnęła gwałtownie wyjść mu naprzeciw. Stał się jej 

tak  bliski,  jak  nigdy  przedtem.  Rozkosz  narastała  z  porażającą  siłą;  wstrzymała 
oddech wpijając paznokcie w jego ramiona. 

– Czy tak jest dobrze? – zapytał. 
W odpowiedzi mogła tylko skinąć głową. 
Dotyk  Reda  stał  się  teraz  pełen  uwielbienia.  Czuła  wewnątrz  narastającą 

twardość. Pogrążał się w niej coraz głębiej, brzuchem mocno uciskał jej łono. Padła 
bez sił w jego objęcia, oddychając coraz słabiej. 

– Meg – wyszeptał. – Meg. 
Przez  długi  czas  kołysali  się  wzajemnie  w  ramionach,  naprawdę  złączeni. 

Wszystko, co było nim, stało się teraz nią. Przeniknęli się wzajemnie i zdawali się 
myśleć, że było tak zawsze, że nigdy nie będzie inaczej. Nic nie mogło już teraz 
spotęgować łączącej ich bliskości. Nie musieli nic robić, wystarczyło, że trzymali 
się  razem,  połączeni  przez  ciała  i  serca.  Meg  wypełniła  niebiańska  radość  i 
pozwoliła jej tak trwać w oczekiwaniu na spełnienie. 

Rozplótł jej włosy i nie spiesząc się gładził je, bawił się nimi, a ona z czułością 

dotykała jego twarzy. 

Nagle  przywarli  do  siebie  mocniej,  z  jakąś  gwałtowną  chciwością.  Zaczął 

poruszać się w niej szybkimi pchnięciami. Tulił ją w ramionach, aż ostry dreszcz 
przeniknął  jej  ciało  i  przez  chwilę  widziała  wyraz  triumfu  na jego twarzy,  zanim 

background image

ogarnęły ją oszałamiające fale rozkoszy. 

Ułożył Meg na śpiworze, którym okrył ich oboje. Mogła czuć bicie jego serca, 

ciepło jego ciała i rytm jego oddechu. 

Była bezbronna, a zarazem mocniejsza niż kiedykolwiek przedtem. Jak mogła 

nawet  pomyśleć,  że  potrafiłaby  żyć  bez  niego!  Bez  niego  była  nikim,  cieniem 
osoby,  którą  mogła  się  stać  trwając  przy  nim,  i  dlatego  właśnie  tak  trudno  było 
pozwolić mu odejść. 

Podniosła na niego oczy z wyrazem pełnym bólu i miłości, pragnęła go bardzo i 

już nie usiłowała tego ukryć. 

– Red – szepnęła. – Nigdy nie byłam twarda, to tylko strach. 
Spojrzał na nią. 
– Co, kochanie? – Delikatnie odsunął kosmyk włosów z jej policzka.  – Czym 

się martwisz? 

– Tym, że kocham cię za bardzo, pożądam zbyt gwałtownie... tym, że cię stracę. 
W odpowiedzi przytulił ją jeszcze mocniej. 
– Nigdy więcej nie zabieraj mnie do swego samolotu – powiedziała nie patrząc 

na niego. – Kiedy byłam z tobą w samolocie, czułam, jakby ta część twojego życia 
nie należała do mnie. Byłam poza nią i to mnie przeraziło. 

Słyszała jego ciężki oddech, długo milczał, a po chwili odpowiedział ochryple: 
– Ja też chyba się bałem. Zamknęła oczy, skrywając łzy. 
– Och, Red, co będzie z nami? 
Całował  jej  palce,  mocno  trzymając  je  w  swoich  dłoniach,  ale  nic  nie 

odpowiedział. Meg również milczała. 

 

background image

Rozdział 9 

 
Myślał, że Meg już zasnęła, więc ostrożnie wstał, aby zgasić światło. Leżała na 

boku,  włosy  opadały  jej  na  twarz.  Róg  śpiwora zakrywał  jej  nogi i biodra, górna 
część  ciała  pozostawała  odsłonięta.  Przez  chwilę  patrzył  na  nią,  podziwiając  jej 
urodę. Wyraźnie zaznaczone wcięcie w talii podkreślało smukłość ciała. Ramiona 
miała umięśnione i delikatne zarazem. Przecież pracowała fizycznie w tak ciężkich 
warunkach  i  nawet  czasem  zapominała,  że  jest  kobietą,  nie  przychodziło  jej  po 
prostu  do  głowy,  że  wielu  silnych  mężczyzn  mogłoby  jej  pomóc.  I  kiedy  Red 
uświadomił sobie, z kim ma do czynienia, skonstatował z przerażeniem i podziwem 
równocześnie, że spotkał na swej drodze szczególną kobietę. 

Nie  mógł  uwierzyć,  że  pozwolił  jej  odejść.  Nie  wyobrażał  sobie  jednak,  co 

należałoby teraz zrobić, aby ją zatrzymać. 

Położył  się  w  śpiworze  obok  Meg,  delikatnie  otaczając  ją  ramieniem.  Nie 

słychać już było wycia wiatru; burza ucichła. Jeszcze kilka dni temu  można było 
bezpiecznie odlecieć stąd samolotem, ale teraz stało się to niemożliwe. 

Myślał  o  wszystkim,  co  należałoby  zmienić,  ale  jak  dotychczas  zmienił  się 

tylko  wewnętrznie  on  sam.  Był  bardziej  pusty,  bardziej  obolały  i  przerażony.  Nie 
będzie umiał jej zatrzymać. Wiedział o tym od pierwszej chwili, od kiedy ujrzał ją 
na  pasie  startowym  w  Juneau,  rzucającą  szybkie  rozkazy  i  zajętą  urzędowymi 
sprawami. Już wtedy poczuł, że nigdy naprawdę nie zdobędzie tej kobiety. 

Nawet po tej ostatniej nocy, kiedy odszedł, nie myślał, że to już koniec. Wciąż 

szukał pretekstu,  aby  wrócić,  każdego  tygodnia,  każdego dnia,  ale  walczył  z  tym 
pragnieniem, do chwili gdy przysłała mu wiadomość, że chce się rozwieść. Wtedy 
zaczął  pić  i  pił  przez  długi  czas.  Musiał  przekonywać  siebie,  że  tak  jak  jest,  jest 
dobrze.  Czy  ktokolwiek  mógł  wiedzieć,  że  nigdy  tak  naprawdę  nie  byli  mężem  i 
żoną, że od razu wykopali topór wojenny? Miał swoją, dobrze chronioną, intymną 
sferę  życia  bez  Meg.  Uwolnił  się  od  niej  i  nareszcie  mógł  zacząć  wszystko  od 
nowa. Tylko że bez niej nie było sensu zaczynać niczego. 

Zdawał  sobie  sprawę,  jakie  błędy  popełnili  oboje.  Przez  sześć  miesięcy  w 

bezsenne  noce  rozpamiętywał  je,  gryząc  się  nimi,  złorzecząc  sobie  i  Meg.  Oboje 
byli egoistami, upartymi i myślącymi zawsze po swojemu. Byli jak nieokiełznane 
konie,  każde  z  nich  ciągnęło  w  swoją  stronę  z  tą  samą  dziką,  niepohamowaną 
determinacją.  Nie  mogli  żyć  bez  siebie,  ale  ostatnim  krokiem,  na  jaki  winni  się 
zdecydować, było małżeństwo. 

background image

Małżeństwo,  które  niczego  nie  zmieniło.  Chciała  odejść  stąd,  gdy  tylko 

otrzymała  bilet  powrotny.  Jak  mógł  wybłagać  zmianę  decyzji?  Jej  życiem  był 
Waszyngton,  jego  –  Adinorack.  Wciąż  nie  mógł  jej  dać  tego,  czego  pragnęła,  a 
Meg nigdy nie potrafiła zrozumieć, na czym mu naprawdę zależy. 

Nie  było  wyjścia.  Ich  sprawy  wydawały  się  teraz  jeszcze  bardziej 

skomplikowane  niż  wczoraj,  miesiąc  temu  czy  rok  temu.  Dlaczego  właściwie 
miałby nie pozwolić jej odejść? 

– Red – powiedziała cicho. 
Spojrzał  na  nią  zastanawiając  się,  jak  długo  już  mu  się  przygląda.  Pokój  był 

lekko  oświetlony  zieloną  poświatą  bijącą  od  radiostacji,  jej  oczy  były  spokojne, 
błyszczące, a skóra lśniła w świetle księżyca. Pomyślał, że nigdy nie będzie umiał 
wyrazić, jak bardzo podziwia jej urodę. 

– Śpij – szepnął muskając jej włosy. – Jesteś wyczerpana. 
– Nie spałam. I ty też nie. Uśmiechnął się w ciemnościach. 
– Jestem mężczyzną i jakoś to wszystko zniosę. 
– Bajki opowiadasz. – Próbowała wstać, ale natrafiła na jego delikatny opór. 
– Zostań przez chwilę, może ktoś tutaj cię potrzebuje. 
– Brzmi to podejrzanie – zamruczała sennie. Usadowiła się naprzeciwko niego 

kładąc ręce na jego biodrach i zrobiła to w jakiś ciepły, delikatny sposób. 

– Co cię rozbudziło? – zapytał. 
Zawahała się. Jej głos brzmiał niepewnie i wydawało się, że jest trochę spięta. 
– Zastanawiałam się, czy nie moglibyśmy znów się kochać. 
Red odwrócił się i spojrzał jej w oczy. 
–  Megan  –  powiedział  spokojnie.  –  Chcę  cię  o  coś  zapytać  i  pragnę  usłyszeć 

prawdę. 

Była czujna, ale wytrzymała jego spojrzenie. 
– Czy kiedy mnie poślubiłaś, chciałaś, abym zbudował ci gniazdo? 
– Co? 
– Koktajle o szóstej, obiad o ósmej – dodał. 
– Czy tego oczekiwałaś? 
Potrząsnęła przecząco głową. 
– To nie jest gniazdo, to klatka. Znasz mnie chyba dobrze. 
– Nie – odpowiedział wolno. – Zaczynam myśleć. że nigdy nie wiedzieliśmy o 

sobie tych najważniejszych rzeczy. Czego pragniesz, najdroższa? – nalegał. 

– Powiedz mi to teraz. 
Przymknęła oczy, pieszcząc jego ramiona. 

background image

–  No,  może  nie  musi  to  być  gniazdo  –  odpowiedziała  miękko.  –  Może 

wystarczy żerdź. Wiesz, takie miejsce zabezpieczone przed burzą. 

– A ja wprowadzam burzę do domu. 
Znów zaprzeczyła. 
– Nie, Red. Naprawdę bezpiecznie czułam się jedynie z tobą. Byłeś kimś, kogo 

zawsze mogłam być pewna. 

Red uświadamiał sobie z wolna, że i on czuł się obok niej bezpieczny. Aż do tej 

chwili, nigdy nie było to dla niego ważne. 

Dotykała jego rzęs wargami, a te muśnięcia były jak pocałunki motyla. 
– Teraz ty odpowiedz na moje pytanie. 
– Jakie? – Uśmiechnął się. 
– Czy kiedykolwiek jeszcze będziemy się znów kochać? 
Rozsunął jej nogi i wśliznął się w nią. 
– Czasami – mruczała, obejmując go mocno – życie jest takie proste. 
Nie potrafił jej się oprzeć. Uczucie pożądania wypełniało mu mózg, wzbierało 

w  żyłach  i  napinało  mięśnie.  Pragnął  zatopić  się  cały  w  tym  pragnieniu.  Zawsze 
płonął, gdy myślał o niej, zawsze był gotów. 

Całował jej czoło, oczy i policzki. 
– Czy kiedykolwiek mówiłem ci, jak wspaniale jest być w tobie? 
– To coś cudownego, gładkie jak atłas i gorące jak ogień – wyszeptała. 
– Zawsze myślę, że już lepiej być nie może. 
Ręka  Meg  błądziła  po  jego  pośladkach,  piersiach,  karku.  Czuła,  że  jej 

dotknięcie parzy mu skórę. 

Uniósł  się  trochę  na  rękach,  aby  móc  na  nią  patrzeć.  Światło  w  jej  oczach, 

miękkość  jej  ciała  działały  jak  alkohol.  Widział  swoją  rozkosz  odbijającą  się  w 
tęczówkach Meg. Chciał odczuwać to samo co ona, chciał stawać się tym, kim była 
ona i pragnął, aby to trwało wiecznie. Naturalne rytmy ich ciał zlały się w jedno. I 
kiedy  wreszcie  potężny  spazm  targnął  jego  ciałem,  zatracił  się  w  niej  zupełnie. 
Wszystko,  o  czym  myślał,  czego  pragnął,  wszelkie  swoje  słabości  i  tajemnice 
ofiarował w tym momencie Meg. 

Była niewiarygodnie gładka, gdy tak przytulał ją do siebie. 
– Kocham cię, Red – wyszeptała. 
– Wiem – odpowiedział, a w jego głębokim westchnieniu zawierała się i radość, 

i rozpacz. – Próbowałem przestać cię kochać, ale Bóg mi świadkiem, nie mogę. 

Dotknęła palcem warg Reda. 
– Rozumiem – szepnęła czule. Zsunęła rękę i objęła go za szyję. Zamknęła oczy 

background image

i po krótkiej chwili zapadła w sen. Red zasnął również. 

 
Dźwięki dobywające się z radia były jak przytłumiony szum dalekiego oceanu. 

Meg  pogrążyła  się  w  marzeniach  o  białej  piaszczystej  plaży  i  lazurowej  wodzie. 
Ciepło promieni słonecznych pieściło jej skórę i przeświecało pomarańczowo przez 
zamknięte  powieki.  Red  leżał  obok  niej,  czuła  jego  nagie  uda  tuż  przy  swoich. 
Słyszała  jego  spokojny,  równy  oddech  i  wyobrażała  sobie,  że  oboje  są  zupełnie 
nadzy na tej całkiem opustoszałej plaży... 

Nagle zbudziła się. Usiadła wsuwając ramiona w rękawy koszuli Reda. Owinęła 

się nią i automatycznie przeszła przez pokój, zanim na dobre zdała sobie sprawę, że 
dźwięki, które ją obudziły, dochodzą z radia. Wzięła mikrofon i włączyła przycisk. 

– Tak, tu baza Adinorack. Powtórz. Odbiór. 
Odległy głos zabrzmiał teraz w jej uszach jak pieśń anielska. 
– Adinorack, tu Bixby Jeden. Przyjęłaś? Odbiór. 
– Tak – wrzasnęła. – Przyjęliśmy. Jaka jest wasza sytuacja? Odbiór. 
Usłyszała, że Red już wstał i zaczął się ubierać. Usiadła wygodnie na krześle, 

czując wyraźną ulgę. 

– Nie gorsza niż u innych – informował głos z oddali. – Ta burza przypominała 

bombardowanie.  Słyszeliśmy  was,  ale  nasz  nadajnik  był  zepsuty.  Jak  pogoda? 
Odbiór. 

–  W  porządku  –  powiedziała  Meg.  Jej  serce  –  zabiło  ze  wzruszenia,  że  oto 

słyszy jakiś ludzki głos dobiegający do niej przez to pustkowie. 

– Mamy rannych. Czy latają jakieś samoloty? Odbiór. 
– Dziewczyno, jedyne, co mamy w tej chwili, to kupa poskręcanego żelastwa. 

Pomoglibyśmy, gdyby to było możliwe. Odbiór. 

To był lodowaty prysznic, od którego skurczył się jej żołądek. Ledwo dotarło 

do niej, że Red stoi tuż obok. 

– Mamy kilka poważnych przypadków. Jak długo... 
– Chcę ci przekazać dwie wiadomości, dobrą i złą – przerwał inny operator. – 

Dobra: są z nami lekarze. Zła: zamierzamy rozpocząć ewakuację naszej bazy. To 
polecenie  władz.  Klinika  jest  pozbawiona  prądu,  generatory  nie  pracują.  –  Jego 
głos  aż  drżał  ze  zdenerwowania.  –  Może  za  jakiś  tydzień...  Czy  mnie  słyszysz? 
Odbiór. 

Meg  w  jednej  chwili  podjęła  decyzję,  zawsze  działała  szybko  pod  wpływem 

stresu. Uczyniła to bez emocji. W tym  momencie mogła to być jedyna sensowna 
decyzja. Nie miała wyboru. 

background image

–  Możemy  dać  wam  zasilanie  – krzyknęła.  –  Zaczekajcie na...  –  Spojrzała na 

Reda. Wiedziała już doskonale, co trzeba zrobić. 

– Sześć godzin – szepnął. – Nie wiem, w jakim stanie jest ich pas startowy. 
–  Sześć  godzin,  najwyżej  –  powtórzyła  do  mikrofonu.  –  Przygotujcie  wasze 

lądowisko.  I  niech  lekarz  będzie  gotowy  do  drogi.  Będziemy  w  kontakcie.  Bez 
odbioru. 

Meg wyłączyła aparat i opadła na krzesło. 
Dopiero w tej chwili uświadomiła sobie liczne konsekwencje swojej decyzji. 
Zaledwie  w  kilka  godzin  po  tym,  jak  zabroniła  Redowi  ryzykować, 

zdecydowała o jego locie. A przecież ten lot wydawał się prawie niemożliwy. To 
był hazard grożący utratą życia. Nie porozumiała się z Redem, nie wiedziała nic o 
warunkach  atmosferycznych  i  gdzie  akurat  szaleje  burza.  Zrobiła  to,  co  było 
konieczne. Osobiste bezpieczeństwo pilota w tej sytuacji nie odgrywało żadnej roli. 
Gdyby nie podjęła tej decyzji, Red uczyniłby to za nią. 

Oboje  popatrzyli  na  siebie  i  trwało  to  długą  chwilę.  W  jej  mózgu  wciąż 

dźwięczał spóźniony sygnał alarmowy. Pragnęła odczytać coś z wyrazu oczu Reda, 
twarz jego była jednak słabo widoczna w mroku. 

– Włącz radar, zuchu – powiedziała cicho. 
Odwrócił się, aby to zrobić, a ona wpatrzyła się w ekran. 
–  Wygląda  całkiem  dobrze  –  skomentował.  –  Oczywiście  to  małe  urządzenie 

potrafi ukryć wiele niebezpieczeństw. 

– Jakich na przykład? – Przełknęła ślinę. 
– Turbulencję w górnych warstwach atmosfery czy nagłe zmiany wiatru. 
– W takim razie nie można na nim polegać. 
Jego głos był absurdalnie wesoły, gdy przyznawał Meg rację. 
– No tak, ale w czasie lotu tamta baza powinna utrzymywać z nami łączność i 

sygnalizować wszelkie możliwe kłopoty na trasie. 

–  Jeżeli  sami  będą  o  nich  wiedzieć.  –  Meg  nabrała  –  powietrza  w  płuca.  – 

Ostatni raz kierowałam się impulsem, wychodząc za ciebie za mąż. 

Popatrzył na nią kpiąco. 
– To zły przykład, dziecino. 
Przez  moment  odczuwała  jego  obecność  tak  intensywnie,  że  aż  poczuła 

uderzenie krwi do głowy. Stał blisko w obcisłych dżinsach, wdychała jego zapach, 
podziwiała  wijące się  włosy,  mocny  kark.  Nagle dostrzegła  błysk  zadowolenia w 
jego oczach... Owładnął nią paniczny lęk i pomyślała: Nie! 

Nie! Nie może mu na to pozwolić. Była szalona, że w ogóle brała to pod uwagę. 

background image

Powinien  znaleźć  się  jakiś  inny  sposób.  Znalazłby  się,  gdyby  chwilę  pomyśleli. 
Trochę czasu... to przecież nie była sprawa życia i śmierci. Nikt nie zmuszał jej do 
podjęcia decyzji. A  gdyby Reda nie było tutaj? Gdyby nie posiadali przenośnego 
generatora, gdyby nikt przez radio nie odpowiedział na jej wołanie o ratunek... 

Zatem  ranni  leżący  w  Carstone  będą  cierpieć  nadal,  a  ich  stan  bez  opieki 

medycznej  może  się  pogorszyć.  Centrum  Medyczne  Bixby  przez  najbliższą  dobę 
pozostanie  bez  energii  i  wszyscy  przebywający  tam  narażeni  będą  na 
niebezpieczeństwo.  Powinna  wreszcie  odpowiedzieć  na  pytanie:  w  którym 
momencie należy się zgodzić na podjęcie ryzyka? 

Byłoby łatwiej odpowiedzieć, gdyby to ona znajdowała się w skórze Reda. 
Podszedł  właśnie  do  sterty  ubrań,  szukając  butów  i  skarpetek.  Była  nim 

zafascynowana. Czerpała z niego całą swą siłę i energię. 

– Ilu ludzi potrzeba, aby przenieść generator do samolotu? – zapytał. 
–  Oboje  damy  sobie  z  tym  radę.  –  Podeszła  do  niego  i  zaczęła  zbierać  swoje 

ubranie. 

–  Dobrze.  Potrzeba  kogoś  do  obsługi  pługa  śnieżnego.  Cholera,  musimy 

odkopać drogę do hangaru. Bóg wie, ile śniegu napadało. 

Trzymał w rękach jej majtki, a ją ogarnęła nagle niewytłumaczalna irytacja. 
– Cóż, spodobało ci się to wszystko, nie? Wciągał podkoszulek przez głowę. 
– Nie zaczynaj Meg, proszę. Usłyszała złośliwą nutę w jego głosie. 
– A właśnie że będę. – Czy on nie zdaje sobie sprawy z tego, co robi? Czy o nic 

nie dba? Chwyciła swoje dżinsy i rzuciła w niego. – Kochasz to, prawda? Kochasz 
każdą możliwość zaryzykowania życiem... 

–  Na  miłość  boską,  Meg,  zastanów  się.  To  przecież  ty  zgłosiłaś  mnie  na 

ochotnika, i to jeszcze zanim zdążyłem się ubrać. 

– Nie miałam wyboru. Objął ją mocno ramieniem. 
– No widzisz. – Włożył buty. 
Czuła,  że  zaczyna  opowiadać  jakieś  głupstwa,  ale  nie  potrafiła  się  opanować. 

To był wciąż ten sam strach, ta sama niepewność, bezsilność i złość, ponieważ on 
niczego nie rozumiał. Ich odwieczna walka trwała. 

–  W  porządku  –  powiedziała  twardo.  Zbliżyła  się  do  drzwi.  –  W  porządku  – 

powtórzyła.  –  Być  może  nie  miałam  wyboru,  a  jeśli  nawet,  jaka  to  różnica? 
Decyzja i tak była twoja. Wiesz, że zrobiłbyś wszystko, aby polecieć. 

–  Po  cholerę  znów  z  tym  wyskakujesz!  Oboje  wiemy,  co  należało  zrobić  i 

powinnaś być szczęśliwa, że akurat tu jestem i mogę działać. 

– Nie o to chodzi. 

background image

– A o co? 
–  O  to,  że  właśnie  czekasz  na  takie  okazje,  a  im  większe  niebezpieczeństwo, 

tym bardziej jesteś podekscytowany, nigdy się nawet nie zastanowisz... 

– Oczywiście, że lubię takie sytuacje, to przecież moja praca. Myślisz, że robię 

to dla pieniędzy? 

Meg  walczyła  z  zapinką  do  włosów.  Zniecierpliwiony  podszedł  do niej  i sam 

spiął jej włosy. 

– Mówisz jak typowa kobieta, Meg. O Boże, jak ja tego nienawidzę! 
– Jestem kobietą! – krzyknęła i gwałtownie odsunęła się od niego.  – Kobietą, 

która  cię  kocha.  Nie  wiem,  dlaczego  tak  trudno  ci  to  pojąć.  Czy  naprawdę  masz 
taką  zakutą  łepetynę?  Zawsze  kiedy  pilotujesz  samolot,  jestem  przy  tobie. 
Wszystko,  co  robisz  ze  sobą,  robisz  także  i  ze  mną.  Kiedy  ryzykujesz  swoim 
życiem,  wówczas ryzykujesz także moim! I  – już prawie szlochała  – to, co  mnie 
doprowadza do szaleństwa, ciebie w ogóle nie obchodzi! 

Red wpatrywał się w nią. Stoczyli setki takich walk przez ostatnie dwa lata. To 

były wciąż te same słowa, te same bezsensowne oskarżenia. A jednak żałował, że 
dotychczas nie słuchał jej uważniej. Wszystko nagle stało się jasne. 

To  była  ta  istotna  przyczyna  ich  rozstania.  Od  chwili  gdy  po  raz  pierwszy 

kochał  się  z  Meg,  przestał  być  jedną  osobą,  stał  się  dwiema.  Była  obok  niego 
zawsze. I już nie myślał osobno, nie czuł osobno i nie doświadczał osobno. Była z 
nim na ziemi i powtarzała nieustannie, ab, y zachował ostrożność. Siedziała obok 
niego  przy  pulpicie  sterowniczym  i  mówiła,  by  dwukrotnie  sprawdzał  wszystkie 
urządzenia. Nienawidził tego uczucia i pragnął się od niego uwolnić. A gdy to się 
nie udało, porzucił Meg. To było proste. Przeczesał palcami włosy. 

– Meg – powiedział, starając się jasno formułować myśli. – Tak to już ze mną 

jest.  Przez  całe  życie  miałem  ukrytą  potrzebę  pokonywania  przeszkód,  potrzebę 
walki z trudnościami, pragnienie zdobywania wciąż nowych szczytów. To jest coś, 
z  czym  się  urodziłem.  Muszę  to  przemyśleć.  Wiem,  że  ryzykuję  życiem,  że  to 
niebezpieczne,  ale  nie  potrafię  żyć  bez  tego.  Ty  też  nie  umiesz  przestać  być 
zasadnicza,  nie  potrafisz  wyzbyć  się  swoich  cech  przywódcy.  Skarbie...  –  Zrobił 
krok ku niej. – Ja naprawdę troszczę się o ciebie, ale czasami... 

–  Jeżeli  jeszcze  powiesz,  że  powinnością  mężczyzn  jest  robić  to,  co  do  nich 

należy, to chyba napluję ci w twarz! 

Uśmiechnął się, ale po chwili ten uśmiech zniknął z jego twarzy. 
–  Nie  chciałem  tego  powiedzieć.  Latanie  jest  moim  życiem.  I  tak  naprawdę 

chodzi  ci  o  to,  że  wówczas,  gdy  prowadzę  samolot,  znajduję  się  poza  twoją 

background image

kontrolą. I tego nienawidzisz najbardziej. Nie mojego latania, ale tego, że nie masz 
wtedy nade mną żadnej władzy. A przecież powinniśmy mieć do siebie zaufanie, 
więc udziel mi małego kredytu i pozwól mi teraz odejść. Zaufaj mi. 

Meg odebrało mowę. Jego słowa brzmiały szorstko, zbyt egoistycznie i zbyt... 

prawdziwie. Był jej mężem, częścią niej samej. Właściwie miała do niego zaufanie. 
Posiadał coś, co nie należało do niej, jakąś własną sferę życia i tu rzeczywiście nie 
potrafiła  mu  zaufać.  Czy  istotnie  była  tak  despotyczna  i  wymagająca,  aby 
kontrolować każdą sekundę życia ukochanego mężczyzny? 

I pojawiła się odpowiedź, doskonale prosta i zupełnie jasna. 
Podniosła sweter. 
–  Będę  musiała  ci  zaufać  –  powiedziała.  Włożyła  sweter  przez  głowę.  – 

Ponieważ polecę z tobą. 

Rzuciła mu koszulę i otworzyła drzwi. Przytrzymał je ręką. 
– Co powiedziałaś? 
– Słyszałeś. Ktoś musi dopomóc ci w kontroli systemu. 
– Nie ty, moja pani. – Postąpił krok, wciąż na nią patrząc, jakby nie wiedział, 

czy lepiej będzie roześmiać się, czy rozgniewać. – Nie ty! 

– A więc kto? 
– W tym budynku jest kupa facetów... 
– Z których tylko dwóch może chodzić! 
– Świetnie – zawołał. – Zabiorę Gilly’ego! 
– A co się stanie z tymi wszystkimi ludźmi, jeśli on ich opuści? 
Nie pozwolił jej skończyć. 
– Lewis. On też tu przecież jest, Lewis jest... 
–  Mechanikiem?  Chyba  oszalałeś,  Red.  Ja  jestem  najlepszym  inżynierem  i 

konstruktorem tego projektu, przecież wiesz o tym. Nie pozwoliłabym nikomu na 
uruchomienie tego systemu. 

– Oczywiście. – Klepnął się w czoło z udanym – przerażaniem. – Jak mogłem 

zapomnieć? Nikt na całym świecie oprócz ciebie nie wie, jak to zainstalować. 

Zacisnęła zęby, aby nie powiedzieć czegoś niepotrzebnego. 
– To prawda. – I skręciła ostro w stronę drzwi. 
Schwycił ją mocno za ramię. 
– Do diabła, Meg! Nie zabiorę cię. To nie jest przejażdżka, to jest... 
–  Niebezpieczne,  prawda?  –  Patrzyła  na  niego  zimno.  Oswobodziła  ramię.  – 

Wierzę. Nie ma o czym mówić, Red. 

Wyszła. Nie mógł jej zatrzymać. 

background image

 

background image

Rozdział 10 

 
Meg weszła do wspólnego pokoju i stwierdziła, że większość ludzi już nie śpi. 

Widocznie  było  później,  niż  sądziła.  Prawie  cała  noc  upłynęła  jej  w  ramionach 
Reda.  Teraz  zauważyła,  że  śledzą  ją  ciekawskie  i  wymowne  spojrzenia.  Dawniej 
czułaby się tym rozdrażniona, teraz była tylko zażenowana. No cóż, spędziła noc 
kochając się z własnym mężem. Nie żałowała tego, chociaż prawdopodobnie był to 
największy błąd w jej życiu. 

Myślała,  że  zabrał  jej  wszystko,  nawet  duszę,  czuła  kompletną  wewnętrzną 

pustkę.  Otworzyła  się  przed  nim  zupełnie,  ofiarowała  mu  siebie  jak  nigdy 
przedtem... i co? Nic się nie zmieniło. Wciąż dzieliła ich dawna bariera. Red nadal 
miał  swoją  wyłączną,  intymną  i  niedostępną  dla  niej  sferę  życia.  Rana,  którą  jej 
zadał, krwawiła mocno. 

I  jak  zawsze,  ten  dotkliwy  ból  przemienił  się  w  gniew,  tylko  w  taki  sposób 

umiała  sobie  poradzić  z  cierpieniem.  Po  tym  wszystkim,  co  przeżyli  razem,  Red 
nadal niczego nie rozumiał. No nie, w wielu sprawach miał rację. W ciągu ostatniej 
doby nauczyła się dostrzegać motywacje jego czynów, o których dawniej nie miała 
pojęcia. Dlaczego nie potrafił zrozumieć tego jednego?! Nie chodziło tu przecież o 
latanie czy przedłużającą się nieobecność męża, nie o jego beztroskę i jej lęk. 

Na czym więc polegał problem? Otóż niezależnie od rodzaju ich związku Red 

zawsze  będzie  posiadał  własną,  osobną  sferę  życia,  jakże  ważną,  może 
najważniejszą, do której ona nigdy nie uzyska wstępu. 

Dancer spojrzała na nią i powiedziała z niewinną minką: 
– Dzień dobry, Meg. Chyba dobrze spałaś? 
Słowom dziewczyny zawtórował chóralny wybuch śmiechu. Meg nie potrafiła 

przyjąć tych złośliwości z wdziękiem i spytała oschle: 

– Czy ktoś wie, co dzieje się na zewnątrz? 
–  Niektóre  okiennice  zupełnie  zamarzły  –  odrzekł  Reese  –  ale  udało  się 

otworzyć  kilka  z  tyłu  budynku.  Największe  zaspy  są  od  południa  i  sięgają  aż  po 
dach. 

Meg  odetchnęła  z  ulgą.  Na  szczęście  nie  byli  uwięzieni,  a  tego  obawiała  się 

najbardziej. Podeszła do Gilly’ego, który właśnie pochylał się nad Joem. 

– Co z nim? – spytała. 
Gilly miał zmartwioną twarz. 
–  Gorączka  rośnie  i  biedak  zaczyna  kaszleć.  Zapalenie  płuc  jest  w  tym 

background image

przypadku nieuniknione. – Zniżył głos i powiedział: – Słuchaj, szefie, upłynęło już 
wiele  lat  od  chwili,  kiedy  musiałem  pełnić  podobną  rolę.  Nie  wiem,  czy  jeszcze 
potrafię  być  w  tym  dobry,  poskładaliśmy  im  jakoś  te  połamane  kości,  ale  teraz 
naprawdę potrzebuję pomocy. 

Meg posłała mu uspokajający uśmiech i klepnęła go po plecach. 
– Pomoc jest w drodze. 
Nie była pewna, czy Gilly był zaskoczony tym przyjacielskim gestem, z wyrazu 

jego twarzy nie potrafiła nic odczytać. Dotychczas nigdy nie chwaliła go za dobrze 
wykonaną robotę. Teraz miała o to żal do siebie. 

Ujęła go za ramię i dodała: 
– Nigdy nie zapomnimy ci tego, co zrobiłeś dla nas wszystkich, Gilly. Możesz 

się spodziewać specjalnej premii na Boże Narodzenie, masz moje słowo! 

Gilly stał jak oniemiały. 
Rozejrzała się po pokoju i powiedziała głośno: 
–  Słuchajcie,  nawiązaliśmy  kontakt  z  Bixby.  Obiecali  przysłać  nam  tutaj 

lekarza. 

Podniósł się gwar. 
–  Niestety,  musimy  go  tu  sami  przywieźć.  Wkrótce  już  będziemy  mogli 

przetransportować  wszystkich  potrzebujących  pomocy  do  Centrum  Medycznego, 
ale  na  razie  musimy  sobie  radzić  na  miejscu.  Reese,  czy  możesz  włączyć 
radiostację? 

Reese, podtrzymując jedną ręką bandaże owijające mu żebra, uśmiechnął się z 

wysiłkiem. 

– Tak jest, szefie! 
–  W  porządku.  Oczekuję  informacji  dotyczących  pogody.  I  spróbuj  wywołać 

kilka domów w okolicy. Dowiedz się, czy nie potrzebują czegoś. Lewis, przygotuj 
się  do  obsługi  pługu  śnieżnego.  Dancer,  chodź  ze  mną  –  zawołała  i  w  tej  samej 
chwili poczuła na sobie przenikliwy wzrok Reda. 

Stał  nieruchomo  w  drzwiach,  a  Gilly  był  tuż  przy  nim  i  spoglądając  na  Reda 

spytał spokojnie: 

– Czy myślisz, że dasz radę? Red wytrzymał jego spojrzenie. 
– Nie wiem – odpowiedział. 
– Przygładził włosy, wyjął z kieszeni czapkę i wcisnął  ją na głowę z wyraźną 

złością. 

–  Bixby  potrzebuje  generatora,  a  tymczasem  ona  –  tu  wskazał  głową  Meg  – 

ubzdurała sobie, że jest jedyną osobą, która potrafi go zainstalować. 

background image

– Ma rację – odpowiedział Gilly. 
Red nagle poczuł się zdradzony i odwrócił wzrok. Widząc taką reakcję, Gilly 

wyraźnie się zmieszał. 

– Na czym polega problem? – zapytał. – To jej urządzenie, więc dlaczego ktoś 

inny miałby się nim zajmować? 

Red zacisnął szczęki. 
– Nie powinna wybierać się do Bixby. Nie powinna podróżować w czasie takiej 

pogody. Nie chcę mieć kobiety w samolocie podczas tego lotu. 

– Jesteś przesądny? – Gilly uśmiechnął się lekko. 
– Tak, jestem. – Red spojrzał na niego chmurnie. 
Gilly pokręcił głową z wyrazem rozbawienia i niechęci równocześnie. 
–  Wy  dwoje  jesteście  najbardziej  szaloną  parą,  jaką  kiedykolwiek  widziałem. 

Nawet kiedy jesteście zgodni co do sensu wykonywanej przez was pracy, to i tak 
musicie  trochę  powalczyć  ze  sobą.  –  Wzruszył  ramionami.  –  Długo  nie  mogłem 
zdecydować się na małżeństwo i może właśnie dlatego tak trudno mi jest dogadać 
się z własną żoną, ale widzę, że i tobie niełatwo to przychodzi. Myślę jednak, że ja 
prędzej uporam się z moimi kłopotami niż ty. – Ruszał już w stronę wyjścia, nagle 
zatrzymał  się  i  powiedział:  –  Nie  wiesz, stary,  jak  wielki  masz  wpływ  na innych 
ludzi.  Obserwując  cię,  postanowiłem  zmienić  swój  sposób  postępowania  z  żoną, 
jeśli się tu znowu pojawi. Zabawne, co? 

–  Tak  –  odburknął  Red.  Patrzył  na  wychodzącego  kolegę,  ale  naprawdę  nie 

myślał o nim. Jedyne, co zapamiętał z całej przemowy Gilly’ego, to słowa: Myślę, 
że prędzej uporam się z moimi kłopotami niż ty. 

Czy  rzeczywiście  wszystko  nadal  musi  kończyć  się  udręką?  Zaczęło  się  od 

wybuchu  namiętności  i  gniewu  i  tak  już  zostało.  Czy  doprawdy  nie  nauczyli  się 
niczego przez te dwa lata? 

Być może realizowali się najpełniej, żyjąc osobno. Akurat! Próbował przecież 

to sobie udowodnić przez ostatnie sześć miesięcy i pozbawiony jej obecności wcale 
nie czuł pełni życia. Przez cały ten czas po prostu czekał na Meg. 

Dlaczego nie mogła zrozumieć, jaki ma na niego wpływ? Czy myśli, że to przez 

przekorę nie chce jej zabrać? Ten lot będzie lotem o najwyższym stopniu trudności, 
kto wie, co się stanie tam w górze. Kto wie, jak wygląda teraz lądowisko w Bixby. 
Czy ona nie rozumie, jak wielkie jest jego ryzyko? Czy nie zdaje sobie sprawy, że 
on nie chce zgodzić się na jej udział w locie, ponieważ ją kocha, czy nie wie, że 
jest jedyną osobą na świecie, której nie może utracić? 

Właściwie to już ją utracił. Nareszcie wie, co czuła, gdy unosił się tam w górze 

background image

bez niej. 

Jak długo jeszcze będzie trwał między nimi ten konflikt? 
Odpowiedź była prosta i bolesna zarazem. Dopóki jedno z nich, lub oboje, nie 

przerwą walki. 

W  hangarze  było  zimno.  Meg  włożyła  ciepły  płaszcz  i  rękawice,  aby  pomóc 

Gilly’emu w załadowaniu generatora do oświetlonego luku samolotu. 

–  Zrobione.  –  Zeskoczyła  na  ziemię  i  zatarła  dłonie.  W  hangarze  było  chyba 

zimniej  niż  na  zewnątrz.  –  Po  wylądowaniu  połączymy  się  z  wami  przez  radio. 
Pamiętaj, by sprawdzić maszyny i jeżeli... 

– Wiem, co do mnie należy – przerwał jej uprzejmie. 
Meg zamilkła. Oczywiście, że wie. To przecież jego praca. Uśmiechnęła się. 
– W takim razie zostawiam wszystko na twojej głowie. 
Gdyby ktoś mógł obserwować ich teraz, wyczytałby zapewne z twarzy obojga 

zwątpienie  i  nadzieję  zarazem.  Meg  była  pewna,  że  nawet  Lindberg  przed  swym 
lotem  przez  Atlantyk  nie  otrzymał  tylu  gorących  życzeń  na  drogę  od  swych 
wielbicieli. 

Od momentu, gdy opuścili kabinę radiooperatora, Red nie odezwał się do Meg 

ani słowem. W milczeniu po raz ostatni skontrolował maszynę. Pas startowy został 
już  dokładnie  oczyszczony  z  zasp  śnieżnych  i  gruzu,  a  Centrum  Bixby 
zawiadomiło,  że  jest  gotowe  ich  przyjąć.  Wykres  prognozy  pogody  nie  wydawał 
się Meg zupełnie czytelny, ale Red niewiele się tym przejmował. 

– Dancer! – zawołała Meg i podeszła do dziewczyny. – Pamiętaj... 
– Rany boskie! Jesteś gorsza od mojej matki – przerwała jej. – Co zamierzasz 

zrobić? Zostawisz mi listę zadań? 

Meg  zmusiła  się  do  uśmiechu.  Spędziła  ponad  godzinę  pouczając  Dancer  i 

Maudie, w jaki sposób powinny postępować z rannymi i próbowała przygotować je 
na każdą ewentualność. Zostawiła wszystkich w dobrych rękach. Nie pozostało już 
nic innego jak odlecieć. Dancer wyglądała na zaniepokojoną. 

– Powiedz, Meg, zobaczymy się znowu, prawda? – szepnęła. 
Meg poczuła zakłopotanie, więc Dancer dodała szybko: 
–  Wiem,  że  to  zabrzmiało  okropnie,  ale  nie  miałam  nic  złego  na  myśli. 

Chciałam cię tylko zapytać, czy planujesz powrót tutaj. 

Prawda, że to pytanie nie przyszło jej do głowy. Bixby znajdowało się o jeden 

przystanek  bliżej  do  Juneau  i  nie  było  powodu,  aby  wracać  do  Adinorack.  Burza 
już przeszła i chociaż od wczoraj wiele wydarzyło się w jej życiu, nie była pewna, 
czy pragnie tu zostać. 

background image

– Nie potrafię odpowiedzieć, Dancer – przyznała szczerze. – Skontaktuję się z 

wami, kiedy będę w Bixby... Myślę, że zawsze możecie przesłać mi moje rzeczy. 

Wargi Dancer zadrżały. 
– Bądź dzielna – powiedziała szorstko. – Wracaj do nas i nie pozwól mu uciec. 
– Uciec? Co przez to rozumiesz? – Meg odczuła zmieszanie. 
–  Uciec ze  zwycięstwem!  Panie  Boże, dziewczyno, czy  ja  ci  muszę  wszystko 

mówić!  Jeżeli  pozwolisz  mu  teraz  odejść,  to  będzie  to  cios  wymierzony  w  dumę 
wszystkich kobiet. Powinnaś zostać i walczyć. Uporać się z tym, tak czy inaczej. 

– Myślę, że mam to za sobą – odparła potrząsając głową. Poczuła się zmęczona. 
– Dancer spoglądała na nią z sympatią i odrobiną zniecierpliwienia. 
–  Wiem,  że  postanowiłaś  wrócić.  Powinnaś  poznać  życie  i  wyszumieć  się, 

zanim  podejmiesz  decyzję,  aby  na  dobre  związać  się  z  innym  mężczyzną.  Mam 
zamiar nauczyć cię wielu nowych rzeczy. 

Meg  o  mało  nie  wybuchnęła  śmiechem.  Nigdy  nie  odczuwała  potrzeby 

„wyszumienia  się”.  W  tym  momencie  do  wnętrza  hangaru  wtargnął  powiew 
zimnego  wiatru  i  obie  dziewczyny  zadrżały.  Cofnęła  się  i  po  raz  pierwszy  od 
dwudziestu czterech godzin zobaczyła, jak wygląda otoczenie budynku. 

Powietrze  było  mgliste  i  wszystko  wokół  było  pokryte  kryształkami  lodu 

skąpanymi  w  delikatnej  poświacie,  która  zdawała  się  lśnić  różowym  i  złotym 
odblaskiem.  Słoneczne  promienie  przebijały  przez  chmury.  Pas  startowy  na  całej 
długości  był  pokryty  ubitym  śniegiem,  na  którym  światło  zapalało  tysiące 
migocących diamentów. Tylko tutaj blask słońca dawał tak wspaniałe efekty. Meg 
przez  dłuższą  chwilę  obserwowała  ten  widok,  starając  się  zapamiętać  go  i 
przechować w pamięci na inne, gorsze czasy. 

–  Wiesz  –  powiedziała  miękko.  –  Czasem  zapominam,  jak  pięknie  może  być 

tutaj. 

Dancer schwyciła ją za rękę. 
– Wrócisz tu – powtórzyła. 
W  tej  chwili  Red  stanął  obok  niej  i  Meg  poczuła,  jak  wszystkie  jej  mięśnie 

napinają się. W mgnieniu oka była gotowa do walki. 

– Nie chcę, abyś ze mną leciała – powiedział na pozór beznamiętnie. 
Nie  mógłby  jej  zranić  bardziej,  nawet  gdyby  użył  noża,  i,  niczym  w  ostatniej 

sekundzie  życia,  doznała  nagłej  wizji.  Przed  oczyma  Meg  przesuwały  się  teraz 
obrazy przeszłości – minione szepty i dotknięcia, postać Reda w najrozmaitszych 
sytuacjach,  krańcowo  różne  uczucia  do  niego.  A  przez  tę  mieszaninę  doznań 
przebijały sztywne, suche słowa: Nie chcę, abyś ze mną leciała. 

background image

– Wiem – odrzekła szorstkim tonem i ruszyła gwałtownie w stronę samolotu. 
Uchwycił  mocno  jej  ramię  i  tak  posuwali  się  oboje.  Próbowała  wyrwać  się  z 

uścisku, ale był zbyt silny. 

–  Przestań!  –  zawołała  z  furią.  –  Już  jutro  nie  będziesz  musiał  się  o  mnie 

martwić, ale teraz po raz ostatni pozwól mi zrobić to, co chcę. Nie  możesz mnie 
zatrzymać! 

– Myślisz, że o tym nie wiem? 
– Więc pozwól mi iść swobodnie. Ludzie gapią się na nas. 
Uścisk Reda stał się jeszcze mocniejszy. 
–  Nie,  dopóki  mnie  nie  wysłuchasz.  –  Oczy  mu  pociemniały,  a  twarz  miała 

zacięty  wyraz.  Było  jednak  w  jego  zachowaniu  coś,  czego  nigdy  wcześniej  nie 
zauważyła.  Jakiś  rodzaj  desperacji,  jakaś  szczelina  w  dawnej  niezłomności, 
miękkość; czuła, że łatwo go zranić. To sprawiło, że postanowiła słuchać. 

–  W  porządku,  miałaś  rację  –  powiedział  zdyszanym  głosem.  –  Nigdy  nie 

chciałem  wpuścić  cię  do  kabiny  pilota,  ponieważ  bałem  się,  że  przejmiesz  stery. 
Pragnąłem  ocalić  malutką  cząstkę  swej  osobowości  przed  tobą,  na  wypadek 
gdybym musiał jej potrzebować, to znaczy, jeśli musiałbym żyć bez – ciebie. Oboje 
już  w  chwili  poznania  pragnęliśmy  uciec  na  koniec  świata,  ponieważ 
najstraszniejsze  dla  nas  obojga  było  to  całkowite  zatracenie  się  w  drugim 
człowieku. A najbardziej przerażało nas to, że zatraciliśmy się wzajemnie. – Puścił 
jej  rękę.  –  Chcę  ci  teraz  powiedzieć,  że  jednak  nie  udało  mi  się  ocalić  niczego 
przed  tobą.  Byłaś  zawsze  przy  mnie.  Podobnie  część  mojej  osobowości  zawsze 
pozostawała z tobą na ziemi. Nie chcę cię stracić, Meg. 

Nagle  poczuła,  że  traci  całą  energię.  Wszystko  dookoła  –  zimowy  pejzaż, 

otaczający ich ludzie, pastelowy w swym pięknie dzień  – odpłynęło od niej i nie 
było już nic i nikogo oprócz Reda i jego wpatrzonych w nią oczu. To nie mogło 
być  aż  tak  proste.  Nie  powinna  ulegać  chwilowym  impulsom  ani  czarowi 
pospiesznie rzucanych słów. Wytrzymując długo jego wzrok, powiedziała: 

– Ja także nie chcę cię stracić, Red. 
A może to właśnie miało być tak proste? Patrzyli na siebie i nie było już nic do 

ukrycia. Nie potrafiliby mieć teraz przed sobą żadnych tajemnic, nie było między 
nimi miejsca na gniew czy strach. 

Położył delikatnie rękę na jej ramieniu. 
– No więc chodź, mamy jeszcze sporo pracy. 
Życzenia szczęśliwej podróży żegnały Meg, gdy zajmowała miejsce w kabinie 

pilota, swoje miejsce obok Reda. Po dłuższej chwili doszła do  siebie na tyle, aby 

background image

móc pomachać wszystkim ręką. 

Red patrzył na nią, uśmiechając się nieznacznie i włączył urządzenia kontrolne. 
Obserwowała, jak z mężczyzny, który był jej mężem, stawał się pilotem. Jego 

oczy  wpatrywały  się  w  deskę  rozdzielczą,  ręce  trzymały  stery.  Czuła,  że  zamyka 
się  w  sobie,  cały  koncentrując  się  na  pracy.  Była  tym  zafascynowana.  Samolot 
powoli ruszył po zaśnieżonym lądowisku. 

–  Trzymaj  się,  dziecinko  –  zamruczał.  –  Osiemdziesiąt  procent  wszystkich 

wypadków lotniczych zdarza się podczas lądowania i startu. 

Silniki zawyły i zaspy śnieżne zaczęły uciekać do tyłu. Meg starała się trzymać 

fason. To wszystko, co mogła zrobić. 

Gwałtownie nabierali prędkości w śnieżnym tunelu. Nie mogła dostrzec końca 

pasa startowego, wokół widziała tylko migotliwe plamy bieli. Pas był tak krótki, że 
aż krzyknęła, gdy uświadomiła sobie, że odrywają się od ziemi. Jakaś siła wgniotła 
ją  w  fotel.  Red  zaklął,  gdy  samolot  zatrząsł  się  tak  mocno,  jakby  miał  za  chwilę 
wywinąć kozła. Zamknęła oczy myśląc: To jest to, to jest... 

Nie  zdążyła  dokończyć  tej  myśli,  a  już  byli  w  powietrzu.  Czuła,  jak 

przeciążenie  ustępuje,  i  gdy  otworzyła  oczy,  nie  widziała  nic  oprócz  mgły  za 
oknem. 

–  Czy  możesz  zdjąć ręce  z  moich  kolan? Wpiłaś  mi  w  ciało  paznokcie  aż  do 

krwi – oznajmił Red. 

Spojrzała  w  dół. Rzeczywiście, jej  palce były  kurczowo  wczepione  w  spodnie 

Reda.  Z  wysiłkiem  rozluźniła  uchwyt.  Przełknęła  ślinę  i  próbowała  powiedzieć 
opanowanym głosem: 

– Co... to było? 
– Myślę, że rozbiliśmy śnieżny bank. Czy nie mogłabyś wyjrzeć przez okno i 

zobaczyć, czy skrzydło jest nie uszkodzone? 

–  Właśnie  odwróciła  się,  aby  to  sprawdzić,  gdy  dostrzegła  jego  kpiarski 

uśmieszek. 

– Bardzo zabawne, królu niebios – powiedziała. 
Obserwowała  go,  jak  nabierając  wysokości  powoli  brał  zakręt  pod  kątem 

prostym, a gdy odwróciła się, mogła zobaczyć dachy budynków i korony drzew w 
śnieżnej mgle. 

– Czy nie lecimy trochę za nisko? 
Przesunął drążek steru do środka. 
– Dlaczego musisz mi przypominać, że nie lubię kobiet w kabinie? 
Zdjęła płaszcz i spróbowała się odprężyć w ciepłym wnętrzu samolotu. 

background image

– Tak, oczywiście czujesz się silniejszy, kiedy myślisz, że robisz coś lepiej ode 

mnie. 

–  Wiele  rzeczy  robię  lepiej  niż  ty.  Jasne,  że  są  sprawy,  z  którymi  ty  radzisz 

sobie doskonale i sądzę, że to się jakoś wyrównuje. 

Pochylił  się  do  przodu  i  dotknął  wskaźnika,  a  w  oczach  Meg  zapaliło  się 

światełko alarmowe. 

– Czy dzieje się coś złego? – spytała. 
Wyprostował się powoli i rzekł, nie patrząc jej w oczy: 
– Wiesz, zmieniłaś się od czasu, gdy jesteś tutaj. 
Meg spojrzała po raz drugi na wskaźnik, ale nie zauważyła nic niepokojącego. 

Poprawiła się w fotelu, myśląc o tych wszystkich zmianach, jakie w niej zaszły w 
ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin. Tak, chyba się zmieniłam, powiedziała 
do siebie w duchu. 

– Jak ty możesz widzieć coś w tej mgle? – spytała. – Czy wiesz chociaż, dokąd 

lecimy? 

–  To  nie  jest  mgła,  kochanie,  to  jest  śnieg.  I  co  –  najmniej  jeszcze  przez  pół 

godziny będzie tak zła widoczność. 

Coś  gwałtownie  poderwało  samolot  do  góry,  a  po  chwili  rzuciło  nim  w  dół. 

Meg  przez  chwilę  sądziła,  że  jest  to  jakaś  sztuczka  Reda,  aby  raz  na  zawsze 
odechciało  się  jej  krytykować  pilota.  Gdy  jednak  zobaczyła,  jak  szybko  stara  się 
naprowadzić  maszynę  na  właściwy  kurs,  zrozumiała,  że  podejrzewała  go  o 
nadmierne poczucie humoru. 

–  Jeszcze  maleńka  turbulencja,  panie  i  panowie  –  zamruczał,  spoglądając  na 

wskaźnik. – Nic takiego, czym należałoby się martwić. 

Siedziała odchylona w fotelu i Red patrzył na nią. 
– Nie bój się, kochanie. To rani moją ambicję, a przecież nie powinnaś wpędzać 

pilota w depresję. 

–  Należało  zaczekać  –  odpowiedziała.  –  Przynajmniej  do  czasu  otrzymania 

bardziej  precyzyjnych  informacji  o  pogodzie.  O  Boże,  Red,  dlaczego  mnie  nie 
zatrzymałeś? 

Uśmiechnął się i pogładził jej kolano. 
– Nie mogłem, pamiętasz? 
Odpowiedziała mu uśmiechem. 
– Tak naprawdę, to się nie martwię. Wiem, że jesteś najlepszym pilotem w tym 

kraju. 

Spoglądali na siebie i znów wszystko było proste. Meg wydawało się nawet, że 

background image

nigdy przedtem nie czuła się tak dobrze. Spuściła oczy. 

– Czy mogę cię o coś zapytać? 
– O wszystko, z wyjątkiem tajemnic pilotażu. 
– Zawsze uważałam cię za bohatera, Red – powiedziała. – Nigdy nie myślałam, 

że te twoje zawodowe umiejętności są sposobem, w jaki odgradzasz się od świata. 
Sądzę,  że  właśnie  o  to  ci  –  chodzi.  Chcesz  być  w  tym  najlepszy  i  nikomu  nie 
pozwolisz  się  wyprzedzić.  Przepraszam,  że  tak  długo  nie  potrafiłam  ci  tego 
powiedzieć. 

Milczał  przez  chwilę,  widziała  jego  profil,  gdy  uporczywie  wpatrywał  się  w 

przednią  szybę,  jakby  chciał  wzrokiem  przeniknąć  szalejącą  zamieć.  I  nagle 
wyszeptał cicho: 

– Zabawne, a ja zawsze chciałem ci się z tego zwierzyć. 
Bicie  serca  ustąpiło.  Pozostał  tylko  warkot  silnika  i  szum  powietrza  na 

skrzydłach. 

–  Coś dziwnego  dzieje  się  z  ludźmi,  którzy  tu przyjeżdżają  – powiedział  Red 

rzeczowo. – Być  może zauważyłaś, że wszyscy stają się nieustępliwi, niezależni i 
samotni.  Coś  ich  ciągnie  na  to  pustkowie,  tylko  tutaj  potrafią  żyć.  Ja  też  jestem 
takim  człowiekiem,  Meg.  I  ty  również.  –  Popatrzył  na  nią.  –  Byłabyś  biedna  w 
Waszyngtonie,  dziecinko  –  stwierdził  po  prostu.  –  Już  nie  należysz  do  tamtego 
świata, jeśli kiedykolwiek doń należałaś. 

Serce Meg zatrzymało się na moment, a gdy spojrzała w jego oczy, zobaczyła 

w nich pytanie. Chciała, aby je wypowiedział. Nie wiedziała jeszcze, jaka będzie 
odpowiedź, ale pragnęła tego pytania. 

Maszynę znów podrzuciło do góry i Meg zdawało się, że słyszy jęk silnika. Red 

skoncentrował  się  na  urządzeniach  kontrolnych,  bo  wydawało  się,  że  za  moment 
samolot rozleci się w drobne kawałki. Nabrał jednak właściwej wysokości, zanim 
sercu Meg mógł zagrozić atak. Uspokoiła się. 

–  No  więc  –  powiedział  Red  –  sprawa  wydaje  się  chyba  załatwiona.  Mam 

kolegę,  który  chciałby  założyć  ze  mną  szkołę  pilotażu.  To  nie  znaczy,  że 
zrezygnuję  ze  swojej  pracy,  czasem  odpoczniesz  ode  mnie,  ale  większość  nocy 
chcę spędzać w domu. Wiesz, że właściwie nie ukończyłaś tutaj swojego zadania i 
nikt  nie  zaoferuje  ci  lepszej  posady,  kiedy  wrócisz  do  Waszyngtonu,  sama  mi  to 
kiedyś powiedziałaś. Moja propozycja jest taka: spędźmy dwutygodniowy urlop na 
Hawajach, a przedtem ofiaruj swemu szefowi przedwczesny urodzinowy prezent i 
powiedz mu, że zostajesz. 

Meg  była  oszołomiona.  Uczepiła  się  kurczowo  tej  propozycji.  Trzeba  było 

background image

jeszcze wiele rozważyć, ale... 

–  Mam  zostać  tutaj?  –  powtórzyła  z  niedowierzaniem.  –  Ależ  ja  nienawidzę 

tego miejsca. 

–  Sama  nie  wiesz,  co  lubisz,  a  czego  nienawidzisz.  Myślałaś,  że  to  mnie 

nienawidzisz. Byłaś o tym przekonana przez całe sześć miesięcy. Oboje zarabiamy 
bardzo  dużo  i  nie  ma  powodu,  abyśmy  musieli  spędzać  całą  zimę  na  tej  skutej 
lodem ziemi. Wybierz jakiekolwiek miejsce, a ja zbuduję ci tam dom. 

Wciąż czuła się jak pijana. 
–  Nie  wiem,  czy  w  Carstone  potraktują  mnie  poważnie,  gdy  im  zaproponuję 

pozostanie, ale będę musiała porozmawiać z nimi. Zawsze sądziłam, że chcą ode 
mnie tylko wdrożenia eksperymentalnego programu. Zresztą nawet jeśli powiedzą: 
nie,  jestem  wystarczająco  dobra,  by  pracować,  dla  kogo  tylko  zechcę.  Mogę  być 
niezależna i sprzedawać się za najwyższe stawki... 

– Zdecyduj się, dziecino, mamy jeszcze tylko trzydzieści minut lotu... a może 

nawet mniej. 

– Nagle przerwał, wziął ją za rękę i zmusił, aby wstała. 
– Chwileczkę, wyświadcz mi przysługę. 
Zanim  zdążyła  odetchnąć,  posadził  ją  na  miejscu  pilota  i  położył  jej  ręce  na 

drążkach sterowniczych. 

– Pilnuj małego samolotu – powiedział. 
– Red, to chyba jakiś głupi żart! – krzyknęła. – Czy dzieje się coś złego? 
–  Albo  to  uderzenie  o  ziemię  spowodowało  przedziurawienie  zbiornika  z 

paliwem,  albo  nie  działa  wskaźnik.  Jeżeli  to  wskaźnik,  to  muszę  sprawdzić  go 
natychmiast. 

Słyszała, jak szuka narzędzi. Z desperacją rzuciła się znów do pulpitu i w końcu 

znalazła na ekranie sztuczny horyzont z maleńkim samolotem, markującym każde 
aktualne położenie maszyny w stosunku do ziemi. Wpadła w panikę. 

– Red, przecież ja nie wiem jak... 
–  Przyciągnij  drążki  do  siebie,  jeśli  chcesz  wznieść  się  wyżej,  od  siebie,  jeśli 

chcesz zniżyć lot. Teraz wyrównaj poziom i prowadź spokojnie. 

Meg  przełknęła  ślinę,  a  jej  oczy  skupiły  się  na  sztucznym  horyzoncie.  Red 

położył się na podłodze poniżej pulpitu. 

Nagle  samolot  zachwiał  się  i  sztuczny  horyzont  podskoczył  gwałtownie  do 

góry.  Nerwowo  zachłysnęła  się  powietrzem  i  przesunęła  drążki.  Horyzont 
stopniowo się obniżył. 

– Co byś ty zrobiła beze mnie? – zapytał miękko Red. 

background image

Czuła kropelki potu wokół ust. 
– Myślę, że to, co każesz mi teraz robić, jest jakąś formą kary. 
– Nie sądzę, aby mi się to udało. 
Horyzont zaczął się znów pochylać, ale teraz była już na to przygotowana. W 

skupieniu przyciągnęła do siebie drążki steru. 

– Będzie to nasze wspólne lądowanie... jeśli wylądujemy – powiedziała. 
– Pragnę tego, kochanie – odparł spokojnie. 
Meg zacisnęła wargi i postanowiła dorównać mu opanowaniem. 
–  A  szkoła  pilotażu?  –  spytała.  –  Zawsze  nienawidziłeś  tego  pomysłu.  – 

Wreszcie  odważyła  się  oderwać  oczy  od  pulpitu.  –  Nie  musisz  tego  robić  ze 
względu na mnie. 

Red powoli odkręcał śrubki pod pulpitem. Widziała jego twarz i ramiona. 
– Nienawidziłem tego projektu stabilizacji, ponieważ był twój, a także dlatego, 

że myśląc o nim czułem się stary i, niestety, naprawdę się starzeję. Rzeczywiście 
powinienem  zastanowić  się  nad  przyszłością.  Być  może  będziemy  mieli  dzieci. 
Chciałbym spędzać czas z nimi i przestać nieustannie się sprawdzać. Ciekawe, czy 
takie myślenie jest oznaką starzenia się, może to raczej znamię dorastania. Ty też 
powinnaś przestać się sprawdzać, Meg. 

Linia horyzontu pochyliła się niebezpiecznie. 
– Co się dzieje, Red?! – krzyknęła. 
– Trzymaj się mocno. – Głos Reda był niski i uspokajający, ale mogła odczuć w 

nim nutkę niepokoju. 

– Co się stało, co znalazłeś? Na miłość boską, powiedz mi! 
–  Nie  mogę  ci  nic  powiedzieć,  dopóki  nie  zapanujesz  nad  tym  cholernym 

samolotem! 

i Z trudem udało się jej przywrócić linii horyzontu właściwe położenie. 
– Dobrze, dobrze. Mam go! Red, czy to zbiornik paliwa? 
– Ubijamy interes, czy nie? – spytał po chwili. 
–  Interes?  –  powtórzyła  bezwolnie.  –  O  jakim  interesie  mówisz,  Red?  – 

Ogarniała ją panika. 

– Czy zostajesz? 
A jeżeli to nie jest zbiornik paliwa? Jeżeli nie, to znaczy, że zmierzają wprost w 

ramiona śmierci, pomyślała. 

Odetchnęła głęboko i zacisnęła palce na drążkach sterowniczych. 
– Miesiąc urlopu na Hawajach i ubijamy interes – odpowiedziała. 
– Załatwione. 

background image

Usiadł, trzymając żółte i niebieskie przewody w rękach. 
– Przerwane połączenie – rzekł spokojnie. 
Otworzyła  usta  i  nie  wiedziała,  czy  ma  się  śmiać,  czy  płakać.  Wtedy  wstał, 

objął ją i pocałował mocno w usta. 

–  Witaj  w  moim  świecie,  dziecino  –  szepnął,  odsuwając  lok  z  jej  czoła. 

Uśmiechnął się. – I natychmiast zabieraj się z mojego fotela! 

Red  stał  obok  hangaru  na  lądowisku  w  Bixby,  zziębnięte  ręce  trzymał  w 

kieszeniach i patrzył na Meg, która pilnowała wyładunku generatora. 

–  Uważaj,  gapo!  –  krzyczała  na  jednego  z  dwóch  mężczyzn  próbujących 

wyciągnąć urządzenie.  –  To  nie  jest  zabawka,  chyba  nie  jesteś  ślepy?!  Czy  mam 
wam napisać gdzie góra, a gdzie dół? Chodźcie za mną! 

Szła  przodem,  kierując  ludźmi  i  Red  pomyślał,  że  jest  piękna.  Cudowna, 

opanowana  Meg,  Meg  wydająca  polecenia,  Meg  wciskająca  się  tam,  gdzie  nie 
powinna – to było wspaniałe. Był wdzięczny losowi, że ta kobieta należy do niego. 

– Uważaj, na miłość boską! Do góry, przecież powiedziałam. Wyżej! 
Postawiła ostrożnie urządzenie na ziemi i powierzyła je opiece asystentów. 
– Czy w tej żałosnej grupie znajdę kogoś, kto potrafi nastawić złamania? Gdzie 

jest  lekarz,  który  ma  lecieć  z  nami?  Powiedzcie  mu,  aby  zabrał  narzędzia  i  był 
gotowy za dwie godziny! 

Mężczyzna stojący obok Reda patrzył na Meg zdumiony. 
– Kim jest ta kobieta? – zapytał. 
– To moja żona. – Red uśmiechnął się dumnie. 
– Twarda sztuka, nie? 
Red  nie  odpowiedział,  zbliżył  się  do  Meg  i  objął  ją  ramieniem.  Razem  szli 

przez hangar.