background image

J.B. LIVINGSTONE

ZBRODNIA W 

LINDENBOURNE

(Tłumacz: MARIA BOBROWSKA)

background image

Rozdział l

Nie   oznakowany   wóz   Scotland   Yardu   mknął   po   wilgotnych   od   deszczu   drogach 

hrabstwa Sussex. Nadinspektor Scott Marlow i emerytowany inspektor Higgins omawiali na 

tylnym  siedzeniu szczegóły ważnej misji, z którą udawali się do najbardziej prestiżowego 

miejsca świata kultury.

Pomimo   dawno   przekroczonej   pięćdziesiątki   inspektor   Higgins   wciąż   cieszył   się 

młodym wyglądem i wspaniałą kondycją. Doskonale uszyty smoking, w którym wybrał się w 

tę   podróż,   znakomicie   podkreślał   jego   wrodzoną   dystynkcję.   Siwiejący   posiadacz 

szpakowatego wąsa był cenionym agentem Scotland Yardu, nikt jednak nie potrafił odwieść 

go od decyzji o wcześniejszej emeryturze. Inspektor postanowił poświęcić się uprawie ogrodu 

różanego,   ciekawej   lekturze   i   rozmyślaniom   podczas   długich   spacerów   w   okolicach   The 

Slaughterers

1

, gdzie mieścił się jego dom.

Nadinspektor Scott Marlow po raz kolejny poprawił marynarkę od smokingu, która 

opinała   się   na   jego   pokaźnym   brzuchu.   W   wypożyczalni   zapewne   pomylono   rozmiary. 

Wiemy sługa policji Jej Królewskiej Mości, wielbiciel Elżbiety II, nie czuł się najlepiej w tym 

eleganckim stroju, który bezlitośnie uwydatniał jego tuszę.

Pierwszy letni deszczyk zrosił wioski malowniczo rozrzucone wzdłuż drogi. Trawa 

urzekała soczystą zielenią. Przyroda z nadzieją oczekiwała na ożywcze promienie słońca.

- Jestem prawdziwie zakłopotany - wyznał nadinspektor.

- Nie widzę powodu - odparł Higgins. - Przecież już nie po raz pierwszy zapewnia pan 

ochronę ważnej osobistości.

- To prawda... ale do tej pory chodziło o polityków, ludzi interesu, dyplomatów... 

zwykłych obywateli, a teraz... ten Pietro Giovanni...

Pietro Giovanni był najsłynniejszym barytonem tego stulecia.

- Nie lubi pan artystów, nadinspektorze? 

Scott Marlow wykrzywił usta.

- Ci ludzie nie uznają żadnych zasad moralnych. Artyści... Cóż to znaczy?

Higgins   wolał   zmienić   temat,   obawiając   się,   że   dyskusja   może   zmierzać   w 

niepożądanym kierunku.

- Czego się pan obawia ze strony Pietra Giovanniego?

- Ja miałbym się kogoś obawiać? - żachnął się nadinspektor. - To nieprawda. Ale nie 

lubię obcować z tego typu ludźmi. Rozumie mnie pan, Higgins? Jestem pewien, że podziela 

1 Zabójcy

background image

pan moje zdanie! Przyznam, że długo wahałem się, czy poprosić pana o pomoc.

Higgins pobłażliwie machnął ręką.

- Trzeba sobie pomagać, mój drogi Marlow. Prawdę mówiąc Higgins nie tolerował 

jednego: nieproszonych gości. Wysoki żywopłot chronił jego posiadłość przed potencjalnymi 

intruzami. Higgins jednak - o czym Scott Marlow nie wiedział - żywił bezgraniczny podziw 

dla   oper   Mozarta.   Ta   muzyka   sprawiała,   że   zapominał   o   bezeceństwach   tego   świata,   i 

pozwalała mu choć trochę wierzyć, ze ziemia wydaje czasami doskonałe owoce. Zamek w 

Lindenbourne,   do   którego   się   właśnie   udawali,   był   jednym   z   najważniejszych   ośrodków 

mozartowskich. Z powodu pomyłki swojej gospodyni Higgins nie otrzymał biletu na jedyne 

przedstawienie Don Juana. w którym tytułową rolę miał zagrać wielki włoski baryton Pietro 

Giovanni, a w obsadzie  figurowały nazwiska najsłynniejszych  śpiewaków. Scott Marlow. 

nienawykły do przebywania w tak znamienitym, obcym sobie środowisku, poprosił Higginsa, 

żeby   zechciał   mu   towarzyszyć.   Nie   robił   sobie   wielkich   nadziei,   wiedząc,   że   inspektor 

niechętnie zmienia swoje plany. Tymczasem, ku jego wielkiemu zdziwieniu, Higgins uległ 

jego namowom.

- Dziękuję, że przyjął pan moją propozycję.  Nigdy tego nie zapomnę. Wierzę, że 

dzięki panu uda mi się uniknąć gaf. Moja kariera...

- Proszę się nie obawiać, nadinspektorze. 

Scott Marlow nie był typem karierowicza, niemniej jednak gorąco pragnął znaleźć się 

pewnego   dnia   w   osobistej   ochronie   królowej   Elżbiety   II.   Musiał   więc   dbać   o   swoją 

zawodową reputację.

- W jaki sposób zaczęła się ta sprawa, nadinspektorze?

- Pietro Giovanni jest przyjacielem ministra spraw zagranicznych. Podczas jednego z 

bankietów   Giovanni   zwierzył   się   mu,   że   wielokrotnie   grożono   mu   śmiercią.   Artysta   to 

bagatelizował, ale minister bardzo się tym przejął, zwłaszcza gdy się dowiedział, że Pietro 

Giovanni będzie gwiazdą najbliższego sezonu w Lindenbourne. Gdyby doszło do jakiegoś 

skandalu...

Przesądny Scott Marlow nie odważył się dokończyć myśli. W Anglii liczyły się cztery 

wydarzenia:   turniej   tenisa   w   Wimbledonie,   Derby   Day

2

  finał   pucharu   piłki   nożnej   na 

Wembley i festiwal  w Lindenbourne.  Gromadząc  elitę  kulturalną,  ten ostatni  należał  bez 

wątpienia   do   najbardziej   wyrafinowanych,   spokojny   przebieg   przedstawienia   był   więc 

wysoce pożądany. Chociaż od samego początku festiwal w Lindenbourne przyciągał takie 

sławy jak Leopold Simoneau, Tereza Berganza, Joan Sutherland czy Kiri Te Kanawa, nigdy 

2 Wyścigi konne w Epsom.

background image

nie zdarzyło się, aby zgromadził tak znakomitą obsadę. Wieczór miał być retransmitowany 

przez BBC.

- Czy Pietro Giovanni wie o naszym przybyciu?

- Absolutnie nie - odparł Scott Marlow, nie kryjąc zatroskania. - Nasza misja jest... 

poufna. Nie możemy rzucać się w oczy.

Nadinspektor   podkreślił   słowa   “my”   i   “nasza”.   Tymczasem   Pietro   Giovanni 

interesował Higginsa tylko o tyle, że inspektor liczył na wyjątkowe wykonanie tytułowej roli 

Don Juana. Jeśli decydował się opuścić swoją przytulną rezydencję, to wyłącznie po to, by 

rozwiązywać niezwykłe zagadki albo by pomóc przyjacielowi. Dbanie o przyszłość ludzkości 

nie leżało w jego kompetencjach.

Słońce nieśmiało przebiło się przez deszczowe chmury, dodając iście rajskiego blasku 

“czarodziejskiemu   ogrodowi”.   Zamek   Lindenbourne   i   przylegający   do   niego   park   były 

otoczone łąkami i pastwiskami. Minęło już pięćdziesiąt lat od dnia, w którym rozmiłowany w 

sztuce operowej właściciel zamku po raz pierwszy zaprosił muzyków i śpiewaków do swojej 

posiadłości. Wkrótce to prywatne przedsięwzięcie przybrało wymiar narodowy, by następnie 

przekształcić się w wydarzenie na skalę międzynarodową.

Scott   Marlow   z   trudem   wydostał   się   z   samochodu,   jako   że   przyciasny   smoking 

krępował mu ruchy.

- Chodźmy - zarządził Higgins. - Czy wszystko jest gotowe?

- Zastosowałem się dokładnie do pańskich instrukcji.

Inspektor sprawdził, czy nie zapomniano walizki z ubraniami. W Lindenbourne trzeba 

być przygotowanym na wszelkie okoliczności.

Szofer wyjął z bagażnika wiklinowy kosz. Był tam zimny kurczak, termos i przenośna 

lodówka z butelką francuskiego szampana, kryształowe kieliszki i szkocki pled. Policjanci 

poszli przodem, zmierzając powoli w stronę posiadłości.

Ku zdziwieniu Scotta Marlowa mężczyźni byli odziani w szyte na miarę smokingi, a 

panie przywdziały wieczorowe toalety. Jedwabie, muśliny i satyna tworzyły symfonię czerni, 

bladego fioletu, różu i żółcieni. Niektóre damy okryły ramiona etolami z norek. Wytworne 

towarzystwo spacerowało po zamkowym ogrodzie.

- Wybierzemy miejsce na piknik - powiedział Higgins.

- Piknik? Ale... nie mam na to najmniejszej ochoty! 

Nadinspektor umilkł, skarcony wzrokiem Higginsa, i potulnie podążył za nim aż na 

skraj   łąki.   Festiwalowi   goście   wymieniali   uwagi   dotyczące   niezwykłych   artystycznych 

przeżyć, które miały się wkrótce stać ich udziałem.

background image

Szofer rozłożył pled i postawił na nim wiklinowy kosz i pojemnik z lodem.

- Przyjdziemy tu podczas antraktu - stwierdził Higgins. - Teraz możemy pójść do 

baru.

- Ale po co? - zdziwił się Scott Marlow. - Czy musimy?

- To rytuał - przerwał mu Higgins.

- Czy tutaj się dużo pije?

- W pewnym sensie tak, nadinspektorze, ale nie należy tego podkreślać.

Melomani kierowali się małymi grupkami w stronę zamku. Policjanci dołączyli do 

ostatniej  grupy,  która weszła do baru. Panowały w nim takie przeciągi,  że był  potocznie 

nazywany “drogą wiodącą do zapalenia płuc”, jednak miłośnicy Mozarta nie zwracali uwagi 

na takie detale. Inspektorowi udało się zająć dość bezpieczne miejsce, pod wielkim obrazem 

przedstawiającym jednego z kasztelanów Lindenbourne ze skrzypcami w ręku.

Nie dość, że Scott Marlow czuł się niezręcznie w smokingu, to jeszcze nie wiedział 

teraz, co ma zrobić z lampką szampana, którą właśnie mu wręczono. Nadinspektor marzył o 

whisky i o swoim biurze w Scotland Yardzie.

- Musimy odnaleźć reżysera, mój drogi Higgins.

- Niewątpliwie tak.

Higgins   zapomniał   już   o   “misji”.   Wzorem   ubiegłych   lat   pogrążył   się   w   świecie 

muzyki,   którą   były   przesiąknięte   mury   zamku   Lindenbourne,   i   przygotowywał   się   z 

właściwym   prawdziwym   wielbicielom   Mozarta   skupieniem   na   duchową   ucztę,   jaką 

niewątpliwie miał być Don Juan.

- Minister dyskretnie go uprzedził - stwierdził nadinspektor. - Proszę, żeby przejął pan 

inicjatywę.

Policjanci udali się do sektora administracyjnego. Festiwal w Lindenbourne stał się 

prawdziwym  przedsiębiorstwem.  Przepustki  Scotland  Yardu otwierały przed  nimi  kolejne 

drzwi, w końcu znaleźli się w biurze reżysera. Ujrzeli niskiego, nieco nerwowego mężczyznę, 

odzianego w przepisowy smoking. W sezonie operowym Jonathan Kelwing spał tylko po 

kilka   godzin   na   dobę.   Na   jego   barkach   spoczywał   cały   ciężar   materialnej   organizacji 

festiwalu.

-   Scotland   Yard   -   wycedził   wyraźnie   niezadowolony,   nie   wstając   zza   biurka.   - 

Uprzedzono mnie. Czego panowie ode mnie oczekują? Mam bardzo mało czasu na rozmowę. 

Za mniej więcej trzy godziny rozpoczyna się najważniejsze przedstawienie sezonu. Czy zdają 

sobie panowie z tego sprawę?

- Czy przybył już Pietro Giovanni? - spytał Higgins.

background image

- Jest tutaj od trzech dni. Jak zwykle odmówił udziału w próbach. Znalazłem mu 

nocleg kilka kilometrów stąd. Powinien przybyć w każdej chwili.

Nadinspektor Marlow przyglądał się zdobiącym ściany fotografiom nieznanych mu 

słynnych artystów.

-   Wolelibyśmy   nie   tracić   go   z   oczu,   dopóki   nie   opuści   Lindenbourne   -   uściślił 

Higgins. - Odpowiadamy za jego bezpieczeństwo. Oczywiście z zachowaniem dyskrecji i nie 

bez pańskiego przyzwolenia.

- Nie będziecie mieli panowie dużo pracy! - wykrzyknął reżyser. - Jak tylko Pietro 

Giovanni   tutaj   przybędzie,   natychmiast   uda   się   do   szatni,   gdzie   zajmą   się   nim 

charakteryzatorki   i   garderobiane.   Wejdzie   na   scenę,   wykona   po   raz   pierwszy   w   swojej 

karierze   rolę   Don   Juana,   zje   na   zamku   kolację   i   uda   się   do   Londynu,   skąd   odleci   do 

Mediolanu, gdzie występuje za dwa dni. Stale będzie otoczony tłumem ludzi. Panowie mogą 

albo wysłuchać opery, albo wrócić do Scotland Yardu. Przypuszczam, że nie należą panowie 

do wielkich miłośników muzyki.

Scott Marlow miał ochotę potwierdzić, ale Higgins go uprzedził.

- Mam nadzieję, że ten Don Juan będzie miał rytm Busha, werwę Giuliniego i głębię 

Friscaya

3

. Wówczas Pietro Giovanni będzie mógł w pełni wyrazić swój talent.

Reżyser spojrzał na inspektora ze zdziwieniem - ten wybór dyrygentów świadczył o 

znawstwie tematu.

Zadzwonił telefon.

- Proszę mi wybaczyć. - Reżyser podniósł słuchawkę. Nagle zbladł. - Pietro Giovanni 

zniknął - wyjąkał.

3 Busch, Giulini, Friscay: trzej wielcy dyrygenci orkiestr mozartowskich.

background image

Rozdział II

Jonathan Kelwing siedział nieruchomo. Zniknięcie śpiewaka oznaczało klęskę sezonu, 

a nawet stawiało pod znakiem zapytania istnienie festiwalu.

- Trzeba coś zrobić - uznał Scott Marlow.

- Doskonały pomysł - poparł go Higgins. - Gdzie mieszka Pietro Giovanni?

Reżyser nie odpowiedział od razu, tak jak gdyby jego mózg pracował na zwolnionych 

obrotach.

-   W   gospodzie   “Pod   Faszerowaną   Gęsią”   w   Gemfield,   trzy   kilometry   stąd.   To 

renomowany rodzinny hotel dla specjalnych gości.

- Kto pana powiadomił? - zapytał Higgins.

-   Dyrygent,   Lovro   Ferenczy.   Wszyscy   artyści   są   gotowi,   przebrani   w   kostiumy. 

Brakuje tylko najważniejszej osoby.

Reżyser wyjął chusteczkę z kieszeni smokingu i otarł łzę.

- Niech się pan nie martwi - pocieszył go Higgins. - Może się spóźni.

- Nie, na pewno nie - jęknął Kelwing. - Kazałem zadzwonić do gospody. Wyjechał 

ponad godzinę temu! To straszne!

-   Powiadomię   Scotland   Yard   -   oznajmił   nadinspektor   wojowniczym   tonem.   - 

Otoczymy teren i szybko go odnajdziemy.

Machinalnie   poprawiwszy   marynarkę,   która   nieubłaganie   podnosiła   mu   się   na 

brzuchu, Scott Marlow wyszedł z biura reżysera.

Żal było patrzeć, jak Jonathan Kelwing przeżywa zniknięcie artysty.

- To katastrofa... Będę zmuszony odwołać przedstawienie... Coś takiego się jeszcze 

nigdy nie zdarzyło! Ten Giovanni jest potworem. Zrobić mi coś takiego...

Inspektor mógł jedynie poradzić reżyserowi, żeby czekał na rozwój wypadków. Sam 

nie bardzo wiedział, co zrobić, by Pietro Giovanni przybył do Lindenbourne na czas. Chociaż 

nie był specjalnie wierzący, tym razem zdał się na opatrzność.

- Niech się pan weźmie w garść - powiedział. - Wszystko może się jeszcze ułożyć.

- Ułożyć? Pan sobie ze mnie żartuje? Mam uwierzyć w to, że drzwi się nagle otworzą 

i pojawi się w nich Pietro Giovanni?

W tej samej chwili drzwi otworzyły się z impetem i stanął w nich wysoki mężczyzna 

odziany w czarny kostium. W geście powitania zdjął wielki kapelusz z białym pióropuszem. 

Reżyser zerwał się zza biurka.

background image

- Pietro... Pietro Giovanni. Ale... pan... Przecież pan zniknął!

Wspaniały, pewny siebie śpiewak rozsiadł się w fotelu, krzyżując przed sobą nogi w 

skórzanych butach sięgających aż do połowy uda. Na jego twarzy rysowała się obojętność.

-   Nie   przejmuj   się   takimi   drobiazgami,   Jonathanie.   Sam   decyduję   o   moim   życiu, 

zarówno prywatnym, jak i scenicznym. Dzisiejszy wieczór przejdzie do historii. Reszta mało 

mnie interesuje. Nie miałem ochoty przebierać się ze wszystkimi, nic poza tym. Proszę mnie 

zaprowadzić   do   garderoby,   wezwać   charakteryzatorkę   i   wydać   polecenie,   żeby   nikt   nie 

przeszkadzał mi przed rozpoczęciem opery.

Higgins nieczęsto spotykał osoby, które zachowywałyby się równie swobodnie, na 

których skupiałyby się wszystkie spojrzenia. Wszystko wskazywało na to, że włoski baryton 

stanie się jednym z największych Don Juanów w historii opery.

Pietro Giovanni wstał. Nie oczekiwał odpowiedzi. Zrezygnowany Kelwing otworzył 

drzwi i wyszedł pierwszy.

- Chwileczkę - wtrącił inspektor. - Czy to prawda, że grożono panu śmiercią, panie 

Giovanni?

Artysta obrócił głowę, żeby zobaczyć zuchwałego autora pytania.

- To nie pańska sprawa.

- Reprezentuję Scotland Yard. Mam zająć się pańską ochroną.

- Moją... moją ochroną!

Śpiewak roześmiał się głośno. Reżyser nie wiedział, jak ma się zachować, a Higgins 

spokojnie czekał na koniec tego ataku wesołości.

- Niech pan posłucha. Niezależnie od tego, czy pan jest inspektorem Scotland Yardu, 

czy nie, ja sam dbam o swoje bezpieczeństwo. Co do pogróżek, to moja sprawa! Śmierć nigdy 

mnie nie przerażała i tego wieczoru się to nie zmieni! Żegnam pana.

Pietro Giovanni wypchnął reżysera na zewnątrz. Po chwili pojawił się nadinspektor 

Marlow.

- Teren będzie otoczony mniej  więcej za godzinę - wyjaśnił.  - Nikt nie zdoła się 

wydostać z naszej sieci.

- Niech pan odwoła akcję - odparł Higgins. - Nasza gwiazda się odnalazła.

Kiedy   zabrzmiały   pierwsze   akordy   posępnej   uwertury  Don   Juana,   nadinspektor   z 

trudem powstrzymał ziewanie. Był głodny i marzył o podwójnej whisky, która dodałaby mu 

odwagi do wysłuchania całej opery.

Skupiony   Higgins   rozłożył   na   kolanach   partyturę   i   włosko-angielskie   libretto. 

background image

Policjantów spotkał niezwykły zaszczyt zasiadania w prywatnej loży reżysera, skąd mogli 

podziwiać scenę i bacznie śledzić emocje rysujące się na twarzach artystów. Inspektor nigdy 

przedtem nie zajmował tak dogodnego miejsca. Wieczór zapowiadał się wspaniale. Jonathan 

Kelwing miał oglądać przedstawienie zza kulis, czuwając nad najdrobniejszymi detalami.

- Kiedy ujrzymy Pietra Giovanniego? - spytał nadinspektor znużony uwerturą.

- Prawie od razu po podniesieniu kurtyny - odparł Higgins. - Ale proszę ściszyć głos.

Na szczęście loża była na tyle odizolowana od sali, że mogli swobodnie wymieniać 

ciche uwagi.

- Czy naprawdę musimy tutaj siedzieć, Higgins? Może moglibyśmy pójść do baru... 

Pietra Giovanniego będą pilnować setki ludzi.

Higgins nie dał po sobie poznać, że uważa uwagi nadinspektora za wysoce nie na 

miejscu. Nie stracił nadziei, że chociaż na krótki czas wprowadzi kolegę ze Scotland Yardu w 

świat mozartowski.

- Mój  drogi Marlow, nie  jesteśmy amatorami.  Musimy  wypełnić  sumiennie  nasze 

zadanie. Dla chwały Jej Królewskiej Mości.

Argument   był   przekonywający.   Nadinspektor   wymruczał   niewyraźny   protest   w 

chwili, gdy służący Don Juana, Leporello, rozpoczynał pierwszą wielką arię opery, w której 

uskarżał się na swój los. Potem wybuchła gwałtowna sprzeczka pomiędzy Doną Anną a Don 

Juanem,   który,   udając   jej   narzeczonego,   usiłował   ją   zhańbić.   Nagle   wyrósł   przed   nim 

Komandor, ojciec Doni Anny. Wyniosły, srogi starzec wyzwał Don Juana na pojedynek.

Wyciągając   szpadę   z   pochwy,   uwodziciel   obdarzył   lekceważącym   i   pogardliwym 

wzrokiem nędznego przeciwnika, który ośmielił się zagrodzić mu drogę. Higgins zauważył, 

że Giovanniemu lekko zadrżał głos. To z pewnością efekt tremy.

Szpady Don Juana i Komandora się skrzyżowały. Po krótkiej walce ojciec Doni Anny 

padł z ręki uwodziciela. Głos umierającego Komandora był tak przepełniony bólem, że nawet 

Scott Marlow się wzruszył.

Kiedy Komandor wydał ostatnie tchnienie. Don Juan skłonił się przed nim, zdejmując 

kapelusz,   zupełnie   tak   jak   to   uczynił   w   biurze   reżysera.   Intryga   została   zawiązana. 

Zrozpaczona   Dona   Anna   opłakiwała   zmarłego   ojca.   “Jeśli   mnie   nie   zabijesz   -   obiecała 

śmiałkowi, który wtargnął do jej pokoju, żeby ją zhańbić - nie licz na to, że kiedykolwiek 

pozwolę   ci   uciec!”   Don   Ottavio   przyrzekł   uroczyście   pomścić   jej   ojca   i   zidentyfikować 

mordercę. Powróci do niej dopiero z głową winnego.

- Starzec był wielce nieostrożny - zauważył Scott Marlow, któremu Higgins wyjaśniał 

decydujące momenty akcji. - W jego wieku nie powinno się stawać do pojedynku.

background image

- Komandor kochał swoją córkę ponad wszystko -odparł Higgins. - Miłość przeważyła 

nad rozsądkiem.

Atmosfera zdawała się rozluźniać, kiedy Don Juan i Leporello spotkali piękną damę, 

której uwodziciel, przyciągnięty przez odor di femina, złożył płomienną deklarację. Na jego 

nieszczęście owa dama okazała się Doną Elvirą, małżonką, którą opuścił i która go wszędzie 

szukała. Zamiast prosić ją o przebaczenie Don Juan kazał swojemu służącemu wyrecytować 

długą   listę   swoich   miłosnych   podbojów,   pogrążając   tym   samym   w   rozpaczy   zakochaną 

kobietę, która przysięgła przed Bogiem, że się zemści.

-   Ten   Don   Juan   jest   skończonym   łajdakiem   -   oburzył   się   Scott   Marlow,   wierny 

rygorystycznym zasadom wiktoriańskiej moralności.

- Kocha życie - odparł Higgins.

- Uwodząc tysiące kobiet? To niedopuszczalne. Co by się stało, gdyby...

Protest nadinspektora zagłuszyły wesołe akcenty wiejskiego święta. Masetto i Zerlina 

przygotowywali uroczystość weselną. Nagłe pojawienie się Don Juana, oczarowanego urodą 

młodej Zerliny, zakłóciło ich plany. Don Juan nie szczędził urodziwej wieśniaczce czułych 

słów. Na szczęście w samą porę pojawiła się Dona Elvira, ostrzegając dziewczynę  przed 

uwodzicielem. Nadinspektor przyjął jej zjawienie się z ulgą.

Aż do końca pierwszego aktu wszechobecny Don Juan dawał o sobie znać, nawet jeśli 

nie było go na scenie. W finale uwodziciel wydał wspaniałe przyjęcie, mając nadzieję, że pod 

osłoną nocy i korzystając z pijaństwa biesiadników, uda mu się zniknąć z Zerliną. Wśród 

gości były jednak pewne, zamaskowane osoby. Nieostrożny, niecierpliwy Don Juan pociąga 

za sobą Zerlinę, która wzywa pomocy. Przyłapany, próbuje wmówić, że winnym jest jego 

służący Leporello. Nagle wyrasta przed nim pięciu oskarżycieli: Masetto, któremu Don Juan 

próbował   porwać   narzeczoną;   Zerlina,   która   przezwyciężywszy   strach,   nie   waha   się   go 

wydać; Dona Anna, która rozpoznała głos mordercy swojego ojca, a także Dona Elvira i Don 

Ottavio. Wszyscy zdejmują maski i zgodnym chórem wydają bezlitosny werdykt: “Wszystko 

wiemy!  Drżyj,  drżyj,  łotrze!  Cały świat  dowie się  wkrótce  o twojej  odrażającej  zbrodni. 

Posłuchaj głosu zemsty, która cię nie ominie! Jeszcze dziś piorun spadnie na twoją głowę!”

Urywane, gwałtowne frazy naśladujące hałas ognia piekielnego zakończyły pierwszy 

akt.

- Jeszcze trochę szampana, nadinspektorze?

- Nie, dziękuję.

Podczas  antraktu  Higgins  i  Marlow  udali  się  na obowiązkowy piknik  w ogrodzie 

zamkowym.   Reżyser   Jonathan   Kelwing   jeszcze   raz   zapewnił   policjantów   o   podjętych 

background image

środkach bezpieczeństwa: Pietro Giovanni pozostanie w pomieszczeniach dla artystów aż do 

rozpoczęcia drugiego aktu. Nadinspektorowi nie przypadł zbytnio do gustu szampan “Veuve 

Cliquot”, który pochodził z piwnicy Higginsa. Trunek wydawał mu się mdły, ale nie odważył 

się   poprosić   o   podwójną   whisky.   W   wiejskiej   scenerii   policjanci   spożywali   sandwicze   z 

kurczakiem. Scott Marlow uważał klęczącą  pozycję  za wielce niewygodną  i z podziwem 

patrzył, jak znakomicie radzą sobie damy w wieczorowych sukniach. Higginsowi, stałemu 

bywalcowi festiwali w Lindenbourne, również nie brakowało wrodzonej godności.

- Ta opera nie ma sensu - uznał Scott Marlow. - Wszyscy wiedzą, że Don Juan jest 

zbrodniarzem, a nikt go nie powstrzymuje. Ja już dawno położyłbym kres jego poczynaniom.

- Zbrodniarz... trochę pan przesadza, nadinspektorze. Zamordował, to prawda, ale w 

pojedynku, do którego zmusiło go poczucie godności. Jeśli chodzi o resztę... Któż mógłby mu 

czynić wyrzuty, że darzy namiętnością piękne kobiety ?

Nadinspektor zakrztusił się i odstawił kieliszek nerwowym ruchem, wylewając trochę 

szampana na spodnie. Był oburzony.

- Ależ, Higgins! Ten człowiek jest całkowicie niemoralny!

- Któż to może osądzić? Nie brakuje mu ani uroku, ani potęgi. Pietro Giovanni wcielił 

się w tę postać doskonale. Jego głos brzmi idealnie.

Scott Marlow wolał nie wypowiadać się w kwestiach technicznych.

- Może przeczekalibyśmy w barze do końca opery?

- Nie ma pan ochoty dowiedzieć się, jak się to zakończy, nadinspektorze?

- Przyznam, że...

- A więc wracajmy na miejsca.

Scott Marlow się poddał. W końcu sytuacja nie była zupełnie beznadziejna. Przede 

wszystkim  pierwszą połowę  opery miał  już za sobą, a poza  tym  misja  przedstawiała  się 

niezwykle   łatwo,   ponieważ   osoba,   której   mieli   pilnować,   nigdy   nie   była   sama.   Za   dwie 

godziny nadinspektor zostanie zwolniony z tego przykrego obowiązku służbowego i będzie 

mógł wrócić do Scotland Yardu.

Początek drugiego aktu wydał się mu równie skandaliczny jak początek pierwszego. 

Don Juan naśmiewał się ze szczerej miłości Doni Elviry, podstawiając swojego służącego, a 

potem  napastując nieszczęsnego  Masetta.  którego  omal  nie  pozbawił  życia.  Nadinspektor 

podzielał złość Zerliny, która mówiła o Don Juanie:  “Jestem rozwścieczoną tygrysicą, lwem! 

Nie będzie dla niego litości”. Rozumiał Masetta, który posunął się jeszcze dalej: “Chcę go 

zabić, poćwiartować!” Kiedy na cmentarzu kamienny posąg Komandora dał Don Juanowi do 

zrozumienia, że kara go nie ominie, Marlowa przeszły dreszcze.

background image

Higgins   odczuwał   zadziwiający   niepokój.   Pomimo   doskonałej   techniki   głosowej 

Pietro Giovanni wydał mu się mniej żarliwy niż w pierwszym akcie. Jego obecność była 

ledwie zaznaczona. Głos artysty drżał niekiedy w niskich rejestrach, wiele fraz muzycznych 

było nierównych.

- To wszystko  źle  się skończy - uznał  nadinspektor, gdy kamienny posąg przyjął 

skinieniem głowy zaproszenie Don Juana na kolację.

- Również się tego obawiam - dodał Higgins, zauważając ze zdumieniem, że Giovanni 

po prostu skrócił duet z Leporellem, kiedy wychodzili z cmentarza.

W kolejnej odsłonie Dona Elvira wyraziła rozpacz z powodu niespełnionego uczucia 

do Don Juana i doszło do gorączkowej wymiany zdań pomiędzy Ottaviem i Anną w sprawie 

decyzji o ich ślubie. Artystka doskonale wokalizowała, wykonując ostatnią, niezwykle trudną 

wielką arię, w której śpiewała o swojej miłości i odłożeniu daty ślubu.

-   Ma   niezły   głos   -   stwierdził   Scott   Marlow.   -   Muszę   przyznać,   że   góruje   nad 

niektórymi modnymi piosenkarkami.

- Niech pan nie przywiązuje zbytniej wagi do samej wirtuozerii - pouczył go życzliwie 

Higgins. - Najważniejsze jest frazowanie.

Nadinspektor   nie   zdążył   poprosić   Higginsa   o   wyjaśnienia.   Rozpoczęła   się   scena 

końcowego bankietu.  Don Juan  siedział  za  suto  zastawionym  stołem.  Leporello  podkradł 

kawałek dziczyzny i ukrył się za swoim panem.

Niepokój   Higginsa   wzrastał.   Nie   dość,   że   Pietro   Giovanni   zapomniał   przyłapać 

służącego na gorącym uczynku, ale na dodatek wstał, kładąc rękę na piersi. Zakłopotanego 

Leporella uratowało pojawienie się Doni Elviry, która jeszcze raz błagała Don Juana o zmianę 

trybu  życia.  Jego muzyczna  odpowiedź, głosząca pochwałę kobiety i dobrego wina, była 

pozbawiona zacięcia i wigoru.

Odepchnięta,   wzgardzona   Elvira   opuściła   salę   bankietową.   Nagle   krzyknęła. 

Nadinspektor podskoczył. Słychać było odgłosy ciężkiego stąpania.

Kamienny posąg Komandora przybył na zaproszenie Don Juana.

Głosy   ojca   Doni   Anny   i   uwodziciela   przeplatały   się   ze   sobą,   ale   śpiew   Pietra 

Giovanniego nie dominował w tym wokalnym pojedynku. Pomimo doskonałej orkiestry i 

reżyserii Higgins czuł się coraz bardziej zakłopotany. Chwilami ledwie rozpoznawał muzykę 

Mozarta.

Komandor zaprosił Don Juana na kolację w zaświatach i wyciągnął ku niemu dłoń. 

Uwodziciel przyjął zaproszenie, ale jego twarz ściągnęła się w bolesnym grymasie.

Zanim zaczął śpiewać chór i zanim pojawiły się piekielne otchłanie. Don Juan osunął 

background image

się   na   scenę,   puszczając   dłoń   Komandora.   Głęboki   głos   starca   przeszedł   w   pomruk 

zdumienia.   Z   widowni   dobiegły   krzyki.   Orkiestra   zamilkła.   Muzycy   z   niedowierzaniem 

spoglądali po sobie.

Higgins zrozumiał, że Pietro Giovanni właśnie umarł na jego oczach.

background image

Rozdział III

- Scotland Yard -  oznajmił  Scott Marlow. - Proszę zrobić przejście i niczego  nie 

dotykać!

Policjanci   weszli   na   scenę,   odsuwając   artystów   pochylonych   nad   ciałem   Pietra 

Giovanniego. Nagła śmierć słynnego barytona przerwała wykonanie finałowej sceny opery. 

Inspektor  Higgins  wyjął  przybory  do pisania,  z którymi  nigdy nie  rozstawał  się podczas 

śledztwa: czarny notes i starannie zaostrzony ołówek marki “Staedtler”.

Reżyser   Jonathan   Kelwing   był   roztrzęsiony.   Jak   do   tej   pory  jedynym   skandalem, 

jakiego był tu świadkiem, był występ w operze Verdiego młodej obnażonej osoby. W opinii 

Higginsa było to zresztą bardzo nieudane przedstawienie.

Inspektor nie lubił widoku trupów, zazwyczaj pozostawiał oględziny zwłok lekarzowi 

sądowemu. Tym jednak razem przezwyciężył niechęć i pochylił się nad ciałem artysty, dla 

którego rola Don Juana okazała się ostatnią w karierze. Pietro Giovanni wydawał się mniejszy 

niż za życia. Jego twarz wykrzywiał bolesny grymas, bez śladu zniknęła duma i godność. 

Otwarte oczy patrzyły nieruchomo w dal.

Jak na profesjonalistę przystało, Higgins znał niemalże na pamięć dziesięć tomów 

Podręcznika zbrodni  sir M. B. Mastera, do którego, jak sądził, agenci Scotland Yardu nie 

przykładali   należytej   wagi.   Trzeci   tom   zawierał   tablice   ilustrujące   przypadki   śmierci 

wywołanej   spożyciem   substancji   toksycznych.   Inspektor   nie   miał   wątpliwości:   Pietro 

Giovanni został otruty. Jego śmierci towarzyszyły prawdopodobnie wielkie cierpienia. Tylko 

człowiek o wyjątkowej energii mógł w tych okolicznościach wypełnić swoje zadanie aż do 

końca.

Czarny aksamitny kostium mienił się w świetle jupiterów. Na szyi zmarłego błyszczał 

cieniutki złoty łańcuszek. Do jednego z oczek, większego od pozostałych, przyczepiony był 

stary złoty kluczyk. Z całą pewnością nie mógł stanowić części kostiumu scenicznego Don 

Juana. Skoro Pietro Giovanni nie rozstał się z nim nawet podczas przedstawienia, kluczyk ów 

musiał być dla niego bardzo cenny. Bez wątpienia krył w sobie wielką tajemnicę. Higgins 

delikatnie otworzył zapięcie, zabrał kluczyk i wsunął go do prawej kieszeni spodni.

Podniósł się, zaintrygowany. W swoim czarnym notesie naszkicował ułożenie zwłok. 

Podszedł do niego Scott Marlow i zaczął mu szeptać do ucha, zupełnie jakby znajdowali się 

jeszcze w loży.

-Co pan zamierza zrobić, Higgins? Czy powinniśmy zatrzymać wszystkich aktorów?

background image

- Ależ skąd! Mamy do czynienia z plejadą gwiazd. Musimy postępować delikatnie, 

nadinspektorze.

- Delikatnie - powtórzył Marlow, uświadamiając sobie nagle, że cała ta sprawa może 

odbić się niekorzystnie na jego karierze. Gdyby w wyniku jakiegoś błędu zasłużył na choćby 

najmniejszą naganę, mógłby nigdy nie dostąpić zaszczytu służby w osobistej ochronie Jej 

Królewskiej Mości Elżbiety II. Najrozsądniej było więc zdać się na wypróbowaną metodę: 

pozwolić działać Higginsowi.

Inspektor podszedł do reżysera, który dwoił się i troił, żeby uspokoić roztrzęsionych 

artystów.   Jedynie   Komandor,   zapewne   z   powodu   makijażu,   który   upodabniał   go   do 

kamiennego posągu, wydawał się niewzruszony.

- Proszę powiedzieć wszystkim, że czekamy na nich w pokoju artystów - powiedział 

Higgins   do   reżysera.   -   Przeprowadzimy   rutynowe   śledztwo.   Nadinspektorze,   niech   pan 

powiadomi Scotland Yard, żeby zabrali ciało.

- Atak serca w samym finale - jęknął Jonathan Kelwing. - To koniec festiwalu.

Higgins   pokręcił   się   jeszcze   przez   chwilę   za   kulisami,   zaglądając   we   wszystkie 

zakamarki.   Zszedł   ze   sceny   dopiero   w   momencie,   gdy   na   miejsce   przybyła   ekipa 

dochodzeniowa i grupa pielęgniarzy. Potem w towarzystwie nadispektora udał się do pokoju 

artystów. Był to obszerny pokój gościnny utrzymany w stylu regencji. Gdy policjanci weszli 

do środka, zastali tam atmosferę przygnębienia. Reżyser półleżał w fotelu, a Lovro Ferenczy, 

dystyngowany   sześćdziesięcioletni   dyrygent   o   wysokim   czole   i   starannie   przystrzyżonej 

białej brodzie chodził tam i z powrotem.

- A... gdzie są inni? - spytał Scott Marlow.

- Poszli do siebie, żeby się przebrać - odparł Kelwing złamanym głosem. - Napijecie 

się czegoś, panowie?

- Później - odparł Higgins ku rozpaczy Marlowa. - Mistrzu, mogę zadać panu kilka 

pytań?

Lovro Ferenczy zatrzymał się i oparł o wiktoriański marmurowy kominek ozdobiony 

fotografiami mistrzów, którzy dyrygowali operami w Lindenbourne. Ferenczy'ego zaliczano 

do grona najbardziej znaczących współczesnych dyrygentów mozartowskich. Gdy zakończył 

karierę, rzadko pojawiał się publicznie, chyba że na wydarzeniu takiej rangi jak festiwal w 

Salzburgu lub w Lindenbourne. W małym świecie wielkiej muzyki każdy wiedział, że pod 

jego   batutą   pragnęły   wystąpić   najlepsze   orkiestry.   Obdarzony  był   doskonałym   słuchem   i 

niezwykłą pamięcią muzyczną. Gdy kierował orkiestrą, głosy instrumentów nakładały się na 

siebie i, nie zatracając swej odrębności, tworzyły niemal idealną harmonię. Oszczędny w 

background image

ruchach  i niezwykle  precyzyjny,  dyrygował  najczęściej  z  zamkniętymi  oczami,  ponieważ 

chciał,   żeby   muzyka   wydobywała   się   przede   wszystkim   z   jego   wnętrza.   Z   pochodzenia 

Czech, ale bezpaństwowiec, mówił z lekkim akcentem, który dodawał jego wypowiedziom 

specyficznego uroku.

- Słucham pana, inspektorze.

- Przede wszystkim, mistrzu, chciałbym powiedzieć, jak bardzo nadinspektor Marlow 

i ja jesteśmy szczęśliwi, że możemy pana poznać. Pańska sztuka jest jedną z najczystszych 

radości naszej egzystencji.

- Dziękuję, inspektorze.

Scott Marlow uśmiechnął się z wysiłkiem. Uważał, że Higgins ma talent do prawienia 

komplementów.

- Czy znał pan dobrze Pietra Giovanniego, mistrzu? - spytał Higgins, rozglądając się 

bacznie wokoło. Miał zwyczaj dokładnie oglądać przedmioty w pomieszczeniu, w którym 

przebywał,   musnął   więc   palcem   krawędzie   szaf,   pogładził   skórę   foteli,   przejrzał   się   w 

lustrach.

- Dzisiejszego wieczoru zobaczyłem go po raz pierwszy, inspektorze. Nie mieliśmy 

wcześniej okazji się spotkać. Pan Giovanni śpiewał włoską operę romantyczną, w której ja 

nie gustuję. Mozarta wykonywał po raz pierwszy.

- To pan przydzielił mu tę rolę?

- Nie - wtrącił się Jonathan Kelwing. - To ja. Byłem przekonany, że warto dokonać 

tego eksperymentu.

- Pan Kelwing uważał nawet, że będzie to wydarzenie muzyczne dziesięciolecia - 

uściślił dyrygent. - Potrafił mnie przekonać.

- Czyż nie miałem racji? Słyszał go pan? To było wspaniałe! - ożywił się Kelwing. - 

On śpiewa jak...

Reżyser przerwał, uświadamiając sobie, że Pietro Giovanni już nie żyje. Jego zapał 

zgasł.

- Czy nie zauważył  pan na scenie czegoś szczególnego? - zwrócił się Higgins do 

Lovra Ferenczy'ego.

- Dyrygowałem z zamkniętymi oczyma, inspektorze.

- Co pan sądzi, mistrzu, o interpretacji Pietra Giovanniego?

Dyrygent, zakładając ręce na plecach, koncentrował się przez chwilę.

- Częściowo znakomita... ku mojemu zdziwieniu! Umiejętnie wcielił się w rolę i dość 

zręcznie dostosował się do stylu mozartowskiego. Popełnił tylko kilka małych pomyłek w 

background image

pierwszym akcie. Potem trochę się popsuło... Frazowanie stało się mniej pewne, zabrakło 

niektórych   kwestii.   Byłem   mocno   zdziwiony   jego   zachowaniem   pod   koniec   sceny   na 

cmentarzu. Musiał zapomnieć tekstu. Zwrócony twarzą do Komandora, z trudem dotrwał... do 

tragicznej śmierci.

Higgins był podobnego zdania. Obserwacje dyrygenta pokrywały się z jego własnymi. 

Podczas   drugiego   aktu   coś   musiało   się   wydarzyć.   Coś   wystarczająco   poważnego,   żeby 

przeszkodzić takiemu profesjonaliście, jakim był włoski śpiewak.

Scott Marlow przenosił czujny wzrok z reżysera na dyrygenta. Chciał ich przesłuchać, 

ale wolał, żeby Higgins przygotował grunt.

- Po co te wszystkie pytania? - wtrącił się reżyser.

- Zapomina pan, panie Kelwing - odpowiedział mu stanowczym głosem Marlow - że 

zmarły otrzymywał pogróżki i że przybyliśmy tutaj, by zapewnić mu ochronę. - A może, pana 

zdaniem, zmarł naturalną śmiercią?

Jonathan Kelwing chwycił się kurczowo za oparcie fotela, zaskoczony ostrym tonem 

nadinspektora. Z miną oskarżyciela Scott Marlow poprawił poły marynarki, która uniosła mu 

się do połowy brzucha.

- Ja... ja tego nie powiedziałem... ale nic nie wskazuje jeszcze, że...

- Zgadzam się z panem - przyznał Higgins. - Laboratorium Scotland Yardu da nam 

wkrótce odpowiedź. Czy pomimo to pozwoli nam pan prowadzić dochodzenie?

Higgins wyglądał dobrodusznie, mówił tonem wzbudzającym zaufanie, jakby zwracał 

się do starego przyjaciela. Reżyser nieco się uspokoił.

- Ależ oczywiście, inspektorze! Proszę,, tylko o dyskrecję. Te wielkie gwiazdy, pan 

rozumie... wrażliwość artystów... reputacja festiwalu...

- Gdy chodzi o ujawnienie prawdy, nie można zawracać sobie głowy takimi detalami - 

wycedził Scott Marlow.

Dyrygent   wreszcie   usiadł,   ale   Higgins   nadal   przemierzał   salon   wzdłuż   i   wszerz. 

Zatrzymał się przed saską porcelaną, przedstawiającą Don Juana uwodzącego młodą kobietę.

- Czy wszyscy artyści przebywali tutaj podczas antraktu? - spytał.

- Tak - odparł reżyser. - A także mistrz Ferenczy i ja.

- Czy wydarzyło się wtedy coś szczególnego? 

Higgins oparł się o kominek, sprawdzając jednocześnie, czy czubek jego ołówka się 

nie stępił.

- Miał miejsce drobny, nieistotny incydent - wyznał reżyser.

- Jakiego rodzaju, panie Kelwing?

background image

- A więc... Pietro Giovanni zszedł wściekły ze sceny. Kiedy pojawił się tutaj, ryczał... 

ryczał coś w rodzaju: “Ktoś chciał mnie zabić!”

Scott Marlow zamarł.

- Może pan to potwierdzić, mistrzu? - spytał Higgins dyrygenta.

- Pietro Giovanni był rozgniewany, to prawda. Można nawet powiedzieć, że wył ze 

złości. Wezwał mnie, żeby oznajmić, że ktoś chciał pozbawić go życia.

- Uparł się, żeby każdy obejrzał jego ranę - dodał z wahaniem reżyser.

Nadinspektor, czerwony z gniewu, zwrócił się do mego szorstkim tonem.

- Pietro Giovanni był poważnie ranny, a pan nie uznał za konieczne natychmiast nas o 

tym powiadomić?

- Nie przesadzajmy! - zaprotestował reżyser. - Giovanni odegrał całą tę komedię z 

powodu błahego skaleczenia w kciuk lewej ręki, którego doznał, gdy wydobywał szpadę z 

pochwy.

- Ach! - wykrzyknął Scott Marlow. - Więc to on próbował kogoś zabić!

Reżyser i dyrygent zażenowani skierowali wzrok w inną stronę.    

-   Chodzi   o   pojedynek   z   Komandorem   -   szepnął   Higgins   nadinspektorowi.   - 

Przypomina pan sobie początek opery, kiedy Don Juan rani śmiertelnie starca, który broni 

honoru córki...

Marlow obciągnął marynarkę, żeby dodać sobie animuszu.

- Załóżmy. A więc skąd ta rana?

- Zwykła niezręczność Giovanniego - wyjaśnił reżyser. - Ale cały świat musiał się 

dowiedzieć o tym, co mu się przydarzyło!

Higgins   wziął   w   ręce   chińską   wazę   z   wizerunkiem   medytującego   mędrca   na   tle 

zachodu słońca.

- Czy rzucał jakieś oskarżenia? - zapytał łagodnym tonem.

Reżyser rozłożył i złożył ręce w nerwowym geście, zastanawiając się przez chwilę.

- Nie... nie sądzę... ale nie rozumiem tego pytania! Skaleczył się sam!

-   A   pan,   mistrzu   -   Higgins   odwrócił   się   do   Lovra   Ferenczy'ego   -   czy   może   pan 

powiedzieć coś na ten temat?

- Nie - odparł dyrygent. - Pan Giovanni wezwał mnie do garderoby. Nie panując nad 

nerwami, zażądał, żebym pominął ostatnią scenę i zakończył w momencie, gdy Don Juana 

pochłania piekielny ogień.

- Czy wyraził pan zgodę?

- To nieuzasadnione żądanie wywołało ogólną dezaprobatę. Poza tym pan Kelwing, 

background image

który   wyreżyserował   przedstawienie,   i   ja   sam   uważamy,   że   scena   ta   jest   niezbędna   dla 

znaczenia dzieła. Wszyscy bohaterowie dramatu są na scenie i wyciągają morał z przeżytej 

przygody. Zło zawsze musi zostać ukarane. Tak chciał Mozart.

- Podzielam pańskie zdanie - skomentował Higgins. - Niestety, Pietro Giovanni nie 

spodziewał się, że spotka go tak nieoczekiwana satysfakcja.    

Inspektor   zwrócił   się   ponownie   do   reżysera,   podczas   gdy   Scott   Marlow   oglądał 

chińską wazę, zastanawiając się, czy najlepszy agent Scotland Yardu nie znalazł w niej jakiejś 

cennej wskazówki.

- Powróćmy do tego skaleczenia, panie Kelwing. Przypuszczam, że ktoś proponował 

panu Giovanniemu pomoc?

- A tak,  rzeczywiście. Jeśli dobrze pamiętam, Ruben Cannino, wielki amator białej 

broni, chciał obejrzeć ranę, ale został brutalnie odepchnięty. Taki sam los spotkał Graziellę 

Canti.   Chciała   przy   kleić   plaster,   ale   okazało   się,   że   Giovanni   jest   alergikiem.   George 

Chairman wzruszył tylko ramionami, Gert Glinder zaproponował wezwanie lekarza. Marylin 

O'Neill, która ukończyła biologię, chciała zdezynfekować ranę naturalną substancją. Pietro 

Giovanni odmówił. Rozgniewany sir Brian Hall otworzył podręczną apteczkę, wyjął z niej 

kompres i podał go Giovanniemu, ale ten odsunął rękę i kompres upadł na ziemię. W końcu 

pozwolił się obejrzeć Audrey Simonsen, która zastosowała jakiś środek odkażający. Chciałem 

się dowiedzieć, czy to jest skuteczne. Odpowiedziała, że tak. Rzeczywiście, Giovanni wkrótce 

się uspokoił.

Nandinspektor   Marlow   był   przytłoczony   lawiną   nazwisk   gwiazd,   których   nigdy 

przedtem   nie   słyszał.   Higgins   znał   je   wprawdzie   od   dawna,   ale   pomimo   to   postanowił 

zanotować tragiczną obsadę Don Juana z Lindenbourne:

Pietro Giovanni - Don Juan George 

Chairman - Komandor 

Marylin O'Neill - Dona Anna 

Sir Brian Hall - Don Ottavio 

Audrey Simonsen - Dona Elvira 

Gert Glinder - Leporello 

Graziella Canti - Zerlina 

Ruben Carmino - Masetto

Orkiestra i chór pod dyrekcją Lovra Ferenczy'ego 

Reżyseria - Jonathan Kelwing

background image

Higgins nie miał wątpliwości, że na tej najbardziej niesamowitej liście podejrzanych, 

jaką kiedykolwiek wpisał do czarnego notesu, znajdował się winny - lub winni.

- Czy później Pietro Giovanni się uspokoił?

Reżyser i dyrygent skinęli twierdząco głowami.

- Tak - odparł Jonathan Kelwing. - Wydał się nagle bardzo zmęczony. Wypił trochę 

wody i usiadł w fotelu, oddalając wszystkich gestem ręki. Odprawił charakteryzatorkę, która 

przyszła sprawdzić, czy nie trzeba dokonać poprawek. Kiedy ponownie wchodził na scenę, 

odzyskał wigor. Wymówił jedno tylko słowo: avanti!

- Powiedział pan, że skaleczył się w kciuk lewej ręki - stwierdził Higgins. - Czy to 

oznacza, że był leworęczny?

- Rzeczywiście - potwierdził reżyser.

- Czy wśród wykonawców są inni leworęczni? 

Kelwing zastanawiał się przez chwilę.

- Nie... nie sądzę.

Drzwi   pokoju   artystów   otworzyły   się   i   pojawił   się   w   nich   wysoki   mężczyzna   z 

przyprószonymi   siwizną   włosami,   ubrany   w   nieskazitelny   trzyczęściowy   garnitur   koloru 

antracytu. Z wyższością spojrzał po zebranych.

- Panowie mnie potrzebują?

W ten oto sposób Komandor wkroczył do akcji.

background image

Rozdział IV

- Niech pan usiądzie, panie Chairman - poprosił Higgins.

Kiedy George Chairman, odtwórca roli Komandora, przeszedł obok Scotta Marlowa, 

ten nie mógł opanować lekkiego drżenia. Trochę się bał, gdy na scenę wkroczył żywy posąg, 

ale ten, który użyczył mu głosu, robił nie mniejsze wrażenie.

Zanim śpiewak usadowił się wygodnie w głębokim fotelu, Higgins zapisał w notesie, 

że jeśli Pietro Giovanni był  rzeczywiście jedynym  leworęcznym w zespole, nikt inny nie 

mógłby się skaleczyć, wyciągając szpadę z pochwy.

- Jeśli nie ma pan do mnie pytań, chciałbym wyjść - powiedział dyrygent.

-   Nie   będę   pana   zatrzymywał.   Ale   proszę   nie   opuszczać   Lindenbourne   przed 

zakończeniem śledztwa.

Higgins   spojrzał   na   Marlowa,   który   kiwnął   głową   z   aprobatą.   Jonathan   Kelwing 

podskoczył.

- Chyba panowie nie mówią poważnie! Nie zamierzacie zatrzymać tutaj osobistości, 

które mają zobowiązania na całym świecie!

- Właśnie że tak, proszę pana - przerwał mu nadinspektor pewnym głosem.

Wściekły Kelwing podszedł do drzwi.

- Przypuszczam, że ja również mogę wyjść? Mam parę pilnych spraw do załatwienia.

- Niestety - oświadczył Higgins - obawiam się, że muszę pana zatrzymać jeszcze jakiś 

czas. Za pańskim pozwoleniem, oczywiście. Pana obecność może ułatwić przebieg śledztwa.

- Śledztwa? - zdziwił się George Chairman. Jego lodowaty głos zmroził zebranych. - 

Jakiego śledztwa? Co to znaczy?

Dyrygent ulotnił się, natomiast zbulwersowany reżyser usiadł z powrotem. Dobrze 

znał Chairmana. Artysta był dumny i wyniosły - ciekawe, jak odbierze postawienie go w roli 

podejrzanego.

-  To  znaczy  -  odparł   Higgins   -  że  Scotland  Yard  stawia   hipotezę   zabójstwa   i  że 

wszyscy,   którzy   przebywali   w   garderobie   podczas   antraktu,   mogą   być   podejrzani   o 

popełnienie zbrodni.

Inspektor  uprzedził  fakty,  wyciągając   nieco  pochopne   wnioski.  Wiedział   jednak  z 

długiego doświadczenia, że nigdy nie należy lekceważyć intuicji.

George Chairman zacisnął szczęki. Jego wzrok sposępniał. Scott Marlow cofnął się.

- Morderstwo? Jakie morderstwo?

background image

- Chodzi o zamordowanie Pietra Giovanniego, panie Chairman.

Na twarzy śpiewaka  pojawił   się tak  pogardliwy uśmiech,   że  Marlow  miał   ochotę 

zapaść się pod ziemię.

-   To   absurdalne,   inspektorze.   Jeszcze   nikt   nie   został   zamordowany   na   scenie 

operowej. Ten nieszczęsny Giovanni zmarł na atak serca. To się zdarza.

Osąd. Stanowczy, nieodwołalny. Nadinspektora ogarnęły wątpliwości. A jeśli George 

Chairman ma rację? Reżyser wyglądał jak nowo narodzony. W jego serce wstąpiła nadzieja. 

Jeśli nie było morderstwa, nie będzie skandalu. Tylko niezwykła śmierć, godna wielkiego 

artysty u szczytu kariery. Imponujące.

- Panie Kelwing - odezwał się Higgins - czy mógłby pan odszukać pochwę i szpadę 

Pietra Giovanniego? Laboratorium Yardu powinno zbadać te przedmioty.

Reżyser   ruszył   w   kierunku   masywnej   garderoby,   która   pomimo   rozmiarów   nie 

zdominowała obszernego pomieszczenia.

- Nic prostszego. Są w tej szafie. Sam je tutaj  włożyłem.  To historyczna  szpada, 

należała do jednego z moich przodków i jestem do niej bardzo przywiązany.

Kelwing   otworzył   garderobę,   przykucnął   i   zaczął   szperać,   odsuwając   skrzynie 

wypełnione rozmaitymi rekwizytami i kostiumami. Kiedy się podniósł, był blady i drżały mu 

ręce. Nie ośmielił się spojrzeć na Higginsa.

- Nie rozumiem... były tutaj, przysięgam. I szpada, i pochwa...

- To zniknięcie specjalnie mnie nie dziwi - powiedział Higgins z uśmiechem. - Czy te 

przedmioty mogły się gdzieś zapodziać?

- Z pewnością... Na strychu jest magazyn rekwizytów. Jeśli pan pozwoli, zaraz tam 

pójdę.

- Byłbym panu niezmiernie wdzięczny. 

Reżyser opuścił garderobę niepewnym krokiem.

-   Sądzę   -   powiedział   Higgins   do   Marlowa   -   że   będzie   pan   musiał   poprosić 

laboratorium, żeby pospieszyli się z wykonaniem analiz.

- Proszę się nie martwić. Scotland Yard wie, co do niego należy.

- Nie przeczę - uśmiechnął się inspektor - niemniej jednak zależy mi, żeby pan to 

uczynił w interesie śledztwa.

Czując   niewyraźnie,   że   Higgins   ma   już   być   może   jakąś   koncepcję,   nadinspektor 

posłusznie   wstał.   Wychodząc,   rzucił   przelotne   spojrzenie   na   George'a   Chairmana,   który 

siedział nieruchomo w fotelu niczym marmurowy posąg.

Kiedy zamknęły się drzwi, Higgins z satysfakcją stwierdził,  że osiągnął swój cel: 

background image

zależało mu na rozmowie w cztery oczy z Komandorem. Inspektor znał się na ludziach - 

artysta nie zdobyłby się na publiczne zwierzenia.

- Wolałbym,  żeby nie zabrało  nam to dużo czasu, inspektorze. Jestem zmęczony. 

Chciałbym coś zjeść i położyć się spać.

- Niech się pan nie obawia, panie Chairman, będę tak zwięzły jak to tylko możliwe. 

Ale chyba pan rozumie, że w przypadku zbrodni...

-   Jakiej   zbrodni?   -   ożywił   się   śpiewak.   -   Co   za   bzdury!   Giovanni   był   hulaką, 

człowiekiem bez zasad, chciał wszystkiego w życiu spróbować. Spotkała go śmierć, na jaką 

zasłużył. Nawet zbyt  piękna... Nikt nie będzie się dziwić. Zapewne weźmie mnie pan za 

starego idiotę, ale wierzę jeszcze w sprawiedliwość. Ten, kto oddaje się rozpuście, będzie 

srogo ukarany przez niebiosa. I to jest słuszne.

Higgins żywił podobne przekonania, jednak działał na polecenie Scotland Yardu i nie 

miał prawa snuć tego typu rozważań, nawet jeśli nie były pozbawione racji.

- Chciałbym, żeby się pan nie mylił, panie Chairman. Ułatwiłoby mi to dochodzenie. 

Obawiam się jednak, że moja hipoteza jest właściwa. Czy wie pan, że śledzę pańską karierę 

od ponad dwudziestu lat?

Odtwórca roli Komandora pozostał niewzruszony.

- Chwała panu za to, inspektorze. Muszę jednak pana uprzedzić, że jestem nieczuły 

zarówno na komplementy, jak na krytykę. Moja kariera nie ma żadnego znaczenia, liczy się 

tylko muzyka. Służę jej najlepiej jak potrafię od dwudziestu lat, to prawda. Pragnę poświęcić 

jej mój talent aż do ostatniego tchu. Dlatego też nie opłakuję śmierci Pietra Giovanniego. 

Kiedy ktoś przegapia  fis, kiedy niedokładnie wykonuje wiele istotnych fraz drugiego aktu 

Don Juana Mozarta, kiedy popełnia poważne błędy, nie zasługuje, żeby żyć.

Również   tym   razem   Higgins   nie   mógł   zaprzeczyć.   Nie   uszły   jego   uwagi 

niewybaczalne uchybienia włoskiego śpiewaka.

- Jest pan Irlandczykiem, jeśli się nie mylę?

- Urodziłem się w Dublinie, pięćdziesiąt trzy lata temu - odparł George Chairman. I 

jestem z tego dumny.

- Mieszka pan w Londynie, prawda? 

- Czyżby znał pan wszystkie tajemnice mojego życia prywatnego, inspektorze?

Higgins wykonał niewyraźny gest ręką.

- Jestem daleki od tego... ale jakże mógłbym okazywać obojętność wobec najlepszego 

Komandora   ostatnich   dwudziestu   lat?   Krytyka   jest   jednomyślna   w   ocenie   pana   kariery   i 

podzielam jej podziw. Nie lubił pan zbytnio Pietra Giovanniego, zgodnie z tym co mogłem 

background image

przeczytać   w   specjalistycznych   periodykach.   Uważał   go   pan   za   śpiewaka  belcanto

niezdolnego do poprawnego wykonania dzieł Mozarta. Odnoszę wrażenie, że nie cenił go pan 

ani jako artysty, ani jako człowieka.

George   Chairman   podniósł   się   i   stanął   w   oknie   wychodzącym   na   “czarodziejski 

ogród” zamku Lindenbourne. Blask księżyca oświetlał granitowe postacie bohaterów oper 

Mozarta: Cherubina z  Wesela Figara, Komandora z  Don Juana, Despinę z  Cosi fan tutte

Papagena   z  Czarodziejskiego   fletu.   Nocna   cisza   spowijała   uśpioną   wieś,   nieświadomą 

dramatu, który rozegrał się w murach czcigodnego zamku w Lindenbourne.

- Ma pan świętą rację, inspektorze.

Higgins docenił szczerość swojego rozmówcy.

- Panie Chairman, czy widział pan ranę Pietra Giovanniego?

- Ma pan na myśli to nędzne zadraśnięcie?  Byłem oburzony tą jego manifestacją, 

inspektorze. Widziałem wielu rannych podczas wojny. Cierpieli z godnością.

Drzwi   otworzyły   się   z   hukiem   i   do   pokoju   wbiegł   zdyszany   człowiek.   Miał 

zaczerwienioną, spoconą od wysiłku twarz. Higgins rozpoznał niemieckiego barytona Gerta 

Glindera, który grał Leporella, służącego Don Juana.

- Proszę szybko pójść ze mną - rzucił mężczyzna. - Audrey Simonsen umiera!

background image

Rozdział V

Higgins   natychmiast   zrozumiał,   że   nie   chodzi   o   kiepski   żart.   Zostawił   George'a 

Chairmana i wyszedł z Gertem Glinderem, który zaprowadził go na pierwsze piętro zamku.

Niemiecki śpiewak był szczupłym trzydziestoletnim mężczyzną o zwinnych ruchach i 

sumiastych   wąsach.   Sylwetką   uderzająco   przypominał   Pietra   Giovanniego.   Szybko 

pokonywał schody, wzywając po drodze reżysera, pozostałych artystów, policję, lekarza.

Drzwi pokoju Audrey Simonsen były otwarte. Młoda Dunka, odtwórczyni roli Doni 

Elviry, leżała na łóżku. Miała na sobie długą suknię z ciemnoczerwonego aksamitu.

- Proszę spojrzeć, inspektorze! - wykrzyknął Gert Glinder, wymachując na pół pustym 

opakowaniem po środkach nasennych. - Próbowała popełnić samobójstwo! Jeszcze oddycha... 

gdybym nie przybył w porę...

Zaalarmowany wołaniem o pomoc reżyser zszedł ze strychu, spotykając na schodach 

nadinspektora   Marlowa,   który   przebywał   w   salonie   na   parterze.   Higgins   zbliżył   się   do 

pięknej, jasnowłosej Audrey Simonsen, której ciepły głos i magiczny uśmiech urzekły go 

podczas   przedstawienia.   Wiotka,   zwiewna,   przepełniona   wewnętrznym   światłem   artystka 

odegrała rolę Doni Elviry z niezwykłym talentem.

- Szybko, nadinspektorze! Musimy wywołać torsje.

Podczas gdy przerażony reżyser pobiegł szukać lekarza, Higgins i Marlow zajęli się 

udzieleniem pierwszej pomocy.

- Audrey Simonsen jest uratowana - oznajmił reżyser.

Było   już   po   północy.   Higgins   i   Scott   Marlow,   siedząc   w   garderobie   i   gasząc 

pragnienie wodą mineralną, nie bez trwogi oczekiwali na werdykt lekarza.

Artystom polecono udać się do swoich pokojów i zakazano opuszczać zamek. Ostatni 

ciekawscy wyjechali z Lindenbourne, dowiedziawszy się, że festiwal został przerwany aż do 

odwołania. Zaczęły krążyć najbardziej niesamowite plotki. Mówiono o licznych zbrodniach, 

o widmie żądnym krwi, o powrocie Kuby Rozpruwacza. Jonathanowi Kelwingowi ledwie 

udało się powstrzymać pierwszych wysłanników prasy brukowej. Nie miał jednak złudzeń. 

Wkrótce trzeba będzie zaspokoić ciekawość dziennikarzy.

Nadinspektor obgryzał paznokcie. Rutynowa misja przekształcała się w skandaliczną 

aferę.   Higgins   powinien   podjąć   energiczne   działania,   szybko   zdemaskować   winnego   i 

rozbroić bombę, która w każdej chwili mogła eksplodować poważnym skandalem.

- Odwieziono ją do szpitala?

background image

-   To   nie   będzie   konieczne   -   odparł   reżyser.   -   Szybko   stanie   na   nogi. 

Interweniowaliśmy na czas.

- Czy odnalazł pan szpadę?

- Nie, inspektorze. Chyba zniknęła... nie potrafię sobie tego wytłumaczyć.

-Wszystko jest jasne, panie Kelwing, chodzi przecież o ślady zbrodni.

- Jeśli to była zbrodnia - zaoponował reżyser, zapalając nerwowo papierosa.

- Z pewnością tak - oznajmił posępnie Scott Marlow. - Będziemy wiedzieć więcej 

jutro rano.

- Ach... - westchnął Kelwing, rozumiejąc, że jego nadzieje są płonne. - Ale dlaczego 

popełniono   tak   odrażający   czyn?   Dlaczego   tutaj,   w   Lindenbourne,   podczas 

najspokojniejszego na świecie festiwalu? To musiało być dzieło szaleńca, maniaka!

-   Jeśli   dobrze   zapamiętałem   pańskie   słowa,   wszyscy   artyści,   z   wyjątkiem   Pietra 

Giovanniego, mieszkali tutaj?

- Zgadza się, inspektorze.

- Nikt nie może opuścić zamku, Marlow?

- Od godziny dwudziestej drugiej jest strzeżony przez umundurowanych policjantów. 

Polecenia są rygorystyczne. Nikomu nie wolno wyjść bez mojej zgody.

- Doskonale. Panie Kelwing, czy byłby pan tak uprzejmy i zawiózł mnie do gospody 

“Pod Faszerowaną Gęsią?”

Reżyser spojrzał na zegarek.

- O tej godzinie? Pan chyba żartuje!

- Nie mamy czasu do stracenia. Zastanawiam się, czy klucz do tej zagadki nie leży w 

tajemniczym zniknięciu Pietra Giovanniego w drodze między gospodą a Lindenbourne. Jeśli 

jest tam coś do odkrycia, warto, żebyśmy wiedzieli o tym pierwsi.

Jonathan Kelwing był wyraźnie zakłopotany.

-   Właścicielka   gospody,   panna   Lipyncott,   nie   pochwali   takiego   postępowania. 

Przestrzega konwenansów i ja...

- W drogę - przerwał mu Higgins.

- Scotland Yard nie ma zwyczaju czekać - dodał wyniośle Scott Marlow.

Reżyser niechętnie nałożył nieprzemakalny płaszcz. Gdy Higgins był już na zewnątrz, 

nadinspektor pociągnął Kelwinga za rękaw.

- Proszę mi powiedzieć, panie Kelwing... Podczas gdy pan uda się do gospody, a ja 

będę   czuwał   nad   zamkiem,   czy   byłoby   możliwe,   żeby   podano   mi   posiłek   i   coś   na 

pokrzepienie?

background image

- Kuchnie i bar są zamknięte. Śniadanie o siódmej trzydzieści.

Odwracając   się   plecami   do   nadinspektora,   reżyser   udał   się   w   kierunku   swojego 

bentleya. Scott Marlow został sam, czerwony ze złości.

Bentley,  prowadzony nerwowo przez Kelwinga, jechał szybko w stronę Gemfield. 

Higgins,   otulony   w   wiosenny   płaszcz   w   pepitkę,   obserwował   z   rozrzewnieniem   zielone 

żywopłoty   okalające   gospodarstwa   rozrzucone   wzdłuż   wąskiej   drogi.   Jakże   nie   docenić 

talentu   angielskiego   ogrodnika,   który   wzorem   swych   przodków   wymodelował   idealne 

geometryczne formy w ligustrach, tujach i wawrzynach? Inspektor również spędzał długie 

godziny nad doskonaleniem sposobu przycinania żywopłotów otaczających jego rezydencję. 

Nic nie cieszyło go bardziej niż zadbany żywopłot. Chroniąc przed wiatrem, tłumiąc hałasy, 

strzegąc   intymności   ogrodnika,   żywopłot   stanowił,   zdaniem   Higginsa,   jedną   z 

najpiękniejszych ozdób cywilizacji.

Gospoda   “Pod  Faszerowaną   Gęsią”   była   położona   nieopodal   strumyka   i   otoczona 

płaczącymi   wierzbami.   Starannie   przystrzyżony   trawnik   prowadził   do   wejścia   niemal 

niewidocznego pod dziką winoroślą. Okna z małymi  szybami  nadawały starej posiadłości 

nostalgiczny urok miejsca, gdzie warto zatrzymać się na dłużej.

-   Uprzedzam   pana   -   powiedział   reżyser,   zatrzymując   samochód   -   wywoła   pan 

prawdziwą burzę. Panna Lipyncott  jest bardzo szanowana w  okolicy.  Reputacja Scotland 

Yardu...

- Proszę się o to nie martwić, panie Kelwing 

Nad wejściem świeciła latarnia. Higgins pociągnął za sznurek i ciszę nocy zakłócił 

dźwięk dzwonka. Kilka sekund później w przedsionku zapaliło się światło. Drzwi uchyliła 

starsza pani, odziana w niezwykle elegancki bladoróżowy kostium.

- Scotland Yard, jak się domyślam? Czekałam na pana.

Reżyser, który ukrył się, żeby nie być świadkiem awantury, teraz podszedł bliżej.

- Dobry wieczór, panie Kelwing. Czy tragiczna śmierć pana Giovanniego sprawiła, że 

zapomniał pan o elementarnych zasadach dobrego wychowania?

Zmieszany reżyser poczuł na sobie niezadowolony wzrok Higginsa, który czekał, aż 

reżyser go przedstawi.

- Proszę mi wybaczyć, panno Lipyncott... Przedstawiam pani inspektora Higginsa.

Inspektorze, oto panna Lipyncott, właścicielka najlepszego hotelu w okolicy.

- To zbytnia uprzejmość z pana strony... Proszę wejść.

Higgins pochylił się, puszczając reżysera przodem.

background image

“Czy to nie pocieszające - pomyślał - że są jeszcze ludzie, którzy hołdują dawnym 

obyczajom? Zachowując tradycje, hamują rozwój barbarzyństwa”.

Panna Lipyncott  wprowadziła gości do wypieszczonego  salonu gromadzącego tyle 

starych   foteli,   komód,   obrazów   i   bibelotów,   że   nie   wiadomo   było,   na   czym   najpierw 

zatrzymać   wzrok.   Całość   była   jednak   utrzymana   w   dobrym   guście   i   pachniała   spokojną 

prowincją, której obcy był niepokój współczesnego świata.

Na  niskim  stoliku  stał   czajniczek   z  herbatą  i  trzy  filiżanki.   Higgins   poczuł   nagły 

niepokój   w   żołądku.   Herbata   była   jedynym   napojem,   którego   nie   znosił,   a   nie   mógł   się 

nikomu do tego przyznać.

Panna Lipyncott wlała gorący napój do filiżanek.

- Sypiam tylko jedną, dwie godziny - wyznała.- Tego wieczoru nie zamierzałam wcale 

kłaść się do łóżka. Telefon nie przestawał dzwonić i gospodę pośpiesznie opuściło trzech 

klientów,   oburzonych   wydarzeniami   na   festiwalu.   To   przywilej   wieku,   panowie:   nie 

potrzebuję ani czytać gazet, ani słuchać radia, żeby wiedzieć o wszystkim.

- Dziękujemy bardzo za tak urocze przyjęcie - powiedział Higgins, szukając wzrokiem 

jakiejś rośliny doniczkowej, żeby dyskretnie wlać do niej zawartość filiżanki. - Pani hotel jest 

jednym z najbardziej zachwycających miejsc, jakie dane mi było odwiedzić. Tyle subtelności, 

tyle smaku, tyle pieczołowicie nagromadzonych skarbów...

Stara   panna   upiła   łyk   herbaty,   żeby   ukryć   wzruszenie.   Ten   inspektor   należał   z 

pewnością do bardzo znamienitego rodu.

- Okropna nowina musiała być dla pani pewnym szokiem, panno Lipyncott.

Higgins podniósł filiżankę do ust. Szczęśliwie zauważył wielką, niezbyt cenną wazę z 

końca wieku. Będzie mógł pozbyć się kłopotu.

- Och, inspektorze! Przeżyłam już tyle dramatów! Byłam pewna, że pana Giovanniego 

spotka coś złego.

- Czy zauważyła pani coś szczególnego?

-   Pan   Giovanni   nie   był   dżentelmenem.   Niekiedy   nie   potrafił   zachować   umiaru... 

Jeszcze trochę herbaty?

- Za chwilę.

Panna   Lipyncott   była   urzeczona   Higginsem,   natomiast   na   reżysera   nie   zwracała 

uwagi. Inspektor czuł, że musi postępować ostrożnie, żeby podtrzymać jej sympatię i uzyskać 

jak najwięcej informacji.

- Czy Pietro Giovanni nie zachowywał się wobec pani z należytym szacunkiem?

- Ależ, inspektorze, w takiej sytuacji natychmiast bym się go pozbyła. To ja decyduję, 

background image

komu wynająć pokoje, i sama ustalam czas gościny.

- Gdyby każdy postępował tak jak pani, Anglia byłaby rajem.

Panna Lipyncott pogładziła medalion z portretem zmarłego podczas wojny przyjaciela 

z dzieciństwa. Przypominał nieco tego inspektora ze Scotland Yardu.

- Wczoraj wydarzył się niemiły incydent. Złożył mu wizytę jeden z kolegów.

Doszło   między   nimi   do   ostrej   wymiany   zdań,   czym   zakłócili   spokój   moich 

pensjonariuszy. Gdy zamierzałam już interweniować, pan Giovanni wypędził swojego gościa.

- Czy może go pani opisać?

- Młody człowiek, tego samego wzrostu co pan Giovanni, źle ubrany, wąsaty.

- To Gert Glinder - powiedział reżyser ponurym głosem.                                     

- Ile czasu tutaj pozostał? - spytał Higgins.

-   Nie   dłużej   niż   dziesięć   minut,   inspektorze.   Przyjechał   i   odjechał   czerwonym 

samochodem, kabrioletem.

Higgins podrapał się po brodzie.

- Od jak dawna Pietro Giovanni przebywał u pani?

- Od trzech  dni, inspektorze. To nie był  jego pierwszy pobyt  tutaj. Pan Giovanni 

spędził tu weekend sześć miesięcy temu. Przyznaję, że na początku byłam nim zauroczona, 

zachowywał się jak dżentelmen.

Higgins spoważniał.

-   Zadam   pani   bardzo   osobiste   pytanie,   panno   Lipyncott.   Oczywiście   może   pani 

odmówić odpowiedzi w imię tajemnicy służbowej. Potrafię to zrozumieć.

Higgins miał  oczy z tyłu  głowy.  Jak kot na czatach  - według chińskiej astrologii 

urodził się zresztą pod tym znakiem - dostrzegał wyraźnie najmniejsze zmiany w ludziach. Ta 

umiejętność często pozwalała mu dostrzec cienką granicę między prawdą i kłamstwem. Tym 

razem wyczuł intuicyjnie, że reżyser jest tak przejęty, jakby coś miało mu za chwilę spaść na 

głowę.

Panna Lipyncott walczyła ze sobą. Tajemnice hotelu należały tylko do niej. Nikt nigdy 

nie miał do nich dostępu. Była jednak skłonna zrobić wyjątek.

- Proszę pytać, inspektorze, jestem gotowa. 

Higgins milczał dłuższą chwilę.

- Czy nie dostrzegła pani nic nietypowego, wręcz nieodpowiedniego w zachowaniu 

Pietra Giovanniego? 

Stara panna zastanowiła się.

- Nie, nic takiego nie dostrzegłam. Przykro mi. Sprawiał wrażenie zaniepokojonego, 

background image

zatrwożonego, ale nie mogę podać panu konkretnego przykładu. Może jego pokój... chciałby 

pan go zobaczyć?

- Nie śmiałem o to prosić.

Higgins doceniał poświęcenie właścicielki gospody. Otwierała przed nim, w pewien 

sposób, drzwi swojego intymnego świata.

-   Pójdziemy   na   pierwsze   piętro,   inspektorze.   Pan   Giovanni   zajmował   największy 

pokój w hotelu. Po jego wyjeździe osobiście zamknęłam pokój na klucz. Proszę nie robić 

hałasu. Goście mają prawo do odpoczynku.

- Oczywiście. Proszę tu na nas poczekać, panie Kelwing.

Wychodząc z salonu, Higgins niezwykle zręcznie wylał zawartość filiżanki do wazy, 

którą wcześniej sobie upatrzył.

Śliwkowa   wełniana   wykładzina   na   schodach   tłumiła   kroki.   Ściany   korytarza   były 

obite tkaniną przedstawiającą popisy woltyżerki. Panna Lipyncott włożyła klucz do zamka 

pokoju numer l. Ku jej zdziwieniu nie zazgrzytał. Drzwi się otworzyły.

Stara panna nie mogła  powstrzymać  krzyku  przerażenia.  Zasłabła  i osunęła się w 

ramiona Higginsa, którego oczom ukazał się straszny widok.

background image

Rozdział VI

Pokój  Pietra  Giovanniego był  doszczętnie  zdemolowany.  Włamywacz  wyrzucił  na 

dywan   zawartość  komód   i  szaf,  rozpruł   materac,  rozdarł  fotele.  Widok  był  przerażający, 

najpierw jednak trzeba się było zająć właścicielką gospody. Higgins nie bardzo wiedział, co 

począć. Pierwotny pomysł położenia jej na korytarzu wydał mu się niewłaściwy. Wzywając 

na pomoc reżysera, ryzykował obudzenie gości i wywołanie zamętu. Gdy zastanawiał się nad 

najlepszym rozwiązaniem, panna Lipyncott odzyskała przytomność.

- To straszne! Moje meble, moja pościel...

Wspierając się na opiekuńczym ramieniu inspektora, odważyła się przekroczyć próg 

splądrowanego   pokoju.   Jakaś   przemożna   siła   pchała   ją   do   porządkowania   i   układania. 

Higgins   nie   miał   odwagi   przeszkodzić   jej   w   tym   dziele.   Rozejrzał   się   wokoło,   ale   nie 

spodziewał się osiągnąć wielkich rezultatów. Włamywacz przetrząsnął wszystko. Jednak czy 

znalazł to, czego szukał?

Inspektor   podszedł   do   największego   z   trzech   okien.   Jedna   z   szyb   była   wybita. 

Okiennice zostały otwarte od zewnątrz. Uchylając je, Higgins stwierdził, że pnący się wzdłuż 

muru bluszcz został naderwany w wielu miejscach. Teraz już wiedział, w jaki sposób złodziej 

dostał się do środka. Musiał przejść przez ogród, wspiąć się po murze, chwytając się bluszczu 

oplatającego drewniane okiennice, wybić szybę i otworzyć okno. Wrócił tą samą drogą.

Jaki skarb posiadał Pietro Giovanni? Czy było to związane ze złotym kluczykiem, 

który nosił na szyi i który Higgins zręcznie ukrył dla potrzeb śledztwa? Kolejne pytania bez 

odpowiedzi. Inspektora uderzyły ślady pośpiechu. Być może złodziej miał bardzo mało czasu 

na działanie po śmierci Giovanniego.

Oburzona panna Lipyncott, zbierając resztki wazy, mamrotała coś pod nosem. Nie 

odchodząc od okna, Higgins czekał cierpliwie, aż właścicielka gospody zakończy te doraźne 

porządki.   Nagle   zauważył   obecność   dziwnego   przedmiotu,   zakleszczonego   między   lekko 

wysuniętym  cokołem a murem. Przykucnął i delikatnie wyciągnął ów przedmiot. Była to 

kwadratowa mosiężna sprzączka.

Mrówcza praca panny Lipyncott dobiegała końca. Pokój zmarłego śpiewaka niemalże 

odzyskał normalny wygląd.

- Jestem zbulwersowana, inspektorze. To pierwszy akt wandalizmu popełniony w tej 

gospodzie od czasu jej założenia przez moją praprababkę. Czułam, że ten Pietro Giovanni nie 

jest całkiem uczciwym człowiekiem. I... muszę wyznać panu coś okropnego.

- Nikt, oprócz pani i mnie, nie dowie się, co się tutaj stało - uspokoił ją Higgins. - Nic 

nie zaszkodzi reputacji pani przybytku.

background image

Panna Lipyncott nie kryła wzruszenia.

-   Wiedziałam,   że   mogę   mieć   do   pana   zaufanie,   inspektorze...   Tak   jak   panu 

powiedziałam,   mam   problemy   z   zaśnięciem.   Spędzałam   kolejną   bezsenną   noc   na 

wspominaniu minionych lat. W gospodzie nie paliło się już żadne światło. Około drugiej nad 

ranem usłyszałam lekki hałas: ktoś szedł korytarzem, próbując nie zwrócić na siebie uwagi. 

Wstałam, włożyłam peniuar, uchyliłam drzwi mego pokoju, jedyne w gospodzie, które nie 

skrzypią.   Ktoś   wszedł   do   pana   Giovanniego.   Czekałam   około   kwadransa,   a   potem 

zobaczyłam, jak wychodzi stamtąd smukła kobieta w długim czarnym płaszczu z kapturem, 

który nasunęła na głowę. Prawdziwy kostium teatralny. Poszłam za nią. Przeszła przez ogród 

i poszła na pole w pobliżu opuszczonej kaplicy, około kilometra stąd. Być może nawet weszła 

do środka. Nagle ogarnął mnie strach. Wolałam wrócić do gospody.

- Dobrze pani zrobiła - pochwalił ją Higgins. 

Panna Lipyncott spuściła wzrok.

- Nocna schadzka w mojej gospodzie... zdaje pan sobie sprawę, inspektorze?

- Doskonale panią rozumiem. - Współczucie Higginsa poruszyło serce starej panny. - 

Pani informacje były dla mnie bardzo cenne. Dziękuję w imieniu Scotland Yardu.

Właścicielka gospody uśmiechnęła się skromnie.

- Jestem uważana za najlepiej poinformowaną osobę w okolicy... ale to z pewnością 

przesada. Zawsze będzie pan u mnie mile widziany, inspektorze.

- Jestem bardzo wzruszony. Proszę mi wybaczyć, ale muszę się z panią pożegnać. 

Obowiązki mnie wzywają.

- Niech pan idzie, inspektorze, i niech Bóg ma pana w opiece.

Higgins zszedł do salonu, gdzie wyczerpany emocjami Jonathan Kelwing drzemał w 

fotelu. Inspektor obudził go delikatnie.

- Chodźmy, drogi przyjacielu. Wracamy do Lindenbourne.

W drodze powrotnej Higgins notował skrupulatnie najistotniejsze elementy zeznania 

panny Lipyncott.  Gdy wysiadali  z bentleya,  pokazał reżyserowi  sprzączkę  od buta, którą 

znalazł w pokoju Giovanniego.

- Czy rozpoznaje pan ten przedmiot?

Jonathan Kelwing, z trudem opanowując senność, otworzył szeroko oczy.

-   Oczywiście...   to   sprzączka   od   męskich   butów...   butów   scenicznych,   to   znaczy, 

chciałem powiedzieć...

- Czy odtwórcy męskich ról w Don Juanie nosili podobne?

- Tak... czarne buty,  wzorowane na obuwiu z XVIII wieku. Mieli je przynajmniej 

background image

George Chairman, Gert Glinder, sir Brian Hall i sam Pietro Giovanni. Ruben Carmino, który 

śpiewał partię wieśniaka  i Masetta, miał inne buty.

-   Dziękuję,   panie   Kelwing.   Proszę   się   położyć.   Jutro   będę   potrzebował   pańskiej 

pomocy.

Reżyser   nie   protestował.   Poszedł   prosto   do   swojego   pokoju   na   parterze,   obok 

garderoby.

Higgins nie myślał o spaniu. Dość ciepły wieczór sprzyjał nocnym medytacjom. Po 

raz   pierwszy   w   życiu   inspektor   mógł   rozkoszować   się   samotną   przechadzką   po 

“czarodziejskim   ogrodzie”   Lindenbourne,   miejscu,   gdzie   zazwyczaj   miłośnicy   Mozarta 

gawędzili   do   późna,   wymieniając   uwagi   na   temat   wysłuchanej   opery.   Tego   wieczoru 

Lindenbourne było  odizolowane od reszty świata, strzeżone przez policję Jej Królewskiej 

Mości. Inspektor ruszył wysypaną żwirem aleją, wzdłuż której ciągnął się szpaler różanych 

krzewów. Minął posąg Papagena, ptasznika z Czarodziejskiego fletu, i przysiadł na kamiennej 

ławce, zwrócony twarzą do zielonego, ligustrowego labiryntu.

Czuł się znakomicie w tej samotni, zamieszkanej przez tysiące uśmiechniętych cieni, 

zaludnionej duchami miłości lub nostalgii. Zjawy, które tutaj żyły,  miały talent Mozarta i 

śpiewały w ciszy ogrodu utkanego z księżyca i rosy.

Nagle   przywołała   go   do   rzeczywistości   postać   wyłaniająca   się   zza   posągu 

Komandora. Biała sylwetka przesuwała się powoli, bez celu, jakby unoszona podmuchami 

wiatru. Do wyrwanego z zadumy Higginsa dotarło wreszcie, że postać oświetlona bladym 

światłem księżyca jest rzeczywistą kobietą. Była to Audrey Simonsen, odtwórczyni roli Doni 

Elviry i niedoszła samobójczyni.

Śpiewaczka oddalała się w stronę łąki. Miała na sobie tylko zwiewny peniuar, pod 

którym rysowały się czarujące kształty. Inspektor opatulił się szczelniej płaszczem, nie mogąc 

pojąć,   jak   komuś   może   być   do   tego   stopnia   ciepło.   Wolałby   nadal   snuć   rozważania   w 

“czarodziejskim   ogrodzie”,   ale   jego   samotność   została   zakłócona,   a   poza   tym   nie   mógł 

pozwolić, aby młoda dama odbywała po nocy samotne spacery.

Podążając śladem artystki, przeszedł obok posągu Komandora i wkrótce ją dogonił. 

Słysząc za sobą kroki, Audrey Simonsen odwróciła głowę.

Na widok policjanta wydała lekki okrzyk  przestrachu, ale nie cofnęła się. Duńska 

sopranistka była jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie Higginsowi zdarzyło się poznać w 

swojej   karierze   śledczego.   Jedwabiste   złote   loki   lśniły   w   blasku   księżyca.   Łagodne   rysy 

twarzy   rozświetlał   czasem   nieśmiały   uśmiech.   Urzekały   doskonałe   proporcje   młodego, 

kobiecego   ciała.   Piękna   Dunka   mogłaby   uwieść   najbardziej   wybrednego   mężczyznę.   W 

background image

wieku dwudziestu pięciu lat Audrey Simonsen była niezrównaną odtwórczynią Mozarta - jej 

ciepło brzmiący głos zapowiadał świetną karierę.

- Czy mogę być pani w czymś pomocny, panno Simonsen? - spytał łagodnym głosem 

Higgins.

Słysząc   swoje   nazwisko,   kobieta   nieco   się   uspokoiła.   Założywszy   ręce   na   piersi, 

bacznie przyglądała się rozmówcy. Wahała się przez chwilę.

- Ale... kim pan jest?

- Inspektor Higgins ze Scotland Yardu.

“Jej   głos   brzmi   równie   delikatnie,   gdy   mówi   i   gdy   śpiewa,   co   jest   rzadkością   u 

śpiewaczek”,   pomyślał   Higgins,   po   czym   przywołał   się   do   porządku.   Nie   powinien 

zapominać, że Audrey Simonsen figurowała na liście podejrzanych.

- Scotland Yard - zdziwiła się. - Ale dlaczego... tutaj...

- Może przeszlibyśmy się trochę po ogrodzie, panno Simonsen? Chyba że jest pani 

zimno? 

Przez twarz młodej kobiety przemknął cień.

- Nie, od dawna nie jest mi zimno.... może dlatego, że czuję chłód w sercu.

Higgins ujął ją pod rękę. Drzewa, zarośla, żywopłoty i trawniki “czarodziejskiego 

ogrodu” Lindenbourne były niemymi i bezstronnymi świadkami spotkania tej dziwnej pary.

-Wie pani zapewne, panno Simonsen, że pan Giovanni nie żyje.

Młoda kobieta próbowała wyswobodzić ramię.

- Widziałam, jak Pietro umiera na scenie, tak jak wszyscy moi koledzy. A przecież 

prosiłam go po raz kolejny, żeby się zmienił, ale mnie nie posłuchał.

Higgins   uznał,   że   duńska   sopranistka   myli   rolę   Doni   Elviry   ze   swoim   życiem 

prywatnym, ale wolał to przemilczeć. Być może ta mieszanina miała jakieś znaczenie.

- Dlaczego chciała pani odebrać sobie życie, panno Simonsen?

Śpiewaczka przez dłuższą chwilę nie podnosiła wzroku.

- Nie mam po co żyć, inspektorze.

-   Trudno   mi   w   to  uwierzyć.   Pani   wygląd   świadczy   raczej   o   całkiem   wyjątkowej 

żywotności. Nie sprawia pani wrażenia osoby, która kilka godzin temu próbowała się otruć.

Audrey   Simonsen   puściła   gwałtownie   ramię   inspektora.   Na   jej   pięknej   twarzy 

malowała się wściekłość, śpiewaczka jednak wcale nie stała się przez to mniej urocza.

-   Oskarża   mnie   pan   o   fałszywą   próbę   samobójstwa?   Myli   się   pan.   Po   prostu 

zemdlałam,   zanim  zdążyłam  zażyć   wystarczającą  porcję  środków  nasennych.  To  prawda, 

inspektorze, jestem wyjątkowo żywotna. Nie mogłam usiedzieć na miejscu od dnia moich 

background image

narodzin. Obudziłam się jakąś godzinę temu i nie chciałam sprawiać wrażenia chorej. Dlatego 

wolałam przespacerować się w ciszy po tym pięknym ogrodzie. To mi pozwala zapomnieć 

trochę o moim cierpieniu. Czy wyglądam na kłamczuchę?

W szczerość słów Audrey Simonsen nie zwątpiłby nikt oprócz Higginsa, który nie 

zapominał, że ma do czynienia ze znakomitą aktorką.

- Nie powiedziałbym - odparł wymijająco.

- Mam tylko jeden sekret, inspektorze. Kochałam Pietra Giovanniego. Jego już nie ma. 

Dlatego nie mam po co żyć. Teraz wie pan o mnie wszystko. Dobranoc panu.

Audrey Simonsen obróciła się plecami do Higginsa i skierowała się w stronę zamku. 

Inspektor odprowadził ją wzrokiem, po czym podążył jej śladem. Zaczynało mu być zimno.

Podniósł głowę, żeby przyjrzeć się urokliwej rezydencji. Zamek Lindenbourne był 

niewielką, harmonijnie skonstruowaną budowlą. Inspektora zaskoczył pewien szczegół. W 

jednym z okien pierwszego piętra dostrzegł nikłe światło. Któryś z artystów nie mógł spać. 

Higgins zaznaczył położenie pokoju w swoim czarnym notesie, aby łatwo zidentyfikować 

nocnego   marka.   Pozdrowił   obojętnego   policjanta,   który   pilnował   głównego   wejścia   do 

zamku.

Inspektor   uważał   ten   nadzór   za   zbyteczny   -   Audrey   Simonsen   wyszła   innymi 

drzwiami.   Artyści   musieli   znać   tysiąc   i   jeden   sposobów,   żeby   wychodzić   i   wracać 

niepostrzeżenie   do   zamku.   Jednak   obecność   umundurowanych   policjantów   uspokajała 

nadinspektora Marlowa.

Wewnątrz panowała cisza starych, wiekowych rezydencji magnackich. Pozbawiony 

festiwalowych gości zamek sprawiał nieco tajemnicze, wręcz niepokojące wrażenie. Higgins 

był spragniony. Może w barze znajdzie się coś do picia. Wszedł do pogrążonej w półmroku 

galerii zbroi. Wzdłuż ścian stało z pięćdziesiąt szacownych metalowych osłon, które lepiej 

lub gorzej chroniły baronów, książąt i rycerzy. Pośrodku galerii inspektor usłyszał bardzo 

wyraźne skrzypienie, tuż przy uchu. Stanął. Czy ktoś go śledzi? Obejrzał się, ale nie dostrzegł 

niczego w ciemnościach. Nie brakowało tu zresztą zakamarków, gdzie można się było ukryć.

Chyba   że...   pomysł   był   dziwaczny,   ale   Higgins   nie   oparł   się   chęci   sprawdzenia. 

Znajdował się dokładnie naprzeciwko największej zbroi. Musiała należeć do prawdziwego 

olbrzyma.  Idealny punkt obserwacyjny dla kogoś, kto chciał wszystko widzieć z ukrycia! 

Inspektor cichutko podszedł do zbroi i przyłożył ucho do metalu. Usłyszał jakiś ochrypły 

głos. Nie pomylił  się więc. Stając na palcach, podniósł gwałtownie hełm, który opadł ze 

szczękiem.

- Proszę stamtąd wyjść! - rozkazał.

background image

Z metalowego korpusu wydobyło  się coś na kształt lekkiego, ulotnego pióropusza 

białego dymu, który rozpłynął się natychmiast w półmroku.

Zdziwiony Higgins   chwycił  jedno z  drewnianych  krzeseł  znajdujących   się  galerii, 

stanął na nim i zajrzał do wnętrza zbroi. Nikogo. “Jeszcze jeden duch”, zamruczał pod nosem 

z   niezadowoleniem.   Nadal   był   jednak   przekonany,   że   ktoś   go   obserwuje.   Podczas   gdy 

spisywał   spostrzeżenia   na   temat   tajemniczego   ducha   na   potrzeby   swojego   prywatnego 

archiwum, nocną ciszę przerwał potężny męski głos.

Zaintrygowany   inspektor   skierował   się   w   stronę,   skąd   ów   piękny   głos   dochodził. 

Opuścił galerię zbroi, minął bar i doszedł do wiktoriańskiego saloniku.

Znajdowały się tam dwie znajome mu osoby, które zachowywały się w sposób raczej 

szokujący. Ze szklanką w ręce, oparty o ścianę, z nogami na inkrustowanym stole, hiszpański 

baryton   Ruben   Carmino   śpiewał   na   cały   głos   arię   Masetta.   Siedząca   naprzeciwko   niego 

włoska sopranistka Graziella Canti, odtwórczyni roli Zerliny, narzeczonej Masetta, dusiła się 

ze śmiechu. Graziella Canti była równie wiotka, co Ruben Carmino gruby. Licząca sobie 

osiemnaście wiosen śpiewaczka miała twarz usianą łobuzerskimi piegami i zabawny nosek. 

Na jasne czoło opadały niesforne ciemne loki. Tchnęła wesołością i chęcią zabawy. Odziana 

w różowe bawełniane spodnie i koszulę koloru lawendy z obszernym dekoltem, Graziella 

Canti   mogłaby   prawdopodobnie   uwieść   samego   diabła.   Ruben   Carmino,   ciemnowłosy 

Hiszpan, miał na sobie czarne spodnie i białą koszulkę z krótkimi rękawami, podkreślającą 

jego potężne bicepsy.

- Proszę mi wybaczyć, że przerywam zabawę - powiedział Higgins z uśmiechem - ale 

szukam wody.

Z twarzy Rubena Carmino zniknął entuzjazm. Graziella  Canti przestała się śmiać. 

Obydwoje,  pomimo  względnie  zaawansowanego stanu  upojenia,  rozpoznali  postać,  której 

pojawienie się nie wróżyło nic dobrego.

-   Higgins   ze   Scotland   Yardu   -   przedstawił   się   inspektor.   -   Prowadzę   śledztwo   w 

sprawie dziwnej śmierci Pietra Giovanniego.

- Dlaczego dziwnej? - rzuciła włoska sopranistka.

Higgins, dostrzegłszy butelkę bourbona i szklankę, obsłużył się sam, gwałcąc nieco 

reguły gościnności. Był jednak przekonany, że jego rozmówcy nic mu nie zaproponują.

- Stawiamy hipotezę zabójstwa. 

Zaskoczona Graziella Canti uniosła dłoń do ust, żeby stłumić okrzyk.

- Ten łajdak otrzymał to, na co zasłużył - powiedział pogodnie Ruben Carmino.

Higgins z wrażenia zastygł w pół ruchu.

background image

- Żałuję tylko jednego - ciągnął potężny Hiszpan - tego, że nie udusiłem go własnymi 

rękoma.   Gdybym   poznał   dobroczyńcę,   który   nas   uwolnił   od   tego   typa,   z   przyjemnością 

pogratulowałbym mu i zaprosił na uroczystą kolację.

- Ruben zbytnio się podnieca, gdy chodzi o poczucie sprawiedliwości - włączyła się 

włoska sopranistka. - Jego słowa wyprzedzają myśli, inspektorze.

- Wcale nie - upierał się Hiszpan. - Jestem trochę pijany, to prawda, ale z radości. Nie 

wycofuję tego, co powiedziałem.

- Proszę go nie słuchać, inspektorze. 

Urocza sopranistka zbliżyła się do Higginsa i wzięła go pod ramię. Tego wieczoru 

najlepszy agent Scotland Yardu spotykał się już z trzecią kobietą...

- Staram się nie słuchać, panno Canti, ale nie mam wyboru. Niech mi zresztą będzie 

wolno pogratulować wam doskonałego występu. Rzadko zdarza się słyszeć równie żywą i 

bałamutną Zerlinę oraz równie przekonującego i sympatycznego Masetta.

Policzki   Grazielli   Canti   zaróżowiły   się.   Trochę   mocniej   oparła   się   na   ramieniu 

policjanta. Ruben Carmino wypił kolejny łyk bourbona.

- Nie przypuszczałem, że policjanci znają się na muzyce - skomentował.

- Któż może twierdzić, że zna Mozarta? Być może Pietro Giovanni, który odważył się 

zagrać taką rolę? 

Ruben Carmino sposępniał.

- Niech ten łajdak gnije w grobie.

- Dlaczego nienawidzi go pan aż do tego stopnia? - spytał Higgins.

- Ponieważ... ponieważ nie miał żadnego poczucia moralności - odparł ze wściekłością 

Hiszpan.

Włoszka odeszła na bok, chowając twarz w dłoniach, żeby ukryć szloch.

- Czy pani to potwierdza?

Graziella Canti bez słowa wybiegła z pokoju.

- Pańska towarzyszka jest bardzo wrażliwą osóbką -ocenił Higgins.

-  Ma swoje powody - odparł Ruben Carmino. - Kiedy było się ofiarą szantażu ze 

strony takiego potwora jak Giovanni, można mieć nadwerężone nerwy. Proszę mi wybaczyć, 

inspektorze. Muszę pocieszyć moją narzeczoną.

Ruben   Carmino   obdarzył   Higginsa   wyniosłym,   nieco   pogardliwym   spojrzeniem. 

Wstał, pożegnał się i trochę się zataczając, zniknął.

Inspektor zaczynał powoli odczuwać zmęczenie. Bez wątpienia nie stracił czasu tej 

długiej nocy, kiedy wielu bohaterów dramatu pokazało mu się z nieznanej strony.

background image

Wstając, uświadomił sobie straszną rzeczywistość - zapomniał poprosić reżysera o 

pokój dla siebie.

background image

Rozdział VII

-  Ależ,   nadinspektorze,   to   niemożliwe!   Absolutnie   niemożliwe!   Lindenbourne   jest 

strzeżone przez policję, pan jest tutaj na miejscu i...

- Pańskie protesty na nic się nie zdadzą - powiedział oschle Scott Marlow. - Fakty 

mówią same za siebie.

Nadinspektor był wyczerpany po nieprzespanej nocy. Jego łoże z baldachimem miało 

tak historyczny materac, że powinno być wyłączone z użytku od ponad wieku.

- Czy sprawdził pan w salonie, w...

- Sprawdziliśmy wszędzie. Nigdzie go nie ma. Higgins zniknął.

Marlow   nie   był   w   stanie   przełknąć   śniadania.   Nawet   zielony   groszek   z   miętą   w 

słodkim sosie, za którym przepadał, wydał mu się niestrawny.

Zniknięcie Higginsa oznaczało prawdziwą katastrofę. Scott Marlow czuł się na tyle 

źle   w   tym   artystycznym   środowisku,   że   najchętniej   wsiadłby   do   pierwszego   pociągu   do 

Londynu, żeby znaleźć się jak najszybciej w swoim biurze w Scotland Yardzie. Nie mógł 

jednak zachować się w ten sposób. Jego kariera byłaby skończona.

- Higgins nigdy nie oddala się podczas śledztwa. Traktuje swoją pracę niezwykle 

profesjonalnie.

- Nie wątpię, nadinspektorze - odparł rozżalony reżyser - ale nie mogę nic więcej 

zrobić!

- Uważam pana za osobiście odpowiedzialnego za zniknięcie Higginsa - ostrzegł Scott 

Marlow. - Jest pan ostatnią osobą, która go widziała wczoraj wieczorem.

- Co to oznacza? O co usiłuje mnie pan oskarżyć? - oburzył się Jonathan Kelwing. 

Nadinspektor   lekko   się   zmieszał.   Nie   mógł   postawić   Kelwingowi   żadnego 

konkretnego zarzutu. To, że reżyser poprzedniego wieczora pozbawił go whisky, nie stanowił 

niestety wystarczającego powodu oskarżenia.

Zadzwonił telefon.

Reżyser i nadinspektor wymienili spojrzenia. Przeczekali cztery dzwonki. Urażony 

Kelwing założył ręce na piersiach i przestał się interesować czymkolwiek. Wściekły Scott 

Marlow podniósł słuchawkę.

- Mówi nadinspektor Marlow.

- Dzień dobry - odpowiedział ciepły głos Higginsa. - Czy dobrze pan spał?

Marlow osłupiał ze zdumienia.

background image

- Nadinspektorze? Jest pan tam? 

Dochodząc   do   siebie,   Marlow   zdał   sobie   w   końcu   sprawę,   że   po   drugiej   stronie 

słuchawki jest naprawdę Higgins.

- Panie Higgins... gdzie pan jest?

-   W   gospodzie   “Pod   Faszerowaną   Gęsią”.   Wyjaśnię   to   panu.   Zjem   śniadanie   i 

wracam. Mały spacer dobrze mi zrobi. I jeszcze coś, mój drogi Marlow, proszę postarać się 

dla mnie o ostatnie wydanie “Timesa”.

Ciepłe   słońce   lata   zalewało   światłem   “czarodziejski   ogród”   w   Lindenbourne. 

Posiadłość   zdawała   się   pogrążona   we   śnie.   Policjanci   w   mundurach   Scotland   Yardu 

zachowywali   się   bardzo   dyskretnie.   Większość   artystów   wylegiwała   się   w   łóżkach,   z 

wyjątkiem   George'a   Chairmana,   który,   jak   zwykle,   wcześnie   rano   pracował   nad   swoim 

głosem.   Higgins   i   Marlow   wyznaczyli   sobie   spotkanie   pod   posągiem   Komandora. 

Nadinspektor   zamienił   przyciasny   smoking   na   trochę   niemodny   garnitur   z   szarej   flaneli. 

Przekorny Higgins włożył  kremowe spodnie i granatowy blezer z wyhaftowanym  herbem 

rodu   -   kroczącym   złotym   lwem.   Popelinową   koszulę   zdobiła   karminowa   muszka. 

Przyprószone siwizną skronie i szpakowaty wąs przydawały mu dystynkcji. Scott Marlow 

niezmiennie  był  pod wrażeniem tej niewymuszonej  elegancji, zastanawiając się, dlaczego 

najlepszy agent Scotland Yardu wykazuje tak małe zainteresowanie tytułami i honorami. Nie 

mógł zrozumieć, dlaczego Higgins wybrał wcześniejszą emeryturę i zacisze swojego domu, 

rezygnując z najwyższego stanowiska.

- Bałem się, że pan zniknął. - Scott Marlow wręczył inspektorowi “Timesa”.

- Tak też było - odparł Higgins, biorąc gazetę. - Ale nie miałem wyboru. Gdzie bym 

spał w Lindenboume? Miałem lepsze zajęcie. Spędziłem noc w pokoju Pietra Giovanniego. 

Czyż to nie był znakomity pomysł?

Nadinspektor omal się nie zakrztusił.

- Nie chce pan chyba powiedzieć, że odważył się pan....

- Nie trzeba bać się śmierci, nadinspektorze. Ona wykonuje bezbłędną pracę. Sprawa, 

którą się zajmujemy, jest bardzo tajemnicza. Dlatego musimy zastosować wyjątkowe środki.

Marlow zadrżał.

- Wyjątkowe środki... Sądzi pan, że powinniśmy wezwać posiłki?

Higgins zatrzymał wzrok na stuletnim krzewie róży, jej żywa czerwień przypominała 

mu “Szkocką księżniczkę”, nową odmianę, nad którą obecnie pracował.

- Nie to miałem na myśli, nadinspektorze. Sądzę, że musimy zdać się na nasze zmysły. 

background image

Ofiara   nie   była   przeciętnym   człowiekiem.   Morderca   musi   mieć   wyjątkową   osobowość. 

Niestety, wszyscy podejrzani również są osobami nietuzinkowymi.

Scott Marlow był zwolennikiem nieco innych metod.

- Jeśli rzeczywiście popełniono zbrodnię - powiedział - winny już zdradził się swoim 

zachowaniem.

- Ach tak? - zdziwił się Higgins. - Któż to taki, pana zdaniem...?

- Reżyser Jonathan Kelwing, oczywiście. Zauważył pan, że to on wyreżyserował tę 

operę? Szukajmy zawsze reżysera, inspektorze. Ten człowiek pociąga za sznurki, proszę mi 

wierzyć. Teraz trzeba to tylko udowodnić.

Higgins milczał. Scott Marlow zazwyczaj nie wysuwał tak śmiałych i precyzyjnych 

hipotez. Musiał być głęboko przekonany o swoich racjach.

Nadinspektor odnotował z satysfakcją brak sprzeciwu ze strony kolegi. Może tym 

razem znalazł rozwiązanie zagadki przed Higginsem.

Z otwartych okien na pierwszym piętrze dobiegł donośny śpiew.

- George Chairman pracuje - zauważył Higgins. 

Do   głębokiego   głosu   odtwórcy   roli   Komandora   dołączył   wysoki,   należący   do 

sopranistki. Higgins rozpoznał niezrównany głos Marylin O'Neill, wspaniałej australijskiej 

śpiewaczki. Wielka gwiazda sztuki operowej, chłodna, nieprzenikniona, do której nie udało 

się zbliżyć żadnemu dziennikarzowi i której życie prywatne było okryte niemal całkowitą 

tajemnicą.

- Co pan sądzi o moim pomyśle, mój drogi Higgins? - spytał Marlow, przekonany, że 

jest na bardzo dobrej drodze.

Inspektor   nie   miał   czasu   na   odpowiedź,   jako   że   zbliżał   się   do   nich   postawny 

mężczyzna odziany w trzyczęściowy garnitur w stylu księcia Walii. Policjanci rozpoznali sir 

Briana Halla, słynnego  angielskiego tenora, odtwórcę roli Don Ottavia. Bardzo zamożny, 

jedynak   z   rodziny   bankierów,   uchodził   za   najbardziej   rasowego   z   wykształconych 

Brytyjczyków, rzadko akceptującego występy poza granicami własnego kraju. To umiłowanie 

Anglii nie przeszkodziło mu wspinać się po szczeblach sławy i stać się najwybitniejszym 

tenorem mozartowskim swojego pokolenia. Czterdziestoletni śpiewak dumnie obnosił się ze 

swoim arystokratycznym pochodzeniem.

-   Proszę   mi   wybaczyć,   jeśli   przerywam   rozmowę.   Pozwolą   panowie,   że   się 

przedstawię: sir Brian Hall. Zazwyczaj unikam tak nachalnych kontaktów, proszę mi wierzyć, 

ale zmuszają mnie do tego okoliczności.

W głosie angielskiego tenora nie zabrakło kwaśnej nuty. Nie czując się najlepiej w 

background image

towarzystwie   tak   wysoko   postawionych   osób,   nadinspektor   Marlow   wolał   pozostawić 

inicjatywę swojemu koledze.

- Scotland Yard jest do pańskich usług - powiedział uprzejmie Higgins.

- Policja Jej Królewskiej Mości należy do najpiękniejszych ozdób cywilizowanego 

świata - ocenił sir Brian Hali. - Nie przypuszczałem jednak, że pewnego dnia spotkam jej 

przedstawicieli na festiwalu w Lindenbourne. Jest w tym coś... szokującego.

- Zapewniamy pana, że nadinspektor Scott Marlow i ja doskonale zdajemy sobie z 

tego sprawę, sir. Ale śmierć człowieka jest również nieco nie na miejscu...

Usta sir Briana Halla wykrzywił grymas dezaprobaty.

- Ach, tak panowie uważacie? Wiele czytałem na temat obu wojen światowych. Kiedy 

służyłem mojemu krajowi w jego wspaniałej armii, widziałem, jak umierają ludzie. Czynili to 

z honorem. Nie dostrzegłem w tym cienia złego smaku.

- Śmierć wielkiego artysty - powiedział Higgins - ma w sobie coś przejmującego, nie 

uważa pan?

- Czy ma pan może na myśli Pietra Giovanniego?

- Rozumiemy się, sir - zapewnił Higgins.

- Cieszę się, inspektorze. Nie zaskoczę pana, jeśli powiem, że Giovanni nie był typem 

człowieka, z którym chętnie przestawałem.

Scott Marlow zakasłał.

- A jednak - zauważył  z wahaniem - był pan do tego zmuszony...  mam na myśli 

spektakl... I nawet pomógł mu pan podczas antraktu, kiedy zranił się w rękę.

Sir Brian Hali zmierzył nadinspektora spojrzeniem entomologa.

- Kto panu o tym powiedział?

- Reżyser Jonathan Kelwing - wtrącił się Higgins. - Dodał nawet, że otworzył pan 

apteczkę, żeby wyjąć kompres, i podał go Giovanniemu.

Sir Brian Hali popatrzył w stronę “czarodziejskiego ogrodu”, tam, gdzie wznosiły się 

posągi bohaterów oper Mozarta.

- Zgadza się. To był naturalny odruch. Należę do wielu organizacji humanitarnych, 

inspektorze. Cierpienie jest zawsze niesprawiedliwe, kimkolwiek byłaby ofiara. Wyrzeczenie 

się przemocy jest dla mnie rodzajem religii.

- Trudno tego nie pochwalić, sir. Czy zgodziłby się pan na mały spacer, w czasie gdy 

nadinspektor Marlow zadzwoni do laboratorium Scotland Yardu?

- Z wielką przyjemnością, inspektorze. 

Spojrzenie, którym Higgins obdarzył Marlowa, równało się ze ścisłym poleceniem, 

background image

nie pozbawionym pewnej dozy zaufania, które nadinspektor tak bardzo cenił. Higgins miał 

rację: laboratorium spóźniało się z wynikami analiz. Coś się święciło.

- Proszę mi wybaczyć,  panowie. - Marlow wykonał niezręczny ukłon. - Wzywają 

mnie obowiązki.

- Rozkaz to rozkaz, mój przyjacielu - oznajmił sir Brian Hall i nie zwracając więcej 

uwagi na nadinspektora, obrócił się w stronę Higginsa. - To pański herb rodzinny? - spytał, 

wskazując wzrokiem złotego lwa na granatowym blezerze inspektora.

- Tak, sir. Dokładnie  studiuję historię  rodziny,  żeby przekazać  kompletne  drzewo 

genealogiczne dla Royal Society.

Sir Brian Hali i Higgins szli spokojnym  krokiem w stronę jeziora, w którym tu i 

ówdzie pływały butelki po szampanie.

- Od razu wiedziałem, że należymy do tego samego świata, inspektorze.

- To zbyt wielki zaszczyt dla mnie, sir. Czy mogę pana na chwilę przeprosić? Muszę 

natychmiast coś sprawdzić.

Nie czekając na odpowiedź, Higgins rozłożył “Timesa”, szukając drobnych ogłoszeń. 

Z żalem pomyślał o czasach, gdy anonse były drukowane na pierwszej stronie. Najpierw 

zdumiony, potem rozwścieczony takim zachowaniem rozmówcy arystokrata był już gotów 

odejść, jednak lektura zajęła Higginsowi tylko kilka chwil.

- Proszę mi wybaczyć,  sir- powiedział, składając gazetę - ale nie mogę zaniedbać 

żadnego szczegółu.

-   Od   kiedy   to   Scotland   Yard   czerpie   swoje   informacje   z   “Timesa”?   -   ironizował 

odtwórca roli Don Ottavia, unosząc z wyższością podbródek.

- Prawda  niekiedy rzuca   się w   oczy,   jest  w  zasięgu  ręki,  a  my  nie  potrafimy   jej 

dostrzec.

- Dajmy spokój taniemu filozofowaniu, inspektorze. Muszę z panem pomówić.

Poranek był zachwycająco świeży. Para rudzików fruwała wokół posągu Cherubina, a 

dostojny   łabędź   majestatycznie   przemierzał   taflę   jeziora,   pozostawiając   za   sobą   drobne 

zmarszczki fal.

- Ten kompres - zaczął Higgis. - Czy wyjął go pan z apteczki?

- Ale... chyba to już panu wyjaśniłem!

- Jestem człowiekiem skrupulatnym. - Higgins zapisał coś w czarnym notesie. - Jaka 

była reakcja Pietra Giovanniego, kiedy próbował mu pan pomóc?

Arystokrata myślał chwilę.

- Impulsywna i nieprzyjemna. Odepchnął mnie. Sądzę nawet, że miał zamiar mnie 

background image

uderzyć.

-To dziwne, sir... Czy byliście poróżnieni?

- Absolutnie  nie  - odparł  szybko  śpiewak.  - Ten Giovanni  był  osobnikiem  raczej 

nieokrzesanym, niezdolnym do kontrolowania swoich reakcji.

- Nie przyjął więc żadnej pomocy?

- Nie.... Sądzę, że zajęła się nim Audrey Simonsen... ale nie jestem pewien.

- To drobny szczegół - zauważył z uśmiechem Higgins. - To miejsce jest naprawdę 

wspaniałe. Powiedziałbym wręcz, że śpiew ptaków inspiruje muzyka Mozarta. Chciał więc 

pan ze mną porozmawiać?

Arystokrata spojrzał  na Higginsa ze zdziwieniem. Policjanci ze Scotland Yardu nie 

uchodzili za romantyków.

-   A   tak,   inspektorze....   Chciałem   panu   powiedzieć,   że   zaistniała   sytuacja   bardzo 

przeszkadza mnie, a także pannie O'Neill. Nasza reputacja, nasza ranga, wymogi naszego 

zawodu   nie   tolerują   tego   przymusowego   odosobnienia.   Lindenbourne   jest   niewątpliwie 

uroczym   miejscem,   ale   obawiam   się,   że   znienawidzę   je   w   tych   warunkach.   Tak   więc 

prosiłbym pana o natychmiastowe zwrócenie nam swobody ruchów.

Higgins podziwiał grę promyków słońca na bladozielonej tafli jeziora. Jaka szkoda, że 

tę sielankę zakłóciła zbrodnia. Jednak czyż sam Mozart nie umieścił nagłej śmierci w swej 

operze?

-   Rozumiem   pana,   sir,   ale   niestety   nie   mogę   się   na   to   zgodzić.   To   byłoby   coś... 

nieodpowiedzialnego.

Sir  Brian   Hali   zatrzymał   się,   stając   twarzą   do   Higginsa.   “W   dawnych   czasach   - 

pomyślał inspektor - spoliczkowałby mnie, żeby sprowokować pojedynek”.

- Nieodpowiedzialnego? Co to znaczy? 

Inspektor   stwierdził,   że   spojrzenie   arystokraty   zawiera   tyle   buntu,   co   u   każdego 

zwykłego człowieka, któremu przeszkodzono w realizacji jego pragnień.

-   To   oznacza,   sir,   że   policja   Jej   Królewskiej   Mości   musi   prowadzić   śledztwo   w 

sprawie   morderstwa.   Według   najbardziej   prawdopodobnej   hipotezy   musiało   ono   zostać 

popełnione przez osoby znajdujące się na ocenie w towarzystwie Pietra Giovanniego.

-   To   wierutne   bzdury,   inspektorze!   -   wybuchnął   śpiewak.   -   Nie   ma   pan   żadnego 

dowodu, żadnego śladu. Nie wiadomo nawet, czy Giovanni...

Przerwał mu odgłos ciężkich kroków. Nadchodził zdyszany Marlow.

- Mam wyniki z laboratorium - oznajmił. - Pietro Giovanni został otruty.

Rozdział VIII

background image

Scott Marlow z zadowoleniem odnotował wyraz szoku na twarzy arystokraty. Higgins 

zachował obojętność.

- Teraz jest pan przekonany, sir? - spytał. - Czy zgodzi się pan pozostać do dyspozycji 

Scotland Yardu aż do zakończenia śledztwa?

- Jeśli to może panu pomóc... 

Sir Brian Hall odszedł na bok, żeby ukryć targające nim emocje.

-Dlaczego złożył pan prośbę w imieniu panny O'Neill, sir? Czyżby coś jej dolegało?

Anglik odwrócił się, dotknięty do żywego.

- Proszę niczego nie insynuować, inspektorze! 

Marlow oddalił się dyskretnie.

-   Gdzieżbym   śmiał,   sir.   Nie   odpowiedział   pan   na   moje   pytanie   -   odpowiedział 

spokojnie Higgins. 

Śpiewak złagodniał.

- Nie kryję podziwu i szacunku dla panny O'Neill, którą uważam za najznamienitszą 

sopranistkę   mozartowską   wszech   czasów.   Nie   brak   jej   urody,   osobistego   uroku, 

szlachetności...

Głos sir Briana Halla zamarł na chwilę.

- Muszę coś panu wyznać, inspektorze. Poprosiłem Marylin O'Neill o rękę. Uważam 

teraz, że nasze losy są nierozerwalne. Proszę mi wybaczyć.

Przerywając rozmowę, śpiewak podążył w stronę zamku, odprowadzany badawczym 

spojrzeniem Scotta Marlowa, który czekał, aż arystokrata się oddali.

-  Zachowuje   się   butnie,   a   nie   mówi   przy  tym   nic   konkretnego.   Pan   wierzy   w   tę 

historię miłosną?

- W tej dziedzinie, nadinspektorze, nigdy nie ma pewności. Proszę to sprawdzić.

- Ja? Ale jak?

-Wyspecjalizowane czasopisma. Taki ślub jak ten nie przechodzi niezauważony w 

brukowej   prasie.   Sensacyjne   wieści   rozchodzą   się   szybko.   Dokładne   przestudiowanie   tej 

pięknej literatury upewni nas o tym.

- Jeśli panu na tym zależy, Higgins... 

Szczerze powiedziawszy, świadom, że Marylin O'Neill chroni swoje życie prywatne, 

Higgins bardzo wątpił, żeby nadinspektor znalazł jakąkolwiek cenną wskazówkę. Trzeba go 

jednak było czymś zająć. Daleko od biura Scotland Yardu i od zatrutego powietrza Londynu 

Scott Marlow  kręcił  się jak niedźwiedź  w klatce,  zdradzając początki  depresji. Ponieważ 

background image

Higgins zamierzał wkrótce nadać nowy bieg temu skomplikowanemu śledztwu, potrzebował 

całkowitego spokoju ducha.

- Co mówią analizy, mój drogi Marlow?

-   Rzadka   substancja.   Rodzaj   trucizny   indyjskiej   o   niemożliwej   do   wymówienia 

nazwie, która ma tę właściwość, że działa z opóźnieniem od dwóch do pięciu godzin. Jedynie 

w   przypadku   natychmiastowej   interwencji,   można   było   uratować   Giovanniego.   A   on 

przebywał na scenie prawie cztery godziny...

- Cztery godziny?

-  Tyle   trwała   opera,  czyż   nie?   -  obruszył   się  Scott   Marlow,  przypominając   sobie 

niedawne męczarnie.

- Wszystko zależy od momentu, w którym Giovanni został otruty.

- Przecież było to wtedy, gdy zadrasnął się w kciuk lewej ręki, wyciągając szpadę!

- Chyba że trująca substancja została zaaplikowana podczas antraktu, kiedy rannemu 

udzielano pomocy.

Gdyby   ta   hipoteza   została   sformułowana   przez   innego   policjanta,   nadinspektor 

wzruszyłby tylko ramionami.

- Po co wszystko komplikować, Higgins? Reżyser umieścił truciznę na gałce szpady, 

którą spiłował  w  taki  sposób, żeby Giovanni  się zadrasnął.  Niech  pan odnajdzie szpadę, 

znajdziemy ślady tej śmiertelnej substancji i zatrzymamy winnego.

- Niestety, szpada i pochwa zniknęły, chociaż Jonathan Kelwing osobiście włożył je 

do szafy w garderobie artystów.

Nadinspektor triumfował.

- Sam pan widzi, Higgins!

Zakładając ręce na plecach, Higgins przyspieszył roku. Marlow nie krył rozradowania.

-   Po   kolei,   drogi   nadinspektorze.   Nie   twierdzę,   że   pan   nie   ma   racji,   ale   zanim 

przystąpimy do działania, trzeba najpierw zrozumieć mechanizm zbrodni i motywy, którymi 

kierował się morderca. Czy byłby pan tak miły i dowiedział się najważniejszych szczegółów z 

życia Giovanniego? Jego przeszłość niezmiernie mnie interesuje. Nasz dział dokumentacji 

powinien posiadać wszystko, co trzeba.

- Komputer bardzo ułatwi to zadanie, ale... czy pana zdaniem Giovanni mógł popełnić 

samobójstwo i upozorować morderstwo, żeby skierować podejrzenia na otoczenie?

- Na tym etapie śledztwa nie możemy niczego wykluczyć - odparł Higgins. - Szczerze 

mówiąc nie widzę powodu, dla którego taki człowiek jak Pietro Giovanni miałby rezygnować 

z życia. Musiałbym lepiej go znać, żeby więcej powiedzieć na ten temat.

background image

- Zajmę się tym - zapewnił nie bez dumy nadinspektor, przekonany, że jego pobyt w 

Lindenbourne dobiega końca.

Gdy tylko stanie się jasne, co powodowało reżyserem, zagadka będzie wyjaśniona. 

Higgins powinien uruchomić swoją intuicję. On, Scott Marlow, odkrył to, co najważniejsze. 

Inspektor zatrzymał się, rozglądając się wokoło.

- Czy coś pan zgubił, Higgins? 

- Czy widział pan choćby jednego kota, odkąd tu jesteśmy, nadinspektorze?

- Nie...

- To dziwne... W tych starych rezydencjach zazwyczaj nie brakuje kotów. Chodźmy. 

Może się czegoś dowiemy.

Wchodząc do hollu, Higgins natknął się na Graziellę Canti. Zaskoczona śpiewaczka 

spojrzała z przestrachem na dwóch policjantów i wybiegła na zewnątrz.

- Można by powiedzieć, że ucieka przed nami! - wykrzyknął Scott Marlow, coraz 

bardziej poirytowany dziwacznymi zachowaniami artystów.

- Chyba że ucieka przed sobą - dodał Higgins. - Chodźmy do reżysera.

Jonathan Kelwing siedział przy swoim biurku, otoczony trzema telefonami, które nie 

przestawały dzwonić. Dziennikarze nękali go bez chwili przerwy, a on nie wiedział, co ma im 

powiedzieć.   Przerwanie   festiwalu   w   Lindenbourne   stawało   się   wydarzeniem 

międzynarodowym, jednym z tych skandali, które - z braku ważniejszych w sezonie letnim - 

trafiają   na   pierwsze   strony   gazet.   Wielu   reporterów   było   przeświadczonych,   że   Pietro 

Giovanni udał złe samopoczucie na scenie, żeby było o nim głośno. Jednak dlaczego policja 

dała   się   na   to   nabrać   i   dlaczego   Lindenbourne   było   zamknięte   dla   publiczności   na   czas 

nieokreślony?   Jonathan   Kelwing   wymyślił   epidemię   grypy,   ogólne   zatrucie   pokarmowe, 

kaprys gwiazdy... Te marne wyjaśnienia nie przekonywały nikogo.

- Czy możemy spokojnie z panem porozmawiać? - wtrącił Higgins pomiędzy dwoma 

telefonami. 

Reżyser popatrzył na inspektora z przestrachem.

- Spokojnie... Powiedział pan: spokojnie? 

Na twarzy Kelwinga malowało się zmęczenie.

-Nie   zmrużyłem   oka   tej   nocy,   prasa   napastuje   mnie   od   świtu,   jestem   na   skraju 

wyczerpania, a pan mi mówi o spokoju?

Telefon   znowu   zadzwonił.   Reżyser   podniósł   słuchawkę   i   odłożył   ją   na   biurko, 

pozwalając rozmówcy wykrzykiwać w próżnię. Przejechał dłonią po czole.

- Odłożymy naszą rozmowę na później - zgodził się Higgins. - Tylko jedno pytanie, 

background image

panie Kelwing: czy nienawidzi pan kotów?

- Przepraszam?

- Proszę odpowiedzieć - nakazał Scott Marlow, choć nie wiedział, dokąd Higgins 

zmierza.

Tymczasem inspektor pomyślał czule o swoim wiernym towarzyszu, syjamskim kocie 

Trafalgarze,   który   nieraz   wspierał   swego   pana   radą,   gdy   chodziło   o   najbardziej   zawiłe 

tajemnice.

Zadzwonił drugi telefon, Jonathan Kelwing nie zwrócił na niego uwagi.

- Koty... Nie lubię ich specjalnie, nie mogę też powiedzieć, żebym ich nienawidził... 

Ale dlaczego...

- Nie uważa pan, że to dziwne, iż w Lindenbourne nie ma ani jednego kota?

Jonathan Kelwing był zmieszany.

- Owszem... to znaczy... były... ale...

- Ale? - podjął Scott Marlow agresywnym tonem.

- Nie żyją.

- Jak do tego doszło? - spytał zaintrygowany Higgins.

Reżyser zawahał się.

- Trzy dni temu odnaleziono pięć martwych kocurów, mniej więcej w tym samym 

miejscu, z drugiej strony jeziora. Według weterynarza zwierzęta zostały... otrute.

Higgins zadrżał ze zgrozy. Nie przywiązywał zbytniej wagi do słów swojej gospodyni 

Mary, która twierdziła, że zabicie zwierzęcia jest gorsze od zamordowania człowieka, ale 

czasami trudno się było z nią nie zgodzić.

- Otrute? - wykrzyknął Scott Marlow. - I dopiero teraz pan nam o tym mówi?

Jonathan Kelwing zrobił się purpurowy.

- Nie mogę myśleć jednocześnie o tysiącu drobiazgów. Jest też trochę zbitych naczyń 

w kuchniach, wyrwany kawałek trawnika...

- Proszę załatwić ekshumację tych zwierząt w celu przeprowadzenia sekcji - wtrącił 

groźnie Higgins. Reżyser był przerażony.

- To niemożliwe.

- Jak to, niemożliwe? - zdumiał się Scott Marlow.

- Zostały... zostały spalone.

- Przez kogo?

- Przeze mnie - wyjaśnił Jonathan Kelwing zgaszonym głosem. - Na wsi postępuje się 

w ten sposób, żeby zapobiec zarazie.

background image

Reżyser unikał wzroku policjantów.

- Proszę być tak uprzejmym - nakazał Higgins - i przygotować jedno pomieszczenie w 

zamku do naszej dyspozycji. Ulokujemy tam nasze biuro.

-   Oczywiście,   inspektorze.   Proponuję   pokój,   który   był   przeznaczony   dla   Pietra 

Giovanniego, a w którym nie chciał zamieszkać. To najpiękniejszy pokój w zamku. Znajduje 

się na pierwszym piętrze, za galerią obrazów. Czy chcą panowie, żebym im towarzyszył?

- Nie widzę potrzeby - odparł Higgins, udając, że nie widzi zaniepokojonej miny 

Scotta Marlowa. - Do zobaczenia, panie Kelwing.

Zostawiwszy reżysera sam na sam z dzwoniącymi telefonami, Higgins i Marlow udali 

się w stronę głównej klatki schodowej zamku.

- Wszystko jasne - stwierdził nadinspektor. - Reżyser wypróbował truciznę na kotach i 

spalił trupy, żeby zatrzeć ślady. Poza tym drwi sobie z nas! Proponować nam na biuro pokój 

ofiary! Trzeba go aresztować i zmusić do mówienia.

- To nie są uczciwe metody - zaprotestował Higgins, nieco zdumiony pochopnymi 

wnioskami kolegi. Scott Marlow zazwyczaj  był  skłonny do pewnej rezerwy i poszukiwał 

dowodów.   -   Przed   panem   dużo   pracy,   mój   drogi   Marlow.   Od   uzyskanych   przez   pana 

wyników zależy powodzenie śledztwa. Niech się pan rozgości w tym pokoju, a ja pójdę się 

nieco rozejrzeć.

- Proszę mi wierzyć, Higgins, wina Jonathana Kelwinga nie ulega wątpliwości.

- Strzeżmy się oczywistości, nadinspektorze. To by było zbyt proste.

- Kelwing odgrywa przed nami komedię - upierał się Marlow. - To niedoszły aktor, 

jak   wszyscy   reżyserzy.   Udaje,   że   jest   zawalony   pracą,   żeby   usprawiedliwić   swoje 

przeoczenia.

Higgins nie zaprzeczył.

Galerię obrazów stanowiło około czterdziestu przeciętnych płócien przedstawiających 

portrety kasztelanów z Lindenbourne, właścicieli ziemskich o pucułowatych, uśmiechniętych 

twarzach.  Pokój  przeznaczony  dla  Pietra  Giovanniego,   pomimo  imponujących  rozmiarów 

sprawiał raczej przytłaczające wrażenie. Ściany i sufit były obite materią w wielkie niebieskie 

kwiaty. Stoły i fotele przykryte pokrowcami, łoże z baldachimem o podwójnych zasłonach. 

Całość   tworzyła   atmosferę   ciężką,   prawie   usypiającą.   “Nerwy   nadinspektora   zostaną   tu 

ukojone” - uznał Higgins.

- Chce pan, żebym rozlokował się tutaj? - zaniepokoił się Scott Marlow.

- Tutaj będzie się pan czuł swobodnie, drogi nadinspektorze - oznajmił pocieszająco 

Higgins. - Liczę, że uzyska pan informacje, których potrzebujemy. Ma pan wolną drogę... do 

background image

pana należy wzbogacenie akt.

Gdy nadinspektor chwytał za słuchawkę obitą błękitnym aksamitem, Higgins zamknął 

delikatnie drzwi pokoju. Miał teraz zupełną swobodę postępowania i mógł podjąć niezbędne 

kroki.

Przynajmniej   tak   sądził,   kiedy,   schodząc   po   schodach,   usłyszał   głos   Pietra 

Giovanniego śpiewającego Arię szampana z Don Juana Mozarta.

background image

Rozdział IX

Higgins podążył za tym ciepłym, męskim głosem. Zapukał do drzwi pokoju, z którego 

dobiegał śpiew. Nie otrzymawszy odpowiedzi, pozwolił sobie wejść.

Rozciągnięty na łóżku, twarzą w stronę okna, Gert Glinder, niemiecki odtwórca roli 

Leporella, ćwiczył z zapałem fragmenty arii. Higgins taktownie zakasłał.

Zorientowawszy się wreszcie, że nie jest sam, śpiewak odwrócił głowę.

- Inspektor! Co... co za niespodzianka!

- Wziąłem pana za Pietra Giovanniego - wyznał Higgins. - Ma pan taki sam głos... 

zwłaszcza gdy śpiewa pan tę arię.

Gert   Glinder   zamknął   gorączkowo   partyturę   otwartą   na   stronie  Arii   szampana  i 

wrzucił ją zamaszystym gestem do szuflady komody, przytrzaskując sobie palce.  

- Dobrze wiem - powiedział Higgins - że Leporello jest sobowtórem Don Juana i że 

mają tak zbliżoną barwę głosu, iż mogliby się wymieniać...

- Zgadza się - potwierdził ciepło Gert Glinder. - Miło mieć do czynienia ze znawcą.

Właściciel   gęstych   czarnych   wąsów   był   odziany   niedbale.   Rozpięta   koszula, 

podwinięte rękawy, sprane dżinsy, zniszczone skórzane buty. Sprawiał wrażenie człowieka 

skrytego,   zdradzał   także   pewne   oznaki   słabej   psychiki,   jednak   w   głębi   jego   czarnych 

rozbieganych oczu iskrzyła się żywa inteligencja, kontrastująca z nieco zniewieściałym, choć 

potężnym ciałem.

- Czy dobrze pan spał tej nocy, panie Glinder?

- Doskonale, inspektorze. Zmogły mnie emocje. Spałem jak zabity.

- Zapomniał więc pan wyłączyć światło? 

Spacerując   po   “czarodziejskim   ogrodzie”,   Higgins   zapamiętał   dokładnie 

umiejscowienie jedynego okna zamku, w którym w nocy paliło się światło. To było okno 

niemieckiego śpiewaka.

- A tak... zapomniałem... to mi się często zdarza. 

Wahanie śpiewaka nie umknęło uwagi Higginsa. 

Na nocnym stoliku Gert Glinder rozłożył liczne fotografie słynnych odtwórców roli 

Don Juana. Nie było wśród nich Pietra Giovanniego.

- Czy był pan w dobrych stosunkach z Giovannim? 

Niemiec rozsiadł się w fotelu. Sprężyny jęknęły pod jego ciężarem. Opierając łokcie o 

uda i chowając twarz w dłoniach, unikał wzroku Higginsa.

background image

- W doskonałych. Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi.

- Nigdy nie dochodziło między wami do sprzeczek?

- Nigdy.

Higgins wyjrzał przez okno. Słońce stało w zenicie. Zapowiadał się piękny letni dzień. 

Uczestnicy festiwalu zostali pozbawieni wspaniałego pikniku.

- Dlaczego pokłócił się pan z Giovannim w gospodzie “Pod Faszerowaną Gęsią?

Śpiewak zacisnął zęby. A więc panna Lipyncott ich śledziła.

- Nieistotny szczegół interpretacyjny. Trochę się unieśliśmy.

- Jaki szczegół? Bardzo się interesuję trudnymi problemami muzycznymi.

- Chodziło o legato.

- W jakim fragmencie?

-   Kiedy...   kiedy   śpiewamy   razem   pod   koniec   sceny   na   cmentarzu,   gdzie   posąg 

Komandora przemawia po raz pierwszy.

- Cenię pana profesjonalizm - oznajmił Higgins. - To wszystko brzmiałoby bardzo 

pięknie, gdyby nie pewien szkopuł...

Gert Glinder podskoczył.

- Jaki?

- Nie wierzę panu, panie Glinder. 

Niemiecki   śpiewak   zerwał   się   na   nogi   i   zbliżył   się   do   Higginsa,   który   wodził 

wzrokiem po suficie.

- Nie pozwalam panu...

- Niech pan usiądzie, panie Glinder.

Śpiewak wahał się, jaką postawę przyjąć, nic mu jednak nie przyszło do głowy, więc 

usiadł z powrotem. Higgins nadal lustrował pokój, niczego nie dotykając.

- Wszyscy aktorzy, którzy odtwarzają rolę Leporella, marzą o tym, żeby stać się Don 

Juanami - zaznaczył inspektor. - Dotyczy to nie tylko pana. Przed chwilą śpiewał pan Arię 

szampana, brawurowy fragment z partii Don Juana. W rzeczywistości, panie Glinder, pańskie 

stosunki z Giovannim układały się bardzo źle. Nie chciał pan pozostać w drugoplanowej roli. 

Od dawna był pan praktycznie służącym Giovanniego, nosił mu pan walizki podczas podróży, 

zaspokajał jego zachcianki. Każdy na pana miejscu by się zbuntował.

Higgins urwał. Dużo wymyślił, co nieco wydedukował z “oficjalnej” kariery dwóch 

śpiewaków, o której czytał w swoich ulubionych periodykach muzycznych.

Jego słowa wywarły odpowiednie wrażenie.

- To prawda - wyznał Niemiec. - Miałem dość roli służącego i podłego traktowania. 

background image

Pietro był strasznym despotą. Nie szczędził mi upokorzeń. A przecież mój głos brzmi równie 

pięknie. Potrafię zaśpiewać partię Don Juana.

- Dziękuję za szczerość - odparł z uznaniem Higgins. - Przypuszczam, że zdaje pan 

sobie sprawę z następstw tego, co pan powiedział.

- Wymogłem na nim obietnicę. To był powód naszej kłótni w gospodzie. Oznajmiłem 

mu, że nasza... nasza przyjaźń będzie definitywnie zakończona, jeśli nie załatwi dla mnie 

szybko głównej roli. Proponował mi pieniądze. Odmówiłem.  Uniósł się, ale w końcu się 

zgodził. Dla mnie jego śmierć jest katastrofą.

Gert Glinder, patrząc z ukosa, obserwował reakcję policjanta. Higgins ani drgnął.

-  Może   mi   pan  wierzyć,   inspektorze.   Powiedziałem  panu   całą   prawdę.  Jest  wielu 

innych, którym mogłoby zależeć na jego śmierci.

- Komu na przykład? - spytał Higgins obojętnym tonem.

Niemiec zwlekał z odpowiedzią.

-   Jestem   zażenowany   tą   rozmową...   ale   czuję   się   zmuszony   wyznać...   To   mnie 

krępuje, inspektorze, bardzo mnie krępuje...

- Rozumiem  pańskie  wahania   - powiedział   Higgins  ojcowskim  tonem.   - Niestety, 

trzeba, żeby podzielił się pan ze mną swoimi spostrzeżeniami. To najlepszy sposób, żeby 

wykluczyć pana z kręgu podejrzanych.

Gert Glinder szukał odpowiednich słów.

- Sprzeczałem się z nim, ale w głębi duszy lubiłem go jak brata. Nie można tego 

powiedzieć   o   pozostałych   kolegach,   którzy   śpiewali   Don   Juana.   Niektórzy   go   wręcz 

nienawidzili. Nie byli lepsi od niego, ale mu zazdrościli. Tylko on był prawdziwą gwiazdą.

- Może mieli poważniejsze powody - wtrącił Higgins.

- Możliwe... ale Chairman to stary gaduła, Marylin O'Neilljest kobietą zarozumiałą, 

Simonsenjest   szalona,   sir   Brian   pretensjonalny.   Że   nie   wspomnę   o   Rubenie   Carmino   i 

Grazielli Canti...

- Dlaczego nie chce pan o nich mówić, panie Glinder?

Higgins wykazywał niezwykłe opanowanie. Niejeden zatwardziały grzesznik chciałby 

mieć w nim spowiednika. Niemiec trochę się uspokoił. Mówił teraz z większą swobodą.

- Graziella Canti jest małą ladacznicą. W wieku osiemnastu lat śpiewać partię Zerliny 

w Lindenbourne... to nie jest przypadkowe! Ma talent, zgoda, ale gdyby Pietro Giovanni nie 

narzucił jej Jonathanowi Kelwingowi...

- Wiele wielkich karier rozpoczynało się w ten sposób - przypomniał Higgins.

- Graziella powinna być mniej niewdzięczna lub bardziej ostrożna - ironizował Gert 

background image

Glinder. - Pietro zaskoczył ją w sytuacji... dwuznacznej w towarzystwie Rubena Carmino. Ta 

mała idiotka nie powinna była tak szybko zdradzać swojego protektora. Pietro Giovanni mógł 

przekreślić   jej   wielką   karierę   jednym   pociągnięciem.   Jego   śmierć   jest   dla   niej 

błogosławieństwem. Wiedziała, że mógłby się okrutnie zemścić.

Drobnym starannym pismem Higgins skrupulatnie zanotował uzyskane informacje. 

Ku wielkiemu zdziwieniu niemieckiego śpiewaka inspektor gotował się do wyjścia.

-   Już   pan   idzie,   inspektorze?   Mam   wiele   innych   rzeczy   do   opowiedzenia,   o 

Charimanie, o Marylin O' Neill.o...

- Wszystko w swoim czasie - przerwał mu Higgins. - Wolę iść drobnymi kroczkami. 

Doskonale mi się z panem współpracowało. Nie omieszkam znowu się z panem spotkać.

Pozostawiając   zdumionego   Glindera,   Higgins   wrócił   do   biura   reżysera.   Jonathan 

Kelwing kontynuował batalię z telefonami.

- Gdzie mogę znaleźć pannę Canti? - spytał inspektor, korzystając z krótkiej chwili 

ciszy.

- Ach, ją! - westchnął  reżyser.  - Na pewno opala  się na tarasie, pomimo  mojego 

zakazu. Dochodzi się tam od zewnątrz, od strony szkłarni. Pan...

Zadzwonił telefon. Tym razem atakował włoski dziennikarz.

W powietrzu unosiła się woń kwiatów. Wrażliwy nos Higginsa wyczuwał subtelną 

mieszankę narcyzów i lilii, które zdobiły rabaty przed lewym skrzydłem zamku. Dobudowane 

na   początku   dziewiętnastego   wieku,   w   stylu   gotyckim,   nie   burzyło   harmonii   starej 

posiadłości. Inspektor wszedł na kamienne schody, częściowo pokryte winoroślą, żeby dojść 

do ukrytego tarasu otoczonego balustradą. Zaledwie znalazł się tam, poczuł się zmuszony 

odwrócić wzrok.

Młoda Graziella Canti zażywała kąpieli słonecznej, przekraczając, niestety, granice 

przyzwoitości. Piękna Włoszka zdjęła stanik swojego mikroskopijnego bikini, wystawiając 

opalone już piersi do słońca.

Higgins chrząknął kilka razy wystarczająco donośnie, żeby zwrócić na siebie uwagę 

śpiewaczki. Włoszka otworzyła oczy, obróciła głowę i krzyknęła na widok inspektora, który 

taktownie podziwiał  błękit  nieba.  Błyskawicznym  ruchem nałożyła  stanik i zakryła  nieco 

uroki, którymi tak hojnie obdarzyła ją natura.

- Inspektor! Pan mnie szukał?

Wstała.   Zdaniem   Higginsa   bikini   było   niezwykle   skąpe.   Wysmukłe   ciało   młodej 

Włoszki przypominało grecką rzeźbę. Inspektor, ze względów zawodowych, musiał przyjrzeć 

się swojej rozmówczyni. Nie dostrzegł w niej niczego podejrzanego.

background image

- Jakie piękne lato - zachwycił się, myśląc jednocześnie z nostalgią o deszczowych 

mgłach, które jesienią spowijały jego rezydencję. - To tłumaczy, skąd się biorą najbardziej 

gwałtowne uczucia.

- Gwałtowne?  - zaniepokoiła  się Graziella  Canti,  cofając się o krok i opierając o 

murek okalający taras. - Co pan chce przez to powiedzieć?

Higgins powoli zbliżył się do niej.

- Chcę porozmawiać o uczuciach, jakimi pani darzyła Pietra Giovanniego. Był pani... 

protektorem, zdaje się?

Ładną buzię Włoszki wykrzywił grymas wściekłości.

- Wstrętne plotki! Kto się ośmielił... 

Higgins popatrzył dziewczynie prosto w oczy.

- Czy była pani kochanką Pietra Giovanniego, panno Canti?

Pytanie  było  celne.   Graziellę   Canti  zamurowało.   Nie  spodziewała  się  tak  nagłego 

ataku.

- Nie... nie. On... on mi pomógł, to wszystko.

- Czy nie zaskoczył pani w towarzystwie Rubena Carmino?

Młoda Włoszka zbladła. Ten Higgins był chyba demonem.

-   Tak,   rzeczywiście...   Wściekł   się   nie   na   żarty.   Ruben   chciał   go   uderzyć. 

Powstrzymałam go. Wyznałam Giovanniemu, że Ruben i ja... że to trwa od miesięcy. Bałam 

się Pietra. Popatrzył na mnie, jakby mnie widział po raz pierwszy. - Skoro tak - powiedział - 

drogo mi za to zapłacisz. Możesz uważać swoją karierę za skończoną”. Ruben go zelżył. 

Stanęłam   między   nimi.   Pietro   rzucił   pogardliwe   spojrzenie   Rubenowi   i   wyszedł.   Byłam 

przerażona.

Higgins niemal miał ochotę ją pocieszyć.

- Czy zdaje sobie pani sprawę, że zalicza  się pani do grona podejrzanych,  panno 

Canti? Podaje mi pani doskonały motyw swojej zbrodni.

Graziella Canti podskoczyła.

- Mojej zbrodni? Mojej zbrodni? Ależ to potworne ! Nigdy nie byłabym zdolna...

Piękna sopranistka podeszła szybko do Higginsa i ujęła go pod ramię.

- Inni mieli lepsze powody niż ja, inspektorze... 

Higgins zachował należyty dystans.

- Czy zechce mi pani podać jakieś nazwiska, panno Canti?

Włoszka spuściła wzrok i wzięła głęboki oddech, który prawie rozsadził jej pierś.

-   Na   kilka   godzin   przed   przedstawieniem  Don   Juana  Ruben   otrzymał   telegram. 

background image

Wtedy, zrozumiał, że...

Nie kończąc, rozpłakała się i zbiegła po kamiennych stopniach.

background image

Rozdział X

Rubena Carmino  nie było  w pokoju. Upewniwszy się, że reżyser  nadal miota  się 

między   dzwoniącymi   telefonami,   Higgins   postanowił   przeszukać   zamek,   żeby   odnaleźć 

hiszpańskiego śpiewaka.

Zajrzał przez uchylone drzwi do pokoju artystów. 

Siedzący w kucki mężczyzna szperał w szafie, w której, według reżysera, miała się 

znajdować śmiertelna szpada. Przerwał, gdy dostrzegł Higginsa.

- Szuka pan czegoś, panie Carmino? - spytał inspektor.

- Niczego takiego... porządkowałem trochę. 

Hiszpan był ubrany tak jak poprzedniego wieczoru. Higgins patrzył z podziwem na 

tego niezwykle silnego mężczyznę.

-   Czy   nie   zgubił   pan   przypadkiem   pewnego   telegramu?   -   spytał   z   uśmiechem 

wspólnika.

Wyprostowawszy   się   z   trudem,   Ruben   Carmino   przez   chwilę   nie   mógł   złapać 

oddechu. Zacisnął wargi. Skrzyżował potężne ramiona.

- Kto panu o tym powiedział? - spytał rozwścieczony.

- Mój zawód polega na tym, żeby prawie wszystko wiedzieć, panie Carmino. O czym 

była mowa w telegramie?

Odtwórca roli Masetta trzasnął z impetem drzwiami szafy.

- Moje życie prywatne nie powinno pana obchodzić.

Stał nieruchomo, twarzą do szafy, jakby chciał uderzyć w nią głową.

- Obawiam się, że jednak tak - zaoponował pokojowym tonem Higgins. - Pokłócił się 

pan ze zmarłym, panie Carmino. Sam mi pan zdradził, że Pietro Giovanni próbował odebrać 

panu narzeczoną. Wydaje mi się, że ten człowiek nie bał się nikogo.

Śpiewak wzruszył ramionami.

- Giovanni był zwykłym tchórzem. Nawet nie musiałem pokazywać mu zaciśniętej 

pięści, żeby się go pozbyć.

- Skąd przyszedł ten tajemniczy telegram? 

Hiszpan wybuchnął. Upór Higginsa doprowadzał go do szału.

- To nie ma żadnego związku z Piętrem Giovannim!

Inspektor   przeszedł   się   po   garderobie,   sprawdzając,   czy   wszystko   jest   na   swoim 

miejscu.

background image

- Chciałbym panu wierzyć, panie Carmino, ale uprzedzam pana: nie będzie trudno 

ustalić nadawcę. Otrzymamy tekst tej depeszy.

W słowach Higginsa nie było żadnej groźby - raczej rodzaj przyjacielskiej rady.

- Zgoda, zgoda - ustąpił Ruben Carmino. - Ten telegram...

Zmarszczył gniewnie czoło. Nie potrafił ukryć targających nim emocji.

- Skąd został wysłany?

- Z La Scali w Mediolanie.

- Miał pan tam wkrótce zaśpiewać?

- Tak. Przyrzeczone mi rolę Leporella w Don Juanie, którego przygotowuje La Scala. 

Moja pierwsza duża rola.

Higgins zapisał te szczegóły w czarnym notesie. Miał nadzieję, że Ruben Carmino nie 

będzie zbyt rozmowny, ponieważ czubek ołówka trochę się stępił i trzeba by stracić kilka 

cennych sekund, żeby go zaostrzyć. Tymczasem nic nie powinno przerwać tego wyznania.

- Jeśli dobrze zgaduję - powiedział - telegram zwiastował złą nowinę. Odebrano panu 

tę rolę?

Ruben Carmino, z trudem ukrywając zatroskanie, przytaknął skinieniem głowy.

- Bez dodatkowych wyjaśnień? 

Hiszpan westchnął ciężko.

- Pietro Giovanni sprawił, że odmówiono mi pierwszoplanowych ról we wszelkich 

obsadach.

Higgins wiedział, że wielkie gwiazdy wykorzystują swą ogromną władzę za kulisami 

spektakli. Pietro Giovanni jawił się jako zręczny taktyk. Producentom i reżyserom oper za 

bardzo na nim zależało, żeby nie poświęcić głowy Rubena Carmino. Postępując w ten sposób, 

Giovanni skazywał Hiszpana na zapomnienie, może nawet na bezrobocie.

- Panna Canti nie otrzymała przypadkiem identycznego telegramu? - spytał Higgins.

Oczy Rubena Carmino rozbłysły. I ruszył wielkimi krokami w stronę drzwi.

-   Proszę   pamiętać   o   jednym,   inspektorze   -   powiedział,   nie   odwracając   głowy.   - 

Kobiety zawsze potrafią się wyplątać.

W chwili gdy Higgins wychodził z garderoby, drogę zagrodziła mu Audrey Simonsen. 

Drżała z oburzenia.

-   Muszę   panu   powiedzieć   o   poważnym   incydencie,   inspektorze.   Ukradziono   mi 

suknię! Ktoś wszedł do mojego pokoju i wykradł suknię z szafy!

- Mogłaby mi ją pani opisać?

- Czarna wieczorowa suknia z tafty, z dekoltem, u dołu poszerzana. Nie rozumiem...

background image

- Proszę się uspokoić, panno Simonsen. Znajdziemy ją. Czy domyśla się pani, kto 

mógł być złodziejem?

Jasnowłosa artystka zamyśliła się. Na jej czole pojawiła się rozkoszna zmarszczka.

- Nie mam pojęcia. Jest pan pewien, inspektorze, że Scotland Yard jest naprawdę tak 

skuteczny, jak się o tym mówi?

Higgins uśmiechnął się uspokajająco.

- Czy ta suknia przedstawiała dla pani jakąś szczególną wartość, panno Simonsen? 

Czy przywoływała jakieś szczególne wspomnienia?

Duńska sopranistka zastanawiała się chwilę.

- Nie, lubiłam ją, to wszystko. Włożyłabym ją może jeszcze raz, może dwa... 

Jej spojrzenie się ożywiło.

- A gdyby tak przeszukać wszystkie pokoje? 

Higgins   stał   się   nagle   groźny,   jak   profesor   udzielający   reprymendy 

niezdyscyplinowanemu uczniowi.

- Nie mówi pani poważnie, panno Simonsen. Nie przypuszcza pani chyba, że winę 

może ponosić jeden z pani kolegów?

Jasne   oczy   posmutniały.   Higgins   nie   potrafił   rozszyfrować   uczuć,   które   skrywała 

dusza Audrey Simonsen, nie wiedział, czy to nienawiść, czy trwoga.

- Ma pan rację, inspektorze. Jestem śmieszna. Proszę mi wybaczyć.  Nie czuję się 

jeszcze zbyt dobrze. Lepiej zrobię, jak poszukam jej sama. Może włożyłam ją gdzie indziej.

Higgins   odprowadził   śpiewaczkę   spojrzeniem.   Pomimo   dręczącego   ją   niepokoju 

zachowała   naturalną   szlachetność,   która   musiała   wzbudzać   respekt.   Inspektor   nie   mógł 

zrozumieć, jak Pietro Giovanni mógł pozostać obojętny na wdzięki takiej kobiety.

- Robi pan postępy, mój drogi Marlow? - spytał Higgins ciepłym głosem.

Nadinspektor podskoczył na krześle. Zdrzemnął się na chwilę.

-   Ach,   to   pan,   Higgins...   Tak,   osiągnąłem   znaczny   postęp.   Postawiłem   pytania 

centralnemu   komputerowi.   Szybko   znajdzie   potrzebne   mi   informacje.   Nie   odchodzę   od 

telefonu. A pan, czy pan ma coś nowego?

Higgins zrobił skruszoną minę.

- Niestety nic! Drepczę w miejscu.

Scott Marlow nie lubił widoku zakłopotanego Higginsa, ale tym razem sam poczuł się 

odpowiedzialny za zakończenie śledztwa.

- Niekiedy trzeba się uciec do nowoczesnych metod, mój drogi Higgins Wiem, że nie 

jest   pan   do   nich   przychylnie   ustosunkowany,   ale   w   takich   przypadkach   jak   ten,   są   one 

background image

decydujące. Mogę pana zapewnić, że jeszcze tego wieczoru Jonathan Kelwing spędzi noc w 

więzieniu.

Inspektor nie zaprotestował.

-   Mam   do   pana   prośbę,   Higgins...   Jeśli   pan   będzie   przechodzić   koło   baru,   może 

mógłby pan przynieść mi coś do picia? Umieram z pragnienia.

-   Oczywiście,   nadinspektorze.   Zamówię   panu   wodę   sodową.   Ja   idę   do   ogrodu 

poczytać “Timesa”.

Scott Marlow uznał, że najlepszy agent Scotland Yardu, zwyciężony przez komputer, 

rezygnuje z dochodzenia.

Reżyser, opuściwszy biuro na kilka minut, wydał rozporządzenia kucharzowi, żeby 

podał   posiłek   gościom.   Higgins   zjadł   w   ogrodzie,   siedząc   na   pledzie.   Artyści   dali   do 

zrozumienia, że sytuacja stała się nie do zniesienia i że czują się jak więźniowie. Nieszczęsny 

reżyser, broniąc sprawiedliwości i prawdy, wymógł na nich przynajmniej dwudniową zwłokę, 

żeby   ułatwić   zadanie   policji.   Oczywiście,   odszkodowania   przyznane   przez   Lindenbourne 

będą na miarę poniesionych strat.

Higgins   rozłożył   przed   sobą   kilkanaście   wycinków   prasowych.   Dotyczyły   tego 

samego   ogłoszenia,   które   ukazało   się   w   “Timesie”   w   dniach   poprzedzających   tragiczne 

przedstawienie:

“Dam 100 000 funtów temu, kto zwróci mi WA Praga 29.10.1787.”

Na   pierwszy   rzut   oka   nie   była   to   jedna   z   najczytelniejszych   informacji 

opublikowanych   przez   szacownego   “Timesa”.   Wiadomość   ta   miała   jednak   szczególne 

znaczenie   dla   Higginsa,   który   zauważył   ją   po   raz   pierwszy   jedenaście   dni   przed 

przedstawieniem Don Juana w Lindenbourne.

- Poczęstuje mnie pan szampanem, inspektorze? 

Odziana w białe króciutkie szorty i w przezroczystą wyciętą bluzkę, urocza Graziella 

Canti, krocząc boso po trawniku, zbliżyła się bezszelestnie do Higginsa.

- Z przyjemnością, panno Canti.

Młoda Włoszka zwinnym ruchem usadowiła się obok inspektora w taki sposób, żeby 

uwydatnić   zgrabne   nogi.   Higgins   podał   jej   lampkę   “Dom   Perignon”,   pochodzącego   z 

osobistych rezerw reżysera.

Graziella Canti rzuciła okiem na dziwną dokumentację zgromadzoną przez Higginsa.

- Zbiera pan ogłoszenia drobne, inspektorze? Higgins podetknął jej pod nos jeden z 

wycinków.

background image

- Czy ten tekst coś pani mówi? - spytał. 

Graziella Canti przeczytała kilka razy tajemnicze zdanie wydrukowane wielokrotnie w 

“Timesie”.

- Nic z tego nie rozumiem.

Higginsa zdziwiłaby inna odpowiedź. Zebrał wycinki i starannie włożył je do notesu. 

Graziella Canti z rozkoszą wypiła odrobinę szampana.

- Padłam ofiarą kradzieży - oznajmiła z powagą. - Ktoś włamał się do mojego pokoju. 

Boję się, inspektorze. Potrzebuję ochrony.

- Co pani ukradziono, panno Canti?

- Nici i igły. Lubię szyć. To mnie odpręża.

- Czy podejrzewa pani Rubena Carmino? 

Graziella Canti otworzyła szeroko oczy i wybuchnęła śmiechem.

-   Rubena?   Nie   byłby   zdolny   posługiwać   się   igłą!   Nie   podejrzewam   nikogo.   Ta 

kradzież wydaje mi się tym bardziej dziwna, że posiadam coś o wiele bardziej cennego.

Ładna Włoszka omdlewającym gestem odrzuciła włosy do tyłu, żeby nastawić twarz 

do  słońca.  Wsunęła  rękę   pod  bluzkę,  wyciągnęła   kartkę   papieru  i   podała   ją  Higginsowi. 

Kartka zawierała krótkie zdanie:

“ Kiedy się zdecydujesz ? Wiesz, że od tego zależy nasza miłość.”

- Nie jestem ciekawska - wyjaśniła Graziella Canti - ale znalazłam tę wiadomość pod 

drzwiami pokoju Marylin O' Neill. Papier był zmięty. Z pewnością wypadł z przepełnionego 

kosza. Zachowałam go bez specjalnego powodu. Po zabójstwie Pietra Giovanniego te kilka 

słów może nabrać szczególnego znaczenia...

- Szczególnego znaczenia? - zdziwił się Higgins. - Jakiego?

Graziella Canti uśmiechnęła się przewrotnie.

-   Panie   inspektorze...   Wszyscy   wiedzą,   że   wielce   czcigodny   sir   Brian   Hall   jest 

szaleńczo zakochany w niedostępnej Marylin O' Neill. Przypuśćmy, że jest ona autorką tej 

wiadomości...

- Przypuśćmy - zgodził się Higgins. - Co pani z tego wnioskuje?

Dziewczyna strząsnęła źdźbło trawy, które przykleiło się jej do lewej łydki.

- Wnioskuję z tego, że oczekiwała konkretnego czynu ze strony sir Briana.

- Co pani chce przez to powiedzieć?

-   Pozostawiam   to   panu,   inspektorze...   to   pański   zawód,   nie   mój.   Dziękuję   za 

wybornego szampana.

Zerwała się i pobiegła w stronę zamku.

background image

Higgins   pomyślał,   że   zdecydowanie   wolałby   grać   Mozarta   na   pianinie   w 

wypieszczonym salonie swojej rezydencji, aniżeli spotykać się z najlepszymi wykonawcami 

oper boskiego muzyka. Krótko mówiąc, urocza Włoszka oskarżała po prostu sir Briana Halla 

o zamordowanie Pietra Giovanniego.

Inspektor włożył kieliszki, porcelanowy talerz i srebrne sztućce do obszytego skórą 

koszyka. Ledwie to zrobił, wyrosła przed nim wysoka sylwetka Gerta Glindera.

- Chciałbym zaprosić pana na kawę, inspektorze. Chyba że woli pan herbatę?

Higgins   chętnie   przystał   na   pierwszą   propozycję.   Niemiecki   śpiewak   kazał   podać 

czystą   kolumbijską   kawę   o   mocnym   aromacie   na   stole   ogrodowym,   ustawionym   przed 

schodami.

Potężne ciało Gerta Glindera wydawało się jeszcze bardziej miękkie niż poprzednio. 

Wokół jego ust błąkał się zagadkowy uśmiech. Jego spojrzenie było wyjątkowo przenikliwe.

- Przypomniałem sobie coś, inspektorze.

-   Bardzo   się   cieszę,   panie   Glinder.   Pamięć   ludzka   ma   nieprzebrane   możliwości. 

Trzeba nauczyć się świadomie ją wykorzystywać.

Sznur dzikich gęsi pojawił się na niebie. Była to najgorętsza godzina dnia.

- Czy wie pan, że Pietro Giovanni zgodził się poślubić Audrey Simonsen?

Gert   Glinder   czekał   na   gwałtowną   reakcję   ze   strony   policjanta.   Był   trochę 

rozczarowany jej brakiem, ale nie przeszkodziło mu to kontynuować kwaśnym tonem:

-   Prawdziwe   szaleństwo.   Wyjechali   razem   do   Nowego   Meksyku,   znaleźli   mało 

dociekliwego mera i dwóch przypadkowo napotkanych na ulicy świadków. Przy pierwszej 

kłótni Giovanni zostawił Audrey.

- Kiedy odbył się ten ślub? - spytał Higgins.

- Dokładnie pięć miesięcy temu. Od tamtej pory Audrey nie odstępowała go na krok. 

Mówił jej sto razy, że już jej nie chce, że ten ślub był zwykłym żartem, że powinna odejść z 

jego życia. Sądzę, że wkrótce wpadła w rozpacz, nawet jeśli nadal uważała się za jego legalną 

małżonkę.

- Wydaje mi się, że można jej współczuć. 

Gert Glinder roześmiał się szyderczo.

-   Współczuć?   Audrey   to   prawdziwa   tygrysica.   Zgodziła   się   cierpieć,   ale   nie 

zaakceptowała istnienia rywalki.

- Na pewno ma pan na myśli czarującą Graziellę Canti?

-   Pan   żartuje,   inspektorze?   Graziella   była   przelotną   miłostką.   Pietro   polował   na 

rzadszą zwierzynę...

background image

Higginsa zaszokowało to myśliwskie porównanie, ale nie dał tego po sobie poznać.

- W przeddzień przedstawienia - ciągnął Gert Glinder, zniżając głos - Pietro Giovanni 

przybył do zamku. Była pierwsza w nocy. Nie spałem. Miałem tremę. Patrzyłem przez okno i 

nagle zobaczyłem, jak idzie przez ogród. Wszędzie rozpoznałbym jego cień. Usłyszałem, że 

wchodzi   po   głównych   schodach,   starając   się   nie   narobić   hałasu.   Uchyliłem   drzwi   i 

zobaczyłem, jak puka do pokoju... Marylin O' Neill. Otworzyła. Wszedł. Ich rozmowa trwała 

przynajmniej kwadrans. Widziałem, jak wracał tą samą drogą, przez ogród. Ale nie tylko ja 

go śledziłem. Za wierzbą ktoś się ukrywał.

Gert   Glinder   niezwykle   zręcznie   potrafił   dawkować   informacje.   Cieszył   się,   że 

Higgins notuje.

- Któż to był, panie Glinder?

- Najbardziej zazdrosna kobieta na świecie. Audrey Simonsen.

background image

Rozdział XI

- Nie zwalczała Grazielli Canti - wyjaśnił niemiecki śpiewak. - Ale Marylin O'Neill... 

Prawowita  małżonka  Pietra  Giovanniego nie mogła  znieść istnienia  takiej  rywalki.  Miała 

kilka możliwości: zabić ją, popełnić samobójstwo albo...

- Albo? - powtórzył Higgins, uważny na każdy szczegół.

Gert Glinder z zakłopotaniem opuścił wzrok.

- Wie pan równie dobrze jak ja, co się stało, inspektorze. Przebywałem w garderobie, 

kiedy zraniony Pietro zażądał pomocy. Odepchnął wszystkich, oprócz Audrey. Wiedział, że 

ona kocha go do szaleństwa i nie zrobi mu krzywdy. Obawiam się, że gorzko się pomylił.

- Oskarża więc pan Audrey Simonsen o otrucie Pietra Giovanniego?

Gert   Glinder   pobladł   z   gniewu.   Raptownie   wstał,   zaciskając   usta.   Trząsł   się   z 

oburzenia.

- Nigdy nie powiedziałem nic podobnego, inspektorze. Nie jestem nawet pewien, czy 

o tym pomyślałem. Chciałem tylko przyczynić się do postępu w śledztwie, pragnąłem, żeby 

wyjaśniono wszystkie okoliczności tragicznej śmierci mojego przyjaciela.

-   To   się   panu   chwali   -   odparł   Higgins,   po   raz   drugi   napełniając   filiżankę   kawą. 

Urażony Niemiec oddalił się.

Inspektor  poprawił muszkę,  która stale przekrzywiała  się na lewą stronę. Na jego 

czole perlił się pot. W Lindenboume panował upał nie do zniesienia. Próżno by szukać na 

niebie najmniejszej chmury. Od wielu godzin nie spadła kropla deszczu. Zły los uwziął się na 

to operowe sanktuarium.

Nadeszła   pora   sjesty.   Wszyscy   goście   zamku   z   radością   korzystali   z   tego 

popołudniowego  odpoczynku,   nie  wyłączając  Scotta  Marlowa,  który  głęboko  zasnął  przy 

telefonie. Tylko Higgins nie był w stanie odpoczywać. Czuł się osaczony przez sprzeczne 

informacje. Kto kłamał, a kto mówił prawdę? Trudno było teraz dokonać takiego podziału.

Inspektor   miał   wrażenie,   że   wymyka   mu   się   najważniejszy   szczegół.   Zachowanie 

jednego z artystów bardzo go zdziwiło, ale nie umiał powiedzieć dlaczego.

W   ogrodzie   panowała   niczym   nie   zmącona   cisza.   Łabędzie   spały   z   głowami 

schowanymi   w   piórach.   Wody   w   jeziorze   nie   mącił   najmniejszy   podmuch   wiatru.   Na 

pobliskiej  łące  pasło się rozleniwione  upałem bydło.  Gdyby  Higgins  miał  talent  Tumera, 

chętnie uwieczniłby ten widok na płótnie.

Nagle przyszła mu do głowy pewna myśl.

background image

Jonathan Kelwing spał z głową na biurku. Obok niego stała w połowie opróżniona 

szklanka   whisky,   opakowanie   środków   uspokajających   i   przepełniona   popielniczka. 

Higginsowi   było   przykro,   że   musi   obudzić   reżysera,   ale   trzeba   było   pchnąć   naprzód 

dochodzenie. Delikatnie potrząsnął go za ramię.

Wyrwany ze snu mężczyzna omal nie spadł z krzesła.

- Ach, to pan... proszę mi  wybaczyć.  Mam stargane nerwy.  Te przeklęte telefony 

wreszcie umilkły... ale nie na długo... Lindenbourne jest zrujnowane, zrujnowane...

- Ależ nie, panie Kelwing. Wydarzenie artystyczne tej rangi, nie znika tak po prostu. 

To tylko nieudany sezon, nic poza tym. Kiedy znajdziemy mordercę, złe duchy opuszczą 

zamek i na nowo zagości w nim muzyka. 

Jonathan Kelwing spojrzał na Higginsa wzrokiem pełnym nadziei.

- Naprawdę tak pan uważa?

- Mam zwyczaj mówić to, co myślę - potwierdził poważnym głosem Higgins. - Czy 

ma pan może pod ręką fotografie śpiewaków zaproszonych do udziału w Don Juanie?

Reżyser natychmiast przyjął profesjonalną postawę.     

Press-booki? Oczywiście. Każdy artysta ma swój album. Chce pan je zobaczyć?

Jonathan   Kelwing   wręczył   Higginsowi   opasłe   albumy   ze   zdjęciami   Pietra 

Giovanniego, George'a Chairmana, sir Briana Halla, Marylin O'Neill i Audrey Simonsen. 

Pierwsi trzej artyści mieli ponad trzysta fotografii z ich najważniejszych występów, kobiety 

około   dwustu.   Gert   Glinder   miał   ich   nieco   mniej,   to   samo   dotyczyło   Rubena   Carmino. 

Najmniej fotografii posiadała, z uwagi na krótką karierę, Graziella Canti. Higgins otworzył 

album Marylin O'Neill.

- Czy mogę panu pomóc? - spytał reżyser.

- Nie sądzę - odparł Higgins, wertując albumy strona po stronie.

Rozczarowany   reżyser   wychylił   do   dna   szklankę   whisky   i   zamknąwszy   oczy, 

usadowił się wygodnie w swoim fotelu. Inspektor był pełen podziwu dla delikatnej urody 

australijskiej sopranistki. W ciągu dziesięciu lat kariery Marylin O'Neill zaśpiewała wszystkie 

wielkie arie mozartowskie z jednakowym powodzeniem. Jednak żadna z fotografii pięknej 

odtwórczyni roli Doni Anny nie wywołała u niego reakcji, której oczekiwał. Przeszedł więc 

do   zdjęć   George'a   Chairmana   i   prześledził   przebieg   jego   wspaniałej   kariery   operowej. 

Dopiero po obejrzeniu kilkudziesięciu fotografii sir Briana Halla wpadł na właściwy trop. 

Zdjęcia   przedstawiały   arystokratę   w   garniturze   bądź   w   stroju   scenicznym   na   tle   zamku. 

Higgins widział już te portrety w magazynach  muzycznych.  Gdzieś  w zakamarkach jego 

pamięci krył się pewien niezwykły szczegół, który teraz jasno sobie uświadomił: sir Brian 

background image

miał zwyczaj podpierać się elegancką laską. Stanowiła część jego wizerunku. Kiedy artysta 

spacerował po parku Lindenboume w towarzystwie Higginsa, nie miał ze sobą tej laski.

Higgins odłożył press-booki na miejsce i wyszedł po cichu z biura reżysera.

Inspektor   wiedział,   gdzie   znajdzie   Audrey   Simonsen.   Schroniła   się   w   cieniu 

najstarszej z wierzb płaczących okalających jezioro. Jej biały strój doskonale harmonizował z 

ciepłą zielenią liści. Higgins zastał artystkę pogrążoną w myślach, z oczyma utkwionymi w 

dal.

Zbliżył   się   do   niej   powolnym   krokiem.   Była   czwarta   po   południu.   Na   zachodzie 

pojawiła się nieregularna biała chmura, przecinając jednolity błękit nieba.

Dopiero z bliska Higgins mógł należycie ocenić jedwabistość jasnych włosów młodej 

kobiety. Jej twarz, tak blada po próbie samobójczej, nabrała teraz kolorów. Myślami była 

jednak   gdzie   indziej,   obojętna   na   wszystko.   Audrey   Simonsen   przypominała   Higginsowi 

lunatyka, którego należy łagodnie wyrwać ze świata snu.

Usiadł więc obok niej, opierając się o pień wierzby ostrożnie, by nie zmiąć spodni. 

Audrey Simonsen nawet na niego nie spojrzała.

- Przykro mi, że się pani narzucam, pani Giovanni. 

Słysząc   to   nazwisko,   Audrey   Simonsen   ocknęła   się.   Spojrzała   na   Higginsa 

zbulwersowana.

- To pan już wie?

- Wiem wiele na pani temat, panno Simonsen.

- Ach...

Piękna   Dunka   na   nowo   pogrążyła   się   w   otępieniu.   “Jej   rozpacz   jest   prawie 

nieuleczalna - pomyślał Higgins - albo doskonale gra”.

- Chciałbym, żeby mi pani opowiedziała, co naprawdę zdarzyło się podczas antraktu, 

kiedy Pietro Giovanni wszedł do garderoby.

“Może odmówi  - rozważał  Higgins  - albo postanowi milczeć.  Może  woli  nic nie 

mówić i pogrążyć się we wspomnieniach, w których Pietro Giovanni jeszcze żyje?”

Jednak   łagodny   głos   sopranistki   odezwał   się   bardzo   wyraźnie.   Znowu   była   z 

powrotem w świecie żywych.

-   Pietro   był   wściekły.   Twierdził,   że   padł   ofiarą   zamachu,   a   przecież   zwyczajnie 

skaleczył się w kciuk, wydobywając szpadę z pochwy. Zachował się w ohydny sposób wobec 

tych,   którzy   chcieli   mu   pomóc.   Brutalnie   odepchnął   sir   Briana,   który   zaproponował   mu 

kompres i prawie obraził Marylin O'Neill, podającą mu ziołowy środek uspokajający. Nie 

background image

lepiej potraktował Graziellę Canti, która dała mu plaster. Nawet Ruben Carmino nie mógł się 

do niego zbliżyć. George Chairman nie zwracał na Pietra uwagi. Gert Glinder miotał się, 

wzywając lekarza.

Higginsowi podobała się ta wyczerpująca wypowiedź, pozwalająca mu posegregować 

informacje, które już posiadał.

- A pani, panno Simonsen, co pani zrobiła? 

W chwili gdy piękna Dunka miała właśnie odpowiedzieć, inspektor usłyszał dziwny 

szelest. Ktoś przechodził w pobliżu. Zatrzymał się i obserwował ich, ukryty za żywopłotem. 

Higgins i jego rozmówczyni rozmawiali zbyt cicho, by można było ich usłyszeć. Dlatego 

inspektor postanowił nie zwracać uwagi na natręta. Domyślał się, kto nim jest.

Widać   było,   że   Audrey   Simonsen   dokonuje   znacznego   wysiłku,   żeby   przywołać 

scenę, o której z pewnością wolałaby zapomnieć.

- Ja... ja chciałam mu pomóc. Pietro mnie wprawdzie zostawił, ale nadal go kochałam. 

To ja opatrzyłam mu ranę. Nie sprzeciwił się. Miał do mnie zaufanie.

Higgins nie był miłośnikiem płaczących wierzb. Wolał potężne dęby albo proste buki, 

musiał   jednak   przyznać,   że   temu   najstarszemu   drzewu   w   Lindenbour-ne   nie   brakowało 

szlachetności.

- Co mu pani podała, panno Simonsen?

- Co?

Słowa uwięzły jej w gardle, zupełnie jakby sama zadawała sobie to pytanie.

- Wodę utlenioną, inspektorze. To najlepszy środek odkażający. Rana była maleńka. 

Więcej   było   strachu   niż   bólu.   Pietro   przywiązywał   dużą   wagę   do   sprawności   fizycznej. 

Nienawidził choroby i cierpienia. Myśl, że jego niezrównana żywotność mogłaby któregoś 

dnia się zmniejszyć, była dla niego nie do zniesienia. Dlatego wywołał taki skandal z powodu 

tego skaleczenia.

- Czy zachowała pani butelkę z wodą utlenioną?

-   Butelkę...?   Oczywiście.   W   moich   przyborach   toaletowych.   -   Głos   kobiety   drżał 

lekko. - Chce pan ją zobaczyć?

- Nic nas nie nagli - odparł Higgins. - To miejsce jest tak przyjemne, że niemalże 

można   by   tu   zapomnieć   o   podłościach   natury   ludzkiej.   Ale   zginął   człowiek,   ktoś   go 

zamordował... i dopóki nie odnajdziemy mordercy, Lindenbourne nie zazna spokoju. To by 

było ze szkodą dla naszych operowych przedstawień.

Zdumiona   słowami   inspektora   Audrey   Simonsen   schowała   twarz   w   dłoniach,   z 

pewnością po to, by ukryć napływające do oczu łzy.

background image

- Błagałam Pietra, żeby się zmienił - oznajmiła, łkając. - Gdyby mnie posłuchał, wciąż 

by żył.

Higginsa, który dyskretnie notował, na dźwięk ostatnich słów śpiewaczki opanowało 

dziwne uczucie. Podczas śledztwa zdarzały się niekiedy takie momenty jak ten, kiedy prawda 

objawiała   się   z   niebywałą   ostrością,   pozwalając   odkryć   tajemnicę.   Inspektor   uświadomił 

sobie, że właśnie otrzymał klucz, którego do tej pory szukał na próżno. Wystarczyło znaleźć 

drzwi, które ów klucz otwierał.

- Chciałbym zadać pani bardzo osobiste pytanie - powiedział łagodnie. - Czy pozwoli 

pani?

Słońce późnego popołudnia nieco przygasło. Złote włosy Audrey Simonsen tworzyły 

jasną wysepkę na tle zielonych liści wierzby. Inspektor miał ochotę przerwać w tym miejscu 

przesłuchanie,   żeby   nie   pogłębiać   bólu   tej   kobiety.   Jednak   jako   przedstawiciel   Scotland 

Yardu, nie mógł sobie pozwolić na słabość.

- Niech pan pyta, inspektorze - odparła młoda Dunka, tak słabym głosem, że inspektor 

ledwie ją usłyszał.

-   Bardzo   pani   kochała   Pietra   Giovanniego.   A   przecież   wiedziała   pani,   że   był 

niewierny.

Wymowne milczenie Audrey Simonsen wystarczyło za odpowiedź.

- Nawet tutaj, w Lindenbourne, prawda?

- Jego przyjaciel, Gert Glinder, nie omieszkał wyjawić mi wszystkich jego podbojów, 

żeby mnie upokorzyć. - Piękna sopranistka z trudem panowała nad sobą. - Przypuszczam, że 

w   ten   sposób   chciał   mnie   na   zawsze   od   niego   odsunąć.   Ale   prawdziwa   miłość   zniesie 

wszystko, inspektorze, z bożą pomocą. To z Boga czerpię siłę. To prawda, że nawet tutaj 

Pietro zachował się w sposób godny pogardy. To on narzucił reżyserowi tę małą Graziellę 

Canti. “Wyłowił” ją, jak sam powiedział, w prowincjonalnej operze. Chciał z niej zrobić 

swoją nową kochankę... Gdyby nie Ruben Carmino, na pewno by mu się to udało. Mała 

uległaby mu w zamian za obietnicę wielkiej kariery.

- Czy Pietro Giovanni miał duży wpływ na to, co działo się za kulisami opery? - spytał 

Higgins. 

Audrey Simonsen uśmiechnęła się blado.

- Pietro był najbardziej wpływowym człowiekiem opery. Nikt nie ośmielił się wejść 

mu w drogę. Wystarczyło jego nazwisko, by zapełniały się sale. Był również człowiekiem 

interesu. Zasiadał w radach administracyjnych największych oper świata, decydując o losach 

poszczególnych   artystów.   Niczego   nie   zarzucam   tej   małej   Włoszce...   zarekomendowanej 

background image

przez Pietra. Była pewna, że otrzyma wkrótce ważne kontrakty.

Higgins wolał powstrzymać się od uwag na temat środowiska artystycznego, coraz 

bardziej przekonany, że życie w jego rezydencji w Slaughterers, z dala od świata, od zgiełku, 

od ludzkich nieprawości, było najdoskonalsze z możliwych. Niestety, dom był daleko, a on 

nie zakończył jeszcze jednego z najtrudniejszych przesłuchań w swojej karierze.

Teraz musiał zadać prawdziwie niedyskretne pytanie, które wystawi Audrey Simonsen 

na ciężką próbę.

- Podziwiam  pani wytrwałość.  Nie  uważała  pani Grazielli  Canti  za niebezpieczną 

rywalkę, niech tak będzie, A co z Marylin O' Neill?

Higgins nie widział jeszcze nigdy równie wielkiego przerażenia wypisanego na twarzy 

kobiety.   Audrey   Simonsen   raptownie   wstała   i   oddaliła   się   pośpiesznie   w   głąb   parku. 

Inspektor patrzył, jak znika między wysokimi topolami. Gdyby próbował ją zatrzymać, dałby 

świadectwo złego smaku i popełnił błąd zawodowy. Jej milczenie było bardziej wymowne niż 

jakiekolwiek pogmatwane wyjaśnienia.

Nieopodal   usłyszał   szelest   poruszonego   żywopłotu.   Szpieg   opuszczał   swoje 

stanowisko. Higgins przejrzał czarny notes, w którym przybywało  notatek, pozbawionych 

jednak myśli przewodniej. Ale dzięki rozmowie z Audrey Simonsen mógł wreszcie dokonać 

podziału na to, co istotne i co drugorzędne.

Nie miał jednak czasu rozpocząć tej precyzyjnej pracy. Jego uwagę zwrócił niezwykle 

interesujący widok. Przed posągiem Komandora, przy wejściu do “czarodziejskiego ogrodu”, 

spacerowali sir Brian Hall i niedostępna Marylin O' Neill.

background image

Rozdział XII

Marylin O' Neill wspierała się na ramieniu sir Briana Halla. W prawej ręce arystokrata 

trzymał  słynną  elegancką laskę, zawsze widoczną na oficjalnych  zdjęciach.  Sir Brian był 

ubrany w kasztanowy garnitur z czesanej wełny, Marylin O' Neill włożyła obszerny fiołkowy 

kapelusz z szerokim rondem i długą bladoróżową suknię z jedwabiu. Patrząc, jak dumnie 

kroczy u boku brytyjskiego arystokraty, Higgins zrozumiał, dlaczego ta kobieta o pięknej, 

zimnej,   niemal   nadludzkiej   urodzie   stała   się   tak   wielką   gwiazdą   sceniczną,   szanowaną   i 

podziwianą przez wszystkich. Po wcieleniu się w rolę subtelnej Hrabiny w Weselu Figara, 

wynoszoną   pod  niebiosa  przez  międzynarodową   krytykę,  Marylin   O'   Neill   kontynuowała 

triumfalną karierę, stając się najbardziej wyrazistą Doną Anną swojego pokolenia. Higgins, 

który słyszał wszystkie najważniejsze odtwórczynie tej roli, musiał przyznać, że był olśniony 

występem Marylin O' Neill podczas festiwalu w Lindenbourne. Wykreowana przez nią Dona 

Anna   łączyła   w   sobie   naturalny   wdzięk   i   kobiecą   subtelność,   zgodnie   z   oczekiwaniami 

wymagającego Mozarta.

Marylin O' Neill i sir Brian tworzyli niezwykle dobraną parę. Można było odnieść 

wrażenie, że stanowią część ponadczasowej dekoracji teatralnej. Tego letniego popołudnia 

spacerowali z pewną duchową elegancją, która stawiała ich ponad zwykłych śmiertelników. 

Czyż nie był to przywilej tych, którzy żyli przygodami bohaterów Mozarta?

Higgins, który nigdy nie miał dostąpić tego zaszczytu, zadowalał się uprawianiem 

swojej  sztuki  inspektora Scotland  Yardu, szczęśliwy,  że może  wreszcie  spotkać tę,  którą 

nazywano “Gretą Garbo opery”. Sir Brian znał już Higginsa na tyle dobrze, że inspektor mógł 

swobodnie zwrócić się do niego bez obawy popełnienia większej niezręczności.

Wyszedł więc na spotkanie spacerującej pary, zachodząc im drogę w taki sposób, żeby 

nie mieli wątpliwości, że spotkanie jest zamierzone.

- Inspektor! - zdziwił się nieco sir Brian Hali, utkwiwszy w Higginsie nieszczere i 

raczej pogardliwe spojrzenie. - Chce pan z nami porozmawiać?

-   To   nieoczekiwane  spotkanie,   sir,   jest   dla   mnie   niezwykłym   zrządzeniem   losu. 

Pozwoli pan, że oddam pokłon utalentowanej, uroczej kobiecie.

W odpowiedzi Marylin O' Neill podała Higginsowi dłoń do ucałowania. Z uwagi na 

schorowany kręgosłup inspektor schylił się powoli.

Marylin   O'   Neill   miała   niemal   nieskazitelne   rysy.   Jej   wargi   rozchylał   ciepły,   a 

zarazem nostalgiczny uśmiech. Higgins ujrzał w niej wrażliwą istotę, nie pozbawioną jednak 

background image

silnej osobowości.

-   Miło   mi   pana   poznać,   inspektorze.   Ubolewam   nad   tragedią,   która   pogrążyła 

Lindenbourne w żałobie. Życzę panu, żeby jak najszybciej odnalazł pan winnego tej zbrodni. 

Mój narzeczony i ja chcielibyśmy udać się niezwłocznie do Mediolanu.

Higgins szedł u boku dwojga wybitnych artystów, dostosowując się do ich kroku.

- Zaręczyliśmy się sześć miesięcy temu, w kameralnym gronie - uściślił sir Brian.

- To wspaniała nowina - odparł Higgins. - Wasz ślub będzie jednym z największych 

wydarzeń roku.

- Nic nas nie nagli, inspektorze - oznajmiła Marylin O' Neill stanowczym tonem.

Sir Brian Hall zdawał się nie pochwalać zbytnio zdania swej towarzyszki. Twarz mu 

się ściągnęła, po chwili jednak obdarzył ukochaną bladym uśmiechem.

- Nie chciałbym się pani naprzykrzać - powiedział Higgins, zwracając się do Marylin 

O' Neill - ale pragnąłbym dowiedzieć się czegoś więcej o tym, co wydarzyło się podczas 

antraktu.

Arystokrata   otworzył   usta,   żeby   zaprotestować,   ale   jego   towarzyszka   dyskretnie 

ścisnęła go za ramię, nakazując mu milczenie.

-   Powinien   pan   być   bardziej   bezpośredni,   inspektorze   -   odparła   śmiało.   -   Byłam 

świadkiem sceny, gdy Pietro Giovanni wszedł do garderoby, pokazując wszystkim zranioną 

dłoń. Zaproponowałam, że obejrzę ranę. Odmówił.

- Dlaczego, pani zdaniem?

- Inspektorze - wtrącił się sir Brian Hali - to pytanie jest nieodpowiednie.

- Ponieważ nikomu nie ufał - dodała Marylin O' Neill.

- Jakie lekarstwo pani posiadała?

Sir Brian Hali obserwował, jak promienie słońca muskają wierzchołki topoli. Słońce 

znikało powoli za horyzontem, ustępując miejsca ciężkim, burzowym chmurom.

-   Zwykły   roztwór   arniki   -   odparła   śpiewaczka.   -   Jestem   zwolenniczką   leczenia 

ziołami. Moja matka nauczyła mnie tego, ten sposób zawsze okazywał się skuteczny. Często 

podczas próby coś się wydarza. Arnika jest niezawodna w takich przypadkach. Łagodzi ból i 

nie pozostawia śladów na skórze. To również doskonały środek antydepresyjny.

- Amika jest także trucizną - zaznaczył Higgins.

- Nie w tej postaci, inspektorze. W każdym razie Pietro Giovanni jej nie użył i zresztą 

nie potrzebował. To było tylko skaleczenie.

Troje   spacerowiczów   podążało   główną   aleją   “czarodziejskiego   ogrodu”.   Żwir 

cichutko chrzęścił pod ich stopami.

background image

- Odnalazł pan swoją słynną laskę, sir - odezwał się Higgins.

Angielski tenor stracił na chwilę pewność siebie.

- Odnalazłem? Co pan chce przez to powiedzieć?

- Nie miał jej pan podczas naszej pierwszej rozmowy.

- Zapomniałem... to wszystko.

Marylin O' Neill prowadziła ich w stronę jeziora.

- Jeśli wolno, sir, chciałbym obejrzeć ten wspaniały przedmiot.

Oburzony arystokrata zwrócił się do swojej towarzyszki.

- To mi się wydaje śmieszne. Moja droga, musimy wracać. Zanosi się na burzę.

- Proponuję raczej, żebyśmy na chwilę usiedli na kamiennej ławce, pod posągiem Don 

Juana - nalegał Higgins. - Będziemy tam mogli spokojnie wyjaśnić kilka szczegółów, które 

zwróciły moją uwagę.

Sir   Brian   Hall   chętnie   zaprotestowałby   przeciwko   temu,   co   jego   zdaniem   było 

nadużyciem władzy, ale australijska sopranistka przystała na propozycję inspektora.

- Pańska laska, sir - poprosił Higgins, siadając obok Anglika.

Sir Brian Hall niechętnie zastosować się do tego polecenia. Higgins ważył laskę w 

dłoni. Znał dobrze ten typ  lasek, dlatego spróbował odkręcić gałkę. Próba zakończyła  się 

pomyślnie. Wydobył okazałe ostrze, którego błyski zatańczyły na liściach pobliskiej topoli.

-   Wspaniała,   sir   -   ocenił.   -   Nieczęsto   spotyka   się   tak   doskonale   zachowane   stare 

ostrze. Musi pan je często czyścić...

Marylin   O'   Neill   poprawiła   kapelusz.   Osłupiały   sir   Brian   zareagował   dopiero   po 

chwili.

- Do czego pan zmierza, inspektorze?

- Jak pan to robi, że ostrze się tak błyszczy? - ciągnął Higgins. - Sam pan je poleruje?

Arystokrata uniósł dumnie podbródek, tak jakby zwracał się do niezbyt rozgarniętego 

podwładnego.

-   Nie   wiem,   czy   zdaje   pan   sobie   sprawę,   że   pamiątki   rodzinnej   tej   wartości   nie 

powierza   się   służącym.   Sam   konserwuję   to   ostrze.   Nikt   go   nie   dotyka.   Nawet   Ruben 

Carmino, wielki miłośnik białej broni i doskonały florecista, mógł je obejrzeć tylko z daleka. 

Nie przypuszcza pan nawet, jaki spotyka pana przywilej. Co za czasy!

Higgins schował ostrze do pochwy, przywracając lasce niewinny wygląd.

- Czy posłużył się już pan tą laską przeciwko jakiemuś napastnikowi, sir?

-   Tylko   raz   -   odparł   sir   Brian.   -   Żeby   odstraszyć   dwóch   chuliganów,   w   Paryżu. 

Zmykali co sił w nogach.

background image

- Domyślam się, że dopiero co pan ją wyczyścił... może nawet dzisiaj rano?

Odpowiedź utknęła sir Brianowi w gardle, szybko jednak odzyskał równowagę.

- Nie... czyszczę ją produktem na bazie oliwy co tydzień... Wykonałem tę czynność 

przed  przybyciem   do  Lindenbourne,   gdzie   planowałem  spędzić   najwyżej   trzy,   cztery  dni 

przed wyjazdem do Mediolanu.

- Nie zabrał więc pan tego produktu ze sobą, sir?

- Nie, inspektorze.

Higgins przesunął się trochę, żeby zwrócić się do Marylin O' Neill.

- Pani również miała jechać do Mediolanu, panno O' Neill?

- Tak, żeby ponownie zaśpiewać partię Doniii Anny w nowej reżyserii La Scali.

- Czy wiedziała pani, co kryje laska sir Briana? Po raz pierwszy Marylin O' Neill 

spojrzała   Higginsowi   prosto   w   oczy.   Inspektor   z   zachwytem   przypatrywał   się   niezwykle 

szlachetnym   rysom   jej   twarzy.   Gdyby   nie   był   zmuszony   kontynuować   przesłuchania,   z 

przyjemnością oddałby się kontemplacji jej urody.

- Oczywiście, inspektorze. Wszyscy o tym wiedzą w naszym środowisku.

“Trudno   zgadnąć   -   pomyślał   Higgins   -   czy   ona   mnie   bierze   za   niezręcznego 

policjanta, czy przekazuje mi informację”. Inspektor skłaniał się ku tej drugiej wersji, tak 

wielki szacunek budziła w nim rozmówczyni.

Powiał  ciepły wietrzyk,  poruszając delikatnie  liśćmi  drzew  i unosząc dół  różowej 

sukni Marylin O' Neill.

- Powinniśmy wracać - powiedział sir Brian Hali. - Herbata dobrze nam zrobi.

Wstał, podając ramię swojej towarzyszce.

- Chwileczkę - wtrącił Higgins, zaglądając do czarnego notesu. - Czy mogłaby mi pani 

wyjawić treść rozmowy, którą odbyła pani z Giovannim w przeddzień przedstawienia?

Sir Brian skamieniał. Jego twarz niepokojąco zbladła. Popatrzył na Marylin O' Neill 

jak umierający, który szuka ostatniej pociechy.

- Moja droga, proszę natychmiast zaprzeczyć, proszę, to ohydne oszczerstwo...

Marylin O' Neill wzięła sir Briana pod ramię i wstała z gracją królowej.

- Informacja, którą posiada inspektor, jest prawdziwa, mój przyjacielu. Pogardzam 

donosicielem, ale nie można zaprzeczać faktom.

- Ale jak, ale jak mogliście...

Narzeczeni zachowywali się tak, jakby byli sami.

- Pietro Giovanni wtargnął do mojego pokoju. Zapewniam cię, że nie oczekiwałam 

jego wizyty i że nie miałam najmniejszej ochoty na rozmowę z nim, choćby krótką. Znasz 

background image

mnie na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że nie spotykam się dobrowolnie z tego typu osobami.

W głosie Marylin O' Neill zabrzmiała nuta trwogi, kiedy wymawiała ostatnie słowa. 

Czy   chciała   coś   przekazać   sir   Brianowi?   W   każdym   razie   arystokrata   zrezygnował   z 

zadawania dalszych pytań. Higgins poczuł się zmuszony do ponownej ingerencji w świat 

pięknej Australijki.

- Proszę mi wybaczyć, że nalegam, panno O' Neill, ale wydaje mi się ważne...

- Nie zapomniałam o pańskim pytaniu, inspektorze - odparła z pogodnym uśmiechem, 

zauważając   wreszcie   obecność   Higginsa.   -   Pietro   Giovanni   przybył,   żeby   złożyć   mi 

propozycję.

Sir Briana opanował strach. Na niebie gromadziły się ciemne chmury. Zanosiło się na 

burzę.

- Pietro Giovanni chciał, żebym mu “partnerowała”, według jego własnego wyrażenia, 

w operach Donizettiego i Beliniego. Wyjaśniłam mu, że nie mam zamiaru zmarnować kariery 

włoskim   belcanto.   Bardzo   go   to   rozzłościło.   Natychmiast   kazałam   mu   wyjść   z   mojego 

pokoju. Czy ta odpowiedź pana zadowala, inspektorze?

- Częściowo - odparł enigmatycznie Higgins.

W oczach Marylin O' Neill pojawił się przelotny błysk niepokoju.

- Jest zimno - powiedziała. - Wracajmy, mój drogi.

Sir Brian Hali, nadal blady, poddał się woli swojej towarzyszki, która zmusiła go do 

spokojnego,   godnego   marszu,   jakby   nic   się   nie   stało,   jakby   Lindenbourne   było   tylko 

muzycznym rajem.

Pierwsze krople deszczu zabębniły na zamkowych schodach.

Higgins był zły na siebie. Pogrążony w myślach, nie zdążył schronić się na czas przed 

deszczem. Gdy dotarł do zamku, był przemoknięty do suchej nitki. Jego muszka zmieniła się 

w wilgotną szmatkę. Nie mógł się przebrać. Jego rzeczy znajdowały się w gospodzie. Tylko 

cudem   mógł   uniknąć   przeziębienia,   tym   bardziej   że   nie   pomyślał   o   zabraniu   leku 

przeciwgrypowego.

Pomimo złego nastroju pomyślał z niepokojem o nadinspektorze Marlowie, który nie 

dawał znaku życia.

Stara   posiadłość   była   pogrążona   w   ciszy.   Higgins   wszedł   na  piętro   i   udał   się  do 

pokoju, gdzie pracował Marlow. Nadinspektor wymyślał komuś przez telefon.

- To niesłychane! - krzyczał. - Skandaliczne! Jeszcze pan o mnie usłyszy!

Z wściekłością odłożył słuchawkę.

background image

- Ach, Higgins, gdyby pan wiedział!

Zdawał się zrozpaczony. Musiało wydarzyć się coś dramatycznego.

- Słucham - powiedział spokojnie Higgins, chcąc dodać mu odwagi.

Nadinspektor zakrył twarz, nie mogąc znieść spojrzenia kolegi.

- To był Scotland Yard... Od samego rana nie mogłem się niczego dowiedzieć.

Higgins zaniepokoił się nie na żarty.

- Co się stało, drogi Mariow?

- To straszne, Higgins... Zepsuł się komputer.

Uspokoiwszy nadinspektora, zmuszonego pozostać przy telefonie, Higgins skierował 

się do biura reżysera. Kiedy zszedł na dół, jego uwagę zwrócił metaliczny hałas. Dochodził z 

galerii zbroi. Inspektor wytężył słuch. Huk się nasilił. Można by przysiąc, że zbroje walczyły 

ze sobą.

Zaintrygowany   Higgins   wszedł   do   galerii.   Burza   rozszalała   się   na   dobre.   Mimo 

wczesnej pory było prawie ciemno.

Nagle wszystkie światła w zamku zgasły.  Ku przerażeniu Higginsa jedna ze zbroi 

stanęła przed nim, gotowa przygnieść go swoim ciężarem.

background image

Rozdział XIII

Nieoczekiwane natarcie zaskoczyło  Higginsa. Nigdy dotąd nie został zaatakowany 

przez   średniowieczną   zbroję,   nie  wiedział,   co  robić.  Dzięki  błyskawicznej   reakcji  cudem 

uniknął przygniecenia przez metalową konstrukcję, która zwaliła się z łoskotem na kamienną 

posadzkę. W tym samym momencie zygzaki błyskawic przecięły niebo. Huk uderzającego 

pioruna zagłuszył hałas upadającego czcigodnego eksponatu.

“Przykro, że tak piękna zbroja rozpadła się na tysiąc kawałków” - pomyślał Higgins. 

Przykucnął, żeby przyjrzeć się z bliska metalowej masie i sprawdzić, czy nie ma nikogo 

wewnątrz.

Negatywny   wynik   tych   poszukiwań   prowadził   do   dwóch   wniosków:   albo   ktoś 

popchnął zbroję od tyłu, żeby wysłać inspektora do szpitala, albo był to duch, który chciał się 

wydostać  ze swego przybytku.  Każdy na miejscu  inspektora  obstawałby przy pierwszym 

rozwiązaniu, ale Higgins nauczył się wystrzegać pochopnych wniosków.

- Inspektorze? Jest pan ranny?

W   migotliwym   świetle   pochodni   oczom   Higginsa   ukazała   się   wysoka   sylwetka. 

Inspektor podniósł się z trudem. Był zziębnięty i dokuczał mu ból kręgosłupa. Niemiecki 

śpiewak   Gert   Glinder   sprawiał   wrażenie   ducha   błądzącego   po   mrocznych   korytarzach 

Lindenbourne.

- Jestem cały i zdrowy, panie Glinder.

Zdziwiony Niemiec podszedł bliżej.

- Co się stało?

- Zbroja upadła na posadzkę - wyjaśnił Higgins. - Bez wątpienia była źle umocowana 

na cokole. Przybywa pan w porę.

Twarz Gerta Glindera była ledwie widoczna w półmroku.

-   Przechodziłem   tędy   przypadkiem   -   wyjaśnił.   -   Ponieważ   boję   się   ciemności, 

zabrałem ze sobą pochodnię.

Migoczące   błyski   tańczyły   na   groźnych   średniowiecznych   zbrojach,   rzucając 

niepokojące cienie.

- Czy pan mnie przypadkiem nie śledził, panie Glinder?

Śpiewak podskoczył.  Pochodnia wyślizgnęła mu się z rąk. Chwycił ją w ostatniej 

chwili.

- Oczywiście, że nie, inspektorze! To zwykły przypadek, zapewniam pana...

background image

- Niech pan przestanie kłamać - odezwał się nagle poważny głos dochodzący z drugiej 

strony galerii, od strony baru.

Na ścianie pojawił się cień sylwetki George'a Chairmana.

- Ja kłamię? O co panu chodzi, panie Chairman? 

Komandor uczynił krok naprzód. Chybotliwe światło pochodni na chwilę oświetliło 

jego surową twarz.

- Jest pan złym, godnym pogardy człowiekiem, Gert, i wie pan o tym bardzo dobrze. - 

George Chairman cedził słowa. - Niech pan zaprzestanie tej obłudnej gry. Zaprowadzi pana 

donikąd.

Chairman odwrócił się powoli. Nie miał nic więcej do powiedzenia. 

-   Niech   pan   zachowa   swoje   groźby   dla   siebie   -   odparł   oburzony   Gert   Glinder. 

-Wszystko widziałem i nic nie powiedziałem. Nie będę dłużej milczał.

George Chairman stanął. Gert Glinder skierował pochodnię w jego stronę, przez co o 

mało   nie   poparzył   Higginsa.   Inspektor   sądził,   że   sama   fizyczna   obecność   odtwórcy 

Komandora wystarczy, żeby niemiecki baryton zamilkł.

Jednak Gert Glinder odważył się przemówić ze ściśniętym gardłem.

-   Jest   pan   starym   zarozumialcem,   Chairman.   Patrzy   pan   na   wszystkich   z   góry, 

ponieważ   uważa   się   pan   za   kogoś   ważnego.   Jestem   pewien,   że   nie   powiedział   pan 

inspektorowi Higginsowi o zażartej kłótni z moim przyjacielem Pietrem Giovannim.

Gert   Glinder   urwał   w   pół   słowa,   zabrakło   mu   tchu.   Drżał   z   oburzenia.   Higgins 

oczekiwał,   że   George   Chairman,   który   cały   czas   stał   plecami   do   swojego   rozmówcy, 

zaprotestuje, jednak odtwórca roli Komandora milczał. Potężna błyskawica przecięła niebo, 

oświetlając na kilka sekund galerię posągów.

Gert Glinder kontynuował drżącym głosem:

- To się działo u pana, w Londynie, w pańskiej rezydencji wypełnionej starociami. 

Przyjechałem po Pietra. Pańska gospodyni otworzyła mi drzwi. Był pan z Pietrem w salonie. 

Nazwał   go   pan   ohydnym   typem,   drapieżnikiem,   bandytą   bez   czci   i   wiary.   Pietro   pana 

zwymyślał. Przyrzekł mu pan, że znajdzie brakujące dowody i wyśle go do więzienia.

Gert Glinder spoglądał kątem oka na Higginsa, oczekując gratulacji albo aprobaty.

- Pogardzam panem - odparł Chairman stłumionym głosem.

Rozwścieczony   brakiem   reakcji   ze   strony   inspektora,   niemiecki   śpiewak   rzucił 

pochodnię na ziemię i zniknął. Pochodnia trzaskała złowrogo na kamiennej posadzce. George 

Chairman wreszcie postanowił się odwrócić. Higgins, wydobywając czarny notes i ołówek, 

usiadł na pustym cokole.

background image

- Mam nadzieję, inspektorze, że nie dał pan wiary słowom tego nieszczęsnego typa.

Higgins notował w świetle dogasającej pochodni.

-   Jakie   “starocie”   miał   na   myśli   Gert   Glinder?   -   spytał.   -   Czyżby   pan   był 

kolekcjonerem?

George Chairman dostojnym krokiem przemierzał galerię wzdłuż i wszerz, jakby czas 

się dla niego zatrzymał. Na zewnątrz grzmiało bez przerwy.

- Posiadam wiele cennych przedmiotów, to prawda.

-Wszystkie związane z muzyką, jeśli dobrze sobie przypominam obszerny artykuł, 

który był im poświecony w biuletynie Królewskiego Towarzystwa Muzycznego?

George Chairman zamyślił się.

- Z upodobaniem  gromadzi pan unikaty - ciągnął inspektor. - Klawesyny, skrzypce, 

partytury...

- Zgadza się, inspektorze. Ale te bezcenne skarby służą przede wszystkim muzyce. 

Korzystają   z   nich   śpiewacy,   muzykolodzy   i   muzycy.   Mój   dom   jest   otwarty   dla 

profesjonalistów, którzy chcą pogłębić wiedzę.

Pochodnia dogasała.

- Z jakiego okresu pochodzą pańskie manuskrypty?

- Głównie z osiemnastego wieku - odparł bez wahania George Chairman.

- Co to są za dzieła? - wypytywał inspektor.

- Oratoria, sonaty, koncerty... cóż jeszcze? Jeśli to pana interesuje, z przyjemnością 

pokażę je panu w najbliższym czasie. Nic nie cieszy mnie bardziej niż satysfakcja znawcy.

- Bardzo dziękuję - ucieszył  się Higgins. - Jakie zarzuty wysuwał  pan przeciwko 

Giovanniemu?

Zadane obojętnym tonem pytanie zaskoczyło śpiewaka. Przystanął na chwilę.

-   Więc   jednak   uwierzył   pan   donosicielowi?   -   oburzył   się.   -   Jak   pan   może   mieć 

zaufanie do tego Glindera?

Za oknami panował mrok. Nad Lindenboume kłębiły się masy burzowych chmur. W 

oddali zahukała sowa. Odtwórca roli Komandora wpatrywał się w czerwonawy, pełgający 

płomień pochodni. Jej blask podkreślał naturalną surowość jego rysów, upodobniając go do 

istoty z zaświatów.

-   Polegam   tylko   na   faktach   -   sprostował   inspektor.   -   Mało   ważne,   kogo   darzę 

sympatią. Jeśli to oszczerstwo, szybko obróci się przeciwko autorowi. Nie lubił pan Pietra 

Giovanniego... dlaczego więc gościł go pan u siebie?

George   Chairman   przyglądał   się   pochodni,   jakby   zawierała   ona   odpowiedź   na 

background image

postawione przez Higginsa pytanie.

-   Zrobiłem   to   w   dobrej   wierze,   inspektorze.   Zaprosiłem   go   na   weekend,   żeby 

porozmawiać o problemach interpretacyjnych w  Don Juanie  Mozarta. Widziałem tak wiele 

rzekomych gwiazd, które wcielając się w postać Don Juana, poniosły ogromną porażkę, gdy 

na scenie przed nimi pojawiał się Komandor... Pietro Giovanni starannie się przygotował do 

tej przełomowej roli w jego karierze. Przynajmniej tak przypuszczałem.

W głosie Komandora dało się słyszeć cień smutku.

- Czym pana rozczarował? - spytał Higgins.

- Chęć zysku  i  władzy:  to  go właśnie pociągało.  Poprzez  muzykę  szukał sławy i 

fortuny.  I to u Mozarta, w jego  Don Juanie, ośmielał się szukać klucza do materialnego 

sukcesu!   U   Mozarta,   którego   muzyka   nawołuje   do   duchowej   odnowy!   Prawdziwym 

winowajcą, inspektorze, jest sam Mozart. To on zabił Pietra Giovanniego.

Higgins   był   pod   wrażeniem   słów   George'a   Chairmana.   Właśnie   otrzymał   nowy, 

ważny   element   tajemniczej   układanki.   Może   ta   burzowa   noc   przyniesie   odpowiedź   na 

dręczące go pytania.

- Proszę nie zapominać, panie Chairman, o udziale zbrodniczej ręki...

- Jakie to ma znaczenie, inspektorze?

Chairman   dogasił   nogą   pochodnię,   pogrążając   galerię   zbroi   w   ciemnościach.   Ten 

szybki i dokładny gest zaskoczył Higginsa.

Kamienna   posadzka   zadudniła   od   ciężkich   kroków.   Śpiewak   oddalał   się   w   głąb 

galerii, w stronę głównych schodów.

Kiedy zapadła cisza, Higgins wciąż stał bez ruchu, rozważając informacje stanowiące 

“surowiec” dochodzenia. Rozwiązanie, przeczuwał to, było zarazem bliskie i dalekie. Trzeba 

było pozwolić wydarzeniom toczyć się własnym torem i formułować logiczne wnioski, w 

przeciwnym razie śledztwo groziło porażką. Inspektor próbował naśladować sposób myślenia 

swojego kota, syjamczyka Trafalgara: udawać, że śpi, przymknąć oczy na to, co zbyteczne, 

skoncentrować energię i cierpliwie czekać na pojawienie się lepszej idei.

W chwili gdy Higgins zamykał notes, w całym zamku zapaliło się światło.

Inspektor   chętnie   by   jeszcze   pomedytował,   ale   w   jego   stronę   spieszył   zdyszany, 

purpurowy z wysiłku Marlow.

- Minąłem na schodach George'a Chairmana - wykrztusił nadinspektor. - Powiedział, 

że tu pana znajdę.

Scott Marlow nie krył poruszenia.

- Zwycięstwo!  Higgins, zwycięstwo!  Komputer  został  naprawiony!  Dzwoniono  ze 

background image

Scotland Yardu.

-   To   doskonała   wiadomość   -   przerwał   mu   zamyślony   Higgins   -   Czego   się   pan 

dowiedział? 

Nadinspektor nagle przycichł.

- A więc... nie wiem, od czego zacząć.

-   Od   najgorszego,   mój   drogi   Marlow.   Trzeba   zawsze   na   koniec   zachować   to,   co 

najlepsze.

-   Niczego   się   nie   mogłem   dowiedzieć   na   temat...   sentymentalnych   związków   sir 

Briana Halla i Marylin O' Neill. Komputer nie rejestruje informacji pochodzących z prasy 

brukowej.

“Wstydliwy komputer jest złym narzędziem dla policjanta” - uznał Higgins, niezbyt 

zdziwiony tym, że po raz kolejny technika zawodzi.

- To nieważne, nadinspektorze.

- Doskonale - westchnął Marlow. - Natomiast o karierze Pietra Giovanniego mam 

dokładne informacje. A więc... urodził się w Rzymie, w rodzinie muzycznej, rozpoczął naukę 

gry na fortepianie, około piętnastego roku życia odkrył w sobie talent wokalny. Staranne 

wykształcenie sceniczne i teatralne. Niezwykle pracowity. Zadebiutował w wieku osiemnastu 

lat. Podróże po całym świecie, zwłaszcza do Ameryki Południowej, gdzie stawiał pierwsze 

kroki, zanim zaczął występować na ważniejszych scenach w głównych rolach opery włoskiej. 

To pouczające, prawda?

- Pasjonujące - zapewnił Higgins, który znał te fakty, jak każdy czytelnik “Timesa”. - 

To wszystko?

- Niezupełnie. Przykry incydent, sześć lat temu... Poważny wypadek samochodowy w 

Stanach Zjednoczonych. Został zarejestrowany przez komputer, ponieważ Pietro Giovanni 

był ubezpieczony w Lloydsie.

Higgins się ożywił.

- Proszę o szczegóły, nadinspektorze. 

Scott Marlow spojrzał do notatek.

- Giovanni został uznany winnym  wypadku. Była  ofiara śmiertelna. Odebrano mu 

prawo jazdy. Nic poza tym.

- Nazwisko ofiary? - spytał Higgins, z uwagą słuchając słów nadinspektora.

Policzki Marlowa przybrały kolor cegły. Przeoczył ten fakt.

- Natychmiast zadzwonię.

- Niech się pan, nadinspektorze, przy okazji dowie czegoś o pozostałych artystach - 

background image

polecił Higgins.

Po wyjściu z galerii zbroi Scott Marlow poszedł do pokoju, który służył mu za biuro.

Higgins nie musiał długo czekać. Po chwili zadyszany nadinspektor powrócił. Był 

bardzo poruszony. Z trudem wybełkotał kilka słów.

- Ofiara, kobieta, nazywała się... O' Neill.

background image

Rozdział XIV

- Trzeba natychmiast  przesłuchać Marylin  O' Neill - ciągnął  Marlow. - Wszystko 

zrozumiałem, Higgins. Chciała się zemścić za śmierć matki.

- A co pan zrobi z naszym reżyserem?

Scott Marlow bezradnie podrapał się po brodzie.

- To on jest mordercą, jestem tego pewien... to nie może być nikt inny. Musieli się 

porozumieć. Poprosiła go, żeby zamordował Giovanniego, i on się zgodził.

- Z jakiego powodu, nadinspektorze?

To pytanie nieco Marlowa zmroziło, ale go nie zniechęciło.

- Znajdę to, Higgins, znajdę.

-   Mamy   pilniejsze   sprawy.   -   Inspektor   nie   przestawał   przyglądać   się   ścianom 

korytarza galerii zbroi.

Kładł   rękę   na   każdym   kamieniu.   Starannie   badał   najdrobniejszą   chropowatość, 

dotykał występów w murze. Zaintrygowany Marlow przyglądał mu się przez dłuższą chwilę.

- Czy pan coś zgubił, Higgins?

-   Raczej   kogoś,   jeśli   tak   można   powiedzieć...   Chętnie   wierzę,   że   z   zaświatów 

przybywa Komandor, ale nie odtwórca jego roli, George Chairman.

Nie chcąc pozostawiać nadinspektora w zatrważającej niepewności, Higgins wyjaśnił 

mu, że widział, jak George Chairman pojawia się znikąd. W ścianie musi  być  przejście. 

Higginsa rzadko myliła pamięć wzrokowa.

- Mój drogi Higgins - zaprotestował gwałtownie Marlow - jesteśmy obydwaj bardzo 

zmęczeni. Powinniśmy napić się czegoś i położyć spać.

- Proszę popchnąć ten cokół w moją stronę - poprosił inspektor. - Muszę na niego 

wejść, żeby dosięgnąć krawędzi ściany.

Scott Marlow wykonał polecenie. Powątpiewał w sens tej próby.  Higgins wkrótce 

przekona się o swojej porażce.

- To dziwne - powiedział inspektor. - Jestem mimo wszystko przekonany...

Światło ponownie zgasło, pogrążając galerię w niemal całkowitej ciemności. Rozległ 

się   huk.   Jedna   ze   zbroi   z   łoskotem   upadła   na   kamienną   posadzkę.   Coś   przeraźliwie 

zachrzęściło. Nadinspektor usłyszał suchy szczęk, po czym nastała cisza.

- Higgins? Jest pan tam?

Żadnej odpowiedzi. Zaniepokojony Marlow wyciągnął z kieszeni zapalniczkę. Nikły 

background image

płomyk oświetlił pole bitwy: obok rozciągniętej naposadzce zbroi leżała halabarda, tuż obok 

cokołu, na który przed chwilą wszedł inspektor.

- Niech pan się pokaże, Higgins...

Scott Marlow był  zmuszony uznać, że inspektor zniknął. Może go porwano?! Nie 

chcąc niczego zaniedbać, uniósł zbroję, obawiając się, że przygniotła Higginsa. Nie było pod 

nią nikogo.

- Nadinspektorze...

Z oddali do uszu policjanta dobiegł grobowy głos. Marlow zadrżał. Prawdopodobnie 

halucynacja.

- Nadinspektorze, jestem tutaj...

Ten   sam   głos,   podobny   do   głosu   Higginsa   mroził   krew   w   żyłach   Marlowa. 

Nadinspektor chyba zrozumiał: jakiś upiór porwał Higginsa i przemienił go w ducha.

- Jestem po drugiej stronie muru, panie Marlow. Niech pan podniesie halabardę.

Scott Marlow miał ochotę wziąć nogi za pas. Spojrzał jednak na halabardę. Schylił się, 

by przyjrzeć się z bliska dziwnemu przedmiotowi, który wydawał mu się równie groźny jak 

jadowity wąż.

- Niech pan ją chwyci i uniesie do góry - nalegał głos zza grobu.

Nadinspektor   zorientował   się,   że   halabarda   jest   w   rzeczywistości   długim,   giętkim 

prętem,   którego   dolny   koniec   był   przymocowany   do   posadzki.   Chwycił   ją   drżącą   ręką, 

gotowy do ucieczki. Poczuł chłód metalu. Przyciągnął halabardę do siebie.

Zgrzyt ocierających się o siebie kamieni przyprawił go o dreszcz.

- Moje gratulacje - powiedział Higgins, wychodząc z ciemności. - Udało się panu.

Otworzywszy ze zdumienia usta, Scott Marlow zobaczył, że mur się rozstępuje, ściana 

obraca, i wyłania się zza niej inspektor.

- Gdzie... gdzie pan się podziewał?

- Szczęśliwy przypadek - wyjaśnił Higgins. - Kiedy znowu zgasło światło, straciłem 

równowagę   i   chwyciłem   się   halabardy.   Płyta   poruszyła   się   na   zawiasach,   w   chwili,   gdy 

upadałem   do   przodu.   Kiedy   się   podnosiłem,   ściana   zasunęła   się   za   mną.   I   to   pan   mnie 

wyzwolił, mój drogi Marlow. Odkryłem jedno z piękniejszych, tajnych przejść Anglii, jeśli 

nie ma w tym przesady.

Scott Marlow wracał powoli do siebie.

- Po tych emocjach musimy się pokrzepić.

- Niech pan zostanie przy halabardzie - polecił Higgins. - Sprawdzę, dokąd prowadzą 

te schody.

background image

- Ale... trzeba kogoś uprzedzić...

-   Tylko   nie   to,   mój   drogi   Marlow!   Nikt   nie   powinien   wiedzieć,   że   my   wiemy. 

Rozumie pan?

Na   wszelki   wypadek   nadinspektor   potwierdził.   Higgins   był   zbyt   uparty,   żeby 

zrezygnować ze swojego planu. Tak więc Scott Marlow pożyczył mu zapalniczkę.

Przeszukiwanie trwało tylko kilka minut. Powróciwszy do galerii, Higgins poruszył 

halabardą, żeby znowu zasunąć bok ściany. System był równie skuteczny, co szybki.

- Czy znalazł pan coś? - spytał nadinspektor.

-   Piwniczkę   z   siedzeniami   i   klawesynem.   Bardzo   wygodna   sala   koncertowa.   Bez 

wątpienia kaprys jednego z dawnych właścicieli zamku.

- Zapytajmy o to reżysera i... 

Widząc pobłażliwy wzrok Higginsa, Marlow zrozumiał, że popełnia poważny błąd.

- Nie sądzi pan, nadinspektorze, że jeśli reżyser wie o istnieniu tej piwnicy, a nic nam 

o niej nie powiedział, jego reakcja może być dziwna?

Marlow nie kazał sobie tego powtarzać. Higgins miał rację.

- Która godzina? - spytał inspektor.

- Zbliża się dwudziesta - odparł Scott Marlow, patrząc na zegarek, 

-   Możemy   więc   bez   przeszkód   odwiedzić   wielką   damę.   -   Proponuję   złożyć 

kurtuazyjną wizytę Marylin O' Neill.

Wychodząc   z   galerii   zbroi   i   oświetlając   drogę   płomieniem   zapalniczki,   policjanci 

skierowali się w stronę holu, w którym znajdowały się główne schody.

Nagle oślepiło ich silne światło.

- Inspektorze! To pan? - spytał zatrwożony, kobiecy głos.

Audrey   Simonsen,   drżącą   ręką,   skierowała   pochodnię   w   stronę   policjantów   ze 

Scotland Yardu. Miała na sobie granatowy szlafrok. Jasne włosy spływały lokami na ramiona.

- Tak, to ja - odparł Higgins. - Niech pani będzie tak miła i przestanie nas oślepiać.

Piękna Dunka przesunęła pochodnię. Hol zamku, zazwyczaj tak gościnny, zaludnił się 

teraz niepokojącymi cieniami. Scott Marlow zastanawiał się, czy za obiciami nie ma jakichś 

tajemnych przejść, czy każdy stopień wielkich schodów nie kryje jakiejś zapadni.

- Nie rozumiem! - wykrzyknęła rozdrażniona Audrey Simonsen. - Boję się.

Nadinspektor doskonale rozumiał jej strach.

- Czego się pani boi? - spytał Higgins, gotowy ukoić nerwy młodej sopranistki.

- Czarna suknia, którą mi ukradziono... znalazła się! Ktoś wszedł do mojego pokoju, 

kiedy się kąpałam, i powiesił ją w szafie. Zobaczyłam ją od razu, gdy szukałam peniuaru.

background image

“To reżyser” - pomyślał Scott Marlow, który nie rozumiał wprawdzie, o jaką suknię 

chodzi,   ale   był   za   to   przekonany,   że   tylko   Jonathan   Kelwing   znał   zamek   wystarczająco 

dobrze, żeby bez przeszkód się po nim poruszać.

W holu pojawił się reżyser, w rozpiętym kołnierzyku, z rozwichrzonymi włosami i 

mętnym spojrzeniem.

Nadinspektor nie dał mu czasu na wyjaśnienia.

- Gdzie pan był, panie Kelwing, i co pan tutaj robi?

-  Drzemałem   w   moim   biurze...   Wydawało   mi   się,   że   słyszę   hałas,   i   przyszedłem 

zobaczyć...

- Nie był pan przypadkiem na piętrze? - spytał nadinspektor.

- Ależ skąd! - zaprotestował reżyser.

- Może to pan udowodnić? Czy ma pan świadków? - ciągnął bezlitośnie Scott Marlow.

- Świadków... - powtórzył osłupiały reżyser. - Ale o co chodzi...?

Nadinspektor   zamruczał   coś   pod   nosem.   Nie   bardzo   wiedział,   co   powinien 

odpowiedzieć. Wolał zresztą poczekać na ostateczne dowody, żeby przystąpić do ataku.

Audrey Simonsen podeszła do Higginsa.

- Proszono mnie, żebym wystąpiła do pana z prośbą, inspektorze - wyszeptała. Jej 

ciepły głos wystarczył, żeby zatrzymać przy niej tysiąc Don Juanów.

Higgins podszedł bliżej schodów, domyślając się, że nastał czas zwierzeń.

-   Graziella   Canti   i   Ruben   Carmino   poprosili   mnie,   żebym   wstawiła   się   za   nimi, 

inspektorze...  nie mogą  znieść  przytłaczającej  atmosfery tego  zamku.  Chcieliby  wyjść  na 

romantyczny wieczorny spacer.

Higgins zrobił smutną minę.

-  Przykro   mi,  że   muszę  pani  odmówić,   panno  Simonsen.  Zasady  określone  przez 

Scotland   Yard   muszą   być   jednakowe   dla   wszystkich.   Widziałem   tak   wielu   zbrodniarzy, 

którzy wykorzystywali najmniejszy błąd, żeby uciec...

Piękna Dunka podskoczyła.

- Zbrodniarzy? To znaczy, że pan ich podejrzewa o morderstwo?

- Podejrzenie to niewłaściwe słowo - uściślił Higgins. - Panna Canti jest młodą, uroczą 

osobą. Była niezwykle wyrazistą Zerliną; Ruben Carmino oddał znakomicie zapał i powagę 

Masetta.

W oczach Audrey Simonsen pojawiło się zdziwienie.

- Nie odpowiedział pan na moje pytanie, inspektorze.

Higgins utkwił w niej łagodne, ale stanowcze spojrzenie.

background image

- Jest pani tego pewna?

Duńska sopranistka sprawiała wrażenie schwytane go w pułapkę motyla. Świadoma, 

że walczy na próżno, obrzuciła Higginsa pełnym wyrzutu spojrzeniem i oświetlając sobie 

drogę pochodnią, wbiegła na piętro.

Również   reżyser   opuścił   hol.   Ponieważ   wydał   już   dyspozycje   odnośnie   podania 

kolacji w pokojach, jego praca tego dnia była zakończona.

- Powinienem był założyć mu kajdanki - złorzeczył Scott Marlow.

- Wszystko w swoim czasie - odparł Higgins. - Zanim wyjaśnimy rolę poszczególnych 

bohaterów tego dramatu, byłoby ryzykowne zatrzymywać kogokolwiek.

Scott   Marlow   chętnie   poprosiłby   kolegę   o   wyjaśnienia,   ale   nie   zdążył,   bowiem 

inspektor podał mu kandelabr stojący na marmurowej komodzie.

Charakterystycznym, pełnym godności i spokoju krokiem inspektor w towarzystwie 

Marlowa zaczął wchodzić po schodach na piętro.

Nadinspektor uważał, że Higgins był materiałem na wielkiego szefa i zasługiwał na 

kierownicze stanowisko w Scotland Yardzie. Inspektor jednak uparcie odmawiał awansów, 

które oddaliłyby go od pracy w “terenie” i odsunęły od samych  śledztw. “Skoro Higgins 

przeszedł na wcześniejszą emeryturę - pomyślał Scott Marlow - to nie tylko dlatego, jak sam 

twierdził,   żeby   cieszyć   się   swoim   domem,   strzyżeniem   trawnika,   starymi   drzewami, 

spacerami i lekturą dobrych autorów, ale po to, żeby samemu dobierać sprawy kryminalne”. 

Higgins dobrze wiedział, że Scotland Yard, w pewnych szczególnie delikatnych sytuacjach, 

skorzysta z jego usług, przeznaczając mu tylko skomplikowane i zawiłe przypadki, jedyne, 

które cenił. W głębi duszy Higgins był osobą nie dającą się zaszufladkować, niepoprawnym 

oryginałem, dla którego hierarchie, choćby nawet policyjne, nie miały żadnego znaczenia. 

Chociaż ta postawa szokowała nadinspektora, żywił podziw dla profesjonalizmu kolegi, który 

konsekwentnie   podążał   ścieżką   prawdy,   nawet   jeśli   stosowane   przez   niego   metody   były 

niekiedy sprzeczne z elementarną logiką.

Higgins   delikatnie   zapukał   do   drzwi   Marylin   O'   Neill,   przekazawszy   kandelabr 

Marlowowi.

- Kto tam?

-   Higgins   w   towarzystwie   nadinspektora   Marlowa.   Czy   moglibyśmy   z   panią 

porozmawiać?

Szczęknął obracany w zamku klucz. Marylin O' Neill otworzyła drzwi.

Higgins stał przez chwilę w progu. Przywiązywał wielką wagę do wrażenia, jakie 

wywierało na nim miejsce, które widział po raz pierwszy. Chciał się poddać atmosferze, która 

background image

panowała   w   pokoju   śpiewaczki.   Okna   przestronnej   komnaty   były   zasłonięte   ciężkimi 

granatowymi storami z aksamitu. Łoże z baldachimem, wielka orzechowa szafa, szkockie 

fotele, delikatne biurko w stylu regencji tworzyły trochę surową całość, złagodzoną nieco 

ciepłymi kolorami perskiego dywanu, którego centralnym motywem był feniks.

- Naprawdę chce pan wejść, inspektorze? 

Otrząsając się z zamyślenia, Higgins nachylił się, by ucałować dłoń, którą podała mu 

piękna   Australijka.   Miała   na   sobie   wieczorową   suknię   z   zielonej   tafty.   Scott   Marlow 

wymamrotał pod nosem “dobry wieczór” i wślizgnął się do pokoju za inspektorem.

-   Niech   mi   będzie   wolno,   panno   O'   Neill,   pogratulować   pani   urody  -   powiedział 

Higgins   z   przekonaniem.   W   tym   czasie   Marlow   zdążył   wybrać   strategiczne   miejsce   za 

fotelem, zza którego obserwował pomieszczenie oświetlone blaskiem świec.

- Mam zwyczaj ubierać się w ten sposób co wieczór - wyjaśniła Marylin O' Neill - 

nawet wtedy, gdy przebywam w areszcie domowym. Zawarłam rodzaj paktu z samą sobą. 

Warto, prawda?

-   Z   pewnością   -   przyznał   Higgins,   myśląc   o   ubraniowych   zobowiązaniach,   które 

narzucała mu przy każdej kolacji jego gospodyni, Mary.

- Czy to coś pilnego, inspektorze? 

Higgins kiwnął głową.

-  Raczej   tak.   Nadinspektor   Marlow   w   wyniku   ciężkiej   i   cierpliwej   pracy   uzyskał 

niepokojącą wiadomość.

Marylin   O'Neill   obrzuciła   nadinspektora   wyniosłym   spojrzeniem,   na   które 

odpowiedział wymuszonym uśmiechem.

- Przejdźmy do rzeczy, inspektorze - nakazała.

- Przypuszczam, że ta “informacja” dotyczy mnie?

- Czy mogłaby pani opowiedzieć nam o swoich rodzicach? - spytał Higgins niemal 

uszczypliwie.

Marylin O' Neill mężnie zniosła ten atak. Wpatrywała się przez chwilę w inspektora, 

usiłując przejrzeć intencje, które kryły się za tym na pozór banalnym pytaniem.

- Wiedziałam, że dowie się pan w końcu prawdy - powiedziała poważnym tonem.

Podeszła do biurka, wzięła kluczyk z perłowej szkatułki, otworzyła szufladę i wyjęła z 

niej czarną teczkę. Obok niej Higgins dojrzał miniaturowy rewolwer, inkrustowany złotem i 

srebrem, o kolbie z kości słoniowej.

Marylin O' Neill wręczyła teczkę Higginsowi.

- Tutaj jest to, czego pan szuka,  inspektorze. Nie będzie pan musiał przeszukiwać 

background image

mojego pokoju.

Higgins   podszedł  do  Scotta  Marlowa,  żeby  przejrzeć  dokumenty  w  blasku  świec. 

Odkrył plik wycinków prasowych, relacjonujących śmiertelny wypadek, którego ofiarą była 

matka   Marylin   O'   Neill.   To   Pietro   Giovanni   prowadził   jaguara,   w   którym   podróżowali 

rodzice młodej śpiewaczki. Pijany, stracił kontrolę nad pędzącym z nadmierną prędkością 

pojazdem. Po zderzeniu z ciężarówką zjechał z szosy, koziołkując wielokrotnie, zanim się 

zatrzymał. On wyszedł bez szwanku, ale pani O' Neill zginęła na miejscu, łamiąc kręgosłup, a 

jej mąż doznał licznych złamań i poważnego wstrząsu mózgu.

- Pani ojciec nadal żyje? - spytał Higgins, wzruszony okolicznościami tragedii.

- Jeśli tak można powiedzieć - odparła Marylin O' Neill smutnym głosem. - Nigdy nie 

odzyskał świadomości. Czasem mnie rozpoznaje, kiedy składam mu wizytę w pensjonacie w 

Los Angeles, gdzie będzie przebywał do końca życia. Mój przybrany ojciec był człowiekiem 

interesu, inteligentnym, wysportowanym, tryskającym życiem. To, co go spotkało, jest gorsze 

niż śmierć.

- Pani biologiczny ojciec zmarł dawno temu? - spytał Higgins stłumionym głosem, 

obawiając się, że otworzy być może nie zabliźnioną ranę.

Jednak na twarzy Marylin O' Neill, oświetlonej łagodnym blaskiem świec, malował 

się pogodny uśmiech.

- Nie znałam go. Zmarł w obozie koncentracyjnym w Niemczech. Moim prawdziwym 

ojcem jest człowiek, którego Pietro Giovanni sprowadził do roli żywego trupa.

Scott Marlow był zaskoczony gwałtownością, która kryła się za ostatnimi słowami 

śpiewaczki. Jej nieprzyjaciele mogli odczuwać strach przed nią. W jego przekonaniu była 

gotowa na wszystko, by ugasić trawiący ją ogień.

- Domyślam  się, że to pani matka? - spytał  Higgins, wskazując stojącą na biurku 

pożółkłą fotografię w złotej ramce.

- Tak, to ona. Miałam wtedy roczek. Zdjęcie zostało zrobione w Sydney.

Na zdjęciu była młoda blondynka ze wspaniałym bobasem w ramionach. Higginsa 

uderzyło niezwykłe podobieństwo Marylin O' Neill do jej matki. Powstrzymał się od zadania 

banalnego   pytania,   które   cisnęło   mu   się   na   usta.   To   nie   Marylin   O'   Neill   miała   na   nie 

odpowiedzieć, ale oficjalne dokumenty.

-   Czy   ma   pan   może   lupę,   nadinspektorze?   Zakłopotany   Marlow   wymamrotał   coś 

niezrozumiale, natomiast Marylin O' Neill otworzyła szerzej szufladę i wydobyła z niej lupę 

ze srebrną rączką.

- Czy to panu wystarczy, inspektorze?

background image

- W zupełności, panno O' Neill. Czy zbiera pani znaczki?

-   Nie.   Ale   lubię   studiować   oryginalne   partytury   w   najdrobniejszych   szczegółach. 

Mozart jest bardzo wymagający. Nie znosi połowicznych rozwiązań.

- Doskonale to rozumiem - odparł Higgins, oglądając pod lupą fotografię, a następnie, 

ku wielkiemu zdziwieniu Marylin O' Neill, notując w swoim notesie serię cyfr.

- Czy mógłby mi pan wyjaśnić, inspektorze... 

Higgins obdarzył piękną artystkę surowym spojrzeniem.

- A czy pani mogłaby mi wytłumaczyć obecność tej broni?

Scott Marlow pochylił  się, żeby lepiej obejrzeć cudowne dzieło rusznikarza, które 

niezależnie   od   swej   urody,   było   groźną   bronią.   Mogło   wystrzelić   pięć   maleńkich, 

śmiercionośnych kul.

- To bardzo proste - odparła sopranistka obojętnie. - To jest prezent od sir Briana. 

Bardzo   przeżył   napad   w   Paryżu.   Uważa,   że   osoby   publiczne   powinny   mieć   zapewnione 

minimum bezpieczeństwa.

- Czy posłużyła się już pani tą bronią?

- Nigdy, inspektorze. I nigdy nie zamierzam zrobić z niej użytku. Zarówno ja, jak mój 

narzeczony nie uznajemy przemocy.

Marlow chętnie przyjrzałby się z bliska rewolwerowi, ale Higgins oddał go Marylin 

O'Neill. Artystka zamknęła szufladę, włożywszy najpierw do niej czarną teczkę. Inspektor 

podszedł do okna. Po szybach spływały strugi deszczu.

- Jak nie nienawidzić człowieka, przez którego tak pani ucierpiała... A propos, panno 

O'Neill, dlaczego nie było pani w samochodzie w chwili wypadku?

To pytanie zaskoczyło śpiewaczkę. Higgins, chociaż stał do niej tyłem, wyczuł, że 

przez chwilę opanował ją niepokój.

-   Zostałam   z   przyjaciółmi.   Nie   miałam   ochoty   przebywać   w   towarzystwie   Pietra 

Giovanniego. Był ode mnie sporo starszy i nie pochwalałam jego zachowania. Chociaż byłam 

początkującą śpiewaczką, a on cieszył się już pewną renomą, nie potrzebowałam od niego 

żadnej pomocy. Moi rodzice myśleli inaczej. Byli nim zauroczeni, przyjęli zaproszenie na 

kolację w luksusowej restauracji, żeby rozmawiać o mojej karierze.

- Dziękuję za szczerość, panno O'Neill. Pozwoli pani, że już pójdziemy.

Australijska sopranistka milczeniem wyraziła zgodę. Higgins wyszedł pierwszy. Scott 

Marlow   wymruczał   “dobranoc”.   Inspektor   uznał,   że   znalazł   kolejny  fragment   śmiertelnej 

układanki Lindenbourne.

Schodząc na parter, Higgins usłyszał w oddali znaną arię, graną na klawesynie. Ktoś 

background image

grał Uwerturę Don Juana Mozarta.

background image

Rozdział XV

Posępne akordy Uwertury Don Juana były tak przytłumione, że pomimo wyrobionego 

słuchu Higgins  nie  mógł  się  zorientować,  skąd dochodzą.  Marlow, który nic nie  słyszał, 

zastanawiał się, czyjego kolega nie padł ofiarą halucynacji.

- Tędy - rzekł nagle inspektor i poszedł przodem. 

Nadinspektor podążał kilka kroków za nim, oświetlając drogę kandelabrem. Weszli w 

wąski   korytarz.   Wzdłuż   ścian   stały   stare   meble.   Korytarz   prowadził   do   niskich   drzwi, 

zwieńczonych kamienną arkaturą zdobioną liśćmi akantu.

Higgins   pchnął   drzwi.   Policjanci   przestąpili   próg   pomieszczenia   w   chwili,   gdy 

klawesynista   wykonywał   ostatnie   akordy  Uwertury.   Inspektor   poznał   dyrygenta   Lovra 

Ferenczy'ego, ubranego w klasyczny granatowy smoking. Blady księżyc oświetlał obszerną 

salę koncertową przez maleńkie, wysoko umieszczone zakratowane okienka. Pośrodku stał 

osiemnastowieczny   klawesyn.   Wzdłuż   ścian   rozmieszczono   imponujące   biblioteczki   z 

drewna mahoniowego, których półki były zapełnione partyturami i dziełami poświęconymi 

muzyce.

- Dobry wieczór, panowie - powiedział poruszony dyrygent. W jego uszach brzmiały 

jeszcze dźwięki wykonanego przed chwilą utworu.

- Znakomita aranżacja na instrument klawiszowy - powiedział z uznaniem Higgins. - 

Nie znałem jej. To miejsce jest urocze.

Scott Marlow nie podzielał tej opinii. Postawił ciężki kandelabr na klawesynie. Jak na 

jego gust było tu zbyt dużo książek, zbyt dużo partytur. Ten nadmiar był przytłaczający.

-   To   pierwszy  muzyczny   salon   Lindenbourne   -   wyjaśnił   Lovro   Ferenczy.   -   Tutaj 

narodził   się   festiwal.   Przedsięwzięcie   zgoła   nierealistyczne,   bez   szansy   powodzenia.   Ale 

muzyka sprawiła już tyle cudów...

- Jak udaje się panu grać w ciemnościach? - zdziwił się Scott Marlow.

Dyrygent uśmiechnął się.

- Mam zwyczaj dyrygować z zamkniętymi oczami, ciemność mi nie przeszkadza.

Higgins przyglądał się z zainteresowaniem nagromadzonym  w bibliotece skarbom. 

Gładził   dłonią   oprawione   w   ciemną   skórę   tomy,   z   zachwytem   charakterystycznym   dla 

wielbicieli starych woluminów przechowujących całymi latami zarówno myśli autorów, jak i 

spojrzenia kolejnych czytelników.

- Jeśli mnie pamięć nie myli - zaznaczył inspektor - pierwsze przedstawienie  Don 

background image

Juana Mozarta odbyło się w Pradze?

- Ależ oczywiście! - odparł żywo Lovro Ferenczy.

- Proszę mi wybaczyć moją niewiedzę - wytłumaczył się Higgins, odwracając się w 

jego stronę. - Dopiero od niedawna chodzę na przedstawienia Mozarta i wiele mam jeszcze 

do odkrycia.

- Wszyscy jesteśmy w tej samej sytuacji, inspektorze. Już od czterdziestu lat gram 

Mozarta i zaledwie zaczynam go poznawać.

Higgins na chybił trafił wyjął jeden z tomów. Był to egzemplarz Pamiętników Lorenza 

Da Ponte, który napisał libretto do Don Juana.

- Praga jest fascynującym miastem - powiedział, wertując. - W czasach gdy przebywał 

w niej Mozart, alchemicy produkowali tam jeszcze złoto.

Scott Marlow żywił obawę, że Higgins wda się w nieskończoną debatę, wypełnioną 

informacjami pochodzącymi nie wiadomo skąd, jednak inspektor przerwał, odkładając dzieło 

na swoje miejsce. Dyrygent cierpliwie go obserwował.

-   Czy   w   godzinach   poprzedzających   przedstawienie   nie   zauważył   pan   niczego 

nienormalnego, panie Ferenczy?

Zrównoważony,   raczej   powolny   tak   w   wypowiedziach,   jak   i   w   gestach,   Lovro 

Ferenczy natężył pamięć.

- Naprawdę nic, inspektorze... poza rzekomym zniknięciem Pietra Giovanniego.

Higgins   podziwiał   klawisze   i   elegancję   starego   instrumentu.   Gdyby   nie   obecność 

mistrza   pokroju   Lovra   Ferenczy'ego,   o   którym   mówiono,   że   potrafi   z   wirtuozowskim 

talentem   grać   na   wszystkich   instrumentach,   chętnie   zagrałby   sonatę   Scarlattiego   albo 

preludium Bacha.

- Przykro mi, że muszę zadać panu to pytanie - powiedział skruszonym głosem - ale... 

czy nie zaobserwował pan jakichś zatargów między odtwórcami Don Juana?

Również tym razem Lovro Ferenczy zastanawiał się dłuższą chwilę, zanim udzielił 

odpowiedzi.

-   Trudno   byłoby   zaprzeczyć,   inspektorze...   Dostrzegłem   ten   sam   fenomen   we 

wszystkich operach świata. Lindenbourne nie stanowi tu wyjątku. Wielcy artyści mają często 

trudny charakter, niespokojny... Zachowanie niektórych z nich pozostawia wiele do życzenia. 

Zazwyczaj wszystko powraca do normy na scenie.

- Ale nie tym razem - zauważył Higgins. - Jeden z nich wystarczająco nienawidził 

Pietra  Giovanniego,  żeby go zamordować.  Czy nic  pana nie  zaniepokoiło  w zachowaniu 

któregoś ze śpiewaków?

background image

W pełgającym blasku świec Lovro Ferenczy sprawiał wrażenie rozgniewanego.

- Chciałbym,  żeby pan wiedział, inspektorze, że nie mieszam się nigdy w sprawy 

innych ludzi, zwłaszcza gdy chodzi o gwiazdy sztuki operowej. Spotykam się z nimi tylko na 

stopie zawodowej, w ramach prób, i to mi w zupełności wystarcza.

Lovro   Ferenczy   położył   ręce   na   klawiaturze   i   po   kilku   sekundach   głębokiej 

koncentracji zagrał pierwsze takty przejmującej  Fantazji cis-moll Mozarta. Najsłynniejszy z 

wielkich   dyrygentów   mozartowskich   zatracił   poczucie   rzeczywistości.   Cudowne   dźwięki 

boskiej   muzyki   zawładnęły   całkowicie   jego   wrażliwą   duszą.   Sprawy   ludzkie   już   go   nie 

interesowały.

Higgins dyskretnie dał znak Scottowi Marlowowi, że należy zostawić dyrygenta sam 

na sam z muzyką.

Policjanci znaleźli się z powrotem w mrocznym holu. Zanosiło się na dłuższą przerwę 

w dopływie prądu. Burza rozpętała się na dobre.

- Dobrze by było, gdybyśmy napili się czegoś przed snem - odezwał się nadinspektor, 

któremu   atmosfera   zamku   zaludnionego   groźnymi   zbrojami   i   fanatycznymi   muzykami 

podobała się coraz mniej.

Zamyślony Higgins udawał, że nie słyszy.

-   Musimy   coś   sprawdzić,   mój   drogi   Marlow.   Odnoszę   wrażenie,   że   wiele 

tajemniczych nici splotło się ze sobą i naszym zadaniem będzie je rozplatać. Ale najpierw 

musimy coś sprawdzić.

Nadinspektor niechętnie usłuchał rozkazu Higginsa. Nie rozumiał, skąd jego kolega 

czerpie   tę   niespożytą   energię.   Kiedy   pracował   “w   terenie”,   zdawał   się   nie   odczuwać 

zmęczenia.

- Inspektor otworzył cicho drzwi biura reżysera. Usłyszeli głośne chrapanie. Jonathan 

Kelwing spał głęboko, z nogami na biurku, z głową opartą na lewym ramieniu, od czasu do 

czasu wzdrygając się lekko.

- Udaje - wyszeptał Scott Marlow.    

- Nie sądzę - odparł Higgins. - Teraz przygotujmy się na mały spacer.

- Gdzie mamy iść? - zaniepokoił się nadinspektor.

- Na spotkanie diabła albo Boga, mój drogi Marlow. Zobaczymy na miejscu, kogo tam 

zastaniemy.

Pomimo nalegań Marlowa Higgins uparł się, żeby nie brać samochodu. Chciał opuścić 

Lindenbourne w absolutnej ciszy. Hałas silnika postawiłby wszystkich na nogi. Minąwszy 

posterunek   policyjny,   ruszyli   w   stronę   wsi.   Burza   się   oddalała,   deszcz   wreszcie   przestał 

background image

padać, ale nadal nie było elektryczności.

Higginsowi dokuczał lekki szum w uszach i ból gardła. Był pewien, że nie uniknie 

zaziębienia, nie miał ednak czasu rozczulać się nad sobą, tak jak to robił u siebie, przed 

wesoło   buzującym   kominkiem,   z   pledem   narzuconym   na   ramiona   i   syjamczykiem 

Trafalgarem na kolanach.

Higgins   lubił   nocne   wędrówki.   W   takich   chwilach   nawet   najlżejsze   drżenie 

muskanego wiatrem żywopłotu było przejmujące. Gdy ucichł zgiełk dnia, zagadkowa natura 

rozpościerała pełną mrocznych tajemnic pajęczynę.

- Niech mi pan wreszcie powie, dokąd idziemy - zaprotestował nadinspektor, który nie 

znosił fizycznego wysiłku.

Z rękoma założonymi z tyłu, otulony zbyt obszernym prochowcem, Higgins wytrwale 

podążał do celu wyprawy, którą uważał za konieczną. Nadinspektor, który nie zabrał z domu 

odpowiedniego odzienia, znalazł w zamkowej garderobie mało twarzowy płaszcz. Zabrał też 

olbrzymi parasol z fantazyjną rączką w kształcie klucza wiolinowego, własność jednego z 

kasztelanów, amatora ciekawostek.

- Uważam, drogi Marlow, że zabójstwo Pietra Giovanniego jest rezultatem bardzo 

złożonych   pobudek.   Ale   nie   jestem   jeszcze   zupełnie   pewien.   Być   może   rozwiązanie   jest 

bardzo   proste.   Nasza   pielgrzymka   da   nam   odpowiedź   i   z   pewnością   pozwoli   uniknąć 

kolejnego morderstwa.

Przez   olbrzymią   chmurę   przebił   się   księżyc,   jakby   chciał   swym   blaskiem   pomóc 

Higginsowi.

- Rzeczywiście reżyser jest zdolny znowu kogoś zabić - uznał Scott Mariow. - Ten łotr 

jest doskonałym aktorem. Sposób, w jaki pozbył się Pietra Giovanniego, dowodzi, do czego 

jest zdolny.

- Nie będę zaprzeczał - odparł Higgins. - Ale j aki był jego motyw? W tym miejscu 

natrafiamy na przeszkodę...

- Myślałem o tym - stwierdził Scott Mariow z powagą. - Jonathan Kelwing musi być 

zakochany w małej Włoszce, Grazielli Canti. Zabił rywala, żeby zdobyć pannę, 

Higgins okazał autentyczne  zdumienie.  Nadinspektor zazwyczaj  nie przeprowadzał 

tak wnikliwych analiz. Niewątpliwie tak niesamowitych przeobrażeń dokonała w nim muzyka 

Mozarta. 

- Niech pan nie zapomina, że Ruben Carmino, odtwórca roli Masetta, jest oficjalnym 

narzeczonym Grazielli Canti. W operze Masetto nie opuszcza swojej Zerliny. 

- Nie jesteśmy w operze! - zaprotestował Scott Marlow. - Ruben Carmino porozumiał 

background image

się z reżyserem

Nietrudno mi sobie wyobrazić, jak podaje Giovanniemu truciznę, którą dostarczył mu 

Kelwing.

- Ta hipoteza nie pokrywa się z zeznaniami różnych śpiewaków na temat tego, co się 

wydarzyło podczas antraktu.

- Skłamali!

- Skoro tak - zakończył pogrążony w zadumie Higgins - to znaczy, że wszyscy są 

winni...

- Jonathan Kelwing na pewno popełnił jakiś błąd - mruczał Scott Marlow. - Wkrótce 

do tego dojdziemy.

-   Jeśli   Bóg   pozwoli   -   zaznaczył   inspektor,   który   miał   zwyczaj   zwracać   się   do 

opatrzności w przypadkach spornych.

Nieopodal wzbiła się w powietrze biała sowa. Wspaniały ptak, rozwijając ogromne 

skrzydła, pofrunął ociężale w stronę spróchniałego dębu.

- Zbliżamy się do celu. Zalecam panu daleko idącą ostrożność, nadinspektorze. Myślę, 

że będziemy sami, ale trzeba być gotowym na wszystko.

Mariow dotknął kolby rewolweru. Niedomówienia Higginsa mogły zaniepokoić nawet 

najbardziej nieustraszonego łowcę przygód.

- Przewiduje więc pan użycie przemocy...?

  Inspektor  zboczył   z drogi  i  wszedł  na pole.   Zręcznie   omijał   nierówności  terenu, 

ogrodzenia   i   niewielkie   rowy.   Pewnym   krokiem,   nawykły   do   długich   spacerów   po   wsi, 

zmierzał do celu, który sobie wyznaczył.

Zatrzymał   się   przed   stosem   ociosanych   kamieni.   W   tym   miejscu   znajdowała   się 

zapewne niegdyś pogańska kapliczka.

- Niczego pan nie słyszał? - spytał. 

Nadinspektor nadstawił ucha.

- Nie, niczego...

- To ciekawe - powiedział Higgins, gładząc się z zakłopotaniem po brodzie. - Jestem 

prawie pewien, że ktoś nas śledzi. Czy wierzy pan w znaki, panie Marlow?

Coraz   bardziej   niespokojny   nadinspektor   rozejrzał   się   wokoło,   ale   niczego   nie 

dostrzegł.

- W znaki... Co pan ma na myśli?

- Na przykład spotkanie z białą sową. Jestem przesądny. Jeszcze trochę wysiłku i 

rozwikłamy tę zagadkę.

background image

Scott Marlow zastanawiał się, czy Higgins nie padł ofiarą przemęczenia. Nie mógł 

jednak tego przemyśleć, ponieważ jego nieustraszony kolega przyspieszył kroku.

Wreszcie dotarli do celu. Nadinspektor dojrzał w ciemności kontury średniowiecznej 

kaplicy. Masywna budowla była okolona rzędem buków. Policjanci podeszli bliżej. Kaplica 

składała  się z kruchty z szeregiem niewielkich  rzymskich  arkad, obniżonej nawy,  ledwie 

zaznaczonego   transeptu   i   absydy   ozdobionej   wąskimi   witrażami.   Kaplica   była   w   stanie 

rozkładu. Szczyt portalu groził zawaleniem, próg był porośnięty mchem.

- To wszystko wymagałoby poważnego remontu - oszacował Marlow, z trudem kryjąc 

opanowujący go niepokój.

- Nie mamy czasu na takie rozważania  - rzucił  Higgins, bacznie  przyglądając  się 

licznym celtyckim krzyżom ustawionym po obu stronach alei prowadzącej do portalu.

- To miejsce przypomina cmentarz - powiedział nadinspektor stłumionym głosem.

- I tak też jest. Kościoły były niegdyś budowane pośród zmarłych.

Obok   bardzo   zniszczonej   studni   wznosił   się   ponad   trzymetrowy   kamienny   krzyż. 

Scott Marlow zapomniał o głodzie.

- Tym razem - oznajmił Higgins, nastawiając ucha - nie mam wątpliwości... Ktoś nas 

śledzi...

Marlow   usłyszał   również   kroki.   Gwałtownym   ruchem   wyciągnął   rewolwer   i 

wycelował go w stronę wielkiego krzyża.

- Niech pan uważa - zwrócił mu uwagę Higgins. - Może nas pan zranić.

Inspektor w trakcie swojej długiej kariery posługiwał się tylko jedną bronią: starannie 

zaostrzonym ołówkiem marki “Staedtler”. Ten na pozór niewinny przyrząd niejednokrotnie 

okazywał się wystarczająco skuteczną bronią.

Nadinspektor zacisnął palce na kolbie rewolweru, żeby dodać sobie odwagi.

- Musimy obejść ten krzyż - uznał Higgins.

- Czy to konieczne?

Ponieważ Higgins nie zawahał się podjąć ryzyka,  nadinspektor czuł się zmuszony 

udzielić mu pomocy. Higgins obszedł powoli krzyż. Marlow wolał patrzeć mu przez ramię.

Wokół krzyża było pusto.

Zerwał się gwałtowny wiatr.

- Kto mówił? - zaniepokoił się Scott Marlow. - Kto tu jest?

Higgins zmarszczył brwi.

- Niczego nie słyszałem.

- A ja tak. To dochodziło stamtąd. 

background image

Nadinspektor pokazał w stronę kościoła.

- Musimy tam wejść - powiedział zdecydowanym tonem Higgins.

Kilkoma susami dotarł do zbutwiałych, drewnianych drzwi, w których tylko cudem 

trzymał się jeszcze zardzewiały zamek.

- Chwileczkę - wtrącił Scott Marlow. - Czy nie byłoby lepiej przeszukać okolicę?

- Kto nie ryzykuje, ten nie zyska, nadinspektorze. 

Higgins pchnął drzwi, które ponuro zaskrzypiały. 

Wnętrze starego kościoła było jeszcze bardziej zniszczone niż jego fasada. Kamienną 

posadzkę   pokrywały   okruchy   kamieni   i   gruz.   Kolumny   były   pokryte   napisami.   Ze 

wspaniałych fresków pozostały smutne fragmenty. Głowice kolumn były zagipsowane przez 

obrazoburców. Brak krzeseł i klęczników nadawał tej spustoszonej świątyni przygnębiający 

wygląd.

- Jak tu zimno  - poskarżył  się Scott Marlow, który czuł się tak, jakby zszedł do 

grobowca.

“Więc   to   w   tym   smutnym   miejscu   schroniła   się   piękna   Audrey   Simonsen”   - 

uświadomił  sobie Higgins, zaintrygowany tym  ponurym  widokiem.  “Czego tak naprawdę 

mogła tutaj szukać?”

Nadinspektor,   sprawdziwszy,   że   wewnątrz   nie   ma   nikogo   podejrzanego,   schował 

rewolwer. Już od lat nie wstępował do świątyni. Podziwiał spokój Higginsa i determinację, z 

jaką ten przystąpił do przeszukiwania kaplicy.

- Nie mamy tutaj czego szukać - oznajmił głośno, żeby dodać sobie odwagi.

-   Myli   się   pan   -   odparł   Higgins,   stając   przed   ołtarzem   umieszczonym   pośrodku 

transeptu, przy wejściu do zdewastowanej absydy.

Granitowy   ołtarz   stał   na   cokole   podtrzymywanym   przez   cztery   masywne   filary. 

Higgins przyklęknął zafascynowany.

- Czy mógłby mi pan poświecić zapalniczką, Marlow?

Nadinspektor rzucił najpierw okiem w stronę przedsionka. Nie miał już wątpliwości, 

że ktoś obserwuje ich z ukrycia.

- Proszę oświetlić czwarty filar.

Nadinspektor   wykonał   polecenie,   zastanawiając   się,   co   tym   razem   przyszło 

Higginsowi do głowy.

- Czy pan również widzi różnicę między tym i pozostałymi trzema filarami? 

Marlow przyjrzał się uważnie.

-   To   oczywiste,   Higgins...   Trzy   pozostałe   są   pokryte   kurzem,   a   ten   lśni   jak 

background image

wypolerowany pens.

Higgins pokiwał z uznaniem głową. Marlow dowiódł, że posiada zalety doskonałego 

śledczego.

- Skoro tak, powinniśmy,  mój  drogi Marlow, pomanewrować  przy tym  czwartym 

filarze, tak jak to uczyniła osoba, która była tu przed nami.

Ich wysiłki nie dały jednak rezultatu. Higgins przesunął ręką po kamieniu. U góry 

dotknął czegoś w rodzaju wystającego kółka.

“Mogłem o tym pomyśleć wcześniej” - zarzucił sobie.

Kółko było ruchome. Inspektor przekręcił je, wprawiając w ruch mechanizm, który 

obrócił płytę ołtarza.

Zdumiony   Marlow  ujrzał   duże   wgłębienie.   Granitowy   ołtarz   był   wydrążony. 

Wewnątrz znajdował się podłużny metalowy relikwiarz.

- Nic nadzwyczajnego - skomentował Higgins. - Dawniej przechowywanie relikwii 

fundatorów nie należało do rzadkości. Ołtarze służyły często za schowki.

- Co jest wewnątrz?

- Zgodnie z tradycją szczątki. 

Scott Marlow zbladł.

- To  by  było  zbezczeszczenie   grobu. Musielibyśmy  uzyskać  specjalne  zezwolenie 

Scotland Yardu.

Higgins oddalił się nieco od ołtarza, który zaczynał się przesuwać.

-   Gdyby   się   trzymać   litery   prawa,   ma   pan   całkowicie   rację,   nadinspektorze.   Ale 

wystąpienie z taką prośbą będzie trwonieniem cennego czasu i wystawi na niebezpieczeństwo 

niejedno życie. W imię naszej starej przyjaźni, czy zgodzi się pan popełnić nielegalny czyn w 

interesie śledztwa?

Scott Marlow stanął przed jednym z najtrudniejszych dylematów w swojej karierze. 

Nigdy nie sprzeniewierzył się regulaminowi, który był dumą Scotland Yardu. Po raz pierwszy 

Higgins poprosił go o podobną przysługę. Było tylko jedno rozwiązanie.

- Nie mogę się zgodzić, Higgins. Ale odwrócę się i nie będę patrzył.

Podczas gdy nadinspektor wykonywał półobrót, Higgins wydobył relikwiarz, a potem 

wyjął z kieszeni złoty kluczyk, który zdjął z szyi Pietra Giovanniego.

Scott Marlow usłyszał wyraźnie obrót klucza w zamku, podnoszoną i chwilę później 

opuszczaną pokrywę. Kiedy się odwrócił, kamień był znowu na swoim miejscu, a Higgins 

trzymał gruby plik papierów związany wstążką.

- Nie doszło do sprofanowania grobu - oznajmił inspektor z uśmiechem - ponieważ 

background image

relikwiarz   nie   zawierał   żadnych   szczątków.   Nie   pogwałciliśmy   więc   prawa,   mój   drogi 

Marlow.

Twarz nadinspektora się rozjaśniła. Po raz kolejny przekonał się, że warto było zaufać 

Higginsowi.

- A... te dokumenty?

Higgins   zdjął   wstążkę   i   położył   plik   papierów   na   ołtarzu.   Kiedy   go   niezwykle 

delikatnie rozwinął, Scott Marlow zbliżył płomień zapalniczki.

- Nie tak blisko - zalecił Higgins. 

Nadinspektor ujrzał zapisane nutami pięciolinie.

- Partytura... Dlaczego ktoś ją tutaj schował?

- Ponieważ jest niezwykle cenna - odparł Higgins.

- A... do kogo należy? 

Higgins zamyślił się głęboko.

- Do zabójcy, do reżysera? - spytał ożywionym głosem Marlow, czując, że zbliżają się 

do rozwiązania zagadki.

Inspektor milczał przez dłuższą chwilę. Księżyc niecił przez rozbite witraże, sącząc 

blade światło do wnętrza opuszczonej świątyni.

- Do zabójcy - powiedział do siebie. - Ale czy jest tylko jeden zabójca?

background image

Rozdział XVI

Drzwi   gospody   “Pod   Faszerowaną   Gęsią”   otworzyły   się,   zanim   Higgins   zdążył 

nacisnąć dzwonek. W progu stała panna Lipyncott w bladozielonym kostiumie.

- Dobry wieczór, inspektorze. Zostawiłam dla pana porcję ciepłego kurczaka z miętą.

- Bardzo dziękuję - odparł Higgins, wzruszony troską gospodyni.

Spojrzenie panny Lipyncott stało się nagle chłodne i pełne rezerwy.

- Kto jest z panem, inspektorze? 

Scott Marlow cofnął się o krok.

- Mój kolega, nadinspektor Marlow.

- Proszę wejść, inspektorze.

Higgins nie miał wyboru. Przepraszając wzrokiem Scotta Mariowa, wszedł do środka. 

Uświadomiwszy sobie nagle, że ryzykuje powrót na piechotę do Lindenbourne, nadinspektor 

odważył się przemówić.

- Umieram z pragnienia... Czy mógłbym się czegoś napić?

Panna Lipyncott zmierzyła go surowym wzrokiem.

- Moja gospoda nie jest poczekalnią dworcową. Dobranoc panu.

Drzwi gospody zostały zamknięte.

Higgins zdjął płaszcz przeciwdeszczowy, ale wahał się, czy zawiesić go na wieszaku.

- Pan jest przemoczony! - wykrzyknęła panna Lipyncott.

Po zażyciu środka przeciw grypie Higgins przebrał się i zszedł do jadalni, gdzie panna 

Lipyncott   przyjmowała   tylko   nielicznych  wybrańców,   z  którymi  pozostawała   w  zażyłych 

stosunkach.

Higgins   zjadł   kurczaka   z   miętą   i   połówkę   grejpfruta.   Zdecydowanie   bardziej 

odpowiadało mu francuskie wino muscadet, które gospodyni wydobyła z piwnicy.

- Doskonałe - pogratulował. - Wspaniale pani gotuje.                                           :

- To nic takiego, inspektorze - odparła, oblewając się rumieńcem.

Parkiet w jadalni lśnił. Pokój był umeblowany skromnie, ale wygodnie.

- Bez pani współpracy - wyznał Higgins - nie byłbym zdolny rozwiązać tej zagadki. 

Mam do pani jeszcze wiele próśb.

Panna Lipyncott była zachwycona.

- Proszę mówić, inspektorze. 

Rozkoszując się ostatnim łykiem muscadeta, Higgins przedstawił plan akcji.

-   Chciałbym   powierzyć   pani   opiece   wyjątkowy   dokument.   Tylko   tutaj   będzie 

background image

bezpieczny. Czy zgodzi się pani przechować go aż do zakończenia śledztwa?

Stara panna zmarszczyła czoło.

- Bardzo chętnie, ale...

- Obawia się pani włamywacza, który wtargnął do pokoju Pietra Giovanniego? Proszę 

się nie martwić. Nie wróci.

Zapewnienie Higginsa było dla gospodyni wystarczające - taki człowiek jak on nie 

oszukiwał kobiet.

- Jeszcze coś - ciągnął inspektor. - Muszę wysłać, począwszy od jutra rana, pewną 

liczbę telegramów za granicę i zadzwonić w kilka miejsc. Zamek w Lindenbourne wydaje mi 

się mało stosownym miejscem do tej pracy. Czy mogłaby mi pani polecić jakiś spokojny kąt?

Panna   Lipyncott,   która   zamierzała   właśnie   przygotować   ziołową   herbatkę, 

uśmiechnęła się radośnie.

- Nic prostszego, inspektorze: tutaj. Już od dawna prowadzę urząd pocztowy.

Dostrzegając podziw i zdumienie na twarzy gościa, wjaśniła, że znając wszystkich w 

okolicy i ciesząc się doskonałą reputacją, została wybrana, podobnie jak jej prababka i babka, 

na   oficjalnego   łącznika   ze   światem   sewnętrznym.   Chętnie   zgodzi   się  zostać   wspólniczką 

inspektora Scotland Yardu, pod warunkiem, że tajemnica pozostanie między nimi.

-   Może   pan   liczyć   na   moją   dyskrecję,   tak   jak   ja   liczę   na   pańską,   inspektorze   - 

wyszeptała.

Higgins wypił orzeźwiającą herbatkę ziołową.

- Już czas, żeby się udać na spoczynek, inspektorze. Ale najpierw mam dla pana małą 

niespodziankę.

Panna Lipyncott położyła na stole szczelnie zamkniętą ampułkę.

- Znalazłam to w pokoju Pietra Giovanniego. Ten przedmiot był przyklejony plastrami 

pod łóżkiem. Pomyślałam, że to pana zainteresuje.

Higgins zważył w ręku ampułkę i obejrzał ją dokładnie.

-   Ciekawe   znalezisko,   panno   Lipyncott.   Jutro   zwrócę   się   z   tym   do   laboratorium. 

Analiza zawartości winna nam dostarczyć cennych informacji. 

Gospodyni zaróżowiła się z zadowolenia. Sama czuła, że dokonała istotnego odkrycia, 

ale potwierdzenie tego faktu przez inspektora Scotland Yardu bardzo jej pochlebiało.

- Czy Pietro Giovanni lubił koty? - spytał Higgins.

- Nienawidził ich. Postawił warunek: żadnych kotów w gospodzie. To nie stanowiło 

problemu - hoduję tylko chińskie rybki.

Higgins życzył gospodyni dobrej nocy i udał się do pokoju zmarłego śpiewaka. W 

background image

gospodzie zapanowała absolutna cisza. Inspektor pomyślał, że musi być jedynym gościem, 

którego   właścicielka   gospody   przyjęła   pod   swój   dach   od   czasu   dramatycznej   śmierci 

Giovanniego.

Wziął odświeżający prysznic, po czym usadowił się wygodnie w łóżku, podkładając 

pod kark  dwie  poduszki.   Bardzo  mu  brakowało  jego domu  i  Trafalgara,  teraz,   gdy miał 

przeanalizować zebrane podczas śledztwa informacje. Jednak nie było czasu na nostalgię. 

Higgins otworzył czarny notes i pogrążył się w lekturze.

- Już pan wstał, inspektorze? - zdziwiła się ubrana w prosty beżowy kostium panna 

Lipyncott. Zegar w małym saloniku pokazywał siódmą rano.

Inspektor miał na sobie elegancki, doskonale uszyty garnitur z perłowoszarej flaneli, z 

którym doskonale harmonizowała muszka w nieco ciemniejszym odcieniu szarości.

- Przygotowałam panu herbatę, inspektorze. Niezwykle rzadka indyjska mieszanka.

Higgins, którego czekał bardzo pracowity dzień, nie spodziewał się, że jego żołądek 

zostanie z samego rana wystawiony na tak ciężką próbę. Jak uciec przed przeklętym napojem, 

który przyprawiał go o mdłości? Nie dostrzegł w pobliżu żadnej rośliny doniczkowej, do 

której mógłby wylać herbatę.

- Czy posiada pani formularze telegramów? - spytał uprzejmie.

- Poszukam... ale najpierw podam panu herbatę.

-Ależ... Proszę się nie trudzić,                  

“Uroczy człowiek” - pomyślała panna Lipyncott.

Higgins posmarował grzankę marmoladą. W momencie gdy gospodyni wychodziła z 

pokoju, wlał nieco herbaty do filiżanki. Ten kamuflaż powinien wystarczyć.

Poranek upłynął pracowicie. Higgins zredagował telegramy, chcąc wysłać je do wielu 

krajów   Europy   z   prośbą   o   pilną   odpowiedź.   Wtajemniczona   panna   Lipyncott   uznała   tę 

strategię za wielce pomysłową.

Potem inspektor zadzwonił do swojego starego przyjaciela, pułkownika sir Arthura 

Mac Crombiego, który wiedział więcej o ostatniej wojnie światowej niż wszystkie archiwa 

razem wzięte.

-   Toż   to   Higgins!   -   zagrzmiał   pułkownik,   rozpoznając   głos   inspektora.   -   Czy 

potrzebuje pan mojej pomocy?

- Bardziej niż kiedykolwiek, sir Arturze. Czy ten numer coś panu mówi?

Higgins   głośno   wyrecytował   cyfry,   które   zapisał   w   czarnym   notesie.   Chociaż 

pułkownik się do tego nie przyznawał, był nieco głuchy.

background image

- Czy przed numerem nie ma litery? - spytał.

- Owszem, ale prawie zamazana... Może M albo K.

- M, oczywiście. Interesuje się pan tym smutnym okresem, Higgins?

- Jedynie w ramach śledztwa, pułkowniku.

- Przypuszczam, że chce się pan dowiedzieć, co ten numer znaczy?

- Powinien był pan zatrudnić się w Scotland Yardzie, pułkowniku.

-   A   pan   mógł   raczej   pójść   drogą   jedynie   słusznej   kariery,   w   szeregach   armii   - 

odburknął sir Arthur. - Niech pan chwilę poczeka... sprawdzę na mojej liście.

Kwadrans później pułkownik zaspokoił ciekawość Higginsa.

- Tak  łatwo  się  pan  nie  wywinie,   stary  anarchisto...  musi   mi  pan  opowiedzieć   tę 

historię w szczegółach.  W najbliższy wtorek u mnie na kolacji. To rozkaz.

Kiedy pułkownik odłożył słuchawkę, Higgins uznał, że przyjdzie mu zapłacić wysoką 

cenę za niektóre informacje. Gospodyni starego pułkownika miała chorobliwą skłonność do 

przyrządzania   niestrawnych   dań.   Pułkownik   był   jednak   tak   skuteczny,   że   zasługiwał   na 

niejakie poświęcenie.

Odłożywszy słuchawkę, inspektor wymruczał: “Tego się właśnie spodziewałem... nie 

powiedziała mi wszystkiego... ale może nie wiedziała...” 

Drugi   telefon   stwarzał,   z   racji   odległości,   pewne   i   problemy.   Inspektor   uznał   za 

konieczne poradzić się  pani domu. 

- Żeby zatelefonować na antypody - zauważyła . - godzina jest mało stosowna.

- Ma pani rację - zgodził się Higgins. - Dlatego poproszę, żeby oddzwoniono tutaj pod 

wieczór. Tam będzie około dziesiątej rano. Służby administracyjne będą miały czas, żeby 

przejrzeć akta. Oczywiście ten  telefon nie może zadzwonić w Lindenbourne. Mam nadzieję, 

że będę tutaj, ale jest możliwe, że nieprzewidziane okoliczności zatrzymają mnie w zamku. 

Gdyby tak się stało, czy mogłaby pani zanotować odpowiedź?

Panna Lipyncott zgodziła się z niemal ekstatycznym wyrazem szczęścia w oczach. 

Nie   czuła   się   bardziej   podekscytowana   nawet   w   okresie,   gdy   rywalizowali   o   nią   dwaj 

pułkownicy armii indyjskiej.

Słońce   zalewało   światłem   zamek   Lindenbourne.   Strzegący   wejścia   do   posiadłości 

umundurowani policjanci Scotland Yardu przypominali posągi z “czarodziejskiego ogrodu”. 

Po skromnym posiłku spożytym w towarzystwie panny Lipyncott, która rozwodziła się nad 

niezapomnianymi czasami krynolin, pojazdów konnych i wiejskich festynów, Higgins udał 

się na piechotę do zamku.

Pogrążony   w   myślach,   nie   dostrzegał   uroków,   jakie   roztaczała   wieś   mieniąca   się 

background image

kolorami lata. Po raz pierwszy od dnia śmierci Giovanniego uznał, że jest bliski rozwiązania 

zagadki. Zebrane do tej pory elementy zaczęły układać się w logiczną całość.

Kiedy   wszedł   do   zamkowego   holu,   była   godzina   sjesty.   Zapukał   do   drzwi   biura 

reżysera. Żadnej odpowiedzi. Wszedł do środka. W pokoju nie było nikogo. Higgins podszedł 

do okna, skąd roztaczał się widok na trawnik, gdzie zazwyczaj odbywały się pikniki. Grupa 

artystów rozgrywała właśnie partię krokieta. Inspektor dostrzegł George'a Chairmana, Audrey 

Simonsen, sir Briana Halla i Marylin O' Neill, która obserwowała przebieg gry. Dyrygent 

Lovro Ferenczy, siedząc na kamiennej ławce, czytał partyturę. Nieco dalej reżyser Jonathan 

Kelwing dyskutował z uroczą włoską sopranistką Graziellą Canti.

Scena była bardzo pouczająca. Higgins odnotował swoje obserwacje w notesie.

Pokój   dyrygenta,   usytuowany  na   końcu   korytarza,   sąsiadował   z   pokojem   Gerta 

Glindera, odtwórcy roli Leporella. Przez dwa wąskie okna sączyło się blade światło. Ponure 

pomieszczenie   przypominało   nieco   klasztorną   celę.   Był   to   najstarszy   pokój   w   zamku. 

Jonathan   Kelwing   zachował   oryginalne   proste   umeblowanie,   pochodzące   z   epoki,   kiedy 

Lindenbourne było tylko skromnym, prowincjonalnym dworem. Na marmurowej posadzce 

stało niskie czereśniowe łóżko, dwa proste krzesła i ciężka, masywna dębowa szafa.

Klamka   w   stylu   gotyckim   powoli   się   obróciła.   Do   pokoju   cicho   jak   kot   wszedł 

nieoczekiwany gość. Bez wahania podszedł do szafy, otworzył ją i wyjął skórzany kuferek. 

Pomanipulował   przy   zamku.   W   środku   leżały   trzy   pałeczki   dyrygenta.   Intruz   je   wziął   i 

wyszedł.

- Proszę wejść - powiedział Scott Marlow, gdy zapukano do drzwi.

Higgins   wszedł.   Nadinspektor   tonął   w   stosie   fiszek,   których   nie   miał   czasu 

uporządkować. Sprawiał wrażenie zmęczonego jeszcze bardziej niż poprzedniego dnia.

- Późno poszedłem spać - wyjaśnił. - Musiałem wrócić pieszo z tej przeklętej gospody. 

Poza tym znowu były problemy z komputerem. Ale zdobyłem informacje. Niech pan sam 

zobaczy.

Marlow   podał   Higginsowi   gruby   plik   fiszek   dotyczących   Jonathana   Kelwinga. 

Inspektor uważnie przeczytał informacje, ale nie dowiedział się niczego nowego.

- Co pan o tym myśli, mój drogi Marlow? 

Nadinspektor wyglądał na rozżalonego.

-  Przeanalizowałem   najdrobniejsze   szczegóły   z   życia   reżysera...   nic   szczególnego. 

Nigdy   nie   opuścił   Lindenbourne.   Jest   synem   i   wnukiem   reżysera.   Kawaler,   protestant, 

background image

doskonała reputacja... same banały. Jaki demon pchnął go do popełnienia zbrodni?

Higgins doskonale rozumiał udręki nadinspektora.

- Ja natomiast mam coś nowego.

- Naprawdę? - spytał zaintrygowany Marlow.

- Oto narzędzie zbrodni - powiedział  krótko Higgins, kładąc na biurku zamkniętą 

ampułkę znalezioną przez pannę Lipyncott.

Zaskoczony nadinspektor milczał przez chwilę.

- Znalazł ją pan u reżysera?

- Czy mógłby ją pan dostarczyć do laboratorium? Chciałbym bardzo szybko otrzymać 

wyniki analiz.

- Natychmiast się tym zajmę - zapewnił Marlow.

Skoro Higgins nie chciał odpowiedzieć na jego pytanie, to znaczy, że miał ku temu 

powody. Marlow je znał: wina reżysera. Zapewne inspektor nie dopuszczał myśli, że to on, 

Scott Marlow, tak szybko odnalazł mordercę.

Podczas gdy nadinspektor wysyłał  jednego ze swoich ludzi  z kurierską przesyłką, 

Higgins   podszedł   do   okna.   Obserwowanie   było   jego   ulubionym   zajęciem.   Spoglądanie   z 

ukrycia   na   to,   co   działo   się   na   zewnątrz,   mogło   niekiedy   dostarczyć   interesujących 

spostrzeżeń.  Również tym  razem się nie  rozczarował. Zauważył,  że na terenie  do gry w 

krokieta nie było ani Niemca Gerta Glindera, ani Hiszpana Rubena Carmino.

Higgins widział również taras, na który przychodziła się opalać Graziella Canti. Jej 

miejsce   zajmowali   teraz   dwaj   śpiewacy:   Gert   Glinder   i   Ruben   Carmino,   pogrążeni   w 

dyskusji, żywiołowej, jeśli sądzić po nerwowych gestach Hiszpana. Zdenerwowany Niemiec 

przerwał rozmowę.

Zdyszany,   ale   zadowolony   z   siebie   nadinspektor   oznajmił   Higginsowi,   że 

umundurowany policjant odjechał na motorze do Londynu. Laboratorium zbada zawartość 

ampułki w trybie pilnym. Scott Marlow miał się jeszcze upewnić telefonicznie.

- Czy widział pan gdzieś reżysera? - zapytał tajemniczo Higgins.

- Uciekł, prawda? - zapytał Marlow z nadzieją w głosie.

- Sprawdźmy - zaproponował Higgins. 

Nadinspektor, odzyskując młodzieńczy . wigor, zbiegł ze schodów. Higgins, który nie 

tolerował pośpiechu w żadnych okolicznościach, zachował własne tempo. Marlow wtargnął 

do biura reżysera. Bacznie rozejrzał się wokoło, przejrzał akta, rozsunął zasłony.

- Nie ma go - stwierdził rozżalony, kiedy Higgins stanął na progu.

Inspektor   położył   palec   na   ustach,   prosząc   o   zachowanie   całkowitej   ciszy.   Scott 

background image

Mariow nie widział wprawdzie takiej potrzeby, ale poddał się temu nakazowi i poszedł za 

Higginsem prosto do galerii zbroi.

- Za późno - westchnął Higgins, kiedy ujrzał na korytarzu Jonathana Kelwinga.

Widząc   zacięty,   agresywny   wyraz   twarzy   nadinspektora,   reżyser   wyraźnie   się 

przestraszył.

- Panowie...panowie mnie szukali?

- Zgadza się - przerwał mu Scott Marlow. -  Gdzie się pan ukrywał?

- Ależ... nigdzie! - oburzył się reżyser. - Byłem w saloniku. Naprawiałem fotel.

- Ach tak - wycedził Marlow. 

Inspektor rozejrzał się bacznie, jakby przeczuwał, że ktoś niedyskretny podsłuchuje 

ich rozmowę.

- Jest pewien delikatny problem, którego nie potrafimy rozwiązać, panie Kelwing. 

Myślę, że pan może nam w tym pomóc.

Reżyser zmarszczył brwi.                      

- Jestem do pańskiej dyspozycji, inspektorze.      

Od zachodu nadciągały gęste chmury.            

- Chodzi o igłę  i  nici  - powiedział  Higgins. - Pan zna wszystkie  zakamarki  tego 

zamku. Czy wiadomo coś panu o tej kradzieży? 

Scott Marlow nie rozumiał, dlaczego jego kolega wiąże ten incydent z reżyserem, ale 

ufał mu, tym bardziej że na twarzy Jonathana Kelwinga pojawiło się najpierw zdziwienie, a 

po chwili złość.

-   Pan   sobie   ze   mnie   żartuje,   inspektorze!   Zmagamy   się   ze   zgrają   sfrustrowanych 

artystów, którzy mi grożą ruiną, będę zmuszony podpisać wyrok śmierci na Lindenbourne, a 

pan mi mówi o igle i niciach! Wszyscy upadli na głowę, daję słowo!

- Niech pan lepiej odpowie na pytanie - wtrącił się Marlow. - Gdzie pan ukrył te nici i 

igłę?

- Nie jestem krawcem. Czeka na mnie ze sto telefonów. Niech pan lepiej znajdzie 

mordercę Pietra Giovanniego i niech ten koszmar wreszcie się skończy.

-   Czy   zechce   nas   pan   zaprowadzić   do   pokoju   Gerta   Glindera   i   uczestniczyć   w 

charakterze świadka w rewizji? - spytał Higgins.

- Ależ...to nielegalne!

- Chodźmy! - zarządził Scott Marlow. 

Jonathan Kelwing niechętnie udał się za policjantami. Głośno protestował, powołując 

się na fakt, że nigdy w Lindenbourne nie zdarzyło  się, żeby pokój wielkiego artysty był 

background image

przeszukiwany   przez   policję.   Scott   Marlow   zapukał,   zanim   wszedł.   W   pokoju   nie   było 

nikogo.

Higgins   nie   tracił   czasu   na   daremne   przeszukiwania.   Podszedł   prosto   do   łóżka 

śpiewaka i wziął partyturę Don Juana.

Cienka metalowa igła z czarną nicią znajdowała się wewnątrz dzieła. Higgins chwycił 

ją delikatnie chusteczką opatrzoną szlacheckim herbem. Reżyser znowu wpadł w złość.

- Czy mógłby mi pan wytłumaczyć, dlaczego marnuje mój cenny czas? Czeka mnie 

ogrom pracy, próbuję  uratować, co się jeszcze da, a pan doprowadza mnie do rozpaczy tą 

śmieszną rewizją!

- Nigdy nie należy lekceważyć detali - sprzeciwił się chłodno Higgins. - Może pan 

odejść, panie Kelwing. Dziękuję za współpracę.

Równie   zbity   z   tropu   co  Scott   Marlow,   Jonathan   Kelwing   uczynił   krok   w   stronę 

drzwi, czekając, że Higgins go powstrzyma.

Ponieważ inspektor milczał, reżyser wycofał się w milczeniu i szybko wyszedł.

- Czego chce pan dowieść? - spytał zaniepokojony Marlow, obserwując, jak Higgins 

pieczołowicie składa chusteczkę z igłą w środku.

- Muszę się jeszcze czegoś dowiedzieć. Niech pan się zwróci o pomoc do komputera, 

mój drogi Marlow. Jestem pewien, że nie powiedział panu wszystkiego.

W czasie  gdy nadinspektor  zmagał  się  z nowoczesną  techniką,  Higgins  zszedł  na 

parter.   Wychodząc   na   zewnątrz,   stwierdził,   że   partia   krokieta   jeszcze   się   nie   skończyła. 

Brakowało tylko Grazielli Canti. Glinder i Carmino kontynuowali burzliwą dyskusję w alei 

prowadzącej do “czarodziejskiego ogrodu”.

Inspektor udał się w kierunku tarasu, przeczuwając, że urocza sopranistka wybrała 

opalanie zamiast sportu. Nie mylił się. Graziella Canti korzystała z ciepłych promieni słońca, 

również tym razem półnaga. Higgins skierował wzrok ku niebu i dyskretnie zakasłał.

Tym razem Graziella Canti nie okazywała skrępowania. Pewna siebie, z miną młodej 

dzikuski, nie kryła irytacji.

- Obudził mnie pan, inspektorze! O co tym razem panu chodzi?

- Bardzo mi przykro. Będę mówił zwięźle. Ukradziono pani igłę z czarną nicią?

- Tak, zgadza się... - odparła dziewczyna zaintrygowana.

- Czy przypadkiem nie odnalazła pani zguby?

- Nie, ale ktoś przyniósł mi do pokoju podobny zestaw.

Niebo pokryło się chmurami, podobnie jak poprzedniego dnia. W powietrzu wisiała 

burza.

background image

- Czy wie pani, kto uczynił pani tę przysługę, panno Canti?

- Nie ma w tym nic tajemniczego, inspektorze: Jonathan Kelwing.

background image

Rozdział XVII

Tego  letniego,   burzowego   popołudnia   Higgins   postanowił   przyjąć   taktykę   starego 

chińskiego   mędrca   Lao-Cy:   nie   działać.   Uznał,   że   dobro   śledztwa   wymaga,   aby   czekać 

cierpliwie na rozwój wydarzeń, w nadziei, że morderca popełni jakiś błąd.

Słońce skryło się za czarnymi chmurami. Powietrze było duszne i wilgotne. Inspektor 

zmusił się jednak do powolnego spaceru po “czarodziejskim ogrodzie”, gdzie w towarzystwie 

kamiennych   postaci   należących   do   świata   oper   Mozarta   rozważał   możliwe   rozwiązania 

zagadki tej zbrodni. Winny, niewinny... Każdy z bohaterów dramatu z Lindenbourne należał 

niewątpliwie do jednej z tych dwóch kategorii. Pietro Giovanni, który ośmielił się wcielić w 

postać Don Juana, tego Don Juana, przed którego posągiem Higgins właśnie medytował, czyż 

naprawdę był tylko ofiarą?

Nagle   pojawiła   się   Audrey   Simonsen.   Odtwórczyni   roli   Donni   Elviry   wyszła   na 

spotkanie inspektora. Miała na sobie czarną plisowaną spódnicę i czerwone bolerko. Na jej 

twarzy   malowała   się   powaga.   Stąpała   ciężko,   jakby   dźwigała   na   ramionach   ciężar 

przeznaczenia.

- Muszę z panem porozmawiać, inspektorze.

- Czy chciałaby pani, żebyśmy poszli w stronę jeziora? - zaproponował spokojnym 

tonem Higgins.

Od spokojnej tafli wody bił orzeźwiający chłód. Dwoje spacerowiczów przez chwilę 

szło w milczeniu. Weszli na ścieżkę wijącą się wzdłuż jeziora ku południu i dochodzącą do 

ujścia rzeki, wzburzonego prądami tworzącymi spirale wokół małej trawiastej wysepki.

Audrey Simonsen patrzyła prosto przed siebie, jakby szukała na horyzoncie kogoś 

niewidzialnego, zdolnego ją wesprzeć.

- Nie powiedziałam panu całej prawdy, inspektorze - wyznała wreszcie.

- To mnie nie dziwi - pocieszył ją Higgins. - Pamięć ludzka podąża niekiedy krętymi 

ścieżkami.

- Przyszłam tutaj - ciągnęła piękna Dunka - żeby wyrzucić flakon wody utlenionej, 

którym posłużyłam się, żeby opatrzyć ranę Pietra.

Para łabędzi przepłynęła w milczeniu, pozostawiając za sobą srebrzystą bruzdę. 

- To była noc mojego nieudanego samobójstwa.  Straciłam głowę, nie wiedziałam już, 

czy   chcę   żyć,   czy   umrzeć.   To   była   niemądra   reakcja.   Wyobraziłam   sobie,   że   mogę   być 

podejrzewana... że powstaną przypuszczenia, że zastąpiłam wodę utlenioną trucizną.

background image

Głos Audrey Simonsen dziwnie się załamywał, brzmiała w nim to trwoga, to znów 

spokój.

- Nawet gdybym uznał, że ten gest był nieprzemyślany - powiedział Higgins - nie 

uwierzyłbym pani. Jest pani zbyt inteligentna, panno Simonsen, żeby podzielić się ze mną 

nieużyteczną rewelacją.

Piękna Dunka podskoczyła.

- Co znaczy...?

- Niech pani nie udaje, panno Simonsen - szorstko ofuknął ją inspektor. - Spójrzmy 

prawdzie w oczy. Skoro wrzuciła pani ten flakon do jeziora, to oznacza, że naprawdę zawierał 

truciznę.

Audrey Simonsen na dłuższą chwilę pogrążyła się w milczeniu. Higgins skorzystał z 

tego, by podziwiać wodny spacer pary łabędzi, obojętnych na ludzką niedolę.

- Zgoda, inspektorze. We flakonie była trucizna. Nie przeznaczyłam jej dla Pietra, ale 

dla siebie. Nigdy nie wyrządziłabym mu najmniejszej krzywdy, nawet jeśli nie pochwalałam 

jego postępowania.

- A jednak obawiała się pani, że może być oskarżona o morderstwo.

- Rzeczywiście. Miałam powody.

- Czy mógłbym je poznać?

Kobieta rzuciła Higginsowi chłodne spojrzenie.

-  Nie,   inspektorze.   Proszę   nie   liczyć   na   to,   że   kogokolwiek   oskarżę.   Brzydzę   się 

donosicielstwem. Niech pan myśli, co chce.

Higgins dostrzegł, że część posiadłości od strony ujścia rzeki jest zaniedbana.

Uczestnicy   festiwalu   nie   zapuszczali   się   tutaj.   Blisko   brzegu,   ukryta   w   wysokiej 

trawie, drzemała odrapana z farby drewniana barka.

- Czy Pietro Giovanni lubił koty? 

Audrey Simonsen szeroko otworzyła oczy.

- Koty? Nienawidził ich!

- Z jakiego powodu?

-   Jak   wielu   wielkich   artystów,   Pietro   był   przesądny.   Tymczasem   kiedy   po   raz 

pierwszy wszedł na scenę, omal nie został ośmieszony. Zza kulis wybiegł kot   przemknął 

przed nim w momencie, gdy Pietro intonował arię. Publiczność zaczęła się śmiać. Trzeba 

było  spuścić kurtynę,  schwytać  kocura i przywrócić  spokój. Od tamtego  wieczoru Pietro 

obsesyjnie nienawidził kotów.

Opuściwszy brzeg jeziora, dwoje spacerowiczów kroczyło wypielęgnowanymi alejami 

background image

“czarodziejskiego ogrodu”. Ktoś obcy mógłby przypuszczać, że to romantyczna przechadzka 

dwojga wielbicieli Mozarta, rozpamiętujących niezapomniane koncerty. Higgins żałował, że 

rzeczywistość jest zupełnie inna. Czuł, że Audrey Simonsenjest spięta.

-   Mam   do   pani   prośbę   -   powiedział   uroczystym   tonem.   -   Czy   mogłaby   mi   pani 

powierzyć czarną suknię, którą pani skradziono i którą pani odzyskała?

Higgins uznał, że wieczorowa suknia, którą Audrey Simonsen dyskretnie przyniosła 

do nadinspektora Marlowa, jest bardzo elegancka. Marlow, wisząc przy telefonie, zmagał się 

ze   strajkiem   personelu   działu   komputerowego.   Pracownik   odpowiedzialny   za   katalogi 

zablokował   dostęp   do   wszelkich   informacji.   Być   może   był   pośród   nich   dowód   na   winę 

reżysera.

- Chwilami, mój drogi Higgins, ta planeta staje się nie do zniesienia.

-   Postęp   jest   naszpikowany   kaprysami,   nadinspektorze.   Zdarzyło   mi   się   mieć 

problemy   z   nowoczesną   temperówką.   Powróciłem   do   scyzoryka.   Wszystko   zależy   od 

umiejętnego postępowania. Niech więc pan trzyma koniec tej sukni.

Higgins dotknął palcem wskazującym szwów i szybko zauważył, że jeden z nich jest 

stosunkowo gruby. Rozpruł szew, delikatnie wydobywając wąski pasek papieru, na którym 

wypisano długą serię cyfr i dużych liter.

- Można by przysiąc, że to jakiś kod - ocenił Scott Marlow.

- Trudno temu zaprzeczyć - potwierdził Higgins.

- Ale dlaczego schowano go tutaj? 

Inspektorowi było przykro, że zniszczył piękną suknię, ale rezultat go zadowolił.

- Dlaczego? - powtórzył w zamyśleniu. - Dlatego, że właściciel tego dokumentu nie 

ma pamięci do cyfr. Dlatego, że chciał przechować swój skarb w bezpiecznym miejscu. Czy 

pozwoli pan, że skorzystam z pańskiego telefonu?

Marlow niewiele rozumiał z wyjaśnień inspektora.

- Higgins wybrał numer.

- Hartnell? Tutaj Higgins. Mam do pana prośbę, to pilne... Tak, to właśnie to. Na jutro 

wieczór? Doskonale... Podaję panu adres. Proszę się postarać... Jeśli są braki, zobaczymy 

później. Będę wdzięczny za pośpiech.

Później Higgins zadzwonił do ważnej osobistości:

Watsona B. Petticotta, jednego z szefów Banku Anglii oraz swego szkolnego kolegi, z 

którym ciągle utrzymywał kontakty. Watson B. Petticott, szanowana postać z kręgu premiera 

i jego wpływowych polityków, miał pewien sekret, ukryte i nie spełnione marzenie: pragnął 

background image

zostać   inspektorem   policji,   równie   przenikliwym   jak   Sherlock   Holmes,   z   dala   od 

ekonomicznych problemów i finansów publicznych. Higgins był dla niego wzorem człowieka 

idealnego, żyjącego najbardziej pasjonującą z egzystencji. Kiedy jego przyjaciel prosił go o 

pomoc podczas śledztwa, Watson B. Petticott nie mógł tej prośbie odmówić.

- Higgins? Kto został zabity? - spytał z ekscytacją w głosie.

- Pietro Giovanni.

- Śpiewak?

- Tak.

- Bajeczne! Co za skandal! Czy wiesz już, kto jest winny?

- A więc...

- To na pewno kobieta - oświadczył stanowczo Watson B. Petticott. - Ten typ był 

jednym z największych podrywaczy, jakich wydała nasza planeta. Mam nadzieję, że zwracasz 

się do mnie o pomoc?

Higgins odczytał litanię cyfr przedzielonych wielkimi literami.

-   Numery   skrytek   sejfowych   -   wyjaśnił   natychmiast   Watson   B.   Petticott.   -   W 

większości szwajcarskich.

Higgins był nieco zażenowany.

- Nie chciałbym ci sprawiać kłopotów, Watsonie, ale...

-   Daj   spokój!   -   zaprotestował   ostro   bankier.   -   My,   profesjonaliści,   musimy   sobie 

pomagać.   Gdyby   tajemnice   skrytek   istniały   naprawdę,   jak   odpowiedzialni   za   finanse 

narodowe mogliby rządzić? Zatelefonuję do ciebie za jakąś godzinę, żeby ci powiedzieć, co 

się   w   tych   sejfach   znajduje.   Oczywiście,   niczego   ci   nie   przekazałem,   a   ty   niczego   nie 

słyszałeś. W zamian za to przyjdziesz do mnie na kolację w najbliższy czwartek i wszystko 

mi opowiesz. Przyrzekasz?

- Przyrzekam - odparł Higgins, myśląc o tym, że jego żołądek będzie wystawiony na 

ciężką próbę przez kucharkę Watsona B. Petticotta, Walijkę, której specjalnością był kogut w 

winie i szarlotka z gorzką czekoladą. Jednak czyż można odmówić człowiekowi honoru?

Watson B. Petticott był punktualny jak zwykle. Wszystkie skrytki zawierały te same 

dokumenty i skandalizujące fotografie, związane z prywatnym życiem Pietra Giovanniego.

Reżyser sam podał herbatę gościom na stopniach zamku. Tego późnego popołudnia 

niemal   wszystkich   ogarnęło   słodkie   rozleniwienie.   Nie   zamieniono   ani   słowa.   Czas   się 

zatrzymał. George Chairman zdawał się pogrążony w myślach. Audrey Simonsen, wpatrzona 

w   horyzont,   ściskała   w   dłoniach   pustą   filiżankę.   Ruben   Carmino   nie   przestawał   wodzić 

background image

wzrokiem za tą, którą kochał. Urocza Włoszka z kolei była niezwykle nerwowa. Sir Brian 

Hall tkwił godnie u boku narzeczonej, wyniosłej Australijki, Marylin O' Neill. Gert Glinder 

był nadąsany.

Artyści nie zwracali na siebie uwagi, pogrążeni we własnych myślach.

Brakowało jedynie dyrygenta Lovra Ferenczy'ego, który, obawiając się nadchodzącej 

burzy, wstał z kamiennej ławki i poszedł w stronę zamku z partyturą w ręku. Skinieniem 

głowy pożegnał śpiewaków i zagadnął Higginsa, który stał oparty o jeden z filarów.

- Czy mógłbym z panem porozmawiać, inspektorze?

- Jestem do pańskiej dyspozycji, mistrzu. 

Weszli do holu. Higgins pomyślał o mękach Scotta Marlowa, który od ponad godziny 

negocjował z przedstawicielem strajkujących, żeby wydostać komputerowe pliki.

- Padłem ofiarą dziwnej kradzieży, inspektorze. 

Dyrygent zazwyczaj niezwykle spokojny, nie mógł opanować wzburzenia.

- Co się stało, mistrzu?

- Tajemnicze włamanie... Ukradziono mi pałeczki dyrygenta, które przechowywałem 

w małym kuferku.

- Czy przedstawiały dla pana szczególną wartość?

- Nie, żadnej... To były  zwyczajne  narzędzia  pra-;y.  Nie rozumiem  przyczyny  tej 

kradzieży.

- Sądzę, że uda nam się to wyjaśnić - oznajmił tajemniczo Higgins.

- Czy podejrzewa pan kogoś? - spytał dyrygent.

- Przyrzekam panu, że odnajdę pańskie pałeczki. Ale mam do pana pytanie, które od 

dawna nie daje mi  spokoju: co pan sądzi o  Don Juanie, który jest wprawdzie frywolny, 

niemniej jednak zakochany w Doni Ansie i zauroczony Doną Elvirą?

Pierwsze krople deszczu zmusiły artystów do powrotu na zamek.

- Zadowalam się muzyką Mozarta -odparł Lovro Ferenczy. - Reszta to tylko kiepska 

literatura.

Reżyser   Jonathan   Kelwing   nie   wiedział   już,   co   ma   robić.   Graziella   Canti   wylała 

herbatę na suknię i wzywała pomocy. Audrey Simonsen szukała ręcznika, dzwonił telefon.

Gert   Glinder   podszedł   do   Higginsa.   Pomimo   niezaprzeczalnej   męskości 

trzydziestolatka, którego podobieństwo do zmarłego Pietra Giovanniego zdawało się wzrastać 

z upływem czasu, emanowała z niego niepokojąca słabość.

- Powinien pan przeczytać ten dokument, inspektorze - powiedział, wsuwając list do 

lewej   ręki  Higginsa.  -  Audrey Simonsen   zgubiła   go  w   Amsterdamie,   gdzie   pojechała  za 

background image

Pietrem, który śpiewał w operze Verdiego.

Uśmiechając się ironicznie, Glinder udał się do swego pokoju. Rozległy się pierwsze 

grzmoty. Higgins przeczytał list. Pismo było nierówne, nerwowe.

Nie zebrałam się jeszcze na odwagę, żeby Cię zabić. Wolę umrzeć. Moje życie jest 

pasmem udręk. Ty również pewnego dnia poczujesz ogień śmiertelnej trucizny rozpływającej 

się w twoich żyłach.

Przed Higginsem stanął reżyser.

- Inspektorze, trzeba natychmiast coś zrobić! To nie może dłużej trwać!

Higgins popatrzył na Kelwinga z pewną dozą dezaprobaty. Reżyser był nieogolony i 

nie zmienił koszuli.

- Czy zechciałby mi pan pokazać katalog festiwalu, panie Kelwing?

Reżyser osłupiał. Właśnie zasygnalizował temu inspektorowi dramatyczną sytuację, w 

której nie może się odnaleźć, a ten pyta o jakieś błahostki.

- Niech pan posłucha, inspektorze...

- Posłucham pana chętnie - przerwał mu Higgins - kiedy przejrzę ten katalog.

Rozwścieczony reżyser poszedł do swojego biura, wziął katalog festiwalu i wręczył 

go   Higginsowi,   który   otworzył   go   na   stronie   zawierającej   fotografię   Audrey   Simonsen, 

odtwórczyni   roli   Doni   Elviry.   Tak   jak   inni   śpiewacy,   zredagowała   dedykację   dla 

publiczności,   umieszczoną   obok   swojego   portretu.   Porównując   podpisy   Higgins   nie   miał 

najmniejszej wątpliwości: autorką listu była Audrey Simonsen.

- Gdzie  są schowane buty,  które nosili śpiewacy podczas  przedstawienia?- spytał, 

przeszywając reżysera groźnym spojrzeniem. 

Jonathan Kelwing zmieszał się.

- A więc...

- Niech mi pan nie mówi, panie Kelwing, że zniknęły tak jak szpada i pochwa!

Reżyser zmieszał się jeszcze bardziej.

-   Niestety   tak...   Ruben   Carmino   postawił   mi   to   samo   pytanie   co   pan,   dziś   rano. 

Poszliśmy   razem   do   magazynu   rekwizytów   i   stwierdziliśmy,   że   wszystkie   męskie   buty 

zniknęły.

- To przykre - odparł Higgins. - Wiele przedmitów znika bez śladu. Czyżby w tym 

zamku grasował jakiś duch?

- O ile wiem, nie - odparł Jonathan Kelwing, wzruszając ramionami. - To pana jedyna 

background image

hipoteza, inspektorze?

-   Prawdę   mówiąc   nie,   panie   Kelwing.   Ale   w   tym   stadium   śledztwa   nie   należy 

lekceważyć żadnego tropu. 

Widać było, jak w reżyserze rośnie złość. Wreszcie wybuchnął.

- Z kogo pan sobie żartuje, inspektorze? Nie mogę dłużej zatrzymywać tej plejady 

gwiazd, które żądają  ode mnie rujnujących odszkodowań! Żeby zapłacić tym ludziom, będę 

zmuszony sprzedać kolekcję starych instrumentów, cenne dzieła z biblioteki, meble i w końcu 

nawet zamek! Scotland Yardowi nie grozi plajta... może się śmiać z upadku Lindenbourne!

Pierwsza błyskawica przecięła niebo.

- Proszę się uspokoić - powiedział zimno Higgins. - Mozart ożywił Lindenbourne, 

Mozart zamordował Giovanniego, Mozart Lindenbourne uratuje.

Zostawiając reżysera w niepewności, inspektor wszedł na górę do Scotta Marlowa, 

który oczekiwał na rezultat nowego głosowania strajkujących.

- Czy mogę znowu skorzystać z pańskiego telefonu, nadinspektorze?

Marlow wyglądał na wyczerpanego.

Higgins   wybrał   numer   gospody   “Pod   Faszerowaną   Gęsią”.   Panna   Lipyncott 

natychmiast podniosła słuchawkę.

- Mówi Higgins. Czy otrzymała pani telefon, na który czekamy? Tak? Nie, proszę nic 

nie mówić. Natychmiast jadę.

Samochód  Scotland Yardu, prowadzony przez  Marlowa, był  na miejscu  kwadrans 

później. Nadinspektor został w wozie, nie próbując nawet przekroczyć progu gospody.

Gdy Higgins wreszcie wyszedł, z rękoma założonymi na plecach, sprawiał wrażenie 

bardzo skupionego. Burzowe niebo przybrało kolor atramentu.

- Muzyka Mozarta nie zna granic - powiedział Higgins, wsiadając. - Oto dlaczego 

Pietro Giovanni został zamordowany.

background image

Rozdział XVIII

Deszcz był tak rzęsisty, że dróżka wiodąca z gospody do zamku została zalana w 

mgnieniu   oka. Scott  Marlow   musiał  stanąć   przed  głęboką  rozpadliną,   której  nie  dało  się 

objechać. Zaparkował na poboczu, zdecydowany przeczekać ulewę.

- Rzadko się spotyka tak diabolicznego zabójcę jak ten reżyser - zauważył.

- Na tyle diabolicznego, żeby działać w pojedynkę? - zapytał Higgins, obserwując 

strugi   spływające   po   szybach.   Ta   pogoda   przypominała   mu   zimne   i   mgliste   poranki   w 

Slaughterers, kiedy po śniadaniu udawał się na spacer do pobliskiego lasu. 

Marlow, który nie rozpatrywał tego aspektu problemu, pomyślał, że Higgins ma rację. 

Wniosek? Jeden z artystów musiał pomóc w zabójstwie. Nie zdziwiło to nadinspektora, który 

wiedział   wystarczająco   dużo   o   niemoralności   tych   ludzi   i   degradacji   ich   obyczajów. 

Pozostawało zidentyfikować wspólnika Jonathana Kelwinga.

- Sądzę, że możemy ruszać, mój drogi Marlow. 

Jadąc bardzo powoli, bez przeszkód dojechali do celu. Znowu nie było prądu, zamek 

Lindenbourne przypominał ponure widmo. Nadinspektor poczuł ucisk w dołku na myśl o 

bezpieczeństwie londyńskiego biura, którego nie powinien był nigdy opuszczać.

Wiał porywisty wiatr. Policjanci z trudem otworzyli drzwi samochodu. Szybko weszli 

na schody i schronili się w wielkim holu. Pomimo niewielkiej odległości dzielącej ich od 

zamku, byli zupełnie przemoczeni.

W   pogrążonym   w   ciemnościach   zamku   panowała   przytłaczająca   cisza.   Marlow 

pośpiesznie zapalił świeczki trójramiennego świecznika. Światło dodało im trochę otuchy.

- To ciekawe - zaobserwował Higgins. - Można by przysiąc, że nie ma tutaj żywej 

duszy.

Niepokój Scotta Marlowa wzrósł.

- Reżyser uciekł - wymamrotał. - Mogłem się spodziewać.

Rzucił się do biura Jonathana Kelwinga. Nie pytając Higginsa o słuszność swojego 

postępowania, pobiegł następnie na piętro, otwierając pokoje jeden po drugim. Puste. Scott 

Marlow grzmiał. Wszyscy skorzystali z ich nieobecności, żeby uciec. Policjanci zobowiązani 

do pilnowania zamku zapamiętają sobie burę, jaką im sprawi. Wszedł bez pukania do pokoju 

dyrygenta, w przekonaniu, że go nie zastanie. Lovro Ferenczy, siedząc na krześle z wysokim 

oparciem, czytał partyturę.

- Pan... pan, jest tutaj? - zdziwił się nadinspektor.

-   Wedle   wszelkiego   prawdopodobieństwa   tak   -   odparł   dyrygent,   zaskoczony   tym 

background image

nagłym wtargnięciem.

- Niech się pan stąd nie rusza. Dla pewności zamykam pana.

Lovro Ferenczy wstał zirytowany.

- Ale jakim prawem...?                      

Scott Marlow wyjął klucz z zamka, wyszedł i zamknął drzwi od zewnątrz, nie bacząc 

na gwałtowne protesty dyrygenta.

Higgins cierpliwie czekał w holu.

- Jest tylko dyrygent - oznajmił zagniewany Scott Marlow. - Inni wyjechali.

Higgins wpatrywał się w gwiazdy, jakby szukał nich odpowiedzi na tę nową zagadkę.

- Proszę uprzedzić ludzi, nadinspektorze. Niech nie pozwolą nikomu wejść na teren 

zamku. Pan niech stanie na warcie w holu.

Scott Marlow zmarszczył brwi.

- Co pan zamierza zrobić, Higgins?

- Znaleźć naszych gości, oczywiście. 

Higgins ani przez chwilę nie uwierzył w masową ucieczkę artystów. Widząc, że dwaj 

policjanci wyjechali z zamku samochodem, postanowili skorzystać z okazji, by spotkać się 

potajemnie, z dala od niewygodnych świadków.

W   zamku   istniało   idealne   po   temu   miejsce.   Inspektor   był   dobrej   myśli.   Pomimo 

ciemności szybko znalazł drogę do galerii zbroi. Bez wahania zatrzymał się przed halabardą i 

poruszył nią w taki sposób żeby uzyskać dostęp do schodów prowadzących do podziemi.

Ostrożnie   schodził   po   kamiennych   stopniach.   W   miarę   jak   szedł,   smuga   światła 

stawała   się   coraz   wyraźniejsza.   W   połowie   drogi   wyraźnie   usłyszał   głosy.   Usadowił   się 

możliwie najwygodniej, nie chcąc tracić rozmowy, na którą nie był zaproszony.   

- Już od pół godziny jesteśmy tutaj za namową reżysera - powiedział głos George'a 

Chairmana, odtwórcy roli Komandora - a nie posunęliśmy się ani o krok.

Migotliwe   płomienie   świec   tworzyły   świetliste   aureole   nad   głowami   uczestników 

trybunału, siedzących na kamiennych ławach wzdłuż ścian. W głębi znajdował się szanowany 

przez wszystkich George Chairman. Po lewej stronie reżyser. Trochę dalej Ruben Carmino, 

Graziella Canti i Gert Glinder. Po prawej stronie siedziała Marylin O' Neill, sir Brian Hall i 

Audrey Simonsen.

- Obecna sytuacja nie może tak dłużej trwać - zaznaczył nerwowo Jonathan Kelwing. - 

Dziękuję, że zechcieliście wziąć pod uwagę przyszłość Lindenbourne.

- Nie tylko pieniądze i kariera się liczą - powiedziała Marylin O' Neill. - Nasze życie 

to przede wszystkim muzyka.

background image

- Niech pani mówi za siebie - włączył się Gert Glinder kwaśnym tonem. - Szlachetne 

uczucia  jeszcze  nikogo nie wykarmiły.  Nie zostanę  ani dnia dłużej  w Lindenboume,  czy 

Scotland Yard tego chce, czy nie.

-   Proszę   zachować   zimną   krew   -   zaznaczyła   z   naciskiem   jasnowłosa   Audrey 

Simonsen. - Policja nie pozwoli nam wyjechać, dopóki nie znajdziemy rozwiązania, które ich 

zadowoli.

- Dlatego też musimy przyjąć jedną wersję - oznajmił stanowczo sir Brian Hali. 

- Zagłosujmy - zaproponował Ruben Carmino, poparty przez Graziellę Canti.

Zebrani popatrzyli po sobie. Cisza była wymowna.

- Kto żałuje śmierci Pietra Giovanniego? - spytał uroczyście George Chairman. 

Nikt nie zabrał głosu.

- Skoro tak - ciągnął George Chairman - nie udawajmy, że opłakujemy śmierć tego 

znienawidzonego   przez   wszystkich   człowieka,   który   poważnie   zaszkodził   każdemu   z   tu 

obecnych.   -   Czy   zgadzacie   się   podjąć   decyzję,   która   umożliwi   nam   opuszczenie 

Lindenbourne?

Wszyscy pokiwali głowami.

- Trzeba więc przystąpić do najważniejszego - oznajmił George Chairman poważnym 

głosem Komandora. Uczestnicy trybunału zadrżeli, słysząc głos, który nieubłaganie miał ich 

postawić twarzą w twarz z rzeczywistością.

- Jedno z nas zabiło Pietra Giovanniego - powiedział irlandzki śpiewak. - Każdy z 

pewnością wyrobił sobie pogląd na to, kto jest mordercą. Proponuję zatem, żebyśmy zapisali 

jego nazwisko na kartkach. Zobaczymy, kogo wyłoni większość.

Każde wypowiedziane przez niego słowo świdrowało boleśnie uszy zgromadzonych.

-   O   co   poprosimy   tego,   którego   w   ten   sposób   wyłonimy?   -   spytał   Gert   Glinder, 

sceniczny Leporello.

- Żeby oddał się w ręce policji - wtrąciła  Marylin TNeill. - Ale dostarczymy  mu 

następnie alibi, żeby go uniewinnić. Zabójca Pietra Giovanniego powinien ujść sądom. Stał 

się narzędziem boskiej sprawiedliwości.

Odbyła się tajna narada. Nie trwała długo. Procedura zaproponowana przez George' a 

Chairmana została  zatwierdzona. Śpiewak rozwinął kartki.

-  Każdy,   łącznie   ze   mną,   zadowolił   się   zapisaniem   własnego  nazwiska   -   wyjawił 

zniechęcony. - Ta metoda do niczego nie prowadzi.

- Niech sprawca sam  się ujawni - zażądał  Ruben Tirmino.  - Jest  nam to winien. 

Pomożemy mu się z tego wygrzebać. 

background image

Nikt się nie odezwał. Zapadła nieprzyjemna cisza.

-   Pozostaje   nam   tylko   jedno   wyjście   -   zadeklarowała   Graziella   Canti,   cudowna 

odtwórczyni  roli Zerliny.  - Ponieważ panu Kelwingowi tak bardzo zależy na przetrwaniu 

festiwalu   w   Lindenboume,   niech   weźmie   odpowiedzialność   na   siebie.   Jest   idealnym 

winnnym. Jeśli się ujawni, Scotland Yard będzie go uważał za zabójcę.

Wszystkie spojrzenia skierowały się na reżysera. Jonathan Kelwing wstał, pobladły ze 

złości. Jego oczy ciskały iskry.

- Ta propozycja jest nierozumna... Nie jestem winny... Nikogo nie zabiłem...

- To nieistotne  - wtrącił Gert Glinder. - Graziella  ma  rację. To pan powinien  się 

ujawnić.  Jest  pan człowiekiem   osiadłym,  nie  musi  pan  ani  podróżować,  ani  przestrzegać 

warunków   kontraktów.   Przedstawienie   Don   Juana   w   Mediolanie   jest   ważne   dla   nas 

wszystkich. Musimy stawić się tam na próbach.

- Zgadzam się całkowicie z moimi kolegami - zadeklarowała Audrey Simonsen. - Ta 

strategia wydaje mi się doskonała.

Jonathan Kelwing wyglądał na przerażonego. Nikt nie stanął w jego obronie.

- To niewiarygodne... Jestem niewinny, nie będę kłamał!

Ruben Carmino wstał i podszedł do reżysera.

- Niech pan się weźmie w garść. Wszyscy jesteśmy w tej samej sytuacji i chcemy 

sobie pomóc. Nie chodzi o to, by pana poświęcać, ale żeby wspólnie znaleźć wyjście.

Kelwing był wstrząśnięty uporem Hiszpana, którego fizyczna moc robiła na nim spore 

wrażenie.

-   Jeśli   zgodzi   się   pan   nam   pomóc   -   oznajmił   sir   Brian   Hall   z   przekonaniem   - 

podejmiemy   niezbędne   środki.   Każdy   z   nas   podpisze   deklarację,   w   której   ujawnimy,   że 

zmusiliśmy pana do przyznania się do winy,  żeby móc opuścić Lindenbourne i wypełnić 

kontrakty.

-   Ta   strategia   wydaje   się   respektować   interesy   każdego   z   nas   -   osądził   George 

Chairman.

- Wcale nie! - zaprotestował reżyser, w nagłym porywie rozpaczy. - Scotland Yard 

pośle mnie do więzienia!

- Zgadza się - odezwał się Higgins, stając u dołu schodów.

background image

Rozdział XIX

- Zresztą nie pójdzie pan do więzienia sam - ciągnał Higgins. - Ktokolwiek złożyłby 

fałszywe zeznania, dołączyłby do pana.

Pojawienie się inspektora zmroziło zebranych. Reżyser przysunął się do ściany, jakby 

chciał wtopić się w kamień.

-   Wasz   trybunał   jest   nielegalny   -   oznajmił   Higgins.   nie   kryjąc   niezadowolenia-   - 

Zachowujecie   się   w   nieodpowiedzialny   sposób.   Czy   naprawdę   sądzicie,   że   oszukacie 

Scotland Yard? Najwyższa pora wyjaśnić tę aferę. 

Nigdy Lindenbourne nie było świadkiem równie przedziwnej procesji jak ta, która 

weszła na schody piwnicy. Higgins przepuścił artystów przodem. George Chairman szedł 

pierwszy, Jonathan Kelwing zamykał pochód.

Reżyser odwrócił się do Higginsa.

- Inspektorze, chciałbym z panem pomówić.

- Później.

Nagle rozległ się krzyk. Przerażona Audrey Simonsem zderzyła się z lufą rewolweru 

wycelowaną przez Scotta Marlowa. Słysząc hałasy w galerii, nadinspektor przybiegł, żeby 

zaprowadzić porządek.

Gdy powrócił spokój, Higgins kazał wszystkim udać się do sali, gdzie wystawiano 

opery festiwalu Lindenbourne, tej samej, w której Pietro Giovanni przeżył ostatnie godziny. 

Nie było na świecie drugiej takiej sceny operowej, surowe kamienne ściany dawnej kaplicy 

przekształconej w salę widowiskową zdobiły wielkie draperie z motywami kwiatowymi.

Higgins polecił Mariowowi zapalić świece. Pozbawiona szmerów publiczności i magii 

muzyki   sala   przypominała   grobowiec   zamieszkany   przez   niepokojące   widma.   Inspektor, 

który zaczynał się do nich przyzwyczajać, wszedł pierwszy na pokrytą czerwonym dywanem 

aleję prowadzącą na scenę.

Nagle zabrzmiał ciepły i donośny głos Pietra Giovanniego.

Artyści osłupieli. Higgins wszedł na scenę.

- Ależ... on żyje! - wykrzyknęła Audrey Simonsen ze łzami w oczach.

- To tylko płyta - oznajmił chłodno George Chairman, równie nieczuły jak Komandor, 

którego rolę niejednokrotnie odgrywał.

Inspektor sam uciszył  wybitny głos, który, powracając z zaświatów, zasiał głęboki 

niepokój w sercach kolegów, bacznie obserwujących krzątającego się na scenie Higginsa.

background image

- Proszę zająć miejsca. 

Zaproszenie brzmiało jak rozkaz.

- Mój drogi Marlow, czy mógłby pan uwolnić Lovra Ferenczy'ego? Chciałbym, żeby 

wszyscy bohaterowie dramatu byli tutaj obecni.

Sprowadzony przez nadinspektora dyrygent nie mógł się zdecydować, czy ma być 

oburzony, czy zdziwiony.

- Co się dzieje? - spytał, rzucając niespokojne spojrzenia.

-   Zgromadziliśmy   się   tutaj,   żeby   poznać   tajemnicę   Lindenbourne   -   zadeklarował 

Higgins. - Zabawimy się w teatr. Proszę usiąść.

Reżyser usiadł za George'em Chairmanem. Po jego prawej stronie Marylin O' Neill, 

sir Brian Hali i Audrey Simonsen. Po drugiej stronie przejścia Gen Glinder, Ruben Carmino i 

Graziella   Canti.   Przed   nimi,   w   pierwszym   rzędzie,   blisko   sceny,   Scott   Marlow   i   Lovro 

Ferenczy.

Dzięki   jednemu   z   tych   przypadków,   które   są   specjalnością   losu,   zaproszeniu 

inspektora towarzyszył huk grzmotu. Rozpętała się burza, echo napawających grozą akordów, 

które towarzyszyły zstąpieniu Don Juana w piekielną otchłań.

Nadinspektor   Marlow   poczuł   się   nieswojo.   Ten   teatr,   bez   aktorów   i   bez 

przedstawienia, robił dziwne wrażenie. Z niecierpliwością czekał, żeby Higgins przedstawił 

dowody winy reżysera.

Inspektor zaczął chodzić po scenie.

-   Zawsze   należy   powrócić   do   miejsca   zbrodni   -   wyjaśnił.   -   Pietro   Giovanni 

otrzymywał pogróżki, ale nie wierzył w niebezpieczeństwo. Mylił się. Scotland Yard chciał 

mu zapewnić ochronę, ale on odmówił. Gdy przebywał tutaj, myśleliśmy, że jest bezpieczny. 

Grubo   się   pomyliliśmy.   Pierwsze   pytanie,   jakie   sobie   zostawiłem,   brzmiało:   “Kto   groził 

Giovanniemu?   Jedna,   czy   wiele   osób?   Czy   to   było   w   dobrych,   czy   złych   intencjach?” 

Sadystyczny   morderca   miałby   w   tym   przyjemność,   ale   również   przyjaciel,   nie   chcąc   się 

ujawnić,   mógł   próbować   go   ostrzec.   Nie   potrafiłem   odpowiedzieć   na   to   pytanie,   aż   do 

dzisiejszego dnia.

- Nikt nie pragnąłby przyjść z pomocą temu potworowi - wtrącił Ruben Carmino. - 

Jeśli morderca napełnił go trwogą, tym lepiej.

Na samą myśl o zmarłym porywczy odtwórca roli Masetta zacisnął pięści.

- Przykro, że muszę pana rozczarować, panie Carmino. Sądzę, że Pietro Giovanni 

nigdy nie bał się śmierci. Kiedy się skaleczył, wyciągając szpadę z pochwy w momencie 

pojedynku   z   Komandorem,   jego   głos   nieco   zadrżał.   Zwykłe   zadraśnięcie   w   lewy   kciuk. 

background image

Uznano, że jest przeczulony na swoim punkcie. W rzeczywistości kontakt skóry z trucizną 

był bardzo bolesny.

- Uważał, że to zamach - oznajmiła poruszona Audrey Simonsen. - Podczas antraktu, 

kiedy zaproponowaliśmy mu pomoc, oświadczył: “Chciano mnie zabić”.

-   Nie   mylił   się,   panno   Simonsen.   Pietro   Giovanni   był   jedynym   leworęcznym   w 

zespole. Chociaż narzędzie zbrodni zniknęło w tajemniczych okolicznościach, podobnie jak 

wiele innych przedmiotów związanych z tą sprawą, jestem przekonany, że trucizna została 

umieszczona w gałce szpady. Szpadę ktoś ukradł, prawda, panie Kelwing?

Uwaga wszystkich skierowała się na reżysera, siedzącego za George'em Chairmanem.

-   To   prawda,   inspektorze   -   potwierdził   Jonathan   Kelwing   niepewnym   głosem.   - 

Skradziono ją z garderoby.

- To bardzo przykre, że tak wspaniała broń nie stanowi już dziedzictwa artystycznego 

Lindenbourne - stwierdził Higgins. - Ale może znajdzie się pewnego dnia.

Marlow, który dobrze znał Higginsa, był pewien, że inspektor odkrył ten niezwykle 

cenny dowód. Jednak dlaczego nie przekazał go do laboratorium?

- Szpada jest tylko dodatkowym elementem - uściślił inspektor. - Prawdziwe narzędzie 

zbrodni znajduje się w ręku nadinspektora Marlowa.

Scott Marlow zastanawiał  się przez chwilę,  czy Higgins przypadkiem  właśnie nie 

oskarża go o popełnienie zbrodni. Potem uświadomił sobie, że kolega robi aluzję do ampułki 

przesłanej do laboratoryjnej ekspertyzy.

Szczęśliwie, centralne laboratorium Yardu nie strajkowało.

-   Pietro   Giovanni   został   otruty   -   oznajmił   pełnym   powagi   głosem,   kierując 

oskarżycielskie   spojrzenie   na   reżysera,   który   schronił   się   za   George'em   Chairmanem.   - 

Zabójca   użył   toksycznej   substancji   pochodzenia   indyjskiego,   której   skład   został   zbadany 

przez centralne laboratorium Scotland Yardu. Czy mam podać dawki?

- Dziękuję  - przerwał   mu  Higgins,  którego  powolny,   rytmiczny   chód przyprawiał 

Marlowa o zawrót głowy. - Ampułka znaleziona w pokoju Pietra Giovanniego w gospodzie 

“Pod Faszerowaną Gęsią” zawierała tę samą substancję, której użyto do otrucia arysty. To mi 

pozwoliło zrozumieć, w jaki sposób wybitny baryton został zamordowany.

Wszyscy wstrzymali oddech. Higgins powiedział, “jak”, ale nie wyjaśnił, “dlaczego”, 

i nie wymienił żadanego nazwiska.

“Bez wątpienia” - pomyślał Scott Marlow - reżyser załamie się, widząc, że odkryto 

jego machinacje”.

- Dlaczego Pietro Giovanni miał w swoich bagażach tak niebezpieczną truciznę? Żeby 

background image

otruć koty. 

Graziella Canti wydała okrzyk przerażenia.

- Dwie osoby, panna Lipyncott i Audrey Simonsen, potwierdziły i wyjaśniły mi tę 

chorobliwą nienawiść, którą czuł do kotów. Traktował je jako złą wróżbę dla swojej kariery i 

nie   znosił,   żeby   wałęsały   się   w   pobliżu.   W   gospodzie   nic   mu   nie   groziło.   W   zamku 

wykończył   wszystkie   kocury,   które   tam   przebywały.   W   tym   przypadku   niestety   również 

brakuje dowodów, ponieważ pan Kelwing spalił szczątki tych nieszczęsnych zwierząt.

- Tylko przez wzgląd na higienę! - zaprotestował reżyser.

Scott Marlow dotknął chłodnej stali swoich fetyszy, pary kajdanków, które zawsze 

miał ze sobą. Truciciel chyba zaczynał rozumieć, że nie uniknie sprawiedliwości.

- Początkowo sądziłem - kontynuował Higgins, obojętny na protesty reżysera - że 

zbrodnicza ręka wypróbowała truciznę na kotach, żeby przekonać się o jej skuteczności. Ale 

być   może   istniało   prostsze   wyjaśnienie.   A   jeżeli   Pietro   Giovanni   sam   sobie   wymierzył 

sprawiedliwość? A jeśli popełnił samobójstwo?

- To niemożliwe! - krzyknęła Audrey Simonsen w przypływie emocji. - Pietro kochał 

życie! Nigdy nie podniósłby na siebie ręki.

-   Chyba   że   coś   mu   chodziło   po   głowie   -   odezwał   się   Gert   Glinder   z   obłudnym 

uśmiechem.

- Co?

- Może chciał sprawić, żebyśmy wszyscy byli podejrzani o morderstwo, co mogłoby 

przekreślić nasze kariery.

Ta  hipoteza   zasiała  niepokój  wśród  zebranych.  Scott  Marlow   pomyślał,   że  winny 

wymyka mu się z rąk.

- Pańska analiza nie ma solidnych podstaw, panie Glinder - odparł spokojnie Higgins. 

- Człowiek kochający życie, sukces, potęgę, nie pozbawia się życia po to tylko, by odegrać 

się na ludziach, których nienawidzi. Doszedłem do wniosku, że technika tego morderstwa 

wymagała niebywałej inteligencji. Piętro Giovanni został zamordowany za pomocą własnej 

trucizny,   tej,   którą   prawdopodobnie   przywiózł   ze   swoich   licznych   podróży   do   Ameryki 

Południowej. On, bezlitosny morderca kotów, został zgładzony bronią, której używał, żeby 

się ich pozbyć.

Głębokie przekonanie Higginsa przemówiło do wyobraźni zebranych.

- Widziałem, tak jak wy wszyscy, jak Pietro Giovanni umiera na scenie - kontynuował 

Higgins. - Każdy z was potwierdził, że artysta był doskonały w pierwszej części opery, a 

popełniał   coraz   więcej   błędów   w   drugiej,   po   antrakcie.   Wiedząc,   w   jaki   sposób   został 

background image

zamordowany, zadałem sobie pytanie, w którym momencie podano mu truciznę. Z pewnością 

w chwili, gdy wydobywał szpadę, ale co się stało podczas antraktu? Czy nie dobito rannego w 

pokoju artystów? 

George Chairman zabrał głos w imieniu kolegów.

- Gwarantuję za honorowe zachowanie obecnych tu osób. Niektóre z nich próbowały 

nawet nieść Giovanniemu pomoc.

Scott Marlow podszedł do Komandora.

- Czy nie stracił pan z oczu Jonathana Kelwinga? Czy nie mógł on zrobić czegoś, 

czego pan nie zauważył?

Reżyser wcisnął się głębiej w fotel, próbując uciec przed oskarżycielskim wzrokiem 

nadinspektora.

- Jeśli chodzi o mnie, nie stwierdziłem nic nienormalnego - zaświadczył  irlandzki 

śpiewak.

Przepytani przez Scotta Marlowa pozostali artyści udzielili identycznych odpowiedzi. 

Nikt nie widział, żeby reżyser zbliżył się do Giovanniego.

- Dokładnie przeanalizowałem oświadczenia dotyczące tego, co się stało w garderobie 

- podjął Higgins. - Pokrywają się ze sobą i potwierdzają w doskonały sposób. Tak doskonały, 

że w mój umysł wkradła się wątpliwość: czy nie ustaliliście wspólnego alibi?

- To absurd - zaprotestował Gert Glinder. - Aż tak dobrze się nie rozumiemy, żeby to 

zrobić. 

Higgins stanął przed odtwórcą roli Leporella.

- A jednak wystarczająco dobrze się rozumieliście, żeby wyznaczyć pana Kelwinga na 

winnego... Dzięki niemu moglibyście opuścić Lindenboume i zniknąć. Ale ta teoria zakłada 

pana   czynny   udział,   panie   Kelwing.   -   Inspektor   zwrócił   się   do   reżysera.   -   Z   pewnością 

uzgodnił pan z artystami, żeby poręczyli za swoje fałszywe zeznania.

Scott Marlow triumfował. Za kilka chwil wydobędzie kajdanki.

- To... to nieprawda, inspektorze! Całkowita nieprawda! Nigdy nic podobnego nie 

uzgodniłem! Przysięgam, że wszystko przebiegało tak, jak oni utrzymują!

Jonathan Kelwing chwycił się poręczy fotela, na którym siedział George Chairman.

- Mam powody, żeby panu wierzyć - powiedział Higgins pojednawczo. - Sposób, w 

jaki zachował się pan w piwnicy, dowodzi, że nie był pan w zmowie z innymi świadkami.

Jonathan Kelwing dyskretnie westchnął z ulgą. Scott Marlow nie taił rozczarowania.

-   Czy   pomyślał   pan,   panie   Kelwing,   że   mógłby   pan   wpaść   w   pułapkę?   Gdyby 

obecnym tutaj wielkim artystom udało się uczynić z pana kozła ofiarnego. z pewnością nigdy 

background image

nie podpisaliby listu uniewinniającego pana.

George Chairman nie krył oburzenia.

-   Protestuję   przeciwko   tym   twierdzeniom,   inspektorze.   Dałem   słowo.   Ten   list 

zawierałby wszystkie nasze podpisy.

Niski, basowy głos irlandzkiego śpiewaka, który sprawiał, że drżały całe sale, miał w 

sobie moc przekonywania.

-   Chciałbym   w   to   wierzyć,   panie   Chairman.   Ale   dokładna   rola   odegrana   przez 

niektórych z was pozostaje nadal niejasna.

Higgins   ostrożnie   zszedł   ze   sceny.   Wąskie   drewniane   schody   były   raczej   strome. 

Skierował się w stronę głównego przejścia, mijając Scotta Marlowa i dyrygenta, i zatrzymał 

się przed Rubenem Carmino.

- Jeśli mnie pamięć nie myli. Pietro Giovanni nie lubił pana zbytnio?

Hiszpan   napiął   mięśnie,   niczym   gladiator   gotowy   stawić   czoło   groźnemu 

przeciwnikowi. Scott Marlow pomyślał, że nie chciałby być  na miejscu Higginsa. Gdyby 

śpiewaka   poniosła   złość,   mogłoby   dojść   do   rękoczynów.   George   Chairman   usiadł,   nie 

troszcząc się o los Rubena Carmino. Sir Brian Hall czule ściskał prawą dłoń Marylin O' Neill. 

Audrey   Simonsen   wydawała   się   pogrążona   w   głębokim   zamyśleniu.   Jonathan   Kelwing 

jeszcze głębiej zapadł się w fotel. Gert Glinder, niemiecki baryton, maksymalnie odsunął się 

od swojego sąsiada, jakby ten był zadżumiony. Natomiast Graziella Canti przytuliła się do 

Hiszpana, jakby chciała go chronić przed atakami inspektora.

- Nienawidziłem Giovanniego i nigdy tego nie ukrywałem.

-   Zręczne   przedstawienie   faktów   -   skomentował   Higgins.   -   Demonstrując   swoją 

niechęć, uważa się pana za zbyt ewidentnego mordercę, aby rzeczywiście zostać za niego 

uznanym.

Ruben Carmino chwycił się poręczy fotela z taką siłą że o mało ich nie wyrwał.

- Winnego czego? Oskarża mnie pan o morderstwo?

Podczas gdy śpiewaka coraz bardziej ponosiły nerwy, inspektor był niewzruszony.

- Dlaczego chciał pan przyłożyć kompres na ranę Pietera Giovanniego? - spytał.

- Naturalny odruch...

Rubenowi Carmino zabrakło słów. Graziella Canti przytuliła się do niego mocniej.

-   Chęć   udzielenia   pomocy   znienawidzonemu   człowiekowi   dowodzi   piękna   duszy, 

panie Cannino. Czy zmarły nie próbował przypadkiem ukraść panu narzeczonej?

Zaczerwieniona Graziella położyła dłoń na ustach swojego porywczego narzeczonego.

- To nasze życie prywatne, inspektorze... Nie zamierzamy go wystawiać na widok 

background image

publiczny.

Higgins obdarzył uroczą artystkę smutnym spojrzeniem.

- Nie ma innego wyjścia, panno Canti... tym bardziej że sama pani zaczęła.

- Niech pan nie próbuje nas prowokować, inspektorze! - zawołał Ruben Carmino. - To 

prawda, ten łajdak Giovanni uwodził Graziellę. Ale sama przyznała się do tego.

Urocza sopranistka sprawiała wrażenie zawstydzonej.

-   Czy   nie   popełniliście   poważnego   błędu,   demonstrując   wasze...   wasze   wzajemne 

uczucie w sposób zbyt ostentacyjny?

Ruben Carmino wyprężył pierś, dumny jak matador.

- Nie musiałem kryć swoich uczuć. Pietro Giovanni mnie nie przerażał.

- Był pan gotowy bić się z nim, żeby zatrzymać pannę Graziellę Canti przy sobie?

- Tak - oznajmił z dumą Hiszpan. - Uciekł przede mną.

- Niezupełnie, panie Carmino.                 

Tym   razem   aluzje   Higginsa   wywołały   wściekłość   odtwórcy   roli   Masetta.   Jego 

męskość  została  wystawiona  na pośmiewisko.  Zmarszczył  czoło  i  wyglądał.  jakby chciał 

rzucić   się   na   inspektora,   żeby   go   pochwycić   swoimi   ogromnymi   rękami,   jednak   w   porę 

pohamowała go Graziella Canti.

- Jest zazdrosny o swój honor, tak samo jak o mnie! - wyjaśniła.

- Pietro Giovanni - zaznaczył inspektor - zajął tylko strategiczną pozycję, żeby celniej 

pana zaatakować. Czy nie otrzymał pan telegramu z wieścią, że nie dostanie pan oczekiwanej 

roli w najbliższym przedstaweniu Don Juana w La Scali w Mediolanie?

Napięty, prawie zmartwiały Ruben Carmino wyglądał teraz jak zepsuty automat.

- Ta niepokojąca wiadomość - powtórzył z naciskiem Higgins - dotarła do pana przed 

przedstawieniem Don Juana w Lindenbourne.

Gert Glinder z zakłopotaniem spoglądał na Rubena Carmino. Czekał na protest, ale 

sceniczny Masetto nie ośmielił się zaprzeczyć.

- Pietro Giovanni zniszczył panu karierę, panie Carmino. W Lindenbourne wystąpił 

pan   po  raz   ostatni   w   ważnej   roli.   Rozpaczliwej   roli,   która   mogła   pana   doprowradzić   do 

popełnienia szaleńczego czynu, pozbawienia życia tego, który niszczył pana przyszłość. 

- Nie, inspektorze, nie...

- Hałaśliwie świętował pan śmierć Giovanniego - przypomniał Higgins. - Było to dla 

pana szczęśliwe wydarzenie. Przypadek, do którego doszło w samą porę.

Scott   Marlow   obserwował   całą   tę   scenę   z   niepokojem.   Jeśli   Ruben   Carmino   był 

mordercą, reżyser był  niewinny. Jednak Higgins nie dostarczył jeszcze żadnego dowodu.

background image

- Czy nie jest pan wielkim amatorem białej broni, panie Carmino?

- Brałem udział w zawodach...

- Czy miał pan w ręku szpadę sir Briana Halla?

- Nigdy... odmówił nawet pokazania mi jej.

Sir Brian Hall nie wtrącił się do dyskusji. Rozmowa zdawała się go nie dotyczyć. Całą 

uwagę skupiał na Marylin O' Neill.

- Czy nie czyścił pan historycznej szpady użytej przez Giovanniego w operze?

Czoło śpiewaka zmarszczyło się gniewnie.

- Oczywiście, że nie...                          

- Czego szukał pan w szafie garderoby,  do której pan Kelwing włożył  szpadę po 

przedstawieniu?  - spytał Higgins.

- Niczego szczególnego...

- Niczego szczególnego więc pan nie znalazł... - powątpiewał Higgins. 

Hiszpan kiwnął twierdząco głową.

- A jeśli ukrył pan szpadę zawierającą śmiertelną truciznę?

-   Nie   zabiłem   tego   przeklętego   uwodziciela!   -   zawył   Ruben   Carmino,   wstając, 

czerwony z wściekłości. Graziella Canti uczepiła się jego prawego ramienia, próbując go 

uspokoić.

- W jaki sposób trafiła pani do obsady tej opery. panno Canti? - spytał Higgins, nie 

bacząc na gniew Hiszpana.

Ruben   Carmino,   zaskoczony   tym   pytaniem,   spojrzał   na   swoją   towarzyszkę   z 

niepokojem. Młoda Włoszka puściła ramię kochanka.

- Przypuszczam, że mój talent wystarczył, inspektorze.

-   To   dziwne   -   wyszeptał   Gert   Glinder.   -   Wiemy.   że   panna   Graziella   została 

zarekomendowana przez samego Giovanniego.

Ruben Carmino podniósł pięść, zdecydowany uderzyć szydercę.

- Wystarczy - rozkazał Higgins groźnym tonem. - Proszę się uspokoić, panie Carmino.

Tak jak potrafił przyjmować rolę łagodnego i subtelnego spowiednika, tak samo umiał 

stawać się nie cierpiącym sprzeciwu autorytetem. Hiszpan opuścił rękę, rzuciwszy jedynie w 

kierunku Niemca mordercze spojrzenie.

- Pietro Giovanni nie był człowiekiem bezinteresownym. Czego oczekiwał od pani, 

pannoj Canti, w zamian za tę pierwszą wielką rolę?

Hiszpan   z   trudem   pohamował   gniew.   Graziella   Canti   przyjęła   postawę   małej, 

przerażonej dziewczynki.

background image

- Sądzę, że bardzo mnie cenił... Uwodził mnie, ale nigdy mnie nie dotknął.

- Nie bardzo pani ufał - przypomniał Higgins. - Nie chciał nawet przyjąć od pani 

plastra. Pod pretekstem alergii, jak przypuszczam? 

Delikatna buzia Włoszki posmutniała.

- To możliwe. Już nie pamiętam. Pietro nie ufał nikomu.

Niesforny   nosek,   piegi   i   czarne   loki   czyniły   z   Grazielli   Canti   istotę   pełną 

dziewczęcego wdzięku.   

- Bardzo go pani rozczarowała, afiszując się z Rubenem Carmino. Nie mogąc znieść 

tej niewierności, oznjmił, że pani kariera zakończy się w Lindenbourne, że Zerlina będzie 

pani pierwszą i ostatnią rolą. Ujawniając mi to z niezwykłą spontanicznością, panno Canti 

dała mi pani doskonały powód, żeby panią podejrzewać.

Graziella Canti obdarzyła Higginsa czarującym uśmiechem.

- Ani przez chwilę o tym nie pomyślałam, inspektorze.

-   Niektórzy,   mordercy   -   podjął   Higgins   -   sądzą,   że   oczyszczą   się   z   zarzutów, 

wyjawiając motyw swojej  zbrodni. Wystarczająco nienawidziła pani Giovanniego, żeby go 

zabić, prawda?

Włoszka przybrała niezwykle poważną minę.

- To prawda, inspektorze. Ale tego nie zrobiłam.

- Pani zachowanie mnie zdziwiło, panno Canti. Miała pani zwyczaj uciekać, kiedy 

poruszane tematy stawały się kłopotliwe. Ruben Carmino wyjawił mi, że Pietro Giovanni 

pani pożądał. Dlaczego temu zaprzeczać?

W odpowiedzi Włoszka się nadąsała.

- Czy naprawdę nie wie pani - spytał Higgins - kto ukradł pani nici i igłę?

Ruben   Carmino   chciał   przyjść   Grazielli   Canti   z   pomocą,   ale,   zdezorientowany 

pytaniami Higginsa, nie wiedział, jak się za to zabrać. Scott Marlow był równie bezradny. 

- O niczym nie wiem i nie interesuje mnie to! - zaprotestowała nerwowo. - Proszę 

mnie zostawić w spokoju!

Ukryła twarz w dłoniach.

- Zadałem sobie pytanie - ciągnął Higgins łagodnym tonem - czy ta igła nie posłużyła 

do ukłucia Giovanniego, żeby zaaplikować mu dodatkową porcję trucizny. Oczywiście, nie 

ma pani nic do powiedzenia na ten temat?

Graziella Canti była załamana.

- Dlaczego skierowała pani podejrzenie na Rubena Carmino, wyjawiając mi istnienie 

telegramu, który kładł kres jego karierze?

background image

Hiszpański śpiewak posłał swej kochance rozgniewane spojrzenie.

- Zrobiłaś to?

Graziella Canti wstała nagle i skryła się za Higginsem. 

- Zrobiłaś to... - powtórzył Ruben Carmino, zaciskając pięści.

- Proszę po raz ostatni - zażądał Higgins - niech się pan uspokoi. Zapewne wyobraża 

pan  sobie,  że  Graziella  Canti   zdradziła  pana,  żeby oczyścić   się z  podejrzeń?   Ja również 

przyjmowałem   tę   hipotezę.   Ale   pańska   piękna   przyjaciółka   jest   zbyt   inteligentna,   żeby 

wykazać się podobną naiwnością. Manewr był bardziej subtelny. Panna Canti chciała mnie 

przekonać,   że   pana   nie   kocha,   że   jest   zdolna   pana   zadenuncjowaćjako   potencjalnego 

mordercę, ponieważ była przekonana, iż nie zabił pan swojego rywala.

Wściekłość Rubena Carmino opadła. Graziella Canti odważyła się wrócić na miejsce.

- Skoro panna Canti wybrała tę taktykę - wyjaśnił inspektor - to nie bez powodu. 

Musiała ukryć niebezpieczną prawdę.

Higgins przerwał. Wszyscy czekali na to, co powie.

Atmosfera stała się nagle napięta.

-   Panno   Canti,   panie   Carmino,   czy   nie   zaplanowaliście   wspólnie   morderstwa 

człowieka, który chciał zniszczyć wasze kariery?

background image

Rozdział XX

- Pan chyba oszalał! - wykrzyknął Ruben Carmino, przyciskając Graziellę Canti do 

siebie.

- Myli się pan - powiedziała dziewczyna ze łzami o oczach.

Ku   ogólnemu   zdziwieniu   inspektor   odwrócił   się   od   Włoszki,   przeszedł   na   drugą 

stronę sali,  minął  Audrey Simonsen  i zatrzymał  się  przed sir Brianem Hallem.  Dostojny 

arystokrata, odziany w garnitur w pepitkę, posłał inspektorowi długie, badawcze spojrzenie.

- Mam do pana kilka pytań, sir - powiedział Higgins z niemal ujmującym uśmiechem.

- Jestem do pańskiej dyspozycji - odparł chłodno Anglik.

Inspektor podrapał się w podbródek, jakby wahał się przed postawieniem pierwszego 

pytania.

- Jest pan bardzo poważnie zainteresowany panną O' Neill, sir.

Rozwścieczony arystokrata spojrzał na Higginsa ze szczerym zdziwieniem.

- Nie pozwalam panu w to wątpić, inspektorze.

- Wcale w to nie wątpiłem, sir, tym bardziej że wasze zaręczyny zostały oficjalnie 

ogłoszone. Ale dlaczego opóźniać ślub, któremu nic ani nikt nie przeszkadza?

Gdyby brytyjski arystokrata mia okazję żyć  kilka wieków wcześniej, z pewnością 

spoliczkowałby Higginsa, żeby go sprowokować do pojedynku i pomścić wykpiony honor.

Niewzruszona Marylin O'Neill nie zwracała na inspektora uwagi.

- Uczucia, którymi darzę pannę O'Neill, dotyczą tylko nas samych. Nie mają żadnego 

związku z pańskim śledztwem - oświadczył stanowczo sir Brian Hall.

- Tylko ja o tym decyduję - oznajmił Higgins. 

Scott  Marlow,  czując   pod  palcami  stal  kajdanków,  zastanawiał  się,  dlaczego   jego 

kolega niepotrzebnie traci tak dużo cennego czasu. Nie spuszczał z oka reżysera. Jonathan 

Kelwing nadal ukrywał  się za George'em Chairmanem,  jakby śpiewak mógł  ochronić  go 

przed atakami policjantów.

- Zastanawiam się - kontynuował Higgins - czy nie zamordował pan Giovanniego 

przez zazdrość.

Sir Brian Hall nie zareagował od razu. Otworzył szeroko usta ze zdumienia, z trudem 

łapiąc powietrze.

- Moja droga - powiedział wreszcie - ...słyszałaś podobne oszczerstwo...

Marylin O'Neill pozostała nieczuła niczym posąg z marmuru.

background image

- Czy nie można sobie wyobrazić - ciągnął Higgins - że widział pan, jak Giovanni 

zjawia się w zamku  i wchodzi do pokoju pana narzeczonej?  Przygnębiony,  wyszydzony, 

nieszczęśliwy, powziął pan jedyną słuszną decyzję: zlikwidować ohydnego rywala.

Zdany na łaskę losu sir Brian Hall szukał wzroku tej, którą kochał. Wyniosła Marylin 

O' Neill, nie wymówiwszy słowa, ujęła jego prawą dłoń.

-   Dwa   ślady   mnie   zaniepokoiły   -   ciągnął   Higgins.   -   Najpierw   zaproponował   pan 

Giovanniemu kompres. Potem próbował pan ukryć istnienie pańskiej laski-szpady.

Aluzja Higginsa rozsierdziła sir Briana Halla.

- Ukryć ją? Nigdy, przenigdy! Skąd wysnuł pan te niedorzeczności?

- Podczas naszej pierwszej rozmowy, sir, nie miał pan ze sobą laski, z którą się pan 

nigdy nie rozstaje. Żebym o niej zapomniał? Nie tylko. Czy przypadkiem nie wyczyścił pan 

ostrza nasączonego trucizną?

Inspektor pomyślał, że sztywny Anglik za chwilę zemdleje.

-   Trucizna,   trucizna   -   wyjąkał   sir   Brian   Hali.   -   Jak   może   pan   mówić   podobne 

potworności?

Uśmiechając się szeroko, Higgins nie dawał za wygraną.

- Sam mi pan wyjaśnił, sir, że nie powierzał pan nikomu pańskiej szpady,  cennej 

pamiątki rodzinnej. Zastanawiam się, czy nie podsunął jej pan Giovanniemu. Potem ukrył pan 

szpadę - rekwizyt teatralny. Następnie pańska własna szpada, starannie wyczyszczona, znowu 

się pojawiła.

Wystraszony śpiewak patrzył na Higginsa, jakby ten był diabłem. Nadinspektor nie 

miał już wątpliwości, że mechanizm zbrodni został wyjaśniony.

- Po co, sir, wyznał mi pan, że Ruben Carmino jest wielkim miłośnikiem białej broni, 

jeśli nie po to, żeby zwrócić podejrzenia na niego i odwrócić moją uwagę od roli, jaką pan 

odegrał?

Gert   Glinder   uśmiechnął   się   ironicznie.   Ruben   Carmino,   widząc,   że   został 

definitywnie uniewinniony, przytulił mocniej Graziellę Canti.

- Popełnia pan błąd - powiedziała Marylin O' Neill z niewzruszonym spokojem. - Sir 

Brian nie mógłby oczzernić kogokolwiek. Jest mu to obce. Poza tym jest bezwarunkowym 

zwolennikiem braku przemocy i hojnie wspiera wielkie akcje humanitarne.

Stanowczość,   z   jaką   piękna   sopranistka   broniła   arystokraty,   poruszyła   Scotta 

Marlowa.

- Proszę nie zapominać, panno O'Neill, że sir Brian pobił się z chuliganami w Paryżu i 

nie zawahał się użyć swojej laski-szpady.

background image

- W obronie koniecznej, inspektorze. Nie doszło do rozlewu krwi - odparła spokojnym 

tonem gwiazda. - Pan postąpiłby tak samo. Mój narzeczony jest człowiekiem niezdolnym do 

najmniejszej podłości. Ma szlachetne serce. Nigdy nie zabiłby nawet największego wroga. 

Proszę przestać go niepokoić.

Higgins odczuł prawdziwy podziw dla szczerego oddania, z jakim ta urocza kobieta 

broniła   narzeczonego.   Jednak   pracownik   Scotland   Yardu   nie   miał   prawa   kierować   się 

emocjami.

- Jeśli postępuję w ten sposób, panno O' Neill - usprawiedliwił się - to po to, żeby 

poruszyć sumienie mordercy. Nie mam innych możliwości, żeby zmusić go do przyznania 

się, i będę prawdopodobnie zmuszony kontynuować przesłuchanie do skutku.

Te słowa, wymówione bez najmniejszej złośliwości, zasiały niepokój wśród artystów. 

Każdy czuł, że nie ominie go osobista ciekawość inspektora, i zastanawiał się, czy obok niego 

nie siedzi morderca. Higgins, wykonał dwa kroki na prawo od sir Briana Halla, zatrzymując 

się przedjasnowłosą Dunką, Audrey Simonsen, odtwórczynią roli Doni Elviry. Artystka miała 

na sobie suknię w odcieniu ciepłej zieleni, która podkreślała bladość jej cery. Z opuszczoną 

głową, oczyma wpatrzonymi w dal, skryła się na bezludnej wyspie swojej rozpaczy.

-   Proszę   mi   wybaczyć,   że   wyrywam   panią   z   zamyślenia   -   powiedział   Higgins, 

zwracając się do niej z pewną czułością - ale chciałbym się dowiedzieć, dlaczego przyszła 

pani do mnie prosić o pozwolenie opuszczenia zamku przez Rubena Carmino i Graziellę 

Canti. Czy była pani z nimi w zmowie?

Audrey Simonsen wolno uniosła głowę. Nie rozumiała słów Higginsa.

- Gdy odmówiłem, pani uciekła. Dlaczego?

- Ponieważ obiecała nam, że jej się uda - wyjaśiła Graziella Canti. - Było jej przykro, 

że  niczego  nie  wskórała.  Audrey  jest  kobietą  serdeczną,   inspektorze.  Nie  ma  w  tym  nic 

podejrzanego.

Młoda Włoszka, która nabrała pewności siebie, czuła wsparcie swojego towarzysza, 

ruszyła z zapałem na pomoc duńskiej sopranistce.

- Dziękuję, że mi to pani wyjaśniła, panno Canti. Ale nadal nie rozumiem - zauważył 

Higgins, posyłając Audrey Simonsen badawcze spojrzenie - dlaczego szła pani za nami, za 

nadinspektorem i za mną, kiedy udaliśmy się do opuszczonej kaplicy.

Piękna Dunka wyglądała jak zahipnotyzowana. Nie wymówiła ani słowa.

- Ktoś szedł naszym śladem. Osoba zwinna, lekka, - poruszająca się bezszelestnie. 

Pomyślałem o pani, kiedy tuż przed nami przefrunęła biała sowa. Przypomniała mi białą 

damę,  która pojawiła  się  przede mną  w  nocy w  “czarodziejskim ogrodzie”,  w  kostiumie 

background image

scenicznym. wprost z gospody “Pod Faszerowaną Gęsią”. 

Wzrok Audrey Simonsen był nieruchomy.

- Panna Lipyncott widziała, jak pani wchodziła do pokoju Giovanniego - wyjawił 

inspektor. - Kiedy pani wyszła i skierowała się w stronę kaplicy, gospodyni poszła za panią. 

Czego tam pani szukała?

- Zamierzałam się modlić, inspektorze - odparła poważnym tonem Audrey Simonsen. 

- Modlić się do Boga, żeby oddał mi Pietra, żeby pozwolił mu zrozumieć, że tylko ja potrafię 

go kochać.

- Czy szukała pani w tej kaplicy czegoś szczególnego?

- Powiedziałam panu, inspektorze: chciałam ukoić serce, uratować moją miłość. Ale 

Bóg mnie nie wysłuchał. Postanowił ukarać Pietra, wzywając go do siebie.

Z twarzy kobiety emanował przedziwny blask. W jej mistycyzmie była poruszająca 

moc.

- Co zaszło między wami podczas rozmowy w gospodzie?

- Błagałam  go na kolanach, żeby zmienił życie. Powiadomiłam go, że powzięłam 

decyzję i że moje przeznaczenie jest jasno zarysowane. Albo uda mi się go przekonać, żeby 

mnie znów pokochał, albo pojawię się na scenie po raz ostatni.

- To szantaż samobójczy, panno Simonsen. 

Sopranistka skoncentrowała się, składając ręce jak do modlitwy.

- Jak pan chce, inspektorze. Zabrakło mi argumentów. Pietro rzeczywiście wiedział, 

że położę kres swemu życiu, jeśli nadal będzie odrzucał moją miłość.

- Dlaczego pani nas śledziła?

- Nie śledziłam. Szłam znowu do kaplicy. To miejsce wywierało na mnie niesamowite 

wrażenie. Czułam się blisko Boga, daleko od świata cierpień.

- W jaki sposób odkryła pani tę świątynię?

- Przypadkowo. Kiedy wyszłam z gospody, byłam zrozpaczona. Szłam prosto przed 

siebie. Kiedy zobaczyłam kaplicę, uznałam, że to boży znak.

Serce   Audrey   Simonsen   było   przepełnione   szczerym   bólem.   Mówiła   o   swoim 

cierpieniu jak grzesznik, który powierza spowiednikowi ciężar nie do udźwignięcia.

- Była pani prawowitą małżonką Pietra Giovanniego, prawda?

- Tak, inspektorze, i byłam z tego powodu równie dumna, co nieszczęśliwa. Teraz, 

gdy on nie żyje, nie pozostaje mi nic innego, jak podążyć za nim.

Higgins przeszedł kilka kroków, by po chwili powrócić do Audrey Simonsen.

- Chciałbym pani wierzyć, panno Simonsen, ale dlaczego zażyła pani środki nasenne, 

background image

skoro, według pani własnych słów, posiadała pani śmiertelną truciznę? 

Audrey Simonsen zakryła oczy rękami, żeby ukryć łzy, które wzbierały w niej na 

wspomnienie strasznych chwil.

- Nie wiem, inspektorze... Nie wiem, dlaczego postąpiłam w ten sposób, dlaczego 

uciekłam przed śmiercią.

Higgins rozwinął kartkę papieru.

- Pan Glinder był uprzejmy przekazać mi ten dokument, panno Simonsen. Jest w nim 

wiadomość pisana przez panią do Giovanniego: “Ty również, pewnego dnia- stwierdziła pani 

- poczujesz ogień śmiertelnej trucizny rozpływającej  się w twoich żyłach”. Czy zna pani 

autora tego listu?

Młoda kobieta pokiwała twierdząco głową.

- Jestem przekonany, że kochała pani bezgranicznie Pietra Giovanniego - powiedział 

Higgins. - Z taką pasją, że jego kolejne podboje raniły boleśnie pani serce. A jednak pomimo 

jego zainteresowania Graziellą Canti była pani przekonana, że może jeszcze uratować wasz 

związek. To byłaby tylko kolejna kochanka. Ale kiedy zobaczyła pani, że mąż wchodzi do 

pokoju Marylin O'Neill...

- Nie! - zajęczała Audrey Simonsen, gryząc palce. żeby stłumić krzyk.

-   ...   zrozumiała   pani,   że   ta   rywalka   będzie   o   wiele   bardziej   niebezpieczna   od 

pozostałych. Giovanniemu uda się ją zdobyć, ale tym razem ryzykował, że sam ulegnie i 

zapomni   o   pani   na   zawsze.   To   było   ponad   pani   siły.   Pozostawało   tylko   jedno   wyjście: 

zamordować   ukochanego   mężczyznę,   żeby   nie   należał   do   innej.   Podczas   antraktu   Pietro 

Giovanni przystał tylko na pani pomoc. Była pani jedyną istotą, do której miał zaufanie. 

Wiedział, że zbyt go pani kocha, żeby wyrządzić mu krzywdę.

Spojrzenie Audrey Simonsen upewniło Higginsa, że była to całkowita prawda.

- A jednak polała pani ranę śmiertelną trucizną, a nie wodą utlenioną.

Scott Marlow nie wierzył własnym uszom. Marylin O’ Neill i sir Brian Hall wyglądali 

na przerażonych. Graziella Canti krzyknęła.

- Nie, inspektorze, nie - zaprotestowała słabo Audrey Simonsen.

Higgins  nie zachowywał się jak oskarżyciel, był jednak zmuszony kontynuować to 

trudne przesłuchanie.

- W nocy, gdy się spotkaliśmy - ciągnął - powracała pani znad jeziora usytuowanego 

za “czarodziejskim ogrodem”. Uniknęła pani śmierci, ale sama mi pani wyznała, że wrzuciła 

do jeziora flakon zawierający truciznę, którą pani przeznaczyła dla siebie. Czy może to pani 

wiarygodnie   wyjaśnić,   panno   Simonsen?   Najpierw   skłamała   mi   pani   przez   zatajenie, 

background image

następnie   próbowała   mi   wmówić,   że   flakon,   którego   się   pozbyła,   zawierał   tylko   wodę 

utlenioną,  wreszcie zdecydowała  się pani  powiedzieć  prawdę. To trucizna  znalazła  się w 

wodach   jeziora.   Trucizna,   której   laboratorium   Yardu   nie   będzie   mogło   zbadać,   żeby   ją 

porównać z substancją znalezioną w ciele Pietra Giovanniego.

Nawet   George  Chairman,   który   opierał   swój   osąd   tylko   na   konkretach,   był 

zaniepokojony. Gert Glinder wyraźnie bawił się całą sytuacją. Czyż chorobliwie zazdrosna 

Audrey Simonsen nie była idealną winną?

- Na swoje usprawiedliwienie powiedziała pani tylko jedno - uznał Higgins z żalem. - 

Stwierdziła pani, że postąpiła tak, żeby nie ryzykować oskarżenia o morderstwo. Czyż nie był 

to szczyt makiawelizmu, panno Simonsen?

- Nie, inspektorze, nie - odparła załamana kobieta. 

Rozpacz   Audrey   Simonsen  była   przejmująca.   Nadinspektor   Marlow   żałował,   że 

będzie   zmuszony   aresztować   tak   ładną   osóbkę,   ale   wina   sopranistki   wydawała   się   coraz 

bardziej oczywista. Banalna sprawa zazdrości, tyle że dotyczyła dwojga słynnych artystów.

- Intryguje mnie pewien szczegół - przyznał Higgins. - Tajemnicze zniknięcie, potem 

odnalezienie czarnej sukni. Na mojej pytanie zareagowała pani spontanicznie. Nie wiedziała 

więc pani, że w jednym ze szwów ukryto dokument.

Higgins przeszedł na drugą stronę sali i stanął przed Gertem Glinderem, na którego 

spojrzał surowym wzrokiem.

- Nikt o tym nie wiedział. Oprócz pana, panie Glinder, ponieważ to pan ukradł nić i 

igłę   Grazielli   Canti,   żeby   zaszyć   suknię,   którą   wyniósł   pan   z   pokoju   Audrey   Simonsen. 

Zręcznie ukrył pan bardzo cienki zwitek papieru, po czym odniósł pan suknię z powrotem.

Na twarzy scenicznego Leporella odmalował się  niepokój.

- Zwykłe wymysły - wymamrotał.

- Niech pan nie wpada we własne sidła, panie Glinder - zaznaczył Higgins. - Osobiście 

znalazłem nici i głę w pańskim pokoju, ukryte w partyturze  Don Juana    Czego dotyczył 

ukryty przez pana kod?

- Sprawy osobiste... pieniądze ulokowane za granicą.

-   Na   pierwszy   rzut   oka   brzmi   to   wiarygodnie.   Na   pana   nieszczęście   otrzymałem 

bardziej szczegółowe informacje. Sejfy, których dotyczy ten kod, nie zawierały ani złota, ani 

akcji,   ale   fotografie,   listy   i   informacje   dotyczące   prywatnego   życia   Pietra   Giovanniego. 

Znakomity materiał do szantażu. Mógł pan ujawnić publicznie skandale, z czym nawet taki 

człowiek jak Pietro nie umiałby walczyć. Znał pan Giovanniego od wielu lat, panie Glinder. 

Stając się kimś w rodzaju służącego, zawsze gotowego zadowolić jego kaprysy, wiedział pan 

background image

o nim wszystko. Od jakiegoś czasu miał pan dość pozostawania w jego cieniu. Chciał pan 

również   stanąć   z   przodu   sceny   i   odegrać   rolę,   której   każda   nuta,   każdy   gest   był   panu 

znajomy: rolę Don Juana. Przekonałem się o tym, słuchając, jak wspaniale śpiewa pan Arię 

szampana,  niezwykle   skomplikowany  technicznie   fragment,  którego  obawiają  się  najlepsi 

odtwórcy roli Don Juana.

- Po prostu chciałem zaśpiewać coś wyjątkowego - zaprotestował Gert Glinder.

- Nie ma pan racji, broniąc się tak nieumiejętnie, panie Glinder. Ostro się pan pokłócił 

z   Giovannim,   pańskim   rzekomym   przyjacielem,   w   gospodzie   “Pod   Faszerowaną   Gęsią”. 

Panna Lipyncott była świadkiem tej sprzeczki. Jaki był jej prawdziwy powód?

- Problem interpretacyjny, powiedziałem już panu.

- Nie, panie Glinder. Tego dnia wyłożył pan karty. Zażądał pan od Giovanniego, żeby 

użył swych wpływów i umożliwił panu otrzymanie roli Don Juana. W przeciwnym razie miał 

pan   przekazać   jego   akta   do   prasy   i   zrujnować   jego   nieskazitelny   obraz.   Brzydził   się 

szantażem. Nie miał o panu najlepszego zdania. Wściekł się na samą myśl o przyznaniu panu 

takiego przywileju. Nie spodziewał się pan takiej reakcji. Uświadomił pan sobie, że jeśli go 

pan nie zabije, on uczyni to pierwszy.

- To śmieszne! - wykrzyknął Niemiec, wykrzywiając usta.

Nadinspektor Marlow znowu dotknął kajdanek.

- Dlaczego zapisał pan tę litanię cyfr i liter na papierze? Oto pytanie, które mi nie 

dawało   spokoju   -   wyznał   Higgins.   -   Jedno   z   wyjaśnień:   przezorność   powodowana   słabą 

pamięcią. Nie miał pan jednak problemów z pamięcią, panie Glinder, z tym że była ona zajęta 

innymi cyframi: tymi z “katalogu” Leporella. w którym służący Don Juana wylicza miłosne 

podboje swojego pana w różnych krajach. Ale był drugi motyw, który uważam za podły: chęć 

skierowania   podejrzeń   na   Audrey   Simonsen.   Pietro   Giovanni   nie   żyje,   odrażająca 

dokumentacja, którą pan zgromadził, stawała się trudniejsza do negocjacji i mogła obciążyć 

pana   poważnymi   podejrzeniami.   Lepiej   więc   było   ukryć   kod,   wiedząc,   że   jeśli   zostanie 

ujawniony, pańska duńska koleżanka będzie uważana za jego właścicielkę. Ta podła strategia 

świadczy o wielkim tchórzostwie, panie Glinder.

Gert Glinder wstał. Czując na sobie gniewny wzrok inspektora, usiadł z powrotem.

- Nie ma pan żadnego dowodu...

- Proszę nie zapominać - ciągnął Higgins - że wręczył mi pan list, w którym Audrey 

Simonsen groziła Giovanniemu, przynajmniej na pozór, otruciem. Decydujący element do 

obrazu, który postanowił pan namalować, żeby stworzyć portret idealnego winnego.

- Chciałem tylko pomóc sprawiedliwości, inspektorze - powiedział śpiewak słodkim 

background image

głosem.     

-   Tak   jak   chciał   pan   pomóc   pańskiemu   wielkiemu   przyjacielowi   Giovanniemu 

podczas   antraktu,   wzywając   lekarza,   który   nie   przyjdzie.   Poświęcił   pan   sporo   czasu   na 

denuncjowanie przyjaciół, na szerzenie pomówień, a nawet na śledzenie mnie.

Niemiec chwycił poręcze fotela i pochylił się do przodu, napinając mięśnie.

- Ja miałbym pana śledzić?

-   Panie   Glinder!   -   oburzył   się   Higgins.   -   Naprawdę   pan   sądzi,   że   pana   nie 

zauważyłem,   gdy   ukrył   się   pan   za   żywopłotem,   żeby   podsłuchać   rozmowę   z   Audrey 

Simonsen, albo kiedy z okna swojego pokoju obserwował pan zachowanie kolegów? Śledził 

mnie   pan   nawet   w   galerii   zbroi,   jednak   pańska   metoda   jest   niewłaściwa.   Brakuje   panu 

dyskrecji i zostawia pan kompromitujące ślady. Czy zna pan to?

Higgins pokazał niemieckiemu śpiewakowi kwadratową mosiężną sprzączkę od buta.

- Wcale nie - odparł bardzo szybko Gert Glinder. - Chcę powiedzieć: tego nie.

Scott Marlow zaintrygowany tą niejasną odpowiedzią, przysunął się bliżej Higginsa. 

Obawiał się, że Niemiec rzuci się do ucieczki.

- Odkryłem tę sprzączkę w pokoju, który Pietro Giovanni zajmował w gospodzie “Pod 

Faszerowaną Gęsią”. Była własnością włamywacza, który zgubił ją, uciekając. But teatralny 

należy do jednego z męskich odtwórców Don Juana. Ruben Carmino jest poza podejrzeniami, 

ponieważ   nosił   chodaki   wieśniaka.   Złodziej   miał   mało   czasu,   nie   zdążył   się   przebrać. 

Wystarczyło więc, żebym obejrzał obuwie sceniczne noszone przez George'a Chairmana, sir 

Briana Halla i pana, panie Glinder, żeby domyślić się, kim był włamywacz. Niestety, buty 

zniknęły. Szukał ich pan, panie Carmino, kiedy zaskoczyłem pana na szperaniu w garderobie.

Hiszpan znowu odepchnął Graziellę Canti i stanął twarzą w twarz z inspektorem.

- Wcale nie, chciałem... chciałem... 

Ruben Carmino nie potrafił naprędce wymyślić żadnego wytłumaczenia. Higgins był 

mu za to wdzięczny.

- Podejrzewał pan Gerta Glindera o jakieś ciemne sprawki, panie Carmino, i szukał 

pan dowodów. Na pewno widział pan, jak wraca samochodem z gospody, był zaintrygowany 

tą wieczorną eskapadą krótko po śmierci Pietra Giovanniego. 

Mrukliwy Hiszpan przyznał Higginsowi rację.

- To prawda, inspektorze, ale nie ośmieliłbym się oskarżyć kolegi, dopóki nie będę 

pewny.   Widziałem,   jak   Gert   Glinder   zdejmował   obuwie,   wchodząc   do   zamku.   Chciałem 

zrozumieć, dlaczego, ale nie mogłem znaleźć jego butów od kostiumu. Reżyser również nie 

potrafił ich odnaleźć. 

background image

Higgins zwrócił się w stronę Gerta Glindera.

-  Przypuszczam,   że  pozbył   się  pan  wszystkich   butów,  łącznie  z  tymi,  na   których 

brakowało sprzączki? Nie wrzucił ich pan przypadkiem do jeziora? 

Niemiec rozsiadł się w fotelu, krzyżując nogi. Odzyskał pewność siebie.

- Nie wiedziałem, że inspektor Scotland Yardu ma tyle wyobraźni. Pańska teoria jest 

zabawna. Czy wymyślił pan również inne historie?

- Jeszcze przynajmniej jedną, której pan nie zaprzeczy - odparł Higgins. - Pańska 

ożywiona rozmowa z Rubenem Carmino na tarasie. 

Gert Glinder wzruszył ramionami.

- Banalna dyskusja między przyjaciółmi.

Ruben Carmino czuł się zmuszony wtrącić do dyskusji.

- Poprosiłem Gerta, żeby się więcej nie kręcił koło Grazielli.

- Jesteś zaślepiony zazdrością - odparł niemiecki śpiewak. - Zachowaj sobie swoją 

narzeczoną.

Higgins   stanął   między   obydwoma   mężczyznami,   czując,   że   Hiszpan   jest   gotowy 

przejść do rękoczynów.

- Celem tej konfrontacji nie jest poróżnienie was, panowie. Mam nadzieję, że nie 

odgrywacie przede mną wspaniałej komedii i nie byliście wspólnikami zbrodni.

Ruben Carmino i Gert Glinder popatrzyli na siebie z niedowierzaniem.

- Ja, ja miałbym być wspólnikiem tego prostaka? - powiedział drwiąco Niemiec.

- Odwołasz te słowa - syknął Ruben Carmino, podnosząc pięść, podczas gdy Graziella 

Canti zawisła mu na szyi.

-   Koniec   tego   przedstawienia   -   oznajmił   Higgins   stanowczo.   -   Następnym   razem 

nadinspektor Marlow uprzedzi swoich ludzi.

Marszcząc gniewnie czoło, Ruben Carmino zdecydował, że nie będzie zwracał uwagi 

ani na Gerta Glindera, ani na inspektora. Od tej pory będzie się zajmował tylko Graziella 

Canti.

- Jeszcze nie skończyłem - ciągnął Higgins. - Następny epizod dotyczy szczególnie 

pana, panie Glinder. Na szyi zmarłego znalazłem złoty kluczyk. Oczywiście, zamierzałem 

powierzyć   go   Scotland   Yardowi   jako   dowód   rzeczowy,   ale   wcześniej   odkryłem   jego 

przeznaczenie. Służył do otwarcia rodzaju relikwiarza wewnątrz ruchomego ołtarza kaplicy, 

do której Audrey Simonsen udała się na modlitwę. Zawierał bezcenny skarb: manuskrypt 

Don Juana, granego po raz pierwszy w Pradze. Oto co włamywacz przyszedł ukraść z pokoju 

Pietra Giovanniego. Oto czego pan szukał na próżno, panie Glinder.

background image

Spokój niemieckiego śpiewaka ustąpił miejsca przerażeniu.

- Nie wiedziałem o istnieniu tego manuskryptu - zaprotestował, blednąc

            - Kłamie pan - odparł Higgins. - Wiedział pan doskonale, że pański przyjaciel Pietro 

Giovanni ukradł ten skarb szanowanemu człowiekowi. Czy to się zgadza, panie Chairman? - 

Higgins przeszedł na drugą stronę sali i stanął przed odtwórcą roli Komandora.

background image

Rozdział XXI

George Chairman ani drgnął.

- Z pewnością doszedł pan do tego wniosku podczas naszej rozmowy w galerii zbroi, 

inspektorze? - zapytał grobowym tonem.

- Rzeczywiście - odparł Higgins. - Gert Glinder był świadkiem gwałtownej sprzeczki, 

do jakiej doszło między panem a Giovannim w pana londyńskim domu. Oskarżył go pan o 

kradzież,  a nie ma  pan zwyczaju rzucać słów  na wiatr. Co mógł  ukraść wielki  śpiewak, 

ryzykując swoją karierę? Wiedząc o pańskiej bogatej kolekcji i czytając drobne ogłoszenie, 

które wielokrotne ukazało się w “Timesie”, udało mi się wyjaśnić tę zagadkę: “Dam 100.000 

funtów temu, kto zwróci mi W.A. Praga 29.10.87”. W.A. to skrót imion Mozarta: Wolfgang 

Amadeusz.   Praga   29.10.87,   data   pierwszego   przedstawienia  Don   Juana  w   Pradze,   w 

listopadzie 1787. Nie mógł pan udowodnić winy Pietra Giovanniego, ale nie wątpił pan, że to 

on   dopuścił   się   tej   kradzieży.   Kiedy   dowiedział   się   pan,   że   będziecie   partnerami   w 

Lindenbourne,   przekazał   mu   pan   wiadomość   anonimowo,   za   pośrednictwem   “Timesa”. 

Giovanni musiał przystać na tę propozycję, ponieważ przybył z trzydniowym wyprzedzeniem 

do gospody “Pod Faszerowaną Gęsią”, z cennym manuskryptem w bagażach. Schował go w 

kaplicy, którą odkrył podczas poprzedniego pobytu. Giovanni był gotowy zaakceptować tę 

korzystną   transakcję,   która   pozwoliłaby   mu   uwolnić   się   od   mrocznej   przeszłości.   Kiedy 

spytałem   pana   o   pańskie   zbiory,   panie   Chairman,   nie   wspomniał   pan   o   cennej   kolekcji 

manuskryptów, żeby nie uczynić aluzji do Don Juana.

Zapanowała   całkowita   cisza.   Osłupiały   Scott   Marlow   nie   mógł   uwierzyć,   że   ten 

poważny człowiek o szlachetnym obliczu mógł być zabójcą.

-   Pańska   rekonstrukcja   jest   niezwykle   szczegółowa,   inspektorze   -   odparł   George 

Chairman z pogodnym uśmiechem. - Brakuje tylko jednego detalu.

- Podsłuchując pańską rozmowę z Piętrem Giovannim, Gert Glinder musiał usłyszeć, 

że zarzucał mu pan kradzież manuskryptu Don Juana. Czekał tylko na odpowiednią okazję, 

żeby wejść w posiadanie tego skarbu i sprzedać go panu. Po śmierci Giovanniego udał się 

naprędce do gospody, przekonany, że śpiewak ukrył manuskrypt w swoim pokoju. To był 

błąd,   panie   Glinder.   Pietro   Giovanni   był   bardziej   przezorny,   niż   pan   sobie   wyobrażał. 

Pośpiesznie   przetrząsnął   pan   pokój,   wiedząc,   że   musi   działać   szybko.   Powróciwszy   do 

zamku,   uświadomił   pan   sobie,   że   brakuje   sprzączki   u   jednego   z   butów.   Był   pan   więc 

zmuszony ukryć wszystkie buty. Spiesznie udał się pan do swego pokoju. Przechodząc obok 

background image

pokoju Audrey Simonsen, zauważył pan otwarte drzwi. Bez wahania zbiegł pan na dół, by 

mnie powiadomić o jej omdleniu, co doskonale ukryło pańską zadyszkę, ale dzięki temu 

uratował jej pan życie. Z tego powodu wiele zostanie panu wybaczone, panie Glinder.

Niemiecki śpiewak wolał zachować milczenie. Obawiał się, że jeśli zabierze głos, 

jedynie pogorszy sytuację.

- Z pańskiego punktu widzenia - kontynuował Higgins, zwracając się do George'a 

Chairmana,   który   przysłuchiwał   się   słowom   inspektora   bez   żadnych   emocji   -   śmierć 

Giovanniego była sprawiedliwą karą. Jego rozwiązłe życie musiało się zakończyć w sposób .-

tragiczny. To pan przewodniczył trybunałowi, który zebrał się w podziemiach. Kiedy wyszedł 

pan   stamtąd,   przygotowawszy   zebranie,   przewrócił   pan   zbroję,   która   o   mało   mnie   nie 

przygniotła,  i   usłyszał  moją  rozmowę   z  Gertem   Glinderem.   Nie  ukrywał  pan   zresztą,   że 

jardził Giovannim jako człowiekiem, nawet jeśli jako śpiewak mile pana zaskoczył.

George Chairman podniósł oczy ku górze.

- Niech pan to powie wprost, inspektorze. Przypuszczam, iż oskarża mnie pan, że 

zamordowałem Pietra Giovanniego?

Scott   Marlow   był   zafascynowany   osobowością   śpiewaka.   Miał   w   oczach   scenę 

pojedynku   między   Don   Juanem   i   Komandorem.   W   operze   pierwszy   zabijał   drugiego, 

przebijając mu serce szpadą. Czyż rzeczywistość nie odwróciła ról?

-   Nie   wypowiedziałem   w   moim   życiu   ani   jednego   kłamstwa   -   oznajmił   George 

Chairman. - Nie zabiłem Giovanniego.

Higgins poczuł, że Irlandczyk nie złoży żadnego innego oświadczenia. Ścisnąwszy 

mocniej   kajdanki   w   prawej   dłoni,   nadinspektor   Marlow   czekał   na   znak   swojego   kolegi. 

Jednak inspektor obszedł fotel, na którym siedział George Chairman, i usiadł obok reżysera 

Jonathana Kelwinga.

- Nie zapomniałem o panu, panie Kelwing - powiedział ujmującym tonem. - Może 

zorientował się - in, że mój kolega, nadinspektor Marlow, uważał pańskie zachowanie za 

bardzo dziwne?

Reżyser patrzył przed siebie, unikając wzroku Higginsa.

- Mam nawet przeczucie - ciągnął policjant - że Scott Marlow uważa pana za winnego 

morderstwa.

Tym razem dotknięty do żywego Kelwing odważył się zaprotestować.

- Jestem niewinny! Zupełnie niewinny!

-   Niech   pan   się   uspokoi   -   odparł   Higgins.   -   Rozumiem   doskonale   pańskie 

przepracowanie,   związane   z   poważnymi   problemami,   z   którymi   musi   się   pan   uporać. 

background image

Przechodzi pan od fazy ekscytacji do depresji, co nie służy równowadze wewnętrznej.

- Pan Kelwing jest najlepszym z aktorów - oświadczył Scott Marlow, spoglądając na 

reżysera z wyrazem niemal dzikiej radości w oczach.

- To przecież pan wybrał Pietra Giovanniego do roli Don Juana? - zapytał Higgins.

Zniecierpliwiony Kelwing powiedział łamiącym się głosem.

- Tak... wiedziałem, że to jest śmiałe przedsięwzięcie, ale byłem pewien, że tak wielki 

śpiewak jak on odniesie sukces i że rozsławi festiwal w Lindenbourne.

- Wcale w to nie wątpię - przyznał Higgins ale Pietro Giovanni miał trudny charakter.

Przez smutną twarz Jonathana Kelwinga przemknął cień uśmiechu.

- Ach, to! Nie było mowy o próbach... Nawet zażądał, żeby zakończyć operę sceną 

zstąpienia do piekielnych otchłani. Jego nieznośny sposób bycia był powszechnie znany w 

środowisku operowym. Spodziewałem się licznych trudności, ale przygoda była tego warta. 

Zostałem nieźle ukarany za moją naiwność.

- Pana zdaniem Pietro Giovanni zranił się przez zwykłą niezręczność, wykluczył więc 

pan z góry wątek kryminalny. Potem uznał pan, że ta zbrodnia była dziełem szaleńca lub 

maniaka.   Czy  ma   pan   może   jakieś   przypuszczenia   na   temat   tożsamości   mordercy,   panie 

Kelwing?

- Niestety nie, inspektorze... Nie miałem nikogo konkretnego na myśli.

Scott Marlow uznał za stosowne wkroczyć do akcji.

- Wszelkie poszlaki wskazują na pana - oznajmił stanowczym tonem. - To pan kazał 

spalić trupy kotów, żeby uniemożliwić ustalenie zastosowanej trucizny; to pan nie przestawał 

śledzić mojego kolegi i mnie samego, żeby żaden element dochodzenia nie umknął pana 

uwagi, to pan udawał, że śpi, lub zręcznie się ukrywał... że nie wspomnę o wielu innych 

dowodach pańskiej winy.

Jonathan Kelwing obrócił się w stronę Higginsa. Odważył się odeprzeć atak.

- Wiele innych dowodów? Proszę więc je wymienić! Proszę je wymienić!

Nadinspektor Marlow nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Higgins przyszedł 

mu z pomocą.

- To pan, panie Kelwing, zaniósł nić i igłę pannie Canti, po tym jak zgłosiła kradzież?

-   To   prawda,   inspektorze.   Spełnianie   życzeń   moich   gości   należy   do   moich 

obowiązków.

- Oczywiście nie wiedział pan o kradzieży sukni Audrey Simonsen ani o zaginięciu 

manuskryptu?

Rozgniewany reżyser spuścił wzrok.

background image

- Niestety, nie wiedziałem o tych występkach. Zadziwiają mnie i ranią głęboko. Opera 

jest moim światem. Nie sądziłem, że tej klasy artyści są do tego zdolni. Dlatego nie żałuję, że 

zaproponowałem   George'owi   Chairmanowi   zwołanie   trybunału,   żeby   podjąć   próbę 

uratowania Lindenbourne. Pan i nadinspektor o mało zresztą mnie nie zaskoczyliście, kiedy 

rozstawiałem kandelabry w podziemiach. Usłyszałem, jak pan mówi: “Zbyt późno”. W tym 

trybunale pokładałem całą nadzieję. Wyszła z tego tylko maskarada... Prosić mnie, mnie, 

żebym przyznał się do popełnienia zbrodni!

- Przyznaje się pan? - spytał Scott Marlow. 

Jonathan Kelwing podskoczył.

-   Ależ   nie!   Nie   miałem   żadnego   powodu,   żeby   zamordować   największą   gwiazdę 

mojego spektaklu!

Scott Marlow miał czas na zastanowienie się. Postanowił ruszyć do ataku.

- Ależ tak, miał pan. Był pan zakochany w Grazielli Canti. Wraz z nią uknuł pan 

diabelski   plan,   żeby   pozbyć   się   tego,   który   uwodził   uwielbianą   przez   pana   kobietę. 

Wciągnęliście do spisku Rubena Carmino, żeby osiągnąć cel.

Wystraszony Kelwing spojrzał w stronę Hiszpana, który wpatrywał się zdumionym 

wzrokiem w narzeczoną. Higgins nie czekał na słowa protestu. Stłumionym głosem postawił 

reżyserowi pytanie.

- Dlaczego powiedział mi pan, że między Gertem Glinderem a Pietrem Giovannim 

doszło do ostrej sprzeczki w gospodzie “Pod Faszerowaną Gęsią”?

Reżyser wyglądał na załamanego.

- Niech pan okaże rozsądek - poradził mu Scott Marlow. - Sąd zazwyczaj pobłażliwie 

traktuje zbrodnię popełnioną w afekcie.

-   Przysięgam,   że   jestem   niewinny   -   wyszeptał   Kelwing   -   i   nie   wiem,   kim   jest 

morderca... Przysięgam na festiwal w Lindenbourne, jedyny sens mego życia...

Ku ogólnemu zdziwieniu Higgins przestał się interesować reżyserem, ominął znowu 

George'a Chairmana i zatrzymał się przed uroczą Marylin O'Neill, niezrównaną odtwórczynią 

roli Doni Anny.

- Czy wierzy pani w winę reżysera, panno O'Neill? 

Australijska śpiewaczka odziana w malwowy, jedwabny kostium, posłała mu długie 

spojrzenie. Higgins delektował się tą chwilą. Nieczęsto zdarzało się skromnemu policjantowi 

stać się przedmiotem zainteresowania tak znakomitej śpiewaczki.

- Ten problem przekracza moje kompetencje, inspektorze.

Jej głos brzmiał ciepło i serdecznie. Higginsowi zrobiło się przykro, że musi drążyć 

background image

ten temat.

- Z obecnych  tu osób pani najwięcej  wycierpiała  z powodu Pietra  Giovanniego - 

oznajmił.  - To on jest odpowiedzialny za kalectwo  pani ojca i śmierć matki w wypadku 

samochodowym. To wydarzenie wywarło na panią taki wpływ, że do tej pory przechowuje 

pani  wycinki   prasowe relacjonujące  tę  tragedię.  Sądzę,  że  te  tragiczne   przeżycia   utkwiły 

głęboko w pani sercu i że nigdy nie wybaczyła pani zabójcy.

Jasne spojrzenie Marylin O'Neill było niezmącone.

- Ma pan rację, inspektorze. Któż mógłby ukryć podobne cierpienia?

- Zgadzam  się z tym,  panno O' Neill. Całkowicie  respektując pani ból, musiałem 

jednak sprawdzić, czy mój tok rozumowania jest właściwy.  Pani życie prywatne jest bez 

zarzutu. Żadnych plotek, żadnych pomówień, żadnych artykułów w prasie brukowej. Godne 

szacunku   zaręczyny   z   angielskim   lordem.   A   jednak   wydarzył   się   ten...   incydent. 

Niespodziewana wizyta, którą złożył pani człowiek, którego nienawidziła pani najbardziej na 

świecie: Pietro Giovanni.

Gdyby Higgins nie miał doświadczenia w najbardziej trudnych przesłuchaniach, nie 

zauważyłby poruszenia artystki, która z trudem panowała nad nerwami.

- Już panu odpowiedziałam na to pytanie, inspektorze.

- Zanotowałem pani oświadczenie - przyznał inspektor - i rozumiem, dlaczego nie 

przystała  pani na jego propozycję. Nie chciała pani zmarnować  swego talentu,  śpiewając 

belcanto w towarzystwie Giovanniego. Słyszałem, jak pani oznajmiła w podziemiach: “Nie 

tylko pieniądze i kariera się liczą. Nasze życie to przede wszystkim muzyka”. Nie wątpię ani 

przez moment w pani szczere uczucia dla sir Briana Halla, który jest godny pani jako muzyk i 

jako mężczyzna. Ale nie powiedziała mi pani wszystkiego, panno O'Neill. Jestem pewien, że 

Pietro Giovanni był od dawna w pani zakochany, że przekonał pani rodziców o głębi swych 

uczuć i że gorliwie pani z daleka asystował. Wasze muzyczne spotkanie w Lindenbourne 

dawało mu wymarzoną okazję, żeby utwierdzić się w swoim żarliwym uczuciu i przekonać 

panią do poślubienia go. Stworzylibyście najbardziej błyskotliwą parę w świecie opery. Nie 

mogła pani sobie wyobrazić większej zniewagi od człowieka, któremu gorąco życzyła pani 

śmierci. Śmierci, o którą prosiła pani swojego narzeczonego, sir Briana Halla, w prezencie 

ślubnym, jeśli wierzyć zdaniu, które napisała pani w liście przekazanym mi przez Graziellę 

Canti: “Kiedy się zdecydujesz? Wiesz, że od tego zależy nasza miłość”. Dopóki Giovanni żył, 

wasze szczęście wydawało się niemożliwe. Gdy ośmielił się wtargnąć do pani pokoju i złożyć 

pani   bezwstydną   propozycję   małżeństwa,   sir   Brian   musiał   zrozumieć,   że   ten   zaborczy 

człowiek nie zostawi pani w spokoju, dopóki nie dopnie swego.

background image

Ani Marylin O'Neill, ani sir Brian Hall nie zaprotestowali. Najbardziej rozczarowany 

był  Scott Marlow, zmuszony przyznać, że nie posiadał żadnego wystarczającego  dowodu 

przeciwko   reżyserowi   i   że   nowym   argumentom,   które   wytoczył   Higgins,   nie   brakowało 

spójności.

- Różne poszlaki o mało mnie nie zmyliły - przyznał Higgins. - Lubiła pani czytać 

partytury   przez   lupę.   panno   O'   Neill.   Czy   wiedziała   pani   o   kradzieży   popełnionej   przez 

Giovanniego i czy chciała go pani ukarać również za ten czyn? Pani mały rewolwer, tak 

dyskretny, tak śmiercionośny... zastanawiała się pani, czy go użyć. Wolała pani, żeby to sir 

Brian Hall wypełnił tę misję. Wreszcie pani znajomość roślin lekarskich. Nie zbliżyła się pani 

do Giovanniego podczas antraktu, a wyciąg z arniki, którym pani dysponowała rzeczywiście 

jest doskonałym lekarstwem na urazy. To wszystko wydało mi się drugorzędne. Było coś o 

wiele   ważniejszego.   Jako   członek   trybunału   wyraziła   pani   życzenie,   żeby   morderca   nie 

umknął sprawiedliwości.

“Tym razem - pomyślał Scott Marlow - nie ma wątpliwości. Marylin O' Neill zleciła 

morderstwo   narzeczonemu.   Sir   Brian   Hali   posunął   się   do   zbrodni,   żeby   móc   poślubić 

ukochaną kobietę”.

Sąsiad   Marylin   O'   Neill,   George   Chairman,   był   przytłoczony   tymi   rewelacjami. 

Audrey   Simonsen   skryła   twarz   w   dłoniach,   nie   mogąc   znieść   widoku   sir   Briana   Halla, 

mordercy   człowieka,   którego   tak   kochała.   Z   twarzy   Gerta   Glindera   zniknął   szyderczy 

uśmiech. Ruben Carmino i Graziella Canti przestali się czule ściskać.

- Marylin O' Neill nie ma nic wspólnego z tą zbrodnią - oświadczył poruszony sir 

Brian Hall. - Sam podejmowałem decyzję, ona nie była wtajemniczona. Nigdy nie poprosiła 

mnie o zamordowanie Giovanniego. Rzeczywiście widziałem, jak wchodzi do jej pokoju. Nie 

mogłem znieść myśli, że mógłby plamić honor mojej narzeczonej.

Odważne   publiczne   wystąpienie   arystokraty   kładło   kres   tajemniczej   aferze   z 

Lindenbourne. Reżyser Jonathan Kelwing nie krył ulgi.

- Gdzie pan ukrył morderczą szpadę? - spytał Higgins.

- Wrzuciłem ją do jeziora.

Inspektor obrócił się na pięcie i wolnym krokiem poszedł w kierunku sceny.

- Marylin O' Neill rzeczywiście nie ma nic wspólnego z tą zbrodnią - zakończył swój 

wywód. - I pan również nie. Prawdziwy morderca jeszcze się nie ujawnił. Czy mam rację, 

mistrzu?

background image

Rozdział XXII

Higgins   stanął   przed   Lovrem   Ferenczym.   Czoło   dyrygenta   przecięła   głęboka 

zmarszczka.   Osłupiały   Scott   Marlow   rozejrzał   się   po   sali,   po   czym   skupił   uwagę   na 

dyrygencie, którego darzył nie mniejszym respektem niż George'a Chairmana. Największy z 

żyjących   wielkich   mozartowskich   dyrygentów,   z   twarzą   okoloną   białą   brodą,   z   pełną 

godności postawą, nie mógł należeć do świata zbrodni.

- Czy życzy pan sobie, mistrzu, żebym  ujawnił pański motyw?  - zapytał  Higgins. 

Dyrygent przeraźliwie zbladł.

- Bardzo pana proszę, inspektorze... jeśli naprawdę poznał pan prawdę, proszę nie 

wystawiać mnie na tę próbę.

W jego oczach krył się strach.

- Proszę pójść ze mną, mistrzu. 

Scott Marlow zaprotestował.

- Chyba nie zamierza pan wyjść, Higgins... Jest straszna pogoda... I on mógłby uciec!

Lovro Ferenczy wstał. Jego ręce drżały lekko.

-   Niech   się   pan   niczego   nie   obawia,   nadinspektorze.   Nie   wyjdę   poza   obręb 

Lindenbourne. Ma pan moje słowo.

- Znam Lovra Ferenczy'ego od  wielu lat - wtrącił George Chairman. - To człowiek 

honoru. Ręczę za jego obietnicę.

Marlow nie sprzeciwiał się dłużej.

Deszcz   przestał   padać,   ale   niebo   przecinały   chwilami   potężne   błyskawice.   Dwaj 

mężczyźni zeszli po stopniach zamku, kierując się w stronę “czarodziejskiego ogrodu”. Lovro 

Ferenczy stracił swój legendarny spokój.

- Co spowodowało, że zaczął mnie pan podejrzewać? - zapytał.

- Mozart, mistrzu. George Chairman oświadczył, że prawdziwym mordercą był nie kto 

inny, tylko sam autor Don Juana. Mówił to oczywiście jako Komandor, ale ten symboliczny 

osąd skierował mnie na właściwą drogę. Wiedziony dziwnym przeczuciem uznałem, że klucz 

do   tej   zagadki   tkwi   w   operze.   Z   konieczności   zainteresowałem   się   panem,   ponieważ 

dyrygował   pan   zarówno   orkiestrą,   jak   i  odtwórcami  Don   Juana,   i   dzięki   temu   był   pan 

uprzywilejowanym świadkiem zbrodni. Obserwowałem pana. Nie spotykał się pan z nikim, 

usprawiedliwiając   się   umiłowaniem   samotności,   nie   wykazywał   pan   zainteresowania 

artystami. Jednak targał panem wewnętrzny niepokój, czego dowodzą tragiczne dzieła, które 

background image

grał pan na klawesynie w bibliotece, przenosząc się myślami ponad ziemskie sprawy. Podczas 

antraktu zachował pan neutralność. W żadnym momencie nie zajął się pan w taki czy inny 

sposób Pietrem Giovannim. Nie rozsiewał pan plotek, nie rzucał pan podejrzeń na nikogo, nie 

zauważył pan nic nienormalnego w zachowaniu kogokolwiek.

Pomimo   kłębiących   się   na   niebie   czarnych,   burzowych   chmur,   nieliczne   gwiazdy 

rozjaśniały mroki nocy. Rozmówcy szli bardzo powoli.

- Ta neutralność nie przysłużyła  się panu - ciągnął Higgins. - Uwydatniła jedynie 

incydent,   który   przemówił   na   pańską   niekorzyść:   tajemnicze,   bardzo   teatralne   zniknięcie 

Giovanniego między gospodą a zamkiem. Nietrudno było to zrozumieć: gdyby, przez fantazję 

artysty, która była w jego stylu, zdecydował się nie zaśpiewać w Lindenbourne, pana plan 

ległby   w   gruzach.   Natychmiast   zaalarmował   pan   reżysera,   żądając,   żeby   jak   najszybciej 

rozpoczęto   poszukiwania   pańskiej   przyszłej   ofiary.   Audrey  Simonsen   również   bardzo   mi 

pomogła, wyjaśniając, dlaczego Pietro Giovanni nie mógł uniknąć śmierci. “Błagałam Pietra 

Giovanniego, żeby zmienił życie - oznajmiła mi - gdyby mnie posłuchał, jeszcze by żył”. 

Zabójcą   był   więc   człowiek   o   niezwykłym   poczuciu   moralności,   przekonany,   że   Pietro 

Giovanni nigdy się nie zmieni.

“Czarodziejski   ogród”   był   pogrążony   w   ciszy.   Dwaj   mężczyźni   szli   powolnym 

krokiem.

- Pańska teza opierała się na chwiejnych fundamentach, inspektorze.

- To prawda, mistrzu, aż do chwili, gdy wreszcie uprzytomniłem sobie powód, który 

wywołał we mnie prawdziwy niepokój podczas finałowej sceny pańskiego Don Juana. Pietro 

Giovanni osunął się na ziemię, temu nie da się zaprzeczyć, ale kryło się za tym coś bardziej 

subtelnego.   Popełnił   pan   niespotykany   błąd   muzyczny:   gwałtowne   przyspieszenie   tempa. 

Dyrygent tej klasy co pan nigdy nie popełniłby podobnej pomyłki bez szczególnej intencji. 

Uświadomiłem sobie, ze chciał pan zespolić śmierć Giovanniego ze śmiercią postaci, w którą 

się wcielił. Dzięki funkcji, jaką pan pełnił, zajmował pan niezwykle dogodne miejsce, by 

-śledzić rozwój agonii, której sam artysta nie podejrzewał. Uświadomiwszy sobie, że sprawy 

przybrały zbyt szybki obrót, przyspieszył pan tempo... i przeoczył ten fakt, gdy poprosiłem 

pana o podanie listy niezręczności muzycznych, które zakłóciły przedstawienie.

-   Wspaniała   analiza,   inspektorze.   Nie   spodziewałem   się,   że   śledztwo   będzie 

prowadzone przez wielbiciela Mozarta.

-   Od   chwili   gdy   nabrałem   pewności,   że   jest   pan   zamieszany   w   to   morderstwo, 

próbowałem nakreślić pana osobowość. Przypominając sobie to, co o panu czytałem, zdałem 

sobie sprawę, że całe pana życie było poświęcone muzyce Mozarta. Żaden inny kompozytor 

background image

nie znajdował łaski w pana oczach, z wyjątkiem Bacha i Monteverdiego. Pańska biografia 

streszczała   się   w   pańskiej   pracy.   A   jednak,   żeby   dobrze   dyrygować   Mozartem,   trzeba 

wyczuwać jego ducha między nutami, poznać największe radości i największy ból. Tajemnica 

musiała tkwić tylko w pańskiej przeszłości, tylko w tym mrocznym okresie poprzedzającym 

pana przybycie do Stanów Zjednoczonych, pod koniec drugiej wojny światowej. Jest pan, 

mistrzu,   bezpaństwowcem   czeskiego   pochodzenia.   Dlaczego   nie   zareagował   pan,   gdy 

mówiłem o Pradze?

Opuściwszy “czarodziejski ogród”, mężczyźni skierowali się w stronę jeziora.

-  Ponieważ   niektóre   wspomnienia   są   zbyt   bolesne,   inspektorze.   Przypuszczam,   że 

mnie pan rozumie...

- Teraz tak - odparł Higgins - ale musiałem wysłać telegramy, żeby sprawdzić stany 

cywilne   niektórych   bohaterów   dramatu...   z   wyjątkiem   pańskiego,   niedostępnego.   Pana 

tajemnicę   zdradziła   fotografia.   Zdjęcie   ukochanej   matki   Marylin   O'   Neill.   Zauważyłem 

tajemniczy numer na jej ręce. Hipoteza, która przyszła mi na myśl,  została potwierdzona 

przez   mojego   przyjaciela,   pułkownika   Mac   Crombiego.   Chodziło   o   numer   obozowy. 

Telefonując do Australii,  dowiedziałem się, że O'Neill  jest nazwiskiem adopcyjnego  ojca 

Marylin. Jej matka, jedna z ocalonych z obozu w Mauthausen, była Czeszką, podobnie jak 

pan. Ponieważ poprosił mnie pan, żebym nie przedstawiał mojej teorii w obecności Marylin, 

mistrzu, znaczy to, że jest pan jej ojcem, który, jak ona sądzi, nie żyje.

Idąc wzdłuż brzegu jeziora, Higgins i Lovro Ferenczy doszli do rwącego nurtu rzeki.

- Marylin jest rzeczywiście moją jedyną córką - wyznał dyrygent. - Moja żona i ja 

wiedzieliśmy,   że   zostaniemy   aresztowani,   a   więc   rozdzieleni   na   zawsze.   Była   w   ciąży. 

Przeczuwając najgorsze, złożyliśmy przysięgę: jeśli jedno z nas przeżyje i pozostanie bez 

wieści o drugim dłużej niż trzy lata, ma zapomnieć i zacząć nowe życie. Nie miałem złudzeń, 

jednak przeżyłem. Przez lata na próżno podejmowałem szaleńcze poszukiwania, z nadzieją, 

że naziści może ją oszczędzili. Bez rezultatu. Aż nagle pięć lat temu przeżyłem niesamowity 

szok,  dyrygując   Czarodziejskim   Fletem   w   Salzburgu:   jedna   z  trzech   służących   Królowej 

Nocy   była   sobowtórem   mojej   żony!   Tą   wspaniałą   śpiewaczką,   której   wróżono   bajeczną 

karierę, była... Marylin O'Neill, moja córka.

Głos Lovra Ferenczy'ego załamał się.

- Chciałem dowiedzieć się o niej wszystkiego. Okazało się, że jest Australijką, że 

przybyła ze swoją matką na antypody, mając roczek. Moja żona wyszła ponownie za mąż. 

Uszanowałem przysięgę. Nie chciałem burzyć jej szczęścia. Jednak wszystkimi dostępnymi 

środkami, bez jej wiedzy, wspierałem karierę mojej córki. To nie było zresztą trudne, była 

background image

niezwykle utalentowana.

- I pojawił się Pietro Giovanni...

- Tak, inspektorze. Nie żywię ani zaufania, ani podziwu dla tych, których mienią się 

“artystami”. To są na ogół ludzie źli i godni pogardy, pełni pychy. A Giovanni przewyższał 

wszystkich.   Na   dodatek   rządziła   nim   chorobliwa   ambicja.   Chciał   wszystko   zdobyć. 

Dowiedziałem się, jaką rolę odegrał w śmierci... matki Marylin, i doszły mnie słuchy, że 

poprzysiągł sobie, iż uczyni z mojej córki swoją żonę.

- Dlaczego się pan nie ujawnił i nie oddał prawdziwego ojca swojej córce?

-   Ponieważ   postanowiłem   zabić   Giovanniego.   Zbrodniczy   plan   dawno   powstał   w 

mojej   głowie,   inspektorze.   Nie   było   żadnego   innego   sposobu,   żeby   uchronić   ją   przed 

nieszczęściem. Pomimo siły, jaką posiada, nie byłaby w stanie mu się oprzeć. Szedłem ich 

śladami. Kiedy Giovanni poślubił Audrey Simonsen i kiedy moja córka zaręczyła się z sir 

Brianem Hallem, którego bardzo cenię, miałem nadzieję, że los oszczędzi mi posunięcia się 

do ostateczności. Ale Pietro Giovanni zdradził swoją żonę dwa dni po ślubie i im bardziej 

rosła   sława   mojej   córki,   tym   bardziej   zależało   mu   na   tym,   żeby   ją   zdobyć.   Kiedy 

dowiedziałem   się,   że   będą   razem   śpiewać   operę   Mozarta   w   Lindenbourne,   omal   się   nie 

rozchorowałem. Występując w operze Mozarta, ten mroczny samochwała mógł umocnić się 

w swojej pysze. A gdyby nawet Marylin udało się jeszcze raz odsunąć go od siebie, nie 

zawahałby się złamać jej kariery, upokorzyć ją i uzależnić od siebie. Giovanni był jednym z 

najbardziej wpływowych ludzi w środowisku operowym. Kiedy okazało się, że wybranym 

dziełem jest Don Juan, poczułem, że nadszedł wreszcie moment, żeby uratować moją córkę. 

Wiedziałem wszystko o Giovannim, o jego zainteresowaniach, o jego awersji do kotów, o 

truciznach, które woził ze sobą, żeby zabijać je wszędzie tam, gdzie stawały na jego drodze. 

Odczuwam prawdziwą sympatię  dla tych  zwierząt,  inspektorze. To mi podsunęło pomysł 

ukarania go jego własną bronią.

- To pan pisał listy z pogróżkami?

- Tak, inspektorze. Miałem nadzieję, że odwiodą go od przyjazdu do Lindenbourne. 

Ale ten człowiek nie bał się niczego. Bóg nie pozwolił mi uniknąć tej zbrodni. Moja córka 

nigdy się nie dowie, kim naprawdę byłem: jej ojcem i mordercą. Wyjawić prawdę, zanim 

pozbędę się Giovanniego, równałoby się wystawieniu jej szczęścia na niebezpieczeństwo. 

Świadomość, że jej ojciec jest mordercą, złamałaby jej serce.

Dwaj mężczyźni zbliżyli się do brzegu, gdzie ukryta w wysokiej trawie, kołysała się 

na wodzie stara, odrapana barka. Księżyc, wychodząc zza chmur, oświetlił małą wysepkę 

pośrodku rzeki.

background image

-   Zaintrygował   mnie   jeszcze   inny   szczegół   -   dodał   Higgins.   -   Najbliższe 

przedstawienie  Don   Juana.   Obecnym   tu   gwiazdom   bardzo   na   nim   zależało,   każdy   miał 

nadzieję tam zabłysnąć. Nikt nie powiedział mi, kto będzie dyrygować. Nazwisko dyrygenta 

nie było więc jeszcze znane. Telegram z La Scali pozwolił mi uchylić rąbka tajemnicy. Czy 

chodziło o pana, mistrzu?

- To był piękny plan, inspektorze... .

- Nie było w nim miejsca dla Giovanniego - uściślił Higgins.

- Nigdy nie stałby się wielkim Don Juanem, inspektorze. Nie miał duszy. Werwa, 

technika,   prezencja   sceniczna   nie   wystarczą.   Trzeba   się   urodzić   z   darem   perfekcyjnego 

frazowania, czystą barwą głosu, trzeba oddać się w służbę muzyki, a nie posługiwać się nią 

dla   własnych   celów.   Pietro   Giovanni   rozłożyłby   to   przedstawienie,   odsuwając   większość 

artystów,   którzy   przybyli   do   Lindenbourne,   żeby   odbyć   pewnego   rodzaju   próbę.   Nie 

wiedzieli,   że   będę   nimi   dyrygować   w   La   Scali   i   że   obserwowałem   ich   dokładnie,   żeby 

skorygować ich ostatnie błędy i przygotować idealnego  Don Juana. Ten potwór Giovanni 

zajmował się tylko sobą, swoimi pasjami, troszczył się tylko o swoją sławę. Nie interesował 

go Mozart. Odsunąłby Rubena Carmino, Audrey Simonsen, Gerta Glindera, sir Briana Halla, 

moją córkę... wszystkich tych, którzy nieświadomie przygotowywali się w Lindenbourne do 

odtworzenia   tego   dzieła   w   Mediolanie.   Byli   bliscy   perfekcji.   Giovanni   wszedł   w   świat 

Mozarta   tylko   po   to,   by   uwieść   moją   córkę.   Jego   intencje   nie   były   szczere.   Żeby   żyć 

Mozartem, inspektorze, nie można być splamionym od środka.

Dwaj mężczyźni zeszli na brzeg. Silny wiatr kołysał wysoką trawą.

- Muzyka  Mozarta nie zna granic, mistrzu. To mi pozwoliło zrozumieć, że Pietro 

Giovanni podążał za pańską córką po całym świecie. Ponadto przekonałem się, że był tak 

wpływowym człowiekiem, że każda znacząca opera chciałaby go widzieć w swojej obsadzie.

Lovro Ferenczy, ze zmęczoną, postarzałą twarzą popatrzył Higginsowi prosto w oczy.

- Więc już teraz pan wie, dlaczego byłem zmuszony zabić... dlaczego nie chcę, żeby 

moja córka się dowiedziała, że jej ojciec jest mordercą.

Higgins chciałby być Bogiem, choć przez chwilę, żeby rozgrzeszyć tego człowieka, 

cofnąć czas, pozwolić ojcu wziąć córkę w ramiona i unieść ją daleko od tego świata. Był 

jednak   tylko  skromnym   policjantem   ze   Scotland   Yardu,   bez   szczególnych,   boskich 

kompetencji.

- Czy mógłbym zadać panu jedno pytanie, inspektorze?

- Bardzo proszę, mistrzu.

- Czy wie pan, kto ukradł moje pałeczki?

background image

- Ja sam, mistrzu. Nielegalny czyn, przyznaję. Chciałem wystawić pana na próbę, 

zobaczyć, czy sam mi pan o tym powie, czy też przerażony popełnioną przez siebie zbrodnią, 

będzie wolał przemilczeć ten fakt, żeby nie skupiać na sobie uwagi. Zachował się pan w 

sposób niezwykle naturalny, ponieważ nie jest pan zwykłym mordercą. Jednak nie udzielił mi 

pan   odpowiedzi,   gdy   zapytałem,   czy   pochwala   pan   uczucie   Don   Juana   dla   Doni   Anny. 

Pańskie milczenie pana zdradziło.

Lovro Ferenczy podniósł oczy ku niebu. Blady sierp księżyca oświetlał srebrzystym 

blaskiem skryte w półmroku korony drzew.

- Może lepiej by było, gdybym się zdradził inspektorze...

Higgins przybrał nagle zakłopotaną minę.

- Pozostaje poważny problem, mistrzu, dla tego, kto pragnie uwiarygodnić fakty... Czy 

mógłby mi pan wyjaśnić, w jaki sposób pozbył się pan śmiertelnej szpady?

- Mogę zrobić więcej, inspektorze. Mogę ją panu pokazać. Oczywiście tylko ja wiem, 

gdzie się znajduje. W ten sposób będzie pan miał konkretny dowód mojej winy.

Energicznym krokiem Lovro Ferenczy przeszedł przez trawę i zszedł do łódki.

- Niech pan tu przyjdzie - powiedział stanowczym tonem.

Higgins był zmuszony pójść śladem dyrygenta. Nie lubił ani wody, ani żeglowania, 

ale Lovro Ferenczy już rozwiązał sznur, którym łódź była umocowana do palika. Jego uszu 

dobiegły odgłosy pospiesznych kroków. Dyrygent mocnym zamachem wioseł wyrwał łódź z 

jej roślinnego więzienia. Inspektor musiał usiąść, by nie stracić równowagi.

Na skarpie pojawił się Scott Marlow w towarzystwie dwóch policjantów. Usłyszał 

plusk wioseł, ale nie widział łodzi, która dopłynęła do połowy drogi między wyspą a stałym 

lądem. Wszystko zniknęło w gęstej mgle.

- Higgins! Higgins! Gdzie pan jest? Jesteśmy tutaj, idziemy! Niech pan nie pozwoli 

mu uciec!

Scott   Marlow   krzyczał   na   całe   gardło,   żeby   uspokoić   kolegę,   któremu   zapewne 

groziło niebezpieczeństwo. Dwaj policjanci na próżno szukali drugiej łódki.

Lovro   Ferenczy   przestał   wiosłować.   Łódź   zatrzymała   się,   potem   wolno   obróciła. 

Higgins ujrzał podnoszącą się sylwetkę.

- Złożyłem szpadę pośrodku wyspy,  inspektorze, na płaskim kamieniu. Chciałbym 

panu podziękować, że niczego pan nie wyjawił mojej córce. Teraz muszę odejść. Żal mi 

Mediolanu.   Ale   jestem   przekonany,   że   Mozart   pokieruje   innymi   dyrygentami   i   innymi 

śpiewakami.   Proszę   mnie   nie   zatrzymywać.   Jest   angielskie   przysłowie,   które   mówi: 

“Uśmiechaj się, a świat będzie się uśmiechał z tobą. Gdy płaczesz, płacz sam”. Spróbuję 

background image

trochę się uśmiechnąć. Żegnam, inspektorze.

Lovro Ferenczy odrzucił daleko wiosła i zsunął się do wody jak zmęczony wędrowiec 

u kresu długiej wędrówki.

background image

Rozdział XXIII

W południe policjanci ze Scotland Yardu przerwali rozpoczęte rano poszukiwania. 

Nie można było odnaleźć ciała Lovra Ferenczy'ego. Albo ugrzęzło w rzecznym mule, albo 

zostało uniesione przez prąd. Pomimo awersji do wody, inspektor uparł się, żeby udać się na 

wyspę, gdzie rzeczywiście znalazł zbrodniczą szpadę.

Rano   wszyscy   artyści   opuścili   Lindenbourne.   Scott   Marlow   poinformował   ich   o 

przypadkowej śmierci Lovra Ferenczy'ego, odmawiając podania dodatkowych wyjaśnień. Nie 

mógł zresztą tego zrobić. Higgins nie zgodził się ujawnić treści rozmowy z mordercą Pietra 

Giovanniego.

W zamku pozostała jeszcze Audrey Simonsen, niezapomniana Dona Elvira z  Don 

Juana  z   Lindenboume.   Podczas   gdy   jej   szofer   czekał   na   nią   u   wejścia   do   posiadłości, 

podeszła do wozu Scotland Yardu.

- Zależało mi na zobaczeniu się z panem, zanim nasze drogi się rozejdą - powiedziała 

do Higginsa, który właśnie poprawiał muszkę. - Otrzymałam wspaniałą wieczorową suknię 

od Hartnella. Nie przymierzyłam jej i nigdy jej nie włożę. Ale będzie moją najcenniejszą 

pamiątką. Będzie mi przypominać niespełnioną miłość, która może ziści się w zaświatach. 

Przeprowadziłam małe śledztwo, żeby dowiedzieć się kto, dostarczył mi ten prezent. To mógł 

być tylko pan, inspektorze.

- To drobiazg, panno Simonsen. To Scotland Yard zniszczył pani suknię, Scotland 

Yard powinien więc był to naprawić. Niech mi będzie wolno życzyć pani dużo szczęścia.

Higgins pochylił się, żeby ucałować dłoń, którą mu podała piękna Dunka.

Samochód   Scotland   Yardu   jechał   powoli   w   kierunku   gospody   “Pod   Faszerowaną 

Gęsią”.

- Dlaczego nie odnaleziono zwłok? - zrzędził Scott Marlow. - Wydałem polecenie, 

żeby oczyszczono dno i przeszukano teren wzdłuż rzeki. Zmarły nie znika tak sobie, do licha!

- Któż to wie - odparł zamyślony Higgins. - Muzyka Mozarta sprawia, że istoty stają 

się przezroczyste, prawie niematerialne.

Scott   Marlow   wolał   nie   poruszać   się   po   tym   niepewnym   gruncie,   wiedząc,   że 

Higginsowi zdarzało się oddawać tego typu marzeniom.

- Proszę mi powiedzieć, Higgins... - rozpoczął zakłopotanym tonem.

- Słucham, mój drogi Marlow. . 

background image

-   Czy   Lovro   Ferenczy   nie   dał   panu   żadnej   wskazówki   mogącej   wyjaśnić   jego 

zbrodnię?

-   Tylko   jedną:   samego   Mozarta.   Don   Juan   musiał   umrzeć.   To   jest   zapisane   w 

partyturze. Jeśli chodzi o resztę, wiem tyle samo, co pan. Już od dawna nie cieszyliśmy się tak 

pięknym latem, nie sądzi pan?

Kiedy dotarli do gospody, ujrzeli na progu pannę Lipyncott odzianą w dopasowany 

błękitny kostium. Scott Marlow wolał pozostać za kierownicą. Higgins zapewnił go, że długo 

nie zabawi.

- Proszę wejść, inspektorze - powiedziała z uśmiechem właścicielka gospody. - Czy 

jest pan zadowolony z moich usług?

- Była pani wspaniała - odparł Higgins z przekonaniem.

Mały salonik pachniał świeżym woskiem. Na Haskim stoliku stał czajniczek, dwie 

filiżanki, obwiązana sznurkiem paczuszka i list.

Panna Lipyncott podała paczkę Higginsowi.

- Oto cenny skarb, który zostawił pan u mnie na przechowanie, inspektorze.

Higgins odebrał z czcią  manuskrypt  Don Juana  Mozarta,  który spieszno mu było 

wręczyć George'owi Chairmanowi.

- Pewien starszy pan, bardzo uprzejmy i bardzo wytworny, przekazał mi ten list dla 

pana.

- Czy miał białą brodę?

- Tak, inspektorze. Widziałam go już kiedyś. Sądzę, że to muzyk.

Higgins   otworzył   kopertę.   Zawierała   testament   Lovra   Ferenczy'ego,   w   którym 

dyrygent przekazywał cały swój majątek festiwalowi w Lindenbourne, przepraszając reżysera 

za wyrządzoną  krzywdę.  Do tego zapisu był  dodany tylko  jeden warunek: żeby Marylin 

O'Neill co roku mogła śpiewać Mozarta.

Panna Lipyncott podniosła czajniczek.

- Proszę się nie obawiać, inspektorze. To jest kawa. Zorientowałam się, że nie lubi pan 

herbaty... zresztą moje rośliny doniczkowe również!

Higgins wyglądał na zawstydzonego.

- Mam nadzieję, że powróci pan do mojej gospody, inspektorze. Tak rzadko można 

spotkać takich ludzi jak pan.... niech mi będzie zatem wolno ofiarować panu ten skromny 

prezent. Ten drobiazg był własnością mojego znajomego, pułkownika armii indyjskiej.

Higgins   wziął   z   rąk   panny   Lipyncott   niezwykłej   urody   przyrząd   do   wygładzania 

wąsów, wykonany z masy perłowej. Przejrzawszy się w ściennym lustrze, zorientował się, że 

background image

jego szpakowatym wąsom trochę brakuje do stanu całkowitego ładu. Uchybienie, które mogła 

zauważyć jedynie ta stara dama, wychowana w poszanowaniu tradycji.

Inspektor uznał za stosowne natychmiast zaprowadzić porządek w swoim wyglądzie.

- Jeśli wolno zauważyć - powiedziała panna Lipyncott, patrząc na Higginsa okiem 

równie krytycznym, co pełnym podziwu - jest pan teraz doskonałym Don Juanem.

Kiedy   Higgins   powrócił   do   samochodu,   ciepłe   promienie   słońca   muskały   korony 

drzew,   ukrywając   przed   światem   opuszczoną   kaplicę.   Wsuwając   prezent   do   kieszeni 

marynarki,  inspektor  poczuł, że  coś  mu  zawadza.  Zapomniał,  że zabrał  ze  sobą pałeczki 

dyrygenta.

Komu je teraz oddać? Stawały się już wspomnieniem cienia na zawsze pogrążonego w 

wodach jeziora Lindenbourne. “Któż inny - pomyślał Higgins - miał prawo go sądzić, jeśli nie 

bóg tych, którzy kochają Mozarta”?