background image

Krystyna  Boglar
LOT NAD PAWILONEM X

Książka zakupiona
dzięki ofiarności

Wydawnictwo Siedmioróg
Wrocław 1997

Fotografia na okładce Velvet Model
Redaktor Danuta Sadkowska

L'    '
25656

Copyright by Siedmioróg
ISBN 83-7162-344-5

Wydawnictwo Siedmioróg
ul. Świątnicka 7, 52-018 Wrocław

Wydanie pierwsze
Wrocław 1997

Wrocław, ul. Miedzy!eska6 tel. (071) 67-80-31 w. 37, Id. kom. 090 342 610
AkeJ

JJ

Co to jest, to zielone, które zjadłaś?
— Mielony trawnik.

Przyglądaliśmy się sobie nad wyraz podejrzliwie. Tutaj każdy zawijał się od rana 
w bezpieczny kokon niczym larwa. Byle przetrwać. Do zmierzchu.

Spojrzał na moje bose stopy i sandały leżące obok w igliwiu.
— Jeśli cię buty uwierają trzeba je trochę pożuć. Żucie zmiękcza skórę.

Miał jasną cerę, zwężone oczy jaszczurki i włosy koloru miodu. Nie podobał mi 
się. Ale nikt tu nie miał urody lepszej od średnio przystojnego szympansa. 

Odłożyłam kanapkę z listkiem sałaty. Przestałam żuć.
— No?

— Co: no?
— Długo tak będziesz stał?

Cień przebiegł mu przez wysokie czoło. Pionowa zmarszczka na gładkiej skórze 
wyglądała bezsensownie.

— Uśmiechnij się, chyba że religia ci tego zabrania! Miałam dość. Jeszcze jeden 
zbawca świata. Tutaj, w Pawilonie X, roiło się od takich. Zresztą obojga płci.

— Spadaj! —mruknęłam sięgając po sandał. Wyraźnie się spłoszył. Może dopiero co 
się zjawił i nie znał zwyczajów? — No, słyszałeś? — zupełnie niepotrzebnie 

podniosłam głos. A tak sobie obiecywałam, że nic i nikt nie wyprowadzi mnie z 
równowagi.

Wzruszył lewym ramieniem. Był jak wrośnięty w ziemię słup telegraficzny.
5

— Oddalę się powoli. Nie uprawiam biegów przełajowych. Moim ulubionym ćwiczeniem 
fizycznym było otwieranie butelek bimbru.

Zapięłam oporny zameczek. Prawy sandał miał jakiś feler.
— Było? — upewniłam się.

— Niestety.
Kiwnęłam głową. Przynajmniej wiedziałam już, dlaczego się zjawił w naszym 

pawilonie. Przypadek z tych raczej lżejszych. Jeśli wpadł w alkoholizm, to się 
pewnie wygrzebie. Jak będzie chciał.

— Prędzej ulituję się nad grzechotnikiem.
— Wyglądasz na to — odwrócił się gwałtownie, a mnie nie wiedzieć dlaczego 

zrobiło się go żal. Poniewczasie. Patrzyłam, jak odchodził w kępę brzóz, lekko 
powłócząc nogą.

— Mam na imię Ewa — wyszeptałam, gdy już na pewno nie mógł mnie usłyszeć. — I 
byłam w porwanym samolocie.

Na szczęście rozległ się z dawna oczekiwany gong. Zwoływał na południowy 
posiłek. „Lunch", jak mawiała przymykając z lubością oczy pani Blanka, jedna z 

naszych nielicznych opiekunek.
Byłam wściekle głodna i pewnie dlatego świat wydał mi się lodowaty niczym zupa 

koperkowa.

background image

— Cześć — powiedziałam do Michała widząc, jak wciąż beznamiętnie ugniata w 
palcach kulę z ciasta.

Nawet nie kiwnął głową. Chyba dziś było z nim źle. Michał miał dwadzieścia lat, 
grał cudownie na fagocie i kochał się beznadziejnie w Chelsea, córce prezydenta 

Clintona.
— Masz zaraz po żarciu zgłosić się do Knura — powiedziała Fredka, odgarniając z 

policzków pasma kruczoczarnych włosów. — Mówił, że to pilne.
Wzruszyłam ramionami.

— Pilne jest tylko łapanie pcheł. Ale dzięki. Pójdę, choć wejście do gabinetu 
Knura bez maski gazowej grozi śmiercią.

Fredka wyszczerzyła rząd sześćdziesięciu czterech wspaniałych zębów. W 
rzeczywistości miała ich o połowę mniej, ale wrażenie zawsze pozostawało 

niezmienne.
— Regulamin Pawilonu X mówi wyraźnie: wszyscy, którzy cier-

6
piąz powodu stresu, są obowiązani raz w tygodniu rozmawiać z psychologiem. 

Koniec cytatu.
Pokiwałam głową.

—Problem w tym, że jedynym stresem jest właśnie ten okólnik!
Szłyśmy długim korytarzem wymalowanym w odcieniu rozbie-lonego różu. Od 

pierwszego dnia mojego tu pobytu miałam nieodpartą ochotę wylizać ścianę. 
Kojarzyła mi się z talerzem malin lub w ostateczności poziomek ze śmietaną. I o 

to chyba chodziło. Do sali jadalnej prowadziły szerokoskrzydłe szklane drzwi. 
Rozsuwane przez personel tuż przed posiłkami.

Usiadłam na swoim miejscu, obok Fredki i Rafała. W jadalni nie było długich ław 
typu „Ostatnia wieczerza", lecz czteroosobowe stoliki nakryte różowymi obrusami. 

Czystymi i wykrochmalo-nymi jak przełożona personelu, zwana przez wszystkich 
Gretą V2. Czwarte krzesło było wolne. W każdym razie do dziś.

Rafał uparcie wpatrywał się w podłogę.
— Co tam widzisz? — spytałam uprzejmie. To był nasz rytuał ustanowiony od 

pierwszego dnia.
— Sprawdzam, czy nie wpadnę pod podszewkę świata.

— Nie martw się. Razem z zupą koperkową rozdadzą nam spadochrony.
Ale zamiast spadochronu przedstawiono Alberta. Greta V2 niczym owa groźna 

rakieta doholowała do stolika nową ofiarę Pawilonu X.
— To jest Albert.

— Znaczy... Einstein? — uprzejmie zapytał Rafał. Greta nie miała dziś ochoty do 
żartów.

— Albert zostanie z nami jakiś czas.
— No jasne! — mruknęła Fredka. — Każdy z nas władował się tu na... jakiś czas!

Poznałam chłopaka. Te same miodowe włosy i skośne, prawie chińskie oczka.
— Cześć, Albert — powiedziałam. — To jest Fredka z bulimią. Żre, a potem rzyga. 

A to Rafał. Lubi drapać. Ja mam na imię Ewa.
7

Przyjrzał mi się uważnie. Chyba mnie nie lubił.
— Wiem. Widziałem twoje zdjęcia.

— I wywiad w telewizji! — ucieszyła się Fredka. — Zaraz na lotnisku!
Skrzywiłam usta. Nie lubiłam tych wspomnień. Było, minęło.

Choć psychicznie wyszłam z tego niczym wyżęta ścierka do naczyń. Tu, w Pawilonie 
X, miałam dojść do całkowitej równowagi. I dochodziłam. Od dwóch miesięcy. 

Wcześniej, przez zimę i wczesną wiosnę starałam się samodzielnie rozplatać sieć 
zdarzeń, wymeldować z pamięci wnętrze samolotu, trupy i żywych, którzy 

zachowywali się, jakby wyzionęli ducha.
— Tfu! Zgiń, przepadnij! — wymruczałam. Zupa koperkowa pachniała latem.

Rafał ostrożnie wziął łyżkę w zabandażowane palce.
— Nic mi nie jest — powiedział do Alberta, choć ten o nic nie pytał — bandażuję, 

bo mam zwyczaj wszędzie zdrapywać politurę. Albo lakier.
— Rafał chce w ten sposób zostawić po sobie ślad! — roześmiała się uprzejmie 

Fredka. — A ty?
— Co ja? — zapytał Albert. Widać nie był słynnym myślicielem Einsteinem. Tylko 

imię miał po geniuszu.

background image

— Dlaczego tu jesteś?
Wzruszył lewym ramieniem. Dlaczego tylko jednym? Zastanowiłam się przez moment. 

Może z lenistwa? Albo choruje na reumatyzm prawego?
— Wolałbym o tym nie mówić... Wyraźnie speszył go nasz gromki śmiech.

— Zasada regulaminowa numer dwa Pawilonu X brzmi: Trzeba bezwzględnie odpowiadać 
na każde pytanie. W ramach terapii grupowej — skomentowała Fredka.

— Nawet gdybym zamordował matkę?
— Naturalnie! — Rafał zrobił wielkie oczy. — Musiałbyś nam wytłumaczyć dlaczego. 

Czy źle gotowała fasolkę szparagową i to cię wkurzyło?
8

Albert zagryzł usta. Musiał być wcześniej zdrowo maglowany przez Knura. Inaczej 
nie mógłby tu zostać. O tym, czy się zajmie łóżko w trzyosobowym pokoju z 

różowymi firaneczkami, decydował on. I tylko on. Choć tak straszliwie 
śmierdział. Podobno to chorobliwe.

— Dobra. Przeżyłem trzy lata w Bośni.
— Gdzie? — Rafał musiał opuścić lekcję geografii, kiedy się uczono o byłej 

Jugosławii.
—  Trafiłem tam w... piekło. Zabijali Chorwaci, Muzułmanie i Serbowie.

— Aha — zrozumiałam, o czym mówił. Choć wojna znana mi jest wyłącznie z obrazków 
w telewizji.

— I masz problem? — Fredka pochłaniała już trzecią porcję koperkowej.
— Bo to nie była moja wojna! Ja tylko po niej sprzątam! Za dużo krwi. Za dużo 

bimbru...
Podano coś w buraczkach. Nie podobało mi się.

— Chcesz? — wiedziałam, kogo o to zapytać. Fredce zalśniły oczy.
—Jasne! — zabrała talerz i po chwili oddała mi wylizany do czysta. Rafał wydął 

wargi.
— Wpuszczasz ją w maliny, Ewa! Wiesz, że jest bulimiczką!

Wiedziałam. Ale wcale nie pojmowałam sedna tej choroby. Muszę spytać Knura, na 
czym polega problem Fredki. Bo ona sama nie wie. Lubijeść. Dużo, nerwowo i 

czasem połyka kęsy bez pogryzienia. A potem rzyga. Żeby to wszystko z żołądka 
wyrzucić. Też choroba.

Pojawiła się Lenora. Takjąprzezywaliśmy, bo swoje rzeczy płukała w płynie o 
podobnej nazwie. Lenora mieszkała ze mną i Fred-kąw jednym pokoju. Miała 

problemy z matką. Od dzieciństwa. Tuż przed przyjęciem do „Gawędy" rodzicielka 
obcięła jej włosy na zapałkę. Choć wiedziała, że do zespołu przyjmuje się tylko 

dziewczynki z „końskimi ogonami". Lenora przestała mówić. A potem zbuntowała 
się. Taki pokręcony szajbus. Święcie wierzy w telewizyjną reklamę. Wprost 

bezgranicznie. Ostatnio wcieliła się w krowę z czekolady milka.
9

— Kto to? — spytał Albert.
— Lenora.

— Wenus z Milo plus sto kilo.
Rzeczywiście. Siedemnastolatka przypominała szczyt Giewontu. Krzyżyk na jej szyi 

miał mniej więcej taki rozmiar, jak ten na szczycie zakopiańskiej góry.
— Jest w porządku! — skarcił go Rafał.

Albert wyglądał, jakby się nie chciał podporządkować. Temu, co miał na talerzu, 
także. Słał ostrożne spojrzenia w kierunku ludzi, którzy go zewsząd otaczali. 

Może czuł się osaczony? Rozumiałam to. Sama często czułam się zamknięta, 
zatrzaśnięta w zakrzywionej czasoprzestrzeni. Duch miejsca? Styk ludzi, 

architektury, powietrza, koloru?
— Twój imiennik, wielki Albert, twierdził, że można zniknąć, jeśli się zakrzywi 

czasoprzestrzeń — zaczęłam ostrożnie.
Spojrzał uważnie. Miał brązowe oczy. Jak świeżo wyłuskany, dojrzały kasztan. 

Takie oczy miewają wyżły. Moja ukochana rasa. Natychmiast zaakceptowałam 
Alberta.

— W porządku. Rozumiem. Zniknąłem już dwa razy. Fredce opadła szczęka. Jej 
sześćdziesiąt cztery zęby, czy ile ich

tam miała, zastukały o brzeg szklanki z kompotem.
— Znów zaczynasz, Ewa? Chcesz go zdołować? Jest tu nowy, sam sobie nie poradzi.

Rafał ostrożnie zaczął rozwijać bandaż na małym palcu. Położyłam mu dłoń na 

background image

ramieniu. Przestał.
— Okay — wymamrotał. — Kisielu nie jadam.

— To jest kompot — westchnęła Fredka.
— Wszystko jedno. Nie jadam.

W drzwiach wiodących z jadalni stanęła pani Basia. Jedyna, którą akceptowali 
wszyscy bez wyjątku. Była tak promiennie normalna na tle ludzi z Pawilonu X, że 

się to prawie nie mieściło w głowie. Rozglądała się z uśmiechem po sali, aż 
napotkawszy mój wzrok skinęła palcem.

— Kto to? — Albert oblizał usta.
10

Basia prezentowała się wspaniale. Jasnoniebieska sukienka odsłaniała doskonałe 
nogi. Biust — na oko duża czwórka — rysował się miękko w zwojach bawełny. Tak, 

pani Basia robiła wrażenie. Na każdym.
—Nasza Basia Kochana—odparłam.—Nie, nie ma nic wspólnego z kapelą o tej samej 

nazwie. Basia jest terapeutką. Pracuje razem z doktorem Kurzyną.
— Inaczej zwanym Knurem — wyjaśnił Rafał.

— Przyszła po ciebie, Ewa — westchnęła Fredka, patrząc pożądliwym okiem na nie 
wypity kompot. Też nie lubiłam rozgotowanych owoców.

— Możesz zjeść to świństwo — podsunęłam jej miseczkę. — Życzcie mi powodzenia.
— Tylko go nie denerwuj! — upomniał mnie Rafał. — Zezłoszczony Knur śmierdzi 

jeszcze gorzej.
Wstałam, ostrożnie odsuwając krzesło. Nie lubiłam wizyt u doktora Kurzyny. 

Denerwował mnie. Miał okropny zwyczaj postukiwania fajką o blat biurka. Nie 
palił. Tylko stukał. Chyba też zdrowo szajbnięty. Jak każdy psychiatra. Ale 

podobno był niezłym fachowcem. Tak mówili ci, którzy stąd wyszli na dobre.
Uśmiechnęłam się do Basi, maszerując w poprzek sali. Znad stolików odprowadzały 

mnie oczy współmieszkańców. Oczy błękitne, czarne, szare. A każde podszyte 
cieniem strachu. Bo tu, w tym sterylnym poziomkowym wnętrzu, gdzie nie było 

zbędnego sprzętu ani pyłku, czaił się przepotężny STRACH.
Клиг czytał jakieś pismo. Pewno porno, bo schował je gwałtownie, gdy weszłam. 

Zawsze mnie trochę bawiło wnętrze tego pokoju czy gabinetu. W kącie stał 
plastykowy szkielet ludzki o imieniu Ludwik. Knur uparcie twierdził, że to 

kościec samego Beetho-vena. Tak dla draki. Nad Ludwikiem wisiał portret Jego 
Wysokości Cara Wszechrosji. Ostatniego cara, zastrzelonego z rozkazu Lenina 

przez bandę zwykłych morderców. Piękna twarz z przystrzyżoną
11

bródką wyłaniała się ze złoconych ram. Car patrzył surowo na boży ludek.
— Jak życie, Ewo?

Knur zawsze pytał w ten sam sposób.
— Po bożemu.

— Mam nadzieję, że znalazłaś tu przyjazne ci dusze. Ale zapamiętaj: żeby być 
pewnym przyjaciół, trzeba ich zmieniać!

To zapewne jedna z tych sentencji, które wydrukowane i opra-wionę pstrzyły 
ściany gabinetu. Nie miałam żadnej szansy, by je wszystkie przestudiować. 

Usiadłam w fotelu obitym ciepłym, oliwkowym pluszem. Chociaż raz nie musiałam 
żyć pod presją różowości.

— Panie doktorze, kiedy mnie pan stąd wypisze? Uśmiechnął się niczym jaszczurka 
na widok dużej, soczystej

ważki, która nieświadomie przycupnęła, zmęczona lotem, na kamieniu.
— Nudzisz się czy męczysz?

— Ani jedno, ani drugie. Chcę do domu.
— Dom to pojęcie względne. Słuchaj — poruszył się i zaśmierdział. Zawsze tak się 

działo, gdy gwałtownie zmieniał pozycję. Zaczerpnęłam powietrza w płuca. Może 
uda się wcale nie oddychać? W porządku, nie będę się niczemu sprzeciwiała. Wtedy 

szybciej stąd wyjdę. — Opisz mi jeszcze raz tego ptaka.
Wiedziałam, o co chodzi! Kiedy w końcu wypuszczono nas z porwanego samolotu, gdy 

dotknęłam mokrej ziemi, a raczej płyty lotniska, zobaczyłam ptaka.
— Miał żółty dziób i czerwone oczy. Jedno oko...

— Nie ma takich ptaków w Europie! Chyba że komuś uciekł z klatki! To, co 
opisujesz, jest podobne do tukana. Inaczej... piep-rzojada. On żyje w Ameryce 

Środkowej. To fikcja, Ewo. Od dawna staram ci się to wytłumaczyć.

background image

— Ma pan coś przeciwko fikcji? Czy muszę żyć, nazywając wszystko po imieniu? Bez 
odrobiny fantazji?

—Nie.—Knur postukał fajką. Miał siwe włosy przetykane czar-
12

nymi pasemkami, wąsy żółtozielone od nikotyny, bo choć przestał palić, wąsy nie 
zmieniły koloru, i bardzo śmieszne czoło pokryte ciemnymi plamkami. Knur był 

cały zaprzeczeniem rzeczywistości. -— Fikcja jest lekarstwem! Wspaniałym 
lekarstwem na cały ból świata! Fikcja jest pokarmem, jedzonkiem zaspokajającym 

głód na „coś innego" niż to, kim jesteśmy, niż to, co nam dostępne! Tak pisał 
Mario Vargas Llosa. Wiesz, kim był?

— Nie.
— Powiem ci innym razem. Wspaniały pisarz! Często widzisz tego ptaka? — Zaczynał 

mnie nudzić. Co mu miałam odpowiedzieć? Że nie widuję, ale widziałam? — 
Odpowiedz po prostu prawdę!

Cholera, czyta w moich myślach?
— Czy pan...

—Nie, nie umiem czytać w myślach. Poprosiłem cię tu, bo mam wielki, wspaniały 
pomysł.

— Na co?
— Na teatr.

Otworzyłam szeroko oczy. Teatr? Tutaj? W Pawilonie X?
— Już coś takiego było... kiedyś — wyszeptałam, bo nie potrafiłam wydłubać z 

pamięci, co i gdzie.
—  Jasne! U Durrenmatta, a także w Domu dla Obłąkanych, w Charenton. Pod 

Paryżem. Od wieków teatr służy celom terapeutycznym. Cała ludzkość potrzebuje 
fikcyjnej rzeczywistości. Ale mnie nie o to chodzi — zawiesił głos.

— A o co?
— O to... — zrobił pauzę — że sami napiszecie sztukę, sami ją wyreżyserujecie, 

dodacie akcenty scenograficzne, jakieś efekty świetlne...
— Ludwik zagrzechocze kostkami?

Spojrzał na mnie ze szczerym smutkiem. Poruszył się i zaśmierdział nie do 
wytrzymania. Znów zatrzymałam oddech.

— Nie spłycaj problemu. Sztukę odegracie sami. I może uda się wyrzucić z 
zakamarków podświadomości to, co was gnębi.

13
To miało sens. Ale komu będzie się chciało uczyć tekstu? A jeszcze wcześniej go 

napisać? Miałam cały ocean wątpliwości.
— No dobrze, ale jeśli ludzie nie zechcą?

— Właśnie dlatego poprosiłem tu ciebie. Umiesz organizować przestrzeń wokół 
siebie. W tym samolocie...

— Nie chcę o tym mówić!
—  Musisz. Inaczej to nie rozgryzione ziarenko zakiełkuje ci w duszy, urośnie w 

strzelistą sosnę, poprzebija szare komórki...
— Dość! Nie chcę tego słuchać. Jestem normalna.

— Jasne. Wszyscy jesteśmy normalni. To co, pomożesz mi? — Wahałam się. Wyczuł 
to, stary, szczwany lis. — Obiecuję, że będzie nad wami czuwać święty 

Krescencjusz! Przywracał wzrok ślepym i uzdrawiał opętanych. Zmarł w trzysta 
dziewięćdziesiątym szóstym roku.

— Mówi pan, doktorze, że uzdrawiał opętanych?
— Tak. Chcesz zobaczyć, jak wyglądał? Gdzieś tu mam... o, jest. Reprodukcja 

obrazu Giotta. Święty Krescencjusz...
Spojrzałam i zamarłam ze zgrozy. Miał twarz Rodana. Terrorysty, który zginął, bo 

chciał mnie obronić! Czyja się nigdy nie wyzwolę?
Doktor Kurzyna przyglądał mi się w napięciu. Czekał, że coś mu powiem, z czymś 

się zdradzę. Jego oczka wyglądały niczym okrągłe guziczki. Był cały wychylony do 
przodu. A chała! Nic nie powiem! Odsunęłam reprodukcję, może nieco zbyt szybko.

— Przystojny.
— Przypomina ci kogoś?

Co za diabeł wcielony! Wszystko wie? Przestałam się opierać. Tak bardzo chciałam 
opuścić gabinet.

— Tak. Przypomina mi tego...

background image

— Którego?
— Tego... który mnie obronił!

Doktor Kurzyna otarł wąsy. Nie wydawał się zadowolony z mojej odpowiedzi.
— Nie oszukujesz?

14
Zdziwiłam się.

— Nie, dlaczego?
Knur schował portrecik do szuflady.

— Powiem ci prawdę. Zawsze robię ten eksperyment ze świętym Krescencjuszem. 
Pokazuję go każdemu, kto siedzi naprzeciwko.

— I co?
— Każdy widzi w jego twarzy swego prześladowcę. Jeśli go ma, naturalnie. Lub 

wroga. Także wyimaginowanego. A tych mamy wszyscy. Ty zaś zobaczyłaś twarz 
wybawcy. Ciekawe...

— Mogę już iść?
Knur patrzył w okno. Duża gałąź bzu lub innego krzewu o szerokich liściach 

chwiała się na tle nieba.
— O czym będzie sztuka? Zdziwiłam się.

— Myślałam, że to pan... nam...
— Że ją wymyślę? Ani mi to w głowie! Chcielibyście przeżuwać coś, co już dawno 

zostało napisane, opowiedziane, przetrawione? Jakiegoś Czechowa, Gogola, 
Szekspira?

— Chyba nie — wymruczałam zasępiona. Choć pomysł sam w sobie mógł być zabawny, 
nie bardzo mi się chciało tracić czas i energię na dyrygowanie zespołem ludzi 

dziwnych, połamanych psychicznie i niezorganizowanych. A tego się po mnie 
śmierdziel spodziewał.

— To co?
— Pomyślę — powiedziałam, żeby się odczepił.

— Genialne w swej prostocie! — Zanim wstał, żeby się pożegnać i zaśmierdzieć, 
wyprysnęłam za drzwi.

Do diabła! Czy nikt mu nie powiedział, że zatruwa powietrze?
Blanka szła od strony pomieszczeń kuchennych, do których pensjonariusze 

właściwie nie mieli wstępu. Podobno kucharka, zresztą doskonała, mówiła, że nie 
życzy sobie żadnych świrusów, bo jej

15
mogą napluć do zupy. Blanka trzymała w ściereczce kulę świeżego ciasta.

— Dla Michała?—uśmiechnęłam się, wreszcie oddychając swobodnie. Tu pachniało 
piernikiem. Takim domowym, na miodzie, z orzechami i polewą czekoladową.

— Tak. Miętosił swoje ciasto, aż się zrobiło szare z brudu.
— Właściwie... dlaczego to robi?

Blanka spoważniała. Była wysoką blondyną z regularnymi rysami i orlim nosem. 
Wyglądała na góralkę z okolic Murzasichla.

— Bo lubi. — Jej głos przypominał bryłę lodu w szklance pełnej whisky. — Musisz 
to zaakceptować.

— Ależ akceptuję! Nie przeszkadza mi to, że prawie dorosły mężczyzna chodzi 
wszędzie z kulą ciasta. Kruche czy na makaron?

Nie dała się wyprowadzić z równowagi. Jak oni wszyscy. Mówiąc „oni", miałam na 
myśli personel Pawilonu X.

— Kruche ciasto źle się miętosi — powiedziała lekko. — Gotowałaś kiedyś?
Kiedyś! Kiedy to było? Przed tymi wszystkimi przypadłościami losu, jakie spadły 

na mnie niczym śnieżna lawina.
—  Owszem. Kiedy byłam mała, pomagałam mamie wycinać z ciasta gwiazdki. A potem 

piec je na blasze.
Blanka w błękitnej sukni, taka tu panowała moda dla „kwalifikowanych", w 

odróżnieniu od „pomocniczych", którym przysługiwał pomarańczowy, niczym w 
kamizelkach robotników torowych, oparła się łokciem o parapet. Za ciągiem 

korytarzowych okien paliły się płomieniem kępy floksów. Z ogrodu dochodziły 
odgłosy gry w piłkę. Mała fontanna, zręcznie ukryta wśród zielono-różowych 

hortensji, wyrzucała wodę cieniutką strużką.
— Byłaś u doktora Kurzyny?

— Tak. I teraz wietrzę płuca.

background image

To było jawne świństwo. Ba, cała prowokacja. Wszyscy wiedzieli o dziwnej 
przypadłości szefa Fundacji, ale otaczał ją powszechny mur milczenia. Blanka nie 

mrugnęła nawet powieką. Doskonale czysta i zadbana spojrzała mi prosto w oczy.
16

— Widziałam kiedyś pokaz mody szalenie oryginalny. Dziewczyny, wszystkie, miały 
na twarzach jednakowe białe maski.

— Dobre! Kupuję! — Moja wyobraźnia przestrzenna zadziałała. — Co prawda doktor 
nie miał na myśli pokazu mody, lecz teatr, ale... można to skojarzyć!

Odchodziła prosta jak drut. I czy mi się tylko przywidziało, że próbowała... 
miętosić ciasto?

— Co myślisz o Blance? — spytała mnie Fredka, gdy zderzyłyśmy się w drzwiach do 
ogrodu.

— Pilnowałabym przy niej nawet drobnych.
— Słodki Igor twierdzi, że Blanka to tutejszy mózg. Centrum dowodzenia.

Zdziwiłam się.
— Dlaczego mówisz o swoim bracie „słodki Igor"? Już dawno chciałam cię o to 

zapytać.
Spłoszyła się.

— Znam regulamin. I wiem, że trzeba odpowiedzieć. Zresztą na terapii grupowej i 
tak byś się dowiedziała. Sypialiśmy ze sobą. Od kiedy pamiętam.

— Aha.
Boże, że też nikt nie nauczy mnie ostrożności w zadawaniu pytań! No, do diabła, 

nigdy mi na to nie zwracano uwagi. Ani mama, ani ojciec. Jeśli ten sam błąd 
powtórzą wychowując mojego braciszka Jacusia... no, nie wiem, co będzie.

Fredka przyglądała mi się z uśmiechem.
— Ewa, nie świruj. W każdym razie więcej, niż trzeba. Igor nie j est zły. 

Uwielbia mnie. Jesteśmy bliźniakami. Mama nie żyj e od sześciu lat. Cóż... tak 
wyszło. Kocham go jak brata i jak mężczyznę. Ale koniecznie chcę się uwolnić od 

tej drugiej miłości. Dlatego tujestem.
Wydmuchałam powietrze z płuc. Czego się jeszcze dowiem w tym egzotycznym miejscu 

za wysokim, białym murem? Że Marsjanie wylądowali, ale ominęli nas szerokim 
łukiem, bo na innych planetach wieść gminna niesie, że tu mieszkaj a^gSfpTjs^I 

do wykorzystania jest tylko kucharka. Ewentualnie гкдагу stręz^B^ły puł-
(3    Nv       yi

2-Lot nad...                                 17                VI*      ^    £)
kownik zresztą. Podobno z jego odznaczeń można by zrobić zderzaki do samochodu. 

Tyle blachy w najlepszym gatunku!
Razem z Fredkąwyszłyśmy na ścieżkę wiodącą w kierunku dawnej oranżerii. Bo i 

taka tu była. Już z daleka rozpoznałyśmy tony fagotu. Brzmiały nisko, potem 
unosiły się ponad rabatki żółtych nagietków, by wreszcie ulecieć hen, za kępę 

brzóz. A może i dalej, do świata tak zwanych normalnych ludzi. Michał grał jak w 
transie. Przysiadłyśmy na drewnianej belce, która nijak się miała do wymuskanego 

ogrodu. Ale była w dotyku ciepła, trochę szorstka, bardzo domowa. Czułyśmy 
powiew wiatru, zapach macierzanki i prawdziwą lekkość bytu. Tfu, do diabła z 

literaturą!
Fredka miała tę dobrą cechę, że nigdy się nie narzucała. Inteligentna, choć z 

ogromnymi brakami w wykształceniu, umiała milczeć, gdy od niej tego oczekiwano.
— Gra jak anioł.

— Kochają.
— Córkę prezydenta Clintona?

— Tak.
Westchnęłam. Żal mi było miłego dwudziestolatka.

— Mówią że miłość to stan chemiczny mózgu.
— To za trudne dla mnie — Fredka odrzuciła z czoła pasmo kruczoczarnych, gęstych 

włosów. — Michał nie ma żadnych szans.
— Słyszałam, że prezydent USA przyjedzie do Warszawy — powiedziałam to głośniej, 

niż trzeba. Poczułam dłoń na ustach. I zduszony świst tuż przy uchu.
— Cicho, wariatko! Jeszcze usłyszy i ucieknie!

Westchnęłam. Rzeczywiście, jestem chwilami bezmyślnym cielęciem. Od dwóch 
miesięcy uczę się tego miejsca, spraw, ludzi. Co mówić, czego nie. A przecież 

sama wybrałam Pawilon X. Nikt mnie nie zmuszał. Wręcz przeciwnie. Rodzice mieli 

background image

poważne zastrzeżenia. Ale szukałam swojego miejsca na ziemi. Chwilowo takiego 
jak to. Żadnych krat, bram najeżonych drutami pod prądem i tym podobnych bzdur, 

o których naczytałam się sporo. Można wejść i wyjść przez elektronicznie 
sterowaną furtkę. Jest tylko jeden problem: nie

można już wrócić. Nigdy. Regulamin wyraźnie precyzuje prawa i obowiązki.
Michał skończył grać. Nie widział nas. Za to my widziałyśmy, z jakim trudem 

pokonuje okienny parapet. Mając obok otwarte drzwi.
— Dlaczego idziesz tędy? — spytałam.

— Szukam nowej drogi do Indii.
— Jasne.

Nasza Basia Kochana dopadła nas wśród floksów. Z miłym uśmiechem wyciągnęła dłoń 
do Fredki.

— Idziemy poczytać.
Fredka jęknęła może ciut za głośno.

— Znowu o Sądzie Ostatecznym? Basia roześmiała się perliście.
— Czyżbyś niczego nie zrozumiała? Twoją wiedzę o końcu naszego wieku trzeba by 

oglądać pod mikroskopem! Idziemy, Fredziu. Pogadamy o ciemnej stronie psychiki 
ludzkiej. No?

Fredka przestała się buntować. Nie pożegnawszy mnie nawet spojrzeniem, powlokła 
się za Basiąniczym cielę na rzeź. Czy oni tu stosująjakąś przemoc wobec nas? — 

pomyślałam głupio i zaraz się roześmiałam w duchu. Bez sensu! Nikt nikogo nie 
hipnotyzuje, nie stosuje moralnych przymusów. Chodzą sobie błękitni i piękni po 

ogrodzie, wyłapując od czasu do czasu ofiary. A potem je przesłuchują skrobiąc 
dusze jak marchewki. Podobno to pomaga w pozbyciu się niebezpiecznej politury, 

która mogłaby się zamienić w skorupę nie do rozłupania. Mamy stąd wyjść czyści, 
kryształowo przezroczyści, pozytywnie nastawieni na nadejście Nowej Ery. A ona 

tuż, tuż. Za progiem. Trzeba przedtem tylko usunąć problemy i wy-reperować 
podświadomość. Jak stare skarpetki.

Byłam rozkojarzona. A to stan ducha dawniej mi nie znany. Postanowiłam powrócić 
do ludzkości.

Lenora prała stos majtek. Z przyjemnością zanurzała duże, pulchne dłonie w 
czerwonym cebrzyku pełnym piany. Wyglądała jak słoń

19
kąpiący się w rzece. Pławiła się w rozkoszy, wyciągając w górę kolejne części 

garderoby.
— Widziałam ducha — powiedziała radośnie, gdy się koło niej zatrzymałam.

— Co takiego? Jakiego... ducha?
— Normalnego.

Przełknęłam ślinę. Tu nic nie było normalne. A tym bardziej duch. Lenora nie 
była wariatką, tylko szesnastolatką z problemem bezgranicznej wiary w 

telewizyjną reklamę. I brakiem akceptacji w świecie dorosłych. Jeśli wystawimy 
sztukę teatralną, to zarezerwuję dla Lenory rolę królowej-praczki. Może się 

dowartościuje. Ale sprawa ducha nagle rozpaliła moją wyobraźnię. Dziewczyna nie 
majaczyła. Mówiła o ciele astralnym jak o czymś najnormalniejszym w świecie. 

Postanowiłam podrążyć temat.
— Jak wyglądał?

Spojrzała na mnie znad cebrzyka. Uprany stos bielizny piętrzył się w drugiej 
misce. Bladoniebieskie oczy Lenory w jasnej, prawie białej oprawie, miały wyraz 

łagodnej krowy żującej z przyjemnością chrupiącą trawę.
— Co ty, Ewa? Nie wiesz, jak wygląda duch? Potrząsnęłam grzywką. Odgarnęłam 

jąpalcami. Była już tak długa, że właziła do oczu.
— W białym prześcieradle, z łańcuchem i żelazną kulą u nogi. Roześmiała się. 

Brzmiało to trochę jak beczenie.
— Ty chyba nie widziałaś żadnego nowego filmu? Ta twoja kula u nogi jest chyba z 

dziewiętnastego wieku!
Możliwe. Rzeczywiście nie oglądałam telewizji. A już na pewno nie głupoty z 

gatunku amerykańskiego horroru o inwazji mró-wek-mutantów i trupów wstających z 
trumien.

— Więc, u Boga Ojca, odpowiedz na zadane pytanie: Jak wyglądał duch, którego 
widziałaś? Dokąd powędrował i kiedy to się działo?

Lenora wyjęła dłonie pokryte bąbelkami piany. Przyglądała im się, jakby je 

background image

widziała pierwszy raz w życiu.
20

— Godzinę temu. W krzakach. Duch miał kaptur, długie coś na sobie. Płynął przez 
rabatki.

— Płynął? W powietrzu?
Zawahała się. Starała się być precyzyjna.

— No... tak to wyglądało.
— W tamtych krzakach? — na wszelki wypadek wskazałam miejsce wyciągniętym 

palcem.
Skinęła głową.

— Do licha! — mruknęła. — Tyle mydlin zostało. Nie masz czegoś do prania? W 
perle trzeba prać!

Miałam. Cały stos. Wyciągałam czyste koszulki, jak długo były, nie przejmując 
się zbytnio brudami. Teraz zrobiło mi się głupio.

— Nie będziesz prała moich rzeczy!
— Bo co? — zdziwiony wzrok zmusił mnie do zmiany tonu. — Przecież wiesz, że to 

lubię.
— No tak, ale każdy powinien być odpowiedzialny za siebie. Wyraźnie nie 

zaskoczyła.
— Chcesz powiedzieć, że aby zjeść bułkę z szynką, sama sobie bułkę upieczesz, 

wyhodujesz świnię, zarżniesz i przerobisz na wędlinę?
Jezu Chryste, ależ była upierdliwa! Wiedziałam, że jej potrzeba prania jest nie 

do zaspokojenia. Poddałam się.
— Okay. I piękne dzięki. Zaraz ci przyniosę niezły stosik. Może chociaż pomogę 

wypłukać?
Potrząsnęła ostrzyżoną na zapałkę głową.

— Mowy nie ma. To mnie dobrze usposabia do życia. Poza tym wiem, gdzie upchnęłaś 
stos brudów. Wolę, żeby pranie było jeszcze bielsze. Mogę je wziąć?

Puściłam do niej oko.
— Miałam taką nadzieję. Sama nienawidzę prania i prasowania. Uważam jednak, że 

to nie do końca w porządku.
Wzruszyła ramionami.

— Tam był ten duch — pokazała dłonią w kierunku przekwitłego jaśminowca. — 
Sprawdź.

21
Nie było wyjścia. Zaintrygowała mnie tą pływającą w powietrzu zjawą w kapturze. 

Należało sprawdzić. Porzuciłam Lenorę i wolnym krokiem, bez przyspieszania, 
udałam się w osypany spadającymi płatkami krzak gęstej zieleni. Rozgarniałam 

rękami gałęzie, jakbym się spodziewała co najmniej gniazda kukułki. Niczego, 
oczywiście, nie było. I najprawdopodobniej wylazłabym z tej zieleni, gdyby mój 

wzrok nie padł przypadkiem na coś błyszczącego, leżącego na ziemi tuż obok 
korzenia. Schyliłam się i podniosłam. Zanim mój wzrok rozpoznał ową zdobycz, 

skuliłam się cała w sobie. Na czoło wystąpiły krople potu. Wiedziałam, co 
trzymam w palcach ubrudzonych wilgotną ziemią. Widziałam takie same rozrzucone 

po miękkiej wykładzinie samolotu. Tego, w którym przetrzymywano mnie wiele 
godzin. Żółtawy metal o obłym kształcie i spłaszczonym czubku był ni mniej, ni 

więcej, tylko pociskiem rewolwerowym. Skąd się tu wziął? W gęstej zieleni 
osypanej niczym pudrem płatkami jaśminowych kwiatów? Zacisnęłam dłoń, czując 

chłód metalu.
— Czyżby dalszy ciąg koszmaru? Znów terroryści? — wyszeptałam podnosząc głowę. I 

wtedy zobaczyłam cień. Gdzieś tam, za kępą berberysów, tuż obok muru okalającego 
całą posesję. Poczułam, jak mróz przechodzi mi po kościach, a w krtani zasycha. 

Przełknęłam ślinę i zamrugałam powiekami. Niczego nie było. Zwidy? Wyobraźnia 
podsunęła wizję? Zmaterializowała się opowieść Le-nory, bo chciałam, żeby tak 

się stało?
Tkwiłam niczym słup soli, miętosząc w dłoni złotawy kawałek metalu i wypatrując 

ducha na tle ciemniejącego ogrodu.
— Wrosłaś czy medytujesz? — usłyszałam i o mało co nie przysiadłam ze strachu.

Głos Tomka brzmiał ciepło i normalnie. Tomek był sekretarzem w biurze i specem 
od szyfrów. Nas traktował niczym siostry i braci, bowiem kiedyś zaufał Buddzie, 

uwierzywszy w reinkarnację. Podobno spędził rok w Indiach na medytacjach u guru 

background image

w północnym Pendżabie. Wrócił, ponieważ ścigała go rodzina pewnej nadobnej 
Hinduski. Ale może to tylko plotki. Fredka lu-

22
biła plotkować. Szczególnie gdy dotyczyło to czyichś ekscesów miłosnych.

— Widziałam ducha — powiedziałam spokojnie. — I znalazłam pocisk. — Otworzyłam 
dłoń.

— Skąd się tu wziął? To... niebezpieczne. Wzruszyłam ramionami.
— Pocisk bez rewolweru nie jest niebezpieczny. Pamiętaj, że jestem ekspertkąod 

broni.
Spojrzał mi w oczy.

—Nie przesadzaj, Ewo. Wiem, co ci się przydarzyło. Ale wiem też, że tego nie 
powinno tu być. Nie tutaj.

Zacisnęłam wargi. Miał rację. Choć na zdrowy rozsądek na pokładzie samolotu też 
nie powinno być superszybkostrzelnych automatów. A były.

— Zachowam na pamiątkę. A co do ducha...
Nie roześmiał się. Był poważniejszy od cyrkowego klauna tuż przed wejściem na 

arenę.
— Bywają. Nie trzeba się ich bać. Jeśli się pokazują, nie mają złych zamiarów. 

Te, które szkodzą... zjawiają się o świcie. Przed wschodem słońca.
Odszedł, skrzypiąc sandałami po wyżwirowanej ścieżce. Zostawił mnie obok krzaka, 

z otwartymi ustami i głową pełną pytań, na które nie było odpowiedzi.
— Pierwsze słyszę o duchach przed wschodem słońca — wymruczałam, zawracając obok 

klombu z żółtymi nagietkami.—Może jakieś indyjskie...
Lenora prała w najlepsze. Stos moich bawełnianych koszulek był imponujący. Nie 

chciałam przeszkadzać. Ale tuż przy drzwiach do pawilonu wlazłam na Gretę V2.
— Dobrze, że cię widzę, Ewo. Może mogłabyś mi pomóc... Greta V2 prosząca o 

ratunek to było coś nowego. Nazwana tak
jak pewna broń z drugiej wojny światowej, odznaczała się niemieckim drylem, 

oszczędnością w słowach i bawarską precyzją. Choć mieszkała w Polsce od 
trzydziestu lat, jej język wciąż się potykał na

23
świszczących spółgłoskach. Za to zastrzyki robiła genialnie. I obsługiwała całe 

tutejsze laboratorium, do którego nikt z nas nie miał nawet zamiaru zaglądać.
— Co mogę zrobić?

— Przyjechał do nas Amerykanin. To znaczy Polak...
— W czym problem?

Greta zmarszczyła nos. Zawsze tak śmiesznie marszczyła swój długi spiczasty 
nochal. Wyglądała niczym Pinokio z opowieści o chłopczyku wystruganym z drewna.

— Jest taki... niesssskoordynowany...
— A kto tu jest skoordynowany? — mruknęłam półgłosem. — Ani pacjenci, ani 

psychoterapeuci.
Skarciła mnie surowym spojrzeniem. Zaczęłam się dziwić. W duchu. Pacjentów, nie, 

o nas nikt tak nie mówił, raczej pensjonariuszy przyjmował osobiście doktor 
Kurzyna. Papierami zajmował się Tomek. Greta panowała całkowicie nad 

laboratorium i salami zabiegowymi. To było jej królestwo. W podziemnej 
kondygnacji, gdzie wszystko było lśniące i wypucowane. Nawet rury centralnego 

ogrzewania pomalowano na niebiesko.
— Udam, że nie słyszałam, co powiedziałaśśś. — To „ś" w jej bawarskich ustach 

zaświszczało złowróżbnie. — Wiem, że między sobą uważacie Pawilon X za jakiś, 
no...

— Dom wariatów — podpowiedziałam usłużnie.
—Właśśnie. To znaczy... nonsens! —Podniosła nieco głos, choć to było surowo 

zakazane. Cały personel miał obowiązek zwracać się do nas z należytym szacunkiem 
i traktować niczym śmierdzące jajka. — Jesteśmy pozarządową Fundacją na Rzecz 

Zdrowia Psychicznego —wyszeptała nabożnie. Sama ta nieco przydługa nazwa 
wprawiała ją w hipnozę. — Nasze fundusze pochodzą wyłącznie od prywatnych 

sponsorów. Dlatego połowa z was nic nie płaci.
— Dzięki. Wiem o tym. Greta się lekko zacukała.

— Nie mówię tego, żeby cośśś sugerować... tylko żeby ci uzmysłowić, że wszyscy 
tu jesteśmy ludźmi dobrej woli. Musimy sobie

24

background image

nawzajem pomagać. Dlatego zwróciłam się do ciebie... —Nie przerywałam. Byłam 
ciekawa, jak zechce to uzasadnić. — Masz w sobie cośśś... charyzmatycznego...

— O! — Byłam wstrząśnięta. — Nie wiedziałam! — Gadałam, co mi ślina na język 
przyniosła. Trochę mnie zaskoczyła. Człowiek ni stąd, ni zowąd dowiaduje się, że 

jest charyzmatyczny! To brzmi co najmniej, jakby był świętym. Za życia. — Pójdę 
do nieba?

Poruszyła się. Jej błękitny fartuch, nieskazitelnie wyprasowany, szeleścił 
krochmalem.

— Ewa stara się utrzymać na tym, no...
— Na poziomie.

— Ja. Właśśśnie. — Znów zaszeleściła niczym jaszczurka. — Ten chłopak jest 
Polakiem. Ale mieszka w Chicago.

— Pewnie ma gangsterską duszę! — roześmiałam się. — Czytałam gdzieś, że Chicago 
to melina terrorystów, gangsterów i...

Przestraszyła się.
— Co też ty, dziecko! To duże amerykańskie miasto. Pełne polonusów. Jego matka 

jest osobą bardzo majętną, więc...
Teraz wszystko stało się jasne. Greta długim nosem poczuła sponsora! Z kobieco-

bawarskąintuicjąwywąchała jakieś grube zielone. No, nic w tym złego. Nasz pobyt 
w tutejszym raju był zapewne dość kosztowny.

— Jednym słowem chce pani temu chłopakowi nieba przychylić. Ile ma lat?
Przyjrzała mi się nieco krytycznie. W dżinsach z dziurą na prawym kolanie i 

ostatniej czystej koszulce z wizerunkiem Stinga prezentowałam się chyba niezbyt 
erotycznie.

— Dwadzieścia. Jeździ na wózku inwalidzkim. Przestałam się uśmiechać.
— Dlaczego?

— Nie powinnam... — zaczęła i zawiesiła głos.
— Musi pani. Jeśli mam w czymś pomóc. Tu i tak nic się nie uchowa. Żadna 

tajemnica. Na zajęciach grupowych...
— Tak, tak! — przerwała mi, węsząc swoim długim organem

25
powonienia w stronę jadalni. Pewnie wyczuła, co podadzą na kolację. — On albo ma 

amnezję, albo symuluje. Podniosłam na nią wzrok.
— Co takiego? I z tą amnezją, bo rozumiem, że zapomniał o bożym świecie, jeździ 

na wózku?
— Nie zmuszaj mnie do zdradzania...

— Lekarskich tajemnic? Pani Greto, wóz albo przewóz! Albo wszystko, albo nic! W 
końcu nie muszę pomagać gangsterowi z Chicago!

Wiła się niczym wąż boa. I chciała, i bała się. Pewnie Knura. —Doktor Kurzyna go 
zbadał. Podejrzewa amnezj ę dysocj acyjną.

— Po polsku proszę. Nie jestem specjalistką. Przynajmniej na razie.
Kiwnęła głową. Zza ogrodzenia dobiegł odgłos silnika na pełnych obrotach. Jakiś 

samochód zatrzymał się przed wejściem.
— Dobrze. Słuchaj, bo nie mam zbyt dużo...

— Czasu?
— Właśśśnie. Zaburzenia dysocjacyjne to reakcja na stres. Na jakieśśś straszne 

przeżycie albo na całe pasmo problemów, które trudno samemu rozwiązać.
—  Albo na złe traktowanie — powiedziałam głośno, trochę myśląc o sobie.

— Tak. Albo na wszystko po trochu. Takie zaburzenia przyjmują różne formy: 
człowiek przestaje mówić albo chodzić, albo pamiętać.

— Aon?
— Przestał chodzić. Mówi i pamięta. Ale... wybiórczo.

— To, co chce, tak?
—Tak. Ma na imię Wiktor. Na nazwisko Smolarek... właśśściwie.

— Jak to właściwie?
— Bo jego matka wyszła drugi raz za mąż za Amerykanina o nazwisku Esteban.

— On też z pochodzenia Polak?
— Nie. Jest Latynosem. I w tym problem. Wiktor go nie zaak-.

26
ceptował. Jego prawdziwy ojciec zginął w wypadku samolotowym pół roku wcześniej. 

W tajemniczych i nie wyjaśnionych okolicznościach. Zostawił syna, wdowę i 

background image

potężny majątek.
— Pewnie sieć sklepów z pierogami!

Tupnęła nogą. To już było solidne wykroczenie. Ale musiałam ją nieźle wkurzyć.
— Nic takiego. Imperium farmaceutyczne.

— Wiktor siedzi na wózku od śmierci ojca?
— Tak. Słuchaj, dość szczegółów. Trzeba koniecznie postawić chłopca na nogi. 

Więc jak?
Zaintrygował mnie dwudziestolatek, który woli wozić tyłek na elektrycznym wózku, 

choćby i najnowszej generacji, zamiast grać w tenisa czy też w tę amerykańską 
piłkę, której nikt w Polsce nie rozumie.

— Mogę spróbować. Czy on chociaż... ładny? Greta V2 spojrzała na mnie z 
niesmakiem.

— Nie masz go uwieśść ani zaciągnąć do ołtarza, tylko wyjąć z wózka! — 
zaświszczała wyraźnie zła.

Nie zamierzałam ułatwiać jej zadania.
— Gdzie on jest?

Wskazała nosem na otwartą bramę. Jej organ powonienia chyba wydłużył się jeszcze 
bardziej.

— Zajechał.                                                        ^ Spojrzałam 
i zamarłam ze zgrozy. Żwirową alejką podążało coś

w rodzaju skrzyżowania samochodu z ławą na dwadzieścia pięć osób. To coś, w 
kolorze śmietany, miało z obu stron sześcioro drzwi, sześć okien, przez które 

niczego nie można było dostrzec. Szyby przyciemnione wyglądały na kuloodporne.
— Będziemy tu kręcić serial „Dynastia"? Co on tym wozi? Harem czy ziemniaki na 

targ?
Niestety, nie uzyskałam odpowiedzi. Greta V2 kurcgalopkiem sadziła przez 

trawnik, nie bacząc na wypielęgnowane rabatki.
— Żeby czymś takim jeździć po naszych dziurawych drogach, trzeba mieć niezłe 

zaburzenie, to, no... jak mu tam... dysocjacyjne!
27

W dali rozległy się tony fagotu. Wiedziałam, że gra Michał. To mnie zawsze 
wspaniale uspokajało.

— Co się stało?
Michał przerwał koncert, sięgając do chlebaka po swoją kulę z ciasta. Kiedy nie 

grał, musiał ją miętosić.
— Widziałeś ten samochód?

— Jaki? — zdziwił się szczerze.
— Nieważne. Przyjechał do nas nowy pensjonariusz.

— Jeszcze jeden nowy? — zmartwił się. — Dość już Einsteina! Nie lubiliśmy 
natłoku. Każdy nowy był jakimś zagrożeniem dla

pozostałych. Trzeba się było uczyć imion, znać przynajmniej w zarysie przebieg 
choroby lub jej skutki. Zaakceptować odmienność.

— Bogacz amerykański.
— Bill Clinton z córką? —jego palce pracowały bez wytchnienia. Ciasto nadawało 

się już do wyrzucenia na śmietnik.
— Nie, Michał, nie! Wiem, że kochasz się w Chelsea. Ale to nie prezydent. Tylko 

Wiktor. Jeździ na wózku.
Doleciał do nas miękki głos. Należał do postawnego mężczyzny o barach niczym 

Stallone. W filmie „Rambo III".
—Jezu, to ten... Wiktor?—Michał przysiadł z ciastem w lewej dłoni.

— Nie.
Z auta wyjechał wózek inwalidzki. Samochód był specjalnie przystosowany. 

Siedział w nim szczupły blondyn w bejsbolowej czapeczce. Tyle tylko udało nam 
się zobaczyć spomiędzy krzaków. Wózek, kierowany wprawną dłonią, zniknął 

wewnątrz pawilonu. Kremowy jamnik, nie mogąc zawrócić, zaczął się wycofywać, 
błyskając tylnymi światłami. Facet w marynarce dziwnie wypchanej pod lewą pachą 

rozmawiał z Tomkiem.
Zabrzmiał gong. Dobrze, bo już zgłodniałam.

— Idziemy — szturchnęłam Michała. — Czuję smażoną rybę!
W sali jadalnej panował miły gwar. Trzydzieści parę osób w różnym wieku, od 

piętnastu do dwudziestu dwóch lat, pracowicie wy-

background image

28
pluwało ości ze smażonego karpia. Fredka przełykała ślinę, wpatrzona w górę 

ziemniaków na moim talerzu. Wiedziała, że ich nie tknę.
— Dasz? — widelec zawisł w powietrzu. Podsunęłam jej talerz.

— Tylko nie wywal na świeży obrus.
— Nie wywalę.

Albert ostrożnie dłubał palcami w zębach.
— Do diabła z rybą! — wyjął ość, bacznie się jej przyglądając.

— Domknij zgryz, bo ci rozum przecieka! — warknął Rafał. Zdziwiłam się, że jest 
zły. Rafał był uosobieniem łagodności. Poza rzadkimi momentami, gdy drapał 

wszystko, co się zdrapać dało.
Einstein nie zareagował.

— On ma goryla — powiedział, gdy już uporał się z rybą. — Osobistego.
— Kto? — Fredka miała usta wypchane moimi ziemniakami. Pytanie zabrzmiało jak 

„chto?"
— Ten nowy. Który jeździ na wózku.

— Nazywa się Wiktor — oznajmiłam czując, jak maleńka szpileczka wbija mi się w 
dziąsło. Zastosowałam dyskretnie manewr Alberta: wsadziłam palec do ust. Uff, 

udało się! — Jest Amerykaninem polskiego pochodzenia. Podobno bogaty jak... — 
zawahałam się, gwałtownie szukając porównania.

— Jak szejk naftowy? — Fredka uporała się z ziemniakami. Teraz zerkała na 
nietkniętą surówkę Rafała. — Mogę?

Rafał bez słowa przysunął jej miseczkę.
— Nie lubię żuć surowizny. Czuję się jak królik.

— Mówię, że ma goryla — upierał się Albert. — Facet przed trzydziestką. Bary i 
marynara wypchana muskularni.

— A broń pod lewą pachą! — dorzuciłam.
Fredka wyglądała jak foka karmiona rybami. Spomiędzy zębów wystawały jej cienkie 

wiórki tartej marchwi.
— Skąd wiesz?

— Widziałam, jak przyjechał. Ale teraz gdzieś się zapodział. Ciekawe, czy będzie 
mieszkał z Wiktorem w jednym pokoju.

29
Albert przecząco pokręcił głową.

— Nie. Podejrzałem, jak się instalował w domku ogrodnika.
— Tym na końcu ogrodu? Tym białym? — Rafał węszył sensację. Nerwowo odwijał 

bandaż z lewej dłoni.
Uspokoiłam go, kładąc mu rękę na ramieniu. —Zawsze się zastanawiałam, co tam 

jest w środku. Nasz ogrodnik przyjeżdża rowerem z miasteczka.
— Teraz wiesz, że to melina goryla. Pokiwałam głową.

— Jasne. Dyskretna obserwacja. Tu, wewnątrz pawilonu, nic milionerowi nie grozi. 
Chyba że my.

Przekręciłam głowę, by się uważniej przyjrzeć Albertowi. Miał koszmarne 
wspomnienia z wojny w Bośni, gdzie Muzułmanie rżnęli Serbów i odwrotnie. A także 

Chorwaci, którzy ich wyrzynali. I odwrotnie.
— Czym moglibyśmy mu zagrozić?

Albert zamyślił się głęboko. Pochłonął rybę i ziemniaki.
— Możemy go szantażować.

— Po co? — Fredka rzucała spojrzenia na prawo i lewo. Najwyraźniej coś by 
jeszcze zjadła.

— Dla pieniędzy. Możemy go porwać i zażądać okupu. Rafał popukał się widelcem w 
czoło.

— Zupełny szajbus. Albert, nie główkuj, nigdy nie będziesz Einsteinem! Never.
Chłopak posmutniał. Widać miał potrzebę wyróżniania się.

— A co mam robić, kiedy głos mi tak mówi? Spojrzałam na niego z ciekawością.
— Jaki głos?

Fredka przestała gmerać w rybim szkielecie.
— Słyszysz głosy?

—Tak. Chyba... z braku bimbru. One mi każą robić dziwne rzeczy. Przeraziłam się. 
To było coś nowego.

— Mówiłeś o tym Knurowi?

background image

Skinął głową. Miał takie ładne włosy koloru miodu. I łagodne spojrzenie skośnych 
oczu.

30
— Mówiłem. Także i o tym, że mieszkaliśmy w zupełnie zrujnowanym domu. Pod 

podłogą. Serbowie wiedzieli, że jesteśmy Polakami. Ale wojna to straszna rzecz. 
Każdy obcy to wróg. Wtedy już zacząłem je słyszeć.

— Co na przykład?
— Żeby zabić.

Jasny gwint! Był ode mnie młodszy o rok. I starszy o sto lat. Ja z moim 
wspomnieniem nijak się miałam do tragedii, którą przeżył.

— Długo tam siedzieliście?
— Chyba z pół roku. Jedliśmy tylko to, co się dało wygrzebać na polu. No... nie 

chcę już o tym.
— Będziesz musiał się uporać ze wspomnieniem. Tak trzeba. Zaakceptować to, co 

się zdarzyło. I żyć przyszłością.
— Mówisz jak Knur.

Wzruszyłam ramionami. Już taka byłam. Akceptowałam to, co wydawało mi się 
sensowne. A Knur, choć śmierdział niczym amerykański skunks, był wspaniałym 

lekarzem.
— Stoi tam — powiedziała Fredka, odgarniając włosy.

— Kto?
— Ten... no, goryl Wiktora.

Rzeczywiście. Stał z boku korytarza prowadzącego do jadalni. Tuż obok olbrzymiej 
draceny wyciągającej swoje wąskie zielone pędy ku oknu. Był wysoki, toteż 

dracena nie należała do roślin, wśród których powinien się ukrywać.
— Mam się nim zająć — wybąkałam.

— Gorylem? — Trzy pary oczu wyglądały niczym deserowe talerzyki.
— Nie gorylem, Wiktorem — westchnęłam. — Greta mnie o to prosiła. On jest tym, 

no... ma amnezję.
—  Co ma? — Fredka ścigała wzrokiem kelnerkę roznoszącą porcje piernika.

— To taka choroba. Z powodu silnego stresu przestał chodzić. Rafał przyglądał 
się piernikowi, jakby to była porcja pieczonych

glist.
31

— Rozumiem, że nic mu nie jest. — Pogrzebał widelcem. -Dobre — skonstatował. 
Piernik był na miodzie, z migdałami. Jedli go wszyscy ku żalowi Fredki-

bulimiczki.
— Jest mu — odparłam nieco niegramatycznie. — Nie może

chodzić.
— To znaczy, nie chce. Może, ale nie chce. Blokada w mózgu. Naśladuje szajbusa. 

Dlaczego ty masz go niańczyć?
Nie odpowiedziałam. Nie jestem taką idiotką, żeby się przyznać do 

„charyzmatycznego charakteru". Czyli prawie do postawy świętej Teresy.
— Nie mam pojęcia — skłamałam gładko. — Ale pewnie sama nie dam sobie rady. Więc 

może...
— O, nie! — Rafał uniósł obie zabandażowane dłonie. — Nie dam się wrobić! Mam 

gdzieś Amerykanina razem z jego milionami! Nie będę się upokarzał. Jeśli facet 
nadwerężył nadgarstki, taszcząc szmal do banku, to jego sprawa!

— Jesteś okropny! — skrzywiłam się. — Przynajmniej wiem teraz, co się stało z 
dzieckiem Rosemary!

Albert parsknął śmiechem.
— Ona mówi o filmie Polańskiego. Dziecko pochodziło od szatana. Ale w pewnym 

sensie popieram Rafała. Dzielenie zysków nie jest moją religią.
— Pieprzeni inteligenci! — syknęła Fredka wściekle. Nikt jej nie podarował ani 

okruszyny deseru. — Gadacie o rzeczach, których nie rozumiem. Ewa, ja ci mogę 
pomóc. Zresztą może coś mi kapnie z tych milionów. Wiesz... moglibyśmy urządzić 

przyjęcie. Na tym się znam. Powiedz Blance, żeby kucharka upiekła coś... bo ja 
wiem? Przyjdzie na takie przyjęcie?

— Facet wygląda na takiego, który przyjdzie nawet na otwarcie lodówki — burknął 
Rafał.

— Dlaczego tak sądzisz? — spytałam. Rafał miał dziwny dar rozgryzania duszy 

background image

ludzkiej. Powinien zostać psychoanalitykiem albo księdzem. Tymczasem wybierał 
się na... geologię!

— Przyjrzyj mu się uważnie. Łypie oczkami po całej sali. I stale
32

sprawdza, czy goryl jeszcze jest. Albo go nie lubi, albo boi się samotności.
— Filozof— burknął Albert. — Jakbyś miał szmal, też byś się bał. Idę spać!

Wyszedł, sadząc wielkimi krokami. W korytarzyku przystanął, bezczelnie się 
przypatrując gorylowi. Widać zdenerwował go, bo ten bezwiednie sięgnął dłonią 

pod pachę.
— Idiota! — mruknęłam. — Gorylowi się wydaje, że może tu puścić serię z 

pistoletu za samo przyglądanie się. Nie będzie łatwo dotrzeć do Wiktora. Czuję 
to.

I nie było. Ale przedtem zdarzyło się coś, co zmieniło mój stosunek do 
rzeczywistości.

Lenora grzebała się w łazience. Usiłowała uprać skarpetki, o których wcześniej 
zapomniała.

— Wyłaź już! — ryknęła Fredka, otwierając drzwi. Każdy z trzyosobowych pokoi 
miał własną łazienkę.

— Czy białe może być jeszcze bielsze? — zacytowała telewizyjną reklamę, 
wpatrując się w kłębek bawełny zabrudzony trawą.

— Jeśli natychmiast nie wyjdziesz, to ci ociec tak sprać tyłek... — Fredka 
wyraźnie traciła cierpliwość.

Stanęłam w jej obronie, choć sama z niecierpliwością czekałam na prysznic.
— Zostaw ją Fredziu. Jesteś starsza i mądrzejsza.

— Cholerny szop pracz! — sapała, klapiąc mokrymi stopami po mokrych kafelkach. — 
Ociec, spać!

Lenora z żalem porzuciła pianę.
— Dobrze, już dobrze. Ale znów go widziałam.

— Kogo? — spytałam, gdy za Fredka zamknęły się drzwi.
— Ducha, naturalnie. Z głową w kapturze. O, zobacz! — stała przy oknie, 

odsuwając koronkową firankę.
Przygalopowałam natychmiast, bo jako żywo nie wierzyłam w zjawy, wilkołaki czy 

utopce.
— Rzeczywiście! — wymruczałam, nie dowierzając własnym oczom. Przez widocznąz 

okna część ogrodu, oddzielającąwarzyw-
3 — Lot nad...

33
пік od kwietnych rabatek, przesuwała się skulona postać. Zjawa zatrzymała się na 

moment, obejrzała za siebie i płynnie ruszyła, 'nil ając wśród wysokich krzaków 
jaśminu. — Co to było?

лога nie wykazywała oznak strachu. Widocznie jej skompli-kuw ла umysłowość 
traktowała zjawiska nadprzyrodzone jako część i lata rzeczywistego. Albo uznała 

zakapturzoną zjawę za doskonałą reklamę proszku wybielającego nawet duchy.
— Może być ktoś z innej planety — powiedziała siadając na tapczanie. Jęknął pod 

jej ciężarem. — Chyba się nie boisz?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Oczywiście, że przez moment skóra mi się 

zmarszczyła na plecach. To odruch bezwarunkowy. Ale spokojny plusk prysznica za 
ścianą, rozproszone światło lampki w różowym abażurze, koroneczki i ciepłe 

wnętrze usposabiało do spokojnego przemyślenia.
— Nie powiem, żeby to, co widziałam, było normalne w naszym zamkniętym świecie. 

Sądzę, że ktoś się wygłupia. Próbuje straszyć.
— Kto?

—Nie wiem. Spij, bo jutro od rana mamy spowiedź powszechną.
— Co mamy? — Lenora nie kojarzyła tak szybko, jak powinna. I nie miała, 

biedaczka, poczucia humoru.
— Seans grupowy. Będą z nas wywlekać nasze najtajniejsze, ukryte przed samym 

sobą, pesteczki zła. Żeby je wypluć raz na zawsze.
— Chciałabym—wymruczała w poduszkę. Jej jasne włosy, obcięte na zapałkę, 

migotały niczym kaczy puch. Miała ogromne, niebieskie oczy lalki i gładką cerę. 
Byłaby z niej ładna dziewczyna. Byłaby, gdyby zrzuciła pięćdziesiąt kilo.

— Śpij.

background image

Fredka wychynęła zza biało lakierowanych drzwi. Mimo bulimii jej wspaniałe ciało 
robiło wrażenie. Nie tyła.

— Prysznic wolny. Czemu tkwisz za firanką?
— Oglądałam ducha.

Fredka przestała nacierać kremem spierzchnięte dłonie.
34

— Żartujesz?
— Nie. Coś zobaczyłam. Raczej... kogoś.

— Nocne zwidy, paniusiu? Jakieś ptaszki żółtodziobe?
Nie miałam pretensji, że się ze mnie wyśmiewa. W świcie komputerów i wirtualnej 

rzeczywistości nie było, u diabła, miejsc; ,\? zwidy w kapturach.
— Ktoś kogoś chce nastraszyć — wymruczałam, zrzucając na podłogę przepocone 

ciuchy. Cieszyłam się, że cały mój dobytek świeżutko wyprany schnie na sznurach 
w tylnej części ogrodu.

— Możesz zgasić lampę.
Chłodny strumień spływał po mnie kojąco. Uwielbiałam wszelkie bicze wodne, a 

także głębokie jeziora i powracającą falę. Chyba w poprzednim życiu byłam 
wodnikiem mieszkającym na dnie leśnego „oczka". Nowy wiek ma być erą wodnika — 

przypomniałam sobie. Spod prysznica wyrwał mnie dziki wrzask. Ktoś ryczał, jakby 
go obdzierano ze skóry. Wypadłam goła, jak mnie Pan Bóg stworzył, sądząc, że to 

wrzeszczy któraś z moich współlokatorek. Ale nie. Obie sterczały w otwartym 
oknie, wychylone do połowy.

— Co się dzieje?
— Nie wiem! — odkrzyknęła Fredka. — Ktoś się czegoś przestraszył.

Runęłam w stronę framugi. Mokra, rozpychałam się łokciami. Z wielu oświetlonych 
okien pod nami wychylały się głowy. Mieszkałyśmy na drugim piętrze żeńskim. To 

był zupełnie bezsensowny podział, bo przecież gdyby pary chciały się mieszać, 
nie było po temu żadnych przeszkód.

Dopiero teraz zobaczyłam galopującą przez ogród Ulę. Ryczała, j akby j ą 
zarzynano.

— To Ulka. Co jej się stało?
Wolałam nie myśleć, że zderzyła się z tajemniczym duchem, choć słowo „zderzenie" 

w przypadku ciała astralnego nie miało sensu.
Z pawilonu wybiegła Blanka. W koszuli nocnej i boso. Kiedy się spotkały w pół 

ścieżki, Ulka przestała wreszcie wydawać z siebie przeraźliwe dźwięki.
35

Fredka z Lenorą wycofały się do wnętrza pokoju. Ja przez minutę z uwagą 
przyglądałam się ciemniejącym krzakom. Błyskało tam jakieś światełko. Większe od 

świetlika, mniejsze od promienia latarki.
— Ten duch jest chyba nieźle zmaterializowany — mruknęłam.

—  Bzdury. — Fredka zaszeleściła celofanowym papierkiem. Wiedziałam, że dobiera 
się do mieszanki wedlowskiej. Złapałam ją za rękę niczymjDospolitego złodzieja.

— Zostaw! I tak jutro musiałabyś się z tego spowiadać.
— To co? Najwyżej.

— Fredziu, dziecino ukochana. Masz dwadzieścia lat i nerwy jak postronki. Nie 
boisz się zjaw ani Knura. Po co te cholerne czekoladki?

— Zdenerwowały mnie wrzaski. Ula jest nie do wytrzymania. Po co łaziła po nocy?
Lenora uniosła ostrzyżony łebek.

— Po koszulę nocną. Pewnie już wyschła. Prałam. Schowałam czekoladki pod własną 
poduszkę.

— Dziękujmy opatrzności, że umieściła Ulkę w innym pokoju. Podobno gada po nocy, 
a nawet skacze na wysokość metra, wydając z siebie bojowe okrzyki. Ma problemy z 

własnym ja.
— Wszyscy mamy, ale nikt inny tak się nie drze. Zupełnie jak syrena alarmowa.

Pociągnęłam Fredkę jedną ręką do okna. Drugą wkładałam na mokre ciało krótką, 
bawełnianą koszulkę z wizerunkiem Kaczora Donalda. Mama kupiła ją dla mego brata 

Jacusia. Ale on nie chciał sypiać w Disneylandzie. Był ambitnym, na swój wiek 
wyrośniętym dwunastolatkiem i życzył sobie rewolucjonisty Che Guevary. 

Zdecydowanie nie lubił, kiedy się go traktowało jak dziecko.
— Przyjrzyj się dobrze tym krzakom.

— Jakim? — protestowała Fredka. Była śpiąca, a słysząc miarowe posapywanie 

background image

Lenory, marzyła tylko, by się zakopać w różową poduszkę.
— Tamtym. Na lewo.

36
Fredka przez pół minuty się nie odzywała. Już myślałam, że zasnęła na stojąco, 

gdy wybąkała:
— Światełko. Ale jakieś... dziwne. Skinęłam głową, puszczając jej ramię.

— Teraz wiesz, czego się wystraszyła Ulka.
Fredzia właziła do łóżka na czworakach. Bo tak jej było wygodniej.

— Chcesz to sprawdzić, co?
Znała mnie. Wiedziała, że nie popuszczę, choć Tomek pozamykał już wszystkie 

drzwi. I, jak co dzień, sprawdził dom od piwnic po strych. Aleja umiałam 
otwierać główny szyfr. Bo u nas, choć to dziwne, były zamki szyfrowe. Siedem 

cyfr kolejno dotykanych palcem. Bez kluczy, zasuw i sztab. Zmienianych raz w 
tygodniu. Nie chodziło o zatrzymanie ewentualnych uciekinierów. Mogliśmy wiać w 

ciągu dnia. Raczej ochrona przed niepowołanymi gośćmi z zewnątrz. Takie czasy. 
Stróż przy bramie mógł zasnąć. Pies Bari był najłagodniejszym stworzeniem na 

świecie. Prawda, wielki jak cielak. Ale rozpieszczony do niemożliwości przez 
personel i pensjonariuszy.

— Schodzę — szepnęłam, by nie budzić Lenory.
Fredka, zakopana w cienkim kocu, nie raczyła się odezwać. Ale słyszała. Lewe 

ucho wyłaziło z pieleszy. Duże i różowe.
Wciągnęłam majtki i włożyłam tenisówki. Nie chciałam robić niepotrzebnego 

hałasu. Otworzyłam drzwi. Nikogo. Długi korytarz mżył rozproszonym blaskiem. 
Świeciło się przez całą noc. Dla bezpieczeństwa. Cicho zeszłam schodami na 

parter. Obok drzwi z napisem „Dyrekcja" ktoś stał. Zdziwiło mnie to, bo pokój 
otwierany był wyłącznie w godzinach pracy. Wychyliłam się, by rozpoznać cień. 

Mignęła mi jedynie para spodni i adidasy. Potem ktoś cicho zszedł do podziemi. 
Tam, gdzie mieściło się laboratorium i inne, nie znane nam pomieszczenia. 

Przemknęłam do drzwi wejściowych z tyłu budynku. Wypukiwałam palcem cyferki: 
dwa, siedem, jeden, dziewięć, pięć, trzy i osiem. Niebieska lampka zgasła. 

Ruszyłam klamką. Otwarte. Bezksiężycowa noc otoczyła mnie czernią. Tylko
37

z okrągłej lampy palącej się nad wejściem padały ukośne promienie. Nie 
skierowałam się od razu w gąszcz krzaków. W tych ciemnościach byłam bez szans. 

Klęłam w duchu białe tło koszulki sięgającej zaledwie pępka. Chyba tworzyłam 
wspaniały cel, gdyby ktoś chciał mnie znienacka załatwić. Tuż za rogiem ogrodnik 

miał swoją pakamerę. Trzymał w niej taczki, grabie i wszelkie utensylia do 
podlewania, pielenia i strzyżenia. Także dużą latarkę na cztery baterie. 

Podejrzałam to już dawno. Drzwi skrzypnęły. Nikt ich nigdy nie zamykał. 
Pomacałam palcami półkę. Latarka rzuciła snop białego światła. Zgasiłam ją, 

czując w dłoni jej ciężką, długą rączkę. Mogła się przydać w razie czego również 
jako narzędzie do obrony. Naturalnie, obrony koniecznej. Cicho, niczym ćma, 

wlazłam w krzaki. Kierowałam się do kępy starając się, by nie trzasnęła 
najmniejsza gałązka. Przydały się wspomnienia harcerskiego obozu i tropienie 

wroga, którym wtedy była stanica chłopaków z Iławy. Szłam rozgarniając gałęzie. 
Poczułam wilgoć na policzku. Widocznie zraszacz sięga aż dotąd. Mokra ziemia 

wydawała znajomy zapach. Zawsze lubiłam woń trawy, tymianku, maciejki. 
Przystanęłam nasłuchując. Tylko wiatr szarpał konarami starego kasztanowca. 

Cisza. Włączyłam latarkę. Promień usłużnie wydłubywał z czerni zarysy drzew, 
pień rozgałęzionego jaśminowca i wilgotny grunt. W pierwszej chwili tego nie 

zauważyłam i o mały włos nie zniszczyłam, wyłażąc z trawnika. Ale w porę się 
zatrzymałam, z lewą nogą uniesioną w górę. Musiałam przypominać bociana 

polującego na żabę. Ślad był wyraźnie odciśnięty. Zaraz obok drugi. Ślad tak 
zwanego „traktora"— czyli obuwia na rzeźbionej gumie lub tworzywie. Bez 

wątpienia męskie stopy o dość dużym rozmiarze. Dorosły człowiek, i to raczej 
cięższej postury. Ślady głęboko wciśnięte w ziemię prowadziły do muru 

okalającego nasz, nieco w tym miejscu zaniedbany, ogród. Niestety, ginęły w 
trawie. Rzuciłam promień latarki na mur. Na wysokości mojego pępka widniało 

trochę błota. Jakby ktoś wspinał się po linie i podparł czubkiem buta. 
Spojrzałam wyżej. Nigdzie ani kawałka liny. Chciałam się odwrócić, ale czyjaś 

potężna łapa zakryła mi usta. Druga ścisnęła ramiona, tak że

background image

38
nie mogłam nawet odetchnąć. Ani się odwrócić. Straszliwe sceny z samolotu znów 

powróciły z całą gwałtownością. Cholera, znowu terroryści? Moje myśli galopowały 
niczym stado dzikich koni.

— Jak będziesz cicho, to cię puszczę — usłyszałam zduszony głos. Niewątpliwie 
należał do mężczyzny. I to wysokiego. Sposób, w jaki mnie zaskoczył wskazywał co 

najmniej na umiejętności komandosa.
Kiwnęłam głową. I to kilka razy, żeby nie było żadnych wątpliwości. Łapa puściła 

moją twarz, ale silny uścisk dalej więził ramiona. Chwyt był wyuczony. I 
skuteczny nad wyraz. Mogłam słyszeć mojego napastnika, ale nie widzieć.

— Nie mam zamiaru wrzeszczeć. Kim pan jest?
Nie odpowiedział. Widać zmagał się z myślami. Sądzę, że nie bardzo wiedział, co 

ze mną zrobić. To już dobrze. Człowiek, który miał do czynienia z mordercami, 
intuicyjnie wyczuwa napięcie napastnika.

— To ja zadaję pytania. — Głos był przytłumiony, ale bez agresji. Niski, dobrze 
brzmiący.

— Więc niech pan zadaje. Inaczej, to ja będę zmuszona zapytać, dlaczego pan 
napadł na bezbronną kobietę.

Coś na kształt śmiechu wyrwało się z ust osiłka. Uścisk zelżał. Sprytnie obrócił 
mnie twarzą do siebie. Zobaczyłam gęste brwi, prosty nos i bardzo męski 

podbródek.
— Co tu robiłaś?

Obraziłam się. Wiem, że wyglądam młodo, ale dlaczego ten drab mówi do mnie „ty"?
— Nie piliśmy bruderszaftu. I niech pan wreszcie puści moje ręce. Bolą! — Puścił 

natychmiast. Skorzystałam z okazji, żeby lunąć mu światłem latarki po oczach. 
Nie spłoszył się. Chyba już wiedziałam, kim jest. — To pan jest gorylem Wiktora?

Nie odpowiedział. Wpatrywał się w mój odsłonięty brzuch. Cholerny Kaczor Donald 
podjechał prawie pod brodę. Obciągnęłam koszulkę i to mnie wytrąciło z 

równowagi.
— Pilnuję go. Fakt. Za to mi płacą.

39
— Po kiego grzyba łaził pan przez mur? — oświetliłam jego stopy w adidasach. — 

Niech pan pokaże podeszwę.
Cholerny komandos był nauczony posłuszeństwa. Naprzód wykonał, potem się 

wściekł. Ale zobaczyłam rysunek, o który mi chodziło. To nie były t e buty!
— Czego chcesz, dziewczyno! Nie łaziłem przez mur, bo nie muszę! Dlaczego 

oglądasz podeszwy moich adidasów?
Skierowałam promień latarki na zabrudzony tynk.

— Widzi pan? Tędy przelazł. A to jego ślad! Zatarł pan ten drugi, wyraźniejszy! 
No, niech się pan nie rusza!

Facet zaskoczył. Z uwagą przyglądał się rysunkowi odciśniętemu w mokrej ziemi. 
Potem swoją, jeszcze potężniejszą latarką zbadał placek ziemi przylepiony na 

murze. Gwizdnął cicho.
— Fakt. Ktoś tu był.

— Od dawna o tym wiem. A pan?
— Co ja?

Zezłościłam się. Nie lubię tępoty. No, nie lubię, gdy mężczyzna nie jest 
błyskawicą.

— Skąd pan się tu wziął? Goryl ostrożnie badał grunt.
— Zobaczyłem twoją latarkę. I białą koszulę. Byłaś świetnym celem dla 

napastnika.
Zagryzłam wargi. Sama o tym wiem, dupku! Ale nie widziałeś, co było wcześniej!

— A ja z okna pokoju dostrzegłam światełko. I wyszłam zobaczyć, co to takiego.
— Światełko? — zastanowił się. — Nie latarkę?

— Nie.
— Więc może... papieros?

O tym nie pomyślałam. Był lepszy. Zastanowiłam się.
— No... nie wiem. Ale to chyba niemożliwe, żebym zobaczyła żarzący się papieros 

z takiej odległości! A wcześniej Ula przestraszyła się czegoś i wrzeszczała.
— Ula?

40

background image

__Tak. Jedna z naszych. No, niech pan nie sądzi, że tu jest regularny dom 
wariatów!

Chyba go jednak nie przekonałam. Milczał.
__Dobrze. Odprowadzę panią do drzwi. Ale tam chyba zamknięte...

—■ Nic nie szkodzi. Znam szyfr. Widział pan kiedyś ducha?
— Co?

—■ No, ducha. Takie białe, płynie, czasem dzwoni łańcuchami. Czasem jęczy.
— Nie widziałem — wymruczał. Choć zapewne wiele widział w życiu.

Szliśmy ścieżką, oświetlając drogę latarką. Na schodku, tuż pod lampą, 
przyjrzałam mu się jeszcze raz. Przystojny chłopak! Choć może zbyt krótko 

ostrzyżone włosy. Ale zrośnięte brwi i duże, ładnie wykrojone usta podobały mi 
się.

— Dzięki — odparłam, wypukując znane numery. Z nawyku śledził moje ruchy. 
Zapewne zapamiętał szyfr otwierający zamek. Trudno, nie pomyślałam o tym.

— Nie łaź sama po nocy — powiedział, przyglądając się moim nogom. Kusa koszulka 
pętała się gdzieś w okolicach pępka. Boże, co za szczęście, że włożyłam majtki! 

— Tu może być niebezpiecznie. Nie sądziłem, że oni to zrobią. Ale zrobili.
— Jacy oni?

Przyłożył dłoń do czoła gestem amerykańskich marines.
— Coś mi się zdaje, że panienka zbyt wścibska. Nie radzę. To nie przelewki.

— Chodzi o Wiktora?
Zbliżył się. Stałam na schodku. Jego twarz znajdowała się powyżej mojej. 

Pochylił głowę i mocno pocałował mnie w usta.
— Chodzi o ciebie, moja panno. O ciebie!

I odszedł w siną dal. A raczej w czerń nocy. Stałam jak słup soli. Jak żona 
biblijnego Lota. Dotknęłam palcami warg. No, to nie było w porządku! Ale czułam, 

jak moje ciało mięknie, uda drżą.
Wcale nie było tak ciepło. W każdym razie nie teraz. Wiatr wzma-

41
gał się, targając korony drzew. Coś zaskrzypiało w pobliżu. Może uchylone drzwi 

składziku? Dałam susa do środka, ostrożnie zatrzaskując drzwi. Na miękkich 
nogach właziłam na parter. W dole, poniżej schodów coś zaszeleściło. 

Przypomniałam sobie nogi i parę spodni, które widziałam przed drzwiami dyrekcji. 
Skoczyłam w stronę schodów i przeskakując po trzy stopnie dotarłam do naszego 

pokoju. Obie dziewczyny spały. Lenora pochrapywała przez otwarte usta. Jej 
tłusta łydka zwisała z tapczanu. Fredka spała, zakutana po czubek głowy. 

Wsunęłam się do świeżej, czystej i wykrochma-lonej pościeli. Ułożyłam się na 
wznak, z rękoma pod głową. Wcale mi się nie chciało spać. Oblizywałam wargi, bo 

wciąż mi się zdawało, że czuję smak pocałunku. — Ty idiotko! — wymruczałam 
półgłosem. — Ty kretynko! Dajesz się całować obcemu mężczyźnie? Jakiemuś 

komandosowi odgrywającemu rolę goryla przy milionerze z Chicago? Absurd! Ale 
zaskoczył mnie. No, nie tak znowu całkiem. — Przypomniałam sobie wyraz jego 

twarzy na widok mojego odsłoniętego brzucha. Cholera, mógł mnie zgwałcić, 
zamordować i zakopać w ogródku! Tylko po co?

Terapia grupowa ma zapewne głęboki sens psychologiczny. Tak twierdzą spece w tej 
dziedzinie. Ale publiczne wywlekanie spraw, o których najchętniej chciałoby się 

zapomnieć, może kojarzyć się z chińską torturą: w starożytnym Państwie Środka 
golono głowy tym, którzy zostali skazani. A potem spętani, bez możliwości 

poruszenia kończyną wystawieni bywali na „kroplę wody". Skapywała ona co pół 
minuty w to samo miejsce na łysej czaszce. I tak dniem i nocą. Po ilu godzinach 

tortur popadali w szał, po ilu umierali — nikt dziś nie wie. Tak mi się to, co 
kiedyś przeczytałam, skojarzyło z radosną twórczością naszej terapeutki Blanki.

— Chciałam wam powiedzieć — ciągnęła zaplatając palce — że według mojej opinii 
psychoanalityka, rodzaj ludzki wcale nie rządzi się racjonalnymi prawami... — 

usiłowałam nadążyć za tokiem jej rozumowania. Z własnej, nieprzymuszonej woli. — 
Tacy

42
słynni uczeni jak Freud, Adler czy Jung mówią хъесъу z pozoru absurdalne! Otóż 

twierdzą oni, a są niepodważalnymi ekspertami w tej dziedzinie, że to, co w 
człowieku irracjonalne, nieprzewidywalne, co się kompletnie nie da kontrolować, 

jest w nim obszarowo największe i najsilniejsze. Rozumiecie?

background image

— Jednym słowem — odezwał się ponuro Michał, miętosząc świeże ciasto na makaron 
— nasza wewnętrzna wolność, wolna wola czy prawo wyboru nie działają?

—Bo w człowieku jest siedemdziesiąt procent głupoty! — warknęła Fredka. — A 
tylko trzydzieści pomyślunku!

— Ja tam niewiele wiem — przyznał Rafał, bandażując kciuk — i nigdy się nad tym 
nie zastanawiałem... ale wychodzi, że człowiek opiekuje się przede wszystkim tym 

w sobie, co ciemne, mroczne... tak?
— Według psychoanalityków — ciągnęła Blanka — właściwie zakwestionowana została 

cała cywilizacja. Człowiek okazuje się często bezsilną ofiarą swoich własnych 
biologicznych popędów...

— Jezu, ale nudy! — wystękała Ulka. — Nic z tego nie rozumiem. Masa obcych 
słów...

Pokiwałam głową.
— Bo nic nie czytasz. Nie oglądasz w telewizji ani filmów, ani teatru. Jesteś 

wciąż na etapie książeczek z obrazkami.
— Ona nawet nie słyszała o kolorze beżowym! — zaśmiewała się Lenora. — A staniki 

ma beżowe. Wiem, bo je prałam!
Blanka zatrzepotała dłońmi. Rozmowa na pewno nie szła w kierunku przez nią 

preferowanym.
— Trochę w tym prawdy — powiedziała — w naszym kraju tylko około piętnastu, 

dwudziestu procent ludzi czyta teksty i je rozumie. Reszta to umysłowości na 
granicy magicznej. Tak to się nazywa w nauce.

— Ale ja słyszę głosy — Albert poruszył się w fotelu. — Naprawdę. Czasem one mi 
mówią co mam robić. Czasem, co mówić. Czy to... magia?

— Mówią po polsku? — szybko spytała Blanka, nie chcąc do-
43

puścić do nie kontrolowanej dyskusji. Znała już nas nieco i wiedziała, że 
potrafimy zrobić satyrę z wszystkiego.

Albert zastanowił się. Pytanie wydało mu się ciekawe.
— Tak. No... nie wiem. Pamiętam Bośnię. Bałem się serbskiego. Słów po serbsku.

— A tutaj ? Co mówi głos tutaj?
Albert zacisnął palce na poręczy. Chciał mówić i czegoś się bał.

— Żebym zszedł na dół. Wszyscy wpili w niego spojrzenia.
— Na dół? — drążyła Blanka — To znaczy dokąd? Do piekła? Zaprzeczył bez słów.

— Już nie chcę o tym mówić.
Słuchałam bardzo uważnie. Nie chciało mi się wierzyć w głosy z zaświatów. Ale 

coś niecoś czytałam o możliwości sterowania człowiekiem, jego mózgiem za 
pośrednictwem hipnozy. Transu. I dlaczego Albert miałby zejść na dół? Dokąd? 

Poza laboratorium i pomieszczeniami zabiegowymi niczego tam nie było. Zaraz, 
skąd wiem, że nic tam nie ma? Tylko z objaśnień Tomka. Przypomniałam sobie, że 

kiedy po wstępnych badaniach w zaciemnionym wnętrzu wyszłam na korytarz, 
uderzyły mnie dwa potężne rygle zabezpieczające jakieś biało lakierowane drzwi. 

Nigdy nikogo nie pytałam, co jest za tymi drzwiami. W ogóle mnie to nie 
interesowało.

— Może Albert myśli o drzwiach na dole. W piwnicy? — powiedziałam głośno, zanim 
pomyślałam. Ale Blanka zignorowała mnie całkowicie.

— Ja muszę do toalety! —jęknęła Fredka. Biedaczka, nie nadążała za tokiem myśli 
naszej terapeutki. Wiedziałam, że chce wyjść z sali i zrelaksować się, biegając 

po ogrodzie. Nie znosiła długiego pobytu w zamkniętej przestrzeni.
— Możesz wyjść — Blanka też znała swoją podopieczną— ale zgłosisz się do mnie 

dziś po południu. O piątej.
— Koniecznie?

— Tak. Porozmawiamy o czymś, co lubisz. O miłości.
44

Boże, zupełnie nie w porę przypomniała mi się wczorajsza przygoda z gorylem.
— Dlaczego nie ma z nami Wiktora? — spytałam. Blanka poprawiła pasek błękitnej 

sukienki.
—  To przypadek specjalny. Naprzód zajmie się nim lekarz z ośrodka 

komputerowego.
— Co? — Rafał wyglądał jak wielki znak zapytania.

— Tak. Wiktor jest dla nas przypadkiem specjalnym. Wierzy tylko w to, co 

background image

znajduje się w Internecie. Jeśli nie znajdzie tam hasła „Warszawa", to znaczy, 
że takie miasto nie istnieje. Trudny, ale ciekawy przypadek.

— Chce pani powiedzieć, że Wiktor żyje w świecie ułudy?
— Tak. Dokładnie w rzeczywistości wirtualnej. Tak to się nazywa. Może nie 

słyszeliście o tym, ale amerykańskie dzieci nie umieją już pisać. Tylko 
drukować. Na drukarce komputerowej. Signum temporis.

— Co?
— Znak czasów.

Zaczęłam zazdrościć Fredce, że się wyrwała z lekko zaciemnionego wnętrza do 
pełnego słońca ogrodu. Tam była trawa i kwiaty. Zapachy i życie. Tu — międlenie 

duszy ludzkiej.
— Co ze sztuką teatralną, o której mówił profesor Kurzyna? Kto z was ma się tym 

zająć?
Kręciłam się na fotelu obitym oliwkowym pluszem.

— Ja. Ale nie bardzo wiem jak. I co to da?
Blanka siedziała sztywna, ze skrzyżowanymi stopami.

— Kochani, zabawa w teatr powinna być przez was traktowana całkiem serio. Jest 
częścią waszej edukacji. Budzi wrażliwość na słowo, polepsza samopoczucie. A 

przede wszystkim — zawiesiła głos — ma za zadanie pogłębić wiarę w samego 
siebie.

— Nie ma mowy, żebyśmy zagrali „Panią Dulska". Albo Szekspira.
— To sami wymyślcie tekst. Rozpiszcie role. O to przecież chodziło profesorowi.

45
Miałam zamęt w głowie. Ale nie z powodu teatru. Nasz szkolny program г polskiego 

przedstawiał wiele do życzenia. Nie znałam sztuk, choć bywałam z rodzicami w 
teatrze. Pamiętałam „Wesele", choć może raczej z filmu? Bo mnie, przede 

wszystkim, obchodziła rzeczywistość. Ale żadna wirtualna czy jak jej tam. Ta za 
oknem. I chęć rozgryzienia tajemnicy dużych butów z rzeźbionymi podeszwami. 

Także ustalenie, kto przełaził przez mur, świeci czymś, może dając jakieś znaki? 
To mnie interesowało naprawdę. Przestałam słuchać. Przywołałam z pamięci twarz 

mężczyzny, który ośmielił się mnie pocałować. Bez żadnej zachęty z mojej strony. 
„Bez dania racji", jak się mówiło w domu. Zrośnięte brwi. Ładne, pełne, ciepłe 

usta. To zapamiętałam. Ale jaki ma kolor oczu? Włosów? Do diabła, on wcale nie 
ma włosów! Ostrzyżony na trawnik. Niczym jeden z tych tępych, łysych, z kijem 

bejsbolowym w łapie. Nie, goryl Wiktora nie jest bezmyślnym osiłkiem. Skąd to 
wiem? No... nie wiem. Ale człowiek, mężczyzna, który MNIE pocałował, nie ma 

prawa być głupim „mięśniakiem" albo „dresowcem" z komórką przy uchu. Takiego bym 
nie zniosła. I nigdy nie zaakceptowała. Never.

Postanowiłam na razie zaprzyjaźnić się z Wiktorem. Zgodnie z prośbąGrety V2. 
Miałam pretekst. Bo tam, gdzie jest Wiktor, zjawi się wcześniej czy później jego 

goryl. Wtedy spróbuję się o nim dowiedzieć czegoś konkretnego. Co jest, u licha? 
— strofowałam sama siebie w myślach — facet pocałował cię pod lampą a ty zaraz 

widzisz się z nim na ślubnym kobiercu? Idiotka, wole oko, kretyn-ka do 
sześcianu!

Wyszłam z sali razem z Michałem. Międlił swoje ciasto z szybkością młota 
parowego.

— Nie denerwuj się — wyszemrałam mu do ucha — raczej zagraj mi coś na fagocie. 
Sama jestem spięta i możliwe, że muzyka mnie rozluźni.

Skinął głową.
— Za pół godziny. W starej oranżerii. W środku.

— Gdzie?
46

Wzrok Michała szybował gdzieś w przestworzach. Jego jasne, falujące włosy 
okalały okrągłą twarz pazia. Miał szare oczy z połyskiem górskiego kryształu. 

Byłby całkiem ładnym chłopakiem. Byłby. Gdyby nie córka prezydenta Clintona i 
ciasto.

— W starej części pawilonu jest przejście. Szklane drzwi do dawnej oranżerii. 
Nie ma już tam, niestety, żadnych tropikalnych roślin. Tylko dobra akustyka. 

Fagot brzmi wspaniale. Jak w sali koncertowej.
Wiedziałam, że ostatni koncert miał dwa lata temu. W Wyższej Szkole Muzycznej. 

Potem coś się stało.

background image

— Kiedy odkryłeś tę... oranżerię?
Przyjrzał mi się dziwnie przenikliwie. Ciasto w jego dłoni leżało spokojnie 

niczym krowi placek.
— Jestem tu dłużej od ciebie. I o wiele więcej wiem.

— To znaczy co? Pochylił głowę.
— Tu przedtem były pomieszczenia ubeków.

— Czyje?
— Ludzi z bezpieki. Jakiś tajny rządowy obiekt za komunistów. Kiedy w popłochu 

opuszczali pawilon, zostawili tu podobno część swojego dobytku.
— Myślisz o jakimś archiwum X?

— Nie wiem. Ogrodnik wspominał coś o tajnej broni chemicznej czy też 
bakteriologicznej.

Pomyślałam sobie, że dwie potężne zasuwy mogą kryć cuda, o jakich się filozofom 
nie marzyło.

W oranżerii było naprawdę wspaniale! Szklana ściana wysokich okien, z których 
obłaził płatami stary lakier. Szyby dawno nie myte robiły wrażenie zamglonych. 

Podłoga nosiła ślady dawnej świetności. Po bokach musiały stać potężne donice z 
roślinami. Zostały po nich tylko resztki. „Duchy roślin". Dach był również 

przezroczysty. Cały złożony z kasetonów szkła i stali. Ta ostatnia nieco 
przerdze-

47
wiała. W przestrzeni, wielkiej niczym gotycka katedra, było mnóstwo powietrza. 

Snuły się jakieś dawne tajemnicze zapachy. Może orchidei, może Królowej Jednej 
Nocy. Nie wiem. Tony fagotu niosły się wszerz i w górę. Cudowne tony. Mogłabym 

słuchać w nieskończoność. Michał siedział na jakimś stołku, a może postumencie? 
Sam wyglądał jak rzeźba fauna, oglądana przeze mnie w jednym z albumów ojca. 

Teatr czy opera? A rnoże Pawilon Cudów? Marzenia opadły mnie ze zdwojonąsiłą. 
Odjakiegoś czasu odganiałam je uważając, nie bez racji, że przypływaj ą^byt 

wcześnie. Boja nie byłam na nie gotowa. Ale z marzeniami jest tak, jak z 
urodzinowym tortem: trzeba go skonsumować, wypluwając świeczki.

Więc usiadłam na podłodze, słuchając niebiańskiej muzyki i walcząc z obrazami 
przeszłości i przyszłości. Ptaka muszę zapomnieć — nakazywałam sobie — drugi raz 

mi się to nie przytrafi. Za miesiąc, dwa wrócę do domu. Do ojca, mamy i Jacusia, 
który pisze listy pełne miłości i ortograficznych błędów. Nie chciałam, by tu do 

mnie przyjeżdżali. Zaakceptowałam regulamin Pawilonu X. Można się było spotykać 
w pobliskim miasteczku. Co niedziela zjeżdżały rodziny naszych pensjonariuszy. 

Tam, w małej kawiarence, toczyły się rozmowy pełne łez i trwogi. Nie chciałam 
tego. Nie czułam się źle, nie bałam się zewnętrznego świata. Ale wciąż 

odreagowywałam tamtą wigilię.
Michał przestał grać. Siedział z uniesioną głową jakby czekając na oklaski 

tysięcznej widowni. Pewnie je słyszał.
— Myślisz, że Albert mó\?vi prawdę? Ocknęłam się zdziwiona.

— O tych głosach, które tnii każą zejść na dół?
— Właśnie. Co to może znaczyć?

Wzruszyłam ramionami. C;Zar miejsca prysnął. Zobaczyłam pajęczyny, brud i 
totalne opuszczenie. Zastanowiłam się.

— Coś musi być na rzeczy Albo go poddają hipnozie...
— Kto? Knur?

Potrząsnęłam włosami. Opadły aż na oczy.
— Nie sądzę. Zresztą... nie wiem. Dzieją się tu dziwne rzeczy.

48
Przyjrzał mi się uważnie. Pionowa zmarszczka przecięła gładkie czoło.

— To znaczy?
— Ktoś przełazi przez północny mur. Widziałam ślady dużych butów na traktorowej 

podeszwie.
Michał zeskoczył z postumentu. Bryła pozostała pusta, bezsensowna. Jak cokół bez 

pomnika.
— Wiele osób nosi takie buty.

— Na przykład kto?
Znów zmarszczył czoło. Głęboko westchnął.

— Tomek. Sam widziałem, kiedy wychodził w deszcz.

background image

— Był deszcz? Nie pamiętam.
— Bo wam, dziewczynom, zawsze świeci słońce! Przyjrzyj się kiedyś Chelsea 

Clinton. Jej długie, jasne włosy zawsze błyszczą w słońcu.
Zniecierpliwiłam się. Szanuję cudze uczucia. Ale miłość Michała do córki 

amerykańskiego prezydenta naprawdę nie miała szans. Biedak, widywał ją tylko w 
telewizji. Kiedy podróżowała z tatą boeingiem number one.

— Michał, do rzeczy. Opowiedz o Tomku.
— Miał na sobie dżinsy i buty z żółtej skóry. Wysokie, nad kostkę. Szedł ścieżką 

do bramy. I zostawiał za sobą ślady podeszew.
Pokiwałam głową.

— Wierzę. Ale to nie Tomek.
— Dlaczego? — oczy Michała błyszczały.

— Bo Tomek nie musi przełazić przez mur, który ma ze trzy metry. Poza tym... 
jego stopy...

— Są mniejsze?
— Właśnie. Tomek odpada.

— To kto zostaje?
Wstałam z podłogi. Z koncertu nici. Znałam Michała na tyle, by wiedzieć, że 

fagotem już się nie zajmie. Biedak, łatwo się rozkoja-rzał. Szkoda.
—Nie wiem. Trzeba obserwować mężczyzn. A raczej ich... nogi!

4 — Lot nad...
49

— Dobra — zgodził się dziwnie szybko. — Mnie to pasuje.
Wyszliśmy w tę część ogrodu, której nikt nie uprawia. Iście angielskie chaszcze. 

Tuż za oranżerią na świeżej ziemi widniał jak wół ślad traktora. Znaczy... buta.
Stanęłam jak wryta. Palcem nakazałam Michałowi milczenie.

— Co? — wysapał zaskoczony. A potem spojrzał w dół. — To ten?
Skinęłam głową.

— Co najmniej czterdziesty piąty numer.
Oglądaliśmy odciśniętą rzeźbę nad wyraz ostrożnie i z uwagą.

— Duży chłop. Może to goryl Wiktora?
— Nie. On też śledzi te ślady.

Michał wbił we mnie spojrzenie zimne jak kryształ.
— Znasz go? Tego osiłka? Skąd?

Musiałam mu opowiedzieć o wczorajszej nocy. Oczywiście zataiłam końcówkę. To 
znaczy mój goły pępek i jego niespodziewany pocałunek. Michał, jak każdy 

wrażliwy artysta, wyczuł fałsz.
— Nie mówisz wszystkiego.

Zawstydziłam się. Ale nie zamierzałam nic dodać. Moje erotyczne przygody są 
głęboko schowane na wyłączność posiadaczki. I nikomu nic do tego.

— Bo nie znam wszystkiego. Wszystko dopiero nadejdzie. Tylko nie wiem kiedy. 
Słuchaj... — przystopowałam, prawie nadziewając się na drzewo — a może... te 

dziwne wizyty mają coś wspólnego z ludźmi z dawnych lat?
— Tymi z bezpieki?

— Właśnie. Zamyślił się.
— Ale kryminał!

Faktycznie. Tym bardziej że przemilczałam również pocisk znaleziony na ziemi. 
Pocisk, do którego z całą pewnością istniała część najważniejsza: pistolet. Albo 

rewolwer. Obojętne.
Gong, szczęśliwie, wezwał nas na posiłek.

— Zapiekanka z ziemniaków i mięsa. Lubię — Michał dał susa
50

do przodu. Eteryczny muzyk pędził na złamanie karku do talerza z wołowiną! To 

się w głowie nie mieści!
Zdążyłam umyć ręce w toalecie na parterze, by przy wyjściu zderzyć się z 

GretąV2.
— Porozmawiasz później z Wiktorem, dobrze?

Nie miałam nic przeciwko temu. Zdziwiło mnie tylko własne podniecenie na samą 
myśl o ewentualnym spotkaniu z gorylem.

— Mam nadzieję, że ten rewolwerowiec, który go pilnuje, nie będzie nam 

background image

przeszkadzał.
Greta sunęła z wyciągniętym do przodu nosem. Istny Pinokio!

— Ten miły, młody człowiek nie jest rewolwerowcem. Ma na imię Mateusz. I 
ukończył fizykę. Kwantową.

Szczęka mi opadła. Co to są kwanty? Nie miałam najmniejszego pojęcia. Trzeba 
będzie zajrzeć do encyklopedii! Nie mogę się, w razie czego, wykazać totalną 

ignorancją. Tego by nie zniosła moja narodowa duma!
— Możliwe — wymruczałam, wchodząc za Gretą w szklane drzwi jadalni — ale teraz 

jest zwykłym gorylem!
Greta albo nie dosłyszała, albo nie chciała zaczynać ze mną dyskusji. W wazach, 

na stolikach przykrytych nieskazitelnie wykroch-malonymi serwetami, dymił krem z 
pieczarek.

— Nalać ci? — starałam się pełnić rolę pani domu. Dobrze ułożonej pani domu, 
naturalnie.

Fredka przełykała ślinę.
— Dużo — wyszeptała, łamiąc kruchą bagietkę. Jej wypchane usta przypominały do 

złudzenia policzki chomika—...arek ...omnia ...obie... — zaczęła.
— Nie mówi się z pełnymi ustami! — zdenerwował się Albert. Zamilkła żując. 

Przełykała potężne kęsy, jakby w strachu, że jej
odbiorą.

Położyłam dłoń na jej ramieniu.
— Spokojnie, Fredziu. Pamiętaj, że masz dietę.

Spojrzała na mnie wzrokiem człowieka, któremu na rozżarzonej pustyni ucieka 
ostatni wielbłąd w kierunku oazy z coca-colą.

57
— Tak. Chciałam powiedzieć, że Smolarek, znaczy... Wiktor przypomniał sobie, że 

przeżył pożar.
— W domu? W Chicago? — dopytywał się Rafał.

— W jakimś garażu. Tam go ktoś przetrzymywał przed wylotem do Polski — wysapała 
Fredka, ładując do ust moją część bagietki. Wyrwałam bułkę z jej dłoni. Dość 

brutalnie.
— Ciekawy życiorys naszego Wiktora.

— A kto z nas ma inny? Wszyscy jesteśmy szajbusami! No nie! Z tym nie mogłam się 
zgodzić! Never!

— Stary — Rafał dobiegał dwudziestki — masz prawo tracić cierpliwość, ale nie 
masz prawa tracić rozumu!

Przełknął tę uwagę wraz z łyżką zupy pieczarkowej.
Zerknęłam w stronę stolika, gdzie przycumował Wiktor. Jego supernowoczesny 

elektryczny wózek lśnił chromem. Chłopiec wydawał się pogodzony z 
rzeczywistością. Jadł spokojnie, zajęty własnymi myślami. Wyglądało na to, że 

nie interesował się zupełnie trójką współbiesiadników. Dziewczyny miały najwyżej 
po piętnaście lat. Chłopak o rozbieganych oczach niewiele więcej. Zapewne nie 

byli właściwym towarzystwem dla milionera z Chicago.
— Czemu mu się tak przyglądasz? — Fredka uporała się z zupą. W wazie nie 

pozostało już nic.
— Bo Greta kazała mi z nim porozmawiać. Nie wiem, co go może zainteresować.

— Komputery — wymruczał Albert. — Podobno interesuje go wyłącznie to, co jest w 
Internecie.

Westchnęłam głośno. Nie znałam się specjalnie na komputerach. W moim domu była 
tylko wysłużona maszyna do pisania firmy „Erica", po świętej pamięci NRD-owie. 

Mama przepisywała na niej tłumaczenia. Ojciec na uczelni zajmował się systemem 
nerwowym dżdżownic. Tylko Jacuś wykazywał tendencję postępową. W szkole szalał 

za grami komputerowymi. Stale rozstrzeliwał jakieś ruszające się potwory. 
Koszmar!

— Nie znam się na tym — wyznałam z lękiem. Albert pokiwał głową.
52

— To źle. Nasza generacja musi się znać. Słyszałaś przecież 0 rzeczywistości 
wirtualnej. Kiedy wreszcie wydoroślejemy, nikt już nje będzie wychodził z domu 

do pracy. Usiądzie sobie wygodnie przy komputerze sprzężonym z faksem, 
telefonem, Internetem i weźmie się do załatwiania trudnych spraw tego świata. 

Nawet wojnę można będzie wypowiedzieć przez Internet!

background image

Mimo szczerych chęci nie potrafiłam sobie tego wyobrazić. Mój ukochany kraj zbyt 
późno wylazł z nory, by szybko nadrobić wieloletnie opóźnienia cywilizacyjne.

—Nie rozumiem, dlaczego się tak podniecacie? Zrobiłem kurs, gdy miałem 
szesnaście lat! — roześmiał się Rafał. — To proste.

— Dopóki nie zacząłeś zdrapywać ekranu, tak? — Fredka czasem waliła pięścią 
między oczy.

Rafał umilkł. Znów bandażował mały palec. Położyłam mu dłoń na ramieniu.
— To minie. Wszystko mija. — Nie podniósł wzroku. Widać miał swoje wątpliwości. 

Albo nie lubił, gdy się go pociesza byle jak. Bo z tym pocieszaniem różnie bywa. 
Ludzie sądzą, że trzeba coś powiedzieć. Jakieś błahe zdanie. Takie byle co w 

rodzaju: Nie martw się, jutro będzie lepiej! A niby dlaczego miałoby być lepiej? 
Takie odbębnienie! Dobroczynność krasnoludka. Sama się zawstydziłam własnych 

słów. — Przepraszam, Rafał — wymruczałam — chciałam tylko...
— Zostaw. Wiem, czego chciałaś. Przecież z tym walczę.

Drugie danie pachniało kalafiorem. Musiałam zająć się rozdzieleniem porcji na 
cztery osoby. Fredka chyba marzyła, bym się zapadła pod ziemię, zostawiając jej 

cały półmisek.
— Dlaczego nie dają każdemu na talerzu? Jak w domu?

— U mnie w domu używa się półmisków — odpowiedziałam twardo. — A to nie jest 
robotnicza stołówka z czasów PRL-u, tylko porządna jadalnia w pensjonacie.

— W którym po nocy łażą obcy faceci — wycedził Albert, wbijając nóż w kotlet 
posypany listkami świeżej bazylii. — Co to za flora?

53
- Bazylia. Tylko powąchaj. Włosi dodają ją do wszystkiego. Co mówiłeś o obcych w 

nocy?
Albert walczył z ogromnym kalafiorem.

— Słyszałem, jak ktoś schodził w dół. A mój głos kazał mi iść za nim.
— I co? — zastygłam z widelcem w ręku.

— Poszedłem. Ale mi zniknął. Jakby się rozpłynął.
Fredka łykała mięso w tempie ekspresowym. O mało się nie zadławiła na śmierć.

— Czyli Lenora miała rację, że tu straszy!
Rafał patrzył na nas jak na pensjonariuszy prawdziwego domu wariatów.

— O czym wy mówicie? Kto straszy?
— Duch — powiedziałam poważnie. — Sama go widziałam.

— Trzeba was izolować od normalnych ludzi! — skonstatował, krojąc mięso. — 
Stajecie się niebezpieczni.

Nie zamierzałam dyskutować. Obejrzałam się za drzwi i serce mi zatrzepotało. 
Goryl stał oparty o framugę i gapił się na mnie. Nie mrugnął nawet powieką, gdy 

nasz wzrok się spotkał. A może mrugnął, tylko ja tego nie dostrzegłam.
— Co się stało? — spytała Fredka, bacznie mi się przyglądając. — Zobaczyłaś tego 

ducha?
— Nie, dlaczego?

— Bo zrobiłaś się upiornie czerwona.
Matko Boska, jeszcze i to! Dawniej, jako nastolatka, czerwieniłam się przy byle 

okazji. Potem mi przeszło. Myślałam, że na zawsze.
— Nic mi nie będzie. Trochę tu duszno.

Albert poszedł za moim wzrokiem. Ale był zadatkiem na mężczyznę, więc niewiele 
zrozumiał.

— Trudno ci się będzie dogadać z tym chicagowskim milionerem. Jego goryl już 
czeka.

Faktycznie. Wiktor zjadł i manewrując wózkiem przemieszczał się w stronę drzwi. 
Spojrzałam na wózek, kelnerkę roznoszącą ciasto cytrynowe i zadecydowałam.

54
— Fredka, zostawiam ci swój deser. Ja lecę za tym chłopakiem. Interesuje mnie.

Manewrowałam tak, by nie poruszać się zbyt szybko. Chodziło mi o sprawdzenie 
miejsca, do którego się udali. Przystając i kryjąc się w załomach korytarza, 

szybko ich umiejscowiłam. Wiktor wjechał do ogrodu i zaparkował przy fontannie. 
Goryl obejrzał uważnie duży krzak jaśminu i gdzieś wyparował. Podeszłam do 

wózka.
— Cześć. Nazywam się Ewa. Greta V2 prosiła mnie...

— To ty jesteś lą „od ptaka"? Z samolotu?

background image

— Ja. Co do ptaka... — zaczęłam.
Zmarszczył brwi i uniósł dłoń gestem, który zamknął mi usta.

— Słuchaj, Ewo, czy jak ci tam... — miał silny akcent amerykański. Czasem szukał 
słów. —Nie obchodzi mnie... jak się to mówi po polsku?

— Co?
— To, co ci się przyda...

— Przydarzyło. Yes. Nikogo to nie powinno obchodzić. Ja cię nie zapytam o twoją 
amnezję dyso... dysocjacyjną.

Umilkł zły. Dotknęłam go?
— Słuchaj, my tu nie lubimy histeryków. Zbladł, ale trzymał się prosto.

— Podobno robicie tu teatr. — Zmienił temat.
— Nie robimy. Bo nie wiemy jak.

Popatrzył na mnie łaskawiej. Moja niedoskonałość widać zrobiła na nim wrażenie. 
Wyraźnie nie trawił, gdy się nad nim górowało.

— Nic prostszego, jak sprawdzić w Internecie hasło „teatr". Roześmiałam się 
perliście.

— I co? Dostaniemy wykaz wszystkich sztuk od czasów starożytnej Grecji do dziś? 
Człowieku, my to mamy napisać sami!

Tym razem się nie obraził. Podniósł głowę i wtedy zobaczyłam dwie różne 
tęczówki. Jedno oko miał brązowe, a drugie niebieskie. I to brązowe, a raczej 

żółte jak u kota, było nakrapiane. No, w piegi! Zagryzłam usta, by się ponownie 
nie roześmiać.

55
— Jesteś w porządku — powiedział niespodziewanie. — Uprawiasz seks?

Otworzyłam usta i długo nie mogłam ich zamknąć. Znałam mnóstwo chłopaków, 
jeździłam na obozy, wędrówki górskie. Całowałam się, kiedy miałam na to ochotę. 

Ale nikt nigdy nie zadał mi takiego pytania.
— Słuchaj — wysyczałam przez zęby — nie jesteś w Ameryce, dupku! Tu jest Polska. 

Inne tradycje. Inna kultura. Inne obyczaje. Także osobiste. Tu się nie zadaje 
pytań o wiek, seks i konto bankowe.

Zdziwił się serdecznie.
— W Chicago też się nie pyta o konto. Co to du...pek? Wzięłam oddech. Rozbroił 

mnie.
— Dupek to określenie pejoratywne. Osobnik prymitywny. Pokręcił głową. Chyba nie 

zrozumiał.
— Okay. Nie rozmawiacie i macie problemy. Wszystko złe jest dlatego, że się nie 

mówi... wprost. W Polsce ludzie ze sobąnie rozmawiają. Oni... jak to będzie 
poprawnie... oni słuchają, ale nie słyszą!

Spojrzałam na niego z podziwem. Cholerny świat! Facet trafił w dziesiątkę. Nie 
jest wcale typem prymitywnym. Jest mieszaniną amerykańskiej bezpośredniości z 

umysłem analitycznym. Wyciąga wnioski.
— Może masz rację. Ale pamiętaj, z dziewczynami nie wolno tak postępować. Nigdy 

cię nie zaakceptują. Te... wartościowe.
— Spójrz na mnie — w jego głosie drgnęła nuta rozpaczy — czy ja mam w ogóle o 

czym mówić z dziewczyną? Przecież nie chodzę!
—Bo nie chcesz. Coś się w tobie zablokowało. Coś, co ma związek z domem lub 

zdarzeniem. Nie wiem, co to jest. Ale tu spróbują ci pomóc.
— Może. Zostaw mnie teraz samego.

Zezłościłam się. Zrobił jakiś taki wredny gest dłonią, jakby odpędzał 
uprzykrzonego komara.

56
— Musisz się dostosować. Ot, co. Nikogo nie interesuje, czy chcesz być sam, czy 

nie. Tu działa kolektywizm.
— Jak... komuna?

Roześmiałam się. Nas nie interesowała polityka.
— Tak. Jak komuna. Hipisowska.

— Muszę sprawdzić w Internecie — chciał skierować wózek w stronę domu, ale 
zastąpiłam mu drogę.

— Koleś, ożyj wreszcie! Tu nie ma ani komputera, ani faksu. Za gumę do żucia, 
colę płaci się w sklepie złotówkami, a nie kartą kredytową. Inny świat. 

Jeszcze...

background image

Zatrzymał się zmartwiony. Jego twarz blada, z wysuszoną skórą, trochę 
przypominała wyleniałego węża boa.

— Indeed... to straszne! Ja nie umiem żyć... w świecie... jak wy to nazywacie?
— W świecie, gdzie grzeje słońce, pada deszcz i ziemia pachnie maciejką?

Opuścił głowę. Jego ciemne włosy opadające na kark i czoło wyglądały 
niechlujnie. Jakby nie domyte.

— Yes. Tobie się dobrze... tego... mówi. Mnie się ciężko żyje. Wzruszyłam 
ramionami. Cieszyłam się, że udało mi się go przytrzymać przy fontannie.

— Kiedy ostatni raz się strzygłeś?
— Co? A, na wiosnę. Latem szybciej rosną...

— Byle tylko nie wypadły jesienią! — wymruczałam. — Od stresu, złych myśli i 
pogardy, którą masz dla ludzi z Pawilonu X.

W jego żółtym oku coś błysnęło. Czyżby nie był całkowicie wyprany z poczucia 
humoru?

—Nie mam nic przeciwko tutejszym ludziom. Tylko że oni mnie nie interesują. 
Understand? Ale Warszawa podobała mi się.

— Całe szczęście! Nie trzeba będzie jej burzyć! Roześmiał się na całe gardło. 
Chichotał, śmiesznie potrząsając

barkami.
— Jesteś w porządku. Ale teraz chcę, żeby Mateusz zrobił mi masaż nóg.

57
Dobra, dobra! — pomyślałam. — Masaż masażem, a mnie chodzi o dodatkowe 

informacje.
— Powiedz... po co ci goryl?

— Goryl? Nie rozumiem.
Wypuściłam powietrze z płuc. Trudno się z nim rozmawiało. Nie tylko z powodu 

okropnego akcentu. Także dlatego, że nie rozumiał znaczenia wielu słów.
— W Polsce tak się określa bodyguardów. Goryl to duża, przeważnie czarna małpa, 

żyjąca gdzieś w tropikalnych lasach deszczowych. Dokładnie wie Jacuś.
— Twój... chłopak?

— Mój brat. Ma dwanaście lat i wie wszystko o ginących gatunkach. Będzie 
oszalałym ekologiem, który nie pozwoli zabić karalucha ani mrówki.

Nie nadążał za tokiem moich słów. W jego oczach pojawiło się coś na kształt 
strachu.

— Idź sobie już. Za szybko... muszę myśleć. Rozumiałam. I byłam na siebie 
wściekła. Prędzej by się z nim

dogadała Fredka. Miała mniej więcej ten sam zasób słów.
— Dobra. Pójdę. Ale odpowiedz, po co ci ten go... znaczy Mateusz? Tutaj są 

dyplomowane pielęgniarki.
Zacisnął wargi.

— Moja matka. Ona się o mnie boi.
— Ale dlaczego?

Miał minę nieszczęśnika przywalonego pytaniami niczym drwal spiłowaną sosną.
— Za dużo... jesteś ciekawa. Dużo wiedzieć — niedobrze.

— I tak cię wypytają na terapii grupowej. Będziesz musiał odpowiedzieć. Taki 
regulamin. Inaczej — za bramę! Z wilczym biletem! No tak — dorzuciłam 

poniewczasie — ty i tak nie wiesz, co to wilczy bilet!
— On wielu rzeczy nie wie — rozległ się znajomy głos. Zesztywniałam niczym suchy 

patyk. — I proszę, nie wypytuj.
Goryl-Mateusz stał za krzakiem, żując jakieś zielone źdźbło.

58
Przyglądał mi się intensywnie. Zbyt intensywnie. W jego wzroku wyczuwałam całe 

morze, ba, oceany erotyzmu.
— Ale terapia... — upierałam się niczym zając w kapuście. Nie znałam dotąd 

takiego spojrzenia. Ono mówiło, że jestem
piękna, pożądana i jedyna! Żaden chłopak, z którym chodziłam, tak nie patrzył. 

Never.
— Wiktor nie będzie, przynajmniej na razie, uczestniczył w grupie. Ma 

indywidualne spotkania z doktorem.
— Nie, to nie — wzruszyłam ramionami, żałując w duchu, że nie założyłam stanika. 

Ale wszystkie, wyprane przez Lenorę, wisiały na sznurze w głębi ogrodu. Czułam 

background image

się, jakbym była naga.
Mateusz chyba zdawał sobie sprawę z moich uczuć. Jego pełne usta rozchyliły się 

w uśmiechu.
— Wyglądasz na spłoszoną. Dlaczego?

Ożeż ty, pomyślałam zła jak chrzan. Zamierzasz uprawiać grę, do której chyba nie 
dorosłam? Jeśli tak, to zobaczymy, kto tu górą!

— Jesteś subtelny jak szczotka druciana! Roześmiał się. Miał ładny, niski głos.
— Wiem także, że z kobietami nie da się żyć, a nie wolno do nich strzelać. Dalej 

twierdzę, że to błąd!
— Nie przejmuj się. Widać masz narzeczoną o temperamencie góry lodowej!

Ujął poręcz wózka, lekko go popychając. Musiałam ustąpić pola, by nie wpaść w 
rabatki.

— Nie mam narzeczonej. Ani żony. W moim fachu to tylko balast.
Kiwnęłam głową. Przynajmniej szczery facet. Nie zamierzałam się nim interesować. 

Ani wychodzić za niego za mąż.
Wiktor słuchał uważnie naszych przepychanek. Jego głowa, niczym głowa kibica 

meczu pingpongowego, odwracała się to na lewo, to znów na prawo. Uśmiechnęłam 
się, wypinając prowokacyjnie pierś rozmiarów średniej trójki.

— W twoim fachu najprzydatniejszy jest ingram z tłumikiem!
59

Albo browning dziewięć milimetrów. Ostatecznie MP 5 z holograficznym 
celownikiem!

Mówiąc to, odwróciłam się, zostawiając goryla z otwartą paszczą. Miał, czego 
chciał, idiota! Sądził, że mu się trafiła głupia gęś, zdatna tylko do tuczenia 

na stłuszczone wątroby!
Złość mną telepała jeszcze przez najbliższe pięć minut. Dłużej nie miałam czasu. 

Wstrząsnęło mną to, co niechcący zobaczyłam. Zawsze, do diabła, zobaczę coś, 
czego nie powinnam, jeśli mi życie miłe! Przed bramą najeżoną żelastwem i 

szyfrowymi zamkami hamował srebrzysty mercedes z czterema facetami w środku. 
Długo o czymś przekonywali dziennego portiera, wreszcie jeden z nich sięgnął do 

portfela. Zobaczyłam w jego palcach gruby zwitek banknotów, które tak jakoś 
boczkiem trafiły do kieszeni strażnika. Skinął głową. Mercedes wycofał się i 

mrucząc silnikiem odjechał w siną dal. Dosłownie, bo cień padający z drzew, 
okalających szosę, miał kolor szarego granatu.

O, skubany! Wziął łapówkę! Za co? Już chciałam biec, by powiedzieć, co myślę o 
przekupstwie, ale zastanowiłam się, na szczęście. I co mi z tego, że obsobaczę 

dziada? Wyprze się wszystkiego. Pójdzie w zaparte jak amen w pacierzu.
— Nad czym się tak zastanawiasz, Ewo?

Spojrzałam w bok, czując się jak osobnik przyłapany na gorącym uczynku. A to 
przecież nie ja schowałam forsę do kieszeni. Nasza Basia Kochana rozświetlała 

uśmiechem ponury park.
— Prawdę mówiąc, myślę, że pobyt tutaj dał mi więcej stresu niż porwanie przez 

terrorystów.
Pokazała ząbki drobne jak u myszki.

— Przesadzasz! Profesor chce z tobą porozmawiać.
— Powinien zrozumieć, biedak, że dzisiejsza młodzież nawet nie wie, że się 

urodziła.
Uśmiech zniknął z jej ładnej twarzy. Miała bardzo niebieskie oczy. I dołki w 

policzkach. Powinna raczej działać w reklamie. Na przykład polecając mydełko Fa.
— Nie ułatwiasz nam zadania.

60
— Ale i nie utrudniam. Może nadajemy na innej fali?

Błękit tęczówek przypominał góry lodowe. Widać uderzyłam celnie.
— Idź do profesora, czeka.

Odwróciłam się na pięcie. Czułam żal do siebie. I do całego zakichanego świata. 
W gabinecie Knura otwarte okno wpuszczało ukośne promienie słońca. Sam szef 

Pawilonu X miał usta zamulone czekoladkami.
— Uąć i oeka — wymamrotał.

— To znaczy: usiądź i poczekaj. Tak?
Łaskawie skinął głową. Wolałabym, żeby się nie ruszał. Wtedy mniej śmierdziało. 

Dłonią wskazał mi pudełko. Pokręciłam przecząco głową. Nalegał.

background image

— Weź, dobre. Potrząsnęłam włosami.
— Te batony wyglądają, jakby były porośnięte futrem. Wybuchnął śmiechem, 

wypluwając resztkę nadzienia do chusteczki.
— Uwielbiam przejrzałe banany i stare czekoladki.

— Śmierdzące mięso także? Otarł usta.
— Nie jadam niczego z uszami.

— Nawet barszczu?
Miał dość. Odsunął pudełko i przyjrzał mi się uważnie spod przymrużonych powiek.

— Zawsze jesteś taka dowcipna? Skinęłam głową.
— To oznaka inteligencji.

— Więc porozmawiajmy jak dwoje inteligentnych ludzi. Co cię niepokoi?
Zdziwiłam się.

— Mnie?
— Nie udawaj. Jestem cholernie dobrym obserwatorem. Za to mi, między innymi, 

płacą. Odpowiesz sama, czy mam z ciebie wy-
61

ciągać słowo po słowie. Uprzedzam, że dysponuję nieograniczonym czasem.
Zamrugałam powiekami. Diabeł, zaskoczył mnie. Spędzenie tu paru godzin wcale mi 

się nie uśmiechało. Wolałam wdychać zapach jaśminu.
— Coś się tu dzieje.

Twarz Knura była kamienną maską. Nawet powieka mu nie drgnęła.
— Tak? — spytał uprzejmie.

Nie miałam wyjścia. Opowiedziałam możliwie zwięźle o nocnych wizytach, śladach 
na murze i odcisku nieznanej Wielkiej Stopy.

Słuchał uważnie, ani razu nie przerywając. Kiedy skończyłam, zapadła długa 
cisza.

— Sądzi pan, że to wszystko wymyśliłam? Bo jestem szurnięta. Tak jak tego ptaka 
z żółtym dziobem?

— A wymyśliłaś go?
— Nie.

— Wierzę w to, co opowiedziałaś. Ale parę mitów muszę sprostować. Pawilon X nie 
był nigdy miejscem, w którym urzędowałyby jakieś służby specjalne.

— Jest pan tego pewien, doktorze? A zasuwy, zamknięte pomieszczenia, do których 
nikomu nie wolno wchodzić?

— Sam kazałem je założyć. W tym budynku przed dwunastoma laty mieściło się 
laboratorium. Fakt, dość tajne. Przeprowadzano tu doświadczenia na zwierzętach. 

Szczegółów nie podam, bo są zbyt drastyczne. Chodzi o pewien lek.
— Dla ludzi?

Profesor Kurzyna przyjrzał się własnym dłoniom o krótko obciętych paznokciach. 
Były to mocne, budzące zaufanie dłonie dobrego chirurga.

— Tak. Ale takich doświadczeń nie robi się oficjalnie wśród państw określających 
się jako humanitarne.

— A nieoficjalnie?
62

■— Żądasz ode mnie zbyt wiele. Ale zgoda. Wiem, że takie badania prowadzą 
Rosjanie. Także Amerykanie. Wyścig z czasem, taka jest prawda.

— Dlaczego oddali ten pawilon? Doktor uśmiechnął się szeroko.
— Cóż, po zmianie ustroju w Polsce nie można już było utajnić wszystkiego. Wiele 

spraw wyszło na jaw. Zaniechano tych badań.
— I pan przejął Pawilon X?

— Można to tak określić. Choć to nie ja, tylko Fundacja jest właścicielką 
budynków i terenu. Podziemia kazałem zamknąć. Ale pewna aparatura mi się 

przydaje. Jasne?
— Jasne. Prawie. Skąd więc zainteresowanie tym budynkiem faceta, który przełazi 

przez mur? I srebrnego mercedesa?
— Nie wiem, czy należy łączyć obie sprawy. Sam się martwię. Możliwa jest jeszcze 

inna teoria... — zamilkł.
— Chodzi o... Wiktora? Jego goryla... znaczy bodyguarda? Dlaczego, u Boga Ojca, 

tak pilnuje tego nieszczęśnika?
Doktor przyglądał mi się z uporem.

— Sprytna jesteś. Powinnaś w przyszłości zostać prywatnym detektywem. Nie wiem, 

background image

czy w Polsce tacy istnieją.
— Już mi to mówiono. W tym porwanym samolocie. Zaczął coś pisać w grubym 

notesie.
— Często wspominasz ten... przypadek?

— Coraz mniej. Nie budzę się już z krzykiem w nocy.
— To dobrze. A co z teatrem?

Nie spodziewałam się, że do tego wróci. Czemu tak się upiera przy szalonym 
projekcie przerobienia nas na gwiazdy sceny?

— Nie mam pomysłu.
— A ja mam.

Znów mnie zaskoczył. Wyglądałam jak jeden wielki znak zapytania.
— Tak?

Poruszył się i zaśmierdział. Wstrzymałam oddech.
— Co myślisz o Fauście?

63
Otworzyłam usta. Długo nie mogłam wypowiedzieć słowa. Faust? Kto to taki, na 

Boga? Zaraz, zaraz, coś mi świta...
— Chodzi o tego dziadygę, który zapisał duszę diabłu? Uśmiechnął się.

— Tak. Ten, jak mówisz, stary dziadyga nazywał się Faust. Zakochał się w młodej 
i pięknej Małgorzacie i postanowił odkryć eliksir młodości. W to wszystko 

wplątał się Mefisto...
— Diabeł.

— Właśnie.
— Czytałam kawałek „Mistrza i Małgorzaty" tego... Rosjanina.

— Bułhakowa. Podobny wątek, choć w podtekstach chodziło o co innego. Ale też 
występują ciekawe postaci: kot Behemot, stary Woland, diabeł nad diabły...

— Aż się roi od dziwów. Ale... kto niby miałby zostać mistrzem, czyli Faustem?
— Nie wiem. Pomyśl. Musisz dopisać inne postaci. Aktualne. Spojrzałam na 

profesora w szczerym zachwycie. Był super! To,
że śmierdział, przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie.

— Dlaczego ja?
Pochylił się nad szerokim biurkiem. Jego oczy świdrowały mi czaszkę. Czułam, jak 

wprawia mnie w hipnotyczny stan.
— Bo jesteś dobra i możesz pomóc innym.

— Dobra w sensie: złote serduszko?
Ryknął śmiechem, aż zatrzęsło się krzesło, na którym siedział.

— Nie, na Boga! Jesteś dobra w tym, co robisz. Nikt inny nie potrafi napisać 
scenariusza, wyreżyserować go i obsadzić role aktorami z naszego pawilonu.

— Michał mógłby zagrać na fagocie?
— Naturalnie. Wtedy nie będzie mu potrzebna kula z ciasta. Chciałbym, żeby z 

tego wyszedł. Mała rzecz, a okropnie kłopotliwa. Rozumiesz?
Tak. Rozumiałam. To miał być spektakl wyzwalający dusze i ciała. Każdy z 

tutejszych pensjonariuszy mógłby publicznie, ukryty za słowami tekstu, wyrazić 
swoje cierpienia. I pokazać doktorowi,

64
terapeutom, gdzie są źródła tych cierpień. Gdzie jądro strachu, który nie 

pozwala im żyć w normalnym, czyli dość okrutnym społeczeństwie.
— Dobrze. Wymyślę coś. Ale ludzi dobiorę sama. I Wiktora też. Potrząsnął głową. 

Jego rzadkie, siwiejące, na pewno zbyt długie
włosy opadły kosmykami na uszy. Gdyby mu przyprawić dwa czarne rogi, byłby 

wspaniałym tym, no... Mefistofelesem.
— Co pomyślałaś? — spytał szybko.

Teraz ja ryknęłam śmiechem, aż mi łzy spłynęły po policzkach.
— Wyo... wyobraziłam sobie pana z... rogami! Wstał zza biurka.

— Nie takie to odległe, jak myślisz — powiedział ponuro. — Każdy psychiatra ma w 
sobie coś z szatana. I anioła. Możesz iść. Do pomocy zaprzęgnij Blankę.

— I Naszą Basię Kochaną? Przez jego czoło przebiegł cień.
— Nie. Tylko Blankę.

Opuszczałam gabinet nieco podniesiona na duchu. Dobrze, że wyjaśniła się sprawa 
podziemia i potężnych zasuw. Odpadła teoria o jakichś pogrobowcach Hitlera i 

Stalina. Zbyt wiele czytałam ostatnio książek sensacyjnych, gdzie angielscy 

background image

szpiedzy wykrywali niemieckich. I odwrotnie. Ale jednak tajne laboratorium. Mój 
Boże! Mama miała rację, nie pozwalając Jacusiowi oglądać telewizyjnych programów 

„Z archiwum X". Tylko po co jakiś facet, tajemnicza Wielka Stopa, przełaził 
przez mur? Czy dostał się do pawilonu? Te spodnie z butami, które widziałam? No, 

nie. Adidasy miały mniejszy rozmiar. I nie zostawiają takich śladów. Ludzie, 
czyja kiedyś zacznę żyć normalnie? Jak każda dziewiętnastolatka z hakiem? Fanka 

rockowych zespołów i disco polo? Nigdy! Disco polo jest moim śmiertelnym 
wrogiem. Boja, aż wstyd przyznać, kocham jazz. Ten stary, dobry, nowoorleański, 

murzyński jazz. Weszłam do holu zamyślona i trochę rozkojarzona. Tuż obok drzwi 
do pokoju Naszej Basi Kochanej gwałtownie zahamowałam. Dobiegł mnie znajomy 

głos:
5 — Lot nad

65

— Dlaczego pani chce, żebym to zrobił?
Przygryzłam usta. Wiedziałam, że podsłuchiwanie to jedna z najokropniejszych 

przywar ludzkości. Ale ciekawość zwyciężyła. Wtulona w załom muru przywarowałam, 
starając się głośno

nie oddychać.
__Nie musisz. Do niczego cię nie zmuszam. Chcę tylko, żebyś

się wyzwolił od głosów.
Byłam w domu! Albert! U Naszej Basi Kochanej siedziała ofiara bimbru i Bośni. 

Ładny chłopak o miodowych włosach, któremu nocą rozkazywały tajemnicze głosy.
__Przedtem pani mówiła, że tak naprawdę to niczego nie słyszę. Że to tylko 

działa moja... ta...
— Podświadomość. Z tego też trzeba się wyzwolić.

— I dlatego mam zejść w ciemności?
__Powtarzam Albercie. Nie musisz. Ale możesz. Zrób to, co ci

Usłyszałam szurnięcie krzesła. Zdążyłam zrobić pięć kroków, kiedy z pokoju 
wyłoniła się nieszczęsna ofiara bałkańskich wojen

domowych.
__Cześć!__uśmiech prawie rozdzierał mi usta. Musiał wyglądać potwornie 

sztucznie, ale Albert tego nie dostrzegł. Na szczęście. 
.               .

__Cześć__wymruczał, palcami przeczesując rozburzoną czuprynę. — Mam ich dość!
__Kogo? — udałam, że nie wiem, o co mu chodzi.

— Tych wszystkich tutejszych terapeutów. Mająbzika gorszego
niż my.

W duchu zupełnie się z nim zgadzałam.
— Masz rację. Właśnie wracam od Knura.

Uśmiechnął się. Jego blada twarz pojaśniała. Albert nie należał do ponuraków. W 
realnym świecie, poza tymi murami, byłby zapewne fanem Stevie Wondera. I 

szalałby na koncercie Michaela
Jacksona.

— Przepiłował ci duszę?
66

— Próbował. Ale się nie dałam. Słuchaj... chciałbyś zagrać rolę brata 
Małgorzaty? Tej od Fausta i diabła?

Albert zamrugał rzęsami.
— Brata? Stara, ja nie wiem, o czym ty mówisz. Nie czytałem tej lektury. W ogóle 

nie lubię czytać.
Zafrasowałam się serdecznie. Nikt z nas nie przepadał za lekturami. Klasyki nie 

znosiliśmy. Nic nie wiemy o Tołstoju i Rosjanach w ogóle. Coś nam się śni, kiedy 
mówią o „Lalce" Prusa lub Sienkiewiczu. Ale to raczej wynik oglądania seriali 

telewizyjnych. Jak w tej sytuacji zrobić prawdziwy teatr?
— No... musisz kimś być w sztuce, którą Knur każe nam wystawić. Ja też nie wiem, 

czy Małgorzata miała rodzeństwo. Ale nie o to chodzi. Potrzebny mi brat.
— Po co?

Nie mogłam powiedzieć prawdy. Mógłby się wycofać albo, co gorsza, w ogóle się 
nie zgodzić. Boja myślałam o Fredce. I jej życiowej tragedii. Z Fredką był ten 

problem, że za chińskiego boga nie chciała się otworzyć. Podczas grupowej 

background image

terapii milczała nie wyłażąc, jak żółw, ze swojej skorupy. Brat Igor, seks i 
kazirodztwo były pojęciami omijanymi niczym padlina. Śmierdząca. Pomysł, by do 

sztuki o starym Fauście wsadzić brata, nie był tak całkiem nowy. W literaturze 
kręci się pełno sióstr i braci w przeróżnych konfiguracjach. Jak przez mgłę 

majaczyła jedna z greckich tragedii. Boże, dlaczego wyrosłam na nieuka? I czyja 
w tym wina? Szkoły, że nie egzekwowała od nas przerobienia materiału, samych 

nauczycieli? Ich lenistwa? Naszego? Diabeł wie!
— To co z tym bratem? Zagrasz? — przyglądałam mu się ohydnie przymilnie.

— Nie wiem... a dużo tego?
— Nie! Skądże! To fajnie, cześć! — O, gdybyś wiedział, że nie mam najmniejszego 

pojęcia, czy rola będzie duża w sensie ilości słów do wyuczenia. W tej chwili 
nie znałam nawet jednego. — Blanka musi pomóc! —wyszeptałam mijając drzwi. Nawet 

nie spostrzegłam, że pada. Nie wiedzieć kiedy nadleciał wiatr, zakręcił konarami 
drzew

67
i posypał deszczem. Już się chciałam cofnąć do suchego wnętrza, gdy nagle 

dostrzegłam Mateusza. No, goryla. Szedł w stronę domku ogrodnika, gdzie 
mieszkał. Miał specyficzny chód, podobny dużym kotom. Widziałam kiedyś film 

przyrodniczy. Tak kroczą łapa za łapą, tygrysy. Lekko kołysząc się w biodrach. 
Miał na sobie zielone płócienne spodnie z zabawnymi kieszeniami w okolicy kolan 

i bawełnianą koszulkę opinającąmuskularnąpierś. Żadnej broni pod pachą. Nic z 
tych rzeczy. Odprowadziłam go wzrokiem. Może zbyt długo.

— Przyglądasz się Mateuszowi? — głos z chicagowskim akcentem zaskoczył mnie. 
Wiktor podjechał swym elektrycznym wózkiem bezszmerowo.

Odwróciłam się, nie kryjąc irytacji.
— Podglądasz?

— No. Tylko pytam. On się... tego... podoba kobietom, co?
— Nie wiem. Wolę facetów mniej „napakowanych"... Podniósł na mnie 

zdezorientowany wzrok.
—Napa... co? Wolę rozmawiać z Fredką. Nie używa takich słów. Bo ich też nie 

rozumie — pomyślałam. Nie chciało mi się tłumaczyć Amerykaninowi niuansów 
polszczyzny.

— To znaczy... kulturysta. — Dalej niczego nie rozumiał, ale nagle wpadło mi do 
głowy coś, co spowodowało, że zmieniłam zdanie. — Ma szerokie bary i dużo 

mięśni, rozumiesz?
Kiwnął głową. Sam był rachitycznym kurczęciem.

— To źle?
— Kobiety są nieobliczalne — wyszeptałam —jednym się to podoba, innym nie. Ja 

preferuję mózgowców. Tych, którzy mają coś pomiędzy uszami...
Znów się spłoszył. Marszczył brwi i mrugał rzęsami jak dziewczyna. Dopiero teraz 

spostrzegłam, że ma gęste i długie rzęsy. Jasne i delikatne.
— Co mają do tego uszy?

Wydmuchałam powietrze z płuc. Ale musiałam działać szybko.
— Człowiek między uszami ma czaszkę. A w niej? — zawiesiłam głos.

68
— Mózg! — rozpromienił się. — O mnie mówią że jestem mózgiem bez ciała. Mam 

pamięć komputerową. Zapamiętam każdy szyfr i kod nawet na trzydzieści tych, no, 
cyfr! Każdy numer bankowego konta... — urwał spłoszony. Chyba powiedział więcej, 

niż chciał.
— Skoro masz takądobrąpamięć, to odegrasz rolę Mefistofelesa.

— Tego... diabła? Zaskoczył mnie. Wiedział!
— Tak. Wystawimy sztukę o Fauście, który...

— Wiem. Jest w Internecie. Napisał jąGoethe. Niemiecki autor. Pamiętam.
Odetchnęłam. Jego komputerowa pamięć na pewno się przyda. Nam wszystkim.

— Doskonale. Zgadzasz się być diabłem?
— Na wózku?

Wzruszyłam ramionami. Mnie to w niczym nie przeszkadzało.
— A co tu ma do rzeczy wózek? Diabeł może siedzieć na wierzbie, w mercedesie i w 

karafce od wina.
— W butelce siedział dżin. Nie diabeł! Jest w Internecie. To arabski duch.

A chałę! Facet znał bajki arabskie, a nie znał polskich. Bo ich nie ma w 

background image

Internecie.
— Jest taka opowiastka o panu Twardowskim...  N

— Nie ma w Internecie! — przerwał mi ostro.     *
— Ale jest w polskiej literaturze! I przestań z tym komputerem. Ciebie też nie 

ma w Internecie! I co?
Zbaraniał. Kompletnie stracił nieznośną pewność siebie.

— Okay. Zaraz po powrocie do domu wstawię stronę o sobie!
— Szczęśliwego Nowego Roku! A tymczasem będziesz diabłem!

Nie protestował. Może był w głębi ducha zadowolony ze szczęścia, które go 
spotkało. Gdzież jest teatr, który mu ofiaruje taką rolę? W Internecie? 

Zerknęłam w stronę domku ogrodnika. Po Mateuszu nie było nawet śladu.
Wieczorem, w sypialni, molestowałam intelektualnie Fredzie.

— Chcesz grać rolę Małgorzaty?
69

Spojrzała zbaraniałym wzrokiem. Jej wspaniałe czarne włosy schły w strumieniu 
elektrycznej suszarki. Wyłączyła przyrząd.

— A kto to był?
Zaczęłam myśleć. Nie znałam dokładnie treści „Fausta". Zresztą, nie o to 

chodziło. W walce dobra ze złem powinno wygrać dobro. Choć nie zawsze się to w 
życiu potwierdza.

— Piękna dziewczyna o czarnych włosach. Kocha się w niej
starzec...

— Nie chcę! Są okropni! Wujek mojej koleżanki lepił się do mnie, a miał siwą 
brodę!

Nie chciałam ciągnąć tematu wujka.
— Ale on się stanie, przy pomocy diabła, pięknym młodzieńcem!

— Kiedy? — Fredka czasami była dociekliwa.
— Jak wypije miksturę...

— Co? — W oczach dziewczyny błyskały iskry złości. Cholera z tym wszystkim! 
Ludzie nie znająnajprostszych słów!

Jeszcze dwa, trzy pokolenia i z polszczyzny zostanie tylko to, co w Internecie. 
I sto wyrazów niecenzuralnych.

— Słuchaj, nie powinnaś się wściekać, że czegoś nie rozumiesz. Musisz pytać. 
Ostatecznie są w bibliotece słowniki. Mikstura to... taka mieszanka dziwnych 

płynów. Coś jak kompot z czereśni zmieszany z coca-colą i jadem jaszczurki.
Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć.

— I co, jak wypije?
— Zmieni się w królewicza z bajki. Ale wcześniej jeszcze podpisze cyrograf... 

taki papier pożółkły, na którym diabeł Mefisto spisał umowę o duszę.
— Aha. Dusza za młodość i urodę. To wiem. Trzeba podpisać własną krwią.

Skinęłam głową zadowolona.
— To co, będziesz piękną Małgorzatą? To główna rola. Fredka włączyła suszarkę. 

Śpiąca Lenora zabulgotała w poduszkę. Zgasiłam lampkę. Za oknem stała czarna 
noc. Nawet nie widać

70
było targanej wiatrem korony kasztanowca. Nie wiem, kiedy Fredka wyłączyła 

aparat. Ale tuż przed zaśnięciem usłyszałam szczekanie psa i odgłos pracującego 
silnika. Nic mnie to nie obchodziło. Znów nadleciał mój ptak z żółtym dziobem. 

Usiadł obok łóżka i przyglądał mi się lewym okiem. Miał zrośnięte brwi. Jak 
Mateusz.

W niedzielę pogoda się ustaliła. Wiatr ucichł, siąpił rzęsisty deszcz i nikt nie 
przyjechał na spotkanie. Jedni po drugich odwoływali wizyty telefonicznie, 

bredząc o trudnościach, korkach na mokrych szosach, bólach reumatycznych, które 
zatrzymały ich w domowych pieleszach. Zupełnie, jakby ten daleki, obcy nam świat 

nagle przestał istnieć. Martwili się tylko najmłodsi. Zabrakło forsy na gumę do 
żucia, klocki Lego albo komiksy. Dlatego Nasza Basia Kochana zagnała całą tę 

czeredę do sali gimnastycznej, gdzie rozgrywali pingpongowy mecz stulecia. 
Starzy, często zwani „weteranami", snuli się po kątach niczym widma. 

Zdecydowanie brakowało telewizora. Ale Fundacja stawiała twardy warunek: żadnych 
mediów! Poza wieżą sączącą muzykę poważną, czasem dobry jazz lub pieśni z 

repertuaru Elli Fitzgerald czy starego Satchmo — nic! Żadnych relacji z Sejmu 

background image

czy Senatu, Maastricht czy Unii Europejskiej. Żadnej polityki, sporów o mur 
graniczny, straszydeł o inwazji jaszczurów, ludzi-nietoperzy i reklam z pralni. 

Lenora cierpiała najbardziej. Toteż każdy czuł się w obowiązku wystąpić z 
tekstem własnej reklamy. Wszystkich przebił Michał, proponując hasło dnia: „Nie 

umiesz znaleźć kluczy bez wykrywacza metali? Kup łopatę ze spółdzielni 
«Grabarz»!" Dostał za to dodatkowy deser i medal z kapsla po piwie.

Całe przedpołudnie szlifowałam scenariusz sztuki pod tytułem „Co by było gdyby" 
według Szekspira, Goethego, Bułhakowa i podręcznika do pisania podań. Wyglądał 

coraz lepiej. Tylko bohaterowie mnożyli mi się niczym króliki. Ale nie przyjęłam 
propozycji współpracy. Nawet od Rafała. Sztuka może mieć tylko jednego au-

71
torą. Jak sukces gospodarczy. I on zbiera oklaski. Albo zostaje wygwizdany. 

Trudno. Jak mawiają Chińczycy: „Całe zło pochodzi ze zbędnego otwierania ust". 
Wiem, bo od Karola dostałam kiedyś tomik. Karol znikł tak samo jak jego paru 

poprzedników. Chciał koniecznie „dowodu miłości" z mojej strony. O swojej nic 
nie mówił. A chała! Nie jestem idiotką. Chociaż... może? Mam dziewiętnaście lat 

i sześć miesięcy i jestem... dziewicą! Czy to nie kretynizm w końcu dwudziestego 
wieku? To prawda, że dobierało się do mnie paru kandydatów. Ale wszyscy mieli 

tyle lat co ja, szalały im hormony, a każdy miał na dodatek po sto rąk do 
obłapywania. Jak hinduski bóg Siwa, do którego wznosi modły nasz Tomek. Owszem, 

pozwalałam im pomacać to i owo. Ale na tym koniec. Całowałam się na obozach, w 
górskich szałasach i w namiotach Orłowa, Chałup i Krynicy Górskiej. Nawet to 

lubiłam, choć niektórzy zbyt się zapatrzyli w młodzież z Beverly Hills. Ale na 
prawdziwy seks jeszcze nikt mnie nie namówił. Choć jeden idiota nawet próbował 

gwałtu. Podniosłam taki wrzask, że zleciała się cała plaża. A tego bęcwała 
wyprowadzono przy użyciu sieci rybackiej, z której wyplątał się dopiero na 

policji. Zmył się dzień później i nigdy go więcej nie widziałam. To było dwa 
lata temu. Całe wieki!

W pisaniu sceny pomiędzy starym jeszcze Faustem a młodziutką Małgorzatą cudnej 
urody przeszkodziła mi Lenora.

— Nowy Orion Błękitna Siła upora się z każdą plamą! — wrzasnęła, waląc się na 
tapczan. Nie wiem, dlaczego wyglądała jak skrzyżowanie Wenus z kałamarnicą.

— Co się stało? Dlaczego masz bluzkę w czarne placki? Uśmiechnęła się niczym 
palacz skonany, ale szczęśliwy, że w piecu znów huczy ogień.

— Pomagałam temu Amerykaninowi malować plakat. Zamrugałam rzęsami.
— Plakat? Do czego?

— Nie tyle plakat, co... no... transparent.
Zdziwienie moje sięgnęło zenitu. Transparent? Po kiego grzyba komu transparent? 

Nie robimy przecież wyborów Miss Pawilonu X!
72

Ani agitacji, by kuchnia przestała podawać na deser kisiel truskawkowy, którego 
szczerze nie znosiłam. Co zatem wymyślił Wiktor?

.— Co tam było napisane? — Lenora już otwierała usta, kiedy się zreflektowałam. 
— Wiem, wiem, nic nie mów; „Dzięki super-błyszczącej szmince on odnajdzie cię 

nawet w ciemnościach!"
Lenora oszalała ze szczęścia.

— Nie, ale to piękna reklama! Nie widziałam jej w telewizji.
— Bo nie mamy telewizora.

Przestałam pracować nad sceną z mistrzem i Małgośką. Natchnienie mi uciekło. 
Postanowiłam sprawdzić, czego naprawdę domagał się Wiktor. Zeszłam na parter. 

Już na ostatnim stopniu zamarłam z wrażenia. Tuż nad drzwiami gabinetu profesora 
Kurzyny czernił się na różowym prześcieradle potężny okrzyk rozpaczy: „Bez 

Internetu nie ma life! Albo komputer — albo rzycie!"
Rozbawiło mnie to życie przez „rz". Tuż pod hasłem siedział Wiktor dziwnie 

skurczony. Przy bliższym rozpoznaniu wzrokowym dostrzegłam błyszczącą parę 
kajdanków i rurę od centralnego ogrzewania, do której był przykuty.

— Fajnie! — uśmiechnęłam się od ucha do ucha. — U was w Chicago też się 
przykuwają?—Nie raczył się odezwać. Ani podnieść głowy. Cierpiał w milczeniu. 

Postanowiłam uratować zbuntowaną jednostkę ludzką. Zapukałam desperacko do drzwi 
gabinetu. Cisza. Poruszyłam klamką, ale nie dało to żadnego rezultatu. 

Próbowałam dostać się do Naszej Basi Kochanej, do Blanki, Tomka. Nigdzie nikogo. 

background image

Widać nastąpił wybuch nuklearny i wszyscy wyparowali. — Może choć powiesz, skąd 
wziąłeś kajdanki?

Zaraz, zaraz, myśli galopowały z szybkością ponaddźwiękową. Tylko goryl! 
Mateusz! Bo któż by inny! Ale po co fizykowi kwantowemu kajdanki? Do diabła, 

ciągle jeszcze nie wiem dokładnie, co to takiego te kwanty! Postanowiłam wyrwać 
Mateusza z błogiego nieróbstwa. Miał się opiekować Wiktorem!

Zapomniałam o deszczu. Nie miałam czasu, by wrócić po płaszcz. Galopowałam w 
strugach wody rozbryzgującej sicjpod stopami obutymi jedynie w płócienne klapki. 

Z włosami w strąkach i w koszul-
73

се przemoczonej do nitki zabębniłam w drzwi domku ogrodnika. Długo trwało, zanim 
otworzył. Stanął w progu, z gołym torsem, jedynie w slipach, cały spocony. Kątem 

oka dojrzałam jakieś hantle czy inne przyrządy do poprawy kondycji fizycznej.
— Ty tu sobie ćwiczysz, a Wiktor...

Chwycił mnie silnie za ramię. W jego oczach pojawiło się przerażenie.
— Co z Wiktorem? Ranny?

Pomasowałam ramię. Na pewno będzie wielki, fioletowy siniak.
— Nie. Ale przykuł się do kaloryfera. Mateusz parsknął śmiechem.

Stałam na progu, w strugach deszczu. Nie wiem, kiedy wciągnął mnie do środka. 
Odsunął dłonią mokrą grzywkę i mocno pocałował mnie w usta. Na moment straciłam 

władzę w nogach, ale odzyskałam ją wraz z narastającą furią. Chciałam się 
odsunąć, gdy poczułam jego dłoń na piersi. Cholera, znów zapomniałam stanika!

— Działasz na mnie jak narkotyk — wymruczał. Ale odsunął się na bezpieczną 
odległość. — Żadnej to się dotąd nie zdarzyło!

— Jesteś zboczeńcem! — wysyczałam z żalem. I dopiero teraz zdałam sobie sprawę, 
że najchętniej utonęłabym nie tyle w deszczu, ile w jego ramionach. Niestety, 

Mateusz nie zwracał na mnie uwagi. Wciągał dres. Rzucił mi ręcznik.
— Wytrzyj się. Możesz się przeziębić. — Jego spojrzenie przy-kleiło się do moich 

piersi Miss Mokrego Podkoszulka.
Odrzuciłam ręcznik z wizerunkiem tygrysiej paszczy.

— Po co się wycierać, skoro muszę wrócić, a deszcz leje? Wypchnął mnie jedną 
ręką drugą starannie manipulując w zamku. Czyżby wewnątrz były skarby, które 

chronił?
— Masz kluczyk do kajdanków?

Nie odpowiedział. Sadził wielkimi susami, przeskakując rabatki żółtych 
nagietków. Nie miałam szans. Nigdy nie ćwiczyłam biegów na setkę. Zwolniłam 

sapiąc jak miech kowalski. Ależ miał facet kondycję! Kiedy wpadłam do holu, 
Mateusz odczepiał Wiktora od rury centralnego ogrzewania. Chłopak nie 

protestował. Transparent
74

i tak spowodował nadzwyczajne zebranie personelu. Blanka obnosiła nadętą minę, 
nie odzywając się do grupki zebranych pensjonariuszy. Uznała protest za 

niezgodny z regulaminem, niestosowny i co najmniej nie na miejscu. Tomek, dziś w 
pomarańczowej buddyjskiej szacie, składał dłonie, unosząc wzrok w nieboskłon, 

jakby stamtąd oczekiwał nadprzyrodzonej pomocy.
— I co? Będziecie tu staććć do końca świata? — Greta V2 od razu zabrała się do 

porządków. Jej bawarska natura nie pozwalała spokojnie przyglądać się 
bałaganowi. O tej porze każdy powinien mieć swoje zajęcia.

— Jak mawiają Chińczycy, mgły nie można rozpędzić wachlarzem! — zacytowałam 
jedną ze słynnych sentencji.

Mateusz parsknął śmiechem.
— To było nierozsądne, Wiktor. Musimy chyba poważnie porozmawiać. Dostałem 

wiadomość, że dziś przyjeżdża twój wuj.
Chłopiec zatrzymał wózek. W jego wzroku błysnął strach.

— Ja... nie mam wujka!
Mateusz schował kajdanki do kieszeni. Jego dłoń na chwilę zamarła.

— Co mówisz?
— Słyszałeś. Że nie ma wujka. — Rafał ssał palec. Mateusz opanował zdziwienie. 

Obserwowałam jego twarz. Była
spięta. Na czole pojawiła się pionowa zmarszczka. Chwycił oparcie wózka i 

pożeglował z nim długim korytarzem.

background image

Nie miałam nic do roboty, więc poczłapałam za nimi. Ale tak, by nie rzucać się w 
oczy. Pokój Wiktora z konieczności był na parterze. Co go w szczególny sposób 

wyróżniało od innych chłopaków skoszarowanych na pierwszym piętrze. Żeby 
przysposobić jeden z gabinetów na sypialnię, przesunięto nawet drzwi. Wiktor, a 

raczej jego matka-milionerka okazała się głównym sponsorem Fundacji i Knur 
zrobiłby wszystko, by przychylić chłopcu nieba. Płynący z Chicago potok dolarów 

nie miał prawa wyschnąć. Toteż, ku zdziwieniu wszystkich, protest został 
rozpatrzony pozytywnie. Ale zanim się o tym dowiedzieliśmy, ja, bo taką już mam 

naturę, podsłucha-
75

łam część rozmowy nie przeznaczonej postronnym uszom. No, chyba że byłby to 
Mateusz. Przyklejona do szpary w drzwiach, wytężałam słuch, by strzępy rozmowy 

skleić w sensowną całość. Głównie słyszałam Wiktora, bo wytrącony z równowagi 
wrzeszczał. Pytania Mateusza były ciche, lecz wyjątkowo celne.

—Moja matka nie ma żadnego brata! Nigdy nie miała! Nie wiem, kto może się 
przyznać do pokrewieństwa... — Mateusz o czymś go przekonywał. — Jest cholernie 

bogata! Każdy się chce dorwać do jej pieniędzy! Smolarków w Chicago na kopy! Co? 
W Polsce też? Widzisz, sam sobie odpowiedziałeś... nie mam ochoty, Mateusz! Nie 

będę udawał... Sorry.
Odlepiam spocone i czerwone ucho od framugi. Wiedziałam dość, by chcieć to 

dokładnie przeanalizować. Z rozmowy jasno wynikało, że Mateusz namawia swojego 
podopiecznego, by przyjął jednak rzekomego wujka. Coś z tego powinno wyniknąć. 

Sama byłam ciekawa, co będzie dalej.
Dalej był obiad. Gulasz z ogórkiem i ciasto z truskawkami. Zjadłam wszystko ku 

ogromnemu żalowi Fredki. Przy stole tematem numer jeden był transparent z 
żądaniem dostępu do Internetu.

— Jak go uwzględnią, to wystąpię z podobnym — odgrażał się Rafał. — Chcę mieć 
telewizor.

— Po co? — zdziwiłam się niepomiernie. Nigdy nie mogłam zrozumieć ludzkiego 
przywiązania do tego mebla.

— Jak to po co? Żeby móc obejrzeć „Rambo"! Wzruszyłam ramionami. Tych panów 
objuczonych żelastwem

wyjątkowo nie znosiłam. Miałam wszak swoje powody. Dwóch z nich o mało nie 
pozbawiło mnie życia. W tym cholernym samolocie.

— Lenora też cierpi, bo nie może oglądać reklam podpasek ze skrzydełkami! — 
warknęła Fredka, patrząc z zimną nienawiścią, jak ciasto znika z mojego 

spodeczka. — Jeśli o mnie chodzi, lubiłam tego pana od sosów Knorra. Jezu, jeśli 
czegoś natychmiast nie zjem — skonam!

— A potem będziesz rzygać w łazience! — skwitowałam nie-
76

zbyt elegancko. — Fredziu, już czas opanować łakomstwo. Należy do grzechów 
śmiertelnych.

Po obiedzie niektórzy mieli zajęcia terapeutyczne. Inni — czas wolny. Wiktor, 
bohater dnia, omijany był szerokim łukiem przez Blankę i Gretę V2. Nawet Nasza 

Basia Kochana nie zaszczyciła go uśmiechem. Widać czuł się jak trędowaty, bo 
sam, z własnej nieprzymuszonej woli, podjechał do mnie siedzącej nad 

scenariuszem w saloniku.
— Piszesz ten utwór? — spytał, byle usłyszeć własny głos.

Kiwnęłam głową. Właśnie byłam przy dramatycznej scenie miłosnej pomiędzy 
Małgorzatą, Faustem i odmłodzonym nagle diabłem, który przez pomyłkę wypił napój 

przeznaczony dla starca. Wątpię, aby to było zgodne z oryginałem, ale tym się w 
ogóle nie przejmowałam. Ważne było, by poruszyć psychikę Wiktora-Mefi-stofelesa.

— Piszę. Twoja rola wciąż mi się rozrasta. Co ty na to? Zwiesił głowę. Wyglądał 
na kompletnie przegranego.

— Wszystko jedno... nie ma takiego napoju, który przywróciłby mi władzę w 
nogach.

Oderwałam wzrok od kartki papieru. Zastanowiłam się.
— Sam wiesz, że twój problem jest głęboko zakopany. Dopóki nie zechcesz 

przetrząsnąć własnej pamięci, żadna mikstura nie pomoże.
— Tak samo twierdzi profesor. Aleja nie wiem, co mam robić. —Ja tego za ciebie 

nie wymyślę. Czy rozmawiałeś z Mateuszem?

background image

Ale tak... szczerze?
—Sz...cze... no, to nie dla mnie słowo! Nigdy! Wzruszyłam ramionami.

— Sam widzisz.
— Przecież nie mogę opowiadać na prawo i lewo, że moja matka... że ona... — 

umilkł przestraszony.
Nie nalegałam. A zatem cała sprawa wiąże się z matką. Co takiego mogła zrobić 

kobieta zajęta pomnażaniem fortuny? Przestać kochać jedynaka? Wyjść za mąż za 
gangstera, który postanowił

77
sprzątnąć ją i jej syna, by legalnie zagarnąć cały majątek? Coś mi nagle 

zaświtało w mózgu.
— A twój ojczym... no, ten nowy ojciec?

Wyrzucił z siebie potok słów po angielsku. Nic nie zrozumiałam. W końcu 
wymamrotał:

— To czysty... ten, arszenik!
Zaskoczyłam. A jednak! Miałam rację. Wiktor został usunięty z oczu fagasa 

mamusi, by nie przeszkadzał samą swoją obecnością. Ale po co nasyłają mu tutaj 
nieprawdziwego wujka?

— Słuchaj — zaczęłam łagodnie, nie chcąc go spłoszyć. — Może twój ojczym ma 
brata?

Zdumiał się niepomiernie.
— Esteban? Brata? Nie, nic mi o tym nie wiadomo. Czemu pytasz?

Zmarszczyłam brwi. Coś mi w tyrn wszystkim śmierdziało.
— Esteban? Co to za imię?

— Nazwisko. Obecny mąż mamy jest Argentyńczykiem: Jose Bartrand Esteban.
— Gdzie go poznała?

— W Chicago. Był właścicielem lotniska. I pięciu awionetek. Ojciec często nimi 
latał.

Wypuściłam powietrze z płuc. Afera kryminalna z Mefistem, Małgorzatą jej bratem 
i Faustem była niczym w porównaniu z tym, co mi podpowiadała fantazja. Możliwe, 

że dalej bym drążyła temat, gdyby nie wejście Naszej Basi Kochanej. W błękitnym 
kostiumiku i białych pantofelkach wyglądała niczym lalka Barbie.

— Ewo, bądź tak dobra zostawić Wiktora samego. Zaraz będzie miał gościa.
— Tutaj? — Moje zdumienie było perfidne. — Przecież nikomu z nas nie wolno 

przyjmować gości w Pawilonie X!
Obrzuciła mnie zimnym spojrzeniem.

— Ale nikt z was nie jest przykuty do wózka!
— Wózkiem można wyjechać. Po to jest — wysyczałam wściekła, zbierając rozsypane 

kartki.
78

Błękitna nie zareagowała. Z miłym uśmiechem, przyklejonym do warg, ustawiała 
foteliki na swoim miejscu.

Deszcz przestał padać, choć niskie chmury nadal groziły oberwaniem. Było parno, 
duszno i wilgotno. Mimo to lepiej się czułam w ogrodzie niż wewnątrz budynku. 

Wdychałam cudowną mocną woń róż, usiłując złożyć do kupki oporne puzzle. Bo tak 
mi się widziała rodzinna historia Wiktora Smolarka. Blanka nadeszła, szeleszcząc 

czymś plastykowym. Torbą? Przystanęła na mój widok.
— Jak ci idzie?

— Jak krew z nosa. Czy ten wujek Wiktora nie jest przypadkiem jakimś polskim 
gangsterem podszywającym się pod chicagowską rodzinę?

Zaskoczona otworzyła usta. I zaraz je zamknęła. Dopiero po chwili wyszemrała:
— Lepiej nie mieszaj się w nie swoje sprawy. Tylko tyle mogę ci doradzić.

— A pani ma sumienie spokojne? Pogroziła mi palcem.
— Cenię twoją inteligencję. Ale wiem też, że masz niebywałą fantazję i 

wyobraźnię. Za dużo czytasz kryminałów.
— W ogóle ich nie czytam. Natomiast wyczuwam tu jakiś fałsz. Namawiacie nas 

wszystkich do otwarcia serc i dusz. A kiedy to robimy, grozicie palcem i 
zwiewacie, gdzie pieprz rośnie, zamiast problem rozwiązać.

Blanka zrobiła coś, czego się nie spodziewałam. Pokonując własną sztywność, 
usiadła obok mnie na wilgotnej ławce. Musiałam ją nieźle zdenerwować.

— Masz rację. Ale sprawa Wiktora jest szczególnego rodzaju. Profesor zlecił 

background image

nadzwyczajny tryb postępowania. Myślę, że masz rację również w sprawie 
tajemniczych odwiedzin. Ale nie możemy im zapobiec. Chłopiec jest tu względnie 

bezpieczny. Natomiast w miasteczku... sama rozumiesz...
Rozumiałam. I to doskonale. Gdyby ktoś chciał uprowadzić nieszczęsnego kalekę z 

małej cukierenki, gdzie się zwykle spotyka-
79

Hśmy z rodzinami, nikt nie mógłby temu zaradzić. Tu, za murem, ze strążnikiem 
przy bramie... - myśli galopowały trochę nieskładnie—-Wbezpieczniejszy..- 

,      .   .         .
—  A jeśli przekupią strażnika? — wyrwało mi się, zanim dobrze pomyślałam, co 

mówię.
Blanka ciężko westchnęła.

— Ewa proszę, nie odbieraj mi nadziei, że mc się me stanie. SpoirZa'łam na nią z 
ukosa. Jej bezbarwne włosy wydawały się

podobne do pajęczyny. Ale w oczach miała niepokój. I to wcale me przez- mnie 
zasiany. Sama była mózgowcem. I niezłą analityczką.

-- Na pani miejscu skontaktowałabym się z policją.
Spojrzała mi prosto w oczy.

—- już to zrobiłam.
--. Ale nie powiedziała pani profesorowi?

Zaprzeczyła szybko wstając. Jej spódnica była wilgotna.
^ Może to zostać między nami?

Kiwnęłam poważnie głową.
-^ Słowo harcerki.                                    _

Pi-zy bramie wjazdowej hamował samochód. Obie z wielkąuwa-gąpr2yglądałyśmy Si? 
eleganckiej maszynie.

-^ Tuż tu raz był__powiedziałam sucho. — Srebrzysty merce-
des"^"Czterema osiłkami. Wsunęli coś w łapę portierowi.

Blanka wzdrygnęła się. Dobrze jednak zapamiętała moje słowa. Ode^zła szybkim 
krokiem w stronę paradnego wejścia do pawilonu, bacznie wyprzedzając faceta w 

kraciastym garniturze i płóciennym kapeluszu.
-JWygląda jak Amerykanin ze starego gangsterskiego filmu— powiedział Michał, 

ugniatając brudnąkulę ciasta. — Był taki aktor Robinson Grał Al Саропе'а w 
czarno-białym filmie...

^otrząsnęłam włosami. Nie lubię starych filmów.
^Nie znam. Ale zgadzam się z tobą co do gangstera. Nlichał wbił palce w kulę.

^__т ,^0 ze ten nie jest Amerykaninem. Chociaż chce za takiego schodzić.
80

Spojrzałam zdumiona. Chłopak miał niebywały zmysł obserwacji. Gdyby przestał 
marzyć o córce prezydenta Clintona... no, byłby z niego pożytek.

— Skąd wiesz?
Porzucił nagle ciasto i przyjrzał się własnym dłoniom.

— Facet nie umie nosić kapelusza. Wygląda jak robotnik sezonowy na plantacji 
truskawek, którego przebrano we frak. Brudne to ciasto!

— Wyrzuć je. Wyrzuć je raz na zawsze!
Podniósł kulę, przerzucił z lewej dłoni do prawej jak zawodnik olimpijski i, ku 

mojemu zdumieniu, cisnął nią w mur.
— Dobry rzut! — wyszemrałam, gdy wrócił mi głos. Michał uniósł ręce w górę.

— Może się wyzwolę. Nie wiem. Ale próbuję, Ewa. Cholernie próbuję! — odszedł w 
dalszą część ogrodu. Nie miałam prawa wątpić w szczerość jego słów. Tylko że tam 

było boczne wejście. Także do kuchni, gdzie kucharka trzymała w lodówce jeszcze 
kilka takich piłek z surowego ciasta. Za to też jej płacili.

Mężczyzna w kraciastych portkach zniknął wewnątrz pawilonu. Chciałam zająć punkt 
obserwacyjny przy drzwiach saloniku, ale na straży stał Tomek.

— Cześć, mogę tu pobyć?
— Na razie nie.

—  Co się dzieje? Stan wojenny? — drażniłam buddystę. — A gdzie prawa człowieka? 
Co na ten temat mówią Helsinki?

Zacisnął usta. W gruncie rzeczy był przeciwny wszelkim stosowanym wobec nas 
obostrzeniom.

— Tylko na godzinę, potem... — urwał, bo z saloniku wychyliła głowę Nasza Basia 

background image

Kochana.
Uniosłam ręce w geście całkowitego poddania. Basia zniknęła.

— Jest tam Mateusz? — wyszeptałam do Tomkowego ucha. Musiałam się w tym celu 
wspiąć na palce.

— Kto?
6 — Lot nad.

81
— Goryl Wiktora!

Pokręcił przecząco głową, a mnie formalnie zamurowało. Jak to? Osobisty 
bodyguard opala się gdzieś w trawie i wącha groszek, gdy jego podopieczny jest w 

straszliwym niebezpieczeństwie? Złość mną zatrzęsła. Lepszy kij od szczotki niż 
taki goryl! Co z tego, że muskularny, skoro ma móżdżek wielkości orzeszka 

laskowego? — szłam ścieżką nie zdając sobie sprawy, że okrążam dom. Tuż za kępą 
hortensji, rozprzestrzeniającą swe wielkie, zielone jeszcze kwiatostany, ktoś 

syknął.
Zatrzymałam się. Mateusz kucał pod kryształowo czystym oknem saloniku. 

Uspokoiłam się.
— Ciii—położył palec na ustach, wskazując jednocześnie miejsce obok siebie. 

Dziękowałam opatrzności, że krzaki nie sąkłujące. Przykucnęłam, choć trawa była 
zimna i mokra.

— Co jest?
Nie odpowiedział. Za to chwycił mnie mocno, przyciskając do siebie. Poczułam 

nikły zapach wody po goleniu i ciepło ciała. Zamarłam w bezruchu. Niestety, nie 
trwało to długo. Szczelnie zamknięte okno saloniku nie przepuszczało dźwięków. 

Niczego się nie dało podsłuchać z rozmowy toczącej się we wnętrzu. Mateusz 
zrezygnował. Puścił mnie, nie omieszkając, jak to miał w zwyczaju, przesunąć 

dłonią po moich piersiach.
— Zboczeniec! —wysapałam.

Objął mnie ramieniem, wyprowadzając z chaszczy.
— Lubisz to — powiedział już normalnym głosem, gdy oddaliliśmy się dostatecznie 

daleko. — Wiem!
Nie chciało mi się dyskutować. Temat był dostatecznie drażliwy dla obu stron.

— Kraciasty udaje tylko Amerykanina — powiedziałam, gdy stanęliśmy na ścieżce.
— Wiem.

Spojrzałam mu prosto w oczy.
— Ten mercedes już tu raz był. Z czterema facetami w środku. Dali w łapę 

portierowi. Widziałam.
82

Jego ciepła dłoń spoczęła na moim karku. Widocznie musiał mnie obłapywać. Taką 
czuł wewnętrzną potrzebę.

— Wiem.
Zezłościłam się. Strząsnęłam dłoń niczym obrzydliwego robaka.

— Nie wydusisz z siebie niczego poza tym „wiem"? Uśmiechnął się, odsłaniając 
zęby.

— Jesteś taka śliczna, kiedy się złościsz!
Gwałtownie przyciągnął mnie do siebie. Jego wargi przesunęły się od mojej szyi 

do ust. Przeszył mnie dreszcz, jakiego nigdy dotąd nie doznałam. Całował mocno, 
ale uważnie. Jakby otwierał zatrzaśniętą muszlę. Wisiałam w ramionach obcego 

faceta niczym szmaciana lalka. I nic nie mogłam zrobić, jak tylko oddać 
pocałunek. W końcu-się oderwałam. Ogłupiała, czerwona z emocji i zachwytu. 

Puścił mnie, leciutko odpychając. W oczach miał iskierki śmiechu. I coś jeszcze, 
z czego wtedy nie zdawałam sobie sprawy. Wydało mi się, że drży. Ale to chyba 

niemożliwe!
— Przestań mnie molestować! — wysapałam.

Iskierki w źrenicach zgasły. Przesunął dłoniąpo króciutkich włosach.
— Ile ty masz lat, dziewczyno?

—Czasem pięć, a czasami sto — odpowiedziałam łapiąc oddech. W dziwnym 
zachwyceniu przyglądał się mojej twarzy. Nie przeszkadzały mu wypieki ani 

bladość czoła.
— Osiemnaście? — drążył temat.

— Dziewiętnaście. I pół. A ty?

background image

Starał się opanować, choć przychodziło mu to z niejakim trudem. Zdaje się, że 
odkryłam słabość bodyguarda. Byłam nią JA! Nie do wiary!

— Dwadzieścia siedem. Skończyłem studia, zrobiłem dyplom i przystąpiłem do 
programu Survival — uśmiechnął się krzywo.

— Co to takiego?
— Szkoła życia. A raczej przeżycia w ekstremalnych warunkach. W dżungli, na 

pustyni, w jaskiniach...
Zachwyciłam się. Facet był mężczyzną w każdym calu. Nie tak jak moi 

dotychczasowi dobiegacze, z których żaden nie umiał roz-
83

palić ogniska bez sztormowych zapałek. Wiedziałam, o czym mówił. Oglądaliśmy z 
Jacusiem ciekawy film o ludziach, którzy z własnej woli karmią się korzonkami, 

gdy im zabraknie pieczeni z bawołu. Ale potrafią nożem zabić dzika. Bez strzelby 
i nabojów. A propos nabojów... pogrzebałam w kieszeni.

— Wiesz, co to jest? Rzucił okiem.
— Jasne. Naboje dziewięć milimetrów do browninga. Skąd to masz?

— Znalazłam koło muru. Tamtej nocy.
Pokręcił głową jakby się nad czymś zastanawiając.

— Bez sensu. Tej broni dziś już nikt nie używa. Stary rupieć.
— Ale strzela i zabija.

Cień uśmiechu przeleciał mu przez twarz. W tym momencie mogłabym się w nim 
zakochać.

— Jesteś bystrą dziewczyną Ewusiu... — Tylko nie „Ewusiu"! Nienawidziłam 
zdrobnień. Zauważył moje żachnięcie. — Co, nie lubisz, jak się mówi...

— Nie cierpię. Możesz to jakoś uhonorować? Spoważniał. Jego dłoń zawisła nad 
moim karkiem i zatrzymała

się o trzy cholerne centymetry.
— Dobrze. Chcę ci tylko powiedzieć, że nie zdajesz sobie sprawy z powagi 

sytuacji. Ci ludzie sąprawdopodobnie zdolni do wszystkiego. I mają tu, w 
pawilonie, swoich popleczników. Teraz wiem o tym na pewno.

Zimny pot oblał mi ciało. Biedny Wiktor!
— Profesor? — szepnęłam, rozglądając się na boki. Wiatr chłodził mi czoło. 

Potarłam ramiona. Cienka bawełniana koszulka nie mogła mnie ogrzać. Mateusz 
spostrzegł mój ruch.

— Chodź do mnie. Dam ci wiatrówkę.
Czułam, że nogi wrastają mi w ziemię. Tak zwyczajnie zaproponował mi swój... 

dom? I co dalej? Łóżko?
Potrząsnęłam głową robiąc krok do tyłu. Jego oczy rozszerzyły się w niemym 

zdumieniu.
84

— Boisz się?
— Nie, ale...

— Dziewczyno — wyszeptał bezgranicznie wstrząśnięty — nie chcesz chyba 
powiedzieć...

Nie słuchałam. Dałam susa przed siebie, tratując święte rabatki starego 
ogrodnika. Sadziłam milowymi krokami w kierunku domu, jakby mnie gonił sam 

diabeł Mefisto. Wpadłam do holu, przysięgając na prochy wszystkich świętych, że 
nigdy, przenigdy nie odezwę się do Mateusza. Niech sobie molestuje Lenorę- albo 

inną! Koniec! Ale już dwie godziny później żałowałam postanowienia. Nie mogłam 
myśleć o niczym innym. Czułam boską słodycz ciepłych, męskich warg. Czyżbym 

dojrzała? Kiedy?
Albert wkroczył do sali jadalnej mocno spóźniony. Obie z Fred-kąkończyłyśmy 

pieczone ziemniaki ze zrumienioną wołowiną. Przysunął krzesło, potrącając 
Rafała.

— Uważaj!
—  Przepraszam. Ale już nie mogę sobie dać rady. Znów mi mówił.

— Głos? — uniosłam widelec.
— Tak.

— Co mówił? — dopytywał się Rafał, z trudem manipulując sztućcami. Miał 
obandażowane palce.

— Żebym otworzył zasuwy i wszedł.

background image

Zamrugałam powiekami. Coś mi się tu nie zgadzało. Ale co? Jakieś podejrzenie 
przemknęło cieniem przez mózg i zgasło.

— Więc zrób to. Jeśli chcesz, pójdziemy z tobą.
Albert dziobał skrawek ziemniaka. W oczach miał morze strachu i udręki.

— Boję się. Mówią że tam straszy.
— Lenora też widziała ducha — wzruszyła ramionami Fredka. Była dziś wyjątkowo 

osowiała. Może dano jej jakieś lekarstwo?
— Aleja nie chcę! Nie po to przetrwałem te wojenne okropności, żeby teraz... 

jakiś facet...
Zastanowiłam się. Facet? Ja też widziałam spodnie i adidasy

85
kogoś schodzącego do podziemi. A może się tam chował? Przed kim? Albo inaczej... 

z kim się chciał spotkać? Postanowiłam pomóc Albertowi.
— Słuchaj, Einstein. W końcu trzeba coś z tymi głosami zrobić. Nie możesz się 

bać w nieskończoność. To nie do wytrzymania.
Fredka, nie wiedzieć czemu, wpatrywała się w odległy stolik, przy którym tkwił 

Wiktor. Już od jakiegoś czasu uparcie wbijała wzrok w Amerykanina. Czyżby jej 
się podobał? Niemożliwe! Był taki... no, taki nijaki. Cholerne chuchro z 

cienkimi rączkami i nóżkami. Mnie się nieodmiennie kojarzył z pająkiem.
— Co proponujesz?

— Wyprawę eksploracyjną na dół. Trzeba sprawdzić, czy zasuwa się otwiera. Może 
tam też są szyfrowe zabezpieczenia?

— Nawet jeśli, to Wiktor otworzy je w trzy sekundy — stwierdziła Fredka.
Spojrzeliśmy na nią szczerze zdumieni.

— Skąd wiesz?
Spuściła głowę. Jej długie czarne włosy były świeżo umyte. Zauważyłam, że 

ostatnio myła je co drugi dzień. I zaczęła nosić sukienki. Zamiast starych 
dżinsów z dziurami na kolanach.

— Jest genialny. Pokazał mi, jak rozszyfrować kody w kuchennych drzwiach.
— Bagatela! — westchnął Rafał. — Wystarczy znać siedem cyfr. Fredka uniosła w 

górę powieki ocienione długimi rzęsami.
— Ale on ich nie znał!

Albert prychnął. Kawałek mięsa wylądował na środku wykroch-malonego obrusa.
— Nie wierzę. Każdy zna swój szyfr. Inaczej nikt by nie mógł się po tym domu 

swobodnie poruszać.
Fredka złożyła dłonie jak do modlitwy.

— Mówię wam, że nie znał numerów. To było wejście do chłodni. Koło kuchni.
Zamarliśmy ze zgrozy. Teraz dopiero do nas dotarło, gdzie włamywał się Wiktor.

86
— Pleciesz! Tam jest zakaz wchodzenia. Pod groźbą wyrzucenia z Pawilonu X!

— Wiem. Ale sama go tarn doholowałam. Po schodkach nie miał szans.
— Kiedy? — coś mnie tknęło.

— Jak wyszedł jego wuj. Ten w kraciastych gaciach.
— Nie w gaciach, tylko w spodniach! — zareplikował Albert. Nie lubił stylu 

Fredzinej polszczyzny. Gdzieś z Pragi. Z okolic Ząb-kowskiej.
—  Wszystko jedno! — Fredka nie obrażała się. Pochodziła, skąd pochodziła, i nie 

uważała, że to wstyd. Ale uczyła się bardzo szybko. Wyraźnie chciała dorównać 
najlepszym. — Wiktor został sam, bo Nasza Basia Kochana odprowadzała tego 

typa... no, wuja, do bramy. Wtedy mnie poprosił, żebym przytrzymała wózek, gdy 
będzie...

— Skąd się tam wzięłaś? — dociekałam, bo rzecz wydała mi się niezwykle ważna.
Fredka pomrugała, zbita z tropu.

— Schodziłam z góry. Przebierałam się w pokoju i... — urwała patrząc na mnie z 
ndzieją.

— W porządku. Cieszę się, że włożyłaś tę ładną sukienkę. Uśmiechnęła się. Moja 
aprobata wyraźnie ją ucieszyła.

— Więc kiedy złaziłam po schodach, zobaczyłam Wiktora. Wytaczał się z salonu. 
Poprosił, ż«ebym zaczekała, bo chce coś wziąć od siebie...

— Jak to od siebie? — Raf^ł też był dociekliwy.
— Ze swojego pokoju.

— I co potem?

background image

Fredka nachyliła się nad stolikiem, ściszając głos.
— Poprosił, żebym go zawiozła tam, gdzie są... lodówki! Wszyscy troje 

otworzyliśm У usta w niemym zdumieniu.
— Lodówki?

Fredzia robiła nadludzkie wysiłki, by nas zadowolić. Długie przemówienia 
stanowiły dla niej barierę nie do pokonania. Stale popra-

87
wiała pasmo włosów włażących do nosa i oczu. Czekaliśmy z niecierpliwością, aż 

się znów odezwie.
— Ludzie! —jęknęła w niemej rozpaczy. — Nie wiem, po co! Nie pytam po próżnicy!

— W porządku. — Pierwszy opanował się Albert. — Powolutku. I co? Otworzył te 
drzwi?

Fredka rozjaśniła się jak wschodzące słońce.
— Zeszliśmy... no, zjechaliśmy po tych trzech schodkach. Musiałam z całej siły 

podtrzymać wózek, żeby się nie wykopyrtnął — zaśmiała się cicho.—Kiedy już 
stanął, koło chłodni, do której wchodzą tylko Greta i Tomek, przyjrzał się całej 

tej, no... elektronice.
— I otworzył?

— Nie od razu. Za trzecim.
Rafał rozłożył dłonie. Bandaże na jego palcach były brudne.

—Wiadomo. Do trzech razy sztuka. Potem system przestaje działać. Zawiesza się. I 
musi przyjść obsługa. Jak mógł trafić? Zamyka-jąte chłodnie, jakby były tam 

jakieś skarby. A nie zwykły schab...
Fredka wzruszyła ramionami.

— Mnie się wydaje, że tam trzymają nie tylko mięcho. Ale on jest geniuszem! 
Wiktor!

Spojrzeliśmy po sobie. Nikt nic nie mówił, choć wszystkich nurtowało pytanie, 
jak to zrobił. I po co? Nie było szansy, by się dowiedzieć, bo nasza Fredzia 

zerwała się nagle z miej sca, j akby za oknem zobaczyła diabła. Wszyscy 
spojrzeliśmy, ale był to tylko cień, który znikł, jakby się zapadł pod ziemię.

— Co jej się stało? Zobaczyła ducha? — Albert ustawiał przewrócone krzesło.
— Nie wiem. Nigdy dotąd tak się nie zachowywała — wyjąkałam szczerze zdumiona.

Postanowiłam jej poszukać. Ale na nic się to nie przydało. Fredka zniknęła jak 
kamfora. Znalazła się dopiero wieczorem. Podrapana i zmoknięta.

— Przedzierałaś się przez dżunglę? — spytałam oglądając jej ramiona.
88

Nie odpowiedziała. Wsunęła się do łóżka bez mycia. Tak jak stała. Nawet Lenora 
nie wycisnęła z niej ani słowa. Stwierdziłam, że nie będę siostrąmiłosierdzia. 

Co za dużo, to niezdrowo. Sama musiałam wiele przemyśleć. Jednym z 
najważniejszych tematów był... Mateusz! Zapadałam w sen ze świadomością, że 

stało się coś nieodwracalnego. Że ktoś, gdzieś w górze lub na dole, podjął jakąś 
decyzję. I że ani ja, ani on nie mamy w tej sprawie nic do powiedzenia.

Następnego dnia wszystko wyglądało inaczej. Słońce wyszło zza kępy brzóz, 
rozświetlając i susząc mokre trawy, gałęzie i kwiaty. Życie wydało mi się 

zwyczajne, bezproblemowe i o wiele spokojniejsze. Po śniadaniu usadowiłam się na 
jednej z ławek ukrytych przed ludzkim wzrokiem. Postanowiłam popracować nad 

scenariuszem. Sztuka rozwijała się w kilku kierunkach. Ale takie było założenie. 
Jeśli przedstawienie ma być terapią dla wstrząśniętych serc i dusz, to musi 

uwzględniać wszystkie problemy potencjalnych wykonawców. Nawet Lenory. Jej 
bezgranicznej wiary w telewizyjną reklamę.

Coś mi przeszkadzało. W pierwszej chwili nie wiedziałam co. Dopiero spojrzenie 
na rozsłonecznioną białą powierzchnię muru uzmysłowiło mi, że są na niej nowe 

ślady. A w wilgotnej ziemi wyraźnie odbijają się „traktorowe" podeszwy męskich 
butów. Znowu? — pomyślałam czując dziwne swędzenie skóry na plecach. To mi się 

zdarzało, kiedy razem z Jacusiem oglądaliśmy horrory. Ale teraz, w świetle dnia? 
Nie wiedziałam, co robić. Siedzieć dalej, jakby nigdy nic, czy też donieść komuś 

o ponownej wizycie Wielkiej Stopy. Dylemat rozwiązał się sam. Z daleka, poprzez 
gałęzie jaśminu, zobaczyłam nadchodzącą Fredkę. Ucieszyłam się, że wróciła do 

normy. Miałam też nadzieję, że wyspowiada się z wczorajszej niedyspozycji. Rano 
jakoś o tym zapomniałam. Teraz patrzyłam na jej zgrabną sylwetkę, długie nogi w 

szortach i powiewające na wietrze włosy. Wyglądała jak z reklamy szamponu. 

background image

Naprawdę nie wiem, kiedy to się stało. Atak z obu stron nastąpił prawie 
jednocześnie.

89
Naprzód jakaś ciemna postać rzuciła się na Fredkę, wciągając ją w gęstwinę 

krzaków. W sekundę później druga sylwetka runęła na oba kłębiące siC ciała. 
Przeraziłam się tak bardzo, że zamiast wrzasnąć poczułarr1 przerażającą suchość 

w gardle. Nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Zupełnie jak wtedy. W samolocie. 
Niemy film, rozgrywający się przed moimi oczami, nie trwał dłużej niż pół 

minuty. Pierwsza z chaszczy wyprysnęła dziewczyna. Klucząc i potykając się o 
własne stopy, pędziła w stronę domu. Też nie wrzeszczała. W każdym razie Ja 

niczego nie słyszałam. Dwóch mężczyzn zwarło się w walce na małym spłachetku 
trawy. Przy czym jeden z nich nie miał szans. Jeg° ciało legło bez czucia. 

Dopiero gdy zwycięzca wstał, poznałam sylwetkę: Mateusz!
Runęłam do przodu, wołając pełna grozy i strachu:

— Mateusz! Mateusz!
Odwrócił się- Miał spokojną twarz i zabłocone kolana.

— Skąd si«tu wzięłaś?
Przywarłam do męskiej piersi, bo tylko w ten sposób mogłam się uspokoić, przed 

oczyma miałam znów obrazy sprzed miesięcy: napastnicy, broń, krew i trupy.
Tym razem nie było trupów.

__Kto to? — odważyłam się spojrzeć. — Zabiłeś go?
Głaskał moje włosy i ocierał łzy, których nie czułam.

__Nie wiem, kim jest, ale napadł na dziewczynę. I miał broń.
Pasuje do niej nabój, który znalazłaś. Śledziłem go już wczoraj. Przełaził przeZ 

mur- Nie, nie zabiłem go. Ogłuszyłem.
__jeg0 DUty—wyszeptałam — zostawiły ślady. Takie same jak

przed paroma dniami.
Mateusz puścił mnie. Przyklęknął koło leżącego, metodycznie przeszukując mu 

kieszenie. W końcu z wewnętrznej wyjął stary, zniszczony portfel. Oprócz kilku 
banknotów o małych nominałach była tam też legitymacja. Ze zdjęciem.

__jg0r Górniak. Kto to może być?
Wiedziałaś! Igor Górniak był bratem Fredki. Tym samym, który... no, nie czas na 

moralność.
90

— Wiem, kto to. Nie jest bandytą. Mateusz oderwał wzrok od dokumentu

— Ma broń. Napadł na dziewczynę!
— To jego siostra. Może ci opowiem, 0 co chodzi. Ale nie teraz. Trzeba go stąd 

usunąć. Tak, żeby nikt nie zobaczył.
Przyglądał mi się podejrzliwie. Ale, o dziwo, nie komentował. Widać w trakcie 

Survivalu nie takie sytuacje musie zdarzały-
— Jak sobie to wyobrażasz? o, przychodzi do siebie. —- Mężczyzna jęknął. 

Podniósł dłoń do karku. Jeg0 oczy były mętne- Próbował usiąść. — Ani się waż! — 
Chwyt Unieruchomił go na nowo.

Przyglądałam się Igorowi. Miał czarne włosy i był podobny do siostry. Piękny 
chłopak. I bardzo nieszczęśliwy.

— Puść — wymamrotał — ще chciałem jej zrobić nic złego. Chciałem tylko... zmusić 
ją do powrotu. Do domu.

Przykucnęłam. Nie bałam się. Mateusz czuwał.
— Słuchaj, Igor — powiedziałam wolno, akcentując wyrazy — nie próbuj więcej. Ona 

tu jest bezpieczna. I z'własnej woli. Chce si? od ciebie uwolnić. Raz na zawsze. 
Rozumiesz?

Spojrzały na mnie szare, pełne bólu oczy
— Jaja... Ja bez niej... Pokiwałam głową.

— Wiem. Ale jesteście dorosłymi ludźmi. Zapomnij o tym, co było. Zostaw ją w 
spokoju, bo tego chce.

— Dlatego uciekła?
Mateusz przestępował z nogina nogę. Sytuacja go prze*astała-Swoje zasługi jako 

Rambo już spełnił. Psychologiczne dociekania wyraźnie go nudziły. Ale póki facet 
siedział obok mnie w krokach, nie mógł odejść.

— Zawsze już będzie od ciebie uciekać. Tak musi być- Jesteś mężczyzną, nie 

background image

chłopczykiem. Zrób to dla niej... jeśli nie dla siebie.
Podnosił się z miejsca. Był Wzrostu Mateusza. Ale słabszej postury. Drżał.

— Co ty wiesz...
— Wszystko. Tutaj mówi się wszystko. Nie uciekniecie odludz"

91
kich języków i potępienia. To katolicki kraj. No... nigdzie na świecie nie 

akceptuje się kazirodztwa. Zrozum wreszcie, ona się tu schroniła dobrowolnie...
Chyba pojmował, bo wzrok zakryła mu chmura. Opuścił nisko głowę.

— Musi pan stąd wyjść — powiedział Mateusz — inaczej mam 
obowiązekpowiadomićpolicję. To zamknięty teren. A ślady sąwszędzie.

Igor otarł spocone czoło. Miał kurtkę i spodnie kompletnie zabłocone. Wyglądał 
żałośnie.

— Jak... Jak mam wyjść? W dzień? Spojrzałam z nadzieją na Mateusza.
— Dobra! — warknął. — Idziemy do mnie. Tędy, żeby nas nikt nie widział z 

pawilonu. No, rusz się, człowieku!
— Dzięki — szepnęłam dotykając jego dłoni. Pogłaskał mnie po karku. Jak dobrego 

psa.
Siedziałam przy Fredce, jakby była śmiertelnie chora. Jej dusza cierpiała. I to 

bardzo. Gładziłam jej wspaniałe włosy, coś mamrocząc. Jakieś słowa pociechy, 
które nie mogły uleczyć zranionego serca.

— Fredka, już wszystko dobrze. Zrozumiał.
— Nie chcę, żeby odszedł.

— Nie odejdzie. Ale będzie prawdziwym bratem.
— Tak?

Płakała bezgłośnie. Wielkie łzy spływały wzdłuż nosa, gubiąc się na wargach. 
Oblizywała wilgoć, nie zdając sobie z tego sprawy.

— Pokochasz innego mężczyznę. Musisz. On też znajdzie swoją dziewczynę. I 
szczęście.

Chciała mi wierzyć. Bardzo chciała. W końcu zmorzył ją sen. Przykryłam jej 
ramiona szalem dziwiąc się, jaka jest krucha. I silna równocześnie. Tak więc 

jedna z tajemnic rozwiązała się sama. Został srebrzysty mercedes, przekupiony 
portier i niezwykła wizyta Wiktora w kuchennych podziemiach. Czego tam szukał? 

Gdy schodziłam z góry, natknęłam się na nos Grety V2.
92

— Miałaś się zająć Wiktorem. I napisać sztukę.
— Pamiętam. Teatr mój będzie wielki i ogromny. Czy możemy do dekoracji wziąć 

trochę... kuchennych przedmiotów?
Jej organ powonienia wyciągnął się w trąbę.

— To... znaczy co?
Sama nie wiedziałam! Nigdy nie wystawiałam żadnej sztuki. Ale pracownia Fausta, 

kuchnia Małgorzaty...
— No... wszystko. Garnki, szklane słoje, patelnie... co będzie potrzebne. Nie 

możemy grać bez rekwizytów.
Greta V2 dalej nie pojmowała.

— Co mają do tego patelnie?
— Bo Faust pracuje w laboratorium! Chyba że zechce nam pani oddać własne. Albo 

to... no, zamknięte.
Zaczęła czerwienieć na twarzy. Wyglądała na osobę, którą za chwilę trafi szlag.

— Ttto... niemożliwe... Wzruszyłam ramionami.
— Nie, to nie. Nikt nie zamierza sam zakradać się do tych tajemniczych podziemi. 

Ale muszę mieć różne rzeczy. Zwrócę się do profesora. To jemu w końcu zależy na 
terapeutycznym przedstawieniu. Bez dekoracji niczego nie zrobię!

Greta wyraźnie miękła.
— Zobaczę, co się da zrobić... ale nasza kucharka...

— Pani Stasia jest tylko kucharką. Chyba dość tu zarabia, żeby wiedzieć, gdzie 
jest jej miejsce! — zezłościłam się. — Jak się nie spodoba, zawsze można przyjąć 

inną. No nie? Tyle jest bezrobotnych kobiet...
Greta V2 wyglądała jak łuska po pocisku: pusta i nikomu niepotrzebna. Dla Niemki 

rodem z Bawarii musiało to być trudne przeżycie.
— Zrób wykaz przedmiotów — zaczęła. Ale we mnie wstąpił Mefisto.

— Nie! Naprzód muszę zobaczyć, co j e s t w kuchni i chłodni. Wezmę to, co się 

background image

przyda! Inaczej nici z przedstawienia! — od-
93

wróciłam się niezbyt grzecznie i dałam dyla do ogrodu. Na ławce pod murem został 
przecież jedyny egzemplarz sztuki!

Albert siedział tam i przeglądał skoroszyt. Zdążyłam mu go wyrwać, zanim 
wypowiedział słowo.

— Co ty? Ja tylko...
—Nie zagląda się do cudzych notatek! Nawet jeśli to tylko tekst sztuki! — Bałam 

się, że zacznie wydziwiać i krytykować. Ale nic takiego nie nastąpiło. Wręcz 
przeciwnie.

—  Chcę być Mefistem! Jestem nim! To on każe mi zejść do podziemi. Diabelski 
głos!

— Nie. Ty będziesz Faustem. To z nim diabeł ma konszachty.
— Tak myślisz? W Fauście podoba mi się to, że chce zmienić świat.

— Faust? — zdumiałam się.
— Naturalnie. Przecież chce być młody i piękny, by zdążyć zmienić wszystko. Żeby 

nie było wojen i cierpienia. Jako starzec nie ma na to szans.
Otworzyłam usta. Chyba mówił o jakiejś innej sztuce.

— On chce być piękny dla Małgorzaty...
—  Bzdura! — Albert szukał w tekście właściwego miejsca. Wreszcie je znalazł. — 

O, tu! „Będziesz, diable, robił to, co każę? — Będę. Ale podpisz cyrograf. 
Własną krwią. — Zaraz, nie pali się! To nie jest dobrze napisany kontrakt! 

Musisz mi zagwarantować czas. Dużo czasu. Chcę młodości, miłości i spokoju. Dla 
siebie i całej ziemi!" No, nie mam racji? On, Faust, chce pokoju dla ziemi. I 

żeby nie kazano mu schodzić do piekła!
Milczałam. Dotąd sądziłam, że ważny jest wątek miłości starca do młodej kobiety, 

która kocha innego. Swojego brata. Ale teraz zrozumiałam, że chodzi o coś 
więcej. Faust może spowodować, że zmienią się ludzie. Czyli świat. Czyli my.

— Jesteś wielki, Einsteinie! — powiedziałam wstrząśnięta. — Dzięki. Ale teraz 
zabierz swój tyłek i wynieście się razem w inne miejsce. Muszę napisać tę scenę 

inaczej.
Nie protestował. Zniknął w gęstwinie parku, wyraźnie zadowolony.

94
Chwilę pracowałam w spokoju, ale jakiś natarczywy dźwięk wwiercał się w uszy. 

Oderwałam wzrok od papieru. Co to? Klakson? Natrętny, choć niezbyt głośny 
klakson samochodu. Może znów tajemniczy mercedes z gangsterami w środku? 

Porzuciłam brulion, by — niewidoczna od strony bramy — podejrzeć, co to za wóz. 
I nie myliłam się! Srebrzysta maszyna tkwiła na żwirowanym podjeździe. Wewnątrz 

było tylko dwóch facetów. W tym jeden wyglądający jak filmowy boss wołomińskiej 
mafii. Miał nasunięty na czoło kapelusz, ciemne okularki i płaszcz mocno 

ściągnięty paskiem. Wyraźnie na kogoś czekał. Zakopałam się w gęstym jałowcu, 
żebym była niewidoczna również od strony domu. I dobrze zrobiłam! W drzwiach 

pawilonu, przesłaniając oczy od słońca, stanęła Nasza Basia Kochana. W 
nieskazitelnym błękitnym kostiumiku i białych pantofelkach.

— Basia? — wyszeptałam. — Co ona ma wspólnego z mafią chicagowską?
Ale miała! Choć sama nie chciałam w to uwierzyć. Podeszła szybko do bramy, 

kazała portierowi otworzyć, wyszła na podjazd i... wsiadła do samochodu! Ale 
nigdzie nie odjechała. Przedarłam się nieco bliżej. Z gęstych i kłujących gałęzi 

jałowca widziałam tylko głowę kobiety oraz mężczyzny, który dotąd nie opuścił 
auta. Rozmawiali krótko. Nasza Basia Kochana wyszła, unosząc dłoń w niemym 

pozdrowieniu. Coś mówiła, czego nie słyszałam. Nie mogłam słyszeć. Zajęta 
obserwacją nie wyczułam obecności drugiej osoby za moimi plecami.

— Podglądasz ich? Odwróciłam się spłoszona.
— Rafał? Dlaczego mnie śledzisz? Roześmiał się cicho.

— Bo tu się dzieje coś ciekawego. Nie zamierzam niczego przeoczyć. Nawet jak się 
zacznie strzelanina.

Przestraszyłam się. Strzelaniny nie chciałam już więcej w życiu. Dość jej było 
na pokładzie samolotu.

— Dlaczego sądzisz, że mają broń?
95

— Wyglądają na takich. Chodzi o naszego milionera? Ci, cholera, zawsze mają 

background image

krótkie życie.
Wzruszyłam ramionami.

— Nie wiem. Ale co ma do tego Nasza Basia Kochana?
— Powiązania rodzinne. Na przykład.

Odwróciłam twarz. Rafał mnie zainteresował. Był bystrzejszy, niż sądziłam. 
Kombinował. Analizował sytuację.

— Tak myślisz?
Mogliśmy już opuścić posterunek w jałowcu. Basia wróciła do pawilonu, mercedes 

wrzucił wsteczny bieg, znikając za zakrętem.
— Przyglądam się wszystkiemu. Od kiedy tu się pojawił Wiktor ze swoim gorylem... 

słuchaj... on ci się podoba?
Poczułam, jak się czerwienię. Od czoła po pięty. Do diabła, nigdy nie potrafię 

nad tym zapanować!
— Co ja mam...

Rafał poklepał mnie po ramieniu.
— Stara, nie oszukuj. Widziałem, jak się całowaliście.

— Dobre wieści szybko się rozchodzą! — wymruczałam wściekła. Nie na Rafała. Na 
siebie! — To moja sprawa. I nie powinieneś podglądać!

— Krzycz trochę głośniej. W Chicago mogliby cię nie usłyszeć. A poza tym... nikt 
nie musiał podglądać. Robiliście to na środku rabatki.

Zamilkłam. Rzeczywiście, zachowywałam się jak skończona kre-tynka.
— Bo widzisz... ja nie lubię, jak...

—Nikt nie lubi. To był długometrażowy pocałunek bez efektów specjalnych. Nie 
jestem paplą. Nikomu nie wspomniałem, bo to nie moja sprawa. Mnie interesuje 

Wiktor i to, co się tu stanie.
Wytrzeszczyłam oczy. Musiałam wyglądać idiotycznie. Ale naprawdę zaskoczył mnie.

— Czujesz krew?
— Czuję kosmiczną awanturę. A to mi odpowiada. Lubię, jak się coś dzieje.

96
— Nawet jak stanie się komuś krzywda? Rafał uniósł obandażowane dłonie.

— Chciałbym przestać drapać i skrobać swoje inicjały wszędzie, gdzie to możliwe. 
Jest na to tylko jeden sposób. Właśnie go odkryłem.

— Co takiego?
— Zostawić ślad... myśli. Napisać książkę. Otworzyłam usta. To był pomysł na 

życie! Życie Rafała.
— Opisać... Pawilon X?

— Właśnie.
Dziwne. Stawałam się coraz bogatsza. O doświadczenia innych. Rafał, Einstein, 

Fredzia — z bezbarwnej pawilonowej magmy wyłaniali się jako... aniołowie. Duchy 
niebieskie, pełne buntu, męki i miłości. A przecież szatan, ów Mefisto, też 

kiedyś był zbuntowanym aniołem. Strąconym z wyżyn na samo dno piekieł. A zatem 
Ziemia, nasza Błękitna Planeta, jest matką tego wszystkiego, co bezgranicznie 

wierzy, i tego, co analizuje, kombinuje, czasem psując odwieczną harmonię. Bo 
melodia świata wcale nie jest wzniosła i piękna. Czasem potrzebuje dysonansu. 

Nuty wprowadzającej zgrzyt. Tylko po to, byśmy nie zaśmierdli w 
stagnacji/Wieczny ruch to mądrość czasoprzestrzeni. Żeby nie było bezpowrotności 

bytu. Jak nasz tutaj. W Pawilonie X.
Dobrze mi się pisało, ale przeszkodziła mi Ulka. Ta dziewczyna miała nieznośną 

cechę: kiedy się przyczepiła, nie można jej było odlepić.
— Co piszesz? Daj poczytać. Starałam się nie być okrutna.

— Sztukę o Fauście.
Nabzdyczyła się na zapas. Nic nie wiedziała ani o Goethem, ani o Bułhakowie.

— Udajesz, że zjadłaś wszystkie rozumy!
— Nie udaję. Zjadłam. Gdybyś ty...

7 — Lot nad...
97

Zanim skończyłam zdanie, Ulka wybuchnęła niczym granat bojowy.
— Przestań mnie pouczać! Wszyscy mnie pouczają!

— Może słusznie? Nie przyszło ci to do głowy? Pouczają na ogół ci, którzy trochę 
więcej wiedzą. Ty byś mogła...

—Nie będę nikogo pouczać! — Kiedy Ulka wpadała we wściekłość, zaczynała leciutko 

background image

seplenić. Więc to słowo, którego zdecydowanie nadużywała, brzmiało „poucać".
— Dobrze. Błagam, idź sobie. Przeszkadzasz mi.

Niestety. Ulka była uparta niczym afrykańska mucha tse-tse. Siadła obok mnie tak 
blisko, że poczułam ciężar jej ciała. Może taka wymuszona bliskość była jej 

potrzebna? Brak rodzicielskiej pieszczoty?
— Ale co robisz? — Jej głos przypominał cukier z miodem. Zacietrzewienie nagle 

zniknęło. Albo głęboko je ukryła.
— Ula, nie mam teraz czasu. Idź, pomęcz którąś z dziewczyn w twoim wieku. Jestem 

starsza i nie nadaję się na twoją koleżankę. Nie mogę nią być. I nie będę. Czy 
tego nie rozumiesz?

— Znów poucas? — zerwała się z ławki, czerwona niczym ugotowany burak.
Nie miałam sił. Niech się niązajmie Knur albo Blanka. Nie wiem, jakie dziewczyna 

ma problemy. Infantylizm połączony z hormonami? Dopisałam wspaniałą scenę 
miłosnąpomiędzy Mefistem a Małgorzatą. Bo coś mi się wydało, że ona woli diabła 

od przewrotnego starca. Nie czułam żadnej odrazy do siebie za zmianę ról. Nie 
musiałam we wszystkim wierzyć niemieckiemu autorowi. A nuż się mylił? 

Terapeutyczny teatr to był wynalazek psychologów. Nie literatów. A zatem milcz, 
Wielki Pisarzu! Przeze mnie przemawia głos maluczkich. To oni będą rządzić 

światem. Za kilkadziesiąt lat. Pisałam tak, jak czułam. Chciałam, żeby Pawilon X 
zniknął, przestał być potrzebny. Zbyt wiele tu zwichrowanych serc i umysłów. 

Muszą zapomnieć o stresach, ogłupiających narkotykach, bezwzględnych mordercach 
i szaleństwach polityków. Czy taka właśnie ma być moja rola? Co ja wiem o życiu? 

Sama się miotam od pieca do pieca.
98

Zamknęłam skoroszyt. Już niedługo będzie gong na obiad. Idąc ścieżką w stronę 
tylnego wej ścia do pawilonu, zobaczyłam Wiktora.

— Cześć — powiedziałam podchodząc.
— Słuchaj — podniósł oczy. — Czy możesz mi pomóc? Zdziwiłam się. Znowu ktoś chce 

ode mnie pomocy! Czy oni
wszyscy nie rozumieją że sama ze sobą nie potrafię dojść do ładu!

— Nie wiem. Zależy, o co ci chodzi.
— O Fredkę.

Otworzyłam oczy i usta. Musiałam wyglądać kretyńsko. Ale mnie zaskoczył!
— Chcę... no, chciałbym się z nią zaprzyjaźnić. Można z nią konie kraść...

— Można. I dlatego włamywaliście się do kuchni?
Wiktor roześmiał się. Wyglądał teraz o wiele ładniej. Było coś miłego w tym 

rozciągnięciu warg. Kiedy kąciki ust szły do góry, tracił gorzki wyraz twarzy. I 
to go odmieniało.

— Powiedziała ci?
— Fredka wszystko mi mówi. Ufa mi. Staram się jej nie zawieść. Ale to niełatwe.

— Wiem. Znam jej sprawę.
Wstrząsnęła mną złość. „Sprawę"? Życie Fredki było jednym pasmem cierpień i 

udręki. A także miłości i namiętności. Jak można nazwać to „sprawą"!
— Niczego nie rozumiesz! Jak każdy chłopak. Jesteście wszyscy powierzchowni, 

myślicie tylko jedną połową mózgu...
— Yes. Lewą. Kobiety myślą prawą. Sądzą że wszystko wiedzą. Taki... monopol na 

rację. Ale się mylicie. Chcę coś zrobić dla Fredki.
— Dlaczego?

Wiktor opuścił kąciki ust. Jego twarz natychmiast przybrała kształt tragicznej 
maski.

— Bo... dobrze się z nią czuję.
Znów mnie zaskoczył. Tego się nie spodziewałam.

— Co czujesz?
99

—Nie bądź okrutna—wyszeptał. — Sama wiesz, o czym mówię. Wiedziałam. I zrobiło 
mi się przykro.

— Wybacz, Wiktor—mówiłam wolno, dobierając słów—u nas w Polsce nie umie się 
mówić wprost. Nie umiemy używać słów...

— ...miłości?
— Właśnie. Kiedy słyszę, jak na amerykańskich filmach amant pyta ukochaną: 

„Chcesz o tym porozmawiać?", robi mi się niedobrze.

background image

— To mi nie pomożesz?
— Ależ tak. Tylko inaczej, niż się tego spodziewasz. Ale... co ty o niej wiesz? 

Ojej domu, bezrobotnym ojcu?
— Akceptuję ją razem z wszystkim.

Naiwność chicagowskiego milionera była przerażająca.
— Przypominam tylko, że strzeże cię tutaj goryl. Oprócz tego masz trochę za dużo 

forsy jak na nasze stosunki. Musisz naprzód uporządkować własne, nieco 
tajemnicze życie. Bo Fredka jest przejrzysta j ak kryształ.

Zastanowił się. Widocznie chcąc nie chcąc trafiłam w sedno.
— Masz rację. Sorry. Tylko... że nie jest to proste.

— Nic nigdy nie jest proste. Dlatego trafiłeś do Pawilonu X. Wzruszył ramionami.
— Przywieźli mnie tu bez mojej zgody.

— Kto? Ten w kraciastej marynarce, niczym wuj Sam ze starych satyrycznych 
rysunków?

Uśmiechnął się. Jakoś tak przekornie, na ukos.
— Myślisz o facecie, który mnie odwiedził?

— Właśnie.
—Nie jest moim krewnym. Przysłał go Esteban. Na przeszpiegi.

— Po co? — Chciałam, okropnie chciałam poznać tajemnicę Wiktora.
— Żeby się dowiedzieć, gdzie jest... — urwał. Szybkimi krokami nadchodziła Nasza 

Basia Kochana.
— Tu jesteście! Wiktor jest proszony do telefonu. Dzwoni ojciec. Z Nowego Jorku.

Z twarzy chłopca zniknął spokój, jakby zdmuchnięty porywem
100

wiatru, którego nie było. Tylko pionowa zmarszczka na czole pogrubiła się, 
ściągając cienkie, jasne brwi.

— Niech poczeka. Dlaczego tu nie macie telefonów komórkowych? Mój zabrano...
Terapeutka łagodnie położyła dłonie na oparciu wózka. Szła szybkim krokiem, 

uwożąc Wiktora. Nie chciałam im towarzyszyć. Zrozumiałam jedno: chłopak nie lubi 
ojczyma. I prawdopodobnie ma coś, co mieć chciałby tamten. W Chicago czy też 

Nowym Jorku. W każdym razie za Oceanem. Zostałam na ścieżce zła, że nie zdążyłam 
się dowiedzieć, po co właził do chłodni. Napić się coca-coli z lodem?

Na obiad było coś, co uwielbiam: pierogi z jagodami i ze śmietaną. Z prawdziwym 
zdziwieniem zauważyłam, że Fredka bez przekonania dziobie je widelcem.

— Nie smakują ci?
Spojrzała na mnie nieobecnym wzrokiem.

— Co?
Rafał odstawił cukiernicę, w której grzebał.

— Wyleczyłaś się z bulimii? To cud!
Rzeczywiście. Od dwóch dni Fredka nie napychała sobie ust kawałami jedzenia, 

połykanymi bez żucia. Jadła delikatnie, prawie elegancko.
— Nie mam apetytu — wymruczała wpatrzona w stolik, przy którym z pierogami 

walczył Wiktor.
Ucieszyłam się. Ta para, tak z pozoru niedobrana, wyraźnie ciążyła ku sobie.

Albert sięgnął do półmiska.
— Bardzo mi smakują. Kiedy nam rozdasz role?

Zastanowiłam się. Sztuka, prawie skończona, była tylko w rękopisie. Trzeba by 
powielić. Nie wiedziałam jak. W Pawilonie X nie tylko brakowało telewizora, 

radia czy telefonu do użytku publicznego. Także faksu, fotokopiarki i innych 
bajerów współczesności, bez których życie staje się trudne.

— Nie wiem. Nie chce mi się ręcznie przepisywać. Zapytam Knura. Mam wizytę o 
piątej.

101
To nie była prawda. Dziś nie miałam żadnej terapeutycznej „ma-glownicy". Ale 

widziałam grafik przy drzwiach profesora. Pomiędzy siedemnastą a osiemnastą miał 
dziurę. To znaczy przerwę. Chciałam ją wykorzystać do własnych celów. A przedtem 

spotkać Mateusza. Zaczynałam tęsknić do jego głosu, oczu i ust. Nie chciałam 
tego. Ale się stało. I teraz nie wiedziałam, co zrobić. Bo Mateusz, po ostatniej 

ze mną rozmowie, zaczął mnie wyraźnie unikać. Nic z tego, podły gorylu! Jeśli 
tylko zechcę... no to co? Przecież go nie zmuszę... co za drama!

Czułam pod skórą, że się zetkniemy. Ludzie, którzy się nawzajem szukają, zawsze 

background image

w jakiś sposób kręcą się wokół swoich orbit.' A my się szukaliśmy. Na razie 
wzrokiem.

Po obiedzie poszłam posłuchać gry Michała. Znów do starej oranżerii. Nie wiem, 
co to był za utwór, ale ociekał słodyczą. W innej sytuacji pewnie by mnie znużył 

monotonną linią melodyczną. Ale dziś byłam w melancholijnym nastroju. 
Wyobraziłam sobie duszną, ciepłą zieleń, tropikalne rośliny strzelające 

wachlarzami liści aż po szklany strop. Zapach storczyków odurzający, słodki. I 
jego usta. Mocne, gorące, których nie odtrącam. Którym się poddaję.

Nie wiem, jak długo siedziałam na ziemi po turecku. Bo gdy się podniosłam, 
miałam ścierpnięte mięśnie. Michał zszedł z postumentu. Fagot umilkł. Szkoda.

— Kochałaś się kiedyś podczas koncertu? — spytał.
— Co? — wracałam z dalekiej podróży. Przyjrzał mi się z uśmieszkiem na ustach.

— Masz wyraz twarzy kobiety gwałconej podczas „IX symfonii" Beethovena. 
Absolutna ekstaza!

Zezłościłam się. Myślałam, że jest subtelniejszy.
— Masz pornograficzną pamięć! — warknęłam. — Myślałeś o sobie?

Zmarszczył brwi.
— Nie wściekaj się. Nie ma powodu. Ale masz rację. Chciałbym być w łóżku z 

Chelsea podczas „Nocy Walpurgii".
102

Nic nie wiedziałam o Walpurgii. Ani z kim spędziła noc. Jednak szaleństwo 
Michała, o dziwo, przywróciło mi równowagę.

— Nie mógłbyś pokochać kogo innego?
— Nie. Gdzie moje ciasto?

Obejrzałam się. Wydawało mi się, że przyszedł tylko z fagotem.
— W ogóle go nie miałeś. Zauważyłam, że kiedy grasz, niczego więcej nie 

potrzebujesz. Nawet ciasta. Czy to coś znaczy?
Usta mu drżały.

— Nie wiem. Knur twierdzi, że powinienem wrócić do szkoły muzycznej. A przecież 
wywalili mnie z niej właśnie z powodu ciasta. Moje ręce nie mogą pozostać puste.

— To śpij z instrumentem. Jedz z nim! Trzymaj fagot w łapie, a nic więcej nie 
będzie ci potrzebne!

Ściskał instrument palcami lepkimi od potu.
— No... nie wiem.

Wybiegł nagle, znikając w alejce. Ta część parku nigdy nie widziała ręki 
ogrodnika. Nie chciałam siedzieć sama w pustym wnętrzu, z którego wiatr wywiał 

ostatnie tony muzyki. Szłam zamyślona, z nisko opuszczoną głową. Gdyby na 
ścieżce wyrosło nagle drzewo, wpadłabym na nie. Ale to nie był pień, tylko 

Mateusz.
— Co tam robiłaś? Z tym typem? — Jego głos był szorstki.

— Co?
Opanował się. Z jego oczu zniknęła złość.

— Pytam. Co tam robiliście?
Nareszcie to do mnie dotarło. Mateusz był zazdrosny! O Michała, jego fagot i 

kulę z ciasta na makaron.
— Dlaczego to cię obchodzi? Szpiegujesz mnie? Płacą ci za pilnowanie Wiktora. 

Tymczasem on się włamuje do kuchni!
Mateusz w ogóle nie słuchał, co mówię. Patrzył na mnie głodnymi oczyma. Ale ręce 

trzymał z daleka. I sprawiało mu to ogromną trudność. Wyraźnie.
— Wiktor sobie poradzi. Aleja nie. Nie wiem, co mi zrobiłaś. Nie potrafię 

myśleć... jesteś...
Czułam się dziwnie. Ten głos, słowa... kolana miałam jak z waty.

103
Działo się z moim ciałem coś, czego nie rozumiałam. Czego nie przeżywałam nigdy 

dotąd.
— Ja...

Nie wytrzymał. Jego dłonie oplotły moje plecy. Usta rozgniatały mi wargi. Ciało 
przylgnęło do ciała. Nic już nie czułam, prócz gorąca i dalekiego zapachu 

orchidei.
— Przyjdź dziś do mnie — szeptał całując moje oczy. —Niech to się już stanie.

Też chciałam, żeby to się stało. Bałam się i chciałam jednocześnie.

background image

— Aleja...
Jego dłonie błądziły po moich piersiach.

— Wiem. Nie bój się. Niczego się nie bój. Szaleję za tobą... ale jestem 
odpowiedzialny. Rozumiesz?

Nie wiem, czy rozumiałam. Ale moich dziewiętnaście lat z dużym hakiem domagało 
się spełnienia. Jeśli to miało się stać tu i teraz, to tylko z tym mężczyzną. Z 

żadnym innym.
Tupot nóg na ścieżce oderwał nas od siebie. Odskoczyłam na odległość metra.

— Tu pan jest! — Blanka nie zauważyła mojej przeraźliwej bladości. Była tak 
zaabsorbowana, że nie dostrzegłaby słonia wymachującego uszami. — Profesor 

prosi!
Mateusz głęboko oddychał. Otarł dłonią czoło. Widać z trudem powracał ze świata 

szeptów, uderzeń serca i krwi. Ale był dorosłym mężczyzną. A ci potrafią 
sprostać potrzebom chwili.

— Dobrze. Zaraz pójdę.
—Natychmiast! Wiktor się źle poczuł. Miał telefon z Ameryki...

Odpowiedzialność za drugiego, powierzonego własnej opiece człowieka! To była 
naczelna dewiza ludzi z Survivalu.

—Wrócimy do naszej rozmowy, Ewo? — W jego głosie brzmiało ciepło i spokój.
Skinęłam głową dając nura w boczną alejkę. Musiałam się uspokoić i przemyśleć 

własną słabość. A może pożądanie?
104

Nic się w tym dniu nie zdarzyło. W każdym razie mnie. Z relacji Rafała 
wywnioskowałam, że telefon z Nowego Jorku bardzo Wiktorem wstrząsnął. Chłopak 

dostał wysokiej gorączki, mamrotał coś o matce, pieniądzach i śmierci. Nikt nie 
wiedział, o co chodzi. Z miasta przyjechał specjalista-konsultant, z którym 

profesor Kurzyna zamknął się na długie minuty w gabinecie. Tak więc przerwa, 
którą chciałam pozyskać dla siebie, została zniweczona.

Podczas kolacj i nikt nie miał apetytu. Smażona wątróbka odj echała do kuchni 
prawie nietknięta. Coś, jakiś nastrój przygnębienia legł na pensjonariuszach 

Pawilonu X. Nie było w tym niczego nadzwyczajnego. Zbiorowisko nasze pełne jest 
ludzi wrażliwych. Szczególnie uczulonych na krzywdy, nieszczęścia, choroby. 

Będziemy tacy, póki nie zwalczymy własnych fobii. Póki nie wyzwolimy się z ran 
zadanych przez ludzi, otaczający nas świat i własną niemoc. Dopóki nie znajdzie 

się ktoś, kto otworzy nam oczy i duszę. Kto powie: „Moje życie jest twoim. Dalej 
pójdziemy razem". Bo ludzie z Pawilonu X nie potrafią żyć w pojedynkę. Muszą 

mieć przy sobie drugą istotę. Może mniej wrażliwą za to bardziej życiowo 
doświadczoną. Odróżniającą dobre od złego. By nieznane zło nie pożarło nas 

bezpowrotnie.
Dla mnie tym kimś stawał się Mateusz. Wyczuwałam w nim nie tylko wielką 

namiętność. Także przedziwną czułość i ogrom odpowiedzialności. Tej, której 
brakowało wszystkim moim dotychczasowym chłopakom. Żarliwym, młodym, bardzo 

niedoświadczonym i potwornie egoistycznym.
-Mateusz tkwił w pokoju Wiktora. Jeszcze dwa razy wchodzili tam lekarze, raz 

Nasza Basia Kochana z zastrzykiem. Noc już zapadła, gdy wreszcie ucichły kroki i 
hałasy dochodzące z parteru. Świtało, gdy wreszcie zasnęłam snem tak głębokim, 

że nie usłyszałam cichutkiego skrzypnięcia drzwi. Także tego, że ktoś długo i z 
uśmiechem przyglądał mi się, nie zrobiwszy ani kroku.

105
Со z tym ptakiem? — spytał Knur następnego dnia, gdy weszłam do gabinetu.

— Z czym? — zdziwiłam się, bo żółtodzioby stał się jedynie dawnym, wyblakłym 
wspomnieniem. Nie śnił mi się chyba od dwóch tygodni.

Profesor rozciągnął usta w uśmiechu. Był w tym podobny do Ludwika i śmierdział 
jakoś inaczej. Albo to jajuż się przyzwyczaiłam do zapachu, który wsiąkł w 

ściany.
— Zakochałaś się?

Oniemiałam. Ale tylko na moment. Skąd, do cholery, o tym wiedział? Czy miłość 
wywołuje wysypkę? A może zmienia kolor oczu?

— To trudne pytanie.
— Ja nie zadaję łatwych pytań, moja panno.

Nie chciałam roztrząsać własnych uczuć. Jeszcze nie byłam gotowa.

background image

— Profesorze — żebrałam niczym człowiek głodny i spragniony — nie odpowiem. Bo 
nie wiem.

— Leniwy mózg to warsztat diabła! — roześmiał się. — To stare chińskie 
porzekadło. Postaraj się myśleć, Ewo. Wiem, że umiesz.

— Myślę tylko o jednym! — wypsnęło mi się całkiem bezwiednie.
— Wiem. To widać. Trudna decyzja, czy tak?

Kiwnęłam głową. Nie można udawać w tym gabinecie. Ludwik słyszał już nie takie 
wyznania. Ściany także.

— Powiem panu, jak się coś stanie.
Jego usta znów rozciągnął ten sam uśmiech starego, mądrego Buddy.

— Wtedy już nie będziesz musiała. Poznam po twoich oczach. Masz w nich głód 
miłości, dziewczyno.

— To dobrze? Rozłożył dłonie.
— Zależy dla kogo. Dla ciebie tak.

106
— A dla... Fredki? Wiktora?

Doktor przyjrzał się własnym dłoniom. Wiedziałam, że nie skłamie. Najwyżej jakoś 
obejdzie prawdę.

— Miłość to szczęście dla każdej dziewczyny. Dla Fredki szczególnie. Co do 
Wiktora...

— Ma pan wątpliwości.
Nie odpowiedział. Zapatrzył się w ukośny promień słońca wpadający przez 

ukwieconą gałąź za oknem.
— Dużo zależy od ciebie.

— Ode mnie? Ja się nie kocham w Wiktorze! Przesunął dłonią po czole i rzadkich, 
przydługich włosach.

— Wiem. Kochasz Mateusza.
Że też piorun nie strzelił w starego dziada! Skąd wiedział? Od Blanki? Michała?

— Ja... — przerwał mi ruchem dłoni.
— Nic nie mów. Słowa czasem padaj ą w pustkę. Proszę cię j ed-nak o poświęcenie 

uwagi temu, do czego się zobowiązałaś.
— Teatr?

— Tak. Nadszedł czas. Nawet nie wiesz, jak ważny moment się zbliża. Możliwe, że 
dla całego Pawilonu X.

— Mówi pan zagadkami. Robię, co w mojej mocy. Ale nie jest moją winą, że nie ma 
tu na czym powielić tekstu.

Spojrzał ostro.
— Jest. Jest tu wszystko.

— Gdzie? — zdumienie moje nie miało granic.
— Zobaczysz. Jeszcze dzisiaj. Zaufam ci. Ale będę musiał prosić o dyskrecję. Mam 

swoje tajemnice.
— Przed wszystkimi? — Wstąpił we mnie duch Sherlocka Holmesa, mądrego i 

przenikliwego detektywa z dawno czytanych książek.
— Prawie.

— Profesorze — zaczęłam ponuro — proszę mnie nie wystawiać na próbę ognia i wody 
jak czarownice, które palono na stosie lub topiono w rzekach! Albo ma pan do 

mnie zaufanie, albo nie bawimy się w te klocki!
107

Zmarszczył brwi. Nigdy go takiego nie widziałam.
— Jestem pozbawionym emocji mutantem, moja panno — powiedział cicho i dobitnie. 

— Nie musisz mi grozić strajkiem. Albo się dogadamy na moich warunkach, albo 
wcale. Tu idzie o zbyt wysoką stawkę.

Nie wiem, czy lubię dominujących mężczyzn. Ale ten miał nade mną kolosalną 
przewagę: był mądrzejszy do sześcianu i rządził u siebie.

— Przyjmuję warunki — wystękałam, choć ambicja schowana do kieszeni miotała się 
niczym wesz na grzebieniu. — Co wymyślamy?

Znów uśmiech Buddy zagościł na jego obliczu.
— W trzecim tysiącleciu przed Chrystusem niejacy Sumerowie wymyślili już 

wszystko: pismo, astronomię, wolną miłość, podatki i... parę sposobów na 
przechytrzenie przeciwnika!

— Ale nie mieli kserokopiarki! — odcięłam się, bo niezbyt lubiłam, gdy mi czarno 

background image

na białym wykazywano nieuctwo.
— Dzisiaj — powiedział, robiąc niedwuznaczny gest dłonią. Oznaczał dla 

wszystkich jedno: wynoś się do wszystkich diabłów i zamknij drzwi z drugiej 
strony! — O dwudziestej drugiej.

— Gdzie?
— W suterenie.

Oniemiałam, posłusznie wstając z krzesła. Na Boga! On też! Słyszy głosy, które 
mu każą zejść w głąb ziemi? Kto tu jest szurnięty? On czy my?

— W końcu pacjenci opanowali dom wariatów! — stwierdziłam głośno zamykając 
drzwi. Dobiegł zza nich szczery śmiech. I wtedy mi ulżyło.

Nie mogłam się doczekać wieczoru. Snułam się po całym domu, przeszkadzając 
innym. Dałam egzemplarz sztuki do poczytania Rafałowi. By najinteligentniejszy, 

najbardziej oczytany, rozumieliśmy się zawsze w pół słowa.
— No, co sądzisz? Spojrzał mi w oczy.

108
—  Ta sztuka brzmi tak, jakby ją układało kilka osób przez telefon!

Ucieszyłam się jak dziecko. O to właśnie chodziło!
— Rafał, jesteś wielki! Tylko od razu muszę ci powiedzieć, że Fausta zagra 

Albert. A Mefistofelesa Wiktor.
Przyjrzał się swoim dłoniom bez bandaży. Połamane paznokcie i krwawe wybroczyny 

nie wyglądały dobrze. Ale przynajmniej zaczął poważnie walczyć z własną niemocą.
— Rozumiem też, że nie zagram Małgorzaty?

— No nie! To rola Fredki.
— Zostaje tylko braciszek głównej bohaterki, ów demoniczny młodzian opętany 

kazirodczą miłością.
— Nie pasuje do ciebie, co?

Potrząsnął głową. Iskra błysnęła w jego oku.
— Nie bardzo. Chyba... żebyś to ty była Małgorzatą... Otworzyłam szeroko oczy. 

Czy on zgłupiał? Co mają znaczyć te
słowa? Czyżby Rafał czuł do mnie coś więcej niż koleżeńską przyjaźń? Ceniłam ją 

bardziej niż jakąkolwiek szczeniacką miłość.
— Nie gram nikogo. Jestem autorką, reżyserem i dekoratorką. I proszę... zachowaj 

dystans. Bez tego nie mogłabym... nie potrafiłabym... — plątałam się niczym 
nieszczęsna Małgorzata, by wytłumaczyć coś, czego nikt nie chciał słuchać.

— W porządku! — uniósł w górę biedne, pokiereszowane dłonie. — To był tylko 
taki... niepotrzebny wtręt. Wybacz.

Odwrócił się nagle i odszedł. Może mi się tylko wydawało, że w szarym oku 
zabłysła łza? Ludzie, jak trudno jest żyć, mając źle ulokowane uczucia. Ale, 

między innymi, dlatego właśnie tu jesteśmy. Niestety.
Po kolacji udawałam śpiącą. Z nerwów i ciekawości nawet nie myślałam o Mateuszu. 

Wiktora przy stole nie było.
— Jeśli się zbudzisz, a mnie w pokoju nie będzie, nie zawiadamiaj glin! — 

szepnęłam do Fredki.
109

Zamrugała powiekami, chwilę myślała, aż wreszcie skinęła głową.
— Gra. Idziesz z nim do łóżka?

Wstrząsnęła mną złość. Ona także? Czy wszyscy tu, w Pawilonie, zauważyli, co się 
dzieje pomiędzy mną i Mateuszem? Cały świat? Wszystkie radiostacje i studia 

telewizyjne nadają tylko jeden komunikat: Ewa się zakochała!
— Nie idę. — Co miałam powiedzieć? Że nie rozumiem, o co jej chodzi? Nie 

zasłużyła na kłamstwo. A, swoją drogą musimy być ostrożniejsi. Całowanie się w 
ogrodzie to jakby człowiek chodził nago po głównej ulicy miasta. — W ogóle nie 

chodzi o mężczyznę.
— Tylko?

— O kserokopiarkę. — To urządzenie nie interesowało Fredki. Ściągając przez 
głowę zieloną koszulkę z napisem „Maanam" i wizerunkiem Kory mamrotała coś, 

czego nie rozumiałam. — Powtórz.
Wydostała z wnętrza bawełnianego tłumoka swoje gęste, wspaniałe włosy.

— Mówię, że tu się coś stanie.
— Kiedy?

— Jak tylko Wiktor ozdrowieje. Albo chwilę przedtem. Zastanowiłam się. Może 

background image

wiedziała o czymś, co ja przeoczyłam.
— Dlaczego tak sądzisz?

Ściszyła głos. Lenora chrapała, wydmuchując nosem powietrze. Brzmiało to jak 
nawoływanie świstaka.

— Ten wuj, który nie jest wujem, chce odzyskać coś, co ma Wiktor. Zabrał to z 
Ameryki. I teraz ci gangsterzy chcą wiedzieć, gdzie to ma. Szykują się na 

chłopaka. A goryl... ten twój Mateusz sam nie poradzi!
— Skąd wiesz?

— Wiem. Ale nie powiem. Umiem milczeć. W mojej dzielnicy to konieczne. Żeby 
przeżyć.

Nie miałam wątpliwości, że mówi prawdę.
110

Za pięć dziesiąta wylazłam z łóżka kompletnie ubrana. Na nogi włożyłam 
tenisówki. Wyjrzałam na korytarz: nikogo. Schody chciały skrzypieć, ale im nie 

pozwoliłam. Ostrożnie stawiałam stopy na kolejnych stopniach z wypolerowanego 
drewna pokrytego ciepłą, malinową wykładziną. W holu na parterze paliło się 

światło. Kątem oka sprawdziłam drzwi wyjściowe: kolorowe lampeczki migotały. 
Znak, że alarm włączony. Przyjrzałam się tej niebieskiej, najważniejszej. 

Wyglądała niczym oko opatrzności. Poczułam się bezpiecznie. Schody w dół 
pokonałam trzema susami. Jeszcze tylko boczny korytarz obok zamkniętych 

pomieszczeń kuchennych i chłodni i przed moimi oczyma ukazały się potężne zasuwy 
na biało lakierowanej powierzchni. Nikogo.

— Gdzie profesor? — wyszeptałam, rejestrując pewną zmianę: zasuwy górna i dolna 
były odsunięte. Ostrożnie pchnęłam drzwi. Ustąpiły natychmiast. Naprzód wsunęłam 

głowę, by spenetrować nieznane wnętrze. To głupi zwyczaj. Gdyby ktoś na mnie 
czyhał, dostałabym w łeb jak dwa i dwa cztery. Ale nie dostrzegłam napastnika. W 

nozdrza uderzył mnie dziwny, niezbyt przyjemny zapach. W świetle jarzeniówek, 
których nikt już nie używał tam na górze, rozpościerała się przestrzeń niczym z 

laboratorium alchemika Fausta! Szklane rury, retorty, jakieś metalowe baniaki o 
lśniącej, niebieskawej powierzchni. To wszystko żyło, cichutko bulgotało. Coś 

się przelewało, przetwarzało, płynęło lub zastygało. Stanęłam nie wiedząc, co 
dalej robić. Bałam się potrącić jakieś szkło, coś uszkodzić. Gdzie profesor? — 

stukało mi w mózgu jednostajnie. Ostrożnie postąpiłam parę kroków. Laboratorium 
miało kształt litery „L". Na przeciwległym końcu znajdowały się następne drzwi z 

szyfrem. Uchylone. Podeszłam na palcach. Profesor wciągał jakiś płyn do 
strzykawki. Miał na nogach adidasy! To jego widziałam poprzednio! Cofnęłam się w 

popłochu, właściwie nie wiedzieć czemu. Miałam irracjonalne wrażenie, że chce 
mnie otruć, uśpić, a może zmienić w węża lub kota. To oczywiście wpływ filmów 

grozy, które ogląda-
111

łam, gdy rodziców nie było w domu. Znów zbliżyłam oko do szpary. Profesor sam 
sobie robił tajemniczy zastrzyk. Miał wysoko podwinięty rękaw koszuli. Porzucona 

marynarka zwisała z krzesła. Zaczekałam, aż z jego oblicza znikł wyraz 
cierpienia. Potem weszłam. Spojrzał na mnie uważnie.

— Spóźniłaś się.
— Nie wiedziałam, że tu...

— Nikt nie wie. Poza Blanką oczywiście. I Gretą. To moje właściwe miejsce pracy.
Nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć.

— Sądziłam... że jest pan psychiatrą.
— Jestem. Ale to druga specjalizacja. Moją miłością jest mikrobiologia. Odkryłem 

szczepionkę przeciwko pewnej chorobie nękającej ludzkość prawie od zarania 
dziejów. Także mnie. Powinienem dostać za to Nagrodę Nobla... — krzątał się, 

chowając resztkę zielonego płynu do czegoś, co przypominało pancerną lodówkę. Z 
szyfrem. A jakże.

— Ale... dlaczego pan to trzyma w tajemnicy? — odważyłam się wybąkać.
— Bo to są straszne pieniądze, dziecko. Gdyby moje notatki wydostały się stąd, 

byłbym skończony. Nie słyszałaś o szpiegostwie przemysłowym?
— Słyszałam. Ale nie bardzo w to wierzę.

— To nie jest kwestia wiary, tylko walka z czasem — powiedział ponuro. — I 
możliwość zarobienia miliarda dolarów.

Jakiś szmer czy też szelest dobiegł z sąsiedniego pomieszczenia. Odruchowo 

background image

spojrzeliśmy na drzwi.
— Tam... było otwarte... — wyjąkałam.

Kurzyna stał i śmierdział. Teraz zrozumiałam, że to wpływ zielonego zastrzyku. 
Niespodziewanie gwałtownym skokiem dopadł na wpół przymkniętych drzwi. Stał w 

nich nieruchomo, nasłuchując. Ale nic się nie poruszyło. Przeszedł przez 
laboratorium, zatrzaskując szyfrowane wejście. Zapaliło się tajemnicze błękitne 

światełko. Zaczęłam rozumieć, dlaczego cały Pawilon X wygląda niczym Fort
112

Knox, miejsce, gdzie znajduje się amerykański zapas złota. Coś zabulgotało w 
szklanej retorcie.

— Tak wyglądała pracownia Fausta — stwierdziłam.
— Nie tak. — Profesor wyłączył coś na konsolecie. — Mam tu 

najnowocześniejsząaparaturę świata.
—A pieniądze? — szepnęłam zdumiona. Zapach stawał się coraz intensywniejszy.

— Z Chicago — sprawdzał temperaturę. — No, dobrze. Teraz wejdziemy do miejsca, 
które jest mózgiem tego wszystkiego. Włóż to — podał mi białą maskę nasączoną 

jakimś płynem pachnącym startymi świeżo ogórkami. Po smrodzie panującym w 
laboratorium poczułam się jak w ogródku z ekologiczną żywnością na grządkach. — 

I co ty na to?
Znajdowałam się we wnętrzu kosmodromu. Na pulpitach migotały tajemnicze 

światełka.
— Jakaś... sterownia? Lecimy na Marsa?

Roześmiał się chrapliwie. Jego oczy błyszczały. Wyglądał młodziej o dwadzieścia 
lat! Gdyby tylko nie ten zapach...

— Nie. Zostajemy na ziemskim padole. Ale setki tysięcy dolarów poszły na tę 
aparaturę.

— Czy... — coś mi zaświtało w mózgu. — Czy finansuje to ktoś z rodziny Wiktora?
Zaklaskał w dłonie.

— Kombinuj, kombinuj. Jest ciepło, prawie gorąco... Zobaczyłam komputer, laptopa 
i kserokopiarkę. To dlatego mnie

aż tu przyprowadził.
— Fundacja i to... tutaj żyje z pieniędzy rodziny Smolarka? Skinął głową.

— Od pięciu lat. Ale nic za darmo! Johana Smolarek ma nadzieję dobrze zarobić na 
opublikowaniu rezultatów moich badań. Jestem już bliski końca. Jak zauważyłaś, 

eksperymentuję na sobie. Gdyby nie zastrzyki... nie żyłbym już od trzech lat.
Pokiwałam głową. Sprawa była oczywista. Ale nie do końca. Coś mi przeszkadzało. 

Brak szczegółów?
8 — Lot nad...

113
— Co ma do tego wszystkiego choroba Wiktora? Ta... amnezja? Profesor włączył 

wentylator. Powietrze zaczęło się wymieniać.
Po trzech minutach mogłam zdjąć maskę.

— Sam nie wszystko rozumiem. Wiktor pojawił się w Fundacji bez wcześniejszego 
powiadomienia. To mi się wydało podejrzane. Dlatego zatrudniłem Mateusza.

— To pan go zatrudnił? Myślałam, że ci... gangsterzy. Odłożył plik papierów.
— Jacy?

O, Boże! On nic nie wiedział!
— Przyjeżdżają tu srebrnym mercedesem. Rozmawiała z nimi Nasza Basia Kochana.

Zmarszczył brwi.
— Coś... podejrzewałem — wymruczał. — Cała ta historia ze śmiercią ojca Wiktora 

jest mocno niejasna. Nie wiem, dlaczego Johana wyszła za mąż za Estebana. 
Chyba... że... czyżby chciał przejąć cały majątek? Nie...

Pasowało jak ulał.
— Wypadek samolotowy ojca Wiktora mógł zostać spowodowany przez Argentyńczyka. 

Był właścicielem maszyny, która spłonęła.
Świdrował mnie oczkami jak szpileczki.

— Tylko, kto to udowodni, moja panno. Skoro chicagowska policja...
— Mogą być w zmowie. — Nie, stanowczo zbyt wiele oglądałam seriali.

Zaczął się nagle spieszyć.
— Zrób te odbitki, bo nie zamierzam tkwić tu do rana! I, na Boga, zapomnij, co 

tu widziałaś!

background image

Wyjęłam brulion z luźnymi kartkami. Kserokopiarka pracowała bezszmerowo. 
Myślałam o tym, co będzie dalej. I dlaczego profesor mi zaufał. Skoro nikt nie 

zna tajemnicy Pawilonu X poza nim, Blankąi Gretą V2. A może? — ciarki przeszły 
mi po plecach! Może oni mnie zabiją? Zlikwidują jedynego świadka? Ale po co? 

Beze
114

mnie nie będzie teatru. Nie będzie Fausta, Mefistofelesa ani Małgorzaty. To 
Knurowi zależy na spektaklu! Ostatnie kartki spłynęły na podłogę. Schyliłam się, 

by je pozbierać. I wtedy to się stało. Usłyszałam krzyk profesora, czyjeś kroki, 
uderzenie jakiegoś przedmiotu o podłogę. Spojrzałam pod swoje nogi. Zobaczyłam 

świecznik. Duży, trójramienny świecznik z mosiądzu. Zawsze stał w holu. 
Odwróciłam zbielałą ze strachu twarz. Myślałam, że zobaczę trupa i krew. Ale na 

ziemi leżała w nienaturalnej pozycji... Nasza Basia Kochana. Profesor stał obok, 
ciężko dysząc.

— Od dwóch miesięcy ją podejrzewałem—wymruczał, pochylając się lekko. — 
Pośliznęła się, idiotka. Chciała mnie zabić świecznikiem. Bezdenna głupota...

— Była na usługach... Estebana?
— Raczej jego ludzi. Ma ich tu, w Polsce.

Kobieta poruszyła się. Jęknęła. Ucieszyłam się, że żyje.
— Trzeba coś zrobić! — poczułam przypływ energii. Zawsze tak reagowałam. Wtedy w 

samolocie także.
— Zaraz dostanie zastrzyk, po którym będzie spała co najmniej czterdzieści osiem 

godzin. — Profesor wyszedł do laboratorium.
Przyglądałam się Basi ze szczerym smutkiem. Była taka ładna, świeża i taka 

bezwzględna! Cios świecznikiem z łatwością rozwaliłby czaszkę starca. W drobny 
mak. A co ze mną? Nie mogła wypuścić mnie żywej. Byłabym świadkiem zbrodni!

Nie widziałam ampułki ani igły. Profesor zrobił zastrzyk ze zręcznością 
cyrkowca.

— I co teraz? — wymruczałam zbierając swoje papiery.
— Wyciągniemy ją do holu. Pomożesz mi.

— Nie zawiadomi pan policji? Przecież... Popukał się palcem w czoło.
— I co jej udowodnimy? Linie papilarne na świeczniku? Każdy mógł je zostawić. 

Choćby wycierając kurz. Jej obecność w laboratorium? Przecież pracowała w 
Pawilonie X. A ponadto... ja nie mogę pokazać tego wnętrza nikomu. Nawet 

Urzędowi Ochrony Państwa. Jasne?
115

Miał rację. Basi niczego nie można było udowodnić. Chwyciliśmy dziewczynę. Na 
szczęście była lekka jak piórko. Profesor zgasił światło, włączył wentylator i 

wypukał szyfrowany kod. Potem dwie zasuwy płynnie weszły na swoje miejsce.
I wtedy zobaczyłam go. W holu stał Mateusz ze zmarszczonymi brwiami. Profesor 

też go zobaczył. Pół minuty później.
— My tu... — zaczął, ale Mateusz położył palec na ustach.

W trójkę ułożyliśmy Basię w jej własnym łóżku. Na wszelki wypadek... w kaftanie 
bezpieczeństwa. Nawet nie wiedziałam, że tu były.

— Należą mi się chyba jakieś wyjaśnienia? — powiedział Mateusz, gdy z profesorem 
usiedli w saloniku.

— Mnie też — wysapałam. — Jak tu wszedłeś? Uśmiechnął się ciepło.
— Dwa, siedem, jeden, dziewięć, pięć, trzy, osiem — przyjrzałem się, gdy ty 

wchodziłaś. Zapamiętałem.
Łobuz. Powinnam była uważać. Ale mnie zaskoczył. Jak zwykle.

W efekcie poszłam spać o drugiej nad ranem. Niedużo pamiętam z rewelacji 
opowiedzianych pospiesznie przez Knura. Wiele tam padało łacińskich nazw, 

matematycznych i chemicznych wzorów. Mateusz słuchał niczym opowieści o Żelaznym 
Wilku. Od razu powiązał pewne fakty: Basię, która już nie była ani kochana, ani 

nasza, mercedesa i czterech facetów. O łapówkarskim strażniku dopowiedziałam ja. 
W końcu profesor postanowił, że zatrzyma Basię w areszcie domowym. Żadna policja 

nie miała prawa się o niczym dowiedzieć. Tajemnica, grób, milczenie aż do końca 
eksperymentu. Najważniejszy był wynalazek profesora. A także sprawa Wiktora, 

która najwyraźniej się z tym wszystkim łączyła.
— To jest twoje zadanie — powiedział Knur do Mateusza. — Musisz wyciągnąć z 

niego całą prawdę. Chłopak najwyraźniej coś ukrywa. A na dodatek, jest jakieś 

background image

totalne zamieszanie tam, w Chicago. Podejrzewam, że Johana została odsunięta 
przez Estebana.

116
Od pieniędzy. Nie telefonuje, choć mamy taką umowę: w każdy czwartek. Nie 

napisała ani słowa, że wysyła do mnie Wiktora.
— Przecież pan wiedział, że ma chorego syna...

— On nie jest chory fizycznie! — zaprotestowałam, choć sen sklejał mi powieki.
— Nie jest — potwierdził profesor. — Przeżył szok po śmierci ojca. Może o czymś 

wiedział, coś widział. Nie wiem. Dlatego prosiłem cię o napisanie sztuki. Skoro 
w niej zagra... musisz —jego palec był wycelowany w moją pierś — poskubać duszę 

Wiktora.
Mateusz przyglądał mi się z łagodną melancholią.

— Czy to nie jest zbyt trudne zadanie dla dziewczyny, która sama nie tak dawno 
przeżyła szok?

Zezłościłam się. Co on sobie myśli? Kto mu dał prawo do obrony chomika? Jestem 
dorosła i sama za siebie decyduję!

—Jesteś niczym Rambo, który wierzy jedynie w trzynastostrza-łowy browning! — wy 
szemrałam. — Nie wiesz, co potrafi psychoanaliza!

Mateusz parsknął śmiechem.
— Wiem, co potrafi! Byliście świadkami, do czego jest zdolna psychoterapeutka z 

trójramiennym świecznikiem w garści! Profesorze... w tej sprawie potrzebna jest 
pomoc...

— Wiem. Blanka i Tomek będą po mojej stronie. Także Greta... V2? Tak ją 
nazywacie? Nasza Kochana musi pozostać w swoim pokoju. Tak długo, jak to będzie 

konieczne.
Nigdy nie sądziłam, że łagodny Knur potrafi bronić swego wynalazku niczym 

archanioł Gabriel mieczem. Z tego wszystkiego rano zaspałam. Fredka ściągała ze 
mnie kołdrę, powtarzając niczym papuga:

— Wstawaj, co jest? No, co jest?
Wylazłam. Miałam podpuchnięte oczy, zamęt w głowie i ból w lewej łydce. To 

dlatego, że wczoraj siedziałam długo na podwiniętej nodze.
— Przestań, Fredziu. Już dobrze. Wszystko ci wyjaśnię, tylko nie wrzeszcz mi nad 

uchem. Mózg mi pęka!
117

— Panadol — mruknęła Lenora. — Siostro, zalecam silniejszy środek!
— Jezus, Maria, ona mnie wykończy tymi cytatami z reklam! Lenorciu, proszę cię, 

weź perłę i idź prać!
— Kawa Tschibo, podaj to, co najlepsze! — Lenora była niezniszczalna. Ale to 

prawda, chętnie napiłabym się mocnej kawy. Puściłam zimny prysznic, jednak 
niewiele pomógł. Wyglądałam, jakbym zmartwychwstała po czterech dniach leżenia w 

trumnie.
Po śniadaniu zebrałam wszystkie kartki z rolami do „Fausta".

— Spotykamy się w ogrodzie — oznajmiłam swoim aktorom głosem nie znoszącym 
sprzeciwu. — Zaczniecie się uczyć od razu. Gramy w niedzielę.

Spojrzeli na mnie z przerażeniem.
— Zwariowałaś? — Alfred rozkładał dłonie. — Nie zdążę się nauczyć.

— Musisz. Rozkaz profesora. Jeśli nie będzie teatru w najbliższą niedzielę, 
wszystkich nas stąd powywala! Tak powiedział.

Że też Pan Bóg nie zesłał na mnie jakiegoś gromu za tak ohydne łgarstwo!
— To nieprawda! — Rafał zerwał się z ławki.

— Prawda!
Niebo było dla mnie łaskawe, zsyłając Tomka. Nie zauważony stanął obok, 

wsłuchując się w ostatnie słowa.
— Ewa, profesor chce z tobą porozmawiać. Natychmiast. A wy — zwrócił się do 

zdezorientowanej reszty — do roboty! Dość już leniuchowania. Fundacja nie będzie 
w nieskończoność karmiła darmozjadów!

Spojrzałam na niego z uznaniem. Widać został już wciągnięty w wir spraw. 
Rozdałam kartki.

— Proponuję, żeby każdy poszedł tam, gdzie najbardziej lubi się ukrywać. Jutro 
pierwsza próba czytana.

— Gdzie?

background image

Zastanowiłam się. Sama nie miałam wyrobionego zdania. Przecież nawet nie 
zdążyłam wszystkiego przemyśleć.

118
— W saloniku — zdecydował za mnie Tomek.

— Ale... — zatrzymałam się w pół kroku. — Wiktor, z tobą chciałabym pewne sprawy 
tekstowe omówić jeszcze dziś. Co?

— Mam seans z Naszą Basią Kochaną— zaprotestował miętosząc zwój kartek.
— Wyjechała — powiedział Tomek krótko. — Na jakiś czas. Od jutra zastąpi ją 

Blanka. Albo Greta.
Dopiero koło kwitnących hortensji odważyłam się spojrzeć na mojego towarzysza.

— Wiesz wszystko? — spytałam.
— Więcej, niż myślisz — odburknął. — Ale trudno mi zaakceptować przetrzymywanie 

człowieka bez jego zgody...
— Ten człowiek, jeśli mówimy o anielskiej Basi, chciał na moich oczach rozwalić 

Knurowi czaszkę mosiężnym świecznikiem! Nie wiesz, na co liczyła?
— Wiem. Pewni ludzie od dawna chcieli opanować Pawilon X. W każdy możliwy 

sposób. Pracuję z profesorem dobrych parę lat. Tak samo jak Greta. Bez naszej 
pomocy nie byłoby wynalazku. To epokowe wydarzenie. Prawie pewna Nagroda Nobla. 

I straszne, wręcz niewyobrażalne pieniądze dla firmy, która ten lek wyprodukuje 
na skalę światową. Więcej ci nie powiem. Nie warto wiedzieć zbyt dużo.

Dobre sobie! Sama wiedziałam, co by się działo w całym świecie, gdyby ktoś nagle 
ogłosił, że ma absolutnie skuteczną szczepionkę przeciwko AIDS lub rakowi. Nasz 

kraj w sercu Europy dostał szansę jednana milion. Nie, nie pozwolę, by jakiś 
Esteban odebrał sławę Knurowi! Po moim trupie!

— Tomek, powiedz mi... ale szczerze! Czy to na pewno Knur wynajął Mateusza?
Roześmiał się, gładząc swojąogolonągłowę indyjskiego mnicha.

— Myślisz... że może być w zmowie z wrogami?
— Twoja śmierć byłaby dla świata lepsza niż całe twoje życie! — wybuchnęłam.

Zachichotał jakoś tak cichutko.
119

— Trzeba, Ewo, za kimś stanąć, żeby wbić mu nóż w plecy! Czy mam się odwrócić?
— Baran! — potknęłam się ze złości.

— Nic ci się nie stało?
— Okulałam, ale będę żyć! — odwarknęłam, startując w stronę drzwi. Zatrzymał 

mnie ruchem ręki. Miał wyjątkowo silny chwyt.
— Co jest? — zdziwiłam się.

— To nie profesor cię wzywał.
— Tylko kto?

— On.
Odwróciłam się w stronę, którą wskazywał palcem. Za kępą krzewów lśniła biała 

ściana domku ogrodnika.
— Mateusz?

Tomek wzruszył ramionami. Znów wyglądał jak pokorny mnich w pomarańczowym 
gieźle.

— Nie pytaj. Idź tam.
— Raj fur! — wy sapałam. Chciałam dać mu w zęby, ale się wywinął. Sadził susami 

w stronę Pawilonu X. Chcąc nie chcąc, poczłapałam w lewo. Podchodząc zajrzałam 
przez okno. Mateusz stał odwrócony tyłem. Szóstym zmysłem wyczuł czyjąś 

obecność. Skręcił ciało, błyskawicznie wyciągając broń. Całkiem przyzwoitego 
luggera. I dopiero to mnie uspokoiło.

Otworzył drzwi, wciągnął mnie do środka, przytrzymał moment w objęciach, aż mi 
krew uderzyła do głowy i... puścił! W pierwszej sekundzie pomyślałam: idiota. 

Później spostrzegłam, że nie był sam. Na ogrodowym foteliku obciągniętym 
kwiecistą materią siedziała Blanka z dłońmi złożonymi jak do modlitwy.

— Dobrze, że jesteś — powiedziała, wyciągając coś z dużej ortalionowej torby z 
uszami. — Włóż, powinno pasować.

Moje zdumienie nie miało granic. W rękach Blanki widniała ni mniej, ni więcej, 
tylko błękitna sukienka z białym paskiem. Symbol tutejszego personelu 

lekarskiego! I białe zamszowe pantofelki.
— Co? Dlaczego? — wybąkałam.

120

background image

Mateusz położył mi dłoń na karku. Poczułam ciepło i natychmiast się uspokoiłam.
— Zagrasz dziś rolę Basi — powiedział mi do ucha. Jego wargi skorzystały z 

okazji, by połaskotać szyję. Zaczerwieniłam się. To odebrało mi mowę.
Blanka dyskretnie udawała, że niczego nie dostrzega.

— Zdejmij te okropne dżinsy! — westchnęła. — No, już! Zaparłam się niczym koń 
wierzchowy, podczepiony do drabiniastego wozu.

— Nic z tego! Albo mi wyjaśnicie, o co chodzi, albo daję dyla. Możecie mnie 
nawet wyrzucić z Pawilonu X! Trudno!

Mateusz delikatnie posadził mnie na drugim foteliku. Stał za mną, trzymając dłoń 
na moim ramieniu.

— W porządku. I tak musielibyśmy ci wszystko wyjaśnić. Zagrasz dziś rolę 
nietypową. Ale nie w sztuce o doktorze Fauście.

— Tylko?
— Teatr, który my planujemy, to raczej... kryminał! — uśmiechnęła się Blanka. 

Nigdy dotąd nie widziałam jej orlego nosa nad rozciągniętymi wargami. Wyglądała 
raczej na rozbawionego tapira lub mrówkojada. — Spodziewamy się dziś przyjazdu 

ludzi z mercedesa. Jeden z nich telefonował, prosząc do aparatu Basię. Profesor 
wymyślił, że odwieźliśmy ją do szpitala z podejrzeniem zakaźnej żółtaczki. 

Poinformował też, że na miejscu Basi pracuje tu od dziś jej kuzynka Ewa.
— Czyli ja?

— Właśnie. Zgodzili się porozmawiać z Ewą. Chyba mają nóż na gardle. Basia, 
niestety, nie chce mówić. Jest wściekła, że ją wyeliminowaliśmy z gry. Sądzę, że 

bardzo boi się swoich mocodawców. Pewnie wzięła forsę, a teraz nie wywiązuje się 
z obowiązków.

— Sądzicie, że Basia wie, o co w tym wszystkim chodzi? Mateusz przesunął dłonią 
po moich włosach. Zmartwiłam się,

że nie są świeżo umyte. Chyba jednak nie zwrócił na to uwagi. Ci mężczyźni!
— Tak. Na pewno zna szczegóły, których my nie znamy.

121
— A co znamy? — pytanie było na czasie. Co do mnie, miałam wyłącznie 

podejrzenia.
— Wiemy, że Jose Barnard Esteban nie cofnie się nawet przed morderstwem. — 

Mateusz był śmiertelnie poważny. — Trochę informacji udało mi się zdobyć.
— Skąd?

Znów pogłaskał mnie po głowie. Zupełnie jakbym była niegrzecznym dzieckiem 
zadającym idiotyczne pytania w rodzaju: Skąd się biorą dzieci? Wiedziałam, do 

diabła, skąd one się biorą! Teraz chciałam usłyszeć, jakie to koneksje ma ten 
fizyk kwantowy, surwiwalo-wiec z pistoletem w garści!

— To w tej chwili mało ważne — uciął marszcząc gęste brwi. — Mam swoje chody. Tu 
i tam. Esteban to — ogólnie mówiąc — hochsztapler. Najprawdopodobniej spowodował 

wypadek, w którym zginął ojciec Wiktora. Jego matka, Johana, bardzo piękna Polka 
z pochodzenia...

— Skąd to wiesz? — warknęłam.
— Widziałem zdjęcia. Wiktor trzyma je u siebie w pokoju. Więc Johana wyszła za 

mąż, niczego się nie domyślając. Nie sporządziła też umowy przedmałżeńskiej...
— Umowy dotyczącej całego majątku po Smolarku — dorzuciła Blanka. — Zupełnie ją 

skołował!
— Tak więc Esteban — ciągnął Mateusz, przykucnąwszy naprzeciw mnie — może 

dysponować każdą sumą. A nawet przelać miliony dolarów na własne konto gdzieś w 
Argentynie albo na Bermudach. Ale...

— Ale co?
— Otóż właśnie tego nie wiemy. Coś mu przeszkadza, by całkowicie ograbić Wiktora 

i jego matkę. A także upupić Fundację i badania w Pawilonie X poprzez odcięcie 
dopływu gotówki! — powiedziała Blanka rozkładając dłonie. — To wszystko ma 

związek z przyjazdem Wiktora do Polski.
— Tylko że on nie chce mówić — skonstatowałam.

— Przez sen mówił coś o komputerze.
122

— Ludzie! — wysapałam zrywając się z miejsca. — Opowiadacie mi rzewne bzdury! Co 
ma wspólnego siedzący w Polsce Wiktor z komputerem w Chicago? Facet ma fioła na 

punkcie Internetu! Dlatego o nim gada nawet przez sen! Chyba że... — myślałam 

background image

gorączkowo — zabrał ze sobą tajemnicę szyfru? Albo twardy dysk z danymi 
bankowymi! Może wpuścił jakiegoś wirusa? — podniecałam się coraz bardziej. — 

Umiałby to zrobić! Czytałam gdzieś, że wirus informatyczny może spowodować 
rozhartowanie systemów komputerowych łodzi podwodnych i samolotów!

— Ewa, zejdź na ziemię. To bardzo prawdopodobne, co mówisz. Niestety, nie znam 
się na tym. Jestem bakteriologiem—Blanka mrużyła krótkowzroczne oczy. — Dziś 

przyj adą tu ludzie, którym Basia coś obiecała. Masz się dowiedzieć, co to 
takiego. Udawaj wprowadzoną w sprawę. Powiedz, że to Basia przeforsowała 

zatrudnienie ciebie w Fundacji. Po to, by mieli tu swojego człowieka. No, 
wciągaj ciuchy, bo mamy mało czasu!

Nie zastanawiałam się ani minuty. Przecież to wspaniała przygoda! Udawać kogoś, 
kim się nie jest. Pisząc sztukę o Fauście, żałowałam chwilami, że nie wymyśliłam 

żadnej roli dla siebie. Ale co tam Mefisto w porównaniu z prawdziwymi 
gangsterami! W łazience, wąchając wodę kolońską Mateusza, przeobraziłam się w 

całkiem udatnąbłękitnąterapeutkę. Rozpuściłam włosy, dotąd związane gumką w 
koński ogon. Loki okalające twarz ukazały mi w lustrze zupełnie inną osobę: 

wyglądałam na fertycznąkobietkę!
Kiedy weszłam do pokoju, Mateusz oniemiał.

— Ale z ciebie seksowna dziewczyna — wyjąkał.
— Trzymaj łapy z daleka! — uprzedziłam. — Co będzie, jak mnie zobaczą 

pensjonariusze? Fredka lub Wiktor?
— Nie zobaczą— Blanka wstała z miejsca. — Zajmę się nimi razem z Gretąi 

profesorem. Ty siedź tu aż do przyjazdu samochodu.
Łatwo powiedzieć: siedź tu! Kiedy tylko zamknęły się za nią drzwi, Mateusz 

natarł na mnie z całym impetem. No, trochę przesadziłam. Ale przylepił się, 
całując mi oczy, usta i szyję. Trzymał mnie tak mocno, że nie byłam w stanie 

odetchnąć. Czułam się wspaniale
123

skołowana. Jego dłonie wędrowały bez przeszkód, sprawiając mi dziką wprost 
rozkosz. Nie znałam tego uczucia, a przecież niedługo skończę dwadzieścia lat! 

Kiedy się oderwał, poczułam ból w całym ciele. Tak mi było dobrze wtulonej w 
jego silne ramiona.

— Przepraszam, Ewa — bełkotał ściskając mi dłonie. — Nie powinienem, wiem. Ale 
wprawiasz mnie w amok. Nigdy żadna kobieta nie robiła na mnie takiego wrażenia!

Poprawiałam suknię, zapinając górne guziki. Na policzkach wystąpiły mi czerwone 
plamy. W gardle czułam suchość, a w sercu złość. Gdyby nie ci gangsterzy, może 

by się to stało! Wreszcie! Boże, jak ja tego chciałam... poznać wreszcie 
fizyczną miłość. Z Mateuszem i nikim innym.

— Idę do łazienki — wyjąkałam.
Miał minę psa, któremu odebrano tłustą kość. No, sam sobie odebrał. Siedział, 

patrząc na miskę pełną pyszności, a ślinka kapała i kapała! Tak to widziałam, 
zamykając drzwi. Umyłam twarz zimną wodą. Wytarłam ręcznikiem, wdychając zapach 

mężczyzny. Ludzie, czyja wreszcie dojdę z sobą do ładu? Nie wiem, jak długo 
siedziałam na zamkniętej klapie sedesu. Ocuciło mnie pukanie.

— Ewa, dobrze się czujesz?
— Dobrze.

— Wyjdź. Samochód przyjechał. Dzwonili z portierni. Wyszłam z kamienną twarzą. 
Nawet nie spojrzałam na Mateusza.

— Jak mnie porwą zawiadom rodziców! — bąknęłam. Chciał do mnie podejść, ale 
wywinęłam się.

— Uważaj na siebie. Idź ścieżką wzdłuż rabatek. Jakbyś wyszła z pawilonu.
— Dobrze.

Zamknęłam za sobą drzwi domku ogrodnika. Czy kiedyś jeszcze tu przyjdę? Myśli 
szalały, bo dopiero teraz zrozumiałam, w co się wplątuję. Czy zobaczę mamę, 

ojca, Jacusia?
124

Mercedes stał zaparkowany tuż przy bramie. Portier, widząc mnie, nacisnął 
elektroniczny zatrzask. Miał nie znaną mi twarz, okoloną rudawym zarostem. 

Gangster czy wręcz przeciwnie? — pomyślałam spłoszona. Potknęłam się na 
krawężniku, z trudem utrzymując równowagę. To te cholerne pantofle na obcasach! 

Nie byłam przyzwyczajona. I na dodatek o numer za duże. Wbrew wszystkiemu, nie 

background image

spłoszyłam się. Wręcz przeciwnie- potknięcie przywróciło mi realistyczne 
myślenie. Jak w życiu. Z lekkim, niezobowiązującym uśmieszkiem na ustach 

podeszłam do srebrzystego auta.
Ten, który wysiadł, nie miał wysokiej rangi. Ale za to szerokie bary, dłonie jak 

przydrożne kamienie i zimny wzrok-
— Pani jest Ewa?

— Ja. Basia, moja kuzynka, wspominała że mam pomóc ludziom, którzy tu przyjadą.
— To znaczy? — wyraz jego twarzy nie zmienił si? ani ° Jote--

— Wam — odparłam, lekko wzruszając ramionami- — Miał być srebrny samochód o 
numerach — zamrugałam powiekami, jakby sobie przypominając — WXL i cyfry; 

siedem, cztery... więcej nie pamiętam.
Z wnętrza wozu padł jakiś cichy rozkaz. Goryl W szarym garniturze odsunął się, 

otwierając drzwiczki. Nie widziałam twarzy ludzi siedzących w środku. Szyby auta 
były przyciemni°ne-

— Wsiadaj!
Posłusznie wykonałam rozkaz. Poczułam zapach papierosów zmieszany z kurzem i 

wonią alkoholu. Starałam się n*e oddychać. Facet był w średnim wieku, z brzuchem 
wylewającym sie- z jedwabnej błękitnej koszuli. Rozpięta marynarka ukazywała 

metkę włoskiej firmy „Versace".
— Gdzie przedtem pracowałaś? —jego głos brzmiał głucho.

— W szpitalu na Bródnie — wyjąkałam. Tego pytania się nie spodziewałam.
— Masz jakieś nazwisko?

125
Pewnie, że mam nazwisko! Nawet bardzo ładne. Ale za chińskiego boga wam nie 

podam. Już prędzej...
— Kurek. Ewa Kurek. — Tak się nazywała nasza sąsiadka z parteru.

— Sprawdzimy.
Było mi w tej chwili wszystko jedno. A sprawdzajcie sobie! Pewnie w bródnowskim 

szpitalu nie ma żadnej Kurek. Trudno.
— Mam wam przekazać wiadomość... — postanowiłam wziąć sprawy we własne ręce.

Grubas spojrzał na mnie zaskoczony.
— Jaką?

— Wiktor coś schował w kuchni. Raczej w chłodni... — powiedziałam, zdając sobie 
sprawę, że tym razem nie kłamię. — Mogłabym sprawdzić, ale nie wiem, czego 

szukać.
Gruby wyjął papierosa. Kierowca odwrócił się, błyskawicznie podając mu ogień. 

Miał bladą twarz człowieka, który spędził kilka lat bez możliwości opalania się. 
I bliznę u dołu szczęki.

— Nie mamy czasu — wymruczał, wypuszczając kłąb dymu — wygląda na to, że będzie 
trzeba przetrząsnąć ten dom.

Przeraziłam się. To brzmiało jak napad.
— Ten dom jest silnie strzeżony. Także elektroniką. Proszę powiedzieć, czego mam 

szukać — odezwałam się uprzejmie. — Ponadto, dziś i jutro będzie tu masa ludzi. 
Profesor organizuje sympozjum. Spodziewa się około pięćdziesięciu osób. Samych 

ważnych figur. Wiele z nich z obstawą, bo...
— Jasne — mruknął. — Stary lis chce ogłosić formułę szczepionki!

Przestraszyłam się. Może powiedziałam za dużo?
— Nie — sprostowałam. — Jeszcze nie jest gotów. Ale rząd... Znów na mnie 

spojrzał. Miałam wrażenie, że prześwidrowuje
mi mózg.

— Szukaj dyskietki. To taka plastykowa płytka niewiele większa od karty 
kredytowej. — Wyjął z portfela coś, czym mi pomachał przed nosem.

126
— Co to jest?

— Karta kredytowa Visa. Tamta jest podobna. Rozumiesz, siostrzyczko?
Kiwnęłam głową. Jestem, u diabła, przedstawicielką tej młodej generacji, która 

już niedługo przestanie się posługiwać pieniędzmi, a zacznie, tu nad Wisłą, 
używać kart.

— Rozumiem.
— Przyjrzyj się jej dobrze — obrócił w palcach kawałek plastyku. Wzdłuż jego 

krawędzi ciągnął się pasek zapisu magnetycznego.

background image

— Zwykła karta.
— Ta, której szukamy, nieco się różni. Zawiera tajne dane służące do szyfrowania 

wiadomości. I cyfr.
— Dobrze — zgodziłam się łatwo. Może zbyt łatwo?

— Masz na to dwa dni. Potem... — zrobił gest zupełnie jednoznaczny. Obleciał 
mnie strach.

— Co pan? — odsunęłam się.
— Radzę ci, znajdź to. I obchodź się z tym ostrożnie, żebyś nie uszkodziła 

zapisu. — Klepnął mnie po kolanie. Wstrząsnął mną dreszcz obrzydzenia. Facet 
wypuścił kłąb dymu, aż w środku zrobiło się niebiesko. — A teraz wyskakuj. I 

pamiętaj, Ewo Kurek... Jeśli piśniesz choć słowo... zginiesz! Jak parę osób 
przed tobą.

Wysiadłam chcąc wreszcie odetchnąć świeżym powietrzem. Ale gruby jeszcze czegoś 
chciał. Wychylił się i zawołał przez uchylone drzwi:

—Czy to prawda, że Wiktor wszystko zapomniał? Chyba jednak Baśka nas oszukała! 
Bo skoro coś schował w kuchni... znaczy myśli!

Odwróciłam twarz. Ten z plecami szerokości szafy żuł gumę. Nic poza tym go nie 
interesowało.

— Wiktor ma amnezję dysocjacyjną. I nie potrafi sam chodzić. Nie pamięta także, 
kiedy to się stało. I dlaczego. Poza tym myśli i mówi normalnie. Tak twierdzi 

Basia. Jest w końcu fachowcem. Terapeutka z dyplomem!
Gruby cofnął się do wnętrza auta. Widać moje tłumaczenie wypadło całkiem 

przekonująco. Nie odpowiedział, skinął na swojego
127

goryla, który szybko zajął miejsce, zatrzaskując drzwi. Mercedes dał wsteczny 
bieg, wykręcił z trudem, tratując zieleniec i odjechał po żwirowanej alejce. 

Chwilę stałam, szybko oddychając. Potem podeszłam do bramy. Może się myliłam, 
ale wydało mi się, że rudawy portier sekundę wcześniej schował broń. 

Wystraszyłam się nie na żarty. Biegnąc w stronę domku ogrodnika, miałam w głowie 
tylko jedno: czy Mateusz obejmie mnie dość mocno, by uspokoić oszalałe bicie 

serca. Spotkał mnie jednak srogi zawód. W pokoju, gdzie promienie słońca igrały 
po ścianach, nie było nikogo. Tylko moje ubranie leżało ułożone w „kosteczkę", 

niczym polowy mundur zdolnego rekruta. Czyżby Mateusz miał jednak coś wspólnego 
z armią?

Szybko się przebrałam, zostawiając błękity porzucone na środku pokoju. To był 
mój osobisty protest przeciw jego nieobecności.

Zdążyłam akurat na obiadowy gong. Fredka dłubała niechętnie widelcem w porcji 
spaghetti z sosem pomidorowym.

— Gdzie się podziewałaś?
Nałożyłam sobie solidną porcję. Lubię włoską kuchnię. I miałam szalony apetyt. 

Może to nerwowe?
— Obmyślałam, jak zdobyć rekwizyty do sztuki.

— Co? — nie zrozumiała.
— Inaczej: kawałki dekoracj i — wytłumaczył Albert, żuj ąc ciasto. — Potrzeba 

trochę szkła. Żeby pracownia alchemika wyglądała prawdziwie.
— Jasne. I parę ogni sztucznych. Wtedy, gdy się pojawi diabeł! — rozmarzył się 

Rafał. — Wiesz, to ma sens.
— Co?

— Moja rola. Ale dopisałem sobie parę zdań dodatkowo.
— W porządku. Nie będę rościła do nich praw autorskich. Fredka zerkała w stronę 

Wiktora. On też, choć z trudem, wykręcał szyję.
— Pomożesz mu? — spytałam, gdy wreszcie wessała ustami długą nitkę makaronu.

— Co? Aha. Cholera, u mnie w domu były kolanka! Lepiej się jadło.
128

Nie chciałam dyskutować o wyższości nitek spaghetti nad „kolankami". Gust — 
rzecz względna. Stwierdziłam, że muszę poważnie porozmawiać z Wiktorem. 

Zdradziłam go przecież. Naprawdę coś schował w kuchni czy też chłodni. Wiem to 
od Fredzi. Ona mi zaufała. Ale równocześnie zdawałam sobie sprawę, że szukanie 

przedmiotu wielkości karty kredytowej w tak ogromnych pomieszczeniach mogło być 
podobne do wykopywania igły ze stogu siana. Podejrzewałam, że z tą amnezją 

dysocja-cyjną też nie jest wszystko do końca prawdziwe. Profesor jest świetnym 

background image

psychiatrą. Ale pacjenci też potrafią kołować. I to nieźle.
— Fredzia — szepnęłam, bo akurat roznoszono deser czekoladowy i obaj chłopcy 

byli zajęci — chcę pogadać z Wiktorem. Mam dla niego wiadomość... ogromnie 
ważną. Związanąz Chicago. Tylko cicho...

Fredka wiedziała, że czasami nie należy gadać zbyt dużo i za głośno. Tego 
jąnauczyło życie na Ząbkowskiej. Kiwnęła głowąi ku mojemu zdumieniu posunęła 

pucharek w stronę Alberta.
— Chcesz?

On też się zdziwił. Ale deser przyjął z należytą powagą.
— Chyba wyzdrowiałaś. Z tej bulimii.

Zanim odważyłam się na poważną rozmowę z Wiktorem, musiałam zneutralizować Gretę 
V2, która akurat teraz wymyśliła chłopakowi serię badań.

— Pani Greto — powiedziałam ściszonym głosem — muszę mieć naszego Amerykanina 
tylko dla siebie, no... — spojrzałam na zegarek — przez pół godziny.

— Wykluczone. Wszystko przygotowałam — jej nos Pinokia zmarszczył się 
niebezpiecznie.

— Ale to konieczne! — upierałam się nie wiedząc, czy mogę jej do końca zaufać. 
Blanki ani Mateusza nie dostrzegłam w promieniu wzroku. Byłam pozostawiona sama 

sobie.
9 — Lot nad...

129
— Co jest konieczne? — Knur nadchodził, powiewając połami fartucha w kołorze 

czystego błękitu.
— Żebym pogadała z Wiktorem! — ścisnęłam mu dłoń, mrugając lewym okiem.

Przyjrzał mi się uważnie.
— Czyżbyś znów widziała ptaka o żółtym dziobie? Wkurzył mnie maksymalnie. Co oni 

sądzą? Że wszyscy tu mamy
kompletnego świra? Już zapomniał, sklerotyk jeden, że wiem o badaniach, 

tajemniczych zastrzykach i całej aparaturze pilnie strzeżonej systemem szyfrów?
— Do diabła z całym ptactwem świata! Nie zamierzam zostać ornitologiem! Wszyscy 

jesteśmy w ogromnym niebezpieczeństwie. Jeśli mi pan nie wierzy, proszę się 
skontaktować z Blanką, Mateuszem i samym Panem Bogiem! Mnie jest teraz potrzebny 

Wiktor. Bo jeśli nie, to...
— Dobrze, już dobrze! — Śmierdział wprost niewyobrażalnie. — Greta, przesuń 

badanie na później. Teraz wejdź do mnie na chwilę do gabinetu...
Bawarka — wściekła na cały świat — podreptała za nim, starając się, jak my 

wszyscy, nie oddychać pełną piersią. Fredka, cudownie przebiegła, wtaczała 
właśnie wózek z Wiktorem do saloniku.

— Chcę zostać — powiedziała. — On też tego chce. Pokręciłam przecząco głową.
— Nie teraz. Przysięgam, że później wszystko ci wytłumaczę.

— O co chodzi? — chłopak odwracał twarz to w moją, to znów w stronę Fredki.
— Mam dla ciebie wiadomość. Dotyczy czegoś małego. Z plastyku. Wielkości 

karty...
— No! Never! —jego wzrok rzucał iskry gniewu. — Nie będę rozmawiał!

Wielka i wspaniała intuicja nie opuszczała Fredki ani na minutę. Szóstym zmysłem 
wyczuła wagę sytuacji. Wyszła, mocno zamykając za sobą drzwi. Dałabym głowę, że 

stała na czatach i nie pozwoliłaby nikomu wej ść do saloniku, nawet gdyby to 
była dywizj a czołgów.

130
— Będziesz — wzięłam go za rękę, którą usiłował wyrwać. Ścisnęłam ją mocniej. — 

Posłuchaj chociaż, co mam do powiedzenia.
Przestał się szarpać. Jego blade czoło pokryły krople potu. Ale ja nie mogłam 

się litować. Nie teraz.
— Mów.

— Twoja matka jest w wielkim niebezpieczeństwie.
— Nic jej nie będzie. Zachciałojej się Estebana... —urwał speszony.

— Ona zniknęła, Wiktor. Twoja matka nie odezwała się do profesora od czasu, gdy 
się tu zjawiłeś. Mają z doktorem umówione dni i godziny telefonów. I słowa, 

którymi zaczynają i kończą każdą rozmowę...
Spojrzał ze zmarszczonymi brwiami.

— Po co?

background image

— Jak to po co? — nie zrozumiałam.
— Po co mieliby się kontaktować? Ja nie jestem dla niej ważną osobą.

— Jesteś! — przykucnęłam, by móc patrzeć mu w oczy. — Na pewno jesteś. Ale ona 
może w ogóle o tym nie wiedzieć.

Zdumienie odebrało mu mowę. Poruszył się
— Gadasz głupoty.

— Nie. To ten... Esteban cię tu przysłał. Widać z jakichś przyczyn bali się 
zostawić cię w Chicago. Nie wiem tylko dlaczego.

— Bo jestem najlepszym hakerem w mieście!__roześmiał się.
— Czym?

— Facetem, który potrafił włamać się do systemu komputerowego Pentagonu! Dla 
mnie Bank Centralny Ameryki to pestka!

Myślałam gorączkowo, co ma wspólnego Pentagon z kartą kredytową mężczyzny z 
mercedesa. Nie mogłam skojarzyć tych faktów.

— Wiktor... wróćmy do twojej matki. Ще zadzwoniła, choć jest z profesorem 
Kurzyną umówiona.

— Dlaczego?
— Bo finansuje tę Fundację, do cholery! profesor jest o krok od

131
największego wynalazku w dziedzinie mikrobiologii. Jego szczepionka może 

uzdrowić pół świata.
— Mama? Mama to finansuje?

— Nie wiedziałeś?
— No. Poczekaj... no, jasne! — ucieszył się.

— Co jest jasne?
— Smolarkowie są właścicielami sieci największych fabryk farmaceutycznych. 

Ojciec podwoił kapitał, zanim...
— Wiem. Zanim zginął.

Skinął głową. Jego dłonie rozwierały się i zaciskały na przemian.
— Boję się... Oni...

Wzięłam w dłonie jego zimne palce. Trzymałam je długo, dopóki nie przestał się 
trząść. Widać było, że męczą go wspomnienia. Lub to, czego nie może, nie chce 

sobie przypomnieć. Jego podświadomość blokowała umysł. Nie chciał czegoś 
pamiętać.

— Słuchaj, ludzie Estebana sątutaj. Wiedzą, że zabrałeś ze sobą...
— Skąd wiesz? — wrzasnął. — Skąd to wiesz?

Drzwi otworzyły się. Zajrzała Fredka. Ruchem głowy dałam jej do zrozumienia, że 
nie dzieje się nic złego. Choć wcale nie byłam tego pewna.

— Opowiem ci w skrócie. Masz prawo wiedzieć.
Przez piętnaście minut wyrzucałam z siebie dostępną mi prawdę. Nie pominęłam 

niczego. Słuchał uważnie.
— Nie przypuszczałem — wymruczał na koniec — sądziłem, że jak odstawię Estebana 

od zakodowanego hasła w Manhattan Chase Bank, da sobie spokój. Mieli jechać z 
mamą na Karaiby.

— Wiktor, facetowi zależy na przejęciu całego waszego majątku. Gdzie to 
schowałeś? I co to jest? Narażałam się dla ciebie!

Poskutkowało. Potarł palcami czoło mokre od potu. Nie miałam chusteczki, żeby mu 
dać. Wytarł dłonie w rękaw koszuli.

— Podstawąjest coś, co wygląda jak zwyczajny, przenośny komputer typu laptop. 
Urządzenie nie większe od słownika...

— I to schowałeś?
132

— Durna. Słuchaj, jeśli coś chcesz zrozumieć!
— W porządku. Co z tym laptopem?

— Ma ciekłokrystaliczny ekran i obudowę, która po... no, po... — zaciął się.
— Po czym?

— Połączyć się musi w takie coś... jak klawiatura komputerowa.
— Cholera, mało się na tym znam! To jakiś nowy typ? Roześmiał się gorzko.

— Jest ich na świecie może... z dziesięć! Laptop został w Chicago. Ma go 
Esteban. Wziąłem jedynie płytkę... taką wielkości karty kredytowej.

Byłam w domu.

background image

— Co na niej jest?
— Zakodowane hasło. I zestaw informacji. Tylko dla wtajemniczonych. Gdyby ktoś 

niepowołany usiłował jej użyć, znajdzie tam jedynie dane liczbowe, które nic mu 
nie powiedzą. Tylko hasło pozwala na dostęp do kodów bankowych. Inaczej 

pieniądze są... jak to po polsku? Od lodu...
— Zamrożone?

Roześmiał się dźwięcznie. Coś go rozbawiło.
— Właśnie. Zamrożone. Ta karta, którą zabrałem, zawiera dane do 

rozszyfrowania...
— Jak jakieś tajne dane FBI?

— Więcej. Program działa na podstawie matrycy tysiąca znaków. Jest nie do 
złamania. I jeszcze jedno: baterie litowe laptopa mogą spowodować, że sygnał 

odbierze satelita.
— Jezus, to dla mnie za trudne!

— Myślę! Wynalazek wszech czasów. Gdybym chciał, mógłbym odblokować konta stąd, 
z ogrodu Pawilonu X. Laptop ma klawisz uruchamiający system łączności. Umiem się 

nim posługiwać nie gorzej od Estebana. On... mógł zdalnie popsuć elektronikę 
samolotu, którym leciał tato do Nowego Jorku. Nie wie, że ja wiem...

133
Oczy zaszły mu łzami.

— O Boże, Wiktor! Jak mi przykro... ale powiedz, dla dobra nas wszystkich, gdzie 
ukryłeś kartę?

Łzy płynęły mu po twarzy. Nie ścierał ich. Był bezbronny. I tak straszliwie 
nieszczęśliwy.

— Never. Nie powiem. Nikt nie znajdzie! Wózek ruszył w stronę drzwi.
— Fredka, otwórz! — zawołał.

Natychmiast zajęła miejsce za jego plecami. Na mnie tylko rzuciła spojrzenie 
pełne żalu.

— Jak mogłaś? — wyszeptała.
— Musiałam.

Przez następną godzinę tłumaczyłam to wszystko profesorowi. W jego gabinecie 
zebrał się „sztab kryzysowy": Blanka, Greta V2, Mateusz i ów dziwny rudzielec, 

który odgrywał rolę portiera.
— To jest Szczepan. Mózg i muskuły mojego Survivalu. Pomoże nam. Jeśli będzie 

trzeba, zmobilizujemy kilkunastu ludzi w pełnym uzbrojeniu.
— Mam nadzieję, że mają pozwolenia na te... armaty? — profesor targał resztki 

włosów.
— Mają. I są przeszkoleni.

Wolałam nie pytać, gdzie. Pewnie na którymś z poligonów razem z 
antyterrorystyczną jednostką „Grom". Widziałam to w telewizji. Razem z Jacusiem. 

To właśnie wtedy mały postanowił, że zostanie dorożkarzem na Starym Mieście. 
Zawsze to spokojniejsze zajęcie. Kiedy już mieliśmy się rozstać, drzwi otworzyły 

się i do gabinetu wpadł Tomek. Miał na sobie normalne dżinsy, koszulę i obłęd w 
oku.

— Profesorze, zwiała!
— Kto?

— Nasza Basia Kochana!
Blanka zmełła w ustach przekleństwo. Greta pluła ostro po niemiecku, z czego 

zrozumiałam tylko słowo: Donnerwetter!
134

— Jak to możliwe? — Knur gramolił się zza biurka. — Przecież była... tego... 
unieszkodliwiona! W swoim pokoju!

Tomek miał minę zbitego psa.
— Wszystko przez Zuzię. Tę nową pomoc kuchenną. Sprząta także pokoje. Musiała 

otworzyć drzwi zapasowym kluczem. Przepytywałem ją, ale jest tak przerażona, że 
się trzęsie.

— Dawaj ją tu!
Zuzia, piegowata i rudowłosa dziewczyna z pobliskiej wioski, jąkała się tak 

strasznie, że długo nie można było zrozumieć, o czym mówi.
— Ta pani... kazała so...sobie rozwiązać te... rę...rękawy. Mówi...mówiła, że to 

kawał. Nnno to ja... ona potem da...dała mi w żebro i uciekła.

background image

— Którędy?
— Prze...przez kuchnię. Po...popchnęła kucharkę. Ja...jjja nic nie... — zaniosła 

się szlochem.
— Możesz odejść.

— Z pracy też?
Profesor klasnął w dłonie. Piegowata zmyła się, nie czekając na awanturę.

— No, to mamy problem — powiedział Mateusz. — Ewa jest w wielkim 
niebezpieczeństwie.

— Wiktor także. Jest dla nich najważniejszy.
— Nie zrobią mu nic złego, dopóki nie wyjawi miejsca ukrycia karty. Ewy nic nie 

chroni.
Nie czułam strachu. Widać moja wyobraźnia jeszcze nie zadziałała. A powinna. 

Przecież Basia natychmiast powiadomi ludzi z mercedesa. A może i samego 
Estebana!

Szczepan spokojnie żuł gumę.
— Pełna gotowość? — spytał Mateusza.

Ten skinął głową. I obaj wyszli, pozostawiając nas w trwodze i wielkiej 
niepewności.

— Ani słowa o tym Wiktorowi! — głos profesora brzmiał głucho. — Ty, Blanka, 
zaszyfruj wejście do laboratorium. Kod ekstra.

135
— Przecież jest zaszyfrowane — westchnęłam.

— Teraz nawet ja nie wejdę. Tak będzie bezpieczniej. Aż do czasu, kiedy się 
wszystko wyjaśni.

— Włączyć urządzenie zamrażające? — Blanka miała usta zacięte. Przypominały 
wąską siną linię.

— Tak, na trzy doby.
Wyszłam, bo nic tu nie miałam do roboty. W ogrodzie otoczył mnie zapach róż. 

Rozkwitły przez ostatnią noc. Wielkie, kremowe, z łososiowymi brzegami. 
Wdychałam ich woń, uspokajając rozwichrzone myśli. I rozdygotane nerwy. Ale nie 

dane mi było zaznać ciszy.
— Ewusiaczku! — wołanie Ulki niosło się dalekim echem. Cholerny świat! 

Nienawidzę kretyńskich zdrobnień.
— Posłuchaj! — zastopowała dwa kroki ode mnie. — Mam na imię Ewa.

— Aleja cię tak lubię, Ewusiaczku! Szukałam cię wszędzie!
— Pamiętasz, co ci mówiłam? Nie byłam, nie jestem i nie będę twoją koleżanką. 

Odczep się wreszcie!
— O co ci chodzi! — wrzasnęła histerycznie. — Znów mnie poucas? Wszyscy mnie 

poucają! — sepleniła tupiąc nogami.
Miałam wszystkiego dosyć: Wiktora, laptopa z bateriami litowymi, Knura, jego 

szczepionki, a przede wszystkim Pawilonu X.
Wyminęłam rozhisteryzowanądziewczynę, ostro ruszając w stronę domku ogrodnika. 

Ale był pusty. Okna zasłonięte żaluzjami nie wpuszczały do środka nawet 
słonecznych promieni. Na moje cichutkie pukanie nie odpowiedział nikt. Za to w 

stróżówce, przy bramie zobaczyłam rudobrodego Szczepana rozmawiającego przez 
telefon komórkowy.

Czas stanął w miejscu. Nie mogliśmy nic zrobić. Teraz ruch należał do Basieńki i 
ludzi Estebana. Tylko że wyczekiwanie nie należy do ulubionych przeze mnie 

stanów ducha. Kolacja upłynęła w spokoju. Zapiekane łazanki z szynką smakowały 
wszystkim. Jedynie piegowata twarz Zuzi, podającej dziś do stołu, nosiła ślady 

łez.
— Będziesz milczeć do końca świata? — spytałam uprzejmie,

136
przyglądając się długim włosom Fredki włażącym prawie do talerza.

— Uhumm — mruknęła.
— Umiecie swoje role? — zagadywałam obu chłopców pochłoniętych odkorkowywaniem 

butelki keczupu.
— Trochę pozmienialiśmy. Ale raczej w porządku. — Albert polał sobie potrawę.

Rafał był myślami daleko. Zauważyłam, że nie nosi już bandaży.
— Zacząłem pisać — wydukał.

— Powieść o Pawilonie X? Skinął głową.

background image

— To będzie książka sensacyjna.
No myślę! Prawie kryminał! Ale przecież Rafał nie znał szczegółów. Oby ich nie 

musiał poznać na własnej skórze! Do sali jadalnej wkroczyła Blanka. Zaklaskała w 
dłonie, co miało chyba oznaczać, że prosi o ciszę.

— Kochani! Mam nowinę dobrą i złą. Od której zacząć?
— Od złej! Od złej! — padały okrzyki.

—Nasza Basia Kochana poważnie zachorowała. Musieliśmy ją odwieźć do szpitala. 
Nie będzie się wami zajmować. — Rozległy się głosy żalu. Szczególnie cierpiały 

młodsze roczniki. Basia wspaniale potrafiła im organizować wolny czas. — Ale — 
Blanka teatralnie zawiesiła głos — od jutra pojawi się tu Małgosia. Jest równie 

ładna i doskonale wykształcona.
— A dobra nowina? — upomniała się Ulka.

— Za dwa dni, w niedzielę, odbędzie się u nas premiera sztuki teatralnej. 
Napisała ją Ewa, a odegrają wasi koledzy.

Zamarłam ze zgrozy. Sama poganiałam aktorów, ale nie brali tego poważnie.
— Jak to w niedzielę?

— Tak. Musicie się pospieszyć. Zapraszamy gości z zewnątrz. Będziecie mieć 
prawdziwą publiczność.

Przygryzłam wargi. Więc o to chodzi! Kierownictwo postanowiło zrobić z Pawilonu 
X obronną fortecę! Bo przecież, nie miałam

137
wątpliwości, owa publiczność to nikt inny, jak tylko surwiwalowcy Mateusza. Albo 

pluton policji.
— O cholera! — warknęła Fredka. — Wiktor nie da rady!

— Dlaczego? — zdziwił się Rafał. — Amerykanin ma dziurawą pamięć? Nie potrafi 
wkuć tekstu? To niech zrezygnuje z roli!

Fredka pokazała mu pięść zwiniętą w „figę".
— A chałę. Zdąży. Posłałam jej ciepły uśmiech.

— Pamiętaj, że to ty jesteś Małgorzatą. I masz uwodzić Fausta, a nie 
Mefistofelesa.

— Dla mnie pestka! — wymruczała dopijając kompot.
W nocy długo nie mogłam zasnąć. Martwiłam się ucieczkąBasi. Zdawałam sobie 

sprawę z niebezpieczeństwa. Ale jeszcze bardziej cierpiałam z powodu braku 
Mateusza. Czułam biologiczną potrzebę wtopienia się w jego ramiona. Pokochałam 

jego zaborczość i gwałtowność. Smak i zapach mężczyzny. Stałam zapatrzona w 
ciemność. Zgasiłam lampę i otworzyłam szeroko okno. W pobliskim kasztanowcu 

wiatr roztrącał gałęzie. Nagle poczułam, że ktoś mi się przygląda. Było to dość 
irracjonalne uczucie, gdyż za oknem panowała czerń. Ale czułam oczy. I niebyły 

mi życzliwe. Już chciałam się cofnąć, gdy nagle coś świsnęło koło mojej głowy i 
wbiło się w poduszkę. Nawet nie zdążyłam krzyknąć. Naprzód przykucnęłam za 

oparciem, a potem, pomału, na czworakach podpełzłam do łóżka śpiącej spokojnie 
Fredki. Tam usiadłam, obok jej kapci i za-szlochałam bezgłośnie. Nie słyszałam 

hałasu w ogrodzie, szczekania psa i jakichś okrzyków. Łzy płynęły mi po 
policzkach, kiedy drzwi z hukiem walnęły o framugę i w pokoju zrobiło się jasno.

— Ewa, nic ci nie jest?
Nie mogłam wydobyć głosu. Bałam się ruszyć.

— Nóż tkwi w poduszce — usłyszałam głos Szczepana. — Dziewczyny nie ma.
Chciałam powiedzieć, gdzie jestem, ale nie mogłam. I tak nikt

138
by mnie nie usłyszał. Przerażona Lenora darła się jak opętana. Fredka zerwała 

się z pościeli, nagle obudzona.
— Co się stało? Coś z Wiktorem?

Wtedy dopiero zobaczyłam Mateusza. Przewracał moją kołdrę, targał poduszkę, z 
której sypało się pierze.

— Gdzie ona jest?
Podnosiłam się pomału. Naprzód na kolana. Potem na nogi. Mateusz dostrzegł ruch 

i runął w moim kierunku. Złapał mnie w ramiona, tulił, głaskał przemawiając jak 
do dziecka.

— Już dobrze, dobrze.
Tajałam bardzo powoli. Szczepan uspokajał Lenorę, Fredka z uwagą oglądała długi, 

ostry nóż.

background image

— Nie dotykaj! — krzyknął Szczepan. — Ślady palców...
— Wiem — potrząsnęła włosami. — Weź go przez czystą chusteczkę — powiedziała, 

podając skrawek białego płótna. — To był fachowiec. Na Ząbkowskiej rzucają 
takimi do celu. Uczą się. Wynajmują ich różni faceci z mafii. Zabójcy na 

zlecenie...
Ja wciąż tuliłam się całym ciałem do Mateusza, nie zdając sobie sprawy, że mam 

na sobie tylko króciutką koszulkę z wizerunkiem Królika Bugsa.
Z ogrodu rozległ się głośny gwizd.

— Mają go — stwierdził Szczepan, chowając zawiniątko. — Już się nie wywinie. 
Musiał przeskoczyć, drań jeden, przez mur. Jest takie miejsce... moja wina. Nie 

dopatrzyłem.
— Niczyja wina — powiedział Mateusz, marszcząc brwi. — Ewo, zostaniesz w tym 

pokoju. Nic ci się więcej nie może przydarzyć. Obiecuję. Wierzysz mi?
— Wierzę.

Ale nie spałam do rana. Z cicha gawędziłyśmy z Fredka, by nie zbudzić 
poświstującej przez nos Lenory.

— Miałaś cholerne szczęście.
— Miałam. Przewidzieli wszystko, tylko nie to, że jakiś facet przeskoczy przez 

mur. A przecież twój brat, Igor, już dwa razy dostał się tamtędy. Wiedziałaś?
139

-Tak. Igor wyjechał — zaszlochała w poduszkę. — Do Australii.
— Daleko. Na pewno nie było mu łatwo, Fredziu.

— Nie. Mnie też jest ciężko.
Pogładziłam ją po długich, prostych włosach, pachnących rumiankiem. Leżałyśmy 

obok siebie niczym dwie egipskie mumie. Do swojego łóżka nie wróciłam. Było 
„dowodem rzeczowym". Tyle że nikt tego nie zgłosił na policję.

— Zrobisz coś dla Wiktora?
—  Przecież się nim zajmuję — Fredka naciągnęła kołdrę na brodę.

— Ale on musi zacząć chodzić. Trzeba go wyrwać z tej choroby. Inaczej do końca 
życia będzie jeździł inwalidzkim wózkiem.

— Masz... jakiś pomysł?
— Mam. Niebezpieczny, ale jedyny. Profesor mówi, że w tej sytuacji można 

spróbować.
Przez trzy godziny, aż do świtu, przekonywałam Fredkę, by wzięła na siebie 

piekielny ciężar. Zgodziła się o czwartej pięć.
W stałyśmy późno, jednak mimo to śniadanie czekało na nas w jadalni. 

Rozprzężenie w Pawilonie X sięgnęło zenitu. Ale też trzęsło się nade mną całe 
kierownictwo i kilku wynajętych „mięśniaków" w panterkach niczym komandosi na 

poligonie w Drawsku. Każdy mój krok był śledzony, radiotelefony nadawały 
stosowne meldunki: jest w różach, teraz idzie do oranżerii słuchać muzyki. I tak 

od świtu do nocy. Postanowiłam wykorzystać muskuły moich opiekunów do ustawiania 
dekoracji. Sala jadalna mogła pomieścić ze sto osób. Dlatego do niej właśnie 

przeniesiono „scenę". Pierwotnie mieliśmy grać w saloniku. Moi aktorzy kuli 
role, zawzięcie przy tym gestykulując. Tylko Fredka chodziła zła niczym chmura 

gradowa. Cóż, jej przypadło w udziale zadanie nadzwyczaj trudne. Ale Knur 
podtrzymał twierdzenie, że to szansa jedna na milion.

Niby nic się nie działo, ale wszyscy czekali w napięciu. Coś
140

wisiało w powietrzu. Jakieś fatum? O szóstej po południu „sztab kryzysowy" 
zebrany w gabinecie dowiedział się rzeczy niezwykłej.

— Przyleciał. Wczoraj na Okęcie.
— Jesteś pewien, że to ten Esteban? — Mateusz zacisnął wargi. Był zdenerwowany, 

ale nie dał tego poznać po sobie.
Szczepan otworzył notes.

— Absolutnie. Chłopcy sprawdzili. Boeing 747, lot z Nowego Jorku. Godzina 
szesnasta zero pięć. Obywatel amerykański. Paszport numer...

— To mało ważne. Mieszka w Chicago?
— Tak.

— Jak wygląda? — zainteresował się profesor.
— Typowy Meksykanin. Zdziwiłam się.

— Jak to Meksykanin. Wiktor mówił, że jest Argentyńczykiem. Szczepan potarł rudy 

background image

zarost.
— Jest Meksykaninem.

Na biurku profesora zabrzęczał telefon. Podniósł słuchawkę, wciskając guzik 
„głośnego mówienia". W ten sposób wszyscy zebrani w gabinecie mogli słyszeć 

rozmowę.
— Profesor Kurzyna?

— Tak. Czym mogę służyć?
Rozległy się jakieś dźwięki, jakby ktoś ściszył radio. Potem ostry głos zapytał:

— Do you speak English?
Niestety, nie znałam na tyle angielskiego, by zrozumieć, o czym mówią. Ale 

domyślałam się, że to sam Jose Bartrand Esteban.
Rozmowa trwała z dziesięć minut. Blanka i Greta denerwowały się tak jak ja. 

Tylko Mateusz ze Szczepanem uważnie słuchali. Ten ostatni napisał coś na kartce, 
podsuwając ją profesorowi.

— Chcą dyskietkę? Tego się domyślałam.
— Ale przecież... — zaczęłam — nie znają kodu! Co im po dyskietce?

141
— Chcą Wiktora — powiedział Knur, odkładając słuchawkę — żywego i całego. Także 

swobodnego przeszukania Pawilonu X. W zamian uwolnią Johanę. Wywieźli ją do 
Meksyku i ukryli. Jest poza jurysdykcją Ameryki. Ale nie mają czasu. Interesy 

Estebana domagają się natychmiastowego dostępu do pieniędzy. Obiecali, że 
dofinansują moją Fundację. Tu, na miejscu wystawią czek. Jak tylko zdobędą 

hasło.
— Jednym słowem — Greta V2 gryzła skórkę przy wskazującym palcu — przejęli 

fabryki Johany. Wyeliminowali ją. I Wiktora.
— Na to wygląda — profesor czochrał rzadkie włosy. Wyglądał jak kurczak świeżo 

wylęgły z jajka. — Co mam robić? Moja praca pójdzie na marne! Przekreślonych 
trzydzieści lat? A jestem u kresu... za dwa, trzy miesiące mógłbym ogłosić 

wyniki! Badania kliniczne prowadzi doktor Steppleton ze szpitala w Ohio! To dla 
nas pewny Nobel! Potrzebuję pieniędzy!

Przyglądałam mu się spod oka. Rozumiałam, że dla człowieka nauki nie ma nic 
ważniejszego od dokończenia badań. Ale przyjęcie propozycji Estebana równało się 

śmierci matki i syna. Nie wolno do tego dopuścić!
— Nigdzie na świecie nie paktują z terrorystami! — wrzasnęłam. — Co panu po 

Noblu, doktorze, jeśli się wyda, w jaki sposób pan go zdobył! Świat nauki 
odwróci się od pana plecami.

Mateusz ze Szczepanem aż podskoczyli na krzesłach. Nie spodziewali się takiego 
ataku z mojej strony. Choć powinni. W końcu nie do nich, a do mnie człowiek 

wynajęty przez Estebana rzucał nożem.
— Masz rację. — Profesor wyprostował się na krześle. — Nigdy bym nie poświęcił 

niewinnych ludzi. Gdyby nie Johana i jej pierwszy mąż, nie miałbym nawet na 
odczynniki do mojego laboratorium. Nie mówiąc o potężnej Fundacji na Rzecz 

Zdrowia Psychicznego.
Szczepan wyraźnie coś chciał powiedzieć.

— Można by... no, wiem także, że Esteban przywiózł do Polski niezwykły laptop...
142

— Skąd pan to wie? — w moim głosie brzmiało zdumienie.
— Nie pytaj. Ma go w hotelu. Dlatego napisałem profesorowi na kartce, by zapytał 

o TXV poziom 34 super. To symbol komputera. Odpowiedział, po kilku sekundach, że 
możemy porozmawiać.

Kim jest, do diabła, Szczepan? — myślałam gorączkowo. O laptopie wie tylko 
Wiktor i ja. Skąd zatem informacja, co Meksykański gangster trzyma w hotelowym 

pokoju?
— Trzeba ich tu wpuścić — Mateusz rozłożył dłonie.

— Tutaj? —jęknął profesor.
— Tak. Niech przyjdzie nawet z obstawą. I laptopem, naturalnie.

Nikt się nie odezwał. Udali, że nie słyszą? Szaleństwo. Ale rozwój wypadków 
wyraźnie wskazywał, że „nasi" przewyższają inteligencją „tamtych". I są zawsze 

krok do przodu.
Aż do niedzieli nie włączałam się do sprawy Estebana. Miałam na głowie spektakl 

„Fausta". Ten teatr mógł, gdyby się udało, przynieść zmianę w życiu Wiktora. Ba, 

background image

gdyby się udało! Postanowiono, że do Wiktora nie może dotrzeć żadna informacja o 
pobycie w Polsce jego śmiertelnego wroga. Tak więc razem z Tomkiem, który 

ostatnio porzucił strój mnicha buddyjskiego, pracowaliśmy w pocie czoła nad 
scenografią. Ważne okazały się światła. Przy całkowicie zaciemnionych oknach i 

wygaszonych lampach reflektory śledzące drogę Fausta, Małgorzaty i Mefistofelesa 
punktowały całą dramaturgię. Nie wiedziałam, co z tego wyniknie. Każdy z aktorów 

z tajemniczą miną coś dopisywał i skreślał. Miałam tylko nadzieję, że nie 
zagramy w efekcie rzewnej bajki o królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach.

W niedzielę, tuż po śniadaniu, zniknęły stoły. Ich miejsce zajęła scena i rzędy 
krzeseł. Reflektory przyniesione z garażu nakierowane zostały na trzy narysowane 

na podłodze kredowe koła. Obsługiwał je jeden z naszych pensjonariuszy. Szalenie 
przejęty swojąrolą. Scena przedstawiała pracownię alchemika-czarodzieja. Ze 

spiżarni przyniesiono wielolitrowe butle z owocami na nalewkę.
143

1 kompoty. Kucharka pomstowała, grożąc porzuceniem pracy, jeśli wszystko nie 
wróci na swoje miejsce. Greta V2 trzy razy, z narażeniem życia, odbierała jej 

ogromne chochle, którymi rozdawała ciosy na lewo i prawo. „Mięśniaki" w 
eleganckich dziś garniturach pomagały z całym poświęceniem. Po dwóch godzinach 

wszystko było na miejscu. Tylko retort nie pozwolił profesor ruszyć ze swojego 
sanktuarium. Ale potężne baniaki pełne wiśniowej nalewki też wyglądały nie 

najgorzej. Z miasteczka sprowadziliśmy też chińskie race noworoczne. Miały 
zostać odpalone w chwili, gdy diabeł przyjmuje ludzką postać. Pirotechnikiem 

zgodził się zostać Tomek. On też miał zapalić indyjskie trociczki, by wzmocnić 
niesamowitość sytuacji.

0 czwartej po południu zwołano wszystkich. Niektórzy narzekali, że bez obiadu 
nie wytrzymają. Dla nich zrobiono całą masę kanapek. Żując tosty z serem i 

szynką szykowali się na wielkie emocje.
Stałam za kulisązrobionąz chińskiego parawanu. Pochodził z prywatnego 

wyposażenia Grety. Malowany w smoki, kwiaty wiśni i wielkie kolorowe ptaki, 
posłużył Mateuszowi za zasadzkę. Kiedy tak stałam z bijącym sercem, przy pełnym 

zaciemnieniu, ktoś chwycił mnie w objęcia. Nie krzyknęłam, choć serce podeszło 
mi do gardła.

— To ja. Musiałem cię przytulić.
Szeptał mi słowa, o jakich nie śniłam. Jego dłonie, jak zawsze głodne mojego 

ciała, przesuwały się niebezpiecznie.
— Mateusz — wyszeptałam. — Dość!

— Nigdy nie będę miał cię dość — wymruczał, całując moje oczy. — Nigdy!
1 zniknął tak nagle, jak się pojawił.

Jestem starym człowiekiem — mówił Rafał w narzuconej na ramiona kapie z łóżka 
Basieńki. Jego siwe włosy i gęsta broda przy-

144
pominały kłąb konopi — Stary, sterany gość, który pokochał młodą dziewczynę, 

Małgorzato!
Fredka wysunęła się, zawadziwszy stopą o słój z ogórkami. Wszyscy wstrzymali 

oddech.
— Wołałeś mnie, panie? — Jej głos brzmiał głucho.

— Czy mogłabyś pokochać steranego życiem naukowca, przed którym Nagroda Nobla?
Sala zakaszlała.

— Ależ, panie... Ja kocham innego!
— A gdybym nagle stał się młody, piękny i bogaty?

— Ja kocham mojego... — Małgorzata w sukni z zielonej firanki zniknęła w cieniu. 
Światło reflektora wywabiło zza beczki bladą twarz Alberta.

—  Kim jesteś? — zdumiał się Faust, zamykając z trzaskiem wielką księgę 
inwentarzową Fundacj i.

— Bratem kobiety, której pożądasz. Ale to ja ją kocham, choć ludzie wytykająnas 
palcami.

— To niedopuszczalne! Pójdziesz do piekła!
— A ty, panie? Czy miłość starca do młodej dziewczyny nie jest wymysłem szatana?

Ktoś walił w pokrywki, rozległ się głośny dźwięk fagotu. Za sceną dawał koncert 
Michał. Muzyka aż po sufit wypełniła zaciemnioną salę. W punktowym świetle 

pojawił się niczym z dna piekieł Mefisto. Prawie nie widać było wózka 

background image

przykrytego czarnym całunem. Wiktor miał na sobie jaskrawoczerwony sweter, 
czarną perukę z dwoma potężnymi rogami i długi ogon upleciony z kilku 

pofarbowanych sznurów do suszenia bielizny.
— Jam jest diabeł Mefisto! Kto mnie wzywał? Czego chce? Faust runął na kolana 

przed diabłem. Czerwone światło punktowca potęgowało nastrój. Trociczki 
zasnuwały scenę pasmami dymu.

— Ty, Mefistofelesie, strzeżesz praw świata?
Rozbłysły race. Publiczność wstrzymała oddech. Nikt nie usłyszał otwieranych 

drzwi. Ani tego, że na salę weszło kilku mężczyzn. Usiedli w ostatnim rzędzie.
10 — Lot nad

145
— Ja strzegę praw ludzkich! — grzmiał Wiktor potrząsając rogami. — Bo jestem 

złem. Zostałem strącony w otchłań, gdyż nie zgadzałem się postępować tak, jak mi 
kazano. Zbuntowałem się. Świat jest pełen zła. I złych ludzi.

Znów wybuchły kolorowe race. Czułam się jak w przedsionku piekieł.
— Możesz przywrócić mi młodość? — Faust czołgał się u stóp ciemnych mocy.

— Mogę. Mogę wiele. Także dać ci pieniądze. Dużo, dużo pieniędzy. Bo tylko ja 
znam do nich dostęp! Tylko dzięki mnie ludzkość może dostać lek na nieuleczalną 

chorobę...
Ktoś zagłuszał słowa Wiktora. W końcu sali zrobił się ruch. Zerknęłam tam, ale 

zobaczyłam naszych chłopaków przywracających porządek i ciszę.
—Nie chcę leku! Daj mi młodość i Małgośkę! Oddam ci duszę!

Wiktor-Mefisto zakręcił ogonem niczym lassem. Odjechał na proscenium, zwracając 
się do sali:

— Obiecam mu wszystko! Ale duszę i dziewczynę zatrzymam dla siebie. Bo też chcę 
Małgorzaty! — Znów podjechał do klęczącego starca. — Tu masz cyrograf. Podpisz 

własną krwią... Boże, krew jest nad wyraz osobliwym płynem... podpisuj!
Wypchnęłam Fredkę zza kulis. Upadła do nóg starca, zakrywając mu stopy długimi 

włosami. Kopnęłam w kostkę Tomka. I stało się coś, czego nikt nie oczekiwał. 
Fredka w jaskrawym świetle reflektora wyciągnęła dłoń, wskazując na koniec sali.

— Patrz, Wiktorze. On jest tam!
Ustawiony z tyłu reflektor wyłuskał spośród publiczności twarz Meksykanina. 

Oszołomiony mrużył oczy. Jego obstawa, czterech osiłków, usiłowała wstać z 
miejsc. Ale nasi czuwali. Wiktor w pierwszej chwili nie pojął.

— Co?
Fredka jak bogini wojny wskazywała dłonią.

— Wstań, Wiktor, wstań! I idź! Już czas rozprawić się z gadem!
146

Esteban zerwał się z miejsca. Nikt mu nie przeszkadzał. Biegł ku scenie, 
trzymając w dłoniach metalową walizeczkę.

— Oddaj dyskietkę, ty głupi szczeniaku! — wrzeszczał po angielsku, więc nikt z 
siedzących na sali pensjonariuszy niczego nie zrozumiał. Także rozgrywającego 

się na ich oczach dramatu.
Gdy Meksykanin był o trzy, może cztery kroki od podwyższenia, Fredka wrzasnęła z 

siłą tysięcy decybeli:
— Wstań, Wiktorze!

I wstał. Zerwał się z fotela niczym biblijny Łazarz na rozkaz Syna Bożego. 
Wyplątując się z czarnej szmaty, rzucił się ku swemu największemu wrogowi, ale 

upadł, gdyż jego mięśnie nie sprostały zadaniu.
Mateusz ze Szczepanem pojawili się z obu stron, przytrzymując szalejącego 

Meksykanina, który wrzeszczał po angielsku i hiszpańsku niecenzuralne słowa.
— Spokój! — huknął profesor Kurzyna. — Wstań, Wiktorze. Już wiesz, że potrafisz. 

No, niech mu ktoś pomoże. Fryderyko, rusz się, zamurowało cię, dziewczyno?
Fredka klęczała, zdzierając chłopcu z głowy perukę wraz z diabelskimi rogami. On 

sam, zdumiony, dźwigał się na niepewnych osłabionych nogach.
— Ja... ja chodzę?

— Chodzisz. I będziesz chodził! — Profesor tulił jego głowę, ocierał płynące 
łzy, które żłobiły jasne smugi na poczernionym obliczu diabła. — Zrób dwa kroki. 

Jeszcze dwa... synu! Uporałeś się z własną słabością.
Nikt nie patrzył na to, co działo się na końcu sali. Tylko ja, kątem oka, 

dostrzegłam naszych dzielnych bodyguardów wyprowadzających pod bronią rozbite 

background image

„zaplecze" Estebana. On sam, ze skutymi rękami, mełł w ustach przekleństwa. Jego 
srebrzysta walizeczka stała na podłodze w punktowym świetle reflektora. Sztuka o 

starym Fauście, Małgorzacie i Mefistofelesie zamieniła się w zwykły seans 
kryminalny z chicagowskiej dzielnicy zbrodni. Trudno. Moje aspiracje literackie 

wzięli prawdziwi diabli. Rozbłysły świa-
147

tła. Profesor, Blanka i Małgosia — nasza nowa terapeutka o wesołych oczach — 
uspokajali wzburzoną publiczność.

— Nic się nie stało, kochani. Ujęliśmy groźnego przestępcę. Obiecujemy, że 
sztuka zostanie powtórzona.

Esteban pozbierał się już i rzucając wściekłe spojrzenia domagał się kontaktu z 
ambasadą amerykańską. Profesor podniósł dłoń.

— Wiktor, sprawdź, czy ten... no, czy to, co jest w walizce, jest tym... — 
plątał się komicznie.

Chłopiec jeszcze był w transie. Jeszcze nie wierzył, że potrafi chodzić. 
Opierając się na ramieniu Fredki, zszedł ostrożnie z dwóch schodków.

Mateusz otwierał walizkę kluczykiem odebranym Estebanowi.
— Tak. Laptop TVX.

— Gdzie jest dyskietka? Chłopiec potrząsał głową.
— Nie powiem, dopóki on tu jest! Niech się odczepi od mojej mamy. Niech podpisze 

cyrograf własną krwią, że ją wypuści! Inaczej odbiorę mu nie tylko pieniądze. 
Także duszę!

Biedak, na chwilę uwierzył w swoją sceniczną moc! Fredka gładziła jego włosy. 
Uspokajała, jak koi się dziecięcy smutek.

— Wiktor, nie jesteś Mefistofelesem.
— Ależ on ma rację — powiedział Mateusz, dobywając z drugiego dna walizki plik 

papierów. Jak się domyślił, że miała drugie, ukryte dno? — Tu są dowody 
świadczące o tym, że niejaki Jose Bartrand Esteban nie żyje od trzech lat!

— Co? — profesor upuścił okulary. — Co?
— Ten tutaj jest byłym kierowcą Estebana. Zabił go i sfałszował dokumenty. 

Paszport, karty kredytowe, prawo jazdy. Potem, udając byłego pryncypała, ożenił 
się z Johana Smolarek. Ale ten ślub jest nieważny. No, teraz możemy zawiadomić 

ambasadę.
Esteban, czy też jego kierowca, sflaczał. Nagle przestał się rzucać. Usadzony na 

jednym z krzesełek mruczał coś niezrozumiale.
148

— Gdzie jest moja matka! — Wiktor rzucił się na niego z pięściami.
— Spokojnie, chłopcze. Wiemy, gdzie jest. Meksykańska policja zrobiła swoje. — 

Szczepan łagodnie bronił przestępcy. Wiedział, że ze strony Wiktora nic mu nie 
grozi. — Za kilka dni twoja matka będzie tutaj.

— W Polsce? — wyszeptał Wiktor i zemdlał.
To, co się działo potem, będę długo pamiętała. Wiktorem troskliwie zajęli się 

profesor i nowa terapeutka. Blanka i Greta próbowały opanować kilkudziesięciu z 
lekka rozhisteryzowanych pensjonariuszy. Tomek wraz ze mną porządkował salę 

jadalną, przywracając jej poprzedni wystrój. Gdzieś, nie wiadomo gdzie, zniknęli 
wszyscy „chłopcy" Szczepana. Słyszeliśmy tylko dalekie odgłosy trzaskania 

drzwiczek samochodowych i warkot wtaczanych silników bardzo wielu aut. Na placu 
boju towarzyszył nam jedynie Michał, pracowicie ugniatając ciasto, choć 

kucharka, zdegustowana bałaganem, ogłosiła strajk okupacyjny, zamykając się w 
swoim pokoju wraz z resztą kanapek. Zgodnie z przepowiednią Rafała mogła tam 

„głodować" przez trzy do czterech dni. Sama byłam kompletnie rozkojarzona. 
Oczywiście, bardzo się cieszyłam, że Wiktor pozbył się amnezji i znów chodzi, 

ale Fredka padła ofiarą rozdwojenia uczuć. Stale coś bredziła o Igorze, 
mamrotała o wyjeździe do Chicago lub samobójstwie. Wszystko to nie wyglądało 

najlepiej. Co gorsza, zdenerwowany Albert znów oznajmił, że słyszy głosy.
— Dobrze — powiedziałam zmaltretowana, gdy już ustawiliśmy stoły. — Zejdę razem 

z tobą.
— Gdzie? — wyjąkał.

— Na dół. Tam, gdzie wzywa cię nieznane.
— Ale... Ja się boję.

Wzięłam go za rękę. Była zimna i spocona.

background image

— Albercie Einsteinie—powiedziałam ponuro — albo natych-
149

miast zejdziemy do podziemi, albo... nikt się do ciebie więcej nie odezwie. Co 
wybierasz? Tomek wstrzymał oddech.

— No? Co wybierasz? — powtórzył.
Albert miał łzy w oczach. Pociągnęłam go w stronę korytarza. Naprzód się 

opierał, potem szedł już normalnie. Schody, strome, betonowe, dudniły głucho. 
Przypomniałam sobie, jak maszerowałam na palcach, by ciemną nocą spotkać się z 

Knurem.
— I co? — spytałam słysząc jego sapiący oddech.

— I nic.
— Bo i nic tu nie ma! — urwałam. Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej 

różdżki, rozległ się dziwny, upiorny dźwięk.
Zamarłam.

— Słyszysz?—wymamrotał ściskając mojądłoń. Opanowałam się. Znów była cisza. Ale 
po kilku sekundach dźwięk się powtórzył. — Głosy! Słyszę głosy!

Odwróciłam się, by na niego spojrzeć. Miał dzikie oczy.
— Albercie, to nie głosy, tylko dźwięki.

— No... może. Nie zastanawiałem się. O, znów! Faktycznie. Zza zamkniętych drzwi 
z zaszyfrowanym zamkiem

dochodziło dalekie dudnienie. Powtarzało się regularnie i od biedy można było, 
przy dużej dozie fantazji, dosłuchać się jakiegoś: puuuf lub buuuf

Klepnęłam się w czoło. Przypomniałam sobie rozkaz profesora, żeby włączyć w 
laboratorium zamrażarki.

— To agregat — powiedziałam stanowczo. — Profesor kazał przed kilkoma dniami 
włączyć zamrażarki.

Einstein przestał się pocić. Zaczął nasłuchiwać.
— Masz rację! Tam są laboratoria! Nie wiedziałem. Wydawało mi się...

Położyłam mu rękę na ramieniu. Jego błyszczące miodowe włosy opadły na oczy.
— Nam wszystkim coś się śni, Albercie. Ja widziałam ptaka. Z żółtym dziobem i 

czerwonym okiem.
150

— I już nie widzisz?
Zastanowiłam się. Nie chciałam kłamać. Wiele od tego zależało. —- Od jakiegoś 

czasu mam z tym spokój.
— Od... jakiego? — Oczy Alberta patrzyły z nadzieją. Zawstydziłam się. A 

przecież dobrze wiedziałam. Od czasu, jak
w moim życiu pojawił się Mateusz.

— Kiedy się zakochałam — wymruczałam, choć słowa z trudem przechodziły mi przez 
gardło. Ale widać tego oczekiwał, bo niespodziewanie usiadł na kamiennym 

stopniu. Za drzwiami pomrukiwał agregat.
— To pięknie. Może i ja? Kiedyś?

Tej nocy spałam tylko z Lenorą. Fredka została w pokoju Wiktora. Nie chciał jej 
wypuścić. Nad chłopakiem z wysoką gorączką czuwała też Małgosia. Za to Lenora 

rzucała się we śnie, jakby ją goniły demony. Cóż, popołudnie z „Faustem" i cała 
awantura spowodowana przez Amerykanina, który okazał się Meksykaninem, 

rozdrażniły pensjonariuszy Pawilonu X. Dziwiłam się tylko, że Mateusz zniknął 
bez pożegnania. Okna w domku ogrodnika były ciemne nawet nocą. A przecież 

dawniej długo paliło się tam światło. Wierciłam się pod kołdrą zrzucając ją z 
gorąca, to naciągając, gdy zaczynałam dygotać z zimna. Nie mogłam sobie dać rady 

z własnym wnętrzem. Widać doszłam do granicy, gdzie samotność kończy swój bieg. 
Jak pociąg, któremu kończą się tory. Nad ranem, gdy już za oknem odezwały się 

ptaki, zasnęłam kamiennym snem. Ale nie było w nim miejsca na żółty dziób i 
czerwone oko. Śniła mi się polana w wysokopiennym lesie. Polana pełna słońca i 

kolorowych motyli. Jeden z nich usiadł mi na dłoni mówiąc:
— Ewa, już czas.

Otworzyłam oczy nie bardzo wiedząc, gdzie jestem. Nade mną stała Blanka w 
nieskazitelnie błękitnym kostiumiku.

— Czy coś się stało? — Usiadłam kompletnie rozbudzona.
151

— Nic złego. Profesor chciałby z tobą porozmawiać. Już dziesiąta. Wszyscy po 

background image

śniadaniu.
Zerwałam się z łóżka.

— Wezmę prysznic, dobrze?
Ciepła woda łagodnie opływała moje ciało. Najchętniej stałabym tak do wieczora. 

Ubierałam się bez przekonania. I bez fantazji. Za oknem świeciło słońce, kwiaty 
w ogrodzie tworzyły barwną mozaikę. Szumiał wąż do podlewania. Było bardzo 

ciepło, właściwie parno. W gabinecie Knur wskazał mi krzesło. Na biurku stały 
dwa kubki z kawą i drożdżówki.

— Jedz. I słuchaj.
Jadłam i piłam z przyjemnością. Mój uśpiony mózg powoli wracał do równowagi.

— Panie profesorze... z Wiktorem w porządku?
Pierwszy raz zobaczyłam jego uśmiech. Miał duże, trochę żółte zęby. Jak Ludwik.

— Prawie. Był w szoku. To zrozumiałe. Ale będzie chodził. Za kilka dni. Teraz o 
tobie.

— O mnie? Czyżbym...
Zatrzepotał dłońmi. Promień słońca wpadł z ukosa, kładąc się na talerzu z 

resztką ciasta.
— Wracasz do domu, Ewo. Nie ma sensu, byś tu siedziała dłużej. — Kęs drożdżówki 

wypadł mi z gardła. Zakrztusiłam się. — Popij — powiedział spokojnie. — Jesteś 
zdrowa jak koń. Zawsze byłaś zdrowa.

— Kie...kiedy mam wyjechać?—Moje myśli galopowały w dzikim popłochu. JNie 
przewidziałam takiej ewentualności.

—Kiedy chcesz. Zatelefonuję do twoich rodziców. Jak ich znam, będą tu za parę 
godzin.

— Nie! — wrzasnęłam, zanim zdałam sobie sprawę z niewłaściwości reakcj i. — Nie 
— wyszeptałam zdruzgotana.

Knur nie zdziwił się. Obracał w palcach żółty ołówek.
— Wolisz... zostać jeszcze dzień... lub dwa? Jesteś tego pewna?

152
Skinęłam głową. Przecież i tak mnie przejrzał. Moja zbolała dusza nie miała 

przed nim tajemnic.
— Tak. Chcę zobaczyć... do końca. To znaczy, chcę się dowiedzieć, jak się 

skończyła sprawa z Estebanem. No, należy mi się to. I Wiktor. I Fredka!
— I Mateusz. Tak?

Czułam się, jakbym dostała obuchem w czaszkę. Czy musiał, do jasnej cholery, 
stawiać kropkę nad „i"? Z wielką wściekłością rozdzierającą mi serce warknęłam:

— Tak. Chcę Mateusza.
— W porządku — rozłożył ręce. — Twoja decyzja. Chciałem tylko, żebyś ją 

sformułowała jasno i prosto. To także należy do terapii Pawilonu X. A co do pana 
Bilewicza... jest w porządku. Tak to określa dzisiejsza młodzież?

— Bile...wicza? Kto to taki?
Zaśmiał się, odsłaniając dziąsła. W jego oczach błyszczały iskierki humoru.

— Zawsze lepiej znać nazwisko mężczyzny, z którym się chce pójść do łóżka — 
powiedział spokojnie.

Zerwałam się z krzesła i niczym odbezpieczony granat wypadłam na korytarz. 
Idiotka! Jak mogłam tak się dać zapędzić w kozi róg temu śmierdzielowi! Co z 

tego, że ma piekielną intuicję? Jest przecież psychiatrą psychoanalitykiem i Bóg 
wie czym jeszcze. Ale mnie podszedł, dziadyga jeden! Trzęsłam się ze złości, 

biegnąc ścieżką w kierunku ławki, na której mi się zawsze najlepiej myślało. 
Dopadłam jej, by się uspokoić.

I wtedy poczułam ręce na moich piersiach.
— Mateusz? Nie uczyli cię, że się puka?

— W szkole Survivalu uczyli, że drzwi się rozwala! — stał przede mną na szeroko 
rozstawionych nogach, niczym szeryf z mydlanej opery. Ale w oczach miał smutek.

— To już... koniec? — spytałam głupio.
Przykucnął u moich stóp. Dopiero teraz zobaczyłam, że ma oczy w kolorze 

koniczyny.
753

— Chodź. Opowiem ci wszystko, czego nie wiesz. Pora na kawę. Mam też lody 
cytrynowe.

Uśmiechnęłam się przez łzy.

background image

— A kolekcję znaczków?
Zanim się spostrzegłam, chwycił mnie na ręce. Jak dziecko. Niósł tak, bez 

najmniejszego wysiłku, jak jakieś wojenne trofeum. Nie protestowałam, bo po co. 
W domku ogrodnika było chłodno i ciemnawo. Szczelnie zasłonięte żaluzje nie 

przepuszczały ani promy czka. Na niskim stoliku stały filiżanki i pucharki do 
lodów. Mateusz usadził mnie na kanapie, sam znikając w małej kuchence. Mogłam 

zwiać. Wyjść zamykając drzwi. Wiedziałam, że nie szukałby mnie. Nie zrobiłby 
niczego wbrew mojej woli. Są tacy mężczyźni, choć ich dotąd nie spotkałam.

— Pijesz kawę mocną?
— Tak. — Dziwiłam się, że mój głos brzmi normalnie. I że nie czuję strachu.

Wszedł dzwoniąc łyżeczkami. Udawał, że mi się nie przygląda. Ale to nie była 
prawda.

—  Chcesz wiedzieć? — Usiadł naprzeciwko. W fotelu. Jego długie nogi w białych, 
płóciennych spodniach nie znajdowały dość miejsca. Cofnął się.

— Kim jesteś?
— Porządnym facetem. Nie mam żony ani narzeczonej. Pracuję etatowo na uczelni. 

Teraz mam wakacje. Do października.
— A Szczepan?

Uśmiechnął się. Lubiłam jego uśmiech.
— Kumpel. Teraz pracuje... no, niekoniecznie musisz wiedzieć gdzie. W każdym 

razie na posadce państwowej.
— On rozpracował Estebana?

— Nie tylko. Poszukiwał go Interpol. Facet jest międzynarodowym aferzystą. Teraz 
go przesłuchująnasi. Myślę, że zostanie poddany ekstradycji. Policja meksykańska 

dawno go namierzała. Ale znaleźli tylko Johanę, matkę Wiktora.
— Nic się jej nie stało?

154
Znów się uśmiechnął. Jakoś tak dziwnie.

— Fizycznie nic. Rozpacza, bo wydaje jej się, że wciąż kocha tego drania.
— Uważasz, że kochać można tylko...

Nie zdążyłam dokończyć. Był przy mnie tak blisko, że nie potrafiłam odetchnąć. 
Całował oczy i usta, rozbierał delikatnie, choć stanowczo. Słabo protestowałam. 

Kiedy mnie zaniósł na tapczan, byłam naga. Żadne słowo nie mogłoby mi przejść 
przez ściśnięte gardło. Zacisnęłam powieki, myśląc gorączkowo: niech się to już 

stanie.
Ale nic się nie stało. Mateusz siedział obok, pieszcząc moją stopę. Całował 

każdy palec oddzielnie. Jego gorące usta wolno przesuwały się wzdłuż łydki. 
Czułam, jak się odprężam, jak krew przepływa łagodnie, dochodząc do serca. Nie 

wiem, jak długo to trwało. Chyba całe wieki. Nie było centymetra skóry, o którym 
by zapomniał. Był tak czuły i ostrożny, jakbym była ze szkła. Ale moje ciało 

zaczęło się poddawać, reagować na dotknięcia, nabierać elastyczności. Rozpalało 
się w potężną moc. Kiedy go poczułam na sobie, byłam całkowicie gotowa.

— Nie bój się — szeptał. — Niczego się nie bój. To będzie jak błysk. Jak brzęk 
szkła.

Nie bałam się. Moje ciało samo przylgnęło do niego. Nawet nie wiem, czy poczułam 
ból. Ciepło rozlało się od szyi do stóp. I trwało. Było pięknie. Oplotłam 

ramionami jego kark. Chciałam tak zostać na zawsze.
Dwie godziny później, bo nagle spłynął na mnie krótki, mocny i ożywczy sen, 

ocknęłam się sama. Przestraszyłam się. Usiadłam rozglądając się po zaciemnionym 
wnętrzu. Słońce przebijało drobniutkimi plamkami. W miseczkach na stole 

roztapiały się lody cytrynowe. Zimna kawa w maszynce stygła samotnie. Przetarłam 
powieki. Sen prysnął. Spojrzałam w dół na swoje ciało. Na udach dostrzegłam 

nikłą smużkę krwi. Na prześcieradle było jej więcej. Straszliwy wstyd oblał mi 
czoło. Nie wiedziałam, jak się zachować. W tym samym momencie Mateusz wyszedł z 

łazienki. Wycierał się
155

frotowym ręcznikiem. Miał na sobie slipy. Usiadł obok, ciasno obejmując mnie 
mokrymi ramionami.

— Ja... — zaczęłam.
— Ciii — wymruczał. — Ani słowa.

Wziął mnie znów na ręce i zaniósł pod prysznic. Boże, jaka mu byłam wdzięczna! 

background image

Szum ciepłej wody ukoił zmęczone ciało. Zmywałam z siebie krew i zapach 
mężczyzny. Czułam się wspaniale. Zawinęłam się w wiszący na ścianie ręcznik 

kąpielowy. Pachniał znajomo. Przez parę sekund krępowałam się wyjść. W końcu 
opanowałam irracjonalny wstyd. Kiedy stanęłam w drzwiach, zobaczyłam go 

ubranego. Pościel była zmieniona. Czysta jak sen dziewicy. Wtedy poczułam 
wdzięczność. Dopadł mnie i znów chciał wziąć na ręce. Zaprotestowałam.

— Nie, proszę.
Znów mnie całował. Przytrzymywałam ręcznik, wyślizgując mu się z objęć.

— Dobrze — wymruczał. — Dziś zostawię cię w spokoju. Może jutro także. Chcę, 
żebyś doszła do siebie, kochanie.

Mrugałam rzęsami nie wiedząc, co powiedzieć.
— Mateusz — zaczęłam cicho — wyjeżdżam stąd. Przykucnął u moich stóp. Siedziałam 

na kanapce wpatrzona
w słoneczne zajączki na porcelanie. — Profesor chce zawiadomić moich rodziców, 

by po mnie przyjechali.
— Sam cię zawiozę do domu!

— Ty? — Moje zdumienie ubawiło go.
— A jak sądziłaś? Że cię porzucę po dzisiejszej... dzisiejszym...

— Mateusz — pogłaskałam go po krótko przystrzyżonych włosach — nie czuję się 
kobietą wykorzystaną.

Wybuchnął śmiechem. Trochę mnie to zmartwiło. Czyżbym powiedziała coś głupiego?
— Ewa, ja nie wyobrażam sobie życia bez ciebie! Zrozum to wreszcie! Mam 

dwadzieścia siedem lat. Nie jestem bezmyślnym drabem. Kocham cię, ty mała 
idiotko!

O, o, tego się nie spodziewałam. No, nigdy w życiu!
156

— I co będzie? — wyszeptałam.
— Będziemy razem.

Dalej to do mnie nie docierało.
— Przecież ja... przerwałam studia. Muszę je wznowić. Chcę.

— W porządku. Ja też wracam na uczelnię. W czym problem?
— No... nie wiem. — Zgłupiałam.

Wstał. Zabrał maszynkę do kawy i pucharki z zupą cytrynową. Sądziłam, że chce mi 
dać czas do namysłu. Byłam oszołomiona. I zagubiona. Zwariowany dzień. Kiedy 

wrócił, świeża kawa dymiła.
— Napijesz się?

— Tak. Ty... poważnie?
Zajrzał mi w oczy. Miał minę zbitego psa.

— Oferuję ci tylko pokój z dużą kuchnią. Ma dwa okna i mnóstwo zakamarków. Za 
średnio czystymi szybami widać kasztanowce i lipę.

—Lipę?—Zastanowiłam się.—Ta lipa chyba przesądzi sprawę.
— I obrączkę.

Zerwałam się z kanapy. Walczyłam jakiś czas z rozwiązującym się ręcznikiem. Był 
wilgotny i chłodził mi ciało.

— Żarty sobie stroisz? Dlaczego?
Znów mnie utulał. Jak się głaszcze małe, płaczące dziecko.

— Nie wiem, dlaczego nie można porozmawiać o małżeństwie, nie wszczynając 
trzeciej wojny światowej... — Wybuchnęłam śmiechem, który przeszedł w płacz. Łzy 

płynęły mi po policzkach i nie umiałam ich zatamować. Dał mi się wyryczeć. Cały 
czas gładził mnie po plecach, ramionach i policzkach. Całował włosy. — Spokój ! 

— powiedział wreszcie. — Inaczej znów się to skończy w łóżku. A tego nie chcę. 
Nie jestem ludojadem, tylko odpowiedzialnym za słowa i czyny facetem. Chcesz 

mnie?
— Tttak — wyjąkałam ocierając mokry nos.

Ubierałam się, walcząc z nogawkami spodni i chmarą myśli przelatujących przez 
głowę. Przyjechałam tu, by leczyć nerwy, a co zyskałam? Świst noża, ponurą aferę 

gangsterską i... męża. No, czy to normalne?
157

— Chcesz wiedzieć, gdzie Wiktor schował dyskietkę? — zapytał, gdy już 
opuszczaliśmy domek ogrodnika.

Spojrzałam na niego zdumiona.

background image

— To też wiesz? Skinął głową.
— W zamrażalniku!

Puknęłam się w czoło. Jasne! To dlatego kazał Fredce zawieźć się pod drzwi 
chłodni.

— Jak potrafił znaleźć szyfr do drzwi?
— Podpatrzył Tomka. Zapamiętał tylko sześć cyfr. Z siódmą eksperymentował.

Ogród pachniał oszałamiająco. Mrużyłam oczy. Z daleka, z oranżerii, płynęły tony 
fagotu. Zasłuchałam się. Cały czas czułam dłoń Mateusza na karku.

— Nie chcę już tu wracać.
— Nie wrócisz. I nigdy nic ci się złego nie przytrafi. Obiecuję ci to.

Chciałam wierzyć. Miałam przed sobą tyle lat. I byłam kobietą.
— A lody cytrynowe? — wypsnęło mi się.

— Kocham cię, mała wariatko — wyszeptał. I nie bacząc na tłum pensjonariuszy 
Pawilonu X, pocałował mnie w usta.

Rozległy się oklaski. Pomachałam dłonią. To wszystko. Aha. Znów zobaczyłam 
ptaka. Siedział na gałęzi i ćwierkał. I był wróblem.

1 !
1

WOKÓŁ NAS

biblioteka powieści młodzieżowej
1. A. Minkowski

Szaleństwo Majki Skowron

2. K. Siesicka

Ludzie jak wiatr

3. E. Przybylska

Dotyk motyla

4. A. Minkowski

Ząb Napoleona

5. K. Siesicka

Beethoven i dżinsy

6. M. Kruger

Po prostu Lucynka P.

7. E. Nowacka

Dzień, noc i pora niczyja

8. K. Boglar

Supergigant z motylem

9. Z. Chądzyńska

Przez ciebie, Drabie!

10. K.Siesicka

Moja droga Aleksandro

11. K. Siesicka

Obok mnie

12. E. Nowacka

Emilia z kwiatem lilii leśnej

13. M. Kruger

Odpowiednia dziewczyna

14. K. Siesicka

Chwileczką, Walerio...

15. M. Borowa

Dominika znaczy niedziela

16. M. Kruger

Szkoła narzeczonych

17. A. Bahdaj

Telemach w dżinsach

18. K. Berwińska

Соп Amore

19. E. Przybylska

Ptasi instynkt

20. S. Kowalewski

Czarne okna

21. A. Lewańska

Sonata dla Natalii

22. S. Kowalewski

A jeśli powiem nie

23. A. Minkowski

Zakładnik szaleńca

24. K. Siesicka

Przez dziurką od klucza

25. S. Kowalewski

Nie ma ceny na miód akacjowy

26. K. Berwińska

Ach, ta fatalna trzynastka!

27. E. Nowacka

Może nie, może tak

28. A. Wetter

Zupełnie jak w filmie...

29. K. Boglar

Stonoga

30. K. Siesicka

Fotoplastykon

31. E. Nowacka

Dwaj mążczyżni i ona

32. A. Minkowski

Księżniczka i Mag

33. M. Fox

Magda.doc

34. K. Boglar

Zobaczysz, że pewnego dnia...

35. E. Nowacka

As w rękawie

36. A. Minkowski

Podróż na wyspą Borneo

37. Z. Chądzyńska

Statki, które mijają się nocą

38. M.Fox

Kapelusz zawsze zdejmuję ostatni

39. E. Nowacka

Małgosia contra Małgosia

40. A. Minkowski

Dowód tożsamości

41. K. Siesicka

Dziewczyna Mistrza Gry

42. M. Borowa

Ogrody

background image

43. M.Fox

Paulina.doc

44. K. Boglar

Zatrzymajcie świat, chcę wysiąść!

45. A. Minkowski

Błękitni z latającego talerza

46. К Siesicka

Czas Abrahama

47. E. Nowacka

Małe kochanie, wielka miłość

48. A. Minkowski

Wyspa Szatana

49. M. Fox

Batoniki Always miękkie jak deszczówka

50. M. Fox

Agaton-Gagaton: jak pięknie być sobą

51. К Boglar

Lot nad Pawilonem X

Drogi Czytelniku!

Zapraszamy Cię do korespondency

nego zamawiania książek. Napisz do 

nas,

a bezpłatnie otrzymasz aktualny katalog i cennik naszych publikacji.
Klub Siedmioróg jest największą

w Polsce księgarnią wysyłkową książek

dziecięcych i młodzieżowych.

Nasz adres:   Klub  Siedmioróg,

ul. Swiątnicba 7, 52-018 Wrocław