background image

Dziesięć słów (02) 

„Jaki  miły  ten  Kraków.  Sami  nieboszczycy"  -  pisał 
poeta  i  faktycznie,  kiedy  po  długiej  nieobecności 
przemierzam ciemne i zamarznięte zaułki, czuję tę 
aurę:  miłą  i  śmiertelną.  Obyśmy  wszyscy  żyli 
wiecznie, ale z rachunku prawdopodobieństwa wy-
nika,  że  nadchodzące  stulecie  będzie  także  sezo-
nem  fantastycznych  pogrzebów.  Kraków  -  zwłasz-
cza na przybyszach z dalekich stron - sprawia wra-
żenie  miasta  doskonale  do  tego  sezonu  przygoto-
wanego.  Idę  -  dajmy  na  to  -  wymarłą  ulicą  Smo-
leńsk  i  ucho  wytężam  ciekawie,  i  słyszę  subtelny 
chrzęst czcionek składanych w strzeliste nekrologi, 
szelest  żałobnych  chorągwi,  ktoś  czarnym  kordon-
kiem wyszywa inicjał na sepiowym całunie. W mojej 
ulubionej  kawiarni  również  panuje  dławiąco  roz-
koszna  dekadencja,  wszystkim  czterem  kelnerkom 
pogrzebowa  bielizna  w  identycznych  proporcjach 
wyłazi  spod  brokatowych  sukienek.  Zamawiam  to 
co  zwykle,  przeglądam  prasę  krakowską  i  ogólno-
polską,  przeglądam  noworoczny  „Tygodnik  Po-
wszechny" i ożywiam się znacznie, czuję, jak krew 
w  zamarzających  żyłach  krąży  żywiej.  Na  ostatniej 
stronie  „Tygodnika"  Zbigniew  Mentzel  wznosi  inte-
resujący  toast  noworoczny.  „Drodzy  Przyjaciele!  - 
powiada - Podzielmy się swoimi słowami. I poczuj-
my  blask,  jaki  bije  od  słowa".  Asumpt  do  tego, 
wbrew  pozorom  bardzo  szczególnego,  toastu  daje 
Mentzlowi  pochodząca  sprzed  bez  mała  pół  wieku 
notatka Alberta Camusa: „Odpowiedź na pytanie o 
moje  dziesięć  słów:  świat,  cierpienie,  ziemia,  mat-
ka,  ludzie,  pustynia,  honor,  bieda,  lato,  morze". 
Zainspirowany Camusem Mentzel rozważa następ-
nie  dziesiątkę  swoich  słów  („matka,  ojciec,  dom, 
wstyd, ryby, ciało, Polska, serce, wierność, język"), 
dalej  zaś  ja  sam  intensywnie  zainspirowany  i  Ca-
musem,  i  Mentzlem  przystępuję  do  namysłu  nad 
moimi dziesięcioma słowami. 

Znalezisko  Mentzla  jest  jak  sądzę  pobudzające  w 
sposób  wszechogarniający,  oczami  duszy  już  wi-
dzę  np.  rzutkich  reżyserów,  co  ułożywszy  swoje 
własne dziesiątki kluczowych słów, będą następnie 
wedle  wynotowanych  haseł  pisać  scenariusze  i 
kręcić  dziesięcioodcinkowe  cykle,  i  te  na  wskroś 
autorskie  seriale  (odcinek  pt.  „Dzieciństwo",  odci-
nek pt. „Stalinizm", odcinek pt. „Kobiety") wreszcie, 
wreszcie zyskają na Zachodzie (zwłaszcza odcinek 
pt.  „Zachód")  uznanie  porównywalne  z  „Dekalo-
giem"  Krzysztofa  Kieślowskiego,  a  może  nawet 
zyskają  one  uznanie  jeszcze  większe.  Wszystko 
jedno zresztą. 

Istotą ewentualnych kontynuacji pomysłu (zarazem 
istotą  spostrzegawczości  felietonisty  „Tygodnika 
Powszechnego") jest proste, ale też i trudne przyję-
cie do wiadomości faktu, że idzie tu o słowa, nie o 
co innego. O słowa, nie o rzeczy nazywane słowa-
mi.  To  nie  ma być  lista dziesięciu najważniejszych 
pojęć  mojego  życia,  to  nie  ma  być  lista  dziesięciu 

najistotniejszych  kategorii  ani dziesięciu  moralnych 
drogowskazów,  ani  dziesięciu  najważniejszych 
przeżyć, ani  dziesięciu  podstawowych  wspomnień, 
ani dziesięciu dramatów,  ani  dziesięciu  uciech, ani 
dziesięciu  najważniejszych  miejsc,  ani  imion,  ani 
nazw, ani  tras  dziesięciu naszych  duchowych  albo 
nieduchowych  wędrówek,  ani  dziesięciu  poznaw-
czych  wstrząsów,  ani  dziesięciu  autorytetów,  ani 
dziesięciu  takich  czy  innych  iluminacji.  To  ma  być 
lista  dziesięciu  słów.  Dziesięciu  słów  życia.  Kto  tej 
zasady nie  rozumie,  w  zasadzie nie  powinien brać 
udziału w zabawie, która zresztą - przez słowo wła-
śnie - żadną zabawą nie jest. Czynię to zastrzeże-
nie,  choć  świadom  jestem  jego  utopijności,  zabro-
nić udziału nikomu nie można, z pewnością znajdą 
się  uroczy  facecjoniści,  co  na  swoich  spisach 
umieszczą  np.  dziesięć  damskich  imion  (Jola,  Vio-
la,  Mariola  itd.)  albo  dziesięć  elementarnych  zgoła 
potrzeb,  albo  dziesięć  niezbywalnych  atrybutów 
własnej  egzystencji  (papierosy,  zapałki,  mały  Ży-
wiec itd.), że nie wspomnę o bojowych formacjach, 
których  dziesiątki słów, nomen omen, życia  zaczy-
nać się będą od: 1) Pornografia, 2) Żydzi, 3) Adam 
Michnik, 4) Katarzyna Kozyra itd. 

Istotą  słowa,  tak  jak  ja  jego  istotę  rozumiem,  jest 
niezbywalna w nim - z wysoka mówiąc - obecność 
piękna. Jeśli na liście moich dziesięciu słów byłoby 
dajmy na to słowo: pióro, to znaczyłoby, że spośród 
wszystkich słów w taki czy inny sposób opisujących 
czy określających, czy symbolizujących mój zawód 
-  literaturę,  wybieram  pióro  właśnie  dla  jego  obra-
zowej zmysłowości, przez pamięć czarno-zielonego 
pelikana, którym pisał ojciec, przez pamięć wszyst-
kich piór, którymi ja pisałem, przez pamięć wiersza 
Szymborskiej  o  Tomaszu  Mannie  („cudownie  upie-
rzona  watermanem  ręka")  i  również  dlatego,  że 
pióro bywa elementem skrzydła, na przykład skrzy-
dła anielskiego. 

Raz  jeszcze  przeczytałem  toast  noworoczny  Zbi-
gniewa  Mentzla  i  wydobyłem  z  kieszeni  ołówek 
firmy  UHU  i  na  papierowej  serwetce  wypisałem 
dziesięć słów mojego życia, a raczej dziesięć moich 
słów. Ułożyć ich wszakże w jakiejś kolejności wedle 
ważności  czy  hierarchii  nie  byłem  w  stanie,  chwila 
była  tak  podniosła,  że  nadanie  moim  słowom  for-
malnej  kolejności  alfabetycznej  wydało  mi  się  z 
kolei niestosowne. Z jednym wyjątkiem zostawiłem 
je tedy tak, jak zostały zapisane. Com napisał, tom 
napisał  -  jak  mawiała  pewna  postać  historyczna. 
Potem  uregulowałem  należność,  skłoniłem  się 
odzianym  w  brokatowe  sukienki  i  naznaczonym 
czarnymi  ramiączkami  kelnerkom  i  wyszedłem  na 
rynek.  Mróz  schodził  z  niebios,  granatowe  światła 
kładły się na płycie, wciągnąłem powietrze i wydało 
mi się, że tak jak czterdzieści lat temu czuję zapach 
lamp gazowych wiszących pod Sukiennicami. 

Oto  dziesięć  moich  słów  zapisanych  pod  sam  ko-
niec  roku  pańskiego  tysiąc  dziewięćset  dziewięć-
dziesiątego  i  dziewiątego:  dom,  nałóg,  dotyk,  pi-

background image

smo,  dzwon,  trawa,  światło,  matka,  skrzydła,  ko-
niec. 

„Pojedziemy białym koniem" (03) 

Jakby  mnie  kto  na  obecnym  etapie  dziejowym  za-
pytał,  jaka  jest  najbardziej  wymowna  różnica  po-
między  Wisłą  a  Warszawą,  zapewne  rzekłbym  w 
odpowiedzi,  iż  w  Wiśle  karabinowe  ani  nawet  re-
wolwerowe pociski raczej nie świszczą człowiekowi 
koło głowy, w Warszawie to bywa. 

Jak  tak  dalej  pójdzie,  zostanę  specjalistą  d  opisy-
wania  zbiegowisk  ulicznych,  ale  mówi  się  trudno: 
byłem, słyszałem, widziałem. Pałac Kultury od trze-
ciego piętra tonął w czarnej mgle, pod stacją metra 
wiekowy  muzyk  w  kowbojskim  kapeluszu  darł  się 
na całe gardło, kilkaset metrów dalej na rogu Alej i 
Nowego  Światu  spowity  w  ceratowy  całun  leżał 
zastrzelony złodziej. 

Dla  mnie  -  prostego  synka  z  Wisły  -  dramatyczne 
sceny  wielkomiejskie  są  wciąż  wielką  nowiną  i  nie 
dziwota,  że  reaguję  na  nie  z  dziecinnym  entuzja-
zmem. Powiem więcej: jakby mnie kto na obecnym 
etapie dziejowym  zapytał,  jaka  jest najbardziej  wy-
mowna  różnica  pomiędzy  Wisłą  a  Warszawą,  za-
pewne  (nie  bacząc  na  publicystyczne  uproszcze-
nia) rzekłbym w odpowiedzi, iż w Wiśle karabinowe 
ani nawet rewolwerowe pociski raczej nie świszczą 
człowiekowi koło głowy, w Warszawie to bywa. Za-
stanawiam się, czy w ogóle ktokolwiek kiedykolwiek 
w ciągu minionego tysiąclecia użył w centrum Wisły 
broni  palnej,  nic  mi  o  tym  nie  wiadomo,  ale  może 
ktoś kiedyś użył. Nie zdziwiłbym się. Odkąd dotarła 
do  mnie  -  że  posłużę  się  wybitnie  dygresyjnym 
przykładem  -  otóż  odkąd  dotarła  do  mnie prawdzi-
wie  rewolwerowa,  a  nawet  eksplozywna  wiado-
mość,  że  w Wiśle  (w  pensjonacie Piast, dwa  kroki 
od  naszej  chałupy!)  mieszkał  pewnego  przedwo-
jennego  lata Witold  Gombrowicz,  że  chodził  on na 
wycieczki  na  Czantorię,  na  Stożek  i  na  Bukową  - 
elementarnemu  odruchowi  zdziwienia  ulegam  rza-
dziej. 

Tłum  otaczający  w  piątek  okolice  ronda  de  Gau-
lle'a, gdzie rozegrały się dokładnie nazajutrz w ga-
zetach  opisane  wydarzenia,  również  nie  dziwił  się 
niczemu.  Ludzie  spoglądali  na  rozbite  samochody, 
przestrzelone  szyby,  na  zaznaczone  kredą  na  as-
falcie  miejsca  po  mosiężnych  łuskach,  na  leżący 
pod  kioskiem  ciemny,  z  tej  odległości  podobny  do 
muzealnej  mumii  kształt  i  na  ogół  zachowywali  się 
stosownie.  Jedynie  ciągle  dochodzący  nowi  fraje-
rzy, co o niczym nie mieli pojęcia, naruszali panują-
cą powściągliwość i pytali gorączkowo: Co się dzie-
je? Co się stało? Wypadek? Stłuczka? Bomba czy 
co? 

- Nic się nie stało  - niski głos przysadzistego męż-
czyzny  o  atletycznej  posturze  zdawał  się  brzmieć 
równie  atletycznie  -  nic  się  nie  stało,  policja  użyła 

broni  krótkiej  i  automatycznej,  i  wykonała  wyrok 
śmierci bez sądu. 

-  Co  też  pan  opowiada  -  obruszył  się  stojący  koło 
mnie  starszy  pan  w  sfatygowanym  gierkowskim 
kożuchu  -  bandziorów  gonili, od południa  tu  stoję  i 
wszystko  widziałem,  bandzior  kradzionym  autem 
nacierał,  bandziorów teraz pełno,  sam  pół  roku te-
mu  bandziora,  co  mi  kradł  auto  z  parkingu,  złapa-
łem... 

- I co, wykonał pan na nim wyrok śmierci? - w gło-
sie mężczyzny o atletycznej posturze nie było śladu 
szyderstwa, była w nim tak skrajna rzeczowość, że 
poczułem ciarki idące po plecach. 

-  Tak  jest,  tak  jest  -  zachłystywał  się  ktoś  niewi-
doczny,  stojący przy  samym  krawężniku  -  tak  jest, 
teraz mieć auto to żaden honor, ale mieć auto, któ-
rego  nikt  nie  ukradł  albo  chociaż  nie  próbował 
ukraść,  to  jest  straszny  wstyd.  Jeździłem  szesna-
stoletnim  Nissanem  i  upokorzenia  doznawałem, 
miałem  się  za  ostatniego  śmiecia,  bo  byłem  pe-
wien, że na szesnastoletniego Nissana nikt się nie 
porwie.  I  masz,  w  zeszłym  tygodniu  -  mówiącego 
najwyraźniej  ogarnął  nagły,  graniczący  z  ekstazą 
przypływ  niekłamanego  zadowolenia  -  i  w  zeszłym 
tygodniu  wreszcie  go  ukradli.  Tak  jest,  ukradli  mi 
szesnastoletniego Nissana - tryumfował niewidocz-
ny,  stojący  przy  samym  krawężniku  przypadkowy 
komentator zdarzeń. 

Policjanci  w  cywilu,  a  może  funkcjonariusze  służb 
medycznych  albo  pogrzebowych  pochylali  się  nad 
zabitym, błyskały latarki, ktoś biegł przez pobojowi-
sko  z  telefonem  komórkowym  przytkniętym  do 
ucha. 

- Patrzcie państwo, co to życie warte, nic nie warte 
-  chrapliwy  choć  łagodny  głos  nałogowej  palaczki 
dochodził tym razem z tyłu - równo tydzień temu był 
sylwester, chłopak na pewno się bawił na prywatce 
albo w jakimś pubie szastał pieniędzmi, szampana 
o  północy  otwierał,  najlepsze  życzenia  składał  i 
odbierał,  z  dziewczynami  się  całował,  całe  życie 
miał  przed  sobą,  całe  nowe  tysiąclecie  i  równo  za 
tydzień  wszystko  się  skończyło,  żadne  szczęścia, 
zdrowia, pomyślności się nie ziściło, a nawet wręcz 
przeciwnie, od paru godzin zabity leży na chodniku. 
O patrzcie państwo, już jest całkiem sztywny... 

Policjanci,  a  może  inni  funkcjonariusze  wyjmowali 
istotnie  już  poddane  rigori  mortis  ciało  z  jednego 
ceratowego  worka  i  przekładali  do  drugiego, 
wzdrygnąłem się nagle, ciarki na plecach wzmogły 
swą  obecność  i  poczułem  głęboką  niestosowność 
swojej  własnej  w  tym  miejscu  obecności.  Wzdry-
gnąłem, bo przez ułamek sekundy zauważyłem, że 
stopy trupa znowu, znowu w jeden tylko but są obu-
te,  że  znowu,  znowu  jedna  martwa stopa  w bucie, 
druga jakby przez to jeszcze bardziej martwa, tylko 
w skarpecie białej. Nagle z całą jaskrawością poją-
łem,  że  zbyt  swobodną  prowadzę  narrację,  że  za-
nadto  gawędziarsko  gawędzę,  że  wszystko  mi  się 

background image

ze  wszystkim  zaczyna  kojarzyć,  strzelanina  z 
Gombrowiczem,  trup  z  butem,  but  z  pensjonatem 
Piast, strach pomyśleć co jeszcze z czym. 

Poprawiłem tedy torbę na ramieniu a w torbie dźwi-
gałem  dwa  arcydzieła  muzyki  operowej  oraz  jedną 
klasyczną  pozycję  z  zakresu  eseistyki  literackiej)  i 
rytualnie ruszyłem ku domowi. Rytualnie, ponieważ 
tak zawsze kończę opisy warszawskich scen ulicz-
nych, ich narrator (jeśli dobrze pamiętam zajęcia z 
teorii  literatury:  narrator  nie  zawsze  zbieżny  jest  z 
autorem),  otóż  narrator  moich  scen  ulicznych  z 
narastającą do granic maniery rzekomo zagadkową 
goryczą  zawsze  i  niezmiennie  pod  koniec  tekstu 
„rusza ku domowi". Ciemności i mgły gęstniały, już 
na  drugim  piętrze  Pałacu  Kultury  prawie  nie  było 
znać  świateł,  pod  stacją  metra  sędziwy  solista  w 
kowbojskim  kapeluszu  wydzierał  się  wniebogłosy  i 
wyczyniał  karkołomne  i  nie  związane  z  melodią 
pląsy.  „Pojedziemy  białym  koniem,  on  nam  wiele 
szczęścia  da.  Potem  wrócę  ja  do  ciebie,  nie  za 
miesiąc,  to  za  dwa".  Z  całej,  niezwykle  skompliko-
wanej  i  rozdzierającej  fabuły  pieśni  ten  akurat 
fragment z neurotycznym natręctwem wbił mi się w 
mózg  i  raz  po  raz  bezwiednie  powtarzałem,  a  na-
wet nuciłem całą frazę. Miałem niedparte wrażenie, 
że  przypadkowo  usłyszany  i  zapamiętany  dystych 
odnosi  się  do  wielu  kluczowych  spraw,  które  się 
dziś  wydarzyły  albo  zostały  pomyślane,  niczego 
jednak nie byłem w stanie uporządkować. Gonitwa 
myśli dalej szła przez moją głowę jak aria szaleńca. 

Gustaw Holoubek, pan Wiecheć i ja (04) 

Jestem  jak  najwyższego  mniemania  o  autobiogra-
ficznej  prozie  Gustawa  Holoubka  („Wspomnienia  z 
niepamięci"  wydawnictwo  Muza).  Na  szacunek  za-
sługuje  już  sama  strategia  pisarskiego  wyboru. 
Wielki aktor mógłby w końcu - jak wiadomo jest to 
zjawisko  w  branży  powszechne  -  z  wielkim  powo-
dzeniem  dać  książkowe  świadectwo  swego  arty-
stycznego  żywota,  niechybnie  byłaby  to  rzecz 
skrząca  się  humorem,  anegdotami  i  rozlicznymi 
gawędziarskimi  i  literackimi  atrakcjami.  Inteligentni 
ludzie,  co  znają  Holoubka osobiście,  opowiadają  o 
nim tak, jak swego czasu Iwaszkiewicz opowiadał o 
Witkacym;  otóż  rzekomo  w  obecności  Witkacego 
całkowicie zatracało się własną osobowość, można 
było jedynie tkwić w niemym podziwie dla jego inte-
ligencji,  konać  ze  śmiechu  z  jego  dowcipów.  Ale 
Gustaw  Holoubek  nie  zamierza  traktować  własnej 
biografii ani nawet własnych umiejętności narracyj-
nych  w  sposób  instrumentalny,  nie  chce  ze  swej 
pracy,  z  losów  swych  ról,  ze  swej  pamięci  arty-
stycznej  czynić  wehikułu  dla  tomu  wspomnień  - 
wiedziony  bardzo  rasowym  pisarskim  instynktem 
sięga  do  „niepamięci".  Książka  kończy  się  w  mo-
mencie,  kiedy  opisywany  w  niej  młody  człowiek 
zostaje aktorem, edukacyjna powieść a może auto-
biograficzny  esej  Gustawa  Holoubka  opowiada  o 
czasach, kiedy Gustawa Holoubka jako takiego nie 

było jeszcze na świecie. Jest to w istocie powtórze-
nie  gestu  proustowskiego,  odtworzenie  pozornej 
niepamięci, odzyskanie czasu pozornie utraconego, 
czułe opisanie pierwszych ścieżek, którymi szło się 
na  oślep,  ale  przecież  „widząc  jasno  w  zachwyce-
niu". 

Autor  bardzo  intensywną  frazą  opisuje  najgłębsze 
dzieciństwo,  tamte  przedmioty  i  tamte  zapachy, 
„olśniewającą,  białą  aż  do  niebieskości  koszulę 
ojca",  naszyjnik  matki,  nie  zaznany  nigdy  potem 
zapach  jej  perfum,  zimowy  poranek  „widziany 
oczami nagle rozbudzonego dziecka", kiedy to „cię-
żar  snu  opada  tak  nagle,  jak  gwałtownie  zdarta 
zasłona  z  czarodziejskiego  lustra  i  widzi  się 
wszystko  w  ostrości  jednoczesnej  wszystkich  pla-
nów".  Dziecięcą  (czyli  na  wskroś  pisarską)  zdol-
ność widzenia wszystkiego w jednoczesnej ostrości 
wszystkich  planów  Holoubek  zachowuje  bez  mała 
we  wszystkich epizodach  swej  książki,  potrafi  przy 
tym - nie chciałbym popadać w pochlebczy ferwor, 
ale  jest  to  cecha  mistrzów  -  otóż  Holoubek  potrafi 
przy tym w osobliwy sposób łączyć umiar z bezce-
remonialnością,  dystans  z  dobitnością,  a  nawet 
powściągliwość  z  perwersją.  Na  przykład  sztuka 
opisywania  własnej  choroby  nawet  dawnej,  nawet 
cudem  minionej  to  jest  przecież  zawsze  bardzo 
ryzykowny  balans  na  granicy  ekshibicjonizmu.  Ho-
loubek  bez  cienia  estetycznego  kłopotu  umie  po-
wiedzieć  wszystko,  co  więcej,  czyni  to  w  taki  spo-
sób, i z tym rodzajem literackiej świadomości, że po 
lekturze lepiej rozumiem jego głoszoną swego cza-
su  niechęć  do  „Czarodziejskiej  góry".  (Rozumiem, 
co  nie  znaczy  usprawiedliwiam,  doświadczenie 
biograficzne  daje  jedynie  w  tym  wypadku  mocniej-
sze uzasadnienie mylnemu sądowi literackiemu). 

Weźmy opisy pierwszych porywów miłosnych. Jak-
że  one  są  duchowe,  jakże  niewinne  i  jakże  zara-
zem  brawurowe  w  swej  cielesności.  Te  pełne  do 
dziś  niedocieczonej  tajemniczości  lanckorońskie 
wieczory,  podczas  których  wszakże  pewien  rodzaj 
wiedzy  bywał  twórcy  z  niejaką  co  wieczorną  wła-
śnie regularnością dostarczany! Ta osobliwa, pełna 
dławiącej  perwersji  i  wyuzdania  scena  w  zagraco-
nym mieszkaniu na Starowiślnej! Tym bardziej dła-
wiąca  i  tym  bardziej  perwersyjna,  że  w  końcu  nie 
tylko  z  pozoru  nic  tu  nie  zostało  powiedziane  czy 
raczej dopowiedziane. Słowem jest to bardzo przy-
jemne uczucie, tak, to jest bardzo przyjemne uczu-
cie: słuchać jak o pierwszych i kolejnych porywach 
opowiada stary fachowiec. 

Nie  będę  ukrywał:  źródłem  moich  specjalnych 
emocji w trakcie lektury „Wspomnień z niepamięci" 
jest fakt, że choćby w sensie ściśle przestrzennym 
opisywany  przez  Holoubka  Kraków  to  jest  też  mój 
Kraków. Wpierw  do  szkoły  powszechnej  potem  do 
gimnazjum  chodziłem  dzień  w  dzień  przecinając 
Błonia, ojciec (rocznik 1923) przez wiele lat miesz-
kał  przy  ulicy  Filareckiej,  potem  z  okien  nowego 
mieszkania widać było oddalony o sto metrów sta-

background image

dion  Cracovii.  Kraków  lat  trzydziestych  Gustawa 
Holoubka  i  mój Kraków  w  trzydzieści  lat później to 
są  miasta  niemal  identyczne,  bo  pomimo  dziejo-
wych  katastrof  niezmienność  jest,  niekiedy  chwa-
lebną, cechą grodu  Kraka.  Mosty  na  Rudawie, do-
my na Salwatorze (których mieszkańców faktycznie 
nikt  nigdy  nie  widział),  plac  na  Stawach,  boisko 
Cracovii  -  miejsca  święte.  Przypuszczam,  że  po-
mimo  pokoleniowej  różnicy  dałoby  się  na  tych  ob-
szarach  odnaleźć  przedmioty,  obiekty,  postacie, 
które  musiały  już  tam  być  „za  Holoubka",  które  on 
pamięta,  i  które  ja  tam  jeszcze  zastałem.  Może 
okrągły  kiosk  pana  Kazia?  Może  chromy  starzec 
handlujący  pieczywem?  Gęsta  bujna  trawa  na 
brzegach Rudawy? 

W  każdym  razie,  kiedy  Gustaw  Holoubek  pisze  o 
grze  w  piłkę  na  Błoniach,  kiedy  opisuje  stare  skó-
rzane  futbolówki,  kiedy  wspomina,  że  pochodziły 
one  najpewniej  „z  doszczętnie  wykopanych  zapa-
sów  sąsiedniej  Cracovii",  musi  pamiętać  legendar-
ną  postać  dystrybutora  piłek  z  demobilu  -  pana 
Wiechcia. Ach stary Wiecheć! Może dobrze, że nie 
dożył  naszych  świetnych  czasów,  dziś  tytułowano 
by  go  „gospodarzem  obiektu",  a  on  był  przecież 
dobrym  duchem  boiska  i  drużyny.  To  on  własno-
ręcznie  reperował  i  czyścił  korki,  zszywał  piłki  po-
rozrywane  atomowymi  uderzeniami  Gędłka  i  Par-
pana, prał i cerował pasiaste koszulki, znał na wylot 
wszystkich zawodników, był człowiekiem instytucją, 
był  aniołem  stróżem  Cracovii.  W  znaczeniu  całko-
wicie  dosłownym  czuwał  nad  klubem  we  dnie  i  w 
nocy, mieszkał bowiem w małym domku przy szat-
niach, rzecz jasna, jak szatnie były jeszcze od stro-
ny  Fałata.  Ach  stary  pan Wiecheć!  Nie  tylko  gwoli 
dygresji  układam  te  strofy,  co  mają  czcić  jego  pa-
mięć, ale i gwoli nadziei. Nie mogę pozbyć się bo-
wiem przeświadczenia, że z jego odejściem los się 
definitywnie  odwrócił  od  i  tak  wystarczająco  nie-
szczęśliwej Cracovii. 

O  piłce  nożnej  Gustaw  Holoubek  pisze  z  taką  sa-
mą,  a  może  nawet  z  większą  jeszcze  wirtuozerią 
jak  o  kobietach,  co  w  gruncie  rzeczy  świadczy  o 
nim  jeszcze  lepiej  -  wiadomo,  że  w  decydujących 
momentach  prawdziwy  mężczyzna  wybiera  futbol. 
Nawet szkoda, że autor w swych piłkarskich rozwa-
żaniach nie idzie trochę bardziej w głąb, piękny jest 
na  przykład  jego  eseistyczny  wywód  o  analogiach 
pomiędzy  sztuką  wojenną  a  piłkarskim  kunsztem, 
pomiędzy bitwą a meczem i aż żal, że teoretyczna 
materia  nie  została  tu  skontrapunktowana  histo-
rycznym  konkretem,  jakimś  intensywnym  opisem 
krakowskiej  świętej  wojny,  na  której  strzelano  ele-
ganckie  przedwojenne  bramki.  Sądzę,  że  cechują-
ca  w  tym  wypadku  pisarstwo  Holoubka pewna  ka-
meralna  tonacja  (ergo  brak  rozmachu  epickiego) 
bierze  się  w  równym  stopniu  z  powściągliwości  i 
umiaru,  co  z  często  cechującego  ludzi  wybitnie 
zdolnych lenistwa. Ale i to co jest, jest piękne. Oto 
opis  epifanicznej  euforii  doznawanej  przez  gracza 
tuż  przed  meczem,  tuż  przed  walką.  „Nie  pamię-

tam, abym kiedykolwiek doznał podobnego uczucia 
radości  podniecenia,  które  bierze  się  z  nieograni-
czonej  pojemności  płuc,  sprawności  nóg  i  całego 
ciała,  z  pewności  sukcesu  -  jak  wtedy,  kiedy  na-
przeciwko  nas  z  równi  Błoń  zaczęła  wynurzać  się 
grupa  innych  chłopaków  z  innej  ulicy,  z  którymi 
mieliśmy rozpocząć bój. Co jest w tej piłce, że sie-
dzi w nas do końca życia i nawet kiedy już przesta-
liśmy ruszać nogami fascynuje". Co jest w tej piłce? 
Otóż w niej jest wszystko. 

Jest  sobotnie  przedpołudnie  na  początku  nowego 
tysiąclecia,  na  salę  gimnastyczną  przy  ulicy  Spo-
kojnej wchodzą przebrani w piłkarskie stroje redak-
torzy  „Polityki".  Zaraz  się  zacznie  mecz.  Mecz? 
Żaden mecz. Żadna zabawa dla rozruszania kości. 
Żaden  sparing  dla  rozgrzania  mięśni. Piłka  jak po-
cisk uderza. Zawodnikom kamienieją twarze. Zaraz 
się  zacznie  wielka  bitwa  i  zażarty  bój.  Zaraz  się 
zacznie walka na śmierć. 

Polemika z niczym (08) 

Ponieważ  zdaję  sobie  sprawę,  że  pisanie  polemiki 
z niczym jest zajęciem finezyjnym, piszę wyłącznie 
dla  finezji.  W  nr.  5  tygodnika  „Wprost"  ukazał  się 
tekst Stanisława Esdena Tempskiego pt. „Literatura 
pantoflarzy".  Autor  w  ogólności  boleje  nad  stanem 
polskiej  prozy  współczesnej,  w  szczególności  zaś 
ubolewa  nad  marnowaniem  przez  niektórych  dzi-
siejszych  autorów  ich  własnych  talentów.  Nie  mu-
szę dodawać, iż gołym okiem widać głęboką szcze-
rość troski Tempskiego. O ile jednak troska Temp-
skiego o talent Tulli czy  Tokarczuk jest mi w grun-
cie rzeczy obojętna, o tyle jest mi niezmiernie przy-
kro,  że  kiedy  Tempski  troszczy  się  o  mnie,  ja  w 
rewanżu,  nawet  dla  pustej  zabawy,  nie  mogę  za-
troszczyć  się  o  niego.  Nie  mam  po  prostu  o  czło-
wieku  zielonego pojęcia.  Nota pod  „Literaturą  pan-
toflarzy"  informuje,  jakoby  Tempski  był  autorem 
pięciu tomów poezji, pięciu powieści oraz komedii o 
psach  rasowych.  Wiadomość  ta  pogłębia  niestety 
poznawczy popłoch, głównie wynika z niej bowiem 
niepokojąca  dbałość  autora  o  ilościową  symetrię 
uprawianych  gatunków.  Niestety  nie  potrafię  wy-
mienić ani jednego tytułu, nie znam problematyki, w 
ogóle nie wiem, o czym to jest, nie wiem nawet, czy 
Esden Tempski pisze na przykład wiersze białe czy 
rymowane. 

I nie zamierzam też zabawiać się jajcarsko kokiete-
ryjnymi domniemaniami, że być może moja niezna-
jomość  utworów  Tempskiego  dowodzi  braku  mojej 
orientacji  w  literaturze  współczesnej,  że  być  może 
ominęła mnie lektura rzeczy ważnych, że być może 
jakiś  zapoznany  geniusz  pracuje  sobie  w  swoim 
kątku,  a  tu  o  nim  ani  dudu.  Nie.  Analfabetyzm  w 
sprawie  dorobku  twórczego  Stanisława  Esdena 
Tempskiego  nie  wydaje  mi  się  wadą.  Prawdę  po-
wiedziawszy: wydaje mi się on zaletą. Inaczej jesz-
cze  powiem,  dobitniej:  moja  żadna  czy  też  bardzo 
blada  wiedza  o  Tempskim  znacznie  gorzej  świad-

background image

czy  o  Tempskim  niż  o  mnie.  O  mnie  świadczy  nie 
najgorzej.  Bo  przecież  mówiąc  jeszcze  dobitniej, 
trochę bardziej serio i nieco mocniej wytężając pa-
mięć, podejmowało się jakieś próby, kładło się oko 
na  jakichś  wydrukowanych  w  gazecie  wierszach, 
brało do ręki leżącą na księgarskim stole powieść i 
próbowało  czytać  dwie  albo  trzy  strony,  albo  choć 
jeden akapit. Prawie na pewno - pamiętam - czyta-
łem  jakiś  napuszony  wywiad,  czytałem  też  jakieś 
omówienie  ostatniej  chyba  książki  Tempskiego, 
nawet  utkwiła  mi  w  głowie  pewna  fraza  z  tego 
omówienia,  nie  będę  jej  przytaczał,  nie  ma  co  gę-
stej  sytuacji  zagęszczać  do  ostatka.  Jednym  sło-
wem  -  aby  problemu  niepoznawalności  Tempskie-
go  zanadto  nie  demonizować  -  jednym  słowem 
należy Stanisław Esden Tempski do tych pisarzy, o 
których  Artur  Sandauer  zwykł  był  mawiać:  aby  o 
nim  napisać,  trzeba  by  go  przeczytać,  przeczytać 
zaś go niepodobna. 

Referuję  wszakże  sytuację  przeszłą,  obecnie  po 
przeczytaniu  „Literatury  pantoflarzy"  przynajmniej 
jeden  tekst  Esdena  jest  mi  w  całości  znany,  mniej 
więcej  orientuję  się  w  mechanice  jego  intelektu,  w 
literackich  upodobaniach,  wiem  też,  na  czym 
wspiera  się  myśl  autora.  Otóż  w  omawianym  arty-
kule  myśl  ta  wspiera  się  na  broszurze  pt.  „38  naj-
częściej popełnianych błędów autorów fikcji literac-
kich".  Twórcą  tej  interesującej  pracy  jest  -  jak  się 
dowiadujemy  -  niejaki  Jack  M.  Bickham,  profesor 
uniwersytetu  w  Oklahoma  oraz  autor  dwudziestu 
pięciu  nieznanych  w  Polsce  powieści.  Z  38  prze-
stróg  profesora Esden  Tempski  przytacza  dziesięć 
najważniejszych,  nazwanie  ich  przez  Esdena  „de-
kalogiem"  nie  jest  wprawdzie  błędem  merytorycz-
nym,  razi  jednak  nadmiernym  patosem  -  są  to 
wszakże albo porażające banały, albo przerażające 
brednie.  Jeśli  ktoś  radzi  piszącemu:  „Nie  opisuj 
zachodów  słońca  ani  kwiatów,  wszyscy  bowiem 
choć raz je widzieli", to zapewne nie ma zbyt jasnej 
świadomości, że z równym sensem można sformu-
łować  taką  na  przykład  literacką  dyrektywę:  „Nie 
opisuj  kobiet,  ponieważ  każdy  choć  raz  w  życiu 
widział jakąś babę". Innemu postulatowi: „Nie bierz 
na głównych bohaterów ludzi nie radzących sobie z 
życiem"  taki  na  przykład  Fiodor  Dostojewski  nie 
byłby w stanie podołać żadną miarą, co zresztą nie 
dziwota, cały ten poradnik nie jest w końcu dla po-
ważnych pisarzy (o klasykach nie wspominając), to 
jest  w  najlepszym  razie  rzecz  dla  literackich  pęta-
ków.  Toteż  o  innych  racach  intelektu  profesora  z 
Oklahomy  (np.  „Pisz  na  kolanach  z  rumieńcem na 
twarzy")  nawet  nie  wspominam,  jest  to  tworzywo 
przekraczające  granice  facecji  felietonowej.  Swoją 
drogą,  jeśli  rzeczony  Bickham  w  żadnej  ze  swych 
25  powieści nie  popełnił  żadnego  z  wytypowanych 
przez  siebie 38 błędów,  jakie  to  jest  szczęście,  ja-
kie to jest ogromne szczęście, że mistrz ów nie jest 
u nas tłumaczony. (Jeśli uczył się na własnych błę-
dach, nie należy go tłumaczyć tym bardziej, nie ma 
powodu, by tłumaczyć kogoś, kto pisze z błędami). 

Wsparty  na  takim  autorytecie  Stanisław  Esden 
Tempski  przystępuje  do  frontalnego  ataku  na 
współczesną  prozę  polską.  Boleje,  współczuje, 
wylewa krokodyle łzy i - co zawsze wróży jak najgo-
rzej - domaga się głębi, zasad i przesłań. Natarcie 
jest  przy  tym  nieco  nieuporządkowane.  Wpierw 
jakiemuś  kompletnie,  nawet  sobie  samemu,  nie-
znanemu (wyższa szkoła jazdy krytycznej) autorowi 
o  nazwisku  Jerzy  Przybysz  z  całą  surowością  za-
rzuca  brak  hemingwayowskiego  porywu  i  poważ-
niejszej  siły  moralnej  i  w  ogóle  twierdzi,  iż  ten,  jak 
się  zdaje  kompletnie  Bogu  ducha  winien  literacki 
amator  -  przegrał.  Następnie  -  jakżeby  inaczej  - 
wyrozumiale  zaznacza,  iż  piszące  obecnie  kobiety 
„lekceważą  swój  talent".  Dalej  udaje,  że  nie  rozu-
mie (choć najpewniej istotnie nie rozumie) pewnego 
wyjętego  z  „Dukli"  zdania  Andrzeja  Stasiuka,  po 
czym  zbliża  się  do  mnie  na  niebezpieczną  odle-
głość i z doktrynalnym uporem głosi, iż moje „opisy 
pracy pielęgniarek nie służą niczemu i donikąd nie 
wiodą".  Ale  przynajmniej  w  tym  miejscu  wywodu 
pojawia  się  jakiś  interesujący  kontrapunkt,  miano-
wicie, ni stąd, ni zowąd, ni z gruchy, ni z pietruchy, 
całkowicie  znienacka,  nagle,  Esden  Tempski  daje 
osłupiałemu  czytelnikowi  informację  o  miejscu,  w 
którym  rozpoczyna  się  akcja  powieści Władysława 
Reymonta  pt.  „Ziemia  obiecana".  „»Ziemia  obieca-
na« Reymonta rozpoczyna się w budzącej się kapi-
talistycznej  Łodzi"  -  utrzymuje  Esden  Tempski  i 
faktycznie  pod  względem  merytorycznym  -  mucha 
nie siada. Jest to - można powiedzieć - najmocniej-
szy fragment eseju. 

Nasyciwszy  się  snadź  swą  historyczno-literacką 
wiedzą  Esden  zmienia  tonacje,  brata  się  i  drama-
tycznie  pyta:  „Dlaczego  nikt  z  nas  nie  spróbuje 
stworzyć choćby najmniejszej wizji rzeczywistości?" 
Pytanie  jest  nie  tylko  dramatyczne,  jest  ono  też 
ciekawe.  Zwłaszcza  ciekawe  jest  zawarte  w  nim 
słowo: „nas". O jakich „nas" Esdenowi Tempskiemu 
idzie?  Jeśli  idzie  mu  o  „nas  pisarzy"  -  podziwiam 
brawurę.  Jeśli  idzie  mu  o  „nas  twórców  literatury 
zbytecznej"  -  może  spokojnie abstrahować  od  licz-
by mnogiej. Jeśli idzie mu o „nas marnujących wła-
sne  talenty"  -  sprawa  jest  poważna.  Istotnie  trwo-
nienie danego od Boga talentu to jest zła sprawa i 
wielki  grzech.  Ale  też  Stanisław  Esden  Tempski 
choćby pisał nie tylko na kolanach i z rumieńcami, 
ale  na  głowie  i  z  wypiekami,  z  natury  rzeczy  jest  i 
zawsze będzie od grzechu tego wolny. Bezgrzesz-
ność  ta  sprawia,  że  bratanie  się  Tempskiego  z 
„nami"  jest  doprawdy  z  jego  strony  zbyt  finezyjną 
wspaniałomyślnością. 

Cierpieć jak Iwaszkiewicz (09) 

W miniony czwartek, w czasie gdy matka z pistole-
tem  poszła  na policję,  przeczytałem  książkę  Piotra 
Mitznera "Hania i Jarosław Iwaszkiewiczowie" (Wy-
dawnictwo  Literackie,  seria:  Pary).  Bardzo  szybka 
była  moja  lektura,  choć  np.  powiedzenie,  że  prze-

background image

czytałem  ten  -  jak  głosi  podtytuł  -  "Esej  o  małżeń-
stwie"  jednym  tchem,  byłoby nieprawdziwe  w  swej 
niestosowności.  Historia  Iwaszkiewiczów  to  jest  - 
okazuje  się  -  bardzo  mroczna  historia,  pełna  nie-
kiedy  niewidzialnych  ale  zawsze  nielekkich  przy-
gód.  Autor  na  początku  przytacza  "apodyktyczne 
ostrzeżenie" Tomasza Burka: "Dzieje i psychologia 
małżeństwa Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów. Tak 
się  ta  sprawa  nazywa.  Jedynie  umysł  naiwny  lub 
bezceremonialny  mógłby  przy  obecnym  stanie  iw-
aszkiewiczowskich  badań  kusić  się  o  zrekonstru-
owanie tych dziejów i tej psychologii". Niewątpliwie 
Burek ma rację, stan badań zawsze można i trzeba 
pogłębiać,  a  o  życiu  Anny  i  Jarosława  dałoby  się 
niechybnie  całe  tomy  pisać.  Kiedy  się  wszakże 
mówi o niezgłębialności problemu, człowiek zawsze 
jest  zagrożony  przez  retorykę  niezgłębialności. 
Otóż  rzecz  w  tym,  że  ja,  na  przykład,  więcej  wie-
dzieć  nie  chcę,  nie  chcę  ściślej  studiować  dziejów 
tego związku, nie chcę głębiej i dalej zaglądać, nie 
chcę ani stawiać, ani rozwiązywać kolejnych iwasz-
kiewiczowskich  zagadek,  nie  chcę  na  ten  temat 
czytać "tomów całych" - uważam, że to, co zawiera 
niewielka książka Piotra Mitznera, jest wystarczają-
co intensywne i wystarczająco straszne. Mówię we 
własnym  imieniu,  w  imieniu  własnej  dawniejszej, 
frajerskiej naiwości, a zapewne także w imieniu tej 
beztroskiej  części publiki  literackiej  co  uważała, że 
jedynym doskwierającym przez bez mała całe życie 
Jarosławowi  Iwaszkiewiczowi  problemem  był  brak 
Nagrody  Nobla.  Potoczny  wizerunek  pisarza  był 
bowiem  taki,  że  jest  to  niesłychanie  zamożny  ma-
gnat  literacki,  właściciel  dworu  oraz  posiadłości, 
bywający  w  korzystnych  komitywach  z  władzą  po-
seł,  prezes  związku,  redaktor  naczelny,  pisarz  - 
sybaryta  co  kryzysy  twórcze  (których  w  istocie  nie 
miewa) zażegnywać musi w Rzymie albo na Sycy-
lii, nienasycony konsument zmysłowych dóbr świa-
ta,  wyposażony  przy  tym  w  szczęśliwą  rodzinę,  z 
niezwykłą  żoną,  pilną  strażniczką  twórczości  oraz 
domowego  ogniska  u  boku.  (O  osobistych  szofe-
rach nie wspominam). 

Tymczasem  z  kart  książki  Mitznera  złożonej  w 
znacznej mierze z rozmaitych relacji, dokumentów, 
listów, fragmentów dzienników, biograficznie czyta-
nych  tekstów  literackich  wyłania  się  dramatyczny 
obraz  życia  zgoła  tragicznego,  naznaczonego  du-
chowymi  męczarniami,  chorobami,  upiorami  "zbyt 
długiej  starości",  a  także  rozmaitymi  materialnymi 
plagami. "Pod koniec lat pięćdziesiątych trzeba było 
pożyczać  pieniędzy  na  jedzenie.  Były  takie  przy-
padki" - wspomina jedna z pracujących na Stawisku 
gospodyń. Samo Stawisko, co z daleka jak raj wy-
glądało, z bliska jawi się jak czeluść. "Stawisko jest 
nieludzkie"  -  notuje  Iwaszkiewicz  pewnego  dnia  w 
dzienniku.  Kiedy  jeszcze  za  życia  pisarz  próbował 
coś  o  swym  męczeństwie  mówić,  uchodziło  to  za 
tandetną  pozę  i  bywało  źródłem  szyderstw  i  prze-
śmiechów.  Kluczowe  w  tej  sprawie  wydaje  mi  się 
zdanie Pawła Hertza, który wspomina, iż jako mło-

dy  człowiek  nie  był  w  stanie  pojąć  "jak  można  łą-
czyć takie życie na błyszczącej powierzchni świata 
z  ową  świadomością  jego  głębi",  którą  przecież 
poeta  nie  tylko  posiadał,  ale  którą  też  w  swych 
utworach przejmująco wyrażał. Otóż - jak się zdaje 
- zbyt rzadko bierze się pod uwagę fakt, iż widzial-
ne spełnienia mogą być źródłem cierpień albo mo-
gą  w  zgoła  bezlitosny  sposób  unaoczniać  fiasko 
egzystencji.  Tym  co  nie  zaznają  widzialnych  (na 
przykład  literackich)  spełnień,  jest  paradoksalnie 
lżej,  bo  żyją  w  złudzeniu,  że  jakby  takich  spełnień 
zaznali,  byłoby  im  lepiej.  Życie  w  złudzeniu  jest 
przyjemne.  Zapewne  niejeden  młody  poeta  marzył 
o  pozycji  Iwaszkiewicza  (cały  czas  mam  na  myśli 
literaturę), niejeden chciał po prostu "być Iwaszkie-
wiczem",  bo  przecież  jakby  "był  Iwaszkiewiczem", 
miałby  -  z  wyjątkiem  tego  nieszczęsnego  Nobla  - 
wszystko. Prostego faktu, że jakby "był Iwaszkiewi-
czem", także "cierpiałby jak Iwaszkiewicz", żaden z 
tych marzycieli nie brał pod uwagę, co nie dziwota, 
to  jest  i  dzisiaj  trudne do pojęcia,  wyrażenie:  "cier-
pienia Iwaszkiewicza" dalej ma posmak oksymoro-
niczny. Ale on chyba cierpiał męki piekielne, musiał 
cierpieć  choćby  z  tego  elementarnego  powodu, że 
będąc  na  świeczniku,  miał  zarazem  dotkliwą  (i  jak 
najsłuszniejszą)  świadomość  istotnego  niedocenie-
nia,  a  nawet  niezrozumienia  swego  niekiedy  wiel-
kiego pisarstwa. Cierpiał w samotności. 

Oboje  byli  ludźmi  na  wskroś  samotnymi,  byli  jak 
napisze  w  wierszu  niczym  "dwie  splątane  noce". 
Choćby jego nadmierne zanurzenie w doczesności 
i  jej,  jak  się  zdaje,  równie  nadmierna  religijność  to 
już była sprzeczność nie do pogodzenia, to już był 
wystarczający  warunek  wzajemnych  samotności. 
"Anna  nikogo  nie  potrzebuje, bo  ma  Boga  w  aren-
dzie" - tak o niej, z najwyraźniejszą furią napisze w 
swym  diariuszu.  A  jednak  oboje  tragiczni,  oboje 
samotni,  byli  w  stanie  przez  kilkadziesiąt  lat  swoje 
nieraz  bardzo  hermetyczne  samotności  i  pojąć,  i 
przyjąć, i przeżyć. Historię tę Piotr Mitzner opowia-
da  niekiedy  z  bardzo  bliska,  a  w  niektórych  frag-
mentach,  choćby  w  otwierającym  książkę  obrazie, 
kiedy  to  autor  widzi  Iwaszkiewiczów  po  raz  ostatni 
razem  (on drzemie  w fotelu, ona  schodzi  ze  scho-
dów),  udaje  się  chyba  Mitznerowi  rzecz  rzadka, 
udaje mu się mianowicie dotknąć sedna rzeczy. 

Co  generalnie  nie  zmienia  mojej  opinii,  że  ani  tej, 
ani  też  i  innych  historii  małżeńskich nie należy  za-
nadto  uszczegóławiać.  O  ile  należy  je  w  ogóle 
opowiadać. Na przykład najlepiej znane mi małżeń-
stwo  świata  (mam  na  myśli  zewnętrzny  punkt  wi-
dzenia),  czyli  małżeństwo  moich  starych.  Ileż  oni 
mieli widzialnych, niewidzialnych, barwnych i nie do 
opowiedzenia  przygód.  A  jednak  przeżyli  w  szczę-
ściu i zgodzie kilkadziesiąt lat, i ojciec przed śmier-
cią nie zdążył matki zastrzelić ze swego ulubionego 
pistoletu  gazowego.  Krótka  historia  tej  broni  jest 
następująca.  Ojciec  mój  wraz  z  kolegami  spędził 
swego czasu kilka lat w Afryce. Pewnego wieczoru 
rdzenni  mieszkańcy  Afryki  napadli  na  ojca  i  kole-

background image

gów, jednego kolegę zabili, drugi przeżył, bo leżał i 
udawał  zabitego,  ojcu  zaś  udało  się  zbiec  w  głąb 
buszu, gdzie wspiął się na drzewo (wierzę, że był to 
baobab)  i  przesiedział  do  rana.  Mam  wrażenie,  że 
podczas  tej  nocy  na  baobabie  w  ojcu  nastąpił  pe-
wien przełom religijny oraz że wtedy też przełamał 
się w nim pacyfizm. Ojciec mój, który był pacyfistą 
skrajnym (pisałem o tym swego czasu), na przykład 
nie  pozwalał  mi  w  dzieciństwie  na  posiadanie  na-
wet  pistoletu  na  wodę,  rychło  po  powrocie  z  czar-
nego  lądu  zdał  egzamin  i  uzyskał  zezwolenie  na 
posiadanie  broni  gazowej.  Potem  stary  postawił 
dom i umarł, zapomniany zaś i na szczęście nigdy 
nie  używany  oręż  gazowy  tkwił  w  niedocieczonej 
skrytce.  Znaleźliśmy  go  przypadkiem  i  właśnie  w 
czwartek, kiedy ja czytałem o dziejach małżeństwa 
Iwaszkiewiczów, matka postanowiła pójść i zdać na 
policji  pistolet  swego  zmarłego  męża.  Ja  skończy-
łem lekturę poruszony, matka z posterunku wiślań-
skiej policji wróciła wręcz rozanielona. Opowiadała, 
że byli tam zachwycająco uprzejmi młodzi policjan-
ci,  zachwycająco  piękny  i  posłuszny  policyjny  pies 
oraz  pewna  zachwycająco  piękna,  miejscowa  poli-
cjantka. A przecież mówiłem, przecież mówiłem, że 
będzie  lepiej,  jak  ja  pójdę  zdać  ojcowską  broń. 
Tymczasem zamiast podziwiać, a kto wie może się 
nawet bliżej zapoznać z piękną wiślańską policjant-
ką,  ja  czytałem  książkę.  Znowu  zwyciężyło  słowo. 
Boże  mój,  źródłem  jakże  nieprzebranych  cierpień 
może być literatura. 

Transmisja z czegokolwiek (10) 

Ożywiły  mnie  w  ub.  tygodniu  dwie  bezpośrednie 
transmisje telewizyjne. Pierwszą była bezpośrednia 
transmisja  z  meczu  piłkarskiego  Francja-Polska  w 
Paryżu,  drugą  -  bezpośrednia  transmisja  z  miesz-
kania  niejakich  państwa  Koszałków  w  Krakowie. 
Druga  transmisja  też  była  w  gruncie  rzeczy  trans-
misją  z  zawodów,  zasadą  rywalizacji był  tu  miano-
wicie  pościg,  rzecz  polegała  na  tym,  że  syn  pań-
stwa  Koszałków  Marcin  ganiał  swoich  starych  z 
kamerą po domu i filmował ich bezlitośnie w trakcie 
panicznej ucieczki. 

W  meczu  Polska-Francja  dopingowałem  -  ma  się 
rozumieć  -  naszą  reprezentację,  w  przypadku  ro-
dziny  Koszałków  byłem  całym  sercem  po  stronie 
ściganych rodziców, miałem nadzieję, że uda im się 
zbiec  i  ocalić  głowy.  Niestety  w  obu  przypadkach 
moi  faworyci  ponieśli  porażkę.  Polska  przegrała  z 
Francją  1:0,  co  jest  wynikiem  najgorszym  z  możli-
wych,  mało  wyraziste  i  wywalczone  w  ostatnich 
minutach zwycięstwo Francuzów niechybnie zosta-
nie  uznane  za  kolejny  tryumf  polskiego  piłkarstwa. 
(Inna rzecz, że gdyby było na przykład 2:1 albo 6:1 
dla  Francji  byłoby  jednak  gorzej,  polski  zawodnik, 
któremu  udałoby  się  strzelić  Francuzom  gola,  bez 
wątpienia wybrany by został w rozmaitych plebiscy-
tach  sportowcem  roku).  O  ile  jednak  nasza  repre-
zentacja  przynajmniej  z  początku  toczyła  z  raczej 

chodzącymi  niż  biegającymi  po  boisku  przeciwni-
kami  wyrównany  bój,  o  tyle  państwo  Koszałkowie 
byli,  również  od  samego  początku,  bez  szans, 
dziecko  od  pierwszych  minut  narzuciło  im  szaleń-
cze tempo. 

Istnieje zasada, która powiada: nie pisz źle o filmie, 
który  z  zainteresowaniem  obejrzałeś  od  początku 
do  końca.  I  bezpośrednią  transmisję  z  domu  pań-
stwa  Koszałków,  czyli  film  dokumentalny  Marcina 
Koszałki pt. „Takiego pięknego syna urodziłam", tak 
się właśnie ogląda, od początku do końca z zainte-
resowaniem, a nawet z pewnym rodzajem napięcia. 
Czy  jest  to  w  istocie  zalegalizowane  przez  emisję 
telewizyjną  i  opatrzone  pieczęcią  sztuki  filmowej 
podglądactwo,  to  jest  kwestia  i  sporna,  i  drugo-
rzędna.  Na  dobrą  sprawę  każda  sztuka  jest  jakąś 
formą  podglądania  świata,  a  prawdziwi  twórcy  nie 
znają  poważniejszych  zadań  jak  pogoń  (daremna) 
za rzeczywistością. Rzecz w środkach i sposobach, 
za  pomocą  których  to  podglądanie  świata  i  ta  po-
goń  za  rzeczywistością  się  dokonuje.  Otóż  film, 
zwłaszcza  zaś  film  dokumentalny,  dysponuje  bar-
dzo  niebezpiecznymi  środkami  wyrazu,  kamera 
filmowa może być jak topór. I daremnie kryjący się 
po  kątach  państwo Koszałkowie  musieli  nieraz od-
nosić wrażenie, że w ręku młodego nie kamera jest, 
ale  topór,  oni  nie  przed  kamerą,  a  przed  ostrzem 
kamery próbowali się schować. 

Fotografujący  swoich  starych  filmowiec  dochodzi 
zarazem  w  tym  przypadku  do  krawędzi  dokumen-
tacyjnych możliwości, bo przecież dalej w głąb we-
ryzmu  pójść  niepodobna.  (Chyba,  żeby  celem 
wzmożenia  wymowy  podjąć  brawurową  decyzję  i 
sfotografować  rodziców  w  trakcie  jakichś  fizjolo-
gicznych zajęć). Rozumiem, że łamanie rozmaitych 
zasad  i  naruszanie  tabu  może  być  artystycznie 
ożywcze, ale uważam zarazem, że na przykład jeśli 
idzie o Dekalog, to wystarczy w poszukiwaniu inspi-
racji  poprzestać  na  łamaniu  szóstego przykazania, 
z  czwartym  przykazaniem  raczej  trzeba  dać  sobie 
spokój.  Zachwycająca  się  na  łamach  „Polityki" 
utworem  Koszałki  Krystyna  Lubelska  (tyle  razy  cię 
prosiłem Krysiu o umiar) powiada: „Idea uczynienia 
z  podglądactwa  sztuki,  która  z  takim  sukcesem 
rozwija  się  w  Holandii,  dotarła  do  nas  w  postaci 
wysublimowanej.  Koszałka  podgląda  bowiem  nie 
innych  ludzi,  ale  samego  siebie  i  swoich  własnych 
rodziców". 

Otóż  jest  dokładnie  odwrotnie  i  raczej  trzeba  by 
powiedzieć  tak:  barbarzyńska  idea  uczynienia  z 
podglądactwa  sztuki  została  u  nas  do  reszty  zbar-
baryzowana,  ponieważ  podglądanie  bliskich  jest 
moralnie  gorsze  i  wymiernie  szkodliwsze  od  pod-
glądania  obcych.  (Samego  siebie  Marcin  K.  pod-
gląda  w  filmie  w  sposób  wysoce  umiarkowany). 
Podglądani  obcy  przynajmniej  zachowują  anoni-
mowość,  podglądani  swoi  tej  anonimowości  są  z 
natury  rzeczy  pozbawieni,  w  końcu  żadnemu  ze 
sfotografowanych  w  łaźni  przez  Katarzynę  Kozyrę 

background image

gołych Węgrów żadna krzywda się nie stała, czego 
się  zapewne  nie  da  powiedzieć  o  starych  Koszał-
kach. U ilu sąsiadów mają oni teraz przechlapane? 
W ilu pobliskich sklepach witać ich teraz będą szy-
dercze  chichoty?  Jak  tu  pójść  w  niedzielę  na  spa-
cer  albo  do  kościoła?  Może  przyjdzie  się  wynosić, 
zmieniać mieszkanie i wygląd zewnętrzny? A mało 
oni mieli do tej pory kłopotów? 

Autor filmu  jest  -  że  się  tak  wyrażę  -  w  zbyt  wcze-
snej  fazie  twórczości,  aby  pojąć,  iż  dla  rodziców 
posiadanie  dziecka,  które  pragnie  być  artystą,  to 
jest  dramat  i  nieszczęście.  Dziecko,  które  pragnie 
być  artystą,  przeważnie  gnuśnie  leży  na  kanapie, 
skromne  kieszonkowe  wydaje  na  dziwki  oraz  czę-
sto  w  środku  nocy  wraca  w  sztok pijane.  Tego  ro-
dzaju  krnąbrność  przysparza  rodzicom  męczeń-
stwa.  Rodzice  dziecka  aspirującego  do  artyzmu 
często popadają w bezsilność i z bezsilności gada-
ją od rzeczy. W takiej właśnie fazie, w fazie bezsil-
nego  i  przez  to  też  agresywnego  bełkotu  artysta 
postanawia  uwiecznić  swych  rodziców  na  taśmie 
filmowej. Oni zaś widząc, że dziecko nie tylko pra-
gnie  zostać  artystą,  ale  że pragnie też  z nich  -  ro-
dziców  uczynić  surowiec  artystyczny,  popadają  w 
jeszcze większą histerię, w jeszcze większy bełkot. 
On gania za nimi z toporem kamery i toporem tym 
ich  dręczy  -  bezpośrednia  transmisja  z  udręki  fi-
zycznej  byłaby  i  jest  zakazana,  na  bezpośrednią 
transmisję z udręki psychicznej jest wręcz koniunk-
tura. 

Ach - to jest bezsporne - on także wycierpiał niema-
ło,  jego  toksyczni  starzy  dali  mu  zdrowo  w  kość, 
nieraz  było  w  domu  nie  do  zniesienia,  nieraz  było 
strasznie, strasznie. Ale artysta powinien być świa-
dom,  że  gdyby  jego  starzy  nie  byli  parą  toksycz-
nych  czubów,  on  nie  byłby  człowiekiem  twórczym. 
Gdyby  starzy  Koszałkowie  nie  dawali  młodemu 
Koszałce  w  dupę,  o  czym  -  zapytuję  -  młody  Ko-
szałka  swój  pierwszy  film  by  nakręcił?  Gdyby  nie 
starzy  Koszałkowie,  nie  byłoby  filmowca.  Dzięki 
starym Koszałkom, którzy wpierw swoim nękaniem 
wyprofilowali w młodym należytą wrażliwość, potem 
zaś z prawdziwie rodzicielską wspaniałomyślnością 
zgodzili  się  złożyć  samych  siebie  na ołtarzu  tema-
tyki  jego  debiutanckiego  utworu,  tylko  i  wyłącznie 
dzięki starym Koszałkom - filmowiec zaistniał. 

Obraz  jest  bez  wątpienia  podszyty  wyrazistym  ge-
stem terapeutycznym, takie też zapewne - terapeu-
tyczne  -  może  być  jego  znaczące  funkcjonowanie 
publiczne,  choć  przecież  niczego  tu  nie  ograni-
czam,  niczyich  zachwytów  nie  kwestionuję.  Trzy-
mam się uparcie wątku prywatności i pilnie przypa-
truję  tym  wszystkim  złamanym  zasadom,  wedle 
których  to  złamań dzieło  zostało  sporządzone.  Te-
mat:  ojciec,  matka  to  jest  w  końcu  temat  główny. 
Jest to też  mój  temat,  niekiedy  sporo  zapału  wkła-
dam  w uganianie  się za  moim  starym.  Z  piórem w 
garści ścigam go nawet po tamtym świecie. Ale we 
własnych  opisach  zgoła  go  nie  poznaję,  taki  jest 

uroczy. Dawne recepty powiadają, że sztukę trzeba 
robić  dla  zachwytu,  żeby  było  piękniej.  Mam  sła-
bość  i  podziw  dla  dawnych  receptur  i  pomimo 
wszelkich  niedostatków  w  umiejętnościach,  daję 
wyidealizowane  obrazy  mojego  starego,  opisuję 
raczej  go  takim,  jakim  chciałbym,  żeby  był,  niźli 
takim, jakim był naprawdę. Jaki był naprawdę? Te-
go  się  nie  dowiecie  nigdy.  Tak  on  do  nas  mawiał, 
tak  mawiał,  gdy  z  niejakim,  nieraz  parodniowym, 
opóźnieniem wracał do domu. Myśmy się pytali: 

- Tato gdzieś ty był? On zaś majestatycznie unosił 
głowę i oświadczał z dumą: - Tego się nie dowiecie 
nigdy. 

Tak  jest: ostentacyjny  autobiografizm  bywa upraw-
niony wyłącznie w dziedzinie fikcji czystej, całe zaś 
to „podnoszenie podglądactwa do rangi sztuki" sta-
nowi margines i zapewne nigdy się nie upowszech-
ni.  A  nawet  jak  się  upowszechni,  nigdy  nie  będzie 
stanowić  istoty  rzeczy.  Istotę  rzeczy  zawsze,  zaw-
sze będą stanowić wielkie powieści subtelnie prze-
twarzające  biografię,  wielkie  filmy  opowiadające 
wysublimowane,  choć  z  życia  wzięte  historie  oraz 
wielkie  drużyny  piłkarskie,  które  w  odpowiednim 
momencie przyspieszą i zwyciężą. 

Wolność wedle tygrysów (13) 

Piszę  o  sprawie  powszechnie  znanej,opisywanej  i 
komentowanej w mediach, nie wykluczam też, że ta 
swoista  "tragedia  surrealistyczna"  stanie  się 
przedmiotem  rozważań  bez  mała  wszystkich  kole-
gów felietonistów. Idzie mi o zeszłotygodniową ob-
ławę na zbiegłe z cyrku tygrysy, w wyniku której to 
dramatycznej  operacji  straty  po  obu  stronach  oka-
zały  się  wyrównane:  po  stronie  ścigających  zabity 
został  jeden  weterynarz,  po  stronie  uciekinierów 
zabity został jeden tygrys. Weterynarz zabity został 
wprawdzie nie przez zdesperowanych uciekinierów, 
ale przez swych roznamiętnionych pogonią sojusz-
ników.  Symetrii  strat  to  nie  umniejsza,  wzmaga 
tragedię. Wyświechtane powiedzenie, że jakaś tra-
gedia  była  niepotrzebna  jest  nie  tylko  wyświechta-
ne, jest ono też absurdalne - wszystkie tragedie są 
wszędzie  i  zawsze  niepotrzebne.  "Zdarzyć  się  mo-
gło, zdarzyć się musiało" - jak to pisała Szymborska 
- "na szczęście szyna, hak, belka, hamulec, framu-
ga, zakręt, milimetr, sekunda (...) o krok, o włos od 
zbiegu okoliczności". Pod cyrkiem Korona zabrakło 
niestety  milimetra,  sekundy  i  żaden  włos  nie  od-
dzielił zabitego od śmierci. Zdarzyć się mogło, zda-
rzyć się musiało. Natomiast niektóre opisy, hipotezy 
i  komentarze  tyczące  tych  sensacji  stanowczo  nie 
powinny  się  zdarzyć.  Mam  niejasne  poczucie,  że 
nawet  ten  felieton  nie  powinien  być  naznaczony 
zbyt silną zdarzeniowością. 

Weźmy  samą  kwestię  wyjścia  tygrysów  z  cyrku. 
Jest  to  kwestia  wciąż  nierozstrzygnięta.  Jedni  po-
wiadają, że tygrysy jakimś sobie tylko znanym spo-
sobem same wyszły na wolność. Inni utrzymują, że 

background image

zwierzęta  przebiegle  wykorzystały  niedopatrzenie 
odpowiednich funkcjonariuszy i przez niedomkniętą 
furtkę skwapliwie wyszły na wolność. Są też domy-
sły, że tygrysy miały pomocników z zewnątrz, że na 
przykład  uwolnili  je  (wypuścili  na  wolność)  jacyś 
poszkodowani na umysłach ekolodzy albo że klatki 
pootwierali  dla  jaj  jacyś  niestrudzeni  facecjoniści. 
Wersja, że tygrysy działały w zmowie z nisko opła-
canymi  pracownikami  cyrku,  którym  w  zamian  za 
pomoc w ucieczce obiecały sute prowizje, na razie 
się  nie  pojawiła,  ale  zapewne  jest  to  kwestia  (na-
szego)  czasu.  W  każdym  razie  słowo  wolność  w 
bez  mała  wszystkich  domniemaniach  jest  słowem 
kluczowym.  Zwierzę  na  wolności  -  zjawisko  bez 
wątpienia  piękne  i  naturalne.  Na  przykład  w  War-
szawie takie wolne zwierzę może wreszcie przejść 
się  Krakowskim  Przedmieściem,  wstąpić  na  kawę 
ze śmietanką do Europejskiego, a nawet wyjechać 
windą na najwyższe piętro Pałacu Kultury i spojrzeć 
na  świat  nie  tylko  nie  przez  kraty,  ale  i  z  wysoka. 
Faktycznie  niewielki  jest  sens  rozciągania  tego  ro-
dzaju wątpliwych facecji, tym bardziej że rozciągać 
je można bez końca. 

Idzie  mi  raczej  o  powiedzenie  licho  kolportowanej 
prawdy, że nie każde wyjście z klatki jest wyjściem 
na wolność. O czym myśli tygrys zamknięty w klat-
ce?  Czy  on  naprawdę  myśli  o  tym,  że  dobrze  by 
było z tej klatki prysnąć i pohasać po Tarchominie? 
Czy  największy  nawet  bojownik  o  wolność  wśród 
tygrysów  myśli  o  tym,  że  dobrze  by  było  przepiło-
wać kraty, przydrożnymi zagajnikami przebić się do 
Okęcia  i  najbliższym  rejsem  wrócić  do  Mombasy? 
O czym myśli mój kot, który całymi dniami w pozie 
nieodwracalnego degenerata leży na kanapie? Czy 
on naprawdę myśli, że dobrze by było ruszyć się z 
kanapy  i  pohasać  po  jakiejś  wiślańskiej  łące  i  na 
jakąś mysz zapolować? Znam dziada dobrze i wąt-
pię.  Tygrysów  z  cyrku  Korona  nie  znam  zupełnie, 
ale  jestem  najzupełniej  pewien,  że  w  jakimkolwiek 
biegnącym  warszawską  ulicą  krwiożerczym  tygry-
sie  nawet  wolno  jadący  zdezelowany  maluch 
wzbudzi  lęk  paniczny.  (Mój  kot  zdezelowanego 
malucha bałby się trochę mniej niż tygrys - wyłącz-
nie  z  lenistwa).  Ktoś  może  powiedzieć,  że  docho-
dzę w ten sposób do wstrząsającego wniosku, do-
chodzę  mianowicie  do  wniosku,  że  miejsce  kana-
powego  kota  jest  na  kanapie,  zaś  miejsce  cyrko-
wego tygrysa w cyrku. To też, ale idzie mi również 
o  kwestię  strachu,  o  kwestię  strachu  kogoś  (niech 
to  będzie  zwierzę),  kto  został  obdarzony  darem 
wolności. 

W ciągu ostatnich dziesięciu lat z tysiąc, a może ze 
dwa tysiące razy słyszałem słuszną skądinąd tezę, 
że  wzrost  wolności  łączy  się  ze  zmniejszeniem 
bezpieczeństwa  (ergo  -  w  jakiejś  mierze  ze  wzro-
stem  strachu).  Tygrysy  zbiegłe  z  cyrku  Korona  tej 
fundamentalnej  cechy  demokracji  zaznały  w  spo-
sób  dobitny.  Wolność  ich  (nawet  jeśli  była  to  wol-
ność  pozorna)  wzrosła,  bezpieczeństwo  zmalało. 
Niestety  pech  tych  zwierząt  polegał  na  tym,  że  i 

tropiący  ich  funkcjonariusze  byli,  są  w  identycznej 
sytuacji, oni również mają większą wolność, więcej 
mogą  i  bardziej  są  zagrożeni,  i  bardziej  się  boją. 
Przecież  gdyby  zdarzyło  się  to  za  starej  Polski, 
gdyby  za  PRL-u  jakieś  tygrysy  uciekły  z  cyrku,  na 
miejsce  zdarzenia  przyjechałby  co  najwyżej  na  ro-
werze  jakiś  zaspany  posterunkowy  wyposażony  w 
kajdanki  i  pałę,  którą  w  razie  nieposłuszeństwa 
pałowałby  zbiegów.  Niestety  rzecz  się  zdarzyła  w 
czasach  nieporadnej  nadmierności.  W  czasach 
wolności,  które  są  także  czasami  zamachów  bom-
bowych,  brygad  antyterrorystycznych,  ulicznych 
strzelanin oraz policyjnych obław na cyrkowe tygry-
sy. Piszę o sprawach powszechnie wszystkim zna-
nych,  opisuję  wydarzenia  przez  wszystkich  dzie-
siątki  razy  oglądane  na  ekranach  telewizorów. 
Scena jest jednak niejasna, obraz drży tak jak zaw-
sze,  kiedy  próbuje  się  sfotografować  świat  nie-
uchwytny.  Człowiek  z  ogromnym  pistoletem-
strzykawką  biegnie  przez  zarośla,  za  nim  leci  ty-
grys, słychać śmiertelny szczęk wystrzałów, śmier-
telnie  ranny  człowiek  pada,  śmiertelnie przerażone 
zwierzę odskakuje kocim susem, ten co miał uśpić 
(czyli  uratować)  tygrysa  nie  żyje,  pozbawiony 
obrońcy  drapieżnik  też  za  chwilę  zostanie  zabity. 
Dziura  w  czaszce  weterynarza,  dziura  w  tygrysim 
futrze, osłupiały wzrok snajpera - rzeczy niepojęte. 
Może  faktycznie  jedynie  w  niedocieczonych  my-
ślach  egzotycznych  albo  kanapowych  kotów  są 
jakieś odpowiedzi. Może one wiedzą. 

Noc jest po to, żeby spać (16) 

Jedno  z  moich  ulubionych  zdań  Emila  Ciorana  - 
obok  rzecz  jasna  najsławniejszego  chyba  powie-
dzenia:  „Gdyby  nie  myśl  o  samobójstwie,  dawno 
bym się zabił" - otóż jedna z moich ulubionych jego 
sentencji  brzmi:  „Życie  jest  możliwe  tylko  wskutek 
nieciągłości".  Ja  to  zdanie  rozumiem  szerzej,  Cio-
ran  węziej,  jemu  idzie  o  ten  rodzaj  nieciągłości, 
który  świadomej  egzystencji  daje  sen.  Ale  i  samo 
to, sama plaga bezsenności to jest straszna plaga. 

Jak  człowiek  nie  śpi,  to  na  ogół  wpierw  czyta,  po-
tem  jak  nie  może  już  czytać, a  sen dalej  nie  przy-
chodzi, to człowiek bawi się pilotem, jeździ sobie po 
kanałach  w poszukiwaniu  jakieś  krwawej  kołysanki 
filmowej albo wesołej komedii, przy której można by 
się  zarykiwać  do  białego  rana,  potem  jak  pilot  nie 
pomaga, człowiek odkłada pilota i zaczyna myśleć, 
myśli  tak  z  pół  godziny  albo  nawet  całą  godzinę, 
lecz  przeważnie  jedyną  konstruktywną  myślą,  jaka 
z  tego  w  istocie  mało  konstruktywnego  myślenia 
wynika, jest myśl, że może by tak warto coś zjeść. I 
człowiek wstaje w środku nocy i w szlafroku, i kap-
ciach lezie do kuchni, i tam w niejakiej dyskrecji, by 
reszty  domowników  nie  pobudzić,  żeruje  sobie  w 
lodówce. Niestety nadzieja, że jak się coś zje, to się 
prędzej uśnie, też się przeważnie okazuje utopijna, 
pozostaje  słynne  przewracanie  się  z  boku  na  bok, 
aż do złowrogiego brzasku. 

background image

W  wydanych  kilka  miesięcy  temu  „Rozmowach  z 
Cioranem"  (wydawnictwo  KR,  przekład  Ireneusz 
Kania) kwestia bezsenności - jak zresztą bez mała 
wszystko w umyśle tego autora - uzyskuje znacze-
nie  głębsze  i  warte  obszerniejszego  przytoczenia. 
(Cioran  w  ogóle  jest  pisarzem,  którego  w  gruncie 
rzeczy  należy  prawie  wyłącznie  cytować,  zanadto 
przy nim nie kombinować, ponieważ wszelkie kom-
binacje  wokół  jego  piorunującej  inteligencji  mogą 
skończyć się spopieleniem własnego mózgu). Otóż 
w  rozmowie  z  Leo  Gilletem  padają  następujące 
zdania: 

„Bezsenność stawia nas poza marginesem wszyst-
kich  żyjących,  na  zewnątrz  ludzkości.  Jest  się  wy-
kluczonym.  Człowiek  kładzie  się  o  ósmej  wieczo-
rem, o dziewiątej czy o dziesiątej (jak się ktoś kła-
dzie o takich porach, nie dziwota, że cierpi na bez-
senność  -  dopisek  mój,  JP),  a  rano  budzi  się  o 
ósmej  i  rozpoczyna  dzień.  Czymże  jest  bezsen-
ność?  O  ósmej  rano  jest  pan  dokładnie  w  tym  sa-
mym  punkcie  co o  ósmej  wieczorem!  Nie  ma  żad-
nego  postępu  (...)  Zniknięcie  snu  wywołuje  jakąś 
złowrogą ciągłość. (...) Po pierwsze czas przybiera 
inny  wymiar.  Minuta  po  minucie.  A  każda  minuta 
jest  pewną  rzeczywistością.  Czas  się  wlecze,  ale 
nie  postępuje.  Nie  wiadomo  ku  czemu  postępuje. 
Nie  chciałbym  opisywać  procesów  psychologicz-
nych zachodzących w kimś, kto przez całe godziny 
wsłuchuje  się  w  powolny  przepływ  czasu.  Moim 
zdaniem  w  gruncie  rzeczy  wszystkie  choroby  psy-
chiczne, wszystkie wewnętrzne wstrząsy pochodzą 
ze  szczególnego  odczucia  czasu.  Przed  chwilą 
mówiliśmy o tym w związku z nudą, w nudzie czas 
staje się wobec nas zewnętrzny. Ale w bezsenności 
czas jest naszym wrogiem. Dlatego że jest to czas, 
w  który  nie  możemy  się  włączyć.  Jaki  ma  sens  to 
upływanie czasu? Siedzi pan, wszyscy pochrapują, 
świat  pochrapuje, a  pan  czuwa.  Cóż  nie  chcę  mó-
wić o tragicznej tego stronie, ale pan wie, dziewięć-
dziesiąt  procent  samobójstw  ma  swoje  źródło  w 
bezsenności.  Nie  przytaczam  statystyk,  ale  to  nie 
ma  znaczenia.  Ja  to  wiem.  Bezsenność.  Cierpiący 
na bezsenność popełnia  samobójstwo, ten  zaś  kto 
nie wie co to bezsenność, nie zabija się. Chyba że 
to  jakiś  łotr,  zbrodniarz  czy  złodziej,  który  chce 
skończyć ze wszystkim. Na ogół jednak nie. Prawie 
wszystkie  samobójstwa  bez  przyczyny  spowodo-
wane  są  bezsennością.  Można  to  znieść  pod  wa-
runkiem,  że  się  nie  pracuje,  tak było  ze  mną.  Ują-
łem  to  nawet  w  ten  sposób,  że  gdyby  moi  rodzice 
nie »finansowali« mej bezsenności, na pewno bym 
się zabił. Trochę niestosownie jest przedstawiać to 
wszystko,  ale  w  końcu  z  takimi  sprawami  mogą 
zetknąć się wszyscy, dlatego o nich mówię. Nie jest 
to doświadczenie jednostkowe, nie tylko ja je znam, 
poznało  je  również  mnóstwo  innych  ludzi.  Rozma-
wiałem z lekarzami o bezsenności, nie mają o niej 
pojęcia. Ci, którzy sami nie przeżyli tej tragedii, nic 
nie pojmą. Osobiście uważam, że bezsenność jest 
największym  doświadczeniem,  jakie  może  być  da-

ne  człowiekowi  w  życiu.  Najstraszliwszym,  obok 
niego  wszystkie  inne  są  niczym.  Chcę  to  jasno  i 
wyraźnie podkreślić". 

Muszę powiedzieć, że ani mi w głowie nasuwające 
się  tu  z  pozornie  automatyczną  łatwością  ironizmy 
czy  myśli  polemiczne.  Z  pełną  pokorą  przyjmuję 
fundamentalną i tragiczną diagnozę mistrza, że jak 
o trzeciej w nocy kibluję przy otwartej lodówce, mo-
że to być największe dane mi w życiu doświadcze-
nie.  Godzę  się,  że  kiedy  celem  przywołania  boga 
Morfeusza  maczam  laskę  kabanosa  w  słoiku  z 
musztardą  -  są  to  rzeczy  straszliwe.  Pokora  moja 
jest  tym  większa,  że  sprawa  może  nie  tylko  mnie 
tyczyć, może tyczyć wielu, może nawet wszystkich 
bez  mała.  Mistrzów  trzeba  słuchać,  ponieważ  oni 
wiedzą.  Mistrzów  istotnie  powinni  słuchać  wszyscy 
bez  mała.  Choć  z  drugiej  strony  myślę  sobie,  że 
jakby  tak  faktycznie  wszyscy  (bez  mała)  słuchali, 
jakby  w  wyniku  tego  słuchania  poznali  wszystkie 
(albo  choćby  niektóre  tylko)  wielkie  prawdy  -  fak-
tycznie,  prawie  nikt  do  końca  życia  nie  zmrużyłby 
oka. 

Mój ojciec i "Doktor Faustus" (17) 

Czy opętanie ojca tą powieścią znaczyło, iż był on 
też opętany przez złe duchy  - nie wiem. Niewątpli-
wie  żywo  interesował  się  demonologią,  bardzo  go 
ciekawił  tryb  życia  demonów.  „Doktora  Faustusa" 
Tomasza Manna czytywał namiętnie, maniakalnie i 
w  koło.  Dochodził  do  końca,  do  słów  pani  Schwe-
igestill o „prawdziwie ludzkim wyrozumieniu", potem 
czytał jeszcze posłowie i tego samego albo najdalej 
następnego  dnia  zaczynał  lekturę  powieści  na  no-
wo. 

Ojciec  mój  czytał  „Doktora  Faustusa"  codziennie. 
Czytał tę książkę po cichu i na głos. Dawki lektury 
były  niewielkie,  ale  zatrważająco  regularne  -  każ-
dego ranka kilkadziesiąt linijek. Podkreślał ulubione 
fragmenty,  papierowymi  zakładkami  zaznaczał  wy-
brane  strony,  na  marginesach  zapisywał  krótkie 
komentarze,  a  nawet  odnotowywał  swoje  stany 
emocjonalne. Na przykład, gdy na początku powie-
ści Mann opisuje jedną z osobliwych postaci w Ka-
isersachern - niejaką Matyldę Spiegel, zdanie: „Ko-
bieta ta uszminkowana, choć bynajmniej nie lekkich 
obyczajów,  zdecydowanie  zresztą na  to  za  głupia" 
zostało,  ma  się  rozumieć,  przez  ojca  podkreślone, 
zaś  na  marginesie  uznał  on  za  stosowne  wyrazić 
swój  zachwyt  za  pomocą  nakreślonego  ołówkiem 
ekstatycznego:  „Ha,  ha,  ha".  Scenę  rozmowy  Ad-
riana  Leverküna  z  diabłem  zdobią  wykonane  ręką 
ojca zręczne, choć sprawiające nieco makabryczne 
wrażenie  wizerunki,  przeistaczającego  co  pewien 
czas swą postać, wysłannika piekieł. Na karcie tytu-
łowej sporządzona jest zawierająca dokładne dane 
tabela kolejnych lektur. Na przykład: „Rozpoczęto 5 
lutego  1970  -  zakończono  12  maja  1970.  Rozpo-
częto 13 maja 1970  - zakończono 17 października 
1970".  W  miarę  kolejnych  lektur  wzrastała  liczba 

background image

podkreśleń  i  papierowych  zakładek.  Teraz,  gdy  w 
kilka lat po jego śmierci po raz pierwszy zdejmuję z 
półki  i  przeglądam  ojcowski  egzemplarz  „Doktora 
Faustusa",  widzę,  że  jeśli  nie  wszystkie,  to  z  pew-
nością  co  druga  kartka  jest  zaznaczona  jakąś  za-
kładką oraz że prawie na każdej stronie jest jakieś 
podkreślenie  albo  przynajmniej  wykrzyknik  przy 
brzegu akapitu. Odwracam kolejne stronice „Dokto-
ra Faustusa" i czuję zapach ojca. 

Pierwsze  polskie  wydanie  powieści  ukazało  się  w 
roku 1960, wtedy też ojciec otrzymał ją w prezencie 
od biskupa Andrzeja Wantuły. Ja miałem wówczas 
osiem lat, od tamtego zatem roku, od ósmego roku 
życia  pamiętam  ojca  czytającego,  studiującego  i 
przy  każdej  sposobności  cytującego  „Doktora  Fau-
stusa". Ojciec mój miał do tej książki taki stosunek, 
jaki szczególnie pobożni luteranie mają do Biblii. Bo 
też istotnie „Faustus" był jego Biblią, bo też istotnie 
ojciec mój choć - tak jak my wszyscy - był luterani-
nem,  nie  był  luteraninem  specjalnie  pobożnym.  W 
jednym z moich pierwszych, napisanych w 1980 r., 
opowiadań dałem taki fragment: „Wiarę w moc po-
jedynczej  książki  odziedziczyłem  po  ojcu.  Ojciec 
mój  czytywał  wyłącznie  »Wyznania  hochsztaplera 
Feliksa  Krulla«.  Inne  książki  w  jego  bibliotece,  od 
dawna  nie  zdejmowane  z  półek,  zarosły  kurzem  i 
przeistoczyły się w ledwo widoczne, runiczne napi-
sy.  Natomiast  powieść  Manna  pęczniała  od  coraz 
to nowych  zakładek,  jej  marginesy pokrywały  swa-
wolne ilustracje, tabela głośnych i cichych lektur nie 
mieściła się już na karcie tytułowej, a z każdej stro-
ny filował zapach ciała i garderoby ojca. Ten jedyny 
żywy tom w jego księgozbiorze zdawał się nabierać 
pozorów  rzeczywistej  wegetatywności,  jakieś  dro-
biny  naskórka,  molekuły  łupieżu,  cząstki  elemen-
tarne oddechu próbowały się w nim zagnieździć na 
dobre.  W  pewnym  sensie  powieść  ta,  stając  się 
przedłużeniem  anatomii  ojca,  dzieliła  los  mojej 
matki.  W  większym  jednak  stopniu  udało  się  jej 
zachować  samodzielność".  Kiedy  ojciec  w  mojej 
pierwszej książce trafił na ten fragment - wstąpił w 
niego szatan. Mój stary - muszę tu dodać - w ogóle 
do  moich  prób  literackich  odnosił  się  dość  scep-
tycznie,  by  nie  rzec  pogardliwie. W gruncie  rzeczy 
nie dziwię się temu, nie mam o to do niego żalu, a 
nawet teraz, kiedy  - czynię to wyznanie z prawdzi-
wie  leverkünowską  pychą  -  teraz,  kiedy  nabrałem 
niejakiej  pewności  własnego  gestu  pisarskiego, 
żywię dla ojca pewien podziw - ironizując na temat 
mojej  pisaniny,  dochowywał  wierności  własnym 
gustom  literackim. W  końcu  nie  bez  pewnej  słusz-
ności  mój  stary  mógł  przeczuwać,  że  ciężko  mi 
będzie osiągnąć  literacki poziom  Tomasza  Manna. 
Witold  Gombrowicz  powiedział  swego  czasu: 
„Trzeba  pisać  tak  jak  Gogol albo  w ogóle".  Trzeba 
pisać tak jak Tomasz Mann albo w ogóle - tak, nie 
ulega  najmniejszych  wątpliwości,  musiał  myśleć 
mój  ojciec.  Ale  tym  razem,  gdy  przeczytał  moje 
wczesne  opowiadanie,  gdy  rozpoznał  w  tym  opo-
wiadaniu  samego  siebie  -  wstąpił  weń  szatan  i 

ogarnęła  go  furia  nie  z  tego  powodu,  iż  odbiegam 
poziomem literackim od Tomasza Manna. Ani nie z 
tego powodu, iż są tam zdania, których ironiczność 
mógł  odnosić  do  skomplikowanych  relacji,  jakie 
bywały pomiędzy nim a matką. Ani nawet nie z tego 
powodu, że posłużyłem się nim jako pierwowzorem 
postaci  literackiej.  W  ojca  wstąpił  szatan  z  tego 
powodu, że zmieniając celem wzmożenia fikcji tytuł 
czytanej  przezeń  książki  z  „Doktora  Faustusa"  na 
„Wyznania  hochsztaplera  Feliksa  Krulla"  naruszy-
łem  świętość. W ojca  wstąpił  szatan  i  czynił  on  to, 
co  czynił  zawsze,  gdy  wstępował  weń  szatan:  de-
molował mieszkanie i darł się jak opętany. Zarzucał 
mi kłamstwo. Twierdził (mylnie), że pomiędzy „Krul-
lem"  a  „Faustusem"  jest  przepaść,  że  „Krull"  jest 
najsłabszą  powieścią  Manna,  której  on  nawet  do 
ręki  nie  bierze,  on  natomiast  -  tak  jest  -  czyta  naj-
większe  arcydzieło  Tomasza  Manna,  arcydzieło 
arcydzieł,  matkę  wszystkich  arcydzieł  „Doktora 
Faustusa"!  Tak  jest!  On  prosty  inżynier-górnik  bez 
humanistycznego  wykształcenia,  a  nawet  wręcz 
przeciwnie,  czyta  tylko  i  wyłącznie  „Doktora  Fau-
stusa" Tomasza Manna! 

Wszystko,  co  tyczyło  tej  powieści,  było  dla  ojca 
nienaruszalną świętością, jej tekst był dlań tekstem 
sakralnym.  Kiedy  w  trakcie  swych  pilnych  lektur 
odkrył w swej „księdze mądrości" pewien popełnio-
ny  przez  autora  lapsus,  nie  sprawiło  mu  to  naj-
mniejszej satysfakcji. Nie był ze swego odkrycia ani 
dumny, ani szczęśliwy - był w pomieszaniu. Księgi 
święte  -  jak  powszechnie  wiadomo  -  nie  zawierają 
żadnych błędów, a tu jednak  - chyba za jakąś dia-
belską sprawą - zdarzyło się coś, co stanowczo nie 
powinno było się zdarzyć. 

Otóż narrator powieści Serenus Zietblom jest kato-
likiem.  Nie  natrętnie  wprawdzie,  ale  wystarczająco 
dobitnie  biograf  i  przyjaciel  Leverküna  (który  był 
luteraninem)  wspomina  o  swym  katolicyzmie,  o 
swym  katolickim  pochodzeniu, podkreśla  przy tym, 
iż urodził się w katolickiej rodzinie w Kaisersachern, 
a  więc  „pośrodku  rodzinnego  kraju  Reformacji,  w 
samym  sercu  terenu  działalności  Lutra".  Choćby 
przez ten dosyć w końcu elementarny efekt kontra-
stu  katolicyzm  Zietbloma  jest  dobrze  widoczny, 
choć  też  zarazem  chyba  nie  jest  dla  dziejów  tej 
postaci  sprawą  kluczową.  O  ile  w  ogóle  są  w  tym 
arcydziele  arcydzieł  jakieś  sprawy  niekluczowe. W 
każdym  razie  sam  Zietblom  tak  powiada:  „Co  się 
zatem  tyczy  mego  katolickiego  pochodzenia, 
ukształtowało  ono  oczywiście  i  wpłynęło  na  moje 
życie duchowe nie na tyle jednak, aby to zabarwie-
nie  mej  psychiki  wywołało  kiedykolwiek  sprzecz-
ność  z  mym  humanistycznym  światopoglądem, 
umiłowaniem  »najlepszych  sztuk  i  nauk«,  jak  to 
kiedyś powiadano".  Co najmniej  w  jednym  jeszcze 
miejscu powieści jest mowa o katolicyzmie Serenu-
sa Zietbloma. (Gdy kłopocze się on zamiarem stu-
diowania przez Leverküna teologii, wznosi nie reto-
ryczny  przecież  okrzyk:  „Gdyby  przynajmniej  był 
katolikiem na równi z nami!"). Katolicyzm Zietbloma 

background image

nie  ulega  wątpliwości.  Nie  ulega  też  zatem  wątpli-
wości, że jest autorskim lapsusem jego, uczynione 
na  stronie  56,  wyznanie:  „własna  moja  viola  d'a-
more,  na  której  siedmiu  strunach  wygrywałem 
przez całe życie, pochodzi z ulicy Parafialnej. Był to 
prezent  od  rodziców  w  dniu  mojej  konfirmacji".  Oj-
ciec  z  początku  tego  ewidentnego  potknięcia  nie 
przyjmował  do  wiadomości,  żywił  nadzieję,  że  jest 
to błąd tłumaczy. Nadzieja ta od samego początku 
raczej wątła - dokonane przez Marię Kurecką i Wi-
tolda  Wirpszę  polskie  tłumaczenie  Mannowskiego 
arcydzieła  jest  też  arcydziełem  przekładu  -  pierz-
chła całkowicie, gdy ojciec za sprawą swych berliń-
skich  przyjaciół  wszedł  wreszcie  w  posiadanie nie-
mieckiego oryginału. Niestety - w niemieckim orygi-
nale również niezbicie widniało, w tym akurat przy-
padku fatalnie użyte, słowo „Konfirmation". 

Śmiało  mogę  w  tej  chwili  sparafrazować  okrzyk 
Serenusa  Zietbloma:  Gdyby  przynajmniej  ojciec 
mój tak jak prawie wszyscy w Polsce był katolikiem! 
Otóż gdyby ojciec mój był katolikiem, być może nie 
tyle błędu pisarza by nie zauważył - zauważyłby go 
na  pewno  -  ale  jako  katolik  z  pewnością  nie  przy-
dałby  temu  potknięciu  pewnej  dodatkowej  jaskra-
wości. Inaczej jeszcze powiem: aby ten akurat błąd 
Manna dostrzec, nie trzeba być pilnym czytelnikiem 
„Faustusa" - wystarczy być polskim luteraninem. 

Przeczulenie  polskich  luteran  na  widok  każdej 
wzmianki  tyczącej  luteranizmu  w  ogóle  jest  znacz-
ne.  Przeczulenie  polskich  luteran  na  widok  każdej 
wzmianki tyczącej polskiego luteranizmu graniczy z 
histerią.  Przeczulenie  polskich  luteran  na  widok 
każdej  wzmianki  kwestionującej  polskość  polskich 
luteran  graniczy  z  pomieszaniem  zmysłów.  Mówię 
w tej chwili o psychologicznych (i nie tylko psycho-
logicznych) 

konsekwencjach 

wynikających 

wszechobecnego  jeszcze  nie  tak  dawno  stereoty-
pu:  Polak  =  katolik.  Luter  =  Niemiec.  Rzecz  jasna 
istnienie  tych  stereotypów  w  polskich  luteranach 
wytwarza  nie  tylko  prosty  kompleks  „oblężonej 
twierdzy",  wytwarza  też  poczucie  bezwyjściowości, 
rozwścieczeni  bowiem  do  granic  nieustanną  ko-
niecznością  udowadniania  swej  polskości  (ergo  - 
zaprzeczania  swej  niemieckości)  nawet  swych  so-
juszników skłonni są oni w tej sprawie uznawać za 
wrogów.  To  znaczy  jeśli,  na  przykład,  zdarzy  się 
jakiś  światły umysł,  który oświadczy, że nieprawdą 
jest, jakoby wszyscy Polacy byli katolikami, że żyją 
też  tutaj przedstawiciele  innych  wyznań,  np. garst-
ka luteran, współwyznawcy moi skłonni są - nie bez 
racji  -  dopatrywać  się  w  tego  rodzaju  wspaniało-
myślności elementu obraźliwego. Słynny był swego 
czasu  wśród  moich  współbraci  list  ówczesnego 
prezydenta  Rzeczpospolitej  Lecha  Wałęsy  skiero-
wany  do  mniejszości  wyznaniowych.  W  tym  nad-
zwyczaj  serdecznym  i  przyjaznym  piśmie  znalazło 
się  wszakże  niefortunne  (choć  zapewne  dla  mało 
pilnych czytelników niezauważalne) sformułowanie, 
w  którym Wałęsa  wyrażał  szlachetną  w  końcu  na-
dzieję, iż owi wszyscy nie-katolicy, do których jego 

pismo było skierowane, „dobrze się mają wśród nas 
Polaków". O reakcji, jaką owa bezwiedna niezręcz-
ność  Lecha  Wałęsy  wzbudziła,  zwłaszcza  wśród 
nas  luteran,  dałoby  się  napisać  książkę  i  praca  ta 
niechybnie oświetliłaby niejedną komplikację naszej 
istotnie  nielicznej  (kilkudziesięciotysięcznej)  mniej-
szości. Zwłaszcza w moich stronach rodzinnych, na 
Śląsku  Cieszyńskim,  sprawa  polskości  polskich 
luteran  ma  wymiar  intensywny.  Dzieje  tych  ziem 
bowiem  tak  się  układały,  że  w  czasach  prześlado-
wań, kontrreformacji i pruskiego panowania to wła-
śnie  tutejsi  ewangelicy  przez  prawdziwie  luterską 
wierność  swoim  księgom  -  a  były  to  polskie  prze-
kłady  Biblii,  postylle  i  śpiewniki  -  byli,  patetycznie 
mówiąc, prawdziwą ostoją polskości. Jeśli w niektó-
rych  odmianach  tutejszych  dialektów  język  polski 
przetrwał  w  swych  najpiękniejszych  staropolskich 
formach,  jest  to  bez  wątpienia  zasługą  tutejszych 
„lutrów". Istnieje zresztą w moich stronach przysło-
wie-powiedzenie: „Twardy jak Luter spod Cieszyna" 
i znaczy ono zarówno wierność religii jak i wierność 
Polsce. 

Wbrew pozorom w tej być może nieco przydługiej i 
zawierającej  zapewne  znane  niektórym  z  państwa 
fakty nie oddalam się od postaci mojego ojca pilnie 
studiującego  zdanie po  zdaniu  powieść  pt.  „Doktor 
Faustus"  Tomasza  Manna.  Ale  też  w  żadnym  wy-
padku nie zamierzam opowiadać takiej wersji histo-
rii  życia  mojego  ojca,  wedle  której  ten pochodzący 
ze  Śląska  Cieszyńskiego  luteranin  i  namiętny  czy-
telnik  Tomasza  Manna  miałby  się  okazać  jakimś, 
na przykład, bojownikiem o polskość polskiego lute-
ranizmu.  Opowiadam  o  moim  ojcu,  ponieważ  -  jak 
się  z  czasem przekonuję  -  mało o nim wiem i pra-
wie  go  nie  znałem.  Historia  ta  należy  do  tego  ro-
dzaju  historii,  które  są  próbą  wypełnienia  pustych 
miejsc,  próbą  znalezienia  odpowiedzi  na  pytania, 
które wcześniej - za życia ojca - po prostu nie przy-
szłyby  mi  do  głowy.  Jaki  na  przykład  luteranizm 
ojca  miał  wpływ  na  jego  fascynację  „Faustusem"? 
Albo  inaczej  jeszcze:  jakie  były  związki  pomiędzy 
luteranizmem  mojego  starego  a  demonicznymi 
wątkami książki? Słowo „demonizm" jest jednym ze 
słów-kluczy  utworu,  było  to  zarazem  jedno  z  ulu-
bionych  słów  mojego  ojca.  Diabeł  nawiedzający  w 
powieści  Adriana  Leverküna  jest  w  końcu  tym  sa-
mym diabłem, który swego czasu gadał z Marcinem 
Lutrem.  Legenda  głosi,  że  Reformator  cisnął  weń 
kałamarzem,  Mannowskie  sprostowanie  tego  epi-
zodu  (w  powieści  Kusy  informuje  Leverküna,  iż  w 
rzeczywistości nie  kałamarz, a  bułka  to  była),  otóż 
ta swoista demistyfikacja budziła w ojcu zgoła eks-
tatyczny zachwyt. Albo inne jeszcze stawiam pyta-
nie,  istotniejsze,  a  może  nawet  najistotniejsze.  Ja-
kie znaczenie miał dla lektury ojca fakt, iż mógł on 
to  w  wielu  partiach  napisane  stylizowaną  starą 
niemczyzną arcydzieło z absolutną swobodą czytać 
w  oryginale?  Ojciec  mój  język  niemiecki  znał  wy-
bornie,  był  człowiekiem  w  ścisłym  słowa tego  zna-
czeniu  dwujęzycznym.  Urodzony  w  1923  r.,  w 

background image

dziewiętnaście lat później dokładnie 20 marca 1942 
r.  został  szeregowcem  71  pułku  artylerii  lotniczej 
Armii Niemieckiej. Jak wynika z książeczki wojsko-
wej, w rok później uzyskał awans na starszego sze-
regowego,  w  1944  r.  był  w  oddziałach  stacjonują-
cych w Lipsku i pod Berlinem, w styczniu 1945 r. na 
froncie  wschodnim,  w  kwietniu  tego  samego  roku 
wzięty  do  niewoli  rosyjskiej,  w  kilka  miesięcy  póź-
niej  jakimś,  w  gruncie  rzeczy  nie  wiadomo  jakim, 
cudem  wrócił  do  Polski.  Wygłaszanie  w  tym  miej-
scu  zdania,  iż  ojciec  mój  miał  w  tym  czasie  wiele 
sposobności,  by  dobrze  opanować  język  niemiecki 
- wydaje mi się zbyteczne. O wojnie, o swojej służ-
bie  w  Wehrmachcie  nie  wspominał  nigdy  ani  sło-
wem.  Ja  -  rzecz  jasna  -  o  tym,  że  ojciec  mój  (po-
dobnie  jak  rozmaici  moi  wujowie  i  krewniacy,  jak 
bez  mała  wszyscy  mężczyźni  z  moich  stron)  był 
żołnierzem  niemieckim,  przez  długi  czas  nie  mia-
łem  zielonego  pojęcia.  Ponieważ  -  przeciwnie  - 
byłem jako dziecko pewien, iż mój tatuś w czasie II 
wojny światowej dzielnie stawiał czoła hitlerowskiej 
nawale, od czasu do czasu stawiałem mu fascynu-
jące  wtedy  dla  mnie  pytanie:  Tato  -  pytałem  z  za-
partym tchem - tato, iluś zabił faszystów? Milczenie 
ojca  brałem  za  powściągliwość  starego  szeryfa  i 
nazajutrz  w  szkole  podawałem  kolegom  astrono-
miczne  liczby  hitlerowskich  ofiar  mojego  szybko-
strzelnego  papcia.  Ale  czasy  moich  szkolnych 
przechwałek  były  też  jednym  z  najtrudniejszych 
okresów w życiu ojca. Choć z natury swego tempe-
ramentu  miał  silną  skłonność  do  legalizmu  (być 
może  koszmar  wojny  skłonność  tę  wzmocnił)  -  le-
galizm  jego  okazał  się  dla  władzy  ludowej  niewy-
starczający.  Być  luteraninem  w  Polsce  komuni-
stycznej  to  nie  była  żadna  przykrość,  co  najwyżej 
człowiek mógł być uważany za nie-Polaka. Ale być 
luteraninem  i  równocześnie  byłym  żołnierzem  nie-
mieckim  to  już było  trochę  za dużo,  to  mogło oka-
zać  się  groźne.  I  mojego  starego  któregoś  dnia 
ogarnęła panika i jął ogniem i mieczem wypalać w 
domu wszystko co niemieckie. Powydzierał z albu-
mów i puścił z dymem wszystkie swoje fotografie z 
okresu  służby  wojskowej.  Podarł  na  strzępy 
wszystkie  dokumenty,  łącznie  z  książeczką  żołdo-
wą  (tego  akurat  błędu  matka  moja  nie  może  prze-
boleć  do  dnia  dzisiejszego),  przestał  abonować 
niemieckie  pisma  specjalistyczne,  przestał  nawet 
czytać i kupować w pobliskim kiosku „Neues Deut-
schland". Był to błogosławiony i szczęśliwy okres w 
moim  życiu.  Ojciec  mój  bowiem  wtedy  także  prze-
stał uczyć mnie niemieckiego. Miałem może cztery, 
może  pięć  lat,  umiałem  już  biegle  opowiadać  nie-
które niemieckie bajki i śpiewać piosenki, ale lekcje, 
z racji porywczości nauczyciela, dalej były koszma-
rem. Cóż to była za ulga ten ówczesny krótkotrwały 
zresztą  rozbrat  ojca  z  niemieckością!  W  gruncie 
rzeczy  do  dziś  -  niemal  z  czystym  sumieniem  - 
mógłbym  winić  mojego  biednego  starego  za  mój 
analfabetyzm  językowy.  Nie  będę  wszakże  w  tym 
miejscu  opowiadał  dalszego  ciągu  rozmaitych  ma-
lowniczych  pod  względem  moich  poliglotycznych 

niemożności  anegdot.  (Ojciec  np.  zapisał  mnie  po 
przerwaniu  domowego  kursu  niemieckiego  na  ofi-
cjalny  kurs  francuskiego,  tyle  że  kurs  ten  rychło 
okazał  się  kursem  dla  wysoko  zaawansowanych, 
co  wzmogło  we  mnie  uraz  do  nauki  języków  ob-
cych).  Nie  będę  innych  jeszcze  opowieści  o  zgub-
nym niekiedy roztargnieniu ojca snuł i nie będę też 
za  moje  językowe  nieuctwo  nikogo  obarczał  winą, 
nikogo poza duchem własnego lenistwa. 

Po kilku latach widzialne jego kłopoty skończyły się, 
ustał  też  jego  lęk  i  z  rodzajem  dziecinnego  zapału 
rzucił się on na otrzymany od biskupa Wantuły pre-
zent.  Ojciec  chyba  w  ogóle  od  biskupa  Wantuły 
(nawiasem  mówiąc  więźnia  Dachau  -  ale  to  już 
doprawdy  jest  osobna  i  zasługująca na  istotną do-
rosłość historia) dowiedział się o istnieniu nie tylko 
Tomasza  Manna,  ale  też  np.  Franza  Kafki,  Her-
manna Brocha czy Marcela Prousta. Wszystkie te i 
inne  najistotniejsze  książki  w  mojej  bibliotece  w 
sensie  widzialnym  odziedziczałem  po  ojcu,  w  sen-
sie  niewidzialnym,  a  więc  najistotniejszym,  stoi  za 
tym  księgozbiorem  duch  przyjaciela  moich  dziad-
ków,  rodziców,  i  mojego  nauczyciela,  biskupa  ko-
ścioła ewangelickiego  w Polsce  - Andrzeja Wantu-
ły. 

Być  może  tęsknota  za  na  krótko  zostawionym 
„wszystkim co niemieckie" była jednym z powodów 
zapału ojca, jednym z powodów, dla których lektura 
„Doktora  Faustusa"  pochłonęła  go  tak  niepospoli-
cie.  Innych  powodów  było  zapewne  też  niemało  i 
nie mam złudzeń, bym ich wszystkich (nawet napi-
sawszy o ojcu tomy całe) dociekł. Ale niezbicie pa-
miętam powód pierwszy. Otóż na samym początku 
ojca  zachwyciła  długość  frazy  Manna.  Zafascyno-
wała go jakby sama czysto techniczna umiejętność 
konstruowania  okresów  długich  na  pół  strony.  Czy 
był to podziw technika w sensie ścisłym dla techni-
ka  literackiego  -  nie  wiem,  jest  to  możliwe  i  praw-
dopodobne. W każdym  razie pamiętam  ojca  poka-
zującego  mi  rozstawionymi  palcami  na  otwartej 
stronie „Doktora Faustusa" rozmiar jakiegoś gigan-
tycznego zdania.  - Popatrz - mówi ojciec - popatrz 
co za majster, na samej górze strony zaczyna, a na 
samym  dole  kończy.  I  to  jest  proszę  ciebie  jedno 
zdanie. 

Tak  jest,  mojemu  analfabetyzmowi  językowemu 
ojciec nie jest winien żadną miarą. Ale w zaszcze-
pieniu  mi  skłonności  do  operowania  tasiemcową 
frazą jego zgubna zasługa jest niewątpliwa. 

background image

Moi czcigodni kore-
spondenci 

Ja nie ubiegam się o czytelników. 
Mnie po prostu nie zależy, mnie to w 
najściślejszym słowa tego znaczeniu 
wisi. 

Z rozmaitych stron, najczęściej na spotkaniach au-
torskich,  docierają  do  mnie  pytania,  dlaczego  nie 
reaguję, nie odnoszę  się  i nie odpowiadam na po-
mieszczane  na  internetowych  stronach  „Polityki” 
listy  komentujących  moje  felietony  czytelników. 
Otóż  nie  reaguję,  nie  odnoszę  się  i  nie  odpowia-
dam, ponieważ ja tego w ogóle nie czytam. 

J
E
R
Z
Y
 
P
I
L
C

Po  pierwsze  nie  utrzymuję  kontaktu  ze  światem  za 
pośrednictwem  Internetu,  po  drugie  nie  pasują  mi 
anonimowi  rozmówcy.  Kto  godzi  się,  przystaje  i 
ochoczo  bierze  udział  w  anonimowym  z  zasady 
czatowaniu, jego – bo w żadnym wypadku nie moja 
– sprawa. Na strony internetowej korespondecji dwa 
albo  trzy  razy,  ostatnio  co  najmniej  kilkanaście  ty-
godni temu, zajrzałem – nic, w żadnym sensie mi to 
nic nie dało, żadnej emocji, żadnej myśli, najmniej-
szej  inspiracji.  W  związku  z  „Mocnym  aniołem” 
świadomie  zdarzyło  mi  się  wziąć  udział  w  kilku 
czatach,  za  każdym  razem  imprezy  te  budziły  we 
mnie, delikatnie mówiąc, mieszane uczucia. Zdarza-
ły  się  oczywiście  jakieś  ciekawsze  czy  intensyw-
niejsze  wymiany  zdań,  ale  generalnie  polega  to  na 
tym,  że  widzialny  człowiek  obcuje  z  jakąś  niewi-
dzialną  masą,  która  z  racji  swej  niewidzialności 
zasypuje  go  gradem  bezkarnych  pytań.  Ile  razy 
można w końcu odpowiadać na pytanie: Co by pan 
zrobił, jakby pan miał czapkę niewidkę? Proszę? Co 
by  pan  zrobił,  jakby  pan  miał  czapkę  niewidkę? 
Słucham? Co by pan zrobił,  jakby pan  miał  czapkę 
niewidkę? Zwaliłbym konia.  

Anonimowe  listy  zawsze  były  dziełem  zakomplek-
sionych,  często  poszkodowanych  na  umyśle  niena-

wistników,  na  anonimy  nigdy  się  nie  reagowało, 
anonimy zawsze wyrzucało się do kosza. Pożytecz-
ny  i  chwalebny  wynalazek  Internetu  jest też  wyna-
lazkiem wulgarnym przez to, że produkowaniu ano-
nimów  sprzyja.  Plwocina  nienawistników  zyskała 
teraz internetową prędkość i znakomitą skuteczność 
rozpościerania  się  na  ekranie.  Dawny  nienawistnik 
musiał  –  na  wszelki  wypadek  zmieniając  charakter 
pisma – napisać list, kupić znaczek i kopertę, pójść 
na  pocztę  –  czynności  te  były  wśród  nienawistni-
ków  źródłem  selekcji.  Teraz  każdy,  kto  władanie 
klawiaturą  utożsamia  z  pracą  umysłu,  natychmiast 
paple, co  mu  ślina  na  mózg przyniesie. Są oczywi-
ście, i to bardzo liczni, internauci rozumiejący, ale i 
im  anonimowość  moralnie  szkodzi  i  szkodzi  im 
przede wszystkim nikczemne środowisko, w którym 
się  obracają:  oblepione  glutami  i  żółciową  flegmą 
internetowe łącza, w których głównie słychać beka-
nie  i  pierdzenie.  Być  może  jestem  w  komfortowej 
sytuacji,  nic  na  to  nie  poradzę,  całe  lata  na  to  pra-
cowałem.  

Nie  reaguję,  nie  odnoszę  się  i  nie  odpowiadam  na 
internetową korespondencję także dlatego, że ja nie 
ubiegam  się o czytelników. Mnie po prostu nie za-
leży,  mnie  to  w  najściślejszym  słowa  tego  znacze-
niu  wisi.  Więcej.  Mam  najgłębsze  przekonanie,  że 
akurat to co ja piszę i tak czyta za dużo ludzi. Moje 
teksty  to  są,  w  ich  optymalnym  sensie,  teksty  dla 
nielicznych. Istnieje jakaś grupa, która z niejasnych 
powodów usiłuje  być  moją grupą czytelniczą, choć 
jest to z natury rzeczy niemożliwe: pomiędzy mną a 
wami jest – jak to mawiał Jerzy Kosiński – Pacyfik 
i  Atlantyk  razem  wzięte.  Josif  Brodski,  o  którym 
pisałem tydzień temu i którego dalej czytam, z wła-
ściwą  sobie  nonszalancją  powiada  wprost:  „czytel-
nik,  choć  to  bardzo  smutne,  nigdy  nie  nadąża  (...) 
nie twierdzę, że autor to istota wyższa, ale procesy 
psychologiczne  toczą  się  w  innym  tempie  (...) 
uprawianie  literatury  daje  sakramencki  gaz”  itd. 
Otóż  oczywiście  autor  nie  jest  istotą  wyższą,  ale 
czytelnik  nie  jest  też  świętą  krową,  której  dyktaty 
należy  uwzględniać.  Dla  tych  co  rozumieją  albo 
słyszą mało, nie ma taryfy ulgowej, tym bardziej nie 
może  obowiązywać  bezwzględna  taryfa  dyktowana 
przez miernoty. Niestety nie mogę nikomu – boleję 
nad  tym  –  zakazać  czytania  moich  tekstów.  Mogę 
jedynie  (rzecz  jasna  do  tych,  do  których  apeluję) 
utopijnie zaapelować: nie czytajcie, ponieważ jest to 
dla  was  czysta  strata  czasu  i  nerwów,  nie  czytajcie 
mnie,  czytajcie  co  innego.  A  jeśli  jest  to  silniejsze 
od was i  musicie  mnie  czytać – drodzy czatownicy 
–  to  spróbujcie  przynajmniej  powstrzymać  się  od 
gryzmolenia  swoich  wrażeń  w  Internecie,  a  jeśli  i 
od tego nie możecie się powstrzymać, to nie miejcie 
wzmacniających wasze istnienie złudzeń, że ja będę 

background image

to czytał albo – zwłaszcza – odpowiadał. Odpowia-
dam,  owszem,  na  wszystkie  (prawie)  po  staremu 
napisane  listy,  odpowiadam  z  rozkoszą,  choć  prze-
cież  moi  prawdziwi  i  czcigodni  korespondenci  to 
też  są  nieraz  –  bardzo  dziwni  ludzie.  Niezawodnie 
za  kilka  dni  nadejdzie  wytworna  koperta  od  pani 
B.P.  –  wykwintnej  ekonomistki  z  Jarocina,  „kiedy 
pan  wreszcie  przeprosi  za  wulgaryzmy”–  tak  nie-
wątpliwie  będzie  się  ta  surowa  epistoła  rozpoczy-
nać. Swoją drogą z tymi przeprosinami to jest jakaś 
mania. A z wulgaryzmami?  

Istotnie,  po  użyciu  jakiegoś  niepodobna  nie  odno-
tować  znacznego  czytelniczego  ożywienia.  Nie-
dawno,  kilka  tygodni  temu,  pewna  (zwłaszcza  w 
internautycznym kontekście) urocza pani H. z Sopo-
tu zażądała stanowczo, by jej wyjaśnić (na łamach!) 
sens,  jak  się  okazuje,  kompletnie  nieznanego  jej 
słowa: „przejebać”. Ponieważ na łamach brakowało 
miejsca,  listownie  skierowałem  poznawczo  pogu-
bioną korespondentkę do odpowiednich słowników. 
Pani H. z Sopotu pracowicie odpisała wszelkie pod-
stawowe i pochodne znaczenia wiadomego terminu 
i  w  kolejnym  liście  zadała  mi  pytanie,  na  które  do 
dzisiaj  nie  umiem  znaleźć  odpowiedzi:  „córka  – 
pisze  pani  H.  –  niebawem  zdaje  maturę,  ciekawa 
jestem,  czy  jeśli  w  pracy  pisemnej  użyje  słowa 
»przejebać«,  to  zda?”  Doprawdy  nie  wiem.  Mam 
jedynie  nadzieję,  że  dziecko  wziąwszy  po  matce 
urodę, inteligencję po ojcu maturę – bez względu na 
słownictwo  –  dawno  zdało.  Spóźnione  ale  tym 
szczersze gratulacje.  

Jeśli  idzie  o  listy  z  Gniezna  –  tak  Basiu,  dochodzą 
one,  czytam  je  uważnie.  Niestety  proponowany 
przez  Ciebie  szyfr  moich  odpowiedzi  w  druku  jest 
na razie niemożliwy – „Polityka” musiałaby w tym 
celu  zmienić  szatę  graficzną.  „Zbierzmy  się  w  so-
bie, zbierzmy się w sobie – nawołuje zdesperowany 
czytelnik  –  mniejsza  o  to  skąd  –  zbierzmy  się  w 
sobie i wyrwijmy wreszcie Baczyńskiemu karabin z 
garści!” I co ja mam z takim apelem zrobić? Wyko-
nać się nie da, a odmówić tym bardziej niezręcznie. 
A wszyscy ci nagle spoufaleni, Pilchu, kumple żąd-
ni intensywnego spotkania? A nieoczekiwane i chy-
ba  prawdziwe  przyjaźnie  z  ludźmi,  co  te  same 
przemierzali szlaki? A listy zmieniające życie?  

Opowiadam  o  wybranych  przygodach  episto-

larnych,  a  też  nie  bez  nostalgii  wspominam 

czasy  dawnych,  całkiem  bezinteresownych 

korespondentów  prasy  społeczno-kulturalnej, 

rytualni  klasycy  –  w  dzisiejszych  kontekstach 

wytworni erudyci – tamtych „listów do redakcji” 

– Emil Biela z Myślenic i Aleksander Zaczyński 

z  Zakopanego  –  żyją  oni  jeszcze?  Nostalgia 

nostalgią,  ale  standardowo  boleć  –  tym  razem 

nad  upadkiem  sztuki  korespondencji  –  też  nie 

mam  zamiaru.  W  końcu  kto  wie  –  być  może 

jakoś  przetrwają  wasze  e-maile  albo  tomy  na-

szych esemesów. Standardowo boleć nie mam 

najmniejszego  zamiaru.  Umyślnie  postanowi-

łem  w  tym  właśnie  numerze  „Polityki”  –  w  któ-

rym  w  innym  miejscu  zapraszam,  też  przecież 

nie wszystkich, do intensywnej i niekonwencjo-

nalnej  korespondencji  –  umyślnie  teraz  posta-

nowiłem  uporządkować  pewne  –  niech  będzie 

– korespondencyjne zaległości.  

Polityka, 

NUMER 26/2001 (2304)