background image
background image

Lilian Jackson Braun 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Tytuł oryginału: The cat who played Brahms 
Tytuł oryginalny serii: The cat who... series! 
Tłumaczenie: Anna Gren 
Grafika: Aleksandra Mikulska 
Wydawnictwo: Elipsa, 2008 
 
Copyright © 1987 by Lilian Jackson Braun 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

P

P

I

I

E

E

R

R

W

W

S

S

Z

Z

Y

Y

 

 

 
Jim  Qwilleran,  doświadczony  dziennikarz,  przeżywał  jeden  z 

najgorszych  momentów  swojego  życia  zawodowego.  Przed  laty,  gdy 
pracował  jako  korespondent  wojenny,  strzelano  do  niego  na  plaży. 
Gdy  został  dziennikarzem  śledczym,  naraził  się  mafii.  Teraz,  gdy 
pisywał  felietony  na  temat  restauracji  dla  wychodzącej  na 
Środkowym  Zachodzie  gazety  „Daily  Fluxion”,  był  zupełnie 
nieprzygotowany na niezwykłe wydarzenia w klubie prasowym. 

Dzień zaczął mu się całkiem nieźle. W domu, gdzie mieszkał, zjadł 

smaczne  śniadanie  składające  się  z  kawałków  melona,  omletu  z 
ziołami,  duszonych  kurzych  wątróbek,  bułeczek  i  trzech  filiżanek 
kawy.  Lunch  zamierzał  spożyć  w  towarzystwie  swojego  starego 
przyjaciela  Archa  Rikera  w  ich  ulubionym  lokalu  –  w  klubie 
prasowym. 

O dwunastej w południe Qwilleran zmierzał w kierunku brudnego 

kamiennego gmaszyska, w którym niegdyś więziono ludzi, a obecnie 
wydawano posiłki dziennikarskim masom pracującym. Kiedy zbliżał 
się do starej, nabijanej ćwiekami bramy, zorientował się, że coś jest 
nie  tak.  Poczuł  zapach  świeżego  lakieru  i  zauważył,  dzięki 
wyostrzonemu  zmysłowi  słuchu,  że  zawiasy  przestały  skrzypieć! 
Wszedł  do  hallu  i  aż  zachłysnął  się  ze  zdumienia.  Zamiast  mroku  i 
dymu,  które  tak  polubił,  pomieszczenie  wprost  tchnęło  świeżością  i 
czystością. 

Qwilleran  wiedział,  że  planowano  zamknięcie  klubu  na  dwa 

tygodnie  ze  względu  na  konieczność  wykonania  dorocznych 
porządków.  Nikt  mu  jednak  nie  wspomniał  o  tak  głębokiej 
metamorfozie.  Wszystkie  opisane  zmiany  zaszły  najwidoczniej,  gdy 
pracował poza miastem. 

Jego  bujne  szpakowate  wąsy  zjeżyły  się  ze  złości  i  musiał  dłonią 

doprowadzić  je  do  ładu.  Ściany  hallu  pokrywała  wcześniej  stara 
boazeria, która poczerniała od niezliczonych warstw taniego lakieru. 
Teraz  hall  wyklejony  został  tapetą,  której  wzór  przypominał  obrus 
jego  babci.  Zamiast  zniszczonych  desek  podłogę  wyścielała  obecnie 
gruba wykładzina dywanowa. Zamiast jarzeniówek pod kopułą wisiał 
mosiężny żyrandol. Zniknął nawet dobrze mu znany odór stęchlizny. 
Wszystko wokół pachniało chemią i nowością. 

Z trudem opanowując szok i konsternację, reporter skierował swe 

background image

Lilian Jackson Braun 

kroki  do  baru.  Tam  właśnie,  w  najdalszym  kącie  sali,  zwykle  jadał 
lunch.  Niestety  i  w  tym  miejscu  zapanowały  nowe  porządki: 
kremowe  ściany,  łagodne  oświetlenie,  wiszące  doniczki  ze 
sztucznymi roślinami i, o zgrozo, lustra! Qwilleran wprost trząsł się z 
odrazy. 

Arch  Riker,  redaktor  z  „Daily  Fluxion”,  siedział  jak  zawsze  ze 

szklaneczką  whisky  w  tym  samym  co  zwykle  miejscu.  Jednak 
podrapany  stół  zmienił  się  nie  do  poznania.  Został  wyszlifowany  i 
polakierowany, a na blacie leżały podkładki pod talerze wykonane z 
białego  papieru  o  ozdobnie  wycinanych  brzegach.  Kelnerka  już 
nadchodziła,  niosąc  szklanką  soku  pomidorowego,  który  zazwyczaj 
pijał reporter. Wyglądała jednak jakoś inaczej. Nie miała już na sobie 
króciutkiego białego mundurka z falbaniastą chusteczką w kieszonce 
na  piersi.  Wszystkie  kelnerki  nosiły  teraz  stroje  francuskich 
pokojówek:  szykowne  czarne  sukienki,  białe  fartuszki  i  marszczone 
czepeczki. 

–  Arch!  Co  się  tu  stało?  –  zapytał  Qwilleran.  –  Nie  wierzę 

własnym oczom. 

Zgiął  się,  by  umieścić  pokaźnych  rozmiarów  ciało  na  krześle,  i 

jęknął. 

–  No  cóż,  do  klubu  należy  teraz  wiele  pań  –  wyjaśnił  spokojnie 

Riker.  –  Postanowiły  one  pracować  w  komisji  porządkowej,  żeby 
zaprowadzić  w  klubie  ład.  Nazywają  to  renowacją  o  charakterze 
odwracalnym.  W  przyszłym  roku  komisja  może  podjąć  decyzję  o 
zdjęciu  tapet  i  wykładzin  dywanowych,  by  przywrócić  panujący  tu 
wcześniej stan brudu i bałaganu. 

– Mówisz, jakbyś to wszystko popierał, zdrajco! 
–  Czasem  trzeba  coś  zmienić  –  stwierdził  Riker  opanowanym 

głosem redaktora, który nie takie rzeczy widywał. – Zajrzyj do karty i 
powiedz,  na  co  się  decydujesz.  Mam  spotkanie  o  pierwszej 
trzydzieści. Co do mnie, to chcę zamówić jagnięcinę w sosie curry. 

– Zupełnie straciłem apetyt – stwierdził Qwilleran, a malujący się 

na  jego  twarzy  wyraz  niezadowolenia  podkreślały  obwisłe  wąsy. 
Zatoczył  łuk  ręką,  wskazując  otaczające  ich  wnętrze.  –  To  miejsce 
kompletnie utraciło swój charakter. Nawet zapach jest jakiś sztuczny. 

Poruszył nozdrzami i wciągnął powietrze. 
– Wszystko syntetyczne! I pewnie rakotwórcze! 
–  Musisz  mieć  nos  niczym  pies  myśliwski,  Qwill.  Nikt  oprócz 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

ciebie nie uskarżał się na zapach. 

–  I  jeszcze jedno  –  wojowniczo  zaczął  Qwilleran.  –  Wcale  mi  się 

nie podoba to, co dzieje się w naszej gazecie. 

– Co masz na myśli? 
– Najpierw przydzielili te wszystkie kobiety do działu miejskiego i 

przenieśli  mężczyzn  do  działu  kobiecego.  Potem  zorganizowali  nam 
wspólne toalety. Potem sprowadzili nowe biurka w kolorze zielonym, 
pomarańczowym  i  niebieskim.  Wygląda  to  zupełnie  jak  wystrój 
cyrku.  Zabrali  mi  maszynę  do  pisania.  Zamiast  niej  dostałem 
komputer, a od patrzenia w ekran boli mnie głowa. 

–  Zawsze  myślisz  o  dawnych  czasach.  Ciągle  chcesz,  żeby 

reporterzy  w  kapeluszach  pisali  na  maszynach  dwoma  palcami  – 
stwierdził Riker spokojnie. 

Qwilleran opadł ciężko na krzesło. 
–  Słuchaj,  Arch.  Od  dawna  chciałem  przemyśleć pewne  sprawy  i 

właśnie podjąłem decyzję. Mam trzy tygodnie tegorocznego urlopu i 
dwa  tygodnie,  których  wcześniej  nie  wykorzystałem.  Chciałbym 
wziąć jeszcze urlop bezpłatny i wyjechać na trzy miesiące. 

– Żartujesz sobie? 
– Jestem zmęczony pisywaniem głupawych pochlebstw na temat 

restauracji,  które  reklamują  się  w  naszej  gazecie.  Chcę  pojechać  na 
północ  i  pobyć  z  dala  od  miasta.  Z  dala  od  pośpiechu, 
zanieczyszczonego powietrza, hałasu i zbrodni. 

–  Czy  ty  się  na  pewno  dobrze  czujesz,  Qwill?  –  zapytał  Riker 

tonem pełnym zaniepokojenia. – Na pewno nie jesteś  chory czy coś 
w tym rodzaju? 

– A co w tym dziwnego, że ktoś ma ochotę pooddychać świeżym 

powietrzem? 

– Ależ to cię zabije! Jesteś facetem z miasta, Qwill. Tak samo jak 

ja.  Obaj  wychowaliśmy  się  wśród  czadu  i  dymu,  wśród  brudu, 
którego  pełno  jest  w  Chicago.  Jestem  twoim  najstarszym 
przyjacielem i mówię ci: nie rób tego! Dopiero od niedawna radzisz 
sobie  finansowo.  A  na  dodatek  –  tu  zniżył  głos  –  Percy  chce  ci 
przydzielić świetny, nowy temat. 

Qwilleran  chrząknął.  Znał  doskonale  wspaniałe  nowe  propozycje 

tematyczne  redaktora  naczelnego.  Cztery  z  nich  trafiły  do  niego  w 
ciągu  ostatnich  pięciu  lat.  Każda  stanowiła  policzek  dla  dawnego 
korespondenta  wojennego  i  wielokrotnie  nagradzanego  reportera 

background image

Lilian Jackson Braun 

śledczego. 

–  O  co  chodzi  tym  razem?  –  wymamrotał.  –  O  nekrologi  czy 

ciekawostki na temat gospodarstw domowych? 

Riker  uśmiechnął  się  z  wyższością,  zanim  zaczął  szeptem 

tłumaczyć: 

–  Reportaże  śledcze!  Możesz  tu  błysnąć  jakimś  własnym 

odkryciem.  Łapówki  dla  polityków,  oszustwa  korporacji,  problemy 
związane z niszczeniem środowiska, wydatki rządu, cokolwiek uda ci 
się wytropić. 

Qwilleran ostrożnie dotknął swoich wąsów i spojrzał przez stół na 

swojego 

kumpla 

redaktora. 

Marzył 

zajmowaniu 

się 

dziennikarstwem  śledczym  na  długo,  zanim  stało  się  ono  pasją 
wszystkich mediów. W tym jednak momencie pojawiło się delikatne 
mrowienie  w  okolicy  jego  górnej  wargi.  Był  to  sygnał,  którego 
dziennikarz nigdy nie ignorował. 

– Może zajmę się tym na jesieni. Teraz chciałbym spędzić lato w 

miejscu,  gdzie  ludzie  nie  ryglują  drzwi  swoich  domów  i  zostawiają 
kluczyki w stacyjce samochodu. 

–  Dowiedzieliśmy  się,  że  „Morning  Rampage”  szuka  na  gwałt 

dziennikarza  śledczego.  Percy  chce  uprzedzić  ich  ruch.  Ale  sam  go 
znasz.  Wiesz,  co  ryzykujesz,  jeśli  nie  będziesz  na  miejscu,  kiedy 
wyjdzie z tą propozycją. 

Pojawiła  się  kelnerka.  Przyniosła  dla  Rikera  kolejną  szkocką  i 

chciała przyjąć ich zamówienie. 

–  Źle  pan  wygląda  –  zwróciła  się  do  Qwillerana.  –  Co  pan 

zamówi?  Może  kotlet  mielony  z  frytkami,  podwójną  whisky  i 
szarlotkę? 

–  Nie  jestem  głodny  –  odpowiedział,  patrząc  na  nią  ponurym 

wzrokiem. 

–  To  proszę  wziąć  zestaw  z  indykiem.  Na  miejscu  zje  pan 

pomidora i sałatę, a indyka weźmie pan do domu dla Koko. Na mięso 
przyniosę „psią torebkę”. 

Syjamski  kot  Qwillerana  był  sławny  w  klubie  prasowym.  Portret 

Koko wisiał w hallu obok podobizn laureatów Nagrody Pulitzera. Był 
on  też  prawdopodobnie  jedynym  w  historii  dziennikarstwa  kotem 
posiadającym  legitymację  klubu  prasowego  z  podpisem  samego 
komendanta  policji.  Wszyscy  w  klubie  wiedzieli,  że  Qwilleranowi 
udało się, dzięki wrodzonej podejrzliwości i dociekliwemu umysłowi, 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

wsadzić kilku przestępców za kratki. Uważali jednak, że prawdziwym 
autorem  tych  sukcesów  musiał  być  niezwykle  inteligentny  i 
spostrzegawczy  kot.  Wyglądało  na  to,  że  Koko  zawsze  zjawia  się  we 
właściwym momencie, by coś istotnego wywęszyć czy wydrapać. 

W milczeniu wskazującym na głęboki namysł dziennikarze zaczęli 

spożywać  podane  potrawy:  jagnię  w  sosie  curry  i  kanapkę  z 
indykiem. Wreszcie Riker zapytał: 

– Gdzie zamierzasz się wybrać, jeśli weźmiesz urlop na lato? 
–  Chciałbym  pojechać  na  północ.  Do  małej  miejscowości  nad 

jeziorem. Jakieś czterysta mil stąd. W pobliżu Mooseville. 

– Tak daleko? A co zrobisz z kotami? 
– Zabiorę je ze sobą. 
–  Przecież  nie  masz  samochodu.  A  w  lasach  na  północy  nie 

kursują taksówki. 

–  Mógłbym  wpłacić  pierwszą  ratę  za  samochód.  Oczywiście 

używany. 

–  Oczywiście,  że  używany  –  potwierdził Riker,  który  wiedział,  że 

jego  przyjaciel  słynie  z  oszczędności.  –  A genialny  kot  zrobi  pewnie 
prawo jazdy? 

–  Koko?  Wcale  bym  się  nie  zdziwił.  Pasjonuje  się  wszelkimi 

klawiszami, 

gałkami, 

tarczami 

dźwigniami. 

Wszystkimi 

urządzeniami mechanicznymi. 

–  Ale  co  ty  będziesz  robił  w  takim  miejscu  jak  Mooseville? 

Przecież nie łowisz ryb. Nie pływasz łódką. A woda w jeziorze tam na 
północy jest za zimna, żeby w niej pływać. To mrożony lód w zimie i 
stopiony lód w lecie. 

–  Nie  martw  się,  Arch.  Zdradzę  ci  mój  plan.  Mam  pomysł  na 

książkę.  Chciałbym  napisać  powieść  z  dużą  dozą  seksu  i  przemocy. 
Ze wszystkim, co w takiej książce jest potrzebne. 

Riker patrzył na niego, próbując wymyślać kolejne przeszkody. 
–  Zapłacisz  za  takie  wakacje  kupę  pieniędzy.  Czy  wiesz,  ile 

kosztuje wynajęcie domku letniskowego? 

– Prawdę mówiąc – stwierdził Qwilleran z nutą tryumfu w głosie 

– nie zapłacę za to ani centa. Tam, na północy, mieszka moja ciotka. 
Ma domek letni. A ja mogę z niego korzystać. 

– Nigdy mi nie wspominałeś, że masz jakąś starą ciotkę. 
–  Tak  naprawdę  ona  nie  jest  żadną  moją  krewną.  Była 

przyjaciółką  mojej  matki  i  jako  dziecko  mówiłem  do  niej  „ciociu 

background image

Lilian Jackson Braun 

Fanny”. Straciliśmy ze sobą kontakt. Ale zobaczyła moje nazwisko w 
gazecie.  Wysłała  do  mnie  list  i  od  tamtej  pory  stale  ze  sobą 
korespondujemy.  A  propos  nazwisk  dziennikarzy.  We  wczorajszym 
wydaniu  „Fluxion”  błędnie  podana  została  pisownia  mojego 
nazwiska. 

–  Wiem  o  tym  –  stwierdził  Riker.  –  Mamy  nową  redaktorkę 

wydania.  Nikt  jej  nie  zwrócił  uwagi  na  pisownię  twojego  nazwiska. 
Na  tę  idiotyczną  literę  „w”.  Wyłapaliśmy  błąd  dopiero  w  drugim 
wydaniu. 

Kelnerka podała im kawę. Napój był równie czarny jak okopcona 

politura  ukryta  pod  warstwą  nowej  tapety.  Riker  badał  zawartość 
swojej filiżanki z taką uwagą, jakby to w niej tkwiły ukryte przyczyny 
dziwnego zachowania Qwillerana. 

–  A  co  słychać  u  twojej  przyjaciółki?  Tej,  która  jada  zdrową 

żywność. Co myśli o twoim nagłym ataku szaleństwa? 

–  Rosemary?  Ona  zawsze  popiera  przebywanie  na  świeżym 

powietrzu, ruch i całą resztę. 

– Ostatnio nie palisz fajki. Czy to również pomysł Rosemary? 
–  Czyżbyś  sugerował,  że  nie  miewam  żadnych  własnych 

pomysłów?  Tymczasem  to  ja  sam  zdałem  sobie  sprawę,  jak 
kłopotliwe  jest  palenie.  Trzeba  kupować tytoń,  napełniać  nim  fajkę, 
potem go ubijać, zapalać, znowu zapalać, wyrzucać popiół, opróżniać 
popielniczkę, czyścić fajkę. 

– Chyba się starzejesz – stwierdził Riker. 
Po lunchu autor recenzji na temat restauracji wrócił do pracy przy 

swoim  oliwkowozielonym  biurku  z  odpowiednio  dobranymi  barwą 
telefonem  i  komputerem.  Natomiast  redaktor  działu  kulturalnego 
udał  się  na  zebranie,  w  którym  wzięli  udział:  asystenci  i  zastępcy 
redaktorów  kolumn  i  działów,  wydawcy,  redaktorzy  wykonawczy  i 
redaktor naczelny. 

Qwilleran  ucieszył  się,  że  jego  oświadczenie  zrobiło  wrażenie  na 

zwykle  profesjonalnie  opanowanym  redaktorze.  Jednak  pytania 
zadawane  przez  Rikera  osłabiły  nieco  jego  determinację.  Jak  ktoś, 
kto spędził całe życie w miejskiej dżungli, zareaguje na trzy miesiące 
prostego życia? To prawda, że planował coś napisać w ciągu lata. Ale 
ile  godzin  można  spędzić  przy  maszynie  do  pisania?  Nie  będzie 
lunchów  w  klubie  prasowym,  rozmów  telefonicznych,  wieczornych 
spotkań  z  przyjaciółmi,  wykwintnych  obiadków,  meczów  ligowych. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

Nie będzie Rosemary. 

Ale  mimo  wszystko  potrzebował  odmiany.  Był  rozczarowany 

pracą  w  gazecie.  A  jako  człowieka  bardzo  oszczędnego  cieszyła  go 
możliwość  darmowego  spędzenia  całego  sezonu  letniego  w  chatce 
ukrytej nad brzegiem jeziora. 

Z  drugiej  strony  ciotka  Fanny  nie  wspomniała  ani  słowem  o 

wygodach w domku letniskowym. Qwilleran cenił sobie długie łóżka, 
głębokie,  wygodne  fotele,  dobre  lampy  do  czytania,  porządne 
lodówki,  ciepłą  wodę  bez  ograniczeń  ilościowych  oraz  sprawnie 
działającą kanalizację. Na pewno będzie mu brakowało wygody Maus 
House  –  uroczego  domu,  w  którym  wynajmował  luksusowe 
mieszkanie.  Będzie  mu  brakowało  eleganckich  obiadów  Roberta 
Mausa  i  zażyłości  z  pozostałymi  lokatorami,  a  szczególnie  z 
Rosemary. 

Rozległo  się  brzęczenie  zielonego  telefonu  na  jego  biurku. 

Odruchowo podniósł słuchawkę. 

–  Czy  znasz  już  ostatnie  nowiny?  –  rozległ  się  łagodny  głos 

Rosemary.  Tym  razem  jednak  brzmiała  w  nim  wyraźna  nuta 
niepokoju. 

– Co się stało? 
W  ciągu  ostatniego  roku  zdarzyły  się  w  Maus  Hause  dwa 

morderstwa.  Ale  zbrodniarz  znalazł  się  za  kratkami,  a  pozostali 
mieszkańcy znów żyli wygodnie i w poczuciu bezpieczeństwa. 

– Robert sprzedaje dom – powiedziała ze smutkiem Rosemary. – 

A my wszyscy musimy się wyprowadzić. 

– Dlaczego sprzedaje? Przecież wszystko świetnie się układa. 
– Ktoś złożył mu wspaniałą ofertę zakupu nieruchomości. Wiesz, 

że  zawsze  chciał  zrezygnować  z  pracy  w  kancelarii  adwokackiej  i 
otworzyć dobrą restaurację. Mówi, że wreszcie ma na to szansę. Dom 
znajduje  się  w  doskonałym  punkcie,  a  deweloper  chce  tu  zbudować 
wielopiętrowy apartamentowiec. 

–  To  rzeczywiście  zła  nowina  –  zgodził  się  Qwilleran.  –  Robert 

rozpuścił  nas  swoją  wykwintną  kuchnią.  Befsztyki  Chateaubriand, 
homary  termidoriańskie,  serca  karczochów  po  florencku.  Może 
wpadłabyś  pod  szóstkę,  jak  już  wrócisz  do  domu?  Moglibyśmy 
omówić sytuację. 

–  Przyniosę  butelkę,  a  ty  zajmij  się  chłodzeniem  kieliszków. 

Właśnie  przyszła  świeża  dostawa  soku  z  granatów  –  powiedziała 

background image

Lilian Jackson Braun 

10 

Rosemary,  która  była  współwłaścicielką  specjalistycznego  sklepu  z 
żywnością  „Helthy–Welthy”.  Qwilleran  uważał  kokieteryjnie  błędną 
pisownię tej nazwy za coś obrzydliwego. 

W  zamyśleniu  odłożył  słuchawkę.  Te  złe  nowiny  zesłane  zostały 

przez jakieś fatum. Widocznie los chciał, żeby pojechał na północ. 

Tego  popołudnia  dziennikarz  wyszedł  wcześnie  z  pracy.  W  ręku 

trzymał torebkę z indykiem z klubu prasowego i miarką ze sklepu z 
antykami „Błękitny Smok”. 

Autobus  jadący  River  Road  wyrzucił  go  przy  parkingu  z 

używanymi  samochodami.  Qwilleran  skierował  się  do  rzędu 
niewielkich  samochodów,  które  mało  palą.  Chodził  od  jednego 
pojazdu do drugiego, otwierał drzwi i sprawdzał wymiary podłogi za 
fotelem kierowcy. 

Sprzedawca, który przyglądał się tej scenie, podszedł w końcu do 

dziennikarza. 

– Szuka pan małego samochodu? 
–  Zależy  –  mruknął  Qwilleran  z  głową  pod  tylnym  siedzeniem. 

„Trzydzieści na trzydzieści osiem centymetrów” – pomyślał. 

– Interesuje pana jakiś konkretny model? 
– Nie. 
Za fotelem było zbyt mało miejsca. „Trzydzieści dwa na trzydzieści 

osiem”. 

– Automatyczna czy ręczna skrzynia biegów? 
–  To  bez  znaczenia  –  powiedział  dziennikarz  i  zajął  się 

mierzeniem. „Trzydzieści dwa na czterdzieści”. 

Po  wielu  latach  jeżdżenia  służbowymi  samochodami  Qwilleran 

potrafił prowadzić każdy pojazd. Nie był wybredny. 

Sprzedawca  przyjrzał  się  uważnie  mężczyźnie  z  zawiniętymi 

wąsami i smutnymi oczami. 

– Znam pana – powiedział w końcu. – Pana zdjęcie pojawia się we 

„Fluxion”.  Pisze  pan  o  restauracjach.  Mój  kuzyn  ma  pizzerię  w 
Happy View Woods. 

Dziennikarz stęknął z wnętrza czteroosobowego samochodu. 
–  Pokażę  panu  wóz,  który  właśnie  dostaliśmy.  Nie  zdążyłem  go 

jeszcze  wyczyścić.  Model  z  zeszłego  roku,  przejechał  tylko  dwa 
tysiące mil. 

Qwilleran  poszedł  za  pracownikiem  do  warsztatu.  Stał  tam 

zielony,  brudny,  czteroosobowy  samochód.  Dziennikarz  zajrzał  za 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

11 

fotel  kierowcy  ze  swoją  miarką.  Potem  przesunął  do  tyłu  fotel,  tak 
żeby zmieściły się jego długie nogi, i jeszcze raz zmierzył przestrzeń z 
tyłu. „Trzydzieści pięć na czterdzieści”. 

–  Idealnie  –  powiedział.  –  Ale  być  może  będę  musiał  usunąć 

klamki. Ile pan za niego chce? 

–  Zapraszam  do  bura.  Porozmawiamy  tam  spokojnie  –  odparł 

sprzedawca. 

Dziennikarz objechał parę ulic zielonym samochodem i stwierdził, 

że  auto  mniej  hałasowało  i  mniej  się  trzęsło  niż  wszystkie 
samochody,  którymi  zdarzyło  mu  się  do  tej  pory  jeździć.  Cena  nie 
była  wygórowana.  Qwilleran  wpłacił  zaliczkę.  Podpisał  dokumenty  i 
pojechał do Maus Haus. 

Zgodnie  z  przewidywaniami  znalazł  w  skrzynce  list  od  Roberta 

Mausa. Robert wyjaśnił, że posiadłość Maus Haus stanie się wkrótce 
własnością  inwestorów  spoza  miasta.  Dlatego  też  wszyscy  lokatorzy 
powinni się wyprowadzić przed pierwszym września. 

Qwilleran otworzył kopertę z biciem serca, ale teraz wzruszył tylko 

ramionami  i  wspiął  się  po  schodach  do  swojego  mieszkania  z 
balkonem.  Wszedł  do  środka,  otoczony  zapachem  indyczego  mięsa. 
Jednak  koty  syjamskie,  które  zwykle  witały  go,  ocierając  się  o  jego 
nogi  i  niecierpliwie  miaucząc,  siedziały  nieruchomo  na  białym 
dywanie  z  niedźwiedziej  skóry.  Qwilleran  domyślił  się,  co  było 
przyczyną. Koty wiedziały, że zbliża się przeprowadzka. Bardzo lubiły 
mieszkanie 

Maus 

Haus. 

Przesiadywały 

na 

wielkim 

nasłonecznionym  parapecie,  skąd  mogły  obserwować  gołębie,  albo 
leżały na dywanie z niedźwiedziej skóry. 

– Dobra, dzieciaki – powiedział Qwilleran. – Wiem, że nie chcecie 

się  przeprowadzać,  ale  na  pewno  spodoba  się  wam  miejsce,  do 
którego jedziemy. Chciałbym zabrać ten dywan, jednak nie należy do 
mnie. 

Koko,  którego  pełne  imię  brzmiało  Kao  K'o–Kung,  miał  godność 

orientalnego  władcy.  Siedział  wyprostowany  i  poruszał  lekko 
wąsikami  na  znak  dezaprobaty.  Koty  doskonale  zdawały  sobie 
sprawę,  że  ich  wygląd  pasuje  do  białego  puszystego  dywanu.  Miały 
cechy  typowe  dla  syjamskich  kotów:  błękitne  oczy,  brązowy 
pyszczek,  płową  sierść,  której  mogły  pozazdrościć  im  norki,  smukłe 
brązowe łapy i piękny ogon. 

Dziennikarz zaczął kroić indyka. 

background image

Lilian Jackson Braun 

12 

– Chodźcie coś przekąsić! 
Ale koty nadal zachowywały dystans. 
Chwilę  później  Qwilleran  wciągnął  powietrze  nosem  i  poczuł 

dobrze znany zapach perfum. Po chwili do drzwi zapukała Rosemary. 
Sposób,  w  jaki  dziennikarz  ją  pocałował,  świadczył,  że  łączy  ich  coś 
więcej  niż  przyjaźń.  Koty  syjamskie  siedziały  na  dywanie  jak  dwa 
kamienne posągi. 

Rosemary nalała do kieliszków soku z granatów i dodała odrobinę 

wody sodowej. Wypili za zdrowie lokatorów budynku, który wkrótce 
miał zmienić właściciela. 

–  Nigdy  nie  zapomnę  spędzonych  tu  chwil  –  powiedział 

Qwilleran. 

– To było jak sen – dodała Rosemary. 
– A czasem jak koszmar senny. 
–  Pewnie  przyjmiesz  zaproszenie  ciotki.  Czy  redaktor  „Fluxion” 

zgodzi się, żebyś wziął tak długi urlop? 

– Jasne. Puści mnie, ale być może nie przyjmie mnie z powrotem. 

Jak twoje plany? 

–  Może  wrócę  do  Kanady  –  powiedziała  Rosemary.  –  Max  chce 

otworzyć  restaurację  ze  zdrową  żywnością  w  Toronto.  Zostanę  jego 
wspólniczką, jeśli uda mi się sprzedać swoją część „Helthy–Welthy”. 

Qwilleran  przygryzł  wąsa.  Max  Sorell!  Ten  niepoprawny 

kobieciarz! 

– Miałem nadzieję, że przyjedziesz do mnie na północ. 
–  Na  pewno  cię  odwiedzę,  chyba,  że  będę  musiała  jechać  do 

Toronto. Jak tam dojedziesz? 

– Kupiłem dziś samochód. Najpierw złożę wizytę ciotce Fanny w 

Pickax razem z kotami, a potem udamy się do domku nad jeziorem. 
Nie widziałem ciotki Fanny przez ostatnich czterdzieści lat. Sądząc z 
listów, to bardzo silna osobowość. Ma niezwykle oryginalny i trudny 
do rozszyfrowania charakter pisma. 

Rosemary wyglądała na zaintrygowaną. 
– Tak samo było z listami mojej matki – mówił dalej dziennikarz. 

– Zapisywała kartkę, a potem przekręcała ją i pisała dalszą część listu 
na tej samej stronie. 

– Po co? Oszczędzała papier? 
– Kto wie? Może chciała zachować prywatność. Bardzo trudno się 

czyta  takie  listy.  Ciotka  Fanny  nie  jest  tak  naprawdę  moją  krewną. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

13 

Moja  matka  i  Fanny  sprzedawały  razem  pączki  podczas  pierwszej 
wojny  światowej.  Potem  Fanny  zrobiła  karierę.  Nigdy  nie  wyszła  za 
mąż. Po przejściu na emeryturę wróciła do Pickax City. 

– Nigdy nie słyszałam o tym miasteczku. 
–  Ten  okręg  słynął  z  górnictwa.  Rodzina  Fanny  zbiła  fortunę  na 

kopalniach. 

– Będziesz do mnie pisać, najdroższy? 
–  Tak  często,  jak  będzie  to  możliwe.  Będę  za  tobą  tęsknił, 

Rosemary. 

– Musisz mi koniecznie opisać ciotkę Fanny. 
–  Ona  teraz  każe  nazywać  się  Francescą.  Nie  lubi  określenia 

„ciotka Fanny”. Kiedy ktoś ją tak nazywa, czuje się staro. 

– Ile ona ma lat? 
– W przyszłym miesiącu skończy dziewięćdziesiąt. 
 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

D

D

R

R

U

U

G

G

I

I

 

 

 
Qwilleran  zapakował  rzeczy  do  swojego  zielonego  samochodu. 

Było tam wszystko, co konieczne, gdy ktoś wyrusza na północ: dwie 
walizki,  maszyna  do  pisania,  ważący  sześć  kilogramów  słownik,  pół 
ryzy  papieru  i  dwa  pudła  z  książkami.  Znalazły  się  tam  również 
dwadzieścia cztery puszki z mięsem kurczaka, łososiem i peklowaną 
wołowiną  oraz  duża  porcja  białego  tuńczyka,  koktajl  z  krewetek  i 
mięso  krabów  z  Alaski.  Wszystko  dlatego,  że  Koko  nie  jadał  karmy 
dla  kotów.  Na  tylnym  siedzeniu  została  umieszczona  ulubiona 
niebieska  poduszka  syjamskich  kotów,  a  na  podłodze  owalna 
brytfanna,  której  uchwyty  zostały  obcięte  tak,  by  mieściła  się 
pomiędzy  wałem  napędowym  a  wahaczem.  Wypełniała  ją  gruba  na 
dwa  centymetry  warstwa  piasku.  Była  to  kocia  toaleta.  Naczynie 
pochodziło  z  obfitych  zasobów  wyposażenia  kuchennego  Roberta 
Mausa.  Qwilleran  otrzymał  je  w  prezencie,  gdy  ręcznie  malowana 
miska,  która  wcześniej  służyła  jako  kocia  wygódka,  kompletnie 
zardzewiała. 

Meble  w  mieszkaniu  zajmowanym  przez  Qwillerana  należały  do 

poprzedniego  lokatora,  a  nieliczne  przedmioty,  które  były  jego 

background image

Lilian Jackson Braun 

14 

własnością,  takie  jak  antyczna  waga  czy  żeliwny  herb,  zostały 
umieszczone na okres wakacji w piwnicy Rikera. I w ten sposób nasz 
reporter,  nieobciążony  jakimkolwiek  dobytkiem  i  z  lekkim  sercem, 
mógł wyruszyć na północ. 

Każde  z  jego  pasażerów  na  tylnym  siedzeniu  zachowywało  się 

inaczej.  Kotka  przenikliwie  miauczała  za  każdym  razem,  gdy 
samochód skręcał, był na wirażu, pokonywał most czy wiadukt, mijał 
ciężarówkę lub gdy szybkość przekraczała osiemdziesiąt kilometrów 
na  godzinę.  Koko  karcił  wówczas  swoją  sąsiadkę,  gryząc  ją  w  tylną 
nogę,  na  skutek  czego  do  ogólnej  wrzawy  dochodziły  jeszcze  piski  i 
syki.  Qwilleran  prowadził  auto,  zaciskając  zęby  i  cierpliwie  znosząc 
pełne  wyrzutu  spojrzenia  wyprzedzających  go  kierowców,  wściekłe 
dźwięki klaksonów i próby najechania na tył jego auta. 

Najpierw  mijali  przedmieścia,  później  wijące  się  drogi  polne. 

Stopniowo  robiło  się  coraz  chłodniej.  Sosny  stawały  się  wyższe, 
pojawiały  się  znaki  ostrzegające  przed  jeleniami  i  widać  było  coraz 
więcej  furgonetek.  Qwilleran  poczuł  zmęczenie.  Od  Pickax  City 
dzieliły  go  jeszcze  setki  mil,  a  sterane  nerwy  podpowiadały  mu,  że 
powinien  zatrzymać  się  na  noc.  Na  nocleg  wybrał  miejsce,  które  z 
trudem można było nazwać motelem: wśród drzew stały zniszczone 
domki kempingowe. Wszyscy troje czuli się kompletnie wyczerpani. 
Oba koty natychmiast zasnęły na samym środku łóżka. 

Kolejny  dzień  podróży  upłynął  pod  znakiem  nieco  rzadszych 

protestów  dobiegających  z  tylnego  siedzenia.  Temperatura  nadal 
spadała, a znaki ostrzegające przed jeleniami ustąpiły miejsca tym z 
wizerunkiem łosia. Szosa wspinała się pośród wzgórz, a potem zeszła 
w  dolinę,  stając  się  główną  arterią  komunikacyjną  Pickax  City. 
Majestatyczne  stare  domy  stały  po  obu  stronach  Main  Street  i  były 
świadectwem  bogactwa  dawnych  mieszkańców,  którzy  utrzymywali 
się z górnictwa i przemysłu drzewnego. Główna ulica rozwidlała się w 
środku  miasteczka  i  otaczała  niewielki  park.  W  pobliżu  stało  kilka 
imponujących 

budowli: 

dziewiętnastowieczny 

gmach 

sądu, 

ozdobiona  kolumnami  biblioteka,  która  wyglądała  jak  grecka 
świątynia,  i  dwa  kościoły.  Był  tam  również  wielki  dom  należący  do 
ciotki  Fanny.  Monumentalna  siedziba  oznaczona  została  numerem 
wyrytym na wypolerowanej mosiężnej tabliczce. 

Okazałą rezydencję zbudowano z kamienia polnego. Na jej tyłach, 

od  strony  podwórka,  znajdowała  się  powozownia.  Błękitna 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

15 

furgonetka  stała  przy  wjeździe  na  teren  posesji.  Mężczyzna,  który 
przycinał 

krzewy, 

uważnie 

przyjrzał 

się 

wchodzącemu 

dziennikarzowi.  Na  twarzy  ogrodnika  malował  się  wyraz,  którego 
Qwilleran  nie  umiał  określić.  Drzwi  wejściowe  zdobił  staromodny, 
obramowany  mosiądzem  otwór  na  listy  z  wygrawerowanym 
nazwiskiem: Klingenschoen. 

Na  dźwięk  dzwonka  drzwi  otworzyła  niska  staruszka  –  bez 

wątpienia  ciotka  Fanny.  Była  to  dziarska,  nieduża,  ale  tryskająca 
wprost  energią  pani  w  wieku  osiemdziesięciu  dziewięciu  lat.  Na  jej 
bladej,  pomarszczonej  twarzy  widać  było  wyraźnie  dwie  plamy 
pomarańczowej  szminki  i  powiększone  soczewkami  okularów  oczy. 
Kobieta przyjrzała się uważnie swojemu gościowi przez grube szkła i 
wyciągnęła  ręce  w  dramatycznym  geście  powitania.  A  po  chwili  z 
głębi jej gardła wydobył się okrzyk: 

– O mój Boże! Ależ ty wyrosłeś! 
–  Mam  nadzieję,  że  wyrosłem  –  powiedział  wesoło  Qwilleran.  – 

Przecież  ostatnio  widziałaś  mnie,  kiedy  miałem  siedem  lat.  Jak  się 
masz, Francesco? Wyglądasz doskonale! 

Egzotyczne 

imię 

kobiety 

doskonale 

pasowało 

do 

jej 

ekstrawaganckiego  stroju.  Ubrana  była  w  pomarańczową  jedwabną 
tunikę,  na  której  wyhaftowane  zostały  pawie,  oraz  wąskie  czarne 
spodnie.  Na  głowie  miała  pomarańczową  chustę,  zawiązaną  na 
czubku  głowy  tak,  by  stworzyć  wrażenie,  że  mierzy  więcej  niż  metr 
trzydzieści. 

– Wchodź, proszę. Wchodź – powtarzała uprzejmie. – Mój Boże, 

jakże się cieszę, że cię widzę! Naprawdę wyglądasz dokładnie tak jak 
na fotografii w gazecie. Gdyby twoja droga matka, niech spoczywa w 
spokoju,  mogła  cię  teraz  zobaczyć!  Z  pewnością  bardzo  by  się  jej 
spodobały twoje wąsy. Czy masz ochotę na filiżankę kawy? Wiem, że 
wy dziennikarze uwielbiacie kawę. Możemy ją wypić na werandzie. 

Ciotka  Fanny  poprowadziła  go  przez  wysoko  sklepiony  hall  z 

okazałą  klatką  schodową.  Później  mijali  kolejno:  tradycyjny  salon, 
elegancką jadalnię, bibliotekę o ścianach pokrytych boazerią i pokój 
śniadaniowy  obity  tkaniną.  W  końcu  znaleźli  się  w  przewiewnym 
pomieszczeniu  z  oszklonymi  drzwiami.  W  pokoju  stały  wiklinowe 
meble i donice ze starymi fikusami. 

– Mam boskie bułeczki z cynamonem – powiedziała ciotka swoim 

głębokim  głosem.  –  Tom  przyniósł  je  dziś  rano  z  piekarni. 

background image

Lilian Jackson Braun 

16 

Uwielbiałeś takie bułeczki, kiedy byłeś małym chłopcem. 

Qwilleran usiadł na wyplatanej kanapie. Tymczasem gospodyni w 

swoich  maleńkich  czarnych  chińskich  pantofelkach  zniknęła  w 
jakiejś  odległej  części  domu,  nie  przestając  mówić,  choć  jej  słowa 
były ledwie słyszalne. Wróciła po chwili, dźwigając wielką tacę. 

Qwilleran zerwał się na równe nogi. 
– Pozwól, że to wezmę, Francesco. 
–  Dziękuję,  kochanie  –  wykrztusiła.  –  Byłeś  zawsze  takim 

grzecznym  chłopczykiem.  Koniecznie  weź  śmietanki  do  kawy.  Tom 
przywiózł  ją  ze  wsi  dziś  rano.  Nie  znajdziesz  takiej  w  mieście,  mój 
drogi. 

Qwilleran  wolał  czarną  kawę,  ale  dolał  śmietanki.  Gdy  zajadał 

cynamonową  bułeczkę,  spojrzał  w  kierunku  wielkich  oszklonych 
drzwi.  Zobaczył,  że  ogrodnik  stoi,  opierając  się  o  grabie,  i 
najwyraźniej zagląda do pokoju. 

–  Oczywiście  zostaniesz  na  lunch  –  odezwała  się  ciotka  Fanny  z 

czeluści  ogromnego  wyplatanego  fotela,  w  którym  ginęła  jej 
miniaturowa  postać.  –  Tom  pójdzie  do  rzeźnika  po  mięso.  Wolisz 
stek czy befsztyk? Mamy nadzwyczajnego rzeźnika. Czy masz ochotę 
na pieczone ziemniaki ze śmietaną? 

–  Nie,  nie!  Dziękuję  ci,  Francesco,  ale  mam  w  samochodzie  dwa 

zdenerwowane  zwierzaki  i  chciałbym,  żeby  jak  najszybciej  znalazły 
się  w  domku  letniskowym.  Bardzo  ci  jestem  wdzięczny  za 
zaproszenie, jednak skorzystam z niego innym razem. 

– A może chciałbyś kotleciki wieprzowe – ciągnęła ciotka Fanny. 

–  Do  tego  zrobię  ci  dużą  porcję  sałaty.  Jaki  dressing  najbardziej 
lubisz? 

na 

deser 

podam 

płonące 

naleśniki. 

Zawsze 

przygotowywałam  je  dla  panów,  którzy  przychodzili  do  mnie  w 
odwiedziny, gdy studiowałam. 

„Czy  ona  jest  głucha?”  –  pomyślał  Qwilleran.  „Czy  może  nie  ma 

ochoty słuchać? Muszę jej jakoś przerwać”. 

– Ciociu Fanny! – krzyknął. 
Wyglądała  na  zaskoczoną  dźwiękiem  swojego  imienia  i  tonem 

Qwillerana. 

– Tak, kochanie? 
– Jak już się rozgościmy u siebie – powiedział normalnym głosem 

–  wrócę i  zjem  z  tobą  lunch  albo  może  ty  przyjedziesz  nad  jezioro  i 
zabiorę cię gdzieś na obiad. Masz jakiś środek lokomocji, Francesco? 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

17 

–  Ależ  tak,  oczywiście.  Tom  mnie  przywiezie.  Prawo  jazdy 

straciłam  kilka  lat  temu,  po  pewnym  małym  wypadku.  Komendant 
policji  był  bardzo  niesympatycznym  mężczyzną,  ale  pozbyliśmy  się 
go i teraz mamy uroczego szefa policji. Swojej najmłodszej córeczce 
dał nawet imię na moją cześć... 

– Ciociu Fanny! 
– Tak, kochanie? 
– Czy powiesz mi teraz, jak dojechać do domku letniskowego? 
–  Oczywiście.  To  bardzo  łatwe.  Musisz  jechać  na  północ  w 

kierunku jeziora i skręcić w lewo. Zwróć uwagę na ruiny kamiennego 
komina. To wszystko, co pozostało ze starego budynku szkoły. Potem 
zobaczysz  literę  „K”  na  słupku. Skręć  wtedy  w  drogę  żwirową  i  jedź 
nią cały czas prosto przez las. To moja posiadłość. Dzikie czereśnie i 
śliwki  powinny  teraz  kwitnąć.  Mooseville  jest  tylko  o  trzy  mile 
stamtąd.  Możesz  jeździć  do  miasteczka  na  zakupy  i  do  restauracji. 
Mieszka tam przeurocza osoba – pani naczelnik poczty... Ale niczego 
sobie nie wyobrażaj, jest zamężna... 

– Ciociu Fanny! 
– Słucham, kochanie? 
– Czy nie powinnaś dać mi klucza? 
– Mój Boże! Oczywiście, że nie. Chyba nawet nigdy nie widziałam 

klucza  od  tego  domku.  To  po  prostu  stara  chatka  z  bali  z  dwiema 
sypialniami,  ale  będzie  ci  tam  wygodnie.  Będziesz  miał  tam  święty 
spokój  i  doskonałe  warunki  do  pisania.  Jak  na  mój  gust  jest  tam 
nawet zbyt spokojnie. Jak wiesz, pracowałam w klubie w New Jersey 
i  zawsze  przebywałam  w  tłumie  ludzi.  Tak  się  cieszę,  że  zamierzasz 
napisać  książkę,  mój  drogi.  Jaki  będzie  miała  tytuł?  Twoja  droga 
matka byłaby z ciebie bardzo dumna. 

Qwilleran czuł się zmęczony podróżą i marzył, by dotrzeć wreszcie 

na  miejsce.  Musiał  wysilić  cały  swój  spryt,  by  uwolnić  się  od 
przytłaczającej  gościnności  ciotki  Fanny.  Gdy  odjeżdżał,  ogrodnik 
pracował  właśnie  przy  grządce  tulipanów  rosnących  wokół 
frontowych schodów. Mężczyzna spojrzał na Qwillerana, a ten kpiąco 
mu zasalutował. 

Pasażerowie  przywitali  dziennikarza  piskami  pełnymi  oburzenia, 

a protesty Yum Yum trwały prawdę powiedziawszy przez całą drogę, 
mimo  braku  zakrętów,  mostów,  wiaduktów  i  wielkich  samochodów 
ciężarowych.  Szosa  wiodła  przez  wyludnioną  okolicę.  Pustka 

background image

Lilian Jackson Braun 

18 

wynikała  częściowo  z  pożarów  lasu  –  szkielety  zniszczonych  drzew 
trwały zastygłe w dziwnym groteskowym tańcu. Przy reklamie lokalu 
o  nazwie  „Gorące  Paszteciki”  znajdowały  się  obrośnięte  zielskiem 
ruiny  restauracji.  Ruch  na  szosie  był  niewielki.  Mijali  głównie 
ciężarówki,  których  kierowcy  machali  na  powitanie  zielonego 
dwudrzwiowego pojazdu. 

Miejsca,  gdzie  znajdowały  się  zamknięte  kopalnie,  takie  jak 

Dimsdale,  Big  B  czy  Goodwinter,  oznaczone  były  tablicami  z 
ostrzeżeniem: 

„Uwaga! 

Nie 

wchodzić! 

Niebezpieczeństwo!” 

Qwilleran  zauważył,  że  nigdzie  nie  było  kopalni  z  nazwiskiem 
Klingenschoen.  Złapał  lokalną  stację  radiową  i  w  pośpiechu  ją 
wyłączył. 

A więc ciotka Fanny pracowała niegdyś w klubie! Doskonale mógł 

sobie  wyobrazić,  jak w  kapeluszu przybranym  kwiatami  zajmuje  się 
popołudniowymi  herbatkami,  komitetami  organizacyjnymi,  jak 
zostaje  wybrana  na  przewodniczącą  takiego  komitetu,  prowadzi 
zebranie czy organizuje bal charytatywny. 

Przerwał  swoje  rozważania,  gdy  zerknął  we  wsteczne  lusterko. 

Jechała  za  nim  błękitna  furgonetka.  Gdy  Qwilleran  zmniejszył 
szybkość,  samochód  za  nim  także  zwolnił.  Zabawa  ta  trwała  przez 
kilka  mil,  aż  do  chwili,  gdy  uwagę  dziennikarza  przyciągnął  widok 
fermy  otoczonej  kilkoma  niskimi  szopami.  Dachy  i  całe  podwórko 
pokryte  były  brązową  falującą  masą.  Wydawało  się,  że  wszystko 
wokół nieustannie się porusza. 

–  To  indyki  –  oznajmił  Qwilleran  swoim  pasażerom.  –  Macie 

szczęście, dzieciaki. Będziecie mieszkać w pobliżu indyczej farmy. 

Kiedy znowu zerknął w tylne lusterko, błękitnej furgonetki nigdzie 

już  nie  było  widać.  Minął  jeszcze  dobrze  utrzymaną  posiadłość 
wiejską.  Za  wysokim  ozdobnym  ogrodzeniem  widać  było  zadbane 
trawniki i klomby pełne kwiatów. Daleko, na tyłach posiadłości, stały 
duże budynki gospodarcze. 

Droga  zaczęła  piąć  się  w  górę.  W  tym  momencie  podniosły  się 

dwie  główki  na  tylnym  siedzeniu.  Dwa  noski  wyczuły  wilgotne 
powietrze,  chociaż  woda  była  odległa  o  milę.  Poirytowane 
miauknięcia zmieniły się nagle w pełne podniecenia mruczenie. A po 
chwili  ukazało  się  jezioro.  Bezkres  wody  zdawał  się  łączyć  z 
niewiarygodnie błękitnym niebem. 

–  Jesteśmy  już  prawie  na  miejscu  –  Qwilleran  próbował  dodać 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

19 

otuchy swoim niecierpliwym pasażerom. 

Droga biegła teraz wzdłuż brzegu jeziora, czasem tuż obok plaży, 

czasem zagłębiając się w las. Zostawili za sobą rustykalną bramę przy 
wjeździe  na  prywatną  drogę  prowadzącą  do  klubu  „Na  Wydmach”. 
Pół  mili  dalej  Qwilleran  zauważył  rozsypujący  się  komin  dawnej 
szkoły, a potem literę „K” na skrzynce pocztowej i skręcił w żwirową 
drogę,  która  wiła  się  pomiędzy  iglakami  i  dębami.  Czasem  zdarzały 
się nasłonecznione polany porośnięte leśnymi kwiatami, można było 
dostrzec  pniaki  drzew  i  kwitnące  krzewy  o  aromatycznym  zapachu. 
Szkoda,  że  nie  było  z  nim  Rosemary,  by  wszystko  to  oglądać  i 
podziwiać. Droga wspinała się dalej przez kolejne wydmy i kończyła 
niespodziewanie na polance, z której roztaczał się widok na jezioro z 
punkcikami żagli gdzieś daleko na horyzoncie. 

Tu właśnie, zawieszony na zboczu ogromnej wydmy, przytłoczony 

rozmiarami  rosnących  wokół  trzydziestometrowych  sosen,  stał 
letniskowy  domek,  w  którym  Qwilleran  zamierzał  spędzić  całe  lato. 
Drewniane  bale  i  mech  wypełniający  szczeliny  pomiędzy  nimi 
pociemniały ze starości. Otwarta weranda z widokiem na jezioro była 
niczym  obietnica  długich  spokojnych  godzin  spędzanych  na 
rozmyślaniach  i  relaksie.  Masywny  komin  z  kamienia  i  spory  zapas 
opałowego  drewna  obiecywały  leniwe  wieczory  z  książką  przy 
płonącym kominku. 

Do  chaty  wchodziło  się  przez  drugą  werandę  usytuowaną  od 

strony  lasu  i  polanki  służącej  jako  miejsce  parkingowe.  Gdy 
Qwilleran  zbliżył  się  do  drzwi,  spłoszona  wiewiórka  uciekła  na 
drzewo  i  posłała  mu  z  góry  karcące  spojrzenie.  Stado  spłoszonych 
małych żółtych ptaszków, ćwierkając, zerwało się do lotu. Na szczycie 
drzewa  siedziało  jakieś  nieduże  brązowe  zwierzątko,  które 
przekrzywiło łepek i badawczo przyglądało się człowiekowi. 

Qwilleran  z  niedowierzaniem  potrząsnął  głową.  Wszystkie  te 

cudowne  tajemnice  natury,  całe  to  spokojne  otoczenie  miało  przez 
najbliższe trzy miesiące należeć do niego. 

Przy wejściu na werandę wisiał błyszczący mosiężny dzwonek, jaki 

zwykle noszą na szyi owce. Postanowił pociągnąć za sznurek. Tak po 
prostu,  z  powodu  rozpierającej  go  radości.  Gdy  szedł  w  jego 
kierunku,  coś  śliskiego  i  organicznego  spadło  z  drzewa  na  głowę 
dziennikarza.  A  co  to  za  dziura  w  siatce  drzwi?  Postrzępione  brzegi 
otworu skierowane były do środka, zupełnie jakby ktoś chciał grać w 

background image

Lilian Jackson Braun 

20 

kręgle  przez  drucianą  siatkę.  Nacisnął  klamkę  i ostrożnie  wszedł  na 
werandę.  Zobaczył  trawiastą  wykładzinę,  plastikowe  meble  i  stare 
narzędzia  ogrodowe  zawieszone  na  przeciwległej  ścianie.  Ale  było 
tam coś jeszcze. W najdalszym kącie coś lekko się poruszyło. Zabłysły 
okrągłe oczy. Duży ptak z groźnie wyglądającym dziobem siedział na 
oparciu  krzesła.  Jego  ostre  pazury  wbijały  się  w  plastikową 
powierzchnię mebla. Czyżby jastrząb? „Tak, to musi być jastrząb” – 
pomyślał  Qwilleran.  Pierwszy  raz  był  tak  blisko  drapieżnego  ptaka. 
Ucieszył  się,  że  zostawił  swoje  syjamskie  koty  w  samochodzie.  Ptak 
mógł być ranny i niebezpieczny. Trzeba było potężnej siły, by przebić 
siatkę, a spojrzenie jastrzębia wcale nie było przyjazne. 

Wśród  narzędzi  na  ścianie  wisiały  prymitywne  drewniane  widły. 

Qwilleran  spróbował  powoli  po  nie  sięgnąć.  Spokojnie  otworzył  i 
zaklinował  pokryte  siatką  drzwi.  Ostrożnie  zaszedł  ptaka  od  tyłu. 
Zamachał widłami i jastrząb wyfrunął przez otwarte drzwi. 

Qwilleran  odetchnął  z  ulgą  i  przygładził  wąsy.  „Witaj  na  wsi”  – 

pomyślał. 

Chociaż  domek  był  mały,  jego  wnętrze  wydawało  się  obszerne. 

Wsparty na więźbie z okorowanych bali, poznaczony sękami sosnowy 
sufit  znajdował  się  na  wysokości  ponad  sześciu  metrów.  Ściany, 
również zbudowane z bali, zostały powleczone białym woskiem. Nad 
kamiennym  kominkiem  wisiała  głowa  łosia  z  szeroko  rozwidlonym 
porożem. Obok stały kilof i piła do cięcia drewna z zębami długimi na 
pięć centymetrów. 

Swym wyczulonym zmysłem węchu Qwilleran wyczuł jakiś dziwny 

zapach. Martwe zwierzę? Źle wykonana kanalizacja? Śmieci, których 
ktoś  zapomniał  wyrzucić?  Otworzył  drzwi  i  okna,  by  obejrzeć 
pomieszczenie.  Wszędzie  panował  wzorowy  porządek.  Wkrótce 
napłynęło  do  środka  świeże,  pachnące  wodą  z  jeziora  i  kwiatami 
czereśni  powietrze.  Dziennikarz  sprawdził,  czy  siatki  w  oknach  są 
całe. Koko i Yum Yum były domowymi kotami. W mieście nigdy nie 
pozwalał, by wałęsały się po ulicach. Nie chciał, żeby na wsi miały ku 
temu  okazję.  Rozglądał  się,  sprawdzając,  czy  nie  ma  gdzieś 
drzwiczek, obluzowanej deski lub innych ukrytych wyjść. 

Dopiero 

kiedy 

wszystko 

sprawdził, 

przyniósł 

swoich 

czworonożnych  przyjaciół  do  chaty.  Początkowo  koty  poruszały  się 
ostrożnie,  chodziły  na  zgiętych  łapach,  z  opuszczonymi  ogonami  i 
zjeżonymi  wąsami.  Próbowały  łowić  dźwięki,  których  nie  mógłby 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

21 

usłyszeć  żaden  człowiek.  Ale  kiedy  już  wszystkie  bagaże  zostały 
przyniesione  z  samochodu,  Yum  Yum  zaczęła  radośnie  wdrapywać 
się po ścianie, skacząc w górze z belki na belkę. Koko rozsiadł się po 
królewsku  na  głowie  łosia,  patrząc  z  aprobatą  na  swoje  włości.  Łoś 
zaś,  z  głową  o  długim  pysku,  szerokich  nozdrzach  i  opuszczonej 
szczęce, znosił to poniżenie z gorzką rezygnacją. 

Qwilleran  też  był  zadowolony  z  domu.  Spostrzegł,  że  przy  barze 

znajduje  się  najnowocześniejszy  model  telefonu.  Zwrócił  również 
uwagę na mikrofalówkę, wannę z hydromasażem i półki z książkami. 
Na stoliku do kawy leżały najświeższe numery znanych czasopism, a 
w  zestawie  stereo  ktoś  zostawił  kasetę  z  koncertem  Brahmsa.  Nie 
było telewizora, ale to nie miało większego znaczenia. Qwilleran był 
uzależniony od słowa pisanego. 

Otworzył puszkę kurczaka dla swoich czworonożnych przyjaciół, a 

potem  ruszył  autem  w  kierunku  Mooseville,  żeby  tam  zjeść  obiad. 
Miasteczko  było  niewielkim  kurortem  na  brzegu  jeziora.  Po  jednej 
stronie  Main  Street  było  molo,  łódki  i  hotel  „Northern  Lights”.  Po 
przeciwnej stronie ulicy w drewnianych domkach mieściły się sklepy. 
Nawet kościół miał ściany z bali. 

W  hotelu  Qwilleran  zjadł  niezbyt  smaczny  wieprzowy  kotlet, 

rozgotowaną  fasolkę  szparagową  i  kartofle,  które  zbyt  długo 
trzymano w piecu. Obiad podała przyjaźnie usposobiona blondynka. 
Kelnerka  powiedziała,  że  na  imię  ma  Darlene.  Rozpoznała 
Qwillerana  dzięki  zdjęciu  zamieszczonemu  w  „Daily  Fluxion”  i 
koniecznie  chciała  uszczęśliwić  go  dokładką.  W  redakcji  Qwilleran 
często 

kwestionował 

sensowność 

publikowania 

fotografii 

dziennikarza zajmującego się pisaniem o restauracjach, ale zgodnie z 
polityką wydawniczą firmy w gazecie miały być zamieszczane zdjęcia 
wszystkich felietonistów. A polityka to polityka. 

Jednak  nie  tylko  z  powodu  wąsów  Qwilleran  zwracał  na  siebie 

uwagę  w  hotelu  „Northern  Lights”.  W  natłoku  koszul  w  kratkę, 
dżinsów  i  wiatrówek  jego  tweedowy  sportowy  płaszcz  i  wełniany 
krawat  drażniły  swoją  innością.  Natychmiast  po  spożyciu  ciasta  z 
jagodami dziennikarz udał się do sklepu. Nabył tam dżinsy, sportową 
koszulę i buty oraz... czapkę z daszkiem. 

Bo taką właśnie czapkę miał na głowie każdy facet w Mooseville. 

Były to czapki bejsbolowe, marynarskie, myśliwskie, z reklamą piwa, 
traktorów, nawozów i paszy dla trzody. Qwilleran wybrał jaskrawo–

background image

Lilian Jackson Braun 

22 

pomarańczowe  nakrycie  głowy.  Miał  nadzieję,  że  okaże  się  ono 
doskonałym  strojem  maskującym.  W  sklepiku  można  było  kupić  i 
„Daily  Fluxion”,  i  konkurencyjny  „Morning  Rampage”,  a  także 
lokalne  gazety.  Zakupił  „Fluxion”  oraz  „Pickax  Picayune”  i  ruszył  w 
kierunku letniego domku. 

W drodze powrotnej zatrzymał się przy blokadzie drogowej. 
–  Proszę  jechać  dalej,  panie  Qwilleran  –  powiedział  uprzejmy 

policjant. – Czy zamierza pan pisać o restauracjach w Mooseville? 

– Nie, spędzam tu tylko wakacje. Co tu się stało, panie władzo? 
– To tylko standardowe manewry wojenne – zażartował policjant. 

– Musimy szlifować formę. Życzę miłych wakacji! 

Czerwcowe  dni  były  długie  w  mieście,  a  wydawały  się  jeszcze 

dłuższe  na  północy  kraju.  Qwilleran  czuł  się  znużony.  Ciągle 
spoglądał  na  zegarek  i  sprawdzał  położenie  słońca,  które  jakoś  nie 
miało  zamiaru  zachodzić.  Poszedł  przez  wydmy  w  kierunku  jeziora. 
Chciał  sprawdzić,  jak  wygląda  brzeg  i  jaka  jest  temperatura  wody. 
Zgodnie  z  zapowiedzią  Rikera  woda  okazała  się  lodowato  zimna. 
Jezioro  wydawało  się  zupełnie  spokojne.  Woda  cichutko  pluskała, 
omywając  brzegi.  Słychać  było  tylko  jeden  dźwięk:  bzyczenie 
komarów.  Zanim  Qwilleranowi  udało  się  pędem  wdrapać  na 
wzgórze, ścigała go już chmara skrzydlatych prześladowców. Owady 
szybko znalazły dziurę w siatce i przedostały się na werandę. 

Dziennikarz  wbiegł  do  domku,  zatrzaskując  za  sobą  drzwi,  i 

natychmiast zadzwonił do Pickax. 

– Dobry wieczór – odezwał się miły głos. 
– Francesco, chcę, żebyś wiedziała, że dojechaliśmy szczęśliwie – 

powiedział  szybko  w  nadziei,  że  zdoła  przekazać  informację,  zanim 
coś  odwróci  uwagę  ciotki.  –  Domek  jest  fantastyczny,  ale  mam 
pewien problem. Jastrząb wleciał na werandę i rozerwał siatkę. Jest 
w  niej  teraz  wielka  dziura.  Przegoniłem  ptaka,  jednak  nieźle 
zapaskudził meble i wykładzinę. 

Ciotka Fanny ze spokojem przyjęła te wieści. 
– Nie przejmuj się tym, kochanie – zamruczała słodkim głosem. – 

Tom  wpadnie  tam  jutro,  żeby  zreperować  siatkę,  i  posprząta  na 
werandzie. Nie ma żadnego problemu. Tom to prawdziwy skarb. Nie 
wiem, co bym bez niego zrobiła. Jak tam komary? Tom przywiezie ci 
spray na owady. Przyda ci się również na pająki i szerszenie. Daj mi 
znać,  czy  mrówki  wchodzą  do  domku.  Są  niesamowicie  zachłanne. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

23 

Tylko pamiętaj, kochanie, żeby nie zabić żadnej biedronki. Wiesz, że 
to  przynosi  pecha.  Czy  masz  ochotę  na  nowe  kasety?  Mam  parę 
wspaniałych nagrań jazzu z Chicago. Czy lubisz operę? Przykro mi, że 
nie masz telewizora, ale w lecie to strata czasu. Kiedy będziesz pisać 
swoją książkę, nie będzie brakować ci telewizji. 

Po zakończeniu konwersacji z panią prezes Qwilleran postanowił 

wypróbować  magnetofon.  Wcisnął  dwa  klawisze  i  usłyszał  dźwięki 
Koncertu  podwójnego  na  skrzypce  i  wiolonczelę.  Jakość 
odtwarzania  była  doskonała.  Chodził  kiedyś  z  dziewczyną,  która 
słuchała  wyłącznie  Brahmsa.  Dlatego  Qwilleran  na  zawsze 
zapamiętał stare dobre Opus 102

Słońce  skryło  się  wreszcie  w  wodach  jeziora,  zalewając  wodę  i 

niebo  kolorem  różowym  i  pomarańczowym.  Qwilleran  postanowił 
pójść  spać.  Koty  wydawały  się  dziwnie  spokojne.  Zwykle  tuż  przed 
zgaszeniem  światła  rzucały  się  do  zabawy.  Gdzie  się  podziały?  Nie 
siedziały  na  głowie  łosia.  Nie  skakały  po  drewnianych  belkach  pod 
sufitem.  Nie  zobaczył  ich  również  na  niebieskiej  poduszce,  którą 
umieścił  na  lodówce.  Nie  było  ich  także  na  obitych  białym  płótnem 
sofach ustawionych wokół kominka ani na łóżku w sypialni. 

Qwilleran  spróbował  je  przywołać.  Żadnej  odpowiedzi. Koty były 

zbyt  zajęte.  Obserwowały.  Przycupnęły  na  parapecie  w  południowej 
sypialni  i  wypatrywały  czegoś  w  ciemności.  Posiadłość  leżała  na 
zupełnym  odludziu.  Z  okien  widać  było  tylko  piaszczyste  wydmy, 
krzaki i drzewa iglaste. Kilka metrów od domku w piasku znajdowało 
się  zagłębienie  w  kształcie  prostokąta,  które  wyglądało  jak 
zapadnięty  grób.  Syjamskie  koty  zauważyły  to  miejsce  natychmiast. 
Zawsze szybko odkrywały niezwykłe rzeczy. 

–  Zeskakujcie  na  dół  –  powiedział  do  nich  Qwilleran.  –  Muszę 

zamknąć okno na noc. 

Wybrał  dla  siebie  sypialnię  po  stronie  północnej,  bo  jej  okna 

wychodziły  na  jezioro.  Ale  był  tak  zmęczony,  że  nie  mógł  zasnąć. 
Myślał  o  mogile.  Kto  został  tam  pochowany?  Czy  powinien 
powiedzieć  o  tym  ciotce  Fanny?  Czy  może  raczej  powinien  zacząć 
kopać?  Na  terenie  posiadłości  stała  szopa  na  narzędzia,  a  tam  na 
pewno znajdzie jakieś łopaty. 

Godzinami przewracał się z boku na bok. Wokół było tak ciemno! 

Nie  świeciły  latarnie  ani  neony,  nie  było  ludzkich  siedzib,  księżyca, 
żadnych  świateł  cywilizacji.  Tylko  całkowita  ciemność.  I  brak 

background image

Lilian Jackson Braun 

24 

jakiegokolwiek  dźwięku.  Nie  słychać  było  szelestu  drzew,  wycia 
wiatru,  szumu  fal  czy  odgłosu  samochodów  jadących  po  odległej 
szosie.  Panowała  zupełna  cisza.  Qwilleran  leżał  nieruchomo  i 
wsłuchiwał się w bicie własnego serca. 

A potem dotarło do niego jakieś nieregularne dudnienie. Usiadł i 

zaczął  wsłuchiwać  się  w  ten  odgłos.  Dudnienie  ustało.  Po  chwili 
usłyszał  głos  mężczyzny  i  śmiech  kobiety.  Wyjrzał  przez  okno  w 
ciemność  nocy  i  zobaczył  dwa  światełka  latarek  poruszające  się  u 
stóp  wydmy  i  zmierzające  na  zachód.  Położył  się  i  po  raz  kolejny 
usłyszał  przez  poduszkę  dudniący  odgłos.  Jakby  ktoś  chodził  po 
ubitym piasku. Kroki stopniowo cichły w oddali. 

Było  już  dobrze  po  północy.  Qwilleran  rozmyślał  o  podejrzanych 

osobach  spacerujących  po  plaży  i  o  dziwnym  grobowcu.  Nagle 
usłyszał trzaski dobiegające od strony lasu. Ktoś najwyraźniej wspiął 
się  po  drzewie  i  chodził  po  dachu.  Ciężkie  kroki  zbliżały  się  do 
komina. 

Qwilleran  wyskoczył  z  łóżka,  wykrzykując  przekleństwa,  których 

nauczył się w północnej Afryce. Wrzasnął na koty, które jak szalone 
biegały  po  całym  domu.  Wcisnął  klawisz  magnetofonu.  Rozległy  się 
znowu  dźwięki  muzyki  Brahmsa.  W  kuchni  zaczął  walić  w  garnki  i 
patelnie...  Usłyszał,  jak  intruz  w  pośpiechu  przebiega  przez  dach  i 
przedziera się przez zarośla. Wreszcie wszystko ucichło. 

Qwilleran  resztę  nocy  spędził  w  pozycji  siedzącej.  Czytał  aż  do 

wschodu  słońca.  Do  chwili,  gdy  o  brzasku  ptaki  rozpoczęły  swój 
pełen  ćwierkania,  świergotania,  szczebiotania  i  krakania  poranny 
koncert. 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

T

T

R

R

Z

Z

E

E

C

C

I

I

 

 

 

Mooseville, wtorek 

Drogi Archu, 
gdyby  przyszedł  do  mnie  jakiś  list,  wyglądający  na 

korespondencję  prywatną,  prześlij  mi  go,  proszę,  zwykłą  pocztą. 
Będę  Ci  bardzo  zobowiązany.  Przyjechaliśmy  wczoraj  i  czuję  się 
kompletnie  wykończony.  Koty  miauczały  przez  czterysta  mil, 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

25 

doprowadzając mnie do szaleństwa. A na dodatek, chociaż kupiłem 
samochód,  do  którego  udało  mi  się  dopasować  ich  pojemnik  z 
piaskiem,  podczas  jazdy  nie  użyły  swojej  toaletki  ani  razu! 
Poczekały,  aż  dojedziemy  na  miejsce.  Ach  te  syjamskie  koty!  Któż 
zdoła je zrozumieć? 

Jest  tu  pięknie,  ale  tej  nocy  nie  zmrużyłem  oka.  Jestem  ofiarą 

szoku kulturowego. 

Na  szczęście  w  Mooseville  można  dostać  lokalne  wydanie 

„Fluxion”.  Miejscowa  gazeta  –  „Pickax  Picayune”  –  to  zupełne 
badziewie. 

Qwill 

Qwilleran,  jadąc  na  śniadanie  do  Mooseville,  miał  podkrążone 

oczy, ale trzymał się jakoś dzięki podniecającej nowości otoczenia. Po 
drodze  musiał  zatrzymać  się  przy  kolejnej  blokadzie.  Tym  razem 
jakiś miły facet przebrany za łosia wręczył mu broszurę zatytułowaną 
Witamy  w  Mooseville  i  zachęcał  do  odwiedzenia  kiosku  informacji 
turystycznej przy Main Street. 

W  banku  Qwilleran  otworzył  sobie  rachunek  oszczędnościowy. 

Bale, z których zbudowany został budynek, okazały się tylko imitacją 
starego  drewna.  Natomiast  charakterystyczny  zapach  świeżych 
pieniędzy  był  bez  wątpienia  prawdziwy.  Kasjerka,  opalona 
blondynka,  miała  na  imię  Jennifer  i  zachowywała  się  w  sposób  tak 
przyjacielski, że aż trudno to było znieść. Powiedziała, że pogoda jest 
super.  Wyraziła  też  nadzieję,  że  dziennikarz  pójdzie  na  ryby  albo 
przejedzie się łódką. 

W  urzędzie  pocztowym  przywitała  go  młoda  kobieta  o  długich 

złocistych włosach i olśniewającym uśmiechu. 

–  Wspaniała  pogoda!  –  stwierdziła.  –  Mam  nadzieję,  że  się  nie 

zmieni.  Podobno  nadciąga  burza.  Czym  mogę  służyć?  Jestem  Lori, 
naczelnik urzędu pocztowego. 

– Nazywam się Jim Qwilleran – odpowiedział. – Będę mieszkał w 

domku  należącym  do  panny  Klingenschoen  przez  najbliższe  trzy 
miesiące. Moja poczta będzie tu przychodzić. 

–  Wiem  o  tym  –  odpowiedziała  urzędniczka.  –  Panna 

Klingenschoen  już  nas  o  tym  uprzedziła.  Pańska  poczta  może  być 
również dostarczana na wieś, jeśli założy pan skrzynkę. 

W tym momencie nozdrza Qwillerana zaatakował jakiś straszliwy 

smród. Z niczym równie obrzydliwym nigdy wcześniej się nie zetknął 

background image

Lilian Jackson Braun 

26 

i  był  naprawdę  zaskoczony.  Zdołał  tylko  wymamrotać:  „Nie, 
dziękuję”,  i  szybko  uciekł  z  budynku.  Wrażenie  było  tak  silne,  że 
poczuł  się  naprawdę  chory.  Pozostali  klienci  lizali  znaczki  albo 
otwierali  oznaczone  numerami  skrzynki  i  wychodzili  z  poczty  bez 
zbędnej  zwłoki,  ale  i  bez  nadmiernego  pośpiechu.  Qwilleran  stał  na 
chodniku,  łapiąc  świeże  powietrze.  Inni  odchodzili  bez  komentarzy 
czy  jakiejkolwiek  reakcji  na  to,  czego  doświadczyli  w  budynku.  Nie 
mógł  sobie  wyobrazić  żadnej  sensownej  przyczyny  tajemniczego 
zjawiska. Musiał przyznać, że w tym północnym zakątku kraju działo 
się wiele trudnych do wyjaśnienia rzeczy. 

Na przykład: gdziekolwiek szedł, miał wrażenie, że prześladuje go 

widok błękitnej furgonetki. Właśnie taki samochód stał zaparkowany 
przed pocztą. Bagażnik miał pusty, jeśli nie liczyć znajdującego się w 
nim  złożonego  brezentu.  Podobny  samochód  stał  przed  bankiem  i 
służył  do  przewozu  łopat  i  taczek.  Spotkany  na  szosie  kierowca 
błękitnej  furgonetki  zatrąbił  i  pomachał  mu  ręką.  Samochód,  który 
jechał za nim Pickax Road poprzedniego wieczoru, też był niebieski. 

Nasunąwszy głębiej na oczy daszek swojej pomarańczowej czapki, 

udał  się  w  kierunku  drewnianego  domku  ozdobionego  niedawno 
wymalowanym napisem: „Centrum Informacji. 

Agencja  Rozwoju  Turystów”.  W  środku budynku  poczuł  wyraźny 

zapach świeżego drewna. 

Za  biurkiem  pokrytym  stertami  broszur  siedział  blady 

młodzieniec  z  bardzo  ciemną  brodą  i  szopą  czarnych  włosów  na 
głowie.  Qwilleran  zdał  sobie  sprawę,  że  kiedyś  równie  czarne  były 
jego siwiejące dziś włosy. I szpakowate wąsy. 

– Czy to tutaj turysta może się rozwinąć? – zapytał Qwilleran. 
Młody człowiek przepraszająco wzruszył ramionami. 
–  Mówiłem  im,  że  powinno  być  „rozwoju  turystyki”,  a  nie 

„turystów”.  Ale  czy  ktoś  taki  jak  ja  może  zwracać  uwagę  członkom 
izby  handlowej?  Jestem  przecież  tylko  nauczycielem  historii,  który 
usiłuje  dorobić  do  pensji  w  czasie  wakacji.  Wspaniała  pogoda, 
prawda?  Czym  mogę  panu  służyć?  Jestem  Roger.  Pan  nie  musi  się 
przedstawiać. Czytam gazety. 

– „Daily Fluxion” wydaje się cieszyć tu powodzeniem – powiedział 

Qwilleran.  –  Wczoraj  w sklepiku  egzemplarze  mojej  gazety  były  już 
prawie  całkowicie  wyprzedane,  a  na  ladzie  ciągle  leżał  spory  stos 
„Morning Rampage”. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

27 

– To prawda – stwierdził Roger. – Bojkotujemy tę gazetę. W ich 

dziale  turystycznym  pojawił  się  artykuł  na  temat  naszego  miasta. 
Nazwali nas „Komarowo”. 

–  Musi  pan  przyznać,  że  komarów  tu  nie  brak.  I  to  całkiem 

sporych. 

Roger  wyglądał,  jakby  czuł  się  winny.  Rozejrzał  się  wokoło  i 

powiedział cicho: 

–  Myśli  pan,  że  komary  są  okropne,  ale  to  nic  w  porównaniu  z 

muszkami.  To  oczywiście  wiadomość  ściśle  poufna,  nie  do 
nagrywania. Nie rozmawiamy o muszkach. To nie sprzyja rozwojowi 
turystyki. Czy przyjechał pan, żeby opisać nasze restauracje? 

–  Nie,  spędzam  tu  tylko  wakacje.  Będę  tu  mieszkał  przez  trzy 

miesiące. Czy jest w miasteczku zakład fryzjerski? 

– „Nożyce Boba” w Galerii Cannery. „Zakład dla  pań  i panów” – 

Roger 

wręczył 

Qwilleranowi 

kolejny 

egzemplarz  broszurki 

reklamującej Mooseville. – Łowi pan ryby? 

– Jest wiele rzeczy, które bardziej mnie interesują. 
– Łowienie ryb na rozszalałym jeziorze to wspaniała przygoda. Na 

pewno  się  panu  spodoba.  Może  pan  wynająć  łódkę  przy  miejskim 
molo  i  wypłynąć  na  cały  dzień  albo  na  kilka  godzin.  Dadzą  panu 
sprzęt,  pokażą,  gdzie  ryby  najlepiej  biorą,  nawet  powiedzą,  jak 
trzymać wędkę. Dostanie pan gwarancję złowienia paru sporych ryb. 

– Są tu jeszcze jakieś inne atrakcje? 
–  Jeszcze  muzeum.  Dużo  miejsca  poświęcono  tam  dziejom 

katastrof  morskich.  Jest  też  wspaniały  ogród  kwiatowy  przy 
stanowym  więzieniu,  a  więzienny  sklepik  oferuje  niezłe  wyroby  ze 
skóry.  Można  też  obejrzeć  niedźwiedzie  żerujące  na  miejskim 
wysypisku śmieci i poszukać agatów na plaży. 

Qwilleran przeglądał przez chwilę folder. 
– A co to za historyczny cmentarz? 
–  To  nic  ważnego  –  stwierdził  Roger.  –  Chodzi  o 

dziewiętnastowieczne  miejsce  pochówku.  Nikt  z  niego  nie  korzysta 
od  pięćdziesięciu  lat.  Dziś  cmentarz  jest  zdewastowany.  Na  pana 
miejscu pojechałbym na ryby. 

– A co to za paszteciki, które tu wszyscy reklamują? 
–  To  rodzaj  ciasta  nadziewanego  mięsem,  ziemniakami  i  rzepą. 

Tutejsza tradycyjna potrawa. Kiedyś górnicy zabierali takie ciasto do 
pracy, by je zjeść na lunch. 

background image

Lilian Jackson Braun 

28 

– Jest tu jakieś dobre miejsce, żeby spróbować tego specjału? 
– W czapce czy bez czapki? 
– Słucham? 
– Chodzi o to, że mamy tutaj lepsze restauracje, jak ta w hotelu. I 

takie  knajpki  do  codziennego  użytku,  gdzie  ludzie  jedzą,  nie 
zdejmując  czapki  z  głowy.  Jeśli  chodzi o  takie  miejsce  „bez  czapki”, 
to  mógłby  pan  pójść  do  małego  bistro  w  Cannery  Mall.  Nazywa  się 
„Nasty  Pasty”.  Można  tam  zjeść  paszteciki,  za  którymi  turyści 
przepadają. 

Qwilleran  stwierdził,  że  woli  lokal  z  prawdziwie  „tutejszą” 

atmosferą. 

–  W  porządku.  W  takim  razie  musi  pan  jechać  wzdłuż  wybrzeża 

na  zachód  mniej  więcej  jedną  milę.  Zobaczy  pan  neon  z  napisem 
„BA”.  Litera  „R”  odpadła  jakieś  trzy  lata  temu.  To  spelunka,  ale 
słynie ze znakomitych pasztetów. Jest to lokal typu „w kapeluszach”. 

–  Mam  jeszcze  jedno  pytanie  –  powiedział  Qwilleran,  niepewnie 

gładząc  wąsy,  co  robił  zwykle  wtedy,  gdy  coś  go  martwiło.  –  Jak  to 
możliwe, że jest w tych stronach tak dużo niebieskich furgonetek? 

–  Nie  mam  pojęcia.  Nigdy  nie  zwróciłem  na  to  uwagi  –  Roger 

podniósł  się  ze  swego  miejsca  i  podszedł  do  okna  wychodzącego  na 
parking  tawerny  „Pod  Wrakiem”.  –  Ma  pan  rację.  Są  tu  dwie 
niebieskie  furgonetki...  Ale  jest  też  jedna  czerwona,  jedna 
brudnozielona i jedna żółtawa. 

– A tam znowu niebieska – upierał się Qwilleran. 
Właśnie  nadjechał  samochód  z  łopatami  w  bagażniku.  Niski, 

żwawy  mężczyzna,  który  zeskoczył  z  siedzenia  kierowcy,  ubrany  był 
w  kombinezon  i  czapkę  z  daszkiem.  Jego  twarz  zakrywały  siwe 
bokobrody, których najwyraźniej nie przycinał. 

–  To  Stary  Sam,  grabarz.  Prawda,  że  jest  w  niezłej  formie?  Ma 

ponad osiemdziesiąt lat i codziennie, prócz niedziel, wypija pół litra 
whisky. 

– Czy to znaczy, że ciągle kopie się tu groby ręcznie? 
–  To  prawda.  Sam  kopie  tu  groby  i  inne  rzeczy  przez  całe  swoje 

życie. Praca sprawia, że ciągle czuje się młody... Proszę popatrzeć na 
niebo. Zbiera się na burzę. 

–  Dziękuję  za  informacje  –  powiedział  Qwilleran.  –  Chyba  już 

pojadę, żeby spróbować tych pasztecików. – Zerknął na przegub ręki. 
– Która to godzina? Zostawiłem zegarek w domku letniskowym. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

29 

–  To  zupełnie  normalne.  Kiedy  ludzie  tu  przyjeżdżają,  to  po 

pierwsze  przestają  nosić  zegarek.  Potem  przestają  się  golić.  I 
wreszcie zaczynają jadać w czapce na głowie. 

Qwilleran ruszył na zachód i jechał aż do chwili, gdy ujrzał neon, 

który  bezskutecznie  starał  się  świecić  jaśniej  niż  promienie  słońca: 
BA..., BA..., BA... Parking wypełniały furgonetki i półciężarówki. Ale 
nie  było  niebieskich.  „Dlaczego  prześladuje  mnie  myśl  o  niebieskiej 
furgonetce?” – zadał sobie pytanie. Odpowiedzią było nieprzyjemne 
swędzenie na górnej wardze. 

Restauracja  mieściła  się  w  jednopiętrowym  budynku,  któremu 

wyraźnie  przydałby  się  remont  i  naprawa  dachu.  Z  wentylatorów 
dolatywał odór smażonych ryb i hamburgerów. W środku aż roiło się 
od  ludzi.  Pomieszczenie  tak  zasnuwał  dym  z  papierosów,  że  ledwie 
było widać czerwone, zielone, niebieskie i żółte czapki. Sączące się z 
radia  dźwięki  muzyki  country  nie  mogły  przebić  się  przez  hałas 
głośnych rozmów i śmiechów. 

Qwilleran usiadł na stołku przy barze blisko gościa, który miał na 

rękawie znaczek urzędu szeryfa, a na głowie policyjną czapkę. 

Kucharz wyszedł z kuchni i powiedział do policjanta: 
– Ma być duży? 
Mężczyzna w czapce policyjnej skinął głową. 
– Znowu była blokada w nocy? Dwa skinięcia czapki policyjnej. 
– Coś znaleźliście? 
Mężczyzna energicznie pokręcił głową. 
– Wiadomo, gdzie dranie chodzą. 
Kolejne skinięcie. 
– Ale brak dowodów. 
Czapka policyjna potwierdziła. 
Kelnerka  stanęła  przy  Qwilleranie,  bez  słowa  czekając  na 

zamówienie. 

– Proszę parę pasztecików. 
– Na wynos? 
– Nie, chciałbym zjeść na miejscu. 
Do  Qwillerana  dotarło,  że  zamiast  odpowiedzieć,  tylko  skinął 

głową. 

–  Czy  chce  pan,  żebym  jeden  podała  później?  Żeby  nie  wystygł, 

zanim pan zje? 

– Nie, dziękuję. Nie ma potrzeby. 

background image

Lilian Jackson Braun 

30 

Rozmowy  przy  stołach  kręciły  się  wyłącznie  wokół  połowu  ryb  i 

różnych przewidywań na temat nadchodzącego sztormu. Omawiano 
fale  na  jeziorze,  kolor  nieba,  zachowanie  mew,  wygląd  chmur,  siłę 
wiatru.  Wszystkie  te  czynniki  razem  dawały  doświadczonym 
rybakom  pewność,  że  nadchodzi  burza,  chociaż  przewidywania 
miejscowej stacji radiowej były inne. 

Okazało się, że „paszteciki” zamówione przez Qwillerana zajmują 

dwa  wielkie  owalne  półmiski.  Każde  z  pokrytych  chrupką  skórką 
ciast  miało  grubość  prawie  dziesięciu  centymetrów  i  trzydzieści 
centymetrów  średnicy.  Zastanowił  się  poważnie  nad  ucztą,  która  go 
czekała, i powiedział: 

– Poproszę widelec. 
– Zaraz przyniosę – obiecała kelnerka i zniknęła w kuchni. 
Roger  miał  rację.  Nadzienie  ciasta  składało  się  z  mięsa, 

ziemniaków  i  wielkiej  obfitości  rzepy,  która  zdaniem  Qwillerana 
wraz  z  pasternakiem  znajdowała  się  na  szarym  końcu  listy  potraw 
jadalnych.  Wolno  przeżuwał  pierwszy  pasztet,  popijając  każdy  kęs 
całymi  haustami  słabej  kawy.  W  końcu  poprosił  o  zapakowanie 
pozostałej części swojego zamówienia. W ponurym nastroju zapłacił 
za  posiłek.  Resztę  otrzymał  w  banknotach  jednodolarowych 
przesiąkniętych zapachem tytoniu. 

Kasjerka,  gruba  kobieta  w  obcisłych  spodniach  i  podkoszulku 

reklamującym  Mooseville,  spojrzała  złośliwie  na  pomarańczową 
czapkę dziennikarza i stwierdziła: 

– Wybierasz się na bal przebierańców? 
Zerkając  na  jej  wydatne  kształty,  obmyślał  ciętą  ripostę,  ale  w 

ostatniej chwili ugryzł się w język. 

Wrócił  do  domu  z  zawiniętym  w  miękki  przetłuszczony  papier 

pakunkiem  zawierającym  półtora  pasztetu.  Na  miejscu  czekały  go 
niespodzianki.  Uszkodzona  siatka  w  drzwiach  werandy  została 
naprawiona,  a  powalane  przez  jastrzębia  meble  wyczyszczone.  W 
kuchni znalazł pojemnik z płynem owadobójczym. Nowe kasety ktoś 
ułożył na szafce przy zestawie stereo. Ale nie było zegarka. Doskonale 
pamiętał,  że  położył  go  na  półce  w  łazience,  zanim  zaczął  się  golić. 
Zegarek  zniknął.  Był  to  kosztowny  chronometr,  który  otrzymał  w 
darze  od  Stowarzyszenia  Antykwariuszy  w  czasie  obiadu  wydanego 
na swoją cześć. 

Był  zdenerwowany.  W  głowie  miał  zamęt.  Czuł,  że  musi  usiąść, 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

31 

żeby  to  wszystko  przemyśleć.  Koko  ocierał  się  o  jego  kostki,  a  Yum 
Yum  wskoczyła  mu  na  kolana.  Głaskał  ją  w  roztargnieniu, 
porządkując wydarzenia ostatniej doby. 

Najpierw  ten  zapadnięty  grób.  To  miejsce  dalej  zdawało  się 

hipnotyzować koty, które niezmiennie powracały do swojego punktu 
obserwacyjnego na oknie w pokoju gościnnym. Następną rzeczą były 
kroki na dachu. Intruz zmierzał w kierunku komina, kiedy spłoszyły 
go  światło  i  hałas.  A  ten  dzisiejszy  paskudny  zapach  na  poczcie?  I 
dlaczego  Roger  zniechęcił  go  do  wycieczki  na  stary  cmentarz? 
Przecież broszurka wydana przez izbę handlową zalecała, by miejsce 
to  odwiedzili  miłośnicy  historii,  amatorzy  fotografii  i  artyści 
zainteresowani 

dokumentowaniem 

dziewiętnastowiecznych 

nagrobków. 

A  teraz  jeszcze  ktoś  ukradł  mu  zegarek.  Miał  co  prawda  inny, 

którego mógłby używać, ale ten, który zginął, był złoty i łączyły się z 
nim  miłe  wspomnienia.  Czyżby  zaufany  pracownik  ciotki  Fanny 
dopuścił się kradzieży tak łatwej do udowodnienia? A może był z nim 
jakiś pomocnik o zbyt lepkich palcach? Mógłby na to wskazywać fakt, 
że sporo prac zostało w domu wykonanych w bardzo krótkim czasie. 

Rozmyślania  Qwillerana  przerwał  odgłos  powoli  zbliżającego  się 

do podjazdu samochodu i zgrzyt opon na żwirze. Tak brzmiał silnik 
drogiej limuzyny. 

Koty  wyglądały  na  zaniepokojone.  Koko  udał  się  na  południową 

werandę,  żeby  sprawdzić,  kim  jest  nowo  przybyły.  Yum  Yum 
schowała  się  pod  jedną  z  kanap.  Mężczyzna,  który  wysiadł  z 
samochodu, wyglądał dziwnie na tle dzikiego północnego krajobrazu. 
Ubrany  był  w  oficjalny,  prawdopodobnie  uszyty  na  miarę  garnitur, 
białą  koszulę  i  odpowiednio  dobrany  krawat  w  paski.  Unosił  się 
wokół  niego  zapach  tradycyjnej  wody  kolońskiej.  Na  jego  długiej, 
szczupłej twarzy malował się ponury wyraz. 

– Przypuszczam, że jest pan siostrzeńcem panny Klingenschoen – 

powiedział, gdy Qwilleran go prowadził. – Ja jestem jej adwokatem... 

–  Czy  stało  się  coś  złego?  –  przerwał  mu  szybko  dziennikarz, 

zaniepokojony grobowym tonem głosu. 

–  Nie,  nie.  Miałem  w  sąsiedztwie  sprawę  do  załatwienia  i 

wstąpiłem po drodze, żeby się przedstawić. Nazywam  się Alexander 
Goodwinter. 

– Proszę wchodzić. Nazywam się Qwilleran. Jim Qwilleran. 

background image

Lilian Jackson Braun 

32 

– Wiem doskonale. Pana nazwisko pisze się przez „w” – stwierdził 

prawnik.  –  Czytuję  „Daily  Fluxion”.  Wszyscy  czytamy  tę  gazetę. 
Głównie  dlatego,  że  chcemy  utwierdzić  się  w  przekonaniu,  jak 
szczęśliwi jesteśmy, żyjąc w odległości czterystu mil od miasta. Kiedy 
mówimy  o  metropolii,  używamy  określenia  „Niziny”  i  nie  mamy  na 
myśli wyłącznie położenia geograficznego. 

Wyglądało  na  to,  że  czuje  się  absolutnie  swobodnie  w  domku 

letniskowym.  Usiadł  na  sofie  zaanektowanej  przez  Yum  Yum  i 
skrzyżował wygodnie nogi. 

– Burza wydaje się nieunikniona. A sztormy bywają tu naprawdę 

gwałtowne. 

Dziennikarz  już  zdążył  się  zorientować,  że  tu  na  północy  do 

dobrego tonu należy rozpoczynanie każdej rozmowy od komentarzy 
na temat pogody. 

–  Tak,  wygląd jeziora  i podmuchy wiatru  nie  pozostawiają  co  do 

tego żadnych wątpliwości – wydeklamował z zapałem. 

A  kiedy  prawnik  spojrzał  na  niego  nieufnie,  Qwilleran  szybko 

dodał: 

– Zaproponowałbym panu drinka, ale nie zdążyłem jeszcze zrobić 

zakupów. Jestem tu dopiero od wczoraj. 

–  Wiem  o  tym  od  Fanny.  Cieszymy  się,  że  przyjechał  do  nas  jej 

krewniak.  Fanny  jest  bardzo  samotna  –  ostatnia  z  rodziny 
Klingenschoen. 

–  Tak  naprawdę...  nie  jesteśmy  spokrewnieni  –  powiedział 

Qwilleran  po  chwili  wahania,  które  spowodowane  było  brakiem 
skupienia.  Zobaczył  bowiem  nosek  Yum  Yum  wyłaniający  się  spod 
pokrycia  sofy  w  pobliżu  stopy  adwokata.  –  Fanny  przyjaźniła  się  z 
moją  matką  i  dlatego  pozwolono  mi  nazywać  ją  „ciotką  Fanny”. 
Teraz udaje, że tego nie pamięta. 

–  Fanny  to  jej prawdziwe  imię  – stwierdził  Goodwinter.  –  Miała 

na  imię  Fanny,  kiedy  wyjechała  z  Pickax  na  studia  do  Vassar  czy 
Wellesley,  czy  gdziekolwiek  to  było.  A  okazało  się,  że  to  Francesca. 
Teraz,  kiedy  tu  powróciła  po  czterdziestu  latach  –  zachichotał.  – 
Uważam,  że  imię  „Francesca”  stanowi  uroczy  dysonans  w 
zestawieniu  z  nazwiskiem  Klingenschoen.  Nasza  firma  roztaczała 
opiekę prawną nad jej rodziną przez trzy pokolenia. Teraz jedynymi 
partnerami  w  firmie  jesteśmy  ja  i  moja  siostra.  Dlatego  Fanny 
powierzyła  Penelope  prowadzenie  swoich  spraw  podatkowych, 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

33 

prawnych  i  związanych  z  transakcjami  dotyczącymi  nieruchomości. 
Namawialiśmy Fanny, żeby sprzedała to miejsce. Musi pan wiedzieć, 
że każdy, kto posiada nieruchomość na wybrzeżu, ma kopalnię złota. 
Fanny  powinna  zrezygnować  z  części  swoich  nieruchomości,  żeby 
możliwie  szybko  załatwić  swoje  sprawy  na  przyszłość.  W  końcu  ma 
prawie  dziewięćdziesiąt  lat.  Pewnie  będzie  się  pan  z  nią  widywał  w 
ciągu lata? 

–  Oczywiście.  Obiecała  przyjechać  do  mnie  na  lunch,  a  ja  mam 

zaproszenie,  bez  określonego  terminu,  do  Pickax  na  kolację  ze 
stekami. 

–  Ach tak. Wszyscy tu doskonale  znamy  kolacje urządzane przez 

Fanny – powiedział Goodwinter, żartobliwie się krzywiąc. – Obiecuje 
steki,  a  kiedy  przychodzi  co  do  czego,  podaje  jajecznicę.  Wszyscy 
jednak  wybaczają  jej  te  drobne  dziwactwa,  ponieważ...  niezwykle 
energicznie pracuje na rzecz naszej społeczności. To właśnie Fanny, 
uciekając się prawie do szantażu, wymusiła na władzach miasteczka 
założenie  nowej  instalacji  kanalizacyjnej,  reperacje  chodników  oraz 
rozwiązanie  problemów  z  parkowaniem.  To  naprawdę  bardzo... 
stanowcza kobieta. 

Teraz  widać  było  już  cały  łepek  Yum  Yum,  a  jedna  jej  łapka 

właśnie zaczęła się wyłaniać z ukrycia. Adwokat mówił dalej: 

– Moja siostra i ja mamy nadzieję, że zechce pan wkrótce zjeść coś 

z  nami.  Siostra  z  wielkim  nabożeństwem  czytuje  pańskie  felietony  i 
cytuje pana niczym Szekspira. 

– Bardzo dziękuję za zaproszenie, ale nie wiem jeszcze, na ile będę 

udzielał  się  towarzysko  tego  lata.  Trochę  jestem  zajęty  pisaniem  – 
powiedział, wskazując na stół uginający się pod ciężarem maszyny do 
pisania,  książek,  papieru,  piór  i  ołówków.  W  tym  momencie 
zauważył, że Yum Yum wyciąga powoli i ostrożnie łapkę w kierunku 
sznurowadła adwokata. 

– Muszę przyklasnąć pana zamiarom – stwierdził Goodwinter. – 

Muzom  trzeba  służyć,  ale  proszę  nie  zapominać,  że  drzwi  naszego 
domostwa stoją dla pana zawsze otworem. 

Po czym lekko odchrząknął i dodał: 
– Czy uważa pan, że... hm... Fanny dobrze wyglądała, kiedy ją pan 

odwiedził? 

–  Wyglądała  fantastycznie.  Wydawała  się  pełna  energii  i  wigoru. 

Szczególnie  jak  na  kobietę  w  tym  wieku.  Zauważyłem  tylko  jeden 

background image

Lilian Jackson Braun 

34 

problem: trudno zwrócić na siebie jej uwagę. 

–  Według  jej  lekarza  słuch  ma  doskonały.  Ale  przez  większość 

czasu przebywa, by tak rzec, we własnym świecie. 

Adwokat znowu zakaszlał. 
–  Mówię  o  tym  w  zaufaniu,  ale  chciałbym  być  z  panem  zupełnie 

szczery. Zastanawialiśmy się, czy Fanny... hm... troszkę nie popija. 

–  Niektórzy  lekarze  wręcz  zalecają,  by  starsze  osoby  codziennie 

wypijały mały kieliszeczek. 

–  No  cóż,  być  może.  Ale  tu  sytuacja  wygląda  inaczej.  Właściciel 

sklepu  poinformował  mnie,  że  Fanny  kupuje  ostatnio  spore  ilości 
alkoholu. Mówiono mi, że zwykle butelka dobrego sherry wystarczała 
jej  na  dwa  miesiące.  Jednak  człowiek,  który  robi  dla  niej  zakupy, 
nabywa mocne alkohole dwa lub trzy razy w tygodniu. 

– Może sam te alkohole wypija – powiedział Qwilleran. 
–  To  raczej  nie  wchodzi  w  rachubę.  Obserwowaliśmy  Toma 

bardzo uważnie od chwili, gdy przyjechał do Pickax, żeby pracować u 
Fanny.  Opinie  na  jego  temat  są  pozytywne.  To  prosty  człowiek,  ale 
można  na  nim  polegać.  Złota  rączka  i  dobry  kierowca.  Tutejsi 
właściciele barów zapewniają, że Tom nigdy nie pije więcej niż jedno 
czy dwa piwa. 

– Jakie alkohole kupuje Tom? 
– Wódkę, gin, szkocką. Żadnej określonej marki. I tylko pół litra 

za  każdym  razem.  Powinien  pan  o  tych  poufnych  informacjach 
pamiętać,  kiedy  spotkacie  się  z  Fanny.  Uważamy  ją  za  osobę 
niezwykle ważną dla naszej społeczności i dlatego czujemy się za nią 
odpowiedzialni.  Nawiasem  mówiąc,  jeżeli  poprosi  pana  o  radę, 
mógłby pan zasugerować jej, by sprzedała ten wielki dom w Pickax i 
przeprowadziła  się  do  jakiegoś  mniejszego  mieszkania.  Ostatnio 
miała  kilka  momentów  słabości,  jak  to  określa.  Rozumie  więc  pan, 
dlaczego niepokoimy się losem tej szlachetnej damy. Nie chcemy po 
prostu dopuścić, by przydarzyło jej się coś złego. 

Wreszcie  adwokat  pożegnał  się  i  po  zawiązaniu  sznurowadła 

odjechał.  Koty  zaczęły  spoglądać  na  Qwillerana  głodnym  wzrokiem. 
Dziennikarz  wydłubał  nadzienie  z  połowy  pasztetu  i  rozgniótł  je  na 
szarą papkę. Całość lekko podgrzał i rozłożył na czymś, co wyglądało 
na ręcznie wykonane naczynie. Syjamskie koty powoli zbliżyły się do 
talerza, sceptycznie obwąchując jego zawartość. Krążyły wokół, jakby 
starały  się  zrozumieć,  co  to  takiego.  W  końcu,  pełne  pogardy, 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

35 

wyrzuciły  jedzenie  z  naczynia.  Patrzyły  na  Qwillerana  z  niemym 
wyrzutem, potrząsając z odrazą przednimi łapkami. 

–  To  tyle,  jeśli  chodzi  o  pasztety  –  stwierdził,  otwierając  puszkę 

łososia. 

Poczuł wieczorny chłód i spróbował rozpalić ogień. Znalazł gałązki 

i  stare  gazety  w  miedzianym  wiaderku  na  węgiel.  Pocięte  polana 
leżały  w  drewnianym  koszu,  a  długie  zapałki  w  mosiężnym 
pojemniku.  Papier był  jednak  wilgotny,  a  zapałki  tylko przez chwilę 
słabo  się  żarzyły,  zanim  zgasły.  Próbował  trzy  razy  i  wreszcie  się 
poddał. 

Po wykańczającej podróży z Nizin i dwóch bezsennych nocach był 

wykończony.  Czuł  się  zdezorientowany.  Nie  wiedzieć  czemu,  musiał 
chodzić po piasku wydm, a nie po betonowych chodnikach, a wokół 
działy się rzeczy, których nie rozumiał. 

Podszedł  do  rzędu  okien  z  widokiem  na  jezioro.  Przed  nim 

rozciągały  się  setki  mil  wody.  Kanada  leżała  po  drugiej  stronie 
jeziora.  Woda  mieniła  się  różnymi  barwami:  od  srebrzystej,  przez 
turkusową,  do  intensywnie  błękitnej.  Rosemary  na  pewno 
zachwyciłaby się tym widokiem. Kiedy usiłował spojrzeć na otoczenie 
jej  oczami,  z  wierzchołków  najwyższych  sosen  doszedł  go  jakiś 
niezwykły  dźwięk.  Nie  było  wiatru.  Tylko  ten  cichy,  przenikliwy 
szum.  W  tej  samej  chwili  koty,  które  powinny  być  senne  po 
łososiowej  uczcie,  zaczęły  biegać  jak  szalone.  Yum  Yum,  bez  żadnej 
widocznej  przyczyny,  rozdzierająco  miauczała,  a  Koko  wojowniczo 
uderzał głową w nogi stołów i krzeseł. 

Minęło  zaledwie  kilka  minut,  a  jezioro  zmieniło  barwę  na 

stalowoszarą,  upstrzoną  białymi  grzywami  fal.  Potem,  bez 
jakiegokolwiek  ostrzeżenia,  zerwał  się  wicher.  Na  grzbietach  fal 
rozbryzgiwała się piana. Wysokie  sosny  kołysały  się  od podmuchów 
wiatru.  Klony  i  brzozy  gięły  się  niczym  źdźbła  traw  na  wydmach. 
Nagle deszcz zaczął bębnić o szyby z takim hałasem, jakby strzelano z 
karabinu  maszynowego.  Słychać  było  wycie  wichury.  Spienione  fale 
uderzały o brzeg. Wiatr łamał konary drzew i zrzucał je na ziemię. 

Po raz pierwszy od chwili przyjazdu Qwilleran poczuł prawdziwe 

ukojenie.  Odpoczywał.  Spokój  i  cisza  były  aż  trudne  do  zniesienia. 
Przyzwyczaił  się,  że  wokół  panują  zamęt  i  wrzawa.  Tej  nocy  będzie 
naprawdę dobrze spał. 

Poczuł  nagłą  chęć,  by  napisać  do  Rosemary.  Wsunął  kartkę  do 

background image

Lilian Jackson Braun 

36 

maszyny  i  natychmiast  ją  wyciągnął.  Chyba  ładniej  będzie,  jeśli 
napisze złotym piórem, które od niej dostał z okazji urodzin. 

Zaczął  szperać  pośród  rupieci  leżących  na  biurku.  Znalazł  tam 

żółte  ołówki,  czarne  grube  ołówki  redakcyjne,  tanie  długopisy  i 
wielkie stare czerwone pióro wieczne, które niegdyś należało do jego 
matki. Eleganckie złote pióro od Rosemary znikło. 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

C

C

Z

Z

W

W

A

A

R

R

T

T

Y

Y

 

 

 
Qwilleran  spał  doskonale  ukołysany  dzikim  szaleństwem  burzy. 

Tuż  po  brzasku  obudziły  go  pierwsze  akordy  podwójnego  koncertu 
Brahmsa.  Kaseta  tkwiła  w  magnetofonie,  a  Koko  siedział  obok  i 
wyglądał na bardzo z siebie zadowolonego. Widocznie położył łapkę 
na  przycisku,  który  uruchamiał  zasilanie  i  włączał  małe  czerwone 
światełko. A potem wcisnął klawisz „play”. 

Burza się skończyła, chociaż krople wody ciągle jeszcze, spadając z 

gałęzi  drzew,  bębniły  o  dach.  Wiatr  ucichł,  a  powierzchnia  jeziora 
wygładziła  się  i  wyglądała  teraz  jak  srebrna  tafla.  Wszystko  wokół 
pięknie  pachniało  wilgotnym  lasem  po  burzy.  Ptaki  radośnie 
świergotały. 

Qwilleran jeszcze nie wygrzebał się na dobre z łóżka, a jego myśli 

już  powędrowały  w  kierunku  ukradzionych  przedmiotów  –  pióra  i 
zegarka.  Czy  powinien  powiedzieć  o  kradzieży  ciotce  Fanny?  Czy 
powinien oskarżyć Toma? W tym dziwnym nowym otoczeniu decyzja 
wydawała  mu  się  trudna  niczym  jakieś  zagadnienie  z  dziedziny 
polityki zagranicznej. Działanie wymagało rozwagi i pewnej finezji. 

Koko  pierwszy  usłyszał,  że  zbliża  się  jakiś  pojazd.  Czujnie 

nadstawił  uszu  i  napiął  grzbiet.  Potem  Qwilleran  usłyszał  szum 
silnika z trudem gramolącego się pod górę samochodu. W pośpiechu 
zarzucił  na  siebie  ubranie.  Tymczasem  Koko  podbiegł  do  drzwi  i 
żądał,  by  wypuścić  go  na  werandę  –  miejsce,  gdzie  oficjalnie 
kontrolował  przybywających  w  odwiedziny  gości.  Wąsy  Qwillerana 
zadrgały,  przekazując  mu  informację,  że  zbliża  się  niebieska 
furgonetka.  Wiadomość  okazała  się  prawdziwa.  Krępy  starszy 
mężczyzna wyjmował łopatę z bagażnika. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

37 

–  Hej,  co  pan  tu  robi?  –  zapytał  dziennikarz,  rozpoznając 

grabarza z parkingu przy tawernie „Pod Wrakiem”. 

–  Kopać  tu,  panie  –  powiedział  Stary  Sam,  zbliżając  się  do 

grobowca od wschodniej strony domku. 

– Po co? – rzucił Qwilleran, zatrzaskując drzwi werandy i biegnąc 

za nim. 

– Wielki George będzie, zaraz. 
– Kto ci kazał tu przyjechać? 
– Wielki George – Stary Sam kopał jak szalony. – Piasek ciężki po 

burzy. 

Qwilleran zaczął się jąkać, próbując znaleźć właściwe słowa: 
– Co... kto... ? Nie możesz tu kopać bez pozwolenia. 
– Spytaj Wielkiego George'a. On kierownik. 
Piasek  wyfruwał  z  płytkiego  zagłębienia,  a  dół  coraz  bardziej 

przypominał prostokąt. Wkrótce szpadel uderzył w betonową płytę. 

– Tu cię mam. 
Jeszcze  parę  ruchów  łopaty  i  Stary  Sam  wyskoczył  z  zagłębienia, 

dokładnie w momencie, gdy wielka brudna cysterna ciężko wjechała 
na polanę służącą za parking. 

Qwilleran ruszył energicznie w stronę ciężarówki, by stawić czoło 

kierowcy. 

– Ty jesteś Wielki George? 
– Nie. Jestem Dave – stwierdził spokojnie mężczyzna, rozwijając 

wielki  gumowy  wąż.  –  Wielki  George  to  ciężarówka.  Pani  z  Pickax 
zadzwoniła do nas wczoraj wieczorem. Kazała nam tu przyjechać we 
dwójkę. Teraz pana zamurowało, nie? 

– Słucham? 
– Kiedy ona dzwoni, zrywamy się na równe nogi. Nie ma żartów z 

tą kobietą. Chyba trzeba było to wypompować zeszłego lata. 

– Co wypompować? 
–  Opróżnić  szambo.  Dziś  rano  musieliśmy  wyciągnąć  z  łóżka 

Starego Sama, chociaż był na kacu. On kopie, a my pompujemy. Nie 
ma  tu  dość  miejsca  na  koparkę.  Za  dużo  drzew.  Pan  tu  nowy?  Sam 
przyjedzie  i  zrobi,  co  do  niego  należy.  Żeby  było  łatwiej  następnym 
razem. Jeśli pan będzie chciał. Wtedy on wyrówna. 

Stary Sam odjechał, ale na polanie pojawiła się czarna furgonetka. 

Kierowcą  był  szczupły  młody  mężczyzna  ubrany  w  kolorowy 
podkoszulek:  czerwony,  biały  i  niebieski.  Na  głowie  miał  wysoki 

background image

Lilian Jackson Braun 

38 

cylinder pokryty jedwabiem. 

Qwilleran spojrzał na niego i zapytał: 
– A pan kim jest? 
–  Mały  Henry.  Ma  pan  kłopoty?  Starsza  pani  z  Pickax 

powiedziała,  że  zaraz  będzie  tu  pożar.  Człowieku,  ależ  to  uparta 
kobitka. Nie przyjmuje żadnych wymówek – powiedział, zdejmując z 
głowy  swój  cylinder.  Przyjrzał  mu  się  z  podziwem.  –  To  mój  znak 
firmowy. Widział pan może moje ogłoszenia w „Picayune”? 

– A w jakiej sprawie pan się reklamuje? 
–  Jestem  jedynym  kominiarzem  w  Moose  County.  Powinien  pan 

sprawdzać komin co roku... Czy to pana telefon dzwoni? 

Qwilleran  pobiegł  do  domku.  Telefon,  który  stał  na  barku 

oddzielającym  kuchnię  od  jadalni,  właśnie  przestał  dzwonić.  Koko 
strącił słuchawkę z widełek i obwąchiwał mikrofon. 

Qwilleran chwycił słuchawkę. 
– Halo, halo! Złaź stąd! Halo! 
Koko próbował walczyć o słuchawkę. 
– Złaź stąd, do diabła! Halo! 
– Czy wszystko w porządku, kochanie? – niski głos odezwał się po 

chwili wahania. – Czy sztorm nie wyrządził żadnych  szkód? Zresztą 
nie  przejmuj  się  tym.  Tom  uporządkuje  ogród.  Nie  powinieneś 
odrywać  się  od  maszyny  do  pisania.  Musisz  skończyć  tę  swoją 
wspaniałą  książkę.  To  na  pewno  będzie  bestseller.  Czy  widziałeś 
Wielkiego George'a i Małego Henrye'go? Nie chciałam, żeby pojawiły 
się  jakieś  problemy  z  kanalizacją  albo  kominem,  gdy  jesteś 
skoncentrowany  na  pisaniu.  Kazałam  im  natychmiast  wszystko 
załatwić.  Zagroziłam,  że  w  przeciwnym  razie  każę  unieważnić  ich 
koncesje.  Trzeba  być  stanowczym  wobec  tych  ludzi  na  wsi.  Inaczej 
pójdą  na  ryby  i  całkiem  zapomną  o  zleceniu.  Czy  masz  dostateczny 
zapas  żywności?  Kupiłam  dla  ciebie  trochę  tych  wspaniałych 
cynamonowych  bułeczek.  Możesz  włożyć  je  do  zamrażalnika.  Tom 
przywiezie  mnie  i  zjemy  razem  miły  lunch  na  werandzie.  Przywiozę 
kosz piknikowy. A teraz wracaj do pisania, mój drogi. 

– Pani prezes wybiera się do nas – Qwilleran zwrócił się do Koko. 

–  Więc  staraj  się  zachowywać  jak  normalny  kot.  Nie  odbieraj 
telefonów. Nie włączaj muzyki. Trzymaj się z dala od mikrofalówki. 

Kiedy  Wielki  George  i  Mały  Henry  skończyli  robotę,  Qwilleran 

włożył  pomarańczową  czapeczkę  i  pojechał  do  Mooseville.  Chciał 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

39 

wysłać  list  do  Rosemary  i  kupić  kilka  rzeczy.  Listę  zakupów 
dopasował do swoich kulinarnych umiejętności: kawa rozpuszczalna, 
zupy  w  puszkach,  mrożony  gulasz.  Dla  gości  kupił  alkohol  i 
przekąski. 

W  supermarkecie  w  dziale  z  zupami  w  puszkach  zauważył 

młodego  człowieka  z  czarną  brodą.  Na  głowie  miał  żółtą  czapkę  z 
symbolem świecy zapłonowej. Wymienili spojrzenia. 

– Witam, panie Qwilleran. 
–  Mów  mi  Qwill.  Czy  ty  jesteś  Roger  z  agencji  turystycznej? 

Roger,  George,  Sam,  Henry,  Tom,  Dave...  Spotykam  samych  ludzi 
bez nazwisk. Zupełnie jakbym żył w biblijnych czasach. 

– Moje nazwisko jest dość trudne: MacGillivray. 
– Słucham? Moja matka była z domu Mackintosh! 
– Nie żartuj! Ten sam klan! 
–  Twój  przodek  walczył  pewnie  jak  lew  w  oddziałach  księcia 

Karola. 

– Zgadza się. W bitwie pod Culloden w 1746. 
– Szesnastego kwietnia. 
Mówili  coraz  głośniej,  a  w  ich  tonie,  ku  zdumieniu  pozostałych 

klientów  sklepu,  pobrzmiewało  radosne  zaskoczenie.  Ściskali  sobie 
ręce i poklepywali się po plecach. 

– Mam nadzieję, że kupujesz szkocki bulion – powiedział Roger. 
–  Może  zjadłbyś  ze  mną  obiad  któregoś  wieczora?  – 

zaproponował Qwilleran. – Tylko nie w lokalu o nazwie „BA... „ 

– Co byś powiedział na dzisiejszy wieczór? Moja żona wyjechała. 
– Proponuję restaurację w hotelu. Tę bez czapek na głowie. 
Qwilleran  wrócił  do  domku  letniskowego,  żeby  się  wykąpać  i 

ogolić  przed  wizytą  ciotki  Fanny  i  słynnego  Toma.  Ten 
wszechstronnie uzdolniony pomocnik ciotki pracował jako ogrodnik, 
szofer,  złota  rączka  i  chłopiec  na  posyłki.  Niewykluczone  jednak,  że 
był  również  drobnym  złodziejaszkiem.  Zbliżało  się  południe,  gdy 
długa  czarna  limuzyna  powoli  wspięła  się  na  stromy  podjazd  i 
tryumfalnie  wjechała  na  polanę.  Kierowca  w  roboczym  stroju  i 
niebieskiej  czapce  z  daszkiem  wyskoczył  z  auta.  Obiegł  samochód 
dookoła,  żeby  otworzyć  drzwi  od  strony  pasażera.  Z  głębi  limuzyny 
wychynęły  najpierw  indiańskie  mokasyny  ozdobione  paciorkami. 
Później  pojawiła  się  zamszowa  spódnica  z  frędzlami  i  skórzana 
kurtka z jeszcze większą ilością frędzli i koralików. Wreszcie ukazała 

background image

Lilian Jackson Braun 

40 

się  głowa  ciotki  Fanny:  upudrowana  twarz,  a  nad  nią  czerwony 
hinduski  turban.  Qwilleran  zauważył,  że  ciotka  ma  bardzo  zgrabne 
nogi  jak  na  kobietę  w  wieku  ponad  osiemdziesięciu,  a  wkrótce  już 
nawet dziewięćdziesięciu lat. 

–  Francesco,  jak  miło  cię  znowu  zobaczyć!  –  wykrzyknął.  – 

Wyglądasz bardzo... bardzo... seksownie. 

–  Niech  cię  Bóg  błogosławi,  mój  drogi  –  odpowiedziała  swoim 

zaskakująco niskim głosem. – O niedużych starszych paniach ludzie 
mówią, że są żwawe jak wiewiórki. A ja chętnie zastrzelę następnego 
głupca,  który  tak  się  wyrazi  –  stwierdziła,  sięgając  do  swojej 
zamszowej  torebki  z  frędzlami.  Wyjęła  z  niej  mały  pistolet  o  złotej 
rękojeści i zapamiętale zaczęła nim wymachiwać. 

– Ostrożnie – wysapał Qwilleran. 
–  Ojej!  Burza  spowodowała  jednak  spore  szkody.  Ta  sosna... 

straciła  prawie  wszystkie  gałęzie.  Musimy  je  pozbierać.  Tom,  chodź 
tutaj! Musisz poznać sławnego pana Qwillerana. 

Człowiek  od  wszystkiego  posłusznie  się  zbliżył,  ściągając  z  głowy 

niebieską  czapkę  ozdobioną  reklamą  jakiegoś  nawozu.  Trudno  było 
odgadnąć,  w  jakim  jest  wieku.  Dwudziestolatek  o  poważnym 
wyglądzie?  Czy  młodzieńczo  wyglądający  czterdziestolatek?  Miał 
bladoniebieskie  oczy,  a  na  jego  okrągłej,  wyszorowanej  twarzy 
malował się wyraz spokojnego zdziwienia. 

– To jest Tom – powiedziała ciotka Fanny. – Tom, możesz podać 

rękę panu Qwilleranowi. On należy do rodziny. 

Qwilleran  uścisnął  rękę,  która  wydawała  się  silna  i  zupełnie 

nienawykła do towarzyskich gestów. 

– Witaj, Tom. Słyszałem wiele dobrego na twój temat – przywitał 

się  dziennikarz,  myśląc  o  zaginionym  piórze  i  utraconym  zegarku. 
Patrzył  jednocześnie  badawczo  w  oczy  mężczyzny,  które  wyglądały 
rozbrajająco  niewinnie.  –  Wczoraj  na  werandzie  odwaliłeś  niezły 
kawałek  roboty. Jak  udało  ci się  tyle  zdziałać  w tak  krótkim  czasie? 
Gzy miałeś jakiegoś pomocnika? 

–  Nie  –  odpowiedział  Tom  powoli.  –  Nie  miałem  pomocnika. 

Lubię pracować. Lubię ciężką pracę – mówił łagodnym, melodyjnym 
głosem. 

Ciotka Fanny wcisnęła mu coś do ręki. 
–  Jedź  do  Mooseville,  Tom.  Kup  tam  sobie  duży  pasztet  i  piwo. 

Wróć  tu  za  dwie  godziny.  Wyjmij  z  auta  kosz  piknikowy,  zanim 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

41 

odjedziesz. 

–  Tom,  czy  wiesz,  która  jest  godzina?  –  zapytał  Qwilleran.  – 

Zgubiłem swój zegarek. 

Mężczyzna  poszukał  wzrokiem  słońca,  które  skryło  się  za 

wysokimi sosnami. 

– Już prawie południe – powiedział cicho. 
Po odjeździe limuzyny ciotka Fanny oświadczyła: 
–  Przywiozłam  kanapki  z  pastą  jajeczną,  a  w  termosie  kawę  z 

pyszną  śmietanką.  Ulokujemy  się  na  werandzie  i  będziemy  cieszyć 
się  widokiem  jeziora.  Temperatura  jest  wspaniała.  Byłabym 
zapomniała – gdzie są te niezwykle inteligentne koty, o których tyle 
słyszałam?  I  gdzie  jest  twoje  miejsce  pracy  twórczej?  Muszę 
przyznać, że jestem pełna podziwu dla twojego talentu, kochanie. 

Jako  dziennikarz  Qwilleran  był  prawdziwym  ekspertem  w 

dziedzinie  uzyskiwania  informacji  na  trudne  tematy.  Ale  ciotka 
Fanny  nie  dopuszczała  go  do  słowa.  Gadała  bez  chwili  przerwy  o 
wrakach  statków  w  jeziorze,  niedźwiedziach  w  lasach,  zdechłych 
rybach  na  plaży  i  gąsienicach  w  koronach  drzew.  Na  pytania  nie 
zwracała najmniejszej uwagi lub ich unikała. Pani prezes całkowicie 
zdominowała rozmowę. 

– Ciociu Fanny! – krzyknął wreszcie zrozpaczony Qwilleran. 
A  kiedy  jego  zdumiona  rozmówczyni  na  chwilę  umilkła, 

powiedział: 

–  Co  wiesz  o  Tomie?  Gdzie  go  znalazłaś?  Jak  długo  już  u  ciebie 

pracuje? Czy można mu zaufać? Ma dostęp do domku letniskowego. 
Bywa tu pod moją nieobecność. Nie możesz więc mieć mi za złe, że o 
to pytam. 

– Moje biedactwo! – powiedziała ciotka. – Ty zawsze mieszkałeś 

w  miastach.  Na  wsi  żyje  się  inaczej.  Ludzie  mają  tu  do  siebie 
zaufanie.  Sąsiedzi  wchodzą  do  twojego  domu  bez  pukania.  Jeżeli 
jesteś nieobecny, a ktoś przychodzi pożyczyć jajko, to je sobie bierze. 
W ten sposób żyją prawdziwi przyjaciele. Nie martw się o Toma. To 
porządny młody człowiek. Robi wszystko, co mu każę, i nic poza tym. 

Od  strony  południowej  werandy  zabrzmiał  jasny  dźwięk 

pasterskiego dzwonka. 

– Jest Tom – stwierdziła ciotka. – Wrócił dokładnie na czas. Czyż 

on nie jest wspaniały? Idź i porozmawiaj z nim, a ja tymczasem pójdę 
przypudrować nos. To była niezwykle przyjemna wizyta, kochanie. 

background image

Lilian Jackson Braun 

42 

Qwilleran wyszedł do ogrodu. 
–  Cześć,  Tom!  Wróciłeś  dokładnie  na  czas,  chociaż  nie  masz 

zegarka. 

–  Tak,  ja  nie  potrzebuję  zegarka  –  powiedział  spokojnie,  a  jego 

twarz rozjaśniła duma. Poruszył mosiężnym dzwoneczkiem. – Ładny 
dzwonek.  Wyczyściłem  go  wczoraj.  Lubię  czyścić  rzeczy.  Trzymam 
ciężarówkę i auto w wielkiej czystości. 

Qwilleran był zafascynowany śpiewną intonacją jego głosu. 
– Widziałem twoją ciężarówkę w Pickax. Jest niebieska, prawda? 
–  Tak.  Lubię  niebieski.  Taki  kolor  ma  niebo.  I  jezioro.  Piękny 

kolor. Ta chata jest ładna. Przyjadę i posprzątam tu panu. 

– To bardzo miła propozycja, Tom, ale przyjedź, jak się umówimy. 

Pracuję  nad  książką.  Nie  lubię,  jak  ktoś  kręci  się  w  pobliżu,  kiedy 
piszę. 

– Chciałbym umieć pisać. Napisałbym książkę. Fajnie by było. 
– Każdy ma jakieś zdolności – stwierdził Qwilleran. – A ty masz 

ich mnóstwo. Możesz być z siebie dumny. 

Twarz Toma pojaśniała z radości. 
– Tak, wszystko umiem zreperować. 
Pojawiła  się  ciotka  Fanny.  Nastąpiły  pożegnania  i  limuzyna 

ostrożnie wytoczyła się z podjazdu. 

Syjamskie koty, które stały się niewidzialne na dwie godziny, teraz 

nagle pojawiły się znikąd. 

–  Nie  jesteście  zbyt  towarzyskie  –  stwierdził  Qwilleran.  –  Co 

myślicie o ciotce Fanny? 

– Miau – odezwał się Koko, energicznie się otrząsając. 
Qwilleran  przypomniał  sobie,  jak  przed  lunchem  proponował 

ciotce  różne  alkohole:  drinka  z  whisky,  gin  z  tonikiem,  szkocką  z 
wodą sodową, wytrawne sherry. Odmawiała za każdym razem. 

Chciał  zabić  czas.  Pozostały  mu  cztery  godziny  do  obiadu  z 

Rogerem.  Nie  miał  motywacji,  by  zacząć  pisać  stronę  pierwszą 
rozdziału  pierwszego  książki,  nad  którą  rzekomo  pracował. 
Tymczasem mógłby pooglądać niedźwiedzie na miejskim wysypisku 
śmieci  albo  zwiedzić  więzienne  ogrody.  Mógłby  też  poznać  historię 
zatopionych  statków  w  miejskim  muzeum.  Ale  to  opuszczony 
cmentarz  najbardziej  pobudzał  jego  wyobraźnię.  Chciał  zobaczyć  to 
miejsce, chociaż Roger go od tego odwodził. A może właśnie dlatego? 

W broszurze izby handlowej znalazł wskazówki, jak trafić na stary 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

43 

cmentarz.  Należało  jechać  na  wschód  w  kierunku  drogi  do  Pickax, 
skręcić  na  południe  i  jechać  pięć  mil,  a  na  koniec  wjechać  na 
cmentarz przez kamienną bramę z drogi gruntowej, która nie została 
oznaczona. 

Droga  prowadziła  obok  ogrodzonego  terenu,  który  najwyraźniej 

należał do więzienia. Później Qwilleran mijał fermę indyczą. Zwolnił, 
by  przyjrzeć  się  wypełniającemu  dziedziniec  falującemu  morzu 
pokrytych  pierzem  brązowych  ptasich  grzbietów.  Jakaś  ciężarówka 
wyjechała z bocznej drogi i zmierzała w jego kierunku. Była to jedna 
z wszędobylskich niebieskich furgonetek. Kiedy ją mijał, zamachał w 
kierunku kierowcy, ale ten nie odwzajemnił jego pozdrowienia. Gdy 
dotarł do kamiennej bramy, zorientował się, że napotkany samochód 
musiał przed chwilą wyjechać z cmentarza. 

W  kierunku  cmentarza  prowadziła  ledwie  widoczna  błotnista, 

pożłobiona  koleinami  droga.  Wiła  się  wśród  lasu,  pomiędzy 
polanami,  a  jej  szerokość  zaledwie  pozwalała  zakręcić  lub 
zaparkować.  Wzdłuż  drogi  widać  było  ślady  piknikowania  i  picia 
piwa.  W  niektórych  miejscach  szlak  rozwidlał  się,  a  odgałęzienia 
prowadziły  w  różnych  kierunkach  przez  usiane  kamieniami  łąki. 
Qwilleran  usiłował  trzymać  się  kolein,  którymi,  jak  się  wydawało, 
ktoś niedawno jechał. 

Tam, gdzie nie było już widać śladów opon, wysiadł z samochodu i 

zaczął  zwiedzać  cmentarz.  Wszystko  porośnięte  było  wysokimi 
trawami i winoroślą. Musiał wyrywać rośliny, by przeczytać daty na 
mniejszych  nagrobkach:  1877–1879,  1841–1862,  1856–1859.  Tyle 
małych  dzieci  tu  pochowano!  Tak  wiele  kobiet  umarło  w  wieku  lat 
dwudziestu!  Na  większych,  rodzinnych  grobach  widniały  nazwiska: 
Schmidt, Campbell, Trevelyan, Watson. 

Zdeptana  trawa  zdawała  się  wskazywać  niewielką  ścieżkę 

prowadzącą  za  nagrobek  rodziny  Campbellów.  Ruszył  w  tym 
kierunku i zobaczył ślady niedawnego kopania. Wyschnięte chwasty 
leżały  porozrzucane  w  świeżo  poruszonej  ziemi,  ledwie  kryjąc 
brązową plastikową pokrywę pojemnika. Sam pojemnik na śmieci o 
pojemności  około  czterdziestu  litrów  został  zakopany  w  ziemi. 
Qwilleran ostrożnie uniósł pokrywę. Pojemnik był pusty. 

Uporządkował  ukryte  miejsce,  by  wyglądało  tak  jak  wcześniej,  i 

ruszył w powrotną drogę do domu, zastanawiając się, kto i dlaczego 
zakopał  pojemnik  na  śmieci  na  cmentarzu.  Jedyną  odpowiedzią  na 

background image

Lilian Jackson Braun 

44 

to pytanie było delikatne drżenie jego górnej wargi. 

Zanim wyruszył na kolację do Mooseville, przygotował dla kotów 

danie z tuńczyka. 

– Koko, chyba nie zarabiasz na swoje utrzymanie – stwierdził. – 

Wokół dzieją się dziwne rzeczy, a ty niczego nie umiesz wyjaśnić. 

Koko  przymknął  powoli  swoje  błękitne  oczy.  Może  skończyły  się 

dni  chwały  kociego  detektywa.  Może  będzie  już  tylko  wybrednym 
konsumentem kosztownej karmy. 

W  tym  momencie  Koko  nadstawił  uszu  i  popędził  w  kierunku 

swojego posterunku. Daleki szum zbliżającego się pojazdu stawał się 
stopniowo  coraz  głośniejszy,  aż  wreszcie  brzmiał  niczym  odgłos 
prawdziwego rosyjskiego czołgu. Za czerwoną furgonetką jechał żółty 
traktor o niezwykle skomplikowanej nadbudowie. 

Kierowca  ciężarówki  wyskoczył  ze  swojego  samochodu  i 

powiedział do Qwillerana: 

–  To  tutaj  jest  ta  sosna  Banksa,  która  może  zaraz  przewrócić  się 

na dom? Dostaliśmy telefon z Pickax na temat awarii. Była też mowa 
o linii elektrycznej. Mamy ściąć drzewo i pociąć je na kawałki. 

Z  traktora  wysunął  się  podnośnik.  Zawyły  piły  łańcuchowe. 

Wrzeszczeli trzej faceci w czapkach z daszkiem. Yum Yum schowała 
się pod kanapą, a Qwilleran uciekł do Mooseville i znalazł się tam na 
pół godziny przed umówioną kolacją. 

Hotel  „Northern  Lights”  był  reliktem  z  roku  1860.  Powstał  w 

epoce,  gdy  miasteczko  było  tętniącym  życiem  portem,  za 
pośrednictwem, którego odbywał się transport drewna i rudy żelaza. 
Powinien  był  spłonąć  sto  lat  temu,  ale  jakimś  cudem  przetrwał. 
Przypominał pudełko od butów z oknami, które ozdobiono od strony 
zaplecza  werandą  z  widokiem  na  nabrzeże.  Qwilleran  usiadł  na 
jednym z rustykalnych krzeseł i oddał się swojej ulubionej rozrywce 
– podsłuchiwaniu. 

W  pobliżu  słychać  było  dwa  zrzędliwie  spierające  się  głosy. 

Qwilleran  nie  patrzył  nawet  w  kierunku,  skąd  dochodziły  głosy. 
Mimo to odgadł, że gruby mężczyzna o czerwonej twarzy rozmawia z 
chudą kobietą, która niedosłyszy. 

– Nie podoba mi się to miasto – wysapał mężczyzna. – Nie ma tu 

nic  do  roboty.  Mogliśmy  (sapnięcie)  zostać  w  domu  i  posiedzieć  na 
patio. Byłoby (sapnięcie) taniej. 

Kobieta odpowiedziała obojętnie swoim piskliwym głosem: 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

45 

–  Powiedziałeś,  że  masz  ochotę  łowić  ryby.  Sama  nie  wiem, 

dlaczego. Przecież tego nie znosisz. 

– Twój brat od sześciu lat opowiada o tym, jak (sapnięcie) tu łowi 

ryby.  Chciałem  mu  udowodnić,  że  nie  on  jeden  (sapnięcie)  umie 
złapać pstrąga. 

– To dlaczego nie wynajmiesz łodzi, jak radził tamten człowiek, i 

nie przestaniesz gderać? 

–  Przecież  cały  czas  ci  tłumaczę.  Bo  to  za  drogo  kosztuje! 

Widziałaś, ile chcieli (sapnięcie) za pół dnia? Za taką forsę mógłbym 
wyruszyć w rejs na Karaiby. 

Qwilleran też sprawdził ceny łodzi i uznał, że są zbyt wygórowane. 
–  To  jedźmy  do  domu  –  zaczęła  nalegać  kobieta.  –  Po  co  tu 

siedzieć? 

–  Po  tej  całej  podróży?  Czy  zdajesz  sobie  sprawę,  ile  wydałem 

(sapnięcie) na benzynę, żeby tu dojechać? 

W  tym  momencie  pojawił  się  Roger  w  czarnej  bejsbolowej 

czapeczce na głowie. 

– Widzę, że jesteś w stroju wieczorowym – powiedział Qwilleran. 

– Nie uprzedziłeś mnie, że to uroczysta kolacja. 

– Zbieram takie czapki – tłumaczył się Roger. – Na razie mam ich 

siedemnaście.  Muszę  cię  ostrzec  w  sprawie  twojej  pomarańczowej 
czapki.  Pamiętaj,  że  jeśli  masz  jakiś  nieprzyjaciół,  jesteś  w  niej 
idealnym celem. 

Powiesili  swoje  czapki  na  wieszaku  w  przedsionku  restauracji 

obok  dziesiątek  podobnych.  Później  usiedli  przy  bocznym  stoliku, 
który  stał  pod  wielkim  tragicznym  malowidłem,  przedstawiającym 
trójmasztowy szkuner tonący wśród rozszalałych morskich fal. 

–  Cóż,  mamy  przepiękny  dzień  –  powiedział  Qwilleran, 

rozpoczynając  rozmowę  od  obowiązkowego  raportu  na  temat 
pogody. – Słońce, przyjemny wiaterek, idealna temperatura. 

–  Tak,  ale  nadchodzi  mgła.  Rano  nie  będziesz  widział  nawet 

czubka własnego nosa. Niedobrze ze względu na połów ryb. 

–  Jeśli  chcesz  znać  moje  zdanie,  to  dzieła  sztuki  w  tej  sali  nie 

zachęcają  do  rybołówstwa.  Na  wszystkich  obrazach,  które  wiszą  na 
tej  ścianie,  przedstawiono  jakąś  morską  katastrofę.  Takie  rzeczy 
śmiertelnie mnie przerażają. A na dodatek wynajmujący łodzie mają 
za wysokie stawki. To zbyt wiele dla kogoś takiego jak ja, kto nie jest 
specjalnie zainteresowany łowieniem ryb. 

background image

Lilian Jackson Braun 

46 

–  Powinieneś  jednak  kiedyś  spróbować  –  namawiał  go  Roger.  – 

Połów  metodą  trolingu  jest  dużo  ciekawszy  niż  siedzenie  w  łodzi  z 
wiosłami i zakładanie haczyka na wędkę. 

Qwilleran zajrzał do menu. 
– Jeżeli w jeziorze jest tak dużo ryb, to dlaczego w karcie nie ma 

ani  śladu  potraw  przygotowanych  z  tutejszych  produktów?  Widzę 
tylko halibuta z Nowej Szkocji, łososia z Kolumbii i dorsza z Bostonu. 

–  Tu  łowi  się  ryby  tylko  dla  sportu.  Na  południe  stąd  kwitnie 

rybołówstwo  przemysłowe  –  łowi  się  tam  ryby  tonami,  a  potem  je 
eksportuje. 

Zapewne  do  Nowej  Szkocji,  Massachusetts  i  stanu  Waszyngton, 

domyślił się Qwilleran. 

Roger  zamówił  burbona  z  wodą,  a  Qwilleran  jak  zwykle  sok 

pomidorowy.  Zrzędliwa  para  zajęła  stolik  obok  nich.  Dziennikarz 
zauważył  z  zadowoleniem,  że  mężczyzna  jest  otyły  i  ma  czerwoną 
twarz, a kobieta używa aparatu słuchowego. 

–  Tylko  to  pijesz?  –  zapytał  Roger.  –  Zawsze  myślałem,  że 

dziennikarze nie wylewają za kołnierz. Studiowałem dziennikarstwo, 
zanim  zdecydowałem  się  na  nauczanie  historii...  Jeszcze  jedno.  Z 
twojego powodu zacząłem liczyć niebieskie furgonetki i stwierdziłem, 
że  masz  rację.  Moja  żona  zawsze  powtarza,  że  mieszkańcy  północy 
lubią błękit. A ty... mieszkasz sam? 

–  Niezupełnie.  Zaadoptowałem  parę  despotycznych  kotów 

syjamskich.  On  został  osierocony,  jego  poprzedniego  właściciela 
zamordowano, a stało się to na tyłach domu, w którym mieszkałem. 
Ona została porzucona jako małe kociątko. Jedno i drugie to czystej 
krwi koty syjamskie. A on jest sprytniejszy nawet ode mnie. 

– Ja mam psa myśliwskiego, spaniela bretońskiego –  oświadczył 

Roger. – A Sharon ma teriera szkockiego... Czy byłeś kiedyś żonaty, 
Qwill? 

– Tak. I nie był to oszałamiający sukces. 
– Dlaczego? 
– Ona miała załamanie nerwowe, a ja usiłowałam topić smutki w 

alkoholu.  Zadajesz  wiele  pytań,  Roger.  Powinieneś  był  trzymać  się 
dziennikarskiego fachu. 

Qwilleran  miał  dobry  nastrój.  Przez  całe  swoje  zawodowe  życie 

zadawał  pytania.  Teraz  bawiło  go  występowanie  w  roli 
przepytywanego. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

47 

– Czy kiedyś znowu się ożenisz? 
Lekki uśmieszek poruszył wąsy Qwillerana. 
– Jeszcze trzy miesiące temu odpowiedź brzmiałaby: nie. Dziś nie 

jestem już tego taki pewien. 

Mówiąc  to,  pocierał  grzbiety  dłoni,  które  właśnie  zaczynały  go 

swędzić. Barman w klubie prasowym ostrzegał go, że kiedyś dostanie 
wysypki  od  nadmiaru  soku  pomidorowego.  Być  może  Bruno  miał 
rację. 

Wyglądało  na  to,  że  gruby  mężczyzna  przy  sąsiednim  stole 

przysłuchuje się ich rozmowie, więc Qwilleran zniżył głos: 

–  Policja  zablokowała  drogę  w  poniedziałek  w  nocy.  O  co  tu 

chodzi? Nic na ten temat nie pisali w gazecie ani nie mówili w radiu. 

Roger wzruszył ramionami. 
–  Blokowanie  dróg  to  tutaj  ulubiona  zabawa.  Tak  samo  jak 

składkowa  kolacja.  Myślę,  że  gliniarze  organizują  blokadę  raz  na 
jakiś czas, żeby się nie nudzić. 

– Chcesz powiedzieć, że w okręgu Mooseville nie popełnia się tylu 

zbrodni, żeby mieli dość zajęć? 

–  Tu  nie  jest  tak  jak  u  was  w  mieście.  Chłopcy  z  ochrony 

środowiska łapią czasem kłusowników. Czasem w sobotnie wieczory 
za  wiele  się  dzieje  w  tawernie  „Pod  Wrakiem”.  Ale  najczęściej 
gliniarze  zajmują  się  wypadkami  drogowymi.  Głównie  tymi  z 
udziałem jednego auta. Ktoś jedzie za szybko i wpada na łosia. Albo 
dzieciaki  wypiją  parę  piw  i  wpakują  się  na  drzewo.  Jest  też  sporo 
akcji ratunkowych na jeziorze. Szeryf ma dwie łodzie i helikopter. 

– Nie ma problemów z narkotykami? 
–  Może  czasem  jakiś  turysta  wypali  coś  podejrzanego.  Ale  tak 

naprawdę nie ma z tym kłopotu. Gorsza sprawa z tymi, którzy rabują 
wraki. W jeziorze pełno jest zatopionych statków. Niektóre poszły na 
dno  setki  lat  temu,  a  z  dokumentów  wiadomo,  co  przewoziły. 
Rabusie dysponują nowoczesnym sprzętem do nurkowania w zimnej 
wodzie,  urządzeniami  elektronicznymi  itd.  Na  dnie  jest  dużo 
cennego ładunku, więc zabierają z wraków, co się da. Byle zarobić. 

– To chyba nie jest legalne? 
–  Na  razie  nie.  Gdyby  udało  się  stworzyć  chroniony  prawnie 

podwodny  rezerwat,  sprzyjałoby  to  rozwojowi  turystyki.  Takie 
miejsce przyciągałoby historyków marynarki, archeologów i nurków. 

– To co was wstrzymuje? 

background image

Lilian Jackson Braun 

48 

–  Pieniądze.  Trzeba  by  wydać  dziesiątki  tysięcy  dolarów  na 

badania  archeologiczne.  Potem  musielibyśmy  lobbować  na  rzecz 
prawnej ochrony. 

– 

Trudno 

by 

było 

przestrzegać 

tych 

uregulowań. 

Potrzebowalibyście  więcej  łodzi,  helikopterów,  personelu  – 
powiedział Qwilleran. 

–  To  prawda.  A  przez  ten  czas  zniknęłyby  wszystkie  zatopione 

skarby, które chcieliśmy chronić. 

Zamówili  drugą  rundę  napojów,  ale  Qwilleran  przestał  sączyć 

swój  sok.  Pod  stołem  ukradkiem  drapał  swędzące  dłonie  i 
nadgarstki. 

Roger zniżył głos. 
–  Widzisz  tych  dwóch  facetów,  którzy  siedzą  koło  drzwi?  To 

nurkowie, którzy przeszukują wraki. Może nawet złodzieje. 

– Skąd to wiesz? 
– Wszyscy to wiedzą. 
Kiedy podano im jedzenie, Qwilleran ocenił potrawy jako jadalne, 

a  rozmowę  uznał  za  bardzo  pouczającą.  Pod  koniec  posiłku  zwrócił 
się do Rogera: 

–  Czy  myślisz,  że  pod  budynkiem  pocztowym  żyje  jakiś  skunks? 

Byłem tam wczoraj. Smród był taki, że wszyscy uciekali. 

–  Przypuszczam,  że  jakiś  hodowca  świń  chciał  wysłać  listy  – 

powiedział  Roger.  –  Kiedy  przyjeżdżają  do  miasteczka  w  swoich 
kombinezonach roboczych, wszędzie robi się pusto. Nie uwierzyłbyś, 
w  jakim  stanie  przychodzą  do  szkoły  niektóre  dzieci  wiejskie. 
Oczywiście nie wszystkie. Jeden z moich kolegów myśliwych hoduje 
świnie i nie ma problemu. 

–  A  inne  tajemnicze  zdarzenie?  Jastrząb  wleciał  przez 

zabezpieczone  drzwi  do  domku  letniskowego,  zostawiając  dużą 
dziurę w siatce. Nie rozumiem, jak to się mogło stać. 

– Pewnie polował na królika albo mysz – tłumaczył Roger. – I nie 

dał w porę po hamulcach. 

– Tak myślisz? 
–  Oczywiście.  Widziałem  kiedyś  jastrzębia,  który  złapał  kota. 

Pewnego razu byłem na polowaniu i usłyszałem, że coś wysoko nade 
mną  miauczy.  Spojrzałem  w  górę  i  zobaczyłem  biednego  małego 
kotka. 

Qwilleran pomyślał o Yum Yum i zaczął się niespokojnie wiercić. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

49 

Po chwili milczenia powiedział: 

– Którejś nocy o bardzo późnej porze usłyszałem kroki na dachu. 
– To szop – stwierdził Roger. – Kroki szopa na dachu takiej chaty 

jak  twoja  brzmią  tak,  jakby  chodził  japoński  zapaśnik  w  butach 
kosmonauty. Dobrze to wiem. Moi teściowie mają domek letniskowy 
w  pobliżu  twojego.  Któregoś  roku  cała  rodzina  szopów  zagnieździła 
się w ich kominie. 

–  Czy  twoi  teściowie  lubią  przyjęcia  w  plenerze?  Ostatniej  nocy 

słyszałem jakieś histeryczne śmiechy. 

– Słyszałeś nura. To zwariowany ptak. 
Mgła stopniowo gęstniała. Widok za oknami restauracji stawał się 

coraz bardziej rozmazany. 

Qwilleran oświadczył, że musi wracać do swojej chaty. 
– Mam nadzieję, że moja żona nie będzie próbowała dziś wracać 

do domu – powiedział Roger. – Pojechała po zakupy do miasta. Ma 
mały  sklepik  ze  świecami  i  upominkami  w galerii  handlowej. Jak  ci 
się podoba ten spinacz do pieniędzy? To drobiazg ze sklepu Sharon. 

Zapłacił  swoją  część  rachunku  banknotami,  które  wyciągnął  z 

olbrzymiego  papierowego  spinacza  wyglądającego  jak  zrobiony  ze 
złota. 

Qwilleran  jechał  do  domu  z  szybkością  dwudziestu  mil  na 

godzinę,  a  kłęby  mgły  zalegały  na  przedniej  szybie  samochodu. 
Prywatna  droga  prowadząca  do  chaty  była  jeszcze  bardziej 
niebezpieczna niż zwykle. Zwłaszcza, gdy nagle napotkał trzy pniaki. 
I  to  w  miejscu,  gdzie  wcale  nie  powinno  ich  być.  Kiedy  parkował 
samochód, zdawało mu się, że kogoś widzi. Dwie postaci oddalały się 
od domku, schodząc po stoku w kierunku plaży. 

– Halo! – zawołał. – Hej tam! 
Ale nieznajomi już zniknęli we mgle. 
Znalazłszy  się  w  środku,  sprawdził  po  pierwsze,  gdzie  są  koty. 

Koko tulił się do głowy łosia. Yum Yum wysunęła się ostrożnie spod 
kanapy. Pod jego nieobecność nic się nie zdarzyło, ale wyczuł dym z 
fajki.  W  pokoju  gościnnym  zauważył  niewielkie  wgniecenie  na 
jednym z łóżek w miejscu, gdzie zwykle drzemały koty, a jedna z jego 
brązowych  skarpetek  leżała  na  podłodze.  Yum  Yum  uwielbiała 
skarpetki. Poza tym wszędzie panował porządek. 

Później w kuchni na kartce papieru z maszyny do pisania znalazł 

liścik: „Witamy na wydmach. Jestem teściową Rogera. Zostawiłam w 

background image

Lilian Jackson Braun 

50 

lodówce  paczuszkę  w  folii.  Mam  nadzieję,  że  lubi  pan  pieczonego 
indyka. Proszę wpaść do nas w odwiedziny”. 

I  to  wszystko.  Żadnego  nazwiska.  Qwilleran  zajrzał  do  lodówki  i 

znalazł  tam  spory  zapas  pokrojonej  piersi  i  kawałków  ciemnego 
mięsa  z  indyka.  Zaczął  siekać  mięso  na  obiad  dla  kotów.  Yum  Yum 
popiskiwała, czekając na jedzenie, a Koko chodził tam i z powrotem, 
wyśpiewując arię składającą się z niskich miauknięć i ekstatycznych 
pomruków. 

Qwilleran  przyglądał  się,  jak  koty  jedzą,  ale  jego  myśli  błądziły 

gdzie indziej. Lubił Rogera. Dobrze jest mieć mniej niż trzydzieści lat 
i kruczoczarne włosy. Ale ten młody człowiek zbyt dobrze znał się na 
jastrzębiach,  nurach,  szopach  praczach,  niebieskich  furgonetkach  i 
policyjnych  blokadach  drogowych.  Które  z  jego  odpowiedzi  służyły 
rozwojowi  turystyki?  A  skoro  oficjalna  broszura  zachęcała  turystów 
do  odwiedzania  starego  cmentarza,  to  dlaczego  Roger  próbował  go 
od tej wycieczki odwodzić? Czy wiedział coś na temat pojemnika na 
śmieci?  Jeśli  w  okręgu  Mooseville  nikt  nie  popełnia  zbrodni,  to 
dlaczego ciotka Fanny nosi przy sobie broń? 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

P

P

I

I

Ą

Ą

T

T

Y

Y

 

 

 
Yum Yum obudziła Qwillerana. Siedziała mu na piersi, wpatrując 

się  intensywnie  swoimi  niebieskimi  oczami  w  jego  czoło.  Zupełnie 
jakby  próbowała  przekazać  mu  sygnał  wprost  do  podświadomości: 
śniadanie!  W  oknach  sypialni  widok  jeziora  został  całkowicie 
zastąpiony  bielą.  Mgła  zalegała  na  brzegach  jeziora  niczym  dusząca 
kołdra. Nie było wiatru, nie rozlegał się żaden dźwięk. 

By  pozbyć  się  wilgoci,  Qwilleran  usiłował  rozpalić  ogień  w 

kominku,  używając  do  tego  celu  środowej  gazety  i  hotelowych 
zapałek.  Ale  próba  się  nie  powiodła.  Martwił  się  przede  wszystkim 
stanem  swoich  dłoni  i  nadgarstków.  Swędzenie  stało  się  trudne  do 
zniesienia,  a  na  skórze  pojawiły  się  wielkie  pęcherze.  Poza  tym  czuł 
swędzenie jeszcze tu, tam i ówdzie. Wszędzie. 

Ubrał  się,  pomijając  golenie.  Nakarmił  koty  bez  większych 

ceregieli.  Zapomniał  nawet  włożyć  swoją  nową  czapkę  i  wyruszył  z 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

51 

domu, prowadząc auto nerwowo wśród gęstej mgły. 

Zatrzymał się obok apteki przy Main Street i pokazał sprzedawcy 

swoje bąble. 

– Ma pan coś na to? 
–  O  rany!  –  powiedział  sprzedawca.  –  Najgorszy  przypadek 

wysypki  po  dotknięciu  sumaka  jadowitego.  Nic  gorszego  dotąd  nie 
widziałem. Lepiej niech panu dadzą na to jakiś zastrzyk. 

– Czy w miasteczku przyjmuje jakiś lekarz? 
–  Jest  klinika  bez  zapisów  w  Galerii  Cannery.  Wie  pan,  gdzie  to 

jest?  Dwie  mile  za  miastem.  Starą  wytwórnię  konserw  rybnych 
przerobili na sklepy i inne cuda. W tej mgle może pan nie zauważyć 
galerii, ale pozna pan to miejsce po zapachu. 

Na Main Street prawie nie było samochodów. Qwilleran starał się 

trzymać  środka  jezdni.  Jechał,  zerkając  na  wskaźnik  przejechanej 
odległości.  Po  dwóch  milach  nie  miał  wątpliwości,  że  dotarł  do 
Galerii 

Cannery. 

Zaparkował 

na 

rogu 

pomiędzy 

dwoma 

pomarańczowymi  liniami  i  szedł  wiedziony  zapachem  w  kierunku 
rzędu  metalowych  oszklonych  drzwi,  prowadzących  do  pasażu 
handlowego. 

Klinika  miała  charakterystyczny  antyseptyczny  zapach  i  była 

całkiem  pusta,  jeśli  nie  liczyć  młodej,  niezbyt  ładnej  kobiety,  która 
siedziała przy biurku. 

– Czy jest tu jakiś lekarz? – zapytał dziennikarz. 
– Ja jestem lekarzem – powiedziała kobieta, przyglądając się jego 

rękom. – Gdzie pan nabawił się tej wspaniałej wysypki? 

– Chyba przydarzyło mi się to na starym cmentarzu. 
–  Naprawdę?  A  nie  jest  pan  trochę  za  stary  na  takie  rzeczy?  – 

zapytała, rzucając mu figlarne spojrzenie. 

Czuł  się  tak  marnie,  że  nie  zwrócił  uwagi  na  żartobliwy  ton 

lekarki. 

– Oglądałem stare nagrobki. 
– Akurat w to uwierzę! Proszę wejść do tej sali tortur. Dam panu 

zastrzyk. 

Dała mu także tubkę maści i udzieliła kilku rad. 
–  Proszę  nie  moczyć  rąk  w  gorącej  wodzie.  Proszę  unikać 

gorącego prysznica i trzymać się z daleka od starych cmentarzy. 

Qwilleran opuścił klinikę w ponurym nastroju. Uważał, że lekarka 

powinna bardziej mu współczuć, a mniej żartować. Zanim w żółwim 

background image

Lilian Jackson Braun 

52 

tempie,  przedzierając  się  przez  opary  mgły,  wrócił  do  miasta,  leki 
zaczęły  działać.  Przyniosły  mu  nie  tylko  ulgę,  ale  wprowadziły  go 
także  w  lekką  euforię.  Dlatego  przypomniał  sobie,  że  pani  doktor 
miała  wyjątkowo  piękne  zielone  oczy  i  najdłuższe  rzęsy,  jakie 
zdarzyło mu się kiedykolwiek widzieć. 

Wszedł  do  hotelu,  żeby  wypić  kawę  i  zjeść  jajecznicę.  Przy 

sąsiednim stoliku czterej mężczyźni narzekali na pogodę: 

– Łodzie nie wypłyną w tej mlecznej zupie. Weźmy butelkę czegoś 

mocniejszego i pograjmy w karty. 

Przy stole za Qwilleranem odezwał się znajomy głos: 
– Zanim stąd wyjedziemy (sapnięcie), muszę pójść na ryby. 
A piskliwy, monotonny głos odpowiedział: 
– Dlaczego jesteś taki uparty? Przecież nawet nie lubisz łowić ryb. 
–  Mówiłem  ci  przecież,  że  to  co  innego.  Łowisz  na  przynętę 

holowaną za łodzią w odległości kilkunastu metrów i możesz złapać 
pstrąga, który waży ponad dziesięć kilogramów. 

– Mówiłeś, że mają wygórowane ceny. 
–  Ceny  przy  głównym  nabrzeżu  to  rozbój  w  biały  dzień.  Ale  ja 

znalazłem łódź (sapnięcie), która zabierze nas za piętnaście dolców. 

Qwilleran  był  oszczędny  z  natury  i  łasy  na  okazje,  a  kombinacja 

leków  i  atmosfery  tajemniczości  sprawiła,  że  poczuł  niezwykłe 
podniecenie.  Podszedł  więc  do  małżonków,  gdy  ci  opuszczali 
restaurację. 

– Bardzo pana przepraszam, ale czy mówił pan coś o tańszej łodzi 

do trolingu? – zagadnął. 

–  Tak  jest.  Piętnaście  dolców za  sześć  godzin.  Jak  podzieli  się  to 

przez trzy, to na każdego wypadnie pięć dolców. Całkiem nieźle. Łódź 
należy  do  dwóch  młodych  facetów  (sapnięcie).  Jest  pan 
zainteresowany? 

– Ale czy można łowić w taką pogodę? 
– Ci faceci mówią, że to bez znaczenia. A przy okazji – nazywam 

się  Whatley,  jestem  z  Cleveland.  Prowadzę  hurtową  sprzedaż 
wyrobów żelaznych. 

Później przedstawił swoją żonę, która zachowywała się z chłodną 

rezerwą.  Zaproponował,  żeby  pojechali  jego  samochodem,  bo  już 
znał drogę do nabrzeża. 

–  Cumują  łódź  poza  miastem.  To  dlatego  (sapnięcie)  cena  jest 

niższa. Trzeba się rozejrzeć, żeby znaleźć dobrą okazję. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

53 

Podróż do nabrzeża okazała się męczącym i powolnym sunięciem 

wśród  leżących  na  ziemi  chmur.  Po  drodze  można  było  dostrzec 
przez mgłę jarzące się wielkie elektryczne litery „BA”. Potem można 
było  wyczuć  Galerię  Cannery,  chociaż  sam  budynek  tonął  we  mgle. 
Dalej  następowały  mile  nicości,  a  każda  wydawała  się  pięć  razy 
dłuższa  niż  zwykle.  Whatley  z  wielkim  samozaparciem  jechał 
naprzód.  Nikt  się  nie  odzywał.  Qwilleran  wytężał  wzrok,  usiłując 
zobaczyć  cokolwiek  na  drodze.  Spodziewał  się,  że  ujrzy  światła 
przeciwmgielne  albo,  że nagle  pojawią  się  światła  tylne  wlekącej  się 
ciężarówki z drewnem. 

– Jak się zorientujesz, że dotarliśmy na miejsce? – zapytał. 
– Nie sposób tego przeoczyć. Musimy zjechać z drogi (sapnięcie) 

obok wraku łodzi. 

Gdy  wreszcie  wśród  mgły  zamajaczyły  szczątki  łodzi,  Whatley 

skręcił  w  bagnistą  drogę  biegnącą  wzdłuż  kanału  wypełnionego 
kolejnymi wrakami. 

–  Żałuję,  że  pojechałam  –  oświadczyła  pani  Whatley  i  była  to jej 

pierwsza wypowiedź tego dnia. 

W  miejscu,  gdzie  kończyła  się  droga,  nad  jeziorem  rozciągał  się 

pomost, a trzyosobowa grupa szczurów lądowych musiała przejść po 
jego przegniłych deskach. Słychać było szmer wody omywającej pale 
i skrzypienie kadłuba łodzi ocierającej się o pomost. 

Wcześniej przy miejskim molo Qwilleran widział flotyllę lśniących 

białością  stateczków  rybackich.  Były  to  łodzie  o  nazwach  „Lady 
Aurora”,  „Queen  of  the  Lake”  albo  „Northern  Princess”,  które 
chełpliwie  wystawiały  na  pokaz  swoje  radioodbiorniki,  sonary, 
wizjery i urządzenia do automatycznej żeglugi. Dlatego zaskoczył go 
widok „Minnie K”. Była to stara łajba o powierzchni burty szorstkiej 
od  złuszczających  się  płatów  szarej  farby.  Osad  na  pokładzie  i 
relingach był wspomnieniem po odwiedzinach mew i przypominał o 
intymnych  szczegółach  anatomii  zdechłych  ryb.  Dwaj  członkowie 
załogi,  którzy  przedstawili  się  w  sposób  mało  wyraźny,  wyglądali 
równie nędznie jak ich łódź. Qwilleran pomyślał, że jeden z chłopców 
ma  około siedemnastu  lat,  a  drugi  jest trochę  młodszy.  Zachowanie 
załogi nie budziło w pasażerach ani odrobiny zaufania. 

Nie było uroczystych powitań ani prezentacji. Chłopcy popatrzyli 

podejrzliwie na pasażerów i po zainkasowaniu pieniędzy pospiesznie 
podnieśli  kotwicę.  Porozumiewali  się  ze  sobą  monosylabami  bez 

background image

Lilian Jackson Braun 

54 

jakiegokolwiek znaczenia. 

Qwilleran  zapytał  młodszego  chłopaka,  jak  daleko  od  brzegu 

zamierzają odpłynąć. W odpowiedzi usłyszał tylko jakieś burknięcie. 

– Tu jest obrzydliwie – stwierdziła pani Whatley. – Nic dziwnego, 

że mówią na to „cuchnąca łajba”. 

– Czego można oczekiwać od łodzi za pięć dolców? Myślałaś, że to 

będzie „Queen Mary”? – zapytał retorycznie jej mąż. 

Pasażerowie znaleźli pokryte płótnem fotele. Były one poplamione 

i  postrzępione.  A  tymczasem  łódź  „Minnie  K”  płynęła  naprzód  tak 
powoli, że woda wokół niej prawie nie falowała. 

Pan  Whatley  od  czasu  do  czasu  zapadał  w  sen.  Jego  żona 

otworzyła  książkę  w  miękkiej  oprawie  i  wyłączyła  aparat  słuchowy. 
Przez  mniej  więcej  godzinę  łódź  apatycznie  sunęła  wśród  bieli,  a 
wokół  rybi  odór  mieszał  się  z  cuchnącym  dymem.  Potem  silnik 
zmienił  ton  na  jeszcze  niższy.  Chłopcy  z  załogi  zaczęli  leniwie 
wyciągać  sprzęt  do  łowienia  ryb:  wędki  z  wielkimi  kołowrotkami, 
miedziane liny, mosiężne błystki. 

–  Co  mam  z  tym  robić?  –  zapytał  Qwilleran.  –  Gdzie  jest 

przynęta? 

– Potrzebujesz tylko błystki – odrzekł Whadey. – Wyrzucasz linę 

przez  reling  (sapnięcie),  a  potem  starasz  się  ciągle  poruszać 
wędziskiem: w górę i w dół. 

– I co dalej? 
–  Poczujesz,  jak  ryba  chwyci  przynętę.  Wtedy  wciągasz  linę. 

„Minnie  K”  powoli  płynęła  po  spokojnej  wodzie.  Od  czasu  do  czasu 
silnik  gasł  bez  żadnej  wyraźnej  przyczyny  i  niechętnie  zaczynał 
pracować  od  nowa.  Przez  godzinę  Qwilleran  machał  wędziskiem  w 
górę  i  w  dół.  Robił  to  niczym  w  transie  wywołanym  dudnieniem 
silnika i poczuciem izolacji. Był we własnym małym światku, zewsząd 
otoczony  przez  mgłę,  która  unieważniała  całą  resztę  jego  życia.  Nie 
było  wiatru,  nawet  woda  nie  pluskała  wokół  kadłuba  łodzi.  Słychać 
było tylko głuchy stukot silnika i dalekie głosy, z trudem przebijające 
się przez mgłę. 

Whadey  złapał  rybę.  Potem  pociągnął  kilka  łyków  z  butelki  i 

zasnął na swoim płóciennym krześle. Jego żona nie odrywała wzroku 
od książki. 

Qwilleran nie miał pojęcia, gdzie się znajdują i skąd on sam wziął 

się na pokładzie. Nagle silnik zakaszlał i przestał pracować. Chłopcy z 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

55 

załogi,  mrucząc  coś  pod  nosem,  zbiegli  do  ładowni.  Zapanowała 
zupełna  cisza.  Łódź  zamarła  w  bezruchu  na  wodzie.  W  tym 
momencie do uszu Qwillerana dobiegły męskie głosy. Odległość była 
jednak  zbyt  duża,  by  móc  zrozumieć  słowa.  Dziennikarz  odłożył 
wędkę  i  zaczął  nadsłuchiwać.  Głosy  wydawały  się  coraz  bliższe,  a 
sprzeczka  stawała  się  coraz  głośniejsza.  Po  wściekłych  wrzaskach 
rozległy  się  wiązanki  niezrozumiałych  przekleństw,  potem  głośny 
trzask,  jakby  pękała  kłoda  drewna.  Wreszcie  jakieś  pomruki,  krzyk 
i...  głuche  uderzenie.  Po  chwili  Qwilleran  usłyszał  wyraźny  plusk  i 
lekkie bębnienie kropel na powierzchni wody. 

Na  koniec  wszystko  się  uspokoiło.  Tylko  fale  marszczyły 

powierzchnię jeziora i uderzały o burtę „Minnie K”. Wokół łodzi mgła 
stawała  się  gęsta  jak  kłęby  bawełny,  a  woda  powoli  zmieniała  się  w 
mleko. 

Chłopcy  z  załogi  pochylali  głowy  nad  jakimś  urządzeniem,  które 

od biedy mogło uchodzić za silnik. Whatley dalej spał, jego żona też 
ucięła  sobie  drzemkę.  Qwilleran  zaczął  znowu  bezmyślnie  poruszać 
wędziskiem. Jego koliste ruchy były pełne przesady: w górę i w dół, w 
górę  i  w  dół.  Zupełnie  zatracił  poczucie  czasu,  a  zegarek  zostawił  w 
domu z powodu swędzącego nadgarstka. 

Minęło trzydzieści minut, a może godzina, gdy coś pociągnęło za 

linę. Ten ruch przeniósł się na wędkę i ramię dziennikarza. Qwilleran 
krzyknął. 

Whatley wzdrygnął się i przebudził. 
– Wyciągaj! Wyciągaj! 
W tej magicznej chwili dziennikarz poczuł przeszywający dreszcz 

podniecenia  i  zrozumiał,  na  czym  polegają  emocje  związane  z 
łowieniem ryb na głębinie. 

– Ciągnie jak wieloryb! 
– Nie za szybko! Wyciągaj równo! Nie przestawaj ciągnąć! 
Whadey z trudem łapał powietrze. Tak samo jak Qwilleran. 
Ręce  mu  się  trzęsły.  Miedziana  lina  zdawała  się  nie  mieć  końca. 

Wszyscy patrzyli. Młody szyper wychylił się przez reling. 

–  Harpun!  –  krzyknął  i  drugi  chłopak  rzucił  mu  żelazny  hak  z 

długą rękojeścią. 

–  Waży  chyba  ze  dwadzieścia  kilogramów!  –  zawołał  Qwilleran, 

usiłując  wyciągnąć  ostatnie  kilka  metrów  liny.  Czuł  coraz  silniejszy 
opór, w miarę jak kolos zbliżał się do łodzi. 

background image

Lilian Jackson Braun 

56 

– Mam! Mam ją! 
Jakiś  wielki  kształt  prawie  się  już  wynurzał,  gdy  nagle  przestał 

czuć opór. 

– Nie daj jej uciec! – krzyczał Whatley. 
Kołowrotek  kręcił  się  jak  szalony.  Kiedy  zaczął  zwalniać,  szyper 

wyciągnął z kieszeni szczypce i przeciął linę. 

– Niedobrze – powiedział. – Niedobrze. 
–  Co  to  ma  znaczyć?  –  wrzasnął  na  niego  Whatley.  –  Ta  ryba 

ważyła kilkanaście kilogramów (sapnięcie). 

–  Kiepska  sprawa  –  stwierdził  szyper  i  wskoczył  do  sterówki. 

Młodszy chłopak zbiegł do ładowni. Silnik ruszył. 

– To oszustwo – zaprotestował Whatley. 
Jego żona spojrzała znad książki i ziewnęła. 
–  Nie  wiem,  jak  wy,  ale  ja  gotów  jestem  uznać,  że  to  już  koniec 

wycieczki – oznajmił Qwilleran. 

Łódź 

przyspieszyła. 

Płynęła 

kierunku 

stałego 

lądu. 

Przynajmniej  taką  nadzieję  żywił  dziennikarz.  W  drodze  powrotnej 
siedział  w  fotelu  pochłonięty  własnymi  myślami.  Whatley  znowu 
sobie golnął i zapadł w drzemkę. 

Qwilleran  nie  był  rybakiem.  Czasem  jednak  oglądał  filmy  na 

temat połowu ryb. To, co mu się zdarzyło, nie było typowe. Jego łup 
nie walczył jak ryba. Na powierzchni wody nie chlapał jak ryba. I co 
gorsza wcale nie wyglądał jak ryba. 

Gdy  znowu  znalazł  się  w  Mooseville,  ruszył  prosto  do  biura 

turystycznego. Nie miał nastroju na uprzejme pogawędki, ale musiał 
zacząć od grzecznej rozmowy na temat pogody. 

–  Miałeś  rację  w  sprawie  tej  mgły,  Roger.  Jak  myślisz,  długo  to 

jeszcze potrwa? 

– Przejaśni się do jutra. Do południa. 
– Czy twoja żona dojechała bez trudności? 
–  Tak.  O  pierwszej  trzydzieści  w  nocy.  Przejechanie  dwudziestu 

mil zajęło jej dwie godziny. Była wykończona. Co robiłeś w tej mgle, 
Will? 

– Łowiłem ryby metodą trolingu. 
– Co? Chyba coś ci się pomyliło? Łodzie dziś nie wypłynęły. 
– „Minnie K” wyszła z portu. Pływaliśmy przez cztery godziny. O 

trzy godziny za długo. 

Roger sięgnął po segregator. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

57 

– Nigdy nie słyszałem o „Minnie K”. I nie ma jej w rejestrze łodzi. 

Gdzie znalazłeś tę łajbę? 

–  Jeden  gość  z  hotelu  zorganizował  wyprawę.  Nazywa  się 

Whadey. 

–  Kojarzę  go.  Taki  gruby.  Ma  zadyszkę.  Był  u  mnie  ze  trzy  razy, 

żeby  się  poskarżyć.  Ile  od  was  wzięli?  Przypuszczam,  że  nic  nie 
złapałeś. 

–  Ryby  nie  złapałem,  ale  wyciągnąłem  coś  innego  –  oznajmił 

Qwilleran.  –  To  „coś”  nie  zachowywało  się  jak  ryba.  Kiedy  już  to 
miałem  tuż  pod  powierzchnią  wody,  szyper  przeciął  moją  linę  i  w 
pośpiechu  popłynęliśmy  do  brzegu.  Ten  chłopak  nawet  nie  chciał 
spojrzeć  na  naszą  zdobycz.  Ja  też  niewiele  zobaczyłem.  To  „coś” 
wyglądało jak ciało mężczyzny. 

Roger przełknął ślinę i pogładził swoją czarną brodę. 
– To pewnie była stara opona albo coś w tym rodzaju. Trudno coś 

takiego  rozpoznać  we  mgle.  Właściciele  łodzi  przymocowują  opony 
do nabrzeży. Działają jak zderzaki. Taka opona mogła się oderwać w 
czasie burzy. We wtorek w nocy był spory sztorm... 

–  Daj  spokój,  Roger.  Wszyscy  wiedzą,  że  twoje  teksty  pisze  izba 

handlowa. Mam zamiar powiadomić policję o znalezieniu tej opony. 
Gdzie mogę znaleźć szeryfa? 

Twarz  Rogera  pokrył  rumieniec.  Widać  było,  że  czuje  się  winny, 

ale nie wyraził skruchy. 

– Za drewnianym kościołem. Budynek z flagą. 
– Byłbym zapomniał. Ostatniej nocy ktoś zrobił mi niespodziankę 

– mówił dalej Qwilleran, teraz już w nieco lepszym nastroju. – Twoja 
teściowa zostawiła w moim domku indycze mięso i liścik Ale się nie 
podpisała. Nie wiem, jak mógłbym jej podziękować. 

– To do niej podobne. Jest bardzo roztrzepana. Ale to miła osoba. 

Ciągle  się  śmieje.  Nazywa  się  Mildred  Hanstable.  Mieszka  na 
szczycie wydmy, na wschód od ciebie. Muszę cię jednak przed czymś 
ostrzec.  Na  pewno  będzie  chciała  ci  powróżyć.  A  potem  będzie 
oczekiwać, że wręczysz jej datek. 

– Czy to jest legalne? 
–  To  datek  na  cel  dobroczynny.  Mildred  pomaga  zbierać 

pieniądze na jakieś urządzenie kardiologiczne dla szpitala w Pickax. 

– Może na mnie liczyć – stwierdził Qwilleran. – Będę potrzebował 

pomocy kardiologicznej, zanim dobiegną końca te urocze wakacje. 

background image

Lilian Jackson Braun 

58 

Gdy  wrócił  do  swojego  domku,  było  jeszcze  jasno.  Światło 

słoneczne przesączało się przez mgłę. W chacie wyczuł zapach octu. 
Przypominał zapach domowej roboty pasty do czyszczenia mosiądzu. 
Takiej,  której  używają  handlarze  antyków.  Jak  można  było 
oczekiwać,  mosiężna  latarnia  wisząca  nad  barem  wyglądała  na 
świeżo  wyczyszczoną.  Tom  musiał  tu  być,  chociaż  Qwilleran  prosił 
go,  żeby  przychodził  tylko,  jeśli  to  uzgodnią  telefonicznie. 
Dziennikarz  zostawił  swój  stary  zegarek  i  kilka  drobiazgów  na 
komodzie  w  sypialni.  Wszystko  leżało  na  swoim  miejscu.  Qwilleran 
wzruszył  ramionami  i  zawołał  swoich  małych  przyjaciół.  Yum  Yum 
przybiegła  zaraz z  pokoju  dla  gości. Koko  był  jednak  zbyt  zajęty,  by 
zareagować  na  wezwanie.  Siedział  wysoko  na  głowie  łosia, 
przemawiając  głośno  do  siebie  samego.  Z  głębi  jego  śnieżnobiałej 
piersi wydobywały się melodyjne pomruki. 

– Co tam robisz? – zapytał Qwilleran. 
Koko  chwiał  się  na  czaszce  łosia.  Wspiął  się  na  tylne  łapki  i 

usiłował  dosięgnąć  czegoś  przednimi.  Wyglądał,  jakby  się  wspinał. 
Głowa  łosia  została  przymocowana  do  polakierowanej  drewnianej 
deseczki  zawieszonej  na  nierównej  powierzchni  ściany  z  bali.  Koko 
usiłował  włożyć  łapkę  do  szczeliny  znajdującej  się  za  deseczką.  Po 
kilku  manewrach  nogami  udało  mu  się  wreszcie  oprzeć  na  tyle 
mocno, by sięgnąć do  kryjówki.  Jego  łapka  zbliżyła  się  ostrożnie do 
otworu. W środku coś zabrzęczało. Koko nacisnął mocniej. Przez cały 
czas głośno pomrukiwał do siebie. 

Qwilleran podszedł bliżej. Łup kota wypadł ze szczeliny i odbił się 

od poroża. A wtedy dziennikarz złapał spadający przedmiot. 

– Co to takiego? Kaseta! 
Była to kaseta przeznaczona do nagrywania w domu. Na stronie A 

widać  było  napis  wykonany  najwyraźniej  ręką  ciotki  Fanny:  „1930. 
Ulubione  melodie”.  Strona  B  została  opisana  jako  „Ulubione 
melodie.  1930.  Ciąg  dalszy”.  Na  przezroczystym  pudełeczku  nie 
widać było ani śladu kurzu. 

Qwilleran  włożył  kasetę do magnetofonu,  wyjmując  jednocześnie 

koncert Brahmsa znajdujący się tam od chwili jego przyjazdu. 

–  Chwileczkę  –  powiedział  głośno.  –  Przecież  ta  kaseta  leżała 

inaczej, kiedy wychodziłem z domu. 

Kaseta  została  odwrócona.  Strona  B,  z  utworami  Beethovena, 

znajdowała się teraz na górze. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

59 

Ze  zdobytej  przez  Koko  kasety  płynęły  wesołe  dźwięki  muzyki. 

Były  tam  wykonania  My  Blue  Heaven,  Exactly  Like  You  i  innych 
utworów z tej epoki. Wszystkie niezbyt dobrej jakości, jak zwykle w 
przypadku  nagrań  ze  starych  płyt  winylowych  o  szybkości 
siedemdziesięciu  ośmiu  obrotów  na  minutę.  Dziwna  kolekcja.  Ale 
dlaczego ktoś by miał ją ukrywać za głową łosia? 

Qwilleran przesłuchał stronę A i odwrócił kasetę. Były tam kolejne 

melodie  o  podobnym  charakterze.  Nagle  wśród  dźwięków  Little 
White  Lies
  rozległ  się  głos.  Nie  należał  jednak  do  profesjonalnego 
muzyka.  Mówił  jakiś  mężczyzna.  W  jego  głosie  brzmiała 
stanowczość. 

Po 

krótkiej 

przerwie, 

spowodowanej 

dziwną 

wiadomością,  znowu  zabrzmiała  muzyka.  Qwilleran  cofnął  kasetę  i 
ponownie przesłuchał wiadomość. 

Ktoś  odezwał  się  tonem  nieznoszącym  sprzeciwu:  „Posłuchaj, 

przyjacielu. Albo tym się zajmiesz, albo pożałujesz! Wiesz, co wtedy 
zrobię. Musisz przynieść więcej rzeczy. Nie zapłacę, jeśli nie pokażesz 
czegoś  więcej.  Poza  tym  trzeba  coś  zmienić.  Robi  się  gorąco. 
Widzimy się w sobotę. Zrozumiano? Będę przy portowym nabrzeżu, 
po kolacji”. 

Ktoś  użył  kasety  całkiem  niedawno.  Zaledwie  dzień  wcześniej 

Koko  wcisnął  klawisz  magnetofonu  i  włączył  Brahmsa.  W 
międzyczasie  ktoś  musiał  się  pojawić  w  chacie  z  bali.  Nieznajomy 
albo nagrał wiadomość, albo jej wysłuchał. A po wszystkim przełożył 
koncert Brahmsa na drugą stronę. Ktoś musiał również ukraść złoty 
zegarek 

złote 

pióro. 

Ale 

to 

zdarzyło 

się 

wcześniej. 

Niezidentyfikowani  goście  przychodzili  do  domku  letniskowego  i  z 
niego  wychodzili.  Zachowywali  się  jak  u  siebie.  A  ciotka  Fanny 
uważała, że tak zachowują się przyjaciele. 

Ktoś  niewątpliwie  musiał  wspiąć  się  na  stołek  barowy,  by 

dosięgnąć  głowy  łosia.  Qwilleran  sprawdził,  czy  nie  ma  śladów  stóp 
na  którymś z  czterech  taboretów. Ale  ich  lakierowana  powierzchnia 
była czysta. 

Koko  przyglądał  się  uważnie,  gdy  Qwilleran  wkładał  kasetę  do 

szuflady komody. 

– Koko, nie podoba mi się polityka otwartych drzwi – stwierdził. 

– Ludzie czują się tu jak na dworcu autobusowym. Musimy znaleźć 
ślusarza...  Gdybyś  był  w  niebezpieczeństwie...  Ty  albo  Yum  Yum... 
Wiesz, co masz robić. 

background image

Lilian Jackson Braun 

60 

W odpowiedzi Koko powoli zmrużył swoje bystre oczy. 
 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

S

S

Z

Z

Ó

Ó

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 

Mooseville, piątek 

Drogi Archu, 
nie  stać  mnie  na  specjalną  kartkę  z  życzeniami,  ale  przesyłam 

jak najserdeczniejsze życzenia Tobie i Twojej pięknej żonie z okazji 
dwudziestej  czwartej  rocznicy  ślubu!  Pamiętam,  jak  wkładałeś 
swojej żonie obrączkę na palec, a ja zgubiłem bilety, dzięki którym 
mieliście  się  udać  w  podróż  poślubną.  Mam  wrażenie,  że  to  było 
wczoraj!. 

Kiedy przyjechałem do Mooseville, dowiedziałem się, że ludzkość 

dzieli  się  na  „miejscowych”  oraz  „tych  z  Nizin”.  Poznałem  wielu 
sympatycznych ludzi, którzy czytają „Fluxion”. Wydarzyły się różne 
tajemnicze  rzeczy,  mam  wrażenie,  że  mieszkańcy  coś  ukrywają. 
Wczoraj  poszedłem  na  ryby  i  złowiłem  coś,  co  wyglądało  jak 
ludzkie ciało. Kiedy powiedziałem o tym szeryfowi, nie wydawał się 
zaniepokojony. To na pewno nie było przypadkowe utonięcie. Mam 
powody,  aby  wierzyć,  że  to  morderstwo.  Kim  był  ten  topielec? 
Dlaczego tam się znalazł? Kto go zabił? 

Poparzyłem  się  sumakiem  jadowitym,  ale  czuję  się  już  lepiej. 

Dziś  rano  byłem  pewien,  że  ktoś  próbuje  ukraść  moje  opony 
samochodowe,  jednak  była  to  tylko  mewa.  Miejscowe  restauracje 
pozostawiają  wiele  do  życzenia.  Dla  kogoś,  kto  zajmuje  się 
pisaniem felietonów o knajpach, to jak zesłanie na Syberię. 

Qwill 

PS.  Koko  opanował  nowe  sztuczki  –  odbiera  telefon  i  potrafi 

włączyć magnetofon. Za kilka lat będzie pracować dla NASA. 

Podnosiły  się  mgły.  Z  okien  chaty  można  było  dostrzec  pobliskie 

drzewa  i głęboki  dół  z  kompostem.  Mimo że  Stary  Sam wypełnił  go 
już i wyrównał, koty dalej uporczywie patrzyły w tamtą stronę. 

Kiedy  w  piątek  rano  rozległ  się  dzwonek,  Koko  zerwał  się  z 

parapetu i popędził w stronę telefonu. Qwilleran był tuż za nim, ale i 
tak nie zdołał powstrzymać kota przed zrzuceniem słuchawki, która z 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

61 

hukiem spadła na blat. 

– Halo? Halo? – powiedział. 
–  No,  wreszcie  jesteś  –  odezwał  się  zachrypnięty  głos  prosto  z 

Pickax. – Martwiłam się o ciebie, kochanie. Dzwoniłam wczoraj, ale 
słyszałam  tylko  jakieś  dziwne  dźwięki,  a  kiedy  zadzwoniłam  raz 
jeszcze, było zajęte. W końcu poprosiłam operatorkę, żeby przerwała 
poprzednie  połączenie,  ale  powiedziała,  że  słuchawka  nie  została 
odłożona.  Wysłałam  Toma,  żeby  sprawdził,  co  się  u  ciebie  dzieje. 
Powiedział, że słuchawka leżała na blacie, a w domu nikogo nie było. 
Powinieneś  bardziej  uważać,  kochanie.  Pewnie  jesteś  zajęty  swoją 
książką. Jak ci idzie? Czy nadal... 

– Ciociu Fanny! 
– Tak, kochanie? 
– Spędziłem cały dzień w mieście, a mój kot zrzucił słuchawkę. To 

taki  jego  zły  nawyk.  Przykro  mi.  Chyba  zacznę  chować  telefon  w 
szafce kuchennej, jeśli kabel będzie dość długi. 

–  Pamiętaj,  zamykaj  okna  zawsze,  kiedy  wychodzisz  z  domu. 

Niespodziewana  nawałnica  może  wszystko  zalać.  Ile  rozdziałów 
książki już napisałeś? Wiesz już, kiedy zostanie wydana? Tom mówi, 
że  ściął  wreszcie  tę  wielką  sosnę.  Przyjdzie  jutro  pociąć  bale. 
Zauważyłeś  kajak  na  werandzie?  Wiosła  są  w  szopie  z  narzędziami. 
Tylko  nie  pływaj,  kiedy  woda  jest  wzburzona,  kochanie,  i  zawsze 
trzymaj  się  blisko  brzegu.  No  dobrze,  nic  już  więcej  nie  mówię. 
Pewnie  chcesz  wracać  do  pisania.  Może  któregoś  dnia  spiszesz 
historię mojego życia, wtedy oboje zbijemy fortunę. 

Qwilleran  włożył  swoją  ukochaną  pomarańczową  czapkę  i 

pojechał  do  Mooseville,  żeby  wysłać  list  do  Archa.  Na  poczcie 
ostrożnie wciągnął powietrze, ale wyczuł tylko pastę do podłogi. 

Jego kolejnym przystankiem była Galeria Cannery, gdzie uznał, że 

zapach  wędzonej  ryby  nie  jest  tak  nieprzyjemny,  jak  mu  się  dotąd 
wydawało. W przychodni w recepcji siedziała młoda lekarka, czytając 
czasopismo.  Nie  mylił  się  –  istotnie  miała  zielone  oczy.  Iskrzyły 
młodością, zdrowiem i poczuciem humoru. 

– Pamięta mnie pani? – zaczął, zdejmując czapkę. – Jestem tym 

pacjentem z syndromem cmentarnym. 

– Cieszę się, że nie ma pan tak kwaśnej miny jak wczoraj. 
– Zastrzyk podziałał od razu. Ma pani wiele takich przypadków? 
– O tak – odpowiedziała. – Oparzenia jadem sumaka jadowitego, 

background image

Lilian Jackson Braun 

62 

oparzenia  słoneczne  drugiego  stopnia,  pęcherze,  zakażone  od 
noszenia  butów  na  obcasach,  ukąszenia  wściekłych  wiewiórek  – 
wszystkie te wakacyjne przyjemności. 

– A przypadki utonięcia? 
– Tym zajmuje się policyjna grupa interwencyjna. Mam nadzieję, 

że nie zamierza pan wpaść do jeziora. Jest tak zimne, że jeśli się już 
wypadnie za burtę, idzie się na dno i nie wraca. W każdym razie tak 
było do tej pory – kobieta odłożyła czasopismo. – Usiądzie pan? 

Qwilleran usadowił się na krześle i nerwowo przygładził wąsy. 
– Chciałbym panią zapytać o zastrzyk, który mi pani zrobiła. Czy 

mógł wywołać halucynacje? 

– To bardzo mało prawdopodobne. Miał pan halucynacje? 
– Nie, ale po zastrzyku przydarzyła mi się dziwna przygoda. Nikt 

nie wierzy, że widziałem to, co widziałem. Zaczynam wątpić w swoje 
zdrowie psychiczne. 

–  Jest  pan  być  może  jedyną  z  miliona  osób,  u  której  wystąpiły 

nieprzewidziane reakcje – powiedziała wesoło lekarka. – Gratuluję! 

Qwilleran  spojrzał  na  nią,  a  ona  odwzajemniła  jego  spojrzenie, 

trzepocząc rzęsami. 

–  Więc  mogę  panią  oskarżyć  o  błąd  w  sztuce  lekarskiej?  A  może 

wolałaby pani umówić się ze mną na kolację? 

–  Jeśli  zamienimy  kolację  na  szybki  lunch,  mogę  iść  od  razu  – 

odparła, zerkając na zegarek. – Nigdy nie odrzucam zaproszenia na 
lunch od interesującego starszego mężczyzny. Lubi pan paszteciki? 

–  Lubię,  kiedy  ciasto  jest  puszyste,  no  i  koniecznie  muszą  być  z 

sosem. 

–  Więc  z  pewnością  pokocha  pan  knajpkę  „Nasty  Pasty”. 

Chodźmy  –  lekarka  zdjęła  biały  fartuch,  który  zakrywał  koszulkę  z 
napisem „Mooseville”. 

Restauracja była mała, a jej wnętrze miłe i kameralne. Znajdowały 

się  w  niej  dwa  rzędy  kabin,  a  na  ścianach  rozwieszone  były  sieci 
rybackie, liny i wypchane mewy. 

–  Nigdy  bym  się  nie  spodziewał,  że  mój  lekarz  będzie  o  połowę 

młodszą  ode  mnie  kobietą,  do  tego  jeszcze  atrakcyjną  –  powiedział 
Qwilleran. 

– Niech się pan lepiej przyzwyczai do tej myśli – odparła. – Jest 

takich  lekarek  pod  dostatkiem...  Jest  pan  w  świetnej  formie  jak  na 
swój wiek. Dużo pan ćwiczy? 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

63 

– Raczej nie – odpowiedział, chociaż określenie „w ogóle” byłoby 

bliższe  prawdy.  –  Przepraszam,  pani  doktor,  ale  nie  wiem,  jak  się 
pani nazywa. 

– Melinda Goodwinter. 
– Jesteś krewną tego adwokata? 
–  Kuzynką.  Pickax  jest pełne  Goodwinterów.  Mój  ojciec  jest tam 

lekarzem  pierwszego  kontaktu.  Na  jesieni  przenoszę  się  do  jego 
gabinetu. 

–  Pewnie  znasz  Fanny  Klingenschoen.  Przez  całe  lato  będę 

mieszkał w jej domku. 

– Każdy zna Fanny – na dobre i na złe. Może nie powinnam tak 

mówić, to wyjątkowa starsza pani. Mówi, że chce być moją pierwszą 
pacjentką, kiedy już będę miała własny gabinet. 

– Dlaczego uważasz, że jest wyjątkowa? 
– Fanny w specyficzny sposób zdobywa to, czego chce. Znasz stary 

sąd  naszego  okręgu?  To  prawdziwa  perła  architektoniczna. 
Zamierzali  go  rozebrać,  ale  Fanny  zaczęła  działać.  Tylko  dzięki  niej 
został ocalony. 

Qwilleran przygładził wąsy. 
–  Pozwól,  że  cię  o  coś  zapytam,  Melindo.  To  wspaniałe  miejsce, 

ludzie są przyjaźni, jednak prześladuje mnie przeczucie, że dzieje się 
tu coś, czego nie rozumiem. Czy naprawdę mam uwierzyć, że Moose 
County to jakaś Arkadia? 

–  Mamy  swoje  problemy  –  przyznała  –  ale  nie  mówimy  o  nich 

obcym.  To  nasze  prywatne  sprawy.  Poza  tym  mieszkańcy  raczej  tu 
nie przepadają za mieszczuchami. 

– Kochają ich pieniądze, ale nie lubią samych turystów, tak? 
Melinda przytaknęła. 
– Letnicy są zbyt przemądrzali, zbyt zarozumiali, zbyt agresywni, 

zbyt  protekcjonalni...  zbyt  różni  od  nas.  Oczywiście  z  wyjątkiem 
mojego szanownego rozmówcy. 

– Myślisz, że jesteśmy inni? To wy jesteście inni – zaprotestował 

Qwilleran.  –  Życie  w  mieście  jest  całkowicie  przewidywalne. 
Wypełniam  swoje  zadania,  jem  lunch  w  klubie  prasowym,  wracam 
szybko  do  gazety,  żeby  napisać  artykuł,  jem  kolację  w  dobrej 
restauracji,  upijam  się  w  drodze  powrotnej  do  domu...  żadnych 
niespodzianek! 

– Bez żartów. Żyłam w mieście i wiem, że wieś jest zdecydowanie 

background image

Lilian Jackson Braun 

64 

lepsza. 

Paszteciki były dokładnie takie, jakie dziennikarz sobie wymarzył: 

kruche,  soczyste  i  odpowiednio  duże.  Qwilleran  dobrze  czuł  się  z 
Melindą.  W  pewnej  chwili  nieświadomie  przygładził  wąsy  i 
powiedział: 

– Muszę ci się do czegoś przyznać, jeśli nie masz nic przeciwko. 
– Będę zaszczycona. 
– Nie omawiałbym tego z nikim innym, ale skoro jesteś lekarką... 
– Rozumiem. 
– Od czego by tu zacząć... Znasz się na kotach? Mają szósty zmysł, 

no  wiesz.  Niektórzy  ludzie  uważają,  że  ich  wąsy  to  rodzaj 
pozazmysłowego przekaźnika. 

– Ciekawa teoria. 
– Mam kota syjamskiego i dałbym głowę, że ma dostęp do jakiejś 

tajemnej wiedzy. 

Melinda zachęcająco kiwnęła głową. Qwilleran ściszył głos. 
–  Czasem  moje  wąsy  wyczuwają  dziwne  wibracje  i  dostrzegam 

rzeczy,  które  dla  innych  wcale  nie  są  oczywiste.  To  jeszcze  nie 
wszystko.  W  ciągu  ostatnich  dwóch  lat  węch  niesamowicie  mi  się 
wyostrzył. To aż niepokojące. A teraz mój słuch staje się wyjątkowo 
wrażliwy.  Kilka  nocy  temu  ktoś  spacerował  plażą  –  po  miękkim 
piasku – kilkaset metrów ode mnie, a ja nawet z głową pod poduszką 
słyszałem głośne kroki. Bum bum bum. 

– To rzeczywiście wyjątkowe – przyznała. 
– Uważasz, że to nienormalne? Czy to coś, czym powinienem się 

martwić? 

– Podobno słonie słyszą kroki myszy. 
– Mam nadzieję, że nie sugerujesz, że mam wielkie uszy. 
– Twoje uszy mają doskonałe proporcje – powiedziała Melinda. – 

Właściwie jesteś jak na swój wiek całkiem atrakcyjnym mężczyzną. 

Melinda  Goodwinter  była  miłą  towarzyszką,  chociaż  Qwilleran 

uważał, że zbyt często zwraca uwagę na jego wiek. Zapytała go nawet, 
czy  ma  wnuki.  Mimo  to  czuł  się  świetnie,  wracając  do  domu.  Może 
zacznie pracować nad książką albo trochę poćwiczy. 

Mgła  prawie  opadła.  Spychały  ją  podmuchy  bryzy,  a  jezioro  było 

teraz  gładkie  jak  tafla.  „Idealna  pogoda  na  kajak”  –  pomyślał 
Qwilleran. 

Nie pływał od czasu, kiedy mając dwanaście lat, pojechał na letnie 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

65 

kolonie. Wydawało mu się jednak, że pamięta, jak się to robi. Znalazł 
wiosła  w  szopie  z  narzędziami  i  wybrał  te  najdłuższe.  Ściągnięcie 
aluminiowego kajaka z piaszczystego zbocza na plażę nie było jeszcze 
takie  trudne,  ale  spuszczenie  go  na  wodę  okazało  się  prawdziwym 
wyzwaniem.  Nie  mówiąc  o  mokrych  nogach  i  niepewnym  skoku  na 
chwiejny,  niechętny  do  współpracy  kajak.  Kiedy  Qwilleran  wreszcie 
usadowił  się  na  rufie  i  zaczął  płynąć  po  lśniącym,  gładkim  jeziorze, 
poczuł cudowną falę euforii połączonej ze spokojem. 

Przypomniał  sobie  radę  ciotki  Fanny  i  ustawił  wystający  ponad 

wodę  dziób  równolegle  do  brzegu.  Chwilę  później  podmuch  wiatru 
uderzył w kajak, który obrócił się i skierował na środek jeziora. Kiedy 
jednak  powiew  bryzy  ustąpił,  szybko  wrócił  do  poprzedniej  pozycji. 
Wiosłując,  Qwilleran  mijał  opuszczone  plaże  i  samotne  wydmy 
porośnięte  sosnami.  Dalej  znajdował  się  rząd  dużych  domków 
letniskowych.  Był  to  klub  „Na  Wydmach”.  Spodobało  mu  się,  że 
mieszkańcy  domków  patrzyli  na  niego  z  zazdrością.  Dwóch  z  nich 
pomachało mu z ganku. 

Bryza  znów  się  nasiliła  i  woda  była  lekko  wzburzona.  Dziób 

obrócił się jak wiatrowskaz i kajak poszybował w stronę znajdującej 
się  sto  mil  dalej  granicy  kanadyjskiej.  Qwilleran  próbował 
przypomnieć  sobie  wszystko,  co  wiedział  o  pływaniu  kajakiem,  ale 
nie zdołał nic zrobić, dopóki wiatr znowu nie ucichł. 

Znajdował  się  teraz  dalej  od  brzegu,  niż  nakazywałby  rozsądek. 

Próbował zawrócić, ale ląd nie osłaniał go już od wiatru, a podmuchy 
nie  ustępowały.  Ciągle  obracały  dziób,  a  kajakiem  zupełnie  nie  dało 
się  sterować.  Mężczyzna  machał  rękoma  jak  oszalały.  Zanurzył 
wiosła  w  wodzie  i  próbował  odwrócić  kajak.  Ten  jednak  wypłynął 
jeszcze dalej na środek jeziora, przez cały czas wirując dziko w coraz 
bardziej wzburzonej wodzie. 

Qwilleran  stracił  kontrolę  nad  sytuacją.  Czy  powinien  wyskoczyć 

za  burtę,  popłynąć  do  brzegu  i  porzucić  kajak?  Nigdy  dobrze  nie 
pływał  i  pamiętał,  że  jezioro  uchodzi  za  lodowato  zimne.  Nie  było 
chwili do stracenia. Każda sekunda oddalała go od brzegu. Ogarniała 
go panika. 

„Wiosłuj  do  tyłu!”  –  usłyszał  głos  wśród  podmuchów  wiatru. 

„Wiosłuj do tyłu!” 

No  tak!  Oczywiście!  O  to  właśnie  chodziło!  Zaczął  wiosłować  w 

drugą stronę i mimo że dziób był dalej skierowany na północ, kajak 

background image

Lilian Jackson Braun 

66 

stopniowo  zbliżał  się  do  brzegu.  Kiedy  już  ląd  osłonił  go  od  wiatru, 
Qwilleran zdołał obrócić kajak i skierować go w stronę plaży. 

Na piasku stali kobieta i mężczyzna. Przyglądali mu się uważnie, a 

mężczyzna  trzymał  megafon.  Zaczęli  głośno  dodawać  mu  otuchy. 
Wreszcie zdołał wyciągnąć kajak na brzeg. 

– Coraz bardziej się o pana niepokoiliśmy – powiedziała kobieta. 

– Zamierzałam już sprowadzić helikopter. 

Zaśmiała się nerwowo. Mężczyzna dodał: 
– Musi pan jeszcze trochę poćwiczyć, zanim weźmie pan udział w 

olimpiadzie. 

Qwilleran ciężko oddychał, ale zdołał im podziękować. 
–  Pan  Qwilleran,  prawda?  –  zapytała  kobieta.  Była  w  średnim 

wieku,  miała  duże  piersi  i  była  modnie  ubrana.  –  Nazywam  się 
Mildred  Hanstable,  jestem  teściową  Rogera.  To  nasz  sąsiad  Buford 
Dunfield. 

– Mów mi Buck – powiedział sąsiad. 
– Mów mi Qwill. Podali sobie ręce. 
–  Musisz  się  czegoś  napić  –  stwierdził  Buck.  –  Zapraszam  do 

mnie. Mildred, co ty na to? 

–  Dziękuję,  Buck,  ale  zostawiłam  klopsy  w  piekarniku.  Stanley 

przychodzi dziś na kolację. 

–  Swoją  drogą  dziękuję  za  indyka  –  powiedział  Qwilleran.  –  Był 

przepyszny,  zrobiłem  sobie  z  nim  kanapki.  To  szczyt  moich 
kulinarnych umiejętności. 

Mildred roześmiała się serdecznie. 
–  Nie  znalazł  pan  w  swoim  domku  bransoletki?  Bransoletki  ze 

złotym łańcuszkiem? 

– Nie, ale poszukam jej. 
– Mogłam ją jeszcze zgubić, spacerując po plaży. 
–  W  takim  razie  –  wtrącił  Buck  –  przepadła  na  zawsze.  Mildred 

zaśmiała się sztywno. 

– Jeśli nie zabiorą jej fale, zrobią to na pewno te dziewczyny. 
Mężczyźni  wspięli  się  po  wydmie  w  stronę  domku.  Buck  był 

dobrze zbudowany. Miał bujne siwe włosy i zachowywał się w sposób 
zdecydowany. Mówił mocnym głosem, który idealnie nadawał się do 
megafonu. 

–  Cieszę  się,  że  mgła  wreszcie  opadła  –  powiedział.  –  Ile 

zamierzasz tu zostać? 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

67 

– Całe lato. Często jest tu mgła? 
– Tak gęsta? Trzy czy cztery razy na sezon. Nie wiem, jak w zimie, 

bo wtedy jeździmy do Teksasu. 

Drewniany  domek  miał  taras  z  widokiem  na  jezioro.  Do  salonu 

prowadziły przeszklone drzwi. 

– Przepraszam za bałagan – ciągnął gospodarz. – Żona wyjechała 

do  Kanady  razem  z  moją  siostrą.  Chciały  obejrzeć  jakieś 
przedstawienia  o  zmarłych  królach.  Wiesz,  dziewczyny  uwielbiają 
takie rzeczy... Czego się napijesz? Ja lubię żytnią whisky, ale mam też 
szkocką i burbona. A może masz ochotę na gin z tonikiem? 

–  Poproszę  tylko  wodę  z  tonikiem  albo  napój  imbirowy  – 

powiedział Qwilleran. – Staram się nie pić alkoholu. 

–  Całkiem  rozsądnie.  Ja  też  nie  powinienem.  Planujesz  łowić 

ryby? 

–  Łowię  ryby  mniej  więcej  tak  dobrze,  jak  pływam  kajakiem. 

Jestem tu przede wszystkim po to, żeby mieć czas na pisanie książki. 

–  Człowieku,  gdybym  umiał  pisać,  miałbym  już  na  koncie 

bestseller  –  roześmiał  się  Buck.  –  Czego  to  ja  nie  widziałem!  Przez 
dwadzieścia pięć lat pracowałem w policji na Nizinach. Przeszedłem 
na  wcześniejszą  emeryturę  i  dostawałem  niezłe  pieniądze,  ale 
nudziło  mi  się.  Wiesz,  jak  to  jest...  Więc  przyjąłem  drobną  pracę  w 
Pickax.  Komendant policji w  małym miasteczku!  Co  za przygoda!  – 
Pokręcił  głową.  –  Porządni  obywatele  sprawiali  mi  więcej  kłopotów 
niż  przestępcy,  więc  rzuciłem  tę  robotę.  Teraz  cieszę  się  spokojem, 
bawię  się  trochę  stolarką.  Widzisz  te  świeczniki?  Obrabiam  je  na 
swojej  tokarce,  a  Mildred  sprzedaje  je,  żeby  zebrać  pieniądze  na 
szpital. 

– Podobają mi się te duże – okazał zainteresowanie Qwilleran. – 

Wyglądają jak świeczniki z katedr. 

Siedzieli  przy  barku,  a  Buck  co  jakiś  czas  im  dolewał.  W  pewnej 

chwili zapalił fajkę, powtarzając dobrze znany Qwilleranowi rytuał. 

– Robiłem nawet większe – powiedział, wypuszczając dym z ust. – 

Chodź  ze  mną  na  dół,  obejrzysz  mój  warsztat.  –  Zeszli  do 
pomieszczenia  wypełnionego  urządzeniami  i  trocinami.  –  Tu 
obrabiam  świeczniki. Są  proste,  ale  podobają  się  turystom. No  i  cel 
jest  szczytny.  Mildred  pomalowała  je  na  złoto  i  dzięki  temu 
wyglądają na antyki. To mądra kobieta. 

– Słyszałem, że wiele robi dla szpitala. 

background image

Lilian Jackson Braun 

68 

–  Tak,  ma  różne  szalone  pomysły  na  zbieranie  funduszy.  To 

dobrze. Nie zaprząta sobie głowy problemami. 

Qwilleran poczuł zapach dymu i zauważył: 
– Sprowadzasz tytoń ze Szkocji. 
– Skąd wiedziałeś? Zamawiam go z Nizin. 
– Paliłem tę samą mieszankę, Groat and Boddle numer pięć. 
– Dokładnie! Przez długi czas paliłem Auld Clootie numer trzy, ale 

przerzuciłem się w zeszłym roku. 

–  Ja  zwykle  wybierałem  albo  Groat  and  Boddle,  albo  Auld 

Barleyfumble. 

Buck strzepnął trociny z krzesła, które przysunął w stronę swojego 

gościa. 

– Siadaj, przyjacielu. 
Qwilleran  usadowił  się  na  krześle  i  z  zadowoleniem  wciągnął 

zapach trocin zmieszany z aromatem swojego ulubionego tytoniu. 

– Powiedz mi, Buck, jak długo przyzwyczajałeś się do życia tutaj? 
– Jakieś cztery czy pięć lat. 
– Zamykasz drzwi na noc? 
–  Na  początku  zamykaliśmy,  ale  potem  przestaliśmy  zwracać  na 

to uwagę. 

–  Tu  jest  zupełnie  inaczej  niż  na  Nizinach.  Otoczenie,  zajęcia, 

pogoda,  zwyczaje,  tempo  życia,  nastawienie...  Nie  sądziłem,  że  to 
będzie tak drastyczna zmiana. Myślałem głównie o tym, żeby na jakiś 
czas  uciec  od  męczącego  życia  w  mieście,  zanieczyszczeń,  korków  i 
przestępczości. 

–  Nie  byłbym  taki  pewien,  czy  uciekniesz  od  tego  ostatniego  – 

powiedział poufale Buck. 

– Dlaczego? 
–  Trochę  tu  już  widziałem  –  emerytowany  policjant  rzucił  mu 

znaczące spojrzenie. 

Qwilleran przygładził wąsy. 
–  Może  wpadniesz  na  drinka  podczas  weekendu?  Mieszkam  w 

domku panny Klingenschoen. Byłeś tam kiedyś? 

Buck ponownie zapalił fajkę. Dmuchnął dymem, pokiwał głową i 

ponownie wypuścił dym. 

– Jest na wydmie, jakieś pół mili na zachód stąd. 
Qwilleran  wracał  do  domu,  trzymając  się  blisko  brzegu. 

Wiosłując,  myślał  o  człowieku,  który  uratował  mu  życie.  Buck 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

69 

zaprzeczył,  że  był  kiedykolwiek  w  domku  ciotki  Fanny,  a  jednak... 
Tego  wieczoru,  kiedy  Mildred  zostawiła  swój  prezent  powitalny, 
Qwilleran zobaczył we mgle dwie osoby. Jedna z nich paliła właśnie 
tytoń Groat and Boddle numer pięć. 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

S

S

I

I

Ó

Ó

D

D

M

M

Y

Y

 

 

 
Stłumiony dźwięk dzwonka rozległ się kilka razy, zanim Qwilleran 

zdążył  się  dobudzić  i  podnieść  słuchawkę.  Telefon  był  teraz 
schowany w kuchennej szafce, a Koko nie znalazł jeszcze sposobu na 
sforsowanie jej drzwiczek. 

Qwilleran  nie  miał  ochoty  na  kolejną  porcję  wskazówek  od  pani 

prezes przed poranną kawą, więc niechętnie powlókł się do telefonu. 

Usłyszał delikatny głos: 
– Cześć, kochanie. Obudziłam cię? Mam dla ciebie niespodziankę! 

Mogę do ciebie przyjechać, jeśli wciąż tego chcesz. 

–  Czy  tego  chcę?!  Umieram  z  tęsknoty  za  tobą.  Kiedy  możesz 

przyjechać? Ile zostaniesz? 

–  Będę  mogła  wyjść  ze  sklepu  dziś  po  lunchu,  przyjadę  jutro  i 

mogę  zostać  na  tydzień,  chyba  że  ktoś  będzie  chciał  złożyć 
zamówienie  służbowe  w  „Helthy–Welthy”.  Jestem  ujmująco 
grzeczna  wobec  Maksa  Sorrela,  więc  mam  nadzieję,  że  zaproponuje 
mi gotówkę. 

W odpowiedzi Qwilleran wydał pomruk pełen dezaprobaty. 
Nastąpiła chwila milczenia. 
– Jesteś tam, kochanie? Słyszysz mnie? 
–  Tak  się  ucieszyłem,  że  brak  mi  słów,  Rosemary.  Wysłałem  ci 

wskazówki, jak dojechać do domku, prawda? 

– Tak, dostałam je. 
– Jedź ostrożnie. 
– Już nie mogę się doczekać. 
– Potrzebuję cię. 
Tęsknota  za  Rosemary  ujawniała  się  na  każdym  kroku. 

Potrzebował  przyjaciółki,  która  dzieliłaby  jego  radości  i  problemy. 
Był otoczony życzliwymi ludźmi, a mimo to czuł się samotny. 

background image

Lilian Jackson Braun 

70 

Bez  przerwy  powtarzał  kotom:  „Poczekajcie  tylko,  aż  zobaczy 

domek!  Poczekajcie  tylko,  aż  zobaczy  jezioro!  Poczekajcie  tylko,  aż 
pozna  ciotkę  Fanny!”  Martwił  go  tylko  nieprzyjemny,  płynący  od 
brzegu  zapach.  W  ciągu  nocy  jezioro  wyrzuciło  niebywałe  ilości 
srebrzystych ryb, które zaczęły się rozkładać w porannym słońcu. 

Jadąc  do  miasta  na  śniadanie,  Qwilleran  machał  radośnie  do 

wszystkich  mijających  go  kierowców.  Później,  wzmocniony 
naleśnikami z mąki gryczanej z syropem, poszedł poszukać sklepu ze 
świecami  w  Galerii  Cannery.  Wyczuł  trzydzieści  siedem  różnych 
zapachów, jeszcze zanim zauważył szyld „Pochodnie Nocy”. 

– Pani Sharon MacGillivray? – zapytał młodą kobietę układającą 

rzeczy na wystawie. – Nazywam się Jim Qwilleran. 

–  O  Boże,  tak  się  cieszę,  że  mogę  pana  poznać!  Nazywam  się 

Sharon  Hanstable  –  przedstawiła  się  –  jestem  żoną  Roberta 
MacGillivraya. Tyle o panu słyszałam. 

–  Podoba  mi  się  nazwa  pani  sklepu  –  pomyślał  chwilę  i 

wydeklamował: – „Pochodnie nocy już się wypaliły i dzień się wspina 
raźnie na gór szczyty”. 

– Jest pan niesamowity! Nikt dotąd nie rozpoznał tego cytatu. 
–  Może  rybacy  nie  czytują  Szekspira.  Interesują  ich  świece 

zapachowe? 

Sharon roześmiała się. 
– Na szczęście odwiedza nas mnóstwo turystów, poza tym oprócz 

świec mam też trochę biżuterii, wyrobów z drewna i zabawek. 

Qwilleran  rozejrzał  się  po  sklepiku,  a  jego  wrażliwy  nos  ledwo 

mógł znieść napór trzydziestu siedmiu zapachów. 

– Roger ma ładny spinacz do pieniędzy. Ma pani jeszcze takie? – 

zapytał. 

–  Niestety,  wszystkie  sprzedałam.  Ludzie  kupowali  je  na  Dzień 

Ojca. Złożyłam już kolejne zamówienie. 

– Ile kosztują te wysokie drewniane świeczniki? 
–  Dwadzieścia  dolarów.  Robi  je  miejscowy  emerytowany 

policjant, a każdy cent zarobiony na nich idzie na cele charytatywne. 
To pomysł mojej mamy. 

– Poznałem pani matkę wczoraj na plaży. Jest bardzo miła. 
Sharon przytaknęła. 
–  Wszyscy  lubią  mamę,  nawet  jej  uczniowie.  Wie  pan,  uczy  w 

szkole  w  Pickax.  Wszyscy  jesteśmy  nauczycielami,  oprócz  taty.  On 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

71 

prowadzi fermę indyków przy Pickax Road. 

– Widziałem ją. Interesujące miejsce. 
– Niespecjalnie – Sharon zmarszczyła nos z obrzydzeniem. – Jest 

tam  potwornie  brudno  i  strasznie  cuchnie.  Kiedy  byłam  w  liceum, 
zajmowałam  się  drobiem  na  fermie.  Te  ptaki  są  takie  głupie!  Musi 
pan uczyć hodowlane indyki, jak jeść i pić. Potem wariują i zabijają 
się  nawzajem.  Trzeba  być  trochę  szalonym,  żeby  hodować  indyki. 
Mama ich nie znosi. Proponowała już, że panu powróży? 

–  Jeszcze  nie  –  odpowiedział  Qwilleran  –  ale  jest  kilka  pytań, 

które  chciałbym  jej  zadać.  Mam  też  jedno  pytanie  do  pani:  gdzie  w 
okolicy mogę znaleźć ślusarza? 

– Nie słyszałam, żeby w Mooseville był jakiś ślusarz, ale zapewne 

pomoże panu mechanik samochodowy. 

Wyszedł ze sklepu z wysokim świecznikiem i grubą zieloną świecą. 

Wracając do domu, rozkoszował się zapachem sosen. Kiedy postawił 
świecznik  na  ganku,  Koko  zaczął  go  namiętnie  obwąchiwać.  Yum 
Yum  była  bardziej  zainteresowana  polowaniem  na  pająki.  Koko 
przechylił uszy do tyłu, obwąchał świecznik i kichnął parę razy. 

Było  późne  popołudnie,  kiedy  na  podjazd  wjechała  niebieska 

furgonetka. Tom był sam w szoferce. 

– A gdzie piła mechaniczna? – zapytał wesoło Qwilleran. 
–  W  bagażniku  –  powiedział  Tom  z  wyrazem  zadowolenia  na 

twarzy.  –  Lubię  rąbać  kłody  siekierą,  ale  to  duże  drzewo.  Bardzo 
duże  drzewo.  – Spojrzał  w  stronę  jeziora.  – Ładny  dziś dzień.  Mgła 
znikła. Nie lubię mgły. 

Piła  okazała  się  być  mechanizmem  zasilanym  benzyną, 

wyposażonym  w  groźnie  wyglądające  ostrze.  Tom  pociął  szybko 
kłody  na  odpowiednie  kawałki.  Qwilleran  przyglądał  się  temu  przez 
chwilę,  ale  hałas  zaczął  go  drażnić,  więc  wycofał  się  do  domku  i 
zaczął czesać kotom futro. Zaniedbywał je przez cały tydzień. 

Na sygnał „szczotkowanie!” Koko poderwał się z ganku, na którym 

obserwował  faunę  i  florę,  a  Yum  Yum  wyskoczyła  spod  sofy,  gdzie 
ukryła  się  przed  hałasem  dobiegającym  z  zewnątrz.  Później  koty 
odtańczyły  swój  uwodzicielski  taniec  w  duecie:  kręciły  się, 
przeciągały,  ocierały  i  skakały  w  ekstazie  pod  kolejnymi 
pociągnięciami szczotki. 

Kiedy Tom skończył ciąć drewno, Qwilleran wyszedł, żeby pomóc 

mu je ułożyć. 

background image

Lilian Jackson Braun 

72 

– Więc nie lubisz gęstej mgły – zagadnął. 
–  Nie,  trudno  w  niej  coś  zobaczyć  –  powiedział  Tom.  – 

Niebezpiecznie jest wtedy jeździć samochodem albo furgonetką. Tak, 
bardzo  niebezpiecznie.  Rzadko  jeżdżę  we  mgle.  Nie  chcę  mieć 
wypadku. Człowiek z Pickax zginął w wypadku. Prowadził samochód 
we  mgle  –  słowa  Toma  były  powolne  i  monotonne,  miały  kojącą, 
śpiewną  melodię.  Tego  dnia  jego  górną  wargę  zdobił  trzydniowy 
zarost. 

Qwilleran  od  razu  zidentyfikował  pierwsze  symptomy  wąsów  i 

uśmiechnął  się.  Szukając  jakiegokolwiek  tematu,  zwrócił  Tomowi 
uwagę  na  niezwykłe  walory  piasku  otaczającego  domek:  tak  czysty, 
taki drobny... 

– W tym piasku jest złoto – powiedział Tom. 
– Tak, lśni jak złoto, prawda? 
–  Nie,  tu  jest  prawdziwe  złoto  –  nalegał  Tom.  –  Słyszałem,  jak 

mówił  o  tym  jeden  mężczyzna.  Mówił,  że  pod  tym  domkiem  jest 
kopalnia  złota.  Chciałbym,  żeby  to  był  mój  domek.  Wykopałbym  to 
złoto. 

Qwilleran  zamierzał  wyjaśnić  Tomowi  znaczenie  tej  metafory  z 

dziedziny  handlu  nieruchomościami,  ale  zrezygnował.  Zamiast  tego 
powiedział: 

–  Często  widuję  tu  ludzi,  którzy  zbierają  kamyki  na  plaży. 

Ciekawe, czego szukają. 

– Na plaży nie ma złota – oznajmił Tom. – Tylko agaty. Agaty są 

ładne. Znalazłem trochę agatów. 

– Jak one wyglądają? 
–  Jak  małe  kamyki,  ale  są  naprawdę  ładne.  Sprzedałem  je 

mężczyźnie w restauracji. Dał mi za nie pięć dolarów. 

Przez pewien czas pracowali w milczeniu. Wysokie drzewo zostało 

pocięte na mniejsze kawałki na opał. Układając je, Qwilleran dyszał z 
wysiłku.  Tom  pracował  szybko  i  sprawnie,  wpędzając  go  w  jeszcze 
większe kompleksy. Po kilku minutach Tom powiedział: 

– Chciałbym mieć dużo pieniędzy. 
– Co byś z nimi zrobił? 
– Pojechałbym do Las Vegas. Łacinie tam. Inaczej niż u nas. 
– To prawda – przytaknął Qwilleran. – Byłeś tam kiedyś? 
–  Nie.  Widziałem  Las  Vegas  w  telewizji.  Jest  dużo  światła  i 

muzyki i mnóstwo ludzi. Tylu ludzi! Lubię nocne kluby. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

73 

–  Gdybyś  pojechał  do  Las  Vegas,  chciałbyś  pracować  w  nocnym 

klubie? 

–  Nie  –  zastanowił  się  Tom.  –  Chciałbym  kupić  nocny  klub. 

Chciałbym zostać jego szefem. 

Kiedy  Tom  ułożył  już  wszystkie  kawałki  drewna,  Qwilleran 

zaprosił go na piwo. 

– A może wolisz drinka? Mam whisky. 
– Lubię piwo – odpowiedział Tom. 
Usiedli na ganku z zimnymi napojami. Koko był zahipnotyzowany 

spokojnym  głosem  mężczyzny.  Yum  Yum  też  wyszła  na  werandę, 
choć nie była towarzyską kotką. 

– Lubię koty – powiedział Tom. – Są ładne. Nagle zawstydził się. 
– Co się stało, Tom? 
–  Ona  powiedziała  mi,  żebym  tu  przyjechał  i  sprawdził  telefon. 

Dlatego  przyjechałem.  Mówiłeś  mi,  żebym  nie  przyjeżdżał.  Nie 
wiedziałem, co robić. 

–  Wszystko  w  porządku  –  powiedział  Qwilleran.  –  Dobrze 

zrobiłeś. 

– Zawsze robię to, co ona mi każe. 
–  Jesteś  lojalnym  pracownikiem,  Tom.  Świetnie  spełniasz  swoje 

obowiązki. Możesz być dumny ze swojej pracy. 

– Przyjechałem tu spojrzeć na telefon, a duży kot wyszedł i zaczął 

do mnie mówić. 

– To Koko. Mam nadzieję, że był grzeczny. 
–  Tak,  bardzo  grzeczny  –  Tom  wstał  i  spojrzał  w  niebo.  –  Czas 

wracać do domu. 

– Proszę – powiedział Qwilleran, wręczając mu złożony banknot. 

– Kup sobie coś do jedzenia w drodze powrotnej. 

– Mam pieniądze na obiad. Ona dała mi pieniądze na obiad. 
–  W  porządku,  w  takim  razie  kup  sobie  dwa  obiady.  Lubisz 

paszteciki, prawda? 

– Tak, lubię paszteciki. Bardzo lubię paszteciki. Są smaczne. 
Wizyta Toma wprawiła Qwillerana w zły humor. Był smutny i czuł 

się  nieswojo.  Podgrzał  puszkę  rosołu  z  kaszą  jęczmienną  i  zjadł  ją, 
nie  czując  nawet smaku.  Nie  był  w  nastroju,  by pisać powieść,  więc 
poczuł  ulgę,  kiedy  zjawił  się  kolejny  gość.  Tym  razem  nadszedł  od 
strony plaży. 

Buck  Dunfield,  w  kapitańskiej  czapce  na  głowie,  wspinał  się 

background image

Lilian Jackson Braun 

74 

niezdarnie  po  wydmie.  Było  to  zupełnie  naturalne,  zważywszy  na 
strome zbocze i sypki piasek. 

– Obiecałeś mi drinka! – zawołał. – Korzystam z propozycji, póki 

jeszcze żyję jak kawaler. Jutro wraca moja żona. Co słychać? 

– W porządku. Chodź, usiądźmy na ganku. 
– Przyniosłem ci coś. Właśnie go znalazłem – podał Qwilleranowi 

kamyk. – Leżał na twojej plaży, więc jest twój. To agat! 

– Dzięki. Słyszałem o nich. Są cenne? 
–  No  cóż,  niektórzy  robią  z  nich  biżuterię.  Wszyscy  w  okolicy 

zbierają agaty. Przyniosłem coś jeszcze – Buck wyjął z kieszeni kurtki 
foliowe  opakowanie.  –  Klops.  Od  Mildred.  Jej  mąż  nie  zjawił  się 
wczoraj.  A  tak  między  nami  mówiąc,  lepiej  jej  bez  niego  –  dodał 
ściszonym głosem. 

Rozsiedli  się  w  płóciennych  leżakach  na  ganku.  Mieli  stąd 

wspaniały widok na spokojne jezioro. Buck odezwał się: 

– Coś ci powiem. Jeśli często zamierzasz tu siedzieć, pamiętaj, że 

kiedy jest spokojny dzień, głosy niesamowicie niosą się przez jezioro. 
Kiedy jakiś facet na łodzi rybackiej o pół mili dalej powie: „Podaj mi 
piwo”,  usłyszysz  to  tak  wyraźnie,  jakbyś  rozmawiał  z  nim  przez 
telefon. Ale pamiętaj: on też cię słyszy. 

Jezioro  zlewało  się  z  niebem.  W  zasięgu  wzroku  pływało  kilka 

łódek, które zdawały się wisieć w powietrzu. 

– Często łowisz ryby, Buck? 
– Trochę łowię, trochę gram w golfa... O, widzę, że masz jeden z 

moich świeczników. 

– Kupiłem go dziś rano w sklepie Sharon. 
–  Powiem  Mildred.  Ucieszy  się.  Miły  sklepik,  prawda? 

Sympatyczna  dziewczyna  z  tej  Sharon.  A  Roger  to  dobry  chłopak  – 
Wyjął  fajkę  i  zaczął  odprawiać  swój  rytuał.  Wskazał  plażę  i 
powiedział: – Masz tam trochę zdechłych ryb. 

– Nawet mi nie mów. Potwornie cuchną, ilekroć zawieje wiatr. 
–  Powinieneś  je  pochować.  Ja  tak  robię.  Smród  mi  nie 

przeszkadza  –  mam  wiecznie  zatkany  nos  z  powodu  zajętych  zatok. 
Ale  moja  żona  protestuje,  więc  chowam  ryby  pod  drzewami.  To 
świetny nawóz! 

–  Jeśli  masz  zły  węch  –  powiedział  Qwilleran  –  to  jak  możesz 

cieszyć  się  fajką?  Dla  mnie  główną  atrakcją  był  właśnie  aromat 
tytoniu. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

75 

–  To  taki  nerwowy  nawyk  –  Buck  zaczął  się  przyglądać  dwóm 

długonogim  dziewczynom, 

które 

spacerowały 

po 

plaży 

pochylonymi głowami, uważnie obserwując piasek. – Widzisz? A nie 
mówiłem?  Wszyscy  zbierają  agaty.  W  środku  lata  na  tej  plaży  jest 
prawdziwy tłum. – Spojrzał jeszcze raz na dziewczyny. – Są trochę za 
chude jak na mój gust. Podobają ci się? 

Qwilleran  uśmiechnął  się  zadowolony,  myśląc:  „Niech  no  tylko 

zobaczy Rosemary!” 

–  Znasz  kobietę,  która  jest  właścicielką  tego  domu?  Buck 

znacząco przewrócił oczami. 

–  O  rany!  Ona  mnie  nienawidzi.  Odebrałem  jej  prawo  jazdy  po 

tym,  jak  wydrążyła  dziurę  w  komisariacie  policji  w  Pickax. 
Kompletnie  nie  umiała  prowadzić.  Mam  nadzieję,  że  nie  jest  twoją 
babcią czy kimś takim. 

– Nie, zero pokrewieństwa. 
–  Ma  górę  pieniędzy  i  wydaje  jej  się,  że  może  robić,  co  jej  się 

żywnie podoba. Kobieta w jej wieku nie powinna mieć pozwolenia na 
broń. Jest na tyle szalona, że mogłaby któregoś dnia zastrzelić ludzi 
zebranych na posiedzeniu rady miejskiej – wypuścił wściekle dym. – 
Ma  na  imię  Fanny,  ale  każe  nazywać  się  Francesca  i  każdy,  kto  da 
swojemu  dziecku  jej  imię,  zostaje  wpisany  do  jej  testamentu.  W 
Pickax jest więcej dziewczyn o imieniu Francesca niż w Rzymie. 

Pijąc kolejnego drinka, Buck poprosił poufale: 
–  Powiedz  szczerze,  masz  wrażenie,  że  w  tym  miejscu  wszystko 

gra? 

– Co masz na myśli? 
– Mooseville. Uważasz, że wszystko jest tu takie, jakie się wydaje? 
Ze  spiskowego  tonu  głosu  i  zachowania  Bucka  wynikało,  że  nie 

mówi o krajobrazie. Qwilleran przygładził wąsy. 

–  No  cóż,  mieszkańcy  mają  tendencję,  jak  by  to  powiedzieć...  do 

przechodzenia  do  porządku  dziennego  nad  pewnymi  sprawami  i 
wyjaśniania ich w dziwny sposób. 

–  Dokładnie!  Oni  tacy  są.  W  „Picayune”  nie  napisano  ani  słowa, 

kiedy  turyści  zostali  poturbowani  przez  niedźwiedzie  na  miejskim 
wysypisku. Oczywiście ci idioci wspięli się na płot i drażnili zwierzęta 
– potem miasto zainstalowało tam podwójne ogrodzenie. Ale gazeta 
nawet o tym nie wspomniała. 

–  Zastanawiam  się,  czy  ten  wakacyjny  raj  rzeczywiście  jest  tak 

background image

Lilian Jackson Braun 

76 

wolny od przestępczości, jak chcieliby nam wmówić. 

–  No,  nareszcie  zaczynasz  łapać  –  Buck  szybko  się  rozejrzał.  – 

Tutaj dzieje się coś podejrzanego. Trzeba to wyjaśnić. Sam wiesz, jak 
to  jest,  pracowałeś  w  tym.  Znam  dobrze  kilku  detektywów  z  Nizin, 
bardzo dobrze o tobie mówią. 

– Znasz porucznika Hamesa? 
– Jasne, że tak – Buck zachichotał. – Mówił mi o twoim sprytnym 

kocie. Naprawdę niezłe! Nie wierzę w to ani trochę, ale on przysięga, 
że to prawda. 

–  Koko  jest  mądrzejszy  ode  mnie  i  siedzi  właśnie  pod  twoim 

krzesłem, więc uważaj, co mówisz. 

– Koty są w porządku – powiedział Buck – ale wolę psy. 
–  Wracając  do  tematu  –  ciągnął  Qwilleran.  –  Myślę,  że  tutejsze 

władze  chcą  działać  własnym  trybem  i  posługiwać  się  własnymi 
metodami.  Nie  życzą  sobie  sugestii  ani  kłopotliwych  pytań  od 
obcych. 

–  Dokładnie!  Miejscowi  nie  chcą,  żeby  zjawiali  się  tu  nadęci 

ważniacy z miasta i mówili im, co jest nie tak. 

– A co jest według ciebie nie tak? 
Buck ponownie ściszył głos i dwukrotnie spojrzał za siebie. 
–  Moim  zdaniem  przymyka  się  tu  oko  na  wiele  przestępstw.  Ale 

pracuję  nad  tym  –  na  własną  rękę.  Jeśli  kiedykolwiek  było  się 
policjantem,  zostaje  się  nim  już  na  zawsze.  Jadłeś  kiedyś  w  „BA”? 
Tamtejsi  klienci  to  niezła  zgraja,  a  hetera,  która  prowadzi  tę 
spelunkę, jest koszmarną złodziejką... ale to miejsce uznawane jest za 
największą  plotkarnię  w  kraju...  Nie  myśl,  że  zamierzam  się 
wychylać. Jestem w takim wieku, że cenię każdą chwilę życia. Mam 
zdrowy  żołądek,  wspaniałą  kobietę  i  pożyteczne  zajęcie.  Rozumiesz, 
co  mam  na  myśli?  Tylko,  że...  miałbym  dużo  satysfakcji,  gdybym 
przyczynił się do zlikwidowania tutejszej przestępczości. Nie mówię, 
że policja jest skorumpowana, ale mają związane ręce. Nikt nie chce 
nic mówić. 

Qwilleran  siedział  w  milczeniu,  gładząc  wąsy  palcami. 

Przypomniał sobie, co przydarzyło mu się na łodzi „Minnie K”. 

– Któregoś dnia miałem tu ciekawą przygodę – zaczął. – To może 

podbudować twoją teorię, chociaż nie mam żadnych dowodów. A ty? 

–  Trochę  się  ostatnio  rozglądałem  i  jestem  już  blisko.  Wkrótce 

będę coś miał. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

77 

–  No  dobrze,  pozwól,  że  opowiem  ci,  co  mi  się  przydarzyło. 

Słyszałeś kiedyś o łódce „Minnie K”? – Dziennikarz opowiedział całą 
swoją mglistą przygodę, nie pomijając żadnego szczegółu. 

Buck słuchał uważnie. Zapomniał nawet zapalić fajkę. 
– Szkoda, że nie znamy nazwy łódki, na której ci ludzie się kłócili. 
–  Pewnie  jest  przycumowana  w  tej  samej zaniedbanej  okolicy, w 

której  weszliśmy  na  pokład  „Minnie  K”.  To  był  dość  paskudny 
odcinek  wybrzeża.  Nie  wracałem  tam,  odkąd  mgła  się  podniosła, 
więc nie wiem, co się tam dzieje. 

– Znam to miejsce. To nadbrzeżne slumsy. Mieszkańcy  
Mooseville  chcieliby,  żeby  zostały  oczyszczone,  jednak  znajdują 

się  poza  granicami  miasteczka.  Chciałbyś  pojechać  tam  ze  mną  w 
najbliższym czasie? 

– Chętnie. Będę miał towarzystwo z zewnątrz przez jakiś tydzień, 

ale mogę połączyć jedno z drugim. 

–  Świetnie.  To  ja  lecę  –  powiedział  Buck.  –  Dzięki  za  drinki. 

Muszę  się  pozbyć  całej  góry  brudnych  naczyń,  zanim  moja  stara 
wróci  do  domu  i  urządzi  mi  piekło.  Przez  cały  czas  mam  żonę  i 
siostrę  na  ogonie.  Nawet  nie  wiesz,  ile  masz  szczęścia  –  spojrzał  w 
niebo. – W nocy będzie burza. 

Wrócił tak samo, jak przyszedł, schodząc w stronę plaży, ślizgając 

się  i  potykając  na  wydmie.  Długonogie  dziewczyny  wracały  właśnie 
ze spaceru i Buck ruszył za nimi i pomachał na pożegnanie stojącemu 
na ganku Qwilleranowi. 

Koko leżał cicho pod krzesłem, zwinięty w kłębek. W gościu, który 

właśnie  wyszedł,  było  coś,  co  go  fascynowało.  Qwilleran  też  cieszył 
się  z  nowego  znajomego.  Świetnie  się  dogadywał  z  Buckiem,  który 
tak  samo  jak  on  lubił  dreszczyk  emocji  towarzyszący  śledztwu.  Być 
może czekało ich kilka wspólnych detektywistycznych przygód. 

Dzień był nadzwyczajnie spokojny. Słychać było głosy dochodzące 

z  łodzi  rybackich.  „Chce  ktoś  piwo?...  Nie,  pora  wracać”.  Było  coś 
złowieszczego w tej niesamowitej bliskości wszystkich głosów. Jedna 
po drugiej łódki zaczęły wracać do Mooseville. W oddali rozległo się 
stłumione  dudnienie.  Koko  zaczął  skakać  wokół  stołu  i  krzeseł,  a 
Yum Yum piszczała. Burza dotarła do nich z nadejściem nocy. Deszcz 
uderzał  głośno  w  dach  i  szyby.  Grzmoty  wstrząsały  domkiem,  a 
błyskawice przecinały nocne niebo, rozświetlając jezioro. 

background image

Lilian Jackson Braun 

78 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

Ó

Ó

S

S

M

M

Y

Y

 

 

 
Kiedy  od  strony  szosy  zaczął  dobiegać  odgłos  wyjących  syren, 

Qwilleran  pił  akurat  poranną  kawę.  Zagryzał  ją  bułeczkami 
cynamonowymi  od  ciotki  Fanny,  które  wyjął  z  zamrażalnika, 
rozmroził i podgrzał tak, że miały konsystencję puddingu. Domek co 
prawda  dzieliło  od  głównej  drogi  kilka  akrów  lasu,  ale  Qwilleran 
rozpoznał  odgłosy  dwóch  radiowozów  i  karetki  pędzących  na 
wschód. Kolejny wypadek!  Był  coraz  większy  ruch  i  w  końcu  zbliżał 
się sezon wakacyjny. W związku z nadciągającymi sznurami przyczep 
i samochodów turystycznych spokojna wiejska droga zamieniła się w 
niebezpieczną autostradę. 

Tego ranka Qwilleran po raz kolejny przegrał walkę z kominkiem. 

„Dlaczego – zastanawiał się – pojedynczy niedopałek może wywołać 
pożar  w  lesie,  a  ja  nie  mogę  nawet  rozpalić  gazety  jedenastoma 
zapałkami?”  Kiedy  wreszcie  zdołał  podpalić  dodatek  sportowy,  dym 
zakłębił się w kominku, a płatki osmalonego papieru osiadły na białej 
sofie, wypastowanej drewnianej podłodze i wzorzystych indiańskich 
dywanach. 

Po  śniadaniu  Qwilleran  postanowił  sprzątnąć  domek.  Zaczął  od 

odkurzania  półek  i  dwie  godziny  później  wciąż  przy  nich  tkwił,  bo 
odkrył  książki  o  Indianach,  szopach  praczach,  historii  górnictwa  i 
pospolitych  chwastach.  Artykuł  o  sumaku  jadowitym  zawierał  szkic 
tego  złowrogiego  pnącza.  Qwilleran  szybko  wyszedł  z  domku, 
trzymając książkę pod ręką. Zamierzał zbadać teren w okolicy dołu z 
kompostem – obszar, który tak bardzo zaprzątał uwagę kotów. 

W  przyrodzie  widać  już  było  skutki  gwałtownej  burzy.  Wszystko 

było czystsze, bardziej zielone i bardziej żywe. Dwa nieduże brązowe 
króliki  obgryzały  szyszki.  Małe  stworzonka  pędziły  po  poszyciu 
pokrytym sosnowymi igłami i zeszłorocznymi dębowymi liśćmi. Nie 
było  tu  jednak  sumaka  jadowitego.  „Kolejna  tajemnica”  –  pomyślał 
Qwilleran. 

Chwilę później znalazł kolejny pretekst, by odwlec pracę. Od dnia, 

kiedy  przyszedł  po  wiosło  do  kajaka,  nie  wchodził  do  szopy  z 
narzędziami.  Była  to  cedrowa  chatka  bez  okien  i  bez  światła 
elektrycznego.  Wiosła  stały  tuż  przy  wejściu.  Obok  nich  znajdowała 
się  drabina  i  narzędzia  ogrodnicze.  Tylna  część  pomieszczenia 
pogrążona  była  w  mroku,  więc  Qwilleran  wrócił  do  domku  po 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

79 

latarkę.  Tak  jak  się  spodziewał,  jego  poczynania  bacznie 
obserwowały 

dwa 

koty 

syjamskie, 

usadowione 

na 

oknie 

wychodzącym na wschód. 

W  świetle  latarki  Qwilleran  zobaczył  leżące  w  głębi  szopy  puszki 

farby,  zwoje  lin,  wąż  ogrodowy,  siekiery  i  stare,  oparte  o  najdalszą 
ścianę spłowiałe łóżko polowe z płaską poduszeczką. Powyżej wisiały 
wyblakłe  strony  czasopism  sprzed  dwóch  lat  ze  zdjęciami  z  Las 
Vegas.  Komary  zaczęły  atakować  szyję  i  uszy  Qwillerana,  a  głośne 
bzyczenie sugerowało, że może być jeszcze gorzej. Szybko się wycofał. 

Bez  nadmiernego  entuzjazmu  zajął  się  dalszym  sprzątaniem 

domku.  Nagle  Koko  zaczął  głośno  mruczeć,  po  czym  popędził  w 
stronę  okien  skierowanych  w  stronę  jeziora.  Chwilę  później  idąca 
plażą  samotna  sylwetka  zaczęła  wspinać  się  po  wydmie.  Mildred 
Hanstable miała pochyloną głowę i przecierała oczy chusteczką. 

Qwilleran wyszedł jej na spotkanie. 
– Mildred! Co się stało? 
– O Boże – załkała. – Buck Dunfield... 
– Co się stało? 
– Nie żyje! 
– To niemożliwe! Odwiedził mnie wczoraj, był zdrów  jak ryba. – 

Mildred wpadła mu w ramiona, płacząc rozpaczliwie, więc zaprosił ją 
do środka i posadził na sofie. – Co ci podać? Herbatę? Może napijesz 
się whisky? 

Mildred  pokręciła  głową,  z  trudem  nad  sobą  panowała.  Koko 

przyglądał jej się zaalarmowany, szeroko otwierając oczy. 

–  Sarah  i  Betty  wróciły  do  domu  z  Kanady...  niedawno...  i 

znalazły...  znalazły  go  w  piwnicy,  w  jego  pracowni  –  zakryła  twarz 
rękoma. – Wszędzie krew. Został zabity... pobity... jednym... jednym 
z dużych... świeczników. – Przerwały jej łzy. 

Qwilleran wziął ją za rękę, pozwalając jej się wypłakać. Sam starał 

się opanować szok i wzburzenie. 

Kiedy Mildred trochę się uspokoiła, powiedziała przez łzy: 
–  Sarah  zemdlała...  a  Betty  przybiegła  do  mnie  z  krzykiem...  i 

wezwałyśmy  policję.  Powiedziałam  im,  że  niczego  nie  słyszałam... 
nawet urządzeń w pracowni. Burza wszystko zagłuszyła. 

– Nie wiesz, czy motywem zbrodni był rabunek? 
–  Betty  mówi,  że  niczego  nie  tknięto.  Jestem  wstrząśnięta.  Nie 

wiem,  co  robić.  Powinnam  chyba  wrócić  do  domu.  Sharon  i  Roger 

background image

Lilian Jackson Braun 

80 

mają przyjechać, kiedy tylko będą mogli. 

– Odprowadzę cię do domu. 
–  Dziękuję,  ale  wolę  być  sama.  Przejdę  się,  może  to  mnie  trochę 

uspokoi. 

Qwilleran starał się zebrać myśli. Z trudem zaakceptował fakt, że 

tego  typu  zbrodnia  wydarzyła  się  w  takim  miejscu  jak  Mooseville. 
Czy  mógł  tego  dokonać  ktoś  z  Nizin?  Okolica  zalana  była  przez 
obcych...  Później  nadszedł  prawdziwy  żal.  Qwilleran  polubił  Bucka 
Dunfielda.  Liczył  na  wspólne  letnie  przygody  i  rozmowy...  Czuł  też 
gniew, wywołany bezsensownym morderstwem. Buck tak bardzo się 
cieszył,  że  żyje  i  że  robi  coś  pożytecznego...  Nagle  Qwilleran  poczuł 
niepokój. Niezależnie od tutejszych zwyczajów zamki w drzwiach są 
teraz niezbędne. Szybko podszedł do telefonu i zadzwonił do Pickax. 

– Ciociu Fanny! Tu Jim, dzwonię do ciebie z Mooseville. Proszę, 

posłuchaj  mnie  uważnie.  To  już  nie  są  żarty.  Muszę  jak  najszybciej 
znaleźć  dobrego  ślusarza.  Chcę  natychmiast  założyć  zamki  w 
drzwiach,  potrzebuję  też  kluczy  do  tych,  które  już  tu  są.  Ktoś 
wtargnął do domu mojego sąsiada i go zabił. Ktoś używał też twojego 
domku  w  podejrzanych  celach.  Wiem,  że  dzisiaj  jest  niedziela,  ale 
jutro z samego rana chciałbym móc zadzwonić do jakiegoś ślusarza. 
Ten  tutejszy  zwyczaj  zostawiania  obcym  otwartych  drzwi  jest 
niebezpieczny, absurdalny i rodem ze średniowiecza! 

Nastąpiło długie milczenie, po czym odezwał się szorstki baryton: 
–  A  niech  mnie!  Drogi  chłopcze,  nie  sądziłam,  że  dziennikarz 

może  być  tak  zdenerwowany.  Jesteście  zawsze  tacy  powściągliwi. 
Zresztą  nieważne!  Odłóż  słuchawkę,  a  ja  wszystko  załatwię.  Jaką 
masz pogodę nad jeziorem? Czy zeszłej nocy były grzmoty i pioruny? 

Qwilleran odłożył słuchawkę i mruknął: 
–  Mogę  się  założyć  –  powiedział  do  Koko  –  że  przyśle  Toma, 

miejscowego  geniusza.  Przepraszam,  kochanie,  nie  wiedziałem,  że 
krzyczę  –  dodał  do  Yum  Yum,  która  wyszła  spod  sofy.  A  do  siebie 
powiedział: – Fanny nawet nie zapytała, kto został zamordowany. 

Minęło ledwie dziesięć minut, kiedy dało się słyszeć nadjeżdżający 

samochód,  ostrożnie  manewrujący  między  drzewami  i  wydmami. 
Koko pobiegł w stronę swojego posterunku na ganku. Z samochodu 
wysiadł  młody  mężczyzna  z  kręconymi  czarnymi  włosami,  ubrany 
zgodnie  z  miejscowymi  kanonami  niedzielnej  elegancji:  krawat, 
koszula w szkocką kratę i dżinsy – bez czapki. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

81 

Odezwał się grzecznym, pełnym szacunku głosem. 
–  Dzień  dobry,  panie  Qwilleran.  Słyszałem,  że  ma  pan  jakiś 

problem. 

– Jest pan ślusarzem? 
– Nie, proszę pana. W Mooseville nie ma ślusarza, ale znam się na 

zamkach.  Jestem  inżynierem.  Moja  żona  i  ja  jedliśmy  właśnie 
niedzielny obiad w hotelu, kiedy panna Klingenschoen nas znalazła. 
To bardzo przekonująca kobieta. Przyjechałem, jak tylko skończyłem 
żeberka. W hotelu podają doskonałe żeberka, próbował ich pan? 

–  Jeszcze  nie  –  odpowiedział  Qwilleran,  starając  się  ukryć 

zniecierpliwienie. – Jesteśmy tu dopiero od kilku dni. 

– To właśnie mówiła mi żona. Pracuje na poczcie w Mooseville. 
–  Lori?  Poznałem  ją.  Urocza  młoda  dama  –  Qwilleran  rozluźnił 

się na chwilę. – Jak się pan nazywa? 

–  Dominie.  W  skrócie  Nick.  Jaki  ma  pan  kłopot?  Kiedy  cała 

sytuacja została już wyjaśniona, inżynier powiedział: 

– Nie ma problemu. Jutro przywiozę narzędzia i się tym zajmę. 
–  Przepraszam,  że  przeszkadzam  w  niedzielę,  ale  doszło  do 

zabójstwa  w  klubie  „Na  Wydmach”.  To  był  dla  nas  wszystkich 
wstrząs. 

–  Tak,  wielka  szkoda.  Wszyscy  zastanawiają  się,  jaki  to  będzie 

miało wpływ na naszą społeczność. 

–  To  znaczy,  że  ludzie  już  o  tym  wiedzą?  Ciało  zostało  przecież 

znalezione zaledwie kilka godzin temu. 

– Moja żona słyszała o tym w kościele – wyjaśnił Nick. –Śpiewa w 

chórze. Ja dowiedziałem się od jednego z kościelnych podczas mszy. 

–  Morderstwo  to  ostatnia  rzecz,  jakiej  spodziewałbym  się  w 

Mooseville. Kto mógł zrobić coś takiego? Jakiś miastowy turysta? 

– No cóż – odpowiedział inżynier. – Nietrudno się domyślić. 
Wąsy Qwillerana zjeżyły się. Wyczuł źródło informacji. 
– Mogę ci zaproponować drinka, Nick? 
–  Nie,  dziękuję.  Wracam  do  żony  na  deser.  Lubimy  szarlotkę, 

którą serwują w hotelu. 

Qwilleran odprowadził go do samochodu. 
– Więc jest pan inżynierem. Gdzie pan pracuje? 
– W więzieniu – odpowiedział Nick. – Do jutra. 
Qwilleran  wrócił  do  sprzątania,  którym  zgodnie  ze  swoim 

zwyczajem  zajął  się  bardzo  niedokładnie.  Trzepiąc  indiańskie 

background image

Lilian Jackson Braun 

82 

dywany  na  podjeździe,  usłyszał  odgłos,  który  wprowadził  go  w 
euforię:  auto  z  wadliwym  tłumikiem.  Rosemary  nigdy  nie  miała 
czasu,  żeby  go  wymienić.  Zobaczył  jej  mały  samochód  między 
drzewami  i  głęboko  odetchnął.  Nagle  zauważył,  że  ma  jakiegoś 
pasażera!  Jeśli  przywiozła  Maksa  Sorrela,  tego  bezczelnego 
oportunistę,  tę  fałszywą  żmiję  ze  sztucznym  uśmieszkiem  –  może 
dojść  do  kolejnego  morderstwa  w  Mooseville.  Samochód  znikł  na 
chwilę, po czym znowu wynurzył się zza drzew. 

Obok  kierowcy  siedział  z  rozdziawionymi  ustami  i  szeroko 

otwartymi  oczami  dywanik  z  futra  niedźwiedzia  polarnego, 
pochodzący z jego mieszkania w Maus Haus. 

Rosemary  wysiadła  z  samochodu.  Śmiała  się  ze  zdziwionej  miny 

Qwillerana i z jego bełkotu: 

– Co... jak to... co? 
–  Poprzedni  właściciel  zaproponował,  że  sprzeda  go  za 

pięćdziesiąt  dolarów,  pomyślałam,  że  stać  cię  na  to  –  wyjaśniła.  – 
Zabawnie  było  jechać  tu  z  niedźwiedziem  na  przednim  siedzeniu. 
Policjanci stanowi zatrzymali mnie i powiedzieli, że to niebezpieczne. 
Wcisnęłam  jego  głowę  pod  deskę  rozdzielczą,  ale  ciągle 
wyskakiwała... Co się stało, kochanie? Dziwnie wyglądasz. 

– Wydarzyło się tu coś przerażającego – powiedział Qwilleran – i 

jeśli  będziesz  chciała  wrócić  do  domu,  nie  będę  miał  do  ciebie 
pretensji. 

– Co się stało? 
– Morderstwo, o pół mili stąd. 
– Ktoś znajomy? Przytaknął ze smutkiem. 
Rosemary w typowy dla siebie sposób uniosła głowę. 
–  Oczywiście,  że  nie  wracam  do  domu.  Zostanę  tu,  żeby  cię 

wspierać  i  poprawić  ci  humor.  Byłeś  zbyt  samotny  i  pewnie  źle  się 
odżywiałeś,  a  do  tego  na  pewno  spędzałeś  zbyt  dużo  czasu  przy 
maszynie, zamiast uprawiać sport. 

To właśnie była jego Rosemary. Nie tak młoda jak inne kobiety, z 

którymi się spotykał. Miała już wnuki, ale była atrakcyjną brunetką z 
dziewczęcą figurą. 

Qwilleran cieszył się, że ma ją przy sobie. Kiedyś, kiedy przecenił 

swoje siły podczas ćwiczeń, zrobiła mu niesamowity masaż. 

–  Wnieś,  proszę,  mój  bagaż,  kochanie,  i  pokaż  mi,  gdzie  będę 

spała.  Chciałabym  wziąć  prysznic  i  przebrać  się.  Gdzie  są  twoje 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

83 

wspaniałe koty? Przywiozłam im mały prezent. 

Koko i  Yum  Yum  pamiętały  Rosemary  z  Maus Haus.  Powitały  ją 

bez  kociej  nieufności,  ale  i  bez  nadmiernej  życzliwości.  Kiedy 
Rosemary  odwiedzała  Qwillerana  w  jego  mieszkaniu,  dziennikarz 
zamykał koty w łazience. 

Energia  Rosemary,  jej  gładka  skóra  i  jasne  oczy  były,  jak 

twierdziła,  efektem  zdrowego  odżywiania.  Rosemary  przywiozła  ze 
sobą  spory  zapas  zdrowego  jedzenia.  Już  wkrótce  zdrowa  kolacja 
grzała  się  w  piecu,  a  dywanik  z  niedźwiedziej  skóry  leżał  przy 
kominku.  W  domku  było  nareszcie  przytulnie  i  miło.  Koko  wdrapał 
się na magnetofon i włączył muzykę. 

– Aimez–vous Brahms? – zapytał Qwilleran. 
– Co? – Rosemary często nie rozumiała jego żartów. 
Zapytał ją, co się dzieje w Maus Haus. 
–  Jest  okropnie.  Odszedł  kucharz.  Hixie  nie  mówi  już  niczego 

zabawnego.  Charlotte  bez  przerwy  płacze.  A  którejś  nocy  nawet 
wiecznie  nienaganny  Max  miał  plamę  na  krawacie.  Masz  szczęście, 
że będziesz mieszkał w tym domku przez całe lato, Qwill. Jest śliczny. 
Przy  podjeździe  rosną  fiołki  i  nigdy  nie  widziałam  tylu  szczygłów,  a 
wiewiórki są urocze. 

Rosemary  zauważała  i  omawiała  każdy  szczegół:  białe,  lniane 

okrycia  na  sofach,  fioletoworóżowe  i  turkusowe  odcienie  malujące 
się  na  jeziorze  o  zachodzie  słońca,  wysoki  drewniany  świecznik  na 
ganku, głowę łosia wiszącą nad kominkiem. 

–  Kilof!  Gdzie  jest  kilof?  –  krzyknął  Qwilleran,  zrywając  się.  – 

Jeszcze  tydzień  temu  wisiał  tu  stary  kilof.  Nie  rozumiem  tego, 
Rosemary. Ludzie wchodzą do tego domku i wychodzą, jakby był tu 
dworzec  autobusowy.  Uważa  się  tu,  że  zamykanie  drzwi  jest 
nietaktowne.  Mój  złoty  zegarek  znikł,  co  gorsza  straciłem  też  złote 
pióro, które mi dałaś. A teraz brakuje jeszcze kilofa. 

– To okropne – przyznała współczująco. 
–  Wszystko  jest  tu  strasznie  dziwne.  Policja  dla  zabawy  stawia 

blokady  drogowe.  Nikt  nie  ma  nazwiska.  Nagle  w  środku  nocy 
słychać  kroki  na  dachu.  Koty  przez  cały  czas  wpatrują  się  w  dół  z 
kompostem. 

–  Ojej,  Qwill,  na  pewno  przesadzasz.  To  pewnie  dlatego,  że 

niezdrowo się odżywiałeś. 

– Tak myślisz? Słuchaj, oto fakty: Koko znalazł kasetę, ukrytą za 

background image

Lilian Jackson Braun 

84 

głową łosia. Między piosenkami jest na niej nagrana groźba. A kiedy 
poszedłem łowić ryby, złapałem na haczyk ciało mężczyzny. 

– Kto to był? – jęknęła Rosemary. 
–  Nie  wiem.  Ciało  spadło  na  dno  jeziora.  Wszyscy  próbują  mnie 

przekonać, że to była stara opona. 

–  Qwill,  kochanie,  jesteś  pewien,  że  jesz  wystarczająco  dużo 

świeżych owoców i warzyw? 

–  Jesteś  taka  sama  jak  inni  –  poskarżył  się.  –  Tylko  jeden 

człowiek mi wierzył. Teraz nie żyje, zmiażdżono mu czaszkę. 

– Boże, Qwill, nie mieszaj się w to. To może być niebezpieczne. 
–  Przekonamy  się  –  powiedział.  –  Zjedzmy  coś.  Tylko  najpierw 

muszę nakarmić koty. Pewna miła kobieta, która mieszka w okolicy, 
przysłała  mi  klops.  Smakuje  lepiej  niż  pasztet  z  wątróbek 
drobiowych. 

–  Spotkałeś  wiele  miłych  kobiet  w  okolicy? –  zapytała  Rosemary 

słodkim głosem. – Wydawało mi się, że przyjechałeś tu pisać książkę. 

Rozmawiali do bardzo późna. Qwilleran nie mógł przestać mówić. 

Opowiadał  jej  o  „Nasty  Pasty”,  restauracji  „BA”,  kwiatach  wiśni  i 
komarach,  agatach  i  grabarzach,  Goodwinterach  i  Whatleyach, 
wrakach  statków  i  kłusownikach,  o  Małym  Henrym  i  Dużym 
George'u, „Pochodniach Nocy” i „Nożycach Boba”. 

Rosemary  nie  mogła  przestać  ziewać,  choć  próbowała  ukryć 

senność, śmiejąc się, kaszląc i chrząkając. 

–  Kochanie,  jechałam  samochodem  przez  cały  dzień  – 

powiedziała wreszcie. – Czy nie pora już. 

Po  długim  pożegnaniu  udało  jej  się  uciec  do  pokoju  gościnnego. 

Musiała usunąć koty syjamskie z ich ulubionego posłania. Qwilleran 
też  się  położył  i  myślał  o  Rosemary  przez  jakieś  dziesięć  minut. 
Później przez siedem minut martwił się brakiem zamka w drzwiach, 
przez  kolejne  cztery  i  pół  minuty  zastanawiał  się  nad  tajemniczym 
morderstwem  Bucka  Dunfielda,  po  czym  pogrążył  się  w  głębokim 
śnie. 

Obudziły  go  przerażające  krzyki.  Natychmiast  wyskoczył  z  łóżka. 

Hałas dochodził spod jego okna. 

– Rosemary! – zawołał. 
– Co to takiego?! – krzyknęła jego przyjaciółka. 
Paliły  się  wszystkie  światła.  Koko  biegał  z  położonymi  po  sobie 

uszami.  Yum  Yum  schowała  się.  Rosemary  przybiegła  z  pokoju 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

85 

gościnnego w czerwonej koszuli nocnej. 

Odgłosy  walki  w  pobliskich  zaroślach  ustały,  a  krzyki  stopniowo 

cichły. 

Qwilleran wziął latarkę i chwycił pogrzebacz z kominka. 
–  Nie  idź  tam,  Qwill!  –  krzyknęła  Rosemary.  –  Zadzwoń  na 

policję! 

–  To  nic  nie  da.  Zgłosiłem  już  jeden  incydent  w  tym  tygodniu  i 

zrobili ze mnie idiotę. 

–  Proszę  cię,  zadzwoń  do  nich,  Qwill.  To  może  być  jakieś 

morderstwo,  albo  gwałt,  albo  porwanie.  Jakaś  kobieta  mogła 
spacerować plażą. To był na pewno krzyk kobiety. 

– Brzmiało mi to raczej jak wrzask jakiegoś potwora. 
Ulegając  prośbom  Rosemary,  dziennikarz  zadzwonił  do  biura 

szeryfa. Podał swoje nazwisko i miejsce pobytu, po czym opisał całe 
wydarzenie tak spokojnie i obiektywnie, jak tylko mógł. 

W odpowiedzi na pytania szeryfa mówił dalej: 
– Nie, najbliższe domy są ponad pół mili dalej, ale ludzie chodzą 

w  nocy  po  plaży...  Tak,  są  tu  gęste  lasy...  Słyszeliśmy  odgłosy  walki 
wśród  drzew.  Nie,  żadnego  innego  dźwięku,  tylko  krzyki...  Na 
początku bardzo głośne. Jakby ta osoba była śmiertelnie przerażona. 
Potem zaczęły cichnąć i w końcu umilkły... słucham? Hmm. Ciekawe. 
Naprawdę myśli pan, że to było to? No tak, może ma pan rację... No 
cóż, dziękuję i przepraszam za kłopot. 

Qwilleran odwrócił się do Rosemary. 
– To była sowa, która rzuciła się na zająca. 
– Tak powiedział? No cóż, wszystko jedno. To było przerażające. 

Wciąż  się  trzęsę.  Czułabym  się  dużo  bezpieczniej  w  twoim  pokoju. 
Masz coś przeciwko? 

– Oczywiście, że nie – zapewnił Qwilleran, gładząc wąsy. 
–  Koty  też  będą  zadowolone  –  dodała  Rosemary.  –  Chyba 

uważają, że zajęłam ich łóżko. 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

D

D

Z

Z

I

I

E

E

W

W

I

I

Ą

Ą

T

T

Y

Y

 

 

 
W  poniedziałek  rano  Qwilleran  był  w  wyjątkowo  radosnym 

background image

Lilian Jackson Braun 

86 

nastroju.  Choć  nie  miał  w  zwyczaju  zwracać  się  do  ludzi 
pieszczotliwie,  zaczął  mówić  do  Rosemary  „kochanie”.  Jednak  z 
biegiem  dnia  jego  euforia  stopniowo  znikała.  Pierwsze  komplikacje 
pojawiły  się,  kiedy  Nick  przyjechał  zamontować  zamki  –  zjawił  się, 
zanim Qwilleran zdążył wypić poranną kawę. 

–  Widzę,  że  ma  pan  kota  syjamskiego  –  zauważył  Nick,  kiedy 

siedzący  na  swoim  posterunku  Koko  zmierzył  go  wzrokiem.  –  My 
mamy  trzy  koty,  ale  takie  zwyczajne.  Moja  żona byłaby  zachwycona 
tym zwierzakiem. 

Przypominając  sobie  tajemniczą  uwagę  inżyniera  na  temat 

mordercy Bucka Dunfielda, Qwilleran zaproponował: 

–  Może  przyprowadzi  pan  żonę  któregoś  wieczoru,  żeby  mogła 

poznać  Koko  i  Yum  Yum?  I  jeszcze  raz  bardzo  przepraszam,  że 
przerwałem wam wczoraj obiad. 

–  Niech  się  pan  nie  martwi.  Cieszę  się,  że  mogłem  pomóc.  Poza 

tym  nikt  nigdy  nie  odmawia  pannie  Klingenschoen  –  Nick  uniósł 
brwi w wesołym grymasie. 

Kiedy  wychodził,  miał  w  ręku  jedną  z  zabawek  dla  kotów,  które 

przywiozła Rosemary. 

– Niech pani koniecznie zwiedzi ogrody w tutejszym  więzieniu – 

poradził  jej.  –  Kwitną  właśnie  tulipany.  Wie  pani,  tu  wszystko 
przychodzi później niż na Nizinach. 

Po jego wyjściu Rosemary powiedziała: 
– Co za uroczy młody człowiek! Zwiedzę ogrody dziś po południu, 

kiedy  będziesz  pracował  nad  książką.  Zamierzam  też  wybrać  się  do 
fryzjera, jeśli zdołam się umówić. 

Koty  syjamskie  były  zachwycone  nowymi  zabawkami.  Koko  z 

wyjątkową  zręcznością  toczył  je,  gonił,  chwytał,  strącał,  po  czym 
wydostawał z nisz i pęknięć w podłodze. 

W  przeciwieństwie  do  nich  Qwilleran  nie  był  wcale  zachwycony. 

Jego późne śniadanie składało się ze świeżego kompotu owocowego 
posypanego 

dziwnym, 

niezidentyfikowanym 

proszkiem 

przypominającym  cement.  Do  tego  były  płatki  zbożowe  z  różnymi 
tajemniczymi dodatkami. Część z nich ciągnęła się, część była lepka, 
a  reszta  chrupka.  Wiedział,  że  to  zdrowa  żywność,  więc  zjadł 
wszystko,  nie  protestując.  Nie  zgodził  się  jednak  zrezygnować  z 
porannej dawki kofeiny na rzecz naparu z ziółek. 

Rosemary oznajmiła: 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

87 

–  Kochanie,  znalazłam  w  twojej  zamrażarce  koszmarne  bułki  z 

mąki pszennej pokryte słodkim lukrem. Nie jedz tych świństw, Qwill. 
Wyrzuciłam je. 

Qwilleran jęknął cicho, ale nic nie powiedział. 
Kiedy jej hałaśliwy samochód ruszył po podjeździe i skierował się 

w  stronę  „Nożyc  Boba”,  Qwilleran  zaczął  planować  swój  dzień. 
Postawił  maszynę  do  pisania  na  stole  w  jadalni,  obok  niej  ułożył 
długopisy i papiery, tworząc dość przekonujący obraz miejsca pracy 
pisarza. Następnie zadzwonił do Mildred. 

– Jak się miewasz? 
– Nie jestem już w takiej histerii jak wczoraj – odparła – ale czuję 

się strasznie. Wyobrażasz sobie, jak to jest, kiedy zamordują twojego 
najbliższego sąsiada? 

– Powinniśmy zamykać drzwi na noc, Mildred, jak mieszczuchy. 
– Buck, Sarah i Betty byli moimi bliskimi przyjaciółmi. Graliśmy 

często w brydża. Buck zostanie pochowany w miasteczku, w którym 
się  urodził.  Dziewczyny  wzięły  urlop,  więc  w  okolicy  jest  cicho  i 
ponuro.  Tęsknię  za  hałasem  maszyn  do  obrabiania  drewna.  Może 
chciałbyś do mnie wpaść? Upiekę placek z truskawkami. 

– Mam gościa – wyjaśnił Qwilleran – i chciałem ci zaproponować, 

żebyś  przyszła  z  mężem  na  drinka.  Potem  zaprosiłbym  was  do 
hotelowej restauracji. 

– Jesteś bardzo miły – odpowiedziała Mildred – ale mój mąż jest 

teraz  bardzo  zajęty  na  fermie.  Może  przyprowadzisz  swojego  gościa 
do nas? Postawię wam tarota. 

Następnym  punktem  na  liście  Qwillerana  była  wycieczka  do 

Mooseville.  Przed  wyjściem  sprawdził,  gdzie  są  koty,  po  czym 
zatrzasnął  okna  i  z  dużą  przyjemnością  zamknął  drzwi  na  klucz. 
Wychodzenie  z  domu  bez  zamykania  drzwi  było  nienaturalne  i 
drażniło go, odkąd przyjechał do Mooseville. 

Przez ostatnie trzy dni myślał o tym, żeby pojechać i spojrzeć raz 

jeszcze na „Minnie K”, choćby po to, żeby przekonać się, czy ta łódź 
rzeczywiście  istnieje.  Skierował  się  na  zachód,  jadąc  tą  samą  drogą, 
którą  przemierzył  z  niezapomnianymi  Whadeyami.  Za  Galerią 
Cannery  i  za  restauracją  „BA”  krajobraz  usiany  był  rozpadającymi 
się, zrujnowanymi domkami z antenami na dachach. Przed każdym z 
nich  stał  stary,  zniszczony  samochód,  a  szare  pranie  suszyło  się  na 
sznurach.  Po  jakimś  czasie  Qwilleran  skręcił  w  alejkę  biegnącą 

background image

Lilian Jackson Braun 

88 

wzdłuż zanieczyszczonego kanału. 

Tam,  na  końcu  pordzewiałego  nabrzeża,  unosiła  się  łódź  z 

szarymi, podartymi i poplamionymi krzesłami na pokładzie. Nie była 
to już „Minnie K”: świeżo namalowany na rufie napis głosił, że łódź 
nazywa  się  „Seagull”.  W  okolicy  nie  było  ani  śladu  po  jej  załodze. 
Dalej  wzdłuż  brzegu  przycumowane  były  inne,  równie  zrujnowane 
łodzie,  unoszące  się  na  wodzie  z  ospałością  charakterystyczną  dla 
poniedziałkowego poranka. 

Qwilleran  był  pewien,  że  z  jednej  z  tych  cuchnących  stęchlizną 

łodzi ktoś został zrzucony do lodowatego jeziora. 

Wracając  do  Mooseville,  zatrzymał  się  w  „BA”,  żeby  napić  się 

kawy  i  przeczytać  poniedziałkowy  numer  „Pickax  Picayune”. 
Informacja, której szukał, ukryta była na dole piątej strony, tuż pod 
tabelą  wyników  Euchre  Club.  Zatytułowana  była  Incydent  na 
Wschodnim Wybrzeżu
. Qwilleran przeczytał ją dwukrotnie. 

Buford  Dunfield,  lat  59,  emerytowany  policjant  przyjeżdżający 

od  wielu  lat  do  Mooseville,  został  w  niedzielę  rano  znaleziony  w 
warsztacie,  w  piwnicy  swojego  eleganckiego  domu  leżącego  na 
Wschodnim  Wybrzeżu.  Jest  ofiarą  nieznanego  sprawcy,  który 
zaatakował  go  tępym  narzędziem  zaledwie  kilka  godzin  przed 
powrotem  jego  żony  Sary  Dunfield,  lat  56,  i  jego  siostry  Betty 
Dunfield,  lat  47.  Kobiety  wracały  do  domu  z  corocznego  wyjazdu 
do Kanady, podczas którego obejrzały trzy sztuki Szekspira. Policja 
bada okoliczności zdarzenia. 

W  restauracji  gwarno było  od  rozmów  dotyczących  łowienia  ryb. 

Qwilleran  podejrzewał,  że  klienci  zaczynali  automatycznie  omawiać 
ten temat, ilekroć do środka wchodził obcy. 

Jego 

następnym 

przystankiem 

była 

siedziba 

informacji 

turystycznej,  Roger  siedział  przy  biurku,  przekomarzając  się  z 
młodym  człowiekiem,  który  rozsiadł  się  na  przechylonym  do  tyłu 
krześle i położył nogi na biurku Rogera. 

–  Qwill!  Świetnie  trafiłeś,  poznaj  redaktora  naczelnego  „Pickax 

Picayune”  –  ucieszył  się  Roger.  –  To  Junior  Goodwinter,  jeden  z 
twoich wielbicieli. Właśnie o tobie rozmawialiśmy. 

Młody człowiek zerwał się z krzesła. 
– O rany! Nasz bohater we własnej osobie! 
–  Kolejny  członek  słynnej  rodziny  Goodwinterów  –  powiedział 

Qwilleran. – Od razu poznałem, że jesteś dziennikarzem, po tym, jak 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

89 

kiwałeś  się  na  krześle.  Gratuluję  artykułu o  morderstwie  Dunfielda. 
Był niesamowicie udany i nadzwyczajnie krótki. 

– O rany, dziękuję! 
–  Pominąłeś  tylko  jeden  istotny  fakt:  tytuły  przedstawień,  które 

panie obejrzały w Kanadzie. 

– Teraz to chyba się ze mnie nabijasz – stwierdził Junior. 
– Wiem przynajmniej, dlaczego nie macie tu przestępstw. Zamiast 

nich  zdarzają  się  „incydenty”.  Wspaniałe  rozwiązanie  problemu 
przestępczości. 

–  Hej,  daj  spokój.  Wiem,  że  mamy  trochę  inne  metody  niż  te, 

których uczą w szkole dziennikarskiej. Jesteśmy na wsi, a ty jesteś z 
miasta. Czy mógłbym któregoś dnia zrobić z tobą wywiad? 

– Z przyjemnością. Może nauczyłbym się czegoś od ciebie. 
–  Do  zobaczenia  w  takim  razie.  Idę  poszukać  reklamodawców  – 

powiedział Junior. 

Qwilleran wyglądał na zszokowanego. 
– Nie mów mi, że oprócz redagowania gazety organizujesz jeszcze 

reklamy! 

–  Pewnie,  że  tak.  Wszyscy  się  tym  zajmujemy.  Mój  ojciec  jest 

właścicielem gazety, odpowiada też za reklamy i skład. 

Redaktor naczelny dziarskim krokiem wyszedł z biura. Na twarzy 

Qwillerana malowało się zdziwienie i rozbawienie. 

– Czy on nie jest za młody jak na redaktora naczelnego? – zapytał 

Rogera. 

–  Pracuje  w  gazecie  od  dwunastego  roku  życia.  Do  wszystkiego 

doszedł sam. Zrobił dyplom w zeszłym roku. To ambitny chłopak. 

– Zawsze chciałem zostać właścicielem niedużej gazety. 
–  Mógłbyś  kupić  „Picayune”  dość  tanio,  ale  musiałbyś  włożyć 

mnóstwo pieniędzy, żeby zrobić z niej gazetę na miarę dwudziestego 
wieku. Powstała w 1859 roku i niewiele się od tego czasu zmieniła... 
Co mogę dziś dla ciebie zrobić? 

–  Całkiem  sporo.  Znasz  odpowiedzi  na  wszystkie  pytania. 

Powiedz mi, kto zabił Bucka Dunfielda. 

Roger zarumienił się. 
–  To  trudne  pytanie.  Nie  słyszałem  żadnych  plotek.  Razem  z 

Sharon odwiedziliśmy wczoraj Mildred. Była naprawdę wstrząśnięta. 

–  Czy  to  było  przypadkowe  morderstwo?  Czy  Dunfield  miał 

wrogów? A może był zamieszany w coś, o czym nie mamy pojęcia? 

background image

Lilian Jackson Braun 

90 

– Niewiele wiem o letnikach – Roger wzruszył ramionami. 
–  Był  sąsiadem  twojej  teściowej  i  robił  świeczniki,  które  twoja 

żona sprzedawała w swoim sklepiku. Nigdy go nie poznałeś? 

– Spotkałem go kilka razy na plaży, zamieniliśmy parę słów. 
– Nie mówisz prawdy, Roger. Planujesz zostać politykiem? 
Roger podniósł ręce. 
– Nie strzelaj – zażartował, patrząc na niego z drwiną. – Łowiłeś 

ostatnio ryby na „Minnie K”? 

– Powiem ci coś lepszego – rzekł Qwilleran. – Dziś rano wróciłem 

tam,  żeby  spojrzeć  na  tę  starą  barkę.  Okazało  się,  że  zmienili  jej 
nazwę na „Seagull”, z „S” namalowanym na opak. 

Roger kiwnął głową. 
– Jeśli chcesz, mogę ci wyjaśnić, dlaczego. Kapitan bał się pewnie, 

że będziesz chodził i opowiadał coś o trupie w jeziorze i wmieszasz w 
to  „Minnie  K”.  Wtedy  musiałby  zapłacić  karę  za  nielegalne  usługi 
przewozowe. Łodzie muszą być rejestrowane, żeby mogły zabierać na 
pokład pasażerów.  Z tego, co  opowiadałeś o  „Minnie  K”, wynika,  że 
nigdy nie przeszłaby kontroli. 

Qwilleran wyznaczył sobie na popołudnie jeszcze jedną misję. Był 

tak ciekawy, co się stało z zagrzebanym w ziemi wiadrem, że coś bez 
przerwy  ciągnęło  go  na  cmentarz.  Teraz,  kiedy  umiał  już  rozpoznać 
sumaka  jadowitego,  był  gotów  na  kolejną  ekspedycję.  Po 
weekendowym  najeździe  turystów  były  tam  teraz  góry  śmieci,  a 
słoneczne  dni  i  deszczowe  noce  zapewniły  cmentarnym  chwastom 
idealne  warunki  rozwoju.  Złośliwe  pnącze  o  liściach  zakończonych 
trzema  ostrymi  wypustkami  wiło  się  wokół  niewielkich  nagrobków. 
Qwilleran  przypomniał  sobie,  że  odchylił  pnącze,  żeby  odczytać 
napisy.  Ruszył  dalej  słabo  widoczną  dróżką  biegnącą  za  pomnikiem 
Campbella. 

Wiadro  było  nadal  ukryte  za  gęstymi  chwastami.  Ktoś używał  go 

do niewiadomych celów. Na jego dnie widoczne były źdźbła słomy, a 
rączka, którą Qwilleran zostawił prostopadle do nagrobka, była teraz 
przekrzywiona. 

Nie  ociągał  się  długo.  Szybko  wrócił  do  domku,  żeby  być  tam 

przed przyjściem Rosemary. Jego ponury nastrój pogarszała jeszcze 
coraz  bardziej  gryząca  woń  gnijących  ryb.  W  przeciwieństwie  do 
niego  Rosemary  wpadła  do  domku,  kipiąc  entuzjazmem.  Trzymała 
wielki  bukiet  żółtych,  białych,  różowych,  czerwonych  i  fioletowo–

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

91 

czarnych tulipanów. 

–  Ogrody  więzienne  są  cudowne  –  powiedziała.  –  Musisz 

pojechać  je  zobaczyć,  Qwill.  Jakiś  czarujący  mężczyzna  dał  mi  te 
kwiaty. Ile stron zdołałeś dziś napisać? 

– Nigdy tego nie liczę – oznajmił Qwilleran. 
–  To  więzienie  jest  nowe  i  urocze.  Pewna  bardzo  miła  kobieta 

przed  bramą  zaprosiła  mnie  do  SKPW.  To  Stowarzyszenie  Kobiecej 
Pomocy Więźniom, czy coś takiego. Piszą listy do więźniów i wysyłają 
im drobne prezenty. 

– Słyszałaś jakieś plotki o morderstwie? 
– Ani słowa! Masz jakieś wazony na te tulipany? W samochodzie 

leżą  zakupy  na  obiad.  Kupiłam  świeże  ryby,  wspaniały  świeży 
pasternak  i  brukselkę.  I  jeszcze  marchewkę  dla  naszych  małych 
kotków. Powinieneś codziennie trzeć trochę marchewki i dodawać do 
ich jedzenia. 

Brukselka!  Pasternak!  Qwilleran  marzył  o  potężnym  steku, 

frytkach z keczupem, bułkach maślanych, sałatce z serem roquefort, 
szarlotce, serze cheddar i trzech filiżankach kawy. 

– Ryby wytrzymają jakiś czas? – zapytał. – Chciałem dziś zaprosić 

cię  na  obiad  do  hotelu  „Northern  Lights”.  Spędziłem  mało 
produktywny  dzień  i  chciałbym  się  trochę  rozerwać  w  innym 
otoczeniu. 

– Oczywiście! Brzmi cudownie – powiedziała Rosemary. – Zdążę 

jeszcze pospacerować godzinkę po plaży? 

–  Nie  spodoba  ci  się  tam.  Przy  brzegu  leży  mnóstwo  zdechłych 

ryb. 

–  Nie  szkodzi  –  zapewniła.  –  To  w  końcu  część  natury. 

Wstawiwszy  część  tulipanów  do  stojącego  na  kominku  dzbanka  na 
lemoniadę, a resztę rozdzieliwszy między pojemnik na mąkę ze stołu 
w  jadalni  i  kubełek  na  lód,  Rosemary  radośnie zbiegła  ze  zbocza  na 
plażę. 

Qwilleran położył się na jednej z sof. 
–  Koko,  czuję  się  jak  idiota  –  wyznał  kotu,  który  obserwował  go 

czujnie  z  wezgłowia  kanapy.  –  Nie  mam  pojęcia,  co  się  tu  dzieje. 
Jakie  mamy  na  razie  fakty?  Ciało  w  jeziorze,  morderstwo 
emerytowanego  policjanta  i  wiadomość  nagrana  na  kasecie.  Ktoś 
używał  tego  domku  w  nieuczciwych  albo  kryminalnych  celach. 
Nieważne, kto. Nie wiemy nawet: po co. 

background image

Lilian Jackson Braun 

92 

– Miau! – odpowiedział Koko, mrużąc swoje duże niebieskie oczy. 
Qwilleran przyniósł kasetę z szuflady komody i jeszcze raz puścił 

Little  White  Lies.  Nagle  w  środku  nagrania  rozległ  się  głos:  „... 
przynieś  więcej  towaru...  trzeba  coś  zmienić...  robi  się  gorąco... 
wieczorem  w  dokach”.  Był  to  nieco  piskliwy,  nosowy  głos  o 
monotonnej melodii. 

– Słyszałem już ten głos – Qwilleran zwrócił się do Koko, ale kot 

bawił się właśnie nową zabawką. – Robiło się gorąco, bo Buck trafił 
na  coś  w  swoim  śledztwie.  Trzeba  było  coś  zmienić,  bo  domek  nie 
nadawał się już na skład. 

Ten  głos!  Ten  głos!  Słyszał  go  już  gdzieś  –  na  poczcie  albo  w 

restauracji  „BA”.  A  może  było  to  w  sklepie  albo  w  hotelowej 
restauracji... 

Nie!  Qwilleran  poderwał  się  z  sofy.  Głos  na  kasecie  był  tym 

samym  głosem,  który  słyszał  we  mgle,  kiedy  dwóch  mężczyzn 
awanturowało  się  na  łódce.  Jeden  z  nich  grzmiał  głębokim  basem  i 
miał  brytyjski  akcent.  Drugi  człowiek  mówił  przenikliwym, 
nosowym, bezbarwnym tonem. Przypomniał sobie, że coś się stało z 
silnikiem i mężczyźni kłócili się, zapewne o to, jak go uruchomić. 

BUM! 
Qwilleran  rozpoznał  charakterystyczny  dźwięk  książki,  która 

została  zrzucona  z  półki  na  podłogę.  Koko  robił  to  już  wcześniej. 
Nigdy nie był niezdarny. Jeśli coś zrzucał, robił to nie bez powodu. 

Koko siedział na drugiej półce, usiłując wyciągnąć swoją zabawkę 

zza  książek.  Tom,  który  zrzucił,  był  historycznym  traktatem  o 
wrakach  statków.  Leżał  otwarty  na  ziemi  –  otwarty  na  stronie 
oznaczonej zwiniętym kawałkiem papieru. 

Na  stronie  sto  drugiej  znajdował  się  opis  utonięcia  frachtowca 

„Waterhouse  B.  Duncan”,  przewożącego  duży  ładunek  miedzianych 
sztabek.  Zatonął  on  w  zdradliwych  wodach  Mooseville  podczas 
wielkiego  sztormu  w  listopadzie  1913  roku.  Wszyscy  zginęli:  trzech 
pasażerów  i  cała  dwudziestotrzyosobowa  załoga,  włącznie  z 
kucharką. 

Zwinięta  kartka,  włożona  w  książkę  na  stronie  sto  drugiej,  była 

spisaną długopisem umową dotyczącą wynajęcia łodzi  na trzynaście 
letnich weekendów. Szczegóły miały zostać ustalone później. Umowa 
miała zeszłoroczną datę i była podpisana przez S. Hanstable'a. 

Coś  w  tej  informacji  uderzyło  Qwillerana.  W  którymś  ze  swoich 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

93 

listów  ciotka  Fanny  wspomniała...  o  czym?  Miał  tylko  mgliste 
wspomnienia.  Sięgnął  po  swój  plik  z  korespondencją  i  jęknął.  Nie 
dość,  że  listy  ciotki  były  całe  pokreślone,  to  jeszcze  jej  pismo  było 
absolutnie  niepowtarzalne,  a  za  sprawą  nieskończonej  liczby 
myślników każda strona wyglądała jak oślepiająca szkocka krata. 

Qwilleran  założył  okulary  i  przejrzał  około  sześciu  stron,  zanim 

znalazł odniesienie, którego szukał. Trzeciego kwietnia ciotka Fanny 
po  raz  pierwszy  zaproponowała  mu,  żeby  skorzystał  z  domku. 
Telegraficzne zdania mówiły: 

Cudowne  miejsce  –  domek  zbudowany  wyłącznie  z  bali  – 

całkiem  wygodnie  –  starzeję  się  –  już  nie  jest  mi  potrzebny  – 
zeszłego  lata  postanowiłam  wynająć  –  dwóch  przystojnych 
młodych mężczyzn – zainteresowani morską historią – przyjeżdżali 
podczas weekendów – ich dziewczyny były tu przez cały tydzień – 
koszmarne istoty – bawiły się makaronem – rzucały nim w sufit – 
niewiarygodny bałagan – sprzątanie trwało dwa tygodnie – nigdy 
więcej! 

Wąsy Qwillerana zjeżyły się jak zawsze, kiedy wydawało mu się, że 

znalazł  jakąś  cenną  wskazówkę.  Kartka  znaleziona  w  książce 
sprowokowała  kolejne  pytania:  czy  żona  Roberta  jest  właścicielką 
łodzi?  Czy  ma  pismo  jak  nauczycielka  z  przedszkola?  Czy  pisze 
„ustalenia” przez „z”? 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

D

D

Z

Z

I

I

E

E

S

S

I

I

Ą

Ą

T

T

Y

Y

 

 

 
Przed  zabraniem  Rosemary  na  obiad  Qwilleran  nakarmił  koty. 

Koko  i  Yum  Yum  nie  tknęły  marchewki,  która  zanieczyszczała  ich 
peklowaną wołowinę. 

Qwilleran  zarezerwował  stolik  w  hotelu  „Northern  Lights”  – 

chciał  mieć  pewność,  że  usiądą  w  jednej  z  kabin.  Siedzący  w  nich 
goście musieli uważać na drzazgi, a kiedy było wilgotno, drewno nie 
pachniało  najlepiej.  Kabiny  były  jednak  idealnym  miejscem  na 
dyskretną rozmowę. 

Rosemary  miała  na  sobie  koszulkę  z  napisem  „Mooseville”  i 

pleciony  skórzany  naszyjnik  kupiony  w  więziennym  sklepiku  z 

background image

Lilian Jackson Braun 

94 

prezentami.  Tryskała  energią  i  wyglądała  niesamowicie  młodo  i 
zdrowo.  Qwilleranowi  aż  trudno  było  uwierzyć,  że  Rosemary  ma 
wnuka,  który  studiuje  w  akademii  medycznej.  Powiesiła  torebkę  na 
haczyku przed kabiną. 

–  To  niesamowite  –  powiedziała  –  nie  martwić  się,  że  cię 

okradną!  Kiedy  jestem  w  restauracji  w  dużym  mieście,  trzymam 
torebkę  przy  swoich  nogach,  a  jej  pasek  przewiązuję  sobie  wokół 
kostki. 

Okładka  menu  była  reprodukcją  ryciny  przedstawiającej  sztorm 

na  jeziorze,  a  papierowe  podkładki  zdobiła  lista  dat  największych 
katastrof morskich, włącznie z liczbą ocalałych. Smacznego, pomyślał 
Qwilleran. 

–  Jeśli  chcesz,  zamów  gotowanego  dorsza  w  kalafiorach,  ale  ja 

biorę  duży  stek  z  frytkami...  Nie  patrz  tak  na  mnie.  Wiem,  że  w 
twoim przypadku zdrowa żywność zdziałała cuda. Nie  wyglądasz na 
więcej  niż  trzydzieści  dziewięć  lat.  Ale  dla  mnie  już  za  późno. 
Wyglądałem  na  trzydzieści  dziewięć  lat,  kiedy  miałem  dwadzieścia 
pięć lat. 

–  Rozejm!  Zawrzyjmy  rozejm!  –  powiedziała  ze  śmiechem 

Rosemary,  machając  papierową  serwetką.  –  Nie  chciałam  cię 
dręczyć, Qwill. Zamów, na co masz ochotę, i nie przepraszaj. Jesteś 
pod  twórczą  presją,  bo  piszesz  książkę.  Zasłużyłeś  na  nagrodę.  Ile 
rozdziałów już napisałeś? Przeczytasz mi wieczorem kilka stron? 

–  Jeszcze  jedno,  Rosemary.  Proszę  cię,  przestań  pytać  mnie  o 

postępy  w  pracy.  Nie  mam  dziennego  przydziału  ani  ostatecznego 
terminu, a kiedy nie siedzę przy maszynie, nie chcę o tym myśleć. 

– Dobrze, Qwill, oczywiście. Nigdy wcześniej nie znałam pisarza. 

Musisz mnie nauczyć, jak mam się zachowywać. 

Qwilleran  ciągle  zerkał  w  stronę  czteroosobowej  grupy,  która 

siedziała pod dużym obrazem przedstawiającym marynarza tonącego 
w wodzie pełnej rekinów. 

– Nie oglądaj się teraz – powiedział – ale słyszałem, że tamci dwaj 

mężczyźni  to  nurkowie  poszukujący  wraków.  Podobno  plądrują 
zatopione statki. 

Mężczyźni byli wysocy, szczupli i mieli niezbyt przyjemne wyrazy 

twarzy. 

– Wyglądają, jak nałogowi palacze – skwitowała Rosemary – a te 

dziewczyny,  które  z  nimi  siedzą,  wyglądają  na  modelki.  Skąd  mają 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

95 

taką  wspaniałą  opaleniznę  jeszcze  przed  rozpoczęciem  sezonu?  I 
dlaczego  wydają  się  nieszczęśliwe?  Pewnie  ich  dieta  jest 
nieodpowiednia. 

– Widziałem je na plaży – zauważył Qwilleran. – Wydaje mi się, 

że  mieszkają  w  domku  niedaleko  od  nas.  To  może  być  ta  sama 
czwórka, która w zeszłym roku wynajęła domek ciotki Fanny. 

Opowiedział  Rosemary  o  tym,  jak  Koko  zwrócił  jego  uwagę  na 

książkę o wrakach statków, i o pokreślonych listach. 

– Jeśli chcesz sobie szybko zapewnić ból głowy – dodał – pożyczę 

ci kilka listów ciotki Fanny. 

– Kiedy ją poznam? 
–  Jutro  albo  w  środę.  Chciałbym  ją  zapytać  o  tych  tak  zwanych 

historyków  morskich  i  o  ich  związek  z  Buckiem  Dunfieldem.  Jest 
tylko jedna przeszkoda. Trudno zwrócić na siebie jej uwagę. 

– Niektóre typy głuchoty spowodowane są złą dietą – powiedziała 

Rosemary. 

–  Na  pewno  nie  jest  głucha.  Po  prostu  czasem  woli  nie  słuchać. 

Może  ty  zdołasz  się  do  niej  dobić.  Chyba  lepiej  traktuje  kobiety... 
Przepraszam na chwilę. Chciałbym złapać tych ludzi, zanim wyjdą. 

Przeszedł przez salę, kierując się w stronę poszukiwaczy wraków, i 

zwrócił się do mężczyzny budzącego największe zaufanie. 

–  Przepraszam,  czy  nie  jest  pan  przypadkiem  korespondentem 

agencji prasowej? 

Mężczyzna pokręcił głową. 
– Przykro mi, ale chyba się pan pomylił – powiedział głębokim i 

mało sympatycznym głosem. 

– Ale jest pan dziennikarzem, prawda? Nie robił pan dyplomu w 

Columbia? Napisał pan reportaż z ostatnich wyborów prezydenckich. 

– Przykro mi, to nie ja. 
Qwilleran doskonale odegrał zdziwienie, po czym odwrócił się do 

drugiego mężczyzny. 

– Byłem pewien, że jest pan fotoreporterem i że pracujecie razem. 
Drugi mężczyzna był bardziej sympatyczny. 
– Nic z tych rzeczy. Siedzimy sobie tu po prostu na wakacjach. 
Qwilleran  przeprosił,  życzył  im  udanego  pobytu  i  wrócił  do 

Rosemary. 

– O co chodziło? – zapytała. 
– Później ci powiem. 

background image

Lilian Jackson Braun 

96 

W drodze do domu wyjaśnił: 
–  Wydaje mi  się,  że działa  tu  grupa  przestępcza. Używali domku 

Fanny  jako  tajnego  miejsca  spotkań.  Drzwi  zawsze  były  otwarte.  Są 
trzy drogi, którymi można tu dotrzeć lub uciec: z plaży, z szosy i od 
strony lasu. Szef nagrywał swoim podwładnym polecenia na kasecie, 
która była ukryta za głową łosia. 

Rosemary roześmiała się. 
– Qwill, kochanie, chyba żartujesz. 
– Mówię zupełnie poważnie. 
– Myślisz, że to ma związek z narkotykami? 
–  Uważam,  że  chodzi  o  plądrowanie  wraków.  Jezioro  pełne  jest 

cennych  zatopionych  statków,  a  w  domku  jest  książka,  która 
wskazuje  ich  dokładne  położenie  i  opisuje  ładunki.  Niektóre  z  nich 
zatonęły ponad sto lat temu. 

– Ale czy ich ładunek mógł przetrwać przez tyle lat? 
–  Rosemary,  w  1850  roku  nie  ładowali  jeszcze  na  statki 

samochodów  ani  telewizorów.  Przewozili  sztabki  miedzi  i  złota.  W 
książce  opisano  towary  przewożone  na  pokładzie  statków,  które 
zatonęły. Były to głównie beczki whisky oraz dolary w banknotach i 
złocie. Kiedyś ta część kraju świetnie prosperowała. 

– Czemu rozmawiałeś z tymi ludźmi w hotelu? 
– Myślałem, że jeden z nich jest przywódcą szajki, ale ich głosy nie 

przypominały tego z kasety. Ani trochę. Ale szef na pewno gdzieś tu 
jest. 

– O Boże, Qwill, masz niesamowitą wyobraźnię! 
Kiedy  dotarli  do  domu,  Qwilleran  otworzył  drzwi.  Rosemary 

weszła do środka i chwilę później usłyszał jej krzyk: 

– O Boże, cała podłoga jest w tulipanach! 
– Cholerne koty! – ryknął Qwilleran. 
Przestraszone koty uciekły do pokoju gościnnego. 
– Zrzuciły tylko czarne tulipany, Qwill. 
– Nie dziwię im się. Tulipany nie powinny być czarne. 
–  Mówiłeś  mi  kiedyś,  że  koty  nie  rozróżniają  kolorów.  Qwilleran 

podniósł kwiaty, a Rosemary ułożyła je po raz drugi w wazonach na 
kominku,  barku  i  stole.  Później  poszli  na  ganek,  żeby  obejrzeć 
zachód  słońca  nad  jeziorem.  Usiedli  w  fotelach  tak  długich,  że 
mogłyby pochodzić z „Titanica”. 

Mewy szybowały i hałasowały nad martwymi rybami leżącymi na 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

97 

plaży. Rosemary oznajmiła, że są to mewy srebrzyste. Dodała też, że 
muchołówki, które prezentowały nieustanny podniebny balet, to tak 
naprawdę  jaskółczaki  modre.  Za  to  brązowożółtego  ptaka,  który 
ciągle przelatywał przy ganku, uznała za jemiołuszkę. 

– Słyszę sowę – powiedział Qwilleran, chcąc zademonstrować, że 

przyroda nie jest mu całkowicie obca. 

–  To  gołąb  –  poprawiła  go.  –  A  ja  słyszę  jeszcze  kardynała...  i 

czyżyka. Zamknij oczy i posłuchaj, Qwill. To brzmi jak symfonia. 

Dziennikarz z poczuciem winy przygładził wąsy. Może słuchał nie 

tych głosów, co trzeba? Był przecież na wsi, na wakacjach, otoczony 
cudami przyrody, a ciągle usiłował zidentyfikować bandytów zamiast 
jemiołuszek.  Powinien  czytać  książkę  o  ptakach,  a  nie  pokreślone 
listy ciotki Fanny. 

Rosemary przerwała jego rozmyślania. 
– Opowiedz mi coś więcej o ciotce Fanny. 
– Hmm, no tak... – zaczął, wracając myślami do teraźniejszości. – 

Po pierwsze... nosi krzykliwe ubrania, maluje usta jaskrawą szminką 
i  ma  głos  jak  kapral.  Poza  tym  jest  żywiołowa,  apodyktyczna,  pełna 
energii i pomysłów. 

– Pewnie ma fantastyczną dietę. 
– Ma pomocnika domowego, który wszędzie ją wozi, załatwia jej 

sprawy,  zajmuje  się  ogrodem  i  wie,  jak  zreperować  wszystko,  co 
kiedykolwiek wymyślono. 

Rosemary zachichotała. 
– Byłby wspaniałym mężem. Ile ma lat? 
– Może, ale podejrzewam, że jest też drobnym złodziejaszkiem. 
–  Wiedziałam,  że  jest  w  tym  jakiś  podstęp  –  powiedziała 

Rosemary. – Jak reaguje na niego Koko? 

– Bardzo przychylnie. Tom ma miły, delikatny głos, który podoba 

się kotom. 

Koko usłyszał swoje imię i nonszalancko wkroczył na ganek. 
– Wyprowadzałeś Koko na jego smyczy? 
– Nie, ale planowałem manewr rozpoznawczy. Spędza dużo czasu, 

patrząc przez okno w pokoju gościnnym.  Jestem  ciekawy, co  go  tak 
bardzo interesuje. 

– Zające i wiewiórki – podsunęła Rosemary. 
–  To  coś  innego  –  Qwilleran  przygładził  wąsy.  –  Mam 

przeczucie... 

background image

Lilian Jackson Braun 

98 

– Zabierzmy go na spacer. 
– Teraz? 
– Tak. No chodź! 
Czasem  Koko był  wyprowadzany  na  spacery w  swojej  niebieskiej 

uprzęży.  Nylonowy  sznurek  podarowany  przez  fotografa  pisma 
„Fluxion” służył jako smycz i zapewniał dużą swobodę. Dociekliwość 
i  wyjątkowa  kocia  intuicja  Koko  prowadziły  często  do  odkryć,  które 
przekraczały ludzkie zdolności percepcyjne. 

Pojawienie  się  smyczy  wywołało  głośny  wybuch  entuzjazmu. 

Kiedy  paski  zostały  zacieśnione,  Koko  wydał  całą  gamę  dźwięków 
świadczących o jego podekscytowaniu. Yum Yum myślała widocznie, 
że jej przyjaciel jest torturowany, bo zaczęła głośno protestować. 

Koko opuścił domek po raz pierwszy od przyjazdu. Przed gankiem 

znalazł sznur zwisający z mosiężnego dzwonka. Sięgnął w jego stronę 
łapą  i  uderzył  dzwonkiem  kilka  razy.  Potem  bez  wahania  skierował 
się  na  wschód.  Minął  ganek,  domek,  przeszedł  obok  pokrytego 
piaskiem prostokąta okalającego dół z kompostem, po czym ruszył w 
stronę lasu. Szedł po dywanie z sosnowych igieł, żołędzi i liści dębu, 
chłonąc  dźwięki,  które  nieznane  były  miejskiemu  kotu.  Wiewiórki  i 
zające  chroniły  się  przed  nim  w  bezpieczne  miejsca.  Przestraszony 
drozd usiłował odwrócić jego uwagę od swojego gniazda. Koko szedł 
jednak  zdecydowanie  w  stronę  drzew  na  szczycie  wydmy.  Za 
krzakiem dzikich wiśni stała szopa z narzędziami. 

–  Jak  ci  się  to  podoba?  –  Qwilleran  szepnął  do  Rosemary.  – 

Ruszył prosto w kierunku szopy. 

Otworzył  drzwi  i  Koko  przeskoczył  przez  próg.  Pobieżnie 

obwąchał wiosło kajakowe i kubeł na śmieci. 

–  Szybko,  Rosemary,  pobiegnij  po  latarkę.  Wisi  na  tylnych 

drzwiach domku. 

Koko  rozejrzał  się  w  mroku.  Spojrzał  na  puszki  z  farbami  i 

wskoczył  na  przykryte  kocem  posłanie  Toma.  Kot  miauczał, 
dotykając łapkami poduszki, koca i ściany, na której wisiały wyblakłe 
fotografie Las Vegas. 

–  Czego  szukasz,  Koko?  –  Qwilleran  odsunął  koc  i  Koko  zaczął 

ugniatać łapami cienki materac. 

Rosemary przyglądała się tej scenie w świetle latarki. 
– On jest bardzo zdeterminowany – zauważyła. 
– Może w materacu jest gniazdo myszy. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

99 

– Zdejmijmy ten brudny materac. 
Kiedy  zsunęli  materac  na  podłogę,  zobaczyli  leżącą  między 

sprężynami  łóżka  kopertę.  Rosemary  zbliżyła  do  niej  latarkę.  Na 
kopercie  był  adres  Fanny  Klingenschoen,  obok  znaczka  widniał 
stempel  z  datą  sprzed  dwóch  lat.  Nadawcą  była  agencja 
nieruchomości z Florydy. 

– Zajrzyj do środka, Qwill. 
– Pieniądze! Głównie banknoty pięćdziesięciodolarowe. 
– Przeliczę je. Jestem przyzwyczajona do liczenia pieniędzy. 
Rosemary  przeliczyła  pieniądze  szybko,  jak  przystało  na 

profesjonalistkę. W kopercie było niecałe tysiąc dwieście dolarów. 

– Co z tym zrobimy? – spytała. 
– To pieniądze służącego ciotki Fanny – powiedział  Qwilleran. – 

Położymy  kopertę  tam,  gdzie  leżała,  doprowadzimy  łóżko  do 
porządku i wyjdziemy stąd, zanim dobiorą się do nas komary. 

Tej  nocy  Qwilleran  nie  mógł  zasnąć.  Myślał  o  kryjówce  Toma  w 

szopie.  Czy  ten  biedak  oszczędzał,  żeby  kupić  nocny  klub  w  Las 
Vegas? Skąd wziął pieniądze? Na pewno nie od ciotki Fanny. Dawała 
mu czasem parę dolarów. 

Qwilleran usłyszał ciężkie kroki na dachu. Miał nadzieję, że Roger 

się nie mylił. Miał nadzieję, że to szop. 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

J

J

E

E

D

D

E

E

N

N

A

A

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 
We  wtorek  rano  przed  śniadaniem  Qwilleran  pojechał  do 

miasteczka  po  jajka.  Rosemary  twierdziła,  że  nic  nie  wpływa  tak 
dobrze  na  trawienie  jak  jajko  na  miękko.  Qwilleran  jadł  ostatnim 
razem  jajko  na  miękko,  kiedy  w  drugiej  klasie  podstawówki  leżał  w 
domu  chory  na  świnkę.  Kupił  jednak  tuzin  jaj.  Kiedy  wrócił, 
Rosemary stała w drzwiach z niezadowoloną miną. 

– Koko był niegrzeczny. 
– Niegrzeczny! 
Nie zdarzyło się jeszcze, żeby ktoś nazwał w ten sposób jego kota. 

Określenia  „perwersyjny”,  „arogancki”,  „despotyczny”  o  wiele 
bardziej  pasowały  do  Koko.  Natomiast  słowo  „niegrzeczny” 

background image

Lilian Jackson Braun 

100 

uwłaczało jego godności. 

– Co się stało? 
–  Znowu  wyciągnął  czarne  tulipany.  Przyłapałam  go  na  tym. 

Skarciłam go surowo i zamknęłam w łazience. Yum Yum siedzi pod 
drzwiami i miauczy, ale Koko jest cicho. On doskonale wie, że się źle 
zachował. 

Qwilleran  otworzył  powoli  drzwi.  Łazienka  wyglądała,  jakby 

przeszła  przez  nią  burza.  Papier  toaletowy  został  przerobiony  na 
konfetti. Na podłodze leżał przewrócony kosz, z którego wysypały się 
śmieci. Pudełko, w którym jeszcze niedawno znajdowało się dwieście 
chusteczek  higienicznych,  było  teraz  puste.  Chusteczki  zostały 
rozrzucone  po  całej  łazience.  Na  podłodze  leżała  rozsypana  sól  do 
kąpieli i proszek do czyszczenia wanny. 

Koko  siedział  dumnie  wyprostowany  na  muszli  klozetowej.  Miał 

taką minę, jakby właśnie stworzył niezwykłe dzieło z gatunku sztuki 
konceptualnej i zamierzał poprowadzić konferencję prasową. 

Qwilleran zasłonił ręką usta, żeby ukryć ironiczny uśmieszek, ale 

Rosemary wybuchła płaczem. 

–  Nie  denerwuj  się  –  uspokajał  Qwilleran.  –  Ugotuj  jajka,  ja  tu 

posprzątam. Myślę, że Koko próbuje nam coś powiedzieć o czarnych 
tulipanach. 

Przy stole panowało drętwe milczenie. 
W końcu Rosemary spytała: 
– Kiedy odwiedzimy ciotkę Fanny? 
–  Zadzwonię  do  niej  po  śniadaniu.  Powinniśmy  zabrać  twój 

samochód  do  warsztatu,  żeby  naprawili  tłumik.  Możemy  pójść  do 
muzeum i na lunch do „Nasty Pasty”... Moim zdaniem trzeba usunąć 
czarne tulipany. 

Podczas  rozmowy  telefonicznej  z  ciotką  Fanny  Qwilleran  musiał 

jak zwykle zachować cierpliwość. 

–  Oczywiście,  przecież  marzę  o  tym,  żeby  cię  jutro  zobaczyć  i 

poznać  twoją  przyjaciółkę  –  oznajmiła  ciotka  Fanny  swoim 
chropowatym  głosem.  –  Musicie  przyjść  do  mnie  na  lunch.  Będą 
kotleciki jagnięce albo zrazy cielęce. Lubicie suflet ze szpinakiem? A 
może wolelibyście kalafior w sosie serowym? Mam wspaniały przepis 
na  suflet.  Jak  pogoda  nad  jeziorem?  Czy  potrzebujesz  Toma?  Mogę 
zrobić na deser biszkopt z pomarańczami... 

– Ciociu Fanny! 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

101 

– Tak, kochanie? 
–  Nie  planuj  dużego  lunchu.  Rosemary  je  bardzo  mało.  Chętnie 

skorzystam z pomocy Toma, jeśli to możliwe. Na plaży leżą martwe 
ryby. Trzeba je zakopać. 

–  Oczywiście.  Tom  lubi  pracować  na  plaży.  Jak  ci  idzie  pisanie 

książki? Bardzo chcę ją przeczytać! 

Rosemary  była  dziwnie  cicha  przez  cały  ranek.  Natomiast  Koko 

postanowił pokazać wszystkim, że jest niesprawiedliwie traktowany. 
Chodził  wszędzie  za  Rosemary  i  podsuwał  jej  pod  nogi  swój  ogon. 
Jego  piskliwe  wrzaski  doprowadziły  ją  prawie  do  rozstroju 
nerwowego. 

Qwilleran był pełen podziwu dla inwencji swego kota, ale zrobiło 

mu się żal Rosemary. 

–  Chodźmy  stąd  –  powiedział.  –  Z  kotem  syjamskim  nie  można 

wygrać. 

Odstawili  samochód  Rosemary  do  warsztatu.  Qwilleran  słuchał 

uważnie  głosu  mechanika,  który  miał  podobną  barwę  co  głos  na 
kasecie. Ale mechanik mówił z innym akcentem. 

Muzeum mieściło się w budynku dziewiętnastowiecznej opery. W 

dawnych  czasach  żeglarze,  górnicy  i  młynarze  kupowali  za 
oszczędzone  pieniądze  bilety  na  spektakle  muzyczne.  W  muzeum 
były  pamiątki  związane  z  przemysłem  drzewnym  i  podróżami 
morskimi.  Rosemary  oglądała  ozdóbki  z  zębów  wielorybich  i  inne 
ciekawe rzeczy wykonane przez marynarzy. Qwilleran zainteresował 
się modelami znanych statków, które kiedyś zatonęły. Przyglądali im 
się również dwaj mężczyźni, których Qwilleran rozpoznał. Stali obok 
i rozmawiali ze sobą. 

Trzeci  mężczyzna,  młody  i  tryskający  entuzjazmem,  podszedł 

szybko do dziennikarza. 

–  Panie  Qwilleran,  cieszę  się,  że  zaszczycił  nas  pan  swoją 

obecnością.  Jestem  dyrektorem  muzeum.  Roger  mówił  mi,  że  pan 
przyjechał. Jeśli ma pan jakieś pytania, służę pomocą. 

Qwilleran  doszedł  do  wniosku,  że  głos  dyrektora  muzeum  ma 

zupełnie inną barwę i brzmienie niż głos mężczyzny z kasety. 

– Muszę coś załatwić – powiedział do Rosemary. – Wrócę za pół 

godziny i pójdziemy na lunch. 

Poszedł do centrum turystycznego i czekał niecierpliwie w kolejce, 

podczas  gdy  pięciu  turystów  zasięgało  informacji  na  temat 

background image

Lilian Jackson Braun 

102 

niedźwiedzi  w  okolicy.  W  końcu  Qwilleran  rzucił  kartkę  na  biurko 
Rogera. 

– Powiesz mi coś o tym? 
Roger spojrzał na rachunek za wynajęcie łodzi. 
– To podpis mojego teścia. 
– Twój teść ma łódź? 
– Wszyscy tutaj mają łodzie, Qwill. Mój teść lubi łowić ryby. Kiedy 

ma dość głupich indyków, wsiada na łódkę i łowi ryby. 

– Czy twój teść pożyczył swoją łódź nurkom zeszłego lata? 
– Nie wiem, ale on zrobiłby wszystko, żeby zarobić choć dolara. – 

Roger skrzywił się, zażenowany. – Nie przepadamy za sobą, taka jest 
prawda. Sharon była ukochaną córeczką tatusia, a ja pojawiłem się i 
ją zagarnąłem. Rozumiesz, prawda? 

– Jasne, kiedyś byłem w podobnej sytuacji. Jeszcze jedno pytanie. 

Co wiesz o właścicielach knajpy „BA”? 

– To dziwna para. Ona ma pięćdziesiąt kilogramów nadwagi. Gdy 

siedzi  przy  kasie,  trzeba  dobrze  przeliczyć  drobne.  On  pracował  w 
fabryce 

na 

Nizinach, 

miał 

tam 

wypadek. 

Kiedy 

dostał 

odszkodowanie, zamieszkali tu i kupili „BA”. Było to, zanim odpadła 
litera „R”. 

– Jej mąż jest kucharzem? Niski, łysiejący facet? 
–  Nie,  Merle  to  duży  mężczyzna.  Spędza  większość  czasu  na 

swojej łodzi. 

– Gdzie ją trzyma? 
– Na przystani, za restauracją. Widziałeś wczoraj UFO? 
– Nie, nie widziałem – odparł Qwilleran, ruszając do wyjścia. 
– W okolicy pojawia się mnóstwo niezidentyfikowanych obiektów 

latających! – zawołał Roger, ale dziennikarz zniknął za drzwiami. 

Qwilleran  postanowił  znaleźć  Merle'a.  Knajpa  „BA”  od  początku 

wydała  mu  się  podejrzanym  miejscem  –  z  kilku  powodów.  W 
kubkach na kawę podawano tam coś, co nie przypominało kawy. Na 
piętrze  były  pokoje  do  wynajęcia.  Klienci  dawali  pieniądze 
właścicielce  baru  i  dostawali  w  zamian  karteczki.  Jeśli  chodzi  o 
niskiego,  łysiejącego  mężczyznę,  to  zachowywał  się  on  bardzo 
dziwnie i robił wyjątkowo niedobre paszteciki. 

Qwilleran  chciał  porozmawiać  z  Merlem.  Zostawił  Rosemary  w 

muzeum i pojechał do „BA”. Ustawił samochód na parkingu i poszedł 
w  stronę  przystani.  Do  pomostu  przywiązana  była  spora  łódź  w 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

103 

dobrym  stanie.  W  pobliżu  nie  było  nikogo.  Qwilleran  zawołał  parę 
razy Merlego, ale nie było odpowiedzi. 

Kiedy  wracał  do  samochodu,  w  tylnych  drzwiach  baru  stanął 

kucharz. 

– Szukasz czegoś? – spytał. 
– Chciałem porozmawiać z Merlem. Gdzie go mogę znaleźć? 
– Poszedł coś załatwić. 
– Kiedy wróci? 
–  Niebawem.  Qwilleran  wrócił  do  miasteczka  i  zabrał  Rosemary 

do „Nasty Pasty”. Rosemary ochłonęła po awanturze z Koko i wróciła 
jej  ochota  do  rozmowy.  Wystawa  bardzo  jej  się  podobała, 
powiedziała,  że  dyrektor  muzeum  był  niezwykle  sympatyczny. 
Wystrój restauracji też przypadł jej do gustu. 

Qwilleran  był  nieco  zawiedziony,  ponieważ  nie  udało  mu  się 

znaleźć  Merlego.  Wsadził  rękę  do  kieszeni  swetra  i  zaczął  obracać 
między palcami trzy kamyki. 

– Co się stało, Qwill? Jesteś zdenerwowany. 
–  Przypomniałem  sobie  o  swoich  kamykach  na  szczęście.  – 

Qwilleran rzucił kamienie na stół. – Ten zielony to oszlifowany żad. 
Dostałem go od kolekcjonera. To skarabeusz znaleziony przez Koko. 
Agat  dostałem  od  Bucka  Dunfielda.  Znalazł  go  na  naszej  plaży.  To 
ostatni agat, jaki Buck znalazł – biedaczysko! 

–  Mam  coś  do  twojej  kolekcji.  –  Rosemary  wyciągnęła  okrągły 

kawałek kości słoniowej z namalowanym pyszczkiem kota. – To stara 
ozdoba, zrobiona przez marynarzy. 

– Wspaniale! Skąd to wytrzasnęłaś? 
–  Kupiłam  w  sklepie  ze  starociami  na  tyłach  muzeum.  Dyrektor 

muzeum powiedział mi o tym miejscu. Byłeś tam? 

– Nie. Chodźmy tam po lunchu. 
–  Właścicielem  jest  były  kapitan  statku.  Ale  ostrzegam  cię  –  to 

straszne miejsce! 

Nazwa  „Śmietnik  Kapitana”  pasowała  do  sklepu  wypełnionego 

autentycznymi  i  fałszywymi  antykami.  Sklep  był  starszy  niż  opera. 
Wydawało się, że runie pod wpływem najlżejszego podmuchu wiatru. 
Kiedy  ktoś  otwierał  drzwi,  dom  przechylał  się  na  jedną  stronę  i 
trzeba  było  porządnie  się  namęczyć,  żeby  zamknąć  drzwi  z 
powrotem.  Qwilleran  wciągnął  powietrze  nosem.  Poczuł  zapach 
pleśni, whisky i tytoniu. 

background image

Lilian Jackson Braun 

104 

W  sklepie  można  było  kupić  latarnie  ze  statków,  przedmioty  z 

niewypolerowanego  mosiądzu,  malutkie  statki  w  zakurzonych 
butelkach  i  poplamione  mapy  morskie.  Pośród  wszystkich  tych 
przedmiotów  siedział  brodaty  staruszek  w  znoszonej  kapitańskiej 
czapce.  Palił  rzeźbioną  fajkę  z  jakiegoś  egzotycznego  kraju,  ale 
używał  najtańszego  tytoniu  ze  sklepiku  na  rogu.  Qwilleran  znał 
wszystkie okoliczne sklepy z tytoniem. 

–  Paniusia  wróciła?  –  zawołał  staruszek  piskliwym  głosem.  – 

Mówiłem  przecież,  że  przecenionych  przedmiotów  nie  można 
zwrócić. 

– Pływa pan czasem statkiem, kapitanie? 
– Nie, koniec z tym. 
–  Pewnie  okrążył  pan  kulę  ziemską  tyle  razy,  że  trudno  to 

zapamiętać. 

– Tak, byłem w kilku miejscach. 
– Jak długo jest pan właścicielem tego sklepu? 
– Dość długo. 
Kapitan  mówił  z  takim  samym  akcentem  jak  mężczyzna  na 

kasecie,  jego  głos  miał  podobną  barwę,  ale  był  to  głos  starego 
człowieka. Mężczyzna z kasety wymawiał słowa bardziej stanowczo i 
energicznie.  Qwilleran  szukał  kogoś  młodszego  niż  kapitan,  ale  nie 
mógł  to  być  ktoś  bardzo  młody.  Dziennikarz  zaczął  szperać  wśród 
rzeczy  wystawionych  na  sprzedaż.  Kupił  mosiężny  kałamarz,  który 
podobno nie spadał z biurka kapitana nawet podczas sztormu. 

Kiedy  wrócili  do  chatki,  Rosemary  zaproponowała  spacer  na 

plaży. Poszła się przebrać, a Qwilleran krzątał się po domu. Domyślił 
się,  że  Tom  był  tam  podczas  ich  nieobecności  –  mosiężny  dzwonek 
był  świeżo  wypolerowany.  Tom  zakopał  zgniłe  ryby,  które  leżały  na 
plaży. 

Rosemary  wyszła  z  pokoju  ubrana  w  letnią  sukienkę  koloru 

turkusowego. 

–  Chciałam  włożyć  nowy,  morelowy  żakiet,  ale  nie  mogę  znaleźć 

swojej koralowej szminki. 

– Wyglądasz pięknie – pochwalił Qwilleran. – Podobasz mi się w 

tym kolorze. 

Koko patrzył na nich ze złością, kiedy zaczęli wchodzić na wydmę. 
–  On  chyba  chce,  żebym  wróciła  do  domu  –  powiedziała 

Rosemary. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

105 

– Nonsens – zaprzeczył Qwilleran, chociaż niedawno przyszło mu 

do głowy to samo. Koko nigdy nie lubił kobiet. 

Poszli  w  kierunku  wschodnim.  Brnęli  w  głębokim  piasku, 

rozkoszując się widokiem pustej plaży. Po pewnym czasie dotarli do 
rzędu  domków  na  wydmie.  Jeden  z  nich  przypominał  dziób  statku. 
Inny domek wyglądał jak ptak z nastroszonymi piórami. Mieszkańcy 
zajęci  byli  zakopywaniem  martwych  ryb.  Dwie  młode  dziewczyny 
opalały się na tarasie domu z opadającym ukośnie dachem. 

–  To  modelki,  które  widzieliśmy  w  hotelu  –  powiedziała 

Rosemary. – Są bardzo skąpo odziane! 

Qwilleran  wskazał  pomalowany  na  czerwono  drewniany  dom,  w 

którym zamordowano Bucka. 

–  To  wszystko  jest  niezwykle  zagadkowe  –  westchnął.  –  Z 

początku  myślałem,  że  jest  jakiś  związek  między  prywatnym 
śledztwem  Bucka  a  wiadomością  nagraną  na  kasecie.  Buck  tropił 
zbrodniarzy, 

grabieżcy 

wraków 

nie 

są 

kryminalistami. 

Przywłaszczają sobie cudze mienie, ale nie robią nikomu krzywdy. 

Później  minęli  żółty  domek  Mildred.  Przeszli  jeszcze  milę  pustą 

plażą,  aż  dotarli  do  wijącego  się  między  kamieniami  strumienia, 
który wpadał do jeziora. Ruszyli z powrotem tą samą drogą. Mildred 
zamachała  do  nich  z  ganku.  Zaprosiła  ich  na  kawę  i  szarlotkę 
domowej roboty. 

– Jest w zamrażalniku – powiedziała. – Zaraz ją rozmrożę. 
W  środku było przytulnie.  Na  ścianach  i  meblach  wisiały  ręcznie 

tkane gobeliny. 

– Sama je zrobiłaś? – spytała Rosemary. – Są śliczne! To pewnie 

zajmuje dużo czasu. 

–  Miałam  mnóstwo  wolnego  czasu  –  wyjaśniła  Mildred  i  ciężko 

westchnęła. – Widzieliście UFO wczoraj w nocy? 

–  Nie,  ale  słyszałem  o  tym  –  podjął  wątek  Qwilleran.  –  Jak 

myślisz, co to było? 

Mildred spojrzała na niego ze zdziwieniem. 
– Wszyscy wiedzą, co to było. 
Teraz Qwilleran otworzył szeroko oczy ze zdumienia. 
– Naprawdę wierzycie, że to przybysze z obcej planety? 
– Oczywiście. Przylatują od czasu do czasu – zwykle o drugiej lub 

trzeciej nad ranem. Za każdym razem obserwuję UFO, bo cierpię na 
bezsenność. Dunfieldowie zawsze mnie prosili, żebym zadzwoniła do 

background image

Lilian Jackson Braun 

106 

nich w nocy, jak coś zobaczę. 

Qwilleran  pomyślał,  że  to  następna  obsesja  mieszkańców. 

Postanowił zapamiętać tę rozmowę. 

– Miałaś jakieś wiadomości od żony Bucka i jego siostry? 
–  Zadzwoniły  do  mnie  tylko  raz.  Prosiły,  żebym  przechowała 

geranium w doniczkach i resztki z ich lodówki. Nie  wiadomo, kiedy 
wrócą. 

– Śledztwo posuwa się naprzód? 
–  Policjanci  i  ludzie  z  laboratorium  przeszukali  dom.  Betty 

powiedziała mi, że morderca wśliznął się niepostrzeżenie i zaskoczył 
Bucka podczas pracy. Przy obrabiarce leżał świecznik. Było mnóstwo 
pyłu. Nic dziwnego, że Buck nie usłyszał, jak ktoś się skrada. 

–  To  znaczy,  że  morderca  wyłączył  później  maszynę?  To  bardzo 

uprzejmie z jego strony. 

– Nikt o tym nie wspomniał. Nie przyszło mi to do głowy. 
– Morderca musiał wynieść z domu trociny. 
– Pewnie tak. 
–  Czy  Buck  mówił  ci  o  podwodnych  rabusiach?  Czy  mówił,  że 

kogoś podejrzewa? 

Mildred potrząsnęła głową, wbiła wzrok w podłogę i zamyśliła się. 
Qwilleran postanowił spróbować innej metody. 
–  Może  byś  nam  postawiła  tarota?  Mam  kilka  pytań.  Mildred 

westchnęła głęboko. 

– Zapraszam do stołu z kartami. Komu powróżyć najpierw? 
– Traktujesz to poważnie? – spytał Qwilleran. – Myślałem, że to 

tylko kolejna atrakcja dla turystów. 

–  Traktuję  to  bardzo  poważnie  –  zapewniła  Mildred.  –  Muszę 

wprawić  się  w  odpowiedni  stan  umysłu,  żeby  to  zadziałało.  Więc 
proszę bez żartów! 

– Czy karty powiedzą coś o morderstwie? Mildred zbladła. 
– Wolałabym o to nie pytać. 
– Na tych kartach są dziwne obrazki – zauważyła Rosemary. – Tu 

jest mężczyzna wiszący do góry nogami. 

–  To  starodawne  symbole.  Dzięki  nim  można  zobaczyć 

rzeczywistość w innym świetle. Masz pytanie, Rosemary? 

Rosemary  spytała  o  swoją  pracę.  Usiadła  przy  stole  naprzeciwko 

Mildred  i  potasowała  karty.  Mildred  rozłożyła  dwanaście  z  nich  i 
zamyśliła się. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

107 

–  Tu  jest  odpowiedź  na  twoje  pytanie  o  pracę  –  powiedziała  w 

końcu.  –  Są  też  odpowiedzi  na  inne  pytania,  których  nie  zadałaś. 
Wszystko wskazuje na zmianę. Praca, dom, romans – wszystko to się 
zmieni  w  najbliższej  przyszłości.  Miałaś  w  przeszłości  różnych 
wspólników.  Teraz  twoją  wspólniczką  w  interesach  jest  kobieta.  To 
się  zmieni.  Do  tej  pory  przyjmowałaś  chętnie  zmiany,  ale  teraz  się 
boisz.  Przeżyłaś  rozczarowanie  z  powodu  zerwanego  kontraktu. 
Musisz odzyskać energię i entuzjazm. Wkrótce podpiszesz niezwykle 
korzystny  kontrakt.  Możesz  się  spodziewać  dobrych  wiadomości  od 
niezwykle  ambitnego  młodzieńca.  Widzę  tu  jeszcze  kogoś  – 
błyskotliwego mężczyznę w średnim wieku. Być może udasz się z nim 
w  długą  podróż.  Istnieją  dwa  niebezpieczeństwa.  Nie  powinnaś 
rezygnować z życia osobistego na rzecz kariery. Uważaj na oszustów. 
Wszystko dobrze się skończy, pod warunkiem, że wykorzystasz swoje 
naturalne zdolności. – Mildred zamilkła i westchnęła głęboko. 

– Wspaniale! – wykrzyknęła Rosemary. – To wszystko prawda! 
–  Przeproszę  was  na  chwilę  –  powiedziała  Mildred  słabym 

głosem.  –  Muszę  odetchnąć  świeżym  powietrzem,  zanim  będę  dalej 
wróżyć. 

Kiedy wyszła z pokoju, Qwilleran i Rosemary spojrzeli na siebie. 
–  Co  o  tym  sądzisz,  Qwill?  –  spytała  Rosemary.  –  Zerwany 

kontrakt  –  chodzi  o  Maus  Haus.  Moją  partnerką  w  „Healthy–
Welthy” jest kobieta. Ambitny młodzieniec to mój wnuk. Stara się o 
pracę w Montrealu. 

– A ten drugi facet? Dojrzały i błyskotliwy? To na pewno nie Max 

Sorrel. 

– Nie żartuj sobie. Miałeś być poważny. 
Kiedy  Mildred  wróciła,  na  twarzy  dziennikarza  malowała  się 

powaga. Potasował karty i zadał swoje pytania. 

– Czy osiągnę swój cel tego lata? Dlaczego wszystko tak trudno mi 

przychodzi w tej północnej krainie? 

–  Karty  wskazują  na  nieporozumienia,  których  skutkiem  może 

być frustracja – powiedziała cicho Mildred. – Marnujesz swoją siłę i 
energię  na  rzeczy  trywialne.  Nie  wykorzystujesz  swoich  zdolności. 
Zmień  taktykę.  Twój  upór  jest  przeszkodą.  Przyjmij  pomoc  od 
obcych. Widzę mężczyznę i kobietę. Kobieta ma jasne włosy i dobre 
serce.  Polubiła  cię.  Mężczyzna  jest  młody  i  inteligentny,  ma  ciemne 
włosy.  Przyjmij  od  niego  pomoc.  Widzę  komplikacje  emocjonalne. 

background image

Lilian Jackson Braun 

108 

Być może otrzymasz złą wiadomość dotyczącą kwestii prawnych, ale 
wybrniesz  z  tego.  Odniesiesz  sukces  tego  lata,  jednak  nie  w  taki 
sposób, jak zaplanowałeś. 

– To robi wrażenie, Mildred. Jesteś świetna! 
Mildred skinęła głową, postawiła na stole szklaną miskę i wyszła z 

pokoju. Na misce widniała karteczka z napisem: „Datki na szpital”, w 
środku był banknot dziesięciodolarowy. 

–  Stawiam  ci,  Rosemary  –  oznajmił  Qwilleran  i  włożył  do  miski 

dwa  banknoty  dwudziestodolarowe.  Jego  przyjaciele  z  „Fluxion” 
byliby pewnie zdumieni. 

– Mildred zobaczyła w twoich kartach komplikacje emocjonalne. 

Nie  podoba  mi  się  to.  Pewnie  chodzi  o  tę  blondynkę,  o  której 
wspomniała. 

–  Zauważyłaś,  że  blondynka  na  karcie  trzyma  czarnego  kota?  To 

pewnie pani naczelnik poczty. A ciemnowłosy mężczyzna to jej mąż. 

– Albo Koko – dodała Rosemary. 
Dalszy  spacer  plażą  odbył  się  w  ciszy.  Qwilleran  i  Rosemary 

myśleli o wróżbach Mildred. Piasek skrzypiał im pod nogami. 

–  Mildred  przestała  się  tak  nerwowo  śmiać  od  czasu  śmierci 

sąsiada. 

Weszli  na  werandę  i  pchnęli  dzwonek,  żeby  usłyszeć  jego  piękny 

dźwięk.  Kiedy  Qwilleran  otworzył  drzwi,  zobaczył  koty,  które 
siedziały  w  przedsionku.  Koko  trzymał  w  pyszczku  czerwonego 
tulipana. 

– To znak, że Koko pragnie zawrzeć pokój – powiedział Qwilleran 

do  Rosemary,  chociaż  dobrze  wiedział,  że  Koko  nigdy  nie 
przepraszał.  Koko  próbował  powiedzieć  mu  coś  ważnego,  ale  nie 
miało  to  związku  z  ogrodnictwem.  Tulipany,  tulipany...  Wąsy 
Qwillerana poruszyły się, posyłając mu sygnał. Tulipany pochodziły z 
ogrodów  otaczających  więzienie.  Nick  pracował  w  więzieniu... 
Dziennikarz spojrzał na zegarek i chwycił słuchawkę telefonu. 

Po chwili usłyszał głos Lori. 
–  Złapał  mnie  pan  w  ostatniej  chwili,  panie  Qwilleran.  Właśnie 

miałam wszystko pozamykać i wyjść. 

– To znaczy, że zamyka pani budynek poczty? 
– To głupie, prawda? – zaśmiała się Lori. – Ale takie są przepisy. 
Qwilleran wtrącił parę słów o pogodzie i spytał: 
– Miałaby pani ochotę przyjść do mnie z mężem jutro wieczorem? 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

109 

Poznacie koty i obejrzymy wspólnie zachód słońca. Jest u mnie moja 
urocza przyjaciółka z Nizin. Już niedługo wyjeżdża. 

Lori  zareagowała  na  zaproszenie  z  tak  wielkim  entuzjazmem,  że 

Qwilleran powiedział później Rosemary: 

–  Zachowała  się  tak,  jakby  ją  zaproszono  do  Białego  Domu  albo 

pałacu Buckingham. 

Rosemary uniosła brwi. 
– Wyjawiłeś jej, że twoja urocza przyjaciółka niedługo wyjeżdża. 
–  Miałem  nadzieję,  że  zaproszenie  będzie  dzięki  temu  jeszcze 

bardziej kuszące. 

–  Chyba  już  dobrze  się  czujesz  –  westchnęła  Rosemary.  –  Skoro 

zaczynasz kombinować, to znaczy, że czujesz się dobrze. 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

D

D

W

W

U

U

N

N

A

A

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 
–  Jak  mam  się  ubrać  na  wizytę  do  ciotki  Fanny?  –  spytała 

Rosemary w środę rano. – Jestem taka podekscytowana. 

– Wyglądasz ładnie w białej marynarce – powiedział Qwilleran. – 

Ona  się  na  pewno  odstawi  i  będzie  wyglądała  jak  Pocahontas  albo 
chińska cesarzowa. Ja włożę pomarańczową czapeczkę z daszkiem. 

Qwilleran  wiedział,  że  Rosemary  nie  przypadła  do  gustu  jego 

nowa czapeczka. 

W drodze do Pickax pokazał Rosemary fermę indyków. 
– Któregoś dnia Mildred przyniosła nam mięso z tej farmy. To był 

najlepszy indyk, jakiego kiedykolwiek jadłem. 

– Dlatego, że był żywiony naturalnie – wytłumaczyła Rosemary. – 

Żadnych środków konserwujących. 

W pobliżu kopalni Dimsdale Qwilleran wskazał zniszczony wagon 

towarowy, w którym urządzono restaurację. 

–  Nazywam  ją  barem  „Pod  Psem”.  Zapraszam  cię  tu  dziś 

wieczorem. 

– Och, Qwill, żartujesz sobie! 
Kiedy zbliżali się do Pickax, Qwilleran powiedział: 
–  Coś  mi  mówi,  że  ciotka  Fanny  cię  polubi.  Może  się  dowiesz, 

dlaczego  wynajęła  dom  tym  nurkom  zeszłego  lata.  I  powiedz  jej,  że 

background image

Lilian Jackson Braun 

110 

kilof zniknął z domku. 

– Dlaczego ja? 
–  Pójdę  na  spacer,  a  wy  sobie  porozmawiacie  i  się  poznacie. 

Możesz  wspomnieć  o  morderstwie  Bucka  Dunfielda  i  zobaczyć,  jak 
moja 

ciotka 

zareaguje. 

Jestem 

również  ciekaw, 

dlaczego 

osiemdziesięciodziewięcioletnia  kobieta,  która  ma  w  domu 
ochroniarza, nosi ze sobą pistolet. Przecież w Moose County nie ma 
przestępczości. 

–  Może  ty  zadasz  jej  te  wszystkie  pytania,  a  ja  się  przejdę  – 

zaproponowała  Rosemary.  –  Nie  jestem  dobra  w  wyciąganiu 
informacji. 

–  Ciotka  nic  mi  nie  chce  powiedzieć.  Może  otworzy  się  przed 

drugą kobietą. Wiem, że lubi adwokatki i lekarki. 

Minęli  zrujnowane budynki,  gdzie  mieszkali  górnicy,  kupy  żużlu, 

które  wyglądały  jak  dziwaczne  wzgórza,  i  kwadratowe  kamienne 
fundamenty domów górników. Wjechali na wzgórze, skąd widać było 
Pickax  City.  Miasto  leżało  w  dolinie,  w  jego  centrum  znajdował  się 
okrągły park. 

– Fanny mieszka przy parku – powiedział Qwilleran. – Najlepsza 

lokalizacja w mieście. Jej przodkowie zbili fortunę na kopalniach. 

Kiedy  zaparkowali  przed  wielkim  kamiennym  domem,  Tom 

dopieszczał  właśnie  idealnie  wystrzyżony  trawnik.  Jego  niebieska 
furgonetka  stała  przed  powozownią.  Qwilleran  mu  pomachał  i 
zauważył,  że  zarost  nad  górną  wargą  Toma  zaczyna  wyglądać  jak 
wąsy. 

Chwilę  później  powitała  ich  ciotka  Fanny,  ubrana  w  suknię  z 

falbankami  w  stylu  bliskowschodnim  z  brzegiem  obszytym  srebrną 
nicią. Na głowie miała purpurowy szal, a w uszach długie, dyndające 
kolczyki  z  ametystami.  Rosemary  była  oczarowana,  a  ciotka  Fanny 
promieniała serdecznością. 

Służąca  zaprowadziła  ich  do  wielkiej,  pretensjonalnie  urządzonej 

jadalni, gdzie podano lunch. Każdy dostał kubek zupy pomidorowej, 
malutką  kanapkę  z  tuńczykiem  i  filiżankę  słabej  kawy.  Qwilleran 
udawał, że jest zachwycony. Słuchał ze zdumieniem Rosemary, która 
świergotała  i  chichotała.  Ciotka  Fanny  natomiast  udowodniła,  że 
potrafi normalnie odpowiadać na pytania. 

– Kiedy zbudowano ten cudowny stary dom? – spytała Rosemary. 
– Wzniesiono go ponad sto lat temu – odparła ciotka Fanny. – W 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

111 

czasach,  kiedy  jeździły  powozy  konne,  ten  dom  uchodził  za 
najwspanialszy  w  naszym  mieście.  Może  chciałaby  pani  po  lunchu 
zobaczyć resztę pokoi? Dom zbudowali walijscy kamieniarze, których 
sprowadził mój dziadek. W piwnicy jest angielski pub, przeniesiony 
kawałek po kawałku z Londynu. 

Na drugim piętrze miała znajdować się sala balowa, ale nigdy nie 

została ukończona. 

–  Wy  zwiedzajcie  dom,  a  ja  w  tym  czasie  skoczę  do  miasta  – 

powiedział Qwilleran. – Chciałbym zobaczyć redakcję „Picayune”. 

–  Och,  wy  dziennikarze!  –  westchnęła  ciotka  Fanny  z 

afektowanym uśmiechem. – Nawet podczas wakacji nie zapominacie 
o pracy. Dlatego tak podziwiam dziennikarzy. 

Qwilleran wyszedł i zaczął się rozglądać za Tomem, ale pomocnik 

ciotki Fanny zniknął razem ze swoją niebieską furgonetką. 

Main Street tętniła życiem na odcinku kilkuset metrów. Były tam 

sklepy, restauracje, klub, poczta, redakcja „Picayune”, klinika i kilka 
kancelarii  adwokackich.  Budynki  z  kamienia  były  luksusowe,  co 
świadczyło  raczej  o  umiłowaniu  bogactwa  niż  zdrowym  rozsądku. 
Domki  w  stylu  Cotswold  wciśnięte  były  między  szkockie  zamki  i 
hiszpańskie  forty.  Qwilleran  minął  redakcję  „Picayune”  i  skierował 
się do kancelarii „Goodwinter & Goodwinter”. 

–  Nie  jestem  umówiony  –  wyjaśnił  siwej  sekretarce.  –  Ale 

zastanawiam się, czy pan Goodwinter miałby chwilę czasu. Nazywam 
się Qwilleran. 

Sekretarka  miała  pociągłą  twarz,  podobnie  jak  Goodwinter.  Była 

bez wątpienia jego krewną. 

–  Właśnie  się  pan  z  nim  minął  –  powiedziała  uprzejmie 

sekretarka. – Pan Goodwinter jest w drodze na lotnisko. Nie będzie 
go do soboty. Chciałby pan porozmawiać z jego wspólniczką? 

Młoda  wspólniczka  Goodwintera  wyszła  po  chwili  z  gabinetu. 

Pachniała  drogimi  perfumami.  Uśmiechając  się  radośnie,  podała 
Qwilleranowi wypielęgnowaną rękę. 

–  Panie  Qwilleran,  jestem  Penelope.  Alex  mówił  mi  o  panu. 

Pojechał na konferencję do Waszyngtonu. Może pan usiądzie? 

Kobieta również miała podłużną, inteligentną twarz – cechy, które 

Qwilleran  nauczył  się  rozpoznawać.  Kiedy  się  uśmiechnęła,  jej  rysy 
znacznie złagodniały, a w policzkach ukazały się dołeczki. 

– Jakiś czas temu rozmawiałem z pani bratem w pewnej sprawie. 

background image

Lilian Jackson Braun 

112 

Mam dla niego nowe informacje. 

– Chodzi o tajemniczego nabywcę alkoholu? 
–  Tak.  Nie  znalazłem  dowodów,  które  wskazywałyby  na  to,  że 

nasza staruszka zagląda do kieliszka. 

–  Zgadzam  się  z  panem  –  przyznała  prawniczka.  –  Mój  brat 

uważa, że ona ma chrypę od nadużywania whisky. Moim zdaniem to 
hormony. 

– Dlaczego służący ciotki Fanny kupuje takie ilości alkoholu? 
–  Może  urządza  przyjęcia  dla  znajomych.  Ma  mieszkanie  przy 

powozowni. Jestem pewna, że ma znajomych. 

– To dziwny młody człowiek. 
–  Jest  miły  i  uroczy  –  powiedziała  Penelope.  –  Jest  świetnym 

pracownikiem. Spełnia wszystkie polecenia, niektóre bogate rodziny 
dałyby wszystko, żeby mieć takiego służącego. 

– Wie pani coś na temat jego pochodzenia? 
–  Wiem  tylko,  że  znajomy  Fanny  przysłał  tu  Toma,  żeby  jej 

pomagał. Fanny jest niesamowita, prawda? Zbiła fortunę w czasach, 
kiedy kobietom nie wolno było używać mózgu. 

– Myślałem, że odziedziczyła pieniądze. 
–  Nie!  Jej  ojciec  stracił  cały  majątek  w  latach  dwudziestych. 

Fanny  ocaliła  posiadłość  i  sama  zdobyła  milionową  fortunę.  W 
przyszłym  miesiącu  skończy  dziewięćdziesiąt  lat.  Urządzimy 
przyjęcie.  Mam  nadzieję,  że  pan  przyjdzie.  Jak  się  panu  podoba 
Mooseville? 

– Na razie nie nudziłem się tu ani minuty. Pewnie pani słyszała o 

morderstwie. 

Prawniczka  skinęła  głową.  Na  jej  twarzy  nie  widać  było  cienia 

emocji,  jakby  Qwilleran  powiedział:  „Czy  wie  pani,  że  dziś  jest 
środa?” 

–  To  chyba  przerażające,  że  popełniono  morderstwo  w  takim 

miejscu jak Mooseville – dodał Qwilleran. – Podejrzewa pani kogoś? 

Penelope potrząsnęła głową. 
„Ona  coś  wie”  –  pomyślał  Qwilleran,  ale  mina  Penelope 

wskazywała, że w tej sprawie nie ma już nic do dodania. 

–  O  ile  mi  wiadomo,  Dunfield  był  szefem  policji,  który  wszedł  w 

konflikt z Fanny kilka lat temu. O co chodziło? 

Prawniczka spojrzała w sufit, a potem powiedziała spokojnie: 
–  Polityka  małomiasteczkowa.  Konflikty  są  tu  na  porządku 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

113 

dziennym. 

Qwilleranowi  podobał  się  styl  Penelope.  Spędził  przyjemnie  czas 

w  towarzystwie  młodej,  inteligentnej  kobiety  z  dołeczkami  w 
policzkach. Rosemary była miła i atrakcyjna, ale Qwilleran nie po raz 
pierwszy  dał  się  zauroczyć  trzydziestoletniej  kobiecie,  która  robiła 
karierę. Z łezką w oku przypomniał sobie artystkę Zoe, projektantkę 
Cokey i handlarkę starociami Mary. 

W  drodze  do  domu  ciotki  Fanny  Qwilleran  spotkał  następną 

osobę o rysach charakterystycznych dla rodu Goodwinterów. 

–  Melindo,  co  tu  robisz?  –  spytał.  –  Myślałem,  że  ratujesz  życie 

turystom w klinice Mooseville. 

–  Dziś  mam  wolne.  Postawić  ci  kawę?  Melinda  zaprowadziła  go 

do kawiarni za zakrętem. 

– Kawa, którą tu podają, mogłaby uchodzić za najgorszą w kraju – 

ostrzegła  go  Melinda  – ale  znam  miejsce,  gdzie mają  jeszcze  gorszą 
kawę. 

Qwilleran spróbował kawy. 
–  Naprawdę  jest  miejsce,  gdzie  podają  jeszcze  gorszą  kawę? 

Wydaje się to nieprawdopodobne. 

–  W  barze  „Pod  Psem”  –  wyjaśniła  Melinda  z  szerokim 

uśmiechem. – Podają tam najgorszą kawę i najgorsze hamburgery na 
północnym  wschodzie  Stanów.  Powinieneś  ich  spróbować.  To  stara 
buda na skrzyżowaniu głównej autostrady i drogi Ittibittiwassee. 

– Ittibittiwassee? Co za nazwa! 
–  To  droga  do  rzeki  Ittibittiwassee.  Kiedyś  była  tam  indiańska 

wioska, a teraz można wynająć domek letniskowy. 

–  Powiedz  mi  coś,  Melindo.  Widziałem  pozostałości  kopalni 

Dimsdale'ów  i  Goodwinterów.  Gdzie  jest  kopalnia  rodziny 
Klingenschoenów? 

Melinda patrzyła na niego, jakby się zastanawiała, czy to żart. 
– Nie ma takiej kopalni – powiedziała w końcu. – I nigdy nie było. 
–  W  jaki  sposób  dziadek  Fanny  zbił  fortunę?  Rąbał  drzewa  w 

lesie? 

Melinda wyglądała na rozbawioną. 
– Nie. Był szynkarzem. Qwilleran zamyślił się. 
– Wobec tego odniósł niesamowity sukces. 
– Tak, ale nie cieszył się szacunkiem mieszkańców. „Saloon K” był 

znany  przez  pół  wieku  przed  pierwszą  wojną  światową.  Dziadek 

background image

Lilian Jackson Braun 

114 

Fanny  zbudował  najbardziej  luksusowy  dom  w  mieście,  ale 
mieszkańcy  nigdy  nie  zaakceptowali  rodziny  Klingenschoenów. 
Śmieli się z jej członków. Górnicy śpiewali taką piosenkę: „Ciężki los 
górnika  każdy  zna,  a  Minnie  K  się  dobrze  ma,  coś  tam,  coś  tam...  „ 
Nie znam refrenu i nie chcę go znać. 

– Więc Minnie K była... 
–  Babką  Fanny.  Podobno  była  to  przemiła  osoba.  Można 

przeczytać o tym w bibliotece w dziale historii miasta. Ojciec Fanny 
odziedziczył  saloon,  ale  zbankrutował  w  okresie  prohibicji.  Na 
szczęście  Fanny  odziedziczyła  po  dziadku  talent  do  zarabiania 
pieniędzy. Kiedy wróciła tu w wieku sześćdziesięciu pięciu lat, mogła 
kupić i sprzedać każdego w naszym okręgu. 

Qwilleran  wracał  do  domu  ciotki  szybkim  krokiem.  Nowe 

informacje brzmiały pokrzepiająco. 

Rosemary  również  tryskała  entuzjazmem,  kiedy  zabrał  ją  do 

domu. Bawiła się wspaniale, zachwycił ją pełen antyków dom. Fanny 
dała  jej  cudowny  dzbanuszek  z  kolekcji  porcelany  Staffordshire. 
Qwilleran uważał, że dzbanuszek jest szpetny. 

– Jestem głodny od lunchu – powiedział. – Powinniśmy wcześniej 

zjeść  kolację.  O  siódmej  przyjdą  Nick  i  Lori.  Może  wypróbujemy 
restaurację „Old Stone Mill”? 

Restaurację  urządzono  w  prawdziwym  starym  młynie.  Było  to 

niezwykle  malownicze  miejsce,  ale  menu  okazało  się  całkiem 
zwyczajne – od rosołu po ryżowy pudding. 

– Zjem tylko sałatkę – uprzedziła Rosemary. 
– A ja wieprzowinę średniej jakości, rozmiękły pieczony kartofel i 

rozgotowaną  fasolkę  –  oznajmił  Qwilleran.  –  To  specjalności 
kulinarne  mieszkańców  Moose  County.  Może  skosztujesz  sałatki 
Julienne? To pewnie liście przywiędłej sałaty, pomidory bez smaku, 
grzanki i ledwo widoczne kawałki kurczaka. Założę się, że polewają ją 
gotowym  sosem  z  butelki  z  Kansas  City  i  posypują  parmezanem, 
który smakuje jak mąka. Pamiętaj, że był tu młyn. 

– Och, Qwilleran, jesteś okropny! – powiedziała Rosemary. 
–  No  więc  o  czym  rozmawiały  dwie  wyzwolone  kobiety,  kiedy 

byłem na spacerze? 

–  O  tobie.  Ciotka  Fanny  uważa,  że  jesteś  utalentowany,  szczery, 

uprzejmy  i  wrażliwy.  Podoba  jej  się  nawet  twoja  pomarańczowa 
czapeczka z daszkiem. Powiedziała, że wyglądasz w niej zabójczo. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

115 

– Wspomniałaś o kilofie, który zniknął? 
–  Tak.  Powiedziała,  że  Towarzystwo  Historyczne  postanowiło 

umieścić kilof na wystawie w muzeum i Tom go zabrał. 

– Mogła mi o tym powiedzieć. A ci mężczyźni, którzy nurkowali? 
– Napisali do agencji nieruchomości w Mooseville. Szukali domu 

do  wynajęcia  na  lato.  Okazali  się  bardzo  kłopotliwymi  lokatorami. 
Szczególnie  dziewczęta,  które  spędzały  z  nimi  lato.  Twoja  ciotka 
nazwała je w sposób ordynarny. Nie powtórzę ci tego. 

– Daj spokój. Powiedz mi. 
– Nie. 
– Powiedz. 
– Nie. Przestań mnie prowokować. 
Qwilleran  cmoknął.  Bardzo  lubił  prowokować  Rosemary.  Jego 

przyjaciółka zachowywała się czasem jak panna z dobrego domu. 

–  Mam  jeszcze  inne  informacje,  ale  nie  chcę  tutaj  o  tym 

rozmawiać. 

Kiedy  wsiedli  do  samochodu  i  ruszyli  na  północ,  Qwilleran 

powiedział: 

–  Czego  się  jeszcze  dowiedziałaś?  Ciotka  Fanny  najwyraźniej  cię 

polubiła. 

– Ona myśli, że jesteśmy zaręczeni. Nie zaprzeczałam. Chciałam, 

żeby mi się zwierzyła. Byłam naprawdę wzruszona, że mi zaufała. 

– Dobra robota! Co jeszcze ci powiedziała? 
– Że zawsze osiąga to, czego chce, i ma na to sposób. Manipuluje 

ludźmi,  obiecując  im  nagrody  albo  strasząc  ich.  Twoja  ciotka 
twierdzi,  że  ludzie  zazwyczaj  czegoś  chcą  albo  coś  ukrywają.  Każdy 
ma słaby punkt, wystarczy go znaleźć. To chyba jej hobby. 

– Stara spryciara! Stosuje metodę marchewki i kija. 
– To działa jeszcze lepiej, kiedy się ma dużo pieniędzy. 
– Jasne. To stara prawda. 
–  Pokazała  mi  mały  złoty  pistolet,  który  nosi  przy  sobie.  Lubi 

wprawiać ludzi w zakłopotanie. To tylko żart. 

–  Ma  specyficzne  poczucie  humoru.  Co  ci  powiedziała  o 

morderstwie Dunfielda? 

–  O  Boże!  Ona  go  naprawdę  nienawidziła.  Kiedy  o  nim 

wspomniałam,  okropnie  się  zdenerwowała.  Bałam  się,  że  dostanie 
zawału. 

–  Buck  był  jedynym  człowiekiem,  którego  nie  potrafiła 

background image

Lilian Jackson Braun 

116 

zmanipulować. 

Rosemary zachichotała. 
–  Oskarżył  twoją  ciotkę,  że  hoduje  marihuanę  w  ogrodzie. 

Wyobrażasz sobie? 

– Tak. 
– Jeśli chodzi o morderstwo, powiedziała, że ludzie, którzy igrają 

z  ogniem,  mogą  sobie  zrobić  krzywdę.  Użyła  ordynarnego  języka. 
Byłam zdumiona. 

Qwilleran  uśmiechnął  się  pod  wąsem.  Rosemary  łatwo  było 

wprawić w zdumienie. 

–  Taka  miła  starsza pani  –  mówiła dalej  Rosemary.  – Gdzie  ona 

się nauczyła tak ordynarnego języka? 

– Pewnie w New Jersey. 
Rosemary  miała  jeszcze  wiele  do  powiedzenia:  o  bibliotece  i 

czterech tysiącach książek w skórzanych oprawkach, których nikt nie 
czytał,  o  czterech  szafach  wypełnionych  niesamowitymi  ubraniami 
ciotki  Fanny,  o  serwisie  porcelany  Staffordshire  w  jadalni  – 
wszystkie  większe  muzea  chciały  zdobyć  ten  serwis,  o  srebrnej 
zastawie... 

– Zatrzymaj się! – krzyknęła Rosemary, kiedy zbliżali się do fermy 

indyków.  –  Wejdę  i  spytam,  czy  mają  wypatroszonego  indyka. 
Upiekę ci go przed wyjazdem. 

Qwilleran zatrzymał samochód przed fermą. 
– Pospiesz się. Niedługo będzie siódma. 
Obok  klatek  z  drobiem  stała  metalowa  budka  z  napisem: 

„Sprzedaż detaliczna i hurtowa”. W środku ktoś był. 

Rosemary wbiegła do budki i wybiegła z niej po dwóch minutach, 

niosąc  pękatą  torebkę  plastikową.  Jej  twarz  była  zielona.  Rzuciła 
torebkę na tylne siedzenie i powiedziała: 

–  Zabierz  mnie  stąd,  zanim  zwymiotuję!  W  środku  był  okropny 

zapach! 

– Ferma indyków pachnie trochę inaczej niż ogród różany. 
–  Widziałam  w  życiu  kilka  gospodarstw  –  mówiła  Rosemary, 

oburzona. – Dorastałam na farmie. Ale tu jest zupełnie inaczej. 

Rosemary  milczała  przez  dalszą  drogę.  Odezwała  się  dopiero, 

kiedy Qwilleran zaparkował przed domem. 

–  Chciałabym  się  przebrać,  zanim  przyjdą  Nick  i  Lori  – 

powiedziała. – Mam ochotę włożyć coś czerwonego. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

117 

Qwilleran podał jej klucz. 
–  Idź  się  przebrać,  a  ja  przyniosę  ptaka.  Mam  nadzieję,  że  się 

zmieści w lodówce. 

Rosemary  weszła  na  werandę.  Po  chwili  Qwilleran  usłyszał  jej 

krzyk. 

– Rosemary! Co się stało? – zawołał i pobiegł za nią. 
– Spójrz! – Rosemary wskazała drzwi. 
Z  poręczy  ganku  zwisało  małe  zwierzę.  Miało  sznurek  zakręcony 

wokół szyi. 

– O Boże – jęknął Qwilleran. Zrobiło mu się niedobrze. – To dziki 

królik. 

– Przez chwilę myślałam, że to Yum Yum. 
– Ja też. 
Był  to  jeden  z  małych  brązowych  królików,  które  zjadały  szyszki 

sosny rosnącej obok szopy z narzędziami. Królik został zastrzelony i 
powieszony. 

– Idź na plażę, musisz ochłonąć – powiedział Qwilleran. – Ja się 

tym zajmę. 

„Czy  ktoś  próbuje  mnie  nastraszyć?  –  myślał.  –  Albo  ostrzec? 

Może to żart? Ten, kto to zrobił, przyszedł tu lasem od strony wydm. 
Na pewno wybrał tę drogę, jeśli chciał być niezauważony. 

Qwilleran zostawił biednego zwierzaka i wszedł do domku. Koko i 

Yum  Yum  natychmiast  przybiegły.  Były  bardzo  zdenerwowane. 
Zaczęły  się  kręcić  w  kółko.  Koko  mruczał,  a  Yum  Yum  miauczała. 
Zobaczyły  intruza  z  okna,  gdzie  lubiły  siedzieć.  Usłyszały  strzał  i 
wyczuły obecność martwego zwierzęcia. 

– Szkoda, że nie umiecie mówić – powiedział Qwilleran do Koko. 
Na wyboistej drodze pojawił się samochód i po chwili zaparkował 

przed  domkiem.  Qwilleran  poszedł  się  przywitać  z  gośćmi.  Widząc 
jego bladą twarz, Nick przestał się uśmiechać. 

– Czy coś się stało, panie Qwilleran? 
– Pokażę panu coś nieprzyjemnego. 
– Och, nie, to podłe! – zawołał Nick. – Lori, chodź, zobacz! 
Lori westchnęła ciężko. 
– Biedny zwierzak! Przez chwilę myślałam, że to jeden z pańskich 

kotów, panie Qwilleran. 

Nick radził, żeby zadzwonić do szeryfa. 
–  Gdzie  jest  telefon?  Sam  do  niego  zadzwonię.  Nie  dotykajmy 

background image

Lilian Jackson Braun 

118 

niczego na werandzie. 

Kiedy  Nick  dzwonił,  Lori  uklękła  i  zaczęła  mruczeć  do 

przerażonych syjamskich kotów. Koko i Yum Yum uspokoiły się pod 
wpływem  jej  kojącego  głosu,  zaczęły  się  nawet  bawić  jej  złotymi 
włosami,  splecionymi  w  dwa  długie,  przewiązane  błękitną  wstążką 
warkocze.  Rosemary  podała  surowe  warzywa  i  dip  jogurtowy. 
Qwilleran spytał gości, czego się napiją. Lori miała ochotę na whisky. 

–  Uważaj,  mała  –  ostrzegł  ją  mąż,  zasłaniając  jedną  rękę 

słuchawkę. – Pamiętasz, co powiedział lekarz? 

– Próbuję zajść w ciążę – wyjaśniła Lori, patrząc na Rosemary. – 

Ale do tej pory mieliśmy tylko kociaki. 

Nick odłożył telefon na szafkę kuchenną. 
–  W  porządku.  Szeryf  obiecał,  że  przyjedzie.  Napiję  się  chętnie 

burbona, panie Qwilleran. 

– Proszę mi mówić Qwill. 
Siedzieli  na  werandzie,  rozkoszując  się  atmosferą  spokoju  i 

widokiem  błękitnego  jeziora.  Koko,  który  nigdy  nie  był 
pieszczoszkiem, wskoczył Lori na kolana i zasnął. 

– Nie jestem pewien, czy chcę być dłużej w Mooseville – oznajmił 

nagle  Qwilleran.  –  Kiedy  wychodzę,  koty  siedzą  przy  oknie.  A  jeśli 
ten  maniak  pojawi  się znowu  i strzeli  w  szybę? To było  ostrzeżenie. 
On może wrócić. 

–  Albo  ona  –  powiedziała  cicho  Lori.  Obecni  spojrzeli  na  nią  z 

ciekawością. 

– Dlaczego sądzisz, że to kobieta? – spytał Qwilleran. 
– Po prostu staram się być obiektywna. 
– Pewnie znasz wszystkich bywalców klubu „Na Wydmach”. 
–  Moja  żona  zna  wszystkich  mieszkańców,  którzy  piszą  listy  – 

powiedział z dumą Nick. – Wie, jakie kupują znaczki i koperty! 

–  Znam  państwa  Hanstable'ów  i  państwa  Dunfieldów.  Kim  są 

inni? 

Lori zaczęła wyliczać na palcach. 
–  To  trzy  małżeństwa  w  podeszłym  wieku,  miastowy  prawnik  i 

dentysta  z  Pickax.  Lepiej  z  nim  nie  rozmawiaj.  To  rzeźnik. 
Wystawiono na sprzedaż dwa puste domy. Trzeci wynajęli niezwykle 
przystojni mężczyźni – Lori spojrzała znacząco na męża. – Myślę, że 
są  profesorami  i  zbierają  informacje  o  katastrofach  morskich. 
Dyrektor szkoły mieszka w domu z tabliczką, a sprzedawca antyków 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

119 

w domu, który wygląda jak łódź. 

– To oszust – wtrącił jej mąż. – A właściciele „BA”? 
–  Ich  posiadłość  wystawiono  na  sprzedaż.  Stracili  ją.  Bank  jest 

teraz  właścicielem.  A  propos...  –  Lori  spojrzała  na  Qwillerana.  – 
Właściciele  domu  na  wydmach  martwią  się  o  przyszłość  swojej 
posiadłości. Panna Klingenschoen mówiła, że być może zostawi ją do 
dyspozycji  władz  okręgu  i  powstanie  tam  park.  Z  pewnością 
wpłynęłoby  to  korzystnie  na  interesy  w  Mooseville,  ale  oznaczałoby 
spadek  cen  nieruchomości  nad  jeziorem.  Wiesz,  co  zamierza  twoja 
ciotka? 

–  Ona  nie  jest  moją prawdziwą  ciotką  – powiedział  Qwilleran.  – 

Nic  nie  wiem  na  temat  jej  testamentu.  Może  kiedyś  poruszy  ten 
temat. – Qwilleran nalał trzecią kolejkę drinków. – Szeryf chyba nie 
przyjedzie.  Pewnie  myśli,  że  jestem  wariatem.  Parę  dni  temu 
zadzwoniłem  do  niego  i  powiedziałem  mu  o  krzyczącej  sowie,  w 
zeszłym  tygodniu  zawiadomiłem  go,  że  w  jeziorze  pływa  trup. 
Wszyscy myśleli, że to opona. 

Nick odwrócił się gwałtownie w jego stronę. 
– Gdzie widziałeś ciało? 
–  Łowiłem  ryby  i  złapałem  ciało  na  haczyk.  –  Qwilleran 

opowiedział  im  o  swojej  przejażdżce  łódką.  Był  zadowolony,  że  inni 
słuchają go z taką uwagą. 

– Pamiętasz, którego to było dnia? – spytał Nick. 
– W zeszły czwartek. 
– A mężczyźni, którzy byli na drugiej łodzi? Słyszałeś, co mówili? 
–  Nie  wszystko.  Ale  usłyszałem  wystarczająco  dużo,  żeby  się 

zorientować, o co chodzi. Zepsuł się silnik i mężczyźni kłócili się, jak 
go naprawić. Jeden miał wysoki głos. Mówił na swojego towarzysza 
„Jack”.  Ten  drugi  mówił  z  akcentem  charakterystycznym  dla 
brytyjskiej klasy robotniczej. 

Nick zerknął na żonę. Lori skinęła głową. 
–  Tutaj  na  każdego  Anglika  ludzie  mówią  „Jack”.  Ten  zwyczaj 

zaczął  się  w  okresie  rozkwitu  kopalni.  W  zeszłym  tygodniu  jeden  z 
Anglików przedostał się przez granicę. Mówił z akcentem Cockney. 

Qwilleran spojrzał z mieszaniną zdumienia i tryumfu. 
– Próbował uciec do Kanady! Ktoś przewiózł go łodzią, we mgle. 
– Oni wszyscy próbują – powiedział Nick. – To samobójstwo, ale 

próbują.  Ludzie  wiedzą  o  łodzi,  jednak  chcemy,  żeby  ta  informacja 

background image

Lilian Jackson Braun 

120 

dostała się do gazet. Media potrafią wszystko rozdmuchać. 

– Ilu więźniów jest w stanie uciec? 
–  Zawsze  ten  sam  procent.  Biedny  sukinsyn  daje  pieniądze 

przewoźnikowi,  który  ma  go  przeszmuglować  do  Kanady. 
Przepływają kilka mil i nagle: chlup! Woda jest tak zimna, że ciało od 
razu idzie na dno. 

–  Niesamowite!  –  powiedział  Qwilleran.  –  To  morderstwo!  Ilu 

jest przewoźników? 

– Wszyscy mówią o jednym przewoźniku, który ma dobry kontakt 

z kimś wewnątrz. Policja nie jest w stanie go złapać. 

– Albo „jej” złapać – wtrąciła cicho Lori. 
–  Rozumiem  –  powiedział  Qwilleran,  przygładzając  wąsy.  –  Nie 

ma ciał, dowodów ani śladów. 

– Mam wrażenie – westchnęła Lori – że władzom nie zależy, żeby 

kogokolwiek złapać. 

– Co ty wygadujesz? – zdenerwował się jej mąż. 
– A handel narkotykami? – spytał Qwilleran. 
–  Jest  tak,  jak  przewidywano.  Nie  da  się  wytępić  wszystkich 

handlarzy. 

Zona Nicka znowu się uniosła. 
– Oni nie chcą powstrzymać handlu narkotykami! Dzięki trawie i 

pigułkom  można  łatwiej  kontrolować  więźniów.  To  alkohol  jest 
przyczyną kłopotów. 

Gdzieś w pobliżu trzasnęły drzwi samochodu. 
–  To  jeden  z  ludzi  szeryfa  –  powiedział  Nick,  zrywając  się  z 

krzesła. 

Qwilleran poszedł za nim. 
–  Uważam,  że  zastępca  szeryfa  ma  cudną  czapkę  –  powiedziała 

Lori do Rosemary. – Chciałabym taką mieć. 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

T

T

R

R

Z

Z

Y

Y

N

N

A

A

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 
Kiedy zadzwonił telefon, Koko i Yum Yum siedziały na dywanie ze 

skóry niedźwiedzia polarnego i lizały swoje futro. Były po śniadaniu, 
na które skonsumowały mięso kraba z puszki. Rosemary krzątała się 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

121 

w kuchni, przyrządzając indyka, którego miała upiec. 

Qwilleran  myślał  o  tym,  co  się  wydarzyło.  Martwy  królik  był 

kolejnym niewyjaśnionym elementem układanki. Informacje Nicka o 
więźniach,  którzy  uciekli,  utwierdziły  Qwillerana  w  przekonaniu,  że 
jednak  umiał  odróżnić  martwe  ciało  od  opony  samochodowej.  Dla 
Qwillerana  było  teraz  jasne,  że  Buck  prowadził  śledztwo  na  własną 
rękę.  Szukał  mężczyzny,  który  zajmował  się  szmuglowaniem 
więźniów,  podwodni  rabusie  go  nie  interesowali.  Gdyby  udało  się 
znaleźć  przewoźnika,  zagadka  morderstwa  Bucka  zostałaby 
rozwiązana. On (lub ona – jak mówiła Lori) miał na koncie niejedno 
zabójstwo. 

Qwilleran nie wiedział, jakie poszlaki ma policja i w jak postępuje 

śledztwo.  W  swoim  mieście  mógłby  liczyć  na  informacje  od 
policyjnego  dziennikarza,  ale  w  Mooseville  był  obcym  wariatem, 
który wpadł w panikę z powodu krzyczącej sowy, martwego królika i 
ciała złowionego na wędkę. Jedno było pewne: głos, który usłyszał we 
mgle,  i  głos  na  kasecie  należały  do  tego  samego  mężczyzny.  Gdyby 
znalazł  tego  mężczyznę  w  Mooseville,  miałby  ważne  informacje  dla 
policji.  Ale  wiadomość  na  kasecie  wydawała  się  nie  mieć  nic 
wspólnego z topielcami. 

Rosemary pojawiła się na werandzie. 
– Telefon do ciebie. Pani Goodwinter. 
Qwilleran  pomyślał  natychmiast  o  perfumach  i  uroczych 

dołeczkach  prawniczki,  ale  przyjemne  wspomnienia  prysły,  kiedy 
usłyszał jej grobowy głos. 

– Tak, pani Goodwinter... Nie, nie włączyłem jeszcze radia... Nie! 

W jakim jest stanie? To straszne... Nie do wiary! Co się teraz dzieje? 
Mogę  w  czymś  pomóc?  Tak,  zrobię  to...  od  razu.  Gdzie  możemy  się 
spotkać? Za godzinę. 

– Co się stało? – spytała Rosemary. 
–  Złe  wiadomości  o  ciotce  Fanny.  Wczoraj  w  nocy  spadła  ze 

schodów. 

– O Boże! To straszne! Ona... nie żyje, prawda? 
Qwilleran potrząsnął głową. 
– Tom znalazł ją rano u podnóża schodów. Biedna ciotka Fanny! 

Była  taka  energiczna,  tak  otwarta.  Tak  kochała  życie!  Nigdy  nie 
narzekała na starość. 

– Była niezwykle hojna. Dała mi dzbanuszek z kolekcji porcelany 

background image

Lilian Jackson Braun 

122 

Staffordshire, pamiętasz? Jestem pewna, że to bardzo cenna rzecz. 

–  Penelope  chce  się  ze  mną  jak  najszybciej  spotkać.  W  domu 

ciotki  Fanny.  Nie  musisz  ze  mną  jechać,  ale  byłbym  ci  wdzięczny, 
gdybyś to zrobiła. 

–  Oczywiście,  że  z  tobą  pojadę.  Włożę  indyka  z  powrotem  do 

lodówki. 

Zanim  wyszli,  Qwilleran  zamknął  starannie  wszystkie  okna  i 

wewnętrzne  okiennice,  tak  aby  z  zewnątrz  nie  widać  było  kotów. 
Zamknął  też  wejściowe  i  tylne  drzwi,  żeby  koty  nie  wyszły  na 
werandę. 

–  Przepraszam,  moi  drodzy  –  powiedział  –  ale  tak  będzie 

najbezpieczniej. 

Potem zwrócił się do Rosemary: 
–  Kto  by  pomyślał,  że  w  tak  spokojnym  miejscu  trzeba  będzie 

podejmować te wszystkie środki ostrożności. W przyszłym tygodniu 
przeniosę się do miasta. Pewnie teraz, po śmierci ciotki Fanny, i tak 
nie będę mógł korzystać z jej domku. Adwokaci chcą pewnie o tym ze 
mną porozmawiać. 

– Ta sielanka nie mogła trwać wiecznie, prawda? 
–  Było  idealnie,  ale  wszystko  się  skomplikowało.  Proste  życie  na 

wsi nie jest wcale takie proste. Kiedy zjawię się w klubie prasowym, 
pewnie mnie wygwiżdżą. 

Gdy przyjechali do kamiennego domu w Pickax, Tom pracował w 

ogrodzie. Miał pochyloną głowę i nie powitał ich radośnie jak zwykle. 

Drzwi  otworzyła  Penelope.  Qwilleran  przedstawił  jej  swoją 

przyjaciółkę. 

– To jest Rosemary. Jesteśmy potwornie wstrząśnięci tym, co się 

stało! 

– Jedliśmy wczoraj lunch z ciotką Fanny. Tryskała energią! 
– Nikt się nie domyślał, że w przyszłym tygodniu miała skończyć 

dziewięćdziesiąt lat! – powiedziała adwokatka. 

– To się stało tutaj? – Qwilleran wskazał schody. 
Penelope skinęła głową. 
–  To  był  groźny  upadek,  a  ona  była  taka  krucha.  Alex  i  ja 

namawialiśmy  ją,  żeby  przeniosła  się  do  mniejszego  domu  bez 
schodów,  ale  nie  byliśmy  w  stanie  jej  przekonać.  –  Penelope 
wzruszyła ramionami. – Napijecie się herbaty? Znalazłam w kuchni 
torebki ekspresowe. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

123 

–  Ja  zrobię  herbatę,  a  wy  porozmawiajcie  –  zaofiarowała  się 

Rosemary. 

– To bardzo miło z pani strony. Będziemy na oszklonej werandzie. 
Poszli  do  oszklonego  pokoju,  w  którym  stały  donice  z  drzewami 

kauczukowymi i fotel bujany ciotki Fanny. 

– Ciotka Fanny nazywała ten pokój słoneczną oazą. 
Penelope uśmiechnęła się. 
–  Kiedy  wprowadziła  się  tu  po  wielu  latach  spędzonych  na 

Wschodnim  Wybrzeżu,  robiła  wszystko,  żeby  ukryć  swoją 
ekstrawagancję. Grała rolę milutkiej staruszki, chociaż wiedziała, że 
to  do  niej  nie  pasuje...  Zadzwoniłam  dziś  rano  do  Aleksa  do 
Waszyngtonu.  Powiedział,  żebym  się  z  panem  skontaktowała, 
ponieważ  jest pan  krewnym  Fanny.  Alex  nie  może  wrócić wcześniej 
niż w sobotę. 

–  Fanny  i  ja  nie  byliśmy  spokrewnieni.  Była  bliską  przyjaciółką 

mojej matki, to wszystko. 

–  Ale  nazywała pana  swoim siostrzeńcem.  Żywiła  do  pana ciepłe 

uczucia  i  bardzo  pana  podziwiała,  panie  Qwilleran.  Nie  miała 
żadnych  krewnych,  pewnie  pan  o  tym  wie.  –  Adwokatka  otworzyła 
teczkę.  –  Zajmowaliśmy  się  sprawami  Fanny,  nawet  jej 
korespondencją.  Chroniliśmy  ją  przed  ludźmi,  którzy  mogliby  jej 
listownie  grozić  albo  prosić  o  pieniądze.  Fanny  zostawiła  nam 
zaklejoną  kopertę  z  ostatnimi  rozporządzeniami.  Nie  chciała,  by  na 
jej pogrzeb przyszły tłumy. Życzyła sobie, by jej ciało skremowano. W 
„Picayune”  ukaże  się  jutro  nekrolog  na  całą  stronę.  W  sobotę 
planujemy uroczystość żałobną. 

– Czy Fanny była religijną osobą? 
–  Nie,  ale  co  roku  płaciła  datki  na  rzecz  wszystkich  pięciu 

kościołów  w  mieście.  Uroczystość  odbędzie  się  pewnie  w 
największym.  Jestem  pewna,  że  będzie  mnóstwo  ludzi  z  całego 
Moose County. 

Podczas ich rozmowy co pewien czas dzwonił telefon. 
– Nie odbieram – powiedziała Penelope. – Założę się, że to łowcy 

sensacji. 

– A co z polityką „otwartych drzwi”, tak popularną w tym mieście? 

Wielu ludzi będzie pewnie chciało zajrzeć do domu Fanny. 

– Tom ma ich odprawić. 
Rosemary  podała  herbatę.  Zaczęli  wspominać  we  trójkę  ciotkę 

background image

Lilian Jackson Braun 

124 

Fanny.  Penelope  mówiła  o  ulubionym  fotelu  staruszki,  Qwilleran 
przypomniał  sobie,  że  Fanny  lubiła  egzotyczne  stroje.  W  końcu 
powiedział: 

– Wydaje się, że wszystko jest pod kontrolą. Jest pani pewna, że 

nie możemy w czymś pomóc? 

–  Alex  prosił,  żebym  z  panem  porozmawiała  –  oznajmiła 

adwokatka  dramatycznym  tonem.  –  Chodzi  o  to,  że  nie  mamy 
testamentu Fanny. 

– Co takiego? Tak zamożna osoba nie zostawiła testamentu? Nie 

mogę w to uwierzyć! 

– Testament istnieje. Fanny spisała go własnoręcznie, by chronić 

swoją prywatność. 

– Czy taki dokument ma moc prawną? 
–  W  tym  przypadku  tak.  Testament  został  podpisany  jej 

nazwiskiem  i  opatrzony  datą.  Został  spisany  bez  świadków.  Tak 
chciała Fanny i nikt się jej nie sprzeciwił. Oczywiście doradziliśmy jej 
w  kwestii  terminologii.  Chodziło  o  to,  żeby  nie  było  żadnych 
niejasności. 

Mieliśmy 

nadzieję, 

że 

liście 

ostatnimi 

rozporządzeniami 

Fanny 

będzie 

wskazówka, 

gdzie 

znaleźć 

testament, ale niestety... 

– Co teraz? 
Penelope spojrzała z nadzieją na Qwillerana. 
– Musimy go po prostu znaleźć. 
– Znaleźć? – zdziwił się Qwilleran. – Tego ode mnie oczekujecie? 
– Nie pomoże nam pan? 
Qwilleran  spojrzał  na  Rosemary.  Jego  przyjaciółka  skinęła 

entuzjastycznie głową. 

–  Fanny  pokazała  mi  wczoraj  cały  dom  –  przypomniała 

Rosemary. – To nie będzie trudne. 

– Proszę zadzwonić do mnie do biura, jeśli będą jakieś problemy 

–  powiedziała  Penelope.  –  I  proszę,  nie  odbierajcie  telefonu.  To  by 
was tylko zaniepokoiło. 

Kiedy  adwokatka  zostawiła  ich  samych,  Qwilleran  zwrócił  się  do 

Rosemary: 

– Skoro uważasz, że to takie proste, gdzie zaczniemy? 
– W bibliotece stoi duże biurko. W gabinecie Fanny na piętrze jest 

mniejsze biurko. W jej sypialni jest stary kufer. 

– Jesteś niesamowita! Nic nie umknie twojej uwadze, Rosemary, 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

125 

ale czy przyszło ci do głowy, że biurka i kufer mogą być zamknięte? 

Rosemary pobiegła do kuchni i wróciła z pękiem kluczy. 
– Były w chińskim czajniczku, w którym zrobiłam herbatę. Zacznij 

od biblioteki, a ja zajmę się kufrem. 

Nie  był  to  jednak  dobry  pomysł,  zważywszy  na  to,  że  Qwilleran 

miał obsesję na punkcie słowa pisanego. Półki wypełnione od podłogi 
do sufitu książkami od razu przykuły jego uwagę. Qwilleran domyślił 
się,  że  dziadek  Klingenschoen  ukrył  na  górnej  półce  kilka 
klasycznych  powieści  pornograficznych.  Znalazł  też  kolekcję 
pikantnych powieści  z  lat  dwudziestych.  Kiedy Rosemary  weszła  do 
pokoju,  Qwilleran  czytał  właśnie  Pięć  frywolnych  kobiet  Gladys 
Gaudi. 

– Qwill, odkryłam coś niesamowitego! 
– Znalazłaś testament? 
– Jeszcze nie, ale w kufrze jest pełno pamiętników Fanny. Są tam 

jej  zapiski  z  czasów,  kiedy  była  w  college'u.  Wiedziałeś,  że  twoja 
droga cioteczka była egzotyczną tancerką w New Jersey? 

– Robiła striptiz? 
Rosemary wyglądała na rozbawioną. 
–  Zachowała  ulotki  reklamowe,  artystyczne  fotografie  i  kilka 

gorących  listów  od  wielbicieli.  Nic  dziwnego,  że  chciała,  żebyś 
napisał  książkę!  Chodź  na  górę.  Pamiętniki  są  opatrzone  datami. 
Zaczęłam je właśnie czytać. 

Spędzili kilka godzin, przeglądając zawartość kufra. 
– Czuję się jak podglądacz – powiedział Qwilleran. – Kiedy ciotka 

Fanny  oznajmiła  mi,  że  współpracowała  z  różnymi  klubami,  byłem 
pewien,  że  ma  to  związek  z  ogrodnictwem  i  działalnością 
charytatywną. 

Jak  się  okazało,  ciotka  Fanny  rozpoczęła  swoją  karierę  jako 

tancerka  w  nocnych  klubach  Atlantic  City.  Później  została 
menedżerem  i  w  końcu  właścicielką  klubu.  Najwięcej  zarabiała  w 
czasach  prohibicji.  W  kufrze  były  wycinki  z  gazet,  zdjęcia  „Klubu 
Franceski”  i  fotografie  samej  Fanny  w  towarzystwie  polityków, 
gwiazd  filmowych,  znanych  bejsbolistów  i  gangsterów.  Nie  było 
żadnej  wzmianki  o  małżeństwie  Fanny,  ale  znaleźli  informację,  że 
miała  syna.  W  jednym  z  dzienników  były  fotografie  z  czasów  jego 
dzieciństwa i młodości. Z wycinków wynikało, że syn Fanny zginął w 
tajemniczym wypadku w nowojorskim porcie. 

background image

Lilian Jackson Braun 

126 

Testamentu w kufrze nie było. 
Qwilleran  zadzwonił  do  Penelope  i  powiedział,  że  będą  szukać 

dalej następnego dnia. Udawał przed Penelope, że to bardzo męczące 
i  przygnębiające  zajęcie.  Ale  tak  naprawdę  Qwilleran  i  Rosemary 
czuli  przyjemne  podniecenie,  dowiadując  się  ciekawych  rzeczy  o 
życiu ciotki Fanny. 

– Zróbmy coś szalonego – zaproponowała Rosemary. – Chodźmy 

do baru „Pod Psem”. 

Wagon  towarowy,  w  którym  urządzono  bar,  stał  na  pustkowiu, 

niedaleko autostrady. W pobliżu znajdowały się pozostałości kopalni 
Dimsdale. 

Na polu służącym za parking nie było ani jednego samochodu, ale 

na  drzwiach  baru  wisiała  tabliczka  z  napisem  „OTWARTE”. 
Natomiast  w  oknie  Qwilleran  zauważył  drugą  tabliczkę  z  napisem 
„ZAMKNIĘTE”. 

W środku na ścianach wisiały pożółkłe plakaty. Menu pochodziło 

z czasów, kiedy kawa kosztowała pięć centów, a kanapki – dziesięć. 
Qwilleran wytężył węch i wciągnął nosem powietrze. 

– Gotowana kapusta, smażona cebula i marihuana – oznajmił. – 

Nie widzę kelnera. Gdzie chcesz usiąść, Rosemary? 

Pod tylną ścianą widniał zniszczony barek, przy którym stały całe i 

połamane  stołki.  Stoły  i  krzesła  pochodziły  najwyraźniej  z  czasów 
wielkiego kryzysu. Być może stały kiedyś w kuchni górników. Z głębi 
baru  dobiegł  cichy  hałas,  który  mógł  być  oznaką  życia.  Po  chwili  z 
ciemnego  kąta  sali  wynurzył  się  wysoki,  trupio  blady  mężczyzna. 
Poruszał  się  jak  lunatyk  i  wyglądał  tak,  jakby  od  tygodnia  nie  miał 
nic w ustach. 

–  Urocze  miejsce  –  powiedział  Qwilleran  wesoło.  –  Co  pan 

poleca? 

– Gulasz – odezwał się mężczyzna cienkim głosem. 
– Mieliśmy nadzieję, że zjemy tu cielęcinę w sosie  z pleśniowego 

sera.  Są  karczochy?  Nie?  Nie  ma  karczochów,  Rosemary.  Chcesz 
pójść do innej restauracji? 

–  Chętnie  spróbuję  gulaszu  –  powiedziała  Rosemary.  –  Myślisz, 

że to prawdziwy węgierski gulasz? 

–  Pani  pyta,  czy  to  prawdziwy  węgierski  gulasz  –  Qwilleran 

przekazał pytanie kelnerowi. 

– Niby skąd mam wiedzieć? 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

127 

–  Ja  też  wezmę  gulasz.  Jest  na  pewno  wyśmienity.  Można 

zamówić jakąś sałatkę? 

– Jest tylko surówka z białej kapusty. 
– Wspaniale. Jest na pewno przepyszna! 
Przez  cały  ten  czas  Rosemary  zerkała  na  Qwillerana  z  krytyczną, 

pełną powątpiewania miną. Zawsze patrzyła na niego w ten sposób, 
kiedy pozwalał sobie na żarty. 

Po  pewnym  czasie  kelner,  pełniący  także  funkcję  kucharza, 

wynurzył się z ciemnego kąta, niosąc obtłuczone talerze, na których 
widniały  obfite  porcje  jedzenia.  Rosemary  przyjrzała  się  badawczo 
swojej potrawie i szepnęła do Qwillerana: 

– Myślałam, że węgierski gulasz to kawałki wołowiny uduszone z 

cebulą  i  słodką  papryką  w  czerwonym  winie.  To  jest  makaron, 
pomidory z puszki i hamburger. 

– Jesteśmy w Mooseville – wyjaśnił Qwilleran. – Skosztuj. Da się 

zjeść, ale tylko pod warunkiem, że nie będziesz myśleć o smaku. 

Kiedy  kucharz  przyniósł  kawę  w  zniekształconych  blaszanych 

kubkach, Qwilleran spytał wesoło: 

– Czy pan jest właścicielem tej uroczej restauracyjki? 
– Ja i mój kumpel. 
–  Myślał  pan  o  sprzedaży?  Moja  przyjaciółka  chciałaby  otworzyć 

kawiarnię i butik. – Qwilleran nie śmiał spojrzeć na Rosemary. 

–  Nie  wiem.  Jedna  staruszka  z  Pickax  chce  kupić  naszą 

restaurację. Dobrze zapłaci. 

– To pewnie panna Klingenschoen. 
– Lubi to miejsce. Przychodzi tu z jednym młodym facetem. 
Kiedy  wsiedli do samochodu  i ruszyli  dalej  na  północ, Rosemary 

powiedziała: 

–  Nie  wiem,  po  co  to  robisz.  Fanny  złożyła  temu  biedakowi 

bezsensowną  obietnicę,  a  ty  potraktowałeś  go  w  podobny  sposób, 
żartując na temat kawiarni i karczochów. 

– Chciałem sprawdzić, czy to jego głos był na kasecie – powiedział 

Qwilleran.  –  To  nie  jest  kryminalista,  którego  szukam,  ale 
wsadziłbym  go  do  więzienia  za  ten  gulasz.  Moim  głównym 
podejrzanym jest właściciel „BA”. 

Kiedy  skręcili  i  znaleźli  się  na  drodze  prowadzącej  do  domku 

letniskowego, Rosemary westchnęła. 

–  Spójrz,  wilga  z  Baltimore.  Powietrze  nad  jeziorem  jest 

background image

Lilian Jackson Braun 

128 

wspaniałe.  Uwielbiam  tę  drogę  wijącą  się  między  drzewami  aż  do 
samego jeziora. 

Qwilleran zahamował gwałtownie na podjeździe przed domkiem. 
– Koty są na werandzie. W jaki sposób się wydostały? Zamknąłem 

je w domku. 

Za  siatką  werandy  ruszały  się  dwa  brązowe  pyszczki.  Koty 

przeraźliwie miauczały. Qwilleran wyskoczył z samochodu i krzyknął 
przez ramię: 

– Drzwi domku są otwarte! 
Wbiegł do środka, Rosemary ruszyła za nim z niepewną miną. 
–  Ktoś  tu  był!  Widzę  przewrócony  stołek...  i  krew  na  białym 

dywanie! Koko, co się stało? Kto tu był? 

Koko  przewrócił  się  na  plecy,  oblizał  sobie  łapy,  rozsunął  palce  i 

pokazał pazury. 

– Okno jest otwarte! – zawołała Rosemary z pokoju gościnnego. – 

Na podłodze jest szkło, żaluzje są oberwane! Ktoś wybił szybę! 

Było to okno wychodzące na śmietnik i zalesione wydmy. 
– Ktoś chciał ukraść kasetę – domyślił się Qwilleran. – Widzisz? – 

Wszedł na stołek, żeby dosięgnąć głowy łosia. – Włamywacz spadł ze 
stołka  albo  coś  go  przestraszyło  i  zeskoczył,  a  potem  kopnął  stołek. 
Założę  się,  że  Koko  wskoczył  mu  na  głowę  i  wysunął  osiemnaście 
pazurów ostrych jak sztylety. Mój kot nie oszczędza swoich ofiar. Jest 
tu mnóstwo krwi, może Koko złapał go za ucho. 

– O Boże! – Rosemary wzdrygnęła się. 
–  Potem  włamywacz  wyskoczył  na  dwór.  Koko  pewnie  nadal 

siedział mu na głowie. Odkąd weszliśmy, cały czas oblizuje łapy. 

– Czy on ukradł kasetę? 
–  Nie  było  jej  tam.  Schowałem  ją.  Niczego  nie  dotykaj.  Muszę 

zadzwonić do szeryfa – po raz kolejny. 

– Gdyby mój samochód stał na podjeździe, toby się nie wydarzyło. 

Ten człowiek pomyślałby, że ktoś jest w domu. 

– Jutro odbierzemy twój samochód. 
–  W  niedzielę  będę  musiała  wrócić  do  domu.  Szkoda,  że  nie 

pojedziesz ze mną. W pobliżu grasuje niebezpieczny  przestępca. On 
wie, że zabrałeś jego kasetę. Co powiesz szeryfowi? 

– Spytam go, czy lubi muzykę, a potem puszczę White Lies. 
Później  tego  samego  wieczoru  Qwilleran  i  Rosemary  siedzieli  na 

werandzie,  obserwując,  jak  w  świetle  zachodzącego  słońca  jezioro 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

129 

zmienia kolor z turkusowego na purpurowy. 

– Widziałeś kiedyś takie niebo? – spytała Rosemary. – Po jednej 

stronie jest fiołkoworóżowe, a po drugiej ciemnofioletowe. 

Koko krążył niecierpliwie między werandą i kuchnią. 
–  On  jest  bardzo  zdenerwowany  –  powiedział  Qwilleran.  – 

Zaatakował  włamywacza.  To  cywilizowany  kot,  ale  w  jego 
podświadomości  budzi  się  pradawny  zew  z  czasów,  kiedy  koty 
siedziały  na  murach  pałaców  i  świątyń  i  rozdzierały  na  strzępy 
swoich wrogów. 

–  Och,  Qwill!  –  Rosemary  roześmiała  się.  –  On  po  prostu  czuje 

zapach pieczonego indyka. 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

C

C

Z

Z

T

T

E

E

R

R

N

N

A

A

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 
Rosemary odebrała swój samochód z warsztatu, a Qwilleran udał 

się na pocztę po listy. 

– Słyszałam w radiu smutną wiadomość – westchnęła Lori. – To 

naprawdę straszne. 

–  Odejście  Fanny  było  niezwykle  dramatyczne  –  powiedział 

Qwilleran.  –  Taką  miała  naturę. Lubiła  wywoływać  zainteresowanie 
mediów. 

– Nick i ja idziemy jutro na ceremonię żałobną. 
– Jesteśmy w drodze do Pickax. Zabraliśmy ze sobą koty. Wczoraj 

ktoś  włamał  się  do  domku  letniskowego.  Koko  rzucił  się  na 
włamywacza i zmusił go do ucieczki. 

–  Naprawdę?  –  Błękitne  oczy  Lori  otworzyły  się  szeroko  ze 

zdumienia. 

– Na dywanie była krew. Koko oblizywał co chwila łapy. Jeśli na 

poczcie pojawi się klient ze zmasakrowaną twarzą, daj mi znać. Nie 
zostawię  już  Koko  i  Yum  Yum  samych  w  domku,  dopóki  ta  sprawa 
się  nie  wyjaśni.  Są  teraz  w  samochodzie  i  pewnie  gapią  się  na  nich 
wszyscy przechodnie. 

Rosemary  zostawiła  samochód  na  podjeździe  przed  domkiem. 

Potem  cała  czwórka  udała  się  do  Pickax.  Qwilleran  jechał  powoli, 
żeby nie przestraszyć Yum Yum. Rosemary powiedziała, że mechanik 

background image

Lilian Jackson Braun 

130 

z warsztatu wybiera się na uroczystość żałobną. 

–  Fanny  miała  wielbicieli  w  całym  Moose  County  –  zamyślił  się 

Qwilleran.  –  Kiedyś  ludzie  nienawidzili  nazwiska  Klingenschoen. 
Fanny to zmieniła. 

Qwilleran  skręcił  gwałtownie,  żeby  nie  najechać  na  zdechłego 

skunksa. Koty podniosły głowy i zaczęły węszyć, ruszając wąsikami. 

–  Myślałam  o  zapachu  na  fermie  indyków  –  powiedziała 

Rosemary. – To farmer tak obrzydliwie pachniał, nie indyki. On się 
chyba źle odżywia. Chciałam wspomnieć o tym jego żonie, ale pewnie 
by się obraziła. 

Samochód  podskoczył  na  wyboju  i  koty  rozpoczęły  wrzaskliwą 

tyradę, która trwała do samego Pickax. 

Qwilleran zaparkował przed imponującą dwupiętrową rezydencją 

z kamienia. 

– I oto jesteśmy z powrotem w Manderley – powiedział. 
– Tak się to miejsce nazywa? – spytała niewinnie Rosemary. 
Zwierzaki  zostały  zamknięte  w  kuchni  z  niebieską  poduszką  i 

miską  wody.  Qwilleran  i  Rosemary  udali  się  na  poszukiwanie 
testamentu. 

Biurko  w  bibliotece  było  masywnym  angielskim  antykiem.  W 

szufladach  leżały  zeznania  podatkowe,  akty  urodzenia  i  zgonu, 
dokumenty 

dotyczące 

ubezpieczenia, 

papiery 

związane 

nieruchomościami,  informacje  o  inwestycjach,  zapłacone  rachunki, 
domowy  inwentarz  i  stuletnie  weksle.  Nie  było  tam  jednak 
testamentu. Biurko w pokoju ciotki Fanny było wdzięcznym meblem, 
służącym  do  przechowywania  korespondencji.  Znaleźli  tam  listy 
miłosne  z  lat  dwudziestych,  listy  pełne  niemądrych  plotek  o 
„chłopcach”,  które  matka  Qwillerana  pisała  do  Fanny,  kiedy  były  w 
college'u,  kartki  od  syna  Fanny  z  okresu,  kiedy  przebywał  w 
internacie,  oraz  najnowsze  listy  pisane  na  maszynie  z  redakcji 
„Fluxion”. Ani śladu testamentu. 

– Znalazłam coś interesującego, Qwill – powiedziała Rosemary. – 

To list od kogoś z Atlantic City. Jest w nim mowa o Tomie i prośba, 
by  Fanny  go  zatrudniła.  –  Rosemary  zmrużyła  oczy  i  pochyliła  się 
nad  kartką.  –  Ojej,  on  siedział  w  więzieniu.  Tu  jest  napisane,  że 
został  zwolniony  warunkowo,  ale  potrzebuje  jakiegoś  miejsca  do 
mieszkania  i  pracy.  „Nie  jest  zbyt  bystry,  jednak  potrafi  ciężko 
pracować  i  nie  sprawia  nigdy  kłopotu”.  Posłuchaj  tego:  „Dostał 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

131 

dziesięć  lat,  lecz  zostanie  wypuszczony  za  dobre  sprawowanie...  „ 
Dobre sobie! Z jakimi ludźmi Fanny zadawała się w New Jersey? 

– Mogę się domyślić – skwitował Qwilleran. – Chodźmy na lunch. 
Zajrzał  do  kotów.  Leżały  na  niebieskiej  poduszce  na  lodówce  i 

sprawiały  wrażenie  zadowolonych.  Kiedy  wyszli,  Qwilleran  zobaczył 
w ogrodzie Toma. 

– Cześć – powiedział smutno. – To prawdziwa tragedia. 
Tom wyglądał, jakby się postarzał o dwadzieścia lat, młodzieńczy 

uśmiech  zniknął  z  jego  twarzy.  Skinął  głową  i  wbił  spojrzenie  w 
ziemię. 

– Przyjdziesz jutro na uroczystość żałobną? 
– Nigdy nie byłem na takiej uroczystości. Nie wiedziałbym, jak się 

zachować. 

– Po prostu wchodzisz, siadasz i słuchasz muzyki i przemówienia. 

W  ten  sposób  wszyscy  mogą  się  pożegnać  z  panną  Klingenschoen. 
Ciotka Fanny na pewno by chciała, żebyś przyszedł. 

Tom  oparł  się  na  grabiach  i  pochylił  smętnie  głowę.  Miał  łzy  w 

oczach. 

–  Ciotka  Fanny  była  dla  ciebie  dobra,  Tomie,  ty  też  bardzo  jej 

pomogłeś.  Pamiętaj  o  tym.  Dzięki  tobie  było  jej  lżej  przez  ostatnie 
dziesięć lat życia. 

Tom  wytarł  wilgotną  twarz  rękawem.  Jego  rozpacz  była  tak 

uderzająca,  że  Qwilleran  po  raz  pierwszy  od  czasu,  kiedy  dostał 
smutną  wiadomość,  poczuł  ściskanie  w  gardle.  Kaszlnął  i  zaczął 
mówić o wybitym oknie w domku letniskowym. 

–  Wstawiłem  kawałek  kartonu  zamiast  szyby,  ale  jeśli  będzie 

padać albo powieje wschodni wiatr... 

– Zajmę się tym – powiedział cicho Tom. 
Restauracja, w której podawano prawie najgorszą kawę w Moose 

County, w porze lunchu była wypełniona ludźmi. Klienci rozmawiali 
o  śmierci  Fanny  Klingenschoen.  Na  ceremonię  miało  przyjść  tylu 
ludzi,  że  nie  pomieściliby  się  w  żadnym  z  miejscowych  kościołów. 
Dlatego  ustalono  w  końcu,  że  uroczystość  odbędzie  się  w  liceum. 
Pastorzy  z  pięciu  kościołów  mieli  wygłosić  przemówienia. 
Członkowie  Klubu  Seniorów  mieli  śpiewać  pieśni.  Komisarz  Moose 
County obiecał zagrać na trąbce z czasów pierwszej wojny światowej. 
Na  sali  ustawiono  ulubiony  fotel  bujany  Fanny  Klingenschoen. 
Dzieci z przedszkola miały obsypać go płatkami róż. 

background image

Lilian Jackson Braun 

132 

Snuto  wiele  domysłów  na  temat  testamentu.  Wielki  kamienny 

dom  miał  stać  się  własnością  Muzeum  Historycznego,  powozownię 
obiecano  Stowarzyszeniu  Artystów,  które  zamierzało  urządzić  tam 
galerię.  Krążyły  pogłoski,  że  sporą  sumę  pieniędzy  otrzyma  okręg 
szkolny  na  zbudowanie  olimpijskiego  basenu.  W  panującej  dokoła 
atmosferze  dawało  się  wyczuć  smutek,  podniecenie  i  wdzięczność, 
szczególnie 

wśród 

młodych 

dziewcząt. 

Qwilleran 

usłyszał 

powtórzone kilkakrotnie imię Francesca. 

– Mam nadzieję, że ciotka Fanny pamiętała o Tomie, pisząc swój 

testament – powiedział Qwilleran do Rosemary. – Mam nadzieję, że 
zapisała mu furgonetkę. Tom dba o nią jak o własne dziecko. 

– A jeśli nie znajdziemy testamentu? 
– Władze i prawnicy potrafią zdobyć wszystko. 
Po  lunchu  szukali  dalej  w  salonie.  Chińskie  biurko  wypełnione 

było  fotografiami:  artystycznymi  portretami  i  zdjęciami  z  gazet. 
Qwilleran  przyglądał  się  uważnie  wszystkim  mężczyznom  z 
bokobrodami  i  niebieskookim  dziewczętom  z  kręconymi  włosami, 
szukając  wśród  nich  dziadka  Klingenschoena  i  Minnie  K.  Po  chwili 
Rosemary go zawołała. 

Na górze stały komody z marmurowymi blatami, wielkie skrzynie 

i  szafy.  Rosemary  wszystko  zaplanowała.  Postanowiła  zająć  się 
sypialnią  Fanny  i  posłała  Qwillerana  do  innych  pokoi.  Później 
wymienili  się  uwagami,  siedząc  na  najwyższym  stopniu  schodów,  z 
których spadła ciotka Fanny. 

– Znalazłam same ubrania – powiedziała Rosemary. – Pończochy 

i  bielizna  z  prawdziwego  jedwabiu.  Wyobrażasz  sobie?  Białe  lniane 
chusteczki,  mnóstwo  białych  dziecięcych  rękawiczek,  które  zaczęły 
już żółknąć... A co ty znalazłeś? 

Lista  rzeczy  znalezionych  przez  Qwillerana  była  równie 

rozczarowująca. 

– Tony pościeli, grube, pachnące cedrem koce, dość ręczników na 

turecką  kąpiel  i  tyle  obrusów,  że  można  by  nimi  zakryć  całe 
podwórko. 

– Co teraz? 
– Może gdzieś jest sejf wbudowany w mebel albo ukryty w ścianie, 

za  obrazem  –  wyraził  przypuszczenie  Qwilleran.  –  Jeśli  Fanny 
zależało na zachowaniu prywatności, na pewno schowała go do sejfu. 

–  Może  upłynąć  wiele  tygodni,  zanim  go  znajdziemy.  Trzeba 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

133 

przeszukać każdy kąt. 

Nagle rozległo się piskliwe miauczenie. 
–  To  Koko  –  powiedział  Qwilleran.  –  On  nie  lubi  być  długo 

zamknięty.  Widocznie  ma  już  dość.  Wiesz,  Rosemary,  ten  mały  | 
diabeł  posiada  szósty  zmysł,  potrafi  wyczuwać  tego  typu  rzeczy. 
Możemy go wypuścić i obserwować, czy coś go zaciekawi. 

Odzyskawszy  wolność,  Koko  przemaszerował  przez  spiżarnię  i 

jadalnię  niczym  dumny  monarcha  zwiedzający  posiadłość.  Podniósł 
łeb  i  ogon,  uszy  postawił  jak  koronę.  Obwąchał  dokładnie  szafkę  z 
wyrzeźbionymi  królikami  i  bażantami,  ale  w  środku  były  jedynie 
głębokie  talerze  i  srebrne  sztućce.  W  foyer  Koko  zainteresował  się 
plamą na dywanie leżącym u podnóża schodów. Węszył wokół plamy 
tak  uporczywie,  że  Qwilleran  w  końcu  go  skarcił.  W  salonie  Koko 
zbadał  klucze  służące  do  otwierania  klapy  starego  kwadratowego 
pianina i otarł się o pękate nogi instrumentu. W bibliotece i oranżerii 
nic  nie  zwróciło  jego  uwagi,  ale  znalazł  schody  prowadzące  do 
piwnicy i zszedł do angielskiego pubu. 

Ściany  pomieszczenia  zostały  wyłożone  ciemną  boazerią,  na 

kamiennej podłodze stało kilka stołów i krzeseł z surowego drewna. 
Barek był niezwykle masywny. Za nim znajdował się drugi, oszklony 
barek  z  rzeźbieniami.  Koko  obwąchał  barek  i  zamarł.  Po  chwili 
podszedł bardzo powoli do szafki pod barkiem. Czekał, wpatrując się 
w drzwi szafki. Qwilleran położył palec na ustach. Bał się odetchnąć, 
podobnie  jak  Rosemary.  Nagle  Koko  skoczył.  Z  szafki  dobiegł 
przerażony pisk. Koko zaczął dziko podskakiwać. 

–  Mysz  –  szepnął  Qwilleran  do  Rosemary.  Okrążył  na  palcach 

barek  i  otworzył  drzwi  szafki.  Wyskoczyło  z  niej  małe  szare 
zwierzątko. Koko rzucił się za nim w pościg. 

– Zostawmy go – powiedział Qwilleran. – O to właśnie chodziło. – 

W szafce był stary czarno–złoty sejf z kłódką. – Jest jeden problem. 
W jaki sposób go otworzymy? 

– Zadzwoń do Nicka. 
– Nick i Lori przyjadą jutro do miasta na ceremonię żałobną. Sejf 

może poczekać. Chodźmy do domu i zjedzmy indyka. 

Kupili  egzemplarz  „Pickax  Picayune”  i  znaleźli  nekrolog  Fanny, 

który zajmował całą pierwszą stronę. Wydrukowany na czarno tekst 
otoczony  był  czarno–białą  ramką.  Na  dole  napisano,  że  nekrolog 
można oprawić. 

background image

Lilian Jackson Braun 

134 

Rosemary przeczytała na głos jego treść w drodze do Mooseville. 

Qwilleran stwierdził, że to szczyt złego smaku i pretensjonalności. 

–  Pisali  takie  nekrologi  w  dziewiętnastym  wieku.  Muszę 

porozmawiać z redaktorem. Napisanie jednej strony tekstu, który nic 
nie znaczy, wymaga nie lada umiejętności. 

– Nie zamieścili żadnego zdjęcia. 
–  W  redakcji  „Picayune”  nie  słyszeli  o  wynalezieniu  aparatu 

fotograficznego.  Przeczytaj  to  jeszcze  raz,  Rosemary.  Nie  mogę 
uwierzyć, że wydrukowali coś takiego. 

Tytuł był prosty: Wielka Dama wraca do domu
Rosemary przeczytała nekrolog: 
– Fanny Klingenschoen wiodła żywot godzien pozazdroszczenia, a 

w  chwili  odejścia  nie  cierpiała,  świadoma,  że  jej  życie  było  hołdem 
złożonym ludzkości. W środę o północy w swojej rezydencji w Pickax 
osiemdziesięciodziewięcioletnia Fanny Klingenschoen zapadła nagle 
w sen, z którego nie można się obudzić. W chwili śmierci wypełniała 
ją  radość,  zamknąwszy  oczy,  uśmiechała  się,  gdy przygasał  płomień 
jej żywota, i mroczny, głęboki jak nigdy dotąd smutek zapanował w 
sercu  mieszkańców  okręgu.  Żadne  słowa  nie  oddadzą  poczucia 
straty,  jakiego  doświadczyli  członkowie  społeczności,  kiedy  zimne, 
smukłe place śmierci przecięły nici, którymi zmarła związana była z 
bliskimi.  Fanny  Klingenschoen  nieustannie  inspirowała  swoich 
najbliższych,  była  uosobieniem  siły,  wyrafinowanego  smaku, 
mądrości,  uczciwości,  siły  charakteru  i  hojności.  Fanny  była  córką 
Septimusa  i  Ady  Klingenschoenów,  przyszła  na  świat  prawie 
dziewięćdziesiąt  lat  temu.  Była  wnuczką  Gustave'a  i  Minnie 
Klingenschoenów,  która  wniosła  odrobinę  ogłady  do  surowych 
obyczajów  pierwszych  osadników.  Choć  dusza  Fanny  uleciała  w 
niebiosa,  będziemy  czuć  jej  obecność  w  sobotę  rano  o  jedenastej, 
kiedy mieszkańcy okręgu z różnych sfer społecznych zgromadzą się w 
budynku  liceum  w  Pickax,  by  oddać  cześć  kobiecie,  którą 
podziwialiśmy  za  niezwykle  mocny  charakter  i  wielką  godność 
osobistą. Przez dwie godziny mieszkańcy Pickax nie będą pracować. 

Po chwili milczenia Rosemary westchnęła. 
– Nie wiem, o co ci chodzi, Qwill. To piękny, szczery i wzruszający 

tekst. 

– Moim zdaniem to stek bzdur – powiedział Qwilleran. – Fanny 

zwymiotowałaby, gdyby to usłyszała. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

135 

– Miau! – zapiszczał Koko z tylnego siedzenia. 
– Widzisz, Rosemary? On się ze mną zgadza. 
Rosemary zmarszczyła nos. 
– Skąd wiesz, że „miau” oznacza „tak”? 
Ledwo  weszli  do  domku,  kiedy  rozległ  się  dzwonek  telefonu 

zamkniętego w kuchennej szafce. 

–  Cześć  –  powiedział  głos,  którego  Qwilleran  nie  trawił.  –  Jest 

tam moja dziewczyna? Mówi twój stary kumpel Max Sorrel. 

Qwilleran cały się zjeżył. 
– Mam tu kilka dziewczyn. Która jest twoja? 
Po  rozmowie  z  Maksem  Rosemary  stała  się  rozkapryszona  i 

chłodna. 

–  Jutro  od  razu  po  ceremonii  będę  musiała  wrócić  do  domu  – 

oznajmiła w końcu. 

– MIAU! – wtrącił Koko bardziej energicznie niż zwykle. Brzmiało 

to jak okrzyk entuzjazmu. Qwilleran i Rosemary spojrzeli na niego z 
dezaprobatą. Kot siedział na obramowaniu kominka, niebezpiecznie 
blisko  dzbanuszka  z  kolekcji  Staffordshire.  Jedno  machnięcie 
ogonem i... 

–  Lepiej  przestawię  ten  dzbanuszek  –  powiedział  Qwilleran  i 

dodał po chwili: – Czy Max cię zdenerwował, Rosemary? 

– Max nie chce, żebym była jego wspólniczką. Postanowił, że sam 

założy restaurację. Jestem zdenerwowana. 

– Nie przepadasz za nim, prawda? 
– On jest przekonany, że darzę go nienawiścią, ale to nieprawda. 

Dlatego  jestem  taka  zdenerwowana.  Pójdę  się  przejść  na  plażę. 
Muszę to przemyśleć. 

Qwilleran patrzył z niepokojem, jak Rosemary wychodzi. Z pewną 

niechęcią  przyznał  sam  przed  sobą,  że  jej  powrót  do  Toronto  tak 
bardzo  go  nie  martwił.  Zbyt  długo  wiódł  samotne  życie.  Było  mu 
trudno przejść w tym wieku na ścisłą dietę. Pod wpływem Rosemary 
przestał  palić  fajkę,  ale  miał  często  ochotę  na  swój  ulubiony  tytoń. 
Kiedy  był  zmęczony  samotnością,  Rosemary  wydawała  mu  się 
atrakcyjna  i  lubił  przebywać  w  jej  towarzystwie.  Ale  bywały  chwile, 
kiedy wolał towarzystwo młodszych kobiet. Ich obecność działała na 
niego  pobudzająco.  Poza  tym  młode  kobiety  w  przeciwieństwie  do 
Rosemary  potrafiły  docenić  jego  poczucie  humoru.  Rosemary  nie 
darzyła sympatią Koko. Traktowała go jak zwyczajnego kota. 

background image

Lilian Jackson Braun 

136 

Nagłe  ochłodzenie  ich  stosunków  było  jednym  z  wielu  minusów 

wakacji.  Qwilleran  miał  za  sobą  dwa  tygodnie  dyskomfortu, 
niepewności  i  frustracji.  Ogarnęło  go  poczucie  winy,  ponieważ  nie 
zaczął pisać powieści. Wieczory pełne muzyki, długie spacery plażą i 
wylegiwanie  się  na  piasku  z  dobrym  kryminałem  nie  sprawiały  mu 
przyjemności.  Nie  miał  już  ochoty  patrzeć  na  zachody  słońca. 
Wakacje  prawie  się  skończyły.  Nawet  jeśli  nowy  właściciel  nie  każe 
mu opuścić posiadłości, Qwilleran i tak zamierzał wyjechać. Ktoś był 
na  tyle  zdesperowany,  że  włamał  się  do  domku  letniskowego.  Jakiś 
brutal zabił człowieka za pomocą świecznika. Z lasu w każdej chwili 
mógł się wynurzyć ze strzelbą zabójca królika. 

W  domku  panowała  cisza.  Po  pewnym  czasie  Qwilleran  usłyszał 

cichutkie kroki. Koko bawił się starą piłką, która leżała porzucona w 
kącie. Kot złapał ją i odepchnął. Potem skoczył na piłkę, schwycił ją 
przednimi  łapami  i  kopnął  tylnymi.  Piłka  wyleciała  w  powietrze. 
Koko rzucił się za nią. 

Qwilleran przyglądał się zabawie. 
– Koko celuje w prawo... zdobywa piłkę... rzuca... łapie... pada na 

ziemię, ale wciąż trzyma piłkę... celuje w lewo... 

Piłka  wpadła  pod  kanapę.  Koko  spojrzał  z  zaciekawieniem  na 

narzutę  kanapy,  pod  którą  znikła  piłka.  Jedynie Yum Yum potrafiła 
wcisnąć się w wąską przestrzeń między podłogą a kanapą. 

– Koniec gry – oznajmił Qwilleran. – Przegrałeś. 
Koko położył się na brzuchu i wsadził łapę pod kanapę. Wygiął się, 

zwinął i wyprężył grzbiet – na próżno. Wskoczył na oparcie kanapy i 
zaczął zrzędzić. 

– Radź sobie sam – powiedział Qwilleran. – Jestem zmęczony. 
Koko  spojrzał  na  niego  ze  złością,  otwierając  szeroko  swoje 

błękitne oczy. Wpatrywał się w Qwillerana i nic nie mówił. 

Qwilleran wiedział, że to spojrzenie oznacza: nie ma żartów. Wstał 

z wygodnej kanapy i poszedł po wiszące na werandzie widły. Wsunął 
je  pod  kanapę  i  wyciągnął  kłęby  kurzu  oraz  swoją  granatową 
skarpetkę.  Wsunął  ponownie  widły,  tym  razem  spod  kanapy 
wytoczyły się koralowa szminka Rosemary i jego złote pióro. 

Teraz oba koty obserwowały Qwillerana z zainteresowaniem. 
– Yum Yum, ty mała złodziejko! – zbeształ kotkę Qwilleran. – Co 

jeszcze ukradłaś? 

Jeszcze raz wsadził widły pod kanapę. Najpierw pojawiła się piłka, 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

137 

którą koty się bawiły, później jego złoty zegarek, zgniecione banknoty 
i złoty spinacz na pieniądze. 

– Czyje to pieniądze? – spytał Qwilleran i przeliczył banknoty. W 

błyszczącym  złotym  spinaczu  było  trzydzieści  pięć  dolarów  w 
banknotach. 

W tym momencie na ścieżce prowadzącej na wydmy pojawiła się 

Rosemary. Po chwili weszła do domku. 

–  Rosemary,  nie  uwierzysz,  co  znalazłem!  –  wykrzyknął 

Qwilleran. – Złote pióro, które mi dałaś! Myślałem, że Tom je ukradł. 
I twoją szminkę! Yum Yum schowała różne rzeczy pod kanapą. Mój 
zegarek, jedną moją skarpetkę i pieniądze. 

– Cieszę się, że znalazłeś pióro – powiedziała cicho Rosemary. 
– Dobrze się czujesz? 
– Muszę się przespać. Położę się wcześniej. 
– Nie zjedliśmy jeszcze kolacji. 
–  Nie  jestem  głodna.  Chyba  cię  już  opuszczę.  Jutro  czeka  mnie 

długa jazda samochodem. 

Qwilleran  siedział  sam  na  werandzie,  nie  zwracając  uwagi  na 

piękną zatokę i mewy. „Złoty spinacz może być własnością Rogera – 
pomyślał. – Czy Roger był w domku? W jakim celu?” Ale Qwilleran 
nie  mógł  uwierzyć,  że  jego  młody  znajomy  był  zamieszany  w  tę 
sprawę. Głos na kasecie z pewnością nie należał do Rogera. 

Siedział  na  werandzie  do  zmroku,  potem  zrobił  sobie  kanapkę  z 

indykiem  i  kawę.  Pokroił  trochę  mięsa  dla  kotów.  Yum  Yum 
pochłonęła  natychmiast  swoją  porcję,  ale  Koko  nie  był 
zainteresowany indykiem. Koty syjamskie są nieprzewidywalne. 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

P

P

I

I

Ę

Ę

T

T

N

N

A

A

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 
Qwilleran  znalazł  cztery  dokumenty  w  sejfie  ciotki  Fanny.  Były 

tam  trzy  koperty  zapieczętowane  czerwonym  woskiem,  z  napisem 
„Ostatnia wola”.  Qwilleran  rozpoznał  charakter pisma  ciotki  Fanny. 
Zawiózł  koperty  do  kancelarii  Goodwinterów  razem  z  aksamitnymi 
pudełeczkami,  w  których  znajdowała  się  biżuteria.  Adwokaci 
umieścili je w sejfie. 

background image

Lilian Jackson Braun 

138 

Qwilleran znalazł też mały notes z adresami oprawiony w zieloną 

skórę. Schował go do kieszeni. 

Nick i Lori przyjechali do kamiennego domu Fanny godzinę przed 

ceremonią  żałobną.  Nick  miał  czas,  żeby  otworzyć  sejf.  Rosemary 
pokazała  Lori  eleganckie,  wypełnione  antykami  pokoje.  Później 
zostawili koty na lodówce i przyłączyli się do tłumu zmierzającego w 
stronę liceum Pickax. 

Byli  tam  wszyscy:  Roger,  Sharon,  Mildred,  były  kapitan  statku, 

który sprzedawał fałszywe antyki, Stary Sam, Melinda Goodwinter w 
zielonej  marynarce,  która  pasowała  do  koloru  jej  oczu,  dwóch 
chłopców  z  łodzi  „Minnie  K”,  dyrektor  muzeum,  mechanik  z 
warsztatu...  Wychudzony  kucharz  z  baru  „Pod  Psem”  przyjechał  na 
motorze. Przed nim siedział mężczyzna ubrany w skórzaną kurtkę z 
obciętymi  rękawami.  Miał  na  palcu  diamentowy  pierścień.  Tom 
ukrył się w tylnym rzędzie z nieśmiałą miną. Przyszli też właściciele 
„BA” z tajemniczym kucharzem. 

Redaktor  naczelny  „Pickax  Picayune”  stał  obok  schodów, 

zapisując, kto przyszedł. 

– Przeszedłeś sam siebie, młody człowieku – powiedział Qwilleran 

na powitanie. – Prawie dwieście słów w jednym nekrologu. To chyba 
rekord świata. Gdzie jest geniusz, który pisze dla was nekrologi? 

Młody redaktor roześmiał się. 
–  Wiem,  że  to  dziwne,  ale  tak  się  pisze  nekrologi  od  1859  roku. 

Czytelnicy  to  lubią.  Kwiecisty  nekrolog  jest  symbolem  wysokiego 
statusu społecznego zmarłej osoby. Mówiłem panu, że robimy rzeczy 
po swojemu. 

W gazecie napisano, że nekrolog Fanny można oprawić. To chyba 

żart? 

–  Nie.  Wielu  mieszkańców  kolekcjonuje  nekrologi  –  to  takie 

hobby.  Istnieje  Klub  Czytelników  Nekrologów.  Wydają  co  miesiąc 
broszurkę. 

Qwilleran potrząsnął głową. 
–  Może  odpowie  mi  pan  na  jeszcze  jedno  pytanie,  młody 

człowieku. Jak to się stało, że właściciel baru „Pod Psem” jeszcze nie 
zbankrutował? Jedzenie jest niejadalne i nikt tam nie przychodzi. 

–  Nie  zauważył  pan  tłumu,  który  przychodzi  tam  na  kawę?  O 

siódmej rano i o jedenastej restauracja pęka w szwach. Chodzę tam, 
żeby zdobyć ważne informacje. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

139 

W  tym  momencie  tuż  obok  pojawili  się  właściciele  „BA”. 

Qwilleran postanowił zamienić słowo z tajemniczym Merlem. Był to 
mężczyzna  wielki  jak  góra:  wysoki,  gruby  i  ponury.  Jedno  oko  miał 
na wpół przymknięte, drugim zezował. 

–  Przepraszam  bardzo  –  zagadnął  Qwilleran  –  czy  jest  pan 

właścicielem restauracji „BA”? 

Żona  Merle'a,  potężna  kobieta,  która  siedziała  przy  kasie  w 

restauracji, spojrzała na Qwillerana i wyjaśniła: 

–  Mój  mąż  nie  mówi.  Miał  wypadek  w  fabryce.  –  Przeciągnęła 

palcem po swoim gardle. – Już nie mówi. 

Qwilleran zaczął się wycofywać. 
–  Przykro  mi.  Chciałem  panu  tylko  powiedzieć,  że  jedzenie  w 

pańskiej  restauracji  jest  wyśmienite,  szczególnie  paszteciki. 
Komplementy dla kucharza. Oby tak dalej! 

Merle  spróbował  się  uśmiechnąć,  ale  zrobił  jeszcze  bardziej 

ponurą minę. 

Kiedy  pastorowie  i  politycy  wygłaszali  płomienne  przemówienia 

na  cześć  Fanny  Klingenschoen,  Qwilleran  kartkował  zielony  notes, 
który miał w kieszeni. Były tam nazwiska w kolejności alfabetycznej, 
ale zamiast adresu obok każdego nazwiska widniała lista wykroczeń: 
kradzież,  niewierność,  przekupstwo,  brak  moralności,  malwersacje. 
Nie było tam konkretnych dowodów, jednak Fanny dobrze wiedziała, 
co  pisze.  Być  może  ona  też  wpadała  do  „BA”  zasięgnąć  języka. 
Widocznie  takie  miała  hobby. Niektórzy  zbierali  nekrologi,  a  Fanny 
zbierała  informacje  o  mieszkańcach.  Qwilleran  domyślał  się,  w  jaki 
sposób  wykorzystywała  swą  wiedzę.  Może  zielony  notes  był  bronią, 
dzięki  której  ocaliła  budynek  sądowy.  Qwilleran  postanowił,  że 
doleje oliwy do ognia, zanim zapadnie wieczór. 

–  Było  mi  tu  naprawdę  dobrze  –  powiedziała  Rosemary  po 

zakończeniu ceremonii. – Przepraszam, że nie zostanę na lunch, ale 
czeka mnie długa jazda samochodem. 

– Wzięłaś dzbanuszek z kolekcji Staffordshire? 
– Jak mogłabym o nim zapomnieć? 
– Cieszę się, że przyjechałaś, Rosemary. 
– Napisz do mnie, jak zapadnie decyzja w sprawie posiadłości. 
– Przyślij mi swój adres w Toronto. I nie spoufalaj się za bardzo z 

naszym znajomym Maksem. 

Rosemary  uśmiechnęła  się  przyjaźnie  na  pożegnanie,  ale  ciepło  i 

background image

Lilian Jackson Braun 

140 

bliskość,  które  były  między  nimi  jeszcze  tydzień  temu,  znikły. 
„Szkoda”  –  pomyślał  Qwilleran.  Zabrał  koty  i  pojechał  do  domku 
letniskowego. Koko najwyraźniej nie przepadał za Rosemary. Zawsze 
wolał  mężczyzn.  Poprzedniej  nocy  nie  chciał  zjeść  indyka,  którego 
Rosemary kupiła i upiekła. 

–  W  porządku,  Koko  –  powiedział  Qwilleran,  kiedy  dojechali  na 

miejsce. – Rosemary wyjechała. Może jednak zjesz indyka? 

Na  ulubionym  talerzu  kotów  pojawiła  się  kusząca  kompozycja  z 

białego  i  ciemnego  mięsa.  Ten  widok  przyprawiłby  każdego 
syjamskiego  kota  o  drgawki  rozkoszy.  Yum  Yum  rzuciła  się  na 
jedzenie, ale Koko spojrzał na talerz z niesmakiem. Wyprężył grzbiet 
i obszedł talerz, jakby leżała na nim trucizna – nie raz, lecz trzy razy. 

Qwilleran  podkręcił  wąsa.  Od  czasu,  kiedy  znał  Koko,  kot 

zachował  się  w  podobny  sposób  dwa  razy.  Za  pierwszym  razem 
obszedł  ostrożnie  ciało  martwego  człowieka,  za  drugim  jego 
makabryczny taniec był zapowiedzią strasznej zbrodni. 

Rozległ się przytłumiony dzwonek telefonu. 
– Cześć, Qwill. To ja. Dzwonię z Dove Lake. 
– Zepsuł się samochód? 
– Nie, wszystko w porządku. 
– Zapomniałaś czegoś? 
–  Nie,  ale  coś  sobie  przypomniałam.  Chodzi  o  pieniądze,  które 

znalazłeś pod łóżkiem. Wydało mi się wtedy, że gdzieś już widziałam 
taki spinacz na pieniądze. Wiem już, gdzie. 

– Sprzedają takie w sklepie ze świecami – powiedział Qwilleran. – 

Roger ma podobny spinacz. Ja też chciałem taki kupić. 

– Być może, ale ja widziałam taki spinacz na fermie indyków. Ten 

okropny człowiek wydał mi dolara reszty. Wyciągnął plik banknotów 
spiętych złotym spinaczem. 

Qwilleran  przygładził  wąsy  opuszkami  palców.  Rosemary  kupiła 

indyka w środę. Włamanie było w czwartek. Włamywacz zeskoczył ze 
stołka,  uciekając  przed  szponami  kotów.  Spinacz  prawdopodobnie 
wyleciał mu wtedy z kieszeni spodni. 

– Słyszałeś, co powiedziałam, Qwill? 
–  Tak,  Rosemary.  Próbuję  dopasować  te  wszystkie  elementy. 

Koko  nie  chce  jeść  indyka,  którego  kupiłaś.  Dziwnie  się  zachowuje. 
Yum  Yum  zjadła  mięso  ze  smakiem,  ale  Koko  go  nie  tknął.  To  by 
wskazywało na fermę indyków. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

141 

– Uważaj na siebie, Qwill. Pamiętasz, co się stało w Maus Haus? 
–  Nie  martw  się,  Rosemary.  Dziękuję  za  informację.  Jedź 

ostrożnie i zatrzymaj się, jeśli poczujesz senność. 

A  więc  to  indyk  był  kluczem  do  zagadki!  Qwilleran  chwycił  złoty 

spinacz z trzydziestoma pięcioma dolarami, zamknął koty w chatce i 
poszedł szybko do samochodu. 

Do  fermy  indyków  było  tylko  kilka  mil.  Na  podwórku  stała 

niebieska furgonetka. Qwilleran zaparkował samochód i podszedł do 
drzwi  z  tabliczką  „Sprzedaż  hurtowa  i  detaliczna”.  Wiał  wiatr  z 
północnego  zachodu  i  Qwilleran  nie  poczuł  zapachu,  o  którym 
mówiła  Rosemary.  Dopiero  w  środku  uderzył  mu  w  twarz 
nieprzyjemny odór. 

Zaczął  się  zastanawiać,  co  było  jego  przyczyną.  W  środku  było 

czysto. Qwilleran spojrzał na białe ściany, wyszorowany blat, wagę z 
nierdzewnej  stali  i  lśniące  noże.  Podłoga  pokryta  była  czystymi 
trocinami  jak  w  większości  starych  sklepów  rzeźniczych.  Na  ladzie 
widniał  dzwonek  i  tabliczka  „Proszę  dzwonić”.  Qwilleran  nacisnął 
dzwonek trzy razy energicznym ruchem. 

Kiedy  z  zaplecza  wyszedł  wysoki  muskularny  mężczyzna, 

Qwilleran o mało się nie skrzywił. Tak samo zareagował na poczcie, 
ale  teraz  nieprzyjemne  uczucie  było  jeszcze  silniejsze.  Mężczyzna 
miał czerwone szramy na twarzy. Podrapaną szyję owinął bandażem. 
Jedno  ucho  miał  rozcięte.  Na  głowie  miał  czapeczkę  z  daszkiem, 
który, jak domyślił się Qwilleran, ochronił oczy farmera przed kocimi 
pazurami. Zapach był trudny do wytrzymania, Qwilleranowi zrobiło 
się niedobrze. 

Patrzył  na  farmera,  który  odpowiedział  wrogim  spojrzeniem. 

Qwilleran  poczuł,  że  musi  rozładować  nieprzyjemne  milczenie,  i 
powiedział: 

– Miał pan przykry wypadek? 
–  Cholerne  indyki!  –  odparł  mężczyzna.  –  Wariują  i  zabijają  się 

nawzajem. Powinienem trzymać się od nich z daleka. 

To wystarczyło. Qwilleran miał świetny słuch i rozpoznał od razu 

głos z kasety. 

Rzucił pieniądze i złoty spinacz na blat. 
–  Czy  to  pańskie?  Znalazłem  te  rzeczy  w  swoim  domku 

letniskowym. Mam też kasetę, która pewnie do pana należy. 

Spojrzał podrapanemu farmerowi prosto w oczy. 

background image

Lilian Jackson Braun 

142 

Twarz  mężczyzny  wykrzywił  grymas  wściekłości,  jego  oczy 

błysnęły dziko. Z krzykiem przeskoczył przez ladę i chwycił nóż. 

Qwilleran rzucił się w kierunku drzwi, ale nie zauważył schodka i 

upadł na kolano – to, które go bolało. Zorientował się, że mężczyzna 
stoi  nad  nim  i  podnosi  nóż.  Qwilleran  zamarł,  miał  wrażenie,  że 
uczestniczy w scenie z horroru. Ręka z nożem nie opadła. 

– Odłóż to – odezwał się łagodny głos. – Zrobiłeś bardzo złą rzecz. 
Rozległ się stuk noża, który spadł na pokrytą trocinami podłogę. 
– A teraz odwróć się i podnieś ręce do góry. 
W  drzwiach  stał  Tom,  celując  w  farmera  z  małego  pistoletu  ze 

złotą rączką. 

– Trzeba zadzwonić po szeryfa – powiedział Tom do Qwillerana. 
–  Ty  idioto!  –  krzyknął  unieruchomiony  mężczyzna.  –  Jeśli 

puścisz parę z ust, powiem im o tobie! 

Teraz  Qwilleran  nie  miał  już  żadnych  wątpliwości  –  znał  ten 

wysoki głos o metalicznym pobrzęku. Był to głos z kasety. 

Dwóch policjantów zabrało farmera. Qwilleran zgodził się przyjść 

później na komisariat, żeby podpisać dokumenty. 

– Jak się tu znalazłeś? – spytał Toma. 
– Pojechałem naprawić okno w chatce. Drzwi były zamknięte. Nie 

mogłem  wejść.  Potem  pojechałem  do  Mooseville  na  pasztecika. 
Lubię paszteciki. 

– Co było potem? 
–  Jechałem  do  domu.  Zobaczyłem  pański  samochód.  Wszedłem 

tu, żeby zabrać klucz. 

–  Pojedź  ze  mną  do  domku  na  piwo  –  powiedział  Qwilleran.  – 

Powiem  ci  coś,  nigdy  w  życiu  tak  się  nie  cieszyłem  z  czyjegoś 
przyjścia!  Masz  ładny  pistolet.  –  Qwilleran  zdziwił  się,  że  Tom  ma 
pistolet  ciotki  Fanny,  ale  postanowił  się  na  razie  nad  tym  nie 
zastanawiać. 

– Bardzo ładny. To złoto. Lubię złoto. 
– Jak mogę ci się odwdzięczyć, Tom? Ocaliłeś mi życie. 
– Pan jest miły. Nie chciałem, żeby on pana skrzywdził. 
Qwilleran  wrócił  do  chatki.  Tom  jechał  za  nim  w  niebieskiej 

furgonetce, która lśniła jak nowa. Usiedli na południowej werandzie 
od  strony  południa.  Dom  osłaniał  ich  przed  wiatrem,  który  wiał  z 
północnego zachodu, kołysząc dziko gałęziami drzew i krzakami. 

Qwilleran przyniósł piwo i grzanki. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

143 

– Twoje zdrowie, Tom. Gdybyś się nie pojawił, wyglądałbym teraz 

jak  turecki  hot–dog.  –  Ten  prosty  dowcip  przypadł  Tomowi  do 
gustu.  Qwilleran  chciał  rozluźnić  atmosferę, zanim  zacznie  zadawać 
Tomowi pytania. – Bywasz często na fermie indyków, Tom? – spytał 
od niechcenia. 

– Nie. Tam brzydko pachnie. 
–  Farmer  powiedział,  że  wie  coś  o  tobie.  O  co  mu  chodziło?  Na 

twarzy Toma pojawił się bojaźliwy uśmiech. 

– Chodzi o whisky. On mi kazał kupować whisky. 
– Dla kogo? 
– Dla więźniów. 
– Z dużego więzienia? 
– Było mi żal więźniów. Siedziałem kiedyś w wiezieniu. 
–  Rozumiem  –  powiedział  Qwilleran  ze  współczuciem.  –  Wiem, 

że nie pijesz whisky. Ja też nie. 

– Nie lubię smaku whisky – wyjaśnił Tom. 
Dziennikarz  starał  się  zawsze  być  przyjemny  wobec  swoich 

rozmówców,  nie  naciskał  zbytnio,  kiedy  nie  mieli  ochoty  mówić.  W 
którymś  momencie  wstał,  zabił  pająka,  zniszczył  pajęczynę  i 
powiedział,  że  populacja  pająków  w  tym  regionie  osiągnęła  wielkie 
rozmiary,  i  dodał,  że  w  domku  jest  coraz  więcej  pajęczyn.  Potem 
spytał: 

– W jaki sposób dostarczałeś whisky więźniom? 
– On dostarczał whisky. 
– Przepraszam na chwilę, 
Tom,  słyszę  telefon.  Dzwonił  Alex  Goodwinter.  Wrócił  właśnie  z 

Waszyngtonu  i  chciał  złożyć  Qwilleranowi  kondolencje  z  powodu 
śmierci  „uroczej  damy”.  Powiedział,  że  wybiera  się  z  Penelope  do 
Mooseville  i  przyjadą  za  pół  godziny  porozmawiać  o  pewnej  ważnej 
sprawie. 

Qwilleran domyślił się, o co chodzi. Jako wykonawcy testamentu 

Alex  i  Penelope  zażądają  od  niego  tysiąc  dolarów  miesięcznie  za 
wynajmowanie  domku.  Wrócił  na  werandę.  Podczas  jego 
nieobecności Koko gawędził z Tomem. 

–  On  mówi  bardzo  głośno  –  powiedział  Tom.  –  Pogłaskałem  go. 

Ma ładną, miękką sierść. 

Qwilleran  wymienił  kilka  innych  cech  kotów  syjamskich  i  dodał, 

że Koko uwielbia indyka. Potem zadał Tomowi kolejne pytanie. 

background image

Lilian Jackson Braun 

144 

– Woziłeś alkohol na fermę? 
–  Na  cmentarz.  On  powiedział,  żebym  zostawiał  alkohol  na 

cmentarzu. W specjalnym miejscu. 

– Mam nadzieję, że płacił za whisky. 
– Dał mi dużo pieniędzy. To miłe. 
– Dobrze jest mieć pieniądze. Założę się, że włożyłeś oszczędności 

do banku i planujesz kupić łódź albo coś innego. 

– Nie lubię banków. Ukryłem pieniądze. 
–  Mam  nadzieję,  że  są  w  bezpiecznym  miejscu.  To  ważne.  Masz 

ochotę na piwo? 

Qwilleran  zmienił  temat.  Powiedział  parę  słów  na  temat  silnego 

wiatru  i  zaczął  się  głośno  zastanawiać,  czy  będzie  tornado. 
Temperatura była dziwnie wysoka, a niebo miało żółty kolor. I znowu 
przystąpił do ataku: 

– Kupowałeś alkohol w Mooseville? Nie ma tu dużego wyboru. 
–  On  kazał  mi  kupować  alkohol  w  różnych  miejscach.  Czasem 

kupowałem whisky. Czasem gin. 

Qwilleran żałował, że nie ma tytoniu. Palenie fajki uzupełniało w 

sposób przyjemny chwile milczenia, kiedy rozmówca był nieśmiały. 

–  Ciekawe,  w  jaki  sposób  Tom  dostarczał  alkohol  więźniom?  – 

zainteresował się. 

–  Ciężarówką.  Razem  z  indykami.  Przykazał  mi,  żebym  kupował 

małe butelki, które zmieszczą się w indykach. 

– Nowy sposób nadziewania drobiu – skwitował Qwilleran, na co 

Tom  ryknął  śmiechem.  –  Skoro  nie  przychodziłeś  na  fermę,  skąd 
wiedziałeś, jaki kupić alkohol? 

– On przychodził tu i mówił do maszyny, a ja włączałem maszynę, 

kiedy  przychodziłem  tu  pracować.  To  było  przyjemne.  Bardzo  to 
lubiłem.  –  Tom  przypomniał  coś  sobie  i  zachichotał.  –  Zostawiał 
kasetę za głową łosia. 

– Ten łoś mi się od początku nie podobał. Teraz wiem, dlaczego. 
Tom wybuchnął śmiechem. Najwyraźniej dobrze się bawił. 
– Więc przychodziłeś tu i puszczałeś kasetę. 
– Puszczałem też ładną muzykę. 
– Dlaczego farmer nie pisał do ciebie kartek? – Qwilleran uniósł 

rękę  z  wyimaginowanym  długopisem  i  napisał  w  powietrzu:  „Drogi 
Tomie,  przynieś  pięć  butelek  whisky  i  cztery  butelki  ginu.  Mam 
nadzieję,  że  czujesz  się  dobrze.  Miłego  dnia.  Uściski  od  twojego 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

145 

przyjaciela Stanleya”. 

Tomowi  spodobało  się  to  przedstawienie.  Ale  po  chwili 

posmutniał i odparł: 

–  Nie  umiem  czytać.  Chciałbym  umieć  czytać  i  pisać.  To  by  było 

miłe. 

Według  statystyk  w  Stanach  żyło  wielu  analfabetów.  Qwilleran 

nigdy  w  to  nie  wierzył,  ale  teraz  miał  przed  sobą  dowód  na  to,  że 
statystyki nie kłamały. 

Telefon znowu zadzwonił. 
– Cześć, Qwill – powiedział głos, który dziennikarz znał całe życie. 

– Co słychać? 

– W porządku, Arch. Dostałeś moje listy? 
– Dostałem dwa. Jaką masz pogodę? 
– Chyba nie dzwonisz, żeby pogadać o pogodzie? Co się dzieje? 
–  Mam  dla  ciebie  wspaniałą  wiadomość,  Qwill!  Pamiętasz,  jak 

mówiłem ci o dziennikarstwie śledczym? Percy chce, żebyś wrócił tu 
jak  najszybciej  i  zaczął  działać.  Jeśli  redakcja  „Rampage”  nas 
uprzedzi, Percy dostanie zawału. Znasz go przecież. 

– Hm – mruknął Qwilleran. 
–  Będziesz  dostawać  dwa  razy  większą  pensję  i  będziesz  mógł 

korzystać do woli z budżetu redakcji. Dostaniesz nowy samochód. Co 
ty na to? 

– Ciekawe, co proponuje redakcja „Rampage”. 
–  Nie  żartuj  sobie.  Za  kilka  dni  dostaniesz  list  od  Percy'ego,  ale 

chciałem, żebyś wiedział wcześniej. 

– Dzięki, Arch, doceniam to. Dobry z ciebie kumpel. Szkoda tylko, 

że jesteś redaktorem. 

–  Jest  jeszcze  coś,  Qwill.  Wiem,  że  potrzebujesz  nowego 

mieszkania.  Fran  Unger  wychodzi  za  mąż  i  wyprowadzi  się  ze 
swojego  mieszkania.  To  dobra  lokalizacja,  miałbyś  blisko  do  pracy. 
Czynsz jest niewysoki. 

– A na ścianach jest tapeta w różyczki i galopujące żyrafy. 
–  Zastanów  się.  Do  zobaczenia  wkrótce.  Pozdrów  swojego 

nawiedzonego kota. 

Qwilleran  był  tak  wstrząśnięty  wiadomością,  że  zaczęło  mu  się 

kręcić  w  głowie.  Tom  zbierał  się  do  wyjścia.  Qwilleran  podziękował 
mu jeszcze raz. Zdjął z barku stary mosiężny kałamarz i powiedział: 

– Chciałbym ci to dać, Tom. Kałamarz trzeba trochę wyczyścić, ale 

background image

Lilian Jackson Braun 

146 

wiem, że lubisz mosiądz. Ten kałamarz opłynął świat na statkach sto 
lat temu. 

–  Bardzo  ładny.  Nigdy  takiego  nie  miałem.  Będę  go  codziennie 

czyścić. 

Tom  zmierzył  okno,  w  którym  wybito  szybę,  i  pojechał  do 

Mooseville kupić szkło. Qwilleran usiadł i zaczął się zastanawiać nad 
propozycją  redaktora  „Fluxion”.  Teraz,  kiedy  miał  wyjechać,  czuł 
smutek.  Powinien  był  spędzić  więcej  czasu  na  łonie  natury, 
kontemplować jezioro i rosę lśniącą na pajęczynach. W redakcji było 
tyle  rzeczy,  które  go  irytowały:  różowe  segregatory  Percy'ego, 
wiecznie zepsute temperówki, winda, którą trzeba było wjechać sześć 
pięter  w  górę,  zanim  zjechało  się  na  dół...  Qwilleran  uświadomił 
sobie nagle, że boli go kolano. 

Oparł  nogę  na  krześle.  Z  drugiego  krzesła,  gdzie  kiedyś  siedział 

jastrząb, obserwowała go uważnie para błękitnych oczu. 

–  No  i  co,  Koko?  –  powiedział  Qwilleran.  –  Nasze  wakacje 

przebiegły  trochę  inaczej,  niż  planowaliśmy,  prawda?  Ale  nie 
zmarnowaliśmy  czasu.  Rozwiązaliśmy  zagadkę  kryminalną.  Szkoda 
tylko,  że  nie powstrzymaliśmy  zabójcy  Bucka Dunfielda...  Żałuję,  że 
mieszkańcy nie dowiedzą się, ile ci zawdzięczają. Gdybyśmy wyjawili 
im prawdę, pewnie by nam nie uwierzyli. 

Wycie  wiatru  i  szum  wzburzonego  jeziora  zagłuszyły  warkot 

wjeżdżającego  na  podwórko  samochodu  Goodwintera.  Qwilleran 
pokuśtykał  na  dwór.  Przywitał  się  z  Aleksem,  który  był  bardzo 
elegancki,  i  radosną,  zarumienioną  Penelope.  Prawniczka  ścisnęła 
znacząco  jego  dłoń.  Oprócz  zapachu  jej  perfum  Qwilleran  wyczuł 
miętowy aromat odświeżającego płynu do płukania ust. 

– Pan kuleje – zauważyła Penelope. 
–  Potknąłem  się  o  stołek.  Wchodźcie  do  środka,  strasznie  wieje. 

Chyba będziemy mieć tornado. 

Alex  usiadł  tam,  gdzie  poprzednio,  na  kanapie  Yum  Yum. 

Penelope  podeszła  do  okna  wychodzącego  na  wzburzone  jezioro. 
Zaczęła się zachwycać widokiem i położeniem chatki. 

„To  znaczy,  że  czynsz  wzrośnie  do  tysiąca  dwustu  dolarów 

miesięcznie – pomyślał Qwilleran. – Nic dziwnego... „ 

–  Bardzo  żałuję, że  byłem  w  Waszyngtonie,  kiedy  doszło  do tego 

smutnego  wypadku  –  powiedział  Alex.  –  Siostra  mówiła  mi,  że 
bardzo  jej  pan  pomógł.  Podobno  spędził  pan  wiele  godzin, 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

147 

przeglądając  dokumenty  panny  Klingenschoen.  Pewnie  nie  było  to 
zbyt przyjemne zajęcie... 

– Przejrzałem całe mnóstwo papierów – przyznał Qwilleran. – Na 

szczęście  pomagała  mi  przyjaciółka  z  Nizin.  –  Nie  wspomniał  o 
pomocy  Koko.  Nie  był  pewien,  czy  rodzeństwo  Goodwinterów 
uwierzyłoby w paranormalne właściwości jego kota. 

– Przykro mi, że nie byłem na ceremonii żałobnej. Penelope zdaje 

się  o  wszystko  zadbała.  Słyszałem,  że  na  ceremonię  przyszło 
mnóstwo ludzi. 

Siostra Aleksa podeszła do stołu, na którym panował artystyczny 

bałagan, i opadła na kanapę. 

–  Może  przejdziesz  do  sedna  sprawy?  Zabieramy  panu 

Qwilleranowi cenny czas. Jest zajęty pisaniem. 

– Ach tak, testament. Mamy pewien problem z testamentem. 
– Nie ma żadnego problemu – przerwała mu Penelope. 
Starszy wspólnik Penelope rzucił jej karcące spojrzenie, chrząknął 

głośno i otworzył swoją teczkę. 

–  Jak  pan  wie,  panie  Qwilleran,  Fanny  zostawiła  w  sejfie  trzy 

testamenty,  które  własnoręcznie  napisała.  W  ciągu  ostatnich  lat 
napisała  wiele  wersji  testamentu,  w  miarę  jak  zmieniały  się  jej 
poglądy.  Zachowała  trzy  ostatnie  wersje,  ponieważ  tak  jej 
doradziliśmy.  Wszystkie  trzy  zostały  opatrzone  datą.  Jedynie 
testament z najświeższą datą ma moc prawną. 

Qwilleran  spojrzał  na  but  prawnika.  Spod  kanapy  wysunął  się 

brązowy futrzany pyszczek. Koko usadowił się na głowie łosia z miną 
sędziego, który przewodniczy obradom. 

–  W  najstarszym  testamencie,  który  stracił  ważność,  Fanny 

Klingenschoen  zapisała  cały  swój  majątek  fundacji  w  Atlantic  City. 
Pieniądze miały być przeznaczone na odnowienie dzielnicy miasta, z 
którą  Fanny  była  kiedyś  związana.  Pewnie  wielu  ludzi  uznałoby  ten 
pomysł za dziwaczny. 

Yum  Yum  wysunęła  powoli  łapę  ze  swej  kryjówki.  Penelope  to 

zauważyła i robiła wszystko, żeby nie wybuchnąć śmiechem. 

– Przejdźmy do drugiego testamentu, który jest również nieważny 

–  mówił  dalej  Goodwinter.  –  Wspominam  o  nim  tylko  po  to,  by 
pokazać  panu,  jakie  Fanny  miała  poglądy.  Napisała  w  tym 
dokumencie,  że  oddaje  fundacji  w  Atlantic  City  połowę  swojego 
majątku.  Resztę  miały  otrzymać  szkoły,  kościoły,  organizacje 

background image

Lilian Jackson Braun 

148 

charytatywne,  szpitale  oraz  instytucje  cywilne  w  Pickax  City.  Fanny 
Klingenschoen obiecała tym instytucjom dużo pieniędzy. 

Qwilleran zerknął na Yum Yum, która była pochłonięta zabawą, a 

potem  spojrzał  na  Penelope.  Prawniczka  odwzajemniła  jego 
spojrzenie, wybuchając śmiechem. 

– Penelope – powiedział jej brat, zmieszany. – Proszę, pozwól mi 

skończyć!  W  ostatniej  wersji  testamentu  pańska  ciotka  napisała,  że 
zostawia  wyżej  wymienionym  organizacjom  po  jednym  dolarze,  co 
oznacza... 

– Może przejdziesz do sedna sprawy? – Penelope zamachała rękę. 

–  Powiedz  panu  Qwilleranowi,  że  cały  ten  cholerny  majątek  należy 
do niego. 

– Miau! – rozległo się nad głową łosia. 
Goodwinter rzucił karcące spojrzenie Penelope i Koko. 
–  Poza  tymi  zapisami  pan  jest  jedynym  spadkobiercą  całego 

majątku Fanny Klingenschoen. 

Qwilleran patrzył na niego, zdumiony. 
–  Taka  była  ostatnia  wola  Fanny  Klingenschoen  –  powiedział 

prawnik.  –  Na  testamencie  jest  data  pierwszego  kwietnia. 
Testamenty  z  wcześniejszą  datą  zostały  uznane  za  nieważne. 
Formalne  odczytanie  dokumentu  będzie  miało  miejsce  w  naszym 
biurze w środę po południu. 

Qwilleran  potrząsnął  głową  jak  mokry  pies.  Nie  był  w  stanie 

wykrztusić słowa. Spojrzał błagalnie na Penelope, ale ona uśmiechała 
się tylko głupkowato. 

– Czy to żart z okazji prima aprilis? – spytał w końcu dziennikarz. 
–  Zapewniam  pana,  że  to  nie  żart  –  oznajmił  Goodwinter.  – 

Jedynym  problemem  mogą  być  roszczenia  organizacji,  które  miały 
otrzymać spore sumy pieniędzy. 

–  Fanny  mówiła,  że  da  im  pieniądze,  ale  były  to  tylko  ustne 

obietnice  –  przypomniała  bratu  Penelope.  –  Pan  Qwilleran  jest 
jedynym spadkobiercą. 

–  Nawet  jeśli  instytucje  charytatywne  i  cywilne  w  Pickax  City 

zakwestionują ważność testamentu, mogę pana zapewnić, że... 

– Alex, zapomniałeś o zastrzeżeniu. 
– Ach tak, obligacje i cały majątek zmarłej będą stanowić depozyt 

bankowy przez pięć lat, a procenty z tej lokaty będą wpływać na pana 
konto  –  pod  warunkiem,  że  przez  ten  czas  będzie  pan  mieszkać  w 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

149 

Pickax,  w  rezydencji  Klingenschoenów.  Po  upływie  tego  czasu 
wszystkie pieniądze znajdą się na pańskim koncie. 

Zapadła cisza. Qwilleran czuł na sobie spojrzenia obecnych. Nagle 

pokoju 

gościnnym 

trzasnęło 

okno. 

Goodwinter 

zrobił 

przestraszoną minę. 

– Czy ktoś jest w domu? 
–  To  tylko  Tom  –  powiedział  Qwilleran.  –  Naprawia  zepsute 

okno. 

– No więc? – spytała Penelope. – Czekamy w napięciu na pańską 

decyzję. 

– Co się stanie, jeśli nie zamieszkam w Pickax? 
– Majątek zmarłej stanie się własnością Atlantic City – powiedział 

Goodwinter. 

–  A  wtedy  –  dodała  Penelope  –  mieszkańcy  Pickax  oszaleją  z 

wściekłości i pana zlinczują. 

–  Wciąż  nie  mogę  w  to  uwierzyć  –  powiedział  Qwilleran.  – 

Dlaczego  Fanny  miałaby  uczynić  tak  niezwykły  gest?  Przyjechałem 
do  niej  kilka  tygodni  temu,  ale  wcześniej  nie  widzieliśmy  się  blisko 
czterdzieści lat! 

Goodwinter  wyjął  z  teczki  kartkę  z  tekstem  napisanym  ręką 

Fanny. 

– Fanny nazywała pana swoim synem chrzestnym. Pańska matka 

była dla niej jak siostra. 

Penelope zachichotała. 
–  Zawiąż  sznurowadło,  Alex,  i  chodźmy.  Mam  randkę  dziś 

wieczorem. 

Furgonetki  Toma  nie  było  już  przed  domem,  kiedy  Alex  i 

Penelope wychodzili, żegnając się z Qwilleranem i gratulując mu raz 
jeszcze.  Qwilleran  zauważył,  że  Penelope  trochę  się  zatacza.  „Może 
coś oblała albo utopiła w alkoholu swoje rozczarowanie” – pomyślał. 

Łup!  Łup!  Łup!  Koko  trzema  susami  zeskoczył  z  głowy  łosia  na 

podłogę. 

– No i co o tym myślisz, Koko? – spytał Qwilleran. 
Koko położył się na plecach i wylizał dokładnie swój ogon. 

background image

Lilian Jackson Braun 

150 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

S

S

Z

Z

E

E

S

S

N

N

A

A

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 
Qwilleran  kroił  indyka  dla  kotów  w  stanie  kompletnego 

oszołomienia. Był tak wstrząśnięty wiadomościami od Archa Rikera i 
Alexandra Goodwintera, że zapomniał sobie wsypać kawy do kubka z 
wrzątkiem.  Stanął  pod  oknem  wychodzącym  na  jezioro  i  pił  gorącą 
wodę, nie zauważając, że coś jest nie w porządku. 

Wzburzone  fale  jeziora  uderzały  o  brzeg,  trawy  na  wydmach 

szumiały  na  wietrze,  drzewa  kiwały  dziko  gałęziami,  nawet  małe 
dzikie kwiatki chyliły głowy pod kłębiącymi się chmurami. Qwilleran 
nigdy  nie  widział  czegoś  równie  pięknego  i  dzikiego.  „To  może  być 
moje” – pomyślał. Czy istniał na świecie jeszcze ktoś, kto przeżywał 
podobne  męki,  próbując  podjąć  decyzję  na  temat  własnej 
przyszłości? 

Qwilleran czuł się tak, jakby walczyły w nim dwie różne osoby. 
Sumienny dziennikarz powiedział: 
„To największa szansa w całej twojej karierze. Zawsze chciałem się 

zajmować 

dziennikarstwem 

śledczym”. 

Pazerny 

sknera 

zaprotestował: 

Zrezygnujesz  z  milionowej  fortuny,  żeby  pracować  w  gazecie? 

Jeśli  ktoś  wytoczy  proces  „Fluxion”,  Percy  zmieni  zdanie.  A  wtedy 
będziesz znowu pisać o restauracjach albo o czymś jeszcze gorszym. 

„Ale  przecież  mam dziennikarstwo  we  krwi.  To  całe moje  życie. 

Nie traktuję tego jak pracy. To moja pasja”. 

Stać cię na wykupienie gazety albo nawet kilku. 
„Nigdy  nie  chciałem  być  magnatem  prasowym.  Lubię  działać, 

odkrywać  nowe  historie  i  spisywać  je  na  starej  maszynie  do 
pisania”. 

Gdybyś  miał  swoją  gazetę,  mógłbyś  robić,  co  ci  się  żywnie 

podoba.  Mógłbyś  nawet  decydować  o  rozmiarze  czcionki,  jak  ten 
facet w „Picayune”. 

„Nie  potrzebuję  tylu  pieniędzy  i  domów.  Zawsze  byłem 

zadowolony z tego, co miałem”. 

Starzejesz  się.  Masz  w  banku  1245  dolarów  i  14  centów. 

Zapomnij  o  pensji  dziennikarskiej  –  wystarczy  na  sardynki  dla 
kotów. 

„Musiałbym  zamieszkać  w  Pickax.  Lubię  życie  w  mieście.  Nigdy 

nie mieszkałem w małym miasteczku”. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

151 

Możesz  polecieć  do  Nowego  Jorku,  Paryża  albo  Tokio,  kiedy 

tylko przyjdzie ci ochota. Możesz mieć swój własny samolot. 

–  Miau!  –  odezwał  się  pełen  wyrzutu  głos  Koko.  Kot  czekał  na 

wieczorny posiłek. Qwilleran był tak rozkojarzony, że wstawił talerz z 
indykiem do szafki razem z telefonem. 

– Przepraszam, dzieciaki – powiedział Qwilleran. Był ciekaw, jak 

tym  razem  Koko  zareaguje  na  indyka.  Ten  niezwykły  kot  już 
dwukrotnie  odmówił  zjedzenia  mięsa  z  fermy  Stanleya  Hanstable'a. 
Przekazał  w  ten  sposób  Qwilleranowi  ważną  informację,  którą 
dziennikarz  dopiero  niedawno  rozszyfrował.  Teraz  kot  rzucił  się  na 
indyka. 

–  Mniam,  mrr,  mniam,  mrr  –  mówił,  zjadając  białe  mięso. 

Ciemniejsze kawałki zostawił dla Yum Yum. 

Qwilleran poczuł, że musi porozmawiać z kimś w ludzkim języku, 

i zadzwonił do Rogera MacGillivray. 

– O której kończysz pracę w biurze? Może wpadniesz na drinka? 

Nie, bez Sharon. Chciałbym z tobą porozmawiać na osobności. 

Koko  skończył  posiłek  i  zaczął  kręcić  się  po  domu,  mrucząc  i 

miaucząc.  Obejrzał  kominek,  magnetofon  i  kurki  w  łazience. 
Przycisnął dwa klawisze maszyny do pisania („x” i „j”) i zaczął węszyć 
przy najniższej półce z książkami (stał tam album z ptakami). Kiedy 
Koko pomaszerował majestatycznym krokiem do pokoju gościnnego, 
Qwilleran ruszył za nim. 

Koko  i  Yum  Yum  lubiły  spać  na  niższym  z  piętrowych  łóżek. 

Podczas  wizyty  Rosemary  koty  zostały  wygnane  na  wyższe  łóżko. 
Koko  wskoczył  na  dolny  materac  i,  mrucząc  do  siebie,  zaczął 
ugniatać łapami narzutę. Łóżko stało blisko ściany. Koko wsunął do 
szpary  między  materacem  a  ścianą  najpierw  jedną,  a  potem  drugą 
łapę  i  wydobył  łup  –  parę  damskich  pończoch.  Nie  był  jednak 
zadowolony.  Grzebał  w  szparze,  aż  wydobył  złotą  bransoletkę. 
Qwilleran chwycił ją. 

– To bransoletka Mildred! W jaki sposób się tu znalazła? 
Mildred  powiedziała  mu,  że  bransoletka  musiała  jej  się  zsunąć  z 

ręki, kiedy zostawiła w domku mięso z indyka. Przyszła tam razem z 
kimś,  kto  palił  tytoń  Groat  and  Boddle.  Buck  Dunfield  twierdził,  że 
nie był u Qwillerana z Mildred. 

Dziennikarz  znalazł  zielony  notes  ciotki  Fanny  i  otworzył  go  na 

literze „H”. 

background image

Lilian Jackson Braun 

152 

HUNT R. D. „Kiedy został członkiem komisji rządowej, kupił trzy 

farmy, pół roku później sprzedał je i kupił lotnisko”. 

HANSTABLE S. „Sprzedaje tanio mięso dla więźniów, dał za niską 

cenę”. 

HANSTABLE M. „Wiecznie śpi”. 
Qwilleran  otworzył  stronę  z  literą  „Q”  i  znalazł  obok  swojego 

nazwiska  uwagę:  „Były  alkoholik”.  Pod  „M”  nie  było  nic  na  temat 
Rogera,  ale  Dunfield  został  określony  jako  kobieciarz.  Natomiast 
obok nazwisk Goodwinterów widniała długa lista grzechów. 

Qwilleran wrzucił notes do kominka. Wsypał tam zawartość kosza 

na śmieci i dodał kilka szczapek. Kiedy wrzucił do kominka zapaloną 
zapałkę,  rozległ  się  dźwięk  dzwonka.  Ogarnęły  go  natychmiast 
wątpliwości,  czy  postąpił  słusznie,  pozbywając  się  notesu.  Gdyby 
zdecydował się zostać w Pickax, notes z pewnością by mu się przydał. 
Za późno! W kominku buchnęły płomienie. 

Qwilleran  wpuścił  Rogera.  Młody  człowiek  wydawał  się  nieco 

przygaszony.  Jego  skóra  była  jeszcze  bielsza  niż  zwykle,  a  broda 
wydawała się jeszcze czarniejsza. 

–  Wejdź  i  rozgość  się  –  zaprosił  go  Qwilleran.  –  Na  dworze  jest 

zbyt hałaśliwie, żeby siedzieć na werandzie. Wiatr wieje z prędkością 
pięćdziesięciu mil na godzinę, huk fal jest ogłuszający. 

Roger  opadł  na  kanapę  i  wbił  wzrok  w  ogień,  nie  odzywając  się 

słowem. 

–  Widziałem  ciebie,  Sharon  i  Mildred  na  ceremonii  żałobnej. 

Jakie wrażenia? 

–  Było  dokładnie  tak,  jak  się  spodziewałem  –  powiedział  młody 

człowiek  monotonnym  głosem.  –  Ludzie  przyszli  tam,  bo  mieli 
nadzieję,  że  coś  dostaną  w  spadku.  Królowa  Pickax  wszystkim  coś 
obiecała. 

– Tobie też? 
– Jasne. Kilkaset tysięcy dolarów na zorganizowanie podwodnego 

rezerwatu. Chyba powinienem ci pogratulować. 

– Czego? 
–  Odziedziczyłeś  połowę  Pickax  i  trzy  czwarte  całego  Moose 

County. 

– Skąd wiesz? Testament został otworzony parę godzin temu. 
–  Nie  mogę  zdradzić,  skąd  o  tym  wiem  –  zastrzegł  się  Roger 

prowokująco. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

153 

Qwilleran  przygładził  z  rozdrażnieniem  wąsy.  Przypuszczał,  że 

sekretarka Goodwinterów była matką albo ciotką Juniora, Qwilleran 
był  pewien,  że  należała  do  tej  rodziny.  A  Junior  zapewne  od  razu 
zadzwonił do Rogera. 

–  Słuchaj,  Roger,  na  razie  nie  zaakceptowałem  warunków 

testamentu.  Możliwe,  że  wrócę  do  pracy  we  „Fluxion”,  a  wtedy 
połowa  Pickax  i  trzy  czwarte  Moose  County  staną  się  własnością 
Atlantic City. 

–  Przepraszam  – rzekł  Roger.  – Nie  chciałem  być  nieprzyjemny, 

ale  wszyscy  ubolewamy  z  powodu  niespełnionych  obietnic  twojej 
ciotki. 

–  Fanny  nie  była  moją  prawdziwą  ciotką.  Poza  tym  nie 

zamieszkałbym tu za żadne pieniądze. Wasza gazeta to farsa. Lokalne 
audycje  radiowe  powinny  zostać  zakazane.  W  miejscowych 
restauracjach 

podają 

niestrawne 

jedzenie. 

Mieszkańcy 

są 

ograniczeni. Nie wspomnę nawet, co myślę o tutejszych komarach. 

–  Zaczekaj!  Nie  unoś  się!  –  powstrzymał  go  Roger.  – 

Wolelibyśmy,  żeby  pieniądze  stały  się  twoją  własnością  i  zostały  w 
miasteczku. Nie chcemy, żeby skorzystało na tym Atlantic City. 

– Napijmy się i nie rozmawiajmy już o tym. Whisky? Piwo? 
Gawędzili uprzejmie o zaletach domku letniskowego. 
– To wspaniałe miejsce – zauważył z uznaniem Roger. – Sharon i 

ja chcielibyśmy mieć taki domek. Dom Mildred jest w porządku, ale 
nie różni się od domów w mieście. Ta chatka ma świetną lokalizację. 
Ciekawe, kto zabił tego łosia. – Roger wyprostował się gwałtownie. – 
Mój Boże! Tam siedzi kot! Boję się kotów. Kiedy byłem mały, ugryzł 
mnie kot w stodole. 

– Pewnie pociągnąłeś go za ogon i tak ci się odpłacił – powiedział 

Qwilleran. – To jest Koko. Nie zrobi ci krzywdy, pod warunkiem że 
będziesz się zachowywać przyzwoicie. Chyba wiesz, co się przytrafiło 
twojemu teściowi. 

Roger potrząsnął głową ze smutkiem. 
– Wiem, że jest w więzieniu. Wiedziałem, że tak będzie. Zszedł na 

złą drogę dziesięć lat temu. 

–  To  dziwne,  ale  czułem  się  winny,  oddając  go  w  ręce  policji  – 

przyznał Qwilleran. – Myślałem o tym, że to twój teść i mąż Mildred. 
Rzucił  się  na  mnie  z  nożem,  a  mimo  to  nie  miałem  wcale  ochoty 
dzwonić na policję. 

background image

Lilian Jackson Braun 

154 

Roger przytaknął bez entuzjazmu. 
– Tak to u nas wygląda. Wszyscy wiedzą, co się dzieje, ale nikt nie 

ma  odwagi  tego  przerwać.  Nie  chcemy  zranić  krewnego,  dawnego 
przyjaciela  ze  szkoły,  kolegi  z  wojska  albo  członka  loży.  Zastępca 
szeryfa  przeprosił  Stanleya  za  to,  że  musiał  go  zaaresztować.  Znają 
się od przedszkola. 

–  Moim  zdaniem  taka  atmosfera  sprzyja  korupcji.  –  Qwilleran 

wrzucił  do  kominka  jeszcze  dwa  kawałki  drewna.  –  Co  się  stało  ze 
Stanleyem dziesięć lat temu? 

– Umawiałem się z Sharon na randki, kiedy to się zaczęło. Stanley 

żył wtedy na wysokim poziomie. I nagle jego ciało zaczęło wydzielać 
nieprzyjemny  zapach.  To  było  jak  klątwa.  Jego  własna  rodzina  nie 
była  w  stanie  tego  tolerować.  Mildred  nie  chciała  mieszkać  w  tym 
samym domu, co on. Uciekliśmy z Sharon, mojego teścia nie można 
było zaprosić na ślub. Stał się odludkiem. 

– Chodził do lekarzy? 
–  Chodził  do  różnych  specjalistów.  Mówili,  że  to  ropień  w 

płucach, infekcja gruczołów potowych, chroniczna uremia i tak dalej. 
Lekarstwa nie działały. Doktor Melinda, którą poznałeś, powiedziała 
mi, że niektórzy ludzie po prostu cuchną. 

– Czy Mildred brała pod uwagę rozwód? 
–  Bała  się  Stanleya.  Powiedział,  że  ją  zabije.  Uwierzyła  w  to. Dla 

zdrowej,  kochającej  kobiety  takie  życie  było  koszmarem.  Dlatego 
szukała towarzystwa innych mężczyzn. 

– Bob Dunfield był jednym z nich. 
– Nie był jej pierwszym kochankiem, ale miał najmniej szczęścia. 
– Stanley zabił go z zazdrości? 
– Wszyscy wiedzieli, że nienawidził Bucka. Zdawał sobie sprawę, 

co się dzieje. 

– Chyba wiem, jaki był ostateczny powód. Stanley zorientował się, 

że Buck węszy wokół jego łodzi. 

– Jednego nie rozumiem – powiedział Roger. – Mówią, że Stanley 

wkradł się do domu Bucka. Ale przecież Buck poczułby jego zapach. 

– Buck miał przytępiony zmysł powonienia. Nie przeszkadzał mu 

nawet smród ryb na plaży. Czy Mildred domyśliła się, że Stanley jest 
mordercą? 

–  Wszyscy  o  tym  wiedzieli.  Policja  też,  ale  nie  było  dowodów. 

Szukali poszlaki. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

155 

–  Wszyscy  wiedzą!  Motto  mieszkańców  okręgu  Moose  powinno 

brzmieć  Omnes  sciunt. Jak  to  się  stało,  że  Stanley  zaczął  jeździć  do 
więzienia? 

–  Sprzedawał  tanio  mięso  dla  więźniów.  Podpisał  korzystny 

kontrakt. Jest tam pięć tysięcy więźniów. 

–  Chodziło  o  coś  więcej,  przyjacielu.  Stanley  sprzedawał  w 

więzieniu  alkohol  i  być  może  narkotyki.  Zdarzało  się,  że  wywoził 
więźnia, który leżał na łóżku w jego ciężarówce, owinięty brezentem. 
Wiedziałeś,  że 

obiecywał 

więźniom 

transport  do  granicy 

kanadyjskiej? 

–  Krążyły  plotki  na  ten  temat,  ale  nikt  nic  nie  zrobił.  Musiał  się 

pojawić ktoś obcy, ktoś taki jak ty. 

Qwilleran  opowiedział  Rogerowi  o  kasecie  i  o  tym,  jak  szukał 

mężczyzny  o  charakterystycznym  głosie.  Zastanawiał  się,  czy 
wspomnieć  o  udziale  Koko  w  rozwiązaniu  zagadki.  To  przecież  kot 
znalazł  kasetę,  dzięki  niemu  Qwilleran  zorientował  się,  że  chodzi  o 
więźniów  i fermę. Koko zaatakował  mężczyznę,  który  włamał  się do 
domku, i znalazł główny dowód: spinacz na pieniądze. 

„Nie – pomyślał Qwilleran. – Roger nie uwierzyłby w to”. 
–  Porzućmy  ten  przygnębiający  temat  –  powiedział.  –  Widziałeś 

ostatnio jakiś niezidentyfikowany latający obiekt? 

Przed wyjściem Roger przypomniał sobie o czymś. 
–  Byłbym  zapomniał,  do  centrum  turystyki  zadzwoniła  jakaś 

miastowa  kobieta.  Chciała  się  z  tobą  skontaktować.  Zapisałem  jej 
numer. Prosiła, żebyś zadzwonił tak szybko, jak to możliwe. 

Roger  podał  Qwilleranowi  kartkę  z  telefonem  „Morning 

Rampage”. Kobieta, która zadzwoniła, była redaktor naczelną. 

Qwilleran skontaktował się z nią, a potem pojechał do Mooseville. 

Podpisał dokumenty na komisariacie i udał się na kolację do hotelu 
„Northern Lights”. Siedział sam przy stoliku i tęsknił za swoją fajką. 
Jeśli  zgodzi  się  na  warunki  w  testamencie  Fanny,  zamówi  kilka 
puszek  tytoniu  Groat  and  Boddle  numer  pięć.  Jeśli  zgodzi  się  na 
nową  pracę  we  „Fluxion”  albo  „Morning  Rampage”,  dwa  tygodnie, 
które miał jeszcze spędzić w Moose County, będą jak wizyta na obcej 
planecie.  Już  zaczynał  wyglądać  obco  w  swojej  pomarańczowej 
czapce z daszkiem. 

Po kolacji wracał powoli do domku letniskowego, rozkoszując się 

widokiem  brzóz,  sosen  i  jeziora,  które  wyłaniało  się  czasem  zza 

background image

Lilian Jackson Braun 

156 

drzew.  Przez  dwa  ostatnie  tygodnie  nie  zwracał  uwagi  na  elementy 
pięknego  krajobrazu,  a  teraz  stały  się  one  drogocennym  skarbem, 
który chciał zachować w pamięci. Być może już nigdy nie zobaczy tej 
dzikiej, pięknej krainy. Nie obserwował gwiazd podczas pobytu. Nie 
wypatrywał UFO. 

Nagle  usłyszał  wycie  policyjnej  syreny.  Minął  go  samochód 

szeryfa, za którym pędziła straż pożarna. 

Qwilleran poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. Zwiększył 

prędkość.  Coś  się  stało  w  domku  letniskowym!  Ogień  w  kominku! 
Koty! 

Na  skrzyżowaniu,  w  pobliżu  dawnego  budynku  szkolnego,  stała 

płonąca  furgonetka,  która  zjechała  z  głównej  drogi.  Strażacy  gasili 
płomienie. Obok zatrzymało się kilka samochodów. 

Qwilleran spytał jedną ze stojących tam osób, czy ktoś jest ranny. 

Otrzymał przeczącą odpowiedź. Nikt nie widział kierowcy. 

– Dobrze, że nie doszło do pożaru w lesie. 
Kiedy  dziennikarz  skręcił  w  prywatną  drogę  prowadzącą  do 

domku,  uświadomił  sobie,  że  spalony  samochód  wyglądał  jak 
niebieska furgonetka. Zrobiło mu się zimno. 

Zaparkował  i  usłyszał  przeraźliwe  miauczenie  Koko.  Kiedy 

otworzył  drzwi  domku,  Koko  wyskoczył  na  werandę  i  zaczął  biegać 
jak oszalały tam i z powrotem. 

Qwilleran znalazł smycz i zapiął ją wokół twardego brzucha kota. 

Potem  otworzył  drzwi.  Koko  rzucił  się  pędem  w  stronę  szopy  i 
dziennikarz musiał za nim biec. 

Drzwi  szopy  były  otwarte,  co  od  razu  zaniepokoiło  dziennikarza. 

W  środku  panował  półmrok,  ale  Qwilleran  dostrzegł  leżące  na 
podłodze  pieniądze.  Kot  wszedł  ostrożnie  do  ciemnej  szopy,  głośno 
miaucząc.  Banknoty  pofrunęły  do  góry  pod  wpływem  nagłego 
podmuchu wiatru. Qwilleran kopnął pustą butelkę po whisky. Głośne 
miauczenie  Koko  zmieniło  się  w  przeciągłe  wycie.  Qwilleran  ścisnął 
smycz i wszedł ostrożnie w mrok. 

Coś  błyszczało  w  ciemności.  Na  podłodze  leżał  mały  pistolet  ze 

złotą rączką. Na brudnym materacu leżało ciało Toma. 

Qwilleran  przyciągnął  do  siebie  kota,  pobiegł  do  chatki  i 

zadzwonił do szeryfa. 

Po  paru  minutach  na  podjeździe  zaparkował  samochód  zastępcy 

szeryfa. 

background image

Kot, który lubił Brahmsa 

157 

–  Byliśmy  na  autostradzie  –  powiedział  policjant.  –  Gasiliśmy 

pożar. Ktoś podpalił samochód. 

Kiedy karetka zabrała ciało, Koko zaczął chodzić po całym domu, 

jakby  czegoś  szukał.  Yum  Yum usiadła  z boku  i przyglądała  mu  się, 
zaniepokojona. 

Qwilleran stanął przy oknie i spojrzał na wielkie jezioro. Kto mógł 

odgadnąć, co przeżywał Tom i jakie były jego motywy? Był świetnym 
pracownikiem,  lubił  swoje  zajęcie.  Był  wdzięczny  za  każde  miłe 
słowo.  Fanny  nieustannie  wydawała  mu  polecenia,  ale  mógł  u  niej 
mieszkać. Hanstable również wykorzystywał Toma i dawał mu sporo 
pieniędzy,  podsycając  nadzieje  chłopaka,  który  marzył  o  kupnie 
nocnego  klubu.  Gdyby  nie  te  obowiązki,  Tom  czułby  się  pewnie 
zagubiony. 

Jego  ponure  rozmyślania  przerwała  głośna  muzyka.  Zabrzmiały 

pierwsze  takty  Koncertu  podwójnego  Brahmsa.  Po  chwili  jednak 
dźwięki wiolonczeli ucichły i łagodny głos powiedział: 

–  Ja  to  zrobiłem...  Zepchnąłem  ją...  Była  miłą  staruszką.  Była 

moją przyjaciółką. – Rozległ się przytłumiony szloch. – On kazał mi 
to  zrobić.  Powiedział,  że  da  mi  dużo  pieniędzy  i  będę  mógł  kupić 
nocny klub. Powiedział, że będziemy wspólnikami... Ona też obiecała 
mi  pieniądze.  Powiedziała,  że  wszystko  mi  zostawi.  Powiedziała,  że 
jestem  dla  niej  jak  syn...  Dlaczego  tak  powiedziała?  Przecież  to 
nieprawda. 

Głos odpłynął. Przez chwilę słychać było nagrane na kasetę szum 

wiatru i miauczenie kota, a potem zabrzmiały skrzypce solo. 

Qwilleran  kaszlnął.  Miał  gulę  w  gardle.  Koko  siedział  obok 

magnetofonu,  wpatrując  się  w  małe  czerwone  światełko.  Qwilleran 
pogłaskał go po głowie. 

– Czy Tom coś ci mówił? Pożegnał się z tobą? 

Mooseville, niedziela 

Drogi Archu, 
Twoja  wiadomość  była  dla  mnie  prawdziwym  szokiem!  Ale 

teraz  ja  mam  dla  ciebie  nowinę!  Redakcja  „Rampage”  złożyła  mi 
jeszcze lepszą ofertę pracy. Redaktor naczelna „Rampage”jest nieco 
bardziej  atrakcyjna  niż  nasz  Percy.  Myślisz,  że  Percy  przebije  ich 
ofertę? 

Tutaj  było  trochę  zamieszania.  Mieliśmy  włamanie  do  domku  i 

Koko  rzucił  się  z  pazurami  na  włamywacza.  Ten  sam  mężczyzna 

background image

Lilian Jackson Braun 

158 

próbował  mnie  zabić.  W  zeszły  weekend  zamordował  jednego  z 
naszych  sąsiadów.  Ciotka  Fanny  zmarła  nagle  w  czwartek.  Jej 
służący  zastrzelił  się  wczoraj  w  mojej  szopie.  Poza  tym  wakacje 
były całkiem przyjemne. 

Mam  dylemat.  Nowa  praca  jest  na  pewno  bardzo  atrakcyjna, 

ale  dowiedziałem  się  właśnie,  że  jestem  spadkobiercą  całego 
majątku ciotki Fanny. Jest jednak jeden warunek – muszę mieszkać 
w Pickax. Co robić? Co robić? 

Pewnie uważasz, że to wszystko zmyśliłem. Nic dziwnego. 

Qwill 

Dziennikarz  wyjął  z  maszyny  zapisaną  kartkę  i  znowu  poczuł,  że 

walczą w nim dwie różne osoby. „Nie rezygnuj z pracy” – powiedział 
Sumienny Dziennikarz. „Bierz pieniądze i w nogi!” – radził Pazerny 
Sknera. 

Koko  siedział  na  stole,  przyglądając  się  klawiszom  maszyny  do 

pisania. Yum Yum bawiła się ogonem swojego kolegi. 

–  Co  mam  robić,  Koko?  –  spytał  dziennikarz.  –  Masz  zawsze 

rację. Czy powinienem przyjąć propozycję pracy? 

Yum Yum zaczęła lizać uszy Koko, oba koty były w ekstazie. 
– Miau! – mruknął cicho Koko. 
Qwilleran  przygryzł  wąsy  i  zaczął  się  zastanawiać,  czy  „miau” 

oznaczało „tak” czy „nie”.