background image

ANNETTE BROADRICK 

TYMCZASOWE MAŁŻEŃSTWO 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Jordan  Trent  szybko  przemierzał  długi  korytarz  wiodący  do  gabinetu  Mallory'ego.  Z 

ponurym rozbawieniem obserwował, jak grupka pracowników rozpierzcha się na jego widok 

niczym zwierzyna na widok charta. 

Tym  razem  Mallory  posunął  się  za  daleko.  Jordan  postanowił,  że  powie  mu,  bez 

owijania  w  bawełnę,  co  myśli  o  nim  i  jego  cholernych,  nagłych  przypadkach.  Miał  już 

serdecznie dość nieustannego napięcia, jakie wiązało się z tą pracą. Jest przecież na urlopie i 

potrzebuje każdej minuty odpoczynku, ale Mallory zdawał się tego nie rozumieć. Jak on śmiał 

wywinąć mu taki numer! Jordan przyrzekł sobie, że ktoś za to zapłaci. 

Dochodząc do właściwych drzwi nawet nie zwolnił kroku. Chwycił klamkę i otworzył 

je jednym szarpnięciem,, nie troszcząc się o pukanie. 

James  Mallory,  bez  większego  zaskoczenia,  podniósł  wzrok  znad  papierów.  Jego 

twarz  nie  wyrażała  żadnych  uczuć.  Mallory  nigdy  nie  zdradzał  swoich  myśli,  a  uczuć  -  jak 

Jordan wiedział z doświadczenia - nie posiadał. 

Nie  czekając  na  zaproszenie  opadł  na  wyściełany  fotel,  stojący  przed  porysowanym 

biurkiem. 

- Lepiej, żeby to było coś ważnego - rzucił ostrzegawczo. 

Mallory  odchylił  się  w  tył  na  fotelu  i  wytrzymał  natarczywe  spojrzenie  mężczyzny 

siedzącego po drugiej stronie biurka. 

- I jak było na urlopie, J.D.? 

- I ty jeszcze mnie o to pytasz?! Zabawne! Co, u diabła, jest aż tak cholernie ważne, że 

nie mogło poczekać do przyszłego tygodnia?! 

Mallory przez kilka minut w milczeniu obserwował młodszego od siebie mężczyznę. 

-  Wydawało  mi  się,  że  parę  wolnych  dni  powinno  cię  lepiej  nastroić  do  świata  - 

wzruszył ramionami. - Ale trudno wymagać, żebym zawsze miał rację. 

- Nie potrzebuję twoich złośliwych komentarzy, Mallory. Po co wytaczasz przeciwko 

mnie całą artylerię? 

Mallory lekko uniósł krzaczaste brwi. 

- Jaką artylerię? 

-  Wiesz  doskonale,  o  czym  mówię.  Powiedziałeś  tamtejszej  policji,  że  jestem 

poszukiwany w Stanach! 

- Bo jesteś - spokojnie odparł Mallory. 

background image

- Pozwoliłeś im myśleć, że jestem wyjątkowo niebezpieczny. 

- Bo jesteś - potwierdził skinięciem głowy. 

- I że jestem poszukiwany przez rząd... „Bo jesteś" - dorzucił, przedrzeźniając szefa. - 

Cholerny świat, Mallory! Twoje tak zwane poczucie humoru wymaga pewnych regulacji. 

-  Czy  chcesz  przez  to  powiedzieć,  że  zszargałem  ci  opinię  na...  Jakże  się  nazywa  ta 

wysepka? 

-  Nieważne.  Nagle  okazało  się,  że  jestem  persona  non  grata  i  poproszono  mnie, 

ż

ebym wyjechał. I to natychmiast. 

Mallory wzruszył ramionami. 

- Ignorowałeś moje wezwania. 

A  wiesz  dlaczego?  To  był  mój  pierwszy  urlop  od  osiemdziesiątego  roku.  Pięć  lat, 

Mallory, bez urlopu! Cholera, dobrze wiem, że przecież nie jestem twoim jedynym agentem! 

Więc dlaczego akurat ja? 

- Bo tym razem potrzebuję twoich specjalnych uzdolnień. 

- Jakich specjalnych uzdolnień? Rzadkiego talentu wymykania się śmierci? 

- To także - skinął głową Mallory. - Poza tym masz jednak niezwykły talent osiągania 

tego, co zaplanowałeś. Obawiam się, że tym razem będzie nam potrzebny ten twój talent. 

-  Wzruszasz  mnie,  Mallory.  Naprawdę.  Ileż  to  już  lat  pracuję  dla  ciebie?  Osiem... 

Dziesięć? I coś mi się zdaje, że jest to pierwszy komplement, jaki od  ciebie usłyszałem... ja 

czy  ktokolwiek  inny.  Jak  sądzisz,  może  powinieneś  go  powtórzyć?  Nagrałbym  to  sobie. 

Wiesz,  byłoby  to  coś  w  rodzaju  maleńkiej  pamiątki,  żebym  jakimś  nieprawdopodobnym 

zbiegiem okoliczności nie zapomniał o twoim uznaniu dla mnie. 

Mallory  rozparł się  w fotelu i położył nogi na blacie biurka. Przez chwilę przyglądał 

się Jordanowi, wydymając wargi. 

-  No,  tak  -  przyznał  złośliwie.  -  Przede  wszystkim  posiadasz  talent  omijania 

wszystkich  regulaminowych  procedur,  które  się  tu  stosuje,  co  od  czasu  do  czasu  wywołuje 

coś w rodzaju zamieszania... 

- No to mnie wywal - twardo zaproponował Jordan. 

- Bardzo ci się spieszy - zauważył Mallory spokojnie. 

-  Masz  rację.  Jestem  już  za  stary  na  taki  tryb  życia,  Mallory.  Powtarzam  ci  to  od 

dwóch lat. 

- Zgadza się. Ale wcale tak nie uważasz i obaj dobrze o tym wiemy. Uwielbiasz życie 

na  ostrzu  noża,  gdy  przetrwanie  zależy  tylko  od  twojego  sprytu  i  instynktu  -  urwał  i  zapalił 

papierosa. 

background image

- Przyznaj się, J.D. - dodał, wypuszczając kłąb dymu. - Nudziłbyś się, żyjąc inaczej. 

Jordan z niesmakiem rozpędził dym. 

-  Dzięki,  doktorze  Mallory.  Ile  jestem  panu  winien  za  poradę  w  kwestii  życiowego 

powołania? 

Mallory pozwolił sobie na miły uśmieszek. 

- To jeszcze jeden z przysługujących ci przywilejów. Nawet nie żądam zapłaty. 

- Bardzo ładnie. Czy masz pojęcie, jak zrujnował mnie samolot na drugą stronę globu, 

byle dalej od ciebie? Ale i tak nie dość daleko, jak się okazuje! 

-  Postaram  się,  żeby  zwrócono  ci  koszty.  Spokojny  głos  Mallory'ego  sprawił,  że 

Jordan przez chwilę przyglądał mu się w milczeniu. 

- Ta sprawa naprawdę musi być poważna - powiedział wreszcie. - Nigdy w życiu nie 

widziałem, żebyś popuścił choć centa. 

Mallory niewzruszenie wytrzymał jego wzrok. 

- W tej sprawie naprawdę cię potrzebuję. 

- A cóż to za sprawa...? 

- Czy mówi ci coś nazwisko Trevor Monroe? 

- Jasne. Jest senatorem stanu Wirginia. 

- I szefem Zagranicznej Komisji Śledczej Senatu. 

- Jesteśmy śledzeni? - zażartował Jordan. - Znowu? 

- Nie. W tej sprawie dostaliśmy zgodę na zniesienie wszelkich ograniczeń w działaniu. 

-  Aż  boję  się  pytać  -  powoli  rzekł  Jordan.  Jeszcze  nigdy  nie  słyszał,  żeby  Mallory 

mówił takim tonem. Cokolwiek miał na warsztacie, sprawa była poważna. 

-  Żona  senatora  miała  pewne  problemy  ze  zdrowiem.  Postanowił  wysłać  ją  do 

specjalisty  w  Wiedniu.  Z  oczywistych  względów  wiedziało  o  tym  tylko  kilka  osób.  Pozycja 

senatora wobec naszego rządu jest dość delikatna. 

- Więc czego on chce? Inwigilacji? Ochrony? A może mam udawać jego szwagra? 

-  Szkoda,  że  nie  pomyśleliśmy  o  tym  wcześniej  -  westchnął  Mallory.  -  Widzisz, 

Frances Monroe zniknęła dwa dni temu w drodze do wiedeńskiej kliniki, gdzie miała poddać 

się badaniom. 

Jordan  od  razu  zdał  sobie  sprawę  z  konsekwencji  tego  faktu  -  zakładnik  w  osobie 

członka  rodziny  urzędnika  państwowego  natychmiast  zapewnia  porywaczom  pełną 

współpracę tegoż urzędnika. 

- Wiedzą, kto to zrobił? 

- Nie, ponieważ nie nadaliśmy sprawie rozgłosu i, jak dotąd, nikt się nie przyznał. 

background image

- Jakieś dziury w ochronie? 

Mallory  natychmiast  pojął,  że  Jordan  już  zapomniał  o  urazie,  jaką  wywołał  jego 

przymusowy  powrót  z  urlopu.  Szybko  zrozumiał,  że  rząd  ma  duży  problem,  który  może 

przybrać katastroficzne rozmiary, jeśli nie potraktuje się go poważnie. 

- Pracujemy nad tym. Prowadzimy szeroko zakrojone poszukiwania pani Monroe. 

- A moja rola? 

-  Przypuszczamy,  że  zabrano  ją  do  Europy  Wschodniej.  Znasz  ten  teren  lepiej  niż 

ktokolwiek inny, masz tam wtyczki. Liczymy, że zdołasz ją wydostać. 

- Nigdy nie żądasz za wiele, co, Mallory? - zauważył Jordan z wyraźnym przekąsem w 

głosie. Potrząsnął głową i wyciągnął przed siebie nogi. 

- Wiem, że wolisz pracować sam... - zaczął Mallory. 

-  Ja  muszę  pracować  sam  -  gładko  wpadł  mu  w  słowo  Jordan,  przyglądając  się  z 

wyjątkową uwagą połyskowi własnych butów. 

- Tak. No cóż, trudno. Tym razem jednak będziecie we dwójkę. 

Jordan  lekko  wyprostował  się  i  powolutku  podnosił  wzrok,  dopóki  nie  napotkał 

spojrzenia Mallory'ego. 

- Żadnych wyjątków, Mallory. 

- Rozumiem, co czujesz, J.D. Zwłaszcza po tym, co przytrafiło ci się w zeszłym roku 

w Stambule... 

- A więc pamiętasz, że mój tak zwany współpracownik usiłował mnie ukatrupić? 

- Przykry wypadek... 

- Byłby jeszcze bardziej przykry, przynajmniej dla mnie, gdyby mu się udało. 

-  Tym  razem  nie  musisz  martwić  się  o  lojalność.  Twój  współpracownik  w  razie 

potrzeby zawsze będzie przy tobie. 

-  Dziękuję,  nie  skorzystam  -  Jordan  nie  odrywał  wzroku  od  Mallory'ego,  który 

przecież  był  jego  bezpośrednim  szefem.  Marzył  o  tym,  żeby  mieć  jakąś  najmniejszą 

możliwość wglądu w jego procesy myślowe. 

Po  incydencie  w  Stambule  Jordan  próbował  przekonać  szefa,  żeby  go  wylał... 

bezpośrednio  po  tym,  jak  Mallory  cisnął  do  kosza  pismo  z  rezygnacją  Jordana,  nie 

zaszczycając podania nawet jednym spojrzeniem. Podczas tamtej rozmowy Jordan dowiedział 

się paru rzeczy o agencji, w której pracował. To zajęcie było dożywotnie. Niestety, statystyki 

mówiły, że w tym zawodzie nie należy się martwić o zbyt odległą przyszłość. 

-  Dlaczego  nie  mogę  złapać  wieczornego  lotu  do  Wiednia  i  zobaczyć,  jak  wygląda 

sytuacja? Jeżeli będę potrzebował posiłków, natychmiast się z tobą skontaktuję, uwierz mi. 

background image

- To nie takie proste. 

-  Nigdy  nie  mówiłem,  że  to  będzie  proste.  Jeżeli  jednak  chcesz,  żebym  użył  swoich 

kontaktów, muszę być sam. 

- W porządku, ona nie... 

- Ona? O czym ty mówisz, Mallory? Ona? Przecież nie mamy kobiet agentów! 

- Lauren właściwie nie jest agentką, choć pracuje w jednym z naszych departamentów. 

Jordan wstał i zaczął krążyć pomiędzy biurkiem i oknem. 

- Zwariowałeś, Mallory? Chcesz, żebym wziął do akcji kobietę? Amatorkę? 

- Lauren pracuje w departamencie szyfrów. Jest bardzo bystrą kobietą... A właściwie, 

to...  dama  i  w  dodatku  geniusz  matematyczny.  Ściągnęliśmy  ją  wprost  z  uczelni.  I  jest 

poliglotką. 

Jordan wsparł dłonie na biodrach, zatrzymał się i spojrzał na Mallory'ego. 

- Dla mnie może nawet  skakać o tyczce, śpiewać hymn stojąc na  głowie i zdobywać 

medale na olimpiadzie. Nie chcę jej! 

- Nie masz wyboru. Senator nalega, żebyśmy posłali tam kobietę ze względu na jego 

ż

onę. Podejrzewa, że będzie jej potrzebne moralne wsparcie. 

Jordan znów zaczął krążyć. 

-  Nie  wierzę  ci.  Po  prostu  nie  wierzę.  Chcesz,  żebym  dokonał  cudu,  a  jeszcze 

przywiązujesz mi do nogi potężny kamień i mówisz, że nie mam wyboru. 

Mallory nie patrzył na Jordana. Pochylił się i nacisnął klawisz interkomu. 

-  Poproś  do  mnie  pannę  Lauren  Mackenzie  -  polecił,  kiedy  odezwał  się  jakiś 

bezosobowy głos. Opuścił nogi na podłogę i złożył dłonie przed sobą. 

-  Po  co  jakaś  niewyszkolona  kobieta  ma  mieszać  się  w  tę  sprawę,  Mallory?  Nie 

wiadomo, co nas tam czeka. Daj mi najpierw sprawdzić... 

-  Nie  ma  na  to  czasu  -  stanowczo  uciął  Mallory.  -  Macie  z  Lauren  rezerwację  na 

wieczorny lot. W jej paszporcie podano, że jest twoją żoną. 

- Moją żoną? - powtórzył niemal szeptem. Mallory skinął głową. 

- Będzie mniej komplikacji. 

Jordan podszedł do okna, odchylił żaluzje i przez chwilę patrzył na znajomy krajobraz, 

po czym odwrócił wzrok od okna i spojrzał przez ramię na Mallory'ego. 

- Nie mam zielonego pojęcia o żonach i małżeństwie. A już zupełnie nie wyobrażam 

sobie, jak obca kobieta w roli mojej żony ma uprościć sprawę. 

background image

-  Będziecie  musieli  pracować  razem  przez  cały  czas,  z  wyjątkiem  chwil,  kiedy 

będziesz  chciał  skontaktować  się  ze  swoimi  wtyczkami.  Wtedy  Lauren  będzie  typową 

amerykańską małżonką, biegającą po sklepach w czasie, gdy mąż zajmuje się interesami. 

- Jak ty to robisz, że twoje wyjaśnienia brzmią zupełnie rozsądnie, skoro wiem, że cały 

ten plan jest kompletnie szalony? 

Rozległo się pukanie do drzwi. Mallory lekko podniósł głos: 

- Wejść! 

Ze swego miejsca przy oknie Jordan obserwował, jak drzwi otwierają się i do pokoju 

wchodzi młoda kobieta. I w tym momencie doszedł do wniosku, że ta cała historia musi być 

jakimś  głupim  żartem.  Kobieta  wyglądała  jak  karykatura  pedantycznej  urzędniczki.  Nikt  już 

się tak nie ubiera! 

Oczywiście,  Jordan  nie  miał  zbyt  wielkiego  pojęcia  o  damskiej  modzie.  Nie  znał  się 

na  aktualnie  modnych  fryzurach  czy  kobiecych  strojach.  Jednakże  ta  kobieta  sprawiała 

wrażenie,  jakby  ani  fryzura,  ani  ubiór  zupełnie  jej  nie  interesowały.  Miała  na  sobie  jakiś 

dwuczęściowy kostium, który dokładnie maskował jej figurę. Patrząc na  nią, tak ubraną, nie 

był  w  stanie  wywnioskować,  czy  jest  chuda  jak  patyk,  czy  w  ostatnich  miesiącach  ciąży. 

Włosy  miała  niedbale  zwinięte  na  karku  w  luźny  koczek.  Parę  kosmyków  wysunęło  się  i 

zwisało  za  uszami  i  na  szyi.  Szylkretowe  oprawki  okularów  i  wygodne  buty  na  płaskim 

obcasie przypominały mu postać bibliotekarki ze sztuki, którą widział na studiach. 

Mallory  zawsze  miał  dość  szczególne  poczucie  humoru,  ale  tym  razem  Jordanowi 

wydało  się,  że  naprawdę  przeholował  z  żartami.  Jakby  nie  brał  pod  uwagę  uczuć  tego  typu 

kobiety. 

Odprowadzał  ją  wzrokiem,  kiedy  nie  spoglądając  w  stronę  okna  podeszła  do  biurka 

Mallory'ego. Przemówiła niskim, ładnie modulowanym głosem: 

- Pan mnie wzywał, panie Mallory? 

-  Tak,  Lauren.  Usiądź,  proszę  -  ruchem  głowy  wskazał  jej  jedno  z  krzeseł.  -  Chcę, 

ż

ebyś poznała Jordana Trenta. Jak ci już mówiłem, właśnie z nim będziesz pracować. 

Jordan  patrzył,  jak  kobieta  powoli  obraca  się  w  jego  stronę.  Nie  zmieniła  wyrazu 

twarzy. 

- Miło mi, panie Trent - mruknęła, skłaniając głowę w jego kierunku, po czym usiadła, 

założyła nogę na nogę i spokojnie przeniosła wzrok na Mallory'ego. 

Nigdy w życiu nie doznał odprawy w tak doskonałym stylu i stwierdził, że to niezbyt 

miłe  wrażenie.  Wyglądało  na  to,  że  mężczyzna,  który  w  ciągu  kilku  najbliższych  dni  miał 

grać w jej życiu rolę męża, nie wywarł na niej szczególnego wrażenia. 

background image

Właściwie,  to  jej  zachowanie  nie  powinno  być  dla  niego  zaskoczeniem.  Z  całą 

pewnością nie był wcieleniem sekretnych kobiecych marzeń. Codziennie oglądał się w lustrze 

i  wiedział,  że  jego  ostre  rysy,  ponury  wyraz  twarzy  i  potężny  wzrost  budziły  raczej  lęk  niż 

zaufanie. 

-  Teraz,  kiedy  się  już  znacie  -  oznajmił  Mallory  bezbarwnym  tonem  -  chciałbym 

omówić z wami cały plan. 

Jordan niechętnie powrócił na swój fotel, co sprawiło, że znalazł się w bezpośrednim 

sąsiedztwie Lauren Mackenzie. 

Spojrzała na niego przelotnie i posłała mu nieśmiały, lekki uśmiech. Gdyby się jej nie 

przyglądał,  pewnie  nawet  by  tego  nie  zauważył.  Nagle  coś  przyszło  mu  do  głowy.  Ona  jest 

nieśmiała! Czy to dlatego nosi takie ubranie, ten skuteczny kamuflaż, czy też przywdziała je 

tylko na jego użytek? Niezależnie od przyczyny, z pewnością była to ostentacja. 

- A zatem - zaczął Mallory, zaglądając do leżących przed nim dokumentów - Lauren 

odpowiada  ogólnemu  opisowi  wyglądu  pani  Monroe.  Po  wyjściu  stąd  musi  natychmiast 

zmienić uczesanie i rozjaśnić włosy, żeby zwiększyć podobieństwo. 

- Po co? - zapytał Jordan. 

- Ponieważ, o ile uda wam się odnaleźć panią Monroe w którymś z tych europejskich 

krajów, będzie mogła go opuścić używając paszportu Lauren. 

- Bawisz się w domysły, Mallory? - zakpił Jordan. 

- Przecież nie wiemy, gdzie znajdziemy panią Monroe, ani w jakim stanie fizycznym - 

obejrzał się na Lauren. 

-  Właściwie  dlaczego  zgadza  się  pani  brać  udział  w  tej  potencjalnie  niebezpiecznej 

operacji? 

Lauren  uważnie  i  niemal  z  przerażeniem  obserwowała  siedzącego  obok  niej 

mężczyznę.  Nie  miał  w  sobie  nic  z  człowieka,  którego  wyobraziła  sobie  po  pierwszej 

rozmowie  z  Mallory'm.  Ponieważ  prawie  wcale  nie  widywała  podwładnych  Mallory'ego, 

sądziła  zatem,  że  ludzie  kierowani  przez  niego  do  tajnych  zadań  specjalnych  powinni  być 

raczej  mało  charakterystyczni,  aby  w  razie  konieczności  stopić  się  z  otoczeniem.  Natomiast 

ten  człowiek  w  żaden  sposób  nie  mógłby  przemknąć  nie  zauważony  -  o  tym  była  święcie 

przekonana. 

Miał  prawie  dwa  metry  wzrostu,  czarne,  przenikliwe  oczy,  które  zdawały  się 

przewiercać ją na wylot. Mocno skręcone włosy, jak krucze pióra lśniły w świetle padającym 

od  okna.  Wysokie  kości  policzkowe  i  silny  podbródek  dopełniały  obrazu  mężczyzny,  z 

którym  nikt  o  zdrowych  zmysłach  nie  odważyłby  się  zadzierać.  I  na  pewno  nie  był  w  jej 

background image

typie. Rozumiała jednak, że niestety, jej osobiste upodobania nie mogły być brane pod uwagę 

w tych okolicznościach. 

-  Powiedziano  mi,  że  potrzebna  jest  osoba  o  wyglądzie  odpowiadającym  mojemu 

rysopisowi, więc chciałam pomóc - wyjaśniła spokojnie. 

- Nie ma pani pojęcia - Jordan potrząsnął głową - w co się pani pakuje! 

- Możliwe. Mam nadzieję, że wyjaśni mi to pan po drodze. 

Czy  dobrze  usłyszał  w  tym  cichym  głosie  nutkę  sarkazmu?  Przyjrzał  się  jej  nieco 

uważniej. Podniosła na niego spokojne spojrzenie szarych oczu. 

-  Czy  musi  pani  nosić  okulary?  -  zapytał  gwałtownie.  Z  satysfakcją  stwierdził,  że 

zaskoczył ją tą uwagą, ale zaraz sam się zawstydził własnej reakcji. 

- Tylko do patrzenia z bliska, panie Trent. Niestety, większość pracy, jaką wykonuję, 

wymaga patrzenia z bliska. 

-  No  to  w  naszej  podróży  nie  będzie  pani  miała  zbyt  wiele  pracy  „wymagającej 

patrzenia  z  bliska".  Powinno  to  panią  pocieszyć  -  odparł,  leniwie  przesuwając  wzrokiem  po 

jej postaci. 

Lauren  poczuła,  jak  ogarnia  ją  gniew  i  nie  po  raz  pierwszy  pożałowała,  że 

odziedziczyła,  podobno  typowy  dla  rudowłosych  ludzi,  krewki  temperament.  Ta  kąśliwa 

uwaga była niepotrzebna i niesprawiedliwa. Czy  on wyobraża sobie, że zgłosiła się tylko po 

to, żeby spędzić trochę czasu w roli jego żony? 

Uniosła  dłoń  i  zdjęła  okulary.  Odszukała  w  torebce  etui,  umieściła  w  nim  okulary,  i 

etui  z  powrotem  w  torebce,  a  wszystkie  te  czynności  wykonała  z  metodyczną  dokładnością, 

wreszcie podniosła wzrok. 

- Czy tak lepiej? 

Jordan  na  chwilę  stracił  zdolność  mówienia.  Dopiero  teraz,  bez  grubych  oprawek 

okularów,  objawiło  się  całe  piękno  jej  oczu.  Były  ogromne,  szeroko  rozstawione,  ocienione 

ciemnymi  frędzlami  rzęs,  które  dodawały  im  tajemniczej  głębi.  Wciąż  spoglądały  na  niego 

bez zmrużenia powiek. 

- Yyy - odchrząknął i skinął głową. - Tak. Po prostu zastanawiałem się... To znaczy... - 

niepewnie zawiesił głos. Skąd, u diabła, przyszło mu do głowy, że ta kobieta jest nieśmiała? 

Sądząc  po  spojrzeniu  i  lekkim  rumieńcu  powlekającym  policzki,  nie  trafił  na  listę  jej 

ulubieńców. 

- Czy masz jakieś pytania, J.D.? - zagadnął Mallory. 

- Pytania? Nie. Mam za to parę zastrzeżeń - obrócił się wraz z fotelem tak, by znaleźć 

się naprzeciw Lauren. - Nie mam do pani żadnych osobistych uprzedzeń i na pewno nie chcę 

background image

dyskryminować  pani  ze  względu  na  płeć.  Martwi  mnie  jednak  to,  że  mam  zabrać  ze  sobą 

kogoś  bez  odpowiedniego  przeszkolenia.  To  zbyt  niebezpieczne.  Nie  mam  ochoty  na 

dodatkowe utrudnienia - znowu zwrócił się do Mallory'ego. 

- Czy nie możesz jakoś uspokoić senatora i dać mi szansę, żebym spróbował sam? 

- Nie. 

Natychmiastowa odpowiedź i twardy ton, jakim została wypowiedziana, położyły kres 

wszelkiej dyskusji na ten temat. Po dłuższej chwili milczenia odezwał się Mallory: 

- Coś jeszcze? 

Jordan  szczycił  się  szybkim  refleksem  i  umiejętnością  wywijania  z  najbardziej 

kłopotliwych  sytuacji.  Teraz  jednak  nie  widział  innego  wyjścia  -  musiał  to  powiedzieć. 

Zakłopotany, wymamrotał wreszcie: 

- Nie mam pojęcia, jak się udaje męża. 

Lauren usiłowała zachować obojętny wyraz twarzy, choć nie mogła się  powstrzymać 

od lekkiego przygryzienia dolnej wargi, by ukryć uśmiech. 

- Obawiam się, że nie mamy czasu na błyskawiczny kurs pożycia małżeńskiego, J.D. - 

wyszczerzył zęby Mallory. 

- To nie jest zabawne. 

- Zgadzam się z tobą. Sprawa jest śmiertelnie poważna i to w każdym calu. Wiem, że 

sobie  poradzisz,  inaczej  nie  nalegałbym  na  powierzenie  jej  właśnie  tobie  -  Mallory  wstał, 

dając  tym  do  zrozumienia,  że  uważa  temat  za  zamknięty.  -  Rób  to,  co  zawsze  najlepiej  ci 

wychodzi, J.D. Improwizuj. 

Improwizuj, cholera - myślał wściekle Jordan w  kilka godzin później, pakując się do 

drogi.  Powinien  był  natychmiast  odmówić.  To  jest  zupełnie  idiotyczny  pomysł!  Co  ten 

Mallory  sobie  myśli?!  Może  chce  zabawić  się  w  swatkę  i  znaleźć  męża  dla  swojej  małej 

szyfrantki? Ale na pewno nie będzie nim Jordan Trent. Zawsze był i pozostanie samotnikiem. 

Ten tryb życia zupełnie mu odpowiadał. Mallory miał rację - Jordan lubił swoją pracę. Lubił 

nie  wiedzieć,  gdzie  się  znajdzie  za  tydzień.  Lubił  emocję  i  niebezpieczeństwo,  nigdy  nie 

chciał monotonii życia od dziewiątej do piątej, domu na przedmieściu, żony i dzieci. 

Więc dlaczego jest taki zdenerwowany? Zadanie będzie trudne, ale przecież zna kilku 

ludzi, którzy zapewne potrafią rzucić trochę światła na sprawę pani Monroe. 

Wbrew sobie musiał wreszcie przyznać, co  go  gnębi. Nie potrafił współżyć z innymi 

ludźmi.  Nigdy  i  z  nikim  nie  wiązał  się  na  dłużej,  ani  z  kobietą,  ani  z  mężczyzną.  Taki  tryb 

ż

ycia został mu narzucony od najwcześniejszych lat dzieciństwa. 

background image

Miał  osiem  lat,  kiedy  jego  matka  umarła  na  zapalenie  płuc.  Babka,  sama  słabego 

zdrowia, postanowiła skontaktować się z ojcem Jordana, Morganem Trentem, który mieszkał 

w Chicago, i to od niej po raz pierwszy w życiu dowiedział się, że ma syna. 

Trzeba  przyznać,  że  Morgan  Trent  natychmiast  przyleciał  do  małego  miasteczka  w 

Południowej Kalifornii, gdzie Jordan urodził się i mieszkał. Nie miał żadnych wątpliwości co 

do  swojego  ojcostwa.  Ośmioletni  Jordan  nie  był  w  stanie  pojąć,  dlaczego  pewnego  dnia  w 

jego życiu pojawił się obcy mężczyzna, spakował jego rzeczy i zabrał go daleko, w nieznane 

otoczenie. 

Morgan  wyjaśnił,  że  jest  jego  ojcem,  ale  dla  Jordana  nie  miało  to  większego 

znaczenia. Radził sobie bez niego przez całe osiem lat. Po co mu teraz ojciec? Dziś, patrząc z 

perspektywy swych trzydziestu pięciu lat, Jordan lepiej mógł docenić, co Morgan pragnął dla 

niego uczynić. 

Nie był dzieckiem, które łatwo poznać. Jako jedynak szybko nauczył się wyszukiwać 

sobie  zajęcie,  nie  oglądając  się  na  dorosłych  ludzi.  Matka  pracowała  do  późna,  widywał  ją 

bardzo rzadko. Babka miała opiekować się nim, ale nigdy nie interesowała się zbytnio, gdzie 

Jordan wychodzi i na jak długo. 

Dlatego  też  silnie  przeżył  nagłe  ograniczenie  wolności,  jakie  narzucili  Jordanowi 

ojciec  i  macocha.  Nie  lubił  ich  zasad,  ich  wielkiego  domu  i  ich  trybu  życia  poddanego  zbyt 

formalnym rygorom. 

Nigdy  nie  widział,  aby  tych  dwoje  okazywało  sobie  jakiekolwiek  uczucie  lub 

przyjaźń. Nie było w nich spontaniczności, jedynie sztywna, wymuszona konwersacja. 

Jordan chętnie poszedł do szkoły, aby tylko uciec z tego domu. Ale w szkole nadal żył 

jak  samotnik.  Ten  tryb  życia  po  skończeniu  studiów  uczynił  z  niego  doskonały  materiał  na 

agenta. 

Nie  związany  z  nikim,  mógł  znikać  na  całe  tygodnie  bez  słowa.  Zawsze  świadomie 

wybierał  sobie  niezbyt  dociekliwe  i  niezbyt  zaborcze  przyjaciółki.  Przyzwyczaił  się  do 

przebywania z takim typem kobiet, przy nich czuł się wolny i bezpieczny. 

Nie wiedział nic o kobietach podobnych do Lauren Mackenzie. 

Spojrzał  na  zegarek.  Powinien  podjechać  po  nią  za  niecałą  godzinę.  Polecą 

wahadłowcem do Nowego Jorku, spędzą noc w powietrzu, po czym we Frankfurcie przesiądą 

się na samolot do Wiednia. 

Złapał  się  na  tym,  że  dziwnie  się  czuje,  podróżując  samolotami  pasażerskich  linii 

lotniczych. Poprzednie wypady do Europy odbywał transportem wojskowym. 

background image

Sprawdził bilety, które dał mu Mallory.  Lecieli pierwszą klasą!  Interesujące... Jordan 

chętnie dowiedziałby się, co Mallory kombinuje. 

Lauren Mackenzie stała przed lustrem w łazience i próbowała pogodzić się ze swoim 

nowym  wyglądem.  Jej  ciemnorude  włosy  rozjaśniono  do  barwy  czerwonawego  złota. 

Wiedziała,  że  musi  jak  najszybciej  przyzwyczaić  się  do  tego  koloru.  Nie  stanie  się  przecież 

bardziej  wiarygodna  w  swej  roli,  jeżeli  za  każdym  spojrzeniem  w  lustro  będzie  robiła  zdzi-

wioną minę. 

Zmienił  się  zresztą  nie  tylko  kolor.  Lauren  nigdy  nie  poświęcała  fryzurze  zbyt  wiele 

czasu. Miała gęste, zdrowe włosy i zwykle spinała je z tyłu. Teraz były na to za krótkie, jak 

piórka okalały jej czoło i zwijały się wokół uszu. 

Jak bardzo zmienia kobietę dobry makijaż i nowe uczesanie, pomyślała z uśmiechem. 

Może warto pozwolić, by zajmowali się tobą profesjonaliści. 

Kobieta, która pokazała Lauren jak nakładać makijaż, zachwycała się jej zdrową cerą. 

Lauren  miała  ten  sam  rodzaj  skóry,  co  jej  matka  i  siostry,  nigdy  się  więc  nad  tym  nie 

zastanawiała.  Wiedziała  tylko,  że  nie  może  się  opalać.  Na  słońcu  czerwieniała,  dostawała 

pęcherzy i cały naskórek łuszczył się. Kiedy zatem inne kobiety w jej wieku chodziły na plaże 

lub basen i tam przebywały wśród ludzi, Lauren samotnie siedziała w cieniu i czytała. 

Ech, do licha, jeśli sądzić po przebiegu ich spotkania dziś po południu, pan Trent też 

nie grzeszy nadmiarem obycia towarzyskiego. 

Masz ci los! Jeszcze jeden problem. Nie może przecież nazywać swego  męża panem 

Trentem.  Mallory  nazywał  go  „J.D.",  ale  to  też  jej  nie  odpowiadało.  Przywodziło  na  myśl 

faceta  z  cygarem  w  zębach,  taki  typ  „grubej  ryby",  pana  i  władcę  wszystkiego,  czym 

zarządza. 

W  paszportach,  które  dostali,  przeczytała  jego  nazwisko:  Jordan  Daniel  Trent. 

Ciekawe,  czy  ktokolwiek  nazywał  go  Jordanem?  A  może  Daniel?  Dan? Jordie?  Zadrżała  na 

myśl, jaką jego reakcję mogłoby wywołać użycie któregokolwiek z tych zdrobnień. 

Spoglądając  na  zegarek,  szybko  poprawiła  makijaż  i  wróciła  do  sypialni,  gdzie  na 

łóżku  leżała  otwarta  walizka.  Nie  mogła  pogodzić  się  z  tak  dużą  ilością  ubrań,  jakie 

przewidziano dla niej na tę podróż. Kobieta, której zadaniem było przygotowanie wszystkiego 

dla  Lauren,  wyjaśniła  jej,  iż  oboje  powinni  wyglądać  tak,  jakby  byli  typowymi 

amerykańskimi turystami, których po prostu stać na podróż do Europy. 

Lauren  wzięła  do  ręki  niewielki  stosik  satyny  i  koronek.  Były  to  kolorowe  koszule 

nocne,  które  miała  nosić...  Ale  chyba  nie  w  jego  obecności?  Nikt  nie  mówił,  że  powinni 

background image

udawać  małżeństwo  także  wówczas,  gdy  znajdą  się  sami  w  hotelowych  pokojach.  A  jeśli 

będzie tylko jeden pokój? 

Zaczęła  spiesznie  przeszukiwać  szufladę.  Weźmie  jedną  ze  swoich  koszul,  tak  na 

wszelki wypadek. Wyciągnęła coś, co właściwie bardziej wyglądało na długą górę od piżamy 

niż  koszulę.  Dostała  ją  od  siostry  wiele  lat  temu  i  materiał  wypłowiał  już,  ale  wzór  wciąż 

jeszcze  był  widoczny  -  dobrze  znana  postać  z  kreskówek  siedziała  na  łóżku  mówiąc  do 

słuchawki  telefonu:  „Obawiam  się,  że  spóźnię  się  dziś  do  pracy.  Moja  miotła  nie  chce 

zapalić". Meg widocznie uważała, że jej siostra potrzebuje w życiu odrobinę humoru. Nigdy 

nie potrzebowałam go bardziej niż właśnie teraz, pomyślała Lauren, starając się nie wpaść w 

panikę. 

Nagle  zadzwonił  dzwonek  u  drzwi.  Lauren  aż  podskoczyła.  I  to  się  nazywa  mieć 

stalowe  nerwy  -  stwierdziła  z  autoironią.  Była  w  trakcie  najbardziej  awanturniczego 

przedsięwzięcia w życiu i nie miała zamiaru pozwolić, by ta wielka niewiadoma onieśmielała 

ją. Nigdy dotąd nie podróżowała za ocean i szczerze mówiąc, wszystkie  wakacje spędzała u 

rodziny. 

Ciekawe, co powiedzieliby jej rodzice, gdyby dowiedzieli się, że ma zamiar wyjechać 

z obcym mężczyzną i udawać jego żonę? Kogo ona chce oszukać, siebie? Wiedziała przecież, 

co by sobie pomyśleli. A któż by myślał co innego? 

Już słyszała kpiny Amy i Meg na temat jej bogatych doświadczeń z mężczyznami. 

Dzwonek  odezwał  się  znowu  i  Lauren  podbiegła  do  drzwi  wejściowych.  Sprawdziła, 

czy to na pewno pan Trent - och, nie Trent, ale  Jordan! - szybko zdjęła łańcuch i otworzyła 

drzwi. 

Jego ubranie bardzo różniło się od niedbałego odzienia, które miał na sobie w biurze. 

Srebrzystoszary  garnitur  podkreślał  jego  opaleniznę,  ciemne  włosy  i  oczy.  Jeżeli  przedtem 

Jordan Trent wyglądał imponująco, to teraz po prostu onieśmielał. 

Cofnęła się i zrobiła nieokreślony ruch dłonią. 

- Wejdź - poprosiła, zadowolona, że głos jej brzmi tak obojętnie. 

Jordan wszedł do środka, tak, że mogła już zamknąć drzwi, ale wciąż nie odrywał od 

niej wzroku. 

- Co oni z ciebie zrobili? - zapytał, a jego oczy zwęziły się leciutko. 

A  to  co  znowu?  Czy  musi  tak  od  razu  ustawiać  ich  wzajemne  stosunki,  natychmiast 

okazując  jej  całą  swoją  niechęć?  Co  on  sobie  wyobraża?  Czy  spodziewał  się,  że  Lauren 

zaatakuje go przy pierwszej sposobności i wolał ten atak uprzedzić? 

background image

-  Pan  Mallory  przecież  powiedział  ci,  że  będę  ucharakteryzowana  tak,  aby  być 

podobna do Frances Monroe. 

-  Czy  ona  tak  właśnie  się  ubiera?  -  zapytał  z  nutką  oczywistego  niedowierzania  w 

głosie. 

Lauren spojrzała na sukienkę, którą miała na sobie. Specjalnie  wybrała ją na podróż. 

Podobno  materiał  jest  niemnący,  nadaje  się  do  ręcznego  prania  i  szybko  schnie  -  idealne 

cechy stroju podróżnego. Uniosła podbródek. 

- Czy z moją sukienką jest coś nie w porządku? - zapytała groźnym tonem. 

Zbyt  późno,  niestety,  Jordan  zorientował  się,  że  Lauren  źle  zrozumiała  jego  słowa. 

Ciemnozielona sukienka doskonale uświadomiła mu, że stoi przed nim kobieta o figurze bez 

skazy. Jeżeli kształty, które uwydatniał obcisły strój, stanowiły zaledwie  zapowiedź tego, co 

było pod spodem, jej pojawienie się, na przykład w kostiumie kąpielowym, spowodowałoby 

niezłe zamieszanie na każdej plaży. 

- Och, nie! Jest zupełnie w porządku! Po prostu jestem zaskoczony. Sądziłem, że pani 

Monroe  jest  starszą  kobietą.  Ta  sukienka  nie  wygląda...  To  znaczy...  Ty  nie  wyglądasz...  - 

Cholerny świat! Czuł, że pogrąża się coraz głębiej każdym następnym słowem. 

- Pani Monroe jest chyba po trzydziestce. 

- A ty ile masz lat? 

-  Nie  sądzę,  aby  mój  wiek  był  tu  istotny.  Ale  jeśli  chcesz  wiedzieć,  to  mam 

dwadzieścia pięć lat. 

-  Och?  Kiedy  zobaczyłem  cię  wcześniej,  sądziłem,  że...  -  auu,  Trent,  nie  kończ  tego 

zdania, jeżeli masz jeszcze choć odrobinę instynktu samozachowawczego: 

- Sądziłeś, że...? - powtórzyła ze szczerym zainteresowaniem w oczach. 

- Eee... z tego, co powiedział mi Mallory, myślałem, że jesteś... hmm... dużo starsza. 

- Rozumiem - ruszyła do sypialni po walizkę. W przejściu zatrzymała się i obejrzała. - 

Czy to sprawia ci jakąś różnicę? 

- Skądże - zapewnił ją pospiesznie. - Nic a nic! Patrzył w ślad za nią, kiedy znikała w 

sypialni. Cóż, niezły początek! O mały włos nie obraził jej, zanim jeszcze zdążyli wyruszyć. 

A  przynajmniej,  jak  przypuszczał,  mogłaby  poczuć  się  urażona.  Co  może  myśleć  o  sobie 

kobieta  z  takim  wyglądem,  jak  Lauren  Mackenzie?  No  tak.  Ale  wobec  tego,  jaki  był  cel  tej 

maskarady  w  biurze?  Cóż,  jeśli  się  nad  tym  zastanowić,  to  tak  uwydatniana  uroda  mogłaby 

powodować  u  męskiej  części  jej  współpracowników  pewne  rozkojarzenie.  Oczywiście,  na 

niego nie miała żadnego wpływu. Lauren pojawiła się w drzwiach, niosąc walizkę. 

- Czy to wszystko, co bierzesz? 

background image

- Powiedzieli mi, żebym miała jak najmniej bagażu. 

-  Dziwne.  Pomyślałem  sobie,  że  kobiety  powinny  mieć  mnóstwo  bagażu.  Te 

przynajmniej, które znałem, miały zawsze ze sobą co najmniej pół tuzina toreb. 

Lauren podeszła bliżej i postawiła walizkę u jego stóp. 

-  Chyba  musimy  sobie  coś  niecoś  wyjaśnić  od  razu  na  początku  naszej  współpracy, 

panie Trent. Nie chcę być porównywana do innych kobiet z pańskiego życia. W zamian za to 

powstrzymam  się  od  czynienia  jakichkolwiek  porównań  między  panem  a  mężczyznami, 

których ja miałam okazję poznać. 

Lodowaty ton i wyniosła mina zdenerwowały go. 

W  końcu  chciał  tylko  pogadać,  ot,  żeby  przełamać  lody.  Tymczasem  ich  rozmowa  z 

minuty na minutę coraz bardziej okrywała się szronem i soplami. 

- Nie nazywaj mnie panem Trentem, Lauren. Wiem, że to wszystko stanowi dla ciebie 

nowość,  ale  wolałbym,  abyś  zamiast  dekonspirować  nas  przy  pierwszej  okazji,  dała  mi 

niewielką szansę doprowadzić tę sprawę do końca. 

- Oczywiście - skinęła głową. - Jak mam cię nazywać? 

Spojrzał  na  nią  zaskoczony.  Czyżby  nawet  nie  zapamiętała  jego  imienia?  Wzruszył 

ramionami. 

- Przyjaciele mówią do mnie Jordan. 

- Ach? Twoi przyjaciele? Ulżyło mi, że masz przyjaciół. Pan Mallory opisał mi ciebie 

jako klasycznego samotnego wilka, chadzającego własnymi drogami. 

- Bo tak jest. Ale w przeciwieństwie do tego, co mogłoby ci się wydawać, udało mi się 

jednak zdobyć w życiu paru przyjaciół. - Jego głos powoli stawał się coraz bardziej napięty i 

ostry. 

Lauren błysnęła zębami w imitacji uśmiechu. 

-  Co  kto  lubi,  nieprawdaż?  -  rzuciła  i  spoglądając  na  zegarek  dodała:  -  Czy  nie 

powinniśmy już iść? Spóźnimy się. 

Jordan  podniósł  jej  walizkę  i  skierował  się  do  wyjścia.  Poszła  za  nim,  starannie 

zamykając drzwi na klucz. 

Przynajmniej nie muszę się martwić o to, że narażam ją na niebezpieczeństwo, myślał 

Jordan  w  windzie.  Prawdopodobnie  zanim  będzie  jej  coś  groziło,  sam  zamorduję  ją, 

własnoręcznie. 

W  kilka  godzin  później  ich  samolot  opuścił  lotnisko  w  Nowym  Jorku  i  Lauren 

zorientowała się, że od chwili wyjścia z jej mieszkania zamienili zaledwie kilka słów. 

To się nigdy nie uda - pomyślała smutnie. 

background image

Kątem oka spojrzała na Jordana. Zdjął marynarkę, rozluźnił krawat i wydawał się być 

zagłębiony w lekturze gazety, którą podała mu stewardessa. Przeniosła wzrok na trzymany w 

dłoniach  magazyn.  Czy  nie  powinni  rozmawiać,  snuć  plany,  poznawać  się  wzajemnie, 

cokolwiek? 

Odchrząknęła i powiedziała cicho: 

-  Czy  nie  powinniśmy  dowiedzieć  się  nieco  więcej  o  sobie,  o  swojej  przeszłości,  tak 

na  wszelki  wypadek,  przecież  może  zaistnieć  taka  sytuacja,  w  której  będzie!  to  nam 

potrzebne? 

Jordan z wolna obrócił na nią wzrok. Miała rację - sam powinien był o tym pomyśleć. 

Nie  rozumiał  własnych  reakcji  emocjonalnych,  jakie  w  nim  budziła.  Wyglądało  na  to,  że 

pozwolił, by uczucia zdominowały rozsądek, a to mogło być groźne dla nich obojga. 

Skinął głową. 

- Może zaczniesz? - zaproponował. 

Lauren poczuła się cokolwiek urażona jego niechęcią do zwierzeń. 

-  Urodziłam  się  i  spędziłam  dwadzieścia  jeden  lat  w  Pensylwanii  -  zaczęła.  -  Moi 

rodzice do dziś mieszkają w Reading. Mam dwie siostry... Jedną starszą, a drugą młodszą... - 

urwała,  usiłując  przypomnieć  sobie  to  wszystko,  co  było  naprawdę  ważne  w  jej  życiu.  - 

Jestem  bardzo  zżyta  z  całą  rodziną.  Staramy  się  być  razem  tak  często,  jak  tylko  to  jest 

możliwe. Starsza siostra jest już mężatką, młodsza jeszcze studiuje. 

- Jak mają na imię? - zapytał Jordan, sam zdziwiony, że chce wiedzieć więcej, że stara 

się wyobrazić sobie jej dorastanie. 

Lauren lekko uniosła brwi. 

- Meg... Margaret jest starsza. Reaguje wyłącznie na imię Meg. Amy jest najmłodsza. 

- Czy są do ciebie podobne? 

- Z wyglądu, czy z zachowania? - Lekko wzruszyła ramionami, gdy nie odpowiedział. 

-  Myślę,  że  chyba  tak.  I  pod  jednym,  i  pod  drugim  względem.  Wszystkie  odziedziczyłyśmy 

szkocki temperament i rudawe włosy taty. 

-  Czy  one  też  są  geniuszami  matematycznymi?  Lauren  przyłapała  się  na 

obserwowaniu  wyrazu  jego  twarzy,  podejrzewając,  że  ujrzy  sarkastyczną  minę.  Z 

zaskoczeniem  stwierdziła  wyraz  szczerego  zainteresowania.  Kątem  oka  pochwyciła  ruch 

ponad głową i zobaczyła przechodzącą stewardessę, która uśmiechnęła się do niej. Być może 

dostrzegła ich wcześniejsze milczenie i doszła do wniosku, że właśnie zawierają pokój. 

Może nawet tak było. 

background image

-  Wszystkie  mamy  talent  do  cyfr.  Meg  używa  go  w  muzyce.  Zupełnie  nieźle  gra  na 

kilku  instrumentach  -  zamyśliła  się  na  chwilę.  -  Nie  wiem,  co  z  Amy.  Jest  rozmarzona, 

wiecznie z głową w obłokach. 

-  Podczas  gdy  ty  jesteś  logiczna  i  praktyczna  -  odezwał  się  z  lekkim  uśmieszkiem, 

który  nagle  wydał  jej  się  całkiem  czarujący.  Powodował  na  jego  twarzy  cień  wrażliwości, 

której raczej nie podejrzewała pod tą jego kamienną fasadą. 

-  Staram  się,  ale  czasami  mnie  ponosi  -  impulsywnie  dotknęła  jego  ramienia.  - 

Przepraszam za moje wcześniejsze uwagi. Nie zawsze zachowuję się tak wobec ludzi, których 

właśnie poznałam. W jakiś sposób udało ci się zaleźć mi za skórę. 

Wyszczerzył zęby. 

-  Skoro  już  mowa  o  przeprosinach,  to  sam  nie  jestem  bez  winy.  Nie  powinienem 

przecież wyładowywać na tobie mojej wściekłości z powodu tej roboty, przez którą straciłem 

cały tydzień urlopu. 

Przez chwilę siedzieli w milczeniu, obserwując się wzajemnie. 

- Szczerze mówiąc - wyznała po chwili Lauren - wydawało mi się, jakbym została ci 

narzucona. 

-  I  miałaś  rację,  właśnie  tak  było.  Ale  powinienem  już  przyzwyczaić  się  do  tego,  że 

mną  rządzą.  Nasz  system  pracy  na  pewno  nie  ma  nic  wspólnego  z  demokracją  -  jeden 

człowiek, jeden głos. Cokolwiek Mallory powie, tak musi być. 

- Co nie powstrzymało cię od próby zmiany jego decyzji. 

- Dlatego, że od czasu do czasu udawało mi się przekonać go, że mój plan jest lepszy. 

Lauren  przesunęła  magazyn  leżący  na  jej  kolanach  i  Jordan  zauważył  nagły  błysk 

ś

wiatła.  Ujął  w  dłoń  jej  lewą  rękę.  Na  serdecznym  palcu,  obok  złotej  obrączki,  błyszczał 

pierścionek z brylantem. 

- Skąd je masz? - zapytał cicho. Lauren uśmiechnęła się szeroko. 

- Jak to, kochanie, nie pamiętasz, że dałeś mi je w najradośniejszej chwili mego życia? 

- zatrzepotała rzęsami i posłała mu tak oszałamiający uśmiech, że zaczął się śmiać. 

Zmiana, jaka w nim zaszła, tak zaskoczyła Lauren, że mogła tylko gapić się na niego 

ze  zdumieniem  w  oczach.  Znikł  poznany  niedawno  mężczyzna  o  twardym  wyrazie  twarzy. 

Ładnie  wykrojone  usta  Jordana  ukazywały  białe  zęby,  ostro  kontrastujące  z  opaloną  twarzą. 

Oczy  mu  błyszczały  i  po  raz  pierwszy  w  życiu  Lauren  dostrzegła,  jak  bardzo  pociągające 

mogą być ciemne tęczówki. Ten błysk w jego oczach zafascynował ją. 

- A teraz ty - powiedziała z uśmiechem. - Co powiesz o sobie? Siostry? Bracia? Gdzie 

się wychowałeś? 

background image

- Urodziłem się w Kalifornii - zaczął Jordan, jakby czytając wcześniej przygotowany 

scenariusz  -  przeprowadziłem  do  Chicago  w  wieku  ośmiu  lat,  większość  młodzieńczych  lat 

spędziłem w szkołach z internatem w Nowej Anglii. 

- Och... - zawahała się na chwilę, po czym zapytała: 

- A rodzice? Czy żyją? 

- Ojciec tak. Mama umarła, kiedy byłem dzieckiem. 

- Och - powtórzyła, nie wiedząc, co powiedzieć. Jego głos nie zdradzał emocji. - Więc 

jesteś jedynakiem? 

Potwierdził skinieniem głowy. 

Lauren poczuła, że ogarnia ją chłód i zadrżała lekko. 

- Zimno ci? - zapytał i sięgając ponad głowę zamknął wentylator. 

- Dziękuję - powiedziała miękko. 

- Może chcesz koc i poduszkę? Mamy przed sobą długą noc. Sam też przespałbym się 

trochę. Czuję się tak, jakbym ostatnie dwie doby spędził w powietrzu. 

- Jordan dał znak stewardessie, która natychmiast podeszła i na jego prośbę przyniosła 

koce i poduszki. 

- Jordan? - zagadnęła Lauren, kiedy się już usadowili. 

- Hmm? 

- Jak długo jesteśmy po ślubie? - zapytała miękko. Odwrócił głowę, patrząc z bliska w 

jej oczy. 

- Nie wiem. A jak długo chciałabyś? 

- Może trzy lata? To dałoby czas, żeby się do siebie przyzwyczaić, co o tym myślisz? 

-  Nie  mam  pojęcia.  Trzy  lata  brzmią  chyba  tak  samo  dobrze,  jak  każdy  inny  okres 

czasu. 

- Czy mamy dzieci? 

- Nie - odparł gwałtownie. 

- Nie chcesz mieć dzieci? 

-  Lauren,  po  co  zadajesz  te  wszystkie  śmieszne  pytania?  Mój  stosunek  do  dzieci  nie 

ma przecież związku z naszą robotą. 

- Niekoniecznie. W jakiejś chwili może mieć i dlatego sądzę, że powinniśmy jednak o 

tym mówić. 

Westchnął. 

-  Teraz  już  wiem,  dlaczego  jesteś  dobrą  szyfrantką.  Zawsze  musisz  znać  wszystkie 

odpowiedzi, co? 

background image

-  Nie  zawsze  wszystkie,  o  nie!  Ale  lubię  wyzwanie,  jakie  stawia  przede  mną  każda 

łamigłówka. 

-  Doskonale,  a  teraz  już  śpij.  Kiedy  skończymy  nasze  zadanie,  wyfrunę  z  twojego 

ż

ycia  równie  szybko,  jak  pojawiłem  się  w  nim.  Nie  jestem  łamigłówką,  którą  musisz 

rozwiązywać. 

Trzepiąc  poduszkę  i  moszcząc  się  w  fotelu,  Lauren  myślała  o  tym,  co  przed  chwilą 

Jordan  powiedział.  Bez  wątpienia  ma  rację,  nie  będą  razem  na  tyle  długo,  aby  musiała  go 

analizować i zrozumieć. Mimo to czuła, że powinna wybadać, jakie wydarzenia w jego życiu 

sprawiły, że stał się taki, jakim dał się dzisiaj poznać. Im dłużej z nim rozmawiała, tym lepiej 

zauważała, jak często chowa się do swoich ochronnych skorup. 

Przymknęła  oczy  z  westchnieniem.  Z  jakiegoś  powodu,  którego  sama  nie  potrafiła 

określić, zapragnęła nagle wywołać z pamięci obraz uśmiechniętego mężczyzny, który mignął 

jej przed oczami. 

Wiedziała,  że  jej  nienasycona  ciekawość  raz  jeszcze  wzięła  górę  i  że  nie  spocznie, 

dopóki nie rozwiąże skomplikowanej łamigłówki, którą tym razem był Jordan Trent. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Do  Frankfurtu,  gdzie  mieli  złapać  połączenie  do  Wiednia,  przylecieli  w  porze 

ś

niadania. 

Lauren  czuła  się  tak,  jakby  w  ogóle  nie  zmrużyła  oka.  A  jednak  musiała  się 

zdrzemnąć, gdyż inaczej nie obudziłaby się rano z głową na piersi Jordana i ciasno opleciona 

jego ramionami. 

Kiedy i jak to się stało? 

Zaledwie poruszyła się, otworzył oczy, całkowicie przytomny. Lauren nigdy dotąd nie 

widziała  u  nikogo  tak  doskonałego  refleksu.  Wymamrotała  przeprosiny  i  poszła  do  łazienki. 

Widok  własnej  twarzy  w  lustrze  przeraził  ją,  zaczęła  czym  prędzej  zacierać  ślady 

niewyspania. Przyczesała włosy, poprawiła makijaż i zmusiła się do powrotu na miejsce obok 

czekającego na nią mężczyzny. 

Jordan wstał z fotela, przeprosił ją bez dodatkowych komentarzy i ruszył w kierunku 

łazienki. Lauren odetchnęła z ulgą. Potrzebowała paru chwil samotności. Spojrzała na zegarek 

i uświadomiła sobie, że  lądują już za parę minut i że cała zabawa dopiero się zacznie. Będą 

musieli przejść przez odprawę celną. 

Zanim usiedli w restauracji na lotnisku, Lauren zdołała nieco się uspokoić. Lądowanie 

i odprawa nie okazały się aż takie trudne, jak się spodziewała. 

- Jak się czujesz? - zapytał Jordan, pijąc już drugą filiżankę kawy. 

- Dużo lepiej! Nie wiem, czym się tak denerwowałam. Odprawa nie była taka straszna. 

- Nie, tym razem nie. Co kraj to obyczaj. Jeżeli pojedziemy dalej, możesz spotkać się 

z całkiem innym zachowaniem. 

- Myślisz, że naprawdę pojedziemy? 

- Mam nadzieję, że nie, ale pewien będę dopiero, kiedy spotkam się z kilku osobami - 

urwał,  rozejrzał  się  dokoła  i  dodał  ciszej:  -  Omal  nie  zapomniałem.  Od  tej  chwili,  nawet 

wtedy, kiedy wydaje nam się, że jesteśmy sami, nie rozmawiajmy na temat tego, co robimy, 

zgoda? 

Skinęła głową. 

- Po prostu pamiętaj, że jesteśmy małżeństwem na wakacjach. Postaraj się wejść w tę 

rolę. 

-  Nie  martwią  mnie  wakacje,  tylko  to  małżeństwo...  Troszkę  jestem  tym 

skonsternowana... 

background image

- Och, naprawdę? - Usta drgnęły mu lekko. - Do tej pory ukrywałaś to wcale dobrze. 

- Tak, cóż, teraz, kiedy zbliża się czas, że będziemy musieli dzielić pokój... 

- Wiem. Nic na to nie poradzę. Musimy pozostawać tak blisko siebie, jak to tylko jest 

możliwe. Będę musiał wychodzić na krótko, ale  poza tym przez najbliższe parę dni musimy 

być jak papużki nierozłączki. 

Lauren zauważyła, że jego wzrok niedbale wędruje po jej dekolcie i poczuła rumieniec 

zalewający policzki. Nich to szlag trafi, tak  czy  owak! Czy on nie  rozumie, że jej sytuacja i 

bez tego jest dość niezręczna? 

-  Mam  nadzieję,  że  przynajmniej  łóżka  będą  oddzielne  -  mruknęła,  siląc  się  na 

obojętność. 

- Dlaczego? Rozkopujesz się? Spojrzała na niego bez słowa. 

- Nie mów mi, że nigdy  w życiu nie spałaś z mężczyzną. - Oczy Jordana zwęziły się 

lekko. 

Lauren poczuła, jak jej twarz okrywa się rumieńcem zakłopotania. 

Jordan podniósł rękę do czoła i jęknął: 

- Nie, Mallory! Powiedz, że mi tego nie zrobiłeś! 

-  opuścił  dłoń  i  spojrzał  na  nią  z  ukosa.  -  Co  cię  napadło,  żeby  udawać  czyjąś  żonę, 

skoro najwyraźniej nie masz żadnej praktyki? 

Lauren wyprostowała się i wytrzymała jego wzrok. 

- Gdybym wiedziała, że  potrzebna jest praktyka łóżkowa, wierz mi, nie zgodziłabym 

się nigdy. Powiedziano mi jedynie, że jestem potrzebna ze względu na podobieństwo do pani 

Monroe. Nigdy nie było mowy o tym, jak mamy się oboje prowadzić! 

- Rozumiem - odparł, rozbawiony jej oburzeniem. 

- Jeśli potrzebujesz kobiety, jestem pewna, że znajdziesz ją gdzie indziej - zauważyła z 

surową godnością. 

- Tak, to prawda. Oczywiście, przez najbliższe parę dni będę tak zajęty, że chyba nie 

wykroję ani trochę  czasu na polowanie - ledwie  dostrzegalnie  wzruszył ramionami w  geście 

udanej nonszalancji. 

-  Ale  będę  się  cholernie  starał  powstrzymać  moje  zwierzęce  żądze  -  nie  mógł  już 

dłużej ukryć swojego rozbawienia. - Przyznaję, że to będzie trudne, gdyż twoja dziewiczość i 

czystość białej lilii będzie mnie wodzić na pokuszenie. - Mówiąc te słowa Jordan zorientował 

się nagle, że nie są one do końca tylko błazenadą. 

Nie miał najmniejszego zamiaru kochać się z nią. Cholera, nawet nie był pewny, czy 

ją lubi! I pomimo szeroko rozpowszechnionego mniemania o ludziach jego profesji, nigdy nie 

background image

czul  pociągu  do  przypadkowych  przygód  seksualnych.  A  już  na  pewno  nie  miał  zamiaru 

zaczynać z dwudziestopięcioletnią dziewicą. 

- Mam nadzieję, że przynajmniej pana bawi dokuczanie mi, panie... - nagle wyciągnął 

dłoń i Lauren poprawiła się: - Jordan. Twoje grubiańskie uwagi wcale mnie nie dotknęły. 

Głęboki  pąs  zadawał  kłam  jej  dumnym  słowom,  ale  Jordan  doszedł  do  wniosku,  że 

lepiej to przemilczeć. Nie miał pojęcia, dlaczego tak lubi jej dokuczać. Chyba dlatego, że tak 

łatwo dawała się prowokować. 

Nagle  zawstydził  się.  Miał  przed  sobą  kobietę  wyrwaną  znienacka  ze  znajomych, 

rodzimych  realiów,  a  mimo  to  radzącą  sobie  całkiem  nieźle.  Ileż  odwagi  wymagać  musiała 

zgoda  na  podróż  z  zupełnie  obcym  człowiekiem,  który  w  dodatku  nie  czynił  żadnych 

wysiłków, aby ułatwić jej sytuację. 

Ale  niech  go  szlag  trafi,  jeśli  będzie  przepraszał.  Nie  on  ją  zaangażował.  Jeśli  nie 

potrafiła powiedzieć „nie", to jej sprawa. 

Nagle oczami wyobraźni ujrzał ich dwoje w łóżku. Podejrzewał, że Lauren na pewno 

będzie umiała powiedzieć „nie", jeżeli spróbuje czegokolwiek w tej sytuacji! 

Zauważył, że skończyła jeść. 

- Gotowa? - zapytał. 

- Tak - odparła zdławionym głosem. Wstał z westchnieniem i wyciągnął dłoń. 

.-  Matka  nie  miała  czasu  uczyć  mnie  dobrych  manier,  Lauren,  ale  przepraszam,  jeśli 

obraziłem cię tymi żartami. 

Podniosła  na  niego  oczy,  wstała  powoli  i  podała  mu  dłoń.  Zmarszczyła  nos  w 

uśmiechu. 

-  Już  powinnam  przyzwyczaić  się  do  tego,  że  ze  mnie  żartują.  Cała  moja  rodzina  to 

urodzeni  żartownisie  -  delikatnie  cofnęła  rękę  i  dodała:  -  Po  prosu  nie  znam  cię  na  tyle 

dobrze, żeby wiedzieć, jak przyjmować twoje słowa. Ale nauczę się. 

Milczeli, kiedy regulował rachunek. Dopiero w drodze do wyjścia Jordan powiedział: 

-  Nie  musisz  obawiać  się,  że  zacznę  cię  napastować.  Nie  wykorzystam  sytuacji, 

Lauren. 

Przez chwilę nie podnosiła głowy, potem spojrzała mu wprost w oczy. 

- Dziękuję, Jordan - odezwała się oschle. - Doceniam twoje zapewnienie. Chcę, abyś 

wiedział - ciągnęła śmiertelnie poważnym tonem - że ja również powstrzymam swe żądze, i 

ty także nie musisz się niczego obawiać. 

Zaskoczony  jej  słowami  Jordan  odrzucił  głowę  w  tył  i  wybuchnął  radosnym 

ś

miechem.  Głęboki,  donośny  dźwięk  jego  śmiechu  sprawił,  że  kilka  osób  obejrzało  się  za 

background image

nimi. Objął ją ramieniem i przytulił do siebie na moment. Wciąż ze śmiechem wyciągnął rękę 

do uścisku: 

-  Co  za  ulga,  Lauren.  Pozwól,  że  ci  to  powiem.  Cieszę  się,  że  jestem  z  tobą 

bezpieczny. Dawaj grabę! 

I  raz  jeszcze  Lauren  ujrzała  w  nim  tego  mężczyznę,  którego  obraz  pochwyciła 

przedtem na mgnienie oka. Jego urok był nieodparty. Zastanawiała się, co powinna robić, aby 

ten obraz pojawiał się częściej. 

Zanim  dotarli  do  hotelu,  w  którym  mieli  zamieszkać  podczas  pobytu  w  Wiedniu, 

Lauren  przestało  obchodzić,  z  kim  będzie  dzielić  łóżko.  Pragnęła  jedynie  znaleźć  miejsce, 

gdzie  mogłaby  się  położyć  na  parę  godzin.  Ostatni  całonocny  sen  pozostał  w  jej  pamięci 

jedynie mglistym wspomnieniem. 

Odkąd zaproponowano jej udział w tej podróży, nie spała wiele. Nieraz miała wielką 

ochotę  wycofać  się.  Jedynie  mocne  poczucie  fair  play  i  świadomość,  że  może  pomóc  w 

trudnej sytuacji powstrzymały ją od tego kroku. 

A  teraz  była  zbyt  zmęczona,  by  myśleć  o  czymkolwiek.  Pozwoliła,  by  Jordan 

prowadził  ją  tam,  gdzie  chciał,  byle  szybko  i  we  właściwą  stronę.  Zanim  dotarli  do 

hotelowego pokoju, zaledwie uświadomiła sobie, gdzie jest. 

- Zobacz, masz szczęście. Nie będziemy walczyć o kołdrę, przynajmniej dziś w nocy. 

Lauren spojrzała w stronę ustawionych obok siebie łóżek. Pasek torebki zsunął się jej 

z ramienia. Torba upadła na podłogę, a Lauren nawet nie pomyślała o tym, żeby ją podnieść. 

Jordan podszedł bliżej i przyjrzał się uważnie jej twarzy. 

- Jesteś wykończona, prawda? 

Lauren uniosła ciężkie powieki i z niechęcią stwierdziła, że Jordan wygląda świeżo i 

rześko. 

-  Może  położysz  się  na  chwilę?  Ja  i  tak  muszę  wyjść.  Lauren  bez  słowa  usiadła  na 

łóżku. 

-  Nie  masz  ochoty  najpierw  przebrać  się  w  coś  wygodniejszego?  -  zapytał,  kiedy 

zaczęła opadać na poduszkę. 

Z westchnieniem zamknęła oczy i jęknęła cicho. 

Uśmiechnął się i usiadł obok niej. Zaczął delikatnie zdejmować jej buty. 

Lauren nagle otworzyła oczy. Trzepnęła palcami dłoń Jordana, sięgającą do jej paska. 

- A cóż ty robisz? 

-  Pomagam  mojej  żonie  -  zaakcentował  to  słowo  -  ułożyć  się  wygodnie.  Doprawdy, 

kochanie, kiedy jesteś zmęczona, robi się z ciebie prawdziwa jędza. 

background image

Lauren  był  zbyt  wyczerpana,  by  dyskutować.  Poza  tym  miał  rację...  we  wszystkim. 

Zmusiła się do przyjęcia pozycji siedzącej i zaczęła rozpinać sukienkę. Nagłe zatrzymała się. 

- Czy to znaczy, że mam ci w ten sposób dostarczać rozrywki przez cały czas naszego 

tu pobytu? - spytała. 

Wyszczerzył zęby i wstał. 

- Obawiam się, że nie tym razem. Muszę już iść. Spóźnię się na spotkanie. 

-  Jakie...?  -  zaczęła  Lauren,  ale  on  nagle  pochylił  się  i  mocno  pocałował  ją  w  usta. 

Była  zbyt  zaskoczona,  by  protestować.  Zanim  oderwał  się  od  niej,  mogła  już  tylko 

wytrzeszczać zdumione oczy. 

- Musisz się z tym pogodzić,  Lauren - wyszeptał, muskając ustami jej ucho. - Zaufaj 

mi, wiem co mówię. Nie możemy pozwolić sobie na żadne ryzyko. Rozumiesz? 

Skinęła głową. Jordan wyprostował się. 

-  Do  zobaczenia,  kochanie  -  rzucił,  wziął  klucz  od  pokoju  i  zamknął  za  sobą  drzwi. 

Kiedy otworzył je w kilka sekund potem, wciąż jeszcze gapiła się na nie. - Nie wychodź beze 

mnie. Postaram się wrócić jak najszybciej, zgoda? 

Lauren sztywno skinęła głową, jak kukiełka. 

-  Grzeczna  dziewczynka  -  powiedział  z  uśmiechem  i  znowu  zamknął  za  sobą  drzwi. 

Tym razem już się nie wrócił. 

Pocałunek spowodował widocznie przypływ adrenaliny do krwi, bo Lauren dźwignęła 

się  z  łóżka  i  postanowiła  wziąć  prysznic.  Po  powrocie  do  sypialni  poczuła  przyjemne 

odprężenie.  Otuliła  się  aksamitnym  szlafrokiem  i  wsunęła  pod  kołdrę.  Zasnęła  z  myślą,  że 

gotowa jest na wszystko, co szykował jej los, ale przedtem musi koniecznie odpocząć. 

W  jakiś  czas  później  obudził  ją  chrobot  klucza  obracanego  w  zamku.  Lauren  sennie 

otwarła  oczy.  Przez  chwilę  nie  potrafiła  określić,  gdzie  się  znajduje.  W  pogłębiającym  się 

wieczornym  mroku  pokój  wydał  jej  się  zupełnie  obcy.  Wtedy  otwarły  się  drzwi  i  wszedł 

Jordan. 

Usiadła na łóżku i zapaliła lampę. 

- Halo - powiedział Jordan. - Wygląda na to, że trochę odpoczęłaś. 

Cieszył  się,  że  jego  głos  brzmi  tak  obojętnie.  Wyglądała  bardzo  ładnie,  siedząc  tak 

skąpana  w  miękkim  blasku  lampy,  z  rozczochranymi  włosami  i  zaskoczeniem  w  oczach.  W 

chwili,  gdy  ją  taką  zobaczył,  zaparło  mu  dech  w  piersi.  Jej  lekko  lśniąca  skóra  na  szyi 

zdawała się wzywać go, zapraszać, żeby ją pieścił. On jednak wiedział, że to niemożliwe. 

- Chyba odpoczęłam - wyszeptała, nieco oszołomiona. - Która godzina? 

- Taka, że pora coś zjeść. Jak ci się podoba moja propozycja? 

background image

- Bardzo. 

Jordan otworzył walizkę i zaczął w niej czegoś szukać. 

-  Szybko  wezmę  prysznic  i  zobaczymy,  gdzie  uda  nam  się  znaleźć  jakiś  przytulny 

lokal. 

Patrzyła  za  nim,  kiedy  znikał  w  łazience.  Zaledwie  zamknął  drzwi,  wyskoczyła  z 

łóżka  i  podbiegła  do  szafy,  w  której  powiesiła  swoje  ubrania.  Ubierała  się  szybko,  jak  do 

pożaru.  Uczesanie  i  makijaż  zajęły  jej  trochę  więcej  czasu,  ale  i  tak  była  gotowa,  zanim 

wyszedł z łazienki. 

Wybrał swobodny strój,  pasujący do wakacyjnego charakteru ich podróży. Wciągana 

przez  głowę  koszula  dokładnie  opinała  jego  ramiona  szeroką  pierś.  Lauren  do  tej  pory  nie 

zdawała sobie sprawy z jego silnej budowy. 

Utrzymywanie  ciała  w  doskonałej  kondycji  fizycznej  stanowiło  zapewne  część  jego 

pracy. Lauren marzyła jedynie o tym, by nie uświadamiać sobie tak wyraźnie jego męskości. 

Przeraziła się, że ma to wypisane na twarzy i zaczęła gorączkowo grzebać w torebce. 

- Zgubiłaś coś? - zapytał, przyglądając się jej uważnie. 

-  Och...  e...  nie.  Chciałam  tylko  sprawdzić,  czy  wszystko  mam  -  tłumaczyła,  lekko 

zmieszana. 

- Gotowa? 

- Tak. 

W  milczeniu  wyszli  na  ulicę.  Jordan  podprowadził  ją  do  samochodu  zaparkowanego 

na rogu. 

-  Skąd  go  wziąłeś?  -  zapytała  z  zaskoczeniem,  kiedy  otworzył  drzwiczki  i  gestem 

zaprosił ją do środka. 

-  Muszę  mieć  nieco  swobody  ruchów,  więc  wynająłem  samochód.  A  poza  tym 

potrzebujemy takiego miejsca, gdzie moglibyśmy swobodnie rozmawiać. 

Jadąc powoli ulicami miasta Jordan wyjaśniał: 

- Możesz to uznać za głupie, ale chcę, żebyśmy wszędzie zachowywali się tak, jakby 

nasze ruchy były obserwowane, a rozmowy były na podsłuchu. Także w hotelowym pokoju. 

- To dlatego...? 

-  ...  pocałowałem  cię  dziś  po  południu?  -  dokończył  za  nią.  -  Tak.  Musimy  zdawać 

sobie sprawę z tego, gdzie jesteśmy i co próbujemy zrobić. 

- Czy udało ci się dowiedzieć czegoś na temat pani Monroe? 

-  Tak,  i  jest  to  kolejny  powód,  dla  którego  wynająłem  samochód.  Rano  jedziemy  do 

Brna. 

background image

- Gdzie to jest? 

- W Czechosłowacji. 

- Czy ona tam jest? 

- Istnieje duże prawdopodobieństwo. Wystarczająco duże, żeby sprawdzić. 

- A więc twoi przyjaciele pomogli ci? 

- To nie byli przyjaciele, głuptasku. Są ludzie gotowi za odpowiednią kwotę sprzedać 

własną matkę. 

- Och... 

-  Przykro  mi,  że  rozwiałem  twoje  złudzenia  co  do  szlachetnej  natury  ludzkiej  - 

powiedział po kilku minutach milczenia. 

-  Nie  o  to  chodzi.  Uważałam  tylko,  że  mój  styl  życia  i  mojej  rodziny,  to  jest  coś 

zupełnie  naturalnego,  że  tak  żyją  wszyscy.  W  ciągu  naszego  dotychczasowego  życia  nie 

zdarzyło  się  nam  nic  niezwykłego,  nic  złego...  Szliśmy  po  prostu  przed  siebie,  akceptując 

nasze domy, pracę i przyjaciół. Nigdy tak naprawdę nie zastanawiałam się nad tym, jak żyją 

inni. 

-  Na  całym  świecie  spotkasz  podobne  do  siebie  typy  ludzi.  Ale  w  moim  zawodzie 

zdarza  mi  się  współpracować  z  innym  rodzajem  istot  ludzkich  niż  te,  z  którymi  miałaś  do 

czynienia... - urwał i potem mruknął coś pod nosem. Lauren spojrzała na niego. Miał gniewny 

wyraz twarzy. 

- Co mówiłeś? 

-  Mówiłem,  że  mam  nadzieję,  iż  nie  będziesz  musiała  stykać  się  z  nimi.  W  tych 

warunkach jednak nie mam pojęcia, jak ustrzec cię od takiej możliwości. 

Uśmiechnęła się. 

- Jestem dorosłą kobietą, wiesz o tym. Nie potrzebuję ochrony. 

- Trzymaj się tej myśli, Lauren. Pewnie będzie ci potrzebna. 

Wybrana  przez  nich  restauracja  była  pusta  i  cicha.  Przyszli  za  wcześnie,  nie  była  to 

jeszcze  pora  na  kolację.  Lauren  odpowiadało  to,  gdyż  mogła  przywyknąć  do  nowego 

otoczenia,  nie  będąc  obserwowaną  przez  innych  i  nie  odnosząc  przykrego  wrażenia,  iż 

wszyscy wokoło wiedzą, że jest cudzoziemką. 

- Miałeś kontakt z panem Mallory? - zapytała przy deserze. 

- Pośrednio. 

- Czy dowiedział się czegoś więcej na temat damy, o którą nam chodzi? 

- Nie. 

- Och. Więc nie ma pojęcia, kto może być za to odpowiedzialny - rzekła cicho. 

background image

-  Nie  chcę  jeszcze  w  tej  chwili  wymieniać  nazwisk,  ale  mam  pewne  uzasadnione 

podejrzenia. Powiedzmy, że im wcześniej ją znajdziemy, tym lepiej dla niej. 

Lauren  zadrżała,  słysząc  ponury  ton  jego  głosu  i  widząc  wyraz  jego  twarzy.  Miała 

przed sobą człowieka, którego nie chciałaby nazwać swoim wrogiem. 

A kochankiem? - podszepnął jakiś cichy głosik, który zdawał się rozbrzmiewać w jej 

głowie.  Ta  myśl  zaszokowała  ją.  Lauren  nigdy  dotąd  nie  patrzyła  na  mężczyzn  pod  tym 

kątem. Tych kilku, których znała, to byli zwyczajni znajomi, z reguły związani uczuciowo z 

kimś innym. 

Nagle  zupełnie  jasno  uświadomiła  sobie,  że  nie  ma  zbyt  wielkiego  pojęcia  o 

mężczyznach.  Dobrze  znała  tylko  swojego  ojca,  ale  przecież  ojcowie  się  nie  liczą. 

Uśmiechnęła się do tej myśli. 

-  Bardzo  chciałbym  wiedzieć,  co  dzieje  się  w  tej  twojej  ślicznej  główce  -  miękko 

powiedział Jordan, obserwując zmiany zachodzące na twarzy Lauren oświetlonej płomieniem 

ś

wiecy. 

Uśmiechnął się, kiedy zobaczył, że na jej policzkach pojawia się rumieniec. 

- Założę się, że twoje myśli warte są więcej niż grosik. 

-  Wątpię  -  odparła,  starając  się  ukryć  zmieszanie.  -  Właściwie  myślałam  o  moich 

rodzicach - oznajmiła, z lekka tylko mijając się z prawdą. - Kiedy już wrócę do domu, trudno 

będzie nie powiedzieć im o mojej podróży do Europy. 

- To nie będzie łatwe do wyjaśnienia, prawda? 

- Tak. Pan Mallory kazał mi mówić wszystkim, także rodzinie, że jadę na dodatkowy 

specjalistyczny kurs do Kalifornii. 

-  To  brzmi  sensownie.  Trzeba  uważać  na  takich,  którzy  zawsze  wszystko  muszą 

wiedzieć.  Oni  są  najgorsi.  Najlepiej  jest  mówić  jak  najmniej.  Zmniejsza  się 

prawdopodobieństwo przecieku. 

-  Tak,  Mallory  wyjaśnił  mi  to.  Rozumiem  przyczyny  -  westchnęła  smutno  i  zaczęła 

dyskretnie rozglądać się po luksusowej restauracji. 

- Może jeszcze kiedyś tu wrócisz - podsunął. 

- Jakoś nie chce mi się w to wierzyć. 

- Nalegaj na spędzenie w Wiedniu miodowego miesiąca - zażartował. 

Zapatrzyła  się  w  odbicie  płomienia  świec  w  jego  oczach  i  nagle  pojęła,  że  pomimo 

nieprzyjaznego początku ich znajomości, nigdy już nie będzie mogła myśleć o Wiedniu, nie 

wspominając Jordana Trenta. 

background image

Spuściła  oczy  na  obrus  i  spostrzegła,  jaki  jest  piękny  i  kosztowny,  po  czym  sięgnęła 

po filiżankę kawy. 

- Lauren? 

Ton, jakim wypowiedział jej imię, zmusił ją do podniesienia wzroku. 

-  Przepraszam.  Czy  znowu  dotknąłem  jakiegoś  wrażliwego  punktu?  Chyba  mam 

prawdziwy talent do urażania cię, nawet o tym nie wiedząc. 

- Nie uraziłeś mnie. 

- Ale tą wzmianką o miodowym miesiącu w Europie - ...chyba tak. Potrząsnęła głową. 

-  Nie,  naprawdę  nie.  Myślałam  tylko,  czy  w  ogóle  taka  możliwość  kiedykolwiek 

zaistnieje, to wszystko. 

- Dlaczego? Wzruszyła ramionami. 

- Należę po prostu do ludzi, którzy raczej pozostają samotni przez całe życie. 

Wymamrotał  brzydkie  słowo,  ale  soczyste.  Spojrzała  mu  w  oczy,  zdumiona  jego  tak 

„subtelnie" wyrażoną pasją. 

- Podejrzewam, że jakiś dureń złamał ci serce i zdecydowałaś się już nigdy nie zaufać 

ż

adnemu mężczyźnie. 

Jej  nagły  wybuch  śmiechu  zaskoczył  go.  Po  raz  pierwszy  ujrzał  ją  naprawdę 

rozbawioną  i  musiał  przyznać,  że  jest  urocza.  Czasami  bywa  nieprzenikniona,  ale  teraz  jest 

urocza i pełna wdzięku. 

- Nie możesz mylić się bardziej - wykrztusiła wreszcie. 

- O? 

-  Spójrz  na  mnie.  Nie  należę  do  kobiet,  za  którymi  uganiają  się  mężczyźni,  sam 

przyznaj. 

Jordanowi nagle przypomniała się taka  Lauren, jaką ujrzał po raz pierwszy: brzydkie 

okulary, workowaty kostium, kiepskie buty na niskich obcasach, niedbale upięte włosy i omal 

nie  skrzywił  się  na  wspomnienie  swojej  ówczesnej  reakcji.  Jak  mógł  nie  dostrzec  piękna  jej 

oczu,  przypominających  mu  delikatną  niebieskawą  mgiełkę  wczesnego  świtu,  aksamitnej 

miękkości  jej  policzka,  sprawiającej,  że  ręka  aż  sama  wyciągała  się,  by  go  dotknąć?  A  ta 

sylwetka?  Ta  jej  wspaniała  figura?  Czy  wszyscy  mężczyźni  są  ślepi?  Tak  jak  on  przy  ich 

pierwszym spotkaniu? I na swoje usprawiedliwienie znów przypomniał sobie jej ostentacyjny 

kamuflaż. 

Lauren Mackenzie była głęboko ukrytym skarbem, który nagle wystawiono na światło 

dzienne. Lśniła i błyszczała nowością, zdrowiem, witalnością. A czy mógłby zapomnieć o jej 

poczuciu humoru? 

background image

-  To  zależy  od  mężczyzny  -  powiedział  powoli,  starannie  dobierając  słowa.  - 

Inteligentny  mężczyzna  rozpozna,  jaka  jesteś  naprawdę,  Lauren.  Masz  wiele  do  ofiarowania 

człowiekowi, który będzie miał szczęście zdobyć twoją miłość. 

Mówił to bardzo szczerze, a jednak te słowa w jego ustach wydawały się szczególne. 

Przypominały jej serdeczne rozmowy z ojcem. 

Właśnie. Starał się być miły i łagodny, co ją raczej zaskoczyło. Łagodność na pewno 

nie należała do cech jego charakteru. 

Uśmiechnęła się z zażenowaniem. 

- Nie wiem, co powiedzieć. Twoje piękne słowa zupełnie zaparły mi oddech. - Ton jej 

głosu był żartobliwy, ale oczy zdradzały ukryte wzruszenie. 

Jordan  nie  był  w  stanie  dłużej  oprzeć  się  pokusie.  Wyciągnął  rękę  i  lekko  musnął 

grzbietem dłoni jej policzek. Miał rację. Przypominał aksamit. Poczuł reakcję własnego ciała i 

szybko cofnął rękę. 

-  Czy  możemy  już  iść?  -  zapytał  raźnym,  wesołym  tonem,  rozglądając  się 

jednocześnie po sali. 

Nagła zmiana nastroju wywołała leciutki ból w okolicy serca Lauren. Czegóż zresztą 

mogła  oczekiwać?  Wciąż  grał  rolę  jej  męża,  najlepiej  jak  potrafił.  Musi  pamiętać,  że  czas, 

który  mają  dla  siebie,  jest  krótki.  Tworzą  przecież  tylko  coś  w  rodzaju  chwilowego 

małżeństwa, które zakończy się w momencie spełnienia misji. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Lauren  zauważyła,  że  w  drodze  powrotnej  do  hotelu  Jordan  nie  był  zbyt  rozmowny. 

Oczywiście, mógł być zmęczony. Nie miał czasu na drzemkę. 

W milczeniu prowadził ją przez hol do windy, a potem korytarzem wiodącym do ich 

pokoju. Dopiero przy drzwiach wyczuła zmianę w jego zachowaniu. 

- Co się dzieje? - zapytała, w ciszy korytarza zniżając głos niemal do szeptu. 

Gestem,  bez  słowa,  nakazał  jej  stanąć  z  boku.  Przekręcił  klucz  i  nacisnął  klamkę,  po 

czym pchnął drzwi nie wchodząc do wnętrza. 

Kiedy nic się nie stało, zapalił światło i rozejrzał się po pokoju. Odetchnął z ulgą. 

- Co się dzieje? - powtórzyła, ze wstydem słysząc drżenie we własnym głosie. 

Potrząsnął głową i zachichotał. 

-  Witaj,  paranojo!  -  Machnął  ręką  w  stronę  przygotowanych  do  snu  łóżek.  - 

Najwidoczniej po naszym wyjściu była tu pokojówka. 

- Skąd wiedziałeś, że ktoś tu wchodził? - zapytała, rozglądając się niepewnie. 

- Wiedziałem i już - odparł bezbarwnym głosem. - Słuchaj, muszę znowu cię zostawić. 

Chcę zobaczyć się z kimś, kto czeka na mnie na dole. 

Nie wiedziała, czy to prawda, czy nie, ale to nie miało znaczenia. 

- Nie boisz się zostać sama? - zapytał. 

- Oczywiście, że nie. 

Skinął głową, wszedł do łazienki, rozejrzał się, wrócił do sypialni, zajrzał pod łóżka i 

do szafy. 

- Do zobaczenia później. 

Lauren w zamyśleniu zaczęła przygotowywać się do snu. Postanowiła odprężyć się w 

gorącej kąpieli. Zabrała ze sobą nocną bieliznę i zamknęła drzwi. 

Oto właśnie przed chwilą miała okazję poznać inną stronę osobowości Jordana. To był 

ś

wietny,  chłodny  profesjonalista.  Zaczynała  pojmować,  dlaczego  pan  Mallory  tak  nalegał, 

ż

eby właśnie jego wysłać do Europy. 

Po  kąpieli  poczuła  się  senna.  Na  lotnisku  w  Nowym  Jorku  kupiła  książkę  i  teraz  z 

przyjemnością  zabrała  się  do  czytania,  nieświadomie  nasłuchując  odgłosu  jego  kroków  na 

korytarzu. 

background image

Zmęczenie  jednak  wzięło  górę.  Lauren  zamknęła  książkę,  zgasiła  światło  i  wśliznęła 

się  pod  kołdrę.  Jeżeli  to  ma  być  przykład  pożycia  małżeńskiego,  myślała  sennie,  to  równie 

dobrze może dalej żyć samotnie. 

Lauren  obudziła  się  w  środku  nocy  i  zorientowała  się,  że Jordan  wrócił,  kiedy  spała. 

Dostrzegła  w  ciemności  jego  masywną  sylwetkę.  Leżał  na  drugim  łóżku,  odwrócony  tyłem, 

ale mimo to był tak blisko, że mogła wyciągnąć dłoń i dotknąć jego pleców. 

Jakie to niezwykłe! Natychmiast poczuła się bezpieczna, ponieważ on był w pobliżu. 

Przesunęła się, przybierając wygodniejszą pozycję i znowu zapadła w sen. 

Jordan  wiedział,  że  Lauren  obudziła  się,  ale  ani  drgnął.  Sam  przebudził  się 

natychmiast,  kiedy  usłyszał  zmianę  w  rytmie  jej  oddechu.  Przyzwyczajenie,  którego  nie 

potrafił, a raczej nie starał się zwalczyć. Wyczulona zdolność, z jaką zawsze w porę odkrywał 

obecność  drugiej  osoby  w  pomieszczeniu,  nieraz  już  odegrała  w  jego  zawodowej  karierze 

ważną rolę. Teraz była to już jego druga natura. 

Lauren  nie  poruszyła  się,  kiedy  wrócił.  Rozebrał  się  w  łazience  i  nagle  uświadomił 

sobie,  że  tym  razem  będzie  musiał  spać  w  bieliźnie.  Lauren  na  pewno  nie  spodobałoby  się, 

gdyby rankiem obudziła się i ujrzała obok siebie nagie męskie ciało. 

Wczoraj  wieczorem,  wracając  z  Lauren  z  kolacji,  zobaczył  znajomego  człowieka, 

który kręcił się w okolicy hotelu. Człowiek ten przekazał mu kilka cennych informacji -jeśli 

oczywiście można mu wierzyć. Jordan czuł, że mógł mu zaufać bardziej niż innym, z którymi 

stykał  się  w  przeszłości.  Ten  mężczyzna  dobrze  pamiętał,  że  Jordan  niegdyś  uratował  mu 

ż

ycie. Za to pamięć Trenta podsuwała mu jedynie bardzo mgliste obrazy, ale chętnie przyjął 

pomoc mężczyzny bez względu na jej przyczyny. 

Tym  razem  wreszcie  dostał  adres,  pod  którym  prawdopodobnie  ukrywano  panią 

Monroe. Jordan wolał nie pytać o stan jej zdrowia. Na razie nie mógł przecież nic poradzić. 

Jeśli  ją  odnajdzie,  wówczas  natychmiast  podejmie  konieczne  kroki,  zajmie  się  też  jej 

zdrowiem. 

Odczuł  ulgę,  kiedy  usłyszał  regularny  oddech  Lauren.  Odwrócił  się  na  plecy  i 

zapatrzył się w mroczny sufit. Leżał obok ciepłej, ponętnej kobiety i nie dotykał jej. To było 

dla niego zupełnie nowe doświadczenie. 

Z zażenowaniem uświadomił sobie, jak bardzo pragnął jej dotknąć. Krótki, ale mocny 

pocałunek  rozbudził  go  bardziej,  niż  sam  chciał  przyznać.  Jej  wargi  były  tak  miękkie  i 

podatne.  Musiał  użyć  całej  siły  woli,  aby  oderwać  się  od  niej.  Obiecał  jej  to  i  miał  zamiar 

dotrzymać słowa. 

Wolałby tylko, żeby nie pociągała go aż tak bardzo. 

background image

Ogłuszający odgłos wybuchu, który rozległ się tak głośno, jakby bomba eksplodowała 

właśnie  w  ich  pokoju,  spowodował  u  obojga  natychmiastową  reakcję.  Lauren  wrzasnęła,  a 

Jordan  skoczył  na  nogi,  z  pistoletem  w  dłoni  rozglądając  się  po  pokoju.  Podbiegł  do  okna  i 

wyjrzał na ulicę. 

Lauren rzuciła się w jego kierunku. 

-  Co  to  było?  -  krzyknęła,  drżąc  na  całym  ciele.  Odruchowo  objął  ją  ramieniem  i 

przytulił. 

-  Jakiś  wybuch  -  mruknął  machinalnie,  uważnie  przyglądając  się,  jak  zewsząd 

zaczynają  nadbiegać  ludzie.  Usiłował  usłyszeć,  co  krzyczą,  ale  ich  głosy  nie  dochodziły  tu 

dość wyraźnie. 

Lauren nagle zorientowała się, że stoi mocno przytulona do doskonale zbudowanego i 

niekompletnie  odzianego  osobnika  płci  męskiej.  Niezbyt  długa  koszula  nocna,  sięgająca 

zaledwie do połowy ud, chroniła ją od bezpośredniego kontaktu z jego ciałem, ale czuła, jak 

włosy na jego nogach łaskoczą jej udo. 

-  Cóż  -  stwierdziła  drżącym  głosem,  usiłując  bez  większego  rezultatu  uwolnić  się  z 

mocnego uchwytu Jordana. - To chyba nie był twój podróżny budzik. 

Teraz,  kiedy  już  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  że  nie  znajduje  się  w  środku  eksplozji, 

usiłowała uspokoić się, ale jej serce ciągle mocno biło. Pomyślała, że pewnie nie uda się jej 

uspokoić, dopóki tak będzie stała - poufale przytulona do obejmującego ją mężczyzny. 

Nagle jej wzrok padł na prawą rękę Jordana. 

- Skąd to masz? - zapytała, wskazując pistolet. 

- Przywiozłem ze sobą - odparł, wciąż patrząc przez okno. 

- Czy to nie jest nielegalne? 

- Niekoniecznie. 

- Nie zadeklarowałeś go. 

- Nie. 

- Więc to nielegalne. 

- Tylko wtedy, jeśli cię złapią. 

- Ciekawa logika - wymruczała. 

Wyglądało na to, że Jordan nie ma najmniejszego zamiaru uwolnić ją z uścisku. 

- Czy możesz mnie puścić? - zapytała spokojnym głosem. 

Spojrzał na nią zaskoczony. Dopiero teraz zauważył, jak mocno przyciska ją do siebie 

i że żadne z nich nie ma na sobie zbyt wiele ubrania. Odskoczył, jakby nagle się poparzył. 

background image

-  Hej,  moja  pani  -  wyciągnął  rozpostartą  dłoń,  jakby  chciał  ją  uspokoić.  -  To  ty 

rzuciłaś się w moje objęcia, pamiętaj. 

- Wiem, o nic cię nie oskarżam - urwała. - Naprawdę się wystraszyłam. 

- Ja też - odparł, podchodząc do swojego łóżka i podnosząc rzuconą tam parę spodni. 

Odłożył  pistolet,  stanął  tyłem  do  Lauren,  wciągnął  spodnie,  zapiął  je  i  dopiero  wówczas 

odwrócił się twarzą do niej. 

- Nie sądziłam, że tacy ludzie jak ty boją się czegokolwiek - zauważyła. 

- Ludzie tacy jak ja - powtórzył spokojnym głosem - są tak samo ludzcy jak wszyscy 

inni.  Czujemy,  myślimy,  odczuwamy  ból,  kiedy  jesteśmy  ranni  i  krwawimy  jak  wszyscy 

ś

miertelnicy. 

Stali  patrząc  na  siebie  i  Lauren  nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  Może  sprawiła  to 

niezwykła  pobudka,  może  wczesna  pora?  Nie  wiedziała.  Ale  jednak  coś  się  między  nimi 

zmieniło. Pojawiło się napięcie, którego przedtem nie było. Nie rozumiała go... skąd przyszło, 

dlaczego... ale czuła jego obecność. 

Lauren cichutko podreptała do niego i położyła dłonie na jego nagiej piersi. 

-  Nie  chciałam  powiedzieć,  że  uważam  cię  za  kogoś,  kto  nie  odczuwa  jak  normalny 

człowiek... 

- Nie? 

Potrząsnęła  głową.  Jego  twarz  była  twarda  i  bez  wyrazu,  ale  nagle  w  głębi  oczu 

pojawił się na chwilę błysk wzruszenia - a może bólu? - i natychmiast znikł. Gdyby nie stała 

tak blisko, nie dostrzegłaby tego. 

Nigdy  przedtem  Lauren  nie  czuła  takiej  potrzeby  pocieszania  kogoś.  Zapomniała,  że 

ten  człowiek  posiadał  silne  poczucie  niezależności,  że  był  samotnikiem,  toczącym  własne 

wojny,  i  nieodmiennie  zwycięskim.  Ujrzała  nagle  przelotny  obraz  chłopca,  który  bardzo 

wcześnie nauczył się gorzkiej prawdy: życie nie zawsze zapewnia happy end. 

Wspięła się na place i delikatnie musnęła ustami jego wargi, pragnąc przekazać mu, że 

rozumie,  że  nie  stara  się  oceniać  ani  jego,  ani  życia,  jakie  prowadzi.  Uniosła  ramiona  i 

otoczyła nimi jego szyję. 

Jordan, oszołomiony jej niezwykłym zachowaniem, nie wiedział, jak ma zareagować. 

Do licha, cóż ona sobie myśli? Że pocałunek załagodzi wszystko... jak dzieciak, który myśli, 

ż

e mamusia da buzi i wszystko przejdzie. 

Cokolwiek jednak nią kierowało, nie potrafił pozostać obojętny na jej czułość. Oplótł 

ją  ramionami,  odpowiadając  na  ten  dziecięcy  pocałunek  z  gwałtownością,  która  zaskoczyła 

ich oboje. Przejął inicjatywę, ucząc ją, jak rozchylić wargi na przyjęcie jego ust. 

background image

Poczuł raczej, niż usłyszał cichy spazm, ale zbyt był pochłonięty smakiem jej ust, by 

zauważyć wyraz zaskoczenia w jej szeroko otwartych oczach. 

Trzymanie jej w ramionach było cudownym doświadczeniem. Jego dłonie bezustannie 

przesuwały się wzdłuż jej pleców, a wargi pochłaniały jej usta. Kiedy musiał oderwać się od 

jej  warg,  by  zaczerpnąć  tchu,  całował  jej  policzki,  oczy,  miękkie  zagłębienie  szyi.  I  znów 

powrócił  do  ust,  stęskniony  za  ich  delikatną  słodyczą.  Poczuł  leciutkie  drżenie  jej  dolnej 

wargi, kiedy muskały ją jego usta. 

Nagle  uniósł  ją  w  ramionach  i,  nie  uświadamiając  sobie  nawet,  co  robi,  ułożył  na 

łóżku, kładąc się obok niej i ani na chwilę nie tracąc kontaktu z jej ciałem. 

Lauren nigdy dotąd nie doznała takiego wiru emocji. Nie przypuszczała, że pocałunek 

może wywołać w jej ciele tak gwałtowne reakcje. Kiedy wziął ją w ramiona, nogi drżały jej 

tak, że omal nie upadła. 

Nie  miała  pojęcia,  że  dłonie  mężczyzny  mogą  wywołać  tak  niezwykłe  doznania 

cielesne.  Jakby  maleńkie  iskry  elektryczne  przeskakiwały  pod  jej  skórą,  drobniutkie  ładunki 

energii budziły się z wieloletniego uśpienia. Całe jej ciało zdawało się rozumieć, co się dzieje 

i odpowiadało silną wibracją na kontakt z ciałem Jordana. 

Lauren  leciutko  gładziła  wypukłość  mięśni  na  jego  plecach  i  ramionach,  odczuwała 

ruchy  twardych,  gładkich  muskułów  pod  palcami,  aż  dotarła  do  zagłębienia  kręgosłupa, 

czarodziejskiej  ścieżki,  którą  podążyła  w  dół,  do  pasa  spodni.  Zafascynowana,  skręciła, 

zataczając  dłonią  krąg  ku  jego  brzuchowi.  Mimowolne,  gwałtowne  drżenie  mięśni, 

spowodowane jej delikatnym dotykiem, powstrzymało dłoń Lauren. Znieruchomiała. 

-  Nie  przestawaj  -  wyszeptał  wprost  w  jej  ucho.  -  To  po  prostu  bardzo,  bardzo 

wrażliwe miejsce. 

Jakby na potwierdzenie tych słów, przesunął dłoń wzdłuż jej uda, sięgnął  pod krótką 

koszulkę, aż dotarł do wrażliwej skóry wokół pępka. 

O,  tak!  Teraz  pojęła,  jak  bardzo  wrażliwe  na  dotknięcie  może  być  jej  ciało.  Dziwne, 

muśnięcie było tak lekkie. Dziwne i jakże cudowne... 

Ośmieliła  się  i  zaczęła  lekko  gładzić  jego  pierś.  Jej  dłoń  natrafiła  na  pokrywającą 

skórę  warstwę  włosów.  Były  miękko  skręcone  i  bardzo  czarne.  Lauren,  odkrywając  jego 

wspaniałą  męską  urodę,  ze  zdziwieniem  musiała  przyznać,  że  nigdy  nie  znała  kogoś  choć 

odrobinę podobnego do Jordana. 

Kiedy szarpnął jej koszulę, natychmiast uniosła ramiona, aby mógł ją swobodnie zdjąć 

z  niej  przez  głowę.  Jordan  cisnął  koszulę  na  podłogę,  zsunął  spodnie,  rzucił  je  obok  koszuli 

Lauren i wrócił do niej, przytulając ją jeszcze mocniej. Oczy Lauren były lekko przymknięte, 

background image

rozmarzone. Jakiś czas leżeli nieruchomo spleceni ramionami i udami. Jordan uniósł głowę i 

dostrzegł  delikatny  blask  jej  skóry  o  barwie  kości  słoniowej,  rozjaśniony  jeszcze  słabym 

ś

wiatłem, które wczesny świt rzucał przez okno. 

Leciutko  musnął  palcem  różowy  czubek  jej  piersi,  obserwując,  jak  wstrzymuje 

oddech. Boże, ona jest taka piękna, taka piękna, taka kusząca. A on pragnie jej tak bardzo, tak 

bardzo... 

Jordan pochylił się i wargami zatoczył krąg wokół różowego sutka. Lauren westchnęła 

miękko  i  wsunęła  dłonie  w  jego  włosy,  przyciągając  go  do  siebie.  Zachęcony,  przylgnął  do 

niej całym ciałem, rozkoszując się tą cudowną chwilą i nawet nie usiłując zapobiec temu, co 

działo się między nimi. 

Czas zatrzymał się dla nich, kiedy tak odkrywali, jak wzajemnie dawać sobie rozkosz. 

Jordan nie wątpił nawet przez chwilę, że Lauren była zupełną debiutantką w miłości. Nie miał 

też już żadnych wątpliwości, że bardzo pragnęła, aby pokazał jej to wszystko, czego istnienia, 

mimo swoich dwudziestu pięciu lat, nawet nie była świadoma. 

Jordan nie zastanawiał się, dlaczego kobieta, która przez całe życie trzymała się z dala 

od mężczyzn, zapragnęła ofiarować się właśnie jemu. W tej chwili najważniejsze było to, że 

byli razem. 

Nie  spieszył  się  z  wprowadzaniem  jej  od  razu  we  wszystkie  arkana  miłości,  pragnął, 

by  stopniowo  doznała  całej  gamy  pieszczot,  odczuła  pełnię  przyjemności,  nie  chciał  jej 

ponaglać. Dlatego wciąż mieli na sobie dolne partie bielizny, kiedy nagle rozległo się mocne 

pukanie do drzwi. 

Poderwali się i odskoczyli od siebie, jakby oblano ich lodowatą wodą. 

- Kto tam? - ryknął Jordan, gotów zabić intruza, kimkolwiek by się okazał. 

- Jestem z policji i chciałbym z panem porozmawiać, panie Trent - odezwał się męski 

głos bardzo złą angielszczyzną. 

Spojrzeli  po  sobie:  Lauren  była  śmiertelnie  przerażona,  natomiast  Jordan  miał 

gniewny  wyraz  twarzy.  Przewidywał,  że  czegokolwiek  chciała  od  nich  policja,  na  pewno 

opóźni to ich plany opuszczenia kraju. 

- Chwileczkę - zawołał, wciągając spodnie. Przechodząc obok łóżka Lauren, podniósł 

z podłogi jej aksamitny szlafrok, który musiał spaść w nocy. 

- Nie pokazujmy im więcej, niż wytrzymałyby ich serca o tej porze, kochanie - i podał 

jej szlafrok. 

background image

Obrzucił  wzrokiem  pokój  i  dostrzegł  pistolet  na  stoliku  obok  łóżka.  Szybkim, 

zwinnym ruchem chwycił go, następnie sięgnął po walizkę, otworzył ją i przesunął coś w jej 

dnie, wkładając tam broń. 

Lauren w tym czasie szybko nałożyła szlafrok, pospiesznie zawiązała pasek i lękliwie 

spojrzała na drzwi. 

Po wylegitymowaniu się weszło do pokoju dwóch tajniaków. 

-  Przepraszam  za  tak  wczesne  najście,  panie  Trent  -  zaczął  ten,  który  tak  kiepsko 

mówił po angielsku. 

- Nie przypuszczaliśmy jednak, aby ktokolwiek spał po tej eksplozji. 

- Właściwie nie spaliśmy - odparł Jordan, wymownie spoglądając na łóżko. 

Lauren nigdy w życiu nie czuła się równie zakłopotana. 

- Ach, no tak, oczywiście - z grzecznym uśmiechem odpowiedział policjant. - Jeszcze 

raz przepraszam za najście. 

- Więc o co chodzi? - zapytał Jordan, wskazując im krzesła i siadając na brzegu łóżka 

Lauren, która wciąż stała obok, niespokojnie kręcąc w palcach pasek od szlafroka. 

- Obawiam się, że wybuch uszkodził samochód, który pan wczoraj wynajął. 

- Rozumiem. Wiecie, co to był za wybuch? 

.  -  Sprawdzamy  to.  Prawdopodobnie  podłożona  bomba.  Na  szczęście  nikt  nie  doznał 

obrażeń, ale sąsiednie samochody i budynki uległy znacznym uszkodzeniom. 

- Często macie takie wypadki? 

- Co to znaczy: Często? - Mężczyzna wzruszył ramionami. - Jeśli chodzi o mnie, raz, 

to już za często. 

- Ma pan rację, oczywiście. Jesteśmy z Chicago i rozumiemy problemy, z jakimi musi 

się borykać policja. 

Mężczyzna skinął głową. 

-  Jeżeli  pan  sobie  życzy,  możemy  wystarać  się  panu  o  inny  samochód.  Czy  przed 

wyjazdem w dalszą podróż zamierzali państwo spędzić w Wiedniu kilka dni? 

Z pozoru niewinne pytanie włączyło system alarmowy w głowie Jordana. Wiedział, że 

nic  nie  było  w  stanie  powstrzymać  lokalnej  policji  od  współpracy  z  innymi,  nawet  o  nieco 

odmiennych orientacjach politycznych. 

Zmusił się do uśmiechu. 

-  Tak,  mieliśmy  zamiar  zostać  około  tygodnia.  Oczywiście  chcieliśmy  zwiedzić  kraj, 

zobaczyć wspaniałe krajobrazy, z których słynie Austria. 

background image

-  Doskonale.  Bardzo  dobrze.  Przykro  nam  tylko,  że  pierwsza  noc  tutaj  została 

zakłócona tym okropnym wybuchem. 

Jordan wzruszył ramionami. 

- Miejmy nadzieję, że pozostałe będą spokojniejsze. Policjanci wstali i skierowali się 

do drzwi. Jordan odprowadził ich. 

- Proszę przyjąć nasze przeprosiny - powtórzył policjant - za uszkodzenie samochodu i 

najście nie w porę. - Beznamiętnie spojrzał na Lauren i znów na Jordana, który otworzył im 

drzwi, wymieniając ostatnie zdawkowe grzeczności. 

Kiedy wreszcie zamknął drzwi i przekręcił klucz, usłyszał, że Lauren poruszyła się za 

jego  plecami.  Bez  słowa  wziął  ją  za  rękę  i  zaprowadził  do  łazienki.  Odkręcił  kurek  nad 

wanną, odwrócił się i przyciągnął Lauren do siebie. 

-  Jest  więcej  niż  pewne,  że  pokój  jest  na  podsłuchu.  Nie  wiem,  czy  obserwują  nas  z 

powodu  zbieżności  naszego  przyjazdu  i  wybuchu  bomby,  ale  na  pewno  miejscowa  policja 

sprawdza nas. Ktoś może nabrać podejrzeń, co do celu naszego tu pobytu - w myśli dodał, że 

jeżeli tak jest, to mogą porzucić wszelką* cholerną nadzieję na powodzenie ich planu. 

- Co teraz zrobimy? - wyszeptała. Twarz jej była biała jak kreda. 

Jordan marzył o tym, żeby zaproponować powrót do łóżka... ale miał wiele powodów, 

ż

eby  z  tego  zrezygnować.  Po  pierwsze,  nastrój  diabli  wzięli,  ich  myśli  zaprzątało  teraz 

grożące  im,  być  może,  niebezpieczeństwo.  Po  drugie,  Jordan  wcale  nie  był  pewien,  czy 

potrafi  sprostać  związkowi  z  Lauren  Mackenzie.  Nigdy  przedtem  nie  reagował  na  żadną 

kobietę w taki sposób... 

Oczywiście,  była  fizycznie  atrakcyjna,  ale,  jak  odkrył  dziś  rano,  przede  wszystkim 

czuł się za nią odpowiedzialny. Podziwiał ją, nie tylko za urodę, lecz i za inteligencję, za spryt 

i umiejętność natychmiastowego orientowania się w sytuacji. 

Nie była podobna do kobiet, z którymi wiązał się do tej pory. A przy tym wiedział, że 

jest - w raczej: byłby - jej pierwszym mężczyzną. 

Co  ją  opętało,  żeby  podejść  do  niego  tak  ufnie?  Czego  oczekiwała?  Cokolwiek  to 

było, nie mógł jej tego ofiarować. Ich życia leżały na przeciwległych biegunach, nie mieli ze 

sobą nic wspólnego. A kiedy nareszcie przebrną przez tych kilka następnych dni, rozejdą się i 

nigdy już nie spotkają. 

Do  niego  zatem  będzie  należało  ustawianie  ich  związku  na  właściwej  płaszczyźnie. 

Dodatkowa komplikacja w tej i tak trudnej sprawie. 

Wyciągnął dłoń i zakręcił kurek. 

background image

- Co powiesz na śniadanie? - zapytał wesoło. Pytanie to zabrzmiało dziwnie głośno w 

małej łazience. 

Usiłowała  uśmiechem  odpowiedzieć  na  jego  pytanie,  ale  był  to  bardzo  smutny 

uśmiech. 

- Brzmi nieźle - odparła. 

Pochylił się i ucałował czubek jej nosa. 

-  Grzeczna  dziewczynka  -  szepnął  i  wyprostował  się.  -  Jeśli  pozwolisz,  ogolę  się, 

ż

ebyśmy mogli zejść na dół. 

Wciąż posłuszna jego wskazówkom skinęła głową i wyszła z łazienki. 

Jordan zamknął drzwi, oparł się o nie plecami i westchnął. 

Chciałby  zrozumieć,  co  się  z  nim  dzieje.  Żadna  kobieta  nigdy  tak  na  niego  nie 

działała. Nie podobało mu się to. Wcale mu się nie podobało. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Lauren  weszła  do  sypialni,  nieco  oszołomiona.  Tyle  dziwnych  rzeczy  zdarzyło  się  w 

tak krótkim czasie. 

Jej  spokojna,  uporządkowana  egzystencja  eksplodowała  jak  ta  bomba  dziś  rano. 

Lauren usiadła na brzegu łóżka i zatopiła w ścianie niewidzące spojrzenie. 

Do tej pory jej życiem rządziły logiczne procesy myślowe. Co się zatem stało? 

Przez całe życie, zarówno nauczyciele, jak i koledzy, traktowali ją jako kogoś zupełnie 

odmiennego  od  reszty  rówieśników.  To,  co  jej  przychodziło  z  łatwością,  inni  zdobywali 

ciężką  pracą.  Kiedy  skończyła  studia,  pogodziła  się  z  tym,  że  różni  znajomi  mężczyźni  i 

koledzy ze studiów mogą być dla niej mili, szczególnie, jeśli mają jakieś kłopoty i proszą ją o 

pomoc, ale widziała, że nie jest typem kobiety, który ich pociąga. 

Oczywiście,  rodzice  starali  się  pocieszyć  ją,  mówiąc  że  jeszcze  jest  młoda,  że  ma 

czas...  ale  logiczny  umysł  Lauren  przez  cały  okres  pobytu  na  uczelni  nieustannie  zbierał 

dowody  na  poparcie  jej  spostrzeżeń.  Tuż  po  studiach,  przyjęła  propozycję  pracy  w  agencji 

Mallory'ego.  Pogodziła  się  zupełnie  z życiem  samotnej  dziewczyny  i  wyrzuciła  ten  problem 

ze  swych  myśli.  Ponieważ  uważała,  że  i  tak  nic  nie  może  poradzić  na  to,  że  jest,  jaka  jest, 

zrezygnowała  z  wysiłków,  aby  się  podobać.  Zaczęła  ubierać  się  z  myślą  o  wygodzie,  nie 

zwracała  uwagi  na  aktualną  modę.  Zawierała  znajomości  z  ludźmi,  którzy  ją  interesowali,  a 

nie z tymi, którzy mogli dopomóc jej w zrobieniu kariery. 

Była  więc  zaskoczona,  kiedy  pan  Mallory  podszedł  do  niej  i  poprosił  o  pomoc. 

Jeszcze  bardziej  zdumiała  się,  kiedy  wyjaśnił  jej,  czego  od  niej  żąda.  Chciał,  aby  udawała 

czyjąś żonę? 

Co  za  dziwaczny  pomysł!  Przecież  Lauren  nigdy  nie  miała  nawet  randki!  A  kiedy 

Mallory  zaczął  jej  opisywać  Jordana  Trenta,  nie  zdziwiłaby  się,  gdyby,  zobaczyła  na 

podkoszulku  Jordana  olbrzymie  „S",  czyli  po  prostu  supermen!  Mallory  przekonywał  ją,  że 

Jordan  jest  jego  najlepszym  agentem  i  tylko  na  niego  może  liczyć,  że  zakończy  sprawę 

sukcesem. 

Następnym szokiem było spotkanie z Jordanem Trentem i z jego złością, jaką wywołał 

udział  Lauren  w  sprawie.  Nigdy  przedtem  nie  stanęła  oko  w  oko  z  tego  typu  mężczyzną,  o 

dziwnym  charakterze  i  sposobie  zarabiania  na  życie.  Budził  w  niej  strach  pomieszany  z 

podziwem, dopóki jej nie rozwścieczył. 

background image

Nie spodziewała się po nim poczucia humoru, a jeszcze większym zaskoczeniem była 

kilkakrotnie  dostrzeżona  u  niego  wrażliwość.  Skoro  tylko  odkryła  tę  cechę,  tak  skrzętnie 

skrywaną  przed  światem,  zdecydowała  się  nawiązać  z  nim  kontakt.  Oboje  byli 

przyzwyczajeni  doskonale  radzić  sobie  sami,  nie  dopuszczając,  by  otoczenie  poznało  ich 

prawdziwą twarz i dlatego tak dokładnie maskowali swoje myśli i uczucia. 

Lauren  dopiero  dziś  rano  instynktownie  dotarła  do  prawdziwej  twarzy  Jordana. 

Zapragnęła dać mu do zrozumienia, że wie, co on przeżywa, o co mu chodzi. Jego gwałtowna 

fizyczna reakcja, która wywołała porażającą reakcję jej ciała, spowodowała u Lauren większy 

wstrząs niż wybuch bomby i policja dobijająca się do ich drzwi. 

Pociągała  go  fizycznie,  nie  miała  co  do  tego  wątpliwości.  Był  czuły  i  delikatny,  ale 

jego  dotknięcia  odkryły  przed  Lauren  nie  znaną  dotąd  stronę  jej  własnej  natury.  Nigdy 

przedtem nie doznawała takich wrażeń. Cóż za niezwykłe, jak bardzo nietypowe dla niej było 

jej zachowanie... 

A więc tak to wygląda, myślała, spoglądając na poduszkę, na której leżeli z Jordanem 

jeszcze tak niedawno. 

Nagle przyszła jej na myśl scena z dzieciństwa. Siedziała i przyglądała się, jak matka 

przygotowuje różne rodzaje ciasteczek na kiermasz szkolny. I mała Lauren zapytała: 

- Jak długo znałaś tatusia, zanim dowiedziałaś się, że jesteś w nim zakochana? 

Hilary Mackenzie uśmiechnęła się w sposób, w który uśmiechała się zawsze, myśląc o 

swoim mężu. 

- Nie aż tak długo, jak jemu zajęło zrozumienie, co naprawdę czuje. 

- Jak się spotkaliście? 

- Twój ojciec pracował z grupą mężczyzn, którzy krążyli od farmy do farmy, najmując 

się do pomocy przy żniwach. Pewnego dnia przyszli pracować na farmę mojego ojca. 

Mała Lauren westchnęła. 

- Założę się, że to była miłość od pierwszego wejrzenia. 

- Niezupełnie. Uważałam, że to najobrzydliwszy typ, jakiego zdarzyło mi się spotkać. 

Miałam  szesnaście  lat,  więc  rozumiesz,  byłam  bardzo  czuła  na  punkcie  mojej  godności 

osobistej, a on stale się ze mnie wyśmiewał. 

- Zgadza się, to do niego całkiem podobne. 

- Tak, zawsze był z niego okropny  kpiarz. Wydaje mi się, że doszedł do wniosku, iż 

powołaniem jego jest uprzykrzanie mi życia. Tamtego lata dał mi się rzeczywiście we znaki - 

na samo wspomnienie Hilary potrząsnęła głową. 

- A kiedy zmieniłaś zdanie? 

background image

Matka  milczała  przez  chwilę,  zapatrzona  w  okno,  w  którym  pewnie  nie  widziała  nic 

oprócz własnych wspomnień. 

-  Do  dziś  pamiętam  moment,  w  którym  zrozumiałam,  że  kocham  Matta  Mackenzie. 

Słońce zachodziło, mężczyźni wracali z pola, zgrzani i brudni. On pozostał w tyle, więc kiedy 

go  ujrzałam,  szedł  samotnie  krętą  ścieżką  prowadzącą  do  domu,  a  słońce  świeciło  mu  w 

plecy.  Był  tylko  konturem  na  tle  światła  -  matka  spojrzała  na  stojącą  przed  nią  dzieżę  z 

ciastem, jakby zastanawiała się, skąd się tu wzięła. 

- Po sposobie chodzenia poznałam, że to on - ciągnęła. 

-  Poznałam  go  po  sposobie  trzymania  głowy,  tak  dumnym  i  aroganckim, 

pyszałkowatym,  jak  mu  zawsze  powtarzałam.  Słońce  rozświetlało  jego  włosy  tak,  że  lśniły 

jeszcze  jaskrawszą  niż  zazwyczaj  czerwienią,  niemal  jak  aureola...  -  Hilary  podniosła  na 

córkę nieco otępiały wzrok. - Nie potrafię tego wyjaśnić, nawet dziś, ale właśnie wtedy, gdy 

ujrzałam  go  idącego  w  moją  stronę,  nagle  poczułam,  że  go  kocham.  Ze  zawsze  będę  go 

kochać, cokolwiek się zdarzy. 

- I co się wtedy stało? - ciekawie zapytała Lauren. 

- Nic. 

- Och, mamusiu, nie mów tak. Oczywiście, że coś musiało się stać. Przecież wyszłaś 

za niego. 

- Nie, nie tego lata - uśmiechnęła się Hilary. 

- Tego możesz być pewna. 

- Nie powiedziałaś mu, co czujesz? 

- Nie musiałam. Sądzę, że sam spostrzegł zmianę. Przedtem wściekałam się, kiedy ze 

mnie  drwił,  teraz  tylko  się  śmiałam.  Zaczęłam  z  nim  rozmawiać,  przestałam  go  unikać. 

Zadawałam mu pytania, ponieważ chciałam dowiedzieć się czegoś o nim. 

- A potem? 

- A potem lato skończyło się i wyjechał... Do szkoły w Pensylwanii. 

- Więc jak się końcu spotkaliście? 

- Zaczął do mnie pisać, a ja mu odpowiadałam. Potem, podczas wiosennych wakacji, 

przyjechał  do  Nebraski  zobaczyć  się  ze  mną  i  już  wiedziałam,  że  jest  kimś  więcej  niż  tylko 

przyjacielem. Nie wiedziałam jednak, co naprawdę czuje. 

- Powiedział ci? 

-  Żartujesz?  Matt  nigdy  nie  potrafił  zachować  powagi  na  tyle  długo,  aby  zdążyć 

poważnie  wyznać  mi,  co  naprawdę  myśli.  Sądzę,  że  mężczyźni  miewają  nieraz  kłopoty  ze 

znalezieniem słów dla wyrażenia swoich uczuć. 

background image

- Więc jak ci się oświadczył? 

- Nie oświadczył mi się wcale. 

- Mamo! - Lauren doskonale pamiętała swoje zaskoczenie. 

- Zaczął pisać listy zawierające krótkie zdania, na przykład: „kiedy się pobierzemy..." 

albo  „...pierwszej  córce  damy  na  imię  Margaret  Ann  po  mojej  babce  ze  strony  matki",  albo 

„mam  nadzieję,  że  zechcesz  zamieszkać  w  Pensylwanii.  Wygląda  na  to,  że  po  ukończeniu 

szkoły znajdę tu dobrą pracę". 

Lauren zaczęła się śmiać. 

- No tak, to do niego podobne. 

- Tak - skinęła głową Hilary. - A kiedy w kolejnym liście zapytał mnie, czy zgadzam 

się, aby ślub odbył się w czerwcu, po zakończeniu szkoły, odpisałam, że tak, że się zgadzam. 

-  Czy  kiedykolwiek  powiedział,  że  cię  kocha?  Hilary  znów  uśmiechnęła  się  tym 

specjalnym uśmiechem. 

-  Nigdy  nie  musiał  mi  mówić,  kochanie.  Okazywał  mi  to  na  wszystkie  możliwe 

sposoby. 

- I dalej ci to okazuje, prawda? 

- Tak - potwierdziła Hilary. 

Zapatrzona  w  poduszkę  na  łóżku  stojącym  w  pokoju  hotelowym,  Lauren 

przypomniała sobie tę rozmowę z matką, jakby odbyły ją dopiero wczoraj. 

Skąd się wie, że jest się zakochanym? 

Wiedziała o tym bez wątpienia. Kiedy spostrzegła, że jest wrażliwy i ujrzała ten błysk 

wzruszenia  w  oczach  Jordana,  wszystkie  gniewne  myśli  na  jego  temat  jakby  się  rozpłynęły. 

Wiedziała, że go kocha, że zawsze będzie go kochać i podświadomie ofiarowała mu się bez 

chwili wahania i zahamowań. 

Cóż on sobie o niej pomyślał? - zastanawiała się, podchodząc do szafy, żeby wziąć coś 

do  ubrania.  Po  tych  wszystkich  głupiutkich  uwagach  na  temat  wspólnego  pokoju,  przy 

pierwszej sposobności rzuca mu się w ramiona! 

Wiedziała,  że  Jordan  nie  jest  mężczyzną,  który  odrzuciłby  taką  ofertę.  Nie  umiałby 

udawać tak naturalnej, męskiej reakcji. Musiała to dostrzec nawet w swej niewinności. 

Problem  polegał  na  tym,  co  począć  teraz?  Na  pewno  nie  może  spodziewać  się,  że 

Jordan zakocha się w niej tylko dlatego, że ona tego chce. Lauren była zbyt wielką realistką, 

ż

eby przypuszczać taką możliwość. 

background image

Nie  mieli  ze  sobą  nic  wspólnego.  Wprawdzie  Lauren  nigdy  nie  zamierzała  wyjść  za 

mąż,  ale  nieraz  zdarzało  jej  się  marzyć  o  własnym  dziecku  lub  nawet  o  dwojgu  dzieci  -  na 

które mogłaby przelać niewyczerpane zasoby swej miłości. 

Jordan  jasno  uzasadnił  jej  swoje  zdanie  na  temat  dzieci.  Jego  tryb  życia  nie  pasował 

do  domu  wypełnionego  dziecięcym  śmiechem  i  codziennymi  obowiązkami.  Jakoś  nie 

potrafiła wyobrazić sobie Jordana strzygącego trawnik czy przycinającego żywopłot. 

Właściwie  powinna  cieszyć  się,  że  policja  zapukała  do  drzwi  i  przerwa  nastąpiła 

wtedy,  kiedy  nastąpiła.  A  ona  czuła  się  okradziona.  Zmusiła  się  do  przyznania  przed  samą 

sobą, że jeśli ma szansę być z Jordanem Trentem choć jeszcze tylko kilka dni, to pragnie ich z 

zaskakującą namiętnością. 

Z logicznego i racjonalnego punktu widzenia jej  decyzja była zupełnie bezsensowna. 

Tak, ale miłości nie można wyjaśnić ani rozumem, ani logiką. 

Usłyszała,  że  drzwi  łazienki  otwierają  się  i  owionął  ją  zapach  wody  kolońskiej 

Jordana. Ten dość popularny zapach od dziś już na zawsze kojarzyć jej się będzie wyłącznie z 

nim. 

Wyszedł z łazienki i zatrzymał się tuż przy drzwiach. Lauren wciąż była w szlafroku. 

- Przepraszam, że to tak długo trwało - powiedział, powoli rozcierając podbródek. 

Zmusiła się do lekkiego uśmiechu. 

- Nie szkodzi. Pospieszę się - odparła, dostosowując swoje ruchy do słów. 

Zatrzymał ją, lekko chwytając za ramię. 

- Lauren? 

- Tak? - otwarcie spojrzała mu wprost w oczy. 

- Jeśli chodzi o to, co się stało... 

- Tak? 

Cholera, wolałby, żeby nie patrzała na niego tym czystym spojrzeniem, które zdawało 

się sięgać w głąb duszy. 

- Przepraszam. Nie miałem zamiaru wykorzystywać... 

- Nic nie wykorzystałeś - odparła szybko, wpadając mu w słowo. - To ja zaczęłam, o 

ile sobie przypominasz. Nieprędko znów mi zaufasz, co? 

Nie była wściekła! Ledwie wierzył własnym oczom. Właściwie droczyła się z nim. On 

przez cały czas bił się z własnymi myślami i sumieniem, usiłując podjąć decyzję właściwą dla 

nich obojga, a tymczasem ona traktowała tę sprawę tak, jakby nie miała dla niej znaczenia. 

- Coś w tym rodzaju - wymamrotał, przyglądając jej się uważnie. 

- Przepraszam, jeśli cię to zakłopotało - szepnęła. 

background image

-  Zakłopotało!  Ależ  skąd!  Po  prostu  sytuacja  była  trochę  niezwykła.  Powinniśmy 

pomyśleć o... - urwał i niespokojnie rozejrzał się wokół, przypominając sobie nagle, że musi 

uważać na to, co mówi. Wzruszył ramionami. - Porozmawiamy później. 

Lauren weszła do łazienki i odwróciła się, żeby zamknąć drzwi. 

-  Nie  ma  o  czym  mówić.  Przecież  nic  się  nie  stało.  Jordan  spojrzał  na  drzwi,  potem 

wrócił  do  swojej  walizki.  Ach  to  tak,  Panno  Niewiniątko?  To  ty  tak  myślisz?  -  burczał  do 

siebie. 

Przedtem  tylko  jego  wyobraźnia  podsycała  płomień,  który  Lauren  w  nim  rozpaliła. 

Teraz wiedział dokładnie, co skrywa się pod tymi uroczymi sukienkami, jakie nosiła. 

Nie  mógł  jedynie  pojąć,  dlaczego  kobieta  taka  jak  Lauren  Mackenzie  wciąż  jest 

wolna.  Gdyby  chciał  się  ustatkować,  ona  byłaby  pierwszą...  Ale  takie  rozważania  to  strata 

czasu. Nie miał zamiaru się ustatkować. A ona zasługiwała na coś lepszego niż to, co on mógł 

jej zaofiarować. 

Znalazł koszulę i skarpetki, włożył buty i czekał. 

To było prawie jak małżeństwo. 

Hol  pełen  był  ludzi,  kręcących  się  i  dyskutujących  z  podnieceniem.  Kordon 

umundurowanych  policjantów  obserwował,  jak  obsługa  hotelu  uprząta  sprzed  wejścia 

odłamki szkła i kawałki betonu. 

Jordan poprowadził Lauren do jadalni, gdzie właśnie podawano śniadanie. 

Po odejściu kelnera Lauren spytała: 

- Co teraz robimy? 

Jordan pociągnął łyk kawy. 

-  Muszę  dostać  drugi  samochód,  a  potem,  kochanie,  ♦zaczniesz  pracować  na  swoje 

honorarium. 

Jej  oczy  rozszerzyły  się  lekko.  Niezbyt  dobrze  wiedziała,  co  Jordan  ma  na  myśli. 

Zresztą, czy się z nią drażnił, czy nie, gotowa była zrobić wszystko, czego od niej zażąda. 

- W porządku - powiedziała, kiwając głową. Wyszczerzył zęby. 

- Nie zapytasz najpierw, o co chodzi? 

- Nie muszę - odparła spokojnie. 

Jej spokój, świadczący o ogromnym zaufaniu do niego rozgniewał go niemal. 

- Do tej pory nie miałem problemów, ponieważ mówię po niemiecku - zaczął - i znam 

po trosze prawie wszystkie języki zachodnioeuropejskie. Kiedy jednak dotrzemy na miejsce, 

będę potrzebował twojej pomocy. 

- W porządku - uśmiechnęła się. 

background image

- Czy znasz język, którym się tam posługują? 

- Tak, uczyłam się go. Co prawda w ciągu ostatnich lat nie miałam zbyt wiele okazji 

do posługiwania się nim, ale na pewno szybko sobie przypomnę. 

- Wspaniale. 

W ciągu godziny znaleźli się na drodze wiodącej na północ, do Brna. 

Jordan zatrzymał ich pokój w Wiedniu i niedbale rzucił informację, że jadą zwiedzać 

okolicę i mogą zatrzymać się na noc w jakiejś gospodzie. Przepakowali swoje rzeczy tak, by 

pomieścić  je  w  walizce  Jordana.  Lauren  była  wstrząśnięta  wrażeniem  intymności,  jakie 

sprawiały  ich  ubrania,  tak  wygodnie  leżące  razem.  Musiała  przypomnieć  sobie,  że  pozory 

odgrywają wielką rolę w ich sytuacji. 

Odkryła, że podoba jej się jazda przez spokojną, wiejską okolicę. Jordan opowiadał jej 

o swoich doświadczeniach z okresu, kiedy pracował w Europie. 

- Na miejscu znam kogoś, z kim można nawiązać kontakt. On pomoże. Wygląda na to, 

ż

e kontroluje wszystko,  co dzieje się w mieście.  Jeżeli tam właśnie zabrali Frances Monroe, 

będzie o tym wiedział. 

Im  bliżej  byli  granicy,  tym  mniej  mówili.  Do  tej  pory  jedynie  próbowali  grać  swoje 

role. Teraz muszą grać je tak, jak najlepiej potrafią. 

Lauren  odkryła,  że  dobrze  czuje  się  w  roli  żony  Jordana.  Kochała  go  i  była  w  stanie 

przez te parę chwil udawać, że ich związek istnieje naprawdę. 

Jordan marzył o tym, żeby być sam. Sytuacja była niebezpieczna, bo było zbyt wiele 

niewiadomych. 

Mallory mądrze zasugerował, aby zachowali swe prawdziwe nazwiska i pochodzenie. 

Jordan odgrywał rolę handlowca z Chicago już przez tyle lat, że bez trudu przypomniał sobie 

dawno wyuczone nawyki. 

Przekroczenie  granicy  zajęło  im  trochę  czasu.  Samochód  i  walizka  zostały  dokładnie 

przeszukane,  równie  uważnie  przestudiowano  paszporty.  Wreszcie  pozwolono  im  jechać 

dalej. 

Zamieszkali  w  hotelu,  w  którym  panowała  atmosfera  zupełnie  odmienna,  aniżeli  w 

Wiedniu. 

Zanim dotarli do pokoju, Lauren nie mogła opanować drżenia. 

Jordan zamknął drzwi za mężczyzną, który odprowadzał ich do pokoju i zwrócił się ku 

Lauren. 

- Cóż, kochanie - odezwał się wesoło. - Wreszcie; na miejscu. Cieszysz się? 

Spojrzała się na niego, jakby postradał zmysły. 

background image

Podszedł do niej i objął ją ramionami. Czuł, jaka jest napięta. Samymi ustami, prawie 

bezgłośnie wyszeptał „odpowiedz mi". 

-  O  tak,  kochanie.  Oczywiście,  cieszę  się,  ale  jestem  trochę  zmęczona  drogą,  to 

wszystko. 

- Nie masz ochoty zwiedzić miasta, skoro już tu jesteśmy? 

Wiedziała,  że  muszą  zacząć  poszukiwania  najszybciej,  jak  to  jest  możliwe.  Zmusiła 

się do uśmiechu. 

- To może być zabawne. 

Uśmiechnął  się  i  zrobił  minę  „grzeczna  dziewczynka",  po  czym  pochylił  się  i 

pocałował ją. To miał być tylko krzepiący pocałunek - taki, jaki mógłby jej ofiarować ojciec, 

brat lub wujek. 

Kiedy  jednak  odpowiedziała  mu  bez  najmniejszego  zahamowania,  zapomniał  o 

uczciwych  zamiarach,  niezliczonych  męskich  rozmowach  z  samym  sobą  i  całym  sercem 

oddał się rozkoszy całowania cudownych ust Lauren. 

Jego  język  wtargnął  do  wnętrza  i  został  radośnie  powitany  wysoce  prowokującą 

miłosną  zabawą.  Kiedy  wreszcie  przerwali,  by  zaczerpnąć  powietrza,  którego  oboje 

niezmiernie potrzebowali, dyszeli ciężko, starając się odzyskać zimną krew. 

- Usiłujesz odwrócić moją uwagę? - zapytał ledwie słyszalnym szeptem. 

Zaśmiała się. 

- A jeśli tak, jak mi to wychodzi? 

- Prosisz się o kłopoty i dobrze o tym wiesz, prawda? 

- A jeśli tak, to co? 

Usłyszał namiętność w jej głosie, a w oczach dostrzegł bezbronność. Czy to możliwe? 

Czyżby  zadurzyła  się  w  nim?  Boże  drogi,  po  co  mu  to?  Szczególnie  teraz,  kiedy  są  w  tak 

trudnej  sytuacji.  Nie  można  zaprzeczyć,  że  między  nimi  coś  się  stało.  Coś,  nad  czym 

należałoby  poważnie  zastanowić  się.  Wiedział,  że  nie  jest  już  w  stanie  odejść  od  niej  i 

zapomnieć. 

Nie był to jednak czas na zajmowanie się swoimi osobistymi problemami. Przytulił ją 

do siebie. 

-  Nie  przejechałem  całej  tej  drogi  tylko  po  to,  żeby  spędzać  czas  w  łóżku  -  oznajmił 

ż

artobliwym  tonem,  na  użytek  kogoś,  kto  mógł  podsłuchiwać.  Przesunął  grzbietem  dłoni  po 

jej policzku, rozkoszując się jego aksamitną miękkością, pragnąc dotykać jej całej, od uszu do 

końców palców i nóg, poznawać ją, uczyć, kochać... 

background image

Kochać? Skąd się wzięła ta myśl? Miłość to mit, a jednak Jordan nie potrafił inaczej 

nazwać  silnego  uczucia,  jakie  narodziło  się  w  nim,  odkąd  przebywał  z  Lauren.  Nigdy  dotąd 

nie  doświadczył  niczego  podobnego.  Tak  samo  pragnął  kochać  się  z  nią, jak  i  chronić  ją  od 

niebezpieczeństwa. 

- Chodźmy - mruknął pod nosem, biorąc ją za rękę i wyprowadzając z pokoju. 

Popołudnie  spędzili  jak  zwykli  turyści.  Spotkali  kilkoro  ludzi,  którzy  mieli  ochotę  z 

nimi  pogawędzić,  co  dało  Lauren  możliwość  przypomnienia  sobie  języka.  Jordan  z  dumą 

patrzał, jak przyjacielskie nastawienie Lauren przezwycięża podejrzliwość obcych. Z tego, co 

mógł zrozumieć, opowiadała im o swojej babce, wspomniała parę piosenek, których nauczyła 

się w dzieciństwie, pokazała kilka kroków tanecznych jakiegoś ludowego, regionalnego tańca 

i już znalazła się w samym centrum ożywionej dyskusji na temat różnic kulturowych. 

Dzięki  tym  kontaktom  udało  im  się  odnaleźć  człowieka,  który  mógł  okazać  się 

pomocny.  Zastali  go  w  małym  pokoiku  na  tyłach  jakiegoś  miejscowego  sklepu.  Na  widok 

Jordana wstał, a potem chwycił go za ramiona i mocno uścisnął. 

- Miło znowu cię zobaczyć, Jordan - powiedział płynną angielszczyzną. 

-  Ciebie  też  miło  widzieć,  Stefanie  -  odparł  Jordan.  Kiedy  weszli,  jego  ręka 

obejmowała talię Lauren, ale wobec tak gorącego powitania musiał ją opuścić. Teraz zwrócił 

się w stronę młodej kobiety, wziął ją za rękę i pociągnął ku sobie. 

- Poznaj moją żonę, Lauren. Stefan roześmiał się. 

-  Ależ  oczywiście,  przyjacielu.  Tylko  tak  piękna  kobieta  mogłaby  być  twoją  żoną, 

prawda?  Miło  mi  cię  poznać  -  wyciągnął  dłoń,  a  Lauren  ujęła  ją  delikatnie.  -  Ach,  jesteś 

bardzo nieśmiała, jak mi się zdaje. 

Lauren poczuła, że policzki jej płoną, kiedy usłyszała śmiech Jordana. 

- Nie zawsze jest taka nieśmiała, Stefanie - powiedział, szczerząc zęby. 

Lauren ze zdumieniem stwierdziła, że zabrzmiało to zupełnie naturalnie. Tonem takiej 

władczej dumy mógł mówić jedynie mąż. 

-  Siadajcie  oboje  -  zawołał  Stefan.  -  Przepraszam,  że  tu  was  przyjmuję,  ale  muszę 

bardzo uważać na to, z kim mnie widzą. 

- Dzięki, wiem, że narobiłeś sobie sporo kłopotu z przygotowaniem tego wszystkiego - 

odparł Jordan. - Doceniam to. 

- Nie miałem wyboru, tak bardzo chciałem się z tobą znów zobaczyć i dowiedzieć się, 

jak  ci  się  powodzi  -  spojrzał  na  Lauren  z  uśmiechem.  -  Cieszę  się,  bo  najwyraźniej  jesteś 

szczęśliwy. 

Usiadł naprzeciw nich z rozjaśnioną twarzą, ale po chwili uśmiech znikł. 

background image

- Ale domyślam się, że to nie tylko przyjacielska wizyta. 

- Obawiam się, że nie, Stefanie. Czy słyszałeś coś na temat zniknięcia Amerykanki w 

Wiedniu kilka dni temu? 

Stefan przez chwilę w milczeniu wpatrywał się w podłogę, po czym podniósł głowę. 

- Ładna, wysoka, szczupła, o lekko rudawych włosach? 

- Widziałeś ją? - poderwał się Jordan. 

- Nie, ale słyszałem historię, która nie brzmi mi zbyt prawdopodobnie. 

- Co takiego? 

-  Krążą  plotki  o  kobiecie,  która  podróżowała  i  nagle  się  rozchorowała.  Zabrali  ją  do 

prywatnej  kliniki  na  skraju  miasta,  ale  żadnemu  z  etatowych  pracowników  nie  pozwolono 

zajmować się nią. Ma podobno własną pielęgniarkę i lekarza. 

-  To  mogłaby  być  ona  -  mruknął  Jordan  w  zamyśleniu.  -  Czy  jest  jakiś  sposób, 

ż

ebyśmy mogli zobaczyć się z nią? 

- My? 

- Chciałbym zabrać Lauren ze sobą. 

-  Rozumiem.  Oczywiście,  w  tej  chwili  nie  mogę  nic  obiecać.  Zapewne  będzie  to 

trudne, ale chyba możliwe. 

- Stefanie, dla ciebie nie ma rzeczy niemożliwych - zaśmiał się Jordan. 

- Jesteś zbyt uprzejmy, przyjacielu. Daj mi trochę czasu, potem skontaktuję się z tobą. 

- Gdzie możemy się spotkać? 

-  Jutro  około  południa  zostawię  ci  wiadomość  tu,  w  sklepie.  Zobaczymy,  co  da  się 

zrobić. 

W  drodze  powrotnej  do  hotelu  skupiona  mina  Jordana  powstrzymywała  Lauren  od 

prób nawiązania rozmowy. Nagle zatrzymał się przed sklepem z galanterią. 

- Zaczekaj w samochodzie - powiedział. - Zabawię tylko parę minut. 

Dotrzymał słowa. Po powrocie wręczył jej pakunek. 

- Co to takiego? 

-  Kapelusz  z  dużym  rondem.  Będziesz  musiała  go  włożyć,  jeśli  dostaniemy  się  do 

kliniki. 

- Masz już jakiś plan, prawda? - zapytała bardzo cicho. 

-  Wciąż  jeszcze  myślę  nad  nim,  ale  może  się  udać  -  nie  włączył  zapłonu.  Siedział 

nieruchomo,  z  rękami  mocno  zaciśniętymi  na  kierownicy  i  wzrokiem  utkwionym  w  szybę 

samochodu. Lauren objęła spojrzeniem jego poważną twarz. 

- Powiedz mi - ponagliła. Spojrzał na nią z westchnieniem. 

background image

- Boże, jak bardzo nie chciałbym cię do tego mieszać! 

- Już jestem wmieszana, wiesz dobrze. 

- Tak. 

- Więc co ci chodzi po głowie? 

- Nie mogę ryzykować porwania pani Monroe z kliniki, jeżeli to rzeczywiście ona, bez 

wzniecenia  niesamowitego  zamieszania.  W  tej  samej  chwili,  kiedy  zniknie,  zaczną 

kontrolować granice. 

Lauren skinęła głową, rozumiejąc już doskonałe jego plan i dlaczego nie może mu to 

przejść przez gardło. 

- Muszę zająć jej miejsce - oznajmiła spokojnie. 

-  Do  tej  pory  to  jedyny  pomysł,  jaki  mi  się  nasunął.  Muszę  jeszcze  nad  tym 

popracować. 

-  Myślę,  że  jest  wspaniały.  Może  wyjechać  zamiast  mnie.  We  dwoje  odwołacie 

rezerwację w wiedeńskim hotelu i spokojnie wrócicie do kraju. Jeżeli moje włosy i makijaż są 

tak  dobrane,  jak  sobie  tego  życzył  pan  Mallory,  nie  powinno  być  kłopotu  z  przekroczeniem 

granicy. 

-  Tak,  właśnie  na  to  liczył  Mallory.  Ale  w  ten  sposób  ty  pozostajesz  w  rękach 

porywaczy Frances Monroe, kimkolwiek są. 

- Wiem - odparła cichutko. 

- Nie jestem pewien, czy się na to zdobędę. 

- Nie masz wyboru. Właśnie to był jedyny powód, dla którego tu przyjechałam. 

Jordan podniósł dłoń i lekko uderzył w kierownicę zwiniętą pięścią. 

- Nie podoba mi się to. 

- Ale ja się wcale nie boję, przecież wiesz. 

- Porozmawiam jutro ze Stefanem, może ma jakieś inne pomysły. 

- Być może dopomógłby mi później opuścić klinikę. 

-  Wrócę  po  ciebie,  natychmiast,  gdy  tylko  dowiozę  panią  Monroe  w  bezpieczne 

miejsce. 

- Nie możesz. Narazisz się na niebezpieczeństwo... 

- Głupstwa gadasz. Jeżeli cię zostawię, to wrócę, niech mnie szlag trafi! 

- Nie przekroczymy granicy... 

- Legalnie raczej nie, ale przekroczymy. 

- Jordan, jestem pewna, że Mallory nie chciałby, żebyś ryzykował... 

background image

- Naprawdę nic a nic nie obchodzi mnie, czego chce Mallory. To on zaangażował cię 

do  tego  przedstawienia.  Powinien  pogodzić  się  z  faktem,  że  sprawa  zakończy  się  dopiero 

wtedy, kiedy i ty bezpiecznie znajdziesz się tam, gdzie jest twoje miejsce. 

Lauren  przyglądała  mu  się  w  zamyśleniu.  Bała  się,  jasne,  że  się  bała!  Dlaczego 

miałaby się nie bać? Wiedziała od początku, że to będzie niebezpieczne. Natychmiast, kiedy 

zasugerowali jej, że mogłaby zająć miejsce pani Monroe, Lauren zaczęła liczyć się z tym, iż 

może zostać zdemaskowana, a nawet aresztowana za... szpiegostwo. 

Nie było jednak powodu już teraz rozpatrywać sytuacji pod tym kątem. Jeszcze nic jej 

nie  grozi.  Na  pewno  we  trójkę  wymyślą  jakiś  rozsądny  scenariusz,  który  wszystkim 

zainteresowanym zapewni maksimum bezpieczeństwa. 

Wyczuwała  zdenerwowanie  i  gniew  Jordana,  ale  tym  razem  były  one  inne,  aniżeli 

wtedy,  w  biurze  Mallory'ego.  Martwił  się,  ponieważ  zależało  mu  na  niej.  Rozumiała  to 

doskonale.  Ale  kiedy  wyobraziła  sobie  wszystkie  niebezpieczeństwa,  jakie  czyhają  na  niego 

podczas przekraczania granicy z panią Monroe jako fałszywą żoną, sama zaczęła denerwować 

się na myśl o niepowodzeniu. 

Jordan włączył zapłon i w milczeniu pojechali do hotelu. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Kolację  zjedli  w  niemal  pustej  restauracji  hotelowej.  Żadne  z  nich  nie  było  zbyt 

rozmowne.  Myśli  ich  zaprzątnięte  były  tym,  co  może  zdarzyć  się  następnego  dnia.  Na  dziś 

dyskusja była zakończona. 

Zanim  dotarli  do  pokoju,  zapadł  zmrok.  Lauren  bez  słowa  sięgnęła  do  walizki  po 

koszulę  nocną  i  zorientowała  się,  że  zabrała  jedynie  tę  z  jedwabiu  i  koronki.  Wzruszyła 

ramionami.  Kiedy  się  pakowała,  myślała  jedynie  o  tym,  jak  to  będzie  wyglądać  w  oczach 

celników,  a  nie  o  własnym  samopoczuciu,  kiedy  będzie  zmuszona  ją  włożyć.  Nie  zabrała 

nawet szlafroka. 

Weszła  do  łazienki  i  napełniła  wannę  gorącą  wodą.  Zrzuciła  ubranie,  szybko 

wskoczyła do wanny i z przyjemnością zanurzyła się w ciepłej, parującej kąpieli. 

Co  za  dzień!  O  świcie  obudził  ją  wybuch,  potem  znalazła  się  w  samym  centrum 

uczuciowego  trzęsienia  ziemi,  które  wywróciło  do  góry  nogami  wszystkie  jej  poprzednie 

przemyślenia  na  temat  mężczyzn  i  seksu.  Przypominała  sobie  wszystkie  kolejne  zdarzenia: 

podróż, spotkanie ze Stefanem i... plan, który może oznaczać, że już nigdy nie ujrzy domu i 

rodziny. Nie myśl tak! - zganiła się w duchu. - Plan powiedzie się, już oni się o to postarają. 

Jeśli rzeczywiście jest bardzo podobna do Frances Monroe, to przecież mogłaby grać tę rolę 

nawet przez kilka dni! Dobrze, ale co potem? 

Jordan przyjedzie po nią. 

Uśmiechnęła  się  do  tej  myśli.  Na  pewno  jej  pomoże.  Lauren  miała  do  niego  pełne 

zaufanie. 

Chwile  spędzone  w  wannie  pozwoliły  jej  odprężyć  się  i  wypocząć,  likwidując 

dokuczliwe  napięcie.  Włożyła  koszulę  nocną  i  podeszła  do  lustra,  żeby  wyszczotkować 

włosy. 

Nagle  stanęła  jak  wryta.  Dłoń  ze  szczotką  zawisła  nieruchomo  w  powietrzu.  Wzrok 

utkwiła  w  kobiecie,  która  spoglądała  na  nią  z  tafli  lustra.  Koszula  była  uszyta  z  jedwabiu  i 

przylegała  jak  druga  skóra,  uwydatniając  wcięcie  talii.  Nawet  w  miejscu,  gdzie  był  pępek, 

widniał cień. 

Z  równym  skutkiem  mogłaby  być  naga.  Piersi  były  ledwie  przysłonięte  delikatną 

koronką,  która  wąskimi  paskami  biegła  aż  do  talii.  I  tak  ubrana  będzie  dzielić  łóżko  z 

Jordanem Trentem? Tak! 

Uśmiechnęła się do swoich myśli. Chyba tym razem się nie wywinie... 

background image

Cokolwiek zdarzy się jutro, dziś ma przed sobą całą noc i zamierza spędzić ją właśnie 

z Jordanem. Od chwili, gdy ich miłosne pieszczoty zostały tak brutalnie przerwane, napięcie 

między  nimi  rosło  i  stawało  się  widoczne  na  każdym  kroku.  Przecież  chyba  to  niemożliwe, 

aby spokojnie położył się obok niej i zasnął! Nie po dzisiejszym ranku. 

Otwarła drzwi i wyszła z łazienki. 

Pokój  oświetlony  był  jedynie  maleńką  lampką  stojącą  obok  łóżka.  Jordan  stał  w 

mrocznym kącie, wyglądając przez okno. Nie odwrócił się, kiedy weszła, a sądząc po wyrazie 

jego twarzy, myśli krążące mu po głowie nie były przyjemne. 

- Jordan? 

Obejrzał  się  i  nagle  cały  zesztywniał.  Ale  jego  oczy  zdradzały  go  -  były  pełne 

zachwytu i zdumienia. Mimo to zapytał szorstkim tonem: 

- Co? 

- Przepraszam, że tak długo siedziałam w wannie - i podeszła do niego, podświetlona 

miękkim blaskiem lampki. 

Obserwował ją, kiedy zbliżała się i wiedział już, że tej nocy nie zdoła się jej oprzeć. 

Nie  da  rady.  Zbyt  mocno  był  zatroskany  z  jej  powodu,  zbyt  wystraszony.  A  teraz  jeszcze 

pojawiła się w takim stroju, który... 

Co stało się z klasztorną koszulą nocną, którą miała na sobie wczoraj? Ale przecież to 

i  tak  nie  miałoby  żadnego  znaczenia!  Nawet  gdyby  nosiła  worek,  nie  zdołałoby  to  stłumić 

jego pożądania. 

Odchrząknął. 

- Nie szkodzi - wymamrotał i szybko wyminął ją, wszedł do łazienki i głośno zamknął 

za  sobą  drzwi.  Nie  uczynił  tego  jednak  na  tyle  szybko,  by  Lauren  nie  dostrzegła  pożądania 

błyszczącego w jego oczach i reakcji jego ciała na jej widok. 

Dziś  nad  ranem  dowiedziała  się  o  nim,  i  o  miłości,  już  dość  dużo,  ale  zamierza 

dowiedzieć się jeszcze więcej, zanim ta noc dobiegnie końca. 

Kiedy  Jordan  wyszedł  z  łazienki  po  długim,  orzeźwiającym  prysznicu,  w  sypialni 

panowały  zupełne  ciemności.  Jedynie  słaby  odblask  latarni  wpadający  do  pokoju  przez  oba 

okna pozwolił mu ostrożnie skierować się w stronę, gdzie, jak mu się zdawało, znajdowało się 

łóżko. 

Ż

ałował,  że  nie  zabrał  czegoś  do  spania.  Kiedy  się  pakował,  był  zbyt  wściekły,  żeby 

pomyśleć o wszystkim. Tak więc okazało się, że ma do wyboru jedynie spodnie od dresu lub 

dżinsy. Ani jedne, ani drugie nie nadawały się. I jedne, i drugie byłyby diablo niewygodne. 

background image

Wreszcie  dotknął  nogą  brzegu  łóżka.  Ostrożnie  przesuwając  dłonie  wzdłuż  krawędzi 

natrafił  na  stolik  stojący  u  wezgłowia.  Z  ulgą  osunął  się  na  posłanie.  Jak  dotąd,  jakoś  idzie. 

Może Lauren już zasnęła? 

Zmusił  się  do  wstrzymania  oddechu  i  nasłuchiwał.  Dopiero,  kiedy  się  zupełnie 

uspokoił, usłyszał tuż obok cichy oddech Lauren. Z jego rytmu i tempa wywnioskował, że do 

snu było jej raczej daleko. 

A czego właściwie oczekiwał? 

Poprzedniej  nocy  przynajmniej  mieli  oddzielne  łóżka,  chociaż  zsunięte  tak,  że  leżeli 

od siebie na odległość wyciągniętego ramienia. Dzisiaj nawet nie ma co udawać. Muszą spać 

obok  siebie  jak  para  małżonków.  A  poza  tym  nie  było  tu  nawet  wygodnego  fotela,  nie 

mówiąc już o kanapie. Możliwości spędzenia nocy na podłodze nawet nie rozważał. 

Bardzo  ostrożnie  uniósł  kołdrę  i  wsunął  się  pod  nią,  starannie  zachowując  jak 

największą odległość od środka łóżka. To będzie cholernie długa noc, a przecież potrzebował 

snu... Zmusił się do odprężenia i wyciągnął na całą długość. 

- Jordan, kochanie? 

Omal  nie  podskoczył  na  łóżku,  kiedy  nagle  usłyszał  jej  cichy  głos  dochodzący  z 

ciemności.  Brzmiał  słodko  i  uwodzicielsko,  a  sądząc  z  pieszczotliwego  „kochanie",  Lauren 

doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że mogą mieć słuchaczy. Co ona knuje? 

- Hmm? - odmruknął ostrożnie. 

- Nie pytałam cię jeszcze o to. Czy byłoby ci przykro, gdyby to była dziewczynka? 

Po  tym  pytaniu  pokój  wypełniło  naładowane  elektrycznością  milczenie.  Jordan 

gwałtownie  obrócił  głowę,  ale  nie  widział  w  ciemności  nic  poza  niewyraźnym  zarysem  jej 

ciała. 

- Co? - zapytał zdławionym głosem. 

-  No  wiesz,  dziecko  -  odparła  głosem,  w  którym  brzmiał  uśmiech.  -  Wiem,  że  nie 

zamierzaliśmy  tak  wcześnie  powiększać  naszej  rodziny,  ale  chyba  nie  jest  ci  przykro,  że  to 

jedno jest już w drodze... prawda? - zapytała rozmarzonym tonem. 

- Och, Lauren...? 

Poczuł,  że  Lauren  poruszyła  się  na  łóżku.  Jej  stopa  prześliznęła  się  po  jego  kostce  i 

zaczęła ocierać się o podbicie. Jordan omal nie wyskoczył z łóżka jak z katapulty. 

- Co ty wyprawiasz? - rzucił szorstko. 

- Och, przepraszam, kochanie. Spycham cię? To łóżko jest dużo mniejsze niż nasze, w 

domu  -  westchnęła.  -  Ale  kiedy  jesteśmy  razem,  nie  zajmujemy  znów  tak  wiele  miejsca  - 

background image

przysunęła się tak blisko, że włosami muskała jego ramię i dodała: - Mam nadzieję, że będzie 

podobne do ciebie. 

- Kto? 

-  Dziecko.  Jeżeli  to  będzie  chłopiec,  chcę,  żeby  nosił  twoje  imię.  Mam  nadzieję,  że 

będzie  miał  czarne  i  kręcone  włosy,  jak  ty,  i  twoje  ogromne  czarne  oczy,  a  także  twój... 

złośliwy uśmiech. 

-  Złośliwy...  -  Jordan  urwał  na  samą  myśl,  że  Lauren  mogłaby  mieć  jego  dziecko. 

Przez  chwilę  wyobraził  sobie  to  niemowlę  tak  wyraźnie,  jakby  już  było  z  nimi  w  pokoju: 

miało czarne, kręcone włosy, uśmiech. Tylko oczy były szare, jak u Lauren. 

Obok  niemowlęcia  nagle  pojawiła  się  dziewczynka.  Ona  też  miała  loczki,  ale 

płowoczerwone,  niemal  marchewkowe,  a  oczka  ciemnobrązowe.  Podnosiła  do  niego  rączki, 

jakby prosząc, by wziął ją w ramiona. 

Jordan  potrząsnął  głową  i  zamrugał  oczami.  Czy  on  zwariował?  Ostatnio  przeżywa 

stanowczo za dużo napięć! Miał rację, że jest za stary na takie życie. Powinien zamknąć się w 

jakimś spokojnym sanatorium, gdzieś... 

- A może dam mu imię po twoim ojcu? 

-  Nie,  nie  chcę  -  odparł  machinalnie.  Słowa  zabrzmiały  szorstko  w  ciszy  pokoju  i 

Jordan spróbował złagodzić ich wymowę: - Dlaczego nie mielibyśmy mu dać imienia twojego 

ojca? 

Dopiero, kiedy usłyszał  własny  głos, dotarło do  niego, że wplątał się w tę idiotyczną 

grę. 

- Matthew Mackenzie Trent. Ładnie brzmi, prawda? - zauważyła Lauren z pewną dozą 

dumy. 

Jordan  uśmiechnął  się  szeroko.  Naprawdę  zachowywała  się  jak  dumna  mamusia, 

przedstawiająca  towarzystwu  swego  syna.  Obrócił  się  na  bok  i  poczuł  dotyk  jej  ciała  od 

ramienia  po  końce  palców  u  stóp.  Niby  przypadkiem  przesunął  nogę  tak,  by  ją  objęła  i 

delikatnie opuścił dłoń na jej pierś. 

-  A  nasza  córka?  -  zapytał,  skubiąc  koniuszek  jej  odsłoniętego  ucha.  Czuł  oszalałe 

bicie jej serca. Zdziwił się, że głos Lauren może brzmieć tak spokojnie i sennie, podczas gdy 

serce wali jak młotem. Zaczął zastanawiać się, jak daleko posunie swoją zabawę. 

- Nasza córka? - zapytała, wstrzymując oddech. 

-  Uhmm  -  potwierdził,  rysując  pocałunkami  linię  wzdłuż  jej  szyi.  Czuł,  jak  mocno 

pulsuje jej tętno. - Gdyby to była dziewczynka... 

- Och... No cóż... 

background image

- Na pewno będzie miała twój kolor włosów i ogromne oczy, które budzą u mężczyzn 

różne dziwne myśli... 

- Naprawdę? To znaczy... 

-  O,  tak.  Gdybyśmy  nie  byli  już  tak  starym  małżeństwem,  byłbym  doprawdy 

zirytowany spojrzeniami, jakimi dziś ścigali cię mężczyźni. 

- Aleja.. 

Przerwał jej w pół słowa, cokolwiek chciała powiedzieć, po prostu zamykając jej usta 

pocałunkiem.  Usiłowała  wymknąć  się,  ale  szybko  zorientowała  się,  że  to  niemożliwe, 

ponieważ  jego  noga  i  ramię  przygważdżają  ją  do  materaca.  To  nie  znaczy,  że  Lauren  tak 

naprawdę  chciała  się  wymknąć.  W  każdym  razie  nie  do  końca.  Po  prostu  zareagowała 

odruchowo, bo nie spodziewała się, że Jordan rzuci się na nią tak od razu. 

Leżała  w  ciemności,  czekając  na  niego  i  zastanawiając  się,  jak  mało  mogą  sobie 

powiedzieć w tym pokoju. I tak, od myśli do myśli, postanowiła podrażnić się z nim trochę. 

Tylko troszeczkę.  Zaplanowała sobie tę żartobliwą rozmowę o ich dzieciach, a on bez trudu 

obrócił ten żart przeciwko niej. 

Zabawne,  ale  oczami  wyobraźni  widziała  zarówno  chłopczyka,  jak  i  dziewczynkę. 

Były to szczęśliwe, roześmiane dzieci, otoczone miłością... i Lauren poczuła nagle tak gorący 

przypływ  radości,  że  zwróciła  się  ku  Jordanowi  i  objęła  go  mocno.  Przypuszczała,  że 

jedynym  celem  jego  pocałunku  było  zamknięcie  jej  ust,  ale  dopiero  teraz  zrozumiała,  że 

właśnie robi to, czego zawsze pragnęła... 

Jordan poczuł, że jej opór roztapia się i nagle była tuż przy nim. Jej piersi dotykały go, 

a uda zamknęły się na jego kolanie. 

Wszystkie  szlachetne  postanowienia  opuściły  go  w  jednej  chwili.  Nigdy  nie  był 

ś

więty,  choć  teraz  bardzo  się  starał.  A  Lauren  wcale  mu  nie  pomagała.  Gdyby  jej  nie  znał, 

byłby przysiągł, że usiłuje go uwieść. 

Wsparł się na łokciu i spojrzał na jej tonącą w ciemności twarz. Z uśmiechem udał, że 

ziewa i powiedział: 

-  No,  skarbie.  To  był  długi  dzień.  Powinniśmy  chyba  trochę  odpocząć.  Zwłaszcza  ty 

musisz  na  siebie  uważać  -  dodał,  jednocześnie  zsuwając  z  jej  ramienia,  po  kolei,  najpierw 

jedno, a potem drugie ramiączko koszuli. 

Lauren  wydała  z  siebie  zduszony  dźwięk,  coś  pośredniego  pomiędzy  zachłyśnięciem 

się  a  westchnieniem.  Jordan  ściągał  delikatną  tkaninę  tak  długo,  aż  opadła  na  wysokość  jej 

talii. 

- Dobranoc - powiedział głośno i zaczął ją całować. 

background image

Były to pocałunki pełne namiętności i determinacji. 

Ż

adne  z  nich  nie  miało  cienia  wątpliwości,  że  tym  razem  będą  się  kochać,  a  ona  nie 

będzie stawiała oporu. 

Nieustanna  świadomość,  że  powinni  zachowywać  się  cicho  sprawiła,  iż  milczące 

pieszczoty Jordana wzruszyły Lauren swą delikatnością. Jego wargi błądziły po niej, podczas 

gdy  dłonie  osuwały  jedwab  i  koronki  w  dół,  aż  do  stóp.  Aksamitna  skóra  Lauren  drżeniem 

reagowała  na  pieszczoty.  W  pewnej  chwili  Jordan  uświadomił  sobie,  że  Lauren  wcisnęła 

pięść do ust, by zdusić jęk. 

Kusiła  go  i  drażniła,  świadomie  czy  też  mimo  woli.  Teraz  nie  było  odwrotu.  Zanim 

nadejdzie  poranek,  Lauren  Mackenzie  w  pełni  pojmie  istotę  kochania  się  kobiety  i 

mężczyzny. 

Lauren  zaczęła  naśladować  Jordana  i  to  od  razu  z  doskonałym  skutkiem.  Zaledwie 

musnęła dłonią jego brzuch, a już jego mięśnie konwulsyjnie skurczyły się pod wpływem jej 

pieszczoty.  Dotknęła  gumki  jego  spodenek  i,  idąc  za  jego  przykładem,  zaczęła  zsuwać  je 

wzdłuż muskularnych ud i łydek. 

Jordan ostrożnie, tak, aby łóżko nie skrzypnęło, przetoczył się na Lauren. Przez chwilę 

poczuła  na  sobie  jego  ciężar,  potem,  wsparty  na  łokciach,  zaledwie  słyszalnie  wyszeptał  jej 

wprost w ucho: 

- Czy nie jestem za ciężki? 

Potrząsnęła głową. 

Znowu  odnalazł  jej  usta,  łaskocząc  je  drobnymi  pocałunkami  wzdłuż  dolnej  wargi, 

pieszcząc językiem ich linię tak długo, aż żar ogarnął ich oboje. Wtedy  wniknął w jej usta i 

powolnym,  ale  mocnym  głaskaniem  uświadamiał  jej,  czego  od  niej  pragnie,  a  jednocześnie 

pozostawiał  możliwość  ucieczki,  gdyby  nagle  zechciała  wycofać  się  z  tej  ich  miłosnej  gry. 

Lauren jednak przyciągnęła go bliżej, lekko przesuwając się i zanim delikatnie uniósł się nad 

nią, oboje drżeli już z pożądania i pragnienia. 

Lauren  nigdy  nie  przypuszczała,  że  fizyczna  miłość  może  być  tak  pięknym,  tak 

olśniewającym zespoleniem dwojga ludzi. Wiedziała już, że na zawsze pozostanie wdzięczna 

losowi, iż spotkała Jordana i mogła go bliżej poznać. Wydawało się jej, iż całe życie czekała 

na tę jedną chwilę, by odsłonił przed nią tajemnicę miłości. 

Jordan  opuścił  się  powoli,  aż  przyjęła  go  zupełnie  w  swe  wnętrze.  Jak  mógł  do  tej 

pory  żyć,  nie  znając  tego  cudownego  uczucia  zjednoczenia  z  drugą  osobą?  Znieruchomiały, 

obejmował ją mocno, rozkoszując się oszałamiającą intensywnością swych przeżyć. 

background image

Lauren  uśmiechała  się,  mocno  przywierając  do  niego.  Głowę  wtuliła  w  jego  ramię. 

Spodziewała  się  bólu,  a  przynajmniej  doznania  jakiejś  drobnej  przykrości.  Zamiast  tego 

zdumiała ją delikatność, z jaką szukał do niej dostępu, poruszając się tak powoli, iż jej ciało 

miało  możliwość  dostosowania  się  do  niego.  Te  delikatne,  powolne  ruchy  były  dla  obojga 

rozkosznie podniecające. 

Cisza  pomieszczenia  pozostała  nie  zakłócona,  jedynie  momentami  zmącona 

dyskretnym westchnieniem lub szelestem pościeli - odgłosami, które mogli wydawać znużeni 

ludzie usiłujący zaznać odpoczynku w obcym pokoju i obcym łóżku. 

Lauren  miała  wrażenie,  jakby  coś  w  jej  wnętrzu  zerwało  się  z  uwięzi  -  im  silniej 

poruszało  się  i  miotało,  tym  większe  ogarniało  ją  napięcie.  Jej  ciało  wydawało  się  bliskie 

eksplozji, delikatny deszcz jasnych świateł i barw rozjaśniał mrok wokół niej. I nagle zewsząd 

otoczyła ją kaskada fajerwerków, wypełniając pokój światłem i radością, nadzieją i miłością. 

Ukryła  głowę  głęboko  na  jego  piersi  i  tak  trwała.  Nagle  ciałem  Jordana  wstrząsnął 

dreszcz,  który  zdawał  się  biec  od  głowy  po  końce  palców  stóp.  Zadygotał  cały,  a  potem, 

ciężko dysząc, osunął się na pościel obok niej. 

Przytulił  ją  tak  mocno,  jakby  nigdy  już  nie  zamierzał  wypuścić  jej  z  ramion,  a  ona, 

szczęśliwa i nasycona, zasnęła w tej pozycji. 

Gdzieś w środku nocy Lauren obudziła się pod wpływem cudownego uczucia. Jordan 

wciąż ją obejmował, delikatnie pieszcząc dłońmi i ustami. Jego miłość wydawała się częścią 

snu  i  Lauren  odpowiadała  mu  bez  opamiętania,  wiedząc,  że  ich  wspólne  chwile  skończą  się 

już za kilka godzin. 

Kiedy obudziła się znowu, Jordan spokojnym głosem powiedział: 

- Czas wstawać, kochanie, jeśli chcesz zwiedzić cokolwiek. 

Lauren otworzyła i natychmiast zmrużyła oczy, poraziło je zbyt jasne światło. Skupiła 

wzrok  na  Jordanie  stojącym  obok  jej  łóżka.  Widok  jego  nagości  szybko  przywrócił  jej 

przytomność. Westchnęła spazmatycznie i podciągnęła kołdrę pod samą brodę. 

Namiętne  kochanie  się  z  mężczyzną  w  ciemności  było  zupełnie  czymś  innym  niż 

oglądanie  tego  samego  mężczyzny  w  całej  jego  naturalnej  wspaniałości  i  w  pełnym  świetle 

dnia. Nagle dotarło do niej, że on zupełnie nie wstydzi się własnej nagości. 

-  Zaoszczędziłoby  nam  trochę  czasu,  gdybyśmy  razem  wzięli  prysznic  -  stwierdził 

chłodnym, niedbałym tonem, ale w oczach miał zdecydowanie figlarne iskierki. 

- Ach, tak... ale ja... 

Delikatnie, ale stanowczo wyciągnął kołdrę z jej kurczowo zaciśniętych palców. 

- No, chodź, kochanie. Musimy ruszać. 

background image

Chwycił ją za ręce i postawił na nogi, z uśmiechem obejmując spojrzeniem. Pociągnął 

ją do łazienki. 

- Jak spałaś, skarbie? 

- Ja? Dobrze, nawet nie sądziłam... 

- Wiem. Obce łóżko i ten pokój... Trudno wypocząć w podróży. Tyle lat spędziłem w 

drodze, że sam już się przyzwyczaiłem. 

Lauren  nie  przypuszczała,  że  jest  w  stanie  zarumienić  się  na  całym  ciele.  Jedno 

spojrzenie  w  lustro  w  łazience  uzmysłowiło  jej,  że  to  jednak  możliwe.  Twarz  jej  jednak 

przybrała  jeszcze  jaskrawszy  odcień  purpury,  kiedy  stwierdziła,  że  Jordan  wcale  nie  jest 

poruszony jej obecnością. 

Pochylił  się  i  pocałował  ją  za  uchem,  obejmując  ramionami.  Teraz  oboje  stali  przed 

lustrem, a on wydawał się rozbawiony jej zakłopotaniem. 

- Jeżeli sądzisz, że przeproszę cię za tę noc, to spotka cię spory zawód - mruknął pod 

nosem. 

Potrząsnęła  głową,  ale  jakoś  nie  była  w  stanie  wydusić  z  siebie  ani  słowa.  Jordan 

wciągnął  ją  pod  prysznic  i  zaczął  mydlić  Lauren  leniwymi,  pieszczotliwymi  ruchami,  aż 

zapomniała  o  swoim  zawstydzeniu.  Z  ciekawością  przyglądała  się  ciału,  które  od  ostatniej 

nocy  znała  jedynie  z  dotyku.  Musiała  przyznać,  że  metoda  poznawcza  Braille'a  nie  jest 

najgorsza, była jednak szczęśliwa, że może oglądać nagiego Jordana w pełnym świetle. 

Jej własne ciało zdawało się bardzo szybko uczyć zdumiewających nowych rzeczy. A 

może to on wiedział, jakich strun dotknąć, by wywołać w jej wnętrzu tak silną reakcję. 

Nagle podniósł ją, owinął się w pasie jej nogami, i zdobił to tak szybko, że aż wydała 

głośny okrzyk. 

- Boli? - zapytał, lekko marszcząc brwi. Zaprzeczyła ruchem głowy. 

- No to teraz możemy rozmawiać... dopóki woda jest odkręcona... 

Lauren była zbyt zaskoczona, by powiedzieć cokolwiek. 

- Twoje plecy... wykrztusiła wreszcie. - Nie będą cię bolały plecy? 

Pochylił się i pocałował ją. Długi, upajający pocałunek rozproszył jej wątpliwości. 

- Wymasujesz mnie, jeśli będą bolały? - zapytał z przewrotną nutą w głosie. - Bo jeśli 

tak, to może warto... 

Nie była już w stanie skupić się na jego żartach. Jej plecy wygięły się w łuk, z gardła 

wydobył się cichy jęk. Wydawało się, że całe jej ciało roztapia się jak wosk. 

Jordan zadygotał, obejmując ją tak mocno, że nie mogła złapać tchu. Po chwili powoli 

postawił ją na ziemi. 

background image

- Bomba! - wykrzyknął, kiedy mógł już złapać oddech. 

- Co to znaczy: Bomba? 

- Bomba! Jesteś fantastycznym partnerem do kąpieli! 

Roześmiała się, nagle bardzo z siebie zadowolona. Jordan zachowywał się tak, jakby 

sądził, iż jej gesty są świadome, podczas gdy ona tylko pozwalała się prowadzić. 

Skwapliwie  wyskoczyła  spod  prysznica  i  odkryła,  że  kolana  drżą  jej  tak,  iż  zaledwie 

może ustać. 

- Nie jestem pewna, czy to był dobry pomysł - wyszeptała matowym głosem. 

Jordan  wyskoczył  tuż  za  nią,  nie  zakręcając  wody,  i  w  jednej  chwili  otoczył  ją 

ramionami. 

- Co się stało? Chyba nie zrobiłem ci krzywdy? Cholera! 

Potrząsnęła głową. 

-  Nie.  Po  prostu  nie  miałam  pojęcia...  Skąd  miałam  wiedzieć...  -  spojrzała  w  lustro  i 

spostrzegła  jego  zatroskaną  minę.  -  Wszystko  w  porządku,  naprawdę  -  dodała,  prostując  się 

niepewnie. - Nie chciałam cię przestraszyć... 

-  Och,  Lauren  -  wyszeptał,  zanurzając  twarz  w  jej  włosach.  -  Ja  też  nie  chciałbym 

sprawić ci najmniejszego nawet bólu. 

- Wiem - odparła miękko. 

Jeśli  ich  związek  sprawi  jej  cierpienie,  będzie  mogła  winić  jedynie  siebie.  Podjęła 

decyzję i nie żałowała jej. Teraz jednak musieli zająć się tym, po co przyjechali. 

- Czy nie powinieneś zakręcić wody, zanim ktoś dojdzie do wniosku, że mamy potop 

w pokoju? 

- zapytała, sięgając po ręcznik. 

Jordan  bez  słowa  skinął  głową.  Wypuścił  ją  z  objęć,  sięgnął  pod  prysznic  i  zakręcił 

wodę. 

-  Co  mamy  dziś  w  rozkładzie?  -  zapytała  niedbale.  Weszli  do  sypialni  i  zaczęli  się 

ubierać. Lauren nie mogła oderwać od niego oczu, choć starała się z całych sił. 

- Pamiętasz ten mały sklepik z pamiątkami, który odkryliśmy wczoraj? - zapytał, a ona 

zorientowała się, że ma na myśli miejsce, gdzie spotkali się ze Stefanem. 

- Tak, oczywiście. 

- Nie wychodzą mi z głowy te ręcznie rzeźbione szachy, które tam widzieliśmy. Byłby 

to wspaniały prezent dla twojego taty, jak sądzisz? 

-  Faktycznie!  -  zaśmiała  się,  doskonale  wiedząc,  że  jej  ojciec  nie  miał  zielonego 

pojęcia o szachach. 

background image

- To miło, że pamiętałeś. 

Podszedł i poprawił kołnierzyk jej sukni, potem przesunął dłonią wzdłuż jej pleców w 

dół i w górę. 

-  Zawsze  myślę  o  twojej  rodzinie.  To  wspaniali  ludzie.  Czy  pamiętasz,  że  mamy 

wysłać pocztówki do Meg i Amy? 

Lauren spojrzała na niego ostro i pochwyciła przekorny błysk w jego oku. 

-  Myślałam,  że  zaczekamy  z  tym,  aż  będziemy  we  Francji.  Wiesz,  jakie  są  moje 

siostry. 

Uniósł brwi, a ona odpowiedziała mu wyjątkowo niewinnym spojrzeniem. Spojrzał na 

zegarek. 

- Powinniśmy już wyjść. Trochę zaspaliśmy. 

-  A  cóż  to  za  różnica,  kochanie?  Jesteśmy  przecież  na  wakacjach  -  wzięła  torebkę  i 

kapelusz, który kupili poprzedniego dnia. 

- Dobrze, że mi przypomniałaś. Ciągle usiłuję gdzieś zdążyć. 

W małym sklepiku czekała na nich wiadomość od Stefana. Mieli spotkać się z nim o 

trzeciej  w  dobrze  znanym  miejskim  parku.  Ponieważ  nie  umieli  przewidzieć,  kiedy  znowu 

będą mogli jeść, Jordan zaproponował, żeby teraz iść na lunch. 

Podczas posiłku nie przestawał jej bacznie obserwować. 

-  Czy  mam  ubrudzoną  twarz?  -  zapytała  wreszcie.  Jordan  stał  się  jeszcze  bardziej 

skupiony. 

-  Nie.  Zaskoczyłaś  mnie,  to  wszystko  -  odparł,  powoli  podnosząc  do  ust  kawałek 

wędliny. 

-  Czyżbyś  nie  zdawał  sobie  sprawy  z  tego,  jak  bardzo  potrafię  być  agresywna?  - 

wysiliła się na żart, ale z jego miny wyczytała, że bezskutecznie. Wcale go nie rozśmieszyła. 

-  Chciałbym  wiedzieć,  dlaczego  -  odezwał  się  w  zamyśleniu,  jakby  powtarzając 

jedynie to, co już od dawna tłukło mu się po głowie. 

- Dlaczego? - zapytała z wahaniem. 

- Dlaczego ja? Dlaczego teraz? Czekałaś tyle lat i nagle, niespodziewanie podejmujesz 

taką decyzję? 

-  Czy  próbujesz  powiedzieć  mi,  że  powinnam  była  usiąść  i  przemyśleć  wszystko, 

zanim zacznę się z tobą kochać? 

- Usiłuję powiedzieć ci - powtórzył cierpliwie i spokojnie - że zachowałaś się zupełnie 

niezgodnie z twoim charakterem. 

- W takim razie po prostu nie znasz aż tak dobrze mojego charakteru. 

background image

- Wiem, że byłem twoim pierwszym mężczyzną. 

- Chodzi ci o moje niedoświadczenie, co? A ja myślałam, że tak szybko się uczę... 

-  Nie  oszukasz  mnie,  Lauren.  Z  tego,  co  się  o  tobie  dowiedziałem,  wiem,  że  jesteś 

silną, niezależną kobietą, która nie robi nic pod wpływem impulsu. 

-  Chyba  żartujesz.  Cała  ta  wyprawa  jest  jednym  wielkim  impulsem,  A  gdybym 

powiedziała ci, że znudził mi się dawny styl życia i postanowiłam zmienić skórę? 

- Ale dlaczego ja? 

Teraz  już  nie  potrafiła  zdobyć  się  na  żaden  inteligentny  komentarz.  Nie  mogła 

przecież powiedzieć mu: „Bo byłeś pod ręką". 

Grając  na  zwłokę,  pociągnęła  łyk  ze  szklanki  i  postawiła  ją  przed  sobą.  Podniosła 

głowę i wytrzymała jego natarczywe spojrzenie. 

- Może zakochałam się w tobie. 

Drgnął,  jakby  go  spoliczkowała.  Właściwie,  czegóż  innego  mogła  oczekiwać?  Nie 

powinna być zaskoczona. 

- Wiesz, że to nie ma przyszłości - odezwał się cicho. 

- Wiem. 

- Mój tryb życia... 

- Doskonale znam twój tryb życia. Nie musisz mi go opisywać. 

- Wykorzystałem sytuację, chociaż obiecałem ci, że... 

- Dlaczego przypisujesz sobie całą zasługę? Ja też wykorzystywałam sytuację, dobrze 

o tym wiesz. 

Potrząsnął głową, niezadowolony z przebiegu, jaki zaczynała przybierać ta rozmowa. 

Czy ona niczego nie bierze na serio? 

Jasne, że go nie kocha. Głupi żart. Nawet go chyba nie lubi. Właściwie nie ma się co 

dziwić,  po  sposobie,  w  jaki  traktował  ją  od  samego  początku.  A  jednak  coś  było  między 

nimi... coś, co wywoływało fontanny iskier, skoro tylko się do siebie zbliżyli. Nawet po tych 

kilku godzinach namiętnego kochania się czuł, że wciąż jej pożąda. Co go w niej tak bardzo 

pociąga? 

Do diabła, chciałby to wiedzieć. 

Spojrzał na zegarek. 

-  Musimy  już  iść  -  stwierdził,  dając  znak  kelnerowi,  by  przyniósł  rachunek.  Zapłacił 

szybko,  wziął  Lauren  pod  ramię  i  wyszli  z  restauracji,  otoczeni  tą  szczególną  aurą,  którą 

zawsze promieniują zakochani. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Dwukrotnie  okrążyli  park,  jakby  rozkoszując  się  pięknem  dnia  i  widoku.  Jordan 

droczył  się  z  nią,  szeptał  do  ucha  rzeczy,  które  wywoływały  rumieniec  na  jej  twarzy,  ale 

kątem oka dyskretnie rozglądał się za Stefanem. Mimo to nie rozpoznał go. 

Podstarzały,  lekko  kulejący  mężczyzna  z  laską,  skinął  im  głową,  kiedy  go  mijali. 

Kilka sekund zajęło Jordanowi przypomnienie sobie, skąd go zna. Wybuchnął śmiechem. 

- Z czego się śmiejesz? 

- Zapomniałem o upodobaniu Stefana do przebieranek. 

Rozejrzała się wokół siebie. 

- A gdzież on jest? 

- Nieważne. Usiądźmy na chwilę na ławeczce, a na pewno zaraz do nas dołączy. 

Po niecałym kwadransie przysiadł się do nich ten sam starszy pan i znowu skinął im 

głową. Jordan nie odwracał uwagi od Lauren, chociaż jego słowa skierowane były ponad jej 

ramieniem do Stefana. 

- Mogłeś mnie uprzedzić, że to będzie bal przebierańców. 

-  Nie  szkodzi  -  mruknął  staruszek,  jakby  mamrocząc  do  siebie.  -  Myślałem,  że 

rozpoznasz strój. 

- Co masz mi do powiedzenia? 

- Informacje, które posiadamy, są prawdziwe. 

- Można się tam dostać? 

Staruszek  pogrzebał  w  kieszeni  i  wyciągnął  torebkę  orzeszków.  Rzucił  jeden  na 

ziemię,  obserwując,  jak  z  pobliskiego  drzewa  zeskakuje  wiewiórka,  chwyta  orzeszek  i  z 

powrotem zmyka w bezpieczne miejsce. 

- To będzie trochę ryzykowne, ale owszem. 

- Jak? 

Jordan  wciąż  uśmiechał  się,  igrając  z  loczkiem  nad  uchem  Lauren,  ale  nie  odrywał 

wzroku od mężczyzny. 

-  Załatwiłem,  że  pielęgniarka  na  parę  minut  spotka  się  ze  swoim  chłopakiem  około 

piątej,  to  znaczy  w  godzinach  odwiedzin.  Ty  i  twoja  żona  wejdziecie  jako  odwiedzający  i 

wmieszacie  się  w  tłum.  W  gazecie,  która  leży  obok  mnie,  znajdziecie  plan.  Po  wejściu  do 

kliniki  musicie  prześliznąć  się  do  drugiego  skrzydła.  Pokój  jest  oznaczony,  to  nie  potrwa 

długo. 

background image

- W jakim jest stanie? 

- Nie udało mi się dowiedzieć. 

- Jeżeli pozostawię tam Lauren tak długo, dopóki nie uda mi się bezpiecznie wywieźć 

tamtej kobiety z kraju, jaką opiekę możecie jej zapewnić? 

- Wszystko, co będzie konieczne. 

Jordan nagle zdał sobie sprawę, że wstrzymywał oddech, dopóki nie padło to zdanie. 

Nawet  w  tej  sytuacji  plan  mógł  się  nie  powieść.  Kiedy  jednak  dotrą  do  pani  Monroe,  być 

może zdołają zasięgnąć bardziej szczegółowych informacji i zdecydują wówczas, co robić. 

- Zobaczymy się z tobą? 

- Będę tam, ale nie zobaczycie mnie - zwrócił się Stefan do wdzięczącej się wiewiórki. 

Jordan pochylił się i pocałował Lauren. 

-  Będziemy  o  piątej  -  mruknął  i  odsunął  się.  Podniósł  gazetę,  machinalnym  ruchem 

wtykając ją pod pachę.  Ujął  Lauren za  rękę i pomógł jej  wstać, jak zakochany, który marzy 

jedynie o tym, aby znaleźć się z dziewczyną w bardziej ustronnym miejscu. 

Ż

adne  z  nich  nie  obejrzało  się  na  staruszka,  który  dalej  siedział  na  ławce  i  karmił 

wiewiórki. 

Jordan ucieszył się, kiedy zobaczył, że wokół kliniki kręci się tylu ludzi, iż bez trudu 

zdoła  wraz  z  Lauren  wmieszać  się  w  tłum.  Namówił  ją,  aby  na  wszelki  wypadek  włożyła 

kapelusz, który dokładnie ocieniał jej twarz. 

Wewnątrz skierowali się w dół korytarza, aż do  miejsca,  gdzie skręcał. Tam natrafili 

na  klatkę  schodową,  weszli  dwie  kondygnacje  wyżej,  potem  do  drugiego  korytarza,  aż  do 

końca.  Modląc  się,  by  plan  Stefana  okazał  się  skuteczny,  Jordan  nacisnął  klamkę  drzwi 

pokoju  nr  301.  Drzwi  uchyliły  się.  Zajrzał  do  środka.  Rolety  były  spuszczone,  w  pokoju 

panował mrok, ale można było dostrzec zarys kobiecej sylwetki na łóżku. 

Pociągnął Lauren za rękę do wnętrza pokoju i zamknął drzwi. Na palcach podszedł do 

łóżka. 

- Pani Monroe? - zapytał cicho. Głowa kobiety zwróciła się w jego stronę. 

Czy pani jest Frances Monroe? Oblizała wargi i skinęła głową. 

-  Tak  -  wyszeptała  niepewnie,  jakby  odzwyczaiła  się  mówić.  -  Kim  pan  jest?  - 

zapytała łamiącym się głosem. 

Jordan dotknął jej dłoni spoczywającej na kołdrze. 

- Przysyła mnie pani mąż, pani Monroe. Zabieram panią stąd. 

-  Trevor?  -  jej  głos  stał  się  silniejszy.  Podniosła  się  z  trudem  do  pozycji  siedzącej.  - 

Trevor jest tutaj? Dzięki Bogu. Koniec koszmaru. 

background image

- Szszsz, nie mamy zbyt wiele czasu i potrzebna nam będzie pani pomoc. 

Skinęła głową. 

- Oczywiście. Czegokolwiek pan zażąda. Proszę tylko powiedzieć. 

- Może pani chodzić? 

-  Nie  jestem  pewna.  Trzymali  mnie  w  narkotycznym  śnie  i  chyba  straciłam  rachubę 

czasu. Wszystko mi się poplątało - dodała nieco silniejszym głosem. - Oczywiście, że pójdę. 

Zrobię wszystko, co będzie trzeba. 

Jordan poklepał ją po ręce i zwrócił się do Lauren: 

-  Szybko!  Ściągaj  sukienkę  i  kapelusz  -  i  wyjaśnił  pani  Monroe:  -  Lauren  zostanie 

tutaj, na pani miejscu, przez kilka godzin. Tyle tylko, żeby wywieźć panią z kraju. 

- Ale zobaczą ją i... 

-  Nie,  jeśli  pokój  pozostanie  zaciemniony.  Może  protestować,  jeśli  zapalą  światło  - 

mówił zarówno do Lauren, jak i do pani Monroe. 

Lauren  zrozumiała  nagle,  że  nadeszła  chwila  próby.  Przyszedł  czas,  by  zrobić  to,  co 

miało  zostać  zrobione,  bez  względu  na  to,  jak  bardzo  się  bała.  Teraz  liczyło  się  wyłącznie 

bezpieczeństwo  pani  Monroe.  Szybko  rozebrała  się  do  bielizny  i  pytająco  spojrzała  na 

Jordana. 

-  Pani  Monroe,  odwrócę  się,  a  pani  zdejmie  tę  koszulę  i  ubierze  się  w  sukienkę, 

dobrze? - zaproponował łagodnie. 

Frances skinęła głową. Ręce drżały jej tak mocno, że zaledwie była w stanie się ubrać. 

Na szczęście Lauren pospieszyła z pomocą. 

Kiedy Frances wyprostowała się, Lauren z ulgą stwierdziła, że są podobnego wzrostu i 

budowy. Dzięki Bogu, przynajmniej to udało im się przewidzieć. Nie mogła dostrzec barwy 

włosów Frances, ale ich długość była podobna. 

- Jaki kolor mają pani oczy? - zapytała Lauren. 

- Niebieskie. Dlaczego? - zdziwiła się pani Monroe. 

- Moje są szare, ale to dość zbliżony kolor. 

- Co pani ma na myśli? 

- Aby wydostać się stąd, będzie pani musiała użyć mojego paszportu. 

- Ale jak pani stąd wyjdzie? - zapytała Frances, zdezorientowana tak szybkim biegiem 

wydarzeń. 

- Będzie pani z mężem za parę godzin, pani Monroe - odezwał się Jordan z drugiego 

końca pokoju. - Wtedy wrócę po Lauren. 

background image

Lauren  pospiesznie  wciągnęła  przez  głowę  koszulę  Frances  i  wsunęła  się  do  łóżka. 

Frances włożyła na głowę kapelusz Lauren. 

-  Proszę,  już  teraz  może  się  pan  odwrócić  -  oznajmiła,  a  kiedy  spełnił  jej  prośbę, 

stwierdziła: - Właściwie nie zapytałam pana o nazwisko. 

-  Jordan.  Jordan  Trent.  Jestem  gorącym  zwolennikiem  pani  męża,  pani  Monroe.  Nie 

powinien znajdować się pod tego rodzaju presją. 

-  Wiem  -  skinęła  głową.  -  Bardzo  się  o  niego  martwiłam.  Nie  byłam  w  stanie 

przekazać mu choćby słowa. 

- Czy dobrze panią traktowali? 

- Tak. Widywałam tylko troje ludzi. Dwóch mężczyzn, którzy zatrzymali samochód w 

Wiedniu, i kobietę, która jest tu teraz ze mną. Skąd wiedzieliście, że wyjdzie? 

- Mieliśmy nadzieję. Cóż, musimy już iść - spojrzał na Lauren, która już ułożyła się na 

łóżku  w  tej  samej  pozycji,  w  jakiej  zastali  panią  Monroe.  Pochylił  się  nad  nią  i  mocno 

pocałował. 

- Nie martw się. Wrócę niedługo. Skinęła głową. 

- Wiem. 

Jordan lekko uchylił drzwi i wyjrzał na zewnątrz. 

- Gotowa? - zapytał, oglądając się na Frances. 

Przytaknęła i w ślad za nim opuściła pokój. 

Lauren  leżała  nieruchomo,  zmuszając  się  do  głębokiego  oddychania.  Musi  zachować 

spokój. Stefan jest tu gdzieś w pobliżu. Będzie ją chronił. A niedługo Jordan wróci po nią. 

Musiała  w  to  wierzyć.  Nie  mogła  pozwolić  sobie  na  rozpatrywanie  wszystkich 

możliwości, które mogłyby pokrzyżować im plany. 

Zanim dotarli do głównego holu, Frances słaniała się już tak, że zaledwie trzymała się 

na nogach. 

-  Przepraszam  -  wydyszała.  -  Byłam  w  łóżku  przez  tyle  dni.  Nie  przypuszczałam,  że 

tak mnie to osłabi. 

Jordan objął ją ramieniem. 

-  Nie  szkodzi.  Proszę  udawać,  że  jest  pani  pogrążona  w  rozpaczy.  Proszę  trzymać 

głowę spuszczoną i tak pomaszerujemy do samochodu. 

- A co potem? 

- Pojedziemy do hotelu, spakujemy się i wynosimy stąd. 

Skinął  głową  kilku  mijającym  ich  osobom,  które  ze  współczuciem  spoglądały  na 

spuszczoną głowę Frances. 

background image

- Świetnie pani idzie - szepnął. - Proszę się nie zdziwić, kiedy nazwę panią Lauren. 

- Ona jest bardzo dzielna. 

- Tak, rzeczywiście. 

-  To  dobrze,  że  mogłyśmy  zamienić  się  ubraniami  -  mruknęła,  chwytając  oddech.  - 

Mam tylko kłopot z utrzymaniem butów na nogach. 

Uśmiechnął się. 

- Chyba lepiej, niż gdyby były za małe. 

- Tak - poczuł bardziej, niż usłyszał jej cichy śmieszek. 

Rozmawiając półgłosem minęli frontowe drzwi. Oboje odetchnęli z ulgą. 

- Nie miałam pojęcia, gdzie się znajduję. 

- Nie pamięta pani przyjazdu? 

-  Była  noc,  a  ja  tak  bardzo  się  bałam.  Obawiałam  się,  że  przeze  mnie  skrzywdzą 

Trevora. 

Zadziwiająca kobieta, przyznał w duchu Jordan. Ile kobiet na jej miejscu martwiłoby 

się o swego męża? 

A Lauren, gdyby znalazła się na jej miejscu? Ona -tak. 

Nie wiedział, skąd mu to przyszło do głowy, ale wiedział, że to prawda. Podobieństwo 

obu kobiet nie kończyło się na wyglądzie zewnętrznym. 

Przez całą drogę do hotelu Frances drzemała. 

- Nie jestem w stanie utrzymać się na nogach - wyznała, kiedy ją obudził. 

- Proszę się nie przejmować. Wszystko w porządku - pomógł jej wysiąść z samochodu 

i dotrzeć do hotelu. Natychmiast zaprowadził ją do pokoju. 

-  Spróbuj  się  położyć,  kochanie,  może  ci  przejdzie  -  powiedział,  skoro  tylko  znaleźli 

się  w  środku.  Spojrzała  na  niego  zaskoczona,  ale  on  tylko  położył  palec  na  ustach,  zdjął  jej 

kapelusz i gestem wskazał łóżko. 

Frances rozejrzała się po pokoju, skinęła głową i położyła się posłusznie. 

Jordan podszedł do telefonu i wykręcił numer recepcji. 

-  Tu  Jordan  Trent  -  oznajmił,  kiedy  ktoś  odebrał  telefon.  -  Zdaje  się,  że  moja  żona 

zjadła  coś,  co  jej  nie  posłużyło  i  postanowiła  wracać  do  Wiednia  jeszcze  dziś,  rezygnując  z 

dalszego zwiedzania. Czy mógłbym prosić o jak najszybsze przygotowanie rachunku? 

-  słuchał  przez  chwilę  wyjaśnień  i  dodał:  -  Nie.  Oczywiście,  że  rozumiem.  Nie 

szkodzi. Jestem pewien, że to nic poważnego. Tak. Mieliśmy bardzo przyjemny pobyt. 

Odłożył słuchawkę i wszedł do łazienki, by pozbierać przybory toaletowe. 

background image

Po  powrocie  do  pokoju  stwierdził,  że  Frances  znowu  zamknęła  oczy.  W  jasnym 

ś

wietle  wpadającym  przez  okno  zobaczył,  że  Frances  Monroe  jest  naprawdę  bardzo  ładną 

kobietą. Sukienka wyglądała na niej tak, jakby to ona ją wybrała. Jasna cera i złotorude włosy 

przypominały  mu  Lauren,  ale  patrząc  na  Frances  nie  odczuwał  żadnych  uczuć...  Dziwna 

sprawa. Były do siebie tak podobne, że mogłyby udawać rodzone siostry. Jedna przyprawiała 

go o szalone bicie serca, podczas gdy druga nie działała na niego zupełnie. 

Co  ta  chemia  robi  z  ludźmi?  Nigdy  dotąd  nie  reagował  na  żadną  kobietę  tak,  jak  na 

Lauren. Zupełnie tego nie pojmował. 

W  tej  chwili  nie  miał  jednak  czasu  na  szukanie  odpowiedzi.  Wrzucił  przybory  do 

walizki i zamknął wieko. 

Po powtórnym sprawdzeniu, czy udało mu się wszystko spakować, podszedł do łóżka. 

- Lauren? 

Na dźwięk jego głosu oczy Frances otwarły się raptownie. 

- Och, znowu zasnęłam! 

- Nie szkodzi - pomógł jej wstać, wziął walizkę i zeszli na dół. 

Po godzinie byli już w drodze do granicy. 

-  Nie  do  wiary,  jak  łatwo  udało  się  wam  to  wszystko  -  zauważyła  Frances,  kiedy 

przejechali już dobrych parę kilometrów. 

- To należy do mojego zawodu - odparł z uśmiechem. 

- Co? Ratowanie ofiar porwań? 

- Między innymi. 

- Gdzie jest Trevor? Czy będzie czekał na nas w Wiedniu? 

-  Zabieram  panią  do  amerykańskiej  bazy  wojskowej.  Postanowił  tam  właśnie  czekać 

na wieści o pani. 

- Nie był w domu? 

Jordan spojrzał na nią kątem oka. 

- A jak pani myśli? 

Uśmiechnęła się. 

- Znając Trevora dziwię się, że sam po mnie nie przyjechał. 

- Jestem pewien, że chciał, ale nie można było pozwolić mu na podjęcie tego ryzyka. 

Właściwie wydaje mi się, że na to właśnie liczyli porywacze. 

- Co pan ma na myśli? 

-  Cóż,  przemyślałem  sobie  to  i  owo.  Nie  mieliśmy  zbyt  wielu  problemów  z 

odnalezieniem pani. Zupełnie, jakby chcieli, żeby została pani zlokalizowana. 

background image

- Czy myśli pan, że wypuściliby mnie, gdybym poprosiła? 

- Och, nie. Nie wszczęli dotąd alarmu jedynie dlatego, że myślą, iż pani wciąż jest w 

ich rękach - i dodał w duchu: Mam nadzieję. 

- Jak daleko jeszcze do granicy? 

- Niedaleko. 

Wyjaśnił jej procedurę na granicy i poradził, aby włożyła kapelusz i usilnie starała się 

wyglądać na odprężoną. 

- Gdybym odprężyła się jeszcze bardziej, spadłabym z fotela - odparła z uśmiechem. - 

Kręci mi się w głowie i wydaje mi się, jakbym od paru dni była na kacu. 

- Kiedy po raz ostatni coś pani podali? 

- Nie mam pojęcia. Straciłam poczucie czasu. 

- Czy podawali pani narkotyk zgodnie z jakimś rozkładem, czy w miarę potrzeb? 

- Nie jestem pewna. Starałam się być bardzo rozsądna i spokojna. Nie chciałam dawać 

im powodu do użycia siły. 

Mądra dama - pomyślał Jordan. 

Przekroczenie  granicy  okazało  się  niemal  nudne.  Samochód  i  bagaże  zostały 

dokładnie przeszukane, paszporty obejrzane, ale pozwolono im przejechać bez problemów. 

Jechali  w  milczeniu  już  przez  kilka  minut,  kiedy  nagle  Jordan  usłyszał  cichy  szloch 

Frances Monroe. Zjechał na pobocze i zatrzymał samochód. 

Spojrzała na niego, ocierając oczy. 

- Przepraszam - wykrztusiła, usiłując złapać oddech. 

-  Wiem,  że  zachowuję  się  jak  dziecko...  ale  tak  strasznie  się  bałam  i...  -  znów 

odetchnęła spazmatycznie - ...kiedy zorientowałam się, że jestem wolna... że się udało... nie... 

Znowu zaczęła szlochać. 

- Pani Monroe, ma pani moje pozwolenie. Może pani płakać, kopać i wrzeszczeć. Była 

pani bardzo dzielna przez cały czas, a ta reakcja jest nie tylko normalna, ale całkiem zdrowa. 

Sięgnął do kieszeni i podał jej czystą chusteczkę do nosa. I znowu ruszyli w drogę. 

Zanim Frances Monroe dotarła do bazy amerykańskiej, gdzie niecierpliwie oczekiwał 

na  nią  mąż,  znikły  z  jej  twarzy  wszelkie  ślady  płaczu,  a  usypiający  efekt  narkotyku  ustąpił. 

Wyglądała na spokojną i opanowaną. Jordan niemal z rozbawieniem obserwował jej taneczny 

krok, kiedy kierowali się do przydzielonej senatorowi Monroe części budynku. 

Jordan  pochwycił  wyraz  twarzy  Trevora  Monroe,  gdy  zobaczył  on  nie  widzianą  od 

tygodnia żonę - i poczuł się bardzo szczęśliwy. 

Senator zerwał się z fotela i rzucił się w jej kierunku. 

background image

- Fran! O Boże, nie wierzę własnym oczom! To naprawdę ty! - chwycił ją w ramiona, 

podniósł, zawirował i pospiesznie postawił z powrotem na nogi. 

- Jak się czujesz, kochanie? Boże drogi! Odchodziłem od zmysłów. Nie wiedziałem... 

gdybym tylko mógł być z tobą... 

Uściskała go, śmiejąc się z tej bezładnej gadaniny. 

- Czuję się świetnie. Naprawdę. Właściwie to był wspaniały kilkudniowy wypoczynek 

w  luksusowym  domu.  Traktowali  mnie  jak  księżniczkę  -  uśmiechnęła  się  na  widok  jego 

niedowierzania i położyła dłoń na sercu. - Naprawdę. Przecież chyba nie kłamałabym? 

-  Ależ  tak,  gdybyś  wiedziała,  że  cię  nie  przyłapią  -  odparł  radośnie.  Po  raz  pierwszy 

spojrzał na Jordana, jakby dopiero teraz uświadomił sobie, że nie są sami. 

- To pan nazywa się Trent? - zapytał, podchodząc z wyciągniętą dłonią. 

- Tak - odparł Jordan, przyjmując dłoń. Trevor Monroe skinął głową. 

- Mallory mówił, że pan potrafi to załatwić. Miał rację, do cholery! - potrząsnął dłonią 

Jordana. 

- Zdecydowanie zasługuje pan na awans, ja się już o to postaram. 

- Miłym gestem byłby urlop... w jednym kawałku... Trevor uśmiechnął się, a napięcie 

ostatnich kilku dni zdawało się odpływać z jego twarzy. 

- Słusznie. Mallory mówił coś o tym, że jego najlepszy człowiek ma właśnie urlop. To 

chyba moja wina, bo poprosiłem o tego najlepszego. 

- Cieszę się, że mogłem pomóc - odparł Jordan, wzruszając ramionami. 

Senator podszedł do żony. 

-  Musimy  zabrać  cię  do  szpitala  i  zbadać,  czy  rzeczywiście  wszystko  w  porządku.  A 

potem... Jest paru ludzi, którzy chcieliby z tobą porozmawiać. 

-  To  się  chyba  nazywa  „udzielanie  informacji",  prawda?  -  zapytała  z  niewinną  miną, 

nie mogąc powstrzymać uśmiechu na widok jego „wysoce odpowiedzialnego" zachowania. 

-  Pana  też  będziemy  potrzebować,  Trent.  Muszą  dowiedzieć  się,  z  kim  mają  do 

czynienia. 

- Przykro mi - odparł Jordan bez śladu szczerości w głosie. - Może innym razem. Mam 

jeszcze coś niecoś do zrobienia, zanim uznam sprawę za zamkniętą. 

- Co pan ma na myśli? - dopytywał się senator. 

- Kochanie, on pozostawił tam swoją żonę, żebym ja mogła przekroczyć granicę. 

- Żonę? 

- Lauren Mackenzie - wyjaśnił Jordan. - To pani, która podjęła się, w razie potrzeby, 

zająć miejsce pańskiej żony. Był to, niestety, jedyny plan dający szansę powodzenia. 

background image

- Nie miałem pojęcia, że wy dwoje byliście małżeństwem... 

-  Byliśmy,  zgodnie  z  naszymi  paszportami.  Jak  pan  wie,  fałszowanie  informacji  w 

paszporcie jest karalne. 

- Aha - mruknął senator. 

- Pojadę po Lauren Mackenzie jeszcze dziś, jeśli to możliwe. 

Trevor Monroe spojrzał na zegarek. 

- O tej porze lepiej pan zrobi, jeśli odpocznie trochę przed podróżą. 

-  Niestety,  nie  mogę,  nie  mam  ani  chwili  do  stracenia.  Jestem  pewien,  że  długie, 

piękne  wakacje  zlikwidują  wszystkie  moje  problemy  w  kilka  dni  -  odparł  Jordan  i 

wymaszerował z pokoju. 

Usłyszał jeszcze śmiech senatora i z zawodową satysfakcją pomyślał, że przynajmniej 

Trevor Monroe jest zadowolony z efektów akcji. 

Miał niejasne, dręczące przeczucie, że musi czym prędzej dotrzeć do Lauren. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Lauren,  leżąca  w  zaciemnionym  pokoju,  niemal  straciła  poczucie  czasu.  Usiłowała 

uspokoić  myśli.  Nie  ma  się  czego  bać.  Stefan  jest  w  pobliżu  i  nie  pozwoli,  aby  coś  się  jej 

przydarzyło. Ufała Stefanowi, ponieważ Jordan mu ufał. Nie ma powodu do paniki. Wszystko 

idzie zgodnie z planem. 

Kiedy  otwarły  się  drzwi,  Lauren  z  trudem  tylko  zdołała  utrzymać  zamknięte  oczy  i 

odwróconą głowę. Oddychała płytko, urywanie. Czekała. 

Pokój napełnił się światłem i Lauren zorientowała się, że zapalono lampę u wezgłowia 

łóżka. Zakryła twarz ramieniem, mamrocząc: 

- Światło mnie razi... 

Pomału  jej  oczy  przyzwyczaiły  się  do  światła.  Zerknęła  spod  ramienia  na  siedzącą 

opodal  pielęgniarkę.  Wyglądała  jak  zapaśnik.  Nic  dziwnego,  że  pani  Monroe  nawet  nie 

próbowała się stąd wydostać. 

Nie  była  pewna,  co  się  stanie,  kiedy  będzie  musiała  opuścić  ramię.  Z  bliska  nie  była 

zbyt podobna do żony senatora. I co wtedy? 

Zdecydowała,  że  spróbuje  jak  najdłużej  ukrywać  twarz.  Odwróciła  się  plecami  do 

strażniczki i wbiła wzrok w ścianę. 

Wróciła  myślami  do  Jordana:  Och,  mam  nadzieję,  że  udało  mu  się  ją  wywieźć. 

Stanowimy z Jordanem fantastyczny duet! Ale czy on też tak uważa? 

Oczywiście, że nie. Poza przyjemnymi chwilami w łóżku nie miałby z niej zbyt wiele 

pożytku. 

Ciekawe,  kiedy  przyjdzie  mu  do  głowy,  że  ani  w  nocy,  ani  rano  nie  pomyślał  o 

ż

adnych środkach ostrożności... 

Lauren cały czas zdawała sobie sprawę z braku zabezpieczenia. Myśl ta nie przerażała 

jej,  wręcz  przeciwnie  -  obudziła  w  niej  nadzieję,  że  może  zajdzie  w  ciążę?  Była  w  pełni 

ś

wiadoma przyczyn, dla których Jordan nigdy nie będzie mógł dzielić z nią życia. Nie miała 

wyboru  -  musiała  pogodzić  się  z  tym,  że  ich  romans  wkrótce  się  skończy.  Dziecko  -  gdyby 

urodziła jego dziecko - mogłoby ono załagodzić uczucie straty Jordana. Wciąż miałaby przy 

sobie jakąś jego cząstkę, kogoś do kochania i rozpieszczania na wiele lat. 

Wiedziała,  że  rodzina  byłaby  zdumiona  i  przerażona.  Przecież  wychowywali  ją  w 

poszanowaniu  tak  surowych  zasad!  Nie  mogłaby  ich  o  to  winić.  Oczami  wyobraźni  ujrzała 

smutek  w  oczach  ojca.  Musiałaby  im  to  wyjaśnić.  Powiedziałaby,  że  kocha  Jordana.  A 

background image

ponieważ go kocha, pragnie urodzić jego dziecko. Przecież zarabia dość, aby utrzymać siebie 

i maleństwo. Inne samotne matki mogą, to i ona też. 

Rozległo  się  głośne  stukanie  do  drzwi  i  Lauren  omal  nie  podskoczyła  na  łóżku,  tak 

nagłe było to wtargnięcie w ciszę pokoju. 

- Kto tam? - zawołała pielęgniarka. 

- Anton - odparł męski głos. Odpowiedziała, że może wejść. Przy drzwiach odbyła  z 

nim  krótką,  szeptaną  rozmowę  i  Lauren  wytężyła  słuch,  aby  zrozumieć,  co  mówią.  Padło 

kilka nazwisk i nazw miejsc, które postarała się zapamiętać. 

Wyglądało  na  to,  że  zmienili  plan.  Zamierzali  ją  z  samego  rana  przewieźć  w  inne 

miejsce! Och, Boże! A jeśli Jordan nie będzie w stanie odnaleźć jej po powrocie? 

Bez  paniki  -  upomniała  się.  -  Stefan  jest  tutaj.  Powtórzyła  to  sobie  kilkakrotnie. 

Wszystko jest pod kontrolą. Trzeba tylko leżeć spokojnie, udawać narkotyczny sen i czekać. 

Lauren  nigdy  nie  umiała  czekać.  Nie  przypuszczała  jednak,  że  spokojne  leżenie  w 

obecności  porywaczy  Frances  i  czekanie,  aż  zostanie  zdemaskowana,  może  być  aż  tak 

denerwujące. 

Takie myśli - stwierdziła w duchu - bardzo szybko doprowadzą ją do histerii. Wróciła 

więc do myślenia o Jordanie i ich ubiegłej nocy. 

Nie,  tego  rodzaju  wspomnienia  grożą  podniesieniem  ciśnienia  krwi  do  bardzo 

niebezpiecznego  poziomu.  Musi  pomyśleć  o  czymś  spokojnym,  uspokajającym...  dźwięk 

szemrzącego potoku, lekki wiaterek poruszający liście drzew, szept... 

Lauren zasnęła. 

Powrót Jordana po Lauren nie mógł odbyć się w legalny sposób. Uratował go fakt, iż 

jego przygraniczne kontakty wciąż jeszcze były aktualne i że jego znajomi nadal zarabiali na 

ż

ycie przemycaniem ludzi i towarów. 

Kiedy opuścił małą chatę ukrytą głęboko w lesie, blisko granicy, już nawet najbliższy 

przyjaciel miałby problemy z rozpoznaniem Jordana. Ubrany był jak zwyczajny robotnik, ale 

taki dość niechlujny i niezbyt czysty. Na głowie miał szmacianą czapkę nasuniętą głęboko na 

oczy. 

Mężczyzna, który podwoził go do miasta, podawał mu instrukcje: 

- Musisz wrócić o zmroku, inaczej nie gwarantuję, że uda mi się ciebie przeprowadzić. 

- Zrobię, co będę mógł, Franz. Będę z kobietą. 

-  Ha!  I  po  co  zadawać  sobie  tyle  trudu  dla  jakiejś  baby?  Marnować  tyle  czasu!  Nie 

lepiej znaleźć sobie inną? 

- Ciekawa filozofia, ale jej nie podzielam - zaśmiał się Jordan. 

background image

- Wszystkie baby są takie same. 

-  Wiesz  co,  Franz,  przyznam  ci  się,  że  ja  też  tak  myślałem  do  niedawna.  Do  bardzo 

niedawna, kiedy nagle odkryłem, że mogę się mylić. 

- Nigdy w życiu. Im nie można ufać. 

- Za tę ręczę głową. 

- Której dla niej nadstawiasz, naturalnie. 

- Ona zrobiłaby to samo dla mnie. 

- Ale możesz być pewien, że z zupełnie innego powodu. 

- Co masz na myśli? 

- Kobiety to wredne stworzenia. Nigdy nie mówią tego, co myślą, ani nie myślą tego, 

co mówią. 

Jordan  uznał,  że  i  tak  nie  przekona  Franza.  Właściwie  nie  warto  próbować. 

Zastanawiało  go  jedynie,  jak  bardzo  zmienił  się  jego  własny  sposób  myślenia  od  chwili 

poznania Lauren. 

Czy i on niegdyś gadał takie głupoty, przyklejając połowie ludzkości durne etykietki? 

Jak łatwo jest - dla poprawienia własnego samopoczucia - szufladkować innych, różnych od 

siebie  ludzi,  a  szczególnie  -  kobiety.  Potrząsnął  głową.  Czy  i  on  był  aż  tak  uprzedzony  do 

kobiet, że inni słuchali go tak, jak on teraz Franza? Powinien to sobie przemyśleć. 

Przymknął oczy na chwilę. Powieki piekły go z niewyspania. Świtało już, a on wciąż 

był  jeszcze  o  wiele  godzin  drogi  od  miejsca  przeznaczenia.  Musi  przede  wszystkim  złapać 

Stefana. Może udało mu się wydobyć Lauren z kliniki, zanim ktokolwiek zorientował się, że 

to nie Frances Monroe? 

Dlaczego ciągle obawiał się, że to nie będzie takie łatwe? 

Chrapliwy głos zabrzmiał tuż obok i Lauren ocknęła się gwałtownie. 

- Twoje jedzenie. Jedz - nakazał glos. Słowa były angielskie, ale wypowiedziane z tak 

dziwnym akcentem, że niemal niezrozumiałe. Pojęła ich sens dopiero w chwili, gdy zobaczyła 

tacę ź posiłkiem. 

Ze spuszczoną głową podciągnęła się do pozycji siedzącej i sięgnęła po widelec. 

Kiedy spojrzała z ukosa, stwierdziła z ulgą, że jej strażniczka już odwróciła się tyłem i 

z powrotem pochyliła nad swoją robótką. 

Lauren  ledwie  mogła  uwierzyć,  iż  jest  tu  już  tak  długo  i  jeszcze  nie  została 

zdemaskowana.  No,  ale  przecież  żaden  z  porywaczy  nie  miał  powodu  czegokolwiek 

podejrzewać.  Plan  był  tak  niewiarygodnie  śmiały!  Gdyby  wykradli  panią  Monroe  i  nie 

podstawili nikogo na jej miejsce, porywacze natychmiast wszczęliby alarm. 

background image

Zastanawiała się, jak długo to potrwa. 

Zjadła  tyle,  ile  mogła,  po  czym  położyła  się  tyłem  do  pokoju  i  udawała,  że  śpi. 

Modliła się w duchu, by tej nocy nie zmuszali jej do niczego. 

Wreszcie  światło  zgasło  i  Lauren  straciła  całkiem  poczucie  czasu.  Słyszała  szelest 

materiału,  gdy  tamta  kobieta  rozbierała  się  do  snu.  W  pokoju  nie  było  drugiego  łóżka,  więc 

Lauren doszła do wniosku, że jej strażniczka musi spać na leżance pod przeciwległą ścianą. 

Mówili, że rano przeniosą ją w inne miejsce. Czy Jordan zdąży ją uwolnić? 

Jordan  dojechał  do  celu  tuż  przed  dziesiątą.  Franz;  pożegnał  go  i  pozostawił  w 

przygranicznym  magazynie,  a  stamtąd  udało  mu  się  złapać  okazję  -  ciężarówkę  wiozącą 

ładunek do miasta. 

Franz  wcisnął  kierowcy  trochę  pieniędzy  z  wyjaśnieniem,  że  Jordan  jest  zbyt  głupi, 

ż

eby  pojąć,  co  się  do  niego  mówi.  Jordan  trochę  domyślił  się,  a  trochę  zrozumiał  sens 

rozmowy i odetchnął z ulgą. Przynajmniej kierowca ciężarówki nie będzie go zagadywał. 

Natychmiast  po  przybyciu  do  Brna  ruszył  w  stronę  sklepiku  z  pamiątkami, 

spodziewając się zastać w nim Stefana. Kiedy tam dotarł, okazało się, że nikt go nie widział 

od poprzedniego dnia. Stefan zniknął. 

Jordana zaniepokoiły te wieści. Korzystając ze swoich dawnych kontaktów rozpoczął 

ż

mudne wysiłki, mające na celu ustalenie obecnego miejsca pobytu Stefana. Nie miał zamiaru 

zepsuć  wszystkiego,  pokazując  się  w  klinice.  Przecież  nikt  w  takim  roboczym, 

wyświechtanym ubraniu nie idzie odwiedzać pacjentów. 

Dłoń  spadła  nagle  na  usta  Lauren,  niemal  pozbawiając  ją  możliwości  oddychania. 

Usiłowała uwolnić się, ale jej ręce zostały pochwycone i unieruchomione. 

W  pokoju  panowała  kompletna  ciemność.  Lauren  miała  wrażenie,  że  znajduje  się  w 

głębokiej  studni  bez  możliwości  wyjścia  i  z  przerażeniem  czuła,  że  udusi  się,  zanim  ujrzy 

ś

wiatło dnia. 

Ktoś dotknął jej ucha i usłyszała szept: 

- Stefan. 

Odprężyła się, nareszcie rozumiejąc, co się dzieje, i dłoń natychmiast zniknęła. Silne 

ręce uniosły ją z łóżka. Lauren zarzuciła ramiona na szyję Stefana, który wydawał się widzieć 

w ciemności, ponieważ bezszelestnie przemknął przez pokój i dotarł do drzwi. 

Hol zalany był słabym światłem. Lauren spojrzała na niosącego ją mężczyznę. Dzięki 

Bogu,  był  to  rzeczywiście  Stefan.  Uśmiechnął  się,  biegnąc  z  nią  przez  korytarz  ku  klatce 

schodowej,  którą  przyszli  tu  wczoraj  wraz  z  Jordanem.  Tym  razem  skierował  się  w  stronę 

piwnic. 

background image

-  Mogę  iść  sama  -  szepnęła  wreszcie,  kiedy  zbiegł  po  schodach  tak  lekko,  jakby  nic 

nie ważyła. 

-  Nie  wziąłem  ze  sobą  żadnych  butów  -  wyjaśnił  przyciszonym  głosem.  -  Nie  mamy 

czasu, żebyś mogła ryzykować marsz na bosaka. 

- Aha. 

Kiedy otworzył drzwi do piwnicy, Lauren aż podskoczyła, oślepiona jasnym światłem. 

Ukryła  głowę  na  jego  ramieniu,  czekając,  aż  przebiegnie  korytarz  i  nareszcie  dotrze  do 

wyjścia. 

Na zewnątrz niebo wciąż było czarne. 

- Która godzina? - zapytała. 

- Prawie świta. 

- Miałeś jakieś wieści od Jordana? 

- Nie. Ale nie przejmuj się. Skontaktuje się z nami, kiedy tylko będzie mógł. 

- Dokąd mnie zabierasz? 

- Na wieś, tam będziesz bezpieczna. 

Zdawało  się,  że  jazda  przez  gęsty  las  trwa  całą  wieczność.  Lauren  zupełnie  straciła 

orientację. 

Kiedy wreszcie Stefan wjechał na podwórko małej chaty, słońce stało już wysoko na 

niebie. 

- Gdzie jesteśmy? - zapytała, rozglądając się wokoło. 

Stefan zdawał się zadowolony. 

- To jest mój dom, pani Trent - wyjaśnił z uśmiechem. - Proszę za mną, przedstawię 

panią  mojej  Anie,  a  potem  muszę  wracać  do  Brna,  żeby  spotkać  się  z  Jordanem,  kiedy 

przyjedzie. 

- Czy on nie wie, gdzie pan mieszka? 

-  Nie.  Obaj  z  Jordanem  zrezygnowaliśmy  z  kawalerskiego  życia  dopiero  po  naszym 

ostatnim spotkaniu. Trafiła się nam teraz wspaniała okazja, żeby i nasze żony się poznały. 

Lauren nie widziała sensu w wyjaśnianiu sytuacji. 

Jeżeli  Jordan  przedstawił  ją  Stefanowi  jako  swoją  żonę  i  nie  powiedział  mu  prawdy, 

uznała, iż nie powinna poddawać w wątpliwość jego słów. 

Stefan  okrążył  samochód,  otworzył  tylne  drzwi  i  znowu  wziął  ją  na  ręce.  Dopiero 

wówczas  Lauren  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  jak  jest  ubrana.  Cieniutka,  bawełniana  koszula 

sięgała  jej  do  kolan.  A  do  tego  była  na  bosaka!  Jak  Stefan  ma  zamiar  wyjaśnić  to  swojej 

ż

onie? 

background image

Nie musiała się tym martwić. Młoda kobieta, która wyszła im na spotkanie, wydawała 

się  bardzo  zatroskana  i  żywo  zakrzątnęła  się  wokół  Lauren,  otaczając  ją  atmosferą  ciepła  i 

ż

yczliwości. 

Stefan  wyjaśnił  Anie,  że  trzeba  Lauren  znaleźć  coś  do  ubrania,  a  on  sam  wróci 

wkrótce, skoro tylko spotka się z jej mężem. 

Obie kobiety przytaknęły. 

Kiedy  tylko  Ana  odkryła,  że  Lauren  mówi  w  jej  języku,  zaczęła  paplać  radośnie, 

pokazując  jej  bluzki  i  spódnice,  i  zmuszając  do  przymierzania  butów.  W  ciągu  paru  minut 

Lauren zrozumiała, że zdobyła nową przyjaciółkę. 

Jordan odnosił wrażenie, że szuka Stefana już co najmniej od kilku stuleci, gdy nagle 

sam został przez niego znaleziony. 

- Gdzieś ty był?! - zawołał, skoro tylko Stefan się pojawił. 

Jordan,  po  bezskutecznych  poszukiwaniach  Stefana,  już  od  kilku  godzin  siedział  na 

tyłach  sklepiku  z  pamiątkami  i  czekał  tam,  mając  nadzieję,  że  wcześniej  czy  później  Stefan 

właśnie tu będzie go szukał. 

- Odwoziłem twoją żonę w bezpieczne miejsce - odparł Stefan. 

Jordan usiadł nagle i uważnie spojrzał na przyjaciela. 

- W porządku? - zapytał. 

- Najzupełniej. 

- Rozpoznali ją? 

-  Nie.  Na  szczęście  nie  zdążyli,  przyjacielu.  Dziś  rano  mieli  ją  przewieźć  w  inne 

miejsce. 

- Dokąd? - Jordan skoczył na nogi w nagłym przypływie energii. 

Stefan przekazał informacje uzyskane od Lauren podczas jazdy. 

-  Jak  do  tej  pory,  to  najlepsze  wskazówki.  Zdaje  się,  że  już  wiem,  kto  za  tym 

wszystkim stoi - rozejrzał się po pokoju. - Możemy do niej pojechać? 

-  Czekałem  tylko,  aż  o  to  zapytasz  -  roześmiał  się  Stefan.  -  Myślałem,  że  może 

znudziła ci się już ta twoja żonka, hę? Niezbyt się do niej spieszyłeś... 

- Wolne żarty, Stefan. Jedźmy już - odburknął Jordan kierując się do drzwi. 

-  Nie.  Nie  razem.  Musisz  wrócić  do  parku  i  czekać  tam  na  mnie  -  Stefan  opisał 

samochód, którym jechał. - Zabiorę cię, kiedy tylko będę pewien, że nikt cię nie śledzi. 

- Jasne, masz rację. Staję się nieostrożny. 

- Nie. Raczej jesteś zakochany. Rozpoznaję symptomy tej choroby, bo sam też na nią 

cierpię. 

background image

- Ty? O czym ty mówisz? 

-  Pozostawiłem  twoją  piękną  małżonkę  w  towarzystwie  mojej  kochanej  żony,  Any. 

Opowiedzą sobie wszystkie nasze sekrety, jeśli nie dotrzemy tam na czas! - trzepnął Jordana 

w plecy. - Zmykaj. Znajdę cię. 

Jordan  skierował  się  w  stronę  parku,  nagle  zdając  sobie  sprawę,  że  od  dwudziestu 

czterech  godzin  nie  miał  nic  w  ustach.  Teraz,  kiedy  wiedział,  że  Lauren  jest  bezpieczna, 

odprężył się na tyle, by poczuć głód. 

Nie chciałby już nigdy więcej przeżywać czegoś podobnego. Nigdy w życiu nie był aż 

tak wystraszony, jak w ciągu tych ostatnich kilku godzin. 

Gdy znalazł się w niebezpiecznej sytuacji, wiedział, że zrobi wszystko, aby się z niej 

wydostać. A jeśli się nie uda, to tylko on poniesie konsekwencje. 

Tym  razem  było  inaczej.  Nigdy  przedtem  nie  doznał  tak  silnego  poczucia 

odpowiedzialności  za  kogoś  drugiego.  Gdyby  cokolwiek  stało  się  Lauren...  No,  słucham, 

Jordan? - odezwał się wewnętrzny głos. - Co wtedy? Jak byś się czuł? 

A gdyby ją stracił na zawsze? Co wtedy by zrobił? 

Lauren  była  dla  niego  kimś  ważnym.  Należała  do  niego.  Oddała  mu  siebie  - 

przecudowny dar -  a on  też dał jej siebie całego. Nie był już samotnikiem, który nikogo nie 

potrzebuje. Po raz pierwszy od straty matki Jordan przyznał, że ktoś jest mu potrzebny ~ i to 

bardzo niezwykły ktoś. 

Ujrzał  zbliżający  się  samochód  Stefana.  Ruszył  z  miejsca,  jakby  chciał  przejść  przez 

jezdnię. Dopiero w ostatniej chwili skręcił i wsiadł do samochodu. 

- No i jak? - rzucił. 

- W zasięgu wzroku żadnego ogona. 

- A u ciebie? 

-  Co?  U  mnie?  -  zapytał  Stefan  z  niewinnym  uśmieszkiem.  -  A  któż  by  chciał  mnie 

ś

ledzić? 

- Każdy, kto miałby choć trochę rozumu. 

-  Trafiłeś  w  sedno,  przyjacielu.  Na  szczęście,  wszyscy  oni  uważają  mnie  za  żałosne 

stworzenie nie warte uwagi. 

- Ha! Biedni nieświadomi. 

Zanim  Stefan  zjechał  na  drogę  wiodącą  za  miasto,  Jordan  spał  już  snem 

sprawiedliwego. 

Lauren usłyszała warkot motoru i wyjrzała przez okno. To był Stefan. I jeszcze ktoś! 

Błyskawicznie  rzuciła  się  do  drzwi  i  otwarła  je  jednym  szarpnięciem  tylko  po  to,  by  zaraz 

background image

stanąć  jak  wryta.  Mężczyzna,  który  wysiadł  z  samochodu,  był  nie  ogolony,  a  jego  ubranie 

wyglądało tak, jakby nie zdejmował go całymi tygodniami. Bezkształtna, nasunięta na czoło 

czapka j sprawiała, że wyglądał na kogoś, kto całe życie spędził na rabowaniu przechodniów 

w ciemnych alejkach. 

Wtedy Stefan, wskazując na Lauren, powiedział coś ze śmiechem. 

Mężczyzna podniósł głowę i też zaśmiał się. Ten śmiech rozpoznałaby wszędzie... 

- Jordan! - krzyknęła radośnie, biegnąc w jego stronę. 

Skoczył  na  jej  spotkanie,  chwycił  w  ramiona  i  mocno  uścisnął.  Boże,  jakaż  była 

miękka i pachnąca, jak bardzo pasowała do jego ramion! 

- W porządku? - zapytał matowym głosem. 

- Oczywiście! Nigdy w to nie wątpiłeś, prawda? - odparła, wznosząc ku niemu twarz. 

Nigdy przedtem nie widział u niej takiego spojrzenia. Żadnego lęku, żadnego napięcia, 

jedynie  czysta,  promienna  radość.  Czy  to  z  jego  powodu?  Jordan  czuł  się  dziwnie 

zawstydzony tą myślą. Czy to możliwe, że coś dla niej znaczył? 

- Och, Lauren - mruknął, przyciągając ją ku sobie i zasypując pocałunkami. 

Nie miał pojęcia, jak długo tak stali przed chatą Stefana. Nie miał najmniejszej ochoty 

przestać ją tulić. Wreszcie Stefan podszedł i poklepał go po ramieniu. 

- Chodź do środka, przyjacielu. Trzeba coś zjeść. Co do mnie, umieram z głodu. 

Jordan z ociąganiem odsunął się od Lauren i oboje weszli do domu. 

Stefan  dumnie  zaprezentował  Anę,  a  potem  Ana  pokazała  wybrane  przez  Lauren 

stroje. Mężczyźni zgodnie stwierdzili, że jest ona doskonale ubrana. 

- Kiedy wyjeżdżamy? - zapytała Lauren po skończonym posiłku. 

Stefan objął wzrokiem zmęczoną twarz przyjaciela i odpowiedział za niego: 

- Myślę, że możecie bezpiecznie zostać tu do jutra. Jutro podwiozę was do granicy. 

- Franz uprzedzał, żebym wrócił dzisiaj. 

-  Jedna  noc  mniej,  jedna  więcej,  cóż  to  znaczy,  przyjacielu?  Franz  to  stara  baba, 

zawsze trzęsie się bez potrzeby. Lubi rządzić, czuje się wtedy bardzo ważny. 

Teraz,  kiedy  zatrzymał  się  na  tyle  długo,  aby  usiąść  i  najeść  się,  Jordan  czuł  się  tak, 

jakby mógł zasnąć na siedząco. 

- Chyba masz rację, Stefanie. A poza tym jestem tak skonany, że padam na nos. Jeśli 

ci to nie przeszkadza, wyruszymy jutro. 

Ana podskoczyła radośnie. 

- Przygotowałam już pokój gościnny, tak na wszelki wypadek. Chodź, Lauren, znajdę 

ci jakąś koszulę nocną. 

background image

Lauren  niepewnie  spojrzała  na  Jordana.  Czy  nie  zamierza  powiedzieć  im  prawdy? 

Jordan podniósł wzrok i dostrzegł jej zakłopotanie, nie domyślając się przyczyny. 

- O co chodzi? - zapytał. - Nie chcesz zostać? 

-  To  nie  to...  -  zaczęła  i  oblała  się  rumieńcem.  Jordan  nagle  pojął,  o  co  jej  chodzi. 

Przez  ostatnie  godziny  tak  przyzwyczaił  się  do  myślenia  o  niej  jako  o  swojej  żonie,  że 

zupełnie  zapomniał,  iż  była  to  przecież  mistyfikacja  -  jeden  z  elementów  ich  zawodowych 

czynności. 

Na razie jednak nie było powodu do jakichkolwiek wyjaśnień. Uśmiechnął się do niej 

krzepiąco. 

-  Nie  będę  ściągał  kołdry  -  oznajmił  z  uśmiechem.  -  I  zrobię  wszystko,  żeby  cię 

rozgrzać. 

Ś

miech  Stefana  pogłębił  jeszcze  różowy  odcień  policzków  Lauren  i  młoda  kobieta 

odwróciła się, by podążyć za Aną do pokoju obok. 

- Lauren? - cicho zawołał Jordan. Odwróciła się i spojrzała na niego. 

- Ja tylko żartuję. 

- Wiem. 

-  Pewnie  nawet  nie  zauważysz  mojej  obecności.  Jestem  tak  zmęczony,  że  nie  wiem, 

czy dowlokę się do sypialni. 

Uśmiechnęła się i mrugnęła do Stefana. 

-  Brzmi  to  jak  potężna  porcja  wykrętów,  prawda?  Jak  sądzisz,  czy  on  chce  się 

wymigać od wypełnienia małżeńskich obowiązków? 

Stefan przytaknął gorąco. 

-  Właśnie  tak  to  wygląda,  Lauren.  Dokładnie  tak.  Jordan  powoli  wstał  i  przeciągnął 

się, wysoko unosząc ramiona. Leniwie puścił oko do Stefana. 

- Mówiłem, że jestem zmęczony, Lauren, ale jeszcze nie martwy - stwierdził, groźnie 

pochylając się nad nią. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Lauren  odwróciła  się  i  wybiegła  na  korytarz,  ścigana  śmiechem  obu  mężczyzn. 

Niemal wpadła na Anę, która właśnie wychodziła z sypialni. 

- Och, przepraszam - odezwała się Ana. - Wiem. Jordan wspominał mi. 

Spojrzała na trzymaną w rękach koszulkę i podała ją Lauren. 

- Masz. To powinno być dobre dla ciebie. 

-  Dziękuję  -  wzięła  koszulę  i  pod  wpływem  nagłego  impulsu  uścisnęła  Anę.  -  Byłaś 

dla mnie taka dobra - wyszeptała ze łzami w oczach. Uśmiechnęła się i skierowała do sypialni 

po drugiej stronie korytarza. 

Bardzo  starannie  poskładała  pożyczone  ubrania,  które  miała  włożyć  jutro  i  właśnie 

sięgnęła po koszulę, kiedy drzwi za jej plecami otwarły się i usłyszała głos Jordana: 

-  Jeśli  o  mnie  chodzi,  wcale  nie  musisz  tego  wkładać.  Lauren  obróciła  się  ku  niemu, 

odruchowo zasłaniając się. 

Była  ogolony  i  pachniał  świeżością,  widocznie  wykąpał  się,  bo  miał  na  sobie  tylko 

spodenki. 

-  Tak  się  cieszę,  że  ci  się  udało  -  powiedziała,  czując,  jak  jej  serce  znowu  wzbiera 

czułością i wdzięcznością. 

Podszedł do niej i delikatnie wyjął koszulę z jej rąk. 

-  Cieszę  się,  że  ty  się  cieszysz.  Nie  miałbym  do  ciebie  pretensji,  gdybyś  przeklęła 

mnie po tysiąckroć. 

- Nie mów tak, Jordan. Nigdy nie zrobiłeś niczego wbrew mojej woli. 

Wskazującym palcem zaczął leciutko kreślić linię od jej podbródka, poprzez szyję aż 

pomiędzy piersi. 

- A teraz? 

- Szczególnie teraz. 

- Kobieto, jesteś nienasycona - zauważył z radosnym uśmiechem. 

- A ty wykończony - odparła ze zrozumieniem. Ciemne kręgi pod jego oczami były z 

bliska bardzo dobrze widoczne. 

- Nie aż tak wykończony, kochana - szepnął, biorąc ją na ręce i układając na łóżku. A 

potem zgasił światło. 

Następnego ranka, o świcie, obudziło ich bębnienie w drzwi i głos Stefana: 

background image

- Hej, wy tam! Jeżeli macie zamiar zabrać się ze mną, pospieszcie, się lepiej. Odjazd 

za dziesięć minut. 

Lauren usiadła, z przerażeniem odkrywając, że oboje zaspali. Obejrzała się na Jordana. 

Leżał na brzuchu z głową pod poduszką i nie reagował. 

- Jordan? 

- Mmm? 

- Słyszałeś Stefana? Powiedział... 

- Jasne, że go słyszałem. Obudziłby umarłego! 

- wymruczał, wciąż z poduszką na głowie. 

- Ach... nie poruszyłeś się i myślałam... 

-  Nie  poruszyłem  się,  bo  jestem  przekonany,  że  rozlecę  się  na  drobne  kawałki,  jeśli 

kiwnę choćby palcem. 

Lauren pochyliła się nad nim z troską w oczach. 

- Co się dzieje? Coś cię boli? Zeszłej nocy wyglądałeś na... 

-  Zeszłej  nocy  musiało  mi  się  wydawać,  że  jestem  jakimś  cholernym  nastolatkiem, 

który chce się popisać - burknął i z jękiem obrócił się na plecy. 

Stłumiła chichot, kiedy stwierdziła, że nic mu nie jest. 

Oczywiście, że nic mu nie było. Udowodnił to zeszłej nocy, w całkiem zadowalający 

sposób  i  to  nie  raz.  Miłość  w  zaciszu  sypialni  z  grubymi  ścianami  była  dla  Lauren  zupełnie 

nowym, rozkosznym doświadczeniem. Miała zresztą przeczucie, że kochanie się z Jordanem 

będzie  dla  niej  nowym  i  rozkosznym  doświadczeniem  zawsze,  wszędzie  i  w  każdych 

warunkach. 

- Musimy wstać. 

-  Wiem  -  odparł,  wciąż  leżąc  na  plecach  z  wyciągniętymi  ramionami  i  zamkniętymi 

oczami. Znikły już ciemne cienie wokół oczu, rozpłynęły się także ostre bruzdy i zmarszczki 

spowodowane  zmęczeniem  i  długotrwałym  napięciem.  Niesamowite,  ile  dobrego  może 

sprawić porządny wypoczynek - pomyślała z uśmiechem. 

Edukacja  Lauren  rozszerzyła  się  znacznie  w  ciągu  tej  ostatniej  nocy.  Między  innymi 

poznała  pewne  miejsce  na  brzuchu  Jordana,  miejsce  wyjątkowo  wrażliwe  na  łaskotki. 

Przypadkowo odkryła ten mały, ale niezwykle istotny punkcik, który dawał jej teraz poczucie 

pewnej władzy nad leżącym obok niej mężczyzną. 

Pochyliła się i, wykorzystując swą wiedzę, dotknęła językiem tego wrażliwego punktu 

na jego brzuchu. Jordan w zadziwiająco krótkim czasie znalazł się na nogach, spoglądając na 

nią z wyrzutem. 

background image

- To nie fair i ty dobrze o tym wiesz! 

Lauren szybko wyskoczyła z łóżka i zaczęła się ubierać. 

- Nie możemy się spóźnić, prawda? - zapytała, lekko unosząc brwi. 

Okrążył łóżko i objął ją ramionami. 

-  Zdaje  się,  że  ja  też  znam  parę  twoich  łaskotliwych  miejsc,  wiesz?  -  stwierdził 

groźnie. 

- Wiem— skinęła głową. 

- Ale nigdy nie upadłbym tak nisko, żeby  wykorzystać tę intymną wiedzę przeciwko 

tobie. 

- Ja też nie... 

Bezczelny  uśmieszek  Lauren  był  zbyt  uroczy,  by  go  zignorować.  Jordan  objął  ją  i 

przyciągnął do siebie. 

-  Czekaj  no.  Odwdzięczę  się  -  zapewnił,  obdarzając  ją  krótkim,  ale  mocnym 

pocałunkiem. 

Włożyła pantofle i wyszła, a Jordan w minutę po niej. 

Szybko wypili kawę i posmarowali masłem kilka rogalików na drogę. Stefan czekał na 

nich cierpliwie. Potem wyruszyli w drogę. 

Mężczyźni siedzieli z przodu, dyskutując, którą drogą najłatwiej dostać się do granicy. 

Lauren  słuchała,  ale  niezbyt  uważnie.  Dzień  był  taki  piękny.  Trudno  wyobrazić  sobie,  że  w 

taki dzień mogłoby wydarzyć się coś złego. 

Była zakochana, w jej świecie panował spokój. Przyglądała się tyłowi głowy Jordana. 

Kochała  kształt  jego  uszu  i  drobne  loczki  na  karku.  Jak  kiedykolwiek  mogła  uważać,  że  ten 

człowiek wygląda surowo i onieśmielająco? 

No,  właściwie  bywał  onieśmielający.  Ale  już  nie  dla  niej.  Dla  niej  -  już  nigdy. 

Uwielbiała patrzeć, jak wyraz jego twarzy zmienia się na jej widok. Nie patrzył tak na nikogo 

innego. Ciekawe, czy zdawał sobie sprawę z tego, jak inaczej ją traktuje niż na początku ich 

znajomości. 

Czy  to  fizyczna  miłość  tak  go  zmieniła?  Czy  wszyscy  mężczyźni  zaczynają 

odruchowo inaczej traktować kobietę, z którą poszli do łóżka? Żałowała, że nie wie więcej na 

temat mężczyzn. Szkoda, że nie może od żadnego z nich dowiedzieć się, co oni o tym myślą. 

Niestety, to nie był temat do rozmowy z ojcem. 

A  może  Jordan  też  powolutku  zakochuje  się  w  niej?  Jego  czułość,  opiekuńczość, 

nawet to, że nie potrafi przebywać w jej pobliżu nie dotykając jej - wszystko to musi przecież 

coś oznaczać! Może Lauren też jest w jego życiu kimś szczególnym? 

background image

Ale  czy  oznacza  to  także,  że  zobaczy  go  znowu  po  powrocie  do  Stanów?  Nawet 

pracując  dla  tej  samej  agencji  nie  mieli  dotąd  okazji  się  spotkać.  Oczywiście,  teraz  już  się 

znają.  Może,  kiedy  będzie  w  biurze,  zatrzyma  się  na  chwilę,  żeby  się  z  nią  zobaczyć,  może 

zaprosi  ją  na  kolację,  a  potem...  Co  potem,  głuptasie?  O  czym  ty  w  ogóle  marzysz?  Czy 

sądzisz,  że  taki  człowiek  zmieni  dla  ciebie  całe  swoje  życie?  Przecież  mogę  chyba  trochę 

pomarzyć?  Możesz  marzyć,  oczywiście,  tak  długo,  jak  długo  nie  pomylisz  marzeń  z 

rzeczywistością. 

W  takim  razie  stworzy  sobie  własną  rzeczywistość.  Lauren  przymknęła  oczy  i 

wyobraziła  sobie  dziewczynkę  z  rudozłotymi  lokami  i  ogromnymi,  brązowymi  oczami,  a 

obok szarookiego chłopczyka o ciemnych, kędzierzawych włosach. 

Tymczasem  samochód  minął  już  przedmieścia  Brna  i  mężczyźni  zdecydowali,  że 

Jordan  i  Lauren  powinni  zaczekać  do  popołudnia.  I  tak  przekroczą  granicę  dopiero  późną 

nocą, a w mieście łatwiej zdołają się ukryć. 

Tymczasem  Stefan  spróbuje  się  dowiedzieć,  co  działo  się  w  klinice,  kiedy  odkryto 

zniknięcie Lauren. 

Dzień  zdawał  się  wlec  w  nieskończoność.  Czekali  w  magazynie,  w  przemysłowej 

dzielnicy miasta. Umówili się z jakimś kierowcą ciężarówki, który znał Stefana i doszedł do 

wniosku, że przyda mu się trochę dodatkowego grosza dla rodziny. 

Jordan  nie  chciał  podejmować  ryzyka  spotkania  kogoś,  kto  mógł  ich  widzieć 

wcześniej w roli turystów. Dlatego właśnie woleli przeczekać dzień w zaciszu magazynu. 

Lauren  zauważyła,  że  Jordan  nie  jest  już  tak  oszczędny  w  słowach,  jak  jeszcze  dwa 

dni temu. 

Chętnie  odpowiadał  na  pytania  dotyczące  jego  przeszłości,  opowiedział  jej  nawet  o 

swoim  dzieciństwie  i  wydawało  się,  że  wyrzucenie  z  siebie  bólu,  spowodowanego  śmiercią 

matki i nagłą zmianą otoczenia, sprawiło mu pewną ulgę. 

Ona  także  wspominała  swoje  dzieciństwo  -  inne  niż  jego,  bo  bardzo  szczęśliwe  -  a 

nawet opowiedziała mu, jak poznali się jej rodzice. 

- Chyba polubiłbyś ich - powiedziała w pewnej chwili. 

- Ale czy oni polubiliby mnie, oto jest pytanie. 

- A dlaczego nie?! - zaprotestowała  gwałtownie.  Roześmiał się na widok  jej żarliwej 

pewności. 

- Oj, nie wiem. Miałbym problemy z wyjaśnieniem, w jaki sposób zarabiam na życie. 

- Jesteś pośrednikiem handlowym z Chicago - odparła szybko. 

- Czy to właśnie im powiesz? - zapytał zaskoczony. 

background image

- Oczywiście, przecież to właśnie wszystkim mówisz, czyż nie? 

- Właściwie tak. 

- Czy nie tak samo myśli twój ojciec? 

- Tak. 

- No, widzisz - oznajmiła, najwyraźniej uznając sprawę za zamkniętą. 

Może tak nawet było. 

Pojawił  się  kierowca  ciężarówki  i  przyniósł  im  kanapki.  Powiedział,  że  muszą  już 

ruszać, bo chciałby dotrzeć do domu na przyzwoitą godzinę. 

Jordan  i  Lauren  nie  mieli  problemów  z  przygotowaniem  się  do  drogi,  ponieważ 

podróżowali bez bagażu.  Lauren z dziwną czułością obejrzała się na ponury budynek - to tu 

Jordan  zwierzał  się  jej,  to  tu  odkrył  przed  nią  swe  najskrytsze  uczucia.  Była  przekonana,  że 

czynił to po raz pierwszy w życiu. 

Czuła  się  tak,  jakby  otrzymała  od  swego  ukochanego  dziewictwo  uczuć  i  myśli.  Dla 

niej  zachował  swe'  najintymniejsze,  najskrytsze  przeżycia.  Ta  niezwykła  myśl  wywołała 

uśmiech na jej twarzy. 

Zmierzchało  się  już,  kiedy  dotarli  do  chaty  Franza. Jordan  zapłacił  szoferowi  i  oboje 

przyglądali się, jak ciężarówka zawraca i odjeżdża. 

- I co teraz? - zapytała Lauren, rozglądając się wokoło. 

- Pierwszy z kilku dłuższych spacerów. Mam nadzieję, że jesteś na nie przygotowana. 

- Nie martw się o mnie, wszystko jest w porządku. 

- Miło to słyszeć. Mogę teraz poświęcić się poważniejszym sprawom. 

Roześmiała się, zachwycona jego dobrym humorem. 

Chwilę  później  witali  się  z  Franzem.  O  ile  Jordan  był  w  świetnym  humorze,  o  tyle 

Franz - przeciwnie. 

- Czekałem na was całą noc. Mówiłem ci przecież, że masz wrócić wczoraj. 

- Tak, wspomniałeś coś takiego - grzecznie odparł Jordan. - Próbowałem, ale okazało 

się to niemożliwe. No więc jesteśmy. 

- Tak. A powiecie mi może, co ja mam z wami zrobić? 

- Pomóc nam przedostać się przez granicę. 

-  No  tak.  Zeszłej  nocy  nie  byłoby  problemu,  bo  strażnik,  który  pracuje  w  środę, 

nauczony  jest  patrzyć  w  drugą  stronę,  kiedy  ktoś  ma  ochotę  szybko  znaleźć  się  po  drugiej 

stronie. 

- Rozumiem - powoli odezwał się Jordan. 

- Następną służbę będzie miał dopiero za tydzień. 

background image

- Nie możemy czekać tak długo. 

- Oczywiście, że nie. To byłoby zbyt niebezpieczne dla nas wszystkich. 

- Musimy spróbować szczęścia. 

- I dać się zabić. 

- Wierz mi, z całych sił będę się starał uniknąć takiego rozwiązania. 

Franz potrząsnął głową i wstał od stołu. 

-  Durni  Amerykanie  i  ich  baby  -  mruknął  ponurym  głosem  i  powędrował  w  stronę 

pieca. 

- I co teraz zrobimy? - zapytała szeptem Lauren. 

-  Chyba  zgodzę  się  ze  Stefanem,  jeśli  chodzi  o  Franza.  Uwielbia  grać  rolę  głosu 

Opatrzności.  Granica  jest  tu  bardzo  słabo  strzeżona,  ponieważ  po  obu  stronach  nie  ma  ani 

jednego  miasta  przez  wiele  kilometrów.  Jeden  strażnik  musi  patrolować  długi  odcinek.  Po 

prostu zaczekamy na odpowiednią sposobność. 

Skinęła  głową.  Im  szybciej  opuszczą  dom  tego  niemiłego  człowieka,  tym  lepiej. 

Zaledwie  raczył  spojrzeć  na  nią,  jakby  była  jakimś  zwierzakiem,  którego  Jordan 

przyprowadził ze sobą, a Franz nie był pewien, czy chce widzieć to coś w swoim domu. 

Odczekali  kilka  godzin,  po  czym  wraz  z  Franzem  zanurzyli  się  w  las  za  jego  chatą. 

Lauren z zadowoleniem stwierdziła, że Franz wydaje się wiedzieć, dokąd idzie. Nie widziała 

ż

adnej ścieżki, a poszycie było gęste, miejscami nie do przebycia. 

Wydawało  się,  że  wędrują  tak  już  całe  kilometry,  kiedy  Franz  podniósł  dłoń,  dając 

znak,  by  byli  cicho.  Ponieważ  od  paru  godzin  żadne  z  nich  nie  odezwało  się  ani  słowem, 

Lauren uznała ten gest za niepotrzebnie teatralny. 

Ruchami  rąk  wskazał  im  posterunek  strażnika.  Wokół  było  pusto,  żadnych  krzewów 

ani  trawy,  w  której  można  by  się  ukryć.  Od  chwili,  kiedy  opuszczą  zadrzewioną  przestrzeń, 

na której teraz stoją, będą kompletnie odsłonięci aż do momentu, w którym zdołają przebiec 

przez granicę. Las zaczynał się na nowo po drugiej stronie. 

Obaj  mężczyźni  uścisnęli  sobie  ręce  i  Franz  powędrował  w  kierunku,  z  którego 

nadeszli. 

Lauren odpoczywała, oparta o drzewo. Podszedł do niej, przykucnął obok. 

-  Kochanie,  jesteśmy  zdani  na  samych  siebie  i...  Na  dźwięk  tego  czułego  słowa  na 

chwilę  przestała  go  słuchać.  Dopiero  potem  zmusiła  się  do  uważnego  wysłuchania 

wypowiadanych cichym głosem instrukcji: 

-  Chcę,  żebyś  odpoczęła  tyle,  ile  tylko  się  da.  Ja  tymczasem  rozejrzę  się  i  spróbuję 

zorientować, jaką drogą chodzi strażnik i w jakim czasie. Skoro tylko okaże się, że spaceruje 

background image

on  z  rutynową  dokładnością,  przemkniemy  się  za  jego  plecami  w  chwili,  kiedy  będzie  po 

drugiej stronie, rozumiesz? 

Skinęła głową. 

Jordan spojrzał w jej oczy. Mrok, panujący w lesie, nie był w stanie zgasić ich blasku. 

Przesunął  dłonią  po  jej  karku,  rozmasowując  napięte  mięśnie  szyi  i  ramion.  Westchnęła 

niemal bezgłośnie. 

Pochylił się nad nią i lekko pocałował. 

- Zdrzemnij się trochę. Mamy przed sobą jeszcze bardzo daleką drogę. 

Lauren myślała, że nie zdoła zasnąć w samym środku lasu, ale skoro tylko wyciągnęła 

się  na  miękkim  igliwiu,  obudziło  ją  dopiero  lekkie  szarpnięcie  za  ramię.  Jordan  delikatnie 

zakrył dłonią jej usta i usunął ją dopiero wtedy, kiedy otworzyła oczy. 

- Wyruszamy za kilka minut - szepnął jej wprost w ucho. - Strażnik może zjawić się w 

każdej chwili. Kiedy tylko obróci się, ruszamy. 

- A jeśli się obejrzy? 

- Módlmy się, żeby to nie przyszło mu do głowy i tyle. Musimy wykorzystać cały czas 

do jego powrotu, jasne? 

Kiwnęła głową. Wszystko było jasne. Nie mieli wyboru. 

Obserwowała, jak strażnik zbliża się ku nim. Księżyc świecił tak jasno, że mężczyzna 

zdawał  się  odprowadzany  promieniem  punktowca.  Kontrast  pomiędzy  światłem  a  mrokiem 

lasu stwarzał im doskonałą kryjówkę. 

Odwrócił  się  i  rozpoczął  powolną  wędrówkę  z  powrotem  w  kierunku  swej  budki. 

Wydawał się odległy tylko o kilka metrów, kiedy Jordan wydyszał wprost w ucho Lauren: 

- Teraz! 

Chwycił  ją  za  rękę  i  pobiegli.  Lauren  nigdy  w  życiu  nie  poruszała  się  tak  szybko. 

Wydawało  jej  się,  że  stopami  nie  dotyka  ziemi.  W  każdej  chwili  spodziewała;  się  krzyku. 

Jednak  ciągle  wszystko  było  przerażająco  ciche  i  nieruchome  w  blasku  księżyca.  Krajobraz 

wydawał się nierzeczywisty, jakby otaczały ich dekoracje teatralne. 

I  nagle  rozpętało  się  piekło.  Krzyk,  potem  następny,  odległe  szczekanie  psów  i 

przeraźliwe wycie syren. Światła szperaczy przyszpiliły ich do ziemi. 

- Biegnij! - krzyknął Jordan do Lauren. - Schowaj się w lesie! Idę za tobą! 

Usłuchała go. Była już niemal pod osłoną drzew kiedy usłyszała rozdzierający odgłos 

serii z broni automatycznej. Odwróciła się i ujrzała Jordana biegnącego ku niej, słyszała jego 

krzyk,  by  się  nie  zatrzymywała.  A  potem,  jak  na  zwolnionym  filmie,  Jordan  potknął  się, 

okręcił i osunął na ziemię. 

background image

Nie poruszył się więcej. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

-  Jordan!  -  wrzasnęła  i,  nie  zwracając  uwagi  na  nieprzerwane  staccato  strzelaniny, 

podbiegła do niego. 

Leżał  na  boku,  z  głową  pogrążoną  w  cieniu.  Przesunęła  dłonią  po  jego  plecach  i 

poczuła  na  palcach  lepką  wilgoć.  Jordan  jęknął  i  był  to  dla  niej  najpiękniejszy  dźwięk,  jaki 

kiedykolwiek słyszała. 

- Jordan! 

- Uciekaj, Lauren. Musisz uciekać - wymamrotał. 

-  Och,  kochanie.  Nie  musimy  uciekać.  Udało  się.  Jesteśmy  w  Austrii.  Bezpieczni.  O 

Boże, proszę, spraw, żeby poczuł się lepiej! - szeptała. 

- Zostaw mnie, Lauren. Znajdź jakiś dom i wyjaśnij. Przyjmą cię. 

-  Jasne,  do  cholery,  że  mnie  przyjmą,  ale  ja  cię  tu  nie  zostawię,  Jordanie  Trent. 

Pójdziesz ze mną, choćbym miała cię wlec przez całą drogę. 

- Zabawne - mruknął. - Nigdy przedtem nie słyszałem, żebyś klęła. 

- Bo do tej pory nie miałam wystarczającego powodu - podniosła się na kolana. - No, 

kochanie, pomóż mi, błagam. Spróbuj stanąć... 

Nie  wiedziała,  ile  czasu  upłynęło,  zanim  postawiła  go  na  nogi.  Bała  się  tylko,  że 

zemdleje na jej grzbiecie i co wtedy? Wolała o tym nie myśleć. 

Powoli prowadziła go przez las, zastanawiając się, dokąd iść i jak długo Jordan będzie 

w stanie się poruszać. Zaledwie starczało jej sił, żeby utrzymać go w pozycji stojącej. 

-  Nie  rób  głupstw,  Lauren  -  wykrztusił.  -  Dam  sobie  radę.  Jestem  dość  twardy,  żeby 

się nie rozlecieć. 

-  Lepiej,  żeby  to  była  prawda,  ty  cholerny,  arogancki  supermenie!  No,  pokaż  mi,  co 

jesteś wart! Gdzie ta twoja niezłomna wola? Gdzie ta twoja siła przetrwania?! Wyzywam cię! 

- łzy strumieniami spływały po jej twarzy. Zmuszała się do posuwania, prowadząc go krok za 

krokiem. 

Kiedy po raz pierwszy spostrzegła światełko migające poprzez drzewa, sądziła, że to 

wyobraźnia płata jej figle. Czy jakiś dom może stać tak blisko granicy? I nagle zauważyła, że 

ś

wiatełko porusza się. 

- Ratunku! - krzyknęła. - Na pomoc! Ratujcie nas! 

- Heeej! - przeciągły, śpiewny okrzyk, który ozwał się w odpowiedzi, zabrzmiał w jej 

uszach jak najsłodsza muzyka. 

background image

Trzech mężczyzn ostrożnie zbliżało się do nich. 

-  Mój  mąż  został  postrzelony.  Jesteśmy  Amerykanami.  Pomóżcie  mi  zawieźć  go  do 

szpitala! 

Jej  słowa,  wypowiedziane  po  niemiecku,  spowodowały  natychmiastową  reakcję. 

Dwóch mężczyzn skoczyło do przodu, akurat na czas, aby podtrzymać Jordana, zanim zwalił 

się na ziemię. 

.  Jordan  miał  idiotyczny  sen.  Był  z  Lauren  na  plaży  Santiago  Island  na  Morzu 

Południowym.  Ciepły  wiaterek  przyjemnie  owiewał  jego  rozgrzane  ciało.  Co  jakiś  czas 

zrywali się, biegli do morza i Lauren zanurzała się w wodzie laguny, odgrodzonej od oceanu 

rafą koralową. 

Chłodna  woda  zmyła  uczucie  gorąca.  Jordan  wynurzył  się  i  ujrzał  oczy  Lauren,  jej 

cudowne, mglistoszare oczy, spoglądające na niego z wyrazem troski. 

-  Masz  cudowne  oczy  -  wyszeptał,  odkrywając,  że  usta  ma  zbyt  wysuszone,  żeby 

mówić. 

- Szszsz, kochanie, nie marnuj sił na mówienie - szepnęła niespokojnie. 

- Pić - usiłował powiedzieć, ale wargi odmówiły mu posłuszeństwa. 

Lauren zdawała się rozumieć, ponieważ wsunęła mu w usta kilka kawałków lodu. 

- Woda jest cudowna, prawda? - zapytał. 

- Co tylko chcesz, ale spróbuj odpocząć. Wszystko będzie dobrze. 

Jordan odprężył się i na nowo zapadł w niespokojny sen, a Lauren powróciła na fotel, 

w którym siedziała i czuwała już od trzech dni. Zaczęła szeptem modlić się: 

-  O  Boże,  błagam,  niechże  już  wyzdrowieje.  On  znowu  majaczy...  Żeby  tylko  nie 

postradał zmysłów. Ma taką wysoką gorączkę. Boże, proszę, zaopiekuj się nim... dla mnie. 

Byli  w  amerykańskiej  bazie,  gdzieś  w  Niemczech.  Zadzwoniła  do  Mallory'ego,  a  on 

puścił w ruch tryby jakiejś potężnej machiny. W ciągu kilku godzin od umieszczenia Jordana 

w lokalnym szpitalu Mallory pojawił się osobiście i sam nadzorował przewiezienie chorego. 

Trzeba  było  wyciągnąć  kulę,  która  utkwiła  mu  w  plecach.  Konieczna  była  operacja. 

Doktor  uznał  za  cud,  że  pocisk  ominął  zarówno  ważniejsze  organy  wewnętrzne,  jak  i 

kręgosłup. 

Mallory porozumiał się już z Frances i Trevorem Monroe i był całkiem zadowolony z 

przebiegu akcji. 

- Przeżyje, nie martw się - zapewnił Lauren rano. 

- Jest zbyt uparty, żeby umrzeć. 

- Wiem - zgodziła się. 

background image

- Jesteś gotowa wracać do domu? 

- Kiedy, teraz? 

- Kiedy zechcesz. Twoje zadanie dobiegło końca. Zrobiłaś świetną robotę, Lauren. 

- Dziękuję panu. 

- A jeśli chodzi o powrót do domu... 

- A co z Jordanem? 

- Jak to co? 

- Kiedy on będzie mógł wrócić do domu? 

- Lekarz nie zdecydował jeszcze. 

- A zatem, jeśli to panu nie przeszkadza, poczekam, aż on też będzie mógł wrócić do 

domu  -  z  trudem  szukała  właściwych  słów.  -  Widzi  pan,  zaczęliśmy  razem  i  uważam,  że 

razem powinniśmy skończyć. 

- Rozumiem - w zamyśleniu odparł Mallory. - To z twojej strony bardzo profesjonalny 

gest,  jeśli  można  to  tak  ująć.  Wydawało  mi  się  z  początku,  że  raczej  wolałabyś  uciec  jak 

najdalej od niego. 

- O, teraz już nie, proszę pana. Zaprzyjaźniliśmy się. 

-  Przyjaciele,  hę?  -  Mallory  w  milczeniu  przyglądał  się  jej  przez  kilka  minut.  - 

Człowiek nie ma zbyt wielu przyjaciół, prawda? 

Uśmiechnęła się. 

- Sądzę, że wrócimy do domu nie później niż w przyszłym tygodniu, sir, jeśli to panu 

odpowiada. 

-  Zdaje  się,  że  musi  odpowiadać  -  odparł  oschle.  A  teraz  Lauren  siedziała  w  fotelu  i 

przyglądała  się  leżącemu  mężczyźnie.  Odkryła  już,  że  jej  głos  działa  na  Jordana  jak  środek 

uspokajający. 

Dziś odezwał się po raz pierwszy. Niezbyt sensownie, to prawda. 

-  Uciekaj,  Lauren!  Na  litość  boską,  uciekaj!  Nagły  krzyk  przywrócił  ją  do 

rzeczywistości.  Zerwała  się  z  miejsca.  Dyżurne  pielęgniarki  też  musiały  go  usłyszeć,  bo 

przybiegły natychmiast. 

-  Chyba  znowu  przeżywa  chwilę,  w  której  został  ranny  -  wyjaśniła  szeptem, 

jednocześnie gładząc go po dłoni. To także go uspokajało. 

-  Skoro  już  tu  jesteśmy,  możemy  sprawdzić  opatrunki  -  powiedziała  jedna  z  sióstr  i 

najdelikatniej jak umiały, przewróciły go na brzuch i sprawdziły, czy bandaż nie przemókł. 

- Ładnie się  goi - odezwała się z uśmiechem młodsza pielęgniarka. Powinna się pani 

cieszyć, pani Trent. 

background image

- Och, ja... cóż. Tak, ogromnie się cieszę - wykrztusiła w końcu. 

Upłynął  jednak  jeszcze  jeden  tydzień,  zanim  chirurg  zdecydował  się  na  wysłanie  go 

samolotem  wojskowym  z  powrotem  do  Stanów.  Lauren  nie  była  pewna,  jakich  środków 

perswazji użył Mallory, ale załatwił jej, że wróciła z Jordanem. 

- Gdzie jesteśmy? - zapytał Jordan słabym głosem. 

- Szpital Waltera Reeda - odparła Lauren z uśmiechem. 

- Jak się tu znalazłem? 

- Przyleciałeś z Niemiec. 

-  Niemcy?  Przecież  mieliśmy  być  w  Austrii.  Uśmiechnęła  się,  słysząc  jego  kłótliwy 

ton. Dopiero ten ton, bardziej niż cokolwiek innego, świadczył o jego powrocie do zdrowia. 

-  Byliśmy  w  Austrii.  Potem  przewieźli  cię  do  Niemiec,  gdzie  wyjęli  kulę  z  twoich 

pleców, a potem tutaj. 

- Aha - milczał przez parę minut. Wreszcie odezwał się: - A co ty tu robisz? 

- Bronię przed tobą pielęgniarki - odparła, radośnie szczerząc zęby. 

- Co masz na myśli? Co chcesz mi wmówić? 

- Że nieraz wyłazi z ciebie niezły kawał drania. 

- Powiedz mi, o czym nie wiem, a powinienem wiedzieć. 

Przyglądała mu się w milczeniu przez chwilę, po czym odezwała się miękko: 

- Nie wiesz tego, że nieraz wyłazi z ciebie wspaniały człowiek. 

- O, czyżby? I kto to mówi? 

- Ja to mówię. 

- Wiesz coś na ten temat? 

- Wiem, że cieszę się bardzo z twojego powrotu do zdrowia. 

Uścisnął jej dłoń. 

- Ja też się z tego cieszę. Byłem już zmęczony przechodzeniem z jednej strony życia 

na drugą i znów z powrotem. Chociaż niektóre moje majaki były całkiem miłe. 

- Hmm, czy mogę zapytać, jakie? 

- Cóż, skoro i ty majaczyłaś mi się, to pewnie masz jakieś prawo wiedzieć. 

Poczuła gorąco na policzkach, wywołane jego żartami. 

- Byliśmy razem na Santiago Island. 

- A gdzie to jest? 

-  To  wyspa,  na  której  usiłowałem  zaznać  ciężko  zapracowanego  odpoczynku,  kiedy 

Mallory zaczął nalegać, żebym wrócił do roboty. 

- Wrócisz tam, skoro tylko poczujesz się lepiej. 

background image

- Przydałoby się... nadrobić trochę czytania, łowienia ryb, snu... - przerwał nagle. - Ale 

głupota! Przecież śpię przez cały czas, tak mnie faszerują narkotykami. 

- Ciało szybciej się goi, kiedy jest odprężone. 

- Lauren? 

- Hmm? 

- Nie podziękowałem ci jeszcze za uratowanie życia. .- Nie bądź głupi, wcale cię nie 

uratowałam. 

- Jak przez mgłę pamiętam kazanie na temat mojej aroganckiej postawy supermena. 

- Pamiętasz to? 

- Słyszałem to jeszcze przez wiele dni. 

- Byłam przerażona, bałam się, że umrzesz. 

- Ja też - w jego głosie nie było ani śladu wesołości. 

- Dziękuję, że ryzykowałeś życiem, żeby zabrać mnie z powrotem - szepnęła. 

- To była część mojej roboty. 

- Aha. 

- Wiesz, że nie mogłem cię tam tak po prostu zostawić. 

- Tak sądzę. 

Jordan wziął ją za rękę i splótł jej palce ze swoimi. 

- Jesteś bardzo szczególną damą, wiesz o tym? 

- Nie za bardzo. 

- Nigdy cię nie zapomnę - szepnął miękko. 

Ale zamierzasz spróbować - pomyślała Lauren z dziwną pewnością. 

- Ja też cię nie zapomnę - odpowiedziała, walcząc o zachowanie zimnej krwi. 

- Jestem pewien, że nie. Zawszę będę przypominał ci najgorszy koszmar życia. 

- Nie - mocno potrząsnęła głową. Uśmiechnął się. 

-  Nie  mam  pojęcia,  po  co  wciąż  jeszcze  kręcisz  się  po  szpitalu.  Za  każdym  razem, 

kiedy się budzę, widzę cię obok siebie. 

Lauren  chwilę  milczała.  Już  chciała  mu  powiedzieć:  -  A  więc  nie  chcesz,  żebym  tu 

była,  ale  także  nie  chcesz  zranić  mnie,  mówiąc  mi  to.  -  Ale  opanowała  się  i  zaczęła  mówić 

obojętnym tonem: 

-  Po  prostu  chciałam  przekonać  się,  czy  wszystko  w  porządku.  Właściwie,  pan 

Mallory czeka niecierpliwie na mój powrót do pracy. 

- A jakże - wymamrotał Jordan. 

background image

Lauren poczuła, że jeśli zaraz nie wyjdzie z pokoju, wybuchnie płaczem. A czegóż się 

spodziewała, wdzięczności do grobowej deski? Oświadczyn? Na litość boską! 

- Czy może coś chcesz... przynieść ci coś? - zapytała gwałtownie. 

Jordan przyglądał się jej twarzy, jej drogiej cudownej twarzy. Jak mógł żyć bez niej do 

tej  pory?  Nie  mógł  już  doczekać  się  chwili,  kiedy  stanie  na  nogi  i  będzie  mógł  jej 

powiedzieć... Tak wiele miał jej do powiedzenia! Tyle wspólnych planów do zrealizowania. 

Cóż, nie jest już coraz młodszy. Powinni założyć rodzinę, o której mówili. Uśmiechnął 

się na tę myśl. 

-  Na  razie  nic  nie  przychodzi  mi  do  głowy,  ale  dziękuję  -  szepnął,  marząc,  by  mieć 

choć  tyle  siły,  żeby  ją  objąć  i  uścisnąć.  Cholerny  świat!  Jest  słaby  jak  trzydniowe  kocię  i 

mniej więcej tak samo bezużyteczny. 

-  Więc  jeśli  pozwolisz,  to  pójdę  już  -  pokazała  mu  przycisk  brzęczyka  koło  łóżka.  - 

Jeżeli będzie potrzebna ci pielęgniarka, naciśnij ten guzik. 

- Jasne. Dzięki - spoglądał w ślad za nią, kiedy szła do drzwi. 

- Lauren? 

- Tak? 

- Czy dostanę całusa na pożegnanie? 

Na dwa uderzenia serca przymknęła oczy, potem znów je otworzyła. 

- Oczywiście. 

Podeszła do niego, pochyliła się i przycisnęła lekko wargi do jego ust. 

Pachniała świeżością, jak wiosna. Dotknął loczka nad jej uchem. 

- Do zobaczenia - szepnął. 

Skinęła głową, niezdolna wydobyć z siebie  głosu. Obserwował, jak opuszcza pokój i 

zaczął niecierpliwie czekać na jej powrót. Nie wróciła. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Jordan  szedł  korytarzem  do  biura  Mallory'ego,  kiedy  po  raz  kolejny  zauważył,  że 

pracownicy rozpierzchają się na jego widok. Potrząsnął głową. Pewne sprawy zmieniają się, 

inne wydają się zawsze takie same. 

Otworzył drzwi do gabinetu i wszedł. Mallory tkwił przy telefonie. 

Jordan  usiadł  ostrożnie.  Lekarz  wściekł  się,  kiedy  usłyszał,  że  jego  pacjent  chce 

opuścić  szpital.  Ale,  do  cholery,  siedział  tam  już  trzy  tygodnie!  Czego  jeszcze  od  niego 

oczekiwali? 

Mallory uniósł brew na znak, że zauważył obecność Jordana, ale poza tym zignorował 

go.  Jordanowi  zamarzyła  się  nagle  czarodziejska  różdżka,  którą  mógłby  spowodować 

zniknięcie szefa. Rozejrzał się po pokoju. Nic się nie zmieniło od owego dnia, dwa miesiące 

temu,  kiedy  jego  życie  zostało  wywrócone  do  góry  nogami  i  na  lewą  stronę,  a  potem 

rozsypane po podłodze. 

Nie  był  w  stanie  pozbierać  do  kupy  wszystkich  elementów  tej  swojej  łamigłówki. 

Brakowało tego najważniejszego: Lauren. 

Mallory odwiesił słuchawkę. 

- Powinieneś być w szpitalu — zauważył. 

- Pielęgniarki przyprawiały mnie o mdłości. 

-  Z  wzajemnością,  zapewniam  cię.  Tym,  które  były  przypisane  do  twojego  pokoju, 

dadzą renty kombatanckie. 

- Ale śmieszne. A teraz: gdzie ona jest? 

Mallory rozejrzał się po pokoju, jakby spodziewał się nagłej materializacji. 

- Kto? 

- Nie udawaj, Mallory.

:

 Co zrobiłeś z Lauren Mackenzie? 

Mallory  rozparł  się  w  fotelu  i  położył  nogi  na  blacie  biurka,  a  potem  bez  pośpiechu 

zapalił papierosa. 

- Wzięła urlop. 

- Do jasnej cholery, Mallory - Jordan pochylił się w przód i skrzywił nagle. - Wiem, że 

wzięła urlop! Przecież aż musiałem wyjść ze szpitala i osobiście pomyszkować tu i tam, żeby 

dorwać się do tej informacji. Podnajęła też swoje mieszkanie. Więc gdzie jest? 

background image

Mallory przyglądał się swemu  gościowi, odnotowując bladość jego twarzy i napięcie 

rysów.  Na  pewno  miały  w  tym  udział  niedawne  przejścia.  Dłonie  drżały  mu  lekko,  ale  głos 

był silny. Prawdopodobnie wy-trenował go, warcząc na siostry w szpitalu. 

- Może wróciła do Pensylwanii. 

- Może? Nie wiesz? 

-  Z  reguły  nie  wtykam  nosa  w  osobiste  sprawy  moich  ludzi  pracujących  w  tym 

budynku, J.D. 

- A odkąd to? Wygląda na to, że znasz każdy mój ruch, nieraz nawet zanim go zrobię. 

Czyżbyś nareszcie przyznawał, że zawiodły cię zdolności telepatyczne? 

- Po co chcesz odnaleźć Lauren? Zlecenie zostało wykonane bardzo dobrze. 

-  Musimy  omówić  pewną  nie  dokończoną  sprawę.  Mallory  splótł  dłonie  i  wsparł  na 

nich podbródek. 

- Nie miałem pojęcia o żadnej nie dokończonej sprawie. 

- Niemożliwe! Ty nie miałeś pojęcia? Boże, ten człowiek okazuje się jednak zwykłym 

ś

miertelnikiem! 

- Co to za nie dokończona sprawa? 

- To naprawdę nie twój interes, Mallory, ale czy to dla ciebie ma jakieś znaczenie? - 

Jordan podniósł się powolnym, precyzyjnym ruchem i podszedł do okna. Lato zakradło się po 

cichu, za jego plecami. Szczerze mówiąc, wiele spraw rozegrało się za jego plecami. Między 

innymi i to, że stracił serce. - Chcę odnaleźć Lauren, żeby się z nią ożenić. 

-  Ach!  -  wykrzyknął  Mallory,  jakby  go  nagle  oświeciło.  -  Więc  Lauren  zgodziła  się 

zostać twoją żoną. 

- Tego nie powiedziałem. Ale zgodzi się, jeśli tylko ją odnajdę. 

Mallory  nawet  nie  starał  się  ukryć  uśmiechu,  zważywszy,  że  miał  przed  sobą  plecy 

Jordana. 

- Nigdy nie brakowało ci pewności siebie, muszę to przyznać. 

- To ty tak myślisz. 

- Ano właśnie. Ty i Lauren macie się pobrać. Jak to zaważy na twojej pracy? 

Jordan obejrzał się przez ramię. 

- A ty, co ty o tym myślisz? 

-  Chyba  czas  już,  żebyś  dowiedział  się,  jak  wygląda  świat  zza  biurka  -  spokojnie 

stwierdził Mallory. 

Słowa te sprawiły, że Jordan bardzo szybko podszedł do szefa: 

- Co masz na myśli? 

background image

- Czekałem jedynie na sposobność, żeby przekazać ci moją pracę. Masz najlepszą, a w 

każdym  razie  najbardziej  zboczoną  mózgownicę  w  całej  agencji.  Pod  twoim  światłym 

przewodnictwem nasi szanowni przeciwnicy nie będą znać dnia ani godziny. 

- Mówisz poważnie? 

- Jak najbardziej poważnie. 

Jordan obrzucił wzrokiem pomieszczenie. 

- A ty? Co zamierzasz robić? 

-  O,  nie  odejdę  daleko.  Popychają  mnie  w  górę,  przesyłają  podziękowania  za  to,  jak 

rozegrałeś całą sprawę. Dzięki tobie wszyscy w departamencie są niewinni jak aniołki. 

- Mieliśmy parę szczęśliwych zbiegów okoliczności... a najważniejsze było to, że nikt 

nie  rozpoznał  pani  Monroe,  ani  nie  zorientował  się  w  zamianie,  dopóki  nie  wydostałem 

Lauren. 

- Czy powiedzieli ci, kto za tym stał? 

- Nie. 

- Grupa terrorystów postanowiła wymusić pewne zmiany w uporządkowanym świecie. 

Frances  Monroe  miała  być  jedynie  pierwszą  spośród  zakładników.  Przygotowywali  już 

podobne porwanie w innym kraju. 

- Kogo chcieli porwać? 

- Mówiąc bez ogródek, gotowi byli porwać żonę premiera. 

- Boże kochany! Oni chyba zwariowali! 

- Podobno usiłowali wymusić uwolnienie kolegów z więzienia: 

Jordan  pokręcił  głową.  Zaczął  zastanawiać  się,  co  zrobiłby,  a  czego  nie,  gdyby  ktoś 

porwał  Lauren  jako  zakładniczkę.  Sądząc  po  uczuciach,  jakie  do  niej  żywił,  zrobiłby 

wszystko, co mu każą, byle tylko była bezpieczna i... 

Właściwie  ten  ich  pomysł  nie  był  wcale  aż  taki  głupi.  Całe  szczęście,  że  nie  zdążyli 

przeprowadzić go do końca. 

- Zmieniłeś temat, Mallory. Chcę wiedzieć, gdzie ona jest. 

- Dokumentacje dotyczące pracowników są ściśle poufne, J.D. Wiesz o tym. 

Jordan posłał na użytek Mallory'ego bajecznie kolorową wiązkę przekleństw, kończąc 

precyzyjnym określeniem miejsca, w które może sobie wsadzić ścisłą poufność. 

-  Dlaczego  zdrowa  na  umyśle  kobieta  miałaby  chcieć  cię  poślubić,  J.D.?  -  zapytał, 

ż

ałośnie potrząsając głową. 

Udało mu się trafnie ująć w słowa pytanie, które dręczyło Jordana od tygodni, odkąd 

Lauren przestała przychodzić do szpitala. 

background image

Co właściwie zrobił kiedykolwiek, aby okazać jej swe uczucia? Czy powiedział jej, że 

jest  dla  niego  najważniejszą  istotą  na  świecie?  Że  nie  potrafiłby  wyobrazić  sobie  życia  bez 

niej? 

Myśl,  że  może  jej  już  nigdy  nie  zobaczyć,  przerażała  go  bardziej,  niż  mógł  to  sobie 

wyobrazić. 

- Chciałbym mieć okazję, aby przedyskutować to z nią osobiście. 

Mallory  wzruszył  ramionami,  sięgnął  do  górnej  szuflady  biurka  i  wydobył  blok 

listowy. Wydarł pierwszą kartkę i podał Jordanowi. 

-  Miałeś  to  przez  cały  czas!  -  głos  Jordana  zaczął  wznosić  się  niebezpiecznie.  -1  od 

początku wiedziałeś, że musisz mi to dać! 

-  Cóż,  w  zasadzie  czekałem,  aż  grzecznie  poprosisz,  dorzucisz  jakieś:  proszę,  może 

nawet jakieś: dziękuję - zdusił papierosa w przesypującej się popielniczce. 

- Niestety, miłość nie poprawiła twoich manier ani odrobinę. 

Jordan uważnie i w milczeniu przyjrzał się starszemu mężczyźnie. 

- Od kiedy wiedziałeś? 

- Od chwili, gdy wyszedłeś z tego gabinetu pierwszego dnia waszej znajomości. 

- Zwariowałeś. Nawet jej nie lubiłem. 

-  Zbyt  dużo  tarcia  i  dymu,  żeby  prędzej  czy  później  nie  wybuchnął  pożar.  Kwestia 

czasu, nic więcej. 

Trent rzucił szefowi podejrzliwe spojrzenie. 

- A może to było ukartowane? 

- Co? Ależ skąd, do licha. Chciałem posadzić kogoś za tym biurkiem i wiedziałem, że 

musisz bardzo zapragnąć porzucić swoją robotę, żeby to chociaż chcieć sobie przemyśleć. 

- A Lauren miała mi to osłodzić? Mallory pozwolił sobie na mały uśmieszek. 

- Czy ja wyglądam na swatkę? 

-  Wyglądasz  na  największego  zboczeńca,  jakiego  kiedykolwiek  widziałem.  Dziwne, 

ż

e podziwiasz tę cechę u mnie. 

- Ciągnie swój do swego - zauważył Mallory i zdjął nogi z blatu biurka. Wstał powoli 

i  wskazał  ruchem  głowy  strzęp  papieru.  -  Masz  już  to,  po  co  przyszedłeś.  Dlaczego  nie 

pójdziesz sobie, żebym mógł trochę popracować? 

Jordan  złożył  kartkę  papieru,  którą  dał  mu  Mallory,  jakby  była  cenną  mapą  wiodącą 

go do ukrytego skarbu. W jego przypadku zresztą rzeczywiście tak było. Był już za drzwiami, 

kiedy usłyszał, że Mallory woła go po imieniu. 

Wrócił się i lekko uchylił drzwi. 

background image

- Słucham? 

- Masz dwa miesiące urlopu, a policja Santiago doszła do wniosku, że źle zrozumiała 

mój  komunikat.  Jesteś  poszukiwany  przez  rząd,  bo  jesteś  dla  nas  bardzo  cenny.  Na  pewno 

potraktują cię z pełnym szacunkiem i pokorą, o ile zechcesz tam wrócić. 

- Dzięki - powiedział Jordan i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. 

Mallory sięgnął po swoją paczkę papierosów. 

-  Przynajmniej  tyle  mogłem  zrobić  -  mruknął.  Jordan  zamknął  drzwi  i  pogwizdując 

ruszył  do  wyjścia.  Kilkoro  ludzi  obejrzało  się  ze  zdumieniem.  Nigdy  nie  widzieli  Jordana 

Trenta w tak dobrym humorze. 

Jordan  dostrzegł  tabliczkę  z  nazwą  ulicy  o  kilka  kroków  przed  sobą.  Było  na  niej  to 

samo  nazwisko,  co  na  zagryzmolonej  kartce,  którą  ściskał  w  ręce.  Skręcił  za  róg.  Domy 

pochodziły z innej epoki. Stały z daleka od ulicy, oddzielone od niej drzewami rosnącymi na 

kosztownych  trawnikach.  Większość  miała  od  frontu  sympatyczne  ganki  z  krzesełkami  i 

huśtawkami, jakby czekające na gości. 

Na tej ulicy, jakby żywcem wyjętej z planu Universal Studio, wychowała się Lauren. 

W  każdej  chwili  z  któregoś  domu  mógłby  wyjść  James  Stewart  i  pomachać  na  pożegnanie 

Donnie Reed. 

Jordan  intuicyjnie  wyczuwał  przyjazne  nastawienie  mieszkańców.  Tego  właśnie 

brakowało środowisku, w którym spędził dzieciństwo w Chicago. Rozejrzał się po numerach i 

spostrzegł ten właściwy o trzy domy dalej. 

Serce tłukło mu się w piersi tak mocno, że miał kłopoty z oddychaniem. Czuł, jak po 

czole spływają mu kropelki lodowatego potu. Śmieszne. Mniej denerwował się w pracy niż w 

tej chwili. 

I właśnie teraz, kiedy już odnalazł Lauren, zorientował się, że nie wie, co powiedzieć. 

A jeśli nie będzie chciała go widzieć? A jeśli rzeczywiście ukrywa się przed nim? Z jakiego 

innego powodu brałaby urlop? 

I co on robi tu, w Reading, w Pensylwanii? 

Odpowiedź była oczywista: zamienia się w tchórza. 

Gdzież podziała się ta twoja cholerna odwaga, na którą tak liczyłeś? - pytał sam siebie, 

ale nie umiał udzielić sobie żadnej odpowiedzi. 

Przystanął przed domem i zapatrzył się. Dom miał dwa piętra i spore okno w dachu, 

co  oznaczało  duży  strych.  Okna  ozdobione  były  kolorowymi  okiennicami.  Ścieżkę  do 

frontowych  drzwi  okalały  róże,  ganek  wyglądał  tak,  jakby  za  chwilę  miała  z  niego  wybiec 

tanecznym krokiem Judy Garland i zaśpiewać „Spotkajmy się w St. Louis". 

background image

Chyba kompletnie zgłupiał. Napięcie ostatnich kilku tygodni musiało pomieszać mu w 

głowie. Zmusił się do wyjęcia kluczyków ze stacyjki i powoli wysiadł z samochodu, kierując 

się w stronę domu. 

Garaż był na tyłach. Jordan nie miał pojęcia, czy ktoś jest w domu, czy nie. Może to 

nie  był  najlepszy  sposób  załatwienia  sprawy?  Telefon  byłby  bardziej  praktyczny  -  mogliby 

umówić  się  na  spotkanie.  Porzucił  te  rozważania,  wstępując  na  długą  alejkę  wiodącą  na 

ganek. 

Do  tej  pory  żył  nadzieją,  że  zdoła  przekonać  Lauren,  aby  za  niego  wyszła.  Wkrótce 

będzie musiał stawić czoła rzeczywistości i usłyszeć jej zdanie na ten temat. 

Nie był zupełnie pewien, czy potrafi tę rzeczywistość zaakceptować. 

Wszedł  na  ganek  i  zadzwonił.  Drewniane  drzwi  były  otwarte,  więc  ktoś  musi  być  w 

domu. Wkrótce usłyszał szelest papierów i odgłos zbliżających się kroków. 

W  drzwiach  pojawił  się  mężczyzna.  Wyglądał  na  pięćdziesiątkę  -  wysoki,  dobrze 

zbudowany.  Jego  włosy  miały  barwę  piaskoworudą,  naznaczoną  wokół  uszu  mocnymi 

smugami siwizny. 

- Cześć - odezwał się serdecznie. - W czym mogę pomóc? 

- Uhm... tak... - zawahał się o ułamek sekundy za długo i dodał: - Przepraszam... ja... 

szukam panny Lauren Mackenzie. Powiedziano mi, że tu ją znajdę. 

Mężczyzna  wyszedł  na  ganek,  trzymał  w  ręce  jakąś  gazetę.  Serdeczność 

niepostrzeżenie  ulotniła  się  z  jego  twarzy.  Przyjrzał  się  Jordanowi  od  czubka  głowy  do 

nosków doskonale wypolerowanych butów. Szczęka drgnęła mu tak, jakby zacisnął zęby. 

- Ty jesteś Jordan Trent - stwierdził bezbarwnym głosem. 

I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o potencjalną, ewentualną rodzinę. 

No i co z tego do cholery, pomyślał sobie Jordan. Wyszczerzył zęby i wyciągnął dłoń: 

- A pan musi być Matthew Mackenzie, którego imię ma nosić mój pierworodny. 

Matt spojrzał na wyciągniętą rękę i dostrzegł jej zręczność i siłę, podobnie, jak twardą 

surowość twarzy i oczy, które widziały już zbyt wiele. Powoli przełożył gazetę do drugiej ręki 

i przyjął uścisk dłoni Jordana. 

-  W  takim  razie  może  lepiej,  żeby  pan  wszedł.  Przytrzymał  drzwi.  Jordan  wszedł 

pierwszy i poczuł na plecach przenikliwe spojrzenie. 

Dom  emanował  miłością,  szczęściem  i  gościnnością  tak  mocno,  że  zdawały  się 

dotykalne.  Nic  dziwnego,  że  Lauren  była  taką  kobietą,  jaką  była  -  hojną,  o  gorącym  sercu  i 

tak cudownie kochającą. 

Jordan stanął pośrodku dużego przedsionka i rozejrzał się. 

background image

- Czy Lauren tu jest? 

- Nie. 

Krótkie słowo zdawało się być ciosem  w splot słoneczny i na moment pozbawiło go 

tchu. 

- Proszę wejść i usiąść - Matt wskazał frontowy salon, który wydawał się przytulny i 

ciepły. 

Jordan usiadł naprzeciw fotela, który wcześniej zajmował ojciec Lauren. Obok leżały 

okulary do czytania i stała szklanka mrożonej herbaty. 

-  Czy  mogę  podać  panu  coś  do  picia?  -  uprzejmie  zapytał  Matt,  dostrzegając 

spojrzenie Jordana. Ten człowiek na pewno niewiele w życiu przeoczył. 

- Nie, dziękuję - Jordan odczekał, aż Matt usiądzie i bez ogródek wypalił: - Skąd pan 

wie, kim jestem? 

Matt  przekrzywił  głowę,  wciąż  obserwując  Jordana  tak,  jakby  był  mikroskopijnym 

okazem pod lupą. 

- Lauren wspominała, iż spotkała człowieka o pańskim wyglądzie kilka miesięcy temu 

w Kalifornii. 

-  Rozumiem  -  rozejrzał  się  po  pokoju,  starając  się  nie  zwracać  uwagi  na  badawczy 

wzrok  ojca  Lauren.  Z  wysiłkiem  znowu  skierował  na  niego  oczy  i  zapytał:  -  I  co  jeszcze  o 

mnie mówiła? 

- Niewiele. 

- Ale z tego „niewiele" pan zdecydował, że mnie nie lubi - zauważył chłodno Jordan. 

- Nie mam pojęcia, co  myśleć o panu. Wiem tylko, że po powrocie do  domu  Lauren 

nie  jest  już  tą  samą  osobą,  którą  znaliśmy  od  dwudziestu  pięciu  lat.  Kiedy  mówi  o  panu, 

zmienia jej się głos i wyraz twarzy, dlatego mam dziwne przeczucie, że pan w tym wszystkim 

maczał palce. 

Jordan wolałby uznać tę informację za pomyślną, ale uznał ją za zbyt dwuznaczną. 

-  Naprawdę  chciałbym  zobaczyć  się  z  pańską  córką,  panie  Mackenzie  -  odezwał  się 

matowym głosem. 

- Po co? 

- Chcę się z nią ożenić - wypalił. 

- Po co? - raz jeszcze zapytał Matt. 

- Po co? - powtórzył Jordan z głupią miną. Odpowiedź wydawała się oczywista: - Nie 

mogę nawet myśleć o życiu bez niej. 

background image

Włożył  w  tę  odpowiedź  tyle  szczerości,  na  ile  było  go  stać.  Rysy  twarzy  Matta 

zmiękły na moment. 

- Masz na wszystko gotową odpowiedź. Czy Lauren wie, co czujesz? 

- Nie mam pojęcia. Dlatego tu jestem. Chciałem skontaktować się z nią  w pracy, ale 

powiedzieli, że... 

- ...wzięła urlop. Tak. 

- Czy coś się stało? Była może chora? 

Nagle  usłyszał  głosy  dochodzące  z  głębi  domu  i  obejrzał  się.  Były  to  kobiece, 

rozmawiające  z  ożywieniem  głosy  i  zbliżały  się  od  strony  korytarza.  Podniósł  się,  bo 

rozpoznał jeden z nich. Rozpoznałby go wszędzie i zawsze. 

W  wysoko  sklepionych  drzwiach  pojawiła  się  Lauren  i  jeszcze  jedna  kobieta,  która 

wydawała się być jej matką. Lauren odezwała się: 

-  Znalazłyśmy  w  piekarni  twoje  ulubione  ciasteczka,  tato.  Możesz  chyba  na  jeden 

wieczór zapomnieć o swojej linii... 

Oczy  jej  spoczęły  na  wpatrzonym  w  nią  mężczyźnie.  Mężczyźnie,  którego  już  nigdy 

nie spodziewała się ujrzeć. Wyglądała na zaskoczoną, jakby nagle zobaczyła ducha. 

Ojciec wstał i zaczął: 

- Lauren... 

- Jordan! - wykrzyknęła w tej samej chwili i osunęła się na ziemię. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Zanim  którekolwiek  z  rodziców  zdążyło  choćby,  drgnąć,  Jordan  w  dwóch  długich 

susach znalazł się obok Lauren, pochwycił ją w ramiona i ułożył na sofie obok. 

Ten człowiek ma niezwykle szybki refleks - pomyślał Matt. 

Jordan  spodziewał  się  właściwie  każdej  reakcji  na  jego  widok,  z  wyjątkiem  właśnie 

omdlenia.  Lauren  była  zbyt  silną  osobowością,  zbyt  odważnie  przyjmowała  każdy  kaprys 

losu,  by  mogło  ją  zaskoczyć  jego  nagłe  pojawienie  się.  Chyba  że  coś  było  z  nią  nie  w 

porządku. 

- Co z nią? - zapytał, spoglądając na zaskoczone twarze rodziców. 

- Zemdlała - wyjaśnił ojciec. - Ostatnio zdarza jej się to dość często. Ma to chyba po 

matce. 

-  Przyniosę  wody  -  zaproponowała  matka  i  wyszła.  Jordan  spojrzał  na  starszego 

mężczyznę. 

-  Dlaczego  mdleje?  Czy  była  u  lekarza?  -  dopytywał  się,  jakby  miał  do  tego  pełne 

prawo. 

-  Tak.  Prawdę  mówiąc,  poszła  do  lekarza  dopiero  w  tym  tygodniu.  Długo  ją 

namawialiśmy.  Doktor  wyjaśnił,  że  to  tylko  lekki  przypadek  ciąży  i  powinien  ustąpić  po 

około siedmiu miesiącach, albo coś koło tego. 

- Lauren jest w ciąży - powtórzył Jordan bezdźwięcznym głosem. 

Nic dziwnego, że Matthew Mackenzie potraktował go jak podejrzanego o gwałt. Fakt 

pozostawał faktem, ze swego punktu widzenia miał rację. Co, u licha, nagadała im Lauren? 

Poczuł jej lekkie poruszenie się. 

- Lauren? Jak się czujesz, kochanie? Nie uderzyłaś się? - zapytał, delikatnie odsuwając 

jej włosy z czoła. 

Zatrzepotała powiekami i spojrzała na niego. 

- Myślałam, że mi się wydaje - szepnęła słabym głosem. 

Ujął jej dłoń i uścisnął lekko. 

- O, nie. Jestem całkiem prawdziwy. 

- Jak twoje plecy? Czy lekarz powiedział... 

- Lekarz mówił mnóstwo rzeczy, ale co on może wiedzieć? Dlaczego uciekłaś? 

Nie mogła oderwać wzroku od twarzy Jordana. 

- Nie potrzebowałeś mnie już i... 

background image

- Zawsze cię potrzebuję, kochanie. Myślałem, że o tym wiesz. 

Spojrzała  ponad  jego  ramieniem,  na  ojca,  który  w  zamyśleniu  obserwował  tę  scenę. 

Do pokoju wbiegła matka: 

-  Och,  Lauren,  tak  nas  przestraszyłaś!  Czy  z  wszystkich  głupich  słabostek  akurat  tę 

musiałam przekazać córce? Ja też tak mdlałam, za każdym razem, kiedy... 

-  Mamo!  Eee...  chciałabym,  żebyś  poznała  Jordana  Trenta.  Jordan,  to  moja  matka, 

Hilary Mackenzie. 

Jordan  nie  wypuszczał  dłoni  Lauren.  Skinął  głową  i  uśmiechnął  się  do  zatroskanej 

kobiety. 

- Och! - krzyknęła Hilary. - Więc to ty jesteś Jordan! 

Wydawało się, że dopiero teraz dodała sobie dwa do dwóch. 

- Mamusiu, czy nie powinnaś zająć się kolacją? Tatko chyba umiera z głodu. 

Matka uśmiechnęła się na widok ożywienia córki. Tego młodego człowieka nawet siłą 

nie  odciągnie  się  od  niej.  Hilary  widziała  to  doskonale.  Jakikolwiek  by  był  dzielący  ich 

problem, na pewno nie był to problem braku miłości. 

Naturalnie,  od  razu  rozpoznała  u  córki  symptomy  ciąży.  Pojawiły  się  wkrótce  po 

powrocie  Lauren  do  domu.  O  wiele  wcześniej,  aniżeli  myśl  o  nieoczekiwanej  ciąży 

zagnieździła  się  w  głowie  któregokolwiek  innego  członka  rodziny  -  matka  już  wiedziała. 

Lauren  była  zakochana  i  nie  mogło  być  mowy  o  pomyłce.  Nie  chciała  jednak  mówić  o 

ukochanym. Stąd Hilary przypuszczała, że coś musiało zajść między nimi. 

Pochyliła się i poklepała córkę po policzku. 

-  Oczywiście,  kochanie,  zaraz  biorę  się  do  roboty.  Zerknęła  na  Jordana  z  iskierką 

humoru w oczach, wymieniła znaczące spojrzenie z Mattem. 

- Oczywiście, zostaniesz u nas, Jordan? Po co szukać pokoju na mieście, kiedy mamy 

tu tyle miejsca. 

Lauren podniosła się do pozycji siedzącej. 

-  Mamo,  właściwie  nie  wiemy,  po  co  Jordan  tu  przyjechał.  Nie  mamy  podstaw 

przypuszczać, że zechce zostać... 

-  Z  radością  przyjmę  pani  gościnność,  pani  Mackenzie  -  uciszył  protesty  Lauren, 

gładko wpadając jej w słowo. - Miałem nadzieję spędzić trochę czasu na rozmowie z Lauren. 

-  Na  pewno  przyda  ci  się  pomoc  w  kuchni  -  zwrócił  się  Matt  do  Hilary,  delikatnie 

wypychając ją z pokoju. - Jeszcze zdążymy bliżej poznać się z Jordanem przy kolacji. 

background image

Po  ich  wyjściu  pokój  zdawał  się  dźwięczeć  od  nie  wypowiedzianych  słów  i  uczuć. 

Jordan chłonął spojrzeniem bladą skórę Lauren. Nie dbała o siebie. Nie przeżyłby, gdyby coś 

jej się teraz stało. 

Bez  słowa  zamknął  ją  w  ramionach  i  mocno  przytulił  do  siebie.  W  uścisku  tym  nie 

było nic z pożądania, jedynie potrzebna bliskość. Boże, jak bardzo za nią tęsknił! 

- Co ty właściwie tu robisz? - wykrztusiła w końcu. 

- Przyjechałem po ciebie. 

- Dlaczego? 

Teraz, po krótkiej wymianie zdań z Mattem Mackenzie, Jordan lepiej rozumiał, skąd u 

Lauren ten zwyczaj mówienia wszystkiego wprost. 

- Trudno jest spełniać obowiązki małżeńskie na dużą odległość. 

- Nasze zadanie przecież skończone... 

- Niezupełnie, jeśli wierzyć naszemu rządowi. 

- Ale Mallory powiedział... 

- Mallory nie steruje działaniami rządu, choć może chciałby, żebyśmy tak myśleli. 

- Wiem, ale... 

- W twoim paszporcie jest zapis, który jasno mówi, że jesteś moją żoną. 

- Tak, wiem, ale Mallory twierdził, że można... 

- Sfałszować kartoteki? A fe, wstydź się, Mallory. Nie powinien był tak cię zwodzić. 

Popełniłaś poważne przestępstwo i wiesz o tym. 

Spojrzała na niego czujnie. 

-  A  może  powiedziałbyś  to  w  liczbie  mnogiej?  Nielegalne  przekroczenie  granicy 

chyba nie jest uważane jedynie za towarzyskie faux pas. 

Cóżzrobię wszystko, aby ochronić twoje dobre imię. 

- O czym ty mówisz? 

- Chcę, żeby zapis w paszporcie stał się prawdziwy. Wyjdź za mnie. 

- Dlaczego? 

- Jasna cholera, po co zadajesz tyle pytań? - zerwał się i zaczął krążyć po pokoju. 

Natychmiast  przypomniał  jej  się  pierwszy  dzień  ich  znajomości.  Tak,  to  był  ten  sam 

Jordan Trent, którego pamiętała. Opuściła głowę, aby ukryć uśmieszek. 

- A dlaczego mężczyzna prosi kobietę, żeby za niego wyszła? Chcę, żebyś była moją 

ż

oną,  matką  moich  dzieci.  Chcę  co  ranka  budzić  się  ze  świadomością,  że  jesteś  koło  mnie, 

chcę co wieczór zasypiać trzymając cię w ramionach! - niemal krzyczał ze zdenerwowania. 

background image

Lauren  przygryzła  dolną  wargę,  z  trudem  powstrzymując  się  od  wybuchu  śmiechu. 

Nigdy  w  życiu  nie  słyszała  podobnie  nieromantycznych  oświadczyn,  ale  właśnie  dlatego 

wierzyła,  że  są  szczere.  Gdyby  Jordan  Trent  zwrócił  się  do  niej  z  gładką,  konwencjonalną 

mową, mogłaby żywić podejrzenia co do jego szczerych intencji. 

Ale stał przed nią ten sam człowiek, w którym się zakochała: arogancki, niecierpliwy, 

pyskaty... 

- Jordan? 

Odkręcił się na pięcie i stanął przodem do niej. 

-  Co?  -  sam  się  skrzywił,  tak  szorstko  zabrzmiał  jego  głos.  Wiedział,  że  mu  to  nie 

wychodzi,  ale  do  cholery,  ona  była  najbardziej  upartą  oślicą...  najbezczelniejszą... 

najcudowniejszą kobietą... 

- Przepraszam, Lauren - bąknął, zniżając głos. - Nie chciałem wrzeszczeć na ciebie... 

-  Czy  mogę  łaskawie  dostać  to  na  piśmie?  -  zapytała  z  uśmiechem.  -  Czuję,  że  to 

pierwsze przeprosiny w twoim życiu. 

I jakże mógłby się jej oprzeć? Usiadł na sofie obok niej i wziął ją na kolana. 

- Wyjdziesz za mnie, prawda? - zapytał miękko, po czym pocałował ją, zanim zdołała 

odpowiedzieć. 

Przypomniał  sobie  te  gorączkowe  majaki  w  szpitalu.  Cały  czas  widywał  w  nich 

Lauren. Trawiony gorączką mózg sięgał po ukojenie jej obecnością raz po raz, aż do chwili, 

kiedy  naprawdę  mógł  zamknąć  ją  w  ramionach...  Żaden  sen  nie  może  równać  się  z 

rzeczywistością. 

- Och, kochanie, tak mi ciebie cholernie brakowało, proszę, nie rób już tego więcej. 

- A co ja takiego zrobiłam? 

- Uciekłaś. Od dziś będę bardzo czujny, dopóki nie uwierzę, że znowu cię odnalazłem. 

Będę bał się mrugnąć, żebyś mi nie znikła, zanim otworzę oczy... 

- Nie chciałam skrzywdzić cię moim odejściem. 

- Ale doskonale ci się to udało. 

- Myślałam, że tak będzie lepiej. 

- Dla kogo? 

- Dla nas obojga. W końcu twój styl życia tak bardzo różni się od mojego. Nigdy nie 

wiesz, gdzie znajdziesz się za tydzień... 

-  Ależ  wiem.  Za  biurkiem  Mallory'ego.  Odchyliła  się  w  jego  ramionach  i  rzuciła  mu 

zaskoczone spojrzenie. 

- A co się stało Mallory'emu? 

background image

- Dlaczego pytasz? - roześmiał się Jordan. - Czy sądzisz, że coś mu zrobiłem? 

- Nie, pytam poważnie. 

-  Ja  też  mówię  poważnie.  Mallory  dostał  awans,  a  mnie,  oczywiście,  awansował  na 

swoje miejsce. 

- I chcesz pracować za biurkiem? 

-  I  spędzać  wszystkie  wieczory  z  tobą?  Masz  całkowitą  rację.  Nie  będzie  ze  mnie 

dużego pożytku w domu, ale przez poprzednie lata niewiele wydawałem z moich zarobków, 

więc  będziemy  mogli  pozwolić  sobie  na  wynajęcie  kogoś  do  drobnych  napraw  i  prac 

domowych. 

Lauren pochyliła się i przerwała mu delikatnym pocałunkiem w usta, pochłaniając tym 

samym całą jego uwagę. Kiedy wreszcie oderwał się od niej, odezwała się ze śmiechem: 

-  Dopóki  nie  zdecydujesz  się  wynająć  kogoś,  kto  spełniałby  twoje  obowiązki  w 

łóżku... 

-  A  więc  wyjdziesz  za  mnie?  -  zapytał,  zbyt  bojąc  się  uwierzyć  w  to,  że  mimo 

wszystko Lauren chce go poślubić. 

-  Mallory  pierwszy  powiedział,  że  zawsze  dostajesz  to,  czego  chcesz.  Mam  dziwne 

wrażenie, że próba oporu mogłaby kosztować mnie życie. 

Jego  uśmiech  rozświetlił  cały  pokój.  Lauren  była  wzruszona.  On  naprawdę  nie  miał 

pojęcia o jej uczuciach! Oczywiście, nigdy mu o nich nie mówiła, ale nie sądziła, że on tego 

oczekuje, tak samo, jak nie uważała za konieczne zmuszać go do wyznania miłości. 

-  Kiedy  mielibyśmy  się  pobrać?  -  zapytała,  wciąż  siedząc  mu  na  kolanach,  z 

ramionami wokół jego szyi. 

- Jutro. 

- Nie jestem pewna, czy dam radę. 

-  Chodzi  przede  wszystkim  o  to,  że  Mallory  pozwolił  mi  wziąć  urlop,  a  Santiago 

Island  byłaby  wspaniałym  miejscem  na  spędzenie  miodowego  miesiąca.  Możemy  pojechać 

tam na jakiś czas, a potem zastanowimy się, co robić dalej. 

- Poza tym musisz dokończyć rekonwalescencji. 

- Już czuję się o niebo lepiej - zerknął w stronę otwartych drzwi. - A mówiąc między 

nami: co powiedziałaś o mnie ojcu? Wspomniał, że mówiłaś mu, iż znamy się z Kalifornii? 

- Jeśli tam byłam, to gdzie indziej moglibyśmy się spotkać? 

- Potraktował mnie jak zawodowego uwodziciela dziewic. 

Policzki Lauren przybrały różaną barwę. 

- Ojcowie zawsze są tacy - bąknęła. - Bardzo troszczą się o córki. 

background image

Jordan  oczami  wyobraźni  znowu  ujrzał  rudowłosą  dziewuszkę  i  już  wiedział,  że 

będzie taki sam, jeśli nie gorszy. 

-  Przepraszam  cię,  jeśli  kiedykolwiek  sprawiłem  ci  ból,  Lauren.  Nigdy  nie  chciałem 

cię skrzywdzić. 

-  I  nie  skrzywdziłeś  mnie.  Po  prostu  nie  wiedziałam,  jak  moglibyśmy  rozwiązać 

problem naszego wspólnego życia. 

-  Możemy  to  zrobić.  Musimy  -  czekał,  aż  powie  mu  o  ciąży.  Nie  chciał,  żeby 

wiedziała, że on wie... Nie chciał, aby pomyślała, że to jedyny powód jego oświadczyn. Tylko 

jej ojciec wiedział, że Jordan wyjawił swe zamiary, jeszcze zanim dowiedział się o jej stanie. 

- Masz zamiar wrócić do pracy? - zapytał, wtulając nos w jej szyję. 

Znieruchomiała w jego ramionach. Czekał na odpowiedź, skubiąc wargami koniuszek 

jej ucha. 

- A chciałbyś? 

Uśmiechnął się, ale Lauren nie mogła widzieć jego rozbawienia. 

-  Zrobisz,  jak  zechcesz,  kochana,  pamiętaj  o  tym  -  czekał  dalej,  niemal  wstrzymując 

oddech. 

Cóż, właściwie nie jestem pewna, co mam robić, przynajmniej w tej chwili. 

-  Dajmy  więc  spokój.  Musisz  tylko  wiedzieć,  że  zgodzę  się  na  wszystko,  cokolwiek 

zdecydujesz. 

Poczuł,  że  jej  napięte  ciało  rozluźnia  się.  Nie  była  jeszcze  gotowa,  żeby  mu 

powiedzieć, a jemu nie sprawiało to różnicy. Właściwie cieszył się z takiego biegu wydarzeń. 

Gdyby  Lauren  nie  była  w  ciąży,  mogłaby  nalegać,  żeby  zaczekali  i  poznali  się  lepiej. 

Mogłaby  także  zdecydować,  że  w  ogóle  nie  chce  za  niego  wyjść.  Kiedy  więc  przyjdzie  na 

ś

wiat jego pierworodny syn - a może jednak córka? - natychmiast podziękuje temu dziecku za 

pomoc okazaną w najtrudniejszej ze spraw jego życia. 

background image

EPILOG 

Błyszczący  biały  piasek  migotał  w  słońcu  jak  diamentowy  pył.  Turkusowoniebieska 

woda  wyglądała,  tak  sztucznie,  że  Lauren  przekonana  była,  iż  nocą,  kiedy  wszyscy  turyści 

ś

pią, tubylcy zakradają się do laguny i wylewają do niej błękitną farbkę. 

Spędzili na wyspie trzy cudowne dni i podniecające noce. Jordan nalegał, żeby Lauren 

chroniła skórę przed słońcem. Uwielbiał jej kremowy odcień i nie pozwoliłby go zmienić. Z 

tego właśnie powodu pływali jedynie wcześnie rano i późnym popołudniem, kiedy promienie 

słońca nie były tak silne. 

Teraz leżeli wyciągnięci obok siebie w cieniu zadaszenia z liści i leniwie obserwowali 

subtelny taniec fal i palm na wietrze. 

- Jakież to różne od naszej podróży służbowej - mruknęła Lauren jakby do siebie. 

Leżeli  razem  na  podwójnym  leżaku.  Jordan  otworzył  jedno  oko  i  objął  nim  skąpo 

odziane  ciało  żony.  Cieszył  się,  że  udało  mu  się  wynająć  ten  domek  z  dala  od  głośnego 

centrum wyspy. Początkowo myślał jedynie o odrobinie spokoju, żeby odpocząć, skoro ma po 

temu okazję. Teraz pragnął odosobnienia po to, by nikt - oprócz niego - nie mógł cieszyć oczu 

wspaniałymi kształtami Lauren, zwłaszcza wieczorem, kiedy udawało mu się namówić ją na 

kąpiel na golasa. 

- Różne od podróży służbowej? O, nie jestem pewny - odparł, niedbale kładąc dłoń na 

jej obnażonym brzuchu. - Zauważyłem pewne podstawowe podobieństwa. 

- Na przykład? 

- Spędzamy większość wolnego czasu razem w łóżku. 

- Cóż, to przecież lepsze od strzelaniny... 

- Cieszę się, że tak myślisz, bo zacząłbym wątpić w swoją technikę. 

Lauren  odpowiedziała  dźwiękiem,  który  mógłby  być  uznany  za  wytworne 

prychnięcie. 

-  Jesteś  zbyt  arogancki,  żeby  przejmować  się  tym,  co  i  jak  robisz.  Wydaje  ci  się,  że 

jesteś doskonały. 

- Nie zawsze. 

- Ale muszę przyznać, że często udaje ci się zbliżyć do stanu doskonałości. 

Odwrócił się na bok, rysując pocałunkami linię wzdłuż brzegu jej bikini. 

- Na przykład? 

background image

- Jeśli sądzisz, że zacznę piać peany na cześć twoich cnót i podkarmiać twoją okropną 

pychę, to bardzo się mylisz! 

-  I  to  właśnie  w  tobie  kocham,  kobieto:  wszystkie  te  czułe  słówka,  którymi  właśnie 

mnie obsypałaś - wsunął dłoń pod cienki stanik i objął pełną pierś, delikatnie pocierając sutek 

końcem kciuka. Czy ona sądzi, że nie zauważył, jak wypełniły się jej piersi w ciągu ostatnich 

kilku tygodni? Dlaczego ciągle nie mówi mu, że jest w ciąży? 

Pod  jego  dotknięciem  Lauren  spazmatycznie  wciągnęła  powietrze.  Ukrył  uśmiech, 

zsuwając wargami tkaninę stanika i objął nimi czubek jej piersi. 

Zanurzyła dłonie w jego włosach i przyciągnęła go bliżej. Nie przypuszczała, że życie 

może być tak wspaniałe. Jordan wydawał się zadowolony z samego faktu przebywania z nią. 

Zniknął  napięty  profesjonalista,  jego  miejsce  zajął  chłopięcy,  rozkoszny  i  namiętny 

mężczyzna.  Kochała  ten  radosny  nastrój.  Kochała  w  nim  wszystko...  jego  otwartość... 

całkowitą  uczciwość...  i  właśnie  dlatego  miała  taki  twardy  orzech  do  zgryzienia:  jak 

powiedzieć mu o ciąży? 

Nie  była  to  informacja,  którą  mogła  rzucić  w  zwykłej  rozmowie,  choć  nie  miała 

zamiaru  trzymać  jej  w  tajemnicy.  Nie  po  tym,  jak  się  zdradziła  w  domu  rodziców,  gdzie 

odbyły się trudne rozmowy z ojcem i matką, którzy uważali, że Jordan powinien wiedzieć o 

dziecku. Ona miała odmienne zdanie. Wyjaśnił jej przecież, co sądzi o dzieciach, a normalna 

rodzina nie pasowała zupełnie do jego życia zawodowego. 

Nieoczekiwane  pojawienie  się  Jordana  zupełnie  zmieniło  sytuację.  Najwyraźniej 

odszukał ją jedynie po to, aby poprosić o rękę. Uśmiechnęła się do tej myśli. Nigdy nie pytał 

jej, co sądzi o małżeństwie. Zupełnie jak jej ojciec, uważał sprawę za oczywistą. 

I  nagle  jej  myśli  rozsypały  się  na  tysiąc  kawałków.  Jordan  właśnie  wsunął  dłoń  w 

dolną część bikini. Delikatnie masował ukryte pod nią ciało i Lauren mogła myśleć już tylko 

o Jordanie i o tym, co do niego czuje. 

Wydawało się, że dotykanie jej nigdy mu się nie znudzi, nawet wtedy, kiedy nie miał 

zamiaru kochać się z nią. Gdziekolwiek byli, cokolwiek robili, trzymał ją za rękę albo wsuwał 

dłoń pod jej ramię, albo dotykał dłonią jej pleców. 

Lauren  odkryła,  że  i  ona  wykazuje  wszelkie  oznaki  narkotycznego  uzależnienia  od 

jego ciała - też uwielbiała dotykać go. Od słońca skóra jego przybrała piękną ciemnozłocistą 

barwę.  Większość  czasu  spędzał  na  słońcu,  podczas  gdy  ona  pozostawała  ukryta  przed 

ostrymi  promieniami.  Kąpielówki,  które  nosił,  nie  ukrywały  jego  wspaniałych  męskich 

kształtów, raczej je podkreślały. 

background image

Usta  Jordana,  rozsiewając  pocałunki,  wędrowały  wzdłuż  jej  brzucha,  talii  i  dalej... 

niżej... 

- Jordan! - jęknęła. 

- Wiem, kochanie. Chcę tylko, żebyś się odprężyła. 

Pozwalał  sobie  na  każdy  odważny  gest,  ucząc  ją  miłości.  Sprawiał,  że  jak  meteoryt 

gnała ku spełnieniu raz po raz. Odkrył wiele sposobów pobudzania jej zmysłów.  Zdawał się 

czerpać przyjemność z wywoływania w niej tak gwałtownych reakcji. 

Lauren  nie  mogła  już  nadal  leżeć  nieruchomo.  Chciała  go  dotykać,  kochać,  wyjaśnić 

gestami  to  wszystko,  czego  nie  umiała  ująć  w  słowa.  A  kiedy  pochylił  się  nad  nią,  okazała 

niecierpliwe pragnienie miłości. 

Wziął  ją  jednym,  silnym  ruchem,  jej  uda  objęły  go  mocno.  Przylgnęła  do  niego 

błagając o spełnienie cichymi, bezładnymi szeptami i jękami. Wiedział, że potrafi dać jej taką 

samą rozkosz, jaką otrzymywał od niej. 

Zapomnieli  o  słonecznym  dniu,  o  lśniącym  piasku,  turkusowej  wodzie  i  kołyszących 

się palmach. Cóż ich to wszystko teraz obchodziło... 

Jordan  gwałtownie  przyspieszył  rytm,  aż  Lauren  krzyknęła  głośno,  a  głos  jej 

przypomniał  krzyk  mew  krążących  od  czasu  do  czasu  nad  plażą.  Dopiero  wówczas  sam 

pozwolił  sobie  na  bezruch.  Drgnął  raz  jeszcze,  konwulsyjnie  przyciskając  ją  do  siebie,  tak 

mocno, że zaledwie mogła oddychać. 

Nie szkodzi. 

Obrócił  się,  unosząc  ją  ze  sobą,  aż  ich  pozycje  na  szerokim  leżaku  odwróciły  się. 

Teraz leżała bezwładna, z głową wspartą na jego piersi. 

- Jordan? - poczuł lekkie spięcie jej ciała. 

- Hmm - odparł sennie. 

-  Wiesz,  nie  stosowaliśmy  żadnych  środków  zapobiegawczych...  żeby  ustrzec  się 

ciąży... 

Starał się nawet nie poruszyć, żeby nie spłoszyć jej zbyt gwałtowną reakcją. 

- Rzeczywiście - mruknął leniwie, przeczesując palcami jej włosy. 

- Powiedziałeś kiedyś, że nie chcesz dzieci - podsunęła nieśmiało. 

-  Tak?  Chyba  nie  wiedziałem,  co  mówię!  Uwielbiam  dzieci!  Powinniśmy  mieć 

przynajmniej dwoje, a każde z nich podobne do jednego z nas - poczuł nagłe rozluźnienie jej 

ciała. 

-  Podoba  mi  się  to  -  szepnęła  miękko.  Po  kilku  minutach  milczenia  dodała:  - 

Oczywiście,  na  pewno  nie  chcesz  zakładać  rodziny  już  teraz...  -  urwała,  marząc,  żeby  mieć 

background image

odwagę,  by  powiedzieć  mu  prosto  z  mostu,  że  czy  chce,  czy  nie,  za  mniej  więcej  sześć 

miesięcy będzie ojcem. Lauren nigdy przedtem nie uważała się za tchórza. A jednak nim była. 

O, tak, naprawdę. Świadczyła o tym jej każda wymijająca wypowiedź. 

Jordan  czuł  jej  wahanie  i  bardzo  pragnął  jej  pomóc.  Jednak  na  tym  etapie  ich 

wzajemnych stosunków niezręcznością byłoby dopiero teraz przyznać się, że wie od jej ojca, 

ż

e  jest  w  ciąży  i  to  od  chwili,  kiedy  zemdlała  na  jego  widok.  Kiedyś...  może...  powie  jej  o 

tym. Na razie jednak zmusił Matta Mackenzie do zachowania ich rozmowy w tajemnicy. 

- Oj, nie wiem - mruknął. - Nie jestem już coraz młodszy. Chyba przyjemnie byłoby 

mieć dzieci nieco wcześniej, dać im szansę posiadania młodych rodziców i... 

-  Och,  Jordan,  czy  naprawdę  tak  myślisz?  -  zapytała,  podnosząc  głowę  i  spoglądając 

na niego po raz pierwszy od paru minut. 

- Tak, kochanie. Właśnie tak myślę. Kocham cię i będę kochał nasze dzieci. Jesteś dla 

mnie całym światem. 

W oczach Lauren zabłysły łzy. 

- Po raz pierwszy powiedziałeś, że mnie kochasz, czy wiesz o tym? 

Lekko uniósł głowę i ucałował jej nabrzmiałe, tak bardzo kochane usta. 

- Mówiłem, że cię kocham, każdym gestem i każdym słowem, odkąd cię poznałem. Po 

prostu sam o tym wcześniej nie wiedziałem. 

Czekał w napięciu, świadom, iż szuka słów, by powiedzieć mu o dziecku. 

W głowie aż kłębiło mu się od pytań na temat tego dnia, w którym przyjdzie na świat 

ich dziecko. Czy będzie chciała, żeby był przy niej podczas porodu? Jeżeli nie, będzie musiał 

spędzić  te  kilka  pozostałych  miesięcy  na  przekonywaniu  jej,  że  jest  równie  niezbędny  przy 

narodzinach, jak był przy poczęciu. Uśmiechnął się, wiedząc już, co usłyszy na temat swojej 

bezczelności. 

-  Eee...  Jordan...  chyba  jest  coś,  o  czym  powinieneś  wiedzieć...  -  zaczęła  Lauren  z 

nieśmiałym uśmiechem.