background image

 

AGATHA CHRISTIE 

 
 

TAJEMNICA REZYDENCJI 

„CHIMNEYS” 

    
    

background image

 

Mojemu siostrzeńcowi 

   Na pamiątką pewnego napisu 

   w Zamku Compton 

   oraz dnia spędzonego w ZOO 

 
 

 
ROZDZIAŁ PIERWSZY 
ANTHONY CADE ANGAśUJE SIĘ DO PRACY 
    
   — DŜentelmen Joe?! 
   — Nie do wiary, toŜ to poczciwy Jimmy McGrath! Elitarna wycieczka biura podróŜy „Castle”, w której skład 
wchodziło siedem niewiast o zatroskanych twarzach oraz trzech spoconych męŜczyzn, przyglądała się im z 
prawdziwym zainteresowaniem. Nie ulegało wątpliwości, Ŝe pan Cade spotkał starego przyjaciela. Wszyscy oni 
uwielbiali pana Cade’a, zachwycali się jego wysoką, szczupłą sylwetką, opaloną na brąz twarzą, wesołym sposobem 
bycia, lekkością, z jaką potrafił prowadzić rozmowę, co wprawiało turystów w doskonały nastrój. Ten jego przyjaciel 
to człowiek o powierzchowności dość dziwnej. Prawie tego samego wzrostu co pan Cade, ale krępy i zdecydowanie nie 
tak przystojny. Typ męŜczyzny, który występuje w powieściach jako właściciel saloonu. Mimo wszystko interesujący. 
W końcu dlatego wyjeŜdŜa się za granicę — Ŝeby sobie obejrzeć te róŜne dziwne rzeczy, o których czyta się w 
ksiąŜkach. AŜ do dziś w Bulawayo strasznie się nudzili. Słońce praŜyło niemiłosiernie, hotel nie miał wygód, nie warto 
było nigdzie się ruszać aŜ do momentu wyjazdu do Matoppos. Całe szczęście, Ŝe pan Cade zaproponował widokówki. 
Zaopatrzenie w widokówki było znakomite. 
   Anthony Cade wraz z przyjacielem odłączyli się trochę od reszty. — Co ty tu, do diabła, robisz z tą kupą babsztyli? 
— zapytał McGrath. — Zakładasz harem czy co? 
   — Harem z tymi kilkoma sztukami? — rzekł z uśmiechem Anthony. — Czy ty im się dobrze przypatrzyłeś? 
   — Oczywiście. I pomyślałem sobie, Ŝe musiałeś stracić wzrok. 
   — Wzrok mam jak zawsze idealny. Nie, to jest elitarna wycieczka biura podróŜy „Castle”: ja jestem tu „Castle”, 
lokalnym naturalnie. 
   — Co ci przyszło do głowy, Ŝeby brać się za taką robotę? 
   — Chroniczny brak forsy. Ale moŜesz mi wierzyć, Ŝe bardzo mi to nie leŜy. 
   Jimmy uśmiechnął się kpiąco. 
   — Nigdy nie miałeś zacięcia do regularnej pracy. Anthony zignorował to oszczercze pomówienie. 
   — Liczę, Ŝe w niedługim czasie coś się odmieni — zauwaŜył optymistycznie. — Zawsze tak bywa. 
   Jimmy roześmiał się. 
   — Gdy zanosi się na jakieś kłopoty, to Anthony Cade prędzej czy później musi ściągnąć je sobie na łeb, nie mam co 
do tego wątpliwości — powiedział. 
   — Masz absolutnego nosa do wynajdywania rozrób i wtedy klops. Gdzie moglibyśmy pogadać? 
   Anthony westchnął cięŜko. 
   — Chcę tym gdaczącym kwokom pokazać grobowiec Rhodesa. 
   — Pierwszorzędnie — rzekł aprobująco Jimmy. 
   — Wrócą po tej wycieczce wyboistą drogą poobijane do Ŝywego, posiniaczone, i tylko będą marzyć o łóŜku, Ŝeby 
lizać rany. Wtedy my zyskamy kapkę czasu na wymianę informacji. 
   — Dobra. Cześć, Jimmy! 
   Anthony dołączył do swego stada owieczek. Panna Taylor, najmłodsza w grupie i najbardziej filuterna, z miejsca go 
zaatakowała: 
   — Czy to był pana dawny przyjaciel? 
   — Tak. Jeden z druhów mojej nieskazitelnej młodości. 
   Panna Taylor zachichotała. 
   — To moim zdaniem bardzo przystojny męŜczyzna. 
   — Powtórzę mu to. 
   — Pan jest doprawdy nieznośny! Coś podobnego! Jak on pana nazwał? 
   — DŜentelmen Joe. 
   — Właśnie. A pan ma na imię Joe? 
   — PrzecieŜ pani wie, Ŝe Anthony. 
   — A niech pana nie znam!! — zawołała kokieteryjnie panna Taylor. 
   Anthony do tej pory świetnie wywiązywał się ze swoich obowiązków. Poza wykonywaniem niezbędnych przed 
podróŜą czynności winien był równieŜ uspokajać zirytowanych starszych panów, których godność została naraŜona na 
szwank, dbać, by starsze panie jak najczęściej miały moŜność kupowania pocztówek, oraz flirtować z moŜliwie kaŜdą 
damą przed feralną czterdziestką. To ostatnie zajęcie sprawiało mu stosunkowo najmniej kłopotu, a to dlatego, Ŝe panie 
z wielką werwą wychwytywały czułe aluzje z jego najniewinniejszych napomknień. 

background image

 

   Panna Taylor znów przypuściła atak: 
   — No to dlaczego nazwał pana Joe’em? 
   — Pewno dlatego, Ŝe tak się właśnie nie nazywam. 
   — A dlaczego dŜentelmen Joe? 
   — Z tego samego powodu. 
   — Och, proszę pana — zaprotestowała wielce stropiona panna Taylor. — Zupełnie nie ma pan racji. Nie dalej jak 
wczoraj wieczorem papa mówił o pana dŜentelmeńskich manierach. 
   — To bardzo miłe ze strony pani ojca. 
   — Wszyscy jesteśmy zgodni co do tego, Ŝe jest pan prawdziwym dŜentelmenem. 
   — Czuję się zaŜenowany. 
   — Nie ma potrzeby, naprawdę tak uwaŜam. 
   — Tkliwe serca bardziej się liczą niŜ korony królewskie — stwierdził Anthony zdawkowo, nie zastanawiając się nad 
znaczeniem swej wypowiedzi i marząc tylko o tym, by jak najszybciej była pora na lunch. 
   — Jest taki piękny wiersz… Czy duŜo wierszy pan zna? 
   — Mogę wyrecytować w razie potrzeby: Chłopiec stal na płonącym pokładzie. A więc: „Chłopiec stał, pokład płonął, 
wszyscy zwiali, tylko nie on.” To wszystko, co umiem, ale jeśli pani sobie Ŝyczy, mógłbym to nieco zilustrować. 
„Chłopiec stał, pokład płonął” szu, szu, szu (to płomienie). „Wszyscy zwiali, tylko nie on”, biegam jak pies tam i z 
powrotem. 
   Panna Taylor ryknęła śmieciłem. 
   — Ojej, spójrzcie na pana Cade’a! Jest kapitalny! 
   — NajwyŜszy czas na poranną herbatę — rzekł ten energicznie. — Proszę tędy. Na następnej ulicy mamy wspaniałą 
kawiarnię. 
   — Domniemywam — powiedziała pani Caldicott tym swoim głębokim głosem — Ŝe koszt posiłku jest wliczony do 
wycieczki? 
   — Poranna herbata, proszę pani — odparł Anthony w sposób profesjonalnie uprzejmy — jest ekstra. 
   — To nieprzyzwoite! 
   — śycie bardzo często nas doświadcza — powiedział pocieszająco Anthony. 
   — Oczy pani Caldicott rozbłysły; zauwaŜyła tonem człowieka skaczącego na minę: 
   — Podejrzewałam coś takiego i byłam na tyle przewidująca, Ŝe dziś rano przy śniadaniu odlałam trochę herbaty do 
dzbanka. Podgrzeję ją sobie na maszynce spirytusowej. Chodź, tatuśku. 
   Państwo Caldicott poŜeglowali triumfalnie w stronę hotelu, a postać damy aŜ promieniała zadowoleniem z własnej 
zapobiegliwości. 
   — O, BoŜe — mruknął Anthony — ileŜ komicznych postaci chodzi po tym świecie. 
   Resztę towarzystwa skierował w stronę kawiarni. Panna Taylor nie odstępowała go ani na krok i znów wróciła do 
tematu: 
   — Dawno pan się widział z tym swoim przyjacielem? 
   — Przeszło siedem lat temu. 
   — A poznał go pan w Afryce? 
   — Tak, ale nie w tej części. Po raz pierwszy zobaczyłem Jimmy’ego McGratha wtedy, gdy był juŜ związany, gotowy 
do pieczenia. Musi pani wiedzieć, Ŝe niektóre plemiona w interiorze uprawiają ludoŜerstwo. Przybyliśmy w samą porę. 
   — I co się stało dalej? 
   — Bardzo ładna mała awanturka. Paru typów załatwiliśmy, reszta wzięła nogi za pas. 
   — Och, jakie pan miał bogate, pełne przygód Ŝycie! 
   — Wiodłem Ŝywot bardzo spokojny, zapewniam panią. 
   Ale panna Taylor najwyraźniej mu nie uwierzyła. 
   Była mniej więcej dziesiąta wieczór, gdy Anthony Cade wszedł do małego pokoiku, w którym Jimmy McGrath 
manipulował rozmaitymi butelkami. 
   — Zrób coś mocnego, James — poprosił gość. — Zaręczam ci, Ŝe ogromnie jest mi to potrzebne. 
   — Wierzę ci, chłopie. Ja za Ŝadne skarby świata takiej roboty bym nie przyjął. — Daj mi inną, to w jednej chwili 
mnie tu nie będzie. 
   McGrath nalał sobie, wypił duszkiem i zabrał się do przyrządzania następnej porcji. A potem zapytał niespiesznie: 
   — Mówisz serio, stary? 
   — O czym? 
   — śe rzucisz w diabły tę pracę, jak będziesz miał inną? 
   — A bo co? Chcesz przez to powiedzieć, Ŝe dajesz mi posadę Ŝebraka? Jak masz robotę, to czemuś sam jej nie 
złapał? 
   — Złapałem, ale za bardzo się na niej nie wyznaję i dlatego proponuję tobie. 
   Anthony wzmógł czujność. 
   — A dlaczego ci ona nie odpowiada? PrzecieŜ nie kazali ci nauczać w szkółce niedzielnej? 
   — Myślisz, Ŝe ktoś by zaryzykował taką ofertę? 

background image

 

   — Ktoś, kto cię dobrze zna, na pewno nie. 
   — To naprawdę świetna robota, niczego złego się nie dopatruj. 
   — Czy moŜe szczególnym trafem w Ameryce Południowej? Mam chętkę na Amerykę Południową. W jednej z tych 
republik szykuje się całkiem fajna rewolucja. 
   McGrath uśmiechnął się szeroko. 
   — Zawsze byłeś pies na rewolucje, pasuje ci wszystko, co prowadzi do porządnej rozróby. 
   — Czuję, Ŝe moje zdolności byłyby tam docenione. Powiadam ci, Jimmy, przydam się w kaŜdej rewolucji, obojętnie, 
po której stronie bym się znalazł. Wszystko lepsze od tego nudnego, codziennego bytowania. 
   — Zdaje się, Ŝe o tej swojej skłonności juŜ mi mówiłeś. Nie, nie daję ci roboty w Ameryce Południowej, tylko w 
Anglii. 
   — Anglia? Powrót bohatera do stron rodzinnych? Po siedmiu latach nie zgarną mnie chyba za te rachunki, jak 
myślisz, Jimmy? 
   — Nie sądzę. No więc słuchasz mnie dalej? 
   — Słucham, jak najbardziej. Niepokoi mnie tylko, dlaczego sam nie wziąłeś tej roboty. 
   — Powiem ci, dlaczego. Ja, Anthony, szukam złota, hen, w interiorze. 
   Anthony gwizdnął i spojrzał na niego uwaŜnie. 
   — Zawsze przepadałeś za złotem, Jimmy, odkąd cię znam. To twoja słabość, takie specyficzne, małe hobby. 
Wydeptałeś nieskończoną liczbę fantastycznych ścieŜek, nie ma takiego drugiego faceta. 
   — I w końcu złapię ślad, przekonasz się. 
   — No tak, kaŜdy ma jakieś hobby. Moje to rozróba, twoje — złoto. 
   — Zaraz ci opowiem, co trzeba. Mam nadzieję, Ŝe wiesz wszystko o Herzoslovakii? 
   Anthony obrzucił go bystrym spojrzeniem. 
   — Herzoslovakia? — zapytał i dziwna nuta zadźwięczała w jego głosie. 
   — Tak. Wiesz coś o tym kraju? 
   Minęła dłuŜsza chwila, zanim Anthony udzielił odpowiedzi. Rzekł powoli: 
   — Tylko to, co wiedzą na ogól wszyscy. To jedno z bałkańskich państw, mam rację? Główne rzeki — nie znane. 
Główne pasma górskie — teŜ nie znane, chyba sporo ich jest. Stolica Ekarest. Ludność — przewaŜnie bandyci. Ich 
hobby to mordowanie królów i robienie rewolucji. Ostatni król, Nicholas Czwarty, zamordowany około siedmiu lat 
temu. Od tej pory kraj jest republiką. W sumie bardzo interesujący. Mogłeś mi na początku powiedzieć, Ŝe chodzi o 
Herzoslovakię. 
   — Nie chodzi, chyba Ŝe pośrednio. Anthony spojrzał na niego bardziej ze smutkiem niŜ z gniewem. 
   — Musisz coś z tym zrobić, James. Zapisz się na kurs korespondencyjny czy co. Gdybyś w dawnych dobrych 
czasach wstawiał taką mowę, powieszono by cię do góry nogami i złojono skórę łub uraczono czymś równie, 
nieprzyjemnym. 
   Jimmy ciągnął dalej, nie zraŜony krytyką: 
   — Słyszałeś kiedyś o hrabim Stylptitchu? 
   — To rozumiem — powiedział Anthony. — Ludzie, którzy nigdy nie mieli pojęcia o Herzoslovakii, na dźwięk tego 
nazwiska doznaliby olśnienia. Wielki Starzec na Bałkanach, najmądrzejszy mąŜ stanu naszych czasów. Najgroźniejszy 
łotr, który uniknął stryczka. Punkt widzenia zaleŜy od gazety, którą weźmiesz do ręki. Ale jedno jest pewne, James, 
hrabia Stylptitch pozostanie w ludzkiej pamięci długo potem, kiedy my juŜ się rozsypiemy w proch i pył. Za kaŜdą 
akcją i kontrakcją na Bliskim Wschodzie stał od lat dwudziestu hrabia Stylptitch. Był dyktatorem i patriotą, i męŜem 
stanu — lecz właściwie nikt nie wie dokładnie, kim naprawdę był, poza tym, Ŝe był królem najdoskonalszej intrygi. No 
więc co masz mi o nim do powiedzenia? 
   — Był premierem Herzoslovakii, i dlatego właśnie najpierw o nim ci wspomniałem. 
   — Nie masz wyczucia proporcji, Jimmy. Herzoslovakia w zestawieniu ze Stylptitchem ma znaczenie drugorzędne. 
Jest tylko miejscem jego urodzenia i krajem, w którym zajmuje się sprawami publicznymi. Ale myślałem, Ŝe on juŜ nie 
Ŝ

yje? 

   — I dobrze myślałeś. Umarł w ParyŜu jakieś dwa miesiące temu. To, o czym mówię, zdarzyło się przed paroma laty. 
   — Pytanie tylko, co to jest to, o czym mi mówisz. 
   Jimmy przełknął docinek i przyspieszył relację: 
   — A więc było to tak. Przebywałem w ParyŜu, dla ścisłości dodam, Ŝe działo się to przed czterema laty. Pewnego 
wieczoru przechadzam się samotnie w dość odludnej dzielnicy ParyŜa i widzę, jak sześciu francuskich chuliganów 
nalewa nobliwie wyglądającego starszego pana. Nie znoszę być biernym widzem, toteŜ błyskawicznie wdałem się w 
bójkę i zacząłem okładać tych drani. Śmiem twierdzić, Ŝe nigdy do tej pory nie oberwali tak solidnie. Zmiękli jak 
plastelina! 
   — Jeden zero dla ciebie, James — powiedział ciepło Anthony. — Szkoda, Ŝe moje oczy tego nie oglądały. 
   — Drobiazg — wyrzekł skromnie Jimmy. — Ale ten starszy facet był mi bezgranicznie wdzięczny. Na pewno był po 
paru kieliszkach, nie mam co do tego wątpliwości, był jednak na tyle trzeźwy, Ŝe zapisał sobie moje nazwisko i adres i 
nazajutrz przyszedł, Ŝeby mi podziękować. Pokazał klasę, oczywiście. I wtedy właśnie się dowiedziałem, Ŝe 
uratowałem Ŝycie hrabiemu Stylptitchowi. Miał dom przy ulicy Bois. 

background image

 

   Anthony skinął głową. 
   — Tak, po zamordowaniu króla Nicholasa Stylptitch przeniósł się do ParyŜa. Później namawiano go, Ŝeby wrócił i 
został prezydentem, ale odmówił. Pozostał wierny swoim monarchistycznym ideałom, choć powiadają, Ŝe trzymał rękę 
na pulsie wszystkich politycznych spraw, jakie rozgrywały się na Bałkanach. Świętej pamięci hrabia Stylptitch. 
   — Nicholas Czwarty miał ponoć dziwaczny gust, jeśli idzie o kobiety, prawda? — zapytał nagle Jimmy. 
   — Tak — odparł Anthony. — I to biedakowi bokiem wyszło. Była popychadłem w jednym z paryskich music–halli, 
nawet by nie pasowała do morganatycznego związku. Lecz Nicholas cholernie się do niej napalał, a ona wychodziła 
wprost ze skóry, Ŝeby zostać królową. Wygląda to jak bajka, ale jakoś to załatwili. Hrabia ogłosił, Ŝe ona jest księŜną 
Popoffsky czy coś w tym sensie i Ŝe w jej Ŝyłach płynie krew Romanowów. Nicholas wziął z nią ślub w katedrze w 
Ekareście, a udzieliła mu go gromada niechętnych temu przedsięwzięciu arcybiskupów, i małŜonka została 
ukoronowana jako królowa Varaga. Nicholas Ŝył w zgodzie ze swoimi ministrami i moim zdaniem uwaŜał, Ŝe tylko to 
się liczy — nie wziął pod uwagę społeczeństwa. W Herzoslovakii ludzie są bardzo zacofani i uwielbiają arystokrację. 
ś

yczą sobie, Ŝeby ich królowie i królowe byli z prawdziwego kruszcu. Szemrano, wyraŜano głośno swoje 

niezadowolenie, władze bezlitośnie stłumiły bunt, po czym wybuchło prawdziwe powstanie, atak na pałac, zabójstwo 
króla i królowej i ogłoszenie republiki. Ta funkcjonuje po dziś dzień, ale podobno stale się tam kotłuje. Zamordowano 
jednego czy dwóch prezydentów po prostu po to, by zaznaczyć swoją obecność. JednakŜe revenons á nos moutons*z 
Dotarłeś do tego, jak hrabia Stylptitch obwołał cię swoim wybawicielem. 
   — Tak. No dobrze, i to byłby koniec całej sprawy. Wróciłem do Afryki i nigdy więcej o tym nie myślałem, i dopiero 
przed dwoma tygodniami otrzymałem cudacznie wyglądającą paczkę, która podąŜała za mną z miejsca na miejsce, Bóg 
jeden wie, jak długo. Wyczytałem w gazecie, Ŝe hrabia Stylptitch umarł niedawno w ParyŜu. No i ta paczka zawierała 
jego wspomnienia, czy jak to się nazywa. Był tam zapis mówiący, Ŝe jeśli dostarczę rękopis do pewnej firmy 
wydawniczej w Londynie do trzynastego października włącznie, będą zobowiązani wręczyć mi tysiąc funtów. 
   — Tysiąc funtów? Powiedziałeś tysiąc funtów, Jimmy? 
   — Tak jest, synu. Mam w Bogu nadzieję, Ŝe to Ŝaden Ŝart. Kursuje takie powiedzonko, Ŝe politykom ani 
arystokratom wierzyć nie naleŜy. OtóŜ to. No i w ten sposób rękopis gonił mnie po świecie i teraz nie mam juŜ czasu 
do stracenia. Mimo wszystko szkoda byłoby mi zrezygnować. Mam zaplanowaną wycieczkę do interioru i tylko o niej 
marzę. Druga taka okazja juŜ mi się nie trafi. 
   — Niepoprawny z ciebie facet, Jimmy. Tysiąc funtów w garści warte jest więcej niŜ cała masa mitycznego złota. 
   — A jeŜeli to oszustwo? Tak czy owak jestem tutaj, bilet mam załatwiony i wszystko inne, teraz do Cape Town, a 
potem dalej! 
   Anthony wstał i zapalił papierosa. 
   — Zaczynam rozumieć twój zamysł, James. Ty pojedziesz, tak jak zaplanowałeś, na te swoje złote polowanie, a ja 
mam zagarnąć dla ciebie tysiąc funtów. Ile z tego będę miał? 
   — Co powiesz na jedną czwartą? 
   — A więc proponujesz dwieście pięćdziesiąt funtów wolne od podatku? 
   — Zgadza się. 
   — Umowa stoi, ale Ŝeby cię pognębić, oznajmiam ci, Ŝe i za stówę bym to zrobił. Pozwól, Ŝe powiem ci jeszcze i to, 
Jamesie McGrath, iŜ źle skończysz, prowadząc taką gospodarkę finansową. 
   — A czy to nie jest dobry interes? 
   — Jest, oczywiście. I przyjmuję propozycję. Na pohybel elitarnej wycieczce! 
   Spełnił uroczyście toast. 
 
ROZDZIAŁ DRUGI 
DAMA W KŁOPOCIE 
    
   — Tak to wygląda — powiedział Anthony wychyliwszy szklankę i odsuwając ją od siebie. — Jakim statkiem miałeś 
płynąć? 
   — „Granarth Castle”. 
   — Przejazd zabukowany na twoje nazwisko, będzie więc chyba lepiej, gdy podam się za Jamesa McGratha. 
Wyrośliśmy juŜ dawno z paszportowej biurokracji, prawda? 
   — Bez znaczenia. Jesteśmy wprawdzie zupełnie do siebie niepodobni, ale na pewno opis naszych postaci na tych 
diabelstwach będzie identyczny. Sześć stóp wzrostu, włosy brązowe, oczy niebieskie, nos przeciętny, rysy twarzy 
przeciętne. 
   — Nie szafuj tak tą przeciętnością. Musisz wiedzieć, Ŝe „Castle” wybrało mnie spośród kilku kandydatów wyłącznie 
z racji przyjemnego wyglądu i dobrych manier. 
   Jimmy zachichotał. 
   — Obserwowałem dziś rano te twoje maniery. 
   — No i dobrze. 
   Anthony wstał i przeszedł się po pokoju tam i z powrotem. Zmarszczył brwi i parę minut upłynęło, zanim przemówił: 

background image

 

   — Jimmy — rzek! w końcu. — Stylptitch umarł w ParyŜu. Jaki ma więc sens przesyłanie rękopisu z ParyŜa do 
Londynu via Afryka? 
   Jimmy potrząsnął bezradnie głową. 
   — Nie wiem. 
   — Dlaczego nie zapakować go ładnie i nie przesłać paczki pocztą? 
   — Całkiem to mądrze brzmi, w pełni się z tobą zgadzam. 
   — Oczywiście — kontynuował Anthony — wiem doskonale, Ŝe królów i królowe oraz dostojników państwowych 
obowiązuje etykieta wykluczająca postępowanie najprostsze, zgodne z rozsądkiem. Stąd posłańcy królewscy i tak 
dalej. W średniowieczu dawałeś chłopakowi sygnet jako znak rozpoznawczy. Sezamie otwórz się. „Królewski sygnet! 
Droga wolna!” A zazwyczaj był to ktoś, kto zdąŜył juŜ go skraść. Zawsze się zastanawiam, dlaczego Ŝaden obrotny 
facet nie wpadł na pomysł skopiowania sygnetu, zrobienia z tuzina takich pierścieni, które by potem sprzedał po sto 
dukatów sztuka. Wygląda na to, Ŝe ludzie Ŝyjący w średniowieczu nie odznaczali się inicjatywą. 
   Jimmy ziewnął. 
   — Moje wywody na temat średniowiecza najwyraźniej cię nudzą. Wróćmy zatem do hrabiego Stylptitcha. Z Francji 
do Anglii via Afryka to trasa nawet jak na dyplomatę co najmniej dziwna. Gdyby chciał tylko mieć pewność, Ŝe 
dostaniesz owe tysiąc funtów, mógłby ci je zapisać w testamencie. Bogu dzięki ani ty, ani ja nie jesteśmy na tyle 
dumni, Ŝeby nie przyjąć spadku. Ten cały Stylptitch musiał mieć bzika. 
   — Naprawdę tak uwaŜasz? 
   Anthony, zmarszczywszy czoło, ciągle chodził w tę i z powrotem po pokoju. 
   — Czy ty w ogóle to przeczytałeś? — zapytał niespodziewanie. 
   — Niby co? 
   — Rękopis. — Mój BoŜe, nie! Sądzisz, Ŝe mam ochotę na czytanie takich rzeczy? 
   Anthony uśmiechnął się. 
   — Tak sobie tylko pomyślałem, to wszystko. Wiesz, pamiętniki przysparzają niekiedy moc kłopotów. RóŜne 
rewelacyjne niedyskrecje i tak dalej. Ludzie, którzy przez całe Ŝycie byli milczący i zamknięci w sobie, z wielkim 
upodobaniem myślą o tym, Ŝe po własnej śmierci dostarczą kłopotów swoim bliźnim. Sprawia im to złośliwą 
satysfakcję. Jimmy, jakim człowiekiem był hrabia Stylptitch? Poznałeś go i rozmawiałeś z nim, a jesteś skądinąd 
wytrawnym znawcą ludzkiej natury. Czy nie zaliczyłbyś go do gatunku starych, mściwych drani? 
   Jimmy potrząsnął głową. 
   — Trudno powiedzieć. Widzisz, tej pierwszej nocy był wyraźnie na bańce, a nazajutrz juŜ odgrywał rolę czcigodnego 
starszego pana o wykwintnych manierach, zasypał mnie komplementami, Ŝe nie wiedziałem, gdzie oczy podziać. 
   — A jak był pijany, nie powiedział nic interesującego? 
   Jimmy cofnął się myślami do owego momentu i po swojemu zmarszczył brwi. 
   — Powiedział, Ŝe wie, gdzie jest Koh–i–noor* — oznajmił Jimmy niepewnym tonem. 
   — Daj spokój — powiedział Anthony :— to wiemy wszyscy. Trzymają klejnot w Tower, nieprawdaŜ? Za grubym 
szkłem i Ŝelazną kratą, a wokół stoi mnóstwo dŜentelmenów w strojach historycznych i tylko patrzą, czy czegoś nie 
podwędzisz. 
   — To fakt — zgodził się Jimmy. 
   — Nie wygłupiaj się, stary. To, co powiedziałeś, jest bardzo waŜne. 
   Podszedł do okna i stał tam chwilę, wyglądając na zewnątrz. 
   — A kto to jest ten Król Victor? — chciał wiedzieć Jpnmy. — TeŜ jakiś bałkański monarcha? 
   — Nie — odparł Anthony powoli. — On nie naleŜy do tego typu królów. 
   — No to co on za jeden? 
   Zapadła cisza, a potem Anthony rzekł: 
   — To kanciarz, Jimmy. Najsławniejszy w świecie złodziej klejnotów. Fantastyczny, nieprawdopodobnie odwaŜny 
facet, który nikogo się nie lęka. Król Victor to jego ksywa, pod tą ksywą znany był w ParyŜu. W ParyŜu właśnie była 
kwatera główna jego gangu. Tam go złapali i wsadzili na siedem lat, za jakieś drobne przestępstwa. Nic waŜnego nie 
mogli mu udowodnić. Wkrótce wyjdzie z ciupy albo moŜe juŜ wyszedł. 
   — Czy uwaŜasz, Ŝe hrabia Stylptitch mógł mieć coś wspólnego z jego zapuszkowaniem? Czy dlatego ten gang 
napadł na niego? Akt zemsty? 
   — Nie mam pojęcia — powiedział Anthony. — Fakty jednak świadczą, Ŝe jest to mało prawdopodobne. O ile mi 
wiadomo, Król Victor nigdy nie ukradł klejnotów z korony Herzoslovakii. Ale ta cała sprawa daje sporo do myślenia, 
prawda? Śmierć Stylptitcha, jego pamiętniki, hałas podniesiony w prasie — wszystko to zagmatwane, lecz bardzo 
ciekawe. I kolejna pogłoska nawiązująca do tego, Ŝe w Herzoslovakii dowiercono się do nafty. Czuję przez skórę, 
James, Ŝe lada dzień ludzie zaczną się interesować tym niewielkim, mało znaczącym krajem. 
   — Jacy ludzie? 
   — śydzi. śółtoskórzy finansiści w wielkich biurowcach. 
   — Do czego ty właściwie zmierzasz? 
   — Wychodzę z załoŜenia, Ŝe po co sobie ułatwić, skoro moŜna utrudnić, to wszystko. 
   — Nie chcesz chyba przez to powiedzieć, Ŝe wręczenie rękopisu wydawcy moŜe nastręczyć jakieś trudności? 

background image

 

   — Nie — powiedział Anthony z ubolewaniem. — Nie przewiduję w tej kwestii Ŝadnych problemów. Ale chciałbym 
cię poinformować, James, dokąd zamierzam się udać z tymi dwustu pięćdziesięcioma funtami. 
   — Ameryka Południowa? 
   — Nie, chłopie, Herzoslovakia. Udzielę poparcia republice. Bardzo prawdopodobne, Ŝe skończy się to tym, iŜ 
zostanę prezydentem. 
   — To ogłoś się przy okazji najwaŜniejszym Obolovitchem i zasiądź na tronie. 
   — Nie, Jimmy. Królowie są na stałe. A prezydenci biorą posadę na cztery lata czy coś koło tego. Bardzo by to było 
zabawne, gdybym przez cztery lata porządził sobie takim państwem. 
   — Trzeba dodać, Ŝe królowie pracują przeciętnie o wiele mniej — wtrącił Jimmy. 
   — Przewiduję, Ŝe będzie mnie nęciło, by sprzeniewierzyć tę twoją część tysiąca funtów. Kiedy wrócisz obwieszony 
grudkami złota, nie będzie ci ta forsa potrzebna. Zainwestuję ją dla ciebie w herzoslovackich szybach naftowych. 
Wiesz, James, im dłuŜej o tym myślę, tym bardziej mi się podoba ten twój pomysł. Gdybyś nie wspomniał o 
Herzoslovakii, nawet by mi ona nie przyszła do głowy. Jeden dzień spędzę w Londynie, odbiorę łup i zaraz wsiadam 
do Balkan–Expressu. 
   — Nie musisz się tak szybko zwijać. Nie zdąŜyłem ci napomknąć, Ŝe chcę ci zlecić jeszcze jedno cholerne zadanie. 
Anthony usiadł na krześle i spojrzał na niego surowo. 
   — Cały czas czułem, Ŝe kryje się za tym jakaś ciemna sprawka. Zaraz wyjdzie szydło z worka. 
   — Absolutnie się mylisz. Chodzi o pomoc dla pewnej damy. 
   — Zapamiętaj sobie, James, raz na zawsze, Ŝe nie chcę mieć nic wspólnego z twoimi aferami miłosnymi, nie mieszaj 
mnie w to. 
   — To nie jest Ŝadna afera miłosna. Nigdy tej kobiety nie widziałem. Opowiem ci wszystko od początku. 
   — JeŜeli mam wysłuchać jednej z tych twoich ciągnących się w nieskończoność historyjek, zrób mi jeszcze drinka. 
   Pan domu spełnił gościnnie prośbę Anthony’ego, po czym przystąpił do opowieści: 
   — Wydarzyło się to podczas mego pobytu w Ugandzie. Był tam pewien Amerykanin obcego pochodzenia, któremu 
uratowałem Ŝycie… 
   — Na twoim miejscu — przerwał Anthony — napisałbym ksiąŜkę pod tytułem: Ludzie, którym uratowałem Ŝycie. 
To juŜ jest drugi wypadek, o którym dziś słyszę z twoich ust. 
   — Oj, to nie był Ŝaden szczególny czyn. Po prostu wyciągnąłem tego faceta z rzeki. Jak wszyscy obcy nie umiał 
pływać. 
   — Chwileczkę, czy ta historia ma coś wspólnego ze sprawą? 
   — Niewiele, aczkolwiek, dziwna rzecz, teraz to sobie uświadamiam, ten człowiek był Herzoslovakiem. Nazywaliśmy 
go Dutch Pedro. 
   Anthony skinął głową obojętnie. 
   — Dla obcego kaŜda ksywa jest dobra — zauwaŜył. — No, ciągnij dalej, James. 
   — Facet naleŜał do gatunku wdzięcznych. Chodził za mną jak pies. Pół roku później zmarł na febrę. Byłem przy nim 
do końca. Ostatnia rzecz, jaką zrobił umierając, to kiwnął na mnie i wyszeptał w podnieceniu mało zrozumiałym 
Ŝ

argonem o pewnej tajemnicy — kopalni złota, tak do odebrałem. Wetknął mi do ręki ceratowy pakuneczek, który 

zawsze nosił na piersi. Wtedy nie poświęciłem temu wiele uwagi. Dopiero po jakimś tygodniu otworzyłem paczuszkę. 
Muszę przyznać, Ŝe byłem ciekaw, co zawiera. Nie sądziłem, by Dutch Pedro w ogóle się orientował, co to jest 
kopalnia złota — ale kto to wie, szczęście chadza róŜnymi drogami… 
   — A na samą myśl o złocie dostałeś jak zwykle palpitki — przerwał mu Anthony. 
   — Nigdy w Ŝyciu nie przeŜyłem takiego rozczarowania. Kopalnia złota, teŜ coś! Śmiem przypuszczać, Ŝe dla tego 
drania była to kopalnia złota. Masz pojęcie, co zawierała ta paczuszka? Listy od kobiety, tak, listy od kobiety, i w 
dodatku Angielki. Ten łajdak ją szantaŜował — i miał czelność mnie obarczyć tym całym świńskim kramem! 
   — Z przyjemnością obserwuję twoje święte oburzenie, James, ale pozwól, Ŝe ci uzmysłowię, iŜ obcy to zawsze obcy. 
Facet słusznie rozumował. Uratowałeś mu Ŝycie, a on za to przekazał ci w testamencie obfite źródło czerpania gotówki 
— twój szacowny, brytyjski umysł nie jest w stanie tego pojąć? 
   — I co ja, do diabła, mam z tym zrobić? W pierwszym odruchu chciałem spalić te szpargały. Zdałem sobie jednak 
sprawę, Ŝe ta nieszczęsna niewiasta, nic nie wiedząc o zniszczeniu listów, całe Ŝycie będzie drŜała ze strachu, iŜ 
pewnego dnia facet znowu z tym wyskoczy. — Nie posądzałem cię o tak bujną wyobraźnię — stwierdził Anthony 
zapalając papierosa. — Przypuszczam, Ŝe sprawa nastręczy więcej trudności, niŜ to wygląda na pierwszy rzut oka. A 
gdyby przesłać jej to pocztą? 
   — Podobnie jak wszystkie kobiety, nie stawiała w listach daty ani nie podawała adresu. Na jednym — w miejscu 
adresu — napisane było jedno dziwne słowo: „Chimneys”. 
   Anthony przerwał proces gaszenia zapałki, a potem rzucił ją gwałtownie, bo sparzyła mu palec. , — „Chimneys”? — 
zapytał. — Dziwna historia! 
   — Dlaczego? Coś ci o tym wiadomo? 
   — To jedno z szacownych domostw w Anglii, mój drogi Jamesie. Rezydencja, do której zjeŜdŜają na weekendy 
królowie i królowe, gdzie zbierają się i dyskutują dyplomaci. 

background image

 

   — Jeszcze jeden powód, dla którego tak się cieszę, Ŝe ty zamiast mnie jedziesz do Anglii. Ty się znasz na tych 
wszystkich ceregielach — powiedział szczerze Jimmy. — Gość mego pokroju, wywodzący się z kanadyjskich 
ostępów, mógłby przy takiej okazji palnąć jakąś gafę. Ale człowiek jak ty, który uczył się w Eton i Harrow… 
   — Tylko w jednym z tych college’ów — sprostował skromnie Anthony. 
   — Ty sobie z tym poradzisz. Pytasz, dlaczego nie wyślę tych listów pocztą. Widzisz, to moim zdaniem byłoby raczej 
niebezpieczne. Pewne dane świadczą o tym, Ŝe pani ma zazdrosnego męŜa. I dajmy na to przez pomyłkę mąŜ otwiera 
paczkę. Co wówczas biedaczkę czeka? Albo teŜ moŜe juŜ nie Ŝyć — sądząc po listach, były pisane dosyć dawno. ToteŜ 
w wyniku przemyśleń doszedłem do wniosku, Ŝe jedyne wyjście, to takie, by ktoś zabrał te listy do Anglii i wręczył je 
tej damie osobiście. 
   Anthony odrzucił papierosa, podszedł do przyjaciela i poklepał go czule po ramieniu. 
   — Jesteś prawdziwym błędnym rycerzem, Jimmy. Kanadyjczycy z ostępów leśnych powinni być z ciebie dumni. A z 
tym zadaniem ty byś się uporał o wiele lepiej niŜ ja. 
   — Ale weźmiesz te listy? 
   — Oczywiście. 
   McGrath wstał z miejsca, wyciągnął z szuflady plik listów i połoŜył je na stole. 
   — Oto one. Rzuć na nie okiem. 
   — Czy to konieczne? Wolałbym się tym nie zajmować. 
   — Tylko Ŝe z tego, co powiedziałeś o „Chimneys”, moŜna wnosić, Ŝe ta dama stale tam nie przebywa. Przejrzyjmy 
lepiej te listy, moŜe znajdziemy w nich jakąś wskazówkę, gdzie ona obecnie mogłaby mieszkać. 
   — Chyba masz rację. 
   Starannie wszystkie listy przewertowali, ale nie znaleźli w nich tego, na co liczyli. Anthony w zamyśleniu zaczął je 
układać. 
   — Biedne stworzenie — powiedział. — Musiała być śmiertelnie przeraŜona. 
   Jimmy skinął głową. 
   — Masz nadzieję ją odnaleźć? — zapytał z zaniepokojeniem. 
   — Nie wyjadę z Anglii, póki do niej nie dotrę. Bardzo cię ta nieznana dama obchodzi, James? 
   Jimmy wodził w zadumie palcem po jej podpisie. 
   — Piękne imię — rzekł usprawiedliwiającym tonem. — Virginia Revel. 
 
ROZDZIAŁ TRZECI 
NIEPOKÓJ W WYśSZYCH SFERACH 
    
   — Oczywiście, mój drogi, oczywiście — powiedział lord Caterham. 
   Powtórzył juŜ te słowa trzykrotnie, za kaŜdym razem mając nadzieję, Ŝe połoŜą one kres popisowi oratorskiemu i 
pozwolą mu się ulotnić. Ogromnie nie lubił być zmuszony do stania na stopniach, przed wejściem do ekskluzywnego 
klubu, którego był członkiem, i słuchania ciągnącego się w nieskończoność popisu krasomówczego szanownego 
George’a Lomaxa. 
   Clement Edward Alistair Brent, dziewiąty markiz Caterham, był dŜentelmenem niewielkiego wzrostu, fatalnie 
ubranym, i jego wygląd stanowił absolutne zaprzeczenie powszechnego wizerunku markiza. Miał wyblakłe, niebieskie 
oczy, cienki, smętny nos i dość niedbale, acz nienaganne maniery. 
   Głównym nieszczęściem lorda Caterhama było to, Ŝe przed czterema laty przejął sukcesję po swoim bracie, markizie 
ósmym. Albowiem poprzedni lord Caterham był człowiekiem w całym tego słowa znaczeniu wyróŜniającym się — jak 
Anglia długa i szeroka. Swego czasu sekretarz stanu Ministerstwa Spraw Zagranicznych odgrywał znaczącą rolę 
podczas narad na szczeblu imperium, a jego wiejska siedziba „Chimneys” słynęła z wielkiej gościnności. Na zręcznie 
sterowanych przez jego Ŝonę, córkę księcia Perth, przyjęciach weekendowych tworzono i przetwarzano historię, i nie 
było 
   w Anglii, a nawet w Europie, co wybitniejszej osobistości, która by wcześniej czy później nie przekroczyła progu 
„Chimneys”. 
   śycie toczyło się pomyślnie. Dziewiąty markiz Caterham obdarzał wielką czcią pamięć swego brata. W kwestii 
ceremonii Henry był zawsze niedościgniony. Lord Caterham miał jedynie zastrzeŜenia co do tego, Ŝe „Chimneys” z 
prywatnej, wiejskiej siedziby przemieniło się w posiadłość społeczną. Nic bardziej nie nudziło lorda Caterhama niŜ 
polityka, chyba Ŝe politycy. Stąd to jego zniecierpliwienie wobec niekończącej się mowy George’a Lomaxa. Ten 
krzepko zbudowany męŜczyzna, George Lomax, z wyraźną skłonnością do tycia, czerwoną twarzą i wytrzeszczonymi 
oczami, był głęboko przekonany o własnej wielkości. 
   — Pojmujesz sedno sprawy, Caterham? My nie moŜemy, po prostu nie moŜemy teraz dopuścić do Ŝadnego skandalu. 
Sytuacja jest nadzwyczaj delikatna. 
   — Zawsze bywa delikatna — nie bez nuty ironii stwierdził lord Caterham. 
   — Mój drogi, ja mam orientację! 
   — Oczywiście, oczywiście — rzekł lord, wracając do poprzedniej linii obrony. 

background image

 

   — Jeden błąd w sprawie Herzoslovakii i jesteśmy załatwieni. NajwaŜniejsze jest, by koncesja na ropę naftową 
przypadła Towarzystwu Brytyjskiemu. Chyba to rozumiesz? 
   — Oczywiście, oczywiście. 
   — W końcu tygodnia przyjeŜdŜa ksiąŜę Michael Obolovitch i dokonamy dzieła w „Chimneys”, pod pozorem 
polowania. 
   — Zamierzałem w tym tygodniu jechać za granicę — powiedział lord Caterham. — Nonsens, mój drogi, któŜ 
wybiera się za granicę na początku października? 
   — Mój lekarz uwaŜa, Ŝe jestem w nie najlepszej kondycji — oznajmił Caterham, spoglądając tęsknie za odjeŜdŜającą 
taksówką. 
   śadną miarą nie mógł jednak uczynić skoku do wolności, albowiem Lomax miał nieprzyjemny zwyczaj 
niewypuszczania ze swoich sideł osoby, z którą prowadził powaŜną rozmowę — niewątpliwie skutek długich 
doświadczeń w tej dziedzinie. W tym wypadku trzymał mocno w garści klapę płaszcza lorda Caterhama. 
   — Mój drogi, oświadczam ci autorytatywnie. W czasach kryzysu ogólnonarodowego, który zbliŜa się szybkimi 
krokami… 
   Lord Caterham aŜ się cały skurczył. Uświadomił sobie nagle, Ŝe wolałby wydać moc przyjęć niŜ słuchać George’a 
Lomaxa cytującego samego siebie z którejś wygłoszonej mowy. Wiedział z doświadczenia, Ŝe Lomax jest zdolny 
gadać tak bez przerwy dwadzieścia minut. 
   — No dobrze — powiedział pospiesznie. — Zgadzam się na to polowanie. Mam nadzieję, Ŝe stroną organizacyjną 
zajmiesz się ty. 
   — Mój drogi, co tu jest do organizowania? „Chimneys”, poza swoimi związkami z historią, ma fantastyczne 
połoŜenie. Będę w „Abbey”, odległym stamtąd niecałe siedem mil. Nie byłoby najlepiej, gdybym mieszkał u ciebie. 
   — Oczywiście, Ŝe nie — zgodził się lord Caterham, nie mając wprawdzie pojęcia, dlaczego nie byłoby tak właśnie 
najlepiej, ale mało go to obchodziło. 
   — MoŜe chciałbyś mieć pod ręką Billa Eversleigha? Przydałby ci się, sprawnie wykonuje polecenia. 
   — Z przyjemnością będę go widział — odparł lord Caterham wyraźnie oŜywiony. — Bill to dobry strzelec, Bundle 
go lubi. 
   — Strzelanie w tym wypadku nie jest takie waŜne. To tylko pretekst, w pewnym sensie. 
   Lord Caterham znów miał strapioną minę. 
   — I to byłoby wszystko. KsiąŜę, jego świta, Bill Eversleigh, Herman Isaacstein… 
   — Kto? 
   — Herman Isaacstein. Przedstawiciel syndykatu, o którym ci mówiłem. 
   — Syndykatu Ogólnobrytyjskiego? 
   — Tak. A bo co? 
   — Nic, nic, tak tylko zapytałem. Dziwne ci ludzie mają nazwiska. 
   — Przydaliby się jeszcze oczywiście z dwaj cudzoziemcy, nadaliby całej imprezie wiarygodności. JuŜ lady Eileen 
zatroszczy się o to — młodzi ludzie, nastawieni raczej bezkrytycznie i nie mający o polityce zielonego pojęcia. 
   — Na pewno Bundle załatwi to jak naleŜy. 
   — Zastanawiam się jeszcze nad jednym. — Wyglądało na to, Ŝe Lomaxowi przyszedł nagle do głowy jakiś nowy 
pomysł. — Pamiętasz o tej sprawie, o której ci niedawno mówiłem? 
   — Mówisz zawsze o tyłu sprawach… 
   — Daj spokój, mam na myśli tę fatalną historię — zniŜył głos do tajemniczego szeptu — te pamiętniki, pamiętniki 
hrabiego Stylptitcha. 
   — Moim zdaniem nie masz racji — rzekł lord Caterham przemagając ziewanie. — Ludzie ubóstwiają skandale. 
Niech to diabli, sam czytam teraz wspomnienia i bardzo lubię ten gatunek. 
   — Nie chodzi o to, czy ludzie będą je czytać, czy nie, na pewno zresztą pochłoną pamiętniki tego typu, ale 
opublikowanie ich w tych okolicznościach moŜe wszystko zniszczyć, wszystko. Naród Herzoslovakii dąŜy do 
restauracji monarchii — chcą ofiarować koronę księciu Michaelowi, który cieszy się poparciem i sympatią rządu Jego 
Królewskiej Mości… 
   — I który jest skłonny udzielić koncesji panu Ikeyowi Hermansteinowi i spółce w zamian za poŜyczkę miliona albo 
za osadzenie go na tronie… 
   — Caterham, Caterham — szeptał Lomax błagalnie. — Dyskrecja, proszę cię. Nade wszystko dyskrecja! 
   — A sęk tkwi w tym — kontynuował lord z niejakim upodobaniem, choć na gorący apel interlokutora zniŜył głos — 
Ŝ

e niektóre fragmenty pamiętników Stylptitcha mogą narobić komuś bigosu. Tyrania i złe prowadzenie się rodziny 

Obolovitchów, tak? Interpelacje w Izbie Lordów? Dlaczego zamieniać światłe i demokratyczne rządy na anachroniczną 
tyranię? Polityka dyktowana przez krwioŜerczych kapitalistów. Precz z rządem. Tak to się przedstawia, nieprawdaŜ? 
   Lomax skinął głową. 
   — A moŜe być jeszcze gorzej — wydyszał. — ZałóŜmy, tylko załóŜmy, Ŝe naleŜałoby wspomnieć o tym… o tym 
nieszczęsnym zniknięciu, wiesz, co mam na myśli. 
   Lord Caterham spojrzał na niego. 
   — Nie, nie wiem. O jakim zniknięciu mówisz? 

background image

 

10 

   — Musiałeś o tym słyszeć. To się zdarzyło, gdy oni byli w „Chimneys”. Henry był strasznie zdenerwowany. 
Zrujnowało mu to niemal karierę. 
   — Zaintrygowałeś mnie niebagatelnie — powiedział lord Caterham. — Kto zniknął, czy teŜ co zniknęlo? 
   Lomax przyłoŜył usta do ucha lorda Caterhama. Ten ostatni odsunął gwałtownie głowę. 
   — Na litość boską, nie gwiŜdŜ mi w ucho! 
   — Słyszałeś, co powiedziałem? 
   — Tak, słyszałem — odparł z ociąganiem lord. — Przypominam sobie, Ŝe w swoim czasie coś o tym słyszałem. 
Bardzo interesująca historia. Ciekawe, kto to zrobił. Nigdy tego nie odzyskano? 
   — Nie. Działaliśmy naturalnie zachowując najwyŜszą dyskrecję. Nie wolno było dopuścić, by wymsknęła się na 
zewnątrz najmniejsza nawet aluzja o stracie. Ale Stylptitch był tam wówczas. Coś musiał wiedzieć. Nie wszystko 
oczywiście. Posprzeczaliśmy się z nim parę razy na temat kwestii tureckiej. MoŜe z czystej złośliwości postanowił, Ŝe 
cały świat dowie się o sprawie? Pomyśl o skandalu, o daleko idących konsekwencjach. KaŜdy zapyta: dlaczego to 
zostało zatuszowane? 
   — Oczywiście, Ŝe zapyta — potwierdził lord z widomą satysfakcją. 
   Lomax, którego głos rozbrzmiał teraz wysokimi tonami, postanowił wziąć się w garść. 
   — Muszę zachować spokój — mruknął. — Muszę zachować spokój. Ale pytam cię, mój drogi: jeśli nie miał nic 
złego na myśli, to dlaczego wysłał ten rękopis do Londynu tak bardzo okręŜną drogą? 
   — To rzeczywiście dziwne. A czy te dane są absolutnie pewne? 
   — Jak najbardziej. Mieliśmy… hm… w ParyŜu swoich agentów. Parę tygodni przed jego śmiercią pamiętniki 
zniknęły w sposób tajemniczy. 
   — Tak, wygląda na to, Ŝe coś w tym jest — powiedział lord Caterham z taką samą satysfakcją, jaką zamanifestował 
poprzednio. 
   — Wytropiliśmy, Ŝe zostały wysłane do człowieka imieniem Jimmy, czyli Jamesa McGratha, Kanadyjczyka 
przebywającego obecnie w Afryce. 
   — Afera na miarę imperium, prawda? — zapytał wesoło lord. — James McGrath przybywa tu jutro, w czwartek, 
statkiem „Granarth Castle”. 
   — I co zamierzasz dalej z tym począć? 
   — Musimy oczywiście od razu go dopaść, wyłuszczyć mu, czym to ewentualnie mogłoby grozić, i prosić go na 
wszystkie świętości, by publikację pamiętników odłoŜył przynajmniej na miesiąc i by przy publikowaniu kierował 
się… hm… rozsądkiem. 
   — ZałóŜmy, Ŝe on odpowie: „Nie, moi panowie” albo: „Niech was piekło pochłonie”, lub coś równie błyskotliwego i 
ś

wiadczącego o bystrości umysłu — wyraził przypuszczenie lord Caterham. 

   — Tego właśnie się lękam — powiedział Lomax szczerze. — I powodowany tą obawą pomyślałem sobie, Ŝe moŜe 
byłoby dobrze zaprosić go do „Chimneys”. Będzie się czuł zaszczycony, gdy się dowie, Ŝe wśród gości znajduje się 
równieŜ ksiąŜę Michael, dzięki czemu łatwiej nam będzie nim właściwie pokierować. 
   — Nie zamierzam go zapraszać — rzekł pospiesznie lord Caterham. — Nie mam zamiaru zadawać się z 
Kanadyjczykami, szczególnie z takimi, którzy mieszkają przewaŜnie w Afryce. 
   — A moŜe uznasz, Ŝe to wspaniały chłopak, bez ogłady, ale wartościowy? 
   — Nie, Lomax. Nie zmienię swojego stanowiska. Niech ktoś inny weźmie na siebie ten kram. 
   — Pomyślałem sobie — zaczął Lomax — Ŝe w tej sytuacji bardzo by się przydała kobieta. Trochę by się jej 
powiedziało, ale nie za wiele, rozumiesz. Kobieta pokierowałaby sprawą delikatnie, z taktem, wyłoŜyłaby mu całą 
kwestię nie wywołując w nim gniewu. Nie znaczy to, Ŝe przeceniam rolę kobiet w polityce — Saint Stephen zamieniło 
się w ruinę, kompletną ruinę. Lecz kobiety w wąskim —zakresie mogą czynić cuda. Weź choćby Ŝonę Henry’ego i to, 
co ona dla niego zrobiła. Marcia jest kapitalną, doskonałą, jedyną w swoim rodzaju upolitycznioną panią domu. 
   — Nie zamierzasz chyba zapraszać Marcii na to przyjęcie? — zapytał słabnącym głosem lord, blednąc na samo 
wspomnienie tej swojej koszmarnej szwagierki. 
   — Nie, źle mnie zrozumiałeś. Ja mówię generalnie o roli kobiet. A jeśli idzie o tę sprawę, to mam na myśli młodą 
kobietę, czarującą, piękną, inteligentną. 
   — Nie Bundle? Z Bundle nie byłoby Ŝadnego poŜytku. Jeśli w ogóle jest kimś, to zacietrzewioną socjalistką, i 
skonałaby ze śmiechu na taką propozycję. 
   — Nie myślałem o lady Eileen. Twoja córka, Caterham, jest urocza, po prostu urocza, ale to jeszcze dziecko. 
Potrzebny nam jest ktoś o nienagannych manierach, zrównowaŜony, bywały w świecie. No i oczywiście silna 
osobowość. Moja kuzynka Virginia. 
   — Pani Revel? — Oblicze lorda Caterhama rozjaśniło się. Poczuł, Ŝe to przyjęcie mogłoby mu nawet sprawić radość. 
— Bardzo rozsądny pomysł, Lomax. Nie ma w Londynie kobiety tak czarującej jak ona. 
   — Dobrze się równieŜ orientuje w sprawach Herzoslovakii. Jej mąŜ, jak pamiętasz, pracował tam w naszej 
ambasadzie. A ponadto, jak słusznie zauwaŜyłeś, to kobieta o niespotykanym wdzięku. 
   — Urocze stworzenie — mruknął lord Caterham. 
   — Wobec tego sprawa załatwiona. 
   Pan Lomax puścił klapę lorda Caterhama, z czego ten ostatni nie omieszkał szybko skorzystać. 

background image

 

11 

   — Cześć, Lomax, stronę organizacyjną bierzesz na siebie, tak? 
   Dał nura do taksówki. Tak dalece, jak to przystoi, by jeden szacowny, chrześcijański dŜentelmen nie lubił drugiego 
szacownego, chrześcijańskiego dŜentelmena, lord Caterham nie lubił George’a Lomaxa. Nie lubił jego nalanej, 
czerwonej twarzy, cięŜkiego oddechu i wybałuszonych, niebieskich, zawsze powaŜnych oczu. Pomyślał o 
nadchodzącym weekendzie i westchnął. Przykra, obrzydliwa historia. Ale zaraz myśl jego pobiegła ku Virginii Revel i 
to go nieco podniosło na duchu. — Urocze stworzenie — powtórzył pod nosem. — Niebywale urocze. 
 
ROZDZIAŁ CZWARTY 
WPROWADZENIE DO AKCJI UROCZEJ LADY 
    
   George Lomax udał się prosto do Whitehall. Gdy przekraczał próg urządzonego z przepychem biura, w którym 
załatwiał sprawy rangi państwowej, doszedł go stamtąd odgłos szurania. 
   Bill Eversleigh przekładał teraz z zapałem papiery, ale stojący przy oknie, wygodny fotel był jeszcze ciepły od 
kontaktu z ludzkim ciałem. 
   Bardzo sympatyczny młody człowiek z tego Billa Eversleigha. W wieku około dwudziestu pięciu lat, wysoki, o 
niezgrabnych ruchach, miał miłą, ale raczej brzydką twarz, dwa rzędy wspaniałych, białych zębów i brązowe, 
poczciwie spoglądające oczy. 
   — Czy Richardson wysłał raport? 
   — Nie, sir. Mam iść do niego w tej sprawie? 
   — NiewaŜne. Były jakieś telefony? 
   — Większość przyjmowała panna Oscar. Pan Isaacstein zapytywał, czy jutro w „Savoyu” zje pan z nim lunch. 
   — Powiedz pannie Oscar, Ŝeby sprawdziła w kalendarzu. Jeśli nie jestem na tę godzinę umówiony, niech do niego 
zadzwoni, Ŝe przyjmuję zaproszenie. 
   — Tak jest, sir. 
   — Aha, Eversleigh, połącz mnie teraz z numerem… Zajrzyj do ksiąŜki telefonicznej. Pani Revel, Pont Street 
czterysta osiemdziesiąt siedem. 
   — Tak, sir. 
   Bill chwycił ksiąŜkę telefoniczną, przebiegł niewidzącym wzrokiem kolumnę pań, zamknął ksiąŜkę z trzaskiem i 
podszedł do stojącego na biurku aparatu. Z ręką na słuchawce stał krótką chwilę, jak gdyby coś sobie nagle 
przypomniał. 
   — Och, proszę pana, właśnie sobie przypomniałem. Ona ma uszkodzony telefon. Mam na myśli panią Revel. 
Próbowałem juŜ się do niej dodzwonić. 
   George Lomax zmarszczył brwi. 
   — To przykre — powiedział — doprawdy bardzo przykre. — Niezdecydowanym gestem uderzał ręką w blat stołu. 
   — JeŜeli to coś waŜnego, sir, to wezmę taksówkę i pojadę do niej. O tej porannej godzinie na pewno jest w domu. 
   George Lomax wahał się, rozwaŜał w myślach problem. Bill stał wyczekująco, gotów natychmiast się poderwać, gdy 
padnie pozytywna odpowiedź. 
   — Tak, to chyba najlepsze wyjście — powiedział w końcu Lomax. — Weź więc taksówkę, jedź i zapytaj panią 
Revel, czy dziś o czwartej po południu będzie w domu, bo mam z nią do omówienia niezwykle waŜną sprawę. 
   — Dobrze, sir. 
   Bill chwycił kapelusz i juŜ go nie było. 
   Po dziesięciu minutach wysiadł z taksówki przed domem numer 487 przy Pont Street. Zadzwonił, a potem zastukał 
głośno kołatką. Drzwi otworzył ponury słuŜący, którego Bill pozdrowił kiwnięciem głowy, jak dobrego znajomego. 
   — Dzień dobry, Chilvers, pani w domu? 
   — Zdaje się, sir, Ŝe właśnie zamierza wyjść. 
   — To ty, Bill? — dał się słyszeć głos ponad balustradą. — Poznałam cię po mocnym stukaniu. Chodź na górę i 
powiedz, z czym przyszedłeś. 
   Bill zadarł głowę i spojrzał na śmiejącą się do niego kobietę, która zawsze była w stanie doprowadzić go — i nie 
tylko jego — do stanu totalnego rozkojarzenia. Pobiegł, przeskakując po dwa stopnie, i zamknął w swoich silnych 
dłoniach wyciągnięte doń ręce Virginii Revel. 
   — Cześć, Virginio! 
   — Cześć, Bill! 
   Wdzięk to cecha nader swoista; setki młodych kobiet, nawet piękniejszych od Virginii, mogłoby wypowiedzieć owo 
„Cześć, Bill” w identycznej prawie intonacji, nie wywarłoby to jednak na nim Ŝadnego wraŜenia. Natomiast te dwa 
słowa, wyartykułowane przez Virginię, podziałały na Billa upajająco. 
   Virginia Revel skończyła właśnie dwadzieścia siedem lat. Była wysoka i fantastycznie szczupła — doprawdy, moŜna 
by było napisać poemat na temat jej szczupłości, tak cudownie proporcjonalnie była zbudowana. Włosy miała brązowe 
— z lekkim zielonym połyskiem na tle złota. Delikatne rysy twarzy, zgrabny nos, nieco skośne, niebieskie oczy, które 
spod uchylonych powiek rzucały chabrowe błyski, i rozkoszne, nie dające się wręcz opisać usta — jeden ich kącik 
opadał ku dołowi, co w Anglii określa się mianem „podpisu Wenus”. Jej twarz była cudownie wyrazista, a ona sama 

background image

 

12 

promieniowała Ŝywotnością, która przykuwała uwagę wszystkich wokół. Niezwrócenie na nią uwagi było absolutnie 
niemoŜliwe. 
   Zaciągnęła Billa do małego saloniku o barwach bladoróŜowej, zielonej i Ŝółtej — niczym zadziwiający kolorami 
krokus na łące. 
   — Bill, kochanie — powiedziała Virginia — czy aby Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie tęskni za tobą? Zdaje 
się, Ŝe oni nie potrafią się bez ciebie obejść. — Przynoszę ci wiadomość od starego. — W ten dość lekcewaŜący sposób 
Bill określał swego szefa. — A przy okazji, Virginio, jeŜeli zapyta, to pamiętaj, Ŝe dziś rano miałaś uszkodzony 
telefon. 
   — Ale nie miałam. 
   — Wiem. Powiedziałem mu jednak, Ŝe nie działał. 
   — Dlaczego? Wyjaśnij mi, co to ma wspólnego z Ministerstwem Spraw Zagranicznych? 
   Bill obrzucił ją pełnym wyrzutu spojrzeniem. 
   — Dzięki temu jestem u ciebie. 
   — Och, kochanie, jaka ze mnie idiotka! I jak to pięknie z twojej strony! 
   — Chilvers powiedział, Ŝe wychodzisz. 
   — Miałam zamiar, na Sloane Slreet. Przy tej ulicy sprzedają kapitalne, nowoczesne gorsety. 
   — Gorsety? 
   — Tak, Bill, gor–se–ty. Podkreślają linię bioder. 
   — Wstyd mi za ciebie, Virginio. Jak moŜesz opowiadać o swojej bieliźnie młodemu człowiekowi, z którym nie łączą 
cię więzy rodzinne? To nieskromne z twojej strony. 
   — Drogi Billu, biodra nie są niczym nieskromnym. Wszystkie kobiety noszą gorsety, tylko Ŝe za wszelką cenę 
starają się zataić ten fakt. Gorset, o którym wspomniałam, jest zrobiony z czerwonej gumy i sięga trochę powyŜej 
kolan, tak Ŝe właściwie nie moŜna się w nim poruszać. 
   — Okropne! — rzekł Bill. — Dlaczego chcesz go mieć? 
   — Och, to daje upust szlachetnemu uczuciu cierpienia w imię urody. Ale nie rozmawiajmy o gorsecie. Co ma mi 
George do przekazania? 
   — Pyta, czy będziesz w domu o czwartej po południu. 
   — Nie. Będę wtedy w Ranelagh. CóŜ to za formalna wizyta? Ma wobec mnie jakieś plany, wiesz coś o tym? 
   — Wcale bym się nie zdziwił. 
   — Jeśli tak, to moŜesz mu powiedzieć, Ŝe wolę męŜczyzn działających pod wpływem impulsu. 
   — Takich jak ja? 
   — U ciebie to nie jest impuls, Bill. To przyzwyczajenie. 
   — Virginio, a moŜe byśmy… 
   — Nie, nie, Bill. Nigdy nie w godzinach porannych, przed lunchem. Spróbuj pomyśleć o mnie jako o zbliŜającej się 
do wieku średniego matronie, której twoje sprawy naprawdę leŜą na sercu. 
   — Tak cię kocham, Virginio. 
   — Wiem, Bill, wiem. A ja po prostu kocham być kochaną. Czy to nie straszne i nie obrzydliwe z mojej strony? 
Chciałabym, Ŝeby kaŜdy przystojny męŜczyzna na świecie był we mnie zakochany. 
   — Większość prawdopodobnie jest — rzekł Bill ponuro. 
   — Przypuszczam jednak, Ŝe George się we mnie nie kocha. Myślę, Ŝe nie stać go na coś takiego jak miłość. Jest tak 
pochłonięty własną karierą. Co jeszcze mówił? 
   — śe to ogromnie waŜne. 
   — Coraz bardziej mnie to intryguje. PrzeraŜająco skromna jest liczba spraw, które George uznaje za waŜne. Będę 
musiała zrezygnować z Ranelagh. Mogę tam w końcu jechać kaŜdego innego dnia. Powiedz George’owi, Ŝe o czwartej 
będę na niego grzecznie czekała. 
   Bill spojrzał na zegarek. 
   — Wygląda na to, Ŝe nie warto mi wracać do biura przed lunchem. Chodź, Virginio, pójdziemy coś przekąsić. — 
Wybieram się na lunch w innym składzie. 
   — To nie ma znaczenia. Daj sobie dzisiaj wolne i chodź ze mną. 
   — Mogłoby być naprawdę uroczo — powiedziała z uśmiechem Virginia. 
   — Virginio, jesteś przez wszystkich rozpieszczana. Powiedz mi, ty mnie chyba lubisz, prawda? Bardziej niŜ innych? 
   — Uwielbiam cię, Bill. Gdybym musiała kogoś poślubić, właśnie musiała, gdyby na przykład tak jak w powieści 
jakiś niegodziwy mandaryn powiedział mi: „Poślub kogoś, bo w przeciwnym wypadku umrzesz w wyniku 
wyrafinowanych tortur”, od razu wyszłabym za ciebie, naprawdę. Poprosiłabym go: „Daj mi małego Billa”. 
   — No to… 
   — Tylko Ŝe ja nie chcę za nikogo wychodzić za mąŜ. Ubóstwiam podły status wdowy. 
   — Robiłabyś identycznie to samo. Miałabyś pełną swobodę. Nie narzucałbym ci się w domu ze swoją osobą. 
   — Bill, ty nic nie rozumiesz. NaleŜę do kobiet, które, jeŜeli w ogóle wychodzą za mąŜ, to nie czynią tego z 
entuzjazmem. 
   Bill jęknął głucho. 

background image

 

13 

   — Któregoś dnia strzelę sobie w łeb — mruknął posępnie. 
   — Nie zrobisz tego, kochanie. Zaprosisz na kolację ładną dziewuszkę, tak jak to zrobiłeś dwa dni temu. 
   Pan Eversleigh był wyraźnie zmieszany. 
   — JeŜeli masz na myśli Dorothy Kirkpatrick, niech to licho, to całkiem miła babka, dobrze ustawiona. Nie widzę w 
tym nic złego. 
   — Kochanie, oczywiście, Ŝe nie ma w tym nic złego. Ubóstwiam, kiedy ty jesteś zadowolony. Ale nie udawaj, Ŝe 
konasz z powodu złamanego serca, to wszystko. 
   Bill Eversleigh odzyskiwał powoli poczucie własnej godności. 
   — Ty nic absolutnie nie rozumiesz, Virginio — powiedział z powagą. — MęŜczyźni… 
   — Są poligamiczni! Wiem o tym. Czasami i ja podejrzewam siebie o podobne skłonności. JeŜeli istotnie kochasz 
mnie, Bill, zabierz mnie tylko na lunch. 
 
ROZDZIAŁ PIĄTY 
PIERWSZA NOC W LONDYNIE 
    
   Nawet w najlepiej opracowanym planie zdarzają się luki. George Lomax popełnił jeden błąd — w swoich 
przygotowaniach nie uwzględnił istnienia słabego punktu. Tym słabym punktem był Bill. 
   Bill Eversleigh był chłopakiem bardzo sympatycznym. Dobrze grał w krykieta, w golfa, miał poprawne maniery i 
sympatyczny sposób bycia, lecz swoją pozycję w Ministerstwie Spraw Zagranicznych zawdzięczał nie tyle swoim 
zdolnościom, ile koneksjom. ToteŜ nadawał się w pełni do roboty, jaką wykonywał. A był czymś w rodzaju psa 
George’a. Nie plamił się pracą odpowiedzialną ani wymagającą wysiłku myślowego. Jego rola to nieodstępowanie 
szefa, przeprowadzanie rozmów z mało waŜnymi osobami, których George nie chciał widzieć, wykonywanie róŜnych 
poleceń, krótko mówiąc, musiał być na kaŜde zawołanie, stale pod ręką. Te wszystkie obowiązki Bill wypełniał dość 
skrupulatnie. Pod nieobecność George’a rozsiadał się w największym fotelu i czytał wiadomości sportowe, co z 
biegiem czasu stało się tradycją. 
   George wysyłał zazwyczaj Billa, polecając mu załatwienie róŜnych drobnych spraw, więc i tym razem kazał mu 
jechać do Union Castle i dowiedzieć się, kiedy przypływa „Granarth Castle”. Podobnie jednak jak większość młodych, 
wykształconych Anglików, Bill miał miły głos, ale słabą dykcję. KaŜdy nauczyciel retoryki stwierdziłby, Ŝe błędnie 
wymawia słowo „Granarth”. W jego wydaniu niewiele miało z tą nazwą wspólnego. ToteŜ urzędnik zrozumiał je jako 
„Carnfrac”. 
   — Wchodzi do portu w czwartek. — Tak powiedział urzędnik. Bill podziękował mu i wyszedł. Powiadomił o tej 
dacie George’a Lomaxa, który stosownie do tego ułoŜył swoje plany. Niewiele wiedział o statkach Union Castle, więc 
przyjął za dobrą monetę informację, Ŝe James McGrath przypływa do Anglii w czwartek. 
   Zatem gdy w środę znęcał się na stopniach klubu nad guzikiem lorda Caterhama, wiadomość, Ŝe poprzedniego 
popołudnia „Granarth Castle” rzucił kotwicę w porcie Southampton, wielce by go zdziwiła. 
   O drugiej po południu Anthony Cade, podróŜujący pod nazwiskiem Jimmy McGrath, wysiadł z pociągu na dworcu 
Waterloo, przywołał taksówkę i po chwili wahania kazał się wieźć do hotelu „Blitz”. 
   — Dlaczego nie miałbym zapewnić sobie wygody — mruknął do siebie, przyglądając się z zainteresowaniem miastu 
z okien samochodu. 
   Minęło dokładnie czternaście lat, odkąd ostatnio przebywał w Londynie. 
   Wszedł do hotelu, załatwił sobie pokój, a potem wybrał się na krótki spacer wzdłuŜ Bulwaru. Przyjemnie mu było 
znaleźć się znowu w tym mieście. Wszystko oczywiście uległo zmianie. TuŜ za mostem Blackfriars znajdowała się 
kiedyś mała restauracja, w której często jadał obiady w towarzystwie drugiego, równie powaŜnie myślącego chłopaka. 
Był wówczas socjalistą i nosił suto upięty, czerwony krawat. JakŜe był młody! 
   Zawrócił niebawem, kierując się w stronę hotelu „Blitz”. Właśnie przechodził na drugą stronę jezdni, gdy wpadł na 
niego jakiś facet i Anthony o mało nie stracił równowagi. Obaj szybko się pozbierali i facet burknął słowa przeprosin, 
obrzucając badawczym spojrzeniem twarz Anthony’ego. Był to niski, krępy męŜczyzna, typowy robotnik, ale coś w 
jego wyglądzie świadczyło o tym, Ŝe nie jest Anglikiem. 
   Anthony zmierzał w stronę hotelu, zastanawiając się, co by teŜ mogło znaczyć owo badawcze spojrzenie męŜczyzny. 
Prawdopodobnie nic. Mocno opalona twarz Anthony’ego była czymś niezwykłym wśród bladych londyńczyków i 
widocznie to przykuło uwagę faceta. Poszedł do swego pokoju i powodowany nagłym impulsem skierował się w stronę 
lustra i stał przed nim chwilę, studiując pilnie swe oblicze. Czy spośród wielu przyjaciół z tamtych lat — a była ich 
zaledwie garstka — znalazłby się ktoś, kto spotkawszy się z nim twarzą w twarz, byłby w stanie go poznać? Potrząsnął 
głową z powątpiewaniem. 
   Miał osiemnaście lat, gdy opuszczał Londyn — był jasnowłosym, lekko pucołowatym chłopakiem o bałamutnie 
anielskim wyrazie twarzy. Znikoma moŜliwość, by w wychudłym, opalonym na brąz męŜczyźnie o kpiarskim błysku w 
oku rozpoznać tamtego chłopca. 
   Zadzwonił telefon przy łóŜku i Anthony, podszedłszy do aparatu, ujął słuchawkę. 
   — Halo? 
   Odezwał się głos recepcjonisty: 

background image

 

14 

   — Pan James McGrath? 
   — Przy aparacie. 
   — Przyszedł do pana pewien dŜentelmen. 
   Anthony’ego wprawiło to w zdumienie. 
   — Do mnie? 
   — Tak, sir. Cudzoziemiec. 
   — Jak się nazywa? 
   Zapadła cisza, po czym recepcjonista rzekł: 
   — Wyślę do pana boya z jego wizytówką. 
   Anthony odłoŜył słuchawkę i czekał. Po paru minutach rozległo się pukanie do drzwi i na progu pojawił się mały 
goniec niosący na tacy wizytówkę. 
   Anthony wziął ją do ręki. Na całej powierzchni wizytówki wypisane było nazwisko: Baron Lolopretjzyl. 
   Zrozumiał teraz w pełni chwilę milczenia recepcjonisty. 
   Przez jakiś czas stał wpatrzony w wizytówkę, a potem podjął decyzję: 
   — Wprowadź tego dŜentelmena. 
   — Tak, sir. 
   Po upływie paru minut baron Lolopretjzyl wkroczył do pokoju — wysoki męŜczyzna z ogromną, czarną brodą w 
kształcie wachlarza i wysokim czołem. 
   Strzelił obcasami i skłonił się. 
   — Panie McGrath — powiedział. 
   Anthony w miarę swych sił próbował naśladować jego ruchy. 
   — Panie baronie — powiedział. — Po czym, przesunąwszy krzesło: — Proszę, niech pan siada. Nie mam, to znaczy 
nie miałem przyjemności poznania pana? 
   — Tak jest — zgodził się baron siadając. — Moja wielka strata — dodał uprzejmie. 
   — Moja równieŜ — powiedział Anthony w tej samej tonacji. 
   — Ale teraz do rzeczy przejdźmy — zaproponował baron. — Reprezentuję w Londynie Herzoslovacką Partię 
Lojalistów. 
   — I czyni pan to wspaniale, nie ulega wątpliwości — mruknął Anthony. 
   Dając dowód wdzięczności za komplement, baron skłonił się nisko. 
   — Jest pan uprzejmy bardzo — rzekł sztywno. 
   — Proszę pana, nie będę przed panem niczego ukrywał. Wobec stanu zawieszenia, jaki panuje w kraju od czasu 
męczeńskiej śmierci świętej pamięci najłaskawszego króla Nicholasa Czwartego, nie ulega kwestii, Ŝe nastał czas 
restauracji monarchii. 
   — Amen — mruknął Anthony. — Tak, słyszę, słyszę. 
   — Tron obejmie Jego Wysokość ksiąŜę Michael, który poparciem rządu brytyjskiego cieszy się. 
   — Świetnie — odrzekł Anthony. — Bardzo pan łaskaw, Ŝe mi to wszystko mówi. 
   — Cała sprawa zaplanowana jest, i wtedy pan przybywa, Ŝeby robić kłopoty. 
   — Drogi baronie… — zaprotestował Anthony. 
   — Tak, tak, wiem, co mówię. Ma pan ze sobą pamiętniki zmarłego hrabiego Stylptitcha. 
   Utkwił w Anthonym oskarŜycielski wzrok. 
   — A jeŜeli tak, to co z tego? Co mają wspólnego pamiętniki hrabiego Stylptitcha z księciem Michaelem? 
   — Wywołają skandal. 
   — PrzewaŜnie z pamiętnikami tak się dzieje — powiedział Anthony uspokajającym tonem. 
   — O wielu tajemnicach wiedział on. JeŜeli ujrzy światło dzienne choć jedna czwarta tego, Europa w wojnie moŜe się 
pogrąŜyć. 
   — Zaraz, zaraz — powiedział Anthony. — Na pewno nie będzie tak źle. 
   — Fatalna opinia o Obolovitchu rozprzestrzeni się w zagranicznych krajach. Bo przecieŜ tacy z Anglików 
demokraci! 
   — Mogę sobie wyobrazić — zaczął Anthony — Ŝe Obolovitch bywał czasem nieco arbitralny. Miał to we krwi. 
Anglicy zresztą uwaŜają, Ŝe to charakterystyczna cecha mieszkańców Bałkanów. Nie wiem, na jakiej podstawie tak 
sądzą, ale fakt jest faktem. 
   — Pan nic nie rozumie — oświadczył baron. — Pan w ogóle nic nie rozumie. A na moich ustach jest pieczęć. 
   — Westchnął cięŜko. 
   — Czego się pan właściwe obawia? — zapytał Anthony. 
   — Nie wiem, dopóki nie przeczytam pamiętników — wyznał szczerze baron. — Tam musi być coś. Ci wielcy 
dyplomaci są tacy niedyskretni. Zawsze narobią komuś bigosu, jak to się u was mówi. 
   — Głowę daję, proszę pana — oznajmił łagodnie Anthony — Ŝe podchodzi pan do sprawy zbyt pesymistycznie. — 
Wiem, jacy są wydawcy — siedzą na maszynopisach jak kura na jajach. Upłynie co najmniej rok, zanim ukaŜe się to w 
druku. 

background image

 

15 

   — Jest pan człowiekiem albo bardzo zakłamanym, albo łatwowiernym niezmiernie. Wszystko jest załatwione, by 
pamiętniki ukazały się natychmiast w niedzielnym wydaniu gazet. 
   — O! — Anthony był wyraźnie zaskoczony. — Ale pan przecieŜ moŜe wszystkiemu zaprzeczyć — powiedział w 
dobrej wierze. 
   Baron potrząsnął smętnie głową. 
   — Nie, nie, głupstwa pan plecie. Przejdźmy do rzeczy. Ma pan dostać tysiąc funtów, prawda? Sam pan widzi, jakie ja 
mam dobre informacje. 
   — Gratuluję lojalistom wydziału śledczego. 
   — Więc ja panu ofiarowuję tysiąc pięćset. Anthony popatrzył na niego, a potem potrząsnął odmownie głową. 
   — Obawiam się, Ŝe nic z tego — rzekł z Ŝalem. 
   — Hm. No to ja panu daję dwa tysiące. 
   — Kusi mnie pan, baronie, kusi mnie pan. Ale ja obstaję przy tym, Ŝe to niemoŜliwe. 
   — Pana suma, proszę wymienić. — Zdaje się, Ŝe nie pojmuje pan sytuacji. Jestem skłonny wierzyć panu bez 
zastrzeŜeń, Ŝe ma pan anielskie intencje i Ŝe te pamiętniki przyniosą szkodę. Ja jednakŜe wziąłem na siebie pewien 
obowiązek i muszę się z niego wywiązać. Rozumie pan? Nigdy na to nie pójdę, by strona przeciwna mogła mnie 
przekupić. To nie wchodzi w grę. 
   Baron słuchał z wielką uwagą. Pod koniec przemówienia Anthony’ego kiwnął głową kilka razy. 
   — Rozumiem. Honor Anglika, tak? 
   — Nie ująłbym tak tego — powiedział Anthony. 
   — Ale śmiem sądzić, Ŝe pomijając róŜnicę w sposobie wyraŜania się, mamy to samo na myśli. 
   Baron wstał z miejsca. 
   — Dla honoru angielskiego ogromny mam szacunek — oznajmił. — Spróbujemy w inny sposób. śyczę panu 
przyjemnego dnia. 
   Znowu strzelił obcasami, ukłonił się i sztywno wyprostowany wymaszerował z pokoju. 
   „Ciekawe, co on miał na myśli?” — zastanowił się Anthony. „Czy to była groźba? To się po mnie nie pokaŜe, Ŝebym 
się zląkł starego Lollipopa*. Pasuje do niego to nazwisko. Będę go nazywał baronem Lollipopem.” 
   Przespacerował się parę razy tam i z powrotem po pokoju, nie bardzo wiedząc, co ze sobą począć. Do ostatniego 
terminu dostarczenia pamiętnika miał jeszcze przeszło tydzień. Dziś był 5 października. Anthony zamierzał wręczyć go 
adresatowi w ostatnim momencie. Mówiąc prawdę, płonął chęcią przeczytania tych wspomnień. Chciał to zrobić na 
statku, ale zmogła go gorączka i nie miał nastroju do odcyfrowywania niewyraźnego, słabo czytelnego pisma, gdyŜ 
Ŝ

adna część nie była przepisana na maszynie. Teraz więc postanowił naocznie się przekonać, o co jest tyle szumu. 

   CiąŜył na nim ponadto jeszcze inny obowiązek. 
   Pod wpływem impulsu sięgnął po ksiąŜkę telefoniczną i zaczął szukać nazwiska Revel. Było sześć osób noszących to 
nazwisko: Edward Henry Revel, chirurg, zamieszkały przy Harley Street; James Revel i S–ka, rymarz; Lennox Revel, 
rezydencja Abbotbury, Hampstead; panna Mary Revel, mieszkanka Ealing; szanowna pani Timothy’owa Revel z Pont 
Street numer 487; i pani Willis Revel, Cadogan Square 42. Po wyeliminowaniu rymarza i panny Mary Revel pozostały 
do rozwikłania cztery nazwiska — zresztą kto moŜe zaręczyć, Ŝe właściwa pani Revel istotnie mieszka w Londynie? 
Zatrzasnął ksiąŜkę, potrząsając głową z dezaprobatą. 
   — Na razie zdajmy się na przypadek — powiedział. — Coś się na pewno wyklaruje. 
   Szczęście ludzi typu Anthony’ego Cade’a wynika z pewnym sensie z ich wiary w to, Ŝe je posiadają. Anthony miał 
okazję przekonać się o tym po niespełna półgodzinie, gdy przerzucał na dole pewien ilustrowany magazyn. Natrafił 
tam na fotografię z imprezy organizowanej przez księŜną Perth. Pod zdjęciem głównej postaci, kobiety przyodzianej w 
szatę Wschodu, widniał napis: „Szanowna pani Timothy’owa Revel jako Kleopatra. Przed ślubem pani Revel nosiła 
nazwisko Virginia Cawthron; jest córką lorda Edgbaslona.” 
   Anthony przyglądał się fotografii dłuŜszą chwilę, ściągając powoli usta, jakby miał zamiar zagwizdać. Następnie 
wyrwał całą stronę, złoŜył ją i wsunął do kieszeni. Wrócił na górę, otworzył walizkę i wyciągnął z niej pakiet listów. 
Wyjął z kieszeni złoŜoną stronicę i wsunął ją na samo dno. 
   Nagle jakiś dźwięk za jego plecami — odwrócił się gwałtownie. W progu stał męŜczyzna, typ człowieka, który w 
wyobraźni Anthony’ego mógł istnieć tylko jako chórzysta opery komicznej. Ponury typ z pękatą, ordynarną gębą, 
cofniętym podbródkiem i złym uśmiechem. 
   — Co pan tu, do diabła, robi? — zapytał Anthony. 
   — I kto panu pozwolił tutaj wejść? 
   — Wchodzę, gdzie mi się podoba — odparł przybysz. 
   — Głos miał gardłowy, mówił z obcym akcentem, choć potoczną angielszczyzną władał poprawnie. 
   Znowu jakiś mieszaniec, pomyślał Anthony. — Wynoś się pan, zrozumiano? — powiedział głośno. 
   Oczy męŜczyzny utkwione były w pliku listów, który Anthony trzymał w ręku. 
   — Wyniosę się dopiero wtedy, kiedy da mi pan to, po co przyszedłem. 
   — A po co pan przyszedł, jeśli wolno spytać? 
   MęŜczyzna zrobił krok do przodu. 
   — Po pamiętniki hrabiego Stylptitcha — wysyczał. 

background image

 

16 

   — Nie sposób traktować pana serio — powiedział Anthony. — Jest pan zdeklarowanym łobuzem. Ma pan kapitalne 
zagrywki. Kto pana tu przysłał? Baron Lollipop? 
   — Baron?… — MęŜczyzna wydobył z siebie dźwięk, na który składały się nieprzyjemnie brzmiące spółgłoski. 
   — Tak to pan artykułuje, no właśnie! Coś pomiędzy odgłosem płukania gardła a szczekaniem psa. Ja bym tego nie 
wymówił, moje struny głosowe nie są do tego przystosowane. Jestem więc zmuszony nazywać go Lollipop. To on pana 
tu przysłał, tak? 
   Przybysz gwałtownie zaprzeczył. Posunął się nawet tak daleko, Ŝe słysząc powyŜsze słowa splunął w sposób bardzo 
realistyczny. Po czym wyciągnął z kieszeni arkusz papieru i rzucił go na stół. 
   — Patrz pan — powiedział. — Patrz pan i drŜyj pan, cholerny Angliku! 
   Anthony spojrzał na ów papier z niejakim zainteresowaniem, nie zamierzając jednak spełnić tego drugiego polecenia. 
Na kartce papieru widniał zrobiony czerwonym ołówkiem nieudolny szkic ręki. 
   — Przypomina to rękę — zauwaŜył. — Ale jeśli pańskim zdaniem jest to kubistyczny obraz przedstawiający zachód 
słońca na Biegunie Północnym, chętnie przyznam panu rację. 
   — Jest to godło Towarzyszy Czerwonej Ręki. Ja jestem Towarzyszem Czerwonej Ręki. 
   — Co pan mówi?! — powiedział Anthony, spoglądając na niego z coraz większym zainteresowaniem. — Czy inni 
towarzysze są do pana podobni? Ciekawe, co by na to powiedziało Towarzystwo Eugeniczne. 
   MęŜczyzna bruknął coś z wściekłością. 
   — Pies! — powiedział. — Gorzej niŜ pies. Płatny niewolnik zgrzybiałego monarchy. Niech pan da te pamiętniki, a 
włos z głowy panu nie spadnie. Braterstwo są wielce łaskawi. 
   — Bardzo to szlachetnie z ich strony — rzekł Anthony. — Obawiam się jednak, Ŝe zarówno pańskie, jak i ich 
poczynania są wynikiem nieporozumienia. Ja otrzymałem bowiem polecenie dostarczenia rękopisu nie pańskiemu 
sympatycznemu Towarzystwu, lecz określonej firmie wydawniczej. 
   — Ha! — Facet roześmiał się głośno. — Czy pan uwaŜa, Ŝe pozwolimy panu dotrzeć Ŝywcem do tej firmy? Dość tej 
durnej paplaniny. Oddaj rękopis albo strzelam! 
   Wyciągnął rewolwer i wymachiwał nim w powietrzu. 
   Lecz nie docenił Anthony’ego Cade’a. Nie przywykł widocznie do ludzi działających błyskawicznie, szybciej, niŜ 
zdąŜą pomyśleć. Anthony nie czekał, aŜ facet w niego wyceluje. Niemal z taką szybkością, z jaką tamten wyciągnął 
broń z kieszeni, skoczył i wytrącił mu ją z ręki. Siła ciosu była taka, Ŝe drab okręcił się w kółko, pokazując plecy 
swemu napastnikowi. 
   Szansa była zbyt wielka, by ją przegapić. Jednym dobrze wymierzonym kopniakiem wyprowadził gościa przez próg 
na korytarz, gdzie ten runął jak kłoda. 
   Anthony wyszedł za nim, ale dzielny Towarzysz Czerwonej Ręki miał juŜ wyraźnie wszystkiego dość. Poderwał się 
szybko na nogi i uciekł korytarzem. Anthony nie miał zamiaru go ścigać — wrócił do swego pokoju. 
   „Tyle, jeśli idzie o Towarzyszy Czerwonej Ręki”, stwierdził w duchu. „Wygląd malowniczy, ale nie wytrzymują 
akcji bezpośredniej. Ciekawe, jak się ten typ tu dostał. Jedno nie ulega teraz najmniejszej wątpliwości — nie będzie to 
taki łatwy orzech do zgryzienia, jak przypuszczałem. Stoczyłem juŜ potyczkę zarówno z lojalistami, jak i z Partią 
Rewolucyjną. Niebawem, jak sądzę, wyślą do mnie swoich delegatów narodowcy i niezaleŜni liberałowie. Rzecz jest 
bezdyskusyjna: dziś wieczorem zabiorę się za ten rękopis.” 
   Spojrzawszy na zegarek Anthony przekonał się, Ŝe dochodzi dziewiąta, i postanowił zjeść kolację na miejscu. Nie 
przewidywał juŜ Ŝadnych niespodziewanych wizyt, ale czuł, Ŝe powinien trwać na posterunku. Nie zamierzał dopuścić 
do tego, by jego walizka została ograbiona, w czasie gdy on będzie się posilał w barze na dole. Zadzwonił, poprosił o 
jadłospis, wybrał parę dań i zamówił butelkę chambertina. Kelner przyjął zamówienie i wycofał się. 
   Anthony, czekając na kolację, wydostał paczkę z rękopisem i połoŜył ją na stole obok listów. 
   Rozległo się pukanie do drzwi i wszedł kelner pchając przed sobą mały stolik z nakryciem. Anthony skierował się w 
stronę kominka. Stał przy nim, plecami do pokoju, a twarzą do lustra, i zauwaŜył, wpatrując się w lustro pilnie, bardzo 
dziwną rzecz. 
   Oczy kelnera utkwione były w rękopis. Rzuciwszy wzrokiem w prawo i lewo, widząc Anthony’ego odwróconego 
doń plecami, trwającego w nie zmienionej pozycji, okrąŜył po cichutku stół. Ręce mu drŜały, zwilŜał językiem 
wyschnięte wargi. Anthony przyjrzał mu się dokładniej. Był to wysoki męŜczyzna, giętki na kelnerską modłę, mocno 
opalona, ruchliwa twarz. „Włoch”, pomyślał Anthony, „nie Francuz.” 
   W momencie krytycznym Anthony obrócił się niespodziewanie. Kelner lekko drgnął, ale udawał, Ŝe coś robi przy 
solniczce. 
   — Jak się nazywasz? — zapytał z nagła Anthony. 
   — Giuseppe, monsieur. 
   — Włoch, tak? 
   — Tak, monsieur. 
   Anthony zagadnął go w tym języku i męŜczyzna odpowiedział dość płynnie. W końcu Anthony odprawił go 
skinieniem głowy, lecz cały czas, gdy jadł wspaniałe potrawy, zaserwowane mu przez Giuseppego, myślał 
intensywnie. 

background image

 

17 

   CzyŜby się pomylił? MoŜe zainteresowanie kelnera rękopisem było zwykłym wścibstwem? Niewykluczone, ale na 
wspomnienie jego nerwowego podniecenia Anthony zmienił zdanie. W kaŜdym razie bardzo go ta sprawa 
zaintrygowała. 
   — A niech to licho porwie — powiedział sam do siebie. — PrzecieŜ nie kaŜdy musi polować na ten przeklęty 
rękopis! MoŜe mam po prostu bujną wyobraźnię? 
   Zjadł kolację, a gdy uprzątnięto naczynia, zabrał się do czytania pamiętników. PoniewaŜ nieboszczyk hrabia miał 
bardzo niewyraźny charakter pisma, lektura szła Anthony’emu dość powoli. Częstotliwość jego ziewnięć podejrzanie 
się zwiększyła. W końcu przy czwartym rozdziale dał sobie spokój. 
   Jak dotąd pamiętniki te były nie do zniesienia nudne, o Ŝadnym, nawet najmniejszym skandalu nie mogło być mowy. 
   Zebrał listy i wraz z opakowaniem rękopisu, znajdującym się obok na stole, schował je do walizki. Następnie 
zamknął drzwi na klucz i jako dodatkową ochronę przystawił do nich krzesło. Na krześle postawił przyniesioną z 
łazienki karafkę. 
   Popatrzył na swoje dzieło z niejaką dumą, po czym rozebrał się i połoŜył do łóŜka. Rzucił jeszcze okiem na 
pamiętniki hrabiego, czując jednak, Ŝe powieki same mu się zamykają. Wsunął rękopis pod poduszkę, zgasił światło i 
niemal natychmiast zapadł w sen. 
   Po mniej więcej czterech godzinach nagle się obudził. Pod wpływem czego, nie miał pojęcia, moŜe obudził go jakiś 
dźwięk, moŜe przeczucie zbliŜającego się niebezpieczeństwa, instynkt silnie rozwinięty u ludzi o tak bujnym 
Ŝ

yciorysie. 

   Przez chwilę leŜał nieruchomo, starając się uporządkować wraŜenia. Uszu jego dobiegł ledwo słyszalny szelest i 
wtedy uświadomił sobie gęstniejącą ciemność między łóŜkiem a oknem, na podłodze, przy walizce. Anthony 
gwałtownie wyskoczył z łóŜka i zapalił światło. Klęcząca postać poderwała się. 
   To był kelner Giuseppe. W jego prawej ręce błyszczał długi, cienki nóŜ. Rzucił się na Anthony’ego, który zdawał juŜ 
sobie sprawę z grozy sytuacji. Nie miał broni, Giuseppe zaś potrafił na pewno zrobić uŜytek ze swojej. 
   Anthony uskoczył w bok i nóŜ Giuseppa trafił w próŜnię. W następnej minucie obaj męŜczyźni w zwartym uścisku 
turlali się po podłodze. Anthony skoncentrował całą swą uwagę na tym, by nie puszczać prawej ręki Giuseppego, 
uniemoŜliwiając mu tym samym posłuŜenie się noŜem. Powoli wykręcał mu rękę do tylu. W tym samym momencie 
poczuł, Ŝe Włoch drugą ręką ściska go za gardło, dusi go. Ale mimo to tym rozpaczliwiej wykręcał mu do tyłu prawe 
ramię. 
   Padający na podłogę nóŜ zadźwięczał przenikliwie. W tym samym czasie Włoch wyśliznął się giętkim ruchem z 
uchwytu Anthony’ego. Anthony teŜ zerwał się na równe nogi, ale popełnił błąd, bo skoczył ku drzwiom, by odciąć 
Giuseppemu drogę ucieczki. Zbyt późno zauwaŜył, Ŝe krzesło i karafka stały na tym samym miejscu. 
   Giuseppe wszedł przez okno i przez to samo okno teraz uciekł. W chwili, gdy Anthony skierował się ku drzwiom, 
Włoch wyskoczył na balkon, przeskoczył na balkon sąsiedni i zniknął w sąsiednim oknie. 
   Anthony wiedział, Ŝe pogoń za nim nie ma najmniejszego sensu. Droga jego odwrotu była niewątpliwie dobrze 
obstawiona. Anthony popadłby jedynie w dodatkowe tarapaty. 
   Podszedł do łóŜka, sięgnął pod poduszkę i wyciągnął pamiętniki. Całe szczęście, Ŝe były tam, a nie w walizce. A 
potem otworzył walizkę i zajrzał do środka, by wyjąć listy. 
   Zaklął pod nosem. 
   Listów w walizce nie było. 
 
ROZDZIAŁ SZÓSTY 
SZLACHETNA SZTUKA SZANTAśU 
    
   Była dokładnie za pięć czwarta, kiedy Virginia Revel, której obecna punktualność wynikała z prostej ciekawości, 
wróciła do domu mieszczącego się przy Pont Street. Otworzyła drzwi kluczem i weszła do hallu, gdzie natychmiast 
złoŜył jej meldunek flegmatyczny Chilvers: 
   — Przepraszam panią, ale pewna… pewna osoba złoŜyła pani wizytę. 
   W pierwszej chwili Virginia nie zwróciła uwagi na subtelną frazeologię, w jaką Chilvers przystroił swoją 
wypowiedź. 
   — Pan Lomax? Gdzie on jest? W salonie? 
   — O nie, proszę pani, nie pan Lomax. — W głosie Chilversa dał się wyczuć ton wyrzutu. — Osoba ta… Niechętnie 
go wpuściłem, ale powiedział, Ŝe ma bardzo waŜną sprawę… ma to związek ze świętej pamięci kapitanem. Tak 
zrozumiałem. Dlatego przypuszczał, Ŝe zechce go pani przyjąć. Wprowadziłem go… do gabinetu. 
   Virginia stała chwilę zbierając myśli. Była juŜ wdową od ładnych paru lat, fakt zaś, Ŝe rzadko wspominała swego 
małŜonka, niektórzy odbierali w ten sposób, iŜ ów pozornie beztroski styl bycia kryje wciąŜ krwawiącą ranę. Inni znów 
tłumaczyli to wręcz odwrotnie, Ŝe Virginia nigdy w istocie nie przepadała za Timem Revelem i Ŝe demonstrowanie 
smutku, którego nie czuła, byłoby czystą obłudą. 
   — Muszę zaznaczyć, madame — kontynuował Chilvers — Ŝe ten człowiek sprawia wraŜenie cudzoziemca. 

background image

 

18 

   Ciekawość Virginii nieco się powiększyła. Jej małŜonek pracował w dyplomacji i tuŜ przed sensacyjnym 
morderstwem króla i królowej Herzoslovakii byli oboje z męŜem w tym kraju. Ów męŜczyzna to prawdopodobnie 
Herzoslovak, jakiś stary sługa, który znalazł się w potrzebie. 
   — Dobrze zrobiłeś, Chilvers — powiedziała kiwnąwszy aprobująco głową. — Mówisz, Ŝe wprowadziłeś go do 
gabinetu? 
   Przeszła przez hali lekkim, tanecznym krokiem i otworzyła drzwi do małego pokoju sąsiadującego z jadalnią. 
   Gość siedział na fotelu przy kominku. Gdy weszła, uniósł się z miejsca i stał ze wzrokiem w nią utkwionym. Virginia 
miała doskonałą pamięć do twarzy i była absolutnie pewna, Ŝe nigdy przedtem nie widziała tego człowieka. Przybysz 
był ciemnowłosy, wysokiego wzrostu, dobrze zbudowany i nie ulegało kwestii, Ŝe to cudzoziemiec. Według niej 
jednak nie słowiańskiego pochodzenia. Określiła go w myślach jako Włocha albo Hiszpana. 
   — Pan chciał się ze mną widzieć? — zapytała. — Jestem Virginia Revel. 
   Minutę lub dwie męŜczyzna milczał. Przyglądał się jej, jakby poddając ją skrupulatnym oględzinom. Jego sposób 
bycia cechowała tajona bezczelność, którą Virginia od razu wyczuła. 
   — Proszę mi wyjawić cel pańskiego przybycia — rzekła z nutą zniecierpliwienia. 
   — Pani jest panią Revel? Panią Timothy’ową Revel? 
   — Tak. JuŜ to panu powiedziałam. 
   — No właśnie. Bardzo dobrze, Ŝe zgodziła się pani mnie przyjąć. W przeciwnym wypadku, jak wspomniałem pani 
lokajowi, będę zmuszony załatwić sprawę z pani męŜem. Virginia spojrzała na niego ze zdziwieniem, ale coś jej kazało 
powstrzymać się od ostrych słów, które cisnęły się jej na usta. Ograniczyła się do suchej uwagi: 
   — Miałby pan z tym niejakie trudności. 
   — Nie sądzę. Jestem bardzo uparty. Ale przejdźmy do rzeczy. Czy pani to poznaje? 
   Machnął jej czymś przed oczami. Virginia spojrzała na to coś bez specjalnego zainteresowania. 
   — MoŜe mi pani powiedzieć, madame, co to jest? 
   — Wygląda na list — odparła, będąc juŜ teraz przekonana, Ŝe ma do czynienia z człowiekiem niespełna rozumu. 
   — I zauwaŜyła pani chyba, do kogo jest adresowany? — zapytał wiele znaczącym tonem, wyciągając w jej stronę 
kopertę. 
   — Owszem — odparła uprzejmie. — Do kapitana O’Neilla zamieszkałego w ParyŜu przy Rue de Quenelles 
piętnaście. 
   MęŜczyzna szukał zachłannie w jej twarzy czegoś, czego nie znajdował. 
   — Niech pani przeczyta. 
   Virginia wzięła od niego kopertę, wyjęła list, rzuciła nań okiem i niemal natychmiast zwróciła mu kartkę papieru. 
   — To prywatny list, na pewno nie przeznaczony dla moich oczu. 
   MęŜczyzna roześmiał się sardonicznie. 
   — Gratuluję pani znakomitego aktorstwa. Świetnie odgrywa pani swoją rolę. Mimo to jednak nie wyprze się pani 
chyba własnego podpisu? 
   — Podpisu? 
   Przerzuciła stronicę i oniemiała ze zdumienia. Podpis wykonany drobnym, pochyłym charakterem pisma brzmiał: 
Virginia Revel. Dławiąc okrzyk zdziwienia, który wyrywał jej się z gardła, wróciła do początku listu i przeczytała go 
uwaŜnie od pierwszej do ostatniej linijki. Stała potem chwilę pogrąŜona w myślach. Treść listu określała niewątpliwie 
charakter wizyty. 
   — Co pani na to, madame? — zapytał męŜczyzna. — To pani nazwisko widnieje na końcu, prawda? 
   — Tak — odparła Virginia. — Moje. — Ale nie mój charakter pisma, mogłaby dodać. Zamiast tego zwróciła się do 
gościa z promiennym uśmiechem: — MoŜe usiądziemy — powiedziała uprzejmym tonem — i omówimy całą sprawę? 
   MęŜczyzna wyraźnie się zmieszał. Nie spodziewał się po niej takiego zachowania. Instynkt mu podpowiadał, Ŝe ona 
wcale się go nie boi. 
   — Przede wszystkim chciałabym się dowiedzieć, w jaki sposób pan mnie odnalazł. 
   — To nie nastręczało trudności. 
   Wyjął z kieszeni stronę wydartą z ilustrowanego magazynu i wręczył Virginii. Anthony Cade rozpoznałby ją od razu. 
   Zwróciła mu tę stronicę z świadczącym o zadumie, lekkim zmarszczeniem brwi. 
   — Tak —: powiedziała — rzeczywiście było to łatwe. 
   — Jak się pani zapewne domyśla, nie jest to jedyny list. Mam równieŜ inne. 
   — O BoŜe — rzekła Virginia — wygląda na to, Ŝe byłam potwornie nierozwaŜna. 
   Ponownie zauwaŜyła, Ŝe jej lekki ton wprawił go w zdumienie. Jak na razie świetnie się bawiła. 
   — W kaŜdym razie — ciągnęła, słodko się do niego uśmiechając — bardzo to uprzejme z pańskiej strony, Ŝe 
pofatygował się pan, by mi zwrócić te listy. 
   Upłynęła dłuŜsza chwila, zanim głos wydobył mu się z gardła: — Jestem biednym człowiekiem, proszę pani — 
powiedział w końcu przydając głosowi powagi. 
   — Co, jak ludzie powiadają, ułatwi panu niewątpliwie wstęp do królestwa niebieskiego. 
   — Nie stać mnie na to, Ŝeby zwrócić pani te listy za darmo. 
   — Zachodzi tu powaŜne nieporozumienie. Te listy naleŜą do osoby, która je pisała. 

background image

 

19 

   — Niby tak, proszę pani, ale w tym kraju jest takie powiedzonko: „Posiadanie stwarza korzystną sytuację prawną”. 
Czy w takim razie zamierzałaby się pani odwołać do pomocy prawa? 
   — Prawo jest surowe wobec szantaŜystów — przypomniała mu Virginia. 
   — Nie jestem frajerem, proszę pani. Czytałem te listy — pisała je kobieta do swego kochanka, drŜąc ze strachu, Ŝeby 
mąŜ o niczym się nie dowiedział. Czy pani chce, bym je pokazał pani męŜowi? 
   — Pewnej ewentualności nie wziął pan pod uwagę. Listy te były pisane parę lat temu. MoŜe w tym czasie 
owdowiałam? 
   Potrząsnął głową przekonany o swej racji. 
   — Gdyby tak było, gdyby nie miała pani powodu do obaw, nie siedzielibyśmy tutaj i nie omawiali problemu. 
   Virginia uśmiechnęła się. 
   — Jaką proponuje pan cenę? — zapytała tonem biznesmena. 
   — Za tysiąc funtów wręczę pani cały pakiet listów. Moje Ŝądania są bardzo skromne, wie pani, nie lubię takich 
spraw… 
   — Ani mi się śni dawać panu tysiąc funtów — oświadczyła Virginia zdecydowanym tonem. 
   — Nie zamierzam się targować, proszę pani. Tysiąc funtów i listy są pani. 
   Virginia zastanowiła się chwilę. 
   — Proszę mi dać czas do namysłu. Nie będzie mi łatwo zgromadzić taką sumę. 
   — MoŜe dostanę kilka funtów zaliczki, powiedzmy, pięćdziesiąt, i zgłoszę się za parę dni? 
   Spojrzała na zegar. Było pięć po czwartej i wydało się jej, Ŝe słyszy dzwonek. 
   — Dobrze — powiedziała z pośpiechem. — Niech pan przyjdzie jutro, ale o późniejszej porze. Około szóstej. — 
Podeszła do stojącego przy ścianie biurka, otworzyła jedną z szuflad i wyciągnęła garść banknotów. — Tu jest jakieś 
czterdzieści funtów. Musi panu wystarczyć. 
   Rzucił się chciwie na pieniądze. 
   — A teraz proszę juŜ iść — rzekła Virginia. 
   Posłusznie opuścił pokój. Przez otwarte drzwi Virginia dostrzegła w hallu George’a Lomaxa, którego Chilvers 
wprowadzał właśnie na górę. Gdy trzasnęły frontowe drzwi, Virginia zawołała: 
   — Wejdź, George! Chilvers, bądź taki dobry i przynieś nam tutaj herbatę. 
   Otworzyła na ościeŜ oba okna — i gdy George Lomax wszedł do pokoju, stała wyprostowana, oczy miała rozbiegane 
i rozwiane przez wiatr włosy. 
   — Za chwilę zamknę, George, ale musiałam wywietrzyć pokój. ZauwaŜyłeś w hallu szantaŜystę? 
   — Kogo? 
   — SzantaŜystę, George. Szan–ta–Ŝys–tę! Tego, który szantaŜuje. 
   — Moja droga, zachowuj się powaŜnie! 
   — Jestem jak najbardziej powaŜna! 
   — Ale kogo on tu przyszedł szantaŜować? 
   — Mnie. 
   — Coś ty takiego zrobiła, moja droga Virginio? 
   — OtóŜ właśnie. Tak się składa, Ŝe przynajmniej tym razem nie mam nic na sumieniu. Ten człowiek pomylił mnie z 
kimś innym. 
   — Przypuszczam, Ŝe zadzwoniłaś na policję? 
   — Nie. UwaŜasz, Ŝe powinnam była? 
   — Hm… — George namyślał się głęboko. — Nie, raczej nie, chyba słusznie postąpiłaś. Mogłabyś się wplątać w 
nieprzyjemną historię. ZaŜądano by na przykład, byś udowodniła… 
   — Bardzo by mi to odpowiadało — oświadczyła. — Strasznie bym chciała stanąć przed obliczem sądu, 
przekonałabym się wtedy, czy sędziowie istotnie płatają takie podłe psikusy, o jakich czyta się w ksiąŜkach. Byłoby to 
fascynujące. Przed paroma dniami byłam na Vine Street, by się dowiedzieć o moją brylantową broszkę, którą 
zgubiłam; urzędował tam kapitalny, uroczy inspektor, nigdy nie spotkałam bardziej czarującego męŜczyzny. 
   George przeczekiwał zazwyczaj wszelkie tego typu dywagacje. 
   — Ale co zrobiłaś z tym łajdakiem? 
   — No więc George… pozwoliłam mu na to. 
   — Na co?! 
   — Na szantaŜowanie mnie. 
   Na twarzy George’a odmalowało się tak bezgraniczne przeraŜenie, Ŝe Virginia aŜ przygryzła dolną wargę. 
   — Chcesz przez to powiedzieć, czy dobrze cię zrozumiałem, Ŝe nie wyprowadziłaś go z błędu? 
   Virginia kiwnęła głową, spoglądając na niego z ukosa. 
   — Wielkie nieba, Virginio! Ty chyba oszalałaś! 
   — Faktycznie, moŜesz odnieść takie wraŜenie. 
   — Ale dlaczego? Na litość boską dlaczego? 

background image

 

20 

   — Z kilku powodów. Zacznę od tego, Ŝe robił to bardzo ładnie, to znaczy ładnie mnie szantaŜował… Nie cierpię 
przerywać artystom, którzy tak dobrze wykonują swoją pracę. A poza tym, widzisz, nikt mnie jeszcze nigdy nie 
szantaŜował… 
   — Mam nadzieję. 
   — I chciałam się przekonać, jak człowiek się czuje w takiej sytuacji. 
   — Na próŜno staram się pojąć, o co ci chodzi. 
   — Wiedziałam, Ŝe mnie nie zrozumiesz. 
   — Nie dałaś mu chyba pieniędzy? 
   — Trochę drobnych — przyznała Virginia pokornym tonem. 
   — Ile? 
   — Pięćdziesiąt funtów. 
   — Virginio! 
   — Mój drogi, to zaledwie tyle, ile mnie kosztuje suknia wieczorowa. Kupno nowego doświadczenia jest tak samo 
ekscytujące, jak kupno nowej sukni, albo nawet bardziej. 
   George Lomax potrząsnął tylko głową, i w tym momencie pojawił się Chilvers z dzbankiem herbaty, co 
powstrzymało George’a przed wypowiedzeniem paru gorzkich słów ilustrujących stan jego uczuć. Gdy herbata stalą 
juŜ na stole i zwinne palce Virginii sięgnęły po cięŜki, srebrny czajniczek, znowu wróciła do tematu: 
   — Kierował mną jeszcze jeden motyw, George, bardziej oczywisty i świadczący o dobrych intencjach. Nas, kobiety, 
uwaŜa się często za jędze, tymczasem dziś po południu wyświadczyłam innej kobiecie powaŜną przysługę. Ten 
człowiek nie zamierza z pewnością szukać innej Virginii Revel. Jest przekonany, Ŝe ma ptaszka w garści. Biedne 
stworzenie, kiedy pisała ten list, musiała się panicznie bać. Dla pana szantaŜysty byłoby to najłatwiejsze zadanie w jego 
Ŝ

yciu. Teraz, jednak, choć o tym nie wie, ma twardy orzech do zgryzienia. Wchodząc do gry z przewagą nienagannego 

Ŝ

ycia, zabawię się tym łajdakiem i doprowadzę go do zguby, jak piszą w ksiąŜkach. Podstęp, George, wezmę go 

podstępem! George wciąŜ potrząsał głową z niedowierzaniem. 
   — Nie podoba mi się to — powiedział z naciskiem. — Bardzo mi się nie podoba. 
   — Nie przejmuj się, kochanie. Ale nie przyszedłeś tutaj, aby rozmawiać o szantaŜystach. Właśnie, po co przyszedłeś? 
Prawidłowa odpowiedź brzmiałaby: „śeby zobaczyć ciebie”. Z akcentem na słowie „ciebie”, ponadto znaczący uścisk 
dłoni, chyba Ŝe jadłbyś przypadkiem grubo posmarowaną masłem bułkę, i w takiej sytuacji musiałbyś operować tylko 
wzrokiem. 
   — OtóŜ to, przyszedłem, Ŝeby cię zobaczyć — rzekł powaŜnie. — I cieszę się, Ŝe jesteś sama. 
   — Och, George, tak mnie zaskakujesz — powiedziała przełykając rodzynek. 
   — Chcę cię prosić o pewną przysługę. Zawsze uwaŜałem cię za kobietę niesłychanie czarującą. 
   — Och, George! 
   — A takŜe niesłychanie inteligentną. 
   — Coś takiego! Jak dobrze ten pan mnie zna! 
   — Moja droga, jutro przybywa do Anglii pewien młody człowiek, z którym chciałbym, Ŝebyś się spotkała. 
   — W porządku, George, ale to twój gość, Ŝeby nie było nieporozumień. 
   — Gdybyś zechciała, mogłabyś, a jestem o tym przekonany, wypróbować na nim swój niebywały wdzięk. 
   Virginia przechyliła głowę nieco na bok. 
   — George, kochanie, jak ci wiadomo, nie traktuję mego wdzięku profesjonalnie. Wielu ludzi darzę sympatią i wielu 
ludzi lubi mnie. Nie wyobraŜam sobie jednak, bym z zimną krwią przystąpiła do czarowania bezbronnego 
cudzoziemca. To nie w moim stylu, George, stanowczo nie w moim stylu. Istnieją zawodowe kusicielki, które zrobią to 
lepiej ode mnie. 
   — To nie wchodzi w rachubę, Virginio. Ten młody człowiek, zresztą Kanadyjczyk, nazywa się McGrath… 
   — Kanadyjczyk szkockiego pochodzenia — wydedukowała bezbłędnie. 
   — … i jest prawdopodobnie zupełnie nie przyzwyczajony do przebywania w wyŜszych sferach Anglii. Bardzo by mi 
zaleŜało, Ŝeby ocenił wdzięk i dystynkcję prawdziwej angielskiej damy. 
   — To znaczy mnie? 
   — OtóŜ to. 
   — Dlaczego? 
   — Słucham? 
   — Pytam dlaczego? Nie reklamujesz czaru prawdziwie angielskiej damy wobec kaŜdego kanadyjskiego przybłędy, 
który postawi stopę na Wyspach Brytyjskich. Co się za tym kryje, George? Mówiąc brutalnie, co ty z tego masz? 
   — To w Ŝadnym razie ciebie nie dotyczy. 
   — Nie będę spędzać z kimś wieczoru, uwodzić kogoś, dopóki nie poznam dokładnych przyczyn tego 
przedsięwzięcia. 
   — Stosujesz bardzo oryginalną interpretację, Virginio. Ktoś mógłby pomyśleć… 
   — A nie mógłby? No, George, powiedz mi coś więcej na ten temat. 

background image

 

21 

   — Kochanie, w pewnym kraju Europy Środkowej panuje od niedawna dość napięta sytuacja. Jest rzeczą niezmiernie 
waŜną — z przyczyn pozamaterialnej natury — by tego pana… hm… McGratha przekonać, Ŝe restauracja monarchii w 
Herzoslovakii jest bezwzględnym warunkiem pokoju w Europie. 
   — Ten fragment o pokoju w Europie to bzdura — powiedziała Virginia ze spokojem — ale ja zawsze jestem za 
monarchią, szczególnie jeśli idzie o naród tak malowniczy jak Herzoslovacy. Ty wprowadzisz króla na tron 
Herzoslovakii, tak? Kto nim będzie? 
   George ociągał się z odpowiedzią, zdawał sobie jednak sprawę, Ŝe się od niej nie wymiga. Rozmowa nie przebiegała 
tak, jak ją sobie zaplanował. WyobraŜał sobie, Ŝe Virginia okaŜe się posłuszną, pojętną wykonawczynią, chwytającą w 
lot jego aluzje i nie zadającą zbędnych pytań. Rzeczywistość okazała się całkiem inna. Virginia domagała się 
stanowczo informacji, tego zaś George, mając powaŜne zastrzeŜenia co do kobiecej dyskrecji, chciał za wszelką cenę 
uniknąć. Omylił się. Virginia nie nadawała się do tego typu spraw. Mogła przysporzyć powaŜnych kłopotów. Jej 
relacja z rozmowy z szantaŜystą ogromnie go zaniepokoiła. NiezaleŜna osóbka, która nigdy niczego nie traktuje 
powaŜnie. 
   — KsiąŜę Michael Obolovitch — odparł, gdyŜ Virginia wyraźnie czekała na odpowiedź. — Ale proszę cię, niech to 
zostanie między nami. 
   — Nie bądź niemądry, George. Moc jest juŜ w prasie róŜnorodnych aluzji i artykułów wychwalających dynastię 
Obolovitchów, w których jest mowa o zamordowaniu Nicholasa Czwartego, jak gdyby był skrzyŜowaniem świętego z 
bohaterem, a nie małym człowieczkiem, otumanionym przez trzeciorzędną aktorkę. 
   George skrzywił się. Coraz bardziej był przekonany, Ŝe licząc na pomoc Virginii, popełnił wielki błąd. Musi ją czym 
prędzej odsunąć od tej sprawy. 
   — Masz rację, droga Virginio — powiedział pospiesznie i wstał, by się z nią poŜegnać. — Nie powinienem był ci 
tego proponować. Pragnęlibyśmy jednak, aby dominium podzielało nasz pogląd na kryzys u Herzoslovakii, a pan 
McGrath, jak sądzę, ma duŜe wpływy w kręgach dziennikarskich. Pomyślałem więc sobie, Ŝe byłoby całkiem rozsądne, 
gdybyś ty, jako zaciekła monarchistka, a przy tym osoba znająca kraj, spotkała się z nim. 
   — To ma być wytłumaczenie? 
   — Tak, lecz z tego widać, Ŝe on nie wzbudziłby twojego zainteresowania. 
   Virginia patrzyła na niego przez chwilę, po czym wybuchła śmiechem. 
   — George — powiedziała — jesteś kiepskim łgarzem! 
   — Virginio! 
   — Kiepskim, zdecydowanie kiepskim! Gdybym ja miała twoją zaprawę, sprokurowałabym o wiele lepszą wersję, 
bardziej wiarygodną. Ale ja wszystkiego się dowiem w tej kwestii, mój ty poczciwcze. MoŜesz być pewny. Tajemnica 
pana McGralha! Nie zdziwiłabym się, gdyby w czasie weekendu w „Chimneys” wpadło mi w ucho to i owo. 
   — W „Chimneys”? Jedziesz do „Chimneys”? 
   George nie potrafił ukryć zmieszania. Liczył na to, ze uda mu się w porę uprzedzić lorda Caterbama, by nie zapraszał 
Virginii. 
   — Dziś rano Bundle dzwoniła do mnie z zaprosinami — oznajmiła. 
   Lomax podjął ostatnią próbę: 
   — Będą nudy na pudy, tak mi się wydaje — rzekł. 
   — Nie w twoim guście, Virginio. 
   — Mój drogi, dlaczego nie powiesz mi prawdy i nie zaufasz mi? Nie jest jeszcze za późno. 
   — Powiedziałem ci prawdę — rzek! chłodno, nie patrząc na nią. — JuŜ lepiej — pochwaliła go Virginia. — Choć nie 
całkiem dobrze. Głowa do góry, George, zachowam się w „Chimneys” jak naleŜy, wypróbowując swój „niebywały 
wdzięk”, jak raczyłeś się wyrazić. śycie stało się nagle bardzo zajmujące. Po pierwsze, szantaŜysta, a potem George 
uwikłany w dyplomatyczne matlactwa. Czy opowie on wszystko pięknej kobiecie, która prosi z takim patosem, aby 
obdarzył ją zaufaniem? Nie, aŜ do ostatniej chwili nie odsłoni rąbka tajemnicy. Do widzenia, George. Spojrzyj na mnie 
czule, zanim odejdziesz! Nie? Och, George, kochanie, nie dąsaj się na mnie z tego powodu! 
   Gdy tylko George, stąpając cięŜko, przekroczył próg frontowych drzwi, Virginia pobiegła do telefonu. 
   Podała numer, otrzymała połączenie i poprosiła do aparatu lady Eileen Brent. 
   — To ty, Bundle? Jutro przyjeŜdŜam do „Chimneys”. Co? Będę się nudziła? Nie, nie będę. Bundle, Ŝadna siła mnie 
nie powstrzyma! Koniec, kropka! 
 
ROZDZIAŁ SIÓDMY 
PAN MCGRATH NIE PRZYJMUJE ZAPROSZENIA 
    
   Listy przepadły. 
   Uświadomiwszy sobie ten fakt, doszedł do wniosku, Ŝe nie pozostaje mu nic innego, jak tylko pogodzić się z losem. 
Anthony zdawał sobie sprawę, Ŝe nie będzie ścigać Giuseppego po korytarzach hotelu ,,Blitz”. Czyn taki wywołałby 
wielce niepoŜądany rozgłos, efekt zaś byłby prawdopodobnie ten sam. 

background image

 

22 

   Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, Ŝe Giuseppe pomylił listy, znajdujące się w oddzielnym opakowaniu, z 
pamiętnikiem. Było więc całkiem moŜliwe, Ŝe kiedy dostrzeŜe swoją pomyłkę, ponowi próbę zdobycia pamiętnika. Na 
tę okoliczność Anthony zamierzał solidnie się przygotować. 
   Przyszło mu równieŜ do głowy, by dać dyskretne ogłoszenie w sprawie zwrotu pakietu listów. Przy załoŜeniu, Ŝe 
Giuseppe jest emisariuszem Towarzyszy Czerwonej Ręki lub — co według Anthony’ego było bardziej prawdopodobne 
— funkcjonariuszem partii lojalistów, listy nie przedstawiały dla jego mocodawców Ŝadnej wartości i mógłby 
wykorzystać szansę otrzymania niewielkiej sumki za ich zwrot. 
   Przemyślawszy to sobie dokładnie, Anthony wrócił do łóŜka i spał snem spokojnym aŜ do rana. Nie przypuszczał, by 
Giuseppe miał ochotę na drugi skok tej samej nocy. Wstał nazajutrz z dokładnie juŜ obmyślanym planem kampanii. 
Zjadł dobre śniadanie, przejrzał gazety, w których pełno było wiadomości o nowych źródłach ropy naftowej w 
Herzoslovakii, po czym zaŜądał rozmowy z dyrektorem hotelu; będąc zaś Anthonym Cade’em, który umie postawić na 
swoim działając z przepojoną spokojem determinacją, osiągnął to, o co prosił. Dyrektor, Francuz, człowiek o 
niesłychanie uprzejmym sposobie bycia, przyjął go w swoim prywatnym gabinecie. 
   — Czym mogę panu słuŜyć, panie… McGrath? 
   — Przybyłem wczoraj po południu do pańskiego hotelu i zamówiłem kolację z dostawą do pokoju, a zaserwował mi 
ją kelner o imieniu Giuseppe… — przerwał. 
   — Owszem, mamy kelnera, który nosi to imię — przyznał obojętnie dyrektor. 
   — Uderzyło mnie coś w sposobie bycia tego człowieka, ale wówczas nie zastanawiałem się nad tym dłuŜej. W nocy 
natomiast obudziły mnie odgłosy skradania się. Zapaliłem światło i ujrzałem tegoŜ Giuseppego, jak przetrząsa moją 
skórzaną walizkę. 
   Dyrektor w jednej sekundzie przestał demonstrować obojętność. 
   — Pierwsze słyszę! — wykrzyknął. — Dlaczego wcześniej nikt mnie o tym nie powiadomił? 
   — Stoczyliśmy z kelnerem drobną potyczkę, nawiasem mówiąc, był uzbrojony, miał nóŜ. W efekcie on odniósł 
zwycięstwo, uciekając przez okno. 
   — Co pan potem zrobił? 
   — Sprawdziłem zawartość walizki. 
   — Co z niej zginęło? 
   — Nic… waŜnego — powiedział wolno Anthony. Dyrektor z westchnieniem odchylił się na oparcie krzesła. 
   — Całe szczęście — stwierdził — Ale pozwolę sobie wyrazić pogląd, Ŝe nie bardzo rozumiem pańską postawę. Nie 
podniósł pan alarmu? śeby ścigać złodzieja? 
   Anthony wzruszył ramionami. 
   — Jak juŜ panu powiedziałem, nic cennego mi nie ukradł. Zdaję sobie oczywiście sprawę, Ŝe formalnie rzecz biorąc, 
naleŜałoby zawiadomić policję. 
   Zamilkł, a dyrektor wymamrotał bez zbytniego entuzjazmu: 
   — NaleŜałoby zawiadomić policję… naturalnie. 
   — W kaŜdym razie byłem absolutnie pewny, Ŝe kelner dobrze obmyślił trasę swojej ucieczki, a skoro nic nie zginęło, 
po co zawracać głowę policji? 
   Dyrektor uśmiechnął się niewyraźnie. 
   — Widzę, Ŝe pan rozumie, iŜ bynajmniej nie marzę o kontakcie z policją. Z mojego punktu widzenia ma to zawsze 
fatalne skutki. JeŜeli gazety dobiorą się do jakiejś sprawy, która ma związek z duŜym, modnym hotelem, idą na całego, 
bo to się opłaca, bez względu na znikomą wagę problemu. 
   — OtóŜ właśnie — zgodził się Anthony. — Jak juŜ panu powiedziałem, nic cennego mi nie zginęło, i w pewnym 
sensie jest to szczera prawda. Nic, co przedstawiałoby jakąś wartość dla złodzieja; wszedł on jednak w posiadanie 
czegoś, co dla mnie jest ogromnie waŜne, 
   — Mianowicie? 
   — Listy, sam pan rozumie. 
   Wyraz boskiej wręcz dyskrecji, dostępnej tylko Francuzowi, zagościł na obliczu dyrektora 
   — Rozumiem — mruknął. — Doskonale rozumiem. Oczywiście, Ŝe to nie jest sprawa dla policji. 
   — W tej materii jesteśmy całkowicie zgodni. Ale chyba zdaje pan sobie sprawę, Ŝe mam szczery zamiar odzyskać te 
listy. W tej części świata, z której pochodzę, ludzie są przyzwyczajeni działać na własną rękę. Jedyne, czego od pana 
oczekują, to moŜliwie pełnej informacji o tym kelnerze. 
   — Nie widzę po lenni Ŝadnych przeszkód — powiedział dyrektor po chwili milczenia. — Nie od razu oczywiście, 
lecz jeśli pofatyguje się pan do mnie za pól godziny, wszystkie dane będą do pańskiej dyspozycji. 
   — Dziękuję panu uprzejmie. Bardzo mi odpowiada takie rozwiązanie. 
   Po upływie pół godziny Anthony stawił się w gabinecie i stwierdził, ze dyrektor nie rzuca słów na wiatr. Na kartce 
papieru wypisane były wszystkie istotne fakty dotyczące Ginseppego. 
   — Zgłosił się do nas jakieś trzy miesiące temu wykwalifikowany kelner, z duŜym doświadczeniem. Wszyscy byli z 
niego zadowoleni. Przebywał w Anglii od mniej więcej pięciu lat. 
   Obaj panowie przebiegli wzrokiem listę hoteli i restauracji, w których Włoch był zatrudniony. Pewien fakt wydał się 
Anthony’emu dość znaczący. W dwóch z wymienionych hoteli w czasie, w którym Giuseppe Manelli tam pracował, 

background image

 

23 

dokonano serii napadów rabunkowych, jednak na Włocha nie padł wówczas nawet cień podejrzenia. Mimo to fakt ów 
dawał do myślenia. 
   Czy Giuseppe był po prostu sprytnym złodziejem hotelowym? Czy przetrząsanie walizki Anthony’ego .wchodziło w 
zakres jego zwykłych czynności zawodowych? Mogło tak się zdarzyć, Ŝe w chwili gdy Anthony zapalił światło, 
Giuseppe miał w ręku pakiet z listami i automatycznie wsunął je do kieszeni, by mieć obie ręce wolne. W takim 
wypadku naleŜałoby to uznać za najzwyczajniejszy rozbój. 
   Przeciwko temu przemawiało wyraźne podniecenie Włocha poprzedniego wieczoru, gdy dostrzegł leŜące na stole 
papiery. Nie było tam pieniędzy ani Ŝadnych innych cennych przedmiotów, które mogłyby pobudzić zachłanność 
pospolitego złodzieja. 
   Tak, Anthony był przekonany, Ŝe Giuseppe jest narzędziem w rękach jakiejś zagranicznej agentury. Dzięki 
informacjom, jakich dostarczył mu dyrektor, dowie się moŜe czegoś o Ŝyciu prywatnym Włocha, co w ostatecznym 
rachunku pomoŜe mu trafić na jego ślad. Wziął tę kartkę papieru i wstał. 
   — Bardzo serdecznie panu dziękuję. Pytanie, przypuszczam, zupełnie zbędne: czy Giuseppe wciąŜ pracuje w tym 
hotelu? 
   Dyrektor uśmiechnął się. 
   — Jego łóŜko jest nie naruszone, ale wszystkie rzeczy są. Musiał uciec zaraz po tym, jak pana zaatakował. Moim 
zdaniem niewielką mamy szansę na ponowne zobaczenie Giuseppego. 
   — Tak teŜ i ja uwaŜam. No, to bardzo panu dziękuję. Na razie pozostanę w pańskim hotelu. 
   — śyczę, by pan osiągnął swój cel, chociaŜ mam po temu powaŜne wątpliwości. 
   — Ja zawsze z nadzieją patrzę w przyszłość. 
   Pierwsze, co Anthony uczynił, to przepytał paru kelnerów, którzy przyjaźnili się z Giuseppem, ale niewiele wniosło 
to do sprawy. Tak jak sobie zaplanował, napisał takŜe ogłoszenie i wysłał je do paru najbardziej poczytnych gazet. 
Zamierzał właśnie wyjść i udać się do restauracji, w której Giuseppe był poprzednio zatrudniony, gdy zadzwonił 
telefon. Anthony podniósł słuchawkę. 
   — Halo, kto mówi? 
   Matowy głos odpowiedział pytaniem: 
   — Czy mani przyjemność z panem McGrathem? 
   — Tak. Kim pan jest? 
   — Tu firma „Balderson i Hodgkins”. Proszę chwileczkę zaczekać. Połączę pana z panem Baldersonem. 
   „Nasi czcigodni wydawcy”, pomyślał Anthony. „CzyŜby się niepokoili? Niepotrzebnie. Jeszcze mam cały tydzień.” 
   Nagle wdarł mu się w ucho rześki głos: 
   — Halo! Czy to pan McGrath? 
   — Przy aparacie. 
   — Moje nazwisko Balderson, z firmy ,,Balderson i Hodgkins”. Co się dzieje z rękopisem? 
   — A co się ma dziać? — zapytał Anthony. 
   — Wszystko jest moŜliwe. Ja wiem, proszę pana, Ŝe przyjechał pan do tego kraju z Afryki Południowej. I w związku 
z tym nie jest pan w stanie zrozumieć sytuacji. Mogą być kłopoty z rękopisem, powaŜne kłopoty. Czasami Ŝałuję, Ŝe 
podjęliśmy się wydania pamiętników. 
   — Doprawdy? 
   — Proszę mi wierzyć, Ŝe tak jest. Obecnie chciałbym jak najszybciej dostać je w swoje ręce, by móc sporządzić parę 
kopii. Wówczas, jeŜeli oryginał zostanie zniszczony, cóŜ, niewielkie zmartwienie. 
   — O BoŜe — powiedział Anthony. 
   — Tak, zdaję sobie sprawę, Ŝe w pana uszach brzmi to absurdalnie. Lecz zapewniam pana, Ŝe nie docenia pan grozy 
sytuacji. Czynione są wysiłki, by nie dopuścić do tego, aby rękopis znalazł się w naszym biurze wydawniczym. Mówię 
panu zupełnie szczerze i bez przesady, Ŝe jeśli spróbuje pan osobiście dostarczyć nam ten rękopis, to ma pan jedną 
szansę na dziesięć dotarcia tutaj. 
   — Nie sądzę — rzekł Anthony.— Tam gdzie chcę dotrzeć, zawsze docieram. 
   — Kryją się za tym bardzo niebezpieczni ludzie. Przed miesiącem sam bym w to nie uwierzył. Powiadam panu, 
chciano nas przekupić, próbowano prośby i groźby, dopadał nas to jeden nicpoń, to drugi i juŜ w ogóle nie 
wiedzieliśmy, na jakim świecie Ŝyjemy. Moja rada, niech pan nie próbuje przynosić nam rękopisu. Jeden z naszych 
pracowników wpadnie do pana do hotelu i weźmie paczkę. 
   — A jak wiadoma szajka go załatwi? — spytał Anthony. 
   — To odpowiadać za to będziemy my, a nie pan. Pan oddał rękopis naszemu pracownikowi. Czek na… hm… tysiąc 
funtów, jaki jesteśmy zobowiązani panu wręczyć, otrzyma pan nie wcześniej niŜ w następną środę, zgodnie z 
warunkami umowy zawartej z wykonawcami testamentu świętej pamięci… hm… autora, wie pan, kogo mam na myśli, 
ale jeśli pan nalega, prześlę panu przez posłańca pieniądze z mojego konta. 
   Anthony zastanawiał się minutę lub dwie. Zamierzał zatrzymać pamiętniki aŜ do ostatniego dnia, bo chciał naocznie 
się przekonać, o co tyle szumu. Uświadamiał sobie jednak siłę argumentów wydawcy. 

background image

 

24 

   — No dobrze — powiedział z lekkim westchnieniem. — Zrobimy tak, jak pan proponuje. Proszę przysłać swego 
człowieka. I jeśli nie ma pan nie przeciwko temu, to wolałbym dostać ten czek, bo w następną środę moŜe mnie juŜ nie 
być w Anglii. 
   — Oczywiście, proszę pana. Jutro rano nasz pracownik stawi się w pańskim hotelu. Będzie rozsądniej, jeśli nie 
przyjdzie bezpośrednio z wydawnictwa. Nasz pan Holmes mieszka na południu Londynu. Zamiast do biura wstąpi 
najpierw do pana i da panu na piśmie potwierdzenie odbioru paczki. Radzę, Ŝeby dziś wieczór umieścił pan jej atrapę w 
sejfie dyrektora. Pańscy wrogowie dowiedzą się o tym, co powstrzyma ich przed napaścią na pana apartament. 
   — Słusznie, postąpię w myśl pana wskazówek. Anthony, głęboko zamyślony, odłoŜył słuchawkę. 
   Niebawem znowu podjął działania mające na celu zdobywanie wieści o ryzykancie Giuseppem. ‘Zawiódł się jednak 
na całej linii. Włoch pracował wprawdzie we wzmiankowanej restauracji, ale nikt nic nie wiedział ani o jego Ŝyciu 
prywatnym, ani o środowisku, w jakim się obracał. 
   — Dostanę cię, draniu — mruczał Anthony przez zęby. — Dostanę cię. To tylko kwestia czasu. 
   Jego druga noc w Londynie upłynęła nadzwyczaj spokojnie. 
   Nazajutrz o godzinie dziewiątej dostarczono mu do pokoju bilet wizytowy pana Holmesa, pracownika firmy 
wydawniczej „Balderson i Hodgkins”, po czym zjawił się na górze sam pan Holmes. Niewysoki blondyn o łagodnym 
sposobie bycia. Anthony wręczył mu rękopis, a w zamian otrzymał czek opiewający na tysiąc funtów. Pan Holmes 
włoŜył rękopis do przyniesionej ze sobą małej, brązowej torby, Ŝyczył Anthony’emu miłego dnia i wyszedł. Wszystko 
potoczyło się bez zakłóceń. 
   — A moŜe zamordują go po drodze? — mruknął pod nosem Anthony wyglądając bezmyślnie przez okno. — 
Ciekawe, bardzo ciekawe. 
   WłoŜył czek do koperty, napisał na kartce kilka linijek, dołączył ją do czeku i dokładnie kopertę zakleil. Jimmy, gdy 
spotkali się w Bulawayo, był raczej przy forsie i dał mu całkiem pokaźną zaliczkę, której Anthony do tej pory prawie 
nie naruszył. 
   — Jedna sprawa z głowy, ale druga nie — powiedział do siebie. — Jak na razie spartaczyłem robotę. Lecz klamka 
jeszcze nie zapadła. W stosownym przebraniu udam się teraz na Pont Street. 
   Spakował rzeczy, zszedł na dół i zapłacił rachunek, następnie polecił, by zaniesiono jego bagaŜ do taksówki. 
   Opłaciwszy sowicie wszystkich, którzy znaleźli się na jego drodze, aczkolwiek większość z nich niczym się nie 
przyczyniła do zapewnienia mu komfortu, juŜ, juŜ miał odjechać, gdy zobaczył małego boya zbiegającego po stopniach 
z listem do niego. 
   — Właśnie nadszedł w tej sekundzie, sir. Anthony z westchnieniem wysupłał jeszcze jednego szylinga. Taksówka 
stęknęła cięŜko i skoczyła do przodu ze straszliwym zgrzytem biegów, Anthony zaś otworzył kopertę. 
   Był to doprawdy interesujący dokument. Anthony musiał go przeczytać czterokrotnie, zanim zrozumiał, o co w nim 
chodzi. Po przełoŜeniu go na język potoczny (list nie był pisany językiem potocznym, tylko owym specyficznym, 
zagmatwanym stylem, typowym dla pism wychodzących spod pióra oficjeli) pojął, Ŝe wyraŜano w tym piśmie pogląd, 
iŜ pan McGrath przybywa z Afryki Południowej do Anglii dziś, we czwartek, Ŝe nawiązywano mętnie do pamiętników 
hrabiego Stylptitcha i proszono pana McGratha, aby przed poufną rozmową z panem George’em Loinaxem i innymi 
osobami, o których znaczeniu wspomniano mgliście, nic w kwestii pamiętników nie przedsiębrał. List ów zawierał 
takŜe jasno sprecyzowane zaproszenie do „Chimneys” na dzień następny, piątek, gdzie pan McGrath miał być gościem 
lorda Caterhama. 
   Tajemnicze przesianie, zupełnie niezrozumiałe, wprawiło Anthony’ego w dobry humor. 
   — Poczciwa stara Anglia — burknął z czułością. — Dwa dni po czasie, jak zwykle. Szkoda. Nie mogę jechać do 
„Chimneys” pod nie swoim nazwiskiem. Ciekawe, czy jest tam w pobliŜu jakiś hotelik? Pan Anthony Cade mógłby się 
tam zatrzymać bez zwracania niczyjej uwagi. Wychylił się z okna wozu i polecił taksówkarzowi jechać w innym 
kierunku, co ten skwitował pogardliwym chrząknięciom. 
   Taksówka zatrzymała się przed jednym z najbardziej ponurych londyńskich zajazdów. Opłata za przejazd 
dostosowana była jednak do rangi hotelu, sprzed którego wyruszyli. 
   Wynająwszy pokój na nazwisko Cade, Anthony przeszedł do obskurnego hallu, wyjął papier listowy z napisem 
„Hotel Blitz” i nakreślił szybko parę zdań. 
   Wyjaśnił, ze przybył do Anglii w ubiegły wtorek, Ŝe przekazał wiadomy rękopis firmie wydawniczej „Balderson i 
Hodgkins”, Ŝe bardzo Ŝałuje, iŜ nie moŜe przyjąć zaproszenia lorda Calcrhama, albowiem opuszcza właśnie Anglie. 
Podpisał list: ,,Z powaŜaniem, James McCrath”. 
   — A teraz — powiedział przyklejając znaczek na kopercie — do dzieła! Znika James McGrath, a pojawia się 
Anthony Cade. 
 
ROZDZIAŁ ÓSMY 
TRUP 
   W tenŜe czwartek po południu Virginia Revel grała w Ranelagh w tenisa. Całą powrotną drogę na Pont Street 
przebyła rozpierając się wygodnie w długiej, luksusowej limuzynie, lekki uśmiech błąkał się na jej ustach, gdy 
rozmyślała o czekającej ją rozmowie. Mogło się oczywiście okazać, Ŝe szantaŜysta się nie zjawi, ale Virginia była 

background image

 

25 

niemal pewna jego ponownej wizyty. Starała się przecieŜ wywrzeć wraŜenie, Ŝe będzie łatwym łupem. CóŜ, moŜe tym 
razem trochę go zaskoczy! 
   Gdy wóz zajechał przed dom, nie wysiadła, zwróciła się do szofera: 
   — Jak się czuje twoja Ŝona, Walton? Zapomniałam cię zapytać. 
   — Chyba lepiej, dziękuję, madame. Lekarz obiecał, Ŝe około wpół do siódmej wpadnie. Czy samochód będzie pani 
dziś jeszcze potrzebny? 
   Virginia zastanowiła się chwilę. 
   — Wybieram się na weekend. Wyjadę o szóstej czterdzieści z Dworca Paddington, ale nie będę cię potrzebować, 
wezmę taksówkę. Porozmawiaj z lekarzem. Jeśli orzeknie, Ŝe przyda się twojej Ŝonie wyjazd na weekend, zabierz ją 
gdzieś. Pokryję wszelkie koszty. 
   Przerwała niecierpliwym ruchem głowy litanię podziękowań, wbiegła po schodkach, sięgnęła do torebki po klucz, 
przypomniała sobie, Ŝe nie wzięła go, wychodząc z domu, i szybko zadzwoniła do drzwi. Nie było zrazu odpowiedzi i, 
gdy tak czekała, jakiś miody męŜczyzna wszedł po stopniach na górę. Był nędznie ubrany, a w ręku trzymał plik 
ulotek. Wyciągnął jedną w stronę Virginii — napis na niej był wyraźnie widoczny: Dlaczego słuŜyłem swojemu 
krajowi? W lewej ręce miał puszkę. 
   — Nie będę w ciągu jednego dnia kupować aŜ dwóch tych koszmarnych poematów — powiedziała Virginia 
błagalnym tonem. — Rano juŜ kupiłam. Naprawdę, słowo honoru. 
   Młody człowiek odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się. Virginia mu zawtórowała. Obrzucając go niedbałym 
spojrzeniem, pomyślała sobie, Ŝe ma o wiele przyjemniejszy wygląd niŜ przeciętni londyńscy bezrobotni. Spodobała 
się jej opalona na brąz twarz nieznajomego oraz bijąca z całej jego postaci męskość. Posunęła się nawet tak daleko, iŜ 
pomyślała, Ŝe chętnie zatrudniłaby go u siebie. 
   W tym jednak momencie drzwi się otworzyły i Virginia w jednej chwili zapomniała o problemie bezrobocia, gdyŜ ku 
jej zdziwieniu drzwi otworzyła pokojówka Elise. 
   — Gdzie Chilvers? — zapytała ostro, gdy tylko przekroczyła próg hallu. 
   — Pojechał, madame, razem z innym. 
   — Jakimi innymi? Dokąd pojechał? 
   — Do Datchet, madame, do wiejskiego domu, tak jak było w pani depeszy. 
   — W mojej depeszy? — spytała Virginia kompletnie zbita z tropu. 
   — To pani nie wysłała depeszy? Nie ma mowy o Ŝadnej pomyłce. Nadeszła jakąś godzinę temu. 
   — śadnej depeszy nie nadawałam. Co w niej było? 
   — LeŜy chyba jeszcze na stoliku. 
   Elise odeszła wskazując palcem kierunek, a po chwili wróciła niosąc z triumfem depeszę. 
   — Voil?, madame! 
   Telegram zaadresowany był do Chilversa i brzmiał jak następuje: „Weź domowników i jedźcie zaraz do domu 
wiejskiego, przygotujcie przyjęcie weekendowe. Złapcie pociąg o 5.49.” 
   Nie było w tym nic dziwnego, zawiadomienia podobnej treści wysyłała dość często, ilekroć przyszło jej do głowy 
urządzić przyjęcie w swoim połoŜonym nad rzeką bungalowie. Ściągała tam zawsze całą słuŜbę, zostawiając jakąś 
starszą kobietę na straŜy londyńskiego domu. ToteŜ telegram nie był dla Chilversa Ŝadnym zaskoczeniem i jako 
wytrawny słuŜący wykonał ściśle polecenia Virginii. 
   — Co się tyczy mnie, ja zostałam — wyjaśniła Elise — bo madame będzie mnie potrzebować przy pakowaniu. 
   — To jakiś idiotyczny kawał! — wykrzyknęła Virginia, ciskając ze złością depeszę na podłogę. — Dobrze przecieŜ 
wiesz, Elise, Ŝe wybieram się do „Chimneys”. Dziś rano ci o tym powiedziałam. 
   — Myślałam, Ŝe pani zmieniła zdanie. Czasem to się pani zdarza, prawda, madame? 
   Virginia skwitowała uśmiechem ów zawierający źdźbło prawdy zarzut. Zachodziła w głowę, jaki teŜ mógł być 
powód tego zadziwiającego psikusa. Elise wysunęła pewne przypuszczenie: 
   — Mon Dieu! — zawołała załamując ręce. — A jeśli to dzieło złoczyńców, złodziei?! Wysyłają lipny telegram, 
pozbywają się z domu wszystkich jego mieszkańców i dokonują rabunku! 
   — MoŜliwe — zgodziła się Virginia, choć w głosie jej brzmiało powątpiewanie. 
   — Tak, tak, proszę pani, tak właśnie musiało być. Codziennie czyta się w gazetach o takich wypadkach. Madame, 
niech pani zaraz zadzwoni na policję, natychmiast, nim oni przyjdą i poderŜną nam gardła. 
   — Nie podniecaj się tak, Elise. O szóstej po południu nikt nam gardła nie będzie podrzynał. 
   — Madame, błagam panią, niech mi pani pozwoli, polecę i złapię jakiegoś policjanta, teraz, od razu! 
   — Po co, na litość boską? Nie bądź głupia, Elise. Idź na górę i spakuj moje rzeczy przed wyjazdem do „Chimneys”, 
jeŜeli jeszcze tego nie zrobiłaś. Tę nową wieczorową suknię, białe cr?pe marocain i oczywiście czarną aksamitną, 
czarny aksamit nosi się w sferach politycznych, prawda? 
   — Madame wygląda zachwycająco w eau de nil satin — zasugerowała Elise. I tym razem wykazała się 
profesjonalizmem. 
   — Nie, nie wezmę tej sukni. Pospiesz się, Elise, bądź taka dobra. Mamy bardzo mało czasu. Zadepeszuję do 
Chilversa w Datchet, a jak wyjdziemy, pogadam z policjantem, Ŝeby rzucił okiem na dom. Nie rób min, Elise. jeŜeli lak 

background image

 

26 

się wszystkiego boisz, to co by było, gdyby nagle z jakiegoś ciemnego kąta wyskoczył człowiek i dopadł cię z noŜem 
w ręku? 
   Elise pofolgowała sobie, wydając przeraźliwy pisk, i w błyskawicznym odwrocie pobiegła schodami na górę, 
oglądając się nerwowo w trakcie ucieczki. 
   Virginia wykrzywiła się na widok tej rejterady i przeszedłszy przez hali skierowała się do małego gabinetu, gdzie był 
telefon. Pomysł Elise, Ŝeby zadzwonić na policję, uznała za trafny i postanowiła niezwłocznie wprowadzić go w czyn. 
   Otworzyła drzwi gabinetu i podeszła do aparatu. I zamarła z ręką na słuchawce. Na fotelu siedział męŜczyzna ze 
zwieszonymi bezwładnie ramionami. W tej pełnej emocji chwili zupełnie zapomniała o zapowiedzianych 
odwiedzinach. SzantaŜysta przyszedł prawdopodobnie wcześniej i czekając na nią zasnął. 
   ZbliŜyła się do fotela z lekko figlarnym uśmieszkiem na ustach. Ale ów uśmieszek momentalnie zniknął. 
   MęŜczyzna nie spał. Był martwy. 
   Od razu to pojęła, wyczuła instynktownie, zanim jeszcze jej wzrok spoczął na małym, lśniącym rewolwerze, który 
leŜał na podłodze, na ledwo widocznym otworze tuŜ nad sercem człowieka, otworze z ciemną obwódką, oraz na 
okropnie opadającej szczęce. 
   Jakiś czas stała w milczeniu, z rękami wspartymi na biodrach. Wśród panującej wokół ciszy usłyszała zbiegającą ze 
schodów Elise. 
   — Madame! Madame! 
   — Tak, o co chodzi? 
   — Virginia podbiegła do drzwi. Powodowana instynktem chciała zataić przed Elise to, co się wydarzyło, 
przynajmniej na razie. Pokojówka na pewno wpadłaby w histerię, a jej przede wszystkim potrzebny był spokój i cisza, 
by mogła sobie dokładnie przemyśleć ostatnie wydarzenia. 
   — Madame, czy nie byłoby dobrze, gdybym zabezpieczyła drzwi łańcuchem? Ci złoczyńcy lada chwila mogą się 
pojawić. 
   — Owszem, czemu nie. Rób, co uwaŜasz za stosowne. Usłyszała brzęk łańcucha, potem kroki Elise biegnącej na 
górę, i z jej piersi wyrwało się westchnienie ulgi. 
   Popatrzyła na męŜczyznę w fotelu, potem na telefon. Było jak najbardziej oczywiste: musi natychmiast zadzwonić na 
policję. 
   Ale wciąŜ nie dzwoniła. Stała nieruchomo, sparaliŜowana lękiem, i moc sprzecznych ze sobą podejrzeń przychodziło 
jej do głowy. Fałszywy telegram! Czy ma z tym coś wspólnego? ZałóŜmy, Ŝe Elise nie było w domu. Ona, Virginia, 
weszłaby oczywiście, zazwyczaj miała przy sobie klucz, i znalazłaby się sam na sam z zamordowanym człowiekiem, 
któremu tak niedawno pozwoliła na szantaŜ. Naturalnie motyw swego postępowania mogłaby wyjaśnić; im dłuŜej 
zastanawiała się jednak nad tym motywem, tym bardziej stawał się dla niej mglisty. Pamiętała przecieŜ, Ŝe George nie 
usiłował nawet udawać, iŜ jej wierzy. Czy inni teŜ by nie uwierzyli? Te listy… oczywiście, ona ich nie pisała, ale czy 
byłoby łatwo to udowodnić? 
   PrzyłoŜyła do czoła splecione mocno dłonie. — Muszę to przemyśleć — powiedziała. — Muszę to wszystko sobie 
przemyśleć. 
   Kto wpuścił tego człowieka? Z pewnością nie Elise. Gdyby to zrobiła, od razu powiadomiłaby o tym Virginię. Im 
dłuŜej Virginia myślała, tym cała sprawa stawała się w jej odczuciu bardziej tajemnicza. Jedno nie ulegało kwestii — 
trzeba zawiadomić policję. 
   Wyciągnęła rękę w stronę telefonu i nagle pomyślała o George’u. MęŜczyzna — to było jej teraz najbardziej 
potrzebne — zrównowaŜony, nie poddający się emocjom człowiek, który widzi zjawiska we właściwych proporcjach i 
wytyczy dla niej najwłaściwszą drogę postępowania. 
   Potrząsnęła jednak głową. Nie George. Pierwsze, o czym on pomyśli, to jego własna pozycja. Nie będzie chciał być 
wmieszany w coś takiego. George absolutnie się nie nadaje. 
   Twarz jej się rozjaśniła. Bill, oczywiście! Bez zbędnych wahań zatelefonowała do Billa. 
   Poinformowano ją, Ŝe Bill przed godziną pojechał do ,,Chimneys”. 
   — Niech to szlag! — krzyknęła Virginia rzucając słuchawkę. Koszmarna historia — być sam na sam z trupem i nie 
mieć do kogo słowa przemówić! 
   I w tej właśnie chwili zadzwonił dzwonek u drzwi. 
   Virginia aŜ podskoczyła. Po minucie dzwonek odezwał się znowu. Wiedziała, Ŝe Elise pakuje na górze rzeczy i nie 
moŜe słyszeć dzwonka. 
   Wyszła do hallu, odpięła łańcuch, odsunęła wszystkie rygle, jakie Elise uruchomiła w swej nadgorliwości. Zrobiła 
głęboki wdech i otworzyła drzwi. Na stopniach stał ów młody bezrobotny. 
   Napięte nerwy puściły i Virginia, odetchnąwszy z ulgą, poszła na całego. 
   — Proszę wejść — powiedziała. — Zdaje się, Ŝe będę miała pracę dla pana. 
   Zaprowadziła go do jadalni, podsunęła mu krzesło, sama usiadła naprzeciw i zaczęła wpatrywać się w niego w 
wielkim skupieniu. 
   — Przepraszam — zaczęła — pan jest… to znaczy… 
   — Po Etonie i Oxfordzie — odparł młody męŜczyzna. — O to chciała mnie pani zapytać, prawda? 
   — Coś w tym rodzaju — przyznała Virginia. 

background image

 

27 

   — Źle ląduję w Ŝyciu głównie dlatego, Ŝe nie potrafię się zmusić do podjęcia Ŝadnej regularnej pracy. Ale mam 
nadzieję, Ŝe pani mi takiej nie oferuje. 
   Przez chwilę uśmiech zagościł na twarzy Virginii. 
   — To praca bardzo nieregularna. 
   — Wspaniale — rzekł młody męŜczyzna tonem pełnym satysfakcji. 
   Virginia zaś oceniła przychylnie jego opaloną twarz i szczupłą, wysportowaną sylwetkę. 
   — Widzi pan — rzekła. — Znalazłam się niejako w tarapatach, a większość moich przyjaciół zalicza się, Ŝe tak 
powiem… do wyŜszych sfer. Oni zawsze mają coś do stracenia. 
   — Ja nie mam. Niech pani mówi dalej. Co za kłopoty? 
   — W pokoju obok jest trup — powiedziała Virginia. — Został zamordowany, a ja nie wiem, co z tym fantem zrobić. 
   Wyrzuciła z siebie te słowa z taką szczerością, na jaką tylko dziecko byłoby stać. Sposób, w jaki młody przybysz 
przyjął to oświadczenie, zaimponował Virginii — męŜczyzna bardzo urósł w jej oczach. Jak gdyby podobne wieści 
dane mu było codziennie otrzymywać. 
   — Świetnie — oznajmił z entuzjazmem. — Cale Ŝycie marzyłem o tym, by popracować trochę w charakterze 
detektywa–amatora. Dokonamy oględzin zwłok, czy teŜ najpierw poda mi pani garść faktów? 
   — Chyba najpierw fakty. — Milczała jakiś czas, zastanawiając się nad najbardziej zwięzłą relacją, po czym 
spokojnie i rzeczowo przedstawiła przebieg wydarzeń. 
   — Ten człowiek przyszedł do mnie wczoraj po raz pierwszy. Miał ze sobą plik listów… listów miłosnych, 
podpisanych moim imieniem i nazwiskiem… 
   — Których jednak pani nie pisała — dokończył ze spokojem młody męŜczyzna. 
   Virginia spojrzała na niego z niejakim zdziwieniem. 
   — Skąd pan wie? 
   — Och, wydedukowałem. Ale proszę mówić dalej. 
   — Zaczął mnie szantaŜować i… nie wiem, czy pan to zrozumie… i ja na to poszłam. 
   Popatrzyła na niego błagalnie, — on zaś uspokajająco skinął głową. 
   — Oczywiście, Ŝe rozumiem. Chciała się pani przekonać, jak się człowiek czuje w takiej sytuacji. 
   — Bardzo mądrze pan to ujął. Właśnie o to mi chodziło. 
   — Bo ja jestem mądry — rzekł skromnie młody człowiek. — Ale proszę sobie uświadomić, Ŝe niewiele osób 
zrozumie pani punkt widzenia. Większość ludzi, niestety, cechuje brak wyobraźni. 
   — Tak teŜ i ja sądzę. Powiedziałam temu typowi, Ŝeby przyszedł dziś o szóstej. Po powrocie do domu z Ranelagh 
stwierdziłam, Ŝe w wyniku otrzymania fałszywego telegramu cała słuŜba z wyjątkiem mojej pokojówki opuściła 
domostwo. Po czym weszłam do gabinetu i zastałam tam tego człowieka z kulą w piersi. 
   — Kto go wpuścił? 
   — Nie mam pojęcia. Gdyby wpuściła go moja pokojówka, na pewno by mi o tym powiedziała. 
   — Czy ona wie, co się stało? 
   — Nic jej jeszcze nie mówiłam. 
   Młody męŜczyzna kiwnął głowa i wstał. 
   — A teraz oględziny zwłok — oznajmił energicznie. — Ponadto powiem pani taką rzecz: na ogół zawsze jest lepiej 
mówić prawdę. Jedno kłamstwo pociąga za sobą stek kłamstw, a trwanie w ciągłym kłamstwie jest potwornie nudne. 
   — Więc radzi mi pan zadzwonić na policję? 
   — Raczej tak Najpierw jednak obejrzmy sobie faceta. 
   Wyszli z pokoju. Na progu Virginia stanęła i obejrzała się na niego. 
   — A propos — rzekła — nie powiedział mi pan, jak się nazywa. 
   — Jak się nazywam? Nazywam się Anthony Cade. 
 
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 
ANTHONY POZBYWA SIĘ ZWŁOK 
    
   Anthony podąŜał za Virginią, uśmiechając się pod nosem. Wypadki przybrały niespodziewany obrót. Lecz gdy 
pochylił się nad postacią w fotelu, twarz mu spochmurniała. 
   — On jest jeszcze ciepły — powiedział ostro. — Zastrzelono go przed niespełna półgodziną. 
   — TuŜ przed moim powrotem? 
   — Właśnie. 
   Anthony stał wyprostowany, ze ściągniętymi ponuro brwiami. I zadał pytanie, którego sens nie od razu dotarł do 
Virginii: 
   — Pani pokojówka nie była oczywiście w tym pokoju? 
   — Nie. 
   — A czy wiedziała, Ŝe pani tam weszła? 
   — No… tak. Stanęłam w drzwiach, by zamienić z nią kilka słów. 
   — Po znalezieniu przez panią ciała? 

background image

 

28 

   — Tak. 
   — I nic jej pani nie powiedziała? 
   — Co by to pomogło? Pomyślałam sobie, Ŝe zacznie histeryzować — to Francuzka, wie pan, łatwo ulega emocjom 
— a ja uwaŜałam, Ŝe najlepiej będzie, jak to wszystko sama spokojnie rozwaŜę. 
   Anthony skinął głową w milczeniu. 
   — Pana zdaniem źle się stało, tak? 
   — Owszem, niefortunny układ, pani Revel. Gdyby pani oraz jej pokojówka natrafiły na denata natychmiast po pani 
powrocie, bardzo by to całą sprawę uprościło. Nie ulegałoby wtedy kwestii, Ŝe męŜczyzna został zabity przed pani 
powrotem do domu. 
   — A więc teraz ktoś moŜe powiedzieć, Ŝe został zabity po… Rozumiem. 
   Anthony obserwował, jak Virginią w lot chwyta jego myśl, co potwierdzało pierwsze wraŜenie, jakie odniósł, gdy 
rozmawiała z nim stojącym na schodach przed drzwiami. Oprócz urody cechowała ją odwaga i była niewątpliwie 
mądra. 
   Virginia tak była pochłonięta problemem, jaki Anthony jej uzmysłowił, Ŝe nawet nie zastanowił jej fakt, iŜ ów obcy 
męŜczyzna posłuŜył się jej nazwiskiem. 
   — Ciekawe, dlaczego Elise nie usłyszała wystrzału? — mruknęła. 
   Anthony wskazał na otwarte okno — w przejeŜdŜającym właśnie aucie strzelił gaźnik. 
   — OtóŜ to. W Londynie nikt nie zwraca uwagi na strzały. 
   Virginią z lekkim drŜeniem obróciła się w stronę fotela, na którym spoczywało ciało. 
   — Przypomina trochę Włocha — zauwaŜyła. 
   — Bo to Włoch — powiedział Anthony. — Mógłbym jeszcze dodać, Ŝe był z zawodu kelnerem. SzantaŜ uprawiał 
poza godzinami pracy. A imię jego brzmiało prawdopodobnie Giuseppe. 
   — Wielkie nieba! — wykrzyknęła Virginią. — Czy mam do czynienia z Sherlockiem Holmesem? 
   — Nie — odparł z Ŝalem. — Obawiam się, Ŝe z miernym amatorem. Wkrótce wszystko pani opowiem. Więc mówi 
pani, Ŝe ten człowiek pokazał pani kilka listów i Ŝądał pieniędzy. Dała mu je pani? — Owszem. 
   — Ile? 
   — Czterdzieści funtów. 
   — Niedobrze — orzekł Anthony, nie wykazując jednak nadmiernego zdziwienia. — Proszę mi pokazać ten telegram. 
   Virginia wzięła depeszę ze stołu i wręczyła mu ją. Twarz Anthony’ego, gdy przyglądał się świstkowi papieru, 
stawała się coraz bardziej ponura. 
   — O co chodzi? — zapytała. 
   Wyciągnął ku niej depeszę, wskazując w milczeniu źródło swego niepokoju. 
   — Barnes — rzekł. — A tego popołudnia była pani w Ranelagh. Kto zaręczy, Ŝe sama pani nie nadała tej depeszy? 
   Virginię zamurowało. Czuła się jak w siatce, która coraz bardziej zaciska się wokół niej. Anthony zmuszał ją, by 
stanęła oko w oko z faktami majaczącymi mętnie w jej świadomości. 
   Wyjął chustkę, owinął nią rękę i podniósł z podłogi rewolwer. 
   — My, parający się kryminalistyką, musimy zachowywać wielką ostroŜność — rzekł tonem usprawiedliwienia. — 
Pani rozumie, odciski palców. 
   Virginia dostrzegła nagle, Ŝe Anthony jakby cały zesztywniał. Gdy odezwał się, głos miał zmieniony. Szorstki, 
nieprzyjemny. 
   — Czy widziała pani juŜ kiedyś ten rewolwer? 
   — Nie — odparła ze zdziwieniem. 
   — Jest pani tego pewna? 
   — Najzupełniej. 
   — Ma pani własny rewolwer? 
   — Nie. 
   — Czy kiedykolwiek pani miała? 
   — Nie, nigdy. 
   — Jest pani tego pewna? 
   — Najzupełniej. 
   Wpatrywał się w nią chwilę skupionym wzrokiem, a Virginia patrzyła ha niego, zdumiona brzmieniem jego głosu. 
   Po pewnym czasie odetchnął z ulgą i odpręŜył się. 
   — Dziwna historia — powiedział. — Jak pani się na to zapatruje? 
   Podał jej rewolwer. Był mały, zgrabny, prawie jak zabawka, ale zdolny do wykonania śmiercionośnego aktu. 
Wygrawerowane było na nim imię Virginia. 
   — To niemoŜliwe! — krzyknęła. 
   Jej zdziwienie było tak szczere, Ŝe Anthony’emu nie pozostawało nic innego, jak jej uwierzyć. 
   — Proszę usiąść — powiedział spokojnie. — Sprawa ta ma więcej aspektów, niŜ to się z początku mogło zdawać. A 
więc, przystępując do rzeczy, jaka jest pani hipoteza? Są tylko dwie moŜliwości. Istnieje oczywiście druga Virginia, ta 

background image

 

29 

od listów. Mogła tego typa jakoś wytropić, zastrzelić, porzucić rewolwer, zabrać listy i wynieść się. Wersja całkiem 
moŜliwa, prawda? 
   — TeŜ tak uwaŜam — odpowiedziała z ociąganiem Virginia. 
   — Druga wersja jest znacznie bardziej interesująca. Ktokolwiek chciał zabić Giuseppego, zamierzał jednocześnie 
rzucić podejrzenie na panią — i kto wie, czy to nie było głównym jego celem. Mógł dosięgnąć faceta w obojętnie 
jakim miejscu, ale on czy oni podjęli ogromny wysiłek, pokonali niebywałe trudności, by dopaść go właśnie tutaj, i 
kimkolwiek ci ludzie są, wiedzą o pani wszystko, o pani domu w Datchet, o pani układach ze słuŜbą i o tym, Ŝe tego 
popołudnia przebywała pani w Ranelagh. Pytanie moŜe się wydawać absurdalne, ale czy pani ma wrogów? — AleŜ 
skąd, w kaŜdym razie nie tego typu. 
   — Teraz pytanie, co dalej robić — rzeki Anthony. 
   — Mamy dwie moŜliwości. A: zadzwonić na policję, opowiedzieć całą historię, przekonać ich o pani nienagannej 
reputacji i Ŝyciu bez skazy. B: próbować z moim udziałem pozbyć się skutecznie ciała. Moje osobiste skłonności 
sprzyjają planowi B. Zawsze chciałem się przekonać, czy byłbym na tyle przebiegły, by ukryć zbrodnię, choć mam 
idiotyczną awersję do przelewu krwi. Ogólnie jednak rzecz biorąc uwaŜam, Ŝe plan A jest najrozsądniejszy. Ale trzeba 
trochę okroić scenariusz. Telefon na policję et cetera, lecz usuniemy rewolwer i będące przedmiotem szantaŜu listy, 
jeŜeli denat ma je wciąŜ przy sobie. 
   Anthony przeszukał szybko kieszenie nieboszczyka. 
   — Oczyszczono go dokumentnie — oświadczył. 
   — Nie ma dosłownie nic. A o te listy będą się brali za łby. O, a co to? Dziura w podszewce? Ktoś coś złapał, szarpnął 
gwałtownie i został tylko skrawek papieru. 
   Mówiąc te słowa rozprostował skrawek i podniósł do światła. Virginia stanęła obok. 
   — Szkoda, Ŝe tylko tyle — wymamrotał Anthony. 
   — „Chimneys”, jedenasta czterdzieści pięć, czwartek. Wygląda jak termin spotkania. 
   — „Chimneys”! — zawołała Virginia.:— Niebywale! 
   — Niebywałe? Za wysokie progi dla faceta niskiej kondycji, prawda? 
   — Dziś wieczór jadę do „Chimneys”. Przynajmniej miałam jechać. 
   Anthony zwrócił nagle głowę w jej stronę. 
   — Co? Proszę to powtórzyć. 
   — Dziś wieczór miałam zamiar jechać do „Chimneys” — powiedziała Virginia jeszcze raz. 
   Anthony wybałuszył na nią oczy. 
   — Zaczynam rozumieć. Mogę się naturalnie mylić, ale coś w tym jest. Czy ktoś nie usiłował wyperswadować pani 
wyjazdu do „Chimneys”? 
   — Tak, mój kuzyn George Lomax — odparła z uśmiechem. — Lecz nie podejrzewam raczej George’a o morderstwo. 
   Na twarzy Anthony’ego nie było uśmiechu. PogrąŜony był w głębokiej zadumie. 
   — Jeśli zadzwoni pani na policję, to o wyjeździe do „Chimneys” nie ma mowy — ani dziś, ani nawet jutro. A ja 
chciałbym, Ŝeby pani się tam udała. Przypuszczam, Ŝe to popsuje szyki naszym nie znanym przyjaciołom. Czy gotowa 
jest pani złoŜyć swój los w moje ręce? 
   — Oznacza to plan B, tak? 
   — Tak. Pierwsza rzecz, to musi pani pozbyć się z domu pokojówki. Da się to zrobić? 
   — Bez trudu. — Virginia wyszła do hallu i zawołała z dołu: — Elise! Elise! 
   — Słucham madame? 
   Uszu Anthony’ego dobiegła szybka rozmowa, po czym drzwi frontowe otworzyły się i zamknęły. Virginia wróciła do 
pokoju. 
   — Poszła. Posłałam ją po pewien specjalny rodzaj perfum i powiedziałam, Ŝe ten sklep jest otwarty do ósmej. 
Oczywiście, Ŝe będzie zamknięty. A ona ma juŜ nie wracać, tylko jechać do „Chimneys” najbliŜszym pociągiem. 
   — Dobrze — pochwalił ją Anthony. — MoŜemy teraz przystąpić do usuwania zwłok. Istnieje metoda, która 
wytrzymała próbę czasu, ale muszę przedtem zapytać panią, czy jest w tym domu jakiś kufer. 
   — Naturalnie, Ŝe jest. Chodźmy do sutereny i tam pan wybierze odpowiedni egzemplarz. W suterenie było kufrów do 
wyboru, do koloru. Anthony wybrał solidny, we właściwych wymiarach. 
   — Ta część przedsięwzięcia naleŜy do mnie — powiedział z duŜym taktem. — Proszę iść na górę i być w pogotowiu. 
   Virginia zastosowała się do polecenia. Wyskoczyła ze swoich tenisowych łaszków i włoŜyła miękki, brązowy strój 
podróŜny, przepiękny pomarańczowy kapelusz i zeszła do czekającego juŜ w hallu Anthony’ego, przy którym stał 
porządnie przewiązany sznurkiem kufer. 
   — Chętnie bym pani opowiedział historię swojego Ŝycia — oświadczył — ale obawiam się, Ŝe czeka nas bardzo 
pracowity wieczór. A oto co powinna pani teraz zrobić: wezwać taksówkę i umieścić w niej swój bagaŜ łącznie z 
kufrem. Jechać na dworzec Paddington, złoŜyć kufer w przechowalni bagaŜu. Ja będę na peronie. Przechodząc obok 
mnie, proszę upuścić kwit z przechowalni. Podniosę go i niby podam pani, bo w rzeczywistości zostanie przy mnie. 
Niech pani jedzie do „Chimneys”, a resztę zostawi mnie. 
   — To bardzo miłe z pańskiej strony — powiedziała. 
   — Natomiast okropnie niemiłe z mojej, Ŝe obarczam zupełnie obcego człowieka trupem w kufrze. 

background image

 

30 

   — Odpowiada mi to — rzucił Anthony nonszalancko. 
   — Gdyby był tu jeden z moich przyjaciół, Jimmy McGrath, nie omieszkałby pani powiedzieć, Ŝe ja przepadam za 
tego typu przygodami. 
   Virginia utkwiła w nim pytający wzrok. 
   — Jakie nazwisko pan wymienił? Jimmy McGrath? Anthony spojrzał na nią równie przenikliwie. 
   — Tak. A bo co? Mówi ono coś pani? 
   — Tak… Ktoś bardzo niedawno wypowiedział to nazwisko… — Umilkła niezdecydowana, a po chwili ciągnęła: — 
Panie Cade, muszę z panem porozmawiać. Niech pan jedzie ze mną do „Chimneys”. 
   — Wkrótce się zobaczymy, obiecuję to pani. A teraz konspirator A wychodzi ukradkiem drzwiami od tyłu. 
Konspirator B natomiast, w aureoli chwały, przekracza próg drzwi frontowych i zmierza do taksówki. 
   Wszystko przebiegło zgodnie z planem. Anthony wsiadł do następnej taksówki, zjawił się na peronie i we właściwym 
czasie podniósł kwit bagaŜowy. Po czym udał się po swojego uŜywanego morrisa, którego nabył tegoŜ dnia we 
wcześniejszych godzinach, przewidując, Ŝe moŜe mu się przydać w jego planach. 
   Wrócił tym wozem na dworzec Paddington, wręczył kwit straŜnikowi, który wyciągnął kufer z przechowalni, on zaś 
z całym spokojem umieścił ten kufer na tylnym siedzeniu. I odjechał. 
   — Celem jego teraz było wydostanie się z Londynu. Przez Notting Hill, Shepherd’s Bush, w dół Goldhawk Road, 
potem przez Brentford i Hounslow, aŜ wyjechał na szosę łączącą Hounslow ze Staines. Była to szosa ogromnie 
ruchliwa, samochody jeździły nią bez przerwy. OdróŜnienie śladów butów czy opon było wykluczone. Po pewnym 
czasie Anthony zatrzymał auto. Pierwsze, co zrobił po wyjściu, z wozu, to zamazał błotem tablicę rejestracyjną. 
Odczekał i złapał moment, gdy ruch na szosie ustał na chwilę, otworzył kufer, wyciągnął zeń ciało Włocha i ułoŜył je 
sprytnie w dole za poboczem, w łuku zakrętu, tak by światła przejeŜdŜających samochodów nie wychwyciły zwłok. 
   Następnie wsiadł do wozu i odjechał. Cała ta czynność zajęła mu półtorej minuty. Zrobił objazd, skręcił na prawo i 
wracał teraz do Londynu szosą wiodącą przez Burnham Beeches. Tam znowu się zatrzymał, upatrzył sobie najwyŜsze 
drzewo i z całym spokojem wspiął się na nie. Był to nie lada wyczyn, nawet jak na Anthony’ego. Do jednej z 
szczytowych gałęzi, tuŜ koło pnia, przymocował małą, brązową paczuszkę. 
   — Kapitalny sposób pozbycia się broni — powiedział do siebie z przechwałką w głosie. — KaŜdy szuka na ziemi 
albo bagruje zbiorniki wodne. Ale niewielu jest w Anglii ludzi, którzy wdrapaliby się na takie drzewo. 
   Potem — — z powrotem do Londynu i na dworzec Paddington. Zostawił tu kufer, tym razem w innej przechowalni, 
od strony peronów, którymi pociągi wjeŜdŜają na dworzec. Pomyślał z tęsknotą o czymś takim jak stek wołowy, 
soczyste, drobno posiekane jarzyny i do tego ogromne ilości frytek. Spojrzawszy jednak na zegarek pokręcił smętnie 
głową. Napoił morrisa benzyną i wyruszył w drogę ponownie. Tym razem na północ. 
   Dochodziło wpół do dwunastej, gdy pozwolił samochodowi odpocząć na poboczu szosy przylegającej do parku 
„Chinmeys”. Zegar w oddali wybił głośno trzy kwadranse. 
   Jedenasta czterdzieści pięć — godzina wypisana na skrawku papieru. Anthony wszedł na taras i obserwował dom. 
PogrąŜony był w ciemności i wszędzie panował spokój. 
   — Ci politycy wcześnie chodzą spać — mruknął pod nosem. 
   I nagle jakiś dźwięk wraził mu się w uszy — odgłos strzału. Obrócił się dokoła błyskawicznie. Dźwięk dobiegał, z 
wnętrza domu — nie ulegało dla niego wątpliwości. Odczekał minutę, ale wszędzie panowała martwa cisza. Podszedł 
wreszcie do jednych z wielu oszklonych drzwi wychodzących na taras — wydawało mu się bowiem, Ŝe gdzieś z tej 
strony rozległ się ów strzał, który go zaalarmował. Nacisnął klamkę. Drzwi były zamknięte. Naciskał równieŜ klamki 
innych drzwi, nasłuchując pilnie. Lecz ani jeden dźwięk nic zmącił ciszy. Doszedł w końcu do przekonania, Ŝe ten 
strzał musiał być wytworem jego wyobraźni albo teŜ się pomylił — i to jakiś kłusownik strzelał w lesie. Odwrócił się i 
skierował swe kroki do parku — był niezadowolony i nurtował go dziwny niepokój, 
   Obejrzał się na dom i w tym momencie w jednym z okien na pierwszym piętrze mignęło światło. Po chwili pojawiło 
się znowu, a następnie cały dom pogrąŜył się ponownie w ciemności. 
 
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 
„CHIMNEYS” 
    
   Inspektor Badgworthy siedzi w swoim gabinecie. Godzina ósma trzydzieści rano. Wysoki, tęgi męŜczyzna o 
cięŜkich, równo odmierzanych ruchach. W chwilach wzmoŜonego zawodowego napięcia ma trudności w oddychaniu. 
Asystuje mu posterunkowy Johnson, nowicjusz w policji, o wyglądzie nic opierzonego kurczaka. 
   Stojący na biurku telefon zadzwonił ostro i inspektor podniósł słuchawkę z charakterystyczną dla niego złowieszczą 
powagą. 
   — Tak. Posterunek policji Market Basing. Przy telefonie inspektor Badgworlhy. Co?! 
   Niewielka zmiana w sposobie bycia inspektora. Tak samo jak on góruje nad Johnsonem, inni górują nad inspektorem 
Badgworthym. 
   — Słucham, szanowny panie. Przepraszam, szanowny panie. Niedokładnie usłyszałem, co pan był łaskaw 
powiedzieć. 

background image

 

31 

   Długa przerwa, w czasie której inspektor słucha uwaŜnie. RóŜne uczucia malują się na jego zazwyczaj beznamiętnym 
obliczu, w końcu kładzie słuchawkę po krótkim: „Tak jest, szanowny panie”. 
   Zwraca się do Johnsona, który aŜ napęczniał w przeczuciu wagi wydarzeń: 
   — Od jego lordowskiej mości… w „Chimneys”… morderstwo. 
   — Morderstwo — powtórzył Johnson, będąc pod stosownym do chwili wraŜeniem. 
   — Morderstwo, otóŜ to — powiedział inspektor z ogromną satysfakcją. 
   — No tak… dawno nie mieliśmy tu Ŝadnego morderstwa, przynajmniej ja nic o tym nie wiem, od czasu kiedy Tom 
Pearse zastrzelił swoją ukochaną. 
   — A w dodatku to wcale nie było morderstwo, tylko pijaństwo — powiedział inspektor, wyraźnie deprecjonując 
znaczenie tego faktu. 
   — Tak, nie zawisł za to na szubienicy — zgodził się ponuro Johnson. Ale tym razem rzecz jest konkretna, prawda, 
sir? 
   — Jak najbardziej, Johnson. Jeden z gości lorda, zagraniczny dŜentelmen, dostał kulkę. Były otwarte drzwi na taras i 
ś

lady stóp na zewnątrz. 

   — Jeśli to naprawdę cudzoziemiec, to wielka szkoda — oświadczył Johnson z Ŝalem. 
   Fakl ów jego zdaniem odrealniał w pewnym sensie morderstwo. Johnson uwaŜał, Ŝe cudzoziemcy sami się 
wystawiają na strzały. 
   — Jego lordowska mość jest bardzo wzburzony — kontynuował inspektor. — Wpadniemy do doktora Cartwrighta i 
weźmiemy go ze sobą. Dobrze by było, Ŝeby nikt nic starł tych śladów stóp. 
   Badgworthy był w siódmym niebie. Morderstwo! W „Chimneys”! Inspektor Badgworlhy prowadzi śledztwo! Policja 
wpadła na trop! Sensacyjne aresztowanie. Awans i sława wyŜej wzmiankowanego inspektora. 
   — Właśnie — rzekł do siebie inspektor Badgworthy. 
   — JeŜeli tylko Scotland Yard się nic wtrąci… 
   Ta myśl wpędziła go w depresję. Albowiem w tych okolicznościach taka ewentualność była wielce prawdopodobna. 
Zatrzymali się przed domem doktora Cartwrighta, człowieka stosunkowo młodego, który okazał wielkie 
zainteresowanie sprawą. Jego reakcja pokrywała się niemal całkowicie z reakcją Johnsona. 
   — Coś podobnego! — wykrzyknął. — Od czasu Toma Pearse’a nie mieliśmy tu Ŝadnego morderstwa. 
   Trójka męŜczyzn wsiadła do małego wozu doktora i ruszyli ostro w stronę „Chimneys”. Gdy przejeŜdŜali koło 
zajazdu „Wesoły Krykiecista”, doktor zwrócił uwagę na stojącego w drzwiach człowieka. 
   — Cudzoziemiec — stwierdził. — Nawet całkiem przystojny facet. Ciekawe, od jak dawna tu mieszka i co tu robi. 
Nigdy go nie widziałem. Musiał przyjechać wczoraj wieczór. 
   — Ale nie pociągiem — powiedział Johnson. 
   Brat Johnsona pracował na najbliŜszej stacji jako bagaŜowy i stąd Johnson był świetnie zorientowany, kto przyjechał, 
czy teŜ kto wyjechał. 
   — A kto wczoraj przyjechał, by udać się do „Chimneys”? — zapytał inspektor. 
   — Lady Eileen, przybyła o piętnastej czterdzieści, wraz z nią dwaj panowie, jeden Amerykanin, a drugi wojskowy, 
młody chłopak, wszyscy bez słuŜby. Jego lordowska mość przyjechał z cudzoziemskim dŜentelmenem — 
prawdopodobnie tym, który został zastrzelony — o godzinie siedemnastej czterdzieści, i ze słuŜącym tego 
cudzoziemskiego dŜentelmena. Pan Eversleigh przybył tym samym pociągiem. Pani Revel o dziewiętnastej 
dwadzieścia pięć; tym samym pociągiem przyjechał jeszcze inny dŜentelmen, o cudzoziemskim wyglądzie, łysy, z 
haczykowatym nosem. Pokojówka pani Revel przybyła o dwudziestej pięćdziesiąt sześć… 
   Johnson przerwał zadyszany. 
   — A nikt nie przyjechał do „Krykiecisty”? 
   Policjant potrząsnął głową przecząco. 
   — Wobec tego ten facet przyjechał samochodem — powiedział inspektor. — Johnson, pamiętaj, w drodze powrotnej 
przesłuchaj właściciela zajazdu. Musimy wszystko wiedzieć o kaŜdym obcym przybyszu. Tamten dŜentelmen był 
mocno opalony. Niewykluczone, Ŝe takŜe zagranicznik. 
   Inspektor kiwał głową, a wzrok miał niebywale przenikliwy, co miało świadczyć, Ŝe naleŜy do typu ludzi szczególnie 
czujnych, którzy w Ŝadnych okolicznościach nie dadzą się zaskoczyć. 
   Samochód minął bramę parku „Chimneys”. Opis tego historycznego miejsca moŜna znaleźć w kaŜdym przewodniku. 
A takŜe w trzecim numerze Pałaców historycznych Anglii, cena 21 szylingów. We czwartki z Middlingham 
przyjeŜdŜają autobusami ludzie i zwiedzają te części rezydencji, które są udostępnione publiczności. Wobec tych 
wszystkich ułatwień opis „Chimneys” wydaje się zupełnie zbyteczny. 
   W drzwiach przywitał ich siwowłosy kamerdyner o doskonałych wręcz manierach. — Nie przywykliśmy — zdawał 
się mówić całą swoją postacią — by w murach tego domu ktoś popełnił morderstwo. Przyszły na nas złe dni. Musimy 
uporać się z tym nieszczęściem, zachowując absolutny spokój, i za wszelką cenę sprawiać wraŜenie, Ŝe nic 
nadzwyczajnego się nie wydarzyło. 
   — Jego lordowska mość — powiedział kamerdyner — oczekuje panów. Tędy, bardzo proszę. Zaprowadził ich do 
małego, przytulnego pokoju, który stanowił schronienie lorda Caterhama przed panującą wszędzie bombastycznością, i 
zameldował: 

background image

 

32 

   — Policja wraz z doktorem Cartwrightem. 
   Lord Caterham chodził tam i z powrotem, w najwyŜszym stopniu zemocjonowany. — No, inspektor! Nareszcie pan 
się pojawił. Jestem panu bardzo wdzięczny. Jak się pan ma, doktorze? To jest piekielna historia, moi panowie. 
Piekielna historia! 
   I lord Caterham, gdy tak stał wyprostowany i gestem szaleńca czochrał dłonią czuprynę, w wyniku czego dzieliła się 
na poszczególne kępki, mniej niŜ zazwyczaj przypominał członka Izby Lordów. 
   — Gdzie jest ciało? — zapytał lekarz krótko i z profesjonalną rzeczowością. 
   Lord obrócił się i odnosiło się wraŜenie, iŜ fakt, Ŝe ktoś zadał mu bezpośrednio pytanie, podziałał na niego kojąco. 
   — W sali obrad… tam gdzie je znaleziono… Nie ruszałem zwłok… Chyba słusznie postąpiłem? 
   — Oczywiście, lordzie — rzekł inspektor tonem aprobaty. Wyjął notes i ołówek. — A kto znalazł ciało? Pan? 
   — O BoŜe, nie — odparł lord Caterham. — Nie sądzi pan chyba, Ŝe wstaję o tak nieludzko wczesnej godzinie? 
SłuŜąca natknęła się na zwłoki. Musiała wrzasnąć wniebogłosy. Ale ja tego nie słyszałem. Przyszli do mnie z tą 
wieścią, ja oczywiście wstałem i zszedłem na dół, no i zobaczyłem… 
   — Zidentyfikował pan zwłoki, był to ktoś z pańskich gości, tak? 
   — Tak, inspektorze. 
   — Nazwisko? 
   To tak proste pytanie wyraźnie wyprowadziło lorda z równowagi. Otworzył usta raz i drugi, zamknął je. W końcu 
zapytał słabym głosem: 
   — Ma pan na myśli… ma pan na myśli, jak on się nazywał? 
   — Tak, milordzie. 
   — Hm — mruknął lord Caterham, rozglądając się na wszystkie strony, jak gdyby oczekiwał natchnienia. — Nazywał 
się… chyba tak… tak, na pewno tak… hrabia Stanislaus. 
   Lord Caterham zaczął się tak dziwnie zachowywać, Ŝe inspektor przerwał notowanie i utkwił w nim zdumiony 
wzrok. Lecz w tym momencie zdarzyło się coś, co zaambarasowany par powitał z wielkim zadowoleniem. 
   — Drzwi się otworzyły i do pokoju weszła dziewczyna. Wysoka, smukła, ciemnowłosa, atrakcyjna, o nieco 
chłopięcej urodzie i nadzwyczaj zdecydowanym sposobie bycia. Była to lady Eileen Brent, zwana powszechnie 
Bundle, najstarsza córka lorda Caterhama. Skinęła głową obecnym i zwróciła się bezpośrednio do ojca: 
   — Dorwałam go — oświadczyła. 
   Był moment, Ŝe inspektor zaczął przypuszczać, iŜ młoda lady przyłapała mordercę na gorącym uczynku, natychmiast 
jednak zrozumiał, Ŝe ma ona na myśli coś zupełnie innego. 
   Lord Caterham wydał pełne ulgi westchnienie. 
   — Dobra robota. Co powiedział? 
   — Zaraz tu będzie. Musimy zachować „jak najdalej idącą dyskrecję”. 
   Ojciec wydał odgłos świadczący o zaniepokojeniu. 
   — George Lomax moŜe wygadywać niestworzone rzeczy. Jak on się tu zjawi, ja umywam ręce od wszystkiego. 
   Ta perspektywa sprawiła lordowi wyraźną przyjemność. 
   — A więc zamordowany nazywał się hrabia Stanislaus? — rzucił pytanie doktor. 
   Ojciec i córka wymienili znaczące spojrzenie, po czym ten pierwszy rzekł z godnością: — Tak. JuŜ to powiedziałem. 
   — Zapytałem, bo poprzednio nie był pan tego taki pewny — wyjaśnił Cartwright. Oczy mu podejrzanie rozbłysły i 
lord Caterham spojrzał na niego z wyrzutem. 
   — Zaprowadzę panów do sali obrad — powiedział dość ostro. 
   PodąŜyli za nim, inspektor zamykał pochód, obrzucając wszystko po drodze błyskawicznym spojrzeniem, jak gdyby 
liczył na to, Ŝe w ramie obrazu lub za drzwiami znajdzie rozwiązanie zagadki. 
   Lord Caterham wyjął klucz z kieszeni, otworzył zamek i gwałtownym ruchem pchnął drzwi. Weszli do duŜego 
pokoju wyłoŜonego dębową boazerią, z trojgiem oszklonych drzwi wychodzących na taras. Na środku stał duŜy, 
prostokątny stół, sporo dębowych skrzyń, piękne, stare krzesła. Na ścianach portrety tak zmarłych, jak i Ŝyjących 
Caterhamów, a takŜe osób nie z rodziny. 
   Po lewej stronie, blisko ściany, gdzieś w połowie drogi między drzwiami wejściowymi a oszklonymi, męŜczyzna 
leŜał na wznak, z rozrzuconymi ramionami. 
   Doktor Cartwright ukląkł przy zwłokach. Inspektor na odmianę pomaszerował rączo do oszklonych drzwi i uwaŜnie 
przyjrzał się wszystkim trojgu. Środkowe były przymknięte, ale nie zamknięte. Na schodkach zewnętrznych widniały 
ś

lady stóp — jedne wiodły do drzwi, drugie w stronę przeciwną. 

   — Jasna sprawa — powiedział inspektor kiwnąwszy głową. — Lecz ślady stóp powinny być równieŜ w pokoju. Na 
parkiecie byłyby świetnie widoczne… 
   — Zaraz to panom wytłumaczę — przerwała Bundle. — Dziś rano słuŜąca wypastowała pół podłogi, zanim 
zauwaŜyła ciało. Rozumiecie, panowie, gdy przyszła do tego pokoju, było jeszcze całkiem ciemno. Od razu podeszła 
do oszklonych drzwi, rozsunęła zasłony i zabrała się za podłogę, no i oczywiście nie spostrzegła zwłok, które z tamtej 
strony pokoju zasłaniał stół. Zobaczyła ciało dopiero wtedy, gdy niemal się o nie potknęła. 
   Inspektor kiwał ze zrozumieniem głową. 

background image

 

33 

   — No tak — powiedział lord Caterham, który juŜ się rwał do ucieczki. — Zostawiam tu pana, inspektorze. Jeśli 
będzie mnie pan… hm… potrzebował, znajdzie mnie pan. Niebawem przyjeŜdŜa z „Wyvern Abbey” pan George 
Lomax, a on znacznie więcej ode mnie będzie mógł panu wyjaśnić. To jego sprawa. Nic więcej panu nie powiem. On 
to zrobi osobiście. 
   Lord Caterham dokonał błyskawicznego wycofania się — nie czekając na odpowiedź. 
   — Nieładnie ze strony Lomaxa — narzekał. — Tak mnie w to wrobił! Co takiego, Tredwell? 
   Siwowłosy kamerdyner wypręŜył się z szacunkiem. 
   — Pozwoliłem sobie, milordzie, zarządzić śniadanie, gdy tylko będzie pan wolny. Wszystko jest w jadalni 
przygotowane. 
   — Absolutnie sobie nie wyobraŜam, bym mógł coś przełknąć — powiedział ponuro lord Caterham, kierując kroki w 
stronę jadalni. — Absolutnie. 
   Bundle wsunęła mu rękę pod ramię i oboje przekroczyli próg jadalni. Na kredensie stało dziesięć cięŜkich, srebrnych 
waz, które dzięki pomysłowemu urządzeniu długo trzymały temperaturę. 
   — Omlet — powiedział lord podnosząc kolejno kaŜdą pokrywę. — Jajka na bekonie, cynaderki, drób, ryba, szynka, 
baŜant na zimno. Nic z tych rzeczy mi nie odpowiada, Tredwell. Powiedz kucharzowi, Ŝeby ugotował mi jajko bez 
skorupki! 
   — Tak jest, milordzie. 
   Tredwell wyszedł. Lord Caterham z roztargnioną miną radził sobie skutecznie z nakładaniem na talerz obfitej ilości 
cynaderek, bekonu, nalał kawy do filiŜanki, po czym usiadł przy stole. Bundle była juŜ całkowicie zaabsorbowana 
kopiatym talerzem jajecznicy na bekonie. 
   — Jestem cholernie głodna — powiedziała z pełną buzią jedzenia. — Widocznie z tych nerwów. 
   — Tobie to odpowiada — rzekł z wyrzutem ojciec. 
   — Wy młodzi lubicie takie ekscytujące sytuacje. Ale ja jestem człowiekiem słabego zdrowia. Unikać wszelkich 
zmartwień, powtarza zawsze sir Abner Willis, unikać zmartwień. Łatwo to powiedzieć komuś, kto siedzi w swoim 
gabinecie przy Harley Street. JakŜe ja mam się nie martwić, skoro ten osioł Lomax wpakował mnie w takie tarapaty. 
Powinienem był wtedy być bardziej stanowczy. Nie ustępować na krok. 
   Smętnie potrząsnąwszy głową wstał i ukrajał sobie kawałek szynki. 
   — Tymczasem to on wykazał się stanowczością — zauwaŜyła wesoło Bundle. — Mówił przez telefon bardzo 
chaotycznie. Zjawi się tu za parę minut i będzie plótł trzy po trzy na temat dyskrecji i zatuszowania sprawy. 
   Lord Caterham jęknął głucho wobec takiej perspektywy. 
   — Czy on był juŜ na nogach? — zapytał. 
   — Tak — odparła Bundle. — Powiedział, Ŝe od siódmej dyktował listy i memoranda. 
   — Ma się czym chwalić — burknął ojciec. — Te osoby publiczne to ogromnie egoistyczny gatunek. Zmuszają swoje 
nieszczęsne sekretarki do wstawania o nieprawdopodobnej wręcz porze po to tylko, by dyktować im róŜne bzdury. 
Gdyby uchwalono ustawę zmuszającą ich do pozostawania w łóŜku do godziny jedenastej, cóŜ by to było za 
błogosławieństwo dla narodu! Nie miałbym nic przeciwko nim, gdyby nie ględzili o takich banialukach. Lomax mówi 
zawsze o mojej „pozycji”. Jak gdybym miał takową. Kto w dzisiejszych czasach chce być parem? 
   — Nikt — odrzekła Bundle. — KaŜdy woli być właścicielem dobrze prosperującej knajpy. 
   Pojawił się milczący Tredwell niosąc w małej, srebrnej miseczce dwa ugotowane bez skorupki jajka, które umieścił 
na stole przed lordem. 
   — Co to takiego? — zapytał ten ostatni, patrząc na jajka z lekkim obrzydzeniem. 
   — Ugotowane we wrzątku jajka bez skorupki, milordzie. 
   — Nie cierpię takich jajek — oświadczył Caterham zrzędzącym tonem. — Są mdłe. Nie mogę nawet na nie patrzeć. 
Zabierz je szybko, Tredwell. 
   — Tak jest, milordzie. 
   Tredwell wraz z jajkami zniknęli równie bezszelestnie, jak się pojawili. 
   — Bogu niech będą dzięki, Ŝe nikt w tym domu nie wstaje tak wcześnie — powiedział z gorliwością lord Caterham. 
— Gdyby ktoś miał ten zwyczaj, musielibyśmy go tego oduczyć. — Westchnął cięŜko. 
   — Ciekawe, kto go zamordował? — zadała pytanie Bundle. — I dlaczego? 
   — Chwała Bogu to nie nasza sprawa — powiedział lord. — Policja się tym zajmie. Nie sądzę jednak, by Badgworthy 
był w stanie cokolwiek wykryć. Ja osobiście przypuszczam, Ŝe kryje się za tym Nosystein. 
   — Co to takiego? 
   — Ogólnobrytyjskie konsorcjum. 
   — Dlaczego pan Isaacstein miałby go zamordować, skoro tu przyjechał, by się z nim spotkać? 
   — Wielkie finanse — powiedział wymijająco lord. — A to mi uświadamia, Ŝe nie powinienem być zdziwiony, gdyby 
Isaacstein okazał się rannym ptaszkiem. Lada chwila moŜe się tu zwalić. Takie są miejskie obyczaje. NiezaleŜnie od 
zamoŜności ludzie są w stanie zdąŜyć na pociąg odchodzący o dziewiątej siedemnaście. 
   Przez otwarte okno dal się słyszeć warkot jadącego z duŜą szybkością auta. 
   — Lomax! — krzyknęła Bundle. 
   Ojciec wraz z córką wychylili się z okna i pomachali właścicielowi wozu, który zajechał właśnie przed wejście. 

background image

 

34 

   — Wchodź, mój drogi, wchodź! — zawołał lord Caterham przełykając w pośpiechu szynkę. 
   George nie miał zamiaru ładować się przez okno. Znikł więc w drzwiach od frontu i pojawił się prowadzony 
uroczyście przez Tredwella, który natychmiast się ulotnił. 
   — Zjesz z nami śniadanie? — zapytał lord Caterham, ściskając mu dłoń. — Co powiesz na cynaderki? 
   George odsunął ze zniecierpliwieniem waŜkę z cynaderkami. 
   — Strasznie nieszczęście, coś okropnego, koszmar! 
   — Faktycznie. MoŜe rybki? 
   — Nie, nie. To musi być zatuszowane, za wszelką cenę! 
   Jak Bundle przewidziała, George zaczął pleść trzy po trzy. 
   — Rozumiem twoje uczucia — powiedział ciepło lord. — Spróbuj jajecznicy na bekonie albo trochę ryby. 
   — Wypadek, którego skutków nie sposób przewidzieć! Klęska narodowa! ZagroŜone koncesje! 
   — Powoli, powoli — rzekł lord. — Nabierz sobie jedzonka. Tego ci potrzeba, Ŝebyś miał siłę wziąć się w garść. 
MoŜe jajeczka bez skorupek? Gdzie one są, przed chwilą tu były? 
   — Nie chcę Ŝadnego jedzenia — powiedział George. — Jadłem śniadanie, a nawet gdybym nie jadł, nic bym teraz 
nie mógł przełknąć. Musimy zastanowić się, co robić. Nic jeszcze nikomu nie powiedzieliście? 
   — Nikomu. Wiemy tylko my z Bundle. I lokalna policja. I doktor Cartwright. I oczywiście cała słuŜba. 
   George jęknął przeciągłe. 
   — Weź się w kupę, drogi chłopcze — powiedział po przyjacielsku lord Caterham. — Nawiasem mówiąc, wolałbym, 
Ŝ

ebyś coś zjadł. Chyba nie myślisz, Ŝe moŜna by ukryć zwłoki? Musi się odbyć pogrzeb i tak dalej. Niestety, tak to się 

przedstawia. 
   George nagle jakby odzyskał spokój. 
   — Masz rację, Caterham. Powiadasz, Ŝe wezwałeś lokalną policję? To nie wystarczy. Musi być Battle*. 
   — Walka, morderstwo i nagła śmierć? — dopytywał się lord Caterham z malującym się na twarzy zdumieniem. 
   — Nie, nie, źle mnie zrozumiałeś, Caterham. Mam na myśli inspektora Battle ze Scotland Yardu. Człowiek 
niebywale dyskretny. Współpracował z nami podczas tej Ŝałosnej afery z funduszem partii. 
   — A co to było? — Lord Caterham przejawił niejakie zainteresowanie. 
   Wzrok George’a spoczął na Bundle, do połowy wychylonej z okna, i Lomax w samą porę przypomniał sobie o 
dyskrecji. Wstał. 
   — Nie wolno nam tracić czasu. Muszę natychmiast wysłać kilka telegramów. 
   — Napisz treść, a Bundle nada je przez telefon. 
   George wyciągnął wieczne pióro i potem z niewiarygodną szybkością pisa} coś. Tekst pierwszej depeszy wręczył 
Bundle, która przeczytała go z wielkim zaciekawieniem. 
   — BoŜe, cóŜ to za nazwisko! — zawołała. — Baron jaki? 
   — Baron Lolopretjzyl. Bundle zamrugała powiekami. 
   — Ja juŜ chwyciłam, ale poczta będzie miała z tym kłopot. 
   George pisał dalej. Następnie, wręczywszy kartki Bundle, zwrócił się do pana domu: 
   — Najmądrzej postąpisz, Caterham… 
   — Tak? — wtrącił z obawą lord. 
   — … jeśli zostawisz to wszystko mnie. 
   — Oczywiście — potwierdził lord skwapliwie. — Tak teŜ sobie myślałem. Policjantów i doktora Cartwrighta 
znajdziesz w sali obrad. RównieŜ… hm… ciało. Lomax, mój drogi, cale „Chimneys” stawiam do twojej dyspozycji. 
Rób, co uwaŜasz za właściwe… 
   I juŜ znikał dyskretnie za jednymi z dalszych drzwi. Bundle ze smętnym uśmiechem obserwowała ten jego odwrót. 
   — Wyślę zaraz te depesze — powiedziała. — Trafi pan do sali obrad? 
   — Tak, dziękuję, lady Eileen. 
   George szybkim krokiem wyszedł z pokoju. 
 
ROZDZIAŁ JEDENASTY 
PRZYBYWA INSPEKTOR BATTLE 
    
   Z takim zapałem zastosował się lord Caterham do rady George’a, Ŝe cały ranek spędził na obchodzie swojego 
majątku. Jedynie męka głodu skierowała jego kroki w stronę domu. RównieŜ i to, Ŝe uświadomił sobie, iŜ do tej pory 
najgorsze na pewno juŜ minęło. 
   Wśliznął się chyłkiem do domu przez małe, boczne drzwi. A potem przemknął ukradkiem do swego gabinetu. 
Pochlebił sobie w duchu, Ŝe nikt nie zauwaŜył jego wejścia, ale tu się pomylił. Czujnemu Tredwellowi nic nie ujdzie 
uwagi. Pojawił się w progu. 
   — Proszę mi wybaczyć, milordzie. 
   — Co jest, Tredwell? 
   — Pan Lomax pragnie pana widzieć, jak tylko pan wróci — czeka w bibliotece. 

background image

 

35 

   Tą delikatną aluzją Tredwell dal do zrozumienia, Ŝe lord Caterham, jeŜeli takie ma Ŝyczenie, moŜe jeszcze nie 
wrócić. 
   Lord wstał z westchnieniem. 
   — Prędzej czy później i tak tego nie uniknę. W bibliotece, powiadasz? 
   — Tak jest, milordzie. 
   WciąŜ wzdychając lord Caterham przemierzył wielkie przestrzenie swego rodowego domostwa i doszedł w końcu do 
drzwi biblioteki. Były zamknięte. Nacisnął klamkę, ktoś je od wewnątrz otworzył, uchylił i w szparze ukazało się 
podejrzliwe oblicze George’a Lomaxa. Na widok lorda wyraz jego twarzy uległ zmianie. 
   — A, Caterham, wejdź. Zastanawialiśmy się właśnie, co się z tobą stało. 
   Wchodząc pokornie boczkiem, lord Caterham mamrotał coś niewyraźnie o doglądaniu majątku i świadczeniach na 
rzecz dzierŜawców. W pokoju znajdowały się jeszcze dwie osoby. Pierwsza to pułkownik Melrose, okręgowy komisarz 
policji. Drugą osobą był męŜczyzna w średnim wieku, krępej budowy, z twarzą tak dokładnie pozbawioną wyrazu, Ŝe 
aŜ nie do wiary. 
   — Inspektor Battle przybył przed godziną — wyjaśnił George. — Przeprowadził wnikliwą rozmowę z inspektorem 
Badgworthym, spotkał się z doktorem Cartwrightem. Teraz chce parę danych od nas. 
   Lord Caterham przywitał się z pułkownikiem Melrose, który przedstawił mu inspektora Battle, po czym wszyscy 
usiedli. 
   — Nie potrzebuję chyba pana uprzedzać, inspektorze — zaczął George — Ŝe w tej sprawie naleŜy zachować jak 
najdalej idącą dyskrecję. 
   Inspektor skinął głową zdawkowo, co lordowi przypadło raczej do gustu. 
   — Naturalnie, panie Lomax. Ale przed nami Ŝadnych przemilczeń. Rozumiem, Ŝe nieboszczyk nazywał się 
Stanislaus, hrabia Stanislaus, przynajmniej pod takim nazwiskiem znała go słuŜba. A jakie było jego prawdziwe 
nazwisko? 
   — KsiąŜę Herzoslovakii Michael. 
   Oczy Battle’a odrobinę się powiększyły, ale poza tym nie dał nic po sobie poznać. 
   — A jeśli mogę zapytać, w jakim celu tutaj przybył? CzyŜby wyłącznie w rozrywkowym? 
   — Nie tylko, Battle. Ale to ścisła tajemnica. 
   — Rzecz jasna, proszę pana. 
   — Pułkowniku Melrose? 
   — Oczywiście. 
   — No więc ksiąŜę Michael miał tutaj w trybie pilnym spotkać się z panem Hermanem Isaacsteinem. Chodziło o 
omówienie warunków poŜyczki. 
   — Jak one brzmiały? 
   — Nie znam szczegółów. W istocie nie doszło do rozmowy na ten temat. W wypadku gdyby ksiąŜę zasiadł na tronie, 
zobowiązałby się do przyznania niektórych koncesji naftowych tym towarzystwom, które wchodzą w zakres 
zainteresowań pana Isaacsteina. Rząd brytyjski gotów był poprzeć aspiracje tronowe księcia Michaela z racji jego 
wyraźnie probrytyjskich sympatii. 
   — Tak — powiedział inspektor Battle. — To mi juŜ powinno wystarczyć. Księciu Michaelowi zaleŜało na 
pieniądzach, panu Isaacsteinowi na nafcie, a rząd brytyjski chciał odegrać rolę dobrego wujaszka. Jeszcze jedno 
pytanie. Czy ktoś poza tym zabiegał o te koncesje? 
   — Przypuszczani, Ŝe grupa amerykańskich finansistów czyniła próby u Jego Wysokości. 
   — Które spełzły na niczym, tak? Lecz George nie dał się sprowokować. 
   — KsiąŜę Michael miał zdecydowanie probrytyjskie nastawienie — powtórzył. 
   Inspektor Battle nie naciskał więcej w tej kwestii. 
   — Przejdźmy teraz, lordzie Caterham, do wydarzeń z dnia wczorajszego. Spotkał się pan z księciem Michaelem w 
mieście i razem przyjechaliście panowie tutaj. Księciu towarzyszył lokaj, Herzoslovak, Boris Anchou—koff, natomiast 
jego koniuszy, kapitan Andrassy, pozostał w Londynie. Po przybyciu na miejsce ksiąŜę oświadczył, ze jest bardzo 
zmęczony, i oddalił się do przygotowanego dlań apartamentu. Obiad podano mu tam, toteŜ nie miał okazji spotkać 
nikogo spośród uczestników weekendowego przyjęcia. Zgadza się? 
   — Co do joty. 
   — Dziś rano około siódmej czterdzieści pięć pokojówka natknęła się na ciało. Na podstawie badań doktor Cartwright 
orzekł, Ŝe śmierć nastąpiła wskutek strzału oddanego z rewolweru. Broni nie odnaleziono i nikt w całym domu nie 
słyszał rzekomo huku strzału. Ponadto zegarek denata został podczas jego upadku rozbity i wskazówki zatrzymały się 
na godzinie piętnaście po jedenastej, określając niezbicie porę dokonania zbrodni. A więc o której godzinie udali się 
państwo wczoraj na spoczynek? 
   — Wcześnie. Coś szwankowało w całym przedsięwzięciu, rozumie pan, inspektorze, co mam na myśli. Poszliśmy na 
górę mniej więcej o wpół do jedenastej. 
   — Dziękuję. A teraz poproszę pana, milordzie, by zechciał mi pan scharakteryzować wszystkie przebywające w tym 
domu osoby. 
   — Proszę mi wybaczyć, ale sądziłem, Ŝe człowiek, który tego dokonał, przyszedł z zewnątrz. 

background image

 

36 

   Inspektor Battle uśmiechnął się. 
   — Tak teŜ i ja uwaŜam. Tak uwaŜam. Niemniej muszę wiedzieć, kto w tym czasie znajdował się w domu. Rutynowe 
przesłuchanie, pan rozumie. 
   — No więc ksiąŜę Michael i jego lokaj, pan Herman Isaacstein. Wszystko pan o nim wie. I jeszcze pan Eversleigh… 
   — Który jest zatrudniony w moim departamencie — wtrącił George protekcjonalnym tonem. 
   — I który znał prawdziwy powód goszczenia tutaj księcia Michaela? 
   — Nie, tego bym nie powiedział — odrzekł z wahaniem George. — Niewątpliwie czul pismo nosem, nie uznałem 
jednak za wskazane obdarzać go aŜ takim zaufaniem. 
   — Rozumiem. Niech pan mówi dalej, milordzie. 
   — Aha, jeszcze pan Hiram Fish. 
   — Kto to jest? 
   — Pan Fish jest Amerykaninem. Przywiózł list polecający od pana Luciusa Gotta. Słyszał pan o Luciusie Gotcie? 
   Inspektor skinął z uśmiechem głową. KtóŜ by nie słyszał o Luciusie Gotcie, multimilionerze? 
   — Był ogromnie ciekaw moich pierwszych edycji. Kolekcja pana Gotta jest oczywiście niezrównana, ale ja teŜ mam 
kilka prawdziwych skarbów. Ten pan Fish to istny entuzjasta. Pan Lomax sugerował, Ŝebym specjalnie zaprosił na ten 
weekend jeszcze parę osób, aby wyglądało bardziej naturalnie. Skorzystałem z okazji i ściągnąłem tu pana Fisha. To 
tyle, jeśli idzie o panów. Co zaś tyczy się pań, to jest tu tylko pani Revel, i przypuszczam, Ŝe przywiozła ze sobą 
pokojówkę albo coś w tym sensie. Jeszcze moja córka, no i rzecz jasna dzieci, ich niańki, guwernantki oraz słuŜba. 
   Lord Caterham przerwał wyliczanie, nabierając w płuca haust powietrza. 
   — Dziękuję — powiedział detektyw. — Zwykłe, rutynowe pytania, niemniej potrzebne. 
   — Nie ulega chyba wątpliwości — powiedział George posępnie — Ŝe morderca wszedł przez oszklone drzwi. 
   Battle milczał chwilę, nim, z namysłem, udzielił odpowiedzi: 
   — Ślady stóp prowadzą do tych drzwi i z powrotem. Wczoraj wieczorem o jedenastej czterdzieści przed bramą parku 
zatrzymał się jakiś samochód. O godzinie dwunastej do zajazdu „Wesoły Krykiecista” przyjechał autem młody 
męŜczyzna i zajął jeden z pokoi. Wystawił na korytarz buty do wyczyszczenia — były przemoknięte i zabłocone, jak 
gdyby chodził w parku po sięgającej łydek trawie. 
   George pochylił się do przodu z malującym się na twarzy zaciekawieniem. 
   — A czy moŜna te buty porównać ze śladami? 
   — JuŜ to zostało zrobione. 
   — I co? 
   — Pasują jak ulał. 
   — To przesądza sprawę! — zawołał George. — Mamy mordercę. Ten młody człowiek, no właśnie, jak on się 
nazywa? 
   — W zajeździe podał nazwisko Anthony Cade. 
   — Więc tego Anthony’ego Cade’a trzeba natychmiast złapać i aresztować. 
   — Nie trzeba go łapać — oznajmił inspektor Battle. 
   — Dlaczego? 
   — Bo wciąŜ mieszka w tym hotelu. 
   — Co?! 
   — Interesujące, prawda? 
   Pułkownik spojrzał przenikliwie na inspektora. 
   — Co pan o tym sądzi, Battle? Proszę się wypowiedzieć. 
   — Mogę tylko powtórzyć, Ŝe przypadek jest bardzo interesujący. To wszystko. Młody człowiek, który powinien 
wziąć nogi za pas i uciec gdzie pieprz rośnie, nie bierze nóg za pas i nie ucieka gdzie pieprz rośnie. Jest na miejscu i 
daje nam moŜliwość porównania swoich butów ze śladami. 
   — I co pan na to? 
   — Nie mam pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. A taki stan umysłu ogromnie doskwiera. 
   — Czy pan sobie wyobraŜa… — zaczął pułkownik Melrose, ale przerwał słyszące delikatne pukanie. 
   George podszedł do drzwi. Tredwell, cierpiąc w duchu z powodu tego, Ŝe sytuacja zmusza go do tak pokornego 
stukania, stał z godnością w progu, a potem zwrócił się do swego pana: 
   — Proszę mi wybaczyć, milordzie, ale jakiś dŜentelmen chce się z panem widzieć w sprawie pilnej i nie cierpiącej 
zwłoki, związanej, jak przypuszczam, z tragedią, jaka się dziś rano wydarzyła. 
   — Jak się ten facet nazywa? — zapytał raptem Battle. 
   — Anthony Cade, lecz twierdzi, Ŝe jego nazwisko nic nikomu nie powie. 
   Wyglądało na to, Ŝe owo nazwisko przemówiło do wszystkich czterech znajdujących się w pokoju panów. Byli 
zdumieni, choć kaŜdy w róŜnym stopniu. 
   Lord Caterham zachichotał: 
   — Zaczyna mnie to w końcu bawić. Dawaj go tu, Tredwell. Dawaj go tu natychmiast! 
 
ROZDZIAŁ DWUNASTY 

background image

 

37 

OPOWIEŚĆ ANTHONY’EGO 
    
   — Pan Anthony Cade — zaanonsował Tredwell. 
   — Ów podejrzany obcy męŜczyzna z wiejskiego zajazdu — dorzucił Anthony wchodząc. 
   Z rzadkim u obcych wyczuciem skierował swe kroki w stronę lorda Caterhama. Oszacował jednocześnie w myślach 
trzech pozostałych męŜczyzn: l — Scotland Yard, 2 — miejscowy dygnitarz, prawdopodobnie okręgowy komisarz 
policji, 3 — dociekliwy dŜentelmen na krawędzi apopleksji, niewykluczone, Ŝe związany z rządem. 
   — Chciałbym przeprosić — mówił Anthony pod adresem lorda Caterhama — za wdarcie się tu niemal przemocą. 
Ale aŜ huczy od plotek w „Wesołym Psie”, czy jak ten tutejszy zajazd się nazywa, Ŝe w pańskim domu popełniono 
morderstwo, a poniewaŜ ja mogę rzucić na tę sprawę trochę światła, więc postanowiłem przyjść. 
   Dobrą chwilę nikt nie przemówił ani słowa. Inspektor Battle — bo będąc człowiekiem o ogromnym doświadczeniu 
wiedział, Ŝe nieskończenie lepiej jest pozwolić ludziom mówić, jeśli juŜ są do tego skłonni, pułkownik Melrose — bo z 
natury był człowiekiem milczącym, George — poniewaŜ przywykł, Ŝe zawczasu go o czymś takim uprzedzano, lord 
Caterham zaś — gdyŜ nie miał najmniejszego pojęcia, co powiedzieć. JednakŜe milczenie pozostałych trzech panów, a 
takŜe fakt, Ŝe słowa przybysza skierowane były bezpośrednio do niego, zmusił tegoŜ do zabrania głosu: 
   — Hm… no tak… no tak… — bąkał nerwowo. — Czy nie zechciałby pan… hm… usiąść? 
   — Dziękuję — rzekł Anthony. 
   George odchrząknął złowieszczo. 
   — Taaa… Co pan miał na myśli mówiąc, Ŝe moŜe pan rzucić trochę światła…? 
   — To mianowicie — odparł — ze ubiegłej nocy około godziny za piętnaście dwunasta wkroczyłem na teren 
posiadłości lorda Caterhama — co, jak mam nadzieję, zostanie mi wybaczone — i słyszałem strzał. Mogę w kaŜdym 
razie dokładnie określić czas popełnienia zbrodni. 
   Rozejrzał się dokoła, popatrzył po kolei na trzech panów, zatrzymując wzrok na inspektorze Battle, którego obojętny 
wyraz twarzy nie uszedł jego uwagi. 
   — Ale wydaje się, Ŝe nic nowego panom nie oznajmiłem — dodał uprzejmie. 
   — Co pan chce przez to powiedzieć? 
   — Właśnie to: dziś rano włoŜyłem półbuty. A później, kiedy poprosiłem, by przyniesiono mi moje trzewiki, okazało 
się, Ŝe ich nie ma. Pewien młody, przystojny inspektor pofatygował się po nie. ToteŜ kiedy skojarzyłem sobie jedno z 
drugim, natychmiast pospieszyłem tutaj, by w miarę moŜności obronić swoje dobre imię. 
   — Bardzo rozsądne posunięcie — rzekł Battle zdawkowo. 
   Oczy Anthony’ego lekko rozbłysły. 
   — Wysoko oceniam pańską powściągliwość, inspektorze… Bo mam przyjemność z inspektorem, prawda? 
   Tu wtrącił się lord Caterham. Ten Anthony zaczynał mu się podobać. — Inspektor Battle ze Scotland Yardu, 
pułkownik Melrose, nasz komisarz okręgowy, i pan Lomax. 
   Anthony spojrzał szybko na George’a. 
   — Pan George Lomax? 
   — Tak. 
   — Wobec tego miałem zaszczyt otrzymać od pana wczoraj list. 
   George wytrzeszczył na niego oczy. 
   — Nie sądzę — rzekł lodowatym tonem. 
   Wiele by jednak dał za to, Ŝeby panna Oscar tutaj była. Panna Oscar pisała mu wszystkie listy i zawsze pamiętała, do 
kogo są adresowane i jaka jest ich treść. Wielcy ludzie jego pokroju nie są w stanie zapamiętać wszystkich tych 
nudnych szczegółów. 
   — Zdaje mi się, panie Cade — powiedział — Ŝe nosił się pan z zamiarem wyjaśnienia nam, Ŝe tak powiem, co 
ubiegłej nocy, za piętnaście dwunasta, robił pan na tym terenie! 
   A z jego tonu moŜna było odczytać: cokolwiek powiesz, i tak w to nie uwierzymy. 
   — Właśnie, co pan tu robił? — zapytał z oŜywieniem lord Caterham. 
   — Tak — zaczął Anthony głosem pełnym ubolewania. — Będzie to niestety dość długa opowieść. — Wyciągnął 
papierośnicę. — Mogę zapalić? 
   Lord skinął głową przyzwalająco, Anthony zapalił papierosa i zebrał siły przed czekającą go cięŜką próbą. 
   Był w pełni świadom niebezpieczeństwa, w jakim się znalazł. W ciągu zaledwie dwudziestu czterech godzin został 
wmieszany w dwa morderstwa. Jego poczynań związanych z pierwszym nie moŜna by Ŝadną miarą połączyć z drugim. 
Po rozwaŜnym usunięciu zwłok i tym samym pokrzyŜowaniu planów organom sprawiedliwości pojawił się na scenie, 
na której dokonano drugiej zbrodni, i to akurat w momencie jej dokonywania. Doskonała okazja dla młodego 
człowieka szukającego guza. 
   Nawet jak na Amerykę Południową, pomyślał Anthony, to po prostu rzecz niebywała! 
   JuŜ zadecydował, jaką przyjmie metodę. Będzie mówił prawdę — w jednym wypadku stosując drobne odstępstwo, w 
drugim — tuszując powaŜnie to i owo. 

background image

 

38 

   — Wszystko się zaczęło — mówił Anthony — około trzech tygodni temu, w Bulawayo. Pan Lomax wie oczywiście, 
gdzie to jest… ta wysunięta placówka imperium. „Co my wiemy o Anglii, jeśli znamy tylko Anglię?” i tak dalej. 
Rozmawiałem właśnie z moim przyjacielem, niejakim Jamesem McGrathem… 
   Wymówił wolno to nazwisko, utkwiwszy w George’u zamyślony wzrok. George podskoczył jak oparzony i ledwo się 
pohamował, by nie krzyknąć. 
   — Wynikiem naszej rozmowy był mój przyjazd do Anglii, gdzie miałem do spełnienia pewną misję dla pana 
McGratha, który osobiście nie mógł się stawić. PoniewaŜ bilet był zabukowany na jego nazwisko, odbyłem tę podróŜ 
jako James McGrath. Nie wiem, do jakiego rodzaju wykroczeń to się zalicza — mam nadzieję, Ŝe pan inspektor 
poinformuje mnie o tym i jeśli uzna za stosowne, zapakuje mnie na parę miesięcy do ciupy. 
   — Proszę trzymać się tematu, jeśli łaska — powiedział Battle, ale na krótką chwilę w jego oczach zapaliły się 
ogienki. 
   — Po przybyciu do Londynu zamieszkałem w hotelu „Blitz”, oczywiście jako James McGrath. Moja misja polegała 
na tym, Ŝe pewnej firmie wydawniczej miałem dostarczyć pewien rękopis, ale prawie natychmiast zgłosiły się do mnie 
delegacje reprezentujące dwie partie polityczne pewnego królestwa. Metody jednej były absolutnie zgodne z 
konstytucją, drugiej — wprost przeciwnie. Obydwie delegacje załatwiłem odmownie. Lecz to nie był koniec moich 
kłopotów. Tej nocy włamano się do mojego pokoju, a sprawcą włamania okazał się jeden z kelnerów hotelu „Blitz”. 
   — Przypuszczalnie nie zgłosił pan tego faktu policji? 
   — Ma pan rację. Nie zgłosiłem. Widzi pan, nic mi nie zginęło. Natomiast opowiedziałem wszystko dyrektorowi 
hotelu, który potwierdzi prawdziwość moich słów, powie panom równieŜ, Ŝe rzeczony kelner w środku nocy dał 
drapaka. Nazajutrz wydawcy zatelefonowali z propozycją, Ŝe jeden z pracowników firmy zgłosi się do mnie po odbiór 
rękopisu. Zgodziłem się i na drugi dzień rano sprawa została zgodnie z planem załatwiona. A poniewaŜ nikt się do 
mnie więcej nie zgłaszał, uznałem, Ŝe rękopis dotarł bezpiecznie do wydawnictwa. Wczoraj, wciąŜ jako James 
McGrath, otrzymałem list od pana Lomaxa… 
   Anthony urwał. Bawiło go to juŜ setnie. George zaczął się głupio wykręcać: 
   — Przypominam sobie — mamrotał. — Taką mam liczną korespondencję. Trudno wymagać, Ŝebym znał wszystkie 
nazwiska. Ale moim zdaniem… — George podniósł nieco głos w poczuciu swej moralnej nieugiętości — … ale 
uwaŜam tę maskaradę… to podszywanie się pod kogoś innego za w najwyŜszym stopniu niewłaściwe. Sądzę, nie ulega 
dla mnie Ŝadnej kwestii, Ŝe w bardzo powaŜnym stopniu naruszył pan prawo. 
   — W tym liście — kontynuował Anthony niewzruszenie — pan Lomax czynił kilka sugestii co do znajdującego się 
w moim posiadaniu rękopisu. Był nawet na tyle uprzejmy, Ŝe w imieniu lorda Caterhama zaprosił mnie tutaj na 
weekendowe przyjęcie. 
   — Rad cię widzę, mój drogi — powiedział arystokrata. — Lepiej później niŜ wcale, prawda? 
   George skrzywił się pod jego adresem. Inspektor Battle utkwił w Anthonym nieruchome spojrzenie. 
   — Czy to ma tłumaczyć pańską tu obecność ubiegłej nocy? — zapytał. 
   — Oczywiście, Ŝe nie — odparł Anthony z oŜywieniem. — Jeśli jestem zaproszony do czyjejś wiejskiej posiadłości, 
to nie będę przecieŜ późną nocą forsował muru, przemierzał parku, naciskał klamek u drzwi. Podjechałbym przed front 
domu, zadzwonił, wytarł nogi w wycieraczkę. Ale do rzeczy. Odpisałem panu Lomaxowi, Ŝe rękopis nie znajduje się 
juŜ w moim posiadaniu, wobec czego muszę niestety, z prawdziwym Ŝalem, odmówić lordowi Caterhamowi, który 
raczył mnie do siebie zaprosić. Po wysłaniu listu przypomniałem sobie jednak pewną rzecz, która umknęła mojej 
pamięci… — Nie dokończył. Poruszy zaraz temat wielce delikatnej natury. — Muszę tu wspomnieć, Ŝe w czasie 
zmagań z kelnerem Giuseppem wyrwałem mu skrawek papieru z umieszczonym nań napisem. Wtedy nic mi jeszcze 
nie mówił, ale zachowałem ów skrawek, i potem nazwa „Chimneys” wydała mi się znajoma. Wyjąłem kartkę, rzuciłem 
na nią okiem. Było tak, jak przypuszczałem. Oto, panowie, ten skrawek papieru, proszę przekonać się na własne oczy. 
Napis brzmi: „Chimneys, czwartek, godzina dwudziesta trzecia czterdzieści pięć”. Battle przyjrzał się kartce uwaŜnie. 
   — Oczywiście — ciągnął Anthony — słowo „Chimneys” moŜe nie mieć z tym domem nic wspólnego. Ale moŜe i 
mieć. I niewątpliwie ten Giuseppe to kawał szubrawca i rabuś. Więc umyśliłem sobie, Ŝe przyjadę tu wczoraj wieczór 
samochodem, przekonam się, Ŝe wszystko w porządku, zamieszkam w miejscowym hotelu, a nazajutrz rano 
zatelefonuję do lorda Caterhama i powiem mu, Ŝeby miał się na baczności, gdyŜ w ciągu tego weekendu moŜe się 
przydarzyć jakieś nieszczęście. 
   — No właśnie — powiedział lord Caterham Ŝyczliwym tonem. — No właśnie. 
   — Przybyłem tu jednak za późno, zabrakło mi trochę czasu. Dlatego zatrzymałem wóz, przelazłem przez mur i 
pobiegłem parkiem w stronę domu. Gdy znalazłem się na tarasie, cały dom był pogrąŜony w ciemności, a wokół 
panowała martwa cisza. Miałem juŜ wracać, gdy usłyszałem strzał. Wydawało mi się, Ŝe rozległ się wewnątrz domu, 
więc podszedłem szybko do oszklonych drzwi. Były jednak zamknięte i Ŝaden odgłos z domu nie docierał. Poczekałem 
chwilę, ale wszystko dokoła tonęło w grobowej ciszy, toteŜ doszedłem do wniosku, Ŝe musiałem się pomylić, Ŝe 
prawdopodobnie strzelił gdzieś kłusownik — w określonych okolicznościach konkluzja całkiem logiczna, pomyślałem. 
   — Całkiem logiczna — powtórzył machinalnie inspektor Battle. 
   — Pojechałem do hotelu, przespałem się i rano usłyszałem tę wiadomość. Zdaję sobie naturalnie sprawę, Ŝe w tej 
sytuacji stałem się osobnikiem podejrzanym, toteŜ stawiłem się tutaj, by całą historię państwu opowiedzieć, Ŝywiąc 
nadzieję, iŜ nie zakończy się ona zatrzaśnięciem się kajdanków na przegubach moich dłoni. 

background image

 

39 

   Zapadło milczenie. Pułkownik Melrose spojrzał kątem oka na inspektora Battle’a. 
   — Pańska opowieść wygląda dość przekonująco — zauwaŜył. 
   — Tak — zgodził się Battle. — Nie zrobimy dziś chyba uŜytku z kajdanków. 
   — Ma pan jeszcze jakieś pytania, inspektorze? 
   — Jednego chciałbym się dowiedzieć. Co to był za rękopis? 
   Spojrzał na George’a, który ociągając się wydusił z siebie: 
   — Pamiętniki zmarłego hrabiego Stylptitcha. Rozumie pan… 
   — Nie musi pan nic dodawać — powiedział Battle. 
   — Wszystko świetnie rozumiem. — Zwrócił się do Anthony’ego: — Czy pan wie, kim był ten zastrzelony człowiek? 
   — W „Wesołym Psie” mówiono, Ŝe to hrabia Stanislaus czy coś takiego. 
   — Proszę mu powiedzieć — rzekł krótko Battle do George’a Lomaxa. 
   George wyraźnie się do tego nie kwapił, ale nie miał innego wyjścia. 
   — DŜentelmenem, który przebywał tu incognito, jako hrabia Stanislaus, był Jego Wysokość ksiąŜę Michael z 
Herzoslovakii. 
   Anthony gwizdnął przeciągle. 
   — Diabelnie niezręczna sytuacja — zauwaŜył. 
   Inspektor Battle, który pilnie obserwował Anthony’ego, chrząknął krótko, jak gdyby coś niepomiernie go 
usatysfakcjonowało, po czym raptownie zerwał się na równe nogi. 
   — Chciałbym zadać jeszcze parę pytań panu Cade’owi — powiedział. — JeŜeli moŜna, zabrałbym go do sali obrad. 
   — Oczywiście, oczywiście — rzekł lord Caterham. 
   — Niech go pan zabiera, dokąd pan chce. Anthony wraz z detektywem wyszli. 
   Ciało juŜ usunięto, poza ciemną plamą na podłodze nic nie wskazywało na to, Ŝe rozegrała się tu tragedia. Słońce 
wpadało przez troje oszklonych drzwi, napełniając pokój światłem, uwypuklając bujne barwy starego malarstwa. 
Anthony rozejrzał się dokoła z podziwem. 
   — Bardzo ładnie — skomentował. — Prawdziwa stara Anglia. 
   — Jak się panu wydaje, czy właśnie w tym pokoju oddano strzał? — zapytał inspektor ignorując słowa pochwały. 
   — Zaraz zobaczę. 
   Anthony otworzył drzwi, wyszedł na taras i ogarnął wzrokiem dom. 
   — Tak, w tym na pewno — odparł. — Pokój jest częściowo usytuowany w wykuszu i zajmuje cały róg domu. Gdyby 
strzał padł gdzie indziej, odgłos dotarłby do mnie z lewej strony, a tak usłyszałem go nieco z tyłu i raczej z prawa. 
Dlatego przyszedł mi na myśl kłusownik. Pokój jest na samym końcu skrzydła budynku, jak pan widzi. — Wszedł do 
ś

rodka i zapytał nagle, jakby dopiero teraz uprzytomnił sobie ten fakt: — Ale dlaczego pan pyta? PrzecieŜ pan wie, 

gdzie popełniono zbrodnię? 
   — Och! — westchnął inspektor. — My nigdy nie wiemy tyle, ile chcielibyśmy wiedzieć. Tak, on tutaj został 
zastrzelony, istotnie. Pan coś wspomniał o naciskaniu klamek tych oszklonych drzwi, prawda? 
   — Tak, były zamknięte od wewnątrz. 
   — Ile klamek pan naciskał? 
   — Wszystkie trzy. 
   — Jest pan tego pewien? 
   — Mam taki zwyczaj, Ŝe jestem pewny tego, co mówię. Dlaczego pan pyta? 
   — Śmieszna rzecz — powiedział inspektor. 
   — Jaka śmieszna rzecz? 
   — Kiedy rano stwierdzono popełnienie zbrodni, środkowe drzwi nie były zamknięte, nawet na klamkę, otóŜ to. 
   — Fiu, fiu, fiu! — Anthony usiadł na ławeczce w wykuszu i wyjął papierośnicę. — To bomba. Trzeba więc spojrzeć 
na to pod całkiem innym kątem. Mamy taką alternatywę. Albo ksiąŜę został zabity przez kogoś przebywającego w tym 
domu i ten ktoś po moim odejściu otworzył drzwi, Ŝeby wyglądało, iŜ zbrodnię popełnił człowiek z zewnątrz, albo teŜ, 
nie owijając w bawełnę, ja kłamię. Śmiem przypuszczać, Ŝe pan się skłania do drugiej moŜliwości, ale słowo honoru, 
Ŝ

e nie ma pan racji. 

   — Powiem panu tylko tyle, Ŝe nikt nie ma prawa opuścić tego domu, dopóki nie zakończę sprawy — oświadczył 
ponuro inspektor Battle. 
   Anthony .obrzucił go bystrym spojrzeniem. —’— Od jak dawna pan podejrzewa, Ŝe to dzieło kogoś z domowników? 
   Battle uśmiechnął się. 
   — Cały czas miałem takie odczucie. Pana osoba zbyt jaskrawo rzucała się w oczy, jeŜeli mogę to tak ująć. Moje 
wątpliwości zaczęły się w chwili, gdy się okazało, Ŝe to ślady pańskich butów. 
   — Brawo dla Scotland Yardu! — powiedział wesoło Anthony. 
   W tym jednak momencie, kiedy Battle najwyraźniej wykluczył osobę Anthony’ego z udziału w zbrodni, ten ostatni 
uświadomił sobie, Ŝe teraz bardziej niŜ kiedykolwiek musi się mieć na baczności. Inspektor Battle był oficerem o 
wnikliwym umyśle. Nie było z nim Ŝartów. 
   — Stało się to tam, prawda? — zapytał Anthony wskazując głową ciemną plamę na podłodze. 
   — Tak. 

background image

 

40 

   — Zastrzelono go z rewolweru? 
   — Tak, nie wiemy tylko jeszcze, z jakiego, póki podczas sekcji zwłok nie wyłuskają pocisku. — Jeszcze go nie 
wyjęli? 
   — Nie. 
   — śadnych innych poszlak? 
   — No, mamy to. 
   Metodą niemal kuglarza inspektor wyczarował pół arkusika papieru. I znowu kątem oka — udając, Ŝe tego nie czyni 
— obserwował badawczo Anthony’ego. 
   Lecz Anthony nie okazał śladu zmieszania czy teŜ zdziwienia, rozpoznając rysunek na tym skrawku. 
   — O, znowu Towarzysze Czerwonej Ręki. JeŜeli zamierzają rozrzucać to w charakterze ulotek, powinni zrobić sobie 
odbitki. Sporządzanie kaŜdego egzemplarza oddzielnie to potwornie nudna robota. Gdzie tę kartkę znaleziono? 
   — Pod zwłokami. JuŜ pan to kiedyś widział? 
   Anthony opowiedział szczegółowo o swoim przelotnym kontakcie z owym obywatelsko–duchowym 
stowarzyszeniem. 
   — Nasuwa się myśl, Ŝe Towarzysze go zabili. 
   — Dopuszcza pan taką moŜliwość, sir? 
   — To by współgrało z głoszoną przez nich propagandą. Ale jak uczy doświadczenie, ci, co głośno krzyczą o krwi, 
nigdy tak naprawdę nie mieli do czynienia z jej przelewaniem. Co wcale nie oznacza, Ŝe nie są odwaŜni. Ponadto to 
ludzie bardzo malowniczy. Nie wyobraŜam sobie Ŝadnego z Towarzyszy jako czcigodnego gościa wiejskiej rezydencji. 
Zresztą kto to wie… 
   — Całkiem słusznie, panie Cade. Kto to wie. Anthony z miną nagle rozbawioną powiedział: 
   — Przednia myśl! Otwarte drzwi, ślady stóp, podejrzany obcy człowiek w miejscowym hoteliku. Mogę jednak pana 
zapewnić, drogi inspektorze, Ŝe kimkolwiek jestem, to jestem, lecz w Ŝadnym razie agentem Czerwonej Ręki. 
   Inspektor uśmiechnął się nieznacznie. A potem zagrał swoją ostatnią kartą: 
   — Nie ma pan Ŝadnych obiekcji, Ŝeby obejrzeć ciało? — wypalił niespodziewanie. 
   — Absolutnie Ŝadnych — odparł Anthony. 
   Battle wyjął z kieszeni klucz i idąc przodem wzdłuŜ korytarza zatrzymał się przed jakimiś drzwiami i otworzył je. 
Był to jeden z małych saloników. Zwłoki leŜały na stole, przykryte prześcieradłem. 
   Inspektor zaczekał, aŜ Anthony stanie obok niego, i wówczas nagłym szarpnięciem ściągnął prześcieradło. 
   Oczy mu rozbłysły, gdy Anthony drgnął i z ust jego wyrwał się zduszony okrzyk zdziwienia. 
   — A więc rozpoznaje go pan? — zapytał głosem, w którym starał się wyciszyć nutę triumfu. 
   — Tak, miałem okazję go poznać — rzekł Anthony biorąc się w garść. — Ale nie jako księcia Michaela 
Obolovitcha. Powiedział, Ŝe przybywa z polecenia wydawnictwa „Balderson i Hodgkins” i Ŝe nazywa się Holmes. 
 
ROZDZIAŁ TRZYNASTY 
GOŚĆ Z AMERYKI 
    
   Inspektor Battle przykrył z powrotem ciało prześcieradłem — wyglądał jak człowiek zbity nieco z tropu, któremu nie 
wypalił najpewniejszy chwyt. 
   Anthony stał obok z rękami w kieszeniach, pogrąŜony w zadumie. 
   — A więc to miał na myśli stary Lollipop mówiąc: „spróbujemy w inny sposób” — mruknął do siebie. 
   — Mówił pan coś? — spytał inspektor. 
   — Nie, nic takiego. Proszę mi wybaczyć roztargnienie. Widzi pan, mnie, a właściwie mego przyjaciela Jimmy’ego 
McGratha bardzo sprytnie pozbawiono tysiąca funtów. 
   — Tysiąc funtów to okrągła sumka — stwierdził Battle. 
   — Niby to niewiele, ale zgadzam się z panem, Ŝe sumka jest okrągła. Na samą myśl o tym dostaję szału. Jak ostatni 
cymbał sam mu oddałem ten rękopis. Strasznie przykre uczucie, inspektorze, naprawdę strasznie przykre. 
   Detektyw milczał. 
   — No tak — powiedział Anthony — co się stało, to się nie odstanie, ale moŜe nie wszystko jeszcze jest stracone. 
Między dniem dzisiejszym a środą muszę przechwycić wspominki tego poczciwego starucha Stylptitcha i po kłopocie. 
   — Przejdźmy znowu, jeśli pan pozwoli, do sali obrad — rzekł inspektor. — Chciałbym zwrócić pańską uwagę na 
jeszcze jedną drobną rzecz. 
   W sali obrad detektyw pomaszerował od razu do środkowych drzwi. 
   — Tak sobie myślę, wie pan… Właśnie te drzwi z trudem się otwierają, z duŜym trudem. Mógł się pan pomylić 
twierdząc, Ŝe były zamknięte. Mogły być tylko zatrzaśnięte. Tak, jestem niemal pewien, Ŝe pan się pomylił. 
   Anthony spojrzał na niego badawczo. 
   — A jeśli panu powiem, Ŝe ja jestem absolutnie pewien, iŜ się nie pomyliłem? 
   — Nie sądzi pan, by to było moŜliwe? — zapytał Battle patrząc na niego surowo. 
   — No dobrze, chcąc sprawić panu przyjemność, inspektorze, odpowiem twierdząco. 
   Battle uśmiechnął się zadowolony. 

background image

 

41 

   — Ma pan szybki refleks. I nie będzie pan miał Ŝadnych obiekcji, by w odpowiednim momencie równie beztrosko 
udzielić takiej odpowiedzi? 
   — śadnych. Ja… 
   Przerwał, bo Battle chwycił go mocno za ramię. Potem pochylił się do przodu, nadsłuchując. Gestem ręki nakazując 
Anthony’emu ciszę, podszedł na palcach, bezszelestnie, do drzwi i gwałtownym ruchem otworzył je na ościeŜ. 
   Na progu stał wysoki męŜczyzna — miał czarne włosy z pedantycznie rozdzielonym przedziałkiem pośrodku, 
porcelanowoniebieskie oczy o wybitnie niewinnym wyrazie i duŜą, łagodną twarz. 
   — Przepraszam, panowie — powiedział powoli, cedząc słowa, z wyraźnym transatlantyckim akcentem. — Czy 
wolno obejrzeć miejsce popełnienia zbrodni? Domyślam się, Ŝe obaj panowie są ze Scotland Yardu? 
   — Ja, niestety, nie mam tego zaszczytu — rzekł Anthony. — Ale ten dŜentelmen to inspektor Battle ze Scotland 
Yardu. 
   — Doprawdy? — upewnił się Amerykanin, sprawiając wraŜenie wielce zainteresowanego. — Miło mi pana poznać. 
Ja się nazywam Hiram Fish i pochodzę z Nowego Jorku. 
   — A co Ŝyczyłby pan sobie, zobaczyć? — zapytał detektyw. 
   Amerykanin wszedł ostroŜnie do pokoju i z ogromnym zaciekawieniem spojrzał na ciemną plamę na podłodze. 
   — Interesuje mnie zbrodnia, to jedno z moich hobby. Napisałem artykuł do pewnego naszego tygodnika pod tytułem 
Degeneracja i przestępczość. 
   Co mówiąc omiatał wzrokiem pokój, jak gdyby notował sobie w myślach kaŜdy jego szczegół. Odrobinę dłuŜej 
zatrzymał spojrzenie na oszklonych drzwiach. 
   — Ciało — powiedział inspektor Battle, konstatując fakt oczywisty — zostało usunięte. 
   — Jasna rzecz — rzekł pan Fish. Jego oczy błądziły po wyłoŜonych boazerią ścianach. — Widzę tu, panowie, kilka 
pięknych obrazów. Holbein, dwa Van Dycki i jeśli się nie mylę, Velasquez. Interesuję się malarstwem, podobnie jak 
pierwszymi edycjami. Lord Caterham był taki uprzejmy, Ŝe zaprosił mnie do siebie właśnie po to, bym obejrzał jego 
kolekcję. 
   Westchnął ledwie słyszalnie. 
   — Rozumiem, Ŝe teraz to nie wchodzi w grę. I chyba goście postąpiliby najsłuszniej, gdyby natychmiast wrócili do 
miasta. 
   — Na razie jest to niemoŜliwe, proszę pana — powiedział inspektor Battle. — Przed przesłuchaniem nikomu nie 
wolno opuścić tego domu. 
   — Co pan mówi? A kiedy odbędzie się to przesłuchanie? 
   — MoŜe jutro, a moŜe dopiero w poniedziałek. Musimy zarządzić sekcję zwłok, skontaktować się z koronerem. 
   — Rozumiem — powiedział pan Fish. — Znajdujemy się w określonej sytuacji, chociaŜ trzeba przyznać, Ŝe weekend 
będzie raczej smętny. 
   Battlet skierował się ku drzwiom. 
   — Lepiej wynieśmy się stąd — rzekł. — Ten pokój trzymamy teraz pod kluczem. 
   Poczekał, aŜ pozostała dwójka przekroczy próg, następnie włoŜył klucz do zamka i przekręcił. 
   — Zdaje mi się — zaczął pan Fish — Ŝe panowie szukacie odcisków palców. 
   — MoŜliwe —’powiedział lakonicznie inspektor. 
   — Ze swej strony chciałbym dodać, Ŝe w nocy takiej jak wczorajsza intruz powinien zostawić ślady stóp na 
podłodze. 
   — W pokoju nie było, tylko na zewnątrz, mnóstwo. 
   — Moje — wyjaśnił wesoło Anthony. 
   Pan Fish omiótł go spojrzeniem swoich niewinnych oczu. 
   — Młody człowieku — rzekł — pan mnie zadziwia. 
   Doszli do rogu, skręcili i znaleźli się w duŜym, przestronnym hallu — podobnie jak sala obrad wyłoŜonym starą, 
dębową boazerią — z obszerną galerią u góry. W końcu tego hallu zamajaczyły dwie postacie. 
   — Oho — powiedział pan Fish. — Nasz uroczy gospodarz. 
   Określenie tyczące lorda Caterhama było tak absurdalne, Ŝe Anthony musiał odwrócić głowę, by ukryć uśmiech. 
   — A towarzyszy mu — ciągnął Amerykanin — pewna lady, której nazwiska wczoraj wieczór nie dosłyszałem. Jest 
inteligentna, bardzo inteligentna. 
   Obok lorda Caterhama stała Virginia Revel. Anthony przewidywał, Ŝe dojdzie do takiego spotkania. Nie wiedział, jak 
się zachować. Niech Virginia przejmie ster w swoje ręce. Choć nie wątpił w przytomność jej umysłu, nie miał jednak 
zielonego pojęcia, jaką przyjmie metodę postępowania. Krótko jednak trwał w tej niewiedzy. 
   — No proszę, pan Cade — powiedziała. Wyciągnęła ku niemu obie ręce. — Więc mimo wszystko zdecydował się 
pan przyjechać! 
   — Droga pani, nie wiedziałem, Ŝe pan Cade jest z panią zaprzyjaźniony — powiedział lord Caterham. 
   — Jest moim starym przyjacielem — oznajmiła Virginia uśmiechając się do Anthony’ego, a w oczach jej pojawił się 
złośliwy ognik. — Spotkałam go wczoraj przypadkowo i powiedziałam mu, Ŝe dziś tutaj będę. 
   Anthony błyskawicznie przejął pałeczkę. 

background image

 

42 

   — Tłumaczyłem pani Revel — mówił — Ŝe nie mogłem przyjąć pańskiego uprzejmego zaproszenia, gdyŜ było 
skierowane do kogoś całkiem innego. I nie potrafiłbym podstępem narzucać panu swojej osoby. 
   — Dobrze, juŜ dobrze, mój drogi — powiedział lord Caterham. — Co było, to nie jest. Poślę kogoś do „Krykiecisty” 
po pana bagaŜ. 
   — Bardzo to milo z pańskiej strony, milordzie, ale… 
   — Nonsens, musi pan być w „Chimneys”. Ten „Krykiecista” to podła dziura, tak mi się wydaje. 
   — Oczywiście, Ŝe powinien pan być z nami — rzekła ciepło Virginia. 
   Anthony spostrzegł, Ŝe stosunek do niego zmienił się radykalnie. Ta kobieta wiele dla niego zrobiła. Dzięki niej 
.przestał być zagadkowym przybyszem. Miała tak mocną pozycję w środowisku, nie do podwaŜenia, Ŝe kaŜdy 
człowiek, którego polecała, był automatycznie akceptowany. Pomyślał o ukrytym na drzewie w Burnham Beeches 
rewolwerze i uśmiechnął się w duchu. 
   — Poślę kogoś po pana manatki — powiedział lord Caterham do Anthony’ego. — Przypuszczam, Ŝe w tej sytuacji 
polowanie się nie odbędzie. Szkoda. Ale nie nią rady. Nie wiem tylko, co, u diabła, począć z tym Isaacsteinem. Fatalnie 
się składa. 
   Zdeprymowany par westchnął cięŜko. 
   — Wobec tego sprawa załatwiona — powiedziała Virginia. — WykaŜe pan swoją wielką tu przydatność, zabierając 
mnie nad jezioro. Panuje tam niebiański spokój, daleko jest od miejsca zbrodni i tak dalej. To potworne przeŜycie dla 
lorda Caterhama, Ŝe zbrodni dokonano w jego domu. Ale to wina George’a. On urządza to weekendowe przyjęcie, jak 
.panu wiadomo. 
   — Och jej! — westchnął lord Caterham. — Nie powinienem był ulec George’owi. 
   Przybrał pozę silnego człowieka, który wyjątkowo okazał słabość. 
   — Przed George’em nie sposób się obronić — orzekła Virginia. — Trzyma człowieka mocno i Ŝadną miarą nie 
moŜna się uwolnić od jego uchwytu. Mam zamiar opatentować pomysł doczepianej klapy marynarki. 
   — Byłoby wspaniale! — powiedział, chichocząc, pan domu. — Rad jestem, Ŝe przybył pan do nas, Cade. Potrzebuję 
wsparcia. 
   — Wysoko sobie cenię pańską uprzejmość, lordzie Caterham — powiedział Anthony. — Tym bardziej — dodał — 
Ŝ

e jestem tak podejrzanym indywiduum. Ale mój pobyt tutaj jest na rękę panu Battle. 

   — W jakim sensie? — zapytał detektyw. 
   — Łatwiej jest mieć mnie na oku — wyjaśnił grzecznie Anthony. 
   A z szybkiego mrugnięcia powiek inspektora wywnioskował, Ŝe trafił w dziesiątkę.  
 
ROZDZIAŁ CZTERNASTY 
MÓWIĄCY GŁÓWNIE O POLITYCE I FINANSACH 
    
   Poza owym mrugnięciem powiekami inspektor Battle wykazywał kamienny spokój. JeŜeli nawet zdziwił go fakt, Ŝe 
Virginia i Anthony się znają, nie dał tego po sobie poznać. Stał wraz z lordem Caterhamem i obserwował tych dwoje 
wychodzących do ogrodu. Pan Fish równieŜ odprowadzał ich wzrokiem. 
   — Miły młody człowiek — powiedział lord. 
   — Pani Revel musiała się ucieszyć, Ŝe spotkała starego przyjaciela — mruknął Amerykanin. — Znają się, jak sądzę, 
juŜ dość długo, prawda? 
   — Na to wygląda — powiedział lord Caterham. 
   — Nigdy jednak nie słyszałem, by wspomniała o nim choć raz. O właśnie, inspektorze, pan Lomax pytał o pana. Jest 
w błękitnym pokoju. 
   — Dziękuję, milordzie. Zaraz tam idę. 
   Battle bez trudu odnalazł drogę do błękitnego pokoju. ZdąŜył się juŜ zaznajomić z topografią domu. 
   — No, jest pan nareszcie — powiedział Lomax. Chodził niecierpliwie od jednego końca dywanu do drugiego. W 
pokoju znajdowała się jeszcze jedna osoba — wysoki męŜczyzna siedzący na fotelu przy kominku. Ubrany był w 
nienaganny, angielski strój myśliwski, który mimo wszystko dziwnie na nim leŜał. Miał tłustą, Ŝółtą twarz i czarne 
oczy, tak przenikające na wskroś jak oczy kobry. Nos miał z pokaźnym garbkiem, a jego ogromna, kwadratowa 
szczęka świadczyła o sile. 
   — Proszę wejść, inspektorze — powiedział Lomax, wyraźnie zirytowany. — I zamknąć drzwi za sobą. To jest pan 
Herman Isaacstein. 
   Battle skłonił z szacunkiem głowę. 
   O panu Isaacsteinie wiedział wszystko i — choć wielki finansista siedział w milczeniu, podczas gdy Lomax chodził 
tam i z powrotem i usta mu się nie zamykały — inspektor nie miał wątpliwości, kto dysponuje tu największą władzą. 
   — MoŜemy teraz porozmawiać swobodniej — powiedział Lomax. — Przy lordzie Caterhamie i pułkowniku Melrose 
wolałem zbyt wiele nie mówić. Rozumie pan, inspektorze? Te sprawy nie mogą nabrać rozgłosu. 
   — Tak juŜ niestety jest — rzekł Battle — Ŝe tym bardziej właśnie stają się głośne. 
   Na tłustej, Ŝółtej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Jak szybko się pojawił, tak szybko zniknął. 

background image

 

43 

   — I co pan myśli o tym młodym człowieku, o Anthonym Cadzie? — zapytał George. — Podtrzymuje pan, Ŝe jest 
niewinny? 
   Battle wzruszył nieznacznie ramionami. 
   — To, co mówi, brzmi uczciwie. Część jego relacji moŜna zweryfikować. Jego słowa o przyczynie obecności tutaj 
ubiegłej nocy moŜna by przyjąć za dobrą monetę. Zadepeszuję oczywiście do Afryki Południowej, by dowiedzieć się 
czegoś o jego przeszłości. 
   — UwaŜa pan, Ŝe jest poza wszelkimi podejrzeniami? 
   Battle uniósł swoją duŜą, kwadratową dłoń. 
   — Nie tak szybko! Tego nie powiedziałem. 
   — Jaka jest pańska wersja wydarzeń, inspektorze? — odezwał się po raz pierwszy Isaacstein. 
   Miał głęboki i dźwięczny głos, w pewnym sensie ujmujący. W latach młodości bardzo mu to na pewno pomagało 
podczas róŜnych konferencji. — Na to jest grubo za wcześnie, proszę pana. Nie odpowiedziałem sobie jeszcze na 
podstawowe pytanie. 
   — Jak ono brzmi? 
   — Zawsze tak samo. Motyw. Komu śmierć księcia Michaela przyniosłaby korzyść? Nim cokolwiek podejmiemy, 
musimy mieć odpowiedź na to właśnie pytanie. 
   — Rewolucyjna partia Herzoslovakii… — zaczął George. 
   Inspektor Battle przerwał mu machnięciem ręki, co niewiele miało wspólnego z typową dla niego, pełną rewerencji 
postawą. 
   — — To nie dzieło Towarzyszy Czerwonej Ręki, jeŜeli ich pan ma na myśli, sir. 
   — A kartka z namalowaną czerwoną ręką? 
   — Specjalnie podrzucona, by skierować na nich podejrzenie. 
   George poczuł się nieco uraŜony. 
   — Nie rozumiem doprawdy, inspektorze, jak moŜna twierdzić to z taką pewnością. 
   — Daję słowo, panie Lomax, Ŝe my o Towarzyszach Czerwonej Ręki wiemy wszystko. Mamy ich na oku, od kiedy 
ksiąŜę Michael wylądował w Anglii. Tego typu działania stanowią podstawę naszej pracy. Nie pozwolilibyśmy im 
zbliŜyć się do niego nawet na milę. 
   — Zgadzam się z inspektorem Battle’em — powiedział Isaacstein. — Trzeba skierować wzrok w inną stronę. 
   — Widzi pan — zaczął Battle, ośmielony udzielonym mu poparciem — my w tej sprawie mamy bardzo mało 
danych. O ile nie wiemy, kto zyskuje na jego śmierci, to wiemy, kto na niej traci.  
   — To znaczy? — zapytał Isaacstein. Spojrzenie jego czarnych oczu wpiło się w twarz 
   Battle’a. Jeszcze bardziej teraz przypominały inspektorowi ślepia kobry. 
   — Pan oraz pan Lomax, nie mówiąc juŜ o Herzoslovackiej Partii Lojalistów… Jeśli wybaczy mi pan określenie, sir, 
to znaleźliście się panowie w podbramkowej sytuacji. 
   — Istotnie, inspektorze — potwierdził George wstrząśnięty do głębi. 
   — Dalej, inspektorze — powiedział Isaacstein. — Sytuację podbramkową moŜna bardzo dokładnie określić. A pan 
jest człowiekiem inteligentnym. 
   — Zamierzaliście mieć króla. I straciliście króla, właśnie tak! — Strzelił tymi swoimi grubymi palcami. — Musicie 
szybko znaleźć innego kandydata. A to wcale nie jest takie proste. Nie, ja nie chcę znać szczegółów waszego planu, 
prowizoryczny zarys mi wystarczy, ale, jak rozumiem, to jest duŜy interes, tak? 
   Isaacstein skłonił powoli głowę. 
   — Bardzo duŜy. 
   — Nasuwa mi się zatem drugie pytanie. Kto jest kolejnym następcą tronu Herzoslovakii? 
   Spojrzenia Lomaxa i Isaacsteina skrzyŜowały się. Ten ostatni odpowiedział z niejakim oporem i sporą dozą wahania: 
   — Kolejnym następcą… byłby… tak… według wszelkiego prawdopodobieństwa ksiąŜę Nicholas. 
   — Aha! — rzekł Battle. — A co to za ksiąŜę? 
   — Kuzyn księcia Michaela. 
   — Aha! Proszę mi zatem wszystko opowiedzieć o księciu Nicholasie, przede wszystkim, gdzie on się teraz znajduje. 
   — Niewiele o nim wiemy — odparł Lomax. — W młodości wyznawał dziwaczne ideały, związał się z socjalistami i 
republikanami, działał w sposób wysoce nie licujący z jego pozycją. Wydalono go z Oxfordu za jakiś, jak 
przypuszczam, dziki wybryk. Przed dwoma laty gruchnęła wieść, Ŝe zmarł w Kongo, ale to były plotki. Przed paroma 
miesiącami pojawił się na horyzoncie, kiedy rozeszła się fama o odnowieniu monarchii. 
   — Doprawdy? — spytał inspektor. — A gdzie on się pojawił? 
   — W Ameryce. 
   — W Ameryce? — Battle odwrócił się w stronę Isaacsteina, rzucając jedno krótkie słowo: — Nafta? 
   Finansista skinął głową. 
   — Twierdził, Ŝe jeśli Herzoslovacy zechcą mieć króla, będą woleli jego niŜ księcia Michaela, gdyŜ on sympatyzuje z 
nowoczesnymi, światłymi prądami, zwracał uwagę na swoje wcześniejsze, demokratyczne poglądy, na sympatię dla 
ideałów republikanów. W zamian za poparcie finansowe był gotów udzielić koncesji pewnym grupom amerykańskich 
finansistów. 

background image

 

44 

   Inspektor Battle do tego stopnia zapomniał o typowej dla niego obojętności, Ŝe dał sobie folgę i przeciągle gwizdnął. 
   — To ci dopiero — mruknął. — A tymczasem lojaliści poparli księcia Michaela. I wydawało się niemal pewne, Ŝe 
wygra. No i wtedy to się wydarzyło. 
   — Nie przypuszcza pan chyba… — zaczął George. 
   — To był duŜy interes — powiedział Battle. — Tak twierdzi pan Isaacstein. A skoro on uwaŜa, Ŝe interes jest duŜy, 
to jest duŜy. 
   — Często uŜywa się niegodziwych metod — powiedział Isaacstein ze spokojem. — Jak na razie Wall Street 
wygrywa. Ale nie skończyli jeszcze ze mną. Inspektorze .Battle, jeśli chce pan przysłuŜyć się swojemu krajowi, niech 
pan odnajdzie zabójcę księcia Michaela. 
   — Jedno wydaje mi się ogromnie podejrzane — wtrącił George. — Dlaczego nie przyjechał wczoraj razem z 
księciem jego koniuszy, kapitan Andrassy. 
   — Dowiadywałem się w tej kwestii — odparł Battle. 
   — To całkiem proste. Został w mieście, by w imieniu księcia Michaela umówić go z pewną panią na następny 
weekend. Baron miałby mu za złe takie sprawy, uwaŜa, Ŝe w obecnej sytuacji byłoby to wielce nieroztropne, toteŜ Jego 
Wysokość musiał działać potajemnie. Miał skłonności, jeŜeli mogę się tak wyrazić, do… raczej hulaszczego trybu 
Ŝ

ycia. 

   — Niestety tak — powiedział głuchym głosem George. — Niestety tak. 
   — Jest jeszcze jedna rzecz, którą moim zdaniem naleŜy wziąć pod uwagę — powiedział Battle z niejakim 
ociąganiem. — Przypuszcza się, Ŝe Król Victor jest w Anglii. 
   — Król Victor? 
   Lomax ze zmarszczonym czołem szukał czegoś w pamięci. 
   — Ten znany francuski przestępca, sir. Otrzymaliśmy ostrzeŜenie z S?reté w ParyŜu. 
   — Rzeczywiście — powiedział Lomax. — Teraz sobie przypominam. Złodziej biŜuterii, prawda? No cóŜ, to jest 
człowiek… 
   Nagle przerwał. Isaacstein, który ze ściągniętymi brwiami i roztargnioną miną stał przy kominku, trochę za późno 
podniósł wzrok i nie zauwaŜył ostrzegawczego spojrzenia, jakie inspektor Battle przesłał George’owi. Lecz jako 
człowiek wyczulony na wibracje, świadom był narastającego napięcia. 
   — Nie będę ci juŜ potrzebny, Lomax? — zapytał. 
   — Nie, dziękuję. 
   — Czy nie zburzy to pańskich planów, inspektorze Battle, jeśli powrócę do Londynu? 
   — Niestety tak — odparł uprzejmie inspektor. — Widzi pan, jeśli pan odjedzie, inni teŜ będą chcieli pójść w pańskie 
ś

lady. A to jest wykluczone. — Rozumiem. 

   Wielki finansista opuścił pokój zamykając za sobą drzwi. 
   — Fantastyczny facet z tego Isaacsteina — mruknął George od niechcenia. 
   — Ogromnie wpływowa osobistość — dodał inspektor Battle. 
   George znowu zaczął chodzić tam i z powrotem po pokoju. 
   — To, co pan powiedział, bardzo mnie zaniepokoiło — rzekł. — Król Victor! Myślałem, Ŝe on jest w więzieniu. 
   — Wyszedł przed paroma miesiącami. Francuska policja zamierzała deptać mu po piętach, ale on był chytrzejszy i 
wymknął się im. Rzadko się spotyka faceta z takim tupetem. Z jakichś względów Francuzi przypuszczają, Ŝe jest teraz 
w Anglii, i dali nam o tym znać. 
   — A co on by miał w Anglii do roboty? 
   — To juŜ proszę samemu sobie na to odpowiedzieć — rzekł znacząco inspektor. 
   — Pan uwaŜa…? Ma pan na myśli…? Tak, zna pan tę historię, oczywiście, tak, tak, wiem, Ŝe pan zna. W owym 
czasie nie pracowałem naturalnie, ale dowiedziałem się o tym od poprzedniego lorda Caterhama. Niebywała katastrofa. 
   — Koh–i–noor — powiedział z zadumą Battle. 
   — Sza, inspektorze! — George rozejrzał się z lękiem dokoła. — Tylko proszę bez wymieniania nazw! Tak będzie 
bezpieczniej. A jeśli musi pan juŜ o tym mówić, to jako o sprawie ,,K”. 
   Z twarzy inspektora znów nic nie moŜna było wyczytać. 
   — Czy łączy pan osobę Króla Victora z tą zbrodnią? — zapytał Lomax. 
   — Zakładam taką moŜliwość, to wszystko. Jeśli cofnie się pan myślą o kilka lat, przypomni pan sobie, Ŝe istniały 
cztery miejsca, gdzie.—., pewien królewski— gość mógł ukryć klejnot. Jednym z tych miejsc było „Chimneys”. Król 
Victor został aresztowany w ParyŜu trzy dni po… Ŝe się tak wyraŜę, zniknięciu „K”. Zawsześmy się łudzili, Ŝe 
pewnego dnia facet zaprowadzi nas do tego klejnotu. 
   — PrzecieŜ „Chimneys” było sto razy przetrząśnięte od podłogi do sufitu. 
   — Owszem — zgodził się Battle z przemądrzałą miną. — Ale Ŝadne poszukiwanie nie da wyniku, jeśli się nie wie, 
gdzie szukać. Istnieje na razie tylko domniemanie, Ŝe Król Victor przybył tutaj w poszukiwaniu wiadomej rzeczy, 
zdziwił się, zastawszy tu księcia Michaela, i zastrzelił go. 
   — Całkiem moŜliwe — rzekł George. — Najbardziej prawdopodobne rozwiązanie zagadki. 
   — Ja bym tak daleko się nie posuwał. Tylko moŜliwe, nic ponadto. 
   — Dlaczego? 

background image

 

45 

   — PoniewaŜ Król Victor nie znosi mokrej roboty — powiedział powaŜnie Battle. 
   — Ojej, człowiek taki jak on… niebezpieczny kryminalista… 
   Inspektor potrząsnął głową, absolutnie nie przekonany. 
   — Kryminaliści, panie Lomax, działają zawsze w sposób dla nich typowy. To dziwne. Mimo wszystko jednak… 
   — Tak? 
   — Chciałbym zadać parę pytań słuŜącemu księcia. Celowo zostawiłem go sobie na sam koniec. JeŜeli nie ma pan nic 
przeciwko temu, poprosiłbym go tutaj. 
   George wyraził zgodę. Inspektor zadzwonił. Tredwell stanął w drzwiach na ten sygnał, po czym oddalił się z 
poleceniami inspektora. 
   Wrócił niebawem wraz z wysokim, jasnowłosym męŜczyzną o wystających kościach policzkowych, głęboko 
osadzonych, niebieskich oczach i obojętnym wyrazie twarzy — w tej dyscyplinie mógł śmiało konkurować z 
inspektorem Battle’em. 
   — Boris Anchoukoff? 
   — Tak. 
   — Był pan lokajem księcia Michaela? 
   — Tak, byłem lokajem Jego Wysokości. 
   Mówił biegle po angielsku, choć z wyraźnym, twardym, obcym akcentem. 
   — Czy wiadomo panu, Ŝe pański chlebodawca został ubiegłej nocy zamordowany? 
   Gardłowe jakby zwierzęce warknięcie było jedyną odpowiedzią tego człowieka. Przeraziło to George’a, który cofnął 
się zapobiegliwie w stronę okna. 
   — Kiedy ostatnio widział pan księcia? 
   — Jego Wysokość udał się na spoczynek o wpół do jedenastej. Ja, jak zawsze, spałem w przedpokoju obok jego 
sypialni. Musiał wyjść innymi drzwiami, tymi, co wychodzą na korytarz, i potem zejść na dół. Nic nie słyszałem. 
Niewykluczone, Ŝe mnie uśpiono. Złym byłem sługą, spałem, kiedy mój pan się obudził. Jestem po stokroć przeklęty. 
   George spojrzał na lokaja urzeczony jego słowami. 
   — Kochał pan swojego pana, prawda? — zapytał Battle obserwując bacznie Borisa. 
   Twarz skurczyła mu się boleśnie. Dwukrotnie przełknął ślinę. A gdy w końcu przemówił, w jego chrapliwym głosie 
wyczuwało się wzruszenie. 
   — Mówię to wam, angielskim policjantom, ja oddałbym za niego Ŝycie. A skoro on jest martwy, a ja wciąŜ Ŝyję, 
moje oczy nie zaznają snu, moje serce ukojenia, póki go nie pomszczę. Jak pies będę węszył mordercę, a kiedy go 
dopadnę… och! — W oczach zapaliły mu się iskierki. Wyciągnął nagle spod poły marynarki ogromny nóŜ i zaczął nim 
wywijać ponad głową. — Nie od razu go zabiję, o nie! Najpierw utnę mu nos, potem uszy, potem oczy mu wyłupię i 
dopiero wtedy, wtedy, pachnę go noŜem w to jego czarne serce! 
   Schował szybko nóŜ, odwrócił się i wyszedł z pokoju. Oczy George’a Lomaxa, z natury wytrzeszczone, teraz 
wyskakiwały niemal z orbit, gdy patrzył na zamknięte juŜ za lokajem drzwi. 
   — śywiołowy Herzoslovak — mruknął. — Naród na niskim poziomie cywilizacji. Bandyckie plemię. 
   Inspektor Battle zerwał się Ŝwawo z miejsca. 
   — Albo ten człowiek jest szczery — powiedział — albo to największy blagier, jakiego dane mi było w Ŝyciu spotkać. 
JeŜeli to pierwsze, to BoŜe miej w swojej opiece mordercę księcia Michaela, kiedy dostanie się w łapy tego wściekłego 
psa! 
 
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 
CZŁOWIEK Z FRANCJI 
    
   Virginia i Anthony szli ścieŜką prowadzącą do jeziora. Parę minut po wyjściu z domu trwało między nimi milczenie. 
Przerwała je Virginia, mówiąc ze śmiechem: 
   — O BoŜe, czy to nie straszne?! Tyle słów ciśnie mi się na usta, o tylu sprawach chciałabym się dowiedzieć, Ŝe po 
prostu nie wiem, od czego zacząć. Po pierwsze — zniŜyła głos — co pan zrobił z ciałem? Brzmi to okropnie, prawda? 
Nigdy nie przypuszczałam, Ŝe będę zamieszana w morderstwo. 
   — Ma pani, jak sądzę, dziewicze doznania — zgodził się Anthony. 
   — A dla pana to zwykła rzecz? 
   — Co prawda, nigdy dotąd nie pozbywałem się zwłok. 
   — Proszę mi opowiedzieć, jaki to miało przebieg. 
   Krótko i zwięźle Anthony opisał krok po kroku swoje poczynania z ubiegłej nocy, Virginia słuchała z wielką uwagą. 
   — Mądrze pan postąpił — powiedziała, gdy skończył opowieść. — W drodze powrotnej odbiorę kufer z 
przechowalni dworca Paddington. Jedyny problem moŜe powstać wtedy, gdy zaczną pana pytać, gdzie pan był wczoraj 
wieczór. 
   — Nie przewiduję takiej ewentualności. Ciało mogli najwcześniej odnaleźć wczoraj późną nocą lub dziś rano. W 
przeciwnym wypadku byłoby coś ha ten temat w prasie porannej. I cokolwiek by o tym pisano w powieściach 

background image

 

46 

kryminalnych, lekarze nie są aŜ takimi magikami, Ŝeby dokładnie określić, od jak dawna człowiek nie Ŝyje. ToteŜ nie 
ustalą precyzyjnie godziny jego ; śmierci. Znacznie bardziej by mi się przydało alibi na wczorajszą noc. 
   — Wiem. Lord Caterham wszystko mi opowiedział. Ale ten człowiek ze Scotland Yardu jest absolutnie przekonany 
o pańskiej niewinności, prawda? 
   Anthony nie od razu odpowiedział. 
   — Nie wygląda na szczególnie bystrego — zauwaŜyła Virginia. 
   — Nie powiedziałbym — rzekł wolno Anthony. 
   — Odnoszę wraŜenie, Ŝe inspektor Battle nie jest w ciemię bity. Wszystko wskazuje na to, Ŝe wierzy w moją 
niewinność, ale nie jestem tego pewny na sto procent. Głowi się teraz nad pozornym brakiem motywu z mojej strony. 
   — Pozornym?! — wykrzyknęła Virginia. — A cóŜ by pan miał za cel w mordowaniu nieznanego sobie 
zagranicznego arystokraty? 
   Anthony spojrzał na nią ostro. 
   — Swego czasu była pani w Herzoslovakii, prawda? — zapytał. 
   — Tak. Z męŜem, przez dwa lata, w naszej ambasadzie. 
   — TuŜ przed zamordowaniem króla i królowej? Zetknęła się pani moŜe z księciem Michaelem Obolovitchem? 
   — Z Michaelem? Oczywiście. Niezły był z niego numer. Pamiętam, Ŝe proponował mi, bym go morganatycznie 
poślubiła. 
   — Doprawdy? A co proponował, by pani zrobiła ze swoim męŜem? 
   — Och, on zwykł działać według pewnego schematu… 
   — Jak pani zareagowała na tę jego uprzejmą ofertę? 
   — No wie pan — rzekła Virginia. — W Ŝyciu trzeba być niestety dyplomatą. Biedny, mały Michael, nie powiedział 
tego wprost. Mimo to wycofał się głęboko uraŜony. Ale skąd to zainteresowanie Michaelem? 
   — Typową dla mnie krętą drogą zaczynam do czegoś dochodzić. Rozumiem, Ŝe nie spotkała pani tutaj tego 
zamordowanego człowieka? 
   — Nie. Mówiąc językiem powieści: „natychmiast po przyjeździe oddalił się do swoich apartamentów”. 
   — I nie widziała pani zwłok? 
   Virginia potrząsnęła przecząco głową, spoglądając na Anthony’ego z duŜym zainteresowaniem. 
   — A pozwolono by pani je obejrzeć, jak pani sądzi? 
   — Dzięki wpływom na wysokim szczeblu, mam na myśli lorda Caterhama, chyba by pozwolono. Ale dlaczego pan 
pyta? Czy to rozkaz? 
   — Broń Panie BoŜe! — odrzekł Anthony głosem pełnym przeraŜenia. — CzyŜbym według pani miał dyktatorskie 
zapędy? Nie, chodzi po prostu o taką rzecz. Hrabia Stanislaus to pseudo księcia Michaela z Herzoslovakii. 
   Zdumiona Virginia zrobiła wielkie oczy. 
   — Rozumiem. — I nagle uśmiechnęła się dziwnie, asymetrycznie. — Chyba pan nie sugeruje, Ŝe Michael poszedł od 
razu do swoich pokoi tylko dlatego, by uniknąć spotkania ze mną? 
   — Coś w tym sensie — przyznał Anthony. — Widzi pani, jeŜeli mam rację przypuszczając, Ŝe ktoś chciał pani 
przeszkodzić w przyjeździe do „Chimneys”, to z pewnością dlatego, Ŝe była pani w Herzoslovakii. Czy zdaje sobie 
pani sprawę z faktu, iŜ jest pani jedyną osobą, która znała księcia Michaela? 
   — Czy pan uwaŜa, Ŝe ów zamordowany człowiek nie był tym, za kogo się podawał? — spytała ostro Virginia. 
   — Taka ewentualność przyszła mi do głowy. Gdyby udało się pani skłonić lorda Caterhama do pokazania pani 
zwłok, sprawa od razu by się wyjaśniła. 
   — Zastrzelono go o jedenastej czterdzieści pięć — powiedziała z zadumą. — Godzina, która była wypisana na tym 
skrawku papieru. Wszystko to jest strasznie tajemnicze. 
   — Coś sobie przypomniałem. Czy tam jest okno pani pokoju? Drugie od końca nad salą obrad? 
   — Nie, mój pokój mieści się w skrzydle elŜbietańskim, po drugiej stronie. Dlaczego pan pyta? 
   — Po prostu dlatego, Ŝe kiedy ubiegłego wieczoru odchodziłem stąd po usłyszeniu strzału, w tamtym pokoju zapaliło 
się światło. 
   — Ciekawe! Nie wiem, kto go zajmuje, ale mogę zapytać o to Bundle. MoŜe ten ktoś teŜ usłyszał strzał? 
   — JeŜeli tak, to się z tym nie zdradził. Zdaniem inspektora nikt w całym domu nie słyszał strzału. To jest jedyny ślad, 
jaki udało mi się chwycić, na pewno lichy, lecz bez względu na wszystko zamierzam się go trzymać. 
   — To naprawdę ciekawa rzecz — powiedziała Virginia w zamyśleniu. 
   Doszli do przystani nad jeziorem i oparci łokciami o balustradę rozmawiali. 
   — Mimo jednak całej tej historii — zaczął Anthony — powiosłujemy sobie miło po jeziorze, dalecy od wścibskich 
uszu Scotland Yardu, gości z Ameryki i ciekawskich słuŜących. 
   — Lord Caterham coś mi wspominał — powiedziała — ale dość mętnie. A więc do rzeczy: kim pan właściwie jest, 
Anthonym Cade’em czy Jimmym McGrathem? Po raz drugi tego poranka Anthony przedstawił swoje dzieje z 
ostatnich sześciu tygodni, z tą róŜnicą, Ŝe relacja składana Virginii nie wymagała modelowania. Zakończył 
rozpoznaniem przez siebie w ofierze zabójstwa „pana Holmesa”. 
   — A propos, droga pani — dodał jeszcze. — Nie zdąŜyłem pani —podziękować za to, Ŝe naraŜając na szwank swoje 
dobre imię, zaliczyła mnie pani w poczet starych przyjaciół. 

background image

 

47 

   — Bo jest pan moim starym przyjacielem! — zawołała Virginia. — Czy pan sądzi, Ŝe po wspólnym pozbywaniu się 
trupa będę pana traktowała jako po prostu znajomego? Co to to nie! — zamilkła na chwilę. — Wie pan, co mnie w tym 
wszystkim najbardziej nęka? śe za tymi pamiętnikami kryje się jeszcze jakaś tajemnica, której nie zdołaliśmy zgłębić. 
   — I ja tak sądzę — zgodził się. — Chciałbym dowiedzieć się od pani pewnej rzeczy. 
   — Jakiej? 
   — Dlaczego pani się zdziwiła, gdy wczoraj na Pont Street wspomniałem nazwisko Jimmy McGrath? Znała je pani? 
   — Owszem, Sherlocku Holmesie. George, mój kuzyn, to znaczy George Lomax, odwiedził mnie pewnego dnia i 
zaczął opowiadać o jakichś idiotycznych sprawach. Chodziło mu mianowicie o to, bym przyjechała do „Chimneys” i 
była sympatyczna dla tego właśnie McGratha, i Ŝebym jakimś cudem wydobyła od niego pamiętniki. Tak tego, rzecz 
jasna, nie formułował. Wygadywał bzdury o angielskich arystokratkach i jeszcze o czymś tam ględził, ale prawdziwy 
sens jego słów jawił mi się dość wyraźnie. Biedny stary George knuje coś paskudnego. A kiedy okazało się, Ŝe chcę za 
duŜo wiedzieć, usiłował zbyć mnie Ŝałosnymi kłamstwami, na jakie Ŝadne dziecko nie dałoby się nabrać. 
   — W kaŜdym razie wygląda na to, Ŝe jego plan jest w trakcie realizacji — zauwaŜył Anthony. — Jestem tutaj, tak jak 
na to liczył, jest pani, i wyraźnie obdarza mnie sympatią. 
   — Tylko Ŝe na nieszczęście biednego, starego George’a nie ma pamiętników! Teraz ja zadam panu pytanie. Kiedy 
powiedziałam, Ŝe to nie ja pisałam te listy, pan odrzekł, Ŝe tak, wie pan o tym. Skąd pan o tym wiedział? 
   — Wiedziałem — odparł z uśmiechem. — Znam się trochę na psychologii. 
   — Znaczy to, Ŝe pańska wiara w moralną nieskazitelność mojego charakteru… 
   Anthony energicznie potrząsnął głową. 
   — Nic z tych rzeczy. O moralnej nieskazitelności pani charakteru nic mi nie jest wiadomo. Mogła pani mieć 
kochanka i mogła do niego pisać. Nigdy jednak nie pozwoliłaby się pani szantaŜować. Sądząc z tych listów, Virginia 
Revel była śmiertelnie przeraŜona. Pani zaś w takiej sytuacji podjęłaby walkę. 
   — Ciekawe, kim jest ta Virginia Revel, gdzie mieszka. Doznaję głupiego uczucia, jakbym miała sobowtóra. 
   Anthony zapalił papierosa. 
   — A czy pani wie, Ŝe jeden z listów był pisany w „Chimneys”? — zapytał po dłuŜszej chwili. 
   — Co?! — Virginia była wstrząśnięta. — Kiedy? 
   — Nie miał daty. Dziwna historia, prawda? 
   — Jestem absolutnie pewna, Ŝe Ŝadna inna Virginia Revel nigdy nie przebywała w „Chimneys”. JeŜeli przebywała, to 
Bundle lub lord Caterham wspomnieliby mi coś na temat tej niesamowitej zbieŜności nazwisk. — Tak, to rzeczywiście 
zastanawiające. Ale wie pani co? Ja zaczynam powaŜnie wątpić w istnienie tej drugiej Virginii Revel. 
   — Osoba raczej nieuchwytna — zgodziła się Virginia. 
   — Zdecydowanie nieuchwytna. Przychodzi mi do głowy, Ŝe autorka tych listów posłuŜyła się tendencyjnie pani 
nazwiskiem. 
   — W jakim celu?! — niemal krzyknęła. — Co to miałoby za sens? 
   — To jest właśnie pytanie. Przyczyn moŜe być cholernie duŜo. 
   — Kto pana zdaniem zabił Michaela? — zapytała nagle Virginia. — Towarzysze Czerwonej Ręki? 
   — MoŜe i oni — odparł niepewnie. — Tego typu zabójstwa są dla nich charakterystyczne. 
   — Do dzieła — powiedziała szybko. — Lord Caterham i Bundle wyszli właśnie na spacer. Pierwsza rzecz to naleŜy 
definitywnie ustalić, czy nieboszczyk to istotnie ksiąŜę Michael. 
   Anthony dowiosłował do brzegu i po paru minutach oboje dołączyli do lorda Caterhama i jego córki. 
   — Obiad się opóźnia — powiedział jego lordowska mość zdeprymowanym tonem. — Inspektor Battle obraził 
prawdopodobnie kucharza. 
   — To mój przyjaciel — powiedziała Virginia do Bundle. — Bądź dla niego miła. 
   Bundle przez kilka minut mierzyła Anthony’ego uwaŜnym spojrzeniem, po czym powiedziała do Virginii, jak gdyby 
jego przy tym nie było: 
   — Skąd wytrzasnęłaś takiego przystojnego męŜczyznę? Jak ty to robisz? — zapytała z zazdrością. 
   — MoŜesz go sobie wziąć — oświadczyła Virginia wielkodusznie. — Ja biorę lorda Caterhama. 
   Uśmiechnęła się do wysoce tym pochlebionego para, wsunęła mu rękę pod ramię i oddalili się krok za krokiem. 
   — Potrafi pan rozmawiać? — zapytała Bundle. — Czy teŜ jest pan wyłącznie milczący i silny? 
   — Rozmawiać? — powtórzył Anthony. — Ja paplam. Mamroczę. Szemrzę niczym strumyk. A czasem nawet zadaję 
pytania. 
   — Jakie na przykład? 
   — Kto zajmuje drugi pokój od końca po lewej stronie? 
   Co mówiąc wskazał ręką kierunek. 
   — Pytanie dość niezwykłe — rzekła Bundle. — Pan mnie zaciekawia. Zaraz, zaraz, tak, to pokój mademoiselle Brun, 
francuskiej guwernantki. Usiłuje trzymać w ryzach moje młodsze siostry. Dulcie i Daisy, jak w tej piosence, wie pan. 
Sądzę, Ŝe następną nazwaliby Dorothy May. Ale naszą matkę zmęczyło wydawanie na świat samych dziewczyn i 
umarła. Pomyślała sobie, Ŝe kto inny powinien podjąć się wydania na świat spadkobiercy. 
   — Mademoiselle Brun — powtórzył Anthony w zamyśleniu. — Od jak dawna jest u państwa? 
   — Od dwóch miesięcy. Przyjechała tu, kiedy byliśmy w Szkocji. 

background image

 

48 

   — Hm! — mruknął. — Czuję pismo nosem. 
   — Ja osobiście wolałabym czuć nosem obiad — powiedziała Bundle. — Czy mam zaprosić na obiad tego faceta ze 
Scotland Yardu, jak pan uwaŜa? Pan jest człowiekiem światowym, pan zna się na policyjnej etykiecie. A jak dotąd 
nigdy w tym domu nie popełniono morderstwa. To jest emocjonujące, prawda? Szkoda, Ŝe dziś rano oczyszczono pana 
z wszelkich podejrzeń. Zawsze marzyłam o tym, Ŝeby spotkać mordercę i przekonać się na własne oczy, czy ci 
mordercy są rzeczywiście tacy sympatyczni i czarujący, jak opisują to niedzielne wydania gazet. O BoŜe, a to co? 
   — „To” było taksówką zmierzającą w stronę domu. Siedzieli w niej dwaj pasaŜerowie, jeden łysy z czarną brodą, a 
drugi niŜszy i młodszy, z czarnymi wąsami. Anthony rozpoznał pierwszego z wymienionych i domyślił się, Ŝe to on — 
nie zaś pojazd — wyrwał okrzyk zdumienia z ust jego towarzyszki. 
   — JeŜeli się nie mylę — zauwaŜył — to jedzie tu mój stary przyjaciel, baron Lollipop. 
   — Baron jaki? 
   — Dla wygody nazywam go Lollipopem. Wymawianie jego prawdziwego nazwiska podnosi mi ciśnienie. 
   — A dziś rano jego brzmienie uszkodziło niemal telefon — stwierdziła Bundle. — A więc baron, tak? Przewiduję, Ŝe 
po południu będę musiała się nim zająć, a cały ranek zablokował mi pan Isaacstein. Niechby George sam odwalał tę 
swoją brudną robotę, i do diabła z polityką. Proszę mi wybaczyć, panie Cade, Ŝe pana opuszczę, ale muszę trwać u 
boku mojego biednego ojca. 
   Bundle oddaliła się szybko w stronę domu. 
   Anthony przez parę minut odprowadzał ją wzrokiem, po czym, pogrąŜony w zadumie, zapalił papierosa. W trakcie tej 
czynności uszu jego dobiegł jakiś odgłos tuŜ obok. Stał przy samej przystani, a ten odgłos docierał do niego jakby zza 
rogu. Gdyby chciał go określić, powiedziałby, Ŝe wyglądało to tak, jakby jakiś człowiek usiłował powstrzymać 
kichnięcie. 
   — Ciekaw jestem — mruknął pod nosem Anthony — bardzo jestem ciekaw, kto moŜe być za tą przystanią. Trzeba 
się będzie samemu o tym przekonać. 
   Wprowadzając słowa w czyn, rzucił zgaszoną uprzednio zapałkę i lekkim, bezszelestnym krokiem pobiegł za róg 
budynku. 
   Wpadł na człowieka, który klęczał na ziemi i czynił wysiłki, Ŝeby wstać. MęŜczyzna ów był wysoki, miał na sobie 
jasny płaszcz, na nosie okulary, krótką, czarną bródkę w szpic i odznaczał się nieco afektowanym sposobem bycia. Był 
między trzydziestką a czterdziestką i ogólnie rzecz biorąc, wyglądał bardzo szacownie. 
   — Co pan tu robi? — zapytał Anthony. 
   Był absolutnie pewien, Ŝe ten męŜczyzna nie zaliczał się do grona gości lorda Caterhama. 
   — Proszę mi wybaczyć — rzekł ów człowiek z wyraźnym obcym akcentem, wykrzywiając usta. w niby to 
przyjacielskim uśmiechu. — Wracając do „Wesołego Krykiecisty” zabłądziłem. Czy monsieur byłby tak dobry i 
wskazał mi kierunek? 
   — Oczywiście — zapewnił Anthony. — Ale przez wodę raczej pan się tam nie dostanie. 
   — Co? — zapytał cudzoziemiec tonem człowieka zbitego z pantałyku. 
   — Powiedziałem — powtórzył Anthony, spoglądając znacząco na przystań — Ŝe drogą wodną pan się tam nie 
dostanie. Najprościej byłoby przez park, niedaleko stąd, ale to wszystko jest prywatna posiadłość. Naruszył pan jej 
granice. 
   — Ogromnie mi przykro. Musiałem zgubić kierunek. Zamierzałem tutaj uzyskać informację. 
   Anthony powstrzymał się przed uwagą, Ŝe klęczenie za przystanią to dość dziwny sposób zdobywania informacji. 
Dotknął delikatnie ramienia męŜczyzny. 
   — Proszę iść tędy — powiedział. — Na prawo, dokoła jeziora i potem prosto, niech pan tylko nie przeoczy ścieŜki. 
Jak pan do niej dojdzie, proszę skręcić na lewo, i ta ścieŜka doprowadzi pana do wioski. Pan, zdaje się, mieszka w 
„Krykieciście”, tak? 
   — Tak, monsieur. Od dziś rana. Wielkie dzięki, Ŝe był pan tak uprzejmy i wskazał mi drogę. 
   — Bardzo mi było miło — rzekł Anthony. — Mam nadzieję, Ŝe się pan nie zaziębił? 
   — Słucham? — spytał cudzoziemiec. 
   — Od klęczenia na wilgotnej ziemi — wyjaśnił Anthony. — Wydawało mi się, Ŝe pan kichał. 
   — Właśnie miałem kichnąć — sprostował męŜczyzna. 
   — OtóŜ właśnie — powiedział Anthony. — Nie powinien pan powstrzymywać kichania. Mówił mi o tym kiedyś 
jeden ze sławnych lekarzy. To piekielnie niebezpieczne. Trudno mi określić, jaką szkodę wyrządzi to panu, moŜe źle 
wpłynie na krąŜenie krwi, tak czy owak proszę tego nigdy nie robić. Do widzenia. 
   — Do widzenia, monsieur, i dziękuję za wskazanie mi drogi. 
   — Drugi podejrzany cudzoziemiec w wiejskim hoteliku — wymamrotał Anthony obserwując oddalającą się 
sylwetkę. — I pierwszy, którego nie potrafię rozszyfrować. Aparycja francuskiego kupca obwoźnego. Nie wygląda mi 
na Towarzysza Czerwonej Ręki. A moŜe reprezentuje trzecią partię w tej niespokojnej Herzoslovakii? Francuska 
guwernantka zajmuje pokój, którego okno jest drugie od końca. Tajemniczy Francuz kręcący się po okolicy i 
podsłuchujący rozmowy nie przeznaczone dla jego uszu. Głowę daję, Ŝe coś się za tym kryje. 
   PogrąŜony w rozmyślaniach skierował kroki ku domowi. Na tarasie ujrzał lorda Caterhama, przygnębionego 
stosownie do sytuacji, oraz dwóch nowych gości. Na widok Anthony’ego lord oŜywił się nieco. 

background image

 

49 

   — No, jest pan nareszcie — stwierdził. — Pozwoli pan, Ŝe go przedstawię baronowi… hm… tego… a takŜe 
kapitanowi Andrassy’emu. Pan Anthony Cade. 
   Baron patrzył na Anthony’ego z rosnącą podejrzliwością. 
   — Pan Cade? — zapytał oschle. — Nie sądzę. 
   — Słówko na osobności, panie baronie — rzekł Anthony. — Wszystko panu wyjaśnię. 
   Baron skinął głową i obaj panowie poszli wzdłuŜ tarasu. 
   — Panie baronie — zaczął Anthony — zdaję się na pana łaskę i niełaskę. Tak dalece nadszarpnąłem honor 
angielskiego dŜentelmena, Ŝe przybyłem do tego kraju pod nie swoim nazwiskiem. Przedstawiłem się panu jako James 
McGrath — lecz musi pan przyznać, Ŝe popełnione przez mnie oszustwo ma znikomą rangę. Zna pan niewątpliwie 
dzieła Szekspira i jego uwagi na temat tego, jak niewaŜne są nazwy poszczególnych gatunków róŜ. Podobnie ta sprawa. 
Człowiek, z którym chciał się pan widzieć, był posiadaczem pamiętników. Ja byłem tym człowiekiem. Świetnie się pan 
ponadto orientuje, Ŝe pamiętniki zmieniły juŜ właściciela. Zręczny chwyt, baronie, bardzo zręczny chwyt. Czyj to był 
pomysł, pana czy pańskiego zwierzchnika? 
   — To był pomysł Jego Wysokości. I tylko on mógł sobie pozwolić na wprowadzenie go w czyn. 
   — Zrobił to wspaniale! — powiedział Anthony z uznaniem. — Nigdy bym nie pomyślał, Ŝe to nie dzieło Anglika. 
   — KsiąŜę otrzymał wykształcenie godne angielskiego dŜentelmena — wyjaśnił baron. Takie obyczaje panują w 
Herzoslovakii. 
   — śaden profesjonalista nie świsnąłby tego rękopisu w sposób bardziej doskonały. Czy będę niedyskretny, jeśli 
zapytam, co się z nim stało? — Mówiąc między nami dŜentelmenami… — zaczął baron. 
   — Jest pan bardzo uprzejmy, baronie — burknął Anthony. — Nigdy tak często nie nazywano mnie dŜentelmenem, 
jak w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. 
   — Powiem to panu: przypuszczam, Ŝe zostały spalone. 
   — Pan przypuszcza, ale nie wie na pewno, tak? 
   — Jego Wysokość trzymał je przy sobie. Miał zamiar je przeczytać, a potem spalić. 
   — Rozumiem — rzeki Anthony. — Mimo wszystko te pamiętniki nie są lekturą łatwą i nie moŜna ich przekartkować 
w ciągu pół godziny. 
   — Wśród rzeczy mojego zamęczonego pana nie znaleziono tego rękopisu, więc rozumie się samo przez się, Ŝe 
spalony został. 
   — Hm — mruknął Anthony. — Kto to wie? — Chwilę milczał, a potem powiedział: — Zadałem panu te pytania, 
baronie, poniewaŜ, jak pan moŜe słyszał, równieŜ i mnie wplątano w tę zbrodnię. Muszę się oczyścić z wszelkich 
zarzutów, Ŝeby najmniejsze podejrzenie na mnie nie ciąŜyło. 
   — Niewątpliwie — powiedział baron. — To jest kwestia pańskiego honoru. 
   — OtóŜ właśnie — rzekł Anthony. — Dobrze pan to ujął. Ja tak nie potrafię. Ale wracając do rzeczy: tylko 
znalezienie prawdziwego mordercy oddali ode mnie wszelkie podejrzenia, lecz abym mógł wziąć się za to, muszę mieć 
trochę faktów. Sprawa pamiętników jest bardzo istotna. Wydaje mi się całkiem prawdopodobne, Ŝe motywem zbrodni 
była chęć zdobycia pamiętników. 
   Czy pańskim zdaniem, baronie, nie posuwam się za daleko w swoich przypuszczeniach? 
   Baron chwilę się zastanawiał. 
   — Czytał pan te pamiętniki? — zapytał w końcu przezornie. 
   — Dziękuję za odpowiedź — rzekł Anthony z uśmiechem. — A teraz, panie baronie, jeszcze jedno. Chciałbym 
mianowicie uczciwie pana uprzedzić, Ŝe nie odstąpiłem od zamiaru dostarczenia rękopisu wydawcom w najbliŜsza 
ś

rodę, trzynastego października. 

   Baron wytrzeszczył na niego oczy. 
   — PrzecieŜ pan juŜ ich nie ma! 
   — W środę, powiedziałem. Dzisiaj mamy piątek. Zostało mi pięć dni na ich odzyskanie. 
   — A jeśli zostały spalone? 
   — Nie sądzę. I mam waŜkie powody, by tak przypuszczać. \ 
   PogrąŜeni w rozmowie zawrócili przy końcu tarasu. I ujrzeli zbliŜającą się ku nim masywną postać. Anthony, który 
nie oglądał do tej pory pana Hermana Isaacsteina, spojrzał nie niego z niemałym zainteresowaniem. 
   — Och, baronie — rzekł Isaacstein wymachując wielkim, czarnym cygarem — to fatalna sprawa, doprawdy fatalna. 
   — Kogo ja widzę, mojego starego przyjaciela, pana Isaacsteina! — wykrzyknął baron. — Cała nasza wspaniała 
budowla leŜy w ruinie. 
   Anthony odszedł taktownie od wylewających Ŝale dŜentelmenów i zaczął spacerować wzdłuŜ tarasu. 
   Nagle zatrzymał się. Z samego środka cisowego Ŝywopłotu unosiła się w powietrze cienka spirala dymu. 
   Między dwoma rzędami musi być puste miejsce, pomyślał Anthony. Słyszałem o czymś takim. 
   Spojrzał szybko na prawo i lewo. Lord Caterham z kapitanem Andrassym znajdowali się na drugim końcu tarasu. 
Odwróceni byli do niego plecami. Anthony pochylił się i dal nura pomiędzy bujne cisy. 
   Miał rację. śywopłot składał się z dwóch rzędów — z wąskim przejściem pośrodku. Wejście do tego korytarza było 
trochę dalej, przy bocznej części domu. Nie kryła się za tym Ŝadna tajemnica, ale osoby, które patrzyły na Ŝywopłot od 
frontu, nigdy by na to nie wpadły. 

background image

 

50 

   Anthony spojrzał wzdłuŜ tej wąskiej alejki. Mniej więcej w jej połowie siedział człowiek, wygodnie rozparty w 
trzcinowym fotelu. Do połowy wypalone cygaro leŜało na poręczy, a dŜentelmen sprawiał wraŜenie śpiącego. 
   — Hm — mruknął Anthony. — Widocznie pan Hiram Fish woli cień. 
 
ROZDZIAŁ SZESNASTY 
HERBATA W POKOJU LEKCYJNYM 
    
   Anthony wrócił na taras z nękającym go uczuciem, Ŝe jedyne miejsce, gdzie moŜna spokojnie porozmawiać, to 
ś

rodek jeziora. 

   Z wnętrza domu rozległ się donośny dźwięk gongu i w bocznych drzwiach ukazał się Tredwell, zachowując pełną 
godności postawę. 
   — Podano do stołu, milordzie. 
   — No! — powiedział lord oŜywiwszy się nieco. — Obiad! 
   W tym momencie dwójka dzieci wypadła z domu. Były to pełne wigoru młode kobietki w wieku dziesięciu i 
dwunastu lat i chociaŜ mogły nosić imiona Dulcie i Daisy, jak sugerowała Bundle, znane były powszechnie jako 
Guggle i Winkle. Wykonały coś w rodzaju tańca wojennego, urozmaiconego przenikliwymi wrzaskami, póki nie 
pojawiła się Bundle, która połoŜyła temu kres. 
   — Gdzie jest mademoiselle? — zapytała ostro. 
   — Ma migrenę, migrenę, migrenę! — zaśpiewała Winkle. 
   — Huraaa! — dołączyła się Guggle. 
   Lordowi Caterhamowi udało się zagnać do domu większość gości. A potem powstrzymał przed tym Anthony’ego, 
kładąc mu dłoń na ramieniu. 
   — Wejdźmy do mego gabinetu — wysapał. — Mam tam coś ekstra. 
   Skradając się przez hali lord Caterham bardziej przy— pominął złodzieja niŜ pana tego domu i niebawem dotarł do 
azylu, jakim był jego gabinet. Tam otworzył szafę i zademonstrował Anthony’emu serię butelek. 
   — Rozmowa z cudzoziemcami zawsze budzi we mnie pragnienie — wyjaśnił przepraszającym tonem. — Nie mam 
pojęcia dlaczego. 
   Rozległo się pukanie i w szparze drzwi ukazała się głowa Virginii. 
   — Dostanę mój ulubiony cocktail? — zapytała. 
   — Oczywiście — odparł lord z całą serdecznością. 
   — Proszę do środka. 
   Następnych parę minut zajął rytuał picia. 
   — To właśnie było mi potrzebne — rzekł lord Caterham z westchnieniem, odstawiając szklankę na stół. 
   — Jak juŜ wspomniałem, rozmowa z cudzoziemcami jest dla mnie bardzo wyczerpująca. Pewno dlatego, Ŝe są tacy 
uprzejmi. Chodźmy. PoŜywimy się trochę. 
   Udał się do jadalni. Virginia przytrzymała ramię Anthony’ego, dając mu znak, by zwolnił nieco kroku. 
   — Dokonałam wyczynu — szepnęła. — Namówiłam lorda Caterhama, by mi pokazał ciało. 
   — No i? — zapytał niecierpliwie Anthony. Jego teoria albo się teraz potwierdzi, albo nie. Virginia potrząsnęła 
przecząco głową. 
   — Nie miał pan racji. To ksiąŜę Michael. 
   — Coś takiego… — Anthony był prawdziwie zmartwiony — a mademoiselle miała migrenę — dodał głośniej, z 
wyraźnym niezadowoleniem. 
   — Co to ma z tym wspólnego? 
   — Prawdopodobnie nic, ale chciałbym ją zobaczyć. Widzi pani, udało mi się stwierdzić, Ŝe okno mademoiselle jest 
drugie od końca, a w tym oknie ubiegłej nocy ujrzałem światło. 
   — Ciekawe. 
   — Przypuszczalnie nic się za tym nie kryje. Mimo to jednak chciałbym dzisiaj zobaczyć się z nią. 
   Obiad był swego rodzaju męką. Nawet tolerancyjnej i pogodnej Bundle nie udało się stworzyć dobrego nastroju 
wśród tak róŜnorodnego towarzystwa. Baron i Andrassy byli poprawni, oficjalni, napompowani etykietą i mieli takie 
miny, jakby spoŜywali posiłek w mauzoleum. Lord Caterham był ospały i przygnębiony. Bill Eversleigh spoglądał 
tęsknie na Virginię. George, pomny trudnej sytuacji, w jakiej się znalazł, prowadził lekką rozmowę z baronem i panem 
Isaacsteinem. Guggle i Winkle, nie posiadające się z radości, Ŝe w ich domu popełniono morderstwo, trzeba było ciągle 
upominać i strofować. Pan Hiram Fish natomiast powoli przeŜuwał pokarm, wypowiadając oschłe uwagi w sobie tylko 
znanym dialekcie. Inspektor Battle dyskretnie się ulotnił i nikt nie wiedział, co się z nim stało. 
   — Dzięki Bogu skończyło się — mruknęła Bundle do Anthony’ego, gdy wstawali od stołu. — A George po południu 
zabiera cudzoziemski kontyngent do „Abbey”, by omówić tajemnice państwowe. 
   — MoŜe to oczyści atmosferę — rzucił Anthony. 
   — Nie mam nic przeciwko temu Amerykaninowi — ciągnęła Bundle. — On i mój ojciec mogliby z równym zapałem 
dyskutować o swoich pierwszych edycjach w pewnym zacisznym miejscu. Panie Fish — rzekła, bo osoba, o której była 
mowa, właśnie się zbliŜała — zaplanowałam dla pana spokojne popołudnie. 

background image

 

51 

   Amerykanin skłonił się. 
   — Bardzo to uprzejme z pani strony, lady Eileen. 
   — Pan Fish — wtrącił Anthony — miał równieŜ bardzo spokojny poranek. 
   Amerykanin obrzucił go szybkim spojrzeniem. 
   — Aha, widział mnie pan w moim ustroniu? Bywają chwile, proszę pana, kiedy człowiek miłujący spokój marzy 
tylko o tym, by być jak najdalej od rozszalałego tłumu. Bundle odpłynęła, pozostawiając Anthony’ego sam na sam z 
Amerykaninem. Ten ostatni zniŜył trochę głos mówiąc: 
   — Moim zdaniem kryje się za tym wszystkim jakaś wielka tajemnica. 
   — Cała masa tajemnic — powiedział Anthony. 
   — Ten łysy facet jest prawdopodobnie krewnym? 
   — Coś w tym sensie. 
   — Narody Europy Środkowej podnoszą alarm — powiedział pan Fish. — No bo chodzą słuchy, Ŝe ten nieboszczyk 
to Jego Królewska Wysokość. Czy to prawda, nie wie pan? 
   — Przebywał tutaj jako hrabia Stanislaus — odparł Anthony wymijająco. Czego pan Fish juŜ nie skomentował, 
rzucił tylko wieloznacznie: 
   — O rany! 
   Po czym na parę chwil pogrąŜył się w milczeniu. 
   — Ten wasz kapitan policji — zauwaŜył w końcu — Battle czy jak mu tam, jest dobry w tych sprawach? 
   — Scotland Yard uwaŜa, Ŝe tak — odpowiedział sucho Anthony. 
   — Według mnie to człowiek bez polotu — stwierdził pan Fish. — I ślamazarny. NajwaŜniejsze dla niego było to, by 
nikt nie opuszczał domu, i co to ma za sens? 
   W trakcie mówienia zmierzył Anthony’ego ostrym wzrokiem. 
   — Jutro rano wszyscy zostaną przesłuchani. 
   — I o to tylko chodzi, tak? NiewaŜne, Ŝe goście lorda Caterhama stają się podejrzani? 
   — Drogi panie! 
   — Czułem się trochę głupio jako cudzoziemiec. Ale przecieŜ zrobił to ktoś z zewnątrz, przypominam sobie teraz. 
Oszklone drzwi były tylko przymknięte, prawda? 
   — Tak — przyznał Anthony ze wzrokiem utkwionym w przestrzeń. 
   Pan Fish westchnął. Po minucie lub dwóch odezwał się zrzędzącym tonem: 
   — Młody człowieku, czy panu wiadomo, w jaki sposób odwadnia się kopalnię? 
   — Nie. 
   — Za pomocą pompowania, ale to ogromnie cięŜka praca… Obserwuję sylwetkę mego czcigodnego gospodarza, jak 
odłącza się od grupki osób. Idę do niego. 
   Gdy pan Fish godnie się ulotnił, Bundle znowu przypłynęła do Anthony’ego. 
   — Zabawny typ, prawda? — zapytała. 
   — Owszem. 
   — Szukanie Virginii na nic się nie zda — powiedziała Bundle nieprzyjemnym tonem. 
   — Ja jej nie szukałem. 
   — Nieprawda. Nie wiem, jak ona to robi. Nie jest waŜne, co mówi, a nawet sądzę, Ŝe niewaŜne jest, jak wygląda. 
Ale, mój BoŜe… zawsze ma, kogo chce. Tak czy siak na razie jest zajęta. Prosiła mnie, Ŝebym była dla pana mila, toteŜ 
będę, nawet przy uŜyciu siły, jeśli zajdzie taka potrzeba. 
   — UŜycie siły nie jest przewidziane — zapewnił ją Anthony. — Ale jeśli nie sprawi to pani róŜnicy, wolałbym, Ŝeby 
była pani dla mnie miła na jeziorze, w łódce. 
   — Myśl jest celna — orzekła Bundle z zamyślonym wyrazem twarzy. 
   I powędrowali razem w stronę jeziora. 
   — Zanim przejdziemy do bardziej interesujących tematów — zaczął Anthony wiosłując niespiesznie — chciałbym 
pani zadać jedno pytanie. Najpierw obowiązek, potem przyjemność. 
   — O czyjej sypialni chciałby pan się teraz dowiedzieć? — zapytała z pełną rezygnacji cierpliwością. 
   — Na razie Ŝadna sypialnia nie wchodzi w grę. Chciałbym się natomiast dowiedzieć, skąd wytrzasnęliście państwo tę 
francuską guwernantkę. 
   — Rzucono na pana urok — stwierdziła Bundle. 
   — Wytrzasnęłam ją z agencji, płacę jej sto funtów rocznie, ma na imię Genevieve. Jeszcze panu mało? 
   — No dobrze, z agencji — powiedział. — A co z jej referencjami? 
   — Och, co za Ŝar uczuć! Przez dziesięć lat przebywała z hrabiną Oby Nie. 
   — Oby Nie to znaczy?… 
   — Hrabina de Bretuil, Chateau de Bretuil, z Dinard. 
   — Czy spotkała się pani z hrabiną osobiście? Czy teŜ wszystko się odbyło drogą listowną? 
   — Tak, ustaliłyśmy listownie. 
   — Hm… 
   — Pan mnie intryguje — oświadczyła Bundle. — Niesamowicie wręcz. Czy chodzi o miłość, czy zbrodnię? 

background image

 

52 

   — Najwidoczniej jest to czyste wariactwo z mojej strony. Dajmy temu spokój. 
   — „Dajmy temu spokój” mówi tonem niedbałym, wyciągnąwszy juŜ ode mnie wszystkie dane, o jakie mu chodziło. 
A kogo pan właściwie podejrzewa? Bo ja Virginię jako osobę najbardziej nieprawdopodobną. Albo Billa. 
   — A co się tyczy pani? 
   — Arystokraci przyłączają się potajemnie do Towarzyszy Czerwonej Ręki. Ale byłaby sytuacja! 
   Anthony roześmiał się. Bundle mu się podobała, choć lękał się trochę tych jej przenikliwych, przewiercających na 
wskroś szarych oczu. 
   — Musi pani być dumna z tego wszystkiego — powiedział niespodziewanie, wskazując dłonią wielki dom 
majaczący w oddali. 
   Bundle przymknęła powieki i przechyliła na bok głowę. 
   — Tak… moŜe odrobinę. Człowiek się przyzwyczaił do tego, co ma. Zresztą nie przebywamy tutaj za często — 
piekielne nudy. Całe lato byliśmy w Cowes i Deauville, a potem znowu w Szkocji. Przez pięć miesięcy w roku 
„Chimneys” jest przykryte pokrowcami. Raz na tydzień zdejmuje się te pokrowce i przyjeŜdŜają autokary pełne 
turystów i ci turyści gapią się na Tredwella i słuchają, co on mówi. „Po prawej ręce widzą państwo portret czwartej 
markizy Caterham pędzla Joshuy Reynoldsa” i tak dalej, a Ed czy Bert, największy kawalarz na tej wycieczce, trąca 
łokciem swoją dziewczynę i powiada: „Wiesz, Gladys, mają tu dwa warte sporo grosza obrazy”. Idą dalej, patrzą na 
inne obrazy, ziewają, szurają nogami i marzą tylko o tym, by juŜ nareszcie nadszedł czas powrotu do domu. 
   — Podobno dwa czy trzy razy dokonywała się tutaj historia? 
   — Widać, Ŝe słuchał pan George’a — rzekła ostro Bundle. — On zawsze wygaduje takie rzeczy. 
   Tymczasem Anthony wsparł się na łokciu i spoglądał ku brzegowi. 
   — Czy moje oczy widzą trzeciego podejrzanego cudzoziemca, który stoi strapiony koło przystani? A moŜe to jeden z 
gości? 
   Bundle uniosła głowę z czerwonej poduszki. 
   — To Bill — powiedziała. 
   — Wygląda, jakby czegoś szukał. 
   — Prawdopodobnie mnie — rzekła bez entuzjazmu. 
   — Mam wiosłować w przeciwnym kierunku? 
   — Propozycja nader prawidłowa, choć powinna być wypowiedziana z większym zapałem. — Po takiej naganie będę 
wiosłował ze zdwojoną energią. 
   — W Ŝadnym razie — zaprotestowała. — Mam swoją dumę. Dopłyńmy do miejsca, gdzie stoi ten młodociany osioł. 
Ktoś powinien zatroszczyć się o niego. Virgipia na pewno dała przed nim drapaka. Pewnego dnia, choć wydaje się to 
absolutnie niepojęte, mogę wyrazić chęć poślubienia George’a, więc muszę ćwiczyć postawę „jednej ze znanych w 
ś

wiecie polityki pań domu”. 

   Anthony posłusznie powiosłował ku brzegowi. 
   — Ale proszę mi powiedzieć, co się stanie ze mną? — zapytał Ŝałosnym tonem. — Wolałbym nie być piątym kołem 
u wozu. Czy tam daleko idą dzieci? 
   — Tak. Ale ostroŜnie z nimi, bo nie dadzą panu spokoju. 
   — Ja lubię dzieci — oświadczył Anthony. — Mógłbym je nauczyć paru spokojnych, ćwiczących umysł gier. 
   — W porządku, tylko proszę pamiętać, Ŝe pana ostrzegałam. 
   Po rozstaniu się z Bundłe, która miała otoczyć opieką strapionego Billa, Anthony powędrował w kierunku, skąd 
dobiegały róŜnorodne wrzaski, zakłócające spokój popołudniowych godzin. Przyjęto go z entuzjazmem. 
   — Umiesz bawić się w Indian? Jesteś w tym dobry? — zapytała Guggle surowo. 
   — Raczej tak — odpowiedział Anthony. — Słuchajcie, jakie wydaję okrzyki, kiedy mnie skalpują. O, takie. 
   — Zademonstrował. 
   — Nieźle — orzekła Winkle, zachowując wstrzemięźliwość. — A’ teraz wydaj ryk skalpującego. 
   Anthony uczynił zadość Ŝądaniu krzykiem mroŜącym krew w Ŝyłach. Chwilę potem zabawa w Indian była w pełnym 
toku. 
   Mniej więcej po upływie godziny Anthony otarł czoło i zaryzykował pytanie o migrenę, na jaką cierpiała 
mademoiselle. Miło mu było usłyszeć, Ŝe pani czuje się juŜ całkiem dobrze. Taką zyskał sympatię dziewczynek, Ŝe 
bardzo stanowczo zaprosiły go na herbatę w pokoju lekcyjnym. 
   — Opowiesz nam wtedy o tym powieszonym człowieku — nalegała Guggle. 
   — Mówiłeś, Ŝe masz ze sobą kawałek tego sznurka? — upewniła się Winkle. 
   — Mam, w walizce—rzekł Anthony tonem uroczystym. 
   — KaŜda z was dostanie kawałek. 
   W tej samej chwili Winkle wydała indiański ryk zadowolenia. 
   — Musimy teraz iść i umyć się — powiedziała ponuro Guggle. — Przyjdziesz na herbatę, prawda? Nie zapomnisz? 
   Obiecał solennie, Ŝe nic go nie powstrzyma przed stawieniem się na umówione spotkanie. Zadowolone dziewczynki 
ruszyły w stronę domu. Anthony stał chwilę odprowadzając je wzrokiem i właśnie wtedy zobaczył jakiegoś męŜczyznę 
wychodzącego z kępy drzew po drugiej stronie, a potem idącego spiesznie przez park. Był niemal pewny, Ŝe to ten sam 

background image

 

53 

czarnobrody cudzoziemiec, którego spotkał dziś rano. Podczas gdy wahał się: iść za nim czy nie, krzewy przed nim 
rozchyliły się i pojawił się przed nim w całej krasie pan Hiram Fish. Na widok Anthony’ego drgnął lekko. 
   — Czy popołudnie minęło panu spokojnie? — zapytał Anthony. 
   — O, tak, dziękuję. 
   JednakŜe pań Fish nie tchnął takim spokojem jak zazwyczaj. Twarz miał zarumienioną, oddech krótki, jak gdyby 
dopiero co biegł. Wyciągnął zegarek. 
   — Coś mi się zdaje—powiedział przytłumionym głosem — Ŝe zgodnie z waszym brytyjskim obyczajem będziecie 
państwo niebawem pić popołudniową herbatę. Trzasnąwszy wiekiem zegarka, pan Fish statecznym krokiem 
powędrował w stronę domu. 
   Anthony stał pogrąŜony w zadumie i teraz on drgnął na widok wyrastającego przed nim jak spod ziemi inspektora 
Battle’a. Najsłabszy nawet szelest nie zapowiedział jego pojawienia się, zupełnie jakby się zmaterializował, zstąpiwszy 
z przestrzeni kosmicznej. 
   — Skąd pan się tu wziął? — zapytał Anthony z irytacją. 
   Lekkim ruchem głowy wskazał Battle niewielką kępę drzew za nimi. 
   — Dziś po południu to modne miejsce — zauwaŜył Anthony. 
   — Pan był nieobecny myślami — stwierdził inspektor. 
   — Istotnie. Czy pan wie, co mnie tak pochłaniało, inspektorze? Usiłowałem dodać do jednego dwa, potem pięć, 
potem trzy, Ŝeby mi wyszło cztery. Ale to jest niemoŜliwe, inspektorze, po prostu niemoŜliwe. 
   — Problem jest trudny — zgodził się detektyw. 
   — Bardzo mi właśnie zaleŜało na spotkaniu z panem. Inspektorze, chciałbym się stąd urwać. Da się to załatwić? 
   Zgodnie z swoim obyczajem inspektor Battle nie okazał po sobie ani zdziwienia, ani ciekawości. Odpowiedź jego 
brzmiała szczerze i rzeczowo: 
   — ZaleŜy, proszę pana, dokąd zamierza pan się udać. 
   — Powiem panu otwarcie, inspektorze. WyłoŜę karty na stół. Zamierzam udać się do Dinard, do hrabiny de Breteuil. 
Da się zrobić? 
   — Kiedy pan chce jechać? 
   — Dajmy na to jutro po południu. Byłbym z powrotem w niedzielę wieczorem. 
   — Rozumiem — powiedział inspektor ze szczególnym naciskiem. 
   — I co pan na to? 
   — Nie mam zastrzeŜeń, pod warunkiem, Ŝe udaje się pan tam, gdzie pan powiedział, i stamtąd prosto wróci pan lulaj. 
   — Jest pan człowiekiem absolutnie wyjątkowym, inspektorze. Albo czuje pan do mnie duŜo sympatii, albo jest pan 
niezwykle przebiegły. Gdzie leŜy prawda? 
   Inspektor Battle uśmiechnął się nieznacznie, lecz nic nie odpowiedział. 
   — Tak, tak — zaczął Anthony. — Przewiduję, Ŝe podejmie pan środki ostroŜności. Dyskretni funkcjonariusze prawa 
będą śledzić moje mocno podejrzane poczynania. Niech będzie. Ale wolałbym wiedzieć, po co to wszystko. 
   — Nie wiem, o co panu chodzi. 
   — Pamiętniki, o to ten cały kram. Czy tylko pamiętniki? A moŜe chowa pan coś jeszcze w zanadrzu? 
   Battle znowu się uśmiechnął. 
   — Niech pan posłucha. Idę panu na rękę, poniewaŜ wywarł pan na mnie dobre wraŜenie. Chciałbym, abyśmy 
współpracowali w tej sprawie. Amator i profesjonalista to dobra para. Pierwszego cechuje, Ŝe się tak wyraŜę, bardzo 
osobisty stosunek do zagadnienia, drugi ma doświadczenie. 
   — Nie muszę dodawać — rzekł powoli Anthony — Ŝe zawsze chciałem .wypróbować swoje moŜliwości w 
ujawnianiu tajemnicy zbrodni. 
   — Ma pan jakieś sugestie dotyczące tej sprawy? 
   — Mnóstwo — odparł Anthony. — Ale to głównie znaki zapytania. 
   — Na przykład? 
   — Kto zajmie miejsce zamordowanego? Według mnie to bardzo waŜne. 
   Inspektor uśmiechnął się krzywo. — Ciekaw byłem, czy pan na to wpadnie. KsiąŜę Nicholas Obolovitch jest 
bezpośrednim spadkobiercą, bratem stryjecznym tego dŜentelmena. 
   — A gdzie on obecnie się znajduje?— zapytał Anthony odwracając się, by zapalić papierosa. — Tylko proszę mi nie 
mówić, Ŝe pan nie wie, bo nie uwierzę panu. 
   — Mamy pewne podstawy, by przypuszczać, Ŝe jest w Stanach Zjednoczonych. W kaŜdym razie ostatnio tam był. 
Podnosił pieniądze na poczet spadku. 
   Anthony dał upust zdziwieniu, gwiŜdŜąc przeciągle. 
   — Rozumiem — rzekł. — Michael miał poparcie w Anglii, Nicholas w Ameryce. W obydwu państwach grupa 
finansistów zabiegała o koncesje naftowe. Partia Lojalistów przyjęła kandydaturę Michaela — teraz muszą szukać 
gdzie indziej. Panowie Isaacstein i spółka oraz pan George Lomax zgrzytają zębami. Radość na Wall Street. Mam 
rację? 
   — Jest pan tej racji bardzo bliski — odparł inspektor Battle. 
   — Hm — mruknął Anthony. — Mógłbym przysiąc, Ŝe wiem, co pan robił w tej kępie zarośli. 

background image

 

54 

   Detektyw uśmiechnął się, ale nie wyrzekł ani słowa. 
   — Polityka międzynarodowa to rzecz bardzo fascynująca — powiedział Anthony. — Lecz ja muszę niestety pana 
opuścić. Mam spotkanie w pokoju lekcyjnym. 
   Ruszył ostro w kierunku domu. Tam pełen godności Tredwell pokazał mu drogę do pokoju lekcyjnego. Zapukał do 
drzwi, wszedł, a powitały go okrzyki radości. 
   Guggle i Winkle momentalnie go dopadły i doprowadziły z triumfem przed oblicze mademoiselle w celu dokonania 
prezentacji. 
   Po raz pierwszy ogarnął Anthony’ego niepokój. Mademoiselle Brun była niską kobietą w średnim wieku, o ziemistej 
cerze, szpakowatych włosach i dobrze zapowiadających się wąsach. 
   Zupełnie nie pasowała do wizerunku słynnej zagranicznej awanturnicy. 
   Zdaje się, stwierdził w duchu Anthony, Ŝe wyszedłem na durnia. Nie ma rady, muszę jakoś przez to przebrnąć. 
   Był dla mademoiselle nadzwyczaj miły, ona zaś ze swej strony demonstrowała zachwyt, Ŝe taki przystojny, młody 
człowiek wtargnął do jej królestwa. Poczęstunek był fantastyczny. 
   JednakŜe tegoŜ wieczoru, gdy Anthony był juŜ sam ze swoimi myślami w uroczej komnacie sypialnej, potrząsnął 
kilkakrotnie głową z niezadowoleniem. 
   — Pomyliłem się — rzekł do siebie. — Po raz drugi się pomyliłem. W kaŜdym razie nie mogę się w tym wszystkim 
połapać. 
   Chodził w tę i z powrotem po pokoju i raptem stanął. 
   — Co za diabeł…? 
   Drzwi delikatnie się otworzyły. W następnej chwili do pokoju wśliznął się męŜczyzna i stanął tuŜ za progiem w pozie 
pełnej szacunku. 
   Był to silnie zbudowany, wysoki męŜczyzna z jasnymi włosami, typowymi dla Słowian wystającymi kośćmi 
policzkowymi i marzycielsko–fanatycznym spojrzeniem. 
   — Kim pan jest, u diabła? — spytał Anthony patrząc na niego ze zdziwieniem. 
   MęŜczyzna odpowiedział w bezbłędnej angielszczyźnie: 
   — Jestem Boris Anchoukoff. 
   — SłuŜący księcia Michaela? 
   — Tak. SłuŜyłem memu panu. On nie Ŝyje. Teraz słuŜę panu. 
   — Bardzo to uprzejme z pańskiej strony — rzekł Anthony — ale ja nie potrzebuję kamerdynera. 
   — Pan jest teraz moim panem. Będę panu wiernie słuŜył. 
   — Proszę posłuchać: ja nie potrzebuję kamerdynera. Nie stać mnie na to. 
   Boris Anchoukoff spojrzał na Anhtony’ego z lekkim odcieniem pogardy. 
   — Mnie nie zaleŜy na pieniądzach. SłuŜyłem memu panu. Teraz będę słuŜyć panu, do śmierci. 
   Postąpił szybko do przodu, uklęknął na jedno kolano, złapał rękę Anthony’ego i przyłoŜył ją, sobie do ust. Po czym 
wstał błyskawicznie i wyszedł z pokoju równie niespodziewanie, jak się w nim pojawił. 
   Anthony spoglądał za nim szeroko otwartymi oczami, cała jego twarz wyraŜała bezgraniczne zdumienie. 
   — Cholernie dziwna sprawa — powiedział do siebie. — Facet wierny jak pies. Osobliwe ci ludzie mają instynkty. 
   Wstał z miejsca i znowu zaczął przemierzać pokój tam i z powrotem. 
   — Mimo wszystko — szepnął — to bardzo niewygodne, diabelnie niewygodne, zwłaszcza teraz. 
 
ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY 
PRZYGODA O PÓŁNOCY 
    
   Nazajutrz rano odbyło się przesłuchanie. Zupełnie niepodobne do przesłuchań, o jakich się czyta w sensacyjnych 
powieściach. Zadowoliło nawet George’a Lomaxa, który dąŜył uparcie do tuszowania wszelkich interesujących 
szczegółów. Pracujący wspólnie inspektor Battle oraz koroner, wspomagani przez okręgowego komisarza policji, jak 
mogli, ograniczali postępowanie, dzięki czemu poziom nudy utrzymał się w granicach przyzwoitości. 
   Natychmiast po przesłuchaniu Anthony dyskretnie się ulotnił. 
   Jego wyjazd okazał się dla Billa Eversleigha jedynym w ciągu tego dnia jasnym promykiem. George Lomax, przejęty 
obsesyjnym lękiem, Ŝe jakaś rzecz przynosząca ujmę jego instytucji moŜe wyjść na jaw, dwoił się i troił. Panna Oscar i 
Bill byli stale do jego dyspozycji. Sprawy waŜne i interesujące załatwiała panna Oscar. Natomiast zadaniem Billa było 
bieganie tam i siam na róŜne posyłki, rozszyfrowywanie telegramów i słuchanie godzinami powtarzającego się stale 
George’a. 
   Gdy w sobotę wieczorem rzucił się na łóŜko był kompletnie wyczerpany. Wskutek wzmoŜonych wymagań George’a 
przez cały dzień nie miał praktycznie moŜliwości porozmawiania z Virginią. Chwała Bogu, Ŝe ten kolonialny facet się 
wyniósł. Virginia poświęcała mu stanowczo zbyt wiele czasu. No i oczywiście, jeŜeli George Lomax będzie nadal tak 
się błaźnił… Billa ogarnęła wściekłość i… zasnął. Sen przyniósł mu ukojenie. Śniła mu się Virginia. 
   Był to sen bohaterski, sen o poŜarze, a on odgrywał w nim rolę dzielnego wybawcy. Zniósł Virginię na rękach z 
ostatniego piętra. Była nieprzytomna. PołoŜył ją na trawie. A sam udał się w poszukiwaniu kanapek. To było bardzo 
waŜne — zdobyć pudło z kanapkami. George miał je, ale zamiast wręczyć kanapki Billowi, zaczął mu dyktować 

background image

 

55 

depeszę. Znajdowali się obecnie w zakrystii jakiegoś kościoła i lada chwila miała przybyć Virginia, by wziąć z nim 
ś

lub. Koszmar! On ma na sobie piŜamę! Musi natychmiast biec do domu i znaleźć stosowny strój. Pędzi do 

samochodu. Samochód nie chce zapalić. Nie ma benzyny w baku. Billa ogarnia rozpacz, l wówczas podjeŜdŜa autobus 
i wysiada z niego Virginia, trzymając pod rękę łysego barona. Jest cudownie spokojna i świetnie ubrana, w szarą 
suknię. Podchodzi do niego i szarpie figlarnie za ramię. „Bill — mówi. — Och, Bill!” Szarpie go mocniej. „Bill, obudź 
się, ojej, obudź się!” 
   Bill obudził się oszołomiony. Był w swojej sypialni w „Chimneys”. Ale sen częściowo jeszcze trwał. Virginia 
pochylała się nad nim i w róŜnych wariantach powtarzała to samo zdanie: 
   — Obudź się, Bill! Ojej, Bill, obudź się! 
   — Hej — powiedział Bill siadając na łóŜku. — Co się stało? 
   Virginia odetchnąla z ulgą. 
   — Chwała Bogu! Myślałam, Ŝe juŜ się ciebie nie dobudzę. Szarpałam cię i szarpałam. Czy juŜ się naprawdę 
obudziłeś? 
   — Chyba tak — odrzekł niepewnie. 
   — Ty niezguło! śeby sprawić mi tyle kłopotu! Ręce mnie bolą! 
   — Nie zasłuŜyłem sobie na takie obelgi — oświadczył Bill z godnością. — Muszę ci powiedzieć, Virginio, Ŝe twoje 
zachowanie jest wysoce niestosowne. Absolutnie nie przystoi młodej damie. 
   — Nie bądź idiotą, Bill! Dzieją się róŜne rzeczy… 
   — Jakie? 
   — Dziwne. W sali obrad. Wydawało mi się, Ŝe słyszę trzaśniecie drzwiami, i zeszłam na dół. I dostrzegłam światło w 
sali obrad. Poszłam cichutko korytarzem i zajrzałam tam przez szparę w drzwiach. Wiele nie mogłam zobaczyć, ale to, 
co zobaczyłam, było tak niesamowite, Ŝe postanowiłam zobaczyć więcej. Wtedy uświadomiłam sobie nagle, Ŝe 
chciałabym mieć obok przystojnego, wysokiego, silnego męŜczyznę. A Ŝe nie znam nikogo przystojniejszego, 
wyŜszego i silniejszego od ciebie, więc przyszłam i próbowałam cię delikatnie obudzić. Ale delikatne budzenie 
trwałoby wieki. 
   — Rozumiem — powiedział Bill. — Co zatem chcesz, Ŝebym zrobił? Wstał i złapał włamywacza? 
   Virginia zmarszczyła brwi. 
   — Nie wiem, czy to są włamywacze. Bill, to bardzo dziwna sprawa… Ale nie traćmy czasu na gadanie. Wstawaj! 
   Bill posłusznie wygramolił się z łóŜka. 
   — Poczekaj, włoŜę buty, te wysokie, podbite ćwiekami. Wprawdzie jestem przystojny i silny, ale nie zamierzam 
łapać zatwardziałych kryminalistów na bosaka. 
   — Ładną masz piŜamę — powiedziała Virginia marzycielsko. — śywe barwy, ale w dobrym tonie. 
   — JeŜeli juŜ o tym mowa — rzekł Bill sięgając po drugi but — to bardzo mi się podoba ten twój ciuszek. Piękny 
odcień zieleni. Co to właściwie jest? Chyba nie szlafrok, prawda? 
   — To rodzaj peniuaru — odparła Virginia. — Cieszę się, Bill, Ŝe prowadziłeś taki czysty Ŝywot. 
   — Wcale nie prowadziłem czystego Ŝywota — odparował Bill z oburzeniem. 
   — Zdradziłeś się. Jesteś ogromnie miły i lubię cię. Powiem więcej: jutro rano, dajmy na to o godzinie dziesiątej — to 
dobra, bezpieczna pora, hamująca nadmierne emocje — mogłabym cię nawet pocałować. 
   — Zawsze sądziłem, Ŝe te rzeczy najlepiej wychodzą, gdy się działa spontanicznie — wyraził opinię Bill. 
   — Mamy co innego na głowie—powiedziała Virginia. 
   — JeŜeli nie zamierzasz włoŜyć maski przeciwgazowej ani kolczugi, to moŜemy zaczynać. 
   — Jestem gotów — oznajmił Bill. Wśliznął się w jedwabny, bladoniebieski szlafrok i sięgnął po pogrzebacz. 
   — Broń ortodoksów — dodał. 
   — Chodź i nie rób hałasu — powiedziała Virginia. Wyszli chyłkiem z pokoju, potem korytarzem, a potem na dół 
szerokimi schodami. Gdy juŜ byli na parterze, Virginia skrzywiła się z niezadowoleniem. 
   — Te twoje buty to naprawdę nie cichostępy! 
   — Ćwieki są ćwiekami — stwierdził Bill. — Chciałem jak najlepiej. 
   — Musisz je zdjąć — oświadczyła Virginia stanowczo. 
   Bill jęknął. 
   — MoŜesz je nieść w ręku. Ciekawa jestem, czy się zorientujesz, co się dzieje w sali obrad. Bill, to niesamowicie 
tajemnicza historia. Dlaczego włamywacze rozbierają na części rycerza w zbroi? 
   — Hm, sądzę, Ŝe trudno byłoby go wynieść w całości. Rozbiorą go na części i zgrabnie zapakują. 
   Virginia z dezaprobatą potrząsnęła głową. 
   — Po co im te stare, zaśniedziałe części zbroi, do czego im są potrzebne? PrzecieŜ w „Chimneys” jest pełno innych 
skarbów, łatwiejszych do wyniesienia. 
   Bill z kolei potrząsał głową. 
   — Ilu ich tam jest? — zapytał, ściskając mocno rączkę pogrzebacza. 
   — Nie widziałam dokładnie. Wiesz, co moŜna zobaczyć przez dziurkę od klucza. Mieli tylko latarkę. 
   — Mam nadzieję, Ŝe juŜ sobie poszli — wyraził przypuszczenie Bill. 

background image

 

56 

   Siedział na najniŜszym stopniu i ściągał buty. Po czym, trzymając je w ręku, ruszył chyłkiem korytarzem 
prowadzącym do sali obrad. Virginia podąŜała za nim. Zatrzymali się przed masywnymi, dębowymi drzwiami. 
Panowała za nimi cisza, lecz nagle Virginia ścisnęła rękę Billa, a on skinął głową potakująco. Dziurka od klucza 
zabłysła na minutę jasnym światłem. 
   Bill opuścił się na kolana i przyłoŜył oko do dziurki. To, co zobaczył, wprawiło go w skrajne zdumienie. Główna 
scena rozgrywającego się w sali dramatu znajdowała się po lewej stronie, poza polem jego widzenia. Rozlegające się 
co jakiś czas stłumione dźwięki świadczyły o tym, Ŝe grabieŜcy wciąŜ mocowali się z rycerzem w zbroi. Było ich 
dwóch, jak stwierdził Bill. Stali przy ścianie, tuŜ pod portretem Holbeina. Światło latarki było najwidoczniej 
skierowane na przedmiot ich działania, wskutek czego reszta pokoju pogrąŜona była niemal w ciemności. Raz jedna z 
osób mignęła Billowi w jego polu widzenia, lecz było zbyt mroczno, by zauwaŜył cokolwiek istotnego. Mógł to być 
równie dobrze męŜczyzna, jak i kobieta. Po paru minutach postać przesunęła się znowu i ponownie rozległy się owe 
przytłumione dźwięki. Niebawem doszedł do tego nowy dźwięk, słabe stuknięcie, jakby ktoś uderzał o drewno. 
   Bill odchylił się raptem i usiadł na piętach. 
   — Co się stało? — szepnęła Virginia. 
   — Nic. Po prostu to, co robimy, nie ma sensu. Nic praktycznie nie moŜemy zobaczyć i nie domyślamy się nawet, co 
to wszystko znaczy. Muszę tam wejść i popędzić im kota. — WłoŜył buty i wstał. — Posłuchaj mnie, Virginio. Jak 
moŜna najciszej otworzymy drzwi. Wiesz, gdzie jest wyłącznik światła, prawda? 
   — Tak, przy drzwiach. 
   — Nie sądzę, by ich było więcej niŜ dwóch. A moŜe być tylko jeden. Wejdę do pokoju. A kiedy powiem: „juŜ”, 
zapal światło. Wszystko jasne? 
   — Jak najbardziej. 
   — I nie piszcz, i nie zemdlej ani nic w tym sensie. Nie pozwolę, by stało ci się coś złego. 
   — Ty mój bohaterze! — mruknęła Virginia. 
   Bill spojrzał na nią podejrzliwie, przebijając wzrokiem ciemność. Uszu jego dobiegł cichy dźwięk, który mógł być 
zarówno szlochem, jak i śmiechem. Po chwili ujął mocniej pogrzebacz i wyprostował się. Zdawał sobie w pełni sprawę 
z grozy sytuacji. 
   Cichutko nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły i uchyliły się bezszelestnie. Bill czuł tuŜ za sobą obecność Virginii. 
Wśliznęli się po cichu do pokoju. 
   W drugim jego końcu latarka oświetlała obraz Holbeina. Na jego tle rysowała się postać męŜczyzny, który stal na 
krześle i uderzał delikatnie w boazerię. Był oczywiście odwrócony do nich plecami i z mroku wyłaniał się jego 
monstrualny cień. 
   Trudno powiedzieć, co mogliby jeszcze zobaczyć, gdyŜ w tym momencie but Billa zaskrzypiał na parkiecie. 
MęŜczyzna obrócił się gwałtownie, kierując na nich promień światła latarki, czym prawie ich oślepił. Bill nie wahał się 
ani chwili. 
   — JuŜ! — ryknął pod adresem Virginii i gdy ona posłusznie zapaliła światło, on rzucił się na tego męŜczyznę. Wielki 
kandelabr powinien był zapłonąć wszystkimi światłami; lecz jedyne, co nastąpiło, to głuchy trzask wyłącznika. Pokój 
w dalszym ciągu tonął w ciemnościach. 
   Virginia usłyszała, jak Bill klnie soczyście. W następnym momencie powietrze wypełniły odgłosy bójki, sapanie. 
Latarka upadła na podłogę i wskutek tego zgasła. W dalszym ciągu słychać było odgłosy desperackiej walki, ale kto 
był górą, a takŜe kto w istocie brał w niej udział, Virginia nie miała pojęcia. Czy oprócz męŜczyzny stukającego w 
boazerię był ktoś jeszcze w pokoju? Całkiem moŜliwe. Tylko na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, Ŝe ten 
człowiek jest sam. 
   Virginia czuła się jak sparaliŜowana. Nie wiedziała, co robić. Nie odwaŜyłaby się włączyć do walki. Prawdopodobnie 
zamiast pomóc, zaszkodziłaby tylko Billowi. Przyszło jej na myśl, by stanąć w drzwiach i starać się nie dopuścić, aby 
ktoś mógł tą drogą się ulotnić. I właśnie w tej samej chwili, wbrew zaleceniom Billa, wrzasnęła przeraźliwie, wzywając 
pomocy. 
   Usłyszała, jak na górze otwierają się drzwi i zaraz rozbłysło światło w hallu i na schodach. śeby tylko udało się 
Billowi przytrzymać tego człowieka, zanim nadejdzie pomoc. 
   Lecz w tej sekundzie rozległ się potworny łoskot. Walczący musieli widocznie upaść na jednego ze zbrojnych 
rycerzy, bo ten zwalił się na podłogę z ogłuszającym hałasem. Virginii mignęła postać zmierzająca ku oszklonym 
drzwiom, potem usłyszała przekleństwa Billa, który wyplątywał się z poszczególnych części zbroi. 
   Wtedy po raz pierwszy opuściła swój posterunek i rzuciła się z impetem ku wychodzącym na taras drzwiom. Były juŜ 
widocznie uprzednio otwarte. Intruz nie musiał się więc zatrzymywać i manipulować zamkiem. Wyskoczył, pobiegł 
tarasem i zniknął za rogiem domu. Virginia popędziła za nim. Była młoda i wysportowana — i dobiegła do końca 
tarasu w niewiele sekund po uciekającym. 
   I w tym momencie wpadła prosto na męŜczyznę, który wychodził właśnie z małych bocznych drzwi. Tym męŜczyzną 
okazał się pan Hiram Fish. 
   — Ho, ho, ho, lady we własnej osobie! — wykrzyknął. — Przepraszam panią bardzo. Myślałem, Ŝe to jeden z tych 
zbirów uciekających przed sprawiedliwością. 
   — Właśnie tędy przebiegał! — wykrzyknęła Virginia ledwo dysząc. — MoŜe go razem złapiemy! 

background image

 

57 

   Ale juŜ w trakcie mówienia wiedziała, Ŝe jest za późno. MęŜczyzna biegł teraz przez park, a noc była ciemna, 
bezksięŜycowa. Skierowała więc swe kroki ku sali obrad, pan Fish u jej boku, opowiadający monotonnym, sennym 
głosem o obyczajach włamywaczy w ogóle, w której to kwestii zdawał się mieć ogromne doświadczenie. 
   Lord Caterham, Bundle oraz kilkoro przestraszonej słuŜby stało przed drzwiami sali obrad. 
   — Co się, do diabła, dzieje? — zapytała Bundle. 
   — Czy to byli włamywacze? Co wy tu robicie z panem Fishem? ZaŜywacie spaceru o północy? 
   Virginia zrelacjonowała wydarzenia tego wieczoru. 
   — Cholernie podniecająca historia — orzekła Bundle. 
   — Rzadko się zdarza, aby w ciągu jednego weekendu zdarzyło się i morderstwo, i włamanie. Ale co z tym światłem? 
Wszędzie jest. 
   Tę tajemnicę wkrótce wyjaśniono. Po prostu korki zostały wykręcone i leŜały rzędem na podłodze. Wspiąwszy się na 
schodki Tredwell, szacowny nawet w negliŜu, doprowadził światło do pozbawionych go pomieszczeń. 
   — Nie ulega dla mnie wątpliwości — powiedział lord Caterham ze smutkiem, rozglądając się dokoła — Ŝe ten pokój 
padł ofiarą czyjejś gwałtownej działalności. 
   Było w tym trochę racji. Wszystko, co tylko mogło być przewrócone, zostało przewrócone. Na podłodze 
poniewierały się połamane krzesła, stłuczona porcelana, części zbroi. 
   — Ilu było tych złoczyńców? — zapytała Bundle. 
   — Wygląda na to, Ŝe toczyła się tu zaciekła walka. 
   — Moim zdaniem jeden — powiedziała Virginia, lecz juŜ w trakcie mówienia zawahała się trochę. Na pewno jedna 
osoba, męŜczyzna, wyszła przez oszklone drzwi. Gdy jednak Virginia rozpoczynała za nim pościg, odniosła niejasne 
wraŜenie, Ŝe ktoś przebiegł tuŜ obok. Jeśli tak, to drugi najeźdźca mógł uciec drzwiami wychodzącymi na korytarz. A 
moŜe ten szelest był tylko wytworem wyobraźni? 
   Za drzwiami, na tarasie, pojawił się Bill. Nie mógł złapać tchu, ledwo dyszał. 
   — Niech szlag trafi tego typa! — wykrzyknął z wściekłością. — Uciekł! Przeszukałem cały teren. Ani śladu po nim! 
   — Nie przejmuj się. Bill — powiedziała Virginia. 
   — Następnym razem będziesz miał więcej szczęścia. 
   — No tak — zaczai lord Caterham. — I co według was powinniśmy teraz zrobić? Wrócić do łóŜek? O tej porze nie 
złapię Badgworthy’ego. Tredwell, ty znasz hierarchię potrzeb, stosuj się do niej. 
   — Tak jest, milordzie. 
   Westchnąwszy z ulgą, lord Caterham szykował się do odejścia. 
   — Ten cały Isaacstein śpi jak zabity — powiedział z odcieniem zazdrości. — A naleŜałoby sądzić, Ŝe awantura na 
dole wyciągnie go łóŜka. — Spojrzał z ukosa na pana Fisha. — A pan, jak widzę, zdąŜył się nawet ubrać — dodał. 
   — Wrzuciłem na siebie parę sztuk odzieŜy — wyjaśnił Amerykanin. — Bardzo to rozsądne z pana strony — rzekł 
lord Caterham. — Bo w piŜamie cholernie zimno. 
   Ziewnął. W przygnębionym nastroju towarzystwo powędrowało do łóŜek. 
 
ROZDZIAŁ OSIEMNASTY 
DRUGA PRZYGODA O PÓŁNOCY 
    
   Pierwszą osobą, którą Anthony zobaczył, gdy nazajutrz po południu wysiadł z pociągu, był inspektor Battle. Jego 
twarz rozpromienił uśmiech. 
   — Wracam zgodnie z umową — oświadczył Anthony. 
   — Czy przybył pan tu specjalnie po to, by się o tym przekonać? 
   Battle potrząsnął głową. 
   — Nie budziło to we mnie niepokoju, proszę pana. Jadę do Londynu, to wszystko. 
   — Pan ma taki ufny charakter, inspektorze? 
   — Tak pan sądzi? 
   _— Nie, sądzę, Ŝe skomplikowany, bardzo skomplikowany. Cicha woda, jak panu wiadomo, i tak dalej. A więc 
jedzie pan do Londynu? 
   — Zgadza się. 
   — Ciekawe, po co? Detektyw nie odpowiedział. 
   — Pan jest bardzo rozmowny — stwierdził Anthony. 
   — Lubię to u pana. 
   W oczach inspektora pojawiło się coś, co przypominało ogniki. 
   — A jak daleko pan się posunął? — zapytał. — Jak panu idzie? 
   — Niewypał, inspektorze. Fatalnie się pomyliłem. Przykra historia. 
   — W czym się pan pomylił, jeśli wolno spytać? — Podejrzewałem francuską guwernantkę. Na podstawie, po 
pierwsze: Ŝe jest ostatnią osobą, której moŜna by przypisać dokonanie morderstwa, zgodnie z zasadą tworzenia fikcji. 
Po drugie: w nocy, kiedy wydarzyła się tragedia, w jej pokoju zapaliło się światło. 
   — Niewiele miał pan punktów zahaczenia. 

background image

 

58 

   — To prawda. Niewiele. Ale ustaliłem, Ŝe pracuje tu od niedawna, a takŜe stwierdziłem, Ŝe kręci się tu jakiś 
podejrzany Francuz. Zebrał pan o nim wszelkie dane, jak przypuszczam ? 
   — Ma pan na myśli człowieka, który mówi, Ŝe się nazywa Chelles? Zatrzymał się w „Krykieciście”. KomiwojaŜer. 
Handluje jedwabiem. 
   — Ach tak! I co dalej? Co sądzi o nim Scotland Yard? 
   — śe zachowuje się podejrzanie — wyrzekł inspektor beznamiętnym tonem. 
   — Powiedziałbym, Ŝe bardzo podejrzanie. No więc podsumujmy: guwernantka, Francuzka, w domu; cudzoziemiec, 
Francuz, poza domem. Uznałem, Ŝe oni tworzą sitwę, toteŜ pospieszyłem do pewnej lady, u której mademoiselle Brun 
przez ostatnie dziesięć lat była zatrudniona, by rozpytać ją o Francuzkę. Byłem absolutnie nastawiony na to, Ŝe owa 
lady nigdy nie słyszała o mademoiselle Brun, ale myliłem się, inspektorze. Mademoiselle to produkt autentyczny. 
   Battle skinął głową. 
   — Muszę dodać — ciągnął Anthony — Ŝe w miarę jak rozmawiałem z guwernantką, nabierałem niejasnego 
przekonania, Ŝe stawiam na fałszywego konia. Sprawiała wraŜenie typowej przedstawicielki swego zawodu. 
   Battle ponownie skinął głową. 
   — Mimo to — powiedział — nie moŜe pan nie brać pod uwagę tej ewentualności. Kobiety za pomocą makijaŜu 
dokonują cudów. Znałem piękną dziewczynę, która zmieniła kolor włosów, umalowała policzki na kolor ziemisty, 
pociągnęła lekko róŜem powieki i — co dało największy efekt — ubrała się niechlujnie; skutek był taki, Ŝe większość 
znajomych dziewczyny nie poznawała jej… MęŜczyźni nie mają aŜ takich moŜliwości. Zrobi pan coś ze swoimi 
brwiami, no i oczywiście odpowiednio dobrane sztuczne zęby — to zmienia całkowicie wyraz twarzy. Ale pozostają 
uszy — uszy, proszę pana, ogromnie wiele mówią o charakterze człowieka. 
   — Proszę się tak w moje nie wpatrywać, inspektorze — powiedział Anthony. — Bardzo mnie. to denerwuje. 
   — Nie mówię o sztucznej brodzie czy szmince — ciągnął Battle. — To dobre na powieść. Tak, jest niewielu 
męŜczyzn, którzy potrafią uniknąć identyfikacji i wyprowadzić człowieka w pole. W gruncie rzeczy znam tylko takiego 
jednego, który ma prawdziwy talent do nadawania sobie innego wyglądu. Król Victor. Słyszał pan o Królu Victorze? 
   Detektyw zadał to pytanie w sposób tak nagły i tonem tak ostrym, Ŝe Anthony powstrzymał się od odpowiedzi, którą 
miał juŜ na końcu języka. 
   — Król Victor? — powtórzył zamiast tego, z wyraźnym namysłem. — Coś mi się obiło o uszy. 
   — Jeden z najsłynniejszych na świecie złodziei klejnotów. Ojciec Irlandczyk, matka Francuzka. Włada co najmniej 
pięcioma językami. Odsiadywał wyrok, ale przed paroma miesiącami wyszedł na wolność. 
   — Doprawdy? A gdzie on teraz jest? 
   — To właśnie chcielibyśmy wiedzieć, proszę pana. 
   — Sprawa wikła się coraz bardziej — powiedział Anthony lekkim tonem. — Nie ma raczej szans, Ŝeby tutaj się 
pojawił, prawda? Ponadto, jak przypuszczam, pamiętniki polityka go nie interesują, tylko klejnoty. 
   — Trudno powiedzieć — rzekł inspektor Battle. 
   — Wbrew temu, co jest nam wiadome, moŜe juŜ tu być. 
   — Przebrany za drugiego kamerdynera. Kapitalne! Rozpozna go pan po uszach i okryje się sławą! 
   — Nie zbywa panu na dowcipie. A propos, co pan sądzi o tym interesującym wydarzeniu w Staines? 
   — Staines? — powtórzył Anthony. — A co się tam takiego wydarzyło? 
   — Pisała o tym sobotnia prasa. Myślałem, Ŝe pan czytał. Przy szosie znaleziono zastrzelonego człowieka. 
Cudzoziemca. Dziś równieŜ było o tym w gazetach. 
   — Tak, rzeczywiście, wpadło mi to w oko — powiedział Anthony od niechcenia. — Zdaje się, Ŝe to nie było 
samobójstwo. 
   — Nie. Nie znaleziono przy nim broni. Na razie ów męŜczyzna nie został zidentyfikowany. 
   — Pan jest tym bardzo przejęty — rzekł z uśmiechem Anthony. — Czy ma to jakiś związek ze śmiercią księcia 
Michaela? 
   Ręka mu nie zadrŜała. Nad oczami takŜe panował. Czy mu się tylko wydawało, Ŝe inspektor Battle wpatruje się w 
niego szczególnie intensywnie? 
   — Wygląda to niemal na epidemię — powiedział inspektor. — Nie, chyba oba wypadki nie mają ze sobą nic 
wspólnego. 
   Odwrócił się machnąwszy ręką, albowiem pociąg londyński nadjeŜdŜał właśnie z łoskotem. Anthony odetchnął z 
ulgą. 
   Szedł przez park pogrąŜony w nietypowej dla niego zadumie. Celowo obrał ten sam kierunek, z którego podchodził 
do rezydencji owej fatalnej czwartkowej nocy, i gdy był juŜ całkiem blisko, popatrzył w górę na okna, wysilając 
pamięć, by ustalić juŜ z całą pewnością, gdzie wówczas zobaczył światło. Czy aby na pewno było to okno drugie od 
końca? 
   I w trakcie tej gimnastyki myślowej dokonał odkrycia. 
   Róg domu był spłaszczony, toteŜ znajdujące się tam okno było jak gdyby na trochę dalszym planie. Komuś 
stojącemu w jednym miejscu to okno wydawało się pierwsze, to zaś nad salą obrad — drugie, lecz gdy odszedł parę 
jardów w prawo, ta część nad salą obrad wyglądała jak naroŜna część budynku. Pierwsze okno było wtedy poza polem 

background image

 

59 

widzenia, a dwa ponad salą obrad moŜna było uznać za pierwsze i drugie od końca. W którym miejscu dokładnie stał 
Anthony, gdy spostrzegł zapalające się światło? 
   Precyzyjne jego określenie było rzeczą niezwykle trudną. Jard dalej czy bliŜej — stanowiło to juŜ ogromną róŜnicę. 
Jedno nie ulegało najmniejszej wątpliwości: okazało się oto, Ŝe mógł się pomylić mówiąc, iŜ zobaczył światło w 
drugim oknie od końca. Równie dobrze mogło być trzecie. 
   A więc teraz: kto zajmował trzeci pokój? Anthony postanowił moŜliwie jak najszybciej ustalić ów fakt. Szczęście mu 
sprzyjało. W hallu Tredwell stawiał właśnie na swoim miejscu na tacy masywny, srebrny dzban. Nikogo poza nim nie 
było. 
   — Jak się masz, Tredwell — rzekł Anthony. — Chcę cię o coś zapytać. Kto zajmuje trzeci pokój od końca w 
zachodnim skrzydle domu? Nad salą obrad? 
   Tredwell chwilę się zastanawiał. 
   — Ten amerykański dŜentelmen, pan Fish. 
   — Aha. Dzięki. 
   — Drobiazg, sir. — Miał juŜ odejść, ale się zatrzymał. Chęć, aby być pierwszym człowiekiem serwującym nowinę, 
zmogła nawet świątobliwego kamerdynera. — MoŜe pan juŜ słyszał, co się wydarzyło wczoraj w nocy? 
   — Nie. A co się wydarzyło? 
   — Napad rabunkowy. 
   — NiemoŜliwe? Co zginęło? 
   — Nic. Złodzieje rozbierali rycerza w zbroi w sali obrad, gdzie zostali zaskoczeni i zmuszeni do ucieczki. Zdołali 
niestety zbiec. 
   — Niesamowite — orzekł Anthony. — Znowu sala obrad. Włamali się tak jak poprzednio? 
   — Prawdopodobnie wywaŜyli oszklone drzwi. 
   Rad, Ŝe jego informacje wywołały takie zainteresowanie, Tredwell ponownie szykował się do odejścia, lecz jeszcze 
chwilę się zatrzymał, by z nadętą miną wypowiedzieć słowa przeprosin: 
   — Proszę mi wybaczyć. Nie słyszałem, kiedy pan wchodził, i nie wiedziałem, Ŝe stoi pan tuŜ za mną. 
   Pan Isaacstein, który padł ofiarą kolizji, machnął przyjacielsko dłonią w stronę Tredwella. 
   — Nie szkodzi. Zapewniam cię, Ŝe nic mi się nie stało. Tredwell przestał mieć nadętą minę, Isaacstein zaś wszedł do 
ś

rodka i zagłębił się w klubowym fotelu. 

   — Cześć, Cade, a więc wrócił pan! Słyszał pan juŜ o tym nocnym spektaklu? 
   — Tak — odparł Anthony. — Weekend mamy raczej urozmaicony, prawda? 
   — Przypuszczam, Ŝe tym razem było to dzieło miejscowych łobuzów — powiedział Isaacstein. — Niechlujna, 
amatorska robota. 
   — Czy ktoś w okolicy kolekcjonuje zbroje? — zapytał Anthony. — Ustalenie tego faktu byłoby interesujące. 
   — Bardzo — zgodził się pan Isaacstein. — Chwilę milczał, a potem rzekł powoli: — Cała sytuacja tutaj jest 
ogromnie niefortunna. 
   W jego tonie wyczuwało się jakąś groźną nutę. 
   — Nie bardzo rozumiem — powiedział Anthony. 
   — Dlaczego nas tu trzymają? Przesłuchiwanie wczoraj się skończyło. Zwłoki księcia zostaną przewiezione do 
Londynu, gdzie poda się do publicznej wiadomości, Ŝe umarł na serce. I wciąŜ nikomu nie wolno opuszczać tego 
domu. Pan Lomax wie tyle samo co ja. Odsyła mnie do inspektora Battle’a. 
   — Inspektor Battle ma coś w zanadrzu — oświadczył Anthony z namysłem. — I wydaje mi się, Ŝe najwaŜniejsze dla 
jego planu jest to, by nikt stąd nie wyjechał. 
   — Ale, bardzo przepraszam, pan przecieŜ wyjechał? 
   — Z aniołem stróŜem depczącym mi po piętach. Nie ulega dla mnie kwestii, Ŝe cały czas byłem śledzony. Nie 
miałbym szansy na pozbycie się rewolweru lub coś w tym sensie. 
   — Ach, rewolwer — powiedział w zamyśleniu Isaacstein. — Nie odnaleziono go, jak się zdaje? 
   — Jeszcze nie. 
   — MoŜe zbrodniarz wrzucił go do jeziora? 
   — Bardzo moŜliwe. 
   — Gdzie jest inspektor Battle? Dziś po południu go nie widziałem. 
   — Pojechał do Londynu. Spotkaliśmy się na stacji. 
   — Do Londynu? Co pan mówi? Powiedział, kiedy wraca? 
   — O ile dobrze zrozumiałem, jutro wczesnym rankiem. 
   Do hallu weszła Virginia z lordem Caterhamem i panem Fishem. Uśmiechnęła się do Anthony’ego na powitanie. 
   — No, jest pan z powrotem. Słyszał pan o naszych nocnych przygodach? 
   — Faktycznie, panie Cade — rzekł Hiram Fish. — To była istna nerwowa. Doszło do pana, Ŝe wziąłem panią Revel 
za jednego ze zbirów? 
   — A tymczasem — zaczął Anthony — ten zbir… 
   — Dał drapaka — dokończył ponuro pan Fish. 
   — Proszę nalewać… — powiedział do Virginii lord Caterham. — Nie wiem, gdzie jest Bundle. 

background image

 

60 

   Virginia spełniła jego prośbę. Po czym usiadła blisko Anthony’ego. 
   Po herbacie niech pan przyjdzie na przystań — powiedziała ściszonym głosem. — Ja i Bill mamy panu mnóstwo do 
opowiedzenia. 
   I włączyła się do ogólnej rozmowy. 
   Spotkanie na przystani odbyło się zgodnie z planem. 
   Virginia i Bill prześcigali się w opowieściach. Wszyscy troje się zgodzili, Ŝe środek jeziora jest najbezpieczniejszym 
miejscem na poufną rozmowę. Gdy, wiosłując, znaleźli się w odpowiedniej od brzegu odległości, Anthony wysłuchał 
całej historii z ubiegłej, pełnej przygód nocy. Bill był z lekka nadąsany. Wolałby, Ŝeby Virginia nie wtajemniczała we 
wszystko tego kolonialnego faceta. 
   — Dziwna sprawa — rzekł w końcu Anthony. — Co pani o tym sądzi? — zapytał zwracając się do Virginii. 
   — Musieli czegoś szukać — odparła szybko. — Teoria o złodziejach jest według mnie absurdalna. 
   — Sądzili, Ŝe to coś, czego szukają, jest ukryte w zbroi, to jasne. Ale dlaczego stukali w boazerię? A moŜe szukali 
tajemnych schodów albo czegoś w tym sensie? 
   — W „Chimneys” jest „księŜa jama”, to wiem — powiedziała Virginia. — Równie dobrze mogą więc ‘być i tajemne 
schody. Lord Caterham powie nam o tym. Ale ja chciałabym się dowiedzieć, czego oni szukają. 
   — Na pewno nie pamiętników. To duŜa, nieporęczna paczka. Musi to być coś małego. 
   — Mam nadzieję, Ŝe George wie — powiedziała Virginia. — Ciekawe, czy udałoby mi się wyciągnąć to od niego. 
Od początku miałam wraŜenie, Ŝe coś się za tym wszystkim kryje. 
   — Mówiła pani, Ŝe był tam tylko jeden człowiek — ciągnął Anthony — ale równie dobrze mogło być ich dwóch, bo 
odniosła pani wraŜenie, Ŝe w czasie gdy doskoczyła pani do oszklonych drzwi, ktoś przemknął ku drzwiom 
wychodzącym na korytarz. 
   — Szelest był ledwo słyszalny — rzekła. — MoŜe zrodził się tylko w mojej wyobraźni… 
   — . Niewykluczone, ale gdyby tak istotnie było, oznaczałoby to, Ŝe druga osoba jest domownikiem. Zastanawiam 
się… 
   — Nad czym? — zapytała Virginia. 
   — Nad pedanterią pana Hirama Fisha, który, słysząc z dołu wołania o pomoc, ubiera się od stóp do głów. 
   — Coś w tym jest — zgodziła się. — No i z drugiej strony ten Isaacstein, który przesypia całą hecę. To teŜ jest 
podejrzane. Trudno sobie wyobrazić, by się nie obudził. 
   — Jeszcze ten Boris — powiedział Bill. — Ma wygląd skończonego łotra. Mówię o słuŜącym Michaela. 
   — W „Chimneys” aŜ się roi od podejrzanych typów — stwierdziła Virginia. — Głowę daję, Ŝe w oczach innych teŜ 
jesteśmy podejrzani. Wolałabym, Ŝeby inspektor Battle nie wybrał się do Londynu. Moim zdaniem postąpił niemądrze. 
A propos, kilka razy widziałam tego cudacznego Francuza myszkującego po parku. 
   — Popełniłem błąd — przyznał Anthony. — Pojechałem, i daremny trud. Wyszedłem na durnia. Według mnie cała 
kwestia sprowadza się do tego: czy ci ludzie znaleźli to, czego ostatniej nocy szukali? 
   — Sądzę, Ŝe nie — powiedziała. — A właściwie to jestem przekonana, Ŝe nie. 
   — Skoro tak, to wrócą. Wiedzą albo dowiedzą się niebawem, Ŝe Battle jest w Londynie. Zaryzykują i dziś w nocy 
znowu złoŜą nam wizytę. 
   — Naprawdę tak pan uwaŜa? 
   — Jest taka moŜliwość. Nasza trójka powinna stworzyć zespół operacyjny. Ja i Eversleigh ukryjemy się, z 
zachowaniem wszelkich środków ostroŜności, w sali obrad… 
   — A co ze mną? — przerwała Virginia. — Czy aby nie zamierzacie mnie z tego wyłączyć? 
   — Słuchaj, Virginio — powiedział Bill. — To jest męska robota… 
   — Nie wygłupiaj się, Bill. Ja juŜ przez to przeszłam. Pamiętaj o tym. A więc nasz zespół będzie dziś w nocy trzymał 
straŜ. 
   Decyzja zapadła i omówiono szczegóły planu. Gdy towarzystwo udało się na spoczynek, członkowie zespołu zeszli 
potajemnie na dół. KaŜdy był uzbrojony w latarkę elektryczną, a w kieszeni marynarki Anthony’ego spoczywał 
rewolwer. 
   Anthony powiedział, iŜ jest przekonany, Ŝe zostanie podjęta kolejna próba znalezienia tego czegoś. Nie przypuszczał 
jednakŜe, Ŝe podejmie ją ktoś z zewnątrz. Zakładał bowiem, Ŝe Virginia odniosła słuszne wraŜenie, iŜ ktoś wczorajszej 
nocy przemknął obok niej, toteŜ ustawił się w cieniu starej, dębowej szafy, wzrok miał skierowany na drzwi 
wychodzące na korytarz, a nie na oszklone, wiodące na taras. Virginia przykucnęła przy przeciwległej ścianie, za 
rycerzem w zbroi, Bill zaś zajął miejsce koło oszklonych drzwi. 
   Minuty wlokły się w nieskończoność. Wybiła pierwsza godzina, potem pół do drugiej, druga, pół do trzeciej. 
Anthony’emu zesztywniały kości, zdrętwiał cały. Dochodził powoli do przekonania, Ŝe się pomylił w swoich 
wyliczeniach. Nikt dziś w nocy nie ponowi próby. 
   Nagle zamienił się w słuch. Postawił w stan alarmu wszystkie swoje zmysły. Usłyszał kroki na tarasie. Znowu cisza, i 
delikatne skrobanie w szybę. Raptem wszystko ucichło i oszklone drzwi otworzyły się. Do pokoju wkroczył 
męŜczyzna. Chwilę stał całkiem nieruchomo, rozglądając się wokół, nasłuchując. Po paru minutach, jak gdyby 
zadowolony z sytuacji, zapalił latarkę, którą miał ze sobą, i szybko omiótł światłem pokój. Widocznie nic szczególnego 
nie zauwaŜył. Trójka wartowników wstrzymała oddech. 

background image

 

61 

   Podszedł do tego samego fragmentu obitej boazerią ściany, który obstukiwał poprzedniej nocy. 
   — I wówczas Bill zesztywniał ze zgrozy; zachciało mu się kichać. Szybki marsz ubiegłej nocy przez podmokły, 
nisko połoŜony park sprawił, Ŝe się przeziębił. Cały dzień kichał prawie bez przerwy. Teraz właśnie teŜ zebrało mu się 
na to kichanie i nic na świecie nie mogłoby go powstrzymać. 
   Zastosował wszelkie środki, o jakich mu było wiadomo. Przygryzł górną wargę, głęboko oddychał, odrzucił głowę do 
tyłu i wpatrywał się w sufit. Ostatnią deską ratunku było to, Ŝe z całej siły ścisnął palcami nos. Wszystko na próŜno. 
Kichnął. 
   Przytłumione, powstrzymywane, głuche kichnięcie, lecz wśród martwej ciszy pokoju zabrzmiało jak wystrzał. 
   Człowiek obrócił się gwałtownie dokoła i w tej samej chwili Anthony wkroczył do akcji. Zapalił latarkę i rzucił się 
na przybysza. W następnym momencie obaj tarzali się po podłodze. 
   — Światło! — krzyknął Anthony. 
   Virginia stała tuŜ przy wyłączniku. Tym razem wszystkie Ŝarówki rozbłysły. Anthony był górą, nad tym 
człowiekiem. Bill pochylił się, by mu przyjść z pomocą. 
   — A teraz — powiedział Anthony — zobaczymy, coś ty za jeden, kochasiu! 
   — Odwrócił swoją ofiarę twarzą do góry. Był to ten schludny, czarnobrody cudzoziemiec z „Krykiecisty”. 
   — Dobra robota — rozległ się brzmiący aprobatą głos. Rozejrzeli się ze zdumieniem. W progu zobaczyli zwalistą 
sylwetkę inspektora Battle’a. 
   — Sądziłem, Ŝe jest pan w Londynie, inspektorze — odezwał się Anthony. 
   W oczach inspektora zapaliły się światełka. 
   — Naprawdę? — zapytał. — Pomyślałem sobie, Ŝe będzie dobrze, jeŜeli ktoś będzie sądził, iŜ pojechałem. 
   — I słusznie — zgodził się Anthony, spoglądając na swojego, leŜącego plackiem przeciwnika. 
   Ku jego zdziwieniu na twarzy tegoŜ pojawił się cień uśmiechu. 
   — Czy mogę wstać, panowie? — zapytał. — Jest was trzech na jednego. 
   Anthony pomógł mii uprzejmie stanąć na nogi. Intruz poprawił marynarkę, podniósł kołnierz, po czym spojrzał ostro 
na inspektora. 
   — Domagam się przeprosin — powiedział. — Ale czy dobrze zrozumiałem, Ŝe jest pan ze Scotland Yardu? 
   — Jak najbardziej — odparł Battle. 
   — Wobec tego przedłoŜę panu moje listy uwierzytelniające. — Uśmiechnął się smętnie. — Powinienem był być na 
tyle mądry, by uczynić to znacznie wcześniej. 
   Wyjął z kieszeni kilka dokumentów i wręczył je detektywowi Scotland Yardu. Odchylił zarazem klapę marynarki i 
pokazał coś, co było tam przypięte. 
   Battle wydał okrzyk zdziwienia. Przejrzał papiery i z lekkim ukłonem zwrócił je właścicielowi. 
   — Przykro mi, Ŝe został pan poturbowany, monsieur — powiedział — ale sam pan jest sobie winien. — Uśmiechnął 
się odnotowując w myślach zdumienie, jakie odmalowało się na twarzach pozostałych osób. — To jest nasz kolega, 
którego od pewnego czasu oczekujemy — rzekł. — Pan Lemoine z S?reté w ParyŜu. 
 
ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY 
TAJEMNICZA HISTORIA 
   Wszyscy wytrzeszczyli oczy na francuskiego detektywa, który odwzajemnił się uśmiechem. 
   — Tak — powiedział. — Taka jest prawda. 
   Milczeli chwilę, porządkując myśli. Następnie Virginia zwróciła się do inspektora: 
   — Wie pan, co sobie myślę, inspektorze Battle? 
   — Co mianowicie, szanowna pani? 
   — śe najwyŜszy czas, by pan nas cokolwiek oświecił. 
   — Oświecił? Nie bardzo panią rozumiem, pani Revel. 
   — Inspektorze, świetnie mnie pan rozumie. Przypuszczam, Ŝe pan Lomax polecił panu obwarować się dyskrecją, to 
do George’a podobne, ale, doprawdy, lepiej jest nam powiedzieć niŜ dopuszczać do tego, byśmy wciąŜ natykali się na 
tajemnice i moŜe nawet krzywdzili kogoś niepomiernie. Czy zgodzi pan się ze mną, monsieur? 
   — Madame, w całej rozciągłości. 
   — Nie sposób działać, trzymając wszystko w ukryciu — powiedział Battle. —Oświadczyłem to panu Lomaxowi. 
Pan Eversleigh jest sekretarzem pana Lomaxa, nie mam więc Ŝadnych obiekcji, Ŝeby poznał fakty, jakie są do 
poznania. Co zaś się tyczy pana Cade’a, to on nolens volens został wciągnięty w tę sprawę, i uwaŜam, Ŝe ma prawo 
wiedzieć, na czym stoi. Ale… — urwał. 
   — Wiem — wtrąciła Virginia. — Kobiety są tak niedyskretne. George często wygłasza taką opinię. 
   Lemoine obserwował Virginię z uwagą. Po chwili powiedział do funkcjonariusza Scotland Yardu. 
   — Czy zwracał się pan do tej madame, wymieniając nazwisko Revel? 
   — Tak się nazywam — powiedziała Virginia. 
   — Pani małŜonek pracował w dyplomacji, prawda? I przebywała pani z nim w Herzoslovakii tuŜ przed 
zamordowaniem króla i królowej? 
   Lemoine nawiązał do poprzedniego tematu : 

background image

 

62 

   — Moim zdaniem, madame ma prawo poznać całą historię. Jest pośrednio w nią wmieszana. Ponadto… — jego oczy 
rozbłysły — w kołach dyplomatycznych dyskrecja madame ma wysokie notowania. 
   — Cieszę się z tak dobrej opinii — powiedziała Virginia ze śmiechem. — I cieszę się takŜe, Ŝe nie zamierza mnie 
pan wykluczyć z tej sprawy. 
   — A jak się panowie zapatrujecie na małe pokrzepienie? — zapytał Anthony. — Gdzie odbędzie się ta konferencja? 
Tutaj? 
   — JeŜeli pan pozwoli — rzekł Battle — to wolałbym do rana nie opuszczać tego pokoju. Po usłyszeniu opowieści 
będzie pan wiedział dlaczego. 
   — Wobec tego idę po zaopatrzenie — oświadczył Anthony. 
   Poszli razem z Billem i wrócili ze szklankami, syfonami i innymi niezbędnymi do Ŝycia akcesoriami. 
   Powiększony zespół ulokował się wygodnie przy owalnym, dębowym stole, stojącym w rogu, obok oszklonych 
drzwi. 
   — Jest oczywiście samo przez się zrozumiałe — zaczął Battle — Ŝe wszystko, o czym tu będzie mowa, jest objęte 
ś

cisłą tajemnicą. Nie moŜe być Ŝadnego przecieku. Wiedziałem, Ŝe pewnego dnia sprawa ujrzy światło dzienne. 

DŜentelmeni w rodzaju pana Lomaxa, którzy zawsze pragną wszystko tuszować, podejmują większe ryzyko, niŜ są w 
stanie sobie wyobrazić. Początek całej tej historii miał miejsce siedem lat temu. Wiele się wtedy działo, szczególnie na 
Bliskim Wschodzie (tam nazywa się to przebudową). Ale przyczyn wielu wydarzeń naleŜy szukać w Anglii. To tu 
mieszkał ten stary dŜentelmen, hrabia Stylptitch, który pociągał za sznurki. Wszystkie państwa bałkańskie były 
stronami zainteresowanymi, a w tym samym czasie przebywało w Anglii wiele osobistości królewskiego rodu. Nie 
zamierzam wdawać się w szczegóły, ale zniknęła pewna rzecz — i to w sposób wręcz niewiarygodny, jeŜeli nie 
weźmie się pod uwagę dwóch faktów: Ŝe złodziej był kimś z rodu królewskiego i Ŝe robota była wykonana z najwyŜszą 
klasą profesjonalną. Pan Lemoine opowie państwu, jak to się stało. Francuz skłonił się kurtuazyjnie i podjął opowieść: 
   — Bardzo moŜliwe, Ŝe wy w Anglii nawet nie słyszeliście o słynnym, ekscentrycznym Królu Victorze. Jak brzmi 
jego prawdziwe nazwisko, nikt nie wie, ale to człowiek niezwykle męŜny, włada pięcioma językami i jest 
niedoścignionym mistrzem w sztuce maskowania się. Jego ojciec, jak głosi fama, był albo Anglikiem, albo 
Irlandczykiem, on jednak pracuje głównie w ParyŜu. Właśnie tam prawie osiem lat temu, jako kapitan O’Neill, 
przeprowadził kilka brawurowych napadów rabunkowych. 
   Z ust Virginii wyrwał się słaby okrzyk. Pan Lemoine obrzucił ją uwaŜnym spojrzeniem. 
   — Zdaje się, Ŝe wiem, co zdenerwowało madame. Za chwilę dowiecie się państwo. My z S?reté przypuszczaliśmy, 
Ŝ

e ów kapitan O’Neill to nie kto inny, tylko Król Victor, lecz nie mogliśmy zdobyć Ŝadnego na to dowodu. Przebywała 

wówczas w ParyŜu pewna młoda, zdolna aktorka z Folies Bergeres, Angele Mory. Od jakiegoś czasu podejrzewaliśmy, 
Ŝ

e ma coś wspólnego z działalnością Króla Victora. Ale i w tej kwestii zabrakło nam dowodu. 

   W owym mniej więcej czasie ParyŜ przygotowywał się do wizyty młodego króla Herzoslovakii, Nicholasa 
Czwartego. Otrzymaliśmy w S?reté specjalne instrukcje, jaki mamy obrać kierunek działań, by zapewnić 
bezpieczeństwo Jego Królewskiej Mości. Szczególną uwagę polecono nam zwrócić na działalność pewnej 
rewolucyjnej organizacji, która przybrała nazwę Towarzysze Czerwonej Ręki. Jest juŜ teraz niemal pewne, Ŝe ci 
Towarzysze dotarli do Angele Mory i ofiarowali jej pokaźną sumę za udzielenie im pomocy. Winna była mianowicie 
rozkochać w sobie młodego króla i ściągnąć go w pewne, uzgodnione z nimi miejsce. Angele Mory przyjęła 
propozycję i obiecała odegrać wzmiankowaną rolę. 
   Lecz młoda dama była sprytniejsza i bardziej ambitna, niŜ to zakładali jej mocodawcy. Zdołała usidlić króla, który 
ś

miertelnie się w niej zakochał i wręcz zarzucił ją klejnotami. I wówczas właśnie powzięła postanowienie, Ŝe nie 

zostanie kochanką króla, tylko królową. Jak wiadomo, zrealizowała swoje plany. Przedstawiono ją w Herzoslovakii 
jako hrabinę Varagę Popoleffsky, z bocznej linii Romanowów, i została w końcu królową Varagą, monarchinią 
Herzoslovakii. Nieźle, jak na paryską aktorkę. Słyszałem, Ŝe grała swoją rolę znakomicie. Ale jej triumf nie trwał 
długo. Towarzysze Czerwonej Ręki, rozwścieczeni zdradą aktorki, dwukrotnie dokonywali zamachu na jej Ŝycie. 
Wreszcie doprowadzili ten kraj do takiego stanu, Ŝe wybuchła tam rewolucja, w której wyniku para królewska poniosła 
ś

mierć. Odnaleziono ich zwłoki, straszliwie sprofanowane, prawie nie do poznania, co świadczyło o nienawiści 

społeczeństwa do cudzoziemskiej, niskiego rodu królowej. 
   Wydaje się pewne, Ŝe królowa Varaga przed rewolucją wciąŜ utrzymywała kontakt ze swoim sprzymierzeńcem, 
Królem Victorem. MoŜliwe, Ŝe od samego początku on był autorem tego śmiałego planu. Wiadomo, Ŝe stale z nim 
korespondowała, z dworu królewskiego, stosując tajemny szyfr. Dla większego bezpieczeństwa listy były pisane po 
angielsku i podpisywane nazwiskiem angielskiej lady, przebywającej w tym czasie w ambasadzie brytyjskiej w 
Herzoslovakii… Gdyby doszło do jakiegokolwiek śledztwa w tej sprawie i owa lady zaprzeczyłaby autentyczności 
podpisu, prawdopodobnie nie uwierzonoby jej, bo listy miały zdecydowanie miłosny charakter. Posługiwała się pani 
nazwiskiem, pani Revel. 
   — Wiem — powiedziała Virginia. Czerwieniła się i bladła na przemian. — A więc tak wygląda prawda o tych 
listach. Bez przerwy się zastanawiałam, co to ma znaczyć. 
   — Co za nikczemny pomysł! — wykrzyknął z oburzeniem Bill. 
   — Listy były adresowane do kapitana O’Neilla zajmującego apartament w ParyŜu, a główny ich cel wyjdzie na jaw 
dzięki pewnemu interesującemu faktowi, który później się ujawni. Po zamordowaniu króla i królowej liczne koronne 

background image

 

63 

klejnoty, które, rzecz jasna, wpadły w ręce motłochu, zawędrowały do ParyŜa i okazało się, Ŝe przytłaczająca 
większość najokazalszych kamieni stała się towarem wymiennym — a proszę zwaŜyć, Ŝe wśród klejnotów 
Herzoslovakii znajdowało się kilka znanych w świecie. Albowiem królowa, Angele Mory, nie zaprzestała dawnej 
działalności. 
   Widzicie państwo, dokąd zaszliśmy. Nicholas Czwarty i królowa Varaga przybyli do Anglii i byli gośćmi świętej 
pamięci markiza Caterhama, sekretarza stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Herzoslovakia jest małym 
krajem, ale nie moŜna było zlekcewaŜyć tego państwa. Królową Varagę trzeba więc było przyjąć? I tu mamy 
koronowaną głowę i zarazem wytrawnego złodzieja. Nie ulega takŜe wątpliwości, Ŝe… hm… ktoś, kto potrafił tak 
wspaniale oszukiwać kaŜdego z wyjątkiem prawdziwego znawcy, był ukształtowany przez Króla Victora, i faktycznie 
cały plan, bezczelny i śmiały, świadczył, Ŝe on był jego twórcą. 
   — I co dalej? — zapytała Virginia. 
   — Sprawę zatuszowano — odpowiedział lakonicznie inspektor Battle. — Do dziś nie ujawniono tego faktu. 
Pracowaliśmy z całym oddaniem, ale bez rozgłosu, i zrobiliśmy znacznie więcej, niŜ moŜecie sobie państwo 
wyobrazić. Wypracowaliśmy godne podziwu metody. Mogę państwu tylko tyle powiedzieć, Ŝe tego klejnotu królowa 
Herzoslovakii z Anglii nie wywiozła. Tak, Jej Królewska Mość gdzieś go ukryła, ale gdzie, nie byliśmy w stanie tego 
dociec. Nie zdziwiłbym się jednak — inspektor Battle rozejrzał się spokojnie dokoła — gdyby ten skarb znajdował się 
w tym pokoju. 
   Anthony zerwał się na równe nogi. 
   — Co!? Po tylu latach? — wykrzyknął z niedowierzaniem. — To wprost niemoŜliwe! 
   — Nie zna pan towarzyszących temu, specyficznych okoliczności, monsieur — odparł szybko Francuz. — Zaledwie 
dwa tygodnie później w Herzoslovakii wybuchła rewolucja i para królewska została zamordowana. Aresztowano takŜe, 
w ParyŜu, kapitana O’Neilla i dostał jakiś mały wyrok. Liczyliśmy na to, Ŝe w jego mieszkaniu znajdziemy pakiet 
zaszyfrowanych listów, okazało się jednak, Ŝe zdąŜył je juŜ ukraść pewien herzoslovacki pośrednik. Ów męŜczyzna 
pojawił się w Herzoslovakii tuŜ przed rewolucją, a potem wszelki ślad po nim zaginął. 
   — Prawdopodobnie wyjechał za granicę — powiedział Anthony z zadumą. — Najpewniej do Afryki. l strzegł ich jak 
ź

renicy oka. Bo to dla niego swego rodzaju kopalnia złota. Dziwne, jak sprawy się toczą na tym świecie! Nazywano go 

tam Dutch Pedro albo coś w tym sensie. 
   Zawisło na nim obojętne spojrzenie inspektora Battle’a. Anthony uśmiechnął się. 
   — Nie jestem jasnowidzem, inspektorze — powiedział — choć takie to moŜe sprawiać wraŜenie. Wszystko panu 
opowiem. 
   — Jednej rzeczy pan nie wyjaśnił — odezwała się Virginia, zwracając się do Francuza. — Jak to się ma do 
pamiętników? Musi być chyba jakiś związek między tymi dwiema sprawami, prawda? 
   — Myśl madame biegnie bardzo szybko — powiedział z aprobatą Lemoine. — Tak, jest związek. Hrabia Stylptitch 
równieŜ przebywał w owym czasie w „Chimneys”. 
   — I mógł o wszystkim wiedzieć? 
   — Parfaitement!* 
   — No i oczywiście — zaczął Battle — jeśli wyjawił ten sekret w swoich cennych pamiętnikach, wsadził kij w 
mrowisko. Tym bardziej Ŝe sprawa swego czasu została zatuszowana. 
   Anthony zapalił papierosa. 
   — Czy nie wchodzi w rachubę taka ewentualność, Ŝe w pamiętnikach znajduje się klucz do zagadki, gdzie ten klejnot 
został ukryty? — zapytał. 
   — Jest to mało prawdopodobne — rzekł Battle z przekonaniem. — On nie był nigdy z królową w dobrej komitywie. 
Robił co mógł, by to małŜeństwo nie doszło do skutku. Nie wydaje się, by obdarzyła go aŜ takim zaufaniem. 
   — Ani przez chwilę nie miałem tego na myśli — powiedział Anthony. — Ale… jak słyszę, był to stary, szczwany 
lis. MoŜe dokonał odkrycia, gdzie Varaga schowała ten klejnot? W takim wypadku, państwa zdaniem, jak by się 
zachował? 
   — Nie dałby za wygraną — rzekł inspektor po chwili zastanowienia. 
   — Zgadzam się z panem — powiedział Francuz. — DraŜliwa sprawa, państwo rozumiecie. Anonimowy zwrot 
klejnotu nastręczałby masę trudności. Ale wiedza o miejscu ukrycia dawała mu wielką moc, a on to lubił, ten — stary 
dziwak. Nie tylko trzymał w garści królową, dysponował takŜe bronią, gdyby doszło kiedykolwiek do jakichś 
negocjacji. Nie była to jedyna tajemnica, jaką chował w zanadrzu, o, nie! On kolekcjonował tajemnice jak niektórzy 
ludzie rzadkie okazy porcelany. Podobno raz czy dwa razy, niedługo przed śmiercią, chwalił się, Ŝe jeŜeli przyjdzie mu 
taka fantazja, to pewne sprawy poda do publicznej wiadomości. A innym razem znów oświadczył, Ŝe w swoich 
pamiętnikach zamierza dokonać wstrząsającego odkrycia. Tak więc — Francuz uśmiechnął się raczej smętnie — 
najwaŜniejsza rzecz to dostać je w swoje ręce. Nasza tajna policja miała ten chwalebny zamiar, lecz hrabia tuŜ przed 
ś

miercią postarał się je upłynnić. 

   — WciąŜ jednak nie ma podstaw do przypuszczeń, Ŝe właśnie ta tajemnica była mu znana — oświadczył Battle. 
   — Przepraszam — powiedział Anthony ze stoickim spokojem. — Przedstawię państwu jego własną wypowiedź. 
   — Co?! 
   Obaj detektywi spojrzeli na niego ze zdumieniem, nie wierząc własnym uszom. 

background image

 

64 

   — Gdy pan McGrath wręczył mi ten rękopis, bym go zawiózł do Anglii, opowiedział mi, w jakich okolicznościach 
dane mu było się spotkać z hrabią Stylptitchem. Było to w ParyŜu. W sytuacji szczególnie dla niego niebezpiecznej. 
Pan McGrath uratował hrabiego przed bandą łobuzów. Był on, jak się domyślałem, łagodnie mówiąc, pod gazem. W 
tym stanie ducha uczynił dwa dość interesujące spostrzeŜenia. Jedno brzmiało, Ŝe on wie, gdzie znajduje się Koh–i–
noor — do tego oświadczenia mój przyjaciel nie przywiązał większej wagi. Powiedział takŜe, Ŝe ta banda to ludzie 
Króla Victora. Te dwa stwierdzenia razem wzięte są dość znaczące. 
   — O BoŜe! — wykrzyknął inspektor Battle. — Jak najbardziej! Nawet morderstwo księcia Michaela przedstawia się 
teraz w innym świetle. 
   — Król Victor nie uznaje mokrej roboty — przypomniał mu Francuz. 
   — MoŜe ksiąŜę go zaskoczył, gdy ten poszukiwał klejnotu? 
   — A więc on jest w Anglii, tak? — zapytał ostro Anthony. — Mówiliście panowie, Ŝe zwolniono go przed paroma 
miesiącami. Macie go na oku? 
   Francuski detektyw wykrzywił usta w ponurym uśmiechu. 
   — Staraliśmy się, monsieur. Ale to jest diabeł, nie człowiek. Stale i wciąŜ nam się wymyka. Zakładaliśmy 
oczywiście, Ŝe uda się prosto do Anglii. AleŜ skąd! Pojechał… dokąd, jak państwo myślicie? 
   — No dokąd? — powtórzył Anthony. Wpatrywał się we Francuza, bawiąc się bezmyślnie pudełkiem z zapałkami. 
   — Do Ameryki. Do Stanów Zjednoczonych. 
   — Co? 
   W głosie Anthony’ego zabrzmiało niekłamane zdumienie. 
   — Tak, i jak pan myśli, pod czyim nazwiskiem? Jaką rolę tam odgrywa? Rolę księcia Herzoslovakii Nicholasa. 
   Pudełko z zapałkami wypadło Anthony’emu z rąk, lecz równie zdumiony był inspektor Battle. 
   — NiemoŜliwe! 
   — Owszem, przyjacielu. Rano teŜ dowiecie się o tym. Kolosalny blef! Swego czasu rozeszła się plotka, Ŝe ksiąŜę 
Nicholas umarł parę lat temu w Kongo. Nasz przyjaciel Król Victor skorzystał z okazji — no bo akt śmierci przed laty 
trudno tam udowodnić. Wskrzesił więc księcia Nicholasa i odgrywając jego rolę zamierzał zdobyć ogromną kwotę w 
dolarach amerykańskich — na konto domniemanych koncesji szybów naftowych — i po cichu się ulotnić. Lecz zwykły 
przypadek sprawił, Ŝe został zdemaskowany i musiał w pośpiechu opuścić kraj. Wtedy przyjechał do Anglii. I dlatego 
właśnie jestem tutaj. Wcześniej czy później Król Victor zawita w „Chimneys”. JeŜeli oczywiście juŜ tego nie uczynił. 
   — Zakłada pan taką moŜliwość? 
   — Przypuszczam, Ŝe był tutaj tej nocy, gdy ksiąŜę został zamordowany, a takŜe wczorajszej. 
   — Ponowna próba, tak? — zapytał Battle. 
   — Tak jest, ponowna próba. 
   — Jeśli o mnie idzie, to byłem niespokojny — ciągnął inspektor — co się stało z panem Lemoine. Miałem cynk z 
ParyŜa, Ŝe jest w drodze do mnie, i zachodziłem w głowę, dlaczego się nie zjawia. 
   — Serdecznie pana przepraszam — rzekł Lemoine. — Wie pan, przyjechałem nazajutrz rano po morderstwie. I od 
razu sobie pomyślałem, Ŝe będzie lepiej, gdy poobserwuję scenę wydarzeń z nieoficjalnego stanowiska, bez ujawniania 
się jako pański kolega. Sądziłem, Ŝe . otworzą się przede mną znacznie większe moŜliwości. Zdawałem sobie 
naturalnie sprawę, Ŝe stanę się automatycznie osobą podejrzaną, ale to w pewnym sensie sprzyjało mojemu planowi, 
gdyŜ nie alarmowało ludzi, których śledziłem. Zapewniam panów, Ŝe w ciągu tych dwóch dni widziałem mnóstwo 
interesujących rzeczy. 
   — No dobrze — powiedział Bill — ale co się wczoraj w nocy naprawdę wydarzyło? 
   — Zdaje się — odparł Lemoine — Ŝe zadałem państwu zbyt wyczerpujące ćwiczenie. 
   — A więc to ja pana ścigałem? 
   — Tak. Przedstawię panu przebieg wydarzeń. Przyszedłem tutaj, by poobserwować to i owo, albowiem byłem 
przekonany, Ŝe tajemnica związana jest z tym pokojem, skoro tam właśnie zamordowano księcia. Stałem na zewnątrz, 
na tarasie. Niebawem coś w pokoju się poruszyło. Od czasu do czasu migało mi światło latarki. Pchnąłem środkowe 
drzwi — były otwarte. Czy ten człowiek wszedł właśnie tędy, czy teŜ zostawił sobie drogę odwrotu, w razie gdyby coś 
mu się przydarzyło, nie wiem. Po cichutku przymknąłem drzwi i wśliznąłem się do pokoju. Posuwałem się krok po 
kroku, póki nie znalazłem się w miejscu, z którego mogłem obserwować akcję, nie naraŜając się na zdemaskowanie. 
MęŜczyzny nie widziałem dokładnie. Był odwrócony do mnie plecami i podświetlał go blask latarki, tak Ŝe widziałem 
wyraźnie tylko zarys jego sylwetki, lecz jego poczynania napawały mnie zdumieniem. Rozebrał na części pierwszą, a 
potem drugą zbroję, badając szczegółowo kaŜdy jej fragment. Kiedy doszedł do wniosku, Ŝe nie znajdzie tu tego, czego 
szukał, zaczął obstukiwać boazerię pod obrazem. Jaka byłaby jego kolejna czynność, nie mam pojęcia. Nastąpiła 
przerwa. Za pana przyczyną — spojrzał wymownie na Billa. 
   — Mieliśmy dobre intencje, ale wszystko wypadło Ŝałośnie — powiedziała Virginia z zadumą. 
   — W pewnym sensie tak, madame. Ten człowiek zgasił latarkę, ja zaś, nie chcąc być zmuszonym do ujawnienia się, 
skoczyłem ku drzwiom wychodzącym na taras. W ciemności zderzyłem się z tymi dwoma i upadłem jak długi. Po 
chwili zerwałem się i wybiegłem na taras. Pan Eversleigh uznał mnie za swego napastnika i pobiegł za mną. 
   — Ja pobiegłam pierwsza — powiedziała Virginia. — Bill był w tym wyścigu na drugim miejscu. 

background image

 

65 

   — A drugi facet był na tyle rozsądny, Ŝe się przyczaił, a potem wymknął się drzwiami wychodzącymi na korytarz. 
AŜ dziw, Ŝe się nie natknął na ludzi zdąŜających na ratunek. 
   — śaden problem — powiedział Lemoine. — Mógł w kaŜdej chwili przyłączyć się do nich. 
   — Czy doprawdy pan uwaŜa, Ŝe ten Arsene Lupin to jeden z domowników? — zapytał Bill, a oczy błyszczały mu z 
emocji. 
   — CzemuŜ by nie? MoŜe równie dobrze być tu słuŜącym. Na przykład taki Boris Anchoukoff, zaufany kamerdyner 
ś

więtej pamięci księcia Michaela. 

   — Tak, to dziwny typ — zgodził się Bill. Na co Anthony uśmiechnął się szeroko. 
   — Pan zasługuje na lepszy łup, monsieur — rzekł uprzejmie. 
   Francuz uśmiechnął się takŜe. 
   — Teraz pan go sobie przysposobił, tak? — zapytał inspektor Battle zwracając się do Anthony’ego. 
   — Chylę przed panem czoło, inspektorze. Pan wszystko wie. Ale, mówiąc ściślej, to on przysposobił sobie mnie, a 
nie ja jego. 
   — Jak to? Dlaczego? 
   — Sam nie wiem. Kwestia gustu, moŜe spodobała mu się moja twarz. A moŜe myśli, Ŝe to ja zamordowałem jego 
pana, i ustawia się w odpowiedniej pozycji, by dokonać na mnie zemsty? 
   Wstał, podszedł do oszklonych drzwi, rozsunął zasłony. 
   — Dnieje — powiedział z dyskretnym ziewnięciem. — Więcej emocji juŜ nie będzie. 
   Lemoine wstał równieŜ. 
   — Na razie opuszczam państwa. Prawdopodobnie w ciągu dnia spotkamy się znowu. 
   Skłoniwszy się z gracją w stronę Virginii, wyszedł na taras. 
   — ŁóŜko! —Virginia ziewnęła smacznie. —To wszystko było ogromnie ekscytujące. Bill, idź do łóŜka jak mały, 
grzeczny chłopczyk. Obawiam się, Ŝe nasza obecność przy śniadaniu jest co najmniej wątpliwa. 
   Anthony stał przy oszklonych drzwiach i obserwował oddalającą się sylwetkę monsieur Lemoine’a. 
   — Pewno pan nie uwierzy — powiedział Battle stając za nim — ale on jest chyba najzdolniejszym we Francji 
detektywem. 
   — Dlaczego miałbym nie uwierzyć — rzekł Anthony z wyrazem zamyślenia na twarzy. — Wierzę, Ŝe tak jest. 
   — Tak — stwierdził inspektor — rzeczywiście koniec juŜ przygód. A propos, czy pan pamięta moją opowieść o tym 
zastrzelonym człowieku, którego znaleziono w pobliŜu Staines? 
   — Pamiętam. A bo co? 
   — Nic wielkiego. Zidentyfikowano go, to wszystko. Zdaje się, Ŝe się nazywał Giuseppe Manelli. Był kelnerem u 
„Blitza” w Londynie. Interesujące, prawda? 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY 
BATTLE I ANTHONY ODBYWAJĄ NARADĘ 
    
   Anthony milczał. W dalszym ciągu wyglądał przez oszklone drzwi. Inspektor Battle obserwował jakiś czas jego 
nieruchomą sylwetkę. 
   — No to dobranoc panu — powiedział w końcu i skierował się ku drzwiom prowadzącym na korytarz. 
   Anthony drgnął. 
   — Chwileczkę, inspektorze. 
   Battle zatrzymał się posłusznie. Anthony odszedł od wychodzących na taras drzwi. Wyciągnął papierosa z 
papierośnicy i zapalił. I dopiero wówczas, między dwoma dmuchnięciami, powiedział: 
   — Pana, zdaje się, bardzo interesowała ta sprawa w Staines? 
   — Za mocno powiedziane. Jest nietypowa, ta wszystko. 
   — Czy pan przypuszcza, Ŝe ten człowiek został zastrzelony tam, gdzie znaleziono ciało, czy teŜ pana zdaniem 
zabójstwa dokonano gdzie indziej, zwłoki zaś umieszczono w tym niezwykłym miejscu dopiero potem? 
   — Sądzę, Ŝe został zamordowany gdzie indziej, a potem przewieziono tam ciało samochodem. 
   — Tak teŜ i ja uwaŜam — powiedział Anthony. 
   Coś w tonacji głosu Anthony’ego spowodowało, Ŝe detektyw spojrzał na niego badawczo. 
   — Ma pan jakieś przemyślenia na ten temat? MoŜe pan wie, kto przewiózł tam zwłoki? 
   — Tak — padła odpowiedź. — Ja. 
   Anthony’ego zbił nieco z tropu kamienny spokój, jaki zachował inspektor. 
   — Muszę przyznać, inspektorze, Ŝe jest pan odporny na wstrząsy — zauwaŜył. 
   — „Nigdy nie okazuj emocji”. Tę zasadę ktoś kiedyś mi polecił i bardzo mi się w Ŝyciu przydaje. 
   — Stosuje pan ją z wielkim powodzeniem — powiedział Anthony. — Chyba nigdy nie widziałem, Ŝeby coś pana 
wzburzyło… No tak, czy mam panu opowiedzieć całą historię? 
   — Jeśli jest pan tak uprzejmy… 
   Obaj panowie usiedli na fotelach i Anthony zrelacjonował wydarzenia z ubiegłego czwartku i następującej po nim 
nocy. 

background image

 

66 

   Battle słuchał z niewzruszoną twarzą. Gdy Anthony skończył, w oczach inspektora pojawiły się ledwo zauwaŜalne 
ogniki. 
   — Jak się pan domyśla, pewnego dnia popadnie pan w tarapaty. 
   — Czy mam przez to rozumieć, Ŝe nie zaaresztuje mnie pan po raz drugi? 
   — Zazwyczaj dajemy człowiekowi pełną swobodę działania. 
   — Bardzo ładnie pan to ujął — rzekł Anthony. 
   — Jednego nie mogę pojąć — zaczął Battle. — Dlaczego właśnie teraz postanowił pan wyjawić mi prawdę? 
   — Trudno mi to będzie wytłumaczyć. Widzi pan, inspektorze, nabrałem wysokiego mniemania o pańskich 
kompetencjach. Zjawia się pan zawsze w odpowiednim momencie. Tak jak dzisiejszej nocy. I przyszło mi do głowy, Ŝe 
nie dzieląc się z panem swoją wiedzą na ten temat, psuję panu szyki. Pan w pełni zasługuje na to, by mieć dostęp do 
wszystkich faktów. Robiłem, co mogłem, ale jak do tej pory, tylko wszystko pogmatwałem. AŜ do dzisiejszej nocy 
sądziłem, Ŝe ze względu na panią Revel nie wolno mi mówić. Teraz jednak, kiedy zostało definitywnie udowodnione, 
Ŝ

e te listy nie mają z nią nic wspólnego, podejrzewanie ją o współudział nie ma najmniejszego sensu. Być moŜe źle jej 

wtedy doradziłem, ale kiedy mi oznajmiła, Ŝe miała taką fantazję i zapłaciła część okupu za wycofanie listów, zasiało 
to we mnie niejakie wątpliwości. 
   — Zasiałoby takŜe w sędziach przysięgłych — zgodził się Battle. — Ci ludzie nie mają za grosz wyobraźni. 
   — A pan by to przyjął bez Ŝadnych zastrzeŜeń? — zapytał Anthony patrząc z zaciekawieniem na inspektora. 
   — Widzi pan, ja pracuję głównie wśród tych ludzi. To znaczy wśród ludzi z tak zwanych wyŜszych sfer. Większość 
przeciętnych obywateli zawsze się zastanawia, co sobie o nich pomyślą sąsiedzi. Ale włóczęgi i arystokraci — nie! Ich 
to nie obchodzi, robią to, na co mają ochotę, i nie zawracają sobie głowy tym, co inni sądzą na ich temat. Nie mam tu 
na myśli bogaczy–próŜniaków, ludzi, którzy wydają tylko wielkie przyjęcia i tak dalej. Myślę o tych, którzy od 
pokoleń wychowywani są w przeświadczeniu, Ŝe liczy się jedynie ich zdanie. Zawsze tę wyŜszą sferę oceniam 
jednakowo — są to ludzie nieulękli, prawdomówni, a czasem wręcz niewiarygodnie głupi. 
   — Bardzo interesujący wykład, inspektorze. Przypuszczam, Ŝe pewnego dnia zasiądzie pan do pisania wspomnień. 
Warto je będzie przeczytać. 
   Inspektor przyjął tę uwagę z uśmiechem, ale nie wyrzekł ani słowa. 
   — Chciałbym pana o coś zapytać — powiedział Anthony. — Czy z aferą w Staines łączył pan moją osobę? Z pana 
zachowania wnosiłem, Ŝe tak. 
   — Słusznie. Miałem takie wraŜenie. Lecz Ŝadnego konkretnego dowodu. Jeśli mogę się tak wyrazić, pański sposób 
bycia nie nastręczał Ŝadnych podejrzeń. Nigdy pan nie przesadzał w okazywaniu braku zainteresowania. 
   — Cieszy mnie to — stwierdził Anthony. — Bo ja miałem takie uczucie, Ŝe od początku naszej znajomości zakłada 
pan na mnie mnóstwo małych pułapek. ToteŜ starałem się zawsze je ominąć, ale stan ciągłego napięcia to rzecz bardzo 
nękająca. 
   Battle wykrzywił twarz w uśmiechu. 
   — I dlatego w końcu połknął pan haczyk. Pozwolić facetowi na działanie, niech się miota w tę i w tamtą stronę, i 
mieć na niego oko, prędzej czy później nerwy go zawiodą i juŜ masz go w ręku. 
   — Wesoły z pana chłopak, inspektorze. Ciekawe, kiedy będzie pan miał mnie w ręku. 
   — Pełna swoboda działania — zacytował siebie Battle. — Pełna swoboda działania! 
   — A tymczasem — wtrącił Anthony — wciąŜ mam być amatorem–pomocnikiem? 
   — Tak jest, proszę pana. 
   — Watsonem Sherlocka w pańskiej osobie? 
   — Powieści sensacyjne to na ogół bzdura — rzekł Battle z całym spokojem. — Ale ludzie je lubią — dodał 
refleksyjnie. — Czasami teŜ przynoszą korzyść. 
   — W jakim sensie? — zapytał Anthony? 
   — Potwierdzają powszechnie panującą opinię, Ŝe policjanci są głupi. Gdy mamy na warsztacie zbrodnię dokonaną 
przez dyletanta, na przykład morderstwo, taka opinia jest bardzo poŜyteczna. 
   Anthony przyglądał mu się w milczeniu ładnych parę minut. Battle siedział prawie nieruchomo, mrugając od czasu 
do czasu powiekami, a jego kwadratowa, spokojna twarz pozbawiona była wszelkiego wyrazu. Niebawem wstał. 
   — Nie ma sensu iść teraz spać — zauwaŜył. — Jak tylko jego lordowska mość wstanie, chciałbym zamienić z nim 
kilka słów. Kto chce, moŜe juŜ teraz dom opuścić. Jednocześnie byłbym lordowi wielce zobowiązany, gdyby poprosił 
swoich gości o pozostanie w rezydencji. Pan będzie taki miły i przyjmie zaproszenie, pani Revel równieŜ. 
   — Czy znalazł pan rewolwer? — zapytał Anthony niespodziewanie. 
   — Mówi pan o broni, z której został zastrzelony ksiąŜę Michael? Nie, nie znalazłem. Musi być gdzieś w domu albo 
w najbliŜszej okolicy. Wezmę sobie do serca pańską aluzję i wyślę paru chłopaków na poszukiwanie. Gdyby udało się 
znaleźć rewolwer, posunęlibyśmy się odrobinę naprzód. Rewolwer i plik listów, twierdzi pan, Ŝe był wśród nich list z 
nadrukiem „Chimneys”? Byłby to ten ostatni. Zaszyfrowane wskazówki dotyczące ukrycia diamentów zawarte były w 
tym właśnie liście. 
   — Jaka jest pańska teoria na temat zabójstwa Giuseppego? 
   — Moim zdaniem to złodziej, który został skaptowany albo przez Króla Victora, albo przez Towarzyszy Czerwonej 
Ręki, i działał na ich zlecenie. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, Ŝe Towarzysze i Król współpracują ze 

background image

 

67 

sobą. Organizacja ma mnóstwo forsy i dysponuje znaczną siłą, ale umysłowo — słabizna. Zadaniem Giuseppego było 
ukraść pamiętniki — nie mogli wiedzieć, Ŝe w pana posiadaniu znajdowały się listy, nawiasem mówiąc, bardzo to 
dziwny zbieg okoliczności. 
   — Wiem — zgodził się Anthony. — Ciekawe, Ŝe dopiero teraz przyszło to panu na myśl. 
   — Giuseppe kradnie listy zamiast pamiętników. Z początku jest zmartwiony. Potem wpada mu w oko wycinek 
gazety i przychodzi mu do głowy genialny pomysł, by juŜ na własne konto szantaŜować nimi pewną lady. Nie ma 
oczywiście pojęcia, jaką naprawdę przedstawiają wartość. Towarzysze dowiadują się o jego poczynaniach, dochodzą 
do wniosku, Ŝe wystawił ich do wiatru, i wykonują na nim wyrok śmierci. Przepadają za egzekucjami zdrajców. Jest to 
impreza widowiskowa i przemawia im do wyobraźni. Czego zupełnie nie potrafię wyjaśnić, to wygrawerowanego na 
rewolwerze napisu „Virginia”. Zbyt to finezyjne jak na Towarzyszy. Oni, mają taką zasadę — i radzi ją stosują — Ŝe 
zostawiają znak czerwonej ręki, aby siał panikę w sercach ewentualnych zdrajców. Tak, wygląda mi na to, Ŝe tym 
razem wkroczył do akcji Król Victor. Ale jaki przyświecał mu cel, nie wiem. Sprawia to wraŜenie, jak gdyby usiłował 
obarczyć panią Revel winą za morderstwo, lecz, nie wgłębiając się w szczegóły, nie wydaje się to przypuszczenie zbyt 
sensowne. 
   — Miałem pewną teorię — powiedział Anthony — ale wzięła w łeb. 
   Opowiedział inspektorowi o tym, Ŝe Virginia rozpoznała w zastrzelonym Michaela. Battle skinął głową. 
   — O, tak, identyfikacja jego osoby nie nasuwa Ŝadnych wątpliwości. A propos, ten stary baron jest o panu 
nadzwyczaj wysokiego mniemania. WyraŜa się o panu w samych superlatywach. 
   — Bardzo to mile z jego strony — powiedział Anthony. — Szczególnie po tym, kiedy udzieliłem mu powaŜnego 
ostrzeŜenia, Ŝe zrobię wszystko, co w mojej mocy, by przed środą odzyskać utracone pamiętniki. 
   — Dopnie pan swego — powiedzał Battle. 
   — Tak. Tak pan sądzi? Wydaje mi się, Ŝe Król Victor i spółka weszli w posiadanie listów. 
   Inspektor skinął głową. 
   — Odebrali Giupeppemu tegoŜ dnia na Pont Street. Świetnie zaplanowana robota, otóŜ to. Tak, dostali je w swoje 
ręce, rozszyfrowali i teraz wiedzą, gdzie szukać. 
   Obaj panowie zamierzali właśnie opuścić pokój. 
   — Tutaj? — zapytał Anthony odwracając głowę. 
   — Tak, tutaj. Nie zdobyli jeszcze łupu, ale aby osiągnąć cel, gotowi są podjąć największe ryzyko. 
   — W pana wyrafinowanym umyśle narodził się juŜ chyba plan działania? 
   Battle pominął to milczeniem. Miał szczególnie tępy i nieinteligentny wyraz twarzy. Po chwili przymknął powoli 
powieki. 
   — Potrzebuje pan pomocy? — zapytał Anthony. 
   — Tak, pana i jeszcze czyjejś. 
   — Czyjej? 
   — Pani Revel. MoŜe pan to juŜ zdołał zauwaŜyć, Ŝe jest kobietą o niezwykle czarującym sposobie bycia. 
   — Owszem, zdołałem — odparł Anthony. Spojrzał na zegarek. — Podzielam pański pogląd, inspektorze, Ŝe nie 
warto juŜ iść spać. Skok do jeziora, a potem solidne śniadanie to rozwiązanie o wiele właściwsze. 
   Wbiegł lekko po schodach do swojej sypialni. GwiŜdŜąc pod nosem zrzucił z siebie wieczorowy garnitur, włoŜył 
szlafrok, sięgnął po ręcznik kąpielowy. 
   I nagle, przed toaletką, stanął jak w ziemię wryty, wpatrując się w przedmiot, który leŜał sobie skromnie przed 
lustrem. 
   Przez moment nie mógł uwierzyć własnym oczom. Wziął go do ręki, przypatrzył mu się z bliska. Tak, pomyłka nie 
wchodziła w grę. Był to plik listów podpisanych przez Virginię Revel. Nietknięty. Nie brakowało ani jednego. 
   Anthony, z listami w raku, opadł na fotel. 
   — Mózg mi chyba wysiada — mruknął. — Nie mogę pojąć nawet części tego, co dzieje się w tym domu. Dlaczego 
nagle pojawiły się te listy? Jakby za przyczyną jakiejś cholernej magicznej sztuczki? Kto połoŜył je na toaletce? I 
dlaczego? 
   Lecz na Ŝadne z tych waŜkich pytań nie mógł znaleźć zadowalającej odpowiedzi. 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY 
WALIZKA PANA ISAACSTEINA 
    
   O godzinie dziewiątej tegoŜ ranka lord Caterham wraz z córką spoŜywali śniadanie. Bundle sprawiała wraŜenie 
bardzo zamyślonej. 
   — Ojcze — powiedziała w końcu. 
   Lord Caterham, pogrąŜony w lekturze „Timesa”, nie zareagował. 
   — Ojcze — powtórzyła tonem juŜ ostrzejszym. Oderwany od interesującej go zapowiedzi sprzedaŜy rzadkich 
ksiąŜek, popatrzył na córkę nieprzytomnym wzrokiem. 
   — Coś mówiłaś? — zapytał. 
   — Tak. Kto juŜ zdąŜył zjeść śniadanie? 

background image

 

68 

   Wskazała głową miejsce, z którego ktoś dzisiaj korzystał. Reszta nakryć była nie naruszona. 
   — No, jak się ten ktoś nazywa? 
   — Tłusty Iky? 
   Bundle i jej ojciec tak byli ze sobą zaprzyjaźnieni, Ŝe ogarniali sens podawanych sobie wzajemnie, cokolwiek 
bałamutnych informacji. 
   — Tak. 
   — Czy się nie mylę, przed śniadaniem rozmawiałeś z detektywem? 
   Lord Caterham westchnął. 
   — Owszem, wiercił mi dziurę w brzuchu. Moim zdaniem pora przed śniadaniem powinna być święta. Wyjadę za 
granicę. Moje nerwy… 
   Bundle przerwała mu bezceremonialnie: 
   — Co ci powiedział? 
   — śe kaŜdy, kto chce, moŜe się wynieść. 
   — No tak — rzekła Bundle — w porządku. Masz to, czego chciałeś. 
   — To prawda. Ale nie poprzestał na tym. Powiedział mianowicie, Ŝe chciałby, Ŝebym poprosił wszystkich, by zostali. 
   — Nie rozumiem — powiedziała Bundle marszcząc nos. 
   — Takie to wszystko pokrętne i sprzeczne ze sobą, i w dodatku przed śniadaniem. 
   — A co ty na to? 
   — Oczywiście, Ŝe się zgodziłem. Z dyskusji z tymi ludźmi nigdy nic dobrego nie wynika, szczególnie przed 
ś

niadaniem — orzekł Lord Caterham, nawiązując do swojej głównej pretensji. 

   — Kogo do tej pory poprosiłeś? 
   — Cade’a. Dziś wstał bardzo wcześnie. Zamierza, zostać. Nie mam nic przeciwko temu. śadną miarą nie mogę tego 
chłopaka rozszyfrować, ale go lubię. Nawet bardzo. 
   — Virginia teŜ go lubi — powiedziała Bundle, rysując widelcem na stole jakiś wzór. 
   — Słucham? 
   — Ja zresztą teŜ. Ale to nie ma nic do rzeczy. — Poprosiłem teŜ Isaacsteina — ciągnął lord. 
   — No i? 
   — Na szczęście musi wracać do Londynu. O, właśnie, nie zapomnij zamówić auta na dziesiątą pięćdziesiąt. 
   — Dobrze. 
   — śeby mi się tylko udało pozbyć Fisha — rzekł lord, i nastrój wyraźnie mu się poprawił. 
   — Myślałam, Ŝe lubisz z nim dyskutować o tych twoich stęchłych, starych ksiąŜkach. 
   — Lubię, lubię. A raczej lubiłem. Ale kiedy człowiek musi gadać za dwóch, staje się to nieco nudne. Fish jest bardzo 
zainteresowany problemem, woli jednak na ogół nie zabierać głosu. 
   — To lepsze niŜ być zmuszonym do słuchania. Tak jak z George’em Lomaxem. 
   Lord Caterham wzdrygnął się na samo wspomnienie. 
   — George jest dobry na trybunie — powiedziała Bundle. — Sama go oklaskiwałam, choć wiedziałam, Ŝe plecie 
straszne dyrdymały. Jestem w końcu socjalistką… 
   — Wiem, moja droga, wiem — rzucił pospiesznie lord Caterham. 
   — Zgoda,’ nie będę wprowadzać do domu polityki. Tego, co robi George: publiczne mowy w Ŝyciu prywatnym. 
Powinno to być zakazane ustawą parlamentarną. 
   — Masz rację — zgodził się lord. 
   — A Virginia? Czy ją teŜ masz poprosić, by nie wyjeŜdŜała? 
   — Battle powiedział, Ŝe dotyczy to wszystkich. 
   — Ostro sobie poczyna! Zapytałeś juŜ Virginię, czy zechce zostać moją macochą? 
   — Nie sądzę, by to miało jakąś szansę powodzenia — powiedział ponuro lord Caterham. — Choć wczoraj wieczór 
mówiła do mnie „kochanie”. To jest najgorsze u tych atrakcyjnych, młodych kobiet o czułym usposobieniu. Mogą 
powiedzieć wszystko, ale to absolutnie nic nie znaczy. 
   — Tak — potwierdziła Bundle — o wiele lepiej by rokowało, gdyby rzuciła w ciebie pantoflem albo gdyby chciała 
cię ugryźć. 
   — Wy, nowoczesna młodzieŜ, macie takie niemiłe podejście do problemu uprawiania miłości — rzekł lord 
zrzędliwym tonem. 
   — To dlatego Ŝe czytamy Szeika — powiedziała Bundle. — Zawiedziona miłość. Porzucił ją i tak dalej. 
   — Co to za ksiąŜka ten Szeik? — zapytał lord. — Czy to są poezje? 
   Bundle spojrzała na niego z niewysłowionym współczuciem. Po czym wstała i pocałowała go w czubek głowy. 
   — Mój poczciwy staruszek — powiedziała i lekkim krokiem wyszła z pokoju. 
   Lord Caterham wrócił do swego „Timesa”. 
   AŜ podskoczył, gdy usłyszał głos pana Hirama Fisha, który swoim zwyczajem wszedł bezszelestnie do pokoju. 
   — Dzień dobry, milordzie. 
   — O, dzień dobry—rzekł lord. — Dzień dobry. Ładną mamy pogodę. 
   — Wspaniałą — potwierdził pan Fish. 

background image

 

69 

   Nalał sobie kawy, wziął grzankę. 
   — Czy dobrze usłyszałem, Ŝe embargo zostało odwołane? — zapytał po paru minutach. — Więc kaŜdy z nas moŜe 
stąd wyjechać? 
   — Tak… no tak — zaczął lord. — W gruncie rzeczy liczyłem, to znaczy byłbym wielce rad — brnął dalej — byłbym 
doprawdy zachwycony, gdyby pan został jeszcze jakiś czas. 
   — No cóŜ, milordzie… 
   — To była koszmarna wizyta, wiem — podjął szybko lord Caterham. — Fatalna. Nie będę miał panu za złe, jeśli 
zechce pan stąd uciec. 
   — Nie docenia mnie pan, milordzie. Okoliczności były tragiczne, nie da się temu zaprzeczyć. Ale sielskie Ŝycie w 
Anglii dla mnie, mieszkającego w duŜym domu czynszowym, stanowi olbrzymią atrakcję. Z zainteresowaniem 
obserwuję warunki tutejszego Ŝycia. Tego właśnie brak nam w Ameryce. Z prawdziwą rozkoszą przyjmuję pańskie, 
bardzo uprzejme zaproszenie. 
   — No tak — powiedział lord Caterham. — OtóŜ właśnie. Z prawdziwą rozkoszą, mój drogi, z prawdziwą rozkoszą. 
   Uczyniwszy zadość pełnemu zakłamania towarzyskiemu obyczajowi, lord Caterham wymamrotał coś w rodzaju 
usprawiedliwienia, Ŝe musi się zobaczyć ze swoim rządcą, i umknął z pokoju. 
   W hallu zobaczył schodzącą ze schodów Virginię. 
   — Mogę panią zabrać na śniadanie? — zapytał czule. 
   — Zjadłam w łóŜku, dziękuję, milordzie, byłam rano straszliwie zaspana. 
   Ziewnęła. 
   — Miała pani fatalną noc? 
   — Nie całkiem. Z jednej strony ta noc była zdecydowanie dobra. Och, milordzie… — Wsunęła mu dłoń pod ramię. 
— Świetnie mi było u pana. Był pan taki kochany, Ŝe mnie zaprosił. 
   — Wobec tego zabawi tu pani jeszcze trochę, prawda? Battle zniósł to… embargo, ale bardzo mi zaleŜy, by pani 
jeszcze nie wyjeŜdŜała. Bundle podziela moje stanowisko. 
   — Oczywiście, Ŝe zostanę. Miło z pańskiej strony, Ŝe prosi mnie pan o to. 
   — Coś takiego! —rzekł lord. Westchnął. 
   — Co za tajemnicza sprawa pana gnębi? — zapytała Virginia. — Czy ktoś panu dokuczył? 
   — OtóŜ właśnie — rzekł posępnie lord Caterham. 
   Virginia spojrzała nań ze zdziwieniem. 
   — Czy przypadkiem nie czuje pan potrzeby rzucenia we mnie butem? Nie, widzę, Ŝe nie. NiewaŜne, to nie ma 
Ŝ

adnego znaczenia. 

   Lord Caterham ulotnił się ze smętną miną, Virginia zaś bocznymi drzwiami wyszła do ogrodu. 
   Chwilę stała nieruchomo, wdychając rześkie, październikowe powietrze, które — przy jej niewątpliwym zmęczeniu 
— znakomicie ją odświeŜało. 
   Lekko drgnęła, gdy tuŜ obok pojawił się inspektor Battle. Ten człowiek miał niebywały talent do niespodziewanego 
pojawiania się ni stąd, ni zowąd, jakby wyrastał spod ziemi. 
   — Dzień dobry. Bardzo jest pani zmęczona? 
   Virginia potrząsnęła głową. 
   — To była pasjonująca noc — powiedziała. — Warto było zrezygnować ze snu. Jedyny minus to ten, Ŝe nazajutrz 
człowiek jest nieco ospały. 
   — Pod tym cedrem jest przyjemny cień — zauwaŜył inspektor. — Czy mogę przynieść tam krzesło dla pani? 
   — JeŜeli pan uwaŜa, Ŝe będzie to dla mnie najlepsze wyjście… — rzekła z patosem Virginia. 
   — Pani jest bardzo bystra. Tak, to prawda, chciałbym zamienić z panią parę słów. 
   Wziął długi fotel wiklinowy i niósł go przez trawnik. Virginia szła za nim z poduszką pod pachą. 
   — Ten taras jest ogromnie niebezpieczny — stwierdził detektyw. — JeŜeli oczywiście człowiek zamierza spokojnie 
porozmawiać. 
   — Znowu wprawia mnie pan w stan ekscytacji, inspektorze. 
   — Och, to nic waŜnego. — Wyjął duŜy zegarek i spojrzał nań. — Pół do jedenastej. Za dziesięć minut jadę do 
„Wyvern Abbey”, by zdać sprawozdanie panu Lomaxowi. Moc czasu. Chciałbym, Ŝeby pani powiedziała mi coś 
więcej o panu Cadzie. 
   — O panu Cadzie? Virginia wyraźnie się zlękła. 
   — Tak, gdzie spotkała go pani po raz pierwszy, jak długo pani go zna i tak dalej. 
   Battle miał swobodny i przyjemny sposób bycia. Powstrzymał się nawet od patrzenia na nią, i ów drobny fakt 
ogromnie ją speszył. 
   — Sprawa jest bardziej skomplikowana, niŜ się panu wydaje — powiedziała w końcu. — Wyświadczył mi swego 
czasu wielką przysługę..’. 
   Battle przerwał jej: 
   — Zanim pani powie coś więcej, chciałbym wtrącić kilka zdań. OtóŜ wczoraj w nocy, gdy pani i pan Eversleigh udali 
się na spoczynek, pan Cade opowiedział mi o listach i o człowieku, który został zabity w pani domu. 
   — Doprawdy?! — wyrzuciła z siebie zdumiona Virginia. 

background image

 

70 

   — Tak, i postąpił bardzo rozsądnie. To wiele wyjaśnia. Ale jednego mi nie powiedział: jak długo panią zna. Mam na 
ten temat własną teorię. Pani mi powie, czy się mylę, czy nie. Według mnie zobaczyła go pani po raz pierwszy w dniu, 
w którym przyszedł na Pont Street. Aha. Widzę, Ŝe mam rację. Tak to się więc odbyło. 
   Virginia milczała. Po raz pierwszy poczuła lęk przed tym flegmatycznym męŜczyzną z twarzą bez wyrazu. 
Zrozumiała, co Anthony miał na myśli mówiąc, Ŝe ten człowiek jest zawsze bez zarzutu. 
   — Czy powiedział pani coś o sobie? — ciągnął detektyw. — Co robił, nim wyjechał do Afryki Południowej? Był w 
Kanadzie? A przedtem Sudan? A moŜe coś o swoim dzieciństwie? 
   Virginia potrząsnęła przecząco głową. 
   — A jednak gotów jestem się załoŜyć, Ŝe ma coś w zanadrzu godnego opowieści. Twarz człowieka, który wiódł 
ryzykowne i pełne przygód Ŝycie, nosi szczególne piętno. Gdyby zebrało się mu na szczerość, mógłby opowiedzieć 
pani wiele interesujących rzeczy. 
   — Jeśli chce się pan dowiedzieć czegoś o jego przeszłości, to dlaczego nie zadepeszuje pan do tego jego przyjaciela, 
pana McGratha? — zapytała Virginia. 
   — O, depeszowaliśmy, ale on jest gdzieś w terenie. Fakt jest faktem, Ŝe zgodnie ze słowami pana Cade’a przebywał 
on Bulawayo. Ciekawi mnie natomiast, co porabiał, zanim przyjechał do Afryki Południowej. Około miesiąca pracował 
w firmie „Castle”. — Inspektor znów wyciągnął zegarek. — Muszę juŜ iść. Samochód czeka. 
   Virginia odprowadziła go wzrokiem aŜ do drzwi. Ale nie ruszyła się z fotela. Miała nadzieję, Ŝe przyjdzie Anthony i 
usiądzie przy niej. Tymczasem pojawił się Bill Eversleigh, ziewając z zapałem. 
   — Dzięki Bogu, mam wreszcie moŜność przebywania w twoim towarzystwie — powiedział z wyrzutem. 
   — Tylko bądź dla mnie miły, kochanie, bo się rozpłaczę. 
   — Czy ktoś się nad tobą znęcał? 
   — Nie dosłownie. Ale wwiercał mi się w mózg i wywracał go na nice. Czułam się tak, jakby słoń na mnie skoczył. 
   — Nie Battle? 
   — Tak, Battle. To naprawdę okropny człowiek. 
   — Nie przejmuj się nim… Virginio, ja cię tak kocham… 
   — Nie dziś rano, Bill. CałkieYn osłabłam. Zawsze powtarzam, Ŝe dobrze wychowani ludzie nie oświadczają się 
przed śniadaniem. — Virginia drgnęła. — Bill, staraj się być przez chwilę rozsądnym i inteligentnym chłopcem. 
Potrzebuję twojej rady. 
   — Jeśli poweźmiesz wreszcie właściwą decyzję i zgodzisz się mnie poślubić, poczujesz się o całe niebo lepiej, jestem 
pewien. Zyskasz szczęście i większe poczucie stabilizacji. 
   — Bill, daj spokój. Oświadczanie się mnie stało się twoim hobby. Wszyscy męŜczyźni wyznają miłość, kiedy się 
nudzą i nie mają innego tematu do rozmowy. Nie zapominaj o moim wieku i wdowieństwie i poderwij jakąś młodą, 
sympatyczną dziewczynę. 
   — Kochanie… O, psiakrew! Ten idiota Francuz wali do nas! 
   Był to rzeczywiście pan Lemoine, facet z czarną brodą i o nienagannych jak zwykle manierach. 
   — Dzień dobry, madame. Mam nadzieję, Ŝe nie jest pani zmęczona? 
   — Nic a nic. 
   — Świetnie. Dzień dobry panu — powiedział Francuz w stronę Billa. — Jak się państwo zapatrujecie na mały spacer 
w trójkę? 
   — Co ty na to, Bill? — zapytała Virginia. 
   — Dobrze — zgodził się z ociąganiem młody człowiek. 
   Podniósł się z trawy i cała trójka ruszyła wolno przed siebie. Virginia pośrodku. Od razu wyczuła dziwne, podskórne 
napięcie Francuza, choć nie miała pojęcia, jaka była tego przyczyna. 
   Z właściwą sobie zręcznością spowodowała wkrótce, Ŝe się rozluźnił — zadawała mu pytania, słuchała jego 
odpowiedzi i dzięki temu stopniowo go rozruszała. Niebawem opowiedział jej parę anegdot z Ŝycia słynnego Króla 
Victora. Opowiadał barwnie, aczkolwiek gdy opisywał rozmaite metody, jakich uŜywano, by wyprowadzić w pole 
detektywa, z jego słów przebijała gorycz. 
   Przez cały jednak czas, mimo niekłamanego zaangaŜowania Lemoine’a we własne opowieści, Virginia miała uczucie, 
Ŝ

e detektywowi przyświeca całkiem inny cel. Mało tego, odnosiła wraŜenie, Ŝe Lemoine, ciągnąc swoje relacje, 

wytycza konkretną trasę spaceru. Nie szli sobie ot tak, gdzie oczy poniosą. Detektyw prowadził ich w określonym 
kierunku. 
   Nagle przerwał opowieść i rozejrzał się dokoła. Stali w miejscu, gdzie aleja przecinała park, przed ostrym zakrętem 
obejmującym kępę drzew. Lemoine wpatrywał się ze zdziwieniem w zbliŜający się od strony domu pojazd. 
   Virginia podąŜyła za jego wzrokiem. 
   — To wózek bagaŜowy — powiedziała. — Zawozi na stację bagaŜ Isaacsteina i jego słuŜącego. 
   — Naprawdę? — upewnił się Lemoine. Spojrzał na zegarek i aŜ podskoczył. — Przepraszam po tysiąckroć. Zeszło 
mi dłuŜej, niŜ przypuszczałem, w tak miłym towarzystwie… Jak państwo myślicie, czy mógłbym się tym wózkiem 
zabrać do wioski? 
   Stanął na środku alei i dał ręką znak. Wózek zatrzymał się i po paru słowach wyjaśnienia Lemoine wsiadł. 
Eleganckim gestem uchylił przed Virginia kapelusza i odjechali. 

background image

 

71 

   Virginia i Bill z malującym się na twarzach zakłopotaniem obserwowali oddalający się pojazd. Gdy ten na zakręcie 
nieco się przechylił, wypadła z niego walizka i leŜała na środku alei. Wózek pojechał dalej. 
   — Chodź — powiedziała Virginia do Billa. — Zapowiada się ciekawie. Z wózka wypadła walizka. 
   — Nikt tego nie zauwaŜył — dorzucił Bill. Pobiegli aleją ku leŜącemu na środku pakunkowi. Gdy juŜ byli przy 
walizce, zza zakrętu wyłonił się Lemoine. Był zgrzany od szybkiego marszu. 
   — Musiałem wrócić — powiedział z oŜywieniem. — Stwierdziłem, Ŝe zapomniałem czegoś. 
   — Tego? — zapytał Bill wskazując na walizkę. 
   Była ładna, ze świńskiej skóry, z inicjałami „H.I.” na wierzchu. 
   — Jaka szkoda — stwierdził kurtuazyjnie Lemoine. —Widocznie wypadła. Weźmiemy ją? 
   Nie czekając na odpowiedź podniósł walizkę i zaniósł ją między drzewa. Stanął nad nią, coś błysnęło mu w dłoni i 
zamek odskoczył. 
   Przemówił, a głos jego brzmiał zupełnie inaczej, mówił szybko, rozkazującym tonem. 
   — Samochód będzie tu za minutę — powiedział. — Widać go juŜ? 
   Virginia obejrzała się w stronę domu. 
   — Nie. 
   — Świetnie. 
   Zwinnymi dłońmi wyrzucał rzeczy z walizki. Butelka ze złotą zatyczką, jedwabna piŜama, kilka par skarpetek. Nagle 
cały zesztywniał. Miał w ręku coś, co wyglądało jak zrolowana jedwabna bielizna, i szybkim ruchem rozwinął ten 
węzełek. 
   Z ust Billa wyrwał się słaby okrzyk. W zwoju bielizny znajdował się cięŜki rewolwer. 
   — Słyszę klakson — powiedziała Virginia. Lemoine zapakował walizkę błyskawicznie. Rewolwer owinął własną 
chustką do nosa i wsunął do kieszeni. Zatrzasnął zamki walizki, po czym zwrócił się do Billa: 
   — Proszę ją wziąć. Madame niech idzie z panem. Niech pan zatrzyma samochód i powie, Ŝe ta walizka wypadła z 
wózka. O mnie ani słowa. 
   Bill szybko ruszył ku alei i wkroczył na nią w chwili, gdy wielka limuzyna „Lanchester” z Isaacsteinem w środku 
wyjechała zza rogu. Szofer przyhamował i wówczas Bill wrzucił mu na siedzenie walizkę. 
   — Wypadła z wózka — powiedział. — Przypadkowo zauwaŜyliśmy. 
   Przez chwilę mignęła mu Ŝółta, przeraŜona twarz finansisty i utkwione w niego oczy — i samochód pojechał dalej. 
   Wrócili do Lemoine’a. Stał z rewolwerem w dłoni, a twarz jego promieniała niekłamanym zadowoleniem. 
   — Trudna sprawa — rzekł. — Bardzo trudna. Ale udało się. 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI 
CZERWONY SYGNAŁ 
    
   Inspektor Battle stał w bibliotece w „Wyvern Abbey”. 
   George Lomax siedział przy zawalonym papierami biurku, z brwiami groźnie zmarszczonymi. 
   Inspektor Battle rozpoczął od złoŜenia krótkiego i rzeczowego raportu. W późniejszej rozmowie wypowiadał się 
głównie George, inspektor zaś zadowalał się lakonicznymi i na ogół jednosylabowymi odpowiedziami na zadawane mu 
pytania. 
   Na biurku przed George’em leŜał plik listów, które Anthony znalazł na toaletce. 
   — Nic z tego nie rozumiem — powiedział George z irytacją, chwytając ów plik. — Powiada pan, Ŝe są 
zaszyfrowane? 
   — Tak, sir. 
   — A gdzie on niby je znalazł? Na toaletce? 
   Battle powtórzył słowo w słowo relację Cade’a, w jaki sposób wszedł on w posiadanie listów. 
   — I od razu przyniósł je panu? Całkiem prawidłowe posunięcie… całkiem prawidłowe. Ale kto mógłby je zanieść do 
jego pokoju? 
   Inspektor potrząsnął głową. 
   — Takie rzeczy powinien pan wiedzieć — powiedział z wyrzutem George. — Wszystko to wygląda bardzo 
podejrzanie, bardzo podejrzanie. Co my w końcu wiemy o tym człowieku o nazwisku Cade? Zjawia się w 
tajemniczych okolicznościach, a my nic o nim nie wiemy. Ja osobiście mogę powiedzieć, Ŝe nie przepadam za jego 
sposobem bycia, to wszystko. Mam nadzieję, Ŝe starał się pan zebrać o tym człowieku jakieś informacje? 
   Inspektor Battle pozwolił sobie na wyrozumiały uśmiech. 
   — Zadepeszowaliśmy natychmiast do Afryki Południowej i tam potwierdzono w stu procentach jego opowieść. W 
podanym przez siebie okresie faktycznie przebywał w Bulawayo z panem McGrathem. Do czasu ich spotkania 
zatrudniony był w firmie „Castle”, agencji turystycznej. 
   — Tak teŜ przypuszczałem — powiedział George. — Cechuje go swoisty rodzaj pewności siebie, który w określonej 
profesji bardzo jest przydatny. A co do tych listów, to naleŜy przedsięwziąć odpowiednie kroki, niezwłocznie, 
niezwłocznie… 

background image

 

72 

   PotęŜny męŜczyzna sapnął i nadął się z waŜną miną. Inspektor Battle otworzył juŜ niemal usta, ale George go 
uprzedził: 
   — Nie wolno pozwolić sobie na zwłokę. Listy muszą być natychmiast rozszyfrowane. Jak się nazywa ten człowiek? 
Jest taki, związany z British Museum. Wie wszystko, co dotyczy szyfrów. Prowadził ten dział w czasie wojny. Gdzie 
jest panna Oscar? Ona będzie wiedziała. Nazywa się chyba na Win… Win… 
   — Profesor Wynwood — podpowiedział Battle. 
   — Słusznie, Teraz sobie przypominam. Trzeba do niego od razu zadepeszować. 
   — JuŜ to zrobiłem, przed godziną. PrzyjeŜdŜa o dwunastej dziesięć. 
   — Wspaniale, wspaniale. Dzięki Bogu jedną rzecz mam juŜ z głowy. Muszę być dzisiaj w Londynie. Da pan sobie 
radę beze mnie, mam nadzieję? 
   — Tak mi się wydaje, sir. 
   — Świetnie, inspektorze, proszę robić, co w pana mocy. A teraz bardzo się spieszę. 
   — Oczywiście, sir. 
   — Ale, ale, dlaczego pan Eversleigh nie przyjechał razem z panem? 
   — Jeszcze spał. Jak panu mówiłem, byliśmy całą noc na nogach. 
   — Tak, prawda. Mnie samemu często się to zdarza. Wykonywanie roboty przewidzianej na trzydzieści sześć godzin 
w ciągu godzin dwudziestu czterech to niemal moja codzienność! Jak tylko pan wróci, proszę natychmiast przysłać do 
mnie pana Eversleigha. Dobrze? 
   — PrzekaŜę mu pana polecenie. 
   — Dzięki, inspektorze. Zdaję sobie oczywiście sprawę, Ŝe musiał pan obdarzyć go pewną dozą zaufania. Ale czy 
istotnie było to niezbędne, Ŝe dopuścił pan do konfidencji moją kuzynkę, panią Revel? 
   — Owszem, jeśli się weźmie pod uwagę fakt, Ŝe listy były podpisywane jej nazwiskiem. 
   — Przykład horrendalnej bezczelności — mruknął George, patrząc ze zmarszczonym czołem na plik listów. — 
Pamiętam nieboszczyka króla Herzoslovakii. Uroczy facet, ale słaby, rozpaczliwie słaby. Narzędzie w ręku kobiety bez 
skrupułów. Domyśla się pan, jakim cudem wróciły te listy do pana Cade’a? 
   — Moim zdaniem, jeśli ludzi zawodzi jeden sposób, imają się drugiego. 
   — Nie za bardzo pana rozumiem — powiedział George. 
   — Ten oszust Król Victor doskonale się juŜ orientuje, Ŝe sala obrad jest strzeŜona. Wobec tego pozwala nam 
odzyskać te listy, pozwala, byśmy je rozszyfrowali, pozwala nam znaleźć kryjówkę. I tu problem! Ale my z 
Lemoine’em zajmiemy się tym. 
   — Ma pan plan działania? 
   — Za mocno powiedziane. Mam natomiast pewien pomysł. Pomysł to czasami rzecz nadzwyczaj poŜyteczna… 
   Co mówiąc inspektor Battle oddalił się. 
   Nie zamierzał bowiem dopuszczać George’a do dalszej konfidencji. 
   Wracając zobaczył idącego szosą Anthony’ego i zatrzymał się. 
   — Chce mnie pan podrzucić? — zapytał Anthony? — To świetnie. 
   — Gdzie pan był? 
   — Na stacji, dowiedzieć się o godziny odjazdu pociągu. 
   — Znowu gdzieś się pan wybiera? 
   — Nie tak zaraz — odparł Anthony ze śmiechem. 
   — Ciekawe, co tak wzburzyło pana Isaacsteina? Przyjechał autem na stację w momencie, gdy stamtąd odchodziłem, i 
wyglądał, jakby przeŜył solidny wstrząs. 
   — Pan Isaacstein? 
   — Tak. 
   — Nie twierdzę tego z całą pewnością, mam jednak wraŜenie, Ŝe nie zalicza się do ludzi, którzy łatwo ulegają 
wstrząsom. 
   — Zgadzam się z panem — powiedział Anthony. 
   — To silny psychicznie, zamknięty w sobie człowiek interesu. 
   Battle nagle się pochylił i dotknął ramienia szofera. 
   — Zatrzymaj się tu i zaczekaj na mnie. Wyskoczył z samochodu — ku wielkiemu zdziwieniu Anthony’ego. Po 
minucie jednak ten ostatni dostrzegł Lemoine’a spieszącego na spotkanie angielskiego detektywa, i wywnioskował, Ŝe 
to na znak Francuza inspektor kazał szoferowi zatrzymać wóz. Nastąpiła między nimi szybka wymiana zdań, po czym 
inspektor wrócił, wskoczył do auta i polecił kierowcy jechać dalej. Miał kompletnie zmieniony wyraz twarzy. 
   — Znaleźli rewolwer — powiedział lakonicznie. 
   — Co takiego? — Anthony wytrzeszczył na niego oczy. — Gdzie? 
   — W walizce Isaacsteina. 
   — NiemoŜliwe! 
   — Nie ma rzeczy niemoŜliwych — rzekł Battle. — Trzeba stale o tym pamiętać. 
   Siedział całkiem spokojnie, klepiąc się w kolano. 
   — Kto go znalazł? 

background image

 

73 

   Inspektor spojrzał szybko przez ramię. 
   — Lemoine. Łebski facet. W S?reté wysoko go cenią. 
   — A nie podwaŜyło to pańskich domysłów? 
   — Nie — odparł wolno inspektor. — Tego bym nie powiedział. Z początku zaskoczyło mnie to trochę, przyznaję. 
Ale to bardzo współgra z jedną z moich teorii. 
   — Z którą? 
   I tu Battle gwałtownie zmienił temat: 
   — Byłby pan taki uprzejmy i odnalazł pana Eversleigha? Mam dla niego polecenie od pana Lomaxa. Niech zaraz 
jedzie do „Abbey”. 
   — Dobrze — odparł Anthony. Samochód zatrzymał się właśnie przed głównym wejściem. — Prawdopodobnie 
jeszcze śpi. 
   — Nie sądzę — rzekł detektyw. — Jeśli pan się rozejrzy, zobaczy pan, jak spaceruje wśród drzew z panią Revel. 
   — Ale pan ma oko, inspektorze — powiedział Anthony i oddalił się, by uczynić zadość jego prośbie. 
   Przekazał polecenie Billowi, który był nim wielce zdegustowany. 
   — Niech to szlag trafi — gderał maszerując w stronę domu. — Dlaczego nie da mi chwili spokoju? I dlaczego ten 
cholerny kolonista nie został w swoich koloniach? Po co oni tu przyjeŜdŜają i podrywają co lepsze dziewczyny? Mam 
juŜ tego wszystkiego po dziurki w nosie! 
   — Słyszał pan o rewolwerze? — zapytała, łapiąc oddech, Virginia, gdy tylko Bill się oddalił. 
   — Battle mi powiedział. Niebywała historia, prawda? Isaacstein wczoraj strasznie juŜ się palił do odjazdu, ale 
myślałem, Ŝe to po prostu nerwy. Zaliczałem go do osób będących poza wszelkimi podejrzeniami. Czy widzi pani 
motyw, dla którego Isaacstein chciałby się pozbyć księcia Michaela? 
   — Rzeczywiście coś tu nie pasuje — zgodziła się Virginia z zadumą. 
   — Nic do niczego nie pasuje — stwierdził smętnym tonem Anthony. — Marzyłem o rozpoczęciu kariery detektywa–
amatora, a jedyne, co zrobiłem, to naraziłem się na zbędny trud i zbędne wydatki przy prześwietlaniu tej guwernantki z 
Francji. 
   — To dlatego pojechał pan tam? — zapytała Virginia. 
   — Tak, udałem się do Dinard i odbyłem rozmowę z hrabiną de Bretuil, zachwycony własną mądrością i absolutnie 
przekonany, Ŝe otrzymam odpowiedź, iŜ hrabina nigdy o mademoiselle noszącej nazwisko Brun nie słyszała. Zamiast 
tego oświadczono mi, iŜ wzmiankowana pani w ciągu ostatnich siedmiu lat zajmowała się domem hrabiny. NaleŜy 
więc uznać, iŜ moja genialna teoria legła w gruzach, chyba Ŝe hrabina teŜ jest oszustką. 
   Virginia zaprzeczyła ruchem głowy. 
   — Madame de Bretuil jest nieskazitelnie uczciwa. To moja dobra znajoma, i wydaje mi się, Ŝe widziałam w pałacu 
mademoiselle. Na pewno jej twarz jest mi znana, tak jak są znane twarze guwernantek, pań do towarzystwa oraz ludzi, 
którzy siedzą naprzeciwko siebie w przedziale kolejowym. To straszne, ale ja nigdy tak naprawdę na nich nie patrzę. A 
pan? 
   — Tylko wtedy, kiedy są to piękne kobiety — oznajmił Anthony. 
   — W takim wypadku… — urwała. — Co się stało? Anthony wpatrywał się w postać, która wychynęła z kępy 
krzewów — męŜczyzna stał sztywno, na baczność. Był to Herzoslovak Boris. 
   — Proszę mi wybaczyć — powiedział do Virginii. — Muszę chwilę pogadać z moim psem. 
   ZbliŜył się do miejsca, w którym stał Boris. 
   — O co chodzi? Czego chcesz? 
   — Pan — rzekł Boris kłaniając się nisko. 
   — No dobrze, dobrze, ale nie musisz za mną łazić. To wygląda co najmniej dziwacznie. 
   Boris bez słowa wyciągnął kawałek przybrudzonego papieru, najwidoczniej kartka wyrwana z listu, i wręczył go 
Anthony’emu. 
   — Co to jest? — zapytał ten ostatni. 
   Na tym skrawku nagryzmolony był adres, nic ponadto. 
   — Upuścił to — powiedział Boris. — I ja przynoszę to memu panu. 
   — Kto upuścił? 
   — Cudzoziemski dŜentelmen. 
   — Ale dlaczego mnie to przynosisz? 
   Boris spojrzał na Anthony’ego z wyrzutem. 
   — W porządku, idź juŜ sobie — powiedział Anthony. 
   — Jestem zajęty. 
   Boris zasalutował, odwrócił się spręŜyście i odmaszerował. Anthony zaś dołączył do Virginii, wsunąwszy skrawek 
papieru do kieszeni. 
   — Czego on chciał? — spytała z zaciekawieniem. 
   — I dlaczego nazwał go pan swoim psem? 

background image

 

74 

   — Dlatego Ŝe tak się zachowuje. — Anthony odpowiedział najpierw na drugie pytanie. — W swoim poprzednim 
wcieleniu na pewno był psem myśliwskim. Przyniósł mi skrawek listu, który, jak powiada, upuścił cudzoziemski 
dŜentelmen. Sądzę, Ŝe ma na myśli Lemoine’a. 
   — Prawdopodobnie — zgodziła się Virginia. 
   — Zawsze chodzi moim tropem — ciągnął Anthony. 
   — Jak pies. Prawie się nie odzywa. Tylko patrzy na mnie tymi swoimi wielkimi, okrągłymi oczyma. Nie potrafię go 
rozszyfrować. 
   — A moŜe on miał na myśli Isaacsteina? — wyraziła przypuszczenie Virginia. — Isaacstein jako Ŝywo wygląda 
trochę z cudzoziemska. 
   — Isaacstein — mruknął Anthony z irytacją. — Jaką on tu, u diabła, odgrywa rolę? 
   — Czy nigdy nie miał pan sobie za złe, Ŝe wplątał się w tę aferę? — zapytała niespodziewanie. 
   — Za złe? AleŜ skąd?! Ja to ubóstwiam. Większość Ŝycia spędzam na szukaniu kłopotów. Ale tym razem spadło ich 
na mnie chyba więcej, niŜ się spodziewałem. 
   — PrzecieŜ największe kłopoty ma pan juŜ za sobą — powiedziała Virginia, zdziwiona niezwyczajnie powaŜnym 
tonem Anthony’ego. 
   — Niezupełnie. 
   Parę minut szli w milczeniu. 
   — Są ludzie — zaczął Anthony przerywając ciszę — którzy nie reagują na sygnały. Zwyczajna, dobrze 
funkcjonująca lokomotywa zwalnia albo zatrzymuje się, gdy widzi czerwone światło. Być moŜe ja jestem daltonistą. 
Bo na widok czerwonego sygnału walę do przodu. W końcu, jak wiadomo, pociąga to za sobą katastrofę. 
Nieuchronnie. I słusznie. Albowiem, ogólnie rzecz biorąc, daltonizm jest bardzo niebezpieczny dla ruchu. 
   WciąŜ mówił z ogromną powagą. 
   — Mam wraŜenie — powiedziała Virginia—Ŝe często w Ŝyciu pan ryzykował? 
   — Prawie wszystko jest u mnie ryzykiem, oprócz małŜeństwa. 
   — To brzmi cynicznie. 
   — Nie myślałem w tym sensie. MałŜeństwo, takie, o jakim marzę, byłoby największą przygodą w moim Ŝyciu. 
   — Ładnie pan to ujął — rzekła Virginia rumieniąc się. 
   — Tylko jeden typ kobiety wchodzi w rachubę, taką chciałbym poślubić, której charakter o całe nieba róŜniłby się od 
mojego. I co byśmy wtedy poczęli? Ona przystosowałaby się do mojego stylu Ŝycia czyja do jej? 
   — Gdyby pana kochała… 
   — Sentymentalizm, droga pani. Wie to pani równie dobrze jak ja. Miłość to nie narkotyk, który pani zaŜywa, by stać 
się ślepą na wszystko, owszem, moŜe pani ją do tego sprowadzić, ale szkoda miłości, warta jest o wiele więcej. Jak 
pani sądzi, co Ŝebraczka i król myśleliby o swoim małŜeństwie parę lat po ślubie? Czy ona nie Ŝałowałaby swoich 
łachmanów i bosych stóp, i beztroskiego Ŝywota? Na pewno. Czy gdyby on zrezygnował dla niej z korony, wynikłaby 
z tego jakaś korzyść? śadna. Stałby się cholernie złym Ŝebrakiem. A Ŝadna kobieta nie uszanuje męŜczyzny, który robi 
coś cholernie źle. 
   — Czy pan się zakochał w Ŝebraczce? — zapytała ciepło Virginia. 
   — Wręcz przeciwnie, ale zasady są te same. 
   — I nie ma Ŝadnego wyjścia? 
   — Jakieś zawsze jest — odparł Anthony ponuro. — Stoję na stanowisku, Ŝe człowiek moŜe osiągnąć to, czego chce, 
jeŜeli zapłaci określoną cenę. A czy pani wie, jaka to jest na ogół cena? Kompromis. Kompromis jest obrzydliwy, lecz 
zarzuca sidła na człowieka, gdy ten wkracza w wiek średni. Właśnie teraz na mnie przyszła kolej. By zdobyć kobietę, 
jakiej pragnę, gotów jestem nawet podjąć stałą pracę. Virginia roześmiała się. 
   — Przygotowano mnie do zawodu. 
   — I porzucił pan ten zawód? 
   — Tak. 
   — Dlaczego? 
   — Z przyczyn zasadniczych. 
   — Hm… 
   — Pani jest kobietą niezwykłą — powiedział nagle, zwracając ku niej głowę. 
   — Dlaczego? 
   — Bo potrafi się pani powstrzymać od zadawania pytań. 
   — Dlatego Ŝe nie zapytałam pana, jakiego rodzaju zawód pan obrał? 
   — Właśnie. 
   Dalej szli juŜ w milczeniu. ZbliŜali się do domu, przechodząc obok pachnącego słodko ogrodu róŜ. 
   — Śmiem twierdzić, Ŝe pani doskonale rozumie, o co chodzi — powiedział Anthony przerywając ciszę. — Pani wie, 
kiedy męŜczyzna zakochuje się w pani. Domyślam się, Ŝe pani na mnie nie zaleŜy, ani na nikim innym, ale, jak Boga 
kocham, zmuszę panią do tego! 
   — Sądzi pan, Ŝe udałoby się to panu? — Zapytała przytłumionym głosem. 
   — MoŜe nie, lecz dołoŜę wszelkich starań. 

background image

 

75 

   — śałuje pan, Ŝeśmy się spotkali? — spytała nagle. 
   — Nie, na Boga! Wtedy właśnie zapaliła się czerwona lampka. Kiedy po raz pierwszy panią zobaczyłem, wtedy, na 
Pont Street, wiedziałem, Ŝe podejmuję ryzyko naraŜenia się na śmieszność. Pani twarz wywarła na mnie takie 
wraŜenie, właśnie twarz. Jest w pani jakaś siła magiczna, od stóp do głów, niektóre kobiety mają taką właściwość, ale 
nigdy jeszcze nie spotkałem takiej, w której tej siły magicznej byłoby aŜ tyle. Poślubi pani kogoś godnego szacunku i 
zamoŜnego, jak przypuszczam, a ja wrócę do swojego niecnego Ŝycia, lecz zanim odejdę, pocałuję panią, przysięgam! 
   — Teraz pan nie moŜe — powiedziała miękko Virginia. — Inspektor Battle obserwuje nas z okna biblioteki. 
   Anthony spojrzał na nią. 
   — Szatan z pani, Virginio — powiedział tonem raczej obojętnym. — Ale słodki szatan. — Po czym pomachał 
beztrosko dłonią w stronę inspektora. — Złapał pan dziś jakichś kryminalistów? 
   — Na razie nie. 
   — To dobrze rokuje. 
   Battle z zadziwiającą jak na tak flegmatycznego człowieka zwinnością wyskoczył przez okno biblioteki i dołączył do 
nich juŜ na tarasie. 
   — Udało mi się ściągnąć profesora Wynwooda — oznajmił szeptem. — Właśnie przyjechał. Rozszyfrowuje listy. 
Chcecie państwo zobaczyć go przy pracy? 
   Mówił to tonem zachwalającego wystawę marchanda. Otrzymawszy pozytywną odpowiedź, zaprowadził ich pod 
okno i poradził, by zajrzeli do środka. 
   Przy zarzuconym listami stole siedział niewysoki, rudowłosy męŜczyzna w średnim wieku i pisał coś zawzięcie na 
duŜym arkuszu papieru. Mruczał gniewnie do siebie jakieś słowa i od czasu do czasu pocierał gwałtownie nos, którego 
barwa skutecznie rywalizowała z kolorem włosów. 
   Niebawem uniósł wzrok znad stołu. 
   — To pan, inspektorze? Po to mnie pan tu ściągnął, bym zajmował się takimi bzdurami? PrzecieŜ kaŜde dziecko 
poradziłoby sobie z tym. Dwuletni szkrab. I to się nazywa szyfr? Sens aŜ bije w oczy. 
   — Cieszę się, profesorze — powiedział łagodnie Battle. — Ale, wie pan, my nie jesteśmy tacy mądrzy. 
   — Tu nie potrzebna Ŝadna mądrość — warknął profesor. — Wystarczy rutyna. Chce pan, bym rozpracował 
wszystkie listy? To zajmie duŜo czasu, wymaga solidnego przyłoŜenia się, bacznej uwagi i Ŝadnej inteligencji. 
Zrobiłem ten list datowany w „Chimneys”, który, jak pan powiedział, jest najwaŜniejszy. Mogłem zabrać resztę do 
Londynu i przekazać mojemu asystentowi. Na takie rzeczy szkoda mojego czasu. Oderwał mnie pan od bardzo 
powaŜnej pracy i chcę jak najszybciej do niej wrócić. 
   Oczy mu rozbłysły. 
   — Dobrze, profesorze — zgodził się Battle. — Przykro mi, Ŝe zawracaliśmy panu głowę taką bagatelką. Wytłumaczę 
to panu Lomaxowi. Cały rwetes powstał z powodu tego właśnie listu. Lord Caterham spodziewa się prawdopodobnie, 
Ŝ

e zostanie pan na obiedzie. 

   — Nie jadam obiadów — powiedział profesor. — To zły zwyczaj. Banan i sucharek to wszystko, co zdrowy na ciele 
i umyśle człowiek powinien jeść w środku dnia. 
   Chwycił płaszcz, który leŜał na oparciu fotela. Battle wyszedł przed dom i po paru minutach Anthony i Virginia 
usłyszeli odgłos odjeŜdŜającego samochodu. 
   Inspektor podszedł do nich trzymając w ręku pół arkusika papieru, który profesor mu wręczył. 
   — Zawsze tak się zachowuje — rzekł Battle nawiązując do wyjazdu profesora. — WciąŜ w piekielnym pośpiechu. 
Ale mądry człowiek. No więc mamy tu treść listu Jej Wysokości. Chcecie państwo rzucić na to okiem? 
   Virginia sięgnęła po arkusik, Anthony zaś czytał jej przez ramię. Jak pamiętał, była to długa epistoła, tchnąca 
namiętnością i rozpaczą. Geniusz profesora Wynwooda przekształcił ją w lakoniczny, rzeczowy komunikat: 
   „Operacja przebiegła pozytywnie, ale S nas przechytrzył. Przesunął kamień z kryjówki. Nie w jego pokoju. 
Szukałam. Odnalazłam następującą notatkę, która moim zdaniem ma z tym związek: RICHMOND SIEDEM PROSTO 
OSIEM NA LEWO TRZY NA PRAWO”. 
   — S? — odezwał się Anthony. — Oczywiście Stylptitch. Szczwany lis. Zmienił kryjówkę. 
   — Richmond? — powtórzyła z namysłem Virginia. 
   — CzyŜby klejnot był ukryty gdzieś w Richmond? 
   — To ulubione miejsce członków rodziny królewskiej — zauwaŜył Anthony. 
   Battle potrząsnął przecząco głową. 
   — A ja bym się upierał przy tym, Ŝe odnosi się to do jakiegoś punktu w tym domu. 
   — Wiem! — wykrzyknęła nagle Virginia. Obaj męŜczyźni zwrócili ku niej wzrok. 
   — Obraz Holbeina w sali obrad. Właśnie pod nim obstukiwali ścianę. A to jest portret hrabiego Richmond. 
   — Trafiła pani w dziesiątkę —powiedział Battle i klepnął się po udzie. Mówił dalej z niezwykłym u niego 
oŜywieniem. — To jest punkt wyjściowy, obraz, ale przestępcy wiedzą tyle samo co my, do czego odnoszą się 
wymienione w liście cyfry. Dwaj zbrojni rycerze stoją akurat pod obrazem, i pierwszą myślą złoczyńców było to, Ŝe 
klejnot jest ukryty w jednej ze zbroi. Cyfry mogłyby oznaczać cale. Ta teoria wzięła w łeb, następna zaś dotyczyła 
tajemnego przejścia lub klatki schodowej, lub schowka w ścianie. Czy o czymś takim jest pani wiadomo? 
   Virginia zaprzeczyła ruchem głowy. 

background image

 

76 

   — Wiem o „księŜej jamie” i o przynajmniej jednym tajemnym przejściu — odparła. — Swego czasu pokazywano mi 
je, ale doprawdy mało co pamiętam. O, jest Bundle, ona będzie wiedziała. 
   Bundle szybkim krokiem zbliŜała się do nich. 
   — Po obiedzie biorę panharda i jadę do miasta — oznajmiła. — MoŜe kogoś podrzucić? Nie miałby pan ochoty? — 
zwróciła się do Cade’a. — ZdąŜymy obrócić przed kolacją. 
   — Nie dziękuję — rzekł Anthony. — Spędzam tu czas zarówno miło, jak i pracowicie. 
   — Ten człowiek boi się mnie — powiedziała Bundle. 
   — Albo mnie jako kierowcy, albo mojego fatalnego uroku. Co zatem wchodzi w rachubę? 
   — To drugie — odparł Anthony. — Nie ulega Ŝadnej wątpliwości. 
   — Bundle, kochanie — zaczęła Virginia — czy istnieje jakieś tajemne przejście prowadzące z sali obrad? 
   — W pewnym sensie tak. Ale z dawien dawna nie uŜywane. Zdaje się, Ŝe łączy „Chimneys” z „Wyvern Abbey”. To 
znaczy łączyło kiedyś, w zamierzchłych czasach, teraz jest zamurowane. MoŜna tylko nim przejść jakieś sto jardów. To 
na górze, w Białej Galerii, jest o wiele bardziej interesujące, no i niezła jest „księŜa jama”. 
   — Aspekt artystyczny nas nie interesuje — wyjaśniła Virginia. — Chodzi o konkret. Jakie jest połączenie z salą 
obrad? 
   — Przez drzwi w boazerii. JeŜeli chcecie, to po obiedzie wam zademonstruję. 
   — Dzięki — powiedział inspektor Battle. — Dajmy na to o wpół do trzeciej, dobrze? 
   Bundle spojrzała na niego z uniesionymi w górę brwiami. 
   — Coś tu nie gra? 
   Na tarasie pojawił się Tredwell. 
   — Podano do stołu — oznajmił. 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI 
SPOTKANIE W OGRODZIE RÓś 
    
   O wpół do trzeciej towarzystwo spotkało się ponownie w sali obrad: Bundle, Virginia, inspektor Battle, Lemoine i 
Anthony Cade. 
   — Nie będziemy czekać, aŜ uda nam się ściągnąć pana Lomaxa — powiedział inspektor Battle. — Tego typu sprawy 
trzeba załatwiać szybko. 
   — JeŜeli pan sądzi, Ŝe ksiąŜę Michael został zamordowany przez kogoś, kto dostał się tu tą drogą, to jest pan w 
błędzie — powiedziała Bundle. — To zupełnie niemoŜliwe. Wejście z drugiej strony jest zamurowane. 
   — Nie o to nam chodzi, milady — powiedział szybko Lemoine. — O coś całkiem innego. 
   — Szukacie czegoś, tak? — spytała niezwłocznie Bundle. — Czy przypadkiem nie jakiegoś historycznego 
drobiazgu? 
   Lemoine był wyraźnie zaintrygowany. 
   — Wytłumacz, co masz na myśli — poprosiła Virginia. — Ty jak zechcesz, to potrafisz. 
   — No… jak mu tam — zaczęła Budle. — Ten historyczny klejnot ksiąŜąt krwi, który ktoś buchnął w zamierzchłych 
czasach, zanim wkroczyłam w dojrzałe lata. 
   — Skąd pani o tym wie, lady Eileen? — zapytał Battle. 
   — Zawsze wiedziałam. Kiedy miałam dwanaście lat, powiedział mi o tym któryś z lokai. 
   — Lokaj! — powiedział inspektor. — O BoŜe! Szkoda, Ŝe pan Lomax tego nie słyszy! 
   — Czy to jedna z pilnie strzeŜonych tajemnic George’a? — zadała pytanie Bundle. — Komiczna historia! Nie 
przypuszczałam, Ŝe to prawda. George to istny osioł! Musi się wreszcie dowiedzieć, Ŝe słuŜba wie wszystko. 
   Podeszła do obrazu Holbeina, dotknęła ukrytej gdzieś z boku spręŜyny i natychmiast część boazerii rozwarła się ze 
zgrzytem, odsłaniając ciemny otwór. 
   — Entrez, messieurs et mesdames — powiedziała Bundle teatralnym tonem. — Wchodźcie, wchodźcie, najdroŜsi! 
Superwidowisko sezonu i tylko za sześć pensów! 
   Zarówno Lemoine, jak i Battle zaopatrzyli się juŜ w latarki. Wkroczyli w ciemność jako pierwsi, reszta szła za nimi, 
depcząc im niemal po piętach. 
   — Powietrze przyjemne i świeŜe — zauwaŜył Battle. — Gdzieś musi być wentylacja. 
   Szedł na czele. Podłoga była wybrukowana nierównymi kamieniami, lecz ściany były murowane. Tak jak Bundle 
powiedziała, korytarz miał jakieś sto jardów długości. Potem gwałtownie się kończył — zwałowiskiem gruzu. Battle 
upewnił się, Ŝe z boku nie ma Ŝadnego przejścia, po czym powiedział ku idącym za nim: 
   — Wracamy, jeśli państwo pozwolą. Chciałem tylko, Ŝe tak powiem, dokonać inspekcji terenu. 
   Po paru minutach byli z powrotem przed sekretnym wejściem. 
   — Zaczynamy stąd — oznajmił Battle. — Siedem prosto, osiem na lewo, trzy na prawo. Pierwsze traktujemy jako 
kroki. 
   Odmierzył dokładnie siedem kroków i pochylił się, badając grunt pod nogami. 
   — Chyba w porządku. Niezadługo pojawi się znak robiony kredą. Teraz osiem na lewo. To juŜ nie odnosi się do 
kroków, przejście jest tak wąskie, Ŝe moŜna iść tylko gęsiego. 

background image

 

77 

   — MoŜe do cegieł? — podsunął Anthony. 
   — Słusznie. Osiem cegieł od góry lub dołu po lewej stronie. Spróbujmy od dołu, to łatwiejsze. 
   Odliczył osiem cegieł od dołu. 
   — Teraz od tego miejsca trzy na prawo. Raz, dwa, trzy. O, co to? 
   — Na pewno za chwilę zacznę krzyczeć — powiedziała Bundle. — Co to takiego? 
   Inspektor Battle majstrował coś ostrzem noŜa przy jednej z cegieł. Doświadczonym okiem dostrzegł bowiem od razu, 
Ŝ

e ta cegła jest inna niŜ pozostałe. Parę minut wysiłku i wyrwał ją. Z tyłu było niewielkie, ciemne wgłębienie. Battle 

wsadził tam rękę. 
   Wszyscy wstrzymali oddech. 
   Inspektor wyciągnął rękę z wgłębienia. 
   Z jego ust wyrwał się okrzyk zdumienia i gniewu. 
   Pozostali skupili się wokół niego i wpatrywali nic nie rozumiejącym wzrokiem w trzy przedmioty na jego dłoni. 
Przez moment wydawało się, jak gdyby własnym oczom nie mogli uwierzyć. 
   Karton małych, perłowych guziczków, kwadratowy kawałek szorstkiej dzianiny oraz skrawek papieru, na którym 
wypisano cały rząd duŜych liter E. 
   — No tak! — powiedzial Battle. — Jestem załatwiony! Co to wszystko oznacza? 
   — Mon Dieu! — mruknął Francuz. — Ça c’est un peu tropfort!* 
   — Ale co to oznacza?! wykrzyknęła Virginia, całkiem zdezorientowana. 
   — Co to oznacza? — powtórzył Anthony, — MoŜe to oznaczać tylko jedno. Nieboszczyk hrabia Stylptitch musiał 
mieć niezłe poczucie humoru. Ja osobiście nie uwaŜam, by to tyło takie zabawne. 
   — Czy mógłby pan przedstawić swoją teorię nieco bardziej przejrzyście?— zapytał inspektor Battle. 
   — Naturalnie. To był mały Ŝart hrabiego. Przewidywał widocznie, Ŝe jego notatka zostanie odczytana. Kiedy 
złoczyńcy przyszli po klejnot, znaleźli w tym miejscu bardzo zmyślną zagadkę. Rodzaj maski, którą się nakłada, by 
ludzie człowieka nie poznali. 
   — Czy coś się za tym kryje? 
   — Niewątpliwie tak. Gdyby hrabia chciał być tylko złośliwy, zostawiłby kartkę z napisem „sprzedane” albo 
fotografię osła czy coś równie mało subtelnego. 
   — Kawałek materiału, kilka duŜych liter E i sporo guzików — wymamrotał Battle zdegustowany. 
   — C’est inoui*— powiedział ze złością Lemoine. Szyfr numer dwa — zaczął Anthony. — Zastanawiam się, czy 
profesor Wynwood nie popełnił tutaj błędu. 
   — Kiedy ostatnio ktoś korzystał z tego przejścia? — zapytał Francuz zwracając się do Bundle. 
   Bundle namyślała się chwilę. 
   — Moim zdaniem od przeszło dwóch lat nikt tu nie wchodził. Amerykanom i wszelkim innym turystom wystarcza 
„księŜa jama”. 
   — Ciekawe — mruknął Francuz. 
   — Co ciekawe? 
   Lemoine nachylił się i podniósł coś z podłogi. 
   — To — odparł. — Ta zapałka nie leŜała tu przez dwa lata. Czy moŜe ktoś z państwa rzucił ją na ziemię? 
   Odpowiedź wszystkich była przecząca. 
   — No dobrze — powiedział inspektor Battle. 
   — Zobaczyliśmy wszystko, co było do zobaczenia. MoŜemy juŜ śmiało stąd się wynieść. 
   Propozycja zyskała ogólną aprobatę. Tajemne drzwi były zamknięte, ale Bundle pokazała im, gdzie jest zamek od 
wewnątrz. Nacisnęła klamkę, drzwi otworzyły się na ościeŜ, Bundle wskoczyła w otwór i wyładowała z łoskotem w 
sali obrad. 
   — Niech to licho! — wykrzyknął lord Caterham zrywając się z fotela, w którym widocznie ucinał sobie drzemkę. 
   — Biedny staruszku — powiedziała Bundle. — Przestraszyłam cię? 
   — Nie mogę pojąć — rzekł lord Caterham — dlaczego w obecnych czasach ludzie nie odpoczywają po jedzeniu. 
Wielka strata. Bóg świadkiem, „Chimneys” jest wystarczająco duŜe, ale nawet tu trudno znaleźć miejsce, gdzie 
człowiek zaznałby odrobinę spokoju. O BoŜe, ile was tam jest? Przypomina mi to pantomimy, na jakie chodziłem jako 
chłopiec, kiedy to chmary demonów wyskakiwały z drzwi zapadowych. 
   — Demonie numer siedem — powiedziała Virginia zbliŜając się do niego i gładząc go po głowie. — Proszę się nie 
gniewać. Badamy tajemne przejście, to wszystko. 
   — Wygląda na to, Ŝe tajemne przejścia mają dzisiaj powodzenie — stwierdził lord Caterham niezbyt jeszcze 
udobruchany. — Całe rano musiałem oprowadzać po nich tego Fisha. 
   — Kiedy to było? — zapytał szybko Battle. 
   — TuŜ przed obiadem. On słyszał chyba tylko o jednym przejściu. Pokazałem mu je, a potem zaprowadziłem go do 
Białej Galerii, a zakończyliśmy zwiedzanie na „księŜej jamie”. Lecz w tym czasie jego entuzjazm wyraźnie zmalał. 
Miał minę człowieka śmiertelnie znudzonego. Zmusiłem go jednak, by dotrwał do końca. — Lord Caterham 
zachichotał na samo wspomnienie. 
   Anthony połoŜył rękę na ramieniu Lemoine’a. 

background image

 

78 

   — Wyjdźmy na dwór — powiedział cicho. — Muszę z panem porozmawiać. 
   Dwaj panowie wyszli oszklonymi drzwiami. Kiedy byli juŜ w dostatecznej od domu odległości, Anthony wyciągnął z 
kieszeni ów skrawek papieru, który dziś rano Boris mu wręczył. 
   — Proszę spojrzeć — powiedział. — Czy pan to zgubił? 
   Lemoine wziął kartkę do ręki i przyjrzał się jej z umiarkowanym zainteresowaniem. 
   — Nie — odparł. — Widzę ją po raz pierwszy. A bo co? 
   — Jest pan tego pewien? 
   — Absolutnie, monsieur. 
   — Bardzo dziwne. 
   Powtórzył Lemoine’owi słowa Borisa. Francuz słuchał z wielką uwagą. 
   — Nie, nie zgubiłem tej kartki. Powiada pan, Ŝe on ją znalazł wśród krzewów? 
   — Wywnioskowałem to z jego wypowiedzi, ale on tak dokładnie tego nie określił. 
   — Całkiem moŜliwe, Ŝe wyfrunęła z walizki pana Isaacsteina. Niech pan powtórnie zapyta o to Borisa. 
   — Zwrócił Anthony’emu kartkę. Po paru minutach rzekł: 
   — Co panu właściwie o tym Borisie jest wiadomo? Anthony wzruszył ramionami. 
   — Zrozumiałem, Ŝe był zaufanym słuŜącym świętej pamięci księcia Michaela. 
   — MoŜliwe, ale proszę zadać sobie trud i to sprawdzić. Niech pan zapyta kogoś kompetentnego, na przykład barona 
Lolopretjzyla. MoŜe tego człowieka przyjęto do pracy zaledwie przed paroma tygodniami? Na mnie sprawił wraŜenie 
uczciwego faceta. Ale kto wie? Król Victor byłby w stanie przeistoczyć się niezwłocznie w zaufanego sługę. 
   — CzyŜby pan sądził…? 
   Lemoine przerwał mu: 
   — Będę z panem zupełnie szczery. Król Victor stał się moją obsesją. Wszędzie go widzę. Nawet teraz zadaję sobie w 
duchu pytanie, czy człowiek, z którym rozmawiam, jest panem Cade’em, czy moŜe Królem Victorem… 
   — Mój BoŜe! — powiedział Anthony. — Musiał porządnie dać się panu we znaki. 
   — Co mnie obchodzi klejnot?! Albo wykrycie mordercy księcia Michaela? Powinienem to zostawić moim kolegom 
ze Scotland Yardu, to ich sprawa. Przyjechałem do Anglii tylko po to, tylko jeden cel mi przyświecał, by złapać Króla 
Victora, złapać go na gorącym uczynku. Nic innego mną nie powodowało. 
   — I pana zdaniem dopnie pan swego? — spytał Anthony zapalając papierosa. 
   — Bo ja wiem? — odparł Lemoine z nagle ogarniającym go zwątpieniem. 
   — Hm! — mruknął Anthony. 
   Wrócili na taras. Inspektor Battle stał przy oszklonych drzwiach nieruchomo, niczym słup soli. 
   — Proszę spojrzeć na tego poczciwca inspektora — powiedział Anthony. — Chodźmy go pocieszyć. — Po chwili 
milczenia dodał: — Swoją drogą dziwak z pana, panie Lemoine. 
   — DlaczegóŜ to? 
   — Na pana miejscu zapisałbym obowiązkowo ten adres z kartki, którą panu pokazałem. MoŜe on nie mieć Ŝadnego 
znaczenia i prawdopodobnie nie ma. Ale z drugiej strony nie sposób wykluczyć, Ŝe to element bardzo istotny. 
   Lemoine spoglądał na niego w skupieniu minutę lub dwie. Po czym, z lekkim uśmiechem na ustach, podciągnął lewy 
rękaw marynarki. Na białym mankiecie koszuli widniał napis: „Hurstmere”, Langly Road, Dover. 
   — Przepraszam — powiedział Anhony. — Spudłowałem. — Dołączył do inspektora Battle. — Bardzo pan 
zadumany — zauwaŜył. 
   — Mnóstwo mam rzeczy do przemyślenia, panie Cade. 
   — WyobraŜam sobie. 
   — Obraz jest niespójny. Absolutnie niespójny. 
   — To rzeczywiście cięŜka sprawa — rzekł Anthony ze współczuciem. — Ale głowa do góry, inspektorze! W 
najgorszym wypadku zawsze pan moŜe aresztować mnie. Ma pan podstawy — ślady moich stóp, jak pan pamięta. 
   Lecz inspektor nie skwitował tego uśmiechem. 
   — Ma pan tutaj jakichś wrogów, wie pan coś o tym? — zapytał. 
   — Odniosłem wraŜenie, Ŝe jeden z lokai nie darzy mnie sympatią — odparł Anthony lekkim tonem. — Robi, co 
moŜe, aby zapomnieć podać mi co wymyślniejsze warzywa. Dlaczego pan pyta? 
   — Otrzymałem anonimy — powiedział inspektor Battle. — A właściwie jeden anonim. 
   — Na mój temat? 
   Battle bez słowa wyjął z kieszeni złoŜony arkusik taniego papieru w kratkę i wręczył go Anthony’emu. 
Niewprawnym charakterem pisma nabazgrane tam były słowa: „Uwarzaj na pana Cade. Nie jest tym, za kturego się 
podaje”. 
   Anthony, śmiejąc się nierfasobliwie, zwrócił mu kartkę. 
   — To wszystko? Niech się pan nie przejmuje, inspektorze. Jak panu wiadomo, jestem mistrzem charakteryzacji. 
   Ruszył w stronę domu, gwiŜdŜąc wesoło. Lecz gdy wszedł do swojej sypialni i zamknął za sobą drzwi, zmienił się 
nie do poznania. Twarz mu stęŜała, przybrała surowy, zacięty wyraz. Usiadł na skraju łóŜka i wpatrzył się ponuro w 
podłogę. 
   — Sytuacja staje się powaŜna — powiedział do siebie. 

background image

 

79 

   — Trzeba coś z tym zrobić. Cholernie niefortunny układ. Siedział tak parę minut, a następnie podszedł do okna. 
   Stał chwilę, wyglądając bezmyślnie na zewnątrz, i nagle jego spojrzenie zatrzymało się na czymś — i twarz mu się 
rozjaśniła. 
   — Oczywiście — szepnął. — Ogród róŜ! No właśnie! Ogród róŜ? 
   Zbiegł na dół i wyszedłszy na dwór bocznymi drzwiami, skierował się do ogrodu. Zmierzał tam drogą okręŜną. Po 
obydwu stronach ogrodu znajdowały się niewielkie bramy. Wszedł przez tę dalszą i zbliŜył się do zegara słonecznego 
połoŜonego na wzniesieniu, w samym środku ogrodu. 
   Raptem stanął jak w ziemię wryty, wytrzeszczając oczy na drugiego gościa ogrodu, który sprawiał wraŜenie równie 
jak on zdziwionego. 
   — Nie wiedziałem, Ŝe interesuje się pan róŜami — powiedział uprzejmie Anthony. 
   — Bardzo się interesuję — odparł pan Fish. Mierzyli się wzajemnie czujnym spojrzeniem niczym oceniający swe 
siły przeciwnicy. 
   — Ja teŜ — oznajmił Anthony. 
   — Doprawdy? 
   — Mówiąc szczerze, uwielbiam róŜe do szaleństwa — rzekł Anthony patetycznie. 
   Lekki uśmiech rozjaśnił twarz pana Fisha, i w tym parnym czasie Anthony uśmiechnął się równieŜ. Napięcie jak 
gdyby minęło. 
   — Niech pan spojrzy na tę piękność — powiedział, pan Fish i nachylił się, by pokazać kwiat szczególnej urody. 
   — Zdaje się, Ŝe to jest Madame Abel Chatenay. Tak, mam rację. Ta biała róŜa była przed wojną znana jako Frau Carl 
Drusky. Przypuszczam, Ŝe ją przemianowali. Chyba lekka przesada, ale w duchu szczerego patriotyzmu. La France jest 
zawsze popularna. Czy pan w ogóle lubi czerwone róŜe? Jasnoczerwone… 
   Cedzącemu monotonnie słowa panu Fishowi przerwano. Z okna na pierwszym piętrze wychylała się Bundle. 
   — Chce pan wyskoczyć do miasta, panie Fish? Właśnie jadę. 
   — Dziękuję, lady Eileen, ale bardzo mi tu dobrze. 
   — A pan nie da się namówić? — zwróciła się do Anthony’ego. Ten, roześmiawszy się, potrząsnął przecząco głową. 
   Bundle zniknęła. 
   — Bardziej odpowiada mi sen — rzekł Anthony ziewając. — Solidna, poobiednia drzemka. — Wyjął papierosa. — 
Ma pan moŜe zapałki? 
   Pan Fish wręczył mu całe pudełko. Anthony przypalił sobie i zwrócił zapałki ze słowami podzięki. 
   — RóŜe są piękne — powiedział. — Ale nie pociągają mnie dziś specjalnie problemy ogrodnicze. 
   Pan Fish z rozbrajającym uśmiechem pokiwał głową. Zza domu dobiegł ogłuszający łomot. 
   — Ten jej wóz ma niezły silnik — zauwaŜył Anthony. 
   — O, tam… 
   W ich polu widzenia pojawił się szybko jadący aleją samochód. Anthony znowu ziewnął i skierował się w stronę 
domu. 
   Wszedł głównym wejściem. Gdy juŜ znalazł się wewnątrz, to jakby szatan w niego wstąpił. Przebiegł galopem hali, 
przez jedno z dalszych oszklonych drzwi wypadł na dwór i dalej sunął parkiem. Bundle, jak wiedział, musi zrobić 
solidny objazd, koło domku myśliwskiego, a potem przez wieś. 
   Biegł jak szalony. Był to wyścig z czasem. Dobiegł do muru parku, gdy usłyszał warkot samochodu jadącego szosą. 
Wspiął się na mur i skoczył na drogę. 
   — Hej! — zawołał. 
   Zdumiona Bundle zboczyła gwałtownie z kursu. Udało jej się jakoś uniknąć wypadku. Anthony biegł za wozem, 
później otworzył drzwiczki i wskoczył na przednie siedzenie, obok Bundle. 
   — Jadę z panią do Londynu! — powiedział. — Od początku miałem ten zamiar. 
   — Dziwny z pana facet — rzekła Bundle. — Co pan trzyma w ręku? 
   — Zapałkę — odparł. 
   Przyglądał się jej z namysłem. Była róŜowa, z Ŝółtym łebkiem. Anthony rzucił nie zapalonego papierosa, a zapałkę 
schował z pietyzmem do kieszeni. 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY 
DOM W DOVER 
    
   — Mam nadzieję, Ŝe nie będzie pan miał nic przeciwko temu, jeśli dodam gazu? — zapytała Bundle. — Wyjechałam 
później, niŜ zamierzałam. 
   Anthony sądził, Ŝe osiągnęli juŜ szczyt prędkości, ale niebawem się przekonał, Ŝe była to fraszka w porównaniu z 
tym, co Bundle potrafiła wycisnąć z panharda. 
   — Niektórzy ludzie — odezwała się, gdy podczas przejazdu przez wieś zwolniła tempo — są przeraŜeni moją jazdą. 
Na przykład ojciec. Nic go nie jest w stanie zmusić, by wsiadł do tej mojej landary. 
   Osobiście Anthony uwaŜał, Ŝe stanowisko lorda Caterhama jest zdecydowanie uzasadnione. Jazda z Bundle to rodzaj 
sportu, którego starsi, nerwowi panowie nie powinni uprawiać. 

background image

 

80 

   — Ale pan na nerwowego nie wygląda — orzekła Bundle tonem aprobaty, biorąc brawurowo zakręt. 
   — Jak pani widzi, jestem w całkiem dobrej formie — oświadczył Anthony z powagą. — Ponadto — dodał po 
namyśle — ja równieŜ się spieszę. 
   — Dodać jeszcze gazu? — zapytała uprzejmie. 
   — Broń BoŜe! — zaprzeczył co tchu. — Robimy średnio około pięćdziesięciu mil, wystarczy. 
   — Płonę z ciekawości, jaka jest przyczyna pańskiego tak nagłego wyjazdu — powiedziała Bundle po wykonaniu 
koncertu na klakson, który wywołał na pewno przejściową głuchotę okolicznych mieszkańców. — Ale chyba nie 
potrzebuję o to pytać? Pan nie ucieka przed wymiarem sprawiedliwości, prawda? 
   — Nie jestem tego taki pewny — odparł. — Niebawem się przekonam. 
   — Ten gość ze Scotland Yardu zna się na rzeczy, jak się wydaje — rzekła Bundle w zamyśleniu. 
   — Battle to równy chłop — zgodził się Anthony. 
   — Pan powinien być dyplomatą — zauwaŜyła. — Nie ma pan we zwyczaju udzielać komuś za wiele informacji, 
prawda? 
   — Zawsze uwaŜałem się za gadułę. 
   — Och jej! Czy przypadkiem nie omotał pan mademoiselle Brun? 
   — Nie przyznaję się do winy! — oświadczył Anthony z ferworem. 
   Nastąpiła parominutowa przerwa w rozmowie, kiedy to Bundle dogoniła i wyprzedziła trzy samochody. Po czym 
zapytała nieoczekiwanie: 
   — Jak długo zna pan Virginię? 
   — Zadała mi pani bardzo trudne pytanie — odpowiedział zgodnie z prawdą. — Nie widywaliśmy się często, ale 
wydaje mi się, Ŝe znam ją od dawna. 
   Bundle skinęła głową. 
   — Virginia jest mądra — stwierdziła szorstkim tonem. — Często wygaduje bzdury, ale ma głowę na karku. 
Przypuszczani, Ŝe w Herzoslovakii robiła furorę. Gdyby Ŝył Tim Revel, miałby przed sobą nie lada karierę, i to głównie 
dzięki niej. Pracowała na ten jego sukces z całą zaciętością. Nie było rzeczy, której by dla niego nie zrobiła, i wiem, 
dlaczego. 
   — Bo jej na nim zaleŜało — powiedział ze wzrokiem utkwionym przed siebie. 
   — Nie, bo jej na nim nie zaleŜało. Rozumie pan? Nie kochała go, nigdy go nie kochała, więc robiła wszystko, co 
było w jej mocy, by mu to wynagrodzić. To cała Virginia. Ale fakt ten nie ulega kwestii. Virginia nigdy nie była 
zakochana w Timie Revelu. 
   — Pani wypowiedzi są bardzo autorytatywne — powiedział obracając się ku niej. 
   Drobne dłonie Bundle obejmowały kierownicę, a jej wysunięty do przodu podbródek świadczył o stanowczym 
usposobieniu. 
   — Wiem to i owo. Kiedy oni brali ślub, byłam smarkata, ale co nieco obiło mi się o uszy, a znając Virginię, łatwo 
moŜna było połączyć pewne fakty. Tim Revel stracił dla niej głowę — był Irlandczykiem, bardzo przystojnym 
męŜczyzną i miał prawdziwy talent krasomówczy. Virginia była młoda — osiemnaście lat. Nie mogła się nigdzie 
ruszyć, Ŝeby nie natknąć się na malowniczo rozpaczającego Tima, który zaklinał się, Ŝe palnie sobie w łeb albo stoczy 
się w alkoholizm, jeśli ona nie zechce go poślubić. Dziewczyny wierzą w takie rzeczy — albo wierzyły, bo w ciągu 
ostatnich ośmiu lat osiągnięto w tej dziedzinie pewien postęp. Virginia dała się porwać uczuciu, o którym sądziła, Ŝe 
zostało przez nią zainspirowane. Wyszła za niego za mąŜ — i do końca była dla niego aniołem. Gdyby go kochała, ani 
w połowie nie byłaby taka anielska. W Virginii wiele jest z szatana. Ale powiem panu jedno: ona cieszy się swoją 
wolnością’ I ktoś, kto zechciałby ją tej wolności pozbawić, miałby twardy orzech do zgryzienia. 
   — Po co pani mi to opowiada? — zapytał wolno Anthony. 
   — Czy nie jest ciekawe dowiedzieć się czegoś o ludziach? O niektórych oczywiście. 
   — Chciałem o niej wiedzieć coś więcej — przyznał. 
   — A ona by panu nic nie powiedziała. Ale moŜe mi pan wierzyć na sto procent. Virginia to kochana dziewczyna. 
Nawet kobiety ją lubią, bo nie ma w sobie nic z jędzy. Tak czy owak — zakończyła niezbyt zrozumiale — trzeba w 
Ŝ

yciu postępować rzetelnie, prawda? 

   — Naturalnie — zgodził się Anthony. WciąŜ jednak nurtował go niepokój: nie miał zielonego pojęcia, co skłoniło 
Bundle, by — nie pytana — udzieliła mu tak szczegółowych informacji. Mimo to nie mógł zaprzeczyć, Ŝe ogromnie 
był temu rad. 
   — Tu juŜ są tramwaje — powiedziała z westchnieniem. — Będę musiała bardziej uwaŜać. 
   — Raczej tak — zgodził się. 
   Ich poglądy na ostroŜną jazdę trudno by było uznać za zbieŜne. Mieli juŜ za sobą przedmiejskie ulice i niebawem 
znaleźli się na Oxford Street. 
   — Nieźle, co? — zapytała Bundle spoglądając na zegarek. 
   Anthony gorliwie przytaknął. 
   — Gdzie mam pana wysadzić? 
   — Gdziekolwiek. Którędy pani jedzie? 
   — Przez Knightsbridge. 

background image

 

81 

   — Świetnie. Wysiądę przy Hyde Park Corner. 
   — Do widzenia — powiedziała, gdy dojechali do wskazanego miejsca. — A co z powrotem? 
   — Jakoś sobie poradzę. Dziękuję. 
   — Napędziłam panu stracha. 
   — Nie poleciłbym znerwicowanym starszym damom kierowcy w pani osobie, ale mnie pani jazda się podobała. 
Ostatnim razem równie zagroŜony byłem wówczas, gdy szarŜowała na mnie sfora dzikich słoni. 
   — Jest pan wyjątkowo nieuprzejmy — stwierdziła Bundle. — Nie mieliśmy przecieŜ nawet Ŝadnej stłuczki. 
   — Przykro mi, jeŜeli z mojego powodu musiała się pani ograniczać — odciął się Anthony. 
   — Zawsze wiedziałam, Ŝe męŜczyźni nie grzeszą odwagą — powiedziała. 
   — Jest pani wyjątkowo złośliwa — oświadczył. — Odchodzę głęboko uraŜony. 
   Bundle kiwnęła mu głową i odjechała. Anthony zatrzymał przejeŜdŜającą taksówkę. 
   — Dworzec Victoria — powiedział, gdy znalazł się wewnątrz wozu. 
   Przed dworcem zapłacił taksówkarzowi, po czym zasięgnął informacji, kiedy odjeŜdŜa do Dover najbliŜszy pociąg. 
Fatalnie się złoŜyło, Ŝe pociąg do Dover właśnie odszedł. 
   Zdecydował się na przeszło godzinne czekanie i zmarszczywszy brwi chodził tam i z powrotem po peronie. 
Parokrotnie z wyraźnym zniecierpliwieniem potrząsnął głową. 
   PodróŜ do Dover przebiegła bez zakłóceń. Po przybyciu na miejsce szybko opuścił zabudowania stacyjne i wówczas, 
jak gdyby coś sobie nagle przypomniał — wrócił na dworzec. Na jego ustach błąkał się lekki uśmiech, gdy pytał o 
drogę do „Hurstmere”, Langly Road. 
   Wspomniana ulica była długa — stanowiła drogę wyjazdową z miasta. Zgodnie z uzyskaną informacją „Hurstmere” 
był domem ostatnim. Anthony parł niezmordowanie do przodu. Między oczami pojawiła mu się zmarszczka. W jego 
zachowaniu wyczuwało się jednak swoisty rodzaj podniecenia — jak zawsze wobec zbliŜającego się 
niebezpieczeństwa. 
   Jak mu powiedziano na stacji, „Hurstmere” był ostatnim domem przy tej ulicy. Stał w głębi, na zarośniętym i 
zaniedbanym terenie. Zdaniem Anthony’ego musiał być nie zamieszkany przez ładnych parę lat. DuŜa, Ŝelazna brama 
skrzypiała na zardzewiałych zawiasach, a nazwisko właściciela na tabliczce było prawie nieczytelne. 
   — Bezludzie — mruknął Anthony pod nosem. — W sam raz. 
   Chwilę się wahał, spojrzał szybko w górę i w dół ulicy — absolutnie pustej — po czym wśliznął się przez skrzypiącą 
bramę do środka i ruszył zarośniętą aleją. Przeszedł kilka kroków i stanął nasłuchując. WciąŜ jeszcze dzieliła go od 
domu spora odległość. Znikąd najmniejszego dźwięku. Jakieś przedwcześnie poŜółkłe liście oderwały się od jednego z 
drzew i spadły z łagodnym szelestem, który w panującej wokół ciszy zabrzmiał wręcz złowrogo. Anthony drgnął, ale 
zaraz się uśmiechnął. 
   — Nerwy — powiedział do siebie. — Do tej pory nie wiedziałem, Ŝe je mam. 
   Ruszył dalej aleją. Niebawem, gdy aleja skręciła, wszedł w zarośla i kontynuował marsz, niewidoczny z domu. 
Raptem stanął i z zarośli dokonał lustracji terenu. W oddali szczekał pies, lecz odgłos, który zwrócił uwagę 
Anthony’ego, dobiegał z dość bliska. 
   Słuch go nie mylił. Zza rogu domu wyszedł szybko człowiek, krępy, przysadzisty, o wyglądzie cudzoziemca. Nie 
zatrzymał się, szedł dalej krokiem zdecydowanym, okrąŜył dom i zniknął. 
   — Wartownik — mruknął Anthony. — Dobra robota! Gdy odszedł, Anthony podjął marsz, kierując się bardziej w 
lewo, a tym samym podąŜając śladem wartownika. 
   Posuwał się do przodu całkowicie bezszelestnie. 
   Dom miał z prawej strony i wkrótce dotarł do miejsca, gdzie na Ŝwirowaną ścieŜkę padał snop światła. Stąd wyraźnie 
było słychać rozmawiających ze sobą kilku męŜczyzn. 
   — O BoŜe, co za skończone osły! — wymamrotał Anthony. — Trzeba ich postraszyć, w pełni sobie na to zasłuŜyli! 
   Zakradł się pod okno — pochylił się trochę, Ŝeby nie być widocznym. Potem podniósł powoli głowę do poziomu 
parapetu i zajrzał do środka. 
   Sześciu chłopa siedziało, wygodnie rozpartych, dokoła stołu. Czterej z nich to byli krępi męŜczyźni o wystających 
kościach policzkowych i na modłę węgierską skośnych oczach. Pozostali dwaj to drobni, o szczurzej fizjonomii ludzie, 
gestykulujący szybko. Posługiwano się językiem francuskim, ale ci czterej duzi mówili francuszczyzną niewprawną, 
głos mieli ochrypły, gardłowy. 
   — Szef? — zapytał któryś. — Kiedy ma tu być? Jeden z małych wzruszył ramionami. 
   — W kaŜdej chwili. 
   — W jakiejś chwili na pewno — wymamrotał ten pierwszy. — Nigdy tego waszego szefa nie widziałem, ale, o rany, 
przez ten czas jałowego czekania ile znakomitych wyczynów moglibyśmy dokonać! 
   — Ty frajerze — powiedział drugi mały zgryźliwym tonem. — Dokonałbyś z tą swoją bandą tylko tego, Ŝe 
dalibyście się zapuszkować przez policję. Ty i ci twoi niedowarzeni goryle! 
   — No, no! — ryknął jeden z krępych. — Nie obraŜaj Towarzyszy! Bo ci naznaczę gardziołko piętnem czerwonej 
ręki! 
   Uniósł się z miejsca, spoglądając groźnie na Francuza, lecz jeden z jego kumpli pchnął go i ten usiadł z powrotem. 

background image

 

82 

   — śadnych kłótni — burknął. — Mamy razem pracować. Z tego, co słyszałem, ten Król Victor nie toleruje 
nieposłuszeństwa. 
   W ciemności Anthony usłyszał znowu kroki wartownika, który robił kolejną rundkę, i skrył się za krzakiem. 
   — Kto tam chodzi? — dał się słyszeć głos męŜczyzny wewnątrz domu. 
   — Carlo, robię obchód. 
   — Aha. A co z więźniem? 
   — W porządku. Szybko wraca do siebie. Wygrzebuje się po tym ciosie w łeb, cośmy mu zadali. 
   Anthony, równie bezszelestnie, oddalił się nieco. 
   — O rany, tego juŜ za wiele! — mruknął do siebie. 
   — Rozmawiają o sprawach przy otwartym oknie, a ten dureń Carlo… robi obchód, rusza się jak słoń i cierpi chyba 
na kurzą ślepotę! A juŜ szczytem wszystkiego jest to, Ŝe Herzoslovacy i Francuzi zaczynają brać się za łby! Kwatera 
główna Króla Victora staje się miejscem zgoła niebezpiecznym. Z rozkoszą, z prawdziwą rozkoszą dam im nauczkę! 
   Stał chwilę niezdecydowany, uśmiechając się do siebie. 
   Skądś z góry doszedł go zduszony jęk. 
   Anthony uniósł głowę. Jęk rozległ się znowu. 
   Rozejrzał się błyskawicznie dokoła. Carlo tym razem nie robił rundki. Anthony chwycił się grubego pnącza dzikiej 
winorośli i podciągnął się zwinnie aŜ do parapetu. Okno było zamknięte, ale wyjąwszy z kieszeni odpowiednie 
narzędzie, szybko się z nim uporał. 
   Minutę nasłuchiwał, po czym wskoczył lekko do pokoju. W odległym kącie stało łóŜko, a na łóŜku leŜał człowiek 
   — jego sylwetka była w mroku ledwo widoczna. Anthony podszedł do łóŜka i puścił snop światła latarki na twarz 
tego człowieka. Nie znał go — męŜczyzna był blady i wymizerowany, a głowę miał szczelnie owiniętą bandaŜem. 
   Człowiek ów leŜał ze związanymi rękami i nogami. Popatrzył na Anthony’ego oszołomionym wzrokiem. 
   Anthony’pochylił się nad nim i w trakcie tej czynności usłyszał za plecami jakiś odgłos — odwrócił się gwałtownie, 
a jego ręka powędrowała do kieszeni marynarki. 
   Lecz słowa, jakie padły powstrzymały go: 
   — Ręce do góry, kochasiu! Nie spodziewałeś się ujrzeć mnie tutaj, ale na Dworcu Victoria zdąŜyłem złapać ten sam 
pociąg co ty. 
   Był to pan Hiram Fish we własnej osobie — stał w drzwiach, a w jego ręku połyskiwał duŜy, niebieski rewolwer. 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY 
WTORKOWY WIECZÓR W „CHIMNEYS” 
    
   Lord Caterham, Virginia i Bundle siedzieli po obiedzie w bibliotece. Działo się to we wtorek wieczorem. Upłynęło 
około trzydziestu godzin od raczej dramatycznego wyjazdu Anthony’ego. 
   JuŜ przynajmniej po raz siódmy Bundle powtarzała jego słowa, jakie wypowiedział na poŜegnanie przy Hyde Park 
Corner. 
   — „Jakoś sobie poradzę” — powtórzyła Virginia w zamyśleniu. — MoŜna z tego wnosić, Ŝe nie zamierzał długo być 
nieobecny. No i zostawił wszystkie swoje rzeczy. 
   — Nie powiedział ci, dokąd się wybiera? 
   — Nie — odparła Virginia ze wzrokiem utkwionym przed siebie. — Nic mi nie powiedział. 
   Po tych słowach zapadła cisza. Przerwał ją lord Caterham. 
   — Ogólnie rzecz biorąc — powiedział — właściciel hotelu ma niejaką przewagę nad właścicielem wiejskiej 
rezydencji. 
   — To znaczy… 
   — Na ogół wie, co się dzieje w jego pokojach. Goście, którzy zamierzają się wynieść, mają obowiązek zawiadomić 
właściciela przed godziną dwunastą. 
   Virginia uśmiechnęła się. 
   — Prawdopodobnie — ciągnął lord — jestem nieco staroświecki i mam nadmierne wymagania. Wiem, Ŝe to taka 
moda wpadać i wypadać z domu gospodarzy. Tak jak w hotelu, pełna swoboda działania, z tym Ŝe bez rachunku na 
odjezdnym. 
   — Ale z ciebie zrzęda — powiedziała Bundle. — Masz Virginię i mnie. Czego więcej potrzebujesz? 
   — Niczego, absolutnie niczego — pospieszył z zapewnieniem lord Caterham. To nie to. Chodzi mi o zasadę. Taki 
fakt przyprawia człowieka o niepokój. Chciałbym zaznaczyć, Ŝe minione dwadzieścia cztery godziny były niemal 
idealne. Spokój, cudowny spokój. śadnych włamań czy innych czynów przestępczych, Ŝadnych detektywów, Ŝadnych 
Amerykanów. Jedyne, na co mógłbym się skarŜyć, to to, Ŝe o wiele bardziej bym się z tego cieszył, gdybym mógł mieć 
ś

wiadomość całkowitego bezpieczeństwa. Tymczasem sytuacja przedstawia się tak, Ŝe powtarzam sobie w duchu: ten 

albo tamten spośród moich gości powinien lada chwila się pojawić. I wtedy wszystko bierze w łeb! 
   — Ale nikt się nie pojawił — powiedziała Bundle. — Zostaliśmy sami, opuszczeni przez wszystkich, taka jest 
prawda. W dziwny sposób ulotnił się Fish. Czy nic nikomu nie powiedział? 

background image

 

83 

   — Ani słowa. Ostatni raz widziałam go wczoraj po południu, jak chodził tam i z powrotem po ogrodzie róŜ, paląc to 
swoje koszmarne cygaro. Potem jakby się zapadł pod ziemię. 
   — MoŜe ktoś go porwał? — zapytała Bundle z nutą nadziei w głosie. 
   — Przypuszczam, Ŝe w ciągu dwóch dni zjedzie tu Scotland Yard, by przeczesywać jezioro w poszukiwaniu ciała — 
powiedział ponuro jej ojciec. — Mam za swoje. W moim wieku powinienem wyjechać sobie spokojnie za granicę dla 
podreperowania zdrowia, a zamiast tego dałem się wciągnąć w te bzdurne sprawy George’a Lomaxa. Ja… 
   W tym momencie pojawił się Tredwell. 
   — Co takiego? — zapytał z irytacją lord. — Co się stało? 
   — Czeka tu ten francuski detektyw, milordzie, i byłby wdzięczny, gdyby poświęcił mu pan chwilę. 
   — A nie mówiłem? — powiedział lord Caterham. 
   — Było zbyt piękne, Ŝeby mogło długo trwać. Przekonacie się, znaleźli zwłoki Fisha w stawie złotej rybki. 
   Tredwell we właściwy sobie, pełen szacunku sposób skierował uwagę lorda ku problemowi, z jakim przyszedł. 
   — Czy mam mu powiedzieć, Ŝe pan go przyjmie? 
   — Tak, tak. Wprowadź go. 
   Tredwell odszedł. Wrócił po paru minutach i grobowym tonem zaanonsował: 
   — Pan Lemoine. 
   Francuz wszedł do pokoju szybkim, lekkim krokiem. Ten jego chód, bardziej niŜ wyraz twarzy, zdradzał, Ŝe jest 
czymś wielce zemocjonowany. 
   — Dobry wieczór — powiedział lord Caterham. 
   — śyczy pan sobie drinka? 
   — Nie, dziękuję. — Detektyw skłonił się ceremonialnie przed paniami.,— Nareszcie zaczynam odnosić sukcesy. W 
tym stanie rzeczy doszedłem do wniosku, Ŝe naleŜy zapoznać pana z moimi odkryciami, bardzo powaŜnymi 
odkryciami, jakich dokonałem w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin. 
   — Tak teŜ sądziłem, Ŝe dzieje się gdzieś coś waŜnego — oznajmił lord. 
   — Wczoraj po południu jeden z pana gości opuścił ten dom w dość dziwaczny sposób. Muszę panu powiedzieć, Ŝe 
od samego początku coś podejrzewałem. Oto przebywa tu człowiek z głuszy. Dwa miesiące temu był w Afryce 
Południowej. A przedtem gdzie? 
   Virginia nabrała w płuca haust powietrza. Przez chwilę Francuz patrzył na nią nieufnie. Po czym ciągnął: 
   — A przedtem gdzie? Nikt tego nie wie. A on jest właśnie takim typem człowieka, jakiego poszukuję — wesoły, z 
tupetem, trochę zwariowany, facet, którego stać na wszystko. Wysyłam depeszę za depeszą, ale nie dowiedziałem się 
nic o jego przeszłości. Przed dziesięcioma laty był w Kanadzie, to fakt, lecz od tego czasu — biała karta. Moje 
podejrzenia wzmagają się. Któregoś dnia podniosłem skrawek papieru, który upuścił. Był tam adres, numer domu w 
Dover. Później, niby przypadkowo, ja upuściłem ów świstek. Kątem oka obserwowałem tego Borisa, Herzoslovaka — 
podniósł papier i zaniósł swemu panu. Cały czas byłem pewny, Ŝe ów Boris jest emisariuszem Towarzyszy Czerwonej 
Ręki. Wiadomo nam jest bowiem, Ŝe Towarzysze współpracują w tej dziedzinie z Królem Victorem. JeŜeli Boris 
rozpoznał w panu Anthonym Cadzie swego szefa, to czy nie postąpiłby tak, jak postąpił — czy nie oddałby się do jego 
dyspozycji? Podejrzana historia, powiadam panu, bardzo podejrzana… Lecz niemalŜe zostałem rozbrojony, bo 
Anthony Cade przynosi mi ten sam kawałek papieru i pyta, czy go nie zgubiłem. Powiedziałem: niemalŜe rozbrojony, 
więc nie całkowicie. Bo mogło to znaczyć, Ŝe on jest niewinny, ale mogło teŜ, Ŝe jest bardzo, bardzo sprytny. 
Zaprzeczyłem oczywiście — ten papierek nie naleŜy do mnie ani go nie zgubiłem. Tymczasem przeprowadzam 
intensywne dochodzenie. Dopiero dziś zdobyłem pewne wiadomości: ten dom w Dover został pospiesznie opuszczony, 
a do wczorajszego popołudnia zajmowała go grupa cudzoziemców. Nie ulega wątpliwości, Ŝe była to kwatera główna 
Króla Victora. Niech pan weźmie pod uwagę wymowę tych faktów. Wczoraj po południu pan Cade wynosi się stąd w 
wielkim pośpiechu. Odkąd zgubił ten papierek, wiedział, Ŝe cały plan spalił na panewce. Jedzie do Dover i rozwiązuje 
natychmiast gang. Jakie będzie jego następne posunięcie, nie wiem. Z całą pewnością natomiast pan Cade tutaj nie 
powróci. Znając jednak Króla Victora nie wątpię, Ŝe póki nie podejmie kolejnej próby zdobycia klejnotu, gry nie 
zaniecha. I właśnie wtedy go dopadnę. 
   Virginia nagle wstała. Przecinając pokój podeszła do kominka i przemówiła lodowatym jak stal głosem: 
   — Pewnego faktu nie bierze pan pod uwagę, panie Lemoine. Anthony Cade nie był jedynym spośród gości, który 
tajemniczo się ulotnił. 
   — To znaczy, madame? 
   — śe to wszystko, co pan powiedział, moŜe się równie dobrze odnosić do innej osoby. A mianowicie do pana 
Hirama Fisha. 
   — Och, pan Fish! 
   — Tak, pan Fish. Czy tej pierwszej nocy nie powiedział nam pan, Ŝe Król Victor przybył niedawno z Ameryki do 
Anglii? A właśnie pan Fish przybył do Anglii z Ameryki. Co prawda miał ze sobą list polecający od powszechnie 
znanej osobistości, ale dla człowieka takiego jak Król Victor załatwienie sobie owego listu to naprawdę drobnostka. On 
na pewno nie jest tym, za kogo się podaje. Lord Caterham uczynił takie spostrzeŜenie, Ŝe kiedy pojawia się temat 
pierwszych edycji, które rzekomo były celem jego tu przyjazdu, on zawsze tylko słucha, nigdy w tej kwestii nie zabiera 
głosu. Jeszcze kilka faktów przemawia przeciw niemu. W nocy, kiedy popełniono morderstwo, w jego pokoju paliło się 

background image

 

84 

ś

wiatło. A teraz ten wieczór w sali obrad. Gdy spotkałam go na tarasie, był kompletnie ubrany. Właśnie on mógł 

upuścić tę kartkę. Pan nie widział, by uczynił to pan Cade. Pan Cade moŜe i pojechał do Dover. Jeśli tak, nietrudno 
będzie to ustalić. A jeśli został tam uprowadzony? Moim zdaniem poczynania pana Fisha są o wiele bardziej 
podejrzane. 
   Głos Fancuza zabrzmiał ostro: 
   — Z pani punktu widzenia, madame, moŜe to tak i wygląda. Nie będę się wdawał w dyskusję. I przyznaję pani rację, 
Ŝ

e pan Fish nie jest tym, za kogo się podaje. 

   — Więc kim? 
   — Widzi pani, pan Fish jest… amerykańskim detektywem. 
   — Co?! — wykrzyknął lord Caterham. 
   — Tak, milordzie. Przyjechał tu, by schwytać Króla Victora. Ja oraz inspektor Battle wiemy o tym dopiero od 
niedawna. 
   Virginia nie odezwała się słowem. Usiadła powoli na swoim miejscu. Te kilka słów obróciły w perzynę całą 
strukturę, którą z takim pietyzmem budowała. 
   — My wszyscy zakładaliśmy, proszę pani — ciągnął Lemoine — Ŝe Król Victor przybędzie do „Chimneys”. Jest to 
jedyne miejsce, gdzie uda się nam go złapać — nie mieliśmy co do tego wątpliwości. 
   Virginia spojrzała na niego dziwnie rozjarzonymi oczami i nagle roześmiała się. 
   — Jeszcze go pan jednak nie schwytał — rzekła. 
   Lemoine popatrzył na nią z zaciekawieniem. 
   — Nie, madame. Ale schwytam. 
   — On jest, zdaje się, znany z tego, Ŝe umie wyprowadzać ludzi w pole, prawda? 
   Twarz Francuza pociemniała z gniewu. 
   — Tym razem stanie się inaczej — wycedził przez zęby. 
   — To bardzo atrakcyjny chłopak — stwierdził lord Caterham. — Bardzo. Ale, ale, Virginio, dlaczego powiedziałaś, 
Ŝ

e on jest twoim starym przyjacielem? 

   — OtóŜ właśnie — rzekła Virginia z kamiennym spokojem. — Dlatego przypuszczam, Ŝe pan Lemoine nie ma racji. 
   I zmierzyła ostrym spojrzeniem detektywa, który absolutnie nie wyglądał na człowieka zbitego z tropu. 
   — Czas pokaŜe, madame — powiedział. 
   — Czy pan sugeruje, Ŝe to on zastrzelił księcia Michaela? — zapytał po chwili. 
   — Oczywiście. 
   Virginia energicznie potrząsnęła głową. 
   — Nic podobnego! — powiedziała. — Nic podobnego! Tej jednej rzeczy jestem całkowicie pewna. Anthony Cade 
nie zabił księcia Michaela. 
   Lemoine bacznie ją obserwował. 
   — Niewykluczone, za ma pani rację, madame — wyrzekł powoli. — Istnieje po prostu taka moŜliwość, to wszystko. 
Wykonawcą jego rozkazów mógł być ten Herzoslovak Boris, który oddał strzał. Kto to wie, ksiąŜę Michael mógł mu 
wyrządzić jakąś wielką krzywdę i facet szukał zemsty. 
   — Ma wygląd typa spod ciemnej gwiazdy — zgodził się lord Caterham. — Przypuszczam, Ŝe słuŜące piszczą, gdy 
mija je na korytarzu. 
   — Muszę juŜ iść — powiedział Lemoine. — Moim obowiązkiem było powiedzieć panu, milordzie, jak się sprawy 
przedstawiają. 
   — Bardzo to miłe z pańskiej strony — odrzekł lord Caterham. — Z pewnością nie reflektuje pan na drinka. Wobec 
tego dobranoc. 
   — Nie cierpię tego człowieka z tą jego wymuskaną czarną bródką i binoklami — oświadczyła Bundle, gdy tylko 
drzwi się za nim zamknęły. — Mam nadzieję, Ŝe Anthony go wykiwa. Chciałabym zobaczyć, jak się wije z 
wściekłości. A co ty, Virginio, o tym wszystkim sądzisz? 
   — Nie wiem — odparła Virginia. — Jestem zmęczona. Idę spać. 
   — Niezła myśl — stwierdził lord Caterham. — Jest juŜ wpół do dwunastej. 
   Gdy Virginia przemierzała obszerny hali, zdołała dostrzec czyjeś szerokie plecy, chyba skądś jej znane, których 
właściciel wymknął się dyskretnie bocznymi drzwiami. 
   — Inspektorze Battle! — zawołała władczym tonem. 
   Inspektor, bo to istotnie był on, z niejakim ociąganiem zmienił kierunek. 
   — Słucham panią. 
   — Był tu pan Lemoine. Oznajmił nam… Proszę mi powiedzieć, czy tak jest w istocie, czy to prawda, Ŝe pan Fish jest 
amerykańskim detektywem? 
   Inspektor Battle skinął głową. 
   — Tak, to prawda. 
   — Wiedział pan o tym od początku? 
   Inspektor znowu potwierdził. Virginia zawróciła w stronę schodów. 
   — Rozumiem — powiedziała. — Dziękuję panu. 

background image

 

85 

   AŜ do tej chwili nie mogła w to uwierzyć. 
   A teraz…? 
   Siedząc w swoim pokoju przed toaletką zastanawiała się dogłębnie nad całą sprawą. KaŜde wypowiedziane przez 
Anthony’ego słowo nabierało teraz dla niej nowego znaczenia. Co on wówczas rozumiał pod określeniem „zawód”? 
Porzucił zawód. A potem… 
   Dziwny dźwięk zakłócił tok jej medytacji. Drgnęła i uniosła głowę. Jej mały, złoty zegarek wskazywał godzinę 
pierwszą z okładem. Prawie dwie godziny siedziała pogrąŜona w myślach. 
   Dźwięk rozległ się znowu. Ostry stuk w szybę. Virginia podeszła do okna i otworzyła je na ościeŜ. W dole stał na 
ś

cieŜce wysoki męŜczyzna, który schylił się, juŜ na jej oczach, po garść Ŝwiru. 

   Przez chwilę serce Virginii biło szybszym rytmem, ale zaraz rozpoznała masywną, prostokątną sylwetkę 
Herzoslovaka Borisa. 
   — Halo — powiedziała cicho. — O co chodzi? 
   W tym momencie nie wydało jej się dziwne, Ŝe Boris o tak późnej nocnej porze rzuca Ŝwirem w jej okno. 
   — O co chodzi? — powtórzyła ze zniecierpliwieniem. 
   — Przychodzę od mojego pana — mówił Boris stłumionym głosem, ale mimo to bardzo wyraźnie. — Przysłał mnie 
po panią. 
   Wygłosił ten komunikat tonem niezwykle rzeczowym. 
   — Po mnie? 
   — Tak. Mam panią do niego zaprowadzić. Napisał kartkę. Rzucę ją pani. 
   Virginia cofnęła się nieco i obciąŜony kamyczkiem skrawek papieru upadł dokładnie u jej stóp. Rozwinęła kartkę i 
przeczytała, co następuje: „Moja droga — pisał Anthony — znalazłem się w sytuacji krytycznej, ale liczę na to, Ŝe się 
wykaraskam. Zaufasz mi i przyjedziesz?” 
   Parę minut Virginia stała bez ruchu, czytając raz po raz te same słowa. 
   Uniosła głowę, wodząc wzrokiem po z przepychem urządzonej sypialni, jak gdyby widziała to wszystko po raz 
pierwszy. 
   Następnie wychyliła się z okna. 
   — Co mam robić? — zapytała. 
   — Detektywi są po drugiej stronie domu, przy drzwiach sali obrad. Niech pani zejdzie na dół i wyjdzie na zewnątrz 
bocznymi drzwiami. Będę tam. Samochód czeka na szosie. 
   Virginia skinęła głową w milczeniu. 
   Szybko się przebrała w beŜowy, trykotowy strój i włoŜyła na głowę mały, beŜowy, skórzany kapelusik. 
   Po czym, uśmiechając się kącikiem ust, napisała krótki list, zaadresowała go do Bundle i przypięła do poduszeczki na 
szpilki. 
   Zeszła chyłkiem po schodach i odryglowała boczne drzwi. Chwilę stała nieruchomo, następnie zaś, z uniesioną 
dumnie głową, podobnie jak to czynili jej przodkowie udający się na wyprawę krzyŜową, przekroczyła próg. 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY 
TRZYNASTY PAŹDZIERNIKA 
    
   Trzynastego października o dziesiątej rano, w środę, Anthony Cade wszedł do hotelu Harridge’a i zapytał o barona 
Lolopretjzyla, który zajmował tutaj apartament. 
   Po odpowiednio długim i nakazującym szacunek okresie oczekiwania poproszono Anthony’ego do wzmiankowanego 
apartamentu. Baron stał na dywaniku przed kominkiem w pełnej godności, sztywnej postawie. Mały kapitan Andrassy, 
zachowując postawę równie nienaganną, choć wyczuwało się w nim pewien odcień niechęci, był takŜe obecny. 
   Nastąpiły zwykłe w takiej sytuacji ukłony, trzaskanie obcasami oraz inne związane z etykietą poczynania. Anthony, 
jak na razie, wykazywał pełną znajomość konwenansów. 
   — Mam nadzieję, baronie, Ŝe wybaczy mi pan te wczesne odwiedziny — powiedział wesoło, kładąc na stoliku 
kapelusz i laskę. — Chcę panu bowiem zaproponować pewien mały interes. 
   — Ha! JakiŜ to? — zapytał baron. 
   Kapitan Andrassy, który nigdy się nie pozbył podejrzliwości, z jaką od początku traktował Anthony’ego, spojrzał 
czujnie na gościa. 
   — Interes — ciągnął Anthony — opiera się na dobrze znanym prawie podaŜy i popytu. Pan potrzebuje czegoś, co jest 
w posiadaniu drugiego człowieka. Jedyne, co naleŜy ustalić, to cena. 
   Baron spojrzał na niego z uwagą, ale słowem się nie odezwał. 
   — Szlachcic z Herzoslovakii i angielski dŜentelmen nie powinni mieć problemów z uzgodnieniem warunków — 
powiedział szybko Anthony. 
   Co mówiąc, nieco się zarumienił. Takie słowa nie przychodzą Anglikowi łatwo, ale zaobserwował juŜ przy innych 
okazjach, Ŝe tego typu frazeologia wywiera na barona ogromny wpływ. Tak teŜ się stało i tym razem — baron chwycił 
przynętę. 
   — OtóŜ właśnie — wyrzekł, kiwając z aprobatą głową. 

background image

 

86 

   — Absolutnie się z panem zgadzam. 
   Nawet kapitan Andrassy trochę się rozchmurzył i równieŜ skinął głową. 
   — Wspaniale — rzekł Anthony. — Nie będę więc owijał w bawełnę… 
   — Co takiego? — przerwał baron. — W jaką bawełnę? Nie rozumiem! 
   — To tylko takie powiedzenie, baronie. WyraŜając się wprost, pan potrzebuje tego, co my mamy. Okręt jest gotów, 
ale brakuje mu kapitana. Mówiąc o okręcie, mam na myśli Partię Lojalistów Herzoslovakii. W chwili obecnej pański 
program polityczny jest pozbawiony najwaŜniejszego punktu. Zabrakło panu księcia. I załóŜmy, powtarzam, załóŜmy, 
Ŝ

e ja panu tego księcia dostarczę… 

   Baron wytrzeszczył na niego oczy. 
   — Nic a nic pana nie rozumiem — oświadczył. 
   — Proszę pana—powiedział kapitan podkręcając wąsa gwałtownym ruchem. — To, co pan mówi, jest obraźliwe! 
   — Nic podobnego — zaprzeczył Anthony. — Staram się tylko panu pomóc. Popyt i podaŜ, pan rozumie. Sprawa jest 
czysta jak łza. Dostarczam ksiąŜąt autentycznych, zgodnie z zasadą handlową. JeŜeli dogadamy się co do warunków, 
przekona, się pan, Ŝe wszystko jest w jak największym porządku. Otrzymuje pan towar pierwszej jakości, bez pudła! 
   — śadną miarą nie mogę pana pojąć — powtórzył baron. 
   — To doprawdy nie ma znaczenia — rzekł Anthony łagodnym tonem. — WaŜne jest, by oswoił się pan z tą ideą. 
Mówiąc bez ogródek, mam coś w zanadrzu. Tylko brać. Pan potrzebuje księcia. Po spełnieniu określonych warunków 
podejmuję się go panu dostarczyć. 
   Baron i Andrassy wpatrywali się w niego ze zdumieniem. Anthony wziął kapelusz, laskę i szykował się do odejścia. 
   — Niech pan to sobie przemyśli. Jeszcze jedno, baronie. Dziś wieczór musi pan przyjechać do „Chimneys”, wraz z 
kapitanem Andrassym. Wydarzy się prawdopodobnie sporo ciekawych rzeczy. MoŜemy się umówić? Powiedzmy, o 
godzinie dziewiątej w sali obrad. Dziękuję panom, liczę, Ŝe panowie nie zawiodą. 
   Baron postąpił krok do przodu i spojrzał pytająco na Anthony’ego. 
   — Mam nadzieję — zaczął z godnością — Ŝe pan nie stroi sobie ze mnie Ŝartów? 
   Anthony obrócił ku niemu pełne powagi spojrzenie. 
   — Panie baronie — powiedział, a w jego głosie zabrzmiała osobliwa nuta — gdy minie ten wieczór, pan pierwszy 
przyzna, Ŝe ta sprawa zawiera o wiele więcej elementów powaŜnych niŜ Ŝartobliwych. 
   ZłoŜywszy ukłon opuścił pokój. 
   Następnie udał się do śródmieścia, gdzie przekazał swoją wizytówkę panu Hermanowi Isaacsteinowi. 
   Po paru godzinach Anthony został przyjęty przez elegancko ubranego, bladego młodzieńca o ujmujących manierach. 
   — Chciał się pan widzieć z panem Isaacsteinem, tak? — zapytał młody człowiek. — Niestety dziś rano jest bardzo 
zajęty, posiedzenia komisji i inne tego typu sprawy. MoŜe ja mógłbym coś dla pana zrobić? 
   — Muszę się z nim widzieć osobiście — powiedział Anthony i dodał od niechcenia: — Przyjechałem właśnie z 
„Chimneys”. 
   Wzmianka o „Chimneys” sprawiła, Ŝe młody człowiek nieco się zawahał. 
   — Ach tak… — rzekł głosem niepewnym. — Zobaczę, co się da zrobić. 
   — Proszę mu powiedzieć, Ŝe to waŜne — dorzucił Anthony. 
   — Posłanie od lorda Caterhama? — poddał młody człowiek. 
   — Coś w tym sensie — odparł Anthony. — Ale niezbędne jest, bym natychmiast zobaczył się z panem Isaacstełnem. 
   Po upływie dwóch minut zaprowadzono Anthony’ego do urządzonego z przepychem prywatnego gabinetu, gdzie 
dosłownie go poraził ogrom i niebywała głębia skórą obitych foteli. 
   Pan Isaacstein powstał na jego powitanie. 
   — Proszę mi wybaczyć, Ŝe tak uparcie nalegałem, by się z panem spotkać — powiedział Anthony. — Wiem, Ŝe jest 
pan człowiekiem bardzo zajętym, ale zajmę panu tylko tyle czasu, ile okaŜe się to konieczne. Jest pewna drobna 
sprawa, którą chcę panu przedłoŜyć. 
   Isaacstein przyglądał mu się chwilę Ŝ uwagą tymi swoimi oczkami jak paciorki. 
   — Cygaro? — zapytał niespodziewanie, wyciągając pudełko w stronę Anthony’ego. 
   — Dziękuję. Nie mam nic przeciwko temu. — Wziął cygaro. — Chodzi o sprawę związaną z Herzoslovakią — 
ciągnął, gdy gospodarz przypalił mu. ZauwaŜył nagły błysk w jego chłodnym spojrzeniu. — Morderstwo księcia 
Michaela pokrzyŜowało chyba czyjeś plany? 
   Pan Isaacstein podniósł jedną brew, mruknął pytającym tonem: „Tak?”, po czym przeniósł wzrok na sufit. 
   — Nafta — powiedział Anthony, przyglądając się z zadumą błyszczącemu blatowi biurka. — Cudowna rzecz ta 
nafta! 
   Wyczuł, Ŝe finansista drgnął lekko. 
   — Niech pan przystępuje do rzeczy, panie Cade. 
   — Proszę uprzejmie. Wydaje mi się, Ŝe gdyby te koncesje zostały przyznane innemu towarzystwu, nie byłby pan tym 
zachwycony, prawda? 
   — Co pan proponuje? — zapytał patrząc Anthony’emu prosto w oczy. 
   — Odpowiedniego pretendenta do tronu o probrytyjskim nastawieniu. 
   — Skąd go pan wytrzaśnie? 

background image

 

87 

   — To juŜ moja sprawa. 
   Isaacstein przyjął słowa Anthony’ego z lekkim uśmiechem, lecz jego spojrzenie stało się ostre, nieprzyjemne. 
   — Pewny towar? Nie mogę uczestniczyć w niepowaŜnych transakcjach. 
   — Absolutnie. 
   — Uczciwa gra? 
   — Uczciwa. 
   — Trzymam pana za słowo. 
   — Niewiele panu trzeba — powiedział Anthony spoglądając na niego z zaciekawieniem. 
   — Nie byłbym tym, kim jestem, gdybym nie wiedział, czy człowiek mówi prawdę czy kłamie — odparł po prostu. — 
Jakie pan stawia warunki? 
   — Taka sama zaliczka i na tych samych warunkach, jakie pan oferował księciu Michaelowi. 
   — A co pan ma dla mnie? 
   — Na razie nic poza prośbą, by przyjechał pan dziś wieczór do „Chimneys”. 
   — Niestety — odrzekł Isaacstein stanowczo. — Nie mogę. 
   — Dlaczego? 
   — Idę na kolację. WaŜną. 
   — Niemniej będzie pan chyba musiał ją odwołać, dla własnego dobra. 
   — Co chce pan przez to powiedzieć? 
   Anthony przyglądał mu się dobrą minutę, a potem powiedział wolno: 
   — Czy pan wie, Ŝe znaleźli rewolwer, z którego zastrzelono Michaela? A wie pan, gdzie znaleźli? W pańskiej 
walizce. 
   — Co?! 
   Isaacstein omal nie spadł z fotela. Twarz jego miała dziki wyraz. 
   — Co pan powiedział? Co to wszystko znaczy? 
   — Zaraz panu opowiem. 
   Anthony ochoczo zrelacjonował wydarzenia związane ze znalezieniem rewolweru. Gdy mówił, twarz gospodarza 
stawała się wskutek krańcowego przeraŜenia ziemistoszara. 
   — Czyste oszukaństwo — wychrypiał, gdy Anthony skończył mówić. — Nigdy go tam nie kładłem. Nic mi na ten 
temat nie wiadomo. To jakiś spisek. 
   — Niech się pan nie denerwuje — powiedział uspokajająco Anthony. — JeŜeli istotnie tak jest, łatwo pan udowodni 
swoją niewinność. 
   — . Udowodnię? W jaki sposób? 
   — Ja na pana miejscu — zaczął łagodnie Anthony —pojechałbym dziś wieczór do „Chimneys”. 
   Isaacstein spojrzał na niego z niedowierzaniem. 
   — Tak mi pan radzi? 
   Anthony pochylił się i coś mu szepnął. Finansista cofnął się gwałtownie, poraŜony zdumieniem i utkwił w nim 
wzrok. 
   — Pana zdaniem… 
   — Proszę przyjechać i przekonać się na własne oczy — rzekł Anthony. 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY 
TRZYNASTY PAŹDZIERNIKA (CIĄG DALSZY) 
    
   Zegar w sali obrad wybił godzinę dziewiątą. 
   — No i tak — powiedział lord Caterham z głębokim westchnieniem. — Stado bawiących się w chowanego, latają jak 
oszalali. — Rozejrzał się smętnie po pokoju. 
   — Kataryniarz z małpą — mruknął utkwiwszy wzrok w baronie. — Wścibski typ ze Throgmorton Street*. 
   — Jesteś wobec barona niesprawiedliwy — orzekła Bundle, która musiała tych zwierzeń wysłuchiwać. 
   — A on mi powiedział, Ŝe jego zdaniem jesteś wśród angielskiej haute noblesse* szczytem gościnności. 
   — Skłonny jestem twierdzić — powiedział lord Caterham — Ŝe on zawsze wygaduje takie rzeczy. Dlatego rozmowa 
z nim jest szczególnie męcząca. Ale muszę ci powiedzieć, Ŝe nie jestem juŜ teraz takim gościnnym angielskim 
dŜentelmenem jak dawniej. Jak tylko okaŜe się to moŜliwe, wynajmę „Chimneys” jakiemuś przedsiębiorczemu 
Amerykaninowi, a sam zamieszkam w hotelu. Jeśli tam ktoś mnie będzie zadręczał, poproszę o rachunek i wyprowadzę 
się. 
   — Nie upadaj na duchu — powiedziała Bundle. —A co do pana Fisha, to chyba straciliśmy go bezpowrotnie. 
   — Zawsze odnosiłem wraŜenie, Ŝe jest człowiekiem sympatycznym — oznajmił lord Caterham, który odznaczał się 
przekornym charakterem. — Tylko Ŝe to twój nieoceniony przyjaciel naciągnął mnie na to wszystko. Dlaczego to całe 
spotkanie musiało się odbyć w moim domu? Dlaczego nie wynajął „The Larches” albo „Elmhurst” lub jakiejś innej 
ładnej willi czy rezydencji jak ta w Streatham i nie urządził tam tego przyjęcia? 
   — Nie ta atmosfera — powiedziała Bundle. 

background image

 

88 

   — Mam błogą nadzieję, Ŝe nikt nie zamierza spłatać nam figla? — zapytał lord podenerwowanym tonem. 
   — Nie podoba mi się ten Francuz Lemoine. Francuską policję stać na róŜne dziwne wyskoki. Kładą człowiekowi na 
ramię gumowe opaski i odtwarzają przebieg zbrodni, i człowiek drga, i zostaje to zarejestrowane na termometrze. 
Wiem, Ŝe kiedy oni zawołają: „Kto zabił księcia Michaela?”, mój rejestr wykaŜe sto dwadzieścia dwa albo równie 
przeraŜającą liczbę, i od razu wsadzą mnie do więzienia. 
   Otworzyły się drzwi i Tredwell zaanonsował: 
   — Pan George Lomax. Pan Eversleigh. 
   — Pan, a za nim jego wierny pies — mruknęła Bundle. Bill podbiegł prosto do niej, podczas gdy George Lomax 
witał się z lordem jowialnie, którą to manierę stosował w czasie publicznych wystąpień. 
   — Mój drogi — powiedział potrząsając jego dłonią. 
   — Przekazano mi twoją prośbę i oczywiście zjawiam się natychmiast. 
   — Bardzo to ładnie z twojej strony, drogi chłopie, bardzo ładnie. Ogromnie rad cię widzę. — Lord Caterham, im 
gorzej był wobec kogoś usposobiony, tym większą mu okazywał Ŝyczliwość. — To nie była moja prośba, ale nie ma to 
Ŝ

adnego znaczenia. 

   Tymczasem Bill, zniŜywszy głos do szeptu, atakował Bundle: 
   — Co się tu dzieje? Podobno Virginia pomknęła gdzieś w środku nocy? Co to ma znaczyć? Czy ktoś ją porwał? 
   — AleŜ skąd — odparła Bundle. — Zostawiła kartkę i starodawnym zwyczajem przypięła ją do poduszeczki na 
szpilki. 
   — Czy uciekła z kimś? MoŜe z tym kolonialnym Johnnym? Nigdy nie darzyłem sympatią faceta i z tego, co słyszę, 
to podobno taka ewentualność wchodzi w grę, Ŝe właśnie on jest tym superoszustem. Ale nie wydaje mi się to moŜliwe. 
   — Dlaczego? 
   — Ten Król Victor jest Francuzem, a Cade to Anglik. 
   — Widzę, Ŝe nie dotarło do ciebie, Ŝe Król Victor jest znakomitym lingwistą, a ponadto pół–Irlandczykiem. 
   — O BoŜe! I dlatego zwiał? 
   — O tym, Ŝe zwiał, nic mi nie wiadomo. Jak wiesz, przedwczoraj zniknął. Ale dziś rano otrzymaliśmy od niego 
depeszę, Ŝe o godzinie dziewiątej wieczór tu będzie, zaznacza w niej takŜe, by Lomax był równieŜ obecny. Wszyscy ci 
ludzie stawili się w komplecie — na prośbę pana Cade’a. 
   — Doborowe towarzystwo — powiedział Bill rozglądając się wokół. — Francuski detektyw przy oknie, angielski 
przy kominku. Obca siła. Ale Gwiazdy i Paski nie są reprezentowane? 
   Bundle potrząsnęła głową. 
   — Pan Fish ulotnił się jak kamfora. Virginii teŜ nie ma. Lecz reszta się stawiła, i czuję przez skórę, Bill, Ŝe zbliŜamy 
się nieuchronnie do momentu, kiedy ktoś powie: „kurtyna w górę” i cała sprawa zostanie wyjaśniona. Czekamy teraz 
tylko na Anthony’ego Cade’a. 
   — On się tu nie pokaŜe. 
   — To po co całe to towarzyskie spotkanie, jak je określa mój ojciec? 
   — Kryje się za tym jakiś powaŜny zamysł. MoŜesz być pewna. Chciał zgromadzić nas wszystkich w jednym miejscu, 
podczas gdy on będzie w tym czasie gdzie indziej, znasz te metody… 
   — Sądzisz więc, Ŝe on nie przyjedzie? 
   — Nie ma obawy! Miałby sam włazić w paszczę lwa? PrzecieŜ tutaj aŜ się roi od detektywów i innych oficjałów. 
   — Mało wiesz o Królu Victorze, jeŜeli uwaŜasz, Ŝe mogłoby go to powstrzymać. Zgodnie z panującą o nim opinią 
ubóstwia takie sytuacje i zawsze wychodzi obronną ręką z opałów. 
   Bill Eversleigh potrząsnął głową z powątpiewaniem. 
   — Tym razem nie będzie to takie proste, z tym ładunkiem przeciwko niemu… On nigdy… 
   Drzwi znowu się otworzyły i Tredwell zaanonsował: 
   — Pan Cade. 
   Anthony podszedł od razu do pana domu. 
   — Milordzie — powiedział. — Przysporzyłem panu moc kłopotów, bardzo pana za to przepraszam. Ale ja naprawdę 
jestem przekonany, Ŝe dziś wieczór tajemnica się wyjaśni. 
   Wyglądało na to, Ŝe lord Caterham dał się udobruchać. W skrytości ducha zawsze miał słabość do Anthony’ego. 
   — Nie ma problemu — powiedział ciepło.  
   — Ogromnie pan łaskawy — powiedział Anthony. — Jesteśmy, zdaje się, w komplecie. A zatem mogę zaczynać. 
   — Nie rozumiem — powiedział z powagą George Lomax. — Nic z tego nie rozumiem. To wszystko jest 
nienormalne. Pan Cade to człowiek bez pozycji, bez Ŝadnej pozycji. A sytuacja jest bardzo trudna. Stoję na 
stanowisku… 
   Potok wymowy George’a został zatamowany. Przysuwając się dyskretnie do wielkiego człowieka, inspektor Battle 
szepnął mu do ucha parę słów. George był wyraźnie zdumiony i zbity z pantałyku. 
   — W porządku, jeŜeli pan tak uwaŜa — stwierdził z chłodną wstrzemięźliwością. — Wszyscy na pewno chętnie 
posłuchamy, co ma nam do powiedzenia pan Cade. 
   Anthony zignorował protekcjonalny niewątpliwie ton Lomaxa. 

background image

 

89 

   — Mam pewien pomysł, to wszystko — powiedział pogodnie. — Prawdopodobnie państwo wiedzą, Ŝe przed paru 
dniami odczytaliśmy list pisany szyfrem. Było tam wzmiankowane Richmond i parę cyfr. — Zamilkł na chwilę. — 
Próbowaliśmy rozwikłać ten węzeł i spudłowaliśmy. Następnie w pamiętnikach świętej pamięci hrabiego Stylptitcha 
(traf chciał, Ŝe je przeczytałem) mowa jest o pewnym obiedzie, „kwietnym” obiedzie, którego kaŜdy uczestnik nosił 
odznakę symbolizującą określony kwiat. Sam hrabia miał przypięty dokładny duplikat tego interesującego godła, które 
odkryliśmy w zagłębieniu w tym tajemnym przejściu. Symbolizował róŜę. Jak państwo pamiętają, znaleźliśmy tam 
szereg róŜnych rzeczy — karton guzików, kartkę z literami E i wreszcie kawałki dzianiny. Teraz, panowie, pytanie, co 
w tym domu stoi w rzędzie? KsiąŜki, nieprawdaŜ? Dodajmy do tego fakt, Ŝe w katalogu biblioteki lorda Caterhama 
widnieje ksiąŜka zatytułowana śycie hrabiego Richmonda i juŜ mamy bardzo zasadnicze domniemanie, gdzie znajduje 
się kryjówka. Zaczynając od wzmiankowanego tomu i posługując się liczbami odnoszącymi się do półek i ksiąŜek, 
stwierdzą państwo, jak przypuszczam, Ŝe obiekt waszych poszukiwań jest ukryty w atrapie ksiąŜki lub w zakamarku za 
określoną ksiąŜką. 
   Anthony rozejrzał się dokoła ze skromnym wyrazem twarzy, oczekując najwyraźniej aplauzu. 
   — Słowo daję, sprytnie pomyślane! — powiedział lord Caterham. 
   — Bardzo sprytnie — przyznał łaskawie George. — Pozostaje teraz… 
   Anthony się roześmiał. 
   — Przekonać się na własne oczy, tak? Dobrze, niedługo to państwu umoŜliwię. — Zerwał się na równe nogi. — Idę 
do biblioteki. 
   Nie uszedł daleko. Ruszył ku niemu spod okna monsieur Lemoine. 
   — Chwileczkę, panie Cade. Czy pan pozwoli, milordzie? Podszedł do biurka i napisał szybko kilka zdań. WłoŜył 
kartkę do koperty, po czym zadzwonił. Na odgłos dzwonka pojawił się Tredwell. Lemoine wręczył mu kopertę. 
   — Proszę przypilnować, Ŝeby bezzwłocznie dostarczono list. 
   — Dobrze, sir — odpowiedział Tredwell. Typowym dla niego, pełnym godności krokiem wyszedł z pokoju. 
   Anthony, który stal chwilę nie wiedząc, co począć, usiadł z powrotem. 
   — Jaki ma pan celny pomysł, Lemoine? — zapytał nagle potulnie. 
   Nagle atmosfera w pokoju stała się napięta. 
   — JeŜeli klejnot znajduje się w miejscu, w którym pan powiedział, to świetnie, leŜał tam przez ponad siedem lat, 
więc kwadrans wcześniej czy później nie odgrywa roli. 
   — Niech pan mówi dalej — rzekł Anthony. — To nie wszystko, co miał mi pan do zakomunikowania. 
   — Słusznie. W tym stanie rzeczy byłoby z mojej strony nierozsądne, gdybym pozwolił jakiejkolwiek osobie opuścić 
ten pokój. Szczególnie jeŜeli przeszłość tej osoby jest co najmniej niejasna. 
   Anthony uniósł pytająco brwi i zapalił papierosa. 
   — Domyślam się, Ŝe Ŝywot wagabundy nie budzi w panu szacunku — powiedział z nutą zadumy. 
   — Dwa miesiące temu był pan w Afryce Południowej. To jest sprawdzone. A gdzie pan był przedtem? 
   Anthony odchylił się na oparcie krzesła i puszczał od niechcenia kółka dymu. 
   — Kanada. Dziki północo–zachód. 
   — Czy aby na pewno nie w więzieniu? Francuskim? 
   Inspektor Battle automatycznie postąpił w stronę drzwi, jak gdyby chciał odciąć drogę uciekającemu, ale Anthony nie 
zdradzał ochoty do Ŝadnego dramatycznego czynu. 
   Przeciwnie, spojrzał uwaŜnie na francuskiego detektywa, a następnie wybuchł śmiechem. 
   — Nieszczęsny z pana człowiek! Jest pan doprawdy monomanem! Wszędzie pan widzi Króla Victora. Więc pan 
istotnie przypuszcza, Ŝe ja jestem tym interesującym dŜentelmenem? 
   — Zaprzecza pan temu? 
   Anthony strząsnął popiół z rękawa marynarki. 
   — Nigdy nie zaprzeczam temu, co mnie bawi — powiedział lekkim tonem. — Lecz to oskarŜenie jest juŜ zbyt 
zabawne. 
   — Tak pan uwaŜa? — Francuz pochylił się do przodu. Twarz skurczyła mu się boleśnie, a zarazem robił wraŜenie 
człowieka skonfundowanego i zawiedzionego, jak gdyby sposób bycia Cade’a wprawiał go w zakłopotanie. — A co 
pan na to powie, monsieur, Ŝe tym razem, tym razem schwytam Króla Victora i nic mnie przed tym nie zdoła 
powstrzymać? 
   — Bardzo to chwalebne — ocenił Anthony. — Miał pan ten zamiar juŜ przedtem, ale go pan nie zrealizował, prawda, 
Lemoine? On okazał się lepszy. I czy pan’ się czasem nie obawia, Ŝe historia się powtórzy? Podobno! i to niezwykle 
sprytny facet. 
   Rozmowa przekształciła się w dialog między detektywem i Anthonym. Atmosfera pełna była napięcia i kaŜdy zdawał 
sobie z tego sprawę. Trwała walka do upadłego między śmiertelnie powaŜnym Francuzem i człowiekiem palącym 
spokojnie papierosa, który, sądząc po jego słowach, absolutnie niczym się nie przejmował. 
   — Gdybym był na pana miejscu — ciągnął Anthony — zachowałbym daleko idącą czujność. Przedsięwziąłbym 
wszelkie środki ostroŜności i temu podobne. 
   — Tym razem — oświadczył posępnie Lemoine — nie popełnię błędu. 

background image

 

90 

   — Zdaje się, Ŝe jest pan bardzo tego pewny — powiedział Anthony. — Ale jak pan wie, istnieje taka rzecz jak 
dowód. 
   Lemoine uśmiechnął się i coś w tym uśmiechu przykuło uwagę Anthony’ego. Wyprostował się i zgasił papierosa. 
   — Widział pan, Ŝe coś pisałem, prawda? — zapytał francuski detektyw. — Pisałem do moich ludzi w zajeździe. 
Wczoraj otrzymałem z Francji odciski palców i namiary Króla Victora, tak zwanego kapitana O’Neila. Poleciłem, by 
mi je tu przysłano. Za parę minut dowiemy’ się, kim pan naprawdę jest! 
   Anthony przyjrzał mu się uwaŜnie. I po chwili lekki uśmiech rozjaśnił mu twarz. 
   — Pan jest rzeczywiście łebski facet, Lemoine. Nigdy bym nie przypuszczał. Otrzyma pan dokumenty, kaŜe mi pan 
włoŜyć palce do atramentu albo do czegoś równie paskudnego, zmierzy mi pan uszy i poszuka na moim ciele znaków 
szczególnych. I jeŜeli wszystko będzie się zgadzało… 
   — No? — zapytał Lemoine. — JeŜeli wszystko będzie się zgadzało? 
   Anthony, siedząc na krześle, pochylił się do przodu. 
   — A więc, jeŜeli wszystko będzie się zgadzało — powtórzył bardzo spokojnie — to co wówczas? 
   — Co wówczas? — Detektyw sprawiał wraŜenie, jakby zapomniał języka w gębie. —Wtedy… udowodnię, Ŝe jest 
pan Królem Victorem! 
   Po raz pierwszy w jego zachowaniu wyczuwało się cień niepewności. 
   — To niewątpliwie będzie dla pana wielka satysfakcja — powiedział Anthony. — Ale nie bardzo widzę, Ŝeby miało 
to zagraŜać mojej osobie. Ja się do niczego nie przyznaję, lecz przypuśćmy — w celu wszczęcia polemiki — Ŝe jestem 
Królem Victorem… Wtedy próbowałbym chyba okazywać skruchę. 
   — Skruchę? 
   — OtóŜ to. Niech się pan postara wejść w skórę Króla Victora. Proszę uruchomić wyobraźnię. Właśnie wyszedł pan 
z więzienia. Dobrze się panu powodzi. Minęły juŜ panu ciągoty do awanturniczego Ŝycia. Powiedzmy nawet, Ŝe poznał 
pan piękną dziewczynę. Myśli pan o oŜenku i osiedleniu się gdzieś na stałe, i uprawianiu warzyw. Postanawia pan, Ŝe 
od tej chwili będzie się pan prowadzić nienagannie. Czy moŜe się pan wczuć w jego sytuację? 
   — Nie widzę takiej potrzeby — odparł Lemoine z sardonicznym uśmiechem. 
   — Nie potrafiłby pan — orzekł Anthony. — Ale teŜ nie jest pan Królem Victorem. Nie ma pan prawdopodobnie 
pojęcia, co on moŜe czuć. 
   — To, co pan wygaduje, to czysty nonsens! — wyrzucił z siebie Francuz. 
   — O, nic podobnego! Słuchaj, Lemoine, gdybym był jednak Królem Victorem, to jakie zarzuty by pan w końcu mi 
wytoczył? O ile wiem, od najdawniejszych czasów, nie moŜe pan zdobyć potrzebnych dowodów. Odsiedziałem wyrok, 
to wszystko, co ma pan do powiedzenia. MoŜe mógłby mnie pan aresztować za francuski odpowiednik „wałęsania się z 
zamiarem popełnienia przestępstwa”, ale satysfakcję miałby pan mierną, nieprawdaŜ? 
   — Zapomniał pan o Ameryce! — powiedział Lemoine. — Co pan powie o tej sprawie dotyczącej zdobywania 
podstępem pieniędzy i podawania się za księcia Nicholasa Obolovitcha? 
   — Pudło, Lemoine — rzekł Anthony. — W tym czasie nie otarłem się nawet o Amerykę. I mogę to łatwo 
udowodnić. Jeśli Król Victor podszywał się w Ameryce pod księcia Nicholasa, to ja nie jestem Królem Victorem. Czy 
jest pan pewien, Ŝe się podszywał? śe to nie był on we własnej osobie? 
   Nagle wtrącił się inspektor Battle: 
   — To był istotnie oszust, panie Cade. 
   — Nie będę się z panem sprzeczał, inspektorze — powiedzą! Anthony. — Zgodnie z pańskim zwyczajem pan ma 
zawsze rację. Czy pan równieŜ twierdzi, Ŝe ksiąŜę Nicholas zmarł w Kongo? 
   Battle spojrzał na niego z zainteresowaniem. 
   — Głowy bym nie dał. Ale takie jest powszechne mniemanie. 
   — To się nazywa ostroŜny człowiek. Jak brzmi pańska dewiza? Swoboda działania, tak? Wziąłem z pana przykład. 
Dałem panu Lemoine’owi swobodę działania. Nie odpierałem jego oskarŜeń. Lecz mimo to obawiam się, Ŝe się 
rozczaruje. Widzi pan, ja zawsze lubię mieć coś w zanadrzu. Na wszelki wypadek, gdyby miały wyniknąć jakieś 
drobne nieprzyjemności, byłem na tyle przezorny, by zabrać ze sobą swoją kartę atutową. Ona, a właściwie on jest na 
górze. 
   — Na górze? — powtórzył lord Caterham wielce zaintrygowany. 
   — Tak. Biedny chłop przeŜywał ostatnio cięŜkie chwile. Ktoś zadał mu paskudny cios w głowę. Pielęgnowałem go. 
   Rozległ się nagle głęboki bas pana Isaacsteina: 
   — Czy mamy zgadywać, kto to jest? 
   — Jeśli państwo sobie tego Ŝyczą — odparł Anthony. 
   — Tylko Ŝe… 
   Lemoine przerwał mu zaskakująco gwałtownie: 
   — Wszystko to są bzdury. Znowu chce mnie pan zrobić w konia. MoŜe i prawda, Ŝe nie był pan w Ameryce. Jest pan 
za sprytny, by kłamać w takiej kwestii. Ale tu wchodzi w grę inna sprawa. Morderstwo! Tak, morderstwo. Morderstwo 
księcia Michaela. Wszedł do pokoju tej nocy, kiedy pan szukał klejnotu. 
   — Lemoine, czy panu nie wiadomo, Ŝe Król Victor nie uznaje mokrej roboty? — Głos Anthony’ego brzmiał ostro. 
— Wie pan dobrze, lepiej niŜ ja, Ŝe on nigdy nikogo nie zabił. 

background image

 

91 

   — Kto inny jak nie pan mógłby go zamordować! — wrzasnął Lemoine. — Proszę mi to powiedzieć! 
   Ostatnie słowo zamarło mu na wargach, gdyŜ z tarasu rozległ się przenikliwy gwizd. Anthony podskoczył. Cała jego 
nonszalancja zniknęła. 
   — Pyta mnie pan, kto zamordował księcia Michaela?! — krzyknął. — Nie powiem panu, ale panu pokaŜę. Czekałem 
na ten gwizd, to był sygnał. Morderca księcia Michaela znajduje się obecnie w bibliotece. 
   Wybiegł przez oszklone drzwi, reszta ruszyła za nim, aŜ dotarli tarasem do drzwi biblioteki. Pchał je, ustąpiły pod 
naciskiem jego dłoni. 
   Odchylił delikatnie grubą zasłonę, by wszyscy mogli zajrzeć do pokoju. 
   Stojąca przy szafie ciemna postać wyciągała pospiesznie ksiąŜki lub przesuwała je z miejsce na miejsce, i tak była 
tym pochłonięta, Ŝe nie docierał do niej Ŝaden dźwięk. 
   I wówczas, gdy tak stali wpatrzeni w sylwetkę rysującą się niewyraźnie na tle blasku trzymanej przez tę osobę latarki, 
starając się rozpoznać, kto to jest — ktoś wydał za ich plecami dziki wrzask. 
   Latarka upadła na ziemię, zgasła i w pokoju rozległy się odgłosy zaciekłej walki. Lord Caterham doszedł po omacku 
do wyłącznika i zapalił światło. 
   Dwie postacie przymierzały się do ataku. I wtedy nastąpił koniec. Krótki, ostry strzał z pistoletu i mniejsza postać 
skuliła się i upadła. Druga postać obróciła się twarzą do nich — był to Boris, jego oczy miotały wściekłe błyski. 
   — Ona zabiła mego pana! — ryknął. — A teraz chciała mnie zastrzelić. Odebrałbym jej pistolet i zastrzelił ją, ale w 
trakcie walki broń sama wypaliła. Święty Michael tak chciał. Zła kobieta nie Ŝyje. 
   — Kobieta?! —wykrzyknął George Lomax. 
   Podeszli bliŜej. Na podłodze, z pistoletem wciąŜ zaciśniętym w dłoni, z zastygłą na twarzy złością leŜała — 
mademoiselle Brun. 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY 
KRÓL VICTOR 
    
   — Od samego początku ją podejrzewałem — tłumaczył Anthony. — Tej nocy, gdy popełniono morderstwo, w jej 
pokoju paliło się światło. Potem zacząłem mieć wątpliwości. Pojechałem do Bretanii, by zaciągnąć o niej informacji, i 
wróciłem zadowolony, Ŝe okazała się tą osobą, za jaką się podawała. Byłem głupi. Mademoiselle Brun istotnie 
pracowała u hrabiny de Bretuil, która wyraŜała się o niej nadzwyczaj pochlebnie, ale skąd mogłem przypuszczać, Ŝe 
prawdziwa mademoiselle Brun w drodze do nowego chlebodawcy została porwana i Ŝe na jej miejsce podstawiono 
kogoś innego. Tak więc wszystkie swoje podejrzenia przeniosłem na osobę pana Fisha. Dopiero kiedy pojechał za mną 
do Dover i odbyliśmy szczerą rozmowę, przejrzałem na oczy. Skoro dowiedziałem się, Ŝe jest amerykańskim 
wywiadowcą, tropiącym Króla Victora, moje podejrzenia zwróciły się znowu ku temu oryginalnemu obiektowi. 
   Najbardziej nękał mnie fakt, Ŝe pani Revel stwierdziła z całą stanowczością, iŜ rozpoznała tę kobietę. Potem sobie 
przypomniałem, Ŝe stało się to dopiero wtedy, gdy napomknąłem, iŜ mademoiselle Brun była guwernantką u pani de 
Bretuil. Jedyne, co wówczas pani Revel powiedziała, to to, Ŝe widocznie stąd twarz kobiety jest jej znana. Inspektor 
Battle powie państwu, Ŝe uknuto wymyślną intrygę, by powstrzymać panią Ravel przed przyjazdem do „Chimneys”. 
PosłuŜono się w tym celu ni mniej, ni więcej, tylko trupem. I choć morderstwo było dziełem Towarzyszy Czerwonej 
Ręki, mszczących się prawdopodobnie za zdradę, sposób, w jaki to zainscenizowali, oraz brak pieczęci Czerwonej Ręki 
wskazują niezbicie na wybitnie inteligentnego organizatora całej operacji. Od początku podejrzewałem, Ŝe istnieją tu 
jakieś powiązania z Herzoslovakią. Pani Revel była jedyną osobą spośród gości, która swego czasu przebywała w tym 
kraju. Myślałem najpierw, Ŝe ktoś podszywa się pod księcia Michaela, ale ta hipoteza okazała się całkowitym 
niewypałem. Kiedy zastanawiałem się, czy czasem mademoiselle Brun nie jest owym przestępcą, i dodałem do tego 
słowa pani Revel, Ŝe twarz mademoiselle jest jej znana, zacząłem przeglądać na oczy. Naturalnie ogromnie waŜną 
rzeczą było to, aby mademoiselle nie została. rozpoznana, a pani Revel była jedyną osobą, która mogłaby to uczynić. 
   — Ale kim ona jest? — zapytał lord Caterham. — Kobietą, którą pani Revel poznała w Herzoslovakii? 
   — Sądzę, Ŝe baron zechce nam to wyjaśnić — powiedział Anthony. 
   — Ja? — Baron spojrzał na niego stropiony, po czym przeniósł wzrok na leŜącą nieruchomo niewiastę. 
   — Niech pan nie da się zwieść makijaŜowi — uprzedził Anthony. — Proszę pamiętać, Ŝe była aktorką. 
   Baron znów wytrzeszczył na niego oczy. Raptem drgnął. 
   — BoŜe święty! — wy sapał. — PrzecieŜ to niemoŜliwe! 
   — Co jest niemoŜliwe? — zapytał George. — Kim jest;: ta pani? Poznaje pan ją, baronie? 
   — Nie, nie, to niemoŜliwe — mruczał pod nosem baron. — Ją zamordowano. Oboje zostali zamordowani! Na 
stopniach pałacu. Znaleziono jej zwłoki. 
   — Okaleczone i nie do zidentyfikowania — przypomniał Anthony. — Dzięki temu udało jej się dokonać pewnej 
mistyfikacji. Przypuszczam, Ŝe wyjechała do Ameryki i ładnych parę lat ukrywała się, nękana śmiertelną obawą przed 
Towarzyszami Czerwonej Ręki. Proszę pamiętać, Ŝe to oni wywołali w Herzoslovakii rewolucję i zawsze mieli do tej 
kobiety pretensje. Po pewnym czasie zwolniono z więzienia Króla Victora, i postanowili razem zdobyć klejnot. Tej 
właśnie nocy, szukając skrytki, wpadła niespodziewanie na księcia Michaela, który ją rozpoznał. W zwykłym trybie 
moŜliwość spotkania go była raczej znikoma. Utytułowani goście rezydencji nie mają kontaktu z guwernantkami, 

background image

 

92 

ponadto zawsze mogła zamknąć się u siebie, wymawiając się migreną, tak jak to zrobiła tego dnia, gdy przybył tu pan 
baron… JednakŜe spotkała się z księciem Michaelem twarzą w twarz w momencie zupełnie nieoczekiwanym. Została 
zdemaskowana, groziło jej najgorsze. Zastrzeliła go. To ona umieściła broń w walizce Isaacsteina, by zmylić ślad, i ona 
właśnie podrzuciła listy. 
   Lemoine postąpił parę kroków do przodu. 
   — Powiada pan, Ŝe tej nocy zeszła na dół, by szukać klejnotu? — zapytał. — A moŜe zamierzała spotkać się ze 
swoim kumplem, Królem Victorem, który przybywał z zewnątrz? Co pan na to? 
   Anthony westchnął. 
   — A pan wciąŜ swoje, mój drogi Lemoine! Uparty z pana człowiek.— Nie przyjął pan do wiadomości, Ŝe zawsze 
mam w zanadrzu kartę atutową? 
   George, którego umysł pracował na wolnych obrotach, wtrącił: 
   — Mam kompletny chaos w głowie. Kim jest ta pani, baronie? Zdaje się, Ŝe pan ją rozpoznał? 
   Baron uniósł głowę i wyprostował się na całą swoją wysokość. 
   — Myli się pan, panie Lomax. O ile pamiętam, nigdy przedtem tej pani nie widziałem. Ta osoba nie jest mi znana. 
   — Ale… 
   George spojrzał na niego ze zdumieniem, kompletnie zbity z tropu. 
   Baron zaciągnął go do kąta i szepnął mu coś na ucho. Anthony przyglądał się uradowany, jak twarz George’a staje 
się purpurowa, oczy wyłaŜą mu z orbit i sprawia wraŜenie, jakby miał zaraz dostać apopleksji. Dotarł do niego 
gardłowy pomruk: 
   — Niewątpliwie… niewątpliwie… a jakŜe… nie ma potrzeby… skomplikowana sytuacja… najdalej posunięta 
dyskrecja. 
   — Ale mnie to nic nie obchodzi! — Lemoine walnął pięścią w stół. — Morderstwo księcia Michaela to nie moja 
sprawa. Ja muszę mieć Króla Victora! 
   Anthony potrząsnął nieznacznie głową. 
   — Przykro mi w pana imieniu, Lemoine. Pan jest naprawdę zdolny facet. JednakŜe traci pan chyba węch. Niebawem 
zagram moją atutową kartą. 
   Przemierzył pokój i zadzwonił. W drzwiach pojawił się Tredwell. 
   — Dziś wieczór przyjechał tu ze mną pewien dŜentelmen — powiedział do niego Anthony. 
   — Tak, sir, cudzoziemski dŜentelmen. 
   — Zgadza się. Poproś go, Ŝeby moŜliwie najszybciej przyszedł tu do nas. 
   — Dobrze, sir. Tredwell zniknął. 
   — Odkrycie pierwszej karty atutowej to tajemniczy monsieur X — oznajmił Anthony. — Kim on jest? Kto zgadnie? 
   — Logicznie rozumując — zaczął Herman Isaacstein — jeśli się weźmie pod uwagę pańskie tajemnicze aluzje dzisiaj 
rano, a takŜe stanowisko, jakie pan zajął dzisiejszego popołudnia, nie powinno się mieć Ŝadnych wątpliwości. W jakiś 
niewytłumaczalny sposób udało się panu przechwycić księcia Nicholasa z Herzoslovakii. 
   — Czy podziela pan ten pogląd, baronie? 
   — Tak. JeŜeli oczywiście nie podstawia pan kolejnego oszusta. Ale nie sądzę. Jeśli idzie o mnie, to grał pan 
honorowo. 
   — Dziękuję, baronie. Będę miał w pamięci pańskie słowa. Wszyscy państwo są tego samego zdania na temat 
monsieur X? 
   Przesunął wzrokiem po kręgu otaczających go twarzy. Jedynie Lemoine nie zareagował — siedział z posępną miną. 
Oczy miał utkwione w blacie stołu. 
   Wyostrzony słuch Anthony’ego wyłowił odgłos kroków w hallu. 
   — I wyobraźcie sobie państwo — rzekł z dziwnym uśmiechem — Ŝe wszyscy są w błędzie. 
   PodąŜył szybko ku drzwiom i otworzył je szeroko. 
   Na progu stał męŜczyzna — z ładnie przystrzyŜoną czarną bródką, w binoklach, o wymuskanej prezencji, które to 
wraŜenie psuł nieco bandaŜ owinięty wokół głowy. 
   — Pozwólcie państwo, Ŝe przedstawię wam prawdziwego monsieur Lemoine’a z S?reté. 
   Zakotłowało się w pokoju, powstał straszliwy harmider, po czym od strony oszklonych drzwi rozległ się głos pana 
Hirama Fisha, brzmiący sympatycznie i uspokajająco: 
   — Nie, synku, nie tędy. Trwałem na tym stanowisku przez cały wieczór, a przyświecał mi zboŜny cel zapobieŜenia 
twojej ucieczce. Przekonasz się, Ŝe moja broń świetnie jest w ciebie wycelowana. Przybyłem tu, Ŝeby cię dostać, i 
dostałem cię — ale faktycznie zuch z ciebie! 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DZIEWIĄTY 
DALSZE WYJAŚNIENIA 
    
   — Winien nam pan jednak wyjaśnienie — powiedział tegoŜ wieczoru, lecz trochę później, Herman Isaacstein, 
zwracając się do Anthony’ego. 

background image

 

93 

   — Nie ma specjalnie co wyjaśniać — odrzekł ten skromnie. — Pojechałem do Dover, Fish podąŜył za mną, 
podejrzewając, Ŝe to ja jestem Królem Victorem. Zastaliśmy uwięzionego tam tajemniczego cudzoziemca i gdy 
opowiedział nam swoją historię, byliśmy juŜ w domu. Ten sam motyw, jak państwo widzą. Osobę autentyczną 
porwano, a podstawiona — w tym wypadku Król Victor — odgrywa jego rolę. Wydaje mi się jednak, Ŝe inspektor 
Battle miał do swego francuskiego kolegi jakieś zastrzeŜenia, skoro zadepeszował do ParyŜa, prosząc o jego odciski 
palców i inne znaki szczególne. 
   — Ach tak! — wykrzyknął baron. — Odciski palców. Namiary, o których mówi ten łotr! 
   — To był mądry pomysł — powiedział Anthony. 
   — Tak mi się spodobał, Ŝe postanowiłem go wykorzystać. Poza tym moje poczynania zabiły klina fałszywemu 
Lemoine’owi. Skoro tylko podałem informację o „rzędach” i gdzie naprawdę klejnot jest ukryty, robił wszystko, by te 
wieści dotarły do jego wspólniczki, trzymając nas zarazem w tym pokoju. List był istotnie przeznaczony dla 
mademoiselle Brun. Polecił Tredwellowi dostarczyć go jej natychmiast, co Tredwell uczynił, niosąc list na górę, do 
pokoju lekcyjnego. Lemoine oskarŜył mnie, Ŝe jestem Królem Victorem, zwracając w ten sposób uwagę wszystkich w 
złym kierunku i motywując tym zakaz opuszczania pokoju. Gdy sprawa się wyjaśniła i udaliśmy się do biblioteki w 
poszukiwaniu klejnotu, cieszył się w duchu tym, Ŝe klejnotu juŜ tam nie odnajdziemy. George odchrząknął. 
   — Muszę przyznać, panie Cade — powiedział pompatycznie — Ŝe osądzam pańską działalność w tej materii jako 
wysoce naganną. Gdyby pańskie plany uległy bodaj najdrobniejszemu zakłóceniu, jeden z naszych skarbów 
narodowych mógłby zostać bezpowrotnie stracony. To szaleństwo, proszę pana, niesłychane szaleństwo! 
   — Wygląda na to, Ŝe nie pojął pan sedna sprawy ^cedząc słowa odezwał się pan Fish. — Ów historyczny klejnot 
nigdy nie znajdował się w bibliotece, między ksiąŜkami. 
   — Jak to?! 
   — Nigdy! 
   — Widzi pan — podjął Anthony — posługując się drobnym wybiegiem hrabia Stylptitch w istocie rzeczy wskazywał 
na róŜę. Gdy w poniedziałek po południu zaświtała mi w głowie ta myśl, pospieszyłem od razu do ogrodu róŜ. Pan Fish 
wpadł juŜ na to wcześniej. JeŜeli, stojąc tyłem do zegara słonecznego, odmierzymy siedem kroków do przodu, potem 
osiem na lewo i trzy na prawo, dojdziemy do krzaka jasnoczerwonych róŜ o nazwie Richmond. W poszukiwaniu 
kryjówki przetrząśnięto cały dom, ale nikomu nie przyszło do głowy przetrząsnąć ogród. Proponowałbym jutro rano 
zabawić się w kopanie. 
   — A ta historia o ksiąŜkach w bibliotece… 
   — Zastawiłem pułapkę na ową panią. Pan Fish trzymał straŜ na tarasie i w odpowiednim momencie zagwizdał. 
Ś

miało mogę powiedzieć, Ŝe wraz z panem Fishem zarządziliśmy w domu w Dover stan wojenny, dzięki czemu udało 

się zapobiec kontaktom Towarzyszy z fałszywym Lemoine’em. Ten przesłał im rozkaz, by się ulotnili, i otrzymał 
wiadomość, Ŝe tak się stało. Tak więc przystąpił radośnie do dalszej realizacji swego planu, a mianowicie do 
zdemaskowania mnie. 
   — No dobrze, dobrze — powiedział ochoczo lord Caterham — wszystko się przecieŜ szczęśliwie wyjaśniło. 
   — Z wyjątkiem jednej rzeczy — rzekł pan Isaacstein. 
   — Jakiej? 
   Wielki finansista obrzucił Anthony’ego powaŜnym spojrzeniem. 
   — Po co mnie pan tu ściągnął? Bym jako widz asystował temu dramatycznemu spektaklowi? 
   Anthony potrząsnął głową. 
   — Nie, proszę pana. Pan jest człowiekiem interesu, dla pana czas to pieniądz. Jaki był pierwotny cel pana tu 
przyjazdu? 
   — Negocjacje w sprawie poŜyczki. 
   — Z kim? ‘ 
   — Z księciem Michaelem z Herzoslovakii. 
   — No tak. Ale ksiąŜę Michael nie Ŝyje. Czy jest pan nastawiony na to, by taką samą poŜyczkę na tych samych 
warunkach zaoferować jego kuzynowi Nicholasowi? 
   — Zamierza go pan stworzyć? Sądziłem, Ŝe został zabity w Kongo. 
   — Słusznie, został zabity. Ja go zabiłem. Och, nie, nie jestem mordercą. Mówiąc, Ŝe go zabiłem, miałem na myśli to, 
Ŝ

e rozpowszechniłem wiadomość o jego śmierci. Obiecuję panu księcia. Zgoda? 

   — Pan…? 
   — Tak, ja nim jestem. Nicholas Sergius Alexander Ferdinand Obolovitsch. Za długie to było jak na mój przyszły tryb 
Ŝ

ycia, wobec tego wyłoniłem się z Kongo jako zwykły Anthony Cade. 

   Mały kapitan Andrassy aŜ podskoczył. 
   — Nie do wiary, wprost nie do wiary — bełkotał. 
   — Sam pan nie wie, co mówi! 
   — Mogę panu dostarczyć mnóstwo dowodów — powiedział Anthony spokojnie. — Myślę teŜ, Ŝe uda mi się 
przekonać pana barona. 
   Baron uniósł w górę rękę. 

background image

 

94 

   — Tak, mogę się przyjrzeć pańskim dowodom. Ale one mi niepotrzebne. Pańskie słowo mi wystarcza. Ponadto do 
swojej angielskiej matki podobny pan jest. Wszem wobec głosiłem: Ten młody człowiek po mieczu lub kądzieli 
wysoko jest na pewno urodzony. 
   — Pan zawsze ufał moim słowom, baronie — przyznał Anthony. — Zapewniam pana, Ŝe w dniach, które nadejdą, 
będę o tym pamiętał. 
   Tu spojrzał na inspektora Battle’a, którego twarz, jak zawsze, była kompletnie bez wyrazu. 
   — Domyśla się pan — rzekł Anthony z uśmiechem — Ŝe moja sytuacja była w najwyŜszym stopniu ryzykowna. Ja 
jeden spośród gości tego domu mogłem mieć powód, by źle Ŝyczyć Michaelowi Obolovitchowi, albowiem byłem 
następnym kandydatem do tronu. Przez cały czas ogromnie się obawiałem inspektora Battle’a. WciąŜ czułem, Ŝe on 
mnie podejrzewa i tylko brak motywów wiąŜe mu ręce. 
   — Ani przez chwilę nie sądziłem, Ŝe pan go zastrzelił — oświadczył inspektor. — W takich sprawach mamy nosa. 
Wiedziałem jednak, Ŝe pan się czegoś obawia, a ponadto intrygował mnie pan. Gdybym wiedział wcześniej, kim pan 
naprawdę jest, moŜe wtedy, pod presją okoliczności, aresztowałbym pana. 
   — Rad jestem wobec tego, Ŝe zataiłem przed panem ten obciąŜający mnie fakt. Wszystko inne gładko pan ze mnie 
wydobył. Jest pan cholernie dobrym fachowcem, inspektorze. Od tej pory będę Ŝywił dla Scotland Yardu głęboki 
szacunek. 
   — Zdumiewające! — mamrotał George. — Równie zdumiewającej historii w Ŝyciu nie słyszałem. Z trudem… Z 
trudem daję temu wiarę. Ma pan absolutną rację, baronie, Ŝe… 
   — Drogi panie Lomax — powiedział Anthony odrobinę surowym tonem. — Nie mam zamiaru prosić Brytyjskiego 
Ministerstwa Spraw Zagranicznych, by poparło moje roszczenia bez uprzedniej prezentacji najbardziej przekonujących 
dokumentów. Proponuję natomiast omówienie z panami — z panem, panem baronem i panem Isaacsteinem — 
warunków wiadomej poŜyczki. 
   Baron zerwał się na równe nogi i trzasnął obcasami. 
   — Będzie to najdonioślejszy moment w moim Ŝyciu — powiedział uroczyście — gdy się przekonam, Ŝe został pan 
królem Herzoslovakii! 
   — O właśnie, baronie — rzekł od niechcenia Anthony, biorąc go pod ramię. — Zapomniałem panu powiedzieć. Jest 
jeszcze jedna sprawa. Jestem Ŝonaty, wie pan… 
   Baron cofnął się dwa kroki. Na jego twarzy odmalowało się zakłopotanie. 
   — Czułem, Ŝe coś złego się szykuje! — huknął. 
   — Święty BoŜe w niebiesiech! On się oŜenił w Afryce z czarną kobietą! 
   — Chwileczkę, chwileczkę, nie jest aŜ tak źle — powiedział Anthony ze śmiechem. — Ona jest biała, dzięki Bogu, 
biała od stóp do głów. 
   — Całe szczęście. A więc godna szacunku morganatyczna połowica. 
   — Nic podobnego. Ona będzie królową przy moim majestacie. Potrząsanie głową na nic się nie zda. Ta osoba ma 
pełne kwalifikacje do zajęcia takiego stanowiska. Jest córką angielskiego para, którego rodowód sięga czasów 
Wilhelma Zdobywcy. Modne są wśród królów małŜeństwa z arystokratkami, a ponadto ona zna co nieco 
Herzoslovakię. 
   — O BoŜe! — wykrzyknął George Lomax, nie dobierając juŜ swoim zwyczajem słów. — CzyŜby… czyŜby Virginia 
Revel? 
   — Tak — odparł Anthony. — Virginia Revel. 
   — Drogi chłopcze! — zawołał lord Caterham. — To znaczy, wielce szanowny panie, moje gratulacje. Z całego serca. 
To urocze stworzenie. 
   — Dziękuję, milordzie — rzekł Anthony. — Ma pan rację, nawet po stokroć. 
   Pan Isaacstein tymczasem przyglądał się Anthony’emu z zaciekawieniem. 
   — Wybaczy mi wasza wysokość pytanie, ale kiedy owo małŜeństwo zostało zawarte? 
   Anthony uśmiechnął się spoglądając w jego stronę. 
   — Szczerze mówiąc — odparł — to wzięliśmy ślub dziś rano. 
 
ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY 
ANTHONY ANGAśUJE SIĘ DO NOWEJ PRACY 
    
   — Idźcie, panowie, a ja za chwilę do was dołączę — powiedział Anthony. 
   Poczekał, aŜ wymaszerują z pokoju, po czym ruszył w stronę inspektora Battle’a pochłoniętego najwyraźniej 
oglądaniem boazerii. 
   — Chciałby mnie pan o coś zapytać, inspektorze, tak? 
   — Owszem, ale skąd pan o tym wie? Od dawna zauwaŜyłem, Ŝe ma pan szybki refleks. Rozumiem, Ŝe lady, która nie 
Ŝ

yje, to świętej pamięci królowa Varaga? 

   — Tak, Battle. Mam nadzieję, Ŝe uda się to zatuszować. Rozumie pan, Ŝe mam uraz na punkcie trupów w rodzinie. 
   — W tej kwestii proszę zaufać panu Lomaxowi. Nikt o niczym się nie dowie. To prawda, sporo ludzi wie juŜ o tym, 
ale rzecz się dalej nie rozejdzie. 

background image

 

95 

   — Czy chodziło panu o królową Varagę? 
   — Nie, tamto pytanie zadałem mimochodem. Ciekawi mnie mianowicie, jeŜeli nie za wiele sobie pozwalam, co pana 
zmusiło do wyrzeczenia się własnej osoby? 
   — Absolutnie nie za wiele. Powiem panu. Zabiłem siebie z prostych powodów. Moja matka była Angielką, ja się 
wychowałem w Anglii i o wiele bardziej bliska mi była Anglia niŜ Herzoslovakia. Czułem się idiotycznie, wędrując po 
ś

wiecie z tym komicznym, niczym w farsie, tytułem na karku. Kiedy byłem młody, wie pan, wyznawałem ideały 

demokracji. Wierzyłem w tę ideę, Ŝe wszyscy ludzie są równi. A najwięcej miałem zastrzeŜeń do królów i ksiąŜąt. 
   — A potem? — pytał dociekliwie Battle. 
   — Och, potem podróŜowałem po świecie, przyglądałem się mu. Cholernie mało jest w nim równości. Proszę wziąć 
pod uwagę fakt, Ŝe ja wciąŜ wierzyłem w demokrację. Ale trzeba silną ręką zmuszać do niej ludzi, no i zanudzać ich na 
ś

mierć. Ludzie nie chcą być braćmi, moŜe kiedyś zechcą, lecz nie teraz. Moja wiara w braterstwo człowieka skończyła 

się w ubiegłym tygodniu, w dniu przybycia do Londynu, kiedy obserwowałem ludzi stojących w wagonie metra, którzy 
nie chcieli posuwać się do przodu, by zrobić miejsce wsiadającym. Odwoływanie się do drzemiącej w człowieku 
dobroci nie przemieni go w anioła, stosując natomiast silę w rozsądnych granicach, moŜna go zmusić do mniej lub 
bardziej przyzwoitego zachowania się i wzajemnego szacunku. WciąŜ wierzę w braterstwo, ale to jeszcze pieśń 
przyszłości. Kwestia jakichś dziesięciu tysięcy lat. Nie wolno tracić cierpliwości. Ewolucja to proces długotrwały. 
   — Ma pan interesujące poglądy, sir — powiedział Battle z błyskiem w oku. — I jeŜeli pozwoli mi pan na takie 
sformułowanie, to będzie pan tam świetnym królem. 
   — Dziękuję, inspektorze — powiedział Anthony z westchnieniem. 
   — Nie wygląda pan na szczęśliwego z tej racji. 
   — Bo ja wiem… To moŜe się okazać całkiem zabawne. Tylko Ŝe się wiąŜe ze stałą pracą. Jak dotąd udawało mi się 
jej uniknąć. 
   — Ale jednak skusiła pana ta funkcja. 
   — SkądŜe! Co za pomysł! Kobieta! Dla mnie zawsze najwaŜniejsza jest kobieta. Rzuciłbym do jej stóp nie tylko 
królestwo. 
   — No właśnie. 
   — Tak to zorganizowałem, Ŝe baron i Isaacstein nie mogą narzekać. Jeden chce króla, drugi nafty. Obaj dostaną, co 
sobie Ŝyczą, a ja, o BoŜe, Battle, czy był pan kiedyś zakochany? ‘ 
   — Jestem bardzo przywiązany do pani Battle. 
   — Bardzo przywiązany do pani… ojej, pan nic a nic nie rozumie. To jest zupełnie coś innego! 
   — Przepraszam, sir, ale ten pański człowiek czeka za drzwiami. 
   — Boris? Taki on juŜ jest. Wspaniały chłopak. Łaska boska, Ŝe rewolwer wypalił w czasie walki i zabił lady. W 
przeciwnym wypadku Boris jak amen w pacierzu ukręciłby jej kark i pan by go powiesił. Jego przywiązanie do 
dynastii Obolovitchów jest wprost niebywałe. Zadziwiające było to, Ŝe z chwilą śmierci Michaela przywiązał się 
momentalnie do mnie, choć przecieŜ nie mógł wiedzieć, kim ja naprawdę jestem. 
   — Instynkt — powiedział Battle. — Jak u psa. 
   — Swego czasu uwaŜałem, Ŝe ten instynkt jest bardzo niefortunny. Bałem się, Ŝe moŜe dać panu sporo do myślenia. 
Ale pójdę zobaczyć, czego on chce. 
   Wyszedł oszklonymi drzwiami. Inspektor Battle został sam — przez chwilę odprowadzał go wzrokiem, po czym 
powiedział: 
   — Poradzi sobie. 
   Za drzwiami czekał Boris. 
   — Proszę pana — zaczął i ruszył wzdłuŜ tarasu. 
   Anthony podąŜył za nim, zastanawiając się, dokąd zmierzają. 
   Niebawem Boris zatrzymał się i pokazał coś palcem. Świecił księŜyc, i Anthony zobaczył kamienną ławę, na której 
siedziały dwie osoby. 
   — On naprawdę jest psem — mruknął Anthony pod nosem. — A w dodatku myśliwskim. 
   Ruszył do przodu. Boris rozpłynął się w powietrzu. Na widok Anthony’ego dwie postacie uniosły się z miejsca. 
Pierwszą była Virginia, a drugą… 
   — Hej, Joe — rozległ się znajomy głos. — Kapitalną masz dziewczynę! 
   — Jimmy McGrath, niewiarygodne! — wykrzyknął Anthony. — Jakim zrządzeniem losu tu się znalazłeś? 
   — Ta moja wyprawa do interioru spaliła na panewce. Potem kilku cudzoziemców zaczęło mnie nachodzić. Chcieli, 
Ŝ

ebym im sprzedał ten rękopis. Jeszcze później o mało nie dostałem noŜem w plecy. Wtedy sobie pomyślałem, Ŝe 

zleciłem ci robotę o wiele trudniejszą. i przyszło mi do głowy, Ŝe moŜe potrzebujesz pomocy, i wypuściłem się za tobą 
następną łajbą. 
   — Czy to nie cudowne z jego strony? — zapytała Virginia. — Dlaczego nigdy mi nie wspomniałeś, Ŝe z niego taki 
fantastyczny facet? Jesteś kochany, Jimmy, naprawdę. 
   — Przypadliście sobie do gustu, jak widzę — rzekł Anthony. 

background image

 

96 

   — Jasna rzecz — potwierdził Jimmy. — Węszyłem wszędzie, Ŝeby dowiedzieć się czegoś o tobie, i natrafiłem na tę 
panią. Wcale nie była taka, jak sądziłem, Ŝe będzie — nadęta, wyniosła dama z towarzystwa, która, ma człowieka za 
nic. 
   — Opowiedział mi wszystko o listach — rzekła Virginia. — I zrobiło mi się nawet wstyd, Ŝe nie przejęłam się nimi 
specjalnie, podczas gdy on wykazał taką rycerskość. 
   — Gdybym wiedział, jaka pani jest — odezwał się Jimmy szarmancko — nie dałbym mu tych listów. Przyjechałbym 
sam i wręczył je pani osobiście. Powiedz, chłopie, czy juŜ zabawa naprawdę się skończyła? Czy nic nie masz dla mnie? 
   — Na Jowisza — powiedział Anthony — mam! Poczekaj chwilę. 
   Wszedł do domu. Po paru minutach pojawił się niosąc paczkę, którą rzucił w ramiona Jimmy’ego. 
   — Idź do garaŜu i wybierz sobie jakiś ładny wóz. Pogazuj nim do Londynu i dostarcz tę paczkę do domu numer 
siedemnaście przy Everdean Square. To prywatne mieszkanie pana Baldersona. Wręczy ci w zamian tysiąc funtów. 
   — Co? CzyŜby to były pamiętniki? Myślałem, Ŝe szlag je trafił! 
   — Za kogo ty mnie masz? — spytał ostro Anthony. — Nie sądzisz chyba, Ŝe zawaliłbym taką sprawę? Od razu 
zadzwoniłem do wydawców, potem miałem fałszywy telefon i odpowiednio się zabezpieczyłem. Zrobiłem lipną 
paczkę, zapakowałem ją według wskazówek. A prawdziwą schowałem w sejfie dyrektora hotelu, tamtemu zaś 
wręczyłem lipną. Pamiętniki zawsze były w moim posiadaniu. 
   — Kapitalny z ciebie facet, synku — powiedział Jimmy. 
   — Och, Anthony! — wykrzyknęła Virginia. — Chyba nie dopuścisz do tego, Ŝeby je opublikowano? 
   — Nie da się tego uniknąć. Nie mogę wystrychnąć na dudka chłopaka takiego jak Jimmy. Ale nie przejmuj się. 
Miałem czas, Ŝeby przez nie przebrnąć, i teraz wiem, dlaczego ludzie gadają, Ŝe waŜne osobistości same nie piszą 
swoich wspomnień, tylko zlecają tę robotę murzynom. Stylptitch jako pisarz jest śmiertelnie nudny. Ględzi o 
dyplomacji, ale pomija wszelkie pikantne szczegóły i niedyskretne anegdoty. Jego pryncypialna tajemniczość trzyma 
go w ryzach do końca. W pamiętnikach nie ma ani słowa, od pierwszej do ostatniej strony, które by odebrało spokój 
najbardziej opornym politykom. Dzwoniłem dziś do Baldersona i ustaliliśmy, Ŝe przed północą dostarczę mu rękopis. 
Lecz skoro Jimmy tu jest, niech sam wykona tę robotę. 
   — Zgoda — powiedział Jimmy. — Te tysiąc funtów ogromnie mi leŜą, tym bardziej Ŝe spisałem je juŜ na straty. 
   — Chwileczkę — rzekł Anthony. — Muszę ci, Virginio, coś wyznać. Coś, co jest juŜ powszechnie wiadome, ale 
czego ci jeszcze nie powiedziałem. 
   — Nie przejmuję się tymi wszystkimi kobietami, które do tej pory kochałeś, skoro nie wspomniałeś mi o nich. 
   — Kobiety! — wykrzyknął Anthony z niewinną miną. — Chodzi ci o kobiety? Zapytaj Jamesa, jakie kobiety mnie 
otaczały, gdy widział mnie po raz ostatni. 
   — Megiery—rzekł Jimmy uroczyście. — Istne megiery. śadna poniŜej czterdziestki piątki. 
   — Dziękuję ci, Jimmy. Jesteś moim prawdziwym przyjacielem. Nie, Virginio, chodzi o coś gorszego. Oszukałem cię, 
bo ci nie podałem swego prawdziwego nazwiska. 
   — Czy jest takie straszne?—zapytała Virginia z zaciekawieniem. —Coś w rodzaju Pobbles, tak? WyobraŜam sobie, 
jak bym się czuła będąc panią Pobbles. 
   — Zawsze jesteś o mnie najgorszego zdania. 
   — Przypominam, iŜ swego czasu cię posądzałam, Ŝe jesteś Królem Victorem, ale tylko przez półtorej minuty. 
   — Ale, ale, Jimmy, mam dla ciebie pracę, poszukiwanie złota w skalistych kryjówkach Herzoslovakii. 
   — A czy tam jest złoto? — zapytał z oŜywieniem Jimmy. 
   — Na pewno — odparł Anthony. — To cudowny kraj. 
   — Więc posłuchałeś mojej rady i tam się udajesz? 
   — Tak. Twoja rada była cenniejsza, niŜ przypuszczałeś. A teraz przejdźmy do wyznania. Mamka mnie nie zamieniła, 
nie wydarzyło się teŜ nic równie romantycznego, ale mimo to jestem najprawdziwszym księciem Nicholasem 
Obolovitchem z Herzoslovakii. 
   — Och, Anthony! — wykrzyknęła Virginia. — To dopiero świetny kawał! A ja wyszłam za ciebie! Co teraz z tym 
poczniemy? 
   — Pojedziemy do Herzoslovakii i będziemy odgrywać króla i królową. Jimmy McGrath powiedział kiedyś, Ŝe w tym 
kraju przeciętny okres sprawowania władzy królewskiej to cztery lata. Mam nadzieję, Ŝe cię to nie zraŜa? 
   — ZraŜa? — powtórzyła Virginia. — Jestem wprost zachwycona. 
   — Kapitalna dziewczyna! — mruknął Jimmy. Po czym zniknął dyskretnie w mroku nocy. Po paru minutach dał się 
słyszeć warkot oddalającego się samochodu. 
   — Najlepiej, jak się faceta skłoni, by sam wykonał tę swoją brudną robotę — powiedział Anthony z satysfakcją. — 
A poza tym musiałem się go pozbyć. Od zawarcia małŜeństwa nie byliśmy ani chwili sami. 
   — Będziemy .mieli moc uciechy — rzekła Virginia. 
   — Perswadowanie bandytom, Ŝeby nie rabowali, mordercom, Ŝeby nie mordowali, no i w ogóle podnoszenie 
poziomu moralnego kraju. 
   — Ubóstwiam takie idealistyczne teorie—oświadczył Anthony. — Mam wtedy uczucie, Ŝe moja ofiara nie poszła na 
marne. 
   — Nie opowiadaj — rzuciła Virginia ze spokojem. 

background image

 

97 

   — Cieszysz się, Ŝe zostaniesz królem. Masz to we krwi. Przygotowywano cię do zawodu, a ponadto jesteś w tym 
kierunku uzdolniony, tak jak hydraulicy przejawiają naturalną skłonność do robót hydraulicznych. 
   — Nigdy ich o taką skłonność nie podejrzewałem — powiedział. — Ale niech szlag trafi hydraulików, nie będziemy 
tracili czasu na gadanie o nich. Czy wiesz, Ŝe właśnie teraz powinienem uczestniczyć w arcypowaŜnej naradzie z 
Isaacsteinem i starym Lollipopem? Chcą rozmawiać o ropie naftowej. Nafta, mój BoŜe! Mogą sobie poczekać na moją 
królewską uprzejmość. Pamiętasz, Virginio, jak kiedyś ci mówiłem, Ŝe będę się cholernie starał, by ci na mnie 
zaleŜało? 
   — Pamiętam — rzekła ciepło. — Ale inspektor Battle wyjrzał właśnie przez okno. 
   — Teraz go nie ma — przypomniał Anthony. Przytulił ją szybko do siebie, całował jej oczy, usta, jasne złoto jej 
włosów. 
   — Tak cię kocham, Virginio — szeptał. — Tak cię kocham… A czy ty mnie kochasz? 
   Spojrzał na nią pewny odpowiedzi. Z głową wspartą na jego ramieniu, cichym, wzruszająco drŜącym głosem odparła: 
   — Ani trochę. 
   — Ty mała diablico! — zawołał, znów ją całując. 
   — Teraz juŜ jestem pewien, Ŝe będę cię całował aŜ do śmierci. 
 
ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIERWSZY 
RÓśNE DROBNE SZCZEGÓŁY 
    
   Rzecz dzieje się w „Chimneys”, godzina jedenasta przed południem, czwartek. Posterunkowy Johnson, bez płaszcza, 
kopie. 
   Coś jest w powietrzu z nastroju pogrzebu. Przyjaciele i krewni stoją wokół mogiły, którą kopie Johnson. 
   George Lomax wygląda jak wyznaczony przez nieboszczyka główny beneficjent. Z nieruchomego oblicza inspektora 
Battle’a daje się wyczytać, Ŝe jest zadowolony, iŜ uroczystości pogrzebowe przebiegają tak sprawnie. Jako 
organizatorowi przynosi mu to zaszczyt. Lord Caterham ma typowy dla Anglików, biorących udział w ceremoniach 
religijnych, uroczysty i z lekka napięty wyraz twarzy. 
   Pan Fish nie pasuje do całości obrazu. Nie jest dostatecznie ponury. 
   Johnson nachyla się nad łopatą. Nagle wyprostowuje się. Słychać szmer zaniepokojonych głosów. 
   — Wystarczy, synku — powiedział pan Fish. — W sam raz. 
   Natychmiast się wyczuło, Ŝe pełni funkcję domowego lekarza. 
   Johnson odchodzi. Pan Fish z godną chwili powagą pochyla się nad wykopem. Chirurg przystępuje do operacji. 
   Wyjmuje małą, owiniętą w płótno paczuszkę. Wręcza ją ceremonialnie inspektorowi Battle’owi. Ten z kolei podaje 
zawiniątko George’owi Lomaxowi. Stało się zadość wymaganej w tej sytuacji etykiecie. 
   George Lomax odwija płótno, rozcina pod nim jedwab, przebiera palcami w środku. Przez chwilę trzyma coś na 
dłoni, po czym szybko kładzie to coś z powrotem. 
   Chrząka. 
   — W tej tak dobrze rokującej godzinie… — zaczyna w sposób świadczący o wytrawnym mówcy. 
   Lord Caterham dokonuje błyskawicznego odwrotu. Na tarasie spotyka córkę. 
   — Bundle, czy twój wóz jest sprawny? 
   — Tak. A dlaczego? 
   — Zawieź mnie natychmiast do Londynu. Jadę za granicę, zaraz, dzisiaj. 
   — AleŜ, ojcze… 
   — Nie dyskutuj ze mną, Bundle. George Lomax powiedział mi dziś rano po przyjeździe, Ŝe chce ze mną pogadać na 
bardzo waŜny temat. Dodał, Ŝe niebawem przyjeŜdŜa do ‘Londynu król Timbuctoo. Nie zamierzam znowu przeŜywać 
czegoś podobnego, słyszysz, Bundle? Nawet dla pięćdziesięciu George’ów Lomaxów. JeŜeli „Chimneys” jest takie 
waŜne dla narodu, to niech naród je kupi. W przeciwnym razie sprzedani je jakiemuś konsorcjum, który przerobi 
rezydencję na hotel. 
   — Gdzie jest teraz Lomax? 
   Bundle staje na wysokości zadania. 
   — Obecnie — mówi lord Caterham spoglądając na zegarek — od co najmniej piętnastu minut działa dla dobra 
imperium. 
   Inny obrazek. 
   Przy telefonie Bill Eversleigh, który nie został zaproszony na ceremonię. 
   — Nie, naprawdę… myślałem, Ŝe… Daj spokój, nie złość się. Właśnie, idziesz dziś wieczór na kolację… Nie, ja nie. 
Harowałem jak dziki osioł. Nie masz pojęcia, jaki jest ten Lomax… Doiły, słuchaj, doskonale się orientujesz, co o 
tobie myślę. I Ŝe nigdy na nikim innym mi nie zaleŜało… Tak, przyjdę najpierw na pokaz. Jak brzmi ten stary szlagier? 
„Dziewczę robi, co moŜe…” 
   Niesamowite odgłosy. Pan Eversleigh usiłuje zanucić wspomniany refren. 
   Tymczasem przemówienie George’a dobiega końca: 
   — … wieczny pokój i pomyślność Imperium Brytyjskiego. 

background image

 

98 

   — Moim zdaniem — zaczął półgłosem pan Hiram Fish do siebie i wszem wobec — przeŜyliśmy kapitalny tydzień. 
     *z fr. Przejdźmy do rzeczy. 
     * Nazwa słynnego brylantu w koronie brytyjskiej. 
     * ang. Lizak 
     * ang. Walka, bitwa. Nieprzetłumaczalna gra słów. 
     * fr. Doskonale! 
     * fr. Mój BoŜe l To juŜ trochę za wiele! 
     * fr. Niesłychane. 
     * Przy tej ulicy znajduje się giełda londyńska 
     * fr. Szlachta, wyŜsze sfery.