background image

HUGH LOFTING 

 

 

 

Poczta Doktora Dolittle 

background image

WSTĘP 

 

 

Prawie cała historia poczty doktora Dolittle (dowiecie się o tym z następnych stronic 

tej książki) zdarzyła się w powrotnej drodze z Afryki zachodniej. Opowiem wam najpierw, po 

co  doktor  udał  się  w  tę  podróż,  i  zacznę  od  tego,  jak  skierował  swój  statek  z  Afryki  do 

ojczyzny, do miasta Puddleby nad rzeką Marsh. 

Otóż  dwugłowiec  po  dłuższym  pobycie  w  Anglii  zaczął  tęsknić  do  Afryki.  I  chociaż 

był  ogromnie  przywiązany  do  doktora  i  nigdy  nie  opuściłby  go  na  zawsze,  jednak  pewnego 

zimowego dnia, gdy pogoda była wyjątkowo brzydka i dokuczliwa, zapytał doktora, czy nie 

zechciałby wybrać się na kilka tygodni do Afryki. 

Doktor powiedział, że owszem, gdyż już dość dawno nie ruszał się z miejsca, a zresztą 

sam czuje, że podczas tych zimnych, grudniowych dni zmiana powietrza dobrze mu zrobi. 

Wkrótce więc wyruszył w świat. Oprócz dwugłowca zabrał ze sobą kaczkę Dab-Dab, 

psa  Jipa,  prosię  Geb-Geb,  sowę  Tu-Tu  oraz  białą  mysz  -  wszystkich  wiernych  towarzyszy, 

którzy kiedyś odbyli razem z nim pełną przygód podróż z Kraju Małp do Anglii. 

Ż

eby  pojechać  do  Afryki,  doktor  kupił  maty,  stary  statek,  który  wprawdzie  był  już 

porządnie  nadwerężony  przez  wichry  i  burze,  ale  jeszcze  dzielnie  się  trzymał  i  mógł 

przetrwać niejedną zawieruchę. 

Popłynęli  aż  na  południowy  brzeg  zatoki  Benin,  gdzie  zwiedzili  dużo  państw 

afrykańskich  i  poznali  wiele  osobliwych  szczepów.  Gdy  przebywali  na  lądzie,  dwugłowiec 

mógł biegać po swoich dawnych pastwiskach i używać do woli swobody. 

Pewnego  ranka  doktor  spostrzegł  z  radością,  że  jego  stare  znajome,  jaskółki,  znowu 

krążą  nad  stojącym  na  kotwicy  statkiem,  szykując  się  do  swojego  dorocznego  odlotu  na 

północ.  Zapytały  doktora,  czy  i  on  wybiera  się  z  powrotem  do  Anglii,  gdyż  mogłyby  mu 

towarzyszyć, tak jak wówczas, gdy uciekał z królestwa Jolliginki. 

Ponieważ dwugłowiec nie miał nic przeciwko temu, żeby wracać, doktor podziękował 

jaskółkom  i  powiedział,  że  zgadza  się  chętnie  na  ich  towarzystwo.  Do  końca  tego  dnia 

wszyscy  mieli  pełne  ręce  roboty  przy  zaopatrzeniu  statku  w  żywność  i  przygotowaniach  do 

tak długiej podróży. 

Nazajutrz  wszystko  było  gotowe  i  można  było  wyruszyć  na  morze.  Podniesiono 

kotwicę  i  statek  doktora  Dolinie  popłynął  z  rozwiniętymi  żaglami,  popędzany  na  północ 

pomyślnym wiatrem. I odtąd rozpoczyna się opowiadanie o poczcie doktora Dolittle. 

background image

CZĘŚĆ PIERWSZA 

background image

ROZDZIAŁ I 

 

ZUZANNA 

 

 

Pewnego  dnia  w  pierwszym  tygodniu  podróży,  gdy  doktor  Dolittle  wraz  ze 

zwierzętami siedział przy śniadaniu wokoło wielkiego stołu w kajucie, przyfrunęła jaskółka i 

oznajmiła, że chciałaby pomówić z doktorem. 

Jan  Dolittle  wstał  natychmiast  od  stołu  i  wyszedł  na  korytarz,  gdzie  czekał  na  niego 

przewodnik jaskółek, bardzo miły, zgrabny  ptak  o śmigłych skrzydłach i  bystrych, czarnych 

oczkach.  Nazywano  go  więc  „Kapitanem  Śmigłym”.  Pod  tym  przydomkiem  znany  był  w 

całym skrzydlatym świecie. 

Ś

migły  był  rekordzistą  w  łapaniu  much  i  w  akrobacji  powietrznej  na  wszystkich 

zawodach w Europie, Afryce, Azji i Ameryce. Przez długie lata zwyciężał stale, a ostatniego 

roku pokonał nawet swój własny rekord: przeleciał Atlantyk w jedenaście i pół godziny, lecąc 

z szybkością przeszło dwustu mil na godzinę. 

- Dzień dobry, Śmigły! - powiedział doktor Dolittle. - Czego sobie życzysz? 

-  Doktorze  -  szepnął  ptaszek  tajemniczo  -  nieco  na  zachód,  na  milę  odległości  od 

statku,  zauważyliśmy  czółno,  w  którym  znajduje  się  zupełnie  sama  czarna  kobieta.  Kobieta 

płacze  rozpaczliwie  i  nawet  odłożyła  wiosła.  Płynie  na  pełnym  morzu  daleko  od  lądu  - 

według  moich  obliczeń  co  najmniej  o  dziesięć  mil,  gdyż  obecnie  mijamy  zatokę  Fantippo  i 

rozpoznajemy z trudem brzegi Afryki. W tak malutkim czółnie na otwartym morzu grozi jej 

wielkie  niebezpieczeństwo.  Ale  najwidoczniej  nie  zdaje  sobie  z  tego  sprawy.  Siedzi  na  dnie 

łodzi  i  płacze,  wcale  nie  próbując  się  ratować.  Czy  nie  mógłby  pan  z  nią  pomówić? 

Obawiamy się, że spotkało ją coś bardzo złego. 

-  Rozumie  się  -  powiedział  doktor.  -  Lećcie  powoli  w  stronę  czółna,  a  ja  skieruję 

statek za wami. 

Jan Dolittle wszedł na pokład i kiedy skierował statek w ślad za lotem jaskółek, ujrzał 

wkrótce małe, czarne  czółno unoszące się i opadające na  falach. Na olbrzymiej powierzchni 

wody wyglądało ono tak nikle, że można było je wziąć za kawałek drewna albo za kij, albo 

też w ogóle go nie zauważyć. W czółnie siedziała kobieta z pochyloną głową. 

- Co się stało? - zapytał  doktor,  gdy zbliżyli się  o tyle, żeby móc z nią rozmawiać. - 

Dlaczego  oddaliła  się  pani  tak  bardzo  od  lądu?  Czy  pani  nie  rozumie,  że  grozi  pani  wielkie 

niebezpieczeństwo, gdy nadciągnie burza? 

background image

Kobieta podniosła powoli głowę. 

-  Idź  sobie  -  zawołała  -  i  pozostaw  mnie  mojej  rozpaczy!  Czyż  nie  dość  złego 

doznałam już od was, białych ludzi? 

Doktor Dolittle skierował statek jeszcze bliżej do czółna i nie przestawał przemawiać 

przyjaźnie  do  kobiety.  Ale  ona  długo  jeszcze  nie  dowierzała  mu  jedynie  dlatego,  że  był 

białym. Stopniowo jednak doktor pozyskiwał jej zaufanie i w końcu opowiedziała mu, gorzko 

płacząc, swoją historię. 

W  owych  czasach  miano  właśnie  znieść  niewolnictwo.  Większość  rządów  surowo 

zakazała więzienia, kupna i sprzedaży niewolników. Ale źli ludzie przybywali jeszcze wciąż 

na  zachodnie  wybrzeża  Afryki,  chwytali  lub  kupowali  niewolników  i  zabierali  ze  sobą  do 

innych  krajów,  gdzie  zmuszano  ich  do  pracy  na  plantacjach  bawełny  i  tytoniu.  Niejeden 

królik afrykański sprzedawał tym ludziom swoich jeńców wojennych i zarabiał w ten sposób 

bardzo dużo pieniędzy. 

Kobieta  z  czółna  należała  do  szczepu  prowadzącego  wojnę  z  królem  Fantippo. 

Fantippo  było  to  afrykańskie  królestwo  położone  na  wybrzeżu,  w  pobliżu  którego  jaskółki 

dostrzegły  czółno.  W  ciągu  tej  wojny  król  Fantippo  zdobył  wielu  jeńców  i  wśród  nich 

znajdował  się  również  małżonek  tej  kobiety.  Wkrótce  po  ukończeniu  wojny  do  królestwa 

Fantippo  przybyło  na  statku  kilku  białych  ludzi  w  poszukiwaniu  niewolników  na  plantacje 

tytoniu.  Gdy  się  król  dowiedział,  ile  pieniędzy  zaofiarowali  ci  ludzie  za  czarnych 

niewolników, przyszło mu na myśl, żeby im sprzedać swoich jeńców. 

Kobieta  nazywała  się  Zuzanna,  a  jej  mąż  był  bardzo  silnym,  pięknym  mężczyzną. 

Król  Fantippo  zatrzymałby  go  bardzo  chętnie  przy  sobie,  gdyż  lubił  mieć  silnych  mężczyzn 

na swoim dworze. Ale i handlarze kupowali chętnie niewolników zdolnych do ciężkiej pracy 

na plantacjach i ofiarowali królowi za małżonka Zuzanny wyjątkowo wielką sumę pieniędzy. 

I król sprzedał go. 

Zuzanna  opowiedziała  doktorowi,  jak  przez  długi  czas  płynęła  w  swym  czółnie  za 

okrętem  białych  ludzi  i  błagała  ich,  aby  jej  zwrócili  męża.  Ale  wyśmiali  ją  tylko,  okręt 

popłynął swoją drogą i wkrótce zniknął jej z oczu. 

Dlatego  znienawidziła  wszystkich  białych  ludzi  i  nie  chciała  odpowiadać  doktorowi, 

gdy przypłynął do jej czółna. 

Doktor  Dolittle  rozgniewał  się  bardzo  słysząc  historię  Zuzanny  i  zapytał  ją,  kiedy 

okręt handlarzy niewolników, unoszący jej męża, wypłynął na morze. 

Powiedziała, że pół godziny temu. Bez męża, dodała, życie nie ma już dla niej żadnej 

wartości, toteż  gdy okręt popłynął wzdłuż brzegów na północ i straciła  go z oczu, zalała się 

background image

łzami  i  pozwoliła  swemu  czółnu  płynąć,  gdzie  chce,  gdyż  nie  miała  już  sił  ani  energii 

wiosłować z powrotem ku lądowi. 

Jan  Dolittle  przyrzekł  kobiecie,  że  jej  na  pewno  dopomoże.  Był  gotów  natychmiast 

pogonić  za  handlarzem  niewolników  z  największą  szybkością,  na  jaką  było  stać  statek.  Ale 

kaczka  Dab-Dab  słusznie  zwróciła  mu  uwagę,  że  jego  statek  posuwa  się  bardzo  powoli  i 

handlarze niewolników mogą go z łatwością spostrzec i nie pozwolą mu się przybliżyć. 

Doktor  kazał  więc  opuścić  kotwicę  i  przesiadł  się  do  czółna  kobiety.  Potem  poprosił 

jaskółki,  aby  mu  służyły  za  przewodników,  i  popłynął  ku  północy  wzdłuż  wybrzeża; 

przeszukał  wszystkie  zatoki  i  wszystkie  wyspy,  upatrując  okrętu  handlarza  niewolników, 

który uprowadził małżonka Zuzanny. 

Ale po wielu godzinach bezskutecznych poszukiwań zapadła noc i jaskółki nie mogły 

już nic dojrzeć z tak wielkiej odległości, ponieważ noc była ciemna, bezksiężycowa. 

Biedna  Zuzanna  zaczęła  znowu  płakać,  gdy  doktor  oświadczył  jej,  że  podczas  nocy 

trzeba zaprzestać poszukiwań. 

- Jutro rano - powiedziała - okręt okrutnego handlarza niewolników oddali się o wiele 

mil i nigdy już nie odzyskam mego małżonka. Biada mi, biada! 

Doktor  pocieszał  ją,  jak  tylko  mógł,  obiecując,  że  jeśli  mu  się  nie  uda  zwrócić  jej 

utraconego małżonka, postara się dla niej o innego, równie dobrego. 

Ale ten pomysł nie podobał się Zuzannie i lamentowała dalej: „Biada mi, biada!”. 

Tak  głośno  zawodziła,  że  doktor,  leżąc  na  dnie  czółna,  co  i  tak  nie  było  bardzo 

wygodne, nie mógł zasnąć. Usiadł więc i zaczął nasłuchiwać. Kilka jaskółek, wśród których 

znajdował się słynny Kapitan Śmigły, zostało przy nim i siedząc na skraju czółna naradzało 

się  z  doktorem,  w  jaki  sposób  pomóc  biednej  kobiecie.  Nagle  Śmigły  powiedział:  „Pst”  i 

wskazał na zachód, na ciemną, falującą toń. 

Nawet  Zuzanna  przestała  lamentować  i  spojrzała  tam,  gdzie  na  czarnym, 

niewyraźnym tle brzegu morskiego można było dojrzeć słabe światełko. 

- Okręt! - zawołał Jan Dolittle. 

-  Tak  -  rzekł  Śmigły  -  okręt  na  pewno.  Może  to  znowu  jakiś  okręt  handlarzy 

niewolników. 

- Jeżeli nawet jest to okręt handlarzy niewolników - powiedział doktor - to na pewno 

nie ten, którego poszukujemy. Zmierza w innym kierunku; tamten popłynął na północ. 

-  Pofrunę  tam  -  powiedział  Śmigły  -  i  przekonam  się,  co  to  za  okręt,  potem  wrócę  i 

powiem wam. Kto wie, może okaże się pomocny w naszych poszukiwaniach. 

Ś

migły  pofrunął  więc  ku  słabemu  światełku  w  ciemnościach,  gdy  doktor  Dolittle 

background image

rozmyślał o swoim statku, który zostawił na kotwicy przy wybrzeżu o kilka mil na południe. 

Po  upływie  dwudziestu  minut  doktor  zaczął  się  niepokoić,  gdyż  Śmigły  przy 

szybkości swego lotu powinien był już dawno być z powrotem. 

Ale  niebawem  słynny  przywódca  zatoczył  z  szumem  skrzydeł  półkole  nad  głową 

doktora, a potem opuścił się lekko jak piórko na jego kolana. 

-  Jest  to  wielki  okręt  -  szczebiotała  jaskółka  nie  mogąc  złapać  tchu  -  o  wysokich, 

wielkich masztach, który, jak sądzę, mógłby rozwinąć wielką szybkość. Ale teraz posuwa się 

bardzo  ostrożnie  w  widocznej  obawie  przed  głębiami  i  mieliznami.  To  bardzo  ładny  okręt, 

zupełnie  nowy,  dwie  armaty  wyglądają  z  jego  otworów.  Ludzie  na  nim  są  bardzo  dobrze 

ubrani  w  wytworne,  granatowe  sukno,  nie  tak  jak  zwyczajni  marynarze.  A  na  kadłubie 

wymalowano  kilka  liter,  zdaje  mi  się,  że  to  jest  nazwa  okrętu.  Naturalnie,  że  nie  mogłem 

odczytać, ale pamiętam jeszcze, jak wyglądały. Daj mi rękę, a pokażę ci. 

I  Śmigły  zaczął  wodzić  pazurkami  po  dłoni  doktora,  ale  zanim  skończył,  doktor 

zerwał się na równe nogi i o mało nie przewrócił czółna. 

- S.J.K.M. - to znaczy Statek Jego Królewskiej Mości! To okręt marynarki wojennej. 

Przy jego pomocy poradzimy sobie z handlarzami niewolników! 

background image

ROZDZIAŁ II 

 

JAK DOKTOR ZOSTAŁ PRZYJĘTY NA OKRĘCIE WOJENNYM 

 

 

Teraz  Jan  Dolittle  i  Zuzanna  dołożyli  wszystkich  ił,  aby  jak  najprędzej  dopłynąć 

czółnem do światełka. Noc była spokojna, ale na wielkich falach oceanu mała łódka kołysała 

się  jak  na  huśtawce  i  Zuzanna  musiała  użyć  całej  swej  zręczności,  aby  utrzymać  ją  w 

równowadze.  Po  upływie  godziny  doktor  Dolittle  zauważył,  że  okręt  już  nie  płynie  im 

naprzeciw,  lecz  jak  gdyby  stoi  w  miejscu,  i  kiedy  nareszcie  dotarł  do  wynurzającego  się  z 

ciemności kształtu, zrozumiał, dlaczego tak jest. Mianowicie okręt wojenny najechał na statek 

doktora  pozostawiony  bez  światła  na  kotwicy.  Na  szczęście  żaden  z  dwóch  statków  nie 

odniósł poważniejszego uszkodzenia. 

Zauważywszy  drabinkę  sznurową,  zwieszającą  się  z  boku  okrętu  wojennego,  doktor 

wraz  z  Zuzanną  wdrapali  się  po  niej  w  górę  i  weszli  na  pokład,  aby  się  rozmówić  z 

kapitanem. 

Kapitan przechadzał się na przednim pokładzie i mruczał coś do siebie. 

- Dobry wieczór! - powiedział doktor uprzejmie. - Mamy piękną pogodę. 

Kapitan podszedł do niego i wywijając mu pięścią przed nosem zagrzmiał, wskazując 

statek kołyszący się obok okrętu wojennego. 

- Czy ta arka Noego tam w dole należy do pana? 

- Hm, chwilowo nie, w ogóle jednak tak - rzekł doktor. - Dlaczego pan pyta o to? 

- Może pan będzie łaskaw - wrzeszczał kapitan z warzą  wykrzywioną wściekłością - 

powiedzieć  mi,  co  pan  sobie,  do  pioruna,  myślał  zostawiając  to  stare  pudło  na  kotwicy  bez 

ś

wiatła  w  taką  czarną  noc?  Jaki  z  pana  marynarz,  do  kroćset?  Kieruję  okrętem  wojennym 

Jego  Królewskiej  Mości,  poluję  na  handlarza  niewolników  Jima  Bonesa,  gonię  za  nim  od 

tygodni i jakbym nie miał dość kłopotów z tym przeklętym wybrzeżem, muszę się na dobitek 

zderzyć z takim pudłem zakotwiczonym bez światła! Całe szczęście, że jechałem powoli, bo 

gruntowaliśmy  właśnie  wodę,  inaczej  poszlibyśmy  wszyscy  na  dno.  Wołałem,  ale  nikt  z 

waszego  statku  nie  odpowiadał.  Włażę  więc  na  pokład  z  nabitym  pistoletem,  bo  przecież 

mógł się tam ukrywać handlarz niewolników chcący nas schwytać w pułapkę. Przemykam się 

ostrożnie,  zaglądam  wszędzie,  ale  nie  spotykam  żywej  duszy.  Wreszcie  znajduję  w  kajucie 

prosię śpiące na fotelu. Czy pan często zostawia tak swój statek pod opieką wysypiającego się 

prosięcia? Dlaczego nie znajduje się pan na tym statku, jeśli to jest pana własność? Gdzie pan 

background image

był? 

-  Odbywałem  przejażdżkę  łodzią  z  damą  -  odpowiedział  doktor  i  uśmiechnął  się 

dobrotliwie do Zuzanny, której się znowu zbierało na płacz. 

- Przejażdżkę z damą! - wrzasnął kapitan. - Ja Pana... 

- Tak jest - powiedział doktor - pan pozwoli, że ją przedstawię. To jest Zuzanna, panie 

kapitanie... 

Ale kapitan przerwał mu i przywołał stojącego obok marynarza. 

- Ja pana nauczę zostawiać swoją arkę Noego na pełnym morzu, żeby królewski okręt 

wojenny  na  nią  wpadał!  Ładny  mi  żeglarz,  włóczęga,  wilk  morski.  Czy  panu  się  zdaje,  że 

przepisy żeglugi istnieją dla zabawy? Halo! - zwrócił się do drugiego oficera, który podszedł 

na jego znak. - Uwięzić natychmiast tego człowieka! 

- Rozkaz, panie kapitanie - powiedział drugi oficer i zanim doktor się spostrzegł, miał 

już na rękach mocno zaciśnięte kajdanki. 

-  Ależ  ta  dama  była  pogrążona  w  najczarniejszej  rozpaczy  -  bronił  się  doktor.  - 

Ś

pieszyłem  się  tak  bardzo,  że  zapomniałem  zupełnie  o  oświetleniu  statku.  Zresztą  nie  było 

jeszcze wtedy ciemno. 

- Zabierz go! - ryczał kapitan. - Zabierz go, bo inaczej nie ręczę za siebie. 

I  biedny  doktor  Dolittle  został  zaciągnięty  przez  drugiego  oficera  na  schody,  które 

prowadziły na dolny pokład. Ale na pierwszych stopniach uczepił się mocno liny i trzymał się 

jej dostatecznie długo, żeby krzyknąć w stronę kapitana: 

- Gdybym zechciał, mógłbym panu powiedzieć, gdzie się znajduje Jim Bones. 

- Co to ma znaczyć? - wrzasnął kapitan. - Przyprowadźcie go z powrotem! 

- Co pan powiedział? 

-  Powiedziałem  -  mruknął  doktor  i  wyciągnąwszy  skrępowanymi  rękami  chustkę, 

wytarł nią nos - że gdybym chciał, mógłbym panu powiedzieć, gdzie jest Jim Bones. 

-  Handlarz  niewolników,  Jim  Bones?  -  zawołał  kapitan.  -  Przecież  właśnie  na 

poszukiwanie tego człowieka wysłał mnie Rząd. Gdzie on jest? 

- Pamięć nie dopisuje mi, gdy mam skrępowane ręce - powiedział doktor spokojnie i 

wskazał na kajdanki. - Może gdybyście mi to zdjęli, mógłbym sobie przypomnieć. 

- Ach, proszę mi wybaczyć - powiedział kapitan i od razu zaczął się zupełnie inaczej 

zachowywać. - Proszę natychmiast uwolnić więźnia. 

A gdy drugi oficer zdjął doktorowi kajdanki, kapitan powiedział: 

- I proszę przynieść tu krzesło. Może nasz gość jest zmęczony. 

Potem  doktor  opowiedział  całą  historię  o  Zuzannie  i  jej  troskach.  A  wszyscy 

background image

oficerowie z całego okrętu zgromadzili się na pokładzie i przysłuchiwali się. 

-  I  nie wątpię  - kończył  doktor Dolittle - że handlarz niewolników, który  uprowadził 

męża Zuzanny, jest to właśnie poszukiwany przez pana Jim Bones, panie kapitanie! 

- Z pewnością - powiedział kapitan. - Wiem, że krąży gdzieś w pobliżu wybrzeża. Ale 

gdzie się teraz podziewa? Tego ptaszka schwytać niełatwo. 

- Popłynął na północ - rzekł doktor. - Ale pański okręt może płynąć z taką szybkością, 

ż

e go na pewno dogoni. Jeżeli ukrył się w jednej z tych zatok albo u ujścia rzeki, to mam tu ze 

sobą kilka ptaków, które, gdy się tylko rozwidni, odnajdą go i powiedzą nam, gdzie jest. 

Kapitan spojrzał ze zdziwieniem na przysłuchujących się oficerów, którzy uśmiechali 

się z niedowierzaniem. 

- Co pan powiedział? - zapytał kapitan. - Ptaki? Gołębie czy tresowane kanarki? 

-  Nie  -  rzekł  Jan  Dolittle.  -  Mówię  o  jaskółkach,  które  odbywają  lot  do  Europy. 

Obiecały uprzejmie towarzyszyć memu statkowi w powrotnej drodze. Jesteśmy mianowicie w 

przyjaźni. 

Teraz wszyscy oficerowie roześmiali się i stuknęli palcami w czoło; co miało znaczyć, 

ż

e uważają Jana Dolittle za wariata. Kapitan, który sądził, że doktor kpi z niego, wpadł znowu 

w złość i chciał go koniecznie z powrotem uwięzić. 

Ale pierwszy oficer szepnął do niego: 

-  Dlaczego  by  me  wypróbować  tego  jegomościa?  Płyniemy  przecież  i  tak  w 

północnym  kierunku.  Gdy  odbywałem  służbę  na  wodach  angielskich,  zdaje  mi  się,  że 

słyszałem  o  jakimś  osobniku  z  zachodnich  okolic  kraju,  który  posiada  osobliwą  władzę  nad 

zwierzętami  i  ptakami.  Prawdopodobnie  to  ten  sam.  Nazywał  się  Dolittle.  Wydaje  mi  się 

nieszkodliwy.  A  może  istotnie  w  jakiś  sposób  przyda  się  nam.  Widocznie  cudzoziemcy 

dowierzają mu, gdyż inaczej ta kobieta nie przybyłaby tu z nim razem. Wie pan przecież, jak 

oni się boją wyruszać z białymi na morze. 

Kapitan myślał przez chwilę, a potem zwrócił się do doktora mówiąc: 

- Według mego zdania, jest pan po prostu zwariowany, mój drogi panie. Ale jeśli chce 

mi pan dopomóc do schwytania Jima Bonesa, handlarza niewolników, jest mi wszystko jedno, 

jakich  środków  pan  użyje.  Ruszamy  w  drogę  skoro  świt.  Ale  biada  panu,  jeśli  chce  się  pan 

tylko zabawić na koszt Marynarki Wojennej Jego Królewskiej Mości. Powiem panu od razu, 

ż

e  skończy  się  to  dla  pana  najgroźniejszą  awanturą,  jaka  pana  kiedykolwiek  spotkała.  Teraz 

idź pan przede wszystkim do swojej arki i zapal pan światła; powiedz pan także świni, że jeśli 

pozwoli im zgasnąć, zrobię z niej kiełbasę dla mojej załogi. 

Wśród śmiechów i żartów doktor Dolittle przełazi przez poręcz okrętu na swój własny 

background image

statek,  aby  zapalić  na  nim  światło.  Ale  gdy  nazajutrz  powrócił  na  okręt wojenny  z  tysiącem 

jaskółek, oficerowie Marynarki Wojennej Jego Królewskiej Mości nie mieli już wcale ochoty 

stroić żartów z Jana Dolittle. 

Słońce wschodziło nad dalekim wybrzeżem Afryki i poranek był tak piękny, jak sobie 

tylko można było wymarzyć. 

Ś

migły omówił w nocy z doktorem wszystkie plany. Na długo przedtem, zanim wielki 

okręt  wojenny  podniósł  kotwicę  i  puścił  się  w  drogę,  wyprzedził  go  o  wiele  mil  znakomity 

przywódca  jaskółek,  otoczony  chmarą  najczujniejszych  ptaków,  i  przeszukał  wybrzeże  i 

wszystkie zakątki, w których handlarz niewolników mógłby się ukrywać. 

Ś

migły  obmyślił  wraz  z  Janem  Dolittle  rodzaj  systemu  telegraficznego:  tysiące 

małych  ptaków  wyciągnęły  się  długą  linią  w  locie  wzdłuż  wybrzeża,  aż  niebo  było  nimi 

naznaczone  niby  małymi,  czarnymi  kropkami  i  przesyłały  wiadomości  doktorowi.  Jedna 

jaskółka  udzielała  ich  świergotem  drugiej,  ta  znów  następnej  i  tak  poprzez  długie  szeregi 

ptaków biegła wieść niby po drutach telegraficznych i docierała na okręt wojenny do doktora, 

który w ten sposób był stale poinformowany o przebiegu poszukiwań. 

Około południa nadana została wiadomość, że okręt Bonesa zauważono za górzystym 

przylądkiem.  Zawiadomiono,  że  należy  mieć  się  na  baczności,  gdyż  gotów  jest  do 

natychmiastowego odjazdu. 

Handlarze  niewolników  przybili  do  brzegu  tylko  po  to,  aby  nabrać  wody,  i  ustawili 

warty, które w razie potrzeby miały natychmiast dać sygnał do odwrotu. 

Gdy doktor Dolittle oznajmił o tym kapitanowi, ten zmienił kierunek statku i trzymał 

się bliżej brzegu, starając się pozostać w ukryciu. 

Marynarzom  przykazano  zachowywać  się  bardzo  cicho,  aby  okręt  wojenny  mógł 

niepostrzeżenie zbliżyć się do handlarzy niewolników. 

Ponieważ  kapitan  spodziewał  się,  że  handlarze  rozpoczną  walkę,  rozkazał  trzymać 

broń  w  pogotowiu.  Ale  właśnie  w  chwili  gdy  mieli  okrążyć  wielki  przylądek,  jeden  z 

niemądrych  artylerzystów  przypadkiem  wystrzelił.  Bumm!  Strzał  rozległ  się  głośno  i  odbił 

grzmiącym echem ponad powierzchnią cichego oceanu. 

Natychmiast  przybiegła  po  jaskółczych  liniach  telegraficznych  wiadomość,  że 

handlarze niewolników zostali ostrzeżeni i uciekają. 

I  rzeczywiście,  gdy  okręt  wojenny  okrążył  wreszcie  przylądek,  ujrzano  okręt 

handlarzy niewolników płynący z rozwiniętymi żaglami w odległości dobrych dziesięciu mil. 

background image

ROZDZIAŁ III  

 

MISTRZOWSKI STRZAŁ 

 

 

Rozpoczął  się  gorączkowy  pościg.  Była  czwarta  godzina  po  południu  i  zmierzch 

zbliżał się szybko. 

Kapitan  po  uprzednim  wyłajaniu  głupiego  artylerzysty,  który  niechcący  wystrzelił, 

doszedł  do  wniosku,  że  jeśli  handlarz  niewolników  nie  zostanie  pochwycony  przed 

nadejściem ciemności, wymknie im się z pewnością na zawsze. Gdyż Bones był to sprytny i 

wytrawny  łotr,  który  znał  wyśmienicie  zachodnie  wybrzeże  Afryki,  po  dziś  dzień  zwane 

niekiedy  Wybrzeżem  Niewolników.  Gdy  ciemności  zapadną,  będzie  płynął  bez  świateł  i 

znajdzie z łatwością jakąś kryjówkę, gdzie się ukryje, albo też podwoi szybkość swego okrętu 

i oddali się o wiele mil, zanim nadejdzie świt. Kapitan rozkazał więc płynąć z największym 

pośpiechem. 

W  owych  czasach  zaledwie  rozpoczynano  stosowanie  pary,  i  to  w  połączeniu  z 

ż

aglami,  aby  wyzyskać  siłę  wiatru.  Kapitan  był  bardzo  dumny  ze  swego  okrętu,  który 

nazywał  się  „Violetta”.  I  bardzo  mu  zależało  na  tym,  aby  „Violetcie”  przypadła  zasługa 

schwytania  Bonesa,  handlarza  niewolników,  który  tak  długo  opierał  się  flocie  wojennej  i 

uprawiał swój ponury handel nawet po zakazie rządowym. Polecił więc, aby maszyny okrętu 

pracowały całą siłą pary. 

Gęsty, czarny dym unosił się z kominów, zaciemniał błękitne morze i brudził piękne, 

białe  żagle,  wydymane  przez  wiatr.  Maszyniście  również  bardzo  zależało  na  tym,  aby  jego 

okręt dogonił Bonesa, dorzucił więc paliwa do kotła dla nadania okrętowi większej szybkości 

i wyszedł na pokład, aby przyjrzeć się pogoni. Tymczasem ze straszliwym hukiem pękł jeden 

z nowiuteńkich kotłów parowych i spowodował straszne spustoszenie w maszynowni. 

Na  szczęście  „Violetta”  była  pierwszorzędnym  żaglowcem  i  żagle  jej  pracowały 

należycie,  pruła  więc  dalej  fale  z  wielką  szybkością  i  przestrzeń  między  nią  a  okrętem 

handlarzy niewolników zmniejszała się coraz bardziej. 

Lecz  chytry  Bones  nie  dawał  się  tak  łatwo  schwytać.  Niebawem  słońce  zaczęło  się 

zniżać,  kapitan  marszczył  brwi  i  tupał  nogami,  gdyż  wiedział,  że  z  nadejściem  ciemności 

wróg umknie mu z pewnością. 

Tymczasem  załoga  nie  dawała  spokoju  marynarzowi,  który  tak  nieopatrznie  wyrwał 

się  ze  swym  strzałem.  Żeby  być  takim  głupcem  i  ostrzec  Bonesa,  który  teraz 

background image

najprawdopodobniej  umknie!  Odległość  między  okrętami  była  wciąż  jeszcze  zbyt  wielka, 

ż

eby  można  było  dosięgnąć  handlarzy  niewolników  z  broni,  jakiej  wówczas  używano.  Ale 

gdy  kapitan  ujrzał,  że  zmrok  schodzi  już  na  wodę  i  że  lada  chwila  nieprzyjaciel  umknie, 

wydał rozkaz ustawienia armat, choć nie miał nadziei, aby z takiej odległości trafiły w okręt 

handlarzy niewolników. 

Ś

migły  od  chwili  rozpoczęcia  pogoni  usadowił  się  dla  odpoczynku  na  okręcie 

wojennym i rozmawiał właśnie z doktorem Dolittle, gdy rozległ się rozkaz kapitana, aby dać 

ognia. Doktor udał się wraz z jaskółką na dół, chcąc przyjrzeć się nabijaniu armat. 

Na  dolnym  pokładzie  okrętu  panowała  bardzo  powściągliwa,  ale  niemniej  gorąca 

atmosfera.  Artylerzyści  oparci  o  armaty  nastawiali  je,  obserwując  okręt  nieprzyjacielski, 

gotowi w każdej chwili do dania ognia na rozkaz. Tylko biedny, niezręczny marynarz zalewał 

się łzami, opłakując własną głupotę. 

Nagle  jakiś  oficer  krzyknął:  „Ognia!!”  -  i  z  hukiem,  od  którego  zadrżał  cały  statek, 

wyleciało ponad wodę osiem wielkich kuł armatnich. Pac, pac, pac - padały wszystkie, jedna 

po drugiej, w ocean, nie wyrządzając nikomu najmniejszej szkody. 

-  Marne  oświetlenie  -  mruknęli  artylerzyści.  -  Czy  można  w  tych  przeklętych 

ciemnościach trafić z odległości dwóch mil? 

Ale Śmigły szepnął doktorowi do ucha: 

- Niech pan poprosi, aby mi pozwolono jeden raz wycelować. Ja lepiej od nich widzę 

w ciemnościach. 

Ale właśnie w tej chwili kapitan nakazał wstrzymać ogień i artylerzyści opuścili swoje 

miejsca. 

Zaledwie  odeszli,  Śmigły  skoczył  na  jedną  z  armat,  oparł  się  nóżkami  i  spojrzał 

bystrymi,  czarnymi  oczkami  na  celownik.  Potem  zasygnalizował  skrzydełkami  doktorowi, 

który stał za nim, jak ma nastawić armatę. 

- Ognia! - zawołał i doktor Dolittle wypalił. 

- Co to ma znaczyć, do stu piorunów?! - ryknął kapitan z mostka, gdy huk zamilkł. - 

Czyż nie rozkazałem zaprzestać ognia? 

Ale pierwszy oficer pociągnął go za rękaw i wskazał na morze. Kula armatnia, którą 

wycelował  Śmigły,  rozszczepiła  główny  maszt  na  okręcie  handlarza  niewolników  na  dwie 

części i żagle opadły na pokład jak kupa łachmanów. 

- Do stu piorunów! - zawołał kapitan. - Trafiliśmy! Patrzcie, Bones sygnalizuje, że się 

poddaje. 

Teraz kapitan, chcący jeszcze przed chwilą koniecznie ukarać człowieka, który strzelił 

background image

bez  rozkazu,  dopytywał  się,  kto  wycelował  tak  cudownie  i  znakomicie,  że  zmusił  handlarza 

niewolników  do  poddania  się.  Doktor  Dolittle  chciał  mu  powiedzieć,  że  to  Śmigły,  ale 

ptaszek szepnął mu do ucha: 

-  Niech  pan  się  nie  fatyguje,  on  i  tak  nie  uwierzy.  Strzelaliśmy  z  armaty  tego 

marynarza, który przedtem niepotrzebnie wystrzelił. Niech więc jemu przypadnie ta zasługa. 

Może dostanie za to jakiś medal i humor mu się poprawi. 

Na  pokładzie  „Violetty”  zapanowało  wielkie  podniecenie,  gdyż  zbliżano  się  do 

uszkodzonego  okrętu  handlarzy  niewolników.  Bones,  przywódca,  został  wraz  ze  swoją 

załogą,  składającą  się  z  jedenastu  innych  łotrów,  uwięziony  i  zamknięty  w  okrętowym 

areszcie. 

Potem  Jan  Dolittle  z  Zuzanną  oraz  z  kilkoma  marynarzami  i  oficerami  weszli  na 

zwyciężony okręt. Był on pełen skutych w łańcuchy niewolników. Zuzanna odnalazła swego 

małżonka i zalała się łzami radości. 

Natychmiast  uwolniono  czarnych  ludzi  z  łańcuchów  i  przeprowadzono  ich  na  okręt 

wojenny. Potem „Violetta” wzięła na hol uszkodzony okręt. I tak się skończył handel żywym 

towarem pana Bonesa. 

Na pokładzie okrętu wojennego zapanowała radość. Ściskano sobie ręce, winszowano 

wzajemnie, a dla uwolnionych więźniów urządzono na głównym pomoście wspaniały obiad. 

Doktor  Dolittle  zaś,  Zuzanna  i  jej  małżonek  zostali  zaproszeni  do  jadalni  oficerskiej,  gdzie 

pito ich zdrowie portwajnem, a kapitan i doktor wygłosili przemówienia. 

Następnego  dnia,  gdy  tylko  słońce  wzeszło,  okręt  wojenny  popłynął  znowu  wzdłuż 

brzegów, odwożąc Murzynów do ich ojczyzny. 

Zajęło to bardzo dużo czasu, gdyż Bones zebrał niewolników z wszystkich możliwych 

szczepów. Minęło już południe, gdy doktor Dolittle wraz z Zuzanną i jej małżonkiem dostał 

się  wreszcie  na  swój  własny  statek,  na  którym  wciąż  jeszcze,  zgodnie  z  umową,  paliły  się 

ś

wiatła mimo jasnego dnia. 

Kapitan  ściskał  ręce  Jana  Dolittle  i  dziękował  mu  za  wielką  pomoc  okazaną  Flocie 

Jego  Królewskiej  Mości  oraz  pytał  o  jego  adres  w  Anglii,  gdyż  chciał  opowiedzieć  o  nim 

swemu  Rządowi.  Najprawdopodobniej  Królowa  zechce  mu  nadać  szlachectwo  i  obdarzy 

jakimś orderem czy czymś podobnym. Ale doktor Dolittle powiedział, że wolałby funt dobrej 

herbaty: od kilku miesięcy nie pił herbaty, a ta, którą mu podano w jadalni oficerskiej, bardzo 

mu smakowała. 

Kapitan  więc  podarował  mu  pięć  funtów  najlepszej  chińskiej  herbaty  i  podziękował 

jeszcze raz w imieniu Królowej i Rządu. 

background image

„Violetta”  zatoczyła  szeroki  łuk  na  północ  i  popłynęła  do  Anglii,  a  marynarze  w 

granatowych bluzach tłoczyli się na pokładzie i żegnali doktora Dolittle trzykrotnym: „Hura” 

- rozlegającym się echem po oceanie. 

Jip, Dab-Dab, Geb-Geb, Tu-Tu i reszta zwierząt otoczyły teraz doktora, prosząc, aby 

im  opowiedział  wszystkie  swoje  przygody.  Zanim  doktor  zakończył  opowiadanie,  była  już 

pora  na  podwieczorek.  Poprosił  więc  Zuzannę  i  jej  małżonka,  aby  zechcieli  napić  się  z  nim 

herbaty, zanim wyjdą na ląd. 

Zgodzili się chętnie. Doktor sam przyrządził herbatę, która była wyśmienita. W czasie 

podwieczorku  Zuzanna  i  jej  małżonek,  imieniem  Begwe,  zabawiali  doktora  rozmową  o 

królestwie Fantippo. 

- Zdaje mi się, że nie mam po co tam wracać - powiedział Begwe, małżonek Zuzanny. 

- Nie miałbym nawet nic przeciwko temu, żeby  służyć w  armii króla  Fantippo, ale jeśli tam 

znowu zjawi się jakiś handlarz niewolników, to król sprzeda mnie z pewnością po raz drugi. 

Czy wysłałaś list do naszego kuzyna, Zuzanno? 

-  Tak  -  odpowiedziała  Zuzanna  -  ale  wątpię,  czy  go  dostał,  gdyż  nie  odpisał  mi  ani 

słowa. 

Doktor  spytał  Zuzanny,  w  jaki  sposób  wysłała  swój  list.  Opowiedziała  mu,  że  kiedy 

Bones  zaofiarował  królowi  tak  wysoką  cenę  za  jej  męża,  skusiło  to  króla  Fantippo  do 

sprzedania go.  Zuzanna,  chcąc uratować małżonka, powiedziała, że może dostać ze swojego 

kraju  od  bogatego  kuzyna  dwanaście  wołów  i  trzydzieści  kóz,  i  poprosiła  króla,  żeby 

zaczekał, aż ona napisze list i otrzyma odpowiedź. Król Fantippo cenił bardzo wysoko owce i 

kozy, gdyż bydło miało w jego kraju taką samą wartość jak pieniądze. Obiecał więc Zuzannie, 

ż

e o ile w ciągu dwóch dni dostarczy mu dwanaście wołów i trzydzieści kóz, puści wolno jej 

małżonka, zamiast sprzedawać go handlarzowi niewolników. 

Zuzanna pobiegła więc do zawodowego pisarza listów (prości ludzie z jej szczepu na 

ogół  nie  umieli  pisać)  i  kazała  sobie  napisać  list;  w  liście  prosiła  swego  kuzyna,  aby  jak 

najszybciej przysłał królowi Fantippo woły i kozy. List ten nadała na poczcie w Fantippo. 

Ale  minęło  dwanaście  dni  i  nie  nadeszło  ani  bydło,  ani  odpowiedź.  Tak więc  biedny 

Begwe został sprzedany handlarzowi niewolników. 

background image

ROZDZIAŁ IV  

 

KRÓLEWSKA POCZTA W FANTIPPO 

 

 

Urząd  pocztowy  królestwa  Fantippo  była  to  dziwna  instytucja.  Zresztą  należy 

przyznać, że samo istnienie urzędu pocztowego oraz regularne roznoszenie listów było czymś 

nadzwyczajnym w dzikim, afrykańskim państwie. Powstała zaś ta poczta w taki oto sposób. 

Na  kilka  lat  przed  podróżą  doktora  Dolittle  w  większości  cywilizowanych  krajów 

ś

wiata bardzo dużo mówiono o połączeniach pocztowych i o tym, ile ma kosztować przesyłka 

listów w kraju i za granicę; umówiono się wówczas, że koszty przesyłki z jednej części Anglii 

do drugiej powinny wynosić jednego pensa.  Za bardzo grube listy musiano naturalnie płacić 

więcej. Potem ktoś wymyślił znaczki pocztowe: o wartości jednego pensa, dwóch pensów, po 

dwa i pół pensa, sześciopensówki i po szylingu. Każdy znaczek miał inny kolor i były na nich 

bardzo ładne rysunki albo i portrety Królowej, niektóre z koroną, inne bez korony na głowie. 

Potem Francja, Stany Zjednoczone i wiele innych państw zaczęły robić to samo, tylko 

ż

e za te znaczki płacono innymi pieniędzmi i ozdabiano je podobiznami ich własnych królów, 

królowych i prezydentów. 

I  oto  zdarzyło  się  pewnego  dnia,  że  do  wybrzeża  zachodniej  Afryki  przybił  statek  i 

przywiózł  list  dla  Koka,  króla  Fantippo.  Król  Koko  nie  widział  nigdy  przedtem  znaczka 

pocztowego; przywołał białego kupca, który przebywał w jego stolicy, i zapytał go, czyja to 

twarz narysowana jest na znaczku. 

Biały  kupiec  wytłumaczył  mu  całą  historię  poczty  i  państwowej  sieci  urzędów 

pocztowych  i  powiedział,  że  jeśli  w  jego  ojczyźnie,  Anglii,  chce  się  wysłać  list  do 

jakiejkolwiek  części  świata,  wystarczy  przykleić  na  kopercie  znaczek  z  wizerunkiem 

Królowej i wrzucić list do skrzynki pocztowej znajdującej się na najbliższym rogu ulicy, a list 

dojdzie na pewno na miejsce swego przeznaczenia. 

- Aha - powiedział król - nowe czary! Doskonale! Potężne królestwo Fantippo będzie 

także  miało  urząd  pocztowy,  a  moje  pogodne,  piękne  oblicze  ozdobi  wszystkie  znaczki! 

Użyjemy jeszcze większych czarów i nasze listy będą prędzej dochodziły na miejsce. 

I  król  Fantippo,  który  był  bardzo  próżny,  kazał  sporządzić  mnóstwo  znaczków 

pocztowych ze swoim wizerunkiem, niektóre z koroną, inne bez korony, jedne uśmiechnięte, 

inne  ze  zmarszczoną  brwią,  jedne  na  koniu,  inne  na  rowerze.  Ale  najdumniejszy  był  ze 

znaczka  dziesięciopensowego,  który  przedstawiał  go  grającego  w  golfa,  grę,  której  się 

background image

niedawno nauczył od kilku Szkotów poszukujących złota w jego królestwie. 

Kazał  także  zrobić  skrzynki  pocztowe,  zupełnie  takie  same  jak  te,  które  mu  opisał 

kupiec, umieścił je na rogach ulic i powiedział swoim poddanym, że wystarczy tylko nalepić 

znaczki na listy i wrzucić je do tych skrzynek, aby zawędrowały na krańce świata. 

Ale  niebawem  ludzie  zaczęli  się  uskarżać,  że  ich  oszukano.  Zapłacili  rzetelnie  za 

znaczki, zaufali ich sile czarodziejskiej i wrzucili listy do skrzynek, tak jak im powiedziano. 

Tymczasem pewnego dnia krowa wpadła na jedną ze skrzynek i rozwaliła ją, a wtedy okazało 

się,  że  wszystkie  listy,  które  ludzie  wrzucili,  leżały  tu  najspokojniej  i  nie  myślały  nigdzie 

powędrować. 

Król bardzo się rozgniewał, przywołał białego kupca i powiedział: 

-  Oszukałeś  Moją  Królewską  Mość.  Te  znaczki,  o  których  mi  opowiadałeś,  nie  mają 

ż

adnej mocy czarodziejskiej. Wytłumacz mi to. 

Wtedy  kupiec  powiedział,  że  listy  wędrują  nie  z  powodu  jakiejś  siły  czarodziejskiej 

znajdującej  się  w  znaczkach  i  skrzynkach.  Prawdziwe  urzędy  pocztowe  mają  listonoszy, 

którzy  wyjmują  listy  ze  skrzynek.  I  w  dalszym  ciągu  rozmowy  objaśnił  królowi  wszystkie 

czynności urzędu pocztowego. 

Król,  który  był  bardzo  upartym  człowiekiem,  obstawał  dalej  przy  tym,  że  Fantippo 

musi mieć swój urząd pocztowy, zamówił więc w Anglii setki mundurów i czapek i ubrał w 

nie swoich czarnych poddanych, którzy mieli spełniać czynności listonoszy. 

Ale  czarnym  ludziom  było  za  gorąco  w  ciężkich  mundurach,  bo  wobec  upałów 

panujących  stale  w  Fantippo,  jedynym  ich  ubraniem  dotychczas  były  sznury  paciorków. 

Zrzucili więc spodnie i kurtki i nosili tylko czapki. Uniform listonosza w Fantippo składał się 

więc teraz z ładnej czapki, sznura paciorków i torby. 

Odkąd  król  Koko  miał  już  listonoszy,  urząd  poczty  w  Fantippo  zaczął  rzeczywiście 

pracować.  Listy  ty  wyjmowane  ze  skrzynek  i  wysyłane,  gdy  przybył  statek,  a  nadchodząca 

poczta  była  roznoszona  po  domach  w  Fantippo  trzy  razy  dziennie.  W  urzędzie  pocztowym 

panował największy ruch w całym mieś- 

Ale  ludzie  w  zachodniej  Afryce  mają  osobliwy  gust.  Ponad  wszystko  lubią  pstre 

kolory. I kilku elegantów z Fantippo zaczęło odklejać znaczki z listów i przystrajać się w nie. 

Wyglądali bardzo efektownie i oryginalnie i taki strój był wysoko ceniony przez tuziemców. 

Mniej  więcej  w  tym  samym  czasie  w  cywilizowani  świecie  powstał  istny  szał  zbierania 

znaczków  pocztowych.  We  wszystkich  krajach  ludzie  zaczęli  kupować  albumy  i  wlepiać  do 

nich znaczki. Rzadki taczek był w wielkiej cenie. 

Pewnego dnia dwóch takich zbieraczy przyjechało do Fantippo. Znaczek, którego obaj 

background image

poszukiwali do swoich kolekcji, był to „czerwony dwu i półpensowy Fantippo”, którego król 

nie  pozwalał  wypuszczać,  gdyż  uważał,  że  wygląda  na  nim  nieładnie.  Wskutek  go,  że 

rozpowszechnianie tego znaczka było zakazane stał się bardzo rzadkim okazem. Gdy ci dwaj 

przybysze  zeszli  ze  statku  na  ląd,  podszedł  tuziemiec,  żeby  im  odnieść  walizki.  I  w  tejże 

chwili  przybysze  zauważyli  na  piersi  tragarza  „dwu  półpensowy  czerwony  Fantippo”.  Obaj 

zbieracze chcieli ten znaczek kupić, a że każdy chciał go koniecznie mieć w swoim zbiorze, 

zaofiarowali w krótkim czasie bardzo dużą sumę, prześcigając się wzajemnie. 

Kiedy  król  Koko  usłyszał  o  tym,  odwiedził  jednego  ze  zbieraczy  i  zapytał  go, 

dlaczego  ludzie  ofiarowują  tak  wysoką  cenę  za  stary,  zużyty  znaczek.  Biały  opowiedział  o 

nowej namiętności zbierania znaczków pocztowych, która ogarnęła cały cywilizowany świat. 

Jakkolwiek król Koko był zdania, że cały cywilizowany świat oszalał, doszedł jednak 

do  wniosku,  że  zrobi  daleko  lepszy  interes  sprzedając  znaczki  do  zbiorów  niż  do  listów  w 

urzędzie  pocztowym.  Odtąd  ilekroć  zjawiał  się  jakiś  statek  w  porcie  Fantippo,  król  wysyłał 

swego głównego poczmistrza, bardzo wysokiego urzędnika, który w stroju składającym się z 

dwóch  sznurków  muszelek  i  czapki  listonosza,  ale  bez  torby,  przynosił  na  statek  znaczki 

przeznaczone dla zbieraczy. 

Handel  znaczkami  pocztowymi  przynosił  takie  zyski,  że  król  kazał  przyspieszać  ich 

druk, aby nowa partia była gotowa, gdy ten sam statek będzie powracał do Anglii. 

Ale  od  czasu  kiedy  znaczki  sprzedawane  były  zbieraczom,  a  nie  naklejane  na  listy, 

działalność poczty w Fantippo znacznie się pogorszyła. 

Gdy  Zuzanna  opowiedziała  doktorowi  o  liście,  który  wysłała  do  swego  kuzyna  i  na 

który nie otrzymała odpowiedzi, coś przypomniało się nagle Janowi Dolittle. W jednej z jego 

poprzednich  podróży  statek  pasażerski,  którym  jechał,  zatrzymał  się  w  porcie  Fantippo, 

chociaż ani jeden pasażer tam nie wysiadł 

Natomiast  na  pokład  wszedł  urzędnik  pocztowy  i  zaproponował  kolekcję  nowych, 

zielonych i fioletowych znaczków. Doktor Dolittle, który był wówczas gorliwym zbieraczem 

znaczków, kupił sobie trzy komplety. 

Teraz,  kiedy  dowiedział  się  o  liście  Zuzanny,  zrozumiał,  jak  funkcjonował  wówczas 

urząd  pocztowy  w  Fantippo  i  dlaczego  Zuzanna  nie  otrzymała  odpowiedzi,  która  mogła 

wybawić z niewoli jej męża. 

Gdy  Zuzanna  i  Begwe  wstali,  żeby  się  pożegnać,  ponieważ  było  już  późno,  Jan 

Dolittle ujrzał łódź zmierzającą ku jego statkowi. Siedział w niej sam król 

Koko, który przybywał na statek białych, aby sprzedawać znaczki. 

Doktor  Dolittle  zaczął  z  nim  rozmawiać  i  powiedział  mu  szczerze  i  otwarcie,  że 

background image

powinien się wstydzić takiego urzędu pocztowego. Potem poczęstował go filiżanką herbaty i 

wytłumaczył, jak to się stało, że list Zuzanny nie został prawdopodobnie nigdy doręczony jej 

kuzynowi. 

Król  słuchał  uważnie  i  teraz  sam  zrozumiał,  jakie  braki  miał  jego  urząd  pocztowy. 

Potem  poprosił  doktora  Dolittle,  aby  wraz  z  Zuzanną  i  Begwe  wysiadł  na  ląd  w  Fantippo  i 

dopomógł mu do zaprowadzenia porządku w urzędzie pocztowym. 

background image

ROZDZIAŁ V  

 

PODRÓŻ ZOSTAJE ODŁOŻONA 

 

 

Jan Dolittle dał się namówić i przyjął propozycję króla, sądząc, że zrobi w ten sposób 

coś pożytecznego. Ale  gdy wsiadł do łodzi z królem, z Zuzanną i z Begwe, aby udać się do 

Fantippo,  nie  zdawał  sobie  wcale  sprawy  z  tego,  jakiej  wielkiej  pracy  się  podejmuje  i  ile 

dziwnych przygód go czeka. 

Fantippo  wyglądało  zupełnie  inaczej  niż  wszystkie  afrykańskie  wsie  i  osiedla,  które 

zwiedzał dotychczas. Była to bardzo wielka osada, prawie tak wielka jak prawdziwe miasto; 

panował  tam  nastrój  pogodny  i  wesoły,  a  mieszkańcy,  podobnie  jak  król,  byli  weseli  i 

zadowoleni. 

Po  zapoznaniu  doktora  Dolittle  ze  wszystkimi  władzami  szczepu  Fantippo, 

zaprowadzono go do urzędu pocztowego, który znajdował się w strasznym stanie. 

Wszędzie leżały listy - na podłodze, w starych szufladach i skrytkach, nawet na ulicy 

przed  budynkiem  poczty.  Doktor  wytłumaczył  królowi,  że  tak  dalej  być  nie  może,  że 

przyzwoicie  prowadzone  urzędy  obchodzą  się  z  listami  ofrankowanymi,  to  znaczy 

opatrzonymi znaczkami, troskliwie i z poszanowaniem. Nic dziwnego, że list Zuzanny nigdy 

nie doszedł do jej kuzyna, jeśli poczta była tak prowadzona. 

Wtedy król Koko zaczął go znowu błagać, aby urządził prawdziwy urząd pocztowy w 

Fantippo, i doktor powiedział wreszcie, że zobaczy, co da się zrobić. Wszedł do urzędu, zdjął 

marynarkę i wziął się do roboty. 

Ale po kilku godzinach najuciążliwszej pracy Jan Dolittle zdał sobie sprawę z tego, że 

tej  olbrzymiej  roboty  nad  doprowadzeniem  urzędu  pocztowego  w  Fantippo  do  porządku  nie 

da się wykonać w ciągu jednego lub dwóch dni. Trzeba będzie na to przeznaczyć co najmniej 

kilka  tygodni.  Powiedział  to  królowi,  który  kazał  natychmiast  sprowadzić  statek  doktora  do 

portu  i  zakotwiczyć,  a  zwierzęta  wysadzić  na  ląd.  Dla  doktora  Dolittle  i  jego  przyjaciół 

przeznaczono  ładny,  nowy  dom  na  głównej  ulicy,  gdzie  mieli  mieszkać  podczas 

porządkowania królewskiej poczty w Fantippo. 

Po  dziesięciu  dniach  zdołał  Jan  Dolittle  zorganizować  zupełnie  dobrze  tak  zwaną 

pocztę krajową. Poczta  krajowa przewozi listy z jednej części kraju do drugiej  albo z jednej 

dzielnicy  miasta  do  innej;  pocztę  zaś,  która  wysyła  listy  poza  kraj,  do  obcych  państw, 

nazywamy  pocztą  zagraniczną.  Zorganizowanie  regularnej  i  dobrze  działającej  poczty 

background image

zagranicznej w Fantippo uważał doktor za bardzo trudne, gdyż statki, które by mogły zabierać 

listy  za  granicę,  przybywały  tu  bardzo  rzadko.  Jakkolwiek  król  Koko  był  bardzo  dumny  ze 

swego Fantippo, w cywilizowanych państwach było ono uważane za nie bardzo ważny kraj i 

do portu jego przybywały w ciągu roku zaledwie dwa albo trzy statki. 

Pewnego  wczesnego  ranka,  gdy  doktor  leżał  jeszcze  w  łóżku  i  rozmyślał,  co  by  tu 

zrobić dla uruchomienia poczty zagranicznej, Dab-Dab i Jip przynieśli mu śniadanie na tacy i 

oznajmili,  że  przybyła  jaskółka  z  wieścią  od  Śmigłego,  podniebnego  szybkobiegacza.  Jan 

Dolittle poprosił, aby weszła, i niebawem ptaszek zasiadł w nogach łóżka. 

- Dzień dobry! - rzekł doktor zdejmując skorupkę z jajka na twardo. - Czym ci mogę 

służyć? 

-  Kapitan  Śmigły  chciałby  wiedzieć  -  powiedziała  jaskółka  -  jak  długo  pan  chce  tu 

jeszcze  zostać.  Proszę,  niech  pan  nie  myśli,  że  się  skarży,  nikomu  z  nas  nie  przychodzi  nic 

podobnego  na  myśl.  Ale  nasza  podróż  trwa  dłużej,  niż  przypuszczaliśmy.  Pierwsze 

opóźnienie nastąpiło wówczas, gdyśmy tropili handlarza niewolników, Bonesa, a teraz zdaje 

się, że będzie pan musiał zajmować się tym urzędem pocztowym jeszcze przez kilka tygodni. 

Zazwyczaj o tej porze roku jesteśmy już w Anglii i gniazda nasze są dawno przygotowane do 

ż

ycia rodzinnego. Wylęgu piskląt nie możemy w żaden sposób odłożyć. Proszę, niech pan nie 

sądzi, że się skarżymy, ale to opóźnienie jest dla nas bardzo niewygodne. 

- Ależ naturalnie. Rozumiem was całkowicie - powiedział doktor posypując jajko solą. 

- Bardzo mi przykro. Ale dlaczego Śmigły sam się do mnie z tym nie zwrócił? 

- Mam wrażenie, że nie bardzo miał na to ochotę - rzekła jaskółka. - Myślał może, że 

pan się obrazi. 

- Skądże! - zawołał doktor. - Tyleście mi pomogły. Proszę cię, powiedz Śmigłemu, że 

chcę się z nim zobaczyć, gdy tylko się ubiorę. Wszystko ułoży się pomyślnie, jestem pewien. 

Poczekaj chwilkę, zdaje mi się, że już cię gdzieś widziałem. Czy to nie ty mieszkałaś któregoś 

lata u mnie w Puddleby w gniazdku nad stajnią? 

-  Nie  -  powiedział  ptaszek  -  ale  ja  jestem  tą  jaskółką,  która  przyniosła  panu 

wiadomość o chorych małpach. 

-  Ach  tak,  rozumie  się!  -  zawołał  doktor.  -  Od  razu  wiedziałem,  że  skądś  cię  znam. 

Jakże musiało ci być wtedy trudno lecieć podczas zimy do Anglii, kiedy wszędzie leży śnieg i 

nigdzie nie mogłaś znaleźć pożywienia. Bardzo to było dzielnie z twojej strony. 

- Tak, to była ciężka przeprawa - rzekła jaskółka. - Nieraz o mało nie zamarzłam. Lot 

prosto w paszczę lodowatego wichru był po prostu straszny, ale trzeba się było na to zdobyć, 

bo inaczej wszystkie afrykańskie małpy by wymarły. 

background image

- Dlaczego właśnie ciebie wybrano do przyniesienia mi tej wiadomości? - zapytał Jan 

Dolittle. 

- Śmigły chciał lecieć sam - rzekła jaskółka. - Jest przecież bardzo odważny i szybki 

jak błyskawica. Ale inne jaskółki nie chciały go puścić. Powiedziały, że życie przywódcy jest 

zbyt cenne i nie można go narażać na tak ciężką przeprawę. Gdyby zginął, nie byłoby go kim 

zastąpić. Gdyż pominąwszy to, że jest tak chyży i dzielny, jest to najmądrzejszy przywódca, 

jakiego  kiedykolwiek  miałyśmy.  Za  każdym  razem  gdy  my,  jaskółki,  jesteśmy  w  trudnej 

sytuacji,  znajduje  jakieś  wyjście.  Jest  urodzonym  wodzem.  Nie  tylko  szybko  fruwa,  ale  i 

szybko myśli. 

-  Tak,  tak  -  mruczał  doktor  strząsając  w  zamyśleniu  kruszyny  chleba  z  kołdry.  -  Ale 

dlaczego wówczas ciebie wybrano? 

- Nikt mnie nie wybrał - odrzekła jaskółka. - Wszystkie byłyśmy gotowe polecieć, aby 

tylko  Śmigły  nie  narażał  swego  życia.  Wtedy  nasz  przywódca  powiedział,  że  najsłuszniej 

będzie powierzyć wybór losowi. Nazbierałyśmy dużo listków i oderwałyśmy od wszystkich, z 

wyjątkiem jednego, ogonki, potem wsypałyśmy liście do dużej łupiny orzecha kokosowego i 

wymieszałyśmy  porządnie.  A  potem  zaczęłyśmy  dziobać  z  zamkniętymi  oczyma.  Jaskółka, 

która by trafiła na listek z ogonkiem, miała polecieć do Anglii. I to mnie właśnie dostał się ten 

listek. Przed odlotem pożegnałam się jeszcze z mężem, gdyż obawiałam się, że już nie wrócę. 

A teraz jestem bardzo rada, że na mnie padł los. 

- Dlaczego? - spytał doktor stawiając tacę na kolanach i układając poduszki. 

-  Widzi  pan  -  szczebiotała  jaskółka  podnosząc  prawą  nóżkę,  przewiązaną  czerwoną 

wstążeczką - oto, co dostałam. 

- Cóż to takiego? - zdziwił się doktor. 

-  Żeby  wszyscy  się  dowiedzieli  -  odpowiedziała  jaskółka  skromnie  -  jaka  byłam 

dzielna. 

- Ach, teraz rozumiem - rzekł doktor - odznaczono cię za odwagę. 

- Tak. Dotąd byłam po prostu Świergotką, a teraz wzywają mnie Goniec-Świergotka. 

- Winszuję ci - powiedział Jan Dolittle. - Ale teraz usze już wstać, bo mam strasznie 

dużo roboty. Proszę cię, nie zapomnij powiedzieć Śmigłemu, że będę o dziesiątej godzinie na 

statku. Do widzenia! 

Gdy Dab-Dab z Jipem weszli, aby zabrać tacę, Doktor Dolittle golił się przed lustrem, 

przytrzymując ręką czubek nosa, i mruczał do siebie: 

- To jedyna droga do zorganizowania zagranicznej poczty w Fantippo. Dlaczego mi to 

wcześniej  nie  [rzyszło  na  myśl?  Moja  poczta  nadmorska  będzie  najszybsza  ze  wszystkich 

background image

istniejących na świecie. Ma się rozumieć! To jedyne, co nas uratuje – jaskółcza poczta! 

background image

ROZDZIAŁ VI  

 

WYSPA NICZYJA 

 

 

Gdy się tylko doktor ubrał i ogolił, poszedł zaraz na statek na spotkanie ze Śmigłym. 

-  Jest  mi  bardzo  przykro,  Śmigły  -  powiedział  -  że  prawiłem  wam  tyle  kłopotu 

przeciągając mój pobyt utaj. Ale muszę naprawdę zająć się tą pocztą. Prawdę powiedziawszy, 

jest w okropnym stanie. 

-  Tak,  tak,  wiem  o  tym  -  rzekł  Śmigły  -  i  gdyby  się  tylko  dało,  my  jaskółki, 

zrobiłybyśmy to chętnie dla pana, żeby nie lecieć wcale w tym roku do Anglii. Nie byłoby nic 

strasznego,  gdybyśmy  jedno  lato  spędziły  w  Afryce.  Ale  nie  możemy  budować  naszych 

gniazd na krzewach. Wolimy je umieszczać na domach, na stodołach i innych budynkach. 

- Przecież w Fantippo są także domy - powiedział doktor. 

- Tak - przyznał Śmigły - ale za małe i za hałaśliwe, dzieci murzyńskie bawią się koło 

nich przez cały dzień. Nasze jajka i pisklęta nie byłyby ani przez chwilę bezpieczne. A poza 

tym te domy nie nadają się do tego celu, większość z nich to lepianki z trawy i gliny, dachy 

pochylają  się  w  odwrotnym  kierunku,  rynny  są  blisko  ziemi  i  tak  dalej.  My  lubimy  mocne, 

trwałe, angielskie budynki, koło których ludzie nie kręcą się przez cały dzień, nie krzyczą, nie 

biją w bębny - spokojne, ciche budynki jak stare stodoły i stajnie, gdzie ludzie, jeśli w ogóle 

przychodzą,  zachowują  się  z  godnością  i  przyzwoicie,  a  odchodzą  w  porę.  Lubimy  ludzi, 

widzi pan, na ich właściwym miejscu. A samiczka, wysiadająca małe, musi mieć zapewniony 

spokój. 

-  Rozumie  się  -  powiedział  doktor  Dolittle  -  jakkolwiek  mnie  często  bawi  wesołe 

usposobienie  mieszkańców  Fantippo,  rozumiem  dobrze  wasz  punkt  widzenia.  Ale  może 

przydałby się wam mój stary statek? Tam będziecie miały z pewnością spokój. Nikt tam teraz 

nie mieszka, a jest w nim tyle szczelin, dziur i zakamarków, w których mogłybyście budować 

gniazda. Co sądzisz o tym? 

-  To  doskonała  myśl  -  rzekł  Śmigły.  -  Jeśli  pan  może  przez  kilka  tygodni  obejść  się 

bez swego statku. Bo, oczywiście, nic z tego nie będzie, jeśli pan zaraz potem, gdy małe się 

wylęgną, wyruszy w podróż -wtedy nasze pisklęta dostałyby z pewnością morskiej choroby. 

-  Naturalnie  -  rzekł  doktor.  -  Ale  nie  ma  obawy,  abym  wkrótce  wyruszył.  Możecie 

mieć cały statek do rozporządzenia i nikt wam nie będzie przeszkadzał. 

-  Dobrze  -  powiedział  Śmigły  -  powiem  więc  jaskółkom,  że  mogą  już  rozpoczynać 

background image

budowę  gniazd. A potem, gdy  pan będzie chciał wyruszyć w drogę, odprowadzimy pana do 

kraju,  aby  wskazać  drogę  zarówno  panu,  jak  i  naszym  pisklętom.  Zazwyczaj  odbywają  one 

swą  doroczną  pierwszą  podróż  w  odwrotnym  kierunku,  mianowicie  z  Anglii  do  Afryki. 

Pierwszą podróż bowiem muszą odbywać pod naszym dozorem. 

-  Ta  sprawa  jest  więc  załatwiona  -  rzekł  doktor  Dolittle  -  teraz  muszę  wrócić  na 

pocztę.  Statek  należy  do  was.  Ale  gdy  tylko  skończy  się  okres  lęgu,  daj  mi  znać,  gdyż 

wówczas będę ci miał coś ważnego do powiedzenia. 

Statek doktora Dolittle stał się teraz miejscem wylęgu dla jaskółek. Stał on spokojnie 

na  kotwicy  na  cichych  wodach  portu  Fantippo,  a  tysiące  jaskółek  budowało  swe  gniazda  w 

takielunku, w wentylatorach, w szczelinach, w każdym kącie i zakamarku. 

Nikt  nie  zbliżał  się  do  statku  i  jaskółki  miały  go  wyłącznie  dla  siebie.  Później 

stwierdziły wszystkie, że nigdy nie miały lepszego miejsca do lęgu. 

Wkrótce statek przybrał oryginalny wygląd - wszędzie poprzyczepiane były gniazdka 

z mułu i gliny i tysiące ptaków fruwało wokoło masztów, odlatywało i wracało, lepiło gniazda 

i  karmiło  pisklęta.  A  wieśniacy  w  Anglii  mówili  tego  lata,  że  nadchodząca  zima  będzie 

bardzo  surowa,  gdyż  jaskółki  wysiedziały  już  swoje  małe  w  Afryce  i  przybyły  do  Europy 

tylko na kilka jesiennych tygodni. 

Gdy minął czas lęgu, jaskółek było dwa razy tyle, co przedtem. A na statek nie sposób 

było wejść, tyle się tam nagromadziło błota i gliny. 

Ale  gdy  się  tylko  pisklęta  nauczyły  fruwać,  rodzice  nauczyli  je  również  sprzątać. 

Usunięto  stopniowo  muł  i  glinę  i  wrzucono  do  morza.  A  statek  doktora  Dolittle  był  teraz 

czyściejszy niż kiedykolwiek. 

Pewnego  ranka  doktor  przyszedł  jak  zwykle  o  dziewiątej  rano  na  pocztę.  Musiał 

przychodzić punktualnie, gdyż listonosze zaczynali swoją pracę dopiero po jego przyjściu. Na 

chodniku  przed  budynkiem  leżał  Jip  i  obgryzał  kość.  Doktor  Dolittle  zwrócił  uwagę  na  tę 

kość, gdyż jako przyrodnik znał się szczególnie dobrze na starych kościach. Poprosił Jipa, by 

mu ją dał do obejrzenia, a gdy ją dokładnie zbadał, zdziwił się bardzo. 

- Wcale nie wiedziałem, że ten gatunek zwierzęcia istnieje w Afryce! Skąd wziąłeś tę 

kość, Jip? 

- Stamtąd, z Wyspy Niczyjej - powiedział Jip. -Tam takie kości leżą stosami. - A gdy 

go  doktor  zapytał,  gdzie  się  znajduje  ta  Wyspa  Niczyja,  Jip  wyjaśnił  mu,  że  to  jest  okrągła 

wyspa za portem, która wygląda jak plumpudding. 

- Ach tak - powiedział doktor - już wiem, o której wyspie mówisz. Znajduje się blisko 

lądu.  Wcale  nie  wiedziałem,  że  się  tak  nazywa.  Proszę  cię,  Jip,  pożycz  mi  na  kilka  chwil  tę 

background image

kość, chcę pokazać ją królowi. 

Doktor wziął kość i poszedł do króla Koko, a Jip zapytał, czy może mu towarzyszyć. 

Król  siedział  przed  drzwiami  swego  pałacu  i  lizał  cukierek,  gdyż  jak  wszyscy  mieszkańcy 

Fantippo bardzo lubił słodycze. 

-  Dzień  dobry  Waszej  Królewskiej  Mości!  -  powiedział  doktor.  -  Czy  Wasza 

Królewska Mość nie wie przypadkiem, z jakiego zwierzęcia pochodzi ta oto kość? 

Król obejrzał kość i potrząsnął przecząco głową. Nie znał się na starych kościach. 

- Może to krowia - powiedział. 

-  Ależ  nie  -  zaprzeczył  doktor  -  krowa  nie  może  mieć  takiej  kości.  To  jest  kość 

szczękowa,  ale  nie  krowy.  Czy  Wasza  Królewska  Mość  nie  mógłby  mi  pożyczyć  czółna  i 

paru wioślarzy? Chciałbym zwiedzić Wyspę Niczyją. 

Ku  zdziwieniu  doktora  Dolittle  król  zakrztusił  się  cukierkiem  i  o  mało  nie  spadł  z 

krzesła. Potem pobiegł do pałacu i zamknął drzwi za sobą. 

- To dziwne - rzekł doktor Dolittle ze zdumieniem. - Co się stało temu człowiekowi? 

- Ach, zapewne jakieś głupstwo - powiedział Jip. -Tutejsi Murzyni są tacy zabobonni. 

Pójdziemy do portu i spróbujemy wynająć czółno, które nas tam zawiezie. 

Poszli  więc  nad  wodę  i  zapytali  kilku  przewoźników,  czy  nie  zechcieliby  ich 

przewieźć  na  wyspę.  Ale  wszyscy,  usłyszawszy  o  celu  przejażdżki,  przerazili  się  tą 

propozycją i nie chcieli wcale o tym mówić. Nie tylko że nie chcieli jechać, ale wzbraniali się 

wypożyczyć doktorowi czółno, aby sam się mógł przeprawić. 

W  końcu  doktor  spotkał  bardzo  starego  przewoźnika,  który  tak  chętnie  gawędził,  że 

chociaż  i  on  był  zastraszony  samą  nazwą  Wyspy  Niczyjej,  zdradził  w  końcu  doktorowi 

powód dziwnego zachowania się tuziemców. 

-  Ta  wyspa  -  powiedział  -  (nie  wymawiamy  nawet  jej  imienia  bez  koniecznej 

potrzeby)  jest  krainą  Złych  Czarów.  Nazywa  się  -  starzec  szeptał  tak  cicho,  że  doktor  z 

trudem go rozumiał - „Niczyja”, bo nikt na niej nie mieszka. Żaden człowiek nie odważyłby 

się tam przedostać. 

- Ale dlaczego? - zapytał doktor. 

- Tam przebywają smoki! - powiedział starzec, szeroko otwierając przerażone oczy. - 

Olbrzymie, rogate smoki, które zieją ogniem i pożerają ludzi. Jeśli panu życie jest miłe, niech 

pan tam nie jedzie. 

-  Ale  skądże  o  tym  wiecie  -  zapytał  doktor  -  jeśli  nikt  tam  nigdy  nie  był,  aby 

przekonać się, czy to prawda? 

-  Przed  tysiącem  lat  -  opowiadał  starzec  -  gdy  tym  krajem  rządził  król  Kakabuki, 

background image

wygnał  on  na  tę  wyspę  swoją  teściową,  bo  za  dużo  mówiła,  a  on  nie  mógł  znieść  tego 

gadulstwa.  Co  tydzień  miano  jej  przywozić  żywność.  Ale  już  za  pierwszym  razem,  gdy 

przybyli  tam  słudzy  królewscy,  nie  znaleźli  po  niej  ani  śladu!  Gdy  szukali  jej  na  wyspie, 

wyskoczył  z  zarośli  smok  i  rzucił  się  na  nich.  Z  trudem  udało  im  się  uciec.  Po  powrocie 

opowiedzieli  o  tej  przygodzie  królowi  Kakabuki.  Pewien  słynny  czarownik,  u  którego 

zasięgnięto  rady,  powiedział,  że  musiała  to  być  ta  sama  teściowa  króla,  która  przez  jakieś 

czary  zamieniła  się  w  smoka.  Miała  ona  dużo  dzieci  i  wyspa  zaludniła  się  ludożerczymi 

smokami.  Gdy  jakiekolwiek  czółno  zbliżało  się  w  tę  stronę,  smoki  przybiegały  na  brzeg  i 

ziały zabójczym ogniem i zniszczeniem. Ale od kilkuset lat nikt więcej nie stąpnął na wyspę i 

dlatego nazywają ją - pan już sam wie jak... 

Gdy starzec zakończył tę opowieść, odwrócił się natychmiast i zajął swoim czółnem, 

jak gdyby się bał, że doktor ponowi prośbę o przewiezienie go na wyspę. 

- Jip - zwrócił się doktor do psa - powiedziałeś, że przyniosłeś sobie tę kość z Wyspy 

Niczyjej. Czy widziałeś tam smoki? 

- Nie - powiedział Jip - popłynąłem na wyspę, żeby się trochę ochłodzić. Wczoraj było 

bardzo  gorąco.  Ale  nie  poszedłem  w  głąb  wyspy.  Na  wybrzeżu  leżało  dużo  kości,  a  że  ta 

apetycznie  pachniała,  więc  wziąłem  ją  i  popłynąłem  z  powrotem.  Prawdę  powiedziawszy, 

zależało mi bardziej na pływaniu i na kości niż na samej wyspie. 

-  Owa  legenda  o  wyspie  jest  bardzo  dziwna  -  szepnął  doktor.  -  Tym  większą  mam 

chęć  na  zwiedzenie  wyspy.  Ta  kość  ogromnie  mnie  zainteresowała.  Widziałem  raz  podobną 

w  jakimś  muzeum  przyrodniczym.  Czy  mogę  ją  zatrzymać,  Jip?  Chcę  ją  umieścić  w  moim 

własnym muzeum, gdy wrócę do Puddleby. 

-  Bardzo  chętnie  -  odrzekł  Jip  -  a  jeśli  nie  uda  nam  się  dostać  czółna,  aby  się  tam 

przeprawić,  to  przecież  możemy  przepłynąć.  Do  wyspy  będzie  nie  więcej  niż  półtorej  mili 

odległości, a my obaj jesteśmy dobrymi pływakami. 

- To niezła myśl - powiedział doktor. 

Poszli  więc  wzdłuż  wybrzeża,  aż  doszli  do  miejsca  leżącego  naprzeciw  wyspy.  Tam 

doktor  się  rozebrał  i  związał  ubranie  w  węzełek,  który  umieścił  sobie  na  głowie,  przy  czym 

jego cenny cylinder znajdował się na wierzchu. Potem rzucił się w fale wraz z Jipem 

Okazało  się  jednak,  że  to  miejsce  nie  nadawało  się  do  pływania.  Już  po  kwadransie 

pływacy poczuli, że gwałtowny prąd znosi ich na otwarte morze. Usiłowali ze wszystkich sił 

dostać się na wyspę, ale na próżno. 

- Niech pan się da nieść fali, doktorze - sapał Jip - niech pan nie traci sił i nie walczy z 

prądem! Niech się m nie opiera! Nawet jeśli woda uniesie nas poza wyspę, będziemy mogli w 

background image

miejscu, gdzie prąd nie będzie już tak silny, zawrócić i dostać się z powrotem a ląd. 

Ale doktor nie odpowiadał i Jip stwierdził, że jego siły i oddech są na wyczerpaniu. 

Zaczął więc ze wszystkich sił szczekać, gdyż miał nadzieję, że Dab-Dab usłyszy go z 

wybrzeża i sprowadzi pomoc. Ale znajdowali się zbyt daleko od Fantippo, aby ktoś ich mógł 

usłyszeć. 

- Zawróć, Jip! - sapnął doktor. - Nie troszcz się o mnie. Dam sobie jakoś radę. Zawróć 

i spróbuj dostać się na ląd. 

Ale  Jip  nie  miał  ochoty  zawrócić  i  dać  doktorowi  utonąć  samemu,  chociaż  i  on  nie 

widział żadnej możliwości ratunku. 

Wkrótce  usta  doktora  napełniły  się  wodą,  zaczął  się  zachłystywać,  spluwać  i  Jip 

przeraził  się  na  dobre.  Ale  gdy  doktor  zamknął  już  oczy  i  siły  zdawały  się  go  zupełnie 

opuszczać, zdarzyło się coś bardzo dziwnego. Jip uczuł pod sobą w wodzie jakieś obce ciało i 

on, doktor zostali uniesieni w górę jakby na pokładzie jakiejś łodzi podwodnej. Unoszeni byli 

coraz wyżej, wyżej i wreszcie znaleźli się nad wodą. Leżeli obok siebie i chwytali oddech, a 

w oczach ich malowało się najwyższe zdumienie. 

- Doktorze, co to jest? - zawołał Jip i wytrzeszczył oczy na to dziwne ciało, które już 

teraz nie podnosiło ich w górę, lecz niosło jak w łodzi w kierunku wyspy poprzez silny prąd. 

-  N-n-n-ie  mam  pojęcia!  -  dyszał  doktor.  -  Może  to  wieloryb.  Nie,  to  jednak  nie 

wieloryb. Ma przecież futro - powiedział i skubnął to coś, na czym siedział. 

- Ale w każdym razie jest to jakieś zwierzę, prawda? - zapytał Jip. - Tylko gdzie ma 

głowę?  -  I  spoglądał  na  długi,  wygięty  grzbiet,  który  ciągnął  się  przed  nimi  na  jakieś 

trzydzieści jardów długości. 

-  Głowa  jest  pogrążona  w  wodzie  -  powiedział  doktor  Dolittle.  -  Ale  patrz,  za  nami 

znajduje się jego ogon. 

I  gdy  Jip  się  odwrócił,  ujrzał  największy  ogon,  jaki  mu  się  kiedykolwiek  zdarzyło 

widzieć. Ten ogon pruł fale i kierował ich w stronę wyspy. 

- Teraz wiem! - zawołał Jip. - To jest smok. Siedzimy na teściowej króla Kakabuki! 

-  W  każdym  razie  dobrze  się  stało,  że  przyszła  nam  z  pomocą  w  ostatniej  chwili  - 

powiedział doktor i wytrząsnął wodę z uszu. - Nigdy w życiu nie byłem tak bliski utonięcia. 

Będę teraz musiał się trochę oporządzić, zanim ona wysunie głowę z wody. 

Wyjął  ubranie  z  węzełka,  wygładził  cylinder  i  ubrał  się,  gdy  tymczasem  dziwne 

stworzenie, które im uratowało życie, stale i niezmordowanie płynęło w kierunku wyspy. 

background image

ROZDZIAŁ VII  

 

RAJ ZWIERZĄT 

 

 

Wreszcie niezwykłe stworzenie dotarło do wyspy i doktor Dolittle z Jipem, trzymając 

się  wciąż  jeszcze  szerokiego  grzbietu  smoka,  wyleźli  z  wody  na  wybrzeże.  Gdy  doktor 

zobaczył po raz pierwszy głowę zwierzęcia, zawołał w najwyższym podnieceniu: 

- Jip, słowo honoru, przecież to jest Quiffenodochus! 

- Co za Quiffeno - i jak dalej? - zapytał Jip. 

-  Quiffenodochus  -  rzekł  doktor  -  zwierzę  przedhistoryczne.  Wszyscy  przyrodnicy 

twierdzą, że wymarło całkowicie, że nigdzie na świecie się już nie pojawia. Wielki to dzień 

dzisiaj, Jip. Jestem strasznie rad, że tutaj przybyłem! 

Olbrzymie  stworzenie,  które  mieszkańcy  Fantippo  nazwali  smokiem,  wdrapało  się 

tymczasem  na  piasek  i  doktor  mógł  je  dokładnie  obejrzeć.  Na  pierwszy  rzut  oka  wyglądało 

jak  dziwaczne  pomieszanie  krokodyla  z  żyrafą.  Miało  krótkie,  zgięte  nogi,  olbrzymi,  długi 

ogon i szyję, a na głowie sterczały mu dwa małe rogi. 

Gdy  tylko  doktor  Dolittle  i  Jip  zleźli  z  jego  grzbietu,  zwierzę  obróciło  głowę  na 

ogromnie długiej szyi i zapytało doktora: 

- Jak się pan teraz czuje? 

- Dobrze, dziękuję - zapewnił je doktor. 

- Już się bałem - powiedziało zwierzę - że nie zdążę na czas, aby uratować panu życie. 

Mój  brat  mianowicie  spostrzegł  pana  pierwszy.  Z  początku  wzięliśmy  pana  za  tubylca  i  już 

czyniliśmy  przygotowania,  aby  go  przyjąć  w  nasz  zwykły,  odstraszający  sposób.  Ale  gdy 

ukryci za drzewami obserwowaliśmy pana, mój brat zawołał nagle: 

„Na  litość  boską!  Przecież  to  jest  doktor  Dolittle  -  i  on  tonie!  Patrzcie  tylko,  jak 

wymachuje rękami. Musimy go uratować za wszelką cenę! Taki człowiek jak on rodzi się raz 

na tysiąc lat. Prędko do niego!” -  I natychmiast rozeszła się wśród nas wszystkich wieść, że 

doktor Dolittle, wielki lekarz, walczy z falami w cieśninie morskiej. Rozumie się, że wszyscy 

nasi  słyszeli  o  panu.  Pośpieszyliśmy  więc  do  ukrytej  przystani,  leżącej  po  drugiej  stronie 

wyspy,  rzuciliśmy  się  stamtąd  do  morza  i  płynęliśmy  do  pana  pod  wodą.  Ponieważ  ja 

najlepiej pływam, przybyłem pierwszy. Cieszę się bardzo, że nie było jeszcze za późno. Ale 

czy naprawdę czuje się pan już zupełnie dobrze, panie doktorze? 

-  Tak,  całkowicie  i  zupełnie  dobrze  -  zapewnił  go  doktor.  -  Stokrotne  dzięki!  Ale 

background image

dlaczego płynęliście pod wodą? 

-  Bo  nie  chcemy,  aby  nas  tubylcy  ujrzeli  -  powiedziało  osobliwe zwierzę.  -  Uważają 

nas  za  smoki,  a  my  nie  chcemy  wyprowadzać  ich  z  błędu.  Boją  się  tu  przychodzić  i  wyspa 

pozostaje w ten sposób naszą własnością. 

Stworzenie wyciągnęło swoją długą szyję i szepnęło Janowi Dolittle do ucha: 

-  Myślą,  że  my  się  karmimy  mięsem  ludzkim  i  ziejemy  ogniem!  W  rzeczywistości 

jemy  tylko  banany.  Ale  gdy  człowiek  chce  tutaj  wtargnąć,  udajemy  się  do  doliny  leżącej 

pośrodku  wyspy  i  wdychamy  mgłę,  która  tam  stale  osiada.  Potem  wracamy  na  wybrzeże, 

stajemy na tylnych łapach, ryczymy i wydmuchujemy parę nozdrzami, a  ludzie myślą, że to 

dym.  W  ten  sposób  udało  się  nam  zachować  tę  wyspę  przez  tysiąc  tylko  dla  siebie.  Jest  to 

jedyne miejsce na ziemi, gdzie możemy mieszkać i żyć w spokoju. 

-  Ależ  to  jest  niesłychanie  interesujące  -  powiedział  n  Dolittle.  -  Przyrodnicy 

mniemają, że wasz gatunek nie istnieje już na ziemi. Jesteście Quiffenodoki, prawda? 

-  Ależ  nie  -  odparło  zwierzę.  -  Quiffenodoki  już  dawno  wymarły.  My  jesteśmy 

Pfillosaury.  Mamy  po  sześć  palców  na  tylnych  nogach,  gdy  Quiffenodoki,  nasi  kuzynowie, 

mieli tylko po pięć. Wymarli już dwa tysiące lat temu. 

-  A  gdzie  się  podziewają  twoi  krewni?  -  zapytał  doktor.  -  Czy  nie  powiedziałeś,  że 

wielu z was pośpieszyło nam na ratunek? 

- Tak - odrzekł Pfillosaurus - ale zostali pod wodą, aby tubylcy nie ujrzeli ich z lądu i 

nie  przekonali  się,  że  historia  z  teściową,  zamienioną  w  smoka,  jest  bujdą.  Gdy  pana 

ratowałem,  one  wszystkie  płynęły  pod  odą  tuż  obok,  gotowe  przyjść  nam  z  pomocą.  Teraz 

przepłynęły  do  naszej  tajnej  przystani,  żeby  niepostrzeżenie  wrócić  na  ląd.  My  także 

powinniśmy  się  ad  usunąć,  żeby  nas  nie  spostrzeżono  z  wybrzeża  Fantippo.  Gdyby  się  tu 

zjawili  ludzie,  źle  byłoby  z  nami,  gdyż,  między  nami  mówiąc,  chociaż  nas  uważają  za  tak 

straszne potwory, w gruncie rzeczy jesteśmy łagodniejsze od baranków. 

- Czy znajdują się tu także inne zwierzęta? - zapytał doktor. 

- Ależ naturalnie - odpowiedział Pfillosaurus. – Ta wyspa zamieszkana jest wyłącznie 

przez łagodne, roślinożerne zwierzęta; inaczej nie mogłybyśmy się tutaj tak długo utrzymać. 

Ale pokażę panu całą wyspę. Przemkniemy się ostrożnie do doliny, aby nas nikt nie zobaczył, 

i ukryjemy się w cieniu lasu. 

I Pfillosaurus pokazał doktorowi Dolittle i Jipowi całą Wyspę Niczyją. 

Doktor  opowiadał  później,  że  był  to  najpiękniejszy  i  najbardziej  pouczający  dzień  w 

jego życiu. Brzegi były strome i wysokie i wyspa rzeczywiście kształtem przypominała wielki 

plumpudding,  jak  zauważył  Jip.  Pośrodku  wyspy  znajdowała  się  niewidoczna  od  strony 

background image

oceanu, chroniona od wiatrów, urocza, rozległa dolina. 

Na  tym  wielkim,  dobre  trzydzieści  mil  szerokości  liczącym  obszarze  Pfillosaury  od 

tysiąca lat pędziły spokojne życie, zajadając dojrzałe banany i wygrzewając się w słońcu. 

Nad  brzegiem  rzeki  doktor  zobaczył  wielkie  stada  hipopotamów  pasących  się  wśród 

soczystej  zieleni.  W  wysokiej  trawie  wśród  rozległych  łąk  przechadzały  się  słonie  i 

nosorożce.  Na  urwiskach,  wśród  rzadkiego  lasu,  wypatrzył  długoszyje  żyrafy  obgryzające 

gałęzie  drzew.  Było  mnóstwo  małp  i  wszelakiego  rodzaju  zwierzyny,  a  nad  nimi  fruwały 

chmary ptactwa. Wszystkie gatunki zwierząt roślinożernych żyły szczęśliwie i zgodnie tutaj, 

gdzie  pożywienia  roślinnego  było  pod  dostatkiem  i  gdzie  nie  rozlegało  się  nigdy  echo 

wrogich kroków człowieka. 

Gdy doktor Dolittle w towarzystwie Jipa i Pfillosaurusa spoglądał ze szczytu pagórka 

na rozległą dolinę pełną radujących się życiem zwierząt, westchnął głośno: 

Tę piękną krainę można by nazwać rajem zwierząt. Bodajby jak najdłużej cieszyły się 

nią, bodajby na zawsze pozostała „Niczyją”. 

Od  tysiąca  lat  -  odezwał  się  Pfillosaurus  swym  głębokim  głosem  -  jesteś,  doktorze, 

pierwszą istotą ludzką, która się tutaj zjawiła. Przed tobą była teściowa króla Kakabuki. 

- Co się z nią stało? - zapytał doktor. - Tubylcy wierzą, że zamieniła się w smoka.  

- Wydaliśmy ją za mąż - powiedziało niedbale wielkie zwierzę, obgryzając łodygę lilii 

-  nie  mogliśmy  z  nią  wytrzymać,  tak  samo  jak  król.  Chyba  nigdy  w  życiu  nie  spotkał  pan 

kogoś,  kto  by  tyle  mówił.  Pewnej  ciemnej  nocy  przewieźliśmy  ją  poprzez  ocean  na  drugi 

koniec  Afryki  i  wysadziliśmy  tam  pod  pałacem  ichniego  króla,  panującego  nad  małym 

kraikiem  na  ludnie  od  rzeki  Kongo.  Ożenił  się  z  nią,  a  ponieważ  był  głuchy,  więc  jej 

bezustanna gadanina nie przeszkadzała mu ani odrobinę. 

Przez  kilka  dni  doktor  Dolittle  wcale  nie  pamiętał  o  swoim  urzędzie  pocztowym,  o 

swoim statku stojącym i kotwicy, o królu Koko i w ogóle o niczym, gdyż od na do wieczora 

zajmował  się  zwierzętami,  które  prosiły  go  o  radę  w  najrozmaitszych  sprawach.  Dużo  żyraf 

uskarżało  się  na  bolące  kopyta  i  doktor  polecał  im  moczenie  nóg  w  wodzie  z  dodatkiem 

korzonków.  Miało  to  przynosić  natychmiastową  ulgę.  Rogi  nosorożców  były  zbyt  długie  i 

doktor  uczył  nosorożce,  jak  je  ścierać  za  pomocą  specjalnego  kamienia;  poza  tym,  aby  nie 

rosły zbyt szybko, polecał nosorożcom mniej się odżywiać trawą, a więcej jagodami. 

Pewien  rodzaj  drzew  orzechowych,  szczególnie  lubiany  przez  zwierzęta,  przerzedził 

się  znacznie  i  wskutek  ciągłego  obgryzania  przez  żyrafy  groziła  mu  całkowita  zagłada. 

Doktor poradził przywódcom jeleni, aby przed nastaniem pory deszczowej zakopywano kilka 

orzechów w miękkiej ziemi po to, żeby wyrosły z nich nowe drzewa. 

background image

Pewnego  ranka,  gdy  doktor  był  zajęty  wyrywaniem  małemu  hipopotamowi 

kiwającego  się  zęba  za  pomocą  łańcuszka  od  zegarka,  zjawił  się  nagle  przywódca  jaskółek, 

Ś

migły. 

-  Nareszcie  pana  znalazłem,  doktorze!  -  zawołał  z  wymówką.  -  Szukałem  pana  po 

całym świecie. 

- Halo, Śmigły! - zawołał doktor. - Cieszę się, że cię widzę. Czym ci mogę służyć? 

-  Przed  dwoma  dniami  -  odpowiedział  Śmigły  -  ze  wszystkich  jajek  wylęgły  się  już 

pisklęta. - Powiedział mi pan, żeby pana o tym natychmiast zawiadomić, ponieważ chce pan 

pomówić ze mną w pewnej ważnej sprawie. Poleciałem do pańskiego domu, ale Dab-Dab nie 

miała  pojęcia,  gdzie  się  pan  znajduje.  Rozpocząłem  więc  poszukiwania.  W  końcu 

dowiedziałem  się  od  kilku  gadatliwych  przewoźników  w  porcie,  że  pan  przed  pięcioma 

dniami popłynął na tę wyspę i dotąd nie powrócił. Wszyscy w Fantippo są przekonani, że pan 

nie  żyje.  Mówią,  że  pożarły  pana  smoki,  które  tu  podobno  mieszkają.  Przestraszyłem  się 

okropnie,  chociaż  nie  wierzę  w  bajki  o  smokach.  Ale  nie  wracał  pan  tak  długo,  że  nie 

wiedziałem, co o tym sądzić. Może pan sobie wyobrazić, co się dzieje w urzędzie pocztowym 

w Fantippo -jest jeszcze większy bałagan niż przedtem. 

- Tak, tak - powiedział Jan Dolittle, który tymczasem wyrwał małemu hipopotamowi 

kiwający  się  ząb  i  pokazywał  mu,  jak  wypłukać  mordkę  w  rzece.  -  Jest  mi  bardzo  przykro, 

powinienem  był  rzeczywiście  przesłać  jakieś  wiadomości  o  sobie.  Ale  miałem  tak  strasznie 

dużo roboty. Usiądziemy sobie w cieniu palmy i porozmawiamy. Właśnie o poczcie chciałem 

z tobą pomówić. 

background image

ROZDZIAŁ VIII  

 

NAJSZYBSZA POCZTA NA ŚWIECIE 

 

 

Doktor Dolittle, Jip i Śmigły zasiedli w cieniu palm i po raz pierwszy omówili plany 

wielkiej poczty, która zasłynęła później jako poczta jaskółcza. 

-  Doszedłem  do  wniosku  -  rzekł  doktor  -  że  regularna  poczta  zagraniczna  nie  da  się 

urządzić  w  Fantippo  z  tego  względu,  że  przybywa  tam  bardzo  niewiele  statków,  które 

mogłyby przywozić i odwozić pocztę. Przyszło mi więc na myśl, czyby jaskółki nie zechciały 

pełnić służby listonoszów? 

-  To  zupełnie  możliwe  -  odpowiedział  Śmigły.  -Ale  naturalnie  taka  służba  mogłaby 

mieć miejsce wyłącznie w pewnej określonej porze roku, mianowicie podczas naszego pobytu 

w  Afryce.  A  i  wtedy  jaskółki  mogłyby  zanosić  listy  tylko  do  krajów  o  umiarkowanym  i 

ciepłym  klimacie.  W  północnych  strefach  zamarzłybyśmy  na  lodowatych  szlakach 

pocztowych. 

- Ma się rozumieć - powiedział doktor Dolittle - nigdy bym tego od was nie żądał. Ale 

myślałem, że i inne ptaki mogłyby nam pomóc - ptaki, które mieszkają w zimnych, gorących i 

umiarkowanych  strefach.  Jeśli  zaś  obsługa  jakiejś  długiej  linii  pocztowej  okaże  się  zbyt 

męcząca dla jednego gatunku ptaków, można by urządzić również rozstawne stacje pocztowe. 

Jeśli  na  przykład  chce  się  wysłać  list  na  biegun  północny,  to  jaskółki  mogą  go  zanieść  na 

północny cypel Afryki, a stamtąd drozdy przeniosą go dalej, na północ Szkocji. Od drozdów 

przejmą list mewy i zaniosą aż na Grenlandię, skąd już pingwiny mogą go przetransportować 

na biegun północny. Jak się na to zapatrujesz? 

- Jeśli inne ptaki przyłączą się do nas, da się to jakoś urządzić - rzekł Śmigły. 

-  A  poza  tym  -  dodał  doktor  -  mogłyby  z  tej  poczty  korzystać  również  ptaki  i  inne 

zwierzęta. Będą mogły sobie tą drogą wzajemnie przesyłać listy tak jak mieszkańcy Fantippo. 

- Ależ, doktorze, ani ptaki, ani inne zwierzęta nie pisują do siebie - zdziwił się Śmigły. 

-  Dotychczas  nie  -  odpowiedział  doktor  -  ale  nie  widzę  powodu,  żeby  nie  miały 

spróbować.  Dawniej  ludzie  również  nie  korespondowali  ze  sobą,  ale  odkąd  zaczęli,  okazało 

się  to  bardzo  przyjemne  i  pożyteczne  dla  nich.  Jestem  pewny,  że  to  samo  będzie  ze 

zwierzętami i ptakami. Taki główny urząd pocztowy powinien by się znajdować tutaj, na tej 

pięknej  wyspie,  w  raju  zwierząt.  Chciałbym  przede  wszystkim  stworzyć  taki  system 

pocztowy, aby podnieść poziom życia i rozwoju mieszkańców świata zwierzęcego. Poza tym 

background image

interesuje mnie sprawna poczta zagraniczna dla Fantippo. Czy nie zdaje ci się, że ptaki można 

nauczyć pisania listów? 

- Ależ, rozumie się -  rzekł Śmigły  - na przykład  my, jaskółki, pozostawiamy zawsze 

na domach, na których zakładamy nasze gniazda, znaki dla tych ptaków, które po nas będą się 

tam  gnieździły.  Proszę  spojrzeć,  doktorze  -  i  Śmigły  nakreślił  kilka  krzyżyków  na  piasku  u 

stóp doktora. - To znaczy: „Nie budujcie gniazd tym domu, tutaj jest kot!” A to - przywódca 

jaskółek  zrobił  kilka  innych  znaków  w  piasku  -  znaczy:  przyzwoity  dom,  dużo  much, 

spokojni ludzie, glina lepienia gniazd znajduje się za stajnią”. 

-  Doskonale!  -  zawołał  doktor.  -  Przecież  to  jest  rodzaj  stenografii.  Całe  zdanie 

wyrażasz w czterech znakach! 

-  A  poza  tym  -  mówił  dalej  Śmigły  -  wszystkie  znaki  mają  swoje  własne  znaki. 

Rybitwy  robią  na  drzewach  stojących  nad  rzeką  kreski  oznaczające,  gdzie  są  dobre  miejsca 

połowu.  A  także  i  drozdy  mają  swoje  znaki:  na  kamieniach  widuje  się  często  napis:  Tutaj 

rozbijać  skorupy  ślimaków”.  Piszą  tak  po  to,  by  inne  drozdy  nie  rozrzucały  wszędzie 

skorupek, którymi się żywią, i nie wystraszały w ten sposób żywych ślimaków. 

- Widzisz, zawsze sobie myślałem - mówił doktor Dolittle - że wy, ptaki, musicie znać 

chociażby początki pisma, inaczej nie byłybyście takie mądre. Teraz musimy na tych znakach 

oprzeć  istotny,  sprawny  system  pisma  ptaków.  Jestem  przekonany,  że  i  inne  zwierzęta  to 

potrafią. Wtedy uruchomimy pocztę jaskółczą i wszystkie zwierzęta i ptaki na całym świecie 

będą mogły pisywać do siebie listy. Ludzie również, jeśli będą mieli na to ochotę. 

- Prawdopodobnie - oświadczył Śmigły - większość stów będzie skierowana do pana, 

doktorze.  Spotykani  mnóstwo  ptaków,  które  chciały  wiedzieć,  jak  pan  wygląda,  co  pan  jada 

na śniadanie i tym podobne głupstwa. 

- To by mi wcale nie przeszkadzało - zauważył doktor Dolittle - ale przede wszystkim 

idzie  mi  w  tej  sprawie  o  stronę  wychowawczą.  Dzięki  dobrze  działającej  poczcie  warunki 

ż

ycia  zwierząt  i  ptaków  poprawią  się  niewątpliwie.  Na  przykład  dzisiaj  tu,  na  wyspie, 

zapytały  mnie  jelenie,  co  poradzić  na  to,  żeby  drzewa  orzechowe  nie  wymierały.  Poleciłem 

im zasiać orzechy, aby wyrosły nowe drzewa. Teraz będą, Bóg wie jak długo, czekać na to! A 

gdyby  miały  możność  napisania  o  tym  do  mnie,  dałbym  im  już  dawno  taką  radę  za 

pośrednictwem poczty jaskółczej. 

Potem  pod  osłoną  nocy  Pfillosaurus  zaniósł  doktora  Dolittle  i  Jipa  z  powrotem  do 

Fantippo i nikt nie zauważył ich przybycia. 

Nazajutrz rano poszedł doktor do króla. 

- Wasza Królewska Mość - powiedział - można  zorganizować w  Fantippo doskonałą 

background image

zagraniczną  komunikację  pocztową,  jeżeli  Wasza  Królewska  Mość  zgodzi  się  na  to,  co 

proponuję. 

-  Mój  Wielki  Majestat  raczy  cię  wysłuchać  -  rzekł  król.  -  Mów  dalej.  Czy  mogę  cię 

poczęstować karmelkiem? 

Doktor Dolittle wziął sobie z pudełka, które mu król podał, jeden karmelek - zielony. 

Król  Koko  był  bardzo  dumny  z  karmelków,  które  wyrabiano  w  królewskiej  cukierni.  Miał 

stale  jeden  karmelek  zawieszony  na  wstążce  na  szyi.  O  ile  go  nie  lizał,  trzymał  go  przed 

oczami  i  spoglądał  przez  niego  na  swych  dworaków.  Naśladował  białych  ludzi,  patrzących 

przez  okulary,  i  dlatego  kazał  wyrabiać  cukierki  cieni  i  przezroczyste,  żeby  przez  nie 

spoglądać, bo mu się wydawało to bardzo eleganckie. To ciągłe ssanie cukierków zepsuło mu 

figurę, zrobił się przez to strasznie gruby. Ale nie martwił się tym, gdyż w Fantippo wielkie 

rozmiary ciała uważne były za dowód siły i potęgi. 

- Mój plan jest następujący - wyłożył doktor Dolittle - pocztę wewnętrzną w Fantippo 

teraz,  po  wyuczeniu  przeze  mnie  listonoszów,  mogą  roznosić  wasi  ludzie.  Ale  jednoczesne 

zajmowanie się pocztą zagraniczną to będzie już dla nich za dużo. Poza tym do portu waszego 

przybywa niewiele statków. Proponuję więc założenie pływającego urzędu pocztowego, który 

mógłby być zakotwiczony w pobliżu... - doktor Dolittle zatrzymał się w porę i nie wymówił 

straszliwej nazwy. - Hm... hm... tej wyspy, o której Waszej Królewskiej Mości opowiadałem. 

- To mi się nie podoba - rzekł król marszcząc brwi. 

- Wasza Królewska Mość nie ma potrzeby się obawiać - przerwał pośpiesznie doktor - 

ż

aden  z  jego  poddanych  nie  będzie  nigdy  zmuszony  do  wylądowania  na  tej  wyspie. 

Zagraniczny  urząd  pocztowy  będzie  się  mieścił  w  łodzi  zakotwiczonej  dość  daleko  od 

wybrzeża.  Pomoc  ze  strony  urzędników  poczty  w  Fantippo  nie  będzie  mi  wcale  potrzebna. 

Przeciwnie:  stawiam  warunek,  aby  wyspę,  o  której  mówię,  pozostawić  w  spokoju.  Chcę 

pocztę  zagraniczną  prowadzić  sam  na  swój  własny  sposób  i  przy  pomocy  moich  własnych, 

specjalnych  urzędników.  Jeśli  mieszkańcy  Fantippo  będą  chcieli  wysyłać  listy  do  obcych 

krajów,  muszą  je  przewozić  czółnem  do  mojej  łodzi.  Ale  adresowane  do  nich  listy  będą  im 

regularnie  doręczane  zwykłym  sposobem  -  za  pomocą  skrzynek  na  drzwiach.  Co  Wasza 

Królewska Mość o tym sądzi? 

- Daję moje zezwolenie - rzekł król - ale na wszystkich znaczkach musi być wizerunek 

mego pięknego oblicza. 

-  Oczywiście  -  powiedział  doktor.  -  Tylko  musimy  wyraźnie  ustalić,  że  odtąd  cała 

poczta  zagraniczna  będzie  obsługiwana  przez  moich  własnych  urzędników,  moim  własnym 

systemem. Ale nad pocztą krajową w Fantippo, gdy już ją uruchomię całkowicie, musi Wasza 

background image

Królewska Mość czuwać, aby dalej funkcjonowała prawidłowo. Jeśli Wasza Królewska Mość 

się  zgodzi,  mogę  zapewnić,  że  za  kilka  tygodni  królestwo  Fantippo  będzie  miało  najlepiej 

działającą pocztę na całym świecie. 

Po  czym  Jan  Dolittle  zaczął  znowu  naradzać  się  ze  Śmigłym  i  polecił  mu  rozesłać 

ptaki na wszystkie strony świata z wieścią, aby przywódcy mew, mysi-królików, srok, sępów, 

drozdów,  jaskółek,  czyżyków,  pingwinów,  jastrzębi,  dzikich  gęsi  i  wszelkich  innych 

gatunków  ptaków  zgromadzili  się  na  Wyspie  Niczyjej,  gdyż  doktor  Dolittle  chce  z  nimi 

mówić. 

A doktor powrócił do swoich zajęć i starał się dalej organizować wewnętrzną pocztę w 

Fantippo. 

Tymczasem  dzielny  Śmigły  rozesłał  orędzie  naokoło  świata;  i  ptak  ptakowi 

przekazywał  wieść,  że  doktor  Dolittle,  słynny  doktor  zwierząt,  chce  się  zobaczyć  z 

przywódcami wszystkich dużych i małych ptaków. Ptaki zaczęły więc przylatywać do doliny 

Wyspy  Niczyjej.  Po  trzech  dniach  Śmigły  mógł  oznajmić  doktorowi,  że  wszystkie  ptaki 

przybyły i czekają na niego. 

Doktor Dolittle wsiadł więc do pięknej, dużej łodzi, danej mu do rozporządzenia przez 

króla Koko, i przypłynął w niej do stóp wzgórza, z którego poprzednio oglądał piękną dolinę 

raju zwierząt. Wraz ze Śmigłym, siedzącym na jego ramieniu, spoglądał teraz w dół na morze 

głów  ptasich,  gdyż  od  kolibrów  do  albatrosów  stawiły  się  wszystkie  rodzaje.  Wziął  liść 

palmowy  i  zwinąwszy  go  w  trąbkę,  aby  być  lepiej  zrozumianym,  wygłosił  wielkie 

przemówienie  do  przywódców  ptaków,  które  miały  współpracować  ze  słynną  jaskółczą 

pocztą. 

Gdy  doktor  skończył  mówić,  ptaki,  które  nadleciały  ze  wszystkich  stron  świata, 

wyraziły  swoje  zadowolenie  gwizdem,  szczebiotem,  krakaniem,  biciem  skrzydeł.  Wynikł  z 

tego taki straszny hałas, że tubylcy z Fantippo szeptali do siebie o wielkiej walce smoków na 

Wyspie Niczyjej. 

Potem doktor Dolittle wyjął notes i wdał się w rozmowę z każdym z przywódców po 

kolei,  zadając  mu  pytania  dotyczące  znaków  używanych  przez  ptaki  jego  gatunku.  Doktor 

zapisywał to wszystko i wziął notatki ze sobą do domu, aby całą noc zapoznawać się z nimi. 

Obiecał, że nazajutrz wróci. 

Na drugi dzień przepłynął znów na wyspę i w dalszym ciągu omawiał, przygotowywał 

i  opracowywał  wszystko.  Zostało  postanowione,  że  swój  główny  urząd  mieć  będzie  poczta 

jaskółcza  na  Wyspie  Niczyjej,  filie  zaś  jej  znajdować  się  będą  na  przylądku  Horn,  w 

Grenlandii,  na  Tahiti,  w  Kaszmirze,  Tybecie  i  Puddleby  nad  rzeką  Marsh.  Większość  linii 

background image

pocztowych  była  tak  urządzona,  że  ptaki,  które  spędzały  zimę  w  innym  kraju,  a  na  lato 

wracały  do  ojczyzny,  miały  zabierać  listy  podczas  tych  regularnych  corocznych  podróży.  A 

ponieważ  są  i  takie  ptaki,  które  prawie  co  tydzień  przelatują  z  jednego  kraju  do  drugiego, 

więc w ten sposób poczta mogła być załatwiana bez wielkich trudności. 

Rozumie się, że przybyły również i ptaki, które nie opuszczają nigdy, nawet w zimie, 

swego kraju rodzinnego. Ich przywódcy, otoczeni specjalną opieką innych ptaków, przylecieli 

również  na  wezwanie  doktora,  aby  mu  okazać  swoją  gotowość.  Ptaki  te  obiecały,  że  przez 

cały  rok  będą  czuwać  nad  listami  dostarczanymi  do  ich  ojczyzny  i  rozprowadzać  je  wśród 

adresatów. 

W ten sposób w ciągu pierwszych dni ustalono cały plan działania. 

Następnie  doktor  Dolittle  i  przywódcy  zgodzili  się  na  jeden  określony,  prosty,  jasny 

alfabet  dla  wszystkich  ptaków,  aby  ptaki  pocztowe  mogły  z  łatwością  zrozumieć  i  odczytać 

adresy  na  kopertach.  Wreszcie  doktor  odesłał  wszystkie  ptaki  z  powrotem  do  domów,  aby 

mogły  nauczyć  swych  krewniaków  nowego  alfabetu  i  zaznajomić  ptaki  całego  świata  z 

organizacją poczty, która miała się przyczynić do podniesienia poziomu życia i wychowania 

mieszkańców świata zwierzęcego. 

Potem doktor Dolittle poszedł do domu i wyspał się porządnie. 

Nazajutrz  rano  dowiedział  się,  że  łódź  przeznaczona  na  urząd  pocztowy,  którą  król 

Koko  kazał  dla  niego  sporządzić,  jest  już  gotowa  i  wygląda  ślicznie.  Umieszczono  ją  na 

kotwicy w pobliżu Wyspy Niczyjej. Następnie przeniesiono tam Dab-Dab, Jipa, Tu-Tu, Geb-

Geb,  dwugłowca  i  białą  myszkę.  Doktor  Dolittle  zwinął  swój  dom  na  głównej  ulicy  w 

Fantippo  i  do  końca  swego  pobytu  w  kraju  króla  Koko  mieszkał  w  urzędzie  poczty 

zagranicznej. 

Doktor Dolittle wraz ze swoimi zwierzętami miał teraz mnóstwo roboty,  gdyż trzeba 

było wszystko zorganizować, umeblować, cały lokal zaopatrzyć w szuflady na znaczki i karty 

pocztowe, w wagę, w torby do sortowania listów i w tym podobne przedmioty. Dab-Dab jak 

zwykle prowadziła gospodarstwo i dbała o to, aby wszędzie było co dzień czysto sprzątnięte i 

zamiecione. Jip był dozorcą i pilnował punktualnego zamykania wieczorem i otwierania rano 

budynku  pocztowego.  Tu-Tu,  najlepsza  matematyczka,  prowadziła  książki  i  rachunki 

zapisując,  ile  znaczków  zostało  sprzedanych  i  ile  pieniędzy  wpłynęło  za  to  do  kasy.  Jan 

Dolittle  siedział  przy  okienku  w  dziale  informacji  i  odpowiadał  na  setki  pytań,  które  ludzie 

zadają we wszystkich urzędach pocztowych. A obowiązkowy, niezawodny Śmigły kręcił się 

tu i tam, i wszędzie. Pierwszy list został nadany przez Pocztę Jaskółczą w następujący sposób: 

pewnego  dnia  król  Koko  zjawił  się  we  własnej  osobie,  wsunął  swoje  szerokie  oblicze  w 

background image

okienko i zapytał: 

- Jaka linia pocztowa jest najszybsza na świecie? 

-  Angielska  poczta  szczyci  się  tym,  że  list  z  Londynu  do  Kanady  może  przesłać  w 

ciągu czternastu dni. 

-  Mam  tutaj  list  do  przyjaciela  -  powiedział  król  -który  posiada  salon  czyszczenia 

butów  w  Alabamie.  Zobaczymy,  jak  szybko  będziesz  mi  mógł  przynieść  odpowiedź  na  ten 

list. 

W  istocie  doktor  Dolittle  nie  uruchomił  jeszcze  poczty  zagranicznej  i  chciał  to 

zakomunikować królowi, ale Śmigły skoczył na biurko i szepnął: 

-  Niech  mi  pan  da  ten  list.  Pokażemy  mu!  Potem  zawołał  Świergotkę-Gońca  i 

powiedział do niej: 

-  Zanieś  ten  list,  jak  tylko  możesz  najprędzej,  na  Wyspy  Azorskie.  Tam  spotkasz 

białoogoniaste  skowronki  z  Nowej  Karoliny,  które  teraz  wybierają  się  w  podróż  do  Stanów 

Zjednoczonych. Daj im ten list i powiedz, żeby jak najprędzej przyniosły tutaj odpowiedź. 

Ś

wiergotka poleciała jak błyskawica. 

O  godzinie  czwartej  po  południu  oddał  król  swój  list  j  na  pocztę.  Kiedy  zaś  Jego 

Królewska  Mość  obudził  się  nazajutrz  i  zasiadł  do  śniadania,  odpowiedź  leżała  już  !  obok 

jego nakrycia! 

background image

CZĘŚĆ DRUGA 

background image

ROZDZIAŁ I  

 

NIEZWYKŁY URZĄD POCZTOWY 

 

 

Nikt,  nawet  doktor  Dolittle,  nie  przewidywał,  jak  wspaniale  rozwinie  się  Poczta 

Jaskółcza i ile dziwnych zdarzeń i nowych pomysłów powiąże się z nią. 

Rozumie się, że przy tak oryginalnej organizacji trzeba się było wiele nauczyć i dużo 

napracować,  zanim  wszystko  zaczęło  działać  bez  przeszkód.  Każdy  dzień  przynosił  jakieś 

nowe,  świeże  zadania.  I  chociaż  doktor,  który  był  zawsze  bardzo  obowiązkowym 

człowiekiem, harował teraz niemal do upadłego, zajmowało go to wszystko tak bardzo, że nie 

narzekał  na  swoją  pracę.  Tylko  macierzyńska  Dab-Dab  oburzała  się  na  to  ogromnie,  bo 

przecież doktorowi brakło czasu nawet na sen. 

Na  całym  świecie  nie  było  nigdzie  i  nigdy  podobnego  urzędu  pocztowego.  Po 

pierwsze,  był  to  urząd  pocztowy  na  łodzi,  po  drugie,  każdy  z  urzędników  i  każdy  klient 

dostawał punktualnie o czwartej godzinie po południu herbatkę, a w niedzielę nawet kanapki 

z ogórkiem do herbaty. Podwieczorek w zagranicznym urzędzie pocztowym stał się ostatnim 

krzykiem  mody  w  Fantippo,  oczywiście  wśród  bardziej  wytwornych  mieszkańców.  Wielka, 

słomiana mata rozpościerała się na kształt markizy po drugiej stronie budynku, tworząc ładną 

werandę  z  pięknym  widokiem  na  morze  i  na  zatokę.  I  gdy  ktoś  przypadkiem  wstępował  do 

urzędu o czwartej, aby kupić znaczek, przeważnie zastawał tam króla i innych dostojników z 

Fantippo popijających właśnie herbatkę. 

Jeszcze  jedną  szczególną  właściwość  urzędu  doktora  Dolittle  stanowiły  pióra  do 

pisania. Doktor Dolittle stwierdził, że w wielu urzędach pocztowych pióra są niemożliwe do 

użytku;  skrzypią  i  robią  kleksy.  Istotnie,  nawet  po  dziś  dzień  dużo  urzędów  pocztowych 

słynie  z  niedobrych  piór.  Ale  doktor  Dolittle  postarał  się  o  to,  aby  jego  pióra  były  w 

doskonałym  gatunku.  Rozumie  się,  że  w  owych  czasach  nie  posługiwano  się  jeszcze 

stalówkami, lecz gęsimi piórami. Doktor polecił albatrosom i mewom, aby zachowywały dla 

niego  pióra,  które  im  wypadają  z  ogonów  w  okresie  zmiany  upierzenia.  Przy  takich  więc 

możliwościach nietrudno było mieć urząd zaopatrzony w najlepsze pióra. 

Jeszcze  pod  jednym  względem  różnił  się  urząd  pocztowy  doktora  Dolittle  od  innych 

urzędów - mianowicie klejem używanym do gumowania znaczków. Klej używany dotychczas 

w  Fantippo  wyczerpał  się  i  doktor  musiał  sporządzić  inny.  Po  wielu  próbach  wynalazł  klej 

robiony  z  soku  lukrecji;  klej  ten  wysychał  szybko  i  był  bardzo  smaczny.  Jak  już 

background image

wspominałem, mieszkańcy Fantippo ogromnie lubili słodycze i gdy tylko nowy klej wszedł w 

użycie,  zaczęły  się  gromadzić  tłumy  w  zagranicznym  urzędzie  pocztowym,  aby  setkami 

zakupywać znaczki. 

Z  początku  przyczyny  tego  tłoku  wydały  się  doktorowi  niezrozumiałe,  a  Tu-Tu, 

kasjerka,  była  zmuszona  pracować  w  godzinach  nadliczbowych,  aby  nadążyć  ze  zliczaniem 

wpływów  kasowych.  Kasa  urzędu  pocztowego  nie  mogła  pomieścić  wszystkich  pieniędzy  i 

nadwyżkę trzeba było przechowywać w garnku na kominie. 

Ale nagle doktor zauważył, że klienci zlizują klej ze znaczków pocztowych, a potem 

przynoszą  je  z  powrotem,  żądając  zwrotu  pieniędzy.  We  wszystkich  urzędach  pocztowych 

obowiązuje  przepis,  że  znaczki  można  wymieniać  na  zapłacone  za  nie  pieniądze.  O  ile 

znaczki nie były podarte albo zabrudzone, nic nie szkodziło, że zlizano klej. Doktor doszedł 

jednak  do  przekonania,  że  musi  wynaleźć  inny  klej,  jeśli  chce  sprzedawać  znaczki  do 

właściwego użytku. 

Pewnego  dnia  zjawił  się  w  urzędzie  brat  króla,  strasznie  kaszlący,  i  prosił  jednym 

tchem  (raczej  kaszlem)  o  pięć  znaczków  po  pensie  i  o  środek  na  kaszel.  To  naprowadziło 

doktora Dolittle na świetny pomysł i nowy klej do znaczków - który sporządził ze specjalnego 

gatunku  słodkawego  syropu  na  kaszel  -  nazwał  klejem  antykokluszowym.  Wynalazł  także 

klej  przeciw  bronchitowi,  klej  przeciw  anginie  i  rozmaite  inne.  Od  tej  pory,  gdy  w  mieście 

panowała jakaś zaraźliwa choroba, starał się zawsze, żeby do  gumowania znaczków używać 

jakiegoś  odpowiedniego,  leczniczego  środka.  Zaoszczędził  sobie  w  ten  sposób  mnóstwo 

trudu,  gdyż  dotychczas  ludzie  zamęczali  go  po  prostu  o  porady  na  zaziębienie,  ból  gardła  i 

inne choroby. Był więc pierwszym generalnym poczmistrzem, który jednocześnie obsługiwał 

pacjentów dostarczając smacznych lekarstw na odwrocie znaczków pocztowych. Nazywał to: 

„zaklejaniem choroby”. 

Pewnego  wieczoru  Jip,  jak  zwykle,  zamknął  o  szóstej  godzinie  drzwi  urzędu 

pocztowego  i  wywiesił  tablicę  z  napisem:  „Zamknięte”.  Doktor  Dolittle,  słysząc  zasuwanie 

zamka u drzwi, przerwał liczenie kart pocztowych i zapalił fajkę. 

Pierwsza  ciężka  praca  -  uruchomienie  poczty  -  była  już  wykonana.  Gdy  więc  doktor 

tego wieczoru usłyszał zamykanie drzwi, przyszło mu na myśl, że odtąd może pozwolić sobie 

na  określone  godziny  pracy  i  nie  musi  pracować  przez  cały  dzień.  I  kiedy  Jip  wszedł  do 

oddziału listów poleconych, zastał tam doktora wyciągniętego na krześle, z nogami opartymi 

o biurko i rozglądającego się naokoło z zadowoloną miną. 

-  Jip  -  powiedział  z  westchnieniem  ulgi  -  teraz  mamy  prawdziwą  pocztę,  urzędującą 

jak trzeba. 

background image

- Tak - odrzekł Jip i postawił na ziemi latarkę, z którą obchodził lokal - i jaką pocztę... 

Podobnej nie ma na całym świecie! 

-  Pomyśl  -  powiedział  doktor  -  że  chociaż  otworzyliśmy  ją  przeszło  tydzień  temu,  ja 

sam nie napisałem jeszcze ani jednego listu. Wyobraź sobie tylko, mieszkać przez tydzień w 

urzędzie  pocztowym  i  nie  pisać  listów!  Spójrz  na  tamtą  szufladę.  Kiedy  indziej  sam  widok 

tylu  znaczków  zachęciłby  mnie  do  napisania  tuzina  listów.  Przez  całe  swoje  życie,  kiedy 

chciałem  napisać  list,  nie  miałem  nigdy  znaczka  pod  ręką.  A  teraz  -  czy  to  nie  zabawne  - 

kiedy mieszkam dzień i noc w urzędzie pocztowym, nie przychodzi mi na myśl nikt, do kogo 

mógłbym napisać list. 

- Szkoda - powiedział Jip - bo, pomijając szuflady pełne znaczków pocztowych,  gdy 

się ma takie piękne pismo jak pan... Niech pan pomyśli o tych wszystkich zwierzętach, które 

czekają na wiadomości od pana. 

- Oczywiście, mógłbym napisać do Sary - poczciwa, kochana Sara. Ale nie pamiętam 

jej adresu. Nie mogę więc do niej napisać. 

- Już wiem! - krzyknął Jip. - Mógłby pan napisać do Mateusza Mugg! 

- Nie umie przecież czytać - mruknął doktor. 

- On nie, ale jego żona czyta doskonale - odpowiedział Jip. 

- To prawda - rzekł doktor - ale o czym do niego napisać? 

Właśnie w tej samej chwili ukazał się Śmigły i oznajmił: 

-  Doktorze,  obsługa  miasta  w  Fantippo  musi  być  zmieniona.  Moim  ptakom 

pocztowym  jest  za  trudno  wyszukiwać  domy,  żeby  doręczać  listy.  Bo,  widzi  pan,  my, 

jaskółki,  jakkolwiek  budujemy  nasze  gniazda  przy  domach,  nie  jesteśmy  właściwie  ptakami 

miejskimi. Przeważnie szukamy sobie samotnych domów na wsi, wśród ulic miasta z trudem 

dajemy sobie radę. Kilka jaskółek odniosło z powrotem listy, które miały roznieść dziś rano, 

gdyż nie znalazły domów, do których te listy były zaadresowane. 

- Hm - powiedział doktor - to fatalne. Zostaw mi chwilę czasu do namysłu. Ach, już 

wiem! Sprowadzę tutaj Pyskacza. 

- Kto to jest Pyskacz? - zapytał Śmigły. 

- To londyński wróbel, który mnie odwiedza każdego lata w Puddleby. Mieszka stale 

przy katedrze Świętego Pawła. Wybudował gniazdo w uchu świętego Edmunda. 

- Gdzie?! - wykrzyknął Jip. 

-  W  uchu  figury  świętego  Edmunda,  na  zewnątrz  katedry  -  wyjaśnił  doktor.  -  Ten 

czuje się wśród ulic i domów jak u siebie w domu. Przyda nam się znakomicie. Napiszę zaraz 

po niego. 

background image

- Mam wątpliwości - rzekł Śmigły - czy ptak pocztowy, jeśli nie będzie sam ptakiem 

miejskim,  odnajdzie  tego  wróbla  w  Londynie.  Londyn  to  przecież  strasznie  duże  miasto, 

prawda? 

- Tak jest - rzekł doktor. 

-  Panie  doktorze  -  zawołał  Jip  -  dopiero  co  zastanawiał  się  pan  nad  tym,  o  czym 

napisać do karmiciela kotów! Niech Śmigły napisze list do Pyskacza ptasim alfabetem, a pan 

włoży ten list do listu adresowanego do Mateusza Mugg. Gdy wróbel przybędzie do Puddleby 

na wakacje, karmiciel kotów może mu oddać list. 

-  Doskonale!  -  zawołał  Jan  Dolittle.  Wziął  natychmiast  arkusik  papieru  listowego  i 

zaczął pisać. 

- Niech go pan poprosi przy tej sposobności - wtrąciła Dab-Dab - żeby rzucił okiem na 

nasze okna, czy jakaś szyba nie pękła. Deszcz mógłby nam zmoczyć pościel. 

- Dobrze, dobrze - rzekł doktor - wspomnę i o tym. 

Doktor napisał więc list i zaadresował go tak: „Jaśnie Wielmożny Pan Mateusz Mugg, 

sprzedawca  mięsa  dla  kotów  w  Puddleby  nad  rzeką  Marsh,  Anglia”.  List  zabrała  ze  sobą 

Ś

wiergotka-Goniec. 

Doktor nie spodziewał się szybkiej odpowiedzi, gdyż żona karmiciela kotów nie była 

zbyt skora do czytania i zbyt mocna w pisaniu. Trudno też było się spodziewać, aby Pyskacz 

przybył  do  Puddleby  przed  upływem  tygodnia.  Zostawał  zwykle  przez  Wielkanoc  w 

Londynie.  Jego  małżonka  nie  pozwalała  mu  odlecieć  na  wieś,  zanim  nie  nauczy  swoich 

piskląt rozpoznawać domy, z których ludzie sypią im okruszyny, wydziobywać owies sprzed 

nosa koniom dorożkarskim bez narażania się na zdeptanie przez ich kopyta, dawać sobie radę 

wśród ruchliwych ulic Londynu i innych tym podobnych rzeczy, które młode ptaki, żyjące w 

mieście, umieć powinny. 

Tymczasem  życie  w  urzędzie  pocztowym  szło  dalej  swoim  czynnym,  ożywionym 

biegiem.  Zwierzęta:  Tu-Tu,  Dab-Dab,  Geb-Geb,  dwugłowiec,  biała  mysz  i  Jip  były  bardzo 

zadowolone  z  mieszkania  na  wielkiej  łodzi.  A  gdy  im  się  czasem  w  tym  pływającym  domu 

przykrzyło,  udawały  się  na  wycieczkę  na  Wyspę  Niczyją,  którą  teraz  nazywano  znacznie 

częściej tak, jak ją doktor Dolittle nazwał - „Rajem Zwierząt”. 

Czasem doktor Dolittle towarzyszył im w tych wycieczkach. Czynił to bardzo chętnie, 

gdyż  przy  tej  sposobności  rozmawiał  z  różnymi  zwierzętami  i  uczył  się  ich  znaków 

porozumiewawczych.  Z  tych  znaków,  które  skrzętnie  notował,  ułożył  on  rodzaj  pisma 

zwierząt albo gryzmolenia, jak to nazywał (podobnie jak to uczynił dla ptaków). 

Gdy mu zostawało trochę wolnego czasu, dawał zwierzętom w wielkiej dolinie lekcje 

background image

pisania.  Na  te  lekcje  uczęszczało  bardzo  wielu  uczniów.  Jak  zwykle  małpy,  jako 

najpojętniejsze,  uczyły  się  najlepiej  i  dlatego,  że  były  takie  mądre,  doktor  mianował  kilka  z 

nich swoimi pomocnikami. 

Ulubione zwierzęta doktora przeglądały codziennie 

z wielkim przejęciem pocztę, szukając listów adresowanych do siebie. Z początku nie 

otrzymywały ich dużo. Ale pewnego dnia powróciła Świergotka przynosząc list z Puddleby. 

Była to odpowiedź karmiciela kotów na list doktora. 

Ż

ona  Mateusza  Mugg  pisała  w  imieniu  męża,  że  list  do  wróbla  wisi  na  jabłoni  w 

ogrodzie, gdzie go wróbel, gdy przyleci, na pewno znajdzie. Pisała dalej, że szyby w oknach 

są jeszcze całe, ale że drzwi kuchenne trzeba będzie na nowo pomalować. 

Gdy  Świergotka  czekała  w  Puddleby  na  odpowiedź  karmiciela  kotów,  zdążyła 

opowiedzieć  wszystkim  szpakom  i  drozdom  w  ogrodzie  doktora  o  nowym  urzędzie 

pocztowym  dla  zwierząt  na  Wyspie  Niczyjej.  Niebawem  dowiedziało  się  o  tym  każde  żywe 

stworzenie w Puddleby i poza Puddleby. 

Wskutek tego zaczęły napływać do łodzi listy do ulubieńców doktora. Pewnego dnia 

przy porządkowaniu poczty trafił się list dla Dab-Dab od jej siostry; dalej dla białej myszki od 

jednego  z  jej  kuzynów,  który  mieszkał  w  szufladce  biurka  doktora,  jeden  dla  Jipa  od 

szkockiego owczarka, mieszkającego w sąsiedztwie Puddleby, jeden dla Tu-Tu, z którego się 

dowiedziała, że stała się ciotką sześciu siostrzeńców i siostrzenic, które przyszły na świat pod 

pułapem  stajni.  Tylko  do  Geb-Geb  nie  było  żadnego  listu.  Biedne  prosię  opłakało  to 

rzewnymi łzami. A gdy  doktor udał się na poobiednią przechadzkę, Geb-Geb poprosiło, aby 

je na pocieszenie zabrał ze sobą. 

Następnego dnia ptaki uskarżały się, że worek pocztowy jest wyjątkowo ciężki; a gdy 

go  rozpakowano,  przekonano  się,  że  zawiera  dziesięć  grubych  listów  dla  Geb-Geb  i  dla 

nikogo  więcej.  Jipowi  wydało  się  to  podejrzane  i  gdy  Geb-Geb  otwierało  swoje  listy, 

popatrzył mu przez ramię. W każdej kopercie leżała skórka banana. 

- Kto ci przysłał te wszystkie skórki bananowe? - zapytał. 

- Sam je sobie przysłałem - odpowiedziało Geb-Geb - wczoraj z Fantippo. Nie widzę 

ż

adnego  powodu,  dlaczego  wy  mielibyście  dostawać  tyle  listów,  a  ja  nie.  Jeśli  do  mnie  nikt 

nie pisze, to będę pisał sam do siebie. 

background image

ROZDZIAŁ II 

 

PYSKACZ 

 

 

Był  to  wielki  dzień  w  urzędzie  pocztowym  doktora  Dolittle,  gdy  przybył  londyński 

wróbel, zwany Pyskaczem, aby współpracować w dziale miejskim poczty w Fantippo. 

Doktor  w  okienku  informacyjnym  spożywał  właśnie  drugie  śniadanie,  gdy  wróbel 

wsunął łepek w okno i zawołał zuchwałym głosem londyńskiego ulicznika: 

- Halo, doktorze, a więc widzimy się znowu! Co słychać nowego w starej firmie? Kto 

by przypuszczał, że pan wpadnie na taki pomysł! 

Pyskacz  był  ptakiem  z  charakterem.  Każdy,  nawet  widząc  go  po  raz  pierwszy, 

odgadłby od razu, że  całe swoje życie spędził na ulicach  wielkiego miasta. Każdym ruchem 

różnił się od innych ptaków. Na przykład oczy Śmigłego, jakkolwiek nikt nie ośmieliłby się 

nazwać  go  głupim,  miały  szlachetny  wyraz  wiejskiej  naiwności.  Ale  zuchwałe,  sprytne 

spojrzenie  Pyskacza  zdawało  się  mówić:  „Niech  wam  się  tylko  nie  zdaje,  że  możecie  mnie 

wywieść w pole. Jestem prawdziwym dzieckiem Londynu”. 

- Ach, Pyskaczu! - zawołał Jan Dolittle. - Nareszcie jesteś! Jak przyjemnie zobaczyć 

cię po tak długim czasie! Czy podróż przeszła ci szczęśliwie? 

- Nie najgorzej, mogło być gorzej - odpowiedział Pyskacz i zerknął na kilka okruszyn, 

które pozostały na pulpicie po śniadaniu doktora. - Ani jednej burzy, zupełnie przyzwoity lot. 

Gorąco? Ma się rozumieć, i jak jeszcze! Dostatecznie gorąco, żeby się upiec. Ależ osobliwą 

budę pan sobie tu urządził! 

Na  wieść  o  przybyciu  Pyskacza  zbiegły  się  wszystkie  zwierzęta,  aby  go  przywitać  i 

dowiedzieć się, co słychać w domu, w Puddleby. 

- Jak się powodzi starej klaczy w stajni? - zapytał doktor Dolittle. 

- Bardzo dobrze - odpowiedział Pyskacz. - Nie jest już, co prawda, dziewczęciem, ale 

jak na tak starą kobyłę, trzyma się wcale dobrze. Prosiła, abym zabrał dla pana gałąź pnących 

różyczek,  które  rozkwitły  na  murze  nad  stajnią.  Ale  powiedziałem  jej:  „Myślisz,  że  jestem 

wozem  towarowym,  czy  co?”  Proszę  sobie  wyobrazić  -  ptaszysko  w  moim  wieku  miałoby 

prze-frunąć cały Ocean Atlantycki z gałązką różyczek w dziobku! Jeszcze by pomyślano, że 

jestem zaproszony na wesele na biegun północny. 

- Na litość boską, Pyskaczu! - zaśmiał się doktor Dolittle. - Kiedy tak słucham twego 

londyńskiego świergotu, zaczyna mnie ogarniać tęsknota za kra jem. 

background image

- Mnie także! - zawołał Jip. - Czy dużo jest szczurów w drwalni, Pyskaczu?! 

-  Tysiące  -  powiedział  wróbel  -  takie  duże  jak  króliki  i  takie  zuchwałe,  jak  gdyby 

wszystko wokoło było ich własnością. 

- Już ja je nauczę rozumu, niech no tylko wrócę - oświadczył Jip. - Mam nadzieję, że 

wrócimy przecież wkrótce do domu. 

- A jak tam w ogrodzie? - zapytał doktor. 

- Na medal - odparł wróbel. - Rozumie się, dużo zielska na ścieżkach, ale pod oknami 

kuchni  zakwitły  rysy,  powiadam  panu,  pierwsza  klasa!  Nigdy  nie  widziałem  czegoś 

piękniejszego! 

-  A  co  nowego  słychać  w  Londynie?  -  zapytała  biała  myszka,  która  również  była 

dzieckiem miasta. 

-  O,  w  Londynie  zawsze  jest  coś  nowego  -  odpowiedział  Pyskacz.  -  Takie  to  już 

miasto. Teraz wynaleziono nowy rodzaj dorożek na dwóch kołach. Pędzą 3 wiele prędzej niż 

te stare drapaki na czterech! A niedaleko giełdy otworzono nowy sklep warzywny. 

- Gdy dorosnę, chciałbym mieć sklep z warzywami - westchnęło Geb-Geb - w Anglii, 

gdzie  są  takie  dobre  warzywa!  Mam  już  dość  tej  Afryki!  Będę  sprowadzać  do  sklepu 

wszystkie nowalijki. 

- Geb-Geb klepie wiecznie to samo - odezwała się Tu-Tu. - Żeby tak nie mieć w życiu 

wyższych dążeń, niż posiadanie sklepu z warzywami! 

-  O  droga  ojczyzno  moja!  -  zawołało  Geb-Geb  z  uczuciem.  -  Co  może  być 

piękniejszego nad główkę świeżej sałaty na wiosnę! 

- To dopiero poetyczne prosię - zdziwił się Pyskacz. - Dlaczego nie piszesz wierszy o 

kapuście z kiełbasą, panie Boczek? 

- Teraz uważaj, Pyskaczu - zabrał głos doktor Dolittle. - Chcemy, żebyś objął zarząd 

poczty  miejskiej  w  Fantippo.  Naszym  ptakom  pocztowym  jest  bardzo  trudno  rozpoznawać 

domy, do których adresowane są listy. Tylko ty, jako miejski ptak od urodzenia, możesz nam 

dopomóc, prawda? 

-  Zastanowię  się  chętnie  nad  tym,  co  tu  jest  do  zrobienia,  doktorku.  Ale  muszę  się 

przedtem rozejrzeć po tym mieście. Przede wszystkim jednak chcę się wykąpać. Po tym locie 

pod prażącym słońcem lepią mi się po prostu wszystkie pióra. Czy nie macie tu jakiej kałuży, 

gdzie by się można było pochlapać? 

- Nie, w tym klimacie nie ma kałuż - powiedział doktor Dolittle - nie jesteś w Anglii. 

Przyniosę ci moją miskę do golenia, będziesz się mógł w niej wykąpać. 

- Niech tylko pan nie zapomni dobrze jej wypłukać, żeby mi mydło nie wlazło w oczy 

background image

- pisnął wróbel. 

Nazajutrz,  gdy  Pyskacz  wyspał  się  po  swojej  długiej  podróży,  doktor  pokazał 

londyńskiemu wróblowi afrykańskie miasto Fantippo. 

Gdy już obejrzeli wszystkie osobliwości, wróbel powiedział: 

- Jako miasto, wasze Fantippo to nic ważnego. Owszem, duże, bardzo duże, wcale nie 

wiedziałem,  że  w  Afryce  bywają  takie  duże  miasta.  Ale  ulice  są  takie  wąskie.  Teraz 

rozumiem, dlaczego tu nie ma dorożek, przecież nawet koza nie mogłaby się tutaj przedostać, 

nie mówiąc już o wózku na czterech kołach. A domy wyglądają, jakby były zrobione z włosia 

starych  materaców!  Pierwsza  rzecz,  to  należy  powiedzieć  temu  staremu  królisku,  zwanemu, 

jeśli się nie mylę, „Orzech Kokosowy”, aby nakazał swoim poddanym umieścić kołatki przy 

drzwiach. Co to w ogóle za mieszkanie bez kołatki? Naturalnie, że wasi listonosze nie mogą 

dostarczać listów do domów, do których nie ma czym stukać. 

- Załatwię to - odrzekł doktor Dolittle. - Pomówię z królem dzisiaj po południu. 

- Poza tym ci ludzie nie mają przecież skrzynek do listów przy domach - mówił dalej 

Pyskacz.  -  Należy  zrobić  szpary  na  drzwiach,  przez  które  można  wrzucać  listy.  Tym 

zatraconym dzikusom można wrzucać listy tylko kominem. W każdym domu muszą być dwie 

skrzynki do listów: jedna z lewej, druga z prawej strony drzwi. 

- Dlaczego dwie? - zapytał Jan Dolittle. 

- To taki mój pomysł - objaśnił wróbel - jedna skrzynka na rachunki, a druga na listy. 

Ludzie są zawsze tacy rozczarowani, gdy słysząc stukanie listonosza spodziewają się miłego 

listu od przyjaciela  albo  wiadomości o wielkim spadku, a wyjmują ze skrzynki rachunek od 

krawca. Ale gdy na drzwiach znajdować się będą dwie skrzynki, jedna z napisem: rachunki, a 

druga: listy - listonosz będzie mógł do jednej wrzucać listy prawdziwe, a do drugiej rachunki. 

Jest to, jak powiedziałem, mój własny pomysł. Ale dlaczego nie miałoby się pójść z duchem 

czasu. Jak pan sądzi? 

- Doskonały pomysł - powiedział doktor - ludzi będzie czekało wówczas tylko jedno 

rozczarowanie,  mianowicie,  gdy  któregoś  dnia  będą  musieli  opróżnić  swoją  skrzynkę  do 

rachunków i płacić długi. 

- Tak - powiedział Pyskacz - ja pomyślałem to samo. Proszę, niech pan powie ptakom 

listonoszom, żeby, gdy kołatki będą już zaprowadzone, kołatali raz, gdy przyniosą rachunek, 

a  dwa  razy,  gdy  przyniosą  list;  w  ten  sposób  ludzie  będą  wiedzieli,  czy  warto  wyjąć  coś  ze 

skrzynki,  czy  nie.  Coś  panu  powiem:  z  czasem  nauczymy  tych  biedaków  niejednego! 

Zaprowadzimy  w  Fantippo  pocztę  co  się  zowie.  A  jak  będzie  z  gratyfikacją  świąteczną? 

Listonosze spodziewają się zwykle na gwiazdkę pięknego podarku. 

background image

-  Obawiam  się  -  rzekł  doktor  z  powątpiewaniem  -  że  ci  ludzie  w  ogóle  nie  święcą 

Bożego Narodzenia. 

-  Nie  święcą  Bożego  Narodzenia!  -  zawołał  Pyskacz  przerażonym  głosem.  -  Co  za 

skandal!  Musi  pan  powiedzieć  królowi  -  zwanemu,  o  ile  pamiętam,  „Masło  Kokosowe”,  że 

jeśli on i jego poddani nie będą święcili świąt Bożego Narodzenia obdarzając nas, listonoszy, 

podarkami, to w Fantippo między  Nowym Rokiem a Wielkanocą w ogóle poczta nie będzie 

roznoszona.  Niech  mu  pan  powie,  że  ja  to  powiedziałem.  Najwyższy  czas,  aby  go  ktoś 

oświecił. 

- Dobrze - powiedział doktor - postaram się o to. 

-  Niech  mu  pan  powie  -  ciągnął  dalej  Pyskacz  -  że  w  pierwszy  dzień  Bożego 

Narodzenia  liczymy  na  dwa  kawałki  cukru  na  progu  każdego  domu.  Nie  będzie  cukru  -  nie 

będzie listów. 

Jeszcze  tego  samego  popołudnia  doktor  Dolittle  poszedł  do  króla  i  powtórzył  mu 

różne życzenia wróbla. Jego Królewska Mość zgodził się na wszystko, wszyściuteńko. Ładne, 

mosiężne  kołatki,  które  ptaki  mogły  bez  trudu  podnosić,  zostały  umocowane  na  wszystkich 

drzwiach.  Wyglądały  bardzo  elegancko  i  stanowiły  w  każdym  razie  najnowocześniejszą 

ozdobę  koślawych  domków.  Umieszczone  też  zostały  podwójne  skrzynki,  jedne  do  listów, 

drugie do rachunków. 

Poza tym doktor Dolittle wyjaśnił królowi Koko znaczenie świąt Bożego Narodzenia 

jako święta podarków. Obyczaj wzajemnego obdarzania się na święta przyjął się w Fantippo 

powszechnie.  Odtąd  obdarowywano  nie  tylko  listonoszy,  ale  także  przyjaciół  i  krewnych. 

Stąd misjonarze, którzy w wiele lat po bytności doktora odwiedzili tę część Afryki, stwierdzili 

ze zdumieniem, że mieszkańcy Fantippo obchodzą święta Bożego Narodzenia, chociaż nie są 

chrześcijanami.  Ale  nie  dowiedzieli  się  nigdy,  że  ten  obyczaj  wprowadził  tu  Pyskacz, 

zuchwały wróbel londyński. 

W krótkim czasie Pyskacz objął zarząd poczty miejskiej w Fantippo. Rozumie się, że 

wróbel  nie  mógł  sam  poradzić  sobie  z  przesyłkami  pocztowymi,  które  stawały  się  coraz 

cięższe, gdyż wszyscy ludzie przywykli bardzo prędko do pisania listów do swoich przyjaciół 

i krewnych. Wysłał więc jaskółkę do Londynu, aby sprowadziła stamtąd pięćdziesiąt wróbli. 

Wróble  londyńskie,  podobnie  jak  i  on  obznajmione  z  miejskimi  zwyczajami,  miały  mu 

pomagać  przy  roznoszeniu  poczty.  A  na  okres  świąt  narodowych:  Pełni  Księżyca  i  Pory 

Deszczowej,  zamawiał  dalsze  partie  po  pięćdziesiąt  ptaków,  aby  nadążyć  z  doręczaniem 

wszystkich napływających listów. 

Jeśliby ktoś o dziewiątej rano albo o szóstej po południu przechodził główną ulicą w 

background image

Fantippo,  słyszałby  bezustanne:  puk-puk-puk  listonoszy  kołaczących  do  drzwi;  „puk-puk”, 

gdy był to prawdziwy list; a tylko „puk”, gdy to był rachunek. 

Ponieważ wróble są bardzo małymi ptaszkami, nie mogły jednocześnie unieść więcej 

niż  jeden  lub  dwa  listy,  ale  natychmiast  odlatywały  do  łodzi  pocztowej,  aby  zabrać  nowy 

transport. Tam już oczekiwała Tu-Tu z paką listów, posortowanych w pudełkach, na których 

wypisane  było:  śródmieście,  dzielnica  zachodnia,  dzielnica  wschodnia,  dzielnica  północno-

wschodnia,  dzielnica  południowo-zachodnia  itd.  Podzielenie  miasta  na  dzielnice,  tak  jak  w 

Londynie,  po  to,  aby  można  było  szybko,  bez  szukania  ulic  roznosić  pocztę,  było  również 

pomysłem i dziełem Pyskacza. 

Jego  pomoc  była  istotnie  nieoceniona.  Nawet  król  uważał,  że  poczta  była  doskonale 

administrowana, a listy dostarczane regularnie i zawsze pod właściwym adresem. 

Pyskacz  miał  tylko  jedną  wadę,  była  nią  jego  zuchwałość.  Gdy  wynikała  jakaś 

sprzeczka,  klął  straszliwie,  używając  najgorszych  londyńskich  wyrażeń.  Chociaż  doktor 

Dolittle  wydawał  wciąż  nowe  zarządzenia,  zalecając  swoim  urzędnikom  i  listonoszom 

największą  uprzejmość  przy  obsługiwaniu  klienteli,  Pyskacz  miał  wciąż  zatargi,  które  sam 

prowokował. 

Pewnego  dnia  biały  paw,  ulubieniec  króla  Koko,  skarżył  się  doktorowi,  że  wróbel 

stroił  do  niego  nieprzyzwoite  miny,  gdy  siedział  sobie  spokojnie  za  murem  pałacu;  doktor 

rozgniewał się na dobre i dał swemu poczmistrzowi porządną burę. 

W odpowiedzi na to Pyskacz zwołał bandę swoich londyńskich czupurnych koleżków 

i  pewnej  nocy  pofrunął  z  nimi  do  ogrodu  pałacowego,  gdzie  poturbowali  białego  pawia  i 

wyrwali mu trzy pióra pięknego ogona. 

Ta  awantura  nie  wyszła  Pyskaczowi  na  dobre.  Jan  Dolittle  uważał,  że  miarka  się 

przebrała,  i  odprawił  natychmiast  naczelnika  poczty  miejskiej,  chociaż  uczynił  to  z  wielkim 

ż

alem. 

Ale  wraz  z  Pyskaczem  opuścili  służbę  wszyscy  jego  londyńscy  przyjaciele  i  urząd 

pocztowy  nie  miał  teraz  nikogo  odpowiedniego  w  dziale  listów  miejskich.  Jaskółki  i  inne 

ptaki dokładały wszelkich starań, aby dostarczać pocztę do domów, ale nie dawały sobie rady 

i wkrótce zaczęły napływać skargi mieszkańców Fantippo. 

Toteż doktor Dolittle bardzo żałował, że odprawił Pyskacza, gdyż mimo wszystko on 

jedyny potrafił kierować tym oddziałem poczty. 

Tymczasem  pewnego  dnia  ku  wielkiej  radości  doktora  Dolittle  -  chociaż  starał  się  ją 

ukryć  i  raczej  udawać  zagniewanego  -  zjawił  się  w  urzędzie  Pyskacz  ze  źdźbłem  słomy  w 

dziobku, zachowując się tak, jak gdyby nic się nie stało. - Doktor Dolittle myślał - nadmienił 

background image

mimochodem  -  że  poleciałem  wraz  ze  swymi  przyjaciółmi  do  Londynu,  ale  przecież 

wiedziałem  doskonale,  że  doktor  nie  obejdzie  się  beze  mnie,  toteż  powłóczyliśmy  się  tylko 

trochę za miastem i oto jesteśmy z powrotem. 

Jan Dolittle udzielił londyńskiemu wróblowi nauki grzeczności i przyjął go ponownie 

do  pracy.  Ale  nazajutrz  bezczelny  wróbel  wylał  całą  buteleczkę  atramentu  na  ogon  białego 

pawia, gdy ten przybył wraz z królem na herbatę do łodzi pocztowej. I znowu doktor musiał 

zwolnić Pyskacza z pracy. 

Więc regularnie raz na miesiąc doktor Dolittle wymawiał Pyskaczowi posadę i wtedy 

poczta miejska przestawała funkcjonować. Ale ku wielkiej uldze doktora, za każdym razem, 

gdy na poczcie panował już całkowity zamęt, zjawiał się poczmistrz i doprowadzał na nowo 

wszystko do porządku. 

Pyskacz miał nieocenione zalety, ale nie mógł się powstrzymać, aby przynajmniej raz 

na miesiąc nie urządzić jakiejś awantury. Doktor Dolittle doszedł w końcu do przekonania, że 

wynikało to z jego temperamentu. 

background image

ROZDZIAŁ III  

 

PTAKI, KTÓRE POMAGAŁY KOLUMBOWI 

 

 

Gdy  Jan  Dolittle  wysłał  Pocztą  Jaskółczą  swój  pierwszy  list  do  karmiciela  kotów, 

zaczął  sobie  przypominać  wszystkich  innych  ludzi,  do  których  nie  pisał  od  lat.  I  wkrótce 

każdą  wolną  chwilę  poświęcał  na  pisaniu  listów  do  swoich  przyjaciół  i  znajomych 

rozproszonych po różnych stronach. 

Potem  nastąpiły  listy,  które  wysyłał  do  ptaków  zwierząt  na  całym  świecie.  Najpierw 

pisywał do rozmaitych przywódców, którzy sprawowali służbę w filiach urzędów pocztowych 

na  przylądku  Horn,  w  Tybecie,  na  Tahiti,  w  Kaszmirze,  Grenlandii  i  mieście  Puddleby  nad 

rzeką  Marsh.  Dawał  im  dokładne  wskazówki,  jak  prowadzić  te  urzędy,  przy  czym  stale 

zalecał  największą  uprzejmość  dla  klientów,  odpowiadał  też  na  wszystkie  pytania  zadawane 

mu przez potrzebujących wskazówek poczmistrzów. 

Wysyłał również listy do kolegów-przyrodników, których poznał w różnych krajach, i 

przekazywał  im  mnóstwo  wiadomości  o  ptakach  -  ponieważ  dzięki  Ptasiej  Poczcie  nauczył 

się wielu rzeczy, nie znanych dotychczas innym przyrodnikom. 

Na zewnątrz urzędu umieścił tablicę, na której ogłaszano wiadomości o nadchodzącej 

i odchodzącej poczcie. Wiadomości te brzmiały mniej więcej tak: 

 

W  NAJBLIŻSZĄ  ŚRODĘ,  OSIEMNASTEGO  LIPCA,  NASTĄPI  ODLOT 

CZERWONOSKRZYDŁYCH  SIEWEK  DO  DANII  I  MIEJSCOWOŚCI  POŁOŻONYCH 

NAD SKAGERRAKIEM. 

PRZYNOŚCIE LISTY WE WŁAŚCIWYM CZASIE. 

OBOWIĄZUJĄ ZNACZKI CZTEROPENSOWE. 

MOŻNA  RÓWNIEŻ  WYSYŁAĆ  MAŁE  PACZKI  W  KIERUNKU  MAROKA, 

PORTUGALII I NAD KANAŁ LA MANCHE. 

 

Kiedy na Wyspie Niczyjej oczekiwano odlotu nowej gromady ptaków, doktor Dolittle 

przygotowywał  im  ulubione  pożywienie.  Na  wielkim  zebraniu  przywódców  zapisał  sobie  w 

dużym,  starannie  przygotowanym  notesie  daty  dorocznych  wędrówek,  jak  również  miejsca 

odlotu i przylotu różnych gatunków ptaków. 

Pewnego  dnia  Śmigły  siedział  na  wadze  pocztowej,  gdy  doktor  sortował  stos  listów 

background image

przeznaczonych do wysyłki. 

Nagle Śmigły zawołał: 

-  Doktorze,  gwałtu,  rety!  Przybyła  mi  uncja,  nigdy  już  nie  będę  mógł  stanąć  do 

zawodów. Patrz pan, ważę już cztery i pół uncji. 

-  Nie,  Śmigły  -  powiedział  doktor  -  mylisz  się,  zapomniałeś,  że  oprócz  ciebie  leży 

jeszcze na szali jeden ciężarek, ważysz więc tylko trzy i pół uncji. 

-  Ach,  to  dlatego!  -  zawołał  Śmigły.  -  Nigdy  nie  umiałem  dobrze  rachować.  Chwała 

Bogu, że nie utyłem! 

-  Słuchaj  -  powiedział  Jan  Dolittle  -  w  tym  stosie  jest  dużo  listów  adresowanych  do 

Panamy. Jaka poczta odchodzi jutro? 

-  Nie  wiem  -  odpowiedział  Śmigły.  -  Sprawdzę  na  tablicy.  Zdaje  mi  się,  że  sójki 

złociste. Tak - potwierdził wróciwszy po chwili. - Jutro, we wtorek, piętnastego, jeśli pogoda 

będzie  sprzyjała,  nadlecą  sójki.  Lecą  one  z  Dahomeju  do  Wenezueli  -  zakończył  podnosząc 

do góry prawą nóżkę i tłumiąc w ten sposób ziewnięcie. 

- To się doskonale składa - zauważył doktor Dolittle. - Będą więc mogły zabrać listy 

do Panamy bez zbytniego zbaczania z drogi. Co właściwie jedzą sójki najchętniej? 

- Żołędzie - rzekł Śmigły. 

- Dobrze - odpowiedział doktor. - Poproś w moim imieniu Dab-Dab, aby się udała na 

wyspę i poprosiła dzikie świnie o zebranie kilku worków żołędzi. Wszystkie ptaki, które dla 

nas pracują, trzeba dobrze nakarmić  przed  opuszczeniem  głównego  urzędu pocztowego. 

Kiedy  Jan  Dolittle  obudził  się  następnego  ranka,  usłyszał  głośny  świergot:  sójki 

przyleciały  w  nocy.  Gdy  doktor  się  ubrał  i  wyszedł  na  werandę  -  ujrzał  tysiące,  tysiące 

czarno-złotych  ptaków,  które  świergotały  i  plotkowały  na  prawo  i  lewo,  dziobiąc 

przygotowane  dla  nich  żołędzie.  Przywódca,  który,  rozumie  się,  znał  doktora,  przyleciał  do 

niego po polecenia i informacje, ile listów będzie do zabrania. 

Gdy  wszystko  było  już  ułożone  i  przywódca  upewnił  się,  że  w  ciągu  najbliższych 

dwudziestu  czterech  godzin  nie  trzeba  się  obawiać  wichrów  ani  burzy,  wydał  rozkaz  - 

wszystkie  ptaki  uniosły  się  w  powietrze  i  powitały  świergotem  naczelnika  poczty  miejskiej, 

doktora Dolittle, oraz główny urząd pocztowy. 

-  Panie  doktorze  -  zawołał  przywódca  -  czy  słyszał  pan  kiedy  o  człowieku  zwanym 

Krzysztofem Kolumbem? 

- Rozumie się - odparł doktor - przecież to ten, co w 1492 roku odkrył Amerykę. 

- Właśnie to chciałem panu opowiedzieć - zaświergotał ptak. - Ale gdyby mu jeden z 

moich przodków nie pomógł, nie byłby jej odkrył w 1492 roku. Może później tak, ale nigdy 

background image

wtedy, w 1492 roku! 

- Co też ty mówisz? - zawołał Jan Dolittle. - Musisz mi o tym więcej opowiedzieć - i 

wyciągnął notes, zapisując w nim coś skrzętnie. 

-  Tę  historię  -  powiedziała  sójka  -  opowiadała  mi  moja  babka,  która  słyszała  ją  od 

swojej prababki, i w ten  sposób przechodziła ona, począwszy od moich przodków, żyjących 

wówczas w Ameryce, z ust do ust, a raczej z dzioba do dzioba. 

Jesień roku 1492 była bardzo burzliwa. Silne wiatry i gwałtowne burze szalały przez 

długi czas i przed połową października nie mogliśmy się udać w naszą doroczną wędrówkę. 

Przebywaliśmy  wówczas  na  Bermudach  od  marca  do  października,  a  resztę  roku  w 

Wenezueli. Mój przodek był przez długi czas przywódcą naszej gromady, ale wtedy zestarzał 

się i trochę osłabł, na jego miejsce więc obrano młodego ptaka, który miał doprowadzić sójki 

do Wenezueli. Nowy przywódca był to zarozumiały, młody fircyk, wmawiał sobie, że skoro 

go obrano, posiadł już całą wiedzę o żeglarstwie, meteorologii i lotach nadmorskich. 

Wkrótce  po  odlocie  ptaki  zauważyły,  ku  swemu  wielkiemu  zdziwieniu,  dużą  ilość 

statków  płynących  na  zachód.  Znajdowały  się  teraz  mniej  więcej  pośrodku  drogi  między 

Bermudami  i  Wyspami  Bahama.  Statki  były  o  wiele  większe  od  tych,  które  kiedykolwiek 

przedtem widziały, gdyż dotychczas widywały tylko małe czółna Indian. 

Nowego  przywódcę  ogarnęło  od  razu  przerażenie,  rozkazał  więc  ptakom  lecieć  w 

stronę  lądu,  aby  ich  nie  dojrzeli  ludzie  z  wielkich  statków.  Był  to  bardzo  przesądny  ptak, 

który  trzymał  się  z  dala  od  wszystkiego,  czego  nie  rozumiał.  Ale  mój  przodek  nie  poleciał 

razem z gromadą, lecz skierował się wprost na statek. 

Po  pewnym  czasie  przyłączył  się  znowu  do  lecących  ptaków  i  rzekł  do  nowego 

przywódcy:  „Tam,  na  tamtych  statkach,  dzielny  człowiek  znajduje  się  w  wielkim 

niebezpieczeństwie!  Statek  płynie  z  Europy  i  szuka  stałego  lądu.  Majtkowie,  którzy  nie 

wiedzą  o  tym,  że  ląd  jest  w  pobliżu,  buntują  się  przeciwko  swemu  admirałowi.  Jestem  już 

starym  ptakiem  i  znam  tego  dzielnego  żeglarza.  Pewnego  razu,  gdy  odbywałem  moją 

pierwszą  wielką  podróż  nadmorską,  burza  rozłączyła  mnie  z  towarzyszami.  Przez  trzy  dni 

walczyłem z wichrem i  w końcu zostałem zapędzony na  wschód, w pobliże Starego Świata. 

Właśnie  gdy  utraciwszy  siły  miałem  spaść  do  morza,  ujrzałem  statek.  Musiałem  po  prostu 

odpocząć,  byłem  tą  burzą  całkowicie  wyczerpany  i  niemal  zagłodzony.  Pofrunąłem  więc  na 

statek  i  padłem  na  wpół  martwy  na  pokład.  Majtkowie  chcieli  mnie  zamknąć  w  klatce,  ale 

kapitan statku, ten sam żeglarz, którego życie zagrożone jest teraz przez buntowniczą załogę, 

nakarmił  mnie  okruszynami  i  pielęgnował.  Dzięki  niemu  pozostałem  przy  życiu.  Potem 

przywrócił mi wolność i mogłem w piękną pogodę wrócić do Wenezueli. My, sójki, jesteśmy 

background image

ptakami lądowymi. Pozwól nam teraz uratować życie temu dobremu człowiekowi i ukazać się 

załodze statku. Poznają wtedy, że ląd jest w pobliżu, i posłuchają swego kapitana”. 

- Tak, tak, zgadza się - rzekł doktor Dolittle. - Kolumb wspomina w swoim dzienniku 

o ptakach lądowych. Opowiadaj dalej. 

- Cała gromada ptaków uczyniła wówczas zwrot - ciągnęła dalej sójka - i sfrunęła na 

statek  Kolumba.  Przybyła  w  porę,  gdyż  majtkowie  chcieli  właśnie  zamordować  swego 

admirała,  który,  jak  mówili,  przywiódł  ich  tutaj  z  głupoty  na  poszukiwanie  lądu  nie 

istniejącego. Musi się cofnąć i wracać do Hiszpanii, inaczej zabiją go. 

Ale gdy majtkowie ujrzeli wielką chmarę ptaków lądowych, lecących nad statkiem na 

południo-zachód,  nabrali  na  nowo  otuchy,  gdyż  teraz  przekonali  się,  że  ląd  musi  leżeć 

niedaleko  na  południo-zachodzie.  Wiedliśmy  ich  tak  na  Wyspy  Bahama  i  na  siódmy  dzień 

wczesnym  rankiem  cała  załoga  padła  na  kolana  z  okrzykiem:  „Ląd!  Ląd!”  i  słała 

dziękczynienia  ku  niebu.  Wyspa  Watling,  jedna  z  Wysp  Bahama,  jaśniała  przed  nimi  na 

morzu. 

Majtkowie  zebrali  się  wokoło  swego  admirała,  Krzysztofa  Kolumba,  którego  jeszcze 

niedawno chcieli zabić, i podnosili go w górę, wołając: „Niech żyje!” i nazywali największym 

ż

eglarzem świata, którym był istotnie. 

Ale  sam  Kolumb  do  śmierci  nie  dowiedział  się  o  tym,  że  to  zmożony  burzą  ptak, 

którego on przed laty przyjął tak gościnnie na swoim statku, przywiódł go najkrótszą drogą do 

Nowego Świata. 

-  Gdyby  nie  moi  przodkowie,  doktorze  -  kończyła  sójka,  zabierając  swoje  listy  i 

szykując się do lotu - gdyby nie mój przodek, Kolumb musiałby wrócić do Hiszpanii albo też 

zamordowaliby  go  jego  właśni  marynarze.  Gdyby  nie  mój  przodek,  Ameryka  nie  zostałaby 

odkryta  w  1492  roku  -  może  później,  ale  w  każdym  razie  nie  w  1492  roku.  Do  widzenia, 

doktorze! Muszę już lecieć. Dziękuję jeszcze raz za żołędzie! 

background image

ROZDZIAŁ IV 

 

LATARNIA MORSKA NA PRZYLĄDKU STEFANA 

 

 

U brzegu zachodniej Afryki, około dwudziestu mil na północ od Fantippo, wrzyna się 

w  morze  Przylądek  Stefana.  Stoi  tam  latarnia  morska  zwana  Światłem  Przylądka  Stefana. 

Rząd, który sprawował  władzę nad tą częścią Afryki, troszczył się o to,  aby latarnia morska 

paliła  się  przez  całą  noc  -  żeby  statki,  znajdujące  się  w  nocy  na  morzu,  mogły  przy  tym 

ś

wietle  rozpoznać,  gdzie  się  znajdują.  Latarnia  stała  w  niebezpiecznym  miejscu  wybrzeża, 

morze  było  tu  bardzo  głębokie,  pełne  skał  i  raf.  Gdyby  więc  światło  latarni  zgasło  którejś 

nocy, to statkom płynącym po tej części oceanu groziłoby wielkie niebezpieczeństwo rozbicia 

się o skały. 

Pewnego  wieczoru,  wkrótce  po  tym  gdy  złociste  sójki  odfrunęły  na  zachód,  doktor 

Dolittle,  siedząc  w  urzędzie  pocztowym,  przy  świecy  pisał  jeszcze  listy.  Było  już  późno  i 

wszystkie zwierzęta od dawna spały głęboko. Nagle przez otwarte okna z oddali doleciał jakiś 

głos. Doktor położył pióro i nasłuchiwał. 

Był  to  krzyk  ptaka  morskiego,  dolatujący  znad  oceanu.  Zazwyczaj  ptaki  morskie 

krzyczą tylko wtedy,  gdy  znajdą się w liczniejszej gromadzie. Ale to był głos tylko jednego 

ptaka.  Doktor  Dolittle  wysunął  głowę  przez  okno  i  wyjrzał.  Była  ciemna  noc,  czarna  jak 

smoła,  nic  nie  było  widać  -  dlatego  również,  że  oczy  doktora  przyzwyczaiły  się  do  światła 

ś

wiecy.  Tajemniczy  głos  odzywał  się  raz  po  raz,  jak  gdyby  sponad  oceanu  wołał  o  ratunek. 

Doktor  Dolittle  nie  wiedział,  co  o  tym  sądzić.  Niebawem  jednak  głos  się  przybliżył,  doktor 

wziął kapelusz i wybiegł na werandę. 

- Co to ma znaczyć? Co się stało?! - zawołał w stronę ciemności zalegających ocean. 

Nie otrzyma] odpowiedzi, ale wkrótce na brzegu łodzi usiadła wielka mewa, omal nie gasząc 

ś

wiecy rozmachem swych skrzydeł. 

-  Doktorze  -  zawołała  bez  tchu  -  latarnia  na  Przylądku  Stefana  zgasła!  Nie  wiem,  co 

się stało! Dotąd paliła się zawsze. Jej światło ostrzegało nas, gdy fruwałyśmy po zapadnięciu 

mroku. Noc jest ciemna, choć oko wykol. Boję się, że jakiś statek rozbije się c skały! Przyszło 

mi więc na myśl, aby pana o tym zawiadomić. 

-  Na  litość  boską!  -  zawołał  doktor.  -  Co  się  mogło  stać?  Latarnik  mieszka  tam 

przecież stale i pilnuje latarni. Czy paliła się dziś wieczorem? 

- Nie wiem - odrzekła mewa - wracam właśnie z połowu śledzi. Śledzie ciągną w tym 

background image

czasie  na  północ.  Kierując  się  światłem  latarni  morskiej  zgubiłam  drogę  i  poleciałam  za 

daleko  na  południe.  Gdy  spostrzegłam  swą  pomyłkę,  poleciałam  z  powrotem,  trzymając  się 

wybrzeża.  Dotarłam  tak  do  Przylądka  Stefana,  na  którym  panowała  czarna  noc:  latarnia  nie 

paliła się. Byłabym sobie roztrzaskała głowę o skałę, gdybym nie miała się na baczności. 

- Jak daleko jest stąd do Przylądka Stefana? - zapytał doktor Dolittle. 

- Lądem około dwudziestu pięciu mil - objaśniła mewa - ale wodą tylko dwanaście. 

- Dobrze - powiedział doktor i włożył pośpiesznie płaszcz - poczekaj chwilkę, obudzę 

Dab-Dab. 

Pobiegł do kuchni i obudził biedną gosposię, która chrapała głośno obok komina. 

- Dab-Dab! - zawołał potrząsając kaczką. - Obudź się! Latarnia morska na Przylądku 

Stefana zgasła! 

-  Co  się  stało?  -  zapytała  Dab-Dab  otwierając  zaspane  oczy.  -  Ogień  na  kominie 

wygasł? 

-  Nie,  latarnia  morska  na  Przylądku  Stefana.  Mewa  mi  o  tym  doniosła,  statki  są  w 

niebezpieczeństwie.  Mogą  się  rozbić  i  Bóg  wie  co  jeszcze!  Obudź  się  i  oprzytomnij,  na 

miłość boską! 

Nareszcie  biedna  Dab-Dab  rozbudziła  się  zupełnie  i  pojęła,  co  się  stało.  W  jednej 

chwili stanęła na nogach, gotowa do czynu. 

-  Znam  tę  okolicę.  Polecę  natychmiast.  Nie,  mewa  nie  będzie  mi  potrzebna.  Niech 

lepiej  wskazuje  panu  drogę.  Doktorze,  proszę  wziąć  czółno  i  popłynąć  za  mną.  Jeśli  się 

czegoś  dowiem,  pofrunę  z  powrotem  i  spotkam  pana  w  połowie  drogi,  jeśli  nie,  będę  pana 

oczekiwała przy latarni. Dzięki Bogu, noc, chociaż ciemna, jest bardzo cicha. 

Jednym uderzeniem skrzydeł wyfrunęła Dab-Dab przez okno i znikła w ciemnościach. 

Doktor  tymczasem  chwycił  torbę  z  lekarstwami,  zawołał  mewę,  żeby  mu  towarzyszyła, 

pobiegł  na  drugą  stronę  pływającego  domu,  odwiązał  czółno  i  wskoczył  do  niego.  Odbił  od 

brzegu,  okrążył  Wyspę  Niczyją  i  powiosłował  ze  wszystkich  sił  ku  Przylądkowi  Stefana, 

wysuwającego długą szyję w głąb ponurego oceanu. 

Mniej  więcej  w  połowie  drogi  spotkał  Dab-Dab,  która  nie  wiadomo  jakim  cudem 

rozpoznała go w ciemnościach - chyba tylko po plusku wioseł. 

-  Nie  mogę  się  dostać  do  latarnika  -  zawołała  -  albo  jest  chory,  albo  musiało  mu  się 

coś przytrafić! Pukałam do okien, ale nikt się nie odezwał. 

-  Mój  Boże  -  mruknął  doktor  uderzając  coraz  szybciej  wiosłami  -  co  mu  się  mogło 

stać? 

-  Lecz  to  nie  jest  jeszcze  najgorsze.  Gorzej,  że  po  drugiej  stronie  Przylądka  -  której 

background image

stąd nie widać - zauważyłam światło wielkiego statku płynącego z południa i kierującego się 

wprost  na  skały.  Sternik  nie  widzi  światła  latarni  i  nie  ma  pojęcia,  jakie  niebezpieczeństwo 

grozi statkowi. 

-  Wielki  Boże!  -  jęknął  Jan  Dolittle  i  o  mało  nie  złamał  wiosła,  tak  gwałtownie 

roztrącił nim wodę, chcąc przyspieszyć bieg czółna. 

- Jak daleko od skał znajduje się teraz statek? - zapytała mewa. 

-  Około  mili  -  odpowiedziała  Dab-Dab  -  ale  sądząc  po  wysokości  masztu,  jest  to 

bardzo duży statek, który w krótkim czasie uderzy o skały albo osiądzie na mieliźnie. 

-  Niech  pan  płynie  dalej  naprzód,  doktorze  -  rzekła  mewa  -  a  ja  tymczasem  zwołam 

moich przyjaciół. 

Rozpostarła  skrzydła  i  poleciała  ku  lądowi,  wydając  takie  same  okrzyki  jak  te,  które 

doktor słyszał przez okno urzędu pocztowego. 

Doktor  Dolittle  nie  miał  pojęcia,  jakie  mewa  ma  zamiary.  Ona  zresztą  sama  nie 

wiedziała,  czy  będzie  dość  czasu  na  wykonanie  planu,  który  powzięła.  Ale  nagle  ku  swej 

radości  usłyszała  odzew  na  swoje  wołanie,  dochodzący  ze  skalistego  wybrzeża,  i  wkrótce 

otoczyły ją setki innych mew. 

Mewa  powiodła  je  za  sobą  w  kierunku  wielkiego  statku,  który  żeglował  spokojnie 

wprost na skały, ku swojej zgubie. Pofrunęły wprost do sternika, który trzymał szprychy koła 

sterowego  i  przy  świetle  małej  lampki  obserwował  poruszającą  się  igłę  kompasu,  mewy 

natarły  na  niego:  uderzając  go  skrzydłami  po  twarzy  i  zasłaniając  szkło  kompasu 

przeszkadzały mu sterowaniu statkiem. 

Sternik  oganiał  się  od  ptaków  i  wołał  o  pomoc;  nadbiegli  oficerowie  i  marynarze  i 

usiłowali zmusić mewy do ucieczki. 

Tymczasem doktor Dolittle w swej łodzi dotarł do krańca Przylądka, wyskoczył na ląd 

i wspiął się po skałach do podnóża latarni, która ponad czarnym ponurym morzem wznosiła 

się ku niebu. Macał tak  długo, aż znalazł drzwi i zaczął w nie walić  wołając  głośno, aby  go 

wpuszczono. Ale nikt nie odpowiadał, Dab-Dab szeptała mu gorączkowo do ucha, że światła 

statku się przybliża i że oddalone jest od skały o niecałe pół mili. 

Doktor  odstąpił  parę  kroków,  podbiegł  ku  drzwiom  rzucił  się  na  nie  całym  ciężarem 

swego  ciała.  Ale  mocne  zawiasy  i  zamki,  które  potrafiły  opierać  się  szalejącemu  morzu,  nie 

drgnęły  nawet  od  uderzenia,  jakby  to  było  dotknięcie  muchy.  W  końcu  doktor,  rycząc  z 

wściekłości,  chwycił  kamień  tak  duży  jak  krzesło  i  rzucił  nim  z  całej  siły  w  zamek;  drzwi 

otworzyły się z trzaskiem i doktor biegł do wnętrza latarni. 

Na statku marynarze walczyli wciąż jeszcze z mewami. Gdy kapitan zobaczył, że nikt 

background image

nie  potrafi  kierować  statkiem,  gdy  tysiące  mew  krąży  mu  nad  głową,  wydał  rozkaz 

zatrzymania statku i użycia sikawek. 

Silny strumień wody skierowany na ptaki zmusił je do odwrotu; po czym statek puścił 

się na nowo w drogę i zbliżył do Przylądka. 

Wewnątrz  latarni  morskiej  było  jeszcze  ciemniej  niż  na  zewnątrz.  Z  wyciągniętymi 

przed  siebie  rękami  doktor  Dolittle  pobiegł  naprzód  i  potknął  się  natychmiast  o  człowieka 

leżącego  na  podłodze  tuż  przy  drzwiach.  Nie  zwracając  na  niego  uwagi  przeskoczył  go  i 

rzucił się na kręcone schody w głębi wieży, prowadzące do wielkiej lampy na szczycie. 

Tymczasem Dab-Dab pozostała przy drzwiach, śledząc statek, który teraz, po krótkiej 

zwłoce,  zbliżał  się  coraz  bardziej  ku  skałom.  Oczekiwała  każdej  chwili  ostrzegawczego 

blasku  płonącej  latarni,  rozpościerającego  się  szeroko  na  morzu,  ale  zamiast  tego  usłyszała 

przerażony głos doktora, wołającego ze szczytu schodów: 

-  Dab-Dab,  Dab-Dab!  Nie  mogę  zapalić  lampy.  Zapomnieliśmy  o  zapałkach! 

Zostawiłem je na biurku obok fajki. Ale tu gdzieś muszą być zapałki. Musimy je znaleźć. 

- Jakże je możemy znaleźć w tych ciemnościach?! - zawołała Dab-Dab. - A statek jest 

coraz bliżej! 

- Szukaj w kieszeniach latarnika! - krzyczał doktor. - Prędzej! Prędzej! 

Dab-Dab przeszukała prędko kieszenie człowieka leżącego na podłodze. 

- Doktorze - wrzasnęła - on nie ma zapałek! Nie znalazłam ani jednej zapałki! 

- Do stu piorunów! - zaklął doktor. 

Ciężka cisza zawisła nad latarnią morską, a w tej ciszy doktor na górze, a Dab-Dab na 

dole pogrążył w smutnych myślach o nieszczęsnym statku, który dąży ku swojej zgubie tylko 

dlatego,  że  oni  nie  mogą  znaleźć  zapałek.  Ale  nagle  wśród  głębokiej  ciszy  usłyszeli 

dźwięczny śpiew ptaka. 

- Dab-Dab! - szepnął doktor. - Czy słyszysz? Kanarek! Tu gdzieś śpiewa kanarek, na 

pewno w kuchni! - I zbiegł czym prędzej ze schodów. 

-  Chodź  -  zawołał  -  musimy  znaleźć  kuchnię!  Kanarek  będzie  wiedział,  gdzie  leżą 

zapałki. 

I  oboje  tłukli  się  w  ciemnościach,  macali  ściany  i  natrafili  wreszcie  na  niskie 

drzwiczki; otworzyli je i wpadli na łeb, na szyję o kilka stopni w dół, do kuchni. Było to małe 

podziemne pomieszczenie wyrąbane jak piwnica w skale, na której wznosiła się latarnia. Jeśli 

kiedykolwiek  palił  się  tutaj  ogień  na  kominie,  to  wygasł  on  już  dawno.  Ciemności  były  tak 

samo nieprzeniknione jak wszędzie. Ale zaledwie otworzyli drzwi, mały ptaszek zaświergotał 

głośno. 

background image

- Gdzie są zapałki? - zawołał doktor w języku kanarków. - Mów prędko! 

-  Ach,  nareszcie  się  pan  zjawił  -  odpowiedział  cienki,  dźwięczny,  grzeczny  głosik  z 

ciemności - może będzie pan tak dobry i okryje moją klatkę kołderką. Jest straszny przeciąg i 

nie mogę zasnąć. Od południa nikogo u mnie nie było, nie wiem,  co się stało z latarnikiem. 

Zwykle  przykrywa  moją  klatkę  zaraz  po  kolacji,  a  ponieważ  nie  przykrył  mnie  dzisiaj, 

ś

piewam bez przerwy. Moja kołderka leży... 

-  Zapałki,  zapałki!  Gdzie  są  zapałki?  -  wrzasnąła  Dab-Dab.  -  Światło  zgasło  i  statek 

znajduje się w niebezpieczeństwie. Gdzie leżą zapałki? 

- Na kominie obok solniczki - objaśnił kanarek.  - Stań obok mojej klatki i sięgnij na 

lewo, a znajdziesz je z pewnością. 

Doktor  Dolittle  wskoczył  do  izby,  przewracając  krzesło  i  uderzając  się  o  ścianę. 

Wyciągnął  rękę  i  wymacał  komin.  Po  chwili  Dab-Dab  wydała  głębokie  westchnienie  ulgi, 

gdyż usłyszała uspokajający trzask zapalanej zapałki. 

- Za panem na stole stoi świeca - rzekł kanarek, gdy słabe światło rozjaśniło kuchnię. 

Drżącymi rękami doktor zapalił świecę, osłonił płomień ręką i wybiegł z kuchni na schody. 

- Nareszcie! - szepnął. - Oby tylko nie było za późno. 

Na schodach spotkał mewę z dwiema towarzyszkami, które nadleciały. 

-  Doktorze!  -  zawołała  mewa.  -  Zatrzymywałyśmy  statek,  dopóki  się  dało,  ale  głupi 

marynarze  nie  wiedząc,  że  chcemy  ich  ratować,  zaczęli  nas  oblewać  wodą  z  sikawek  i 

musiałyśmy ustąpić. Statek jest już przy skałach. 

Bez  słowa  wbiegł  doktor  Dolittle  na  kręcone  schody  prowadzące  na  wieżę.  Wspinał 

się coraz wyżej, kręcąc się ciągle w kółko, aż zakręciło mu się w głowie i o mało nie upadł. 

W końcu dostał się do oszklonego pokoiku na szczycie wieży, postawił świecę, zapalił 

jednocześnie dwie zapałki i dotknął nimi w dwóch miejscach knota wielkiej lampy. 

Tymczasem  Dab-Dab  znowu  wyleciała  na  dwór  i  śledziła  zbliżający  się  statek.  Gdy 

nareszcie  jasne  światło  na  szczycie  wieży  rozświetliło  morze,  dziób  statku  był  oddalony  od 

skalistego brzegu o niecałe sto metrów! 

Rozległy  się  głosy  warty,  rozkazy  kapitana  oraz  liczne  gwizdki  i  dźwięki  sygnałów. 

Cudownie uratowany na chwilę przed pójściem na dno wraz z całą załogą i ładunkiem statek 

skręcił na morze i popłynął bezpiecznie, bez przeszkód swoją drogą. 

background image

ROZDZIAŁ V 

 

MEWY I STATKI 

 

 

Poranne  słońce,  zaglądając  w  okno  latarni  morskiej,  zastało  doktora  Dolittle  wciąż 

jeszcze zajętego latarnikiem, który leżał na progu schodów wiodących na wieżę. 

- Wraca do przytomności - oświadczyła Dab-Dab - niech pan patrzy, mruga oczami. 

- Przynieś mi jeszcze trochę świeżej wody z kuchni - rzekł doktor, który zwilżał wielki 

guz na głowie zemdlonego człowieka. 

Nagle  latarnik  otworzył  oczy,  wlepił  je  w  doktora  i  z  trudem  usiłując  podnieść  się, 

wyjąkał: 

- Światło... światło... muszę zapalić światło! 

-  Światło  się  pali  -  uspokoił  go  doktor  -  zresztą  teraz  jest  już  dzień.  Wypij  to,  zaraz 

poczujesz się lepiej. - Przytknął mu do ust lekarstwo, które wyjął z małej czarnej torby. 

Po chwili chory był już na tyle wzmocniony, że mógł się podnieść: przeszedł wsparty 

na  doktorze  do  kuchni,  gdzie  go  Jan  Dolittle  przy  pomocy  Dab-Dab  posadził  wygodnie  w 

fotelu, potem rozpalił ogień i przygotował śniadanie. 

- Jestem panu niesłychanie wdzięczny, cudzoziemcze, kimkolwiek jesteś - powiedział 

latarnik.  -  Zwykle  jest  nas  tu  dwóch,  ja  i  mój  towarzysz  Fred,  ale  wczoraj  rano  wysłałem 

Freda małym dwumasztowcem na połów ostryg  i zostałem sam. Około południa schodziłem 

na  dół,  aby  zaopatrzyć  lampę  w  nowy  knot.  Pośliznąłem  się  i  upadłem.  Uderzyłem  głową  o 

mur i straciłem przytomność. Jak długo leżałem, zanim mnie pan znalazł, nie wiem. 

- Wszystko dobre, co się dobrze kończy - rzek doktor. - Niech pan się napije. Umiera 

pan chyba z głodu. - I podał latarnikowi dużą filiżankę gorącej kawy. 

Około  dziesiątej  przed  południem  wrócił  Fred  połowu  ostryg.  Zmartwił  się  bardzo 

dowiedziawszy się o wypadku, który zdarzył się podczas jego nieobecności. Fred, również jak 

i  tamten  latarnik,  pochodził  z  Londynu  i  był  marynarzem.  Obydwaj  byli  bardzo  miłymi 

ludźmi  i  cieszyli  się,  że  przybycie  doktora  Dolittle  przerwało  nużącą  jednostajność  ich 

samotnego życia. 

Oprowadzili  doktora  po  całej  latarni,  pokazując  mu  wszystkie  urządzenia,  a  potem 

pokazali mu z wielki dumą i kazali podziwiać maleńki ogródek, w którym rosły  pomidory i 

nasturcje. 

Opowiadali,  że  tylko  raz  na  rok  dostają  urlop  wtedy  gdy  przybywa  statek  rządowy, 

background image

który przywoź dwóch zastępców, a ich zawozi do Anglii na sześć tygodni wakacji. 

Zapytali, czy doktor może im opowiedzieć coś nowego o ich kochanym Londynie. Ale 

doktor musiał się przyznać, że sam niewiele wie, bo już bardzo dawno tam nie był. Gdy tak 

gawędzili,  wleciał  przez  okno  wróbel  Pyskacz,  poszukując  doktora.  Gdy  się  dowiedział,  że 

obaj  latarnicy  pochodzą  również  z  Londynu,  wzruszył  się  bardzo  i  opowiedział  im  za 

pośrednictwem doktora wszystkie najnowsze plotki z londyńskich dzielnic portowych. 

Obaj  strażnicy  byli  pewni,  że  doktor  zwariował,  gdy  zaczął  się  porozumiewać 

ć

wierkaniem i świergotem z wróblem. Ale odpowiedzi na zadawane pytania przekonały ich, 

ż

e miejskie nowinki, udzielane przez wróbla, nie były wymysłem, ale szczerą prawdą. 

Pyskacz  oświadczył,  że  twarze  obu  jego  rodaków  są  najpiękniejszym  widokiem,  jaki 

ujrzał od czasu swego pobytu w Afryce. Odtąd korzystał z każdej wolnej chwili, aby pofrunąć 

do latarni morskiej w odwiedziny do swych nowych przyjaciół. Naturalnie nie mógł się z nimi 

porozumieć,  gdyż  latarnicy  nie  znali  języka  wróbli,  pomimo  to  wróbel  przebywał  chętnie  w 

ich towarzystwie. 

-  Są  tak  miłym,  normalnym,  prawdziwie  kulturalnym  towarzystwem  w 

przeciwieństwie  do  tych  tubylców  -  mówił.  -  Niech  pan  tylko  posłucha,  jak  Fred  świetnie 

ś

piewa angielskie piosenki: „Niechaj mój grób będzie zawsze zielony...” 

Latarnicy  żałowali  bardzo,  gdy  doktor  zaczął  się  zbierać  do  odjazdu,  i  nie  chcieli  go 

puścić.  Musiał  im  przyrzec,  że  przybędzie  w  przyszłą  niedzielę  na  obiad.  Potem  załadowali 

mu  czółno  czerwonymi  pomidorami  i  ognistymi  nasturcjami  i  machali  długo  chustkami, 

ż

egnając odpływających do Fantippo doktora Dolittle, kaczkę Dab-Dab i wróbla Pyskacza. 

Doktor  nie  oddalił  się  jeszcze  zbytnio,  gdy  nadleciała  mewa,  ta  sama,  która 

zawiadomiła go o wygaśnięciu latarni morskiej. 

-  No  cóż,  wszystko  w  porządku,  doktorze?  -  zapytała  zataczając  wdzięczne  półkola 

nad czółnem. 

-  Tak  -  odrzekł  doktor  Dolittle  zajadając  pomidora.  -  Latarnik  nabił  sobie  strasznego 

guza na głowie. Ale zagoi mu się to wkrótce. Gdyby kanarek nam nie powiedział, gdzie leżą 

zapałki, a ty nie zatrzymałabyś statku, rozbiłby się na pewno. 

Doktor  wyrzucił  skórkę  pomidora  z  łódki,  a  mewa  pochwyciła  ją  tak  zręcznie  w 

powietrzu, że skórka nawet nie dotknęła wody. 

- Cieszę się, ze nasza pomoc przyszła w porę - powiedziała mewa. 

-  Dlaczego  właściwie  doniosłaś  mi  o  tym  wypadku  z  latarnią?  -  zapytał  doktor 

przyglądając  się  uważnie  mewie  krążącej  w  zręcznych  półkolach  nad  łodzią.  -  Zazwyczaj 

mewy nie troszczą się o losy ludzi i statków. 

background image

-  Myli  się  pan,  doktorze  -  rzekła  mewa  chwytając  znowu  w  powietrzu  wyrzuconą 

przez  doktora  skórkę  pomidora.  -  Statki  i  ludzie  obchodzą  nas  bardzo,  wprawdzie  mniej  w 

południowych, a więcej w północnych okolicach: umarłybyśmy z głodu, gdyby tam nie było 

statków  zimową  porą.  Gdy  tylko  nastąpią  chłody,  coraz  trudniej  jest  o  jakiekolwiek 

pożywienie  w  morzu.  Czasami  usiłujemy  poradzić  sobie  w  ten  sposób, że  lecimy  do  miast  i 

krążymy  nad  sadzawkami  i  stawami  w  parkach.  Ludzie  spacerując  rzucają  tamtejszym 

ptakom  kawałki  bułki.  Wówczas  my  chwytamy  tę  bułkę  w  powietrzu,  zanim  dotknie 

powierzchni wody - ot tak - i mówiąc to chwyciła znowu błyskawicznie po raz trzeci skórkę 

pomidora. 

- Mówiłaś przecież o statkach - wtrącił doktor. 

-  Tak  -  przyznała  mewa,  mówiąc  niewyraźnie  z  dziobem  pełnym  skórek.  -  Statki 

nadają  się  o  wiele  lepiej  na  dożywianie  zimowe.  Trzeba  bowiem  przyznać,  że  nie  jest  to 

bardzo przyzwoicie odbierać ptakom w parkach ich pożywienie. Toteż robimy to tylko wtedy, 

gdy sobie inaczej nie możemy poradzić. W zimie przebywamy najczęściej w pobliżu statków. 

Przed  dwoma  laty  przeżyłam  cały  rok  wraz  z  jedną  z  moich  kuzynek,  towarzysząc  stale 

statkom,  karmiąc  się  odpadkami  rzucanymi  przez  marynarzy  do  morza.  Im  morze  jest 

burzliwsze,  tym  więcej  otrzymujemy  pożywienia,  gdyż  wówczas  pasażerowie  nie  mają 

apetytu i wszystko idzie do morza. Towarzyszyłyśmy wraz z moją kuzynką transatlantyckim 

parowcom  na  trasie  Glasgow  -  Filadelfia  i  przelatywałyśmy  wraz  z  nimi dziesiątki  razy  nad 

oceanem  tam  i  z  powrotem.  Ale  potem  przeniosłyśmy  się  na  trasę  wiodącą  z  Tilbury  do 

Bostonu. 

- Dlaczego? - zdziwił się doktor. 

-  Tam  wikt  był  o  wiele  lepszy.  Rano  wyrzucano  keksy,  po  obiedzie  herbatniki,  a 

wieczorem  kanapki,  dostawałyśmy  trzy  razy  dziennie  obfite  posiłki  -  jednym  słowem, 

wiodłyśmy żywot prawdziwie pański. Było to wspaniałe życie, prawie że marynarskie. Widzi 

pan, że mewy interesują się bardzo ludźmi i statkami. I dlatego nie chcemy za nic na świecie, 

aby się któremuś statkowi, a szczególnie pasażerskiemu przytrafiło coś złego. 

-  Hm,  hm  -  bardzo  to  wszystko  interesujące  mruknął  doktor.  -  A  byłaś  już  kiedyś 

ś

wiadkiem jakiejś katastrofy? 

- Ach, mnóstwo razy - odpowiedziała mewa. -Burze, zderzenia w nocy, pójście na dno 

podczas mgły i tak dalej. Widziałam już wiele statków w niebezpieczeństwie. 

- O! - rzekł doktor Dolittle przestając wiosłować. - Jesteśmy już bardzo blisko naszego 

urzędu  pocztowego.  Słyszę,  jak  dwugłowiec  dzwoni  na  obiad.  Przybywamy  w  samą  porę. 

Czy  nie  chciałabyś  zjeść  z  nami  obiadu?  -  zapytał  mewy.  -  Rad  bym  usłyszeć  coś  więcej  o 

background image

twoich spotkaniach ze statkami. Nasunęłaś mi dobry pomysł. 

- Pięknie dziękuję - rzekła mewa - z największą chęcią. Jest pan bardzo uprzejmy. Po 

raz pierwszy spożyję obiad na samym statku. 

Czółno  przywiązano,  wszyscy  weszli  do  łodzi  pocztowej  i  zasiedli  w  kuchni  do 

obiadu. Przy stole doktor powiedział do mewy: 

- Wspominałaś właśnie o mgłach. Jakże ty sama radzisz sobie podczas mgły? Czyżby 

mewy widziały wtedy lepiej od marynarzy? 

-  Nie  -  rzekła  mewa.  -  Nie  widzimy  lepiej,  to  prawda.  Ale  gdybyśmy  podczas  mgły 

były tak bezradne jak marynarze, zginęłybyśmy dawno. Gdy lecimy w określonym kierunku i 

natrafiamy  na  mgłę,  wówczas  unosimy  się  tak  wysoko,  aż  docieramy  do  warstw  powietrza 

wolnych od mgły i odnajdujemy drogę. 

- Ach tak - rzekł doktor. - A co robicie podczas burzy, aby się zabezpieczyć? 

-  Gdy  burza  jest  bardzo  gwałtowna,  nawet  ptaki  morskie  nie  zawsze  mogą  się  jej 

oprzeć. My, mewy, nie próbujemy nawet walczyć z silnymi wiatrami. Albatrosy odważają się 

na to czasem, ale my nigdy. To zbyt męcząca i niebezpieczna zabawa, nawet gdy się czasem 

udaje  popływać  i  wypocząć  na  wodzie.  Lecimy  z  wiatrem,  niech  nas  niesie,  dokąd  chce. 

Potem, gdy burza się uciszy, lecimy z powrotem i kończymy naszą podróż. 

- Ale to chyba zabiera mnóstwo czasu - zauważył doktor. 

-  O  tak  -  odparła  mewa.  -  Tracimy  w  ten  sposób  trochę  czasu,  ale  właściwie  rzadko 

zdarza się nam natrafić na burzę. Zanim nas dosięgnie, wyczuwamy, gdzie szaleje, i omijamy 

ją. Żaden doświadczony ptak morski nie da się złapać burzy. 

- Ale w jaki sposób to wyczuwacie? - zapytał doktor. 

-  Zdaje  mi  się,  że  przewaga,  którą  my,  ptaki,  posiadamy  nad  marynarzami  w 

rozpoznawaniu pogody, to nasz doskonały wzrok i nasze doświadczenie. Możemy się zawsze 

wzbić  tak  wysoko,  że  wzrok  nasz  jest  w  stanie  objąć  pięćdziesiąt  do  sześćdziesięciu  jardów 

odległości.  Więc  gdy  widzimy  zbliżającą  się  burzę,  możemy  uciec  przed  nią,  gdyż  lot  nasz 

jest  szybszy  od  najsilniejszego  wiatru.  Po  drugie,  mamy  o  wiele  większe  doświadczenie  od 

marynarzy. Ci biedacy  wmawiają sobie, że znają morze i że spędzili na nim całe swe życie. 

Ale niech mi pan wierzy, że wcale tak nie jest. Połowę swego życia spędzają w kajucie, drugą 

część  na  lądzie,  a  dużą  część  przesypiają.  A  nawet  wtedy,  gdy  są  na  pokładzie,  nie  zawsze 

patrzą  na  morze.  Zajęci  są  linami,  miotłami,  wiadrami.  Bardzo  rzadko  można  spotkać 

marynarza, który naprawdę patrzy na morze. 

- Może im się już ono sprzykrzyło? - wtrącił doktor. 

-  Prawdopodobnie,  ale  przecież,  gdy  się  chce  być  dobrym  marynarzem,  morze  jest 

background image

najważniejsze.  Morze  trzeba  widzieć,  morze  trzeba  obserwować.  My,  ptaki  morskie, 

spędzamy naprawdę całe nasze życie na morzu, dnie i noce, wiosnę, lato, jesień i zimę, mamy 

wciąż  morze  przed  oczyma  i  obserwujemy  je  dokładnie.  A  z  jakim  skutkiem?  -  zapytała 

mewa  biorąc  świeżą  grzankę,  którą  jej  Dab-Dab  podała.  -  Skutek  jest  taki,  że  znamy  morze 

doskonale.  Gdyby  mnie  pan  wsadził  do  małego,  zamkniętego  pudełka,  a  potem  na  samym 

ś

rodku  jakiegokolwiek  morza  wyjął  z  pudełka  i  kazał  spojrzeć  na  wodę  -  nawet  gdyby  nie 

można  było  w  tym  miejscu  dojrzeć  skrawka  lądu,  mogłabym  panu  powiedzieć,  jakie  to  jest 

morze,  i  z  dokładnością  prawie  do  jednej  mili  -  w  jakiej  jego  stronie  się  znajdujemy.  Tylko 

rozumie się, że musiałabym wiedzieć, jaka jest pora roku i który dzień miesiąca. 

- To nadzwyczajne! - zdumiał się doktor. - Po czym to poznajesz? 

- Po barwie wody, po odpadkach unoszących się na niej, po rybach i mięczakach, po 

sposobie  marszczenia  się  małych  fal  i  po  wznoszeniu  się  i  opadaniu  wielkich  bałwanów,  po 

zapachu,  po  smaku,  po  zawartości  soli  i  mnóstwie  innych  oznak.  W  większości  wypadków, 

chociaż  nie  zawsze,  mogłabym  panu  po  wyjęciu  z  pudełka  powiedzieć  z  zamkniętymi 

oczyma, gdzie się znajduję, poznając to wyłącznie po wietrze rozwiewającym moje piórka. 

Z  marynarzami  jest  największa  bieda,  doktorze  -  ciągnęła  dalej  mewa  -  bo  nie  znają 

wiatrów  tak  dokładnie,  jak  by  powinni.  Potrafią  odróżniać  wiatr  północno-wschodni  od 

zachodniego  i  silny  od  słabego.  Ale  nic  poza  tym.  Gdy  się  jednak  spędziło  większą  część 

ż

ycia  tak  jak  my  w  ciągłym  ruchu  wśród  wiatrów,  stale  razem,  krążąc,  wznosząc  się  i 

opadając wraz z nimi, to wie się o wietrze więcej niż tylko o jego kierunku i sile. To wszystko 

ma znaczenie: kiedy wiatr pędzi naprzód i cofa się, jak często wzmaga się i słabnie - i ten, kto 

opanował wiedzę o wiatrach, wiele z tego wniosków wyciągnie. 

background image

ROZDZIAŁ

 

VI  

 

STACJA METEOROLOGICZNA 

 

 

Po obiedzie doktor Dolittle zasiadł w fotelu obok kominka i zapalił fajkę. 

- Przyszedł mi pewien pomysł do głowy - powiedział do mewy. - Założę nowy oddział 

urzędu  pocztowego.  Wiele  spośród  ptaków,  które  ze  mną  współpracują,  potrafi  doskonale 

przepowiadać pogodę. Twoje opowiadanie o znajomości morza i wiatrów naprowadziło mnie 

na myśl urządzenia stacji meteorologicznej. 

-  Co  to  jest  stacja  meteorologiczna?  -  zapytał  Jip,  który  zmiatał  właśnie  okruszyny  z 

obrusa, żeby później wysypać je ptakom. 

- Stacja meteorologiczna - objaśnił doktor - to bardzo ważne urządzenie, szczególnie 

ważne dla żeglugi i dla rolnictwa. Jest to instytucja, gdzie przepowiada się pogodę. 

- Jak się to robi? - spytało Geb-Geb. 

- Właśnie że tego wcale  się nie robi - powiedział doktor. - Przynajmniej  udaje się to 

tylko  czasami.  Stacje  meteorologiczne  przepowiadają  pogodę  czasem  trafnie,  a  czasem 

mylnie.  Posługują  się  przy  tym  barometrem,  termometrem,  higrometrem,  wiatromierzem  i 

tym  podobnymi  przyrządami.  Ale  dotychczas  rezultaty  tych  badań  i  pomiarów  są  jeszcze 

niewielkie. Zdaje mi się, że przy pomocy moich ptaków uda mi się to znacznie lepiej. Bardzo 

rzadko mylą się w swych przepowiedniach 

- Dla jakiej części świata chciałby pan mieć wiadomości o pogodzie? - zapytała mewa. 

- Jeśliby szło tylko o Fantippo lub o wschodnią Afrykę, byłoby to zabawką. Tutaj zdarzają się 

tylko  niekiedy  trąby  powietrzne,  poza  tym  stale  panuje  piekielny  upał.  Ale  jeśli  chce  się 

przepowiedzieć pogodę dla Cieśniny Magellana albo dla Nowej Ziemi, albo dla innej okolicy, 

gdzie pogoda jest bardzo kapryśna, to sprawa wygląda zupełnie inaczej. Taka przepowiednia 

dla samej tylko Anglii nastręcza już poważnie trudności. Nawet ja nie wiedziałam nigdy, jaka 

w Anglii będzie pogoda następnego dnia. 

-  Klimat  angielski  jest  najlepszy  na  świecie  -  wtrącił  wróbel  Pyskacz  i  nastroszył  się 

wojowniczo. - Nie kręć mi tu tylko twoim długim dziobem na Anglię, moja panno. Może to, 

co  się  tutaj  dzieje,  nazywasz  klimatem?  Ja  zowie  to  łaźnią  turecką.  My  w  Anglii  lubimy 

klimat  urozmaicony  i  mamy  tego  pod  dostatkiem.  Dlatego  też  prawdziwy  Anglik  ma  taką 

ś

wieżą, różową cerę, a ci biedacy tutaj czernieją na węgiel. 

- Chciałbym bardzo - powiedział doktor - mieć możliwość przepowiadania pogody dla 

background image

każdej  części  świata.  Sądzę,  że  powinno  mi  się  to  udać.  Ten  oto  urząd  pocztowy  wraz  z 

filiami  zatrudnia  ptaki  ze  wszystkich  stron.  Mógłbym  ulepszyć  rolnictwo  i  uprawę  ziemi  na 

całym  świecie.  Ale  poza  tym  chciałbym  także  zorganizować  morską  stację  meteorologiczną 

dla żeglugi. 

- Ach - rzekła mewa - nie mogę, niestety, przysłużyć się rolnictwu, pogoda lądowa to 

nie  moja  specjalność.  Ale  co  się  tyczy  morza,  to  znam  pewnego  ptaka,  który  może  panu 

powiedzieć o pogodzie morskiej więcej niż wszystkie stacje na świecie razem. 

- Któż to taki? - zapytał doktor. 

-  Nazywamy  go  „Jednookim”.  Jest  to  albatros,  ptak  stary  jak  świat.  Nikt  nie  wie,  ile 

ma  lat.  Stracił  oko  w  walce  z  orłem  o  flądrę.  Jest  to  najlepszy  przepowiadacz  pogody,  jaki 

kiedykolwiek istniał. Wszystkie ptaki morskie liczą się z jego zdaniem. Jeszcze się nigdy nie 

omylił. 

- Doprawdy? - zdziwił się doktor. - Chciałbym go poznać. 

-  Sprowadzę  go  tutaj,  mieszka  niezbyt  daleko  wśród  skał  na  wybrzeżu  Angoli. 

Mieszka  tam  dlatego  że  na  tamtejszych  skałach  znajduje  mnóstwo  skorupiaków,  a  on  widzi 

bardzo źle i nie potrafi już schwytać wielkiej ryby. Po tych wszystkich dalekich wędrówkach 

ma teraz starość dość nudną. Ucieszy się bardzo, gdy się dowie, że pan ceni jego wiedzę i że 

może się panu przysłużyć. Polecę zaraz i opowiem mu wszystko. 

Doktor Dolittle był zachwycony tym pomysłem 

-  Jestem  przekonany  -  powiedział  do  mewy  -  że  twój  przyjaciel  będzie  nam  bardzo 

pomocny. - Mewa podziękowała doktorowi i Dab-Dab za wyśmienity obiad i, biorąc ze sobą 

kilka  pocztówek  adresowanych  do  Angoli,  udała  się  niezwłocznie  w  drogę  po  albatrosa 

zwanego „Jednookim”. 

Powróciła  późną  nocą,  a  wraz  z  nią  przybył  wielki  Jednooki,  najstarszy  i  najlepszy 

przepowiadacz pogody wśród ptaków. 

Doktor Dolittle opowiadał później, że nigdy jeszcze nie widział ptaka, który by mu tak 

przypominał  marynarza.  Czuć  go  było  silnie  rybą,  a  gdy  mówił  o  pogodzie,  miał  dziwny 

zwyczaj zezowania swym jednym okiem ku niebu podobnie, jak to czynią często stare „wilki 

morskie”.  Jednooki  uważał,  że  pomysł  urządzenia  ptasiej  stacji  meteorologicznej  jest 

najzupełniej  możliwy  i  przyczyni  się  do  o  wiele  trafniejszych  przepowiedni  niż  wszystkie 

dotychczasowe.  Potem  miał  wykład  o  wiatrach,  trwający  półtorej  godziny,  który  doktor 

Dolittle zapisał słowo w słowo w swoim notesie. 

Wiatr jest główną przyczyną zmian pogody. Jeśli się na przykład wie, że w czwartek 

po obiedzie padał deszcz na wyspach kanału La Manche i że wieje tam teraz wiatr północno-

background image

wschodni,  to  możecie  być  najpewniejsi,  że  w  Anglii  będzie  padał  deszcz  w  ciągu 

czwartkowego wieczoru. 

Doktor Dolittle napisał Więc do wszystkich filii pocztowych prośbę, aby z rozmaitymi 

ptakami ustalono dokładną datę ich dorocznego odlotu, nie tak jak dotychczas - mniej więcej 

w  drugim  tygodniu  listopada  lub  coś  w  tym  rodzaju,  lecz  dokładnie  co  do  dnia  i  godziny. 

Gdyż znając szybkość lotu każdego gatunku ptaków, mógł z łatwością obliczyć niemal co do 

minuty,  kiedy  przylecą  na  miejsce  swego  przeznaczenia.  Jeśli  się  spóźnią,  będzie  to  dowód, 

ż

e zatrzymała je burza albo że odłożyły swój odlot na lepszą pogodę. 

Doktor  Dolittle,  mewa,  Jednooki,  Dab-Dab,  wróbel  Pyskacz,  Śmigły  i  Tu-Tu  -  sowa 

matematyczka  -  omawiali  wszystko  do  późnej  nocy  i  opracowali  mnóstwo  nowych 

pomysłów, kierunków i zasad prowadzenia przyzwoitej stacji meteorologicznej. 

Po kilku tygodniach na ścianach urzędu pocztowego doktora Dolittle-ukazała się obok 

dawnych tablic, zawiadamiających o nadejściu i odejściu poczty, nowiuteńka tablica: 

 

WIADOMOŚCI  METEOROLOGICZNE 

 

głosił napis, a wiadomości te brzmiały mniej więcej tak: 

 

ZIELONE  CZAPLE  NA  TRASIE:  WYSPY  SANDWICH  -  PRZYLĄDEK  HORN, 

JEDEN  DZIEŃ,  TRZY  GODZINY  DZIEWIĘĆ  MINUT  OPÓŹNIENIA.  WIATR 

POŁUDNIOWO-WSCHODNI.  POGODA  DZISIEJSZA  NA  WYBRZEŻU  CHILE: 

SKŁONNOŚĆ  DO  BURZ.  LEKKIE  WIATRY  NA  WODACH  POŁUDNIOWEGO 

OCEANU LODOWATEGO. 

 

Ptaki  lądowe,  szczególnie  te,  które  żywią  się  jagodami,  okazywały  również  dużą 

pomoc  doktorowi  donosząc  mu  listownie,  jakiej  zimy  należy  się  spodziewać  w  różnych 

krajach. Po czym doktor Dolittle pisał znów listy do rolników na całym świecie, donosząc im, 

czy mają się spodziewać ciężkiej, czy lekkiej zimy, dżdżystej wiosny czy suchego lata, co im 

.naturalnie bardzo ułatwiało uprawę pól. 

Mieszkańcy Fantippo, którzy dotychczas z obawy przed burzami niechętnie wyruszali 

na  morze,  teraz,  orientując  się  świetnie  w  stanie  pogody  dzięki  swojej  doskonałej  stacji 

meteorologicznej,  zaczęli  budować  większe  żaglowce  zamiast  dotychczasowych  lichych 

czółen.  Stawali  się  stopniowo  narodem  kupców,  uprawiali  handel  towarami  wszelkiego 

rodzaju  wzdłuż  wybrzeży  Afryki,  docierali  do  Przylądka  Dobrej  Nadziei,  objeżdżali  Ocean 

background image

Indyjski i prowadzili handel zamienny z mieszkańcami nieznanych krajów. 

Wskutek tego królestwo Fantippo rosło w znaczenie i w bogactwa. 

Król przeznaczył na zagraniczną pocztę wielki zasiłek pieniężny, który doktor Dolittle 

zużył na przebudowanie łodzi pocztowej i ulepszenie jej urządzeń. 

Wkrótce stacja meteorologiczna na Wyspie Niczyjej stała się ogólnie znana. Chłopi z 

Anglii, którzy otrzymywali listy od doktora Dolittle z tak trafnymi przepowiedniami pogody, 

pojechali  do  Londynu  i  powiedzieli  Rządowi,  że  wiadomości  urzędowe  są  nic  niewarte  i  że 

niejaki doktor Jan Dolittle przysyła im z Afryki o wiele lepsze. 

Rząd przejął się tym i wysłał królewskiego meteorologa, starego, siwego jegomościa 

do Fantippo, aby stwierdził, jak Jan Dolittle to robi. 

Doktor  ujrzał  go  pewnego  dnia  skradającego  się  obok  urzędu  pocztowego,  gdy 

studiował  tablicę  z  wiadomościami  meteorologicznymi  i  starał  się  odgadnąć  tajemnice 

doktora. 

Ale  nie  dowiedział  się  niczego  ten  królewski  meteorolog  i  gdy  powrócił  do  Anglii, 

oznajmił Rządowi tylko tyle: 

„Doktor  Jan  Dolittle  nie  ma  żadnych  nowych  przyrządów.  To  oszust.  Jedyne,  co 

posiada, to stara łódź, koło której lata gromada brudnych ptaków”. 

background image

ROZDZIAŁ VII 

 

KURSY KORESPONDENCYJNE 

 

 

Zagadnienia wychowawcze i oświatowe odgrywały dużą rolę w pracy doktora Dolittle 

i  ich  znaczenie  stale  wzrastało.  Doktor  Dolittle  powiedział  przecież  zaraz  na  początku  do 

Ś

migłego,  że  gdy  tylko  zwierzęta  i  ptaki  zrozumieją  pożytek  z  własnej  poczty,  będą  z  niej 

coraz więcej korzystały. 

Naturalnie większość listów, jak to przepowiadał Śmigły, adresowana była do samego 

doktora. Wkrótce biedak zasypany był listami proszącymi o porady lekarskie. Eskimoskie psy 

pociągowe  zapytywały,  co  robić  na  wypadanie  sierści.  Jej  bujność  -  biedne  stworzenia  nie 

miały innej ochrony przed wiatrami podbiegunowymi - miała dla nich ogromne znaczenie. 

I doktor Dolittle spędził całą sobotę i niedzielę, robiąc próby na sierści Jipa płynem na 

porost  włosów,  aby  znaleźć  środek  przeciwko  łysieniu.  Jip  był  bardzo  cierpliwy,  gdyż 

wiedział, że doktor czyni to dla dobra jego współbraci, i nie warczał wcale - chociaż mówił 

do Dab-Dab, że po tych wszystkich olejkach, które doktor na nim wypróbował, czuje się jak 

apteka. Jego ostre powonienie stępiało na całe dwa tygodnie. 

Oprócz listów proszących o lekarską poradę doktor otrzymywał od zwierząt z całego 

ś

wiata wszelkie możliwe zapytania na temat odżywiania dzieci, materiału na budowę gniazd i 

tym podobne. Powodowane nową dla nich żądzą wiedzy, zwierzęta zadawały wiele pytań, na 

które  ani  doktor,  ani  nikt  inny  nie  umiałby  w  owych  czasach  odpowiedzieć.  Na  przykład:  z 

czego  zrobione  są  gwiazdy?  Skąd  pochodzi  przypływ  i  odpływ  morza  i  jakim  sposobem 

można je powstrzymać? 

Aby  zaspokoić  żądzę  wiedzy  swych  korespondentów,  doktor  Dolittle  założył  po  raz 

pierwszy w historii kursy korespondencyjne dla zwierząt. 

Kazał  wydrukować  podręczniki  zatytułowane  między  innymi:  „Co  młode  króliki 

wiedzieć powinny”, „Pielęgnowanie nóg w czasie zimna” i tym podobne, i tym podobne. Te 

podręczniki rozsyłał pocztą w tysiącach egzemplarzy. 

A  ponieważ  otrzymywał  również  mnóstwo  zapytań  dotyczących  dobrych  manier, 

napisał książkę pod tytułem „O umiejętności zachowywania się w towarzystwie”. Książka ta 

jest  prawie  wyczerpana,  ale  jeszcze  dziś  cieszy  się  wielkim  uznaniem.  Doktor  wypuścił 

pierwsze  wydanie  w  pięćdziesięciu  tysiącach  egzemplarzy,  które  rozesłał  pocztą  w  ciągu 

jednego  tygodnia.  W  tym  samym  czasie  napisał  i  rozprowadził  bardzo  głośną  książkę  pod 

background image

tytułem „Jednoaktówki dla pingwinów”. 

Lecz,  niestety,  ilość  listów,  na  które  musiał  odpowiadać,  nie  zmniejszyła  się  wcale 

wskutek wydawnictw, przeciwnie, powiększyła się stokrotnie. 

Oto list, który doktor dostał od pewnej świnki z Patagonii: 

 

Kochany panie doktorze! Czytałam pańską książkę „O umiejętności zachowywania się 

w  towarzystwie”  i  podobała  mi  się  bardzo.  Mam  zamiar  wkrótce  wstąpić  w  związki 

małżeńskie.  Czy  wypada  zaproponować  gościom,  zaproszonym  na  przyjęcie  ślubne,  aby 

ofiarowali mi pęczki marchwi zamiast wiązanek kwiatów? 

Z prawdziwym poważaniem 

 

Basia Sadełko 

 

P.S.  Pierścionek  zaręczynowy  mam  przeciągnięty  przez  ryjek.  Czy  wypada  w  tym 

miejscu nosić pierścionek? 

 

Odpowiedź doktora brzmiała: 

 

Kochana Basiu! Uważam marchew za bardzo odpowiedni podarunek ślubny. Możesz 

przecież poprosić gości, aby nie obcinali zielonej naci, wtedy pęczki marchwi będą wyglądały 

jak wiązanki kwiatów. 

Z serdecznym pozdrowieniem 

 

Jan Dolittle 

background image

CZĘŚĆ TRZECIA 

background image

ROZDZIAŁ I 

 

MIESIĘCZNIK ZWIERZĄT 

 

 

Teraz  muszę  wam  opowiedzieć  o  konkursie  na  najlepsze  opowiadanie.  Sława 

wieczornych  posiedzeń  przy  kominku  w  Puddleby,  podczas  których  Jan  Dolittle  zwykł  był 

opowiadać swoim ulubionym zwierzętom mnóstwo ciekawych historii, rozeszła się szeroko. 

Wygadała  się  z  tym  Tu-Tu,  przechwalały  się  Geb-Geb,  Jip  i  biała  mysz.  Wszystkie 

one  bowiem  były  dumne  z  tego,  że  zaliczały  się  do  domowników  wielkiego  człowieka.  I  w 

krótkim czasie, dzięki swojej własnej poczcie, mówiły i pisały na ten temat różne zwierzęta. 

Doktor  Dolittle  otrzymywał  teraz  listy,  w  których  proszono  go  o  przesyłanie  takich 

opowiadań.  Stał  się  teraz  sławny  potrójnie:  jako  lekarz  zwierząt,  jako  nauczyciel  zwierząt  i 

jako pisarz dla zwierząt. 

Z  Dalekiej  Północy  otrzymywał  od  białych  niedźwiedzi,  wielorybów  i  lisów  setki 

listów,  w  których  go  proszono,  aby  oprócz  pism  lekarskich  i  książek  z  dziedziny  oświaty  i 

przepisów  dobrego  wychowania 

:

nadsyłał  również  i  lekką  lekturę  rozrywkową.  „Noce 

zimowe  -  pisały  zwierzęta  -  trwające  całymi  miesiącami,  bez  końca,  bywają  przeraźliwie 

nudne,  gdy  się  wyczerpuje  własny  zapas  opowiadań,  przecież  zwierzęta  podbiegunowe  nie 

mogą  w  żaden  sposób  spać  przez  całą  zimę,  trzeba  im  dostarczyć  jakiejś  rozrywki  na 

samotnych krach lodowych, w jaskiniach i pieczarach, zasypanych śniegiem”. 

Przez pewien czas doktor tak był zajęty poważniejszymi sprawami, że nie był w stanie 

troszczyć się o to. Ale w pewnej chwili przypomniał sobie prośbę zwierząt z Północy. 

Jego  ulubione  zwierzęta,  które  pracowały  teraz  w  urzędzie  pocztowym  regularnie  i 

stale, zapragnęły  również w wolniejszych  chwilach wieczornych rozerwać się czymkolwiek. 

Gdy pewnego wieczoru siedziały na werandzie, zastanawiając się, jaką zabawę wymyślić, Jip 

nagle powiedział: 

- Już wiem! Niech nam pan doktor opowie jakąś historyjkę. 

- Ach, znacie przecież wszystkie moje bajki - powiedział doktor. - Zabawmy się lepiej 

w berka. 

-  Nie,  nasza  łódź  jest  na  to  za  mała  -  zauważyła  Dab-Dab.  -  Gdyśmy  się  ostatni  raz 

bawili, Geb-Geb zawadziło o rogi dwugłowca. Pan umie tyle historii, niech nam pan opowie 

jedną, chociażby krótką. 

- Ależ o czym wam opowiadać? - zapytał doktor. 

background image

- O zagonie marchwi - zaproponowało Geb-Geb. 

-  Nie,  to  byłoby  nudne  -  rzekł  Jip.  -  Niech  pan  zrobi  tak,  jak  pan  to  nieraz  robił  w 

Puddleby.  Niech  pan  wyjmie  wszystko,  co  pan  ma  w  kieszeni,  a  wtedy  jakiś  przedmiot 

nasunie panu temat do opowiadania. 

-  No  dobrze  -  rzekł  doktor.  Ale  nagle  coś  mu  się  przypomniało.  -  Wiecie  przecież  - 

powiedział - że różne zwierzęta proszą mnie o przesyłanie opowiadań pocztą. Zwierzęta pod 

biegunem  północnym  chciałyby  mieć  jakąś  lekką  lekturę  na  długie  wieczory  zimowe. 

Chciałbym  wydawać  pismo  dla  zwierząt  pod  tytułem  „Krąg  Polarny”.  Wysyłać  je  będzie 

poczta  główna,  a  rozdzielać  filia  w  Nowej  Ziemi.  To  się  da  łatwo  urządzić.  Największa 

trudność  polega  na  tym,  skąd  wziąć  tyle  opowiadań,  artykułów,  obrazków  i  tym  podobnych 

utworów,  aby  zapełnić  miesięcznik.  To  wcale  nie  takie  łatwe.  Opowiem  wam  dzisiaj  jakąś 

bajkę,  ale  za  to  musicie  mi  dopomagać  w  redagowaniu  pisma.  Każdego  wieczoru,  kiedy  się 

nudzicie, musicie coś po kolei opowiedzieć. W ten sposób powstanie siedem opowiadań. Dla 

pisma  wystarczy  jedno  opowiadanie  na  miesiąc.  Resztę  numeru  wypełnią  codzienne 

wiadomości,  porady  lekarskie,  kącik  dla  matek  i  dzieci  i  różne  drobiazgi.  Potem  ogłosimy 

konkurs.  Czytelnicy  będą  głosowali  na  najlepsze  opowiadanie,  a  kto  otrzyma  najwięcej 

głosów, dostanie nagrodę. Jak wam się to podoba? 

-  Wspaniały  pomysł!  -  zawołało  Geb-Geb.  -  Jutro  ja  wam  opowiem  piękną  bajkę.  A 

teraz, panie doktorze, proszę zaczynać. 

Doktor Dolittle wyłożył zawartość swoich kieszeni na stół, szukając czegoś, co by mu 

przypomniało jakąś historię. Ukazał się zbiór najdziwniejszych przedmiotów. Sznurki i druty, 

scyzoryki  z  odłamanymi  ostrzami,  kawałki  ołówków,  guziki,  sznurowadła,  szkło 

powiększające, kompas i korkociąg. 

- To nie zapowiada się ciekawie - stwierdził doktor. 

-  Niech  pan  zajrzy  do  kieszeni  od  marynarki  -  poradziła  Tu-Tu.  -  Tam  zwykle 

przechowuje  pan  najciekawsze  rzeczy.  Nie  zaglądał  pan  do  nich  zresztą  od  wyjazdu  z 

Puddleby. 

Doktor  Dolittle  opróżnił  więc  kieszenie  marynarki  i  wydobył  z  nich  dwa  zegarki  - 

jeden  dobry,  a  drugi  popsuty  -  centymetr,  kawałek  wosku,  dziurawą  monetę  i  termometr  do 

mierzenia gorączki. 

- Co to jest? - zapytało Geb-Geb wskazując na termometr. 

- Tym mierzy się temperaturę u ludzi - rzekł doktor - ach, to mi przypomina... 

- Historię!... - zawołała Tu-Tu. 

- Wiedziałem od razu - rzekł Jip. - Taka rzecz musi mieć swoją historię. Jaki będzie jej 

background image

tytuł? 

- A więc - zaczął doktor sadowiąc się wygodniej w fotelu - zdaje mi się, że nazwę to 

opowiadanie „Strajkiem inwalidów”. 

- Co to jest strajk? - zapytało Geb-Geb. 

- A co znaczy „inwalida”? - zapytał dwugłowiec. 

-  Strajk  -  rzekł  doktor  -  jest  wtedy,  gdy  ludzie  przerywają  pracę,  żądając  lepszych 

warunków życia, większej zapłaty itp. A „inwalida”? Inwalida to człowiek, który jest zawsze 

mniej lub więcej chory. 

- A jaką pracę wykonują inwalidzi? - zapytała biała mysz. 

- Ich praca polega na tym, żeby być zawsze chorymi - rzekł doktor. - Ale przestańcie 

.się pytać, bo nigdy nie zacznę opowiadać. 

- Jeszcze chwilę - zawołało Geb-Geb - noga mi ścierpła! 

- Ach, co nas obchodzi twoja głupia noga! - wykrzyknęła Dab-Dab. - Panie doktorze, 

niech pan zaczyna! 

- Czy to piękna historia? - zapytało Geb-Geb. 

-  Gdy  ją  opowiem,  osądzicie  sami.  Przestańcie  przeszkadzać,  dajcie  mi  wreszcie 

zacząć. Robi się późno. 

background image

ROZDZIAŁ II  

 

OPOWIADANIE DOKTORA Dolittle 

 

 

Doktor zapalił fajkę i gdy się zaciągnął, zaczął mówić: 

- Przed wielu, wielu laty, gdy kupiłem ten termometr, byłem młodym, pełnym nadziei 

lekarzem, który dopiero rozpoczął praktykę. Uważałem się za dobrego doktora. Ale świat nie 

podzielał mego zdania i upłynęło wiele miesięcy, a nie miałem jeszcze ani jednego pacjenta. 

Na nikim nie wypróbowałem jeszcze nowego termometru. Próbowałem go często na samym 

sobie,  ale  byłem  zawsze  tak  straszliwie  zdrowy,  że  nie  miałem  nigdy  gorączki.  Starałem  się 

zaziębić; nie zależało mi naprawdę na tym, żeby  być  chorym, chciałem się tylko przekonać, 

czy  mój  nowy  termometr  dobrze  działa.  Nie  udawało  mi  się  nawet  zaziębić.  Byłem  bardzo 

smutny, ale przy tym zdrowy. 

Mniej więcej w tym samym czasie poznałem innego młodego lekarza, który był w tej 

samej  sytuacji  co  ja  -  mianowicie  nie  miał  ani  jednego  pacjenta.  Ten  powiedział  do  mnie: 

„Wiem, co zrobimy, założymy sanatorium”. 

- Co to jest sanatorium? - zapytało Geb-Geb. 

-  Sanatorium  -  odrzekł  doktor  -  jest  to  coś  pośredniego  między  lecznicą  a  hotelem  - 

mieszkają  tam  ludzie,  którzy  są  chorzy.  Zgodziłem  się  na  jego  plan  i  wynajęliśmy,  ja  i  mój 

młody  przyjaciel,  nazywał  się  Fipps,  doktor  Korneliusz  Fipps,  piękną  posiadłość  na  wsi, 

zaopatrzyliśmy ją w leżaki, fotele na kółkach, worki gumowe, słuchawki, same takie rzeczy, 

które inwalidzi lubią. Wkrótce też pacjenci zaczęli napływać setkami i nasze sanatorium było 

stale  przepełnione,  a  mój  nowy  termometr  miał wciąż  dużo  roboty.  Naturalnie,  zarabialiśmy 

mnóstwo  pieniędzy,  gdyż  wszyscy  ludzie  płacili  nam  dobrze  i  Fipps  był  bardzo  szczęśliwy. 

Aleja  nie  byłem  taki  szczęśliwy,  zauważyłem  bowiem,  że  żaden  z  naszych  pacjentów  nie 

odzyskiwał zdrowia i nie opuszczał sanatorium. Wreszcie powiedziałem to Fippsowi. 

-  Kochany  kolego  -  rzekł  na  to  Fipps  -  opuszczać  sanatorium?  Nie  ma  o tym  mowy. 

Przecież nie chcemy wcale, żeby opuszczali sanatorium, niech zostaną, żebyśmy mogli dalej 

zarabiać na nich dużo pieniędzy. 

- Fipps - powiedziałem - to nie jest uczciwe postępowanie. Zostałem doktorem po to, 

ż

eby leczyć ludzi, a nie po to, żeby ich wyzyskiwać. 

Zaczęliśmy się kłócić. Rozgniewałem się bardzo i powiedziałem mu, że nie chcę być 

dłużej jego wspólnikiem, że zapakuję rzeczy i wyjadę następnego dnia. 

background image

Opuściłem  jego  pokój,  wciąż  jeszcze  bardzo  zagniewany,  i  spotkałem  jednego  z 

pacjentów jadącego na wózku. Był to pan Tymoteusz Quisby, nasz najważniejszy i najlepiej 

płacący pacjent. Gdy go mijałem, poprosił mnie o zmierzenie temperatury, gdyż zdaje mu się, 

ż

e  ma  znowu  gorączkę.  Nigdy  dotychczas  nie  mogłem  stwierdzić  u  pana  Quisby  żadnej 

choroby  i  według  mnie  był  on  chory  z  urojenia.  Ponieważ  byłem  wciąż  jeszcze  bardzo 

zdenerwowany, więc zamiast zmierzyć mu temperaturę rzekłem grubiańsko: „Ach, idź pan do 

diabła!” 

Pan Tymoteusz nie posiadał się z oburzenia, zawołał doktora Fippsa i zażądał, żebym 

go przeprosił. 

Powiedziałem,  że  tego  nie  zrobię,  na  co  pan  Tymoteusz  powiedział  Fippsowi,  że  w 

takim razie ogłosi „strajk inwalidów”. 

Fipps był zrozpaczony i błagał mnie, abym przeprosił jego najlepszego pacjenta. Ale 

ja znowu odmówiłem. 

Wtenczas stało się coś bardzo dziwnego. Pan Tymoteusz, który dotychczas nie miał sił 

do  chodzenia,  zerwał  się  ze  swego  fotela  i  wywijając  słuchawką  popędził  przez  całe 

sanatorium,  przemawiając  do  innych  chorych,  opowiadając  im,  jak  go  potraktowałem,  i 

żą

dając, aby zastrajkowali. 

Więc posłusznie rozpoczęli strajk. Przy kolacji nie chcieli brać lekarstw ani przed, ani 

po  jedzeniu.  Doktor  Fipps  sprzeczał  się  z  nimi,  prosił  ich  i  błagał,  aby  się  zachowywali  jak 

prawdziwi  pacjenci  i  wykonywali  zarządzenia  lekarza.  Ale  nie  zważali  na  niego.  Jedli  to 

wszystko, co było im zabronione, a po kolacji ci, którym zalecony był spacer, zostali w domu, 

a ci, którzy powinni się byli położyć, wyszli na spacer i biegali po ulicach tam i z powrotem. 

Wieczorem,  zamiast  spać,  jak  zwykle  o  tej  porze,  urządzili  bitwę,  podczas  której  fruwały  w 

powietrzu poduszki i worki gumowe. Nazajutrz wszyscy zapakowali swoje kufry i odjechali, 

co oznaczało koniec naszego sanatorium. 

Ale  najdziwniejsze  było  to,  czego  dowiedziałem  się  później,  że  strajk  posłużył 

znakomicie każdemu z pacjentów. Porzuciwszy leki i fotele na kółkach,  wrócili do zdrowia, 

przestali  w  ogóle  chorować.  Jako  lekarz  sanatoryjny,  nie  miałem  więc  powodzenia,  a  może 

jednak...  Gdyż  w  ten  sposób  wyleczyłem  znacznie  więcej  pacjentów  niż  Fipps,  który  ich 

zwabił do sanatorium. 

background image

ROZDZIAŁ III 

 

OPOWIADANIE GEB-GEB 

 

 

Następnego  wieczoru,  gdy  wszyscy  znowu  zasiedli  po  kolacji  na  werandzie,  doktor 

zapytał: 

- Na kogo dzisiaj kolej? Czy to nie Geb-Geb obiecało nam wczoraj opowiedzieć coś 

ciekawego? 

-  Ach,  lepiej,  żeby  nie  opowiadało.  To  będzie  z  pewnością  coś  bardzo  głupiego  - 

sprzeciwił się Jip. 

-  Geb-Geb  jest  za  młode,  żeby  mogło  opowiedzieć  coś  ciekawego,  nic  jeszcze  nie 

przeżyło - wtrąciła Dab-Dab. 

- Ono interesuje się wyłącznie jedzeniem - rzekła Tu-Tu - niech ktoś inny opowiada. 

- Nie, poczekajcie! - zawołał doktor Dolittle. - Nie dokuczajcie mu. Wszyscyśmy byli 

niegdyś młodzi. Niech opowie swoją historię. Może właśnie ono dostanie nagrodę. Kto wie? 

Chodź, Geb-Geb, i opowiadaj. Jaki jest tytuł twego opowiadania? 

Geb-Geb  w  zakłopotaniu  przestępowało  z  nogi  na  nogę,  zarumienione  po  uszy,  i 

powiedziało wreszcie: 

-  To  trochę  zwariowana,  ale  bardzo  ciekawa  historia.  Bajka  o  świ...  o  świ...  o 

ś

winiach. Nazywa się „Czarodziejski ogórek”. 

- Bzdura! - warknął Jip. 

- Naturalnie, znów o jedzeniu - mruknęła Tu-Tu. -Czy nie mówiłam od razu? 

- Chi, chi, chi - pisnęła biała myszka. 

- Zaczynaj, Geb-Geb - rzekł doktor Dolittle. - Nie zwracaj na nich uwagi. 

-  Było  raz  -  zaczęła  świnka  -  pewne  prosię,  które  udało  się  ze  swą  matką  na 

poszukiwanie  trufli.  Jego  matka  miała  doskonały  węch.  Dość  że  powąchała  ziemię,  żeby 

natychmiast  z  największą  pewnością  powiedzieć,  w  którym  miejscu  rosną  trufle.  W  tym 

właśnie dniu poszła razem z synkiem na polanę pod wielkimi dębami i zaczęła tam grzebać. 

Udało  się  jej  wygrzebać  olbrzymią  truflę,  którą  zjedli  oboje.  Nagle  ku  swemu 

wielkiemu zdziwieniu usłyszeli głosy dochodzące z głębi jamy. Świnia uciekła wraz ze swym 

synkiem, gdyż nie znosiła czarów. Ale w nocy, gdy ojciec z matką już mocno spali, prosiątko 

wylazło z chlewa i poszło do lasu. Chciało się koniecznie dowiedzieć, w jaki to sposób spod 

ziemi wydobywają się głosy. 

background image

Gdy doszło do miejsca, gdzie matka jego wygrzebała truflę, zabrało się do grzebania 

w dalszym ciągu. Po pewnym czasie ziemia rozstąpiła się i poczuło, że zapada się w nią coraz 

głębiej i głębiej. W końcu spadło na sam środek jakiegoś stołu. Stół nakryty był do obiadu - 

prosię  wpadło  wprost  do  wazy  z  zupą.  Rozejrzało  się  i  zobaczyło  dużo  maleńkich 

człowieczków  siedzących  wokoło  stołu;  ani  jeden  z  nich  nie  był  nawet  w  połowie  tak  duży 

jak ono samo i wszyscy mieli ciemnozielony kolor skóry. 

- Gdzie jestem? - zapytało prosię. 

- W zupie - odpowiedział człowieczek. 

Prosię  było  z  początku  bardzo  przestraszone,  ale  gdy  zobaczyło  maleńki  wzrost  tych 

człowieczków,  przestało  się  bać  i  przed  wyjściem  z  wazy  zjadło  wszystką  zupę.  Potem 

zapytało człowieczków, kim są, a oni powiedzieli: 

-  Jesteśmy  chochlikami-kucharzami.  Mieszkamy  pod  ziemią  i  połowę  swego  życia 

spędzamy  na  wymyślaniu  nowych  potraw,  drugą  zaś  połowę  -  na  ich  zjadaniu.  Gwar,  który 

usłyszałeś  przez  jamę  w  ziemi,  był  to  nasz  hymn  obiadowy.  Zawsze  śpiewamy  hymn 

obiadowy, gdy udaje nam się przyrządzić jakąś szczególnie smakowitą potrawę. 

-  To  się  dobrze  składa  -  rzekło  prosię.  -  Trafiłem  do  odpowiedniego  towarzystwa. 

Wracamy do przerwanego obiadu. 

Ale  w  chwili  gdy  podano  rybę  -  zupa  była  już  przecież  zjedzona  -  usłyszano 

dochodzący sprzed jadalni wielki hałas i  gromada ognistoczerwonych człowieczków wpadła 

do  pokoju.  Były  to  duszki  jadowitych  grzybów,  odwieczni  wrogowie  chochlików-kucharzy, 

zaczęła  się  ogromna  bitwa;  jedna  partia  wzięła  wykałaczki  jako  dzidy,  a  druga  -  dziadki  do 

orzechów jako maczugi. Prosię stanęło po stronie swoich przyjaciół  chochlików-kucharzy, a 

ponieważ było dwa razy większe od swoich wrogów, więc jadowite duszki grzybowe zostały 

wkrótce pobite. 

Gdy  bitwa  się  skończyła  i  jadalnia  została  oczyszczona  z  wrogów,  chochliki 

podziękowały serdecznie prosięciu za jego cenną pomoc. Nazwały je bohaterem i zwycięzcą, 

uwieńczyły je wieńcem z pietruszki i zaprosiły do zajęcia miejsca honorowego przy stole. A 

potem ucztowano w dalszym ciągu. 

Nigdy  w  życiu  prosię  nie  jadło  tak  smacznych  i  wytwornych  potraw.  Chochliki  nie 

tylko  wynajdywały  nowe  i  doskonałe  potrawy,  ale  i  sposób  nakrywania  stołu  obfitował  w 

mnóstwo nowych pomysłów. Na przykład przy rybach podawano poduszeczki do szpilek, w 

które  wtykano  ości  rybie  zamiast  gromadzić  je  na  talerzu.  Inny  wynalazek  stanowiły 

wachlarze do budyniu, chłodzono nimi tę gorącą leguminę zamiast na nią dmuchać. Kożuch, 

tworzący  się  na  kakao,  wieszano  na  specjalnych  sznureczkach  -  maleńkich  jak  zabawki  - 

background image

wiadomo przecież, jak to brzydko wygląda, gdy taki kożuch zwiesza się z krawędzi filiżanki. 

Gdy na deser podawano owoce, każdy z gości otrzymywał jednocześnie rakietę tenisową; gdy 

ktoś siedzący  na końcu stołu prosił o jabłko, wtedy zamiast dźwigać ciężki kosz z owocami 

brano  po  prostu  jabłko  i  podrzucano  je  rakietą  jak  piłkę  w  stronę  tego  gościa,  który  o  nie 

prosił i który teraz chwytał je na widelec. 

Takie  udogodnienia  przyczyniały  się  bardzo  do  wytwarzania  przyjemnego  nastroju; 

niektóre  były  rzeczywiście  bardzo  mądrze  pomyślane.  Urządzony  był  nawet  telefon,  przez 

który mówiono takie rzeczy, których przy stole nie wolno było mówić. 

- Telefon? - zapytała biała mysz. - Po co telefon? Tego już nie rozumiem. 

-  Wiesz  przecież  -  objaśniło  Geb-Geb  -  że  zawsze  się  przestrzega,  żeby  tego  lub 

owego nie mówić przy jedzeniu. Chochliki więc urządziły telefon w ścianie, wychodzący na 

drugą stronę domu. I gdy się chciało mówić o rzeczach, których nie wolno było mówić przy 

jedzeniu,  szło  się  do  telefonu  i  mówiło  do  słuchawki.  Potem  siadało  się  znowu  na  swoim 

miejscu. Był to rzeczywiście dobry wynalazek. 

Więc, jak już mówiliśmy, prosięciu podobało się bardzo u chochlików. Ale po uczcie 

oświadczyło,  że  musi  już  wracać  do  domu,  gdyż  chce  być  w  chlewie,  zanim  się  rodzice 

obudzą i spostrzegą jego nieobecność. 

Chochliki  żałowały  bardzo,  że  muszą  się  z  nim  rozstać,  i  ofiarowały  mu,  jako  dar 

pożegnalny  z  wdzięczności  za  okazaną  im  pomoc,  czarodziejski  ogórek.  Gdy  się  z  tego 

ogórka  odkrajało  maleńki  kawałeczek  i  zasadziło  w  ziemi,  wyrastał  z  niego  natychmiast, 

według  życzenia,  wielki  zagon  warzyw  albo  mnóstwo  owoców.  Dość  było  wymówić  nazwę 

warzywa  albo  owocu.  Prosię  podziękowało  chochlikom,  ucałowało  je  wszystkie  na 

pożegnanie i pobiegło do domu. 

Jego  rodzice  spali  jeszcze  mocno,  gdy  powróciło.  Schowało  troskliwie  swój 

czarodziejski ogórek pod podłogę w oborze, wlazło do chlewa i prędko zasnęło. 

Zdarzyło  się,  że  w  kilka  dni  później  król  sąsiedniego  państwa  wypowiedział  wojnę 

królowi  kraju,  w  którym  mieszkała  rodzina  prosięcia.  Położenie  napadniętego  króla  było 

bardzo  ciężkie  i  widząc,  że  nieprzyjaciel  jest  już  blisko,  wydał  rozkaz,  aby  całe  bydło, 

wszyscy  poddani  i  wszystkie  zwierzęta  domowe  zgromadziły  się  w  murach  zamkowych. 

Rodzina  prosięcia  została  również  przygnana  na  pastwisko  zamkowe.  Ale  zanim  prosię 

opuściło  swoje  miejsce  rodzinne,  odgryzło  kawałek  czarodziejskiego  ogórka  i  wzięło  go  z 

sobą. 

Wkrótce  nieprzyjaciel  otoczył  zamek  i  próbował  go  zdobyć.  Nie  odstępował  przez 

długie tygodnie, pewny, że wcześniej lub później głód zmusi króla i jego lud do poddania się. 

background image

Tymczasem  stało  się  tak,  że  królowa  zwróciła  uwagę  na  prosię  biegające  po  łące 

zamkowej. A ponieważ w żyłach jej płynęła czysta irlandzka krew, więc polubiła je bardzo: 

zawiązała mu zieloną wstążeczkę na szyi i nosiła je na rękach, i pieściła jak małego kotka, ku 

przerażeniu królewskiego małżonka. 

W  czwartym  tygodniu  oblężenia  wszystkie  zapasy  zostały  zjedzone  i  król  kazał 

zarżnąć  prosię.  Królowa  rozpaczała  i  błagała,  aby  jej  ulubieńcowi  darowano  życie,  ale  król 

był nieubłagany. 

- Moi żołnierze cierpią głód - mówił. - Nie mogę mieć litości dla prosięcia. 

Prosię zrozumiało, że uratować może je tylko czarodziejski dar chochlików. Pobiegło 

do  ogrodu  zamkowego,  wykopało  dół  i  zasadziło  kawałek  ogórka  wśród  najpiękniejszego 

klombu róż. 

„Marchew - zakwiczało w myśli zasypując dół -niech rośnie i rośnie wzdłuż i wszerz”. 

Zaledwie  wymówiło  te  słowa,  gdy  we  wszystkich  królewskich  ogrodach  wyrosły 

gęsto zagony najpiękniejszej marchwi, nawet ścieżki pokryły się tą smakowitą jarzyną. Król i 

jego żołnierze mogli teraz jeść do syta, świeży sok marchwi dodał im tyle sił, że odważyli się 

na wyprawę z zamku i zmusili nieprzyjaciół do ucieczki. 

Królowej wolno było zatrzymać sobie ulubione prosię, które sprawiło jej tyle radości, 

jako  że  pochodziła  z  prawdziwie  irlandzkiego  rodu.  Prosię  zyskało  wielkie  znaczenie  na 

dworze.  W  tym  samym  miejscu,  gdzie  zasadziło  czarodziejski  ogórek,  wybudowano  mu 

chlew ozdobiony drogimi kamieniami. I wszyscy żyli szczęśliwie i wesoło, a jeśli jeszcze nie 

umarli, to żyją po dziś dzień. 

Na tym kończy się historia o świniach i czarodziejskim ogórku. 

background image

ROZDZIAŁ IV 

 

OPOWIADANIE DAB-DAB 

 

 

Zwierzęta  oczekiwały  teraz  z  radością  wieczornych  opowiadań,  jak  ludzie,  którzy 

przywykają do przyjemnych wrażeń. 

I umówiły się, że następnego wieczoru Dab-Dab opowie z kolei jakąś historię. 

Gdy  wszyscy  zgromadzili  się  na  werandzie,  kaczka-gospodyni  wygładziła  piórka  i 

rozpoczęła uroczystym głosem: 

-  W  okolicach  Puddleby,  nad  rzeką  Marsh,  mieszka  wieśniak,  który  po  dziś  dzień 

przysięga,  że  jego  kot  rozumie  każde  słowo,  które  on  do  niego  mówi.  Oczywiście  to 

nieprawda, ale zarówno wieśniak, jak i jego żona wierzą w to święcie. Opowiem wam więc, 

jak do tego doszło. 

Kiedyś,  gdy  doktor  Dolittle  przebywał  w  Szkocji  na  poszukiwaniu  mięczaków, 

pozostałam w domu pilnując gospodarstwa. Pewnego wieczoru stara klacz w stajni uskarżała 

się przede mną na szczury, które wyjadały jej owies. Gdy przechadzałam się przed stajnią tam 

i z powrotem rozmyślając, jak temu zaradzić, ujrzałam dużą, białą kotkę perską skradającą się 

obok  stajni.  Kotów  nie  lubię,  bo  po  pierwsze,  zjadają  małe  kaczęta,  a  po  drugie,  mają  taki 

nieprzyjemny, podstępny charakter. Kazałam więc białej kotce opuścić nasz ogród. Ku memu 

wielkiemu zdumieniu zachowała się bardzo uprzejmie - oświadczyła, że wcale nie wiedziała, 

iż znajduje się na obcym terenie, i mówiąc to, oddaliła się. Poczułam wyrzuty sumienia, gdyż 

wiedziałam, że doktor Dolittle był zawsze gościnny dla wszystkich zwierząt, a zresztą kotka 

nie zrobiła mi przecież nic złego. Poszłam więc za nią i powiedziałam, że jeśli nie ma zamiaru 

polować tutaj, to może przychodzić i odchodzić, kiedy chce. 

Zaczęłyśmy rozmawiać i dowiedziałam się, że kotka mieszka u wieśniaka o milę stąd 

w  kierunku  Oxentorpe.  Towarzyszyłam  jej  kawałek  drogi  i  przekonałam  się,  że  była  bardzo 

przyjemnym  stworzeniem.  Opowiedziałam  jej  o  szczurach  w  stajni  i  o  tym,  jak  trudno  jest 

utrzymywać  je  w  karności  wobec  tego,  że  doktor  Dolittle  nie  pozwala  ich  tępić.  Kotka 

ofiarowała  się,  że  przez  kilka  nocy  będzie  spała  w  stajni;  gdy  szczury  tylko  ją  poczują,  z 

pewnością opuszczą stajnię. 

Spędziła  istotnie  noc  w  naszej  stajni  i  skutek  był  znakomity.  Szczury  wyprowadziły 

się od razu i żłób starej klaczy był znowu pełny. Potem kotka znikła i przez kilka wieczorów 

jej  nie  widziałam.  Pomyślałam  więc,  że  wypada  ją  odwiedzić  i  podziękować  za  przysługę. 

background image

Poszłam  do  zagrody  wieśniaka  i  spotkałam  kotkę  na  podwórku;  podziękowałam  jej  i 

zapytałam, dlaczego tak dawno nie była u nas. 

-  Mam  teraz  dzieci  -  powiedziała  -  sześcioro  małych  kociąt,  i  nie  mogę  ich  zostawić 

samych nawet na chwilę. Mieszkają w alkierzu u moich gospodarzy. Chodź ze mną, pokażę ci 

je. 

W  alkierzu  stał  na  podłodze  okrągły  koszyk,  a  w  nim  leżało  sześcioro  ślicznych, 

małych  kociąt.  Kiedyśmy  je  oglądały,  nadszedł  gospodarz  z  gospodynią.  Ponieważ 

przypuszczałam, że mogą być niezadowoleni z obecności kaczki w alkierzu - niektórzy ludzie 

są strasznie zarozumiali i drażliwi, nie tak jak nasz doktor - więc ukryłam się za szafą. 

Gospodarze  nachylili  się  nad  koszykiem,  w  którym  leżały  kocięta,  pogłaskali  białą 

kocicę i zaczęli rozmawiać ze sobą. Naturalnie, kotka nie rozumiała nic z tego, co mówili. Ja 

jednak,  ponieważ  przebywałam  od  tak  dawna  z  doktorem  Dolittle  i  niejednokrotnie 

dyskutowałam  z  nim  na  temat  różnic  między  gramatyką  ludzką  i  kaczą,  rozumiałam  każde 

słowo. 

Wieśniak powiedział do swojej żony: 

- Zatrzymamy tylko biało-czarnego kotka. Pozostałe pięcioro utopimy jutro w stawie. 

Nie ma sensu, żeby się nam po domu kręciło tyle kotów. 

Zaledwie się oddalili, wyszłam zza szafy i powiedziałam do kocicy: 

-  Spodziewam  się,  że  wychowasz  swoje  małe  tak,  aby  nigdy  żadnej    kaczce    nie 

uczyniły    krzywdy.  A  teraz  słuchaj!  Dziś  wieczorem,  gdy  gospodarz  i  gospodyni  zasną, 

weźmiesz wszystkie kocięta, oprócz biało-czarnego, i ukryjesz je na strychu. Gospodarz chce 

je utopić i zostawić tylko biało-czarnego. 

Kotka  zrobiła  tak,  jak  jej  powiedziałam.  Następnego  ranka,  gdy  gospodarz  przyszedł 

po kocięta, znalazł w koszyku tylko biało-czarnego kotka, którego chciał zatrzymać. Nie mógł 

zrozumieć, jak to się stało. W kilka tygodni potem, gdy gospodyni robiła porządki wiosenne, 

znalazła  na  strychu  resztę  kociąt,  które  kotka-matka  ukryła  tam  i  karmiła  w  tajemnicy.  Ale 

teraz były już dość duże, aby uciec przez okno i pójść własnymi drogami. 

Odtąd  gospodarz  i  gospodyni  zaklinają  się,  że  ich  kotka  rozumie  mowę  ludzką, 

ponieważ podsłuchała ich, kiedy stali nad koszem i mówili o tym, że trzeba kocięta utopić. I 

teraz, jeśli kotka jest w izbie, a oni plotkują o sąsiadach, szepczą bardzo cicho, aby kotka nie 

dosłyszała. Ale między nami mówiąc, nie rozumie ona ani jednego słowa. 

background image

ROZDZIAŁ V 

 

OPOWIADANIE BIAŁEJ MYSZY 

 

 

- Na kogo dzisiaj kolej? - zapytał następnego wieczoru doktor Dolittle, gdy sprzątnięto 

po kolacji. 

- Zdaje mi się, że na białą myszkę - powiedział Jip. 

-  Dobrze  -  zgodziła  się  myszka  -  opowiem  wam  historię  mojej  młodości.  Doktor 

Dolittle zna ją, ale wyście jej nigdy nie słyszeli. 

Myszka pogładziła białe wąsiki, owinęła różowym ogonkiem swój mały, gładki tułów, 

błysnęła oczkami i zaczęła: 

-  Urodziłam  się  jako  jedna  z  siedmioraczków.  Ale  rodzeństwo  moje  było  szare  jak 

zwykłe  myszy,  tylko  ja,  jedyna  z  całej  rodziny  byłam  biała.  Ta  białość  niepokoiła  bardzo 

moich  rodziców.  Twierdzili,  że  jest  to  zdradliwa  barwa  i  że  na  pewno,  gdy  tylko  opuszczę 

gniazdo, schwyta mnie kot albo sowa. 

Byłyśmy mieszkankami miasta i szczyciłyśmy się tym. Mieszkanie nasze znajdowało 

się pod składem mąki. Naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy, znajdował się sklep rzeźnika, a 

obok farbiarnia, gdzie farbowano materiały na ubrania. 

Gdyśmy  wyrosły  dostatecznie,  aby  iść  w  świat  o  własnych  siłach,  rodzice  udzielali 

nam  troskliwie  różnych  przestróg  i  rad,  jak  się  chronić  przed  kotami,  psami,  łasicami  i 

nietoperzami. 

Tylko  nade  mną,  biedactwem,  kiwali  głowami.  Mieli  słabą  nadzieję,  żebym  z  moją 

białą sierścią, widoczną o milę, mogła zaznać spokoju. 

Mieli  zupełną  słuszność.  Moja  barwa  już  w  pierwszym  tygodniu,  gdy  rozpoczęłam 

samodzielne  życie,  przyczyniła  mi  dużo  kłopotu.  Nie  w  ten  sposób,  jak  przypuszczali.  Syn 

młynarza,  właściciela  składu,  pod  którym  znajdowało  się  nasze  mieszkanie,  znalazł  mnie 

pewnego ranka w skrzyni owsa. 

- Ach - zawołał - biała myszka! Zawsze pragnąłem mieć białą myszkę! 

Złapał mnie i zamknął w klatce, żeby mnie oswoić. 

Z początku było mi bardzo smutno, ale z czasem przywykłam do tego życia. Chłopiec 

-  miał  dopiero  osiem  lat  -  obchodził  się  ze  mną  bardzo  dobrze  i  codziennie  regularnie  mnie 

karmił.  Przywiązałam  się  bardzo  do  zabawnego,  pucołowatego  malca  i  tak  się  oswoiłam,  że 

wyjmował mnie od czasu do czasu z klatki i pozwalał spacerować po swoim rękawie tam i z 

background image

powrotem. Nie miałam jednak nigdy sposobności do ucieczki. 

Ale po kilku miesiącach miałam już dość tego bezsensownego życia. Przy tym myszy 

ż

yjące na wolności postępowały ze mną bardzo brzydko. Co noc  gromadziły się przed moją 

klatką, wskazywały na mnie poprzez druty mego więzienia i wołały: 

-  Patrzcie,  oswojona  biała  myszka!  Chi,  chi,  chi!  Zabawka  dla  małych  dzieci!  Cacy, 

mała myszeczko! Chodź, chodź, umyjemy ci buziuchnę! 

Głupie  stworzenia!  W  końcu  sprzykrzyło  mi  się  to  wszystko  i  wymyśliłam  sobie 

mądry  plan  ucieczki.  Wygryzłam  dziurę  w  drewnianej  podłodze  mojej  klatki  i  pokryłam  ją 

słomą, żeby chłopiec nic nie zauważył. I pewnej nocy, słysząc jego chrapanie - stawiał moją 

klatkę zawsze w głowach łóżka - wymknęłam się z klatki i uciekłam. 

Była zima i śnieg leżał  wysoko. Radując się swobodą, zaczęłam badać świat wokoło 

mnie.  Obiegłam  naokoło  dom  i  przez  podwórko  młynarza  przedostałam  się  na  sąsiednie 

podwórko. Stała tam szopa, na której siedziały dwie sowy oświetlone księżycem. 

W szopie spotkałam bardzo starego i bardzo chudego szczura. Powiedział do mnie: 

- Jestem najstarszym szczurem w mieście i wiem • bardzo dużo o życiu. Ale powiedz 

mi, po coś przyszła do szopy farbiarza? 

- Szukam pożywienia - odrzekłam. 

Stary szczur roześmiał się chrapliwym, drżącym, starczym głosem. 

- Tutaj nie ma pożywienia - powiedział - tylko farba w różnych kolorach. - I wskazał 

wielkie kadzie napełnione po brzegi, wznoszące się w półmroku nad naszymi głowami. - Całe 

pożywienie,  jakie  się  tu  kiedykolwiek  znajdowało,  już  zjadłem  -  ciągnął  dalej  smutnym 

głosem - a nie odważam się wyruszyć na poszukiwanie żywności, gdyż sowy czyhają na mnie 

na  dachu.  Moje  czarne  ciało  widać  tak  wyraźnie  na  białym  śniegu,  że  nie  uda  mi  się  uciec 

przed  nimi.  Jestem  już  zagłodzony  prawie  na  śmierć  -  i  szczur  zachwiał  się  z  osłabienia  na 

swoich  starych  nogach.  -Ale  teraz,  kiedy  ty  tu  jesteś,  wszystko  się  zmieniło.  Jakaś  dobra 

wróżka  musiała  cię  przysłać.  Siedzę  tu  od  tygodni  i  czekam  na  zjawienie  się  białej  myszy. 

Ciebie,  w  twoim  białym  futerku,  sowy  nie  zauważą  tak  łatwo  na  śniegu.  Masz  na  sobie  tak 

zwaną barwę ochronną. Mam dużo wiadomości przyrodniczych, jestem przecież bardzo stary. 

Dlatego  mogłaś  się  tu  przedostać  i  nic  ci  się  nie  stało.  Zmiłuj  się,  idź  i  przynieś  mi  coś  do 

jedzenia, byle  co. Od czasu kiedy spadł śnieg, trzymają mnie tu na uwięzi - koty we dnie, a 

sowy w nocy. Umieram z głodu. Przyszłaś w samą porę, żeby mi uratować życie. 

Pobiegłam  natychmiast  po  śniegu  w  jasnym  świetle  księżyca,  a  sowy,  czatujące  na 

dachu  farbiarni,  wcale  mnie  nie  spostrzegły,  na  białym  śniegu  byłam  prawie  niewidzialna. 

Byłam bardzo dumna z siebie, nareszcie przydało mi się moje białe futerko. 

background image

Trafiłam  do  śmietnika,  znalazłam  w  nim  kilka  skórek  od  kiełbasy  i  przyniosłam  je 

wygłodzonemu  szczurowi.  Szczur  podziękował  mi  gorąco.  Pożerał  skórki  -  na  moje  wąsiki! 

Jak pożerał, jak pożerał! Wreszcie westchnął: 

- Ach, teraz jest mi trochę lepiej! 

-  Muszę  ci  powiedzieć  -  rzekłam  -  że  dopiero  co  uciekłam  z  więzienia.  Pewien 

chłopiec dla zabawy trzymał mnie w klatce. Dotychczas miałam z powodu mojej białej barwy 

mnóstwo przykrości. Koty spostrzegały mnie od razu - moje życie stale wisiało na włosku. 

- Powiem ci, co zrobimy - powiedział na to szczur. - Zostaniesz tutaj u mnie, w szopie. 

To  wcale  niezłe  mieszkanie,  ciepłe  i  wygodne,  a  pod  podłogą  jest  pełno  dziur,  kryjówek  i 

przejść. Póki pada śnieg, ty będziesz wychodzić i przynosić pożywienie dla nas obojga, a gdy 

zima się skończy i ziemia będzie znowu czarna, ja wyjdę na poszukiwanie, a ty zostaniesz w 

domu. Żyje się tu wcale nieźle, ponieważ nie ma tu nic takiego, co by szczury i myszy mogły 

uszkodzić,  więc  nikt  się  o  nas  nie  troszczy.  W  mieszkaniach,  w  sklepach  spożywczych,  w 

młynach ludzie stawiają  zazwyczaj pułapki i nasyłają na nas koty i łasice. Ale na szczury w 

farbiarni nie zwracają uwagi. Głupie młode szczury i myszy osiedlają się w pobliżu składów 

spożywczych, ale ja tego nigdy nie robię, bo jestem stary i mądry. 

Zawarliśmy tedy umowę i przez cały rok mieszkałam z mądrym, starym szczurem w 

farbiarni. Powodziło się nam świetnie! W zimie ja starałam się o pożywienie, a w lecie mój 

stary  towarzysz,  który  wiedział,  gdzie  można  znaleźć  najlepsze  jedzenie,  napełniał  naszą 

spiżarnię najwyszukańszymi smakołykami. Ach, jakie wyborne uczty urządzaliśmy sobie pod 

podłogą  szopy,  słuchając  z  zaciekawieniem,  jak  farbiarze,  mieszając  farbę  w  kadziach, 

opowiadają sobie najnowsze ploteczki z miasta. 

Ale  nikt  nie  jest  dość  mądry  na  to,  aby  zadowalać  się  długo  tym,  co  ma.  I  gdy 

nadchodziło drugie lato, zatęskniłam znowu do swobody, zapragnęłam być wolna, wędrować 

po  świecie,  szukać  przygód  i  tym  podobne  głupstwa.  Nabrałam  także  ochoty  do  wyjścia  za 

mąż.  Zapewne  wiosna  tak  na  mnie  podziałała.  Pewnego  dnia  powiedziałam  do  starego 

szczura: 

-  Szczurku,  jestem  zakochana!  Przez  całą  zimę  co  noc,  gdy  wychodziłam  na 

poszukiwanie  żywności,  spotykałam  się  z  pewnym  bardzo  dobrze  wychowanym  mysim 

kawalerem,  który  mi  się  bardzo  podoba.  Mam  ochotę  zamieszkać  gdzie  indziej  i  założyć 

własne  gospodarstwo.  Zbliża  się  lato,  a  ja  znowu  będę  musiała  z  powodu  mojej  wstrętnej 

barwy zamknąć się w tej nędznej szopie. 

Stary  szczur  popatrzył  na  mnie  w  zamyśleniu,  jakby  chcąc  mi  powiedzieć  coś 

szczególnie mądrego. 

background image

-  Dziecko  -  powiedział  wreszcie  -  jeśli  chcesz  odejść,  nie  mogę  cię  zatrzymywać, 

chociaż uważam, że robisz wielkie głupstwo. Bóg wie, jak tu sobie dam radę, gdy ciebie nie 

będzie. Ale ponieważ przez cały rok byłaś dla mnie taka dobra, chcę ci także dopomóc. 

Mówiąc  tak,  poprowadził  mnie  na  górę,  gdzie  stały  kadzie  z  farbą.  Panował  mrok  i 

farbiarze już odeszli. Kształt kadzi ledwie można było rozpoznać. Szczur chwycił sznur, który 

leżał na podłodze, wdrapał się na krawędź środkowej kadzi i zanurzył go. 

- Po co to robisz? - zapytałam. 

-  Przywiązuję  go  tutaj,  abyś  mogła  się  po  nim  wspiąć  do  kąpieli.  Ufarbuję  cię  na 

czarno. Inaczej zginęłabyś pewną śmiercią wyruszając latem w świat. 

- Gwałtu, rety! - krzyknęłam. - Ufarbować mnie na czarno! 

- Tak, nie inaczej. To bardzo proste. Wdrap się na brzeg kadzi i skacz do środka. Nie 

bój się. Wisi przecież sznur, po którym wdrapiesz się z powrotem. 

Miałam  zawsze  pociąg  do  awanturniczych  przygód,  wzięłam  się  więc  na  odwagę  i 

wdrapałam się na brzeg kadzi. Było strasznie ciemno i zaledwie mogłam odróżnić farbę, która 

w głębi lśniła matowo i mętnie. 

- Dalej! - zachęcał mnie stary szczur. - Nie bój się! Zanurz się cała porządnie razem z 

głową! 

Trzeba  było  zdobyć  się  na  wielką  odwagę,  żeby  dać  nurka.  Gdybym  nie  była 

zakochana, nie zdobyłabym się nigdy na to. Ale odważyłam się i zanurzyłam głęboko. 

Miałam  uczucie,  że  nie  wypłynę  już  na  wierzch,  i  nawet,  gdy  już  byłam  na  górze,  o 

mało co nie utonęłam, nim znalazłam sznur, i z trudem chwytając oddech wylazłam z kadzi. 

-  Znakomicie!  -  zwołał  stary  szczur.  -  Teraz  pobiegaj  naokoło  szopy,  żebyś  się  nie 

zaziębiła, a potem połóż się i przykryj ciepło. Rano, gdy się rozwidni, zobaczysz, jak bardzo 

się zmieniłaś. 

Łzy  napływają  mi  do  oczu,  gdy  wspominam  następny  ranek.  Obudziwszy  się 

przekonana,  że  zobaczę  się  w  wytwornej  czerni,  ujrzałam,  że  moja  sierść  ma  jaskrawo 

błękitny kolor! Stary szczur pomylił się wskazując mi kadź. 

Biała myszka zamilkła na chwilę, opanowując wzruszenie, a potem ciągnęła dalej: 

-  Na  nikogo  w  całym  moim  życiu  nie  byłam  taka  zła  jak  w  tej  chwili  na  starego 

szczura. 

-  Patrz,  patrz,  coś  mi  narobił!  -  zawołałam.  -  Przecież  to  nawet  nie  jest  granatowy 

kolor. Jak ja wyglądam! 

-  Nic  nie  rozumiem  -  wyszeptał  szczur.  -  Środkowa  kadź  była  dotąd  zawsze 

napełniona czarną farbą. Musieli zamienić kadzie, błękitna stała zawsze na lewo. 

background image

-  Głupi,  stary  bałwan!  -  zawołałam  w  największej  złości  i  opuściłam  szopę,  aby  do 

niej nigdy więcej nie powrócić. 

Jeżeli dawniej zwracałam uwagę moją barwą, to teraz było sto razy  gorzej.  Zarówno 

na  czarnej  ziemi,  jak  i  na  zielonej  trawie  albo  na  białym  śniegu  moje  jaskrawo-niebieskie 

futerko odznaczało się wyraźnie. Zaledwie opuściłam szopę, rzucił się na mnie kot. Udało mi 

się  umknąć  i  wydostać  na  ulicę.  Tam  zauważyło  mnie  kilku  uliczników:  krzycząc,  że 

zobaczyli  niebieską  mysz,  przywołali  swoich  kolegów  i  gonili  mnie  wzdłuż  rynsztoka.  Na 

rogu  ulicy  walczyły  ze  sobą  dwa  psy,  na  mój  widok  porzuciły  walkę  i  przyłączyły  się  do 

polowania na mnie. Wkrótce biegło za mną całe miasto. Położenie było straszne. Dopóki noc 

nie  nadeszła,  nie  miałam  spokoju,  a  potem  byłam  tak  wyczerpana,  że  padałam  wprost  ze 

zmęczenia. 

Około  północy  spotkałam  pod  latarnią  mego  ukochanego  i  trudno  wam  będzie 

uwierzyć - nie chciał nawet mówić ze mną. Wykrzywił się i przeszedł obok mnie, jak gdyby 

mnie nigdy nie widział. 

-  Dla  ciebie  -  powiedziałam,  gdy  przechodził  z  zadartym  pyszczkiem  -  dla  ciebie 

naraziłam się na tę przykrość. Ty niewdzięczniku! 

- Och, la, la - zanucił z wymuszonym uśmieszkiem. - Nie spodziewasz się chyba, aby 

dobrze  urodzony  kawaler  mógł  się  pokazać  w  towarzystwie  myszy  pomalowanej  na 

niebiesko! 

Później,  gdy  szukałam  miejsca  na  nocleg,  szydziły  ze  mnie  wszystkie  myszy 

wytykając  mnie  łapkami  i  kpiąc  niemiłosiernie.  Byłam  bliska  płaczu.  Potem  pobiegłam  do 

rzeki, spodziewając się, że zmyję farbę i przywrócę mojej sierści biały kolor. Wolałabym już 

tamto niż tę ohydę. Ale myłam i szorowałam się bez skutku. Woda nic nie pomogła. 

Drżąc z zimna, w najcięższej rozpaczy siedziałam na brzegu rzeki. Wreszcie ujrzałam, 

jak  niebo  na  wschodzie  nagle  się  rozjaśnia,  z  czego  wywnioskowałam,  że  wkrótce  będzie 

ranek.  Światło  dzienne,  które  ukaże  mój  śmieszny  strój.  A  więc  znów  polowanie  na  mnie, 

znowu pościg i ucieczka, znowu kpiny. 

Wówczas  powzięłam  bardzo  smutne  postanowienie.  Chyba  najsmutniejsze,  jakie 

kiedykolwiek powzięła mysz żyjąca na wolności - postanowiłam wrócić do mego więzienia, 

do klatki. Tam pucołowaty młynarczyk przynajmniej dobrze obchodził się ze mną i karmił do 

syta. Wrócę do niego i będę żyła w niewoli. Czyż nie zostałam odepchnięta przez ukochanego 

i  wyszydzona  przez  przyjaciół?  Dobrze,  odsunę  się  od  świata  i  pójdę  dobrowolnie  do 

więzienia! Może wtedy mój ukochany ulituje się nade mną, ale będzie już za późno! 

Podniosłam  się  znużona  i  podreptałam  do  młyna.  Na  progu  zatrzymałam  się  przez 

background image

chwilę.  Ciężko  było  mi  się  zdobyć  na  rozpaczliwy  krok.  Spojrzałam  jeszcze  raz  na  ulicę, 

myśląc  o  okrucieństwie  życia  i  mojej  smutnej  miłości,  gdy  nagle  ujrzałam  mego  rodzonego 

brata z obandażowanym ogonkiem! 

Gdy  usiadł  obok  mnie  na  progu,  opowiedziałam  mu  ze  łzami  o  wszystkim,  co  mnie 

spotkało od chwili, gdy opuściłam dom rodzinny. 

-  To  mnie  bardzo  martwi  -  powiedział  brat,  gdy  skończyłam.  -Ale  jestem  rad,  że  cię 

spotykam,  zanim  powróciłaś  do  swego  więzienia,  gdyż  zdaje  mi  się,  że  mogę  ci  wskazać 

sposób uwolnienia się od trosk. 

- Jaka droga ratunku może jeszcze dla mnie istnieć? - zapytałam. - Dla mnie życie jest 

skończone. 

- Idź do doktora - powiedział brat. 

- Do jakiego doktora? - zapytałam. 

- Jest tylko jeden doktor. Czy możliwe, żebyś o nim nie słyszała? 

I  brat  opowiedział  mi  wszystko  o  doktorze  Dolittle.  Było  to  w  owych  czasach,  gdy 

doktor  zaczynał  zdobywać  sobie  sławę  wśród  zwierząt.  Ale  ja  przesiadywałam  przecież  ze 

starym szczurem w farbiarni i nie słyszałam tych nowin. 

- Wracam właśnie od doktora - powiedział mój brat. - Pułapka przycięła mi ogon, on 

mi go opatrzył i obandażował. To nadzwyczajny człowiek, uczciwy i życzliwy.  I zna mowę 

zwierząt. Idź do niego! Znajdzie na pewno jakiś środek, aby wywabić niebieski kolor z twojej 

sierści. On wszystko umie! 

Tak  trafiłam  po  raz  pierwszy  do  domu  doktora  Dolittle  w  Puddleby.  Gdy 

opowiedziałam  doktorowi  o  swoich  zmartwieniach,  wziął  małe  nożyczki  i  o-strzygł  mi  całą 

sierść; wyglądałam jak łyse, różowe prosiątko. Po tym natarł mnie specjalną maścią na porost 

sierści, którą sam wynalazł, i wkrótce wyrosło mi nowiutkie futerko, bielutkie jak śnieg. 

Gdy doktor dowiedział się, jak trudno było ukrywać się przed kotami, zaofiarował mi 

schronienie w swoim własnym domu, a nawet w swoim własnym fortepianie. Żadna mysz na 

ś

wiecie  nie  mogłaby  sobie  wymarzyć  nic  lepszego.  Chciał  nawet  posłać  po  mego 

ukochanego, który teraz, gdy  odzyskałam biały  kolor, na-pewno inaczej by  się zachowywał. 

Ale powiedziałam: 

- Nie, panie doktorze, zostawmy to, z miłością skończyłam raz na zawsze. 

background image

ROZDZIAŁ

 

VI 

 

OPOWIADANIE JIPA 

 

 

Następnego  wieczoru  poproszono  Jipa,  aby  opowiedział  jakąś  historię.  Po  chwili 

namysłu rzekł: 

-  Dobrze,  opowiem  wam  historię  o  psie  żebraka.  Wszystkie  zwierzęta  nastawiły 

uważnie uszu, gdyż 

Jip opowiadał im już dawniej różne historie i bardzo lubiły go słuchać. 

- Przed wielu laty znałem psa - zaczął Jip - który był własnością żebraka. Spotkaliśmy 

się  przypadkowo  pewnego  dnia  przy  przewróconym  wózku  rzeźnika.  Czeladnik,  który 

powoził wózkiem, był to głupi chłopak, którego nienawidziły z całego serca wszystkie psy z 

miasta.  Toteż  gdy  jego  wózek  zderzył  się  z  latarnią  i  przewrócił,  a  cała  ulica  została  usiana 

kotletami baranimi i wieprzowymi, natychmiast my, psy, zjawiliśmy się gromadnie i ulotnili z 

porwanym mięsem, zanim miał czas wygramolić się z rynsztoka. 

Jak  już  powiedziałem,  zawarłem  przy  tej  sposobności  znajomość  z  psem  żebraka.  Z 

kawałem  wyborowego  mięsa  w  pysku  biegł  obok  mnie  wesoło  ulicą.  Ja  sam  porwałem 

wianek  kiełbasy,  ale  to  paskudztwo  plątało  mi  się  wciąż  wokoło  nóg,  aż  dopiero  on  mnie 

nauczył, jak sobie z kiełbasą poradzić i jak ją zwinąć, żeby nie przeszkadzała w ucieczce. 

Odtąd zaprzyjaźniłem się bardzo z psem żebraka. Jego pan miał już tylko jedną nogę i 

był bardzo stary. Mój przyjaciel powiedział mi: 

-  Mój  pan  jest  strasznie  biedny.  Gdyby  nawet  miał  obie  nogi,  nie  mógłby  już 

pracować, bo jest stary. Wiesz, co on robi? Maluje kolorowymi kredkami na chodnikach ulic 

obrazki i podpisuje pod nimi: „Własnej roboty”. A potem siada obok z czapką w ręku i czeka, 

ż

eby mu ktoś rzucił pensa. 

- Wiem - powiedziałem - widziałem kiedyś takie obrazki na chodnikach. 

-  Tak  -  odrzekł  mój  przyjaciel  -  ale  przeważnie  nikt  mu  nic  nie  dawał  i  wiem, 

dlaczego:  bo  obrazy  mego  pana  są  nic  niewarte.  Ja  sam  nie  znam  się  wprawdzie  na 

malarstwie,  ale  muszę  przyznać,  że  te  malowidła  są  okropne,  po  prostu  okropne.  Niedawno 

stanęła przed nimi jakaś starsza pani i chcąc żebrakowi dodać otuchy, wskazała jeden obrazek 

i powiedziała: 

„Ach,  jakie  to  ładne  drzewko!”  Tymczasem  obrazek  miał  przedstawiać  latarnię 

morską stojącą pośrodku wzburzonego morza. Takim to artystą jest mój pan i nie wiadomo, 

background image

co na to poradzić. 

Gdy pies to wszystko opowiedział, przyszedł mi pewien pomysł do głowy. 

-  Słuchaj  -  rzekłem  -  mam  myśl.  Ponieważ  twój  pan  nie  może  sam  zapracować  na 

siebie, moglibyśmy założyć wypożyczalnię kości. 

- Co założyć? - zapytał. 

- Wiesz przecież, że ludzie wypożyczają rowery albo pianina i każą sobie za to płacić. 

Dlaczego  my  nie  moglibyśmy  wypożyczać  psom  kości  do  obgryzania?  Rozumie  się,  że  psy 

nie  mogłyby  nam  za  to  płacić  pieniędzmi,  musiałyby  więc  zamiast  pieniędzy  przynosić  coś 

takiego, co by twój pan mógł sprzedawać i dostawać za to pieniądze. 

- To dobry pomysł - powiedział mój przyjaciel - jutro zaczniemy. 

Następnego  dnia  znaleźliśmy  miejsce,  na  które  ludzie  wyrzucali  rozmaite  rupiecie. 

Wykopaliśmy  tam  ogromny  dół,  który  miał  być  składem  kości.  Potem  wczesnym  rankiem 

powędrowaliśmy pod kuchenne drzwi domów należących do najbogatszych ludzi w mieście i 

powyciągaliśmy  najlepsze  kości  ze  skrzyń  na  odpadki.  Wyrywaliśmy  kości  nawet  psom 

uwiązanym na łańcuchach, które nie mogły nas  gonić. Było to wprawdzie bardzo brzydko z 

naszej  strony,  ale  pracowaliśmy  przecież  dla  dobrej  sprawy  i  nie  mogliśmy  się  zastanawiać 

nad  drobiazgami.  Te  wszystkie  kości  zakopywaliśmy  w  dole,  a  w  nocy  nakrywaliśmy  je 

gałęziami, żeby nam ich nikt nie ukradł. Zresztą psy lubią najbardziej obgryzać kości leżące 

przez kilka dni w ziemi, gdyż mają one wtedy korzenny smak. Przez cały dzień pilnowaliśmy 

naszego towaru, nawołując przechodzące psy: 

-  Kości  do  wypożyczenia!  Kości  wołowe,  kości  baranie,  kości  cielęce,  kości 

wieprzowe,  kostki  kurze!  Smaczne,  apetyczne!  Prosimy  pięknie!  Do  wyboru!  Kości  do 

wypożyczenia! 

Od  pierwszej  chwili  interes  szedł  świetnie.  Ze  wszystkich  stron  zbiegły  się  psy,  aby 

wypożyczać  u  nas  kości.  Cena  zależała  od  czasu  użycia.  Na  przykład  można  było 

wypożyczyć  sobie  smaczną  kość  od  szynki  na  cały  dzień  -  za  lichtarz  albo  za  szczotkę  do 

włosów. Na trzy dni - za skrzypce albo za parasol. Gdy ktoś chciał zatrzymać kość przez cały 

tydzień, musiał przynieść jako zapłatę coś z ubrania. 

Przez  jakiś  czas  szło  wszystko  doskonale.  Żebrak  sprzedawał  rzeczy,  które 

otrzymywaliśmy od psów jako zapłatę, i utrzymywał się z tego. 

Ale  nie  pomyśleliśmy  o  jednym:  skąd  się  biorą  te  rzeczy,  które  nam  psy  znoszą. 

Zwróciło  naszą  uwagę  tylko  to,  że  w  końcu  pierwszego  tygodnia  naszego  świetnego  targu 

przechodziło  ulicą  coraz  więcej  ludzi,  jak  gdyby  poszukujących  czegoś.  Gdy  ci  ludzie 

spostrzegli nasz skład, zgromadzili się wokoło, naradzając się ze sobą. W tej chwili podszedł 

background image

do  nas  wielki,  piękny  pies,  trzymający  w  pysku  złoty  zegarek  z  łańcuszkiem,  który  chciał 

zamienić na kość od szynki. 

Nie  możecie  sobie  wyobrazić,  co  zgromadzeni  wokoło  nas  ludzie  zaczęli  wyprawiać 

na ten widok. Znalazł się wśród nich natychmiast właściciel zegarka z łańcuszkiem i wszczął 

straszliwy rwetes. Wyszło na jaw, że psy kradły swoim panom różne przedmioty, aby za nie 

wypożyczać kości. Ludzie rozgniewali się strasznie. Zamknęli nam skład i zrujnowali interes. 

Nie dowiedzieli się, niestety, nigdy, że zarobione w ten sposób pieniądze otrzymywał żebrak. 

Rozumie się, że nie mogły mu one wystarczyć na utrzymanie do końca życia i wkrótce 

musiał się znów zabrać do swoich malowideł, które stawały się coraz gorsze, jeśli to było w 

ogóle możliwe. Powodziło mu się fatalnie. 

Ale  pewnego  dnia,  gdy  włóczyłem  się  za  miastem,  spotkałem  bardzo  zarozumiałego 

wyżła.  Przeszedł  obok  mnie  z  pyskiem  podniesionym  do  góry  i  tak  bezczelną  miną,  że  go 

zapytałem: 

- Z czego właściwie tak się pysznisz? 

- Mój pan dostał zamówienie na portret księcia - powiedział z godnością. 

-  Któż  to  jest  ten  twój  pan?  -  zapytałem.  -  Można  by  przypuszczać,  że  to  ty  sam 

namalujesz ten portret. 

- Mój pan jest sławnym artystą - powiedział. - Nazywa się Jerzy Morland. 

- Jerzy Morland?! - zawołałem. - Czyż przebywa on teraz w tych stronach? 

-  Tak  -  powiedział  wyżeł.  -  Zatrzymaliśmy  się  w  hotelu  „Pod  Królem  Jerzym”.  Mój 

pan  maluje  tutaj  kilka  wiejskich  krajobrazów.  Na  przyszły  tydzień  wracamy  do  Londynu, 

gdzie mój pan rozpocznie malowanie portretu księcia. 

Przypadkowo  znałem  Jerzego  Morlanda,  który  był  najznakomitszym  malarzem 

obrazów z życia wsi, jaki kiedykolwiek istniał. Jestem bardzo dumny z tego, że go poznałem. 

Najulubieńszymi jego tematami były konie w stajniach, świnie nad korytem, kury na płocie i 

psy wałęsające się koło domów. 

Nie zauważony przez wyżła, szedłem za nim krok w krok i zaszedłem tak do samotnej 

starej  chaty  chłopskiej  na  wzgórzu.  Ukryłem  się  w  krzakach  i  przyglądałem  się  stamtąd 

znakomitemu  Morlandowi,  malującemu  jedną  ze  swych  słynnych  scen  wiejskich.  Nagle 

położył pędzel i mruknął do siebie: 

- Potrzeba mi psa. Powinien siedzieć tam, obok wiadra z wodą. Gdybym mógł zmusić 

tego głupiego wyżła, aby posiedział spokojnie choć pięć minut! Tutaj, Spot, chodź tutaj, Spot! 

Wyżeł Spot podbiegł do niego. Morland porzucił sztalugi, posadził psa obok wiadra i 

kazał  mu  cicho  siedzieć.  Zdawałem  sobie  sprawę  z  tego,  że  Morland  życzy  sobie,  aby 

background image

wyglądało  tak,  jakby  pies  spał  w  słońcu.  Morland  malował  najchętniej  zwierzęta  śpiące  w 

słońcu. Ale głupie stworzenie nie mogło ani sekundy usiedzieć. Najpierw łapał muchy, które 

go gryzły w ogon, potem drapał się za uchem, potem szczekał na kota. Ani przez chwilę nie 

zachowywał  się  spokojnie.  Morland  nie  mógł  go  naturalnie  malować  i  w  końcu  tak  się 

rozzłościł, że zaczął rzucać w niego pędzlami. 

Wtedy  przyszedł  mi  do głowy  najlepszy  pomysł,  jaki  miałem  kiedykolwiek  w  życiu. 

Wyszedłem  z  krzaków  i  zbliżyłem  się  machając  ogonem.  Jakże  byłem  dumny,  gdy  mnie 

wielki Morland poznał, on, który widział mnie tylko jeden raz. 

- Czy to ty, Jip? - zawołał. - Chodź tu, piesku, chodź. Jesteś mi bardzo potrzebny. 

I zbierając pędzle, którymi rzucał w wyżła, zaczął ze mną rozmawiać. Znacie sposób, 

w jaki ludzie rozmawiają z psami. Oczywiście nie spodziewał się, żebym go rozumiał, ale ja 

rozumiałem każde słowo. 

-  Chodź  tutaj,  Jip,  masz  usiąść  tutaj,  przy  wiadrze.  Masz  tylko  siedzieć  cicho,  nic 

więcej,  możesz  nawet  spać,  jeśli  chcesz.  Ale  przez  dziesięć  minut  nie  wolno  ci  się  ruszać. 

Myślisz, że ci się to uda? 

Przyprowadził mnie do wiadra, położyłem się obok i leżałem cichuteńko, dopóki mnie 

nie  namalował  na  obrazie,  który  wisi  teraz  w  londyńskiej  Galerii  Narodowej.  Nazywa  się 

„Wieczór w zagrodzie wiejskiej”. Co roku ogląda go tysiące ludzi. Ale nikt z nich nie wie, że 

to ja jestem tym ładnym psem, który śpi obok wiadra. Tylko doktor wie o tym, bo pokazałem 

mu ten obraz pewnego dnia, gdyśmy byli w Londynie. 

Jak  już  mówiłem,  miałem  w  tym  wszystkim  jakiś  ukryty  cel.  Spodziewałem  się,  że 

Morland  zechce  mi  okazać  swą  wdzięczność.  Ale  ponieważ  nie  znał  mowy  psów,  było  mi 

dość trudno z nim się porozumieć. Gdy zbierał swoje przybory do malowania, ulotniłem się 

na jakiś czas. Potem wyskoczyłem nagle, szczekając głośno w największym wzburzeniu, jak 

gdybym mu chciał coś pokazać i zmusić go do pójścia za mną. 

- Co ci się stało, Jip? - zapytał. - Czy się gdzieś pali albo co? 

Szczekając  jeszcze  głośniej,  pobiegłem  drogą  wiodącą  do  miasta,  oglądając  się,  czy 

idzie za mną. 

- Co się z tym psem stało? - mruknął do siebie. -Przecież nikt się nie utopił, bo nie ma 

tu  rzeki  w  pobliżu.  Tak,  tak,  dobrze,  Jip,  dobrze.  Idę  już,  ale  musisz  poczekać,  dopóki  nie 

oczyszczę pędzli. 

Zaprowadziłem  go  więc  do  miasta  na  główną  ulicę,  gdzie  żebrak  malował  swoje 

obrazy, i gdy Morland zobaczył je, zrozumiał od razu, o co idzie. 

-  Na  miłość  boską  -  zawołał  -jakież  okropne  malowidła!  Nic  dziwnego,  że  pies  był 

background image

taki wzburzony. 

Jednonogi żebrak pracował właśnie nad nowym obrazem. Siedział na chodniku - mój 

przyjaciel-pies  obok  niego  -  i  rysował  kredą  kota  pijącego  mleko.  Umyśliłem  sobie,  żeby 

wielki  Morland,  który  wbrew  temu,  co  ludzie  o  nim  mówili,  był  w  istocie  bardzo  dobrym 

człowiekiem,  namalował  kilka  dobrych  obrazków,  które  żebrak  będzie  mógł  sprzedawać 

zamiast swoich okropnych bohomazów. I stało się według mego życzenia. 

- Co to jest?! - zawołał Morland wskazując rysunek Żebraka - przecież kot nie wygina 

w ten sposób grzbietu. Pokażę panu. 

I  Jerzy  Morland  starł  cały  obraz  i  narysował  go  jeszcze  raz.  Było  w  nim  teraz  tyle 

ż

ycia, że można było prawie słyszeć, jak kot chłepce mleko. 

- O Boże, gdybym umiał tak malować! - westchnął żebrak. - Tak prędko i tak lekko, 

jak gdyby to nie był żaden wysiłek. 

-  Tak,  maluję  z  łatwością  -  przytwierdził  Morland.  -  A  to  nie  jest  powodem  mojej 

sławy. Czy pan dużo zarabia swoim malowaniem? 

-  Strasznie  mało  -  rzekł  żebrak.  -  Dzisiaj  przez  cały  dzień  zarobiłem  dwa  pensy. 

Pewnie dlatego, że tak źle maluję. 

Obserwowałem twarz Morlanda przy tych słowach żebraka. I jej wyraz powiedział mi, 

ż

e nie na próżno przyprowadziłem tu tego wielkiego człowieka. 

- Niech pan posłucha! - zawołał. - Namaluję za pana te wszystkie obrazy jeszcze raz. 

Zetrzemy te, które pan namalował na chodniku, a za które pan i tak nie dostałby nic. Poza tym 

mam  przy  sobie  kilka  obrazów.  Może  je  pan  będzie  mógł  sprzedać.  Ja  w  Londynie  mogę 

sprzedawać tyle obrazów, ile mi się podoba. 

Ale na chodnikach nie próbowałem nigdy malować. To będzie bardzo zabawne. 

I  Morland,  podniecony  i  przejęty  jak  uczeń,  zabrał  się  gorliwie  do  roboty;  starł 

malowidła żebraka z chodnika i zaczął malować  na nowo.  Był tak  pochłonięty pracą, że nie 

zauważył,  jak  go  otoczył  tłum  ludzi.  Malował  tak  pięknie,  że  wszyscy  ludzie  stawali 

zachwyceni jego sztuką odtwarzania kotów, psów, krów i koni. 

Potem  zaczęli  szeptem  pytać  się  wzajemnie,  kto  to  może  być  ten  obcy,  malujący 

ż

ebrakowi obrazy. Tłum wzrastał coraz bardziej i nagle ktoś, kto już widywał dawniej dzieła 

Morlanda,  poznał  wielkiego  artystę.  I  teraz  wszyscy  szeptali  do  siebie:  „To  Morland,  sam 

wielki  Morland”.  Ktoś  pobiegł  i  powiedział  właścicielowi  sklepu  z  obrazami,  który  był 

jednocześnie znawcą sztuki, że Jerzy Morland maluje dla kulawego żebraka. 

Więc  właściciel  sklepu  i  burmistrz,  i  wszyscy  bogaci  i  biedni  ludzie  z  całego  miasta 

zbiegli  się  w  to  miejsce.  A  potem  zaczęto  się  pytać-  żebraka  o  cenę  obrazów.  Stary  głupiec 

background image

chciał je sprzedać po sześć pensów sztuka, ale Morland szepnął do niego: 

- Dwadzieścia funtów, ani grosza mniej niż dwadzieścia funtów! Ręczę, że dostaniecie 

tyle. 

I  istotnie,  obrazy  te  zostały  zakupione  przez  właściciela  sklepu  z  obrazami  i  kilku 

bogatych ludzi po dwadzieścia funtów za sztukę. 

Gdy  tego  wieczoru  szedłem  do  domu,  czułem,  że  spełniłem  dobry  uczynek.  Bo  pan 

mego  przyjaciela,  jednonogi  żebrak,  miał  teraz  dość  pieniędzy,  aby  resztę  swego  życia 

spędzić w dostatku. 

background image

ROZDZIAŁ VII 

 

OPOWIADANIE TU-TU 

 

 

Wszystkie  zwierzęta  oprócz  sowy  Tu-Tu  i  dwugłowca  opowiedziały  już  swoje 

historie.  Więc  następnego  wieczoru,  w  piątek,  postanowiono  zagrać  w  „orła  i  reszkę”,  żeby 

się dowiedzieć, na kogo wypadnie kolej opowiadania. Wygrała Tu-Tu. 

-  Dobrze  -  powiedziała  -  opowiem  wam  o  tym,  jak  jeden  jedyny  raz  w  moim  życiu 

wzięto  mnie  za  wróżkę.  Wyobraźcie  sobie  mnie  jako  wróżkę!  -  zaśmiała  się  mała,  gruba 

sowa. 

-  Pewnego  październikowego  dnia  -  zaczęła  -  o  zmroku  wędrowałam  po  lesie.  W 

powietrzu czuć już było ostry, zimowy podmuch i małe zwierzątka uwijały się gorliwie wśród 

suchych,  szeleszczących  liści,  gromadząc  zapasy  na  nadchodzącą  zimę.  Ja  zabrałam  się  do 

polowania  na  myszy,  które  wówczas  chętnie  jadałam;  były  zajęte  wyszukiwaniem 

pożywienia, więc można je było łatwo schwytać. 

Gdy  tak  błądziłam  po  lesie,  usłyszałam  głosy  dziecięce  i  szczekanie  psa.  Zwykle  w 

takich  razach  chronię  się  głębiej  w  las,  ale  za  młodu  byłam  bardzo  ciekawa  i  ta  ciekawość 

wtrącała  mnie  często  w  rozmaite  przygody.  Zamiast  więc  odlecieć,  zbliżyłam  się  tam,  skąd 

dochodziły  głosy,  przelatując  zresztą  ostrożnie  z  drzewa  na  drzewo,  aby  mnie  nie 

dostrzeżono.  Wkrótce  ujrzałam  gromadę  dzieci,  chłopców  i  dziewczynek,  które  zajadały  w 

lasku dębowym podwieczorek. Jeden z chłopców, największy z nich wszystkich, drażnił psa. 

Ale dwoje dzieci, mały chłopiec i dziewczynka, prosiły go, aby przestał. A gdy nie zwracał na 

to  uwagi,  rzuciły  się  na  niego  z  pięściami  i  ku  wielkiemu  jego  zdziwieniu  poturbowały  go 

porządnie.  Pies  pobiegł  do  domu,  a  mały  chłopiec  wraz  z  dziewczynką  -  dowiedziałam  się 

później,  że  byli  rodzeństwem  -  odłączyli  się  od  reszty  towarzystwa  i  poszli  w  głąb  lasu 

zbierać grzyby. 

Podziwiałam  odwagę  malców  nie  lękających  się  chłopca  znacznie  większego  od 

siebie.  A  gdy  się  oddalili,  pofrunęłam  za  nimi  znowu  z  ciekawości.  Zapuścili  się  bardzo 

daleko.  Zaszło  wkrótce  słońce  i  w  lesie  zaczęło  się  ściemniać.  Dzieci  chciały  wrócić  do 

swoich przyjaciół, ale nie znały leśnych dróg i poszły w złą stronę. Stawało się coraz ciemniej 

i  ciemniej;  dzieci  przewracały  się,  potykając  się  o  korzenie  drzew,  których  nie  mogły 

dostrzec, były coraz bardziej zmęczone i już zupełnie nie wiedziały, którędy iść. 

Przez  cały  czas  skrycie  i  bezszelestnie  latałam  nad  nimi.  Wreszcie  dzieci  znużone 

background image

usiadły i dziewczynka powiedziała: 

- Wilusiu, zabłądziliśmy! Co teraz zrobimy? Robi się noc, a ja się tak boję ciemności. 

- I ja także - powiedział chłopczyk - odkąd nam ciocia Emilia opowiedziała tę straszną 

historię o upiorach, boję się śmiertelnie ciemności. 

O mało co nie spadłam z drzewa ze zdziwienia. Po raz pierwszy w życiu usłyszałam, 

ż

e można się bać ciemności. Dla was to na pewno brzmi zabawnie, ale pomyślcie, że ja, która 

o tyle lepiej się czuję podczas ciemnej, chłodnej nocy niż w jaskrawym, oślepiającym blasku 

słonecznym,  nie  mogłam  uwierzyć,  aby  ktoś  mógł  się  bać  tylko  dlatego,  że  słońce  poszło 

spać. 

Niektórzy ludzie myślą, że nietoperze i sowy mogą dlatego widzieć w ciemnościach, 

ż

e mają wyjątkowo dobry wzrok, ale tak nie jest. Posiadamy szczególnie ostry słuch, ale nie 

mamy  wcale  specjalnie  dobrego  wzroku.  Widzimy  w  ciemnościach  dlatego,  że  się  w  tym 

ć

wiczymy.  Jest  to  kwestia  wprawy,  tak  samo  jak  gra  na  fortepianie  albo  coś  podobnego. 

Wstajemy  wtedy,  gdy  inne  stworzenia  idą  spać,  i  kładziemy  się  spać,  gdy  inne  wstają,  gdyż 

wolimy ciemności od światła. Nigdy byście nie uwierzyli, jak pięknie bywa wśród ciemności, 

gdy się z nimi oswoić. 

Rozumie  się,  że  sowy  uczą  swoje  pisklęta  od  małego  widzieć  w  ciemną  noc.  Toteż 

potem przychodzi nam to z łatwością. Ale każdy może się tego do pewnego stopnia nauczyć, 

jeśli nabierze wprawy. 

Wróćmy  jednak  do  dzieci.  Siedziały  więc  biedactwa  na  ziemi  bardzo  zalęknione, 

zaniepokojone  i  smutne  i  zastanawiały  się  z  płaczem,  co  robić.  Przypomniałam  sobie,  jak 

obroniły psa, i za to, że te dzieci są dobro dla zwierząt, postanowiłam im dopomóc. Frunęłam 

więc na gałąź nad ich głowami i powiedziałam najłagodniejszym głosem: „Tuh-witt, tu-hu!” 

Co,  jak  wiecie,  oznacza  w  mowie  sów:  „Piękny  wieczór  dzisiaj,  jak  się  macie?”  Gdybyście 

widzieli, jak się te biedne dzieci przestraszyły! 

- Co to? - zawołała dziewczynka i rzuciła się chłopcu na szyję. - Co to było? Czy to 

duchy? 

-  Nie  wiem  -  powiedział  chłopczyk.  -  Ach,  jak  się  przestraszyłem.  Szkaradne 

ciemności! 

Próbowałam jeszcze trzykrotnie pocieszyć je, mówiąc do nich łagodnie, po swojemu. 

Ale  dzieci  bały  się  coraz  więcej.  Najpierw  myślały,  że  to  zły  duch,  potem,  że  czarownica, 

potem,  że  olbrzym  leśny.  Myślały  tak  o  mnie,  którą  mogłyby  wsadzić  do  kieszeni.  Ludzie 

wychowują swoje dzieci w strasznej nieświadomości! Gdyby istniał jakiś zły duch albo jakaś 

czarownica,  albo  olbrzym  w  lesie  czy  poza  lasem,  to  musiałabym  ich  przecież  znać.  Potem 

background image

pomyślałam, że gdybym je wabiła swoim pohukiwaniem: „Tu-witt”, „Tu-hu” przez cały las, 

szłyby może za mną i w końcu wyprowadziłabym je i wskazała drogę do domu. 

I  spróbowałam.  Ale  głuptasy  nie  szły  za  mną,  bo  myślały  pewnie,  że  jestem 

czarownicą  czy  czymś  podobnym.  Moim  pohukiwaniem  zdziałałam  tyle,  że  obudziłam  inną 

sowę, śpiącą gdzieś niedaleko, która myślała, że ją przywołuję. 

Nie  mogąc  pomóc  dzieciom,  pofrunęłam  do  tamtej  sowy,  żeby  się  jej  poradzić. 

Siedziała na pniu wypróchniałej brzozy i tarła oczy, gdyż dopiero co zbudziła się ze snu. 

- Dobry wieczór! - powiedziałam. - Piękną noc mamy dzisiaj. 

-  Tak  -  odrzekła  -  tylko  nie  dość  ciemną.  Dlaczego  właściwie  narobiłaś  takiego 

wrzasku? Budzić kogoś ze snu, zanim zapadły ciemności! 

-  Bardzo  mi  przykro  -  powiedziałam  -  ale  dwoje  małych  dzieci  zabłądziło  w  lesie. 

Biedne,  głupie stworzenia siedzą na ziemi i płaczą, i narzekają, bo jest ciemno i nie wiedzą, 

co robić. 

-  To  muszą  być  jakieś  wyjątkowe  matołki  -  rzekła  sowa.  -  Dlaczego  więc  nie 

wyprowadzasz ich z lasu? Może mieszkają w jednej z tych zagród wiejskich, które położone 

są w pobliżu, na skrzyżowaniu dróg. 

- Próbowałam już - powiedziałam - ale są tak zalęknione, że nie chcą iść za mną. Nie 

podoba im się mój glos albo licho wie co. Uważają mnie za jakąś straszną czarownicę czy coś 

podobnego. 

-  Hm  -  powiedziała  sowa  -  musisz  więc  naśladować  jakieś  inne  stworzenie.  Takie, 

którego się nie będą bały. Czy umiesz dobrze naśladować? Może potrafisz szczekać jak pies? 

-  Nie  -  odrzekłam  -  ale  umiem  miauczeć  jak  kot.  Nauczyłam  się  tego  od  pewnego 

amerykańskiego ptaka, którego klatka wisiała w stajni, gdzie gnieździłam się zeszłego lata. 

- Doskonale - powiedziała - spróbuj i uważaj, jaki to będzie miało skutek. 

Poleciałam  więc  z  powrotem  do  dzieci,  które  płakały  jeszcze  rozpaczliwiej  niż 

przedtem. Ukryłam się w krzakach nisko przy ziemi i zaczęłam miauczeć jak prawdziwy kot. 

- Ach, Willy - powiedziała dziewczynka do brata - jesteśmy uratowani. („Uratowani” 

powiedziała, a przecież te małe głuptasy nie były w najmniejszym niebezpieczeństwie). 

-  Jesteśmy  uratowani  -  rzekła.  -  Słyszysz,  nasza  kotka  Tuffi  przyszła  tu  do  nas.  Ona 

doprowadzi  nas  do  domu.  Koty  przecież  zawsze  znają  drogę  do  domu,  prawda,  Willy? 

Pójdziemy za nią. 

Tu-Tu zatrzęsła się bezgłośnym śmiechem na wspomnienie sceny, którą opisywała. 

Odfrunęłam nieco dalej, starając się aby mnie nie dostrzeżono, i miauczałam dalej. 

- Jest tam! - zawołała dziewczynka. - Woła nas. Chodź, Will. 

background image

Fruwałam tak i skakałam wyprzedzając dzieci,  miauczałam jak kot i wyprowadziłam 

je w końcu z lasu. Potykały się często i długie włosy dziewczynki zaczepiały się o krzaki, ale 

czekałam  na  dzieci  cierpliwie,  gdy  zostawały  w  tyle.  Gdyśmy  się  wreszcie  wydostali  na 

otwarte  pole,  ujrzałam  na  horyzoncie  trzy  domy.  Środkowy  był  jasno  oświetlony  i  ludzie  z 

latarkami biegali na wszystkie strony, jak gdyby czegoś szukali. 

Gdy doprowadziłam dzieci właśnie do tego domu, rodzice ich narobili strasznie dużo 

hałasu i tak płakali, jak gdyby ich dzieci zostały uratowane od strasznego niebezpieczeństwa. 

Moim  zdaniem,  dorośli  ludzie  są  jeszcze  głupsi  od  dzieci.  Sądząc  z  tego,  co  ci  rodzice 

wyprawiali,  można  by  przypuszczać,  że  dzieci  są  rozbitkami  powracającymi  z  bezludnej 

wyspy, a nie że spędziły kilka godzin w naszym pięknym lesie. 

-  Jakim  sposobem  znalazłeś  drogę,  Willy?  -  zapytała  matka  ocierając  oczy  z  łez  i 

promieniejąc ze szczęścia. 

-  To  Tuffi  przyprowadziła  nas  do  domu  -  powiedziała  dziewczynka.  -  Przybiegła  za 

nami i prowadziła nas do domu, biegnąc przez cały czas naprzód i miaucząc. 

- Tuffi? - zdziwiła się matka. - Ależ Tuffi spała tutaj, przy kominku. Nie oddaliła się 

stąd ani na krok. 

- W każdym razie to był jakiś kot - powiedział chłopczyk - musi tu być jeszcze gdzieś 

w pobliżu, bo doprowadził nas do samych drzwi. 

Ojciec poświecił latarką, szukając kota. I zanim zdążyłam uciec, pełne światło latarki 

padło na krzew, na którym siedziałam. 

- Ach, to sowa! - zawołała dziewczynka. 

-  Miau!  -  odezwałam  się,  żeby  pokazać,  co  umiem.  -  Tu-witt,  tu-hu,  miau-miau!  -  i 

machnąwszy  na  pożegnanie  skrzydłami,  frunęłam  na  dach  stodoły,  a  potem  zniknęłam  w 

ciemnościach  nocy.  Odlatując  słyszałam  jeszcze,  jak  dziewczynka  zawołała  w  ogromnym 

zdumieniu: 

-  Ach,  mamo,  to  była  wróżka!  To  ona  zaprowadziła  nas  do  domu!  To  musiała  być 

wróżka zamieniona w sowę! Nareszcie, nareszcie widziałam wróżkę! 

Był „to pierwszy i ostatni raz w moim życiu, kiedy ktoś myślał, że jestem wróżką. Ale 

potem poznałam dobrze te dzieci. Były to naprawdę miłe dzieciaki, chociaż dziewczynka nie 

dała  się  nikomu  przekonać,  że  nie  jestem  wróżką  zamienioną  w  sowę.  W  owym  czasie 

przebywałam  często  w  pobliżu  ich  stodoły,  gdzie  polowałam  na  myszy  i  szczury.  Ale  gdy 

mnie  dzieci  tylko  spostrzegły,  biegły  za  mną  wszędzie.  Od  owego  wieczoru,  gdy  je 

przyprowadziłam  do  domu,  byłyby  poszły  ze  mną  na  pustynię  Sahara  -  ponieważ  wierzyły 

ś

więcie,  że  jestem  najlepszą  ze  wszystkich  wróżek,  która  je  uchroni  od  wszelkiego 

background image

niebezpieczeństwa.  Przynosiły  mi  z  obiadu  kotlety  baranie,  kraby  i  najlepsze  przysmaki. 

Miałam  tam  życie  wygodne  jak  tresowany  kogut,  ale  tak  się  spasłam  i  rozleniwiłam,  że  nie 

potrafiłam już upolować myszy. 

Teraz dzieci nie bały się ciemności. Gdyż tak jak to kiedyś powiedziałam doktorowi, 

gdyśmy rozmawiali o tabliczce mnożenia i o innych zagadnieniach filozoficznych: strach nie 

jest  zazwyczaj  niczym  innym,  jak  nieświadomością.  Nie  boimy  się  tego,  co  znamy.  Tamte 

dzieci poznały ciemności i dowiedziały się, że są one równie niegroźne jak światło dzienne. 

Prowadziłam je często wieczorem do lasu i na wzgórza i szły za mną chętnie. Polubiły 

przygody. 

A ponieważ uważałam, że byłoby bardzo dobrze, gdyby chociaż kilku ludzi miało tyle 

rozumu, żeby chodzić nawet wtedy, kiedy słońce nie świeci już na niebie, nauczyłam te dzieci 

poruszać  się  swobodnie  w  ciemnościach.  Uczyniły  w  tym  niebawem  postępy,  widząc,  jak 

chronię mój wzrok przed światłem latarni, aby nie przywykł do jaskrawego światła. Wreszcie 

stały się prawdziwymi znawcami ciemności - może nie tak dobrymi jak sowy i nietoperze, ale 

dostatecznie dobrymi jak na kogoś, kto nie był do tego przyzwyczajony. 

Przydało im się to bardzo. Pewnej wiosny okolica, w której mieszkały, została w nocy 

nawiedzona  przez  powódź  i  nigdzie  nie  można  było  znaleźć  ani  zapałek,  ani  świec.  I  owe 

dzieci,  które  tyle  razy  wędrowały  ze  mną  wśród  ciemności,  teraz  uratowały  dużo  ludzkich 

istnień.  Służyły  za  przewodników  i  prowadziły  ludzi  w  bezpieczne  miejsce,  gdyż,  w 

przeciwieństwie do innych, miały oczy do patrzenia. 

Tu-Tu ziewnęła i zerknęła zaspanym okiem na latarkę wiszącą nad jej głową. 

- A po to, aby widzieć w ciemnościach - zakończyła - należy się w tym ćwiczyć, tak 

jak w grze na fortepianie i temu podobnych sztukach. 

background image

ROZDZIAŁ VIII  

 

OPOWIADANIE DWUGŁOWCA 

 

 

Teraz  przyszła  nareszcie  kolej  na  dwugłowca.  Był  on  bardzo  nieśmiały  i  skromny  i 

gdy go zwierzęta poprosiły, aby im coś opowiedział, rzekł bardzo grzecznie: 

-  Jest  mi  strasznie  przykro,  nie  chciałbym  was  rozczarować,  ale  obawiam  się,  że  nie 

potrafię nic opowiedzieć - przynajmniej nic takiego, co by was mogło zająć. 

- Ach, zacznij tylko! - zawołał Jip. - Nie bądź taki naiwny, bierz z nas przykład. Nie 

wmówisz  w  nas  przecież,  że  mieszkając  w  puszczy  afrykańskiej  nie  przeżyłeś  tam  żadnych 

przygód. Potrafisz z pewnością opowiedzieć mnóstwo ciekawych rzeczy. 

-  Ależ  ja  wiodłem  tam  na  ogół  bardzo  samotne  życie  -  odpowiedział  dwugłowiec.  - 

Nasz  ród  trzyma  się  z  daleka  od  innych.  Troszczymy  się  tylko  o  nasze  własne  sprawy,  nie 

mieszamy się w plotki, kłótnie, awantury. 

-  Pomyśl  tylko  trochę  -  poradziła  Dab-Dab  -  a  na  pewno  ci  się  coś  przypomni...  Nie 

męczcie  go  -  szepnęła  do  towarzyszy  -  pozwólcie  mu  zastanowić  się  w  spokoju.  Ma  dwie 

głowy do myślenia, w końcu coś mu przyjdzie do jednej z tych głów. Ale, na miłość boską, 

nie wprawiajcie go w zakłopotanie! 

Przez  kilka  chwil  dwugłowiec  stukał  w  zamyśleniu  swymi  zgrabnymi  kopytkami  o 

podłogę  werandy.  Potem  podniósł  jedną  głowę  do  góry  i  zaczał  mówić  cichym  głosem, 

pokasłując z zakłopotaniem drugą głową schowaną pod stołem. 

-  To,  co  wam  opowiem,  nie  będzie  właściwie  niczym  nadzwyczajnym,  ale  może 

potrafi  was  zająć.  Chcę  wam  opowiedzieć  o  łowcach  strusi.  Musicie  wiedzieć,  że  plemiona 

murzyńskie polują w najrozmaitszy sposób, zależnie od gatunku zwierząt, które chcą złapać. 

Jeśli polują na żyrafy, kopią głębokie doły i nakrywają je lekko gałęźmi i trawą, potem czekać 

dopóki żyrafa, biegnąc pędem, nie wpadnie do jamy. Wtedy nadbiegają i chwytają ją. 

Polując na pewien rodzaj szczególnie głupich antylop plotą coś w rodzaju parawanu z 

gałęzi i liści, mniej więcej wielkości człowieka. Ten parawan trzymają przed sobą jak tarczę, 

skradając się do zwierzyny, i kiedy już są blisko, uderzają dzidą albo strzelają z łuku. Głupia 

antylopa bierze poruszające się liście za drzewo poruszane wiatrem i nie zwraca na nie uwagi, 

jeżeli myśliwy zbliża się po cichu. 

Murzyni  posługują  się  przy  polowaniu  jeszcze  innymi,  mniej  lub  więcej  chytrymi 

sposobami. Ale podstęp wynaleziony przez łowców strusi ze szczepu Badamoszów był chyba 

background image

najpodlejszy  ze  wszystkich.  Jak  wiadomo,  strusie  przeważnie  chodzą  małymi  stadami.  Są 

przy tym dość niemądre. Słyszeliście pewnie, jak to przy spotkaniu z człowiekiem wsadzają 

głowę w piasek i są przekonane, że ich nikt nie widzi, ponieważ one nie widzą nikogo. To nie 

bardzo  dobrze  świadczy  o  ich  rozumie,  prawda?  W  krainie  Badamoszów  nie  było  tak  dużo 

piasku, aby strusie mogły w nim chować głowę, co właściwie wychodziło im na dobre. Skoro 

bowiem zjawiał się człowiek, uciekały, prawdopodobnie szukając piasku, w którym mogłyby 

schować  głowę.  W  każdym  razie  jednak  taka  ucieczka  ratowała  im  życie.  Myśliwi 

Badamosze  musieli  więc  wynaleźć  coś  takiego,  aby  móc  zbliżyć  się  do  stada  strusiów. 

Wymyślili bardzo sprytny podstęp. Przypadkiem spotkałem pewnego dnia w lesie gromadkę 

myśliwych wypróbowujących swój nowy sposób. Otóż przygotowali sobie upierzenie strusie, 

wkładali  je  kolejno  na  siebie  i  próbowali  chodzić  i  wyglądać  jak  prawdziwe  strusie, 

podtrzymując  długą  szyję  za  pomocą  pręta.  Obserwowałem  ich  z  mojej  kryjówki  i 

domyśliłem  się  od  razu,  jakie  mają  zamiary.  Chcieli,  przebrani  za  strusie,  podkraść  się  do 

stada i wytłuc je siekierami schowanymi pod upierzeniem. 

Byłem  wówczas  bardzo  zaprzyjaźniony  ze  strusiami  w  tej  okolicy,  od  czasu  gdy 

uczyniły  niezdolnym  do  użytku  plac  tenisowy  Badamoszów.  Wódz  szczepu  bowiem  przed 

kilku  laty  zniszczył  moje  najulubieńsze  pastwisko,  piękną  łąkę  porosłą  soczystymi  ziołami: 

kazał  spalić  bujną  trawę  i  zamienić  łąkę  na  plac  tenisowy.  Widział  mianowicie  białych 

grających w tenisa i chciał ich naśladować. Ale strusie myślały, że piłki tenisowe to jabłka, i 

połykały je. Wiadomo przecież, jak są mało wybredne w wyborze pożywienia. Miały zwyczaj 

przechadzania się w dżungli na skraju owego placu tenisowego i gdy piłka przelatywała poza 

ogrodzenie,  chwytały  ją  i  połykały.  Pożarły  w  ten  sposób  wszystkie  piłki  tenisowe  wodza  i 

wskutek  tego  uczyniły  cały  plac  niezdatnym  do  użytku.  Wkrótce  moje  piękne  pastwisko 

pokryło się znów wysoką trawą i mogłem na nie wrócić. Tym  czynem zdobyły strusie moją 

przyjaźń.  Gdy  więc  ujrzałem,  jakie  ukryte  niebezpieczeństwo  im  grozi,  pobiegłem  do  ich 

wodza  i  powiedziałem  mu  to.  Był  strasznie  głupi  i  kosztowało  mnie  dużo  trudu,  aby  mu 

wytłumaczyć tę sprawę. 

-  A  więc  nie  zapomnij  -  powiedziałem  żegnając  się  z  nim  -  że  myśliwego, 

skradającego się do was, możesz poznać po kształcie i kolorze jego nóg. Strusie mają tak jak 

ty  szare  nogi,  ale  nogi  myśliwych  są  czarne  i  poza  tym  grubsze.  Rozumiecie,  upierzenie, 

którym się okrywali, nie zasłaniało ich nóg. 

Teraz  -  dodałem  -  musisz  powiedzieć  swoim  towarzyszom,  że  gdy  czarnonogi 

myśliwy zakradnie się do fetada i będzie usiłował zaprzyjaźnić się z nimi, niech się wszystkie 

na niego rzucą i poturbują go porządnie. To będzie dobrą nauczką dla tych nędzników. 

background image

Miałem  nadzieję,  że  po  takim  ostrzeżeniu  wszystko  pójdzie  dobrze,  ale  nie  liczyłem 

się z wyjątkową głupotą strusi. Gdy ich przywódca owego wieczoru wracał do stada, ugrzązł 

po  drodze  w  straszliwym  bagnisku  i  jego  długie  nogi  oblepiły  się  czarnym  błotem.  Zanim 

udał się na spoczynek, udzielił swoim strusiom szczegółowego ostrzeżenia, które usłyszał ode 

mnie. 

Następnego ranka wstał późno, stado wyruszyło już wcześniej na pastwisko na zboczu 

góry.  Więc  ten  głupi  przywódca,  najgłupszy  ze  wszystkich  strusi,  jakie  kiedykolwiek 

widziałem,  nie  zadawszy  sobie  trudu  obmycia  z  błota  swych  długich  nóg,  udał  się  na  ową 

piękną  łąkę  niby  król  oczekujący  wspaniałego  przyjęcia.  Toteż  wspaniałe  przyjęcie  spotkało 

tego półgłówka! Gdy tylko strusie zauważyły jego czarne nogi, porozumiały się między sobą i 

na dany znak rzuciły się wszystkie na swego biednego przywódcę i o mało go nie zatłukły. W 

tej  samej  chwili  zjawili  się  na  widowni  Murzyni  z  Badamoszu.  A  głupie  strusie  tak  były 

zajęte  turbowaniem  swego  wodza,  którego  uważały  za  przebranego  łowcę,  że  Murzynom 

udało  się  zakraść  między  nie  i  byliby  wszystkie  wyłapali,  gdybym  ich  w  porę  nie  ostrzegł 

krzykiem. 

Po tym zdarzeniu doszedłem do przekonania, że jeśli chcę ratować moich dobrych, ale 

głupich przyjaciół, muszę sam zacząć działać. 

Postanowiłem więc - gdy czarni myśliwi będą spali - podkraść się do ich chaty, zabrać 

im pióra strusie i w ten sposób położyć koniec fortelom myśliwskim. 

Wśród  ciemnej  nocy  wymknąłem  się  z  dżungli  do  chat  myśliwych  i  zacząłem 

poszukiwać strusiego upierzenia. Z początku nie mogłem go nigdzie znaleźć i myślałem już, 

ż

e  ukryli  je  gdzie  indziej.  Badamosze,  jak  wiele  innych  szczepów  murzyńskich,  stawiają 

zazwyczaj w nocy wartę. Rozpoznałem tych wartowników na skraju zabudowań i miałem się 

naturalnie na baczności, aby mnie nie spostrzegli. Gdy tak przez pewien czas poszukiwałem 

piór strusich, zauważyłem, że wartownik siedzi na stołku zupełnie bez ruchu. Domyśliłem się, 

ż

e zasnął, podsunąłem się bliżej i ujrzałem ku memu przerażeniu, że włożył na siebie strusie 

pióra, ochraniając się nimi jak kołdrą przed chłodem nocy. 

Jakże mogłem tedy zabrać mu to upierzenie, nie budząc go? Na palcach, wstrzymując 

oddech, zacząłem ostrożnie ściągać mu je z pleców. Ale wartownik usiadł na rąbku odzienia i 

nie mogłem go w żaden sposób wyciągnąć. 

Zrozpaczony, chciałem już dać za wygraną. Ale myśląc o losie, jaki niechybnie czeka 

moich  biednych,  głupich  przyjaciół,  jeśli  nie  zdobędę  tego  upierzenia,  zdecydowałem  się  na 

rozpaczliwy  krok.  Nagle  i  szybko  uderzyłem  wartownika  jednym  z  moich  rogów  w  miękką 

część ciała. Z głośnym wrzaskiem: „Aa!”, który rozległ się na milę wokoło, skoczył do góry. 

background image

Pochwyciłem  pióra  i  pobiegłem  z  nimi  w  głąb  lasu,  a  tymczasem  wszyscy  Badamosze 

zbudzili  się  i  cała  wieś  wraz  z  kobietami,  dziećmi  i  psami  z  krzykiem  rzuciła  się  za  mną  w 

pogoń  jak  stado  wilków.  Dwugłowiec  westchnął  i  mówił  dalej,  poddając  się  całym  ciałem 

kołysaniu łodzi. 

-  Mam  nadzieję,  że  już  nigdy  w  życiu  nie  będę  musiał  tak  pędzić  jak  owej  nocy. 

Zimne  dreszcze  wstrząsają  mną  jeszcze  dzisiaj,  gdy  sobie  przypominam  szczekanie  psów, 

wrzask  kobiet,  trzeszczenie  gałęzi  pod  nogami  moich  wrogów  przedzierających  się  w  głąb 

dżungli w pogoni za mną. 

Uratowała mnie rzeka. Była właśnie pora deszczowa i rzeki wezbrały. Ledwie dysząc 

ze  strachu  i  ze  zmęczenia  wydostałem  się  na  wysoki  brzeg  rwącego  potoku,  który  liczył 

pełnych dwadzieścia pięć stóp szerokości. Byłoby szaleństwem rzucić się w jego fale niesione 

gwałtownym  prądem.  Gdy  się  obejrzałem,  spostrzegłem  pogoń  tuż  za  sobą.  Zdecydowałem 

się więc na rozpaczliwy krok. Odstąpiłem od brzegu, aby nabrać rozpędu, i trzymając mocno 

w  zębach  to  nędzne  upierzenie  strusie,  przeskoczyłem  rzekę  gwałtownym  skokiem.  Gdy 

znalazłem się po drugiej stronie, zdałem sobie sprawę z tego, że skoczyłem w ostatniej chwili, 

ponieważ moi nieprzyjaciele dobiegli już do brzegu rzeki. W blasku księżyca widziałem, jak 

wygrażali  mi  pięściami  i  usiłowali  przedostać  się  do  mnie.  Kilka  najbardziej  żądnych  walki 

psów próbowało przepłynąć, ale bystry prąd porwał je niby korki ze sobą i myśliwi lękali się 

pójść w ich ślady. 

Z  okrzykiem  triumfu  rzuciłem,  na  ich  oczach,  cenne  upierzenie  strusie  do  rwącej 

wody,  która  uniosła  je  natychmiast  ze  sobą.  Z  szeregów  murzyńskich  rozległy  się  wściekłe 

wrzaski. 

Potem uczyniłem coś, co przez całe życie wspominam z przykrością. Wiecie, że moja 

rodzina  zawsze  bardzo  ceniła  dobre  wychowanie  i  uprzejmość,  toteż  rumienię  się  na 

wspomnienie  sceny,  która  wtedy  nastąpiła.  W  podnieceniu  pokazałem  moim  osłupiałym 

wrogom  na  przeciwległym  brzegu  oba  moje  języki.  Było  to  bardzo  nieprzyzwoite!  Takiej 

rozmyślnej  obrazy  nie  można  niczym  usprawiedliwić!  Moja  jedyna  nadzieja  w  tym,  że  przy 

ś

wietle księżyca Badamosze mogli tego nie dojrzeć. 

Jakkolwiek  byłem  chwilowo  bezpieczny,  kłopoty  moje  nie  skończyły  się  jeszcze. 

Gdyż  odtąd  Badamosze  zostawili  wprawdzie  strusie  w  spokoju,  za  to  jednak  zaczęli  mnie 

prześladować.  Doprowadzali  do  rozpaczy.  Zaledwie  znalazłem  się  w  jakiejś  okolicy, 

uchodząc przed ich prześladowaniem, natychmiast zjawiali się tam, zakładali pułapki, kopali 

jamy,  szczuli  mnie  psami.  I  chociaż  przez  cały  rok  udawało  mi  się  uchodzić  przed  ich 

pogonią, życie w ciągłym napięciu było straszliwie męczące. 

background image

Badamosze  są,  jak  większość  dzikich  szczepów,  bardzo  podejrzliwi  i  boją  się  - 

podobnie jak ludzie z opowiadania Tu-Tu - rzeczy, których nie rozumieją. Prawie wszystko, 

czego nie mogą zrozumieć, uważają za dzieło szatana. 

Gdy mnie już tak gonili i nękali przez dłuższy czas, przyszło mi na myśl użyć przeciw 

nim ich własnej broni i urządzić im podobny kawał, jaki obmyślili dla strusi. Udałem się więc 

na  poszukiwanie  odpowiedniego  stroju.  Pewnego  dnia  znalazłem  pod  drzewem  skórę 

dzikiego bawołu, którą prawdopodobnie myśliwi rozłożyli tam do suszenia. To było właśnie 

to,  co  mi  było  potrzebne.  Pochyliłem  jedną  z  głów,  ułożyłem  jedną  parę  rogów  płasko  na 

grzbiecie - i włożyłem na siebie skórę bawolą w ten sposób, że widać było tylko drugą moją 

głowę. 

Mój  wygląd  zmienił  się  wskutek  tego  całkowicie.  Poruszając  się  w  wysokiej  trawie, 

wyglądałem  po  prostu  jak  każde  zwykłe  zwierzę.  Przebrany  w  ten  sposób,  pasłem  się  na 

otwartej łące, czekając na zjawienie się moich wrogów. 

Zauważyłem,  nie  będąc  przez  nich  spostrzeżony,  jak  skradali  się  wśród  drzew  na 

skraju  łąki  w  moim  kierunku.  Polują  oni  w  następujący  sposób:  wdrapują  się  na  drzewo  i 

przyczajają  układając  się  zupełnie  płasko  wzdłuż  dolnej  gałęzi.  Gdy  zwierzyna  przechodzi 

pod drzewem, zeskakują na jej grzbiet i powalają na ziemię. 

Wyszukałem  więc  sobie  drzewo,  na  którym  umieścił  się  ich  wódz,  i  pasłem  się  pod 

nim,  jak  gdybym  niczego  nie  podejrzewał.  Gdy  wódz  zeskoczył  na  to,  co  uważał  za  moją 

tylną  część,  podniosłem  w  górę  rogi,  które  ukryłem  pod  bawolą  skórą,  i  uderzyłem  go  nimi 

tak mocno, żeby to popamiętał przez całe życie. 

Z  wrzaskiem  zabobonnego  strachu  oznajmił  swym  poddanym,  że  uderzył  go  diabeł. 

Uciekli wszyscy jak oparzeni i odtąd żaden z nich nigdy mnie już nie ścigał i nie napastował. 

Opowiadanie  dwugłowca  zakończyło  serię  opowiadań  z  życia  zwierząt  i  konkurs  z 

nagrodami  miesięcznika  „Krąg  Polarny”  ogłoszono  za  zamknięty.  Pierwszy  numer 

pierwszego  pisma  drukowanego  po  raz  pierwszy  na  świecie  dla  zwierząt  został  wkrótce 

wydany  i  rozkolportowany  za  pomocą  Jaskółczej  Poczty  wśród  mieszkańców  mroźnej 

Północy. Pismo miało wielkie powodzenie. Listy z podziękowaniami i odpowiedzi na konkurs 

zaczęły  napływać  od  fok,  lwów  morskich,  wielorybów  i  innych  mieszkańców  mórz 

podbiegunowych. Tu-Tu, matematyczka, została naczelnym redaktorem. Dab-Dab prowadziła 

dział „Matki i dziecka”. Geb-Geb zaś objęło dział „Kulinarny i ogrodniczy”. 

W  ten  sposób  „Krąg  Polarny”  wnosił  zabawę  i  naukę  do  domów,  jaskiń  i  gór 

lodowych tak długo, jak długo trwał urząd pocztowy doktora Dolittle. 

background image

CZĘŚĆ CZWARTA 

background image

ROZDZIAŁ I 

 

PRZESYŁKI POCZTOWE 

 

 

Pewnego dnia przyszło do doktora Dolittle Geb-Geb i powiedziało: 

- Panie doktorze, dlaczego nie urządza pan działu paczek? 

- Na miłość boską, Geb-Geb! - zawołał doktor. - Czy sądzisz, że mam jeszcze nie dość 

roboty? Po co ci potrzebne przesyłanie paczek? 

- Założę się, że tu chodzi o jakieś sprawy żołądka - powiedziała Tu-Tu, która siedziała 

obok doktora i robiła obliczenia. 

- Myślałem o tym  - przyznało się Geb-Geb - żeby  sprowadzić sobie z Europy trochę 

ś

wieżych warzyw. 

-  Macie!  -  odezwała  się  Tu-Tu.  -  Czy  nie  mówiłam?  Ono  ma  bzika  na  punkcie 

warzyw. 

- Ależ paczki są za ciężkie dla ptaków, Geb-Geb - orzekł doktor. - Może z wyjątkiem 

małych paczek, większe ptaki mogłyby je udźwignąć. 

-  Wiem  o  tym  i  obmyśliłem  już  sobie  wszystko  -  powiedziało  prosię.  -  W  bieżącym 

miesiącu  ukazuje  się  u  nas  nowalijka  -  brukselka.  Jest  to  moja  ulubiona  jarzyna  oprócz 

marchewki.  Słyszałem,  że  w  przyszłym  tygodniu  przybyć  ma  do  Afryki  pewien  gatunek 

drozdów.  Czy  byłoby  zbyt  wielkim  wymaganiem  prosić  o  przyniesienie  brukselki?  Ptaków 

będą  setki  i  gdyby  jeden  drozd  z  każdej  gromady  przyniósł  mi  po  jednej  główce, 

wystarczyłoby mi to na długie miesiące. Od zeszłej jesieni nie jadłem świeżych jarzyn. Mam 

już dość tych wiecznych korzonków jam-jam i tych wszystkich afrykańskich paskudztw. 

-  Dobrze,  Geb-Geb  -  powiedział  doktor.  -  Zrobię,  co  będę  mógł.  Najbliższą  pocztą 

wyślę list do Anglii z prośbą, aby drozdy zechciały zabrać ze sobą brukselkę. 

Taki  był  początek  nowego  oddziału  urzędu  pocztowego  w  Fantippo:  dział  poczty 

krajowej  i  zagranicznej  został  uzupełniony  oddziałem  paczek.  Brukselka  dla  Geb-Geb 

przybyła  w  ogromnych  ilościach,  przyniosło  ją  niezwykle  liczne  stado  drozdów.  Potem 

zaczęły  przychodzić  do  doktora  rozmaite  zwierzęta  prosząc  go  o  zamówienie  zagranicznych 

artykułów spożywczych, gdyż ich własne wyczerpały się. W ten sposób ptaki poprzynosiły do 

Fantippo nasiona i rośliny z innych krajów i doktor poczynił mnóstwo prób w rozsadzaniu i, 

jak się to mówi, aklimatyzowaniu jarzyn, zbóż i kwiatów. 

Wkrótce  w  staromodnej  skrzynce  pod  oknem  łodzi  pocztowej  zakwitły  pelargonie, 

background image

nagietki i cynie, wyhodowane z nasion i sadzonek przyniesionych przez ptaki z Europy. Stąd 

dziś  jeszcze  rozmaite  warzywa,  znajdujące  się  zazwyczaj  tylko  w  Europie,  spotyka  się 

rosnące  dziko  w  Afryce.  Sprowadziła  je  tu  namiętność  prosięcia  Geb-Geb  do  świeżych 

jarzyn. 

Nieco później przy pomocy większych ptaków regularnie co dwa miesiące przesyłano 

paczki  dla  mieszkańców  Fantippo.  Sprowadzano  już  teraz  zegarki  -budziki  i  wszelkie 

możliwe przedmioty z Euro

1

 

Król Koko zamówił sobie nawet rower, który mu przesyłano częściami. Dwa bociany 

przyniosły  każdy  po  jednym  kole,  orzeł  ramę,  a  wrony  mniejsze  części,  jak  pedały,  śruby  i 

olejarkę. 

Gdy te pojedyncze części zostały zmontowane w urzędzie pocztowym, okazało się, że 

brak  jednej  śrubki.  Ale  nie  była  to  wina  poczty.  Śrubkę  zarzucili  robotnicy,  którzy  ładowali 

rower na okręt w Birmingham. Doktor napisał list z reklamacją i następną pocztą dosłano mu 

nową  śrubkę.  Potem  król  przejechał  się  z  triumfem  na  swoim  nowym  rowerze  po  ulicach 

Fantippo  i  dla  uczczenia  tego  faktu  dzień  ten  ogłoszono  świętem  państwowym.  Swój  stary 

rower  podarował  król  bratu,  księciu  Wolla-Bolla.  I  wszędzie  głoszono  teraz  sławę  oddziału 

paczek, powołanego do życia przez Geb-Geb. 

W kilka tygodni później otrzymał doktor Dolittle list od pewnego wieśniaka z Anglii. 

 

Wielce  Szanowny  Panie  doktorze!  Dziękuję  Panu  serdecznie  za  Pańskie  doskonałe 

wiadomości  meteorologiczne.  Dzięki  temu  udało  mi  się  osiągnąć  bardzo  dobry  urodzaj 

brukselki. Ale zanim zdążyłem ją ze-prać, znikła pewnej nocy z mego pola co do główki. Jak 

się to stało, nie umiem powiedzieć. Może mi Pan udzieli jakichś wyjaśnień. 

 

Bardzo oddany  

Mikołaj Skrog 

 

- Do licha! - zawołał Jan Dolittle. - Chciałbym wiedzieć, co się stało. 

- Geb-Geb ją zjadło - powiedziała Tu-Tu. - To była na pewno ta sama brukselka, którą 

drozdy tutaj przyniosły. 

-  Rety!  -  zawołał  doktor.  -  To  bardzo  nieprzyjemna  historia.  Muszę  znaleźć  jakiś 

sposób, żeby wynagrodzić temu rolnikowi jego stratę. 

Już  od  dawna  usiłowała  macierzyńska  gosposia,  Dab-Dab,  namówić  doktora,  aby 

wziął urlop z pracy na poczcie. 

background image

-  Rozchoruje  się  pan,  przysięgam  na  wszystko  -  zapewniała.  -  Nikt  nie  podoła 

bezkarnie takiej pracy, jaką pan  wziął na siebie  w ostatnich miesiącach.  Teraz, kiedy poczta 

funkcjonuje  prawidłowo,  może  pan  przecież  przekazać  ją  urzędnikom  królewskim,  a  sam 

wycofać się nareszcie. A zresztą, czy nigdy nie zamierza pan powrócić do Puddleby? 

- Owszem, owszem - rzekł Jan Dolittle - wszystko w swoim czasie, Dab-Dab. 

- Ale wakacje musi sobie pan teraz urządzić - upierała się kaczka. - Przez pewien czas 

nie będzie pan przychodził na pocztę, popływa pan sobie łodzią wzdłuż wybrzeża dla zmiany 

powietrza, jeśli nie chce pan słyszeć o powrocie do kraju. 

Doktor Dolittle przyrzekł jej, że wkrótce weźmie urlop, ale nie uczynił tego. Dopiero 

pewna sprawa wielkiej wagi dla nauki potrafiła go oderwać od pracy na poczcie. 

A stało się tak: 

Pewnego  dnia  otwierając  przeznaczoną  dla  niego  pocztę  doktor  znalazł  paczkę 

wielkości  dużego  jaja.  Odwinął  zewnętrzne  opakowanie,  składające  się  z  trawy  morskiej,  i 

znalazł w środku list i kilka skorup od ostryg, złożonych razem jak pudełko. 

Trochę zdziwiony, czytał doktor list, a Dab-Dab patrzyła mu przez ramię. List brzmiał 

jak następuje: 

 

Kochany  Panie  Doktorze!  Posyłam  Panu  kilka  ładnych  kamyków,  które  znalazłam 

niedawno,  otwierając  ostrygi.  Nigdy  jeszcze  nie  widziałam  kamyków  tego  koloru,  chociaż 

spędziłam całe życie nad morzem na otwieraniu mięczaków. Mój mąż twierdzi, że są to jaja 

ostryg, ale ja temu nie wierzę. Może Pan będzie łaskaw powiedzieć, co to może być. Proszę 

mi to potem odesłać, gdyż jest to ulubiona zabawka moich dzieci i obiecałam im, że dostaną 

ją z powrotem. 

 

Doktor odłożył list i przeciął scyzorykiem trawę morską obwiązującą skorupki ostryg. 

Gdy je otworzył, wydał okrzyk zdumienia: 

- Dab-Dab - zawołał -jakie to piękne! 

- Perły - szepnęła Dab-Dab głosem pełnym podziwu - różowe perły. 

-  Jakie  piękne  -  mruknął  doktor.  -  Czy  widziałaś  kiedy  takie  wielkie  perły?  Każda  z 

tych pereł stanowi majątek. Kto mi je właściwie przysłał? - i spojrzał ponownie na list. - List 

pisała  kaczka  płaskonosa.  Poznaję  jej  charakter  pisma.  Ptaki  te  przebywają  najchętniej  na 

samotnych  wybrzeżach,  łowią  mięczaki  i  żyjące  w  morzu  małe  rybki  i  tym  podobne 

stworzenia.  Czy  nie  wiesz,  Dab-Dab,  skąd  ten  list  przybył?  -  zapytał  doktor.  -  Czy  możesz 

odczytać adres umieszczony w nagłówku listu? 

background image

Dab-Dab zmrużyła oczy i zbliżyła je do listu. 

- Zdaje się, że ze skał Harmattan. 

- Gdzie się te skały znajdują? - zapytał doktor. 

-  Nie  mam  pojęcia  -  rzekła  Dab-Dab  -  ale  Śmigły  będzie  wiedział.  -  I  sprowadziła 

natychmiast jaskółkę. 

Ś

migły potwierdził, że list przybył istotnie ze skał Harmattan, że jest to grupa małych 

wysepek na zachodnim wybrzeżu Afryki, położonym około sześćdziesięciu mil na północ od 

Fantippo. 

- To dziwne - zauważył Jan Dolittle - sądziłem raczej, że te perły pochodzą z jakichś 

wysp południowych. Perły tej wielkości i piękności stanowią w tutejszych wodach niezwykłą 

rzadkość. Musimy je naturalnie odesłać dzieciom kaczki, ale w przesyłce  poleconej, chociaż 

muszę przyznać, że rozstaję się z nimi niechętnie - są takie piękne. Musimy jednak z wysyłką 

zaczekać  do  jutra  rana.  Gdzie  by  je  schować  do  tego  czasu?  Z  tak  kosztownymi  klejnotami 

trzeba  się  bardzo  ostrożnie  obchodzić.  Nie  opowiadaj  o  tym  lepiej  nikomu,  Dab-Dab,  z 

wyjątkiem  Jipa  i  dwugłowca.  Obaj  muszą  kolejno  całą  noc  pełnić  straż  przed  drzwiami. 

Ludzie  są  gotowi  na  wszystko  dla  zdobycia  pereł.  Niech  to  pozostanie  tajemnicą  między 

nami, a jutro rano odeślemy je z powrotem. 

Gdy  to  mówił,  zauważył  jakiś  cień  padający  na  biurko,  przy  którym  stał.  Podniósł 

wzrok  i  ujrzał  przy  okienku  twarz  człowieka,  najbrzydszą  twarz,  jaką  kiedykolwiek  widział, 

wpatrzoną w perły, które wciąż jeszcze trzymał w ręku. Doktor Dolittle, zmieszany i zły, po 

raz pierwszy podczas swojej kariery na poczcie zapomniał o zwykłej grzeczności i chowając 

perły do kieszeni, zawołał: 

- Czego pan chce? 

-  Chciałbym  kupić  przekaz  pocztowy.  Muszę  posłać  pieniądze  mojej  chorej  żonie  - 

odpowiedział nieznajomy. 

Doktor wypisał blankiet i wziął pieniądze. Potem mężczyzna opuścił urząd pocztowy, 

a doktor śledził go wzrokiem. 

- Dziwny klient, prawda? - zwrócił się do Dab-Dab. 

- Tak, nie można zaprzeczyć - przyświadczyła kaczka. - Nie dziwię się, że jego żona 

jest chora, gdy ma męża z taką twarzą. 

-  Chciałbym  tylko  wiedzieć,  kto  to  jest  -  rzekł  Jan  Dolittle.  -  Biali  pokazują  się  tu 

rzadko. Nie podobał mi się wcale jego wygląd. 

Następnego  dnia  perły  zostały  zapakowane  tak  samo  jak  poprzednio  i  gdy  doktor 

dołączył  do  nich  list  z  wyjaśnieniem,  czym  są  te  „kamyki”  w  rzeczywistości,  odesłano  je  w 

background image

poleconej przesyłce z powrotem na wyspy Harmattan. 

Ptak,  któremu  przesyłkę  powierzono,  był  przypadkiem  jednym  z  drozdów,  które 

przyniosły  brukselkę  dla  Geb-Geb  i  przebywały  jeszcze  w  tej  okolicy.  I  chociaż  drozd  był 

trochę  za  słaby,  żeby  przenosić  paczki,  ta  paczuszka  była  tak  mała  że  mógł  ją  z  łatwością 

udźwignąć, zresztą w danej chwili doktor nie miał nikogo innego pod ręką. 

Więc po udzieleniu drozdowi przestróg, że z poleconą przesyłką należy obchodzić się 

bardzo ostrożnie i troskliwie, wyprawiono go wraz z perłami w drogę. 

Potem  doktor  Dolittle  złożył  wizytę  królowi  Koko,  co  czynił  od  czasu  do  czasu.  W 

ciągu rozmowy zapytał Jego Królewskiej Mości, czy nie zna białego osobnika, który nadawał 

dziś pieniądze w urzędzie pocztowym. 

Gdy doktor opisał nieprzyjemną, o zezujących o-czach twarz tego człowieka, król od 

razu wiedział, kto to był: poławiacz pereł przebywający przez większą część roku na Oceanie 

Spokojnym, gdzie są duże możliwości połowu pereł. Znany jest w tej okolicy jako łotr, który 

dla pereł i pieniędzy gotów jest popełnić każdą zbrodnię. Nazywa się Jakub Wilkins. 

Słysząc to doktor Dolittle był zadowolony, że już odesłał perły w poleconej przesyłce 

ich  właścicielce.  Potem  powiedział  królowi,  że  w  najbliższym  czasie  zamierza  wziąć  urlop, 

ponieważ jest przepracowany i potrzeba mu spokoju. Król zapytał go, gdzie chce pojechać, i 

doktor oświadczył, że miałby ochotę na tydzień popłynąć czółnem wzdłuż wybrzeża do skał 

Harmattan. 

-  Jeśli  pan  tam  pojedzie  -  powiedział  król  -  to  będzie  pan  mógł  odwiedzić  mego 

starego przyjaciela, wodza Nyam-Nyam, i oddać mu pozdrowienia ode mnie. Do niego należy 

część kraju wraz ze skałami Harmattan. Zarówno on, jak i jego naród są bardzo biedni. Ale to 

bardzo porządny człowiek i spodoba się panu z pewnością. 

- Dobrze! Odwiedzę go i pozdrowię od pana - powiedział doktor. 

Następnego dnia, pozostawiwszy dozór nad urzędem pocztowym Jipowi, Śmigłemu i 

Pyskaczowi, doktor siadł z Dab-Dab do czółna i rozpoczął wakacje. Po drodze zauważył kuter 

Jakuba Wilkinsa, poławiacza pereł, zakotwiczony w pobliżu portu Fantippo. 

Wieczorem  doktor  przybył  do  małego  osiedla,  złożonego  z  chat  pokrytych  słomą, 

należącego do wodza Nyam-Nyam. Ponieważ doktor oddał wodzowi ukłony od króla Koko, 

został bardzo mile przyjęty. 

Państewko,  którym  ten  wódz  rządził,  było  istotnie  bardzo  ubogie.  Przez  długie  lata 

potężni  sąsiedzi  napadali  na  starego  wodza  i  zagarniali  najżyźniejsze  części  jego  kraju,  aż 

wreszcie  cały  naród  skupił  się  teraz  na  małym,  nieurodzajnym  pasie  skalistego  wybrzeża. 

Doktora Dolittle przeraziła niezwykła chudość kurcząt biegających po ulicach. Przypominały 

background image

mu one, powiedział, stare, zbiedzone konie dorożkarskie. 

Gdy  tak  rozmawiał  z  wodzem,  który  robił  wrażenie  miłego,  starego  jegomościa, 

przyfrunął do chaty ogromnie przejęty Śmigły. 

-  Panie  doktorze  -  zawołał  -  okradzione  pocztę!  Drozd  wrócił  do  urzędu  z 

wiadomością, że po drodze zrabowano mu paczkę z perłami. Perły znikły! 

background image

ROZDZIAŁ II  

 

WIELKA KRADZIEŻ NA POCZCIE 

 

 

- Na litość boską! - zawołał doktor. - Perły znikły? Ale przecież były polecone! 

- Tak - powiedział Śmigły. - Oto mamy i drozda. Opowie panu wszystko - i skinął na 

niefortunnego listonosza. 

- Panie doktorze - zaczął drozd wzruszony bardzo i bez tchu - to nie moja wina. Nie 

spuszczałem  pereł  ani  na  chwilę  z  oczu.  Leciałem  prościuteńko  w  kierunku  skał  Harmattan. 

Ponieważ  jednak  obrałem  najkrótszą  drogę,  część  jej  prowadziła  ponad  lądem.  Po  drodze 

spostrzegłem jedną z moich sióstr, której dawno nie widziałem i która siedziała na drzewie w 

puszczy, nad którą przelatywałem. Zdawało mi się, że nie będzie w tym nic złego, jeśli z nią 

przez  chwilę  porozmawiam.  Sfrunąłem  więc  na  dół,  a  ona  ucieszyła  się  bardzo,  gdy  mnie 

zobaczyła.  Ponieważ  ze  sznurkiem  od  paczki  w  dziobie  nie  mogłem  mówić  swobodnie, 

położyłem  paczkę  za  sobą  na  gałęzi  drzewa  i  zacząłem  rozmawiać  z  siostrą.  Gdy  się  potem 

odwróciłem, aby zabrać paczkę - już jej nie było. 

- Może zsunęła się z drzewa - rzekł doktor - i wpadła w krzaki? 

-  Nie,  to  byłoby  niemożliwe  -  rzekł  drozd  -  włożyłem  ją  do  małego  wydrążenia  w 

korze. Nie mogła ani się zsunąć, ani spaść. Musiał ją ktoś zabrać. 

-  Do  pioruna!  -  zawołał  doktor.  -  Obrabowano  pocztę.  To  bardzo  poważna  sprawa. 

Kto to mógł zrobić? 

- Założę się, że to był Jakub Wilkins, zezowaty poławiacz pereł - szepnęła Dab-Dab. - 

Człowiek  z  taką  twarzą  jest  zdolny  do  wszystkiego,  a  on  jedyny,  oprócz  nas  i  Śmigłego, 

wiedział o tym, że perły zostały wysłane pocztą. To Wilkins, przysięgam na wszystko. 

-  Mówiono  mi,  że  to  łotr  bez  sumienia  -  zauważył  doktor.  -  Powinienem  wrócić  do 

Fantippo i spróbować go odnaleźć. Urząd pocztowy odpowiada za zgubę poleconej przesyłki i 

jeśli  Wilkins  skradł  perły,  muszę  je  odzyskać.  Ale  odtąd  będzie  obowiązywał  przepis,  że 

gońcom,  którzy  roznoszą  poleconą  pocztę,  nie  wolno  w  czasie  służby  prowadzić  rozmów  z 

siostrami i kimkolwiek bądź. 

I mimo późnej pory doktor pożegnał się spiesznie z wodzem Nyam-Nyam i odpłynął 

przy świetle księżyca do portu w Fantippo. 

Tymczasem  Śmigły  wraz  z  drozdem  lecieli  skróconą  drogą  nad  lądem  do  urzędu 

pocztowego. 

background image

- Co pan powie Wilkinsowi, panie doktorze? - zapytała Dab-Dab, gdy czółno płynęło 

po zalanej światłem księżyca toni. - Szkoda, że pan nie ma pistoletu czy czegoś podobnego. 

To musi być groźny rabuś i na pewno nie odda pereł bez walki. 

-  Nie  wiem  jeszcze,  co  mu  powiem,  wpadnę  na  jakiś  pomysł  dopiero  wtedy,  gdy  go 

zobaczę - rzekł doktor Dolittle. - Ale musimy go zaskoczyć, żeby nie zdążył nic podejrzewać. 

Jeśli odczepi kotwicę i odpłynie, nie dopędzimy go tym czółnem. 

- Powiem coś panu, doktorze - rzekła Dab-Dab. - Polecę naprzód  i  wypatrzę  wroga.  

Jak  wrócę, wszystko panu opowiem. Może go teraz nie ma na kutrze, może gdzieś poluje. 

- No dobrze - powiedział doktor Dolittle. - I tak zajmie mi to ze cztery godziny, zanim 

dopłynę do Fantippo. 

Dab-Dab frunęła więc nad oceanem, a doktor wiosłował dalej wytrwale. Mniej więcej 

w  godzinę  później  usłyszał  ciche  kwakanie  nad  sobą  -  jego  wierna  gosposia  wróciła  - 

niebawem też Dab-Dab, szeleszcząc skrzydłami, usadowiła się u jego nóg. Poznał po wyrazie 

jej oblicza, że przynosi ważne nowiny. 

-  Wilkins  znajduje  się  na  statku  i  ma  perły,  doktorze.  Gdy  zajrzałam  przez  okno, 

zobaczyłam, że przekłada je przy świetle świecy z jednego pudełka do drugiego. 

- A to łotr - mruknął doktor wiosłując z wszystkich sił. 

- Mam nadzieję, że nie opuści Fantippo przed naszym powrotem. 

Zaczęło  już  świtać,  zanim  ujrzano  kuter  poławiacza  pereł.  Było  już  bardzo  trudno 

zbliżyć  się  do  niego  niepostrzeżenie.  Doktor  okrążył  całą  Wyspę  Niczyją,  aby  dotrzeć  do 

łodzi z drugiej strony, skąd nie miał już do przebycia tak dużej przestrzeni otwartego morza. 

Zanurzając  cicho,  bardzo  cicho  wiosła  w  wodę,  wylądował  w  swym  czółnie  wprost  pod 

dziobem  statku,  potem  przywiązał  czółno,  aby  nie  odpłynęło,  wdrapał  się  po  łańcuchu 

kotwicy i wlazł na czworakach na pokład. 

Ś

wiatło  dzienne  jeszcze  nie  zajaśniało  i  paląca  się  lampa  oświetlała  słabo  stopnie 

prowadzące  do  kajuty.  Doktor,  przemykając  się  jak  cień,  zszedł  na  palcach  ze  schodów  i 

zajrzał przez uchylone drzwi do środka. Zezowaty Wilkins siedział jeszcze wciąż przy stole, 

tak jak to Dab-Dab opisała, i liczył perły. Dwóch innych mężczyzn spało na pryczach. Doktor 

otworzył drzwi i wskoczył do środka. Wilkins zerwał się natychmiast, wyciągnął pistolet zza 

pasa i wycelował w głowę doktora. 

- Ani kroku, bo będę strzelał! - warknął. Doktor zatrzymał się na chwilę, wlepił wzrok 

w  otwór  pistoletu  i  rozważał,  co  czynić  dalej.  Nie  spuszczając  oczu  z  doktora  Wilkins 

zamknął lewą ręką pudełko z perłami i schował je do kieszeni. 

Tymczasem  Dab-Dab,  nie  spostrzeżona  przez  nikogo,  wśliznęła  się  pod  stół  i  nagle 

background image

swoim mocnym dziobem uszczypnęła poławiacza pereł w nogę. 

Wilkins krzyknął i schylił się, aby ją strząsnąć. 

- Teraz czas na pana! - zawołała kaczka. 

I  w  tej  samej  chwili,  gdy  Wilkins  opuścił  pistolet,  doktor  skoczył  mu  na  plecy, 

chwycił za szyję i obydwaj potoczyli się dysząc na podłogę kajuty. 

Rozpoczęła  się  wściekła  walka.  Tarzali  się  po  podłodze,  przewracając  wszystko 

naokoło.  Wilkins  usiłował  oswobodzić  rękę  z  pistoletem,  a  doktor  starał  się  ją  przytrzymać, 

Dab-Dab  skakała,  fruwała  i  dreptała  wśród  nich,  trzepocąc  skrzydłami  i  czekając  na 

sposobność, aby nieprzyjaciela uszczypnąć w nos. 

W  końcu  doktor  Dolittle,  który  jak  na  swój  wzrost  był  bardzo  dobrym  zapaśnikiem, 

chwycił poławiacza pereł w żelazny uścisk, w którym tamten nie mógł się wcale ruszyć. Ale 

właśnie w chwili gdy doktor wytrącił pistolet z ręki wroga, hałas obudził jednego z mężczyzn 

ś

piących w kajucie. Wychylił się z pryczy i od tyłu zadał doktorowi butelką silne uderzenie w 

głowę. 

Oszołomiony i nieprzytomny padł Jan Dolittle na ziemię. Trzej mężczyźni rzucili się 

na niego i związali mu ręce i nogi powrozami. W ten sposób nastąpił koniec walki. 

Gdy  się  doktor  Dolittle  ocknął,  leżał  na  dnie  swego  własnego  czółna,  a  Dab-Dab, 

usiłując go uwolnić, skubała sznur, którym związano mu ręce. 

- Gdzie Wilkins? - zapytał słabym, nieprzytomnym głosem. 

- Uciekł - powiedziała Dab-Dab. - Uciekł z perłami ten łotr. Przynieśli pana do czółna, 

odczepili kotwicę, rozwinęli żagle i odpłynęli. Spieszyli się strasznie, spoglądali wciąż przez 

lunetę na morze 

i rozmawiali o statku straży celnej. Z pewnością Rząd ich poszukuje z powodu wielu 

złych  sprawek.  Nigdy  w  życiu  nie  widziałam  równie  podejrzanie  wyglądającej  bandy.  Tak, 

nareszcie  udało  mi  się  rozwiązać  sznur  na  pana  rękach.  Teraz  będzie  się  już  pan  mógł  sam 

uwolnić. Czy bardzo pana boli głowa? 

-  Jestem  jeszcze  wciąż  trochę  zamroczony  -  powiedział  doktor  usiłując  rozwiązać 

sznury krępujące mu kostki nóg. - Ale wkrótce przyjdę do siebie. 

Gdy  udało  mu  się  rozwiązać  powróz  na  nogach,  doktor  Dolittle  wstał  i  spojrzał  na 

morze. Na horyzoncie widać było żagle statku Wilkinsa, znikające na wschodzie. 

- Łotr! - To było wszystko, co mógł wymówić przez zaciśnięte zęby. 

background image

ROZDZIAŁ III  

 

PERŁY I BRUKSELKA 

 

 

Smutni i zawiedzeni doktor i Dab-Dab udali się w powrotną drogę. 

- Zajrzę jeszcze prędko na pocztę, zanim wyruszę z powrotem do wodza Nyam-Nyam 

- rzekł doktor. - Prawdopodobnie w sprawie pereł nie da się już nic zrobić.  Ale  chciałbym  

stwierdzić,  czy  tam jest wszystko w porządku. 

- A może jednak statek straży celnej dogoni Wilkinsa - powiedziała Dab-Dab - i może 

wtedy odzyskamy perły? 

-  Nie  wygląda  na  to  -  rzekł  doktor.  -  Z  pewnością  sprzedaje  jak  najprędzej.  Przecież 

zrabował  je  wyłącznie  dla  pieniędzy,  niczego  więcej  nie  pragnął.  A  kaczęta  tak  się  cieszyły 

pięknością pereł. Jaka szkoda, że je straciły, i to z mojej winy. No, ale nie warto płakać nad 

rozlanym mlekiem. Przepadły, i już. 

Zbliżając  się  do  łodzi  pocztowej  ujrzeli  mnóstwo  czółen,  otaczających  ją  ze 

wszystkich stron. Ponieważ tego dnia nie nadawano ani też nie przyjmowano poczty, doktor 

zdziwił się bardzo tym nieoczekiwanym ruchem. 

Przywiązał  swoje  własne  czółno  i  udał  się  do  urzędu.  Wewnątrz  zgromadzony  był 

wielki  tłum.  Doktor  razem  z  Dab-Dab  utorowali  sobie  drogę  i  w  oddziale  przesyłek 

poleconych  zobaczyli  wszystkie  zwierzęta  zgromadzone  wokoło  małej,  czarnej  wiewiórki. 

Biedne,  przerażone  stworzonko  miało  nóżki  związane  czerwoną  tasiemką,  przeznaczoną  do 

obwiązywania paczek, i wyglądało bardzo nieszczęśliwie. Po obu jej stronach stali na straży 

Ś

migły i Pyskacz. 

- Co to ma znaczyć? - zapytał doktor Dolittle. 

- Złapaliśmy złodzieja, który ukradł perły - oświadczył Śmigły. 

- I odebraliśmy już perły! - zawołała Tu-Tu. - Leżą w szufladzie ze znaczkami, a Jip 

ich pilnuje. 

- Nic nie rozumiem - rzekł doktor. - Zdawało mi się, że to Wilkins je ukradł. 

I  otworzył  szufladę,  w  której  rzeczywiście  leżały  trzy  piękne,  różowe  perły,  które 

wysłał w poleconej paczce. Zapytał więc Śmigłego, gdzie je znalazł. 

-  Po  pańskim  wyjeździe  -  zaczął  opowiadać  Śmigły  -  udaliśmy  się  z  drozdem  do 

drzewa, gdzie zgubił paczkę. Było już ciemno, usiedliśmy więc na gałęzi, żeby się przespać, 

odkładając poszukiwania do rana. O świcie ujrzeliśmy tę podłą wiewiórkę skaczącą z  gałęzi 

background image

na  gałąź  z  ogromną,  różową  perłą  w  pyszczku.  Rzuciłem  się  natychmiast  na  nią  i 

przytrzymałem,  dopóki  drozd  nie  odebrał  jej  perły.  Potem  musiała  nam  powiedzieć,  gdzie 

podziała dwie inne. Gdyśmy odzyskali już wszystkie trzy perły, zaaresztowaliśmy wiewiórkę 

i przyprowadziliśmy ją tutaj. 

-  Ach,  mój  Boże!  -  zawołał  doktor  spoglądając  na  biedną,  skrępowaną  czerwonym 

sznureczkiem przestępczynię. - Dlaczegoś ukradła te perły? 

Zrazu  wiewiórka  była  zbyt  przestraszona,  żeby  się  zdobyć  na  odpowiedź.  Doktor 

przeciął wiążące ją sznurki i powtórzył pytanie. 

- Myślałam, że to brukselka - powiedziała wiewiórka z zakłopotaniem. - Kilka tygodni 

temu,  gdyśmy  z  moim  małżonkiem  siedzieli  na  gałęzi,  doszedł  nas  nagle  zapach  brukselki. 

Oboje przepadamy za tymi warzywami. Gdyśmy się rozejrzeli, zobaczyliśmy tysiące drozdów 

niosących  brukselkę  w  dziobach.  Mieliśmy  nadzieję,  że  się  zatrzymają  i  dadzą  nam  trochę. 

Ale  tak  się  nie  stało.  Spodziewaliśmy  się,  że  może  za  kilka  dni  przylecą  inne  ptaki. 

Postanowiliśmy  więc  zostać  na  tym  drzewie  i  czekać.  I  dzisiaj  rano  ujrzałam  rzeczywiście 

jednego z tych drozdów siadającego na gałęzi z paczką w dziobie. „Pst - szepnęłam do mego 

małżonka  -  brukselka.  Może  uda  się  nam  ją  ściągnąć,  póki  drozd  nie  patrzy  w  tę  stronę”. 

Złapałam  paczkę  i  uciekłam.  Ale  gdyśmy  ją  otworzyli,  znaleźliśmy,  niestety,  tylko  te 

błyskotki. Myślałam, że to jakiś nowy gatunek łakoci, i chciałam je właśnie rozbić o kamień, 

gdy  ten  ptak  schwycił  mnie  za  kark  i  zaaresztował.  Te  wstrętne  perły  nie  mają  dla  mnie 

ż

adnej wartości. 

-  Bardzo  żałuję  -  powiedział  doktor  Dolittle  spotkało  cię  tyle  przykrości.  Dab-Dab 

odprowadzi cię do rodziny. Ale czy nie wiesz, że rabunek poczty to bardzo poważna sprawa? 

Jeśli miałaś tak wielką ochotę na brukselkę, dlaczego nie zwróciłaś się do mnie? Do ptaków 

w żadnym razie nie mogę mieć pretensji za to, że cię zaaresztowały. 

- Kradzione smakuje najlepiej - odezwał się wróbel Pyskacz. - Gdyby jej pan dał całą 

skrzynię  najlepszych  winogron  cieplarnianych,  nie  smakowałyby  jej  z  pewnością  tak  jak  to, 

co jej się uda ściągnąć. Na miejscu pana skazałbym ją na kilka lat przymusowych robót, żeby 

na przyszłość nie tykała łapami poczty. 

-  Ach,  lepiej  zapomnieć  o  tym  i  przebaczyć  -  rzekł  doktor.  -  Przecież  to  były 

lekkomyślne, dziecinne figle. 

-  Ładne  mi  dziecinne  figle  -  mruczał  Pyskacz.  -Matka  dużej  rodziny  i  zawodowy 

złodziej  kieszonkowy.  Wszystkie  wiewiórki  są  jednakowe.  Znam  je  z  parku    miejskiego:  

najbezczelniejsze  żebraczki    na  świecie,  kradną  innym  chleb  sprzed  nosa  i  znikają  w  jakiejś 

dziurze, nim zdążysz się obejrzeć. Ładne figle! 

background image

-  Chodź  -  powiedziała  Dab-Dab  chwytając  swymi  wielkimi,  rozcapierzonymi  łapami 

nieszczęsną  przestępczynię.  -  Odprowadzę  cię  na  ląd,  masz  szczęście,  że  to  doktor  Dolittle 

jest naczelnikiem poczty. Właściwie powinnaś pójść do więzienia. 

-  Śpiesz  się  z  powrotem,  Dab-Dab!  -  zawołał  za  nią  doktor,  gdy  wyfrunęła  przez 

otwarte  okno  ze  swoim  ciężarem.  -  Gdy  tylko  wrócisz,  udamy  się  natychmiast  do  Nyam-

Nyam. Tym razem sam zawiozę perły i oddam je osobiście kaczce. Nie chcę już narażać się 

na nowe kłopoty z ich powodu. 

Około  południa  doktor  po  raz  drugi  rozpoczął  przejażdżkę  wakacyjną,  a  ponieważ 

Geb-Geb, Jip i biała myszka uprosiły, aby je zabrał ze sobą, czółno było przepełnione. 

Około  godziny  szóstej  po  południu  przybyli  do  wsi  Nyam-Nyam  i  stary  wódz 

poczęstował ich obiadem. Było jednak bardzo mało do jedzenia. Przypomniało to doktorowi, 

jacy ci ludzie byli biedni. 

Podczas rozmowy z wodzem dowiedział się doktor, że najgroźniejszym wrogiem tego 

kraju  było  królestwo  Dahomej.  Ten  wielki,  potężny  sąsiad  najeżdżał  ciągle  ziemie  Nyam-

Nyam  i  zagarniał  całe  obszary,  a  mieszkańcy  ubożeli  coraz  bardziej.  Żołnierzami  w 

królestwie Dahomej były amazonki, to znaczy kobiety. Ale chociaż były kobietami, miały tak 

wysoki  wzrost  i  taką  siłę,  a  poza  tym  było  ich  tak  dużo,  że  stanowiły  straszliwą  potęgę.  Ile 

razy  napadały  na  małe  państwa  sąsiednie,  zawsze  zwyciężały  i  zabierały  wszystko,  czego 

pragnęły. 

Zdarzyło  się,  że  tej  nocy,  kiedy  doktor  bawił  w  gościnie  u  wodza,  amazonki 

zaatakowały  krainę  Nyam-Nyam.  Mniej  więcej  około  dziesiątej  wieczorem  wszystkich 

zbudziły ze snu głośne okrzyki: „Wojna! Wojna! Amazonki nacierają!” 

Zapanował  straszny  zamęt.  Zanim  księżyc  wzeszedł,  walczono  w  ciemnościach, 

napadano na własnych rodaków, nie odróżniając braci od wrogów. 

Gdy  się  nieco-rozjaśniło,  doktor  zobaczył,  że  większość  wojowników  wodza  Nyam-

Nyam uciekła do dżungli. Tysiące Amazonek krążyło po wsi i zabierało wszystko, co im się 

podobało. Doktor Dolittle próbował porozumieć się z nimi, ale go po prostu wyśmiały. 

Nagle biała mysz, która przyglądała się temu widowisku, siedząc na ramieniu doktora, 

szepnęła mu do ucha: 

- Jeśli to naprawdę jest armia kobiet, to dam sobie z nimi radę. Kobiety strasznie boją 

się myszy. Zwołam trochę myszy i zobaczymy, co się da zrobić. 

Biała  mysz  pobiegła  i  wkrótce  zebrała  własną  armię,  złożoną  mniej  więcej  z  dwustu 

myszy,  które  mieszkały  pod  podłogą  i  w  szparach  chat  murzyńskich.  Myszy  rzuciły  się  na 

amazonki i zaczęły je gryźć po nogach. 

background image

Z  krzykiem  i  wrzaskiem  porzuciły  wielkie,  tęgie  kobiety  wszystko,  co  ukradły,  i 

uciekły na łeb, na szyję do swoich domów. Przynajmniej raz sławne Amazonki nie osiągnęły 

tego, co zamierzały. 

Doktor  Dolittle  powiedział  białej  myszy,  że  może  być  dumna  z  siebie,  gdyż  z 

pewnością jest jedyną myszą na świecie, która wygrała wojnę. 

background image

ROZDZIAŁ IV  

 

POŁAWIACZE PEREŁ 

 

 

Następnego  ranka  doktor  wstał  bardzo  wcześnie.  Po  skromnym  śniadaniu  -  trudno 

było w tym zubożałym kraju wymagać czegoś innego - zapytał wodza Nyam-Nyam o drogę 

do  skał  Harmattan;  wódz  powiedział,  że  stąd  ich  nie  widać  -  są  o  półtorej  godziny  jazdy 

łodzią od Fantippo. 

Jan  Dolittle  zdecydował,  że  będzie  najlepiej,  jeśli  go  tam  zaprowadzi  jakiś  ptak 

wodny. I Dab-Dab w jego imieniu poprosiła o to mewę, która przechadzała się na wybrzeżu, 

nie mając właściwie nic do roboty. Mewa odrzekła, że zna dobrze te miejsca i poczytuje sobie 

za zaszczyt towarzyszenie doktorowi. Więc doktor wraz z Jipem, Geb-Geb, Dab-Dab i białą 

myszą wsiadł do łodzi i wypłynął w kierunku skał Harmattan. 

Ranek  był  piękny  i  przejażdżka  bardzo  przyjemna,  jakkolwiek  Geb-Geb  kilka  razy  o 

mało  nie  przewróciło  łodzi.  Wychylało  się  bezustannie,  aby  uchwycić  trawę  morską,  gdy 

zauważyło,  że  mewa  ją  zjada.  Ze  względów  bezpieczeństwa  musiano  je  w  końcu  ułożyć  na 

dnie czółna, skąd już nic nie mogło zobaczyć. 

Mniej więcej około godziny jedenastej rano - ląd afrykański znikł już z pola widzenia 

- ujrzeli grupę małych, skalistych wysepek, które według słów ich przewodnika były właśnie 

owymi skałami Harmattan. 

Wśród  skał  znajdowały  się  siedliska  tysięcznych  odmian  ptaków  morskich.  Gdy 

czółno  się  zbliżyło,  przyfrunęły  zaciekawione  mewy,  rybitwy,  albatrosy,  kormorany,  dzikie 

gęsi i dzikie kaczki, aby się przyjrzeć obcemu przybyszowi. Gdy się dowiedziały od mewy, że 

ten  spokojny,  niewielki,  gruby  jegomość  to  nie  kto  inny,  tylko  sam  wielki  doktor  Dolittle, 

wiadomość  ta  rozniosła  się  jak  błyskawica  i  wkrótce  czółno  zostało  otoczone  chmarą 

błyszczących  w  słońcu  skrzydeł.  Ptaki  morskie  powitały  doktora  takim  serdecznym  i 

hałaśliwym świergotem, że zagłuszyły każde wymówione słowo. 

Łatwo  było  zrozumieć,  dlaczego  ptaki  morskie  osiedliły  się  na  tej  właśnie  wyspie. 

Wybrzeże otoczone było ze wszech stron na pół zanurzonymi w morzu skałami, o które fale 

rozbijały  się  z  szumem  i  hukiem.  Żaden  statek  nie  docierał  tutaj  i  nie  zakłócał  spokojnego 

ż

ycia ptaków; nawet łódź tak lekka jak czółno doktora, zbudowana dla najpłytszych wód, nie 

mogłaby  tutaj  przybić,  gdyby  witające  Jana  Dolittle  ptaki  nie  przeprowadziły  go  zręcznie 

wokoło największej z wysp na drugą stronę, gdzie głęboka zatoka tworzyła rodzaj maleńkiego 

background image

portu.  Doktor  Dolittle  zrozumiał  teraz,  dlaczego  te  wyspy  zostały  w  posiadaniu  biednego 

wodza.  Nikomu  z  sąsiadów  nie  wydawały  się  warte  podboju.  Trudno  dostępne,  o  gruncie 

nieurodzajnym  i  niezdatnym  do  uprawy,  płaskie  i  wystawione  na  wszystkie  wiatry  i  burze, 

samotne  i  nagie  nie  nęciły  nieprzyjaciół  i  pozostawały  od  wielu,  wielu  lat  w  posiadaniu 

Nyam-Nyam  i  jego  szczepu,  chociaż  nikt  nigdy  ich  nie  odwiedzał.  Ale  ostatecznie  okazało 

się,  że  skały  Harmattan  są  o  wiele  więcej  warte  od  tych  wszystkich  obszarów,  które  zostały 

stracone. 

- Uważam, że tutaj jest szkaradnie - rzekło Geb-Geb po wyjściu z czółna. - Nic, tylko 

woda i skały. Nie wiem, po cośmy tu właściwie przyjechali? 

-  Chciałbym  tu  wyłowić  trochę  pereł  -  powiedział  doktor  Dolittle.  -  Ale  przedtem 

muszę pomówić z kaczką płaskonosą i oddać jej paczkę poleconą. Dab-Dab, bądź tak dobra i 

odszukaj ją wśród milionów tych ptaków morskich. Sam nie umiałbym tego zrobić. 

Dab-Dab odfrunęła, aby rozejrzeć się wśród ptactwa na wszystkich wyspach. A doktor 

zabawiał  się  tymczasem  rozmową  z  przywódcami  wszystkich  ptaków  morskich,  których 

poznał był już zresztą na wielkim zlocie w dolinie Wyspy Niczyjej. Zbiegły się one do niego, 

ż

eby pokazać swoim towarzyszom, że znają wielkiego człowieka osobiście. I znowu notatnik 

doktora  napełnił  się  opisami  spostrzeżeń,  które  można  było  zużytkować  przy  przenoszeniu 

poczty przez ptaki zamieszkałe nad morzem. 

Ptaki, które z początku otaczały Jana Dolittle wielkimi gromadami, teraz,  kiedy urok 

jego przybycia spowszedniał, powróciły znowu do swoich zwykłych zajęć. 

A  gdy  Dab-Dab  wróciła  i  powiedziała,  na  której  wyspie  „znajduje  się  poszukiwana 

kaczka, doktor wsiadł znowu do czółna i odpłynął w tamtym kierunku. 

Kaczka  płaskonosą  oczekiwała  go  na  wybrzeżu  i  usprawiedliwiała  się,  że  sama  nie 

przyfrunęła,  aby  go  przywitać;  ale  obawiała  się  pozostawić  swoje  młode,  gdyż  w  pobliżu 

krąży  orzeł  morski.  Dwoje  małych,  tłustych,  ledwo  opierzonych  kacząt,  które  nie  umiały 

jeszcze fruwać, lecz zaledwie biegać, stało obok. Doktor Dolittle otworzył paczkę i oddał im 

ich drogocenne zabawki. Z  radosnym kwakaniem pochwyciły je i zaczęły się bawić w piłkę 

ogromnymi, różowymi perłami. 

-  Jakież  to  rozkoszne  dzieciaki  -  rzekł  doktor  do  kaczki,  która  przyglądała  im  się  z 

dumą.  -  Cieszę  się,  że  odzyskały  swoje  cacka.  Za  nic  na  świecie  nie  chciałbym,  aby  je 

utraciły. 

- Tak, lubią bardzo bawić się tymi kamykami -powiedziała matka. - Czy może mi pan, 

doktorze, powiedzieć, co to jest? Jak panu już pisałam, znalazłam je w muszli ostrygi. 

- To są perły - powiedział doktor - które posiadają ogromną wartość. Wytworne panie 

background image

w wielkich miastach noszą je jako naszyjniki. 

-  Rzeczywiście?  -  zapytała  kaczka.  -  A  dlaczego  nie  noszą  ich  również  panie  po 

wsiach? 

-  Nie  wiem  dokładnie  -  powiedział  doktor  -  pewnie  dlatego,  że  perły  są  dla  nich  za 

drogie. Za każdą z tych pereł można by sobie kupić dom z ogrodem. 

-  Czy  nie  chciałby  ich  pan  sobie  zatrzymać?  -  zapytała  kaczka.  -  Mogłabym  się 

postarać o inną zabawkę dla dzieci. 

- Ach nie - rzekł doktor-bardzo dziękuję, ale ja już mam dom z ogrodem. 

-  Ależ,  panie  doktorze  -  wtrąciła  Dab-Dab  -  przecież  niekoniecznie  musi  pan  sobie 

kupić drugi dom z ogrodem za to, co pan dostanie za te perły. Przydałoby się nam mnóstwo 

innych rzeczy. 

- Małe kaczęta tak chętnie bawią się perłami -powiedział doktor - dlaczego miałbym je 

im zabierać? 

- Kulki z różowej plasteliny sprawiłyby im taką samą przyjemność - zauważyła Dab-

Dab. 

- Plastelina zawiera w sobie trującą substancję -powiedział doktor. - Kaczęta cieszą się 

pięknością tych pereł, niech je więc zatrzymają. Ale - zwrócił się do kaczki płaskonosej - jeśli 

wiesz, gdzie takie perły można znaleźć, interesowałoby mnie to bardzo. 

-  Ja  sama  nie  wiem  -  rzekła  kaczka.  -  Nie  wiem  nawet,  skąd  znalazły  się  w  tej 

ostrydze, którą zjadłam. 

-  Perły  rosną  w  ostrygach,  jeśli  w  ogóle  rosną  -  powiedział  doktor.  -  Ale  są  bardzo 

rzadkie.  To  właśnie  interesuje  mnie  najwięcej  -  przyczyna  powstawania  pereł.  Ludzie 

utrzymują,  że  tworzą  się  one  wokoło  ziarnka  piasku,  które  dostało  się  do  wnętrza  ostrygi. 

Sądziłem, że jeśli zjadasz tyle ostryg, będziesz mi mogła więcej o tym powiedzieć. 

-  Tego,  niestety,  nie  wiem  -  przyznała  kaczka.  -Prawdę  powiedziawszy,  przyniosłam 

sobie  te  ostrygi  ze  stosu  skorup,  który  jakiś  ptak  pozostawił  na  skale.  Pewnie  nie  mógł 

wszystkiego zjeść i odleciał; leży ich tam jeszcze mnóstwo. Chodźmy tam i spróbujmy kilka z 

nich rozłupać. Może we wszystkich znajdują się perły. 

Udali się na przeciwną stronę wyspy i wzięli się do otwierania ostryg. Ale nie znaleźli 

ani jednej perły. 

- Gdzie znajdują się tutaj ławice ostryg? - zapytał Jan Dolittle. 

- Między tą wyspą a następną - odpowiedziała kaczka. - Nie wyławiam ich sama, gdyż 

nie  umiem  się  tak  głęboko  zanurzać.  Ale  widziałam,  jak  inne  ptaki  morskie  je  stamtąd 

wydobywały, właśnie pośrodku między tą wyspą a tamtą małą naprzeciwko. 

background image

-  Pofrunę  tam  z  nią  -  odezwała  się  Dab-Dab  -  i  połowię  trochę  na  mój  własny 

rachunek.  Mogę  dość  głęboko  nurkować,  jakkolwiek  właściwie  nie  jestem  kaczką  nurkiem. 

Może  uda  mi  się  wyłowić  kilka  pereł.  -  Dab-Dab  odfrunęła  wraz  z  kaczką  płaskonosą  i 

rozpoczęła połów pereł. 

Przez  dobre  półtorej  godziny  wyławiała  wierna  gosposia  jedną  ostrygę  za  drugą  i 

przynosiła  je  doktorowi.  Otwierano  je  za  każdym  razem  z  przejęciem,  gdyż  nigdy  nie  było 

wiadomo,  co  się  w  nich  znajdzie.  Ale  nic  nie  znajdowano  w  -skorupach  oprócz  chudych  i 

tłustych ostryg. 

- Chciałbym sam spróbować się zanurzyć - powiedział doktor -jeśli woda nie jest zbyt 

głęboka.  Kiedy  byłem  mały,  wyławiałem  bardzo  zręcznie  pensy  rzucane  na  dno  naszego 

basenu. 

Zdjął ubranie, wszedł do czółna razem ze zwierzętami i skierował łódź w stronę ławic 

ostryg.  Potem  zanurzył  się  w  czystą,  zieloną  wodę,  a  Jip  i  Geb-Geb  przyglądały  się  temu  z 

natężoną  uwagą.  Ale  gdy,  parskając  jak  mors,  znowu  się  wynurzył,  nie  wydobył  ani  jednej 

ostrygi, miał tylko usta pełne trawy morskiej. 

- Zobaczymy, jak mnie się uda! - zawołał Jip. I drugi nurek skoczył w głąb morza. 

Geb-Geb tak się tym przejęło, że zanim ktokolwiek mógł je powstrzymać, dało susa w 

wodę.  Prosię  skoczyło  tak  szybko  i  gwałtownie,  że  zaryło  się  w  muł  na  dnie  i  doktor,  który 

ledwo odsapnął, musiał znowu wskoczyć do wody i wyciągnąć je. Wszystkie zwierzęta były 

tak  podniecone,  że  nawet  biała  myszka  skoczyłaby  do  wody,  gdyby  nie  odstraszyło  jej 

niepowodzenie Geb-Geb. 

Jipowi udało się wydobyć kilka ostryg, ale w żadnej z nich nie znalazł perły. 

-  Myślę,  że  jesteśmy  bardzo  kiepskimi  nurkami  -  zauważył  doktor  Dolittle.  -Zresztą 

jest zupełnie możliwe, że w ogóle nie ma tu już żadnych pereł. 

- Nie, ja sądzę inaczej - rzekła Dab-Dab - z pewnością znajdują się tu perły, ławice są 

takie wielkie. Trzeba by zapytać ptaków morskich, kto wydobył te ostrygi, w których kaczka 

znalazła perły. Ptak, który wyłowił taki stos ostryg, musi być doświadczonym poławiaczem. 

Gdy  doktor  się  ubierał,  a  Geb-Geb  obmywało  uszy  z  mułu,  Dab-Dab  przedsięwzięła 

podróż odkrywczą na wyspy. 

Po dwudziestu minutach przyprowadziła ze sobą czarnego ptaka z czubkiem czarnych 

piór na głowie. 

- Ten kormoran - oświadczyła Dab-Dab - wyłowił tę masę ostryg. 

-  Aha  -  powiedział  doktor.  -  Może  teraz  dowiemy  się  czegoś.  Czy  możesz  mi 

powiedzieć - zwrócił się do kormorana - gdzie można znaleźć perły? 

background image

- Perły? Co to znaczy? - zapytał ptak. Dopiero  gdy Dab-Dab wypożyczyła od kacząt 

ich cacka i pokazała mu je, zrozumiał, o co idzie. 

-  Ach  tak,  te  kamyki  znajdują  się  w  niedobrych  ostrygach.  Gdy  szukam  ostryg,  nie 

wyławiam  nigdy  tego  rodzaju,  niekiedy  tylko  przez  zapomnienie,  a  wtedy  nie  zadaję  sobie 

nawet trudu, żeby je otworzyć. 

- Ale jakże potrafisz odróżnić te ostrygi od innych? - zapytał doktor. 

-  Węchem  -  odrzekł  kormoran.  -  Ostrygi,  w  których  te  kamyki  się  znajdują,  mają 

niemiły zapach. Jestem bardzo wybredny w jedzeniu. 

- Czy chcesz przez to powiedzieć, że  gdy się znajdujesz pod wodą, możesz odróżnić 

jedną ostrygę od drugiej? 

- Rozumie się, to potrafi każdy kormoran. 

-  Teraz  wiemy  wszystko!  -  zawołała  Dab-Dab.  -Teraz  może  pan  mieć  tyle  pereł,  ile 

pan zechce. 

- Ależ te ławice ostryg nie należą do mnie - powiedział doktor Dolittle. 

- Ach, Boże - westchnęła kaczka - czy widział kto człowieka, który by się tak bronił 

przed tym, żeby się stać bogaczem? Do kogo te ławice należą? 

-  Naturalnie  do  wodza  Nyam-Nyam  i  jego  plemienia,  skały  Harmattan  są  ich 

własnością. Czy nie chciałbyś mi przynieść na próbę kilka ostryg w tym rodzaju? - zwrócił się 

do kormorana. 

- Z największą przyjemnością - rzekł kormoran. Przefrunął ławice ostryg i wpadł jak 

kamień do wody. Po chwili był już z powrotem, trzymając trzy ostrygi, dwie w łapach, jedną 

w dziobie. 

Zwierzęta z zapartym tchem zgromadziły się wokoło doktora, który otwierał skorupy. 

W  pierwszej  znajdowała  się  mała,  szara  perła,  w  drugiej  średnia,  różowa,  a  w  trzeciej  dwie 

ogromne, czarne perły. 

background image

ROZDZIAŁ V  

 

BUNT OBOMBA 

 

 

Późnym  popołudniem  tego  samego  dnia  powrócił  doktor  do  wioski  Nyam-Nyam. 

Dab-Dab, kormoran i inne zwierzęta towarzyszyły mu. 

Gdy  zbliżył  się  do  grupy  słomą  krytych  chat,  zauważył,  że  coś  się  stało.  Wszyscy 

mieszkańcy  wsi  zgromadzili  się  wokoło  chaty  wodza;  wygłaszano  przemówienia  i  wszyscy 

byli bardzo podnieceni. Stary wódz stał na progu i ujrzawszy swego przyjaciela, Jana Dolittle, 

skinął na niego, zapraszając do chaty. Gdy doktor wszedł, wódz zamknął drzwi i opowiedział 

mu, skąd pochodzi to wzburzenie. 

- Ciężkie doświadczenia nawiedziły mnie na starość, o biały człowieku - powiedział. - 

Przez  czterdzieści  lat  byłem  głową  mego  szczepu,  poważano  mnie,  czczono  i  okazywano 

posłuszeństwo. Teraz mój młody zięć, Obombo, domaga się, aby go obrano za wodza, i wielu 

moich  poddanych  popiera  go.  Nie  mamy  już  chleba;  wszystkie  środki  żywności  się 

wyczerpały. Obombo twierdzi, że to moja wina - gdy on zostanie wodzem, nastąpi dobrobyt i 

powodzenie.  Nie  jestem  niechętny  w  przekazaniu  mojej  władzy,  ale  wiem,  że  ten  młody 

nicpoń,  gdy  zajmie  moje  miejsce,  popchnie  kraj  do  wojny.  I  co  przez  to  osiągnie?  Czy  tym 

napełni  żołądki  swych  poddanych?  Wojny  przegrywamy  zawsze.  Nasi  sąsiedzi  są  wielkimi 

narodami,  my  zaś  jesteśmy  najmniejszym  szczepem  w  całej  zachodniej  Afryce.  Byliśmy 

zawsze  obrabowywani,  po  wielekroć  obrabowywani,  tak  że  dziś  matki  i  dzieci  żebrzą  na 

moim progu o chleb. O, gdybym był nie dożył tego dnia! 

Stary  wódz  padł  na  ławę  i  zalał  się  łzami.  Doktor  Dolittle  poklepał  go  po  ramieniu  i 

powiedział: 

- Wodzu Nyam-Nyam! Zdaje mi się, że dzisiaj odkryłem coś, co uczyni ciebie i twój 

lud  bogatymi  do  końca  życia.  Wyjdź  i  przemów  do  swego  plemienia.  Przypomnij  im,  że 

jestem wysłannikiem króla Koko, i przyrzeknij w moim imieniu, że jeśli jeszcze przez tydzień 

zachowają  spokój  pod  twoim  panowaniem,  kraj  wodza  Nyam-Nyam  stanie  się  sławny  ze 

swego bogactwa i dobrobytu. 

Stary  wódz  otworzył  drzwi  i  wygłosił  przemówienie  do  hałaśliwego  tłumu, 

zgromadzonego  przed  chatą.  Gdy  skończył,  wystąpił  jego  zięć,  Obombo,  i  wygłosił  inne 

przemówienie, w którym zażądał od ludu, aby starego wodza wygnał w dżunglę. Był dopiero 

w połowie swojej mowy, gdy tłum zaczął szemrać. 

background image

- Nie chcemy słuchać tego przemądrzałego młokosa! Lepiej poczekamy, aż się spełni 

obietnica  białego  człowieka.  To  człowiek  czynów,  nie  słów.  Czyż  to  nie  on  przy  pomocy 

białej,  zaczarowanej  myszy,  mieszkającej  w  jego  kieszeni,  zmusił  Amazonki  do  ucieczki? 

Stańmy  po  stronie  białego  człowieka  i  czcigodnego  Nyam-Nyam,  który  przez  tyle  lat 

dobrocią nami rządził. Obombo wpędziłby nas tylko w nowe wojny i jeszcze większą biedę. 

Wkrótce rozległy się z tłumu gwizdy i okrzyki; Obombo został obrzucony kamieniami 

i  błotem  i  nie  mógł  dokończyć  swego  przemówienia.  W  końcu  on  sam  musiał  uciekać  w 

dżunglę, aby się schronić przed gniewem ludu. 

Gdy  wzburzenie  minęło  i  mieszkańcy  wrócili  znowu  w  spokoju  do  swoich  chat, 

doktor Dolittle opowiedział wodzowi o bogactwach, które czekają na niego w ławicach ostryg 

na  skałach  Harmattan.  I  kormoran  przyrzekł  doktorowi  Dolittle,  że  pewna  ilość  jego 

krewniaków  będzie  wyławiała  perły  dla  ludzi,  tak  bardzo  potrzebujących  pieniędzy  i 

ż

ywności. 

W  ciągu  następnego  tygodnia  doktor  Dolittle  przewoził  swym  czółnem  dwa  razy 

dziennie starego wodza na skały Harmattan. Kormorany wyłowiły mnóstwo ostryg, a doktor 

sortował  perły,  układał  je  w  małe  pudełka  i  wysyłał  na  sprzedaż.  Jan  Dolittle  powiedział 

wodzowi, aby zachował  w tajemnicy całą sprawę i powierzył wysyłkę pereł tylko zaufanym 

ludziom. 

Wkrótce  dzięki  połowom  i  sprzedaży  pereł  zaczęło  napływać  mnóstwo  pieniędzy  do 

kraju, ludziom zaczęło się dobrze powodzić i każdy mógł jeść tyle, ile chciał. 

Do  końca  tygodnia  doktor  dotrzymywał  istotnie  swego  przyrzeczenia.  Kraj  wodza 

Nyam-Nyam stał się sławny ze swego dobrobytu na całym wybrzeżu zachodniej Afryki. 

Ale tam, gdzie ktoś zarabia dużo pieniędzy i interesy dobrze idą, przychodzą zawsze 

obcy,  poszukujący  szczęścia.  Nie  upłynęło  wiele  czasu,  gdy  mała,  biedna  dawniej  i  mało 

znacząca  wioska  zapełniła  się  handlarzami  z  sąsiednich  państw,  którzy  na  ruchliwych  i 

tłumnych  targach  kupowali  i  sprzedawali  towary.  I  naturalnie  powstało  wkrótce  pytanie,  z 

czego  ten  kraj  tak  szybko  się  wzbogacił.  A  chociaż  wódz  posłuszny  doktorowi  Dolittle 

powierzył  tajemnicę  połowu  pereł  tylko  kilku  wybranym  i  zaufanym  ludziom,  zaczęto 

zwracać uwagę na to, że czółno doktora jeździ wciąż tam i z powrotem do skał Harmattan. 

Łodzie szpiegów z sąsiednich państw, napadających i rabujących dawniej kraj Nyam-

Nyam, zaczęły krążyć wokół skał. I oczywiście tajemnica niebawem została odkryta. 

Emir  Ellebubu,  jeden  z  największych  i  najpotężniejszych  sąsiadów  Nyam-Nyam, 

zwołał  swoje  wojsko  i  wysłał  je  w  wojennych  łodziach,  aby  zawładnąć  skałami  Harmattan. 

Jednocześnie napadł na wieś, wygnał mieszkańców, a doktora Dolittle i starego wodza wtrącił 

background image

do więzienia. W ten sposób lud Nyam-Nyam został pozbawiony swej ziemi. 

W  dżungli  zaś,  gdzie  się  schroniła  przerażona  ludność  wsi,  Obombo  przemawiał  do 

poddanych swego teścia, rozbitych, rozsypanych małymi gromadami, tłumacząc im, jacy byli 

głupi,  gdy  zawierzyli  szalonemu  białemu  człowiekowi,  zamiast  słuchać  jego,  który  by  ich 

powiódł do władzy i potęgi. 

Gdy Emir Ellebubu wtrącił doktora do więzienia, nie pozwolił ani Dab-Dab, ani Geb-

Geb,  ani  Jipowi  mu  towarzyszyć.  Jip  opierał  się  gwałtownie  i  ugryzł  Emira  w  nogę.  Ale 

osiągnął tylko to, że uwiązano go na krótkim łańcuchu. 

Więzienie,  w  którym  zamknięto  doktora,  nie  miało  okien.  Ta  okoliczność  sprawiała 

mu  wielką  przykrość,  chociaż  już  dawniej  siadywał  w  afrykańskich  więzieniach  -  ponieważ 

przywiązywał  duże  znaczenie  do  świeżego  powietrza.  Poza  tym  skrępowano  mu  z  tyłu  ręce 

mocnym sznurem. 

-  Ach,  Boże  -  mówił  do  siebie,  siedząc  w  ciemnościach  na  ziemi  i  rozmyślając,  co 

pocznie bez pomocy swych zwierząt - a to fatalne wakacje! 

Ale nagle poruszyło się coś w jego kieszeni i ku wielkiej radości doktora wybiegła z 

niej biała mysz, która spała mocno i o której zupełnie zapomniał. 

-  Co  za  szczęście!  -  zawołał  doktor.  -  Właśnie  jesteś  mi  teraz  potrzebna.  Bądź  tak 

dobra,  wejdź  mi  na  plecy  i  przegryź  ten  wstrętny  postronek,  którym  związano  mi  ręce. 

Wrzyna mi się w przeguby. 

- Ależ bardzo chętnie - rzekła biała mysz i zabrała się zaraz do roboty. - Dlaczego tu 

jest tak ciemno? Czyżbym przespała cały dzień? 

-  Nie  -  odrzekł  doktor  -  jest  chyba  dopiero  koło  południa.  Ale  uwięziono  nas.  Ten 

stary głupi Emir z Ellebubu napadł na Nyam-Nyam i wtrącił mnie do więzienia. Co za głupia 

historia! Stale trafiam do więzienia. Ale najgorsze ze wszystkiego jest to, że nie pozwolił ani 

lipowi,  ani  Dab-Dab  iść  ze  mną.  Najbardziej  gniewa  mnie  to,  że  nie  ma  tutaj  Dab-Dab. 

Gdybym przynajmniej mógł jej posłać jakąś wiadomość. 

-  Niech  pan  poczeka,  aż  oswobodzę  panu  ręce  -powiedziała  biała  mysz.  -  Potem 

zobaczymy,  co  się  da  zrobić.  Jeden  postronek  już  przegryzłam.  Musi  pan  teraz  tylko 

pomachać trochę rękami, a rozwiąże pan wszystkie. 

Doktor Dolittle wyprężył ramiona i po chwili jego ręce były wolne od więzów. 

-  Co  za  szczęście,  że  siedziałaś  w  mojej  kieszeni!  -powiedział.  -  To  była  strasznie 

niewygodna pozycja. Cóż za okropne więzienie ma Emir Ellebubu! Najgorsze ze wszystkich, 

w których siedziałem. 

Tymczasem  Emir,  wyprawiając  w  swoim  pałacu  wielką  ucztę  zwycięzców,  oznajmił 

background image

jednocześnie, że wyspy Harmattan, które odtąd nazywać się będą 

„Królewską  Eksploatacją  Połowów  Pereł  z  Ellebubu”,  stanowią  jego  wyłączną 

własność  prywatną  i  że  wstęp  do  nich  jest  surowo  wzbroniony.  Wysłał  tam  sześciu 

urzędników, którzy mieli objąć wyspy w posiadanie w jego imieniu i eksploatować perły. 

Kormorany  nie  wiedziały  nic  o  wybuchu  wojny  i  o  niepowodzeniu  doktora.  I  gdy 

ludzie Emira przybyli i zabrali ostrygi z perłami przez nie wyłowione, ptaki sądziły, że to są 

ludzie wodza Nyam-Nyam, i nie broniły im niczego. Na szczęście ten pierwszy połów ostryg 

zawierał tylko małe i prawie bezwartościowe perły. 

Jip i Dab-Dab układali plany przedostania się do doktora, ale nie przychodziło im nic 

na myśl. A doktor w więzieniu machał jeszcze wciąż rękami, aby odrętwienie ustąpiło. 

-  Zdaje mi się, że pan wspomniał o jakiejś wiadomości dla Dab-Dab? - pisnęła biała 

mysz z ciemnego kąta. 

- Tak - rzekł doktor - i nawet bardzo pilnej. Ale nie mam pojęcia, jak do niej dotrzeć. 

Mury są kamienne, a drzwi bardzo grube. Zauważyłem to, gdy tu wchodziłem. 

-  Niech  pan  się  o  to  nie  troszczy,  panie  doktorze,  ja  się  z  nią  porozumiem  - 

powiedziała  mysz.  -  Odkryłam  tutaj  w  kącie  dziurę  wydrążoną  przez  pewnego  starego 

szczura. Wlazłam tam i przekonałam się, że zaczyna się ona pod murem i sięga aż do korzeni 

drzewa stojącego po drugiej stronie ulicy. 

- Ach, jak to dobrze! - krzyknął doktor. 

- Niech mi pan powie, o co idzie - mówiła dalej biała mysz - a zawiadomię o tym w 

mgnieniu oka 

Dab-Dab; siedzi właśnie na drzewie, pod którym jest wyjście z dziury. 

-  Powiedz  jej,  żeby  natychmiast  poleciała  na  skały  Harmattan  i  kazała  kormoranom 

przerwać połów pereł. 

Mysz wsunęła się do kryjówki szczurów i przedostała do drzewa. 

Gdy  Dab-Dab  dowiedziała  się,  o  co  chodzi,  pofrunęła  na  wyspy  i  oznajmiła 

kormoranom  rozkaz  doktora.  Przybyła  w  samą  porę:  właśnie  wylądowali  tam  ludzie  Emira, 

aby zabrać drugi ładunek pereł. Dab-Dab i kormorany wrzuciły czym prędzej już wyłowione 

ostrygi z powrotem do morza i ludzie Emira nic nie znaleźli. 

Po  bezowocnych  poszukiwaniach  powrócili  do  Emira  i  powiedzieli  mu,  że  na 

wyspach nie mogą już znaleźć ostryg perłowych. Wysłał ich po raz drugi, ale powrócili z tym 

samym rezultatem. 

Emir  był  bardzo  zaskoczony  i  gniewny.  Jeśli  Nyam-Nyam  mógł  znajdować  perły 

wśród skał Harmattan, to dlaczego jemu miało się to nie udać? Jeden z generałów był zdania, 

background image

ż

e to z pewnością sprawka białego człowieka, gdyż on to przecież odkrył ławice i rozpoczął 

połów ostryg. 

Emir  więc  przywołał  tragarzy  i  kazał  się  zanieść  w  lektyce  do  więzienia  doktora. 

Otwarto drzwi. Emir wszedł i powiedział: 

-  Co  za  kawały  urządzasz  mi  z  połowem  pereł  na  moich  wyspach,  ty  łotrze  o  białej 

twarzy? 

- To nie twoje perły i nie twoje wyspy, ty gburze o czarnej twarzy - odpowiedział Jan 

Dolittle. - Ukradłeś je staremu, biednemu Nyam-Nyam. Perły wyławiają ptaki wodne. Ale te 

ptaki  są  uczciwe  i  mogą  pracować  tylko  dla  uczciwych  ludzi.  Dlaczego  w  twoim  więzieniu 

nie ma nawet okien? Powinieneś się wstydzić. Emir wpadł w straszliwą wściekłość. 

- Jak śmiesz tak mówić do mnie? Jestem Emirem z Ellebubu! - zagrzmiał. 

- Jesteś oszustem bez sumienia - powiedział doktor. 

- Nie mam ochoty rozmawiać z tobą. 

-Jeśli nie nakażesz ptakom, aby dla mnie pracowały, zabronię przynosić ci pożywienie 

- zagroził Emir. 

- Zginiesz nędznie z głodu! 

-  Już  ci  powiedziałem,  że  nie  mam  ochoty  na  rozmowę  z  tobą.  Nie  dostaniesz  ani 

jednej perły z połowu wśród skał Harmattan. 

- A ty nie dostaniesz ani jednego kęsa, dopóki nie otrzymam pereł! - wrzeszczał Emir. 

Potem  nakazał  dozorcom,  aby  nie  dawali  doktorowi  nic  do  jedzenia,  i  wyniósł  się.  Drzwi 

zatrzasnęły  się  za  nim  z  głuchym  łoskotem  i  po  jednym,  jedynym  powiewie  świeżego 

powietrza został doktor znowu w ciemnościach swojej zatęchłej celi. 

background image

ROZDZIAŁ. VI  

 

UWOLNIENIE DOKTORA 

 

 

Najmocniej przekonany, że po kilku dniach doktor z głodu zrobi wszystko, czego się 

od  niego  zażąda,  powrócił  Emir  z  Ellebubu  do  swego  pałacu.  Rozkazał  zresztą,  aby 

więźniowi nie podawano nawet wody, gdyż był pewny, że to go uczyni podwójnie uległym. 

Ale  zaledwie  Emir  opuścił  więzienie,  biała  mysz  natychmiast  przelazła  przez  dziurę 

do miasta. Dniem i nocą przynosiła okruszyny, zbierane po domach. Były to okruchy chleba, 

sera,  kartofli  i  mięsa.  Te  zapasy  chowała  w  kapeluszu  doktora  w  kącie  celi.  Pod  wieczór 

każdego dnia mysz zdołała zebrać tyle okruchów, że starczyły na obfity, pożywny posiłek. 

Doktor Dolittle nie miał pojęcia, co właściwie jada. Ale ponieważ mączna mieszanina 

była  bardzo  lekko  strawna  i  pożywna,  nie  miał  przeciw  niej  żadnych  zastrzeżeń.  Aby 

dostarczyć swemu panu wody, mysz zaopatrywała się w orzechy. Wygryzała małą dziurkę w 

skorupce, potem rozkruszała jądro i wysypywała je przez dziurkę. Wreszcie napełniała pustą 

skorupkę  wodą  i  zaklejała  otwór  gumą  arabską,  którą  zbierała  z  drzew.  A  że  orzechy, 

napełnione wodą, były dla niej nieco za ciężkie, Dab-Dab przenosiła je z rzeki aż do wylotu 

korytarza podziemnego, a potem biała mysz toczyła je dalej przez chodnik do celi więźnia. 

Ponieważ  biała  mysz  prosiła  swe  przyjaciółki  -  myszy  polne  -  o  pomoc  w  zbieraniu 

orzechów,  mogła  zgromadzić  dużą  ilość  skorupek.  Gdy  doktor  Dolittle  był  spragniony,  brał 

jedną z nich do ust, napełniał gardło zimną wodą, a potem wypluwał skorupkę. 

Biała mysz przynosiła także kuleczki mydła, żeby jej pan mógł się golić, gdyż doktor 

nawet w więzieniu dbał bardzo o swoją powierzchowność. 

Gdy  cztery  dni  minęły,  Emir  z  Ellebubu  wysłał  swego  sługę  do  więzienia,  żeby  się 

dowiedzieć, czy doktor Dolittle jest gotów posłuchać jego rozkazów. Strażnicy rozmówili się 

z Janem Dolittle i donieśli Emirowi, że biały człowiek jest dalej tak samo uparty jak przedtem 

i nie ma najmniejszego zamiaru ustąpić. 

-  Dobrze!  -  zawołał  Emir,  tupiąc  nogami.  -  A  więc  zagłodzimy  go  na  śmierć.  Po 

dziesięciu  dniach  umrze,  a  ja  wtedy  przyjdę  i  będę  szydził  z  niego.  Tak  oto  niech  giną 

wszyscy nędznicy, którzy ośmielają się sprzeciwić Emirowi z Ellebubu. 

Po  upływie  dziesięciu  dni  przyszedł  istotnie  do  więzienia  w  otoczeniu  ministrów  i 

generałów,  aby  się  nasycić  widokiem  okrutnego  losu  białego  człowieka.  Ale  gdy  dozorca 

więzienny  otworzył  drzwi  celi,  ujrzeli,  zamiast  martwego  ciała  leżącego  na  ziemi,  doktora 

background image

Dolittle  uśmiechniętego,  ogolonego,  zadowolonego.  Jedyną  zmianą,  jaka  dała  się  zauważyć, 

było  to,  że  wskutek  braku  ruchu  jego  okrągła  postać  stała  się  jeszcze  trochę  okrąglejsza  i 

tłuściejsza. 

Emir  patrzył  na  więźnia  w  osłupieniu,  z  otwartymi  ustami,  zaniemówiwszy  ze 

zdumienia. Dzień przedtem opowiadano mu historię o klęsce Amazonek i nie chciał temu dać 

wiary. 

Ale teraz wierzył wszystkiemu, co opowiadano o tym człowieku. 

- Proszę patrzeć, Wasza Królewska Mość - szeptał mu jeden z jego ministrów do ucha 

- ten czarownik nawet golił się bez wody i mydła. Z pewnością stało się to za sprawą czarnej 

magii.  Wasza  Królewska  Mość,  trzeba  zwolnić  tego  człowieka,  zanim  nie  wtrąci  nas 

wszystkich w nieszczęście! 

I  przestraszony minister  ukrył się w tłumie, aby  szatański wzrok doktora  Dolittle nie 

padł  na  jego  twarz.  Emir  również  zaczął  się  niepokoić  i  wydał  rozkaz  natychmiastowego 

uwolnienia doktora. 

- Nie wyjdę stąd - oświadczył doktor zasłaniając sobą drzwi - dopóki nie zaopatrzysz 

tego więzienia w okna. To hańba trzymać ludzi w więzieniach bez okien. 

- Wstawcie natychmiast okna do więzienia - rozkazał Emir. 

-  Nie  odejdę  stąd  również  -  mówił  dalej  doktor  -dopóki  nie  zwolnisz  wodza  Nyam-

Nyam i nie rozkażesz twoim poddanym, aby opuścili jego kraj i skały Harmattan. Musisz mu 

także zwrócić pola i łąki, które ukradłeś. 

- Stanie się, jak tego pragniesz - wyjąkał Emir, zgrzytając zębami. - Tylko opuść nas. 

- Opuszczam was - rzekł Jan Dolittle - ale jeśli kiedykolwiek odważysz się niepokoić 

twoich sąsiadów, powrócę tutaj. Pamiętaj o tym! 

Potem  wyszedł  powoli  przez  bramę  więzienia  na  ulicę  zalaną  słońcem,  a  przerażeni 

ludzie uciekali przed nim zakrywając twarze i szepcąc: 

- Czary! Strzeżcie się jego spojrzenia! 

A  biała  mysz  w  kieszeni  doktora  zakrywała  sobie  łapkami  pyszczek,  aby  nie 

wybuchnąć głośnym śmiechem. 

Doktor Dolittle udał się teraz ze swymi zwierzętami i starym wodzem Nyam-Nyam z 

powrotem do jego kraju. Spotykali ciągle po drodze poddanych wodza, którzy wciąż jeszcze 

ukrywali  się  w  dżungli.  Gdy  dowiedzieli  się  o  przyrzeczeniu  Emira  i  usłyszeli  radosną 

nowinę,  że  ich  kraj  jest  wolny  i  spokojny,  przyłączyli  się  do  starego  Nyam-Nyam  i  do 

doktora.  I  na  długo  jeszcze  zanim  weszli  do  wsi,  Jan  Dolittle  wyglądał  jak  zwycięzca 

powracający na czele swych wojsk, tyle ludzi szło w jego orszaku. 

background image

Tego wieczora odbyły się wielkie uroczystości we wsi Nyam-Nyam i doktor Dolittle 

obwołany został największym człowiekiem, jaki kiedykolwiek przebywał w tym kraju. Dwaj 

najgroźniejsi wrogowie  zostali unieszkodliwieni. Emir był związany swoim przyrzeczeniem, 

a  Dahomejczycy  po  sromotnej  ucieczce  Amazonek  nie  odważyli  się  już  nigdy  na  nową 

napaść. 

Poddani  wodza  Nyam-Nyam  znowu  mogli  poławiać  perły  i  wkrótce  dobrobyt  i 

szczęście zapanowały w całym kraju. 

Następnego  dnia  doktor  Dolittle  udał  się  do  skał  Harmattan,  aby  podziękować 

kormoranom za ich pomoc. Towarzyszyli mu w  tej podróży  stary  wódz i czterej najbardziej 

zaufani mężowie plemienia. Aby w przyszłości nie było nieporozumień, pokazano tych ludzi 

kormoranom i polecono im, aby oddawały ostrygi z perłami tylko im i nikomu więcej. 

Podczas  pobytu  doktora  i  jego  towarzyszy  na  wyspie  wyłowiono  właśnie  ostrygę,  w 

której  znajdowała  się  ogromna  i  wyjątkowo  piękna  perła,  największa  i  najpiękniejsza,  jaką 

kiedykolwiek  znaleziono.  Była  po  prostu  doskonała  w  kształcie,  nieskazitelna,  o  bardzo 

oryginalnym zabarwieniu. 

Po  krótkim  przemówieniu  wódz  Nyam-Nyam  wręczył  tę  cudowną  perłę  doktorowi 

Dolittle  prosząc,  aby  raczył  ją  przyjąć  jako  drobne  wynagrodzenie  za  wszystkie  usługi 

wyświadczone jemu i jego poddanym. 

- Dzięki Bogu i za to - szepnęła Dab-Dab do Jipa. - Czy ty wyobrażasz sobie, co taka 

perła  znaczy  dla  nas?  Doktor  wydał  właśnie  ostatniego  szylinga  i  jest  biedny  jak  mysz 

kościelna.  Musielibyśmy  znowu  urządzić  cyrk  wędrowny  z  dwugłowcem  w  roli  głównej, 

gdybyśmy nie otrzymali tej perły w darze. Tak się cieszę z tego, bo chciałabym już osiąść w 

domu na stałe, jeśli w ogóle wrócimy tam kiedykolwiek. 

- Ach - wtrąciło Geb-Geb - mnie się tam życie w cyrku bardzo podobało. Bardzo lubię 

podróżować, ale po Anglii, i do tego jako aktor. 

-  Cokolwiek  się  stanie,  dobrze,  że  doktor  dostał  tę  perłę  -  rzekł  Jip.  -  Nie  ma  nigdy 

pieniędzy, a ta perła, jak słusznie zauważyłaś, Dab-Dab, uczyni go bogatym na całe życie. 

Ale  właśnie  gdy  doktor  dziękował  jeszcze  wodzowi  za  ten  piękny  dar,  nadleciała 

Ś

wiergotka-Goniec  z  listem  do  doktora.  Na  kopercie  było  napisane  czerwonym  atramentem 

„Express”. 

- Panie doktorze - powiedziała jaskółka. - Śmigły przypuszczał, że będzie lepiej, jeśli 

wyśle go specjalną pocztą. 

Doktor Dolittle otworzył list. 

- Ach, Boże - szeptał czytając - to od chłopa, któremu zrabowano brukselkę dla Geb-

background image

Geb. Zapomniałem mu odpisać. Przypominacie sobie zapewne, że pytał, jak to się stało, a ja 

byłem  tak  zajęty,  że  zupełnie  mi  to  wyszło  z  głowy.  Muszę  temu  biedakowi  w  jakiś  sposób 

wynagrodzić  tę  stratę,  nie  wiem  tylko  jak.  Ach,  już  wiem,  poślę  mu  tę  perłę.  To  mu 

wynagrodzi straconą brukselkę i jeszcze mu trochę zostanie. Tak, to świetna myśl! 

Ku  przerażeniu  Dab-Dab  doktor  oderwał  kawałek  czystego  papieru  z  listu  chłopa, 

nabazgrał odpowiedź, potem zawinął w to perłę i wręczył ją jaskółce. 

- Powiedz Śmigłemu, żeby wysłał to natychmiast listem poleconym. Wracam jutro do 

Fantippo. Powodzenia i serdeczne podziękowania za dodatkową, nadprogramową przesyłkę! 

Gdy  Świergotka-Goniec  zniknęła  w  oddali  z  drogocenną  perłą  Jana  Dolittle  w 

dziobku, Dab-Dab zwróciła się do Jipa i mruknęła: 

-  Tam  odlatuje  majątek  doktora.  To  nieprawdopodobne,  jak  się  tego  człowieka  nie 

trzymają pieniądze. 

- Tak, tak - westchnął Jip - żyjemy wszyscy wciąż jak w cyrku. 

- Lekko przyszło, lekko poszło - zażartowało Geb-Geb. - Nic nie szkodzi, uważam, że 

posiadanie  majątku  nie  jest  wcale  zabawne.  Bogaci  ludzie  muszą  zawsze  dbać  o  dobre 

maniery. 

background image

ROZDZIAŁ VII 

 

TAJEMNICZY LIST 

 

 

Opowiemy  teraz  o  niezwykłym  zdarzeniu,  może  najważniejszym  ze  wszystkich  tych 

dziwnych spraw, które się działy w czasie istnienia Poczty Jaskółczej. 

Gdy  po  swoich  krótkich  i  pracowitych  wakacjach  doktor  Dolittle  wrócił  do  łodzi 

pocztowej,  został  radośnie  powitany  przez  dwugłowca,  Tu-Tu,  Pyskacza  i  Śmigłego.  Nawet 

król  Koko  przybył,  aby  powitać  swego  przyjaciela,  którego  przyjazd  obserwował  przez 

lornetkę (cena dziesięć szylingów, sześć pensów) przysłaną mu niedawno pocztą z Londynu. 

A  najwytworniejsi  mieszkańcy  Fantippo,  którym  podczas  nieobecności  naczelnika  poczty 

bardzo brak było popołudniowej herbaty i towarzyskich ploteczek, wsiedli również w czółna i 

przybyli wraz z królem do urzędu pocztowego. 

Do  wieczora  doktor  nie  mógł  nic  robić,  tylko  przez  trzy  godziny  witał  swoich 

przyjaciół i odpowiadał na ich pytania: jak spędził wakacje, co robił i gdzie był. 

To  serdeczne  przyjęcie  i  widok  wygodnej  łodzi  o  oknach  ozdobionych  czerwonymi 

pelargoniami były powodem, że doktor powiedział potem do Dab-Dab: 

- Mam wrażenie, iż istotnie wróciłem do domu. 

-  Tak  -  odpowiedziała  gosposia  -  ale  nie  powinien  pan  zapominać  o  tym,  że  ma  pan 

inny, prawdziwy dom w Puddleby. 

- Masz słuszność - odrzekł doktor. - Zdaje mi się, że powinienem wkrótce pojechać do 

Anglii.  Ale  ludzie  z  Fantippo  cieszyli  się  przecież  szczerze  z  naszego  powrotu  -  prawda?  I 

ostatecznie musisz przyznać, że Afryka jest wcale ładnym krajem. 

- Owszem - odparła Dab-Dab - bardzo ładnym, jeśli się jest tu krótko i wlewa w siebie 

dużą ilość zimnych napojów. 

Po kolacji, gdy doktor opowiedział już swoim najbliższym od początku do końca całą 

historię połowu pereł, zwrócił w końcu uwagę na wielki stos listów, które go oczekiwały. Jak 

zwykle  pochodziła  ta  korespondencja  ze  wszystkich  stron  świata  i  od  wszystkich  gatunków 

zwierząt.  Doktor  przeglądał  je  całymi  godzinami  i  odpowiadał  na  nie  po  kolei.  Śmigły 

występował  w  roli  sekretarza  i  pisał  ptasim  pismem  odpowiedzi,  które  mu  doktor  tuzinami 

dyktował.  Często  dyktował  tak  prędko,  że  biedny  Śmigły,  aby  niczego  nie  opuścić,  musiał 

prosić o pomoc Tu-Tu, która miała wspaniałą pamięć. 

Gdy  stos  listów  był  prawie  przejrzany,  doktor  trafił  na  bardzo  dziwną,  umazaną 

background image

mułem  kopertę.  Długo  nie  można  było  odczytać  ani  jednego  słowa  z  tego  listu,  ani  nawet 

domyślić  się,  od  kogo  pochodzi.  Doktor  Dolittle  przyniósł  wszystkie  notesy  ze  swej  szafy, 

porównywał,  badał  i  przyglądał  się  temu  pismu  godzinami  z  bliska  i  z  daleka.  Zamiast 

atramentu  użyto  mułu  i  list  napisany  był  tak  niezdarnie,  że  nie  sposób  było  odgadnąć,  co 

zawierał. 

Ale  w  końcu,  po  wielkich  trudach,  gdy  go  się  na  nowo  przepisało,  po  długim 

zastanawianiu  się  i  dyskusjach  nad  każdym  słowem,  odcyfrowano  wreszcie  treść  tego 

tajemniczego listu. 

List brzmiał, jak następuje: 

 

Kochany Doktorze Dolittle! Słyszałem o Pańskiej poczcie i piszę tak, jak umiem - jest 

to  mój  pierwszy  list  w  życiu.  Jak  się  dowiaduję,  urządził  Pan  przy  swojej  poczcie  stację 

meteorologiczną,  a  jednooki  albatros  jest  tam  naczelnym  wróżem  pogody.  Chciałem  więc 

Panu  powiedzieć,  że  to  ja  jestem  najstarszym  prorokiem  pogody  na  świecie.  To  ja 

przepowiedziałem potop i moja przepowiednia sprawdziła się co do dnia i godziny. Poruszam 

się bardzo, bardzo powoli, inaczej byłbym Pana odwiedził, i może byłby mi Pan poradził coś 

na mój reumatyzm, który mi bardzo dokucza od ostatnich kilkuset lat. Ale gdyby Pan zechciał 

mnie  odwiedzić,  udzieliłbym  Panu  mnóstwa  cennych  wiadomości  z  dziedziny  meteorologu. 

Opowiem Panu również historię potopu, który przeżyłem na pokładzie arki Noego. 

Z najlepszymi pozdrowieniami 

 

stary żółw 

Błotnista Skorupa 

 

Gdy doktor Dolittle odcyfrował na koniec to błotniste pismo, nie posiadał się z radości 

i  ze  wzruszenia.  Natychmiast  rozpoczął  przygotowania,  aby  następnego  dnia  udać  się  w 

odwiedziny do starego żółwia. Ale gdy wziął znowu list do ręki, aby odszukać adres nadawcy 

i dowiedzieć się, gdzie żółw mieszka, okazało się, że nie ma ani słowa o miejscu jego pobytu. 

Tajemniczy  korespondent,  który  przepowiedział  potop,  widział  Noego  i  arkę,  zapomniał 

podać swojego adresu. 

-  Śmigły  -  powiedział  doktor  -  musimy  go  odnaleźć.  Choćby  trzeba  było  przewrócić 

wszystko do góry nogami, musimy się dowiedzieć, od kogo pochodzi ten cenny dokument. 

Kolejno  więc  przesłuchiwano  wszystkie  zwierzęta:  dwugłowca,  Pyskacza,  Tu-Tu  i 

wszystkie  jaskółki  i  ptaki,  które  przebywały  w  sąsiedztwie,  nawet  zamieszkałą  w  łodzi  parę 

background image

szczurów. 

Ale nikt nie widział, kto doręczył list; nikt nie mógł oznaczyć dnia ani godziny, kiedy 

list  nadszedł,  nikt  nie  mógł  powiedzieć,  skąd  się  wziął  w  stosie  listów  adresowanych  do 

doktora;  słowem,  nikt  nic  o  tym  nie  wiedział.  Była  to  jedna  z  tych  tajemnic  poczty,  które 

zdarzają się nawet w najlepiej prowadzonych urzędach pocztowych. 

Doktor  Dolittle  był  zrozpaczony.  W  swoich  studiach  przyrodniczych  zastanawiał  się 

często nad związkiem arki Noego z najrozmaitszymi sprawami i doszedł do wniosku, że Noe 

po  ukończeniu  swej  pamiętnej  podróży  musiał  się  stać  wielkim  przyrodnikiem.  Teraz 

zupełnie  niespodziewanie  nadarzyła  się  okazja  usłyszenia  tej  nadzwyczajnej  historii  od 

naocznego  świadka,  od  kogoś,  kto  znał  Noego  i  podróżował  z  nim  w  arce  -  a  tymczasem 

wskutek  tak  drobnego,  głupiego  przeoczenia,  jak  brak  adresu,  mogła  mu  się  ta  niezwykła 

okazja wymknąć. 

Gdy wszystkie próby odnalezienia dziwnego korespondenta spełzły na niczym, doktor 

Dolittle  po  dwóch  dniach  powrócił  do  swoich  zwykłych  zajęć.  Miał  w  następnym  tygodniu 

tyle pracy, że w końcu zapomniał o żółwiu i o tajemniczym liście. 

Ale  pewnego  wieczora,  gdy  siedział  nad  zaległą  od  dłuższego  czasu  robotą,  usłyszał 

ciche pukanie w okno łodzi. Przerwał pracę, wstał i otworzył. Natychmiast wsunęła się przez 

okno głowa olbrzymiego węża trzymającego w paszczy list, gruby, zabłocony list. 

- Wielki Boże - zawołał doktor - jakżeś mnie przestraszył! Wejdź, wejdź do środka i 

rozgość się. 

Powolnym, miękkim ruchem wąż wpełzł przez okno na dno łodzi, niezliczone skręty 

jego ciała układały się u stóp doktora jak zwinięta lina na pokładzie statku. 

-  Przepraszam  bardzo,  czy  dużo  z  ciebie  pozostało  jeszcze  na  zewnątrz?  -  zapytał 

doktor. 

- Tak - odrzekł wąż. - Dopiero połowa przedostała się tutaj. 

- W takim razie otworzę drzwi, abyś mógł choć w części pomieścić się na korytarzu. 

Pokój jest trochę za mały. 

Gdy  nareszcie  wielki  wąż  wsunął  się  całkowicie,  grube  zwoje  jego  ciała  zasłały  całą 

podłogę w pokoju doktora, a większa jego część wypłynęła na korytarz. 

- Czym mogę ci służyć? - zapytał doktor i zamknął okno. 

- Przynoszę panu list - powiedział wąż - list od starego żółwia. Dziwi się, dlaczego nie 

otrzymał odpowiedzi na swój pierwszy list. 

- Przecież nie podał mi swego adresu - powiedział doktor biorąc zabłoconą kopertę od 

węża. - Zadałem sobie dużo daremnego trudu, aby dowiedzieć się, gdzie mieszka. 

background image

-  Ach,  to  dlatego  -  rzekł  wąż.  -  Błotnista  Skorupa  nie  ma  wprawy  w  pisaniu  listów. 

Prawdopodobnie wcale nie wie, że należy podać swój adres. 

-  Cieszę  się  ogromnie,  że  znowu  mam  od  niego  wiadomości  -  powiedział  doktor.  - 

Straciłem już wszelką nadzieję, że go kiedykolwiek zobaczę. Czy możesz mi powiedzieć, jak 

się do niego dostać? 

- Ależ naturalnie  - odpowiedział wielki wąż. -  Mieszkam tam,  gdzie i on, w jeziorze 

Junganyika. 

- Widzę z tego, że jesteś wodnym wężem - rzekł doktor Dolittle. - Podróż, zdaje się, 

wyczerpała cię bardzo. Czy mogę ci czymś służyć? 

- Napiłbym się chętnie mleka - oświadczył wąż. 

- Mogę cię tylko poczęstować mlekiem dzikich kóz 

- rzekł doktor. - Ale jest bardzo świeże. 

I poszedł do kuchni, aby zbudzić gosposię. 

- Wyobraź sobie, Dab-Dab - zawołał ledwie dysząc; z wrażenia - dostałem znowu list 

od żółwia i posłaniec chce mnie do niego zaprowadzić! 

Gdy Dab-Dab weszła z mlekiem do pokoju, Jan Dolittle czytał właśnie list. Gosposia 

spojrzała na podłogę i wydała okrzyk przerażenia: 

- Co za szczęście, że nie ma tu pańskiej siostry Sary! 

- zawołała. - W jakim stanie znajduje się pańskie biuro! Przepełnione wężem! 

background image

ROZDZIAŁ VIII  

 

KRAINA BAGNISK MANGOWYCH 

 

 

Długa,  ale  bardzo  ciekawa  podróż  zawiodła  doktora  Dolittle  z  Fantippo  do  jeziora 

Junganyika. Okazało się bowiem, że miejsce pobytu żółwia znajduje się daleko, w głębi kraju, 

w sercu jednej z najdzikszych i najbardziej lesistych części Afryki. 

Geb-Geb zostało tym razem w domu, doktor zabrał ze sobą tylko Jipa, Dab-Dab, Tu-

Tu i Pyskacza, który zapewniał, że potrzebny mu jest urlop i że jego przyjaciele dadzą sobie 

doskonale radę z roznoszeniem poczty podczas jego nieobecności. 

Wielki  wąż  pociągnął  czółno  wraz  z  całym  towarzystwem  czterdzieści  czy 

pięćdziesiąt  mil  wzdłuż  południowego  wybrzeża.  Tam  zostawili  za  sobą  morze,  skręcili  do 

ujścia rzeki i rozpoczęli podróż w głąb kraju. 

Czółno,  obok  którego  płynął  wąż,  było  najlepszym  środkiem  komunikacji  w  tego 

rodzaju podróży, dopóki w rzece było dość wody. Ale gdy posuwali się w górę rzeki, zwężała 

się  ona  coraz  bardziej,  aż  w  końcu,  jak  dużo  rzek  w  krajach  tropikalnych,  stała  się  na 

niektórych  odcinkach  wyschniętym  łożyskiem  strumienia,  a  na  innych  -  łańcuchem  małych 

stawów połączonych długimi ławicami piasku. 

Ponad  nimi  wznosiło  się  liściaste  sklepienie  dżungli  niby  tunel  z  zieleni.  Przez  cały 

dzień było to dobrodziejstwem, gdyż dawało więcej cienia niż parasol. W wyschłym łożysku 

strumyka,  gdzie  doktor  Dolittle  musiał  czółno  przenosić  albo  posuwać  na  szynach  przez 

siebie zrobionych, praca była bardzo ciężka i cień był najbardziej pożądany. 

Przy końcu pierwszego dnia podróży doktor Dolittle chciał zostawić czółno w jakimś 

pewnym  miejscu  i  pójść  pieszo.  Ale  wąż  powiedział,  że  czółno  będzie  im  potrzebne,  gdyż 

mają jeszcze dużo wód i bagien do przebycia. 

Im  dalej,  tym  gęściejsza  stawała  się  dżungla,  ale  łożysko  rzeki  tworzyło  wciąż 

wyraźną, równą drogę i mimo wielu jego skrętów i wygięć posuwano się po nim dość szybko 

naprzód. 

Doktor Dolittle poznawał mnóstwo nowych rzeczy: cieszyły go drzewa, których nigdy 

nie  widział,  barwne  storczyki,  motyle,  paprocie,  ptaki  i  rzadkie  gatunki  małp.  Jego  notes 

zapełniał się przez cały czas notatkami i szkicami, które dopełniały jego i tak wielkiej wiedzy 

przyrodniczej. 

Na  trzeci  dzień  podróży  przywiodło  ich  łożysko  rzeki  w  zupełnie  nową  okolicę.  Kto 

background image

nigdy nie był na bagniskach porosłych zaroślami mangrowymi, ten nie może sobie wyobrazić, 

jak takie moczary wyglądają. Był to smutny krajobraz. Płaskie moczary, mnóstwo wielkich i 

małych  potoczków  zarosłych  kępkami  trawy  i  zielska,  gąszcze  sękatych  korzeni  i  cierni  - 

ciągnęły  się  milami  we  wszystkich  kierunkach.  Ten  krajobraz  przypominał  doktorowi 

ogromną, porosłą krzakami płaszczyznę po ulewnym deszczu. Wielkie drzewa, które widzieli 

poprzednio  w  dżungli,  znikły.  Na  siedem  lub  osiem  stóp  nad  ich  głowami  wznosiły  się 

mangrowe  drzewa,  a  z  ich  cienkich  gałęzi  zwieszały  się  długie  pasma  mchu  niby  szare, 

trzepoczące się szmaty. 

Tak samo zmieniło się całkowicie ich żywe otoczenie. Barwne ptaki leśne nie mogły 

mieszkać  w  tej  wilgotnej  okolicy  wodno-lądowej.  Zamiast  nich  widać  było  w  kolczastych 

zaroślach najrozmaitsze ptaki wodne, przeważnie długoszyje, o długich dziobach. 

Różne  gatunki  ibisów,  kormoranów,  nurków,  czapli  brodziły  po  wodzie  albo 

wysiadywały  jaja  na  małych  wysepkach.  Z  dziupli  i  jam  obok  sękatych  korzeni  wyglądały 

dziwne  i  osobliwe  wodne  istoty,  półryby  i  półjaszczurki,  szamoczące  się  z  jaskrawo 

zabarwionymi krabami. 

Wielu  ludziom  ta  kraina  bagnisk  mangrowych  wydawałaby  się  złowrogim, 

przytłaczającym  snem.  Ale  dla  doktora  Dolittle,  który  zawsze  odnosił  się  do  wszystkich 

stworzeń przyjaźnie i życzliwie, było to zachwycające, nowo odkryte pole badań. 

Teraz podróżni byli radzi, że wąż nie pozwolił im zostawić łodzi, gdyż tutaj, gdzie za 

każdym krokiem zapadało się po pas w bagniska, doktor i Jip nie mogliby sobie dać rady. Ale 

nawet  łodzią  posuwali  się  naprzód  bardzo  powoli  i  z  wielkimi  trudnościami.  Drzewa 

mangrowe  wyciągały  swe  długie,  skręcone,  krzyżujące  się  ramiona  we  wszystkich 

kierunkach, zastępując drogę, jak gdyby zadaniem ich było strzec tajemnicy tych milczących, 

ponurych miejsc, gdzie ludzie nie mogli się osiedlić i dokąd rzadko ktokolwiek zaglądał. 

Gdyby  nie  towarzyszył  im  wąż-olbrzym,  który  poruszał  się  najswobodniej  w 

grzęzawiskach, nie mogliby odbyć tej podróży. Ale ten doświadczony towarzysz wyprzedzał 

ich  stale  o  dziesiątki  mil,  aby  prowadzić  ich  najlepszymi  drogami,  odnajdywać  wodę  dość 

głęboką  do  przebycia  łodzią.  I  chociaż  głowa  węża  pozostawała  przeważnie  ukryta  w 

gęstwinie, to jednak w najtrudniejszych miejscach przeprawy obejmował ogonem dziób łodzi. 

Gdy  grzęźli w błocie, kurczył  gwałtownie swoje  długie, muskularne ciało i popychał  czółno 

jednym ruchem naprzód, jak gdyby to był dzbanuszek przywiązany do jego ogona. 

Dab-Dab,  Tu-Tu  i  Pyskacz  niewiele  sobie  robili  z  tej  jazdy  łodzią.  Fruwanie  od 

drzewa  do  drzewa  uważali  za  daleko  łatwiejszy  sposób  podróżowania.  Ale  przy  jednym  z 

tych  gwałtownych  pchnięć,  za  pomocą  których  ta  żywa  lina  holowała  ich  przez  bagno,  łódź 

background image

wysunęła  się  spod  nich.  Ten  wypadek  tak  rozbawił  siedzącego  na  drzewie  Pyskacza,  że 

hałaśliwym śmiechem przerwał uroczystą ciszę moczarów. 

- Gwałtu, rety, doktorku, a to pan wpadł! Kto by to pomyślał, że doktor medycyny Jan 

Dolittle,  wielki  lekarz  z  Puddleby  nad  rzeką  Marsh,  pozwoli  się  ciągnąć  po  cuchnących 

trzęsawiskach  w  najciemniejszej  głębi  Afryki  przez  tłustego  gada,  długiego  na  kilkaset 

jardów. Nie ma pan pojęcia, jak pan komicznie wygląda! 

- Ach, zamknij swój głupi dziób! - zawarczał Jip, od stóp do głowy pokryty czarnym 

mułem,  włażąc  z  powrotem  do  łodzi.  -  Tobie  łatwo  mówić,  możesz  ‘prze-frunąć  to  całe 

błocko! 

- Można by tu urządzić świetny plac do futbolu - szydził dalej wróbel. - Dziwię się, że 

Afrykanie  sami  na  to  nie  wpadli.  Nie  myślałem,  że  istnieje  gdzieś  tyle  błota,  z  wyjątkiem 

przedmieść  Londynu  w  deszczowe  dni  poświąteczne.  Chciałbym  wiedzieć,  kiedy  nareszcie 

przybędziemy  do  celu.  Tak  to  wygląda,  jak  gdybyśmy  wędrowali  na  koniec  świata  albo  w 

sam  jego  środek.  Od  czasu  kiedy  opuściliśmy  wybrzeże,  nie  spotkaliśmy  ani  jednej  ludzkiej 

twarzy. Nasz pan żółw prowadzi, zdaje się, bardzo samotne życie. Nie dziwiłbym się wcale, 

gdybyśmy  za  chwilę  mieli  spotkać  starego  Noego  siedzącego  na  szczątkach  swojej  arki. 

Ratuj, doktorze, Jipa, jakiś wystający korzeń złapał go za brodę! 

Wąż,  słysząc  gadaninę  Pyskacza,  sądził,  że  przytrafiło  się  jakieś  nieszczęście, 

odwrócił więc głowę chcąc zobaczyć, co się stało. Podczas tego krótkiego odpoczynku doktor 

i  Jip  osuszyli  się,  a  cenne  notesy  zostały  wyłowione  z  błota  i  umieszczone  w  bezpiecznym 

miejscu. 

- Czy w tej okolicy w ogóle nie mieszkają ludzie? - zapytał doktor Dolittle węża. 

-  Nie  -  odrzekł  wąż.  -  Kraj  zamieszkany  przez  ludzi  zostawiliśmy  dawno  za  sobą. 

Wśród tych bagien nikt nie wyżyje prócz stworzeń błotnych, wodnych, ptaków i wężów. 

-  Jak  daleko  jest  jeszcze  do  celu?  -  zapytał  doktor  Dolittle  i  opłukał  swój  kapelusz z 

błota w najbliższej kałuży. 

-  Jeszcze  mniej  więcej  dzień  podróży  -  rzekł  wąż.  -Szeroki  pas  moczarów  otacza 

Tajemnicze  Jezioro  Junganyika  ze  wszystkich  stron.  Ruszymy  szybciej  naprzód,  gdy  się 

wydostaniemy na otwartą toń jeziora. 

- Czy zbliżamy się już do jego brzegów? 

-  Tak  -  odpowiedział  wąż.  -  Ale  właściwie  Tajemnicze Jezioro  nie  posiada  brzegów, 

przynajmniej takich, na których człowiek mógłby stanąć. 

- Dlaczego nazywasz je Tajemniczym Jeziorem? 

- Ponieważ od czasów potopu nie przybył tu żaden człowiek - odpowiedział olbrzymi 

background image

wąż. - Pan jest pierwszy, który je ujrzy. My, stworzenia zamieszkujące je, jesteśmy dumne z 

tego, że kąpiemy się codziennie w prawiecznych wodach potopu. Bo powiadają, że jezioro to 

nie  istniało  przed  owym  czterdziestodniowym  deszczem.  Ale  od  czasu  gdy  potop  się 

skończył, ten zakątek ziemi jeszcze nie obsechł, pozostając pod ochroną drzew mangrowych. 

- Cóż było w tym miejscu przed potopem? - zapytał doktor. 

- Powiadają, że górzysta, urodzajna ziemia, szumiące łany zbóż i słoneczne pagórki - 

odrzekł  wąż.  -  Przynajmniej  tak  słyszałem.  Nie  byłem  tu  wtedy.  Błotnista  Skorupa  opowie 

panu o wszystkim. 

-  Cudownie!  -  zawołał  doktor.  -  Jedźmy  prędko  dalej,  chciałbym  jak  najprędzej 

zobaczyć Błotnistą Skorupę i Tajemnicze Jezioro. 

background image

ROZDZIAŁ IX 

 

TAJEMNICZE JEZIORO 

 

 

Następnego  dnia  podróży,  jak  to  wąż  przepowiedział,  ujrzano  bardziej  rozległy  i 

pogodniejszy  niż  dotychczas  krajobraz.  Stopniowo  znikały  wyspy  i  rzedł  las  drzew 

mangrowych.  Coraz  mniej  było  lądu,  a  coraz  więcej  wody.  Posuwano  się  bardzo  szybko 

naprzód.  Milami  mogło  teraz  czółno  doktora  bez  pomocy  węża  płynąć  przez  wodę  coraz 

głębszą.  Było  prawdziwym  urozmaiceniem  widzieć  nad  sobą  jasne  niebo  zamiast  gąszczu 

splątanych drzew. 

Na  tle  nieba  podróżni  coraz  częściej  spostrzegali  stada  dzikich  kaczek  i  dzikich  gęsi 

lecących na wschód. 

- To oznacza bliskość otwartej wody - powiedziała Dab-Dab. 

Około piątej po południu przebyli ostatnie wysepki i ławice mułu. A gdy dziób łodzi 

wjechał na szeroko rozlewającą się wodę, ujrzeli nagle przed sobą wielkie jezioro. 

Pierwszy  widok  Tajemniczego  Jeziora  zrobił  wielkie  wrażenie  na  doktorze  Dolittle. 

Jeśli krajobraz moczarów wydawał się smutny, to ten jeszcze bardziej. Jak okiem sięgnąć nie 

można było dojrzeć końca tych wód, nie było widać brzegu, tylko jak na oceanie linię, gdzie 

się niebo styka z ziemią. Ku wschodowi, w najciemniejszej stronie przedwieczornego nieba, 

nie było widać nawet tej linii, gdyż mętna woda i zapadająca noc stapiały się w atramentową 

czerń.  Na  prawo  i  lewo  doktor  mógł  odróżnić  zarysy  drzew  na  brzegu  jeziora,  na  północy  i 

południu ginące gdzieś w oddali. 

Nad  jeziorem  unosiła  się  gęsta,  szara  mgła,  rozwiewając  się  i  zwijając,  łącząc  i 

rozłączając pod podmuchami wiatru, który ją pędził tędy i owędy nad powierzchnią wody. 

-  Na  Boga  -  szepnął  doktor  cicho.  -  Tutaj  można  nieomal  uwierzyć  w  to,  że  potop 

jeszcze nie minął. 

- Przyjemne miejsce pobytu, co? - rozległ się zuchwały głos Pyskacza od steru łodzi. - 

Londyn przy najgorszej mgle jest wobec tego miastem najpromienniejszego słońca. To kraina 

jakby  stworzona  dla  węży.  Patrzcie,  jak  te  welony  mgieł  ślizgają  się  po  jeziorze.  Może  to 

stary Noe i jego rodzina biegają w nocnych koszulach, bawiąc się w berka? 

-  Mgły  są  tu  zawsze  -  powiedział  wąż.  -  Zawsze  były  i  w  nich  odbiły  się  promienie 

pierwszej tęczy. 

-  No,  sprzedałbym  za  psie  pieniądze  tę  całą  krainę,  gdyby  była  moja.  Z  mgłą  i  całą 

background image

resztą na dodatek -zakpił wróbel. 

-  Ile  setek  mil  tego  uroczego,  błękitnego  oceanu  mamy  jeszcze  przed  sobą,  zanim 

dotrzemy do naszego pana żółwia? 

- Już niewiele - powiedział wąż. - Błotnista Skorupa mieszka o parę mil na północ, na 

brzegu jeziora. Musimy się pośpieszyć, żeby przybyć tam, zanim wieczór zapadnie. 

Gdy o zmierzchu rozległy się z drzew mangrowych nawoływania rozmaitych ptaków 

nocnych, Tu-Tu powiedziała doktorowi, że są między nimi sowy, ale takiego gatunku, jakiego 

nigdy przedtem nie widziała i o jakim nie słyszała. 

- Tak - oświadczył doktor - na pewno istnieje tu mnóstwo zwierząt i ptaków, których 

nigdzie na świecie znaleźć nie można. 

W końcu, gdy jeszcze było dość jasno,  aby rozpoznać okolicę, wąż skręcił na lewo i 

wpełznął jeszcze raz w bezdroża moczarów. Doktor, który w zapadającym mroku ledwo mógł 

mu  nadążyć,  wprowadził  czółno  w  głęboką  zatokę.  Nagle  dziób  łodzi  natknął  się  na  coś 

twardego. Jan Dolittle wychylał się właśnie, aby się przekonać, co to takiego, gdy usłyszał tuż 

obok siebie głęboki, bardzo głęboki basowy głos: 

- Witaj, Janie Dolittle, witaj na jeziorze Junganyika! 

Gdy  podniósł  oczy,  ujrzał  na  pagórkowatej  wysepce  olbrzymiego  żółwia  -  skorupa 

jego miała pełnych dwanaście stóp długości - odcinającą się od czarno-błękitnego nieba. 

Nareszcie długa podróż była skończona. 

Doktor  Dolittle  nigdy  nie  lubił  zabierać  w  podróż  dużego  bagażu,  miał  więc  z  sobą 

tylko kilka niezbędnych rzeczy zawiniętych w pled, no i, naturalnie, swoją małą, czarną torbę 

z  lekarstwami.  Wśród  tych  przedmiotów  znajdowało  się  szczęśliwie  kilka  świec.  Bez  nich 

byłoby bardzo trudno wyjść z łodzi na ląd. 

Nie  było  jednak  łatwo  zapalić  te  świece  przy  wietrze  wiejącym  od  wody.  Aby 

ochronić  płomień,  Tu-Tu  uplotła  prędko  kilka  zasłon  z  cienkich  liści,  przez  które  światło 

ś

wieciło wprawdzie trochę zielonkawo, ale dość jasno, aby oświetlić drogę. 

Ku  swemu  zdumieniu  doktor  przekonał  się,  że  owa  wyspa  czy  pagórek,  na  którym 

ż

ółw mieszkał, nie był utworzony z mułu, chociaż wszędzie widać było błotniste ślady. Był z 

kamienia obrobionego dłutem. 

Gdy badał to z największą ciekawością, żółw rzekł: 

- To są mury miasta. Dawniej zadowalałem się mieszkaniem i spaniem w błocie. Ale 

od  czasu  gdy  mój  reumatyzm  tak  się  pogorszył,  poszukałem  sobie  bardziej  słonecznego  i 

suchego miejsca zamieszkania. Te kamienie pochodzą z pałacu królewskiego. 

-  Kamienie  z  pałacu,  z  miasta?!  -  zawołał  doktor  zapatrzony  w  ciemną  pustkę 

background image

otaczającą wysepkę. -Skąd się tu wzięły? 

- Z dna jeziora - odpowiedział żółw. - Stamtąd - i wskazując mętną toń za sobą, dodał: 

-  Tam  wznosiło  się  przed  tysiącami  lat  piękne  miasto  Szalba.  Znałem  je  dobrze,  gdyż 

mieszkałem w nim przez długie lata. Było to niegdyś największe i najpiękniejsze miasto, jakie 

ludzie  wybudowali.  A  król  Masztu  z  Szalba  był  najpotężniejszym  władcą  świata.  Teraz  ja, 

Błotnista Skorupa, mieszkam w ruinach jego pałacu. Cha, cha! 

- Mówisz tonem pełnym goryczy - rzekł doktor. -Czy król Masztu zrobił ci coś złego? 

-  Dałoby  się  o  tym  dużo  powiedzieć  -  zamruczał  żółw  -  ale  to  należy  do  historii 

potopu. Przybywasz z daleka i jesteś zapewne głodny i zmęczony. 

-  Ale  mimo  to  z  niecierpliwością  czekam  na  twoje  opowiadanie.  Czy  będzie  bardzo 

długie? 

-  Na  pewno  potrwa  jakieś  trzy  tygodnie  -  szepnął  wróbel.  -Żółwie  robią  wszystko 

bardzo  wolno.  Będzie  to  z  pewnością  najdłuższa  historia  na  świecie.  Proponuję,  doktorku, 

abyśmy  sobie  najpierw  urządzili  małą  drzemkę,  a  potem  przekąsili  porządnie.  Na  słuchanie 

będzie jutro czas. 

I  tak  się  też  stało;  Jan  Dolittle  musiał  powściągnąć  swoją  niecierpliwość  i  odłożyć 

opowiadanie  żółwia  do  następnego  dnia.  Na  kolację  udało  się  Dab-Dab  naznosić  mnóstwo 

smakowitych mięczaków, a Tu-Tu zebrała trochę jagód na deser. 

A  potem  zajęto  się  sprawą  noclegu.  Nie  było  to  łatwe,  gdyż  jakkolwiek  pagórek 

ż

ółwia miał kamienne fundamenty, to nie było na nim ani jednego suchego miejsca, gdzie by 

można się położyć. Doktor Dolittle próbował przespać się w łodzi, ale tam mógł leżeć jedynie 

skurczony  i  w  bardzo  niewygodnej  pozycji.  Zresztą  nawet  tam  był  teraz  muł  naniesiony 

nogami doktora i Dab-Dab. W tej okolicy do największych trudności należało unikanie błota. 

-  Gdy  rodzina  Noego  opuściła  arkę  -  odezwał  się  żółw  -  spali  wszyscy  w  małych 

łożach, uwiązanych między pniami zatopionych drzew. 

- Ach, w hamakach - zawołał doktor - naturalnie, przydałyby się one tutaj ogromnie! 

I przy pomocy Jipa i Dab-Dab uplótł sobie bardzo wygodny hamak z giętkich gałązek 

i  powiesił  go  między  dwoma  wielkimi  drzewami  mangrowymi.  Potem  ułożył  się  w  nim  i 

przykrył pledem. Jakkolwiek drzewa pod jego ciężarem zgięły się nad wodą, były jednak dość 

mocne i wskutek swej giętkości elastyczne jak najlepsze sprężyny. 

Księżyc wzeszedł i upiorny krajobraz jeziora Junganyika był pełen zielonego światła i 

niebieskich  cieni.  Gdy  doktor  zgasił  świecę,  a  Jip  skulił  się  przy  jego  nogach,  żółw  zaczął 

nagle  swoim  niskim,  basowym  głosem  śpiewać  jakąś  pieśń,  poruszając  przy  tym  swą  długą 

szyją na prawo i na lewo w blasku księżyca. 

background image

- Co to jest za melodia, którą nucisz? - spytał doktor. 

-  To  marsz  słoni  -  odpowiedział  żółw.  -  Śpiewano  go  podobno  stale  w  królewskim 

cyrku w Szalba podczas pochodu słoni. 

-  Mam  nadzieję,  że  nie  liczy  on  zbyt  wielu  zwrotek  -  mruknął  Pyskacz,  sennie 

chowając głowę pod skrzydło. 

Słońce nie ukazało się jeszcze nad ponurą tonią jeziora Junganyika, gdy Jip usłyszał, 

ż

e doktor już się porusza w hamaku. 

Wkrótce  usłyszeli  też  Dab-Dab,  krzątającą  się  w  mule  i  usiłującą  w  tych  trudnych 

warunkach przygotować śniadanie. 

Potem  zaspany  Pyskacz  wysunął  głowę  spod  skrzydła,  rzucił  wzrokiem  na  błotniste 

otoczenie i schował ją czym prędzej. Ale dalsza drzemka była bezcelowa. Całe towarzystwo 

było już rozbudzone i doktor Dolittle, który się palił do tego, aby usłyszeć historię Błotnistej 

Skorupy, wyskoczył z hamaka i mył się hałaśliwie w jeziorze. 

Wróbel otrząsnął więc piórka, zaklął kilkakrotnie w dialekcie londyńskim i frunął do 

doktora. 

- Doktorku - szepnął - to nie jest zdrowe miejsce. Na skutek wilgoci w powietrzu cały 

zesztywniałem.  Jestem  pewny,  że  gdybyśmy  tu  dłużej  przebywali,  urosłyby  nam  błony 

między  palcami.  Niech  pan  się  ma  na  baczności,  gdy  stary  żółw  zacznie  prząść  nici  swoich 

wspomnień.  Wie  pan,  kogo  on  mi  przypomina?  Starego  żołnierza.  Gdy  taki  zacznie 

wygrzebywać  swoje  wspomnienia,  nie  może  przestać.  On  ze  swoją  długą,  chudą  szyją 

podobny jest nawet do takiego starego wiarusa. Niech mu pan powie, żeby to załatwił krótko i 

bez  bólu,  tyko  w  ogólnych  zarysach.  Im  prędzej  otrząśniemy  nasze  nogi  z  błota  jeziora 

Junganyika i wrócimy do Fantippo, tym lepiej. 

Po  śniadaniu  doktor  zatemperował  swój  ołówek,  wyciągnął  notes,  kazał  Tu-Tu 

uważnie  słuchać  na  wszelki  wypadek,  gdyby  sam  coś  opuścił,  i  poprosił  żółwia,  aby  zaczął 

opowiadać. 

Pyskacz  miał  słuszność.  Wprawdzie  opowiadanie  nie  ciągnęło  się  tygodniami,  ale  w 

każdym  razie  przez  cały  długi  dzień.  Powoli  i  równomiernie  wzeszło  słońce  na  wschodzie, 

przeszło  niebiosa  i  zatonęło  w  jeziorze  po  zachodniej  stronie.  A  żółw  wciąż  jeszcze 

opowiadał  o  cudach,  które  przeżył  w  dawnych  czasach,  zaś  ołówek  doktora  Dolittle  biegł 

niezmordowanie po stronicach jego notesu. Przerwy były tylko wtedy, gdy żółw odpoczywał 

przez chwilę i zwilżał swą długą krtań błotnistą wodą z jeziora albo gdy doktor zadawał mu 

pytania, dotyczące przyrody w czasach przedhistorycznych. 

Dab-Dab  przygotowała  obiad  i  kolację  i  podała  jak  najciszej,  aby  nie  przeszkadzać. 

background image

Ale doktor przełknął tylko kilka kęsów. Opowiadanie ciągnęło się aż do nocy. Doktor Dolittle 

pisał teraz przy świetle świecy, gdy jego wszystkie zwierzęta, z wyjątkiem Tu-Tu, drzemały 

albo po prostu spały. 

Nareszcie  mniej  więcej  o  wpół  do  jedenastej,  ku  wielkiej  uldze  Pyskacza,  żółw 

zakończył swoje opowiadanie następującymi słowami: 

-  I  tak  oto,  Janie  Dolittle,  kończy  się  historia  potopu  opowiedziana  przez  kogoś,  kto 

widział to na własne oczy. 

Gdy żółw skończył, nikt nie odzywał się ani słowem. Nawet Pyskacz, który nie miał 

dla  nikogo  szacunku,  milczał.  Skrawki  gwiazd,  których  światło  zaćmiewał  blask  księżyca, 

migały  jak  maleńkie  oczka  w  błękitnej  mgle,  otulającej  jezioro.  Gdzieś  w  gąszczu  drzew 

mangrowych  słychać  było  wołanie  sowy,  a  Tu-Tu  odwracała  szybko  głowę,  nasłuchując. 

Dab-Dab,  oszczędna  gosposia,  widząc,  że  doktor  Dolittle  zamknął  swój  notes  i  schował 

ołówek, zgasiła świecę. 

Wreszcie doktor przemówił. 

-  Stary  żółwiu  -  powiedział.  -  Nigdy  w  życiu  moim  nie  słyszałem  podobnie 

interesującej historii. Cieszę się, że tutaj przybyłem. 

-  I  ja  się  cieszę,  Janie  Dolittle  -  powiedział  żółw.  -  Jesteś  jedynym  człowiekiem  na 

ś

wiecie,  który  rozumie  mowę  zwierząt.  I  gdybyś  mnie  nie  odwiedził,  nie  mógłbym  nikomu 

opowiedzieć historii potopu. Starzeję się bardzo i nie opuszczę już nigdy jeziora Junganyika. 

-  Czy  nie  byłoby  to  zbyt  zuchwałe,  gdybym  cię  poprosił  o  jakąś  pamiątkę  z 

zatopionego miasta? -zapytał doktor Dolittle. 

- Jak najchętniej - odrzekł żółw. - Zaraz się zanurzę i przyniosę ci coś z głębi. 

Powoli  i  ostrożnie,  jak  nieprawdopodobny  twór  czasów  przedpotopowych,  podniósł 

ż

ółw  swoje  olbrzymie  ciało  i  pogrążył  się  w  wodzie  bez  najlżejszego  szmeru.  Tylko  lekko 

zmarszczona powierzchnia wody zdradzała, gdzie znikł. 

Zwierzęta  rozbudziły  się  tymczasem  i  wszystkie  oczekiwały  w  milczeniu  powrotu 

Błotnistej  Skorupy.  Doktor  Dolittle  wyobrażał  sobie,  jak  jego  olbrzymi  przyjaciel  łazi  po 

mule  nagromadzonym  od  stuleci  na  dnie  jeziora,  poszukując  jakiejś  pamiątki  tej  dawnej 

kultury,  która  znikła  wraz  z  potopem.  Spodziewał  się,  że  przyniesie  mu  jakąś  książkę  albo 

rękopis. 

Tymczasem  gdy  żółw  wynurzył  się  mokry  i  błyszczący  w  świetle  księżyca,  niósł  na 

grzbiecie rzeźbioną w kamieniu ramę okienną, która musiała ważyć przeszło tonę. 

-  Rety  -  westchnął  Pyskacz.  -  Nasz  żółw  nadawałby  się  do  dźwigania  fortepianów. 

Czy doktor ma to sobie przyczepić jako brelok na łańcuszku do zegarka? 

background image

-  To  najlżejszy  przedmiot,  jaki  mogłem  znaleźć  -usprawiedliwiał  się  żółw  i  zrzucił 

ramę  z  grzbietu  z  hukiem,  od  którego  zatrzęsła  się  wyspa.  -  Spodziewałem  się,  że  znajdę 

garnek albo talerz, albo coś podobnego, co mógłbyś zabrać ze sobą. Ale te wszystkie mniejsze 

przedmioty  leżą  zakopane  tak  głęboko  w  mule,  że  dotrzeć  do  nich  nie  sposób.  Ten  gzyms 

odłamałem z drugiego piętra pałacu; pochodzi z sypialni królowej. Sądziłem, że obejrzysz go 

chętnie,  nawet  gdy  nie  będziesz  tego  mógł  zabrać  z  sobą.  Jest  bardzo  pięknie  rzeźbiony, 

rozpoznasz to, gdy obmyję błoto. 

Zapalono znowu świecę i gdy oczyszczono rzeźby, doktor przyjrzał im się dokładnie, 

a nawet przerysował do swego notatnika. 

Tymczasem  całe  jego  towarzystwo,  z  wyjątkiem  Tu-Tu,  zasnęło  na  nowo.  Dopiero 

słysząc  chrapanie  Jipa  w  hamaku  doktor  zorientował  się,  że  zrobiło  się  późno.  Gdy  znowu 

zgasił  świecę,  było  bardzo  ciemno,  gdyż  księżyc  już  zaszedł.  Wobec  tego  doktor  wlazł  do 

hamaka i przykrył się pledem. 

background image

ROZDZIAŁ X 

 

OSTATNI ROZKAZ GENERALNEGO POCZMISTRZA 

 

 

Gdy  Dab-Dab  następnego  ranka  obudziła  całe  towarzystwo,  słońce  starało  się 

rozedrzeć mgły, zwieszające się nad jeziorem, i rozjaśnić ponurą okolicę. 

Biedny żółw obudził się z ciężkim atakiem reumatyzmu. To cierpienie nawiedziło go 

podczas  pobytu  doktora  po  raz  pierwszy  i  było  tak  dokuczliwe,  że  każdy  ruch  sprawiał  ból 

biednemu stworzeniu. Dab-Dab musiała więc mu przynieść śniadanie tam, gdzie leżał. 

Doktor robił sobie wymówki, że prosił go o przyniesienie pamiątki z jeziora. 

- Obawiam się, że to właśnie stało się przyczyną ataku - powiedział doktor - wyjmując 

ze  swojej  czarnej  torby  kilka  lekarstw  i  mieszając  je  razem.  -  Ale  wiesz,  z  tej  wilgotnej 

okolicy powinieneś przenieść się do suchszego klimatu. Jakkolwiek żółwie mogą znieść dużo 

wilgoci, to jednak w twoim wieku należy być ostrożnym. 

- Nigdzie na świecie nie może mi być tak dobrze jak tutaj - powiedział stary żółw. - 

Tak trudno jest znaleźć w dzisiejszych czasach kraj, gdzie można żyć w takim odosobnieniu. 

-  Zażyj  to  lekarstwo  -  powiedział  doktor  Dolittle  i  podał  mu  filiżankę  brunatnego 

napoju. - To ci od razu usunie sztywność w przednich nogach. 

Ż

ółw  wypił  lekarstwo.  W  kilka  chwil  później  czuł  się  już  o  wiele  lepiej  i  mógł 

poruszać nogami bez bólu. 

- Ależ to cudowne lekarstwo! - powiedział. - Jesteś wielkim lekarzem. Czy masz tego 

więcej? 

- Przygotuję ci kilka butelek i zostawię - rzekł Jan Dolittle. - Ale musisz sobie obrać 

miejsce zamieszkania wyżej położone. Ten błotnisty pagórek nie jest odpowiednim miejscem 

pobytu  dla  ciebie.  Czyż  nie  ma  na  tym  jeziorze  ani  jednej  prawdziwej  wyspy,  na  której 

mógłbyś zamieszkać, skoro się upierasz przy pozostaniu na jeziorze Junganyika? 

- Nie, ani jednej - odrzekł żółw. - Milami ciągnie się tu tylko błoto i woda. Dawniej 

podobało mi się to bardzo, a i teraz to lubię. Nie  pragnąłbym też niczego  innego,  gdyby nie 

ten szkaradny reumatyzm. 

-  No,  więc  jeśli  tutaj  nie  ma  wyspy  dla  ciebie,  musimy  ci  taką  wyspę  zrobić  - 

powiedział Jan Dolittle. 

- Zrobić wyspę? - zdziwił się żółw. - Czyż to możliwe? 

- Wkrótce ci pokażę - odrzekł doktor i przywołał Pyskacza. 

background image

-  Proszę  cię,  poleć  do  Fantippo  -  powiedział  do  miejskiego  listonosza-  i  zanieś 

Kapitanowi  Śmigłemu  następujące    oświadczenie,    które    niech    przekaże  wszystkim 

poczmistrzom filii pocztowych: „Poczta Jaskółcza zostaje na pewien czas zamknięta”. Muszę 

teraz wrócić do Puddleby i będzie to dla mnie niemożliwe utrzymać organizację pocztową w 

obecnej  formie,  gdy  opuszczę  Wyspę  Niczyją.  Chciałbym  wyrazić  moje  podziękowanie 

wszystkim ptakom - urzędnikom i listonoszom - za tak wielką pomoc w mojej pracy. Ostatnia 

prośba,  z  którą  się  do  nich  zwracam,  jest  bardzo  wielka,  ale  mam  nadzieję,  że  zbiorowymi 

siłami  zdołają  ją  spełnić.  Chciałbym  je  prosić,  aby  dla  starego  żółwia  utworzyły  wyspę 

pośrodku  jeziora  Junganyika.  Jest  on  najstarszym  ze  wszystkich  stworzeń  żyjących  w 

dawnych  czasach,  zdziałał  dużo  dobrego  dla  ludzkości,  dla  zwierząt  -  właściwie  dla  całego 

ś

wiata.  Powiedz  Śmigłemu,  żeby  zawiadomił  o  tym  wszystkich  przywódców  ptaków. 

Powiedz  mu,  że  potrzeba  mi  jak  największej  ilości  ptaków  do  tego,  aby  zbudować  zdrowe 

miejsce pobytu, gdzie dzielny żółw mógłby dokonać w spokoju swego długiego życia. Jest to 

ostatnia przysługa, o którą proszę ptaki pocztowe, i sądzę, że mi jej nie odmówią. 

Pyskacz zauważył, że poselstwo jest tak długie, że nie potrafi go dokładnie powtórzyć. 

Więc doktor poprosił, aby je sobie zapisał ptasim pismem, i podyktował mu wszystko jeszcze 

raz od początku. 

Ten list, ostatni okólnik wystosowany przez generalnego naczelnika poczty do sztabu 

Poczty  Jaskółczej,  zachował  Pyskacz  w  największym  poszanowaniu  przez  długie  lata. 

Przechowywał  go w swoim nieporządnym  gnieździe, znajdującym się w lewym uchu figury 

ś

więtego Edmunda na dachu katedry Świętego Pawła w Londynie. 

Wróbel wrócił nad jezioro Junganyika późno po południu tego samego dnia. Doniósł, 

ż

e  Śmigły  natychmiast  po  otrzymaniu  poselstwa  doktora  zakomunikował  je  poczmistrzom 

filii  pocztowych  z  uwagą,  aby  zawiadomić  wszystkich  przywódców  ptaków  na  świecie. 

Należało oczekiwać, że pierwsza partia ptaków stawi się tutaj nazajutrz rano. 

O świcie następnego dnia Śmigły we własnej osobie obudził doktora i opowiedział mu 

podczas śniadania, jak wszystko zorganizował. 

Przywódca  jaskółek  obliczył,  że  robota  zajmie  trzy  dni.  Polecił  wszystkim  ptakom 

zabrać po drodze kamyk albo grudkę ziemi i przynieść ze sobą. Wielkie ptaki, niosące ciężkie 

kamienie, mają przybyć pierwsze, potem średnie i na końcu małe, niosące ziarnka piasku. 

Niebawem  niebo  nad  jeziorem  zaciemniło  się  od  gromad  skrzeczących  rybitw, 

albatrosów  i  czapli.  Śmigły  poleciał  naprzeciw  nich,  a  potem  zatrzymał  się  i  zawisł 

nieruchomo wysoko nad jeziorem niby podniebny drogowskaz dla nosicieli kamieni. 

Potem rozpoczęła się robota. 

background image

Przez  cały  dzień  ciągnęły  bezustannie  sznury  wielkich  ptaków,  po  dwanaście  w 

jednym szeregu, nad jezioro Junganyika - grube, czarne sznury, dziób przy dziobie, ogon przy 

ogonie. A gdy taki szereg dolatywał do miejsca, gdzie tkwił Śmigły, za każdym razem padało 

dwanaście kamieni do wody. Bezustannie i nieprzerwanie ciągnęły ptaki; czyniło to wrażenie, 

jak gdyby z nieba padał deszcz kamieni, a nieustanny szum rozpryskującej się wody słychać 

było na milę. 

Jezioro było pośrodku bardzo głębokie i trzeba było wrzucić w nie tony kamieni, aby 

wyspa  mogła  się  wznieść  ponad  powierzchnię  wody.  Liczba  ptaków,  które  przybyły,  była 

jeszcze  większa  od  tej,  która  niegdyś  na  Wyspie  Niczyjej  przywitała  doktora.  Było  to 

największe  zebranie  ptaków,  jakie  kiedykolwiek  miało  miejsce.  Przybyli  bowiem  nie  tylko 

przywódcy, ale tysiące i miliony ptaków wszystkich gatunków. 

Doktor  Dolittle,  ogromnie  przejęty,  wskoczył  do  łodzi,  chcąc  znaleźć  się  bliżej  tej 

pracy. Ale Śmigły niecierpliwił się, że kopuła kamienna wciąż jeszcze nie jest widoczna nad 

wodą,  dał  więc  rozkaz  podwojenia  szeregów,  a  potem,  gdy  nadleciały  ptaki  ze  wszystkich 

stron świata, ponownego podwojenia. I wkrótce jezioro, w którego wodę padało teraz tysiące 

kamieni  na  sekundę,  zaczęło  podnosić  swe  fale  tak  wysoko,  że  doktor  Dolittle  musiał  znów 

schronić się na grzbiet żółwia, gdyż łodzi groziło zatonięcie. 

Przez  cały  dzień  i  całą  noc,  i  jeszcze  część  następnego  dnia  trwała  nieprzerwanie 

robota. Nareszcie około południa następnego dnia odgłos padających kamieni zaczął brzmieć 

inaczej. Biała piana wody, która wznosiła się pośrodku jeziora jak wodotrysk, znikła, a na jej 

miejscu ukazała się teraz czarna plama: szczyt wyspy zaczynał stawać się widoczny. 

- Tak wyglądały góry wynurzające się z wód potopu - szepnął stary żółw do doktora. 

Ś

migły rozkazał teraz ptakom średniej wielkości zabrać się do roboty i wkrótce dał się 

słyszeć  zupełnie  inny,  przenikliwszy  dźwięk,  gdy  tony  małych  kamyków  i  żwiru  zaczęły  z 

góry padać w toń wody. 

Przeszła jeszcze noc i jeszcze jeden dzień, zanim dzielny Śmigły nareszcie ruszył się z 

miejsca, żeby wyprostować swe znużone skrzydła, gdyż teraz robotnicy nie potrzebowali jego 

wskazówek  spod  nieba,  teraz  wznosiła  się  pośrodku  jeziora  wielka  wyspa,  na  której  ptaki 

mogły składać swój ładunek. 

Coraz  większy  i  większy  stawał  się  ten  stworzony  ląd  i  niebawem  nowa  posiadłość 

starego  żółwia  rozciągała  się  daleko  na  wszystkie  strony.  Jeszcze  jeden  rozkaz  Kapitana  i 

grzmiący  łoskot  zamienił  się  w  łagodny  szmer.  Niebo  było  ciągle  czarne  od  ptaków,  deszcz 

ż

wiru  skończył  się,  teraz  padał  piasek.  W  końcu  ptaki  przyniosły  nasiona  traw  i  kwiatów, 

ż

ołędzie  i  pestki  palm.  Nowa  siedziba  żółwia  miała  być  ozdobiona  parkami,  trawnikami  i 

background image

cienistymi alejami, chroniącymi od afrykańskiego słońca. 

Gdy  Śmigły  oznajmił  doktorowi  Dolittle:  „Doktorze,  dzieło  jest  skończone”  -  stary 

ż

ółw spojrzał na jezioro w zamyśleniu i szepnął: 

-  Teraz  dumne  miasto  Szalba  zostało  naprawdę  pogrzebane.  Jego  grobowym 

kamieniem  stała  się  ta  wyspa.  Obdarzyłeś  mnie  wspaniale,  Janie  Dolittle.  Biada  ci,  biedne 

miasto Szalba! Król Masztu zginął, ale Błotnista Skorupa żyje! 

background image

ROZDZIAŁ XI 

 

POŻEGNANIE Z FANTIPPO 

 

 

Przeprowadzka  żółwia  do  nowej  posiadłości  była  wielkim  wydarzeniem.  Dolittle 

towarzyszył mu w swojej łodzi. Dopóki sam nie postawił nogi na wyspie, nie wyobrażał sobie 

jej rozmiarów. Mierzyła więcej niż ćwierć mili w przekroju. Kształt jej był okrągły i sklepiał 

się w płaską wyżynę wznoszącą się na sto stóp nad jeziorem. 

Staremu  żółwiowi  podobała  się  wyspa  ogromnie.  Wdrapał  się  na  wzniesienie,  z 

którego  można  było  objąć  wzrokiem  dużą  przestrzeń,  i  oświadczył,  że  jest  przekonany,  iż 

jego zdrowie poprawi się w tym suchym klimacie bardzo prędko. 

Dab-Dab  przygotowała  najlepszą  ucztę,  na  jaką  pozwalały  warunki,  aby  uczcić  tę 

uroczystość. Wszyscy wzięli w niej udział i doktor był proszony o wygłoszenie mowy. 

Pyskacz  miał  porządnego  stracha,  że  żółw  również  zechce  podziękować 

przemówieniem, które może trwać do następnego dnia. Ale ku jego wielkiej uldze, doktor po 

ukończeniu swej mowy zaczął się natychmiast przygotowywać do odjazdu. 

Przyrządził sześć butelek lekarstw na reumatyzm i dał je żółwiowi z przepisem użycia. 

Powiedział  mu  też,  że  jakkolwiek  regularne  połączenie  pocztowe  z  zagranicą  zostaje 

przerwane, będzie jednak zawsze możliwość przesłania mu wiadomości do Puddleby. Poprosi 

kilka ptaków przelotnych, aby zatrzymały się na tej wyspie, i gdyby reumatyzm się pogorszył, 

niech mu żółw o tym doniesie w liście. 

Stary żółw dziękował mu wielokrotnie i pożegnanie było ogromnie wzruszające. Gdy 

już  wszyscy  powiedzieli:  „Do  widzenia!”,  doktor  z  całym  towarzystwem  wsiadł  do  łodzi  i 

ruszyli w drogę. 

Gdy  znaleźli  się  na  południowym  brzegu  jeziora,  u  ujścia  rzeki,  zatrzymali  się  na 

chwilę, zanim wkroczyli w trzęsawiska mangrowe, i spojrzeli za siebie. W dali ujrzeli starego 

ż

ółwia, stojącego pośrodku wyspy i spoglądającego ku nim. Pomachali mu rękami i popłynęli 

dalej. 

-  Wygląda  zupełnie  tak  samo  jak  w  ów  wieczór,  gdy  nas  powitał.  Jak  pomnik 

odcinający się na niebie - zauważyła Dab-Dab. 

-  Stare,  biedne  stworzenie  -  szepnął  doktor.  -  Prawdopodobnie  będzie  się  teraz  czuł 

lepiej. Co za nadzwyczajne życie, co za nadzwyczajna historia! 

- Czy nie powiedziałem od razu, doktorku? - wtrącił Pyskacz. - Najdłuższa historia na 

background image

ś

wiecie. Półtora dnia musiał ją opowiadać. 

-  Tak,  ale  za  to  była  to  historia,  której  nikt  inny  nie  potrafiłby  opowiedzieć  - 

powiedział doktor Dolittle. 

- Bardzo słusznie - przyznał wróbel. - Nie miałoby żadnego sensu, gdyby dużo takich 

stworzeń  rozmnożyło  się  w  naszym  ruchliwym  świecie.  Ja  zresztą  nie  wierzę  ani  jednemu 

słowu z tej całej historii. Pewnie sobie stary żółw wszystko wyssał z palca. Nie miał przecież 

nic innego do roboty, kiedy tak jedno stulecie za drugim siedział w błocie i rozmyślał. 

Droga  powrotna  przez  dżunglę  odbyła  się  bez  szczególnych  przygód.  Ale  gdy 

podróżnicy dotarli do morza i skierowali dziób łodzi na zachód, ujrzeli coś bardzo dziwnego: 

ogromną dziurę na wybrzeżu albo, lepiej powiedziawszy, miejsce, z którego wybrzeże zostało 

wyrwane. Śmigły wyjaśnił doktorowi, że to stąd ptaki wybierały piasek i kamienie na budowę 

wyspy. Przeniosły w ten sposób istotnie znaczną część wybrzeża o tysiąc mil dalej. Rozumie 

się, że przypływ morza po kilku miesiącach wyrównał tę dziurę i miejsce to nie różniło się od 

reszty wybrzeża. 

Kiedy  jednak  po  wielu  latach  geologowie  zwiedzili  jezioro  Junganyika,  oświadczyli, 

ż

e żwir morski na jednej z wysp jest niezbitym dowodem, że niegdyś morze zalewało całą tę 

okolicę. Odpowiadało to zresztą prawdzie w czasach potopu. Ale doktor Dolittle był jedynym 

uczonym  na  świecie,  który  wiedział,  że  wyspa  starego  żółwia  i  kamienie,  z  których  była 

zbudowana, miały zupełnie inną historię. 

Gdy doktor przybył do swego urzędu pocztowego w Fantippo, król Koko i dostojnicy 

państwa,  którzy  przypłynęli  do  miasta,  żeby  go  przywitać,  zgotowali  mu  tak  serdeczne 

przyjęcie jak zwykle. 

Natychmiast  podano  herbatkę  i  Jego  Królewska  Mość  wydawał  się  zachwycony 

wznowieniem tego miłego zwyczaju. 

Toteż  doktorowi  Dolittle  było  bardzo  trudno  oznajmić  królowi,  że  będzie  zmuszony 

wkrótce  porzucić  swą  służbę  na  poczcie  i  wrócić  do  kraju.  Gdy  gawędzili  jeszcze  na 

werandzie,  do  portu  wpłynęło  kilka  wielkich  żaglowców.  Należały  do  nowej  handlowej 

flotylli  Fantippo,  która  regularnie  pływała  wzdłuż  brzegów  i  uprawiała  handel  z  innymi 

krajami Afryki. 

Doktor  Dolittle zwrócił uwagę  królowi  na  to,  że  poczta,  przeznaczona  dla  zagranicy, 

teraz  bardzo  łatwo  może  być  przewożona  przez  te  żaglowce  do  wielkich  portów  wybrzeża, 

gdzie parowce z Europy przybywają co tydzień. 

W  związku  z  tym  doktor  Dolittle  wytłumaczył  królowi,  że  on,  chociaż  jest  bardzo 

przywiązany do Fantippo i jego mieszkańców, troszczy się o wiele spraw w swojej ojczyźnie i 

background image

musi teraz pomyśleć o powrocie.  A ponieważ nikt z tuziemców nie mówi językiem ptaków, 

więc Poczta Jaskółcza musi zostać zastąpiona przez zwykłą pocztę. 

Doktor  Dolittle  widział,  że  Jego  Królewska  Mość  był  bardziej  zrozpaczony 

możliwością utraty swego dobrego, białego przyjaciela i poobiednich herbatek na werandzie 

niż  wszystkim  innym,  co  ta  zmiana  mogłaby  spowodować.  Ale  król  zrozumiał,  że  doktor 

Dolittle  traktuje  swój  odjazd  bardzo  poważnie.  I  w  końcu  lejąc  łzy  do  filiżanki  z  herbatą 

pozwolił generalnemu poczmistrzowi w Fantippo zwolnić się z pracy. 

Zwierzęta  doktora  i  cierpliwe  jaskółki  ucieszyły  się  bardzo,  gdy  dowiedziały  się,  że 

doktor nareszcie jedzie do domu. Geb-Geb i Jip nie mogli się doczekać, aż ostatnie obowiązki 

i  uroczystości,  związane  z  zamknięciem  urzędu  pocztowego  dla  publiczności  oraz 

przeniesieniem  poczty  zagranicznej  do  miasta,  zostaną  ukończone.  Dab-Dab  od  wczesnego 

ranka  do  późnej  nocy  robiła  z  zapałem  przygotowania  do  podróży,  a  Pyskacz  gadał 

bezustannie  o  cudach  Londynu,  o  przyjemnościach  miejskiego  życia  i  o  tym  wszystkim,  co 

będzie robił, gdy wróci w swoje rodzinne pielesze. 

Dobry  król  Koko  wraz  ze  swym  dworem  urządził  na  cześć  Jana  Dolittle  uroczystą 

ceremonię  pożegnalną.  Całymi  dniami  przed  odjazdem  statku  krążyły  między  miastem  a 

łodzią  pocztową  czółna  wiozące  podarki.  Tymczasem  doktor  Dolittle,  pokazując  wszystkim 

uśmiechniętą  twarz,  był  coraz  smutniejszy  na  myśl,  że  musi  się  rozstać  ze  swymi  drogimi 

przyjaciółmi. Toteż był rad, gdy nadeszła godzina odjazdu i wyruszenia na morze. 

Ludzie,  piszący  historię  królestwa  Fantippo,  poświęcają  kilka  rozdziałów 

tajemniczemu  białemu  człowiekowi,  który  w  krótkim  czasie  ulepszył  urządzenia  pocztowe, 

komunikację,  żeglugę,  handel,  przyczynił  się  do  rozwoju  oświaty  i  ogólnego  dobrobytu 

ludności.  Dzięki  cichemu  wpływowi  Jana  Dolittle  okres  panowania  króla  Koko  można 

uważać  za  złoty  wiek  królestwa  Fantippo.  Drewniany  pomnik  doktora  wznosi  się  jeszcze 

dzisiaj ku jego pamięci na rynku. 

Długo  po  wyjeździe  doktora  poczta  w  Fantippo  utrzymywana  była  w  doskonałym 

stanie.  Znaczki  z  wizerunkiem  króla  Koko  były  tak  liczne  i  piękne  jak  poprzednio.  Na 

pamiątkę pierwszej dorocznej parady floty handlowej Fantippo wypuszczono bardzo piękny, 

dwuszylingowy  znaczek,  na  którym  wyrysowany  był  król  Koko  obserwujący  swoje  nowe 

statki  przez  lornetkę  z  cukierka.  Sam  król  został  zbieraczem  znaczków,  a  jego  album  ze 

znaczkami  służył  mu  jednocześnie  za  album  rodzinny,  zawierał  bowiem  tak  wiele  jego 

podobizn.  Jedynym  nieprzyjemnym  wypadkiem,  który  zdarzył  się  w  historii  poczty  w 

Fantippo,  było  to,  że  kilku  zbyt  gorliwych  zbieraczy,  chcąc  podnieść  wartość  tamtejszych 

znaczków,  uknuło  spisek  w  celu  zamordowania  króla  Koko.  Ale  na  szczęście  spisek  został 

background image

odkryty, zanim to się stało. 

Jeszcze  po  latach  ptaki,  które  przylatywały  do  Puddleby,  opowiadały,  że  król  przez 

pamięć  dla  Jana  Dolittle  wciąż  starannie  podlewa  i  pielęgnuje  pelargonie  w  oknach  łodzi 

pocztowej.  Opowiadały  podobno,  że  Jego  Królewska  Mość  nigdy  nie  stracił  serdecznej 

nadziei,  iż  jego  dobry,  biały  przyjaciel  wróci  pewnego  dnia  do  Fantippo,  ze  swym  miłym 

uśmiechem, a wraz z nim powrócą pouczające rozmowy i przyjemne herbatki poobiednie.