background image

Walery Przyborowski

OBLĘŻENIE WARSZAWY

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Śliczne,   złote   słońce   majowego   poranku   już   dość   wysoko   wzbiło   się   na 

jasnolazurowym   niebie,   dogrzewając   coraz   mocniej,   kładąc   swe   świetlne,   migotliwe 

promienie   na   szerokich   łanach   zielonego   zboża,   na   domkach   rozrzuconych   koło   wielkiej 

drogi,   prowadzącej   ze   wsi   Górce   do   Warszawy.   Droga   to   była   szeroka,   piaszczysta, 

obsadzona   po   obu   stronach   karłowatymi,   wiecznie   rozczochranymi   wierzbami   lub 

gdzieniegdzie   smukłą   topolą,   przedwcześnie   toczoną   przez   robactwo.   Poza   drogą,   poza 

domkami z rzadka rozrzuconymi koło gościńca i ukrytymi w klombach zieleni, rozkładała się 

daleka, cicha, pełna poetycznego wdzięku i smutku płaszczyzna, na której szmaragdowym tle 

rysowały  się wioski,  domy,   pałacyki   pańskie  - płaszczyzna,  której   jedną  ścianę  tworzyło 

olbrzymie, otulone w mgły i dymy, cielsko Warszawy. Promienie słoneczne zapalały na jej 

dachach jarzące, złote i purpurowe blaski, ślizgały się po wieżach strzelających śmiało pod 

lazury nieba i ginęły w tumanach sinej dali i nieskończoności; obraz ten wśród sielskiej ciszy 

panującej koło drogi, wobec szalonej burzy wrzącej w kraju, nie był pozbawiony pewnej 

majestatycznej, groźnej i smutnej poezji.

Na  drodze,   którąśmy  powyżej   opisali,   spośród  tumanów   żółtego   kurzu,  który,  nie 

rozpędzany wiatrem, leniwie się unosił w powietrzu, ukazała się mała bryczka, zaprzężona w 

jednego konika, który postępował zwolna, noga za nogą, ciągnąc z istotnym wysiłkiem koła 

głęboko zarzynające się w piasku gościńca. Koń był mocno spocony i widocznie nie miał 

wielkiej ochoty pospieszać po piasku, w który się zagłębiał po pęciny - nie naglił go też do 

pośpiechu powożący mężczyzna, zajęty żywą acz cichą rozmową z młodą dziewczyną.

Wózek był maleńki i oboje, tak mężczyzna, a raczej młody chłopak, jak i dziewczyna, 

siedzieli na tyle wózka dość niewygodnie i ciasno. Ale nie zważali oni na to - oboje byli 

młodzi, a jak wiadomo, w tym rozkosznym wieku największe przykrości i niewygody wydają 

się niczym, drobiazgiem niewartym, by na niego zwracać uwagę.

Oboje byli młodzi - zwłaszcza dziewczyna śmiała się takim życiem, taką młodością i 

swobodą tej młodości, że aż miło było na nią patrzeć. Jasna blondynka o bujnych, ze złotym 

background image

odcieniem włosach, ukrytych pod szerokim słomianym kapeluszem, patrzyła w świat swymi 

dużymi, zda się z lazurów i aksamitu utkanymi oczami, tak wesoło, tak radośnie - jak gdyby 

nigdy smutniejsza, poważniejsza myśl nie zajrzała do tej ślicznej główki, pod te bujne, złote 

sploty włosów. Rumiana i biała, o twarzyczce okrągłej, o melancholijnym, powłóczystym i 

wilgotnym   spojrzeniu,   o   ustach   jak   gdyby   wyrzezanych   w   koralu,   zbudowana   dobrze, 

zręcznie, była tak miłym zjawiskiem, że wcale dziwić się nie należy, iż towarzyszący jej 

młodzieniec romansując z nią zapomniał o palących promieniach słońca, o nieznośnym kurzu 

i lenistwie swego konia. Od kapelusza, przewiązanego czerwoną kokardą, jak to wówczas 

nakazywała  moda  i bezpieczeństwo osobiste, spadała na główkę i kark dziewczyny  biała 

muślinowa zasłona, z pewną kokieterią związana pod brodą, stanowiąc na pół obłoczystą, na 

pół eteryczną ramę koło pulchnej, rumianej i śmiejącej się twarzyczki dziewczęcia. Był to 

zresztą typ może niezupełnie polski, może zanadto ziemski i pełen krwi, ale z tym wszystkim 

powabniejszy niż wymuskane i blade salonowe pół widma, pół kobiety.

Za to siedzący obok chłopak, acz pod wzglądem swej silnej, męskiej i jędrnej budowy 

był podobny do dziewczyny, pod wielu jednak innymi względami stanowił z nią uderzający 

kontrast.   Mocny   brunet   o   dużych,   ognistych   oczach,   o   cerze   śniadej,   okraszonej 

ciemnopurpurowym rumieńcem, szczupły na twarzy, z nosem polskim, łagodnie zagiętym, 

był istnym czystym typem polskiej rasy. Wybitnie zarysowane brwi, ostro wydające się kąty 

ust, cała wreszcie twarz mówiła o energii, silnej woli i stanowczości charakteru młodzieńca. 

W tej chwili jednak twarz ta, zwrócona do sąsiadki, nosiła na sobie dziwnie miły, wesoły, 

szczęśliwy   wyraz.   Usta   przykryte   maleńkim,   miękkim,   czarnym   wąsikiem   śmiały   się   do 

dziewczyny, a ręka mimowolnie obejmowała jej kibić, czemu się dziewczyna niby broniła, 

niby nie, jak to zwykle bywa w takim słodkim sam na sam.

Bo w istocie byli sami. Na drodze żywej duszy nie było widać - gdzieniegdzie tylko 

przy chacie na przyzbie wylegiwał się pies lub kot, grzejąc się na słońcu, czasem brudny, w 

nędznej koszulinie przepasanej krajką dzieciak grzebał się w piasku - nic więcej. Cała ta 

daleka,   smutna   płaszczyzna   pod   Warszawą   drzemała   pod   słońcem   majowym   w   ciszy   i 

spokoju. Od czasu do czasu lekki wietrzyk powiał, rozpędził tumany kurzu, przyniósł zapach 

bzu lub pól ożywionych bujną roślinnością, ochłodził nieco skwarne powietrze, pocałował 

dziewczynę  i  w końcu  zanucił   gdzieś  w  dali  śpiewany,   świeżo   wówczas  skomponowany 

polonez:

„A kiedy odjeżdżasz, bywaj zdrów...”

i urywając, gubiąc po drodze strofki, nikł gdzieś w przestrzeni pod czystym błękitem 

majowego nieba.

background image

Mogli więc nasi podróżni swobodnie rozmawiać i swobodniej jeszcze patrzeć sobie w 

oczy. A zapatrzeni byli tak, że nie zważali wcale, jak kurz zmienił purpurową kokardę na 

kapeluszu   dziewczyny   na   jakąś   brudnożółtą   wstążką,   że   na   wojskowej,   amarantowej 

rogatywce młodzieńca kładły się całe plastry miałkiej, duszącej ziemi. Niemniej cierpiał i 

mundur młodzieńca - był on bowiem w mundurze milicji, a raczej gwardii obywatelskiej, 

świeżo uformowanej w Warszawie. W strojnym i ozdobnym tym mundurze było mu bardzo 

do twarzy - amarantowe obszlegi i rabaty ubiegały się o pierwszeństwo z żywym rumieńcem 

policzków, a w błyszczących guzikach i w rękojeści szabli przeglądały się promienie słońca, 

łamiąc się i śmiejąc jarzącym blaskiem.

- To być nie może, panie Józefie - mówiła dziewczyna wysuwając się zręcznie z objęć 

chłopaka - to być nie może - ojciec się nigdy na to nie zgodzi.

- Jakże to, nie zgodzi się! dlaczegoby się nie miał zgodzić?

- Pan tak mówi, jakby pan nie miał ojca... już ja się dość naprosiłam i napłakałam - 

dodała ciszej, spuszczając oczy - a tylko ofuknął mnie i koniec.

- A! to już tego nic a nic nie rozumiem. Bo proszę ja ciebie, moja Klarciu - począł 

młodzieniec poprawiając się na siedzeniu - czym to ja przybłęda jaki, biedota alboli też hultaj, 

żeby   się   ojciec   nie   miał   zgodzić   na   nasz   ślub   zaraz   teraz?   Przeciem   ja   obywatel,   mam 

kamienicę na Starym Mieście i Balcerzy nie są dzisiejsi - piszą o nas po kronikach...

- To to ojciec mi i mówi, iż mu to honor robi, iż tak zacny obywatel jak pan Józef o 

mnie się stara - szeptało dziewczę rumieniąc się.

- A więc! a choć ja tam do tego nie przywiązuję żadnego znaczenia, bo teraz są takie 

czasy,  że wszyscyśmyobie równi, wszelako dla ojca, pro decorum, to się tak gada... Ono 

więcej znaczy moja szarża porucznikowska gwardii municypalnej niż wszystkie przodków 

imiona... to ojciec powinien sobie, moja Klareczko, wziąć pod rozwagą.

Wyrzekłszy to objął dziewczynę wpół, szybko obejrzał się dokoła i jeszcze szybciej 

wycisnął gorący pocałunek na rubinowych ustach dziewczyny. Ta wyrwała się gwałtownie, 

obejrzała dokoła i rzekła spłoniona jak wiśnia:

- Co też pan Józef wyrabia, jeszcze kto zobaczy i obgada mnie.

- Nikt nie obaczy, Klareczko, nikt - żywej duszy nie ma - wszyscy są przy sypaniu 

okopów. Pan prezydent Zakrzewski nakazał całej Warszawie i okolicy sypać okopy - czasy 

wojenne, żartów nie ma.

Dziewczyna   westchnęła   i   zapuściła   swe   lazurowe   oczy   w   siną   dal   płaszczyzny, 

młodzieniec zaś tak dalej mówił:

background image

- Albo i to - przecie ojciec winien baczyć na to, że teraz jest wojna, ciężka wojna, że 

jeno patrzeć, jak pod Warszawę zwali się nieprzyjaciel... co będzie wtedy?

- Jak to pod Warszawę? Co też mówicie, panie Józefie?

- A tak, tak... ludzie tak gadają i wygadają zapewne. Naszym się nie wiedzie, słyszę, 

pod Szczekocinami pobili naszych. Ale co tam... obaczymy, jako będzie; to tylko pewna, że w 

takich   niebezpiecznych   czasach   ojciec   mi   cię   powinien   dać,   Klareczko,   bo   któż   lepiej   i 

pewniej zdoła bronić młodej  kobiety jak nie mąż? Argument ten był  widocznie aż nadto 

przekonywający dla Klary, bo westchnęła i rzekła smutnie:

- Ja to wiem, ja to wiem, ojciec inaczej mówi. Powiada, jakże to ja mam dawać córkę 

za mąż, kiedy są takie czasy niespokojne i nie wiem, co będzie jutro. Niema nic pewnego... a i 

powiem  panu Józefowi - dodała  ciszej, przysuwając  się do niego  - że ojciec  bardzo był 

niekontent,  gdy się dowiedział,  że pan został porucznikiem w milicji. Chodził po izbie i 

mruczał: szalona pałka! pstro w głowie! i inne tam takie rzeczy. Zły był okrutnie, ażem się 

bała.

Józef, bo tak go już nazywać będziemy, niecierpliwie poruszył się na siedzeniu i rzekł 

sucho:

- Ej, moja Klarciu, twój ojciec, widzę, zawsze jest Niemiec, i kwita - nie lubi on ani 

mnie, ani też narodu naszego, choć, jak wiadomo, dorobił się tutaj w Górcach niemałego 

grosza na młynie i wiatraku. Nie podoba mu się, żem ja, jako obywatel honorowy, został 

porucznikiem  milicji,  bo  jest  Niemiec  i   nie  życzy   nam   dobrze.  Wiem  ja  o  tym,  wiem  i 

powiem   ci,   że   mogłoby   być   z   ojcem   niedobrze   -   bo   do   ratusza   przyszła   nań   delacja, 

niedawniej  jak przedwczoraj  -  gdyby  nie  ja. Wiesz,  Klarciu,   czym  to  teraz   pachnie  taka 

delacja. Owo dowiedziawszy się o tym pobiegłem zaraz do Imci pana Jana Adama Bluma, 

mego opiekuna a teraz adiutanta municypalnego... no, i zatarło się. Ale nie zawsze się to 

uda... niechże się ojciec pilnuje!

- Jezus, Maria, Józefie Święty! - załamała ręce dziewczyna - co też pan Józef mówi!

- Mówię, jak jest, i nie głupim ja, wiem, co się święci. I powiem ci, Klarciu, jak mię 

widzisz, że gdyby nie ty, gdyby nie to, że cię miłuję z całego serca i żyć bym bez ciebie nie 

mógł, to bym cisnął to wszystko i splunął. A wiesz ty, dlaczego ja chcę, byśmy zaraz teraz 

brali ślub? Oto dlatego, że jak cię teraz nie dostanę, to niech nam, czego Boże broń, noga się 

w tej wojnie pośliźnie, już nigdy moją nie będziesz. Ojciec teraz dobrze na mnie patrzy i 

pozwala, bym się starał o ciebie, pozwala nawet, byś jeździła oto ze mną do Warszawy do 

mej matki jedynie dlatego, że się boi, że myśli sobie: dobrze mieć tam plecy jakieś u tych 

background image

Polaków, a niech no inaczej się stanie, to mnie za drzwi wypchnie - a ciebie wyda za tego 

przebrzydłego szwaba, Fryderyka Szulca czy Szolca, co ma taką czerwoną gębę jak burak.

- O! nigdy! - zawołała dziewczyna ze wstrętem.

-   Tak,   tak...   o!   Przecież   ja   mam   głowę   na   karku   i   wiem,   co   się   święci.   Ojciec 

przekłada tego durnia Fryderyka nade mnie, bo szwab zawsze do szwaba ciągnie - a mnie 

trzyma jak tarczę tylko. Więc ja dlatego tak nalegam i, niech co chce będzie, muszę cię mieć, 

tak mi Boże dopomóż!

Dziewczyna chciała coś odrzec, gdy nagle przerwał jej głośny śpiew kilku osób, śpiew 

arcypopularny wówczas:

„Dalej chłopcy, dalej żywo, Otwiera się dla nas żniwo!” itd.

Droga w tym miejscu właśnie skręcała i zasłonięta była domami, tak że nie można 

było widzieć śpiewających, których głos, niesiony przez wietrzyk, rozchodził się daleko po 

płaszczyźnie. Dopiero kiedy nasza zakochana para podjechała bliżej, ujrzała gromadę ludzi 

pracujących około sypania okopu. Pracowali oni niezbyt gorliwie, gdyż jakeśmy już rzekli, 

dzień był dość gorący i słońce mocno dopiekało oraz że pracujący składali się przeważnie z 

włościan i kilku łyków, zamieszkujących przedmieścia warszawskie. Okoliczność ta uderzyła 

naszego Józefa Balcera. Przyzwyczajony widzieć z łopatami, najwyższe sfery towarzyskie 

Warszawy, mieszczaństwo, lud zdziwił się, że tego wszystkiego dziś nie ma. Podniósł się na 

wózku   i   rzucił   dokoła   wzrokiem.   Wszędzie   to   samo.   Koło   wszystkich   redut   pracowały 

gdzieniegdzie   nieliczne   gromadki   ludu.   Nie   było   widać   powozów,  dam   ubranych   podług 

mody w słomiane Kapelusze, w szare suknie, w czarne fartuszki, nie było przekupniów z 

napojami i przekąskami; nie było muzyki. Wszędzie leżała martwa cisza, której napełnić nie 

mógł co chwila urywający się śpiew najbliższej gromady. Za to z niedalekiej już Warszawy 

dobiegał ponury szum, niby zbliżającej się burzy.

- Coś musiało się stać! - szepnął Balcer do siebie i wydobywszy się już teraz na 

twardą  drogę podciął  konia  i pędem  ruszył  naprzód.  Klara, bo i  ją już wypada  nam tak 

nazywać,  zasmucona   słowami  swego kochanka,  dotyczącymi   jej  ojca,  siedziała   milcząca, 

zadumana, nie zwracając uwagi na to, co ją otaczało, starając się tylko osłonić od palących 

promieni słońca, które zalotnie zakradało się pod szerokie skrzydła kapelusza i złociło białą, 

pańską płeć młynarczanki.

Balcer   za   to   był   żywo   zajęty   jakąś   posępną,   mroczną   myślą,   gdyż   czoło   mu   się 

ufałdowało, a konia popędzał gwałtownie, co chwila wstając na siedzeniu i patrząc przed 

siebie. Tak wjechali do miasta.

background image

Na ulicy Chłodnej  zauważył  nasz podróżny,  że przechodniów  jest jakoś niewielu, 

podobnież na Elektoralnej, i ci wydawali się nieco potrwożeni. Z dala, od Starego Miasta, 

dochodził od czasu do czasu potężny szum, gwar jak gdyby tysiąca głosów. Dalej spotykał 

coraz liczniejsze tłumy, coraz głośniej krzyczące i tak w końcu zbite, że na Placu Zamkowym 

podle Krakowskiej Bramy musiał zatrzymać konia, gdyż ani kroku dalej postąpić nie mógł. 

Tu zbite masy ludu wrzały jak wzburzone fale morskie posuwając się powoli, wśród krzyków, 

przekleństw, śpiewów i nieokreślonych na koniec wrzasków ulicami Piwną i Świętojańską na 

Stare Miasto. Tuż przy Bramie Krakowskiej, na improwizowanej mównicy, składającej się z 

dwóch   przewróconych   dnem   beczek   i   deski   na   nich   położonej,   stał   jakiś  średnich   lat 

mężczyzna i głosem ochrypłym przemawiał do gromady otaczającej go dokoła. Od czasu do 

czasu z tej ogólnej wrzawy podnosił się jakiś potężny okrzyk, który rozlegając się echem 

wśród murów, wkrótce zmieniał się w jeden ogólny, olbrzymi ryk, zaczynający się na placu 

Zamkowym, idący potem uliczkami i konający gdzieś na staromiejskim rynku.

Balcer zapatrzył się na to wszystko i zadumał głęboko. Wtem trącił go ktoś w rękę. 

Żwawo odwrócił się i ujrzał dziwną przed sobą figurę.

Był   to   maleńki   człowieczek,   chudy   jak   szczapa,   zwiędły,   ubrany   w   wytarty   i 

zaplamiony kontusz, karmazynowy niegdyś, dziś tak spłowiały,  tak wybielały na szwach, 

łokciach i plecach, że trudno było zdecydować, jaka jest jego barwa. W dodatku on kontusz, 

widocznie nie na człowieczka robiony, wisiał na nim jak worek i dotykał się prawie kostek - a 

rękawy zbyt długie zawinięte były koło rąk bez ceremonii okazując straszliwe strzępy białej, 

jedwabnej  niegdyś  podszewki. U kontusza tego wszystkie  guzy były  oderwane, skutkiem 

czego   roztwierał   się   niejednokrotnie   na   piersiach,   pokazując   brudne,   czarne   jak   ziemia 

łachmany   koszuli.   Człowieczek   przepasany   był   zwyczajnym   rzemieniem,   u   którego   na 

rapciach wisiało olbrzymie jak na tak małego rycerza szablisko w blaszanej pochwie, wlokące 

się po ziemi. Wykrzywione, z dziurami, mocno zabłocone, niegdyś żółte buty dopełniały tego 

na pół żebraczego, na pół rycerskiego stroju.

-   Jak   się   macie,   jak   się   macie,   obywatelu   poruczniku!   -   zawołał   człowieczek 

ochrypłym i szyderskim głosem - skądże to, jeżeli wolno zapytać! A! widzę i synogarliczka!...

- Kożuszek! Witam cię,  Kożuszku - zawołał Balcer  - na miłość  Boską, co się tu 

dzieje?

- Che! che! che! - zaśmiał się Kożuszek wysuwając szereg czarnych zębów - dobrze, 

wybornie się dzieje.

background image

I   wydobywając   nagle   z   zanadrza   maleńką,   bardzo   dokładnie   i   zręcznie   zrobioną 

gilotynkę - jak wiadomo, w owych czasach szeroko we Francji używaną - podniósł jej nóż i 

rzekł:

- Będzie tak, obywatelu poruczniku.

Nie   skończył,   bo   przerwał   mu   przenikliwy   krzyk   Klary.   Dziewczyna   siedziała 

zwrócona twarzą ku kościołowi bernardynów, z oczami szeroko rozwartymi, ze strasznym w 

nich wyrazem grozy, blada, z ręką w tymże kierunku wyciągniętą.

- Patrz, patrz pan! - szeptała do Balcera, nie spuszczając wzroku z przedmiotu, który ją 

tak przeraził.

- Che! che! che! - śmiał się Kożuszek, widząc silne i nieprzyjemne wrażenie, jakie ta 

scena wywarła na Balcerze - che! che! che! ale poczekaj, obywatelu poruczniku, poczekaj, 

obaczysz tu coś ciekawszego, a obywatelka - dodał zwracając się do drżącej Klary - nie 

powinna się przestraszać takimi rzeczami.

A widząc, że na słowa jego kochankowie wcale nie  zważają, trącił  znów poufale 

Balcera i szepnął nie spuszczając swego złośliwego wzroku z Klary:

- Czy to jest obywatelka Klara Szmit, córka młynarza ze wsi Górce?

- Tak! - odrzekł zdziwiony tym pytaniem Balcer. - O co idzie?

- Che! che! che! o nic, obywatelu, o nic... tylko widzisz, do nas przyszła wczoraj mała 

nota na jej ojca, który jest podobno szwab zacięty i Prusak. Ano... pilnujże się, obywatelu 

poruczniku, bo...

I poruszył znów nóż swej zabawki kończąc tym zaczęte zdanie. Ale Balcer zmarszczył 

brew groźnie i rzekł rozdrażnionym tonem:

- Kroć sto tysięcy, co mi takie rzeczy będziesz tu gadał!

-   Che!   che!   che!   nie   gadaj   tak,   obywatelu,   nie   gadaj...   a   to   widzisz?   -   zapytał 

wskazując palcem w kierunku zaniku.

Jakoż w tej chwili zrobił się tam jakiś niezwykły ruch i powiększyły się wrzaski, 

obelgi,   wymysły.   Wystąpiła   milicja   obywatelska   i   bagnety   jej   zabłysły   pod   słońce. 

Zaciekawiony Balcer podniósł się na wózku i ujrzał, jak lud rzucił się ku ratuszowi - i zrobiło 

się   nieco   wolniej.   Balcer   obejrzał   się,   już   przy   nim   człowieczka   zwanego   powszechnie 

„Baranim Kożuszkiem” nie było. Milcząc ruszył stępa za ludem w Świętojańską ulicę.

Balcer zdołał się ze swoim wózkiem dostać na rynek, ale już dalej, na Krzywe Koło, 

gdzie miał kamienicę, przejechać nie mógł. Był więc mimowolnym świadkiem wzburzenia i 

kilku  strasznych  scen,  jakie  się przed jego okiem  zaraz  rozegrały.  Klara  drżała  ciągle  w 

śmiertelnym strachu.

background image

Biedaczka przytuliła się do swego kochanka szepcząc co chwila:

- Uciekajmy stąd, uciekajmy!

Każdy głośniejszy krzyk nabawiał ją śmiertelnego strachu. Balcer uspokajał ją, jak 

mógł:

- Nie bój się, Klarciu, nie bój. Przecież ja jestem przy tobie i włos ci z głowy nie 

spadnie.

W tłumie zbitym w jedną gęstą masę przed ratuszem najgłośniejsze, najwrzaskliwsze 

były kobiety. Między nimi było wiele młodych, które najzawzięciej domagały się śmierci 

sądzonych w ratuszu przez Radę Najwyższą.

Balcer,   zajęty   tymi   scenami,   zapomniał   zupełnie   o   Klarze.   Teraz   dopiero,   kiedy 

zadość się stało woli tłumu, kiedy tenże grzmiącymi okrzykami radości napełniał powietrze, 

odwrócił   się   i   ujrzał   Klarę   zwisła   na   siedzeniu wózka,   bladą   jak   kreda,   martwą   prawie. 

Kapelusz zsunął jej się z głowy, włosy rozwiązały się i promieniami ze złota otoczyły białą 

twarzyczkę dziewczyny, bielszą od muślinu owiniętego koło szyi. Klara w tej nieruchomej 

pozycji, pół martwa, acz znikły róże z jej ust, a błękitne oczy zakryte były powiekami, była 

prześliczną - Balcer stał nad nią, zrazu nie mogąc pojąć, co się stało z jego ukochaną i nie 

wiedząc,   jak   sobie   poradzić.   Czuł,   widział   gwałtowną   potrzebę   szybkiego   ratunku,   który 

znowu był możliwym tylko w domu, a tu prawie nie podobna się było przedostać przez zbitą 

masę ludu. W głuchej rozpaczy porwał lejce konia i już chciał, bądź co bądź, choćby po 

trupach, przejechać, gdy nagle usłyszał obok siebie wesoły, silny głos:

- A co to panu się stało, panie Balcer?

Odwrócił się Balcer i ujrzał przed sobą smukłego, dwudziestokilkoletniego chłopaka, 

w niskiej rogatywce na głowie, w spencerku i spodniach wpuszczonych w cholewy od butów. 

Był to sobie typ ludowy, wyrosły wśród murów miejskich, wesoły, swobodny, a sprytny jak 

mało. Dużymi, niebieskimi oczami patrzył na Balcera i na leżącą martwo dziewczynę.

- Poratuj mnie, Wojtek, poratuj... narzeczona mi zemdlała - mówił Balcer - trzeźwić ją 

trzeba, a tu przedostać się nie można.

Wojtek spojrzał ciekawie na dziewczynę, podrapał się po głowie i rzekł żargonem 

warszawskim:

- To ci, panie, bal... bodajże cię morowe... a gdzie? na Krzywe Koło?

- Oczywiście.

- Ano... kedy trzeba, to trzeba. Weź pan Konia krótko i niech pan jadzie za mną, 

gięsiego... ja bandę suje dawał, to przejadziemy...

background image

To mówiąc, ze zręcznością kota przecisnął się przez tłum, nie żałując kułaków i tak 

zwanych przez siebie „sui” i stanąwszy przed koniem zaczął krzyczeć donośnym głosem:

- Z drogi, z drogi! na bok!

Tłum   się   nieco   rozsunął,   tak   że   koń   mógł   parą   kroków   postąpić.   Wojtek   wciąż 

krzyczał, kłócił się, tego i owego, uparcie stojącego na drodze, w kark uderzył mówiąc:

- Odknaj się, psiaciemać!... to ci, panie, ziołądek!... i czegóżes rozdziawił giębę, co ci 

aż flaki widać?... a nuże matulu, zadzieraj stępory - hej, Magda, na bok, bo jak cię urznę, to ci 

pięć złotych wyleci...

Oczywiście  nie   żałował  i  innych,  więcej   charakterystycznych  epitetów,   których   w 

druku powtórzyć  nie podobna,  co jednak  tak pomagało,  że  koń i wózek, acz  wolno, ale 

posuwał się ciągle. Zresztą Wojtek miał wszędzie znajomości, wszystkich witał po imieniu; 

wiedział, jak i co komu powiedzieć, żeby utorować sobie drogę; starym babom się kłaniał lub 

wymyślał,   dziewczęta   ściskał   lub   tak   się   z   nimi   obchodził,   że   te   uciekały   od   niego   jak 

oparzone,   podobnych   sobie   witał   kułakami,   śpiewał,   śmiał   się,   gwizdał   i...   w   końcu 

wyprowadził wózek na Krzywe Koło, gdzie ludu już było niewiele. W parę, minut potem 

Balcer stanął przed swoją kamienicą i przy pomocy Wojtka poniósł łamiące się ciało Klary na 

pierwsze piętro, gdzie mieszkał z matką.

Matka, siwowłosa staruszka, ubrana dawnym mieszczańskim obyczajem w jubkę i 

czepiec, żwawa jeszcze nad wiek, przestraszyła się ogromnie widokiem zemdlonej Klary, ale 

nie tracąc przytomności zwołała służbę i poczęła biedaczkę trzeźwić. Wkrótce ta przyszła do 

siebie i pokazało się, że przerażona okropnym widokiem, którego była świadkiem, straciła 

przytomność.

-   Święta   Panno,   co   się   to   teraz   dzieje   -   mówiła   stara   Balcerowa   wysłuchawszy 

opowiadania o scenach na rynku. - Świat do góry nogami się przewraca! Albo i ty Wojtek - 

dodała obracając się do chłopaka - nicpoń się, widzę, robisz; zamiast pilnować tego, co ci 

chleb daje, to ty, huncwocie, próżniaczysz się, a z próżniactwa zawsze takie ekscesy jako dziś 

powstają. Żeby tak żył mój mąż nieboszczyk, Panie świeć nad jego duszą, dałby on tobie... sto 

bizunów na ratuszu.

- Ej! pani gospodyni - podrapał się Wojtek po głowie - niby ja to taki nicpoń. A cóż ja 

bandę robił, kedy nie mą co robić. Ryb tera nijak łowić nie można, chyba koło Saskiej Kiępy, 

a tam stary Okoń ma rybołówstwo i nikomu przystąpić nie da. Jesiotry w tym roku nie idą... 

albo ja wiem! To i co ja mam robić? Wszyscy idą na ratusz... albo ja to gorszy od innych! 

Tera, pani gospodyni, wszyscy som obywatele, tak powieda Pan Naczelnik.)

background image

- Obywatele! Święta Panno, jaki mi obywatel! No, no, dałabym ja ci obywatelstwo, 

urwipołciu jakiś! Co za czasy! Obywatele! Słychane to rzeczy - huncwot koszuli na grzbiecie 

nie ma i obywatelem się nazywa. A cóż ja będę, kiedy ty jesteś obywatelem?

- Hm! - podrapał się znów Wojtek po kudłatej głowie, przestąpił z nogi na nogę - hm! 

cóż   ja   wiem,   juścić   pani   gospodyni   jest   obywatelką...   ale   tak   ta   gadają,   co   i   ja   jezdem 

obywatel... jeno, że ja nie mam kamienicy, ale zawsze jezdem obywatel kraju... O! widzi pani 

gospodyni, kraju!...

I tak był kontent z tego rozwiązania widocznie niezbyt jasnej dla siebie kwestii, że aż 

się   roześmiał   pokazując   szereg   białych   jak   kość   słoniowa   zębów.   Stara   dalej   gderała   na 

Wojtka, czemu nie mógł przeszkodzić młody Balcer, bo siedział i pocieszał swoją Klarcię - 

więc,   powtarzamy,   staruszka   wygadywała   na   stojącego   pod   drzwiami   Wojtka,   na   czasy 

obecne, na nieład, krzyki i nieporządek, co jej tylko ślina do ust przyniosła. Wojtek jednak, 

widocznie   przyzwyczajony   do   gderania   staruszki,   nie   bardzo   brał   do   serca   jej   słowa, 

uśmiechał się niekiedy chytrze, strzelał dokoła oczami i nadsłuchiwał, co się dzieje na ulicy.

- A i cóż ty teraz robisz, z czego żyjesz, nicponiu - pytała staruszka.

- Iiii  - skrzywił  się Wojtek - tak ta! Ja jezdem tera  pikinier  municypalny,  co jak 

Prusaki przyńdą pod Warsiawę, to jak strzelą w cyrkule z harmaty, to my marsz z pikamy na 

okopy i bandziemy kłuli tych pendraków Prusaków.

- On będzie kłuł - Święta Panno! dadzą tobie Prusaki bobu. Ja bym na mszę dała, żeby 

cię złapali, a osmagali uczciwie, to by ci może rozumu do głowy napędzili. On do wojny - ty 

sieci, hultaju, pilnuj a nie wojny. Wojna to nie rzecz takich łyków jak ty. Jeść to tałałajstwo 

nie ma co i wojować się temu chce,

- Cha! cha! cha! co też to pani gospodyni gada. Jeść to ja mam co. Jak wstanę rano, 

świtaniem, marsz na Wisłę... rybek się nałowi, drobiazgu, to prawda, ale i za to są grosze. 

Kupię sobie hycla pod pompą za dydka i mam! Albo ja to pan, co bym jadał marcepany - ale 

pikinier jezdem i niech śwaby nie przychodzą, bp jak ja ich zamaluję!... no!

Zaiskrzyły  mu  się oczy,  a pięście  ścisnęły i  gdyby  miał  teraz  przed  sobą jakiego 

Prusaka, z pewnością żywym by go nie wypuścił. Rozmowę przerwało przybycie do pokoju 

Balcera i Klarci, która acz blada i osłabiona nieco, była przecież już zdrową i uśmiechała się 

rozkosznie do swego kochanka. Wojtek, obdarzony przez Balcera, wyszedł.

Ale zaledwie stanął na ulicy, zdybał się zaraz ze znaną nam już osobistością, zwaną 

powszechnie w Warszawie „Baranim Kożuszkiem”.

- Jak się masz, obywatelu Wojtku, jak się masz począł Kożuszek - cóż to nie byłeś na 

rynku?

background image

- A jakże, byłem.

Kożuszek obejrzał się niespokojnie, zbliżył się do Wojtka i wspinając się nieco na 

palcach, począł szeptać:

- Cóż to, obywatelu Wojtku, widzę, wracasz od Balcera?

- Albo co? - zapytał głośno i dość szorstko Wojtek.

- Bo widzisz, obywatelu Wojtku... ten Balcer źle jest notowany, bardzo źle - więc...

- Ej, do stu diabłów, mości Kożuszku! - oburzył się Wojtek - szkalujesz jeno takego 

dobrego pana jak Balcer... Cóż to, czy ja głupi?

Kożuszek uśmiechnął się szydersko, obejrzał dokoła i szepnął:

- Balcer ma się żenić z córką Szmita, przeklętego szwaba, który jeno wzdycha do 

Prusaków... No, no, mam ja na niego oczy i niech no tylko kroczek jeden zrobi... pojedzie!

Tu zrobił znak ręką, jak gdy kogo wieszają, i dodał:

- Balcer, obywatelu Wojtku, zacny chłop, porucznik milicji, do rany go przyłożyć, ale 

cóż, kuma się ze szwabami. No, powiedz, obywatelu, czy to jest dobrze w takich czasach jak 

nasze kumać się ze szwabami - powiedz szczerze?

- Pewnie, że nie.

- A widzisz, a widzisz - i z jakimi jeszcze szwabami. Szmit jest zabity Prusak.

- O sielma andrus, bodajże go morowe...

-   Cóż   to,   czy   myślisz,   obywatelu,   że   ja   nie   miłuję   Balcera,   takiego   zacnego 

młodzieńca,   taką   nadzieję   kraju   i   ludu?   Czy   nie   odgadniesz   twoim   bystrym   rozumem, 

rozumem   ludu,   że   ja   go   ostrzegałem?   Ostrzegałem   go,   prosiłem...   ale   cóż,   z   kretesem 

zakochał się w ładnych oczach dziewczyny. Jak to? W dzisiejszych czasach, dziś myśleć o 

oczach dziewczyny?...

Kożuszek zapalił się, rogatywkę nasunął na bok, wielką szablę chwycił i uderzał nią o 

bruk. Cały czerwony, zapomniał się i mówił głośno, donośnie:

-   Tak,   obywatelu   Wojtku,   tak!   strzeż   się   zetknięcia   z   takimi   ludźmi   -   to   owce 

parszywe. Twoja dobra, otwarta natura ludowa może się zarazić.

Nagle oziąbł widząc, że Wojtek roztworzył  szeroko usta i stał nic nie rozumiejąc. 

Ostygł, chrząknął, poprawił czapkę i rzekł:

- No, no, do widzenia, obywatelu... do widzenia, a przyjdź dziś do zgromadzenia.

ROZDZIAŁ DRUGI

background image

Zgromadzenie,   do   którego   Kożuszek   zapraszał   Wojtka   i   do   którego   sam   poszedł, 

mieściło się na Krzywym Kole w brudnej i odrapanej kamienicy, w dwóch izdebkach na dole 

od podwórza ciemnego i cuchnącego. Miejsce to było kawiarnią i znanym było powszechnie 

pod dziwaczną nazwą „Tłustej Kaśki”, gdyż na znaku, wiszącym nad drzwiami wchodowymi, 

nieznany artysta umieścił arcypulchną jakąś jejmość - stąd i nazwa pochodziła.

Robił   się   już   wieczór,   wcześniejszy   w   ciasnej   uliczce   Krzywego   Koła   niż   gdzie 

indziej,   wieczór   cichy,  ciepły   i  poetyczny   zapewne   gdzie  indziej,   ale   nie  tu,   wśród  tych 

ponurych, odrapanych i cuchnących murów, wśród gór błota uschniętego, śmieci, ogryzków 

wszelkiego rodzaju, kałuż obrzydliwej wody, której słońce nie miało jeszcze czasu wypić. 

Kożuszek   szedł   z   głową   spuszczoną   zerkając   z   ukosa   na   przechodniów,   kłaniając   się 

witającym go, których było mnóstwo, gdyż osobistość ta w owej dobie była arcypopularna i 

znana   w   Warszawie.   Doszedłszy   do   kamienicy,   w   której   kawiarnia   się   mieściła,   śmiało 

przeszedł ciemną sień i otworzył drzwi na pół szklane, na prawo od wejścia.

Uderzyła   go   smrodliwa,   wilgotna,   przesycona   wszelkiego   rodzaju   wyziewami 

atmosfera - ale on widocznie przyzwyczajony był do tego.

Oprócz tego było  też tak ciemno  od dymu  zapełniającego  obie izby,  że świeczka 

gorejąca na szynkwasie ginęła w nim jak w obłokach mgły oświecając tylko olbrzymią postać 

kobiety, siedzącą za  szynkwasem, a którą widocznie malarz sportretował na szyldzie przed 

drzwiami. Głowę miała ona obwiniętą czerwoną chustką, której końce spadały jej na szerokie 

ramiona i kark. Na szyi, tłustej niezmiernie, zwieszały się dwa sznury korali. Na piersiach 

potężnych   rozmiarów   tej   nowożytnej   Cybeli   leżała   związana   na   krzyż   kraciasta   chustka. 

Jejmość   ta,   zwana   „Grubą”   albo   „Tłustą   Kaśką”,   siedziała   na   zydlu   za   szynkwasem   i 

doglądała kilku brzydkich i brudnych dziewek, które roznosiły kawę, grzane piwo i polewkę 

winną.

Izba, podobnie jak i druga, nabita była gośćmi, samymi mężczyznami, którzy siedzieli 

na ławach i krzesłach, pili, jedli, palili fajki i grali albo w warcaby, albo w szachy, albo w 

kości. - Z drugiej izby dochodził gwar żywo prowadzonej rozmowy. Kożuszek wszedłszy 

obejrzał się dokoła, posunął się ku szynkwasowi  i widząc, że Gruba Kaśka, zajęta czym 

innym, nie zwraca na niego uwagi, stanął pokornie i w milczeniu, nie spuszczając z potężnej 

gospodyni wzroku ani na chwilę. Dziwna przemiana zrobiła się z Kożuszkiem - z butnego, 

zuchwałego i sprytnego oberwańca stał się milczącym, pokorniutkim, jakby trzech nie umiał 

zliczyć.

Na koniec Kaśka zwymyślawszy od ostatnich jedną z posługujących dziewcząt za to, 

że rozlała garnuszek śmietanki, umilkła i sapiąc potężnie a obcierając kroplisty pot z czoła, bo 

background image

w izbie było straszliwie gorąco, spostrzegła Kożuszka. Ten trzymając czapkę w rękach skłonił 

się natychmiast Kaśce.

- O! znowuś tu przyszedł, hultaju jakiś, czego chcesz? Zapłać mi moje dwanaście 

złotych, coś je tu przeżarł, psi synu, i potem przychodź - a teraz won! - Wolała Kaśka głosem 

grubym,  donośnym,  panującym  nad gwarem wszystkich  gości. Zresztą  na te jej  słowa w 

pierwszej izbie zrobiło się cicho i każdy w milczeniu począł się przypatrywać tej dziwacznej i 

zabawnej zarazem scenie.

Kożuszek   bowiem   ukłonił   się   znowu   pokorniutko   rozgniewanej   megierze   i   rzekł 

słodziutkim głosem: - Nadobna obywatelko! Ale nie dała mu skończyć.

- Won, mówię, szubieniczniku jakiś, won, bo jak wezmę mietły, to cię tak zamaluję, 

że wszystkie gwiazdy obaczysz! Won mi stąd, a nie, to ci tę kontusinę z grzbietu ściągnę za 

moje dwanaście złotych i za drzwi wypchnę uczęstowawszy kolanem... To ci psi syn, włóczy 

się   po   całych   dniach,   termedie   wyprawia   zamiast   pracować.   O!   żebym   ja   była   Królem 

Jegomością, dałabym ja wam. No, i cóż stoisz? Oddasz mi moje dwanaście złotych?

- Ale oddam, oddam, śliczna Kasiu, jak mię żywym widzisz! - zaklinał się Kożuszek 

kładąc rękę na piersi z patetycznym gestem.

- Co ty, obieżyświacie, będziesz tu sobie mną giębę wycierał - śliczna Kasiu! widzisz 

go, oberwańca. Ty mi się tu nie kłaniaj i nie umizgaj, dziadzie jakiś obrzydły, jeno płać, kedyś 

winien. Śliczna Kasiu!... jaki mi gach! bestia... No, oddasz czy nie oddasz dwanaście złotych, 

bo jak Boga kocham, nie wytrzymam!

Zasapała   się   i   poczęła   chwytać   powietrze.   Skorzystał   z   tej   chwilowej   przerwy 

Kożuszek, ukłonił się znowu i nie zmieniając na pół szyderskiego uśmiechu począł mówić:

- Czy sądzisz, Kasiu, żebym ja ciebie, dziecię ludu, chciał oszukać? Nigdy, nigdy, po 

trzykroć nigdy!  Przysięgam oto, kładąc palce na palce, wobec tych zacnych obywateli, iż 

oddam   ci   niedługo,   wkrótce,   a   potem   ożenię   się   z   tobą   -   tak,   ożenię.   I   dziś   publicznie 

oświadczam się o twoją śliczną, pulchną rączkę.

Zgiął się do połowy i brudną, kościstą, podobną do szponów jastrzębia łapę wyciągnął 

w   kierunku   Grubej   Kaśki   ponad   szynkwasem.   Ta,   sapiąc   jeszcze   wciąż,   patrzała   swymi 

maleńkimi oczkami na Kożuszka, patrzała i w chwili gdy ten się jej oświadczył, pulchna jej 

twarz poczęła tracić surowy, gniewny wyraz - podniosła swą rękę i potężnie palnęła łapą 

Kożuszka, który z bólu nieco się skrzywił, i rzekła:

- Stary hultaj!

W   głosie   jej   nie   czuć   już   było   gniewu,   ale   raczej   pewien   przyjazny   umizg   do 

oberwanej   postaci   Kożuszka.   Ten   widząc   się   teraz   panem   pobojowiska   wyprostował   się, 

background image

żwawo wcisnął się za szynkwas i głośny pocałunek wycisnął na czerwonym obliczu Kaśki. A 

choć   dostał   za   to   niemniej   głośny   i   zapewne   bolesny   policzek,   przyjęty   przez   widzów 

homerycznym   śmiechem,   przecież   w   zupełności   udobruchał   gniewną   gospodynię,   tak   że 

wkrótce   dziewczyna   służebna   poniosła   mu   wielką   szklanicę   kurzącej   się   kawy  i   kromkę 

białego chleba z masłem.

Kożuszek spałaszował to wszystko jednym tchem, uśmiechając się do grubej swej 

kochania,   poglądając   spod   oka   na   otaczających   gości.   Byli   to   przeważnie   jego   znajomi, 

majstrzy rozmaitych kunsztów, wojskowi, obywatele miejscy, wreszcie rozliczna gawiedź, 

której   zajęcia   i   sposobu   życia   trudno   określić.   Rozmowa   oczywiście   toczyła   się   o 

najświeższych wypadkach i przyszłych nadziejach, do której jednak Kożuszek, zajęty swoją 

szklanicą kawy, wcale się nie mieszał, nasłuchując wszakże bardzo pilnie. Dopiero kiedy 

zjadł do okruszyny chleb i wypił kawę, skłonił się Kaśce i poprosił o lulkę. Podano mu ją, 

zapalono - cmoknął ustami parę razy z wyrazem zadowolenia i błogości, puścił kłęby dymu i 

wysunął się do drugiej izby.

Tu widok był całkiem inny. Jeżeli w pierwszej izbie goście oprócz jedzenia i picia 

zajęci byli grą w kości, warcaby itp., to tutaj siedzieli oni rządem około wielkiego stołu i 

paląc   fajki   słuchali   mówiącego,   którym   był   mężczyzna   średniego   wzrostu,   krępy,   jakby 

nabity, o grubym karku, jasnoblond włosach, krótko przystrzyżonych, i wielkich obwisłych a 

białych jak konopie wąsach. Ubrany był w strój na pól szlachecki, na pół wojskowy - miał 

bowiem na sobie nowiuteńki kontusik granatowy do kolan, z amarantowymi wyłogami i takiż 

żupan, U pasa wisiała mu kawaleryjska szabla w blaszanej pochwie, a przed nim na stole 

leżała para pistoletów dość ordynarnej roboty.

- Tak, obywatele - mówił ów białowąsy mężczyzna głosem donośnym i czystym - tak, 

obywatele, jak mię widzicie tutaj, ja byłem we Francji. Oni to nazywają tutaj insurekcją - pfu! 

do kaduka, czemuż  już nie konfederacją! Jeżeli ma  być  druga Targowica,  to niechże  się 

nazywa jak i tamta. Pan Tadeusz, człowiek dobry z kościami... znam go doskonale od dawien 

dawna, generał wyborny,  ale słaby. Jak Pana Boga kocham, słaby! Tu, obywatele, trzeba 

wszystko chwycić za łeb. Inaczej psu na budę się nie zda.

Wydobył zza kontusza tabakierkę, uderzył w nią palcami, poczęstował sąsiadów i sam 

zażył   potężny   niuch.   Kożuszek,   który   właśnie   w   milczeniu   słuchał   tych   wywodów 

białowąsego rycerza, skorzystał z przerwy i podsunąwszy się do najbliższego sąsiada zapytał 

szeptem:

- Obywatelu Drozdowski, kto jest ten obywatel? - Jakże to, nie znasz go?

- Nie znam.

background image

- Hm! odwrócił się zapytany i nachyliwszy się do ucha Kożuszka szepnął: - To jest 

Konopka, prawa ręka obywatela podkanclerzego Kołłątaja.

- To podkanclerzy przyjechał?

- A jakże, wczoraj jeszcze.

W tej chwili obywatel Konopka począł znów mówić:

- Mówię, obywatele, psu na budę się nie zda i tak mi Boże dopomóż, mówię prawdę. 

Oto niedawno byłem  w obozie  pod Połańcem  - śliczny obóz i śliczne  wojsko! Aż serce 

rośnie! Ale cóż, i tam Się źle, bardzo źle dzieje, a pan Tadeusz dysymuluje, dysymuluje i nic 

więcej.   Odbywał   się   tam   przegląd   Wojska   -   w   pierwszym   szeregu   stal   chłopek,   dzielny 

chłopek, a przed szeregiem mnóstwo szlachty, która się zjechała oglądać obóz. Wtem jeden 

szlachcic zobaczył onego chłopka, który był poddanym z jego wsi, przyskoczy tedy, buch go 

w gębę raz i drugi, a potem w łeb i wyciągnął z szeregu: „To ty, psi synu, tutaj! A kto ci  

pozwolił? Kto cię uwolnił z poddaństwa? Won! w kajdanki hultaju, do sochy... dam ja ci 

wojaczkę, że cały miesiąc popamiętasz!” I dalejże na swoich krzyczeć, żeby go okuli. Cóż 

powiecie,   obywatele?   Onego   chłopka   okuli   i   powieźli   do   wsi,   gdzie   szlachcic   bizunem 

Wypędził mu z głowy pewno chęć wojowania za ojczyznę. A pan Tadeusz, który patrzał na 

to, milczał jako sum.

Opowiadanie to Wywołało w zgromadzonych ogólne oburzenie. Powstała wrzawa nie 

do opisania, wszyscy chcieli mówić razem, podawali różne rady i wnioski najgwałtowniejsze, 

tak   że   obywatel   Konopka   nie   mógł   już   przyjść   do   słowa,   choć   parę   razy   się   zrywał. 

Zgromadzenie rozbiło się na pojedyncze gromadki, niezmiernie wrzaskliwe i niespokojne. 

Rozprawiano,   ściągano   ze   stołu   mówców,   którzy   od   czasu   do   czasu   wskakiwali   na   tę 

improwizowaną   mównicę   i   krzycząc   co   mieli   sił,   chcieli   opanować   gwarne   i   rozhukane 

namiętności   zebrania.   Jak   powiadamy,   inni,   niemniej   żądni   wygłoszenia   swego   zdania, 

ściągali mówcę ze stołu, na który sami włazili, by temuż losowi ulec z kolei. Zwykle takiemu 

czynowi  towarzyszył  ogólny,  rozgłośny śmiech  obecnych  i oklaski  nawet. Poczęto  sypać 

docinki, prawić krotochwilne zdania, śmiać się - i zgromadzenie straciło całą powagę. Ten i 

ów, naśmiawszy się i nakrzyczawszy do syta, wymykał się cichaczem z izby - tak że wkrótce 

opróżniła się ona do połowy.

Zostawmy to zebranie, które wreszcie nie przyczynia się w niczym do postępu naszej 

powieści, ale jest tylko tłem historycznym (musimy to zaznaczyć, że w pracy tej nie wiele 

będzie romansu, ale za to dużo historii) - otóż opuśćmy huczne zebranie w kawiarni Grubej 

Kaśki i idźmy za obywatelem Wojtkiem, gdzie obaczymy nowe osoby, nowe obrazy i nowe 

fakty.

background image

Chłopak, któremu rozprawy Kożuszka nie bardzo jakoś szły do głowy, bo ich nie 

rozumiał   i   nie   pojmował,   szedł   zamyślony   ze   spuszczoną   głową,   zastanawiając   się   i 

rozbierając   nieomal   każde   słowo.   Wkrótce   jednak   widząc,   że   mimo   najusilniejszych 

namyślań niewiele z tego wszystkiego pojmie, dał wszelkim zastanawianiom się za wygraną, 

podniósł głowę, spojrzał wesoło w świat i włożywszy ręce w kieszenie swego Spencera, 

zaczął wygwizdywać jedną z ulubionych owoczesnych ulicznych piosenek.

Tak, witając się ze znajomymi, uśmiechając do dziewcząt, wesoły, swobodny zaszedł 

nasz obywatel Wojtek na Bednarską ulicę. Spuścił się tą przykrą i spadzistą zawsze drogą na 

sam   jej   koniec   i   zatrzymał   się   przed   niewielkim   domkiem   drewnianym,   pochylonym   od 

starości,   ze   ścianami   wypaczonymi   niegodziwie,   ze   szmaragdowymi   grzybami   na   dachu 

pełnym łat i dziur. Pomimo tej swojej starości domek trzymał się jako tako, jak wszystko, 

co długie lata trwa; otaczał go maleńki ogródek, ogrodzony sztachetami. W ogródku rosło 

parę krzaków bzu, teraz kwitnącego  i napełniającego  okolicę rozkoszną wonią, nieco też 

fiołków i rutki. Utrzymane to było czysto, starannie, porządnie. Leżała tu zresztą, jako na 

końcu miasta, cisza na pół sielska, spokój jakiś, przyjemny i miły, zwłaszcza dla tego, co był 

świadkiem burzliwych scen na rynku staromiejskim.

Wojtek zbliżając się do opisanego przez nas domku poważniał powoli i uciszał się. 

Dotąd gwizdał lub śpiewał, teraz nagle umilkł, zwolnił kroku, chwilami nawet zatrzymywał 

się oglądając dokoła troskliwie. Na ulicy, która już w tym miejscu nie była brukowana, tylko 

piasek leżał na niej trudny do przejścia, a nie opodal widniały płowe fale Wisły, na ulicy, 

powtarzamy, nie było prawie nikogo. Obok pobliskiego domu, także drewnianego, grzebało 

się tylko w piasku kilkoro dzieci - zresztą, żywej duszy.

Skradając się tak, Wojtek usunął się w ciasne przejście, znajdujące się między dwoma 

domkami,   okrążył   dość   obszerny  sad   owocowy,   będący  z   tyłu   domu   najprzód  przez   nas 

opisanego, wdrapał się na niski płot z desek i zajrzał do ogrodu ciekawie. Patrzał długo, ale 

widocznie nic tam nie dostrzegł, bo westchnął głęboko, mruknął coś pod nosem, zeskoczył z 

płotu i usiadł pod nim na ziemi zamyślony. Na kolanach wsparł łokcie rąk, a na nich brodę i 

patrzał szklanym wzrokiem na migocące się pod wieczornymi blaskami fale Wisły, na Pragę 

zieleniejącą poza rzeką, na niebo gorejące purpurą i złotem zachodu. Od czasu do czasu 

odwracał się, przykładał głowę do szerokiej szpary w parkanie i zapuszczał wzrok do ogrodu 

- po czym wracał do pierwotnej swojej pozycji lub kreślił kawałkiem kija rozmaite znaki na 

piasku.

Tymczasem   robił   się   powoli   wieczór,   wieczór   cichy,   wiosenny,   pełen   świeżości, 

szmerów dalekich, chłodzony lekkim wiatrem, który przynosił do ucha Wojtka pluskanie fali, 

background image

urywane śpiewy, szum życia miejskiego, głuchy turkot wozów, brzęk owadów i w końcu 

odgłos jęczący dzwonu kościelnego, wzywający do modlitwy za umarłych. Tu, w tej ciszy na 

pół miejskiej, w tym kąciku zapadłym wielkiego miasta, pod ogrodem pełnym woni bzu, róż i 

fiołków,   te   głosy   wieczorne   tworzyły   przedziwną   harmonię   poetyczną,   na   poły   senną   i 

rozmarzającą. Wojtek też oparł głowę o parkan, zapuścił wzrok w ciemny lazur niebios i 

zapewne   marzył,   gdy   nagle   zbudził   go   lekki   szmer   tuż   za   parkanem,   od   strony   ogrodu. 

Żwawo się zerwał i ujrzał nad parkanem główkę ślicznej dziewczyny.

Rozpromieniły się jego oczy, usta zagrały uśmiechem i cała twarz wyrażała radość. 

Jakoż   było   się   czego   radować   patrząc   na   tę   główkę   dziewczęcia.   Była   to   bowiem   silna 

brunetka   o   płci   białej,   acz   nieco   opalonej,   o   oczach   dużych,   ognistych,   otoczonych 

prześliczną brwią i przykrytych długimi rzęsami. Dziewczyna była mocno zarumieniona, czy 

to skutkiem wzruszenia, czy też szybkiego biegu, a przy tym nieco strwożona, gdyż oglądała 

się co chwila i nasłuchiwała, czy kto czasem nie idzie, ktoś niepotrzebny przy rozkosznej 

schadzce z kochankiem.

- Andzia, Andzia! - wołał chłopak z uniesieniem radości, wspinając się na parkan.

- Cicho, Wojtuś, cicho - tatulo jeno patrzeć jak przyńdą - szeptała dziewczyna głosem 

srebrnym, melodyjnym, chwytając piersiami powietrze i poprawiając krucze włosy na głowie, 

włosy długie, wspaniałe, w które zalotnie wpięty był kwiat purpurowej róży.

- Bodajże cię! - mruknął chłopak - no, a cóż słychać?

- A...

- Jakże, gadałaś, Andziu, z tatulem?

- Ej! - machnęła ręką dziewczyna i spuściła smutnie oczy - co tu gadać! Tatulo ani 

wspomnieć sobie o tobie nie da, ktoś mu powiedział, że ty tu wieczorem przychodzisz pod 

parkan, to dziś rano, kedy miał płynąć na kiępę, przygroził mi, bym się nie ważyła z tobą 

widzieć, bo mnie zbije na kwaśne jabłko. Ano... i co ja mam robić! Mnie serce z żalu pęka.

Wzięła   biały   fartuszek   w   ręce   i   zakryła   nim   oczy   szlochając   cicho.   Wojtek 

niecierpliwie poruszył się na parkanie i rzekł:

- A matka?

- Matka? Cóż matka pomoże, ona cię bardzo lubi, ale to nic nie znaczy - szeptała 

dziewczyna szlochając. Po chwili dodała:

-  Bo też   ty,  Wojtek,  sam  wszystkiemu   jezdeś  winien.  -  Jak to  ja jezdem  winien, 

Andziu?

- A tak, ty... bo kedyś jest rybakiem i kedyś się tatulowi tak podobał, że mnie miał 

wydać za ciebie, to po co ci było zostawać jakimś tam pikinierem? Tatulo tera gada: co on 

background image

wart, próżniaczy się tylko, hultaj jest do niczego, ty byś z głodu przy nim umarła. A co ja na 

to powiem - nic, bo tak jest.

- Przecie  tera  jest wojna i Prusaki mają  przyńść  pod Warsiawę, więc ja zostałem 

pikinierem, bo wszyscy tak robią i w cyrkule mnie sami zapisali - a zresztą, tatulo przecie 

gadał, że tera nie szlachta ma bronić kraju, jeno my.

-   I   ja   to   tatulowi   mówiłam,   ale   cóż,   tatulo   gada:   Wojtek   dobrze   robi,   że   został 

pikinierem, bo kedy jest chłop młody i zdrowy, to powinien się bić z nieprzyjacielem, ale tera 

jeszcze nieprzyjaciela nie ma,  tera czas spokojny,  więc Wojtek powinien pracować a nie 

hultaić się z hołotą po mieście. Widzisz, Wojtuś... tak tatulo gadają...

Chciała coś jeszcze mówić, gdy nagle rozległ się w ogrodzie głos kobiecy:

- Anuś! Anuś!

- Matka mię woła - rozpoczęła dziewczyna - tatulo przypłynęli. Bądź zdrów, Wojtuś...

Zawahała się, spuściła oczy i odwracając się dodała:

- Jutro świtaniem będę na targu przy moście. I uciekła.

Wojtek powoli zsunął się z parkanu, kopnął z gniewem jakiś kamień przy drodze i 

ruszył z głową spuszczoną.

- Wszyscy mi gadają, co ja nicpoń - to i tak być musi! A niechże cię morowe!...

I zniknął mrucząc w ciemnościach szybko zapadającego wieczoru.

Nazajutrz o świcie Wojtek znalazł się na targu przy moście, gdzie mu zapowiedziała 

schadzkę   Anusia.   Targ   był   mocno   ożywiony,   gdyż   był   to   piątek,   w   który   to   dzień,   jak 

wiadomo tym, co znają Warszawę, od wiek wieków odbywają się tu targi.

Anusia   zasiadła   z   rybami   za   straganem   przy   Starym   Moście   i   tu   spotkali   się 

kochankowie, a choć z przerwami, mogli jednak rozmówić się i użalić nad swą dolą. Wojtek 

tłumaczył się, jak mógł, mówił, że niech tylko wojna się skończy, to on się zabierze do pracy.

- Ale tera, to co ja mam robić, moja Andziu - prawił, oparty o stragan. - Ja wiem, co 

Prusaków jeno patrzeć,  gadał mi wczoraj Kożuszek, to tu o pracy nie ma czasu myśleć. 

Powieda Kożuszek, co z Prusakamy nie żarty... No i ja też nie bandę żartował. Jak którego ci, 

panie, upalę, to i schylić ci się nie bandzie po co... już ja wiem!

Andzi się to wszystko nie bardzo podobało, ale nie miała czasu na rozmowę, gdyż 

ryby kupowano ciągle i trzeba było ważyć, targować się, sprzeczać - a i Wojtek niedługo 

siedział, gdyż mówił, że ma nakaz iść za okopy, że kto żyje, to tam idzie, „bo Prusaków jeno 

patrzeć”. - Jakoż poszedł, a i Andzia niedługo siedziała, gdyż sprzedawszy ryby zabrała się i 

poszła na Pragę po zakupienie masła, sera, jaj itp. rzeczy.

background image

Właśnie co dopiero stargowała u chłopki osełeczkę masła i dwa sery, kiedy zjawia się 

oficer w towarzystwie dwóch żołnierzy zaopatrzonych w duże kosze i nie zważając na to, że 

Andzia masło trzymała już w ręku, pyta:

- Hej, kobieto, wiele chcesz za to masło?

- A kiej ja już sprzedałam masło tej panience.

- Co tam! sprzedałaś... wiele chcesz, ja kupuję!

I   wyrwał   masło   z   rąk   Andzi.   Dziewczyna   oburzona   tym   nadużyciem,   które   nie 

pierwszy raz się przytrafiało i którego nieraz była świadkiem, zarumieniła się z gniewu i 

rzekła:

- Proszę pana, ja już stargowałam to masło i ono jest moje.

Oficer, haraburda wąsaty, obrzucił wzrokiem dziewczynę i rzekł:

- Ładna jesteś, synogarliczko, ale mi się tu nie stawiaj - ja biorę masło, rozumiesz 

acanna!

- A kedy ono jest moje!

- Kroć sto tysięcy! ja się tu z tobą sprzeczać nie będę. Hej! Kurek - zawołał na jednego 

z żołnierzy - bierz masło, a tego diabła w spódnicy... won!

Żołnierz   zabrał   masło,   a   Anusię   chwycił   oburącz   za   ramiona   i   odepchnął,   aż   się 

biedaczka   potoczyła.   Łzy   dziewczynie   stanęły   w   oczach,   drżąca,   niepewna   cofnęła   się   i 

spojrzała dokoła, jakby szukając pomocy. A oficer tymczasem huczał;

-   Milion   kroć   sto   tysięcy   batalionów!   Te   mieszczuchy   strasznie   hardzieją   - 

umitygujemy my was, umitygujemy, ale bizunami. Hej, babo, gadaj, wiele chcesz za masło, a 

nie to ci pięścią w kark dam i basta!

W tejże chwili zrobił się ruch między ludem, poczęto się usuwać, gdyż zbliżał się do 

miejsca tej oburzającej sceny świetny i błyszczący orszak jeźdźców. Było ich kilku, wszyscy 

na dzielnych koniach, strojni w amarantowe wojskowe rogatywki z piórami, w mundurach 

granatowych, kapiących od złota, przy szablach, weseli, głośni, uśmiechnięci. Na czele jechał 

na pysznym  karym koniu wysoki trzydziestokilkoletni mężczyzna  w rogatywce z fantazją 

włożonej na głowie, z wielkim piórem czaplim, spiętym świetnym brylantem, w granatowym 

mundurze   z   amarantowymi   obszlegami,   pełnym   świecideł   i   złota.   Twarz   jego,   smagła, 

matowa, ocieniona była niewielkimi faworytami, czarnymi jak heban, a duże, także czarne 

oczy wesoło patrzały na świat. Właśnie śmiał się rozgłośnie do jednego ze swych towarzyszy, 

gdy rozległ się donośny głos kobiecy tuż koło jego konia:

- Mości książę!...

background image

Książę Józef Poniatowski, gdyż to on był, odwrócił głowę żywo i spostrzegł przed 

sobą Andzię. - Dziewczyna spostrzegłszy księcia, wiedziona głosem oburzenia, przecisnęła 

się przez tłum z zamiarem szukania sprawiedliwości na nadużycie oficera. Ale po pierwszym 

uniesieniu, widząc zwrócone na siebie oczy młodego i pięknego panicza i całej jego świty, 

zmieszała się, zarumieniła jak wiśnia, spuściła oczy i nie wiedziała co powiedzieć.

Tymczasem książę zatrzymał konia i spytał głosem łagodnym i dźwięcznym:

- Co chcesz, moje dziecię?

Andzia   milczała   wciąż,   coraz   większym,   gorętszym   płonąc   rumieńcem   i   mięła   w 

rękach końce fartuszka. Książę obrócił się do swych towarzyszy, uśmiechnął znacząco i rzekł 

po francusku:

- Prawda, że piękna?  - na co ogólne otrzymał  potwierdzenie,  po czym  powtórnie 

zapytał Andzi!

- Co chcesz, piękna dzieweczko?

Komplement ten do reszty pozbawił Andzię przytomności - nie umiała ze ściśniętego 

gardła ani jednego wydobyć  słowa. Książę patrzał, patrzał  na nią obejmując pożądliwym 

wzrokiem jej twarzyczkę, jakby wyciętą z obrazka, jej biust i całą postać, zda się wykradzioną 

z   sali   rzeźb   starożytnych,   i   szeptał   do   towarzyszów   po   francusku,   gdy   nagle   przed   jego 

koniem zjawiła się brudna, oberwana postać Kożuszka.

-   Obywatelu   generale!   -   zawołał   tenże   głosem   ochrypłym,   uchylając   nieco 

zatłuszczonej swej konfederatki - ja wiem, czego to dziecię, dziecię ludu warszawskiego, chce 

od ciebie. Ja wiem, ja! obywatelu generale, znasz mię dobrze i wiesz, że Kożuszek nigdy nie 

kłamie

- Dobrze, doskonale, obywatelu Kożuszku, znam cię, ale powiedz mi, czego ona chce? 

- pytał niecierpliwiąc się już nieco książę.

Tu Kożuszek wystąpił nieco naprzód, odepchnął cisnący się tłum i głosem donośnym 

opowiedział całą scenę, ukazując na trzech winowajców, stojących opodal i wyprostowanych 

jak struny. Książę wysłuchawszy patetycznego opowiadania Kożuszka, obrócił się do Andzi, 

która się znów zarumieniła i spytał:

- Czy to prawda, panienko?

- Prawda, mości książę.

Wówczas książę zmarszczył groźnie brew i głośna zawołał:

- Mości kapitanie, proszę tutaj.

Kapitan krokiem wojskowym zbliżył się, salutował i stanął,

- Jak się waćpan nazywasz?

background image

- Wścieklica Marcin, kapitan pułku podlaskiego.

- Mości Wścieklico, jesteś aresztowany - idź na hauptwachtę i czekaj dalszej rezolucji.

Oficer skłonił się i odszedł wśród śmiechów i szyderstw ludu oraz okrzyków na cześć 

księcia. Ten ostatni, Korzystając z zamieszania, schylił się na Koniu, pogłaskał Andzię pod 

brodę i zapytał:

- Jak ci na imię, śliczna panienko?

Dziewczyna podniosła swe duże oczy na pięknego ulana i szepnęła:

- Andzia!

- Śliczna Andziu... jestem zakochany w tobie, gdzie mieszkasz?

Dziewczyna zarumieniła się, znowu spojrzała na nachylonego nad nią księcia i zrobiło 

jej   się   tak,   jak   gdyby   spadał   na   nią   jakiś   wielki,   olbrzymi   gmach.   W   głowie   jej   się 

zakotłowało, nie wiedziała nic, co się koło niej dzieje, nie czuła nic, tylko dwoje wielkich, 

szeroko rozwartych, ognistych oczów księcia. Wzrok ten palił ją, piekł, przenikał do głębi, do 

serca, wpijał się tam, napełniał sobą, rósł do niezmierzonej wielkości. Czuła, jak z tego serca 

krew jej płynęła falami do głowy, jak oblewała jej twarz. W oczach jej migotał się tłum, kary 

koń księcia, amarantowe jego obszlegi, złocista szlifa, błyszczące guziki, szabla świecąca pod 

słońce jak roztopione srebro - wszystko to przesuwało się przed nią w jakimś tańcu szalonym, 

w jakimś nieskończonym korowodzie. Stała, stała, a bruk piekł ją w nogi, oczy księcia piekły 

ją w twarz, w serce... stała i milczała nie mogąc, nie śmiejąc się ruszyć.

-   Andziu,   Anusiu   -   szeptał   książę   głosem   cichym,   stłumionym,   ale   trochę 

niecierpliwym, wciąż schylony na koniu - powiedzie mi, gdzie mieszkasz?

Andzia milczała - ona teraz, gdyby sam Bóg grzmotem i piorunami do niej przemówił, 

słowa by nie wyrzekła. Pragnęła, żeby niebiosa na nią się zwaliły w tej chwili, żeby ziemia się 

pod nią rozstąpiła i żeby mogła w nią zapaść się uciekając przed palącym a tak pożądliwym, 

tak powabnym i pociągającym wzrokiem pięknego księcia.

Ten   począł   się   niecierpliwić   -   tłum,   na   chwilę   zajęty   oddalającym   się   kapitanem 

Wścieklicą, zwracał powoli uwagę na cichą scenę między Andzią i księciem. Tu i ówdzie 

zaczęto   szeptać,   uśmiechać   się...   Książę   widząc,   że   scena   staje   się   dalej   niemożliwą, 

wyprostował  się  na   koniu  i,  gniewny  nieco,  miał   już  dalej  jechać,   gdy  znów  zbliżył  się 

Kożuszek, skłonił się, wykrzywił czarne usta do cynicznego uśmiechu i mrugając spod oka na 

skamieniałą Andzię, szepnął:

- Obywatelu generale, ja znam tę synogarliczkę.

- Znasz ją?

- Jak siebie samego.

background image

- I wiesz, gdzie mieszka?

- Wiem.

- Mój Kożuszku - nachylił się znów książę - przyjdź do mnie dziś o czwartej pod 

Blachę.

I spiął konia ostrogami i w szczupakach pognał dalej wśród okrzyków ludu, kłaniając 

się dokoła.

ROZDZIAŁ TRZECI

Gdy się powyższe sceny rozgrywały na Pradze, na drugim końcu miasta, pod okopami 

Woli,   Wojtek   nie   domyślając   się   nawet,   jak   niebezpiecznego   zyskał   rywala   w   osobie 

świetnego i pięknego księcia  Józefa, znanego powszechnie ze swego powodzenia u kobiet, 

pracował   gorliwie   i   z   zapałem   koło   sypania   szańców.   Pracujących   była   ogromna   ilość   - 

zdawało się, że cała Warszawa wyległa pod Mokotów, Czyste, Wolę i Powązki, by wznieść 

wał z ziemi dla obrońców stolicy przed najazdem Prusaków.

Nie opodal od Wojtka weseliła się z łopatami  w rękach strojna i głośna gromada 

znanych mu dobrze osób. Był tam więc najprzód porucznik Józef Balcer, świecąc pod słońce 

błyskotliwym strojem munduru i amarantową rogatywką, była panna Klara, na której nie znać 

było   wcale   wczorajszych   wzruszeń   i   słabości.   Zmęczenie   i   słońce   zarumieniło   jej   bladą 

twarzyczkę, a złote zwoje włosów kłóciły się z promieniami słońca o jasność, piękność i 

blask.   Podobnie   jak   wczoraj,   miała   ona   na   głowie   swój   wielki,   z   szerokimi   skrzydłami 

kapelusz słomiany,  przewiązany nową dziś, jasnopurpurowej barwy wstążką, której końce 

unosił od czasu do czasu lekki wietrzyk lub plątał ze złotymi kosami włosów. Ubrana była 

zgodnie z panującą modą w szarą sukienkę, obcisłą, wybornie oddającą jej pełne, dziewicze 

kształty, w fartuszek szary, zawieszony na piersiach na szelkach.. Dziewczyna raczej bawiła 

się łopatą, niż istotnie pracowała, uśmiechając się i gawędząc prawie ciągle z Józefem, który 

tuż przy niej siedział na kawałku faszyny, z twarzą poważną i zniechęconą, patrząc błędnymi 

oczyma w szarzejącą przed nim płaszczyznę.

Przyczyną   tego   smutku   wobec   lazurowych   ocząt   dziewczęcia   był   sąsiad   Balcera, 

siedzący także na szańcu z nogami spuszczonymi w fosę, z rękami i brodą opartą na rękojeści 

łopaty. Był to wysoki, barczysty i zapasiony mężczyzna, z wielkim brzuchem, nadającym 

całości   dość   karykaturalne   kształty.   Spod   wielkiego,   pilśniowego   kapelusza   wyglądały 

kosmyki ryżych, kędzierzawych włosów otaczając twarz szeroką, płaską, ogromną i czerwoną 

jak burak. Nos pałkowaty rozdzielał dwoje oczów małych., siwych, ciągle będących w ruchu, 

background image

z wyrazem chytrości, podstępu i złości tajonej. Brwi, wąsów i brody mężczyzna ten nie miał - 

księżycową tylko jego twarz otaczały ognistoczerwone faworyty, ciągnące się nieprzerwanie 

od ucha do ucha i zwieszające się szkaradnie na pulchnym  podbródku. Ubrany on był w 

długą,   drelichową   kapotę,   w   czerwoną   kamizelkę   i   w   szerokie,   z   takiegoż   materiału   jak 

kapota, spodnie. Siedział oparty na łopacie, spocony, zasapany, poglądając swymi siwymi i 

bystrymi oczkami dokoła.

- Bog by to dala - mówił imci pan Szmit, ojciec Klary, bo to on był - Bóg by to dala, 

szebyśmy te szańca usypali, ale jako mówią, co Nemcy... aj, aj, ne Nemcy, bo Nemcy to 

naród uczciwa, ja sam Nemec i kochać Polaków bardzo - ale Prusaki, o! Prusaki! Herr Jesus! 

jaka gorąco!

- Może by się pan Szmit napił czego, może piwa? - pytał Balcer.

- O ja, ja... piwa.

Poskoczył Balcer do bliskich kramów i przyniósł Niemcowi piwa, które tenże wypił 

duszkiem, odsapnął, zdjął kapelusz, obtarł połą kapoty spocone czoło i rzekł.

- Ja wiem, co my pobijem te Prusaków, ja to wiem - aber pane Józef, fojna to tak jak 

gral w kręgle - o! raz trafisz, a druga raz nichts. Ja chciała pogadać... na, Klara ty fort, syp  

szańca! Alzo ja chciala pogadać, co ja teraz moja córka ne dać panu Józefowi, ne, ne! po 

fojna to co innego, ale ne teraz. Pan Józef może ginąć, kulki są z  olofia i zabijają, to moja 

córka fdofa... ja tak ne chciala. Czemu pana Jozefa poszła do fojska, hę? Kiedy pan Jozef tak 

kochać moja córka, to niech nie chodzi do fojska, a ja córkę, majne Klarchen, dać. Fojska to 

piękne,   szurum   burum,   aber   tu   nichts...   wskazał   na   kieszeń   -   i   w   glofa   kulka   pac,   a   tu 

Klarchen sama i małe dzieciątka, hę? Tak ja ne chciala.

- Panie Szmit - pocznie na to poważnym głosem Balcer - pan źle się patrzysz na 

rzeczy   i   gryziesz   tylko   mnie   i   pannę   Klarę   niepotrzebnie.   Właśnie   dlatego,   że   jestem   w 

wojsku i że mogę zginąć, powinieneś mi pan zaraz dać córkę, któż ją bowiem obroni, jak 

Prusaki przyjdą?

- Nu kto? ich, ich, panie Jozef... aber co tu gadać - ja teraz nie dać majne Klarchen pan 

Jozef, ne i basta! Ja na wsistko pozfolić, pan Jozef byfać u mnie, kochać Klarchen, ale ne 

szenić, ne! To już ja tak pofiedziala i tak być!...

- Panie Szmit - ozwie się na to drżącym od wzruszenia i gniewu głosem Balcer - strzeż 

się pan. Na pana mają oko, źle o panu mówią w mieście - i ja tylko pana bronię, strzeż się 

pan, powiadam, bo jak ja cofnę się, to pana nikt i nic nie zasłoni.

- So?... - syknął Niemiec, a siwe jego oczki przybrały złowrogi wyraz - so? źle o mnie 

mówić, a ja dobry Polak... co ja złego zrobiła? hę?... Niech gadają i ja gadać...

background image

Tu zatrzymał się, usmiechnął dobrotliwie, poklepał Balcera po kolanach i rzekł:

- No, no, ja fiedzieć, co pan Jozef dobra szlofik, ja to wiedzieć i ja dać mu Klarchen, 

aber jeszcze czas... jeszcze... no, no, nie gniefać się, alles dobzie pójść...

Jeszcze Niemiec chciał coś dalej mówić, gdy nagle od miasta rozległ się huk działa, 

przeciągły, głuchy, a za nim inne. Strzały szły po strzałach. Na okopach zrobił się rejwach 

niemały. Kto żył rzucał robotę i biegł do miasta, bo te strzały wzywały gwardię municypalną 

do broni, na zborne punkty, przed cyrkuły. Porwał się i Balcer i biegł żegnać się z przerażoną 

nieco Klarą, kiedy na okop wskoczył znany nam już imci pań Konopka i głosem donośnym 

zawołał:

-   Obywatele,   król   oddala   się   z   Warszawy!   Ogólny,   przeciągły   okrzyk   rozległ   się 

wśród tłumu i wszystko co żyło pędem ruszyło ku rogatkom, mając na czele Konopkę, który 

wciąż coś prawił i rękami machał na wszystkie strony.

Balcer podszedł do Szmita i rzekł mu:

- Zabierz pan córkę i jedźcie do domu, tylko prędko! Ja muszę na swoje stanowisko 

iść. Bądź zdrowa, Klarciu.

I pobiegł za innymi. Szmit, który całą tą sceną zaburzenia był niemało przerażony, 

obejrzał się dokoła i kiwnął palcem na jakiegoś opasłego, o rudych włosach chłopaka, który 

opodal stał z łopatą w ręku i rozdziawiwszy szeroko usta patrzał na tłumy biegnące ku miastu. 

Na znak dany przez Szmita żwawo przybiegł do niego, a ten mu rzekł po niemiecku:

- Chodźmy.

Kiedy się już nieco oddalili od okopów w kierunku wsi Górce, Szmit poklepał po 

ramieniu owego rudego chłopaka i szepnął mu do ucha:

- No, Fryc, Klarchen jest twoja.

Frycowi na te słowa rozpromieniła się gruba, płaska i głupowata twarz, spojrzał z 

ukosa na Klarę, pospieszającą przodem, i ucałował pulchną łapę Szmita - po czym zbliżywszy 

się do prostego wózka, stojącego w cieniu drzew, siedli nań i w końcu zniknęli w tumanach 

białego kurzu.

Tymczasem   Balcer   dopadłszy   swego   konia,   ukrytego   w   stajni   karczmy   wolskiej, 

pognał na nim do Warszawy. Na ulicach spotykał zbrojne tłumy, spieszące w najróżnorodniej 

szych kierunkach ku swoim cyrkułom, sam też wkrótce znalazł się przed zamkiem, gdzie jego 

cyrkuł miał oznaczony punkt zebrania. Szeregi gwardii municypalnej stały już wyciągnięte 

pod linię. Zbite tłumy otaczały szeregi gwardii, między którą Kożuszek ze starym jakimś 

garłaczem, obwiązanym sznurkami, patetycznie opartym na ramieniu, uwijał się i wszędzie 

coś szeptał.

background image

W drugim szeregu, poza gwardią umundurowaną jednakowo i uzbrojoną w bagnety, 

stał rząd tak zwanych pikinierów. Ci ubrani byli, jak kto miał, przeważnie boso, z kosami w 

rękach, osadzonymi  na prostym drzewcu na sztorc. Szereg ten wcale nie miał wojskowej 

postawy, wcale nie był groźny, ale za to był najgłośniejszy i najswarliwszy.

Tutaj to, na skrzydle, stał i nasz Wojtek, oparty na kosie, z głową odkrytą, obcierając 

rękawem spocone czoło i patrząc głupowato i dość obojętnie na ruchliwy obraz, jaki się przed 

nim rozwijał. Kożuszek, kręcąc się tu i owdzie, doszedł i do Wojtka.

Obejrzał się dokoła, wspiął się na palce i szepnął mu do ucha:

- Obywatelu, pilnuj ty twoją Anusię.

Chłopak na te słowa spłonął krwią, duże jego, bystre oczy rozwarły się straszliwie, a 

usta drżeć poczęły. Odtrącił nieco od siebie Kożuszka, chwycił go silną swoją żylastą ręką za 

ramię i syknął:

- Co ty gadasz, psi synu?

-   Oj,   oj!   obywatelu,   nie   ściskaj   tak   mocno   -   krzywił   się   Kożuszek   usiłując   się 

wydostać z żelaznych objęć chłopaka - jeszcze nie ma nic złego, nie... ale może być.

- Gadajże mi, jak Pana Boga kocham, tak cię ścisnę, że ci kiszki nosem wylizą...

-   Widział   ją   dziś   na   Pradze,   na   targu   książę   Józef...   wiesz,   obywatelu,   jaki   to 

kobieciarz, rozpustnik... ano patrzał na nią, pytał, jak się nazywa, gdzie mieszka...

- I powiedziała mu, gdzie mieszka?

- No nie... nie!... Ale widzisz, obywatelu, ci Poniatowscy to rozpustnicy... Pilnujże się. 

Albo i ten - wskazał ręką na zamek - opuszcza stolicę.

Odskoczył od Wojtka, podniósł swój garłacz i krzyknął:

- Obywatele!

- Czego mi tu drzesz gębę, obieżyświacie jakiś! - huknął mu nad uchem potężny głos. 

Kożuszek obejrzał się i ujrzał pułkownika. Ten popatrzał pogardliwie na naszego bohatera, 

splunął i wskazując mu palcem tyły poza szeregami, krzyknął:

- Won! tam za szeregi!

I w tejże chwili zawołany, odjechał ku bramie w szczupakach. Kożuszek popatrzał za 

nim   wzrokiem   jadowitej   żmii,   wykrzywił   się,   obrócił   do   szeregów   i   głosem   nosowym 

zaintonował:

- I na ogromnym smoku jeździć będziesz! - co było aluzją do wielkiego i ciężkiego 

konia pułkownika.

background image

Gwardia ten dowcip przyjęła śmiechem, a Kożuszek, nie chcąc się jeszcze raz spotkać 

z szorstką osobą pułkownika, cofnął się za szeregi i szeptał wciąż do ucha Wojtka, który stał 

twarzą do zamku i groził mu pięścią.

Wtem   zadudniło   w   Krakowskiej   Bramie   i   na   plac   wpadło   pędem   jedno   działko 

zaprzężone w trzy kościste konie, widocznie świeżo odcięte od brony.

Na działku tym siedział olbrzymi mężczyzna z toporem w ręku, ubrany w mundur 

gwardii municypalnej, i głosem stentora wołał:

- Na bok, bo działa jadą!

Tłum ujrzawszy go wywijającego toporem zaczął krzyczeć wiwaty.

Tymczasem pułkownik ujrzawszy działo zakomenderował donośnie:

- Baczność! na ramię broń!

Chrzęsnęły karabiny i bagnety zabłyszczały pod słońce. Nowa komenda:

- Dwójkami od prawego, prawe ramię naprzód, marsz!

Gwardia zwinęła się w dwójki i ruszyła długim, wężowatym szeregiem poza Bramę 

Krakowską - i skierowała się mostem na Pragę. Tu spotkała tłumy lecące pędem na Pragę, 

gwardie innych cyrkułów, działa cwałujące galopem. A wszyscy byli przerażeni, wszędzie 

rozlegały się głosy:

- Król wyjechał!

Tymczasem   gwardie   przyspieszonym   krokiem   maszerowały   ku   Pradze.   Dzień   był 

prześliczny,   cichy,   ciepły,   słoneczny.   Wisła   powoli   toczyła   swe   wody   odbijając   w   ich 

głębiach  i  lazurowe  niebo,  i  białe   na  nim  obłoki,  i  blask  złotego  słońca,  i  różnobarwne, 

zbrojne tłumy ludu warszawskiego. Okrzyki, dudnienie dział, miarowy marsz gwardii zlewały 

się w jedną chaotyczną, olbrzymią wrzawę, która płynąc z falami rzeki, szła daleko, daleko... 

by   skonać   w   końcu   gdzieś   pod   Bielańskim   laskiem.   W   tyle   wznosiła   się   ku   niebiosom 

majestatyczna,   wspaniała   Warszawa,   ze   swymi   zębatymi   szczytami,   z   szeregiem   wież 

bodących dumnie powietrze, złotych od złotego słońca, błękitnych od błękitnego nieba.

Tłumy,   postępujące   naprzód   i   popychające   się   ciągle,   nagle   na   środku   mostu 

zatrzymały się i poczęły wahać, rozstępować. W dali ukazał się powóz królewski, odkryty, 

posuwający się wolno, otoczony zbitą masą ludu.

Król,   ubrany   w   granatowy   frak,   wielką   perukę,   upudrowaną   suto,   błyszczący   od 

świecideł, siedział nieruchomy, blady i niespokojny nieco. Obok niego na stopniu powozu stał 

prezydent miasta, Zakrzewski, suchy, chuderlawy staruszek. Żaden okrzyk nie towarzyszył 

temu smutnemu pochodowi. Pułkownik obaczywszy powóz królewski kazał zatrzymać się 

szeregom gwardii, rozstąpić - i gdy powóz wjechał, otoczyć go dokoła.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Nazajutrz po wypadkach w poprzednim rozdziale przez nas opisanych, około południa 

zjawił się Kożuszek w kawiarni pod „Grubą Kaśką”. Nie była to pora, w której by kawiarnia 

obfitowała w gości; schodzili się oni dopiero przed wieczorem samym - teraz oprócz paru 

osób,   milczących   i   nieznanych,   prawie   nikogo   więcej   nie   było.   Poza   szynkwasem 

właścicielka   drzemała   opędzając   się   od  much   tłustą   ręką.   Spostrzegłszy   Kożuszka   rzekła 

swym grubym głosem:

- O! niecnota... manić tylko umie... gdzieżeś to był przez wczoraj, coś ani zajrzał tutaj, 

hę?

Kożuszek uśmiechnął się rozkosznie, roztwierając szeroko swe czarne, przepaściste 

usta, skłonił się Kaśce i kładąc palce na wargach szepnął:

- Tsst, Kasiu, cicho! Wielką, wspaniałą, złotą przynoszę ci nowinę.

- Ej! nie mań mię tu z twymy nowinamy, obieżyświacie.

Kożuszek   wcisnął   się   za   szynkwas,   ucałował   pulchne   rączki   Kaśki,   na   co   ona 

uśmiechała się tylko, i wydobywając z kieszeni garść świecących dukatów rzekł:.

- Czy widzisz to, nadobna Kasiu? Czy widzisz to świetne, błyszczące złotko?

Nadobna Kasia wytrzeszczyła oczy i widocznie zabrakło jej słów na ten wspaniały, 

niezwykły   widok,   bo tylko   patrzała,   patrzała   na   dukaty   milcząca,   przerażona   nieomal. 

Kożuszek tymczasem wziął jedną sztukę, położył na stole przed kawiarką i szepnął:

- To za kawę, którą wypiłem u ciebie, piękna Kasiu... widzisz, jaki jestem uczciwy, 

jak zacne, szlachetne serce we mnie bije. Oddaję, coś mi zborgowała. A teraz...

Obejrzał się dokoła, przysunął do zdumionej Kasi i szepnął:

- A teraz, miła Kasiu, posłuchaj mnie pilnie, mam ważny, bardzo ważny interes do 

zakomunikowania tobie. Jeszcze jeden taki świecący, taki złoty dukacik złożę na twoją piękną 

rączkę, jeżeli zrobisz to, po co tu przyszedłem.

I   wsunął   jej   w   rękę   drugi   dukat.   Ale   Kasia   już   oprzytomniała,   obejrzała   dukat   i 

spytała:

- Skąd ty to masz, Kożuszku? Ej, ej! musiałeś chyba zabić kogoś?

- O, Kasiu! - zawołał patetycznie Kożuszek kładąc rękę na piersiach. - O niedobra 

Kasiu, niegodna mej miłości, którą pałam ku tobie, jak możesz tak niecną kalumnię na mnie 

ciskać!... To jest pieniądz, który dostałem dla dopełnienia przysługi mej ojczyźnie, wielkiej 

przysługi, niezmiernie ważnej”.

background image

Umilkł i po chwili począł mówić szeptem:

- Bez ciebie, piękna Kasiu, nie będę mógł zrobić tego, co mi polecono, nie zdołam - 

jakem Kożuszek! Na tobie losy świata spoczywają teraz, uważasz, Kasiu, losy świata!

- Ej! nie bańdurzyłbyś mi tutaj... gadaj, skąd masz pieniądze?

-   Kasiu!   Kasiu!   -   rzekł   płaczliwie   -   posłuchajże   mnie.   Znasz   rybaka   Okonia   z 

Bednarskiej ulicy, obywatela Okonia?

- Co on za obywatel, ma ta chałupinę nad Wisłą... Obywatel!... możeś i ty obywatel, 

oberwańcze?

-   Tak,   Kasiu,   jestem   obywatelem,   najprzód   Kraju,   a   potem   świata!   Ty   tego   nie 

rozumiesz,   nie   chcesz   rozumieć,   bo   wielkie,   prawdy...   ale   mniejsza   z   tym,   znasz   więc 

Okonia?

- A jakże, znam, ja się znam ze wszystkimy rybakamy.

- I wiesz, że ma piękną córkę Andzię? - Ano tak.

-   Otóż,   śliczna   Kasiu,   dałem   ci   ten   świecący,   złoty   dukat   dlatego,   ażebyś   dziś 

wieczorem, kiedy mrok ogarnie ziemię, poszła do tej Andzi, zabrała ją ze sobą i przywiodła 

do zamku, pod Blachę... wiesz gdzie...

Kasia na te słowa popatrzała uważnie na Kożuszka i spytała:

- Do księcia?

- Tak... zgadłaś... twoja przenikliwość niewieścia jest cudowna.

- Ej, hultaju! - pogroziła mu palcem - wiemcić ja, co się święci, i nie głupiam, żebym 

za jednego dukacinę wiodła dziewczynę na zatracenie. Gadaj, ileś dostał?

- Kasiu, Kasiu! nie wierzysz-li mnie, twemu narzeczonemu?

- Gadaj, ileś dostał, a nie, to cię mietłą stąd wygonię!

- Trzy dukaty - tobie dałem dwa, a sobie jeden zaledwie zatrzymałem.

- Manisz, łobuzie, widziałam przecie, że masz całą garść.

- To na inne sprawy! dla dobra kraju... przysięgam ci, Kasiu.

Ale Kasia nie patrząc na zaklęcia, na dramatyczną postać Kożuszka, uchwyciła jego 

chude, jastrzębie palce jedną swoją ręką i trzymała jak w żelaznych kleszczach, drugą zaś 

obrewidowała kieszenie i wyjęła z nich garść dukatów.

- Kasiu! Kasiu! - wołał Kożuszek ścigając błyszczącym wzrokiem dukaty - zabijasz 

mnie, zabijasz kraj, przyszłość!

Ale Kasia nie zwracała na to uwagi, tylko przeliczyła skrupulatnie dukaty, których 

było  dziesięć, wzięła  sobie sześć, cztery zaś oddała wijącemu  się jak wąż Kożuszkowi i 

rzekła:

background image

- To dla ciebie dosyć - i, żebyś sobie nie krzywdował, będziesz miał u mnie kawę 

przez cały miesiąc... a tera idź, Andzia będzie wieczór pod Blachą, już moja w tym głowa.

Na próżno Kożuszek zaklinał, modlił się, klękał, całował, płakał nawet, Kasia była 

niewzruszona.

- Ty, hultaju, wyłżesz tam jeszcze od księcia niemało. Taką dzieweczkę jak Andzia to 

się na wagę złota kupuje, a nie za dziesięć dukatów - mówiła. - A ja co? Ja już nic nie 

dostanę, bo ty powiesz, żeś ją sam przyprowadził... no, no, ruszaj sobie do kaduka, a wieczór 

czekaj pod zamkiem, bo ja nie wiem, gdzie tam iść.

Kożuszek, widząc, że nic nie poradzi, zły nieco, zabrał się i wyszedł klnąc pod nosem 

i mrucząc:

- Czekaj, szelmo babo, herodzie, dam ja ci! Odpłacę ja ci się za wszystko.

Tak  więc Andzia  została  sprzedana  za dziesięć  dukatów.  Cóż się z nią  działo  od 

wczoraj, od owej chwili, kiedy ujrzała błyszczącego od złota ułana, księcia, królewskiego 

synowca, kiedy usłyszała pieściwe jego słowa, kiedy jej szepnął, że ją kocha? Ona nigdy nic 

podobnego nie słyszała w życiu - Wojtek ani był tak piękny, ani tak świetny, ani nigdy jej nie 

umiał tak trafić do serca, do duszy. On po prostu, kiedy chciał jej się przypodobać, to chwytał  

ją wpół i głośny pocałunek wyciskał  na jej różowych  wargach. A teraz ujrzała pięknego 

rycerza,   strojnego   jak   w   bajce,   szepczącego   miłosne   słowa,   głaszczącego   ją   po   twarzy 

aksamitną ręką.

W głowie jej wrzało. Cały dzień stał jej w oczach piękny książę. Książę! Ten wyraz ją 

ogłuszał   - ona,  córka  wyrobnika,   prostego  rybaka,  rozmawiała   z księciem,  zwróciła   jego 

uwagę na  siebie.  I jaki jeszcze  książę!  Zda  się żywcem  wydarty z  jakiego  obrazka, taki 

piękny, taki świetny, taki błyszczący od złota.

- Jaki on musi być bogaty! - szeptała sobie.

Ale to ją zresztą niewiele obchodziło, nie myślała o jego  złocie i  pieniądzach. W 

uszach jej brzmiał ciągle jego głos miękki, jedwabny, niby dźwięk srebra lub szmer strumyka. 

Powtarzała sobie ciągle jego wyrazy takie słodkie, takie miodowe:

- Śliczna Andziu, jestem zakochany w tobie. Śliczna! Ona - śliczna! Nie wiedziała o 

tym wcale, nie miała pojęcia o swej piękności, nikt jej tak nie nazywał, nikt do niej jeszcze 

tak nie mówił. I ten książę, ten piękny książę zakochał się w niej, w niej, prostej dziewczynie, 

od   razu,   od   jednego   rzutu   oka,   jak   w   bajce.   Uważała   to   za   rzecz   możliwą.   Wszak   w 

dzieciństwie nasłuchała się tyle bajek, w których piękni rycerze zakochują się od jednego razu 

w pięknych księżniczkach i królewnach. To było tak proste, tak naturalne! Na myśl o tym, że 

książę,   którego   widywała   nieraz,   jak   jechał   w   powozie   przez   Krakowskie   Przedmieście, 

background image

strojny, głośny, uśmiechnięty, otoczony gronem pięknych pań, otóż na myśl o tym, że ten 

książę się w niej zakochał, jakiś dreszcz rozkoszny przebiegał po niej. Drżała, rozpływała się 

w ekstazie nie wiedząc o tym, nie zdając sobie wcale sprawy. Przypominała sobie jego słowa, 

jego wyraz twarzy, jego oczy...

Ach, te oczy, te oczy! Duże, rozwarte szeroko, czarne jak węgiel, błyszczące jak dwie 

świece, aksamitne, wilgotne, rozkochane takie - te oczy ścigały ją ciągle, nie ustępowały z 

myśli. Widziała go, jak nachylony na koniu, otoczony rojną i strojną świtą, patrzy się na nią, 

jak jej przenika do duszy, do serca, jak ją pali tym wzrokiem...

Zasłaniała sobie twarz i myślała, myślała ciągle.

- Gdzie Wojtkowi równać się z nim, z tym księciem! I porównywała ich - i oczywiście 

porównanie   takie   wypadało   zawsze   na   niekorzyść   prostego,   brudnego   i   nieokrzesanego 

Wojtka. Przypominała sobie woń, jaką roztaczał ten błyszczący rycerz - woń ta upajała ją.

- Ale on zapomni o mnie, ma tyle na głowie! - szeptała drżąc w głębi duszy, żeby się 

to przypuszczenie nie sprawdziło. Nie myślała zresztą o niczym, o przyszłości, o tym, jakie 

może zająć stanowisko przy tym księciu, ona, dziecko ludu - wszystko to ją nie obchodziło. 

Ona pragnęła zobaczyć raz jeszcze tego pięknego rycerza, pomówić z nim, posłuchać jego 

szeptu miłosnego, spojrzeć w jego wielkie, palące oczy, a potem... choćby umrzeć.

Serce jej biło jak młotem. Do głowy i twarzy krew falami uderzała. Była oszołomiona, 

rozmarzona, zakochana. Nie pomyślała wcale o Wojtku, o jego miłości, o nadziejach, jakie 

razem budowali i śnili.

Wszystko   to   pierzchło   teraz,   runęło,   rozwiało   się   jak   mgła   poranna   wobec   tego 

wonnego rycerza, tego księcia z bajki. Marzyła tylko o nim - powtarzała jego słowa, czuła 

dotąd dotknięcie jego ręki na swej twarzyczce.

Cały dzień chodziła jak senna. Zapomniała o świecie całym, nie wiedziała o niczym. 

Cóż ją wreszcie mogło obchodzić, że w Warszawie ludzie burzyli się - ją, co śniła o złocistym 

rycerzu, księciu. W sercu jej powstał bożek, ozłocony snami młodości, ukraszony fantazją 

dziecka ludu, piękny jak marzenie i jak marzenie niedościgniony. Robiła wszystko, co do niej 

należało,   sprzątała   w   izbach   domku,   gotowała   obiad,   ale   myślą   była   gdzie   indziej.   Po 

południu wyrwała się do ogrodu, siadła w cieniu wonnego krzaku bzu i pogrążyła  się w 

myślach o księciu. Tak jej było z tym dobrze, tak miło, tak rozkosznie. Nad nią zwieszały się 

wielkie kiście kwitnącego bzu, szemrały listki jego poruszane wiatrem, woń unosiła się w 

powietrzu,   a   wyżej   -   ponad   drzewami   ogrodu   -   w   olbrzymiej   nieskończoności   świata 

rozkładał się wielki namiot czystego lazuru, ozłocony słońcem majowym, ubrany w białe jak 

śnieg, puszyste chmurki. Kiedy niekiedy na tym niepokalanym błękicie niebios zarysowała 

background image

się gromada gołębi kąpiących się w przestworach powietrza, zawisł skowronek, przeleciało 

stado jaskółek. Od czasu do czasu wietrzyk  przynosił jej do uszów ponury gwar miejski, 

urywane okrzyki, wrzawę głuchą. Zresztą była tu cisza - wróble świergotały w krzakach i 

Wisła pluskała o brzegi niedalekie - a Andzia tonęła w marzeniach.

Pod wieczór nie mogła już opanować wzburzonego serca. Uczuła gwałtowną potrzebę 

orzeźwienia się ruchem, zobaczenia księcia.

- Muszę pójść - szeptała do siebie - ja tu nie wytrzymam.

Serce jej mówiło: idź pod zamek, on tam mieszka, może go obaczysz, ujrzysz jego 

oczy czarne i palące, jego usta rumiane, jego mundur świetny.

I   poszła.   Po   placu   zamkowym   pochodziła,   zobaczyła   tłumy   ludu,   gwardię 

municypalną,   otaczające   łańcuchem   cały   gmach,   gwar   rozmów,   okrzyków.   Nic   tego 

wszystkiego nie rozumiała, nic ją to wreszcie nie obchodziło. Jej wzrok błądził po zamku, po 

jego wspaniałych murach, po oknach gorejących złotem od zachodzącego słońca. Uparcie 

szukała   pięknej  twarzy swego wyśnionego   rycerza  i  nie  znalazła   jej  - ale   za  to  znalazła 

Kożuszka.

Zbliżył się do niej uradowany jakiś, z szyderskim uśmiechem, zawsze zbrojny w swój 

garłacz, niegodziwie powiązany sznurkami.

- A co, obywatelko Andziu, jak się mamy?

Spojrzała na niego błędnym wzrokiem, nic nie odrzekła, nie była nawet pewna, czy do 

niej mówił, i znów wpatrzyła się w zamek. Oko jej ślizgało się po bramie, po oknach, po 

wieży i zawisło na orle, co chwiał się u szczytu miotany wiatrem.

Kożuszek   wykrzywił   się   niemiłosiernie,   obejrzał   nachylił   do   ucha   dziewczyny   i 

szepnął:

- Byłem u księcia Józefą, obywatelko.

Drgnęła cała. Zwróciła swe wielkie, czarne oczy na mówiącego i spytała:

- Byłeś u księcia, panie Kożuszku?

- Jak mię widzisz, piękna obywatelko - właśnie wracam od niego. Mówił mi o tobie, 

tylko o tobie, obywatelko. No i powiem ci pod sekretem, śliczna Andziu, że ten obywatel 

książę jest w tobie rozmiłowany z kretesem jak kot w marcu. Aj! aj! obywatelko, jakie ty 

masz szczęście!...

Chciał   coś   jeszcze   mówić,   ale   ruchliwe   fale   ludu   popchnęły   go,   poniosły,   tak   że 

całkiem stracił z oczów dziewczynę. Ta nie chciała się już o nic więcej dowiadywać - wszak 

wszystko wiedziała.

- Książę jest we mnie rozmiłowany, mówi tylko o mnie! - szeptała do siebie.

background image

Serce   jej   biło   jak   młotem.   Czuła,   że   twarz   jej   pała   rumieńcem   gorączkowym. 

Wstydziła się wszystkich, tłumu, który nie patrzał na nią, popychał ją, potrącał, deptał jej po 

nogach. Jej się zdawało, że wszyscy wiedzą o tym, że książę się w niej kocha, a ona w nim.  

Drżała ekstazie miłosnej.

- Ma tyle pięknych, bogato ubranych pań, a we mnie się kocha - szeptała i obcierała z 

palącego rumieńca twarz.

Wracała wolno, napawając się rozkoszą tego zdania tak starego jak świat a tak jednak 

nowego zawsze: on mię kocha! Przeciskała się przez tłumy nie wiedząc, gdzie idzie, co robi, 

ale  chciała  stąd jak najprędzej  uciec,  żeby gdzieś w ciszy i samotności  pomyśleć  o tym 

wszystkim, o czym dowiedziała się od Kożuszka.

Wieczór już się robił, wieczór szary, osrebrzony księżycem, kiedy przyszła do domu. 

Matka rzekła jej w progu:

- Wojtuś tu był - i nie zastał cię.

Andzia   nic   nie   odrzekła.   Ona   zapomniała   o   Wojtku,   o   całej   swej   przeszłości,   o 

wszystkim. Ona żyła teraz tylko marzeniem o księciu.

- Był strasznie nieswój! - mówiła dalej matka. - A gdzieżeś, Anuś, była?

- Poszłam obaczyć, co się dzieje na mieście.

Na tym się skończyła rozmowa. Obie rozmawiające nie myślały o tym, co mówiły. 

Matka Andzi, prosta kobieta, nie zastanawiała się nigdy nad objawami uczuć, nie wiedziała 

nawet, że takowe istnieją: Wojtek był  dla niej „nieswój” i to dosyć - nie pragnęła badać 

przyczyny tego stanu. Cóż ją to wreszcie obchodziło? Ją, dla której życie było jedną długą, 

mozolną troską o chleb powszedni...

Następny dzień przeszedł tak samo. Andzia wciąż była jak senna, jak pijana. Szalała 

już   w   niej   krew   i   namiętność.   Pierwszy   raz   rozkochała   się   w   życiu,   ale   rozkochała   jak 

prawdziwe dziecko ludu. Wszystko w niej wrzało:

- Na kraj świata pójdę za nim - szeptała sobie. Toteż kiedy pod wieczór przyszła 

Gruba Kaśka, ubrana w jaskrawą jubkę i czepiec z mnóstwem żółtych i czerwonych wstążek, 

nie napotkała, ku wielkiemu swojemu zdziwieniu, zbytnich trudności. Wywołała Andzię do 

ogrodu, zaprowadziła ją w daleki kąt i mówiła:

- Anuś, Anuś, wielkie cię szczęście spotkało, jak Boga kocham, wielkie szczęście. 

Książę Józef zakochał się w tobie, ano i mnie przysyła, żebym ci to powiedziała.

A gdy Andzia rozpromieniona, oblana rumieńcem, chciała coś odrzec, Kasia zawołała:

- Cicho, cicho! Bo ty nie wiesz, ty nic nie wiesz, głupia dzieucho... ubieraj się i chodź!

- Ale gdzie?

background image

- Gdzie? To ci, panie, frajerka... no, gdzie?... do księcia, jeno sza... stul giębę!

Andzia chwilę zawahała się. Krew jej falami biła do głowy. Stała wpatrzona w ziemię, 

drżąca jak w febrze, niepewna. Cała młodość, wszystkie sny dziewczęce przebiegły jej przez 

myśl   -   stary   ojciec,   taki   surowy   i   groźny,   matka,   domek,   ogród,   w   którym   tyle   chwil 

przepędziła, tyle marzeń prześniła, pies Burek, kot, co się wygrzewał przy progu na piasku, na 

słońcu,   Wojtek   na   koniec...   Przypomniała   sobie   wczorajsze   słowa   matki   o   nim,   że   jest 

„nieswój”,   przypomniała   jego   miłość,   schadzki   przy   parkanie   ogrodowym,   nadzieje 

połączenia się z nim kiedyś - wszystko to przebiegło jej błyskawicą przez myśl i zawahała się.

Ale Gruba Kasia nie dała się jej opamiętać.

- No i czego stoisz, głupia dzieucho?  Tam książę czeka z pięknymy  sukniamy,  z 

dukatamy,  a wszystko dla ciebie. Żebym  ja była tobą, oj, leciałabym  też, leciała do tego 

ślicznego księcia!

Westchnęła i dalej prawiła:

- Powiedam ci, on taki zakochany w tobie, że aż strach. O tobie jeno mówi i płacze, że 

ty go nie będziesz chciała. Dziś zawołali mię do niego, a on mi powieda: Kasiu, moja kochana 

Kasiu, bo my się znamy od dawna, idź ty do Andzi rybarczanki i powiedz jej, że jak do mnie 

dziś nie przyńdzie, to ja się zastrzelę, w Wiśle utopię... No, widzisz, słychane to rzeczy, żeby 

taki wielki pan się topił dla jednej dzieuchy?... A ja mu na to powiedam: mości książę, już 

moja w tym głowa, co Andzia dziś w zamku będzie. To gięś, mości książę...

- A po coście tak powiedzieli? - oburzyła się Andzia.

- Po co? To ci głupia dzieucha! Ja dlatego tak powiedziałam, żeby książę myślał, że z 

tobą   będzie   trudno,   i   żeby   cię   szanował.   Ho!   ho!   już   ty   mnie   nie   ucz!...   mnie   to   nie 

pierwszyzna.

Odetchnęła, otarła pot z czoła i rzekła:

- No, idź, wdziej na siebie suknię i chodźmy. On, ten biedny książę, umiera tam bez 

ciebie, Anuś. Ach! żebym ja była tobą...

- Umiera, mówicie, chce się utopić?

- Przecieć ci powiedam - widziałam, jak na stole pqłożył przy sobie srebrny pinstolet, 

nabity kulami, i jak mówił: jeżeli Andzia nie przyńdzie za godzinę, zastrzelę się jak pies...

Dziewczyna   pobladła,   załamała   rączki,   zawahała   się   chwilę   i   frunęła   do   domu 

mówiąc:

- Czekajcie tu na mnie.

Kasia popatrzała za nią, siadła na trawie zasapana i szepnęła:

- No, z tą niewiele miałam chłopotu!...

background image

Szary   mrok   ogarniał   już   ogród,   kiedy   Andzia   ubrana   w   swe   świąteczne   suknie, 

zapłakana nieco, strwożona i niespokojna stanęła przed Kasią.

- Chodźmy prędko - szeptała oglądając się dokoła - tatula jeno patrzeć.

Kasia nie dała sobie tego powtarzać dwa razy. Żwawo zerwała się i furtką w parkanie 

ogrodu, od której  klucz Andzia przyniosła,  wymknęły się na ulicę.  Andzia  okryła  głowę 

chustką i biegła nie śmiejąc patrzeć na świat i ludzi, Czuła, że źle robi, że rzuca za sobą 

wszystko, że zrywa z całą przeszłością, z rodziną z Wojtkiem, ale nie chciała, nie mogła się 

już   cofać.   Namiętność   wrzała   w   niej   ukropem,   dziewicza   dusza   unosiła   się   w   ekstazie 

miłosnej.

- Niech co chce się stanie - mówiła - a ja go muszę zobaczyć.

Kasia wreszcie nie dawała jej czasu do namysłu. Zepsuta do gruntu i wytrawna w 

swym rzemiośle, wiedziała, jak obałamucać młode i niedoświadczone serca, jak należy nie 

dopuszczać poważniejszych myśli do główki dziewczyny. Kłamała, co się zmieści, roztaczała 

z wprawą złej duszy cały urok tajemnej i namiętnej miłości.

- Tobie zazdrościć będą wszystkie wielkie panie... co ty myślisz? Ty będziesz księżną, 

będziesz jeździć w koczu, stroić się w atłasowe suknie, będziesz jadła marcepany! Ho! ho! 

wielka będziesz pani.

-   Czy   tylko   prawda,   że   książę   mię   kocha?   -   pytała   dziewczyna,   bo   jej   sercu   nie 

uśmiechał się zbytek, ale uśmiechała się miłość pięknego rycerza.

- Powiedam ci, że chce się utopić z wielkiego kochania albo zastrzelić. Co ty wiesz? 

Tacy panowie to się kochają na zabój. Dla nich piękna dzieucha to wszystko.

Kiedy dostały się pod zamek, już był wieczór. Na jasnym od blasków miesiąca niebie 

rysowały się wspaniale mury zamku, strzelała wieża wysoko, migotały w oknach krwawe 

światełka. Podeszły nieco bliżej i zaraz zjawił się Kożuszek. Pokłonił się Andzi i szepnął:

- Witam obywatelkę księżnę. - książę czeka z niecierpliwością, z biciem serca, Wysłał 

mnie, ażebym cię, obywatelkę Andziu, bezpiecznie przez straże poprowadził.

Potem poszeptał coś na stronie z Kasią i obróciwszy się do Andzi rzekł:

- Chodźmy, piękna obywatelko.

- Idź, Andziu, idź - rzekła Kasia - Kożuszek cię zaprowadzi; A jak zostaniesz wielką 

panią, księżną, pamiętaj też o Kasi, sukienczynę ta jaką, jubkę, parę złotych, ja wszystko 

wezmę, No, no, ja wiem, co za moje dobre serce ty się odwdzięczysz. No, niech cię Pan Jezus 

prowadzi!

I objęła śliczną główkę dziewczyny swymi tłustymi łapami i złożyła na jej czystym 

czole judaszowy pocałunek.

background image

Kożuszek się już niecierpliwił.

- No, dość, dość tych czułości. Książę czeka, a i tu może nas kto zobaczyć. Chodźmy!

I pociągnął płaczącą Andzię, i zawiódł do pałacu. Bocznymi  drzwiami, przez parę 

korytarzy na pół ciemnych poprowadził ją do niewielkiego pokoiku z oknami wychodzącymi 

na Wisłę i rzekł:

- Zaczekaj tu, Andziu, ja księciu powiem - i znikł. Andzia została sama. Z początku 

nie ruszała się z miejsca, na którym postawił ją Kożuszek, okryta chustką, tłumiąc serdeczne 

łkanie   i   silne   bicie   serca.   Ogarnęła   ją   jakaś   niewypowiedziana   żałość,   tęsknota   za 

przeszłością, za rodzinnym, cichym domkiem, za ojcem i matką, za psem Burkiem i kotem, za 

wszystkim. Zdawało jej się, że już tego nigdy nie zobaczy, że oddalona jest od Bednarskiej 

ulicy setkami mil. Stanęły jej w myśli zajęcia domowe, troski i kłopoty codzienne, czuła obok 

siebie woń bzu z rodzinnego ogrodu - i taki ją żal ogarnął, taki strach, że porwała się i chciała 

uciekać. Rzuciła dokoła wzrokiem i została olśniona.

Jak żyje, nie równie pięknego, równie wspaniałego nie widziała. Znajdowała się w 

niewielkim pokoiku, którego dwa okna, jakeśmy rzekli - wychodziły na Wisłę. Widziała więc 

czerniejącą   w dali  Pragę,   pełną  czerwonych  ogników  od  świateł   palących  się  w  oknach, 

widziała Wisłę snującą się jak wstęga, migoczącą roztopionym srebrem od księżyca, który 

toczył się spokojny i blady po ciemnym szafirze niebios. Gdzieniegdzie widać było tratwy z 

drzewem i na nich gorejące krwawe ogniska, koło których  jak czarne szatany kręciły się 

sylwetki flisaków. Odblask tych ognisk unosił się na wodzie, mieszał ze srebrem księżyca, 

mienił się, migotał i płynął z falami, by zniknąć w cieniach nocy. Od czasu do czasu wietrzyk 

przyniósł gwar jakiś, śpiew urywany lub tęskne granie fujarki. Widok był niezwykle piękny.

Ale to nie olśniło wcale Andzi, ona, jako warszawianka i do tego córka rybaka, obyta 

była   z   tym   cudownym,   uroczym   pejzażem,   jaki   przedstawia   Wisła   w   noc   letnią,   noc 

księżycową - ją zachwyciło co innego.

Ją zachwycił pokój, w którym się znalazła nagle po skrytej i mozolnej wędrówce z 

Kożuszkiem po na wpół ciemnych korytarzach. Najprzód pokój ten był jarząco oświecony 

dwoma świecznikami srebrnymi o kilku ramionach. Same świeczniki te budziły zdumienie w 

Andzi, Przedstawiały one bowiem drzewo, którego liczne  gałęzie,  suto ozdobione  liśćmi, 

unosiły piękne, białe, woskowe świece. Pokoik był niewielki i było tu widno jak w dzień. 

Ściany obite jasnoróżową materią w kwiaty, pełne złoceń, unosiły kilka obrazów, od których 

Andzia   oczów   oderwać   nie   mogła.   Wprost   niej,   między   dwoma   oknami,   wisiało   nad 

maleńkim złoconym stoliczkiem wielkie zwierciadło w bogato rzeźbionych, złotych ramach. 

W   zwierciadle   tym   dziewczyna   widziała   całą   swoją   postać,   swe   wielkie,   gorączkowym 

background image

ogniem pałające źrenice, swą kibić, rysującą się wspaniale pod chustką. - Dalej wisiał wielki 

obraz przedstawiający nagą kobietę, ale tak nagą, jak ją Bóg stworzył, leżącą na wznak i 

całującą się z łabędziem... Andzia nie rozumiała znaczenia tego obrazu, ale instynktownie 

wstyd jej było, że takie obrazy wiszą u księcia. Było tu bowiem jeszcze parę mniejszych 

obrazków, także z nagimi kobietami, parę miniatur maleńkich, przedstawiających ufryzowane 

piękności i na pół obnażone - był na koniec portret królewski na koniu. Króla Andzia widziała 

kilka razy i z łatwością go poznała. Zresztą, na ścianach nic więcej nie było - tylko na suficie 

mglistymi farbami malarz wymalował także grono nagich kobiet wśród mnóstwa złoceń.

W pokoju tym było cicho. Przez na wpół otwarte okna dostawał się wietrzyk od Wisły 

i chwiał ciężkimi, z karmazynowego aksamitu firankami. Miękkie, takimże aksamitem kryte 

meble, złocone bogato, mitrą książęcą i „ciołkiem” u szczytu ozdobione, zapraszały, by na 

nich usiąść - posadzka, lśniąca jak zwierciadło, pokryta była kilku perskimi dywanami. Po 

kątach,   na   słupach   marmurowych,   w   wazonach   z   białego   marmuru   stały   całe   bukiety 

nieznanych Andzi kwiatów, które napełniały niewielki pokoik duszącą wonią. Na stołach, 

szafkach szklanych znajdowało się tu mnóstwo cacek, ozdób, posążków, figurynek, których 

potrzeby i znaczenia Andzia nie pojmowała, a które stanowiły nieodłączny przymiot każdego 

najwykwintniejszego   mieszkania   w   XVIII   w.   Nad   marmurowym   kominkiem   poważnie 

mierzył czas wytworny zegar i ponurą ciszę tego pokoiku przerywał monotonnym swoim: tik, 

tak.

Andzia   stała,   stała   i   patrzała   na   to   wszystko   z   wyrazem   zdumienia   i   pewnego 

przestrachu. Tyle zbytku, tyle przepychu roztoczonego w jednym maleńkim pokoiku olśniło 

ją, przerażała ją cisza panująca tutaj, przerażała jasność i te nagie ciała kobiece na obrazach. 

Chwilami owiewało ją świeże, wiślane powietrze, jakie wiatr przynosił przez otwarte okno - i 

porywała  ją dziwna  tęsknota   za  wolnością,   za  światem  dawnym,   za  rzeką  i  jej  płowymi 

falami. Przypomniała sobie, jak nieraz, dzieckiem będąc, pływała z ojcem na wątłej łódce po 

Wiśle, jak wracali niekiedy od Saskiej Kępy przy blasku księżyca w taki sam wieczór jak 

teraz.   Znowu   zapragnęła   uciec,   zwróciła   się   ku   drzwiom   i...   ujrzała   w   nich   świetną, 

błyszczącą postać wyśnionego rycerza - kochanka.

Stał   w   swym   mundurze   granatowym   z   amarantowymi   obszlegami,   rozpięty, 

swobodny, piękny jak zawsze, uśmiechając się i pożerając palącym swym wzrokiem drżącą 

postać   dziewczyny.   Nad   nim   zwieszała   się   ciężka, purpurowa   kotara   i   czerwony   blask, 

padając od niej na twarz księcia, krasił ją prześlicznym rumieńcem.

- Więc jesteś, Andziu? - przemówił do skamieniałej dziewczyny swym dźwięcznym, 

srebrnym głosem. - A! jak dobrze zrobiłaś, jak ja cię kocham!

background image

I zbliżył się do niej z otwartymi ramionami płomienny jak bóg miłości, i objął jej 

kibić, i pierwszy, palący pocałunek wycisnął na jej ustach różowych...

ROZDZIAŁ PIĄTY

Od wypadków powyżej przez nas opisanych upłynęło parę miesięcy, parę miesięcy 

ciszy wewnętrznej i przygotowań do ostatecznej walki. Jesteśmy w pierwszej połowie lipca 

1794 r. - kiedy z hukiem dział pod Gołkowem Warszawa dowiedziała się o zbliżających się 

wojskach króla pruskiego, wojskach liczących ogółem trzydzieści sześć tysięcy ludzi i sto 

siedem dział - siły straszliwe na owe czasy!

Przez ciąg tych dwóch miesięcy, których dzieje opuszczamy, w losach bohaterów i 

bohaterek naszego opowiadania nie zaszły żadne ważniejsze zmiany. Balcer, jak zawsze, nie 

może doprosić się Szmita, żeby mu oddał rękę Klary, Kożuszek ciągle obiecuje, że się ożeni z 

Grubą Kasią, Wojtek... O! Wojtek najwięcej podobno przecierpiał i najbardziej się zmienił.

Od   owej   chwili,   w   której   dowiedział   się,   że   jego   ukochana   Andzia   opuściła 

potajemnie dom rodzicielski, z wesołego i swawolnego chłopaka stał się dziwnie ponury i 

smutny. Już teraz nie zaczepiał nikogo, nie śmiał się nigdy, nie śpiewał, zbladł, zesechł jakoś, 

zaniedbał się w ubraniu całymi godzinami wystawał pod zamkiem, wpatrzony w jego okna. 

Dowiedział   się   bowiem   w   końcu,   że   Andzia   jest   w   rękach   księcia,   powiedział   mu   to 

Kożuszek, który bardzo często zaczepiał pod zamkiem zadumanego chłopaka.

Wojtek zwykle nic na to nie odpowiadał, ale konwulsyjnie ściśnięte pięści, wzrok 

dziki, znamionowały, co się w jego wnętrzu dzieje.

Raz zdarzyło się, że spotkał Andzię na ulicy, jadącą w otwartym koczu, ubraną w 

atłasy, strojną jak księżna, bladą i smutną... Potem dowiedział się, zawsze od Kożuszka, że 

Andzia nie mieszka w zamku, ale na Wiejskiej ulicy, za miastem, w rozkosznej willi. Poszedł 

tam.

Willa ta stała już za okopami, niedaleko reduty usypanej na polach Mokotowskich, 

otoczona parkanem z zaostrzonych u szczytu słupów. Przez szpary w parkanie mógł Wojtek 

dojrzeć niewielki  domek,  na pół murowany,  na pół drewniany,  z zielonymi  okiennicami, 

ukryty wpośród mnóstwa drzew rozkwitłych teraz, wpośród bujnych krzaków bzu, jaśminu i 

róż, napełniających powietrze dokoła aromatyczną wonią. Po ścianach domku wił się bluszcz 

i dzikie wino tworząc z całej willi rozkoszne, pełne ciszy, cienia i zieleni schronienie. Na 

żółtawym piasku przed gankiem domku przechadzała się poważnie para pawiów roztaczając 

background image

swe pyszne, różnobarwne pióra. W paru otwartych oknach lekki wietrzyk chwiał różowymi 

firankami, które harmonijnie odbijały od zielonych okiennic i zielonych ścian.

Odtąd Wojtek co dzień prawie przychodził pod parkan willi na Wiejskiej ulicy. Siadał 

zwykle pod parkanem, w którym wyciął nożem duży otwór, tak że nie ruszając się mógł 

widzieć   wszystko,   co   się   dzieje   na   dziedzińcu   willi.   Andzię   bardzo   rzadko   widywał   -   - 

niekiedy ukazywała się w oknie, niekiedy ubrana w pyszne suknie, wyglądająca jak wielka 

księżna, przechodziła powoli przez podwórze i ginęła w gąszczu ogrodu roztaczającego się za 

domem.

Wojtek   całymi   dniami   przesiadywał   tak   pod   parkanem.   Blady,   z   oczyma 

gorączkowym pałającymi ogniem, śledził najmniejszy ruch w tym domu, gdzie kryła się jego 

ukochana niegdyś. Czasami, pod wieczór, widywał księcia, przybywającego w towarzystwie 

paru   adiutantów   do   willi;   widział,   jak   się   w   oknach   zapalały   światła,   jak   na   firankach 

ukazywał   się   niekiedy   cień   kobiety   i   mężczyzny,   jak   potem   adiutanci   sami   wracali,   jak 

światła gasły... i cisza, poważna cisza nocy letniej ogarniała ziemię.

Wówczas zrywał się, obcierał pot kroplisty z czoła, chwytał się rękami za parkan, jak 

gdyby go chciał przesadzić... ale zawsze cofał się i odchodził z głową spuszczoną.

Tak   stały   rzeczy,   gdy   pewnego   dnia   lipcowego,   trzynastego   podług   kalendarza, 

Wojtek jak zwykle wybrał się do willi księcia. Ponieważ od miejsca, w którym pospolicie 

siadywał, przechodził niedaleko gościniec, na którym w dniu tym niezwykły ruch panował, 

maszerowały kolumny piechoty, toczyły się działa, tętniły szwadrony kawalerii, więc Wojtek 

obszedł dookoła dom i siadł z drugiej jego strony,  mianowicie od strony ogrodu. Myślał 

sobie:

- Co prawda niewiele tu obaczę, ale jak się ściemni, przesadzę parkan i dostanę się do 

okna.

Był w tym dniu uzbrojony w karabinek i miał na sobie ładownicę z nabojami, bo 

nakazano się gwardii zbroić, ile że Prusacy mieli być niedaleko. Zresztą, nie myślał on o tym. 

Życie jego skończyło się niejako w fatalnym dniu, w którym dowiedział się o ucieczce Andzi 

z   domu   rodzicielskiego   -   teraz   wegetował   tylko.   Kazano   mu   uzbroić   się,   więc   wziął 

ładownicę   i  karabin,  kazano  być  gotowym   na  każde  zawołanie,   a on  zapomniał  o  tym   i 

poszedł do willi księcia. Nie myślał już teraz o niczym - nic go nie obchodziło. Prusacy! A 

niech sobie przychodzą - a biada każdemu z nich, który wejdzie Wojtkowi w drogę.

Teraz siadł pod parkanem, oparł się o niego plecami, nogi wyciągnął, karabin położył 

obok siebie i wpatrzył się w tę szeroką, posępną i monotonną płaszczyznę, jaka się przed nim 

roztaczała. Na lewo od niego, w odległości jakiej pół ćwierci mili, czerwieniała maleńka, 

background image

ostro zakończona, czarna reduta - na prawo, pod Czystem, druga. Pomiędzy nimi wił się 

piaszczysty gościniec i ginął w szarej dali. Na redutach błyszczały pod słońce paszcze dział, 

kręcili   się   żołnierze,   migotały   bagnety.   Gościńcem   przechodziły   ciągle   szeregi   wojska, 

słychać było tętent koni, dudnienie dział, rozlegały się rozkazy - a Wojtek nie zważał na to, 

siedział nieruchomy, patrzył na reduty, na czysty błękit nieba, na wszystko i na nic... Spoza 

parkanu zwieszały się nad jego głową olbrzymie gałęzie lipy otoczonej rojem brzęczących 

pszczół,   wydostawały   się   przez   otwory   w   parkanie   ciemnozielone   gałązki   malin.   W 

skwarnym powietrzu wrzało życie tysiąca owadów napełniając ciszę letniego dnia szmerem, 

gwarem   głuchym,   brzękiem.   Czasami   pod   lazur   nieba   wystrzelił   skowronek,   zawisł   w 

błękitach jak czarna plamka i śpiewał patrząc z wyżyn na mizerne ludzkie namiętności, na 

niesprawiedliwość, na krwawe żądze...

Tak przesiedział  Wojtek do wieczora. Wraz  z zapadającymi  ciemnościami  zaległa 

teraz wielka cisza całą tę płaszczyznę, tak gwarną i ruchliwą dotąd. Ustały ciągłe przechody 

wojsk na gościńcu, czarne reduty zanurzyły się w cieniu, tylko wielkie ognie rozpalone w ich 

wnętrzu krasiły purpurą rzędy broni ustawionej w kozły i rysowały sylwetki żołnierzy jeść 

sobie gotujących.

Wojtek, jak tylko zrobił się szary wieczór, przeskoczył parkan i stanął we wnętrzu 

dużego, cienistego ogrodu. Pierwszy raz ośmielił się tutaj dostać. Serce biło mu jak młotem. 

Przed nim szła długa aleja, wysadzona starymi lipami i klonami, na końcu której widać było 

rozwarte drzwi willi i pokój oświecony jasno. Wojtek mógł stąd dostrzec złote ramy jakiegoś 

obrazu, wiszącego wprost drzwi, w których to ramach łamało się światło świec. Zeszedł z alei 

i zapuścił się w gąszcz ogrodu kierując się ku domowi. Było zupełnie cicho i Wojtek stąpał 

bardzo ostrożnie, usuwając gałęzie rękami, skradając się jak najstaranniej, żeby nie zdradzić 

swej obecności. Nagle usłyszał rozmowę. Stanął, odchylił nieco gałęzi i ujrzał przed sobą 

Andzię i księcia siedzących na darniowej ławeczce pod olbrzymim rozłożystym jaworem.

Andzia, ubrana w jasną sukienkę, siedziała, a raczej leżała w ramionach pięknego 

rycerza. Pyszne zwoje jej kruczych włosów dotykały się jego twarzy. Maleńka nóżka, obuta 

w   grecki,   wykwintny   bucik,   wysuwała   się   spod   sukni   i   przyciskała   nogę   księcia.   Ten 

obejmował kibić dziewczyny jedną ręką, a drugą bawił się jej włosami, różą w nie wpiętą, 

perłami wiszącymi na jej białej szyi lub na koniec guzikami jej stanika. Cała ta grupa była 

obrazem najtkliwszej miłości.

Otoczenie też było po temu. Ten cichy wieczór lipcowy, dyszący aromatem lip, róż i 

jaśminu, to ciepło pełne woni, te cienie drzew starych, to niebo wreszcie z ciemnego szafiru, 

ustrojone w miliony gwiazd mrugających swymi złotymi źrenicami i zdających się mówić: 

background image

„kochajcie się, kochajcie jak najwięcej, radujcie swą miłością wszechświat” - ten na koniec 

leciutki, swawolny wietrzyk, co szemrał po liściach, chwiał kosami dziewczyny, jej sukienką 

białą - wszystko to było wspaniałym, rozkosznym tłem tego najrozkoszniejszego z uczuć, 

jakim jest miłość dwojga młodych ludzi.

I Wojtek patrzał na to, widział przed sobą tę, którą kocha, w objęciach innego. Drżał 

jak w febrze. Patrzał, patrzał, a kto by mógł spojrzeć wówczas w jego oczy, byłby tam ujrzał 

straszne, otchłanne piekło. Cicho, jak kot, podsunął się bliżej, zdjął karabin z pleców, wziął 

go w dwie ręce i już miał odwieść kurek, gdy książę, dotąd milczący, rzekł swym srebrnym, 

dźwięcznym głosem:

- Czegoś taka smutna, Andziu?

- Tak sobie - szeptała dziewczyna - ja zawsze jestem smutna wieczorem. Mam swoje 

myśli, a przy tym jestem niespokojna.

Wyrażała się teraz poprawnie. Głos jej, zauważył Wojtek, choć nie umiał sobie zdać z 

tego sprawy, nabra3 melodyjności jakiejś, pieszczotliwej śpiewności, która grała na duszy jak 

na strunach. Sposób jej mówienia, głos, lekki grymas w twarzy, słowem wszystko zrobiło 

takie wrażenie na Wojtku, jakby widział przed sobą wielką damę a nie Andzię rybarczankę z 

Bednarskiej ulicy.

- Czego jesteś niespokojna, Anusiu? - pytał książę.

- poję się Prusaków... rada bym stąd uciec... bo... boję się o ciebie, Józiu.

I objęła jego szyję białymi rękami, które, obnażone aż po łokcie, na szarym tle ogrodu 

rysowały się jak wyrzeźbione  w kararyjskim  marmurze.  Książę  uśmiechnął  się, ucałował 

różowe usta dziewczyny i rzekł:

- Nie bój się, nic mi nie będzie. Jutro zresztą stąd wyjedziesz, nająłem dla ciebie całe 

pierwsze piętro na Krakowskim Przedmieściu. Tu rzeczywiście może być niebezpiecznie, jak 

nieprzyjaciel się zbliży, jakkolwiek domek ten jest w obrębie fortyfikacji. Ale dziś nie masz 

się   czego   obawiać.   Niedawno   wrócił   podjazd   wysłany   aż   pod   Raszyn   -   Prusacy   jeszcze 

daleko i dziś przybyć nie mogą... bądź spokojna, Anusiu.

Dziewczyna umilkła. Książę zaś dalej mówił:

- Żebyś mi zresztą powiedziała wczoraj, że się obawiasz, byłbym na dziś wszystko 

przygotował do twego stąd wyjazdu. Ale dziś, po nocy... to jest niemożliwe. Nie bój się, nie 

bój, Anusiu, ja przecież jestem przy tobie.

I całował jej oczy, pieścił się z jej rękami, z jej kibicią.

background image

Mój zloty, mój książę - szeptała dziewczyna - tylko nie narażaj się bardzo. Mówił mi 

wczoraj pan Wielhorski młody, że ty będziesz dowodził pod Powązkami i że tam zapewne 

Prusaki najprzód uderzą... O! gdybyś ty zginął, ja bym... ja... zabiła się chyba.

- Nie lękaj się, nie zginę. Reduty są dobrze usypane,  bo to ważny punkt, dobrze 

uzbrojone, nie puścimy Prusaków. A zresztą, zginę - to dla kraju!

- Nie mów tak! - szeptała Andzia - nie mów!...

I   pochyliła   mu   się   do   ucha   i   coś   długo   mu   prawiła,   co   się   skończyło   szeregiem 

namiętnych pocałunków ze strony księcia.

Wojtek patrzał na to wszystko, patrzał wciąż z ręką na cynglu. Ale kiedy usłyszał 

ostatnie słowa księcia: „zginę - to dla kraju”, zarzucił na plecy karabin i ze spuszczoną głową, 

zachowując wszystkie ostrożności, odszedł.

Skoro znalazł się już za parkanem i padł raczej, niż siadł na dawne swe miejsce, rzekł:

- I ja go mam zabić, ja! jego, co jest potrzebny dla kraju, co bandzie bronił Powązków 

przed Prusakamy!... Nie!... Cóż ja znaczą przy ojczyźnie! Ano, nie zabiję go... ale po wojnie, 

kiedy Prusaków diabli wezmą, porachuję się z tym paniczem.

Położył się na ziemi, podparł brodę na rękach i w głębokiej pogrążył zadumie. Koło 

niego   w   łanach   zboża   świerszczał   konik   polny,   odzywała   się   przepiórka,   żaby   gdzieś   w 

bagnisku rechotały, od czasu do czasu chrząszcze z mrukiem uderzały się o parkan, puszczyk, 

ukryty w starej lipie, posępnie huczał, tysiące wreszcie nie dających się określić głosów i 

tonów grało olbrzymią harmonią cichej i pogodnej nocy lipcowej. W oddali, z reduty, wiatr 

przynosił urywane strofki śpiewki żołnierskiej:

„Idzie sobie żołnierz lasem...”, która tęskna, monotonna, zlewała się w jedną całość z 

tym   chórem   przyrody.   Kiedy   niekiedy   Wojtek   mógł   słyszeć   poważny   głos   zegara, 

wydzwaniającego godziny w willi książęcej. W końcu wszystko to ucichło i noc, wspaniała, 

gwiaździsta,   pełna   poważnego   milczenia   zapanowała   nad   uśpioną   ziemią.   W   reducie 

zgaszono ognisko i tylko kiedy niekiedy na jej szczycie, na jasnym pasie nieba od zachodu 

zarysowywała się nieruchoma sylwetka straży.

Wojtek, jak się położył na ziemi, tak leżał, z głową wspartą na rękach, rzekłbyś, posąg 

zadumy.

Jak długo tak leżał i myślał, nie umiałby tego powiedzieć. Obudziło go ciche stąpanie 

jakby kilkudziesięciu koni, głuche od czasu do czasu parskanie zwierząt i głuchszy jeszcze 

szczęk broni. Podniósł głowę. Obok niego rósł wielki krzak róży dzikiej - poza tym krzakiem 

ujrzał skradających się kilku jeźdźców. Jakkolwiek noc była bezksiężycowa i stosunkowo 

background image

dość ciemna, mógł jednak dojrzeć wyraźnie, że to są Prusacy. Zbliżali się wolno, gotowi 

każdej chwili do ataku i do ucieczki.

Wojtek obejrzał się dokoła. Reduta jak zawsze pogrążona była w ciemnościach i jak 

zawsze rysowała  się nieruchoma,  spokojna postać straży na jej szczycie.  Oczywistą  było 

rzeczą,   że   Prusacy,   korzystając   z   ciemnej   nocy,   wsunęli   się   między   reduty   raczej   na 

przeszpiegi niż w jakim stanowczym celu. W dali, na drodze, czerniał długi szereg koni, 

widocznie główny oddział - ten zaś, który zbliżał się do willi, składał się może z ośmiu 

jeźdźców i posuwał się bardzo ostrożnie.

Przez   chwilę   Wojtek   patrzał   nie   mogąc   oprzytomnieć.   Machinalnie   przykląkł   za 

krzakiem róży, wziął karabin w rękę i odwiódł kurek. Zaraz potem przypomniał sobie, że 

książę Józef jest w willi sam jeden, prawie bezbronny, że może w tej chwili, spokojny o swe 

bezpieczeństwo,   spoczywa   w   objęciach   Andzi...   Krew   uderzyła   mu   do   głowy   -   odsunął 

karabin i usiadł na ziemi.

- Pomszczę się! - szepnął - nie ja jezdem temu winien, że go capną.

I patrzał na zbliżających się jeźdźców. Podsunęli się do parkanu, może w odległości 

dziesięciu kroków od ukrytego za krzakiem Wojtka. Jeden z nich wspiął się na strzemionach i 

zajrzał do wnętrza ogrodu. Wojtek zrobił to samo i widział przez szparę w parkanie, że willa 

jest jeszcze oświecona, że drzwi od ogrodu są otwarte i z pokoju długie pasy jasnego światła 

kładą się na drzewach i na piaskiem wysypanej alei.

W   tejże   chwili   ten,   co   zajrzał,   odezwał   się   coś   po   niemiecku,   czego   oczywiście 

Wojtek nie zrozumiał, ale domyślał się z ruchów i ukazywania rękami na willę księcia.

Nagle przyszło mu na myśl:

- Wezmą księcia, wodza, synowca królewskiego... zemszczę się, a sprawa?...

W mgnieniu oka podniósł się na kolana, chwycił karabin, szepnął:

- Niech go Bóg sekunduje, nie ja!

Rzekłszy   to   przyłożył   karabin   do   oka,   potrzymał   chwilę...   błysło,   rozległ   się   huk 

przeciągły i w tejże chwili ze strasznym przekleństwem spadł z konia przełożony oddziału. 

Prusacy rozpryśli się na wszystkie strony.

Wojtek już był  na nogach, rozogniony strzałem,  dyszący ogniem,  i potrząsając w 

jednej ręce karabinem, z którego lufy unosił się błękitnawy dymek, skoczył na parkan.. Tu 

zatrzymał się chwilę i popatrzał. W owej długiej kolumnie, co stała na drodze, zawrzało jak w 

garnku   i   rozlegały   się   głosy   komendy.   Szybko   zeskoczył   na   ziemię   i   pędem   ruszył   ku 

otwartym   drzwiom   willi.   Przez   drogę   odgryzł   zębami   nabój,   wsunął   go   w   lufę   i   kiedy 

przybijał stemplem, stał już na kamiennych schodkach ganku.

background image

Tymczasem za nim, poza parkanem podniosła się głucha wrzawa, a potem nagle na 

ciemnoszafirowym niebie błysła rakieta jedna i druga pryskając tysiącami iskier.

Wojtek już był w sali i we drzwiach do drugiego pokoju spotkał się twarz w twarz z 

księciem, do połowy rozebranym, bez munduru i z pistoletem w ręku. Za nim w głębi biegła 

Andzia z włosem rozwianym, z wyrazem strasznej trwogi, na pół naga.

- Mości książę - krzyknął Wojtek - uciekaj, uciekaj... nieprzyjaciel!

- Gdzie, co, jak? - pytał książę, gorączkowo się miotając.

Wojtek szybko opowiedział mu, co zaszło, i radził uciekać. W tejże chwili spojrzał na 

Andzię.   Stała   we   drzwiach,   oparta   na   purpurowej   kotarze,   blada   jak   chusta,   z   oczami 

przymkniętymi, których rzęsy rzucały wielki cień, obnażona prawie do połowy, dając znak 

życia tylko falowaniem pysznych, nagich piersi...

Wojtek patrzał, patrzał na nią i drżał. - Ale opamiętał się wkrótce:

- Uciekaj, książę, uciekaj! Droga do Warszawy wolna... uciekaj, książę!...

I zabierał się już wyjść, gdy do uszu jego doszedł ledwie dosłyszalny szept:

- Wojtuś!

Zatrzymał się i spojrzał w szeroko, gorączkowo rozwarte oczy dziewczyny:

- Tak, Anuś, to ja... a, niech ci Bóg tego nie pamięta! I rzucił się we drzwi jak szalony 

i zniknął w ciemnościach ogrodu. Tu już z redut grzmiały działa.

W pół godziny potem zaległa zupełna cisza. Wojtek włożywszy spokojnie karabin na 

plecy powlókł się powoli do Warszawy, zawsze smutny,  zawsze milczący i nieświadomy 

tego, że dokonał dopiero co jednego z największych poświęceń, z największych bohaterstw, 

do   jakich   zdolna   jest   dusza   ludzka,   bo   ocalił   życie   księciu   i   serdecznemu   swemu 

nieprzyjacielowi.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Nazajutrz, ledwie świt zarumienił wschód, Warszawa ze szczytu swych wież i okopów 

przypatrywała  się osobliwszemu i smutnemu  zarazem widokowi. Wszystkimi  drogami od 

południa przesuwały się ku jej murom długie szeregi piechoty, jazdy, dział, tocząc się powoli, 

rosnąc co chwila, rozwijając swe sploty jak węże. Jasne lipcowe słońce oświecało ten widok - 

oświecało   daleką   płaszczyznę,   złotą   od   zbóż   dojrzewających,   szmaragdową   od   zieleni, 

oświecało smutne,  czarne reduty,  oświecało kolumny pruskich żołnierzy,  których  bagnety 

błyszczały iskrami, których działa jak roztopione złoto świeciły z daleka.

background image

Wszystkie te kolumny posuwając się powoli skupiły się w trzech głównych punktach. 

W Rakowcu, Szczęśliwicach i Górcach. W tych miejscach czerniało od masy żołdactwa, niby 

dalekie   morze.   Kiedy   niekiedy   zrywała   się   gromada   jeźdźców   i   pędem   podjeżdżała   pod 

reduty, witana zaraz gęstym ogniem, który jak grzechot grochu w pęcherzu głucho odzywał 

się między murami miasta. Zresztą, dnia tego było w ogólności cicho. Nieprzyjaciel zajmował 

pozycje, sypał szańce, rekognoskował pole, ale nie zaczepiał. Toteż i na polskich redutach 

było cicho i spokojnie. Działa wylotami skierowane na wroga stały gotowe ryknąć ogniem i 

żelazem   -   artylerzyści   jak   posągi,   z   lontami   zapalonymi,   z   uchem   natężonym   czekali 

rozkazów starszyzny.

Siły polskie wobec nieprzyjacielskich były stosunkowo bardzo małe. Ogółem liczono 

wszystkiego   siedemnaście   tysięcy   piechoty   i   pięć   tysięcy   jazdy.   Za   to   artyleria   polska 

przewyższała ilością i jakością pruską.

Byli tam i nasi znajomi. Na szańcach Woli, najbardziej naprzód wysuniętych, stał 

oparty na swym karabinie, z wzrokiem wytężonym na rojne tłumy Niemców, nasz ponury i 

posępny Wojtek - błyszczał swoim świetnym  mundurem Balcer, wpatrując się, czy przez 

mgły kurzawy nie dojrzy z wysokości wałów młyna w Górcach, a w tym młynie swej Klary. 

Oblężenie bowiem zaskoczyło naszych kochanków rozdzielonymi. Balcer był w Warszawie, 

a Klara w domu ojca w Górcach. Łatwo sobie można wyobrazić, jak to niepokoiło Balcera. 

Kręcił   się   wśród   szańców   Woli   i   snuł   najrozmaitsze   projekty   sprowadzenia   Klary   do 

Warszawy, w tej chwili jednak było to prostym niepodobieństwem. Górce były zajęte przez 

kirasjerów pruskich, których świetne szwadrony błyszczały pod słońce hełmami i pancerzami.

- Co robić, co robić, Wojtek? - mówił Balcer do zadumanego rybaka.

- A cóż, trza czekać.

- Ba! łatwo ci powiedzieć...  ale ja jestem okrutnie niespokojny.  Diabli  nadali! Ci 

Prusacy to strasznie, słyszę, rozpuszczeni. A i to ci muszę powiedzieć, że boję się o Szmita 

starego. Natura ciągnie wilka do lasu, Niemiec to z kościami i nie bardzo nam przyjazny, 

gotów co jeszcze zrobić takiego, za co czeka go szubienica... nie ma co! Ja Klarę muszę 

sprowadzić, niech się co chce dzieje!

- Czemu nie? - mruknął Wojtek - ale nie tera, panie Balcer, nie tera. Niech się to 

trochę uspokoi... w nocy wybierzemy się, bo Ja pana nie opuszczę. Za dwa albo trzy dni 

póńdziemy.

Ułożyli się więc i Balcer był już trochę spokojniejszy.

background image

Spomiędzy naszych znajomych jeden tylko Kożuszek od chwili, w której pokazali się 

Prusacy, zniknął zupełnie i nie zajrzał nawet na okopy. Tego samego dnia koło południa 

zjawił się on w kawiarni Tłustej Kasi na Krzywym Kole straszliwie skrzywiony i jęczący.

- Ratuj mnie, piękna Kasiu - mówił płaczącym głosem - ratuj, jestem ciężko chory... 

boleści, zimno, szum w uszach... och! mnie chyba przyjdzie umrzeć.

Kasia obrzuciła go wzrokiem - a widząc, że trzyma się oburącz za brzuch, zgięty do 

połowy, uśmiechnęła się i spytała:

- Ano... cóż ci to?

- Bóg to raczy wiedzieć, piękna Kasiu, Bóg jeden. Któż wreszcie zdoła odgadnąć, 

skąd nieszczęście nań spadnie. Chory jestem, śmiertelnie chory. Czyż to nie wzruszy twego 

serca?   I   jeszcze   w   takiej   chwili,   w   tak   ważnej   chwili,   kiedy   moja   głowa   i   ręka   jest 

najpotrzebniejsza dla ojczyzny, w takiej chwili zachorowałem. Ratuj mnie, Kasiu!

-   Iiii...   co   mi   ta   zawracasz   głowę,   nicponiu!   Czy   myślisz,   co   ja   wierzę   w   twoją 

chorobę?  No! no! nie krzyw  gięby.  Choroba! choroba! Niby to ja taka  głupia.  Boisz się 

Prusaków, boś ty rycerz, ale z babamy... znam ja cię, znam!

Kożuszek wyprostował się, załamał ręce z rozpaczliwym gestem i rzekł:

-  I to  ty,   nadobna  Kasiu, tak  mówisz?  Ty,  dla  której   serce  moje  rozpływa  się  w 

najszlachetniejszym uczuciu, dla której gotów jestem wszystko uczynić, wszystko poświęcić, 

ostatnią kroplę krwi wysączyć? Oj! Kasiu, ciężką, bardzo ciężką ranę zadałaś memu sercu.

I przykładając ręce do oczów począł obcierać łzy, których wcale nie było, po czym 

dodał:

- Nie wierzysz w moją chorobę? O, małowierna Kasiu! Wszak to wiadoma rzecz, że 

przy takim nagromadzeniu ludzi i koni, jakie obecnie jest pod Warszawą, w takie dni gorące, 

kanikularne, wywiązują się liczne choroby. To wszystkim jest wiadome. I ja, ja, który jestem 

tak potrzebny mej ojczyźnie, padam pierwszy ofiarą tych chorób. Kasiu! Kasiu!

- Czego się drzesz, przecie słyszę.

- O! ty nie wiesz, nie domyślasz się najstraszniejszej rzeczy.

Czekłszy to, zbliżył się do swej grubej kochanki, spiął się na palcach, rozszerzył z 

ruchem patetycznym ręce, wytrzeszczył oczy i syknął:

- To mór, Kasiu, to morowe powietrze, dżuma! Umieram! umieram!

I padł na pół nieżywy na pobliską ławę. Ale Kasia wcale się tym nie przestraszyła, 

owszem, zerwała się, pobiegła do swego ulubionego, chwyciła go swą rączką za kołnierz, 

wstrzęsła jak piłką i stawiając na nogach, poczęła prawić trzęsąc mu palcem pod nosem:

background image

- Ja ci tu dam mór, psi synu! Nie wyzywaj nieszczęścia, bo cię tak zamaluję, że ci się 

rodzona babka przyśni. Widzisz go! Mór, mór! Jak zawołam na dzieuchy, to cię, oberwańcze, 

rozłożymy tu na ławie i z pięćdziesiąt mieteł ci wsypiemy, to zara ozdrowiejesz. Hultaj jakiś! 

Stchórzył przed Prusakamy i udaje: chorobę. Żeby tak kużdy zrobił, to by co było? hę? Ty 

rycerzu spod pieca. Ja ci powiedam, żebyś wiedział, jak jeno poczną te śwaby strzelać z 

harmat, to ja za mietłę i wygonię cię won, na okopy! Żebyś wiedział.

- Kasiu! Sroga, okrutna Kasiu! - jęczał Kożuszek.

- Kasiu! Kasiu! - zawołała kawiarka przedrzeźniając głos swego adoratora - ty jeno to 

umiesz, obieży świacie. Zapowiedam ci, że cię wygonię jak psa, jak Prusaki zaczną strzelać. I 

ja sama z tobą pójdę i będę cię pilnowała.

I  odeszła  zasapana   i  gniewna.   Kożuszek   siedział  na   ławie  z   głową  spuszczoną,  z 

rękami   obwisłymi,   nieruchomy,   szlochając   tylko   od   czasu   do   czasu.   Po   niejakiej   chwili 

zerknął spod oka na stojącą doń tyłem Kasię, skrzywił się z szyderskim grymasem i wstał. 

Obejrzał   się   dokoła,   skradł   się   na   palcach   do   swej   ukochanej,   objął   ją   wpół   i   gorący 

pocałunek   wycisnął   na  jej  spoconej  szyi.   Oburzona  Kasia  żwawo się  odwróciła   z okiem 

zaiskrzonym, ale już Kożuszek był daleko. Stał wyprostowany, z nogą naprzód wysuniętą, z 

jedną ręką opartą na rękojeści szabli, z drugą teatralnie wyciągniętą naprzód i rzekł:

-   Uwielbiam   cię,   ubóstwiam,   nadobna   Kasiu.   To   mi   kobieta,   to   niewiasta,   to 

spartanka!

Po czym, wracając do zwykłej postawy, tarł ręce ze swym uśmiechem szatańskim i 

rzekł:

- Z tym wszystkim, piękna Kasiu, wierz mi, trochę czuję tu boleści. Żebyś tak dała 

kieliszeczek gdańskiej...

- Aha! widzisz... no, dam ci, ale tylko jeden kieliszek.

- Niech” i tak będzie, okrutna Kasiu. Ty wiesz, że cię uwielbiam, że słowo twoje jest 

święte dla mnie.

Wypił,   obtarł   rękawem   usta,   przegryzł   kawałkiem   chleba   i   siadając   obok   swej 

ubóstwianej na ławie, rzekł:

- Wiesz co, Kasiu, straszne pustki u mnie w kieszeni. - A cóż, to już nie doisz księcia?

- Ej, książę teraz zajęty wojną, wynieśli się na Krakowskie Przedmieście i ani rusz, nie 

ma przystępu ani do Andzi, ani do księcia. Niech diabli wezmą tych Prusaków. Wprawdzie 

można by zrobić jeden interes, ale to... widzisz... nie bardzo bezpieczne.

- No,- cóż za interes?

- To tajemnica, Kasiu.

background image

- Gadaj zaraz, psi synu... tajemnica! Widzisz go!

-   Ha!   to   ci   powiem.   Ale   zaklnij   mi   się,   Kasiu,   że   nikomu   o   tym   nie   piśniesz, 

przysięgnij.

- Głupiś, gadaj zaraz!

-   Kasiu!   jesteś   niezwyciężona.   A   więc   powiem   ci.   Książę   prymas,   wiesz,   brat 

królewski,   widział   raz   Andzię   i   jest   nią   zachwycony...   gdyby   tak   wykraść   dla   niego   tę 

dziewczynę. Rzecz teraz łatwa, książę ciągle będzie na okopach... a prymas tak ją ukryje, że i 

sam diabeł nie znajdzie. Co, dobry interes?

- Juścić że dobry, jeno ci się nie uda.

- Spróbować by można, ale nuż książę Józef się dowie i przyczepi się do mnie. Teraz 

czasy wojenne, łatwo się przejechać można.

I ruchem ręki,  wysoce  charakterystycznym,  wskazał  na swą szyję.  Kasia  milczała 

długo, zamyślona, po czym rzekła:

- Obaczymy. Ale ty, hultaju, jak tylko Prusaki zaczną strzelać, musisz iść na okopy, 

żeby cię tam widzieli - rozumiesz?.

- Aj, Kasiu, ja jestem człowiek niewojenny, nie cierpię krwi rozlewu, zmiłuj się!

- No, no, nie gadaj po próżnicy! Musisz iść i basta - a ja już spenetruję prymasa. Trafię 

ja do niego.

- Ba! ba! twój bystry, nieporównany rozum bez wątpienia jest godzien uwielbienia, 

twoja wynalazczość znaną jest powszechnie, z tym wszystkim, wierz mi, piękna Kasiu, że do 

prymasa trudny, bardzo trudny jest dostęp...

- Już ciebie niech głowa o to nie boli... już ja trafię. Ho! ho! nie do takich ja panów 

chodziłam, a chodziłam!

Kożuszek już nic nie oponował i na tym skończyła się rozmowa między tą czułą i 

zacną parą. Kasia w rzeczy samej jeszcze tego samego wieczoru była i rozmawiała dość długo 

z księciem prymasem. Porzucimy jednak te sprawy, by pójść na inną, szlachetniejszą scenę.

Nazajutrz, równo ze świtem, Prusacy rozpoczęli piekielny ogień ze swych baterii do 

szańców warszawskich, ogień trwający przez trzy dni z rzędu.

Między   innymi,   w   nocy,   trzeciego   dnia   bombardowania,   kiedy   cisza   zastąpiła 

straszliwy przed chwilą huk przeszło stu pięćdziesięciu dział, wysunęła się z szańca pod Wolą 

gromadka jeźdźców i puściła w kierunku wsi Górce. Gromadka ta, dopóki przesuwała się 

koło kobiet i dzieci zbierających po polu kule, dopóty stąpała wolno, kiedy zaś oddaliła się od 

nich   na   parę   stajań,   puściła   się   wyciągniętego   kłusa.   Składało   ją   czterech   jeźdźców 

owiniętych w ciemne płaszcze. Na czele postępował, jak się zapewne czytelnik domyśla, pan 

background image

Józef  Balcer,   za  nim  Wojtek  i  dwóch  jeszcze  odważnych  i  zdeterminowanych   ułanów. - 

Wszyscy byli na karych koniach, ażeby łatwiej się ukryć przed bystrym wzrokiem placówek 

nieprzyjacielskich - i uzbrojeni tylko w szable i pistolety. Balcer wiedział, że właśnie tego 

dnia Prusacy opuścili Górce i że prawdopodobnie wieś ta zajęta jest zaledwie przez łańcuch 

wedet,   co   w   żadnym   razie   nie   było   zbyt   groźne   dla   czterech   uzbrojonych   należycie   i 

dzielnych   ludzi.   Biorąc   to   wszystko   na   uwagę,   szarpany   tęsknotą   i   niepokojem   Balcer 

postanowił   bądź  co   bądź  dostać   się  do  młyna   Szmita  i  widzieć  się   z  Klarą.  Oczywiście 

Wojtek, któremu wszystko już jedno było, czy zginie, czy będzie żył, towarzyszył mu w tej 

ryzykownej wyprawie dobrawszy jeszcze dwóch równie odważnych ludzi. Wystarali się więc 

o   kare   konie,   o   płaszcze   ciemne   i...   widzimy   ich   puszczających   się   długą,   wysadzoną 

drzewami drogą ku Górcom.

Na   szczęście   noc   była   dość   ciemna.   Po   niebie   bezksiężycowym   i   bezgwiezdnym 

przewalały   się   tylko   czarne   chmurzyska,   gnane   wiatrem,   który   nie   napotykając   na 

tej szerokiej płaszczyźnie pod Warszawą na żaden opór, wył i szalał. Drzewa, stare wierzby i 

topole, którymi wysadzona była droga prowadząca z Woli do Górc, chwiały się z szumem, 

wyglądając jak widma, jak duchy jakieś jęczące po nocy za grzechy żywota. Kiedy niekiedy 

wiatr porywał gromadą piasku z drogi i ciskał nią w górę i na drzewa z głuchym szelestem. 

Było zresztą dość parno i zanosiło się widocznie na burzę. Naokoło nic nie było widać na pięć 

kroków nawet, przed jeźdźcami tylko na zachodzie bielał jasny pas nieba, a na nim w oddali 

rysowały się drzewa i dachy wsi Górce. Na całym tym smutnym, ponurym i groźnym obrazie 

leżała poważna, martwa cisza, przerywana tylko posępnym wyciem wichru.

Nasi jeźdźcy postępowali w milczeniu. Konie pędziły wyciągniętym kłusem, a odgłos 

ich  kopyt  ginął   w  piaszczystej   drodze.  Od czasu  do czasu  brzękła   szabla,  na  co  zaraz  - 

zwracał uwagę Balcer nakazując ostrożność, lub koń uderzył kopytem o kamień na drodze - 

zresztą   cisza.   Tak   jechali   dobry   kwadrans   czasu.   Nagle   Wojtek   zbliżył   się   do   Balcera   i 

szepnął:

- Panie, skręćmy na lewo i przez pola na przełaj do młyna.

Balcer   milcząc   skierował   konia   i   już   stępa,   skróciwszy   cugle,   z   ręką   na   kolbie 

pistoletu posuwali się naprzód. Teraz widzieli wyraźnie przed sobą ukrytą wśród drzew wieś, 

czerwone  ogniki  w oknach  jej  chat,  słyszeli  na  koniec szum  wody w młynie.  Zdwojono 

ostrożność, gdyż  można  było  lada  chwila  natknąć  się na jaką placówkę  nieprzyjacielską. 

Wiatr wyraźnie przynosił ze wsi naszczekiwanie psów, a gdy się bardziej jeszcze zbliżyli, 

zagrzmiały tuż prawie przy nich przeciągłe  okrzyki  wedet pruskich, nawołujących  się do 

czuwania.   Jeszcze   kilka   kroków  i   ujrzeli   wyraźnie   na  jasnym   pasie   na   zachodzie   czarną 

background image

sylwetkę pruskiego kawalerzysty. Stał nieruchomy na koniu, trzymając w ręku karabinek, a 

wiatr miotał kitą z końskiego włosia, zdobiącą jego hełm. W odległości może dwudziestu 

kroków stał drugi, stali i inni, których  dojrzeć nie można było, ale których nawoływanie 

słychać było ciągle.

Balcer   nakazał   jeszcze   raz   opatrzyć   szable,   żeby   nie   brzęczały,   skrócić   cugle   i 

zachować wszelkie ostrożności. Po czym, pochyłem na karki końskie, ruszyli naprzód stępa w 

największej   cichości.   Wojtek   z   ręką   na   rękojeści   szabli,   przesuwając   się   w   odległości 

najwięcej dziesięciu kroków od placówki, nie spuszczał jej z oka ani na chwilę, gotów za 

najmniejszym, podejrzanym jej ruchem rzucić się na nią. Ale wyjący wicher, szum bliskiej 

wody, naszczekiwanie psów we wsi, zagłuszyły pochód naszych bohaterów, noc zaś ciemna 

ukryła   ich   zupełnie,   W   kilka   minut   potem   stali   już   na   moście,   tuż   przy   młynie   Szmita, 

bezpieczni o tyle, o ile można było być bezpiecznym prawie w pośrodku obozowisk pruskich.

Balcer obcierając pot z czoła zatrzymał się na moście i rzekł:

- Zaczekajcie tutaj chwilę, ja podjadę i zobaczę przez okno, czy nie ma kogo u Szmita.

Wkrótce   wrócił   i   rozporządził   szczupłymi   swoimi   siłami   w   następujący   sposób: 

jednego wysłał po drodze ku wsi, drugiego zatrzymał na moście i kazał im stać na straży, sam 

zaś z Wojtkiem pojechał do domu Szmita.

Był to duży, drewniany dworek, otoczony kępkami bzu i drzew, ustrojony w bluszcz i 

dzikie wino pnące się po ścianach. W dwóch oknach się świeciło. Gdy się zbliżyli przed sam 

ganek, wsparty na dwóch słupach, zerwał się na nich wielki pies - ale Balcer szepnął:

- Cicho, Nero! Cicho - to ja!

Pies umilkł i począł się, łasić. Balcer zeskoczył z konia i oddając cugle Wojtkowi 

rzekł:

- Mój Wojtuś, czekajże tu na mnie. Ja niedługo zabawię.

W pierwsze izbie zastał rozpartego na ławie Szmita nad kuflem piwa i z fajką w gębie. 

Zobaczywszy Balcera ogromnie się zdziwił i prawie przestraszył: - Herr Jezus! - pane Jozef, 

pan tutaj, w Górce?

- Tak, panie Szmit, przyjechałem zobaczyć się z panną Klarą i jeżeli będzie można, 

zabrać ją do Warszawy.

Szmit stał i patrzał, patrzał na Balcera, widocznie głęboko zamyślony, po czym rzekł:

- No, to czyste fariactwo, jak Pana Boga kocham!... pan ne wiesz, tu kirasjery... tu 

fusfolk, kanonen... aj! aj!

Uśmiechnął się szkaradnie i rzucił dokoła wzrokiem.

- No, no, siadać, pane Jozef, siadać... ja kazala pifa przynieść.

background image

Zakręcił się po izbie i wyszedł, dziwnie jakiś ożywiony, uśmiechnięty. Balcer został 

sam, obejrzał się i skierował ku drzwiom w głąb domu. Nagle w drzwiach ukazała się Klara, z 

oczami pełnymi trwogi, drżąca od przestrachu i rzuciła się ku swemu narzeczonemu.

- Co pan tu robisz? Uciekaj, uciekaj, na rany Boskie... tu naokoło Prusaki, co chwila 

prawie przyjeżdżają do ojca, złapią pana.

Balcer przy błękitnych oczach swej ukochanej zapomniał nie tylko o Prusakach, ale o 

świecie całym. Objął ją wpół i całował.

- Klarciu, Klarciu, nic się nie bój, jestem uzbrojony, mam ze sobą kilku ludzi. Cóż, co 

tu słychać, co robisz?

Dziewczyna przerażona, nadsłuchując ciągle, szepnęła:

- Jeśli mię pan kochasz, panie Józefie, zaklinam cię na wszystko, uciekaj. Ja jestem 

bardzo nieszczęśliwa, bardzo! Ojciec chce mnie gwałtem wydać za Fryca, dali już wczoraj w 

Raszynie na zapowiedzie...

- Za Fryca, za tego hultaja, pasibrzucha!- zawrzał Balcer - gdzie on jest?

- Cicho, cicho! - zawołała dziewczyna, kładąc białą rączkę na ustach Balcera. - Ja za 

niego nie pójdę, ja nie chcę...

-   Klarciu   -   szepnął   młodzian   -   każę   ci   osiodłać   konia   w   stajni,   jedź   ze   mną   do 

Warszawy.

- Ojciec nie pozwoli.

- Nie będę go się o to pytał - kiedy tak ze mną postępuje, to...

Nie skończył, bo wtoczył się nagle Szmit niosąc w ręku gąsior piwa. Zobaczywszy 

Klarę zmarszczył groźnie brew i huknął surowym głosem:

- Klara, fort!

Dziewczyna  chwilę zawahała się, zarumieniła, spojrzała miłosiernym  wzrokiem na 

swego kochanka i odeszła. Balcer czerwony od gniewu postąpił do Niemca i zaczął:

- Panie Szmit, co to znaczy?

A Szmit wziąwszy się pod boki napuszył się i rzecze:

- Ny, pane Balcer, to znaczy, co ja tak chcieć...

- Panie Szmit - ozwie się drżąc już od gniewu Balcer - panie Szmit, nie żartuj pan, bo 

się to źle może dla ciebie skończyć... ja...

W tejże chwili rozległo się stukanie do okna i gło3 Wojtka:

- Panie Józefie, panie Józefie... Prusacy!

Nie   było   ani   minuty   czasu   do   stracenia.   Balcer   potrząsnął   pięścią   i   miał   się   ku 

drzwiom, kiedy Szmit zastąpił mu drogę:

background image

- No, pane Jozef, pifa, pifa...

I wyraźnie bronił mu wyjścia. Widząc to Balcer i przeczuwając zdradę, dobył zza 

munduru pistolet i mierząc do Niemca huknął:

- Won! bo jak psu w łeb strzelę!...

Wobec lufy pistoletowej Niemiec zmiękł i żwawo, gnąc się jak trzcina, skoczył w bok. 

W jednym mgnieniu oka Balcer był już na podwórzu i siadając na konia pytał:

- Co się stało?

- Słyszysz pan? - rzekł Wojtek.

Jakoż wyraźnie słychać było, jak przez wieś szłabość znaczna liczba koni i ludzi. 

Tętent i brzęk szabel rozlegał się z wiatrem donośnie.

Balcer już siedział na koniu i razem z Wojtkiem i towarzyszem, który stał na drodze, 

ruszyli żwawo ku mostowi. Tu ściągnęli swą straż i puścili się kłusem z powrotem. Zaledwie 

jednak przebyli most i tu połączyli się ze swą wedetą, kiedy nagle zaszarzało coś przed nimi, 

zadudniły kopyta ciężkich koni i zaraz potem zagrzmiało donośne:

- Wer da?

- Prusacy! - szepnął Balcer i zatrzymał konia, a za nim jego towarzysze. Przez chwilę 

w tym strasznym położeniu, oskoczony z tyłu, mając zagrodzoną drogę z przodu, biedny pan 

Józef   nie   wiedział   co   robić.   Przez   głowę   przebiegła   mu   ciężka   odpowiedzialność   wobec 

sumienia własnego za tych trzech ludzi, tak odważnych i tak dzielnych, których na niechybną 

wystawił śmierć nie dla sprawy ogólnej, sprawy kraju, ale dla swego partykularnego interesu. 

Stał na koniu nieruchomy, nadsłuchując głuchego tętentu i brzęku szabel z tyłu, wpatrując się 

w ciemny, ponury pas zbliżających się wrogów od przodu, i umysł jego ciężko pracował, 

szukając jakiegokolwiek wyjścia z tej fatalnej matni - i nie mogąc go znaleźć.

W tej chwili zwrócił jego uwagę chrzęst odwodzonego zamku od karabina. Był to 

Wojtek, który ze spokojem posągu wysunął się nieco naprzód i podsypywał spokojnie proch 

na panewkę swego karabina. Skoczył do niego Balcer:

- Schowaj karabin! - syknął nakazującym głosem Balcer i odwracając się do dwóch 

pozostałych towarzyszy zawołał:

- Panowie bracia, weźmy ich na szable - trzymajmy się tylko kupy!

I skoro mignęły w powietrzu cztery szable, dodał:

- W imię Boże, naprzód!

Konie, spięte ostrogami, porwały naprzód jak wicher. Uderzyli z takim impetem i z 

taką rycerską fantazją w zbliżający się ku nim wolno i ostrożnie szereg pruskiej jazdy, że ten 

pękł we środku i nasi bohaterzy ujrzeli się wkrótce na otwartym polu, cali i oswobodzeni 

background image

zupełnie. Wprawdzie po krótkim zamieszaniu Prusacy się opamiętali i rzucili się w pogoń, ale 

Balcer i jego towarzysze zyskali już na czasie i na odległości, ażeby mogli być dogonieni.

W   dziesięć   może   minut   potem   znajdowali   się   już   w   reducie   wolskiej,   spokojni   i 

bezpieczni.

- Panie - mówił Wojtek do Balcera, kiedy tenże odpoczywał na łóżku w swej kwaterze 

- ten Niemiec psiawiara nas zdradził.

- Wiem o tym, wiem.

- Ja mu tego nie daruję.

- A cóż mu teraz zrobisz?

- Co, pojadę do niego... i Niemca zakantuję, jak Boga kocham.

Balcer milczał przez chwilę, a potem zrywając się z łóżka zawołał:

- Masz słuszność, Wojtuś, to tak ostać nie może. I ja z tobą jadę... bo Klarcię zabrać 

stamtąd, z tej jaskini niegodziwości, koniecznie trzeba. Tak, tak, jadę - niech się co chce 

dzieje. Klarcię porwiemy... a ze Szmitem... rób sobie, jak chcesz, Wojtek, tylko jeśli złapiesz 

Fryca, to już mnie go oddaj. Pojedziemy jutro w nocy. Żałuję, żem tego dziś nie zrobił, ale już 

czasu nie było. Najechali nas tak gwałtownie.

-  Ale,  ale...  co  też  to  pan  gada.  Najechali   nas, to  prawda,  ale  o tych,   co od  wsi 

przybyli, to Szmit wiedział, że przyńdą, a do tamtych, co nam od przodu zastąpili, posłał tego 

szelmę Fryca. Przeciera go widział, jak chyłkiem leciał pod płotem.

- Widziałeś go? - Widziałem, panie, widziałem. Balcer stał już przy Wojtku gniewny, 

straszny, czerwony i kładąc swą rękę na ramieniu rybaka, rzekł:

- Pomścimy się, Wojtek, pomścimy. Do jutra!

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Zamiar   Balcera   zrobienia   jeszcze   jednej   wyprawy   do   Górc   dla   wykradzenia 

złotowłosej Klary, z powodu ponawianych ciągle szturmów do okopów wolskich, musiał być 

odłożony na później. Tymczasem w losach bohaterów i bohaterek naszej powieści zaszły 

poważne zmiany, zwłaszcza w losach Andzi, ukochanej księcia Józefa. Dla opisania więc 

tragicznych  dziejów córki rybaka warszawskiego, porzucamy na chwilę tytaniczne boje u 

szańców Woli i przenosimy czytelnika na ciche i na pół umarłe ulice Warszawy.

W  parę dni po szczęśliwym  wywinięciu  się Balcera  z matni  pruskiej  w Górcach, 

Wojtek  korzystając   z  chwilowej   ciszy  baterii   pruskich,  wieczorem  już  późnym,   trawiony 

smutkiem i tęsknotą, zarzucił nieodstępny karabin na plecy i wymknął się do Warszawy. Nie 

background image

przestał  on kochać  Andzi - w tym  sercu pełnym  dziecięcej  prostoty i świeżości,  uczucie 

zapuściło głęboko korzenie, które rozrastając się ciągle, ogarniały całą istność chłopaka i 

trawiły   go   powoli.   Zdradzony   haniebnie,   pozbawiony   wszelkiej   nadziei,   kochał   jednak 

Andzię, tęsknił za nią i uważał za największe szczęście, jeżeli mógł choć popatrzeć na jej 

okna na Krakowskim Przedmieściu. Mieszkała ona bowiem w jednym z domów na tej ulicy w 

najciaśniejszym jej załomie, naprzeciw grupy kamienic, na miejscu których dziś wznosi się 

wodotrysk otoczony gromadą drzew szmaragdowych.

Tam to przychodził niekiedy Wojtek, stawał wsparty o ścianę domu naprzeciwko i 

wpatrywał się całymi godzinami w okna Andzi. Niekiedy widywał jej sylwetkę, rysującą się 

cieniem na białych firankach oświeconego okna, niekiedy też ukazywała mu się oparta o 

ramy otwartego okna, wsłuchana w głuchy ryk dział pruskich...

Chwile takie były niebem dla Wojtka, ale były też i piekłem. Co tam uczuć, myśli i 

marzeń gorzkich przebiegło przez duszę zrozpaczonego chłopaka, ile razy zrywał się i chciał 

biec do mieszkania Andzi, żeby jej wyrzucić zdradę, i zatrzymywał się znowu, by trawić się 

własnym smutkiem i gniewem, tego opisywać nie będziemy, bo do niczego by nas to nie 

doprowadziło.  Uczucia  ludzkie  są zawsze  mniej  więcej  jednakie  i  jednakie  przedstawiają 

objawy.

Otóż   dnia   owego   Wojtek   wymknął   się   z   szańców   wolskich,   drzemiących   w 

metalicznym blasku księżyca, i poszedł na Krakowskie Przedmieście. Noc była już na dobre, 

kiedy wszedł na tę ulicę. Księżyc wydostawał się spoza poważnych murów bernardyńskiego 

kościoła   i  ciskał   w  drzemiącą   ulicę   kilka   snopów  światła,   które   kładło   się   na   wąskich   i 

wysokich   domach,   gorzało   roztopionym   srebrem   w   ich   oknach   i   gasło   przy   wielkich, 

wyrazistych   i   czarnych   cieniach,   włóczących   się   po   ulicy.   -   Wieczór   był   cichy,   ciepły   i 

poetyczny.   Na   ciemnym   szafirze   niebios,   oblanym   srebrną,   mglistą   siatką   światła 

księżycowego, migotało się nieco gwiazd, błąkało się nieco białych chmurek i mleczna droga 

tonęła w poważnej, milczącej nieskończoności.

Ulica,   tak   z   powodu   spóźnionej   godziny,   bo   było   już   koło   północy,   jako   też   i   z 

powodu stanu wojennego, była całkiem pusta. Przy Bramie Krakowskiej drzemał tylko oparty 

na karabinie gwardiak, a w srebrnych jego szlifach przeglądał się ciekawie księżyc. Cisza 

była taka, że kroki Wojtka dudniły po bruku rozgłośnie i głuche echo odbijając się o mroczne 

mury Bernardyńskiego kościoła podawało je innym murom, by skonać gdzieś w dali.

Cisza ta jednak niedługo trwała. Zaledwie bowiem Wojtek uszedł kilka kroków, kiedy 

rozległ się posępny ryk dział, który wśród nocy i murów miejskich huczał jak głuchy grzmot. 

Huk ten zwiększał się z każdą chwilą i wkrótce nabrał niezwykłej mocy, dochodząc z różnych 

background image

stron, co dowodziło, że rozpoczęto ogień na całej linii bojowej od Mokotowa do Powązek. 

Zwłaszcza od strony Powązek słychać było najsilniejszy, najgęstszy ogień. Wojtek przystanął 

i   nastawił   uszów.   Wśród   ciszy   nocnej   i   przy   wprawie,   jakiej   nabył   od   czasu   oblężenia, 

wyraźnie   rozróżniał   od   przeciągłych,   ponurych   salw   armatnich   -   grzechot   ognia 

karabinowego. Oczywistą więc było rzeczą, że Prusacy przypuścili główny atak na reduty pod 

Powązkami,   współcześnie   ostrzeliwując   liczną   swą   artylerią   całą   linię   szańców   polskich. 

Wojtek stał i słuchał - i jak koń bojowy, którego dobiegł odgłos trąbki wojennej, tak i nasz 

rybak   najprzód   spłonął   rumieńcem,   uszy   natężył,   nozdrza   mu   się   rozwarły,   jakby   w   nie 

wciągał zapach prochu, a ręka konwulsyjnie ściskała kolbę karabina.

- To Powązki atakują, ani chybi. Byle książę był tam - szeptał do siebie półgłosem.

- Ano... mnie tu nie siedzieć, polecę ja tam.

I już zawracał się, gdy nagle przyszło mu na myśl, że książę może jest u Andzi i że 

koniecznie trzeba zobaczyć i wyprawić go na szańce, Zapomniał, że gdyby nawet tak było, to 

wzmagający   się   z   każdą   chwilą   huk   armatni   byłby   księciu,   dowódcy   szańców 

powązkowskich, przypomniał obowiązek. Ale Wojtek nie zastanawiał się nad tym - przyszła 

mu   myśl   i   postanowił   ją   natychmiast   wykonać,   zwłaszcza   że   go   serce   ciągnęło,   biedne 

zdradzone serce!...

Posunął się więc żwawo naprzód, gdy nagle zaturkotało po bruku i środkiem ulicy 

przebiegł pędem powóz Przed końmi gnał laufer niosąc pochodnię zapaloną, koło powozu 

konno  leciało  też  kilku   ludzi  uzbrojonych  i  z  pochodniami.   Przy migotliwym   ich  blasku 

Wojtek, jako warszawiak, z łatwością poznał barwę dworzan prymasowskich. Zresztą, w tej 

chwili niewiele go to obchodziło. Powóz pomknął jak strzała, a pochodnie niesione przez 

dworzan ciskały za sobą snopy purpurowych iskier, które gasły na bruku. W kilka chwil 

potem turkot ucichł - widocznie powóz się zatrzymał.

Wojtek pobiegł dalej i rzeczywiście ujrzał, jak w tak zwanym „ciasnym Krakowskim” 

czerwone ognie pochodni stanęły, a ich chwiejące się płomienie ciskały krwawy odblask na 

kamienice miejskie. To uderzyło Wojtka:

- Co oni tam robią? Tam Andzia mieszka - szeptał i biegł, tknięty jakimś złowrogim 

przeczuciem.

Z pochodni nie spuszczał oka ani na chwilę. Widział, jak one się zniżyły, widocznie 

dworzanie zeskoczyli  z koni, jak biegały niespokojnie, podobne do błędnych ogników na 

czarnym   tle   ciemnej   ulicy.   Coraz   bardziej   niespokojny,   podążał,   co   miał   sił   -   i   już   był 

niedaleko, gdy wyraźnie wśród ponurego huku dział usłyszał przeraźliwy, krótki, urywany 

głos kobiecy.

background image

- Ratujcie! ratujcie!

Zdawało mu się, że to głos Andzi. Włosy mu na głowie powstały, kroplisty pot oblał 

mu czoło, ogarnęła go jakaś szalona wściekłość i potrząsając karabinem rzucił się na środek 

ulicy krzycząc z całej piersi:

- Hej! zbóje! zbóje!

Głos   jego   grzmiał   ponad   hukiem   dział,   powtarzany   przez   tysiączne   echa,   wśród 

murów miejskich. W kamienicach na piętrach otworzyło się parę okien, wyjrzało kilka głów, 

ale widząc gromadę zbrojnych jeźdźców schowało się co prędzej. Tymczasem Wojtek już 

nadbiegał, widzi wyraźnie Kożuszka i paru uzbrojonych dworzan prymasowskich, jak niosą 

Andzię   szamoczącą   się   do   powozu.   Zrozpaczony,   wściekły,   niewiele   myśląc   przyłożył 

karabin do oka, potrzymał chwilą i wypalił...

Kożuszek ze strasznym przekleństwem zwalił się na ziemię.

Niespodziany ten strzał zmieszał na chwilę dworzan, ale widocznie zwyczajni ognia, 

poprawili się zaraz, szamoczącą się wciąż i krzyczącą dziewczynę jedni wsadzili do landary, 

drudzy  dosiadłszy  koni  popędzili   w  stronę,  skąd   strzał   padł.  Tu  na   środku  ulicy,  oblany 

światłem   księżycowym,   stał   Wojtek   groźny,   straszny,   z   karabinkiem   opartym   o   ziemię, 

przybijając z wściekłością stemplem nowy nabój. Ale zabrakło mu już czasu - nim zdołał 

podsypać prochu na panewkę, już trzy nagie szable zabłysły mu  nad głową. Zasłonił się 

karabinem raz i drugi, ale za trzecim razem padł na pół martwy pod strasznym uderzeniem... 

W chwilę potem powóz przeleciał koło niego jak strzała, zamigotały mu w oczach pochodnie, 

zahuczało w głowie i... stracił przytomność.

Obudziło go świeże tchnienie poranku. Otworzył oczy, popatrzał, znów je przymknął, 

znów otworzył, rozejrzał się dokoła, podniósł się i usiadł. Głowa mu strasznie ciążyła. Począł 

rozmyślać, skąd się tu wziął, i przypominać sobie wypadki ubiegłej nocy. Przychodziło mu to 

z   pewną   trudnością,   jednakże   po   niejakim   wysileniu   przypomniał   sobie   w   zupełności 

szkaradną scenę, której był świadkiem, przypomniał krzyk Anusi, swój strzał, atak trzech 

jeźdźców i uderzenie, które go z nóg zwaliło. Obmacał głowę - była cała i sucha, acz bolała 

go mocno. Kombinując dalej, doszedł do przekonania, że szabla dworzanina zwinęła się w 

cięciu i uderzyła go płazem. Podziękował w duszy Bogu za cudowne ocalenie i przytomny już 

prawie całkowicie, obejrzał się dokoła.

Robił się szary świt. Ulica pogrążona jeszcze była w tym niezdecydowanym aroku, 

pełnym cichego smutku i nieuchwyconej jakiejś tęsknoty. Na niebie, gnane wschodzącym 

słońcem, uciekały czarne z jednej, krwawe z drugiej strony chmury - a poza domami od Wisły 

background image

niebo gorzało już złotem i purpurą. Spoza tych domów, gdzieś z jakiegoś samotnego drzewa 

dobiegał wesoły świergot ptactwa - zresztą, panowała martwa, niczym niezakłócona cisza.

Wojtek, siedząc wciąż na środku ulicy, przypomniał sobie nocny huk dział i dziwną 

wydawała mu się cisza grobowa. - Dokoła nie było żywej duszy - cała ulica wyglądała, jakby 

ludzie na niej wymarli. - Przetarł czoło, odetchnął z głębi piersi i dostrzegłszy swój karabin 

obok siebie na ziemi, wziął go, wsparł się na nim i podniósł z pewnym trudem. Nogi chwiały 

się pod nim i głowa mu ogromnie ciążyła. Brała go nieprzezwyciężona ochota położyć się 

znów na ziemi i przespać. Oczy kleiły mu się same, a czuł się tak osłabiony, że karabin 

wydawał mu się stucetnarowym brzemieniem.

- To ci panie hultaj, zakantował mię, co się zowie! - szepnął.

Postąpił   parę   kroków.   Rozmyślając   dalej,   postanowił   bądź   co   bądź   dostać   się   do 

niedalekiego już stąd mieszkania Andzi. Zataczając się jak pijany, dzięki jednak karabinowi, 

który mu służył za laskę, dowlókł się w zwężone Krakowskie Przedmieście.

Tu uderzył go straszny widok. Na środku ulicy, nie opodal rynsztoka leżał na wznak 

trup Kożuszka, w granatowym, zaplamionym kontuszu, w amarantowej konfederatce, której 

białe, duże pióro walało się w błocie ulicznym. Spod tej konfederatki sterczała koścista, sina 

twarz Kożuszka, z okropnym wyrazem grozy i przestrachu, zastygłego w chwili bolesnego i 

niespodziewanego zgonu. Oczy szeroko rozwarte, otoczone czarną, trupią obwódka, patrzały 

przed siebie nieruchomie, szklisto, z wyrazem nieopisanego przerażenia. Jedna ręka wpiła się 

jastrzębimi   palcami   między   kamienie   bruku,   widocznie   w   konwulsyjnym,   rozpaczliwym 

ruchu przedśmiertnym, druga trzymała się za piersi, z których wysączył się długi strumień 

zapiekłej krwi znacząc swą drogę purpurową bruzdą po granatowym kontuszu, po bruku i 

rozpływając  się  w brudnej  wodzie  rynsztoka.  Zza  kontusza,  rozwartego   uderzeniem   kuli, 

wyglądały czarne, kosmate piersi, do połowy zakryte zielonym, jedwabnym workiem, który, 

poszarpany kulą, ukazywał świecące, nowiuteńkie dukaty. Kilka z nich potoczyło się nawet 

na bruk...

Wojtek ujrzawszy ten straszny obraz zatrzymał się wstrząśnięty do głębi, popatrzał, 

przeżegnał się, odmówił krótką modlitwę i szepcząc: - Zmiłuj się, Panie Jezu, nad nimi i nade 

mną - poszedł dalej.

Dom   Andzi   już   od   ulicy   przedstawiał   widok   niezwykły.   Ciężkie,   dębowe,   suto 

nabijane   gwoździami   drzwi   stały   na   roścież   otwarte,   podobnie   jak   i   okna   na   pierwszym 

piętrze. Wojtek widział nawet przy szarym mroku poranku, że światło tam jeszcze się pali - a 

białe firanki, miotane wietrzykiem, chwiały się na wszystkie strony.

background image

Wszedł do długiej, wąskiej i ciemnej sieni. Na samym wstępie uderzył nogą o jakiś 

przedmiot.   Schylił   się   i   podniósł.   Był   to   pantofelek,   widocznie   zgubiony   przez   Andzię, 

śliczne cacko z różowego safianu, suto haftowany złotem i perłami, maleńki, zgrabniutki, 

pełen jakiejś aromatycznej woni. Widok tego pantofelka, który ona nosiła, który miała na 

swoich nóżkach, wycisnął łzy z oczów chłopaka. Oparł się o ścianę i trzymając w obu rękach 

trzewiczek   płakał   jak   dziecko.   Stanął   mu   w   myśli   obraz   tej   ślicznej,   czarnobrewej   i 

czarnookiej   Andzi,   jej   domek   na   Bednarskiej   ulicy,   ogród,   pod   parkanem   którego   się 

schodzili, szepty takie błahe a takie nieskończone, pocałunki kradzione przelotnie, marzenia, 

nadzieje... Przypomniał sobie to wszystko, ucieczkę Andzi, jej pobyt w willi za miastem, ową 

noc   napaści   Prusaków,   scenę   w   ogrodzie,   szept   miłosny   z   księciem,   wszystko   mu   to 

zarysowało  się  w głowie  tak  wyraziście,   jakby  miał   przed  oczami,   i ogarnął   go dziwny, 

nieutulony smutek i tęsknota.

- Oj, Anuś! Anuś! - szeptał - com ci winien, żeś mię tak porzuciła!

W uniesieniu przyciskał do ust pantofelek, wciągał jego woń w siebie, oblewał go 

strumieniami łez, przyciskał do piersi, tulił, pieścił się z nim jak z kochanką.

Ale męska dusza tego dziecięcia ludu nie mogła długo roztapiać się w niewieścim 

żalu. Otrząsnął się, jakby go dreszcz przeszedł, po raz ostatni ucałował jedyną spuściznę po 

dawnej, młodzieńczej miłości i oglądając się dokoła trwożliwie, jak gdyby się lękał, żeby go 

kto   nie   podpatrzył,   wsunął   szybko   pantofelek   za   spencer,   na   piersi.   Po   czym   obtarł   łzy 

kułakiem, wziął karabin i krokiem pewnym, śmiałym ruszył po schodach na piętro.

Tu, podobnie jak na dole, drzwi od pokojów zastał na oścież otwarte, w pierwszej 

komnatce,   a   raczej   antykamerze,   parę   krzeseł   gwałtownie   rzuconych   na   ziemię,   wielki 

świecznik   srebrny   tuż   przy   progu   przewrócony   i   dużą   świecę   woskową   połamaną.   We 

drzwiach prowadzących do drugiego pokoju zwieszała się oberwana kotara ciemnowiśniowej 

barwy, a złote frędzle walały się poszarpane na pysznym tureckim dywanie. Dywan ten w 

paru miejscach był sfałdowany, widocznie skutkiem szamotania się Andzi.

Pokój   ten   miał   dwa   okna   wychodzące   na   ulicę.   Na   przepysznie   inkrustowanym 

stoliczku przy łóżku stał kilkuramienny świecznik srebrny,  w którym dopalały się resztki 

świec walcząc swym żółtym światłem z szybko budzącą się jasnością dnia letniego. Łóżko 

duże,   szerokie,   ciężkie,   rzeźbione,   zasłane   śnieżnej   białości   pościelą,   widocznie   było 

nietknięte,  tylko  jasnoczerwona,   atłasowa   kołdra  zsunęła  się  nieco  i  kładła   jak  czerwona 

plama   na   ciemny   dywan.   I   tu   także   było   kilka   przewróconych   krzeseł,   rozbity   kubek 

kryształowy, którego szczątki walały się po dywanie. Na tymże dywanie leżało kilka figurek 

porcelanowych, zrzuconych z misternej szafki, potłuczonych i pomiażdżonych niegodziwie. 

background image

Gdzieniegdzie   wiatr   wsuwający   się   przez   otwarte   na   roścież   okna   poruszał   kawałkami 

gwałtownie poszarpanej błękitnej wstążki. Na każdym  na koniec kroku widać było  gwałt 

dokonany na tym cichym, wytwornym schronieniu kobiety ukochanej przez takiego księcia-

donżuana, jakim był Józef Poniatowski.

Wojtek,   który   chciał   się   tylko   naocznie   przekonać,   czy   Andzia   została   istotnie 

porwana, nie widząc tu żywej duszy, pogasił światła, pozamykał okna, drzwi i wyszedł na 

ulicę z postanowieniem udania się jak najprędzej na Powązki do księcia i zawiadomienia go o 

wszystkim.

Kiedy   stanął   we   drzwiach   od   ulicy,   dzień   już   był   jasny.   Na   wschodzie,   ponad 

zębatymi szczytami domów niebo paliło się purpurą, fioletem i złotem, a na ciasnej ulicy 

biały   dzień   oświecał   wyraźnie   wszystkie   przedmioty.   Od   Wisły   wiatr   przynosił   świeży 

oddech poranku, rozwiewał reszty tumanów nocnych i spędzał z zenitu lazurowego nieba 

szare chmury.

Pierwszym   widokiem,   który   uderzył   Wojtka,   stojącego   wciąż   w   sieni,   był   trup 

Kożuszka, a nad nim schylona Gruba Kaśka. Zbierała ona skrzętnie rozrzucone świecące 

dukaty i trzymała już w ręku zielony worek, który widocznie wydobyła zza kontusza trupa. 

Tak była zajęta tą swoją robotą, że nie spostrzegła Wojtka, który się do niej zbliżył i rzekł:

- A co się tu stało?

Kaśka wzdrygnęła się, wyprostowała i oczami pełnymi gniewu i trwogi spojrzała na 

chłopaka. Twarz jej była czerwona i choć poranek był dość chłodny, spływał po pulchnych 

policzkach pot kroplisty. - A! to ty, Wojtuś - odetchnęła - skądżeś się tu wziął do stu diabłów?

- Idę od księcia pana do Andzi z poleceniem, ale widzę, że się tu coś stało.

Popatrzała na niego, schowała worek za pazuchę rzekła:

- Oho! już Andzi nie zastaniesz. - Jak to, a gdzież ona jest?

- Ej! - machnęła ręką i obejrzała się dokoła. - Co to gadać po próżnicy. Widzisz, 

Wojtuś, ja ci powiem, jeno mię nie zdradź. Dziś w nocy prymasowscy ją porwali i oto co 

zrobili, psie syny, memu Kożuszkowi.

A słysząc, że się ktoś zbliża, żwawo podniosła fartuch, zakryła nim oczy i dalejże 

lamentować:

- O mój Kożuszku, moje złotko, moje serce, na co ci to przyszło. Zabili cię jak psa. O! 

ja nieszczęśliwa, bidna kobieta, co ja teraz zrobię. Nie żyć mi przez ciebie - chiba puńdę i w 

Wiśle się utopię! O mój Kożuszku, moje ty kochanie!

I tak lamentowała dalej, a głos jej silny brzmiał wśród ciszy porannej donośnie. Ten i 

ów   wyjrzał   z   kamienicy   i   wkrótce   gromadka   ludzi   się   zbiegła,   a   Kaśka   coraz   głośniej 

background image

lamentowała  krzycząc  i obcierając gwałtownie  suche oczy.  Wojtek pewny już, gdzie jest 

Andzia,   zabrał   się   i   odszedł.   Postanowił   pójść   do   szańców   powązkowskich   i   donieść   o 

wszystkim księciu. Oprzytomniał teraz zupełnie, a choć ból głowy mu dokuczał, szedł jednak 

prędko. Chwilami ogarniała go rozpacz na myśl, że jego Andzia dostała się w ręce takiego 

człowieka jak prymas. Książę, mówił sobie, przynajmniej młody, mogła go Andzia pokochać, 

ale prymas! Wrzał cały z gniewu. Pewny był,  że książę surowo, strasznie się pomści  na 

swoim stryju. Nie pojmował, nie mógł zrozumieć tego, jak może stryj wydzierać synowcowi 

kochankę. Niekiedy zatrzymywał się, bo czuł, że mu się w głowie miesza. Na myśl, że ta 

śliczna Andzia przechodzi z rąk do rąk jak towar, ogarniał go szał jakiś. Ona, którą należy 

ubóstwiać, czcić! Wściekłość go porywała.

Wśród   takich   uczuć   dobiegł   do   szańców   powązkowskich.   Były   jeszcze   w   rękach 

naszych. Widząc masy trupów, szańce poryte kulami, Wojtek przypomniał sobie nocny huk 

dział i cieszył się, że nasi tak dzielny dali odpór. Począł się pytać o dzieje ubiegłej nocy i 

ogarniał   go   zapał,   kiedy   mu   opowiadano   o   zwycięskiej   walce.   Gotowano   się   zresztą   do 

nowej, bo widziano w dali szykujące się nowe kolumny nieprzyjaciół.

Nagle spostrzegł Wojtek księcia. Stał otoczony świetnym sztabem na szczycie szańca 

i przez lunetę patrzał na ruchy Prusaków. Wojtek przypomniał sobie Andzię i zbliżył się do 

księcia: - Mości książę! - zawołał.

Książę odjął lunetę od oczów i spojrzał na Wojtka. Poznał go i rzekł przyjaźnie: - A! 

to ty, mój zuchu! - cóż mi powiesz?

Wojtek zabierał się do relacji, gdy nagle w mglistej dali błysło, zabielał kłąb dymu, 

rozległ się huk i kula zaryła się o kilka kroków od księcia, obrzucając go ziemią i darnią. Jak 

gdyby czekały tylko na to hasło, zagrzmiały zaraz inne działa i grad kul począł obsypywać 

redutę.

Książę żwawo obrócił się i głosem donośnym zawołał:

- Mości panowie, na miejsca! Artyleria ognia!

I począł schodzić z reduty. Wojtek, zajęty swą Andzią, jeszcze raz przedarł się do 

księcia i zaczepił go:

- Mości książę, dziś w nocy prymas porwał Andzię. Książę chwilę zastanowił się:

- Andzię?

- Tak.

Świetny   rycerz   uśmiechną   się,   obrzucił   chłopaka   ognistym   wzrokiem   i   rzekł 

spokojnie:

- Tym lepiej, kochanku, mam już jej dosyć!

background image

To   powiedziawszy  dosiadł   konia  i   pognał  galopem   do  sąsiedniej   reduty,  na  którą 

Prusacy skierowali główny ogień swych baterii, swobodny, spokojny, rozpłomieniony walką i 

sławą uśmiechającą się do niego spoza ogni i dymu bojowego.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Dnia   27  lipca   wzięta   została   przez   Prusaków  Wola   po  długiej,  upartej  i   krwawej 

walce. Wypadek ten pomieszał nieco zamiary Balcera. Projekt wykradzenia Klary z rąk jej 

ojca musiał być odłożony na później.

Oczywiście   kosztowało   go   to   bardzo   wiele.   Na   myśl,   że   pod   zasłoną   bagnetów 

pruskich, za żelazną ścianą dział nieprzyjacielskich bezpiecznie ukryty Fryc zaleca się Klarze 

i   lada   dzień   na   rozkaz   jej   ojca   może   być   z   nią   połączony   nierozerwalnymi   ślubami 

małżeńskimi, krew Balcerowi uderzała do głowy. Niekiedy zrywał się jak szalony i chciał 

biec do Górc pomimo widocznego niebezpieczeństwa, pomimo wyraźnej śmierci, jaka go 

czekała. Powstrzymywał go tylko Wojtek, który czuwał nad kapitanem (bo kapitanem teraz 

został Balcer) jak matka rodzona, jak kochanka. Sam ciągle smutny, zrozpaczony do głębi, 

trawiący się wewnątrz powoli tragicznymi losami Andzi, podzielał troski Balcera i pocieszał 

go, jak umiał.

- Na co tu się  gryźć,  panie Józefie - przekładał nieraz Balcerowi - abo się to na co 

przyda? Niech no te Prusaki paskudne zwolnią trochę, pojadziemy do Górc, pojadziemy. I 

żeby tam nie wiem co, pannę Klarę weźmiemy, a tego Miemca Fryca już ja zakantuję... O! ja 

mu nie daruję, jakem Wojtek, rybak warsiawski!

Na   koniec   w   pierwszych   dniach   sierpnia,   kiedy   ucichło   bombardowanie,   bo   król 

pruski postanowił czekać na ciężkie działa, Balcer w towarzystwie Wojtka i sześciu oddanych 

mu ludzi późną nocą wymknął się, podobnie jak pierwszym razem, do Górc Noc, umyślnie 

wybrana,   była   ciemna,   bezksiężycowa   i   bezgwiezdna.   Wicher   tylko   przechadzał   się 

swobodnie po zdeptanych tysiącem nóg i kopyt, po zoranych kulami polach i przynosił do 

uszów garstki jeźdźców rozpustną śpiewkę niemieckich żołdaków lub naszczekiwanie psów 

ze   wsi   sąsiednich.   Szczęśliwie   przedostali   się   przez   drzemiące   na   swych   stanowiskach 

placówki pruskie i wkrótce stanęli przed domem Szmita.

Jak wtedy, kiedy po raz pierwszy Balcer tu przybył, tak i teraz świeciło się w jednym 

z okien. Szum spadającej wody w młynie i wicher zagłuszył brzęk podków końskich. Balcer, 

stanąwszy szepnął do ucha Wojtkowi:

- Rozstaw ludzi naokoło domu, a sam chodź ze mną do środka.

background image

Wojtek wykonał szybko to polecenie i wrócił zaraz. Zsiedli z koni, przywiązali je do 

płota pod dozorem jednego z jeźdźców i udali się do wnętrza domu. W pierwszej izbie, 

oświeconej słabo kopcącym kagańcem, zastali drzemiącego na ławie Szmita. Na stole przed 

nim leżał pistolet i kufel piwa.

Na trzask otwierających się drzwi Szmit, śpiący bardzo czujnie, podniósł leniwie ryżą 

swą głowę i wpatrzył się w Balcera i Wojtka, którzy groźni i uzbrojeni stanęli we drzwiach i 

poglądali po izbie. Zrazu widocznie Szmit nie chciał wierzyć swoim oczom, przetarł je raz i 

drugi, przymknął, znowu otworzył i przekonany o prawdziwości tego, co widzi, zerwał się na 

równe nogi blady i drżący:

- Herr Jesus, was ist denn das? - szeptał trzęsąc się na całym ciele.

Tymczasem Balcer i Wojtek nie spuszczając ani na chwilę z oczów Niemca zbliżyli 

się do stołu milczący, straszni w tej ciszy i samotności nocnej.

- Tak, panie Szmit, to ja, Józef Balcer - przyszedłem się z panem porachować.

Gdy to mówił nasz kapitan, głos mu drżał od gniewu, oczy ciskały błyskawice, a ręka 

mimowolnie chwytała za rękojeść szabli. Wojtek, stojący tuż przy nim, wlepił w Niemca swe 

bystre oczy i bawił się cynglem pistoletu. Ale i Niemiec już się opamiętał. Przetarł czoło 

obficie potem zroszone, obejrzał się prędko dokoła i ciskając straszne spojrzenie na Balcera 

szybko wyciągnął rękę po pistolet leżący na stole. Szczęściem Wojtek, przytomniejszy od 

swego   towarzysza,   który   niecierpliwie   spoglądał   na   drzwi   prowadzące   do   dalszych   izb   i 

niewiele zważał na Niemca, zajęty jedynie nadzieją zobaczenia Klary, otóż Wojtek spostrzegł 

ruch   i   widząc,   że   nie   zdąży   na   czas,   odwiódł   kurek   od   swego   pistoletu   i   syknął   swym 

zimnym, suchym, okropnym głosem:

- Miemcze, jeżeli się jeno ruszysz, jak psu w łeb palnę!

Szmit,   widząc   skierowaną   na   siebie   lufę   pistoletu   i   palec   Wojtka   na   cynglu, 

skamieniał jak posąg, z oczami wytrzeszczonymi w grożące mu śmiercią narzędzie, z ręką 

wyciągniętą przed siebie, nieruchomy, blady jak ściana. Balcer ze swej strony, oprzytomniony 

tą sceną, wziął pistolet ze stołu, schował go za pas i rzekł do Wojtka: - Zwiążemy tego hultaja 

i gębę mu zakneblujemy, żeby nie wrzeszczał.

Wojtek   nie   dał   sobie   dwa   razy   powtarzać   tego   rozkazu.   Żwawo   zabrał   się   do 

zdrętwiałego od strachu młynarza, liną raczej niż sznurem, który z sobą przyniósł, mocno go 

skrępował przy pomocy Balcera, przywiązał do stołu, w usta napakował szmat, jakie tylko 

znalazł pod ręką.  Kiedy już Szmit leżał rozciągnięty jak baran na rzeź,  nieruchomy i siny, 

Balcer odezwie się:

- Daruję ci życie, a daruję przez wzgląd jeno na to, żeś jest ojcem Klary.

background image

I obracając się do Wojtka rzekł:

- Wojtuś, idź do stajni, okulbacz najlepszego, jak jest, konia i czekaj na mnie.

Wojtek jeszcze raz obejrzał, czy Szmit dobrze jest związany, i wyszedł. W pięć może 

minut potem Balcer stał już na ganku przed domem tuląc do siebie drżącą z bojaźni Klarę, 

owiniętą w jakiś ciemny płaszcz. Dziewczyna zanosiła się od płaczu, który gwałtownie w 

sobie tłumiła.

Pan Józef pocieszając i uspokajając płaczącą, jak umiał, niecierpliwie oczekiwał na 

Wojtka,   który   jakoś   się  nie   pokazywał.   Wprawdzie   niebezpieczeństwa   widocznego   w  tej 

chwili nie było - noc była cicha i ciemna, tylko wicher wył pośród drzew, a niebo gorzało 

łuną obozowych, dalekich ogni pruskich - z tym wszystkim, czas był drogi, zwłaszcza że na 

wschodzie poczynało już świtać. A tu Wojtka nie było.. Jeździec zostawiony przed domem na 

drodze szarzał ciemną, nieruchomą sylwetką, konie uwiązane u płota niecierpliwie gryzły 

munsztuki i grzebały kopytami ziemię. Noc była, ile że sierpniowa i nad samym ranem, dość 

chłodna. Balcer czuł, jak Klara drży przy jego boku, i sam poczynał się już niepokoić nieco 

przydługą nieobecnością Wojtka.

Na koniec zjawił on się przecie, ale sam.

- Panie - szepnął - w stajni nie ma ani jednego konia.

- Nie ma? - spytał drżącym głosem Balcer - ale to być nie może!

I   posunął   się   parę   kroków,   zostawiając   Klarę   na   ganku,   jakby   się   chciał   sam, 

osobiście, przekonać o prawdzie słów swego towarzysza.

- Panie - zatrzymał go Wojtek - nie traćmy po próżnicy czasu. Koni nie ma. Już świta, 

jadźmy.

Atoli Balcer, jakby nie mógł zrozumieć tej fatalnej dla siebie wieści, stał ocierając 

czoło z zimnego potu i mówił:

- Ale z Klarą, z Klarą co zrobimy?

I nie czekając na odpowiedź Wojtka zwrócił się do swej kochanki i spytał szeptem 

prawie, z widocznym, głębokim wzruszeniem: - Klarciu, nie wiesz, gdzie są konie?

- Nie wiem, nic nie wiem! - Może Fryc?...

- Fryca nie ma cały dzień dzisiejszy w domu. Wojtek już odwiązał konie od płotu i 

przyprowadził przed ganek.

- Panie - rzekł - niech panienka siada na mojego gniadego i... jadźcie z Bogiem.

- A ty? - spytał Balcer.

-  Ja?  Co  tam  ja! Mniejsza  o takiego   urwipołcia   jak  ja...  dam  ja  sobie  radę...  no, 

siadajcie, siadajcie, bo czas...

background image

I   oglądał   się   i   nasłuchiwał   niespokojnie.   Ale   Balcer   oprzytomniał   już   zupełnie   - 

wróciła mu wobec niebezpieczeństwa cała męska energia. Rzekł więc głosem stanowczym:

- To być nie może. Tyś mi potrzebny: bez ciebie nie dałbym sobie rady. Siadaj na 

konia i ściągnij ludzi, tylko prędko. Ja z Klarą pomieszczę się na moim karym, silny jest i 

wytrzymały, uniesie nas. Żwawo, Wojtek, ściągaj wedety!

Wojtek   chciał   zaoponować,   ale   rozkazujący   ruch   ręki   cera   nie   dozwolił   na   to. 

Przyuczony do wojskowego posłuszeństwa, skoczył na konia i w parę minut potem cała ta 

gromada wyjeżdżała już na drogę prowadzącą do Warszawy.

Balcer umieścił Klarę przed sobą na koniu, otulił ją płaszczem i całując szeptał:

- Nie lękaj się, Klarciu, nie lękaj. Jesteś przy mnie, niebezpieczeństwa nie ma prawie 

żadnego. Jest nas ośmiu, doskonale uzbrojeni i na dobrych koniach. Sam diabeł nie dałby nam 

rady a cóż dopiero ci pieczeniarze, Prusacy!

Tak mówił, a inaczej myślał. Drżał na samą myśl spotkania się z nieprzyjacielem. 

Teraz,   kiedy   przyciskał   dc   siebie   ukochaną   Klarę,   kiedy   ogrzewał   jej   zdrętwiałe   rączęta 

pocałunkami, teraz rad by być jak najdalej od Prusaków. Możność utraty bliskiego szczęścia 

przerażała go śmiertelnie.

- O! co bym ja dał teraz za to, myślał sobie, żebym już był z Klarą w naszym cichym  

domku na Krzywym Kole!

I   wśród   tej   ciemnej,   wietrznej   i   kryjącej   w   sobie   groźne   niebezpieczeństwa   nocy 

mimowolnie   nasunął   mu   się   na   pamięć   cichy,   ciepły,   wygodny   pokoik,   w  którym   Klara 

stawała, ilekroć przyjeżdżała w odwiedziny do jego matki, w którym tyle słodkich, miłosnymi 

całunkami kraszonych przepędzili chwil oboje. Porównanie tego bezpiecznego, spokojnego 

kąta z dzisiejszą nocą, w pośrodku obozowisk pruskich, ciemną i zimną, z groźbą śmierci nad 

głową, odejmowało Balcerowi odwagę, którą tylko siłą woli w sobie utrzymywał.

Odejmowała mu wreszcie tę odwagę sama Klara. Dziewczyna, przestraszona tą nagłą i 

niebezpieczną podróżą, dostała jakiejś nerwowej gorączki i nie mogła utulić się w płaczu.

- Pocałuj mnie, Józiu - szeptała wieszając się u szyi Balcera - pocałuj, bo to już ostatni 

raz. My nie dojedziemy do Warszawy.

A gdy ją Balcer uspokajał, jak mógł, dodawała:

- To wszystko przeze mnie, wszystko. Ja sobie nigdy nie daruję tego... twoją śmierć 

będę miała na sumieniu.

Puść   mnie   lepiej,   wrócą   pieszo   do   domu,   a   ty   uciekaj,   uciekaj   mój   Józiu,   mój 

serdeczny!...

background image

I   zaklinała   go   najtkliwszymi   słowami,   obsypywała   mu   ręce   pocałunkami,   żeby  ją 

puścił.

- Klarciu moja - mówił Balcer - uspokój się, Wrócić już nie możesz, to nie podobna - 

dojedziemy szczęśliwie. Zawiozę cię do mej matki, oddam pod jej opiekę, a za parę tygodni 

weźmiemy ślub i będziemy szczęśliwi.

Uśmiechała się na te słowa smutno, ale nie przestawała prosić, Na koniec, gdy się 

zbliżyli   do   łańcucha   placówek   pruskich,   dopiero   wówczas   ucichła   wstrzymując   prawie 

oddech w piersi. Wojtek z karabinkiem w ręku, z szablą na temblaku, postępował z dworna 

ułanami na przodzie, za nim posuwał się Balcer z Klarą, otoczony czterema towarzyszami, a 

dwóch pozostałych tworzyło straż tylną. Przesuwali się po miękkiej łące zarosłej wierzbami, 

jak cienie.

Przez   szereg   drzemiących   placówek   przesunęli   się   szczęśliwie   i   wydostawszy   się 

potem   na   drogę   ruszyli   wyciągniętym   galopem   ku   szańcom   powązkowskim,   jako 

najbliższym. Widać już było w dali przy szarym zmroku poranku czarne sylwetki redut, ognie 

na nich i Balcer odetchnął. Czuł się prawie bezpieczny, jeszcze z dziesięć minut takiej jazdy, 

a znajdą się w pośrodku swoich. Na wschodzie niebo ustroiło się już w purpurę i na ziemi, 

jakeśmy   rzekli,   poczęło   szarzeć,   Jechali   właśnie   drogą   obrosłą   po   obu   stronach   gęstymi 

krzakami  jałowcu, bzu dzikiego,  berberysu  i głogu. Gdzieniegdzie  z pośrodka tego płotu 

zielonego strzelała pokurczona dziwacznie wierzba lub grusza polna.

Nagle   droga,   zakręcając   pod   kątem   prostym,   skryła   przed   oczami   Balcera 

postępującego w przedniej straży Wojtka z dwoma ułanami, W tejże chwili rozległ się krzyk, 

tętent koni, strzały i głuchy łoskot gęstych razów.

Przerażony tym Balcer osadził na miejscu konia i nie wiedział co robić.

Wtem z pośrodka wrzawy rozległ się donośny, wzburzony głos Wojtka:

- Panie Józefie, uciekaj bokiem, ja ich utrzymam na sobie!

Oprzytomniały, jakby zlany zimną wodą, Balcer poprawił się na koniu, osadził mocno 

w strzemionach, przechylił nieco na lewą stronę omdlałą Klarę, dobył z trudnością szabli i 

skręcił konia w bok. Ale tu z drogi nie podobna się było dostać na pole przez gęsty płot 

krzaków i krzewów wszelkiego rodzaju. Towarzyszący mu ułani poczęli niespokojnie rwać 

się na koniach, paru poskoczyło Wojtkowi na pomoc, reszta rozbiegła się szukając wyjścia z 

tej matni, Balcer czuł całą grozę niebezpieczeństwa, wiedział, że wszystko zależy na czasie, 

że   Wojtek   nie   zdoła   długo   wytrzymać   nacisku   przeważnej   siły,   po   której   wnioskował   z 

krzyków i rozkazów, że na koniec sam, obarczony ciężarem Klary, nie potrafi się dzielnie i 

skutecznie bronić, że trzeba więc uciekać, póki chwila po temu sposobna, gdyż koń w razie 

background image

pościgu daleko nie zdoła ponieść. Wiedział to wszystko i ze straszliwym niepokojem rzucał 

dokoła wzrokiem szukając jakiego wyjścia.  A tam,  na skręcie drogi, bitwa wrzała jak w 

garnku.   Uderzenia   szabli   brzmiały   nieustannie   -   i   nagle   Balcer   ujrzał,   jak   jeden   ułan 

wyskoczył ku niemu, zachwiał się na koniu i zlany krwią padł na żółty piasek drogi. Za nim w 

pędzie,   z   gołymi,   prostymi   mieczami   w   rękach,   z   krzykiem   na   ustach   wypadło   trzech 

kirasjerów   pruskich.   Wiatr   miotał   czarnymi   kitami   ich   hełmów,   a   wschodzące   właśnie 

pierwsze promienie słońca przeglądały się w ich blachach na piersiach. Spostrzegłszy Balcera 

i paru ułanów, którzy złożyli swe lance do ataku, kirasjerzy zatrzymali się chwilę, I Balcer z 

ułanami, i kirasjerzy pruscy stali tok wprost siebie i patrzyli sobie oko w oko...

Na koniec jeden z kirasjerów niepostrzeżenie wydobył długi pistolet, zmierzył, dał 

ognia i Klara, rzuciwszy się w rękach Balcera konwulsyjnie, zwisła na jego ramieniu blada, 

oblewając   go   potokiem   krwi.   Na   straszny,   bolesny   ten   widok   ogarnęła   Balcera   jakaś 

wściekłość. Zgrzytając zębami, tuląc do siebie bluzgającego krwią trupa kochanki, podniósł 

szablę, spiął konia ostrogami i jak wicher rzucił się na kirasjerów. Stratował, porąbał tych, co 

mu   drogę   zastąpili,   wpadł   w   kolumnę   walczącą   jeszcze   z   Wojtkiem   i   garstką   ułanów, 

przerżnął się, siejąc śmierć dokoła i widząc wolne od zarośli pole, pomknął dalej jak strzała, 

prawie nie ścigany.

Wojtek, który dotąd z trzema ułanami walczył uparcie - w tej myśli, iż tym sposobem 

ocala życie kochankom i ułatwia im ucieczkę, widząc Balcera oswobodzonego postanowił 

także ratować swe życie. Osłabiony kilku ranami, oblany krwią, odparł jeszcze raz nacisk 

wroga, spiął konia i pomknął w pole biegnąc co koń wyskoczy. Kirasjerzy ścigali go przez 

jakiś czas, w końcu, nie chcąc się narażać na ogień z baterii polskich, zawrócili.

Wojtek biegł jeszcze z piędziesiąt kroków, ale czuł, że go siły opadają. W oczach mu 

się mroczyło, krew lała się po nim purpurowym strumieniem, usiłował utrzymać się na koniu, 

ale nie mógł. Zaszarzały mu w oczach okopy powązkowskie, błysnął oślepiającym blaskiem 

bagnet   straży   na  nich;   zachwiał   się,  stracił   przytomność   i   padł   omdlały   w  gęste,   mocno 

stratowane zboże...

Obudził się palony promieniami słońca, które wprost padały na niego. Pomacał głowę, 

mokrą od skrzepłej krwi. Czuł w tyle głowy wielki ból, jak również w lewym ramieniu. Z 

trudnością zdołał się podnieść i usiąść na ziemi. Obejrzał się dokoła. Otaczało go gęste, bujne 

żyto, w wielu miejscach stratowane i połamane, wbite w piasek i ziemię, ale jeszcze nieźle 

osłaniające od oka ludzkiego. Otaczała go głęboka cisza. Przepiórki świergotały, skowronek 

wieszał   się   ze   śpiewem   na   błękicie,   w   promieniach   słońca   ścigało   się   tysiące   drobnych 

muszek. Koniki polne skakały po bruzdach wygrzewając się na cieple słonecznym.

background image

Wróciła mu cała przytomność. Urwał kawałek koszuli i obwiązał nim mocno głowę 

dla zatamowania upływu krwi sączącej się ciągle, tak że leżał w kałuży krwawego błota. Z 

trudnością mu to przyszło, bo lewe ramię mocno biedakowi dokuczało, ale w końcu dokonał 

swego. Zmęczony niezmiernie, przecisnął się parę kroków od mokrego z krwi miejsca, na 

którym spoczywał, i położył się znowu. Odpoczął nieco i począł zastanawiać się nad tym, 

gdzie   jest   i   czy   niebezpieczeństwo   zupełnie   już   minęło.   Rezultat   tego   namysłu   wypadł 

widocznie ujemny, bo począł szukać przy sobie broni. Na wielką swoją radość  znalazł  oba 

pistolety wiszące na nim na rzemiennych  paskach. Odetchnął swobodniej, zwłaszcza że i 

pałasz wisiał na temblaku u prawej ręki - był  więc uzbrojony, jak należy.  Ponieważ oba 

pistolety były wystrzelone, nabił je na nowo i spokojniejszy już, położył się w zbożu chcąc 

przez   spoczynek   wrócić   nieco   do   sił,   nim   coś   dalej   postanowi.   Paliło   go   tylko   mocno 

pragnienie.

Niedługo jednak leżał tak spokojnie. Uwagę jego zwrócił jakiś szelest, szum i trzask 

przytłumiony łamanego zboża. Chwycił za pistolet i podniósł głowę. Przez chwilę nic nie 

widział, choć szelest nie ustawał, owszem wzrastał, gdy nagle ujrzał w odległości może pięciu 

kroków jakiegoś człowieka przekradającego się chyłkiem między zbożem. Szedł on od strony 

Warszawy ku obozowi pruskiemu oglądając się dokoła trwożliwie.

Kiedy się nieco zbliżył, Wojtek wyraźnie rozpoznał rudą, czerwoną, piegowatą twarz 

Fryca. Ubrany w szarą, lekką kapotę, z kijem w ręku przemykał się śród zboża, oblany potem, 

widocznie   mocno   strudzony.   Wojtek   na   ten   widok,   czując   instynktownie,   że   w   tym 

przemykaniu się Niemca kryje się coś złego, odzyskał wszystkie siły. Zerwał się na równe 

nogi, odwiódł kurek u pistoletu i jednym skokiem stanął przed przerażonym Frycem, oblany 

zaschniętą krwią, blady, straszny jak widmo.

- Stój - huknął - ani kroku, bo ci kulę w łeb wpakuję!

Fryc aż usiadł z przerażenia na ziemi i drżąc na całym ciele jak w febrze, wpatrywał 

się czerwonymi swymi oczkami z wyrazem śmiertelnej trwogi w Wojtka.

- Skąd idziesz?

- Ja... ja... nie wiem! - jąkał się zapinając kapotę na piersiach gorączkowo.

- Gadaj, skąd idziesz, bo jak Pana Boga kocham, łeb ci rozwalę.

Fryc zdjął czapkę, przetarł spocone czoło, odetchnął i szepnął:

- Panie wojak, ja panu powiem... ja wszystko powiem... aj, Herr Jesus! ja powiem...

- Gadaj, skąd idziesz?

- Z Warszawy.

- Od kogo?

background image

- No, ja tam miałem interes, ja sprzedałem mąkę.

Przypatrzył się dobrze Wojtkowi i widząc go poranionego, bladego, osłabionego tak, 

że   chwytał   gwałtownie   piersiami   powietrze,   w   swej   podstępnej   niemieckiej   naturze 

postanowił z tego wyciągnąć korzyść i uratować się. Powstał, nałożył czapkę i ściskając kij w 

ręku przybrał pewniejszą postawę. Ale i Wojtek to spostrzegł, zmierzył się pistoletem i rzekł 

tym strasznym, suchym głosem, jaki przybierał w chwilach stanowczych:

- Jak mi się ruszysz, palnę ci w łeb! Niemiec cofnął się przestraszony.

- Rzuć kij! - rozkazał Wojtek, a gdy Niemiec spełnił rozkaz, zapytał:

- Skąd idziesz? Tylko nie łżyj, bo ja nie żartuję.

Niemiec pod lufą pistoletu wahał się jeszcze przez chwilę, w końcu ze złością bezsilną 

rzucił czapką na ziemię, podeptał ją klnąc po niemiecku straszliwie i rzekł:

- Kiedy tak, to powiem - idę od prymasa. Wojtek zadrżał:

- Od prymasa! - szeptał - od prymasa! Bóg mi go daje w ręce.

I przypomniał sobie nocny napad na Krakowskim Przedmieściu, porwanie Andzi, jej 

krzyk przeraźliwy, który mu ciągle brzmiał w uszach, krwawą ranę, jaką sercu jego zadali 

Poniatowscy, kupczący ciałem jego kochanki jak towarem, i ogarnęła go wściekłość.

- Bóg mi go daje w ręce - pomszczę się, pomszczę straszliwie!

- Idziesz od prymasa - rzekł głośno do Fryca - a do kogo?

- Do króla pruskiego.

- Czy masz list?

- Mam.

- Daj go!

Niemiec jeszcze raz zawahał się, obejrzał dokoła, jakby szukając skąd pomocy, ale 

żywej   duszy   nigdzie   nie   dostrzegł,   więc   z   rezygnacją   odpiął   kapotę   i   wyjął   list.   Wojtek 

uchwycił go, obejrzał, a choć nie umiał czytać, znał jednak prymasowską pieczęć, łatwo więc 

mógł się przekonać, że Niemiec go nie oszukuje. List schował starannie i rzekł:

- Daruję ci życie, hultaju, za to, żeś się przyznał. Powiedz to Szmitowi, bądź zdrów!

I puścił się na przełaj przez zboże ku czerniejącej reducie, o ile mu siły dozwalały, 

dość szybko. Idąc szeptał wciąż:

- Pomszczę się! Pomszczę za Andzię. Nagle uderzyła go jedna myśl.

- Czy mogą za swoją prywatną sprawą, za osobistą urazę potępiać takiego dygnitarza 

jak prymas.

- Mogę! - mówił sobie - to nie moja sprawa. Tym gorzej dla prymasa, jeśli na mnie 

trafił.

background image

Musimy   teraz   na   chwilę   opuścić   walecznych   młodzieńców,   których   dzieje   dotąd 

opowiadaliśmy, a zająć się natomiast losami Andzi, którą po raz ostatni widzieliśmy owej 

strasznej  nocy na Krakowskim Przedmieściu,  w chwili  gdy Kożuszek zapłacił  życiem  za 

wszystkie swe niegodziwości. Losy Andzi przy tym dadzą nam sposobność opowiedzenia 

jednego   ustępu,   który   wprawdzie   luźno   wiąże   się   z   naszą   powieścią,   wszelako   dosadnie 

maluje czasy i ludzi.

Tego   samego   poranku,   w   którym   Wojtek   odebrał   na   polu   między   okopami 

powązkowskimi i Górcami tajemniczy list prymasa Frycowi, słońce zakradło się przez firanki 

do małego pokoiku w pałacu prymasowskim na Senatorskiej ulicy i oświeciło złotym swoim 

blaskiem prześliczną twarz śpiącej Andzi.

Leżała ona na wielkim, bogato rzeźbionym łożu, pełnym brązów, pod jedwabnymi 

firankami, spiętymi pod sufitem złotą koroną i odsłoniętymi prawie całkowicie. Atłasowa, 

czerwona kołdra zsunęła się z łóżka ukazując białą, suto haftowaną koszulę dziewczyny i 

bielsze jeszcze ramiona, piersi i nogi. Długie, krucze włosy wysuwając się spod czepeczka 

oszytego brabanckimi koronkami spadały kaskadą roztopionej lawy na poduszki. Jedną rękę, 

zda się wyrzezaną w marmurze, podłożyła  pod głowę i spała mocno. Sen jednak nie był 

spokojny; co chwila się rzucała wymawiając jakieś niezrozumiałe wyrazy, a twarz jej, zawsze 

piękna,   zawsze   pełna   tego   uroku   niewinności   i   dziewiczej   świeżości,   której   nie   zdołały 

zatrzeć ani gorące całunki księcia rycerza, ani zapewne satyrowe uściski księcia prymasa - 

otóż twarz jej była  nieco blada, zmęczona, a koło przysłoniętych  długimi rzęsami oczów 

widać było ciemnoczerwoną obwódkę, od płaczu zapewne.

Pokoik,  w  którym   Andzia  spała,   był  niewielki,   o  jednym  oknie  wychodzącym  na 

ogród;   był   więc   umieszczony   z   tyłu   pałacu,   ukryty   między   wielkimi   drzewami,   które 

zaglądały przez szyby.  Karmazynowe, aksamitne kotary wiszące u okien nie dopuszczały 

światła i słońca.

Panowała tu martwa cisza, przerywana tylko gorączkowym oddechem Andzi i lekkim 

szelestem liści uderzających o szyby okien. Na marmurowym postumencie wielki brązowy 

zegar, otoczony mnóstwem pasterzy i pasterek, poważnie wygłaszał upływający czas - a z 

obrazu wiszącego nad zegarem śmiała się bezmyślnie naga kobieta kołysząc się w objęciach 

jakiegoś żołdaka... Wszystko zresztą w tym pokoiku mówiło o rozpustnej myśli. Na suficie, w 

purpurowym półcieniu od purpurowych firanek u okna, nagi Amor obsypywał pocałunkami 

nagą   Psyche,   znad   kominka   mierzył   z   napiętego   łuku   brązowy   Kupido,   przy   oknie 

marmurowa Wenus kryła - nie chcąc ukrywać - swe wdzięki. Na wielkim, miękkim dywanie 

nóżka Andzi stąpała po miłostkach Jowisza i Ledy...

background image

Andzia   wciąż   spała,   choć   zegar   wydzwonił   cichym   i   poważnym   głosem   godzinę 

dziesiątą. Jeszcze dźwięki jego drgały w pokoiku, kiedy skrzypnęły lekko drzwi, zadrgała 

przykrywająca je purpurowa kotara i spoza niej ukazała się głowa mężczyzny.

Była to pyszna głowa niemłodego już człowieka, rumiana, starannie wygolona, jakby 

zdjęta z kamei greckiej, z oczami czarnymi, pełnymi rozumu i bystrości, z nosem prostym, 

ostro zakończonym, z ustami ułożonymi do - przyjaznego, acz nieco szyderskiego uśmiechu. 

Gdyby nie lekkie zmarszczki koło oczów i pewien wyraz znużenia i rozczarowania, malujący 

się w całej twarzy, można by ją było wziąć za twarz młodzieńca, tyle w niej było świeżości, 

galanterii, zalotności i żądzy. Duże, czarne oczy, pełne jeszcze ognia, szybko obejrzały cały 

pokoik i spoczęły na śpiącej Andzi. Z pewnym namiętnym uniesieniem wpatrywały się one w 

to pyszne i pół nagie ciało dziewczyny, obejmowały jej śliczną główkę, kosy jej włosów, jej 

ciało, ramiona, pierś i nogi - i lekkie westchnienie zakończyło ten przegląd.

Po chwili otworzyła się lepiej kotara i wysunęła się spoza niej cała postać. Był to 

mężczyzna wysoki, dobrej tuszy, pańskiej postawy, ubrany w ranną, fioletową sutannę księżą, 

w czerwone pończochy i trzewiki czarne ze świecącymi sprzączkami. Na białych delikatnych 

rękach błyszczały liczne pierścienie. Z okiem gorejącym żądzą, z ustami na pól otwartymi, 

począł on się skradać do łóżka wpatrzony w śpiącą Andzię, tłumiąc oddech w sobie.

Ale nie postąpił on i trzech kroków po miękkim, z Ledą i Jowiszem dywanie, gdy u 

bocznych drzwi rozsunęła się cicho kotara i ukazała się tłusta, czerwona twarz znanej nam 

dobrze kochanki 

Kożuszka, eks-kawiarki z Krzywego Koła, Grubej Kaśki. Ustrojona była ona teraz, co 

się   zowie.   Na   głowie   miała   wielki,   śnieżnej   białości   czepiec,   pełen   wstążek   wszystkich 

nieomal   kolorów   tęczy.   Suknia   jej,   jasnoczerwonej   barwy,   była   jedwabna   i   szeleściła 

straszliwie,  a   grube,  tłuste   i  czerwone   palce   u  rąk  ozdobione   były  pierścionkami.  Twarz 

wyglądała jak pączek w maśle, a maleńkie oczka uśmiechały się do świata.

Spostrzegłszy prymasa, bo to on był we własnej osobie, skradającego się do śpiącej 

Andzi,   uśmiechnęła   się   okazując   szereg   czarnych   i   zepsutych   zębów.   A   gdy   prymas 

ujrzawszy megerę położył palec na ustach, kiwnęła parę razy ręką jakby na zgodę i znikła. 

Ciężka kotara zapadła za nią chwiejąc się i fałdując i znowu cisza zaległa pokoik. Prymas po 

krótkiej przerwie spowodowanej zjawieniem się Kasi rozpoczął dalszą peregrynację do łóżka 

śpiącej kochanki swego synowca, gdy nagle przez purpurowe firanki u okna przedarł się snop 

złotego światła słonecznego i ślizgając się po rzeźbach łóżka, po białej poduszce, spoczął na 

zamkniętych  oczach  dziewczyny.  Ta poruszyła  się parę razy,  ciężko westchnęła  i potarła 

rączką czoło, jakby chciała odegnać palący pocałunek słońca. Widząc to prymas i lękając się 

background image

zbudzić   do reszty śpiącą   swymi,  jakkolwiek  cichymi,   ruchami  -  zatrzymał  się  na  środku 

pokoju i stał, jak posąg, z okiem wlepionym w Andzię, okiem gorejącym większym żarem niż 

żar promieni słonecznych.

A żar palący namiętną duszę prymasa zwiększał się z każdą prawie chwilą. Andzia 

poruszając się niecierpliwie pod rażącym ją blaskiem i szukając od niego ochrony, zrzuciła z 

siebie kołdrę ukazując pożądliwym oczom mężczyzny pyszne, białe jak marmur ciało leżącej 

kobiety. Krew wystąpiła na twarz prymasa. I widział, jak prześliczne, nagie, różowe piersi 

wznoszą się i opadają miarowym ruchem, jak pod białą skórą plącze się sieć błękitnych żyłek, 

jak purpurowa krew obiega po nich, jak wszystkie na koniec klasyczne kształty i wdzięki w 

anielskiej niewinności i nagości roztaczają się przed jego wzrokiem. Pod złotym blaskiem 

słońca białe to ciało przybierało barwę brązu, mając jego jędrność i elastyczność, jak od 

amarantowej firanki u okien stawało się różowe niby marmur różowy.

Ale niedługo to trwało. Palona wciąż słońcem, Andzia otworzyła swe wielkie, czarne 

oczy i wlepiła je w stojącego przed nią prymasa. Sądząc zapewne, że to sen, dość zresztą 

nieprzyjemny, przymknęła je znowu i po chwili znów otworzyła. Prymas stał wciąż na tym 

samym miejscu, skamieniały prawie. Teraz dziewczyna przetarła oczy i wlepiła je z wyrazem 

przerażenia   i   gniewu   w   czerwoną   twarz   mężczyzny.   Instynktownym   ruchem   ściągnęła 

koszulę na piersiach, porwała kołdrę, otuliła się nią i głosem drżącym od wzruszenia czy 

gniewu zawołała:

- Co pan chcesz tutaj - precz! Precz ode mnie! Prymas ochłonął, uśmiechnął się swym 

ironicznym uśmiechem i siadając na fotelu wprost łóżka, rzekł głosem zimnym i spokojnym:

- Piękną Andziu, cóż mam robić? Nie pozwalasz mi przyjść do siebie wtedy, kiedy 

czuwasz, muszę więc przychodzić, kiedy śpisz.

- To jest nikczemność, to... o! nie mam wyrazu... Była widocznie wzburzona do głębi, 

kołdrę mięła w swoich rękach konwulsyjnie, a wielkie jej, wilgotne oczy ciskały piorunami.

- Nie unoś się, proszę cię, nie egzaltuj. Wcześniej czy później musisz być moją, to 

kwestia czasu tylko - mówił prymas strzepując jakiś pyłek z fioletowej sutanny.

- Nigdy! nigdy! Odejdź pan stąd, bo zawołam na służbę...

I sięgnęła ręką po srebrny dzwonek, na stoliczku łóżka będący. Prymas nie ruszył się, 

rzekł tylko z uśmiechem:

- Nie fatyguj się, Andziu, bp ci się to na nic nie zda. Zapominasz, że jesteś w moim 

domu,   że   ja   tu   panem,   że   nikt   tutaj   kroku   nie   zrobi   bez   mego   rozkazu.   Radzę   ci   więc, 

Andziu...

Nie skończył, bo dziewczyna przerwała mu z gwałtownym gniewem:

background image

-   Jak   pan   śmiesz   nazywać   mię   Andzią!   Ja   panu   zabraniam   tego,   rozumiesz? 

Zabraniam!

Prymas począł się śmiać, czym dziewczyna rozgniewana jeszcze bardziej, mówiła:

- Bezwstydny pan jesteś... Jak pan możesz myśleć nawet o dotknięciu się mnie, mnie, 

która będę matką ziecięcia twego synowca rodzonego! Wychodź pan stąd, wychodź, bo ci ten 

lichtarz roztrzaskam o głową.

I w uniesieniu porwała za ciężki świecznik, stojący na stole. Prymas porwał się na 

równe nogi, uskoczył w bok krzyknął gniewnie:

- Kasiu! Kasiu!

Kasia natychmiast pojawiła się we drzwiach. Prymas mówił:

- Uspokój tę wariatkę! Uspokój! Pięknie mi się wywdzięczasz! Cóż to, myślisz, że za 

darmo będziesz tu pasła się moim chlebem? Jeżeli mi jej nie ułagodzisz i nie ugłaskasz do 

wieczoru, osmagać cię każę rózgami i wypędzę... Przeklęta dziewka!

I   podczas   gdy   Kasia   wydzierała   z  rąk   Andzi   świecznik,   prymas   przechadzał   się 

wzburzony po pokoju klnąc po francusku głośno.

- Cóż ty myślisz - obrócił się do Andzi - że ten półgłówek Józef wróci do ciebie?... 

Nie marz nawet o tym.

Zaplątał się wariat w tę głupią wojnę i diabli go wezmą, a ja zostanę. Otoczę cię 

złotem, przepychem, wszystko ci dam, czego zapragniesz.

Opanował wzburzenie, uspokoił się i siadł znowu na fotelu.

- To trudno - począł znowu - stało się. Jesteś w moim ręku, do Józefa wrócić nie 

możesz, wreszcie on sam tego nie chce. Namyśl się! Przecież ja jestem dla ciebie delikatny, 

grzeczny, choć mógłbym być inny... Trzeba mieć rozum brać rzeczy, jak one są.

- Nie myśl pan o mnie - rzekła na to Andzia, uspokojona także. - Uwolń mnie, a będę 

ci wdzięczna do śmierci. Jestem matką, czuję, iż nią zostanę.

Zarumieniła się jak wiśnia i zakryła twarz białymi rękami

- Głupstwo - odezwie się na to prymas - zdaje ci cię. Wreszcie, jeśli tylko o to chodzi, 

przyślę ci zaraz mego medyka, Straussa... On temu zapobiegnie, zwłaszcza że...

Zatrzymał się, gdyż Andzia poczęła spazmatycznie płakać. Przez palce łzy jej ciekły 

jak uriańskie perły. Drżała całym ciałem jak w febrze. Prymas spostrzegłszy to skrzywił się 

niechętnie, bo nie lubił płaczów, skinął na milczącą Kaśkę, żeby odeszła, i gdy został sam na 

sam z Andzią, rzekł głosem łagodnym:

-   Moja   Andziu,   nie   płacz,   proszę   ja   ciebie,   na   co   się   to   przyda.   Szkoda   twoich 

ślicznych oczów. Józio dobry chłopiec, ale pstro w głowie. Widzisz, wojna ta cała nie warta 

background image

jest niucha tabaki, to się źle skończy. Porwali się z motyką na słońce. Przegrają, pobiją ich z 

kretesem! Józio będzie musiał uciekać z kraju. Cóż ty wtedy zrobisz? Zastanów się, moje 

serce. Zostań przy mnie, obsypię cię złotem, nawet, jeśli chcesz, dziecię, jakie będziesz miała, 

każę wychować na mój koszt. Wszystko zrobić, jak mię widzisz, tylko nie bądź uparta.

Chciał coś jeszcze mówić do płaczącej wciąż Andzi, gdy znowu uchyliła się kotara i 

weszła Kasia.

- Czego chcesz? - zapytał z gniewem prymas.

- Mości książę, pilny interes... Poseł od Króla Jegomości.

- Nie mam czasu... Nie ma mię! Zawsze mi muszą przeszkadzać! Idź sobie!

A gdy Kasia zabierała się do wyjścia, zatrzymał ją i rzekł z wyraźną niechęcią:

- Czekaj! Dowiedz się, czego chce, i przyjdź mi powiedzieć.

Zapanowało chwilowe milczenie po wyjściu kawiarki. Prymas poprawiał fałdy swej 

fioletowej  sukni, a Andzia tłumiła spazmatyczny płacz. Ze dworu dobiegał  głuchy turkot 

powozów, a w pokoju miarowe, monotonne tik-tak zegara rozlegało się poważnie.

Na koniec Andzia odejmując ręce od oczów szepnęła błagającym głosem:

-   Proszą   pana,   wyjdź   stąd.   Chcę   wstać   i   ubrać   się...   Chcę   się   pomodlić...   proszę 

pana!...

Prymas  z gniewnym  ruchem zerwał się z fotelu, odtrącił  go i zabierał  się już do 

wyjścia, gdy nagle we drzwiach spotkał się z Kasią. Ta podając mu małą paczkę i list rzekła:

- Od Króla Jegomości.

Prymas z pewnym zdziwieniem, którego ukryć nie umiał, wziął najprzód ową paczkę, 

obejrzał ją dokoła i kiwnąwszy parę razy głową, postawił na marmurowym postumencie, na 

którym stała naga Wenus. Andzia śledząc jego ruchy zauważyła, że paczka owa, owinięta 

starannie papierem i opieczętowana dokoła, miała formę czworokątną. Po zagięciach papieru 

sądząc, przypuszczać można było, że się w niej mieści pudełeczko.

Tymczasem   prymas,  wciąż   stojąc   na  środku  pokoju,  bokiem   zwrócony  do  Andzi, 

otworzył   list   i   począł   czytać.   Zrazu   twarz   jego   obojętna   pobladła   śmiertelnie.   Ręce   mu 

poczęły tak drżeć, że papier wyraźnie i głośno szeleścił. Kroplisty pot wystąpił prymasowi na 

czoło   i   ciekł   mu   po   białej   jak   płótno   twarzy   szerokimi   strumieniami.   Oddychał   ciężko, 

głęboko, a słabł tak, że po skończeniu listu chwiejącym krokiem, wspierając się o meble 

doszedł   do   fotelu   i   padł   raczej,   niż   siadł   na   niego.   Widocznie   był   głęboko,   straszliwie 

wzburzony. Rękę z listem opuścił na poręcz fotelu, a drugą obcierał czoło z potu, z pewnym 

machinalnym, bezwiednym ruchem. Usta mu drżały - a czarne oczy rozwarte były szeroko i z 

ognistych stały się martwe, bez blasku, szkliste i miały w sobie wyraz straszliwej, nie dającej 

background image

się opisać trwogi. Czoło było głęboko zbruzdowane. Otarłszy je począł jak ten, co majaczy, 

odpinać i zapinać na powrót guziki u swej sutanny, mnąc przy tym konwulsyjnie jej fałdy. Co 

chwila wstrząsały nim dreszcze, a oczy błędnie biegały po pokoju. Na najmniejszy szelest 

zrywał się, nastawiał uszów i uspokojony, siadał znowu...

W   ogóle   przedstawiał   sobą   straszliwy   obraz,   człowieka   przerażonego   do   głębi, 

śmiertelnie,   obraz,   na   który   Andzia   ze   swego   łóżka   strojnego   w   atłasy   patrzała   ze 

zdumieniem, grozą, nawet wstrętem. Nie wiedziała, nie pojmowała, co to znaczy. Na liście, 

który prymas trzymał otwarty, dostrzegała podpis króla, znany jej dobrze, bo nieraz czytywała 

bileciki królewskie, pisane do księcia Józefa. Zresztą, nie mogła zrozumieć, co w tym liście, 

liście pochodzącym od króla, brata prymasa; mogło być tak strasznego. Zdziwiona była do 

głębi i zapominając o wszystkim patrzała na drżącego prymasa, sama lękając się czegoś i 

drżąc także. Zdawało jej się, że wisi nad nią jakaś okropna katastrofą, że zbliża się jakiś 

fatalny koniec, jakiś los tragiczny. Choć w pokoju było duszno, parno nawet, jej było zimno. 

Otuliła   się   kołdrą;   bo   nią   wstrząsały   dreszcze.   W   końcu,   lękając   się   szarego   tnroku 

panującego w sypialni, wyskoczyła z łóżka i nie uważając na to, że jest na pól naga, że patrzy 

na nią człowiek, który jej przed chwilą tak gorąco pożądał, zbliżyła się do okna i gwałtownie 

rozsunęła firanki.

Snop jasnego światła oblał pokoik. Złocone jego ściany i sufit zapaliły się blaskiem, 

Amor namiętniej całował Psyche na plafonie. Kupido w nimbie słonecznym naciągał silniej 

łuk, a szyszak żołdaka na obrazie nad zegarem świecił srebrem. Ciche to schronienie rozkoszy 

w świetle słonecznym nosiło na sobie charakter spokoju niczym niezamąconego, rozpustnej 

nieco   miękkości.   Jakiż   zatem   dziwny   kontrast   stanowiła   rozpaczliwa   zaduma   prymasa   i 

gorączkowe przerażenie Andzi!...

Ta   odywracając   się   od   okna   spostrzegła   wlepiony   w   siebie   wzrok   prymasa   i 

zarumieniła   się   cała,   przypomniała   sobie,   że   jest   obnażona,   że   jest   kobietą   i   ruchem 

pełnym niewieściego   wdzięku   założyła   ręce   na   alabastrowych   piersiach   i   wskoczyła   pod 

kołdrę. Prymas patrzał wciąż na nią - ale, wzrok jego nie miał już w sobie tej namiętnej 

pożądliwości,  z   jaką  wszedł   do  sypialni   Andzi,;  nie   błyszczał  ogniem   krwi,  ale   jakeśmy 

rzekli, był szklisty, martwy; zagłębiony w sobie. Widocznie człowiek ten, patrzący na, jedno 

z najpiękniejszych ciał niewieścich, jakie kiedykolwiek natura utworzyła, nie myślał o nim, 

ale zupełnie o czym innym.

W chwili gdy Andzia wstydliwie otulała się kołdrą, prymas powstał, potarł czoło i 

włosy i chwiejąc się, podszedł do postumentu, na którym białą Wenus śmiała się do niego i na 

background image

którym stała tajemnicza, opieczętowana paczka. Wziął ją, wrócił na fotel i począł oglądać 

starannie. Po chwili opuścił rękę z paczką i wpatrzył się nieruchomo w okno, przez które lało 

się   potokiem   słoneczne   światło,   a   w   nim   drgały   pyłki   jakieś   drobniutkie,   ścigały   się, 

przewracały i nikły.

Patrzał, patrzał na purpurowe firanki, na szyby, na liście drzew szumiące za oknem, na 

koniec wstrząsnął się, jak gdyby straszna jakaś myśl przyszła mu do głowy, automatycznym 

ruchem obmacał swoją szyję, zacisnął rękę i gwałtownie rozerwał papier na paczce. Ukazało 

się maleńkie, srebrne pudełeczko. Otworzył je... i patrzał nieruchomy na przedmiot wewnątrz 

się znajdujący, jak gdyby siła jakaś straszna przykuła go do niego.

Andzia mimowolnie, zdjęta ciekawością, wychyliła się z łóżka i zajrzała do pudełka. 

Znajdowały się w nim dwa niewielkie, krystaliczne kawałki jakiegoś białawego, nieznanego 

jej ciała. Jednakże domyślając się czegoś, czy też zdjęta wewnętrzną trwogą, rzuciła się ku 

ścianie i patrzała na wciąż nieruchomego prymasa. Pragnęła, a nie śmiała się odezwać. Dusiła 

ją cisza, straszna cisza pokoju, z tym nieruchomym na pół widmem w fioletach, tuż obok, na 

fotelu.

Tymczasem gdy prymas na pudełko, a Andzia na prymasa się patrzy, nagle w tę ciszę 

senną pokoju uderzył rozgłośny tętent koni, brzęk szabel i głosy, Prymas zadrżał, podniósł 

głowę i począł słuchać. Głosy się wzmagały... a nawet wkrótce dały się słyszeć kroki w 

sąsiednim pokoju.

Wówczas blady jak trup, straszliwy,  zerwał się i krzycząc: „Już idą” połknął owe 

białawe kawałki z pudełk..

W tejże chwili rozwarły się drzwi i ukazał się w nich marszałek dworu prymasa.

- Mości książę - rzekł zadyszanym głosem - pan Kościuszko przyjechał!

- Dobrze! - odpowiedział na to prymas - odejdź!

Marszałek odszedł, a prymas padł znów na fotel. Był teraz spokojny, choć blady i 

oblany potem.

- Otrułem się - szeptał - otrułem... chyba trupa mego dostaną.

A podnosząc się nagle z wysileniem na nogi zawołał chrapliwym głosem:

- Tak umierają tylko ludzie wielkich imion!

I padł na dywan, na którym łabędź całował namiętnie nagą Ledę.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

background image

W chwili gdy prymas wyrzekł w poprzednim rozdziale przytoczone słowa i padł na 

kobierzec, Andzia przerażona do najwyższego stopnia, zdjęta śmiertelną trwogą, wyskoczyła 

z łóżka. Paliło ją powietrze tego strasznego pokoju, paliła ją posadzka, słońce, rozpustne 

otoczenie, tak nie licujące z okropną sceną, rozgrywającą się przed oczami dziewczyny. Tak 

jak była, ubrana w lekką koszulę, obnażona prawie do połowy, z włosem rozwianym, który 

wydobywszy się spod czepka zrzuconego w chwili przestrachu spadał kaskadą lawy na biały 

jak alabaster kark i ramiona, drżąca nerwowo, wstrzymując mimowolny krzyk w piersiach 

odrzuciła kołdrę i stanęła na ziemi. Widocznie miała zamiar uciekać stąd, uciekać choćby 

najdalej, choćby na koniec świata, byle wydobyć się z tego pokoju, z tej duszącej atmosfery 

śmierci.

Ale   pomiędzy   nią   a   drzwiami   leżał,   drgający   trup   prymasa.   Zagrodził   jej   drogę 

zupełnie. Dotykając się głową stoliczka, będącego tuż przy ścianie, leżał w poprzek pokoju i 

opierał się nogami o łóżko. Można było iść dalej tylko przeskakując przez niego. Myśl taka 

nawet nie przyszła Andzi do głowy. Widząc więc, że ruszyć się nie może, stanęła przytulona 

do łóżka starając się jak najmniej miejsca zajmować, blada jak chustka i drżąca febrycznie. 

Choć ją opanowała nieokreślona groza, choć czuła, że włosy jej na głowie powstają, przecież 

nie mogła oderwać oczow od leżącego na kobiercu trupa.

Był on istotnie straszny. Padł na wznak i twarz jego można było doskonale widzieć. 

Oczy miał szeroko rozwarte, nieruchome, szkliste, z tym  wyrazem  nie dającej się opisać 

grozy, jaka uderzyła Andzię w chwili, gdy począł fatalny list czytać. Usta, silnie zaciśnięte, 

pokryte były pianą - pierś ciężko robiła, jakby chwytała ostatki powietrza i życia gwałtownie 

uciekającego. Jedną rękę rzucił na kobierzec i gwałtownie go w niej gniótł, w drugiej trzymał 

zmiażdżone prawie; srebrne pudełeczko w którym była trucizna. Twarz cała była niebieska, a 

żyły   na   czole   i   szyi   były   naprężone   jak   postronki.   Po   fioletowej   jego   sutannie   powoli, 

spokojnie ślizgał  się złoty promień słońca, w  którym  unosiły się miriady drobnego pyłu, 

maleńkich niteczek kobierca; wyrzuconych do góry upadkiem ciała prymasa.

W pokoju zresztą, oprócz głuchego i ciężkiego oddechu konającego, panowała martwa 

cisza.   Zegar  wciąż  wygłaszał  swoje  nieskończone  tik,  tak   - a  pasterki  i  pasterze  na  nim 

całowali slę tak samo w obliczu śmierci; jak wczoraj, jak zawsze. Kupido znad kominka 

naciągał łuk i biała Wenus kryłą swe białe wdzięki. Nic się, słowem, nie zmieniło od chwili; 

w   której   do   tej   rozkosznej   i   połswawolnej   sypialni   niewieściej   wstąpił   geniusz   śmierci, 

nieubłagany,   stanowczy,   niezłomny   jak   przeznaczenie.   Ze   dworu   tylko   dochodził   gwar 

różnych głosów; tętent koni; brzęk szabel..

background image

Andzia wciąż stała drżąca przy swym łóżku; zapatrzona w konającego; nieruchoma; 

jakby  urzeczona  okropnym,  szklistym  jego  wzrokiem.   Straciła  zupełnie   przytomność,   nie 

Wiedziała  co robić; bała się straszliwie, a nie  śmiała  się ruszyć.  Ten trup zdawał się jej 

mówić: nie pójdziesz dalej! Chciała krzyczeć, a głos jej zamierał w piersiach, chciała rzucić 

się naprzód, a nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Stałą więc jak kamienny posąg, biała, naga, 

podobna do nagiej Wenus na postumencie...

Nagle prymas rzucił się gwałtownie całym ciałem, uchwycił za pobliskie krzesło i 

usiadł. Spojrzał po pokoju błędnym wzrokiem i zatrzymał go na Andzi. Patrzał, patrzał... i 

widziała,   jak   źrenice   jego   się   rozszerzają,   jak   dawny   ogień   zda   się   wybiega   z   nich 

strumieniem żaru i namiętności. Urzekał, piekł ją tym  wzrokiem. Sina jego twarz drgała, 

blade, okryte pianą wargi miotały się konwulsyjnie, a ręce macały po kobiercu jak u tego, co 

ma malignę.

Andzia,   przerażona   okropnie,   zrobiła   ostatni   wysiłek   i   chciała   skoczyć   w   bok 

korzystając z wolnego miejsca, jakie zrobił prymas powstając. Ale zaledwie pierwszy ruch 

uczyniła,   gdy   uczuła,   jak   jej   nogi   obejmują   wilgotne   ręce,   jak   ją   ściskają   niby   kajdany 

żelazne, jak palce wpijają się w jej białe ciało, jak na koniec ziejące żarem usta palą jej stopy 

pocałunkami. Oblał ją pot śmiertelny.

- W uściskach trupa! - pomyślała i straciła prawie przytomność.

A ręce prymasa ślizgały się tymczasem coraz wyżej po jej ciele, dosięgały jej korpusu, 

usta zostawiały gryzącą pianę na alabastrowym ciele dziewczyny, cały ciężar podnoszącego 

się prymasa zwalał się na nią powoli, przygniatał ją, dławił Czuła już oddech jego ciężki, 

posępne rzężenie w piersi, widziała jego wzrok straszny tuż przy swoim, jego usta tuż przy 

swoich...

Z ostatnim, rozpacznym wysiłkiem szarpnęła się, oderwała ręce konającego, pchnęła 

go tak mocno, że padł uderzając głucho o posadzkę i wyskoczyła na środek pokoju Koszulę 

miała na sobie podartą i w wielu miejscach od paznokci prymasa krwawe ślady. Wybiegła, 

stanęła i poczęła się głośno, strasznie śmiać...

W tejże chwili rozwarły się drzwi i stanęła w nich spokojna, poważna, smutna swą 

poetyczną  melancholią  postać naczelnika. Za nim szedł Wojtek i paru starszych  dworzan 

prymasowskich.

Andzia nie zważając na to, że całą jej osłoną są strzępki koszuli, że patrzy na nią 

kilkoro oczów męskich, stała wciąż twarzą do nich zwrócona, śmiejąca się rozgłośnie swym 

srebrnym śmiechem, który brzmiał przez otwarte drzwi po dalszych komnatach tysiącznymi 

odgłosami. Wielkie jej, czarne oczy latały w oprawie jak szalone i śmiała się ciągle.

background image

A potem, kiedy wszyscy, co weszli, patrzyli nie mogąc zrozumieć, co się tu stało, 

urwała kawałek wiszącej koszuli, zwinęła, usiadła w kącie pod ścianą i tuląc ową szmatę do 

piersi przestała się śmiać, a natomiast poczęła nucić wesołym głosem:

„Aaa, kotki dwa, szare, bure obydwa!

Było w tym widoku coś dziwnie okropnego, coś tragicznego, wzruszającego do głębi. 

Pierwszy naczelnik przemówił:

- Ta kobieta szalona! Wyprowadźcie ją stąd... I podszedł do nieżyjącego już prymasa.

Wojtek,   jakby   wypełniając   rozkaz   naczelnika,   chwycił   kołdrę   z   łóżka,   okrył   nią 

śpiewającą wciąż Andzię i chciał ją podnieść. Ale dziewczyna zerwała się na równe nogi i 

odpychając z ogromną siłą, zawołała:

- Precz! precz, trupie...

I poczęła biegać po pokoju włócząc za sobą kołdrę jak płaszcz królewski z purpury. 

Potrącała sprzęty w tym ciasnym buduarze, zrzuciła Wenus, która się potłukła na szczątki, 

przewracała stoliczki, to śmiejąc się, to śpiewając, naga, z włosem rozwianym, przepyszna 

tym ciałem, w którym niestety już duch nie mieszkał.

Wojtek,   blady,   zmęczony   nocną   wyprawą   do   Górc   i   walką,   strawiony   smutkiem, 

palony  wstydem   i   rozpaczą,   biegał   za   nią...   ale   widząc   bezsilność   swych   usiłowań   rzekł 

zwracając się do naczelnika głosem błagalnym:

- Panie naczelniku! niech wszyscy wyjdą, ja ją uspokoję.

Więc naczelnik, pogrążony dotąd w głębokiej zadumie nad trupem prymasa, kazał go 

zabrać i wyszedł. Zostaj Wojtek sam i śpiewająca wciąż Andzia.

Na chwilę uspokoiła się, usiadła znów w kącie na kobiercu i poczęła bezmyślnymi, ale 

zawsze cudownymi oczami patrzeć na Wojtka. Ten ukląkł przy niej, wziął ją za rękę, czego 

mu nie broniła, i począł mówić głosem tak rzewnym, tak pełnym boleści, że i kamienie by 

zapłakały:

- Anuś, moja złota Anuś, uspokój się... przecie wiesz, kto ja jezdem. Wojtek, twój 

Wojtek, coś go tak dawniej kochała. To ja, Wojtek, rybak. O! moja Anuś, co oni z tobą 

zrobili, na co ci to przyszło. Porzucili cię jak psa i ja jeno przy tobie ostałem... Ale ja cię nie 

opuszczę, nie...

Takem sobie postanowił. Wstań, Anuś, ubierz się, pójdziemy stąd, z tego przeklętego 

pałacu, nad Wisłę, do naszego domku, do ogródka z wiśniamy... chodź, Anuś.

I podniósł ją i jak matka począł ubierać w suknie, które znalazł w sąsiednim pokoju. 

Pozwoliła ze sobą wszystko robić, patrząc wciąż przed siebie błędnymi oczami, uśmiechając 

się niekiedy tym  swoim śmiechem pełnym  niewinności i cichego szczęścia. Od czasu do 

background image

czasu   nuciła   coś   ledwie   dosłyszalnym   głosem,   a   Wojtkowi   wielkie   łzy   toczyły   się   po 

zwiędłej, ogorzałej od słońca i dymu bojowego twarzy.

Kiedy ją już ubrał zupełnie, spojrzał na nią. Wydawała mu się tak cudownie piękną, 

taką   wielką   damą,   ustrojoną   w   ciężką,   jedwabną   suknię,   silnie   obcisłą   według   mody 

ówczesnej, z długim ogonem, który wlokąc się szeleścił za nią nadając jej ruchom  pełen 

powagi majestat. Patrzał przecierając co chwila łzy, które mu zasłaniały oczy, i szeptał:

- I oni ją porzucili...

Nie mógł tego pojąć. On byłby ją tak kochał, tak czcił, tak szanował, a oni kupczyli 

nią   jak   towarem.   Andzia   przechadzała   się   po   pokoju   nieustannie,   gnana   jakąś   gorączką 

wewnętrzną, a Wojtek stał oparty o ścianę i ścigał wzrokiem jej ruchy, jej kibić, jej biust, jej 

śliczną, anielską twarzyczkę, jej włosy krucze. Myślał, że ona stworzona jest na królową, że 

jej tylko koronę włożyć na głowę, ubrać w purpurę...

Ogarnęła go w tej chwili szaloną, niewygasłą miłość i zazdrość, rozpacz i żal.

- Wszystko przepadło! - szeptał - ona nie dla mnie... co ją bym z nią robił?

I przypomniał sobie koleje, przez jakie Andzia przeszła od owej schadzki ostatniej w 

sadzie, pod cieniem drzew przy Bednarskiej ulicy. Jakież zmiany od tego czasu! Przypomniał 

sobie, że ta suknia bogata, to otoczenie całe, kupione kosztem jej wstydu, że go porzuciła dla 

świetnego rycerza, księcia, że w łonie nosi owoc tej miłości, że rozpustne uściski prymasa 

skaziły to białe łono, że na koniec oszalałą...

Zimny pot oblewał mu czoło, a wściekłe uczucie zazdrości szarpało mu serce. Oni ją 

mieli, bo byli bogaci, bo mieli pieniądze, a ona się sprzedała. Wrzał gniewem i chwilami 

chciał stąd wyjść i zostawić ją tutaj.

- Niech się z nią dzieje co chce! - myślał.

Ale dawne uczucia wróciły, walczyły i zwyciężyły na koniec. Porzucić ją samą w tym 

wielkim i strasznym pałacu, do którego przed chwilą śmierć zajrzała, w którym nie ma już 

ręki, która by ją choćby przez rachubę  mogła  bronić, zostawić  ją na pastwę śmiechów i 

szyderstw   gawiedzi   dworskiej,   ją   -   samą   bez   zmysłów   -   na   to,   żeby   ją   pewnej   nocy 

wyrzucono na ulicę... nie! Nigdy. Weźmie ją, zaprowadzi do domu rodziców na Bednarską 

ulicę, wróci im marnotrawne, zgubione dziecię.

Tak myślał i obrzucał wzrokiem pełnym miłości tę smutną, tragiczną a tak piękną 

postać   dziewczęcia,   przesuwającą   się  miarowym,   automatycznym   krokiem   po  pokoju.  W 

uniesieniu przybliżył się do niej, uchwycił za rękę, ukląkł i całując namiętnie, rozpłakał się 

jak dziecko...

background image

Potem ją wyprowadził z tego pałacu, wyszukał jakiś wózek i powiózł na Bednarską 

ulicę, do cichego, skromnego domku rodziców.

I   cóż   dodamy   jeszcze   do   naszej   powieści?   Losy   naszych   bohaterów   i   bohaterek 

wypełniły się - parę słów uzupełni je całkowicie.

Dzieje   oblężenia   Warszawy   znane   są   skądinąd.   Prusacy,   jak   wiadomo,   odstąpić 

musieli   nic   nie   zdziaławszy.   Radości,   jaka   stąd   panowała   w   Warszawie,   nie   dzielił   ani 

Wojtek, ani Balcer. Ich serca na zawsze były złamane - wspólnie teraz żyli, wspólnie płakali.

Kasia, Gruba Kasia z Krzywego Koła, żyła potem jeszcze bardzo długo. Przy śmierci 

prymasa umiała skorzystać z zamieszania, jakie stąd powstało, i obładowała swe kieszenie, co 

się zowie. Za Księstwa Warszawskiego uchodziła za bardzo uczciwą i pobożną damę.

Andzia   umarła   w   rok   potem,   zawsze   uśmiechnięta,   wesoła,   szczęśliwa,   nie 

odczuwając swego stanu. Dziecię jej chowali biedni rybacy, jej rodzice.

KONIEC

Kwiecień - maj 1878