background image

J. Jarzębski, Kariera autentyku, [w:] tegoż, Powieść jako autokreacja, Kraków 1984. 

Jerzy Jarzębski

Kariera „autentyku"

Nic nie wskazuje na to, by istniał jakiś pozaświatowy Rozum rządzący rozwojem 

teorii literatury. Posuwa ona naprzód swoje odkrycia i koncepcje powodowana doraźnymi 
dolegliwościami,   ledwie   jednak   zlikwiduje   jakiś   punkt   zapalny,   postawiwszy   odmiennie 
i pomysłowo zagadnienie, już okazuje się, że w innym miejscu powstała drażniąca pustka. 
I oto świeżo rozwiązana sprawa domaga się na nowo rewizji. Sprawą, którą mam na myśli 
w tej chwili, jest problem relacji między rzeczywistością przedstawioną utworu literackiego 
a   światem   pozaliterackim.   Ileż   się   nie   nabiedzono   nad   logiczną   kwalifikacją 
poszczególnych   zdań   dzieła,   nad   stosunkiem   fikcji   i   realności   w   prezentowanym   weń 
świecie! Trwało to do momentu, gdy problem postawiony został inaczej, a mianowicie: 
relację między dziełem a światem zewnętrznym rozpatrzono nie jako zbiór relacji między 
poszczególnymi elementami, ale jako stosunek dwu uniwersów, z których pierwszy ma być 
modelem drugiegoI tak, zdawało się, nauka o literaturze pozbyła się kłopotu, wrzucając 
do jednego worka to, co w dziele fikcyjne, i to, co posiada realnie istniejące przedmiotowe 
odniesienie.   Pozwalało  to   uporać  się   z   wieloma   trudnościami   natury   logicznej 
i epistemologicznej. Obok jednakże narodziły się nowe.

W   literaturze   polskiej   (i   nie   tylko   polskiej)   narasta   od   lat   dwudziestych, 

a szczególnie po ostatniej wojnie, fala prozy operującej ostentacyjnie już nie realistyczną 
czy  werystyczną  wizją   rzeczywistości,   ale   wprost  zawieszającej   fikcjonalność  narracji, 
deklarującej   pełnię   autorskiej  asercji.   Utwory   te   zalecają   się   jako   opisy   „zdarzeń 
prawdziwych"   —   tuż   obok   równocześnie  dopuszczają   zmyślenie,   literackość,   czasem 
celową mistyfikację.  

Cóż na to literacka teoria poznania? Jej obowiązująca wersja w pewnym sensie 

rozbraja konkretność, bytową pełnię elementów niefikcjonalnych, którym  przydarzyła się 
przygoda z powieścią. Skoro funduje się jakieś jednorodne universum literackie, w którym 
na   równych   prawach   uczestniczą   wszystkie   elementy  utworu,   to   założona  z   góry 
niejednorodność,   ontologiczna   niespójność  świata   przedstawionego   we  wspomnianym 
nurcie prozy współczesnej wymknie się badawczej aparaturze.

To, co poniżej proponuję, jest próbą sproblematyzowania pewnych podstawowych 

kwestii, związanych z literacką „karierą autentyku".

1. „Autentykiem" nazywam w dalszym ciągu taki element utworu, który — na mocy 

umowy   autora   z   czytelnikiem   —   traktuje   się   w   odbiorze   jako   odbicie  realnego, 
jednostkowego faktu (przedmiotu, osoby, zdarzenia), odniesionego do sfery osobistego 
doświadczenia pisarza jako człowieka z krwi i kości.

Nie interesuje mnie zatem beletryzowana dokumentalistyka: powieści historyczne 

i biograficzne,   o   ile   osoba   autora   nie   zostanie   zaangażowana   w   przedstawione 
wydarzenia. To tłumaczy, dlaczego np. pomijam historyczne powieści Gołubiewa

>

 a cytuję 

Apokryf rodzinny Hanny Malewskiej, w którym obnażony został sam proces poszukiwania 
źródeł, narracja zaś sugeruje, że mamy do czynienia z historią rodziny samej autorki. Jeśli 
idzie o wspomnianą wyżej umowę autora z czytelnikiem, to sam tryb zawierania takiego 
porozumienia wydaje się być historycznie zmienny i dosyć różnorodny. Pewien wgląd w to 
zagadnienie   daje   praca  Philiippe   Lejeune'a  Pakt   autobiograficzny,  dotyczy   ona   jednak 
tylko fragmentu interesującego nas tutaj obszaru literatury. Kwestia określenia właściwego, 
nie za obszernego pola naszych zainteresowań urasta tu zresztą do jednego z głównych 
problemów i wzbudziła szeroką dyskusję na konferencji w Baranowie. Aby nie mnożyć 
nieporozumień,   muszę   zaznaczyć,  że   nie   idzie  mi   w   tym   szkicu   o   wszystkie   utwory 
literackie, W obrębie których można znaleźć elementy „autentyczne", ale jedynie o pewien 
szczególny użytek, jaki z „autentyku" robią pisarze współcześni — i to w ściśle określonej 

background image

sytuacji   historycznoliterackiej.   Dlatego   praca   ta   omawia   kilka   dziedzin   (budowa   świata 
przedstawionego, status narratora, kontekst historycznoliteracki, genologia, zagadnienia 
społecznego odbioru dzieła) w nierozłącznym związku. Rozpatrywanie „kariery autentyku" 
z jednego tylko z wyżej wymienionych punktów widzenia mija się z celem.

Na  początek   spytajmy,   gdzie  w   ogóle  może  usadowić  się  „autentyk"   w   utworze 

prozatorskim?   Najczęściej,   jak   się   wydaje,   przydarza   się   wplecenie   osób  i   zdarzeń 
niefikcyjnych   w   obręb   rzeczywistości   przedstawionej   dzieła.   Z   reguły   występują   one 
w towarzystwie elementów zmyślonych, choć  w pewnych wypadkach mogą wyprzeć  je 
niemal całkowicie z utworu.

W scenerii zdarzeń powieściowych autor może także umieścić samego siebie jako 

bohtatera-narratora,   przy   czym   stopień   fikcyjności   owych   zdarzeń   może   wahać  się 
nieomal od 0% do 100%. Przykładem, mogłaby być  Spiżowa brama  z jednej strony, a 
Kosmos lub Pornografia Gombrowicza z drugiej.

Autor   może   wreszcie   —   nie   angażując   się   w   postaci  bohatera   w   wydarzenia 

opisywane   —   odsłonić  przed   czytelnikiem   swoją   funkcję   narratora   i   kreatora   przed-
stawionej rzeczywistości, może też zaprezentować się jako badacz historycznej prawdy i 
ujawnić,   w   jaki   sposób   rekonstruuje   autentyczne   wydarzenia   na   kartach   utworu. 
Przykładem   na   pierwszy   typ   byłby  Manowiec  Wojciechowskiego,   na   drugi   —  Apokryf 
rodzinny 
Malewskiej. Pozycję pośrednią zajmuje Kipu Jana Józefa Szczepańskiego, gdzie 
historia   po   części   odtwarzana  jest   z   przekazów,   po   części   zaś   —   dosyć  dowolnie   — 
rekonstruowana, narrator natomiast w pewnych partiach książki występuje jako bohater 
dramatu poszukiwań.

W  ślad za urealnieniem narratora wciska się do utworu często rzeczywisty czas 

jego   nadania,   wyznaczony   przez   historyczne   zdarzenia   towarzyszące   pisaniu 
i wspomniane w tekście. Swoisty suspense tego rodzaju książki — np. Spiżowej bramy — 
zawdzięczamy   więc   jak   gdyby   nie   kunsztowi   narracyjnemu,   lecz   historii   samej. 
W porządku   następstwa   poszczególnych   partii   utworu   doszukujemy   się   autentycznej 
chronologii   procesu   twórczego,   a   dzieło   staje   się   zapisem   autorskiego  przeżycia 
zjawiskowego, fizycznego czasu. Zaświadczają to książki typu  Dziennika  Gombrowicza 
Wszystko   jest   poezja  Stachury,   drukowane   najpierw   sukcesywnie,   odcinkami, 
w czasopismach i prowokujące swoisty dialog z publicznością.

Następnym „autentycznym" elementem utworu może być więc publiczność właśnie: 

realne osoby, które zechcą podjąć wymianę myśli z pisarzem. Nie tylko zresztą konkretne 
jednostki, jak np. Miłosz, z którym dyskutuje Gombrowicz w  Dzienniku  — także pewne 
w miarę dokładnie zarysowane środowiska odbiorcze, do których zwraca się autor. Np. 
Konwicki  Kalendarz  i   Klepsydrę  adresuje   do   czytelnika   rówieśnego,   zainteresowanego 
ploteczkami „ze sfer" — znanych mu skądinąd, bo w tym samym świecie żyje — z niejaką 
zaś minoderią wyrzeka się czytelniczej potomności.

Wraz   z   realnymi   osobami   pojawiają   się   w   tekście   utworu   także   autentyczne, 

przytoczone wypowiedzi (np. listy czytelników, fragmenty artykułów, książek, dokumenty), 
mogą się wśród nich znaleźć także autocytaty twórcy dzieła. Typową książką tęgo rodzaju 
jest  Przygotowanie  do  wieczoru  autorskiego  Różewicza.  Przechodzimy tym  samym  na 
inną   płaszczyznę   ontologiczną   i   na   pozór   wykraczamy  poza   obręb   podanej   uprzednio 
definicji   „autentyku".   Trzeba   więc   dodać,  że   tego   rodzaju  collage  interesuje   nas   tylko 
o tyle, o ile teksty przytoczone potraktowane zostaną jako pewne fakty zakotwiczone w 
realnych sytuacjach. I tak np.  własne wiersze cytowane przez Różewicza w  Przygoto-
waniu 
znajdują się tam nie tyle Jako samodzielne utwory, ile jako poetycki komentarz do 
opisanych obok zdarzeń z życia autora; i vice versa: wspomnienia w stosunku do wierszy 
pełnią także rolę komentującą — odsłaniają mianowicie ich życiowe źródła..  A zatem — 
inaczej   niż   w   zbiorach   poetyckich   —   wiersz   zacytowany   w  Przygotowaniu  jest   może 
bardziej „faktem-autobiograficznym" niż estetycznym.

2.   Najwięcej   wątpliwości   budzić  może   kwestia   sposobu   istnienia   „autentyku"   w 

background image

dziele literackim. Cóż to znaczy: wpleść  element niefikcjonalny w fikcyjny świat utworu? 
Fikcyjna Oleńka Billewiczówna jest przecie takim samym literackim portretem, jak „praw-
dziwy" Janusz Radziwiłł. Istotnie, w długiej tradycji  formy powieściowej mieści się takie 
konstruowanie  świata przedstawionego, aby szwy pomiędzy fikcją i autentykiem nie były 
widoczne. Stąd nawet tendencja by autentyczną scenerię zmyślonych zdarzeń przrzucać 
na stronę fikcji –  tak rodzi się ów Kaliniec u Dąbrowskiej, Kleryków u Żeromskiegó czy 
Wołkowice   u   Zegadłowicza.   Rekonstrukcję   świata   zewnętrznego   w   dziele   literackim 
prowadziło   się   ongiś   od   podstaw:   powstawała   w   efekcie   rzeczywistość,   której   każdy 
element posiadał status literacki (pytanie o jego indywidualną prawdziwość lub fałszywość 
nie   miało   sensu),  cała  natomiast   kwalifikowana   być  mogła   jako   realistyczna,   życiowo 
prawdopodobna, bądź fantastyczna, alegoryczna etc.

Inaczej w tym odłamie prozy współczesnej, który nas tutaj interesuje: tu świat dzieła 

nie tyle jest autonomicznym mikrokosmosem modelującym autentyczny makrokosmos, ile 
raczej ma być repliką rzeczywistości wierną w pewnych punktach — w innych natomiast 
jawnie   kłamliwą.   Stosunek   świata   przedstawionego   utworu   do   rzeczywistych   zdarzeń 
przedstawić  można   z   pomocą   modelu   pikowanej   kołdry:   gdzieniegdzie   biegnie   ścieg 
łączący „awers" kołdry z jej „rewersem", w innych punktach obie płaszczyzny materiału 
mogą   się   rozchodzić  i   przyjmować  odmienne   kształty.   W   ten   sposób   w   utworze 
napotykamy tu i tam autorskie „znaki asercji", miejsca, w których narrator przedstawia się 
jako  autor  i  z  naciskiem oświadcza:  „mówię prawdę,  te  zdarzenia istotnie się  odbyły", 
ewentualnie nawet: „możecie to sprawdzić w innych źródłach". Im dalej od takiego punktu 
przebicia, tym większa szansa, że „asercja" przestała obowiązywać  i relacja ze zdarzeń 
zanurza się w fikcję. Główne fakty Memuarów Choromańskiego poddają się np. weryfikacji 
w zestawieniu z życiorysem autora; gdzie jednak zaczyna się zmyślenie — tego przeciętny 
czytelnik   nie   odgadnie.   Tak   jest   oczywiście   przy   założeniu   częściowej   przynajmniej 
wiarygodności narratora-autora.

Bywa jednak i w ten sposób, że narrator, mimo utożsamienia z autorem, mistyfikuje 

—  jak   ten   z  Pornografii,   który   przedstawia   się   niedwuznacznie;   „Ja,   pisarz   polski,   ja, 
Gombrowicz", ale zdarzenia, w których rzekomo ma brać udział, są fikcyjne. A Konwicki, 
który   także   „siebie"   uczynił   bohaterem   fikcyjnej   fabuły  Kompleksu   polskiego  i  Małej 
Apokalipsy
? W tych przypadkach musimy z najwyższą ostrożnością zestawiać oba światy, 
zdarzyć  się   może   bowiem,   że   jedynym   ściegiem,   który   je   łączy,   jest   postać  autora-
bohatera-narratora. Czy to dużo, czy mało? Czy wystarczy, by odróżnić tego typu prozę od 
tradycyjnej   fikcji?   Moim   zdaniem,   tak   —   bo   nie   tyle   ważna   jest   proporcja   elementów 
zmyślonych i prawdziwych, co szczególna postawa narratora opowieści. On to właśnie 
decyduje,   czy   przedstawione   wypadki   uczynić  tym,   co   „może   się   przydarzyć"   — 
komukolwiek,   czy   zaprezentować  je   jako   fikcyjną,   sztucznie   wykreowaną   realizację 
autentycznych   obsesji   autora   utworu.   Autor   może   bowiem   mistyfikować,   jeśli   idzie 
o zdarzenia,  w  których   brał  udział,  nie  może  jednak  równocześnie  obdarzyć  bohatera-
narratora swoim nazwiskiem — i wyprzeć się bez reszty jego psychiki, kompleksów, wizji 
świata. Jakkolwiek symboliczne i ogólne znaczenie miałaby Konwickiego „kolejka po złoto" 
—  rojenia nawiedzające bohatera  są już prywatną własnością  pisarza i zapraszają do 
wyklętego tylekroć biografizmu w interpretacji.

Odrębność  fikcji  i  realności  we   współczesnej  prozie  — niezależnie  od  tego,  jak 

trudno byłoby rozgraniczyć je w konkretnym utworze — jest zatem usankcjonowana przez 
postawę   narratora   lub   wyraziście  ujawnioną   w   tekście   strategię   podmiotu   utworu, 
konstruującego   świat   ontologicznie   niespójny,   a   zarazem  odkrywający   tę   niespójność 
przed odbiorcą. Wiąże się to z pewnymi zjawiskami natury genologicznej, zachodzącymi w 
obrębie prozy.

3.   Jak  łatwo   przekonać  się   z   podawanych   przeze  mnie   przykładów,   rozpatruję 

wspólnie utwory o dosyć  różnej kwalifikacji gatunkowej, a zatem opowiadania, powieści, 
dzienniki   pisarzy,   formy   z   pogranicza   reportażu,   eseju,   wspomnienia,   również   utwory 

background image

realizujące   w   pewnej   przynajmniej   mierze   zasadę   budowy  szkatułkowej   (można   by   to 
stwierdzić w przypadku  Kipu  Szczepańskiego,  Rynku  Brandysa bądź  Niebieskich kartek 
Rudnickiego). Jednym słowem, wyciągam konsekwencje z powszechnego przekonania o 
zatarciu   sztywnych   przedziałów   międzygatunkowych   na   terenie   prozy.  Nie   oznacza   to 
jednak bynajmniej, by genologiczny status przywołanych utworów był dla mnie obojętny.

Zjawisko, które określam jako „karierę autentyku", nie stanowi przewrotu na terenie 

literatury   —   to   rączej   długofalowy   proces,   którego   korzenie   wykryć  można   w   odległej 
niekiedy  tradycji   (np.   XVIII-wiecznej   powieści  angielskiej,   XIX-wiecznego  obrazka  bądź 
gawędy). Oczywiście trudno wyobrazić  sobie dzieło w  stu procentach fikcyjne — obok 
tego, co zmyślone, w utworze literackim zawsze znajdowało się nieco „autentyku" – tyle że 
połączonego z fikcją w organiczny, jednorodny aliaż, którego proporcje regulowała kon-
wencja.   W   ślad   za   Kazimierzem   Bartoszyńskim,   który   proponował   niedawno   przyjęcie 
jakiegoś,   konwencjonalnie   określonego,   „punktu   zerowego"   schematyzacji   świata 
przedstawionego w różnych literackich formach, chciałbym zaproponować podobny „punkt 
zerowy" dla relacji między prawdą a zmyśleniem w literaturze. Ów punkt zerowy inaczej 
zgoła   lokowałby   się   w   przypadkach:   powieści   fantastycznej,   klasycznej   powieści 
realistycznej i historycznej, XIX-wiecznego obrazka bądź fizjologii, pamiętnika, dziennika, 
powieści biograficznej, autobiografii, eseju, reportażu itd.

O stabilności konwencji świadczy pośrednio istnienie szczególnych par: pamiętnika 

obok   powieści-pamiętnika,   dziennika   intymnego   obok   powieści-dziennika,   kolekcji 
epistolograficznej   obok   powieści   w   listach.   Mimo   formalnego   podobieństwa   te   gatunki 
wcale   się   ze   sobą   nie   mieszały;   decydowało   odmienne   położenie  rzeczonego   punktu 
zerowego.

Nowa sytuacja prozy w drugiej połowie XX wieku polega więc nie na tym, że — ni 

stąd, ni zowąd –  wprowadzono niefikcyjne elementy do dzieł literackich;  ale raczej na 
zachwianiu konwencji regulującej wspomniany wyżej punkt zerowy i ilościowym wzroście 
grupy   utworów,   które   ostentacyjnie   operują   światem-hybrydą   o   niejasnym   statusie 
ontologicznym, światem wymagającym --- w braku uzasadniającej jego kształt konwencji 
— wsparcia w autotematycznych komentarzach odautorskich.

Niemal   dla   wszystkich   utworów,   które   tutaj   omawiamy,   można   wyznaczyć 

odpowiednią konwencję wyjściową, którą dany tekst w tym lub innym punkcie narusza. I 
tak   forma   „normalnej   powieści"   jest   punktem   wyjścia   dla   Gombrowiczowskiego  Trans-
Atlantyk
u,  Pornografii,   Kosmosu,  Konwickiego  Kompleksu  polskiego;  mikropowieści  lub 
opowiadania –  dla  Robaków  i  Księcia nocy  Nowakowskiego. Z drugiej strony reportaż 
stanowi   odskocznię   dla  Opowieści  Pruszyńskiego,   dziennik  —  dla  Dziennika 
Gombrowicza, Kalendarza  i  klepsydry  Konwickiego,  Rynku  Brandysa; pamiętnik — dla 
Wysokiego   Zamku  Lema,   Pamiętnika  z   powstaniania  warszawskiego  Białoszewskiego, 
Memuarów  Choromańskiego. Bardziej skomplikowane odniesienie genologiczne mają te 
utwory,   które   narrację   fabularną   ujmują   w   ramy   autotematycznej   opowieści  o   pisaniu 
(Apokryf rodzinny Malewskiej, Kipu Szczepańskiego, Miazga Andrzejewskiego); wreszcie 
szczególnym   polimorfizmem   gatunkowym   legitymują   się  dzieła   balansujące   pomiędzy 
formą   literackiego   „szkicownika"   a   konwencją   sylwy:  Spiżowa   brama  Brezy, 
Przygotowanie do wieczoru autorskiego  Różewicza czy  Wszystko jest poezja  Stachury. 
Sylwiczną proweniencję zdradza szczególnie utwór Różewicza, którego drugie wydanie 
jest znacznie obszerniejsze od pierwszego — niczym w przypadku autentycznej, XVII-
wiecznej sylwy, która narastała z biegiem życia swego twórcy.

Zjawiskiem  charakterystycznym   dla   polskiej   prozy  powojennej  jest   skłonność  do 

zacierania granic pomiędzy tymi konwencjami, a szczególnie — mieszanie gatunków z 
natury fikcjonalnych (jak powieść  czy opowiadanie) z tymi, które operują rzeczywistymi 
faktami   (reportaż,   dziennik   itd.).   Do   powieści   i   opowiadań   przedostają   się   wypowiedzi 
odautorskie, samego autora czyni się zresztą bohaterem i narratorem powieści — o sobie 
samym.   Z   drugiej   strony   w   obręb   dzienników,   pamiętników,   reportaży   wprowadza   się 

background image

spotęgowaną literackość, czasem fikcję lub mistyfikację. W „reportażu" Pruszyńskiego w 
najlepsze   grasuje   duch   Lelewela,   narratorzy   dzienników   przyznają   się   bez   żenady  do 
rozlicznych   fałszów,   pisania   „pod   publiczność":   Gombrowicz   wypiera   się   „szczerości", 
Konwicki   swój   utwór   nazywa   „łże-dziennikiem",   Brandys   pisze   wręcz   o   „rzekomości 
autentyku", który staje się „nową konwencją". Oczywiście trudno jeszcze mówić  o nowej 
konwencji   w  sensie  zespołu  w  miarę   wyrazistych   dyrektyw  genologicznych.   Ku  czemu 
więc zmierza główny nurt przemian prozy? Jak się wydaje, w kierunku autobiografizmu — 
dosyć różniącego się jednak od dotychczasowych swoich form. Ten nowy typ nazwałbym 
najchętniej „autobiografizmem problematycznym", ponieważ kwestionuje on nieustannie 
własne życiowe  źródła, a z drugiej strony — odtwórcze i poznawcze funkcje pisarskiej 
aparatury.

Autobiografizm   mógł   dotychczas   występować  bądź   otwarcie   —   w   jednej   z 

klasycznych   konwencji   autobiograficznych   (autobiografia,   dziennik   intymny,   pamiętnik 
etc.), bądź na sposób niejawny — w tzw. powieści z kluczem. Obecnie ten pierwszy typ 
konwencji   dryfuje   w   stronę   literackości   —  demonstruje   proces   zakłamywania 
rzeczywistości przez formę; drugi natomiast natrętnie domaga się od czytelnika, by szukał 
klucza do powieściowych zamków, nakazuje wprost lekturę poprzez biogram autora, a 
zatem właśnie literackość sama przestaje mu wystarczać. To, co powstaje w wyniku, jest 
w wielu swych punktach chwiejne, niejasne ontologicznie i gatunkowo, „problematyczne" 
właśnie — i z tej problematyczności czyni główną zasadę swego istnienia.

Oto szereg przykładów na nową strategię pisarzy: weźmy np. utwory typu Robaków 

Nowakowskiego bądź  Całej jaskrawości  Stachury, które pozornie niewiele różnią się od 
mikropowieści Andermana, realizujących bardziej klasyczny model powieści z kluczem — 
tzn. nie można wyrokować o autobiografizmie bez znajomości życiorysu pisarza. A jednak 
obie   książki   powiązane   są   z   innymi   utworami   swoich   autorów   poprzez   wyraziste 
nawiązania:  Robaki  są   między   innymi   dziennikiem  twórcy  Marynarskiej   ballady  (czyli 
Nowakowskiego   właśnie),  Cała   jaskrawość  natomiast   skomentowana   zostaje 
niedwuznacznie   w   innych   utworach   Stachury   jako   historia   przygód   autora.   Obie 
wspomniane   książki   należy   rozpatrywać   na   tle  całej  twórczości  danego   pisarza,   która 
może być odczytywana jako kreacja szeregu „mitów na własny temat". Złożone razem — 
te   mity   budują   sylwetkę   przypominającą   autora,   choć   nie   identyczną   z   nim;   dlatego 
naturalnym   odruchem   czytelnika   jest   poszukiwanie   źródeł,   pozwalających   rozpoznać 
„autentyk"   w  takiej  powieści.  Nie   jest   to  bynajmniej  ciekawość   plotkarska:   portrety  bo-
haterów u Nowakowskiego czy Stachury są istotnie  nieokreślone, implikują jakąś istotną 
dla zrozumienia postaci przedakcję, której, szukamy poza dziełem — właśnie w autorskiej 
biografii. Można sądzić, że taki czytelniczy akt wykroczenia poza obręb tekstu został przez 
pisarza przewidziany i zaakceptowany.

Bardziej oryginalnie postępują Gombrowicz w ostatnich powieściach i Konwicki w 

Kompleksie polskim oraz Małej Apokalipsie: obaj na pozór zawierają z czytelnikiem „pakt 
autobiograficzny", aby mu następnie opowiedzieć zmyślone historie. Mistyfikację zdradza 
zresztą   wprędce   ekscentryczność  i   nieprawdo-podobieństwo   wydarzeń,   pozostaje 
natomiast   funkcja  mitologizacyjna   w   odniesieniu   do   własnej   osoby   i   prywatnych 
kompleksów   autora.   Równocześnie   zachodzi  proces   ewolucji   tradycyjnych   form 
autobiograficznych, a przede wszystkim dziennika. Jeżeli weźmiemy pod uwagę Dziennik 
Gombrowicza, Kalendarz i klepsydrę, Rynek Wszystko jest poezja, to okaże się, iż żaden 
z tych utworów nie da się jednoznacznie sklasyfikować środkami proponowanymi przez 
Głowińskiego,   ani   jako   dziennik   intymny,   ani   jako   powieść-dziennik.   Z   dziennikiem 
intymnym   wiąże   je   konstrukcja   czasu,   sukcesywność   powstawania   (poświadczona   u 
Gombrowicza   i   Stachury),   wreszcie   sylwiczna   wprost  varietas  w   sferze   tematyki.   Do 
konstrukcji   powieści   zbliża   te   utwory   z   kolei   założenie   z   góry   publicznego  odbioru,   a 
przede   wszystkim   wprowadzenie   celowej   konstrukcji   całości.   O   ile   przyjąć   można 
ewentualnie przypadkowość pierwszego zapisu, o tyle wszystkie następne nawiązują do 

background image

poprzednich. Dziennik staje się próbą lektury własnego życia, a elementy powieściowego 
uporządkowania służą jako argument na rzecz sensowności egzystencji autora. W istocie 
bowiem   te   dzienniki,   o   których   mowa,   pojawiły   się   jako  substytut   powieści   i   tak   jak 
powieści były czytane. Roman Zimand np. postawił złą notę Rynkowi, ale z jego — dość 
obszernej przecież—recenzji trudno w ogóle domyślić się, że chodzi o utwór w formie 
dziennika.   Równie   interesująco   przedstawia   się   ewolucja   formy   pamiętnika. 
U Białoszewskiego   w  Pamiętniku   z   powstania   warszawskiego  odkrywamy   ideę,   że 
literackie   opracowanie   własnego   życia,   opowiedzenie   go,   pozwala   dopiero   nad   nim 
zapanować. I stąd to zdanie często cytowane:

Dla mnie to jest ważne — ta dokładność  dat i miejsc (jak już chyba zaznaczyłem), to jest 

moje trzymanie się kupy konstrukcyjnej.

To „trzymanie się kupy konstrukcyjnej" brzmi przecież dość dwuznacznie: oznaczać 

może bowiem zarówno  ład wewnętrzny człowieka — jak opanowanie formy literackiej u 
pisarza. Zapis życiowych przypadków znaczy tu więcej jako propozycja literackiej kon-
strukcji,   niż   jako   dokument   zdarzeń.   Podobne   zagadnienie   pojawia   się   w   ostrym 
sformułowaniu   przed   czytelnikiem  Dzikich   muz  Leona   Gomolickiego.   Ten   „pamiętnik" 
programowo nie chce być pamiętnikiem:

Pamiętnik to samoobrona albo porachunki bankrutów życiowych, nigdy wierność prawdzie. 

Chyba dokument fałszu.  Gdybym kiedyś, u swego kresu coś podobnego przedsięwziął (w sensie 
pamiętnika — relacji na serio), umieściłbym w nim  tylko te moje fakty, które służyłyby kwestiom 
ogólnym.   Spowiedź   jest   dobra   jedynie   w   postaci   deformowanej,   dla   potrzeb  fikcji   literackiej. 
Naprzeciw siebie stoją dwie paraformy: literacka namiastka pamiętnika i pamiętnikarska namiastka 
literatury

.

Widzimy oto, jak tradycyjne formy autobiograficzne, wszedłszy w miejsce powieści, 

przejęły z dobrodziejstwem inwentarza jej funkcje porządkujące, wprowadzające ład i sens 
w rzeczywistość. Ale jeśli powieść robiła to na materiale podatnym, bo fikcyjnym, i właśnie 
po   to   stworzonym,   by   odpowiadał   konstrukcyjnym   zamysłom   autora,   formy 
autobiograficzne muszą borykać się z oporem tworzywa, posiadającego swój byt odrębny, 
pozaliteracki.   W   tych   warunkach   tradycyjna   narracja   traci   swój   neutralny   charakter, 
posługiwanie się nią wyzwala niejaką ostentację, bo oto na oczach czytelnika dokonuje się 
walka niepokornego konkretu z formalnymi wymogami opowieści.  Obok — w domenach 
literackiej fikcji — złudzenie prawdziwości przedstawianych wypadków uzyskuje się przez 
odpływ żywiołu narracji, odsłaniającego na pozór „twardy", nie sfałszowany przez formy 
zależne  „autentyk":   cytat,   dokument,   przytoczony   dialog.   I   właśnie   ta   demonstracyjna 
nieufność wobec narracji różni na pierwszy rzut oka dzisiejszą od przedwojennej literatury 
„autentystycznej". Tych różnic jest nieco więcej.

4. Sprawa terminu, od którego rozpatrywać można karierę „autentyku", wywołała w 

Baranowie najwięcej polemicznych uwag, i w trakcie tej dyskusji swoistość współczesnego 
zjawiska uległa daleko idącemu rozmyciu. W samej rzeczy jednak: jak odróżnić sytuację 
średniowiecznego mnicha (taki przykład dał Stanisław Balbus), który przedstawia się na 
wstępie   czytelnikowi   jako   piszący  (kronikę,   żywot   świętego  etc.),   od   sytuacji   Hanny 
Malewskiej, prezentującej odbiorcy sam akt kreacji Apokryfu rodzinnego? Jak — co za tym 
idzie — odseparować od siebie autobiografizm Dwudziestu lat życia, Wspólnego pokoju,  
Zaklętych   rewirów  
od   wynurzeń   Nowakowskiego   czy  Stachury?  Wglądając   w   literacką 
tradycję,   raz   po   raz   natykamy   się   na   utwory   reprezentujące   „autentyzm", 
„dokumentaryzm", „reportażowość", „autobiografiom" etc. Wszystkie wymienione terminy 
wyrastają   ze  wspólnego   pnia,   bowiem   chodzi   w   nich   zawsze   o   proceder   włączania 
realnych faktów w porządek fikcyjnego, literackiego świata. Szczególnie do powieści za-
wsze z łatwością przesączały się autentyczne wydarzenia; jej status literackiego dzieła 
niższej kategorii sprzyjał hybrydyzacji i napływowi tematyki wprost z życia.

background image

Urzeczony ongiś trafnością Borgesowskiego Pierre'a Menarda, autora Don Kichota,  

rad bym pytającego o różnice odesłać najpierw po prostu do tego opowiadania. W istocie 
konwencje regulujące „fikcyjność" i „autentyzm", a także konfiguracja literackich gatunków 
i ich społeczne funkcje tak się zmieniły na przestrzeni lat, że wprowadzenie realnej sytuacji 
pisania do utworu dziś znaczy coś zupełnie innego niż — dajmy na to — pięćset, dwieście, 
a   nawet   pięćdziesiąt   lat   temu.   Nie   miejsce   tutaj   na   szczegółowe   rozróżnienia,   ale 
wspomnijmy choć, że mnich średniowieczny nie  znał wszystkich  XVIII i XIX-wiecznych 
konwencji powieściowego dyskursu, żadnej więc z nich nie łamał ani nie utwierdzał, gdy 
swe   pisanie   rozpoczynał   „autotematycznym"   wstępem.   Nie   mówiąc   już   o   tym,   że   ów 
początek nie interferował w żaden sposób z następującą po nim narracją; spełniał jedynie 
funkcję   ramy.   Podobnie   było   w   tych   czasach,   kiedy   obowiązywała   konwencja   „historii 
prawdziwej" i wszystko — zarówno fikcja, jak zdarzenia autentyczne — było przez autora 
ucharakteryzowane   na   „przekaz   rzeczywistego  świadka   wydarzeń",   „odnaleziony 
pamiętnik", „spowiedź na łożu śmierci" etc. Wówczas czytelnik także nie zadawał pytań o 
granice prawdy i zmyślenia. Wreszcie współczesna, międzywojenna wersja autentyzmu i 
literatury  faktu   w   spadku   po   naturalizmie   wzięła   szacunek   dla   empirii   —   ale   zarazem 
pewną  nieczułość  na   indywidualną   prawdę   przeżycia.   Jeśli  więc   tam   pojawia   się 
„autentyk"   —   to   raczej   jako   pewien   preparat,   przekrój   reprezentujący   świat   w   ogóle. 
Kwestia   prawdziwości   opisanych   zdarzeń   jest   problemem   natury   epistemologicznej, 
odsyła   do  ogólnej   koncepcji  poznania  świata   poprzez   literaturę,   nie   stanowi  natomiast 
stale intrygującego zadania dla czytelnika, nie jest też przedmiotem ujawnionej w tekście 
refleksji pisarza.

Zjawisko   współczesne,   które   nas   interesuje,   wyrosło   —   jak   się   zdaje   —   na 

przecięciu   wpływów   literatury   faktu,   autobiografizmu   i   autotematyzmu.   Dopiero   taka 
kwalifikacja   genetyczna   może   wytłumaczyć 

swoistość 

dzisiejszej   literatury 

„autentystycznej", a zarazem pozwala na odrzucenie podobnych, nie identycznych przecie 
przypadków wcześniejszych.

Cóż powstanie ze skojarzenia tych trzech linii? Jak się wydaje, nie tyle nawet nowa 

poetyka, ile raczej aliaż trzech typów problematyki, które dotychczas chętniej chadzały 
samopas. Z literatury faktu: kwestia relacji pomiędzy prawdą indywidualnego, autentycz-
nego zdarzenia — a prawdą świata jako całości; z autobiografizmu: pytanie, czy w nas, 
samych,   w   naszych   życiowych   przypadkach   nie   tkwi   czasem   uniwersalny   klucz   do 
wszelkich   wydarzeń;   z   autotematyzmu   wreszcie:   problem   warunków   kreacji 
powieściowego świata, kłamstwa literackich konwencji i jego przełamywania. Wszystkie te 
trzy kierunki pytają w gruncie rzeczy o to samo — o możliwości realizmu (jeśli tak tu 
nazwiemy   po   prostu   ujęcie   wywodzące   obiektywną   prawdę   o   porządku   świata   z 
partykularnej wizji bohatera-jednostki). Z tym że owo pytanie zadaje się bądź przedmiotom  
i   zdarzeniom   zewnętrznym   (literatura   faktu),   bądź   wewnętrznemu   światu   autora   (au-
tobiografizm), bądź samemu warsztatowi twórczemu  (autotematyzm). Na koniec można 
powiedzieć,  że   sama   ta   troistość  pochodzenia   i   problematyki   staje   się   problemem: 
literatura zadaje sobie pytanie, co w niej jest istotnie ważne — czy opisanie świata, czy 
ekspresja  osobowości  autora,  czy literackość? Odpowiedzi mogą być  różne, ale nigdy 
kategoryczne — i dlatego w poszczególnych utworach pojawia się nader często dystans 
wobec  konwencji:  parodia porządnego  opisu,  monologu  wewnętrznego,   warsztatowego 
zwierzenia odautorskiego.

Sytuację   komplikują   dodatkowe   procesy   zachodzące   w   nieliterackich   domenach 

sztuki   narracyjnej.   Przedwojenna   literatura   faktu   dawała   czytelnikowi   wgląd   w   takie 
dziedziny życia społecznego, których nie znał lub niezbyt chętnie je nawiedzał. Dziś ciężar 
docierania do tych mało powabnych lub trudno dostępnych obszarów jakże często bierze 
na siebie telewizyjny operator.  Biorąc pod uwagę nadal ogromne, a nawet wzrastające 
powodzenie klasycznego prasowego reportażu, musimy przyznać, że literatura utraciła w 
wielkiej   mierze   to,   co   stanowiło   przed   wojną   główną   rację   bytu   jej   reportażowo-

background image

faktograficznego skrzydła, a mianowicie — funkcję informowania o realiach. Autentyczne 
fakty   stały   się   zatem   we   współczesnej   prozie   jak   gdyby   „nieważkie",   już   nie   odsyłają 
koniecznie do jakiejś realnej rzeczywistości, skąd zostały dla przykładu wyjęte; pozostały 
natomiast problemem dla autora-kreatora, który pośród nich musi dokonywać wyboru — 
bądź sztukować je fikcją. Powtarzając to nieco inaczej: „autentyk" przestał być problemem 
epistemologii literatury, stał się natomiast obiektem gry między autorem i czytelnikiem, w 
której idzie już nie tyle o „zgodność z rzeczywistością", ile o „szczerość", „zmyślenie" etc., 
tzn. kategorie prawdy i fałszu pojawiają się zawsze w ścisłym związku z osobą, której sąd 
podlega   kwalifikacji.   Miejsce   epistemologii   zajmuje   więc   etyka   —   nie   przypadkiem,   bo 
profesja pisarza w ogóle staje się dosyć podejrzana.

Kiedy   Nałkowska   po   wojnie   chce   dać  świadectwo  potwornościom   faszyzmu, 

poprzestaje   na   maksymalnie  obiektywnym,  ściśle   przedmiotowym   sprawozdaniu. 
„Autentyk" wypiera w Medalionach fikcję jak gdyby po to, by nikt pisarce nie mógł zarzucić, 
że pyszni się pawim ogonem stylu lub oddaje literackim igraszkom tam, gdzie, przystoi 
skromność i wyrzeczenie się pamięci o sobie. U Borowskiego nie wystarczy już  obiek-
tywizm: pisarz, który nie chce skłamać o Oświęcimiu, musi wprost wyrzec się dzisiejszego 
„ja", a na to miejsce rekonstruuje narratora-bohatera wyrażającego statystyczną prawdę o 
ludziach   zlagrowanych   —   i   równocześnie   bierze   zań   osobistą   odpowiedzialność, 
utożsamiając się z nim jako rzeczywisty autor. Jeszcze inaczej Sandauer: ten przeplata w 
Zapiskach z martwego miasta, autentyczną autobiografię — paraboliczną parabiografią; 
tak jakby osobiste, subiektywne zwierzenia i fikcyjne syntezy na równi uważał kłamliwe. 
We wszystkich trzech przypadkach autorzy  dają jak gdyby wyraz wątpliwościom co do 
praw,  przysługujących   pisarzowi   porywającemu   się   na   temat  wojny.   Są   to   wątpliwości 
głównie   natury   etycznej:   klecenie   fabuł   opiewających   tragedię   zdaje   się   być   grubą 
nielojalnością   wobec   zmarłych.   Wśród   młodszych   literackość   także   nie   ma   najlepszej 
prasy: pokpiwa z siebie jako pisarza Konwicki w Kalendarzu i klepsydrze, Nowakowski w 
Robakach  i  Księciu   nocy  przyznaje   figurom   literatów   niewysokie   miejsce   w   hierarchii 
podziemnego  świata. To prawda, że oni w końcu pozostaną na placu boju, ale za cenę 
wyboru fikcji we własnym  życiu. Stachura także odżegnuje się od fabuł  i literackości na 
rzecz „przemiany przeżycia w życie", tzn. pisarstwu przyznaje funkcję swego rodzaju pasa 
transmisyjnego, który pozwala ukrytej w świecie poezji zamanifestować swą obecność.

Obserwujemy, jak etyczne wątpliwości przemieszczają się: najpierw wynikały one 

raczej z poczucia nadmiernej wagi życiowych faktów, które miała odmalować literatura — 
teraz   fakty   z   wolna   tracą   swój   ciężar   gatunkowy   i   wytwarza   się   sytuacja   obustronnej 
korozji wartości: podejrzane stają się zarówno same zdarzenia — materiał utworu, jak i 
pisarskie   rzemiosło   tabulatora.   Swoją   godność  odzyskać  mogą   jedynie   wspierając   się 
wzajemnie:  fakty   nabierają   wagi   poprzez   literackie   opracowanie   —   fabularyzacja   za-
chowuje   sens   i   wartość  tylko   oddając   się   w   służbę   „autentykowi".  Stąd   bierze   się 
charakterystyczna   niepewność,   którą   odczuwamy   w   zetknięciu   z   tego   typu   książkami; 
wszystko   w   nich   wydaje   się   podlegać  zakwestionowaniu,   zarówno   chaotyczna   i 
przelewająca się od szczegółów „prawdziwa rzeczywistość'', jak konwencjonalny porządek 
literackiej fabuły. W tych warunkach utwór przestaje być  sam w sobie propozycją ładu 
(zdarzeń i wartości), staje się natomiast zadaniem dla autora i czytelnika, którzy wspólnie 
zajmują   się   wyłuskaniem   sensownego   planu   z   nadmiarowego   wobec   takich   usiłowań 
świata.

5. Czas w tym miejscu zadać pytanie o konsekwencje tak pomyślanego zmieszania 

fikcji   z   „autentykiem”,   o   sens   rozgraniczania   tych   dwu   żywiołów   na   terenie   utworu, 
zwłaszcza że teoria literatury przyzwyczajała nas ostatnio do bagatelizowania tej sprawy.

Sądzę   mimo   wszystko,   że   czytelnik   zadający   pytanie   o   stosunek   prawdy 

i zmyślenia  w  tekście,  wcale   nie  błądzi  po   manowcach.  To   pytanie  nie   wydaje   się  ani 
bezsensowne, ani nieistotne. Jest to przecież zarazem pytanie o relację między tym, co 
intencjonalne,   zamierzone,   a   tym,   co   wymuszone   przez   okoliczności,   przejęte   biernie, 

background image

z dobrodziejstwem inwentarza.  Autentyk może zburzyć  logikę narracji, zaskoczyć  czymś 
nieoczekiwanym — jest niepodległy wobec roszczeń narratora. Uprzedzam spodziewany 
zarzut;   to   oczywiście   prawda,   że   autor   w   wykorzystywanym   materiale   autentycznych 
zdarzeń   dokonuje   selekcji,   że   zasadniczo   wszystko,   co   pojawia   się   w   ramach   świata 
przedstawionego, traktować  możemy jako zamierzone, wprowadzone celowo.  Pozostaje 
jednak zawsze margines niepewności. Jeśli traktujemy dzieło jako szyfrowany komunikat, 
który   pod   powierzchnią   kryje   treść  głęboką,   nie   może   być  dla   nas   obojętne,   czy 
kompozycja szczegółów podleca bez reszty autorskiej kontroli, czy została machinalnie 
odpisana z realności. Niepewność co do pochodzenia pewnych elementów rodzi pytanie o 
właściwego „autora" tego lub owego uporządkowania literackiego świata.

Pytanie   to   w   istocie   zahacza   o   metafizykę   i   wmyślając   się   usilniej   w   sytuację 

literatury asymilującej „autentyk", stwierdzimy, że ona stawia zupełnie nowe zagadnienia 
poznawcze. Jak było dawniej? Świat istniał niejako osobno, poza literaturą, prowokował 
pytania najrozmaitszej natury, ale gdy pisarz dokonywał jego powtórnej kreacji w obrębie 
utworu, brał całkowitą odpowiedzialność za kształt tego modelu, był Bogiem dla swojego 
światka   i   do   niego   kierowano   wszelkie   kwestie   bądź   pretensje   odnośnie   do   losu 
bohaterów,   mechanizmów   rządzących   rzeczywistością   przedstawioną   etc.   Nawet 
wprowadzenie  écriture  automatique  niewiele   tu   zmieniło:   skoro   nie   świadoma  wola,   to 
przynajmniej   nieświadomość 

tworzącej   jednostki   mogła   być 

obarczona 

odpowiedzialnością za kreację.

Pisarz mógł był prawdę rzeczywistości odczytać źle, jego model mógł szwankować, 

funkcjonować w sposób sprzeczny z doświadczeniem, zawsze przecież był to jego model. 
Sytuacja   autora   komponującego  swój  świat   z   elementów   fikcyjnych   na   równi   z 
prawdziwymi   jest   stara   jak   literatura,   ale   dopiero   w   momencie,   gdy   to,   co   „realne", 
przedstawia się jako „problem" dla narratora, powstaje nowa sytuacja. To już nie banalne 
ograniczenie wiedzy opowiadającego, ale okazywana demonstracyjnie bezradność wobec 
tego,   co   przychodzi   z  innej  ontologicznie   płaszczyzny,   czym  konstruktor   opowieści  nie 
włada.

Jeżeli Serenus Zeitblom nie w pełni, jako narrator, przenika sens zdarzeń, które 

opisuje,   to   ponad   nim   funkcjonuje   jeszcze   —   jako   instancja   odwoławcza   —   podmiot 
utworu,   a   ten,   przeciwnie,   zdaje   się   dobrze  panować  intelektualnie   nad   materiałem 
opowieści. Inaczej jest w przypadku, gdy w miejsce fikcji pojawia się w utworze „autentyk": 
w   tym   momencie   autor,   zamiast   ze   schematycznym   tworem,   który   sam   powołał   do 
istnienia,   ma   już   do   czynienia   z   kawałkiem  prawdziwego  życia,   które   trwa   na   sposób 
pozaliteracki i w tamtej, fizycznej przestrzeni legitymuje się pełnią bytowego uposażenia. 
Ten   „kawał   życia"   ciąży   nad   swoim   literackim   sobowtórem,   narzuca   się   stale   z   do-
pełnieniem   miejsc   niedookreślenia,   a   przy   tym   epatuje   swą   semantyczną 
niewyczerpywalnością. Autor, który elementom fikcyjnym we własnym utworze mógł nadać 
sens w miarę dokładnie odpowiadający swym zamierzeniom, tutaj biedzi się z możliwością 
nieustannej  ingerencji   realności   w   literaturę   i   nieprzewidzianej  ewolucji   nadanego 
„autentykowi" w utworze znaczenia.

6. Czy nie jest więc tak, że tradycyjny podział ról nadawczych i odbiorczych w akcie 

komunikacji literackiej uległ zakłóceniu? Nadawca utworu panuje nad swoim komunikatem 
tylko   do   pewnego   stopnia,   w   pewnej   mierze   sam   jest   odbiorcą   i   wraz   z   czytelnikiem 
nasłuchuje głosu prawdziwej rzeczywistości.  Czytelnik z kolei stoi przed dylematem, kto 
doń właściwie mówi: autor? A może to rzeczywistość  sama przez się  coś  znaczy? Autor 
byłby   wówczas   jedynie   glosatorem,   który   na   marginesach   włożonego   w   opowieść 
autentyku dopisywałby — jedną z możliwych — własną interpretującą fabułę. Nigdy jednak 
nie udałoby mu się — jak to było w dawniejszej prozie — przesłonić własną wizją do końca 
tego, co zapożyczył z rzeczywistości pozatekstowej. W nowej sytuacji spoza jego celowej, 
zamierzonej   konstrukcji   zawsze   będzie   się   wysuwać  „autentyk"   —   masywny   i 
nieprzenikalny.  Tutaj,   jak   sądzę,   droga   do   odkrycia   głębokiego,   metafizycznego   sensu 

background image

małych narracji Białoszewskiego. Te zdarzenia o strukturze  faits divers,  które analizował 
Głowiński  — byłażby to tylko stylizacja? A nuż świat ma nam istotnie coś ważnego do 
zakomunikowania przy pomocy tak groteskowych form? A może to znaki? Czyje? Drobne 
fakty życia codziennego czyta się u Białoszewskiego z taką samą uwagą, jak Biblię — bo 
też autentyczność je nobilituje, czyni z nich „świętą księgę", nadaną przez hipotetycznego 
Demiurga.

Utożsamienie, choćby częściowe, bohatera, narratora i autora dzieła rodzi nową 

sytuację, rzec by można, społeczną: skoro w utworze pojawiają się autentyczne fakty z 
życiorysu autora, autentyczni ludzie, czasem noszący nawet swoje własne nazwiska lub 
przejrzyste kryptonimy, to rzeczywistość utworu traci swą autonomię, zyskuje ciąg dalszy 
poza   literaturą.   Niektórzy   bohaterowie   utworu   żyją   w   autentycznym   świecie,   pewne 
wydarzenia mają konsekwencje dalsze, o których autorowi książki nic nie było wiadomo, 
słowem,  środowisko potencjalnych odbiorców dzieła wyrasta swobodnie ze  środowiska 
„bohaterów"   —   trudno   czasem   wyznaczyć  dokładną   granicę   między   tymi,   którzy   są 
„wewnątrz", a tymi, co „na zewnątrz" świata utworu. Obok ról nadawczych i odbiorczych, w 
które wchodzą tradycyjnie autor i jego czytelnicy, w literaturze operującej „autentykiem" 
pojawiają się równolegle rolę „partnerów", „współuczestników", w które pisarz i odbiorcy 
wchodzą  jako   bohaterowie   pewnego   historycznego   zdarzenia,   opisanego   następnie   w 
książce. Narzuca to naturalną stratyfikację środowiska odbiorczego, w którym sąsiadują 
tacy, którzy nie mogą odnaleźć „siebie" w prezentowanym wizerunku zdarzeń, tacy, którzy 
mieszczą   się   w   niezróżnicowanym   tle,   dalej   ci   bezpośrednio   scharakteryzowani,   a 
wreszcie bliscy autora, którzy wtajemniczeni są  najlepiej w rzeczywiste, niefikcyjne fakty 
będące kanwą opowieści. Ci ostatni mogą zresztą wystąpić w roli „bohaterów", ale równie 
dobrze — ukryci w cieniu — mogą należeć do domyślnego „kontekstu środowiskowego".

W zależności od pozycji zajmowanej w tej hierarchii, czytelnik rozmaicie interpretuje 

granice   „autentyczności"   świata   przedstawionego   (i   zarazem   —   pamiętajmy  —   zakres 
autorskiej   władzy   nad   utworem).   Prawem   kontrastu   bowiem   obszar   fikcji   w   utworze 
uwydatnia   się   jako   produkt   świadomego   zamysłu   autorskiego;   „autentyk"   wzmaga 
mechanizmy   deziluzji   w   swym   sąsiedztwie.  Tak   więc   autor,   odwołując   się   do   obszaru 
rozmaitych   (w   relacji   do   świata   utworu)  doświadczeń   życiowych   rozwarstwionego 
odpowiednio  środowiska   odbiorczego,   uzyskuje   cały   pakiet   odmiennych   lektur   swej 
książki, zagarniający obszerne włości społecznego doświadczenia. Na tym tle prezentuje 
się   on   w   różnych   oczach   odmiennie,   zależnie   od   proporcji   ładu   i   chaosu,   celowości 
konstrukcyjnej i fatalizmu, jakie dostrzeże czytelnik w jego książce. „Autentyk" staje się 
zwornikiem  całej   jego  twórczości,   skoro  do  innych   dzieł   tego  samego  autora  czytelnik 
sięga   często,   by   uzupełnić  informacje   wyniesione   z   pierwszej   książki,   dookreślić 
autoportret   pisarza.   I  vice   versa:  sam   autor   proponuje   coraz   to   nowe   próby   lektury 
własnego życiorysu, sam po części stając w szeregu odbiorców rozszyfrowujących sens 
zdarzeń przedstawionych.

Tyle uwag nad funkcją „autentyku” w prozie współczesnej. Jak się wydaje, sprawa 

ta wymaga dalszych studiów i — w pewnej mierze — rewizji kilku obiegowych sądów na 
terenie nauki o literaturze.