background image

CAROLINE ANDERSON 

 

Lekarz tylko rodzinny 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Allie usłyszała za sobą odgłos kroków.   
–  Anna,  nareszcie!  –  powiedziała.  –  Myślałam,  że  nigdy  nie  przyjdziesz.  Musimy  szybko 

przygo... – Urwała, bo ktoś zasłonił jej oczy. Odruchowo chwyciła czyjeś silne palce.   

–  Zgadnij,  kto  to?  –  zapytał  męski  głos,  a  ona  zamarła,  przywołując  na  pomoc  wszystkie 

zmysły.   

– Mark? – spytała z niedowierzaniem.   
– Do licha, zgadłaś. – Ręce się odsunęły. Odwróciła się, nagle rozradowana.   
–  To  naprawdę  ty!  –  zawołała,  przytulając  się  do  niego.  Przez  chwilę  rozkoszowała  się  tą 

bliskością, po czym zrobiła krok do tyłu i śmiejącymi się oczami spojrzała na przystojną twarz. – 
Ty podstępny lisie! Skąd wiedziałeś, gdzie mnie znaleźć? Od mojej mamy? 

– Owszem – przyznał z uśmiechem, który rozświetlił szare oczy i ujawnił drobne zmarszczki 

w ich kącikach.   

– Co tutaj robisz? 
– Chciałem złożyć ci życzenia urodzinowe.   
– I w tym celu przyjechałeś aż z Londynu? 
– Prawdę mówiąc, nie. Wracam z gabinetu Andrew Barretta. Od dziś zaliczam tutaj praktykę 

na pediatrii.   

– Serio? Więc będziemy współpracować! Och, Mark, tak się cieszę. Nie widzieliśmy się od 

wieków.   

– Od pięciu lat.   
–  Aż  tylu?  Cóż,  chyba  tak.  Teraz  kończę  dwadzieścia  trzy.  Mark,  cudownie  znów  cię 

widzieć. Musimy gdzieś usiąść i pogadać. Zjemy razem lunch? Nie, to odpada. Umówiłam się na 
drinka z moimi współlokatorkami. Może się przyłączysz? 

– Wolałbym cię mieć tylko dla siebie. W tłumie trudno się zwierzać. A co robisz wieczorem? 

Jesteś wolna? 

– Tak. Beth i Lucy idą na przyjęcie, dlatego zaprosiłam je do kawiarni na urodzinowy lunch.   
– Nie masz randki z jakimś przystojniakiem? 
– Żadnej randki. – Zaśmiała się, trochę zakłopotana.   
– Gdzie mieszkasz? 
– Tuż za szpitalem, w niedużym szeregowcu. A ty? 
– Na razie w takim ohydnym szpitalnym pomieszczeniu jak z akademika. Ale przynajmniej 

mam swój prysznic.   

– Powinieneś wynająć sobie mieszkanie.   
– Zamierzam kupić dom. Obiecano mi etat w tej okolicy, więc chyba warto pomieszkać na 

background image

swoich śmieciach. A po wczorajszej nocy z radością przeprowadziłbym się już dziś.   

– Starzejesz się – rzekła z przekornym uśmieszkiem.   
–  Pewnie  tak.  –  Zerknął  na  zegarek  i  westchnął.  –  Muszę  lecieć.  Urwałem  się  na  dziesięć 

minut, a już minęło piętnaście. Spotkamy się o siódmej przy tylnym wyjściu? 

– Jasne. Dokąd pójdziemy? 
– Nie mam pojęcia. Ty coś zaproponuj.   
– Świetnie. Do zobaczenia o siódmej.   
Z rozanieloną miną odprowadziła wzrokiem wysoką postać.   
– Kto to był, na Boga? – spytała Anna. – Jakiś aktor? 
– Stary przyjaciel. Nazywa się Mark Jarvis i praktykuje u nas na pediatrii. Wpadł złożyć mi 

życzenia urodzinowe.   

– Dzisiaj są twoje urodziny? 
– Owszem, i z tej okazji zaraz zmienię Darrenowi woreczek na kał. Pomożesz? 
–  Podopinguję  cię  okrzykami.  A  teraz  mów,  jak  poznałaś  tego  wspaniałego  faceta,  ty 

szczęściaro! 

– Zwyczajnie. Pięć lat temu mieszkał u nas, kiedy zaliczał internę u mojego ojca.   
– Jest żonaty? 
Czyżby Mark wpadł Annie w oko? Dziwne, ale to przypuszczenie wydało się Allie dziwnie 

rozstrajające.   

–  Nic  nie  wiem  o  jego  obecnym  życiu.  –  Mark  był  kiedyś  ich  gościem,  jej  matka  za  nim 

przepadała, ojciec uważał go za wspaniały materiał na lekarza, a ona... cóż, lepiej nie wspominać 
tamtych dni. Dzięki temu na dłużej zachowa zdrowe zmysły! 

 
Pogwizdując, Mark szedł do izby przyjęć, świadomy faktu, że uśmiecha się do siebie. Allie 

Baker, dorosła i jeszcze piękniejsza niż przed laty. Kto by pomyślał.   

Ciekawe, czy kogoś ma. Jej matka nic o tym nie wspomniała, a on nie chciał pytać. Lecz to, 

że  Allie  nie  była  na  wieczór  z  nikim  umówiona,  napawało  nadzieją.  Skręcił  za  róg,  pchnął 
dwuskrzydłowe  drzwi  i  podszedł  do  znajdującego  się  pośrodku  sali  stanowiska  przełożonej 
pielęgniarek.   

– Cześć, jestem doktor Mark Jarvis. Wzywaliście mnie.   
–  Tak.  –  Młoda  kobieta  posłała  mu  szeroki  uśmiech.  –  Mamy  dziewczynkę  z  objawami 

zapalenia wyrostka robaczkowego. Może pan ją przyjąć i zawiadomić chirurgię? 

– Spróbuję.   
Wkrótce Mark przekonał się, że w szpitalu Audley Memoriał panuje podobny styl pracy jak 

w  innych  placówkach  służby  zdrowia,  gdzie  odbywał  praktyki.  Interesowała  go  głównie 
chirurgia, lecz zaliczył też kursy z innych dziedzin medycyny, by dysponować wiedzą niezbędną 
lekarzowi  pierwszego  kontaktu.  Już  mógłby  nim  być,  gdyby  wcześniej  wybrał  kierunek 
specjalizacji. Ale początkowo kusiła go chirurgia i dopiero po pewnym czasie stwierdził, że woli 

background image

być internistą.   

Obecnie  cieszyła  go  perspektywa  stabilizacji.  Miał  dosyć  przenoszenia  się  z  miejsca  na 

miejsce. Marzył o tym, aby wreszcie gdzieś zapuścić korzenie.   

Pielęgniarka  miała  rację  –  dziecku  rzeczywiście  należało  usunąć  wyrostek.  Załatwił  więc 

niezbędne formalności i wrócił tam, gdzie widział się z Allie, lecz tym razem jej nie spotkał. Za 
to  jej  ruda  koleżanka  posłała  mu  powłóczyste  spojrzenie.  Już  wcześniej  odniósł  wrażenie,  że 
wpadł jej w oko. Oby nie okazała się zanadto agresywna, pomyślał. Zamierzał bowiem rozwinąć 
znajomość z Allie. Oczywiście jeśli ona tego zechce.   

– Cześć, jestem Anna Long, a pan to zapewne doktor Jarvis, prawda? – zaszczebiotała ruda, 

pożerając go wzrokiem. – Żadnych problemów pierwszego dnia? – dodała zalotnie.   

–  Na  razie  nie.  Wszystkie  praktyki  są  do  siebie  podobne,  więc  jakoś  sobie  radzę.  I  proszę 

mówić do mnie po imieniu.   

– Z przyjemnością.   
– Przywieziono już tę dziewczynkę z wyrostkiem? 
–  Zaraz  tu  będzie.  Allie  szykuje  dla  niej  łóżko.  –  Ruda  spojrzała  na  niego  z  ukosa.  –  Ty  i 

Allie już się znacie? 

– Tak. – Ciekawe, czy ruda usiłuje go wybadać. – Parę lat temu mieszkałem u jej rodziców. 

Od tego czasu się nie widzieliśmy. Mamy sobie masę do opowiadania.   

Anna skinęła głową. Mark nie był pewien, czy przypadkiem sobie nie pochlebia, ale po jej 

twarzy przemknął cień rozczarowania. Wkrótce przyjął na oddział chore dziecko, porozmawiał z 
jego rodzicami i wypełnił kartę, a chirurg zbadał małą i oświadczył, że lada chwila zabiorą ją na 
operację. Mark właśnie zamierzał odejść, gdy na korytarzu mignęła mu Allie, a raczej jej długie, 
jasne włosy.   

– Allie! – Dogonił ją i dotknął jej ramienia, a ona drgnęła i odwróciła się.   
– To ty! Śmiertelnie mnie wystraszyłeś. Jak nasza mała pacjentka? 
–  Zaraz  przygotują  ją  do  zabiegu.  Teraz  muszę  zajrzeć  do  jakiegoś  dzieciaka  po  nacięciu 

okrężnicy. Chłopak nazywa się Darren... jakoś tam.   

– Darren Forsey. Dasz sobie radę? 
– Chyba tak – odparł ze śmiechem. – Jesteś zajęta? 
– Jak zwykle. Do zobaczenia wieczorem.   
Odprowadził  ją  wzrokiem,  podziwiając  łagodnie  kołyszące  się  biodra,  i  poczuł  przypływ 

dawnego, dobrze znanego pożądania. Godzina siódma wydawała się taka odległa...   

Chyba  całkiem  zwariowała.  Szkoda,  że  nie  mogła  umówić  się  z  Markiem  na  lunch. 

Spotkania w południe nie kojarzą się z randką. Mark na pewno chce tylko pogawędzić, a ona już 
zarezerwowała  stolik  w  małym  bistro  tuż  za  rogiem.  I  teraz  zastanawiała  się,  czy  nie  palnęła 
głupstwa. Może Mark miał na myśli tylko drinka z orzeszkami.   

Cóż, nie powinna aż tak się przejmować. Zamierzała zapłacić za siebie – przecież nigdy nie 

szastała pieniędzmi, więc czasem mogła pozwolić sobie na kolację poza domem. Tylko dlaczego 

background image

jest aż tak podniecona? Dziabnęła się w oko szczoteczką do tuszu i syknęła, zła na siebie. Chyba 
rzeczywiście  zwariowała.  Mark  nigdy  się  nią  nie  interesował,  a  ona  już  dawno  przestała  go 
wspominać. Prawda? 

Po policzku słynęło kilka czarnych łez, więc je wytarła, zaczęła ratować makijaż i w końcu 

dała sobie z tym spokój. Na dworze już było ciemno, a w bistro panował półmrok. Mark nic nie 
zauważy, a gdyby nawet, to co z tego. Włożyła płaszcz i wyszła na ulicę. Pokonując w późnych 
godzinach  trasę  do  szpitala,  zawsze  była  trochę  spięta.  Miejscowi  narkomani  wiedzieli,  gdzie 
mieszkają pielęgniarki, i czasem nagabywali je, żądając strzykawek lub leków.   

Z duszą na ramieniu  dotarła do bramy, minęła strażnika i  podeszła do drzwi  akurat  wtedy, 

gdy stanął w nich Mark.   

– Co za synchronizacja – stwierdziła radośnie, a jej serce głośno zabiło. Ciekawe, jak długo 

będzie tak szaleńczo reagować, gdy tylko spojrzy na Marka – przez parę dni, parę tygodni, czy 
jeszcze dłużej? 

– Mam tu samochód – rzekł. – Jedziemy czy idziemy? 
– Och, możemy się przejść, to niedaleko. Zarezerwowałam stolik w bistro, chyba że chcesz 

iść do pubu.   

– Skądże, wolę bistro. Umieram z głodu.   
Szybkim  krokiem  dotarli  na  miejsce,  prawie  nie  rozmawiając  z  powodu  lodowatych 

podmuchów wiatru. W restauracji Mark usiadł wygodnie i z uśmiechem popatrzył na Allie.   

– Opowiadaj o sobie – poprosił. – Kiedy zrobiłaś dyplom? 
– W zeszłym roku. A ty? Chyba już masz ze dwadzieścia siedem lat. To podeszły wiek! 
– Niestety – przyznał pogodnie. – Nie widzieliśmy się kawał czasu. – Śmiejące się szare oczy 

błądziły po jej twarzy.   

– Czego dokonałaś? 
– Niewiele poza skończeniem studium i zdobyciem pielęgniarskiej specjalizacji z pediatrii.   
– Więc nie wyszłaś za mąż.   
– Nie. Nadal jestem sama jak palec. No, może niezupełnie. Mieszkam z koleżankami. A ty? 

Ożeniłeś się? 

– Nie. Nadal jestem sam jak palec. Podobnie jak ty. Odetchnęła z ulgą.   
– Twoja kariera rozwija się zgodnie z planem?  – spytała, zmieniając temat na neutralny. – 

Zawsze marzyłeś o chirurgii.   

– Cóż, jeśli o to chodzi...   
– Dobry wieczór państwu. Mogę przyjąć zamówienie? 
– Ale co wybrać? – Allie uśmiechnęła się do kelnera.   
– Jakie danie poleca szef kuchni? Zazwyczaj bywa pyszne.   
–  Dzisiaj  sugerowałbym  tagliatelle  carbonara.  To  nadzwyczajne,  prawdziwa  poezja.  –  W 

głosie  kelnera  zabrzmiała  durna.  –  Spaghetti  ze  wspaniałym,  kremowym  sosem  oraz  sałatka. 
Proszę mi wierzyć, na pewno będą państwo zachwyceni.   

background image

– Chyba dam się skusić – stwierdziła Allie.   
– A co dla pana? 
– Poproszę o to samo. – Mark zamknął kartę. – A do tego butelkę wina. Może być czerwone, 

Allie? 

– Oczywiście. – Skinęła głową.   
– Co słychać u twoich rodziców? Dobrze się czują? Długo się z nimi nie kontaktowałem.   
– Jakoś się trzymają. Ale praktyka lekarza rodzinnego to ciężki kawałek chleba, toteż ojciec 

postanowił przejść na wcześniejszą emeryturę. Wkrótce skończy pięćdziesiąt pięć lat i po Bożym 
Narodzeniu  wycofuje  się  z  życia  zawodowego.  Wciąż  powtarza,  że  razem  z  mamą  zafundują 
sobie wreszcie urlop, ale ja się o niego martwię. Mam wrażenie, że jest zestresowany albo na coś 
chory, tylko nie chce się do tego przyznać. Jest za młody na emeryta.   

– Za młody? – Mark zaśmiał się niewesoło. – Mój ojciec zmarł, mając pięćdziesiąt osiem lat. 

Najpierw  mówił  o  wcześniejszej  emeryturze,  a  potem  zmienił  zamiar.  Gdyby  się  na  nią 
zdecydował, to może jeszcze by żył.   

– Przykro mi z powodu twojego ojca. To musiało być dla was bolesne.  Mama pisała mi o 

tym, ale nie miałam twojego adresu, więc nie mogłam się do ciebie odezwać. Zmarł nagle? 

– Tak, na zawał. A myślał, że to niestrawność. Chryste, przecież był lekarzem. Powinien się 

zorientować.   

Kelner  postawił  przed  nimi  talerze  i  życzył  smacznego.  To  sprawiło,  że  porzucili  smutny 

wątek. Podczas jedzenia Allie opowiadała o swojej pracy na pediatrii.   

– To naprawdę porządny szpital – stwierdziła, nawijając na widelec długi pasek makaronu, i 

zlizała z ust  trochę sosu. Mark właśnie robił to  samo,  ona zaś jak urzeczona wpatrywała się w 
czubek  jego  języka  zbierający  sos  z  warg.  I  nagle  poczuła  przypływ  pożądania  –  szalonego  i 
nieznanego.   

– Spaghetti  rzeczywiście jest świetne  – przyznał  Mark, a ona jakimś cudem  zdołała złapać 

oddech.   

– Cieszę się, że ci smakuje – mruknęła, niezdolna do prowadzenia błyskotliwej konwersacji, 

ponieważ jej ciało zachowywało się jak ostatni zdrajca. Z kłopotu wybawił ją brzęczyk telefonu. 
– Wybacz. – Wyjęła komórkę z torebki. – Halo? 

– Kochanie, wszystkiego najlepszego z okazji urodzin – rzekła matka. – Jak ci minął dzień? 

Dzwoniłam do domu, ale cię nie zastałam. Dobrze się bawisz? 

Allie napotkała wzrok Marka.   
–  Prawdę  mówiąc,  tak  –  odparła.  –  Właśnie  siedzę  w  bistro z  Markiem Jarvisem,  któremu 

wypaplałaś,  że  mam  dziś  urodziny.  Później  do  ciebie  zadzwonię,  bo  teraz  jemy.  –  Schowała 
aparat i spojrzała na Marka. – A przy okazji: ta kolacja to mój pomysł, więc płacimy po połowie.   

– Wykluczone. Dobrze pamiętam, że to ja cię zaprosiłem.   
– Ale ja zasugerowałam spotkanie...   
– A ja spytałem, czy wieczorem jesteś wolna. Moje na wierzchu.   

background image

– Bynajmniej. Ja zarezerwowałam stolik.   
– Dowodząc znakomitego gustu. Ale ja i tak stawiam. Ze śmiechem wzniosła oczy ku niebu.   
– Nie mogę się zgodzić.   
–  Wiesz  co?  Jesteś  przesadnie  niezależna,  ale  nie  zamierzam  się  tym  przejmować.  Mam 

ochotę cię porozpieszczać. Co w tym złego? 

– Nic. – Westchnęła. – O ile nie dasz się ponieść.   
– To zabrzmiało fascynująco – odparł tym swoim aksamitnym, seksownym głosem. – Kiedy 

zaczynamy? 

Trzepnęła go w rękę, gdy sięgał po słony paluszek. Odłamał kawałek i włożył go jej w usta.   
– Wszystkiego najlepszego, Allie – mruknął zmysłowo, a ona omal się nie zakrztusiła.   
Te jego oczy! 
Długo  rozkoszowali  się  deserem  w  postaci  czekoladowego  kremu  z  bitą  śmietaną.  Później 

zamówili jeszcze brandy i czarną kawę oraz miętowe czekoladki.   

–  Wydaje  mi  się,  że  Anna  poluje  na  faceta  –  zauważył,  gdy  zaczęli  gawędzić  na  temat 

personelu. Wyjął z opakowania cieniutką jak wafel czekoladkę i zbliżył ją do warg Allie. Wzięła 
czekoladkę zębami i spojrzała Markowi głęboko w oczy. I znów przeszedł ją dreszcz pożądania.   

– Anna? To możliwe. Pytała o ciebie.   
– I co jej powiedziałaś? 
– Że nic o tobie nie wiem. To niestety prawda.   
– Trzeba jakoś rozwiązać ten problem – stwierdził. – Masz jeszcze na coś ochotę? 
– Nie, dziękuję. Najadłam się jak chomik.   
Mark  gestem  wezwał  kelnera,  uregulował  rachunek,  a  w  szatni  podał  Allie  płaszcz  i 

troskliwie postawił jego kołnierz. Następnie sam się ubrał i oboje wyszli na ulicę. Powietrze było 
czyste i rześkie, ale wiatr przycichł, więc zrobiło się cieplej.   

– Odprowadzę cię. Nie możesz o tej porze wracać sama.   
– A ty? Ciebie też może ktoś napaść.   
– Wątpię. Ważę ze trzydzieści kilo więcej od ciebie.   
– Też coś – prychnęła. – Najwyżej dwadzieścia.   
–  Rzecz  w  tym,  że  jestem  większy,  cięższy  i  zapewne  o  wiele  groźniejszy  niż  ty,  moje 

maleństwo.   

– Dobrze, niech ci będzie. To tam.   
Przed drzwiami oboje przystanęli. Allie odniosła wrażenie, że Mark jakby się zawahał.   
– Dziękuję ci za miły wieczór. Było cudownie.   
– To dobrze – powiedział, lecz nie ruszył się z miejsca, tylko patrzył jej w oczy. Wiedziała, 

że dłużej nie zniesie tej niepewności. – Nie mogę pozwolić ci odejść bez urodzinowego całusa – 
mruknął.   

Poczuła jego ciepłe, pachnące czekoladą usta i przypomniała sobie tamten pocałunek sprzed 

pięciu  lat.  Mark  pożegnał  ją  wówczas  takim  samym  muśnięciem  warg,  a  jej  serce  później 

background image

tańczyło przez tydzień ze szczęścia. Teraz przez moment nic się nie działo, po czym Mark złożył 
kilka  delikatnych  pocałunków  na  jej  ustach  i  brodzie,  a  Allie  przeszedł  słodki  dreszcz.  Z  jej 
gardła wydobył  się stłumiony dźwięk. Mark  go usłyszał  i  wtedy bez namysłu  przygarnął  ją do 
siebie i  pocałował  zupełnie inaczej  – gwałtownie i  namiętnie. Trwało  to całą wieczność, a gdy 
nieco odsunęli się od siebie, oboje byli mocno zadyszani.   

– Orany! – mruknął.   
– Rzeczywiście...   
–  Wybacz  –  szepnął  z  ustami  w  jej  włosach.  –  To  skutek  pięciu  lat  nie  zaspokojonej 

ciekawości.   

– Nie rozumiem. – Spojrzała mu w oczy.   
–  To  proste  –  odparł  z  bladym  uśmiechem.  –  Od  dnia  naszego  rozstania  wciąż  się 

zastanawiam, jak by to było pocałować cię naprawdę, a nie tylko cmoknąć na do widzenia.   

– Nonsens. Pięć lat temu prawie mnie nie zauważałeś! 
–  Raczej  usiłowałem  cię  ignorować,  a  to  różnica.  Byłaś  siedemnastoletnią  córeczką  moich 

gospodarzy, zbyt niewinną na to, co chodziło mi po głowie.   

– Miałam trądzik i byłam gruba.   
– Skądże! – odparł ze śmiechem. – Byłaś prześliczna i smarkata, a ja nie mogłem nadużyć 

zaufania twoich rodziców.   

– A teraz? – spytała bez wahania, nie zastanawiając się nad konsekwencjami.   
–  Teraz,  moja  droga  –  odparł  łagodnie  –  nic  się  nie  zmieniło  poza  tym,  że  oboje  jesteśmy 

dorośli i wolni. Może więc się przekonamy, co z tego wyniknie? 

Zadrżała  z  podniecenia  i  straciła  głos.  Coś  niesłychanego.  Mark  znów  ją  pocałował,  tym 

razem lekko, i mrugnął porozumiewawczo.   

–  Zmykaj  do  środka,  zanim  zmienię  zamiar  i  zapomnę,  że  powinienem  postępować  jak 

dżentelmen.   

Kierując  się  nieco  spóźnionym  poczuciem  przyzwoitości,  pokonała  pokusę  i  przekręciła 

klucz w zamku.   

– Dobranoc, Mark. I dzięki za cudowny wieczór.   
–  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie.  –  W  powietrzu  posłał  jej  buziaka,  odwrócił  się  i 

pomaszerował  w  stronę  szpitala.  Allie  zamknęła  za  sobą  drzwi,  oparła  się  o  nie  plecami  i 
westchnęła błogo.   

– Cóż za czułe pożegnanie. – Z saloniku wyszła Lucy.   
– Podglądałaś? – Allie poczuła, że się rumieni.   
– A powinnam? Co przegapiłam? 
–  Coś  nadzwyczajnego.  –  Do  holu  weszła  Beth.  –  Właśnie  go  sobie  obejrzałam,  jak  szedł 

ulicą. Gdzie go znalazłaś? 

– Och, znam go od pięciu lat. Praktykował u ojca.   
– I przez cały czas nie pisnęłaś ani słowa.   

background image

– Nie było o czym. Nie widziałam go aż do dziś.   
– I miłość rozkwitła! Jak w powieści! 
– Masz wybujałą wyobraźnię, Beth.   
– I dlatego widzę twoją podrapaną zarostem wargę? Allie bezwiednie dotknęła ust dłonią, a 

koleżanki przyjaźnie zachichotały.   

– Nie żałuj sobie, dzieciaku – z powagą mędrca poradziła Lucy. – Najwyższy czas.   
Chyba  tak,  pomyślała  Allie,  idąc  do  swego  pokoju.  Była  dorosłą  kobietą,  pracowała  w 

ukochanym  zawodzie,  ale  nie  miała  żadnych  męsko-damskich  doświadczeń  na  koncie.  Nie 
unikała  mężczyzn,  ale  była  z  natury  wybredna  i  ostrożna.  Nasłuchała  się  od  koleżanek  tyle 
okropnych  historii,  że  wolała  poczekać  na  swego  księcia  z  bajki.  Tylko  że  on  na  razie  się  nie 
pojawiał. Owszem, pięć lat temu Mark obudził w niej jakieś niejasne uczucia, lecz wkrótce stał 
się  nieosiągalny.  Kłopot  w  tym,  że  o  nim  nie  zapomniała.  Później  spotykała  się  z  kilkoma 
młodymi  mężczyznami,  lecz  żaden  nie  podziałał  na  nią  wystarczająco  silnie,  aby  zdecydowała 
się na związek.   

Wciąż  pamiętała  smak  tamtego  pożegnalnego  pocałunku,  któremu  nie  dorównał  żaden 

następny.  Podobnie  jak  żaden  następny  chłopak  nie  dorównywał  Markowi.  Wtedy  marzyła  o 
dotyku jego ręki, cieple jego ust, uścisku jego ramion.   

1  najwyraźniej  nadal  tego  pragnęła.  Musnęła  palcem  nabrzmiałe  usta  i  znów  poczuła 

przypływ niemal bolesnego pragnienia. Nawet nie zdając sobie z tego sprawy, od lat chyba wciąż 
czekała na Marka. Czy było warto? 

Niektóre  jej  koleżanki  zmieniały  mężczyzn  jak  rękawiczki,  lecz  nie  były  szczęśliwe. 

Przeciwnie,  stawały  się  zgorzkniałe  i  sfrustrowane.  Nie  chciała  tego.  Gdyby  miała  komuś  się 
oddać, to tylko na zawsze. Czy Mark myśli podobnie? Wolałaby nie zaplątać się w romans, który 
złamie jej serce.   

–  Och,  na  miłość  boską!  –  mruknęła  z  irytacją,  odstawiła  kubek  i  zaczęła  się  rozbierać.  – 

Chyba się zagalopowałaś, moja panno. Poszłaś na kolację do włoskiej  restauracyjki i  już sobie 
wyobrażasz nie wiadomo co.   

Mark  wywarł  na  niej  wrażenie  już  pierwszego  dnia  ich  znajomości.  Później  co  wieczór 

siedzieli na kanapie i całymi godzinami rozmawiali dosłownie o wszystkim. O religii, polityce, 
muzyce, lekarskiej etyce i o tym, że Allie chce zostać pielęgniarką, chociaż ojciec widział w niej 
przyszłą  lekarkę.  Mark  zawsze  ją  wspierał  i  udzielał  rozsądnych  rad.  Powtarzał,  że  nie  należy 
lekceważyć  powołania  i  robić  czegoś  wbrew  sobie.  Dlatego  zebrała  się  na  odwagę  i  wyjaśniła 
ojcu,  że  mimo  zadatków  na  lekarkę  woli  wybrać  inny  zawód.  Ojciec  w  końcu  zaakceptował 
wybór córki – w dużym stopniu dzięki Markowi. Stała się jego dłużniczką, ale nie przypuszczała, 
że kiedyś znów się spotkają.   

Od pięciu lat nie była taka szczęśliwa jak tego wieczoru. Boże, spraw, żeby Mark czuł coś 

podobnego,  myślała,  kładąc  się  spać.  Niech  to  będzie  coś  prawdziwego,  a  nie  jednostronna 
fascynacja. Proszę, daj nam szansę...   

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Rano obudziła się świeża i wypoczęta, bo w nocy natychmiast zasnęła. Oto co się dzieje, gdy 

człowiek  jest  szczęśliwy,  pomyślała,  szykując  się  do  pracy.  Lub  raczej  gdy  wypije  pół  butelki 
wina,  kieliszek  brandy  i  na  dodatek  wchłonie  grzeszny  deser  podlany  alkoholem.  Jak  na 
skrzydłach  pomknęła  na  oddział,  gdzie  o  siódmej  panował  spory  rozgardiasz.  Dzieci  przed 
śniadaniem tłoczyły się w łazience i należało dopilnować ich porannej toalety. Allie dwoiła się 
więc i troiła.   

Anna przyjęła raport od kończącej dyżur koleżanki i poszła do małego pokoiku, gdzie Allie 

zmieniała Darrenowi plastikowy  woreczek na kał.  Dwunastolatek trafił tu  z wysoką  gorączką i 
silnymi  bólami  wywołanymi  przez  ropień  odbytu.  Były  to  skutki  beznadziejnego  sposobu 
odżywiania  i  chronicznych  zaparć.  Po  wykonaniu  badań  lekarze  postanowili  operować. 
Wykonano  nacięcie  okrężnicy  powyżej  ropnia  i  wyprowadzono  koniec  jelita  przez  powłokę 
brzuszną,  tworząc  w  ten  sposób  przetokę  okrężnico-skórną.  Miało  to  na  pewien  czas  odciążyć 
chore  miejsce  i  pozwolić  mu  się  zagoić.  Dlatego  przez  kilka  tygodni  pacjent  był  skazany  na 
noszenie  przyklejonego  do  brzucha  woreczka.  Całe  szczęście,  że  w  tym  przypadku  to  sprawa 
przejściowa,  pomyślała  Allie.  Delikatnie  odkleiła  woreczek,  zamknęła  go  i  uśmiechnęła  się  do 
Anny.   

– Serwus! – powitała koleżankę.   
–  Cześć.  Jak  się  miewasz,  Darren?  –  Anna  przez  chwilę  gawędziła  z  chłopcem,  po  czym 

przysiadła na brzegu łóżka i  popatrzyła na Allie.  – Wieść niesie, że wczoraj  byłaś na kolacji z 
doktorem Jarvisem, ty spryciaro.   

Allie najpierw poczuła się winna, lecz skarciła się za to w duchu. Ona trafiła na Marka już 

pięć lat temu! 

– Po prostu byliśmy w bistro – oparła, nadal niepewna, jak zakwalifikować to spotkanie.  – 

Przecież miałam urodziny. Darren, mógłbyś podciągnąć koszulkę trochę wyżej? Dzięki.   

–  Przyniosłaś  kremówki?  –  Anna  nie  czuła  urazy  z  powodu  sprzątnięcia  jej  sprzed  nosa 

kawalera, jakiego na oddziale nie było od lat.   

–  Wybacz.  –  Allie  zrobiła  skruszoną  minę.  –  Nie  miałam  czasu  iść  do  cukierni.  Zresztą 

kremówki tuczą. Prawda, Darren? 

– Jasne. A mnie i tak nie wolno ich jeść.   
– Wiem, ale my, dziewczyny, zawsze znajdziemy jakiś pretekst, żeby złapać parę kalorii przy 

kawie. – Allie wesoło mrugnęła do chłopca.   

–  Uwielbiam  ciastka  –  przyznał.  –  Tutaj  karmią  okropnie.  Nie  mogłabyś  teraz  skoczyć  do 

cukierni? 

–  Nie,  a  ty  dobrze  wiesz,  że  na  razie  ciastka  są  zakazane  –  z  udawaną  surowością 

background image

oświadczyła  Allie.  –  Twój  żołądek  potrzebuje  paru  dni  odpoczynku  od  niezdrowego  jedzonka. 
Poza tym już nie są moje urodziny.   

– Moglibyśmy udawać.   
– Wykluczone. Niedawno miałeś operację.   
Darren pokazał jej język, a Allie parsknęła śmiechem i starannie przykleiła nowy woreczek.   
– Poudajemy, kiedy wyzdrowiejesz. – Poklepała chłopca po ręce. – Zajrzę do ciebie później, 

chyba że chcesz iść na telewizję? 

– Nie, może jutro.   
– Dobrze. – Uścisnęła go, zabrała wózek do pokoju zabiegowego i zaczęła chować sprzęt. – 

Biedny Darren...   

–  Fakt.  –  Anna  kiwnęła  głową.  –  Dla  dzieciaka  to  koszmar.  Oby  miejsce  po  tym  ropniu 

szybko się wygoiło.   

– Na szczęście bóle się zmniejszyły. Darren musi tylko inaczej jadać i na zawsze zapomnieć 

o ciastkach.   

– A propos ciastek i urodzin, jak poszło z Jarvisem? 
– To była szybka kolacyjka – skłamała. – Nic specjalnego.   
– O czym mówisz? 
Allie zamarła, słysząc to pytanie. Co za pech...   
– O niczym.   
– Wybaczcie. – Anna pośpiesznie wyszła, po drodze puszczając do Allie oko.   
– Co było niczym specjalnym? – znów spytał Mark.   
– Nasza wczorajsza kolacja. Powiedziałam tak, żeby Anna przestała mnie piłować.   
– Naprawdę? A może rzeczywiście nudziłaś się ze mną? Zastanawiała się, czy nie skłamać, 

ale wystarczyło jedno spojrzenie w oczy Marka, by pojęła, że tylko prawda ma sens.   

– Skądże. Po prostu chciałam spławić Annę.   
– To dobrze. – Kąciki jego ust uniosły się w uśmiechu. – Co robiłaś? 
– Właśnie zmieniłam woreczek Darrenowi Forseyowi.   
– Dam głowę, że miałaś frajdę. Zaraz do chłopca zajrzę. Jak on się czuje? 
–  Wyje  z  nudów,  ale  poza  tym  jest  w  lepszej  formie.  Czeka  go  jeszcze  parę  tygodni 

chodzenia z woreczkiem i zakładania czopków, więc pewnie umrze ze wstydu. Ale ta twoja mała 
po wycięciu wyrostka już jest jak skowronek.   

– Szybko się pozbierała, prawda? Te dzieciaki są niesamowite. – Nagle spoważniał, a Allie 

odniosła  wrażenie,  że  czyta  w  jej  myślach.  –  Jeśli  wczorajsza  kolacja  nie  była  wystarczająco 
przebojowa, to co powiesz na dzisiaj? 

– Dzisiaj? – Już wiedziała, że się zgodzi. – Nie rozumiem – odparła, udając gapę.   
–  Miałabyś  ochotę  na  drinka?  Moglibyśmy  coś  zjeść  w  barze.  Podobno  za  miastem  jest 

niezły pub.   

Może powinna zagrać trudną do zdobycia i przez tydzień trzymać Marka na dystans? Nie.   

background image

– Świetny pomysł – oznajmiła. – O której? 
– Znów o siódmej? Przyjadę po ciebie.   
– Anna będzie się skręcać z ciekawości.   
– Anna potrzebuje kochanka.   
– Widziała ciebie w tej roli.   
– Nic z tego – mruknął, a jego szyja nabrała ceglastego odcienia. – Muszę już iść. Gdzie leży 

ten Darren? 

– Naprzeciw pokoju pielęgniarek. Dasz sobie radę? 
–  Wciąż  o  to  pytasz.  Wątpisz  we  mnie?  Odprowadzając  go  wzrokiem,  westchnęła  z 

zachwytu.   

Do  niedawna  sądziła,  że  idealizuje  go  we  wspomnieniach,  ale  on  rzeczywiście  był 

przystojny.  Spojrzała  na  jego  lśniące  włosy.  Miały  kolor  ciemnego  złota,  gdzieniegdzie 
poprzetykanego jaśniejszymi pasemkami. Miło by było wsunąć w nie palce...   

A  ona  straci  pracę  i  zdrowe  zmysły,  jeśli  zaraz  nie  weźmie  się  w  garść!  Dokończyła 

porządki,  jeszcze  raz  umyła  ręce  i  poszła  na  oddział.  Już  z  daleka  usłyszała  płacz  małej  Amy 
Fulcher. Półtoraroczna dziewczynka miała trudne do zdiagnozowania bóle brzucha i przebywała 
na obserwacji.   

Matka  Amy  wyszła  zaczerpnąć  świeżego  powietrza,  więc  Allie  wzięła  dziecko  na  ręce  i 

łagodnym  głosem  zdołała  je  uspokoić.  Biedactwo  było  ledwie  żywe  ze  zmęczenia,  ponieważ 
pochlipywało  prawie  całą  noc.  Dzisiaj  czekała  je  operacja,  bo  tylko  tak  można  było  w  tym 
przypadku  ustalić  przyczyny  bólu.  Allie  właśnie  przytuliła  dziecko,  gdy  podszedł  Mark  i 
delikatnie pogłaskał je po główce.   

–  Biedny  maluch.  Wkrótce  znów  zrobią  jej  prześwietlenie.  Możliwe,  że  ma  zrosty  wokół 

jelit.   

–  Czy  ja  wiem...  –  mruknęła  bez  przekonania.  –  Ewentualne  zrosty  ujawniają  się  dużo 

wcześniej, a Amy nie przeszła żadnego zabiegu, po którym mogłyby się pojawić. Ale objawy się 
zgadzają, chociaż nie są bardzo poważne. Ogólny stan jest dobry i mała nie wymiotuje.   

Nie  chwal  dnia  przed  zachodem  słońca,  pomyślała,  bo  Amy  zwróciła  śniadanie  na  jej 

płócienny strój.   

– Już dobrze, malutka, nie będziemy przejmować się takim głupstwem – rzekła do dziecka, 

położyła je w łóżeczku i spojrzała na zabrudzony uniform. To może poczekać, najpierw należy 
zająć się dziewczynką.   

– Wygląda, jakby czulą się lepiej – w zamyśleniu zauważył Mark. – Te wymioty dobrze jej 

zrobiły.   

– Czego nie można powiedzieć o mnie.   
– Pachniesz wspaniale.   
– Wielkie dzięki. – Rozciągnęła usta w pseudoradosnym uśmiechu. – Nie masz pojęcia, jaka 

to uciecha.   

background image

– Ktoś puścił na panią pawia, siostro? – Idący o kulach chłopak z rozbawieniem popatrzył na 

jej bluzę.   

– Maleńkiego. Jak twoje kolano? 
– Super. Może dzisiaj mnie wypiszą, jeśli zdjęcie nic nie wykaże.   
– Bardzo się cieszę. – Była to szczera prawda. Chłopcy ze złamanymi kończynami zawsze 

dawali się personelowi we znaki.   

– Pani chce się mnie pozbyć – ponuro rzekł chłopiec.   
– Zgadłeś, Tim.   
Posłał jej swawolny uśmiech i ruszył przed siebie. Uważała, że chodzi o  kulach o wiele za 

sprawnie...   

–  Mógłbym  coś  zasugerować?  –  spytał  Mark.  Spiorunowała  go  wzrokiem,  zauważywszy 

błysk rozbawienia w szarych oczach i drgające kąciki ust.   

– Żebym się przebrała? 
– Właśnie. Wielkie umysły rozumują podobnie, co? 
– Nie mówiąc o nosach. – Znacząco pociągnęła swoim i pomaszerowała do magazynu. Tam 

chyba po raz tysięczny umyła ręce, włożyła czysty strój i wróciła na oddział.   

– Dużo lepiej – oświadczył Mark.   
– Cóż, takie przygody to ryzyko zawodowe – odparła pogodnie. – Zajrzę teraz do Amy. Mam 

wyrzuty sumienia, bo wręcz wrzuciłam ją do łóżka. Wezwałeś kogoś do niej? 

– Annę.   
–  Dzięki.  –  Uśmiechnęła  się  z  wdzięcznością  i  pomknęła  do  dziecka.  Anna  właśnie  je 

przewijała.   

–  Jej  mama  zaraz  przyjdzie  –  poinformowała  koleżankę.  –  Była  w  bufecie  na  śniadaniu. 

Chirurg też już idzie. Możliwe, że wkrótce wezmą małą na operację.   

– Myślałam o tym. – Allie skinęła głową. – Dzieciak i tak ma pusto w brzuchu, więc obejdzie 

się bez dodatkowych atrakcji.   

Po chwili zjawiła się pani Fulcher i Allie zostawiła ją z Anną, sama zaś poszła znaleźć sobie 

inne zajęcie.   

Dyżur skończyła dopiero po czwartej zamiast o trzeciej. Po południu na oddział trafiło sporo 

pacjentów  po  różnych  zabiegach  chirurgicznych,  miała  więc  masę  nieprzewidzianych 
obowiązków.  Zdążyła  jeszcze  pożegnać  się  z  Timem  i  nagle  stwierdziła,  że  zrobiło  się  późno. 
Pobiegła do domu, spakowała do worka brudne rzeczy i poszła do pralni. Czekając, aż wykotłują 
się w pralce i suszarce, przeczytała dwa stare czasopisma, a do domu wróciła wpół do siódmej. 
Musiała jeszcze stoczyć  walkę z  Lucy o prawo pierwszeństwa do skorzystania z prysznica i  w 
rezultacie była spóźniona. A to oznaczało, że Lucy wpuści Marka i Bóg wie co mu naopowiada.   

Ale  niepotrzebnie  się  martwiła.  Schodząc  na  dół,  stwierdziła,  że  Lucy  jak  zwykle  paple  o 

sobie,  a  Mark  słucha  tego  z  uprzejmą  miną,  lecz  chyba  jednym  uchem.  Zabawne,  przemknęło 
Allie  przez  głowę,  ale  chyba  już  potrafię  czytać  w  jego  myślach.  A  może  trafniej  byłoby 

background image

powiedzieć „nadal”? 

–  Cześć.  –  Uśmiechnęła  się  czarująco.  –  Przepraszam  za  spóźnienie,  ale  musiałam  iść  do 

pralni.   

–  Nie  ma  sprawy.  –  Wstał  i  pożegnał  się  z  Lucy.  –  Miło  było  cię  poznać  –  mruknął  bez 

specjalnego entuzjazmu i poprowadził Allie do drzwi.   

Trochę  zdziwiła  się  na  widok  samochodu  Marka  –  zwykłego  auta  przeciętnej  wielkości. 

Przypuszczała,  że  Mark  ma...  właściwie  co?  Czerwone  ferrari?  Najnowszy  model  mercedesa? 
Przecież nie jest żadnym krezusem. Dopiero kończy praktykę. To też wydawało się dziwne. Do 
tej  pory  powinien  już  robić  specjalizację.  Chyba  że  po  studiach  zajął  się  czymś  innym.  Teraz 
otworzył jej drzwiczki, obszedł pojazd i usiadł za kierownicą. A wnętrze nagle wydało się jakby 
dużo mniejsze i zdumiewająco intymne.   

– Gotowa? – Posłał jej uśmiech, a ona skinęła głową.   
– Dokąd jedziemy? 
– Do pubu w Pulham.   
Poprawiła się na wygodnym siedzeniu i kątem oka obserwowała Marka. Na ogół nie lubiła 

jeździć  samochodem,  gdy  ktoś  inny  prowadził,  lecz  teraz  mogła  się  odprężyć,  ponieważ  Mark 
okazał  się  znakomitym  kierowcą,  spokojnym  i  zdecydowanym.  Wkrótce  dotarli  na  miejsce.  W 
pubie panował  gwar i  tłok, ale mieli szczęście, bo akurat  zwolnił się stolik w rogu sali. Kupili 
więc w barze drinki i usiedli.   

– Zjemy tutaj czy w jakiejś restauracji? 
–  Chyba  tutaj  –  odparła,  wziąwszy  pod  uwagę  ceny  i  postanowienie,  że  dzisiaj  płaci  za 

siebie.   

– Co wybrałaś? – spytał, gdy oboje przejrzeli kartę.   
– Smażone krewetki z frytkami. I płacę za siebie.   
–  Spodziewałem  się  tego.  –  Ze  śmiechem  wziął  od  niej  pieniądze  i  poszedł  zamówić 

jedzenie. – Oto twoja reszta, ty niezależna młoda damo – oświadczył, wróciwszy do stolika.   

Schowała  garść  bilonu,  bardzo  z  siebie  zadowolona.  Nie  chciała  mieć  wobec  Marka 

zobowiązań.  On  na  pewno  by  tego  nie  wykorzystał,  ale  kiedyś  zdarzyło  się,  ze  mężczyzna 
postawił jej kolację i z tego powodu uzurpował sobie prawa do jej ciała. Zdołała skutecznie go 
spławić, lecz niesmak pozostał.   

– Grosik za twoje myśli.   
– Nie ma mowy. Co wybrałeś? 
–  To  samo  co  ty.  –  Spojrzeli  sobie  w  oczy  i  Allie  odwróciła  wzrok,  świadoma 

przyśpieszonego bicia serca. Boże, jak łatwo byłoby zakochać się w Marku.   

– Opowiedz mi o swojej pracy – poprosiła, zdecydowana skierować rozmowę na neutralne 

tory. – Jakim cudem nadal odbywasz praktykę? Chyba już powinieneś być specjalistą? 

– Byłbym – odparł trochę zakłopotany – ale moje plany uległy zmianie. Wiesz, że chciałem 

zostać chirurgiem.   

background image

– Pamiętam. Mówiłeś, że to twoje powołanie.   
– Tak mi się wydawało, dopóki nie zacząłem pracować w tym zawodzie. Wtedy przestało mi 

się  to  podobać.  Przyjmowałem  pacjentów,  którym  ktoś  inny  już  postawił  diagnozę.  Ja 
rozwiązywałem konkretny, wycinkowy problem, i więcej nie miałem do czynienia z tymi ludźmi.   

– To chyba dobrze. Nie przychodzili, bo im pomogłeś.   
–  Możliwe,  ale  mnie  to  nie  wystarczało.  Szybko  doszedłem  do  wniosku,  że  potrzebuję 

dłuższego  kontaktu  z  pacjentami.  Chcę  stwierdzić,  co  im  dolega,  zalecić  terapię  i  pilnować 
leczenia, gdy kontynuują je w domu.   

– Na tym polega praktyka lekarza rodzinnego, a ty marzyłeś, żeby zostać chirurgiem...   
– Zmieniłem plany, dlatego zaliczałem praktyki z położnictwa i ginekologii, interny, geriatrii 

oraz na izbie przyjęć, no i teraz z pediatrii.   

– Chcesz zostać lekarzem rodzinnym? 
– Tak – przyznał z uśmiechem. – Dlaczego nie? 
Mogłaby wymienić z tuzin argumentów. Aż za dobrze pamiętała harówkę ojca, a także jego 

wspólnika, który nie wytrzymał stresu i zostawił żonę z dwójką malutkich dzieci...   

– Dlaczego nie? – powtórzyła oszołomiona. – Bo to koszmarne życie! Lekarzem rodzinnym 

nie  zostaje  się  ani  dla  satysfakcji,  ani  dla  pieniędzy.  To  zajęcie  stresujące,  przeładowane 
papierkową robotą, wymagające dyspozycyjności, najbardziej niewdzięczne na świecie...   

– Z tym się nie zgodzę. A dzień pracy też wygląda lepiej niż kiedyś. Prawie wszyscy lekarze 

rodzinni są zrzeszeni w spółdzielniach, więc dyżurują w określonych godzinach.   

– Akurat – prychnęła. – Pogadaj z moim ojcem.   
– Rozmawiałem z nim. Przyznał mi rację.   
–  Może  pięć  lat  temu.  Potem  zmienił  zdanie.  Jak  sądzisz,  czemu  idzie  na  wcześniejszą 

emeryturę? 

– Żeby nacieszyć się życiem, póki może? 
– Też coś. Ojciec to pracoholik. Ale stres go dobija.   
– Ja już zdecydowałem, Allie. – W głosie Marka zabrzmiała nuta stanowczości. – Nie nadaję 

się do medycyny w wydaniu szpitalnym.   

Milczała, kompletnie zaskoczona tym oświadczeniem. Mark miał zostać chirurgiem. Zawsze 

tego pragnął. Przecież to było jego powołanie! Machinalnie podniosła kieliszek do ust i upiła łyk, 
potem następny. Nawet nie usłyszała, że wywołano ich numerek. Mark przyniósł dwa koszyczki 
pełne aromatycznych krewetek z frytkami zawiniętymi w rożek z papierowej serwetki oraz dwa 
drewniane widelce i zestaw przypraw.   

– Proszę, Allie. Cóż za zapach! 
Jedzenie  rzeczywiście  pachniało  bosko.  Było  też  tuczące  i  wyjątkowo  pyszne.  Allie 

pozwoliła  sobie  na  bezgłośne  westchnienie.  Ignorując  wszelkie  dietetyczne  zalecenia,  obficie 
posypała  frytki  solą  i  z  rozkoszą  schrupała  pierwszy  kęs.  Lekarz  rodzinny,  pomyślała  smętnie. 
Coś okropnego...   

background image

– Allie? 
– Tak? 
– Co się stało? 
Czyżby miała swoje rozterki wypisane na twarzy? 
–  Właściwie  nic.  –  Wzruszyła  ramionami.  –  Tak  sobie  myślałam...  Zawsze  chciałeś  być 

chirurgiem.   

–  Ale  już  nie  chcę.  –  Uśmiechnął  się  szeroko.  –  Wierz  mi,  początkowo  sam  byłem 

oszołomiony.  Jakoś  się  z  tym  pogodzisz.  Jedz,  te  krewetki  są  znakomite.  Masz  ochotę  na  sos 
tatarski? 

–  Uhm.  –  Oderwała  róg  plastikowej  torebeczki  i  wycisnęła  z  niej  sos,  po  czym  nabiła  na 

widelec kolejny kęs. Jedzenie rzeczywiście zasługiwało na pochwały, skupiła więc uwagę na nim 
i usiłowała cieszyć się towarzystwem Marka, ale już nie była taka radosna. Miała wrażenie, że 
coś w niej zgasło.   

Mark  odwiózł  ją  do  domu  i  pożegnał  kolejnym  gorącym  pocałunkiem.  Dopiero  wtedy 

zrozumiała, czemu jest taka smutna. Jej i Marka nie czeka wspólna przyszłość. Wykluczone, by 
związała  się  z  lekarzem  rodzinnym.  Na  pewno  nie  wyjdzie  za  kogoś  takiego  i  nie  urodzi  mu 
dzieci,  wiedząc,  że  mogą  stracić  ojca.  Na  własne  oczy  widziała,  jaką  cenę  w  tej  sytuacji  płaci 
kobieta i nie chciała tego doświadczyć.   

Była  tak  roztrzęsiona,  że  z  pewnym  opóźnieniem  zdała  sobie  sprawę  ze  swej  śmieszności. 

Znów się zagalopowała. Zaledwie dwa razy umówiła się z Markiem, a już zachowywała się tak, 
jakby poprosił ją o rękę. Położyła się do łóżka i zwinięta w kłębek długo nie mogła zasnąć.   

Z samego rana na oddział przyjęto siedmioletnią dziewczynkę z wrodzonym zwłóknieniem 

torbielowatym.  Aktualnie  Claudia  Hall  przechodziła  kolejną  poważną  infekcję  dróg 
oddechowych i lekarz zalecił dożylne podawanie antybiotyku. AUie serdecznie przywitała małą 
pacjentkę i jej mamę będącą w zaawansowanej ciąży. Claudia była tu już drugi raz w ciągu kilku 
miesięcy.  Poprzednio  karmiono  ją  w  nocy  za  pomocą  tuby  wprowadzonej  przez  przetokę 
żołądkową, ponieważ dziecko jadło o wiele za mało.   

Allie  wiedziała,  że  zwłóknienie  torbielowate,  inaczej  zwane  mukowiscydozą,  jest  chorobą 

nie  tylko  układu  oddechowego.  Często  wywołuje  ono  również  zaburzenia  funkcji  układu 
pokarmowego,  upośledzając  przyswajanie  pożywienia  i  wydzielanie  enzymów.  Dlatego  jedząc 
potrawy  zawierające  tłuszcz,  Claudia  musiała  przyjmować  tabletki  zawierające  enzymy,  by  jej 
organizm  mógł  prawidłowo  trawić.  Niezmiernie  ważnym  problemem  było  dla  Claudii 
zachowanie odpowiedniej wagi ciała. Teraz z powodu infekcji dziewczynka znów schudła. Allie 
bardzo jej współczuła; w swoim krótkim życiu to dziecko już tak wiele przeszło.   

– Gdzie będę leżeć? – spytała Claudia.   
– Co powiesz na łóżeczko przy oknie? 
– Wspaniale. Nie chcę być w pokoju Kubusia Puchatka.   
–  Tym  razem  nie  musisz  iść  do  izolatki,  bo  nie  stwierdzono  zakażenia  bakteryjnego.  Jak 

background image

miewa się Prosiaczek? 

–  Całkiem  dobrze.  –  Claudia  podciągnęła  sweter  i  pokazała  Allie  tubę  zainstalowaną  w 

przetoce  żołądkowej.  Zrobiono  to  w  owym  pokoju  Kubusia  Puchatka  i  dlatego  tuba  została 
nazwana Prosiaczkiem. – Zawsze w nocy podjada.   

– Świetnie. Zaraz wypełnimy twoją kartę i będziesz mogła iść do pokoju zabaw.   
– Katie jeszcze tu jest? 
– Już nie, skarbie. Ale są inne dziewczynki.   
Claudia wdrapała się na łóżko i tak się rozkasłała, że dostała torsji. Przygotowana na to Allie 

błyskawicznie podstawiła dziecku papierową tackę.   

– Ostatnie dni były trudne – rzekła Jayne, matka dziewczynki. – Kaszel się wzmagał i doktor 

Barrett zalecił pobyt w szpitalu. Tym razem Claudia ma zapalenie płuc.   

–  Tak,  dlatego  ma  dostawać  gentamycynę.  Musimy  cię  jakoś  postawić  na  nogi,  prawda, 

kotku? – Allie uśmiechnęła się do opartej o poręcz łóżka, wyraźnie zmęczonej dziewczynki.   

– Ostatnio prawie nie sypia – dodała Jayne, a cienie pod oczami dowodziły, że jej też brakuje 

snu.   

– Kiedy ma pani termin porodu? 
–  Dopiero  za  trzy  tygodnie,  ale  nie  wiem,  czy  wytrzymam.  Naciągnęłam  sobie  ścięgna 

miednicy,  co  jest  bardzo  bolesne.  Muszę  nosić  specjalny  pas,  który  utrudnia  chodzenie,  więc 
lekarz może zdecyduje się na wcześniejsze wywołanie porodu.   

Biedna kobieta, pomyślała Allie. Jakby miała za mało zmartwień.   
– Wkrótce pani odżyje – zapewniła i odwróciła się do Claudii. – Jak tam, maleńka? Trochę 

lepiej? 

Dziewczynka  skinęła  głową,  ale  zrobiła  to  tylko  z  grzeczności.  Wyglądała  jak  siedem 

nieszczęść i Allie chętnie by ją przytuliła.   

–  Zaraz  przyjdzie  doktor  Jarvis.  Zbada  cię  i  podłączy  kroplówkę.  Dostaniesz  lekarstwo  i 

szybko  wyzdrowiejesz.  –  Allie  wyjęła  z  kartonowej  teczki  arkusz  z  nalepkami,  na  których 
widniały  dane  pacjenta:  nazwisko,  adres,  nazwisko  najbliższego  krewnego,  numer  w  szpitalnej 
kartotece i tak dalej. Nalepki te należało umieścić na wszystkim, co miało jakikolwiek związek z 

chorym. – Dane się nie zmieniły? 

– Nie, wszystko jest tak samo – zapewniła Jayne.   
– Doskonale. – Allie przylepiła nalepkę na karcie zdrowia i zawiesiła ją na łóżku. Następnie 

zmierzyła  Claudii  temperaturę  i  ciśnienie.  Szmery  oddechowe  usłyszała  już  wcześniej,  gdy 
dziewczynka mówiła. Teraz trochę się wzmogły.   

– Napije się pani herbaty? – spytała, zapisując wyniki.   
– Och, z przyjemnością – odparła Jayne. – Mogę ją zaparzyć? 
– Lepiej proszę tu zostać. Znajdę kogoś, kto się tym zajmie. Pije pani słabą, bez mleka i bez 

cukru, prawda? 

– Jakim cudem pani zapamiętała? – Jayne chyba była bliska łez.   

background image

Allie  domyślała  się,  że  ta  ciąża  wiele  kosztuje  matkę  Claudii.  Jayne  kilkakrotnie  roniła  i 

nadal  wszystko  mogło  się  zdarzyć.  Ale  tym  razem  na  szczęście  zbliżał  się  koniec  dziewiątego 
miesiąca.   

– Mam świetną pamięć do nieważnych drobiazgów. – Uśmiechnęła się i wyszła na korytarz, 

gdzie  natknęła  się  na  Pearl,  salową  z  Jamajki.  –  Zrobiłabyś  filiżankę  herbaty  dla  Jayne  Hall? 
Słabą, czarną, nie słodzoną.   

– Spokojna głowa, skarbeńku, pamiętam Jayne. Czasem  mi się wydaje,  że ona tu  mieszka. 

Zaraz dam jej herbatki. I tak miałam spytać, czy czegoś nie przynieść.   

Allie  nie  po  raz  pierwszy  stwierdziła,  że  Pearl  to  na  oddziale  prawdziwy  skarb.  Ta  starsza 

kobieta  była  niezmiernie  sympatyczna  i  cierpliwa.  Z  niepojętą  łatwością  umiała  poskromić 
rozbrykane dzieciaki, które zresztą ją uwielbiały.   

Amy Fulcher po wczorajszej operacji wyglądała już dużo lepiej i drzemała, podobnie jak jej 

mama,  wygodnie  usadowiona  w  fotelu,  przysuniętym  do  łóżeczka  małej.  Obie  bardzo 
potrzebowały trochę zdrowego snu, toteż Allie uznała, że lepiej ich nie budzić.   

Spojrzała  w  stronę  łóżka  Claudii  i  zobaczyła  gawędzącego  z  nią  i  Jayne  Marka.  Przysiadł 

obok dziewczynki i z uśmiechem próbował ją rozbawić. Dlaczego, na Boga, nie zdecydował się 
na zawód chirurga? Przecież tak o tym marzył...   

Nadal nie pojmowała, czemu Mark zrezygnował ze swych ambitnych planów. I jednocześnie 

usiłowała  pogodzić  się  z  rozczarowaniem.  Może  umówić  się  z  Markiem  na  parę  randek, 
ewentualnie  trochę  z  nim  poromansować,  ponieważ  był  jedynym  mężczyzną,  który  obudził  w 
niej pożądanie. Ale nie czeka ich wspólna przyszłość. Należy zapomnieć o trwałym związku, o 
szczęśliwym życiu we dwoje.   

Przełknęła ślinę i znalazła sobie zajęcie na drugim końcu dużej sali, żeby być jak najdalej od 

Marka,  jego  śmiejących  się  oczu  i  tego  cudownego  uśmiechu,  za  sprawą  którego  zawsze 
pojawiało  się  słońce.  Wkrótce  jednak  Mark  poprosił,  żeby  pomogła  mu  podłączyć  Claudii 
kroplówkę.  Zamierzał  zastosować  długą  kaniulę  sięgającą  od  wejścia  w  zgięciu  łokcia  aż  do 
klatki piersiowej.   

– Takie podłączenie jest trwalsze od zwykłej kroplówki z igłą – wyjaśnił Claudii i jej matce. 

– A w tym przypadku planujemy terapię kilkutygodniową. Lepiej więc założyć tę rurkę, niż co 
trochę cię kłuć, prawda, Claudio? 

Dziewczynka  poważnie  skinęła  głową  i  została  zawieziona  do  pokoju  zabiegowego, 

ponieważ wszystkie czynności należało wykonać we względnie sterylnych warunkach. Allie była 
pełna szacunku dla małej pacjentki. Dzięki matce Claudia wiedziała bardzo dużo na temat swej 
choroby.  Potrafiła  imponująco  nad  sobą  panować  i  tym  razem  prawie  nie  płakała.  A  Mark 
wykonał zabieg bardzo delikatnie i sprawnie, po czym Allie podała pierwszą dawkę antybiotyku.   

– W porządku? – spytał Mark.   
Claudia skinęła głową. Najwyraźniej była wykończona. To okropne, że ten dzieciak musi tak 

się męczyć, pomyślała Allie. Ale lepsze to niż zmaganie się z infekcją płuc, które i tak już nie 

background image

pracowały prawidłowo.   

– Mogę teraz iść się pobawić? – spytała Claudia, gdy Allie przewiozła ją z powrotem do sali.   
–  Oczywiście.  Ale  weź  papierową  tackę,  bo  może  ci  się  zrobić  niedobrze.  Chcesz,  żebym 

przedstawiła cię dzieciom? 

– Nie, dam sobie radę.   
– Jest taka samodzielna – z dumą stwierdziła Jayne i usiadła w wielkim fotelu obok łóżka. – 

Można by sądzić, że z powodu choroby będzie ciapowata, ale to zupełnie nie w jej stylu. Ona nie 
roztkliwia się nad sobą. Zupełnie jakby...   

Urwała  i  zacisnęła  usta,  a  Allie  przez  moment  zastanawiała  się,  co  czuje  ciężarna  matka 

dziecka  chorego  na  mukowiscydozę.  Przecież  istnieje  dwudziestopięcioprocentowe  ryzyko,  że 
kolejne  dziecko  będzie  genetycznie  obciążone  tą  chorobą.  Serdecznie  poklepała  panią  Hill  po 
ramieniu i pomknęła do bufetu na zasłużony lunch. Właśnie piła herbatę, gdy podeszła Beth.   

–  On  jest  boski  –  oświadczyła  bez  żadnych  wstępów.  –  Widziałam  go  w  poradni.  Co  za 

apetyczny osobnik.   

– Wiem – ponuro mruknęła Alłie. Nawet nie udawała, że nie wie, o kim Beth mówi.   
– Co z tobą? – Beth zmierzyła ją uważnym spojrzeniem. – To ja powinnam chodzić z nosem 

na kwintę. Ten wspaniały facet interesuje się tobą; mnie nie zauważyłby, nawet  gdybym miała 
sześć nóg! 

– Głupstwa pleciesz. – Allie parsknęła śmiechem. – On zamierza zostać lekarzem rodzinnym 

– dodała po chwili.   

– Super. Wszędzie ich brakuje.   
– Ale ja nie chcę, żeby pracował w tym zawodzie. To okropnie stresujące.   
–  Decyzja  chyba  należy  do  niego?  A  poza  tym  czy  to  ważne?  Przystojny  facet  wysyła  w 

twoim  kierunku  wszystkie  ważne  sygnały.  Musiałabyś  być  stuknięta,  żeby  to  zignorować. 
Stuknięta, nieżywa lub kompletnie aseksualna.   

Allie  nie  mogła  się  z  tym  nie  zgodzić.  W  towarzystwie  Marka  na  pewno  czuła  się  jak 

stuprocentowa kobieta. Może nie stuknięta, lecz trochę szalona, a to co innego.   

Dopiła  herbatę  i  odstawiła  filiżankę.  Szczęśliwe  zakończenia  istnieją  zapewne  tylko  w 

bajkach,  a  w  życiu  trzeba  cieszyć  się  teraźniejszością.  Kto  powiedział,  że  każdy  romans  ma 
zostać uwieńczony ślubem? Posłała Beth oszałamiający uśmiech.   

–  Prawdziwy  z  ciebie  skarb  –  oświadczyła  zdumionej  nieco  koleżance.  –  Zobaczymy  się 

później.   

Radosna jak skowronek wróciła na oddział i zabrała się do pracy.   

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Mark na razie się z nią nie umawiał i zaczęła się zastanawiać, czy nie obiecywała sobie zbyt 

wiele  po  tym  związku.  Jeśli  można  tak  określić  ich  znajomość.  Przecież  nie  utrzymywali 
kontaktów  przez  pięć  lat,  a  potem  spotkali  się  prywatnie  zaledwie  dwa  razy.  I  może  tylko 
dlatego,  że  Mark  nie  znał  w  Audley  nikogo  oprócz  niej.  Co  prawda  z  łatwością  poderwałby 
Annę, lecz widocznie nie gustował w rudzielcach.   

Allie  uznała,  że  powinna  skupić  się  na  pracy  i  za  wszelką  cenę  ignorować  Marka.  Ale 

okazało  się  to  trudniejsze,  niż  sądziła.  Ilekroć  przebywał  na  oddziale,  jej  wewnętrzny  radar 
natychmiast  zaczynał  szaleć.  Wtedy  przygryzała  wargi  i  z  jeszcze  większym  poświęceniem  niż 
zwykłe zajmowała się pacjentami.   

Dzięki  antybiotykowi  mała  Claudia  Hall  czuła  się  coraz  lepiej,  choć  często  dokuczały  jej 

mdłości.  Podawanie  leku  przez  cewnik  wzięli  na  siebie  rodzice  dziewczynki,  którzy  byli  tak 
bardzo  zaangażowani  w  terapię  córeczki,  ze  fachowo  wykonywali  te  zabiegi.  Jak  wielu 
współczesnych  rodziców  wszechstronnie  doszkolili  się  w  związku  z  chorobą  swego  dziecka. 
Dzięki ich wyjaśnieniom Claudia również dobrze się orientowała, co jej dolega i jak trzeba z tym 
walczyć.   

Była  bardzo  dzielna,  lecz  nie  znosiła  jednego  z  najprostszych  zabiegów.  Co  trzy  dni 

pobierano  jej  krew  do  analizy,  by  sprawdzić,  czy  osłabiony  organizm  radzi  sobie  z  silnym 
antybiotykiem.  Claudia  sama  wybierała  rękę  do  nakłucia,  następnie  wcierała  w  nią  „magiczny” 
krem służący do miejscowego znieczulenia i liczyła do trzech. Właśnie wtedy odklejano plaster, 
czego mała najbardziej nie lubiła. Wszyscy wiedzieli, że tylko ona ma prawo zdecydować, kiedy 
nastąpi ten przykry moment.   

Darren Forsey także wydobrzał po operacji, lecz nadal był mocno przygaszony i z powodu 

woreczka nie chciał bawić się z rówieśnikami. Allie mnóstwo razy zapewniała go, że woreczek 
nie  pachnie  brzydko  ani  go  nie  widać  spod  luźnej  bluzy,  lecz  chłopak  był  przewrażliwiony  na 
tym  punkcie.  Dopiero  Mark  zdołał  namówić  Darrena  do  wychodzenia  z  pokoju.  Powiedział 
chłopcu, że podobnemu zabiegowi musiało się poddać kilka sławnych osób – znany dziennikarz 
telewizyjny oraz piosenkarz i aktor.   

– Niewiele by osiągnęli, gdyby nie ruszyli się z miejsca, prawda? – argumentował Mark.   
Darren  przemyślał  sobie  słowa  lekarza  i  niewątpliwie  wyciągnął  stosowne  wnioski.  W 

piątkowy ranek nieoczekiwanie oświadczył Allie, że idzie do sali zabaw, aby sprawdzić, co jest 
w telewizji.   

–  Tam  mają  kablówkę  –  wyjaśnił,  gdy  Allie  z  niewinną  miną  spytała,  czy  przestał  działać 

telewizorek w jego pokoju.   

W  sali  zabaw  właśnie  skończyła  się  poranna  lekcja.  Dzieci  brykały  na  całego  i  prawie  nie 

background image

zauważyły przybycia Darrena.   

– Ten rudy to Peter – oznajmiła Allie. – Tamten z ręką na temblaku to Adam, a dziewczynka 

ma na imię Claudia. Chcesz, żebym cię przedstawiła? 

Przecząco  potrząsnął  głową.  Pewnie  chciał  dyskretnie  wmieszać  się  w  grupę.  Gdy  będzie 

gotów, sam się przedstawi, a w razie potrzeby trafi z powrotem do swego łóżka. Wychodząc na 

korytarz, Allie spojrzała przez ramię na Darrena – i dosłownie wpadła na Marka. Przytrzymał ją i 
uśmiechnął się tym przepięknym uśmiechem, a jej serce zamarło.   

– Właśnie cię szukałem.   
– I znalazłeś – odparła bez tchu i z tego powodu zła na siebie. Mark przez cały tydzień nie 

okazał jej cienia zainteresowania.   

– Jesteś wieczorem zajęta? 
–  Dzisiaj?  –  Była  wolna,  lecz  uznała,  że  chwila  zastanowienia  nie  zaszkodzi.  –  Czemu 

pytasz? 

– Doszedłem do wniosku, że najwyższa pora wreszcie się przewietrzyć. Przez dwie ostatnie 

noce pracowałem i wkuwałem, więc należy mi się wychodne. Może się przyłączysz? 

– Zależy, do czego – odparła z udawanym wahaniem.   
–  Jeszcze  nie  wiem.  –  Lekko  wzruszył  ramionami.  –  Może  być  restauracja,  tańce,  kino, 

spokojny pub, telewizja – wszystko z wyjątkiem studiowania książek medycznych! 

– To znacznie poszerza możliwości – rzekła ze śmiechem. – Dobrze, pomyślę, co wybrać. I 

spytam o radę Beth. Ona dużo lepiej zna rozrywki tego miasta. Baluje częściej niż ja.   

–  Moje  ty  biedactwo.  –  W  oczach  Marka  błysnęły  iskierki  radości,  a  Allie  miała  ochotę 

kopnąć się za swoją szczerość.   

–  Niektórzy  wcześnie  chodzą  do  łóżka  –  oświadczyła  z  miną  skromnisi,  a  usta  Marka 

podejrzanie drgnęły.   

– Coraz lepiej – zamruczał, ona zaś poczuła, że się rumieni po korzonki włosów.   
– Wiesz, o co mi chodzi – wycedziła, a on zachichotał.   
– Niestety tak – przyznał. – Znam to z doświadczenia. Wiesz co? Zastanów się, na co masz 

ochotę, a kiedy się zdecydujesz, wpadnij po mnie, żebym mógł się odziać stosownie do okazji. 
Mieszkam w pokoju numer osiemnaście i powinienem tam być już od wpół do szóstej. Zgoda? 

– Niech będzie. To na razie.   
Może  podczas  bytności  w  pokoju  Marka  znajdzie  jakieś  wskazówki  pozwalające  lepiej 

poznać jego osobowość. Chciała wiedzieć, jakim obecnie jest człowiekiem. Nawet gdyby mieli 
przeżyć  tylko  gorącą  przygodę,  Allie  potrzebowała  do  tego  czegoś  więcej  niż  tylko  przypływu 
hormonów. W końcu nawet para zwykłych kolegów musi umieć ze sobą rozmawiać! 

 
– Proszę! 
Otworzyła  drzwi  i  ujrzała  Marka  z  ręcznikiem  na  szyi  i  tylko  w  dżinsach.  Z  ich  nogawek 

wystawały bose stopy.   

background image

–  Cześć.  –  Posłał  jej  wesoły  uśmiech.  –  Przyłapałaś  mnie.  Właśnie  wyszedłem  spod 

prysznica. Co robimy? 

Wzruszyła ramionami, zafascynowana tym widokiem. Na skórze Marka nadal lśniły kropelki 

wody. Allie śledziła wzrokiem kilka z nich, gdy zygzakiem spłynęły pod pasek spodni.   

– Nie... nie wiem. – Oderwała spojrzenie od jego torsu i zarumieniła się. – Nie widziałam się 

ani z Beth, ani z Lucy, więc nie mogłam spytać o radę.   

Trzymając końce ręcznika, Mark przysiadł na brzegu okiennego parapetu i skrzyżował nogi 

w kostkach. Wyglądał tak seksownie, że Allie zrobiło się gorąco.   

– Na co masz ochotę? – spytał, a ona oniemiała.   
– Czy ja wiem... Moje koleżanki dziś wieczorem idą na imprezę, więc mógłbyś przyjść do 

mnie. Przygotuję kolację – wypaliła bez zastanowienia.   

– Domowe pyszności? – Szare oczy rozbłysły uśmiechem. – Wspaniale. Mówisz poważnie? 
–  Oczywiście  –  odparła  lekkim  tonem,  gorączkowo  się  zastanawiając,  czym  go  nakarmi. 

Spiżarnia była pusta, jak zwykle zresztą. Trzeba  będzie zrobić błyskawiczne zakupy i  upichcić 
jakieś  mało  pracochłonne  danie.  –  Masz  ochotę  na  coś  konkretnego?  –  spytała  z  udawanym 
spokojem,  błagając  opatrzność,  aby  umiała  to  przyrządzić.  Gotowanie  nie  należało  do  jej 
najmocniejszych stron.   

– Zjem, co dasz, z wyjątkiem podrobów i fasoli. Nie jestem wybredny.   
Skinęła głową i zaczęła się wycofywać.   
– Możesz przyjść koło wpół do ósmej? 
Mark przytrzymał drzwi i uśmiechnął się. Stał tuż obok i było widać pulsujące miejsce pod 

jego uchem. Właśnie pojawiła się tam cieniutka strużka wody i Allie miała przemożną ochotę ją 
zlizać. Ledwie się powstrzymała.   

–  Jasne  –  odparł  i  lekko  musnął  wargami  jej  usta.  Ogarnęła  ją  fala  żaru  i  mogło  z  tego 

wyniknąć  Bóg  wie  co.  Allie  uznała,  że  lepiej  nie  czekać  na  rozwój  sytuacji.  Posłała  Markowi 
uśmiech i prawie biegiem pomknęła po korytarzu. Była bliska paniki. Zaprosiła Marka na kolację 
i musi spędzić z nim cały wieczór. Wątpiła, czy go przetrwa! 

Kolejny  raz  zadzwonił  do  drzwi  i  przełożył  butelkę  wina  z  jednej  ręki  do  drugiej, 

zastanawiając się, czemu nikt nie otwiera. Nagle usłyszał za sobą pośpieszne kroki. Odwrócił się 
i  ujrzał  Allie  –  właśnie  skręciła  z  ulicy  w  alejkę  przed  domem.  W  dłoni  ściskała  papierową 
torebkę.   

– Przepraszam, Mark. – Sięgnęła po klucz. – Długo czekasz? Zapomniałam o śmietanie do 

sosu. Wejdź.   

Była zdyszana i zarumieniona od wiatru, a jej oczy lśniły jak gwiazdy. Wyglądała cudownie. 

Boże, pomóż mi trzymać ręce przy sobie, pomyślał, z żalem odrywając wzrok od jej falujących 
piersi.  Wdychając  apetyczne  zapachy,  wszedł  za  Allie  do  holu,  a  stamtąd  do  małej  kuchni. 
Pomieszczenie było  skromnie wyposażone, lecz  świeżo odmalowane, zadbane i  czyste jak  sala 
operacyjna. A jedzenie pachniało bosko.   

background image

– Mógłbym ci pomóc, Allie? 
– Nakryjesz do stołu? O, wino! Dzięki, zupełnie o tym zapomniałam, ale nie trzeba było...   
– Dlaczego nie? Ty zadałaś sobie tyle trudu. – Gestem wskazał garnki na kuchence, a Allie 

uśmiechnęła się i stała jeszcze bardziej słodka.   

– Dziękuję...   
Jest prześliczna, pomyślał znów Mark z niepokojem.   
– Gdzie są sztućce? 
– Tutaj. – Otworzyła szufladę, podszedł więc do niej i oprócz apetycznego zapachu potraw 

poczuł jeszcze inny aromat. Mydła? Perfum? Skóry Allie? Chwycił sztućce i uciekł w bezpieczne 
miejsce  po  przeciwnej  stronie  stołu,  by  usiąść,  zanim  wprawi  w  zażenowanie  ich  oboje.  Allie 
wręczyła  mu  korkociąg,  więc  z  ulgą  zajął  się  otwieraniem  butelki.  Napełnił  dwa  kieliszki  i 
przysunął jeden w stronę Allie.   

– Proszę, spróbuj.   
Podziękowała uśmiechem, wypiła łyczek i znów się uśmiechnęła.   
– Pyszne. Dziękuję, że pamiętałeś.   
– Nie ma za co. Wypijmy za spotkania po latach. – Uniósł kieliszek. – Oraz za nas – dodał 

cicho.   

 
Jest naprawdę wspaniałym kompanem, pomyślała Allie, gdy kończyli jeść. Z siebie też była 

zadowolona  –  niczego  nie  przypaliła  i  nie  zepsuła,  a  Markowi  chyba  smakowało.  To  wszystko 
zakrawało na cud. Wstawiła talerze do zlewu i włączyła ekspres do kawy, po czym wypchnęła 
Marka  z  kuchni,  by  nie  zabrał  się  za  zmywanie.  Zaprowadziła  go  do  saloniku  i  popchnęła  na 
kanapę, lecz natychmiast, złapana za rękę, wylądowała obok niego. A on otoczył ją ramieniem, 
musnął wargami jej usta i uśmiechnął się.   

– Kolacja była wspaniała. Dzięki.   
Jej serce załomotało w przyśpieszonym tempie.   
–  Proszę  bardzo.  –  Odsunęła  się  i  z  podwiniętymi  pod  siebie  nogami  usadowiła  się  w 

przeciwległym rogu. Tutaj, w pewnej odległości od Marka, czuła się bezpieczniej. – Wiesz, mam 
poczucie  dejà  vu  –  przyznała.  –  Pięć  lat  temu  siedzieliśmy  tak  całymi  godzinami,  porządkując 
świat.   

– Pamiętam. Ale nie odnieśliśmy oszałamiającego sukcesu, prawda? 
– Byłam okropna. Zabierałam ci masę czasu  – mruknęła, wpatrzona w swoje dłonie. – Nie 

dawałam ci chwili spokoju.   

– Byłaś rozkoszna. Uwielbiałem tamte dyskusje. Uśmiechnęła się, przypominając sobie, ile 

zrozumienia jej okazywał.   

–  Tak  cierpliwie  umiałeś  słuchać  mojego  paplania.  Uważałam  cię  za  najwspanialszego 

mężczyznę na świecie.   

– Dlatego na mnie leciałaś? 

background image

– O Boże, to było aż tak oczywiste? – Zaczerwieniła się. – Chyba nawet nie zdawałam sobie 

sprawy z tego, że to robię. Byłam takim naiwnym głupiątkiem. Wybacz.   

– Nie przepraszaj. Masz pojęcie, jak bardzo miałem ochotę dać ci się skusić? 
Poczuła, że znów się czerwieni, i wcisnęła się w róg kanapy.   
– Nawet dobrze nie wiedziałam, co prowokuję. Gdybyś nie okazał się dżentelmenem, pewnie 

umarłabym ze strachu.   

–  O  ile  dobrze  pamiętam,  zapłaciłem  za  to  dwoma  tygodniami  bezsenności.  Wciąż  sobie 

wyobrażałem, co jest pod tą skromną nocną koszulką, biłem się z myślami...   

–  Nie  miałam  pojęcia,  że  przeżywałeś  takie  katusze  –  rzekła  skruszona.  –  Sądziłam,  że 

uważasz mnie za dzieciaka. Nawet  wtedy,  gdy  pocałowałeś mnie na pożegnanie, myślałam, że 
chciałeś tylko sprawić mi przyjemność.   

– Tobie? Po prostu  musiałem cię pocałować,  ale nie wyszło  mi to  na dobre. Później przez 

całe lata torturowałem się wspomnieniami. A gdy niedawno pocałowałem cię naprawdę... Cóż, 
przeszło to moje najśmielsze oczekiwania.   

Coś między nimi zaiskrzyło i Allie ledwie mogła oddychać. Jej serce znów wyczyniało jakieś 

harce,  a  spojrzenie  Marka  działało  wręcz  hipnotyzująco.  Kiedy  więc  wyciągnął  po  nią  ręce, 
pozwoliła się objąć i na wpół się osunęła, a na w pół padła w jego ramiona. Leżąc na plecach, 
patrzyła  w  piękne,  szare  oczy,  lśniące  jak  dwa  jasne  kamyki  na  dnie  przejrzystego,  górskiego 
strumienia.   

– Och, Allie. – Pochylił się i dotknął wargami jej ust. Nie było w tym pocałunku nawet cienia 

pośpiechu,  nic  alarmującego,  tylko  sama  czułość  z  odrobiną  wahania,  łagodnie  sugerującego 
nadchodzącą namiętność.   

–  Masz  cudowny  smak...  Mogę  się  położyć  przy  tobie?  Skinęła  głową,  więc  się  podniósł, 

zsunął buty i wyciągnął się obok niej, po czym wziął ją w ramiona.   

– Trafiłem do raju  – stwierdził z westchnieniem  i  odnalazł  jej usta. Gdy silne, ciężkie udo 

rozsunęło jej nogi, bezwiednie jęknęła, wtulając się w szerokie ramiona Marka. Czuła się w nich 
zadziwiająco dobrze i bezpiecznie.   

– Jesteś śliczna, Allie – powiedział z takim przekonaniem, że mu uwierzyła.   
Znów zaczął  ją całować  i  tym  razem  podziałało  to na nią tak oszałamiająco, że całkiem  się 

zatraciła. Stopniała w objęciach Marka, drżąca i bezradna, gotowa spełnić każdą jego prośbę. Ale 
on  niczego  nie  żądał,  tylko  całował  ją  do  utraty  tchu,  później  zaś  wsunął  sobie  jej  głowę  pod 
brodę,  a  zamknięta  w  uścisku  Allie  oparła  skroń  na  piersi  Marka  i  wsłuchała  się  w  bicie  jego 
serca. Oboje milczeli, dopóki tętna ich nie wyrównały się, a namiętność nie opadła.   

– Wieki temu chyba parzyłaś kawę? Kawę? Ależ on jest przyziemny, pomyślała.   
– Uhm. Na pewno od dawna jest gotowa.   
– Pozwól, że się tym zajmę.  – Cmoknął ją w policzek i zostawił na kanapie  – bezwładną i 

zdumiewająco  spokojną,  mimo  dręczącej  ciało  frustracji.  Mark  wrócił  po  kilku  minutach  i 
postawił  na  stoliku  tacę  z  kawą  oraz  paczką  cieniutkich  miętowych  czekoladek.  Allie  nagle 

background image

otrzeźwiała.   

– Skąd wziąłeś te rozpustne pyszności? 
– Z kieszeni swojego płaszcza.   
– To moje ulubione słodycze – stwierdziła niemal z pretensją w głosie.   
– Wiem. – Uśmiechnął się, wyraźnie z siebie zadowolony. – W tamtym bistro wchłonęłaś ich 

chyba z tysiąc.   

Parsknęła śmiechem.   
– Utkwiło ci to w pamięci.   
–  Jak  każdy  inny  szczegół  o  tobie  –  wyjaśnił  lekkim  tonem,  lecz  Allie  wyczuła,  że  jest  to 

prawdziwe wyznanie, i zrobiło się jej ciepło na sercu.   

Przesunęła  się  na  brzeg  kanapy,  wzięła  z  rąk  Marka  filiżankę,  na  moment  zanurzyła 

czekoladkę w parującym napoju i ssąc ją, włożyła do ust.   

– Ohyda – mruknął Mark z czułością. – Zawsze wszystko musiałaś namoczyć.   
– Tak lepiej smakuje. Sam spróbuj.   
– Wykluczone. Lubię zimne i kruche.   
Usiadł  obok,  otoczył  ją  ramieniem  i  przytulił.  Oparła  się  o  niego,  rozkoszując  się  ciepłem 

jego ciała i tą chwilą cudownego relaksu w jego towarzystwie. Przez parę minut oboje milczeli, 
chrupiąc, maczając i popijając.   

–  Masz  chęć  na  jeszcze  jedną  kawę?  –  spytała,  gdy  zjedli  ostatnią  czekoladkę,  a  Mark 

odstawił pustą filiżankę.   

– Nie, dziękuję. Padam na nos ze zmęczenia i muszę wcześnie iść spać. Co robisz jutro? 
– Jutro? – powtórzyła niemądrze, usiłując skłonić rozum, by zapanował nad jej rozbudzonym 

ciałem. – Chyba nic. Idę na dyżur dopiero w niedzielę. Czemu pytasz? 

–  Zamierzam  rozejrzeć  się  za  jakimś  domem.  Agentka  poleciła  mi  dwa  w  Pulham.  Może 

chciałabyś obejrzeć je ze mną? 

– Naprawdę szukasz domu? – Allie trochę się zdziwiła.   
–  Przez  rok  będę  miał  praktykę  lekarza  rodzinnego  w  rejonie  Pulham,  więc  uznałem,  że 

warto pomieszkać jak człowiek. Nigdy nie kupowałem domu, więc zapewne nieźle się ubawisz, 
patrząc, jak się miotam. Przyznaję, że sam nie wiem, czego szukać.   

– Ukrytych wad – odparła z uśmiechem. A więc Mark zostanie i będą mogli się widywać! 

Zdumiewające,  że  tak  się  z  tego  ucieszyła.  –  Bardzo  chętnie  się  z  tobą  wybiorę  –  odparła  bez 
wahania. – Uwielbiam oglądać domy. Do niczego się nie przydam, ale z radością pomyszkuję po 
kątach.   

– Świetnie. Wpadnę po ciebie o dziesiątej. Ubierz się w coś odpowiedniego do chodzenia. 

Chciałbym sprawdzić trasy spacerowe i połazić po okolicy, jeśli zdążymy.   

– Włożę kalosze.   
Wstał,  podniósł  ją  i  objął,  kolejnym  pocałunkiem  znów  zburzył  jej  kruchy  spokój  i  znów 

obudził  w  niej  kocicę,  która  właśnie  zaczynała  milutko  mruczeć.  Następnie  odsunął  się, 

background image

delikatnie  uszczypnął  ją  w  nos  i  wyszedł,  a  Allie  westchnęła,  sfrustrowana  i  jednocześnie 
zadowolona.   

To  był  cudowny  wieczór,  pomyślała,  stawiając  na  tacy  puste  filiżanki  i  kartonik  po 

czekoladkach.  W  kuchni  stwierdziła,  że  Mark  zdążył  pozmywać,  gdy  poszedł  po  kawę. 
Wzruszona tym przejawem troskliwości poszła na górę, usiłując nie myśleć o braku perspektyw 
związku z Markiem. Na razie nie musiała się tym martwić. Wolała cieszyć się teraźniejszością i – 
zgodnie z sugestią Marka – zobaczyć, co z tego wyniknie.   

A jutro znów się spotkają.   
Pierwszy dom okazał się beznadziejny. Stał w zabudowie szeregowej, podobnie jak domek 

wynajmowany przez Allie i jej koleżanki, lecz na tym podobieństwa się kończyły. Kuchnia była 
ciasna  i  fatalnie  wyposażona,  sypialnie  wyglądały  jak  więzienne  cele,  a  w  maleńkim  ogródku 
mógł  się  zmieścić  najwyżej  pojemnik  na  śmieci  i  plastikowy  fotel.  Brakowało  też  miejsca  do 
parkowania  samochodu.  Wnętrza  urządzono  w  stylu,  który  zdecydowanie  nie  był  w  guście 
Marka.   

Całe  szczęście,  pomyślała  Allie.  Jej  też  się  tu  nie  podobało.  Dom  co  prawda  niedawno 

odnowiono, lecz nie wyszło mu to na dobre, ponieważ usunięto kominy oraz wstawiono ohydne 
nowoczesne  okna  i  drzwi.  Te  elementy  zdecydowanie  kłóciły  się  z  charakterem  całości.  – 
Właściciel  musiał  być  kompletnym  barbarzyńcą  –  stwierdził  Mark.  –  Oby  ten  drugi  dom  miał 
jakieś zalety.   

– Zobaczymy – mruknęła Allie, gdy szli do zaparkowanego dość daleko samochodu. – Jest w 

tej samej cenie? 

– Trochę droższy, ale nie tyle, żeby mnie zniechęcić.   
Mark niewątpliwie był zawiedziony. Zawarł przedwstępną umowę z bankiem udzielającym 

kredytu na zakup nieruchomości, a ich ceny błyskawicznie szły w górę.   

– Ten paskudny domek długo czeka na nabywcę? 
– Kilka miesięcy. Ale ten drugi jeszcze nie trafił na rynek.   
– To napawa optymizmem. Oby jego właściciel był większym realistą. Dokąd jedziemy? 
– Na ulicę Kościelną. Dom nosi nazwę „Chata przy kościele”.   
– Może to dobry omen i Bóg będzie po twojej stronie? – Allie spróbowała uśmiechem dodać 

Markowi otuchy.   

– Może – mruknął z powątpiewaniem.   
Lecz  gdy  dotarli  do  położonego  na  końcu  cichej  uliczki  domku  częściowo  ukrytego  za 

bujnym, choć zaniedbanym ogrodem, Allie wpadła w zachwyt.   

– Och, Mark, tylko spójrz! Jak tu pięknie! 
– Owszem – przyznał. – Aż trudno uwierzyć.   
Przez chwilę przyglądali się ścianom z wyblakłej czerwonej cegły i oryginalnym okiennym 

framugom, które wymagały odnowienia. Przed gankiem rósł dorodny krzak dzikiej róży. Gałązki 
pięły  się  aż  na  dach  i  nawet  teraz,  w  październiku,  były  pokryte  bladoróżowymi  kwiatami.  A 

background image

lekko przekrzywione drzwi nagle się otworzyły i stanęła w nich siwowłosa staruszka. Z ciasnym 
koczkiem na głowie i w zapiętym pod samą szyję żakiecie wyglądała jak kierowniczka wiejskiej 
poczty.   

– Doktor Jarvis? – spytała zdumiewająco silnym głosem.   
–  Tak,  to  ja.  –  Mark  otworzył  furtkę  w  płocie  i  z  uśmiechem  podszedł  do  staruszki.  – 

Zapewne pani Pettitt.   

–  We  własnej  osobie.  Proszę  wejść,  bo  ciepło  ucieka.  Ostatnio  nie  lubię  chłodu,  a  słońce 

grzeje trochę słabiej.   

W środku Mark przedstawił Allie jako swoją koleżankę. Przez moment zastanawiała się, co 

poczuła – rozczarowanie czy ulgę. I zaraz doszła do wniosku, że to bez znaczenia. Rozejrzała się 
wokół i natychmiast zakochała w tym wnętrzu.   

– Śliczne miejsce – stwierdziła cicho.   
–  Rzeczywiście.  –  Mark  sprawiał  wrażenie  oszołomionego.  –  Kolosalna  różnica.  Tutaj  jest 

przepięknie.   

–  Czy  ja  wiem...  –  rzekła  skromnie  kobieta,  ale  w  jej  głosie  zabrzmiała  nuta  dumy.  – 

Starałam się dbać o ten dom jak najlepiej, ale od śmierci Harolda zadanie trochę mnie przerasta. 
Już nie mogę wdrapać się na piętro, więc sypiam tutaj. Łazienka jest na dole, obok kuchni, co mi 
bardzo odpowiada. Proszę wejść na górę i zobaczyć pokoje. Są tylko dwie sypialnie, więc dom 
nie nadaje się dla licznej rodziny.   

– To żaden problem – zapewnił Mark. – Jestem kawalerem.   
Wchodząc na wąskie schody, trzeba było schylić głowę, by nie zawadzić o drewniane belki 

sklepienia. Ciekawe, jak tędy wniesiono meble, pomyślała Allie. Pewnie po kawałku! 

Zatrzymali  się  w drzwiach większej  sypialni.  Z  belkowanego sufitu  zwisały pajęczyny,  ale 

mimo bałaganu pokój wyglądał uroczo i Mark zakochał się w tym miejscu.   

– Tu jest bosko, Allie. – Odwrócił się do niej z radosnym uśmiechem, podekscytowany jak 

dzieciak,  który  zaraz  ma  dostać  gwiazdkowe  prezenty.  –  Nie  ma  porównania  z  tamtym 
brzydactwem.   

– To prawda – przyznała. – Zwłaszcza że tu jest tylko półtorej sypialni i łazienka na dole...   
–  Ale  dom  w  razie  potrzeby  można  rozbudować  i  jest  miejsce  na  garaż.  Strasznie  mi  się 

podoba.   

– Jeszcze nie widziałeś kuchni – powiedziała, by nieco ochłodzić jego entuzjazm, ale Mark 

już  stracił  głowę.  Zbiegł  na  dół,  stwierdził,  że  kuchnia  i  łazienka  są  funkcjonalne,  choć 
staromodnie wyposażone, wyjrzał przez kuchenne drzwi i pognał do pani Pettitt.   

– Kupuję ten dom – oświadczył.   
– Chyba nie będzie pan się targował? – z zafrasowaną miną spytała staruszka. – Muszę sobie 

kupić małe mieszkanie na strzeżonym osiedlu.   

– Nie zamierzam kłócić się o cenę.   
–  Co  za  ulga.  –  Pani  Pettitt  się  rozpromieniła.  –  Ale  zanim  pan  się  zdecyduje,  muszę 

background image

wspomnieć o jeszcze jednej sprawie. Mam nadzieję, że to pana nie zniechęci, bo chciałabym, aby 
właśnie pan tu zamieszkał. Tak dobrze patrzy panu z oczu, i tej młodej damie też. Mieszkam tu 
od ślubu z Haroldem, czyli prawie przez sześćdziesiąt lat. Ale jest pewien problem. Kot.   

– Kot? 
–  Właśnie.  Nie  mogę  go  zabrać,  bo  tam,  gdzie  się  przeniosę,  nie  wolno  trzymać  zwierząt. 

Minnie musi więc znaleźć nowy dom, ale jest już stara tak jak ja i potrzebuje spokoju. Dlatego 
powiedziałam  mojemu  synowi,  że  wyprowadzę  się  stąd  pod  dwoma  warunkami:  jeśli  polubię 
przyszłych właścicieli, a oni zechcą zająć się Minnie. Minnie? Chodź tutaj. Kici, kici, kici.   

Zaklekotała  klapka  w  kuchennych  drzwiach  i  do  pokoju  z  dumą  wkroczyło  wielkie, 

czarnobiałe kocisko. Usiadło przy swojej pani i zmierzyło gości nieprzyjaznym spojrzeniem.   

–  Oto  Minnie  –  oznajmiła  pani  Pettitt  bez  potrzeby.  –  Minnie,  przywitaj  się  z  doktorem 

Janasem i panną Baker.   

Mark  kucnął  i  wyciągnął  dłoń.  Minnie  długo  zastanawiała  się,  co  zrobić,  po  czym  wstała, 

podeszła do niego, obwąchała rękę i otarła się o nią.   

– Och, polubiła pana – z zachwytem rzekła starsza pani. – Zazwyczaj parska, jeśli ktoś nie 

przypadnie jej do gustu.   

–  Szczęściarz  ze  mnie  –  mruknął  Mark,  drapiąc  kota  za  uchem.  Pieszczota  wyraźnie 

wprawiła Minnie w ekstazę, bo zamruczała i wygięła grzbiet.   

– Aha, byłabym zapomniała. Minnie wspaniale łapie szczury. Wiedzą państwo, one buszują 

w śmieciach. Ale od kiedy wzięliśmy Minnie, żaden się nie pojawił.   

Kocica  znudziła  się  Markiem,  powędrowała  do  swojej  pani  i  natychmiast  trafiła  w  jej 

kochające ramiona.   

– Doprawdy nie wiem, jak bez niej wytrzymam. – Oczy pani Pettitt wypełniły się łzami.  – 

Mój syn uważa jednak,  że powinnam  przenieść się do mieszkania, i  muszę przyznać mu  rację. 
Wciąż  się  przewracam,  coraz  bardziej  doskwiera  mi  samotność  i  zaczęłam  robić  głupstwa. 
Dlatego Gerald martwi się o mnie bardziej niż ja sama i wciąż suszy mi głowę.   

– To zrozumiałe, że się o panią niepokoi – zauważyła Allie. – Mieszkanie jest w tej okolicy? 
–  Tak,  i  bardzo  mi  się  podoba.  Poznałam  też  kilku  lokatorów.  Raz  w  tygodniu  grają  w 

brydża, a Harold i ja uwielbialiśmy uciąć sobie partyjkę. No to jak będzie? – Pytająco spojrzała 
na Marka. – Weźmie pan dom razem z kotem? 

– Jeśli Minnie mnie zaakceptuje – odparł z uśmiechem – to ja zaakceptuję ją. Musi pani tylko 

mi powiedzieć, który weterynarz się nią opiekuje, co Minnie jada i tak dalej. Lubię koty. U nas w 
domu zawsze było kilka i bardzo mi ich brakuje, nawet tych, które syczały i pluły.   

–  Wspaniale.  –  Pani  Pettitt  wydała  westchnienie  ulgi.  –  Cóż,  chyba  zadzwonię  do  mojego 

syna, prawda? Zwłaszcza że po południu jeszcze ktoś  miał przyjść zobaczyć dom.  Ale ja wolę 
sprzedać go panu.   

–  Wie  pani,  że  zgodnie  z  przepisami  stan  techniczny  domu  i  jego  wartość  muszą  zostać 

fachowo oszacowane? Tego wymaga bank udzielający mi pożyczki.   

background image

–  To  żaden  kłopot  –  zapewniła  staruszka.  –  Mój  syn  jest  dyplomowanym  inspektorem. 

Uprzedziłby  mnie,  gdyby  coś  nie  było  w  porządku.  Instalacja  elektryczna  została  wymieniona 
dwa lata temu, dach też jest nowy. Porozumiem się teraz z synem i odwołam inne wizyty. Mój 
syn zajmuje się też obrotem nieruchomościami. Jest pan pewien swego wyboru? 

– Bardziej niż czegokolwiek innego.   
– Tak się cieszę. – Pani Pettitt uroniła łezkę ze wzruszenia i wstała. – Zawiadomię Geralda. I 

wydaje mi się, że gdzieś mam kropelkę sherry, więc wypijemy za nasze przedsięwzięcie.   

Staruszka porozmawiała z synem, a Mark dowiedział się od niego, jakie powinien załatwić 

formalności.  Później  pani  Pettitt  rzeczywiście  znalazła  butelkę  sherry,  wyjęła  z  kredensu  trzy 
kryształowe kieliszki i przypieczętowali umowę.   

Allie dyskretnie obserwowała podnieconego Marka. Zastanawiała się, czy spędzi z nim tutaj 

trochę czasu. W jej marzeniach Mark rezygnował z zawodu lekarza rodzinnego i oboje żyli długo 
i szczęśliwie w tym uroczym domku, pośród bujnej zieleni hrabstwa Suffolk, otoczeni gromadką 
rozbrykanych dzieci...   

To nie marzenia tylko mrzonki, pomyślała, przywołując się do porządku. Musi raz na zawsze 

skończyć z torturowaniem się pragnieniami, które nigdy się nie spełnią.   

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Radość Marka okazała się zaraźliwa, toteż resztę dnia spędzili na świętowaniu. Mark zaprosił 

Allie  na  lunch  do  pubu  w  Pulham.  Allie  przypuszczała,  że  Mark  w  przyszłości  stanie  się 
bywalcem  tego  lokalu,  by  oszczędzić  sobie  gotowania.  Można  było  go  zrozumieć.  W  pubie 
panowała swojska atmosfera, właściciel traktował gości jak przyjaciół, a mieszkańcy z otwartymi 
ramionami przyjęli Marka do swego grona.   

– Ta wiocha potrzebuje trochę nowej krwi. – Jeden z farmerów poklepał go po ramieniu. – 

Ale proszę uważać na zespół pantomimy. Capną pana, zanim się pan spostrzeże.   

– Macie tu pantomimę? – z zainteresowaniem spytał Mark i ku zdumieniu Allie sam wprosił 

się do grupy.   

–  Mógłbym  trochę  podreptać  w  tle  –  mruknął,  a  po  chwili  do  ich  stolika  podszedł  jeden  z 

gości i się przedstawił.   

–  Moja  żona  jest  producentem  przedstawienia.  Frajer  z  pana,  ale  na  wszelki  wypadek 

powiem, że w środę o ósmej w Rookery Farm odbędą się przesłuchania kandydatów. W zespole 
zawsze  brakuje  facetów,  zwłaszcza  młodych.  Zgłasza  się  dużo  chłopaków  i  starych  pierników, 
ale z młodymi kłopot. A może pańska urocza towarzyszka...   

– Och, wykluczone. – Allie gwałtownie potrząsnęła głową. – Jestem pielęgniarką i pracuję na 

różne  zmiany.  Nie  ma  mowy,  żebym  zdołała  regularnie  przychodzić  na  próby  i  występy.  – 
Uśmiechnęła się najmniej zachęcająco, jak umiała, i pozwoliła Markowi samemu pakować się w 
tarapaty.   

On  tymczasem  sprawiał  wrażenie  uszczęśliwionego.  Cóż,  lekarz  rodzinny  nawet  powinien 

wejść  w  miejscowe  środowisko  i  dobrze  poznać  przyszłych  pacjentów.  Jej  rodzice  też  zawsze 
angażowali  się  w  sprawy  wsi,  chociaż  Allie  nie  przypominała  sobie,  by  występowali  w 
pantomimie.  Na  ich  szczęście  chyba  jej  tam  nie  było!  Wyszli  z  pubu  późnym  popołudniem, 
jeszcze  raz  przejechali  obok  ślicznego  domku  z  krzakiem  róży  i  krętymi  alejkami  wrócili  do 
Audley.   

– Mam czekoladowe ciasteczka. Wpadniesz na herbatę? – spytał Mark, gdy zajechali przed 

szpital.   

Allie  uznała,  że  chętnie  rozejrzy  się  po  pokoju  Marka.  Poprzednio  nie  zauważyła  niczego 

poza jego nagim torsem! 

– Z przyjemnością.   
– Nigdy nie byliśmy na spacerze – stwierdził Mark, wpuszczając ją do pokoju. – Może jutro 

trochę połazimy? 

– Mam dyżur od siódmej do trzeciej, a potem będzie za późno, prawda? 
– Niekoniecznie, jeśli pogoda dopisze. Słońce zachodzi dopiero o szóstej. Moglibyśmy iść na 

background image

małą przechadzkę.   

Pomyślała o swoich biednych nogach, które podczas dnia pracy pokonują przynajmniej kilka 

kilometrów.   

– Zależy, co uważasz za małą przechadzkę. Dla mojego ojca to dwadzieścia minut chodzenia 

wolnym  krokiem, a dla  mojej  matki  nawet  i  dwie godziny szybkiego marszu. Jak jest  w twoim 

przypadku? 

– Miałem na myśli coś pośredniego – odparł ze śmiechem. – Powiedzmy godzinkę szybkiego 

marszu.   

– Umiesz szybko chodzić? 
– Nie wiem. – Objął ją i uścisnął: – Przekonamy się. – Spojrzał jej w oczy i spoważniał, a 

jego twarz wyrażała czułość.  – Allie...  – Pocałował  ją delikatnie i  jakby z wahaniem, po czym 
westchnął i przytulił, opierając brodę na jej głowie.   

Wsłuchana w rytmiczne bicie jego serca stwierdziła, że ogarnia ją spokój. Nigdzie nie miała 

takiego poczucia bezpieczeństwa jak w ramionach Marka. Działał na nią tak kojąco! Co prawda 
nie potrzebowała ukojenia, ale przy Marku było jej cudownie i to wydawało się najważniejsze. 
On zaś cmoknął ją w czubek głowy i się odsunął.   

– Herbata? – spytał.   
– Poproszę.   
– Rozgość się. Zaraz wrócę. Tutaj trzeba najpierw znaleźć w kuchni kubki, a potem wykopać 

skądś czajnik. Reszta to pestka.   

Wyszedł,  a  Allie  po  raz  pierwszy  rozejrzała  się  po  jego  pokoju  –  typowej  sypialni 

przypominającej lokum w akademiku. Ściany były w kremowym kolorze, zasłonki miały trudny 
do  zdefiniowania  wzór,  a  wykończone  drewnopodobną  okleiną  meble  sprawiały  wrażenie 
niezniszczalnych. W rogu znajdowała się kabina z prysznicem i małe WC. Allie nie interesowało 
wyposażenie wnętrza. Wolałaby przyjrzeć się temu, co nadawało pokojowi osobisty charakter i 
odzwierciedlało  osobowość  lokatora.  Na  przykład  takim  rzeczom  jak  książki  ustawione  w 
równym rzędzie na półce wiszącej nad biurkiem.   

Zobaczyła  głównie podręczniki medyczne, lecz  stały tu  również książki  z innych dziedzin. 

Sądząc po tytułach, Mark dużo czytał na temat architektury średniowiecza, okazałych rezydencji 
i  ogrodnictwa,  nie  gardził  też  powieściami  –  zarówno  kryminałami,  jak  i  klasyką.  Ma 
eklektyczne gusty, pomyślała, przerzucając kolejno kilka z nich, po czym odstawiła je na miejsce 
i znów ogarnęła spojrzeniem pokój. Panował w nim porządek, co mogło wprawić w zdumienie. 
Większość znanych Allie młodych ludzi płci męskiej strasznie bałaganiła. Kojarzyli się oni Allie 
z chomikiem, którego miała w dzieciństwie. W klatce Timmy’ego wszystko walało się wszędzie 
–  w  trocinach  leżały  kawałki  marchewki,  ziarenka  były  schowane  po  kątach,  a  legowisko  co 
wieczór  zmieniało  miejsce.  W  porównaniu  z  Timmym  Mark  stanowił  niedościgniony  wzór 
porządku! 

Allie korciło, aby zajrzeć do kilku szuflad, ale zdołała się powstrzymać.  Nie chciałaby, by 

background image

Mark  lub  ktokolwiek  inny  szperał  w  jej  rzeczach,  a  poza  tym  nie  spodziewała  się  znaleźć 
niczego,  co  ujawniłoby  jakieś  sekrety.  Mark  był  zbyt  szczerym  i  otwartym  człowiekiem,  aby 
ukrywać mroczne tajemnice. Coś takiego po prostu nie leżało w jego naturze.   

Usiadła  więc  na  brzegu  łóżka,  wygodnie  oparła  się  o  poduszkę  i  cierpliwie  czekała.  Mark 

wrócił  po  kilku  minutach  –  jakimś  cudem  zdołał  znaleźć  dwa  identyczne  kubki,  czym  nie 
omieszkał się pochwalić.   

–  To  sukces  na  tym  piętrze,  ale  niestety  zawsze  brakuje  mleka,  więc  zrobiłem  herbatę 

rozpuszczalną. Może być? 

– Jasne. – Wzięła kubek i natychmiast zamoczyła w napoju czekoladowe ciasteczko.   
–  Zawsze  wszystko  moczysz.  –  W  glosie  Marka  zabrzmiała  nuta  fascynacji  i  zarazem 

obrzydzenia.   

– Tylko herbatniki i miętowe czekoladki. Mam swoje zasady  – oświadczyła z godnością, a 

Mark skwitował to śmiechem i siadł obok.   

Przez pewien czas w milczeniu jedli ciasteczka i pili herbatę. Allie nagle skonstatowała, że 

czuje się w towarzystwie Marka tak dobrze, jakby tworzyli zgrane stadło. Wydawało się to tym 
dziwniejsze, że nawet nie byli parą zakochanych. Zjadła trzy ciasteczka – swoim zdaniem o dwa 
za dużo – i Mark wyjął z jej ręki pusty kubek.   

– Mógłbym cię teraz wykorzystać, kiedy tak siedzisz zwinięta w kłębuszek na moim łóżku, 

apetycznie usmarowana na buzi czekoladą.   

Machinalnie oblizała usta i zaraz tego pożałowała, bo oczy Marka rozbłysły.   
–  Do  licha,  nie  rób  tego  –  powiedział  niskim,  wibrującym  głosem,  objął  ją  i  pocałował.  – 

Chyba  nie  masz  zielonego  pojęcia,  jak  to  na  mnie  działa.  I  nie  patrz  na  mnie  w  ten  sposób  – 
poprosił błagalnym tonem. – I tak jest mi trudno się pohamować, więc nie podkopuj mojej silnej 
woli słodkim spojrzeniem tych twoich modrych oczu.   

Przełknęła  rozczarowanie  i  z  trudem  usiadła.  Podczas  pocałunku  sweter  zsunął  się  jej  z 

jednego  ramienia,  była  potargana  i  czuła  się  jak  rozpustnica.  Przelotnie  zerknęła  w  lustro  nad 
komodą i jęknęła. Prawdziwa rozpustnica! Psiakość. Spróbowała przygładzić włosy palcami, lecz 
Mark ujął jej dłonie, położył je na jej kolanach i wziął grzebień, następnie powolutku i delikatnie 
ją uczesał.   

– Uwielbiam twoje włosy – rzekł półgłosem. – Są jak jedwab. Czasem widzę je rozrzucone 

na mojej poduszce.   

Spojrzenie Allie chyba musiało ją zdradzić, ponieważ Mark coś mruknął i położył ją tak, aby 

jej głowa znalazła się właśnie na poduszce. Następnie rozłożył na niej włosy Allie w taki sposób, 
że utworzyły wielki wachlarz.   

–  Wiesz,  jak  bardzo  chciałbym  się  z  tobą  kochać?  –  spytał  cicho,  a  ona  westchnęła 

przyzwalająco.  –  Nie,  skarbie  –  szepnął.  –  Nie  prowokuj  mnie.  Nie  chcę,  żeby  to  było  coś 
banalnego, gdy już się zdarzy.   

Banalnego? Czy on zwariował? Czuła w sobie tyle wzbierającej miłości, że jej serce mogło 

background image

za  chwilę  pęknąć,  a  on  obawia  się  banału? Przygryzła  wargi,  by  powstrzymać  falę  dławiących 
emocji, i podniosła się do pozycji siedzącej.   

–  To  idiotyczne  –  mruknęła,  odgarniając  włosy,  i  sięgnęła  do  torebki  po  gumkę,  by  je 

związać. – Powinnam już iść.   

– Chyba tak. Dzięki za asystę przy oglądaniu domów.   
–  Proszę  bardzo.  –  Zmusiła  szalejącą  w  niej  dziką  kocicę  do  przemiany  w  miłego, 

spokojnego  kiciusia  i  jakimś  cudem  zdołała  się uśmiechnąć.  –  To  była  wspaniała  wycieczka.  I 
dziękuję za lunch. Naprawdę chcesz grać w pantomimie? 

– Jeszcze nie wiem – odparł ze śmiechem. – To mogłaby być świetna zabawa.   
– Tak sądzisz? Masz ochotę na te wszystkie wygibasy? Chyba zwariowałeś.   
– Możliwe. – Wsunął jej za ucho niesforny kosmyk. – Chodź, odprowadzę cię do domu. Nie 

chcę, żebyś plątała się sama po ciemnych ulicach.   

– A jak, twoim zdaniem, wracam zimą z nocnych dyżurów? Taksówką? To tylko dwa kroki. 

Nic mi nie grozi.   

Prychnięciem wyraził powątpiewanie i włożył kurtkę.   
– I tak cię odprowadzę. Wychowano mnie na dżentelmena, więc musisz się z tym pogodzić.   
Przyszło  jej  to  z  łatwością,  ponieważ  oznaczało  jeszcze  kilka  minut  w  jego  towarzystwie. 

Przed  drzwiami  się  zawahała,  niepewna,  czy  zaprosić  go  na  kolację.  Ale  z  domu  dobiegły  ją 
głosy koleżanek, więc porzuciła ten pomysł.  Lucy i  Beth  na pewno wzięłyby Marka w obroty, 
wypytując  o  wszystko,  a  później  wyrywałyby  jej  paznokcie,  by  dowiedzieć  się  jeszcze  więcej. 
Lepiej więc pożegnać się na progu.   

– Nie proponuj, żebym wszedł. – Z uśmiechem położył dłonie na jej ramionach. – Bardziej 

przyda mi się zimny prysznic niż przesłuchanie w wykonaniu twoich przyjaciółek.   

–  Właśnie  doszłam  do  tego  samego  wniosku.  Zobaczymy  się  jutro  po  dyżurze.  Przyjść  po 

ciebie? 

– Jasne. To do jutra. – Musnął wargami jej usta, zawahał się i dał jej kolejnego całusa. Ten 

drugi trwał znacznie dłużej i wiele obiecywał. – Śpij słodko, Ąllie.   

Odprowadziła  wzrokiem  wysoką  sylwetkę  Marka.  Jego  włosy  lśniły  w  świetle  ulicznych 

latarni  jak  czyste  złoto.  Dopiero  się  rozstali,  a  ona  już  za  nim  tęskni.  Zanim  skręcił  za  róg, 
spojrzał na nią przez ramię i pomachał na pożegnanie. Wykonała taki sam gest i weszła do domu.   

– Oto marnotrawna córeczka – powitała ją Beth. – Gdzie się podziewałaś? Byłaś z nim? 
Allie trzepnęła ją w rękę i opadła na krzesło przy kuchennym stole.   
– Jest woda na herbatę? 
– To zależy.   
– Od czego? 
– Czy wszystko opowiesz.   
– Nie ma co opowiadać – odparła, lecz koleżanki tylko parsknęły śmiechem, a Beth chwyciła 

wiszące nad bojlerem lusterko i podetkała jej pod nos.   

background image

Allie ujrzała swoje zaróżowione usta, błyszczące oczy i promienną cerę. Odłożyła lusterko i 

westchnęła.   

– Co robiliście? – Beth przysunęła sobie krzesło.   
– Oglądaliśmy domy do kupienia.   
– Kurczę, szybka z was para. Długo się znacie? 
– Pięć lat? Pięć dni? I wcale nie chodziło o dom dla nas. Mark szukał czegoś dla siebie. Miał 

dwa adresy.   

– Ach tak. – Lucy zmarkotniała.   
– Znalazł coś odpowiedniego? – spytała Beth.   
– Tak. Śliczny domek z ogrodem.   
– No to super. Będziecie mieć swoje gniazdko.   
– Mark nie po to kupuje ten dom.   
– Może nie, ale chata się przyda.   
– Beth, jesteś nieznośna. Nie każdy musi spędzać randki w swoim gniazdku.   
– Wolicie to robić w miejscach publicznych? 
– Niby co? – z niewinną miną spytała Allie.   
–  To,  co  sprawiło,  że  masz  obrzmiałe  usteczka,  zaczerwienioną  skórę  nad  wargą  i 

rozanielone spojrzenie. – Lucy znów podsunęła jej lusterko. – Allie, nie musisz się tego wstydzić. 
Wolno ci poszaleć. Witaj w prawdziwym świecie.   

–  Kocham  Marka  –  oświadczyła  raptownie  i  załzawionymi  oczami  popatrzyła  na 

przyjaciółki.  –  Czy  ja  zwariowałam?  Ledwie  go  znam,  a  już  się  w  nim  zakochałam,  choć  to 
romans bez przyszłości.   

– Bo twój doktorek chce być lekarzem rodzinnym? Allie, masz źle w głowie – z niesmakiem 

stwierdziła Beth. – Po raz pierwszy od lat trafia się na oddziale takie cudo, a ty kręcisz nosem, bo 
wymarzyłaś  sobie  chirurga.  Czego  ty  szukasz?  Faceta,  który  kroi  i  szyje  za  ciężkie  pieniądze? 
Lecisz na forsę? 

– Wcale nie! – zawołała przerażona. – Nie chodzi o dochody, tylko o samą pracę.   
– Lekarz rodzinny to dobry zawód.   
– Akurat. Zapominasz, że przez dwadzieścia trzy lata patrzyłam, jak ten zawód rujnuje życie 

moich rodziców. Nie chcę się tak męczyć jak moja mama. Nie zniosłabym tego. Nie ma sensu tak 
się poświęcać.   

– Nawet dla Marka? – Lucy nie posiadała się ze zdumienia.   
– Sama nie wiem, co robić. – Allie bezradnie wzruszyła ramionami. – Widzę, dokąd zmierza 

nasza znajomość, i pragnę tego, ale to wszystko tylko złamie mi serce.   

– Niekoniecznie. Ja bym zaryzykowała. Na razie nie myśl o jego karierze ani przyszłości. Po 

prostu ciesz się teraźniejszością. Nie wiadomo, co zdarzy się jutro lub za rok. Może dojdziesz do 
wniosku, że nie chcesz być z Markiem, lecz najpierw musisz spróbować.   

Niby  racja,  pomyślała,  ale  zaraz  ogarnęły  ją  wątpliwości.  Mark  może  być  trudny  we 

background image

współżyciu, zazdrosny i zaborczy. Co będzie, jeśli zacznie ją namawiać do rezygnacji z pracy? 
Albo  okaże  się,  że  jest  kobieciarzem?  Allie  westchnęła  ciężko.  Mark  mógł  również  być 
chodzącym  ideałem,  ale  ona  nie  znała  go  na  tyle  dobrze,  by  ocenić  jego  charakter.  Jedno  jest 
pewne – nie należy decydować się na gorący romans z nieznajomym.   

– Ta woda wreszcie się zagotowała? – Allie zdecydowanie zmieniła temat.  – Królestwo za 

filiżankę herbaty.   

Nazajutrz rano zajrzała do sali zabaw. Zastała tam Jayne Hill z jej starszą córką Sheridan i 

Claudią, która mimo przykrego leczenia nie traciła dobrego humoru.   

– Jeszcze nie trafiła pani na porodówkę? – zażartowała Allie, a Jayne uśmiechnęła się blado.   
–  Też  mi  się  wydaje,  że  jestem  w  ciąży  jakieś  dwa  lata.  Ale  nie  narzekam.  Po  tych 

wszystkich problemach mam się z czego cieszyć. Wie pani, że to moje dziewiąte podejście? 

– Coś takiego! – Allie ze zdumieniem pokręciła głową.   
– Słyszałam, że nie mogła pani donosić, ale żeby aż tyle razy? 
– Mnie samej czasem trudno w to uwierzyć. Wciąż myślę, że zaraz się obudzę i stwierdzę, że 

to dziecko też straciłam. Dlatego chciałabym już urodzić, a potem usłyszeć, że maleństwo nie ma 
mukowiscydozy. – Jayne przeniosła wzrok na córkę, która właśnie szukała elementu układanki.   

– Zginął, mamusiu – żałośnie poskarżyła się dziewczynka. – A to ostatni kawałek.   
– Tam leży, kochanie. Za stolikiem. Zaraz ci go podam.   
– Jayne wstała i powoli ruszyła w kierunku mebla.   
– Ja go podniosę. Proszę się nie schylać. – Allie zrobiła dwa kroki, ale Claudia już zauważyła 

poszukiwany element i dała w jego stronę susa.   

– Mam! – zawołała rozradowana.   
Allie  nie  miała  pojęcia,  czemu  tak  się  stało,  lecz  nogi  Jayne  nagle  jakby  spod  niej  się 

usunęły. Kobieta ze zdławionym okrzykiem padła na podłogę.   

–  Nic  się  pani  nie  stało?  –  zatroszczyła  się  Allie.  –  Proszę  nie  wstawać,  tylko  głęboko 

oddychać.  Właśnie  tak,  doskonale.  Dziewczynki,  zostańcie  z  mamą.  Weźcie  ją  za  ręce,  a  ja 
skoczę po kogoś do pomocy.   

Dziewczynki z przejęciem wykonały polecenie.   
– Anno, pomóż mi, Jayne Hill się przewróciła.   
– Słyszałam ten huk i właśnie do was szłam. Coś jej się stało? 
– Nie wiem. Strasznie się przeraziła.   
Po chwili obie uklękły przy pobladłej kobiecie i Anna zaczęła ją uspokajać.   
–  Proszę  się  nie  martwić,  pani  Hill,  zaraz  panią  stąd  zabierzemy.  Allie,  wezwij  kogoś  z 

położniczego. Kto jest pani lekarzem? 

– Doktor Armitage – szepnęła Jayne. – Och, strasznie mnie boli.   
–  Lekarz  wkrótce  się  tobą  zajmie,  mamusiu  –  spokojnie  rzekła  Claudia,  nadal  trzymając 

matkę  za  rękę.  –  Staraj  się  ładnie,  powoli  oddychać.  Wszystko  będzie  dobrze  z  tobą  i  z 
dzidziusiem, zobaczysz. Nie przejmuj się, jestem przy tobie.   

background image

Allie  i  Anna  wymieniły  oszołomione  spojrzenia.  Jaka  matka,  taka  córka,  z  podziwem 

pomyślała Allie. Niedawno Jayne dodawała otuchy Claudii podczas podłączania cewnika, a teraz 
Claudia  podobnymi  słowami  podtrzymywała  na  duchu  matkę.  Allie  poczuła,  że  ze  wzruszenia 
dławi ją w gardle.   

–  Dziewczynki,  chcecie  iść  z  Allie?  Przynieście  mamusi  koc  i  poduszkę  –  zaproponowała 

Anna, a one się zawahały.   

– Chodźcie. – Allie wyciągnęła do nich ręce. – Pośpieszmy się, bo wasza mama zmarznie.   
–  Ja  z  nią  zostanę  –  oświadczyła  Claudia.  –  Ona  mnie  potrzebuje.  Już  dobrze,  mamusiu, 

jestem tutaj.   

Allie uznała, że nie ma się co spierać. Claudia panowała nad sytuacją i opiekowała się matką 

tak jak ona nią. Mogło z tego wyniknąć tylko coś dobrego. Wraz z Sheridan poszła więc wezwać 
lekarza, ale na korytarzu wpadła na Bena Lazaara i odetchnęła z ulgą.   

–  Ben,  mógłbyś  skoczyć  do  sali  zabaw  i  spojrzeć  na  mamę  Claudii?  Przed  chwilą  się 

przewróciła.   

– Już idę.   
Allie przekazała Sheridan pod opiekę niezawodnej Pearl, wspomniała o kocu i poduszce, po 

czym  wezwała  doktora  Armitage’a.  Zjawił  się  prawie  natychmiast,  ukląkł  przy  Jayne  i 
uśmiechnął się do Claudii.   

– Cześć. Opiekujesz się mamusią? 
Dziewczynka z powagą skinęła głową, a lekarz spojrzał na swoją pacjentkę.   
– Co pani najlepszego wyprawia? Wystarczy, że się odwrócę, a pani rzuca się na podłogę.   
– Czy dzidziusiowi nic się nie stało? – spytała zaniepokojona Claudia.   
– Jeszcze nie wiem. Posłuchajmy. Ktoś ją badał? 
– Tak. – Ben skinął głową. – Jest potłuczona. Nie zdążyłem sprawdzić pulsu dziecka.   
Doktor Armitage podciągnął bluzkę Jayne, trochę zsunął jej spodnie i przyłożył do brzucha 

specjalną słuchawkę, po czym szeroko się uśmiechnął.   

– Bije jak dzwon – oznajmił. – Ktoś chce sprawdzić? 
– Ja – śmiało oświadczyła Claudia i wzięła przyrząd. Po chwili wyraźnie się rozpogodziła. – 

Widzisz, mamusiu? Mówiłam ci, że z dzidziusiem wszystko w porządku.   

– Widzę, że ktoś tu mnie zastępował – stwierdził doktor Armitage. – Dzidziuś rzeczywiście 

miewa się dobrze. A co z jego mamą? Jak pani upadła? 

–  Na  bok,  ale  warstwa  sadełka  złagodziła  zderzenie  z  podłogą,  więc  nie  jest  tak  źle.  Boli 

mnie tylko ręka.   

– Zabierzemy panią na  położniczy. Tam  panią zbadają od stóp  do głów. Może pani  wstać, 

czy przynieść nosze? 

– Wstanę. – Z pomocą obu mężczyzn Jayne ostrożnie się podniosła, a Claudia zażądała, aby 

mamę posadzono na wózku.   

– Ale wrócisz tu, mamusiu? – Na buzi dziewczynki odmalował się wyraz paniki, gdy lekarz 

background image

popchnął wózek w stronę drzwi. – Mam iść z tobą? 

– Nie, skarbie, na pewno tu wrócę – z uśmiechem zapewniła Jayne. – Ty i Sheridan pobawcie 

się tutaj lub ułóżcie nową układankę. Sheridan może zostać? – Jayne pytająco spojrzała na Allie.   

–  Oczywiście  –  zapewniła  Allie.  –  Proszę  się  nie  martwić  najważniejsze,  żeby  zajęto  się 

panią.   

– Muszę zawiadomić George'a...   
– Ja to zrobię.   
Jayne  skinęła  głową,  posłała  córkom  całusa  i  znikła  na  korytarzu,  a  Sheridan  serdecznie 

uścisnęła siostrę. Allie zaprowadziła dziewczynki na oddział, ponieważ należało pobrać Claudii 
krew do analizy. Claudia jak zwykle przyjęła to z imponującym spokojem, a za rękę tym razem 
trzymała ją siostra. Allie była pełna podziwu dla hartu ducha małej pacjentki. A idąc do domu, 
aby  się  przebrać  przed  spotkaniem  z  Markiem,  myślała  o  tym,  jakim  oparciem  może  być  dla 
człowieka  rodzina.  Allie  wciąż  miała  przed  oczami  małą,  dzielną  Claudię,  w  trudnej  chwili 
dodającą otuchy matce.   

Było to takie wzruszające i jednocześnie stanowiło lekcję pokory.   
Włożywszy  na  siebie  dżinsy,  grube  trzewiki  i  ciepłą  bluzę,  prawie  biegiem  wróciła  do 

szpitala i niecierpliwie zastukała do drzwi pokoju Marka.   

– Mark?  – zawołała, nagłe spragniona jego bliskości i  wciąż pod wrażeniem pełnej emocji 

sceny na oddziale.   

Otworzył drzwi i na widok jej miny bez wahania ją objął.   
– Na miłość boską, Allie, stało się coś złego? 
– Chodzi o Claudię – odparła, zalewając się łzami.   

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Wciągnął  Allie  do  pokoju,  posadził  na  łóżku  i  pozwolił  jej  wypłakać  się  w  swoich 

ramionach. Jednocześnie gorączkowo się zastanawiał, co zaszło w szpitalu. Claudia? Czyżby ją 
stracili? Ale dlaczego? Jej stan ostatnio się poprawiał.   

– Co się stało? – spytał, gdy Allie przestała pochlipywać i wytarła nos.   
– Jayne upadła, a Claudia zachowała się wspaniale. Trzymała matkę za rękę, zapewniała, że 

wszystko  będzie  dobrze.  Ta  mała  ma  fantastyczny  charakter,  jest  taka...  –  Przygryzła  wargę, 
znów walcząc z przypływem wzruszenia.   

A więc z Claudią wszystko w porządku. Mark odetchnął z ulgą i znów przytulił Allie.   
– Jak miewa się Jayne? 
– Zabrali ją na położniczy. Chyba nic jej nie grozi, ale się potłukła i jest roztrzęsiona. Mark, 

widziałam,  jak  ona  pada  na  podłogę,  i  nadal  nie  pojmuję,  jak  do  tego  doszło.  Wcale  się  nie 
potknęła, po prostu wyłożyła się jak długa. Zaraz przybiegł Ben, a potem Joe Armitage i zawieźli 
ją na badania. Podobno  ani  jej, ani  dziecku ten  upadek nie zaszkodził, ale biedna Claudia i  jej 
siostra strasznie się przejęły.   

–  Musiałaś  wypełnić  formularz  wypadkowy?  –  Mark  uznał,  że  najlepiej  poruszyć 

przyziemny temat.   

– Oczywiście! – Allie wzniosła oczy ku niebu. – Oprócz dzieci tylko ja wszystko widziałam, 

więc  papierkowa  robota  spadła  na  mnie.  Te  raporty  są  niesamowicie  szczegółowe,  ale  już  po 
krzyku. – Wyprostowała się i uśmiechnęła trochę zakłopotana. – Przepraszam cię za ten wybuch 
emocji, ale byłam taka dumna z Claudii. Zaimponowała mi.   

–  Wiem,  co  czujesz.  – Jeszcze  raz  ją  uścisnął,  lekko  cmoknął  w  zaczerwienione  powieki  i 

kazał umyć twarz. Allie znikła w łazience, on zaś włożył sweter, buty i kurtkę.   

–  Lepiej?  –  spytał  na  widok  Allie  trochę  zapuchniętej,  lecz  spokojniejszej.  Dobrze  ją 

rozumiał. Patrząc na Jayne, musiała czuć się bezsilna, a to zawsze bardzo frustruje.   

– Jaki piękny dzień – mruknęła, gdy szli na parking. – Dopiero teraz to zauważyłam.   
– Ja zorientowałem się wcześniej – odparł ze śmiechem.   
–  Marzyłem,  żeby  wyrwać  się  na  świeże  powietrze.  Trochę  się  pouczyłem,  ale  po  lunchu 

zafundowałem sobie mały spacerek i nie miałem ochoty z niego wrócić! 

Uwielbiał  tę  porę  roku  –  wczesną  jesień,  gdy  liście  stawały  się  czerwonozłote,  a  dni  były 

pogodne  i  jeszcze  ciepłe.  Jadąc  krętą  drogą  do  Pulham,  z  przyjemnością  podziwiał  piękno 
krajobrazu.  Na  pastwiskach  konie  skubały  zieloną  trawę,  czyste  strumyki  migotały  w 
promieniach  słońca,  a  małe  domki  wyglądały  sielsko  w  otoczeniu  wielkich  drzew.  W  takich 
chwilach  zapominało  się  o  cuchnącym  spalinami  mieście  i  jego  zakorkowanych  samochodami 
ulicach. A towarzystwo Allie stanowiło dodatkową atrakcję.   

background image

Gdy znaleźli się w Pulham  i  zbliżali do  „Chaty  przy kościele”, Mark poczuł  się tak, jakby 

wracał  do  domu.  W  ogrodzie  ujrzał  panią  Pettitt  z  jakimś  mężczyzną,  zapewne  jej  synem, 
zatrzymał auto i wysiadł.   

– Dzień dobry! – zawołał.   
– O, doktor Jarvis. Miło mi pana widzieć. – Staruszka uśmiechnęła się radośnie. – Chyba nie 

rozmyślił się pan? – spytała zaniepokojona.   

– Skądże – zapewnił ze śmiechem.   
– Och, to dobrze. Minnie bardzo się ucieszy. Geraldzie, poznaj doktora Jarvisa, który kupuje 

mój dom. Rozmawialiście wczoraj z sobą. Doktorze, to mój syn Gerald.   

Mężczyźni  uścisnęli  sobie  dłonie  i  pani  Pettitt  zaprosiła  wszystkich  do  środka.  Mark 

niechętnie odmówił, wyjaśniając, że chcą przed zapadnięciem zmroku pospacerować.   

– Wobec tego proszę przyjść później na podwieczorek. Mam pyszny keks i dżem malinowy. 

Pokazywałam panu krzaki malin? 

–  Nie  oglądaliśmy  posesji,  lecz  może  przyjrzymy  się  jej  po  spacerze.  I  dziękujemy  za 

zaproszenie. Wpadniemy.   

– Za jakąś godzinkę? 
– Pewnie tak, jeśli nie zabłądzimy.   
–  To  mało  prawdopodobne  –  stwierdził  Gerald.  –  Ścieżki  są  wyraźnie  oznaczone. 

Chwileczkę, dam państwu pian. Czasem się nam przydaje, gdy przyjeżdżamy tu z dziećmi.   

Wyruszyli  więc  na  wycieczkę,  uzbrojeni  w  pożyczoną  mapkę.  Maszerowali  wzdłuż 

szemrzącego strumienia, Allie ze śmiechem obrzucała Marka złocistymi jesiennymi liśćmi, a on 
całował  ją  pośrodku  cichego  lasu,  myśląc  o  tym,  jaki  będzie  szczęśliwy,  gdy  zamieszka  w  tej 
okolicy.  Miał  nadzieję,  że  nie  pojawią  się  nieprzewidziane  przeszkody  i  wkrótce  zostanie 
właścicielem uroczego domku. Oczyma duszy już widział tam Allie – w skarpetkach, dżinsach i 
wielkim, starym swetrze krzątającą się po kuchni, podczas gdy on kopie coś w ogrodzie i odgania 
Minnie od karmnika dla ptaków...   

– Grosik za twoje myśli.   
–  Waśnie  sobie  marzyłem  o  tym  ślicznym  domku  –  odparł  z  uśmiechem,  patrząc  w  jej 

wielkie, niebieskie oczy.   

–  Skoro  o  tym  mowa...  –  Zerknęła  na  zegarek.  –  Pani  Pettitt  chyba  już  na  nas  czeka. 

Powinniśmy wracać.   

Skinął głową, lecz nie wypuszczał jej z objęć. Pocałował ją, a potem jeszcze raz, na zapas, i 

westchnął cicho, kołysząc ją w ramionach.   

– To doprowadza mnie do szaleństwa – mruknął.   
– Więc przestań – powiedziała rozbawiona.   
– Nie chcę.   
Zaśmiała się i wysunęła z jego uścisku.   
– Wielka szkoda, bo ja marzę o herbacie i ciastku. – Pomknęła przez las. – Kto ostatni, ten 

background image

gapa! 

Pobiegł  za  nią,  podziwiając  jej  szybkość  i  zręczność,  dopóki  Alhe  nie  zawadziła  stopą  o 

korzeń. Gdy się przewróciła, Mark padł  obok niej i  znów ją pocałował.  Gdyby  nie węszący w 
pobliżu labrador, jego właściciel chyba by ich rozdeptał. Podnieśli się z ziemi, oboje roześmiani, 
po czym Mark usunął liście z włosów i ubrania Allie.   

Wyglądała  przepięknie,  trochę  potargana  i  rozgrzana  biegiem,  z  zaróżowionymi  od 

pocałunków ustami i oczami lśniącymi ze szczęścia. Chciał wierzyć, że ze szczęścia, bo równie 
dobrze mogły tak lśnić załzawione od wiatru...   

To był cudowny dzień, pomyślała Alhe. Spacer sprawił im wiele radości, domek okazał się 

jeszcze  bardziej uroczy,  niż zapamiętała, a Minnie natychmiast  wskoczyła jej na kolana i  przez 
całą wizytę już stamtąd nie zeszła. Zdaniem pani Pettitt świadczyło to o wielkiej sympatii i Allie 
powinna  czuć  się  zaszczycona,  lecz  ona  miała  pewne  wątpliwości.  Kolano  było  podrapane, 
dżinsy  wilgotne,  a  kocisko  wycyganiło  od  niej  kawałek  ciasta,  lecz  chyba  rzeczywiście  ją 
polubiło! 

A  później  Mark  zabrał  ją  do  siebie  i  tak  długo  całował,  aż  całkiem  stopniała  w  jego 

objęciach.  Jej  kolana  stały  się  takie  miękkie,  że  wątpiła,  czy  jeszcze  kiedykolwiek  będzie 
chodzić.  Pocałunki  w  lesie  zapierały  jej  dech,  ale  tutaj,  w  ciemnym  pokoju,  pieszczoty  Marka 
działały na nią obezwładniająco. On zaś w końcu przytulił ją i łagodnym kołysaniem sprawił, że 
nie wiadomo kiedy usnęła. Obudziła się dużo później i stwierdziła, że znajduje w łóżku Marka, w 
jego  ramionach.  Delikatnie  nim  potrząsnęła,  wyrywając  go  z  głębokiego  snu.  Zamruczał  coś, 
znów zamknął ją w uścisku i wsuwając udo między jej nogi, przetoczył się na nią.   

– Mark – szepnęła, szarpiąc go za ramię, choć najchętniej wtuliłaby się w niego i tak została. 

Wymacała nocną lampkę i zapaliła światło. – Mark, zbudź się.   

– Co się dzieje? – zamruczał sennie.   
– Mark, muszę iść do domu.   
– Która godzina? – Zamrugał i wreszcie oprzytomniał.   
– Prawie wpół do pierwszej.   
– Świetnie. Jeszcze nie trzeba wstawać.   
– Ja muszę. Powinnam wrócić do domu.   
– Niekoniecznie. Mogłabyś tu przenocować...   
Wiedziała, co sugerował. Było to w zgodzie z jego filozofią zawartą w słowach „zobaczymy, 

co  z  tego  wyniknie”.  Lecz  jej  ta  filozofia  nagle  przestała  się  podobać.  Oznaczała  bowiem,  że 
mogliby . zaangażować się w coś niezupełnie świadomie – daliby się ponieść chwili, nie myśląc 
o  zobowiązaniach  i  konsekwencjach.  A  ona  nagle  zapragnęła  czegoś  więcej.  Z  westchnieniem 
wypuściła z płuc powietrze, a Mark uśmiechnął się żałośnie.   

– Czy to oznacza „nie”? 
– Przepraszam...   
– Nie musisz. Prawdę mówiąc, cieszę się. Oboje idziemy rano do pracy, więc to nie najlepsza 

background image

pora  na  nasz  pierwszy  raz.  –  Pocałował  ją  delikatnie  i  jakby  trochę  z  żalem,  po  czym  wstał  z 
łóżka i wyciągnął do niej rękę. – Chodź, odprowadzę cię.   

– Nie trzeba – zaprotestowała, ale potrząsnął głową.   
–  Idziemy  –  powiedział  tonem  nie  znoszącym  sprzeciwu.  –  I  tak  nie  zmrużyłbym  oka, 

gdybym puścił cię samą o tej porze.   

– Ale się przejmujesz. Jesteś jak moja mama.   
– Wspaniała kobieta. Jak się miewa? 
– Doskonale. Wciąż się dopytuje, kiedy cię do nich przywiozę.   
–  Możesz  to  zrobić  w  każdej  chwili.  Masz  fantastycznych  rodziców.  Z  radością  ich 

odwiedzę.   

– Powtórzę to mamie. – Włożyła buty i bluzę, Mark także się ubrał i wyszli na ulicę. Noc 

była  pogodna  i  zimna,  toteż  przy  każdym  oddechu  z  ich  ust  wydobywały  się  obłoczki  pary. 
Maszerowali szybko, a na ganku Mark znów ją pocałował.   

–  Chyba  zwariowałem,  skoro  pozwalam  ci  odejść  –  zamruczał  w  jej  włosy  i  z  ciężkim 

westchnieniem się wyprostował. – Zmykaj do środka. Zobaczymy się rano.   

Ja też chyba zwariowałam, zgadzając się, żebyś pozwolił mi odejść, pomyślała, zamykając za 

sobą  drzwi.  Tej  nocy  długo  nie  mogła  zasnąć.  Myślała  o  bliskości  ciepłego  ciała  Marka  i 
strasznie za nim tęskniła.   

– Co nowego? – spytała Anna.   
–  Od  wczoraj?  Jayne  czuje  się  dobrze,  choć  nabiła  sobie  parę  imponujących  siniaków. 

Claudia ucieszyła się na widok mamy. Chyba się bała, że ona straci dziecko.   

– Wspomniała o tym.   
–  Mamy  też  sześciolatkę,  która  spadła  z  drabiny  i  złamała  rękę.  Wczoraj  trzeba  było 

operować,  bo  poważnie  uszkodzona  została  kość  promieniowa  oraz  łokciowa.  Poza  tym  dwa 
przypadki zapalenia wyrostka, dwa niemowlaki z kolką i wymiotami i dzieciak na obserwacji po 
urazie głowy. Czyli normalna niedziela – podsumowała Allie. – A co u Darrena? 

–  Coraz  lepiej.  Dzisiaj  chyba  go  wypiszą  na  pewien  czas.  W  domu  trochę  odżyje.  Ja  ci 

minęła reszta niedzieli? 

–  Wspaniale  –  odparła  zgodnie  z  prawdą.  –  Najpierw  spacer  po  lesie,  a  potem  herbatka  z 

keksem u przemiłej starszej pani i cichy, spokojny wieczór.   

W  ramionach  Marka,  lecz  o  tym  Anna  nie  musiała  wiedzieć.  I  tak  chyba  była  trochę 

zazdrosna! 

Allie zobaczyła Marka dużo później. Właśnie rozmawiał w gabinecie przez telefon, ale na jej 

widok  gestem  poprosił,  by  poczekała.  Wymknęła  się  na  moment  i  wróciła  z  dwoma  kubkami 
herbaty. Siedząc z boku, słyszała, jak Mark rozmawia o formalnościach związanych z zakupem 
domu. Po chwili odłożył słuchawkę i odwrócił się rozpromieniony.   

–  Wszystko  załatwione  –  oznajmił  radośnie.  –  Inspekcja  zostanie  przeprowadzona  w 

najbliższych dniach. Jeśli nie będzie niespodzianek, to mogę przejąć dom zaraz po wyprowadzce 

background image

pani Pettitt.   

– Przeniesiesz się tam od razu? – Nagle sobie uświadomiła, że Mark już wkrótce przestanie 

mieszkać tutaj, a ona nie będzie mogła tak po prostu do niego wpaść. Szkoda.   

–  Tak,  ale  zatrzymam  pokój  w  szpitalu.  Przyda  się  na  nocne  dyżury  i  na  jakieś  awaryjne 

sytuacje, jeśli  na przykład niechcący  wyrwę jakąś rurę i  spowoduję w domu  potop.  A w ogóle 
czemu pytasz? Będziesz za mną tęsknić? 

Ciekawe,  jaką  odpowiedź  chciałby  usłyszeć,  pomyślała.  Cóż,  równie  dobrze  może  to  być 

prawda.   

– Tak – odparła szczerze. – Będę.   
Uśmiech znikł z twarzy Marka, zastąpiony wyrazem czułości i zrozumienia.   
– Dzisiaj w nocy pracuję. Gdyby nie to, zaprosiłbym cię na kolację.   
– Muszę unikać obfitych posiłków, bo się roztyję.   
– Moglibyśmy wziąć coś na wynos i zjeść u mnie.   
– To byłoby mniej tuczące? Mark parsknął śmiechem.   
– Nie, ale ty nie musisz się odchudzać.   
– Nie powinnam też przytyć.   
– Mógłbym kupić tonę sałatek, żebyś sobie siedziała w kąciku i chrupała marchewki.   
Skrzywiła się, niezbyt zachwycona taką perspektywą.   
– Może lepiej ja coś ugotuję – zaproponowała. – W razie potrzeby wezwą cię przez pager.   
–  Nie,  szkoda  wychodzić  w  połowie  posiłku.  Dzisiaj  się  przemęczę  i  między  wezwaniami 

karnie poczytam podręczniki.   

– Będzie dużo gorzej, gdy zostaniesz lekarzem rodzinnym. Tutaj musisz tylko przejść przez 

korytarz.   

– Nie przekonuj mnie, Allie. – Uśmiechnął się i wstał. – Wiem, czego chcę. – Obszedł biurko 

i  lekko  cmoknął  ją  w  usta.  –  Dzięki  za  herbatę.  Zobaczymy  się  później,  teraz  muszę  iść  do 
poradni.   

Wyszedł,  a  ona  poczuła  przypływ  zdumiewającego  przygnębienia.  Chyba  nie  uda  się 

wyperswadować  Markowi  kariery  lekarza  rodzinnego.  Allie  nie  miała  złudzeń  co  do  swej 
beznadziejnej  sytuacji.  Była  na  najlepszej  drodze  do  oddania  serca  jedynemu  mężczyźnie, 
którego nie wolno jej pokochać. Do licha.   

Pośpiesznie otarła łzy i zerwała się z krzesła. Zachowuje się niemądrze. Zwykłe zadurzenie 

to  jeszcze  nie  miłość.  Należy  o  tym  pamiętać.  Wróciła  na  oddział  akurat  wtedy,  gdy 
przywieziono  kogoś  po  operacji.  Doskonale,  właśnie  tego  potrzebuje  –  dużo  pracy.  Troskliwie 
zajęła się małą pacjentką, pogawędziła z jej matką i zdołała zepchnąć myśli o Marku Jarvisie na 
peryferie swego umysłu.   

 
–  Jak  miewa  się  twoja  mamusia?  –  spytała  nazajutrz  rano,  dezynfekując  podłączenie 

kroplówki Claudii.   

background image

– Dobrze. Wczoraj urodziła dzidziusia w Pizza Hut.   
– Co?! – Allie omal nie upuściła strzykawki. – Chyba żartujesz! 
– Jasne, że żartuję. – Claudia skuliła się ze śmiechu.   
– Ty mała oszustko. Powiedz, jak naprawdę się czuje.   
–  Normalnie.  Rodzi  jutro.  Wczoraj  razem  z  tatusiem  zabrała  nas  na  kolację  i  wtedy  nam 

powiedziała. Aż trudno uwierzyć, że będziemy mieć dzidziusia. Poprzednio się nie udało.   

– Byłaś bardzo smutna z tego powodu? 
–  Kiedy  dzidziuś  umarł?  –  Wielkie  oczy  dziewczynki  popatrzyły  na  nią  z  powagą.  –  Tak. 

Mamusia  też  strasznie  się  smuciła.  To  było  okropne.  Dlatego  teraz  tak  się  martwię.  Mamusia 
mówi, że dziecko też może mieć to zwłóknienie, ale na razie nie wiadomo. Gdyby chorowało na 
to co ja, to mu pomogę.   

Allie wiedziała, że w tej rodzinie choroba nie zdominuje życia jej członków. Świadczyła o 

tym postawa Claudii. Mała zdawała sobie sprawę ze swego stanu i akceptowała zdrowotny reżim, 
nie robiąc z tego problemu. A w razie potrzeby była skłonna wesprzeć młodszego braciszka lub 
siostrzyczkę.  Allie  przełknęła  ślinę,  by  ukryć  wzruszenie,  pośpiesznie  dokończyła  zabieg  i 
wstała.   

– Gotowe – oznajmiła.   
– Ciekawe, co się urodzi. Chłopiec czy dziewczynka? 
– Wkrótce się dowiesz, skarbie. Ale miło jest się zastanawiać, prawda? 
– Będę mogła pójść jutro na położniczy? 
–  Oczywiście,  kochanie.  Sama  cię  tam  zabiorę,  bo  uwielbiam  maleńkie  dzieci.  Pójdziemy 

razem? 

– Chętnie. – Claudia kiwnęła główką, a jej jasne loczki zatańczyły wokół buzi. – Mogę już 

iść na śniadanie? 

– Tak. Pamiętaj o pigułkach.   
–  Nie  zapomnę  –  zapewniła  dziewczynka  i  w  podskokach  pobiegła  do  jadalni,  wyglądając 

jak najnormalniejsza na świecie siedmiolatka.   

Przecież  nią  jest,  pomyślała  Allie  i  poszła  sprawdzić  stan zapasów  w  pokoju  zabiegowym. 

Zajęta  robieniem  porządku  na  półkach  nie  usłyszała,  że  ktoś  do  niej  podszedł.  Niemal 
podskoczyła, czując w talii czyjeś ręce. Ręce Marka. Pisnęła i odsunęła je, po czym pogroziła mu 
palcem.   

– Znowu mnie przestraszyłeś – powiedziała karcąco.   
–  Wybacz.  –  Nie  sprawiał  wrażenia  skruszonego,  a  jego  usta  wygięły  się  w  leniwym, 

seksownym uśmiechu, który zawsze wprawiał jej serce w szalony galop.   

– Tej nocy najwyraźniej się nie napracowałeś.   
–  Żartujesz?  Nawet  nie  zmrużyłem  oka.  Ale  za  to  mam  dzisiaj  wolne  popołudnie.  Chcesz 

pospać ze mną? 

Jeszcze jak, odparła w duchu. Byłoby cudownie wtulić się w Marka i usnąć w jego objęciach. 

background image

Ale powinna pracować oraz chronić swoje zdrowe zmysły.   

– Przykro mi, ale dzisiaj pośpisz sam – oświadczyła, a wchodząca do pokoju Anna otworzyła 

szeroko oczy ze zdumienia, przeprosiła i wyszła, zaintrygowana jak nigdy dotąd. Allie wzniosła 
oczy do nieba i parsknęła śmiechem. – Jak ja jej to wytłumaczę? 

– A musisz? – spytał Mark, wzruszając ramionami. – A może byłoby ci wstyd, gdyby ktoś 

zaczął nas podejrzewać o tego rodzaju związek? 

– Nie chodzi o wstyd – odparła. – Po prostu wolałabym uniknąć przesłuchania w wykonaniu 

Anny  i  moich  koleżanek.  Wezmą  mnie  na  tortury,  żeby  się  czegoś  dowiedzieć.  Są  piekielnie 
ciekawskie i zdecydowane jak najszybciej mnie wyswatać. Pod tym względem przerastają moją 
mamę! 

– I tak pewnie nie dorównują mojej. Jest okropna! Marzy, żeby zostać babcią. Takie bywają 

matki jedynaków.   

– Ja na szczęście mam starszego brata. Już się zaręczył, więc moi staruszkowie na razie dali 

mi spokój.   

–  Ciesz  się  z  takich  drobiazgów.  –  Ignorując  brzęczyk  pagera,  patrzył  na  nią  czule.  –  Na 

pewno nie zdołam cię namówić na słodką drzemkę trochę później? 

Gdyby  wiedział,  jak  kusiła  ją  ta  wizja,  tak  łatwo  by  nie  zrezygnował.  Lecz  on  wziął  jej 

śmiech za odmowę i westchnąwszy, ostentacyjnie posłał na odchodnym całusa.   

Anna wpłynęła do pokoju sekundę po wyjściu Marka i Allie popatrzyła na nią groźnie.   
– Nawet nie pytaj – rzekła ostrzegawczym tonem.   
–  Mówisz  mu  w  mojej  obecności,  że  dzisiaj  musi  spać  sam,  i  żądasz,  żebym  o  nic  nie 

spytała? Bezlitosna z ciebie baba.   

– Nie było tak, jak ci się wydaje.   
–  A  jak?  Chcesz  mi  wmówić,  że  nie  poszłaś  z  nim  do  łóżka?  Więc  co  robiliście? 

Testowaliście leczenie snem? 

– Daj spokój, Anno. Chyba mamy jakąś robotę? 
–  Żebyś  wiedziała.  Prawdę  mówiąc,  jesteś  mi  potrzebna.  Zaraz  przyślą  do  nas  dwuletnie 

dziecko z gorączkowymi drgawkami po infekcji ucha. Właśnie miało napad i Marka wezwano do 
izby  przyjęć,  żeby  je  zbadał.  Dzieciak  jest  na  lekach  uspokajających  i  może  będzie  trzeba 
podłączyć go do respiratora. Przygotujesz łóżko? 

– Jasne. – Allie ruszyła do drzwi, w myśli układając listę niezbędnych rzeczy. – Jego mama 

zostanie? 

–  Nie  wiem.  Ale  zainstalujmy  go  w  jednoosobowym  pokoju.  Dziecku  przyda  się  cisza  i 

spokój, poza tym mały będzie wymagał specjalnej opieki. Zajmiesz się nim? 

Allie skinęła głową i poszła do małej salki dla pacjentów, którym towarzyszy ktoś z rodziny. 

Pamiętając  o  napadach  drgawek,  rozłożyła  dla  dziecka  większe  łóżeczko  z  odpowiednimi 
poręczami. Następnie sprawdziła respirator i aparaturę monitorującą funkcje życiowe. Po chwili 
przywieziono  malca.  Był  już  pod  działaniem  leków  i  drgawki  ustały,  a  towarzyszący  dziecku 

background image

Mark  przyciszonym  głosem  wydał  instrukcje.  Chłopczykowi  podano  tlen  i  założono  elektrody 
podłączone do monitorów.   

– Dostaje przez kroplówkę antybiotyk zwalczający infekcję ucha i gorączkę – doda! Mark. – 

Na  razie  trzeba  przecierać  ciało  wilgotną  gąbką,  dopóki  temperatura  nie  spadnie.  Będzie  pod 
twoją opieką, Allie? – Potwierdziła skinieniem głowy. – To dobrze. – Mark lekko się uśmiechnął. 
– Jego mama chyba zostanie przy nim, prawda, Carol? 

– A mogę? – Kobieta była bliska paniki.   
– Oczywiście. Łóżko już czeka, choć niestety dosyć krótkie. Ale pani jest średniego wzrostu, 

prawda? 

– Och, łóżko dla mnie to żaden problem. Martwię się o Toby’ego. Już nic mu nie grozi?, – 

Chyba  nie  –  odparł  Mark.  –  Teraz  musimy  dać  mu  trochę  czasu.  Później  znów  go  zbadamy. 
Przypuszczam, że jutro rano już będzie wesoło z panią gawędził.   

Słysząc to, matka chłopczyka omal nie wybuchnęła z radości płaczem. Pociągnęła nosem i 

serdecznie  podziękowała  lekarzowi,  który  uśmiechnął  się  do  niej  i  wychodząc, 
porozumiewawczo  mrugnął  do  Allie.  Wygląda  na  strasznie  zmęczonego,  pomyślała.  Czy  aby 
odpowiednio  się  odżywia?  Nie  był  za  chudy,  ale  na  pewno  powinien  porządnie  się  wyspać. 
Najchętniej wzięłaby go pod swe opiekuńcze skrzydełka i trochę mu pomatkowała.   

Po  jego  wyjściu  sprawdziła  pracę  aparatury,  wypełniła  kartę  i  poszła  zrobić  Carol  herbatę. 

Kobieta wciąż była roztrzęsiona, a co gorsza, nie mogła skontaktować się z mężem.   

Po powrocie Allie przyłapała ją na używaniu telefonu komórkowego. Wyjaśniła, że może to 

zakłócić funkcjonowanie elektronicznego sprzętu, i wysłała Carol na parking.   

W ciągu kilku następnych godzin parę razy obmyła rączki i nóżki dziecka gąbką zwilżoną w 

letniej wodzie i z satysfakcją stwierdziła, że temperatura spadła do trzydziestu dziewięciu stopni. 
Z  powodu  działania  środka  uspokajającego  ciało  dziecka  było  bezwładne,  co  trochę  utrudniało 
proces  oddychania  pod  respiratorem,  ale  z  tym  należało  się  pogodzić.  Po  południu  przyjechał 
ojciec Toby’ego i Allie zostawiła dziecko pod opieką rodziców.   

– Jak tam nasz maluch? – spytała Anna, gdy Allie weszła do pokoju pielęgniarek.   
– Drgawki ustały, temperatura się obniża i dzieciak wygląda dużo lepiej. Był blady i trochę 

siny, a teraz nabrał kolorków.   

–  To  świetnie.  Przypisałam  cię  na  jutro  do  niego,  ale  miejmy  nadzieję,  że  go  wypiszą  i 

będziesz mogła mi pomóc. Jest sporo roboty. Aha, Mark powiedział, że idzie do siebie i chciałby, 
żebyś do niego wpadła po dyżurze.   

– Pewnie będzie spał jak suseł – odparła, choć jej serce radośnie podskoczyło.   
– Zamierzał na ciebie poczekać.   
Może i  zamierzał,  pomyślała kilka  godzin  później, ale i  tak zasnął.  Zapukała jeszcze raz  – 

bez rezultatu.  Wyjęła z torebki  kawałek papieru,  napisała parę słów i  właśnie wsuwała notatkę 
pod drzwi, gdy się otworzyły i stanął w nich Mark – zaspany, w rozpiętej koszuli i bosy.   

– Przyszłaś – stwierdził z westchnieniem.   

background image

– Nie chciałam cię budzić, ale Anna wspomniała...   
– Myślałem, że znów wybierzemy się na spacer, ale jestem wykończony i wracam do łóżka. 

Masz ochotę się przyłączyć? 

–  Nie  –  skłamała  –  a  ty  już  powinieneś  spać,  zamiast  udawać  przytomnego.  –  Stanęła  na 

palcach i pocałowała go. – Idź spać. Zobaczymy się jutro. Pracuję od dwunastej do dziewiątej.   

– To na razie. Uważaj na siebie.   
Odchodząc, czuła na sobie jego spojrzenie. Odwróciła się, zanim skręciła za róg, a Mark jej 

pomachał.  Niewiele  to  pomogło.  Miała  bowiem  przemożną  ochotę  zawrócić  i  paść  w  jego 
ramiona...   

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Nazajutrz po południu Jayne urodziła, a mały Toby odzyskał wigor i rozrabiał. Przebadano 

go,  nie  stwierdzono  żadnych  skutków  ubocznych  leczenia,  a  po  infekcji  ucha  nie  zostało  ani 
śladu, więc malucha wypisano.   

Allie  znalazła  więc  czas,  aby  wraz  z  mężem  Jayne,  Claudią  i  Sheridan  iść  na  położniczy 

zobaczyć  noworodka.  Claudia  była  przejęta  i  jednocześnie  pełna  obaw.  Allie  ze  wzruszeniem 
zauważyła,  że  mała  tym  razem  zachowuje  się  jak  dziecko.  Jej  dorosłość  czasem  wydawała  się 
trochę  niepokojąca,  lecz  dziś  Claudia  była  po  prostu  siedmioletnią  dziewczynką,  która  ma 
pierwszy raz ujrzeć maleńkiego braciszka. A potem dał znać o sobie stres skumulowany w ciągu 
minionych  tygodni.  Claudia  popatrzyła  na  leżące  obok  matki  maleństwo  i  spytała  z 
niedowierzaniem: 

– On na pewno jest nasz? 
–  Na  pewno  –  uspokoiła  ją  matka,  a  Allie  stwierdziła,  ze  Jayne  jest  prawie  tak  samo 

oszołomiona jak jej córeczka.   

– Jak ma na imię? 
– Kieran  – odparła Jayne.  – Na cześć tego piłkarza drużyny z Audley.  Oby  w dzisiejszym 

meczu strzelił gola. Byłoby wspaniale, prawda, słoneczko? – szepnęła do niemowlęcia.   

Maleństwo  ją  zignorowało,  odsypiając  męczące  przyjście  na  świat.  Dziewczynki  odwinęły 

kocyk, policzyły wszystkie paluszki i zaczęły się podśmiewać z chudziutkich nóżek.   

–  Spisała  się  pani  na  medal,  mamusiu.  –  Allie  wesoło  mrugnęła  do  Jayne.  –  Jak 

samopoczucie? 

– Całkiem dobrze, choć nadal trudno mi uwierzyć, że go mamy. Na razie wszystko wydaje 

się takie cudowne.   

Na razie, w myślach powtórzyła Allie. Dziecku należało pobrać krew do analizy, a po kilku 

tygodniach  przeprowadzić  test  stwierdzający  stężenie  elektrolitów.  Jeśli  ich  poziom  nie 
przekroczy normy, będzie to oznaczało, że dziecko nie ma mukowiscydozy. Zerknęła na zegarek 
i na męża Jayne.   

– Muszę już iść. Mógłby pan później odprowadzić Claudię czy mam kogoś po nią przysłać? 
– Przyprowadzę – obiecał George. – I dziękuję, że pani przyszła.   
– Nie odmówiłabym sobie takiej przyjemności – odparła z uśmiechem. Niechętnie oderwała 

wzrok od niemowlęcia i pośpiesznie wróciła na oddział. Tuż za drzwiami spotkała wychodzącego 
Marka.   

– Byłaś na położniczym? Jak tam nowy lokator? 
–  Jest  rozkoszny  –  stwierdziła  z  rozmarzeniem  w  głosie.  –  Noworodki  wydają  się  takie 

idealne. Są niby delikatne, lecz jednocześnie imponująco silne. To niesamowite.   

background image

– Coś mi się wydaje, że lubisz te maleństwa.   
–  Uwielbiam.  Moja  matka  już  teraz  współczuje  mojemu  przyszłemu  mężowi,  bo  pewnie 

będę, mieć z dziesięcioro dzieci.   

– Już sobie wyobrażam ciebie otoczoną gromadką blondasków w różnym wieku, pracowicie 

rysujących,  malujących  lub  przylepiających  ohydne  kawałki  klusek  na  kolorowym  papierze. 
Może powinnaś była zostać nauczycielką w podstawówce? 

– Nigdy w życiu. Kocham swoją pracę. Chętnie będę przylepiać kluski z własnymi dziećmi, 

ale cudze wolę leczyć i zdrowe odsyłać do domu.   

Mark roześmiał się i otworzył drzwi.   
– Muszę lecieć do poradni. O której dzisiaj kończysz? 
– O dziewiątej, ale potem muszę zrobić pranie, a jutro zaczynam o siódmej.   
– To niewesoło. Zamierzałem cię gdzieś porwać, ale chyba przełożymy to na kiedy indziej.   
– Myślałam, że dzisiaj masz w Pulham próbę pantomimy? – spytała z niewinną minką.   
– Do licha, na śmierć o tym zapomniałem. – Trzepnął się ręką w czoło. – Ale skoro ty jesteś 

dziś nieosiągalna, to chyba pojadę na tę próbę. Może zagram księcia z bajki? 

– Raczej jedną z brzydkich sióstr Kopciuszka.   
–  Obraziłem  się  –  oświadczył  z  udawaną  powagą,  pomachał  na  pożegnanie  i  cicho 

pogwizdując, wyszedł.   

Allie  odprowadziła  go  wzrokiem,  żałując,  że  nie  umówili  się  na  wieczór.  Lecz  zaraz 

wytłumaczyła  sobie,  że  tak  jest  lepiej.  Jeśli  nie  chciała  się  zaangażować  emocjonalnie,  to  nie 
powinna zbyt często się z nim spotykać. Chyba że tylko od czasu do czasu...   

Przez  kilka  dni  aż  nadto  skutecznie  trzymała  Marka  na  dystans,  a  poza  tym  oboje  mieli 

dyżury o różnych porach, więc do końca tygodnia prawie się nie widywali.   

W  piątek  do  szpitala  przyszło  kilku  piłkarzy  z  zespołu  Audley.  Często  tu  wpadali,  by 

poprawić  małym  pacjentom  humor.  Dzieci  ich  uwielbiały,  zwłaszcza  chłopcy,  którzy  leżeli  na 
wyciągach i od dawna nie mieli okazji zobaczyć swoich bohaterów w akcji. Claudia zarumieniła 
się  po  korzonki  włosów,  gdy  jeden  ze  sportowców  ją  zagadnął,  ale  zebrała  się  na  odwagę  i 
powiedziała, że jej dwudniowy braciszek ma na imię Kieran. Piłkarze natychmiast poszli wraz z 
nią zobaczyć malucha nazwanego tak na cześć ich kolegi.   

–  Oni  są  bombowi!  –  oświadczyła  po  powrocie  zachwycona.  –  Zrobiono  nam  zdjęcia  i 

będziemy w gazecie! 

Allie  uścisnęła  rozpromienioną  dziewczynkę  i  kolejny  raz  odniosła  wrażenie,  że  Claudia 

schudła.   

–  Skarbie,  chyba  trzeba  będzie  włączać  Prosiaczka  także  i  w  dzień.  Nie  wydaje  ci  się,  że 

troszkę zeszczuplałaś? 

– Może. Ostatnio nie miałam apetytu.   
–  Zaraz  cię  zważę  i  porozmawiam  z  lekarzem.  Jeśli  uzna,  że  musimy  cię  podkarmić, 

codziennie podłączymy Prosiaczka na godzinę lub dwie, dobrze? 

background image

Zostawiła dziewczynkę opowiadającą dzieciom o sesji fotograficznej z piłkarzami i wezwała 

Marka.  Po  sprawdzeniu  rejestru  wagi  Claudii  zdecydował,  że  należy  dokarmiać  Claudię  przez 
dwie godziny dziennie. Claudia przyjęła tę decyzję ze zrozumieniem. Mogła swobodnie poruszać 
się  po  oddziale,  popychając  wózek  z  pompką.  Wiedziała  też,  że  organizm  dziecka  chorego  na 
mukowiscydozę potrzebuje ogromnej ilości kalorii, a po pewnym czasie jedzenie nawet pysznych 
rzeczy przestaje być atrakcją.   

Potem  Allie  poszła  do  pokoju  pielęgniarek.  Zastała  tam  Marka,  który  właśnie  skończył 

rozmawiać przez telefon. Na jej widok teatralnym gestem przycisnął dłoń do piersi.   

– Nareszcie sami! – zawołał, a Allie pokręciła głową.   
– Widzę, że wchodzisz w rolę.   
–  Jestem  sir  Prancelotem  –  oznajmił  z  dumą.  –  Gramy  jakąś  komediową  wersję  „Króla 

Artura” z mnóstwem aluzji. Mnie piękna dziewczyna niestety przechodzi koło nosa.   

– Aaaaaaaach – westchnęła zabawnie Allie, a Mark się roześmiał.   
–  Nie  naigrawaj  się  ze  mnie.  Taka  wielka  rola  nie  trafia  się  co  dzień.  Mógłbym  do  końca 

życia żałować, że ją odrzuciłem.   

– Wiedziałam, że dasz się wrobić.   
–  Tak,  ale  to  będzie  dobra  okazja,  żeby  wejść  w  nowe  środowisko  i  poznać  tutejszych 

mieszkańców.   

– Owszem,  i  wszyscy pomyślą, że frajer z ciebie  – odrzekła nieco kwaśnym  tonem.  – Coś 

nowego w sprawie domu? 

– Jest już po przeglądzie technicznym, który ujawnił parę słabych punktów. Mam obowiązek 

dokonać napraw w ciągu sześciu miesięcy, ale z tym nie powinno być problemu, więc mogę się 
wprowadzić w przyszłym tygodniu.   

– Tak szybko? 
– Sam jestem zdumiony, ale pani Pettitt już się przeniosła do nowego mieszkania i sprawia 

wrażenie bardzo zadowolonej. Jej syn pytał, czy chciałbym zachować łóżko – pewnie są kłopoty 
z jego wyniesieniem. Podobno wyrzucili stary materac, ale mebel może zostać.   

– Warto go zatrzymać? – spytała z powątpiewaniem.   
– Czy ja wiem? Może. To wielkie, małżeńskie łoże z litego drewna. Podobno wciągnięto je 

na  górę  przez  otwór  okienny,  po  wyjęciu  okna  z  framug.  Zgodziłem  się  na  zostawienie  tego 
grata. Nie muszę za niego nic płacić, a w razie czego zawsze mogę pociąć na kawałki i spalić.   

A  więc  moje  przypuszczenie,  że  meble  wnoszono  po  kawałku,  było  bliskie  prawdy, 

pomyślała Allie.   

– Jak ono wygląda? Jakoś nie utkwiło mi w pamięci.   
–  Mnie  też  nie.  Ale  wkrótce  się  przekonam.  Prawdę  mówiąc,  nie  pamiętam  mnóstwa 

szczegółów. Oby ten dom znów mi się spodobał, gdy go zobaczę! 

– Nie ma obawy, był śliczny. A jeśli zmienisz zdanie, to możemy się zamienić. Ja się tam 

przeprowadzę  i  będę  nadal  regulować  swój  czynsz,  a  ty  zaczniesz  spłacać  raty  za  dom  i 

background image

zamieszkasz z moimi koleżankami.   

– Rany boskie! Sądzisz, że bym to przeżył? 
– Wątpię – odparła ze śmiechem, wyobrażając sobie, jakim zagrożeniem dla tego wcielenia 

seksu  byłyby  jej  przyjaciółki.  –  Ale  umarłbyś  szczęśliwy.  Nie  przypuszczam  jednak,  żeby  do 
tego doszło. Na pewno będziesz wolał swoją uroczą chatkę.   

– Może powinienem się zastanowić? Gdy pomyślę o Lucy i Beth... – Znacząco zawiesił głos 

i dostał od Allie klapsa.   

– Uciekaj stąd – poleciła z udawaną surowością. – I zajmij się czymś pożytecznym zamiast 

plątać mi się pod nogami.   

–  Tak  jest.  –  Zasalutował  z  powagą  i  przystanął.  –  Przypadkiem  nie  wybierasz  się  w  ten 

weekend do rodziców? Z radością bym ich odwiedził i porozmawiał z twoim ojcem. Chciałbym 
go o coś spytać, gdyby nie miał nic przeciwko temu.   

–  Och,  z  pewnością  byłby  zachwycony.  Może  wpadniesz  na  niedzielny  lunch?  Będzie  też 

mój  brat  z  narzeczoną,  ale  muszą  wyjechać  wczesnym  popołudniem,  więc  później  mógłbyś 
pogawędzić z tatą, gdy ja z mamą zajmiemy się zmywaniem. Albo wy dwaj pozmywacie, a my 
spokojnie wypijemy herbatkę.   

– To bardziej prawdopodobna wizja.   
– Powiedzieć im, że się zjawisz? 
– Jeśli możesz. Co robisz dziś wieczorem? 
–  Pracuję  –  odparła,  krzywiąc  się.  –  Jutro  rano  też.  Ale  za  to  mam  wolną  niedzielę, 

poniedziałek po południu i wtorkowy ranek.   

–  Z  góry  cię  rezerwuję.  Chociaż...  o,  do  licha.  W  poniedziałek  wieczorem  muszę  być  pod 

telefonem. Spotkamy się jutro wieczorem? 

– Już będę u rodziców. Zostanę tam do niedzieli.   
– No cóż... To do zobaczenia u nich na lunchu. Daj mi znać, czy to im odpowiada, dobrze? 

Nie chciałbym się narzucać.   

Pomachał jej ręką na pożegnanie i wyszedł, a ona przez chwilę była gotowa pobiec za nim i 

powiedzieć, że przełoży rodzinną wizytę, bo pragnie się z nim umówić na jutro. Na szczęście w 
porę  oprzytomniała  i  zapanowała  nad  impulsem.  Powinna  pamiętać,  że  chce  ochłodzić  swoje 
stosunki z Markiem, a nie dodatkowo je podgrzać. Podczas kolejnych spotkań we dwoje stawali 
się coraz bardziej namiętni i nie wiadomo kiedy sytuacja mogła wymknąć się spod kontroli. A 
tego  za  wszelką  cenę  należało  uniknąć.  Westchnęła  ciężko.  Jej  serce  popychało  ją  w  ramiona 
Marka, lecz zdrowy rozsądek nakazywał trzymać się od niego z daleka. Przecież za nic w świecie 
nie chciała się związać z lekarzem rodzinnym.   

–  Psiakość  –  zamruczała,  z  hukiem  zamykając  szufladę.  Zerwała  się  z  krzesła  i 

pomaszerowała na oddział. – Dlaczego on musi być taki cholernie pociągający? 

– Chyba nie mówisz o naszym słodkim doktorku Jarvisie? – spytała Anna, bezszelestnie ją 

doganiając.   

background image

– Czy wy wreszcie przestaniecie mnie straszyć? – z gniewem spytała Allie, lecz oczy jej się 

śmiały. – A co do twojego pytania, to tak, miałam na myśli właśnie jego.   

–  Więc  oddaj  go  mnie  –  zaproponowała  Anna  pół  żartem,  pół  serio.  – Postaram  się  z  nim 

wytrzymać.   

– Nie ma potrzeby. – Głos Allie zabrzmiał cierpko. – Jakoś dam sobie radę. – Ciekawe, czy 

mi się to uda, dodała w myślach. Może tym razem przeceniła swoje siły.   

 
Niedzielny lunch był jak zwykle nieco chaotycznym rodzinnym spotkaniem zdominowanym 

przez gotowanie i paplaninę. Przez całe przedpołudnie cała rodzina obierała i siekała w kuchni 
warzywa,  co  chwilę  pożądliwie  zerkając  na  drzwiczki  piekarnika.  Wydobywał  się  z  niego 
apetyczny aromat tradycyjnego niedzielnego dania, czyli pieczeni.   

Tym razem państwo Baker gościli również narzeczoną syna, Rosie. Dziewczyna okazała się 

urocza  i  sympatyczna,  toteż  wszyscy  natychmiast  ją  pokochali.  Poprzedniego  wieczoru 
rozmawiali  o  jej  ślubie z  Danielem.  Miał  się  odbyć  tutaj,  ponieważ  rodzice  Rosie  mieszkali  w 
Kanadzie. Matka Allie była zachwycona perspektywą urządzenia wesela. Dzisiaj wrócili do tego 
tematu. Właśnie omawiali różne wersje przyjęcia, gdy zabrzęczał dzwonek. Oba psy natychmiast 
się rozszczekały i popędziły do holu, a Allie za nimi.   

– Bruno, Oscar, uspokójcie się! Siad! 
Psy  grzecznie  wykonały  polecenie  i  zaczęły  merdać  ogonami,  a  Allie  otworzyła  drzwi  i 

wpuściła Marka.   

– Cześć – rzekła z bijącym sercem.   
– Cześć. – Przytulił ją na powitanie. – Wszystko w normie? 
– Uhm. Trafiłeś bez trudu? 
– Wiesz, że znam drogę do tego domu. Daj mi całusa na dzień dobry – zażądał cicho.   
Stanęła na palcach i właśnie przycisnęła usta do jego warg, gdy do holu wszedł jej ojciec.   
– O, Mark. Wspaniale znów cię widzieć. – Pan Baker serdecznie uścisnął mu dłoń. – Chodź 

do kuchni. Właśnie dyskutujemy na temat wesela Daniela, a lunch się szykuje.   

Na widok Marka matka Allie wytarła ręce w ściereczkę, zdjęła fartuch i chwyciła gościa w 

objęcia.   

–  Jak  się  miewasz?  –  Odsunęła  go  na  odległość  ramienia.  –  Wyglądasz  naprawdę  dobrze. 

Wręcz kwitnąco. Chyba nie miałeś okazji poznać Daniela? Kiedy u nas mieszkałeś, on cieszył się 
dziekańskim urlopem i zwiedzał Indie.   

– Daj spokój, mamo, to było wieki temu. – Daniel podszedł się przywitać. – Miło mi pana 

poznać.   

Pani Baker posadziła Marka za stołem i zabrała się za siekanie, jednocześnie rozmawiając, co 

zawsze szło jej świetnie.   

– Jak ci się podoba w Audley, Mark? – spytała.   
–  Cóż,  szpital  jest  taki  jak  wszędzie,  ale  praktyka  na  oddziale  nie  ma  porównania  z  pracą 

background image

lekarza rodzinnego.   

– Tak, to zupełnie co innego – przyznał ojciec Allie. – Napijesz się sherry? 
– Nie, dziękuję. Przyjechałem samochodem.   
– Może kawy? 
– Ja zaparzę – zaproponowała Allie.   
Pani Baker wkrótce oznajmiła, że lunch jest gotowy.   
– Kiedy konkretnie chcielibyście wziąć ślub? – spytała, gdy wszyscy siadali do stołu. – Może 

w Wielkanoc? 

Daniel i Rosie wymienili znaczące spojrzenia i Daniel odchrząknął.   
– Prawdę mówiąc, myśleliśmy o wcześniejszym terminie – odparł. – Tak się bowiem składa, 

że... Rosie jest w ciąży. Dziecko urodzi się pod koniec maja.   

Przy  stole  najpierw  zapanowało  milczenie,  po  czym  rozpętał  się  nieopisany  harmider. 

Przyszli rodzice zostali wyściskani, a pani Baker uroniła kilka łez radości.   

– Jakim cudem udało ci się tego dokonać? – mruknęła do brata Allie.   
– Eee... – Daniel poczerwieniał. – No, w klasyczny sposób – rzekł z miną niewiniątka.   
– To było zaplanowane – wtrąciła Rosie. – Naprawdę chcemy mieć dziecko. Uznaliśmy, że 

to skłoni nas do małżeństwa.   

– Kolejność zazwyczaj bywa odwrotna – ciepłym tonem przypomniał dziewczynie przyszły 

teść. – Ale na szczęście się pobieracie. I uczynisz mnie dziadkiem. Przyznam, że cieszy mnie ta 
perspektywa.   

– A ja zostanę ciocią – stwierdziła oszołomiona Allie.   
– Mój brat tatusiem! Niesamowite.   
–  Pomyśl  o  jasnych  stronach  tej  sytuacji,  Alison  –  rzekła  matka.  –  Ilekroć  odwiedzisz 

rodzinę, będziesz mogła do woli poprzytulać maleństwo.   

– Musimy je do czegoś przykuć, żeby go nie porwała – poinformował Rosie Daniel. – Allie 

ma fioła na punkcie niemowląt.   

Napotkała wzrok Marka i mrugnęła do niego porozumiewawczo.   
– Widzisz? – szepnęła. – Zawsze ze mnie podkpiwają. Gdy ich nogi zderzyły się pod stołem, 

Mark  ją  przeprosił,  ona  zaś  zsunęła  but,  znalazła  stopę  Marka  i  powędrowała  palcami  pod 
nogawkę spodni, zadowolona ze zdumienia, jakie odmalowało  się na jego twarzy. Nikt  nic nie 
zauważył. Rodzina z ożywieniem podjęła temat  rychłego ślubu, natomiast oni oboje dyskretnie 
zabawiali  się  pod  stołem,  usiłując  zachować  przy  tym  poważne  miny.  Gdy  po  chwili  matka 
poprosiła o pomoc przy sprzątaniu ze stołu, Allie musiała szybko odnaleźć pantofel. Zerwała się, 
unikając spojrzenia Marka, i z trudem powstrzymując się od śmiechu. Zebrała talerze, a na widok 
deseru jęknęła z zachwytu.   

–  Czekoladowy  budyń  mamy  to  najbardziej  zdradziecka  rzecz  pod  słońcem  –  ostrzegła 

Marka. – Pewnie nie będzie ci smakował, więc lepiej zjem za ciebie.   

– Zaryzykuję w interesie twojej figury – odparł, a później uznał, że warto zaryzykować drugi 

background image

raz. – Nikt nie gotuje tak jak pani – oświadczył, z westchnieniem odsuwając talerzyk. – To było 
coś pysznego.   

–  Dziękuję.  –  Matka  Allie  lekko  się  zarumieniła.  –  Zawsze  lubiłam  cię  karmić.  Jesteś 

wdzięcznym konsumentem.   

–  Mark  umie  też  zmywać  –  oznajmiła  Allie.  –  Może  zabierze  się  za  to  z  tatą,  a  my  sobie 

poplotkujemy.   

Lecz doktor Baker z żalem zerknął na zegarek i wstał.   
– Wybaczcie, ale muszę was opuścić. Pacjent...   
– Zrobiłbyś wszystko, byle tylko wymigać się od zmywania  – zażartowała Allie. Żałowała, 

że  ojciec  wychodzi,  ponieważ  miała  nadzieję,  że  kto  jak  kto,  ale  on  na  pewno  wyperswaduje 
Markowi zamiar zostania lekarzem rodzinnym.   

Po chwili usłyszała, źe żegnając się z Markiem, zaprosił go na pogawędkę w ciągu tygodnia. 

Może więc nie wszystko stracone.   

– Do kogo tata poszedł? – spytała matkę.   
– Do pana Sykesa, który kiedyś pracował na poczcie. Ostatnio przebywał w hospicjum, ale 

wrócił do domu i jest w ciężkim stanie. Zdaniem ojca może nie przeżyć nocy. Ojciec już był dziś 
u niego z samego rana, zanim wstaliście.   

No tak, pomyślała kwaśno. Ojciec zawsze znajdzie czas dla pacjentów,  chociaż nie jest na 

dyżurze, a za opiekę nad chorymi bierze pieniądze inny lekarz.   

Po  wyjeździe  brata  z  narzeczoną  pozmywała  na  spółkę  z  Markiem.  Matka  uporządkowała 

kuchnię i wypytywała go o to, co porabiał w ciągu minionych pięciu lat. Później wypili herbatę i 
rozmawiali o jego nowym domu. Było już po piątej, gdy Mark zerknął na zegarek, a potem na 
Allie.   

– Masz jakieś plany na wieczór? 
– Nie. Posiedzę jeszcze z mamą, i wracam do Audley.   
– Zdołam cię namówić na drinka w pubie? 
– W towarzystwie twoich nowych przyjaciół? Ta pantomima może mnie wessać.   
– Niewykluczone. W zespole brakuje młodych piękności. Wypytywano mnie o ciebie.   
–  Serio?  Powiedz  im,  że  cierpię  na  zaniki  pamięci,  więc  nie  nauczę  się  nawet  najkrótszej 

rólki. Powiedz cokolwiek, byle nie to, że jestem do wzięcia! 

– Ale zgadzasz się na drinka czy nie? 
– No dobrze. – Podniosła się z fotela. – Lecz jeśli wrobisz mnie w tę pantomimę, to w życiu 

się do ciebie nie odezwę! 

– Może to nie byłoby takie złe – mruknął.   
– Tylko żartowałeś.   
– Owszem  – przyznał,  a ona dostrzegła w jego  oczach błysk, którego przyczyn wolała nie 

analizować.   

Wyszli na podjazd i wsiedli do swoich samochodów. Matka Allie zatrzymała się przy aucie 

background image

córki.   

– Zawsze uważałam, że Mark to chłopak dla ciebie – rzekła z uśmiechem. – Cieszę się, że 

znów się spotkaliście.   

Mama rzeczywiście ma zmysł obserwacyjny, pomyślała Allie. Pomachała jej na pożegnanie i 

pojechała za Markiem.   

– To właściwie bez sensu – stwierdziła, gdy oboje wchodzili do pubu. – Żadne z nas i tak nie 

może pić.   

– Nie musimy pić – odparł Mark.   
Oczywiście miał rację. Nawet bez kropli alkoholu świetnie bawili się w swoim towarzystwie, 

a  gdyby  tak  nie  było,  to  inni  goście  nie  pozwoliliby  im  się  nudzić.  Natychmiast  rozpoznali 
nowego członka teatralnego zespołu i przygarnęli ich pod swoje skrzydła. Najpierw z pasją grali 
w rzutki – dość beznadziejnie – a potem w bilard, odrobinę lepiej. Wyszli o wpół do jedenastej, 

gdy zamykano lokal.   

Allie  wsiadła  do  swojego  samochodu  i  opuściła  szybę,  a  Mark  oparł  ręce  o  krawędź 

drzwiczek.   

–  Wpadniesz  do  mnie  na  kawę?  –  spytał,  a  ona  wyczytała  z  jego  spojrzenia,  że  kawa  to 

ostatnia rzecz, na jaką ma ochotę. Nie miała nic przeciwko temu.   

– Zgoda – odparła. – Zaparkuję u siebie i przyjdę.   
– Nie, poczekam na ciebie przed wejściem. – Pochylił się i musnął wargami jej usta.   
Zatrzymała  auto  przed  domem,  zgasiła  silnik  i  raptownie  drgnęła,  gdy  ktoś  otworzył 

drzwiczki na oścież.   

–  Ale  mnie  przestraszyłeś  –  zawołała  ze  śmiechem,  a  Mark  objął  ją  i  pocałował,  po  czym 

niechętnie puścił.   

– Idziemy – oznajmił. – Zaparzymy tę kawę.   
Lecz w pokoju natychmiast o niej zapomnieli. Mark wziął Allie w ramiona, ona zarzuciła mu 

ręce  na  szyję  i  całowali  się  do  utraty  tchu.  Na  skórze  czuła  ciepły  oddech,  a  jej  nogi  powoli 
stawały  się  miękkie,  jakby  zaraz  miały  się  pod  nią  ugiąć.  Gdy  Mark  włożył  dłonie  pod  jej 
sweterek, bezwiednie się wyprężyła, a Mark rozpiął maleńką klamerkę.   

– To mnie doprowadza do szaleństwa. – Popatrzył na nią z żarem w oczach. – Zostań, Allie. 

Kochaj się ze mną.   

Przez  moment  czuła  się  całkiem  wyzwolona.  Mogła  zostać.  Mogła  zlekceważyć  swoje 

zasady,  zapomnieć  o  wątpliwej  wartości  swego  dziewictwa  i  oddać  się  Markowi.  Mogła  też 
odejść i  dzięki temu jutro bez wstydu spojrzeć sobie w oczy, ponieważ nie pozwoliła sobie na 
igranie z uczuciami Marka – oraz swoimi. Ale byłoby to nie fair, ponieważ nie będą razem.   

– Za siedem godzin muszę być w pracy – powiedziała cicho, wzywając na pomoc swój cały 

zdrowy rozsądek.   

Mark z westchnieniem pocałował jej piersi, zapiął stanik i obciągnął sweterek.   
– Odprowadzę cię do domu – powiedział cierpkim tonem. – I nie kłóć się.   

background image

Zrozumiała,  że  jest  na  nią  zły.  Miała  ochotę  się  rozpłakać,  ponieważ  niczego  bardziej  nie 

pragnęła,  jak  z  nim  zostać,  lecz  wiedziała,  że  byłby  to  błąd.  Szli  w  milczeniu,  a  przed  jej 
drzwiami  Mark  bez  słowa  chwycił  ją  w  ramiona  i  pocałował  delikatnie,  po  czym  cofnął  się  o 
krok.   

– Dobranoc, Allie. Dzięki za dzisiejszy dzień – mruknął ponuro, odwrócił się i odszedł.   
Najchętniej pobiegłaby za nim, aby go zatrzymać i powiedzieć, że z nim wróci i będzie się z 

nim kochać, ale nie ruszyła się z miejsca. Nie była pewna, dlaczego jest rozgniewany, więc tylko 
patrzyła, gdy maszerował tak szybko, jakby asfalt płonął mu pod stopami. Tej nocy prawie nie 
zmrużyła oka, pogrążona w żalu.   

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Poniedziałek  jak  zwykle  okazał  się  wyjątkowo  pracowity,  lecz  Allie  to  odpowiadało. 

Wczoraj Mark rozstał się z nią w ponurym nastroju, ona zaś nie była pewna, na kogo jest zły – na 
nią czy na siebie. Spróbowałaby to wyjaśnić, gdyby mogli spokojnie porozmawiać, lecz na to nie 
pozwalały  obowiązki.  Dlatego  nawet  nie  starała  się  rozpamiętywać  wydarzeń  minionego 
wieczoru i rzuciła się w wir pracy.   

Na  oddział  wrócił  Darren  Forsey.  Zdążył  całkiem  wydobrzeć  i  teraz  czekał  go  zabieg 

zamknięcia przetoki.   

– Darren wygląda doskonale – zauważyła Allie, a Anna skinęła głową.   
– Tak. Oby ta operacja się udała.   
Właśnie, pomyślała Allie. Nie zawsze wszystko układa się zgodnie z życzeniami. Zwłaszcza 

ostatnio,  stwierdziła  posępnie.  Ale  przynajmniej  jedna  rodzina  cieszyła  się  ze  szczęśliwego 
zakończenia. Claudię odłączono od kroplówki i dziewczynkę wypisano jednocześnie z jej mamą i 
maleńkim  Kieranem.  Ich  zdjęcia  ukazały  się  w  niedzielnej  gazecie,  drużyna  piłkarska  wygrała 
mecz, Claudia czuła się  dużo lepiej,  niemowlęciu  nic nie dolegało  – czy można było  żądać od 
losu więcej? 

– Będzie mi brakowało Claudii – przyznała Allie. – To imponująco dzielny dzieciak.   
–  Jak  wiele  innych,  które  do  nas  trafiają  –  rzekła  w  zamyśleniu  Anna.  –  Patrząc  na  nie, 

człowiek uczy się pokory. Czasem się zastanawiam, skąd te maluchy czerpią tyle siły. Ich rodzice 
też na ogół potrafią zmierzyć się z tragedią. Chyba nie ma nic straszniejszego, niż być świadkiem 
śmierci własnego dziecka. Ja chyba wyłabym z rozpaczy.   

– Ja też – mruknęła Allie. Na samą myśl o tym, że mogłaby stracić dziecko Marka, poczuła 

dotkliwy ból. Oczywiście nie oczekiwała jego dziecka, lecz gdyby kiedykolwiek była w ciąży, to 
tylko z nim. W jej życiu nie było innego mężczyzny. I zapewne już tak zostanie. Zamrugała, by 
pozbyć  się  spod  powiek  nieoczekiwanych  łez,  i  poszła  zmienić  pościel  na  łóżku  zwolnionym 
przez Claudię.   

– Dobrze się czujesz? – spytała Anna, pomagając koleżance podwinąć prześcieradło.   
– Doskonale. – Allie posłała jej promienny uśmiech. – Tylko trochę się rozkleiłam, myśląc o 

tych chorych dzieciach.   

– Mnie też czasem dławi wzruszenie. Niby wciąż marzę o własnej rodzinie, lecz gdy zdarzy 

się tutaj coś złego, jestem zadowolona, że nie mam dzieci. – Anna spojrzała na Allie.   

–  Jak  ci  się  układa  z  Markiem?  Odniosłam  wrażenie,  że  dzisiaj  jest  trochę  nie  w  sosie. 

Pokłóciliście się? 

Allie  przypomniała  sobie  wczorajszy  pocałunek  w  pokoju  Marka.  No,  może  było  to  coś 

więcej niż pocałunek i wystarczyło, by pozbawić ją snu na resztę nocy.   

background image

– Skądże – zaprzeczyła zgodnie z prawdą. – Mark pewnie jest zmęczony – dodała. – I wcale 

nie ja go wymęczyłam – parsknęła na widok znaczącego uśmieszku Anny.   

Koleżanka nie zdążyła zrewanżować się ripostą, ponieważ właśnie rozdzwonił  się telefon i 

musiała go odebrać.   

–  To  był  Mark  –  oznajmiła  po  powrocie.  –  Właśnie  przyjmują  chłopca  skarżącego  się  na 

różne  bóle  i  ogólnie  złe  samopoczucie.  Chłopiec  jest  wyczerpany  i  najprawdopodobniej  ma 
zapalenie mózgu oraz rdzenia.   

– Tylko nie to! – jęknęła Allie. – Od dawna? 
–  Nie  wiadomo.  Ma  poleżeć  na  obserwacji  i  musi  mieć  absolutny  spokój.  Gdzie  go 

umieścimy? 

– Może w pokoju Darrena? 
– Też przyszło mi to do głowy. Darren czuje się całkiem dobrze i można by go przenieść na 

salę.   

–  Ja  to  załatwię.  –  Allie  poszła  porozmawiać  z  Darrenem.  Właśnie  oglądał  telewizję. 

Wyglądał kwitnąco.   

– Darren, wyświadczysz mi przysługę? 
– Jaką? 
– Chciałybyśmy zainstalować cię na sali, a tutaj położyć bardzo chorego chłopca. Co ty na 

to? 

Darren otworzył usta i zrobił taką minę, jakby zamierzał się kłócić, ale zaraz się zmitygował.   
– Dobra – odparł, wzruszając ramionami. – Gdzie mam spadać? 
–  Może  na  miejsce  Claudii?  Przestawię  twoje  łóżko  i  szafkę,  żebyś  nie  musiał  przenosić 

rzeczy. Jeśli się zgadzasz, to zaraz się tym zajmę.  – Stopą zwolniła hamulce łóżka, otworzyła i 
zablokowała  drzwi,  po  czym  przewiozła  sprzęty.  –  W  porządku,  Darren?  Wiem,  że  niestety 
będziesz tutaj musiał zrezygnować z telewizji, jeśli zacznie komuś przeszkadzać.   

– Nie ma sprawy – mruknął. – Mogę teraz skoczyć do sali zabaw i sprawdzić, czy są jacyś 

znajomi? 

– Jasne. – Allie zawiesiła na poręczy łóżka nową kartę, postawiła na szafce dzbanek z wodą 

oraz szklankę i pomknęła do kuchni, żeby czegoś się napić.   

– Allie? 
Odwróciła się i ujrzała Marka.   
– Cześć. – Uśmiechnęła się do niego blado. Przez chwilę patrzył na nią poważnie, po czym 

westchnął.   

– Przepraszam cię za moje wczorajsze zachowanie. Nie miałem prawa odgrywać się na tobie 

za swoją...   

– Frustrację? 
– Coś w tym stylu. Wybacz.   
– Nie ma sprawy – zapewniła. – Czułam to samo co ty.   

background image

–  Wieczorem  muszę  być  pod  telefonem  –  powiedział  ze  znużeniem  w  głosie.  –  Jestem 

wykończony. Prawie wcale nie spałem, bo myślałem o tobie. Może weźmiemy coś na wynos i 
zjemy u mnie? A jeśli mnie wezwą na oddział, to trudno.   

– A jeśli cię nie wezwą? 
–  To  pytanie  już  zawiera  odpowiedź  –  odparł  z  błyskiem  w  oczach,  a  ona  omal  się  nie 

poddała.   

– Chyba będzie bezpieczniej spotkać się w stołówce.   
– Pewnie tak. – Podszedł i delikatnie ją uścisnął. – O szóstej? 
– Nie wcześniej. Mamy dzisiaj prawdziwe urwanie głowy.   
– Wiem coś o tym – mruknął, sięgając po pager, który właśnie zaczął brzęczeć.   
Tego wieczoru Allie byłaby całkiem bezpieczna w pokoju Marka, ponieważ podczas kolacji 

najpierw  wezwano  go  do  izby  przyjęć,  a  później  na  oddział  do  Nicka  Cottle’a,  chłopca  z 
zapaleniem mózgu i rdzenia. Chłopiec był niespokojny, płakał, miał bóle mięśni i szereg innych 
objawów grypowych z wyjątkiem gorączki. Badania w takich przypadkach nie wykazywały nic 
szczególnego poza podwyższonym poziomem leukocytów. Świadczyło to  o walce organizmu z 
jakąś infekcją.   

Oczywiście  mogło  się  okazać,  że  Nick  jest  chory  na  coś  innego  niż  zapalenie  mózgu  i 

rdzenia, lecz Mark uważał tę ewentualność za mało prawdopodobną. W czasach szkolnych miał 
kolegę cierpiącego na to schorzenie. Tamten chłopiec też skarżył się na podobne dolegliwości, a 
lekarze przez trzy lata nie byli w stanie wykryć prawdziwej przyczyny.   

Nick był bezustannie zmęczony i sfrustrowany swoim stanem, co Mark doskonale rozumiał. 

Dwunastoletni wysportowany chłopak nagle zmienił się niemal w inwalidę – całkiem opadł z sił i 
ledwie powłóczył nogami.   

– Ostatni specjalista stwierdził, że ta choroba ma podłoże psychologiczne. – Nawet mówienie 

sprawiało Nickowi trudność. – Wysłał mnie na zajęcia terapeutyczne, ale widziałem w telewizji, 
jak one wyglądają, i od razu się zorientowałem, że to mi nie pomoże. Ja naprawdę nie kłamię, że 
się źle czuję.   

Mark  mu  wierzył.  Jego  dawny  kolega  był  zapalonym  sportowcem  i  straciwszy  kondycję, 

całkiem się załamał. Jego depresja była stanem wtórnym, a nie przyczyną problemów.   

Mark podał Nickowi środek przeciwbólowy, pogawędził z nim i w zamyśleniu obserwował 

usypiającego chłopca. Ten dzieciak powinien być w domu, z rodzicami i pod opieką rozsądnego 
lekarza  rodzinnego,  a  nie  w  szpitalu.  Mark  westchnął  ciężko.  Już  nie  mógł  się  doczekać  dnia, 
kiedy  wreszcie  sam  zacznie  praktykować.  Co  prawda  lubił  dzieci,  lecz  na  dłuższą  metę  praca 
tutaj nie mogła go uszczęśliwić.   

A skoro mowa o szczęściu... Na pewno znalazłby je u boku Allie, gdyby tylko się przemógł i 

skłonił ją do wykonania decydującego kroku. Powlókł się z powrotem do stołówki i stwierdził, że 
Allie śpi w fotelu, trzymając w dłoni kubek.   

Biedulka,  pomyślał  z  czułością.  Sprawiała  wrażenie  wykończonej,  jakby  w  nocy  nie 

background image

zmrużyła  oka.  Wyjął  kubek  z  jej  zaciśniętych  palców,  delikatnie  ją  obudził  i  odprowadził  do 
domu.   

– Wyśpij się porządnie – szepnął.   
– Ja na pewno się położę. – Ciepłą, miękką dłonią pogłaskała go po policzku. – A ty musisz 

wracać na oddział.   

– Też mogę iść do łóżka, ale muszę spać w ubraniu – odparł żartobliwie. – Jakoś to przeżyję. 

– Pocałował wnętrze głaszczącej go dłoni. – Nie martw się o mnie.   

– Nie martwię się, tylko mi ciebie żal. Może wejdziesz na kawę? 
Nie zdążył odpowiedzieć, bo zrobił to za niego brzęczący w kieszeni pager. Mark skwitował 

to łagodnym przekleństwem.   

–  Zobaczymy  się  jutro.  Spij  słodko,  Allie.  –  Pocałował  ją  tak  niewinnie,  że  natychmiast 

zapragnął dużo więcej, ale na razie nie wchodziło to w grę. Odwrócił się więc i pomaszerował do 
szpitala.   

 
Allie  doszła  do  wniosku,  że  szalony  poniedziałek  wyznaczył  rytm  dla  pozostałych  dni 

tygodnia. Niby nie działo się nic szczególnego, ale wciąż przybywało dzieci z objawami grypy i 
zaburzeniami  żołądkowo-jelitowymi.  Wymagało  to  odizolowania  Nicka,  aby  nie  złapał  żadnej 
infekcji.  Chłopiec  był  strasznie  zmęczony,  bezustannie  skarżył  się  na  ból  i  prawie  nie  był  w 
stanie  o  siebie  zadbać.  Lekarze  chcieli  się  upewnić,  że  nie  cierpi  na  żadną  inną  chorobę  poza 
zapaleniem  mózgu  i  rdzenia,  należało  więc  przeprowadzić  analizy  krwi,  moczu  i  kału  oraz 
wykonać szereg rozmazów z gardła.   

– Strasznie mi przykro, że ciągle muszę tak cię męczyć.   
– W porządku – ze znużeniem w głosie mruknął Nick. – I tak nigdzie się nie wybieram.   
– Chyba nie. – Allie z uśmiechem przysiadła na brzegu łóżka. – Wyobrażam sobie, jak musi 

cię frustrować fakt, że tak opadłeś z sił. – Zręcznie wbiła igłę, pobrała krew i powtórzyła zabieg, 
aby wziąć drugą próbkę. – Opowiedz mi, jak to  się stało. Zachorowałeś na tę chorobę całkiem 
nagle? 

–  Tak  jakby.  –  Nick  skinął  głową.  –  Najpierw  miałem  grypę  i  nie  mogłem  się  pozbierać. 

Potem poczułem się lepiej, ale bez przerwy byłem zmęczony.   

– Nigdy przedtem nie zdarzyło ci się coś takiego? 
– Nie. Zawsze rozpierała mnie energia. Mama zaczęła się martwić, gdy po dwóch tygodniach 

nadal leżałem w łóżku.   

– Na pewno bardzo się przejęła.   
– Jeszcze jak. Lekarz myślał, że leniuchuję, ale mama mnie o to nie podejrzewała. Później 

znów  zacząłem  chodzić  do  szkoły,  ale  podczas  gry  w  piłkę  dosłownie  padłem  i  musieli  mnie 
znieść z boiska.   

–  Coś  takiego.  –  Allie  zdjęła  z  jego  ramienia  opaskę  uciskową,  wyjęła  igłę  i  na  chwilę 

przycisnęła do nakłutego miejsca sterylny wacik. – Kiedy to było? 

background image

–  Zeszłej  wiosny.  W  drugim  półroczu  byłem  prawie  cały  czas  na  zwolnieniu,  a  kiedy  po 

wakacjach dalej nie miałem na nic siły, lekarz kazał zrobić te wszystkie analizy, i nic nie wykrył. 
Powiedział, że po prostu chcę zwrócić na siebie uwagę, mam depresję i potrzebuję specjalisty od 
świrów.   

Allie  spojrzała  na  bladą  chłopięcą  buzię  z  podkrążonymi  oczami  i  uśmiechnęła  się  ze 

zrozumieniem.   

– A ty jak myślisz? Potrzebujesz? 
– Jasne, że nie. Jestem chory, a nie stuknięty. Wszystko mnie boli, ręce i nogi mi drętwieją, 

nie mogę się skupić, nie mogę stać, ledwie łażę, a nikt mi nie wierzy... – Urwał i oczy wypełniły 
mu się łzami. Allie mocno go przytuliła, pozwalając mu pochlipać na swoim ramieniu.   

– Już dobrze, Nick – zamruczała uspokajająco. – My ci wierzymy. Teraz zrobimy te analizy, 

a potem lekarze zastosują odpowiednią terapię.   

Nick pociągnął nosem i wytarł go w rękaw, więc Allie wyjęła z szafki paczkę chusteczek.   
– W porządku? – Pieszczotliwie zmierzwiła włosy chłopca, a on skinął głową.   
– Jestem wykończony – mruknął, opierając się o poduszki. – Nawet gadanie mnie męczy.   
– Zdrzemnij się. Zamknę żaluzje.   
Przekręciła  je  tak,  by  w  pokoju  zrobiło  się  ciemniej,  zebrała  używane  drobiazgi  i  wyszła. 

Wkrótce potem spotkała Marka i powtórzyła mu przebieg rozmowy z Nickiem.   

– Mnie mówił to samo. Jestem pewien, że cierpi na to zapalenie. Znałem kogoś, kto je miał. 

Nie  martw  się,  wierzę  temu  chłopcu,  podobnie  jak  Andrew  Barrett.  On  właściwie  jest 
przekonany, że dolegliwości Nicka mają podłoże fizyczne i że wkrótce zostanie wynaleziony lek 
na  to  zapalenie.  Ale  na  razie  musimy  improwizować.  Rodzice  Nicka  chcą  zastosować  środki 
homeopatyczne lub zioła. Uważam, że to nie zaszkodzi.   

– Wierzysz w skuteczność homeopatii? 
– Jestem otwarty na różne sugestie. Zobaczymy, jakie będą wyniki analiz.   
Ale  testy  nie  wykazały  niczego  szczególnego  poza  nieznacznie  podwyższonym  poziomem 

białych  ciałek.  Potwierdzało  to  wcześniejsze  podejrzenia,  że  organizm  walczy  z  infekcją.  Pod 
koniec tygodnia przyszedł spojrzeć na Nicka Andrew Barrett. Porównał wyniki badań, przejrzał 
zapiski  w  karcie  pacjenta  i  polecił  go  wypisać,  ponieważ  dalszy  pobyt  w  szpitalu  wydawał  się 
bezcelowy.  Nie  sposób  było  pomóc  Nickowi,  a  pobyt  na  hałaśliwym  i  ruchliwym  oddziale  źle 
wpływał na samopoczucie chłopca.   

– Biedny dzieciak – mruknął Mark, odprowadzając go wzrokiem. – Ciekawe, jak potoczą się 

jego losy.   

– Któż to wie.   
–  Nie  drażni  cię  to,  że  nigdy  się  nie  dowiesz?  Pomyślała  o  tysiącach  dzieci  rokrocznie 

przewijających się po pediatrii i uśmiechnęła się blado.   

– Nie. Wykonuję zabiegi delikatnie, żeby nie było to przykre, staram się ulżyć cierpieniom i 

wykazać zrozumienie. Robię wszystko, żeby dzieci się nie bały.   

background image

– Ale potem one wracają do domu, a ty nie masz pojęcia, co się z nimi dzieje.   
– Cóż, większość zapewne jest zdrowa i przestajemy być im potrzebni. Dlatego nie martwię 

się brakiem informacji o nich. Zresztą o wielu dzieciach nie zapominamy, bo do nas wracają. Na 
przykład Claudia.   

Nick  i  jego  rodzice  już  dawno  wyszli,  lecz  Mark  nadal  patrzył  w  stronę  drzwi.  Potem 

westchnął głęboko i odwrócił się w stronę Allie.   

– Wczoraj widziałem się z twoim ojcem – powiedział ni z tego, ni z owego.   
– Jak się miewa? 
– Dobrze. Ucięliśmy sobie długą pogawędkę. To wspaniały facet.   
– Uwielbiam go, ale chyba nie jestem obiektywna. W końcu to mój tata. Masz nowe wieści 

na temat swojego domku? 

–  Owszem.  –  Twarz  i  oczy  Marka  rozświetlił  uśmiech,  dzięki  czemu  Allie  natychmiast 

poweselała. – Po dwunastej muszę zadzwonić do agencji, żeby się dowiedzieć, czy formalności 
zostały zakończone. Jeśli tak, to podczas przerwy na lunch skoczę odebrać klucze, a wieczorem 
sprawdzę, czy chatka nadal mi się podoba! Wybierzesz się ze mną? 

– Bardzo chętnie. Chociaż bez mebli i bibelotów pani Pettitt będzie tam chyba trochę ponuro, 

ale przynajmniej się zorientujesz, co należy kupić. Jestem pewna, że wciąż będziesz zachwycony.   

– Optymistka z ciebie. Obyś miała rację.   
– Na pewno mam.   
– O której kończysz? 
– O trzeciej.   
– Szczęściara. Ja będę tu uwiązany przynajmniej do szóstej. Później możemy zjeść kolację w 

pubie, jeśli chcesz, bo w domu nie ma zapasów ani na czym usiąść. Co robisz w weekend? 

– Kupuję meble? – zasugerowała, a Mark parsknął śmiechem.   
– Na wszelki wypadek zarezerwuj sobie czas. Jeśli dom wymaga odnawiania, to z meblami 

trzeba będzie poczekać. Zobaczymy. Dam ci znać, czy chałupka już jest moja.   

– Koniecznie.   
Rozejrzał się, ujrzał Annę i porozumiewawczo mrugnął do Allie.   
– Uważaj się za pocałowaną. – Posłał jej uśmiech i odszedł, a ona została z rozanieloną miną 

i przeświadczeniem, że nie zdoła ukryć radości przed sokolim wzrokiem przełożonej.   

– Wyglądasz na strasznie zadowoloną z siebie – stwierdziła Anna. – Jak się rozwija romans 

stulecia? 

–  Przesadzasz,  Anno.  Nie  ma  żadnego  romansu.  Mark  dzisiaj  odbiera  klucze  od  swojego 

domu, więc wpadniemy tam, żeby się rozejrzeć. To wszystko.   

–  Uwielbiam  takie  okazje:  kupowanie  nowego  lokum,  przeprowadzki,  urządzanie.  Coś 

wspaniałego. Zamieszkasz z Markiem? 

– Słucham? 
– A co w tym dziwnego? Przecież cię nie pytam, czy się wprowadzasz do markiza de Sade. 

background image

Mark chyba nie ma skłonności do sadyzmu? 

– Oczywiście, że nie, ale mnie i Marka nic nie łączy.   
– Nie? – Anna popatrzyła na nią jak na wariatkę.  – Cóż za marnotrawstwo! – oświadczyła 

bez ogródek. – No, idę na kawę. Rzuć z łaski swojej okiem na kroplówkę Tanyi, dobrze? Chyba 
należałoby  podłączyć  ją  w  innym  miejscu.  Aha,  dzwonili  z  magazynu.  Kończą  się  cewniki,  a 
nowa dostawa będzie dopiero jutro po południu. Pytali, czy mogłybyśmy chwilowo ograniczyć 
zużycie.  Powiedziałam,  że  pozwolimy  dzieciakom  siusiać  w  łóżko.  W  razie  czego  musisz 
załagodzić sprawę, jeśli ci z magazynu znów się odezwą.   

–  Fantastycznie  –  jęknęła  Allie.  –  Zmykasz  na  kawę,  a  ja  mam  radzić  sobie  z  twoimi 

problemami.   

Anna skwitowała to śmiechem i rzuciła jej klucze.   
 
Dzwonek zabrzęczał tuż przed siódmą. Allie otworzyła drzwi i za progiem ujrzała Marka – w 

dżinsach i swetrze.   

– Mam – oznajmił z radosnym uśmiechem, poruszając palcem, na którym zadyndały klucze. 

– Dzisiaj zostałem dumnym właścicielem „Chaty przy kościele”.   

– Gratuluję! Kiedy tam pojedziemy? 
– Zaraz.   
Chwyciła kurtkę, okrzykiem pożegnała współlokatorki i wsuwając ręce w rękawy, pobiegła 

za Markiem. Do Pulham dojechali około siódmej trzydzieści.   

–  Teraz  musimy  tylko  trafić  do  wejścia  i  pozapalać  światła  –  stwierdził,  gdy  zaparkowali 

przed ciemną posesją. – Oby nie odłączono elektryczności, bo nie mam latarki! 

–  To  było  do  przewidzenia  –  pogodnie  stwierdziła  Allie.  –  Ja  mam  taką  malutką  przy 

breloczku do kluczy.   

– Miejmy nadzieję, że nie okaże się potrzebna. – Mark otworzył furtkę i podszedł do drzwi. 

Nagle cały ogród zalało jasne światło. – Świetnie. Działa nawet wykrywacz ruchu automatycznie 
włączający latarnię na ganku.   

Wsunął klucz, przekręcił go i  wszedł  do środka,  zapalając  górne światła.  Allie uważnie go 

obserwowała,  gdy  się  wokół  rozglądał.  Dopiero  gdy  westchnął  z  oczywistą  ulgą,  zdała  sobie 
sprawę, ze wstrzymywała oddech.   

– Co za szczęście! Ten dom nadal mi się podoba – oświadczył.   
– A nie mówiłam? 
– Mam tu czajnik, dwa kubki, łyżeczkę, kawę i mleko. Chodźmy obejrzeć kuchnię.   
Wyglądała prawie identycznie jak poprzednio, ale była czysta, ponieważ ktoś wyszorował ją 

od podłogi aż po sufit. Tym niemniej wymagała odnowienia i wymiany sprzętów. Łazienka była 
w  lepszym  stanie  –  chyba  niedawno  ją  odmalowano,  a  żeliwna  wanna  i  zbiornik  na  wodę 
umieszczony wysoko nad sedesem były elementami pasującymi do staroświeckiej całości.   

Nastawili czajnik i poszli na górę, trochę niepewni, co tam zastaną.   

background image

– O rany! – mruknęła Allie na widok łóżka, któremu pierwszy raz miała okazję się przyjrzeć. 

Było mahoniowe i bogato rzeźbione, z krótkimi, spiralnymi kolumienkami w rogach i sprawiało 
wrażenie antyku pokrytego patyną czasu. – Jak mogliśmy przedtem nie zwrócić na nie uwagi? 

– Podobno było przykryte, żeby te zdobienia się nie kurzyły. Gerald wspomniał, że stolarz je 

wypolerował.   

– Piękne. – Allie czubkami palców delikatnie musnęła ozdobną krawędź. – Byłoby boskie z 

puchowym materacem.   

– Istny raj dla alergika.   
– Jesteś okropny – jęknęła, głaszcząc drewno.   
– Wcale nie. To dzięki tym puchowym  materacom  z dołem pośrodku ludzie dawniej  mieli 

tyle dzieci.   

– Mieli tyle dzieci, bo nie było telewizji i wieczorem się nudzili – odparowała z uśmiechem. 

– Natomiast obecnie wszyscy tkwimy przed ekranami i oglądamy głupawe seriale.   

– To dobrze czy źle? 
– Zależy dla kogo.   
– A dla ciebie? 
– Sprawdzasz mnie? 
– Mogę to zrobić... – Przesunął znaczącym spojrzeniem po jej sylwetce.   
Allie na moment zaparło dech, więc odwróciła siei ruszyła w stronę schodów.   
– Chciałbyś! – zawołała ze śmiechem.   
–  Owszem.  Najwyższa  pora,  żeby  dopisało  mi  szczęście.  Co  sądzisz  o  tej  podłodze  z 

dębowych  desek?  Śliczna,  prawda?  Chyba  dam  sobie  spokój  z  dywanem.  Byłoby  szkoda  ją 
zasłonić.   

Przystanęła na stopniu i spojrzała na podest. Drewno miało przepiękny, jasnobrązowy odcień 

i błyszczało jak lustro. Taki efekt dawało tylko pracowite pastowanie i froterowanie. Ktoś musiał 
uwielbiać ten dom.   

–  Święta  racja  –  przyznała,  zadowolona  ze  zmiany  tematu.  Poprzedni  był  zbyt 

niebezpieczny! 

Wrócili  do  kuchni  i  przygotowali  kawę.  Popijali  ją,  siedząc  na  przypiecku  i  podziwiając 

układ sufitowych belek oraz obudowę pieca.   

– Ładnie tu, prawda? Dobrze, że kupiłem ten dom.   
– Tak, to była dobra decyzja. – Usiłowała zignorować fakt, że Mark ją przytulił, że jego udo 

przylega do jej nogi.  Najchętniej  zapomniałaby też o dotyku dłoni na swoim barku i  o widoku 
szerokiego  torsu  pod  miękkim,  grubym  swetrem.  Jakże  łatwo  dałaby  się  skusić  na  coś 
cudownego, pełnego ciepła i słodyczy. Ale popełniłaby wielki błąd.   

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Niemal cały weekend miała wolny, toteż Mark bezceremonialnie porwał ją na poszukiwanie 

mebli.  Objechali  mnóstwo  sklepów  z  używanymi  gratami  i  do  sobotniego  popołudnia 
zgromadzili  imponującą  kolekcję.  Później  wynajęli  furgonetkę  i  odwieźli  wszystko  do  domu. 
Potem Mark pojechał oddać pojazd, a Allie zabrała się za czyszczenie i woskowanie mebli. Do 
powrotu Marka zdążyła wypolerować stół i krzesła oraz częściowo komodę, która miała trafić do 
sypialni, gdyby udało się wnieść ją po schodach.   

– Super – stwierdził Mark, cofając się o parę kroków, by z pewnej odległości ocenić efekt. – 

Dzięki.  Ale  zanim  bardziej  się  namęczysz  nad  tym  rupieciem,  może  najpierw  spróbujmy 
wepchnąć go na piętro? 

– Chyba nie ma szans, żeby sam się wdrapał, więc do roboty – odparła ze śmiechem.   
Wyjęli  szuflady,  Allie  chwyciła  blat  z  przodu,  a  Mark  –  z  tylu  i  zaczęli  wnosić  komodę. 

Napocili  się  przy  tym,  parę  razy  przygnietli  sobie  palce  i  zaklęli,  ustawiali  się  pod  różnymi 
kątami, po czym nagle mebel jakimś cudem trafił na ostatni podest, a stamtąd już bez kłopotu do 
sypialni.   

– Niewiarygodne, że się udało – stwierdził Mark.   
–  Jestem  bardziej  zdumiona  niż  ty.  Przez  ostatnie  pół  godziny  przed  twoim  powrotem 

usiłowałam wymyślić sposób wniesienia tej komody.   

Mark  siadł  na  brzegu  łóżka,  a  właściwie  na  metalowej  ramie,  i  posadził  sobie  Allie  na 

kolanach.   

– Dzięki za pomoc. Jesteś kochana.   
– Zawsze do usług. – Spojrzała ponad jego ramieniem na wystające sprężyny. – Potrzebujesz 

materaca.   

– Fakt. Wiesz co? Jedźmy go kupić.   
– W takim stanie? – Allie spojrzała po sobie. – Wyglądam okropnie. Jestem cała wymazana 

woskiem.   

– Umyj ręce. Ubranie masz czyste, a zresztą i tak nikt nie zwróci na ciebie uwagi.   
– Zwróci, jeśli usmolę nowiutki materac. Poza tym nie potrzebujesz mojej pomocy.   
–  Jasne,  że  potrzebuję.  Marzę  o  tym,  żeby  się  wprowadzić,  a  nie  mogę  spać  na  gołych 

sprężynach. Chodź, zmierzymy ramę i jedziemy.   

– Ten mi się podoba – oświadczył. – No dalej, kładź się i wypróbuj go.   
– Chyba żartujesz.   
–  Oboje  państwo  powinni  sprawdzić,  czy  materac  jest  wygodny  –  wtrącił  sprzedawca.  – 

Proszę się nie krępować, wszyscy klienci to robią.   

Otworzyła usta, by zaprotestować, lecz Mark nie dał jej dojść do słowa.   

background image

– Właśnie, oboje musimy  przetestować ten materac  – przyznał  z błyskiem  w oku.  – Kładź 

się, Allie.   

Z  wahaniem  spojrzała  na  łóżko,  lecz  Mark  już  się  na  nim  wyciągnął  i  podłożył  ręce  pod 

głowę. Uznała, że nie ma sensu się z nim spierać ani tym bardziej niczego wyjaśniać sprzedawcy. 
I jedno, i drugie byłoby zbyt krępujące, więc ostrożnie położyła się na brzegu materaca.   

– Tak lepiej. – Sprzedawca uśmiechnął się do nich zachęcająco. – Wrócę do państwa za kilka 

minut, a w tym czasie proszę wypróbować inne łóżka oraz różne pozycje. Człowiek nie zawsze 
lubi leżeć na wznak.   

Mark  wydał  taki  dźwięk,  jakby  się  dławił.  Allie  spiorunowała  go  spojrzeniem,  on  zaś 

przewrócił się na bok i roześmiał.   

–  Mój  dawny  współlokator  miał  nadzwyczaj  interesującą  książkę.  Były  w  niej  rysunki 

przedstawiające wszystkie możliwe pozycje – mruknął, a Allie poczuła, że się rumieni.   

– Cicho! – Wbrew własnej woli zachichotała. – Jesteś niepoprawnym rozpustnikiem.   
– Skądże. To ty masz kosmate myśli. Ja tylko chcę się przekonać, czy oboje stoczymy się na 

środek tego materaca i zmajstrujemy sobie mnóstwo dzieci.   

– Niedoczekanie! – prychnęła, zrywając się z łóżka. – A ten materac jest za miękki.   
–  Co  powiesz  o  tym?  –  Podprowadził  ją  do  innego,  położył  się  na  nim  bez  cienia 

zakłopotania i poklepał miejsce obok siebie. – „Może się do mnie przytulisz?”, powiedział pająk 
do muszki – zamruczał kusząco.   

– Chyba musisz sobie zbadać głowę – oświadczyła i śmiało zrobiła to, do czego ją namawiał. 

I westchnęła z zachwytu. – O rany, ten jest boski.   

– Odwróć się na bok, twarzą do mnie.   
– To jakiś podstęp? – spytała podejrzliwie.   
– Skądże. Chodzi o to, że masz takie urocze krągłości i ten materac może źle działać na twój 

kręgosłup.   

– I co z tego? To twoje łóżko.   
– Koniecznie mam ci wszystko wyjaśniać właśnie tutaj? – Pochylił się i lekko ją pocałował. 

– Wygodnie ci na boku? 

Skinęła  głową,  wpatrzona  w  jego  szare  oczy.  Były  jak  kamyki  na  dnie  migotliwego 

strumienia, pełne światła i cienia, takie zmienne w kolorze, że skupiła uwagę na nich i nie bardzo 
wiedziała,  co  Mark  jej  mówi.  Ale  była  niemal  pewna,  że  nie  chce  tego  wiedzieć,  a  zwłaszcza 
słuchać tutaj, w sklepie, z tym sprzedawcą z piekła rodem.   

– Jak się państwu podoba? – zahuczał radośnie.   
– Wezmę ten – oświadczył Mark.   
Allie z trudem usiłowała zebrać myśli i zapanować nad uczuciami. Jej kontakty z Markiem 

stają się coraz bardziej intymne i należy położyć temu kres. Oczywiście nie miała pewności, czy 
dla  Marka  ten  romans  nie  jest  tylko  zabawą.  To  nawet  dość  prawdopodobne.  Jeśli  mężczyzna 
wierzy w małżeństwo, to w wieku dwudziestu siedmiu lat od dawna jest żonaty.   

background image

– Ten model jest w naszym magazynie – stwierdził pracownik, sprawdziwszy listę towarów. 

– Możemy dostarczyć zakup już jutro rano.   

– Doskonale. Przez cały tydzień pracuję.   
–  Jak  większość  ludzi,  dlatego  oferujemy  transport  podczas  weekendu.  Zechce  pan  tu 

podpisać? Dziękuję. Proszę spodziewać się materaca jutro po dziewiątej rano. Mam nadzieję, że 
będzie naprawdę wygodny i spędzą państwo na nim wiele szczęśliwych godzin.   

Allie  obdarzyła  Marka  morderczym  spojrzeniem,  a  on  mruknął  coś  niewyraźnie  i  tuż  za 

drzwiami wybuchnął gromkim śmiechem.   

– Powinieneś mu powiedzieć! – zawołała oburzona. – Ale nie, ty wolałeś, żeby wziął mnie za 

twoją żonę albo dziewczynę! 

– Przecież jesteś moją dziewczyną. – Spojrzał na nią uważnie. – Prawda? 
– Chyba tak  – odparła,  wzruszając ramionami.  – Zresztą wszystko  zależy od definicji. Ale 

ten sprzedawca najwyraźniej uznał, że coś nas łączy.   

Mark  oparł  skrzyżowane  ramiona  o  dach  samochodu  i  posłał  jej  spojrzenie,  z  którego  nie 

zdołała nic wyczytać.   

– Sama mogłaś mu wyjaśnić, jak jest.   
Owszem, mogła, ale nie wiedziała jak. Natomiast teraz zaczęła się zastanawiać, czemu Mark 

tak  nalegał,  żeby  sprawdziła  materac.  Głowiła  się  nad  tym  w  drodze  powrotnej,  ale  nic  nie 
wymyśliła,  więc  dała  sobie  spokój.  W  Pulham  kupili  rybę  z  frytkami  i  zjedli  posiłek  w  domu. 
Była dopiero ósma wieczorem, toteż dokończyli polerowanie komody i przez chwilę podziwiali 
swe dzieło.   

– Wygląda fantastycznie – stwierdził Mark. – Dzięki, Allie. Jestem twoim dłużnikiem.   
– Na pewno wymyślę rewanż. Teraz marzę o gorącej kąpieli, herbacie i łóżku.   
– Wielka szkoda, ale nie ma łóżka i wystarczająco dużo gorącej wody. Zaparzyć herbatę? 
–  Nie,  jestem  wykończona.  Jutro  zaczynam  o  dwunastej,  a  muszę  jeszcze  zrobić  porządki. 

Powinnam iść wcześnie spać.   

Odwiózł  ją  więc  do  domu.  Nazajutrz  wstała  dosyć  późno,  posprzątała  pokój,  następnie  tak 

samo energicznie zaatakowała łazienkę i kuchnię. W szpitalu od razu odczuła brak Marka.   

Dzisiaj nie pracował i bez niego było dziwnie pusto mimo wyjątkowo dużej ilości pacjentów. 

Większość z nich w niedzielę trafiała tu z ostrego dyżuru, ponieważ w weekend zawsze zdarzało 
się więcej wypadków. Może dlatego, że w wolne dni dzieciaki bardziej rozrabiały, a rodzice byli 
w  stanie  natychmiast  zauważyć,  że  coś  się  stało.  Personel  już  w  piątek  przygotowywał  się  do 
weekendowego  chaosu.  Wypisywano  jak  najwięcej  dzieci,  a  na  sobotę  i  niedzielę  nie 
wyznaczano  zabiegów  chirurgicznych.  Dzięki  temu  było  łatwiej  zapanować  nad  dopływem 
pacjentów z najróżniejszymi urazami.   

Oczywiście  zdarzały  się  również  przypadki  całkiem  nietypowe.  Przywieziono  na  przykład 

chłopca z parku – był pobity, bez dokumentów, a na dodatek cierpiał na amnezję. Zatrzymano go 
na obserwacji i wezwano policję.   

background image

–  Musimy  się  dowiedzieć,  kim  jest.  Jego  rodzice  pewnie  się  zamartwiają.  –  Dave, 

rozmawiający  z  Allie  policjant,  był  sympatycznym  człowiekiem,  któremu  dobro  ludzi  zawsze 
leżało na sercu. Allie znała go od dawna, ufała mu i bardzo szanowała za jego postawę.   

Ale chłopak nie był taki ufny.   
– Nie wiem, kim jestem – oświadczył. Mówił z wyraźnym szkockim akcentem. – Obudziłem 

się w parku z bólem głowy.   

– Pamiętasz, jak tam trafiłeś? – spytał policjant.   
– Przykro mi, ale nie.   
Chłopiec  wyglądał  jak  siedem  nieszczęść,  toteż  po  chwili  indagowania  go  Allie  wyprosiła 

Dave'a na korytarz.   

– Pacjent potrzebuje wypoczynku – oznajmiła. – Proszę tu poczekać, a jeśli będzie pan miły 

dla naszej Pearl, to na pewno zrobi panu herbatkę.   

– Zawsze jestem miły dla Pearl. – Dave uśmiechnął się szeroko, a Allie wróciła do pokoju i 

zamknęła za sobą drzwi.   

– Dobrze się teraz czujesz? – spytała po chwili.   
– Tak.   
Nie jest rozmowny, pomyślała. Chłopiec sprawiał takie wrażenie, jakby czegoś się obawiał. 

Prawie  się  nie  odzywał,  lecz  Allie  nie  dawała  za  wygraną.  Krzątała  się,  komentując  jego 
obrażenia  i  mówiąc  o  niezbędnych  w  tym  przypadku  zabiegach.  Przez  cały  czas  dyskretnie 
obserwowała go, starając się, by tego nie zauważył. I spostrzegła, że chwilami chyba był bliski 
łez.   

– Tak się zastanawiam... – zaczęła, odkładając kartę – czy ci, którzy cię pobili, przypadkiem 

nie będą cię szukać? 

–  Raczej  nie...  To  znaczy...  wcale  nie  wiem,  kto  mnie  tak  urządził,  ale  pewnie  już  da  mi 

spokój.   

– Znasz tych napastników? 
– Eee... chyba nie. Zresztą, nie pamiętam.   
Czemu jakoś mu nie wierzę, pomyślała. Czy dlatego, że wciąż umykał spojrzeniem w bok i 

nerwowo zaciskał palce na pościeli? 

–  A  co  z  twoimi  rodzicami?  –  spytała  oględnie.  Tak,  na  pewno  się  nie  myli.  Jej  pytanie 

wywołało błysk strachu w oczach chłopca. Boże, chyba to nie oni tak go pobili? 

–  Nie  wiem,  kim  są.  Ani  kim  ja  jestem.  Nic  nie  pamiętam  –  powtórzył  z  uporem.  Wtulił 

głowę w poduszkę, jakby usiłował w niej utonąć.   

– Rozumiem.  – Allie powiesiła kartę w nogach łóżka.  – Nie martw się,  z  pewnością sobie 

przypomnisz. Odpoczywaj. Powiem policjantowi, żeby został na korytarzu i ci nie przeszkadzał, 
dobrze? 

– On jeszcze tu jest? 
–  Tak.  –  Celowo  zignorowała  nutę  strachu  w  głosie  chłopca.  –  Czeka,  aż  sobie  coś 

background image

przypomnisz. Ale może minąć nawet kilka dni, zanim odzyskasz pamięć. Chcesz, żebym kazała 
mu odejść? Obiecam, że go zawiadomimy, gdy minie amnezja.   

Chłopiec  wyraźnie  się  odprężył,  co  nie  umknęło  uwagi  Allie.  O  co  chodzi?  Czyżby  się 

ukrywał? 

– To byłoby super – odparł tak niepewnie, jakby obawiał się uwierzyć w cud.   
Allie wyszła na korytarz.   
– Chyba nie ma sensu, żeby pan tu siedział. Dzieciak jest wystraszony, a pańska obecność 

dodatkowo  go  rozstraja.  Wydaje  mi  się,  że  przez  parę  dni  trzeba  dać  mu  święty  spokój. 
Zadzwonię  do  pana,  jeśli  powie  coś  interesującego.  A  pan  może  przejrzy  zdjęcia  zaginionych 
dzieci, tak na wszelki wypadek.   

– Wolałbym, żeby ten smarkacz nie zwiał.   
– To wykluczone. Ma pęknięte żebra i na razie nigdzie się stąd nie ruszy.   
–  Proszę  go  pilnować.  Wrócę  tu  później,  a  na  razie  sprawdzę  w  kartotece  zaginięcia.  Do 

widzenia.   

Odprowadziła policjanta wzrokiem i weszła do pokoju.   
–  Już  poszedł  –  oznajmiła.  –  Mógłbyś  mi  coś  obiecać?  Muszę  wziąć  się  do  roboty,  więc 

niczego nie próbuj, dobrze? 

–  Jasne  –  odparł  chłopak,  nie  patrząc  jej  w  oczy.  Przysiadła  na  brzegu  łóżka  i  delikatnie 

położyła rękę na szczupłej stopie pod kocem.   

–  Słuchaj,  policja  tylko  chce  złapać  tych,  którzy  cię  pobili,  i  stwierdzić,  kim  jesteś,  żeby 

odwieźć cię do rodziców.   

– Mówiąc ostatnie słowo, wyraźnie poczuła drgnięcie nogi chłopca. Co to może znaczyć? – 

Zgodzisz się, żebyśmy tutaj jakoś cię nazywali? Jakie imię ci się podoba? 

– Może być Jimmy.   
– Tak masz na imię? 
–  Nie,  ale  przecież  wy  tak  nazywacie  wszystkich  Szkotów.  I  już  pani  mówiłem,  że  nie 

pamiętam, jak się nazywam.   

–  Wiem,  Jimmy.  Zostawię  cię  teraz,  żebyś  sobie  pospał.  W  razie  potrzeby  możesz  kogoś 

wezwać, naciskając ten przycisk. – Lekko uścisnęła stopę chłopca i wstała.   

– Siostro? 
– Tak? 
– Dzięki.   
– Proszę bardzo – rzekła z uśmiechem. – I mam na imię Allie. Możesz tak do mnie mówić. 

Tylko błagam, zostań tu.   

Znów  dostrzegła  błysk  strachu,  po  czym  chłopak  skinął  głową  i  zamknął  oczy.  Biedny 

chłopiec,  pomyślała.  Co,  na  miłość  boską,  go  spotkało?  Co  taki  kilkunastoletni  Szkot  robi  we 
wschodniej Anglii? Jego akcent od razu go zdradził, co mogłoby ułatwić poszukiwania rodziny, 
lecz  instynkt  podpowiadał  Allie,  by  na  razie  nie  mówić  zbyt  wiele  policji.  Najpierw  należy 

background image

wybadać Jimmy’ego i odkryć, czego się boi.   

Chłopiec przespał całe popołudnie i zbudził się dopiero o piątej, gdy Allie do niego zajrzała.   
– Cześć, Jimmy.   
– Cześć.   
– Jak się czujesz? 
– Lepiej, dzięki. Te tabletki przeciwbólowe chyba podziałały. I fajnie, jak jest ciepło.   
Ciepło? W umyśle Allie zapaliło się ostrzegawcze światełko. Nie mogła tego zlekceważyć. 

Przypomniała sobie, w jakim stanie przywieziono Jimmy’ego. Jego odzież była strasznie brudna, 
a ciało – nie kąpane chyba od wieków. Allie trochę chłopca umyła, sprawdzając jego obrażenia, 
które  wymagały  natychmiastowej  uwagi,  i  teraz  Jimmy  już  tak  nie  cuchnął,  lecz  nadal 
potrzebował kąpieli. Może jutro.   

Allie  westchnęła.  Teraz  powinna  ustalić,  dlaczego  tak  bardzo  ucieszy!  się  z  ciepła. 

Odpowiedź nasuwała się sama.   

Jimmy to uciekinier.   
– Jimmy, czemu się ukrywasz? – Allie usiadła na brzegu łóżka i wzięła chłopca za rękę. – Co 

cię tak przestraszyło, że musiałeś uciec? 

– Nie wiem, o czym mówisz. – Oczy chłopca dziko zatańczyły po ścianach.   
–  Mnie  nie  musisz  oszukiwać.  Nie  zamierzam  nic  wygadać  policji.  Miałeś  problemy  w 

domu? 

– Nie. – Gwałtownie zamrugał powiekami.   
– Płaczesz, bo tęsknisz za rodziną? Milczenie.   
– W domu ktoś cię krzywdził? Dlatego się boisz? 
– Nic nie powiedziałem.   
– Ojciec cię bił? 
– On nie żyje.   
To już jakiś postęp, pomyślała.   
– Więc może ojczym? 
Trafiła w dziesiątkę. Nagle jakby pękła tama powstrzymująca rozpacz Jimmy’ego.   
– On bije moją matkę. Gwałci ją. A ona mu na to pozwala.  – Chłopiec szybko wyrzucał z 

siebie  słowa.  –  On  ciągle  to  robi.  Próbowałem  go  powstrzymać,  ale  mnie  pobił  i  zrzucił  ze 
schodów. Złamałem nogę.   

– Zauważyłam, że była złamana. Nie poszedłeś na policję? 
–  Tak,  ale  on  powiedział,  że  to  był  wypadek,  że  pokłóciłem  się  z  matką,  i  usiłował  mnie 

powstrzymać,  kiedy  ją  uderzyłem.  Zeznał,  że  tylko  wypchnął  mnie  z  pokoju,  a  ja  spadłem  ze 
schodów.  Moja  matka  potwierdziła,  że  tak  było,  więc  uwierzyli  jemu.  Uznali,  że  jestem 
rozwydrzonym  szczeniakiem,  który  chce  poróżnić  rodziców.  Odesłali  mnie  do  domu  i  ojczym 
zbił mnie do nieprzytomności. Kiedy się ocknąłem, dałem drapaka.   

Allie musiała wziąć głęboki oddech, żeby zapanować nad przypływem gniewu.   

background image

– A co z twoją nogą? 
– Była w gipsie, ale dałem sobie radę. Mieszkaliśmy w Glasgow, więc tam się ukryłem, ale 

policja  mnie  znalazła.  Nikt  nie  chciał  mnie  słuchać  i  znów  wylądowałem  w  domu.  Ojczym 
spuścił  mi potężne lanie, a mama tylko  stała i  patrzyła. Chryste, moja własna matka nawet  nie 
kiwnęła palcem, a ten typ przerabiał mnie na miazgę...   

Głos mu się łamał, więc Allie delikatnie go objęła i huśtając go w ramionach, pozwoliła mu 

się  wypłakać.  Po  chwili  usłyszała  skrzypnięcie  otwieranych  i  zamykanych  drzwi.  Oby  nie 
policjant, pomyślała. Na szczęście była to inna pielęgniarka, która chciała wziąć z magazynu leki.   

– Jimmy, muszę teraz coś zrobić, ale zaraz do ciebie wrócę i porozmawiamy, dobrze? 
– Nic nie mów policji – poprosił z takim strachem w głosie, że Allie choćby z tego powodu 

zachowałaby dyskrecję.   

Mogła przyjść do Jimmy'ego dopiero za godzinę i tylko na parę minut. Później znów zajrzał 

policjant, aby z nią porozmawiać.   

– Nie podał mi swojego nazwiska – powiedziała. – I nie czuje się dobrze. Wolałabym, żeby 

pan na razie go nie męczył.   

– Zamienię z nim tylko dwa słowa.   
Weszła za Dave’em do pokoju, a Jimmy popatrzył na nią oskarży cielsko.   
– Przecież obiecałaś.   
– Nie mogłam go powstrzymać, Jimmy. To jego praca.   
– Jimmy? – pytająco powtórzył Dave, rzucając Allie podejrzliwe spojrzenie.   
– Postanowiliśmy chwilowo tak go nazywać – wyjaśniła bez wahania. – To lepsze niż „Hej, 

ty”.   

– Rozumiem. Słuchaj, Jimmy, może chciałbyś mi coś powiedzieć? 
– Rozmawiałaś z nim? – Jimmy przeszywał Allie wzrokiem.   
–  Ona  nic  mi  nie  mówiła,  synu  –  zapewnił  go  Dave.  –  Tylko  się  zastanawiam,  czy  sobie 

czegoś nie przypomniałeś.   

– Nie.   
– No dobrze. Gdybyś chciał ze mną pogadać, to będę na zewnątrz. A może podałbyś mi adres 

lub numer telefonu rodziców, żebyśmy mogli ich zawiadomić? Na pewno się o ciebie martwią.   

– Przykro mi, ale niczego nie pamiętam.   
– Cóż... – Dave skinął głową. – Jeśli zmienisz zdanie, to jestem w pobliżu.   
Po wyjściu policjanta Jimmy spojrzał na Allie z wyrzutem.   
– Co mu wygadałaś? 
– Nic. Prosiłam go, żeby tu nie wchodził, ale się uparł.   
– On coś podejrzewa.   
–  To  zrozumiałe.  Znaleziono  cię  pobitego,  brudnego,  bez  dokumentów.  Twierdzisz,  że  nic 

nie  pamiętasz  i  nie  chcesz  rozmawiać  z  policją.  Normalnie  człowiek  w  tych  okolicznościach 
błagałby o pomoc, więc wiadomo,  że coś jest nie tak. Nie trzeba  geniusza, żeby dojść do tego 

background image

wniosku.   

– Przepraszam.   
Zabrzmiało to burkliwie, lecz Allie i tak się ucieszyła. Odzyskała zaufanie Jimmy’ego, a to 

oznaczało, że może będzie w stanie mu pomóc.   

– W porządku, Jimmy. Zamierzam teraz przysłać do ciebie dobrego pediatrę. Zbada cię. Jak 

dawno uciekłeś? 

– Prawie rok temu.   
– Brałeś narkotyki? 
– Nie jestem głupi.   
– Czym się żywiłeś? 
– Różnie. – Odwrócił wzrok. – Grzebałem w śmietnikach, kradłem. Czasem udawało mi się 

znaleźć  coś  na  wysypisku  i  sprzedać.  Kiedyś  trafił  się  stolik,  za  który  w  sklepie  z  używanymi 
meblami dostałem sto funtów.   

– A co z seksem? 
Jimmy wyraźnie się zmieszał.   
– Raz, z facetem. W lecie. Byłem strasznie głodny, a on obiecał, że da mi jeść, jeśli do niego 

pójdę. – Zasępił się i umilkł na długą chwilę. – Dostałem nauczkę.   

Allie ze smutkiem potrząsnęła głową.   
– Sprowadzę Marka, żeby cię obejrzał. Mogę mu powtórzyć twoją historię? 
– Po co? 
– Bo jeśli ma ci pomóc, to musi znać całą prawdę.   
– Możesz mu zaufać? 
– Całkowicie. To przyjaciel.   
– No dobra – zgodził się. – Ale tylko jemu.   
– Obiecuję.   
Wyszła  na  korytarz,  wzruszeniem  ramion  odpowiedziała  na  nieme  pytanie  Dave’a  i  poszła 

zadzwonić do gabinetu Marka. Podniósł słuchawkę po drugim sygnale.   

– Tu Allie. Możesz wpaść na oddział? 
– Jasne. Daj mi pięć minut.   
Zjawił się od razu, więc odprowadziła go na bok i szybko przekazała wszystkie informacje 

na temat Jimmy’ego. Mark słuchał jej z rosnącym przejęciem.   

– Biedny chłopak. Gdzie leży? 
– Tam. Mark, zrób to z wyczuciem. On jest strasznie czujny.   
– Dam sobie radę. Wejdziesz ze mną? 
– Chcesz, żebym była obecna? 
– Przynajmniej na początku. Potem zobaczymy. Została w pokoju przez parę minut, dopóki 

Jimmy trochę się nie odprężył. Potem poszła zadzwonić do zatrudnionej na pediatrii opiekunki 
społecznej.  Kobieta  chciała  natychmiast  do  nich  przyjść,  lecz  w  końcu  niechętnie  zgodziła  się 

background image

zająć przypadkiem Jimmy'ego dopiero nazajutrz.   

Minęły całe wieki, zanim Mark wyszedł od chłopca. Znalazł Allie w pokoju pielęgniarek.   
– Jak go oceniasz? – spytała.   
– Nie ma powodów do obaw. Chłopak oczywiście jest wychudzony i niedożywiony, ale poza 

tym nie wygląda źle.   

Nie  stwierdziłem  też  żadnych  widocznych  oznak  świadczących  o  wykorzystywaniu 

seksualnym. Jimmy raczej nie zaraził się wirusem HIV od tamtego faceta w Blackpool. Mówi, że 
zwiał, zanim doszło do najgorszego.   

– Całe szczęście. Co on robił w Blackpool? 
– Któż to wie? – Wzruszył ramionami. – Tułał się po Bristolu, Edynburgu, Leeds, Blackpool, 

Londynie i Bóg wie gdzie jeszcze. Jest w zdumiewająco dobrym stanie, ale ma przekrwienie w 
jednym  płucu,  dlatego  przepiszę  antybiotyk.  Trzeba  też  wykonać  masę  dodatkowych  badań  i 
analiz  oraz  przeprowadzić  ocenę  psychologiczną.  Może  wymyślisz  jeszcze  coś?  Każdy  sposób 
jest dobry, żeby został tu jak najdłużej i nabrał sił. A policja ma na razie trzymać się od niego z 
daleka, bo jest poważnie rozstrojony.   

– Zechcesz powiedzieć to Dave’owi? – Ruchem głowy wskazała siedzącego przy drzwiach 

funkcjonariusza.   

– Jasne. – Mark długo rozmawiał z policjantem, który w końcu wstał,  zamienił z Jimmym 

parę słów i opuścił oddział.   

– Co mu powiedziałeś? 
–  Tylko  tyle,  że  powinniśmy  współpracować,  lecz  na  razie  jego  obecność  źle  działa  na 

pacjenta i utrudnia rekonwalescencję.   

– Poszedł sobie na dobre? 
– Wróci. Skończyłaś na dziś? Zerknęła na zegar; dochodziła dziewiąta.   
–  Chyba  tak.  Muszę  tylko  przekazać  wszystko  siostrze  przełożonej  z  nocnego  dyżuru. 

Powinna zaraz tu być. O, już idzie. Czemu pytałeś? 

– Wpadnij do mnie na kawę.   
–  Dobrze.  –  Podała  dyżurnej  pielęgniarce  podstawowe  informacje  o  Jimmym,  zwięźle 

przedstawiła sytuację na oddziale i pomknęła do pokoju Marka. Nogą zamknęła za sobą drzwi, 
padła w jego ramiona i rozpłakała się.   

– Już dobrze, kochanie – szepnął uspokajająco.   
–  To  nie  fair  –  stwierdziła  po  chwili,  gdy  przestała  pochlipywać.  –  Z  jednej  strony  mamy 

takie  dzieci  jak  Claudia,  których  rodzice  są  pełni  poświęcenia,  a  z  drugiej  strony  nie  brak 
biedaków  w  rodzaju  Jimmy'ego,  którego  katuje  ojczym,  a  matka  bierze  jego  stronę,  zamiast 
bronić syna! Jak ona może? I co z innymi dziećmi? Czy Jimmy ma siostry lub braci? 

– Jimmy jest najmłodszy. Jego rodzeństwo już się wyprowadziło.   
– Całe szczęście. – Wysunęła się z objęć Marka, poszła do łazienki i wytarła nos w papier 

toaletowy. – Przepraszam – powiedziała po powrocie i bezsilnie opadła na łóżko. – Kiepskie ze 

background image

mnie towarzystwo.   

–  Wytrzymam.  Nie  trzeba  bez  przerwy  mnie  zabawiać  wyrafinowaną  konwersacją. 

Przyjaciół poznaje się w biedzie.   

–  Dzięki.  Przydałoby  się,  żeby  ktoś  mnie  przytulił.  Usiadł  obok  niej,  objął  ją  i  mocno 

pocałował.   

– Lepiej? 
– Dużo.   
– To świetnie. – Wyciągnął się na łóżku i poklepał miejsce obok siebie. – Zwiń się tutaj w 

kłębuszek.   

Nie zdołała się oprzeć temu zaproszeniu.   
– Ten materac ma straszny dół i pcha ludzi ku sobie.   
– Wiem. Wykorzystajmy to jak najlepiej. – Odwrócił ją twarzą ku sobie i czule pocałował. 

Gdy się odsunął, zaprotestowała nieartykułowanym pomrukiem. – Rozpustnica! 

– To twoja wina – odparła. – Za dobrze całujesz.   
– Na pochlebstwach daleko zajedziesz, lizusko. – Pocałował ją jeszcze raz, podniósł z łóżka i 

odprowadził do domu.   

–  Jimmy'ego  już  nie  spotka  nic  złego?  –  spytała,  gdy  zatrzymali  się  przed  jej  drzwiami.  – 

Policja nie odeśle go do tych koszmarnych rodziców? 

– Pogadaj jutro z opiekunką społeczną. Oby nie okazała się bezduszna. Chłopak nie powinien 

do nich wrócić. – Objął ją, a ona wsparła się o niego z przyjemnością, rozkoszując się ciepłem 
promieniującym z jego ciała. – Wchodź do środka, ledwie żyjesz ze zmęczenia. – Cmoknął ją na 
pożegnanie w czubek głowy i odszedł.   

Tego  wieczoru  długo  nie  mogła  zasnąć.  Myślała  o  takich  dzieciach  jak  Jimmy  –  biednych 

uciekinierach  skulonych  nocą  w  ciemnym  zaułku  lub  pod  mostem,  brudnych  i  głodnych, 
padających ofiarą różnych mętów i zboczeńców, wykorzystujących strach i niewinność dziecka.   

I takie życie jest lepsze niż rodzinny dom? 
 
Nazajutrz rano Jimmy wyglądał znacznie lepiej, był wypoczęty i chyba mniej się bał. Powitał 

Allie  uśmiechem  i  powiedział  opiekunce  społecznej  o  swoim  ojczymie,  lecz  nadal  odmawiał 

podania nazwiska i adresu rodziców.   

– A gdybym ci dała słowo, że nie odeślemy cię do nich, porozmawiałbyś z policją? – spytała 

kobieta.   

– Najwyżej o tym, kto mnie pobił w parku. Ale nie znam tych typów. Już to mówiłem.   
– Mógłbyś złożyć zeznanie? Chłopiec zrobił udręczoną minę.   
– Może jeszcze trochę z tym poczekamy – zasugerowała Allie pojednawczym tonem.   
– Oczywiście – zgodziła się opiekunka. – Zresztą twoje zeznanie i tak niewiele wniosłoby do 

sprawy. Rozumiem, że zostaniesz w szpitalu, dopóki twój stan się nie poprawi? 

– Tak – potwierdziła Allie.   

background image

–  Gdybyś  chociaż  podał  mi  swoje  nazwisko,  to  mogłabym  skontaktować  się  z  opieką 

społeczną w Glasgow i porozmawiać z twoimi rodzicami.   

– Kto coś mówił o Glasgow? – spytał ostro Jimmy.   
– Nikt, ale zdradza cię twój akcent, chłopcze.   
Mimo nalegań Jimmy odmówił ujawnienia swojej tożsamości i opiekunka w końcu przestała 

go naciskać.   

– Jako małoletni będziesz musiał trafić pod opiekę sądu.   
– Niby dlaczego? Mogę mieć szesnaście lat.   
– A masz tyle? 
– Nie wiem.   
–  Cóż,  może  to  i  lepiej,  że  na  razie  nic  nie  mówisz.  Dzięki  temu  będzie  nam  łatwiej  cię 

chronić.   

Jimmy odprowadził ją zamyślonym  spojrzeniem, ubrał  się i  poszedł do sali zabaw oglądać 

telewizję. Później w szpitalu zjawił się inny policjant, bardziej stanowczy niż Dave, i z miejsca 
zaczął się popisywać swą fachowością. Najpierw wziął w obroty Allie, ale w tym przypadku kosa 
trafiła na kamień.   

– Nie mogę panu powiedzieć tego, czego nie wiem – oświadczyła. – I nie wolno mi zdradzić 

niczego, co usłyszałam w sekrecie, bo obowiązuje mnie tajemnica zawodowa.   

– A gdyby chłopakowi coś groziło? 
– Tutaj jest bezpieczny.   
– Nie wiadomo. Ci, którzy go pobili, nadal są na wolności. Chłopiec w tym wieku powinien 

wrócić do rodziców.   

– Chyba że go krzywdzą – odrzekła ostro. – Przykro mi, ale nie mam nic więcej do dodania. 

Proszę nie denerwować naszego pacjenta, bo musi wypocząć. Jest wyczerpany.   

– Potrzebuje opieki.   
– Mają właśnie u nas.   
– Zwieje.   
– Na pewno nie. Obiecał mi, że tego nie zrobi, a ja obiecałam go chronić.   
Policjant był wyraźnie rozjątrzony.   
– Na miłość boską, ja chcę mu pomóc! 
– Więc na pewien czas zostawcie go w spokoju, żeby poczuł się bezpiecznie. Proszę dać mu 

trochę czasu.   

– Zgoda, ale tylko dwadzieścia cztery godziny.   
–  Dzięki.  –  Allie  westchnęła  z  ulgą  i  poszła  sprawdzić,  co  z  Jimmym.  Nadal  gapił  się  w 

telewizor.   

– Czego chciał ten gliniarz? – spytał z czujną miną.   
– Pogadać z tobą. Spławiłam go, chociaż właściwie nie powinnam była tego zrobić. Jimmy, 

on pragnie ci pomóc.   

background image

– Akurat.   
Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. Po skończeniu dyżuru jakoś nie była w stanie przestać 

myśleć o Jimmym. Nazajutrz okazało się, że jej niepokój był uzasadniony.   

Jimmy zniknął.   

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Przez  cały  tydzień  martwiła  się  o  niego.  Pojawia  się  w  jej  snach,  zaprzątał  myśli,  lecz  w 

końcu pogodziła się z faktem, że ten biedak na zawsze zniknął z jej życia. Mark podtrzymywał ją 
na  duchu  i  wsparł  swoim  autorytetem,  gdy  policja  usiłowała  obciążyć  ją  winą  za  ucieczkę 
chłopca.   

– Nigdy nie podał mi nazwiska – oświadczyła podczas przesłuchania. – Nie dysponowałam 

informacjami, które mogłyby wam się przydać. A zachowanie dyskrecji to mój obowiązek.   

Policjanci niechętnie przyznali jej rację i zajęli się wypełnianiem stosu formularzy, lecz Allie 

to nie obchodziło. Dużo bardziej przejmowała się losem Jimmy’ego. W sobotę rano zadzwonił 
Mark i oznajmił, że wprowadza się do swego domu.   

– Mam już wszystko co niezbędne: kuchenkę, czajnik, ciepłą wodę i wspaniałe łóżko, a skoro 

codziennie muszę jeździć karmić kota, to równie dobrze mogę tam zamieszkać.   

– A zasłony? 
– Kupiłem gotowe, w kremowym kolorze. Na razie wystarczą. Wpadnij zobaczyć.   
Pojechała  i  natychmiast  się  zachwyciła.  Zwłaszcza  sypialnia  wyglądała  przytulnie  –  na 

drewnianym  karniszu  wisiały  proste,  gładkie  zasłony,  a  rzeźbione  łóżko  z  nowym,  wysokim 
materacem miało staroświecki wdzięk. Na jego środku wylegiwała się wyraźnie uszczęśliwiona 
Minnie.   

– Jak ci się podoba? 
– Aż trudno poznać ten pokój. Masz pościel? 
– Tak, całkiem nową. Uprałem ją, żeby straciła sztywność. Pomożesz mi posłać łóżko? 
Pościel także okazała się kremowa. Była ozdobiona haftem angielskim i idealnie pasowała do 

stylu  wnętrza.  Usunęli  protestujące  kocisko,  założyli  na  materac  ochraniacz  i  prześcieradło  z 
gumką,  a  na  koniec  włożyli  nowiutką  puchową  kołdrę  w  poszwę,  wygładzili  ją  i  spojrzeli  na 
siebie.   

–  Mogłabyś  je  ze  mną  ochrzcić  –  rzekł  Mark  cicho.  Milczała,  świadoma  głośnego  bicia 

swego serca.   

– Dzisiaj wieczorem. – Patrzył jej prosto w oczy. – Przyjdź do mnie na kolację. Wróć teraz 

do domu i się przygotuj, a ja zrobię zakupy i coś dla nas ugotuję. Później zostań ze mną, Allie. 
Pozwól mi się z tobą kochać.   

Wzięła jeden głęboki oddech, potem drugi.   
– Dobrze. – Jej głos wibrował napięciem. – O której mam przyjść? 
– O siódmej? Wpół do ósmej? 
Jak  zaczarowana  skinęła  głową,  po  czym  wzięła  się  w  garść  i  ruszyła  do  drzwi.  Mark 

zatrzymał ją i pocałował w usta. Zauważyła, że drżą mu ręce.   

background image

– Do zobaczenia. – Zbiegła po schodach, chwyciła torebkę i zerknęła na zegarek. Miała całe 

popołudnie, żeby zrobić się na bóstwo, i zamierzała tego dokonać. W domu natychmiast pognała 
do  łazienki,  wyjęła  nigdy  nie  używane  olejki  i  wlała  je  do  wanny.  Długo  leżała  w  cudownie 
odprężającej,  ciepłej wodzie, potem opłukała się pod prysznicem, umyła włosy i polakierowała 
paznokcie. Podśpiewując radośnie, otworzyła szafę i aż zaklęła z rozpaczy.   

– Co się stało? – Do pokoju zajrzała Beth.   
– Idę na kolację do Marka. Już mieszka u siebie.   
– Naprawdę? To dlaczego przeklinasz? 
– Nie mam pojęcia, w co się ubrać.   
Beth  przesunęła  kolejno  wszystkie  wieszaki,  westchnęła  tragicznie  i  pociągnęła  ją  na 

korytarz.   

– U siebie znajdę coś lepszego niż te twoje ciuchy. Musisz częściej wychodzić.   
Allie  odrzuciła  kilka  propozycji,  lecz  na  widok  szafirowej  sukienki  z  miękkiego  dżerseju 

oczy  jej  rozbłysły.  Była  śliczna  –  długa,  zapinana  z  przodu  na  maleńkie  guziczki,  ze  sporym 
dekoltem. Był to ulubiony strój Beth.   

– Pożyczę ci ją – rzekła z westchnieniem przyjaciółka. – Obyś tylko zasmakowała w życiu 

towarzyskim, ty odludku.   

Beth cmoknęła ją w policzek, a oszołomiona tym Allie poszła do sypialni się ubrać.   
– Do licha, wyglądasz w niej sto razy lepiej niż ja – stwierdziła Beth. – Weź ją sobie.   
– Ale to twoja ukochana sukienka! 
– Już się jej nanosiłam. Bierz ją. Po tym, jak cię w niej zobaczyłam, i tak nigdy bym jej nie 

włożyła.   

–  Dzięki.  –  Allie  zrobiła  piruet  przed  lustrem,  uśmiechnęła  się  do  siebie  i  narzuciła  na 

ramiona sweterek.   

–  Teraz  wyglądasz  jeszcze  lepiej  –  pochwaliła  Beth.  –  Bardziej  domowo.  Napijesz  się 

herbaty? 

–  Nie,  już  prawie  wpół  do  siódmej.  Muszę  lecieć.  –  Nagle  ogarnęło  ją  zdenerwowanie.  – 

Aha, nie czekajcie na mnie.   

Beth na moment oniemiała.   
– Aaa... Dobrze. Do zobaczenia, kiedy wrócisz.   
– Nie usłyszę żadnego wymądrzania? 
–  Nie.  Uważaj  na  siebie.  Zachowaj  trochę  rozsądku.  –  Beth  wyszła,  a  po  chwili  wręczyła 

Allie małe pudełeczko. – I weź to, na wypadek, gdyby on zapomniał.   

Allie spojrzała na pakiecik i się zarumieniła.   
–  Dzięki.  –  Wrzuciła  go  do  torebki,  zapięła  suwak  i  uśmiechnęła  się  do  Beth.  –  Jesteś 

kochana.   

–  Wyglądasz  bosko.  Idź  i  rzuć  tego  chłopa  na  kolana.  Na  kolana?  Łatwo  powiedzieć.  Po 

drodze  trzęsła  się  ze  strachu,  a  na  dodatek  przyjechała  na  miejsce  o  wiele  za  wcześnie.  Przez 

background image

chwilę  rozważała  czekanie  w  samochodzie,  lecz  po  namyśle  uznała  ten  pomysł  za  idiotyczny. 
Lepiej  wejść  i  pomóc  Markowi  gotować.  Zapukała  i  zaraz  usłyszała  odgłos  kroków.  Mark 
otworzył drzwi i wciągnął ją do środka.   

– Przyszłaś trochę wcześniej.   
– Wiem, przepraszam. Chciałam poczekać, ale...   
– Nie pleć głupstw. – Zdjął z niej płaszcz i westchnął z wrażenia. – Ależ jesteś piękna.   
Zaśmiała się, by pokryć zmieszanie. Mark też wyglądał trochę inaczej niż zwykle. Zamiast 

dżinsów  miał  na  sobie  wełniane  spodnie  i  rozpiętą  pod  szyją  koszulę  z  miękkiej,  jedwabistej 
tkaniny, która aż się prosiła, by ją dotknąć.   

– Kolacja będzie za kilka minut. Napijesz się czegoś? 
– Chętnie.   
– Mam białe wino. Chodźmy do kuchni.   
– Jak tu apetycznie pachnie! 
– Zapiekanka z kurczaka. Tylko tyle umiem upichcić.   
Spojrzeli sobie w oczy i Allie pomyślała, że zdenerwowanie zaraz ją zabije.   
– Jesteś bardzo głodna? 
– Nie.   
–  Obiecywałem  sobie,  że  tego  nie  zrobię.  Chciałem  najpierw  cię  nakarmić,  pogadać, 

zachować się jak człowiek cywilizowany, ale nic z tego. Pragnę cię, Allie, i nie mogę już dłużej 
czekać.   

Przymknęła powieki,  świadoma zalewającej  ją fali pożądania. Oddychała szybko i  płytko  i 

była niemal pewna, że zaraz zemdleje.   

– Chodź do łóżka...   
Otworzyła oczy i napotkała jego płonące spojrzenie.   
–  Dobrze.  –  Mark  wziął  ją  za  rękę  i  poprowadził  na  piętro,  lecz  kazał  jej  poczekać  przed 

drzwiami. Usłyszała syk zapalanej zapałki i pstryknięcie gaszonego światła.   

– Możesz wejść.   
Oniemiała. Na nocnej szafce stał wielki bukiet kremowych róż, a na gzymsie kominka paliło 

się kilka grubych, białych świec. Skąpana w ich łagodnym blasku sypialnia sprawiała wrażenie 
komnaty rodem z bajki.   

– Jak tu pięknie – szepnęła wzruszona. – Dziękuję. Mark przyjął jej słowa z uśmiechem.   
– Teraz ten pokój jest godny ciebie. – Podszedł, zsunął z jej ramion sweterek i upuścił go na 

podłogę. Następnie zaczął powoli rozpinać guziczki sukienki, przez cały czas nie dotykając Allie. 
Było to niesamowicie podniecające. Po chwili sukienka spoczęła obok sweterka.   

–  Allie...  –  Mark  przesunął  po  niej  zachwyconym  spojrzeniem,  a  ją  ogarnął  żar.  –  Jesteś 

cudowna.   

– Teraz moja kolej. – Sięgnęła do klamerki jego paska.   
– Ja to zrobię. – Pośpiesznie pozbył się odzieży, a ściągnięta przez głowę koszula wzburzyła 

background image

mu włosy. – Powiedz mi, czego pragniesz, Allie – odezwał się przytłumionym z emocji głosem. 
– Co lubisz? Jak mam cię kochać? 

– Nie wiem. – Bezwiednie wzruszyła ramionami, nerwy miała napięte do ostatnich granic. – 

Musimy improwizować, bo ja... jeszcze nigdy tego nie robiłam.   

Mark  zamarł,  a  jej  przemknęło  przez  głowę,  że  on  zrezygnuje.  Lecz  gdy  znów  na  siebie 

spojrzeli, ujrzała w jego oczach płomień uczucia, które całkiem ją oszołomiło.   

– Boże drogi, Allie – szepnął Mark. – Nigdy? Potwierdziła, a on przełknął ślinę i odwrócił 

wzrok.   

– Proszę cię, nie przestawaj...   
–  Nie  bój  się,  ale  daj  mi  chwilę.  –  Miał  taką  minę,  jakby  sam  ze  sobą  walczył.  W  końcu 

przejechał dłonią po twarzy i wziął Allie w ramiona. – Wiesz, jaki teraz jestem zdenerwowany? 

– Dlaczego? Przecież ty na pewno nie debiutujesz.   
– Ale ty tak. I jeśli coś mi nie wyjdzie...   
– Daj spokój. Nie chcę, żebyś się popisywał – rzekła łagodnie. – Po prostu mnie przytul.   
Mark zadrżał, ona zaś nagle nabrała przeświadczenia, że i tak robi wszystko tak jak trzeba. 

Przecież natura zawsze mądrze nami kieruje, pomyślała i przyciągnęła do siebie głowę Marka.   

–  Kochaj  się  ze  mną  –  szepnęła.  –  Weź  mnie  do  łóżka,  obejmij  i  dotykaj,  aż  będziemy 

najbliżej jak tylko można.   

Chwycił ją na ręce i położył na pachnącej świeżością pościeli. Allie westchnęła, gdy znów ją 

objął i pocałował. Była niemal pewna, że umrze, jeśli Mark każe jej czekać jeszcze dłużej.   

– Mark, proszę... – szepnęła.   
–  Jeszcze  moment.  –  Sięgnął  do  górnej  szuflady  komody,  którą  Allie  z  takim  uczuciem 

wypolerowała. – Do licha, ręce strasznie mi się trzęsą. – Ostrożnie ułożył się obok niej i spojrzał 
jej w oczy.   

Pomyślała, że jest taki silny i męski. Tylko on budził w niej te nowe, cudowne pragnienia i 

uczucia, które do tej pory bała się nazwać po imieniu, z których może nie do końca zdawała sobie 
sprawę. Lecz teraz z całą jasnością zrozumiała, że go kocha. Całym sercem.   

– Mark...   
– Jesteś pewna? 
– Najzupełniej – zapewniła i po jakimś czasie poczuła, jak on powoli i cudownie wypełnia ją 

sobą.   

– O, tak... – szepnęła. – Tak, Mark...   
Sprawiał  jej  niewysłowioną  rozkosz,  która  stopniowo  narastała,  aż  nagle  ciałem  Allie 

wstrząsnęły fale cudownego, pulsującego spełnienia. Powtarzając imię Marka, poczuła, że nagle 
się wyprężył i potem jeszcze raz w niej zatonął, zabierając ją ze sobą na szczyt ekstazy. Potem 
długo leżeli spleceni uściskiem, a gdy Mark się uniósł, Allie dostrzegła na jego rzęsach lśnienie 
łez.   

–  Kocham  cię  –  powiedział  cicho,  a  ona  pomyślała,  że  pierwszy  raz  w  życiu  jest  w  pełni 

background image

szczęśliwa...   

O północy głód wygnał ich do kuchni, gdzie zjedli zapiekankę, a później znów się kochali – 

tym  razem  przed  kominkiem,  na  puszystym  futrzaku,  który  cudownie  łaskotał  nagą  skórę. 
Później Mark zaniósł Allie do łóżka, zgasił prawie wypalone świece i wsunął się obok niej pod 
kołdrę.   

Rano obudził ją dźwięk kościelnych dzwonów. Otworzyła oczy i stwierdziła, że leży wtulona 

w Marka, z głową na jego ramieniu i ręką przerzuconą przez jego pierś.   

– Twoje nowe łóżko ma na środku dół – oznajmiła, gdy się zbudził, a on parsknął śmiechem.   
–  Nie  wierzę  w  te  doły  i  masę  dzieci  z  ich  powodu.  To  raczej  skutek  upodobania 

użytkowników.  –  Przeciągnął  się  leniwie  jak  wielki  kot,  silny  i  pełen  wdzięku.  –  Jak  się 
miewasz? – spytał.   

– Wspaniale.   
– To dobrze. Co ze śniadaniem? 
– Pytasz, czy mam na nie ochotę, czy sugerujesz, żebym je zrobiła? 
– Jest szansa na to drugie? 
– Nie.   
–  Tak  myślałem.  –  Odrzucił  kołdrę,  wstał  i  znów  się  przeciągnął.  Allie  przewróciła  się  na 

brzuch  i  z  podziwem  przesunęła  wzrokiem  po  jego  wspaniałym  ciele.  Mark  z  rozbawionym 
uśmiechem  cmoknął  ją  w  nos  i  nazwał  bezczelną.  –  Narzuć  coś  na  siebie.  Zjemy  śniadanie  w 
kąpieli.   

– W kąpieli?! 
– Czemu nie? 
– Niby racja. – Wstała i pośpiesznie włożyła szlafrok.   
– Napuść wody i wejdź do wanny – polecił. – Zaraz przyniosę jedzenie.   
Wanna okazała się nadzwyczaj obszerna. Rzeczywiście zmieścili się w niej oboje.   
– Wygodnie? 
Allie  skinęła  głową.  Ciekawe,  co  by  było,  gdybym  niechcący  upuściła  grzankę  do  wody, 

pomyślała,  rozkoszując  się  dotykiem  owłosionych  nóg  Marka  na  swojej  gładkiej  skórze.  A  po 
chwili poczuła się jeszcze przyjemniej, gdy zaczął powoli mydlić jej ciało...   

 
Ubrali  się,  Mark  rozniecił  ogień  na  kominku  i  oboje  usiedli  na  kanapie.  Wpatrzeni  w 

tańczące płomienie popijali świeżo zaparzoną kawę, spokojni i rozleniwieni.   

– Mogłabym ta zostać na zawsze – mruknęła.   
– Naprawdę? – Odstawił kubek i odwrócił się do niej. Na jego twarzy nagle odmalowało się 

napięcie.   

– Och, to tylko takie powiedzenie...   
–  A  chciałabyś  zostać?  Na  zawsze?  –  Z  miłością  spojrzał  jej  w  oczy  i  wziął  za  rękę.  – 

Wyjdziesz za mnie, Allie? Będziesz matką moich dzieci, zestarzejesz się ze mną? 

background image

Wpatrywała  się  w  niego,  oszołomiona  faktem,  że  wszystko  tak  nagle  wymknęło  się  spod 

kontroli.  Jakim  cudem  nie  zorientowała  się  wcześniej,  co  Mark  czuje  i  do  czego  zmierza? 
Ogarnęło ją poczucie winy, a także żal, ponieważ nagle skonstatowała, że najbardziej na świecie 
pragnie właśnie tego, co Mark jej oferuje.   

– Nie... nie mogę – wybąkała.   
– Nie możesz? Dlaczego? Nie mów mi, że mnie nie kochasz, bo po tej nocy po prostu ci nie 

uwierzę.   

– Nie twierdzę, że cię nie kocham  – jęknęła. –  Ale nie mogę zostać twoją żoną. Chyba to 

rozumiesz.   

– Nie – odparł cicho. – Nie mam pojęcia, o co ci chodzi, zwłaszcza po tej nocy. Niby co tu 

jest do zrozumienia? 

Jego słowa dręczyły ją na równi z jej poczuciem winy.   
– Przepraszam. Nie zdawałam sobie sprawy z twoich uczuć. Nie chciałam cię zranić, Mark, 

ani siebie. Po prostu uznałam, że możemy sobie pozwolić na przygodę, trochę się zabawić...   

–  Zabawić?  I  właśnie  to  twoim  zdaniem  robiliśmy  tej  nocy?!  Allie,  kochając  się  z  tobą 

oddałem ci swoją duszę! Czyżbyś tego nawet nie zauważyła? 

Przygryzła wargi, żeby głośno nie zaszlochać.   
– Przepraszam – powtórzyła, całkiem zdruzgotana. – Nie przypuszczałam, że...   
– Na miłość boską, kobieto, powiedz mi, dlaczego?! 
–  Już  ci  mówiłam.  –  Wzięła  się  w  garść  i  spojrzała  na  jego  wykrzywioną  bólem  twarz.  – 

Wiele razy, ale mnie nie słuchałeś. Rzecz w tym, że chcesz zostać lekarzem rodzinnym.   

–  I  dlatego  za  mnie  nie  wyjdziesz?  Z  powodu  mojego  zawodu?  Wybacz,  nie  sądziłem,  że 

poślubienie internisty to taki mezalians! – stwierdził z goryczą.   

– A pamiętasz Roberta? – spytała z udręką w głosie. – Pamiętasz, jak cierpiała jego żona i 

pozbawione  ojca  dzieci?  Nie  on  jeden  nie  wytrzymał  stresu!  Wiesz,  ilu  lekarzy  rodzinnych 
popełnia samobójstwo? Nie chcę zostać wdową, Mark, nie chcę czekać na dzień, w którym się 
dowiem,  że  wziąłeś  zabójczą  dawkę  czegoś  lub  zatrułeś  się  spalinami  w  samochodzie!  Nie 
mogłabym tak żyć i nie będę. Przykro mi, Mark.   

– Ty naprawdę mówisz poważnie – stwierdził z ciężkim sercem. – Mój Boże. A ja myślałem, 

że mamy wszystko, czego trzeba do szczęścia. Miłość, róże na ganku i długie, wspaniałe życie 
przed sobą. A okazało się, że tylko róże są prawdziwe.   

– Miłość też – odparła głucho. – Wiesz, że cię kocham.   
– Ale będę tylko lekarzem rodzinnym, a to dla ciebie za mało. Allie, przecież nie ukrywałem, 

kim chcę zostać. Wybrałem zawód, do którego mam największe predyspozycje, o którym marzę. 
Tak  jak  ty  zawsze  marzyłaś  o  pielęgniarstwie.  Nie  mogę  się  oszukiwać  i  postępować  wbrew 
sobie,  nawet  gdybym  przez  to  miał  stracić  ciebie.  Jeśli  przestanę  być  uczciwy  wobec  siebie 
samego, będę nikim...   

Wstał  i  podszedł  do  okna,  żeby  zapanować  nad  wzruszeniem.  Ludzie  już  dawno  wyszli  z 

background image

kościoła i mała uliczka była pusta.   

– Twoi rodzice są szczęśliwi – dodał, sięgając po ostatni argument. – A przecież twój ojciec 

też...   

– Tak, i haruje na okrągło, narzeka na przemęczenie, musi być ekspertem od wszystkiego, bo 

na tym polega jego praca. I to fatalnie odbija się na jego życiu prywatnym. Moi rodzice nie jadają 
razem  kolacji,  nigdzie  nie  chodzą,  bo  ojciec  przez  całą  dobę  jest  pod  telefonem.  Nigdy  nie 
wiadomo, kiedy zostanie wezwany...   

– Ale on sam to wybrał, Allie.   
– A moja matka tego nienawidzi. Poświęciła się dla niego, ale ich małżeństwo wielokrotnie 

się chwiało. Ja nie chcę czegoś takiego, Mark. Nawet mnie nie proś.   

– Może ona uznała, ze jej poświęcenie ma sens.   
–  Mozę.  To  była  jej  decyzja.  Moja  jest  inna.  Naprawdę  cię  kocham,  ale  nie  zostanę  twoją 

żoną i jeśli definitywnie się rozstajemy, to trudno.   

Odwrócił się, a ona wstała. Na twarzy Marka nie malowały się żadne uczucia, lecz w jego 

oczach dostrzegła cierpienie, którego już nigdy wolałaby nie widzieć.   

– Rozumiem – odparł cicho. – Weź swoje rzeczy i wychodząc, zatrzaśnij drzwi.   
W holu chwycił kurtkę, przerzucił ją sobie przez ramię, schował klucze do kieszeni i niemal 

wybiegł  na  dwór,  zostawiając  drzwi  otwarte.  Allie  wiedziała,  że  tylko  godność  pozwoliła  mu 
zachować  twarz.  Tymczasem  jej  serce  rozsypało  się  na  kawałki.  Jak  automat  spakowała  torbę, 
zaniosła  ją  do  samochodu,  po  czym  wróciła  do  środka  i  popatrzyła  na  wszystko  suchymi, 
piekącymi  oczami.  Kochała  to  miejsce.  Kochała  Marka.  Aż  do  dziś  nie  miała  pojęcia,  że  coś 
może tak straszliwie boleć.   

Zatrzaskując drzwi, czuła się tak, jakby na zawsze zamykała swoje serce.   

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Dlaczego zawsze, gdy człowiek chce się rozweselić, wszystkie stacje nadają ckliwe, miłosne 

piosenki? Mark ze złością wyłączył radio w samochodzie i ciężko westchnął. Miał za sobą chyba 
najgorszą  noc  w  życiu.  Najpierw  długo  nie  mógł  usnąć,  potem  obudził  się  o  czwartej,  słysząc 
głuchy szloch, którego źródła nie zdołał odkryć, a potem ze zdumieniem stwierdził, że ma mokre 
policzki.   

Zszedł do kuchni, zrobił sobie herbatę i nagle ujrzał kieliszek ze smugą szminki. Chwycił go 

i cisnął nim o ścianę, ale to wcale nie pomogło. Podobnie jak szklanka whisky, aspiryna i gorąca 
kąpiel, które sobie zaaplikował przed pójściem spać. Pocieszał się, że czas leczy wszystkie rany. 
Uleczy więc i jego. Za jakieś sto lat.   

Wrócił do łóżka, ale pościel była przepojona zapachem Allie. Prawie go to zabiło. W końcu 

zasnął, ale śniły mu  się  koszmary, więc zerwał  się już o szóstej i  tak długo biegał  po lesie,  aż 
zawadził nogą o niewidoczną w mroku kłodę i omal się nie zabił. Teraz miał szramę na czole i 
humor o smaku niedojrzałej cytryny. Czuł się półżywy, nieszczęśliwy i totalnie wypalony.   

W szpitalu od razu wpadł na Annę. Spojrzała na niego badawczo i wepchnęła do gabinetu.   
– Co ci się, u diabła, stało? – spytała jak zwykle bez ogródek, a on przełknął ślinę i odwrócił 

wzrok.   

– Nie pytaj, nie bądź dla mnie miła i odzywaj się do mnie tylko w sprawach zawodowych. – 

Wziął jeden głęboki oddech, potem drugi. – Gdzie Allie? 

– Ma wolne. Pokłóciliście się? 
– Powiedzmy, że tak – wycedził przez zęby. – Nie chcę o tym rozmawiać.   
– Dobrze. – Napisała coś na małej karteczce i wcisnęła mu ją do kieszeni. – To mój numer, 

tak na wszelki wypadek, gdybyś chciał się wypłakać. Potrafię słuchać.   

Wyszła, oszczędzając mu wyrazów współczucia, za co był jej niezmiernie wdzięczny. Musiał 

wziąć  się  do  pracy  i  nie  zamierzał  pozwalać  sobie  na  chwile  słabości.  Ale  wiedział,  że  spokój 
będzie go wiele kosztować.   

 
Nie miała pojęcia, jak przetrwa najbliższe dni. Marka spotkała we wtorek rano i niemal się 

załamała, ponieważ spojrzał na nią z wyrzutem i odwrócił się. Pięć minut później Anna znalazła 
ją  szlochającą  nad  zlewem  w  pokoju  zabiegowym  i  delikatnie  przytuliła.  Podziałało  to 
niesłychanie  kojąco.  Allie  nagle  poczuła  się  bezradna  jak  trzyletni  berbeć  –  z  całym  jego 
trzyletnim rozumkiem.   

–  Nie  wiedziałam,  że  to  może  tak  strasznie  boleć  –  wyjęczała.  –  Myślałam,  że  dam  sobie 

radę, ale on popatrzył na mnie tak, jakbym była jakąś zabójczynią...   

– Masz. – Anna podała jej chusteczkę. – Umyj twarz i pomóż mi sprawdzić stan leków.   

background image

Dopilnowała,  by  Allie  doprowadziła  się  do  porządku,  a  później  przez  cały  dzień 

wynajdywała jej coraz to nowe zajęcia, żeby tylko utrzymać ją z dala od Marka i uniemożliwić 
myślenie o nim. Lecz w domu Allie znów się rozkleiła. A na dodatek przyjaciółki uznały ją za 
wariatkę.   

– Jak mogłaś? – zawołała Beth. – To wspaniały facet, kochacie się. Dlaczego to zrobiłaś? 
Bo śmiertelnie się boję, że go stracę, więc lepiej pocierpieć teraz niż później, gdy będziemy 

mieć troje dzieci, niespłaconą pożyczkę i dom pełen podsycających poczucie winy drobiazgów 
wykonanych przez Marka, podczas gdy on sam będzie leżał w grobie. Przemilczała to wszystko, 
bo  Beth  i  Lucy  i  tak  by  jej  nie  zrozumiały.  Zjadła  kolację,  którą  postawiły  jej  przed  nosem, 
pogapiła się w telewizor, nie bardzo wiedząc, na co patrzy, i wcześnie poszła do łóżka, żeby w 
spokoju popłakać.   

W  pracy  nie  nadawała  się  do  wykonywania  ambitnych  zadań,  więc  Anna  zlecała  jej 

najprostsze  prace.  Po  paru  dniach  Allie  trochę  wzięła  się  w  garść,  a  trochę  przywykła  do 
cierpienia. Czasem, gdy Mark był w pobliżu, dyskretnie go obserwowała, karcąc się w myśli za 
ten masochizm. Kiedyś zauważyła, jak rozmawiał z kończącą dyżur Anną. A gdy uśmiechnął się 
do niej, poczuła w sercu bolesne ukłucie. Tak strasznie brakowało jej tego ciepłego uśmiechu.   

Wkrótce po wyjściu Anny Mark także zniknął, a dla Allie jakby zaszło słońce. Jak zwykle 

usiłowała pocieszyć się myślą, że zrobiła to, co powinna, i ze zdwojonym wysiłkiem rzuciła się 
w  wir  obowiązków.  Tego  dnia  pracowała  na  drugą  zmianę,  toteż  o  dziewiątej  wieczorem  była 
wykończona.   

Po  powrocie  do  domu  zaczęła  się  dręczyć  przykrymi  rozważaniami.  Dlaczego  Mark  tak 

długo gawędził z Anną? Dlaczego uśmiechał się do niej tak serdecznie? I dlaczego wyszedł zaraz 
po niej? 

Odpowiedzi  na te pytania uzyskała nazajutrz rano. Skręcając na parking, ujrzała samochód 

Marka.  Właśnie  wysiadały  z  niego  dwie  osoby  –  Mark  i  Anna.  Oboje  wyglądali  tak,  jakby  od 
wczoraj nie zmrużyli oka. Nasuwał się tylko jeden wniosek. Spędzili tę noc we dwoje.   

Teraz razem podeszli do dwuskrzydłowych drzwi i zanim je otworzyli, Mark uścisnął Annę, 

a ona go pocałowała. Allie patrzyła na to wstrząśnięta do głębi, czując, że robi się jej niedobrze. 
Przycisnęła dłoń do ust i zalewając się łzami, pobiegła do domu, gdzie zwróciła śniadanie, umyła 
twarz i poprawiła włosy.   

–  Musisz  iść  do  pracy  –  rzekła  stanowczym  tonem  do  swego  odbicia  w  lustrze.  –  I  masz 

stawić czoło sytuacji. Sama zrezygnowałaś z Marka, więc nie masz do niego żadnych praw. Nie 
zachowuj się jak pies ogrodnika.   

Wróciła  do  szpitala,  posłała  Annie  promienny  uśmiech  i  wzięła  się  do  roboty.  A  tej  nie 

brakowało. Na oddziale leżało sporo dzieci po operacjach, kilkoro czekało na różne zabiegi, byli 
też  szalenie  kłopotliwi  pacjenci  w  gipsie  i  na  wyciągach.  Opiekunka  społeczna  właśnie 
wypełniała dokumenty małego dziecka z sierocińca i przy okazji spytała o Jimmy’ego.   

–  Nie  widziałam  go  od  czasu  ucieczki.  –  Allie  ogarnął  wstyd,  bo  zapomniała  o  biednym 

background image

chłopcu.   

–  Cóż,  tak  to  bywa.  Strasznie  mi  żal  tych  bezdomnych  dzieciaków.  Śpią  na  dworze,  a 

przecież już prawie listopad.   

– Ludzie powinni zdawać egzamin, zanim pozwoli się im mieć dzieci.  – Allie pomyślała o 

Jimmym, którego z domu wygnał strach przed rodzicami.   

–  Święta  racja  –  z  uśmiechem  przyznała  opiekunka.  –  Łatwo  urodzić  dziecko,  ale  dużo 

trudniej  je  wychować.  Właśnie  mam  u  was  na  położniczym  taki  przypadek,  piętnastoletnią 
matkę. Miłość już chyba wywietrzała jej z głowy.   

Na  pewno,  ze  zgrozą  pomyślała  Allie.  Piętnastoletnia  matka.  Straszne.  Odwróciła  się 

raptownie i wpadła na kogoś potężnie zbudowanego. Mark przytrzymał ją za ramiona, a ona na 
jedną  cudowną  sekundę  oparła  się  o  jego  pierś  i  odetchnęła  znajomym  zapachem  jego  ciała. 
Zaraz jednak się odsunęła.   

– Przepraszam, zamyśliłam się.   
– Nie ma za co. Chciałbym z tobą porozmawiać.   
–  Nie  mamy  o  czym.  –  Jakiś  cudem  zdołała  spojrzeć  mu  w  twarz.  Zauważyła  oznaki 

zmęczenia, zapewne z braku snu. – Przepuść mnie.   

Przez chwilę stał nieruchomo, po czym w jego oczach chyba błysnął gniew. Bez słowa się 

odsunął,  a  Allie  szybko  go  ominęła  i  wyszła  z  oddziału.  Była  taka  zła  na  niego,  że  dzień 
przeleciał jej prawie niepostrzeżenie. Ciekawe, co wspaniały doktor Jarvis chciał jej powiedzieć? 
„Pogratuluj mi, skarbie, bo od dzisiaj jestem z Anną”? Wypchaj się, frajerze! 

W domu przebrała się w dżinsy i gruby sweter, po czym wzięła się za sprzątanie. Przestała 

się znęcać nad kuchnią  dopiero wtedy,  gdy prawie zdarła emalię ze zlewozmywaka.  Zaparzyła 
sobie herbatę, zajrzała do lodówki i zatrzasnęła drzwiczki, zdegustowana widokiem jej wnętrza.   

Nie  było  tam  dosłownie  nic,  więc  narzuciła  kurtkę  i  pomknęła  do  sklepiku  na  rogu.  Miała 

ochotę zjeść  coś porządnego, a nie to  co zwykle, czyli  grzanki  z dżemem i  herbatniki.  Zrobiła 
wielkie zakupy i z pełną torbą pomaszerowała z powrotem ciemną uliczką.   

Niech szlag trafi Marka i Annę! Mogą sobie robić, co chcą! Wyobraziła sobie ich splecione 

miłosnym uściskiem ciała i natychmiast skarciła się w duchu. Powinna raz na zawsze skończyć z 
torturowaniem  się  takimi  myślami!  Skracając  sobie  drogę,  ścięła  róg  parkingu  i  w  mroku 
zauważyła trzy sylwetki. Normalnie ominęłaby takich chłopaków szerokim łukiem, ale teraz była 
zanadto rozjuszona, by się bać.   

– Przepraszam – warknęła, a oni lekko ją szturchnęli, by pokazać, że nie żartują.   
– Pani da nam te zakupy – powiedział jeden. – Nic pani nie zrobimy.   
Dziwne,  ale  w  ogóle  się  nie  przestraszyła.  Przeciwnie,  jeszcze  bardziej  się  wściekła. 

Niewiele myśląc, zamachnęła się ciężką torbą i zdzieliła nią jednego z chłopaków.   

– Nie! – krzyknęła. – Zjeżdżaj! 
Ale oni już ją otoczyli, w ich rękach błysnęły noże. Wykonała więc szybki obrót, z całej siły 

waląc napastników torbą. Jeden z nich upadł, drugi zaklął, a trzeci chwycił ją od tyłu za szyję, 

background image

odcinając dopływ powietrza.   

– Puść ją! 
Ten  okrzyk  dobiegł  z  ciemności  i  duszący  Allie  chłopak  zawahał  się.  To  jej  wystarczyło. 

Uderzyła  go  łokciem  w  żebro,  uścisk  zelżał,  a  ona  zdołała  wrzasnąć  ile  sił  w  płucach.  Ktoś 
wyrwał jej zakupy i tak silnie popchnął, że upadła na ziemię. Usłyszała odgłos uderzenia, czyjś 
jęk  i  oddalający  się  tupot  nóg.  Otworzyła  oczy  i  niedaleko  ujrzała  drobną  sylwetkę  kogoś 
leżącego.   

– Co ci jest? – spytała drżącym głosem.   
– To ja, Jimmy. Nic mi się nie stało, a tobie? 
– Nic, tylko się przewróciłam. – Zaczęła się podnosić i nagle usłyszała czyjeś szybkie kroki. 

Wracają? 

– Allie? – Silne ręce Marka zacisnęły się na jej ramionach. – Na miłość boską, powiedz, że 

jesteś cała.   

– Jestem. – Strząsnęła z siebie jego dłonie i wstała. – Odejdź, nie potrzebuję cię.   
Usłyszała, że wciągnął powietrze i się odsunął.   
– Właśnie szedłem z tobą porozmawiać...   
– Już ci mówiłam, że nie mamy o czym. Idź pogadaj sobie z Anną.   
– Już to zrobiłem. Dlatego...   
– Przestań. – Zatkała uszy rękami. – Nie chcę nic wiedzieć. Zejdź mi z drogi, bo muszę zająć 

się Jimmym. – Odepchnęła Marka i kucnęła przy chłopcu. – Możesz wstać? 

– Nie wiem. Ręka mnie boli. Mieli noże? 
– Tak. – Spojrzała na Marka. – Pomóż mi zabrać go na izbę przyjęć.   
– Nie! Nie wrócę tam! – W głosie chłopca zabrzmiała panika. – Policja...   
– Co on tu robi, do cholery? Podobno nie wiedziałaś, gdzie się podziewa? 
–  Nie  wiedziałam!  –  warknęła  –  ale  przed  chwilą  uratował  mi  życie,  więc  się  rusz  albo 

wezwij kogoś, kto mu pomoże.   

Po sekundzie wahania Mark podniósł chłopca, poprowadził go w krąg światła i posadził na 

murku otaczającym parking. Następnie schylił się i obejrzał jego ręce.   

– Niedobrze – stwierdził. – To wymaga szycia. Przykro mi, ale musisz iść do szpitala.   
– Nie! 
– Zawiozę go do mojego taty – oświadczyła Allie.   
– Wykluczone, żebyś prowadziła w tym stanie – zaprotestował Mark. – Zostałaś napadnięta. 

Musisz iść na policję.   

–  Tylko  dlatego,  że  jakieś  głodne  dzieciaki  ukradły  mi  jedzenie?  Bardziej  martwi  mnie 

Jimmy. – Przykucnęła obok chłopca. – Zgadzasz się, żeby mój ojciec zobaczył twoje ręce? Jest 

lekarzem i nikomu o tobie nie powie.   

– Dobrze.   
– Ja was zawiozę, jeśli się upierasz...   

background image

Mark przyprowadził auto, założył Jimmy'emu prowizoryczny opatrunek i we troje pojechali 

do  państwa  Baker.  Na  miejscu  Allie  przedstawiła  rodzicom  sytuację  i  opowiedziała  historię 
Jimmy’ego.  Doktor  Baker  natychmiast  zaprowadził  go  do  małego  pokoiku,  gdzie  czasem 
przyjmował pacjentów.   

– Mark, jesteśmy ci bardzo wdzięczni. – Pani Baker obdarzyła go ciepłym uśmiechem.   
– To Jimmy mnie uratował – wyprowadziła ją z błędu córka. – Mark zjawił się później.   
– Ach tak. Wobec tego dziękuję, Mark, że ich przywiozłeś. Co słychać? Jak tam nowy dom? 
– Dom?... dobrze. Chyba już pojadę. Allie? 
– Dzięki za podwiezienie.   
– Zawsze do usług. – Uśmiechnął się z goryczą. – Powiem Annie, że jutro nie przyjdziesz.   
– Koniecznie – wycedziła.   
Matka spojrzała na nią dziwnie i położyła dłoń na ramieniu Marka.   
– Nie zostaniesz na kolacji? 
– Nie – odpowiedzieli chórem i spuścili wzrok.   
– Muszę już lecieć. Do zobaczenia.   
Po wyjściu Marka pani Baker odwróciła się do córki i obrzuciła ją zdziwionym spojrzeniem.   
– Co się dzieje, Allie? Myślałam, że dobrze się ze sobą czujecie? 
To  wystarczyło,  by  Allie  zalała  się  łzami  i  opowiedziała  matce  o  odrzuconych 

oświadczynach Marka.   

– Nic z tego nie rozumiem. Mówiłaś, że go kochasz.   
– Kocham – jęknęła żałośnie. • 
– Więc czemu za niego nie wyjdziesz? 
– Och, mamo, ty mnie w ogóle nie słuchałaś! On chce być lekarzem rodzinnym! 
– I co z tego? 
– Jak to co? Tylko pomyśl o Robercie, który się zabił, o tacie tyrającym od rana do nocy, o 

swoim okropnym życiu, podporządkowanym jego pracy...   

– Kochanie, chyba nie wiesz, co mówisz. Twój ojciec kocha swoją pracę, a ja kocham jego. 

Owszem, ma stresujące obowiązki, ale je uwielbia. Byłby nieszczęśliwy, robiąc coś innego. To 
okropne,  jeśli  mężczyzna  wraca  do  domu  z  pracy,  której  nienawidzi,  a  na  dodatek  gdyby 
poświęcał się dla mnie. Nigdy nie poprosiłabym go o coś takiego.   

Allie  słuchała  oszołomiona.  To  okropne,  jeśli  mężczyzna  wraca  do  domu  z  pracy,  której 

nienawidzi, a na dodatek gdyby poświęcał się dla mnie...   

O Boże. Wzięła głęboki oddech i podniosła głowę.   
– Mamo, martwię się o Jimmy’ego. Przez rok był bezdomny i nie jest bezpieczny. Nie chcę, 

żeby wrócił na ulicę.   

– Opieka społeczna o nim wie? 
– Tak. Czemu pytasz? 
–  Wiesz  przecież,  że  w  przeszłości  mieszkały  u  nas  takie  dzieciaki  jak  on,  czekające  na 

background image

orzeczenie sądu. Może i teraz udałoby się załatwić, żeby na razie został u nas, dopóki sytuacja się 
nie wyjaśni. Albo nawet i potem, na dłużej.   

– Kiedyś wspomniał, że chciałby być lekarzem. Nie mam pojęcia, czy to realne.   
– Cóż, dowiemy się. Nie martw się o niego, nakarmimy go, położymy spać, a jutro chłopak 

będzie  w  lepszej  formie  i  porozmawiamy.  Przyznam,  że  dom  jest  strasznie  pusty  bez  dzieci. 
Byłoby miło kogoś poniańczyć. Oczywiście muszę spytać o zdanie ojca, lecz skoro nie idzie na 
emeryturę...   

– Nadal będzie pracował? 
– Tak, zmienił zamiar. Spodziewałam się tego. Był  trochę przemęczony, więc przejdzie na 

trzy czwarte etatu. Nie mógłby całkiem rzucić pracy. Zanadto ją kocha.   

Allie znów powtórzyła słowa matki. „To okropne, jeśli mężczyzna wraca do domu z pracy, 

której nienawidzi... „ 

Czy właśnie nie tego zażądała od Marka? Żeby dla niej poświęcił ukochaną pracę? Jak mogła 

postawić  mu  takie  ultimatum?  Naprawdę  chciała,  aby  stał  się  nieszczęśliwy,  robiąc  to,  co  nie 
sprawia mu radości i satysfakcji? 

– A Robert? – spytała. – Nie cierpiał tego zawodu.   
– Robert powinien był zostać prawnikiem. O tym marzył, lecz ojciec zmusił go do pójścia na 

medycynę.   

– Tata też chciał mnie tam widzieć.   
– Bo sądził, że tego pragniesz. Ale pozwolił ci iść własną drogą. Ojciec Roberta powiedział 

mu, że opłaci tylko studia medyczne. Poniekąd sam popchnął go do samobójstwa.   

– A ja myślałam, że się zabił, bo nie wytrzymał presji.   
–  I  dlatego  nie  chcesz  wyjść  za  Marka?  Pamiętaj,  że  zawód  lekarza  zawsze  jest  trudny, 

niezależnie  od  wybranej  specjalizacji.  To  praca  tylko  dla  ludzi  z  określonym  powołaniem.  A 
Mark chyba je ma.   

– Tę noc spędził z Anną.   
– Och, kochanie, tak mi przykro. – Matka poklepała ją po ręce. – Ale jesteś pewna, że coś 

zaszło? A gdyby nawet, to czy ma to jakieś znaczenie? Może tylko próbował się pocieszyć? 

– Wiem tylko to, że go kocham. Co ja bez niego zrobię? 
– Może zaraz pojedź do niego i mu to powiedz? 
– Niby czym? Hulajnogą? – Zaśmiała się ponuro.   
– Podrzucę cię do Audley, a ojciec niech sobie utnie pogawędkę z Jimmym.   
– Załatwione. – Do saloniku wszedł doktor Baker, a za nim Jimmy, czyściutki i pozszywany. 

–  Pozwólcie,  że  wam  kogoś  przedstawię.  Oto  Alastair  Munro.  Pomieszka  u  nas  przez  pewien 
czas.   

– Twój tata wszystko ze mnie wydusił. – Chłopiec posłał Allie wstydliwy uśmiech.   
– Poważnie? Tata umie wziąć na spytki. Mama też. Postaraj się być dla nich dobry. I żadnego 

uciekania, jasne? 

background image

–  Nie  ma  mowy.  Twój  tata  mówi,  że  policja  stąd  mnie  nie  zabierze,  bo  mogę  zostać 

oficjalnie. Przynajmniej na trochę.   

Jej rodzice wymienili ciepłe uśmiechy, a Allie nagle zrozumiała, jak bardzo się kochają. Ona 

tak samo kochała Marka. Czy będzie miała szansę udowadniać mu to przez resztę życia? A może 
już ją zmarnowała? 

– A ty, młoda damo? – spytał ojciec. – Dobrze się czujesz? 
–  Nie  wiem  –  odparła  żałośnie.  –  Najpierw  muszę  porozmawiać  z  Markiem.  Zgodzisz  się, 

żeby mama mnie podwiozła? 

– Weź jej samochód. Na razie go nie potrzebuje.   
Allie chwyciła kluczyki, ucałowała rodziców i uścisnęła Jimmy’ego.   
– Dzięki za uratowanie mi życia – szepnęła ze wzruszeniem.   
– Ja prawie nic nie zrobiłem – odparł zażenowany.   
–  Nieprawda.  Dzięki  tobie  się  wyswobodziłam.  –  Cmoknęła  go  w  czoło.  –  Muszę  lecieć. 

Zadzwonię później.   

– Powodzenia – mruknęła matka, a ojciec spojrzał na nią pytająco.   
Allie uznała, że matka wszystko mu wyjaśni. Ona zaś powinna wiele wyjaśnić Markowi, jeśli 

zdoła go skłonić do słuchania.   

Podjechała pod szpital, ale na parkingu nie było auta Marka. Czyżby pojechał do Anny? Tam 

nie  chciała  go  szukać.  A  może  jest  u  siebie?  Z  ulgą  stwierdziła,  że  w  domu  Marka  pali  się 
światło.  Idąc  ścieżką,  miała  serce  w  gardle  i  co  chwilę  wycierała  spocone  dłonie.  Na  moment 
przystanęła, zbierając się na odwagę. W końcu podeszła do drzwi i zapukała.   

Mark otworzył prawie natychmiast i patrzył na nią w milczeniu. Jego twarz była całkiem bez 

wyrazu.   

–  Przeszkadzam  ci?  Muszę  z  tobą  porozmawiać,  Mark.  Wiem,  że  po  tym,  co  ci 

powiedziałam, ty pewnie nie zechcesz rozmawiać ze mną, ale... Nie obchodzi mnie, że spędziłeś 
noc z Anną. To bez znaczenia. Najważniejsza jest przyszłość, a ja... nie mogę bez ciebie żyć.   

Przez chwilę sądziła, że zamknie jej drzwi przed nosem, ale tak się nie stało.   
–  Moja  kochana  –  szepnął,  tuląc  ją  do  siebie.  –  Tak  strasznie  się  bałem,  że  cię  straciłem. 

Zobaczyłem  tych  uciekających  chłopaków  i  myślałem,  że  nie  żyjesz,  a  przecież  chciałem 
oznajmić  ci  coś  ważnego...  Posłuchaj...  –  Odsunął  się  i  włożył  ręce  do  kieszeni,  jak  zawsze 
wtedy, gdy coś go trapiło. – W izbie przyjęć jest wolny etat, a ja mam kwalifikacje. Mogą mnie 
zatrudnić w każdej chwili.   

– Co? Przecież chcesz być lekarzem rodzinnym.   
– Jeszcze bardziej chcę być twoim mężem i spędzić z tobą resztę życia.   
– Ale byłbyś strasznie nieszczęśliwy! 
– Allie, jestem nieszczęśliwy bez ciebie. Tylko ty się dla mnie liczysz.   
– A gdybyś mógł być lekarzem rodzinnym i jednocześnie mieć mnie? 
– Przecież się nie zgodzisz – rzekł zdziwiony.   

background image

– Byłam głupia – przyznała szczerze. – Dzisiaj porozmawiałam od serca z mamą. To, co od 

niej  usłyszałam,  otworzyło  mi  oczy.  Powiedziała  mi,  że  nie  wolno  nikogo  zmuszać,  aby 
postępował wbrew sobie i pracował w zawodzie, którego nie lubi. Mówiła o swojej miłości do 
mojego  ojca  i  o  tym,  że  nie  mogłaby  wymagać  od  niego  takiego  poświęcenia,  bo  gdyby  się 
zgodził, to nie byłby sobą. Ja też nie poproszę cię o zmianę zawodu, bo to już nie byłbyś ty, a ja 
kocham właśnie ciebie.   

– Nadal? 
– Nadał.   
– A co do Anny...   
– Nie chcę nic wiedzieć, Mark.   
– Owszem, chcesz. Wysiadł jej samochód, więc odwiozłem ją do domu i zostałem na kolacji, 

a  później  przegadaliśmy  parę  godzin.  Gdy  przysnąłem,  Anna  przykryła  mnie  kocem  i  sobie 
poszła. To wszystko, Allie. Uwierz mi.   

– Wierzę – odparła, patrząc w szare oczy, z których bez trudu czytała prawdę. – Lecz nawet 

gdyby do czegoś między wami doszło, to i tak pragnęłabym cię odzyskać, bo wiem, że kochasz 
mnie, a nie ją...   

– Nigdy bym ci tego nie zrobił. I nigdy nie zrobię, przysięgam. Chcę cię mieć tutaj, u swego 

boku,  wieść  z  tobą  spokojne,  szczęśliwe  życie,  wychowywać  nasze  dzieci,  w  weekendy  pielić 
ogród, rozbudowywać dom...   

– Widzę, że potrzebujesz służącej – zażartowała.   
–  Potrzebuję  żony.  –  Ujął  jej  dłonie  i  palcami  głaskał  jej  nadgarstki.  –  Potrzebuję  ciebie. 

Wyjdziesz za mnie, Allie? Nawet jeśli będę tylko lekarzem rodzinnym? Zechcesz dzielić ze mną 
każdy kolejny dzień naszej przyszłości, aby się przekonać, dokąd nas zaprowadzi? 

– Tak – powiedziała, a on chwycił ją w ramiona i mocno ucałował.  – Tak – powtórzyła. – 

Pójdziemy tą drogą razem, bo cię kocham.