background image

Debbie Macomber

Czwartki o ósmej

(Thursdays at eight)

Przekład

Grażyna Jagielska

Agata Puciłowska

background image

Tylko grzeczne dziewczęta

piszą pamiętniki;

niegrzeczne nie mają czasu.

Tallulah Bankhead

Rozdział 1

CLARE CRAIG

1 stycznia

Zaczynam  ten  rok z czystą  kartą. W pewnym  sensie będzie to początek,  powrót na linię 

startu.

Przysięgłam sobie, że stanę na nogi po rozwodzie. Najwyższy czas, biorąc pod uwagę, że 

minął już cały rok. Jeżeli chodzi o ścisłość, trzynaście miesięcy i sześć dni. Nie żebym specjalnie 
liczyła... Może faktycznie liczę, ale po raz ostatni. Obiecuję.

Michael rozpoczął nowe życie i ja też muszę to zrobić. Podobno najlepszą zemstą jest żyć 

szczęśliwie bez byłego. Świetnie, właśnie taki mam zamiar. Długo nie potrafiłam pogodzić się 
z klęską   swojego   małżeństwa,   ale   teraz   rozumiem,   że   pielęgnowanie   rozgoryczenia   i gniewu 
prowadzi donikąd. Mam dość tego całego nieszczęścia, dość walki i serdecznie dość nienawiści. 
Ale nigdy by mi do głowy nie przyszło, że coś takiego przytrafi się Michaelowi i mnie.

Spotkanie z Marilyn Coan w czasie przerwy świątecznej też nie poprawiło mi samopoczucia. 

Nie słyszała o rozwodzie i kiedy powiedziałam, że mój mąż rzucił mnie dla dwudziestolatki – 
o przepraszam, mój były mąż (wciąż zdarza mi się zapomnieć) – była wstrząśnięta. Poradziła mi, 
absolutnie   w dobrej   wierze,   żebym   wzięła   sobie   młodego   kochanka   i podbudowała   się 
psychicznie. Mówiła poważnie, jakby pójście do łóżka z mężczyzną tylko o parę lat starszym od 
moich dzieci naprawdę mogło mi pomóc. Rozmowa z Marilyn przekonała mnie ostatecznie, że 
nie mogę spotykać się z naszymi dawnymi znajomymi.

Nie   żal   mi   straconej   przyjaźni   Marilyn.   Patrzyła   na   mnie   z politowaniem,   jakby  chciała 

powiedzieć,  że  mogłabym  zatrzymać  Michaela,  gdybym  sobie  nie odpuściła.  Miałam ochotę 
cisnąć jej prawdę w twarz, bronić się, choć było to przecież bez znaczenia. Bo tak się składa, że 
figurę mam prawie taką samą jak za panieńskich czasów i, do diabła, dbam o siebie. Jeżeli ktoś tu 
sobie odpuścił to Michael. Insynuacje Marilyn, że mąż zdradził mnie z mojej winy, są po prostu 
oburzające.

Jak do cholery mogłam współzawodniczyć z młodą kobietą, niemal nastolatką? Nie mogłam. 

background image

Nie współzawodniczyłam. Za każdym razem, gdy myślę o nich, robi mi się niedobrze.

Pomógł mi kurs pisania pamiętnika. Poznałam Liz, Julię i Karen. Są moimi przyjaciółkami, 

częścią mojego nowego życia. Przyjaźń z każdą z nich jest jedną z wielu pozytywnych zmian, 
jakie zamierzam przeprowadzić zgodnie z dewizą naszej paczki: „Precz ze starym, witaj nowe!”. 
Cieszę się, że chociaż kurs się skończył, będziemy się nadal spotykać. Czwartkowe śniadania to 
genialny pomysł.

Przetrwałam te ostatnie sześć miesięcy, bo pisałam pamiętnik. A przecież powinien to być 

dobry czas  w moim  życiu.  Zamiast  się nim cieszyć,  muszę  zaczynać  wszystko  od początku. 
Wspaniale!   Świetnie!   Potrafię   to   zrobić.   Robię   to   każdego   dnia,   choć   nienawidzę   tego. 
Nienawidzę Michaela i staram się z tym walczyć. Nie mogę powiedzieć, żebym w tej dziedzinie 
odnosiła rewelacyjne rezultaty.

Muszę   jednak   przyznać,   że   romans   Michaela   wiele   mnie   nauczył   –   o mnie   samej.   Nie 

sądziłam, że potrafię nienawidzić. Teraz wiem, jak głęboko rani gniew i cholernie tego żałuję.

Jeden z moich błędów polegał na odwlekaniu rozwodu. Wieczna optymistka. Czepiałam się 

nadziei,   że   z czasem   Michael   odzyska   zdrowy   rozsądek.   W końcu   zrozumie,   jaką   krzywdę 
wyrządza   mnie,   chłopcom,   naszej   rodzinie.   Romans   z dwudziestolatką   to   przecież   czyste 
szaleństwo. Z pewnością obudzi się pewnego dnia z przekonaniem, że zniszczył sobie życie – 
w imię czego? Dobrego seksu? Wątpię, czy ona jest taka dobra w te klocki.

Dlaczego   tak   długo   zwlekałam   z pójściem   do   adwokata?   Odkładałam   na   później   to,   co 

nieuniknione, pewna, że Michael zrozumie w końcu, co robi, opamięta się. Jak ja się modliłam, 
jak wyczekiwałam okazji, by uratować moje małżeństwo! Gdyby tylko Michael wrócił do domu! 
Gdyby tylko dał „nam” jeszcze jedną szansę. Nie rozumiałam, że jego postępek nieodwracalnie 
zniszczył   podwaliny   naszego   wspólnego   życia.   W chwili,   gdy   powiedział,   że   się   zakochał... 
(zakochał, a jakże!) powinnam zabrać tyłek w troki i polecieć do adwokata, wystąpić o rozwód. 
Oszczędziłabym sobie wielu cierpień.

W najgorszym okresie, kiedy byłam niemal chora z rozpaczy, zwróciłam się o pomoc do 

specjalisty. To nie ja złamałam przysięgę małżeńską, a jednak to ja chodziłam do psychiatry. 
Doprawdy, życie nie szczędzi mi ironii!

Nie wiem, co wywołało przełom, ani jak do tego doszło. Pamiętam tylko, że pewnego ranka 

obudziłam   się   z oczami   zapuchniętymi   od   płaczu.   W takiej   męce   opierałam   się   o umywalkę 
w łazience, że nie mogłam się wyprostować. Nagle spojrzałam w lustro i ledwo się poznałam. 
Wtedy coś się wydarzyło. Nie potrafię tego nazwać, ale widok własnej twarzy coś we mnie 
zmienił. Zniknęła ofiara, a ja stałam o własnych siłach, wysoka, wyprostowana i spoglądałam na 
swoje   odbicie,   zdecydowana   przetrwać.   Michael   chce   zniszczyć   nasze   małżeństwo,   ale   nie 
zniszczy mnie.

Tego samego dnia wkroczyłam do biura Lillian Case.

background image

W ostrym, bezpardonowym rozwodzie było jednak coś zabawnego – sposób, w jaki Lillian 

Case niszczyła Michaela. Oznajmił, że chce to załatwić kulturalnie, a Lillian, z właściwą sobie 
elokwencją, odparła, że na kulturę jest o wiele za późno.

Chłopcy nadal z nim nie rozmawiają.  Myślę,  że z Mickiem już tak pozostanie.  Alex żył 

zawsze blisko z ojcem i wiem, że za nim tęskni. Nie rozmawiamy o Michaelu. Żadne moje słowo 
nie zmieni faktu, że ojciec ich zostawił. Michael nie rozumie, iż przekreślając nasze małżeństwo, 
porzucił również swoje dzieci. Zdradził nie tylko mnie. Złamał wiarę nas wszystkich.

Powinnam  dostrzec  jakieś  symptomy.  O tym  mówiła  Marilyn,  ale  czy to  było  możliwe? 

Jeżeli mam być szczera, to coś podejrzewałam, ale nigdy, przenigdy, nie spodziewałabym się 
takiego finału. Nie dość, że mój mąż miał romans, to jeszcze z Mirandą Armstrong!

Wyobrażam sobie, co powiedziałby Carl Armstrong gdyby żył. To jakieś wariactwo! Dobry 

Boże, zaledwie parę lat temu oboje z Michaelem byliśmy na przyjęciu, które Armstrongowie 
wydali   z okazji   matury   Mirandy.   Potem   nasz   główny   sprzedawca   umarł   na   serce   i Michael, 
troskliwy właściciel firmy, pomógł zrozpaczonej wdowie załatwić sprawy związane z pogrzebem 
i ubezpieczeniem. Najśmieszniejsze jest to, że sama skłoniłam go do tego; śmieszne, że później 
posądzałam Michaela o zbyt bliskie stosunki z wdową. Ale to nie Kathy zabawiała wieczorami 
mojego męża, ale jej córka Miranda. Nie sądzę, abyśmy ja i Kathy przyszły do siebie po tym 
wstrząsie.

Najwyraźniej Michael nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co zrobił. Szczerze wierzył, że 

po naszym rozwodzie jego stosunki z synami wrócą do normy. Mick szybko wyprowadził go 
z błędu.   Alex   również.   Wiem,   że   Michael   nie   rezygnuje,   ale   chłopcy   niełatwo   dadzą   się 
przekabacić. Robię co mogę, aby się nie wtrącać. Nic nie zmieni faktu, że Michael jest ich ojcem. 
Od nich zależy,  jak ułożą się ich stosunki. Nie namawiam synów  do przebaczenia,  ale i nie 
przeszkadzam w porozumieniu się z ojcem. Wybór należy do nich.

Przez dwadzieścia trzy lata małżeństwa nie spojrzałam na innego mężczyznę. Do cholery! 

Byłam lojalną, kochającą żoną. Od chwili, gdy złożyłam przysięgę, pozostałam wierna mężowi, 
a teraz zamierzam pozostać wierna sobie.

Okay, wystarczy. Nie ma sensu babrać się w przeszłości. Już pierwszy dzień Nowego Roku. 

Idę naprzód, krok po kroku, dzień po dniu.

Liz zaproponowała, aby każda z nas wybrała na ten rok jakieś hasło, słowo. Na razie nic nie 

wymyśliłam.   Na   czwartkowym   spotkaniu   o ósmej   w Mocha   Moments   przedstawimy   swoje 
propozycje.

Obracałam w myślach różne odmiany słowa „początek”, ale nie chciałabym snuć tego wątku 

przez   następne   dwanaście   miesięcy.   Chyba   boję   się,   że   nie   sprostam   wyzwaniu.   A nie 
chciałabym narazić się na pewną porażkę.

Najbardziej   pragnę   dowiedzieć   się,   kim   jestem   teraz,   kiedy   znów   zostałam   sama.   Przez 

background image

dwadzieścia   trzy   lata   moja   tożsamość   była   związana   z Michaelem.   Stanowiliśmy   zespół, 
wzajemnie się uzupełnialiśmy. Ja byłam zawsze lepsza w sprawach finansowych, Michael lepiej 
radził   sobie   z ludźmi.   W pierwszym   roku   po   ślubie   zatrudnił   się   na   pół   etatu   w salonie 
samochodowym i szybko awansował na głównego sprzedawcę. Z wykształcenia był ekologiem, 
ale zarabiał trzy razy więcej, sprzedając samochody. Wkrótce zaczął pracować na pełnym etacie 
u dilera, a ja dusiłam każdy grosz.

Potem nadarzyła nam się życiowa okazja nabycia przedstawicielstwa chevroleta. Złożyliśmy 

do kupy wszystko, co udało się wyżebrać, pożyczyć lub ukraść. Po podpisaniu umowy byliśmy 
goli, jak święci tureccy i bardzo szczęśliwi. W tamtych dniach...

Nie mogę o tym pisać i nie chcę myśleć, jacy byliśmy szczęśliwi w tych pierwszych latach 

małżeństwa.

Słowo...   Potrzebne   mi   słowo,   nie   wspomnienia.   Nie   mogę   wiązać   mojej   tożsamości 

z przeszłością. Muszę patrzeć w przyszłość. Znaleźć słowo, które określa jaka jestem dzisiaj, jaką 
się stałam... jaką chciałabym być.

Zaraz, zaraz! Jedną chwileczkę! Kim byłam, kim chcę być... Dlaczego muszę się zmienić? 

Nie widzę w sobie nic, co wymagałoby poprawek. To nie ja wyrwałam serce z tej rodziny. Byłam 
dobrą żoną, dobrą matką. Byłam wierna...

WIERNA.
To jest to! Moje słowo. Żadne „początki”, „odkrycia”, a po prostu wierność. Od chwili gdy 

złożyłam   przysięgę,   byłam   wierna   mężowi,   małżeństwu,   rodzinie.   Przez   wszystkie   te   lata 
pozostałam  wierna   sobie.   Nie  muszę   się  odnajdywać.   Wiele  lat  temu   odkryłam,   kim   jestem 
i szczerze mówiąc, podobam się sobie. To nie ja się zmieniłam, zmienił się Michael.

Przyjemne uczucie. Nic nie ciąży na moim sumieniu. Pozostanę wierna sobie. Ta kobieta, 

która spogląda na mnie z lustra, jest w porządku.

Szczęśliwego   Nowego   Roku,   Clare   Craig.   To   będzie   cudowny   rok.   Dzięki   Lillian   Case 

i sędzi żadnych kłopotów finansowych. One dobrze wiedziały do czego zdolny jest facet, gdy 
dopadnie go kryzys  wieku średniego.  Spłacenie  mojego udziału w firmie  zajmie  Michaelowi 
dwadzieścia   długich   lat.   Do   tego   procenty.   Mam   dom,   każdego   roku   nowy   samochód, 
ubezpieczenie, pokrycie wydatków na studia dzieci i dość pieniędzy, by wygodnie żyć.

Nie muszę się o nic martwić. Jeżeli nie chcę, nie muszę iść do pracy.
Hej, jedną chwileczkę! Może pójście do pracy nie byłoby wcale takie złe? Może powinnam 

wykorzystać doświadczenie zawodowe nabyte przez lata. Słyszałam, że Murphy Motors szuka 
nowego  dyrektora   generalnego.  Z moim   doświadczeniem   mogłabym   dyktować   warunki. Gdy 
Michael dowie się o mojej pracy, szlag go trafi. Teraz moja kolej na rewanż. Należy mu się. 
O Boże, jestem okropna, ale ta myśl bardzo mi się podoba.

Na   taką   okazję   czekałam   przez   te   wszystkie   miesiące.   Zbyt   długo   czułam   jedynie   ten 

background image

potworny, miażdżący ból. Teraz krew znów krąży w moich żyłach. Uśmiecham się i wyobrażam 
sobie   minę   Michaela,   kiedy   usłyszy,   że   zatrudniłam   się   u konkurencji.   Będzie   leżał   w nocy 
i martwił się, że przekazuję Fordowi poufne informacje Chevroleta.

– Mamo, możemy porozmawiać?
Clare   Craig   podniosła   głowę   i zobaczyła   swojego   siedemnastoletniego   syna   stojącego 

w progu salonu. Jaki on podobny do Michaela, pomyślała z żalem. Taki był Michael dwadzieścia 
pięć lat temu: oszałamiający, przystojny, muskularny. Na to wspomnienie serce jej się ścisnęło.

– Nie przeszkadzam ci? – Alex był ubrany do gry w piłkę. Przerwa świąteczna dobiegała 

końca. Na początku przyszłego tygodnia jej młodszy syn wróci do szkoły. Mick wyjechał do 
college’u rano.

Clare zakręciła wieczne pióro, odsunęła książeczkę czekową i rachunki.
– Co mogę dla ciebie zrobić? Alex nie patrzył jej w oczy.
– Mało ze sobą teraz rozmawiamy – powiedział, wchodząc do pokoju.
– Byłam zajęta. – Zdawała sobie sprawę, że syn nie ma na myśli jedynie tego świątecznego 

tygodnia.

– Wiem. – Wzruszył ramionami i rozejrzał się niepewnie po pokoju. – Tylko że...
– Jest coś, o czym chciałbyś mi powiedzieć?
Podniósł głowę i ich oczy spotkały się na krótką chwilę. Młodszy syn nigdy nie stanowił dla 

Clare zagadki. Teraz też wiedziała, że coś go dręczy.

– Może porozmawiamy w kuchni? Nie chce ci się pić? Spojrzał na nią z nadzieją tak, że 

postanowiła odłożyć płacenie rachunków na później.

– Jasne.
Alex przeszedł przez duży salon do kuchni.
Clare   kochała   swoją   przestronną   kuchnię   z piekarnikiem   i masywnym   dębowym   stołem. 

Mosiężne   garnki   wisiały   na   kołkach   w ścianie,   kalifornijskie   słońce   odbijało   się   od   ich 
błyszczących powierzchni i rzucało wesołe błyski na szafki. Clare sama zaprojektowała kuchnię, 
rozmyślała   wiele   godzin   nad   każdym   szczegółem,   umiejscowieniem   szuflad   i półek.   Nic   nie 
umknęło   jej   uwagi,   żaden   detal.   Szczyciła   się   domem,   swoimi   umiejętnościami   kucharki 
i gospodyni.

Ostatnio   rzadko   gotowała.   Alex   pracował   dorywczo   w sklepie   komputerowym.   Wolne 

chwile spędzał z przyjaciółmi albo na boisku. Gotowanie tylko dla siebie wydawało się stratą 
czasu. Clare często teraz kupowała obiad w drodze do domu. Albo w ogóle nie zawracała sobie 
głowy jedzeniem.

– Napijemy się mineralnej – powiedział Alex, otwierając lodówkę.
Postawił dwie puszki na okrągłym dębowym blacie. Ileż to razy podczas bezsennych nocy 

background image

siedzieli   we   dwójkę   przy   tym   stole.   Clare   szlochała   z bólu   i frustracji.   Alex   też   płakał. 
Nastolatkowi nie było łatwo zapanować nad emocjami. Clare patrzyła na cierpienie swoich dzieci 
i nienawidziła Michaela za krzywdę, jaką im wyrządził.

– Wczoraj długo rozmawiałem z Mickiem.
Doskonale o tym wiedziała. Odgłosy ożywionej dyskusji z pokoju Aleksa dobiegały aż do jej 

sypialni.   Słyszała   podniesione   głosy,   gorączkowe   szepty.   Była   to   sprawa   między   Mickiem 
i Aleksem, nie zamierzała się wtrącać. Pozwoliła synom załatwić to między sobą bez jej udziału.

– Jest na mnie zły.
– Mick? O co?
Alex wzruszył ramionami.
– Braterskie sprawy?  – Wiedziała, że posługiwał się tym  wyrażeniem, ilekroć nie chciał 

wdawać się w wyjaśnienia.

– Coś w tym rodzaju. – Milczał chwilę, potem otworzył puszkę i pociągnął długi łyk.
– Czy to ma coś wspólnego z Kellie?
Od kilku miesięcy Alex umawiał się z dziewczyną z naprzeciwka. Mick chodził z nią przez 

krótki okres lata i Clare trochę się obawiała, że dziewczyna poróżni jej synów.

– Och, mamo, tylko się przyjaźnimy!
– Jeżeli pokłóciłeś się z bratem, powiedz po prostu o co. Nie każ mi zgadywać.
Spuścił wzrok.
– Boję się, że zareagujesz tak samo jak Mick.
– O? To znaczy jak?
Alex pociągnął drugi łyk z puszki. Było oczywiste, że gra na zwłokę.
– Alex?
– No dobrze – powiedział z determinacją i usiadł, prostując ramiona. – Rozmawiałem z tatą.
Clare nie udało się zdławić cichego okrzyku zaskoczenia. Czuła się tak, jakby otrzymała cios 

w splot słoneczny.

– Jesteś zła? – Alex przyglądał się jej z niepokojem.
– To nieważne.
– Nie chcę, abyś sądziła, że ja też cię zdradziłem.
– Ja...
– Tak powiedział Mick. Najpierw tato, teraz ja. Mamo, przysięgam, że to nie tak.
– Michael jest twoim ojcem. – Targały nią sprzeczne uczucia, myśli wirowały w głowie. 

Alex nie potrafiłby jej świadomie zranić. Starała się w miarę możliwości nie angażować synów 
w sprawę rozwodową. Kiedy Michael wyprowadził się z rodzinnego domu do swojej nastoletniej 
kochanki, chłopcy zwarli szeregi wokół matki, jakby to mogło ją osłonić przed kolejnym ciosem. 
Nie osłoniło, ale była im wdzięczna za tę demonstrację współczucia i wsparcia.

background image

– On zadzwonił... To znaczy, ojciec.
– Kiedy? – Teraz ona starała się nie patrzeć na niego. W zeszłym tygodniu, do Softline.
– Zadzwonił do ciebie do pracy? – Zadała to pytanie, chociaż takie postępowanie Michaela 

było dla niej całkowicie zrozumiałe. Był  zbyt wielkim tchórzem, żeby ryzykować telefon do 
domu. Bał się kontaktu z nią. Naturalnie, wybrał bezpieczniejszy sposób.

– Zaprosił mnie na kolację.
– Pójdziesz?
Clare czuła na sobie badawczy wzrok syna.
– Jeszcze nie wiem. Mick uważa, że nie powinienem.
– Ale ty chcesz, prawda?
Alex wstał i zaczął przemierzać kuchnię tam i z powrotem.
– To właśnie jest takie dziwne, mamo. Chcę i nie chcę. Nie rozmawiałem z tatą od roku... 

A jeżeli rozmawiałem, to tylko po to, żeby powiedzieć, że nie chcę mieć z nim nic wspólnego.

– Jest twoim ojcem – powiedziała Clare dla porządku.
– Tak mówi Kellie.
Jasne,   że   Kellie   tak   mówi,   pomyślała   Clare   posępnie.   Jej   matka   nie   została   zdradzona, 

a potem   porzucona,   jak   zeszłotygodniowy   śmieć.   Dziewczyna   o słodkiej   twarzy   miała   oboje 
kochających rodziców. Nie wiedziała, co rozwód robi z duszą człowieka, jak rozdziera rodzinę.

– Powiedziałem Mickowi, a teraz tobie, że jeżeli to cię zrani, nie spotkam się z ojcem.
Clare zdobyła się na uśmiech.
– Kellie uważa, że powinienem rozmawiać z tatą. – Obserwował ją bacznie, jakby opinia 

dziewczyny z sąsiedztwa mogła wywrzeć na nią wpływ. Alex był blisko z ojcem i te ostatnie lata 
musiały być dla niego ciężkie.

– Kellie ma rację. Powinieneś utrzymywać kontakt z ojcem.
– Nie masz nic przeciwko temu?
Zraniła ją ulga brzmiąca w jego głosie. Przełknęła z trudem i powiedziała:
– Alex, jesteś moim synem, ale jesteś również synem swojego ojca.
– Nie mogę mu wybaczyć tego, co zrobił.
Wiem – powiedziała to niemal szeptem. Upiła łyk kawy, żeby ukryć drżenie głosu, ale była 

prawie pewna, że Alex je słyszał. Zerknął na zegarek i zerwał się z przestrachem.

– Spóźnię się na trening!
– Leć. – Machnęła ręką w stronę drzwi.
– Tato powiedział,  że może  zacznie przychodzić  na mecze – rzucił  Alex od niechcenia, 

w progu.

– Alex...
Przepraszam mamo. Muszę lecieć.

background image

Wspaniale! Teraz będzie musiała uważać, żeby nie wpaść na byłego i jego dziewczynę na 

meczach   syna.   Alex   postanowił   widywać   ojca,   w porządku,   ale   Clare   nie   da   sobie   narzucić 
towarzystwa Mirandy.

Jej gniew był nadal świeży, prawdziwy i Clare nie ufała samej sobie. A przede wszystkim nie 

chciała   wprawić   w zakłopotanie   nastoletniego   syna.   Jeżeli   nie   będzie   mogła   przychodzić   na 
mecze,   trudno.   Narastało   w niej   oburzenie   równie   silne,   gwałtowne   jak   w dniu,   w którym 
Michael ją opuścił. Były mąż pozbawił ją już tylu rzeczy! Jak śmie odbierać jej przyjemność 
patrzenia na Aleksa grającego w piłkę? Jak śmie!

Długo siedziała, rozpamiętując rozmowę z synem. W jego uśmiechu, kiedy się z nią żegnał, 

znać było ulgę, że zdobył się na otwarte postawienie sprawy. Przypomniała sobie, że Alex już od 
jakiegoś   czasu   był   niespokojny,   nerwowy.   Przypisywała   to   egzaminom   semestralnym   przed 
przerwą świąteczną. Ale przyczyną jego niepokoju nie były stopnie, związek z dziewczyną piłka 
nożna ani nawet praca w sklepie. Przyczyną był Michael.

Jeszcze raz były mąż zrobił coś za jej plecami.

15 stycznia

Dostałam   pracę!   Zresztą,   nie   wątpiłam   w to   ani   przez   chwilę.   Dan   Murphy   omal   nie 

wyskoczył   zza   biurka,   kiedy   się   zorientował,   kto   przed   nim   stoi.   Dał   mi   wszystko,   czego 
chciałam, nawet nienormowany czas pracy, na którym mi zależało. Zamierza zatrudnić dyrektora 
na pełny etat, a ja będę czymś w rodzaju konsultanta.

Cholera, ale mi to sprawiło satysfakcję! Nie sądziłam, że jestem taka mściwa. Nie podoba mi 

się ta cecha mojego charakteru, ale na razie nie potrafię jej wykorzenić.

background image

Usta się śmieją;

a co z sercem?

Przysłowie kongijskie

Rozdział 2

LIZ KENYON

1 stycznia

Po raz pierwszy w moim pięćdziesięciosiedmioletnim życiu  spędziłam sylwestra zupełnie 

sama. Zamówiłam chińszczyznę, zjadłam przed telewizorem kurczaka na ostro i oglądałam stare 
filmy z Douglasem Fairbanksem juniorem. Rety, takich filmów już dzisiaj nie kręcą! O północy 
powitałam Nowy Rok, sącząc samotnie szampana. Pięć minut po dwunastej byłam już w łóżku, 
myślami przy Stevie.

Po sześciu latach wspomnienia nie są już tak bolesne. Ale nadal prześladują mnie wizje 

ostatnich minut życia mojego męża. Zastanawiam się, o czym myślał, gdy wielka ciężarówka 
przekroczyła żółtą linię i pędziła prosto na niego. O dzieciach, o mnie, czy też nie było na to 
czasu   w tych   ułamkach   sekund?   Musiał   odczuwać   strach,   grozę,   kiedy   zrozumiał,   że   zaraz 
nastąpi kolizja. Świadkowie mówili, że zrobił wszystko, by jej uniknąć. W ostatniej sekundzie 
musiał jednak wiedzieć, że to koniec, musiał ulec panice. Przeżyłam ostatnie chwile mojego 
męża tysiące razy. Potworny huk, pisk hamulców, jego krzyk.

Pamiętam nasz ostatni wspólny ranek tak wyraźnie, jakbyśmy rozstali się wczoraj. To był 

zwyczajny   dzień,   podobny   do   innych.   Ubieraliśmy   się   do   pracy.   Steve   pomógł   mi   zapiąć 
naszyjnik i skorzystał z okazji, by wsunąć dłonie pod mój sweter. Golił się, kiedy szykowałam 
śniadanie. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy stole i rozmawialiśmy, potem pocałował mnie 
na „do widzenia” i pojechał do szpitala. Wychodząc, powiedział jeszcze, że po południu ma 
zebranie personelu i może się spóźnić na kolację.

Godzinę później nie żył. Mój ukochany ze szkoły średniej, człowiek, z którym przeżyłam 

trzydzieści jeden lat. Wszystko się zmieniło; ja się zmieniłam. Upłynęło tyle czasu, a ja ciągle nie 
mogę pogodzić się z myślą, że Steve nie wpadnie do domu z tym swoim seksownym uśmiechem 
na ustach. Nadal sypiam po prawej stronie łóżka. Połowa Steve’a jest pusta.

Ostatnie trzy miesiące dały mi się mocno we znaki. O tym, że rozstanie z córką i wnukami 

będzie  trudne  wiedziałam   już  w chwili,  gdy  Amy zadzwoniła  z wiadomością,   że  Jack  został 

background image

przeniesiony   do   Tulsy.   Ale   nie   uzmysławiałam   sobie,   jak   trudne.   Po   utracie   Steve’a   czas 
spędzany z Andrew i Annie pozwolił mi zachować zdrowe zmysły. Jak ja tęsknię za wnukami! 
Jakby nie dość było tego, że córka z rodziną przeniosła się do innego stanu, Brian wybrał sobie tę 
chwilę,   żeby  się   wyprowadzić   i założyć   własne  gospodarstwo.  Mój   syn   zawsze   miał   fatalne 
wyczucie czasu.

Uważałam, że powinien się usamodzielnić, a taka przeprowadzka wyjdzie nam na dobre. 

Mógł jednak wykazać więcej wrażliwości. Był najwyższy czas, żeby zamieszkał sam, ale do 
diabła,   trudno   było   żegnać   go   z uśmiechem.   Jest   zadowolony,   przystosowuje   się   powoli   do 
kawalerskiego życia w Orange. Cieszę się z tego, ale wolałabym, żeby zamieszkał gdzieś bliżej 
Willow Grove. Parę godzin jazdy to niby niewiele, znam jednak mojego syna i wiem, że bardziej 
interesuje go życie towarzyskie niż odwiedziny u owdowiałej matki. I tak powinno być; tyle że 
czuję   się   bardzo   osamotniona.   Najpierw   Amy,   Jack   i dzieci,   potem   Brian...   zostaję   sama. 
Naprawdę sama.

Teraz rozumiem, dlaczego położyłam się, myśląc o Stevie. Nie ma już nic, co rozpraszałoby 

moją  uwagę.  Mimo   szampana,  nie  mogłam  zasnąć.  Po  godzinie  zaprzestałam   walki.  Bardzo 
długo   siedziałam   w ciemności   z nogami   owiniętymi   afgańskim   pledem   i rozmyślałam 
o przyszłości. Podczas świąt nadrabiałam miną. Nie chciałam, żeby dzieci wiedziały, jak kiepsko 
się   czuję.   Brian   był   krótko   w domu   na   święta,   bo   chciał   się   spotkać   z przyjaciółmi   i nową 
dziewczyną. Zastanawiam się, czy mój syn kiedyś się ustatkuje. Wszystko w swoim czasie, jak 
przypuszczam. Zadzwoniła Amy, ale rozmawiałyśmy tylko parę minut, bo żyją teraz z jednej 
pensji i muszą ograniczać wydatki. Normalnie bym do niej oddzwoniła, ale sądząc po odgłosach, 
otwierali właśnie prezenty, panował świąteczny rozgardiasz. Odłożyłam to na później, a potem 
po prostu nie zadzwoniłam.

Na   sylwestra   byłam   sama   z wyboru.   Sean   Jamison   zaproponował   zdawkowo,   abyśmy 

wybrali   się  razem  na  kolację.  Ale  pan doktor  poza  pracą   wszystko   traktuje  zdawkowo. Nie 
popełnię błędu i nie zwiążę się z mężczyzną  cieszącym  się reputacją notorycznego playboya. 
Chociaż   przyznaję   bez   bicia,   że   jego   zainteresowanie   bardzo   mi   schlebia.   Jestem   od   niego 
starsza. Niewiele, sześć, może siedem lat, wystarczająco, aby mi ta świadomość doskwierała. Tak 
czy inaczej, nie planuję romansu. Jamison jest dokładnym przeciwieństwem mojego szczerego, 
wielkodusznego Steve’a. Pan doktor myśli tylko o sobie.

Po ostatnich zajęciach Clare, Julia, Karen i ja postanowiłyśmy podtrzymać naszą przyjaźń 

i spotykać  się raz w tygodniu  na śniadaniu.  Wpadłam na genialny pomysł,  żeby każda z nas 
wymyśliła hasło na nowy rok. Nie jestem pewna, skąd zaczerpnęłam pomysł, prawdopodobnie 
z jakiegoś artykułu.

Karen była zachwycona, ale ona jest młoda i nastawiona entuzjastycznie do wszystkiego. To 

dlatego tak świetnie czujemy się w jej towarzystwie.

background image

Siedziałam, patrzyłam jak cienie tańczą po ścianach i myślałam o Stevie. Potem zaczęłam się 

zastanawiać nad moim hasłem na ten rok. Jeszcze się nie zdecydowałam. Przypomina to trochę 
kupowanie wieczorowej sukni w Nordstrom. Potrzebuję tylko jednej i chcę, żeby była idealna. 
Musi   dobrze   leżeć   i powinnam   się   w niej   dobrze   czuć.   W tamtej   chwili   znalezienie 
odpowiedniego słowa wydawało się zbyt trudne. Tyle rzeczy przychodziło mi do głowy. Przez 
jakiś czas rozmyślałam o Stevie i moim haśle i nagle, niespodziewanie, przypomniałam sobie 
Catherine. Moją maleńką córeczkę, którą znałam tak krótko, tak krótko trzymałam w ramionach. 
Urodziła się za wcześnie i umarła w pierwszym tygodniu życia blisko trzydzieści sześć lat temu. 
Co   roku   w dniu   jej   urodzin   Steve   przynosił   mi   jedną   czerwoną   różę,   na   znak,   że   jej   nie 
zapomniał, że nie zapomniał bólu, jakiego doświadczyliśmy, tracąc nasze pierwsze dziecko. Nie 
wiem doprawdy, dlaczego akurat wtedy dawno zmarłe, prawie nieznane dziecko nawiedziło moje 
myśli.

Czepiając się teraźniejszości, wróciłam do poszukiwania hasła na ten rok. Trochę to trwało, 

ale w końcu znalazłam coś, co mi odpowiada. Przyszło do mnie, kiedy tak siedziałam pośród 
cieni, nie mogąc zasnąć, patrząc jak zegarek dziadka odmierza minuty.

Czas.

Mam pięćdziesiąt siedem lat. Za trzy lata będę miała sześćdziesiąt. Sześćdziesiąt! Nie czuję 

się na te lata i, na Boga, nie wyglądam na nie. Ale fakt pozostaje faktem, niezależnie od tego, czy 
go akceptujemy, czy nie. Zawsze uważałam, że będzie czas na zrobienie wszystkiego, co sobie 
zaplanowałam.   Na   przykład   na   zdobycie   górskiego   szczytu.   O ile   pamiętam,   nie   chodziło 
o konkretny szczyt, zadowoliłby mnie byle jaki. Bardzo mi na tym zależało, może dlatego, że 
zdobywanie gór ma pozory wielkiego osiągnięcia. Teraz już wiem, że w moim wieku nie czeka 
mnie   żadna   wspinaczka.   W życiu   wszystko   sprowadza   się   do   wyborów,   a ja   już   swoich 
dokonałam.

Kiedy   mieliśmy   ze   Steve’em   po   dwadzieścia   parę   lat   sporządziliśmy   listę   wszystkich 

ekscytujących rzeczy, jakie zamierzamy zrobić, wszystkich egzotycznych miejsc, które kiedyś 
odwiedzimy.   Lata   mijały   niepostrzeżenie,   a my   uwikłani   w wychowywanie   dzieci,   w pracę, 
przesuwaliśmy   realizację   marzeń   w niesprecyzowaną   przyszłość,   dokonywaliśmy   innych 
wyborów. Zakładaliśmy, że zawsze będzie czas na te inne rzeczy. Pewnego dnia albo następnego 
roku, albo jeszcze następnego. Nie popełnię drugi raz tego samego błędu i dlatego odpowiada mi 
hasło „czas”. Ledwo je wymyśliłam, poczułam zmęczenie i poszłam do łóżka.

Spałam   długo.   Dopiero   po   dwunastej   usiadłam   do   śniadania.   Włączyłam   telewizor,   aby 

rozproszyć pustkę, chociaż futbol nigdy mnie nie interesował. To był ulubiony sport Steve’a 
i znajdowałam   pewną   pociechę,   słuchając   relacji   z Rose   Bowl.   Przez   kilka   godzin   mogłam 
udawać, że mąż jest nadal ze mną. Dom nie wydawał się już taki duży ani taki pusty.

background image

Dom... Następna kwestia, nad którą muszę się zastanowić. Z pewnością mogłabym mieszkać 

tu dalej. Wprawdzie nie potrzebuję trzystu metrów kwadratowych powierzchni, ale kupiliśmy ten 
dom ze Steve’em, tutaj wychowały się nasze dzieci. Po zwyżce cen na nieruchomości, siedzę na 
worku pieniędzy, które można by dobrze zainwestować.

Kurczowe trzymanie się tego miejsca nie ma sensu. Dom był idealny, kiedy Andrew i Annie 

przyjeżdżali na weekendy. Nigdy za wiele przestrzeni dla dwójki rozhasanych dzieci. Przydatny 
był   wtedy  gdy  Brian   tu   mieszkał.   Potrzebowaliśmy   dużego   domu,   żeby  nie   wchodzić   sobie 
w drogę, ale teraz...

Przyznaję, że zniechęca mnie myśl o formalnościach związanych ze sprzedażą, przejrzenie 

zawartości   wszystkich   kątów   i zakamarków,   spakowanie   gratów   gromadzonych   przez 
pięćdziesiąt siedem lat.

Po   śmierci   Steve’a   przyjaciele   radzili,   żeby   odłożyć   podejmowanie   ważnych   decyzji   na 

dwanaście miesięcy. Powinnam zastosować się do tej rady również teraz. Przeżywam bowiem 
nową życiową stratę. Stratę dzieci. Tylko ja zostałam w Willow Grove.

Oczywiście, nie jestem zupełnie sama. Są tu moi przyjaciele – ludzie, których znałam przez 

całe małżeńskie życie. Mam jednak wrażenie, że oddaliliśmy się od siebie po śmierci Steve’a. 
Moje nowe przyjaciółki, które poznałam na kursie pisania pamiętników też tu mieszkają. Taka 
jestem   wdzięczna   Sandy   O’Dell,   że   mi   poleciła   ten   kurs.   Wiele   się   o sobie   dowiedziałam, 
spisując własne myśli. Teraz żałuję, że nie prowadziłam dziennika, kiedy byłam młodsza. Może 
byłoby mi łatwiej dojść do ładu z własnymi uczuciami. Tak często to, co piszę wydaje się obce 
nawet mnie samej. Wiem, że to dziwnie brzmi, ale nie potrafię wyrazić tego inaczej.

Nasza nauczycielka, kochane maleństwo, była wykładowcą angielskiego. W ostatniej chwili 

skierowano ją do naszej klasy. Niestety, nie miała pojęcia od czego zacząć. Kurs nie zostanie 
powtórzony i bardzo żałuję, że pisania pamiętnika nie można się nauczyć. To się po prostu robi. 
Muszę jednak przyznać, że Betty Morissey naprawdę miała dobre chęci.

Pisanie pamiętnika pozwoliło mi zrozumieć samą siebie. Z moich notatek wyziera przede 

wszystkim   głębokie   poczucie   utraty   i samotność   po   śmierci   Steve’a.   Zdawało   mi   się,   że   po 
sześciu latach zdołałam się z tym uporać, ale śmierć męża, przenosiny Amy na Środkowy Zachód 
i wyprowadzka Briana to dla mnie za wiele.

Zabawne!   Potrafię   sprawnie   rozwiązywać   każdy   kryzys   w szpitalu,   a nie   radzę   sobie 

z wydarzeniami we własnym życiu.

Spędzam   dużo   czasu   z Clare.   To   zupełnie   naturalne.   Ona   jest   świeżo   po   rozwodzie,   ja 

straciłam   męża.   Clare   jest   w tej   samej   sytuacji,   w jakiej   ja   znalazłam   się   kilka   lat   temu. 
Zrozumiałam wtedy, że moi znajomi nie żyją w pojedynkę. Podobnie jak ja, Clare uświadomiła 
sobie,   że   straciła   nie   tylko   męża,   ale   wraz   z małżeństwem   runęła   struktura   jej   świata 
towarzyskiego. Okoliczności są inne, ale efekt końcowy ten sam. Wygląda na to, że tańczy się, 

background image

gra w karty, a nawet chodzi do kina wyłącznie parami.

W ciągu kilku miesięcy od śmierci Steve’a odsunęłam się od ludzi, których kiedyś uważałam 

za   naszych   najserdeczniejszych   przyjaciół.   Nagle   okazało   się,   że   mamy   ze   sobą   tak   mało 
wspólnego i nie ma sensu podtrzymywać znajomości.

Sytuacja była  dość niezręczna. Po wypadku ludzie nie wiedzieli, co powiedzieć, a ja nie 

chciałam, żeby ktokolwiek coś mówił... Potrzebowałam kogoś, kto będzie słuchał. Niewiele osób 
to rozumiało.

Clare nie umie się przystosować do nowej sytuacji. Utrata przyjaciół jest gorzką pigułką po 

tym   wszystkim,   co   przeszła   z Michaelem.   I tu   kryła   się   kolejna   kwestia,   którą   powinien 
rozstrzygnąć   sędzia:   prawo   do   przyjaciół.   Kto   otrzymuje   prawo   do   przyjaźnienia   się   z kim? 
Niestety, przedłużyłoby to procedurę rozwodową o kolejnych sześć miesięcy.

Clare przepełnia gniew i gorycz, ale dzielnie walczy, żeby się wyzwolić. We mnie też jest 

spora   doza   gniewu,   chociaż   do   pewnego   stopnia   pogodziłam   się   już   z wydarzeniami,   które 
przywiodły mnie do obecnego miejsca. Z drugiej strony, mój mąż nie porzucił mnie dla innej 
kobiety.

Julię i Karen też lubię, ale identyfikuję się z Clare. Może dlatego, że obie wiemy, co oznacza 

samotność. Ludzie zwykle nie mają o tym pojęcia, dopóki nie odczują jej na własnej skórze.

Czas. To powinien być najlepszy czas w moim życiu. Mam wspaniałą pracę. Zatrudniając się 

przed laty w Willow Grove Memoriał, nawet nie marzyłam, że pewnego dnia zostanę dyrektorem 
szpitala. Moje dzieci wyrosły na odpowiedzialnych ludzi. To powinien być dobry czas w życiu 
i będzie, kiedy już nauczę się żyć samotnie.

Liz popatrzyła z lękiem na telefon na biurku. Bała się, że zadzwoni. Poniedziałek zaczął się 

źle   i już   wiedziała,   że   ten   pierwszy   tydzień   nowego   roku   przyniesie   problemy,   z którymi 
borykała się w grudniu. Związek pielęgniarek nie był bliższy ugody niż w zeszłym miesiącu, na 
środowe popołudnie zapowiedzieli się inspektorzy zdrowia. Stres wywołany obiema sprawami 
przyniósł uderzenie gorąca i przez cały ranek Liz popijała ziołową herbatę z sojowym mlekiem. 
Stanowczo nie był to dobry początek roku.

Odwiesiła żakiet do szafy, odpięła górny guzik białej jedwabnej bluzki, podwinęła rękawy aż 

za   łokcie.   Stanęła   przy   wielkim   oknie   szóstego   piętra   i wachlując   się   kawałkiem   papieru, 
spoglądała na parking w dole.

– Widzę, że przychodzę w dobrym momencie – usłyszała głęboki męski głos.
Liz rozpoznała Seana Jamisona.
– Doktorze Jamison – powitała go krótko, oficjalnym  tonem. Rzadko odwiedzał Willow 

Grove   Memoriał.   Większość   jego   pacjentów   była   przyjmowana   przez   szpital   dziecięcy 
w Laurelhurst,   gdzie   zaczął   pracę   na   oddziale   wcześniaków.   Był   doskonałym   pediatrą,   ale 

background image

mówiono,   że   w stosunkach   z personelem   jest   arogancki,   wymagający   i niecierpliwy.   Liz   nie 
kwestionowała   jego   umiejętności,   uważała   jednak,   że   przydałyby   mu   się   korepetycje 
z dojrzałości emocjonalnej.

– Daj spokój – powiedział miękko uwodzicielskim tonem. – Znamy się tak długo, że możesz 

mi chyba mówić po imieniu?

Liz stanęła za biurkiem i wskazała mu krzesło.
– Co mogę dla ciebie zrobić?
– To jest wizyta towarzyska. – Skorzystał z zaproszenia i usiadł w niedbałej pozie, z nogą 

założoną na kolano. Odprężony, odchylił się do tyłu wraz z krzesłem, jakby miał mnóstwo czasu. 
– Wpadłem zapytać, jak się miewasz.

– Jestem zajęta – powiedziała szybko. Może on miał czas na pogaduszki, ona z pewnością 

nie.

Nie zraził się oziębłym przyjęciem.
– Dobrze się bawiłaś w sylwestra?
A więc o to chodziło. Chciał się z nią umówić, tak jakby... Zaproponował, że się spotkają i ta 

propozycja zawierała podtekst erotyczny. Odmówiła stanowczo. Od sześciu lat była wdową ale 
rzadko umawiała się z mężczyznami. I to raczej z braku ochoty niż sposobności.

– Znakomicie, a ty?
Sądząc  po reakcji  Seana, kobiety nieczęsto  mu  odmawiały.  Liz  słyszała  o nim niejedno. 

Posiadał   urok   inteligentnego,   przystojnego,   bogatego   i samotnego   mężczyzny.   Szpital   aż   się 
trząsł od plotek, pielęgniarki padały jak muchy. Od dziesięciu lat rozwiedziony, Sean Jamison 
uważał się za coś w rodzaju ponętnej zdobyczy. Z reguły nie interesował się kobietą zbyt długo. 
Liz irytowało jego zachowanie, jakby oczekiwał wdzięczności za to, że zwrócił na nią uwagę.

Kochali się ze Steve’em od szkoły średniej i ich małżeństwo było udane, jeżeli nie liczyć 

wzlotów   i upadków   nieuniknionych   w długoletnim   związku.   Nie   zamierzała   wdawać   się 
w przelotny romans, choćby Sean był jeszcze bogatszy i przystojniejszy.

Zainteresowanie, jakie jej okazywał, raczej ją krępowało, choć nigdy nie dała tego po sobie 

poznać. Wiedziała, że umawiał się z kobietami młodszymi od niej o kilkanaście lat. Przestrzegała 
diety i była w formie, ale nie przypominała już smukłej trzydziestolatki. Steve zażartował kiedyś, 
że nie wygląda już jak pięć, ale jak dziesięć minut.

– Spędziłaś sylwestra w domu, prawda?
–   Tak   –   przyznała   i skrzyżowała   ramiona,   na   znak,   że   nie   chce   dyskutować   o swoich 

prywatnych sprawach. – Spędziłam cudowny wieczór.

– Zupełnie sama?
–   Tak   się   składa,   że   lubię   swoje   towarzystwo.   –   Wsparła   dłonie   o skraj   biurka 

z czereśniowego drewna. – Niestety, muszę cię przeprosić. Mam zebranie za dziesięć minut.

background image

– Jestem skłonny dać ci jeszcze jedną szansę.
– Nie jestem zainteresowana, ale dziękuję.
Uśmiechnął się szeroko, przyjmując jej odmowę tak, jakby to ona poniosła stratę, po czym 

wstał i ruszył do drzwi.

– Sean! – powiedziała niespodziewanie dla samej siebie.
Nadal uśmiechał się, jakby nigdy nie wątpił, że zacznie się zachowywać inaczej.
– Zmieniłaś zdanie?
– Nie. – Nie wiedziała jeszcze, co powie, nie chciała tylko, aby ta rozmowa skończyła się tak 

jak poprzednie. Najprawdopodobniej traciła czas, mimo to czuła, że musi spróbować wyjaśnić 
mu pewne sprawy.

– Nie? – Uniósł gęste brwi, lekko zdziwiony.
Po raz drugi albo trzeci przychodzisz tutaj, żeby zaproponować spotkanie.
Nie odezwał się, nie przytaknął, ani nie zaprzeczył.
– Odmawiam za każdym razem. I zastanawiam się, czy zadałeś sobie pytanie dlaczego?
– To jasne. Boisz się – powiedział.
– Chodzi o coś więcej.
Wzruszył  ramionami, jakby chciał powiedzieć „nie ma  sprawy”.  Jest wiele kobiet, które 

z chęcią skorzystają z jego propozycji.

– O twój stosunek.
Po raz pierwszy w ich długiej znajomości Seanowi jakby zabrakło słów.
– Nie jestem lalunią,  którą można zaciągnąć  do łóżka. To cię zaskoczy,  ale na związek 

między kobietą a mężczyzną składa się nie tylko seks.

Patrzył na nią z zaciekawieniem, jakby chciał, żeby mówiła dalej.
– Uważam cię za jednego z najlepszych pediatrów w tym stanie – ciągnęła. – Widziałam cię 

przy pracy i żywię bezgraniczny podziw dla twoich umiejętności. Ale jeżeli chodzi o kobiety, 
mógłbyś się jeszcze wiele nauczyć.

Skwitował krytykę wzruszeniem ramion.
– Czy to była próba wyjaśnienia, dlaczego nie chcesz się ze mną umówić?
– Właśnie. Chciałabym cię najpierw lepiej poznać.
Patrzył na nią tak, jakby nie był pewny, czy można jej wierzyć.
– Mówisz mi to w dziwny sposób.
Wiedziała, że jego duma na tym ucierpi.
– Podejrzewam, że jest w tobie więcej, niż się zdaje na pierwszy rzut oka.
– Świetnie. U ciebie czy u mnie?
Liz miała ochotę zawyć. Nie usłyszał ani słowa z tego, co powiedziała.
– Nigdzie. – Otworzyła przed nim drzwi. – Kiedy będziesz gotowy porozmawiać ze mną jak 

background image

z inteligentną,   dojrzałą   kobietą   o podobnych   zainteresowaniach,   daj   mi   znać.   –   Oparła   się 
o otwarte drzwi. – Inaczej tracisz czas.

– Wątpię. – Mijając Liz, przystanął i musnął wargami jej policzek. – Daj mi znać kiedy 

zmienisz zdanie.

Długo na to poczeka.

background image

To, co daje ci wyjątkowość – o ile daje -

nieuchronnie da ci również samotność.

Lorraine Hansberry

Rozdział 3

KAREN CURTIS

1 stycznia

Obudziłam   się   w południe,   wypiłam   podwójnie   słodzoną   bezkofeinową,   pół   na   pół 

z mlekiem. Zadzwoniła Nicole. Poszłyśmy do centrum handlowego, tak jak chciała. Wpadłam na 
Jeffa, który pracuje w Dla Ciała i Ducha i chwilę rozmawialiśmy. Marnuje życie, marnuje talent 
prowadząc   zajęcia   dla   otłuszczonych   dyrektorów,   którzy   nie   myślą   o niczym   poza   swoim 
korporacyjnym  wizerunkiem. Z trudem utrzymałam język za zębami. Jeff zaprzepaszcza swój 
talent i to mnie denerwuje.

Jeszcze   w liceum,   w kółku   dramatycznym,   przysięgliśmy   sobie,   że   nie   wyrzekniemy   się 

naszego marzenia. Teraz chciałam chwycić go za ramiona, potrząsnąć, przypomnieć mu o tej 
obietnicy. Jeszcze nie pora rezygnować. Chociaż trzymałam buzię na kłódkę, widziałam, że Jeff 
myśli tylko o tym, jak się mnie pozbyć. Rozmowa go peszyła, uzmysławiała mu, czym się teraz 
zajmuje.

Najbardziej irytuje mnie to, że nie tylko Jeff rzucił ręcznik na ring. To samo zrobili Angie 

i Burt. Z tego, co słyszałam, Sydney i Leslee mają stałe posady i ośmiogodzinny dzień pracy. Tak 
samo Brad. Z naszego siedmioosobowego zespołu zostałam tylko ja. Ale nie poddam się bez 
walki, nie zadowolę nagrodą pocieszenia. Jestem aktorką. Obecnie aktorką głodującą, ale nie 
w tym rzecz.

No   dobrze,   zejdę   z mównicy.   To   okropne,   ale   moja   najgorsza   obawa   staje   się   powoli 

rzeczywistością,   Boże!   Zaczynam   się   upodabniać   do   matki.   Ta   myśl   przyprawia   o nocne 
koszmary.

Ona  i tatuś  chcieli,   żebym   skończyła  studia.  Stawiłam  zaciekły  opór,  stoczyłam   uczciwą 

walkę, ale potem w chwili słabości i załamania finansowego podporządkowałam się ich woli. 
Wygrali bitwę, lecz do końca wojny daleko. Odkąd pamiętam, apodyktyczna matka próbowała 
rządzić moim życiem. Kiedy zapisałam się do college’u postanowiła, że zostanę nauczycielką. 
Ratujcie   ludzie!   Ja   nauczycielką?   Dobry   żart.   Zrobiłam   tego   cennego   magistra,   tyle   że   nie 
z pedagogiki,   a historii.   Jeżeli   go   spożytkuję,   to   tylko   jako   środek   prowadzący   do   celu.   Na 

background image

szczęście wiem, jak to zrobić.

Na   skutek   niedoboru   nauczycieli   w południowej   Kalifornii,   zatrudniają   na   zastępstwa 

każdego,   kto  ma  dyplom  i to  obojętnie   z czego.   Zabawne?  Mogę  mieć   dyplom  z wyplatania 
koszyków i zatrudnić się jako nauczyciel za całe dwieście pięćdziesiąt dolców tygodniowo. To 
niezła forsa za dorywczą pracę. Ja sama ustalam, w które dni chcę pracować.

Przy dobrych układach spędzam w szkole dwa, najwyżej trzy dni w tygodniu, a zarabiam 

tyle, że wystarczy na utrzymanie. Resztę czasu mogę poświęcić na przesłuchania.

Tuż przed przerwą świąteczną mój agent wysłał mnie na zdjęcia próbne do telewizyjnej 

reklamy proszku do czyszczenia toalet. Rano zadzwonili do mnie ze szkoły, a ja powiedziałam – 
bez strachu, że mnie  wyleją  i bez cienia  poczucia  winy – że mam inne  plany.  W porządku, 
zadzwonią po prostu do następnej osoby z listy. Wymaszerowałam za drzwi, wiedząc, że praca 
w szkole zawsze się znajdzie. Nie chcę przesadzić z optymizmem – roli nie dostałam, ale porażka 
jest częścią mojego zawodu.

Jak tylko skończą się ferie świąteczne, wracam do nauczania. Przy tylu dniach wolnych mam 

pewne   trudności   ze   zdobyciem   gotówki,   a święta   i czesne   za   warsztaty   aktorskie   poważnie 
nadszarpnęły   mój   budżet.   Prawdę   mówiąc,   tę   kawę   dzisiaj   postawił   mi   Jeff,  ale  to   nic, 
przetrwam. Wbrew posępnym przepowiedniom matki, zawsze jakoś mi się udaje.

Wiem, że się mnie wstydzi. Przed znajomymi z „towarzystwa” chełpi się Wiktorią, a mną nie 

może. Moja siostra miała szczęście i poślubiła wschodzącą gwiazdę adwokatury. A to podniosło 
status naszej rodziny o całe oczko. Uważam Rogera za palanta, ale nikt mnie nie pytał o zdanie. 
I dobrze, bo nie bałabym się powiedzieć, co myślę.

Znakomite   zamążpójście   Wiktorii   skupiło   uwagę   mamy   na   starszej   córce   i pierwszym 

wnuku, nawiasem mówiąc urokliwym brzdącu. Dzięki Bogu na ogół mama pozostawia mnie 
własnemu losowi.

Martwi mnie opinia profesora psychologii. Powiedział, że kobiety w jego klasie powinny 

dobrze przyjrzeć się swoim matkom. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa będą w przyszłości 
kubek w kubek jak one. Niech ktoś mi powie, że to nieprawda!

Wiem, że matka chce dobrze. Ale stanowię dla niej gorzkie rozczarowanie. Ona jest taka 

sterylna, łagodna; w jej duszy nie ma pasji. W niczym jej nie przypominam, więc kategoryczne 
twierdzenie profesora Gordona, że za parę lat będę jej wierną kopią, nie ma żadnego sensu.

Grozi   to   raczej   Wiktorii.   Dla   niej   najistotniejsze   jest   to,   co   ludzie   pomyślą   i powiedzą. 

Pozory.   Status   społeczny.   Pieniądze.   Z tych   trzech   rzeczy   interesują   mnie   pieniądze,   o ile 
zdobędę je grając, czyli robiąc to, co kocham. Jestem kobietą, która potrzebuje audytorium.

Kiedy mama usłyszała, że ubiegałam się o rolę w reklamie proszku, dostała spazmów. Groza 

ogarnęła ją na samą myśl, że jej córka przyznałaby się w telewizji publicznej do czyszczenia 
sedesu. Ja byłam zachwycona rolą i ciężko przeżyłam, że otrzymał ją ktoś inny. Ale tego rodzaju 

background image

rozczarowania są częścią aktorskiego fachu i muszę sobie z nimi radzić.

Liz,   Clare   i Julia   to   trzy   niespodzianki,   jakie   spotkały   mnie   pod   koniec   studiów,   kiedy 

gromadziłam ostatnie zaliczenia do dyplomu. Kocham te dziewczyny i strasznie się cieszę, że 
będziemy w czwórkę dalej się spotykały.  Ja i te trzy kobiety sukcesu jesteśmy teraz dobrymi 
przyjaciółkami. Świetnie się czuję w ich towarzystwie. Nie wiem, co ja wnoszę do naszej grupy. 
Pewnie komizm.

Zabawne. Zapisałam się na te zajęcia tylko dlatego, że potrzebowałam łatwego zaliczenia. 

Z opisu kursu wynikało, że nic łatwiejszego nie znajdę. Już jako dziecko prowadziłam dziennik. 
Gdzieś na dnie szafy przechowuję ze dwadzieścia zeszytów, które dokumentują całe moje życie. 
Zapisałam się na zajęcia przekonana, że umrę z nudów, a spotkałam trzy najbardziej intrygujące 
kobiety, z jakimi zdarzyło mi się rozmawiać.

Wykładała jakaś kretynka. Wiedziałam więcej o pisaniu pamiętników niż ona. Jedyne co 

wyniosłam z jej zajęć to znajomość z Liz i resztą dziewcząt. Adoptowały mnie i jestem im za to 
wdzięczna. Chciałabym, żeby moja matka była podobna do Liz. Hej, jeżeli moja matka chce 
mnie zmienić, ja powinnam otrzymać ten sam przywilej. Skoro jestem dla niej rozczarowaniem 
jako córka, ona powinna wiedzieć, że nie jest moim ideałem matki.

Chciałabym, żeby choć trochę przypominała Liz. Są mniej więcej w tym samym wieku, a Liz 

zachęca mnie z całej duszy do kontynuowania kariery aktorskiej. Wiem, jakie mam szanse, ale 
nie mogę dać się zniechęcić. To jest moje ogromne marzenie. Moja życiowa ambicja. Jeżeli teraz 
jej   nie   zrealizuję,   nie   zrobię   tego   nigdy.   Naprawdę   nie   wiem,   dlaczego   matka   nie   potrafi 
zrozumieć moich wyborów i wspierać mnie w ich realizacji.

Dosyć! Więcej piszę w tym dzienniku o mojej matce niż o sobie. Wolałabym  się nią nie 

zajmować. Poza tym, Liz zadała nam pracę domową.

Muszę   wymyślić   słowo   przed   czwartkowym   spotkaniem,   hasło,   które   określi   mnie   na 

następny rok. Słowo... Chyba  powinnam  potraktować  to jako ćwiczenie  aktorskie z wolnych 
skojarzeń. Zrobię to, ale później.

W tej chwili mam pustkę w głowie. Nie wiem wprawdzie, po co mi takie hasło, ale co tam! 

Trochę   gimnastyki   umysłowej   nie   zaszkodzi.   Właściwie   pomysł   bardzo   mnie   zaciekawił. 
A w Liz i pozostałych dziewczynach najbardziej podoba mi się akceptacja mojej osoby. Lubię 
kiedy śmieją się z moich żartów i sprawiają, że czuję się częścią grupy. Gdyby moja matka była 
w połowie tak...

Mam! Akceptacja. Chcę, żeby moi rodzice akceptowali mnie taką, jaka jestem. Może nie 

spełniłam ich oczekiwań, ale jestem uczciwym, przyzwoitym człowiekiem. To chyba coś znaczy. 
Skoro potrafili przyjąć do rodziny takiego cymbała jak Roger, powinni pogodzić się z faktem, że 
ich córka chce być aktorką. I nie uważam, mamo, żeby reklamowanie w telewizji proszku do 

background image

klozetów było poniżej mojej godności. Cierpiałam przez tydzień, kiedy dali rolę komuś innemu.

Akceptacja. Muszę być sobą. Akceptacja. Podoba mi się. Mam nadzieję, że pewnego dnia 

matka zaakceptuje mnie taką, jaka jestem i będzie ze mnie tak dumna, jak ze swojej ukochanej 
Wiktorii.

Karen  podekscytowana  pierwszym  przesłuchaniem   w nowym  roku,  siedziała   przy  swoim 

stoliku w Mocha Moments i spisywała wrażenia. Ekskluzywna kawiarenka tętniła życiem, klienci 
wchodzili, wychodzili. Karen zaproponowała lokal na miejsce spotkań Klubu Śniadaniowego 
i była zachwycona, że tak skwapliwie zaakceptowano jej wybór. Dwa lata temu to ona stała za 
ladą, serwując kawy i łykowate bułeczki z otrębów. Została wprawdzie zwolniona za notoryczne 
nieobecności, ale utrzymywała przyjacielskie stosunki z kierownikiem i często wpadała na kawę. 
Większość zapisków w jej pamiętniku powstała właśnie przy narożnym stoliku.

Szykowała się do wyjścia, kiedy przysiadł się Jeff.
– Siemanko!
– Jeff! – Ucieszyła się. Obecne zajęcie Jeffa miało jedną zaletę – świetnie się prezentował. 

Ramiona miał muskularne, szerokie, klatkę piersiową rozbudowaną. Zimowa opalenizna, głęboka 
i równa, była wprawdzie dziełem lamp, ale i tak wyglądał rewelacyjnie.

– Wiedziałem, że cię tu znajdę. – Wyraźnie się ucieszył.
– Szukałeś mnie? – Pochlebiało jej, że ten wspaniały facet poszukiwał jej zwłaszcza tutaj, 

gdzie wszyscy ją znali. W szkole byli razem przez krótki czas, nic poważnego. Matka nazywała 
to „chodzeniem”, ale Karen i Jeff po prostu trzymali się razem. Praca w kółku dramatycznym nie 
pozostawiała wiele czasu na życie towarzyskie.

– Myślałem o tym, co powiedziałaś. – Jeff odchylił się na krześle, skrzyżował ramiona. – 

Jestem pod wrażeniem twojej determinacji. Wierzysz w siebie.

Ucieszyła   się,   że   ktoś   się   z nią   zgadza.   Miłe   uczucie,   zwłaszcza   kiedy   człowiek   zbiera 

nieustanne cięgi od własnej rodziny. Sądząc z reakcji matki, można by pomyśleć, że wydeptuje 
ulice.

– Jeff, jesteś równie utalentowany jak ja. Jeżeli mnie się uda, to tym bardziej tobie.
– Tak, wiem, ale talent to nie wszystko.
Talent był czymś powszechnym. Można się było potknąć o niego na ulicy. Osiągnięcie celu 

wymagało determinacji, siły przebicia i zwykłego staroświeckiego uporu.

Do   kawiarni   weszła   szczupła,   ryża   blondynka   z włosami   w kucyk,   stanęła   przy   ladzie 

i złożyła   zamówienie.   Uwaga   Jeffa   przeniosła   się   z Karen   na   dziewczynę   w granatowych 
obcisłych szortach i krótkiej bluzeczce w tym samym odcieniu. Jej twarz lśniła od potu. Było 
oczywiste, że właśnie wyszła z siłowni.

– Znasz ją? – zapytała Karen.

background image

– Jest w mojej grupie, razem z podtatusiałym narzeczonym.
Karen przyjrzała się dziewczynie. To niemożliwe. Czy to jest kobieta, dla której mąż Clare 

zostawił rodzinę? Nieee. Świat robił się coraz mniejszy, ale nie był jeszcze zminiaturyzowany.

– Jak ma na imię?
– Miranda.
– Nie ona. Jej podtatusiały narzeczony. Jeff ściągnął brwi, wytężając pamięć.
– Nie pamiętam.
– Ale nie Michael, co?
Otworzył szeroko oczy i skinął głową.
Może być. Tak, chyba tak. Znasz go?
– Ze słyszenia – mruknęła, lustrując kobietę przy ladzie. A więc miała na imię Miranda. 

Clare nazywała  ją zwykle  jakimś  szyderczym  pieszczotliwym  zdrobnieniem.  Karen usłyszała 
część historii od Liz, reszta dotarła do niej w ciągu paru miesięcy pośrednio, fragmentami.

– Rzucił dla niej rodzinę.
Jeff popatrzył na Mirandę z zainteresowaniem.
Nie jest brzydka. Okropna strata. Faktycznie była to strata, ale z przyczyn, o których Jeff nie 

wiedział.

– Jaki jest ten Michael?
Jeff ponownie zmarszczył czoło.
– Interesuje cię?
– Nie. – Miała ochotę mu przyłożyć za to, że jest taki głupi. – Był mężem mojej przyjaciółki. 

Opowiedz mi o nim.

– Nie wiem, jaki on jest – wzruszył ramionami. – Wygląda w porządku, tyle że żaden z niego 

sportowiec. Nie nadążał za grupą i chyba zrezygnował, bo go ostatnio nie widuję.

– A Mirandę widujesz?
– O tak.
–   Naprawdę?   –   Karen   przyjrzała   się   młodej   kobiecie   przez   zmrużone   powieki.   Clare 

odmalowała dwudziestolatkę w tak ciemnych kolorach, że Karen spodziewała się ujrzeć dziecię 
szatana. W rzeczywistości nie różniła się niczym od tysięcy młodych kobiet.

– Jak myślisz, co ona w nim widzi? – zwróciła się do Jeffa.
– W podtatusiałym? To, co one wszystkie. Facet może forsą w piecu palić.
– Musi być coś więcej.
– Co cię to obchodzi? – zainteresował się Jeff.
– Znam jego byłą i jestem po prostu ciekawa.
Jeff gapił się na nią, jakby nadal nie rozumiał.
– Miranda jest w porządku. Nie wiem dlaczego związała się z tym starszym gościem, ale 

background image

widać, że im na sobie zależy. Rzecz gustu. Jeżeli ona chce marnować miłość i czas na byłym 
twojej znajomej, jej sprawa. Nic nadzwyczajnego. Cały czas widuję takie rzeczy. Starsi panowie 
podrywają młodsze kobiety. Takie jest życie.

– Nie przeszkadza ci to?
–   Mnie?   –   Jeff   się   roześmiał.   –   Hej,   mam   więcej   panienek,   niż   mogę   przerobić. 

Z przyjemnością dzielę się dobrem.

– Ciekawe gdzie on teraz jest? zastanawiała się Karen.
– Michael? Albo tak go wykończyła, że nie może wstać z łóżka, albo ciężko pracuje, żeby 

zapewnić Mirandzie styl życia, do jakiego przywykła.

Karen mocno w to wątpiła. Prawnicy Clare zdarli z Michaela siódmą skórę. Jeżeli ciężko 

pracuje, to nie dla Mirandy. Patrząc na dziewczynę, młodszą od niej zaledwie o osiem lat, Karen 
ogarnęło współczucie. Coś musi być z nią nie tak, skoro związała się z mężczyzną który mógłby 
być jej ojcem.

16 stycznia

Pierwsze zastępstwa były nawet zabawne, ale potem zrobiła się z tego orka. Może dlatego, że 

przez cały tydzień pracowałam z młodszymi dziećmi. Wykończyły mnie. Zastanawiam się, czy ja 
też byłam tak energiczna i niespożyta. Boże, uchowaj!

Dzisiaj poszłam po rozum do głowy. Zamiast stać przed klasą i wrzeszczeć na rozhukane 

dzieciaki, przyniosłam wielką torbę miniaturowych batonów czekoladowych. To przykuło ich 
uwagę.   Nie   wiem   doprawdy   dlaczego   tak   późno   na   to   wpadłam.   Małe   przekupstwo 
utemperowało bestię i w jednej chwili diablęta zmieniły się w potulne baranki.

Zadzwoniła mama – po raz pierwszy od świąt – aby zaprosić mnie na lunch w sobotę. O tym, 

że będzie tam również Wiktoria powiedziała mi dopiero, kiedy zgodziłam się przyjść. Zrobiła to 
celowo, bo wie, jaki jest mój stosunek do Wiktorii. Nie najlepiej nam się układa. Nic dziwnego, 
skoro nie mamy ze sobą nic wspólnego. Mama trzęsie się nad swoją ukochaną Wiktorią, a mnie 
równo   olewa.   Przez   całe   dzieciństwo   traktowała   mnie   jak   wyrzutka,   ponieważ   nie   byłam 
podobna do mojej doskonałej starszej siostry. Wszystko to uległo zmianie odkąd zaczęłam uczyć. 
Teraz, kiedy mam godziwą pracę, mama może się mną chwalić przed znajomymi.

Powinnam się wykręcić z tego lunchu, zwłaszcza że mamy się spotkać w klubie jachtowym, 

ale przy obecnym stanie moich finansów nie pogardzę darmowym posiłkiem.

Jeff robi się interesujący. Nie znosi swojej pracy i spytał mnie, czy mogę mu polecić swojego 

agenta. Z przyjemnością podałam mu numer Gwen. Prowadzą rozmowy. Nie wiem, czy weźmie 
go   pod   swoje   skrzydła;   to   nie   ode   mnie   zależy.   Jeff   zaprosił   mnie   na   kolację,   żeby   się 

background image

zrewanżować.   Niedaleko   siłowni   jest   taka   wspaniała   meksykańska   knajpka.   Dobrze   było 
posiedzieć,   pogadać,   skupić   na   tym,   co   najważniejsze.   W tym   właśnie   rzecz,   żeby   się   nie 
rozpraszać, mieć zawsze cel przed oczami.

Nadal   jestem   zdeptana   po   utracie   reklamy   proszku   do   klozetów,   ale   Gwen   twierdzi,   że 

oddźwięk   był   pozytywny.   Wyśle   mnie   na   następne   przesłuchanie   do   tego   samego   reżysera. 
Ostrzegła mnie, że w reklamie bierze udział pies. Nie powiedziała jakiej rasy. Spytała, czy lubię 
szczeniaki. Kto nie lubi? Będę ubóstwiała maleństwa, jeżeli to konieczne. Chyba spodobałam się 
reżyserowi. Uznał tylko, że nie nadaję się do roli schludnej pani domu martwiącej się o czystość 
sedesu. Pewnie obejrzał moje mieszkanie. Czystość i porządek nie są moją mocną stroną. Gdyby 
Bóg przeznaczył kobietę do prac domowych, nie stworzyłby najpierw mężczyzny.

background image

Rodzicielstwo: stan,

w którym jesteś lepiej pilnowana

niż w czasach panieńskich.

Madeline Cox

Rozdział 4

JULIA MURCHISON

stycznia

Ten oprawiony w skórę pamiętnik jest prezentem gwiazdkowym od mojego męża i czekałam 

aż do Nowego Roku, żeby go otworzyć. Mam nadzieję, że każdego ranka zapiszę te czyste, 
świeże kartki moimi myślami, niepokojami, wątpliwościami, dzień po dniu będę relacjonowała, 
kim jestem.

Tego   i wielu   innych   rzeczy   nauczyłam   się   na   kursie   prowadzenia   pamiętnika.   Jakie   to 

szczęście, że się na niego zapisałam. Jeszcze teraz gratuluję sobie pomysłu.

Zabawne,   piszę   okrąglutkie   zdania   o tym   ślicznym   pamiętniku,   o tym,   że   czekałam   cały 

tydzień, aby go otworzyć, a teraz nie wiem nawet od czego zacząć.

Chyba od dzieci. Adam i Zoe szybko dorastają. Wydaje się, że jeszcze wczoraj byli mali. 

Teraz są oboje nastolatkami i zanim się z Peterem obejrzymy, pójdą na studia. Wydaje się to 
niemożliwe, ale Adam otrzyma  w tym roku prawo jazdy. Aż się pali do czterech kółek. Jest 
gotów, czego nie da się powiedzieć o Peterze i o mnie.

Zoe ma trzynaście lat i wyrasta na prawdziwą piękność. Patrzę na tę słodką, niewinną, piękną 

dziewczynę i nie mogę uwierzyć, że moja maleńka zmienia się w uroczą młodą kobietę.

Sklep prosperuje. Zawsze kochałam rzemiosło i postanowiłam założyć własny mały sklepik 

z wyrobami dziewiarskimi, a było to ryzykowne przedsięwzięcie. Długo o tym myślałam, zanim 
podjęłam decyzję.

Tak naprawdę potrzebowałam jedynie zachęty ze strony Petera i otrzymałam ją. Sklep bardzo 

nas do siebie zbliżył. Ostatnie artykuły o sławnych ludziach dziergających na drutach też nie 
przyniosły   nam   szkody!   Coraz   więcej   kobiet   pragnie   się   zrealizować   twórczo   i rzemiosło, 
tworzenie czegoś pięknego, trwałego, daje im to, czego poszukują.

W zeszłym  roku sklep przyniósł  trzydzieści  dwa procent  więcej niż  przewidywany zysk 

brutto.   (Wyliczenia   Petera,   nie   moje.   Jestem   beznadziejna,   jeżeli   chodzi   o liczby).   Na   razie 
wkładamy zysk w interes, cały czas zwiększając ofertę towarów. Nie zarabiam jeszcze tyle, żeby 

background image

wypłacić sobie pensję, ale to już niedługo. Rok, najwyżej dwa. Martwi mnie tylko moje zdrowie. 
Ostatnio – od święta Dziękczynienia, kiedy dopadła mnie grypa – nie czuję się najlepiej. Nie 
stanęłam na nogi tak szybko, jak się spodziewałam. Fakt, że prosto z łóżka wpadłam w środek 
sezonu   świątecznego   też   mi   nie   pomógł.   Ledwo   zdołałam   zebrać   siły,   zaczęła   się   wielka 
wyprzedaż   włóczki.   Przez   cały   grudzień   w sklepie   panowało   szaleństwo.   Do   tego   doszły 
obowiązki rodzinne i rozmaite presje z zewnątrz. Kiedy o tym myślę, moje złe samopoczucie 
przestaje mnie dziwić.

Na   Wigilię   przyjechała   matka   Petera.   Miała   spotkanie   w okolicy   i połączyła   przyjemne 

z pożytecznym. Piszę to z zaciśniętymi zębami. Nie lubię mieć do czynienia z moją teściową, 
która nie powinna być  matką.  Jest zimna,  rzeczowa i pochłonięta wyłącznie  swoimi  akcjami 
charytatywnymi. Naturalnie jestem wdzięczna, że urodziła Petera, inaczej nie miałabym mojego 
męża, ale przysięgam – ta kobieta nie potrafi być matką. Z całą pewnością nie posiada instynktu 
macierzyńskiego.   W dzieciństwie   Peter   troszczył   się   sam   o siebie,   podczas   gdy   ona   działała 
społecznie. Nie winię ją za zaangażowanie, lecz za stosunek do najbliższych. Irytuje mnie, że 
potrafi lecieć na drugi koniec kontynentu dla jakiejś sprawy, ale na ogół ignoruje jedynego syna 
i wnuki.   Okay,   wystarczy,   nie   chcę   się   w to   zagłębiać.   Napisałam   już   wiele   stron   o moich 
stosunkach z teściową.

Poruszę   temat   o wiele   przyjemniejszy.   Czwartkowy   Klub   Śniadaniowy.   Każda   z nas   ma 

wymyślić swoje hasło na nowy rok. Sporo o tym myślałam, chociaż właściwie zdecydowałam się 
już w chwili, gdy Liz rzuciła pomysł. Chciałam się tylko upewnić, że to naprawdę moje „słowo”. 
Wiem z doświadczenia, że pierwsze wrażenie mnie zwykle nie myli. Dałam sobie ten tydzień 
między   świętami  a Nowym   Rokiem,   żeby  to   przemyśleć,  sądzę  jednak,  że   zdecyduję  się   na 
„wdzięczność”.

Chcę wyrobić w sobie poczucie wdzięczności. Wiem, to brzmi pompatycznie, ale pragnę się 

skoncentrować na tym, co w życiu dobre, zamiast drążyć to, co złe. Po tej strasznej grypie jestem 
wdzięczna za moje zdrowie do tego stopnia, że mogę nawet doszukać się w sobie wdzięczności 
za teściową.

Postanowiłam   rozpoczynać   każdy   zapis   pamiętnika   listą   pięciu,   sześciu   rzeczy,   za   jakie 

jestem   wdzięczna   losowi.   To   Lista   Błogosławieństw.   W ten   sposób   zacznę   dzień   od   czegoś 
pozytywnego.

Czuję, że Klub Śniadaniowy stał się moją prywatną grupą terapeutyczną. Każdy czwartek 

będzie dla mnie sesją. Pomyśleć, że gdyby nie Georgia, nigdy bym  się nie zapisała na kurs 
pisania pamiętnika! Moja kuzynka z reguły namawia mnie na rzeczy, na które wcale nie mam 
ochoty, a spełniam je, ponieważ ona potrzebuje podpory duchowej. Zapisałam się na te warsztaty 
pisarskie, Georgia natomiast zrezygnowała po trzech tygodniach. Poznałam już wtedy Liz, Clare 

background image

i Karen, byłyśmy nierozłączne. Zostałam, żeby utrzymać z nimi kontakt.

A początek był taki. Po zajęciach szłyśmy zawsze w czwórkę na kawę do Denny’s, niedaleko 

społecznego   college’u.   A kiedy   kurs   się   skończył,   Liz   zaproponowała,   żebyśmy   się   nadal 
spotykały. Z reguły miewa dobre pomysły. Najrozsądniej byłoby umawiać się w porze trwania 
kursu, ale kiedy człowiek  ma  dwoje nastolatków  w domu  trudno mu  wyrwać  jeden wieczór 
z napiętego rozkładu zajęć. Ustalenie pory dogodnej dla wszystkich okazało się największym 
problemem. Wtedy zaproponowałam, żeby spotykać się na śniadaniu i pomysł został przyjęty 
jednogłośnie. Czasem najprostsze rozwiązania są najlepsze.

Georgia   żałuje,   że   zrezygnowała   z kursu.   Nie   zaprosiłam   jej   do   naszego   Klubu 

Śniadaniowego. Może to egoizm z mojej strony, ale chowam nowe przyjaźnie dla siebie. Są mi 
potrzebne. Nie wszystko, o czym mówimy, z czego się sobie zwierzamy, jest przeznaczone dla 
uszu Georgii. To wprawdzie moja kuzynka i najlepsza przyjaciółka, ale nie chciałabym, żeby 
powtarzała komuś nasze grupowe rozmowy. Georgia, niech jej Bóg błogosławi, nie potrafiłaby 
dochować tajemnicy nawet gdyby się bardzo starała.

Powitaliśmy   Nowy   Rok   bez   większych   szaleństw.   Dzieci   brały   udział   w przykościelnej 

imprezie   sylwestrowej   dla   młodzieży,   my   poszliśmy   na   kolację   do   Bergmansów,   naszych 
serdecznych przyjaciół. To już tradycja, że spędzamy sylwestra razem. Tego roku nie czułam się 
dobrze.   Wolałabym   spędzić   wieczór   tylko   we   dwoje,   ale   nie   chciałam   rozczarować   Petera 
i naszych przyjaciół. Graliśmy w karty, a z wybiciem północy Peter otworzył butelkę najlepszego 
szampana, na jakiego nas stać i wypiliśmy za Nowy Rok.

Odeszłam   trochę   od   tematu.   Moim   hasłem   jest   „wdzięczność”   i zacznę   od   sporządzenia 

pierwszej listy błogosławieństw, żeby już zawsze o niej pamiętać. Potem, korzystając z tego, że 
w domu panuje cisza, utnę sobie długą drzemkę. Dobrze mi zrobi.

Lista błogosławieństw:
1. Nowy początek.
2. Mój mąż i jego matka (niech ją Bóg ma w opiece!).
3. Przyjaciele tacy jak Bergmansowie.
4. Śmiech Adama i słodka uroda mojej córki.
5. Dziesięć godzin nieprzerwanego snu.

–  Cześć,   mamo.   –  Zoe  weszła   do  kuchni  dziesięć   minut   po  tym,  jak  Julia  obudziła   się 

z popołudniowej drzemki. W Nowy Rok zawsze panowała w ich domu senna atmosfera.

Nastoletnia córka zwaliła się na krzesło niby worek kartofli. Wsparła głowę na podkładce do 

talerzy i głośno ziewnęła. Ramiona zwisały jej bezwładnie.

–   Obudziłaś   się   –   powiedziała   Julia   w formie   żartu.   Spodziewała   się,   że   po   całonocnej 

background image

zabawie dzieci prześpią większość dnia. Wykorzystała ten spokój, aby się zdrzemnąć. – Dobrze 
się bawiłaś?

– Aha – mruknęła Zoe bez entuzjazmu.
Julia wiedziała, że w programie imprezy było pływanie, zawody na rolkach, koszykówka 

i siatkówka.   Młodzieżowy   sylwester   zakończył   się   o piątej   wielkim   śniadaniem,   po   czym 
wszyscy poszli do domu.  Peter odebrał dzieci z kościoła i Julia spodziewała się, że prześpią 
większą część dnia. Pomyliła się.

– Dobrze się bez nas bawiliście? – zapytała Zoe. Spodziewała się chyba, że Julia powie: bez 

ciebie wieczór był nudny, tylko ty możesz ożywić nasze smętne grono.

– To był wspaniały, romantyczny wieczór. – Niech córka wie, że rodzice mają jeszcze inne 

życie poza byciem rodzicami.

Zoe nadąsała się. Wstała, ziewając, i powlokła się z powrotem do swojego pokoju.
–   Co   to   miało   znaczyć?   –   Peter   wszedł   do   kuchni   z pokoju   dziennego,   gdzie   telewizja 

nadawała jakiś niekończący się mecz futbolu przewidziany na to popołudnie.

– Nie mam pojęcia – odparła, kryjąc rozbawienie.
– Chodź, posiedź ze mną. – Peter wyciągnął do niej rękę.
Istniało wiele powodów, dlaczego powinna powiedzieć „nie”. Kuchnia była w opłakanym 

stanie i lepiej by zrobiła, ładując zmywarkę. Ale nie potrafiła odmówić mężowi.

Usiedli przytuleni na skórzanej kanapie, ona z głową na jego ramieniu, on opasał jej kibić 

ramieniem. Było tak spokojnie; ciszę przerywał jedynie głos komentatora przepowiadającego 
wynik meczu jeszcze przed zakończeniem pierwszej połowy.

– Pisałaś pamiętnik – powiedział Peter z roztargnieniem, patrząc w telewizor.
– Jest piękny. – Julia przytuliła się do męża i westchnęła przeciągle. Peter odwrócił się, żeby 

na nią spojrzeć.

– O co chodzi?
Miała wrażenie, że jeszcze wczoraj córka miała siedem lat i szczerbę w przednich zębach.
Peter wsunął dłoń pod jej bluzkę.
– Podobało mi się, jak ochrzciliśmy Nowy Rok. – Sunął wargami po jej szyi, całował coraz 

namiętniej. Ich usta spotkały się w pocałunku, jaki zwykle rezerwowali na wyjątkowe noce.

– Dorastanie dzieci ma swoje dobre strony – wyszeptał Peter poczynając sobie coraz śmielej 

z jej piersiami.

– Jakie?
– O wiele więcej czasu spędzają w swoich pokojach, zauważyłaś?
– To prawda. – Julia oplotła mu szyję ramionami i rozkoszowała się pocałunkiem.
– Mamo, tato... – Adam wszedł do pokoju, otumaniony jeszcze snem. Peter szybko cofnął 

dłoń, a Julia zażenowana poprawiła bluzkę. Syn rzucił im jedno chmurne spojrzenie.

background image

– Co się dzieje?
– Nic... – wymamrotała Julia, odwracając wzrok.
Adam poszedł do kuchni i zrobił sobie kubek gorącej czekolady.
– Myślałem, że etap obłapywania macie już za sobą – spojrzał na nich z obrzydzeniem. – To 

żenujące przyłapać rodziców w zwarciu wargowym.

– Jak będziesz starszy, przekonasz się, że małżeństwo ma swoje zalety – powiedział Peter 

tonem człowieka bogatego w doświadczenia.

Adam rzucił im dziwne spojrzenie i ruszył w stronę swojego pokoju.
– Ulatniam się – oznajmił, znikając za zakrętem korytarza.
– Na czym to stanęliśmy? – zapytał Peter, obejmując Julię.

background image

O radę prosimy wtedy,

gdy dobrze wiemy,

co robić i bardzo

z tego powodu ubolewamy.

Erica Jong

Rozdział 5

CLARE CRAIG

–   To   będzie   prawdziwa   uczta.   –   Liz   Kenyon   wsunęła   się   do   restauracyjnego   boksu 

w Victorian Tea Room, gdzie czekała na nią Clare. Było piątkowe popołudnie.

Minęły dopiero dwa tygodnie nowego roku, a na Clare zwaliły się już wszystkie problemy 

związane   z Michaelem.   Cieszyła   się   ze   spotkania   z przyjaciółką,   chociaż   widziały   się 
poprzedniego   dnia,   podczas   zebrania   Klubu   Śniadaniowego.   Musiała   porozmawiać   z Liz 
o sprawach, których nie mogła omawiać przy całej grupie.

Restauracja znajdowała się niedaleko szpitala Willow Grove Memoriał, gdzie pracowała Liz. 

Teraz sięgnęła po kartę i studiowała ją przez niecałą minutę zanim się zdecydowała.

Clare potrzebowała więcej czasu, żeby dokonać wyboru. Nie mogła się skoncentrować na 

tym,   co   czyta.   Myśli   wirowały   jej   w głowie   i podjęcie   najprostszej   decyzji   zdawało   się 
przekraczać jej możliwości. Wybór między sałatką ze szpinaku a kanapką Monte Carlo nie był 
kwestią życia lub śmierci, ale przerastał jej siły. Żadna z potraw nie pasowała do chwili otwarcia 
serca przed przyjaciółką.

W końcu odłożyła menu i podniosła wzrok, napotkała baczne spojrzenie Liz. Miała wrażenie, 

że przyjaciółka widzi ją na przestrzał.

– Wszystko w porządku? – zapytała.
Przy kimś  innym Clare uśmiechnęłaby się zdawkowo i powiedziała: tak, oczywiście. Nie 

była pewna, czy potrafi oszukać Liz. Ani czy przyjaciółka jej na to pozwoli.

Zjawiła się kelnerka.
– Poproszę koktajl z owoców morza – powiedziała Liz i wręczyła jej kartę.
Kelnerka skinęła głową, jakby popierała jej wybór. Potem popatrzyła na Clare, która zdążyła 

już stracić ochotę na szpinak i na kanapkę.

– Wezmę to samo.
– Bardzo proszę – powiedziała kelnerka tym samym niedbałym tonem. Liz poczekała, aż 

zostaną same.

background image

– Myślałam, że nie lubisz owoców morza.
– Nie lubię.
– Więc dlaczego je zamówiłaś?
Clare nie zdawała sobie sprawy, co zamawia i nic ją to nie obchodziło. Nie zaprosiła Liz na 

lunch, żeby jeść. Potrzebowała wsparcia, pomocy i rady.

– A zamówiłam?
– Clare, co się dzieje? – Liz przyjrzała się jej uważnie. – Chodzi o Michaela, prawda?
Clare skinęła głową, skubiąc zębami dolną wargę.
– Alex i Michael spotykają się za moimi plecami. Wiem, że rozmawiali, Alex przyznał się do 

tego na początku roku. We wtorek powiedział,  że nie wróci do domu  na kolację, ponieważ 
pracuje do późna. Kłamał. Zadzwoniłam do sklepu komputerowego, ale wyszedł przed piątą.

– Zapytałaś go o to?
– Tak. Poszedł na kolację z ojcem... nie wspomniał o Mirandzie. Podejrzewam, że ona też 

tam była. – Na myśl o tym, że syn jadł kolację w towarzystwie jej byłego męża i jego obecnej 
kochanki, Clare skuliła się w sobie. Ten ból nigdy nie minie. Gdy tylko potrafiła go przytłumić, 
hydra unosiła nową obrzydliwą głowę. Naprawdę nie spodziewała się, że Michael wciągnie w to 
ich młodszego syna.

– Jesteś przeciwna spotykaniu się Aleksa z ojcem? – zapytała Liz.
– Nie. – Miała pretensje tylko o kłamstwo. – Nie chcę przeszkadzać chłopcom w ułożeniu 

stosunków z ojcem. Nasze nieporozumienia nie dotyczą ani Micka, ani Aleksa.

– Naprawdę tak myślisz, czy mówisz to, co uważasz za właściwe? – Liz miała umiejętność 

docierania   najprostszą   drogą   do   sedna.   Pewnie   zdobyła   ją   przez   te   wszystkie   łata   pracy 
w szpitalu.

–  Naprawdę  tak   uważam...   przynajmniej   tak   mi  się  wydaje.  Czasem   trudno  powiedzieć. 

Jestem taka zła na Aleksa.

– Na Aleksa, nie na Michaela?
– Na Michaela też. To jasne, że nasz syn bierze przykład z ojca. Nie chciał mi powiedzieć 

o swym spotkaniu z Michaelem, więc zobaczył się z nim za moimi plecami.

– Ale powiedział ci o kontakcie z ojcem.
To prawda.
– Mówił, że Michael do niego zadzwonił. Chodziło o coś więcej niż zwyczajną rozmowę 

przez telefon. A całą sprawę utrzymywał w tajemnicy. I to mnie boli. Przecież fakt, że nie wiem, 
nie mógł mnie w żaden sposób ochronić.

– Co powiedział Alex?
Kiedy Alex wrócił do domu, Clare ze złości nie mogła rozmawiać. Trzeba przyznać, że nie 

próbował kłamać. Spokojnie powiedział, gdzie był i poszedł do swojego pokoju. A Clare została 

background image

sama ze swoją furią. Michael chyba zemścił się za to, że przyjęła pracę w Murphy Motors.

– Alex mnie okłamał i zrobił to z aprobatą Michaela.
– Nie masz pewności.
– Znam swojego byłego – burknęła Clare.
– Clare – powiedziała Liz miękko. – Jestem po twojej stronie.
– Wiem... wiem. W głębi duszy cieszę się, że Alex i Michael przełamali lody. Mój syn źle 

zniósł   rozstanie   z ojcem.   Zawsze   byli   blisko.   Bardzo   przeżył   rozwód.   –   Zacisnęła   zęby   na 
wspomnienie   bólu,   jaki   były   mąż   zadał   rodzinie.   Biedny   Alex   znalazł   się   między   młotem 
a kowadłem. Kochał oboje rodziców, chciał zadowolić i ją, i Michaela. To mogła zrozumieć, ale 
nie kłamstwo. Przecież wiedział, jakim to będzie dla niej ciosem.

Michael wprowadził ferment nie tylko w jej stosunki z młodszym  synem. Również Mick 

i Alex nie mogli się porozumieć i to Michael był powodem ich kłopotów. Udało mu się wbić klin 
między braci. Clare bała się, że to samo stanie się z nią i Aleksem. Czasem odnosiła wrażenie, że 
Michael próbuje ją zranić i co gorsze, wykorzystuje do tego dzieci.

– Dzisiaj rano, wychodząc z domu, Alex wspomniał, że Michael przyjdzie prawdopodobnie 

na jutrzejszy mecz.

– A wtedy ty nie pójdziesz?
– Dziwisz się?
– Nie. – Liz poklepała japo ramieniu. – To zrozumiałe, że nie chcesz tam iść. Ja też bym nie 

chciała.

Słowa przyjaciółki przyniosły Clare natychmiastową ulgę.
– Więc co powinnam zrobić?
– Z czym?
Michael pozbawił ją tylu rzeczy, nie pozwoli się dalej okradać.
– Lubię patrzeć, jak Alex gra. Woziłam go na treningi przez dwanaście lat. Podejmowałam 

drużynę lodami i urządzałam piżamowe przyjęcia. Inni rodzice są moimi dobrymi znajomymi.

– Twoimi, a nie Michaela?
– Właśnie! – powiedziała  tak głośno, że zwróciła uwagę osób przy sąsiednim stoliku. – 

Właśnie – powtórzyła ciszej. – Przychodząc na mecz, stworzy niezręczną sytuację. Niezręczną 
nie   tylko   dla   mnie,   ale   i dla   innych   rodziców.   Będzie   niepożądanym   dodatkiem.   Poza   tym, 
przypada moja kolej obsługiwania stoiska.

– Rozumiem – Liz się zasępiła.
– Rozumiesz mój problem?
– Oczywiście.
Pojawiła się kelnerka z dwiema ogromnymi  porcjami sałaty z furą gotowanych krewetek, 

małży, mięczaków i innych smakołyków. Clare długo przyglądała się sałatce, zanim sięgnęła po 

background image

widelec.

– Och, Clare, nie wiesz, co tracisz! – Liz wbiła widelec w tłustą krewetkę. – Zdaje się, że 

umarłam i poszłam do nieba.

Clare miała zupełnie inne odczucia: tak jakby umarła i już odsiadywała wyrok w czyśćcu. 

Odsunęła na bok owoce morza, żeby dostać się do sałaty i nadziała ją na widelec.

– Wracając do twojego problemu... – Troska brzmiąca w głosie przyjaciółki była jak balsam 

na duszę Clare.

– Nie wiem, co zrobić.
– Nie martw się, mam plan. Zadzwonisz do Michaela.
– Co? – Widelec wyślizgnął się z rąk Clare i upadł na stół. Podniosła go i wlepiła wzrok 

w Liz.

– Dobrze słyszałaś.
– Już nigdy nie odezwę się do Michaela.
Liz sięgnęła po pieprzniczkę, jakby nie dotarło do niej, co powiedziała Clare.
– Nie sądzisz, że to trochę drastyczne?
– Za nic w świecie nie zadzwonię do Michaela Craiga.
– Nawet dla dobra Micka i Aleksa?
– Dobrze... tu mnie masz. Ale minął przeszło rok...
– Czy to ważne, ile czasu minęło?
– Nie, ale... – Frustracja Clare rosła. Liz mówiła tak, jakby to było oczywiste, że ona dogada 

się w tej sprawie z byłym  mężem. – Mam zadzwonić do Michaela i zaproponować, żebyśmy 
uzgodnili, na które mecze chodzę ja, a na które on?

– Właśnie tak. – Liz uśmiechnęła się promiennie.
– Dlaczego to ja mam do niego dzwonić? Czy Michael nie może zrozumieć, że to dla mnie 

niezręczne... dla wszystkich rodziców?

– Chyba nie. Mężczyźni nie wybiegają myślą tak daleko w przód.
Clare   zawahała   się   z widelcem   uniesionym   nad   talerzem.   Wątpiła,   czy   zdoła   cokolwiek 

przełknąć. Gula w żołądku rosła. Zwróciła się do Liz po radę i współczucie. Otrzymała jedno 
i drugie, ale nie była pewna, czy potrafi zastosować się do rady.

– Nie wiem, czy będę umiała to zrobić – przyznała niepewnym głosem.
– Potrafisz i zrobisz.
– Nie bądź taka pewna. – Upłynęło trzynaście miesięcy odkąd słyszała głos Michaela. Nie 

wiedziała, czy może sobie ufać. Liz tego nie rozumiała, tak jak wszyscy. Jej przyjaciele byli 
przerażeni rozmiarami furii, z jaką walczyła każdego dnia. Ona sama była przerażona.

– Nie proponuję, żebyś zaprosiła go na piknik.
Pomysł był tak absurdalny, że Clare musiała się uśmiechnąć.

background image

–   Musisz   tylko   zadzwonić   i zaproponować,   żebyście   się   podzielili   meczami.   On   bierze 

połowę, ty drugą. W ten sposób oszczędzicie sobie nerwów.

– Nie mogłabym do niego napisać?
– Jasne. Chodzi tylko o to, żebyście się dogadali.
– Wolę z nim nie rozmawiać. – Dlaczego nie pomyślała o tym wcześniej? Wyłożenie sprawy 

czarno   na   białym   wykluczało   nieporozumienia.   Będzie   oschła,   zwięzła   i konkretna.   Bardzo 
rzeczowa. Michael był zwolennikiem zwięzłości, powinien być zachwycony.

– Zrób tak, jak ci najwygodniej – powiedziała Liz.
– Nie musiałabym nawet pisać listu. Mogę wziąć rozkład meczów, zakreślić te, które mu 

oddaję i napisać, żeby nie przychodził na pozostałe. – Nie wspomni o kolacji. To była sprawa 
między Aleksem a jego ojcem. Winę ponosił Michael. Dał synowi znakomity przykład. Kłamał 
przez kilka miesięcy zanim przyznał się do romansu, Alex tylko się od niego uczył.

–   Więc   wyślij   mu   rozkład   –   zgodziła   się   Liz   bez   większego   entuzjazmu.   –   Kiedy   jest 

najbliższy mecz?

– Jutro. – Clare uzmysłowiła sobie, że nawet jeżeli skorzysta z DHL, Michael nie otrzyma 

przesyłki przed jutrzejszym  meczem.  W porządku, na ten nie pójdzie, znajdzie kogoś, kto ją 
zastąpi przy stoisku. Nie ma z tym sprawy... Tylko że sprawa była i to duża.

– Clare?
Clare podniosła oczy i napotkała badawczy wzrok Liz.
– Nie słyszałaś, prawda?
– Czego nie słyszałam? – Przyjaciółka miała rację. Była tak pochłonięta własnymi myślami, 

że przez ładnych parę chwil nic do niej nie docierało.

– Powiedziałam, że serce ci podpowie, jak postąpić.
Bardzo interesująca koncepcja. Gdyby słuchała swojego serca, Michael skonałby w męce 

przed dwoma laty.

background image

Porażka może przynieść rozczarowanie,

brak działania skaże cię na potępienie.

Beverly Sills

Rozdział 6

LIZ KENYON

19 stycznia

Jest   piątkowy   wieczór,   a ja   siedzę   skulona   przed   telewizorem,   oglądam   stare   odcinki 

Seinfield  i pogryzam  popcorn. Gdyby  nie  było  to takie  godne  politowania,  chyba  uległabym 
pokusie i zaczęła się nad sobą użalać. Nawet Tinker Bell zdradza przejawy współczucia i usiadł 
mi na kolanach. Steve nigdy nie rozumiał mojej miłości do kotów, ale kochał Tinkera Bella.

Ostatni tydzień w pracy był okropny. Ledwo udało mi się zażegnać jeden kryzys, wybuchał 

następny. Wolę nie myśleć, co się stanie, jeżeli pielęgniarki ogłoszą strajk. Ani razu nie wróciłam 
do domu przed siódmą wieczorem, nic więc dziwnego, że mam ochotę tkwić przed telewizorem.

Ale jest już weekend i cały tydzień zniknął, wyparował niby wiosenna mgła rozproszona 

słońcem. Moje hasło na ten rok – CZAS – nabiera przez to jeszcze większego znaczenia. Ogarnia 
mnie panika, że jeżeli czegoś zaraz nie zrobię, dni i miesiące przemkną mi między palcami. Ani 
się obejrzę, jak będzie wiosna, potem jesień, a ja nie osiągnę nic z tego, co sobie założyłam.

Na zebraniu Soroptymistek, które odbyło się w zeszłym tygodniu – jeszcze zanim wszystko 

stanęło   na   głowie   i poszło   w cholerę   –   Ruth   Howe,   bibliotekarka,   mówiła   o programie   dla 
młodzieży w domu poprawczym. Co wieczór bibliotekarki czytają tym młodym ludziom książki 
o Harrym Potterze. Są tylko trzy ochotniczki i Ruth przyszła na zebranie z nadzieją, że zwerbuje 
następne.

Przedstawiła mocne argumenty. Opowiedziała, jaki wpływ na życie młodych przestępców 

miał  podobny program   w Grand  Rapids,  w stanie   Michigan.  Kiedy  po  raz  pierwszy zgłosiła 
pomysł w ośrodku poprawczym w naszym mieście, powiedziano jej, że jest mile widziana, ale 
nie wiadomo czy ktokolwiek będzie jej słuchał.

Ruth i inni ochotnicy nie dali się zniechęcić. Jak przewidywał dyrektor ośrodka, przyjęto ich 

chłodno, ale niewielka, zdeterminowana grupka stawiała się co wieczór mimo drwin i gromkich 
protestów   innych   wychowanków   domu.   Protesty   nie   trwały   długo.   Ruth   twierdzi,   że   tylko 
podczas godzin lektury w budynku zapada kompletna cisza. Dla wielu z tych nastolatków jest to 
objawienie, ponieważ dotąd nikt im nie czytał.

background image

Od razu wiedziałam, że to praca w sam raz dla mnie. Ruth zwerbowała paru ochotników, 

a mnie aż korciło, żeby się zapisać. Zawahałam się jednak. I miałam po temu powód.

Przeczytałam   gdzieś,   że   człowiek   powinien   rozważyć   opcje   zanim   podejmie   się   pracy 

społecznej.   Jeżeli   chce   powiedzieć   „tak”   powinien   się   zastanowić   z czego   będzie   musiał 
zrezygnować. Innymi słowy, zadam sobie pytanie, co bym robiła gdybym  nie czytała  dzisiaj 
Pottera   w domu   poprawczym.   Odpowiedź   jest   oczywista.   Siedziałabym   przed   telewizorem, 
oglądała stare filmy, zapisywała kartki w pamiętniku i walczyła o resztki popcornu z Tinkerem 
Bellem.

Co bym wolała?
Czy po takim tygodniu miałabym  ochotę jechać na Charleston Street i przez czterdzieści 

minut czytać na głos? Nie wiem, jakim bym była lektorem. Czytanie wnukom to nie to samo co 
czytanie młodocianym  przestępcom. Jednak pomysł do mnie przemawia i chciałabym  się nad 
nim głębiej zastanowić. Boję się, że minie cały rok, a ja nie zrobię nic ani dla siebie, ani dla 
innych.

background image

Jeżeli wierzysz, że potrafisz – potrafisz.

Jeżeli uważasz, że się nie uda – masz rację.

Mary Kay Ash

Rozdział 7

CLARE CRAIG

W  sobotę  o dwunastej  Clare   po raz  szósty  sprawdziła   e-maile.  Dopiero  po lunchu  z Liz 

wpadła   na   pomysł,   że   może   skontaktować   się   z Michaelem   przez   pocztę   elektroniczną.   Nie 
przepadała za tą formą komunikacji, nazywając ją złodziejem czasu. Ale przypomniała sobie, że 
Michael często z niej korzystał.

Wiadomość, jaką przesłała, była krótka i treściwa.

Michaelu!
Jeżeli chcesz uniknąć żenującej sceny, zrezygnuj z pójścia na dzisiejszy mecz. W następny 

czwartek boisko jest całe twoje. 

Antyucałowania i uściski.
Clare

Napisanie tych  paru linijek zajęło jej prawie godzinę. Miała nadzieję, że żarcik zostanie 

należycie oceniony.

O pierwszej zaczęło ją mdlić ze zdenerwowania. Nie prosiła o odpowiedź, ale podświadomie 

czekała na nią. Powinien potwierdzić otrzymanie wiadomości. Chciała mieć pewność, że nie 
upokorzy ją przed znajomymi. Tylko o to jej chodziło. Powinna wiedzieć, że Michael nie pójdzie 
jej na rękę. W tej chwili raczej by jej zaszkodził niż w czymkolwiek pomógł.

O drugiej, na godzinę przed rozpoczęciem meczu, była zlana zimnym potem. Mdliło ją na 

całego. Kiedy męka stała się nie do zniesienia, sięgnęła po telefon.

Od   bardzo   dawna   nie   dzwoniła   do   firmy,   ale   machinalnie   wystukała   numer.   Zrobiła   to 

z wielkim impetem, nadłamując sobie paznokieć.

– Craig Chevrolet – odezwał się głos recepcjonistki, słodziutki jak dojrzały melon.
– Z Hollie Hurst proszę. – Nie musi nawet rozmawiać z Michaelem; sekretarka zna jego 

grafik.

– Jedną chwileczkę.
Czekała, słuchając muzyki sweet płynącej ze słuchawki. Recepcjonistka była nowa. Clare nie 

background image

rozpoznała   jej   głosu   i zastanowiła   się   przelotnie,   co   się   stało   z Janet   Harris.   Byłoby   jej 
przyjemnie, gdyby młoda matka złożyła wymówienie na znak protestu, kiedy się dowiedziała 
o rozwodzie, ale to mało prawdopodobne. Wszyscy w firmie zostali w obozie Michaela. To on 
wypłacał im pensje pierwszego.

– Michael Craig.
–   Gdzie   jest   Hollie?   –   zapytała   zamiast   odłożyć   słuchawkę.   Prosiła,   żeby   ją   połączyć 

z sekretarką Michaela, nie z nim samym.

Nastąpiła krótka pauza, po czym usłyszała zdumiony głos Michaela.
– Clare?
– Prosiłam, żeby mnie połączyć z Hollie.
– Ma wolne popołudnie.
Clare   momentalnie   doszła   do   siebie,   nadała   głosowi   łagodniejsze,   w miarę   normalne 

brzmienie. Nie spodziewała się usłyszeć jego głos, ale nie da mu poznać, jakie wrażenie na niej 
wywiera.

– Cóż, witaj, Michaelu.
– Co się stało? Czyżbyś nie otrzymała czeku? – Nie starał się nawet ukryć sarkazmu.
Clare uśmiechnęła się, wiedząc jakim obciążeniem są dla Michaela alimenty.
– Chyba nie przeczytałeś swoich e-mailów.
– A powinienem?
– Oszczędziłbyś sobie tej rozmowy.
Westchnął, jakby już znużył się rozmową. Clare dzieliła jego odczucia.
– Mogłabyś od razu przejść do sedna? – zapytał oschle.
– Chodzi o Aleksa...
– Mam prawo widywać się z synem – warknął Michael, nie dając jej szansy by cokolwiek 

wyjaśnić.

– A czyja twierdzę, że nie? Alex sam zdecyduje, czy chce się z tobą spotykać. To nie zależy 

ani od ciebie, ani ode mnie.

– Zgadzam się – powiedział już mniej zaczepnym tonem.
–   Widzisz,   jednak   możemy   się   porozumieć   w niektórych   sprawach   –   powiedziała   takim 

głosem jakby to ona była stroną zachowującą rozsądek. Michael miał powody, by jej nie ufać, ale 
bawiło ją udawanie, że jest inaczej.

– Można wiedzieć, jaki jest cel tego telefonu?
– Rozumiem, że wybierasz się dzisiaj na mecz Aleksa?
Chociaż Michael znajdował się na drugim końcu miasta, wyczuła jego napięcie, wiedziała, że 

zbiera siły do walki.

– Mam zadzwonić do mojego adwokata? To sugerujesz?

background image

Clare roześmiała się cicho.
– Naprawdę chcesz mieć znów do czynienia z Lillian Case? Nie do wiary!
– Zaryzykuję, jeżeli nie pozwolisz mi widywać się z synem.
– Spokojnie, Michael.
– Dobrze się bawisz? Unieszczęśliwianie mnie sprawia ci chorą przyjemność?
Oczami   wyobraźni   ujrzała,   jak twarz  Michaela   czerwienieje.   Czuła  jego gniew   i to  było 

cudowne.   Długo   odmawiała   sobie   tej   przyjemności,   ale   uniesienie,   jakiego   teraz   doznawała 
niemal wynagrodziło miesiące tłumionego, milczącego gniewu. Gdyby wiedziała, jaka to frajda, 
dzwoniłaby do niego o wiele częściej.

– Nie powiedziałam, że chcę ci zabronić widywania Aleksa, prawda? – zapytała chłodno, 

spokojnie. Ktoś obcy, słuchając tej rozmowy, uznałby, że to ona jest panią sytuacji. – Możesz 
chodzić na mecze.

– Żebyś wiedziała! Mam do tego cholerne prawo!
Gdyby się na chwilę zamknął, powiedziałaby mu, że nie ma nic przeciwko temu, ale skoro 

jej to uniemożliwia, jeszcze go trochę podręczy. Próbowała jedynie ustanowić jakieś reguły.

– Michael, posłuchaj... – starała się, żeby w jej głosie nie zabrzmiał śmiech.
– Nie, to ty posłuchaj! Jeżeli chcesz oddać sprawę w ręce adwokatów, proszę bardzo!
– Michael...
– Ostrzegam cię, Clare, mam dość twoich zagrywek!
–   Miałam   nadzieję,   że   da   się   tego   uniknąć.   –   Jej   ton   sugerował,   że   jest   rozczarowana 

zachowaniem obojga.

– Diabła tam!
– Nie, naprawdę! Chciałam jedynie ustalić jakiś grafik, dla dobra Aleksa. – Urwała i czekała 

na jego reakcję.

– Co masz na myśli? – zapytał niemal natychmiast.
–   Mecze   Aleksa.   Myślałam,   że   załatwimy   to   w cywilizowany   sposób.   Nie   chciałabym 

angażować w to sądu.

– Ja również się do tego nie palę. A pewnie, że się nie pali!
– Musisz wiedzieć, ile mnie kosztuje ten telefon. Cisza.
– Nie rozmawialiśmy od czternastu miesięcy.  Starałam się ułożyć  swoje sprawy,  myśleć 

o przyszłości. Nie możesz chyba powiedzieć, że zatruwałam ci życie?

– Mogłabyś przejść do rzeczy?
– Chcesz chodzić na mecze Aleksa, ale ja też tego chcę. On jest również moim synem. 

Uważam, że dla jego dobra nie powinniśmy pokazywać się tam razem. W ten sposób Alex będzie 
się mógł skoncentrować na grze, a nie na dociekaniu, co się dzieje między jego rodzicami poza 
boiskiem.

background image

– Dobrze. – W głosie Michaela nadal dawało się wyczuć rezerwę.
– Próbowałam tego uniknąć. Gdybyś przeczytał e-maile, moglibyśmy rozwiązać problem bez 

kłótni.

– Alex miał ci powiedzieć, że przyjdę na mecz.
Zacisnęła zęby ze złości. Syn zbyt długo zwlekał z udzieleniem jej tej informacji.
– Mówił tylko,  że może  zaczniesz  przychodzić  na mecze.  Matka Keitha  poprosiła  mnie 

o pomoc przy prowadzeniu stoiska i nie mogę tego odwołać w ostatniej chwili. Gdybyś się ze 
mną skontaktował, załatwiłabym zastępstwo. Teraz już nie dam rady.

– Innymi słowy nie chcesz mnie tam widzieć dzisiaj po południu?
– Właśnie! Zawahał się.
– Dobrze, ale rezerwuję sobie następny czwartek.
– Proszę uprzejmie – odparła słodko. – No i co, było tak ciężko?
– Nie – przyznał niechętnie.
– Do widzenia, Michael – powiedziała i odłożyła słuchawkę. Opadając na krzesło, ukryła 

twarz   w dłoniach.   Ze   zdumieniem   stwierdziła,   że   się   trzęsie   i jest   jej   słabo.   Minęło   prawie 
czternaście miesięcy odkąd słyszała jego głos.

Czternaście miesięcy i taki kawał życia.

background image

Najtrudniej znaleźć kogoś,

kto się będzie cieszył twoim sukcesem.

Bette Midler

Rozdział 8

KAREN CURTIS

Zaczęło się źle. Z holu klubu jachtowego zobaczyła, jak matka wysiada z lexusa i oddaje 

kluczyki   portierowi.   Catherine   Curtis   miała   na   sobie   granatową   lnianą   sukienkę,   na   głowie 
kapelusz z szerokim rondem, dobrany kolorystycznie do sukienki i białe rękawiczki. Wiktoria 
wystąpiła   w szytej   na   miarę   garsonce   z fikuśnym   marynarskim   kołnierzem.   Trzyletni   Bryce 
spędzał   dzień   z ojcem.   Dla   Karen   było   to   rozczarowanie;   cieszyła   się   na   spotkanie 
z siostrzeńcem. Wiedziała, że matka i siostra nie zaaprobują jej ogrodniczek z demobilu.

– Cześć, mamo – Karen wstała, kiedy matka weszła do klubu.
Wyraz twarzy Catherine mówił wszystko.
– Karen! – Podstawiła córce policzek do pocałowania. – Jesteś wcześniej. – To było całe 

powitanie.

– Samochód mi wysiadł, więc przyjechałam autobusem. – Tak naprawdę to wyrwała się rano 

na zakupy do Willow Grove, a potem złapała autobus w porcie. Czterdziestominutowa podróż 
była przyjemna, pozwoliła jej się odprężyć przed nieuniknioną konfrontacją z matką i siostrą.

Catherine i Wiktoria wymieniły spojrzenia.
–   Nie   martw   się   –   powiedziała   Karen   scenicznym   szeptem.   –   Nikt   nie   widział,   jak 

wysiadałam z autobusu. Z pewnością nikt, kto by nas w jakiś sposób ze sobą powiązał.

– Może przejdziemy na salę – powiedziała matka, ignorując uwagę Karen.
Właśnie! – przytaknęła Wiktoria ze sztucznym entuzjazmem. Obie panie ruszyły w stronę 

restauracji, a Karen powlokła się z tyłu. Miała silną pokusę, żeby umknąć, ale szanse ucieczki 
były nikłe, więc poszła za matką niby posłuszne dziecko.

Hostessa zaprowadziła  je do stolika  przy oknie,  wręczyła  menu  i odeszła.  Karen  usiadła 

naprzeciwko   matki   i siostry.   Przez   chwilę   spoglądała   na   port.   Wzdłuż   długich   pomostów 
cumowały jachty najrozmaitszych kształtów i rozmiarów, najprostsze żaglówki oraz jachty za 
miliony dolarów. Tworzyły sielankowy obrazek.

–   Co   zjemy?   –   Wiktoria   zwróciła   się   do   matki   i Karen   pomyślała,   że   siostra   rzadko 

podejmuje decyzje bez konsultacji z rodzicielką.

– Może zapiekankę z krewetek i krabów?

background image

– Właśnie  o tym  myślałam  – odparła  Wiktoria  i zamknęła  kartę.  Matka i córka były  jak 

bliźniaczki syjamskie.

– A ty co wybierasz? – Wiktoria zwróciła się do siostry.
– Kraba Louis. Brzmi apetycznie.
– Doskonały wybór – pochwaliła matka.
Przynajmniej raz udało się Karen zadowolić któregoś z rodziców. Catherine odłożyła kartę 

i skoncentrowała się na Wiktorii.

– Jak się miewa Roger?
Karen jęknęła w duchu. Miała nadzieję, że wyczerpały temat palanta w drodze do klubu. 

Najwyraźniej   nie   miały   czasu,   rozmawiając   o niej,  o   jej   zagubieniu,   nierealnych   marzeniach 
i licznych wadach.

Wiktoria uśmiechnęła się wdzięcznie do matki. Zapracowany, jak zawsze.
Karen żałowała, że nie zmieniła dżinsowych ogrodniczek na nową spódnicę. Przechyliła się 

na krześle, szukając torby. Kupiła spódnicę na wyprzedaży, aby mieć w czym chodzić do pracy. 
Był  to najbardziej  konserwatywny ciuch,  jaki kupiła  od lat.  Zyskałby aprobatę matki.  Jeżeli 
wymknie   się   do   toalety   i szybko   przebierze,   nikt   nie   będzie   jej   mógł   zarzucić,   że   jest 
niestosownie ubrana.

Udając, że słucha z uwagą nudnej rozmowy, próbowała odnaleźć nogą torbę i przysunąć ją 

bliżej. Zniecierpliwiona, zajrzała pod stół, wychyliła się i chwyciła reklamówkę.

Matka odwróciła głowę i popatrzyła na nią oskarżycielskim wzrokiem.
– Co ty wyprawiasz? – zapytała ostro.
Karen, złapana na gorącym uczynku, błysnęła uśmiechem.
– O co ci chodzi?
– Wiercisz się jak dwulatek w kościele.
A, to! – powiedziała z odcieniem ulgi. – Sięgałam po torbę. Po torbę? Po co?
– Pomyślałam, że się przebiorę w nową spódnicę.
Matka omal nie spadła z krzesła. Pochyliła się nad stołem, piorunując Karen wzrokiem.
– To nie jest miejsce ani czas na zmianę odzieży.
– Zamierzałam zrobić to w toalecie – wyjaśniła Karen.
– W Klubie Jachtowym? Karen, czy muszę ci tłumaczyć, że nie ma tu przebieralni?
– Mamo, nie denerwuj się. Powinnam to zrobić wcześniej... Zamierzałam. – To nie była 

prawda, ale przecież nie wiedziała, że matka i siostra ubiorą się jak na pokaz mody.

– Proszę! – Matka oddychała ciężko. – Nie rób mi wstydu.
Wstydu?   –   Miała   dobre   chęci   i za   wszystkie   starania   otrzymała   jedynie   twarde,   tnące 

spojrzenie, które stopiłoby górę lodową.

– Możemy złożyć zamówienie? – zapytała Wiktoria lekko podniesionym tonem, kiedy do 

background image

stolika podeszła kelnerka.

Matka   i siostra   zamówiły   zapiekankę   z owoców   morza,   Karen   poprosiła   o kraba   Louis. 

Kelnerka odeszła i przy stole zapadła cisza.

Wiktoria   odezwała   się   pierwsza,   pytając   matkę   o klub   brydżowy.   Po   chwili   obie   panie 

dyskutowały z ożywieniem o sprawach zupełnie dla Karen obojętnych.

Próbowała raz wtrącić się do rozmowy, ale przeszkodziło jej nadejście kelnerki z lunchem. 

Dyskusja   potoczyła   się   dalej.   Karen   czuła   się   jak   piąte   koło   u wozu.   Było   tak,   jak   się 
spodziewała. Gorzej.

Robiąc dobrą minę do złej gry, udawała, że ciekawi ją mdła wymiana zdań między matką 

a siostrą.

Catherine musiała to zauważyć, bo przeniosła swoje zainteresowanie na Karen.
– W ogóle nie bierzesz udziału w rozmowie – stwierdziła.
Z tego prostego powodu, że nie zdołała wtrącić słowa.
– A co chciałabyś wiedzieć? – zapytała Karen, wdzięczna za to, że została zauważona.
Matka się zawahała.
– Mogłabyś opowiedzieć o szkole. Wiedziałam, że zostaniesz nauczycielką. Zawsze świetnie 

radziłaś sobie z dziećmi.

Karen pławiła się w pochwałach. Wiktoria patrzyła na nią z przesadnym zainteresowaniem.
– Mama ma rację, będziesz wspaniałą nauczycielką. Lubisz tę pracę, prawda?
– Nie myślę o niej w kategoriach lubienia. To raczej wyzwanie.
– Wszystkie dzieci są wyzwaniem – dodała matka.
– Ile razy w tygodniu masz zastępstwa? – pytała dalej Wiktoria.
– Wolałabym dwa, ale biorę trzy przez wzgląd na finanse. Nauczanie to wyczerpująca praca, 

a te   kochane   maleństwa   nie   troszczą   się   o zdrowie   nauczycieli,   zwłaszcza   tych,   którzy 
przychodzą na zastępstwa.

– Uważam, że nauczyciele są bardzo źle wynagradzani – powiedziała Wiktoria.
Karen potrafiła to docenić i poczuła, że jej niechęć do siostry słabnie.
– Ja też. Tak naprawdę to marzy mi się rola w reklamie. Próbuję w przyszłym  tygodniu. 

Spodobałam się reżyserowi i chce mnie jeszcze raz zobaczyć.

Oczy matki zrobiły się okrągłe, przestała jeść.
– Oczywiście wolałabym rolę w serialu – dodała Karen. – Ale muszę na to zapracować. Tak 

twierdzi moja agentka. Uważa, że reklamy to pierwszy krok do celu. Zresztą, płacą nieźle i są 
inne korzyści. Potem wystartuję do roli w komedii.

Matka rozsmarowała delikatnie kleks śmietany na ciepłych tortillach. Palce zaciśnięte na 

nożu drżały.

– Ale wrócisz do nauczania, nawet jeżeli otrzymasz tę rolę w reklamie, prawda? – zapytała 

background image

z naciskiem.

– Chyba tak, ale nauczanie jest dla mnie tylko środkiem prowadzącym do celu. Ja...
– A ja myślałam... miałam nadzieję, że wykorzystasz godnie swoje wykształcenie. Sporo nas 

kosztowało.   Nie   wyobrażasz   sobie,   jakie   to   dla   nas   zmartwienie,   że   bardziej   cię   interesuje 
czyszczenie toalet niż rzetelna praca.

Karen przełknęła ciętą odpowiedź, żeby uniknąć kłótni.
–  Cenię  sobie  swoje wykształcenie,  mamo.   – Rzeczywiście  ceniła,  ale   tylko   dlatego,  że 

zapewniało   jej   utrzymanie   w okresie,   gdy   walczyła   o role   w reklamach.   One   również   były 
jedynie  środkiem prowadzącym  do celu. Agentka wierzyła  w jej  talent,  dlaczego  nie chciała 
uwierzyć matka?

– Spotykasz się z kimś? – zapytała Wiktoria, po raz kolejny zmieniając temat.
– Wczoraj widziałam się z Jeffem.
–   Z Jeffem   Hansenem?  –  zapytała   matka.   –   Czy   to   nie   jest   ten   chłopiec   z kółka 

dramatycznego?

– Tak. Prowadzi zajęcia w Dla Ducha i Ciała i szczerze tego nie znosi. Spiknęłam go z moją 

agentką.

– Boże! – wyszeptała Catherine. – Gram w brydża z jego matką... Tak się cieszyła, że Jeff 

ma prawdziwą pracę, a teraz to! Jak zdołam spojrzeć jej w twarz?

– Dlaczego uważasz, że aktorstwo to taki hańbiący zawód?
Matka popatrzyła na nią, jakby odpowiedź była oczywista.
– Nie wiesz? Przyjrzyj się kobietom, które zostają zawodowymi aktorkami. Biorą narkotyki 

i rozwodzą się co parę łat. Większość nie fatyguje się nawet, żeby poślubić ojca swojego dziecka. 
Mnie i ojca głęboko niepokoi myśl, że zadajesz się z tymi niecywilizowanymi ludźmi. A teraz 
mówisz, że ten reżyser chce się z tobą jeszcze raz spotkać?

– To niesprawiedliwe! – Nie wytrzymała. Nic ją nie obchodziło, że zwraca na siebie uwagę. 

– Oceniasz mnie przez pryzmat tego, co piszą o aktorach w brukowcach. Bycie aktorką to coś 
więcej, a poza tym, nie można wierzyć we wszystko, co się czyta.

Catherine zacisnęła wargi, jakby tłumiła słowa cisnące się na usta.
– Słyszałam o hollywoodzkich przyjęciach. Seks, narkotyki i Bóg wie, co jeszcze. Nie chcę, 

żeby moja córka miała z tym do czynienia.

– Mamo, nie wiesz, o czym mówisz.
– Wiem doskonale. Wciągną cię w takie życie.  Ale pamiętaj, zadając się z takim ludźmi 

przysparzasz mi wiele zmartwień.

– Nie biorę narkotyków.
– Kto wie, co ty tam robisz – mruknęła Catherine, krojąc placek z taką siłą, jakby chciała 

przepiłować nożem talerz.

background image

Karen próbowała zachować spokój.
– Tak, mamo.
– A ten reżyser? Chce, żebyś przyszła na przesłuchanie do następnej reklamy?
Karen westchnęła.
– To reklama karmy dla psów. Powiedział agentce, że lubi mój styl i że...
– Ha! – Matce zbielały wargi, zacisnęła je tak mocno. – Myślisz, że nie wiem jak wyglądają 

takie przesłuchania? Co musisz zrobić, żeby dostać rolę?

Było   już   całkiem   jasne,   dokąd   zmierza   ta   rozmowa.   Bardzo   spokojnie   Karen   odłożyła 

różową płócienną serwetkę na stół i sięgnęła po torebkę. Czuła dojmujący smutek.

– Lepiej już pójdę. – Wstała.
Matka osadziła ją wzrokiem na miejscu.
–   Natychmiast   siadaj   –   rozkazała.   Nie   pozwolę,   żebyś   narobiła   mi   wstydu,   wychodząc 

w środku lunchu.

Karen chwyciła torbę z zakupami i przycisnęła obiema rękami do piersi.
– Przy następnym spotkaniu, jeżeli nie chcesz, żebym narobiła ci wstydu, spróbuj mnie nie 

obrażać.

– Powiedziałam tylko kilka słów prawdy.
– Dziękuję za lunch. – Karen próbowała ukryć rozczarowanie i ból. Powinna mieć więcej 

rozumu, wiedzieć, jak to się skończy.

– Karen, poczekaj – prosiła Wiktoria.
Karen potrząsnęła  głową. Wiedziała,  że jeżeli  zostanie,  powie coś, czego będzie później 

żałować.

background image

Jakie wspaniałe miałam życie!

Szkoda tylko, że nie wiedziałam o tym wcześniej.

Collette

Rozdział 9

JULIA MURCHISON

25 stycznia

Lista błogosławieństw:

1. Bezpieczeństwo, jakie daje porządek. Wszystko na swoim miejscu. Włóczka poukładana 

starannie według koloru tak, aby tworzyła tęczę barw.

2. Wygodne łóżko po długim dniu stania na nogach.
3. Muzyka kojąca moją duszę.
4. Ataki dąsów Zoe, kiedy nie wszystko idzie po jej myśli. Czyżby moja córka odziedziczyła 

je po mnie? Nieee.

5. Narady z klientami, którzy pragną stworzyć coś trwałego i pięknego.

Nie czuję się dobrze od wielu tygodni, a ponieważ postanowiłam dbać o zdrowie, umówiłam 

się z doktor Snyder. Zrezygnowałam nawet ze spotkania w Czwartkowym Klubie Śniadaniowym, 
żeby zdążyć na wizytę. Po raz ostatni byłam u doktor Snyder w listopadzie, gdy zachorowałam 
na tę okropną grypę, która trzymała mnie w łóżku przez tydzień. Nie pamiętam, żebym kiedyś 
tak ciężko chorowała. Naturalnie wybrałam sobie najgorszą porę roku, tuż przed świętami, kiedy 
wszystko wali się człowiekowi na głowę w domu i w pracy.

Chyba jeszcze nie doszłam do siebie po tamtej chorobie. Zastanawiam się, czy to uczucie 

zmęczenia,  zniechęcenia  może być  związane  z listopadową grypą. Myślałam,  że po świętach 
poczuję   się   lepiej.   Niestety,   jestem   teraz   jeszcze   bardziej   rozbita,   ciągle   chce   mi   się   spać. 
W zeszłym tygodniu dwa razy poszłam do łóżka przed Adamem i Zoe.

Peter, który z reguły się nie skarży, wspomniał o tym dzisiaj przy śniadaniu.
Boję się, że to coś więcej niż wyczerpanie. Ciągle biegam do łazienki. Czy to możliwe, aby 

w tak wczesnym wieku pęcherz odmówił mi posłuszeństwa? Mam nadzieję, że nie.

Cały mój organizm jakby wypadł z trybu. Nawet okres mi się spóźnia. W tym roku kończę 

background image

wprawdzie czterdzieści lat, ale nie sądziłam, że menopauza zacznie się tak wcześnie. Może tak 
będzie lepiej. Ciężko przechodzę miesiączki.

A jeżeli jestem w ciąży? Minęło tyle lat od ostatniego dziecka, że dopiero teraz dodałam 

sobie dwa do dwóch. Absurdalna myśl. Zresztą, to niemożliwe. Od lat jestem na pigułce. I przy 
mojej chorobie oraz świątecznym nawale zajęć Peter i ja nie byliśmy zbyt aktywni seksualnie.

Po narodzinach Zoe, Peter zamierzał poddać się wasektomii, ale byliśmy tacy młodzi, że 

lekarz   doradził   wstrzymać   się   z decyzją   na   parę   lat.   Omówiliśmy   sprawę   i postanowiliśmy 
poczekać. Pięć lat minęło jak z bicza trząsł, a my nie poruszyliśmy więcej tej kwestii. Miałam 
spiralkę, a kiedy przyszedł czas, żeby ją usunąć, zdecydowaliśmy, że wrócę do pigułki. Potem 
Peter umówił się na zabieg. Nie pamiętam, dlaczego w końcu nie poddał się wasektomii. Poszedł, 
zdaje   się,   na   wstępne   badanie,   ale   po   rozmowie   ze   specjalistą   uznał,   że   musi   to   jeszcze 
przemyśleć. A ja byłam już wtedy przyzwyczajona do pigułki.

Nie   jestem   w ciąży.   To   niemożliwe.   Metodycznie   łykam   witaminy   i pigułki 

antykoncepcyjne. Nigdy o tym nie zapominam. Ciąża byłaby czymś strasznym. Zostawiłam etap 
pieluch za sobą i nie wyobrażam sobie powrotu.

Nie ma sensu się zamartwiać, skoro to nie wchodzi w rachubę. Zawsze wiedziałam, kiedy 

byłam   w ciąży.   Dziesięć   dni   po   zapłodnieniu   wyczuwałam   zmiany   w swoim   ciele,   jakby 
wszystko we mnie sprzyjało formowaniu się nowego życia. Teraz nie ma o tym mowy.

Kończę   ten   monolog,   ponieważ   nie   potrafię   stawić   czoła   własnym   myślom.   Nie   jestem 

w ciąży. Nie chcę być w ciąży i nie zamierzam torturować się absurdalnymi lękami.

– Nie muszę robić badania moczu! Julia napotkała nieustępliwy wzrok doktor Lucy Snyder. 

– Już mówiłam,  że ciąża  jest niemożliwa. – Słowa wybijały rytm  w głowie jak muzyka  rap 
puszczona na pełen regulator. Nie miały sensu, a kiedy wsłuchała się w treść, okazywały się 
wulgarne, odpychające.

Doktor Snyder przysunęła stołek do leżanki, na której siedziała Julia, przyciskając papierowy 

fartuch do brzucha.

– Wynik badania sugeruje coś przeciwnego – powtórzyła doktor Snyder po raz kolejny.
– Nie mogę być w ciąży. – Julia nie wiedziała, dlaczego upiera się przy swoim, skoro ciąża 

była niemal pewna. Ale mdłości, jakie teraz odczuwała, nie miały nic wspólnego z fizjologią, ich 
przyczyną był stan ducha.

– Pigułka jest skuteczna w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach. Pozostaje ten jeden 

procent.

Julia potrząsnęła głową.
– Więc nigdy nie zapomniała pani wziąć pigułki? Ani razu?
– Ani razu! – zawołała Julia, dławiąc emocje tak silne, negatywne, że słowa aż wibrowały 

background image

ich intensywnością.

Doktor Snyder wczytała się w kartę zdrowia Julii.
– Nawet wtedy, gdy miała pani grypę?
– Nawet wtedy – upierała się przy swoim Julia.
– Żołądek je utrzymywał?
– Utrzymywał? W jakim sensie?
– Z karty czytam, że przez trzy dni cierpiała pani na gwałtowne wymioty.
Julii zimny pot wystąpił na czoło.
– Tak... Przez siedem dni nie jadłam stałych pokarmów. – Jej żołądek tolerował wyłącznie 

słabą herbatę i kilka łyków rosołu, który Peter podawał jej cierpliwie łyżeczką.

– Badanie moczu może jedynie potwierdzić lub wykluczyć ciążę.
Julia skinęła głową czując jak ogarnia ją dziwna słabość. Doktor Snyder poklepała ją po 

ramieniu i cicho wyszła z pokoju.

Jeżeli faktycznie była w ciąży, wiedziała kiedy to się stało. Po ogromnym sukcesie pierwszej 

wyprzedaży   włóczki   –   była   taka   szczęśliwa.   Adam   i Zoe   spali   u jej   siostry,   a ona   i Peter 
świętowali na mieście, potem w domu. Kochali się przez całą noc.

Oddała pielęgniarce próbkę moczu i ubrała się wolno. Ręce jej drżały, kiedy zapinała guziki 

przy bluzce. Doktor Snyder wróciła z wynikami, oczy ich się spotkały.

W jednej chwili Julia poznała prawdę. Potwierdziły się jej najgorsze obawy. Była w ciąży. 

Nie zrozumiała już ani słowa z tego, co mówiła do niej doktor Snyder. Półprzytomna wyszła 
z gabinetu i ruszyła w stronę parkingu.

Ocknęła się w drodze do szkoły podstawowej Bena Franklina, gdzie Peter od czterech lat był 

dyrektorem.

– Pani Murchison, jaka miła niespodzianka – powitała ją ciepło sekretarka.
W pierwszej chwili Julia nie potrafiłaby podać nazwiska starszej kobiety, chociaż pracowała 

z Peterem od dziesięciu lat. Linda Dooley, przypomniała sobie. To była Linda.

– Peter jest wolny? – Sformułowanie pytania wymagało pełnej koncentracji. W głowie jej 

huczało,   umysł   pracował   chaotycznie.   Opuściła   gabinet   doktor   Snyder,   nie   wiedząc,   dokąd 
jedzie, ani co zrobi, kiedy już dotrze na miejsce. Peter, ten spokojny, opanowany mąż, wszystko 
jej powie.

– Może pani wejść. – Na twarzy Lindy pojawił się niepokój. – Dobrze się pani czuje?
Julie potrząsnęła głową. Nie, nie czuje się dobrze. Jej życie wymknęło się spod kontroli. Nie 

chciała tego dziecka, nie chciała ciąży. Była wierzącą, bogobojną kobietą, a myśli, jakie w tej 
chwili przelatywały przez jej głowę, przerażały ją samą.

– Julia? – Peter wstał na jej widok. – Co się stało? – Obszedł biurko, otoczył żoną ramieniem 

background image

i poprowadził do fotela.

Julia  opadła   na miękkie  poduszki.  Nogi  się pod  nią  uginały.  Peter   zdawał  się  rozumieć 

powagę sytuacji, chociaż nie wypowiedziała ani słowa.

– Co się stało? – zapytał łagodnie. – Coś z twoją matką? Julia zaprzeczyła ruchem głowy.
– Kochanie, powiedz mi.
Oczy   i gardło   piekły   ją   od   łez,   ale   nie   pozwoliła   sobie   na   luksus   płaczu.   Nie   mogła 

wykrztusić słowa.

– Byłaś u doktor Snyder?
Kiwnęła parę razy głową.
– Grypa... – wydukała, dławiąc szloch. Łzy ją upokarzały.  Nie należała do kobiet, które 

potrafią   się   wypłakać.   I nie   wyglądała   pociągająco   z zaczerwienionymi   oczami   i cieknącym 
nosem.

Peter ujął jej dłonie w swoje ręce.
– To coś więcej niż grypa?
Skinęła głową, wdzięczna, że może odpowiedzieć bez słów.
– Przecież nie rak? – Peter zbladł.
– Nie, idioto! – krzyknęła, wiedząc, że zachowuje się irracjonalnie. – Jestem w ciąży.
Peter patrzył na nią pustym wzrokiem, jakby nie usłyszał albo – tak jak ona – nie chciał 

usłyszeć.

–   Nie   patrz   tak.   Jesteś   zaskoczony!   –   Obwiniała   go.   Gdyby   się   poddał   wasektomii,   nie 

mieliby teraz problemu.

Peter wstał, wsadził ręce w kieszenie spodni.
– Planowaliśmy trzecie dziecko? – Powiedział to tak, jakby podjęła decyzję sama, bez jego 

udziału. Jeżeli chciał ją rozbawić, nie udało mu się.

– To wszystko twoja wina... Peter odprężył się.
– Żartujesz, prawda?
– Sprawiam takie wrażenie?
–   Nie...   –   Zawahał   się.   Najwyraźniej   nie   wiedział,   co   o tym   sądzić.   –   Naprawdę   jesteś 

w ciąży?

Julia przysięgła w duszy, że spoliczkuje go, gdy on się uśmiechnie. Ale jak? – Potrząsnął 

głową, jakby chciał cofnąć pytanie. – To znaczy, kiedy? Myślałem, że jesteś na pigułce.

– Bo jestem.
– I mimo to zaszłaś w ciążę?
– Tak... Wygląda na to, że podczas grypy, jakiś czas temu zwymiotowałam pigułki.
– Rozumiem. – Nadal był poważny i zatroskany, ale Julia wiedziała, że jego reakcja jest 

diametralnie różna od jej. Peter zachichotał, ale przywołała go do porządku.

background image

– Ani się waż! – Ona nie żartowała. Ciąża to nie był powód do śmiechu. Nie na tym etapie jej 

życia.  Odsłużyła  swoje jako niepracująca matka. Przez te dwanaście długich lat brała udział 
w pracach   każdego   komitetu   i w każdej   pracy   społecznej.   Była   prezesem   komitetu 
rodzicielskiego,   zastępową   skautów   i zuchów,   a także   asystentem   trenera   szkolnej   drużyny 
piłkarskiej   i nauczycielką   w szkółce   niedzielnej.   Nadal   brała   czynny   udział   w życiu   swoich 
dzieci, ale nie zamierzała cofnąć się na start. Odsłużyła swoje, była wolna.

– Uważasz, że to zabawne? – krzyczała. Peter, mamy dwoje dorastających dzieci, możesz 

sobie wyobrazić jak one zareagują?

– Julio! – W oczach Petera widziała  serdeczne współczucie. Ciąża to jeszcze nie koniec 

świata.

–   Jasne,   łatwo   ci   to   mówić,   bo   to   nie   ty   wstawałeś   w środku   nocy   do   dziecka!   A co 

z Adamem i z Zoe? Co z naszymi przyjaciółmi? Nikt ze znajomych nie ma małego dziecka!

– To się zdarza.
– Ale nie nam! Peter, nie mogę uwierzyć, że się z tego cieszysz.
– Jestem zaskoczony, tak jak ty, ale mogło być gorzej. Przystosujemy się.
–  Może  ty,  bo  ja  nie!  Nie  chcę  tego  dziecka.   – Powiedziała  to,  te  straszne  słowa.  Bóg 

świadkiem, że były prawdą.

Peter patrzył na żonę łagodnie.
– Daj sobie trochę czasu – poradził, jakby potrzebowała tylko paru minut, by dojść do siebie 

po niemiłym wstrząsie. Facet nie miał pojęcia, co się dzieje.

– Na co? Myślisz, że zmienię zdanie? Naprawdę uważasz, że kiedy już przyzwyczaję się do 

tej myśli, zacznę inaczej czuć?

– Julio...
–   Jak   sądzisz,   dlaczego   imiona   naszych   dzieci   zaczynają   się   od   A i Z?   Chłopiec, 

dziewczynka. Od A do Zet, koniec.

– Najwyraźniej nie.
Chybił ponownie.
Julia zarzuciła na ramię pasek torebki i wstała z fotela.
– Widzę, że nie ma sensu z tobą o tym rozmawiać.
– Julio... – Peter poszedł za nią, kiedy ruszyła do wyjścia długim szkolnym korytarzem. Jej 

obcasy stukały głośno o wyfroterowane deski posadzki.

Jej   mąż   nie   rozumiał.   Również   doktor   Snyder   nie   okazała   współczucia.   Julia   wybrała 

lekarza-kobietę   w przekonaniu,   że   nawiąże   z nią   lepszy   kontakt.   Tymczasem   doktor   Snyder 
odcięła się od niej emocjonalnie. W chwili, gdy oznajmiła wielką nowinę, wyrósł między nimi 
mur. Julia doskonale to wyczuła.

Spodziewała się, że mąż ją zrozumie, przygarnie do siebie i wesprze. Tak, był zaskoczony, 

background image

ale najwyraźniej nie podzielał jej obaw. W przeciwieństwie do Julii wydawał się zachwycony.

background image

Nikt, nawet poeta, nie wyliczył,

ile wytrzyma serce.

Zelda Fitzgerald

Rozdział 10

LIZ KENYON

28 stycznia

Jestem   przygnębiona   i smutna.   Nie   chcę   dochodzić   dlaczego.   Może   to   tylko   taki   okres 

w moim życiu. Mam pięćdziesiąt siedem lat i jestem sama. Nigdy nie myślałam, że to mnie może 
się zdarzyć.

Wieczorem   nie   nastawiłam   budzika,   ale   i tak   obudziłam   się   o szóstej.   Bardzo   chciałam 

zasnąć, ale na próżno. Zła na siebie, wstałam i wzięłam prysznic. Przetarłam zaparowane lustro 
i na widok własnego odbicia zebrało mi się na płacz.

Kiedy pojawiły się te kurze łapki? Nigdy przedtem ich nie zauważyłam. Zresztą nie chodziło 

tylko   o oczy,   ale   o zmarszczki   wokół   ust   i na   szyi.   Mogłabym   przysiąc,   że   jeszcze   przed 
tygodniem ich nie było. Wyglądałam na starą, steraną życiem kobietę. Czułam każdy dzień z tych 
pięćdziesięciu siedmiu lat.

Dotąd nie myślałam o swoim wieku, uważając, że pięćdziesiąt siedem lat to nie tak wiele. 

Dzisiaj   rano   musiałam   skorygować   poglądy.   Pięćdziesiąt   siedem   lat   to   więcej   niż   mi   się 
wydawało.

Wszystko spadło na mnie jednocześnie.
Jakby nie dość było śmierci Steve’a i wyprowadzki dzieci, przyszła kolejna klęska, równie 

miażdżąca jak poprzednie. Utraciłam moją młodość. Na ogół los rekompensuje nam to, dając 
wnuki,   mądrość,   spełnienie,   czas...   moje   hasło   na   ten   rok.   W tej   chwili   nie   czuję   żadnego 
spełnienia. Nie otrzymałam również żadnej gratyfikacji. Jeżeli chodzi o mnie, los wystrychnął 
mnie na dudka. Poniosłam same straty, nie otrzymawszy nic w zamian.

Oj, wpadam w nowy dołek i użalam się nad sobą. Jest gorzej niż myślałam. Nie pozwolę na 

opłakiwanie   własnej   osoby.   Muszę   podjąć   jakieś   działanie   i to   szybko,   inaczej   wpadnę 
w depresję tak głęboką, że już się z niej nie wydobędę.

Jestem przekonana, że łobuz Sean Jamison jest częściowo odpowiedzialny za ten przykry 

stan ducha. Chodzą słuchy, że zajął się nową fizykoterapeutką. Chociaż nigdy nie spotkałam się 
z nim   na   gruncie   towarzyskim,   personel   szpitalny   musiał   nas   jakoś   skojarzyć,   bo  parę   osób 

background image

doniosło mi ze złośliwą satysfakcją o nowej zdobyczy Jamisona.

Nic mnie to nie obchodzi.
Kłamię – obchodzi mnie, inaczej w ogóle bym o tym nie pisała. Nie umknęło również mojej 

uwagi, że fizykoterapeutką jest dwadzieścia lat młodsza od niego i prawie trzydzieści ode mnie. 
Seanowi się podoba. Komu by się nie podobała? Jest młoda, ładna i w jego typie. Ja natomiast 
jestem starsza, mądrzejsza i mam zmarszczki. Przegrywałam w przedbiegach. Czy zamierzałam 
walczyć o Seana?

Doprawdy,   nie   rozumiem   dlaczego   mnie   to   obeszło.   On   nie   szuka  poważnego   związku. 

Podobam mu się, i chyba powinno mi to schlebiać. Prawdę mówiąc, on również mi się podoba. 
Bardzo to dla mnie niefortunne, ponieważ Sean nie ukrywa, że chce mnie jedynie do łóżka.

A na pójście z nim do łóżka mnie nie stać. W moim życiu był tylko jeden mężczyzna i po 

trzydziestu jeden latach ze Steve’em, nie zwiążę się z kimś, kto szuka jedynie seksu. Musiałoby 
to być coś więcej niż kilka godzin przyjemności. Nie mogę uwierzyć, że jestem taka stara i poza 
obiegiem. Ale jestem i nie zamierzam się zmienić nawet dla Seana Jamisona.

Nie powinnam czuć rozczarowania. Sean jasno określił, czego oczekuje. To ja dopatrywałam 

się w nim głębi. Zawsze wierzyłam, że jest w nim więcej niż się zdaje na pierwszy rzut oka. 
Pomyliłam się i to napawa mnie smutkiem.

Doczekałam pory śniadania i żeby poprawić sobie  samopoczucie,  zadzwoniłam  do Amy. 

Niedzielne pogawędki z córką i wnukami są często najjaśniejszym momentem weekendu.

Nie   zawiodłam   się.   Powiedziałam   Amy,   że   postanowiłam   zostać   lektorem   ochotnikiem 

w poprawczaku,   a ona   bardzo   mnie   zachęcała.   Praca   poza   szpitalem   i zrobienie   czegoś   dla 
społeczności skieruje moje myśli na inne tory.

Amy   spytała   o Klub   Śniadaniowy,   więc   powiedziałam   co   słychać   u moich   przyjaciółek. 

Nigdy ich nie poznała, ale lubi słuchać o kobietach, które tyle dla mnie znaczą. Czasem myślę, że 
ona również chciałaby stać się częścią takiej grupy.

Porozmawiałam   jeszcze   chwilkę   z Andrew   i Annie,   a potem   rozmyślałam   o grupie 

śniadaniowej i o tym, co się wydarzyło w naszym życiu. Zabawne, że zostałyśmy przyjaciółkami 
na tym  etapie życia.  Jesteśmy tak całkowicie  różne, każda boryka  się z innymi  problemami, 
każda ma swoje mocne i słabe strony. A jednak jesteśmy silnie ze sobą związane.

Cieszę   się,   że   poznałam   Clare,   Karen   i Julię.   Zawsze   potrzebowałam   przyjaciół,   nigdy 

bardziej niż teraz.

background image

Jedyną rzeczą wieczną i naturalną

w macierzyństwie jest ambiwalencja.

Jane Lazarre

Rozdział 11

JULIA MURCHISON

26 stycznia

Lista błogosławieństw:
1. Czysta kuchnia.
2. Łazienka blisko sypialni.
3. Prawda... Obojętnie, czy chcę ją zaakceptować, czy nie.
4. Zachmurzone niebo odpowiadające mojemu nastrojowi.
5. Rodzina.

Wróciłam do domu o dziesiątej wieczorem. Mąż i dzieci nie wiedzieli, co się ze mną stało. 

Gdy   weszłam   do   domu,   Adam   wkroczył   do   kuchni   i zażądał   wyjaśnień,   zupełnie   jak 
rozwścieczony rodzic. Typowe odwrócenie ról. Zoe zjawiła się zaraz po nim i na mój widok 
wybuchnęła płaczem, zrobiła w tył zwrot i pobiegła do swojego pokoju, zatrzaskując drzwi. Peter 
nie powiedział ani słowa, tylko popatrzył na mnie z naganą, odwrócił się i wyszedł z kuchni.

Przez   godzinę   siedziałam   w pokoju   rodzinnym.   Gdyby   ktoś   chciał   mnie   wysłuchać, 

powiedziałabym,  co robiłam przez  cały wieczór.  Jeździłam.  Po zamknięciu  sklepu wsiadłam 
w samochód i jeździłam bez celu krętymi, długimi uliczkami miasta.

Peter też był równie zdenerwowany, ale on rozumiał moje pobudki. Nie mogłam spojrzeć 

dzieciom w oczy. Adam i Zoe nie mają pojęcia o ciąży.

Nie wiem, jak długo krążyłam po mieście, aż nagle znalazłam się na cmentarzu. Nie wiem, 

dlaczego   tam   pojechałam.   Wprawdzie   moi   dziadkowie   są   tam   pochowani,   ale   ledwo   ich 
pamiętam   i nie   czuję   głębokiego   związku   z żadnym   z nich.   Kierowałam   się   prawdopodobnie 
stanem umysłu. Jakbym chciała pogrzebać moje życie, to które tak starannie zaplanowałam, tak 
sobie ceniłam.

Mogę dokonać wyboru i doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Nie należę jednak do kobiet, 

które umawiają się na zabieg i pozbywają kłopotu. Do tej pory myślałam, że jestem do tego 
niezdolna. Z początku takie rozwiązanie wydawało się bardzo kuszące. Nikt się nie dowie. Peter 

background image

nie będzie zadowolony, postara się na mnie wpłynąć, ale znam mojego męża i wiem, że nie stanie 
mi na przeszkodzie. Myślałam o tym, naprawdę myślałam. Nawet teraz, kiedy jestem ze sobą 
całkowicie szczera, nie mogę napisać tego słowa. Nie mogę wypowiedzieć go na głos. Nie zrobię 
tego.

Z pozoru jest to proste rozwiązanie, ale nie dla mnie. Za dobrze siebie znam. Nie chcę być 

w ciąży, ale nie potrafiłabym zniszczyć tego, co już się dokonało.

Adam i Zoe wiedzą, że coś jest nie w porządku. Podejrzewają jedynie małżeńską kłótnię. Są 

przyzwyczajeni, że o określonej godzinie obiad czeka na stole, a ja jestem zawsze pod ręką, gdy 
chcą porozmawiać albo mają kłopoty z lekcjami. Oboje są na mnie wściekli. Peter też. Kiedy 
trochę ochłonął, zapytał czy jadłam kolację. Zaraz potem poszłam do łóżka, a on przysiadł na 
brzegu. Chciał się dowiedzieć, czy mógłby mi jakoś pomóc. Ciekawe jak? Powiedziałam, że nie.

Jak dotąd tylko mój mąż wie o ciąży. Myślałam, żeby zadzwonić do Georgii, ale tego nie 

zrobiłam.   Kocham   ją   bardzo,   jednak   nie   wiedziałabym,   jak   jej   o tym   powiedzieć.   Moja 
bezdzietna   kuzynka,   czterokrotnie   zamężna,   w tym   dwa   razy   z tym   samym   mężczyzną,   nie 
będzie nic wiedziała o tych sprawach. Myśli mi się plączą, tracą sens.

Zastanawiam się, czy dziecko wyczuwa, jak bardzo nie życzę sobie jego istnienia. Adam 

i Zoe byli darem; to dziecko nim nie jest.

Czy   to   źle   pragnąć   poronienia?   Fakt,   że   mam   prawie   czterdzieści   lat   i moje   ciało 

przygotowuje się do menopauzy może mieć szkodliwy wpływ na ciążę.

Czuję się taka winna, okrutna. Ale przede wszystkim nieszczęśliwa.

Julia siedziała w bujanym fotelu, machinalnie nawijając nitkę na motek. Myśli jej krążyły 

wokół innych spraw. Na szczęście ruch w sklepie był niewielki przez całe popołudnie. Odniosła 
sukces   w interesie   dlatego,   że   osobiście   obsługiwała   klientów,   z wieloma   się   zaprzyjaźniła. 
Kobiety przychodziły do niej po radę, ceniły sobie jej zdanie.

W   tym   stanie   oszołomienia   i otępienia,   nie   nadawała   się   do   niczego   i Irenę   Waldmann 

powiedziała jej to wprost. Starsza pani była stałą klientką. Julia pomyliła się w obliczaniu ilości 
włóczki do jej najnowszego wzoru. Pani Waldmann wypowiedziała pod nosem niepochlebne 
uwagi na jej temat. Baba miała taki charakter, że w ogóle trudno ją było zadowolić, cudzych 
pomyłek nie tolerowała. Na szczęście błąd został szybko wykryty i naprawiony.

Na parkingu przed sklepem zatrzymał się samochód. Julia podniosła wzrok i ujrzała Petera. 

Rano zamienili tylko parę słów. Mąż i dzieci obchodzili ją na palcach, jakby nie byli pewni, 
czego można się po niej spodziewać.

Ledwo zamknęły się za nimi drzwi, Julia dostała mdłości i zdążyła dobiec do łazienki, gdzie 

zrzuciła tę odrobinę kawy, jaką udało się jej przełknąć. W poprzednich ciążach nie miała takich 
dolegliwości. Trocheja mdliło, ale nie wymiotowała. Była to chyba zemsta dziecka za to, że go 

background image

nie chce.

Peter wszedł do sklepu i wręczył jej bukiecik stokrotek, jej ulubionych kwiatów.
– Czym sobie na to zasłużyłam? – Nie chciała powiedzieć tego z przekąsem, ale tak wyszło.
– Wpadłem zobaczyć, jak się czujesz. Szarpnęła nitkę.
– Po prostu kwitnąco.
Peter usiadł w bujanym fotelu obok żony. Nic nie mówił, siedział obok, kołysząc się z nią 

i z bukietem kwiatów na kolanach.

– Bóg ze mnie zażartował – wyszeptała Julia po chwili.
– W jaki sposób?
– Moje słowo.
Twoje słowo – powtórzył. – O czym mówisz?
– Moje słowo na ten rok – powiedziała ostro. Wiedział przecież, że każda członkini Klubu 

Śniadaniowego wybrała sobie hasło.

–   A,   mówisz   o swoich   przyjaciółkach   z kursu!   Wspominałaś,   jakie   słowo   wybrałaś,   ale 

zapomniałem.

Bała się, że zaraz wybuchnie płaczem. Nie odezwała się, próbując opanować emocje.
– Co to było za słowo? Niespodzianka? zapytał.
Uznała to za kiepski żart. Może w innych okolicznościach potrafiłaby go docenić, ale nie 

teraz.

– Wdzięczność – wykrztusiła, nieswoim, schrypniętym głosem.
– Wdzięczność – powtórzył wolno.
– Zabawne, prawda?
Przestał się bujać i położył dłoń na jej ramieniu. Julia, aby nie wpaść w histerię, dalej robiła 

na drutach.

– Tak mi przykro, kochanie – powiedział. – Miałaś rację, to moja wina.
– I moja... Powinnam... Nie wiem. Och, Peter, czuję się strasznie, okropnie.
– Co takiego strasznego zrobiłaś? – zapytał, wodząc dłonią po jej ramieniu.
– Nie chcę tego dziecka... Nie myślę  o nim jak o osobie. A każdemu dziecku należy się 

miłość.

– Ja je kocham – powiedział.
Mylił się, że jato pocieszy.
– Nie pomagasz mi. Świetnie, proszę bardzo, kochaj to dziecko. Mnie na to nie stać. Leć 

w podskokach do Naszego Bobo, rób zakupy i napawaj się swoim szczęściem. Ja nie jestem 
szczęśliwa i twoje zadowolenie nie polepsza mi samopoczucia. – Prawie krzyczała.

– Przepraszam – Peter podniósł dłonie obronnym gestem. – Masz rację, już nic nie powiem.
– Co zrobimy? Jak damy sobie radę? – Miała nadzieję, że on zna odpowiedź, bo ona była 

background image

w kropce.

– Nie wiem.
– Ja też nie.
Bujali się w fotelach.  Julia dziergała,  od czasu do czasu szarpiąc  włóczkę, a druty tylko 

migały w jej palcach. Robiła moherowy sweter na wystawę. Na razie nie mogła nawet patrzeć na 
włóczkę dziecięcą.

– Nie sądzisz, że powinniśmy powiedzieć dzieciom? Julia nie mogła uwierzyć, że o to pyta.
– Wykluczone!
–   Wczoraj   bardzo   się   o ciebie   martwili   –   odezwał   się   po   dłuższej   chwili.   –   Powinnaś 

zadzwonić.

– Wiem. – Miała wyrzuty, że tego nie zrobiła.
– Adam i Zoe wyczuwają że coś jest nie w porządku. Powinniśmy im powiedzieć. Mają 

prawo wiedzieć.

W innych okolicznościach przyznałaby mu rację.
– To nie jest dobry pomysł.
– Dlaczego?
– A jeżeli poronię? To bardzo prawdopodobne. Jestem starsza... Minęło wiele lat od ostatniej 

ciąży i ryzyko poronienia jest dużo większe.

– Doktor Snyder ci to powiedziała?
Mogłaby, gdyby Julia została, żeby jej wysłuchać. Uzyskała tę informację z książki, którą 

kupiła po południu.

–   Nie   wiadomo   czy   donoszę   –   powiedziała,   czepiając   się   maleńkiej   nadziei.   Nie   była 

w stanie usunąć ciąży, ale jeżeli natura weźmie sprawę w swoje ręce...

– Przykro mi, że czujesz się taka nieszczęśliwa – szepnął Peter.
– Mnie też przykro.
– Nie martw się, kochana, wszystko obróci się na dobre.
Może i tak, ale w tej chwili ta świadomość nie przynosiła pociechy. Wiele by dała, żeby czuć 

inaczej.   Peter   kochał   dzieci.   Gdyby   to   zależało   tylko   od   niego,   miałby   ich   pełen   dom.   Nie 
martwił się jej ciążą.

Peter zerknął na zegarek.
– Pojadę do domu i zabiorę się za obiad.
Julia skinęła głową.
– Nie martw się, kochanie. – Pochylił się, żeby pocałować ją w policzek.
Drzwi się zamknęły i Julia rzuciła w nie kłębkiem wełny.
Jak   na   złość,   w chwili   gdy   zamierzała   zamknąć   sklep   wpadła   Georgia   niby   powiew 

wiosennego wiatru.

background image

W ich przypadku teoria o przyciąganiu się przeciwieństw znajdowała pełne uzasadnienie. 

Były   kuzynkami,   przyjaźniły   się   od   dziecka   i różniły   diametralnie.   W liceum   Julia   była 
przedstawicielem   szkoły   i klasowym   mózgowcem,   Georgia   niestałą,   kochliwą   cheerleaderką, 
która miała więcej urody niż rozumu. Zmieniała mężów, jak niektórzy ludzie samochody. Mimo 
tych wszystkich różnic, Georgia była jedyną osobą, której Julia mogła zaufać.

–   No   dobrze,   mała,   co   się   dzieje?   –   Georgia   zatrzasnęła   za   sobą   drzwi.   Lubowała   się 

w głośnych wejściach. To był jej znak firmowy. Ludzie zdawali się tego po niej oczekiwać.

– Dzieje? – Przecież to niemożliwe, żeby Georgia wiedziała o ciąży.
– Nie rozmawiałyśmy cały tydzień. – Kuzynka stanęła przed nią, podparła się pod boki. 

Długie jasne włosy tworzyły kok, z którego zwisały w artystycznym nieładzie skręcone kosmyki. 
Ubrana w coś luźnego, obwieszona biżuterią wyglądała olśniewająco.

– Jestem w ciąży – wyrzuciła z siebie Julia. Nie mogła powiedzieć matce, siostrze, własnym 

dzieciom, ale przy Georgii nie miała tego rodzaju zahamowań.

Feralne słowo odbiło się echem od ścian, po czym zapadła cisza. Georgia osunęła się na 

bujany fotel, na którym przedtem siedział Peter.

– W ciąży? – powtórzyła jakby był to dziwny, obcy zwrot, którego znaczenie umknęło jej 

z pamięci.

Julia ukryła twarz w dłoniach i wybuchła płaczem.
– Och, Julio, ty wcale nie żartujesz. – Georgia poklepała przyjaciółkę delikatnie po plecach. 

Chwyciła torebkę i desperackim ruchem wysypała połowę jej zawartości. Po stole potoczyły się 
kosmetyki, szczotka do włosów, bilon. – Cholera, muszę zapalić.

– Myślałam, że rzuciłaś.
– Bo rzuciłam.  Ograniczam się do pięciu dziennie. – Znalazła to, czego szukała, wzięła 

w usta papierosa o niskiej zawartości nikotyny i przypaliła. Podeszła do drzwi, zaciągnęła się 
mocno   i wydmuchała   strumień   dymu   na   zewnątrz.   –   Przysięgam,   że   przez   nie   dostanę 
przepukliny. – Zmierzyła papierosa oskarżycielskim spojrzeniem.

– To był wypadek – wyjaśniła Julia.
– Jak wszystkie ciąże. Po prostu nie sądziłam, że się przytrafi tobie. Co mówi Peter?
– Jest zachwycony.
– Oczywiście. – Gloria parsknęła i zaciągnęła się głęboko. Oparta o drzwi, machnęła ręką 

w stronę bukietu stokrotek.

– Peter?
Julia skinęła głową.
– Jasne.
Julia sięgnęła po chusteczkę i głośno wydmuchała nos.
– Poza Peterem nikomu jeszcze nie powiedziałam. – Musiała się najpierw sama oswoić z tą 

background image

myślą.

– Kiedyś też byłam w ciąży – wyznała Georgia.
– Kiedy? – Myślała, że wie o kuzynce wszystko, a tu taka niespodzianka!
– Kurczę, sama byłam jeszcze dzieckiem.
– Co zrobiłaś?
– Nic. Poroniłam wkrótce po ślubie z Ernie’em. Gdyby nie ciąża, w ogóle bym za niego nie 

wyszła.

Ernie był pierwszym mężem Georgii. Małżeństwo przetrwało kilkanaście miesięcy. Georgia 

nie miała wtedy nawet dwudziestu lat, Ernie był niewiele starszy.

– Zawsze lubiłam Erniego – wyznała z pewnym żalem. – Ale ani on, ani ja nie zostaliśmy 

stworzeni na rodziców.

Georgia   rzadko  mówiła  o swoich   małżeństwach,  ale  Julia   wiedziała,  że   Ernie   złamał   jej 

serce. Prowadził restaurację i pichcił coś na boku z kucharką. Georgia z miejsca z nim zerwała 
i wyszła   za  mąż  na  złość  sobie,  za  mechanika,   który  miał   słabość  do  kieliszka.   Kochali   się 
i nienawidzili na przemian. Kiedy byli razem, wszystko układało się dobrze, kiedy się kłócili, 
leciały wióry. Pobrali się i rozwiedli dwukrotnie, zanim Georgia poznała trzeciego i obecnego 
męża. Związali się przed rokiem i Julia nie widziała Maurice’a od ceremonii ślubnej. Niewiele 
o nim wiedziała, ale Georgia wydawała się szczęśliwa i tylko to się liczyło.

Julia   wytarła   oczy,   podniosła   wzrok   i ze   zdumieniem   zobaczyła   ślady   łez   na   bladych 

policzkach Georgii.

– Cholera, muszę zapalić – wymamrotała.
– Masz papierosa w ręku.
– Muszę zapalić prawdziwego papierosa. Te są do dupy.
Julia zawsze mogła liczyć  na to, że Georgia ją rozbawi. Zaczęła się śmiać i Georgia jej 

zawtórowała. Po chwili płakały obie, a przejście dokonało się płynnie i niezauważalnie.

background image

Wyznaj troski.

Zmartwienie, dzielone z drugą osobą,

traci połowę ciężaru.

Dorothy Sayers

Rozdział 12

CZWARTKOWY KLUB ŚNIADANIOWY

Julia   przyszła   na   cotygodniowe   spotkanie   klubu   ostatnia.   Liz   siedziała   nad   kawą 

i croissantem. Wyglądała cudownie w klasycznej garsonce w drobne prążki. Julia wiedziała, że 
przyjaciółka odetchnęła, odkąd szpitalowi przestał grozić strajk pielęgniarek. W ciągu ostatnich 
tygodni nazwisko Liz ukazało się parę razy w miejscowej prasie. Odegrała nie byle jaką rolę 
w podpisaniu porozumienia.

Clare miała przed sobą podwójną z ekspresu i drożdżówkę. Była mniej przygnębiona niż 

w czasach, gdy się poznały, chociaż spotkanie z byłym zburzyło jej spokój, rozjątrzyło na nowo 
żale.   Trzymała   się   jednak,   z korzyścią   dla   wszystkich.   Julia   nie   zamierzała   jej   osądzać   ani 
krytykować; uczucia Clare były całkowicie uzasadnione. Trzeba również przyznać, że czyniła 
nadludzkie wysiłki, żeby uwolnić się od przeszłości. Podjęła pracę i nie mówiła już wyłącznie 
o klęsce swojego małżeństwa. Julia była przekonana, że klub stanowił dla niej znakomitą płytę 
rezonansową.

Karen   zamówiła   koktajl   mleczny.   Co   tydzień   wypróbowywała   nowy   smak.   Poprzednim 

razem   zapach   kokosowych   wiórków   wywołał   u Julii   mdłości.   Nie   powiedziała   jeszcze 
przyjaciółkom o ciąży, odkładając to z dnia na dzień.

Powitały ją uśmiechem.  Zamówiła  ziołową herbatę z jagodzianką  i zaniosła śniadanie  do 

stolika, przy którym siedziały.

– Dzień dobry – powiedziała, stawiając tacę obok Karen. – Jak się macie?
Odpowiedział jej zgodny chórek. Zawsze tak było. Rozpoczynały spotkanie od zdawkowej 

rozmowy, przebąkiwały o tym, jak minął tydzień, stopniowo przechodząc do zwierzeń. Ich życie 
pełne   było   zobowiązań,   rodzinnych   powinności,   stresu.   Początkowo   spotykały   się   tylko 
w czwartki, ale w miarę zacieśniania znajomości i to uległo zmianie. Liz i Clare umawiały się 
częściej, a w ostatnią sobotę cała czwórka wybrała się do kina. Chociaż przez parę miesięcy 
widywały się na zajęciach, a potem szły na kawę, czwartkowe śniadania były ciągle nowością.

Liz smarowała croissanta dżemem truskawkowym i słuchała opowiadania Karen o ostatnim 

przesłuchaniu do reklamy psiej karmy.  Cocker spaniel nabrał do niej instynktownej antypatii 

background image

i warczał za każdym razem, gdy próbowała wygłosić kwestię. Roli wprawdzie nie otrzymała, ale 
rozbawiła ich swoją opowieścią.

– Reżyserowi się spodobałam – ciągnęła – i Gwen, moja agentka, obiecała, że wspomni 

o mnie następnym razem, gdy będzie robiła przesłuchania. – Westchnęła teatralnie. – Cała moja 
kariera zależy od tego „następnego razu”. Zirytowałam się, bo naprawdę lubię psy i aż do tego 
przesłuchania one też mnie lubiły. Możecie być pewne, że nigdy nie będę właścicielką cocker 
spaniela.

Wyraziły   jej   współczucie   i Julia   zauważyła,   że   Liz   jest   wyjątkowo   cicha.   Ten   brak 

entuzjazmu  mógł  mieć  coś  wspólnego z ostatnim  kryzysem  w szpitalu. Ale przecież  konflikt 
został rozwiązany. Może chodzi o tego lekarza, o którym Liz kiedyś wspomniała. Julii od razu 
się wydało, że za zdawkowymi uwagami Liz coś się kryje.

– A co z tym twoim znajomym lekarzem? Odzywał się ostatnio? – zapytała.
Liz potrząsnęła głową. Widać było, że nie chce rozmawiać o panu doktorze.
–   Nachodzi   cię?   –   zapytała   Clare   takim   tonem,   jakby   już   szykowała   się   do   pojedynku 

słownego z Jamisonem.

– Nie można tego tak nazwać – mruknęła Liz. Irytowało ją że musi bronić Seana.
Karen pochyliła się nad stołem.
– Lubisz go, prawda? Tak mi się wydawało, kiedy po raz pierwszy o nim wspomniałaś. 

Teraz jestem tego pewna.

– Nie lubię go – Liz upierała się przy swoim, ale robiła to bez przekonania.
– Kogo chcesz oszukać? – zapytała Clare z głębokim, chrapliwym śmiechem. – W taki czy 

inny sposób doktorek wypływa w rozmowie co tydzień. Poszłaś z nim na kolację? Zaprosił cię 
ponownie, tak?

– Nie  zaprosił, a nawet gdyby  to  zrobił,  moja  odpowiedź  byłaby  taka sama.  Nie jestem 

zainteresowana.

– Akurat! – mruknęła Karen i wsparła łokcie o stół, czekając na dalsze rewelacje.
Liz   zignorowała   ją,   poświęcając   całą   uwagę   swojemu   croissantowi.   Rozsmarowywała 

powidła truskawkowe na końcach rożka z takim skupieniem, jakby to było bardzo trudne zajęcie.

– Nie zagląda do mnie od tygodni. Słyszałam, że spotyka się z jedną z fizykoterapeutek – 

powiedziała w końcu. – Jest mi to zupełnie obojętne.

– Naprawdę? – zapytała Clare.
– Tak. Mówiłam wam – jestem dla niego za stara.
– Nie bądź śmieszna – zaprotestowała Clare. – Poza tym, jeżeli jest taki bystry, za jakiego go 

uważasz, wkrótce zrozumie, co stracił.

– Niedługo Walentynki. – Karen uniosła kształtne brwi.
–   Dziewczyny,   nie   wygłupiajcie   się.   Nie   umówiłabym   się   z nim,   nawet   gdyby   to 

background image

zaproponował.

– Umówisz  się, kiedy nadejdzie  właściwa chwila  – powiedziała  Clare  autorytatywnie.  – 

Tylko bądź ostrożna. Strzeż swojego serca. – Mówiła coraz ciszej, aż w końcu głos jej zamarł.

– A co u ciebie? – zwróciła się do niej Julia. – Jak sytuacja między Mickiem i Aleksem?
Twarz Clare przybrała bolesny wyraz.
– Mick nadal nie rozmawia z bratem, ale myślę, że z czasem dojdą do porozumienia.
– Cierpisz, widząc, jak twoi chłopcy kłócą się z powodu ojca, prawda?
– Możemy nie rozmawiać o Michaelu? Właśnie zaczynałam odzyskiwać apetyt.
Skomentowały to uśmiechem.
Clare odprężyła się i Julia po raz kolejny uświadomiła sobie jak bardzo przyjaciółka pragnie 

uwolnić się od uczucia gniewu i rozgoryczenia.

– Żeby zmienić temat... Chciałabym sprzedać dom, kiedy Alex skończy szkołę. Przez cały 

tydzień   sortowałam   rupiecie,   które   gromadziliśmy   przez   dwadzieścia   lat   i próbowałam   coś 
postanowić.   Staram   się   myśleć   pozytywnie,   ale   to   cholernie   trudne.   Budowaliśmy   ten   dom 
z myślą,  że spędzimy w nim resztę  życia.  To  dlatego  główna sypialnia  jest  na parterze.  Nie 
chcielibyśmy drapać się na górę, kiedy już będziemy na to za starzy.

– Więc mieszkaj tam nadal – powiedziała Karen. – Nikt ci nie każe się wyprowadzać.
Nie każe – przyznała Clare. – Ale nie wiem, czy będę chciała tam mieszkać po wyjeździe 

Aleksa. Ten dom reprezentuje wszystko to, czym było dla mnie małżeństwo. To już przeszłość. 
Rozwód zniszczył moje plany.

– Porobisz nowe – zapewniła ją Julia.
– Wiem. Ale to wymaga czasu.
–   Rozmawiałaś   ostatnio   z matką?   –   zwróciła   się   Liz   do   Karen.   Reakcja   Karen   była 

natychmiastowa. Cała zesztywniała.

– Ani słowa.
– A z siostrą? – zapytała Clare.
Karen tyko  potrząsnęła głową nad swoim koktajlem mlecznym.  W tym  tygodniu była  to 

mieszanka czereśniowo-waniliowa aż gęsta od bitej śmietany.

– Mówiłaś, że Wiktoria do ciebie dzwoniła.
– Dzwoniła – przyznała Karen. – Dwa razy w ciągu ostatniego miesiąca. To swego rodzaju 

rekord. Normalnie odzywa się na Boże Narodzenie i w moje urodziny.

– Dlaczego dzwoniła?
– Bez powodu, chyba że...
– Tak? – nalegała Liz.
Karen potrząsnęła głową.
– Zaczynam się zastanawiać, czy moja siostra jest tak szczęśliwa w małżeństwie, jak mówi.

background image

– Dlaczego tak sądzisz?
– Podczas ostatniej rozmowy wydawało mi się, że płacze.
– Spytałaś ją o to?
– Pewnie! – odparła Karen zirytowana pytaniem. – Powiedziała, że się paskudnie zaziębiła. – 

Przewróciła oczami. – Moim zdaniem chodzi o Rogera. Dla mamy byłby to wstrząs.

– Może dlatego zadzwoniła do ciebie zasugerowała Clare.
– Jej mąż to palant. Różnica między nim a mamą polega na tym, że on jest mężczyzną. – 

Karen skrzywiła się, jakby ta myśl była nieprzyjemna. – Nie wyobrażam sobie, jak można wyjść 
za mąż za Rogera.

– Twoja siostra go kocha – zauważyła Liz.
– Wiem. Moim skromnym zdaniem, coś z nią jest nie w porządku. – Karen pociągnęła łyk 

aromatyzowanego napoju. – Nigdy nie byłyśmy ze sobą blisko.

– Ale wygląda na to, że teraz cię potrzebuje – powiedziała Julia.
– Może czeka na jakiś gest z twojej strony – dodała Clare.
Karen wolno skinęła głową.
– Myślicie?
– Jeff się odzywał?
– Zmył  się – Karen zmarszczyła  czoło. – Zostałam bez pary na Walentynki. Nie po raz 

pierwszy, prawdopodobnie nie ostatni.

– Co się stało?
Wzruszyła ramionami.
– Moja agentka go odrzuciła. Jeff ma talent, ale brak mu determinacji. Spodziewał się, że 

poprowadzę go za rączkę. Mam dość kłopotów z własną karierą, nie będę niańczyć dorosłego 
faceta. Kiedy to do niego dotarło, obraził się i poszedł w diabły. Wierzcie mi, niewielka strata.

– A co z tym facetem, o którym nam kiedyś opowiadałaś? – zapytała Clare.
– Z jakim facetem?
– George’em Jakimś tam.
– Mówiłam wam o Glenie? – Karen wydawała się rozbawiona.
– Myślałam, że ma na imię George – zwróciła się Clare do Liz. Liz wzruszyła ramionami.
– Najwyraźniej nie.
– Ma na imię Glen.
–   Opowiedz   nam   o nim   –   poprosiła   Liz.   –   Z braku   własnego,   będziemy   się   mogły 

poekscytować twoim życiem erotycznym.

Karen pokazała zęby w uśmiechu i odrzuciła na plecy długie pasmo włosów.
– Przykro mi, nie ma co opowiadać. Uczy chemii w liceum. Spotkaliśmy się przelotnie na 

parkingu przed szkołą. Nie jest w moim typie.

background image

– Cholera! – mruknęła Liz pod nosem, wywołując ogólny śmiech.
– Chwileczkę! – Karen skupiła uwagę na Julii. – A co u ciebie? Milczysz jak zaklęta. Jak 

minął tydzień?

Julia spuściła oczy na swoje dłonie. Teraz, kiedy chwila nadeszła, nie potrafiła znaleźć słów. 

Cały ranek zastanawiała się, jak obwieścić nowinę. Wolałaby ukryć prawdę, ale potrzebowała 
wsparcia, zachęty ze strony przyjaciółek.

Julio? – W głosie Liz zabrzmiał niepokój.
Co się stało? – zapytała Clare z łagodnością, jakiej Julia nigdy u niej nie widziała. Tkliwa 

troska w jej głosie dawała wyobrażenie o tym, jaką kobietą była Clare przed rozwodem.

– Nam możesz powiedzieć, cokolwiek to jest nalegała Karen.
– Nie wiem jak – wyszeptała Julia, tłumiąc zażenowanie i gniew.
– Chodzi o Petera, tak? – zawołała Clare z wściekłością. – Znalazł sobie kogoś?!
– Nie. – Julia potrząsnęła głową. Chciało jej się śmiać. To absurdalne, że spodziewa się 

dziecka na tym etapie życia. – Jestem w ciąży.

Przyjaciółki patrzyły na nią z niedowierzaniem.
– To żart, prawda? – Karen przenosiła wzrok z jednej twarzy na drugą, przekonana, że nie 

zrozumiała dowcipu.

– Obawiam się, że nie – powiedziała Julia. Jeżeli był to kawał, to ona była jego obiektem. – 

I wiedzcie, że nie jestem zachwycona.

– Och, Julio! – Liz patrzyła na nią ze współczuciem.
– Co zrobisz? – zapytała Clare.
– A co mogę zrobić? Urodzę. – Będzie tego żałowała przez resztę życia. Sama dokonała tego 

wyboru,   ale   nie   czuła   się   szczęśliwa.   –   Bóg   sobie   ze   mnie   zakpił.   Pielęgnuję   w sobie 
wdzięczność, spisuję co rano pięć błogosławieństw! Okazuje się, że w moim wieku nie wszystkie 
są pożądane.

– Hej! – zawołała Karen. – Nie omówiłyśmy naszych haseł.
– Pieprzyć hasła! – Clare skupiła uwagę na Julii. – W tej chwili mamy ważniejsze sprawy na 

głowie.

– Co na to Peter? – zapytała Liz.
– Peter? – Julia roześmiała się niewesoło. – Jest zachwycony.
– Drań – mruknęła Clare.
– Kocha dzieci... Zawsze pragnął ich więcej. To ja chciałam się ograniczyć do dwójki. – Nie 

tylko jej mąż był zachwycony nowiną. Matka Julii nie posiadała się ze szczęścia. – Moja własna 
matka... – Julia umilkła, próbując stłumić urazę. – Powiedziała, że w ten sposób Bóg udzielił mi 
błogosławieństwa.

– Cieszy się, że będzie się mogła pochwalić jeszcze jednym wnukiem. To typowe.

background image

– Wie jeszcze moja siostra i Georgia.
– Jak zareagowały?
– Janice dostała ataku śmiechu. Nie mogła się opanować. Nie było to dla mnie zabawne. 

Z nas dwóch to ja zawsze starannie wszystko planowałam, byłam zorganizowana i metodyczna. 
Dlatego moja sytuacja tak ją rozbawiła. – Julia westchnęła cicho. – Georgia wypaliła całą paczkę 
papierosów w trzydzieści minut. Potem sobie popłakałyśmy.

– Cała Georgia.

Julia nerwowym ruchem sięgnęła po filiżankę z herbatą. Kuzynka zaglądała teraz do sklepu 

w każde popołudnie. Wczoraj przyniosła butlę witamin, którą zadławiłby się krokodyl. Wygłosiła 
długi   wykład   o właściwej   diecie   i konieczności   ćwiczeń   fizycznych.   Nalegała   na   wspólne 
przechadzki po centrum handlowym. Z myślą o zwiększeniu aktywności przyszłej matki kupiła 
fioletowo-różowe   stroje   do   joggingu.   Julia   dla   świętego   spokoju   zgodziła   się   ćwiczyć,   ale 
dopiero, gdy poczuje się lepiej.

– A dzieci? – zapytała Liz. – Jak one zareagowały?
– Jeszcze im nie powiedzieliśmy. – Na samą myśl Julię ogarniało przerażenie. Jej dzieci były 

typowymi nastolatkami, nastawionymi na zaspokajanie własnych egoistycznych potrzeb. Peter 
patrzył na nie przez różowe okulary. Szczerze wierzył, że będą zadowolone i szczęśliwe.

– Najpierw sama musisz się przyzwyczaić do tej myśli – Liz poklepała ją po ręce.
– A co ze sklepem? Zamkniesz i weźmiesz urlop wychowawczy?
–   Nie   wiem.   –   Tyle   pytań   pozostawało   bez   odpowiedzi.   Peter   tryskał   optymizmem. 

Twierdził, że wszystkiemu podołają. To ona miała wątpliwości.

Zapadła cisza, jakby panie potrzebowały czasu, by oswoić się z taką nowiną.
– Gdybyś czegoś potrzebowała, wal jak w dym – powiedziała w końcu Karen. – Niewiele 

wiem o dzieciach, ale zrobię, co będę mogła.

– Ja też – pośpieszyła z zapewnieniem Clare. – Zawsze służę ci pomocą.
– I ja – dodała Liz.
–   Dziękuję   –   wyszeptała   Julia,   błogosławiąc   Boga   za   trzy   kochane   przyjaciółki.   Miała 

przeczucie, że w ciągu najbliższych miesięcy często będzie potrzebowała ich pomocy.

background image

Życie nie ma obowiązku

spełnić naszych oczekiwań.

Margaret Mitchell

Rozdział 13

CLARE CRAIG

3 lutego

Nie mogę uwierzyć w to, co się stało. Zobaczyłam Michaela po raz pierwszy od dnia, kiedy 

dostaliśmy rozwód. I nie szukałam okazji do tego spotkania!

Alex rozgrywał mistrzostwa piłkarskie w Sacramento. Myślałam, że Michael nie przyjedzie. 

Błąd!   Od   lat   pracuje   w weekendy   i zdarzało   mu   się   wyrwać   na   godzinę,   dwie.   A że   do 
Sacramento jedzie się parę godzin, nie czułam z jego strony zagrożenia.

Na jego widok doznałam wstrząsu. Jest szczuplejszy niż w czasach, gdy byliśmy razem, 

a jego   ubiór   odzwierciedla   młodzieńczą   przemianę,   jakiej   próbuje   dokonać.   Żyje 
z dwudziestolatką, więc sam ubiera się jak nastolatek. Kogo chce oszukać? To jest po prostu 
żałosne.

Najbardziej zdumiał mnie ból, jaki odczułam na jego widok. Myślałam, że ten etap mam już 

za sobą. Niestety przede mną jeszcze długa droga. Przez cały weekend borykałam się z gniewem 
i rozgoryczeniem.

Michael nie starał się wmieszać w nasz tłumek. Stał z dala od wszystkich na samym końcu 

boiska.   Zauważyłam   go   po   godzinie,   wtedy   gdy   Alex   pobiegł   z nim   porozmawiać.   Dopiero 
wówczas uświadomiłam sobie, że ten obcy człowiek to Michael. Całe rozgrywki miałam zepsute.

Alex widział moje wzburzenie i zaczął się tłumaczyć. Powiedział, że przyjazd Michaela jest 

dla niego niespodzianką. Widziałam, jak się cieszy i nie chciałam psuć mu tej radości, ale byłam 
wściekła. Zwykła przyzwoitość nakazywała, aby mi o tym powiedzieć.

Jestem oburzona, że Michael postawił naszego syna w sytuacji, w której musi kłamać. Nie 

mogę robić Aleksowi wyrzutów i pozbawić go kontaktów z ojcem.

Jestem w dołku od ostatniej soboty. Alex rzadko bywa w domu. Pochłania go praca, piłka, 

szkoła i przyjaciele. Zresztą i tak nie mogłabym z nim rozmawiać o swoich rozterkach. Zwykle 
biegnę   z tym   do   Liz.   Jest   starsza,   bardziej   dojrzała   i świetnie   słucha.   Ostatnio   bardzo   ją 
wykorzystywałam i chyba nadszedł czas, żebym nauczyła się rozwiązywać swoje problemy.

Mimo tak szczytnych  postanowień nadal użalam się nad sobą. Wczoraj siedziałam aż do 

background image

świtu   w pokoju   rodzinnym   i wspominałam   czasy,   kiedy   razem   z Michaelem   chodziliśmy   na 
mecze chłopców. Czasami Michael nie mógł przyjść, ale na ogół występowaliśmy jako para, 
zjednoczona miłością do dzieci. O świcie zrozumiałam, że jestem kretynką, bo pozwalam, aby 
mężczyzna niszczył mi życie.

Czasem się zastanawiam, czy ten ból kiedyś minie. Michael stracił piętnaście, dwadzieścia 

kilogramów,   ubiera   się   jak   własny   syn.   Jest   to   oczywiście   dzieło   Mirandy.   Wykończyła   go 
fizycznie, kiedy próbował zaspokoić jej potrzeby seksualne. Świetnie! Może umrze młodo. Już ja 
się postaram o to, żeby umarł w biedzie.

– Mamo! – W słuchawce zadźwięczał podniesiony głos Aleksa. – Zrobisz coś dla mnie?
–   Co   takiego?   –   Po   weekendowym   fiasku   wyładowywała   agresję,   czyszcząc   kabinę 

prysznicową w głównej łazience. Kiedy była w tym stanie umysłu, brud nie miał szans.

– Po południu piszę zaległą klasówkę.
– Z angielskiego czy z algebry?
– Z algebry.
Z powodu mistrzostw, Aleksa ominęły dwa ważne sprawdziany. Matematyka była jego słabą 

stroną, w tym był podobny do ojca.

– A co z angielskim?
– Pani Ford powiedziała, że spoko. Mogę pisać kiedy zechcę, byle w tym tygodniu.
– A pan Lawrence?
– Oznajmił, że jeżeli nie napiszę klasówki dzisiaj, postawi mi jedynkę. Jedynka z matmy 

i mogę się pożegnać z Berkeley.

– Uczyłeś się?
– Jasne. Chodzi o to, że...
– O co?
– Mamo – powiedział z wahaniem Alex. – Wiesz, że nie prosiłbym cię o to, gdybym miał 

inne wyjście.

– O co? – powtórzyła, lekko zniecierpliwiona. Czuła, że nie spodoba się jej prośba Aleksa. 

Zwykle, gdy czegoś chciał, przychodził i mówił wprost.

– Obiecałem tacie, że odbiorę go ze szpitala, no i teraz nie mogę. Clare zrobiła się zła.
– Prosisz mnie, żebym woziła po mieście twojego ojca?
– Tak – powiedział Alex cichym, słabym głosem. – Jesteście rozwiedzeni, ale to nie znaczy, 

że nie możecie zachowywać się jak ludzie cywilizowani.

Clare zgrzytnęła zębami i policzyła do pięciu.
– Jestem cywilizowana, Alex. Sugerujesz, że nie?
– Nie, mamo, proszę... Nie chcę się w to wdawać. Nie prosiłbym cię, gdyby to nie było takie 

background image

ważne.

– A co z jego... przyjaciółką? – zapytała Clare. Miranda z pewnością mogłaby go odebrać.
– Nie może tak po prostu wyjść z pracy, rozumiesz, zwłaszcza bez uprzedzenia.
Clare nie wiedziała, że manikiurzystki są takie zapracowane.
– Nie może wziąć taksówki? – Zamierzała się z tego wykręcić w taki czy inny sposób.
– Obiecałem, że tam będę, uczyłaś mnie dotrzymywać słowa.
Coś tu było nie tak.
– Dlaczego sam nie może prowadzić? – Dziwne, ale dopiero teraz zadała to pytanie.
– Mamo, jest przerwa, nie mam czasu na dyskusje, ale tata robi jakieś badania w szpitalu. 

Nie wolno mu siadać za kierownicą.

– O!
– Zrobisz to dla mnie?
Każdą cząsteczką ciała pragnęła powiedzieć Aleksowi, że jego ojciec z pewnością dotrze do 

domu   bez   ich   pomocy.   Ale   w głębi   duszy   wiedziała   –   jeżeli   odmówi,   Alex   nie   pójdzie   na 
klasówkę i dostanie jedynkę, aby tylko wypełnić zobowiązanie wobec ojca.

– Zrobisz to dla mnie?
– Dobrze – mruknęła niechętnie, zła, że dała się wmanewrować w taką sytuację.
Alex powiedział gdzie i kiedy ma się stawić.
– Dziękuję, mamo. Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć.
Rozłączył się, zanim miała czas cokolwiek powiedzieć.
Sytuacja   była   straszna,   ale   stwarzała   okazję   do   przedyskutowania   z Michaelem   pewnej 

istotnej kwestii – następnych mistrzostw piłkarskich, które miały się odbyć w marcu. Ustalili, że 
będą chodzić na mecze na zmianę. Wykorzysta to popołudnie, żeby uzgodnić szczegóły, upewni 
się, czy nie będzie powtórki ostatniego weekendu.

A może Alex podświadomie pragnie pogodzić ją z Michaelem? Śmiech na sali! Były mąż 

udowodnił, że nie można na nim polegać.

Wyczytała   w książkach   i usłyszała   na   spotkaniach   rozwodników,   że   dzieci   z rozbitych 

domów marzą o ponownym zejściu się rodziców.

Jej   młodszy   syn   nadal   starał   się   zadowolić   Michaela   i to   ją   martwiło.   Do   obowiązków 

nastolatka nie należało transportowanie ojca ze szpitala do domu, a jednak Alex wziął to na 
siebie.

Kiedy nadeszła pora wyjazdu, Clare ubrała się w najlepszą garsonkę. Popatrzyła  w lustro 

w sypialni   i szybko   ją   zdjęła.   Zbyt   oficjalna,   uznała.   Chodziło   jej   raczej   o uzyskanie   efektu 
niedbałej elegancji.

Z drugiej strony, taki styl mógł wywołać wrażenie, że nie ma co robić z czasem. Chciała 

wpoić   byłemu   przekonanie   o swoim   szczęściu,   zapracowaniu   i niezadowoleniu   z tego,   że 

background image

zakłócono jej rozkład dnia.

Zabawne, ale Michael nie miał pojęcia kto po niego przyjedzie. Alex twierdził, że nie jest 

w stanie powiadomić ojca o zmianie planów. Jej przyjazd zaskoczy go i bez wątpienia wytrąci 
z równowagi.

Nieprzyjemne niespodzianki mają czasem swoje dobre strony.
Wyrzuciła   z szafy   prawie   całą   zawartość   i w końcu   wybrała   kanarkowo-żółte   spodnium, 

wesolutkie, zgrabne i przyjazne. Zamierzała wpaść do szpitala niby powiew wiosennego wiatru, 
kordialna, lecz nie wylewna. Michael będzie się czuł zobowiązany. Lepsze to niż zawdzięczać 
mu cokolwiek.

Szpital. Widocznie obecny styl życia zaczął się odbijać na jego zdrowiu. Biedne kochanie, 

próbował dotrzymać kroku swojej młodzieżówce i teraz ma za swoje. Zamierzała okazać mu 
współczucie ze stosowną domieszką potępienia. Wymarzona sytuacja. Myślał, że ją zaskoczy, 
zjawiając się na rozgrywkach? Teraz ona zgotuje mu niespodziankę!

Zapewne będzie na nią czekał w holu. Zgodnie z instrukcjami Aleksa miała zajechać przed 

frontowe drzwi i czekać, aż Michael wyjdzie.

Zrobiła jak jej syn kazał, a kiedy Michael się nie zjawił, okrążyła kilka razy szpital, potem 

zaparkowała na pierwszym wolnym miejscu i ruszyła stanowczym krokiem w stronę wejścia do 
budynku.

Straciła humor.
Umowa nie przewidywała, że ma szukać Michaela. Zupełnie nie tak wyobrażała sobie ich 

spotkanie. Jeżeli nie znajdzie go w holu, będzie sobie musiał załatwić inny transport do domu.

Ledwo   przekroczyła   próg   budynku,   ktoś   zawołał   japo   imieniu.   Clare   obejrzała   się 

i zobaczyła Liz zmierzającą w jej kierunku.

– Clare! Co ty tu robisz?
To było żenujące. Przyjaciółka nie powinna jej tu zobaczyć.
– Ja... – Nieprzywykła do kłamstwa, Clare nie potrafiła nic wymyślić na poczekaniu.
– Chyba wszystko w porządku? – dopytywała się Liz.
– Tak... Przyjechałam po Michaela.
Liz otworzyła  szerzej oczy,  ale nic nie powiedziała. Clare niechętnie wyjaśniła sytuację. 

Szczerość była jednak najlepszą polityką.

Liz popatrzyła na nią ze współczuciem.
– Jesteś pewna, że dasz sobie radę?
Clare wzruszyła ramionami. Z Michaelem nie potrafiła przewidzieć swoich reakcji.
Zaraz się dowiem.
W tej chwili Clare zobaczyła byłego męża. Wyglądał strasznie. Był upiornie blady. Nie tyle 

zeszczuplał, co po prostu wychudł. Nigdy nie był taki wymizerowany, blady jak śmierć. Na jej 

background image

widok stanął jak wryty.

– Gdzie Alex? – Rozejrzał się po holu.
– Zdaje algebrę – odparła sztywno, zaszokowana zmianami w jego wyglądzie. Skinęła głową 

w stronę Liz. – To jest moja przyjaciółka, Liz Kenyon, dyrektorka szpitala.

Michael skłonił głowę.
– Czy możemy już jechać?
To  do czwartku – powiedziała  Clare  i ruszyła  w stronę  drzwi.  Michael  zatrzymał  się na 

chodniku.

– Gdzie jest samochód?
– Na parkingu. – Wskazała kierunek.
Skinął   głową   i ruszył   w tamtą   stronę.   Clare,   skonsternowana,   poszła   za   nim.   Alex   nie 

powiedział, jakie badania przechodzi ojciec, a ona nie spytała. Myślała o swoim ubiorze, który 
miał   zamanifestować   jej   ostateczną   rekonwalescencję   po   rozwodzie.   Sądząc   po   wyglądzie 
Michaela, badania musiały być straszne.

W milczeniu szli przez parking. Michael oddychał z trudem, a Clare udawała, że tego nie 

widzi.

W samochodzie zamknął oczy i oparł głowę o poduszkę. Zauważyła  krople potu na jego 

czole.

Zapuściła silnik i wyjechała tyłem z miejsca parkingowego.
– Doceniam to, Clare – powiedział ledwo dosłyszalnie.
– Nie będę udawała, że mi to na rękę – odparła chłodno. – Robię to tylko dla Aleksa.
– Wiem.
Po chwili poruszyła temat syna i jego meczów piłkarskich.
–   Myślałam,   że   to   uzgodniliśmy   powiedziała.   –   Jeżeli   chciałeś   jechać   na   mistrzostwa, 

w porządku, byłabym jednak wdzięczna, gdybyś mnie uprzedził.

Michael nie odpowiedział. Spojrzała na niego. Siedział sztywno jak trup, z wzrokiem wbitym 

w boczną szybę.

A więc postanowił zastosować taktykę milczenia. Nieskuteczna metoda, zwłaszcza wobec 

kogoś, z kim się spędziło połowę życia. Wiedziała, co powiedzieć, jaki temat poruszyć, żeby 
wywołać jego reakcję.

– Przepraszam – wyszeptał. Poczuła niemal rozczarowanie.
– Przepraszasz? – Mógłby przynajmniej się wytłumaczyć.
–   Zatrzymaj   samochód!   –   Głos   zabrzmiał   chrapliwie,   nagląco.   Michael   wskazał   boczną 

uliczkę. – Szybko... proszę.

–   Zatrzymać   samochód?   –   powtórzyła,   zjeżdżając   jednocześnie   na   skrajny   pas.   Skręciła 

w alejkę,   którą   wskazał.   Wyskoczył   z wozu   jeszcze   w biegu,   pochylił   się   i zwymiotował   na 

background image

chodnik.

Clare   pamiętała   okropną   grypę,   jaką   Julia   przeszła   w listopadzie.   Przypadek   Michaela 

wydawał się bez porównania gorszy. Zgięty wpół, wyrzucił wszystko, co miał w żołądku, ale 
torsje wstrząsały nim dalej.

Clare potępiła się w duchu za brak współczucia. Michael wsparł się o maskę i zastygł tak 

z zamkniętymi oczami, jakby nie miał sił, by ustać na własnych nogach.

Clare otworzyła bagażnik i wyjęła butelkę mineralnej. Podała mu chusteczkę do otarcia ust, 

potem wodę.

Michael wypłukał usta, a resztą obmył chodnik.
Kiedy wsiadł z powrotem do samochodu był popielaty na twarzy.
– Nie wiem, co to za badania, ale musiały być potworne. – Nie chciała mu współczuć, jednak 

było   jej  go  żal.  Nie  potrafiła   pozostać  nieczuła  na  czyjś  ból,  nawet  jeżeli  cierpiał  ktoś,  kto 
zrujnował jej życie.

– Nie robiłem badań – powiedział po chwili.
Clare zastygła z ręką na kluczyku w stacyjce, czekając na jakieś wyjaśnienie.
– Nie?
– Nie. Przechodzę chemioterapię.
Chemioterapię? Michael?
– Masz raka? zapytała, zbyt wstrząśnięta, by odczuwać coś poza zdumieniem.

background image

Sprawa wygląda tak:

chcesz mieć tęczę,

musisz pogodzić się z deszczem.

Dolly Parton

Rozdział 14

LIZ KENYON

9 lutego

Martwię się o Clare i Julię. Ostatnie spotkanie klubu bardzo mnie zaniepokoiło i muszę to 

zrzucić z siebie. Boję się zwłaszcza o Clare.

Dowiedziałam się, dlaczego Michael Craig był w szpitalu. Nie chodziło o żadne badania. Już 

na pierwszy rzut oka widać, że nie jest to zdrowy człowiek. Zastanawiam się, czy Clare zdaje 
sobie sprawę z jego stanu, niestety nie mogę jej o to spytać.

Co   za   okropna   sytuacja!   Syn   wymusił   na   niej   szantażem   odbiór   Michaela.   Dopiero   po 

południu przyszło mi do głowy, że może Alex zrobił to specjalnie, żeby Clare dowiedziała się 
sama o chorobie jego ojca, i on nie musiał jej o tym mówić. Istnieje taka możliwość, ale nie 
wspomniałam o tym Clare. Ma dość problemów.

Przypuszczałam, że będzie chciała z kimś porozmawiać i się nie pomyliłam. W poniedziałek 

po pracy wstąpiłam do chińskiej restauracji, kupiłam kurczaka na wynos i zajechałam do Clare. 
Otworzyła mi drzwi po pięciu minutach, blada, roztrzęsiona i bardzo zadowolona, że mnie widzi.

Rozmawiałyśmy kilka godzin. Michael nadal mieszka z Mirandą. Clare musiała odwieźć go 

do domu, który dzieli z inną kobietą. Nie wiem, co sobie powiedzieli. Myślę tyko o tym, jak 
pomóc Clare.

Jest silną kobietą i nie docenia samej siebie. Wiele przeszła, a jeszcze sporo ją czeka.

Spałaszowałyśmy mojego ulubionego kurczaka po seczuańsku i krewetki fu young, a potem 

usiadłyśmy  z herbatą przed kominkiem.  Pod koniec wieczoru miałam  już pewność, że Clare 
przyjęła wiadomość tak dobrze, jak to możliwe w tych okolicznościach.

Jednak dzisiaj rano wyglądała, jakby nie spała cały tydzień. Była wyjątkowo cicha. Próby 

Karen, żeby coś z niej wyciągnąć spełzły na niczym.

Ale nie tylko Clare ma kłopoty. Julia jest spięta i strasznie wymęczona. Ta ciąża wykańcza ją 

fizycznie i emocjonalnie. Ona również była dzisiaj mało komunikatywna.

background image

Na placu boju pozostałyśmy więc tylko my dwie: ja i Karen. Ona, wieczna aktorka, była 

wdzięczna za audytorium i buzia się jej nie zamykała. Lubię jej słuchać, ale miałam nadzieję, że 
Clare i Julia ockną się i włączą do rozmowy. Bez nich grupa po prostu traci rację bytu.

Postanowiłam częściej spotykać się z Clare i Julią. Tylko ja mam dość wolnego czasu, żeby 

go zainwestować w naszą przyjaźń.

Dlatego poprosiłam Julię, żeby nauczyła mnie robić na drutach. Nie prowadzi regularnych 

zajęć. Jako jedyny pracownik nie może uczyć i jednocześnie obsługiwać klientów. A wieczory są 
zarezerwowane dla rodziny,  zresztą po całym  dniu w sklepie marzy już tylko o powrocie do 
domu.

Zawsze chciałam się nauczyć dziergać i nadarzyła się znakomita okazja. Kupię włóczkę na 

sweter   dla   Annie   i spędzę   trochę   czasu   z Julią.   Potrzebuje   wsparcia,   tak   finansowego,   jak 
emocjonalnego. Przy okazji powiem jej o Catherine.

Nosiłam   moje   pierwsze   dziecko   przez   sześć   miesięcy   i straciłam   je,   bo   urodziło   się   za 

wcześnie. To było straszne przeżycie, omal mnie nie zabiło. Steve i ja byliśmy tacy młodzi i tacy 
przerażeni. Nigdy nie zapomniałam mojej córeczki, chociaż tak rzadko ją wspominam. Gdyby 
urodziła się trochę później, miałaby szansę na przeżycie.

Prowadzę teraz dość urozmaicone życie. Czytanie Harry’ego Pottera w poprawczaku to taka 

przyjemność! Zaspokaja moją głęboką potrzebę, daje poczucie, że robię coś dla społeczności. 
Wiem,   że   to   brzmi   patetycznie.   Długo   myślałam,   zanim   podjęłam   się   tej   pracy.   Gdybym 
wiedziała, jaka to będzie frajda, nie wahałabym się ani chwili.

Sean był u mnie w gabinecie. Nie widziałam się z nim. Miałam zebranie z przewodniczącą 

związku pielęgniarek. Uzgadniałyśmy ostatnie szczegóły nowego kontraktu. Kiedy wróciłam do 
siebie, znalazłam na biurku pojedynczą czerwoną różę na kilometrowej łodydze. Minął prawie 
miesiąc   od   naszej   ostatniej   rozmowy.   Postarał   się,   żeby   dotarły   do   mnie   wieści 
o fizykoterapeutce. Zignorowałam je, nie chcąc sprawić mu satysfakcji.

Nie   potrafię   określić,   co   właściwie   pociąga   mnie   w tym   mężczyźnie.   Dziesiątki   razy 

tłumaczyłam sobie, że to nie ma sensu i powinnam wybić go sobie z głowy. Jest dla mnie za 
młody, a jego arogancja nie zna granic. Jednak... jednak nie mogę przestać o nim myśleć. Jest 
dokładnie taki, jak go opisałam w Klubie Śniadaniowym. Uparty, niecierpliwy, wymagający, a na 
dodatek ma przesadne mniemanie o swoim uroku osobistym.

To zaprzeczenie Steve’a. Prawdopodobnie interesuje mnie jako wyzwanie. Na tym etapie 

życia muszę przez to przechodzić? Nie sądzę. Więc dlaczego to robię?

Wsadziłam różę do wazonu i postawiłam na biurku. Stoi tam od tygodnia. Jest pierwszą 

rzeczą, jaką widzę, kiedy wchodzę rano do gabinetu i ostatnią, kiedy zamykam za sobą drzwi. 
Powinnam wyrzucić ją pierwszego dnia, ale tego nie zrobiłam.

Clare...   czy   może   Julia...   Któraś   z nich   domyśliła   się,   jak   bardzo   Sean   mnie   pociąga. 

background image

Zaprzeczyłam stanowczo, ale nie da się ukryć, że go lubię. Niech Bóg ma nas w swojej opiece!

W związkach uczuciowych na ogół ufam instynktowi. Tym razem mówi mi, że gotuję sobie 

poważne rozczarowanie.

Nie   jest   to   miłe   wrażenie.   Chyba   Sean   ma   podobne   odczucie,   inaczej   poprosiłby   mnie 

ponownie o spotkanie. Nie zrobił tego, przyniósł za to jedną czerwoną różę i położył na moim 
biurku.

background image

To zrozumiałe,

że nie powinniśmy mieć więcej dzieci

niż okien w samochodzie.

Elma Bombeck

Rozdział 15

JULIA MURCHISON

12 lutego

Lista błogosławieństw:

1.  Gorące   kąpiele,   lawendowe  mydło   i lekki  krem,  który sprawia,  że  skóra  staje  się jak 

jedwab. Mój walentynkowy prezent dla samej siebie.

2. Dobrze przespana noc. Doceniam to zwłaszcza wtedy, gdy nie mogę zasnąć.
3. Strychy.
4. Lekarstwo na zgagę.

Byłam   na   kontrolnej   wizycie   u doktor   Fisk,   która   prowadziła   moje   poprzednie   ciąże. 

Rozmawiałyśmy   prawie   piętnaście   minut,   na   dłużej   nie   pozwolili   czekający   za   drzwiami 
pacjenci.

Problem tkwi w moim nastawieniu do ciąży. Staram się je zmienić, ale nie robię żadnych 

postępów.   Termin   mam   na   siódmego   września.   USG   nie   wykazało   żadnych   wad.   Dziecko 
rozwija się prawidłowo i jak dotąd nie wystąpiły komplikacje. Nie pamiętam tylko, żeby zgaga 
tak mi dokuczała przy Adamie i Zoe.

Może jest tak dlatego, że zamartwiam się, jak sobie poradzimy, jakim obciążeniem będzie 

trzecie dziecko dla naszego skromnego budżetu.

Peter dawno się z tym pogodził – poszło mu łatwo, ponieważ to nie on jest w ciąży. Proszę 

bardzo, ja też mogę patrzeć optymistycznie. Kiedy dziecko się urodzi, zaproponuję, żeby sam 
znalazł   opiekunkę,   a także   wstawał   w środku   nocy   na   karmienia,   przewijania   i z dziesięciu 
innych powodów. Bardzo łatwo zapomniał, jakim obciążeniem jest noworodek. Wkrótce sobie 
przypomni.

Dzieci wiedzą, że coś wisi w powietrzu. Musimy im powiedzieć, nie sposób dłużej zwlekać. 

background image

I znów mój mąż ma jakieś sielskie, nierealne wyobrażenie o tym, jak zareagują. Nie chcę mu 
psuć nastroju, ale wiem dokładnie, co powiedzą Adam i Zoe.

W sobotę, gdy oni skakali po kanałach od jednej relacji sportowej do drugiej, wybrałam się 

na strych. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tam zaglądałam. Co za bałagan!

Zamierzałam odszukać wszystko, co może się przydać dziecku. Kołyskę, krzesełko i całą 

resztę oddaliśmy mojej siostrze, ale Peter był pewny, że zatrzymaliśmy wózek. Może i tak, ale go 
nie znalazłam. Sprawdziłam wszystkie kąty i zakamarki, bez skutku. Nie znalazłam też żadnych 
dziecinnych ubranek. Nic.

Musimy   zgromadzić   wszystko   od   zera.   Naprawdę   nie   wiem   za   co.   Dochody   ze   sklepu 

spadły.  I nic dziwnego, skoro kilka razy w tygodniu  zamykam  interes,  żeby pójść na wizytę 
lekarską albo na badania, które zleciła doktor Fisk. Dzięki Bogu, Peter ma doskonałe świadczenia 
zdrowotne.

Zdenerwowana   czekającą   ją   rozmową   z dziećmi,   Julia   postawiła   miskę   z drobiowym 

gulaszem na środku stołu. Zadała sobie dzisiaj wiele trudu, żeby przygotować ulubioną rodzinną 
potrawę, gorące bułeczki i deser.

Upierała  się przy rodzinnych  posiłkach,  chociaż  Adam i Zoe bywali  coraz częściej  poza 

domem i zebranie wszystkich przy stole stawało się prawdziwym problemem.

– Obiad gotowy – zawołała. Odsunęła się od stołu i czekała, aż mąż i dzieci do niej dołączą.
Peter   zwinął   wieczorną   gazetę   i odłożył   ją   na   otomanę.   Pierwszy   zjawił   się   w kuchni. 

Popatrzył żonie pytająco w oczy.

– Dzisiaj? Skinęła głową.
– Co mówiła lekarka?
Julia   odpowiedziała   wzruszeniem   ramion.   Badanie   trwało   dłużej   niż   się   spodziewała 

i spóźniła się o godzinę z otwarciem sklepu. Myśl o straconych lub co gorsza – zirytowanych 
klientach, którzy musieli odejść od drzwi, nie dawała jej spokoju.

– Na pewno wszystko w porządku?
–   Tak.   –   Wiedział,   że   USG   nie   wykazało   żadnych   komplikacji,   powiedziała   mu   o tym 

wcześniej i Peterowi wyraźnie ulżyło. Nie miała serca wyjaśnić mu, że główna komplikacja – zły 
stosunek do dziecka – leży w niej samej. Ona musiała sobie z tym radzić.

– Adam, Zoe! Obiad! – krzyknął Peter.
Adam wszedł do kuchni jakby robił rodzicom łaskę. Latem wystrzelił w górę i miał prawie 

metr siedemdziesiąt wzrostu. Był niezdarny i chudy, ale dobrze zbudowany.

Odsunął krzesło i opadł na nie, jakby ustanie na nogach wymagało potwornego wysiłku.
– Byłem na komputerze – powiedział, jakby to tłumaczyło wszystko.
– Gdzie jest twoja siostra?

background image

Julia   postawiła   karton   mleka   obok   miski   z zieloną   fasolką   szparagową.   Adam   wzruszył 

ramionami.

– Zdaje się, że w swoim pokoju.
Peter wyszedł na korytarz i zawołał ją jeszcze raz. Trzynastolatka zjawiła się po minucie, 

ożywiona, z rumieńcami na buzi.

– Przepraszam – powiedziała. – Rozmawiałam z Ashley.
Ashley   i Zoe   pozostawały   w stałym   kontakcie.   Julia   wiedziała,   że   nastolatki   przechodzą 

przez fazy zafascynowania, ale zapomniała jak intensywnie przeżywają wtedy wszelkie związki 
uczuciowe. Dziewczynki nie mogły się rozstać dłużej niż na parę godzin.

To się zmieni, pomyślała Julia, kiedy pojawią się chłopcy. Miejmy nadzieję, że dopiero za 

parę lat. Na razie Ashley i Zoe były nierozłączne w szkole, wieczorami rozmawiały przez telefon, 
weekendy spędzały to u jednej, to u drugiej w domu.

– Możemy zacząć? – zasugerował Peter.
Julia usiadła przy stole naprzeciwko męża.
Pochylili głowy i ująwszy się za ręce, zmówili krótką modlitwę.
–   Po   obiedzie   matka   i ja   chcielibyśmy   z wami   porozmawiać   –   napomknął   Peter,   jakby 

sprawa ciąży była czymś błahym. Nabrał sobie gulaszu.

– Porozmawiać z nami? – zapytała Zoe.
– O czym? – zawtórował Adam.
– Po obiedzie – wtrąciła Julia, nie chcąc psuć sobie posiłku.
– Chodzi o moje prawo jazdy? – Adam miał je wkrótce otrzymać i już przypuścił atak na 

rodziców o kupno drugiego samochodu. Zgadzał się nawet na jakiś praktyczny wóz. Oczywiście 
ich ambitny syn zamierzał sam zarobić na ubezpieczenie i pokrywać wszelkie inne koszty.

Julia   dziobnęła   widelcem   fasolkę.   Nie   miała   serca   powiedzieć   Adamowi,   że   przy 

dodatkowym obciążeniu finansowym nie kupią mu samochodu. Gdyby nie dziecko, udałoby im 
się może wyskrobać pieniądze na porządny, używany wóz, ale teraz nie mogło być o tym mowy.

– Wiem! – zawołała Zoe podekscytowana. Rzuciła bratu spojrzenie, które mówiło, że góruje 

nad nim intelektualnie i ma bez porównania lepsze rozeznanie w sytuacji.

Adam popatrzył na nią spode łba.
– Jedziemy w tym roku na wakacje, prawda? – zapytała Zoe.
Julia i Peter wymienili spojrzenia.
Oczy Zoe pojaśniały.
– Zabierzecie mnie nad Wielki Kanion, zgadza się?
– Ja poprowadzę zaofiarował się Adam.
– Moglibyśmy odłożyć tę rozmowę na po obiedzie? – Julia żałowała, że Peter zdradził ich 

intencje. Trzeba było poczekać, aż obiad się skończy. Teraz Adam i Zoe wiązali z tą rozmową 

background image

jakieś nadzieje.

–  Potrzebuję   czterdzieści   dolarów   na  wu-ef  –  oznajmił  Adam  i sięgnął   po  drugą  gorącą 

bułeczkę. Posmarował ją masłem, po czym zlizał z palców stopioną resztkę.

– Czterdzieści dolców? – powtórzył Peter z przerażeniem.
– Dzieci sporo kosztują – zauważyła Julia. Peter zdawał się nie rozumieć, jakich wyrzeczeń 

będzie wymagało nowe dziecko.

– Skoro mowa o pieniądzach, potrzebny mi nowy stroik do klarnetu – dodała Zoe.
Lekcje   muzyki.   Sporty.   Harcerstwo.   Kościół.   Adam   i Zoe   byli   aktywnymi   nastolatkami 

i nowe dziecko tego nie zmieni. Obowiązków i zajęć pozaszkolnych mieli tyle, że nie nadążała 
ich wozić na próby, treningi, zbiórki i zebrania.

Julia nie potrafiła sobie wyobrazić sytuacji, kiedy w domu zjawi się niemowlę z własnym 

harmonogramem  karmienia,  spania i przewijania. Nie mogła  wlec ze sobą dziecka wszędzie, 
dokąd jechała. Peter też nie zawsze będzie mógł z nim zostać. Miał własne zainteresowania, 
podobnie jak ona.

– Pojedziemy w tym roku na wakacje? – dopytywał się Adam.
–   Nie   odparła   Julia,   zanim   dzieci   zdążyły   przywiązać   się   do   pomysłu   i zgotować   sobie 

kolejne rozczarowanie.

Popatrzyły na matkę zdziwione jej ostrym tonem.
– Powiedzcie nam po prostu, o co chodzi – prosiła Zoe.

– Dlaczego zwyczajnie nie możemy się dowiedzieć? – poparł siostrę Adam. Nałożył sobie 

drugą   porcję   gulaszu.   W ciągu   ostatnich   sześciu   miesięcy   apetyt   ich   syna   zwiększył   się 
dziesięciokrotnie. Peter żartował, że będzie musiał wziąć drugi etat tylko po to, aby zarobić na 
jedzenie.  A może  Adam zatrudni się w restauracji szybkiej obsługi, która będzie go w stanie 
wykarmić.

– Chyba powinniśmy im powiedzieć – Peter popatrzył wyczekująco na Julię.
– To nie fair, że każecie nam zgadywać – Zoe aż się paliła z ciekawości.
– Mam furę lekcji – nalegał Adam, próbując wmówić w rodziców swój zapał do nauki. Julia 

wiedziała, że usiądzie do komputera i podłączy się do jakiejś bezmyślnej gry.

– Nie mam nic przeciwko, jeżeli mama się zgadza – powiedział Peter. Dzieci popatrzyły na 

Julię.

– Powiedz nam, mamo.
Miała   nadzieję,   że   to   Peter   ogłosi   wielką   nowinę.   Ale   nie   można   było   dłużej   zwlekać, 

odłożyła więc widelec i splotła dłonie na kolanach.

– Dobrze. – Uśmiechnęła się dzielnie. – Mamy dla was dobrą wiadomość. – Wbrew własnym 

odczuciom chciała nadać pozytywny wydźwięk temu, co powie.

background image

– Mówiłem, że to dobra wiadomość! – krzyknął Adam. On i Zoe przybili piątkę.
– Jedziemy nad Wielki Kanion – oznajmiła Zoe z niezachwianą pewnością poszukiwacza 

przygód.

– Chyba nigdy nie zgadniecie, że chodzi o dziecko – wyrwał się Peter.
– Park Yellowstone. – Oczy Adama rozbłysły entuzjazmem. – Moglibyśmy prowadzić na 

zmianę. Dojechalibyśmy w osiemnaście godzin. Zatrzymamy się na terenie parku, prawda?

– Dziecko? – Podniecenie gasło na twarzy Zoe w miarę jak docierało do niej znaczenie słów 

ojca. – Jakie dziecko?

Julia pomyślała, że mąż mógłby zrobić to subtelniej. Przybrała uradowaną minę i popatrzyła 

dzieciom w oczy.

– Dobrze słyszeliście.
– Dziecko? – Adam popatrzył na siostrę, potem przeniósł posępny wzrok na Julię i ojca.
–   Wasza   matka   jest   w ciąży.   –   Peter   wypowiedział   te   słowa   i nikt   już   nie   mógł   mieć 

wątpliwości co do ich znaczenia. Dobrze, że zrobił to ktoś, kto cieszy się nowiną, pomyślała 
Julia. Sądząc po wyrazie twarzy dzieci, Peter był całkowicie osamotniony w swoich odczuciach.

Zoe i Adam, jak na komendę odwrócili głowy i popatrzyli na matkę z niedowierzaniem.
– Nie wiedziałem, że kobiety takie stare jak mama mogą mieć dzieci – powiedział Adam.
– Może cię to zaskoczy, ale mama nie jest stara – mruknął Peter, nie starając się nawet ukryć 

rozbawienia.

– W tym roku skończę czterdzieści lat – powiedziała z naciskiem, gdyby Peter zapomniał, że 

latem zacznie dźwigać piąty krzyżyk.

– Naprawdę będziesz miała dziecko? – zapytała Zoe, przekrzywiając głowę. – To znaczy, że 

nie pojedziemy na wakacje?

– Nie w tym roku. – Kto by pomyślał, jej córka jest tak spragniona podróży. Julia nie chciała 

mówić, że nawet tygodniowy wyjazd jest teraz niemożliwy.

– Gdzie to dziecko będzie spać? – zapytał Adam z nagłym zainteresowaniem.
Julia wiedziała,  jakim torem biegną jego myśli.  Bał się, że będzie musiał dzielić z kimś 

pokój.

– Nie wiemy, dopóki się nie urodzi – powiedziała Peter. – Jeżeli to będzie chłopiec, kiedyś 

zamieszka z tobą. Dziewczynka wprowadzi się do pokoju Zoe.

– A nie lepiej przeprowadzić się do większego domu? – Zoe patrzyła od jednego rodzica do 

drugiego, szukając ratunku.

– Na to nas nie stać. – Julia rozgrzebywała widelcem jedzenie na talerzu. Ostatnio niewiele 

jadła, a ta rozmowa pozbawiła ją resztek apetytu.

– Dziewczynka będzie mieszkała w moim pokoju? – W głosie Zoe brzmiało oburzenie. – 

I tak mam najmniejszą sypialnię. Niech się wprowadzi do Adama.

background image

– Dzieci! – wtrącił Peter spokojnym, opanowanym tonem. – Nie ma sensu mówić o tym 

teraz. Kiedy dziecko się urodzi, przez jakiś czas będzie mieszkało z mamą i ze mną.

– Dlaczego nie może mieszkać z wami zawsze?
– Nie sądzicie, że jesteście trochę egoistyczni? – zapytał Peter bez gniewu.
Julia widziała, że jest rozczarowany reakcją dzieci. Próbowała go ostrzec, ale na próżno.
– Nikt w szkole nie ma tak małego rodzeństwa – odezwała się Zoe i popatrzyła na brata, 

szukając u niego wsparcia. – To... żenujące.

– Wierzcie mi, my też jesteśmy zaskoczeni – powiedział Peter z głupawym uśmiechem. – 

Nie planowaliśmy tego.

– Dziecko zmieni nasze życie – powiedział Adam i ton jego głosu sugerował, że nie będzie to 

zmiana na lepsze.

Julia podzielała w pełni jego wątpliwości.
– Masz rację. Ta ciąża całkowicie zmieni wizerunek naszej rodziny.
–   To   dlatego   babcia   tak   często   do   ciebie   dzwoni?   –   zapytała   Zoe,   jakby   od   dawna 

podejrzewała, że coś wisi w powietrzu.

Zwykle   kiedy   dzwoniła   babcia,   linię   okupowała   Zoe.   Oburzało   ją   do   głębi,   że   musi 

zakończyć rozmowę z jakiś błahych powodów, nie związanych z jej małym światkiem.

Julia przytaknęła.
– Wie tylko ona i moja siostra.
– Powiedziałaś babci i cioci Janice, a nam nie? – naburmuszył się Adam.
–   Co   ja   powiem   moim   przyjaciołom?   –   Zoe   była   bliska   łez.   –   Nie   mogę   uwierzyć,   że 

dopuściliście do czegoś takiego.

– Powiedz swoim przyjaciółkom, że zostaniesz starszą siostrą – doradził Peter.
– Och tato, to takie dziecinne. Takie głupie. Adam milczał przez kilka minut.
– To znaczy, że nie będziecie mogli kupić mi samochodu, prawda?
– Tego jeszcze nie wiemy – odpowiedziała szybko Julia, zanim Peter zniszczył marzenie ich 

syna. Gdyby nie zaszła w ciążę, można by się zastanawiać, czy ich budżet wytrzyma  kupno 
używanego samochodu. Jedno nie ulegało wątpliwości – teraz nie wytrzyma z pewnością.

– Zamkniesz sklep? – zapytała Zoe.
–  Nie.   –  Tego  też   Julia  była  pewna.  Będzie  o niego  walczyła   do  końca.  Zbyt   dużo  już 

osiągnęła, poświęciła, zbyt długo składała grosz do grosza, żeby teraz wszystko zaprzepaścić.

– Chcieliście mieć więcej dzieci? – zapytał Adam.
– Nie – przyznała Julia, głosem pełnym zniechęcenia i konsternacji-
Zoe wstała i popatrzyła na rodziców.
– Nie wierzę, że to zrobiliście!  Nie chcę dzielić  pokoju z nikim.  Co więcej, odmawiam 

pilnowania dziecka codziennie po szkole. Wiem, że o tym myślisz.

background image

– Zoe, nie wybiegam myślą tak daleko naprzód. Ojciec i ja sami jeszcze nie oswoiliśmy się 

z sytuacją. Nie martw się, nie każę ci pilnować dziecka, chyba że już naprawdę będę musiała.

– Co ja powiem przyjaciołom? – zawołała córka, z oczami pełnymi łez.
– Powiedz, że rodzice spodziewają się dziecka.
– W waszym wieku?!
Nie zamierzam nic nikomu mówić  – oznajmił Adam. – Pomyślą, że to głupi żart. – Urwał 

i popatrzył na nich z nadzieją. – To prawda, no nie? To znaczy, nie robicie nam walentynkowego 
kawału ani nic z tych rzeczy?

Julia pragnęła zawołać, że ona też tego nie chce, ale ta ciąża staje się z dnia na dzień coraz 

bardziej rzeczywista.

– Nie wierzę, że zrobiliście nam coś takiego! – krzyknęła Zoe i wybiegła z kuchni. Kilka 

sekund później trzasnęły drzwi jej pokoju i echo przetoczyło się przez dom.

– Ja też straciłem apetyt. – Adam odsunął talerz na środek stołu. Wstał i wymaszerował na 

korytarz prowadzący do jego pokoju. Pięć sekund później rozległ się kolejny huk.

W kuchni zapadła  cisza. Julia czuła,  że za chwilę się rozchoruje. Było  gorzej  niż sobie 

wyobrażała. Wiedziała, że dzieci będą zaskoczone, może zażenowane, ale nie tak nienawistne.

– No więc... – Peter  odchylił  się na oparcie krzesła,  jakby szukał podpory.  – Co o tym 

sądzisz?

– Co o tym sądzę? – powtórzyła bezmyślnie, czując jak coś rośnie jej w gardle.
–   Nie   poszło   dobrze,   prawda?   –   Jego   ton   zdradzał,   jak   bardzo   pragnie   powiedzieć   coś 

pozytywnego.

– Nie, Peter – przyznała. – Nie poszło dobrze.

background image

Pozwól, że zamiast słuchać innych,

posłucham siebie.

Gertrudę Stein

Rozdział 16

LIZ KENYON

–   Idzie!   –   Donna   DeGooyer,   dyrektor   do   spraw   opieki   społecznej,   wsunęła   głowę   do 

gabinetu Liz.

– Kto? – Udała, że nie rozumie.
– Wiesz kto. Widziałam doktora Jamisona w końcu korytarza. Szedł w tę stronę.
– Naprawdę? – Jej puls przyspieszył gwałtownie. Podświadomie spodziewała się jego wizyty 

w dniu świętego Walentego. Zdawała sobie sprawę, że to śmieszne. Mężczyźni z reguły nie są 
romantykami.   Steve   kochał   ją   szczerze,   ale   i on   miał   trudności   z dawaniem   prezentów 
i tworzeniem romantycznych nastrojów. Liz była przekonana, że Jamison nie myśli o nikim poza 
samym sobą. Jego egocentryzm przeszedł już do legendy. Szczytem głupoty byłoby spodziewać 
się, że w dniu zarezerwowanym dla zakochanych sprawi jej niespodziankę.

– Na pewno zaprosi cię gdzieś.
– Możliwe – przyznała Liz, chociaż była innego zdania. Powiedziała panu doktorowi, co 

myśli i od tamtego czasu nie miała od niego żadnych wieści, jeżeli nie liczyć róży na biurku. 
Trzymał się z dala, co więcej, znalazł sobie kogoś innego. Liz nie miała pojęcia, czego powinna 
się spodziewać.

– Co mu odpowiesz?
Gdyby wiedziała, nie siedziałaby teraz z szumem w głowie i spotniałymi dłońmi.
Donna obejrzała się przez ramię.
– To na razie – powiedziała i z uśmiechem Kota-Dziwaka odeszła wolniutko korytarzem.
Jej   miejsce   w drzwiach   gabinetu   niemal   natychmiast   zajął   Sean,   przystojniejszy   niż 

przewiduje regulamin. Na tym właśnie polegał problem. Był tak piękny, że ludzie wybaczali mu 
drobne grzeszki.

– Jeszcze w pracy? – zapytał.
Liz zerknęła na zegarek na biurku i stwierdziła ze zdziwieniem, że jest po szóstej.
– Kończę papierkową robotę.
– Mógłbym pomyśleć, że czekałaś na mnie.
Miała ochotę zaprzeczyć, ale nie odniosłoby to żadnego skutku. Sean wierzył w to, w co 

background image

chciał wierzyć. Widocznie wyobrażenie, że ona czeka na niego całymi dniami, schlebiało jego 
próżności. Ponieważ nie był przy tym zbyt daleki od prawdy, powstrzymała się od komentarzy.

– Dzięki za różę.
– Jaką różę? – Oparł się o framugę w niedbałej pozie.
– Tę, którą zostawiłeś w piątek na moim biurku. – Dobrze wiedział, o czym ona mówi.
– Ach, o tę różę! – Na jego ustach pojawił się seksowny, uroczy uśmiech, który zawsze 

przyspieszał bicie jej serca.

– Masz plany na wieczór? – zapytał. Zawahała się na ułamek sekundy.
– Właściwie nie.
– Co powiesz na drinka?
– Myślałam, że się spotykasz z... Jak ona się nazywa? Wzruszył ramionami.
– Zbyt absorbujące.
Liz uśmiechnęła się bezwiednie. Ostatecznie, drink to nic wielkiego.
– Gdzie? – zapytała.
– W Seaside? – zaproponował.
– Dobrze. – Nie rozumiała, dlaczego się waha, skoro właśnie tego pragnęła. Prawie nie znała 

tego mężczyzny, rozmawiała z nim krótko tylko kilka razy. On z całą pewnością jej nie znał. Liz 
była ciekawa, co pociąga ją w człowieku, który na przemian irytuje ją lub złości.

Sean spojrzał na zegarek.
– Spotkamy się za piętnaście minut?
– Jesteśmy umówieni.
Błysnął ku niej uśmiechem, odwrócił się i odszedł.
Dwadzieścia   minut   później   Liz   parkowała   samochód   przed   popularną   restauracją. 

Wykorzystała   ten   czas,   aby   odświeżyć   makijaż   i wygrzebać   z torebki   flakonik   ulubionych 
perfum.

– No, coś się zaczyna dziać – powiedziała do siebie, zamykając drzwi pilotem. W przyszły 

czwartek opowie o tym grupie.

Na   porannym   spotkaniu   Klubu   Clare,   rozdarta   między   uczuciem   litości   a pragnieniem 

odwetu,   wspomniała,   że   Michael   poddaje   się   chemioterapii.   W jednej   chwili   pragnęła,   by 
cierpiał, w drugiej martwiła się jego stanem zdrowia.

Julia   powiedziała   w końcu   dzieciom   o ciąży.   Efekt   był   do   przewidzenia.   Karen   nadal 

przeżywała klęskę z cocker spanielem, jakby od niego zależała cała jej kariera.

Liz   była   jak   płyta   rezonansowa,   wyszła   z uczuciem,   że   nie   ma   własnego   życia,   nic   do 

powiedzenia.

Bar był zadymiony i pełen ludzi. Sean jeszcze nie przyjechał i Liz pożałowała, że nie została 

na zewnątrz. Jeżeli ją wystawi, nie daruje mu tego! Jakaś para zwolniła stolik, a ona natychmiast 

background image

zajęła ich miejsca.

Zamówiła kieliszek merlota i przypięła się do małej miseczki orzeszków. Nie przepadała za 

nimi, ale żołądek dopominał się o swoje prawa.

Sean zjawił się, zanim nadeszła kelnerka z winem. Zapłacił za merlota i zamówił wódkę dla 

siebie. Teraz, kiedy już byli razem, nie bardzo wiedzieli, co dalej.

– Chciałabym... – zaczęła Liz.
– Na co... – powiedział w tym samym momencie.
Sean   pokazał   zęby   w uśmiechu   i gestem   udzielił   jej   pierwszeństwa.   Mogliby   rozpocząć 

zdawkową   rozmowę,   wdać   się   w szpitalne   plotki,   poruszyć   najrozmaitsze   tematy,   ale   ją 
najbardziej interesował Sean jako człowiek.

– Opowiedz mi o sobie. Zachichotał i nabrał garść orzeszków.
– Mój ulubiony temat. Co chciałabyś wiedzieć? Prawdopodobnie najczęściej mówił o swojej 

karierze, sukcesach, ale o tym wszystkim już wiedziała. Interesował ją on sam.

– Opowiedz mi o tym, o czym chciałbyś, żebym się dowiedziała.
– Dobrze. – Przez chwilę chrupał orzeszki. – Po pierwsze, zwykle nie muszę się tak starać, 

żeby wyciągnąć kobietę na randkę.

Przewróciła oczami.
– Nie tędy droga. Szukaj innej. Uśmiechnął się szeroko.
– Od dziesięciu lat jestem rozwiedziony.
Tylko tyle chciał jej o sobie powiedzieć? Może w ten sposób dawał do zrozumienia, żeby nie 

liczyła na długotrwały związek? Daleka była od tego.

– Dzieci? – zapytała, chociaż ciekawiło ją zupełnie co innego.
– Jedno. Córka Eileen. Mieszka w Seattle z mężem naukowcem. Mają trzyletnią córeczkę 

Emily.

– Więc jesteś dziadkiem. Odwrócił wzrok i skinął głową.
– Jakieś zdjęcia?
– Nie jestem blisko z córką.
– Moja córka ma dwoje dzieci – powiedziała Liz, żeby pokryć niezręczną ciszę, jaka zapadła 

po tym wyznaniu. Sean miał problemy, ale nie była to stosowna pora, by się w nie zagłębiać.

Jak to się stało, że podjęłaś pracę w szpitalu? – Próbował zmienić temat.
Rozgrzana winem, Liz pogroziła mu palcem.
– Rozmawialiśmy o tobie, pamiętasz?
– No dobrze. Co jeszcze chciałabyś wiedzieć?
– A co jeszcze chciałbyś mi powiedzieć?
– Jestem genialnym, przystojnym kawalerem cieszącym się dużym wzięciem.
Umysł tego faceta biegł jednym, utartym torem, którego ona pragnęła uniknąć.

background image

– Tak, to wszystko?
Przez kilka minut myślał intensywnie, po czym wzruszył ramionami.
– Nie ma nic więcej.
Liz nie mogła powstrzymać śmiechu. Sean jej zawtórował.
– Nie kryjesz żadnych niespodzianek, prawda? – zażartowała. Spoważniał.
– Zdziwiłabyś się.
Może i tak, gdyby udało się jej kiedyś przebić przez to kolosalne męskie ego i spotkać Seana 

Jamisona. Miała wrażenie, że polubiłaby człowieka, który pozował na aroganta i zachowywał się 
tak, jakby świat należał do niego.

Wkrótce udało mu się przejąć ster rozmowy i Liz, chcąc nie chcąc, zaczęła mówić o sobie. 

Sean dopytywał się o jej pracę w domu poprawczym i wdali się w gorącą dyskusję o zaletach 
i wadach   systemu   więziennego,   wymiaru   sprawiedliwości   i karze   śmierci.   Jak   było   do 
przewidzenia, nie zgadzali się w żadnej kwestii.

– Jesteś taki ograniczony – mruknęła.
– A ty potrafisz się tylko litować.
– Przynajmniej mam serce – odparowała. Z uśmiechem spojrzał na zegarek.
– A masz również żołądek jako dodatek do tego szczodrego serca?
– Tak... – Pytanie wydało się jej dość dziwne.
– Co powiesz na kolację?
Wypili już po dwa drinki, a nie jedli nic prócz miseczki słonych orzeszków.
– Chcesz kontynuować tę dyskusję? – zapytała. Niewiele mieli ze sobą wspólnego i chyba 

Sean doszedł do tego samego wniosku. Nie potrafili znaleźć wspólnego mianownika, a w tych 
warunkach dalsza znajomość wydaje się niemożliwa.

– Jasne. A ty?
– Jeżeli dasz mi coś zjeść.
Skinął głową, pochylił się i pocałował ją w policzek.
– Zobaczę, czy uda mi się zdobyć stolik.
Rozmowa przy kolacji była stymulacyjna. Kłócili się o wszystko, żartowali, przycinali sobie, 

śmiali się. Liz oprzytomniała, kiedy restaurację zamykano na noc.

– Która godzina? – zapytała. Sean spojrzał na zegarek.
– Już dawno powinienem być w łóżku, a ty? Liz zerknęła na swój zegarek i jęknęła.
– Ja też. Rano muszę być w szpitalu.
Rachunek był już zapłacony. Wstali i wyszli. Sean pomógł jej założyć płaszcz i odprowadził 

do samochodu.

– Na wszelki wypadek pojadę za tobą.
– To naprawdę zbyteczne.

background image

– Nie dyskutuj ze mną, Elizabeth.
– Nie robiłam nic innego przez cały wieczór – przypomniała mu, ale w gruncie rzeczy uznała 

to za bardzo miły gest.

– Dowiesz się wkrótce, że racja zwykle leży po mojej stronie.
– Tak jest! – mruknęła pod nosem, wiedząc, że w razie potrzeby sama też potrafi postawić na 

swoim. Inaczej nie zostałaby dyrektorem szpitala.

Sean   towarzyszył   Liz   w drodze   do   domu,   a kiedy   wjechała   na   swoje   miejsce   w garażu, 

zatrzymał się za nią i wyłączył silnik. Liz wysiadła z wozu i spotkali się w pół drogi.

– Jeszcze raz dziękuję. Spędziłam... interesujący wieczór.
– Ja również.
Miło jej to było słyszeć.
Objął ją. Po sekundzie wahania pozwoliła się przytulić, oddała pocałunek. Jego usta były 

ciepłe, wilgotne i miały cudowny smak. Otoczyła mu szyję ramionami, a Sean wtulił ją w siebie, 
udo w udo, pierś w pierś. Pragnął jej, była tego w pełni świadoma.

–   Zaproś   mnie   do   środka   –   wyszeptał   jej   do   ucha   zdławionym   głosem.   Zanim   zdołała 

odpowiedzieć,   pocałował   ją   ponownie,   a potem   jeszcze   raz,   krótko,   gwałtownie.   Jej 
postanowienie słabło. Opuściła ramiona i odsunęła się od Seana.

–   Zmienię   wieczór   miły   w cudowny,   dla   nas   obojga   –   obiecał   głosem   ochrypłym 

z pożądania.

Liz kłamałaby, twierdząc, że nie odczuwa pokusy. Wsparła czoło o jego ramię i czekała, aż 

wróci jej rozsądek i opamiętanie.

–   Nie   myśl   –   prosił.   –   Po   prostu   czuj.   –   Jego   wargi   sunące   po   jej   szyi   były   silnym 

argumentem.

– Sean – powiedziała szybko, bojąc się, że za chwilę zmieni zdanie. Uniosła głowę i ujęła 

w dłonie jego upartą dumną twarz. – Twoja propozycja jest kusząca.

W jego oczach, zamglonych namiętnością, pojawił się przytomniejszy błysk.
– Gdybym miała dwadzieścia parę lat, prawdopodobnie bym z niej skorzystała.
Co wiek ma z tym wspólnego? – zapytał, marszcząc brwi.
– Nie tyle wiek, co zdrowy rozsądek. Mam pięćdziesiąt siedem lat i udało mi się go trochę 

zgromadzić.   Uważam,   że   jesteś   interesujący   i atrakcyjny,   i proponując   łóżko   dajesz   mi   do 
zrozumienia, że jestem interesująca i atrakcyjna dla ciebie.

– Tak, Boże, tak! – Pocałował ją głęboko, namiętnie. Kolana się pod nią ugięły. Zamknęła 

oczy, próbując zebrać myśli.

– Posłuchaj, bo to ważne i chcę mieć pewność, że mnie rozumiesz. Odchylił głowę, ich oczy 

się spotkały.

– Dobrze.

background image

– Nic prostszego jak skorzystać z tej propozycji. Pochodzę z pokolenia wyznającego zasadę 

łatwego seksu, ale...

– Czy to będzie kazanie? – zapytał ze znudzeniem.
– Nie, wyjaśnienie – zapewniła go pośpiesznie. – Przez trzydzieści jeden lat małżeństwa 

nauczyłam się, że seks to coś więcej niż przyjemność. To zobowiązanie i forma komunikacji, 
wspólne marzenia, wspólne życie. Dla mnie musi znaczyć coś więcej niż przygoda. Dobrze się 
dzisiaj czułam, z tobą ze sobą.

– Innymi słowy: nie? Dzięki. Innym razem?
Zawahała się. Chodziło o coś więcej, ale wątpliwe, by Sean to zrozumiał.
– Mniej więcej.
– Ja też się dobrze z tobą czułem, Liz, ale uważam, że tu nie ma co filozofować. Nie chcesz 

iść ze mną do łóżka, potrafię to zrozumieć. Nie jestem zachwycony, ale decyzja należy do ciebie.

W podzięce, że ją wysłuchał, pocałowała go w brodę.
– Powiem ci, co zrobimy. – Odetchnął głęboko. – Poczekam, aż będziesz gotowa. Wtedy do 

mnie zadzwonisz.

– Co? – Była skonsternowana.
– Ja nie proszę dwa razy, Liz.
Łypnęła na niego okiem, wściekła, że zmienił to w pojedynek woli. Nie zrozumiał ani słowa 

z tego, co powiedziała.

– Długo sobie poczekasz, Seanie Jamison.
Zachichotał, wyraźnie ubawiony.
– Wątpię – orzekł z irytującą pewnością siebie. – Przybiegniesz bardzo prędko, a ja będę na 

ciebie czekał, zwarty i gotowy.

background image

Spodziewać się, że życie dobrze cię potraktuje, ponieważ jesteś dobrym człowiekiem, to jakby 

oczekiwać, że rozwścieczony byk cię nie zaatakuje, ponieważ jesteś wegetarianinem.

Shari R. Barr

Rozdział 17

KAREN CURTIS

23 lutego

Glen Trnavski, nauczyciel chemii, którego poznałam na parkingu, zajrzał do mnie wczoraj po 

lekcjach.   Chyba   wiedział,   że   będę   potrzebowała   moralnego   wsparcia   po   ośmiu   godzinach 
z pięcioklasistami.   Spędziłam   cały   dzień   z grupą   rozwrzeszczanych   dziesięciolatków.   Jako 
zastępczyni nauczyłam się jednego: nie zostałam stworzona na nauczycielkę. To nie dla mnie. 
Jedyną rekompensatą jest praca z Peterem Murchisonem, mężem Julii. Zdecydowanie go lubię. 
Wspaniale radzi sobie z dziećmi.

Każdy,   kto   spędziłyby   ze   mną   dzisiaj   dwie   minuty,   odkryłby   moje   liczne   zawodowe 

niedostatki. Moja matka zawsze twierdziła, że to wymarzony zawód dla mnie. Oto dowód, że 
brak jej wyobraźni. Lubię dzieci, ale to nie wystarczy, by być nauczycielką. Kiedy o trzeciej 
zadzwonił dzwonek, byłam na granicy histerii.

Wracając do Glena. Jest taki cichy,  spokojny,  zupełnie inny niż wszyscy faceci, których 

znam. I prawie się nie odzywa. A jednak jest jednym z najbardziej interesujących ludzi, jakich 
spotkałam, chyba dlatego, że potrafi słuchać i rozumie, co chcę powiedzieć. Najbardziej jednak 
lubię  jego śmiech  – zdaje się  dobywać  z głębi  piersi.  Mimo  to, nie  jest  w moim  typie,  taki 
zwyczajny. Nie ma w nim ognia, żadnej namiętnej pasji... Ale ja mam jej tyle, że wystarczy na 
dwoje.

Nie przeszkadza mi jego towarzystwo, a on rozumie, że jesteśmy tylko przyjaciółmi. Po tych 

wszystkich   niepowodzeniach,   jakie   mnie   ostatnio   spotkały,   dobrze   by   mi   zrobił   zakochany 
mężczyzna. Łaknę czyjejś uwagi.

Skoro mowa o reklamach, startowałam w poniedziałek do następnej. Chodziło o lakier do 

włosów. Wypadłam znakomicie.  Może nie pasuję do roli schludnej  pani domu,  ale świetnie 
potrafię   odegrać   wyfiokowaną   paniusię.   Jestem   prawie   pewna,   że   dostanę   tę   rolę.   Zdaniem 
Gwen, pod koniec przyszłego tygodnia powinniśmy już coś wiedzieć.

Matka się nie odzywa. Wcale mnie to nie martwi, przeciwnie – cieszę się, że postanowiła 

background image

zostawić mnie własnemu losowi. Mam już dość tej wiecznej krytyki. Nieustannie zawodzę jej 
oczekiwania. Dlaczego nie może po prostu zaakceptować mnie taką, jaka jestem? Przecież każde 
dziecko potrzebuje miłości i akceptacji. Matka chce, żebym robiła to, co ona uważa za słuszne. 
Wtedy chwali się mną przed znajomymi, wtedy mnie kocha. To nie fair i... Najwyraźniej nadal 
bardzo mnie to obchodzi, inaczej nie pisałabym o matce i siostrze, nie wybrałabym „akceptacji” 
na słowo roku.

Wracając   ponownie   do   Glena.   Jutro   idziemy   do   kina.   Chyba   nie   powinnam   przyjąć 

zaproszenia. Niepotrzebnie go zwodzę. Ostatnio jednak nie cierpię na nadmiar męskiej adoracji. 
Chce mnie zabrać na film, a ja lubię kino. Nie zamierzam także narzekać, ale Glen jest taki 
przewidywalny. Jestem kobietą, która potrzebuje ekscytacji w życiu.

Czytając te zapiski, zauważyłam, że unikam tematu mojej siostry, natomiast mówię o niej na 

czwartkowych zebraniach klubu. Liz też to zauważyła (nic nie uchodzi jej uwagi), i powiedziała, 
że przez całe życie współzawodniczę z Wiktorią o uczucie matki. Też mi odkrycie! Doskonale 
o tym wiem. Powiedziała jednak coś interesującego. Zasugerowała, że ubieram się skandalicznie 
(według czyich kryteriów?), żeby zwrócić uwagę matki.

A ja nic nie robię, żeby wywołać reakcję matki. Ubieram się tak, jak się ubieram, stylowo 

i oryginalnie, ponieważ taki styl wyraża moją osobowość.

To głęboka uwaga. Trochę jak wtedy, gdy w liceum czytaliśmy Hemingwaya. Książka była 

śmiertelnie nudna. Poznałam już po tytule. „Słońce też wschodzi”. Litości, jakie to oczywiste! 
Wiadomo, że słońce wschodzi. No, ale zbaczam z tematu. Nie chciałam mówić przyjaciółkom, że 
moim skromnym zdaniem bardzo się mylą. Mój związek z matką nie ma nic wspólnego z moją 
starszą siostrą. Tak, współzawodniczę z Wiktorią, ale to ona jest temu winna.

Nie   musiała   być   aż   tak   doskonała!   Skazała   mnie   z góry   na   niepowodzenie.   Nigdy   nie 

mogłam być ładniejsza, mądrzejsza ani bardziej utalentowana od niej. Ale dość o tym. Temat jest 
zamknięty, a ja idę do łóżka.

W miarę, jak zbliżał się sobotni wieczór, randka z Glenem Trnavskim budziła w Karen coraz 

większe wątpliwości. Martwiła się, że wykorzystuje go, żeby podnieść sobie ciśnienie. Jeszcze 
gorsze, że on przypisze tej randce większe znaczenie niż powinien. W świetle dnia pomysł wcale 
nie wydał się jej taki genialny.

Biła się z myślami, czy nie odwołać spotkania. Zadzwonił telefon. Pomyślała, że może to 

Glen dzwoni i zawiadamiają o zmianie planów. W ten sposób problem rozwiązałby się bez jej 
udziału.

– Halo! – powiedziała pogodnie. Jeżeli Glen zamierza odwołać randkę, niech wie, co traci.
Nikt się nie odezwał.

background image

– Halo! – powtórzyła głośniej. Doprowadzało ją do szału, kiedy ludzie dzwonili i dyszeli 

w słuchawkę.

– To ty, Jeff? – rzuciła ostro. Nie odezwał się po ostatniej kłótni, ale Karen miała ciągle 

nadzieję...

Cisza.
– Jesteś chory! Jeff, jeżeli to ty, wiesz już, co myślę. Jeżeli to ktoś inny, mogę mu tylko 

poradzić, żeby zaczął  żyć  własnym  życiem.  – Odłożyła  słuchawkę wystarczająco głośno, by 
zniechęcić natręta do dalszych telefonów.

Glen Trnavski zjawił się pięć minut przed czasem, z bukietem różowych goździków.
Karen poczuła się winna, że chciała odwołać randkę.
– Jak to miło z twojej strony. – Podniosła kwiaty do twarzy. Różowe goździki nie są może 

zbyt oryginalne, ale już dawno nie spotkała się ze strony mężczyzny z tak miłym, tradycyjnym 
gestem. Była wzruszona.

– Wybrałaś film? – zapytał, wchodząc za nią do pokoju.
– Pozwolisz mi na to? – Faceci, z którymi się umawiała, zwykle stawiali ją przed faktem 

dokonanym.   –   Chciałabym   zobaczyć   nowy   film   Julii   Roberts   –   zaproponowała.   –   Komedia 
romantyczna. – Większość mężczyzn wolała filmy akcji, pełne krwi i przemocy.

– Mnie pytasz? – Glen uniósł gęste brwi.
Tak. – To była ich pierwsza randka, która miała być zwykłym kumplowskim wypadem.
– Nie zgłaszam sprzeciwów.
Karen   włożyła   goździki   do   słoika   po   ogórkach,   który   trzymała   na   takie   właśnie   okazje 

i sięgnęła po żakiet i torebkę. Byli gotowi do wyjścia, kiedy rozdzwonił się telefon.

–   Muszę   odebrać.   –   Podbiegła   do   aparatu.   Nie   spodziewała   się   jeszcze   wiadomości 

o reklamie lakieru, ale Gwen mogła dzwonić w innej ważnej sprawie.

– Halo? – powiedziała z większą rezerwą niż poprzednio.
Nic.
Zniecierpliwiona, rzuciła słuchawkę.
– To już któryś raz – poskarżyła się. – Odbieram, a tam nikogo nie ma. To znaczy ktoś jest, 

ale się nie odzywa.

– Wiesz kto?
– Nie mam pojęcia.
– A co z identyfikatorem numerów? – zapytał Glen.
– Nie działa. – Wstydziła się przyznać do swojego oszczędnego trybu życia. Z identyfikatora 

nie   korzysta.   Jej   rachunek   telefoniczny   był   wystarczająco   wysoki   nawet   bez   luksusowych 
dodatków. Pozwoliła sobie jedynie na opcję „czekać”. Bóg broni, żeby agentka nie mogła się do 
niej dodzwonić, bo ona gawędzi z przyjaciółką. Oczywiście, można było wystukać 69, ale ta 

background image

metoda działała tylko wtedy, gdy numer dzwoniącego figurował w spisie. Omówiła to z Glenem.

– Jeżeli znów zadzwoni, ciebie po prostu nie będzie – powiedział z nieodpartą logiką.
Miał rację, niepotrzebnie robiła z igły widły. Najprawdopodobniej Jeff zbierał się na odwagę, 

żeby   przeprosić   za   swoje   zachowanie.   Karen   poznała   się   już   na   dawnym   koledze   z kółka 
dramatycznego.  Nie chciał  cierpieć,  a tego właśnie wymaga  sztuka. Aktor nie może  wyrazić 
gniewu, odtrącenia, emocjonalnego chaosu, jeżeli nie doświadczy tego na własnej skórze.

Film   był   wspaniały   i śmiali   się   przez   półtorej   godziny   projekcji.   Potem   w popularnej 

włoskiej knajpce uraczyli się pizzą wegetariańską. Wbrew swoim obawom, Karen świetnie się 
bawiła z Glenem. Wieczór rozczarował ją tylko pod jednym względem: o jedenastej była już 
w domu. Zaprosiła Glena na kawę, ale on grzecznie odmówił.

Zastanawiała się, czy to nie ona została poddana próbie, a jeżeli tak, to czy wyszła z niej 

zwycięsko?

Pierwszą rzeczą, jaką ujrzała, było mrugające światełko automatycznej  sekretarki. Taśma 

zarejestrowała sześć głuchych telefonów. Karen mogła zrozumieć jeden, nawet dwa, ale sześć?

Po   jej   wyjściu   tajemniczy   ktoś,   z jakiegoś   powodu   dzwonił   dalej.   Karen   miała   ochotę 

wyłączyć aparat i mieć żartownisia z głowy. Zrobiłaby to, gdyby nie obawa, że przegapi ważny 
telefon. Gwen Arnold może mieć dla niej fantastyczną ofertę i zgłosić się o każdej porze dnia 
i nocy.

Karen włączyła telewizor dla towarzystwa i zaczęła się rozbierać. Naciągała górę od piżamy, 

kiedy telefon zadzwonił ponownie. Przez dłuższą chwilę gapiła się na aparat. Najmądrzej byłoby 
pozwolić,   żeby   odebrał   automat.   Jeżeli   jakiś   psychol   zbiegł   z zakładu   zamkniętego,   lepiej 
utrzymać go w przekonaniu, że nie ma jej w domu.

Nerwy jednak ją zawiodły i w ostatniej chwili poderwała słuchawkę.
– Halo! – warknęła, zła jak cholera, na siebie i na świrusa z drugiego końca linii.
Cisza.
Zamierzała   rzucić   słuchawkę   i odłączyć   telefon,   kiedy   usłyszała   cichutki   damski   głos 

wymawiający jej imię.

– Halo! – zawołała ponownie. – Jest tam kto?
– To ja.
Karen nie potrafiła rozpoznać głosu.
– Kto?
– Wiktoria.
– Co się stało? – Karen zaśmiała się z przymusem. – Kot ukradł ci język? – Tak mawiała 

matka, kiedy w dzieciństwie bały się przyznać do jakiejś psoty.

Ja... Nie mogę mówić głośniej. Boję się, że Roger usłyszy. Roger, palant, jej szwagier.

background image

– Nie chcesz, żeby wiedział, że do mnie dzwonisz, tak?
– Tak.
Karen wydało się, że słyszy szloch.
– Co się stało?
Cisza.
– Wiktoria? Jesteś tam jeszcze? – Połączenie nie zostało przerwane, jednak na linii trwała 

cisza.

Karen nie wiedziała, co się dzieje, przypuszczała tylko, że siostra ma kłopoty, inaczej by nie 

dzwoniła, zwłaszcza o tak późnej porze. Ogarnął ją niepokój, pragnienie działania. Coś tu było 
nie w porządku.

– Przyjeżdżam po ciebie i Bryce’a.
– Nie! Odpowiedź była ostra, natychmiastowa.
– Powiedz, co się stało.
Wiktoria   zawahała   się,   wydała   krótki   szloch.   Kiedy   się   znów   odezwała,   Karen   musiała 

zamknąć oczy, skoncentrować się, żeby zrozumieć słowa.

– Pokłóciłam się z Rogerem.
Karen nadal nie wiedziała, dlaczego siostra zwróciła się z tym do niej. Wiktoria jakby czytała 

w jej myślach.

– Byłaś zawsze taka dzielna... – Jej głos drżał z emocji. Nigdy nie pozwoliłaś, by coś uszło 

mi na sucho. Ja... zawsze podziwiałam twój charakter.

Raczej upór, pomyślała Karen.
– Czy teraz między tobą a Rogerem już wszystko w porządku?
– Nie – wyszeptała Wiktoria po chwili wahania.
– Na pewno nie chcesz, żeby po was przyjechać?
– Na pewno.
– Mogę ci jakoś pomóc? – Karen usiadła na sofie i podwinęła pod siebie nogi. – Chcesz 

wyjść   z domu,   pogadać?   –   Nie   potrafiła   sobie   przypomnieć,   kiedy   ostatni   raz   naprawdę 
rozmawiała z siostrą. Ładnych parę lat wstecz. Długo przed tym, jak Karen ukończyła szkołę 
średnią. Wiktoria była o dwa lata starsza i bardzo jej imponowała. Ich prawdziwe kłopoty zaczęły 
się, kiedy siostra wyjechała do college’u, a Karen zaangażowała się w kółko dramatyczne.

– Chyba nikt nie może mi pomóc – wyszeptała Wiktoria. Szlochała cicho i bezskutecznie 

starała się to ukryć. Karen współczuła jej serdecznie.

– Czy powiedziałam ci kiedyś, że uważam Rogera za kompletnego palanta?
Z gardła Wiktorii wydobył się krótki, urywany dźwięk, ni to śmiech, ni to szloch.
– Nie, ale się domyśliłam. On wie.
– To dobrze – odparła Karen z satysfakcją.

background image

– Och, czasem myślę... – nie dokończyła.
– Co?
– Nic – wyszeptała Wiktoria po chwili.
– Chcesz porozmawiać o tej kłótni? – Może poczuje się lepiej, kiedy się wygada.
– To nie było ważne, powody nigdy nie są ważne.
– Wiktorio, posłuchaj. Ludzie nie zawsze się ze sobą zgadzają. Jako dzieci cały czas się 

kłóciłyśmy, pamiętasz? To nie znaczy, że się nie kochamy. Wszyscy mówimy i robimy rzeczy, 
których   potem   żałujemy.   –   Karen   nie   myślała   wtrącać   się,   wdawać   w spór   między   siostrą 
a szwagrem. Chciała jedynie przedstawić dojrzałą opinię, dać im możliwość złapania oddechu. – 
Wskocz w samochód i przyjedź tu z Bryce’em. Przegadamy całą noc, jak wtedy, kiedy byłyśmy 
dziećmi.

– Nie mogę.
– Nie gadaj! Jeżeli nie chcesz wychodzić z domu, ja przyjadę do ciebie.
– Nie... to niemożliwe.
Karen zacisnęła dłoń na słuchawce. Uderzyła ją straszna myśl.
– Czy istnieje powód, dlaczego nie chcesz, żebym cię zobaczyła? Usłyszała cichy szloch, 

a potem:

– Tak.
Karen dreszcz przeleciał po plecach.
– Ten sukinsyn cię uderzył, tak?

background image

Wszyscy razem

jesteśmy sami.

Lily Tomlin

Rozdział 18

CLARE CRAIG

9 marca

Prawie cały dzień spędziłam z Michaelem, chociaż nie byłam z nim w jednym pokoju, ani 

nawet nigdzie w pobliżu. Pojechał do szpitala na drugą chemioterapię i Alex miał go odebrać.

Mirandzie   chyba   nie   wolno   zawracać   głowy.   Wymawia   się   tym,   że   właśnie   zdobywa 

klientelę i nie może wychodzić z pracy, jeżeli nie chce jej stracić.

Alex   nie   próbuje   rozmawiać   ze   mną   o pannie   milusińskiej.   Dla   niego   temat   kochanki 

Michaela jest równie niesmaczny, jak dla mnie.

Wiem,   że   przeżywa   chorobę   ojca.   Współczuję   synowi.   Michael   jest   jego   ojcem,   a Alex 

zawsze był wrażliwym dzieckiem. Moje własne reakcje są bardziej złożone. Dlaczego choroba 
byłego męża miałaby mnie obchodzić? Ale obchodzi, może dlatego, że stan Michaela wydaje się 
poważny. Alex też nie zna szczegółów. Nie wygląda to jednak dobrze. W głębi duszy – przez 
zwykłą mściwość – liczyłam na nowotwór męskich organów, ale zdaje się, że ma raka wątroby.

Zawsze   myślałam,   że   widok   cierpiącego   Michaela   sprawi   mi   przyjemność,   a teraz   nie 

odczuwam żadnej satysfakcji. Dwadzieścia trzy lata małżeństwa, dwoje dzieci i wspólna firma 
pozostawiają w człowieku pewne ślady. Oto doskonały przykład cieniutkiej linii między miłością 
a nienawiścią. Ta linia jest tak cienka, że aż przezroczysta.

Chemioterapia Michaela, a wygląda na to, że bierze kombinację mocnych leków, zajmuje 

prawie cały dzień. Spędza w szpitalu osiem godzin, a potem jest słaby jak jagnię. Przez cztery 
kolejne dni otrzymuje mieszankę leków, następnie ma trzytygodniową przerwę. Nie wiem, jak 
długo trwa kuracja,  ale Alex  wspominał  o czterech  sesjach.  Cztery takie  miesiące  to bardzo 
długo.

Już   dwukrotnie,   z uwagi   na   zajęcia   Aleksa   w szkole   i mój   nienormowany   czas   pracy, 

odwoziłam Michaela do domu. Przyjaciółki z Klubu Czwartkowego uważają, że nie powinnam 
tego robić. Rozumiem ich niepokój, a jednak go wożę.

Dziewczęta nie powiedziały mi tego wprost, ale obawiają się mojego uzależnienia od byłego 

background image

męża. Nie wiem, czy pomaganie Michaelowi jest uzależnianiem się od niego, czy nie jest, wiem 
tylko, że pomagam kiedy jest to konieczne. Sama nie mogę w to uwierzyć. Mam ochotę kopnąć 
się w kostkę za to, że mnie to wszystko obchodzi. Mogłabym bez trudu odmówić, ale nie robię 
tego.

Nie   tylko   ja   jestem   zdezorientowana.   Michael   też   nie   wie,   co   o mnie   myśleć.   Trochę 

rozmawiamy,   ale   nigdy   o „niej”   i rozwodzie.   Ze   szpitala   do   jego   domu   jedzie   się   około 
trzydziestu minut. Więc to chyba naturalne, że rozmawiamy.

Z   początku   czuliśmy   się   oboje   niezręcznie,   ale   ostatnio   Michael   napomknął   o skutkach 

ubocznych chemioterapii, o tym, jak wyniszcza organizm.

Podczas naszej drugiej jazdy też musiałam się zatrzymać. Zjechałam na pobocze i tak jak 

przedtem,   Michael   wyskoczył   z wozu   i natychmiast   zwymiotował.   Potem   zrobił   coś 
niewytłumaczalnego.   Wyciągnął   rękę   i dotknął   wymiocin.   Dotknął   ich.   W normalnych 
okolicznościach Michael nigdy by czegoś takiego nie zrobił.

Kiedy wypłukał usta, powiedział, że to jest jak ogień. Ma wrażenie, jakby całe jego ciało 

płonęło od środka. Dotknął wymiocin, żeby sprawdzić, czy są gotujące. Takie się wydawały 
w żołądku, w gardle. Jak roztopiona lawa płynąca przez wnętrzności.

Dałam   mu   kilka   minut,   żeby   zebrał   siły   i pooddychał   świeżym   powietrzem.   Oparł   się 

o samochód, zbyt słaby, żeby stać na własnych nogach.

Pomogłam mu wsiąść do wozu i wiem, że czuł się tym zażenowany. Kiedy znów ruszyliśmy, 

zapytał zdawkowo o Micka. Nasz starszy syn nadal nie chce rozmawiać z ojcem. Wie o jego 
chorobie,   ale   jest   równie   uparty   i zawzięty   jak   ja.   Napisanie   tego   nie   sprawiło   mi   żadnej 
przyjemności.

Ale Michael nie jest jedyną osobą, z którą Mick nie rozmawia. Zastanawiam się, czy mój 

były   wie,   że   z jego   powodu   popsuły   się   stosunki   między   jego   synami.   Alex   i Mick   nie 
rozmawiają od tygodni. Boli mnie to, bo wiem jak byli ze sobą blisko. Lgnęli do mnie przez cały 
czas rozprawy rozwodowej. A teraz Mick nie może wybaczyć bratu, że pogodził się z ojcem. Na 
mnie też był zły, bo odbieram Michaela ze szpitala. Powinnam się cieszyć, że jeszcze rozmawia 
ze mną.

Kiedy dojechaliśmy na miejsce, Michael powiedział, jak bardzo cierpi z powodu rozdźwięku 

między nim a synami. Alex wprawdzie z nim rozmawia, ale Michael zdaje sobie sprawę, że ich 
stosunki już nigdy nie będą takie jak dawniej. Mick nie chce mieć z nim nic do czynienia.

Wyznał mi, jak bardzo kocha synów i cierpi, że ich skrzywdził. Zrobiłby wszystko, by im to 

wynagrodzić.   Wyglądał   na   kompletnie   załamanego,   kiedy   wysiadł   z wozu   i ruszył   w stronę 
małego, nędznego domu.

Dopiero kiedy zniknął za drzwiami, uświadomiłam sobie coś ważnego. Mówiąc o swoim 

background image

żalu z powodu krzywd, jakie wyrządził, nie wymienił mojego imienia. Widać nie ciążę mu na 
sumieniu. W tym momencie całe współczucie znikło i życzyłam mu, żeby zgnił marnie.

background image

Zajrzyj w życie,

zamiast mu się przyglądać.

Anne Baxter

Rozdział 19

LIZ KENYON

13 marca

Annie do mnie napisała. Jej słodki, kochany list czekał na mnie w domu, kiedy wróciłam ze 

szpitala. Byłam zachwycona, ale potem dopadła mnie chandra i trzymała przez resztę wieczoru. 
Parę miesięcy temu Annie mieszkała tutaj, w Willow Grove, i mogłyśmy spędzać ze sobą tyle 
czasu,   ile   dusza   zapragnie.   Zatęskniłam   do   naszych   herbatek,   wylegiwania   się   w łóżku,   za 
wspólnym pieczeniem ciasteczek.

Przeczytałam   list   dwa   razy   i poszłam   do   sypialni.   Wielkie,   fikuśne   kapelusze   i białe 

rękawiczki, które rezerwowałyśmy na nasze podwieczorki leżały na górnej półce i zbierały kurz. 
Świetnie   się   bawiłyśmy,   popijając   herbatę   z delikatnych   filiżanek   z chińskiej   porcelany, 
pojadając ciasteczka, wymieniając się kredkami i węglem. Takie wspomnienia są bezcenne.

Co tydzień rozmawiam z Amy, ale to nie to samo, co mieszkanie w jednym mieście. Tęsknię 

za   Annie   i Andrew   tak   bardzo,   że   z trudem   funkcjonuję.   Są   moimi   jedynymi   wnukami, 
przedłużeniem moich dzieci, przedłużeniem Steve’a i naszych cudownych lat.

Zmusiłam się do zjedzenia kolacji, chociaż nie przyłożyłam się do gotowania i nie odczułam 

żadnej   przyjemności,   siadając   do   stołu.   Za   życia   Steve’a   celebrowaliśmy   każdy   posiłek. 
Wynajdywał preteksty, żeby wypić kieliszek wina do kolacji, podnieść jej rangę. Szczyciłam się 
swoimi umiejętnościami kucharki. Teraz obiad jest koniecznością, nie lubianym obowiązkiem.

Gdy skończyłam jeść, napisałam do Annie. Pochopnie jej obiecałam, że latem przyjadę do 

niej w odwiedziny. Postanowiłam pojechać do Oklahomy samochodem. Nienawidzę samolotów. 
Nie   cierpię,   kiedy   upychają   mnie   w fotelu   wąskim   jak   pudełko   na  buty.   Zwykle   trafiam   na 
jakiegoś bezmyślnego idiotę, który wali mnie oparciem swojego fotela w nos. Dlaczego mam 
podróżować samolotem, skoro mogę pokonać tę odległość ziemią?

Już słyszę protesty Amy i Briana. Moje dzieci uświadomią mi, jakim ryzykiem dla kobiety 

jest w dzisiejszych czasach taka wyprawa. Będą chcieli wiedzieć, dlaczego podejmuję to ryzyko, 
skoro   podróż   samolotem   jest   wygodniejsza.   I jestem   pewna,   że   nie   spodoba   im   się   moja 
odpowiedź.

background image

Steve   i ja   spędzaliśmy   mnóstwo   wakacji   za   kółkiem   i świetnie   się   przy   tym   bawiliśmy. 

Brakuje   mi   tego,   jak   tylu   innych   rzeczy,   które   utraciłam   wraz   z małżeństwem.   Mając 
trzytygodniowy   urlop   mogę   jechać   bez   pośpiechu,   zatrzymywać   się   tam,   gdzie   chcę   się 
zatrzymać, trochę pozwiedzać i jeszcze zostanie mi mnóstwo czasu na pobyt w Tulsy, z Amy 
i dziećmi.

Nie zamierzam się specjalnie narażać, ale jeżeli przytrafi mi się coś okropnego, to trudno. 

Nie pozwolę, żeby reszta życia upłynęła mi w strachu. Lubię prowadzić, tęsknię za wnukami 
i jadę do Tulsy.

Na razie nie powiem rodzinie o moich planach. Nie ma potrzeby niepokoić ich już teraz. 

Zresztą, podjęłam decyzję. Jutro z samego rana wystąpię o urlop. Już się lepiej czuję, wiedząc, że 
latem będę z Annie i Andrew.

Karen   zadzwoniła   w chwili,   gdy   szłam   spać.   Zadała   mi   kilka   podstawowych   pytań 

o postępowanie w przypadku znęcania się fizycznego i psychicznego. Od razu zorientowałam się, 
o kim mówi, choć nie wymieniła imienia siostry.

Karen jest oburzona i trudno jej się dziwić. Chce, żeby „aresztowali sukinsyna”. Nie wiem 

wprawdzie,   dlaczego   zadzwoniła   w tej   sprawie   do   mnie,   może   dlatego,   że   jestem   starsza 
i teoretycznie mądrzejsza. Powiedziałam jej, że trzecia strona nie może złożyć skargi na policji. 
Osoba maltretowana musi to zrobić osobiście.

Karen nie powiedziała nic konkretnego, ale nietrudno było domyślić się, co zaszło. Rzadko 

wymienia imię szwagra. Nazywa go „palantem”. Opowiedziała mi, jak to sukinsyn pobił żonę. 
Karen przekonała  siostrę,  aby zgłosiła  incydent  na policji,  ale  wtedy palant  uderzył  w płacz 
i przeprosił żonę. Wybaczyła mu i przyjęła z powrotem.

Karen   jest   wściekła,   nie   tylko   na   palanta,   ale   również   na   siostrę.   Cały   czas   nie   może 

pogodzić   się   z decyzją   Wiktorii.   Ciągle   mówiła   o jej   niebezpieczeństwie,   braku   zaufania   do 
sukinsyna. Powiedziałam jej, że bez współpracy żony nic się nie da zrobić.

Od miesięcy wysłuchuję – podobnie jak cały Klub Śniadaniowy – narzekań Karen na jej 

stosunki rodzinne. Nawet jej hasło na ten rok – w tej chwili nie pamiętam jak ono brzmi – ma 
więcej wspólnego z jej rodziną niż z nią samą.

W   pewnym   momencie   zaczęła   mówić   o całkowitym   zerwaniu   stosunków   z matką. 

Radziłyśmy,  żeby nie robiła nic pochopnie, bo będzie żałować. Wzięła sobie nasze słowa do 
serca i chyba jest z tego zadowolona. Teraz siostra potrzebuje miłości i wsparcia, a tego nie może 
oczekiwać od swojej rodziny. Kto wie, czy Karen nie jest jedyną osobą, której Wiktoria może 
zaufać.

Dochodziła druga, a Liz nie zrobiła sobie jeszcze przerwy na lunch. Miała tyle pracy, że 

background image

wyjście na trzydzieści minut wydawało się niemożliwe. Jedynym rozwiązaniem było zbiec do 
kafeterii, chwycić kanapkę i wrócić z nią do gabinetu.

– Wychodzisz? – Donna DeGooyer weszła do gabinetu Liz wyraźnie wzburzona.
– Potrzebujesz czegoś?
–   Pomocy!   Za   chwilę   przyjdzie   do   mnie   małżeństwo   adoptujące   dziecko,   prawnik   nie 

sfinalizował   sprawy,   a młoda   matka   zaczęła   się   wahać   w ostatniej   chwili.   Oboje,   prawnik 
i matka, siedzą teraz w moim gabinecie.

Liz zerknęła na zegarek.
Zamierzałam kupić coś do zjedzenia. Chcesz, żebym poszła z tobą?
Donna sprawdziła godzinę na swoim zegarku.
– Już po drugiej? Idź na lunch. Złapię cię później. – Zniknęła tak szybko, jak się pojawiła.
Liz wzięła portfel i zeszła na parter, gdzie mieściła się szpitalna kafeteria. Jedzenie było tanie 

i zdumiewająco smaczne jak na tę instytucję. O tak późnej porze sala świeciła pustkami. Liz 
wzięła plastikową tacę i ruszyła wzdłuż szeregu szklanych pojemników.

Chociaż była głodna, nic nie wyglądało apetycznie. O tej godzinie wybór ograniczał się do 

kilku dań. Sięgała po kanapkę z pastą jajeczną, kiedy Sean Jamison stanął obok i przysunął swoją 
tacę.

– Pasta  jajeczna? – zapytał  z powątpiewaniem.  – Ludzie  dbający o zdrowie uznaliby,  że 

zawiera za dużo cholesterolu.

Liz zignorowała go i postawiła talerzyk na swojej tacy.
– Ale z ciebie uparta kobieta.
Obrzuciła go przelotnym spojrzeniem.
– Dopiero teraz to zauważyłeś? Marny z ciebie obserwator.
Upłynął   prawie   miesiąc   od   ich   spotkania.   Rozstali   się   po   przyjacielsku,   albo   prawie   po 

przyjacielsku.  On zdawał  się  czekać   na  jej  telefon,   którego  nie  zamierzała  wykonać.   Lubiła 
Seana, dobrze się z nim czuła, ale nie szukała przelotnego romansu.

Kiedy sięgnął po kanapkę z pastą jajeczną, Liz pomyślała, że na dodatek jest hipokrytą.
– Zjesz tutaj? – zapytał, kiedy szli w stronę kasy. Zamierzała zabrać lunch do gabinetu, teraz 

się zawahała.

– Tak planowałam.
– Ja też.
Zapłaciła za kanapkę i kawę, po czym wybrała stolik blisko okna. Sean zapłacił za swój 

lunch i usadowił się przy sąsiednim stoliku. Liz łypnęła na niego okiem.

– Zachowujesz się idiotycznie – powiedziała.
– Czy mam to uznać za zaproszenie?
– To trochę śmieszne, że tam siedzisz.

background image

Nie musiała  powtarzać  tego dwa razy.  W przeciągu sekundy znalazł  się przy jej stoliku. 

Poznała po jego zarozumiałym uśmiechu, że jest zadowolony, jakby zaproszenie było z jej strony 
ustępstwem.

– Dobrze cię znów widzieć – powiedział, odwijając kanapkę z celofanu. – Miałem nadzieję, 

że spotkamy się dużo wcześniej. To był długi miesiąc. Wystawiasz na próbę moją cierpliwość, 
Liz. Oboje wiemy, czego chcemy, bądźmy dorośli i przyznajmy, że pragniemy tego samego-

Liz sięgnęła po solniczkę i obficie doprawiła pastę jajeczną.
– Nie uważasz, że to się robi absurdalne? – zapytała, nie chcąc wdawać się w pojedynek 

słowny.

– Co takiego?
– Jeszcze się nie domyśliłeś? Nie zadzwonię do ciebie.
– O! – powiedział z westchnieniem. – Więc chodzi o dumę.
Popatrzyła na niego drwiąco.
– Daj spokój, Sean, wiesz, że chodzi o coś więcej. Randka z tobą była oszałamiająca, do 

chwili, gdy spróbowałeś zmienić uroczy wieczór w kolejny podbój seksualny.

Zmarszczył brwi.
– Kolejna pogadanka?
– Wyraźnie ich potrzebujesz.
– Mylisz się. Uważam cię za atrakcyjną, mądrą kobietę i wierzę, że moglibyśmy spędzać 

miło czas. Co w tym takiego strasznego?

Zamierzała mu wyjaśnić po raz kolejny, dlaczego nie zgadza się z takim tokiem myślenia, ale 

on spytał.

– Masz zahamowania seksualne, prawda?
Śmiech nie jest najlepszą reakcją na takie oświadczenie, ale Liz nie mogła się powstrzymać.
– Wiesz do jakiego wniosku doszłam? – zapytała i mówiła dalej, nie dając mu szansy na 

odpowiedź. – Lubię cię. Nie rozumiem dlaczego, ponieważ jesteś szalenie płytki.

– Teraz będziesz mnie obrażać?
– Nie. Taka jest prawda i zdaje się, niewiele osób miało odwagę, by ci to powiedzieć.
– Powinienem być ci wdzięczny za to, że chcesz mnie oświecić? – Nie obraził się, był po 

prostu rozbawiony.

– Tak, ale wątpię, czy będziesz. Szczerze mówiąc,  nie wiem z kim się spotykałeś  przez 

ostatnie dwadzieścia lat, ale typ Hugha Heffhera wyszedł z mody.

– Hugh Heffher? – powtórzył, jakby bawiło go już samo brzmienie nazwiska.
– Rozczarowujesz mnie. – To także była prawda. W końcu dotarło do niego, że Liz mówi 

szczerze, bo jego uśmiech przygasł. – Widzisz we mnie jedynie nowe wyzwanie.

Odsunął talerzyk z kanapką.

background image

– A więc mamy ze sobą coś wspólnego, bo ty widzisz we mnie dokładnie to samo. Interesuje 

cię tylko to, jak mnie przerobić na swoją modłę. Pamiętaj, że już raz byłem żonaty i wyniosłem 
z tego doświadczenia jedynie cierpienie.

– Nie proszę, żebyś się ze mną ożenił. Stwierdzam po prostu, że nie pójdę z tobą do łóżka 

bez poważnego zaangażowania uczuciowego z obu stron.

– Seks nie ma nic wspólnego z miłością – wyrzucił z siebie.
– Ależ ma!
– Już raz próbowałem tego specyfiku.  Nie, dziękuję bardzo, nie skorzystam.  Nie jestem 

zainteresowany.

Liz   przyglądała   mu   się   przez   chwilę.   Przypomniała   sobie,   że   kiedy   wyciągnęła   go   na 

zwierzenia, powiedział, że już raz był żonaty. Wtedy nie przypisała temu należytego znaczenia.

– Małżeństwo było aż tak nieudane? – zapytała.
Jego twarz przybrała twardy, nieprzenikniony wyraz.
– Wolałbym o tym nie mówić.
– Dobrze. – Wygląda na to, że przez ostatnie dziesięć lat dźwigał ciężar nieudanego związku. 

Dlatego nigdy nie pozbył się urazy i bólu.

–  Nie   potrzebuję  pogadanek   umoralniających  ani  od  ciebie,  ani  nikogo  innego.   –  Wstał 

i w drodze do drzwi wrzucił kulkę celofanu do kubła na śmieci.

Liz wiedziała, że już go nie zobaczy, chyba że zetkną ich sprawy zawodowe. Uznała, że tak 

będzie lepiej. Dzieliło ich wszystko, nawet poglądy i wyznawane wartości. Pozostało tylko to, co 
ich do siebie pierwotnie zbliżyło. Oboje byli zbolali, zagubieni, oboje starali się odnaleźć drogę 
w życiu.

Sean Jamison był jeszcze jednym człowiekiem, któremu musi pozwolić odejść.
Nie było to łatwe, wcale nie łatwiejsze niż pożegnanie z innymi, z mężem, z dziećmi, które 

się wyprowadziły, z młodością. Pozostawało jedynie trwać, ale przez te sześć lat Liz nauczyła 
się, że takie trwanie zagraża jej zdrowym zmysłom i jej sercu.

Była u siebie w gabinecie, kiedy wróciła Donna. Spojrzała na nią uważnie.
– Dobrze się czujesz?
– Oczywiście. – Liz była zdumiona, że przyjaciółka z taką łatwością odczytała jej uczucia.
– Wpadłam przed chwilą na doktora Jamisona. Nie spotkaliście się przypadkiem?
Liz skinęła głową, nie wiedząc, czy powinna się przyznać, czy zaprzeczyć.
– Starliśmy się w paru kwestiach.
Donna opadła na krzesło i założyła nogę na nogę.
– Nie rozumiem. Jako lekarz jest genialny i wspaniały, jako mężczyzna jest kompletnym 

kretynem. Sposób, w jaki traktuje kobiety, jest nie do przyjęcia.

– Zgadzam się z tobą – powiedziała Liz.

background image

W każdej sytuacji

pojawienie się dziecka

zmienia życie.

Ivis Murdoch

Rozdział 20

JULIA MURCHISON

W   klepie   było   spokojnie   przez   cały   ranek,   niedobry   znak,   pomyślała   Julia,   siedząc 

w bujanym   fotelu.   Robiła   sweter   na   drutach.   Chciała   zaprezentować   najnowszą   bawełnianą 
włóczkę.   Zamówiła   ją   w piętnastu   kolorach   i musiała   teraz   sprzedać.   Metalowe   druty 
pobrzękiwały cicho, przerywając ciszę.

Julię   męczyły   mdłości.   Starała   się   je   ignorować.   Nie   myślała   także   o badaniach,   jakie 

ostatnio przeszła. Nie otrzymała jeszcze wyników i nie była pewna, czy chce je poznać. Może 
i chowała głowę w piasek, ale rzeczywistość zaczynała ją przerastać. Jeżeli dziecko ma zespół 
Downa, rozszczepienie kręgosłupa, czy coś innego, zajmie się tym, gdy przyjdzie czas.

Czasem ucieczka od rzeczywistości pomagała i Julia potrafiła udawać, że jest jej dobrze na 

świecie. W inne dni było to niemożliwe. Jej żołądek się buntował. Tego ranka nie było tak źle jak 
na początku ciąży, ale także dokuczliwie.

Na parking przed sklepem zajechał mercedes i Julia rozpoznała Irenę Waldmann. Wspaniale! 

Pani  Waldmann  nie  była   ulubioną   klientką  Julii.   Przy  każdej   okazji  wypominała  jej  drobny 
matematyczny   błąd.   W dodatku   starsza   pani   potrafiła   być   wybredna,   a nawet   trochę 
niepoczytalna. Problem polegał na tym, że często sama nie wiedziała, czego chce. Zamożna, 
sądząc po ubraniu i samochodzie, porzucała jedną robótkę i zaczynała następną.

– Dzień dobry! – Julia powitała uśmiechem pierwszą klientkę.
Pani Waldman zignorowała ją i podeszła prosto do stołu, na którym leżały katalogi wzorów.
– Mogę w czymś pomóc? – zapytała Julia.
– Na razie nie.
Julia   dokończyła   rządek   i wstała.   Pokój   zawirował   jej   w oczach.   Wyciągnęła   rękę 

i uchwyciła się blatu. Chwilę później odzyskała ostrość widzenia, za to ogarnęła ją fala mdłości.

–   Przepraszam   na   chwilę   –   powiedziała   i wybiegła   na   zaplecze.   Dopadła   małej   łazienki 

i zwymiotowała wszystko, co udało się jej zjeść na śniadanie.

Po kilku minutach wróciła za ladę. Pani Waldmann patrzyła na nią oczami okrągłymi ze 

zdumienia. Julia uznała, że sytuacja wymaga wyjaśnień.

background image

– Musi mi pani wybaczyć – powiedziała, chwiejąc się lekko na nogach. – Jestem w ciąży.
Pani Waldmann gapiła się na nią, jakby nie rozumiała.
– W ciąży? W pani wieku?
– Na to wygląda. – Jak to miło, że ktoś znów wypomniał jej lata. W pierwszym odruchu 

chciała wyjaśnić, że ciąża była nieplanowana, a ona i jej mąż są tym również zaskoczeni. Ale 
postanowiła, że nie będzie się bronić. W końcu nie zrobiła nic złego.

– No cóż – powiedziała starsza pani, przerzucając katalogi. – To załatwia sprawę.
– Słucham?
–   Właśnie   się   zastanawiałam,   za   co   się   teraz   zabrać.   –   Znalazła   katalog   z wyprawkami 

niemowlęcymi i zaczęła go kartkować.

Julia była skonsternowana.
– Przepraszam, ale chyba nie rozumiem?
– Najwyraźniej – odparła starsza pani z irytacją. – Postanowiłam wydziergać kocyk dla pani 

dziecka.

– Dla mojego dziecka?
– Ma pani problemy ze słuchem?
– Nie, to znaczy... Ale dlaczego... – Julia nie potrafiła zapanować nad zdumieniem.
– Przypuszczam, że mamy tu przypadek szewca i jego bosonogich dzieci. Rozumiem, że 

ciąża była nieplanowana?

– Tak, ale...
– Wydziergała już pani coś dla swojego dziecka?
– Jeszcze nie, ale... – Miała szczery zamiar to zrobić i tak by się stało, gdyby nie brak czasu 

i zobowiązania wobec klientów.

– Tak jak myślałam! – oznajmiła pani Waldmann z triumfem.
– Zrobi to pani dla mnie? – Julia była zdumiona szczodrością daru, zwłaszcza że pochodził 

od klientki, którą zawsze uważała za dopust Boży.

– Chłopiec czy dziewczynka? – zapytała pani Waldmann opryskliwie.
– Nie chcemy wiedzieć. – Gdyby mogła, nie poznałaby również wyników badań.
Pani Waldmann uśmiechnęła się i skinęła głową z aprobatą.
– To dobrze. Życie skąpi nam niespodzianek.
Julia   obeszłaby   się   bez   kilku   z nich.   Ostatnie   cztery   miesiące   nie   były   łatwe.   Stosunek 

Adama i Zoe wcale się nie zmienił. Tylko jej mąż i matka cieszyli się z nowego dziecka. No 
i jeszcze siostra, i Georgia. Zwłaszcza ona uważała, że to dziecko będzie zupełnie wyjątkowe.

– Co pani sądzi o tym? – Pani Waldmann pokazała jej zdjęcie skomplikowanego wzoru.
– Wspaniały – powiedziała Julia, zastanawiając się, czy jej klientka wie, ile pracy wymaga 

taki kocyk.

background image

– Zgadzam się z panią.
– Ale...
– Mam to zrobić w kolorze ecru, czy może woli pani bladożółty?
– Och...
– Byle nie ten obrzydliwy cytrynowy. Nie zniosłabym tego.
– Żółty będzie doskonały. – Julia nadal nie mogła ukryć zdziwienia.
– Dobrze, sama bym go wybrała. Jest coś pogodnego i ciepłego w żółci, prawda?
– Tak. – Julia odwróciła wzór, odczytując ilość potrzebnej włóczki, przeliczyła na motki.
Pani Waldmann ze zmarszczoną brwią przyglądała się kocykowi. Julia nigdy nie widziała jej 

prac i obawiała się, że wzór może przerastać umiejętności klientki, ale bała się o tym wspomnieć.

– Nie musi pani tego robić – powiedziała tylko.
– Nikt pani nie mówił, żeby nie zaglądać darowanemu koniowi w zęby? – zapytała pani 

Waldmann ostro.

– Tak, ale tyle kłopotu...
– To już moja sprawa. Chcę to zrobić i zrobię.
– To bardzo miło z pani strony.
–   Bynajmniej.   Nie   jestem   najsympatyczniejszą   osobą   pod   słońcem   i zdaję   sobie   z tego 

sprawę. Ale pani zawsze była wobec mnie cierpliwa i potrafię to docenić.

– Dziękuję. Jestem wdzięczna. – Zwłaszcza w taki dzień jak ten. Musiała mieć dwieście 

dolarów  utargu,  żeby pokryć  koszt  wynajmu  lokalu  i jego utrzymania.  Dochodziło  południe, 
a ona obsługiwała pierwszą klientkę. Zdarzało się to coraz częściej.

Pani Waldmann wypisała czek, wyrwała go z książeczki i wręczyła Julii. Zawahała się, jakby 

chciała coś jeszcze powiedzieć, ale zrezygnowała. Julia podała jej torbę.

– Jeszcze raz dziękuję.
Pani Waldmann skinęła głową.
– Do zobaczenia za parę tygodni.
Przy kolacji Julia opowiedziała rodzinie co ją spotkało. Chciała w ten sposób poruszyć temat 

ciąży, dać starszym dzieciom okazję do oswojenia się z tą myślą. Nie mogli dłużej ignorować 
faktu, że za kilka miesięcy pojawi się nowy członek rodziny.

– Dlaczego zrobiła coś takiego? – zapytał Adam z niesmakiem.
–   Niektórzy   ludzie   lubią   niemowlęta   –   odparła   Zoe   tonem,   który   nie   pozostawiał 

wątpliwości, że ona do nich nie należy.

– Jak ona się nazywa? – Peter wsparł łokcie o stół i zastygł z widelcem zawieszonym nad 

talerzem.

– Irenę Waldmann.

background image

– Waldmann, Waldmann... – powtórzył jej mąż z namysłem. – Brzmi znajomo.
Julia   zauważyła,   że   w chwili,   gdy   wspomniała   o dziecku,   Adam   i Zoe   naburmuszyli   się 

i stracili chęć do rozmowy. Miała nadzieję, że z czasem przełamią niechęć, zaakceptują ją i jej 
ciążę.

Popatrzyła na swoją rodzinę. Ostatnio rzadko siadali razem do stołu. Nie chciała rozpoczynać 

dyskusji przy kolacji, ale nie mogła też ignorować ich zachowania.

– Rozumiem, że nie jest wam łatwo – zwróciła się do Adama i Zoe. Nie musiała mówić nic 

więcej, oboje wiedzieli, że ma na myśli dziecko.

– Jak mogliście! – zawołała Zoe. – Nic już nie będzie tak jak dawniej.
– Nie stać nas na samochód! – W każdym słowie Adama przebijało oburzenie.
– Ani na wakacje – zawtórowała bratu Zoe, bliska łez.
– Dość tego! – Peter uderzył pięścią w stół, aż zadźwięczały talerze. – Macie natychmiast 

przestać. – Był zdegustowany zachowaniem dzieci. – Myślicie tylko o sobie!

Rzadko zdarzało się, żeby jej spokojny, zrównoważony mąż wpadł w taki gniew.

– Nie jest naszym obowiązkiem kupno samochodu tylko dlatego, że skończyliście szesnaście 

lat. I nigdzie nie jest napisane, że rodzice mają obowiązek zabierać dzieci na drogie wakacje. 
Czas, żebyście zaczęli z nami współpracować. Wasza matka i ja wiemy, że to nie jest łatwe, ale 
coś   wam   powiem   –   życie   jest   pełne   rozczarowań.   I to   o wiele   bardziej   bolesnych   niż 
zawiadomienie  kolegów o narodzinach  rodzeństwa, czy dzielenie  pokoju z o wiele  młodszym 
bratem lub siostrą. Adam i Zoe gapili się na ojca z otwartymi ustami.

–   Wasza   matka   i ja   okazaliśmy   dużo   cierpliwości,   daliśmy   wam   czas   na   oswojenie   się 

z sytuacją. I wiecie co? To dziecko ma prawo do takiej samej miłości, jaką okazano wam, kiedy 
pojawiliście się w tej rodzinie.

Zapadła cisza. Zoe pociągnęła nosem i pochyliła głowę.
– Czy mogę wstać od stołu?
– Skończyłaś jeść? – Jej porcja pozostała niemal nietknięta. Zoe skinęła głową.
– Więc proszę.
– Ja też – odezwał się Adam.
Peter, wyraźnie zdegustowany, ręką dał im znać, że mogą odejść od stołu.
Odmaszerowały z wojowniczymi minami i Julia zrozumiała, że nic się nie zmieniło.
– Nieźle ci poszło. – Próbowała rozbawić Petera.
Potrząsnął tylko głową. Stracił swe zwykłe poczucie humoru.
– Nie pamiętam, żeby sprawili mi kiedyś takie rozczarowanie – mruknął.
– Daj im szansę. – Pamiętała, jak często walczyła z własnym gniewem, z niechęcią. Peter 

miał rację. To dziecko  zasługiwało na to, by oczekiwać go z taką samą niecierpliwością jak 

background image

Adama i Zoe. Niestety, nie tylko dzieciom należało o tym przypomnieć.

Lista błogosławieństw:

1. Irenę Waldmann.
2. Sól. Rozpaczliwie mi jej brakuje.
3. Wygodne buty.

21 marca

Adam i Zoe prawie z nami nie rozmawiają. Przez te ostatnie dni atmosfera w domu była 

bardzo napięta. Peter zaproponował, żeby nie zwracać uwagi na ich złość, zignorować dąsy. 
Kiedyś  zły humor  im przejdzie. Mam nadzieję, że się nie myli.  Są na nas wściekli, ale nie 
sądziłam, że aż tak.

Po południu zjawił się w sklepie Peter. Przyniósł mi ksero artykułu o absolwencie liceum 

w Manchesterze,   Williamie   Waldmannie,   który  zginął   podczas   operacji   Pustynna   Burza.   Był 
jedynym synem Irenę i Brada Waldmannów.

Wczoraj wieczorem przy kolacji, kiedy wymieniłam nazwisko Irenę, Peter powiedział, że 

brzmi znajomo. Mój mąż ma niesamowitą pamięć. Sprawdził w Internecie i znalazł artykuł.

Serdecznie współczuje pani Waldmann. Jej jedyny syn. Nie wyobrażam sobie, co to znaczy 

stracić dziecko. Ból, żal muszą być nie do zniesienia. Teraz rozumiem, dlaczego pragnie zrobić 
ten kocyk. Ona już nigdy nie będzie miała wnuków.

Georgia   wpadła   do   mnie   rano   w drodze   z pracy   –   ma   zajęcia   w szalonych   godzinach   – 

i zastąpiła mnie w sklepie, żebym mogła pójść na wizytę do doktor Fisk. Załatwiłam sprawę 
w ciągu pięćdziesięciu minut, co jest swego rodzaju rekordem. Nie cierpię zostawiać sklepu, ale 
na to już nie ma rady. Lepiej znaleźć zastępstwo, niż zamykać w środku dnia. Jeżeli informuję 
klientów, że sklep jest otwarty od dziesiątej do siedemnastej, to musi być w tych  godzinach 
czynny.

Moja kuzynka przyniosła mi w prezencie ciążową sukienkę. Popatrzyłam na nią i zachciało 

mi się płakać. Georgia chciała być miła, ale nie mogę znieść myśli, że będę aż taka gruba.

Liz przyszła ostatnia, tuż przed zamknięciem. Chce nauczyć się robić na drutach. Dziergać 

umiała jako dziecko i zapewniłam ją, że sobie to szybko przypomni.

Moja przyjaciółka skarży się na stres i robienie na drutach podziała na nią uspokajająco. 

Kupiła wełnę na sweter dla wnuczki i zaczęłyśmy pracować nad ściegami.

Nie dałam się oszukać. Wiem, że jej nie chodzi o naukę dziergania, ale o zbadanie mego 

stanu ducha. Martwi się o mnie. Przez te ostatnie tygodnie niewiele się udzielałam w klubie. 

background image

Wyjaśniłam   Liz   dlaczego   tak   jest   i ona   zrozumiała.   Bardzo   się   staram   pogodzić   z sytuacją. 
Jestem rozczarowana moimi dziećmi i sobą też.

background image

Tylko przyjaciele szczerze powiedzą ci to,

co powinieneś usłyszeć,

aby uczynić swoje życie... znośnym.

Francine du Plessix Gray

Rozdział 21

CZWARTKOWY KLUB ŚNIADANIOWY

Karen   przyjechała   wcześnie   do   Mocha   Moments   i zamówiła   to,   co   ostatnio   lubiła 

najbardziej:  latte  z karmelem – mieszankę mokki, która smakuje jak płynny batonik, a ma dwa 
razy więcej kalorii. Całe szczęście, że Karen nie musiała się martwić o figurę. Większość jej 
przyjaciółek miała obsesję na punkcie każdego kęsa. Ale nie Karen. Jadła to, co chciała i wtedy, 
kiedy chciała. Doszła do wniosku, że ma więcej szczęścia niż rozumu.

Zaniosła kawę do stolika i usiadła, chciała  jak najszybciej  porozmawiać  z przyjaciółkami 

o tym, co się dzieje z jej siostrą. Miała też wspaniałą wiadomość, którą bardzo chciała się ze 
wszystkimi  podzielić. Dostała  angaż w reklamie lakieru do włosów. Jednak to, co się działo 
z Wiktorią nie pozwalało w pełni cieszyć się tym sukcesem. Schlebiało jej to, że siostra, która 
zawsze wydawała się tak doskonała, w potrzebie zwracała się o pomoc właśnie do niej. Myślała 
jak jej pomóc.

Liz   weszła   do   kawiarni,   podeszła   do   lady,   aby   zamówić   śniadanie.   Prawie   zawsze 

przychodziła pierwsza. Tym razem Karen nie mogła doczekać się spotkania z przyjaciółkami 
i przyszła wcześniej.

To zabawne, iż co tydzień wszystkie cztery zamawiały to samo. Liz zwyczajną kawę  ole 

i francuskiego   rogalika.   Clare   prosiła   o espresso  i jęczmienny   placuszek   z dżemem   z czarnej 
porzeczki. Julia piła herbatę – teraz, kiedy była w ciąży, owocową – i jadła kruchą bułeczkę.

Gdyby   Karen   mogła   sobie   wybrać   matkę,   to   wybór   padłby   na   Liz.   Ta   kobieta   miała 

wszystko,   czego   brakowało   jej   mamie.   Karen   zdawała   sobie   sprawę,   że   była   dla   rodziców 
źródłem przykrego rozczarowania. Miała znacznie lepszy kontakt z ojcem, ale matka od lat nad 
nim dominowała. Z bólem musiała przyznać, że zawiodła rodziców. Jako dziecko zastanawiała 
się,   czy   w szpitalu   nie   pomylono   jej   z innym   niemowlęciem.   Być   może   była   córką   innych 
rodziców?

– Dzień dobry – powiedziała Liz i usiadła z gracją. – Ale z ciebie dzisiaj ranny ptaszek! – 

Miała na sobie jaskrawoczerwony kostium z dwurzędowym żakietem i prostą spódniczką. Buty 

background image

na wysokim obcasie, idealnie dobrane do stroju, wyglądały olśniewająco. Karen pomyślała, że 
już   niewiele   kobiet   nosi   pantofle   na   wysokim   obcasie.   Liz   była   wysoka   i nie   potrzebowała 
dodawać sobie centymetrów. Dzięki tym obcasom wyglądała jeszcze smukłej, bardziej władczo 
i emanowała kobiecością.

– Dzień dobry – odpowiedziała Karen.
Clare i Julia przyszły zaledwie kilka minut po Liz. Wkrótce wszystkie cztery siedziały przy 

stole, a każda miała przed sobą swoje ulubione śniadanie.

– Kiedy przyszłam, Karen już tu była – oświadczyła Liz.
– Chodzi o Wiktorię? – spytała Clare.
– Tak – potwierdziła Karen.
– Dziewczyny,  mam ochotę  ją udusić. Mąż traktuje ją jak worek pięściarski.  Wcześniej 

zabraniała mi dzwonić na policję, a teraz swoim zachowaniem daje mi do zrozumienia, że to był 
wielki błąd.

– Chce zamknąć za sobą ten rozdział, prawda? – spytała zadumana Liz.
– Tak, ale na tym  nie koniec. Zdecydowała się zadzwonić do mnie, a to znaczy,  że jest 

gotowa na wszystko.

– Roger uderzył ją nie po raz pierwszy, prawda? – rzuciła Clare.
Karen nie była tego pewna, ale wydawało jej się, że to, co zaszło pomiędzy tym draniem i jej 

siostrą to raczej nie wyjątek. Roger jest tyranem, który na żonie wyładowuje wściekłość. Karen 
przypomniała sobie zdarzenie sprzed sześciu lat. Incydent ten na zawsze utkwił jej w pamięci. 
Był to rodzinny obiad w Święto Dziękczynienia.

Wiktoria przyprowadziła Rogera, aby go przedstawić rodzinie, a matka przez cały czas mu 

nadskakiwała.   Spotkanie   okazało   się   katastrofą.   Catherine   zastawiła   stół   najlepszą   porcelaną 
i srebrnymi   sztućcami,   aby   wypaść   jak   najlepiej.   Paplała   w nieskończoność,   chciała   sprawić 
wrażenie, jakby ich rodzina należała do elity i chodziła do ekskluzywnych klubów i sklepów 
Beverly Hills.

Roger   nudził   się   i wypijał   jeden   kieliszek   wina   za   drugim.   Przy   każdej   okazji   docinał 

Wiktorii, aż rozpłakała się i uciekła od stołu.

W pierwszym odruchu Karen chciała pobiec za siostrą i poradzić jej, aby rzuciła tego drania. 

I co z tego, że pochodził z bogatej rodziny i pracował w renomowanej  kancelarii prawniczej? 
Przecież to nie tłumaczyło ani jego złych manier, ani zachowania poniżej krytyki. Zanim zdążyła 
zareagować, matka przeprosiła za niegrzeczne zachowanie córki.

Wtedy ku przerażeniu rodziców Karen ostentacyjnie wyszła z pokoju. Potem pokłóciła się 

z mamą i wybiegła, trzaskając drzwiami. Przysięgła sobie, że nigdy nie wróci do domu. Wróciła, 
ale jej i tak napięte stosunki z matką jeszcze się zaostrzyły.

Po tygodniu od niefortunnego Święta Dziękczynienia Wiktoria i Roger byli już zaręczeni. 

background image

Ślub stał się wielką galą. Matka dopięła wszystko na ostatni guzik. Od tamtej pory to Wiktoria 
była dla niej ukochaną córką. Nie miała jej za złe, że nie robi użytku z dyplomu college’u. Wręcz 
zachęcała ją, żeby siedziała w domu i spełniała obowiązki żony „księcia” Rogera.

– Roger na pewno już wcześniej ją bił – powiedziała Karen, choć nie miała na to żadnego 

dowodu. – Wiem, że od lat znęca się nad nią emocjonalnie.

– Nie udało ci się jej przekonać, aby zawiadomiła policję? – spytała Julia, kręcąc głową, jak 

gdyby   nie   potrafiła   zrozumieć,   jak   jakakolwiek   kobieta   mogła   pozwolić   mężowi   na   takie 
traktowanie.

– Próbowałam – westchnęła Karen. Zrobiła wszystko, co było w jej mocy. Ale sama nie 

zadzwoniła   na   policję.   W czasie   pierwszej   rozmowy   Wiktoria   wydawała   się   wystraszona 
i załamana.   Dopiero   w poniedziałek,   gdy   Roger   wyszedł   do   biura,   Wiktoria   zgodziła   się   na 
przyjście siostry.

Siniaki na jej policzku i ramionach doprowadzały Karen do wściekłości, ale nie okazywała 

tego. Rozmawiała z siostrą o zawiadomieniu policji, ale Wiktoria wahała się i nie chciała już 
wracać do tego tematu.

– Mówiła, że to wszystko jej wina, prawda? – spytała Clare.
Karen zastanawiała się, skąd przyjaciółka może wiedzieć takie rzeczy.
– Dokładnie tak powiedziała. Gdyby położyła  dziecko spać, zanim Roger wrócił z biura, 

wszystko byłoby dobrze! Uwierzyłybyście w coś takiego?

Obawiam się, że tak niedorzecznie myślą wszystkie maltretowane przez mężów kobiety.
– Nie rozumiem, dlaczego to przydarza się mojej siostrze. – Karen trudno było uwierzyć, że 

jej siostra pozwoliłaby mężowi na podobne traktowanie.

– To się zdarza w najlepszej rodzinie.
– Teraz jest jeszcze gorzej – jęknęła Karen.
– Gorzej? – powtórzyła Julia. – Znów ją bił?
Właściwie żałuję, że tego nie zrobił. Spadłyby wtedy mojej siostrze klapki z oczu.
Liz odgryzła koniuszek rogalika i wolno pokręciła głową.
– Kat przemienił się w księcia z bajki. Karen przeszyła wzrokiem starszą koleżankę.
– Skąd wiesz?
–   Często   w szpitalu   widywałam   takie   przypadki   –   odpowiedziała   Liz   z niewesołym 

uśmiechem.

– Jest mu  tak przykro  – Karen parodiowała  siostrę nienaturalnie  słodkim głosem.  – Jak 

zobaczył   siniaki,   rozchorował   się   z żalu   i błagał   o przebaczenie.   Był   bliski   płaczu   i wtedy 
Wiktoria go przyjęła. To się już nigdy nie zdarzy – relacjonowała Karen. – Przynajmniej tak 
twierdzi moja siostra.

– Aż do następnego razu – dodała Clare z sarkazmem.

background image

– Co mogę zrobić? – Do szału doprowadzało ją to, że nie umie sobie poradzić z frustracją 

i gniewem. Radość i ekscytacja z powodu otrzymania roli w reklamie zbladły wobec tego, czego 
dowiedziała   się   o swojej   siostrze.   Myślała   tylko   o Wiktorii.   To   przecież   jej   siostra   i chociaż 
różnie między nimi się układało, Karen nie potrafiła znieść myśli, że ktokolwiek źle traktuje 
Wiktorię.

– Nie możesz porozmawiać z rodzicami? – spytała Julia.
– Nie. Żałuję, ale... nie mogę. – Karen nawet zastanawiała się nad tym, ale w końcu doszła 

do wniosku, że to by tylko zaogniło ich problemy rodzinne. Wiktoria teraz jest w takim stanie 
psychicznym, że mogłaby zaprzeczyć wszystkiemu, a potem znienawidzić Karen. Tak samo by 
było, gdyby zawiadomiła policję. Roger by się wściekł i wyładowywałby gniew na Wiktorii.

– Poradź siostrze, żeby poszła do psychologa – podpowiedziała Liz.
– To nic nie da. Właściwie to Roger potrzebuje terapii.
–   Twojej   siostrze   też   by   to   nie   zaszkodziło   –   oświadczyła   bez   ogródek   Clare.   –   Skoro 

pozwala mężowi na to, by ją bił, a potem jeszcze go usprawiedliwia.

– Masz rację – z bólem przyznała Karen.
– Kiedy Michael mnie zostawił, pomogła mi szczera rozmowa z terapeutą – powiedziała 

Clare.

– A skoro już mowa o Michaelu, to jak on się czuje? – spytała Karen, chcąc jak najszybciej 

zmienić temat.

Przyjaciółki dały jej wiele do myślenia.

– Ma za sobą drugą kolejkę chemioterapii – powiedziała Clare. Zajęła się swoim ciastkiem, 

w kilka chwil zmieniając je w stos okruchów. – Nie widziałam go od kilku dni, ale dzwonię 
codziennie popołudniu do niego.

– Czy to cię boli? – spytała Julia i dodała: – bo mnie by to bolało.
Clare pokręciła głową, ale Karen nie wiedziała, czy to odpowiedź na pytanie Julii, czy po 

prostu nie było odpowiedzi. Być może Clare nie miała ochoty na zwierzenia.

– Zawsze myślałam, że jego cierpienie sprawi mi radość...
– A teraz trudno ci na to patrzeć. Clare pokiwała głową.
– Czy ta... jego dziewczyna jest z nim?
Clare wzruszyła ramionami i wzięła do ręki filiżankę z kawą.
– Skąd mam wiedzieć? Pewnie tak, bo on wciąż jest w tym domu.
Najwyraźniej   Michael   przeprowadził   się   do   tego   domu   z Mirandą   Armstrong   i Karen 

przypuszczała, że jeśli nadal mieszka pod tym samym adresem, to właśnie z nią.

– Jak Mick sobie z tym wszystkim radzi?
Westchnienie Clare powiedziało samo za siebie.

background image

– Niezbyt  dobrze. Nie rozmawia z ojcem. Gniewa się na Aleksa i jest wściekły na mnie. 

Powiedział, że jesteśmy najbardziej niezdrową rodziną, jaką zna i nie chce więcej mieć z nami do 
czynienia.

– Nie mówił tego poważnie – Karen spiesznie zapewniła przyjaciółkę. – Przez cały czas 

gadam takie rzeczy rodzicom. Och, oczywiście, że zawsze mówię serio, ale później tego żałuję.

– Kiedy ostatni raz rozmawiałaś z Mickiem? – spytała Liz.
– W niedzielę po południu.
– Daj mu tydzień – zasugerowała Julia.
– Dwa tygodnie – poprawiła Karen. – A potem sama do niego zadzwoń. Tak zawsze robi mój 

tata. Już nawet ułożył taką pojednawczą mówkę, którą wygłasza na zawołanie. Znam ją prawie 
na pamięć, ale kiedy zadzwoni, to tak się cieszę, że udaję, że przyjmuję jego radę. – To był 
element gry, którą zmuszona była prowadzić ze swoją rodziną. Tak naprawdę była wdzięczna za 
to, że tata wtrącał się do jej spraw.

– Mała mówka? – Clare się uśmiechnęła.
– Tak. Tata mówi, że nie może zrozumieć, dlaczego ja i matka nie potrafimy się ze sobą 

dogadać. Potem mi przypomina  o tym,  jak ważna jest rodzina. Na zakończenie wyznaje, jak 
kocha swoje dziewczynki. Zanim skończymy rozmawiać, czuję się lepiej i myślę, że mama też.

Prawdopodobnie rozmowy ojca odbywały się wtedy,  gdy matki  nie było  w domu.  W tej 

rodzinie mediatorem był Vernon Curtis.

– Jak leci? – spytała Julia, patrząc na Liz.
– Nie narzekam – odpowiedziała.
– Byłaś ostatnio u doktora Jamisona? – dopytywała Clare. Karen zauważyła, że Clare miała 

nadal w sobie coś z romantyczki.

– Nie. – Twarz Liz była ściągnięta. Zgasł półuśmiech.
– A jednak on był w szpitalu, prawda?
– Skąd mam to wiedzieć? – Utkwiła wzrok w przeciwległej ścianie, nie chcąc im patrzeć 

w oczy. – Wiedzieliśmy z Seanem, że bardzo się różnimy, i nie potrafimy się z tym pogodzić.

– Żałujesz tego?
Liz przez dłuższą chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią.
– Być może. Minęło sześć lat od śmierci Steve’a. Nauczyłam się żyć bez mężczyzny. Jeśli 

kiedykolwiek   zdecyduję   się   na   jakiś   związek,   to  z człowiekiem,   który   mnie   będzie   doceniał 
i szanował.

– Możliwe, że nie potrzebujesz mężczyzny – powiedziała Karen, pochylając się ku niej – ale 

to nie oznacza, że go nie pragniesz.

– Przez większość tych lat miałaś przy sobie dzieciaki – dodała Clare. – A teraz jesteś sama, 

naprawdę sama.

background image

– Ona ma rację – stwierdziła Julia. – Syn i córka mieszkają daleko i teraz wszystkie sprawy 

musisz załatwiać sama. Na tym polega różnica.

Karen doszła do wniosku, że Liz świetnie by grała w pokera. Miała nieprzeniknioną twarz.
– Może nadszedł czas, żebym zaczęła umawiać się na randki.
– Ty też powinnaś umówić się z kimś – dodała Julia, wpatrując się w Clare.
Clare wyglądała na tak zaszokowaną i przerażoną, że wszystkie wybuchnęły śmiechem.
– Żartujesz? – Clare pokręciła głową, jak gdyby ten pomysł był absurdalny.
– Nie, nie żartuję – upierała się Julia. – Powiem więcej, mam krewnego, którego chciałabym 

z tobą zapoznać.

Usta Clare poruszyły się bezdźwięcznie.
– Kogo? – wydukała w końcu.
– Mojego wujka Lesliego. Jest wspaniały, ma poczucie humoru. Zaprosiliśmy go na sobotnią 

kolację i ciebie też chciałabym tam widzieć.

– Mnie? – Clare przycisnęła dłoń do piersi. – A dlaczego nie Liz? Ona nie ma tak przykrych 

przeżyć jak ja.

– To spotkanie niezobowiązujące. Wujek przyjeżdża do miasta tylko na kilka tygodni. Też 

jest rozwiedziony.

– Sama nie wiem... – Clare pokręciła głową.
– Idziesz – oświadczyła Liz tonem nie znoszącym sprzeciwu.
– Dlaczego ja – wykręcała się Clare. – To powinnaś być ty.
– Zaprosiłam ciebie – upierała się Julia.
Karen   zauważyła,   że   kobiety   wymieniają   między   sobą   porozumiewawcze   spojrzenia. 

Potwierdziło to jej wcześniejsze przypuszczenia. Julia najpierw złożyła propozycję Liz, ale ta 
odmówiła i zaproponowała na swoje miejsce Clare.

– Przyjdziesz, prawda? – błagalnym tonem spytała Julia.
– Ja... – Clare zawahała się – Tak, myślę, że tak.
Liz wyglądała na usatysfakcjonowaną i wprost promieniała szczęściem.
Clare też.
– Jesteś pewna, że stać cię na to? – spytała Julię.
– Oczywiście, że tak.
– Ciąża przebiega bez zakłóceń?
Skinęła głową, ale Karen dostrzegła małe wahanie.
– Przez cały tydzień nie miałam mdłości.
– Czy dziecko już się porusza? – spytała Clare.
– Mała kopie przez cały czas.
– Dziewczynka?

background image

– Nie wiem, ale lubię sobie pomarzyć, że mam dziewczynkę.
– Mam dla niej imię – powiedziała Karen. – Powinnaś ją nazwać Thursday. 

[(ang.) Czwartek]

– Thursday?!
– Pewnie. Dlaczego nie? Mogłabyś ją nazwać na pamiątkę naszych spotkań.
–   Przepraszam   –   powiedziała   Julia   –   ale   jestem   zbyt   konserwatywna,   aby   nazwać   tak 

dziecko.

– To bezsensowna rozmowa – orzekła Liz – Karen w końcu powinna nam zdradzić swoją 

tajemnicę.

Wszystkie oczy zwróciły się na Karen. Mrugając, wpatrywała się w przyjaciółkę.
– No, powiedz nam wreszcie o ostatnim przesłuchaniu! Wzruszyła ramionami, jakby to nie 

było nic ważnego, a potem radośnie wyrzuciła w górę ręce.

– Dostałam rolę!

background image

Trudno jest znaleźć szczęście w swym sercu,

a niemożliwe jest odnaleźć je gdzie indziej.

Agnes Repplier

Rozdział 22

CLARE CRAIG

kwietnia

Nie mogę uwierzyć w to, że zgodziłam się na tę kolację. To szaleństwo. Prawie dwadzieścia 

sześć lat minęło od dnia, kiedy ostatni raz wyszłam gdzieś z innym mężczyzną niż Michael. 
Powinnam odmówić natychmiast, jak tylko Julia rzuciła ten pomysł. Nie mam pojęcia, dlaczego 
się zgodziłam. Tracę rozum?

Nie   mam   chęci   znów   się   z kimś   spotykać.   Ale   nie   mogę   zadzwonić   w ostatniej   chwili 

i wszystko  odwołać. No już dobrze, pójdę. Nie, że boję się zawieść Julię, ale nie chcę, aby 
przyjaciółki traktowały mnie jak histeryczkę.

Klamka zapadła. Idę.
Nie, nie mogę. Nie będę wiedziała, co mam mówić. Pogawędki o pogodzie nigdy nie były 

moją   mocną   stroną.   Chociaż...   ten   nieznajomy   uchodzi   za   trzeźwo   myślącego   biznesmena. 
Odwiedza Julię, by doradzać jej w sprawach finansowych. Dlaczego się boję? Przecież to do 
niczego nie zobowiązuje. Chodzi tylko o zjedzenie kolacji z wujkiem przyjaciółki. I co w tym 
strasznego?

Pamiętam pogaduszki z Marylin Coan na temat wakacji i powiedzenie, że powinnam znaleźć 

sobie   faceta   na   pochmurne   dni.   Wtedy   odruchowo   odrzuciłam   ten   pomysł.   Teraz   widzę,   że 
przeraża   mnie   myśl   o innym   niż   Michael   mężczyźnie   w moim   życiu.   Nie   zdawałam   sobie 
sprawy, jak bardzo brak mi pewności siebie.

Nie mogę uwierzyć, że profesjonalna bizneswoman wpadnie w panikę z powodu zwykłej 

kolacji z mężczyzną. Zżera mnie obawa przed otwarciem się na inną osobę. Nie chcę narażać się 
na ryzyko, a zwłaszcza na rozdzierający duszę ból.

Ostatnio   Liz   przypomniała   dziewczynom,   że   nie   potrzebuje   mężczyzny   w swoim   życiu. 

Zgadzam   się   z nią.   Ja   też   nie   potrzebuję.   Jestem   kompetentną   w swojej   pracy,   inteligentną 
kobietą. Przyznaję, że moje życie osobiste od kilku lat jest katastrofą, ale powoli wracam znad 
krawędzi obłędu, na jakiej znalazłam się po zdradzie Michaela. Przeszłam długą drogę. Teraz 
wchodzę na zupełnie nową ścieżkę.

background image

Dzisiejszego wieczoru pojawię się tam z odważnym uśmiechem i bez oczekiwań. Będzie to 

ode   mnie   wymagało   wytrzymałości   i determinacji,   ale   muszę   coś   udowodnić   sama   sobie. 
Zdrowieję. Wracam, silniejsza niż kiedykolwiek. Oczywiście, że od czasu do czasu zrobię kilka 
kroków do tyłu. Ostatnio zdałam sobie sprawę, że moja praca w Murphy Motors to był błąd. 
Żałuję tej decyzji. Jedynym powodem, dla którego przyjęłam tę posadę, była chęć odzyskania 
Michaela. Chciałam, żeby trząsł się i martwił o to, co robię, ale moja krucjata straciła sens, kiedy 
dowiedziałam się, że Michael ma inne, ważniejsze sprawy na głowie.

–   Clare   –   Julia   mocno   uścisnęła   rękę   przyjaciółki,   która   właśnie   weszła   do   domu.   – 

Wyglądasz cudownie!

Nic dziwnego, że wygląda cudownie. Tyle czasu i wysiłku poświęciła swojemu wyglądowi. 

Przygotowanie do balu maturalnego wymagało od niej mniej zachodu. A cały wysiłek po to, aby 
coś udowodnić sobie. Dzięki Bogu Alex wyszedł i nie będzie stroił fochów, ani robił wymówek 
o tę kolację. Wyszedł z domu rano i nie widziała go przez cały dzień. Nic w tym niezwykłego. 
Zostawiła mu karteczkę, zawiadamiając, że wieczorem wychodzi na spotkanie. Ha! Teraz może 
synowi odwdzięczyć się pięknym za nadobne, zwykle to on nie raczy jej informować, dokąd 
znika.

– Wejdź, poznaj mojego wujka Lesliego. – Julia wprowadziła ją do salonu, gdzie siedział 

Peter i rozmawiał z jakimś dystyngowanym starszym panem. Obaj trzymali kieliszki z winem. 
Zerknęli w stronę Clare.

Leslie i Peter wstali, kiedy weszła do rozległego pomieszczenia łączącego się z kuchnią.
– Clare, to jest mój wujek, Leslie Carter.
Mężczyzna zrobił krok w jej kierunku i wyciągnął rękę.
– Miło mi. – Spojrzała na Petera i dodała: – Cieszę się, że znów się widzimy.
– Ja też się cieszę. – Peter skierował się do kuchni, gdzie czekał pusty kieliszek. – Mogę ci 

nalać?

–   Proszę.   –   Clare   zauważyła,   że   stół   jest   zastawiony   na   cztery   osoby.   Julia   wcześniej 

wspomniała, że dzieci wieczorem nie będzie w domu.

Wszyscy razem usiedli w salonie na dwóch wygodnych sofach. Na stole przed Clare stało 

naczynie z sosem z karczochów i krakersy.

– Jest pan gościem w tych stronach? – powiedziała Clare, częstując się krakersem z dipem. 

Leslie Carter był postawnym mężczyzną o jasnych, błękitnych oczach. Pięknie opalony i prawie 
łysy.   Ubrany   był   na   luzie   w białą   koszulkę   polo,   świeżutkie   bawełniane   spodnie   i buty   na 
platformie. Domyślała się, że może mieć pod sześćdziesiątkę, może trochę więcej. Julia jej o tym 
nie powiedziała.

– Kilka lat temu przeszedłem na emeryturę – wyjaśnił Leslie. Usiadł wygodnie, kładąc nogę 

background image

na nogę.

– W dziedzinie  finansów jest czarodziejem. Ja z Peterem bardzo dużo korzystamy z jego 

porad w sprawach podatkowych.

Clare nieśmiało uśmiechnęła się, nie wiedząc co powiedzieć.
– Podróżuje po świecie własną żaglówką – dodał Peter z entuzjazmem.
– Jak do tej pory nie dotarłem dalej niż na Zachodnie Wybrzeże Stanów – wyjaśnił Leslie.
– Ale wybierasz się stąd na Hawaje, zgadza się?
– Takie mam plany.
– Sam? – spytała Clare.
– Nie. Mam paru przyjaciół, na których mogę liczyć.
– Musi pan kochać żeglowanie. – Clare głośno myślała.
– Kocham, ale to moja całkiem nowa pasja.
– Wujek Leslie kupił własną żaglówkę dopiero trzy lata temu – wyjaśniła Julia.
– Zawsze myślałem o tym, żeby to zrobić, ale odkładałem to na później. W końcu uznałem, 

że nadszedł czas – Leslie sięgnął po krakersa. – A jak tylko zacząłem żeglować, nie mogłem 
sobie darować, że zrobiłem to tak późno.

– Niedawno pan przeszedł na emeryturę?
–   Tak.   Przez   wiele   lat   byłem   konsultantem   do  spraw   zarządzania.   Julia   wstała   i ruszyła 

w stronę kuchni.

– Czy mogę w czymś pomóc? – spytała Clare.
– Absolutnie nie – zapewniła ją Julia. – Rozgość się, a ja tymczasem dokończę robić sałatkę.
– To ja ci pomogę – oświadczył Peter, jakby na zawołanie.
Goście   zostali   sami.   Clare   nerwowo   obracała   w palcach   kieliszek   z winem.   Rozważała 

wszystkie możliwe sposoby zagajenia rozmowy.

– Słyszałem, że niedawno rozwiodłaś się – zaczął Leslie.
– Szczerze mówiąc, minęło już trochę czasu. Chyba już rok. – Też się rozwiodłeś?
Skinął głową.
– Pięć lat temu. Trudno było się z tym pogodzić. Myślałem, że się zestarzeję u boku Barbary, 

ale... wygląda, że nasze drogi na zawsze się rozeszły. Zapragnęła nowego życia, w którym nie 
było miejsca dla mnie.

– Podobnie jak mój były – powiedziała Clare, wybuchając gorzkim śmiechem. – Ale Michael 

znalazł młodszą kobietę, która uczyniła to nowe życie nieco bardziej ekscytującym – dodała. – 
Po co ślęczeć nad jabłecznikiem, który już się przejadł, jak można przerzucić się na sernik?

– Nowy przyjaciel Barbary ma na imię Troy. Mieszkają razem.
– A dzieci?
Pokręcił głową.

background image

– Nie mieliśmy dzieci. Powinienem być za to wdzięczny, ale nie jestem. Jeszcze długo po 

rozwodzie czułem cholerną pustkę w swoim życiu? A ty?

– Dwóch synów. Mick ma prawie dwadzieścia lat, a Alex siedemnaście. Nie wiem, co bym 

bez nich zrobiła.

Leslie pokiwał głową. Clare przeczuwała, że rozwód na zawsze zostawił bliznę w jego sercu. 

Z nią było tak samo. W jego oczach dojrzała lustrzane odbicie własnego cierpienia. Podobnie jak 
ona był podróżnikiem, który przeszedł przez ogień i dotarł na drugą stronę.

– Sałatka jest gotowa – powiedziała Julia, stając przy stole.
– Moja siostrzenica to doskonała kucharka – powiedział Leslie, wstając.
Po raz pierwszy Clare miała okazję spróbować specjałów przygotowanych przez Julię. Już 

dip   z karczochów   był   wyśmienity.   A teraz   czekała   ją   wyjątkowa   uczta.   Sałatka   wyglądała 
wspaniale – mieszanka zielonych warzyw uświetniona plasterkami świeżych gruszek i suszonymi 
żurawinami,   niebieskim   serem   o chropawej   konsystencji,   okraszona   orzechami   włoskimi 
prażonymi z miodem. Całość była przybrana malinami.

– Julia, przeszłaś samą siebie! – powiedział Leslie po pierwszym kęsie.
– To jest wspaniałe – zgodziła się Clare.
Julia promieniała.
– Dzięki. Jak chcesz, to na spotkanie w przyszłym tygodniu mogę przynieść przepis.
–   Jasne,   że   chcę   –   zapewniła   ją   Clare.   Wątpiła   jednak   czy   kiedyś   będzie   miała   szansę 

skorzystać z przepisu. Alex i Mick lubili mięso i ziemniaki, podobnie jak kiedyś ich ojciec.

Zjedli   sałatkę   i Julia   podała   pieczonego   łososia   z ziemniakami   w mundurkach   –   pięknie 

podane   i przepyszne.   Clare   zawsze   podejrzewała   swoją   przyjaciółkę   o talenty   kulinarne,   ale 
nigdy nie sądziła, że może być aż tak w tym dobra. Na deser był tort cytrynowy.

Popijając kawę, gawędzili o zbliżającej się podróży Lesliego na Hawaje. Julia przyniosła 

dzierganą   robótkę   i po   raz   pierwszy   tego   wieczoru   Clare   zauważyła   małą   wypukłość   pod 
sukienką  koleżanki.   Wiedziała,   że  ciąża   była  dla   Julii   i Petera   szokiem.  Nawet   teraz   rzadko 
mówiła na temat tego dziecka – tylko wtedy, kiedy ktoś ją o to zapytał.

Clare była ciekawa, czy Julia wspomniała Lesliemu o ciąży. Ale zapewne poinformował go 

o tym Peter.

Mąż   Julii   podobał   się   Clare,   zwłaszcza   jego   przyjacielski   sposób   bycia   i przystępność. 

Kochał swoją żonę, rodzinę, był dobrym mężem i ojcem.

O pół do dziesiątej Clare wstała, aby się pożegnać.
– Ja też powinienem się zbierać – oświadczył Leslie.
– To był wspaniały wieczór – Clare zapewniła Julię i Petera. Pomimo lęków, wszystkich 

niepokojów naprawdę czuła się dobrze.

Leslie odprowadził Clare do samochodu. Noc była przepiękna: ciepła, na niebie świeciły 

background image

gwiazdy, a powietrze przepajał zapach kwitnących cytryn.

– Dziękuję, Clare – powiedział, otwierając drzwi najnowszego modelu chevy tahoe.
Clare wiedziała, co Leslie chce przez to powiedzieć.
– Dziękuję ci.
Uśmiechnął się szeroko. Chciała nie tylko dać mu do zrozumienia, że wieczór był udany, ale 

także pomóc uwierzyć w dobrych ludzi na tym świecie. Spotkali się w domu szczęśliwej pary 
małżeńskiej. Każde z nich przyniosło do Julii i Petera ciężar straconych marzeń, zranioną duszę. 
Ten wieczór dał im nadzieję na przyszłość.

– Wspaniałych przygód – powiedziała, kiedy wsiadła do samochodu.
– Wzajemnie, Clare. – Leslie zamknął jej drzwi i podszedł do własnego auta.
Clare   pojechała   do   domu.   Dawno   nie   było   jej   tak   dobrze.   Z nadzieją   myślała   o życiu 

i przyszłości. Zaparkowała przy garażu. Kiedy wysiadała z samochodu raptownie otworzyły się 
drzwi domu. W progu stał Alex.

– Gdzie byłaś? – zapytał syn.
– Na kolacji – odpowiedziała spokojnie. Niepokój syna sprawił jej satysfakcję. Może od tej 

pory Alex zapamięta, jak to smakuje i będzie informował ją, dokąd idzie.

– Miałaś randkę? – spytał, jak gdyby jej nie dowierzał. W jego głosie słychać było złość.
– Hej, nie bądź niemądry! Przecież chyba po rozwodzie nie dostałam zawału i nie umarłam? 

Nadal mam ochotę na to i owo – zażartowała.

Alex wszedł za nią do domu.
– Z kim dziś jadłaś kolację?
– Z kim? – powtórzyła. Poczuła się urażona tym, że syn nie widzi w niej kobiety. – Czy moje 

pójście na randkę jest aż tak wielkim wydarzeniem?

– Tak.
Zauważyła, że Alex nie ma zamiaru ukrywać swojego niezadowolenia.
– Gdzie byłaś?
– W domu Julii i Petera Murchisonów.
– To ta z klubu śniadaniowego?
– Zgadza się – mruknęła pod nosem. Przeszła do sypialni i zdjęła kolczyki. Alex poszedł za 

nią i ciężko opadł na brzeg wielkiego materaca.

– Dobrze się bawiłaś? – spytał.
– Cudownie. Poznałam wujka Julii. – Opowiedziała synowi o planowanej przez Lesliego 

wyprawie na Hawaje.

– To świetnie. – Na Aleksie nie zrobiło to wrażenia.
– Czy coś się stało? – Widziała, że syna coś gryzie. Rzadko zdarzało się, aby Alex chodził za 

nią z pokoju do pokoju, albo wiercił jej dziurę w brzuchu o to, gdzie była.

background image

– Dzwonił tata – powiedział, jakby od niechcenia.
– I? – O czymś nie chciał jej powiedzieć. Poczuła niepokój. Może stało się coś złego. Kiedy 

chodziło o Michaela, nie wiedziała, czego się spodziewać.

– Chciał z tobą rozmawiać.
– Ze mną? – No właśnie, zaczyna się!
– Tata... tata... – Alex nie był w stanie powiedzieć nic więcej. Przygryzł dolną wargę.
Clare odwróciła się, żeby patrzeć synowi w oczy.
– Co się stało?
– Tata nie chciał mnie o to prosić. Do licha, mamo, powinnaś tu być! Tata cię potrzebował. – 

Alex wstał, zacisnął pięści i wziął się pod boki.

– Dlaczego twój ojciec mnie potrzebował? – spytała spokojnie, ignorując oskarżenie w głosie 

syna.

– Potrzebował kogoś, kto by go zabrał do szpitala... Nie chciał prosić mnie.
– Odwiozłeś go?
– Nie... Mamo, kiedy do niego pojechałem czuł się tak źle, że nie wiedziałem co robić. 

Zadzwoniłem na pogotowie. Myślałem, że już umiera. – Aleksowi głos się łamał. – Powinnaś tu 
być, i pomóc tacie, mamo. On cię potrzebował.

background image

Nigdy nie jest za późno na to,

aby stać się tym kimś,

kim kiedyś chciało się być.

George Eliott

Rozdział 23

LIZ KENYON

– Jest tu Sharon Kelso – oznajmiła przez intercom sekretarka Liz. – Chce się z panią spotkać. 

Mówi, że to ważne.

Liz   zerknęła   na   zegarek.   Jej   popołudniowy   grafik   był   napięty,   wypełniony,   ale   o tym 

sekretarka wiedziała lepiej niż ona. Jeśli przewodnicząca związku zawodowego pielęgniarek chce 
niezapowiedzianego spotkania, to zapewne coś się święci. Najprawdopodobniej kłopoty.

– Zaproś ją – powiedziała Liz. Poczuła, że coś ją ściska w dołku. Chociaż udało się uniknąć 

strajku, to relacje pomiędzy szpitalem a personelem nadal były napięte.

Sharon  Kelso  była   potężną   kobietą,  profesjonalistką   –  jak  siebie  określała.  Liz  ją  lubiła 

i szanowała. Uważała ją za osobę bezstronną, ale w negocjacjach nieugiętą.

Wstała, kiedy Sharon pewnym krokiem weszła do jej biura.
– Liz. – Kobieta sztywno, oficjalnie skłoniła głowę na powitanie.
– Witaj Sharon, w czym mogę ci pomóc? – Nie było potrzeby tracić czasu na czcze gadanie. 

Obydwie kobiety miały swoją pracę.

– Muszę zabrać ci parę chwil.
– Słucham – powiedziała Liz, wskazując krzesło. Poczekała, aż Sharon usiądzie i dopiero 

wtedy sama zajęła miejsce za biurkiem.

Sharon usiłowała zebrać myśli.
– Nie będę ci opowiadać bajek dla grzecznych dzieci – oświadczyła. Zaciśnięte usta wyraźnie 

świadczyły o zdenerwowaniu. – Ktoś z mojego personelu ma problem z pewnym dochodzącym 
lekarzem.

W takich przypadkach obowiązuje określona procedura i Sharon wiedziała to równie dobrze 

jak Liz.

– Chcesz złożyć oficjalną skargę? – spytała Liz.
– Rozważamy taką opcję – odpowiedziała Sharon. Siedziała sztywno wyprostowana.
– Czy możesz mi powiedzieć, o co chodzi?
– Chodzi o zachowanie doktora Seana Jamisona.

background image

Liz powinna się domyślić, że idzie o Seana. Ledwie powstrzymała głośny jęk.
– W tę sprawę wmieszany jest członek personelu, więc wolałabym załatwić ją po cichu – 

powiedziała Sharon i wydawało się, że starannie waży słowa. – Jak tylko dowiesz się, co się 
stało,   zrozumiesz   nasze   skrupuły.   Uważamy,   że   nie   ma   sensu   robić   afery.   Zachodzą   pewne 
okoliczności łagodzące.

Prawie zawsze zachodzą, pomyślała Liz.
– Zanim podejmę dalsze kroki, chcę, żebyś wiedziała, że moja pracownica przyjmuje pełną 

odpowiedzialność za swój udział w tym zdarzeniu. Doktor Jamison nie czuje się winny. Jednak ja 
uważam jego zachowanie za szkodliwe.

– Powiedz mi, co się stało – zaproponowała Liz.
–   Pewna   osoba   z mojego   personelu   zrobiła   niewielką   literówkę   na   jednej   z kart 

gorączkowych.

Liz wiedziała, że nie istnieje coś takiego jak mały błąd, ale pominęła tę kwestię.
– Prawie natychmiast został skorygowany, ale kiedy doktor Jamison dowiedział się o tym, 

zrobił awanturę. Od tego czasu nie dopuszczał do swoich pacjentów mojej podwładnej. A wiesz 
przecież, że to jest niemożliwe.

Liz, zamiast potwierdzić to słowami, skinęła tylko głową.
– Był wściekły i opryskliwy. Nikt nie jest doskonały. A wszyscy się staramy, aby było jak 

najlepiej. Ta dziewczyna nie zasłużyła na takie traktowanie. Nie mogę pozwolić, aby podobne 
nieprofesjonalne zachowanie pozostało bezkarne.

– Zgadzam się. – Liz rozumiała dylemat  Sharon. Dobrze znała Seana i podejrzewała, że 

rzeczywiście mógł zrobić awanturę. Ale dlaczego usłyszała o tym dopiero teraz? Liz jednak nie 
obwiniała  Seana za ten wybuch  gniewu. W innych  okolicznościach  Sharon nie wahałaby się 
i złożyłaby oficjalną skargę. To zrozumiałe, dlaczego tego nie zrobiła. Jej pielęgniarka popełniła 
błąd i Sharon wolała uniknąć dokumentacji potwierdzającej omyłkę.

– Porozmawiasz z doktorem Jamisonem? – spytała Sharon tonem nie znoszącym sprzeciwu.
– Porozmawiam – obiecała Liz, choć była to ostatnia rzecz, na jaką miała ochotę. Do tej pory 

unikali się wzajemnie. On trzymał się z dala od jej życia, a ona unikała wszelkich kontaktów 
z nim. To było trudne. Ale teraz zaszły okoliczności, które zmuszają ją do spotkania.

–   Dziękuję   –   powiedziała   Sharon   i wstała.   –   Jesteśmy   zadowoleni   z naszego   nowego 

kontraktu   i nie   chcemy,   aby   cokolwiek   stanęło   na   przeszkodzie   długotrwałej   i zdrowej 
współpracy zawodowej.

– Nic dodać, nic ująć – odrzekła Liz, choć poczuła ukłucie w żołądku.
Sharon wyszła prawie natychmiast, a Liz zastanawiała się, jak by tu najlepiej wybrnąć z tej 

delikatnej sytuacji. Jej związek z nim – to nic, że krótkotrwały – był błędem.

background image

Podeszła do biurka i włączyła intercom.
– Cherie – powiedziała – zostaw wiadomość dla doktora Jamisona, żeby zajrzał do mojego 

biura, jak tylko znajdzie chwilkę czasu, dobrze?

– Oczywiście – odparła Cherie z niekłamaną radością w głosie. – Natychmiast.
Sean nie kazał jej długo czekać. Pojawił się w drzwiach jej gabinetu jeszcze tego samego 

wieczoru. Cherie dawno poszła do domu i Liz była sama. To w stylu Seana.

–  Chciałaś  ze  mną  porozmawiać?  –  Pewnym  krokiem  wszedł   do jej   biura  z zuchwałym 

uśmiechem  na twarzy.  Jakby chciał  powiedzieć,  iż jest zaskoczony faktem,  że Liz wymyśla 
podobne gierki.

–   To   jest   sprawa   zawodowa   –   powiedziała   mu   Liz.   Chciała,   aby   zrozumiał,   że   chodzi 

o interesy, a nie o sprawy osobiste. – Usiądź.

Usiadł naprzeciwko niej. Zdumiony.
– To ma coś wspólnego z niemowlęciem Tuckerów, zgadza się?
– Nie podano mi wszystkich szczegółów.
–  Czy  złożyli   już  oficjalną  skargę?   Bo oświadczam   ci,  że  ta  kobieta   na to  zasługiwała. 

Istnieje jedna rzecz, której absolutnie nie toleruję, a jest to...

Liz podniosła w górę rękę w powstrzymującym geście.
– Nie złożono skargi.
Nie okazał skruchy.

– Ta kobieta zasługiwała na karę. Jej niedbalstwo mogło kosztować dziecko Tuckerów życie. 

W tym szpitalu istnieje wiele rzeczy, które skłonny jestem tolerować, ale nie należy do nich 
niedbałe prowadzenie kart pacjentów.

– Nikt nie kwestionuje tego, że miałeś rację.
– Naturalnie,  bo miałem  rację. Wierz mi,  gdyby  tylko  Sharon Kelso miała  jakiekolwiek 

realne podstawy, aby złożyć na mnie skargę, to zrobiłaby to tak szybko, że nawet bym się nie 
obejrzał.

To prawda. Przewodnicząca związku zawodowego pielęgniarek nie traciłaby cennego czasu 

na spotkanie z Liz, gdyby mogła to załatwić inaczej. Nigdy łatwo nie dawała za wygraną. Ale Liz 
wolała z nią nie zadzierać.

– Czego chciała? – spytał Sean. – Przeprosin? – Parsknął, jak gdyby chciał powiedzieć, że 

długo będzie musiała na nie czekać.

– Mówiąc szczerze, nie. Jest gotowa ponieść odpowiedzialność za pomyłkę.
– To dobrze, bo będzie musiała to zrobić.
– Tak myślę – dyplomatycznie powiedziała Liz. – To, że Sharon przyszła z tym do mnie, 

było wyrazem jej dobrej woli.

background image

– Jak cholera! Chce ze mnie zrobić chama, który bez powodu się czepia. Wiesz o tym równie 

dobrze jak ja. Kiedy chodzi o dzieciaki, to zachowuję się jak zraniony niedźwiedź.

– Nikt nie kwestionuje twoich umiejętności.
– Tylko moje zachowanie przy pacjentach?
– Nie. Powiedziałabym, że to taktyka, jaką stosujesz wobec pielęgniarek stwarza problemy.
Powoli jego skrzywiona mina zamieniła się w szeroki uśmiech.
– Przyznaję, że cholernie się wściekłem.
Potarł dłonią kark i ciężko westchnął.
– Prawdopodobnie zbeształem ją trochę za ostro – w końcu przyznał, jak gdyby jemu też 

zależało na tym, by zamknąć tę sprawę. – Bałem się, że stracę chłopczyka Tuckerów. Nie spałem 
przez prawie trzydzieści godzin. Rano porozmawiam z nią. Załatwię to sam.

– Trzydzieści godzin bez snu? To nie jest dobre dla twoich pacjentów. – Choć go teraz 

karciła, sama to robiła wiele lat temu, kiedy życie jej dziecka wisiało na włosku. Liz bała się 
zostawić   Catherine   nawet   na   minutę,   aby   w czasie   jej   nieobecności   nie   nastąpiła   katastrofa. 
Personel szpitala dobrze traktował ją i Steve’a, jednak żaden lekarz ich nie wspierał. Nikt nie 
potrafił jej pocieszyć, kiedy jej słodka córeczka zmarła. Rodzina Tuckerów jest pewnie Seanowi 
bardzo wdzięczna. Liz nie mogła źle myśleć o lekarzu tak oddanemu pacjentom.

Sean spojrzał na nią z ukosa.
– Nie ucz mnie, jak mam wykonywać swoją pracę, a ja będę się trzymać z dala od twojej.
Nie rozzłościło jej to.
– Powinieneś znaleźć coś, co by ci pomogło rozładować stres.
– Wiem, ale ty nie zechcesz mi w tym pomóc. Tydzień w łóżku z tobą wyleczyłby mnie ze 

wszystkich dolegliwości. Tobie pewnie też by to nie zaszkodziło.

Liz otworzyła usta, nie dowierzając własnym uszom. Nie wiedziała, czy powinna uznać to za 

afront i pogniewać się na niego.

– Nie życzę sobie tego rodzaju uwag.
– Wiem o tym. Dlatego ci to powiedziałem.
Wpatrywała   się   w niego.   Zauważyła,   że   jest   rozluźniony   i się   uśmiecha.   Wystarczyło 

dziesięć minut, żeby to ona poczuła się zmuszona do obrony.

– A w jaki sposób ty rozładowujesz stres związany z pracą? – spytał i zabrzmiało to tak, jak 

gdyby naprawdę był zainteresowany.

– Robię... robię różne rzeczy. – Liz nie była kobietą, którą łatwo zbić z tropu, ale jemu się to 

udawało.

– Na przykład?
– Ostatnio zaczęłam robić na drutach odpowiedziała, choć przez cały tydzień nie znalazła 

czasu na swoje nowe hobby.

background image

– Na drutach? – Zmierzył ją sceptycznym spojrzeniem.
– Jedna z kobiet z mojego klubu śniadaniowego ma sklep z pasmanterią.
Uśmiechnął się od ucha do ucha.
– Ach tak, ten twój klub śniadaniowy!  Powiedz mi, czy te spotkania są tylko okazją do 

pogderania na męski ród?

Tylko Seana stać na coś takiego.
– Och, bynajmniej. Problem z wami, mężczyznami, polega na tym, że dla was każde kobiece 

spotkanie jest sabatem czarownic, na którym dobieramy się do was.

– nie jest?
– Nie – powiedziała z naciskiem.
– W porządku powiedział. Jeszcze raz spoważniał. – Zgadzam się z tobą, powinienem się 

odprężyć, ale nie wiem, czy robienie na drutach to jest właśnie to, czego mi potrzeba.

– Nie mów „nie” dopóki nie spróbujesz! – zażartowała.
Powoli pokiwał głową.

W   porządku,   przemyślę   to.   Chciałabyś   mnie   nauczyć?   To   było   coś   więcej   niż   zwykłe 

pytanie. Ostatnim razem, kiedy ze sobą rozmawiali, Sean dał jej do zrozumienia, że jeśli chce, by 
ich znajomość przekształciła się w coś więcej, musi przyjść do niego. Jego podejście do życia 
i taktyka jaskiniowca tak bardzo ją drażniły, że przyrzekła sobie już nigdy z nim się nie spotkać. 
Jednak   wiele   razy   myślała   o nim.   Tygodniami   opędzała   się   od   natrętnych   myśli   o Seanie 
Jamisonie.

– To proste pytanie – droczył się. Dobrze wiedział, że tak nie jest.
– Tylko ty, ja i kłębek włóczki? – spytała, odkładając odpowiedź na później. Zastanawiała 

się, czym ryzykuje.

– Według mnie to brzmi idiotycznie, ale jeśli ty w to wchodzisz, to ja też.
Liz jęknęła.
Wiedział, że nienawidzi podtekstów seksualnych, uniósł więc obie ręce w górę.
– Żartowałem. Skrzyżowała ręce pod piersiami.
– Mówisz poważnie?
Z jego oczu zniknął kpiarski ognik. Spoważniał i skinął głową.
Obiecuję, że zabiorę  się do tego poważnie. Oboje wiedzieli,  że mowa  nie  o robieniu na 

drutach.

– I co ty na to, Liz? Wciąż patrzył jej w oczy.
W pierwszym odruchu chciała mu powiedzieć, żeby się wypchał. Ale pokusa była zbyt silna. 

Mieli nieudany start. Jej zależało na czymś zupełnie innym niż jemu. Możliwe, że nie uda się im 
sprowadzić do wspólnego mianownika swoich oczekiwań, ale jeśli on skłonny jest dać jej jeszcze 

background image

jedną szansę, to ona jemu również.

background image

Nie musisz umieć śpiewać.

Najważniejsze, że bardzo chcesz to robić.

Coleman Cox

Rozdział 24

KAREN CURTIS

19 kwietnia

Dziś, jak co czwartek, spotkałyśmy  się na śniadaniu.  Było mnóstwo ploteczek i dobrych 

nowin. Julia z mężem kupili kołyskę dla dziecka i ustawili ją w sypialni. Clare dostała dowcipną 
pocztówkę od wujka Julii, Lesliego, i wszystkim ją pokazywała. Była nią podekscytowana i było 
to dla niej rozczulające.  Mężatka  z długoletnim  stażem i nagle  rumieni  się na widok głupiej 
kartki. Widocznie kolacja się udała, choć ani Julia, ani Clare nie mówiły o tym zbyt wiele.

Tą,   która   zaskoczyła   nas   wszystkie,   była   Liz.   Oświadczyła   obojętnym   tonem,   że   znów 

spotyka   się   z doktorem   Jamisonem.   Kiedy   to   powiedziała,   zapadła   cisza   jak   makiem   zasiał. 
Wszystkie   zamilkłyśmy.   Żadna   z nas   go   nie   lubi   i wszystkie   zastanawiałyśmy   się,   co   taka 
rozsądna bizneswoman widzi w mężczyźnie, który traktuje wszystkie kobiety jak przedmioty. 
A może ten człowiek stwarza tylko takie pozory, a tak naprawdę jest inny.

Miałam wiadomość od Wiktorii. Wysłała mi taką uroczą, sentymentalną kartkę, pisząc, jak to 

dobrze mieć siostrę. Gdyby naprawdę tak czuła, to by mnie posłuchała. Hej, rozumiem dlaczego 
nie potrafi odejść od tego drania, ale on nie przestanie się nad nią znęcać, dopóki ona się nie 
zmieni. Wiktoria mówi, że Roger ją kocha i naprawdę jest mu przykro. Jestem pewna, że tak jest 
i będzie   –   aż   do   następnego   razu   kiedy   ją   uderzy.   Dobija   mnie   myśl   o mojej   siostrze   i jej 
małżeństwie. Podobnie jak moje życie osobiste.

Od tak dawna z nikim się nie umawiałam, że zaczynam wątpić, czy to się kiedykolwiek 

zdarzy. To prawda, miałam dużo zajęć, ale nie widzę też, żeby ktoś do mnie biegł i wyczekiwał 
pod drzwiami na jeden gest z mojej strony. Może tylko Glen Trnavski, ale ostatnio nie odezwał 
się.   Brałam   teraz   zastępstwa   w innych   szkołach   i nie   miałam   szansy   natknąć   się   na   niego. 
Zabawne, że wiążę z nim jakiekolwiek nadzieje, bo przecież mieliśmy tylko jedną randkę. On 
jest   z tych   facetów,   którzy   noszą   przy   pasku   spodni   suwak   logarytmiczny   Nudziarz,   ale 
sympatyczny i naprawdę bardzo słodki. Ale nie zadzwonił do mnie, tak jak Jeff, który działa mi 
na   nerwy,   więc   może   lepiej,   że   nie   mamy   żadnego   kontaktu.   Możliwe,   że   Glen   jest 
niepoprawnym nudziarzem, ale przynajmniej ma jednak jakiś cel w życiu.

background image

W zeszłą sobotę wieczorem pokazywali ostatni odcinek  My name is Alice.  Grałam w nim 

małą rólkę, którą nagrywałam w weekendy, więc nawet gdyby ktoś zaprosił mnie na randkę, to 
nie miałabym na to czasu.

Jest   też   powód   do   optymizmu   –   w przyszłym   tygodniu   na   zachodnim   wybrzeżu   po   raz 

pierwszy   pokażą   reklamę   lakieru   do   włosów.   Filmowali   ją   w nieskończoność.   Polubiłam 
reżysera, ale ta dziesięciosekundowa scenka to żadne tam Przeminęło z wiatrem. Niestety, widać 
na niej tylko tył  mojej głowy. Kamera skupia się na włosach przerzucanych w jedną i drugą 
stronę.   Dzięki   lakierowi   Beauty   Hołd   nie   zmienia   się   nawet   najmniejszy   loczek   w mojej 
doskonałej   fryzurze.   Miałam   skakać   na   meczu   tenisa,   ale   tak   naprawdę   podskakiwałam 
w miejscu na trampolinie do ćwiczeń. Mama tylko cieszy się, że nikt nie będzie wiedział, że to 
jestem ja. Któż inny, jak nie moja matka potrafiłby tak zlekceważyć moje pięć minut sławy.

Czynsz   zapłaciłam   i właśnie   dostałam   czek   z kuratorium.   Czuję   się   bogata.   Dobrze   się 

składa, bo przecież świętuję swoją pierwszą reklamę o krajowym zasięgu. Wydaje się, że minęły 
wieki od czasu, kiedy ostatni raz byłam w kinie. Niestety coraz trudniej jest znaleźć kogoś bez 
pary, z kim udało by się gdzieś wyjść. Nigdy nie sądziłam, że będę miała tego rodzaju problem, 
jednak wszyscy są żonaci, albo mają już kogoś na stałe.

Mogłabym pójść do kina z Liz, ale ona tak późno wraca z pracy, a wieczory pewnie będzie 

spędzać z tym lekarzem. Może Clare byłaby zainteresowana. Jest dowcipna i coraz bardziej ją 
lubię.

– Chcesz, żebym po ciebie przyjechała? – spytała Karen. Coś ją tknęło, żeby zadzwonić do 

Clare Craig. Clare od razu się zgodziła, i sprawiła jej tym wielką radość. Chyba była zaskoczona, 
że Karen ma wolny piątkowy wieczór i pomyślała właśnie o niej.

Przez kilka minut zastanawiały się, jaki film wybrać i w końcu zdecydowały się na komedię.
– Jasne, przyjedź do mnie – powiedziała Clare. – Przy okazji poznasz mojego syna.
– Alex będzie w domu?
– Niedługo. Co tydzień wpada i wypada. Powiedziałam mu, że muszę zbudować taką budkę, 

jak w barze dla zmotoryzowanych, abym tylko wychylała się i dawała mu pieniądze i jedzenie, 
kiedy będzie przejeżdżał obok – zażartowała Clare.

Karen roześmiała  się. Żałowała,  że jej  mama  nie ma  choćby odrobiny poczucia humoru 

przyjaciółek. Być może lepiej by się dogadywały, gdyby znalazły wspólny temat do żartów.

Umówiły się i skończyły rozmowę.
Jak można było przewidzieć, w piątkowy poranek zadzwonił telefon. Zaoferowano Karen 

zastępstwo w Manchaster High School. Wahała się niezbyt długo. Pieniądze były zbyt kuszące, 
aby je zlekceważyć, a poza tym w tej właśnie szkole uczył nieuchwytny Glen.

Karen lubiła uczyć w szkole średniej, pewnie dlatego, że sama niedawno była nastolatką. 

background image

Miała   dwie   godziny   lekcyjne,   a potem   godzinną   przerwę   przed   dwiema   popołudniowymi 
lekcjami. Nie chciała, żeby wiedział, że go szuka, więc zjadła obiad w pokoju nauczycielskim 
z nadzieją, że tam – niby przypadkiem – natknie się na Glena.

Spytała o niego kilku nauczycieli, był lubiany przez współpracowników, którzy wychwalali 

go pod niebiosa. Ona też by go lubiła, gdyby postarał sieją odszukać. Pod koniec dnia pracy, po 
lekcjach, Karen zdecydowała przespacerować się korytarzami, mając nadzieję, że go odnajdzie. 
Spotkała go w pracowni chemicznej, otoczonego wianuszkiem uczniów, którzy tłoczyli się przy 
nim niczym wokół gwiazdy rocka.

Karen stała w drzwiach. Nie chciała im przerywać.
– Pan Trnavski? – spytała i odchrząknęła.
Glen podniósł wzrok i dwa razy mrugnął. Widać było, że bardzo się ucieszył na jej widok.
– Cześć.
–   Cześć   –   odpowiedziała.   Przywitali   się   jak   uczniowie.   –   Miałam   tu   zastępstwo 

i pomyślałam, że zajrzę do ciebie, aby cię pozdrowić. – Wyciągnęła prawą dłoń. – Witaj.

– Właśnie kończyłem – powiedział, zamykając książkę. Głuchy odgłos ciężkiej księgi rozległ 

się echem po sali.

Uczniowie wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia, jakby zaskoczyło ich to, że 

ich chemik miał jakieś życie poza szkołą.

– Ale...
– Zrobimy jeszcze powtórkę w poniedziałek – powiedział, zwalniając ich.
– Ale praca klasowa...
– Została przełożona na wtorek.
Po   ich   reakcji   można   było   się   domyślić,   że   dodatkowy   czas   na   przygotowanie   się   był 

nieoczekiwanym podarunkiem. Szóstka uczniów wyszła z klasy, poklepując się po plecach, jak 
gdyby łaskawy zarząd więzienia dał im przepustkę.

Poczekał, aż znikną w szerokim korytarzu i dopiero wtedy się odezwał. Nie przypominał 

amanta z Hollywood, ale był całkiem przystojny.

– Świetnie wyglądasz – powiedział, kiedy ostatni uczeń opuścił salę.
Karen poczuła się dowartościowana. Jeśli te słowa były szczere, to nie mogła zrozumieć, 

dlaczego się z nią nie skontaktował.

– Długo nie dawałeś znaku życia.
Glen odwrócił się i zaczął ścierać tablicę.
– O ile sobie przypominam, chciałaś, żebyśmy zostali przyjaciółmi. Tylko i aż przyjaciółmi.
– Ja to powiedziałam?
– Może nie takimi słowami. Tak to odebrałem, i dlatego nie chciałem tracić naszego czasu. – 

Otrzepał dłonie z kredy.

background image

– Och. – Rzeczywiście coś takiego powiedziała, ale zrobiła to bez zastanowienia. Glen był 

błyskotliwy i zabawny. Im dłużej z nim przebywała, tym bardziej go lubiła. – Często mówię coś, 
czego potem żałuję.

– Czyżby?
Karen skinęła głową z nadzieją, że zrozumie aluzję i znów zaprosi ją na randkę.
Jednak tego nie zrobił.
Zerknęła na zegarek i postanowiła szybko się ulotnić. Nie flirtowała z nim. Odnalazła go 

jedynie po to, aby mu dać do zrozumienia, że czeka na gest z jego strony.

– Czy mogę do ciebie zadzwonić? – zawołał za nią.
– Rozczarujesz mnie, jeśli tego nie zrobisz. – Była zawiedziona, że wcześniej do niej nie 

zadzwonił i dlatego do niego przyszła. Po to właśnie przyjęła to zlecenie.

– Na dzisiejszy wieczór umówiłaś się z kimś? – spytał, wychodząc za nią na korytarz. Stanął 

w niedbałej pozie opierając się o framugę drzwi i krzyżując ręce na piersiach. Nie był pewien, 
czego może się spodziewać.

– Przykro mi – powiedziała. Nie chciała zdradzić, że umówiła się z przyjaciółką.
– To może kiedy indziej?
– Z przyjemnością – odparła i szła tyłem, aż zderzyła się z woźnym, całkowicie psując sobie 

efektowne wyjście.

Dwie godziny później Karen przyjechała pod adres, który podała jej Clare. Zaparkowała 

przed olbrzymim, pięknie położonym domem. Odwiedziła przyjaciółkę po raz pierwszy.

Drzwi otworzył Alex. Chłopak wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczami.
– Cześć. Nazywam się Karen Curtis – przedstawiła się. – Jestem przyjaciółką twojej mamy.
Alex był wysokim siedemnastolatkiem. Wydawało jej się, że skądś go zna.
– Dziś po południu była pani w szkole u pana Trnavsky’ego, prawda? – odparł, wpuszczając 

ją do środka.

– Przyszła Karen? – w głębi korytarza rozległ się głos Clare.
– Tak! – odkrzyknął Alex.
Dom – zarówno z zewnątrz, jak i jego wnętrze – prezentował się okazale. Każdy szczegół był 

kunsztownie wykonany. Karen nie mogła oderwać wzroku od tego wnętrza.

– Chodzi pani z panem Trnavskym?
– Jesteśmy przyjaciółmi.
– Jejku, pierwszy raz widziałem, jak pan Trnavsky czerwieni się przy kobiecie!
Karen nie posiadała się ze szczęścia.
– Jak widzę, już zapoznałaś się z moim synem – powiedziała Clare, wchodząc do salonu. 

Usiłowała założyć kolczyk na ucho. Mocno przechyliła głowę na bok i obracała w palcach złote 
kółko.

background image

– Mamo, to panna Curtis ze szkoły.
Więc Alex wiedział o niej więcej niż tylko to, że przyszła dziś po południu do pracowni 

chemicznej.

Tak, kochanie, wiem. Karen należy do mojego klubu śniadaniowego.
– Coś ty? Myślałem, że to garstka starych bab, takich jak ty. Karen mimowolnie parsknęła 

śmiechem.

– Wie pani, co chciałem powiedzieć.
Matka pokręciła głową, jak gdyby w ogóle nie miała ochoty o tym rozmawiać.
– Czy pani też jest rozwódką? – Alex usiadł na poręczy sofy i spojrzał na Karen.

– Nie. Nigdy nie byłam mężatką.
– Nie wszystkie jesteśmy rozwódkami – Clare poinformowała syna i zapomniała dodać, iż 

spośród całej ich czwórki tylko ona jest rozwódką.

– Nie wybierasz się do... – urwał i skrzywił się. – Czy dziś jest piątek?
– Tak.
– Dziś wieczorem masz spotkanie grupy wsparcia dla osób rozwiedzionych?
– Och – westchnęła Clare. – O to ci chodzi? Spotkania odbywają się co tydzień, ale obecność 

nie jest obowiązkowa.

– Nie idziesz?
– Nie dzisiaj. Karen i ja wybieramy się do kina.
– Oo...
– Po prostu wrócę trochę później – powiedziała Clare i zniknęła w głębi korytarza.
Alex wpatrywał się w Karen, jak gdyby nie wiedział, co ma o tym myśleć.
– O co ci chodzi? – spytała Karen. – Nie wiedziałeś, że nauczyciele mają jeszcze życie poza 

salą lekcyjną?

– Nie w tym rzecz – upierał się. – Chodzi o mamę.
Karen poczekała, aż dokończy.
– Pani mnie nie rozumie. Do tej pory mama jeszcze nie opuściła ani jednego spotkania tej 

grupy. Potrzebuje ich.

– Może nie tak bardzo, jak ci się wydaje? Alex pokręcił głową.
– Potrzebuje – twierdził uparcie.
– To ją zapytaj.
– Zapytam – powiedział Alex. Wstał, kiedy jego matka znów weszła do pokoju. – Dlaczego 

nie spotykasz się dziś wieczorem z grupą wsparcia dla rozwiedzionych?

Clare sięgnęła po torebkę.
– Ponieważ, drogi synu – przycisnęła dłoń do jego policzka – już pora uczynić krok naprzód. 

background image

Jesteś gotowa? – zwróciła się do Karen.

– Gotowa – powtórzyła i uśmiechnęła się do siebie.
Karen miała nieodparte wrażenie, że nie o kino jej chodzi.

background image

Nie możesz decydować, kiedy umrzesz.

Ani w jaki sposób.

Możesz jedynie wybierać drogi życia.

Joan Baez

Rozdział 25

CLARE CRAIG

Clare wyłączyła odkurzacz. Usłyszała, że dzwoni telefon. Rzuciła się do bezprzewodowej 

słuchawki, nie wiedząc, czy to pierwszy, czy piąty sygnał.

Halo   –   powiedziała   nieco   zdyszana   na   powitanie.   Mimo   że   stać   ją   było   na   wynajęcie 

sprzątaczki, sama wolała zajmować się domem. To jej pomagało rozładować stres.

Przez chwilę w słuchawce panowała cisza.
– Clare, mówi Michael.
To ciekawe. Zadzwonił już drugi raz w ciągu kilku ostatnich tygodni.
– Alex jest w szkole przypomniała mu na wypadek gdyby zapomniał.
– Nie szkodzi, chcę rozmawiać z tobą.
Na początku  marzyła  o tym,  że Michael  będzie jej potrzebować, wyciągnie  do niej rękę 

i zechce, żeby wróciła do jego życia. Wtedy zaczęła siebie poznawać. Codziennie stawała się 
silniejsza, bardziej pewna siebie i gotowa do obrony swoich praw. Kiedyś zawsze trzymali się 
razem, ale teraz umiała iść przez życie w pojedynkę.

– Chciałbym cię zaprosić na lunch. – Michael zaszokował ją tą propozycją.
– Lunch? – Ledwie jej przeszło przez gardło.
– Pragnę ci podziękować, że mi pomogłaś przejść przez chemioterapię.
Clare o mało nie spadła z krzesła, kiedy dotarło do niej, dlaczego zaprasza ją na lunch. Chciał 

jej dać do zrozumienia, że robi to tylko po to, by się odwdzięczyć za pomoc i nie powinna wiązać 
z tym zaproszeniem zbyt dużych nadziei. Nie tyle pragnął do niej wrócić, ile żałował, że od niej 
odszedł.

– To nie jest konieczne. – Nie potrzebowała żadnych podziękowań. Powodów było wiele i za 

bardzo skomplikowane, żeby się teraz nad nimi zastanawiać.

– Nalegam. Chciałbym cię zabrać do Mama Lena’s.
Do jej ulubionej restauracji włoskiej. Nie inaczej! Coś się działo i Clare wiedziała to bez 

zbędnych wyjaśnień. W pierwszych latach małżeństwa, kiedy żyli od pierwszego do pierwszego, 
obiady w Mama Lena’s należały do rzadkich przyjemności. W każde urodziny i rocznicę ślubu 

background image

delektowali się ulubionymi ravioli, sałatką z parmezanem i oberżyną. Było  antipasto,  

[Przystawka 

przed głównym posiłkiem, zawierająca np. oliwki, sardele, plasterki kiełbasy itp.] 

espresso i jakaś słodka mikstura na deser. 

Wspomnienia przewijały się w jej w pamięci jak nieme filmy.

– Nie przypuszczam... żeby to był dobry pomysł – powiedziała wbrew sobie.
Michael zawahał się.
– Wybierz jakąkolwiek inną restaurację.
– Wiem, że jesteś mi wdzięczny za pomoc, Michael, ale nie wierzę, że na tym etapie naszego 

życia nasz wspólny lunch to dobry pomysł.

–   Muszę   z tobą   porozmawiać   –   powiedział   po   dłuższej   przerwie.   Zdał   sobie   widocznie 

sprawę z tego, iż namówienie jej nie jest takie proste.

– To porozmawiajmy teraz.
–   Nie   mogę   –   nalegał   z nutką   żalu   w głosie.   –   Proszę   tylko   o spotkanie.   Gdziekolwiek, 

kiedykolwiek zechcesz.

– W porządku – powiedziała. Ciekawość wzięła górę. – Spotkajmy się w Mocha Moments 

jutro o trzeciej po południu.

Tam czuła się swobodnie, bezpiecznie. Michael nie chciał powiedzieć jej przez telefon o co 

chodzi. Ale nie spotka się z nim w Mama Lena’s. Tam gdzie mógłby przywołać wspomnienia ze 
szczęśliwszych  czasów, kiedy życie  było  słodkie, i nie  wiedziała,  że wszystkie  jej  złudzenia 
miały się rozpierzchnąć.

Clare nie wspomniała o tym telefonie ani Aleksowi, ani Karen. Przyjaciółka zadzwoniła, aby 

podzielić się z nią radosną nowiną. Nauczyciel chemii Aleksa zaprosił ją na kolację. Gdyby Clare 
chciała   z kimś   porozmawiać   o telefonie   Michaela,   wybrałaby   Liz.   A jednak   zachowała   tę 
informację dla siebie; zastanawiała się, co u licha skłoniło Michaela do kontaktu z nią.

Może była  zbyt  podejrzliwa i doszukiwała  się ciągle jakiś podtekstów. Michael zapewne 

myśli o zawarciu z nią przyjacielskiego rozejmu dla dobra Micka i Aleksa.

A może ma to związek z uroczystością ukończenia szkoły przez Aleksa? Czy powinni na nią 

pójść i dla dobra synów jeszcze raz udawać szczęśliwą rodzinę? Nie. Nie wyobrażała sobie tego. 
Zresztą Mick nie życzyłby sobie, aby ojciec siedział przy nim.

Kiedy nazajutrz  siedziała  nad  filiżanką  mocnej  kawy  i czekała  na  pojawienie  się  byłego 

męża, przyszło jej do głowy coś innego. To wszystko mogło mieć związek z chorobą Michaela.

Dokładnie o trzeciej do Mocha Moments wszedł Michael. Był szczuplejszy niż wtedy, kiedy 

ostatnio   go   widziała,   ale   wyglądał   lepiej.   Policzki   nabrały   koloru.   Przystanął   w drzwiach 
i uśmiechnął się.

– Witaj, Clare – powiedział i podszedł do stolika.
– Michael. – Skinęła głową w jego stronę. Wolała nie patrzeć na niego, bojąc się, że w jej 

oczach doszuka się czegoś więcej niż tylko ciekawości. Obejrzał się przez ramię, spojrzał na ladę 

background image

i menu wydrukowane nad kasą. – Nie mają tu kelnerki?

– Tu jest samoobsługa – stwierdziła Clare.
– Masz już coś do picia? – spytał i wyjął portfel.
– Mam. Swoje rachunki już raz zapłaciłeś – droczyła się z nadzieją że w ten sposób rozluźni 

atmosferę. Za alimenty mogła kupić nie tylko kawę, ale o wiele więcej.

Udał, że nie usłyszał tej uwagi. Podszedł do lady. Kilka minut później wrócił z latte. Odsunął 

krzesło, usiadł naprzeciw.

– Jak się czujesz? – spytała. Teraz, kiedy siedziała blisko zobaczyła, że nie wygląda aż tak 

dobrze, jak początkowo przypuszczała. Białka oczu miały żółtawe zabarwienie, policzki były 
zapadnięte.

– Teraz czuję się lepiej – odpowiedział i zdjął pokrywkę z kawy.
– Rak?
Nie odpowiedział od razu.
– Nie spotkałem się z tobą na plotki.
– Świetnie, w takim razie przejdźmy od razu do rzeczy i miejmy to już za sobą – rzuciła. 

Żałowała, że wykazała zainteresowanie jego zdrowiem.

– Szczerze mówiąc, muszę cię prosić o przysługę.
Próbował ją do siebie zrazić. To zabawne, bo przecież chciał ją o coś prosić. Przecież nie ona 

go zaprosiła, a godząc się na spotkanie, wyświadczyła  mu przysługę. W porządku, zżerała ją 
ciekawość.

– Nie mam żadnego prawa prosić cię o to – powiedział Michael odrobinę niższym głosem niż 

zwykle.   Utkwił   wzrok   w kawie,   jak   gdyby   w mlecznej   piance   mógł   znaleźć   rozwiązanie 
problemów.

– Prosić o co? – spytała.
– Robię to tylko ze względu na naszych synów.
– O co chcesz mnie prosić? – powtórzyła pytanie. Ten wstęp wydał jej się za długi. Chciała, 

żeby już przeszedł do rzeczy.

– Pragnąłbym, żebyś wróciła do pracy w firmie – powiedział, patrząc jej prosto w oczy.
– Nie ma mowy. – Nie musiała się nad tym zastanawiać. Jej odpowiedź była natychmiastowa 

i definitywna. Wiedziała, że wracając do pracy, popełni błąd.

Michael podniósł rękę.
– Pozwól, że ci to wyjaśnię.
– Mam już zajęcie. – Przyjęła propozycję pracy w Murphy Motors na pół etatu i żałowała 

tego.

– Daj Murphy Motors dwutygodniowe wypowiedzenie.
– Michael, nie mogę... Posłuchaj, popełniłam błąd. Nigdy nie powinnam była podejmować 

background image

tej pracy i...

– Wysłuchaj mnie do końca – przerwał jej Michael.
Roześmiała się, kręcąc głową. Poczuła się tak, jak gdyby wciąż byli małżeństwem. Wówczas 

nawet nie wysilał się, żeby jej wysłuchać.

– To nie ma nic wspólnego z Murphy Motors. Cała przyszłość Craig Chevrolet zależy od 

twojej odpowiedzi.

– Michael, proszę... – Jak zwykle histeryzował. Widocznie nie chciał, żeby pracowała u jego 

największego rywala i chciał ją znów zwabić w swoją sieć. Nie rozumiał i nie chciał słyszeć, że 
ona nie chce pracować zawodowo.

– Przysięgam ci, że nie jest to sprawa osobista. Proszę, przejmij moją funkcję.
– A ty sam co będziesz robił? – Może chce zabrać Mirandę na dłuższe wakacje. Powie mu, 

co dokładnie może sobie zrobić ze swoją propozycją.

Nie patrzył na nią.
–   Co  konkretnie   będziesz   robić,   kiedy   przejmę   zarząd   nad   firmą?   –   spytała   rozbawiona 

i szczerze zaciekawiona.

– Nie to, o czym myślisz – dodał pośpiesznie.
– Skąd wiesz, o czym myślę?

–   Och,   Clare,   zapomniałaś,   że   przez   dwadzieścia   trzy   lata   byłem   twoim   mężem.   – 

Uśmiechnął się. – Spytałaś, więc ci odpowiadam. – Głęboko odetchnął. – Wybrano mnie do 
przetestowania eksperymentalnej metody leczenia raka. Jeśli się zgodzę, to przez jakiś czas nie 
będę mógł spełniać swoich obowiązków w firmie.

Już nie była rozbawiona, a on znów unikał jej spojrzeń.
– Znasz branżę samochodową lepiej niż ktokolwiek. I ufam ci. Nie wiedziała, co powiedzieć. 

Udawała, że chce jak najszybciej skończyć tę rozmowę.

– Firma jest w tej chwili bardzo zadłużona i jeśli zmiana stanowiska nie dokona się płynnie, 

mogę wszystko stracić.

Boi się bankructwa? Clare była zaskoczona jego bezdusznością. Rozerwał jej duszę, odebrał 

poczucie bezpieczeństwa, złamał serce. Teraz bał się opuścić swoją drogocenną firmę na kilka 
tygodni, bał się bankructwa i dlatego zwrócił się do niej o pomoc. To jest dopiero tupet! Nie 
mogła uwierzyć, że stać go było na coś takiego.

Chciała   mu   powiedzieć,   co   o tym   myśli,   ale   słowa  nie   chciały   jej   przejść  przez   gardło. 

Michael niespodziewanie wybuchnął śmiechem.

– Uważasz to za zabawne? – spytała.
– Nie. – Pokręcił głową. – To ty mnie bawisz. Jesteś tak zamroczona wściekłością, że nie 

myślisz.

background image

–   Nie   ma   problemu!   Zatrudnij   Mirandę.   Ja   nie   jestem   zainteresowana.   –   Wstała,   ale 

zatrzymał ją, kładąc rękę na jej ramieniu.

– Miranda ode mnie odeszła. – Wypowiedział te słowa, nie starając się ukryć bólu.
Zamurowało ją, poczuła, że kolana się pod nią uginają. Przez dwa lata życzyła mu, aby choć 

przez chwilę cierpiał tak jak ona.

– Nie chcesz mi powiedzieć, że się doigrałem?
– Nie – szepnęła. Samo życie udzieliło mu już lekcji. Dziwne tylko, że przed nią chciał się do 

tego przyznać.

– Clare – powiedział błagalnym tonem. – Proszę, usiądź. Usiadła na swoje miejsce.
– Kiedy odeszła? – spytała. Chciała wiedzieć, jak długo Michael jest sam.
– Jakiś czas temu. Skinęła głową.
– Jak tylko dowiedziała się o raku, przeprowadziła się do przyjaciela. Nie umie patrzeć na 

chorobę.

On wciąż usprawiedliwia Mirandę.
– Powinienem ci to wcześniej powiedzieć. – Mówił ciszej. Zgarbił się. Wyglądał na starego 

i załamanego.

– To nie mój interes. – Odwróciła wzrok, ukrywając współczucie. Michael był sam. Teraz 

już   wiedział   jak   wygląda   chłodne   puste   mieszkanie.   Przyjrzała   mu   się,   na   próżno   szukając 
jakichkolwiek oznak żalu. Nawet teraz, chory i opuszczony przez kobietę, dla której poświęcił 
rodzinę, nie okazał żadnej skruchy za rozbicie ich małżeństwa.

– Sprawia  ci to satysfakcję?  – spytał.  W jego oczach  dojrzała  iskierkę  ognia  sprzed lat. 

Przestał się garbić. Przeszył ją przenikliwym spojrzeniem.

– Nie – szepnęła.
– Pomożesz? – znów spytał. – Zastąpisz mnie, kiedy pójdę do szpitala? Clare nie potrafiła 

patrzeć mu w oczy.

– Daj mi trochę czasu do namysłu.
– Wynagrodzę ci to – obiecał. – Firma należy do chłopców. Nie chcę jej stracić.
Wiedziała,   że   wysokość   jej   alimentów   zależy   od   kondycji   firmy,   więc   nie   było   to   jej 

obojętne.

– Ile czasu ci potrzeba na podjęcie decyzji? – spytał. Ponaglanie nic nie pomoże.
– Nie wiem – powiedziała. – Muszę wszystko przeanalizować.
– Jeden dzień?
– Dłużej.
– W takim razie tydzień? Dlaczego tak nalega?
– Nie wiem – opierała  się. – Jeśli zamierzasz  tu i teraz zmusić  mnie  do odpowiedzi, to 

background image

usłyszysz: „nie”. Ułożyłam sobie życie bez ciebie i nie widzę sensu znów mieszać naszych spraw 
prywatnych z zawodowymi.

– Clare, to ważne.
– Chciałeś powiedzieć: ważne dla ciebie.
– Dla naszych dzieci – przypomniał jej.
– Potrzebuję czasu – nalegała.
– Do cholery, Clare, ja nie mam czasu. Nie widzisz? Mam ci to przeliterować? Umieram.
– Umierasz? – Słowo to z trudem przeszło przez jej gardło.
–   Specjaliści   mówią,   że   będę   miał   szczęście,   jeśli   ta   kuracja   zapewni   mi   jeszcze   sześć 

miesięcy. Są przerzuty... spójrz na mnie, Clare – nalegał. – Nie zostało mi wiele czasu. Pomożesz 
mi, czy nie?

25 kwietnia 2.34 w nocy

Nie mogę spać. Za każdym razem, kiedy zamykam oczy, widzę Michaela siedzącego przy 

stoliku w Mocha Moments. Mówi mi, że umiera.

Umiera!
Pogodził się już z tym, jak gdyby to była rzecz przesądzona. Miałam do niego tysiące pytań. 

Odpowiedział na kilka, ale nie chciał zagłębiać się w makabryczne szczegóły. Rak zaatakował 
najpierw wątrobę i rozprzestrzenił się na całe ciało. Już nic nie można zrobić. Nie ma widoków 
na  żaden   cudowny  środek,   żadną  metodę,   klinikę,   która  mogłaby  go  ocalić.   Nie  chce,   żeby 
chłopcy o tym wiedzieli; błagał mnie, abym zachowała to w tajemnicy.

Każdy   szczegół   tego   popołudnia,   każdy   moment   naszej   rozmowy   wciąż   tkwi   w mojej 

pamięci. Miranda go zostawiła... Nie wiem, kiedy się wyprowadziła. Jestem pewna, że Michael 
nie chciał, żebym wiedziała.

Czy ze względu na nią odkładał pójście do lekarza? Ale jeszcze jedna myśl nie dawała mi 

spokoju.   Gdyby   nie   było   rozwodu   i wciąż   mieszkalibyśmy   razem,   może   w porę   zdołałabym 
wykryć chorobę. Czy można by go uratować, gdyby wcześniej otrzymał pomoc medyczną?

Nigdy się tego nie dowiem.
Do tej pory nie mogę się otrząsnąć po tamtym szoku. Michael poprosił mnie o przejęcie 

zarządu   nad   firmą,   nie   ukrywał   faktu,   że   odchodzi,   na   zawsze.   Michael   pokłada   nadzieję 
w Micku,   który   studiuje   zarządzanie   i w przyszłości   może   objąć   stanowisko   prezesa.   Razem 
z młodszym bratem odziedziczy firmę. Do tego czasu Michael potrzebuje mojej pomocy.

Po rozwodzie błagałam Boga o to, by Michael cierpiał. Chciałam, żeby wiedział, jak smakuje 

zdrada, żeby czuł gorycz po stracie wszystkiego, co najdroższe. Ale nawet w najstraszniejszych 
momentach nie życzyłam mu takiego losu.

background image

Kiedy dziś w nocy mój ukochany syn, Alex, wszedł do domu, wiedział natychmiast, że coś 

jest nie tak. Dotrzymałam obietnicy danej Michaelowi, ale nie wiem, jak długo będę potrafiła 
ukrywać prawdę.

Zrobię   to,   o co   prosił   Michael   –   złożę   wypowiedzenie   Murphy  Motors   i wznowię   pracę 

w jego   firmie.   Dzięki   temu,   że   przez   jakiś   czas   będziemy   razem   pracować,   zmiana   zarządu 
przebiegnie płynnie.

Michael umiera i przyszedł do mnie po pomoc. Dla dobra dzieci gotowa jestem podjąć to 

wyzwanie i stanąć na wysokości zadania. Ale nie chcę się angażować emocjonalnie.

background image

Człowiek do pewnego stopnia

kształtuje swój los,

bez względu na okoliczności.

Martha Washington

Rozdział 26

JULIA MURCHISON

Lista błogosławieństw:
1. Mama.
2. Wygodne buty.
3. Zamówienie ubrań ciążowych.
4.

13 maja – Dzień Matki

W domu panuje cisza i wszyscy jeszcze śpią. Obudziłam się wcześnie, chociaż to jedyny 

dzień w roku, kiedy mogę spać do oporu bez poczucia winy. Ten spokój był za błogi, więc siedzę 
sobie w salonie i rozmyślam nad tym, co ma się dzisiaj wydarzyć.

Po kościele mama przyjdzie na drugie śniadanie, a potem pójdzie na obiad do siostry i jej 

rodziny. Janice chciała, żebyśmy wszystkie świętowały Dzień Matki, ale ja nie mogłam.

Chciałam spędzić ten dzień z mężem i dziećmi. Później będziemy mieć mnóstwo czasu dla 

reszty rodziny. Poza tym, odwiedzi nas matka Petera. Po raz drugi w tym roku – to już jest 
wyraźny rekord! Przyjechała na jakieś spotkanie zawodowe i tylko przy okazji wpadnie do nas. 
Po prostu mamy tego pecha, że mieszkamy w okolicy. Jakaż to niewdzięczność z mojej strony! 
Ale tak czuję.

Nigdy nie dogadywałam się z moją teściową. Jest tak niepodobna do mojego męża, że aż 

trudno uwierzyć, że ci dwoje to matka i syn. Przyleciała tu z Seattle w interesach i nalega na to, 
by spać w pokoju hotelowym zarezerwowanym przez swoją firmę. Mam nieodparte wrażenie, że 
odwiedza  nas  z konieczności.  To tak, jak gdyby  zapomniała,  że ma  dzieci  i wnuki. Przez te 
wszystkie lata z trudem trzymałam język za zębami. Mam wspaniałego, kochającego męża. Peter 
swoje wychowanie zawdzięcza opiekunkom. To one dawały mu miłość i wsparcie psychiczne, 
jakiego matka nie była w stanie zapewnić jedynakowi.

Zaprosiliśmy matkę Petera do kościoła i na drugie śniadanie. Odmówiła, a mnie to wcale nie 

background image

zdziwiło. Podobno nie chce mi przeszkadzać w spotkaniu z moją matką.

Peter   broni   swojej   matki,   więc   powstrzymałam   się   od   komentarza.   Jednak   na   dzisiejsze 

popołudnie   nie   czekam   z niecierpliwością.   Pragnęłabym   tylko,   aby   dzieci   dobrze   się 
zachowywały, ale to prawdopodobnie marzenie ściętej głowy. Nasze dzieci to typowe nastolatki. 
Myślą wyłącznie o sobie.

– Nie będę grać dla babci na klarnecie! – upierała się Zoe. Julia dodała plasterki ogórka do 

obiadowej sałatki i wstawiła ją do lodówki.

– Ojciec cię o to prosił – przypomniała krnąbrnej córce.
– Nie będę go słuchać!
Rozumiała niechęć córki. Nikt nie lubi, jak się go wyrywa do tablicy, ale z drugiej strony 

musiała stanąć po stronie Petera. Mąż był dumny z Zoe i chciał pokazać matce jej talenty.

– Kiedy wróci tata? – spytał  Adam.  Siedział przygarbiony na sofie, przeglądając ostatni 

numer czasopisma „Car and Driver”.

Julia przeczytała literki na wyświetlaczu mikrofalówki.
– Daj mu jeszcze dziesięć minut.
– Dlaczego babcia Murchison nie chciała u nas spać? – spytała Zoe, łażąc jak cień po kuchni 

za Julią.

– A ty byś chciała? – spytał Adam, kryjąc twarz za błyszczącymi stronami czasopisma.
Zoe zastanowiła się nad pytaniem brata.
–   Tak,   chciałabym!   Gdybym   tylko   mogła   spędzić   z wnukami   parę   godzin,   to 

wykorzystałabym je co do minuty.

– Babcia Murchison nie przyjechała się z nami zobaczyć – Adam przypomniał siostrze.
– Przyjechała, przyjechała – upierała się Zoe.
Adam odłożył czasopismo.
– Powiedz jej coś, mamo.
– Co mama ma mi powiedzieć?! – wykrzyknęła Zoe.
– Sądzę, że twoja babcia przyleciała tu w interesach – niechętnie potwierdziła Julia.
Zoe skrzywiła się.
– Co?!
– Przyjechała tu na spotkanie zawodowe z jakimś nadzianym szychą – rzeczowo oświadczył 

Adam.

Matka Petera widziała wnuki tylko kilkanaście razy w całym swoim życiu. Julii trudno było 

powiedzieć dzieciom, że jedynym powodem, dla którego się tu zjawiła są interesy.

– Najwyraźniej babcia jest bardzo ważną osobą – kontynuował Adam wszechwiedzącym 

tonem.

background image

– To rozumiem – mruknęła Julia. Jakimś cudem udało jej się zachować własne zdanie dla 

siebie.

Zoe usłyszała, jak pod dom zajeżdża furgonetka i podbiegła do okna w salonie.
– Tata wrócił! – krzyknęła podekscytowana i frontowymi drzwiami wybiegła przed dom.
Adam niechętnie odłożył czasopismo i wstał, przygarbiony.
Julia zdjęła fartuch i strzepnęła z bluzki okruchy. W tym dniu, w którym powinno się uczcić 

matki, nikt jej w żaden sposób nie docenił. Pozwolono jej jedynie pospać dłużej, ledwo zdążyła 
ugotować i posprzątać.

Peter, jak zawsze troskliwy, przyniósł jej wczoraj kwiatek w doniczce, ale to ona musiała 

przygotować dwa obiady rodzinne, aby ugościć najpierw swoją a potem jego matkę. Nikt nawet 
nie pomyślał, ile trudu kosztuje ją taka uroczystość.

– Wróciliśmy – oświadczył Peter, wprowadzając do domu matkę.
– Witaj, Brendo – powiedziała Julia i ucałowała teściową w policzek. – Nawet nie wiesz, jak 

się cieszę, że cię widzę, Brendo.

–  Witaj   Julio.   – Kobieta  pochyliła  się  i musnęła   synową   w policzek.  Ale  wzrok utkwiła 

w małą wypukłość na jej brzuchu.

– Nie pamiętam, kiedy ma się urodzić? – spytała ze skrzywioną miną.
– Siódmego września – mruknął Adam, jak gdyby wyrył w pamięci tę datę jako sądny dzień, 

którego nie wolno było zapomnieć, ani przemilczeć.

– Adam jeszcze urósł, prawda? – spytała Julia, obejmując syna ramieniem.
– Cześć babciu – powiedział bez większego entuzjazmu.
– Zoe, przywitaj się z babcią – poinstruował Peter.
– Cześć – wymamrotała Zoe, splatając ręce za plecami, jak gdyby chciała z góry uprzedzić, 

że nie ma najmniejszej ochoty grać na klarnecie.

– Proszę, wejdźcie – powiedziała Julia. Jako gospodyni czuła się niezręcznie, kiedy cała 

piątka stała w drzwiach. – To prawdziwa przyjemność gościć cię w naszym domu.

– Miło tu u was. – Brenda przeszła do salonu i usiadła, zajmując najwygodniejsze krzesło.
– Mrożonej herbaty, mamo? – spytał Peter.
– Chętnie, proszę. – Delikatnie wytarła czoło koronkową bawełnianą chusteczką. O tej porze 

roku w południowej Kalifornii było zdecydowanie cieplej niż w Seattle.

Peter zniknął w kuchni. Jak tylko wyszedł z pokoju, Brenda odezwała się.
– Więc dziecko ma się urodzić we wrześniu?
Julia skinęła głową i sama też usiadła. Po raz pierwszy po powrocie z kościoła mogła nieco 

odsapnąć.

–   Czy   sądzisz,   że   trzecie   dziecko   to   mądra   rzecz   w tym   wieku?   –   spytała   Brenda   bez 

ogródek, jakby nie wiedziała, że jest to pytanie nie na miejscu.

background image

– Przepraszam? – Julia wolała nie wkraczać w niebezpieczne rejony, do których wiodła ta 

dyskusja. Już nie raz przeżyła przykre pytania i nie chciała usprawiedliwiać się przed kobietą, 
której prawie nie znała, nawet jeśli to matka Petera.

– To dziecko to dla nas niespodzianka. – Zdobyła się jedynie na takie wyznanie.
–   O ile   sobie   przypominam,   to   jest   trzypokojowy   dom,   prawda?   –   spytała   teściowa, 

rozglądając się dookoła ze skrzywioną miną.

–   Mama   i tata   chcą,   żeby   dziecko   było   w pokoju   razem   z nami   –   poinformował   Adam, 

ignorując karcące spojrzenie Julii.

– Nie możecie tego zrobić Adamowi i Zoe – upierała się Brenda.
– Przez pierwszych kilka miesięcy dziecko będzie w naszym pokoju – powiedziała Julia, by 

uspokoić teściową.

– To zrujnuje wasze małżeństwo.
– Kochanie, też bym się napiła herbaty – poprosiła Julia, byleby jak najszybciej zmienić 

temat.

– Już się robi, skarbie! – zawołał Peter.
Julia   z przerażeniem   uświadomiła   sobie,   że   swoją   prośbą   tylko   opóźniła   powrót   Petera 

z kuchni.

– Zoe – zwróciła się do córki. – Przynieś swój klarnet. Dziewczynka skrzywiła się, mrużąc 

oczy.

– Mamo, przecież ci mówiłam, że nie będę grać.
–   Proszę,   Zoe   –   szepnęła,   desperacko   szukając   sprzymierzeńca.   Trzynastolatka 

wymaszerowała z pokoju z entuzjazmem jeńca pędzonego do obozu koncentracyjnego.

–   Oto   i herbata   –   powiedział   Peter,   wracając   z tacą   z zimnymi   napojami,   nieświadom 

napięcia, jakie panowało w pokoju. Najpierw podał picie matce, potem Julii, a trzecią szklankę 
zatrzymał dla siebie. Troje dorosłych usiadło w kółeczku, blisko siebie, a Adam stanął przy ojcu.

– Pomyślałam, że grilla moglibyśmy przyrządzić później, jak tylko na podwórzu nieco się 

ochłodzi – stwierdziła Julia, nie mogąc znieść ciszy.

Nikt się nie odezwał.
– Podoba wam się moja torba? – spytała matka, podnosząc w górę wielką skórzaną torbę 

w stylu walizeczki. – Kupiłam ją specjalnie na tę podróż.

– Jest śliczna – przytaknęła Julia.
– Podarowałam ją sobie na Dzień Matki.
– Brawo! – Julia stwierdziła, że powinna nauczyć się tego od swojej teściowej. Brenda nie 

czekała, aż jej syn, czy ktokolwiek pójdzie do sklepu i kupi jej to, czego najbardziej pragnie. 
Sama sobie to kupowała.

Tak naprawdę azalia w doniczce nie była tym,  czego Julia pragnęła najbardziej, ale była 

background image

odbiciem uczuć jej męża. Nie miała mu tego za złe. Starał się przecież. Nie miał zielonego 
pojęcia, że żona o niczym tak nie marzy, jak o jedwabnej sukni do ziemi w bladym odcieniu ecru 
z bolerkiem   do   kompletu.   Właśnie   taką   suknię   Julia   zobaczyła   na   wystawie   w miejscowym 
Nordstromie   i trzy   razy   wracała,   aby   ją   dokładnie   obejrzeć.   Chciała   mieć   coś   pięknego 
i jedwabnego,   suknię,   która   przypomni   jej   w piątym   miesiącu   ciąży,   że   jest   atrakcyjna 
i pożądana. Niestety, cena na metce przekraczała przeciętny dzienny utarg w jej pasmanterii.

– Muszę zagrać? – Zoe wróciła z klarnetem w ręku, opłakując swoją niedolę.
– Jestem pewien, że mama byłaby szczęśliwa, gdyby usłyszała, jak grasz – powiedział Peter 

córce, choć jego spojrzenie wyrażało coś innego.

– Czy znasz jakiś kawałek Boba Dylana? – spytała Brenda, wyraźnie ożywiona.
Zoe czekała, aż matka za nią odpowie. Julia pokręciła głową.
– Przepraszam, ale nie.
– W takim razie, ty sama zdecyduj – powiedziała Brenda z rezygnacją w głosie, jak gdyby 

miała taką samą ochotę słuchać, jak Zoe grać.

Kolejne dziesięć minut upłynęło pod znakiem o wiele za krótkiego występu Zoe.
–   Latem   będę   miał   prawo   jazdy   –   stwierdził   Adam,   jak   tylko   siostra   skończyła   grać 

i zniknęła w kryjówce swojego pokoju.

Julia żałowała, że nie ma gdzie się ukryć.
– Prawo jazdy? – Brenda wyglądała na zaskoczoną.
– W przyszłym miesiącu skończę szesnaście lat – chwalił się Adam.
– A ty jesteś w ciąży! – powiedziała Brenda. Na jej twarzy malował się niesmak.
Julia odwróciła wzrok. Nie była w stanie znieść tej dezaprobaty.
– Oczywiście, mam nadzieję, że możecie sobie pozwolić na jeszcze jedno dziecko.
– Mamo... – mruknął Peter.
– Spójrzcie, jak wasza sytuacja wygląda już w tej chwili – naciskała teściowa. – Z trudem 

wiążecie   koniec   z końcem.   Firma   Julii   jest   w kryzysie.   Co   się   stanie   z dzieckiem,   gdy   wy 
będziecie w pracy? Czy któreś z was choć przez chwilę o tym pomyślało?

– Moja mama w tym roku idzie na emeryturę – wtrąciła Julia. Miała ochotę powiedzieć, że 

jej ciąża to nie jest interes teściowej, ale ugryzła się w język.

– Oczekujesz, że twoja matka  ci pomoże  i będzie  opiekować  się dzieckiem?  – W głosie 

Brendy dało się słyszeć przerażenie. – To nie w porządku prosić o coś takiego kobietę, która 
przez całe życie ciężko pracowała.

– Moja mama...
– Mamo! – wtrącił Peter, przerywając matce po raz drugi. Tym razem podniósł głos.
– A ty oczywiście nigdy nie byłabyś zdolna do takiego poświęcenia! – krzyknęła Julia. Czuła 

się jak zwierzę schwytane w sidła.

background image

– Oczekujesz ode mnie, że będę płacić za twoje błędy?!
Adam, Zoe i Peter ze zdumienia wytrzeszczyli oczy, słuchając tej ostrej wymiany zdań. Czuli 

się tak, jak gdyby oglądali mecz tenisa, wzrokiem śledząc wolej po woleju, gdy matka i babcia 
obrzucały się gniewnymi słowami.

Julia wstała, przeszyła wzrokiem teściową, męża i dzieci.
– Możliwe, że to dla was szok, ale to dziecko to nie jest błąd.
– Chcesz powiedzieć, że chciałaś zajść w ciążę? – spytała Brenda podniesionym głosem.
Julia zesztywniała.
– Nie, zresztą podobnie... jak ty. – Przycisnęła dłoń do brzucha i natychmiast pożałowała 

swojego wybuchu. Brenda postanowiła nie wychodzić za mąż i samotnie wychowywała Petera. 
Moje dziecko to niespodzianka, ale nie błąd. Była tak zdenerwowana, że musiała wyjść z pokoju.

Kilka minut później Peter wszedł za nią do sypialni.
– Kochanie...
– Potrzebuję tylko kilku minut spokoju... Przepraszam, jeśli uraziłam twoją matkę.
Westchnął, powoli wydychając powietrze.
– To nie twoja wina... Sytuacja wymknęła się spod kontroli, zanim zdałem sobie sprawę 

z tego, co się dzieje. Przepraszam,  kochanie.  – Siadł  na krawędzi  łóżka, jak gdyby  sam nie 
wiedział, co powiedzieć. – Co mam teraz zrobić?

– Nie wiem... Daj mi odpocząć parę minut i pozwól, byśmy obie ochłonęły, a ja potem pójdę 

przeprosić twoją matkę.

Peter pogłaskał ją po ramieniu.
– Odpoczywaj tak długo, jak tylko zechcesz.
Julia była wyczerpana. Oczy same jej się zamknęły i prawie natychmiast zasnęła. Zbudziła 

się dwie godziny później. Kiedy ponownie pojawiła się w salonie, wszystko wyglądało tak, jak 
gdyby całe to zajście w ogóle nie miało miejsca. Adam i Zoe pomagali teściowej, która podawała 
na stół obiad. Brenda zakasała rękawy i założyła jeden z ulubionych fartuchów Julii.

– Właśnie mieliśmy cię budzić – powiedziała, ustawiając ostatnie naczynie zastawy na stole 

w patio.

– Wstałaś – powiedział Peter, niosąc tacę z kurczakiem upieczonym na grillu.
– Jak widzę, w samą porę! – Pocałowała go w policzek, dając mu do zrozumienia, że czuje 

się o niebo lepiej. Do tego wybuchu doszło tylko dlatego, że była zmęczona i nie w humorze. 
Głęboko tego żałowała.

Nie moglibyśmy bez ciebie zacząć jeść, mamo – zapewniła ją Zoe i nagle objęła Julię. Po raz 

pierwszy od tygodni nastolatka nie była obrażona na cały świat.

Peter krzątał się przy gaszeniu grilla, a dzieci przyniosły z kuchni napoje.
Julia podeszła do teściowej.

background image

– Przepraszam wyszeptała.
Brenda zawahała się, skinęła głową.
– Ja też przepraszam – szepnęła, nie patrząc na Julię. – Mam brzydki zwyczaj mówienia 

rzeczy, których nie powinnam mówić. Ty i Peter jesteście wspaniałymi rodzicami. Tym, czym ja 
nigdy nie byłam. – Przez kilka chwil teściowa uwijała się w kuchni. – Zdaję sobie sprawę z tego, 
że ta ciąża jest nieplanowana, ale masz rację, to dziecko to nie błąd. – Zerknęła na Petera i mina 
jej złagodniała. – Nigdy nie czułam w sobie powołania do tego, by być matką i kiedy odkryłam, 
że jestem w ciąży z Peterem, miałam wątpliwości, czy podołam wychowaniu dziecka. Przez te 
wszystkie   lata   popełniłam   wiele   błędów,   ale   zawsze   kochałam   syna   i za   nic   w świecie   nie 
oddałabym macierzyństwa. Ty i Peter ze wszystkim świetnie dacie sobie radę. – To, co Brenda 
właśnie powiedziała, absolutnie do niej nie pasowało.

Uściskała Julię.

background image

Nie osądzaj tam,

gdzie nie potrafisz zrozumieć.

Anne McCaffrey

Rozdział 27

LIZ KENYON

17 maja

Spóźniony prezent od Amy na Dzień Matki dotarł po popołudniu wraz z dzisiejszą pocztą. 

Był   to   portret   Andrew   i Annie   o wymiarach   dwadzieścia   na   dwadzieścia   pięć   centymetrów. 
O mój Boże, jak te moje dzieci urosły. Przyłożyłam  ramkę do piersi i z trudem udało mi się 
powstrzymać przed wybuchem szlochu. Tak bardzo tęsknię za nimi wszystkimi.

Na kuchennej ladzie leży talon na zakupy, który dostałam w podarunku od Briana. Jeszcze 

nie zdążyłam  wpaść do Barnes  i Nobel’s, żeby go wykorzystać.  Byłam  zawiedziona,  że syn 
przysłał   mi   taki   prezent   zamiast   spędzić   ze   mną   dzień.   Ale   później   stwierdziłam,   że   był   to 
wspaniały   pomysł.   Brian   chciał   mi   w ten   sposób   powiedzieć,   że   podziwia   mnie   za   to,   iż 
zgodziłam się przeprowadzić chłopakom z poprawczaka testy na inteligencję.

Gdyby   nie   Sean,   Dzień   Matki   spędziłabym   samotnie.   Dowiedziałam   się   czegoś   o nim. 

Naprawdę jest błyskotliwy i dowcipny... przynajmniej potrafi taki być. Cała ta jego paplanina 
o tym, że żeńska płeć jest słabsza to jego sposób na to, by mnie wyprowadzić z równowagi. 
Ostatnio te wszystkie śmieszne uwagi staram się puszczać mimo uszu i to go tak irytuje, że nie 
wie, jak ma zareagować.

Cóż, przejrzałam jego grę. Do tej pory po prostu przewracałam oczami i udawałam, że go nie 

słyszę. Może powinnam rzucić mu lekceważącą uwagę na temat mężczyzn, którzy parają się 
medycyną, ot tak, żeby mu zagrać na nerwach i zobaczyć, jak mu się to spodoba. Żaden z niego 
książę z bajki, wiem o tym, ale nie jest aż tak zły, jak myślałam.

Wciąż usiłuje mnie zaciągnąć do łóżka, ale mnie nie tak łatwo namówić. Odpowiadałaby mu 

przygoda na jeden weekend. Problem polega na tym, że nie wiem, czego się spodziewać. Mógłby 
mieć każdą kobietę, a wybrał mnie.

W zeszłym  tygodniu zabrał mnie do restauracji na kolację, a w sobotę wieczorem ja mu 

zrobiłam   obiad.   Potem   wyciągnęłam   kłębek   wełny,   druty   i usiłowałam   go   uczyć.   Było   to 
zabawne, bo Tinker Bell myślał, że ta włóczka jest dla niego. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak 

background image

się uśmiałam. Wiem, dlaczego nie wybrał specjalizacji chirurgicznej! Cała ta mowa o zręcznych 
rękach to czcza paplanina. Sean ma dwie lewe ręce. Kiedy tak mozolnie tworzył kolejne oczka, 
przędza mu się okręciła wokół palca i tak mocno nawinął ją na palec wskazujący, że ten zrobił 
się   fioletowy.   Po  piętnastu   zabawnych   minutach   całkowicie   dał   za   wygraną   i zaproponował, 
żebyśmy   wypożyczyli   jakiś   film.   Obejrzeliśmy   ostatni   film   z Melem   Gibsonem   i razem 
chrupaliśmy popcorn. Kiedy kukurydza się skończyła, już do końca filmu trzymaliśmy się za 
ręce.

Prosił mnie, abym nikomu nie mówiła o wspólnym spędzaniu czasu. Gdyby coś wyszło na 

jaw, z pewnością naraziłabym na szwank jego reputację. Naprawdę zaczynam zastanawiać się, 
czy   jest   coś   z prawdy   w plotkach   o nim   i tych   wszystkich   kobietach,   z jakimi   się   rzekomo 
spotyka.

Zadzwonił dzwonek u drzwi i Liz odłożyła czasopismo. Przez judasza dojrzała Seana, który 

stał po drugiej stronie. Była skonsternowana. Na jego widok serce zaczęło jej bić jak oszalałe.

Przywitała się z nim i odryglowała drzwi.
– Jesteś zaskoczona tym,  że mnie widzisz? – Wszedł do domu i delikatnie pocałował ją 

w usta, jak gdyby to było całkiem naturalne.

Już ją kiedyś pocałował, teraz drugi raz i w obydwu przypadkach były to pocałunki głębokie 

i namiętne. Przyjęła to jako dobry znak. Chciał się odsunąć, ale Liz przylgnęła do niego, aby 
oddać pocałunek.

Podniosła głowę. Wpatrywał się w nią zdziwiony.
– Naprawdę cieszysz się z naszego spotkania – wyszeptał cicho.
– Cieszę się – zapewniła go. Poszedł za nią do kuchni. – Jadłeś coś?
– Przekąsiłem w szpitalu. A ty?
– Kilka godzin temu. – Było po ósmej.
– Czy w czymś przeszkadzam?
– W niczym. Co mogę dla ciebie zrobić?
– Dobre pytanie!
– No dobrze, nie to miałam na myśli. – Jej pytanie w niezamierzony sposób zabrzmiało 

dwuznacznie i zabawnie.

– Masz chwilkę czasu? – spytał.
– Jasne.
– Bierz sweter.
Zaciekawiona, zrobiła to, o co poprosił. Wróciła z lekkim sweterkiem i torebką. Chwycił ją 

za rękę i wyprowadził z domu.

– Powiedz mi, dokąd idziemy – spytała, gdy skierował się w stronę lexusa i otworzył przed 

background image

nią drzwi.

– Dowiesz się niedługo.
Kilka   minut   zmieniło   się   w dwadzieścia.   Jechali   w stronę   autostrady,   pokonali   kilka   mil 

i nagle zjechali w osiedle willowe.

Liz rozejrzała się dookoła i spostrzegła, że domy są tu dość bogate, z dobrze utrzymanymi 

podwórzami. Sean zwolnił i zahamował przed narożnym domem, który nie wyróżniał się niczym 
spośród innych zabudowań.

–   Chcesz,   żebym   poznała   twoich   przyjaciół?   –   spytała.   Ale   skoro   tak,   dlaczego   nie 

powiedział jej o tym od razu?

– Moich najlepszych przyjaciół – podkreślił, wysiadając z samochodu. Liz poszła za nim, 

rozglądając się dookoła.

– Czy nie zechciałbyś mi powiedzieć, gdzie jesteśmy?
– Na skrzyżowaniu Trzydziestej Piątej i Jackson – odparł jednym tchem.
– W porządku, dlaczego tu przyjechaliśmy?
– Ha! – wykrzyknął, uśmiechając się promiennie. – To jest dopiero właściwe pytanie! To, 

moja droga Liz, jest ta lekcja, o której ci mówiłem. Zaraz ci pokażę, co w życiu robię, żeby 
rozładować stres.

– Czy to ma coś wspólnego z rollingiem?
– Rollingiem? powtórzył i roześmiał się.
– Nieważne.
Podprowadził ją do chodnika i delikatnie zastukał w drzwi, choć trudno było nie zauważyć 

dzwonka.

Liz była pewna, że nikt nie usłyszał cichego pukania. Ale drzwi otworzyły się. Stała w nich 

potężna   Murzynka   o poważnym   spojrzeniu.   Kiedy   tylko   zobaczyła   Seana,   natychmiast 
uśmiechnęła się szeroko, a jej okrągła twarz rozpromieniła się z radości.

– Kogóż to widzą moje oczy, doktorze Seanie?! Proszę wchodzić, proszę wchodzić!
Sean objął Liz w pół i poprowadził do przestronnego foyer. Pierwszą rzeczą, jaką zauważyła, 

były niemowlęta. W pokoju, który miał być salonem ustawiono sześć kołysek i taką samą ilość 
bujanych foteli. W każdej kołysce leżało dziecko, a większość z nich płakała.

– Kogo ze sobą przyprowadziłeś? – spytała kobieta, podejrzliwie zerkając na Liz.
– Clarisso, to jest moja przyjaciółka, Liz Kenyon.
– A ja myślałam, że jestem jedyną kobietą w twoim życiu!
– Wygląda na to, że będziesz musiała się mną podzielić – zażartował Sean.
Kobieta odchrząknęła z niezadowoleniem, spojrzała na Liz i szeroko się uśmiechnęła.
– Przyjaciele doktora Seana są moimi przyjaciółmi. Witamy w Little Lambs.
Wciąż nie wiedząc, co myśleć o tych dzieciach i tej niezwykłej kobiecie, Liz zerknęła na 

background image

Seana z nadzieją, że on jej to wyjaśni.

– To wszystko są dzieci ulicy, albo dzieci narkomanów – powiedział. – Clarissa i jej personel 

zajmują się nimi, żeby nie dopuścić do opóźnienia w ich rozwoju.

– Doktor Sean  jest naszym  ulubionym  lekarzem  – poinformowała  Clarissa, rzucając  mu 

pełne uwielbienia spojrzenie. – Dzieci też go kochają, prawda?

Sean nie odpowiedział. Podszedł do najdalszej kołyski.
– Jak się dziś miewa mały Donavan?
– Niezbyt dobrze, niezbyt dobrze.
– Ciężki dzień?
Clarissa skinęła głową.
Sean z czułością sięgnął do kołyski, podniósł wychudzonego chłopczyka i delikatnie wziął 

go na ręce.

–   Trzytygodniowe   niemowlę   uzależnione   od   heroiny   –   wyszeptał   i siadł   na   najbliższym 

bujanym fotelu. – Biedne maleństwo już od dnia narodzin ma w życiu pod górkę.

– Małej Faye przydałoby się pokołysanie – powiedziała Clarisa, odważnie przypatrując się 

Liz. – Jest tam.

Liz usłyszała płacz dziecka i od razu wiedziała, co robić. Chcąc się przypodobać Clarissie, 

znalazła kołyskę oznaczoną napisem Faye. Usiadła na bujanym krześle. Szeroko otwarte mokre 
od łez brązowe oczy wpatrywały się w nią. Kiedy mała krzyknęła, Liz ze wzruszenia zadrżały 
usta.

– Biedne maleństwo – wyszeptała, delikatnie odgarniając sprężyste kręcone loczki z czoła 

dziecka.

– Podobnie jak Donavan nasza mała Faye będzie miała w życiu pod górkę.
Przez te wszystkie lata przez biurko Liz przewinęło się kilka raportów o dzieciach z rodzin 

patologicznych   i narkomanów.   Narkotyki   dla   kobiet   ciężarnych   to   potworność.   Kobiety 
uzależnione   od   czegokolwiek   nie   dbają   o siebie.   Ich   stan   zdrowia   jest   kiepski.   Statystyki 
dowodzą,   że   jedzą   byle   co,   opuszczają   posiłki   i śpią   nieregularnie.   Nie   tylko   nadużywają 
narkotyków, ale też bardzo często bywa, że prostytuują się. Badania naukowe dowodzą, że duży 
procent takich kobiet również pali papierosy i pije alkohol. Dzieci, często są to wcześniaki, rodzą 
się małe i słabe.

Liz słyszała o Little Lambs od samego początku jego działania, ale szpital Willow Grove nie 

brał udziału w tym projekcie. Nie wiedziała tylko, że Sean ma z tym coś wspólnego.

Clarissa wzięła na ręce trzecie dziecko i usiadła pomiędzy Seanem i Liz, nucąc jakąś melodię 

gospel i tuląc dziecko w pulchnych, czułych ramionach.

Trzydzieści minut później w pokoju zapanowała cisza. Liz zerknęła na Seana i uświadomiła 

sobie, że ma zamknięte powieki.

background image

Clarissa też na niego zerknęła.
– Prawie zawsze zasypia.
– Często przyjeżdża? – spytała Liz.
– Raczej tak, ale ostatnio był tu ponad tydzień temu.
Ten człowiek ją zaskakiwał.
– Doktor Sean kocha te dzieci – dodała Clarissa, przerwawszy nucenie.
– Nie rozumiem, dlaczego sam nie ma domu pełnego dzieci.
Liz niewiele wiedziała na temat prywatnego życia Seana. Raz tylko wspomniał coś o byłej 

żonie i córce. Ton jego głosu i cała treść zawarta w tych kilku zdaniach sugerowały, że mówienie 
o tych rzeczach sprawia mu ból. Mimo iż tego nie powiedział, Liz odniosła wrażenie, że niewielu 
ludzi wiedziało coś o jego córce i wnuczce.

– Kochasz go?
Pytanie   Clarissy   zaszokowało   Liz.   Czuła   się   w potrzasku.   Nie   wiedziała,   co   ma 

odpowiedzieć.

– Nie wiem.
Kobieta obruszyła się.
– Ktoś powinien wiedzieć. On potrzebuje dobrej kobiety, a ciebie przyprowadził tu pierwszą.
Liz poczuła się podbudowana.
– Od dawna się znacie?
Clarissa skinęła głową.
– Pomagał przy zakładaniu Little Lambs i to z jego polecenia przyjęto mnie do tej pracy. 

Uważam,   że   nie   ma   w świecie   lepszego   człowieka   niż   doktor   Sean.   Byłby   w stanie   góry 
przenieść. Gdyby mnie poprosił o przejście po rozżarzonych węglach, dla niego zrobiłabym to 
bez wahania.

Gdyby   Sean   wiedział   o tej   rozmowie,   nie   posiadałby   się   ze   szczęścia.   Bez   wątpienia 

spodobałoby mu się to, że Clarissa wychwala go pod niebiosa. Murzynka wychyliła się, chcąc 
sprawdzić, czy nie podsłuchuje z uśmieszkiem satysfakcji na twarzy.

– Śpi – zapewniła Clarissa. – To niewiarygodne, jak kołysanie dzieci go uspokaja.
Liz musiała przyznać, że to do niego niepodobne.
– Mówił mi, że jest to jego sposób na stres.
Fotel Clarissy trzeszczał, kiedy bujała się na nim, podśpiewując cicho.
– Próbowałam nauczyć go robienia na drutach. – Liz sama musiała przyznać, że mogło się to 

wydać trochę śmieszne.

– Doktor Sean? – Kobieta ściągnęła usta. – On tego nie potrzebuje, podobnie jak ty, prawda? 

Oboje po prostu odwiedzajcie mnie i moje maleństwa.

W porządku – zgodziła się Liz. Minęła godzina, zanim Sean obudził się. Ziewnął, zerknął 

background image

w stronę Liz i spytał:

– Możemy już jechać?
– Jak najbardziej.
Spojrzał na zegarek i uniósł brwi, kiedy zobaczył, która jest godzina. Ułożyła z powrotem 

śpiącego Donavana w kołysce. Po piętnastu minutach byli gotowi do odejścia.

Clarissa podprowadziła ich do drzwi.
– Miło było poznać ciebie i twoje dzieci – powiedziała Liz. Kobieta skinęła głową.
– Przemyśl to.
– Co mam przemyśleć? – powtórzyła Liz.
– To, o czym rozmawiałyśmy.
– Aa... Liz była pewna, że rumieniec na twarzy ją zdradza. Nie śmiała spojrzeć na Seana. 

Będzie wiedział, iż rozmawiały o nim. Clarissa zachęcała ją, by poważniej zastanowiła się nad 
swoim uczuciem do Seana.

O co jej chodziło? – spytał Sean, kiedy skierowali się w stronę samochodu.
– Nic takiego – zapewniła go.
Dopiero kiedy wyjechali na szosę, kierując się w stronę jej domu, spojrzała na niego. Clarissa 

mówiła,  że była  pierwszą kobietą,  którą Sean przyprowadził  do Little  Lambs. Już drugi raz 
pokazał się inny, taki jakiego znało niewielu ludzi, a może nikt.

Image playboya zaczął blednąc. Pragnął, żeby ona i inni odbierali go jako bawi damka, który 

ma niskie mniemanie o płci przeciwnej. Liz zastanawiała się, ile w tym było prawdy.

Nie rozumiała, po co to robił.
– Masz kwaśną minę – powiedział. Zatrzymali się na światłach przed wjazdem na rampę 

prowadzącą na autostradę. Wziął ją za rękę, palcami przesuwając po jej palcach.

– Szczerze mówiąc, zamyśliłam się. – Liz się uśmiechnęła. Była oszołomiona jego złożoną 

osobowością.

– Czy chcesz się ze mną podzielić jakimiś przemyśleniami?
– Jednym – powiedziała. Wypowiadając te słowa, wiedziała, że podejmuje ryzyko. – Może 

być z nas jeszcze para.

Sean przez dłuższą chwilą milczał, potem posłał jej promienny uśmiech.
– Właśnie to usiłuję ci przez cały czas powiedzieć. Nie wiem, dlaczego wy, kobiety, nie 

chcecie słuchać mężczyzn. To oczywiste, że jesteśmy inteligentniejsi.

Liz   jęknęła.   Zauważyła,   że   on   z trudem   powstrzymuje   wybuch   śmiechu.   Sama   też   się 

uśmiechnęła.

background image

Życie jest pierwszym z darów,

miłość drugim,

a zrozumienie trzecim.

Marge Piercy

Rozdział 28

KAREN CURTIS

– Mówiliśmy z ojcem, abyś  zjadła z nami lunch, – poinformowała Karen przesłodzonym 

głosem Catherine  Curtis. Zwracała  się  do niej  w ten  sposób zawsze  wtedy,  kiedy chciała  ją 
doprowadzić do białej gorączki.

Karen mocno przycisnęła słuchawkę do ucha i poczuła się tak, jak gdyby dostała wezwanie 

do sądu, a nie zaproszenie od matki. Musiało stać się coś ważnego, bo Catherine powołała się na 
autorytet ojca, jak gdyby on wprost nie mógł się doczekać, żeby zobaczyć córkę.

Karen wiedziała, że Catherine nie zależy na jej towarzystwie. Pewnie ten lunch nie będzie 

miłą niespodzianką.

– Przyjdziesz? – nalegała matka.
– Ale nie rób sobie kłopotu – ostrzegła Karen. Dla niej lunch generalnie składał się z kanapki 

złapanej w biegu, albo czegoś, co mogłaby nabyć w okienku dla zmotoryzowanych.

U Catherine Curtis było odwrotnie. W tym domu każdy posiłek stawał się rytuałem. Rzadko 

kto przykładał taką wagę do najmniejszego szczegółu jak ona. Na litość Boską przecież to tylko 
lunch.  Całe  życie   towarzyskie  matki   obracało  się  wokół  klubu brydżowego,  który  co  piątek 
zbierał się na partyjkę i południowy posiłek.

– Do zobaczenia w sobotę.
–   A mogłabyś   mi   powiedzieć,   dlaczego   chcecie   ze   mną   porozmawiać?   –   spytała   Karen. 

Wolała psychicznie się przygotować.

– A czy nie moglibyśmy zaprosić cię do domu bez powodu? – spytała matka i zaśmiała się 

z politowaniem.

– Zawsze masz jakiś powód, mamo.
Catherine westchnęła. Była rozdrażniona tym, że jej wysiłki nie są doceniane.
– Byłam u ciebie w Dzień Matki, a to tak niedawno. – Spotkanie z matką po raz drugi w tym 

miesiącu było ponad jej siły.

– Zgodziłaś się przyjść – przypomniała jej Catherine.
– Tak, ale nie wiem, dlaczego.

background image

– Dlatego, że cię o to poprosiłam. Dajmy już pokój tej dyskusji. Będę na ciebie czekać 

w sobotę w południe.

– Dobra – wymamrotała Karen i z trzaskiem rzuciła słuchawkę na widełki. Po raz kolejny 

dała się w coś wrobić tylko po to, żeby zadowolić rodzinę.

Czas szybko biegł. O wiele za szybko, by Karen zdążyła psychicznie przygotować się, aby 

stawić czoła  temu,  co ją czeka.  Wybrała  sukienkę, którą matka  jej kiedyś  kupiła. Grzeczną, 
modną i w stylu do niej nie pasującym. Nie wiedziała, dlaczego wciąż ją nosi.

Zanim   dojechała   na   miejsce,   była   kłębkiem   nerwów.   Wiedziała,   że   matka   poda 

pięciodaniowy obiad, a ona nie miała apetytu na najmniejszy kęs.

Gdy   dojechała   na   okrągły   podjazd   przed   ekskluzywną   willą   rodziców   zauważyła,   że 

brakowało   tam   samochodu   Wiktorii.   Przedtem   jej   siostra   zawsze   uczestniczyła   w tych 
„obiadach”. Dzisiaj nie.

Jak   najszybciej,   żeby   przypadkiem   nie   zmienić   zdania   i nie   odjechać,   zaparkowała 

dziesięcioletniego forda tempo.

Otworzyły się drzwi wejściowe i w progu stanęła matka. Karen czekała, aż zgaśnie silnik. 

Catherine nigdy nie podobał się ten samochód, ale dla Karen ważne było to, że sama go kupiła 
i zapłaciła za niego z własnej kieszeni.

Gdy wysiadła, stary ford jeszcze raz wydał z siebie ostatnie kaszlnięcie. Przypomniał tym 

o wymianie oleju.

– Mogłabyś zaparkować swój samochód przy garażu? – zawołała matka.
Tak, żeby go nie było  widać od strony ulicy,  pomyślała Karen. Ale przecież  to nie był 

brzydki samochód.

– Przepraszam, mamo, ale mam problemy ze skrzynią biegów. Muszę zostawić auto tam, 

gdzie nie będzie potrzeby go cofać.

Matka już miała coś powiedzieć, ale rozmyśliła się, odwróciła i odeszła.
Karen weszła za nią do willi. To nie był jej dom rodzinny, nie wychowywała się w nim 

i nigdy nie czuła się domownikiem. Zakłady produkcyjne taty prosperowały teraz bardzo dobrze, 
i dlatego rodzicom powodziło się znakomicie.

Dla   jej   matki   status   materialny   był   zawsze   bardzo   ważny,   podobnie   jak   wielki   dom, 

luksusowe   samochody,   a w ten   scenariusz   wpisane   były   również   dzieci,   którymi   chciała   się 
pochwalić przed znajomymi.

W   kuchni   zastawiony   był   stół,   a wyglądał   tak,   jak   z obrazka   w czasopiśmie   „Martha 

Stewarfs”. Karen rozejrzała się dookoła, oczekując, że zobaczy ojca.

– Gdzie tata?
– Przeprasza, ale nie może być z nami, wezwali go do biura.
– W sobotę?

background image

W westchnieniu matki słychać było rozdrażnienie i Karen już wiedziała, co się święci.
– Sama nie chciałam, żeby uczestniczył  w naszej rozmowie – mruknęła matka i zerknęła 

w stronę jadalni. Prosiłaś, żebym nie robiła sobie problemu, więc kazałam Doris zastawić dla nas 
stół w kuchni.

–   Doskonale.   –   Karen   mocno   splotła   obie   dłonie,   aby   ukryć   podenerwowanie.   Miała 

nadzieję, że ojciec tu będzie. Wiktoria nie przyjechała, i w takim wypadku ojciec mógłby spełnić 
rolę mediatora pomiędzy nią i matką.

Catherine   otworzyła   drzwi   lodówki   i wyjęła   sałatkę   z kurczaka   z sezamem   i sałatkę 

z makaronem. Grzanki wprost z piekarnika parowały na stole.

– To twoja ulubiona sałatka, prawda? – spytała Catherine.
To była ulubiona sałatka Wiktorii, ale nie było szans, aby o tym dyskutować.
Tak, moja ulubiona – skłamała. – Jak miło z twojej strony, że ją dla mnie przygotowałaś.
– Szczerze mówiąc, to Doris połączyła składniki. Doris od kilku lat była gospodynią.
– Och. Tylko tyle można było powiedzieć o czułej trosce matki.
– Przecież wiesz, że w piątek gram w brydża z dziewczynami. – W głosie matki dało się 

słyszeć ton obronny. – Tę sałatkę przyrządza się na dwadzieścia cztery godziny przed podaniem.

– Nie szkodzi powiedziała Karen.
– Usiądziemy? – zaprosiła Catherine.
Pewnie. – Karen wysunęła krzesło, rozłożyła na kolanach płócienną serwetkę i przygładziła 

załamania.

Catherine podała córce sałatkę z kurczaka, rozdzieliła grzanki. Karen ze zdenerwowania nie 

mogła przełknąć ani kęsa.

– Gdzie Wiktoria? – spytała. Od jakiegoś czasu nie rozmawiała z siostrą i obawiała się, że 

powtórzył się ostatni incydent. Kurczyła się w sobie już na samą myśl o tym, że ten drań bije 
Wiktorię.

– Wiktoria? – powtórzyła matka, jak gdyby już zapomniała o tym, że ma jeszcze jedną córkę.
– Przecież zawsze była na naszych obiadkach.
Matka zamyśliła się.
– Chyba dziś po południu robi zakupy. Szuka letnich ciuchów dla Bryce.
– Aa. – Karen rozmawiając z matką miała często problemy z wysłowieniem się.
Catherine nadziała na widelec wystrzępiony kawałek kurczaka. Karen nie mogła już dłużej 

wytrzymać.

– Powiedz mi to w końcu.
Matka zdumiona wytrzeszczyła oczy.
– Co ci mam powiedzieć, kochanie?
Dlaczego mnie zaprosiłaś?

background image

Matka głęboko westchnęła.
– Jak już koniecznie chcesz wiedzieć, to boję się o Wiktorię.
Wiedziała. Dzięki Bogu. Jakimś cudem Catherine dowiedziała się, że ten drań bije Wiktorię! 

Karen poczuła ogromną ulgę. Z pewnością matka wkroczy do akcji i pomoże tak, jak ona by 
pomóc nie potrafiła.

– Ja również strasznie się o nią martwię. – Karen wreszcie to powiedziała. Co za ulga! – 

Musimy coś zrobić, mamo.

– Tak, cóż...
– Otworzyła się przed tobą. Śmiertelnie bałam się o to, co Roger może jej zrobić.
Matka jeszcze bardziej się skrzywiła, tak że kurze łapki pod oczami wydały się głębsze niż 

kiedykolwiek.

– Wiktoria dzwoniła do ciebie?
– Zadzwoniłaby do ciebie i do taty, ale nie chciała was niepokoić.
– O Boże!
–   Jak   się   dowiedziałaś?   Widziałaś   siniaki?   Do   perfekcji   opanowała   tuszowanie   ich,   ale 

przecież nie chodzi tylko o fizyczne znęcanie się, ale też o moralne. Najgorsze jest to, że ona mu 
we wszystko wierzy.

Matka zbladła i przyłożyła dłoń do gardła. Karen zawahała się.
– Dobrze się czujesz?
– To znaczy...
Zrobiło jej się głupio, uświadomiła sobie, że popełniła wielki błąd, zakładając, że Wiktoria 

zaufa rodzicom.

– O tym nie wiedziałaś, prawda?
Jak zawsze ułożona i grzeczna Catherine skrzyżowała ręce na piersi. Nie wiedziałam... co 

mam  o tym  wszystkim  sądzić. Naprawdę trudno uwierzyć,  że Roger jest człowiekiem,  który 
dopuścił się podobnych rzeczy.

Przerażona Karen zerwała się na równe nogi. W oczach jej lśniły łzy gniewu i wściekłości.
– Nie wierzysz mi?! Myślisz, że mogłabym sobie wymyślić coś takiego?
– Usiądź – rozkazała matka drżącym głosem.
– Sądzisz, że mogłabym zmyślić coś takiego, kierując się jakąś perwersyjną zazdrością?
Dłonie matce drżały i wydawało się, że nie wie, co z nimi zrobić. – Od jakiegoś czasu wiem, 

że pomiędzy Wiktorią i Rogerem coś się nie układa, ale nie chciałam się wtrącać.

Ramiona Karen opadły.
– Widziałam, co jej zrobił ostatnim razem.
– Uderzył ją?
Karen skinęła głową.

background image

– Mówiłaś, że Wiktoria ci powiedziała. – Matce dłoń się trzęsła, kiedy sięgnęła po mrożoną 

herbatę.

– Tak...
– Czy powiedziała ci, dlaczego nie chciała ze mną o tym rozmawiać?
–   Nie   –   odpowiedziała   Karen   i pośpiesznie   dodała:   –   Jestem   pewna,   że   nie   chciała   cię 

zdenerwować.

– I zleciła to zadanie tobie.
– Nie... nie, mamo. Wiktoria nigdy by czegoś takiego nie zrobiła. To ja wszystkich was 

denerwuję. To znaczy... Do licha, wiesz, o co mi chodzi.

– Czyżby?
Karen coraz bardziej się plątała.
–   Mamo,   posłuchaj   mnie,   proszę.   W tym   wypadku   musimy   wyzbyć   się   egoistycznych 

pobudek i porozumieć się.

Matka wymownie westchnęła i skinęła głową.
– Zgadzam się. Powiedz mi, co wiesz.
Karen nie wiedziała, od czego zacząć. Korciło ją, aby wspomnieć o tym okropnym obiedzie 

w Święto Dziękczynienia, kiedy Wiktoria uciekła od stołu, ale powstrzymała się.

Roger to drań – powiedziała.
– Czy bije też... Bryce’a? Karen pokręciła głową.
– Nie... z tego, co wiem, to nie.
– Jesteś pewna, że uderzył Wiktorię? – Dlaczego mi o tym nic nie powiedziała, że jest gorzej 

niż sobie wyobrażałam. O, dobry Boże!

– Jestem pewna, że Wiktoria nie wiedziała jak ci o tym powiedzieć. Catherine wyglądała na 

wstrząśniętą.

– Jestem strasznie zaskoczona.
Karen też była bardzo poruszona, kiedy dotarła do niej prawda.
–  Wiem,  że  trudno  w to  uwierzyć.  Ale  przysięgam   ci,  mamo,  że  to  prawda.  Widziałam 

dowód.

Matka odwróciła głowę, jak gdyby samo brzmienie tych słów sprawiało jej ból.
–   Dlaczego   Wiktoria   nie   przyszła   do   ojca   i do   mnie?   Przecież   musi   wiedzieć,   że 

zrobilibyśmy wszystko, aby jej pomóc... – Zamilkła.

– Ale powiedziałaś, że martwisz się o nią?
Matka zamyśliła się.
– Tak, ostatnio rzeczywiście oddaliłyśmy się od siebie. Wiktoria i ja zawsze byłyśmy sobie 

bliskie, ale ostatnio wymyślała preteksty, żeby trzymać się ode mnie z daleka. Czułam, że dzieje 
się coś złego. Matka zawsze to wie. Miałam nadzieję, że ty jesteś w coś wtajemniczona. I okazuje 

background image

się, że nie myliłam się..

Gdzieś na dnie serca Karen czuła żal, że ona nigdy tak dobrze nie rozumiała się z matką, ale 

miała nadzieję, że to się jeszcze zmieni.

– Nie rozumiem, dlaczego Wiktoria nie przyszła z tym do mnie.
– Jest zażenowana i wstydzi się. Wszyscy sądzą, że ich związek jest idealny, a ona nie chce 

nikogo pozbawiać tych złudzeń.

– Ale dlaczego miałaby dalej pozwalać na takie traktowanie?
– Dlaczego, dlaczego!  Nie ważne, dlaczego. Później  będziemy się nad tym  zastanawiać. 

Teraz musimy skoncentrować się na tym, żeby jej pomóc. Sprawy zaszły zbyt daleko i sama nie 
potrafi się z tego wygrzebać.

Matka z kwaśną miną wpatrywała się w talerz z obiadem.
– Powinna mi to powiedzieć.
– Tak, ale nie mogła.
– To co zrobimy?
Gdyby Karen znała odpowiedź, już dawno zaczęłaby działać.
– Nie wiem. Po pierwsze, należy pokazać Wiktorii, że ją kochamy i wspieramy.
– Oczywiście, to zrozumiałe.
– Myślałam, że zostawi tego chama, ale ona nie chciała o tym słyszeć. Gardło sobie zdarłam, 

tak ją namawiałam, aby powiedziała wszystko policji. Bez skutku. Boi się, że narazi na szwank 
karierę Rogera.

–  Gdyby   kancelaria  prawnicza   dowiedziała  się  o tym,  Roger  mógłby  mieć  duże  kłopoty 

w firmie – mruknęła matka, pogrążona w myślach.

– To nie jest wina Wiktorii. Przecież to on ją bije.
–   Och,   oczywiście.   Nie   obwiniam   swojej   córki.   Nie   potrafię   tylko   zrozumieć   jej 

niezdecydowania. Jeśli Roger straci pracę, ucierpi cała rodzina. A wyobraź sobie upokorzenie, 
gdyby wszyscy odkryli, że on ją bije.

– Oczywiście – mruknęła Karen; dziwne, że dotąd nie wzięła tego pod uwagę.
Musimy   bardzo   starannie   rozważyć   wszystkie   możliwości   –   oświadczyła   matka, 

przeszywając Karen; twardym spojrzeniem.

Karen rozluźniła się po raz pierwszy od chwili, kiedy przestąpiła próg tego domu. Z ramion 

spadł jej ciężar i poczuła się sto razy lepiej. Pomyśleć, że osobą, która ukoiła jej duszę, była jej 

matka. 

background image

Ucz się sztuki kompromisu,

bo lepiej jest odrobinę się ugiąć

niż się złamać.

Jane Wells

Rozdział 29

CLARE CRAIG

W domu panował chaos, ale Clare wiedziała, że to się wkrótce zmienić. Mick przyjechał do 

domu na wakacje. Poprzedniego wieczoru wrócił późno. Samochód był wyładowany rzeczami, 
które uzbierały się w ciągu rocznego pobytu w akademiku.

Ziewając, szła powoli korytarzem do kuchni. Z trudem wyminęła małą lodówkę z kuchenką 

mikrofalową na blacie. Przystanęła, zajrzała do pralni.

Zamiast zająć się praniem po całym semestrze, zamknęła drzwi i ruszyła w stronę kuchni. Ku 

jej zaskoczeniu, kawa już była gotowa.

– Dzień dobry! – zawołał Mick z salonu. Widziała tylko jego rękę zwisającą z oparcia sofy 

i głowę. Włosy sterczały na wszystkie strony, a kilkudniowy zarost wołał o żyletkę.

– To wszystko tłumaczy powiedziała, sięgając po kubek.
Co tłumaczy?
– Kiedy ta kawa była parzona? O której wstałeś?
Mick odwrócił głowę.
W ogóle nie kładłeś się spać, prawda? – Tak jak ojciec, był nocnym markiem.
– Byłem podekscytowany podróżą – wyznał Mick. Usiadłem przed telewizorem i nie miałem 

siły posłać sobie łóżka.

A spałeś choć trochę? Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego Mick wnosił rzeczy z samochodu 

zaraz   po   przyjeździe.   Chłopcy   zwozili   do   domu   bagaże,   kursując   tam   i z powrotem.   Clare 
cieszyła się, że synowie się pogodzili.

Ona ostatnio nie potrafiła dogadać się z Mickiem i miała nadzieję, że teraz, kiedy wrócił do 

domu, wszystko samo się ułoży. A może starszy z synów pogodzi się z ojcem. Do tej pory nie 
chciał mieć z nim nic wspólnego.

– Masz ochotę porozmawiać? – Clare zaniosła kawę do drugiego pokoju i usiadła na fotelu 

naprzeciwko Micka.

Jej syn nastroszył się.
– Jeśli mamy mówić o tacie, to nie.

background image

– Dobrze. – Stwierdziła, że syn ma dobrą intuicję.
– Cieszę się z ukończenia roku szkolnego – powiedział Mick, szukając tematu do rozmowy.
– Tego lata będę w domu rzadkim gościem – oświadczyła  Clare. Na szczęście przejęcie 

zarządu nad firmą dokonało się raczej płynnie. Ale ona pracowała o wiele więcej niż czterdzieści 
godzin tygodniowo.

–   Alex   powiedział,   że   czasami   wracasz   do   domu   dopiero   o ósmej   –   powiedział   Mick, 

krzywiąc się.

– Kilka razy to się zdarzyło.
Mick pokręcił głową.
– Nie rozumiem. Dlaczego pomagasz tacie? Jak możesz, po tym wszystkim, co ci zrobił?!
– Co nam zrobił – poprawiła, bo tak naprawdę to Mick chciał powiedzieć.
– Nie mogę mu przebaczyć – przyznała. Nawet teraz, gdy Michael umierał, trudno jej było 

zapomnieć o cierpieniach, jakich doznała. To, że zarządzała teraz firmą służyło raczej jej synom 
niż byłemu mężowi.

– A jednak mu pomagasz.
– Wiem.
– Dlaczego?! – wrzasnął Mick. – Czy to z powodu raka?
Przyrzekła   Michaelowi,   że   nie   powie   chłopcom   o jego   śmiertelnej   chorobie.   Teraz   tego 

żałowała.

–  Cóż  więcej  mogłam   zrobić?  –  spytała  cicho.   – Michael   zwrócił  się  do mnie   z prośbą 

o pomoc. Firma przechodziła kryzys  i ktoś musiał interweniować, bo w przeciwnym wypadku 
groziłby jej upadek.

– Masz nadzieję, że tata wróci?! – spytał Mick ostrym, wzburzonym tonem.
Clare   sama   się   nad   tym   zastanawiała.   Podświadomie   pragnęła,   aby   wrócił   i błagał   ją 

o przebaczenie. Wielokrotnie odgrywała w myślach ten scenariusz i dochodziła do wniosku, że to 
nie miałoby sensu. Szczerze mówiąc, nie wiedziała, co by zrobiła w takiej sytuacji.

– Mamo, naprawdę? – dopytywał się Mick. Pokręciła głową.
– Już mnie nie chce. – To była bolesna prawda. Twarz Micka przybrała kamienny wyraz.
– Alex i ja też go nie chcemy.
– To nieprawda – upierała się. – Ojciec kocha was obu. Mick parsknął.
– Jasne!
Clare chciała mówić dalej, ale powstrzymała się, czując, że mimo woli staje się obrońcą 

Michaela. Jeśli chodzi o ojca, Mick zdawał się być niezłomny.

– Cieszę się, że Miranda go zostawiła – dodał.
Clare nie lubiła, kiedy zwracał się do niej tak ostrym tonem. Jeszcze nie tak dawno ona sama 

żywiła nienawiść do Michaela.

background image

– Wiesz, widziałem ją.
Clare nie miała okazji jej spotkać.
– Kiedy?
– Ostatnim razem, kiedy przyjechałem do domu. Była z jakimś facetem.
– Z kimś w jej wieku?
Mick skinął głową.
–   Obejmowali   się,   a ona   maślanym   wzrokiem   gapiła   mu   się   prosto   w oczy.   Kiedy   ich 

zobaczyłem, myślałem, że padnę trupem. No wiesz, tata sobie na to zasłużył. Oszukiwał cię, 
a teraz przyszła kryska na matyska.

– Biedna Miranda.
–   Biedna   Miranda?   –   powtórzył   Mick,   jak   gdyby   jej   w pełni   nie   zrozumiał.   –   Chyba 

żartujesz!

Clare nie patrzyła mu w oczy.
– Dużo czasu minęło, ale rozumiem, co się stało. Miranda nagle straciła ojca. Dziś człowiek 

tryska życiem, nazajutrz już go nie ma. Jego śmierć wstrząsnęła całym jej światem.

– No i pojawił się tata, taki uczynny i wspaniały, zaopiekował się nią.
Clare skinęła głową. Coś ją ścisnęło w gardle.
– Biedna dziewczyna nie wiedziała, co ma robić. Ból i smutek sprawiły, że zwróciła się do 

Michaela. Jego miłość w pewnym sensie zastąpiła jej miłość ojca. Dlatego rozumiem to, co się 
stało.

– A ja nie upierał się Mick.
Michael był przy niej, zaoferował siłę i pocieszenie. – Nie usprawiedliwiała tego postępku. 

Wiedziała, ile bólu jej tym sprawili. Chciała jednak, żeby Mick zrozumiał, co się stało.

– Możliwe, że to tłumaczy Mirandę, ale nie tatę, prawda?
– Nie... wiem. Być może coś ze mną było nie tak.
Tyle razy zastanawiała się nad swoją winą w rozpadzie małżeństwa.
– Miranda go potrzebowała, a ja... ja nie.
– A to wszystko mi mówi, że ty jesteś silna, a tata jest słaby. – Mick zerwał się na równe 

nogi z sofy, stojącej w środku salonu. – Ale nie mieliśmy rozmawiać o tacie, racja?

– Racja – powiedziała, siląc się na uśmiech. Uświadomiła sobie, że od ponad dwóch lat 

każda rozmowa kończyła się na Michaelu.

– Kiedy chodziłem do szkoły średniej – zaczął Mick – tata był z nami i to było normalne. 

Wtedy był moim tatą. Było w porządku.

– A teraz taty nie ma, a ja odczuwam jego nieobecność o wiele bardziej niż odczuwałem 

wtedy jego obecność.

Jak trafnie Mick to ujął. Wpatrywała się w niego, na nowo odnajdując w nim kochanego, 

background image

wspaniałego syna.

– Mam nadzieję, że pójdziesz się z nim zobaczyć. Odpowiedź Micka była natychmiastowa.
– Nie ma mowy.
– Och, Mick, nie odwracaj się do niego plecami dlatego, że chcesz być w porządku wobec 

mnie. Ojciec cię potrzebuje.

Syn gwałtownie pokręcił głową. Był nieugięty i zacietrzewiony.
– A co powiesz o tych chwilach, kiedy to ja go potrzebowałem, a on zabawiał się w tatusia 

Mirandy. Nie upieraj się przy swoim, mamo. Nie chcę tam iść i ty pewnie też nie.

Widziała,   jak   cierpi.   Wiedziała,   że   przed   Michaelem   stoi   trudne   zadanie,   jeśli   myśli 

o zgodzie ze starszym synem.

– Co się dzieje? Czemu nie śpicie? – spytał Alex, swobodnym krokiem wchodząc do salonu 

w kąpielówkach. Ziewnął i podrapał się w głowę.

– Mick w ogóle nie kładł się spać – mruknęła Clare.
– Hej, braciszku, a to dlaczego?
– Oglądałem powtórki na Brady Bunch.
–   Na  Brady   Bunch?   –  Alex   był   zaszokowany.   –   Dlaczego?   Przecież   jest   tysiąc   innych 

kanałów. Czemu nie na przykład VH-1?

Mick wzruszył ramionami.
– Nie wiem. Byłem w kiepskim nastroju.
Clare to rozumiała. Syn nie miał ochoty na komedie obyczajowe. Szczęśliwa, pojednana 

rodzina przy wspólnej pracy. Problemy rodziny Brady wydawały się banalne, rodzice kochali się 
i przełamywali to, co ich dzieli. To była rodzina z bajki. Życie w niej tak różne od tego, czego 
syn doświadczał w domu.

10 czerwca

Dziś   po   południu   Michael   dzwonił   ze   szpitala   do   firmy   sześć   razy.   Ostatnia   faza 

chemioterapii  przebiegała  wyjątkowo   ciężko   i lekarze  stwierdzili,   że  byłoby  najlepiej,   gdyby 
został tam jeszcze tydzień.

Za każdym razem, kiedy dzwonił, byłam zajęta i oddzwaniałam później. Mój były upoważnił 

mnie do podejmowania wszelkich decyzji w firmie, ale odkryłam, że sam chce trzymać wszystko 
w garści.

Ustąpienie ze stanowiska i przekazanie mi zarządu nad firmą musiało być dla niego bardzo 

trudne. Tak bardzo różnimy się i nasze metody pracy też są inne, tak samo jak styl zarządzania 
pracownikami.

Liczyłam na wdzięczność Micheala za to, że się go radzę przy podejmowaniu decyzji, ale on 

background image

reagował inaczej. Chciał tylko wydawać mi rozkazy, a ja nie słuchałam go.

Nie wie, w jak złej kondycji jest jego firma. Ostatnio panował w niej chaos organizacyjny. Są 

duże zaległości w realizacji zamówień. Nawet leżąc w szpitalu, Michael nie może dać mi wolnej 
ręki. A dla mnie ta praca nie jest siódmym cudem świata. Nieraz kusiło mnie, aby mu o tym 
powiedzieć.

Nie zrobiłam tego i nie zrobię. Rozumiem, jak trudne było dla niego przekazanie mi zarządu 

firmy.  Twierdzi,   że  robi  to   dla  chłopaków.   Przecież  to  ich  spadek.  Chociaż  oni   nie  są  nim 
zainteresowani. W przyszłości nie chcą tu pracować. Alex ma zajęcia w Softline, a Mick jest 
ochroniarzem   i uwielbia   to.   Wygląda   wspaniale,   pięknie   opalony   i dziewczyny   za   nim 
przepadają. Zauważyłam, że Kellie, która chodzi z Aleksem, strzela oczami do Micka.

A teraz o czymś przyjemniejszym: spotkała mnie miła niespodzianka. Z Hawajów zadzwonił 

Leslie  Carter.  Rozmawialiśmy  prawie  pół godziny.  Opowiadał  mi  o rejsie i o tym,  czego  się 
nauczył   podczas   tej   długiej   podróży.   Powiedziałam   mu,   że   pracuję   w firmie   Michaela. 
Spotkaliśmy się tylko raz, ale o sobie pamiętamy.

Obaj chłopcy byli w domu, kiedy zadzwonił Leslie i wprost umierali z ciekawości. Było to 

nieco kłopotliwe, bo Mick zadawał wiele pytań. Przez chwilę czułam się, jak na przesłuchaniu. 
I cóż miałam im powiedzieć? Leslie jest wspaniałym mężczyzną i cieszę się, że go poznałam. Nie 
mam teraz pojęcia, czy będę się z nim umawiać.

Mam nadzieję, że tak. Naprawdę chciałabym go lepiej poznać.

background image

Życie pełne poświęcenia jest warte zachodu.

Trzeba się oddać całym sercem.

Annie Dillard

Rozdział 30

CZWARTKOWY KLUB ŚNIADANIOWY

Liz  – ranny ptaszek – pierwsza przychodziła  do Mocha Moments.  Zamówiła  croissanta, 

kawę i zajęła stolik przy oknie. Obserwowała ulicę, czy nie widać przyjaciółek.

Przez kilka chwil usiłowała w ciszy skupić się. Myślała o nocnej rozmowie z synem. Brian 

martwił  się o nią. Do tej pory dzwonił  do niej  raz w miesiącu.  Zmieniło  się to, kiedy Amy 
powiedziała   mu   o nowej   znajomości   matki.   Tak   się   tym   zaniepokoił,   że   postanowił   sam   to 
sprawdzić.

Liz nie wiedziała, czy powinna być zadowolona, czy też obrazić się na dzieci za całkowity 

brak zaufania.

Rozmyślania te przerwała Clare. Wyglądała na zabieganą. Ostatnio wpadała tylko na kilka 

minut   i natychmiast   wybiegała   do   swojej   firmy.   W tym   tygodniu   Liz   przekazała   wiadomość 
przez Aleksa, ale Clare nie odezwała się.

– Dzień dobry – powiedziała Clare, niosąc do stołu tacę z espresso i jęczmiennym ciastkiem. 

Nagle stanęła jak wryta, jak gdyby coś sobie przypomniała.

– Nie oddzwoniłam do ciebie, prawda?
– Nie.
– A niech to, przepraszam! To dlatego, że od kilku tygodni biegam jak w ukropie.
– Zauważyłam – oświadczyła Liz bez ogródek.
– Cześć – powiedziała Julia, wysuwając krzesło i dosiadając się do nich.
Liz ucieszyła się, widząc przyjaciółkę zarumienioną, w nowej bluzce ciążowej. Julia prędko 

zajęła miejsce przy stoliku i wlała herbatę Ruby Red do białego ceramicznego kubka.

– Jak minął tydzień? – spytała koleżanki.
–   Przepraszam   za   spóźnienie.   –   Karen   powitała   je   radosnym,   promiennym   uśmiechem. 

Plecak rzuciła na podłogę, a sama opadła na krzesło tak, jak gdyby dźwigała na ramionach ciężar 
całego świata.

Liz zapatrzyła się w białą kawę z pianką przyniesioną przez Karen i zastanawiała się, jaki 

smak wybrała w tym tygodniu.

– Jak się macie? – spytała Karen.

background image

Żadna nie śpieszyła się z odpowiedzią.
Świetnie – oświadczyła Liz. Promieniała radością, pomimo iż robiła wszystko, aby tego nie 

pokazać. Wręcz tryskała szczęściem. Wszyscy w pracy to już zauważyli. I wiedzieli, dlaczego.

– Tak mówi zakochana kobieta! – Julia wlała do kubka zaparzoną herbatę ziołową.
– Zakochana?! – wykrzyknęła podekscytowana Karen.
– Jesteś zajęta tym lekarzem, swoim przyjacielem, prawda?
Liz poczuła się niezręcznie pod obstrzałem pytań. Dobrze, że dotąd udawało jej się skrywać 

uczucia.

– Bardziej odpowiednie jest tu słowo przyjaźń. Sean i ja tylko się przyjaźnimy.
Clare zmierzyła ją sceptycznym spojrzeniem.
– Nic więcej...
– Nic więcej – pośpiesznie dodała Liz i mówiła poważnie. Sean miałby ochotę zaciągnąć ją 

do łóżka, ale nie nalegał. Dzięki temu ich przyjaźń rozkwitła i pogłębiła się. Już wykraczała poza 
zwykłe pogaduszki. Sean przeważnie unikał rozmów na temat byłej żony i swojego rozwodu. 
Wspomniał jednak o kilku szczegółach. Liz była pewna, że niewiele jest osób, z którymi dzieli 
się takimi informacjami.

– Ależ tak, oczywiście – mruknęła Karen, nie skrywając niedowierzania. – Na czole masz 

wypisane to, co do niego czujesz.

– Nie mów tak! – jęknęła Liz. – Brian zapowiedział, że w ten weekend mnie odwiedzi.
– Żeby sprawdzić, co się dzieje pomiędzy tobą i Seanem?
Liz wiedziała, że Clare ma dwóch synów i doskonale wie, na co Briana stać.
–   Brian   się   do   tego   nie   przyznał,   ale   oboje   wiemy,   że   ten   jego   nagły   zapał,   aby   mnie 

odwiedzić, to nie przypadek.

– Amy go przysłała? domyślała się Clare.
– Tak mi się wydaje. Nigdy nie myślałam, że moje dzieci mogą się tak zachować.
To znaczy jak? – Julia rozpakowała kruchą bułeczkę z jagodami i spojrzała na Liz, oczekując 

odpowiedzi.

– Reagować wielkim szokiem na moje zainteresowanie innym mężczyzną – odparła. Liz była 

bardzo zainteresowana Seanem. Oczywiście, że nie zawsze się ze sobą zgadzali, ale od chwili, 
kiedy ją zabrał do Little Lambs wszystko się zmieniło. Udowodnił, że jej bezgranicznie ufa, 
a kiedy ona wyzbyła się uprzedzeń wobec niego już wiedziała, że nie jest cynicznym arogantem.

– Mój ojciec umarł dziesięć lat temu – kontynuowała Julia i położyła dłoń na brzuchu. Czuła, 

że   dziecko   kopie.   –   I gdyby   moja   mama   zaczęła   nagle   z kimś   się  spotykać,   to   też   bym   się 
zdziwiła. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego.

– Muszę stwierdzić jedno – powiedziała Clare. – Pierwszy raz widzę cię aż tak szczęśliwą. 

A jakie było twoje hasło na ten rok? Bo zapomniałam.

background image

– Czas – odparła Liz. Niesamowite, że Clare spytała właśnie o to, bo ostatnio Liz dosyć 

często nad tym rozmyślała. Od tygodnia nie dawało jej to spokoju. Wybrała je, ponieważ bała się, 
że czas jej przepływa przez palce, a jest tyle rzeczy do zrobienia i tak wiele można doświadczyć. 
Nie spodziewała się tylko tego, że się zakocha. Cała ta sprawa z Seanem była dla niej wielkim 
zaskoczeniem.

– Dobrze ci radzę, żebyś też nie traciła czasu na tłumaczenie się – dowodziła Karen. – Kiedy 

przyjedzie Brian, głowa do góry.

– Dobrze mówi przytaknęła Julia. – To dla twojego syna szok. Na jego miejscu tak samo 

bym zareagowała. Ale bądź z nim szczera i poproś go, by był przy tobie.

A wiesz, co mnie najbardziej dziwi? To, że dzieci nie aprobują mojego wyboru.
– Ale co się stało, bo dotąd nie wyrażałaś się o nim z entuzjazmem – mruknęła Clare ze 

zdziwieniem. – Ale skoro teraz widzisz u niego dobre cechy, to pewnie masz rację.

– Oczywiście, że tak – powiedziała Liz, cicho wzdychając. Miała zobaczyć się z Seanem 

dopiero w weekend, a już zaczynała liczyć dni.

– A niech mnie kule biją! – jęknęła Clare. – Moja przyjaciółka oszalała! Zakochała się.
– Przestań! – odparła Liz ostrym tonem, choć nie umiała powstrzymać uśmiechu. Zakochała 

się i było jej cudownie.

– Za miłość  się płaci  – westchnęła  Julia, kładąc rękę na wypukłym  brzuchu. – Chcecie 

wiedzieć, co u mnie słychać? Otóż dziecko ładnie się rozwija. To już prawie siódmy miesiąc i... 
Cóż,   chyba   długo   nie   umiałam   pogodzić   się   z ciążą,   i dlatego   chyba   czas   upłynął   mi 
niewiarygodnie szybko. Nie mogę już odkładać na później myśli o tym, co będzie.

– A co z Adamem i Zoe? Przyjęli już ten fakt do wiadomości? – spytała Liz. Uznała ich 

reakcję za typową dla nastolatków.

Julia pokręciła głową.
– Wciąż  się gniewają i wściekają na Petera i na mnie  za to, że celowo zburzyliśmy  ich 

spokój. To jest jeden z powodów, dla których przy nich nie rozmawiamy o dziecku.

– Nie da się ukryć tego, że jesteś w ciąży – powiedziała Clare. – I przecież chyba nie mogą 

ignorować tego faktu.

– Mogą, mogą – upierała się Julia. – I ignorują. Mamy nową kołyskę, choć Peter jej jeszcze 

nie złożył. Nie rozumieją, że rodzicielstwo oznacza coś więcej niż gromadzenie jednorazowych 
pieluch. Dziecko gruntownie zmieni nasze życie, a wszyscy ignorują ten fakt.

– Na domiar złego Peter i ja nadal nie wiemy, skąd weźmiemy opiekunkę do dziecka.
– Myślałam, że ty i Peter możecie wziąć po porodzie trzy miesiące urlopu wychowawczego 

i że on będzie do pracy przynosił ci niemowlę, żebyś mogła je nakarmić.

– To tylko trzy miesiące i naprawdę nie wiem, czy to zda egzamin.
– Nie możesz trzymać dziecka w sklepie?

background image

– Nie, jeśli zechcę obsługiwać klientów. Myślę, że ludzie przez jakiś czas będą to tolerować, 

ale nie wiadomo do kiedy. W końcu to jest sklep.

Liz musiała się z nią zgodzić.
– Myślałam, że twoja mama przechodzi na emeryturę – wtrąciła Karen.
W oczach Julii rozbłysła iskierka otuchy i Liz wiedziała, że przyjaciółka wszelkie nadzieje 

wiąże z tym, że jej matka w ostatniej chwili zdecyduje się pomóc.

– Mama przechodzi na emeryturę, ale nie mogę jej prosić o to, żeby z jednej pracy od razu 

przeszła do drugiej. Gdyby sama to zaproponowała, to co innego. Peter i ja bardzo byśmy się 
cieszyli. Ale ona tego nie zrobiła... a ja... nie potrafię jej o to poprosić. – Głos Julii przycichł.

– A Georgia? spytała Karen.

– Moja kuzynka? Chyba żartujesz! Georgia nigdy nie miała do czynienia z dziećmi i nie ma 

pojęcia, ile przy nich jest roboty. Kocham ją, ale ona szybko by mnie znienawidziła, gdybym 
zostawiła ją z dzieckiem na dłużej niż godziną. Poza tym, ona już ma pracę.

– Chyba jej nie doceniasz.
– A co z ubrankami niemowlęcymi i wszystkimi sprzętami, których będziesz potrzebować? – 

spytała Liz, celowo zmieniając temat na mniej bolesny.

Julia wyglądała na bardziej rozkojarzoną niż kiedykolwiek.
– O ubranka nie martwię się tak, jak o inne rzeczy. Dzięki siostrze i kobietom z kościoła będę 

miała tyle ubranek, że dziecko nie zdąży ich zedrzeć przez całe przedszkole.

– Pomoc do dziecka to wielki problem dla wielu kobiet – powiedziała Liz. Wiedziała, jak 

bardzo Julii leży to na sercu.

– Sama nie wiem, co zrobię – szepnęła Julia. – Może skończy się na tym, że zamknę sklep. 

Byłoby mi potem ciężko się z tym pogodzić i podświadomie miałabym o to żal do dziecka. Nie 
chcę, żeby cały dorobek mojego życia poszedł na marne. Ale przecież dziecko jest najważniejsze.

– Wydaje się, że z tej sytuacji nie ma prostego wyjścia? – w głosie Clare dało się słyszeć 

nutkę współczucia.

– Adam i Zoe pogodzą się z tym – upierała się Karen. – Dajcie im czas i bądźcie cierpliwi.
–   Sześć   miesięcy   pracy   w szkole   na   zastępstwach   i dziewczyna   jest   ekspertem 

w wychowaniu dzieci – mruknęła pod nosem Clare.

– No, no! – broniła się Karen. Spędzam osiem do dziesięciu godzin dziennie z nastolatkami. 

Znam ich sposób myślenia.

Liz była zaskoczona.
– Pewnie dają ci teraz więcej godzin tygodniowo niż kiedyś. – Przypomniała sobie, że Karen 

od dłuższego czasu nic nie mówiła o szukaniu pracy.

– Ostatnio uczę w Manchester High School – powiedziała.

background image

– Czy to ta szkoła, w której pracuje ten nauczyciel chemii?
– Tak – Karen spuściła wzrok.
Liz odczytywała znaki jak harcerz na podchodach.
– Podoba ci się ten facet?
– Podoba mi się – przyznała. – Glen jest wspaniały.
Miło było patrzeć na błyszczące oczy Karen, kiedy wypowiadała imię nauczyciela.
–   W ten   weekend   Glen   spotkał   się  z moimi   rodzicami   –  wspomniała   od  niechcenia,   jak 

gdyby było to coś oczywistego.

– Zabrałaś Glena do rodziców?! – spytała Julia. Nie potrafiła ukryć zdumienia.
To nie było tak. Glen i ja jeździliśmy po plaży na rolkach i na przystani natknęliśmy się na 

moich rodziców.

– Czy mama i tata zgodzili się? spytała Clare, choć dobrze znała odpowiedź.
– A jakżeby inaczej? Glen jest nauczycielem i geniuszem – idealnym kandydatem na męża. 

Poza tym, ostatnio o wiele lepiej rozumiem się z matką.

– Cudownie! – Liz szczerze się ucieszyła. Co tydzień Karen przynosiła długą listę żalów do 

rodziców. I widać było od razu, że córka nie może dogadać się z matką.

– A co słychać u siostry? – spytała Julia.
Karen nie od razu odpowiedziała. Ciężko jej było o tym mówić.
– Chyba wszystko dobrze. Teraz nie odzywa się do mnie.
–   Dlaczego?   –   spytała   Clare,   bo   od   tygodni   była   bardzo   zajęta   i rzadko   spotykała   się 

z przyjaciółkami.

One wiedziały, że wtajemniczyła matkę w awantury Wiktorii z mężem. Od tego czasu siostra 

miała do Karen żal, że ta weszła z butami w jej życie.

Ostro się pokłóciły. Karen czuła się fatalnie. Od tamtej pory nie wspominała o tym epizodzie, 

ale Liz wiedziała, że stosunki pomiędzy nią i siostrą wciąż są napięte.

–   Chciałam   wam   coś   powiedzieć   –   oświadczyła   Karen,   zmieniając   temat.   –   Zgadnijcie, 

jakiego przedmiotu ostatnio uczę?

– Angielskiego? Liz wiedziała, że pasją Karen jest teatr.
Nie. Fanfary, proszę! Lekcje teatru i to nie w ramach angielskiego. Dziewczyny, absolutnie 

to kocham!

Teatr? – powtórzyła Liz. Clare pokręciła głową.
Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tego, że rok szkolny trwa przez cały rok kalendarzowy. 

Jak dobrze, że tylko jeden z moich chłopaków musi przez to przejść. Liceum przyjęło taki grafik 
dopiero po maturze Micka.

– I chwała im za to – oponowała Karen. W przeciwnym wypadku nadal byłabym głodującą 

artystką. Niby miałam pracę, ale nigdy nie byłam pewna jutra.

background image

– Lepiej jest mieć stałą posadę dokończyła za nią Julia.
– Dokładnie! – zgodziła się Karen.
– Ale opowiadaj dalej o spotkaniu Glena z twoimi rodzicami – nalegała Julie. – Chcę to 

usłyszeć.

– Cóż... – Karen zawahała się. – Nie wiem, co chcesz usłyszeć. – Wybuchnęła śmiechem. – 

Mama powiedziała, że Glen jest pierwszym z moich chłopaków bez tatuaży i długich włosów.

– Coś podobnego!
Karen pokiwała głową.
– Była tak uradowana, że wreszcie spotkałam kogoś normalnego. Karen tak paplała, aby nie 

poruszać drażliwych spraw siostry. Jednak Liz wiedziała, że właśnie to jej leży na sercu.

– U Wiktorii wszystko w porządku, prawda?
– O ile wiem, tak – odparła Karen. – W tym tygodniu dzwoniłam do niej, ale ona odłożyła 

słuchawkę.

– Jesteś pewna, że to była ona? Może to jej mąż odebrał telefon.
– Nie. To była Wiktoria. Jak tylko usłyszała mój głos rzuciła słuchawką.
– Jakie to smutne – powiedziała Liz współczująco.
– Oczywiście, że się o nią boję. Ale chodzi mi też o Bryce’a – powiedziała Karen. – Za 

każdym   razem,   kiedy   Roger   wyładowuje   wściekłość   na   żonie,   uczy   syna   przemocy   wobec 
słabszych.

Według niego przemoc fizyczna jest czymś normalnym i dopuszczalnym – stwierdziła Liz
– Matka rozmawiała z Wiktorią, która wyparła się wszystkiego – ciągnęła dalej Karen.
Liz   myślała,   że   dzięki   matce   Wiktoria   szybciej   wyzwoli   się   z problemów.   Gdyby   miała 

miłość i wsparcie rodziny, byłoby jej łatwiej prosić o pomoc.

– Do kogo ma się zwrócić, jeśli nie do ciebie, ani nie do matki? – spytała Clare.
Karen spuściła głowę.
– Nie wiem. Ale się nie poddaję. Dziś po południu wpadnę do niej i zmuszę ją do rozmowy.
– Dobrze!
– Jak było w weekend na rozdaniu dyplomów u Aleksa? – spytała Liz.
– W porządku – odparła Clare po chwili namysłu.
Powiedziała to z taką rezygnacją. Wiadomo było, że coś jest nie tak.
Wszystkie spojrzały na Clare.
– Słucham? spytała Clare podniesionym głosem.
– Lepiej nam powiedz, co się stało nalegała Liz. Wiedziała, że z jej przyjaciółką dzieje się 

coś złego. Odkąd zaczęła pracować w firmie byłego męża była zmęczona i zestresowana.

– Nic złego się nie dzieje – upierała się Clare.
– Może i są ludzie, którym mogłabyś to wmówić, ale nie nam – oświadczyła Karen.

background image

– Powiedz nam, co się dzieje, dziewczyno.
Na ustach Clare pojawił się półuśmiech.
–   Czekamy   –   powiedziała   Julia   i skrzyżowała   ręce   na   piersiach,   jak   gdyby   chciała 

powiedzieć, że w razie potrzeby będzie tu czekać przez cały dzień.

Clare głęboko westchnęła.
– Michael uparł się, żeby pójść na wręczenie dyplomów. Liz skrzywiła się.
– Przez cały tydzień leżał w szpitalu.
– Wiem. Alex bardzo go prosił o przyjście i Michael za nic nie chciał zawieść syna.
– Jak tam dojechał?
– Taksówką. – Clare dopiła już swoje espresso, ale tak przywarła ustami do filiżanki, jakby 

to   była   jej   deska   ratunku.   –   Nie   chciał   mnie   prosić   o podwiezienie,   bo   dzień   wcześniej   się 
kłóciliśmy.

– O tę uroczystość? – spytała Julia.
– Nie. O firmę. Michael wciąż mnie kontroluje i doprowadza mnie tym do szału. Prawie 

codziennie   z nim   rozmawiam,   ale   nie   widzieliśmy   się   od   ostatnich   dni   kwietnia.   –   Urwała 
i wzięła głęboki oddech. – Alex trzymał przybycie Michaela w tajemnicy. Bał się, że Mick nie 
zjawi się, bo będzie bał się spotkania z ojcem. I pewnie miał rację.

– Ale jak to się stało, że się tam zobaczyliście?
– Wyznaczyli nam miejsca. Każdej rodzinie przysługiwały trzy wejściówki i wszyscy troje 

siedzieliśmy obok siebie.

– Jejku – wyszeptała Karen.
– Michael wygląda strasznie. Mick był zszokowany. Ja też. Początkowo próbował udawać, 

że nie widzi ojca i ignorował go. Wiedziałam, że ta kuracja nie poskutkowała, ale nie miałam 
pojęcia,   że   z nim   jest   aż   tak   źle.   Po   pewnym   czasie   zerknęłam   na   Micka   i zauważyłam,   że 
chłopak cierpi, patrząc na ojca.

– Aż tak z nim źle? – spytała Liz.
–   Źle.   Naprawdę   źle.   Schudł   prawie   o dwadzieścia   kilo,   a...   a cerę   miał   żółtą.   –   Clare 

zacisnęła usta. – On umiera... Powiedział mi to. Ale nie przyjęłam tego faktu do wiadomości.

– A teraz musisz? – Julia wyciągnęła rękę i położyła ją na dłoni przyjaciółki.
Liz i Karen zrobiły to samo, tworząc piramidę dłoni.
– Nie wiem, jak wytrzymał dwugodzinną uroczystość. Był osłabiony, ledwie siedział.
– Zastanawiam się, czy Mick wiedział, w jakim stanie jest jego ojciec.
Clare spochmurniała i przygryzła dolną wargę.
– Sądzę, że raczej się domyślał. Alex musiał mu coś powiedzieć.
– Mimo  wszystko,  to  szok. – Liz  wiedziała  to z autopsji.  Jej  własny ojciec  przez wiele 

miesięcy umierał na raka. Bardzo cierpiała, patrząc na jego agonię.

background image

– Rozmawiali ze sobą? – spytała Karen.
– Z początku, nie. – Clare szperała w torbie, szukając chusteczki. – Zachowywali się tak, jak 

gdyby obaj mieli czapki niewidki. Ale kiedy do audytorium weszli absolwenci, wszyscy wstali, 
żeby odśpiewać Pomp and Circumstance. Mick i ja też wstaliśmy, a Michael nie mógł.

– Upadł?
– Nie... Mick go podtrzymał i z powrotem posadził na krześle. Kiedy na nich spojrzałam, 

obaj   szlochali,   obejmując   się.   –   Łzy   spływały   po   twarzy   Clare,   przypominała   sobie   chwilę 
pojednania byłego męża z synem.

–   Czy   Michael   jest   znów   w szpitalu?   –   spytała   Liz.   Clare   przez   chwilę   zwlekała 

z odpowiedzią.

– Jest u nas.
– U was? – powtórzyła Karen.
– Nie może wrócić do wynajmowanego domu. Teraz nie jest w stanie samodzielnie żyć. Nie 

ma sensu płacić za dwa mieszkania, kiedy może mieszkać ze mną i z chłopakami. – Jeszcze raz 
mocno przygryzła dolną wargę. – Wrócił, żeby u nas umrzeć.

background image

Czas jest krawcem,

świetnym specjalistą od poprawek.

Faith Baldwin

Rozdział 31

JULIA MURCHISON

4 lipca

Lista błogosławieństw:
1. Spać do oporu – święto.
2. Zachwycać się Ameryką.
3. Fajerwerki.
4. Rodzinne spotkanie przy grillu – jedzenie przyrządza Peter.
5. Przychodzi do mnie Georgia, która pomaga mi śmiać się z siebie i mojego brzucha.

Długo dziś spałam. Ani Petera, ani dzieciaków nie ma w domu. Robią ostatnie zakupy przed 

grillem. Mam czas dla siebie. Po długim moczeniu się w wannie wzięłam do ręki czasopismo.

Ostatni raz pisałam w pamiętniku dawno temu. Nie mogę uwierzyć, że minęło siedem dni. 

Zwykle piszę rano, ale ostatnio muszę więcej spać i mam kłopoty ze wstawaniem. Peter twierdzi, 
że powinnam sobie pofolgować. A gdy tak robię, cały plan dnia diabli biorą.

Ta ciąża przebiega zupełnie inaczej niż z Adamem i Zoe. Myślałam, że to z powodu różnicy 

wieku. Jestem o czternaście lat starsza.

Gdy zrobiłam wszystkie badania, moje obawy rozwiały się. Doktor Fisk też odczuł ulgę. 

Dzięki Bogu, będziemy mieli zdrowe dziecko. Martwiłam się o to.

Teraz   ta   dobra   wiadomość   podniosła   mnie   na   duchu   i założę   się,   że   na   mojego   męża 

podziałała podobnie.

Zapowiada się udany dzień. Georgia i Maurice przychodzą na grilla. Dzieciaki przepadają za 

kuzynką, zresztą ona też uważa, że są fantastyczne. Georgia potrafi dopiec do żywego, ale od 
kilku miesięcy jestem jej niezmiernie wdzięczna za przyjaźń i wsparcie.

Przez całą ciążę była ze mną. Kiedy użalałam się, że mam już czterdzieści lat i noszę ubrania 

ciążowe, sama zakładała fartuch i wsadzała pod niego poduszkę, żebym nie czuła się głupio. I jak 
można nie kochać takiej kuzynki?

Po grillu wszyscy pójdziemy na przystań popatrzeć na fajerwerki. Adam i Zoe spotkają się 

background image

w domu   z przyjaciółmi,  żeby  zjeść   deser  bananowy.   To  taki  zwyczaj  rodzinny,   związany  ze 
świętem 4 lipca.

Nie będę się dzisiaj zamartwiać o przyszłość, o brak opiekunki do dziecka. Nie zirytuję się 

z powodu sobkostwa Adama i Zoe. I nie stanę na wagę.

Będę się śmiać, cieszyć i jeść, na co tylko przyjdzie mi ochota (sól, sałatka ziemniaczana, 

deser bananowy). Nie zamierzam się spieszyć. Założę nogi na stół i będę się cieszyć słońcem, 
z mężem i dziećmi.

Ambitny   program,   jak   na   jeden   dzień,   ale   zrobię   wszystko,   co   w mojej   mocy,   aby   go 

zrealizować.

– Wyglądasz na zadowoloną. – Georgia stanęła przy jej kanapie i wzięła się pod boki.
Julia   przymrużyła   oczy   i zadarła   głowę   do   góry.   Wylegiwała   się,   delektując   ostatnimi 

promieniami słońca.

– Jestem w siódmym niebie. – Julia była rozleniwiona, jak nigdy. Trzy sałatki i wszystko, co 

potrzebne do grilla, czekało już w lodówce. Po raz pierwszy od dnia ślubu uraczy rodzinę sałatką 
ziemniaczaną ze sklepu. Adam będzie kręcić nosem. A niech sobie kręci.

Szesnastolatek nie wie, co to znaczy być w siódmym miesiącu ciąży. Jeśli ruszy cztery litery 

i zabierze się do obierania ziemniaków, to wyjdzie mu to na zdrowie.

– Gdzie Maurice?
– Pali cygaro z Peterem.
Julia przełożyła nogi przez oparcie kanapy.
– Mam nadzieję, że nie w moim domu.
–   Daj   spokój   –   pocieszała   ją   Georgia,   chichocząc.   –   Sana   zewnątrz   i plotkują   z jednym 

z sąsiadów.

– Powinnaś mi to wcześniej powiedzieć.
– Tak szybko się ulotniłaś, że nie zdążyłam. Szybki Bill z ciebie.
– To już coś, zwłaszcza w tym stanie. – Julia położyła dłoń na brzuchu, podziwiając szczupłą 

talię   Georgii.   Kuzynka   była   ubrana   w białe   dzwony   i czerwono-biało-niebieski   podkoszulek 
z haftowanymi   złotymi   gwiazdkami   przy   karczku.   W wielkich   okularach   przeciwsłonecznych 
z oprawkami   w kształcie   gwiazd,   z piękną   opalenizną   z kalifornijskiej   plaży   wyglądała 
olśniewająco.

– Wyglądasz piękniej niż kiedykolwiek – stwierdziła kuzynka. Julia zmrużyła oczy.
– I nie zaprzeczaj! – Georgia pokiwała palcem na Julię. – Bo to prawda.
Każda kobieta  chce w ciąży wyglądać  pięknie. Ale to prawie nieosiągalne.  Julia unikała 

tematu ciąży i dziecka.

Przez całe życie była osobą zorganizowaną. Sporządzała listy, planowała. Ta ciąża zupełnie 

background image

wybiła ją z rytmu. Miała tylko dwa miesiące, aby przygotować się do nocnego życia. Ale do tej 
pory kupiła jedynie złożoną kołyskę, której nawet nie wniosła do domu.

– Mamo, czy przynieść dip?! – Zawołała Zoe z głębi domu.
– Jeszcze nie – odkrzyknęła Julia.
– Jestem głodny – marudził Adam, wychodząc na patio. Usiadł na krześle przy Julii.
–   A to   ci   nowina!   –   Odwróciła   się.   –   No   dobrze,   już   dobrze.   Możesz   tu   przynieść   te 

pyszności.

Adam popędził do domu pomóc siostrze. Georgia zajęła krzesło przy Julii.
– To się nazywa życie – szepnęła i uśmiechnęła się do słońca.
–   A co   to   takiego?   –   spytał   Adam.   W ręku   trzymał   kulkę   sera   w orzechowej   posypce 

opakowaną w plastik.

– A jak ci się wydaje?
– Czemu nie domowej roboty?
– Bo ich nie zrobiłam.
– Ale...
– Adam – wtrąciła Georgia – twoja mama jest w ciąży i chyba raczej nie powinna od rana do 

nocy stać nad garami i dla was wszystkich gotować.

– Wszystko musi się zmienić tylko dlatego, że moja matka była na tyle głupia, żeby zajść 

w ciążę! – wybuchnął Adam. – Nic się już nie zmieni i nie ma na to rady. Kiedyś była prawdziwą 
mamą, a teraz... jest w ciąży. – Rzucił kulkę serową na trawnik i jak rakieta pognał do domu.

– Co w niego wstąpiło? – spytała Georgia i zdjęła okulary, jakby dzięki temu mogła lepiej 

porozumieć się z nastolatkiem.

– Jest szesnastolatkiem, ma już prawo jazdy i w odróżnieniu od większości rówieśników nie 

ma własnego samochodu!

Syn   od   tygodni   chodził   ze   skwaszoną   miną,   a wszystko   to   przez   brak   własnego   środka 

transportu.

– Chwileczkę, chwileczkę – mruknęła Georgia. – Kto powiedział, że rodzice mają zapewniać 

dzieciom własny samochód?!

–   Nie   w tym   rzecz   –   powiedziała   Zoe,   wychodząc   na   patio.   –   Adam   jest   wściekły,   bo 

przecież miałby ten samochód, gdyby nie... – Skinęła głową w stronę brzucha Julii.

– Nie ma na to gwarancji – oponowała Julia. Wszystko to słyszała setki razy i miała już tego 

serdecznie dosyć. – Ale czy nie możemy rozmawiać o czymś przyjemniejszym?

– Na przykład? – spytała Zoe.
–   Może   o imionach   dla   dziecka?   –   radośnie   zasugerowała   Georgia.   –   Sądzę,   że   dzieci 

powinny dziedziczyć po kimś imiona, na przykład po ulubionym kuzynie – zasugerowała.

– O niczym innym nie chcemy rozmawiać, jak tylko o dziecku! – krzyknęła Zoe. – Wciąż 

background image

dziecko to i dziecko tamto. Jeśli mama ma już dość tego, że Adam chce mieć własny samochód, 
to ja mam chyba prawo mieć dosyć rozmów o dziecku. – Czternastolatka pobiegła z powrotem 
do domu i mocno zatrzasnęła przesuwne szklane drzwi.

– O rety! A ci dwoje co? Szaleju się najedli? – spytała Julia. Stwierdziła, że żadnemu z nich 

nie pozwoli zburzyć sielanki tego pięknego święta. – Mam gdzieś ich fochy i tobie radzę to samo.

Georgia na kilka chwil zamilkła.
– Masz gorączkę, czy co?
– Ja? A dlaczego pytasz?
Georgia zawahała się.
– Bo to do ciebie niepodobne. Zawsze tak się wszystkim przejmujesz.
– A jednak. Przynajmniej na razie. – Julia znów położyła się na kanapie i zamknęła oczy. 

Nagle   poczuła   ból.   Przeraziła   się.   Położyła   dłonie   na   brzuchu.   To   nie   były   bóle   porodowe. 
Rozpoznałaby je.

– Coś złego się dzieje. Z trudem wykrztusiła te słowa, mocno przycisnęła ręce do brzucha. 

Tak bardzo ją bolało.

– Julia, co ci jest?
Julia   słyszała   głos   kuzynki,   ale   nie   potrafiła   odpowiedzieć.   Poczuła   wartki   strumień 

pomiędzy udami. Początkowo myślała, że wypłynęły wody płodowe, ale zobaczyła purpurową 
strugę i zrobiło jej się słabo.

–   Krew...   O Boże,   wszędzie   krew!   –   Georgia   wbiegła   z krzykiem   do   domu.   Wpadła 

w panikę. – Zadzwońcie pod numer 999! Niech ktoś coś zrobi!

Peter przybiegł natychmiast. Twarz miał bladą i przerażoną.
– Kochanie, wszystko w porządku. Karetka już jedzie.
– Co się dzieje?! – spytała Julia, mocno trzymając go za ramiona. Palce jej mocno wpiły się 

w jego ciało, pozostawiając ślady.

– Nie wiem... Musimy jechać do szpitala.
–   Dziecko...   Coś   złego   dzieje   się   z dzieckiem.   –   W Julii   coraz   bardziej   narastał   strach 

i wzmagał się ból. Dłonią zakryła usta. Peter wyglądał na wystraszonego, a Zoe odeszła na bok 
i zaczęła płakać.

Przez następnych kilka minut Julia była nieprzytomna. Otrzeźwił ją dopiero sygnał karetki 

pogotowia.   Adam   poprowadził   sanitariuszy   przez   bramę   na   wewnętrzny   dziedziniec.   Dwóch 
młodych mężczyzn ułożyło Julię na noszach.

– Mamo, mamo... – Zoe wstrząsał nieomal histeryczny szloch. Mocno ją ścisnęła za rękę. – 

Co się dzieje? Powiedz mi, co się dzieje.

– Nie wiem, kochanie, nie wiem.
– Wszystko będzie dobrze – zapewnił je obie Peter, ale jego słowa zabrzmiały fałszywie.

background image

Sanitariusze   podnieśli   nosze   i pośpieszyli   w stronę   czekającej   karetki   pogotowia.   Krew 

ciągle wypływała spomiędzy jej ud. Ogromna ilość krwi, ból i lęk tak obezwładniły Julię, że nie 
mogła myśleć.

– Zawiozę dzieci do szpitala.
Czy to głos Georgii? Julia nie rozpoznawała. Peter wskoczył wraz z nią do karetki. Młodszy 

sanitariusz szybko założył jej na rękę ciśnieniomierz i podał kierowcy serię nic nie znaczących 
cyfr. Syreny wyły pośród popołudnia.

– Za kilka minut wszystko będzie dobrze – powiedział Peter, mocno ją ściskając.
Julia czuła, że słabnie.
– Zawołaj Liz – poprosiła, pewna, że za chwilę straci przytomność. Prawdziwy przyjaciel to 

nieoceniony skarb. Liz  jako dyrektorka  szpitala  dopilnuje tego, aby Peter i dzieciaki  byli  na 
bieżąco informowani o stanie jej zdrowia.

– Liz?
– Kenyon – odparła Julia, usiłując nie stracić przytomności.
– We czwartki o ósmej?

– Tak... tak. – Wciąż miała zamknięte oczy. Było jej błogo, w głowie się kręciło, wszystko 

wydawało się takie nierealne. Musiała się starać, by nie stracić przytomności. Podświadomie 
czuła radość, choć nie wiedziała, dlaczego.

Kiedy   znów   otworzyła   oczy,   uświadomiła   sobie,   że   jest   w szpitalu.   Nad   głową   wisiała 

jaskrawa lampa. Mimo iż wymagało to od niej ogromnego wysiłku, usiłowała podnieść się na 
łokciu,   żeby   zobaczyć,   kto   jest   na   sali.   Butla   z tlenem   zasłoniła   jej   widok.   Obok   niej   stała 
pielęgniarka i delikatnie przycisnęła dłoń do ramienia Julii.

– Pani Murchison...
– Gdzie jest mój mąż? Chcę go zobaczyć.
– Będzie tu za kilka minut.
Julia nie miała pojęcia, gdzie może być Peter. Potrzebowała go. Chciała, żeby był przy niej.
– Co z moim maleństwem? – spytała, jak tylko mogła w miarę logicznie myśleć.
Pielęgniarka mocno trzymała ją za rękę.
– Robimy wszystko, co w naszej mocy, żeby wyzdrowiała i pani, i dziecko.
Jakiś mężczyzna krzyknął coś, czego Julia nie zrozumiała.
– Kim pan jest? – spytała. Julia nie znosiła, kiedy nie umiała ludzi rozpoznać.
– Doktor Lowell. Jest pani w szpitalu Willow Grove, a pani łożysko zostało odłączone od 

macicy. Wezwaliśmy doktora Fiska i jak tylko przyjedzie, zrobimy cesarskie cięcie.

– Dziecko pospieszyło się. – Jeszcze nawet nie minęło siedem miesięcy ciąży.
–   Proszę   się   nie   martwić.   Z naszym   szpitalem   współpracuje   jeden   z najlepszych   lekarzy 

background image

w tym kraju.

– Doktor Jamison? – spytała Julia. Przypomniała sobie to, co jej powiedziała Liz o doktorze 

Seanie Jamisonie.

– Pan doktor Jamison jest już w drodze.
Julia poczuła ulgę i rozluźniła się. Liz często wspominała o kwalifikacjach Seana Jamisona 

i miała bardzo dobre zdanie o jego umiejętnościach medycznych.

– To dobrze.
– Teraz dam pani coś na sen – powiedziała do niej pielęgniarka.
– W porządku, ale... Czy może  pani to dla mnie zrobić? Mąż bardzo się o mnie martwi 

i chcę, żeby wiedział, co się ze mną dzieje.

– Oczywiście, powiem mu.
– Dziękuję – wyszeptała. Z trudem poruszała zdrętwiałymi wargami.

background image

Kluczowa lekcja dla nas wszystkich,

to nauczyć się bezwarunkowej miłości,

również do siebie,

nie tylko do innych.

Elizabeth Kubler Ross

Rozdział 32

LIZ KENYON

Sean znalazł na plaży doskonałe miejsce parkingowe. Wjechał limuzyną pomiędzy dwa inne 

auta. Liz nie mogła uwierzyć w takie szczęście. Nieraz zdarzało jej się godzinami tak jeździć po 
plaży i nie znaleźć w promieniu kilku kilometrów wolnego miejsca. Niebo było w najczystszym 
odcieniu   błękitu.   Słońce   promiennie   oświetlało   brzeg   Kalifornii,   a rześki   wiaterek   odganiał 
przypływ.

– Hej, tu dopiero się oddycha czystym powietrzem! – powiedział wesoło Sean.
– No pewnie. – Dawno nie czuła się aż tak szczęśliwa.
Poranek   spędzili   w Little   Lambs   z dziećmi.   Sean   przyniósł   Clarissie   bukiet   czerwonych, 

białych i błękitnych goździków. Kiedy już mieli wychodzić, Clarissa wzięła Liz pod rękę.

– Znalazłaś już chyba odpowiedź – wyszeptała potężna kobieta.
Liz przez chwilę zastanawiała się, o co jej chodzi. Dopiero po chwili domyśliła się i skinęła 

głową.

–   Gratulacje!   –   wyszeptała   Clarissa.   Otworzyła   frontowe   drzwi,   wypuszczając   ich   na 

zewnątrz.

Z Little Lambs jechali w stronę plaży. Wiatr wiał im w plecy, a słońce świeciło w oczy. Sean 

czekał, aż zjadą na chodnik i dopiero wtedy poruszył temat ostatnich odwiedzin jej syna.

– Powiesz mi wreszcie, czy zdałem egzamin, czy nie?
Robił   wszystko,   aby   zabrzmiało   to   obojętnie,   ale   Liz   wiedziała,   że   przejmował   się 

spotkaniem z Brianem.

– Denerwujesz się, prawda?
– Nie wspomniałaś, że spotkam wtedy twego syna – mruknął Sean, kiedy spacerowali po 

plaży, trzymając się za ręce.

– To nie było zamierzone.
– Cholera, Liz. Stawałem na głowie, żeby mu się przypodobać. Dałem z siebie wszystko. Ale 

jeśli twój syn uznał, że czegoś mi brakuje, to...

background image

– Brian powiedział, że jesteś wspaniały – urwała, chcąc rozproszyć niepewność Seana. – 

Uważa cię za siódmy cud świata. – Nie potrafiła powstrzymać się od uśmiechu.

– Wspaniały dzieciak.
– No pewnie – zażartowała. – Bo ciebie lubi!
– Jedno jest pewne: Brian świetnie potrafi ocenić ludzi.
– Przestań!
– Hej – droczył się Sean. – Dopiero co zacząłem. Naturalnie, jak tylko wróci do domu, 

zadzwoni  do Amy i powie  jej, że  wszystko  gra. Dzięki  temu  twoja córka będzie  pewna,  że 
spotykasz się z prawdziwym księciem i uspokoi się.

– Ty to powiedziałeś. – Nie chcieli precyzować jeszcze swoich uczuć. Nie na tym etapie 

życia. Na razie Liz była szczęśliwa, że ma kogoś wyjątkowego, z kim mogłaby dzielić codzienne 
troski.   Bratnią   duszę,   kogoś,   kto   kocha   i docenia   ją   taką,   jaka   jest.   Kogoś,   kto   będzie   ją 
inspirował. I sama chciała odegrać taką rolę w życiu Seana.

– Czy kiedyś zapoznasz mnie ze swoją córką? – spytała. Sean spoważniał.
– Niestety, to mało prawdopodobne.
– Dlaczego nie?
– Po pierwsze dlatego, że Eileen mieszka w Seattle.
– Nigdy cię nie odwiedza?
– Nie. Mam ochotę na loda. A ty?
– Dlaczego ciągle zmieniasz temat? Jedyna rzecz, na jaką mam ochotę, to dowiedzieć się 

czegoś więcej na twój temat.

Sean usiadł na ławce.
– Nie chcę rozmawiać o Eileen.
– Dlaczego nie?
– Bo wraca temat jej matki, a o byłej żonie już nie chcę rozmawiać, nawet z tobą.
Liz usiadła na ławeczce przy nim.
– Musiałeś ją bardzo kochać.
Sean odwrócił się.
– Zbyt piękny mamy dzień, by go psuć rozmowami o związkach, które dawno minęły.
– Powiedz mi, co się stało i miej to już za sobą – nalegała cicho, delikatnie, trzymając dłoń 

na jego ramieniu.

–   Co   się   stało?   –   powtórzył.   –   To   samo,   co   zwykle,   kiedy   mężczyźni   oddadzą   serce 

kapryśnym   kobietom.   Nie   chcę   być   brutalny,   Liz,   ale   mówię   całkiem   poważnie.   Nie   będę 
rozmawiać o Denise.

– W porządku. – Uszanowała jego życzenie i postanowiła nie naciskać. Może kiedyś, jak 

bardziej sobie zaufają, powie jej więcej. Nic na siłę.

background image

Ciszę przerwał dzwonek. Liz znała ten dźwięk aż za dobrze. Wiedziała, że Sean ma dziś 

dyżur i mogą go w każdej chwili wezwać do chorego.

Gdy czytał informację na pagerze, w torebce Liz zabrzęczał telefon komórkowy.
Szperała chwilę w torebce, szukając telefonu i po trzecim dzwonku odezwała się.
– Słucham.
– Liz Kenyon?
Potwierdziła. Przedstawił się Peter Murchison i wyjaśnił sprawę.
– Już jadę – powiedziała. Zamknęła telefon i wrzuciła go do torebki. Sean na nią czekał.
– Muszę się dostać do...
– Wiem. Murchison, matka niemowlęcia, to moja przyjaciółka. To był jej mąż. Julia mnie 

prosiła, żebym przyjechała do niej do szpitala.

– Już jedziemy.
Żal było zwalniać tak dobre miejsce na parkingu. Czekało już na nie ze sto pojazdów. Jak 

tylko Sean wyjechał, natychmiast ktoś je zajął.

Liz sięgnęła po telefon komórkowy i zauważyła, że Sean spojrzał w jej stronę.
– Do kogo dzwonisz?
– Do przyjaciółek z klubu śniadaniowego.
– Jest święto. Jakie masz szanse na to, by je zastać?
– Stuprocentowe – zapewniła go.
– W Święto Niepodległości?
– Sean, nie wierzysz  w siłę kobiecej  przyjaźni.  Dodzwonię się do Karen i Clare, bo nie 

spocznę, dopóki mi się to nie uda.

– Ale dlaczego? Julia to nie twoja rodzina.

– To nie rodzina, ale jesteśmy przyjaciółkami i wszystkie czujemy się odpowiedzialne za to 

dziecko.   Byłyśmy   z nią,   kiedy   z przerażeniem   dowiedziała   się,   że   jest   w ciąży. 
Obserwowałyśmy, jak sobie radzi z rodziną, przyjaciółmi, reakcjami klientów i – na litość boską! 
– teraz jej nie opuścimy.

– To pewnie taka kobieca solidarność – mruknął i podrapał się po głowie. – Gdybym nagle 

szedł na operację, to kumple z klubu golfowego nie pomaszerowaliby do szpitala, ani nie ślęczeli 
przy moim łóżku, zamartwiając się i wypytując o stan zdrowia.

– A ja bym poszła.
Obrócił   się   do   niej,   zdumiony.   Mało   brakowało,   a przejechałby   przez   skrzyżowanie   na 

czerwonych światłach.

Nacisnął na hamulce, usiłując uniknąć kolizji. Liz poleciała do przodu. Pasy wbiły jej się 

w bark, powstrzymując przed zderzeniem z przednią szybą.

background image

– Cholera, Liz, nie możesz mówić mi takich rzeczy, kiedy prowadzę samochód.
– Jakich?
Skrzywił się, jak gdyby był poirytowany. Nie miała pojęcia, co go tak rozdrażniło.
– Nieważne – mruknął.
Zanim przyjechali do szpitala, Julia urodziła malutkiego chłopczyka, który ważył zaledwie 

kilogram i dwadzieścia deka.

Sean został w samochodzie, a Liz popędziła w stronę poczekalni, by sprawdzić stan zdrowia 

dziecka. Grupka ludzi tłoczyła się dookoła, szukając kogoś, kto mógłby im udzielić informacji. 
Rozpoznała kuzynkę Julii, Georgię, którą znała z kursu pisania pamiętników. Przedstawiła się 
innym.

– Mam brata! – oznajmił Adam, uśmiechając się z dumą i wciąż ściskając Liz za rękę.
Czy   to   ten   sam   chłopak,   który   przez   cały   czas   ciąży   dokuczał   matce?   Wydawał   się 

uradowany i podekscytowany. Liz miała nadzieję, że to nie tylko słomiany zapał.

– Tata powiedział, że nazwiemy go Zachary Justin – poinformowała Zoe i uściskała Liz. – 

Mama przez cały czas o tobie mówi – wyszeptała.

Czy to malkontencka Zoe, która przez cały czas marudziła matce, że zaszła w ciążę w tym 

wieku?

– Wasza matka jest wspaniała powiedziała Liz. – Jest bardzo dumna z ciebie i brata.
Łzy stanęły w oczach dziewczyny.
– Ja też myślę, że moja mama jest wspaniała.

Clare dotarła dziesięć minut po przyjeździe Liz. Pół godziny później pojawiła się Karen. 

Wszystkie trzy stały w jednym rogu i prowadziły ożywioną dyskusję, a Peter, dzieciaki i rodzina 
Julii zajęli inną część sali. Od czasu do czasu padały pytania i odpowiedzi.

– Kilogram to strasznie mało! – jęknęła Clare.
Liz nie chciała niepokoić innych, ale fakt pozostawał faktem, że biedny, malutki Zachary 

będzie musiał stoczyć walkę o życie.

Peter wrócił, a w pokoju zapadła cisza. Wszyscy czekali na jego relację.
– Doktor Jamison twierdzi, że Zachary ma duże szanse na przeżycie – oświadczył. – Ponad 

dziewięćdziesiąt procent noworodków, które ważą półtora kilograma przeżywa.

– Dziewięćdziesiąt procent? – Liz uznała to za bardzo dobrą wróżbę. Odczuła taką ulgę, że 

aż zakręciło jej się w głowie.

–   Chwileczkę   –   Peter   wyciągnął   w górę   rękę   i uspokoił   gromadkę.   –   Zanim   wszyscy 

zaczniemy to hucznie świętować, trzeba przyjąć do wiadomości, że wciąż mogą być problemy.

Liz zauważyła, że Peter Murchison wyglądał tak, jak gdyby za chwilę miał zemdleć.
– Co jeszcze mówią lekarze? – Adam spytał ojca.

background image

– Nie wiadomo, czy Zachary uniknie licznych komplikacji.
– Na przykład? – spytała zaniepokojona kobieta, którą Liz znała jako matkę Julii.
– Porażenie mózgowe.
W pokoju zapadła cisza.
– Zack mógłby mieć też w przyszłości chroniczne problemy z oddychaniem.
– Kiedy się tego dowiemy?
– Nie w najbliższym czasie. – Peter wyglądał na człowieka, który dźwigał na plecach ciężar 

całego świata.

– O matko! – Georgia ciężko dyszała.
– To dopiero początek – oświadczył Peter i osunął się na krzesło. – Może dziecko uniknie 

tego wszystkiego, ale w tej chwili trudno jest to przewidzieć.

–   Czy   przewiozą   Zacka   do   szpitala   dziecięcego?   –   spytała   Liz.   Tamtejszy   oddział 

intensywnej   terapii   dla   noworodków   ma   nowoczesne   wyposażenie   do   leczenia   i diagnostyki, 
które dałyby Zachary’emu największe szanse na przeżycie.

– W tej chwili doktor Jamison wszystko załatwia – oświadczył Peter.
– Jak się miewa Julia? – spytała Clare.
Liz wiedziała, że w świąteczne popołudnie trudno było Clare wyrwać się z domu. Mimo to 

przyjechała do szpitala. Chciała okazać przyjaciółce miłość i wsparcie.

– Julia odpoczywa... Oczywiście, martwi się o Zachary’ego. Clare skinęła głową.
– Czy mogę pomóc?
– Tak – krzyknęła Georgia. – Módl się.
– Zack może umrzeć? – spytał Adam, jak gdyby dopiero zrozumiał powagę sytuacji.
– Tak. – Peter niczego nie owijał w bawełnę.
–   Chcę   się   z nim   zobaczyć!   –   błagała   Zoe   nienaturalnie   wysokim,   pełnym   przerażenia 

głosem. – To mój malutki braciszek.

– Teraz nie możesz – powiedział Peter i czule ich objął. – Nie wiem, jaki jest regulamin 

tamtego szpitala, ale zobaczę, co można zrobić.

Liz pojechała do szpitala dziecięcego i tam czekała na Seana. Był wolny dopiero po obiedzie. 

Kiedy wyszedł z centrum dla noworodków i zobaczył ją wydawał się zaskoczony.

– Myślałem, że pojechałaś do domu.
– Hej, tak łatwo się mnie nie pozbędziesz! Sean otoczył ją ramieniem.
– Cieszę się, że na mnie czekałaś.
– Jak się miewa Zachary? Gwałtownie westchnął.
– Prawie doskonale. To mały wojownik. Będzie walczyć!
– To dobrze, prawda? Sean pokiwał głową.
– Biorąc pod uwagę statystyki, ma niedobrą płeć i rasę.

background image

– Nie  wiadomo,  dlaczego  tak  jest,  ale  murzyńskie  dziewczynki  mają  większe szanse na 

przeżycie. Drugie miejsce zajmują białe dziewczynki, a za nimi są czarni chłopcy. Biali chłopcy 
są na końcu.

– Jakie jest prawdopodobieństwo? – Z tego, co wcześniej powiedział Peter wynikało, że mały 

Zachary ma szanse na przeżycie. – Pięćdziesiąt procent?

Pokręcił głową.
– Mniej czy więcej? – Pragnęła jakiejś nadziei, na której mogłaby się oprzeć, czegoś, co by 

uciszyło jej lęk.

– Nie przedstawiam szacunków – powiedział Sean. – Są często mylące.

background image

Pilnuj własnego nosa?

Co za idiotyzm!

Nie można być aż takim egoistą.

Myrtie Barker

Rozdział 33

KAREN CURTIS

sierpnia

Przez cały dzień byłam zabiegana. Dzięki tej reklamie zyskałam szansę otrzymania rólki 

w serialu komediowym. Powinnam skakać ze szczęścia. Jednak ostatnio tak wiele się dzieje, że 
nie mam czasu się cieszyć. Już nawet nie wiem, na jakim świecie żyję.

Często myślę o Glenie. Nie mogę uwierzyć w to, że zakochałam się w nauczycielu chemii. 

To tęgi umysł, ale też szalenie zabawny i zrównoważony człowiek. Cudowny – pod każdym 
względem!   W zeszłym   tygodniu   wspomniał   od   niechcenia,   że   w liceum   szukają   nauczyciela 
teatru na pełen etat. Tylko tyle powiedział. Nie nalegał, żebym ubiegała się o to stanowisko, nie 
podał żadnych szczegółów.

Najwięcej radości w tym roku sprawiły mi lekcje teatru, choć miałam tylko kilka godzin 

zastępstwa.   Przyćmiło   to   nawet   występ   w reklamie   lakieru   do   włosów   o krajowym   zasięgu. 
Nawet randki z Glenem nie sprawiły mi tyle radości. Wprost uwielbiałam uczyć.

Ja jako nauczycielka! Przecież wiem, że to niemożliwe. Mam uprawnienia do zastępstw, 

a nie   do   pracy   na   pełen   etat.   Można   by   to   załatwić,   ale   czy   naprawdę   tego   chcę?   Czy 
rzeczywiście chcę zrezygnować z wszystkich innych zajęć? Nie wiem. Mama zawsze chciała, 
żebym została nauczycielką. I nie mogę uwierzyć w to, że ona zna mnie aż tak dobrze.

W  zeszłym   tygodniu,  kiedy  Gwen  wezwała  mnie   na  przesłuchania   do  rólki  w Bill,  Bob 

i Carol,  pilotowym   odcinku   komedii   sytuacyjnej,   zawahałam   się.   Nigdy   nie   myślałam,   że 
mogłabym przepuścić taką okazję. Długo rozważałam wszelkie za i przeciw, aż w końcu agentka 
kazała   mi   podjąć   ostateczną   decyzję,   bo   na   moje   miejsce   czekało   już   trzydzieści   innych 
kandydatek, które oddałyby wszystko za tę szansę na sukces. Powiedziałam, że się zgadzam, ale 
już nie jestem pewna, czy dobrze zrobiłam.

Możliwe, że przyczyną  tego jest Wiktoria, która ze mną nie rozmawia. Jestem załamana 

postawą mojej siostry. Usiłowałam wyjaśnić, co się stało, ale kiedy tylko rozpoznaje mój głos, 

background image

odkłada słuchawkę. Wysłałam jej list, który ostentacyjnie zignorowała. Tydzień później posłałam 
jej   słodką   kartkę   o przyjaźni   pomiędzy   siostrami.   Pomyślałam,   że   właśnie   to   ją   poruszy. 
W dalszym   ciągu   nie   mam   od   niej   żadnej   wiadomości.   Nie   odzywa   się   do   mnie   od   dwóch 
miesięcy. Zastanawiam się, jak długo to jeszcze potrwa.

Świetnie! A niech sobie robi, co chce! Jak sobie pościele, tak się wyśpi. Zrobiłam wszystko, 

co w mojej mocy, żeby pomóc jej wyjść z tego dołka.

Jej stosunki z matką również się pogorszyły. Wiktoria jest zażenowana tym, iż mama wie 

o całej   sytuacji   z Rogerem.   Moja   siostra   widocznie   miała   nadzieję,   że   będziemy   tolerować 
wyskoki Rogera. Wybij to sobie z głowy, starsza siostro. Niech ci się to nawet nie śni.

Martwię się także o Julię i jej dziecko. Malutki Zachary nie rozwija się tak, jak by sobie tego 

życzył doktor Jamison. Julia jest wstrząśnięta. Jak najwięcej czasu, na zmianę z Peterem, stara się 
spędzać w szpitalu. Matka Julii jest teraz na emeryturze i, dzięki Bogu, zastępuje ją w sklepie. 
Georgia również jest tutaj, a także jedna z klientek Julii. Jakaś starsza kobieta, której imienia nie 
pamiętam.

Adam i Zoe w końcu uspokoili się. Po wielu miesiącach narzekania, że nie chcą mieć z tym 

dzieckiem   nic   wspólnego,   pomagają   w domu   i w sklepie.   Od   trzech   tygodni   dają   z siebie 
wszystko.

Wszyscy wiemy, że z Zacharym może być różnie. Statystyki nie wróżą mu najlepiej. Zawsze 

jest dziesięć procent niemowląt, które umierają. Biedna Julia bardzo to przeżywa i za wszystko 
obwinia  siebie.  Mówiłyśmy  jej, że zrobiła, co było  w jej  mocy,  ale ona nas nie słucha. Ma 
straszne  poczucie   winy.  Powinna   lepiej   się odżywiać,   więcej  wypoczywać  i starać   się mniej 
pracować.

Doktor Jamison jest wspaniały. Pamiętam, jak Liz zaczęła się z nim spotykać. Nasza opinia 

o nim zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni. Jest taki cudowny dla Julii i Petera, odpowiada na 
ich pytania, spędza z nimi czas. Nie mydli im oczu – bo Julia chce znać prawdę, choćby nawet 
bolesną.

W ubiegły czwartek urządziłyśmy prywatkę na jej cześć. Clare podarowała Zachary’emu 

Justinowi   Murchisonowi   srebrną   łyżeczkę   z wygrawerowanym   imieniem   i trzy   komplety 
ubranek. Wszystkie śmiałyśmy się, bo zanim Zachary do nich dorośnie, będzie miał roczek.

Liz udziergała mu na drutach czapeczkę i buciki. Znalazłam sklep w śródmieściu, niedaleko 

studio,   w którym   sprzedają   rzeczy   dla   niemowląt.   Kupiłam   słodki   komplecik,   który   raczej 
wygląda na ubranko dla lalki niż dla prawdziwego dziecka. Na nic więcej nie mogłam sobie 
pozwolić, ale nie dbałam o to.

Prywatka sprawiła Julii wielką radość. Nam również. Nigdy nie myślałam, że dziecko Julii 

będzie mnie tak obchodziło. Coraz bardziej podziwiam moją przyjaciółkę. Jest silniejsza niż my 
wszystkie   razem.   Kiedy   odkryła,   że   jest   w ciąży,   myślałam,   że   po   cichu   dokona   aborcji. 

background image

Chciałam ją zapytać, dlaczego tego nie zrobiła, zwłaszcza wtedy, gdy piętrzyły się trudności. 
Wszystkie byśmy to zrozumiały i nie osądzały jej. A jednak tego nie zrobiła.

Julia nauczyła mnie, ile w życiu znaczy siła ducha i samozaparcie. Nawet teraz, kiedy życie 

Zachary’ego wisi na włosku. Wiem, że postąpiła słusznie.

Kiedy pomyślę o siostrze i dziecku Julii, o swojej karierze zawodowej czuję pustkę w sercu. 

Pogoda też nie sprzyja dobrym myślom. To okropne, jak podle się czuję.

Karen odłożyła czasopismo i sięgnęła po szklankę z mrożoną herbatą. Już zaczynało jej się 

wszystko   układać   w głowie,   kiedy   poczuła   się   tak,   jak   gdyby   wchodziła   w głębokie   bagno. 
Każdy krok naprzód wymagał od niej nie lada wysiłku.

Otarła pot z czoła i odsunęła krzesło. Nagie uda przylepiły się do winylowego siedzenia. 

Przypomniała   sobie   wakacje   z dzieciństwa,   kiedy   czekała   z siostrą   na   warkot   ciężarówki 
z lodami. Urządzały z Wiktorią zawody, która pierwsza dobiegnie do sprzedawcy.

Ale myśl o obecnych stosunkach z siostrą sprawiała jej ból. Bywało, że tygodniami ze sobą 

nie rozmawiały, i Karen nad tym bolała.

– Tak to jest – mruknęła Karen i nie zastanawiając się, wyszła. Po drodze chwyciła portfel 

i kluczyki do samochodu.

Stanęła przed drzwiami siostry i nacisnęła dzwonek.
W drzwiach pojawiła się Wiktoria. Wyglądała na roztrzęsioną i wyczerpaną. Zatrzasnęłaby 

drzwi przed Karen, gdyby ta w porę nie wsunęła nogi w otwór.

– Pamiętasz, jak w dzieciństwie ścigałyśmy się do lodziarza? – spytała.
– Już nie jesteśmy dziećmi – przypomniała Wiktoria. Położyła dłoń na klamce, gotowa jak 

najszybciej zamknąć drzwi.

– Zwykle wygrywałam, pamiętasz?
– I po co zadajesz takie pytania? – Wiktoria udawała, że ją to nudzi.
– Masz! – powiedziała Karen i natychmiast wyjęła z torebki loda w polewie czekoladowej. 

Niestety, popołudnie było tak upalne, że lód już zaczął topnieć.

Wiktoria wpatrywała się w niego, jak gdyby zabrakło jej słów.
– No weź – poradziła Karen.
– Czy naprawdę wierzysz w to, że tym lodem możesz mnie ugłaskać po tym, co mi zrobiłaś? 

A może nie masz zielonego pojęcia, co się stało?

– Nie wiem. Powiedz mi.
– Nie powiem.
– Przepraszam, Wiki. Nie chciałam cię zdenerwować. Przyszłam tu po to, żebyśmy sobie 

wszystko wyjaśniły. – Karen nie zamierzała tak łatwo dać za wygraną. Nie wtedy, kiedy chodziło 
o jedyną siostrę.

background image

Batonik lodowy rozmrażał się, a czekolada lepiła się do dłoni Karen.
–   Wejdź   do   środka   i połóż   to   gdzieś,   zanim   zapaskudzisz   mi   przedpokój   –   mruknęła 

Wiktoria. Szerzej otworzyła drzwi, wpuszczając Karen.

We foyer i salonie było nieskazitelnie czysto. Mimo trzyletniego dziecka, które przez cały 

dzień   hasa   po   domu,   cały   dom   lśnił   porządkiem.   Utkwiła   spojrzenie   w stoliku   z kawą. 
Zauważyła, że czasopisma leżą w równiutkich rzędach, ułożone według alfabetu.

–   Wyrzuć   to.   –   Wiktoria   spojrzała   pogardliwie   na   topniejący   lód   i skinieniem   głowy 

wskazała kuchnię.

Karen wrzuciła go do zlewu i pomyślała, że Wiktoria powinna go zjeść. Bardzo zeszczuplała. 

Była za chuda.

– Gdzie Bryce?  – spytała. Zwykle siostrzeniec przybiegał do niej natychmiast, jak tylko 

przekroczyła próg domu.

– Śpi.
Wiktoria nie zaproponowała nic do picia, ani nie prosiła, aby siostra usiadła. Karen stała 

obrócona plecami do zlewu. Cisza była trudna do zniesienia.

– Co u ciebie? – spytała. Ciągle martwiła się o Wiktorię. Teraz szukała na jej twarzy i nagim 

ramieniu śladów bicia.

– Nie twój interes.
Karen milczała. Nie przyszła się kłócić, tylko porozmawiać.
– Jak się miewa Bryce?
Wiktoria wzruszyła ramionami.
– Ile razy mam przepraszać?
– Myślałam, że mogę ci zaufać... Myślałam... Miałam nadzieję, że zawsze będziesz jedyną 

osobą w świecie, której będę mogła się zwierzyć.

– I puściłam parę?
– Jak mogłaś wygadać się przed mamą? Przecież jest ostatnią osobą, do której można z tym 

pójść.

– Aż tak bardzo mnie nienawidzisz? – spytała Karen.
Nie, oczywiście, że cię nie nienawidzę... Tylko mama zadaje mnóstwo pytań, tata rozmawiał 

z Rogerem i cała sytuacja wygląda tysiąc razy gorzej. A wszystko dzięki tobie.

–   Naprawdę   myślisz,   że   cię   skrzywdziłam?   –   spytała   Karen,   bliska   płaczu.   Jesteś   moją 

siostrą. Nie umiem znieść myśli, że ktokolwiek cię bije.

– A pewnie! – drwiła Wiktoria. – O ile pamiętam, w dzieciństwie też mi potrafiłaś nieźle 

dołożyć.

– Byłyśmy dziećmi. Wiktoria odwróciła się.
– Idź sobie. Tkwiąc tutaj, niczego nie zmienisz.

background image

– Nie mogę. Nie opuszczę cię, dopóki sobie wszystkiego nie wyjaśnimy.
Wiktoria pokręciła głową.
– Myślisz, że mi pomożesz, prawiąc morały?
– Pozwalasz na to, by mąż cię bił.
Wiktoria obróciła się na pięcie i spojrzała siostrze w twarz.
– Nie zrobił tego umyślnie! – wykrzyczała.
Karen była tak wzburzona, że miała ochotę bić głową w ścianę. Jak siostra może tak bronić 

Rogera?

– Chcesz powiedzieć, że to był wypadek?
Wiktoria nie odpowiedziała.
– Wściekasz się na mnie za to, że coś wygadałam mamie. To też był wypadek, ale nie dajesz 

mi szansy, żeby się usprawiedliwić.

– Roger mnie kocha.
– Ja też cię kocham – upierała się Karen. – Jesteś moją siostrą.
Przez   chwilę   wydawało   się,   że   Wiktoria   chce   się   otworzyć.   Była   wewnętrznie   rozdarta. 

Nawet na jej twarzy widać było zmaganie, jakby usiłowała podjąć jakąś decyzję.

Ciszę przerwało trzaśniecie drzwi samochodu.
– Roger! – szepnęła Wiktoria. Szeroko otwarte oczy zdradzały panikę.
Minutę   później   otworzyły   się   kuchenne   drzwi.   Wszedł   Roger.   Kiedy   zobaczył   Karen, 

zawahał się. Pogardliwie wykrzywił usta.

– Nie zapraszałam jej tu – pośpiesznie wyjaśniła Wiktoria.
– Wynoś się z mojego domu – zagroził szwagier.
Postawił neseser na kuchennym stole. Karen widziała, jak siostra zbladła.
– Chcę porozmawiać z siostrą – upierała się Karen.
– Ona nie chce z tobą rozmawiać.
– Dzięki, ale potrafi sama powiedzieć, czego chce – odpaliła Karen. Miała zaciśnięte pięści. 

Chciała  go zbić  tak, jak on bił jej  siostrę. Uderzyć  go tam,  gdzie poczułby największy ból, 
a potem patrzeć jak cierpi.

– Świetnie, powiedz jej – rozkazał żonie.
– Byłoby najlepiej, gdybyś  natychmiast stąd wyszła. – Powiedziała to niskim, błagalnym 

głosem. – Proszę, odejdź.

Karen już miała odejść, ale bała się, że Roger zacznie się wyżywać na Wiktorii. Nie potrafiła 

zrozumieć,   dlaczego   siostra   jest   marionetką   takiego   typa.   Jak   można   znosić   takie   upodlenie 
i znęcanie się?

– Mam zadzwonić na policję? – spytał Roger, zwracając się do nich obu. Wyjął z lodówki 

chłodne piwo.

background image

– Może powinieneś to zrobić. – Karen próbowała opanować drżenie głosu. Rozsadzała ją 

wściekłość. – Jestem pewna, że chemie ze mną porozmawiają.

Roger postawił piwo na ladzie z trzaskiem, Wiktoria odskoczyła i zasłoniła się przed ciosem.
– Do cholery, wynocha z mojego domu! – rozkazał.
– Pójdę, ale nie bez Wiktorii i Bryce’a.
– Nie ma mowy.
– Wiktoria? – Karen spojrzała na siostrę błagalnym wzrokiem.
Ta zawahała się. Przez chwilę wydawało się, że odejdzie z tego domu. U Karen rozbłysła 

iskierka nadziei. Uśmiechnęła się zachęcająco.

– Świetnie, idź – oświadczył spokojnie Roger, znudzony całą tą sceną. – Ale Bryce zostaje ze 

mną.

Tych kilka słów zmieniło decyzję Wiktorii.
– Zostanę – wyszeptała. Roger wyszczerzył zęby.
– Tak myślałem.

background image

Odwaga to haracz,

jaki trzeba życiu zapłacić

za spokój.

Amelia Earhart

Rozdział 34

CLARE CRAIG

Kiedy   Leslie   Carter   nieoczekiwanie   wszedł   do   firmy   Craig   Chevrolet   Clare   nie   mogła 

uwierzyć własnym oczom. Właśnie rozmawiała przez telefon z kierownikiem serwisu.

Jako dyrektor generalny musiała zajmować się sprzedażą i zatwierdzać wszystkie transakcje.
Był   opalony   na   intensywny   brąz,   a włosy   wokół   pięknej,   ogorzałej   łysiny   zbielały   od 

wielodniowego   żeglowania   w słońcu.   Miał   na   sobie   szorty   i buty   marynarskie.   Był   tak 
przystojny, że trudno było od niego oczy oderwać.

Podszedł   do   recepcjonistki,   a ta   odwróciła   się   i zmierzyła   go   wzrokiem.   Clare   szybko 

zakończyła rozmowę telefoniczną, i weszła do salonu sprzedaży.

– Leslie. – Wyciągnęła rękę na powitanie. Miała nieodpartą ochotę go uściskać, ale widziała 

go   dopiero   po   raz   drugi.   W czasie   kilkumiesięcznej   rozłąki   rozmawiali   ze   sobą   kilka   razy 
i zasypywali   się   pocztą   elektroniczną.   Poznała   go,   spędziła   z nim   kilka   godzin,   i zupełnie 
zapomniała jak wygląda, a także, że jest dowcipny, szarmancki.

Leslie przez chwilę patrzył na jej wyciągniętą rękę tak, jak gdyby chciał ją czulej przywitać. 

Uśmiechnął się ciepło i ujął jej dłoń w obie ręce.

– Kiedy wróciłeś? – spytała.
Zerknął na zegarek.
– Około trzech godzin temu.
Natychmiast przyjechał i odnalazł ją! Poruszyło ją to i speszyło.
– Pomyślałem, że cię zabiorę na kolację, jeśli masz czas.
– Zaczekaj. Zaraz sprawdzę, czy mam czas. Przecież wiedziała, że ma wolny wieczór, ale 

tych kilka chwil pozwoliło jej nieco ochłonąć. W jej domu mieszkał Michael, więc tak do końca 
nie była wolna. Ale nie chciała wikłać się w długie wyjaśnienia na temat byłego męża. Wolała się 
nie tłumaczyć, dlaczego jest z nim.

– Mary, przynieś proszę panu Carterowi filiżankę kawy – powiedziała i poszła do swojego 

gabinetu za szklaną szybą.

Udawała, że wpatruje się w swój kalendarz. Wykręciła swój domowy numer. Głupio jej było, 

background image

że swoją randkę musi uzgodnić z dziećmi. Po drugim dzwonku słuchawkę podniósł Alex.

– Jak się tata czuje? – spytała.
– Śpi.
– Spóźnię się. W porządku? Alex zawahał się.
– A o której wrócisz?
Chłopcy na zmianę czuwali przy Michaelu. Nie chciał, ani nie wymagał stałej opieki, ale 

wszyscy wiedzieli, że w tym stadium choroby nie powinno się go zostawiać samego. Ciągle 
odczuwał ból, z dnia na dzień stawał się coraz słabszy. Mick i Alex ustalali między sobą dyżury 
przy nim, a ona czasem wieczorami ich zastępowała.

– Będę w domu przed ósmą – obiecała Clare. Przypomniała synowi o dawkowaniu leków 

Michaela i odwiesiła słuchawkę.

Leslie czekał na nią.
– O której chciałbyś wyjechać? – spytała.
– Czy jeszcze jest za wcześnie?
– Nie.
Clare   widziała,   że   przyjazd   Lesliego   wzbudził   wśród   personelu   żywe   zainteresowanie. 

Przyzwyczajeni   byli,   że   poświęcała   się   tylko   pracy.   Dzięki   wielu   godzinom   jej   wysiłku 
pogrążona   w chaosie   firma   w ciągu   kilku   miesięcy   przemieniła   się   w dochodowe,   dobrze 
prosperujące przedsiębiorstwo. Z aprobatą przyjęto i wdrożono w życie jej pomysły. Pracownicy 
poszli za nią, jak za wodzem. Dzięki kilku niebanalnym, dowcipnym reklamom telewizyjnym, 
firma osiągała rekordowe dochody.

To fakt, że wkładała w to godziny morderczej pracy. Sama nie wiedziała, jakie motywy nią 

kierują i skąd w niej tyle ambicji i zapału. Tak, ta firma była dziedzictwem Micka i Aleksa, ale 
nie tylko o to chodziło. Clare musiała udowodnić coś sobie i Michaelowi.

Niełatwo było przyjąć byłego męża z powrotem do domu rodzinnego. Nie obyło  się bez 

zgrzytów, ale mimo wszystko czuła, że podjęła właściwą decyzję – taką, która wyjdzie na dobre 
Michaelowi, jej samej i ich synom.

Ona sama nie spędzała wiele czasu z Michaelem. Z pracy wracała późno i często chory już 

spał. Pozostawał wciąż w jej myślach i sercu. Przeżyła szok, kiedy uświadomiła sobie, że wciąż 
go kocha. Inaczej niż w czasie, kiedy byli małżeństwem, ale jako ojca jej dzieci, jako człowieka, 
który zmusił ją do tego, aby spojrzała w oczy największym lękom, który kazał jej przejść przez 
ogień.

– Jaką kuchnię najbardziej lubisz? – spytał Leslie, wychodząc z nią z budynku.
– Włoską – powiedziała bez zastanowienia.
– Ja też. Byłaś kiedyś w Mama Lena’s? Clare o mało nie potknęła się.
– Tak. – To była kiedyś ulubiona restauracja jej i Michaela. Jej odpowiedź ujawniała jakieś 

background image

emocje, bo Leslie się zawahał.

– To może gdzie indziej?
– Tak, proszę – wyszeptała. Nie miała ochoty się tłumaczyć.
– Całe szczęście, mamy dużo włoskich restauracji. Ty wybierz.
Wybrała.   Chwilę   później   siedzieli   naprzeciwko   siebie   za   stołem   z obrusem   w czerwoną 

kratkę, maczali gorące grzanki francuskiego chleba w salaterce z przyprawioną oliwą z oliwek.

– Nie wiedziałam, że tak szybko wrócisz – powiedziała Clare, popijając chianti z kieliszka.
– Nie planowałem tego.
– Wiesz już, co słychać u Julii i Petera? – spytała. Przypuszczała, że jego pośpieszny powrót 

miał jakiś związek z przedwczesnymi narodzinami Zachary’ego.

– Dzisiaj po południu przez chwilę rozmawiałem z Peterem – odparł Leslie. – Jechał do 

szpitala, żeby zastąpić Julię, więc nie mieliśmy okazji pogawędzić. Był zdenerwowany i śpieszył 
się, więc szybko skończyłem rozmowę.

– Wiem. – Liz ją na bieżąco informowała, jak rozwija się dziecko.
– Co z małym?
Clare pokręciła głową. Nie była pewna, jaką dać mu odpowiedź.

– Ten dzieciak jest niesamowity. Ma w sobie taką wolę życia. Julia i Peter spędzają z nim 

każdą wolną chwilę. Z nią trudno się teraz porozumieć. – Z ust Julii padały słowa, których Clare 
wolałaby   nigdy   nie   wypowiadać.   Nie   opuszczał   jej   lęk   przed   infekcją,   komplikacjami,   czy 
chorobami, które mogłyby spowodować śmierć lub kalectwo. Dzięki konsultacjom z lekarzem 
Michaela, Clare też codziennie wzbogacała swoje słownictwo medyczne.

– Mały Zack przeżyje, prawda?
– Modlimy się o to. Zachary ma problemy z płucami. Jeszcze na tym etapie nie powinien 

samodzielnie   oddychać.   To   może   być   przyczyną   powikłań   i dlatego   wszyscy   tak   się 
przejmujemy.

– Biedny chłopczyk.
– Nawet sobie nie wyobrażasz, jaki jest malutki. Julia pokazała nam zdjęcie. Dosłownie 

mieści się na dłoni Petera.

– Mogą go potrzymać na ręku?
– Tak, już go trzymali. – Widziałyśmy ich zdjęcie w fotelu bujanym, Peter na nagim torsie 

trzyma Zachary’ego. – Czuła, że powinna wyjaśnić, dlaczego Peter zdjął koszulę do zdjęcia. – 
Dziecko potrzebuje ciepła ciała Petera, żeby utrzymać własną temperaturę.

Leslie skinął głową.
–   Codziennie   modlę   się,   żeby   przeżył.   –   Wszystkie   przyjaciółki   z klubu   śniadaniowego 

robiły to samo.

background image

Zmienili   temat.   Zaczęli   rozmawiać   o rejsie   Lesliego   na   Hawaje.   Żaglówka   pozostała   na 

wyspach, a Leslie postanowił nieco odpocząć od morza. Spełnił swoje marzenie, osiągnął cel, 
a teraz, po zakończeniu rejsu, musiał jeszcze podjąć kilka decyzji.

Kolacja była przepyszna. Clare zamówiła swoją ulubioną oberżynę w cieście. Powoli sączyli 

drugi kieliszek wina, potem espresso. Kiedy skończyli, Leslie odwiózł ją do firmy.

Dokładnie o ósmej Clare była w domu. Postawiła torebkę na ladzie kuchennej i nieśmiało 

weszła do sypialni Michaela.

– Wróciłam – oznajmiła.
Mick siedział na łóżku ojca i razem oglądali telewizję. Clare przeżywała szok za każdym 

razem, kiedy widziała Michaela. Tak bardzo schudł, że nie przypominał mężczyzny,  którego 
kiedyś znała. Miał trupio bladą twarz o żółtawym zabarwieniu. Z każdym dniem wyniszczenie 
ciała stawało się coraz bardziej widoczne choroba się rozprzestrzeniała.

– Z kim byłaś na kolacji? – spytał Mick.
– Z kimś miłym.
– Z mężczyzną czy kobietą? spytał Michael, zwracając wzrok na nią.
Zawahała się, ale doszła do wniosku, że nie ma powodu ukrywać prawdy.
– Z mężczyzną.
Michael oderwał wzrok od telewizora.
– Z kimś, kogo znam?
– Nie.
– A może jednak? – upierał się. – Może powiesz jego imię.
– Leslie Carter – niechętnie poinformowała. – Wujek Julii Murchison.
Michael skrzywił się. – Dobrze się bawiłaś? – spytał.
– Tak. – Nie zamierzała kłamać, ale też nie chciała, żeby robił z igły widły. Ta kolacja nie 

była formą rewanżu tylko miłym spotkaniem z drugim człowiekiem.

Mick ostentacyjnie spojrzał na zegarek.
– Umówiłem się z paroma kumplami. Mogę teraz wyjść?
– Oczywiście – wyszeptał Michael. Zamknął oczy i oparł głowę o poduszkę.
Mick wyszedł, a ona wciąż stała w drzwiach.
– Napijesz się herbaty? – spytała Clare. Michael skinął głową.
– Tak, proszę.
Zaparzyła herbatę i zaniosła do pokoju. Michael wstał z łóżka i siedział w szlafroku na fotelu 

zwolnionym przez Micka. Przeważnie nie miał siły, aby o zmierzchu ruszyć się z miejsca.

– Czy możesz tu kilka minut zostać? – spytał.
Clare skinęła głową i usiadła na brzegu materaca. Przez kilka chwil skupili uwagę na ekranie 

telewizyjnym, jak gdyby powtórka ostatniego odcinka telenoweli była niezmiernie interesująca.

background image

– Nie wiedziałem, że znów się z kimś spotykasz. – Na pozór spokojnie oznajmił Michael.
Clare nie dała się oszukać. Otworzyła usta, aby wyjaśnić, że Leslie to tylko przyjaciel, ale się 

rozmyśliła. Michael nie zasługiwał na żadne wyjaśnienia.

– Kiedy się z nim widziałaś? – spytał, udając, że nie jest tym zainteresowany.
– Dlaczego pytasz?
Michael wpatrywał się w telewizor.
– A tak sobie, bez powodu. – Popijał herbatę. – Zamierzasz się z nim spotykać?
– Prawdopodobnie. Posłuchaj, Michael. Nie mam zamiaru się przed tobą tłumaczyć z tego, 

gdzie wychodzę i z kim.

– Oczywiście – powiedział, od niechcenia wzruszając ramionami. – Nie mój interes, prawda?
– Prawda. Twierdząco skinął głową.
– Mogłaś zaczekać.
– Zaczekać?! – krzyknęła. – Na co?
Od   dwóch   lat   byli   rozwiedzeni,   w separacji   od   trzech.   On   nie   czekał.   Natychmiast 

przeprowadził się do Mirandy.

Przeszył ją spojrzeniem pełnym smutku i żalu.
– Umieram, Clare.
–   Tak,   wiem.   Ale   nie   jesteś   moim   mężem.   To   ty   postanowiłeś   ode   mnie   odejść.   Teraz 

mieszkasz w moim domu...

– W domu, który sam kupiłem, za własne pieniądze! – krzyknął.
– Jak cholera! – odpaliła. – Ja pracowałam na ten dom równie ciężko, jak i ty.
Michael zacisnął wargi.
–   Jeśli   o mnie   chodzi,   to   możesz   pieprzyć   się,   z kim   chcesz.   Ale   byłbym   wdzięczny, 

gdybyś... – nagle urwał, przyciskając dłoń do serca. Oddychał głęboko, nierówno sapał.

– Michael, wszystko w porządku?!
Pokręcił   głową.   Kubek   z herbatą   spadł   ze   stołu.   Płyn   rozlał   się   na   dywan   i natychmiast 

wsiąkł w wełnę.

– Mam wezwać karetkę? – Clare nie wiedziała, co ma zrobić.
– Boże, nie. Czuję się dobrze... idź.
Clare zawahała się. Nie wiedziała, czy to efekt ich kłótni, czy choroby i bólu, z którymi 

zmagał się z dnia na dzień. Chciała wyjść.

– Nie. – Wyciągnął rękę, aby ją powstrzymać. Zawróciła, stanęła w drzwiach pokoju.
– Przepraszam... Masz rację. Nie mój interes, z kim się spotykasz. Skinęła głową i odwróciła 

się, żeby nie zobaczył łez.

background image

Lepiej otworzyć się na nowe doświadczenia

niż zamknąć się w schematach.

Leslie Jeanne Sahler

Rozdział 35

JULIA MURCHISON

24 sierpnia

Ostatnie zapiski w pamiętniku robiłam rano w dniu, kiedy narodził się Zachary. Aż trudno 

uwierzyć w to, że minęły już dwa miesiące. Od tego czasu wszystko w naszym życiu kręci się 
wokół niego.

Kiedyś martwiłam się o sklep. Gdybym zamknęła go godzinę przed czasem, zamartwiałabym 

się. Od dwóch miesięcy prawie o tym nie myślę, a sklep i tak dobrze prosperuje.

Dzięki matce. Ona, Georgia i Irenę Waldmann zastępują mnie. Zdaję sobie sprawę, że na 

dłuższą metę nie będzie to możliwe, ale wszystkie trzy twierdzą, że to im bardzo odpowiada. 
Mama przeszła na emeryturę i tak samo jak ja uwielbia robić na drutach. Ostatnio powiedziała, że 
po powrocie dziecka, ona wróci do pracy na pół etatu. Po południu zmieniałybyśmy się – ja bym 
szła do pracy, a ona by zostawała w domu z dziećmi. Jeszcze nie rozmawiałam o tym z Peterem, 
ale pomysł wydaje mi się idealny. Nie tylko mama chce się opiekować Zackiem – moja siostra 
też zaoferowała pomoc i – o dziwo! – Adam i Zoe.

Martwi mnie tylko, że mama nie odpocznie pomiędzy jedną pracą i drugą, ale ona uparcie 

twierdzi, że jej to odpowiada. To, że przeszła na emeryturę nie oznacza, że ma już zrezygnować 
z życia. A co z podróżami, o których zawsze mówiła? Powiedziała, że w dalszym ciągu o nich 
marzy, ale najważniejsze dla niej są wnuki. Po narodzinach Adama, Zoe i dzieci Janice była zbyt 
pochłonięta pracą, żeby nacieszyć  się nimi tak, jak by tego chciała. Dzięki Zachary’emu ma 
jeszcze jedną szansę.

Adam   i Zoe   są   wspaniali.   Ostatnio   nie   poświęcamy   im   wiele   uwagi.   Większość   czasu 

spędzamy w szpitalu. Oni to doskonale rozumieją.

Nigdy nie posądzałam Adama o taką dojrzałość. Zawsze jest skory do pomocy. Dobrze się 

składa, że ma prawo jazdy i może zabierać Zoe na lekcje tenisa i załatwiać  inne sprawunki. 
Zawozi mnie do szpitala. Miałam trochę więcej czasu, aby porozmawiać z nim. Podzielił się ze 
mną swoimi planami na przyszłość. Chce pójść w ślady ojca i wybrać zawód nauczyciela. Tak 
samo jak Peter, dobrze się czuje wśród dzieci. Uczniowie będą go lubili.

background image

Zoe   wspaniale   pomagała   przez   całe   lato.   Gotowanie   obiadów   i pranie   należały   do   niej. 

W czasie   tych   dwóch   miesięcy   nie   miałam   ani   czasu,   ani   ochoty   zajmować   się   pracami 
domowymi. Szpital wyczerpał mnie fizycznie i emocjonalnie. Nawet nie musiałam prosić Zoe 
o pomoc. Moje dzieci są wspaniałe.

Peter – to cudowny mąż. Od kilku miesięcy kocham go bardziej niż kiedykolwiek. Kiedy 

załamuję się, albo wpadam w depresję on znajduje sposób, żeby mnie podnieść na duchu. Nie 
mam zielonego pojęcia, jaką część wydatków pokryje nam firma ubezpieczeniowa. Aż strach 
pomyśleć, ile pieniędzy wydaliśmy. Nie obchodzi mnie, czy zbankrutujemy. Chcę, żeby mój syn 
żył i wyrósł na normalne, zdrowe dziecko.

Patrząc na niego, widzę te wszystkie rurki w jego wychudzonym, malutkim ciałku. Serce mi 

pęka.

Gdy widzę, jak walczy o każdy oddech, czuję wyrzuty sumienia, tak bardzo nie chciałam 

tego dziecka. Jeszcze do końca nie wiadomo, czy wszystko będzie dobrze, ale ostatnio nastąpiła 
poprawa.   Lekarze   zapowiadają,   że   jak   tak   dalej   pójdzie,   to   w pierwszym   tygodniu   września 
będziemy mogli zabrać go do domu.

Teraz  rozumiem,  dlaczego  Liz zakochała  się w doktorze Jamisonie.  To wspaniały lekarz 

i człowiek – zarówno dla noworodków, jak i ich rodziców. Ja i Peter uważamy go za cudotwórcę. 
Nie znam tak oddanego lekarza, jak on. Liz śmieje się, gdy to mówię. Wiem, że przesunęła 
wyjazd na wakacje ze względu na Zachary’ego.

Żałuję, że nie mogę uczestniczyć w czwartkowych spotkaniach. Nie widzimy się, ale czuję, 

że one mnie wspierają. W najcięższych chwilach, kiedy już myślałam, że stracimy Zachary’ego, 
dziewczyny   urządziły   dla   mnie   prywatkę.   Nie   zapomnę,   co   dla   mnie   zrobiły.   Ich   nadzieja 
i miłość wspierały mnie w najtrudniejszych chwilach.

Późnym popołudniem przyszła do szpitala Irenę Waldmann. Przyniosła dziergany kocyk dla 

Zachary’ego.   Ten   podarunek   wiele   dla   mnie   znaczył,   jak   i wszystko,   co   dla   mnie   zrobiła. 
Pamiętam,   że   kiedyś   uważałam   ją   za   marudną   klientkę.   Wspominała   syna,   którego   straciła. 
Robiła wszystko, by przede mną ukryć łzy, ale je zauważyłam. Po tym, co dla nas zrobiła, Peter 
i ja   postanowiliśmy   prosić   ją,   by   została   matką   chrzestną   Zachary’ego.   Kiedy   jej   o tym 
wspomniałam, wzruszyła się i speszyła. Wiem, że to dla niej coś wielkiego. Cieszę się, że mogę 
jej zrobić przyjemność.

Wkrótce będziemy się przygotowywać do wypisu Zachary’ego. Muszę podjąć decyzje, ale 

czuję się pewna, że nasz syn wróci do domu.

Adam czekał na matkę za szpitalem. Trafili na godziny szczytu i ugrzęźli w strasznym korku, 

ale jej to nie przeszkadzało. Dzięki temu mieli więcej czasu na rozmowę.

background image

Syn wysadził ją przy domu i pojechał do pobliskiego sklepu spożywczego. Pracował tam na 

pół etatu. I miał wrócić do domu o dziewiątej.

Tamtego   popołudnia   Julia   dowiedziała   się,   że   Zachary   waży   równo   dwa   kilogramy. 

Owacjom nie było końca. Za tydzień miał zostać wypisany. Każdy najmniejszy dekagram był tak 
cenny, że trzeba było to uczcić.

– Cześć, mamo! – zawołała Zoe, kiedy Julia weszła do domu. – Jak się miewa Zachary?
– Znakomicie! – Uściskała córeczkę i poszła do sypialni zmienić ubranie. Zoe poszła za nią 

i usiadła na łóżku. Julia zdjęła sukienkę, założyła szorty i obszerny podkoszulek.

–   Na   obiad   ugotowałam   spaghetti.   Mam   nadzieję,   że   je   lubisz.   Zoe   wymyśliła   własny 

znakomity przepis.

– Doskonale.
– Tym razem dodałam puszkę krojonych oliwek. Julia skinęła głową.
– Brzmi nieźle.
– Lubię gotować. – Zoe założyła nogę na nogę.
– Coś się stało? spytała, siadając przy córce.
– Chciałam... porozmawiać z tobą o Zacharym, ale was ciągle nie ma w domu.
– Wiem. – Julia musiała przyznać, że z synem spędza o wiele więcej czasu niż z córką.
– Miałam... Miałam takie dziwne przeczucie i ciocia Janice powiedziała, że powinnam o tym 

z tobą porozmawiać.

Córkę trapi coś bardzo ważnego.
– W porządku, porozmawiajmy.
Zoe zamilkła i przez chwilę siedziała nieruchomo.
– Lepiej sprawdzę, co z sosem – powiedziała. Zeskoczyła z łóżka i pośpieszyła do kuchni.
Julia, zaintrygowana, poszła za nią do kuchni.
Zoe nalała Julii szklankę mrożonej herbaty i postawiła ją wraz z dwoma ciasteczkami  na 

serwetce. Potem drewnianą łyżką zdjęła pokrywkę z wrzącego sosu i zamieszała.

– Pamiętasz, jak powiedziałaś Adamowi i mnie, że jesteś w ciąży? – spytała Zoe.
Tamtej kolacji Julia nigdy nie zapomni.
– Pamiętam – odparła cicho.
– Byłam naprawdę wściekła na ciebie. – Mieszała sos, odwrócona plecami do Julii.
– Wstydziłaś się tego dziecka przed przyjaciółkami. – Julia to rozumiała, choć wówczas była 

rozczarowana reakcją córki.

– Chciałam ci powiedzieć, że już nie wstydzę się Zachary’ego. Jestem szczęśliwa, że go 

masz... Dumna jestem z mojego malutkiego brata. – Pociągnęła nosem. – Mamo, przepraszam za 
wszystko, co powiedziałam.

Zoe objęła Julię i wtuliła się w jej ramię.

background image

– Tak się bałam, że nie przeżyje.
–   Ta   decyzja   w dalszym   ciągu   jest   w rękach   Boga.   Jeszcze   do  końca   nie   wiadomo,   jak 

będzie.

– Wiem...
–   Muszę   ci   coś   powiedzieć   –   oświadczyła   Julia,   odgarniając   włosy   z czoła   Zoe.   –   Na 

początku ciąży, też nie byłam zadowolona. Ciągle tylko myślałam, jakie koszty nasza rodzina 
będzie musiała ponieść przez jeszcze jedno dziecko.

– Ja też o tym myślałam – przyznała Zoe. W jej oczach połyskiwały łzy. – Nawet przez 

chwilę nie zastanowiłam się, co Zachary wniósłby do naszej rodziny.

Julia   była   wzruszona   słowami   córki.   To   Zachary   je   zjednoczył.   Wszyscy   przeszli   przez 

wielką lekcję. Jakiś czas temu ich życie rodzinne rozsypało się. Każde z nich poszło w swoją 
stronę. Już nie stanowili jedności. Dojrzeli po tej godzinie spędzonej w szpitalu, kiedy walczono 
o życie Zachary’ego.

Był to naturalny proces, który rozpoczął się wtedy, kiedy dzieci zaczynały dorastać. Julia 

założyła   własną  firmę  i całą   energię  skupiła   na niej.  Nawet  wspólne  wędrowanie   i wyprawy 
wakacyjne zeszły na dalszy plan.

Dzieciaki   rozwinęły   własne   zainteresowania,   a Julia   cieszyła   się,   że   ma   czas   dla   siebie 

i przyjaciół. Nawet nie spostrzegła, kiedy zaczęli żyć obok siebie i wszyscy byli zajęci własnymi 
sprawami.

– Adam i ja dogadaliśmy się – chcemy, żeby Zachary był z nami.
– Czyżby? – Planowali, że przez pierwszych kilka miesięcy ona i Peter będą spać w jednym 

pokoju z małym.

–   Adam   dowodził,   że   Zachary   jest   chłopcem   i powinien   spać   w jego   pokoju.   Ale 

przekonałam go, że też chcę go mieć przy sobie.

Julia z trudem powstrzymała śmiech.
– Zgadzasz się? – Zoe spojrzała na Julię.
– Oczywiście, że tak – powiedziała. Wiedziała, że córka ma ochotę skakać do góry z radości.
– Adam powiedział, że po ukończeniu college’u zwolni swój pokój tylko dla Zachary’ego.
– Oboje jesteście wspaniałomyślni.
–  Ja też   będę  się nim  opiekować,   mamo.  Gdy przyjdę   ze  szkoły i zawsze  wtedy,  kiedy 

będziesz mnie potrzebować. Jeszcze niedawno nie chciałam o tym słyszeć, ale... kiedy Zachary 
się urodził, zdecydowałam, że będę go kochać. No, wiesz, jest moim malutkim braciszkiem.

Julia mocno ją przytuliła.
– On jest niesamowity!
– O, tak – zgodziła się Julia. – Zachary Justin Murchison naprawdę jest niezwykły.

background image

Żywiołowość!

To pościg za życiem,

prawda?

Katherine Hepburn

Rozdział 36

LIZ KENYON

Liz od dawna nie wybierała samochodu dla siebie. Ten, którym teraz jeździła miał już sześć 

lat. Po wypadku auto Steve’a zastąpiła identycznym modelem. Nie przyszło jej do głowy, że 
mogłaby kupić inne. Śmierć męża była dla niej tak bolesna, że przez dłuższy czas nie mogła ani 
jeść, ani spać. Pozostał z niej strzęp człowieka.

Dopiero teraz zdecydowała się na wybór nowego auta. Wybrała już detale, opcje i kolor, 

pozostało tylko zdecydować się na markę i model. Jedyną kompetentną osobą mogącą jej w tym 
pomóc była Clare.

Spotkały   się   w firmie.   Clare   przeszła   wraz   z nią   po   placu,   wskazując   wady   i zalety 

poszczególnych modeli.

– Więc zdecydowałaś się sama pojechać do Oklahomy? – spytała Clare.
Liz odwróciła głowę, aby ukryć śmiech. Zaskoczyło ją, że kobieta, która zarządza firmą, 

opiekuje się umierającym mężem i prowadzi dom dla dwójki dzieci zadaje takie pytanie.

– Czyżbyś nie wierzyła we mnie? Oczywiście, że mogę tam sama pojechać.
– Chcieć to móc – odparła Clare z nutką ironii w głosie.
– Właśnie. Więc o co ci chodzi? – Przystanęły przed dwuletnim seville w śnieżnobiałym 

perłowym kolorze, jaki Liz lubiła najbardziej.

Clare zignorowała to pytanie.
– Zastanawiałam się tylko, czy długa samotna jazda będzie dobra dla ciebie.
– Dlaczego nie? Nie zamierzam ryzykować. A mam trzy tygodnie wakacji, więc starczy mi 

czasu na dłuższą podróż. Poza tym, wyobraź sobie, że uwielbiam być w drodze.

Clare wciąż nie była usatysfakcjonowana.
– A co na to twoja córka?
Niesamowite, że Clare i Amy tak podobnie na to patrzyły!
– To samo, co i ty. Też uważa, że to nie jest bezpieczne. Jeszcze nie wyjechałam spod domu, 

a już się martwi. Założę się, że gdyby ten twórczy niepokój wykorzystywała w pracy, to już by 
była milionerką.

background image

– Może jednak powinnaś wziąć do serca naszą radę i kupić bilet na samolot? – zasugerowała 

Clare.

–   Może   i tak   –   powiedziała   Liz,   przechadzając   się   pomiędzy   rzędami   samochodów. 

Przystanęła i odwróciła się, patrząc na seville’a. Mimo iż auto było używane, to sylwetka i kolor 
pasowały  idealnie.   Gdyby  wybór  był  mniejszy,   byłoby   łatwiej   się  zdecydować.   Można   było 
dostać oczopląsu. Za każdym razem, kiedy jakiś wóz jej się spodobał, to albo cena przekraczała 
jej budżet, albo miał za duży przebieg.

– A jednak nie polecisz samolotem, prawda?
– Prawdopodobnie nie – zgodziła się Liz. Ponownie podeszła do cadillaca i przez przednią 

szybę zajrzała do środka.

– A co na to Sean?
Więc Clare wyciągnęła asa z rękawa i to szybciej niż Liz mogłaby przypuszczać.
– Co on na to? – powtórzyła,  jakby nie dosłyszała  pytania. – Szczerze mówiąc, nic nie 

powiedział.

Clare przymrużyła oczy, jak gdyby nie była pewna, czy ma w to wierzyć, czy też nie.
– Bo mu nic nie powiedziałaś, prawda?
–   A niby  dlaczego   powinnam   mu   to   powiedzieć?   –  Liz   wiedziała,   że   przybiera   pozycję 

obronną ale nic nie mogła na to poradzić. I pomyśleć, że Clare zasugerowała jej uzależnienie 
planów wakacyjnych od aprobaty mężczyzny! Coś takiego!

– Nie spodoba mu się to – powiedziała Clare, krzyżując ręce na piersiach. Cicho westchnęła. 

– I dobrze o tym wiesz.

– To niech się wypcha. – Otworzyła drzwi seville’a i wsiadła do niego. Choć był to dwuletni 

wóz,   w środku   pachniało   nową   skórą.   Liz   wygodnie   się   rozsiadła   i położyła   dłonie   na 
kierownicy. Dobrze się w nim czuła.

– Piękny samochód – oceniła Clare.
– To biorę go.
Clare wpatrywała się w nią, jak gdyby nie dosłyszała.
– Nie chcesz sprawdzić, jak się go prowadzi?
– Niekoniecznie.
– Liz, nie mogę pozwolić na to, żebyś zapłaciła pełną cenę. Musisz się ze mną potargować.
– Po co? – spytała Liz. – Jesteś moją prawdziwą przyjaciółką. Komu mogłabym zaufać, jeśli 

nie tobie. – Wysiadła z samochodu, zadowolona z wyboru. – Daj mi znać, ile to razem kosztuje, 
a ja ci wypiszę czek. – Skierowała się w stronę starego auta, które zaparkowała przed budynkiem.

– Dokąd teraz jedziesz? – zawołała za nią Clare.
–   Do   pracy.   Już   jestem   spóźniona.   Zadzwoń   do   mnie,   jak   już   będą   gotowe   wszystkie 

dokumenty. Przyjadę tu po nie.

background image

Clare krzyknęła za nią.
– Zastanów się nad tym, co ci powiedziałam.
– A dokładniej?
– Po prostu powiedz o tym Seanowi, dobrze?
Liz   była   zaskoczona,   że   przyjaciółka   jej   nie   dowierza.   I tak   miała   o tym   porozmawiać 

z Seanem.

Kiedy Liz dotarła do pracy, biuro tętniło życiem. Przemknęła obok Cherie, rozmawiającej 

przez telefon. Sekretarka wyciągnęła rękę, podając dzisiejszą korespondencję. Liz wzięła listy 
i poszła dalej.

W   gabinecie   czekała   ją   niespodzianka.   Zobaczyła   Seana.   Rozsiadł   się   wygodnie   za   jej 

biurkiem, wyciągając nogi i splatając dłonie z tyłu głowy.

– Trochę się pani spóźniła! – Czarował ją seksownym uśmiechem.
– Czyżby? Długo kazałam panu czekać?
– Tak, około sześciu miesięcy, ale nie o tym mamy rozmawiać.
Liz zmrużyła powieki. Żadne słowa by nie pomogły.
– Masz do mnie jakąś sprawę? – spytała, zgrabnie przekładając koperty.
Do pokoju weszła Cherie z filiżanką kawy. Zawahała się.
– Panie doktorze, czy pan też życzy sobie kawy?
– Doktor Jamison właśnie miał wychodzić – Liz poinformowała sekretarkę.
Obeszła biurko i stanęła nad Seanem.
– Sean, mam milion spraw do załatwienia, a nie zrobię niczego, jeśli będziesz tu siedzieć.
– Nie dokończyliśmy rozmowy.
Liz   miała   zupełnie   inne   zdanie   na   ten   temat.   Niby   w żartach   wypchnęła   go   za   drzwi 

i zamknęła je przed nim, ale znów się otworzyły, a Sean włożył głowę do środka.

Zrobił minę skruszonego szczeniaka, zaśmiał się i pochylił głowę, żeby ją pocałować. Cóż to 

był za pocałunek! Liz zakręciło się w głowie.

– Kolacja dzisiaj? – spytał.
Przyłożyła dłoń do piersi. Serce jej mocno waliło. Dopiero po chwili ochłonęła na tyle, by 

móc odpowiedzieć.

– O szóstej?
Skinął głową i odszedł.
Uśmiechnęła się do siebie i zajęła pracą.
Za piętnaście szósta wrócił Sean.
– Myślałam, że spotkamy się w O’Shaunessey’s? – powiedziała, zaskoczona.
– Jak chcesz, to jeszcze możemy tak zrobić – odparł, podchodząc do biurka. – Ale teraz 

chciałem o czymś z tobą porozmawiać.

background image

– Śmiało. Wskazała mu krzesło.
Nie usiadł.
– Zastanawiałem się nad tym, o czym rozmawialiśmy dziś rano.
Nie mogła sobie przypomnieć żadnego konkretnego tematu rozmowy. Wpadł, by jej zamącić 

w głowie i nawet mu się to udało. Nic nie pomogło tłumaczenie, że nie ma dla niego czasu, bo 
i tak spóźniła się do pracy prawie o pół godziny.

– O twoim samotnym wyjeździe do Oklahomy.
Wydawało się, że wszyscy chcą ją przywołać do porządku. Miała już tego dość. Od dawna 

była   pełnoletnia   i w pełni   odpowiedzialna   za   swoje   decyzje.   Wyciągnęła   rękę,   chcąc 
powstrzymać go przed kontynuacją tematu.

– A ty nie chcesz tam ze mną jechać.
– Chcę, Liz – oświadczył stanowczo. – Nie ma mowy, nie pojedziesz sama!
Liz spojrzała na niego z ukosa, nie dowierzając własnym uszom.
– Jadę z tobą.
Jedzie z nią?
– Bardzo przepraszam, ale nie przypominam sobie, żebym cię o to prosiła.
– Nie musiałaś tego robić. Sam się wprosiłem. Tego już było za wiele.
– Sean!
– Omówiliśmy to z Amy i wydawało się nam, że jest to najlepsze rozwiązanie. Od dziesięciu 

lat nie miałem wakacji z prawdziwego zdarzenia. Ale jeśli ty chcesz prowadzić, też dobrze.

– Omówiliście to z Amy?! – Było coraz ciekawiej.
Skinął głową. Wyglądało na to, że jest zadowolony z siebie.
– Podoba mi się. Tak bardzo mi przypomina ciebie... Jest bystra, dowcipna, piękna.
– Przecież nigdy nie widziałeś mojej córki. Skąd wiesz, jak wygląda.
– Stwierdzam to po głosie. Poza tym, dlaczego miałaby nie być piękna. Przecież to twoja 

krew. – Ten niewyszukany komplement ściął ją z nóg. Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć.

– I wiesz, co jeszcze Amy zasugerowała? – Już czuł się w swoim żywiole, opadł ciężko na 

krzesło i rozsiadł się wygodnie. – Że powinniśmy się pobrać.

– Niemożliwe! – Trudno było sobie wyobrazić większe kłamstwo. Amy nigdy by nic takiego 

nie powiedziała.

– Ale prawdziwe – upierał się.
Wpatrywała   się   w niego.   Nagle   dotarło   do   niej,  że   może   mówi   to   poważnie.   Dotąd   nie 

rozmawiali o związaniu się na stałe.

– Czy to propozycja, Sean?
Patrzył jej prosto w oczy. Spoważniał. To pytanie go zaskoczyło.
– Nie wiem – powiedział.

background image

Liz też tego nie wiedziała.
– Mam nadzieję, że zdecydujesz się zabrać mnie w trasę – powiedział, wstając. Skierował się 

w stronę   drzwi,   jakby   nagle   sobie   przypomniał,   że   się   gdzieś   spieszy.   I jakby   żałował,   że 
poruszył temat małżeństwa.

Liz chwyciła torebkę, zamknęła biuro i wyszła za nim.
– Prawda jest taka, że wolałabym pojechać z kimś, nie sama. Tyle, że nie miałam kogo o to 

poprosić.

– Zgłaszam się na ochotnika! – powiedział i wziął ją pod rękę.
– Będzie mi bardzo miło, jeśli pojedziesz ze mną. Wyglądało na to, że chce ją pocałować. 

Nagle zawahał się.

– A co byś powiedziała, gdybyśmy nieco zboczyli z twojej trasy?
– Zboczyli? – powtórzyła. – Jasne! A dokąd chcesz jechać?
– Do Seattle.
– Seattle?
Sean klasnął w dłonie.
– Czy zamieszkało tu echo? Roześmiała się i poklepała go po ramieniu.
– Z przyjemnością zahaczę o Seattle. Słyszałam, że tam jest pięknie!
– Myślę, że pora, byś  poznała moją córkę – powiedział, śmiejąc się. – Czas najwyższy, 

żebym ją odwiedził. Nie widziałem jej już prawie osiem lat. Wiele się zmieniło.

Oznaczało to, że wnuczki jeszcze nie widział. Liz mogła się założyć, że ta podróż będzie 

jedną wielką przygodą.

Wysokie obcasy stukały, kiedy szli korytarzem szpitala.
– Naprawdę uważasz, że jestem piękna? – spytała. Chciała, żeby powiedział jej to jeszcze 

raz.

Wzruszył ramionami.
– Na pierwszy rzut oka wyglądasz całkiem, całkiem.
– Wielkie dzięki, łaskawco! Wzajemnie.
– Wiem.
Liz westchnęła.
– Hej, a będziemy spać w jednym pokoju?
– Raczej nie.
– Ale z ciebie cnotka! Uwielbiała, jak się przekomarzali.
– To co? I tak mnie kochasz!
– Tak, masz rację.

background image

Ludzie się zmieniają

i zapominają o tym powiedzieć.

Lillian Hellman

Rozdział 37

KAREN CURTIS

1 września

Ostatniej nocy prawie nie spałam i teraz też będę mieć problem z zaśnięciem. To zabawne! 

W piątek rano dzwoniła do mnie sekretarka Gwen, żeby mnie umówić na spotkanie. Przyjadę, 
skoro mnie wzywa. Chyba chce porozmawiać o przesłuchaniu do sitkomu. Przez całą drogę do 
LA – a był naprawdę cholerny ruch – coś mi podpowiadało, że dostałam tę rolę.

Przez ostatnie lata było to moim marzeniem. Ale już nie teraz. Czuję coś w rodzaju zawodu. 

Zejdź na ziemię! Przez całe życie marzyłaś o roli telewizyjnej, ciężko pracowałaś, by ją zdobyć, 
tyle poświęceń cię to kosztowało, tyle zmagań.

Zanim znalazłam miejsce parkingowe i doszłam do biura Gwen, dostałam skurczu żołądka. 

Rozum   mi   podpowiadał,   że   powinnam   skakać   do   góry   z radości,   a moje   ciało   mówiło   coś 
zupełnie odmiennego. Uporanie się z emocjami zajęło mi kilka minut. W końcu uświadomiłam 
sobie, że nie chcę tej roli.

Weszłam   do   łazienki   i umyłam   twarz   zimną   wodą.   Patrzyłam   w lustro.   Nie   wiem,   co 

chciałam zobaczyć. Twarz, którą ujrzałam nie dawała odpowiedzi.

Cotygodniowy show to okazja, która trafia się raz na całe życie. Warta jest wielu tysięcy 

dolarów. Nie rozumiałam swojego wahania, a może...

Od kilku tygodni prowadzę zajęcia teatralne w Willow Grove High School i uważam to za 

wspaniałe.  Pokochałam dzieciaki.  Widzę w nich siebie sprzed dziesięciu  lat. Byłam  twórcza, 
utalentowana, namiętna.

Ale uczenie to nie wszystko. W szkole tej pracuje Glen, a ja od dwóch tygodni jestem z nim. 

Po   południu   razem   jemy   lunch.   Kocham   go,   uwielbiam   to,   co   on   czuje.   Przy   nim   jestem 
najzabawniejszą, najbardziej dowcipną, najatrakcyjniejszą kobietą w świecie. Żaden mężczyzna 
nigdy nie sprawił, że czułam się taka niezwykła i wspaniała.

Pamiętam nasze poznanie. Chciałam, byśmy byli tylko przyjaciółmi. Trudno uwierzyć, że 

byłam aż tak ślepa. Glen jest wspaniały. Tak bardzo go podziwiam. Jest nie tylko geniuszem, ale 
jest   delikatny,   pełen   honoru   i skromny.   Nigdy   nie   sądziłam,   że   właśnie   to   będzie   mnie 

background image

u mężczyzny  pociągało.  Mieliśmy randkę w kinie, a potem jeszcze  dwa razy spotkaliśmy się 
w mieście i to ja proponowałam każde wyjście. Kiedy od niechcenia napomknęłam, że może 
byśmy byli razem, był szczerze zaskoczony i zadowolony. Bez ogródek powiedziałam mu, że 
czekam, aby mnie gdzieś zabrał. Był wniebowzięty i zaprosił mnie na szkolną potańcówkę. Ale 
uznał, że to nie będzie dla mnie atrakcyjna randka i wycofał się. Pięć minut namawiałam go na tę 
szkolną   zabawę.   Na   jakąkolwiek   imprezę.   Gdziekolwiek.   Kiedykolwiek   (tego   mu   nie 
powiedziałam).

W   biurze   Gwen   agentka   już   na   mnie   czekała.   Wszystkie   moje   obawy   okazały   się 

bezpodstawne. Gwen obejrzała taśmę ze zdjęciami próbnymi i była głęboko rozczarowana moim 
występem.   Zaproponowała   mi   serię   szkoleń.   Już   nie   spełniam   jej   oczekiwań.   Oto   dlaczego 
zechciała się ze mną widzieć osobiście. Zostałam wezwana na dywanik.

W piątek źle spałam, a teraz boję się, że dziś w nocy będzie to samo.

Telefon wyrwał Karen z głębokiego snu. Dopiero po chwili zorientowała się, że to jawa. 

Leżąc na brzuchu, wyciągnęła rękę i po omacku szukała słuchawki. Spojrzała na radiobudzik. 
Minęła pierwsza w nocy. Spała zaledwie godzinę. Jęknęła. Jak można budzić człowieka o tej 
porze? Tyle trudu sprawiało jej zasypianie.

Nie znała nikogo, kto dzwoniłby do niej o każdej porze dnia i nocy. A może to Glen?
– Halo? – mruknęła do słuchawki.
– Karen? – usłyszała szloch.
– Wiktoria? – Natychmiast rozbudziła się. Usiadła i odgarnęła włosy z czoła. – Gdzie jesteś?
– W domu... Możesz przyjechać po mnie i Bryce’a?
– Oczywiście – odparła bez wahania. Jej siostrę spotkało na pewno coś strasznego i dlatego 

zadzwoniła o tej porze, prosząc o pomoc. – Wszystko w porządku?

Siostra nie odpowiedziała.
– Wiktoria? Co się stało? Powiedz. – Gardło ścisnęło jej się z przerażenia.
– Chyba zabierzesz mnie do szpitala.
Karen wstała  z łóżka, chodziła  po pokoju z bezprzewodowym  telefonem  w ręku. Chciała 

skupić   się   na   słowach   Wiktorii.   Więc   Roger   znów   zrobił   swoje.   Co   się   stało,   że   siostrze 
otworzyły się oczy? Modliła się, aby tym razem Wiktoria złożyła skargę na Rogera.

– Gdzie Roger?
– Śpi... Nie pytaj, pośpiesz się.
–   Już   jadę.   –   Ubrała   się   szybko.   Założyła   dres   i wskoczyła   w tenisówki,   nawet   ich   nie 

sznurując. Dopiero za kierownicą zaczęła się zastanawiać, dlaczego siostra nie uciekła sama. 
Widocznie zapomniała jej o czymś powiedzieć.

W ostatniej chwili zahamowała na czerwonym świetle. Rozejrzała się na dookoła, nie było 

background image

żadnych pojazdów. Ruszyła przed siebie. Dopiero na środku skrzyżowania zauważyła radiowóz 
policji.

–   Świetnie,   świetnie   –  mruknęła.   Sekundę  później,   połyskując   niebieskimi   i czerwonymi 

światłami, policyjny wóz już ją ścigał.

Karen zjechała  na  pobocze opuszczonej  ulicy i sięgnęła  do torebki.  Wyjęła  z niej  prawo 

jazdy.

Opuściła szybę, kiedy podszedł do niej młody funkcjonariusz.
–   Dobry  wieczór   –   powiedział   grzecznie.   –   Nie   zauważyła   pani   czerwonych   świateł   na 

skrzyżowaniu ulic Universal i Szóstej?

– Zauważyłam. – Nie zamierzała kłamać.
– To skąd ten pośpiech?
–   Moja   siostra...   –   zaczęła.   Nagle   uświadomiła   sobie,   że   chyba   sam   Bóg   zesłał   tego 

policjanta. – Panie oficerze, proszę posłuchać. Zdaję sobie sprawę, że zasługuję na mandat. – 
Mówiła szybko z nadzieją, że nie będzie musiała po drodze odpowiadać na dziesiątki pytań. – 
Nie mam zamiaru się przed tym wymigiwać.

Skinął głową.
– To jest właściwe podejście do sprawy.
– Zadzwoniła do mnie siostra i powiedziała, że stało się coś strasznego. Chyba mąż znów ją 

pobił. Prosiła, żebym przyjechała po nią i po dziecko... – Karen zaschło w gardle. Wiedziała, że 
Wiktoria będzie miała do niej żal. Nie pozwalała wzywać policji. Ale był to najlepszy sposób, 
żeby ruszyć sprawę z miejsca.

– Mój  szwagier  znęca  się nad nią  fizycznie  – ciągnęła  – i nie wiem,  jak teraz  wygląda 

sytuacja. – Wiedziała, że jedzie do jaskini lwa. Jeśli Roger nie miał skrupułów, bijąc własną 
żonę, to ją również mógłby uderzyć.

Policjant zadał jej kilka pytań, wrócił do samochodu i znów podszedł do niej.
– Adres, jaki mi pani dała, nie podlega pod mój rewir. Wysłaliśmy tam radiowóz patrolowy, 

z którym spotka się pani na miejscu.

– Dziękuję – powiedziała z wdzięcznością. – Mogę już jechać?
Skinął głową. Natychmiast odjechała, nie chcąc tracić ani chwili czasu. Ważne było, żeby 

dojechać do siostry, zanim dotrze tam policja. Nie chciała nadużywać zaufania Wiktorii.

Dom   był   jaskrawo   oświetlony,   kiedy   Karen   zajechała   pod   garaż.   Wiktoria   natychmiast 

otworzyła   drzwi   wejściowe.   Na   lewym   ramieniu   trzymała   rączkę   Bryce’a,   a prawą   dłoń 
wyciągnęła w geście obronnym.

Karen wyskoczyła z samochodu.
– Co ci się stało w rączkę? – spytała.

background image

– Tatuś mocno mnie zbił – szlochał Bryce – a potem pociągnął mamę za rękę.
Już do tego doszło, że Roger zaczął bić syna. Wiktoria znosiła znęcanie się nad nią, ale kiedy 

zaczął bić syna, miarka się przebrała.

– Czy małemu stało się coś poważnego? – spytała Karen.
– Nieważne, chodźmy. – W głosie Wiktorii słychać było panikę. – Proszę, nie pytaj mnie 

teraz o to.

– Mamusiu, mamusiu! – Bryce zaczął głośniej płakać.
– Już dobrze, kochanie – cichutko pocieszała  Wiktoria. – Ciocia  Karen zabierze  nas do 

domu.

Wsiadały już do samochodu, gdy rozległ się krzyk Rogera.
– A ty gdzie do cholery się wybierasz, suko?!
– Daj nam spokój! – krzyknęła Wiktoria.
–   Nie.   –   Karen   obróciła   się   twarzą   w stronę   szwagra,   który   wziął   się   pod   boki   i stanął 

w otwartych drzwiach.

Był  pijany.  Przeklinał.  Potknął się o schodki i ruszył  w ich stronę. Twarz miał  bordową, 

wykrzywioną gniewem. Zignorował Karen i zwrócił się do Wiktorii, która siedziała na tylnym 
siedzeniu samochodu i mocno tuliła synka do piersi.

– Trzymaj się od nas z daleka! – ostrzegł Karen.
– Nie miałam zamiaru się wtrącać.
Zaskoczyła go ta odpowiedź, spojrzał uważnie w oczy Karen.
Jak on śmie ranić jej siostrę?! Jak śmie wściekać się na dziecko i je bić?!
– Jesteś żałosną karykaturą człowieka! – Ledwie trzymała nerwy na wodzy.
Zaklął i rzucił się na nią. Karen zerwała się na równe nogi i zdołała uniknąć ciosu. Wiktoria 

krzyknęła. A on zaklął, wsadził rękę do środka i szarpnął żonę za ramię.

Z ust Wiktorii wydobył się rozdzierający krzyk.
Karen   rzuciła   się   naprzód   i wskoczyła   na   plecy   Rogerowi.   Biła   go   pięściami.   Wszyscy 

krzyczeli jednocześnie, Bryce płakał, a Roger robił wszystko, by go wyrwać z objęć żony.

Kątem   oka   Karen   zauważyła,   że   pod   dom   zajeżdża   patrol   policyjny.   Uwolniła   szwagra 

z furiackiego uścisku. Nie zdążyła się uchylić, Roger uderzył ją w szczękę z taką siłą, że upadła.

Natychmiast dwóch policjantów odciągnęło go od Karen. Jak tylko się zorientował, że ma do 

czynienia z dwoma stróżami porządku, zmienił taktykę.

–   Panowie   oficerowie   –   powiedział   takim   tonem,   jakby   za   dotknięciem   czarodziejskiej 

różdżki wytrzeźwiał. – Cieszę się, że przyjechaliście.

– No pewnie, że się cieszysz! – krzyknęła Karen. Bardzo bolała ją szczęka, a w oczach wciąż 

migotały gwiazdki.

Jeden z policjantów rozmawiał z Rogerem, a drugi podszedł do Karen.

background image

–   Czy   może   mi   pani   powiedzieć,   co   się   tu   dzieje?   –   spytał.   Trzęsła   się   i z trudem 

utrzymywała się na nogach.

– Moja siostra... – wskazała Wiktorię, która wysiadła z samochodu.
– To wszystko moja wina – szlochała Wiktoria, trzymając na rękach synka.
– Nieprawda! – protestowała Karen. Bała się, że teraz siostra zmieni zdanie.
– Nie powinnam cię w to mieszać – łkała Wiktoria.
Mówiły teraz jednocześnie, przekrzykując się wzajemnie. Karen chciała wyjaśnić, dlaczego 

przyjechała policja, a siostra uparcie mówiła o swojej winie. Roger też wrzeszczał.

– Która z pań jest żoną tego pana? – spytał starszy z policjantów.
Wyjaśnianie faktów zajęło kilka minut. Roger stwierdził, że Karen wtrąca nos w nie swoje 

sprawy, rozbija ich małżeństwo. Chciał złożyć przeciw niej oskarżenie o obrazę jego czci. To 
prawda, uderzył ją, ale zrobił to tylko po to, aby się bronić. W końcu zażądał, aby ją zabrała 
policja.

Wtedy do akcji wkroczyła Wiktoria.
– To ja... zadzwoniłam do siostry... – wyjaśniła.
– W porządku, w porządku – powiedział Roger. – Gotów jestem zrezygnować ze złożenia 

skargi, pod warunkiem, że całe to zajście pójdzie w niepamięć.

– Raczysz sobie żartować! – krzyknęła Karen.
Roger udawał, że tego nie słyszy.
– Przyznaję, zdenerwowałem się na żonę i możliwe, że za bardzo się uniosłem. – Roześmiał 

się, jak gdyby chciał powiedzieć, że to nieporozumienie. A on żałuje swojego wybuchu. Przecież 
ostatnią rzeczą, jakiej by pragnął, było wywołanie burzy w szklance wody. Stał się rubaszny 
i dobroduszny.   Przedstawił   Karen   w takim   świetle,   jakby   to   ona   była   źródłem   wszystkich 
konfliktów.

– Przepraszam, skarbie – próbował ugłaskać Wiktorię. Zabrzmiało to rzeczowo i szczerze. – 

Nawet nie wiesz, jak bardzo mi przykro. Nie ma potrzeby angażować policji w sprawy prywatne. 
Ani ty tego nie chcesz, ani ja.

Wiktoria przygryzła wargę, jak gdyby chciała wycofać skargę na Rogera.
– Ja też przepraszam – wyszeptała.
Roger rozluźnił się i zerknął na dwóch policjantów.
Człowiek  haruje przez cały tydzień  i chyba  ma  prawo oczekiwać  obiadu na stole, kiedy 

wraca   z sobotniego   meczu   golfa?   –   Robił   wszystko,   żeby   brzmiało   to   jowialnie,   ale   w tym 
pytaniu oskarżał Wiktorię.

– Przepraszam – powtórzyła Wiktoria pewniejszym głosem.
– Wiem, że jest ci przykro – powiedział Roger łaskawym, rozgrzeszającym tonem.
Karen myślała, że za chwilę zwymiotuje.

background image

–   Przepraszam   za   kłopot   –   Wiktoria   zwróciła   się   do   policjantów.   –   Ale   jednak   złożę 

oskarżenie przeciwko swojemu mężowi. Mam wykręconą rękę... Nie po raz pierwszy mąż mnie 
bił. Karty lekarskie są dowodem na to, ile razy musiałam się leczyć po tak zwanych wypadkach.

Roger   dostał   ataku   furii.   Rzucił   się   na   żonę   z zaciśniętymi   pięściami,   ale   policja   go 

powstrzymała. Za chwilę miał już na rękach kajdanki. Policjanci odprowadzali go do radiowozu.

Wiktoria szlochała, a Karen delikatnie objęła ją ramionami i uściskała Bryce’a. Miał dopiero 

trzy lata, nie rozumiał, co się stało. Przytulił się mocno do matki.

Karen   zawiozła   siostrę   na   pogotowie,   tam   nastawili   jej   rękę.   Świtało   już,   gdy  Wiktoria 

złożyła  skargę na policji. Pojechały do rodziców  i Wiktoria  z Bryce’em  zamieszkali  w domu 
rodzinnym. Karen była bohaterką tej nocy, wszyscy podziwiali jej odwagę.

Wiktoria uściskała ją przed wyjazdem i ze łzami w oczach dziękowała.

Karen uważała, że siostra zdobyła się na odwagę, a to dopiero początek. Roger był trudnym 

do pokonania wrogiem, ale trafiła kosa na kamień. Karen z rozkoszą będzie patrzeć na ławę 
oskarżonych, kiedy zasiądzie na niej szwagier.

Wróciła do siebie i położyła się spać. Zbudziła się koło południa. Usiadła, ziewnęła i sięgnęła 

po słuchawkę. Chociaż nigdy nie dzwoniła do Glena, jego numer znała na pamięć.

Odebrał telefon i zdawał się być czymś zafrasowany.
– Mówi Karen.
– Karen... witaj.
Radość i zaskoczenie w jego głosie bardzo ją podniosły na duchu.
– Robisz coś ważnego? – spytała.
– Absolutnie.
– Pomyślałam, że cię zaproszę na obiad.
– Jasne. Kiedy?
– Co powiesz na dzisiejszy wieczór? – spytała, uśmiechając się. – Oblewamy!
– O której? Co oblewamy?
– Pracę.
Dostałaś rolę w serialu komediowym? – spytał.
– Nie. Dali mi kosza. – Czuła, że właśnie tak jest dobrze. – Może trochę za wcześnie na 

oblewanie, ale mam nadzieję, że etat nauczycielki teatru jest wciąż do wzięcia.

– Wiem, że tak – zapewnił Glen. – Będziesz się o to ubiegać?
– Tak.
Był wyraźnie zaszokowany tą wiadomością. Zapadła cisza.
– Jesteś pewna, że właśnie tego chcesz?
– Tak – zapewniła. – Chcę tego.

background image

Przez całe życie wiedziała, czego chce.

background image

Droga niech wychodzi ci na spotkanie,

a wiatr niech ci wieje w plecy.

Irlandzki toast

Rozdział 38

LIZ KENYON

września

W chwili słabości dałam się namówić na wakacyjną podróż z Seanem. Ale cieszę się z jego 

towarzystwa.   Wyjechaliśmy   dzisiaj   skoro   świt.   Zaplanowałam   całą   trasę.   Pomyślałam,   że 
pierwszą   noc  prześpimy   we  Flagstaff.   Moglibyśmy   pojechać   o wiele   dalej,   ale   chciałam   jak 
najwięcej czasu poświęcić na przystanki i zwiedzanie.

Jeden   dzień   w trasie   i moje   staranne   wyliczenia   spaliły   na   panewce.   Jesteśmy   w Vegas. 

Oczywiście, to był pomysł Seana. Kiedyś, wiele lat temu byłam tam ze Steve’em. Jak to miasto 
się zmieniło.  Wynajęliśmy  pokój  w New  York. Tu jest fantastycznie!  Zakwaterowaliśmy  się 
i poszliśmy   –   ja   do   gier   wideo,   a Sean   do   stołów   bilardowych.   Spotkaliśmy   się   dopiero   na 
obiedzie. A potem poszliśmy na występ iluzjonisty Lance’a Burtona. Bawiliśmy się do białego 
rana. Jutro znów ruszamy w trasę. Aż żal mi stąd wyjeżdżać.

13 września

Chciałam  robić zapiski z każdego  dnia podróży,  ale  przed pójściem do łóżka jestem tak 

zmęczona,   żenię   mam   siły   pisać.   Spędziliśmy   w Vegas   dwie   noce.   Jeśli   czas   pozwoli,   to 
zatrzymamy się tu w drodze powrotnej. Sean do tej pory nie skontaktował się z córką, ale nie 
mogę się w to mieszać.

Te dwie noce w Vegas są dopiero początkiem wakacji. Wyjechałam o sto dolarów bogatsza, 

a Sean chyba przegrał w ruletkę. Większość czasu spędziliśmy przy automatach do gry. Przez 
cały czas śmialiśmy się i żartowaliśmy. Jak łatwo jest kochać tego mężczyznę. Może zbyt łatwo.

Trzecią noc spędziliśmy w Amarillo w Teksasie. Musieliśmy odpocząć po wyczerpującym 

dniu drogi. Nie mogłam się doczekać, kiedy dotrę do Amy i Jacka. Sean to rozumiał. Pędził jak 
szalony. Przed nocą byliśmy w Tulsie i Amy czekała na nas z obiadem.

Andrew i Annie byli zachwyceni Seanem. Jest wspaniały dla dzieciaków, tak samo jak dla 

niemowląt. Amy i wnuki uznały, że jest super.

background image

Moja  córka i zięć  wyglądają  wspaniale  i bardzo  dobrze radzą  sobie w życiu.  Jack dostał 

intratną posadę w firmie przewozowej. Amy uwielbia być kurą domową i aktywnie uczestniczy 
w życiu Andrew i Annie.

Drugiego dnia pobytu w Tulsie Amy urządziła herbatkę, tak jak kiedyś, kiedy mieszkaliśmy 

w Kalifornii. Sean też został zaproszony. Nie wiem czy zdaje sobie sprawę, jaki wielki zaszczyt 
go spotkał.

17 września

Po południu Sean dzwonił do córki. Wciąż  to odkładał i już przed wyjazdem  zaczął  się 

zastanawiać, co jej powie. Siedziałam z Amy i dziećmi w patio. Sean w tym czasie rozmawiał 
przez telefon w sypialni. Po pewnej chwili wyszedł i po jego minie wiedziałam, że wszystko jest 
w porządku.

Do Seattle wyruszamy we wtorek rano. Miło spędziłam czas z córką i jej rodziną, ale już 

czas wracać.

Sean   nigdy   mi   nie   powiedział,   co   go   poróżniło   z córką.   Nie   wspomniał   też,   jaka   była 

przyczyna jego rozwodu. Jestem rozczarowana. Nie dlatego, że chcę poznać pikantne szczegóły, 
ale to jest kwestia zaufania. Chciałabym, żeby mi ufał na tyle, by otworzyć się przede mną. Nie 
wiem, czy to jest możliwe.

20 września

Dojechaliśmy do Seattle. Miasto jest piękne. Tak je sobie wyobrażałam. Poznałam Eileen, 

córkę Seana, jej męża Rona i ich czteroletnią córeczkę, Emily. Na początku spotkania wszyscy 
byli nieco spięci.

Eileen jest bardzo podobna do Seana. Ale ma inny charakter. Jest spokojna, cicha i delikatna. 

Jej mąż pracuje w Boeingu i ostatnio często zostaje po godzinach. Chciałam, żeby Sean mógł jak 
najwięcej czasu spędzić z córką, więc sama bliżej zapoznałam się z Emily. To cudowne dziecko.

Tego wieczoru, kiedy jechaliśmy do hotelu, Sean wspomniał o swoim rozwodzie. Była żona 

miała romans z jego dawnym wspólnikiem. Jak to się często zdarza, Sean dowiedział się o tym 
ostatni. Przy rozwodzie nie obyło się bez komplikacji. Córka chodziła do szkoły średniej, więc 
Sean   zdecydował,   że   lepiej   będzie,   jeśli   Eileen   zostanie   z matką,   ale   ona   chciała   mieszkać 
z ojcem.   Zawiódł   ją.   Poczuła   się   odrzucona   i przestała   z nim   rozmawiać.   Widocznie   matka 
podsycała   w córce   nienawiść   do   ojca.   Sean   mi   powiedział,   że   jego   była   w ciągu   ostatnich 
dziesięciu lat wyszła za mąż dwa razy.

Czuł   swoją   winę.   Stracił   kontakt   z córką.   Kiedy   Eileen   nie   odbierała   telefonów,   e-maili 

background image

i listów, dał za wygraną. Tłumaczył, że nie może jej zmusić do bliższych kontaktów. Z daleka 
śledził losy córki, ale wolał poświęcić się pracy niż zamartwiać się tym, że odrzuciła go jedyna 
osoba, którą kochał. Właśnie w tym czasie pomagał zakładać Little Lambs.

Czuję, że pomiędzy nami zacieśnia się silna więź oparta na wzajemnym zaufaniu. Jestem 

szczęśliwa. Po raz pierwszy od śmierci Steve’a zaznałam takiego szczęścia.

Kiedy Sean poszedł do swojego pokoju, wyszłam na balkon z widokiem na Puget Sound 

i wpatrywałam   się   w zachód   słońca   ponad   Górami   Olimpijskimi.   To   były   najbardziej   udane 
wakacje w moim życiu.

background image

Nieważne, czy idziesz po smutek,

czy po radość, droga jest ta sama.

Eudora Welty

Rozdział 39

CLARE CRAIG

22 października

Wiele czasu spędzam teraz w szpitalu z Michaelem. Robię, co mogę, ale wydaje się, że w tej 

sytuacji to bardzo niewiele. Chłopaki też pomagają, choć trudno im patrzeć na ojca w tym stanie. 
Jestem dumna z ich obu. Niełatwo jest widzieć, jak jedno z rodziców umiera, a oni wykazują taki 
hart ducha, o jaki ich wcześniej nie podejrzewałam.

Mick i Alex podjęli decyzję, żeby na pierwszy semestr wziąć urlop dziekański. Udowodnili 

swoją   dojrzałość   i odpowiedzialność.   Nie   chcieli   opuścić   ojca,   wiedząc,   że   jego   dni   są   już 
policzone.

Dzięki lekom Michael jest półprzytomny, ale od czasu do czasu odzyskuje pełną świadomość 

i wie, kto przy nim jest i co się dzieje.

Tak było tego wieczoru. Teraz jest tak osłabiony, że już nie ma siły walczyć, stracił wolę 

życia.   Zawsze   myślałam,   że   śmierć   przychodzi   jak   złodziej   i kradnie   nam   to,   co   mamy 
najcenniejszego.

Nigdy nie rozmawiałam z Michaelem o śmierci, bałam się tego. To ironia losu, że właśnie on 

udziela mi lekcji na temat, który chciałam przemilczeć.

W tych kilku chwilach przytomności Michael powiedział mi, że nie boi się śmierci. Po tym 

wszystkim, co wycierpiał: bólu z powodu raka wątroby, huśtawce nadziei i rozpaczy... Po tym 
wszystkim śmierć nie jest straszna.

Śmialiśmy się z tego. Aż do tej nocy nie wyobrażałam sobie, że można śmiać się ze śmierci. 

Stać mnie już było tylko na śmiech lub płacz, a wiedziałam, że Michael śmiechu potrzebuje 
bardziej niż moich łez. Wówczas zrobił coś, czego się po nim nie spodziewałam.

Wziął mnie za rękę i powiedział:
Przepraszam.
Nie   musiał   nic   dodawać.   Wiedziałam,   co   mówi.   Przepraszał   za   romans,   rozwód,   za 

nieoczekiwany smutek, jakim mnie obarczył.

background image

Pamiętam   dzień,   w którym   się   wyprowadzał.   Oniemiałam,   gdy   dowiedziałam   się   o jego 

zdradzie. Początkowo byłam zaskoczona i zszokowana. Dopiero po jakimś czasie odczułam ból. 
Może już wtedy powinnam coś zrozumieć? Kiedy Michael pakował się, powiedział, że ja go nie 
potrzebuję, a Miranda tak. Ależ się wtedy wściekłam. Jak mógł mi oznajmić coś tak bzdurnego?! 
Jeśli chciał być aniołem stróżem biednego podlotka, to jego sprawa.

Dopiero teraz zrozumiałam, co miał na myśli. Nie chodzi o to, że go nie potrzebowałam, bo 

to   nieprawda.   Chodzi   o to,   że   nie   dałam   mu   do   zrozumienia,   jak  ważna   jest  dla   mnie   jego 
obecność. To ja podejmowałam wszystkie ważne decyzje dotyczące nas i chłopców. Trzymałam 
w swoim ręku finanse, wychowywałam  synów, prowadziłam  dom i robiłam  prawie wszystko 
inne. Nieświadomie naraziłam Michaela na utratę męskiej dumy.

Nie usprawiedliwiam zdrady, ale przyznaję, że przyczyniłam się do niej. Łatwo było obronić 

Mirandę.   Była   młoda,   nie   wiedziała,   co   robi.   Przylgnęła   do   Michaela,   bo   potrzebowała 
pocieszenia po śmierci własnego ojca.

Przebaczyłam mu, tak jak mnie prosił, bo wiedziałam, że jest to słuszne. Trzymał mnie za 

rękę,  skinął   głową  i odwrócił   wzrok.  Mimo  to  zauważyłam,  że   łzy  spływają   mu  po  twarzy. 
Chciałam powiedzieć coś jeszcze, ale ścisnęło mnie w gardle.

Zbliża się śmierć. Czuję to, wyczuwam. Wszystko we mnie krzyczy, że jest za wcześnie i że 

Michael jest o wiele za młody, aby umrzeć. Ale jeśli on może przyjąć śmierć z wdzięcznością, 
poddać się jej, to ja nie mogę mu w tym przeszkodzić.

Kto by pomyślał, że śmierć przyjdzie w ten sposób. Jednocześnie nienawidziłam Michaela 

i kochałam go. Teraz, kiedy bliska jest rozłąka na zawsze, odkryłam, że miłość jest silniejsza od 
nienawiści.

–   Mamo.   –   Alex   delikatnie   poklepał   japo   ramieniu   i Clare   drgnęła.   Nie   wiedziała,   że 

przysnęła.

Jej oczy same się zamknęły, kiedy czuwała przy łóżku Michaela. Synowie stali po drugiej 

stronie łóżka. W oczach mieli przerażenie i ból.

– Tata coraz wolniej oddycha – powiedział Mick.
Clare przygryzła wargę. Lekarze mówili, że będzie właśnie tak. To było ostatnie stadium 

choroby i kilka dni wcześniej spokojnie, po cichu, prawie niezauważalnie stracił przytomność.

Z   niepokojem   Clare   zerknęła   na   monitor.   Zauważyła   nieregularny   rytm   serca.   Chwyciła 

Michaela za rękę i mocno ją uścisnęła. Jego ciało rozpaczliwie walczyło o życie.

– Nie – Alex szlochał, a jego ból zburzył jej pozorny spokój.
Potem już nic. Drgnienie. Jedno drgnienie serca, po którym już tylko ciągła linia. Do pokoju 

weszła pielęgniarka i stanęła obok nich. Na karcie gorączkowej zapisała chwilę zgonu.

To już koniec? Koniec? Nie wiadomo, dlaczego Clare spodziewała się po Michaelu Craigu 

background image

czegoś więcej niż spokojnego, cichego przepłynięcia od życia  do śmierci. Nagle stało się to 
wstrząsającym faktem. Jej serce rozsadzała rozpacz. Alex nie wytrzymał. Wcisnął się w krzesło 
i wybuchnął rozdzierającym szlochem. Mick stał, cicho, z godnością. Clare miała ochotę objąć 
ich obu naraz, ale ból odebrał jej siły.

–   Zawsze   cię   będziemy   kochać.   –   Wykrztusiła   i pochyliła   się,   aby   pocałować   Michaela 

w czoło.

– Już po wszystkim – oświadczył Mick.
Clare skinęła głową i podeszła do synów. Uściskali ją, tworząc zwarty trójkąt, tak samo, jak 

wtedy, kiedy Michael wyprowadził się z domu rodzinnego. Ale tym razem odszedł na zawsze.

Pogrzeb odbył się dwa dni później, a we mszy żałobnej uczestniczyło wielu ludzi z pracy, 

rodziny i znajomych. Gazeta Willow Grove Independent zamieściła notatkę pośmiertną na pół 
strony. Punkt sprzedaży samochodów był w ten dzień zamknięty. Clare zaprosiła gości do domu 
na obiad.

Liz, Karen i Julia pomagały, zastawiały stoły, obsługiwały gości i okazywały Clare miłość 

i szacunek. Nigdy by ich nie poprosiła o pomoc, ale była wdzięczna przyjaciółkom za to, że 
trwają przy niej.

Kiedy wyszli ostatni goście, był już wieczór. Mick i Alex siedzieli w salonie. Clare po raz 

pierwszy tego dnia usiadła w kuchni.

– Najwyższy czas, żebyś odpoczęła – powiedziała Liz, dosiadając się do niej. – Trzymasz 

się?

Nie miała siły odpowiedzieć, skinęła tylko głową.
– Boli, prawda?
– Bardziej niż kiedykolwiek – otwarcie przyznała Clare. – Byliśmy po rozwodzie, myślałam, 

że rozpacz po jego stracie mam już za sobą... Nie rozumiem siebie.

– Tego chyba nie sposób zrozumieć.
Clare odwróciła głowę. Zwykle nie ulegała emocjom, rzadko płakała, ale po całym  dniu 

tłumienia płaczu trudno było trzymać nerwy na wodzy.

–   Dawno   temu   pogodziłam   się   z tym,   że   Michael   umiera   –   wyszeptała.   –   Byłam   na   to 

przygotowana... Tak przygotowana, jak nikt. A jednak, kiedy odszedł tak po cichu, spokojnie, 
poczułam się, jak gdyby ktoś mi włożył nóż w serce.

Liz skinęła głową. Usiadły naprzeciwko siebie z kubkami kawy w rękach.
Pamiętam, jak przyszedł do nas policjant i powiedział, że Steve nie żyje. Słyszałam słowa, 

widziałam ruch warg i rozumiałam, co mówi, ale nie potrafiłam tego pojąć.

Przez kilka chwil siedziały w ciszy. Clare podejrzewała, że ukochana przyjaciółka zmaga się 

ze wspomnieniami.

O Michaelu można by powiedzieć jedno: do samego końca był człowiekiem-niespodzianką.

background image

Co masz na myśli? – spytała Liz.
–   Nasz   prawnik   powiedział   mi,   że   Michael   w ostatniej   chwili   zmienił   testament.   Firmę 

przepisał   na   mnie.   Zgodnie   z ugodą   rozwodową   miał   ode   mnie   wykupić   połowę   udziałów. 
I wszystko spłacił co do grosza.

– Nie zostawił tego chłopcom?
–   Nie   –   odparła   Clare,   wciąż   zadziwiona   tym   faktem.   –   Nie   udzielił   Fredowi   żadnych 

wyjaśnień,   ale   wiem,   dlaczego   tak   zrobił.   Mick   i Alex   nie   są   zainteresowani   sprzedażą 
samochodów. Nie mają ani żyłki do tego, ani aspiracji. Craig Chevrolet byłby dla nich kulą 
u nogi.

– Zawsze mogliby sprzedać firmę – zasugerowała Liz.
Clare  wiedziała,  że to się nie stanie.  Michael obawiał  się, że chłopcy zatrzymają  firmę, 

kierując się poczuciem obowiązku. Wbrew sobie wytrwaliby przy niej, żeby uszanować pamięć 
o ojcu.

– A ty kochasz branżę motoryzacyjną. Clare skinęła głową.
– Tak. I dzięki mnie ten interes rozkwitnie.
– Już kwitnie – przypomniała Liz.
Zasługą  Clare było  poskładanie  fragmentów  układanki w jedną całość. Ślęczała  nad tym 

wiele godzin, ale sprostała wyzwaniu, nie zawodząc Michaela.

– Jak Mick i Alex to znoszą?
Clare   nie   wiedziała,   co   odpowiedzieć.   Byli   przygotowani   na   śmierć   Michaela,   ale 

nieoczekiwanie przeżyli wstrząs.

– Jakoś to wytrzymali, ale potrzeba czasu, by zagoiły się rany. Będzie musiała jakoś z tym 

żyć i z biegiem czasu uporać się z cierpieniem. Tak samo jak chłopcy.

– Może jeszcze jedną kawę? – zaproponowała Liz. – Zaparzyłam świeżą i szkoda by było, 

gdyby się zmarnowała.

Za kawę Clare podziękowała, ale potrzebowała towarzystwa. Nagle przeraziła ją myśl, że 

może zostać sama.

Liz nalała kawy i usiadła naprzeciwko niej.
Clare nie miała siły na rozmowę. Liz wyczuła ogrom jej cierpienia, bo wyciągnęła przez stół 

rękę i uścisnęła przyjaciółkę. A ona wybuchnęła płaczem.

– Ulżyj sobie – cicho zachęciła Liz. – Już nie musisz być silna. Popłacz sobie.
Clare, szlochając, poczuła, jak otulają ją ramiona przyjaciółki.

background image

Okowy przyjaźni

niech nigdy nie zardzewieją.

Nieznane

Rozdział 40

CZWARTKOWY KLUB ŚNIADANIOWY

Dopiero listopad, a sklepy są już udekorowane bożonarodzeniowymi ozdobami – pomyślała 

Clare, wjeżdżając na parking przy centrum handlowym. Mieściła się przy nim kawiarnia Mocha 
Moments.   Seville   Liz   Kenyon   już   stał   przed   budynkiem.   Clare   wiedziała,   że   przyjaciółka 
zamówiła kruchy rogalik, kawę i usiadła przy oknie.

Poranek był chłodny, od Pacyfiku wiał przenikliwy wiatr. Wiatry Świętej Anny wysuszyły 

dolinę i wilgotne powietrze odmieniło aurę. Pogoda odzwierciedlała to, co się działo w jej życiu. 
Po długotrwałej posusze zrobiła krok naprzód. Przemieniała się, dojrzewała i otwierała się na 
nowy etap życiowej podróży.

Weszła do kawiarni i przeczytała z tablicy menu. Do tej pory zamawiała zawsze to samo: 

espresso – szatan, mocne i gorzkie odpowiadało jej nastrojowi.

–  Espresso  i placek porzeczkowy,  tak? – spytał młody człowiek za ladą, dumny ze swej 

pamięci.

– To zwykle zamawiam. Ale dziś mam ochotę na coś innego.
Na twarzy barmana malowało się zaskoczenie.
– Poproszę bułeczkę z orzechami i kawę – nie zastanawiała się zbyt długo. Czas na zmianę.
– Bardzo proszę. – Obsłużył ją, uśmiechając się promiennie.
Clare   przyniosła   tacę   do   stolika,   przy   którym   siedziała   Liz.   Wkrótce   dołączyła   do   nich 

Karen. Ostatnia dotarła Julia z Zacharym w wózeczku. Posadziła go na środku stolika. Na zmianę 
bawiły się z maleństwem opatulonym w ręcznie dziergany żółty kocyk. W pewnym sensie ten 
cudowny chłopczyk należał do nich wszystkich. Clare i jej przyjaciółki darzyły miłością małego 
Zachary’ego.   Wywalczone   z takim   trudem   życie   niemowlęcia   było   pewną   rekompensatą   za 
bolesną   stratę,   jakiej   niedawno   doświadczyła   Clare.   Robiło   się   jej   cieplej   na   sercu,   kiedy 
pomyślała, że pięciomiesięczny brzdąc tak świetnie się czuje.

– Zbliża się czas ustalenia nowych haseł na nadchodzący rok – powiedziała Liz, kiedy już 

wszystkie przyniosły swoje śniadanie do stolika.

–   Nie   za   wcześnie?   –   protestowała   Clare.   –   Jesteś   tak   szybka,   jak   ci   ludzie   z centrum 

handlowego. Zawiesili już gwiazdkowe dekoracje. A jeszcze nie było Halloween!

background image

– Po prostu musimy się zacząć zastanawiać nad nowym hasłem, i tyle! – wyjaśniła Liz.
– Co zrobimy z aktualnymi hasłami? – spytała Karen.
– A jakie jest twoje słowo na ten rok? – Clare miała tyle spraw na głowie, że zapomniała.
– Akceptacja – przypomniała Karen.
– Czy cię to czegoś nauczyło? – spytała Liz.
Karen przełknęła łyk latte o smaku miętowym i zamyśliła się nad odpowiedzią.
– Tak, myślę, że tak. Rok temu o tej porze darłam koty z matką o wszystko. Byłam pewna 

tego,   co   jest   dla   mnie   dobre.   Ona   sądziła,   że   powinnam   pracować   jako   nauczycielka.   Coś 
takiego! I była sprawa Wiktorii. – Urwała, jak gdyby chciała to przemyśleć. – Wybierając hasło 
„akceptacja” chciałam, żeby matka mnie zaakceptowała taką jaką jestem. Chciałam, żeby mnie 
doceniła.

– Najwyraźniej zna cię lepiej niż ty samą siebie.
Karen skinęła głową.
– Nigdy bym nie pomyślała, że będę lubiła uczyć. Wszystko mi się w tej pracy podoba. 

Mama ma problemy ze sobą, ale kto ich nie ma? Po prostu dobrze życzy mnie i Wiktorii.

Clare   i Liz   wymieniły   porozumiewawcze   spojrzenia.   Czy   to   ta   sama   Karen?   Co   za 

metamorfoza! I pomyśleć, że to tylko rok.

– Ostatnie miesiące nauczyły mnie, że muszę siebie zaakceptować. Chciałam, żeby mama 

była ze mnie dumna tak, jak ja jestem dumna z siostry.

– Nie wiem, co by się stało z Wiktorią gdyby nie ty – stwierdziła Liz.
Karen wydawała się speszona.
– To przecież moja siostra.
A wracając do twojego hasła – nalegała Julia. – Ciekawa jestem, czego się nauczyłaś?
– Czego się nauczyłam? – powtórzyła powoli Karen. Myślałam, że będę aktorką. I to się nie 

zmieniło. Tyle, że nie jest to już miernikiem własnej wartości. Odkryłam coś o wiele lepszego, co 
pomaga mi wierzyć w siebie.

– Lekcje teatru w liceum? – zgadywała Julia.
– Nie. Regularne posiłki!
Wszystkie wybuchnęły śmiechem.
– Występowanie na scenie to wspaniałe, ale dzielenie się miłością do teatru z innymi to jest 

dopiero coś!

– Fantastycznie! Clare była szczerze zachwycona młodą przyjaciółką.
– A co ostatnio słychać u siostry? – spytała Liz.
–   Aa...   cóż...   –   Karen   zastanawiała   się   na   głos.   –   Jak   już   wiecie,   Roger   odsiaduje 

sześciomiesięczną   karę   więzienia.   Wiktoria   spotyka   się   z terapeutą,   znów   mieszka   w domu 
rodzinnym. Sprzedaje reklamy agencji nieruchomości i uwielbia swoją pracę. Ma do tego żyłkę. 

background image

Obie z mamą wierzymy, że da sobie radę w życiu.

– A co z Bryce’em? – spytała Julia.
–   Trzy   dni   w tygodniu   chodzi   do   przedszkola,   a w poniedziałki   i piątki   mama   nim   się 

opiekuje.

To twojej mamie dobrze zrobi – powiedziała Liz. – Dziecku też.
Wiktoria wystąpi o rozwód? – dopytywała się Clare.
Chyba   jeszcze   się   nie   zdecydowała   –   powiedziała   Karen.   –   Wolałaby   to   załatwić   jakoś 

inaczej,   ale   możliwe,   że   nie   będzie   miała   innego   wyjścia.   Oczywiście,   ten   drań   próbuje   ją 
udobruchać, ale ona już mu nie wierzy. Na razie będą mieszkać oddzielnie.

– Ja bym wolała się nie narażać na bicie.
Wiktoria   też.   Powoli,   stopniowo,   pod   opieką   terapeuty,   uczy   się   podejmować   właściwe 

decyzje.

– Brawo!
Karen westchnęła.
– A propos hasła akceptacja... Cóż, ja i Glen poważnie myślimy o małżeństwie.
– Oświadczył się?! – Julia ożywiła się.
– Cóż, tak...
I przyjęłaś oświadczyny dokończyła za nią Clare.
Karen promieniała szczęściem. Skinęła głową.
Jest   dla   mnie   doskonały.   Niesamowite,   jak   się   dopełniamy.   Dziewczyny,   jestem   taka 

zakochana!

– I tak ma być! – wykrzyknęła Liz. – Kiedy ślub?
– W maju – poinformowała Karen. – Mam już hasło na przyszły rok: panna młoda!
Clare   posłała   Liz   wszystkomówiący   uśmiech.   Nie   zdziwiłaby   się,   gdyby   przyjaciółka 

oświadczyła, że wychodzi za swojego lekarza.

– A jakie było twoje hasło, Liz? spytała Clare.
– Czas – przypomniała Liz. – W styczniu byłam taka załamana.
Clare skinęła głową. Przypomniała sobie, jak zagubiona czuła się jej przyjaciółka z dala od 

rodziny.

– Miałam wrażenie, że te wszystkie dobre lata przeciekły mi przez palce. Czułam, że czas 

jest moim wrogiem, że przytłaczają mnie te wszystkie rzeczy, których nie zdążyłam w życiu 
zrobić i nigdy nie będę mogła tego naprawić.

– Czy wciąż czujesz to samo? – spytała Julia.
Liz zamyśliła się.
– Czas to wciąż odpowiednie dla mnie słowo, ale z zupełnie innych przyczyn. To jest mój 

czas!   Przez   tyle   lat   troszczyłam   się   o wszystkich   innych,   tylko   nie   o siebie.   Od   dwunastu 

background image

miesięcy uczę się relaksować i cieszyć każdą chwilą.

– Zapomniałaś dodać, że się zakochałaś.
Liz uśmiechnęła się promiennie.
– Zakochałam się? – westchnęła. – Czuję się tak, jakbym znów była licealistką. Głupie to, 

prawda?

– Wcale nie – oświadczyła stanowczo Julia. – Myślę, że to wspaniałe!
– Odezwała się nasza romantyczka! – zażartowała Karen.
– Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę z tego, że jesteście parą.
– Dzięki – powiedziała Liz. Uśmiechnęła się, patrząc na Zachary’ego, który smacznie spał, 

nieświadomy,   że   jest   obiektem   takiego   zainteresowania.   –   Nigdy   bym   nie   uwierzyła,   że 
zakocham się, zwłaszcza w tym wieku. I w młodszym od siebie mężczyźnie!

–   Życie   jest   pełne   niespodzianek,   prawda?   –   oświadczyła   Karen.   Jej   oczy   błyszczały 

radośnie. Któż by uwierzył w to, że poślubię mężczyznę, którego zaakceptuje moja mama? A ona 
przepada za Glenem. Myśli, że nie mogło mi się przytrafić nic lepszego.

– A ty, Clare? – pytała Liz. – Jakie miałaś w tym roku hasło?
O ironio!
– Nadzieja – przypomniała. – Wybrałam je w Nowy Rok. Tego dnia byłam wściekła na cały 

świat,   wciąż   pielęgnowałam   w sobie   gorycz   po   rozwodzie.   Ciągle   rozpamiętywałam   swoją 
wierność wobec Michaela, rodziny, samej siebie.

– Bo to prawda... Byłaś wierna aż do ostatnich chwil – przypomniała jej Julia.
– Fakt. Ale to nie było to, czego się spodziewałam.
– Nie mogę wyjść z podziwu, że tak postąpiłaś z Michaelem – wyznała Liz.
Clare speszona odwróciła głowę. Dwa lata temu wyśmiałaby każdego, kto by zasugerował, 

że   da   opiekę   choremu   mężowi.   A jednak   to   zrobiła.   Była   z nim   do   końca,   kochała   go 
i pochowała.

– W tym  roku nauczyłam  się czegoś  naprawdę  ważnego – powiedziała  Clare,  chcąc  jak 

najszybciej zmienić temat, by już nie wspominać Michaela. Minęły dwa tygodnie od pogrzebu, 
jednak wciąż nie potrafiła pogodzić się z jego bezpowrotnym odejściem.

– To znaczy? – zapytała Liz.
– Przekonałam się, że trudno mi będzie zastąpić Michaela.
– Słucham? – Karen się skrzywiła. – Nie rozumiem.
– Mogę żyć sama, polubiłam to – wyjaśniła Clare. – Mogę robić to, co chcę i kiedy chcę. 

Chłopcy już mnie nie potrzebują tak jak kiedyś.

– Nie chcesz się z nikim wiązać? – spytała Karen.
– Potrafię się bez tego obejść.
– A co z wujkiem Julii? Myślałam, że coś się zaczyna między wami. – Karen nie dawała za 

background image

wygraną.

– Bo tak było. Ale teraz jesteśmy tylko przyjaciółmi i to odpowiada nam obojgu. – Clare 

pomyślała, że może tak już zostanie. Z pewnością nie było pośpiechu. Leslie też tak uważał.

– Mądra kobieto! – mruknęła Karen. – Są jednak ludzie niezastąpieni.
Clare wybuchnęła głośnym śmiechem.
– Może kiedyś sama się o tym przekonasz.
– Mam jednak nadzieję, że nie w najbliższym czasie – odparła chmurnie Karen.
Wszystkie   się   roześmiały.   Hałas   zbudził   Zachary’ego.   Julia   zręcznie   zajęła   się   swoim 

synkiem, biorąc go na ręce.

– A ja też w tym roku zawołałam: „Eureka!”. Niby moim hasłem była „wdzięczność”, ale 

powinnam była wybrać słowo „niespodzianka”!

Śmiały się, zwracając na siebie uwagę pozostałych klientów kawiarni.
– Pamiętam ten dzień, kiedy nam powiedziałaś, że jesteś w ciąży – przypomniała Karen, 

posyłając promienny uśmiech Zachary’emu.

– Dziecko w tym wieku! Boże, proszę, tylko nie to!
–   Nasza   rodzina   to   teraz   mocna   drużyna.   Jestem   dumna   z Adama   i Zoe,   którzy   tak   się 

poświęcili dla Zacka. Mały tak fantastycznie nas zjednoczył!

– A gu-gu! – Zack dodał własny komentarz.
– Od kilku miesięcy mamy istne szaleństwo – kontynuowała Julia. – Niełatwo mieć w domu 

takiego malucha, zwłaszcza że były problemy z jego zdrowiem. Małe dziecko w tym wieku to 
wyzwanie, ale zapewniam was, że dziś zdecydowałabym tak samo.

– Mówiłaś, że krzyknęłaś: „Eureka!”.
– Właśnie o to w zasadzie chodzi – stwierdziła Julia. – Uświadomiłam sobie, że mogę mieć 

to wszystko. Piękny, wielki dom, męża i rodzinę, a na dodatek satysfakcję zawodową – tyle że 
nie wszystko na raz. Wrócę do swego sklepu, ale dopiero wtedy, kiedy Zack wydobrzeje.

– Ale to mądre. – Karen była pełna podziwu.
–  Prawda?  Błyskotliwe  z nas   kobiety!   –  powiedziała  Clare.  –  A ty  przede  wszystkim.   – 

Chciała, by Karen wiedziała, co wnosi do grupy.

Oto cała czwórka! Tak bardzo różniły się od siebie, ale każda była niezastąpiona w tym 

gwiazdozbiorze,   niepowtarzalna.   Chociaż   były   w różnym   wieku,   potrafiły   razem   śmiać   się 
i płakać, czasem robiąc obie rzeczy naraz. Wszystko ma swój czas, a to był czas czterech gwiazd 
– czterech przyjaciółek spotykających się we czwartki o ósmej.


Document Outline