background image

Giovanni Del Ponte

NIEWIDZIALNI

Tajemnica Misty Bay

Gli Invisibili - Il segreto di Misty Bay

Tłumaczenie

Marzena Radomska

Postaci

background image

Douglas, 12 lat

Jest dość otyły, ospały i niezbyt odważny. Ma jednak złote serce i fajne poczucie

humoru;  uwielbia  cięty  dowcip.  W  wolnym  czasie  najbardziej  lubi  czytać  komiksy.

Jego  mama  umarła,  kiedy  był  mały,  dlatego  mieszka  z  tatą  i  często  muszą  się

przeprowadzać  z  powodu  jego  pracy.  To  sprawia,  że  nie  ma  wielu  przyjaciół.  Jego

moc  polega  na  tym,  że  jest  „drzwiami”:  może  nieświadomie  otwierać  przejścia

pomiędzy wymiarami czasoprzestrzeni lub życiem a śmiercią.

Crystal, 12 lat

Przywódczyni  bandy,  bardzo  dojrzała  jak  na  swój  wiek.  Żywa  i  dzika,  jest

typową  chłopczycą,  która  nie  zawaha  się  rzucić  w  wir  walki.  Jej  rodzice  nie  żyją,

wychowała  ją  babcia,  która  kiedyś  sama  należała  do  bandy  pierwszych

Niewidzialnych.  To  ona  nauczyła  dziewczynkę,  jak  ma  się  posługiwać  swoim  darem

telepatii, czyli umiejętnością odczytywania emocji i myśli innych osób.

Peter, 12 lat

Nieśmiały okularnik, nie posiada żadnej mocy, ale ma wysoki iloraz inteligencji

dedukcyjnej. Jego rodzice są sztywni i surowi, każą mu się ubierać bardzo elegancko i

to  -  wraz  z  jego  ugrzecznionym  sposobem  mówienia  -  nie  przysparza  mu  wielu

przyjaciół  w  Misty  Bay.  Uwielbia  zwierzęta,  szczególnie  koty,  ale  jego  rodzice  nie

pozwalają mu, aby trzymał je w domu.

Kendred  Halloway,  nazywany  wujkiem  Kenem.  Podobnie  jak  babcia  Crystal,

był  członkiem  pierwszych  Niewidzialnych.  Altruista  i  marzyciel,  założył  i  prowadzi

bibliotekę w Misty Bay. Jego żoną jest Hettie.

Ciocia  Hettie  to  żona  wujka  Kena.  Osóbka  korpulentna  i  bardzo  pogodna,

wydaje się bardziej niewinna niż jest w rzeczywistości. Wspaniale gotuje.

Robert Kershaw, nazywany „psem tropicielem”, to zdeterminowany i tajemniczy

dziennikarz,  który  dociera  do  Misty  Bay,  będąc  na  tropie  bandy  nieuchwytnych

nastolatków. Nazywają siebie Niewidzialnymi i od prawie dziesięciu lat pojawiają się

w  różnych  miejscach  Stanów  Zjednoczonych,  pomagając  dzieciom,  które  są  w

potrzebie.

Damon 

Knight, były  przywódca  pierwszych  Niewidzialnych.  Większość

dorosłego życia spędził w południowej Afryce, gdzie zbił majątek wart grube miliony.

background image

Angus 

Scrimm, burmistrz  miasteczka  w  czasach,  kiedy  wujek  Ken  był

nastolatkiem.  W  rzeczywistości  czarodziej,  który  porwał  dzieci,  chcąc  je  poddać

rytuałowi,  co  miało  z  niego  uczynić  Najpotężniejszego  Czarodzieja.  Teraz  wszystko

wskazuje na to, że wrócił...

Pierwsi Niewidzialni

Damon

Devlin

Greta

Ken (przyszły wujek Douglasa)

Mark

Susan (przyszła babcia Crystal)

Dla Gio-lei

mojego osobistego magicznego napoju

background image

Prolog

Półcień. Wilgoć i zapach pleśni.

Starzec postawił szachownicę na zakurzonym stole.

Nie była to prawdziwa szachownica. Kiedyś musiała być pokrywą skrzyni albo

kufra. Starzec narysował na niej poprzeczne linie i pomazał kawałkiem węgla te pola,

które powinny być czarne.

Zaczął  ustawiać  fragmenty  kamienia,  w  których  jedynie  jego  oczy  mogły

rozpoznać figury szachowe. Były wszystkie i świetnie nadawały się do gry.

Głęboko odetchnął. Czekał wiele lat i wreszcie nadszedł ten moment.

Delektował się tą krótką chwilą, która dzieliła go od początku partii. Jeszcze raz

przebiegł  wzrokiem  nędzną,  wykutą  w  skale  izbę.  W  końcu  wyciągnął  rękę,  podniósł

pierwszy kawałek, pierwszą figurę.

I zrobił ruch.

Rozdział 1.

Niewidzialni

Stara kryjówka Angusa Scrimma wznosi się na cichej skale.

Noc jest jasna i ciepła. Wszystko wydaje się spokojne.

Ale  tak  nie  jest.  Trójka  dzieci  została  uwięziona  wewnątrz.  Czeka  je  los

okropniejszy od tego, który są w stanie sobie wyobrazić.

Na początku, zamknięte w podziemnej izbie, starały się uciec. Potem krzyczały.

Ale nikt ich nie usłyszał.

Nikt nie przybędzie im z pomocą.

Żaden dorosły.

background image

-  Niewidzialni,  obecni?  -  szepcze  Damon,  trzynastoletni  przywódca  bandy

Niewidzialnych. Chowa się na tyłach willi.

Wokoło  nic  nie  zdradza  obecności  innych  osób.  A  jednak  pada  odpowiedź.

Kolejne szepty dochodzą z lasu nieopodal domu:

- Greta, obecna!

- Mark, obecny!

- Ken, obecny!

- Devlin, obecny!

- Susan, obecna!

- Dobrze - odpowiada Damon. - Sprawy mają się tak: jesteśmy ostatnią deską

ratunku dla tych dzieci. Scrimm to twardy orzech do zgryzienia, ale jeśli uda nam się

razem  dostać  do  jego  domu,  to  nie  sądzę,  aby  zdołał  powstrzymać  nas  wszystkich.

Jeśli  ktoś  da  się  złapać,  tym  gorzej  dla  niego,  okej?  Pierwszy,  któremu  uda  się

uwolnić dzieci, ma iść na policję i opowiedzieć wszystko. Na trzy: jeden... dwa...

Damon  waha  się.  Ta  misja  jest  inna  niż  pozostałe:  tym  razem  grozi  im

prawdziwe  niebezpieczeństwo.  Jeśli  któreś  z  nich  zostanie  schwytane,  czeka  je  los

gorszy od losu dzieci, a odpowiedzialny za to jest on. A jednak jest już za późno, aby

się wycofać. Scrimm nie jest głupi: z pewnością zorientował się, że przyszli. Wie, kim

są  i  w  mgnieniu  oka  dowie  się,  gdzie  mieszkają.  Przyjdzie  do  ich  domów,  zabierze

jednego za drugim... Nie, nie może się teraz wycofać.

- Trzy!

Skąd może wiedzieć, że właśnie to słowo odmieni bieg ich życia?

Greta,  Mark,  Ken,  Devlin  i  Susan  ruszają  naprzód.  Każdy  z  innej  strony

atakuje dom Angusa Scrimma.

Mają  świadomość,  że  nie  każdemu  się  uda,  ale  chcą  podjąć  ryzyko.  W  ich

rękach leży los trójki uwięzionych dzieci.

Greta  dobiega  jako  pierwsza.  Odrzuca  z  twarzy  kosmyk  długich,  czarnych

włosów  i  staje  przed  oknem.  Nikogo  tam  nie  widać,  a  okno  jest  tylko  uchylone.

„Jesteś  pewny  siebie,  co,  Scrimm?  -  myśli  dziewczynka.  -  Poczynając  od  tej  nocy,

będziesz mniej pewny siebie!”

W jednej chwili wślizguje się do spowitego w ciemności domu.

background image

*

Mark  idzie  w  stronę  schodów  kuchennych.  Kij  do  baseballa,  który  ściska  w

dłoni, dodaje mu pewności siebie. Naciska klamkę, która... ustępuje!

„Za łatwo to idzie - myśli. - Albo Scrimm jest skończonym idiotą, albo na nas

czeka...”

Przechodzi  przez  próg.  Kiedy  zanurza  się  w  ciemności  domu,  inna  myśl

rozbłyska  mu  w  głowie:  a  jeśli  Scrimm  nie  ma  się  czego  bać?  Tych  kilku  złodziei,

którzy  zapuścili  się  aż  tutaj,  skończyło  raczej  źle,  paru  z  nich  postradało  zmysły.

Poza tym Damon obawia się, że Scrimm kontroluje też policję.

Ale raczej nie spodziewa się bandy dzieciaków...

*

Ken  już  z  daleka  zauważył  tuż  nad  ziemią  wąskie  piwniczne  okienko.  To

właśnie  w  piwnicy  mogą  być  ukryte  dzieci.  Okienko  jest  zamknięte,  ale  Ken  bez

wahania zdejmuje kurtkę i, aby wyciszyć uderzenie, owija w nią znaleziony kamień.

Coś  niespodziewanie  poruszyło  się  tuż  za  nim...  To  Damon,  to  tylko  Damon.  Po

prostu wpadli na ten sam pomysł, tym lepiej. W chwilę później już są w środku.

*

Devlin waha się: inni weszli bez przeszkód. Dziwne. A jeśli to pułapka? Z domu

nie  dochodzi  żaden  odgłos.  Może  już  wszyscy  jego  przyjaciele  zostali  schwytani,  a

teraz  jego  czeka  ten  sam  los?  Może  najlepiej  będzie  poczekać  kilka  minut?

Pozostawić  przyjaciołom  czas  potrzebny  do  odnalezienia  dzieci,  a  jeśli  będą  w

niebezpieczeństwie,  ruszyć  im  z  pomocą?  Tak,  lepiej  zostać  i  poczekać.  To  dobry

plan. I pewny.

*

Susan widzi, że Devlin został z tyłu. Przez chwilę ma ochotę podejść do niego i

zapytać, co się z nim dzieje. Ale zmienia zdanie. Jeśli Devlin nie czuje się na siłach,

to lepiej, aby został tam, gdzie jest. Dziewczynka zakrada się do drugiego otwartego

okna,  znajdującego  się  naprzeciw  tego,  którym  weszła  Greta.  Scrimm  zostawił

wszystko  otwarte  -  to  zły  znak...  a  jeśli  zamordował  dzieci?  Nie,  nie  powinna  tak

myśleć.  Musi  się  skoncentrować.  I  zmusić  te  przeklęte  nogi,  aby  przestały  się  tak

trząść!

background image

*

Greta idzie po omacku przez pokój oświetlony niebieskawą poświatą księżyca.

Przemyka  pomiędzy  wyspami  bladego  światła  i  studniami  głębokiej  czerni.  Przez

chwilę jest zła na Damona, że nie pozwolił im zabrać ze sobą nawet zapalniczek, ale

wkrótce słyszy skrzypienie dochodzące z korytarza i rozumie, że Damon miał rację:

w ciemności nic nie zdradza jej obecności. Jeśli tylko uda jej się stać w bezruchu...

- Hej, co my tu mamy?

Czy  to  głos  Scrimma?  Nie  potrafiłaby  teraz  powiedzieć.  Ale  jest  kpiący,

złośliwy. Serce wali jej jak szalone, a kroki w korytarzu zbliżają się. Chciałaby uciec

przez  otwarte  okno,  ale  jest  już  za  daleko.  Musiałaby  przejść  obok  drzwi

wychodzących na korytarz... Brak jej odwagi!

- Chodź tu, ptaszynko, chodź do wujka Angusa. Nic złego ci nie zrobię...

Zrozpaczona  rozgląda  się.  Może  powinna  wołać  o  pomoc?  Ale  w  ten  sposób

naraziłaby przyjaciół... Ręką głaszcze nóż sprężynowy pożyczony od Damona. Jeden

dał jej, a drugi Susan. „Lepiej żeby je miały dziewczyny - powiedział. - Będą czuły

się pewniej.”

Nagle  spostrzega,  że  w  głębi  pokoju  są  jeszcze  jedne  drzwi.  Zbiera  w  sobie

całą odwagę i rusza w ich kierunku.

*

Mark przechodzi przez pokój, który chyba jest jadalnią.  Nagle  widzi,  że  jakiś

cień chowa się za dużym stołem.

- Hej, to wy? - szepcze Mark, ściskając mocniej kij baseballowy. Pocą mu się

ręce. - Hej, to wy?

Żadnej odpowiedzi, jedynie westchnienie podobne do skamlenia.

Ciężkie  charczenie  dochodzi  zza  stołu,  gdzie  zniknął  cień.  Charczenie  dużego

zwierza.

-  Ommammussiukkochanna...  -  szepcze  Mark.  Nawet  kij  baseballowy  nie

dodaje mu już pewności siebie.

Biegnie  teraz  w  stronę  drzwi,  przez  które  wszedł  do  pokoju.  Korytarz,  pokój,

znów korytarz. Drapanie pazurów o podłogę za plecami. Zwierz musi być tuż za nim.

„Odwagi, zaraz będziesz bezpieczny - dodaje sobie otuchy. - Skręć za rogiem,

background image

biegnij zygzakiem, zgub go!”

Zwierz jest tuż-tuż. Przewraca krzesła, uderza o futryny. Jest olbrzymi.

Nie! Nie ma wyjścia! Musiał skręcić w niewłaściwym miejscu!

Znów biegnie i płacze. Za plecami słyszy kłapnięcie szczęk.

Na karku gorący oddech bestii.

*

- Nic nie słyszałeś? - wykrzykuje Damon, zapominając o ostrożności.

-  A  co  miałem  słyszeć?  -  odpowiada  w  roztargnieniu  Ken.  Są  w  sekretnym

pokoiku, tuż obok biblioteki i cała uwaga Kena skupiona jest na książkach.

- Nie wiem, tak jakby ktoś biegł...

- Spójrz tutaj - szepcze podekscytowany Ken. Przesuwa palcami po grzbietach

książek.  -  Mają  setki  lat!  Posłuchaj:  „Magiczna  pełnia  księżyca”,  „Młot

czarownicy”, „Rytuały i egzorcyzmy”...

Damon  rozgląda  się.  Zakurzone  półki  uginają  się  pod  ciężarem  podobnie

zakurzonych tomów.

- „Świat nieśmiertelnych” - czyta. - De mas..., De mast...

-  „De  Masticatione  Mortuorum”  -  to  po  łacinie.  Każda  z  tych  książek  warta

jest fortunę. Skąd on je ma?

- Pytanie powinno raczej brzmieć: po co mu one?

W tym momencie rozlega się krzyk.

- Słyszałeś? - szepcze Damon, ciągnąc za rękaw Kena.

- To Mark - odpowiada przyjaciel. - Ma kłopoty.

- Musimy mu pomóc!

-  Nie,  umowa  była  inna!  Musimy  najpierw  odnaleźć  dzieci!  -  rzuca  nerwowo

Ken. Wie, że musi zostawić na razie Marka, bo on i Damon mogą być ostatnią deską

ratunku dla tych niewinnych istot.

-  Do  diabła!  -  Damon  odpycha  Kena  i  biegnie  w  stronę  schodów.  -  Nie  mogę

przecież dać go zabić!

Ken widzi, jak przyjaciel znika w górze schodów. Cedzi przekleństwo i właśnie

ma  ruszyć  w  jego  ślady,  kiedy  coś  zwraca  jego  uwagę:  na  pulpicie  leży  otwarta

księga... Na pierwszy rzut oka nie różni się niczym od pozostałych, ale przyciąga go

background image

niczym w hipnozie. Zamyka ją i czyta tytuł: „Malartium”.

*

Czerwony błysk. Coś uderza Susan w twarz i rzuca nią o ścianę. Jeszcze jeden

błysk  i  jeszcze  jedno  uderzenie.  I  znów.  W  ustach  czuje  smak  krwi.  Jej  ubranie  w

miejscach  uderzeń  zajmuje  się  płomieniami.  Histerycznie  próbuje  ugasić  ogień,  ale

tylko  rani  się  w  nogę  -  własnym  nożem.  Odrzuca  go  ze  złością,  chwyta  z  krzesła

poduszkę i stara się stłumić płomienie.

Wokoło  niej  pojawiają  się  ogniste  spirale,  piekielne  meteory.  Ucieka,

zapuszczając się w gęsty labirynt korytarzy, ale płomienie podążają za nią, parzą ją.

- Aaach!

Jeden z nich uderza ją w plecy. Włosy! Palą jej się włosy!

*

Stojący na zewnątrz Devlin słyszy hałasy i wrzaski. Chciałby ruszyć z pomocą,

ale nie może: za bardzo się boi.

Błyskawica  przecina  niebo.  Devlin  podskakuje.  Chwilę  wcześniej  nie  było

żadnej chmury na niebie, a teraz rozpętuje się burza.

- Nie powinieneś się wstydzić, synu.

Devlin odwraca się. Widzi go. To Scrimm. Jest zbyt blisko. Nie da rady uciec.

- To nie hańba uniknąć przegranej w zaraniu bitwy.

Mężczyzna  kuca  obok  niego.  Uśmiecha  się  drwiąco.  Deszcz  maluje  na

niebiesko  jego  czarne  włosy  i  spiczastą  brodę.  Ma  na  sobie  długą,  ciemną  szatę.

Jego  skóra  jest  koloru  kości  słoniowej.  W  oczach  błyszczy  piekielny  ogień.  Ręka,

którą opiera o udo Devlina, jest jak z lodu, mrozi mu krew i serce.

-  W  środku  nie  ma  nikogo.  Nikt  nie  może  wyrządzić  krzywdy  twoim

przyjaciołom. Nikt oprócz nich samych.

Devlin  nie  rozumie,  co  chce  powiedzieć  ten  człowiek  ani  dlaczego  tak  głośno

się śmieje.

- Popatrz, Devlin - chwyta go za głowę i wpatruje się dziko w jego oczy.

Wtedy Devlin widzi.

Widzi Gretę. Jest przekonana, że schwytał ją Scrimm.  Nie  wie,  gdzie  uciekać.

Bije go rękami, uderza w niego nożem...

background image

Rani też Marka, który myśli, że walczy z bestią. Płacze, wrzeszczy, stara się ją

odepchnąć. Ale bestia wydaje się nieczuła na uderzenia jego kija.

Susan czuje, że płonie. Bije rękami i kopie pustkę... Ale uderza Damona, który

broni się, jak umie, tym, co ma pod ręką. Myśli, że atakuje go wielki pająk, że zawija

go w swą pajęczynę.

*

-  Widzisz  ich,  Devlin?  -  śmieje  się  Scrimm,  nie  wypuszczając  z  dłoni  twarzy

chłopca. - Teraz rozumiesz, dlaczego nic nie możecie mi zrobić?

- D... dd... - usta Devlina odmawiają mu posłuszeństwa.

- Co? Co chcesz mi powiedzieć, nędzny smarkaczu?

- Dość!

Już  z  daleka,  z  bardzo  daleka,  przytłumiony  grzmotami  i  odgłosami  burzy,

dobiega go głos Scrimma.

- Czary to nie zabawa dla dzieci, mój drogi.

- Doooość!

Devlin mdleje.

*

Jest  jasno  jak  w  dzień.  To  błyskawice  oświetlają  siedzibę  Angusa  Scrimma.

Grecie,  Markowi,  Damonowi  i  Susan  nagle  wracają  zmysły.  Są  poobijani,

spuchnięci, pokrwawieni.

Wstają  z  trudem,  pomagając  sobie  nawzajem.  Dom  jest  pusty.  Nikt  ich  nie

wyrzuca, w ogóle nikogo nie widać. I to właśnie chce im powiedzieć Angus Scrimm:

że są dla niego nikim.

Pozwala im odejść, bo nie są w stanie mu zagrozić. Wstają więc i odchodzą w

deszczu, nie patrząc sobie w oczy, nic do siebie nie mówiąc.

Nikt, nawet Angus Scrimm, nie zauważył, że wśród pokonanych brakuje Kena,

szóstego Niewidzialnego.

*

- Przepraszam, halo, przepraszam...

Douglas  Macleod  gwałtownie  zdejmuje  słuchawki,  przez  które  słucha  ścieżki

dźwiękowej filmu.

background image

- Tak?

Stewardessa wydaje się wahać.

- Twój sok pomarańczowy... Przepraszam, spałeś?

- Nie, nie, oglądałem film. Dziękuję.

Douglas pociąga duży łyk soku i stawia szklankę na stoliku obok okna.

Mimo  swoich  dwunastu  lat,  nie  po  raz  pierwszy  podróżuje  samolotem.  Jego

rodzice - doradcy do spraw restrukturyzacji przedsiębiorstw dla sieci supermarketów -

ciągle  podróżowali.  Odkąd  tylko  sięgał  pamięcią,  ciągle  kursował  pomiędzy  Nowym

Jorkiem, Bostonem, Memphis i Los Angeles... Potem nagle mama umarła, a tata jeszcze

bardziej  poświęcił  się  pracy.  Od  tamtej  pory  chłopiec  zawsze  spędzał  wakacje  na

koloniach albo u krewnych. Tym razem wybór padł na wuja Kendreda, starszego brata

mamy.  Wuj  mieszka  w  ślicznym  miasteczku  nad  brzegiem  morza,  tak  przynajmniej

mówił tata. Ale tata zawsze trochę przesadza.

Strzepnął  z  siebie  okruszki  krakersów,  którymi  wcześniej  się  zajadał.  To  było

silniejsze od niego: zawsze musiał coś chrupać, kiedy czytał albo był w kinie. Pewnie

dlatego ważył znacznie więcej niż chłopcy w jego wieku.

Trzeba  też  przyznać,  że  niewiele  robił,  aby  utrzymać  formę.  Wolał  czytać

komiksy  o  superbohaterach  zamiast  grać  w  piłkę.  Tylko  czasami  zdobywał  się  na

wysiłek fizyczny i obijał sobie kolana na skateboardzie... O, tak, w tym był naprawdę

niezły!

Znów  założył  słuchawki  i  podniósł  wzrok  na  ekran  znajdujący  się  nad

środkowymi fotelami. Rozkojarzył się... Kto wie, co robili Niewidzialni?

Jedno  spojrzenie  starczyło,  aby  zorientował  się,  że  coś  było  nie  tak.  Wcześniej

oglądał pasjonujący thriller o bandzie dzieciaków, a teraz leciał odcinek Simpsonów.

Stewardessa nie odeszła daleko. Zawołał ją:

- Przepraszam, proszę pani...

- Tak, słucham.

- No, to nie takie ważne, ale... co się stało z tym filmem, który leciał wcześniej?

- Jakim filmem?

- Tym o bandzie dzieciaków, Niewidzialnych... Tym, w którym...

Kobieta zerknęła na ekran.

background image

- Ale przedtem nie było żadnego innego filmu.

- Ależ tak, ten film, w którym...

- Rozumiem - powiedziała kobieta i szeroko się uśmiechnęła. - Może po prostu

zasnąłeś i coś ci się śniło, co?

Douglas  nie  odpowiedział.  Był  pewien,  że  widział  ten  film...  Ale  jeżeli  ta

kobieta  zaręczała,  że  wcześniej  puszczali  tylko  Simpsonów,  to  musiał  faktycznie  się

zdrzemnąć. Albo znów miał tę swoją dziurę w pamięci. W takich momentach zupełnie

tracił świadomość tego, co się działo wokoło.

Czasami go to przerażało, ale nigdy nie odważył się pisnąć nikomu ani słowa o

swojej  przypadłości.  Zresztą,  z  kim  miałby  na  ten  temat  rozmawiać?  Tak  często  się

przeprowadzał, że nie miał czasu znaleźć przyjaciół, którym mógłby się zwierzyć.

Stewardessa uśmiechnęła się wyrozumiale.

- Och, nie przejmuj się, to się często zdarza. W zeszłym tygodniu pewien pasażer

zasnął - lecieliśmy do Kanady - a kiedy się obudził, zapytał, kiedy lądujemy w Rzymie!

Musieliśmy  wezwać  kapitana.  Potem  się  uspokoił  i  sam  przyznał,  że  chciał  lecieć  do

Kanady, a nie do Rzymu...

Douglas uśmiechnął się także, a stewardessa poszła do innego pasażera.

Brakowało jeszcze jakichś dwudziestu minut do lądowania i dobrze byłoby uciąć

sobie drzemkę. Położył słuchawki na stoliku i usiadł wygodniej w fotelu.

Zanim zasnął, przez głowę przemknęło mu jeszcze: „Niewidzialni... Szkoda. Ten

film był taki wciągający...”

Rozdział 2.

Pies tropiciel

Robert  Kershaw  wydal  z  siebie  pomruk  zadowolenia,  który  zakłócił  ciszę

hotelowego pokoju.

Był to hotel najniższej kategorii, jak wszystkie te, w których się zatrzymywał, ale

background image

nie  miało  to  dla  niego  znaczenia.  Uważał  siebie  za  prawdziwego  psa  tropiciela:

skupiał się jedynie na tym, czego szukał.

A szukał czegoś już od wielu lat. I nie zamierzał się zatrzymywać.

Drżącymi rękami wyjął nożyczki z etui i zaczął wycinać artykuł z lokalnej gazety.

Chciał wraz z innymi wkleić go do zeszytu, który trzymał właśnie przed sobą. Brulion

do połowy zapełniony był podobnymi wycinkami.

D

ZIECKO

 

W

 

TAJEM NICZY

 

SPOSÓB

 

URATOWANE

 

OD

 

PŁOM IENI

Policja wyjaśnia, że uratowały je dziwne dzieci, które nie bały się ognia.

P

ORWANI

 

UCZNIOWIE

 

UWOLNIENI

Kiedy zapytano ich o to, jak udało im się uciec, niektórzy nie chcieli

mówić,  pozostali  wyjaśniali,  że  uwolniła  ich  grupa  rówieśników,

którzy  mówili  o  sobie  Niewidzialni.  Anonimowi  bohaterowie

pojawili  się  jakby  spod  ziemi,  a  potem  zniknęli  w  równie

tajemniczych okolicznościach.

Z

AGINIONA

 

PODCZAS

 

ZAWIEI

 

ŚNIEŻNEJ

 

DZIEWCZYNKA

ZOSTAJE

 

ODPROWADZONA

 

DO

 

DOM U

PRZEZ

 

CHŁOPCA,

 

KTÓRY

 

WKRÓTCE

 

POTEM

 

ZNIKA

CZY

 

M AM Y

 

DO

 

CZYNIENIA

 

Z

 

DUCHEM ?

Kolumienek  o  podobnej  treści  były  dziesiątki,  ale  ten  fragment,  który  właśnie

wycinał,  miał  trafić  do  części  wypadków  szczególnych.  Zawierał  dwie  precyzyjne

wskazówki: imię i miejsce. Dlatego właśnie był niezwykły. Jego treść brzmiała:

R

ANDY

 

WYCHODZI

 

ZE

 

ŚPIĄCZKI!

Randy  od  wielu  już  dni  leżał  w  szpitalnym  łóżku  na  skutek

strasznego  wypadku  samochodowego,  któremu  uległo  auto  jego

rodziców.  Jednak  wczoraj  wieczorem  nagle  otworzył  oczy.

Płaczącym  ze  szczęścia  rodzicom  powiedział,  że  we  śnie  jakaś

dziewczynka  wskazała  mu  drogę  powrotną  do  własnego  ciała  i

background image

przywróciła  go  do  życia.  Z  opowiadania  chłopca  wynika,  że

dziewczynka miała na imię Greta i pochodziła z Misty Bay. Miasto

o  tej  nazwie  faktycznie  istnieje  i  znajduje  się  na  Półwyspie

Monterey,  w  Kalifornii.  Jak  tłumaczyć  to  zjawisko?  Lekarze

przedstawiają swoje hipotezy...

Artykuł  miał  ciąg  dalszy,  ale  Robert  nie  był  nim  zainteresowany.  Co  go

obchodziły  nic  nieznaczące  domniemania?  Tylko  on  dysponował  elementami  tej

układanki.  Może  już  wkrótce  ułoży  się  ona  w  całość?  Zwłaszcza  teraz,  gdy  uzyskał

dwie dodatkowe wskazówki: imię Greta oraz miejsce: Misty Bay w Kalifornii.

*

Spojrzał na otwartą na stole mapę Stanów Zjednoczonych. Czerwonymi kółkami

zaznaczone były miejsca związane z wydarzeniami opisanymi w gazetach. Obok kółek

widniały  daty.  Obejmowały  ostatnie  dziesięć  lat.  Można  byłoby  powiedzieć,  że

wydarzenia  miały  miejsce  w  przypadkowych  lokalizacjach  -  ale  tylko  po  pobieżnej

analizie. Bo w ciągu ostatniego roku zdążały w stronę konkretnego miejsca: Misty Bay

w Kalifornii.

Misty Bay. Wracali do domu.

Rozdział 3.

Witaj w Misty Bay

Douglas  Macleod  wylądował  wczesnym  popołudniem.  Przystanek  autobusowy

znajdował się dokładnie tam, gdzie mówił tata. Miał szczęście, autobus miał za chwilę

odjechać. W niecałą godzinę powinien być na miejscu.

Misty Bay. Ciekawe, jak mu tam będzie...

Miasteczko ukazało mu się tak, jak ukazywało się wszystkim tym, którzy jechali

samochodem.  Zobaczył  je  w  dole,  w  naturalnej  zatoce,  właśnie  wtedy,  kiedy  autobus

zaczął  zjeżdżać  w  dół  po  wykutej  w  skale  drodze.  Drodze  tak  pochyłej,  że  Douglas

background image

miał wrażenie, że jeszcze trochę, a spadną w dół.

Zamknął  swój  egzemplarz  „X-Menów”,  włożył  go  do  plecaka  i  znów  zaczął

kruszyć.

Kiedy  autokar  wjeżdżał  między  domki  na  wzgórzu,  Douglas  pomyślał  o  wujku,

który  prawdopodobnie  już  na  niego  czekał  na  przystanku.  Jego  pełne  imię  brzmiało

Kendred, on jednak nalegał, aby nazywać go po prostu wujkiem Kenem. Twierdził, że

słuchanie  własnego  imienia  w  pełnym  brzmieniu  sprawia,  że  chce  mu  się  ziewać.

Douglas spotkał go dotąd tylko kilka razy: wtedy, kiedy przyjeżdżał w odwiedziny do

swojej  siostry,  mamy  Douglasa,  od  której  był  znacznie  starszy.  Wówczas  jednak

spotykali się raczej rzadko.

Potem,  po  śmierci  mamy,  już  go  nie  widywał,  dzwonili  do  siebie  jedynie  na

święta. Jednak wujek chętnie zaprosił go do siebie tego lata i dlatego Douglas siedział

teraz  w  autobusie  jadącym  ulicami  Misty  Bay  w  stronę  portu,  gdzie  znajdował  się

przystanek.

Autobus  skręcił  właśnie  po  raz  ostatni,  w  nadmorską  aleję,  a  dalej  widać  już

było... tak, z całą pewnością, dworzec autobusowy.

Na przystanku oczekujący na podróżnych ruszyli tłumnie, aby ich powitać, ale po

wujku  nie  było  nawet  śladu.  Wśród  bagaży  wystawionych  na  chodnik  Douglas

wypatrzył  swoją  pękatą  torbę.  Ruszył  przez  tłum,  aby  ją  zabrać.  Nagle  w  jego  dłoni

pojawiła się ulotka ze złotym napisem na czarnym tle:

C

HCECIE

 

POZNAĆ

 

PRZYSZŁOŚĆ?

  C

HCECIE

 

NAUCZYĆ

 

SIĘ

 

KORZYSTAĆ

 

Z

 

TKWIĄCEJ

 

W

 

WAS

 

M OCY?

S

KONTAKTUJCIE

 

SIĘ

 

Z

  G

RETĄ

  R

OWLANDS,

 

CHIROM ANTKĄ,

 

EKSPERTKĄ

 

W

 

TWORZENIU

 

HOROSKOPÓW

 

I

CZYTANIU

 

Z

 

RĘKI.

 T

ELEFON...

*

- Douglas? Cześć, Douglas, wybacz spóźnienie!

Chłopiec  podniósł  wzrok  i  zobaczył  zbliżającego  się  wujka.  Poznał  go

natychmiast,  mimo  że  nie  był  ubrany  na  sportowo  jak  zwykle,  ale  miał  na  sobie

elegancki ciemnoszary garnitur i równie elegancki krawat.

Posiwiał od ostatniego razu, kiedy się widzieli i chłopak złapał się na myśli, że

przypomina mu mistrza Gepetto z disneyowskiego Pinokia. Był o wiele starszy niż jego

ojciec,  mógł  mieć  około  siedemdziesięciu  lat  i  był  znacznie  szczuplejszy.  Na  jego

background image

twarzy malował się smutek, który jednak zaraz zniknął, gdy zobaczył Douglasa.

Chłopiec z uśmiechem włożył do kieszeni ulotkę i podniósł torbę.

- Douglas! Jak się masz, synu?

- Świetnie, wujku Kendr... Kenie. Jak się miewa ciocia?

- Burczy jak zupa fasolowa. Wiesz, jak mówią? Nic nowego... A w szkole? Tata

mi mówił, że poszło ci dość dobrze!

- No tak, nieźle, dzięki!...

Tak jak obawiał się Douglas, czas i odległość spowodowały, że rozmowa się nie

kleiła. Po chwili pełnej zażenowania dodał:

- Jaki jesteś elegancki, wujku! To ze względu na mnie?

Mężczyzna znów posmutniał i chłopiec przestraszył się, że popełnił gafę. Wujek

chyba  się  zorientował,  więc  uśmiechnął  się  i  wytłumaczył,  że  właśnie  wraca  z

pogrzebu.  Kilka  dni  wcześniej  umarła  Susan  Cooper,  jego  przyjaciółka  z  lat

dziecinnych.

- Jeszcze nią była? To znaczy, mam na myśli, ciągle się przyjaźniliście? - zapytał

Douglas.

- No tak, w sumie czasem nie widywaliśmy się po kilka lat. Pewnie wyda ci się

to dziwne w tak małym mieście jak nasze... Wiesz, w dzieciństwie oceniamy ludzi na

podstawie sympatii, uczuć, ale potem, kiedy się dorasta, sposób oceny się zmienia...

Wydawało się, że wujek powiedział to bardziej do siebie niż do chłopca. Nagle

zatrzymał  się,  jakby  właśnie  dotarł  do  niego  głębszy  sens  własnych  słów  i  dopiero

teraz zaczął się nad nimi zastanawiać.

Douglas,  niepewny,  czy  dobrze  zrozumiał,  nie  chciał  patrzeć  na  smutek  wujka.

Trzeba go koniecznie trochę rozbawić.

- Idziemy do domu? - rzucił swobodnym tonem.

Najwyraźniej wujek właśnie tego potrzebował, bo pojaśniał jak ktoś, kto trzyma

w zanadrzu niespodziankę.

- Nie, jeszcze nie, Douglas. Chcę ci jeszcze coś pokazać...

Wkrótce  potem  auto  wujka  pięło  się  pod  górę,  tą  samą  drogą,  którą  wcześniej

jechał Douglas. Potem jednak skręcili w węższą szosę prowadzącą do tunelu. Wjechali

do środka.

background image

Dłuższy  czas  jechali  wzdłuż  linii  brzegowej  oceanu,  pnąc  się  powoli  drogą

jeszcze bardziej stromą od tej, którą jechał autobus. Chłopiec zaczął się zastanawiać,

kiedy wreszcie dotrą do celu.

W  końcu  wjechali  na  sam  szczyt  wzgórza.  Wóz  przejechał  przez  pustynny

płaskowyż, dojechał do przylądka wysuniętego nad morze i tam się zatrzymali. Wujek

Ken zgasił silnik i rzucił chłopcu wyczekujące spojrzenie. Później, bez słowa, oparł się

wygodniej w fotelu i najspokojniej zaczął sobie czyścić okulary.

Douglas  chciał  coś  powiedzieć,  ale  mężczyzna  uśmiechnął  się  i  uciszył  go,

podnosząc palec do ust.

-  Cierpliwości,  cierpliwości,  Douglas...  -  Po  chwili  zastanowienia  otworzył

drzwi samochodu i dodał: - Wyjdź, będziemy lepiej widzieć.

Chłopiec  zdziwił  się,  ale  posłusznie  wykonał  polecenie.  Podszedł  do  Kena.

Stanął tuż przy krawędzi skały. No, może nie doszedł do samej krawędzi: cierpiał na

zawroty głowy i unikał dużych wysokości. Tym bardziej że już pobieżny rzut oka w dół

upewnił go, iż musi być bardzo ostrożny.

Spojrzał  na  wujka.  Ten  wpatrywał  się  w  ocean.  Chłopiec  podążył  za  jego

wzrokiem wzdłuż linii horyzontu, ale myślami był w domu, przy swoim ojcu. Właśnie

zaczął  się  zastanawiać,  czy  da  radę  wytrzymać  z  wujkiem,  który  najwyraźniej  ma

nierówno pod sufitem, kiedy wody rozstąpiły się i - ocean eksplodował.

Piana opadła na dół, odsłaniając olbrzymią, ciemną sylwetkę, która to pojawiała

się, to znikała. Wkrótce nastąpiła następna eksplozja, jeszcze jedna i kolejna...

-  Wieloryby!  -  wykrzyknął  wujek  Ken.  -  O  tej  porze  zwykle  witają  się  z  nami.

Spóźniły  się  o  kilka  dni,  ale  i  tak  chciałem  cię  zabrać...  Wiesz,  wiedziałem,  że  masz

szczęście i proszę, co ty na to?

Spotykając wujka po latach, Douglas zadawał sobie pytanie, jakim jest on typem

człowieka. Chwilę później zaczął wyrabiać sobie zdanie, a teraz był już pewien: jego

wujek był niewątpliwie człowiekiem dziwnym.

Poczuł na twarzy bryzę wywołaną pojawieniem się wielorybów. Wiatr przywiał

ją aż do nich. Normalnie zakryłby twarz ręką, ale tym razem tego nie zrobił; wydawało

mu się to nieodpowiednie. Pozwolił, by zmokły mu włosy, a z dna pamięci powracała

do niego dziwna myśl - myśl o chrzcie. Tak, w pewnym sensie było to powitanie Misty

background image

Bay.

Po raz pierwszy od przyjazdu poczuł się bardziej na swoim miejscu i wyszeptał

bezwiednie:

- Cześć, Misty. Przybyłem.

Wujek go nie usłyszał.

Rozdział 4.

Ktoś we mgle

Gdy wracali, słońce zaczęło już zachodzić. Znad morza podnosiła się gęsta mgła,

która  szybko  zmieniała  pejzaż:  jeśli  w  dzień  miasteczko  wydawało  się  skąpane  w

słońcu, to teraz wszystko zaczęło wyglądać jak w niepokojącym śnie: ulice wyludniały

się,  a  domy  znikały  w  oparach.  Szybki,  regularny  ruch  mgły  przywodził  na  myśl

olbrzyma, który naciąga na głowę biały, wełniany pled.

Wujek Ken zapalił światła.

-  Obawiam  się,  Douglas,  że  będę  musiał  zrobić  mały  objazd,  aby  dotrzeć  do

głównej  drogi,  którą  przyjechałeś  tu  autobusem...  Boję  się,  że  w  tej  mgle  pomylę

zakręty, a skutki tego mogłyby być trudne do przewidzenia...

Pojechali więc znów na szczyt góry.

Nagle podmuch wiatru uniósł z jednej strony mgłę i zanim znów zdołała opaść,

Douglasowi wydawało się, że przed sobą, na łące, dostrzega jakąś postać. Wujek Ken

jechał dalej i pogwizdywał jak gdyby nigdy nic. Nagle postać wyrosła dokładnie przed

nimi. Jej oczy błyszczały jak u kota.

- Hamuj, wujku!

Kendred  zahamował  gwałtownie,  zatrzymując  się  kilka  centymetrów  przed

chłopcem  w  okularach  o  bardzo  grubych  szkłach.  „To  one  tak  błyszczały”  -  pomyślał

Douglas.

Chłopiec zapukał w okno samochodu od strony wujka Kena.

background image

-  Panie  Halloway,  czy  byłby  pan  tak  uprzejmy  i  zabrał  mnie  do  samochodu?  -

chłopiec  nieskutecznie  próbował  ukryć  niepokój;  zdradzały  go  ugrzecznione

słownictwo i niepewny uśmiech.

„Ale  spanikowany  -  pomyślał  Douglas.  -  Wystarczy  posłuchać,  jak  ciężko

sapie!”

- Do diaska, Peter, mogłem cię zabić!...

Kiedy  wujek  otwierał  mu  tylne  drzwi,  Douglas  zobaczył  na  łące  także  inne

postaci.  Wszystkie  nieruchome  jak  pomniki.  Przypominały  dzieci  w  jego  wieku,  choć

nie  można  było  dostrzec  rysów  ich  twarzy.  Niektóre  z  nich  były  pochylone,  jakby

próbując złapać oddech. To musiał być niezły pościg!

- Peterze Peaky, czy możesz mi wytłumaczyć zatem...?

- Och, to nie ma znaczenia, panie Halloway. Może wyda się to panu niegrzeczne,

ale  czy  mógłby  mnie  pan  po  prostu  podwieźć  do  domu?  -  odpowiedział  Peter,

wpatrując się w mgłę za oknem.

Wujek jednak nie zamierzał tak tego zostawić.

-  Peter,  nie  poznaję  cię...  Ktoś  za  tobą  biegł,  tak?  -  dopytywał  wujek  Ken,

chwytając za klamkę, by wysiąść z auta.

- Nie, nie, proszę pana, proszę na to nie zwracać uwagi. Jeśli pan cokolwiek im

powie, nigdy nie zostawią mnie w spokoju!

- Kto, Peter? Co się stało?

- Lance Honeygood i jego banda! Lance znów nie zdał w tym roku i uważa, że to

moja wina!

Wujek Ken się uśmiechnął.

- Ach, jeśli to o to chodzi, to przyjmij moje gratulacje.

- Co, proszę? - Peter Peaky wlepił w wuja niepewne spojrzenie.

-  Myślę  sobie,  że  na  koniec  roku  miałeś  najlepsze  świadectwo  w  klasie,  co?  -

uśmiechnął się Kendred.

Peter Peaky opuścił wzrok i na jego twarzy pojawił się słaby uśmiech.

- No cóż, w istocie...

- Peter, to mój siostrzeniec, Douglas...

- Cześć - rzucił Douglas.

background image

- ...który zostanie u mnie przez kilka tygodni. Może wpadłbyś do nas na kolację?

Myślę, że masz zdecydowanie większe szanse niż ja pomóc mu zaaklimatyzować się w

naszym mieście.

Samochód ruszył. Douglas uścisnął dłoń Peterowi. Ten jednak nie zaszczycił go

aż  dotąd  ani  jednym  spojrzeniem.  Wciąż  patrzył  w  okno.  Dopiero  gdy  Douglas

potrząsał jego ręką, oderwał wreszcie wzrok od okna i spojrzał na niego: najpierw z

niepokojem, a potem z coraz większą radością.

Wydawało się, mimo ciemności, że Peter zaczerwienił się, kiedy mówił:

-  Bardzo  mi  przyjemnie,  Douglas,  przykro  mi,  że  poznaliśmy  się  w  tak

niecodziennych okolicznościach...

- Och, żaden problem - rzucił Douglas - mieszkam w domu na uboczu i czasami,

przysięgam, dałbym nie wiem co, aby mieć takich przyjaciół jak ty!

Peter uśmiechnął się i pewniej uścisnął dłoń Douglasa.

Kiedy dojechali do domu wujka, już byli przyjaciółmi.

background image

R

OZDZIAŁ

 

5.

Przyjazd do domu

-  Douuuuuglas,  jak  miło  cię  widzieć!  -  zapiszczała  korpulentna  ciocia  Hettie,

rzucając się siostrzeńcowi na szyję. Potem popatrzyła krzywo na męża.

-  Gdzie  wyście  byli  tyle  czasu?  Chyba  nie  kazał  ci  oglądać  wielorybów,  co?

Zabiera mnie tam od naszego ślubu. Żebyśmy je chociaż raz zobaczyli! Ale gdzie tam!

Według mnie brak mu piątej klepki, no właśnie...

Douglas śmiał się, a wujek przedrzeźniał żonę za jej plecami. Ale gdy odwróciła

się  znienacka,  przyłapała  go  jedynie  na  tym,  jak  wpatrywał  się  w  sufit  z  rękami

założonymi na plecy. „Od jak wielu lat powtarzają ten sam żart...” - pomyślał Douglas.

Wreszcie pani domu zauważyła stojącego w progu i spowitego mgłą Petera.

-  Och,  Peter!  Ty  też  tu  jesteś?  Wchodź,  wchodź,  biedactwo,  chcesz  się

przeziębić?

- Jest pani nad wyraz uprzejma, proszę pani - odparł Peter, lekko się ukłoniwszy

- nie ośmieliłbym się sam niepokoić państwa, ale pani mąż...

Nie  zdążył  dokończyć  zdania,  gdy  ciocia  Hettie  zabrała  go  z  progu  i  zdjęła  mu

kurtkę. Peter poczuł się, jakby porwało go tornado.

- Och, bardzo dobrze zrobił! - uspokoiła go kobieta.

-  Wiesz,  chciałam  zrobić  na  Douglasie  dobre  wrażenie  i  dlatego,  jak  zwykle,

przesadziłam. Tym co przygotowałam, mogłabym wykarmić cały regiment!

Zamknęła drzwi wejściowe i popchnęła wszystkich w stronę jadalni.

-  Szybko,  szybko,  myjcie  ręce,  a  potem  do  stołu!  Ken,  pokaż  im,  gdzie  jest

łazienka! Och, Peter... zadzwoń do twoich rodziców i powiedz im, że zostajesz u nas na

kolacji!

*

Posiłek  upływał  spokojnie.  Na  początek  podano  lasagne  z  pieca,  a  na  koniec

szarlotkę.  Douglas  powoli  przyzwyczajał  się  do  sposobu  mówienia  Petera.  Zauważył

jednak,  że  oprócz  pięknych  manier,  miał  on  dość  dziwne  zwyczaje.  Zanim  usiadł  do

stołu,  poprosił  o  plastikowy  talerzyk,  na  którym  zbierał  resztki  dla  swoich  dwóch

kotów. I trzeba przyznać, że zrezygnował z niejednego  smakołyku,  aby  pozostawić  go

background image

zwierzakom.

Wujek  Ken  czasami  milkł.  Douglas  domyślił  się,  że  nie  opuszczają  go  myśli  o

zmarłej  koleżance,  Susan  Cooper,  i  że  z  pewnością  chętnie  podzieliłby  się

wspomnieniami,  ale  najwyraźniej  nie  chciał  zasmucać  jego  i  Petera.  Atmosferę

oczyściła niezawodna ciocia.

- Ken, czy coś wiadomo o wnuczce tej biednej Susan?

Wujek posmutniał, jakby nagle zrzucił z siebie garnitur sztucznej wesołości.

- Nie, Hettie, niestety, jeszcze nic nie wiadomo.

Spojrzał na Douglasa.

- Widzisz, Douglas, ta przyjaciółka, o której ci wspominałem, owdowiała kilka

lat  temu,  ale  miała  pod  swoją  opieką  wnuczkę,  Crystal.  W  dniu  śmierci  Susan  znikła

także ta dziewczynka...

- O kurczę, została porwana?

- Nie sądzę, ale może coś więcej na ten temat wie nasz przyjaciel, Peter. Chodzą

z Crystal do tej samej klasy.

Peter odłożył na talerz kawałek szarlotki i wytarł usta serwetką.

-  Nie  potrafię  nic  powiedzieć,  panie  Halloway.  Mogę  jedynie  przypuszczać,  że

Crystal bała się iść do domu dziecka. Jak panu zapewne wiadomo, nie posiada innych

krewnych, jednak...

- Och, to straszne! - wykrzyknęła ciocia Hettie. - Sądzisz, że ukrywa się gdzieś w

mieście  w  jakimś  brudnym,  wilgotnym  miejscu,  narażając  się,  kto  wie,  na  jakie

niebezpieczeństwo?

- W istocie, sytuacja właśnie tak może się przedstawiać. Jednak kiedyś wyznała

mi, że jej najgłębszym marzeniem jest zostać aktorką. Nie możemy zatem wykluczyć, że

pojechała aż do Hollywood...

- Och, to straszne! - wykrzyknęła ponownie ciocia. - Sama w Hollywood! Ken,

absolutnie  trzeba  ją  znaleźć!  Trzeba  dać  ogłoszenia  w  telewizji  i  uspokoić  ją,

powiedzieć, że nie ma się czego bać i poprosić ją, aby wróciła do domu!

-  Racja,  to  dobry  pomysł  -  orzekł  po  namyśle  wujek.  -  Na  dole  w  bibliotece

czekają gotowe ulotki, których na razie nie rozdaliśmy...

*

background image

Po kolacji wujek Ken zaprowadził Douglasa do jego pokoju.

-  Chodźcie,  chłopcy,  pokażę  wam  drogę  -  powiedział,  wchodząc  na  górę  po

drewnianych  schodach.  -  Sypialnie  są  na  pierwszym  piętrze.  Dla  ciebie,  Douglas,

przeznaczyłem  pokój,  w  którym  mieszkałem,  kiedy  byłem  mniej  więcej  w  twoim

wieku. Jesteś w końcu naszym specjalnym gościem.

Na pierwszym piętrze ujrzeli długi korytarz, na który wychodziły drzwi sypialni.

Na  samym  końcu  znajdowały  się  drewniane  drzwi,  wykończone  na  szczycie

łukiem. Prowadziły do nich trzy schodki. Zanim Kendred otworzył drzwi, odwrócił się

i puścił oko do Douglasa.

- Hmmm, mam nadzieję, że lubisz pajęczyny...

Kiedy  dziś  wieczór  podjechali  pod  dom,  Douglas  od  razu  zauważył  z  prawej

strony,  na  wysokości  pierwszego  piętra,  wielką  kopułę,  która  wyglądała  jak

obserwatorium astronomiczne. Ale dopiero teraz zobaczył pokój od wewnątrz.

- Wow, wujku, super, fantastycznie!

Na  drewnianej  podłodze  leżały  stare  zabawki.  Po  lewej  stronie  znajdowała  się

szafa  i  dość  szerokie  łóżko  przykryte  kolorową  kołdrą,  a  po  przeciwnej  stronie,

zajmująca całą długość ściany, biblioteczka.

Przed  kopułą  stały  trzy  typy  teleskopów.  Z  sufitu  zwieszały  się  różnych

rozmiarów  kolorowe  kule  z  czerpanego  papieru,  a  pośrodku  nich  -  żółta  piłka.  Układ

słoneczny! I ani śladu pajęczyn.

- Wujku, nie wiem, co powiedzieć!

- Douglas, odebrało mi mowę z zazdrości! - wyszeptał Peter.

-  Wiecie,  zawsze  interesowała  mnie  astronomia  -  powiedział  wujek,  wchodząc

do pokoju. - Astronomia i książki, trzeba dodać. Tu znajduje się jedynie niewielka ich

część.  -  Przesunął  opuszkami  palców  po  ich  grzbietach.  -  Pozostałe  książki  są  w

bibliotece.  No  właśnie,  jutro  musisz  ją  zobaczyć.  Mam  niezwykle  rzadką  kolekcję

starych woluminów i...

Wujek  zamilkł.  Zdał  sobie  sprawę,  że  w  tym  momencie  siostrzeniec  był  zbyt

przejęty, aby myśleć o jego bibliotece.

Douglas rzucił się na łóżko i rozejrzał wokoło.

- O kurczę, nieźle! Naprawdę nieźle!

background image

-  Kurczę  blade,  Doug  -  powiedział  Peter,  zerkając  przez  teleskop  -  widzę  stąd

dokładnie moich rodziców oglądających telewizję!

- Naprawdę? - Douglas podszedł do niego. - Pokaż!

Wujek  wycofał  się  dyskretnie.  Zapewnił  chłopcom  zabawę  na  całą  resztę

wieczoru.

*

Później,  jeszcze  raz  podziękowawszy  cioci  Douglasa  za  pyszną  kolację,  Peter

poszedł do domu. Zabrał ze sobą talerzyk z resztkami jedzenia.

Czuł  się  szczęśliwy,  kiedy  tak  szedł  w  rzedniejącej  mgle,  w  świetle  latarń.

Będąc  chłopcem  nieśmiałym  i  zamkniętym  w  sobie,  większość  czasu  spędzał  w

towarzystwie  mamy  i  jej  koleżanek.  Przychodziły  do  nich  do  domu  na  partię  brydża

prawie każdego popołudnia. Ale teraz przyjechał ten grubawy chłopiec i Peter poczuł,

że te wakacje nie będą aż tak nudne jak wszystkie poprzednie. Co więcej, czuł, że nie

będą nudne w najmniejszym stopniu. I nie mylił się.

Domy  na  wzgórzu  w  Misty  Bay  prawie  wszystkie  były  do  siebie  podobne.

Podobne, z wyjątkiem kopuły. Pokój Petera, tak jak pokój Douglasa, znajdował się na

pierwszym piętrze. Przed pójściem spać chłopiec zsunął do pojemnika na żywność co

najlepsze kąski (ciocia Hettie dołożyła tam całe udo z kurczaka) zamknął go i postawił

na parapecie, z drugiej strony okna, pod czereśniową gałęzią. Zamknął okno i poszedł

spać.

„No tak, każdy ma jakieś odchylenie od normy” - pomyślał Douglas, obserwując

kolegę przez teleskop. Odwrócił wzrok i uśmiechnął się na jego wspomnienie. Wyjął z

torby podróżnej piżamę i przygotował się do spania.

Rozdział 6.

Wizyta z przeszłości

Mimo  późnej  godziny  Mark  Warrick  kolejny  raz  sprawdzał  rachunki.  Rzucił

background image

słuchawką,  gdy  usłyszał,  że  facet  prosił  go  o  przedłużenie  spłaty.  Jeśli  interes

przekraczał jego możliwości, to mógł się nad tym zastanowić wcześniej.

Nie  zawsze  był  taki.  Kiedyś  wierzył  w  ideały:  altruizm,  prawość,  przyjaźń...

Teraz altruizm zmienił się w interes, prawość okazała się wadą, a przyjaźń...

Tego  popołudnia  miał  spotkanie.  Takie,  którego  nie  można  było  przesunąć  -  ze

starą przyjaciółką. To był pogrzeb. Ale nie poszedł na niego. Przecież nie mógł już nic

dla  niej  zrobić.  Susan  Cooper...  Musiał  skończyć  pracę,  a  praca  przecież  nie  lubi

czekać.

Chociaż...

Mężczyzna  wstał  zza  biurka.  Przeszedł  przez  obszerny  pokój  umeblowany

antykami importowanymi z Europy. Podszedł do okna i odsłonił je.

Mieszkał  w  prestiżowym  miejscu,  na  szczycie  wzgórza.  Mógł  stąd  objąć

wzrokiem całe Misty Bay. Widok sięgał aż do portu, aż do tej zawiesistej mgły, która

teraz spowijała ocean.

Przypomniało  mu  się  dzieciństwo,  starzy  przyjaciele:  Susan,  ale  też  Greta.

Zawsze  miał  do  niej  sentyment.  Kochana,  stara,  przesądna  Greta...  Kiedy  patrzył  na

księżyc  w  pełni,  przypomniała  mu  się  rada,  której  mu  udzieliła:  „Nie  wyglądaj  nocą

podczas pełni księżyca przez okno. Złe moce błądzą wtedy po opuszczonych mostkach

kutrów  i  zapuszczają  się  w  wilgotne,  ciche  ulice.  Nie  wyglądaj  wtedy  przez  okno.

Możesz je zobaczyć. A jeśli je zobaczysz, one zobaczą ciebie!”.

Mark  Warrick  uśmiechnął  się  melancholijnie  i  przesunął  dłonią  po  zmęczonych

oczach.

Usłyszał hałas.

Odwrócił  się  przerażony,  ale  w  półmroku  gabinetu  niczego  nie  zobaczył.  Jego

oczy  bezradnie  wędrowały  po  pokoju.  Żałował,  że  tak  daleko  odszedł  od  lampki

stojącej na biurku.

Próbował  się  uspokoić.  Przecież  to  tylko  skrzypienie,  jakiś  kornik  albo  stare

meble trzeszczą pod własnym ciężarem... Zazwyczaj nie bywał taki strachliwy, co mu

się dzisiaj stało?

Pewnie był zmęczony. Tak, koniec z pracą na dziś wieczór. Poprawił szlafrok i

westchnął.

background image

Chciał jednak wystawić na próbę swój niemądry niepokój. Podszedł do biurka i

zgasił światło. Znał ten dom jak własną kieszeń, wyłącznik znajdował się w korytarzu,

tuż przy drzwiach gabinetu.

Usłyszał głośny, przenikliwy dzwonek.

-  Telefon,  to  tylko  telefon  -  powiedział  sam  do  siebie.  -  Uspokój  się,  co  się  z

tobą dzieje?

- Halo? - zapytał schrypniętym głosem. Odchrząknął.

Po drugiej stronie nikt nie odpowiedział.

- Halo? Halo? To chyba nie jest dobra pora na głupie żarty?

Znów cisza. Daleki szum.

Chciał odłożyć słuchawkę, ale zmienił zdanie. Palcem nacisnął na widełki.

Przytrzymał je kilka sekund i podniósł palec. Po drugiej stronie cisza. Właściwie

nie  zupełna  cisza,  bo  gdzieś  z  daleka,  jak  echo,  dobiegała  go  znajomo  brzmiąca

melodia. Coraz mocniej przyciskał słuchawkę do ucha. Nagle zrozumiał, że po drugiej

stronie ktoś był.

Melodia  brzmiała  coraz  wyraźniej:  jakaś  dziewczynka  śpiewała...  śpiewała

piosenkę,  której  nie  słyszał  od  wielu,  wielu  lat;  potem  głos  chłopca,  coraz  bliższy,

recytował  wyliczankę;  teraz  chór  dzieci  powtarzających  przysięgę.  Od  tego  chóru

wreszcie odłącza się jeden głos, jego głos. Jego głos sprzed sześćdziesięciu lat.

-  Kto  tam?  Kim  ty  jesteś?  Czego  ode  mnie  chcesz?  -  wychrypiał  przerażony

Mark.

Głosy  umilkły.  Znów  zapadła  cisza.  Później  szum  oceanu:  wielkie  fale

rozbijające się o skałę i odgłos szalejącej burzy. Dokładnie tak, jak tamtej nocy...

Nagle usłyszał męski głos:

- Angus Scrimm. Pamiętasz?

Mark  poczuł  bolesne  ukłucie  w  klatce  piersiowej,  nie  był  w  stanie  wydobyć  z

siebie głosu. Wreszcie wybełkotał:

- To niemożliwe!... On nie żyje! Nie żyje!

- Nie. Ty nie żyjesz.

*

Douglas nagle otworzył oczy. Siedział, nogi zwisały mu z łóżka.

background image

Drżał. Przesunął ręką po koszulce. Była mokra od potu.

Śniło mu się coś złego (albo może miał kolejną dziurę w pamięci, bo niczego nie

mógł  sobie  przypomnieć)  i  coś  go  obudziło,  jakiś  lament,  skamlenie.  Siedział

nieruchomo w ciszy pokoju, nadstawiał uszu w oczekiwaniu jakiegoś dźwięku.

Wreszcie usłyszał.

Podobne do płaczu zawodzenie.

Wyskoczył z łóżka i sięgnął po szlafrok. Kiedy go wkładał, uchylił drzwi pokoju.

Nic, cisza.

Nie. Znowu. Odgłos dochodził z parteru.

Zaczął  schodzić  po  schodach.  Dom  spowijał  mrok,  który  rozpraszało  jedynie

światło  ulicznych  latarni  i...  ten  szczególny,  błękitnawy  blask  zapalonego  w  salonie

telewizora.

Kiedy  Douglas  stawiał  bosą  stopę  na  drewnianej  podłodze  parteru,  rozpoznał

głos wujka. Stanął w drzwiach salonu i zobaczył, jak śpi na kanapie, przed włączonym

na pustym kanale telewizorem.

Poczuł się lepiej, to był tylko sen. Wujek Ken miał zły sen.

Więc może powinien go obudzić?

- Nie...

Douglas  stanął  jak  wryty.  Wujek  Ken  powiedział  to  szeptem,  a  potem  zaczął

płakać.

Potem znów zaczął powtarzać:

- Niewidzialni... Nie... Niewidzialni...

Douglas poczuł, jak krew ścina mu się w żyłach.

Jak to możliwe? Niewidzialni to ta banda dzieciaków z filmu wyświetlanego w

samolocie... z jego snu... Jak to możliwe?

- Nie, to koniec, Damon... Koniec...

Douglas nie mógł tego dłużej słuchać.

- Wujku, wujku, obudź się! - wołał, potrząsając go za ramię.

- Co... Co się dzieje?

- Chyba śniło ci się coś złego, mówiłeś o czymś niewidzialnym...

- O czymś... niewidzialnym?... - Wujek wyglądał na zagubionego, ale tylko przez

background image

chwilę. Zamrugał powiekami i spojrzał na siostrzeńca. Uśmiechnął się.

- Hej, Douglas! Wybacz, że cię obudziłem, to musiał być zły sen, nie ma czego

się bać...

- Ale... ale...

Widząc przejęcie chłopca, wujek Ken wstał i wziął go za rękę.

- Uspokój się, Douglas, chodź do kuchni. Zrobimy sobie mleko z miodem. To był

tylko nieprzyjemny sen, a sny nie mogą zrobić nam nic złego. To tylko... wytwór naszej

wyobraźni.

Wujek Ken włączył światło w kuchni i otworzył lodówkę.

- Często mówią jedynie, że mamy jakiś problem. - Wlał trochę mleka do rondla i

postawił go na kuchni. - Ale częściej świadczą o tym, że za dużo zjedliśmy na kolację -

uśmiechnął się. - Mieszkając z twoją ciocią, będziesz musiał się do tego przyzwyczaić.

Mleko szybko się zagrzało i mężczyzna napełnił dwa kubki, do których dodał po

dwie kopiaste łyżeczki miodu. Podał kubek siostrzeńcowi.

- Tak, tak, wiem - powiedział Douglas, pociągnąwszy głęboki łyk.

-  Tylko,  wiesz,  twoje  słowa  przywiodły  mi  na  myśl  pewien  sen,  który  ja  też

miałem i...

- No, to mnie nie dziwi - przerwał mu wujek, popijając mleko.

- Wiesz, czytałem w jakiejś książce, że często zdarza się, że dwie osoby mają ten

sam  sen,  jeśli  mieszkają  blisko  siebie.  Szczególnie,  jeśli  są  krewnymi.  Nie  wiem,

pewnie mają na siebie wpływ, to musi być jakiś rodzaj... telepatii?

- No widzisz? - roześmiał się wujek. - Właśnie tego słowa szukałem.

Douglas  poczuł  się  lepiej.  Przypomniał  sobie,  że  kilka  godzin  wcześniej  wujek

opowiadał  mu  o  swojej  bibliotece.  Wtedy  go  nawet  nie  słuchał,  tak  bardzo  spodobał

mu się jego pokój. Teraz chciał to naprawić.

-  A  właśnie,  wujku,  biblioteka...  Naprawdę  należy  do  ciebie?  Czy  tylko  tak

powiedziałeś?...

Mężczyzna pojaśniał.

- Nie, w całości należy do mnie. Wiesz, dziadkowie byli zamożnymi ludźmi, a ja

wykorzystałem dużą część pieniędzy, które mi zostawili, na zakup rzadkich książek w

różnych zakątkach świata. W końcu moja kolekcja była tak duża, że musiałem otworzyć

background image

bibliotekę, bo gdzie miałbym je trzymać?

- A skąd się wzięła ta pasja do starych ksiąg? Nie interesowałeś się astronomią?

Wujek  się  roześmiał.  Jego  naturalny  śmiech  rozgrzał  Douglasa  bardziej  niż

mleko.

-  Och,  tak,  to  prawda,  interesowałem  się  także  astronomią.  Te  dwie  pasje

narodziły się mniej więcej jednocześnie. Potem przestałem interesować się astronomią,

a  miłość  do  książek  została...  Miłość  do  książek  i  do  różnych  historii.  Jest  to  miłość

głęboka,  którą  mam  nadzieję  zaszczepić  także  w  innych.  To  dlatego  otworzyłem

bibliotekę.  I  dlatego  często  organizuję  odczyty:  chcę,  aby  ludzie  wciąż  mieli  odwagę

marzyć.  Jeśli  kiedyś  najdzie  cię  ochota,  aby  przyjść,  jestem  przekonany,  że  ci  się

spodoba!

Mężczyzna tryskał entuzjazmem. Było jasne, że jest nieuleczalnym idealistą.

- Historie, Douglas. Gdybyś wiedział, jak są ważne! To w nich zawiera się sens

rzeczy,  osób...  Od  dnia  narodzin  świat  mówi  do  nas  poprzez  historie.  Wystarczy

przyłożyć  ucho  do  ściany  domu,  aby  opowiedziała  ci  ona,  kto  w  nim  mieszkał  lub

mieszka. Tym samym językiem posługuje się trawa, ziemia...

Wujek  przerwał.  Wpatrywał  się  w  kubek  z  mlekiem,  który  trzymał  w  dłoni  tak,

jakby właśnie w nim tkwił sens tego, o czym mówił.

- To one - ciągnął - pozwalają nam frunąć na skrzydłach fantazji, pozwalają nam

uniknąć  monotonii  i  napędzają  naszą  wyobraźnię.  Wyobraźnia  jest  cennym  dobrem,  o

które należy dbać i które trzeba rozwijać. A książki opowiadają ci historie, w których

jest coś magicznego, wzruszającego, coś...

Szukał właściwego słowa. Jego wzrok padł na zegar z kukułką.

-  O  matko!  Douglas,  jest  strasznie  późno,  a  ja  ci  robię  wykład!  -  Wstał  i

wyprowadził go z kuchni.

- Hej, zszedłeś boso? Będziesz miał stopy jak dwie kostki lodu!

Głowa Douglasa wciąż była pełna słów. Spojrzał na swoje stopy i zauważył ze

zdumieniem, że zapomniał włożyć kapcie. Uśmiechnął się i zapytał:

- Ty też idziesz spać, wujku?

Mężczyzna  popatrzył  na  niego.  W  półmroku  jego  oczy  wydawały  się  bardziej

zmęczone.

background image

- Dzięki, Douglas, ale myślę, że jeszcze chwilę zostanę i popiszę mój pamiętnik.

Wiesz,  to  stare  przyzwyczajenie,  robię  to  każdego  wieczoru...  Kto  wie,  może

przeczytawszy tak wiele historii, chcę po sobie także jakąś zostawić?

- Wujku, chciałem cię o coś prosić... - powiedział chłopiec z wahaniem.

- Śmiało, Douglas. Możesz mnie prosić, o co tylko chcesz.

- Mógłbyś mi opowiedzieć o mojej mamie?

Wujek kiwnął głową. Jego twarz rozjaśnił ciepły uśmiech.

Kiedy później Douglas wrócił do łóżka, nie mógł zasnąć. Obracał się z boku na

bok, ale wciąż miał otwarte oczy. Mimo że opowieść o mamie napełniła go radością,

wciąż go coś niepokoiło. Może to wspomnienie koszmaru?

„Sny  nie  mogą  zrobić  nam  nic  złego”  -  powiedział  wujek.  Chłopiec  miał

nadzieję, że się nie mylił. Zamknął oczy.

Rozdział 7.

Tajemniczy sprzymierzeniec

Następnego dnia wcześnie rano Peter stanął pod drzwiami Douglasa. Mieli pójść

zwiedzać miasto.

-  Dokąd  pójdziemy?  -  dopytywał  podekscytowany  Douglas,  wkładając  lekką

kurtkę na tiszert z tygrysem Calvin & Hobbes.

- Wiesz, Douglas - odpowiedział Peter, ruszając w drogę - Misty Bay nie ma do

zaoferowania zbyt wielu opcji... Mamy muzeum morskie, mały park wodny, ale nie ma

odpowiedniej pogody, jak sądzę...

-  Podniósł  wzrok  na  skały.  -  W  istocie,  mam  wrażenie,  że  największą  atrakcję

stanowią groty położone wzdłuż skał nadbrzeżnych i...

- Biiip! - przerwał mu Douglas.

- Tak?

-  Biiip,  okej,  stop,  starczy:  trafiłeś  w  samo  sedno!  Groty,  mówisz?  Groty  i

background image

pewnie jaskinie, co? - dopytywał Douglas z nadzieją.

- Tak, oczywiście, jaskinie też, ale wejścia do większości z nich znajdują się od

strony morza i potrzebna byłaby jakaś łódź, aby się tam dostać...

- Dobrze, większość, a pozostałe?

-  Pamiętaj,  sam  tego  chciałeś.  Idziemy  do  mnie  do  domu.  Zabierzemy  ze  sobą

dwie latarki i konieczny ekwipunek...

Douglas podniósł ręce na znak zwycięstwa.

- Juhuuuu! Jesteś wielki, Peter! Ekwipunek, mówisz?

Peter spojrzał na niego zza grubych szkieł. Uśmiechał się przebiegle.

- No tak, na przykład smaczne kanapki...

-  Ej,  ty  umiesz  przemawiać,  Peter.  Myślałeś  kiedyś,  żeby  zostać  politykiem?

Albo burmistrzem? Albo, co ja mówię, gubernatorem? Albo, co ja mówię...

W mgnieniu oka chłopcy rozeszli się: Peter poszedł do siebie do domu po latarki

i kanapki, a Douglas po plecak i dwa soki gruszkowe.

Niedługo  potem  przedzierali  się  już  przez  krzaki  po  bardziej  pustynnej  stronie

wzgórza,  kierując  się  na  północ.  Żaden  z  nich  nie  zauważył,  że  ktoś,  jakaś  zwinna  i

cicha postać, ich śledzi.

-  Doug  -  powiedział  nagle  Peter  -  chciałbym  zwrócić  twoją  uwagę  na

właściwości geodynamiczne charakterystyczne dla terenów krasowych.

- No i? - mruknął Douglas.

-  Na  terenach  krasowych  dwutlenek  węgla  w  wodzie  łączy  się  z  węglanem

wapnia, tworząc rozpuszczalny dwuwęglan, który daje początek dolinom, które...

- No i? - niecierpliwił się Douglas.

Peter chwycił go za plecak.

- Chcę powiedzieć, że od tego momentu skała ma liczne otwory oraz zagłębienia,

spójrz  -  i  pokazał  mu  miejsce,  w  którym  właśnie  stawiał  stopę.  Była  to  wielka

szczelina otwarta na ocean.

-  Ej!...  -  syknął  Douglas,  odskakując  do  tyłu.  -  Ej,  Peter,  możesz  coś  dla  mnie

zrobić? Coś bardzo, bardzo ważnego?

- Chętnie.

-  Następnym  razem,  kiedy  będę  stawiał  stopę  na  podobnej  szczelinie...  -

background image

przerwał i przełknął ślinę.

- A zatem?

- ...następnym razem powiedz mi jedynie stop, okej? „Stop” wystarczy!

Peter uśmiechnął się.

- Uważasz, że mam nieco zbyt rozwlekły sposób mówienia, Douglas?

Douglas przytrzymał się, chcąc wstać.

- Czasami, przyjacielu. Tylko czasami.

Peter roześmiał się i ruszył po skraju urwiska. Na górze wiał dość mocny wiatr i

Douglas już zaczął się zastanawiać, czy to był na pewno dobry pomysł, żeby tu przyjść.

Wtedy Peter oznajmił:

- Jesteśmy. - Odwrócił się uśmiechnięty, aby popatrzeć na Douglasa, który szedł

mocno pochylony. Plecami był odwrócony do oceanu, rękami przywarł do skały.

- Jesteśmy gdzie? Ja widzę tylko skałę i suchą trawę!

Peter  wychylił  się  do  przodu  i  odsunął  gałęzie  okazałego  krzaka.  Ich  oczom

ukazała się wielka ciemna dziura.

-  Oszalałeś?!  -  zaprotestował  Douglas.  -  Po  pierwsze:  nie  wiadomo,  czy  się

zmieścisz, a po drugie... Po drugie... nie wiadomo, czy się zmieścisz...

- Strach cię obleciał? - rzucił kpiąco Peter.

- Mnie? Strach? - oburzył się Douglas.

- To właśnie chciałem usłyszeć - odparł Peter i ześlizgnął się nogami do przodu

do wnętrza otworu.

- Peter? Hej, Peter? Tam jest głęboko?

Żadnej  odpowiedzi.  „Do  diabła!  -  pomyślał  Douglas.  -  Nie  chcę  wyjść  na

tłustego tchórza...” I on z kolei wsunął się do otworu. Mieścił się, niestety, doskonale.

Zsuwał  się  do  momentu,  kiedy  światło  wpadające  przez  otwór  nie  znikło  i  nie

znalazł się w kompletnej ciemności. Nie był pewien, czy przypadkiem cała sprawa nie

wymknęła  się  spod  kontroli  Peterowi,  czy  nie  namówił  go  na  zbyt  ryzykowne

przedsięwzięcie, z którego prawdopodobnie nie uda się im wyjść cało.

Nagle oślepiły go błyski, zobaczył niewyraźne obrazy, poczuł na sobie padający

deszcz,  usłyszał  uderzenia  piorunów  i  krzyki.  Jakby  w  jednej  chwili  znalazł  się  w

środku okropnej bitwy. Nagle coś go chwyciło i zawył z całych sił.

background image

- Uspokój się, Douglas, uspokój się!

Peter włączył latarkę i skierował ją w stronę sklepienia groty. Światło odbiło się

na ścianach.

Douglas  nie  mógł  uwierzyć:  zdał  sobie  sprawę,  że  otwór,  którym  weszli,

znajdował  się  w  odległości  zaledwie  czterech,  pięciu  metrów  i  że  światło,  które  z

niego dochodziło było słabe, ale wystarczało, aby zapewnić widoczność.

- Peter, to było okropne! Wydawało mi się, że zanurzam się w zupełną ciemność

i że zsuwam się na dziesiątki metrów i...

- Uspokój się, Doug - powtórzył Peter, kładąc mu dłoń na ramieniu. - To przez to

zsuwanie się w mroku. Było tak gwałtowne, że wyobraźnia zrobiła swoje.

- Wyobraźnia, mówisz?

Czy wyobraźnią można wytłumaczyć obrazy, które widział? I atmosferę podobną

do koszmaru w samolocie?

Aby nie wzbudzać zdziwienia w nowym przyjacielu, postanowił jednak niczego

nie tłumaczyć.

- Masz rację, Peter... Musiałem coś sobie wyobrazić...

- Chcesz wyjść? Jeśli nie masz ochoty...

-  Nie,  przeszło  mi.  To  była  tylko  chwila.  Wiesz,  tam  w  górze  miałem  zawroty

głowy, ale teraz jest w porządku.

Aby zyskać w oczach Petera, spojrzał śmiało na tonącą w ciemności grotę.

- Idzie się w tę stronę?

- No, tak - odpowiedział, świecąc latarką we wskazanym kierunku. - Idź kawałek

za mną.

Douglas wstał i poszedł wzdłuż małej groty aż do następnego otworu, zza którego

dochodziło  światło  i  szum  spadającej  wody.  Teraz  widok  zapierał  dech  w  piersiach:

otwór  wychodził  na  prawdziwą  jaskinię  z  dalszymi  przejściami.  Ze  sklepienia

zwieszały  się  stalaktyty,  a  przez  szczeliny  prześwitywało  światło  dnia.  Nieco  dalej

odkrył, skąd dochodził szum: w dole, skalną szczeliną przelewał się podziemny potok.

- Ultrafantastycznie! - wykrzyknął Douglas, podążając za Peterem przez wielką,

naturalnie wyrzeźbioną salę. Odwrócił się i zauważył, że  przed  otworem,  przez  który

właśnie przeszli, leżała masa kamieni. Istne rumowisko. Wyglądało na to, że przejście

background image

to  powstało  w  wyniku  wybuchu  lub  lawiny.  Kto  wie,  może  kiedyś  była  tu  kryjówka

piratów?

- To naprawdę fantastyczne miejsce, Peter. Tylko ty je znasz?

Peter stał pośrodku groty i patrzył teraz na coś, co leżało na ziemi.

-  Sądziłem,  że  znam  je  tylko  ja  i  jeszcze  jedna  bliska  mi  osoba,  Douglas. Ale

chyba się myliłem.

Douglas  podszedł  do  niego  i  natychmiast  zrozumiał,  co  chciał  przez  to

powiedzieć:  resztki  ogniska,  butelki  po  piwie  i  pomięte  czasopisma  dla  dorosłych

świadczyły o tym, że ktoś tu biwakował.

- Hej, Lance, spójrz, kto wtargnął do naszej kryjówki?

Przyjaciele  podnieśli  wzrok:  z  pięciu  otworów  wychylało  się  pięć  twarzy

chłopców o kilka lat starszych od nich. Prawdopodobnie to właśnie oni gonili Petera

tego wieczora, kiedy on i Douglas się poznali.

-  Dokładnie,  Marv.  To  pogwałcenie  praw  własności,  nikomu  już  nie  można

zaufać!

Douglasem targały sprzeczne uczucia. Miał ochotę powiedzieć, że jeśli puszczą

ich wolno, ich stopa nigdy już tam nie postanie. Co więcej, był gotów obiecać, zrobić

lub  powiedzieć  wszystko  to,  czego  zażądałyby  te  wstrętne  gęby.  Ale  słowa  Petera

znacznie odbiegały od tego, co zamierzał powiedzieć:

- Groty należą do wszystkich. A poza tym ja odkryłem je o wiele wcześniej niż

wy!

- Hmmm, Peter - wyszeptał Douglas. - Peter, posłuchaj: nie mogliśmy po prostu

powiedzieć, że właśnie wychodzimy?

- Za nic w świecie, Douglas. To tylko mięśniaki, nie boję się ich!

-  Dość  tego,  nędzne  robale!  Sami  tego  chcieliście!  -  ryknął  Lance.  Wszystkie

twarze zniknęły błyskawicznie z otworów.

-  Brawo,  Peter,  moje  gratulacje  -  gorączkował  się  Douglas,  rozglądając  się  w

poszukiwaniu drogi ucieczki.

- Po raz kolejny jestem zmuszony przywołać cię do porządku, Doug...

- Dlaczego?! Wyświadczyłbyś mi tę przysługę i powiedział mi, po kiego diabła...

Nie spuszczając z oczu korytarzy, Peter zgasił latarkę, wziął za rękę Douglasa i

background image

powiedział spokojnie:

- Doug, ufasz mi?

- Nie! - wrzasnął Douglas.

Peter się uśmiechnął.

- Nie kłamałem, kiedy mówiłem, że znalazłem tę grotę na długo przed nimi. Znam

przejście, które pozwoli nam w mgnieniu oka wydostać się na zewnątrz. A teraz zgaś

latarkę i chodź za mną.

- Zgasić latarkę... - wyszeptał mechanicznie Douglas.

- Tak, zgaś latarkę i daj mi rękę.

Douglas  poczuł  się,  jakby  własnoręcznie  podpisał  na  siebie  wyrok  śmierci,  ale

postąpił  zgodnie  ze  wskazówkami.  Czuł,  jak  coś  go  ciągnie  wzdłuż  jaskini.  Groźne

krzyki i szydercze śmiechy Lance'a oraz jego bandy były wciąż bliżej. Zaległa zupełna

ciemność. Peter pociągnął Douglasa w prawo, w lewo, a potem znów w prawo. Mimo

wszystko  w  chłopcu  rósł  podziw  dla  tego  stukniętego  okularnika,  który  tak  zwinnie

poruszał się w ciemności.

Od czasu do czasu kładł się na nich - kto wie, skąd pochodzący - snop światła, a

jakiś  głos  grzmiał:  „Są!”  lub:  „Są  tam!”  -  i  jeszcze  coś,  co  najbardziej  przestraszyło

Douglasa: „Mamy ich w garści! Są w ślepym zaułku!”.

- Peter - wyszeptał Douglas. Miał lekką zadyszkę. - Peter, jesteś pewny...

Usłyszał za sobą szmer, ktoś był o kilka kroków za nim.

- Peter! Peter!...

- Gotowy do skoku?

- Co?

Douglas nie zdążył zorientować się, kiedy stracił grunt pod nogami. Wylądował

tak niezgrabnie, że niemal złamał przyjacielowi kręgosłup. Wiedział, że z naukowego

punktu widzenia serce nie może skoczyć do gardła, ale i tak musiał przełknąć coś, co

mu  utrudniało  oddychanie.  Zaczęli  biec.  Teraz  krzyki  Lance'a  i  jego  bandy  zagłuszał

podziemny potok. W prawo, znów w lewo. Wreszcie zatrzymali się.

Peter zapalił latarkę. Na wprost nich korytarz zamykała ściana skalna, a w głębi

znajdował się otwór, przez który dochodziły bryzgi wody.

- Och, och... - wyszeptał.

background image

-  Co  znaczy  „och,  och”?  Co  to  jest  „och,  och”?  -  wrzeszczał  histerycznie

Douglas.

Peter spojrzał na niego niepewnie.

Douglas poczuł, jak ogarnia go przerażenie.

- Pomyliłeś drogę! Po... Świetnie! Dokąd płynie ten podziemny potok?

Peter popatrzył na otwór, z którego tryskała woda.

- No, chyba do morza...

- Jak sądzisz, jaką mamy szansę?

- Jaką? Jedną na milion?

- Tędy - nakazał im nagle jakiś głos.

Douglas odwrócił się. Oślepiło go ostre światło. Ktoś świecił mu latarką prosto

w oczy! Przypomniało mu się, jak to jest być śledzonym. Nagle światło przesunęło się z

jego oczu w stronę tunelu, z którego wyszli.

-  Ruszaj!  -  wrzasnął  Peter,  popychając  go  do  przodu  i  chłopiec,  zupełnie

oniemiały, zaczął iść za nieznajomym, który trzymał latarkę.

Poszli w górę tunelu, jakieś sto metrów, gdy Douglas zauważył, że światło, które

na początku ich wiodło, teraz było za nimi.

-  No,  ruszaj  się,  brzuchaczu!  -  krzyknął  do  niego  tajemniczy  sprzymierzeniec,

popychając go do przodu.

- Aaach! - wrzasnął Douglas. Tajemnicza ręka dała mu coś w rodzaju kuksańca.

Doszli do miejsca, w którym tunel robił się szerszy.

-  A  teraz  cicho!  -  wyszeptał  nieznajomy,  gasząc  latarkę.  Niemal  natychmiast

Douglasa oślepiły latarki Lance'a i jego szajki. Biegli w ich stronę.

Douglas  stanął,  ale  tajemniczy  sprzymierzeniec  jeszcze  raz  popchnął  go  do

przodu. Musiał iść. A po chwili... biegli ramię w ramię z własnymi prześladowcami!

Tylko że Lance i jego drużyna zbiegali, a oni wbiegali pod górę.

W  pewnym  momencie  Douglas  biegł  tak  blisko  prześladowców,  że  uderzył

któregoś z nich łokciem, ale ten się nie zorientował i zbiegł w dół tunelu wraz z resztą

bandy.

„Dlaczego mnie nie zauważył?” - przemknęło mu przez myśl.

Niebawem  wreszcie  zobaczyli  światło  słoneczne.  Ostatni  wysiłek  i  Peter  z

background image

Douglasem byli na zewnątrz. Douglas oparł się o skałę, aby złapać oddech. Czekał, aż

tajemniczy wybawca wyjdzie. Ale on nie wyszedł.

- Chodźmy, Doug - nalegał Peter. Zaczął biec w stronę ścieżki, którą tu przyszli.

- Ale,  jak  to?...  -  dyszał  Douglas,  idąc  za  nim  -  nie  poczekamy  na  niego?  Nie

chcesz się dowiedzieć, kto, u diaska, uratował nam tyłki?

- Aż się trzęsę z ciekawości, ale trzęsę się również z pragnienia pozostawienia

Lance'a i jego bandy z tyłu!

„Świetna  argumentacja”  -  zżymał  się  Douglas,  odwracając  się  znów  w  stronę

wejścia do groty. Ale po tajemniczym wybawcy nie było nawet śladu.

*

Lance Honeygood otworzył oczy.

Stał na gzymsie o kilka kroków od zegara na wieży ratusza.

Było  mu  zimno.  Przyciskając  plecy  do  marmurowej  ściany,  zerknął  na  dół  i

odkrył, że jest zupełnie nagi. Miał coś na szyi, jakąś kartkę, ale nie widział, co tam jest

napisane.

Co tam robił? Ostatnią rzeczą, którą sobie przypominał był powrót do miasta po

zgubieniu  śladu  Petera  Peaky’ego.  Jego  kumple  poszli  coś  zjeść  do  fast  foodu,  a  on

czekał na nich na ławce przed wejściem do ratusza, a teraz...

Ten głos znów pojawił się w jego głowie.

Wyjaśnił mu, że to on doprowadził go na górę i że będzie lepiej, jeśli on i jego

banda zostawią Petera Peaky’ego w spokoju. Co mógł odpowiedzieć?

- O... Okej!

Głos twierdził, że nie dosłyszał.

-  Okej!!!  -  wrzasnął  przymuszony  Lance.  -  Zgoda,  odczepię  się  od  Petera

Peaky’ego! Nikt z mojej bandy nie będzie mu już dokuczał!

Głos wydawał się usatysfakcjonowany. Teraz pozwolił mu wołać o pomoc.

*

-  Kiepska  sprawa,  co?  -  wyszeptał  Douglas  do  Petera.  Szli  w  stronę  biblioteki

wujka  Kena.  Od  czasu  do  czasu  Douglas  odwracał  się  z  niepokojem.  -  Chcę

powiedzieć, że jesteśmy w niezłych tarapatach. Teraz nie będziemy mogli nigdzie pójść

i nie bać się, że w każdej chwili może pojawić się ten idiota, Lance!

background image

-  Ej,  dokąd  biegną  ci  chłopcy?  -  zapytał  w  pewnym  momencie  Peter.  -  Coś  się

musiało stać w okolicach ratusza.

Rozległ się głos syreny i wóz strażacki na pełnym gazie przejechał przez ulicę w

stronę grupki ludzi.

Douglas  i  Peter  popatrzyli  na  siebie.  W  chwilę  potem  biegli  w  tym  samym

kierunku, co inni ludzie.

Kiedy dotarli na plac, skamienieli.

Chwilę  wcześniej  strażacy  pomogli  Lance'owi  -  całkiem  nagiemu!  -  zejść  z

wieży zegarowej ratusza. Naokoło chmary dzieciaków, które wyszły z sali gier i z fast

foodu, śmiały się i żartowały.

Dwaj  przyjaciele  podeszli  bliżej,  aby  przeczytać  napis  na  kartce,  którą  strażak

zdejmował Lance’owi z szyi.

G

RAŁ

 

TWARDZIELA

 

Z

 P

ETEREM

 P

EAKY.

PO

 

RAZ

 

OSTATNI

Niewidzialni

Jakieś  dzieciaki  zaczęły  rozpoznawać  Petera  i  podchodzić  do  niego,  aby  mu

pogratulować.  Na  pełnej  zdziwienia  twarzy  Petera  błąkał  się  leciutki  uśmiech,  ale

Douglas był po prostu zdumiony. „Niewidzialni - pomyślał - znów Niewidzialni...” - I

zostawił Petera, aby przyjrzeć się z bliska kartce rzuconej na fotel w wozie strażackim.

-  Ej,  chłopcze  -  powiedział  jakiś  facet,  biorąc  za  ramię  Petera  i  odciągając  od

grupy szturmujących dzieciaków. - Ty jesteś Peter Peaky?

Był  to  wysoki  mężczyzna,  z  blond  włosami,  w  okularach  przeciwsłonecznych  i

kamizelce z niewiarygodną ilością kieszonek i przegródek.

- We własnej osobie, proszę pana!

- Musisz być sprytny! Co wiesz o tych Niewidzialnych? To twoi znajomi?

- Oczywiście! - powiedział Peter dość głośno, aby inni mogli go usłyszeć. - To

banda z Misty, która ma tu wiele do powiedzenia!

- I należysz do niej?

- Chciałbym! A teraz przepraszam, muszę iść.

background image

*

Robert  Kershaw,  pies  tropiciel,  puścił  ramię  chłopca.  Podszedł  do  niego  jego

otyły kolega. Oddalili się we dwóch, rozmawiając o czymś w podnieceniu.

Mężczyzna  zapalił  papierosa  i  uśmiechnął  się  z  zadowoleniem.  Rzucił  zapałką,

trafiając w sam środek kosza na śmieci.

Rozdział 8.

Kilka odpowiedzi i wiele pytań

Podczas  kolacji  ciocia  Hettie  krzątała  się  po  kuchni,  a  podniecony  Douglas

opowiadał wujkowi Kenowi swoją przygodę w jaskini. Wtedy zadzwonił telefon.

Mężczyzna poszedł odebrać.

-  Greta!  Szmat  czasu...  -  zaczął,  ale  po  chwili  uśmiech  znikł  z  jego  ust.  -

Słucham?  Nie,  nie  słuchałem  wiadomości...  Mark  nie  żyje?!  Uspokój  się,  Greta,  nie

nadążam... Nie wysnuwajmy pochopnych wniosków, kto mógłby chcieć wyeliminować

Niewidzialnych po tylu latach? Dobrze, dobrze, poczekaj. Zaraz będę.

Wujek  Ken  odłożył  słuchawkę,  zamyślił  się,  podniósł  wzrok  i  napotkał

spojrzenie siostrzeńca. Przez chwilę Douglas miał wrażenie, że się zastanawiał, co on

mógł usłyszeć z rozmowy.

Chłopiec  wyraźnie  słyszał,  że  wujek  mówił  o  Niewidzialnych,  mimo  że

poprzedniej nocy sprawiał wrażenie, jakby ich nie znał. Co przed nim ukrywał?

Jak gdyby nigdy nic wujek Ken podszedł do stołu, przy którym siedział Douglas.

- Przepraszam cię, Douglas, muszę gdzieś pójść. Nie  masz  nic  przeciwko  temu,

abyśmy przełożyli lekcję astronomii na jutrzejszy wieczór?

-  No  co  ty,  wujku?  -  odpowiedział  z  uśmiechem  Douglas.  -  Wiesz,  że  będę  w

tych stronach jeszcze jakiś miesiąc... I może jutro wieczorem przyjdzie też Peter.

- Zaprzyjaźniliście się, prawda? - zapytał wujek Ken, zakładając płaszcz.

- Tak, to dość dziwny gość, ale w sumie w porządku.

background image

Wujek  poszedł  do  kuchni,  do  cioci  Hettie.  Po  krótkiej  wymianie  zdań  wyszli

przed drzwi.

-  No  to  cześć,  Doug,  dobrej  nocy.  Tobie  też  życzę  dobrej  nocy,  moja  droga.  -

Chciał ją pocałować, ale ona odsunęła się z naburmuszoną miną.

- Proszę, idź, tylko niech ci to nie wejdzie w krew, dobrze?

Ciocia i siostrzeniec stali w drzwiach i patrzyli, jak Ken znika we mgle.

-  Cześć,  ciociu  -  powiedział  nagle  Douglas,  biorąc  swoją  kurtkę  z  wieszaka  w

przedpokoju.

- Cześć? Czy to znaczy, że ty także wychodzisz?

-  No,  tak,  nie  mówiłem  wam?  Peter  zaprosił  mnie  na  dziś  wieczór.  Wrócę

wcześnie. - I ruszył w stronę drogi.

- Nie ma co - zażartowała kobieta. - Jesteś z dwoma mężczyznami w domu, a po

chwili... Nie wracaj zbyt późno, co?

Douglas jeszcze raz pożegnał się z ciocią. Teraz on z kolei zniknął we mgle.

Chłopcu  było  przykro  z  powodu  cioci,  ale  czuł,  że  wujek  Ken  niepokoił  się

czymś  bardzo  poważnym,  co  w  jakiś  sposób  łączyło  się  z  tymi  tajemniczymi

Niewidzialnymi i - kto wie - może w jakiś sposób także z jego koszmarami.

Dlatego zdecydował, że pójdzie za nim.

*

Po  kilku  minutach  marszu  wujek  znalazł  się  pod  drzwiami  jakiegoś  domu.

Zadzwonił.  Otworzyła  mu  korpulentna  pani  z  długimi,  czarnymi  włosami,  w  ubraniu

cyganki.  Douglasowi  udało  się  dostrzec  za  nią  jeszcze  jednego,  wyraźnie  czymś

zaniepokojonego, mężczyznę. Kiedy drzwi się zamknęły, chłopiec podszedł bliżej. Nad

dzwonkiem wisiała złota tabliczka.

G

RETA

 R

OWLANDS,

 

CHIROM ANTKA.

HOROSKOPY,

 

PRZEPOWIEDNIE

 

I

 

CZYTANIE

 

Z

 

RĘKI

Niewiele myśląc, z kieszeni kurtki wyciągnął czarną ulotkę ze złotymi napisami,

którą ktoś mu wcisnął do ręki na dworcu autobusowym w dniu przyjazdu.

- Greta Rowlands, chiromantka - przeczytał napis na zmiętym kawałku papieru. -

background image

Coś takiego, jaki zbieg okoliczności...

Na  tyłach  domu,  na  wzgórzu  był  las.  Idealne  miejsce,  aby  się  w  nim  zaszyć  i

podglądać przez okno.

Douglas zaczął przedzierać się przez krzaki i wspinać na wzgórze, aż udało mu

się dotrzeć na tyły domu.

Nagle, w dole, pod półprzymkniętym oknem poruszył się jeden krzak.

Chłopiec ukucnął, nie wiedząc, co zrobić. Zaczął powoli zbliżać się do krzaka.

Kto tam mógł być, może złodziej? Czy w takim razie, nie należałoby się ulotnić? Ale

coś w środku mówiło mu, że to nie złodziej.

- Nie ruszaj się i nie odwracaj!

Wyszeptane wprost do ucha słowa zmroziły go.

- Co tu robisz, tłuściochu? Śledzisz mnie?

Już miał żarliwie zaprzeczyć, gdy przyszła mu do głowy pewna myśl.

- Ty... jesteś tym, który nas uratował przed Lancem i jego bandą w grocie, zgadza

się?

Pytanie  musiało  zaskoczyć  tego  drugiego,  ponieważ  nie  odpowiedział.  Douglas

skorzystał z tego i odwrócił się, ale nikogo nie udało mu się dostrzec.

Nie dawał za wygraną.

- I to ty zmusiłeś Lance’a, żeby wszedł na wieżę zegarową, tak?

Mówiąc to, zaczął się rozglądać. Może tajemnicza postać znikła.

Zapytał więc jeszcze raz:

- Jesteś w bandzie Niewidzialnych, prawda?

Douglas odwrócił się po raz ostatni i zobaczył tajemniczego sprzymierzeńca albo

raczej...  sprzymierzeńczynię!  Ponieważ  postać,  którą  ujrzał,  okazała  się  dziewczynką,

mniej  więcej  w  jego  wieku.  Miała  rude  włosy  związane  w  koński  ogon  i  piegowatą

buzię.

-  No  tak,  a  ty  jesteś  siostrzeńcem  Kendreda  Hallowaya,  co?  -  wyszeptała,  nie

starając się już mówić grubym głosem.

Douglas uśmiechnął się i wyciągnął rękę.

- Cześć, nazywam się...

-  Douglas  Macleod,  wiem  o  tobie  już  wszystko  -  przerwała  mu  dziewczynka,

background image

jakby  nie  zauważając  jego  wyciągniętej  ręki.  -  Nazywam  się  Crystal  Cooper.  To  też

zgadłeś?

-  No,  cieszę  się,  że  nie  wyjechałaś  do  Hollywood.  Mogę  zapytać,  czemu

śledziłaś mojego wujka?

-  Posłuchaj,  chłopczyku,  tu  dzieją  się  rzeczy,  o  których  wolałbyś  nie  wiedzieć.

Dlatego mami...

Crystal  przerwała.  Chwyciła  Douglasa  za  rękę  i  zaraz  ją  puściła  jak  oparzona.

Spojrzała mu śmiało w twarz. Dopiero wtedy Douglas zdał sobie sprawę, że jej oczy

świeciły w ciemności.

- Ty... ty jesteś drzwiami... - wyszeptała w końcu dziewczynka.

- Co... drzwiami? No, tata nic mi o tym nie wspominał... - próbował zażartować

Douglas. Ale ta dziwna dziewczynka niepokoiła go.

-  Chodź  ze  mną  -  wyszeptała,  pokazując  mu  drogę  -  jest  coś,  co  powinieneś

wiedzieć.

*

W tym samym czasie wewnątrz domu trwała dość niecodzienna rozmowa.

- Mówię ci, że tak jest, Ken - krzyknęła Greta Rowlands, aż lód zadzwonił w jej

drinku.

-  Może  czekasz,  aby  nas  wszystkich  pozabijał,  zanim  zdecydujesz  się  przyznać,

że wrócił?

-  Greta  ma  rację,  przyjacielu  -  wtrącił  się  Devlin  Stevenson.  -  Niestety,

wiadomość od Marka wszystko wyjaśnia. Scrimm powrócił! Do diaska, napisał swoje

imię, co innego mógł zrobić?

- Swoje imię? - przestraszył się Kendred Halloway. - Skąd to wiesz?

- Mam kolegę w policji... Nazwisko Scrimm zostało zapisane na kartce papieru,

którą  znaleziono  na  biurku  Marka.  I  to  nie  koniec  dziwnych  zbiegów  okoliczności:

ciało  zostało  znalezione  w  domu  i  koroner  stwierdził  śmierć  naturalną,  tak  jak  w

pozostałych przypadkach...

-  On  miał  zawał,  a  Susan  udar  -  uściśliła  Greta,  dopełniając  trzy  kieliszki

nalewką ziołową własnej roboty.

-  O  tak,  ale  jest  coś,  czego  policja  nie  potrafi  wytłumaczyć  -  ciągnął  Devlin,

background image

biorąc kieliszek do ręki - dlaczego obydwoje mieli ubrania mokre od deszczu i wody

morskiej, skoro ciała zostały odnalezione w domu!

- Deszcz - powtórzył zamyślony Ken - dokładnie jak tamtej nocy...

-  Posłuchaj,  Kendred  -  powiedziała  Greta,  podając  mu  kieliszek.  -  Nie  wiem,

jakiego rodzaju wiedzy poświęciłeś się w ciągu ostatnich lat, ale mój jedyny kontakt z

czarami ograniczał się do czytania z kart i przewidywania przyszłości naiwniakom. Nie

chodzi o to, że nie znam się na mojej pracy, ale...

- Greta stara się powiedzieć - wtrącił Devlin - że potrzebujemy księgi Scrimma,

to nasza jedyna droga ratunku!

- Ale... ja jej nie mam!

- Naprawdę, Ken? - Devlin popatrzył na niego sceptycznie. - Przy twojej miłości

do starych książek? Chcesz powiedzieć, że przez te wszystkie lata nigdy nie naszła cię

ochota, aby ją odnaleźć?

-  Do  diaska,  myślicie,  że  okłamywałbym  was  w  tak  ważnej  kwestii?  Sami  mi

powiedzieliście, że Malartium zaginęła podczas waszej potyczki ze Scrimmem!

- W takim razie, niech niebiosa mają nas w swojej opiece, Ken - odpowiedział

Devlin, siadając głębiej w fotelu. - Niech niebiosa mają nas w swojej opiece.

- Chwileczkę, nie ma tu z nami Damona... - powiedziała Greta.

-  No  tak,  ale  kto  wie,  gdzie  on  teraz  jest...  -  zamyślił  się  Ken.  -  Interesy

zatrzymują go przez większość czasu w Południowej Afryce!

-  Jednak  naszym  obowiązkiem  jest  uprzedzić  go,  że  jest  w  śmiertelnym

niebezpieczeństwie - westchnął Devlin.

*

Douglas i Crystal stali na szczycie opuszczonej latarni morskiej. Z góry rozciągał

się  przepiękny  widok.  Tej  nocy  całe  Misty  Bay  spowite  było  w  kołderkę

fluorescencyjnej mgły, ale wyżej, na niebie, wyraźnie było widać gwiazdy i księżyc w

pełni.

- A więc to tutaj się ukrywasz... - powiedział Douglas. - Piękne miejsce, nie ma

co!

- Douglas, posłuchaj... będzie lepiej, jeśli coś ci wytłumaczę...

- I ja tak myślę. - Douglas oparł się wygodnie o zdezelowany fotel i założył ręce

background image

na kark.

- ...zanim popełnisz jakieś głupstwo i pozwolisz się zabić - dodała dziewczynka.

Douglas pozostał niewzruszony, ale głośno przełknął ślinę.

- Zatem... Nie wiem, od czego zacząć...

- Może spróbujesz od początku?

-  Nie,  zacznę  od  końca.  Dziś  popołudniu  zawiesiłam  kartkę  na  szyi  tego

bezmózgiego Lance'a i podpisałam „Niewidzialni”... W sumie to nie jest nazwa mojej

bandy.  Ani  też  żadnej  współczesnej  bandy  z  Misty,  to  nazwa  bandy  sprzed

sześćdziesięciu lat. Należała do niej moja babcia.

- Banda sprzed sześćdziesięciu lat... - powtórzył jak echo Douglas.

- Dokładnie. Prawdę mówiąc, twój wujek także do niej należał i Mark, i te dwie

osoby, z którymi rozmawiał dziś wieczorem twój wujek. No cóż, moja babcia nigdy nie

chciała  mi  dokładnie  powiedzieć,  z  kim  lub  z  czym  mieli  wtedy  potyczkę.  Mówiła

tylko,  że  to  było  przerażające  i  że  jestem  jeszcze  za  mała,  by  mogła  mi  o  tym

opowiedzieć. Ale wiem, że na pewno mieli jakiś kontakt z czarami...

- Czarami? - przerwał jej, prostując się Douglas. - Żartujesz, prawda?

- Douglas, jak ci się wydaje, jak udałoby mi się oszukać Lance'a, kiedy biegł za

wami  dziś  rano  w  jaskini?  I  jak  udałoby  mi  się  go  przekonać,  aby  wszedł  na  wieżę

zegarową w ratuszu, gdybym go nie zahipnotyzowała?

-  Coooo?  -  powiedział  Douglas,  patrząc  jej  prosto  w  oczy,  które  błyszczały  w

ciemności. - Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że ty też jesteś wróżką?

-  Dokładniej:  telepatką.  Umiem  odgadywać  emocje  ludzi.  A  także  ich  myśli.

Potrafię  także  przekazać  moje  myśli  innym.  Poza  tym  znam  jeszcze  kilka  innych

sztuczek, takich jak na przykład hipnoza...

-  Telepatia  i  hipnoza  -  wykrzyknął  Douglas  z  niedowierzaniem.  -  Tylko  nie

dawaj mi tego do picia!

- Ach, tak? - roześmiała się. - To w takim razie może mi wytłumaczysz, dlaczego

od dziesięciu minut rozmawiasz z moim odbiciem?

Douglas spojrzał na parapet za sobą, z którego dochodził teraz ironiczny śmiech

siedzącej  na  nim  Crystal.  Znów  odwrócił  się  w  stronę,  gdzie  siedziała  wcześniej

dziewczynka,  ale  już  jej  nie  było...  Spojrzał  na  parapet:  tam  także  jej  nie  było.  Na

background image

oczach  poczuł  dłonie  stojącej  z  tyłu  Crystal.  Znów  szybko  się  odwrócił  i  znów  ją

zobaczył.

- Masz rację, rezygnuję, nie dam ci tego do picia! - roześmiała się.

Douglas poczuł, że musi oprzeć się o parapet.

- Nieźle, co? - dziewczynka rzuciła zadowolona. - I pomyśl, że to była pierwsza

rzecz,  którą  babcia  mnie  nauczyła  -  zamilkła  i  spojrzała  na  ocean,  jakby  chciała

zostawić Douglasowi czas, aby to przemyślał.

- Crystal - powiedział w końcu. - Co miałaś na myśli, kiedy mówiłaś, że jestem

drzwiami?

-  Drzwi  to  ktoś,  kto  jest  w  stanie  zrobić  przejście  pomiędzy  teraźniejszością,

przeszłością  i  przyszłością.  Najsilniejsze  drzwi  mogą  stworzyć  nawet  przejścia

pomiędzy wymiarami, ale ty chyba nie jesteś tak mocny...

- Ach, dziękuję ci bardzo...

- A jednak mógłbyś okazać się pożyteczny.

- Chcesz powiedzieć, że moje sny są prawdziwe? Że widzę to, co się wydarzyło

w przeszłości?

- Sny? Jakie sny? Opowiedz!

*

Peter Peaky obudził się, bo coś skrobało w okno. Chłopiec otworzył je i wyjrzał

na zewnątrz.

- Crys, to ty?

- A  kuku  -  zaśmiała  się  dziewczynka.  Nagle  pojawiła  się  na  gałęzi  czereśni.  -

Sprawdzimy, co mi przygotowałeś na kolację - powiedziała, otwierając pojemnik. - Ej,

to wszystko? Ani kawałka tortu?

- Posłuchaj, już niewiarygodnie trudną rzeczą jest przekonanie mojej mamy, aby

dała mi co smakowitsze kąski dla bezdomnych kotów włóczących się po okolicy. Więc

nie narzekaj jak zwykle.

-  Nieważne.  Dziś  wieczór  jestem  szczęśliwa  -  powiedziała,  wbijając  zęby  w

kawałek pieczeni. - Rozmawiałam z Douglasem i masz rację, nie jest taki głupi, jak się

wydaje i pomoże mi dowiedzieć się czegoś o mojej babci.

- W jaki sposób, o ile mogę zostać wtajemniczony w twe nieprzeniknione plany?

background image

Pokazała mu język i mówiła dalej:

-  Jutro  rano  mamy  spotkanie  w  domu  jego  wujka.  Będziemy  szukać  jego

pamiętników z czasów, kiedy należał do Niewidzialnych. Zaczyna robić się ciekawie!

Rozdział 9.

Douglas znów ma koszmary

Tej nocy Douglas znów miał koszmar i znów wydał mu się on prawie namacalny,

rzeczywisty. Być może dlatego, że nie był to właściwie sen, a przynajmniej trudno go

było uznać za sen.

„Drzwi” - tak go nazwała Crystal.

*

We  śnie  Douglas  widzi  ulice  Misty  Bay,  ale  takie,  jakie  były  przed

sześćdziesięciu laty.

Jest noc i pada. Błyskawice bez ustanku rozdzierają niebo, a ulice zamieniają się

w potoki.

To dziwne, w snach zazwyczaj nie zwraca na to uwagi, a jednak prawie czuje na

skórze chłód deszczu i przynoszony przez wiatr zapach oceanu.

Żółtawe  światło  przebija  przez  deszcz.  To  lampa,  która  oświetla  wejście  do

biura szeryfa.

Szybkie  kroki  dudnią  po  asfalcie.  Ktoś  biegnie,  jest  coraz  bliżej.  Dyszy.  To

chłopiec... chłopiec, którego już poznał.

To Ken, z bandy Niewidzialnych.

-  Nazywam  się  Kendred  Halloway  -  mówi  zadyszany  chłopiec  do  zastępcy

szeryfa, przysadzistego mężczyzny, który zza kontuaru patrzy na niego zapuchniętymi od

snu oczami.

- Bardzo mi przyjemnie - odpowiada sarkastycznie mężczyzna.

Chłopiec  waha  się:  nie  wie,  od  czego  zacząć.  Nagle  wyrzuca  z  siebie  potok

background image

słów:

- To on! Nakryliśmy go! Musicie go aresztować, bo inaczej ich pozabija!

-  Ej,  chłopcze,  uspokój  się  -  upomina  go  zastępca  szeryfa.  -  Nic  z  tego  nie

rozumiem! Co ty bredzisz?

- Moi przyjaciele! Posłużą się Malartium, którą ukradłem i...

- Ach, no to rozumiem, przyszedłeś, żeby się przyznać do kradzieży.

-  Do  jakiej  kradzieży?  Wczoraj  wieczorem  razem  z  moimi  przyjaciółmi

weszliśmy do niego do domu, ale on na nas już czekał i...

-  Chwileczkę,  chyba  będzie  lepiej,  jak  zacznę  notować.  A  zatem:  włamanie,

pogwałcenie praw własności, kradzież...

-  Ależ  nie,  nie  zrozumiał  mnie  pan,  nie  chcę  zeznawać  -  krzyczy  zrozpaczony

Ken. - Staram się panu powiedzieć, że wiem, kto porwał zaginione dzieci!

- Co? - krzyczy zastępca i nareszcie zaczynał się naprawdę budzić. - Uspokój się,

chłopcze. Mówisz prawdę?

- Przysięgam na własne życie!

-  Kto  tak  wrzeszczy?  -  Do  pokoju  wchodzi  jeszcze  jeden  mężczyzna,  wysoki  i

dobrze zbudowany.

-  Przepraszam,  szeryfie,  ale  ten  chłopiec  mówi,  że  wie,  kto  porwał  zaginione

dzieci - pośpiesza z wyjaśnieniem zastępca.

- Ach, tak? I kto to jest?

- Angus Scrimm - wykrzykuje, ile tylko sił w płucach Ken.

Mężczyźni  nie  mogą  wymówić  ani  słowa,  potem  patrzą  na  siebie.  Szeryf  w

geście rozpaczy przesuwa ręką po nabrylantynowanych włosach.

Zastępca  szeryfa  celuje  ołówkiem  w  kierunku  przemoczonego  do  suchej  nitki

chłopca.

-  Posłuchaj,  młodzieńcze.  Jeśli  natychmiast  stąd  wyjdziesz  i  wrócisz  spokojnie

do domu, postaram się...

-  Musicie  mi  uwierzyć!  Te  dzieci  i  moi  przyjaciele  są  w  śmiertelnym

niebezpieczeństwie!

- No dobrze, sam tego chciałeś. Musisz wiedzieć, że wszystko, co powiesz, może

zostać  użyte  przeciwko  tobie  -  mówi  mężczyzna,  starając  się  przybrać  surowy  wyraz

background image

twarzy. - Chcesz to ciągnąć?

- Oczywiście! Mówię prawdę! Odkryliśmy, że to Scrimm porwał dzieci!

- I jak do tego doszliście?

-  Dzięki  jego  zegarkowi!  Popatrzcie!  -  woła  rozgorączkowany  i  kładzie  na

kontuarze „cebulę”, stary kieszonkowy zegarek.

Zastępca bierze go do ręki.

- Do diaska, skąd go wziąłeś?

-  To  długa  historia.  Wczoraj  wieczorem  ja  i  moi  przyjaciele  wdarliśmy  się  do

jego willi, ale... ale... W sumie, proszę pana, nic nie udało się nam zrobić, ponieważ on

jest czarodziejem!

Szeryf zaczyna się trząść ze złości. Zastępca pośpiesza na pomoc:

- Słuchaj, byliśmy bardzo cierpliwi...

- Proszę pozwolić mi skończyć! Mówię przecież, że nas zahipnotyzował! Ale mi

się  udało  ukraść  mu  książkę,  której  używa  do  swoich  czarów. A  teraz  chce  użyć  jej

Damon,  aby  przeprowadzić  rytuał  na  sobie  i  pozostałych  członkach  bandy,  aby  go

pokonać. Rytuał krwi! Stracił głowę i jeśli natychmiast czegoś nie zrobicie...

- Posłuchaj, mały, chcesz powiedzieć, że ty i twoi przyjaciele włamaliście się do

miejsca  zamieszkania  Angusa  Scrimma,  zagarnęliście  dwa  przedmioty  należące  do

niego  -  książkę  i  ten  zegarek  -  a  teraz  oskarżasz  go  także  o  to,  że  jest  jakimś

Czarodziejem Merlinem, a my, do stu diabłów, mamy ci w to uwierzyć?

Mężczyzna wychodzi za kontuar i chwyta go za kołnierz.

-  Wiesz,  co  ci  powiem?  -  sapie  z  wściekłości  -  Zostawię  cię  w  areszcie  i

zostaniesz  tam,  aż  przyjdą  jutro  rano  twoi  rodzice!  I  może  oni  powiedzą  mi,  kto  jest

prawdziwym właścicielem zegarka.

-  Nie,  zostawcie  mnie  -  krzyczy,  starając  się  wyrwać.  -  Musicie  mi  uwierzyć!

Musicie mi pomóc!

Ale  mężczyzna  jest  niewzruszony.  Po  krótkiej  chwili  młody  Kendred  Halloway

trafia do celi.

Kiedy  zastępca  szeryfa  oddala  się,  chłopak  skacze  na  pryczę  i  łapie  za  kraty  w

okienku.  „Może  Damon  miał  rację  -  myśli  zrozpaczony.  -  Może  także  szeryf  i  jego

ludzie są zaczarowani przez Angusa Scrimma!”

background image

Jest  jasne,  że  nie  uwierzyli  mu  i  że  teraz  bardziej  niż  kiedykolwiek  porwane

dzieci mogą liczyć tylko i wyłącznie na pomoc Niewidzialnych.

Ale kto pomoże Niewidzialnym?

Malartium znaleźli rytuał, który może im pomóc pokonać Scrimma. Ale ceną

mogą być ich dusze!

*

I  tym  razem  Douglas  obudził  się  nagle,  przerażony  koszmarem.  Rozejrzał  się

zdziwiony, że jest w łóżku, w swoim pokoju, w domu wujostwa.

Było mu zimno. „To przez pot” - pomyślał. A jednak coś nie dawało mu spokoju.

Jego piżama i włosy były mokre od... zupełnie jakby zmoczył go deszcz z koszmaru.

„Absurd - pomyślał. - To tylko pot.”

Czuł coś na skórze... coś słonego?... Morską wodę?

Zmienił piżamę, osuszył szybko włosy i z powrotem wsunął się pod kołdrę.

Ale nie udało mu się zasnąć ponownie. Za bardzo się bał.

background image

R

OZDZIAŁ

 

10.

Ukryte pamiętniki

W  mieście,  nawet  tak  małym  jak  Misty  Bay,  nie  tak  trudno  być  niewidzialnym.

Wystarczy  dobrze  znać  miasto,  a  szczególnie  jego  mniej  znane  części.  Ślepe  zaułki

nigdy nie są tak naprawdę ślepe: zawsze znajdzie się jakaś boczna droga, którą można

uciec,  albo  wyjście  ewakuacyjne,  które  prowadzi  na  tył  restauracji  czy  pensjonatu.

Hotele  pełne  są  labiryntów  dodatkowych  przejść,  które  wychodzą  na  ciemne  galerie

podziemnych kanałów, korytarzy i piwnic. Nieważne czy jesteś gwiazdą telewizji, czy

ściganym  przez  policję  lub  opiekunów  środowiskowych  -  jeśli  tylko  masz  głowę  na

karku - możesz być nieuchwytny. A Crys miała głowę na karku.

Takimi  właśnie  przejściami  przedostawała  się  niezauważona  z  jednego  miejsca

na  drugie.  Od  momentu,  kiedy  znikła,  po  śmieci  babci,  wszyscy  -  policja,  opieka

społeczna,  przyjaciele  rodziny  i  gapie  -  szukali  jej.  Wszędzie  było  ich  pełno.  Na

szczęście Crystal miała jeszcze jeden dar: umiejętność hipnotyzowania.

Nauczyła  ją  tego  babcia,  a  ona  już  od  początku  wykazywała  w  tym  kierunku

niezwykłe zdolności. Wystarczyło, że skrzyżowała z kimś wzrok na kilka sekund, a już

pogrążała go w stanie hipnozy. Tym łatwiej, jeśli osoba się tego nie spodziewała lub

miała słabą wolę.

Owego ranka Crystal bez problemu dostała się do domu Douglasa. Ukryła się w

ogrodzie,  w  miejscu,  które  wskazał  jej  przyjaciel.  Czekali,  aż  wujek  Ken  pójdzie  do

biblioteki, a ciocia Hettie na zakupy.

Wychyliła się zza krzaka, aby pomachać Peterowi, ale ten twardo udawał, że jej

nie widzi. „To typowe dla kobiet” - pomyślał chłopiec, złoszcząc się na nieostrożność

Crystal. Spotkał ciocię Douglasa w progu domu, przywitał się z nią i patrzył, jak idzie

w stronę autobusu, który miał ją zawieźć do sklepów znajdujących się w dolnej części

miasta.

W  chwilę  później  Douglas  zszedł  do  kolegi  na  werandę  i  pokazał  na  migi

Crystal, że droga wolna.

-  Ale  wyglądasz...  -  skrytykowała  go  Crystal,  kiedy  wchodzili  schodami  na

strych. - Znów ci się śniło coś ładnego?

background image

Douglas  skorzystał  z  okazji,  aby  opowiedzieć  jej  swój  sen.  Wciąż  nie  mógł

uwierzyć, że wreszcie ma kogoś, komu może się zwierzyć.

- Wspaniale! - skomentowała Crystal.

-  I  to  wszystko?  Nie  masz  nic  więcej  do  powiedzenia?  Jesteś  telepatyczką  czy

nie?

-  Telepatką.  Co  chcesz,  abym  ci  powiedziała?  Poczekajmy.  Zaraz  przeczytamy

dziennik twojego wujka: zobaczysz, że wszystko stanie się jaśniejsze.

-  Dzięki,  bardzo  mi  pomogłaś,  nie  ma  co  gadać...  -  odparł  Douglas,  patrząc

krzywo  na  śmiejącego  się  Petera.  - A  z  nim  co  zrobimy?  -  powiedział,  wskazując  na

Petera. - Jego także weźmiemy do bandy?

-  Co  to  znaczy  „jego  także”?  A  ty,  przepraszam,  od  kiedy  do  niej  należysz?  -

skarciła go Crystal, dotknięta do żywego.

Douglas trafił w dziesiątkę. Postanowił drążyć temat.

- Posłuchaj, przecież chciałaś wskrzesić Niewidzialnych, co?

- Tak, ale...

- No więc właśnie. A czy ktoś kiedyś słyszał o bandzie złożonej z jednej osoby?

Moim zdaniem potrzebne są co najmniej dwie... A trzy byłoby nawet lepiej. Zgadza się,

Peter?

- Zgadza się, szefie! To znaczy...

- Szefie??? - syknęła Crystal. - Dobrze, zostawmy to na razie. Porozmawiamy o

tym później, jeśli przejdziecie Próbę Odwagi.

- Próbę Odwagi? - powtórzył przejęty Peter.

- Co jest? Boisz się? To nie ty niedawno zgrywałeś nieustraszonego odkrywcę? -

dociął mu Douglas.

- A  zatem  szukamy  tych  pamiętników,  czy  nie?  -  powiedział  Peter  głosem  tylko

odrobinę ostrzejszym niż zwykle.

Na  strychu  w  domu  wujostwa  znajdowała  się  typowa  zbieranina  rupieci,  w

których  każdy  dzieciak,  w  tym  Douglas,  chciałby  poszperać. Ale  nie  tego  dnia.  Czas

upływał,  a  on  miał  nadzieję,  że  szybko  uda  im  się  znaleźć  pamiętniki.  Wystarczyło

jednak spojrzenie na tę górę starych mebli, półek i skrzyń z książkami, aby zrozumieć,

że zadanie nie będzie łatwe.

background image

- Trochę kręci mi się w głowie... - zaczął Douglas.

- Chyba mam coś do zrobienia w domu... - dołączył do niego Peter.

-  Może  Crystal  się  tym  zajmie,  a  my  pójdziemy  zrobić  coś  innego...  -  ciągnął

Douglas.

- Tak, w istocie, to zdecydowanie bardziej kobiece zajęcie... - dodał Peter.

- O kurczę! Nie zostawicie mnie tu samej! - ostrzegła ich Crystal. - Nikt stąd nie

wyjdzie, dopóki nie znajdziemy tych przeklętych pamiętników!

- No, chyba nie mamy wyjścia, co, Pete? - powiedział Douglas, uśmiechając się

do przyjaciela.

-  Zdecydowanie  nie.  Żaden  mężczyzna,  godzien  tego  miana,  nie  może  odmówić

prośbie tak delikatnej panienki.

Chłopcy popatrzyli na siebie i wybuchli dźwięcznym śmiechem, a potem zaczęli

szperać w starociach.

- Kretyni - wycedziła przez zęby Crystal i poszła na drugą stronę strychu.

Po  ponad  godzinnych  poszukiwaniach  cała  trójka  opadła  na  wielką  kanapę

pokrytą zakurzonym prześcieradłem.

- Raport - zażądała Crystal.

- No, u mnie nic - prychnął Douglas.

- U mnie także - westchnął Peter. - A u ciebie, Crys?

-  Kurczę  blade,  jak  w  tym  bałaganie  cokolwiek  można  znaleźć?  Trzeba  być

idiotą, aby naskładać tyle niepotrzebnych rzeczy i poukładać je w równie głupi sposób!

-  Ona  chyba  chce  powiedzieć,  że  nic  nie  znalazła,  co,  Pete?  -  roześmiał  się

Douglas.

Na  dźwięk  tych  słów  twarz  Crystal  pociemniała.  Ukryła  ją  w  dłoniach.  Chyba

chciała  ukryć  złość.  Douglas  kątem  oka  zauważył,  że  po  schodach  wchodzi  wujek.

Peter pewnie też to zauważył, bo schował się za kanapę.

-  Crys,  to  mój  wujek!  Schowaj  się!  -  wybełkotał  Douglas,  kiedy  spostrzegł,  że

dziewczynka wciąż zakrywa twarz dłońmi.

Wujek Ken szedł prosto w stronę kanapy, na której wciąż siedziała Crystal. Było

prawie pewne, że ją zauważył. A jednak przeszedł obok, nie zaszczyciwszy jej nawet

jednym  spojrzeniem  i  skierował  się  w  stronę  ceglanej  ściany.  W  tym  momencie

background image

Douglas zdał sobie sprawę z jeszcze jednego: wujek poruszał się bezszelestnie, jakby

unosił się nad ziemią!

Mężczyzna  podszedł  do  ściany  i  oparł  o  nią  dłonie.  Nagle  jego  obraz  zachwiał

się.  Douglas  z  niedowierzaniem  przetarł  oczy.  Kiedy  znów  spojrzał  w  stronę  ściany,

sylwetka  wujka  zrobiła  się  przezroczysta,  a  w  chwilę  później  w  ogóle  nie  było  jej

widać.

Peter z otwartymi ustami wpatrywał się w miejsce, w którym chwilę wcześniej

znikł  wujek  Ken.  Crystal  wciąż  zakrywała  dłońmi  twarz  i  wyraźnie  drżała.  Douglas

wyciągnął rękę i dotknął jej ramienia: jej koszulka była mokra od potu.

- Crys?

-  Projekcja  pozacielesna  -  wytłumaczyła  dziewczynka,  odkrywając  wreszcie

twarz. Była bardzo blada, a powieki miała wciąż zaciśnięte.

- Co?

- Tak naprawdę nie było tu twojego wujka... To ja wywołałam jego obraz.

Peter spojrzał na swoje ubranie całe w kurzu i pajęczynach.

- Przepraszam, ale nie mogłaś zrobić tego wcześniej?

Crystal popatrzyła na niego groźnie.

- Dobrze, dobrze - łagodził Peter - zadałem jedynie niewinne pytanie.

-  To  taki  trik,  dość  łatwy,  ale  wyczerpujący  -  wytłumaczyła  mu  Crystal  z

półuśmiechem.  -  Pamięć  osób  na  długo  pozostaje  w  miejscach,  jakby  była  nutką

zapachu... Schwytać ją, to pierwsza rzecz, której nauczyła mnie babcia.

Douglas zbliżył się do miejsca na ścianie, której dotknął wujek. Powtórzył jego

ruch,  położył  ręce  na  murze.  Wreszcie  opuszkami  palców  wymacał  lekko  wystającą

cegłę.  Chwycił  ją  i  pociągnął.  Wysunęła  się  wraz  z  dwiema  pozostałymi.  W  dziurze

znajdowała  się  blaszana  puszka,  taka,  jakiej  kiedyś  używano  do  przechowywania

ciasteczek.  Była  pełna  pożółkłych  wycinków  z  prasy  lokalnej  z  datami  z  czerwca  i

lipca 1938 roku. W oczy rzucały się charakterystyczne kwadratowe litery nagłówków:

R

USSEL

 E

VERETT

 

-

 

TO

 

IM IĘ

 

NASTĘPNEGO

 

ZAGINIONEGO

DZIECKA.

 P

OLICJA

 

WYDAJE

 

SIĘ

 

BYĆ

 

BEZSILNA

P

OSZUKIWANY

 

TAJEM NICZY

 

M ANIAK,

 

PORYWACZ

 

DZIECI

background image

Z

NALEZIONO

 

BERET

 

NALEŻĄCY

 

DO

 

JEDNEGO

Z

 

ZAGINIONYCH

 

DZIECI.

 B

RAK

 

ŚLADÓW.

O

BAWA

 

PRZED

 

NAJGORSZYM

B

URM ISTRZ

 

ZAPOWIADA:

 

SCHWYTAM Y

 

M ANIAKA

Douglas postawił puszkę na starym krześle i zajrzał znów do dziury. Były w niej

jeszcze ułożone, jeden na drugim, zeszyty.

Pamiętniki wujka.

Rozdział 11.

Niewidzialni obecni?

3 lipca 1938 roku, godzina 22.30

„Niewidzialni, obecni.” Od dnia dzisiejszego to nasz okrzyk bitewny!

Damonowi  wpadł  do  głowy  pomysł,  że  powinniśmy  wymyślić  okrzyk  bitewny.

Uważa,  że  wszystkie  szanujące  się  bandy  mają  taki  okrzyk,  dlatego  my  też  musimy

jakiś znaleźć. Zaczęliśmy na wyścigi wymyślać wezwania: „Niewidzialni, do mnie!”,

„Niewidzialni, do ataku!”, „Niewidzialni albo śmierć!”... Te były najlepsze!

Aż do mementu, kiedy przyszła Greta. Była spóźniona i kiedy weszła do groty-

kryjówki na skale, wykrzyknęła: „Hej, obecni?”.

W tym momencie, spontanicznie, każdy z nas zaczął wymawiać swoje imię, tak

jak  w  szkole,  ale  głośniej,  z  dumą.  Na  koniec  popatrzyliśmy  na  siebie  z  uśmiechem

zadowolenia i wtedy Damon wykrzyknął: Niewidzialni, obecni?”.

I  każdy  odpowiedział  własnym  imieniem:  „Damon,  obecny!”.  Proste,  ale

efektowne, co wy na to?

Mark  narzekał  i  mówił,  że  ten  okrzyk  bitewny  to  jakaś  głupota,  ale  pozostali

nie  zwracali  na  niego  uwagi.  Wtedy  Damon  wstał  i  powiedział,  żebyśmy  poszli  za

background image

nim. Wszyscy razem wyszliśmy i zaczęliśmy zbiegać z groty-kryjówki na dół, w stronę

miasta.  Kiedy  biegliśmy,  Damon  wrzeszczał:  „Niewidzialni,  obecni?”  i  każdy  z  nas

odpowiadał własnym imieniem, dodając: „obecny!”. Wszyscy oprócz Marka - tak mi

się  wydaje.  Potem  krzyczeliśmy  na  zmianę:  „Niewidzialni,  obecni?”,  a  pozostali

odpowiadali. To było poruszające. Na początku śmieliśmy się, ale biegnąc już przez

zamieszkałą  dzielnicę,  kiedy  przechodniów  robiło  się  coraz  więcej,  mieliśmy  coraz

większą świadomość tego, że nie był to już zwykły żart.

Znaczyło to, że my i tylko my byliśmy Niewidzialni, a cała reszta była poza!

Dotarliśmy pod dom naszej starej nauczycielki matematyki.

Susan: „Niewidzialni, obecni?”.

Dalej kościół baptystów ojca Rentalla.

Devlin: „Niewidzialni, obecni?”.

Potem pralnia rodziców Sandy Baker.

Greta: „Niewidzialni, obecni?”.

Nie  chcąc  wzbudzać  zbyt  dużej  sensacji,  przestaliśmy  wykrzykiwać  swoje

imiona,  wypowiadaliśmy  je  tylko  szeptem.  Wreszcie  dobiegliśmy  nad  brzeg  morza.

Rzuciliśmy się na piasek, płuca paliły nas, a serca waliły jak bębny. Później Damon

powtórzył jeszcze raz pytanie, ale tym razem cicho, spokojnie:

- Niewidzialni, obecni?

- Na zawsze - odpowiedziałem.

- Na zawsze - odpowiedzieli pozostali.

Mark odpowiedział także.

*

- Wspaniale! - wykrzyknął Douglas, kiedy Peter skończył czytać opis tego dnia z

pamiętnika wujka Kena. - Dawaj dalej!

Peter szybko przerzucił kilka kartek.

- Hmmm, cała reszta składa się z epizodów o mniejszym znaczeniu, dotyczą one

w większości stosunków między twoim wujkiem a jego rodzicami i tak dalej...

- Poczekajcie - wtrąciła nagle Crystal. - Tu znalazłam coś, co może mieć związek

z tym, czego szukamy! Czytam.

*

background image

15 lipca 1938 roku, godzina 22.00

„Niewidzialni, obecni?”

Ja jestem obecny.

Wczoraj zniknęło następne dziecko, Russel Everett, przyjaciel Devlina. To był

także  mój  kolega,  nawet  jeśli  nie  widywaliśmy  się  często.  Jego  tata  ma  lodziarnię

nad brzegiem morza. Kiedyś nie miałem pieniędzy i dał mi loda za darmo.

Damon  mówi,  że  musimy  mu  pomóc...  Po  to  właśnie  mamy  bandę.  Poza  tym

lubimy  naprawiać  krzywdy  i  pomagać  ludziom,  jak  tego  popołudnia,  kiedy

znaleźliśmy psa pani Plunder. Przywiązaliśmy go do klamki u drzwi jej domu, potem

głośno zapukaliśmy i uciekliśmy. Przedtem jednak wsunęliśmy pod drzwi karteczkę:

„Z  pozdrowieniami  od  Niewidzialnych!”.  Pani  Plunder  miała  niezłą  niespodziankę.

Jestem  pewien,  że  gdybyśmy  wyszli  wtedy  zza  krzaków,  obdarowałaby  nas

ciasteczkami  i  marmoladą  (robi  świetną  marmoladę!).  Damon  odrzucił  jednak

nagrodę  (podobnie  jak  ten  zamaskowany  bohater  radiowy:  Cień),  a  my  zgodziliśmy

się  z  nim,  że  lepiej  pozostać  w  ukryciu.  Muszę  jednak  przyznać,  że  ta  odrobina

marmolady nie sprawiłaby mi przykrości.

Dzisiejszej  nocy  mamy  spotkanie  w  starej  latarni:  podzielimy  się  na  dwie

drużyny i przebiegniemy przez miasto. Będziemy mieli tylko dwie drużyny, bo Devlin

jest chory (nie jest głupi, zawsze znajdzie jakiś sposób, aby się wymigać od trudnych

zadań), dlatego Susan pójdzie z Damonem i ze mną.

Będzie  lepiej,  jeśli  udam  teraz,  że  przygotowuję  się  do  snu.  Przykryję  się

kołdrą ubrany do połowy i kiedy tylko rodzice zgaszą światło, założę ciemny sweter i

spuszczę  się  po  rynnie,  bo  przecież  nigdy  nie  pozwolą  mi  wyjść  samemu  nocą.

Szczególnie teraz, kiedy grasuje ten maniak, no i...

Powodzenia, Niewidzialni!

Ciąg dalszy (mam nadzieję) jutro wieczorem.

*

Tak kończył się opis tego dnia. Crystal przeszła od razu do kolejnej daty.

*

16 lipca 1938 roku, godzina 14.30.

Niewidzialni, obecni?”

background image

Ken, obecny.

Fiuuu! Ostatnia noc była naprawdę ciężka.

Od godziny krążyliśmy po mieście i nie znaleźliśmy nikogo podejrzanego.

Jak  zwykle  była  mgła.  Czy  to  możliwe,  że  mieszkamy  w  jedynym  na  świecie

mieście,  gdzie  mgła  wisi  w  środku  lata?  (Może  jest  więcej  takich  miast?  Co?)

Generalnie: chodzimy, nic nie widzimy, mamy takie szanse wpaść na tego maniaka,

jak znaleźć igłę w stogu siana.

Na szczęście Susan wpadł do głowy jeden z jej pomysłów: dlaczego ja i Damon

nie moglibyśmy iść w tyle, ukryci we mgle, tak żeby ona posłużyła jako przynęta dla

maniaka? Oczywiście Damon mówi, że nawet nie ma mowy, że to zbyt niebezpieczne.

I co ona wtedy robi? Udaje, że się zgadza, ale kiedy tylko się odwracamy, ucieka w

podskokach!

Nie  od  razu  się  zorientowaliśmy,  ponieważ  właśnie  w  tym  momencie  Damon

dotyka mojego ramienia. Mówi, żebym spojrzał do tyłu. Od kilku minut ma wrażenie,

że ktoś nas śledzi. Przez chwilę skupiamy się na ciszy i na mgle, a kiedy odwracamy

się w stronę Susan, jej już oczywiście nie ma.

Damon rozgląda się przerażony, szepcze swoje imię, a z ciemności dobiega nas

głupawy śmiech Susan. Wariatka!

Zaczynam za nią biec, ale musielibyśmy mieć wiele szczęścia, aby ją dopaść!

Docieramy  do  starej  części  miasta,  położonej  w  pobliżu  portu,  gdzie  są  same

baraki,  zaułki  i  brud.  Przysięgam,  nie  zdziwiłbym  się,  gdyby  zza  rogu  wyszedł  sam

Kuba Rozpruwacz!

W  pewnym  momencie  zatrzymujemy  się  i  słyszymy  złowrogi  dźwięk:  kroki

dorosłego mężczyzny za naszymi piecami.

On także zaraz się zatrzymuje, ale i tak jesteśmy pewni: ktoś nas śledzi.

Damon  na  migi  pokazuje  mi,  że  mam  być  cicho  i  ciągnie  mnie  za  stos  sieci.

Siedzimy tam przez chwilę, która wydaje mi się wiecznością, a prawdopodobnie nie

trwa dłużej niż kilka minut. Nic, nikogo nie widać. Co gorsze jednak, nie słyszymy już

śmiechu Susan!

Patrzymy  na  siebie  przerażeni  i  nagle  wszystko  staje  się  jasne:

prawdopodobnie ten mężczyzna nie szedł za nami, ale za Susan!

background image

Damon zrywa się na równe nogi i lekceważąc zagrożenie, woła Susan. Zaczyna

biec, ja również biegnę za nim i wrzeszczę: „Susan! Susan!”.

Nagle  odpowiada  nam  krzykiem  pełnym  przerażenia.  Jest  taka  rozpacz  w  jej

głosie, że w pierwszej chwili go nie poznaję.

Jest tam, jakieś dziesięć metrów od nas, tam, gdzie uliczka wychodzi na mały

placyk. Nie jest sama. Nad nią pochyla się mężczyzna w długim, ciemnym płaszczu i

wielkim kapeluszu opuszczonym na oczy. Próbuje ją obezwładnić. Ona ze wszystkich

sił stara się uwolnić, ale jest jasne, że nie da rady. Ruszamy w jej kierunku i dzieje

się  coś  dziwnego.  Mężczyzna  nas  widzi.  Odwraca  się,  patrzy  na  nas  i  wtedy  mgła

przemienia się w coś bardziej cielesnego...

Nagle mamy wrażenie, że nasze nogi odmawiają nam posłuszeństwa, jakbyśmy

próbowali  biec  w  gęstym  syropie.  Kilka  metrów  od  nas  Susan  walczy  o  życie,  a  my

poruszamy  się  w  spowolnionym  tempie,  jak  w  najbardziej  przeklętym  śnie.

Odwracam się w stronę Damona i widzę, że po twarzy płyną mu łzy, nie wiem czy ze

złości, czy z wysiłku. Wrzeszczy: „Susaaan! Susaaan!”.

Nagle wszystko się kończy.

W  jednym  z  baraków  zapala  się  światło  i  na  rogu  otwiera  się  małe  okienko.

Wygląda przez nie niewzbudzający zaufania mężczyzna. Zaczyna wrzeszczeć i pytać

nas, co u licha się dzieje. W chwilę potem otwierają się drzwi następnego baraku, a

potem jeszcze jednego.

Ja  i  Damon  jesteśmy  nagle  uwolnieni  z  niewidocznej  mazi,  która  krępowała

nasze  ruchy.  Padamy  więc  gwałtownie  do  przodu,  niemal  rozbijając  sobie  nosy  o

bruk.

Kiedy  podnoszę  głowę,  mężczyzny  już  nie  ma,  a  Susan  leży  na  ziemi,

podpierając się łokciami. Ludzie z baraków bezradnie stoją w miejscu, a ja i Damon

biegniemy do niej, chcąc jej pomóc.

Damon  dobiega  pierwszy,  obejmuje  ją  i  podnosi  jej  głowę...  jest  przerażona?

Nieee! Cała w uśmiechach, mówi, żebyśmy złożyli jej gratulacje. I nie przestając się

uśmiechać, pokazuje nam zegarek kieszonkowy!

„Należy do tego maniaka”, mówi. Niezły dowód, co?

*

background image

- O kurczę, babcia była niezła! - powiedziała Crystal cała dumna.

-  Rany,  dlaczego  przerwałaś?  Czytaj  dalej!  -  wykrzyknął  Douglas  pochłonięty

opowiadaniem.

- Co? A tak, sorry. A zatem na tym dzień się kończy, zobaczmy, co wydarzyło się

następnego dnia.

- O mamo, ale musieli mieć pietra - sapnął Douglas.

*

17 lipca 1938 roku, godzina 18.30

Niewidzialni, jesteście?

Ja jestem.

Z czym my mamy do czynienia?

Aż do wczoraj byliśmy odważni, pełni optymizmu, a teraz?

Co się zmieniło? Wszystko.

Wszystko się zmieniło.

Na tylnej stronie zegarka, który Susan podebrała maniakowi, była dedykacja:

„Mojemu najukochańszemu Angusowi”. W miasteczku nie ma tak wielu Angusów, ale

ja  nie  miałem  o  tym  pojęcia  i  zaproponowałem,  abyśmy  sprawdzili  to  w  rejestrze.

Zauważyłem, że na te słowa Mark pobladł.

Zapytałem, co się dzieje, a on nakazał gestem, abyśmy poszli za nim (byliśmy

na placu przed ratuszem). Przyjaciel jego ojca ma sklep z importowanymi zegarkami

naprzeciwko  ratusza;  podeszliśmy  do  witryny  tego  sklepu.  Mark  zatrzymał  się  i

wciąż bez słowa, wbił wzrok w ścianę za szybą. Spojrzeliśmy ponad jego ramieniem.

Wisiał  tam  portret  właściciela  zegarka,  który  z  dumą  pokazuje  swój  ulubiony

przedmiot.

To był on - Angus Scrimm w dniu wyborów na burmistrza Misty Bay!

Zaparło  nam  dech  w  piersiach.  Greta  rozpłakała  się,  a  Damon  aż  usiadł  na

skraju  chodnika  i  w  roztargnieniu  zaczął  mierzwić  włosy.  Jakie  mieliśmy  szanse

przeciwstawić  się  najpotężniejszej  osobie  w  mieście?  Gdybyśmy  nawet  go

zadenuncjowali, kto by nam uwierzył?

Zaczęliśmy  się  kłócić.  Uważałem,  że  powinniśmy  pójść  od  razu  na  policję;

Damon  był  odmiennego  zdania,  uważał,  że  powinniśmy  sami  schwytać  Angusa

background image

Scrimma.  Ja  i  Damon  mamy  największy  posłuch  w  bandzie,  więc  Niewidzialni

podzielili się na dwie grupy. Pokłóciliśmy się i doszło nawet do wyzwisk.

Wreszcie  Damon  krzyknął,  że  mamy  się  uciszyć,  że  robimy  przedstawienie,

które nie przystoi Niewidzialnym.

Ruszył cicho w stronę naszej groty-kryjówki znajdującej się w skale. Poszliśmy

za nim, wciąż nie przestając się sprzeczać.

Kiedy  doszliśmy  na  miejsce,  poprosił,  abyśmy  mu  zaufali  jeszcze  raz  i

przedstawił nam swój plan. Głosowaliśmy. Ja głosowałem przeciw, ale wygrał on.

Damon uważa, że burmistrz trzyma uwięzione dzieci w piwnicy swojego domu

(oczywiście, jeśli wciąż żyją).

I dlatego teraz znów przygotowuję się do wyjścia i czekam tylko, kiedy rodzice

zasną.

Krótko mówiąc, tej nocy mamy zaatakować willę Scrimma.

*

- To mój sen! To mój sen! - wykrzyknął Douglas. - Pamiętacie sen, który miałem

w samolocie? Ten, w którym Niewidzialni zakradają się do willi Scrimma?

-  No  tak,  ale  ten  sen  nie  skończył  się  zbyt  dobrze,  o  ile  sobie  przypominam  -

odpowiedziała  Crystal,  przewracając  kartkę  pamiętnika  wujka  Kena.  Przez  krótką

chwilę w milczeniu przebiegała po niej wzrokiem.

- No i? Chcesz, żebyśmy umarli z ciekawości?

-  Douglas  ma  rację  -  wtrącił  Peter.  -  Prosiłbym  cię,  abyśmy  mogli  dostąpić

tego...

- No dobrze, już dobrze, czytam. Spokojnie!

*

18 lipca 1938 roku, godzina 0.55

Do diabła ze wszystkimi!

Piszę to na wypadek, który ma wszystkie pozory prawdopodobieństwa: gdybym

nawet ja sobie nie poradził i gdyby Scrimm wykończył nas wszystkich.

Mamy  dużo  szczęścia,  że  udało  nam  się  uciec  po  fatalnej  napaści  na  willę

Scrimma.

Poszliśmy na całość, aby tylko wyzwolić dzieciaki. Kiedy byliśmy już w pobliżu

background image

willi, podzieliliśmy się i każdy starał się wejść do środka od innej strony. Wewnątrz

nie  było  nikogo,  ale  Scrimm  musiał  wcześniej  rzucić  jakiś  czar,  ponieważ  moi

koledzy nagle zaczęli walczyć przeciwko sobie. Było kilka naprawdę niebezpiecznych

momentów, wyglądało na to, że przypadkowo mogli się zabić!

Ja jednak poradziłem sobie bez większych problemów. Kiedy pozostali wpadli

w  amok,  ja  wyszedłem  przez  okienko,  którym  wcześniej  dostałem  się  do  środka  z

Damonem,  wynosząc  niezłe  trofeum:  „Malartium”,  jedną  z  najważniejszych

czarodziejskich  ksiąg  Scrimma.  Może  nawet  najważniejszą,  ponieważ  ona  jedna

spośród niezliczonych woluminów była wyeksponowana i leżała otwarta na pulpicie.

Wybiegliśmy z domu i wciąż w szoku po tym, co nas spotkało w willi Scrimma,

zaszyliśmy się w naszej grocie-kryjówce.

Kiedy  poczuliśmy  się  już  bezpieczni,  Damon  zaczął  przeglądać  tę  diablo

przeklętą (to najlepiej pasujące do niej określenie) książkę. Od początku do końca i

od końca do początku. I myślę, że robił to przez cały następny dzień, ponieważ kiedy

spotkaliśmy  się  dziś  wieczorem,  powiedział,  że  chyba  znalazł  sposób,  aby  zniszczyć

czary Scrimma. Rytuał! Najbardziej niewyobrażalny rytuał krwi, o którym nawet nie

chcę mówić. Ta historia sprawiała, że kompletnie mu odbiło.

Teraz  gdy  to  piszę,  Damon  i  pozostali  pewnie  już  dopełnili  rytuału  i  idą  w

stronę  domu  Scrimma.  Muszę  się  pośpieszyć:  muszę  iść  do  szeryfa.  Mam  tylko

nadzieję,  że  mi  uwierzy.  Pokażę  mu  zegarek  Scrimma  i  opowiem  historię,  która

wydarzyła się w nocy w porcie.

Boże, spraw, aby nie stało się tak, jak powiedział Damon. Spraw, aby Scrimm

nie rzucił czaru na szeryfa i jego łudzi. Spraw, aby mi uwierzyli...

*

- Co, do diaska? Znów przerwałaś? - zaprotestował zrozpaczony Douglas.

- Ej, daj sobie na wstrzymanie: skończyłam czytać ten zeszyt, a jeśli się nie mylę,

kolejny masz ty.

-  Ko...  lejny?  -  Douglas  poczerwieniał  i  zaczął  kartkować  pierwszy  z

ustawionego  przed  nim  stosu  zeszytów.  -  O,  to  ten...  nie,  nie  ten...  ten  też  nie... Ach,

mam go!

Ale  dokładnie  w  tym  momencie  strychowe  okienko  otworzyło  się  z  impetem  i

background image

powiew mroźnego powietrza wtargnął do pomieszczenia.

Słońce  skryło  się  za  chmurami  i  w  jednej  chwili  zerwał  się  tak  silny  wiatr,  że

Douglas,  Crystal  i  Peter  musieli  się  przytrzymać  kanapy.  Zeszyty  i  inne  lekkie

przedmioty zaczęły wirować jak liście podczas burzy.

- Trzymajcie się z całych sił, to atak czarów! - wrzasnęła Crystal.

- Atak czego? - odkrzyknął Douglas, walcząc z dywanem, który wyglądał, jakby

go chciał udusić.

- To Scrimm! Użył wiatru, aby skraść nam dzienniki!

Crystal,  krzycząc,  starała  się  złapać  wszystkie  zeszyty,  które  znajdowały  się  w

zasięgu jej ręki. Nagle drzwi szafy rozwarły się wściekle i wypadły zza nich wędki ze

starymi  haczykami.  Zaczęły  owijać  się  wokół  niej,  kalecząc  ją  jak  oszalałe  węże.

Kiedy tylko chciała się poruszyć, haczyki boleśnie wbijały się w jej skórę.

- Cryyys! - zawył Peter, próbując ruszyć jej na odsiecz, ale nie zrobił nawet kilku

kroków,  kiedy  cały  strychowy  kurz  podniósł  się,  zbił  w  jeden  szary  wir  i  ruszył  z

impetem  na  niego.  Peter  próbował  zasłonić  sobie  twarz.  Zakrył  oczy  i  usta,  ale  pył

wdzierał mu się do nosa.

Crystal  natychmiast  zdała  sobie  sprawę,  że  jej  przyjaciel  znajduje  się  w

śmiertelnym  niebezpieczeństwie.  Rzuciła  dzienniki  i  nie  bacząc  na  nylonowe  żyłki,

które coraz ściślej ją oplatały, wyciągnęła do niego rękę.

Pył natychmiast rozproszył się w powietrzu. Peter wziął głęboki oddech i kichnął

tak,  jakby  bił  własny  rekord  w  kichaniu.  Pył,  który  go  dusił,  został  wypchnięty

natychmiast, a on opadł na kolana, chwytając się za nos i próbując zatamować potężny

krwotok.

Wiatr ponownie przybrał na sile i w pomieszczeniu rozległ się wyraźny głos:

- Czary to nie zabawa dla dzieci, moi drodzy!

W  tej  samej  chwili  potężny  wir  powietrza  wessał  dzienniki  przez  otwarte

okienko.

W chwilę potem wiatr ucichł, a promienie słońca znów oświetliły stary strych.

Wszystkie przedmioty leżały porozrzucane na podłodze.

Ale pamiętników już nie było.

Douglas  starał  się  uwolnić  spod  dywanu,  który  próbował  go  udusić;  Crystal,

background image

wciąż owinięta żyłkami, z powbijanymi haczykami, cała była pokiereszowana; a Peter

rozpaczliwie zatykał sobie nos, z którego ciekła krew.

Rozdział 12.

Ważna decyzja

Crystal  i  Peter  siedzieli  na  brzegu  wanny,  a  Douglas  czegoś  szukał.  Znalazł

spirytus  salicylowy  i  watę  dla  Crystal,  a  dla  Petera  kilka  kostek  lodu.  Owinął  je  w

kawałek materiału. Dla Crystal przyniósł jeszcze paczkę plasterków: małych, dużych i

średnich,  a  dla  Petera  kolejny  kawałek  lodu,  poprzedni  zdążył  się  już  rozpuścić.

Szkoda gadać, ładnie wyglądali.

-  Ej,  Crys  -  zaczął  w  pewnym  momencie  Peter,  zatykając  sobie  nos  kawałkiem

lodu.  Zdjął  okulary  i  odłożył  je  na  półeczkę  obok  umywalki.  -  Dziękuję  za  twoje

starania, aby ocalić mnie od kurzu...

- No..., w sumie nic nie zrobiłam. To było takie okropne... Czułam się całkowicie

bezbronna, a nie jestem do tego przyzwyczajona.

-  Witaj  w  klubie  zwykłych  śmiertelników  -  zaśmiał  się  Douglas.  W  ramach

rekompensaty  przygotował  sobie  jedną  ze  swoich  supernadzianych  kanapek  i  właśnie

ją pochłaniał.

-  Wygląda  pysznie  -  pośpieszył  z  komplementem  Peter.  -  Chcesz  też  odrobibę

bojej krwi? - zapytał przez zatkany opatrunkiem nos.

- Bleee, Pete, obrzydliwość - zaprotestował Douglas.

- No, a ty? Czy to dobry bobent na kobsubcję?

- Słuchaj, to moja metoda na głoda. Muszę odreagować po tym wszystkim! Ty nie

masz własnej metody?

Peter zamyślił się.

- No, tak. W tak trudbych przypadkach ruszab oddać się lekturze na dachu.

-  Na  dachu,  co?  -  odparł  Douglas,  który  mył  właśnie  dłonie  upaćkane

background image

majonezem, by pomóc Crystal założyć następny plasterek.

-  Tak,  wychodzę  okienkiem  w  dachu  i  siadab  sobie  na  dachówkach.  Na  górze

bab wrażenie, że jestem oddalony od bszystkiego i bszystkich. Kiedy teraz się nad tyb

zastabawiab, wydaje mi się, że tak spędziłeb całe zeszłe lato... - Odsłonił dziurkę od

nosa;  wydawało  się,  że  krwotok  ustał,  ale  nos  był  spuchnięty  i  czerwony,  przez  co

wyglądał jak papryka. - Z góry widziałem innych chłopców, jak bawili się na ulicy i

żal mi było siebie samego. Nigdy nie narzekaj na zdrową nogę...

- Nigdy nie narzekaj na zdrową nogę - powtórzyła w roztargnieniu Crystal, a po

krótkiej przerwie dodała: - Ja nie popuszczę.

- To znaczy?

- Nie wiem, jak wy, ale ja nigdy nie robiłam tego, do czego mnie zmuszali i teraz

też nie zamierzam.

-  Co,  do  jasnej  ciasnej,  mówisz?  Mamy  do  czynienia  z  prawie  niepokonanym

czarodziejem, cudem ocaleliśmy, a ty... - pieklił się Peter.

- Nie jest niepokonany - ucięła Crystal.

-  No,  jak  dotąd  tak  źle  sobie  nie  radził,  co?  -  zauważył  Douglas,  pochłaniając

ostatni kęs kanapki.

-  Gdyby  naprawdę  był  niepokonany,  myślicie,  że  patyczkowałby  się  z  trójką

dzieciaków? Zabrał nam pamiętniki twojego wujka, ponieważ moglibyśmy odkryć coś

ważnego. Boi się nas.

-  Doprawdy?  A  ja  myślałem,  że  to  my  robiliśmy  pod  siebie...  -  odciął  się

Douglas. - Co proponujesz?

- Co proponuję?! Ja pragnę jedynie wrócić do domu, zapomnieć o tym wszystkim

i spędzić na dachu resztę lata!

-  I  myślisz,  że  Scrimm  po  tym  wszystkim  zostawi  cię  w  spokoju?  -  odparła

Crystal, patrząc mu w oczy. - Gdybyś był na jego miejscu, zostawiłbyś nas w spokoju

czy upewniłbyś się, że nie będziemy ci więcej wchodzić w paradę? Nie umiesz sobie

nawet  wyobrazić,  na  ile  sposobów  można  czarami  sprawić,  aby  ktoś  stał  się

bezbronny.  Nie  chodzi  tu  nawet  o  zabijanie,  które  zwróciłyby  uwagę  policji,  ale,

zapewniam cię, że nie byłoby to nic przyjemnego.

- Akurat tu pewnie ma rację - wtrącił się Douglas. - No, Crys, strzelaj!

background image

-  Proponuję,  abyśmy  poszli  do  biblioteki. Albo  lepiej:  wy  tam  wejdziecie,  a  ja

poczekam  na  zewnątrz.  Postaracie  się,  aby  twój  wujek  was  nie  nakrył  i  poszukacie

wszystkiego tego, co zdołacie znaleźć na temat Angusa Scrimma: od jego daty urodzin,

po  rodzaj  płynu  do  golenia,  którego  używał.  Musimy  dowiedzieć  się  o  nim

wszystkiego,  jeśli  chcemy  mieć  jakąś  szansę  zrozumieć,  co  się  z  nim  stało  i  gdzie

możemy znaleźć Malartium, którą mu zabrał twój wujek...

- A dlaczego myślisz, że wujek już jej nie ma albo że Scrimm jej nie odzyskał?

-  Nikt  z  pierwszych  Niewidzialnych  już  jej  nie  ma.  W  noc,  w  którą  się

spotkaliśmy,  kiedy  śledziłeś  wujka  aż  do  domu  Grety,  chiromantki,  ja  byłam  tam  już

wcześniej i podsłuchiwałam. Pamiętam, że Greta i Devlin wciąż powtarzali, że jeśliby

mieli  jeszcze Malartium  Scrimma,  to  może  znaleźliby  wyjście  z  sytuacji... A  Scrimm

jej nie ma. Nie wiem, dlaczego to wiem, ale wiem. Możecie to nazwać intuicją, jeśli

tak wam się podoba.

- Intuicja parapsychiczna? - kpił Peter.

- Nie, powiedzmy raczej, intuicja kobieca... - zaśmiała się Crystal.

-  Okej,  powiedzmy,  że  odkryjemy  wszystko  i  nawet  znajdziemy  tę  przeklętą

książkę  -  powiedział  Douglas.  -  Ale  chyba  nie  chcesz  powiedzieć,  że  powtórzysz

rytuał?

- Ja też mam nadzieję, że to nie będzie konieczne. Co ty sobie wyobrażasz? Ale

przede  wszystkim,  nie  mogę  dopuścić,  by  znalazł  ją  Scrimm.  Nie  rozumiecie,  że  jako

jedyni wiemy, co się dzieje i tylko my możemy go powstrzymać?

- Ale my nawet nie wiemy, co on właściwie chce zrobić, więc jak uda się nam

go powstrzymać? - dociekał Douglas.

- Posłuchaj, cokolwiek chciałby zrobić ktoś, kto porywa dzieci, z pewnością nie

jest  to  nic  dobrego.  Jeśli  zostawimy  mu  drogę  wolną,  może  stać  się  najpotężniejszym

czarodziejem na ziemi!

- I naprawdę jest tak niebezpieczny?

Crystal zmroziła ich krzywym uśmiechem.

Po  chwili  wyciągnęła  rękę  całą  pokrytą  plasterkami  w  stronę  chłopców  jak  do

przysięgi. Powiedziała:

-  Douglas,  Peter,  uwierzcie  mi:  Scrimm  powrócił.  Jeśli  chcecie,  aby  wszystko

background image

skończyło się dobrze, muszą wrócić także Niewidzialni.

Douglas popatrzył na wyciągniętą dłoń Crystal, a potem na blade oblicze Petera.

Wyciągnął nieśmiało swoją dłoń i podał ją Crystal.

- Ja jestem - wyszeptał.

Odwrócili  się  w  stronę  Petera.  Nie  odezwali  się  nawet  słowem.  Po  prostu  na

niego patrzyli. Spojrzał na nich niepewnie w oczekiwaniu nakazu lub wymówki. Ale w

ich oczach nie było żadnej z tych rzeczy: wiedzieli, że ryzykują własnym życiem i nie

mogli niczego od niego wymagać.

Decyzja należał do Petera.

Chłopiec uścisnął dłonie dwójki przyjaciół.

- Ja też jestem - powiedział, poprawiając nerwowo okulary.

- W takim razie, Niewidzialni powrócili - uroczyście ogłosiła Crystal.

Rozdział 13.

Ostatni Niewidzialny

Kendred  Halloway  brał  właśnie  udział  w  sesji  „Zaproszeń  do  lektury”,  które

organizował co tydzień w swojej bibliotece, aby zachęcić dzieci do zaprzyjaźnienia się

z tym, co nazywał „fantastycznym światem Historii”. Właśnie tak, przez duże „H”.

Patrzył  na  animatorów,  którzy  czytali  dialogi.  Dzieci,  siedzące  w  półokręgu,

chłonęły  każde  ich  słowo,  podążając  w  skupieniu  za  opowieścią;  było  więc  właśnie

tak, jak powinno być.

-  Hej,  Ken,  ładna  bajka?  -  zapytała  go  szeptem  Lydia  Lodbell,  stara

bibliotekarka, która pracowała u jego boku od wielu już lat.

Kendred Halloway, ciągle skupiony, odpowiedział jej także szeptem:

- Pasjonująca, jak zwykle, Lydio. Wszystko okej?

-  W  porządku,  Ken.  Słuchaj  opowiadania.  Chciałam  tylko  pogratulować  ci

siostrzeńca.

background image

- Ach, poznałaś go?

- Jest tam, w czytelni. Ciekawski tak jak wujek!

-  Nie  mów  tak.  Myślisz,  że  powinienem  mu  pomóc?  -  zapytał,  mając  w  głębi

serca nadzieję, że w odpowiedzi usłyszy zdecydowane „nie”.

- Och, nie sądzę, udzieliłam mu już wszystkich koniecznych informacji.

- Dziękuję, Lydio.

-  Zastanawiam  się  jedynie,  dlaczego  tak  się  interesował  tym  starym

burmistrzem...

-  Starym  burmistrzem?  -  powtórzył  Kendred  Halloway,  po  raz  pierwszy

odrywając wzrok od animatorów.

- Tak, Angusem Scrimmem, tym z naszego dzieciństwa...

*

- Dawaj, Pete, pospieszmy się! - krzyknął Douglas. - Nie chcę, aby wujek mnie

przyłapał!

Już  od  ponad  godziny  obaj  w  półmroku  czytelni  przeglądali  pod  lupą  klisze  z

gazetą  lokalną  z  1938  roku.  Znaleźli  wiele  artykułów  o  zaginionych  dzieciach  i  o

próbach ich odnalezienia przez burmistrza Angusa Scrimma, ale jeszcze nie natknęli się

na nic niezwykłego.

- Spokojnie, Doug. Musimy być nadzwyczaj uważni.

- Dobrze, dobrze, Pete. Ale czy teraz nie możemy przejść od razu do okresu, w

którym  zostały  napisane  dzienniki  mojego  wujka?  Jeśli  chcemy  znaleźć  jakąś

wskazówkę na temat tego, co się wydarzyło tej nocy, kiedy Niewidzialni stawili czoła

Scrimmowi i przede wszystkim, gdzie znajduje się Malartium...

- Witajcie, chłopcy. Znów się spotykamy - przywitał się z nimi od progu małego

pokoju, który służył za czytelnię, uśmiechnięty blondyn. Podszedł bliżej, zdjął okulary

przeciwsłoneczne i na oparciu krzesła położył pełną kieszeni, ciemną kurtkę. Dopiero

teraz, gdy znalazł się w kręgu światła, rozpoznali go.

To był ten sam facet, który do nich podszedł, kiedy strażacy pomagali Lance'owi

zejść z wieży zegarowej ratusza. Douglas zastanawiał się, ile mógł usłyszeć z tego, o

czym mówili przed chwilą.

-  Jestem  tu  już  dobrą  chwilę,  mam  nadzieję,  że  wam  to  nie  przeszkadza  -

background image

powiedział  Robert  Kershaw,  pies  tropiciel,  wciąż  lekko  się  uśmiechając.  -  Ja  też

chciałem  poczytać  stare  gazety,  ale  kiedy  tu  przyszedłem,  zorientowałem  się,  że

byliście  pierwsi...  Poszukujecie  czegoś,  co  jest  wam  potrzebne  do  odrobienia  zadań

wakacyjnych?

-  Dokładnie  -  odpowiedział  Douglas,  odwdzięczając  mu  się  uśmiechem.  -

Chodzimy razem do szkoły i każdego roku wracamy we wrześniu, nie wziąwszy do ręki

ani jednej książki podczas wakacji. Dlatego w tym postanowiliśmy zacząć wcześniej.

Pan nie jest z Misty, nie mylę się?

-  Jestem  dziennikarzem!  Nazywam  się  Robert  Kershaw  -  odpowiedział

mężczyzna, podając im rękę.

- Witam, to Peter Peaky - powiedział Douglas, ściskając mu rękę.

- A to Douglas Macleod - powtórzył w ślad za nim Peter.

-  Pracuję  dla  miesięcznika  o  podróżach  -  ciągnął  dziennikarz  -  i  właśnie

przygotowuję artykuł o waszym pięknym miasteczku... O, widzę, że zbieracie materiały

na temat burmistrza sprzed kilku lat.

-  W  istocie,  Angus  Scrimm  był  burmistrzem  w  czasach,  kiedy  mój  wujek  był

mały - wtrącił Douglas - i często o nim wspomina. A teraz, jeśli pan tak miły...

-  Och,  oczywiście.  Wybaczcie.  Jak  wiecie,  my  dziennikarze  mamy  zawsze  ten

feler,  że  wtykamy  nos  w  nie  swoje  sprawy.  Takie  spaczenie  zawodowe...  No  to,  do

zobaczenia - uciął mężczyzna, zabierając kurtkę.

- Do zobaczenia - odparli jednocześnie Douglas i Peter.

Mężczyzna ruszył w stronę drzwi. Nagle zatrzymał się.

- Słyszałem, że niedawno znikła pewna dziewczynka... - powiedział, odwracając

się ponownie - ...niejaka Crystal Cooper. Coś o tym wiecie?

- Gdyby tak było, poszlibyśmy na policję, nie sądzi pan? - odpowiedział Peter.

- Oczywiście, oczywiście. Tylko byłem w szkole i wiem, że jesteś z nią w jednej

klasie,  Peter  -  powiedział  Robert  Kershaw,  zerkając  do  notesu.  -  Natomiast,  co  za

dziwny zbieg okoliczności, nie ma tu twojego imienia, Douglas...

-  Cześć,  Doug,  cześć,  Peter  -  powitał  ich  wujek  Ken,  stając  w  drzwiach.  -  W

czym mogę panu pomóc? - dodał, zwracając się do dziennikarza.

-  Nazywam  się  Kershaw.  Robert  Kershaw  i  jestem  dziennikarzem.  Chwilę

background image

rozmawialiśmy, a teraz wychodzę - odpowiedział mężczyzna i uśmiech znów pojawił

się  na  jego  twarzy.  Douglas  zastanawiał  się,  jak  te  ciągłe  uśmiechy  znosiły  jego

szczęki.

- Skoro tak, nie zatrzymuję pana. Muszę porozmawiać z siostrzeńcem.

-  W  takim  razie,  do  zobaczenia  -  pożegnał  się  Robert  Kershaw  i  ruszył  do

wyjścia.

-  Cześć,  Douglas,  usłyszymy  się  później  -  powiedział  Peter,  także  spiesząc  w

stronę drzwi.

- Do widzenia panu, panie Halloway.

„Zanosi  się  na  burzę”  -  pomyślał,  kiedy  wychodził  przez  obrotowe  drzwi

biblioteki.

Myślał,  że  na  zewnątrz  czeka  dziennikarz,  ale  nie  było  po  nim  ani  śladu.  Nagle

rozpłynął się w powietrzu jak mgła w Misty Bay o wschodzie słońca.

Crystal  była  świadkiem  sceny  w  czytelni,  ponieważ  podglądała  przez  okno.

Teraz  starała  się  wspiąć  na  parapet  pierwszego  piętra,  gdzie  znajdował  się  gabinet

Kendreda Hallowaya. „Kto wie, co mu chce powiedzieć wujek” - pomyślała. Wsunęła

lewą  stopę  w  szczelinę  w  ścianie  między  dwiema  cegłami  i  udało  się  jej  wspiąć  o

kilka centymetrów, ale jej cel pozostawał jeszcze półtora metra nad nią. „Hmmm, tu by

mi się przydała umiejętność latania na miotle...” - pomyślał dziewczynka.

-  Hej,  to  ty  jesteś  wnuczką  Sally  Cooper?  -  powiedział  jakiś  męski  głos  tuż  za

nią.  Dziewczynka  szybko  odwróciła  się:  to  był  sprzątacz,  który  pracował  w  ogrodzie

za biblioteką. - Nie wiesz, że policja szuka cię wszędzie? A poza tym, co tam robisz,

uczepiona ściany jak pająk?

Crystal  rozluźniła  uchwyt  i  spadła  na  trawę.  Wpatrzyła  się  w  oczy  sprzątacza  i

powiedziała:

- Nie sprzątał pan przypadkiem już tej części ogrodu?

-  A  ciebie  co  to  obchodzi?  Ja...  -  mężczyzna  przerwał.  Jego  powieki  zaczęły

powoli opadać. Zostały wpółprzymknięte. Wyglądał jak ktoś w półśnie.

- ...ja... właściwie już posprzątałem tę część ogrodu, co ja tu robię?

- A  ja  nie  jestem  tą  dziewczynką,  której  poszukuje  policja.  Co  więcej,  nie  ma

mnie, nie ma tu nikogo - ciągnęła Crystal monotonnym głosem.

background image

-  Och...  rzeczywiście...  co  mi  przyszło  do  głowy,  rozmawiam  z  wiatrem?  Żona

ma rację: potrzebuję kilku dni wolnego...

- Dlaczego od razu ich sobie nie weźmiesz?

-  Faktycznie,  dlaczego  nie?  -  odparł  mężczyzna.  Rzucił  grabie,  odwrócił  się  na

pięcie i ruszył w stronę ulicy.

-  Dzień  do...  Hej!  -  krzyknął  Peter  i  odskoczył  na  bok.  -  Widziałaś,  Crystal?

Gdybym nie odskoczył, bez wątpienia przeszedłby po mnie bez ceregieli!

-  Niewiarygodne,  co  za  maniery  -  roześmiała  się  dziewczynka.  -  Właśnie

czekałam na ciebie. Podejdź tu. Podniesiesz mnie.

*

- Wejdź, Douglas, usiądź.

Znajdowali  się  w  gabinecie  wujka  Kena,  który  był  umeblowany  jak  biura  z  lat

pięćdziesiątych.  Stała  tam  biblioteczka  pełna  leżących  w  bezładzie  starych  i  nowych

książek.  Ściany  pokrywały  obrazy  sygnowane  przez  słynnych  ilustratorów.  Douglas

rozpoznał styl i podpis jednego z nich: Quentin Blake.

- Wyglądasz na zmęczonego, Douglas. Tej nocy także źle spałeś?

- Nie za dobrze, wujku. Znów miałem jakiś głupi koszmar. To pewnie dlatego, że

jestem z dala od domu, ale przejdzie mi.

- A zatem szukałeś informacji na temat Angusa Scrimma? - zapytał wujek Ken.

- Tak, pomagałem Peterowi... - odpowiedział Douglas.

- Posłuchaj, Douglas. Zrobiłbyś coś dla mnie?

- No, tak, oczywiście, wujku. Jeśli tylko mogę, to chętnie.

-  W  takim  razie  proszę  cię,  abyś  przestał  szukać  informacji  na  temat  tego

człowieka. Nie wiem, z jakiego powodu interesuje się nim Peter, ale te poszukiwania

nie przyniosą ci nic dobrego.

Douglas milczał przez chwilę, w końcu powiedział:

- Wujku, ty też należałeś do Niewidzialnych, prawda?

Wujek Ken popatrzył na niego zdziwiony.

- Kto ci o tym powiedział?

-  Peter.  Powiedział  mi,  że  Crystal,  zanim  zniknęła,  opowiedziała  mu  całe

mnóstwo przygód, które przeżyli Niewidzialni. Byliście naprawdę nieźli!

background image

- No cóż, miałem taki okres w życiu. Banda dzieciaków, tyle ich jest, nic...

-  Dlaczego  pomniejszasz  ich  znaczenie,  Ken?  „Nieźli”  wydają  mi  się

odpowiednim przymiotnikiem na określenie Niewidzialnych.

Douglas  odwrócił  się  w  stronę  drzwi  i  zobaczył  wysokiego,  ciemnowłosego

mężczyznę, o wesołym i przenikliwym spojrzeniu.

Miał na sobie elegancki granatowy garnitur i jedwabny, mieniący się krawat.

- Damon! - wykrzyknął wujek Ken i obszedł biurko, aby się z nim przywitać.

Dwaj  mężczyźni,  śmiejąc  się,  uścisnęli  się  serdecznie.  Douglas  był  zdumiony:

miał  przed  sobą  wielkiego  Damona  Knighta,  przywódcę  Niewidzialnych!  Wow!  Nie

mógł  się  doczekać,  kiedy  opowie  o  tym  Peterowi  i  Crystal.  Starał  się  zapamiętać  jak

najwięcej szczegółów jego wyglądu.

Wujek i jego kolega musieli być mniej więcej w tym samym wieku, ale Damon

wyglądał przynajmniej dziesięć lat młodziej.

- Damon, wreszcie wróciłeś! - powiedział wujek Ken.

- No, „wróciłeś” pociąga za sobą pewne konsekwencje. Powiedzmy, że przyszło

mi do głowy, aby wpaść i złożyć wam wizytę. A poza tym, co gorsza, Greta zasypuje

moje biedne sekretarki faksami i mailami od ponad tygodnia. Dlatego myślę, że nawet

gdybym  nie  chciał  przyjechać,  zmusiłyby  mnie  do  tego  właśnie  one!  -  zaśmiał  się

mężczyzna i ponownie uścisnął kolegę.

- Żarty na bok, jestem naprawdę szczęśliwy, że cię widzę.

- Hm, wujku, to ja pójdę - wyszeptał Douglas, cały czerwony.

- Och, wybacz mi, Douglas. Damon, mogę przedstawić ci mojego siostrzeńca?

Po  raz  pierwszy  mężczyzna  spojrzał  na  Douglasa.  Jego  spojrzenie  wywarło  na

chłopcu  piorunujące  wrażenie,  zupełnie  jakby  zobaczył  ducha.  Szybko  wziął  się  w

garść. Uśmiechnął się. Na pewno coś mu się przewidziało.

- A więc to ty jesteś siostrzeńcem Kena? - powiedział Damon i uścisnął mu rękę.

- Cieszę się, że mogę cię poznać! Wpadnij do mnie, do mojej starej willi na wzgórzach

Misty, a opowiem ci, jaki „niezły” był twój wujek.

-  Dziękuję.  Dziękuję  bardzo  -  wyszeptał  Douglas,  robiąc  się  coraz  bardziej

purpurowy, i wybiegł z gabinetu.

- Wygląda na rozgarniętego dzieciaka - powiedział Damon.

background image

- I jest rozgarnięty. Może nawet za bardzo...

Damon  usiadł  na  krześle,  naprzeciwko  biurka  Kena.  Przez  chwilę  zapanowała

ciężka  od  wspomnień  cisza.  Oto  siedzą  naprzeciwko  siebie  dwaj  koledzy,  kiedyś

nierozłączni,  choć  tak  odmienni.  Damon  lubił  błyszczeć,  Ken  wolał  pozostawać  w

cieniu.  Jednak  zawsze,  kiedy  nikt  ich  nie  widział,  Damon  chętnie  zasięgał  opinii

przyjaciela. Ken chciał się przebiec? Damon już biegł, ale zatrzymywał się i czekał na

niego. To sprawiało mu jeszcze większą przyjemność. Kendred Halloway pomyślał, że

jego  przyjaciel  jako  dziecko  zawsze  wygrywał.  Ale  czy  tak  samo  było  w  dorosłym

życiu?

- A zatem, Ken - ciągle tu jesteś, w tej swojej małej bibliotece, co?

Wujek Ken otrząsnął się z zamyślenia.

- No, cóż, Damon. Każdy z nas wybrał co innego. Ta mała biblioteka, jak wiesz,

to cały mój świat.

Przyjaciel uśmiechnął się.

- Wiem o tym, Ken. Wybacz mi. Ale trudno mi pogodzić się z tym, że ktoś taki jak

ty został w tym małym miasteczku. Co do innych, nie przeszkadza mi to. Chociaż muszę

przyznać,  że  wszyscy  nieźle  poradzili  sobie  w  życiu.  Oprócz  Grety,  która  wciąż

niewłaściwie inwestuje. Całe szczęście, że jest chiromantką!

Wujek Ken uśmiechnął się, ale nie odpowiedział.

-  We  dwóch  mogliśmy  dokonać  wielkich  rzeczy,  Ken...  gdybyś  tylko...  I  nie

mówię jedynie o moich kopalniach w Południowej Afryce.

- Rozmawialiśmy już o tym, Damon. Mnie to nie interesuje. Mój świat jest tutaj -

wskazał ręką naokoło, na książki i stare meble z lat pięćdziesiątych.

Patrzyli sobie w oczy dłuższą chwilę. W ich spojrzeniu było to, co chcieli sobie

powiedzieć i to, co wiele razy już sobie mówili.

Wreszcie Damon uśmiechnął się.

- Wracając do sedna - zaczął - rozmawiałem już z Gretą. Mówiła mi o Susan i o

Marku... Uważa, że Scrimm powrócił. A ty, co o tym sądzisz?

- Sądzę, że gdyby tak było, bylibyśmy w niezłych kłopotach. Być może cały świat

byłby w niezłych kłopotach.

Znów nastąpiła krótka cisza, w końcu Damon zapytał:

background image

- Ken, ty nie masz tej książki, prawda?

- Jak mam was przekonać? - zirytował się wujek Ken. - Po tej przeklętej nocy,

kiedy was zostawiłem i poszedłem do szeryfa, nigdy jej nie widziałem. Wy jako ostatni

mieliście ją w rękach, sam dobrze wiesz. Nawet nie wiem dobrze, jak skończyła się ta

historia między wami a Scrimmem.

-  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  sobie  poradziliśmy.  Wszystko  na  to

wskazywało...

*

- Hej, gdzie wy jesteście? - zapytał scenicznym szeptem Douglas, wchodząc do

ogrodu. Skręcił za rogiem, znalazł się po lewej stronie biblioteki i - nie mógł uwierzyć

własnym  oczom:  nieco  dalej  Crystal  starała  się  zachować  równowagę,  stojąc  na

ramionach Petera, który z kolei opierał się plecami o ścianę. Nie wyglądał jak ktoś, kto

się świetnie bawi.

-  Crystal,  zważ,  że  narażasz  mnie  na  poważne  ryzyko  oskalpowania  -  jęczał

Peter.

- Uff, co z ciebie za nudziarz. Już, prawie, prawie jestem... Nie możesz stanąć na

palcach?

- Hej, szukaliście mnie? - rzucił z uśmiechem Douglas.

- Boże, dziękuję ci - westchnął Peter.

- Przyjechał Damon?! - wykrzyknęła Crystal, kiedy już Douglas streścił to, co się

wydarzyło. - I jaki on jest? Przystojny? To znaczy, chciałam powiedzieć...

- No, nie wiem. Wydaje się w porządku, ale ma już swoje lata. Zaprosił mnie do

swojego domu. Powiedział, że opowie mi o przygodach wujka, pewnie z czasu, kiedy

należał jeszcze do Niewidzialnych. Może, wcześniej czy później, uda mi się pójść...

- Może dziś w nocy - powiedziała Crystal.

- Dziś w nocy? - powtórzył za nią jak echo Douglas.

- No, oczywiście. Dom Damona jest obok ciebie.

- A jakie to ma znaczenie?

-  Pomyślałam  sobie,  że  skoro  każdej  nocy  Scrimm  wykańcza  jednego  z

pierwszych Niewidzialnych, to od tej chwili nasza rola będzie polegała na pilnowaniu

ich  domów  od  zewnątrz.  Tak,  aby  nic  im  się  nie  stało.  Pierwsza  prawdziwa  misja

background image

nowych Niewidzialnych, co wy na to?

- A, i mi przypadł w udziale Damon? A co z moim wujkiem?

-  Jego  też  będziesz  pilnował.  Będziesz  chodził  między  domami,  w  tę  i  z

powrotem.  Ja  i  Pete  nie  możemy  ci  pomóc,  ponieważ  musimy  się  zająć  Gretą  i

Devlinem.  Jednak  jestem  przekonana,  że  w  najbliższym  czasie  na  twojego  wujka  nie

czyha żadne niebezpieczeństwo...

- I skąd ta pewność?

-  Cóż,  z  pamiętników  wynika,  że  on  nie  brał  udziału  w  rytuale.  Według  mnie

Scrimm szuka jedynie pozostałych Niewidzialnych, bo to oni go pokonali. Kiedy się to

stało, twój wujek nie należał już do bandy.

- A jeśli się mylisz?

-  Nie  mylę  się.  Tylko  czy  dasz  radę  utrzymać  się  na  nogach?  Wyglądasz  na

zmęczonego...

- Żaden problem. Jeśli chcę, mogę nie spać przez cały tydzień. Kiedyś w jednym

kinie  blisko  domu  był  maraton  horrorów,  dwadzieścia  cztery  godziny.  Po  tym  czasie

nikogo nie było już w kinie, ale ja...

- Hmmm. W każdym razie będę z wami w stałym kontakcie telepatycznym. Jeśli

któryś z was będzie w niebezpieczeństwie, poczuję to i powiadomię tego drugiego.

- Telepatyczny kontakt? - zaśmiał się Douglas. - Crys, nie przesadzasz trochę?

- Co, nie wierzysz mi? Wypróbuj mnie.

- Okej... hmmm. Zatem... już: o czym myślę?

Crystal skupiła się przez chwilę.

- Zaczynam ci się podobać i masz nadzieję, że między mną a Petem nic nie ma.

- Co? - powiedzieli jednocześnie dwaj chłopcy, czerwoni jak buraki.

- Ale... ale ja pomyślałem o tytule filmu - zaprotestował Douglas.

- Ach tak, oczywiście - odparła lekko Crystal. - „Poślubiłem czarownicę”. Ale to

był płytki pokład myśli. Myśli znajdują się na wielu poziomach, wiesz - ucięła Crystal,

robiąc fikołek do tyłu i chowając się za krzakiem.

Douglas wszedł między krzaki.

-  Ale  jeśli  chodzi  o  wujka,  możesz  się  mylić!  -  wrzasnął,  ale  w  odpowiedzi

usłyszał jedynie daleki szelest deptanych liści.

background image

- W każdym razie ona mi się w ogóle nie podoba - uściślił Peter.

- Mi też nie. W tym wypadku trafiła jak kulą w płot - powiedział Douglas.

Ruszyli w stronę domu. Po chwili Peter zapytał:

- A tytuł filmu? Co do niego też się pomyliła?

- No... nie. To był właściwy tytuł.

Douglas  zrobił  jeszcze  kilka  kroków,  a  potem  odwrócił  się  wściekły  w  stronę

przyjaciela.

- Co miałeś na myśli?

- Ja? - odparł Peter niewinnie.

Ruszyli dalej, nie odzywając się do siebie już ani słowem.

Rozdział 14.

Nieoczekiwana ofiara

Tej  nocy  mgła  wisiała  nisko,  a  niebo  było  tak  ciemne,  że  można  było  policzyć

gwiazdy. Miało się dziwne wrażenie, że długi płaszcz spowijający Misty Bay otwierał

nad nią przestrzeń.

Douglas walczył ze snem. Nie chciał liczyć gwiazd, wolałby liczyć barany!

Kiedy  wujostwo  położyli  się  spać,  zszedł  do  kuchni  i  w  jednej  piątej  szklanki

wody  rozpuścił  sobie  całą  torebkę  kawy  rozpuszczalnej.  Wypił  ją  duszkiem.

Następnym  razem  doda  na  pewno  co  najmniej  trzy  łyżeczki  cukru.  Otworzył  szafkę  i

wyjął z niej klucz do drzwi kuchennych.

A  teraz  siedzi  sobie  tutaj,  na  potężnym  starym  kasztanowcu,  naprzeciwko  willi

Damona Knighta. Pień wielkiego drzewa był częściowo wydrążony, a w jego wnętrzu

wywiercono  dodatkowo  kilka  otworów,  które  ułatwiły  mu  wspinaczkę.  Wszedł  na

jedną  z  najgrubszych  gałęzi  i  umościł  się  na  niej  wygodnie.  Dla  lepszej  widoczności

zerwał kilka gałązek zasłaniających mu widok.

Wpatrywał się intensywnie w budynek oświetlony jedynie przez księżyc. A było

background image

na  co  popatrzeć:  trzypiętrową  willę  częściowo  otaczał  ogrodzony  lasek,  z  tyłu  zaś

graniczyła  bezpośrednio  ze  wzgórzami.  Wydawało  się,  że  dom  został  wykuty  w

granicie,  tak  był  dopasowany  do  naturalnej  rzeźby  terenu.  Jedna  ściana  wzgórza  była

wklęsła - w tym miejscu ściany domu także wydawały się wklęsłe. W miejscu, gdzie

zbocze  góry  wznosiło  się  gwałtownie  -  ściana  domu  również  pięła  się  ku  górze,

tworząc rodzaj pionowego korytarza ze szklanymi ścianami.

Douglas właśnie zaczął zastanawiać się, jak by to było znajdować się w środku -

w  tych  przestronnych  pomieszczeniach,  pełnych  nierówności,  schodków  i  krzywych

ścian - kiedy Crystal weszła z nim w kontakt telepatyczny.

-  Douglas,  możesz  przestać  się  opierać?  Jeśli  zamykasz  przede  mną  twoją

świadomość, w jaki sposób mogę z tobą wejść w kontakt telepatyczny?

-  Sądzisz,  że  to  przyjemne  (auuu  jak  mnie  uwiera  ta  gałąź)  jak  ktoś  ci

przelatuje przez myśli i szpera w nich?

-  O,  jaki  delikatny!  Obiecuję,  że  nie  będę  szperać.  Będę  w  kontakcie

„neutralnym”. Mam już doświadczenie, co sobie wyobrażasz? Telepatia to...

- ...pierwsza rzecz, której nauczyła mnie babcia - uprzedził ją Douglas.

Było  to  naprawdę  dziwne  uczucie.  Chłopiec  nie  słyszał  bezpośrednio  słów

koleżanki,  ale  czuł  jej  zamiary,  stan  jej  ducha,  nastrój  -  i  wszystko  to  przybierało  w

jego głowie kształt pewnego zaszyfrowanego języka.

Miał  trudności  z  samodzielnym  myśleniem.  Kiedy  sformułował  jakąś  myśl,

wciskały się w nią, jak ości, jakieś obrazy, przypominały mu się rzeczy, które robił w

ciągu  dnia,  niepokoiły  go  jakieś  zaskakujące  wizje.  To  wszystko  wprawiało  go  w

niemałe zażenowanie.

-  Nie  możemy  na  przykład  zrobić  tak  (za  mało  zjadłem  ziemniaków  w

mundurkach  dziś  na  kolację),  że  jak  się  pojawi  jakieś  zagrożenie  (jej,  jak  mnie

uwiera! Kurczę!), to ja cię powiadomię? - spróbował szczęścia Douglas.

- Hej, to nie telefon! Telepatia nie działa w ten sposób. Musisz zostawić jaźń w

pełni otwartą, wtedy mamy szansę na swobodny przepływ myśli. Wiem, że ludzie na

początku się wstydzą...

-  Wstydzą?  Dlaczego  miałbym  się  wstydzić?  (O  Boże,  jaki  obciach).  Dobrze,

dobrze,  przekonałaś  mnie.  Postaram  się  „otworzyć”  nieco  bardziej,  zadowolona?

background image

(Pot  ze  mnie  tryska  jak  z  fontanny).  Czemu  teraz  nie  skoczysz  na  spotkanie  z

Peterem? (Wstydliwe myśli! Wstydliwe myśli! Na pomoc!) - Douglas zastanawia! się,

czy można zaczerwienić się w myślach.

- Okej, postaraj się uspokoić. Później się usłyszymy. Pete, jesteś tam? Staram

się, abyś ty także wszedł w „kontakt”...

-  Jestem,  Crys,  schowałem  się  za  minwanem  w  okolicach  posesji  Devlina

Stevensona.  Panuje  tu  niczym  niezakłócony  spokój,  dom  tonie  w  mroku,  jedynie  w

sypialni jest zapalone światło: przypuszczalnie Devlin cierpi na bezsenność. Gdybym

był na jego miejscu, miałbym podobną przypadłość. Uauuuu! (Ale ziewam...)

„Ach, więc to tak działa - pomyślał Douglas, starając się uspokoić rytm serca i

otrzeć  chusteczką  pot.  -  Kiedy  się  już  raz  wejdzie  w  kontakt  telepatyczny,  linia  jest

otwarta.  To  lepsze  niż  radio  z  zamkniętym  obwodem,  ale  zdecydowanie  bardziej

obciachowe”.

A  im  bardziej  zastanawiał  się,  jak  bardzo  to  było  obciachowe,  tym  więcej

obciachowych myśli przychodziło mu do głowy.

-  Hej,  Doug!  -  nagle  dotarła  do  niego  uwaga  Petera.  -  Ta  pani  magister  w

aptece też robi na mnie piorunujące wrażenie!

- Do diabła, Pete! Wyjdź, okej?

- Douglas ma rację, Pete - wtrąciła się Crystal. - Szanujmy swoją prywatność,

bo jeśli nie, może się to źle skończyć.

-  Chwilunia,  jak  to  szło  w  tym  filmie?  -  zastanowił  się  Douglas  -  Miasteczko

przeklętych czy nawiedzonych, czy jakichś, kurczę. To było o tych dzieciakach, które

czytały  w  myślach  i  wtedy  główny  bohater  skupił  się  na  murze  z  cegły,  i  wtedy  nie

mogli się do niego dostać!

- Ach, tak, fascynujący: ja też go widziałem! - wtrącił się Peter.

- Pete, mówiłam ci, abyś go zostawił w spokoju! - rzuciła Crystal.

- Eeeech! Kurczę, nie można sobie nawet uciąć pogawędki!

Godziny  mijały.  Nie  działo  się  po  prostu  nic.  Crystal  wciąż  wpatrywała  się  w

dom Grety Rowlands. Nie rozkojarzyła się nawet na chwilę. Wokoło panowała cisza.

Tak było w sumie lepiej.

Dziewczynkę trochę bolała głowa. Po raz pierwszy była w kontakcie mentalnym

background image

z dwiema osobami jednocześnie i to tak długo.

W  dodatku  walczyła  ze  snem.  Oczy  zaczęły  się  jej  zamykać  i  ogarnęło  ją

przyjemne  otumanienie...  chociaż  nie,  to  nie  było  jej  doznanie,  to  nie  jej  chciało  się

spać!

- Hej, Douglas!

Impuls mentalny był tak silny, że Douglas nieomal spadł z drzewa.

- Hej? Co jest, co się dzieje? - wykrzyknął.

-  Dzieje  się,  że  prawie  usnąłeś!  Mówiłam,  że  nie  będzie  ci  łatwo.  Posłuchaj,

opisz to, co widzisz. W ten sposób nie zaśniesz.

- Uch, no (supernadziana kanapka) widzę willę Damona Knighta...

- Jak wygląda? Staraj się skupić na analizie deskrypcyjnej - pomyślał Peter. -

Śledź jej zarys, strukturę, odgadnij założenia architektoniczne...

- Uff, Pete - załamał się Douglas. - Myśli też masz pompatyczne! Spróbujmy...

Wydaje się... Przypomina mi taką wioskę wykutą w skale na jednej z meksykańskich

pustyń.  Chyba  czytałem  kiedyś  jakąś  historię  Sknerusa  McKwacza,  której  akcja

toczyła się w podobnym miasteczku.

- Ach, tak: „Siedem Miast Ciboli”!

- Brawo, poprawna odpowiedź!... No dobra, do zobaczenia.

- Co się stało? Co ty robisz?

- Idę sobie, to robię!

- Panuj nad emocjami, Doug, bo wpadniesz w sieci Scrimma!

- Tym razem Pete ma rację, Doug!

- Uspokójcie się: idę tylko zobaczyć, czy z wujkiem wszystko w porządku... Hej!

- Co się dzieje, Douglas? Otwórz swój umysł, wpuść nas!

Ale Douglas nie odpowiedział. Co więcej, nie dochodził od niego żaden sygnał,

tak jakby rozpłynął się w pustce.

- Peter, Peter, słyszysz mnie?

- Bez wątpienia, Crys. Ten, którego nie słyszę, to Douglas.

- Połączenie zostało zerwane. Dzieje się z nim coś niedobrego!

*

-  Hej,  jest  tam  kto?  -  zaniepokoił  się  Douglas.  Nagle  światła  ulicy  znalazły  się

background image

niżej, a najwyższe partie drzewa zaczęły drżeć, jakby ktoś lub coś poruszało się wśród

gałęzi.

Douglas przesunął się w stronę pnia, gotowy do skoku.

- Jest tam kto? - powtórzył.

- Oczywiście, ja tu jestem.

Rozległ się wyraźny głos zza gałęzi.

- Kim jesteś? Co tam robisz, w górze?

-  Hoho,  nieźle.  To  ja  cię  powinienem  o  to  zapytać.  Przede  wszystkim,  to

naturalne, że ja tu jestem.

Douglas skierował światło latarki ku górze.

- Ostrzegam, że nie jestem w nastroju do żartów. Wyłaź albo ja i moi przyjaciele

zajmiemy się tobą!

-  Uch,  jaki  groźny.  Zajmiecie  się  mną...  Wydajesz  mi  się  niezwykle  bezczelny,

chłopcze.

Snop  światła  przeniknął  do  wnętrza  wklęsłego  pnia,  ale  oświetlił  jedynie

zakurzoną  plątaninę  pajęczyn.  „No  cóż,  próbowałem”  -  pomyślał  Douglas.  Zaczął

szukać w listowiu i nagle rozbłysło przed nim dwoje oczu... sowy!

- Byłbyś łaskaw nie świecić mi w oczy? - skarcił go ptak.

- Ale jak... to możliwe?

- Co, chłopcze?

- No... sowy nie mówią!

- Nie mówimy, kiedy nie mamy nic do powiedzenia.

-  Dość,  idę  sobie  -  wyszeptał  Douglas  i  skierował  się  w  stronę  kasztanowego

pnia.

- Uch, jak się śpieszy! - zahuczała sowa. - Chciałem przedstawić ci kilku moich

przyjaciół.

Douglas zatrzymał się.

Ze środka pnia dochodził go odgłos drapania, jakby tysiące karaluchów biegało

po drewnianej podłodze.

- Wiesz - ciągnęła dalej sowa - one uwielbiają drzewa i nie mogą się pogodzić,

kiedy ktoś łamie gałęzie.

background image

Odgłos  u  wejścia  pnia  stawał  się  coraz  wyraźniejszy.  Coś  zbliżało  się  do

wyjścia.

- Ale  ja...  połamałem  tylko  kilka  uschniętych  gałązek  -  załkał  Douglas.  Wbijał

spojrzenie w otwór. Pot ciekł mu po plecach.

„Co ja robię? - pytał sam siebie. - Rozmawiam z sową?”

Chciał właśnie zeskoczyć...

Gdy one wyszły.

Tuziny  groteskowych  istot  wielkości  jego  stopy,  o  zielonym  i  kosmatym  ciele,

haczykowatych kończynach i czerwonych jak owoce głogu, wściekłych oczach.

- Skrzaty! - zdążył krzyknąć, zanim rzuciły się na niego.

*

- Peter, gdzie jesteś? - myślała Crystal, nie przestając biec.

- Patrzę twoimi oczami, ale nie poznaję tego miejsca, mgła jest za gęsta.

- Jestem około dwa domy od willi Knighta. Powinienem dobiec do Douga mniej

więcej...

- Dobra, dobra, tylko śpiesz się! Ja będę nie wcześniej niż za jakieś pięć, sześć

minut!

*

Douglas wrzeszczał.

Wrzeszczał  wniebogłosy.  Nie  miał  dość  sił,  aby  utrzymać  się  na  gałęzi.

Paznokcie łamały mu się o korę. Jego stopy zaczęły znikać w otworze drzewa.

Skrzaty  uwijały  się  jak  nakręcone.  Biegały,  bełkotały  niezrozumiale.  Były  pod

nim  i  na  nim.  Próbowały  zmusić  go,  by  puścił  się  tam,  gdzie  trzymał  się  najmocniej.

Kąsały go i drapały. Gdy udało im się z jednej strony, przeniosły się na drugą rękę.

Douglas prawie do pasa wciągnięty był do środka. Za chwilę pień drzewa miał

pochłonąć go całego.

*

Peter nie wiedział już, gdzie się znajduje.

Mgła stała się jeszcze bardziej gęsta. Stracił orientację.

- Crys, gdzie jesteś?

- Kto by się w tym połapał, Pete? Nic nie widzę! Muszę przerwać połączenie!

background image

- Jak to? Dlaczego?

- Chcę czegoś spróbować. Biegnij!

Crystal  zatrzymała  się.  Dyszała.  Pochylała  się  do  przodu,  aby  złagodzić  kolkę.

To nie był dobry pomysł. Nie mogła biec przed siebie, nie wiedząc dokąd. Co mawiała

jej babcia? „Wzrok jest przecenianym zmysłem, Crystal. Nikt nie jest bardziej ślepy niż

ten, który ufa jedynie wzrokowi”.

Później  zawiązywała  jej  oczy  i  obracała  nią.  Były  w  lesie  i  musiała  odnaleźć

drogę, choć nic nie widziała. Powtarzały tę zabawę przy różnych okazjach.

-  Zobaczysz,  że  pomoże  ci  wyostrzyć  pozostałe  zmysły  -  mawiała.  -  Przyjmij

żywioły,  poczuj  w  sobie  ich  zapach:  jesteśmy  częścią  natury.  Zbyt  często  o  tym

zapominamy.

Crystal nigdy nie odnalazła drogi bez oszukiwania.

Teraz  jednak  żarty  się  skończyły  i  nie  mogła  podglądać.  Nie  starała  się  już

przejrzeć mgły. Zamknęła oczy i skupiła się.

- „Wysil swe zmysły, wysil swe zmysły” - zaczęła powtarzać sobie.

Pies wył w oddali, dźwięk syreny na statku odbijał się echem w porcie; gdzieś

daleko przejeżdżał samochód i ktoś otwierał żaluzje.

„Wyłów  dźwięki,  skup  się  na  nich...  Ktoś  otwiera  żaluzje?  O  czwartej  nad

ranem?  Może  to  w  piekarni...  albo  w  czyimś  garażu...  Potrzebuję  jeszcze  jakiejś

wskazówki... Przyjmij żywioły...”

Co  chciała  przez  to  powiedzieć  babcia?  Po  raz  ostatni  Crystal  zebrała  w  sobie

siły.

W  pobliżu  był  kot;  prychał,  może  walczył  z  drugim  kotem.  Nigdy  dotąd  nie

próbowała  „nawiązać  kontaktu”  ze  zwierzęciem.  Choć  mówią,  że  niektóre  zwierzęta

posługują się telepatią lub używają innych pozazmysłowych sposobów.

- Popatrz na mnie, maleńki. Dom Damona jest blisko, może go znasz, zaprowadź

mnie...

Crystal  starała  się  przekazać  kotu  obraz  domu  Damona  Knighta.  Coś  poruszyło

się we mgle. To był on, biały kot w czarne łaty.

Dziewczynka pobiegła za nim.

Zwierzę było od niej zwinniejsze, zbiegało po zboczu coraz szybciej.

background image

- Poczekaj, maleńki! Biegniesz zbyt szybko, poczekaj!

Ale kot nie zwolnił i wkrótce zniknął we mgle.

Crystal  straciła  otuchę.  Znów  była  sama  i  nie  miała  nawet  pewności,  czy  kot

poprowadził ją we właściwym kierunku.

Znów starała się skoncentrować.

Co jeszcze znajdowało się naokoło? Wibracje... wibracje...

Nietoperze? Nietoperze nie używają wzroku, ale echolokacji. Mają coś na kształt

radaru.

- Pomóż mi, przyjacielu... naucz mnie, jak posługiwać się wibracjami.

Crystal zaczęła biec. Zamknęła oczy. Wibracje...

Starczyło jej sił do następnego kwartału ulic: biegła co tchu, o nic nie uderzyła,

ale  i  tym  razem  straciła  orientację.  Zatrzymała  się.  Powinna  być  prawie  na  miejscu.

Czuła to! Zaczęła odczuwać przerażenie Douglasa!

Starała się wyrzucić je ze swego umysłu i otworzyć się na inne jego doznania.

-  Co  to  za  zapach?  To  jakaś  roślina.  Tutaj  nic  takiego  nie  ma.  Zapach  musi

pochodzić z innego miejsca. Babcia nauczyła mnie rozpoznawać zapachy roślin. Zaraz,

zaraz... gdzie był Douglas? Przyczaił się na kasztanowcu... Mam! Chyba mam!

*

Jednak było już za późno.

Głowa Douglasa pogrążyła się w czeluści pnia.

Znikając w długim, ciepłym i wilgotnym korytarzu drzewa, widział, jak wejście

do pnia robi się coraz mniejsze i mniejsze. Był już bardzo daleko. Skrzaty wlokły go

pod ziemię, pod Misty Bay.

Douglas płakał i krzyczał. Na nic się to nie zdało.

Płakał i krzyczał.

- Douglas!

Płakał i krzyczał.

- Douglas!

Płakał i..

- Douglaaas!!!

To był głos Crystal. Skąd dochodził? Jak...

background image

- Douglas, obudź się! To sen, słyszysz mnie? Sen!

Douglas  szeroko  otworzył  oczy.  Crystal  potrząsała  nim.  Nie  był  pod  ziemią,

znajdował  się  na  świeżym  powietrzu,  na  chodniku,  pod  kasztanowcem.  Widać  stąd

było dom Damona Knighta spowity we mgle.

Znajdował się na świeżym powietrzu, nie był pod ziemią!

- Crystal... co...

- Ja też bym chciała to wiedzieć, Doug.

-  Nie  usnąłem,  Crys.  Przyrzekam  ci.  To  było  takie  rzeczywiste,  takie

rzeczywiste... To nie moja wina! Nie wiem, co się stało, ale... Wierzysz mi?

Crystal westchnęła, była wyczerpana.

- Wierzę ci, Doug.

- Dzięki, Crys, dzięki!

Douglas objął ją, a dziewczyna uścisnęła go z całej siły.

-  Uff!  No,  jesteście!  -  prychnął  Peter,  który  właśnie  przybiegł  na  miejsce.  -  Co

się stało?

- Wiesz co, Peter? - zaczęła Crystal, uwalniając się z uścisku. - Stało się to, że

daliśmy się nabrać.

*

Devlin  Stevenson  otworzył  oczy  i  poszukał  instynktownie  ręki  żony  z  lewej

strony  łóżka.  Oczywiście  nie  znalazł  jej,  ponieważ  sam  ją  wcześniej  przekonał,  aby

pojechała  na  kilka  dni  do  koleżanki  za  miasto.  Czuł  zagrożenie  i  nie  chciał  jej  w  to

mieszać. Cokolwiek miało się wydarzyć, chciał stawić temu czoła sam.

Na spotkanie z przeznaczeniem trzeba iść w pojedynkę.

Tej nocy znów sobie obiecał, że nie zaśnie, ale zmęczenie i lata miały nad nim

przewagę. Tak jak mu się to zdarzało często ostatnimi czasy, śnił mu się ten zawieszony

chłopiec. Niewidzialni, burza i Scrimm, który uderzał pięścią w Damona.

I chłopiec.

Jak mógł o nim zapomnieć, przez te wszystkie lata, tak jakby nigdy nie istniał? A

jednak jego pojawienie się było równie tajemnicze jak opatrznościowe... Gdyby się nie

poświęcił tej nocy, Damon by zginął, a Niewidzialni zostaliby pokonani.

Ale co się stało z jego ciałem? Nigdy go nie odnaleziono...

background image

Nagle poczuł, że nie jest sam.

Nie wiedział, skąd pojawiła się ta myśl, ale poczuł, że powietrze w pokoju stało

się mroźne.

- Kto tam? - powiedział w pustkę.

W chwilę później lampka na stoliku nocnym zgasła.

*

Nazajutrz wiadomość była na ustach wszystkich: poprzedniej nocy w Misty Bay

nastąpił kolejny zgon.

Devlin Stevenson.

Zawał.

ANTRAKT

Stary  uśmiechał  się  z  zadowoleniem,  ocierając  sobie  pot  z  czoła  powolnym

ruchem ręki.

Wpatrywał  się  w  szachownicę.  Zanim  ją  schowa,  chce  zapamiętać  pozycję

wszystkich  figur.  Nie  ma  słabej  pamięci.  Przypomniał  sobie,  kiedy  podjął  to

wyzwanie: jeszcze zanim zrobił sobie szachownicę, był wtedy więźniem góry.

Partia była w fazie zaawansowanej. Przeciwnik wykonał swoje ruchy, ale figury

starego wciąż go szachowały, jak chmury niekończącej się burzy.

Zastanawiał  się  nad  magią  zawartą  w  szachach  i  nad  tym,  jak  łatwo  było

kontrolować istoty ludzkie. Wystarczyło ustawić figury i rzucić odpowiednie zaklęcie.

Teraz  każdy  ruch  na  jego  szachownicy  pociągał  za  sobą  analogiczne  działania

ludzi.

Zginęły już dwie osoby i miało ich być więcej (to nieunikniona cena rozgrywki,

bo stawka była wysoka).

Spokojnie zaczął zbierać figury.

To ten, wszędzie wścibiający swój nos, dziennikarz Robert Kershaw - koń. A tu

stary  marzyciel,  Kendred  Halloway  -  drugi  koń. A  tutaj?  Dwa  gońce:  Crystal,  młoda,

background image

nieustraszona wnuczka Susan Cooper i jej wierny przyjaciel Peter.

Ale najważniejszą figurą (tą, którą - jeśliby to była gra w karty, można by nazwać

asem w rękawie) była królowa.

Dobroduszny i naiwny Douglas Macleod.

Drzwi.

Rozdział 15.

Śladem psa tropiciela

Robert Kershaw, pies tropiciel, był w bibliotece, w pokoiku przeznaczonym do

przeglądania  mikrofilmów  ze  starymi  rocznikami  gazet.  Jedyne  światło  w  pokoju

pochodziło  z  czytnika  optycznego,  pod  którym  przewijały  się  strony  dziennika

lokalnego z 1938 roku. Był to ten sam dziennik, który przeglądali chłopcy, kiedy Robert

zaskoczył ich dzień wcześniej.

Szedł  ich  tropem,  śledził  ich,  a  im  bardziej  szukał,  tym  więcej  znajdował

śladów.

Kiedy przebywa się w nowym miejscu, wieczory spędza się w pubie. Od kiedy

przybył  do  Misty  Bay,  spędzał  czas  w  pubie  obok  komisariatu  policji.  Chciał  być  na

bieżąco  z  wydarzeniami,  więc  najlepszym  wyjściem  była  pogawędka  z  którymś  z

policjantów na koniec zmiany. Przekonał się, że wcale nie trzeba było ich prosić, aby

opowiadali o pracy. Szczególnie po paru kuflach piwa.

Wydarzeniem,  które  było  na  ustach  wszystkich,  były  dziwne  zgony  kilku

mieszkańców miasteczka w podeszłym wieku. Ludzie jednak nie wiedzieli, że wszyscy

zmarli  zostali  znalezieni  w  ubraniach  mokrych  od  morskiej  wody.  Szczegół  dość

dziwny, biorąc pod uwagę, że orzeczenie koronera wspominało  o  zgonach  z  przyczyn

naturalnych...

Osoby  te  nazywały  się...  Robert  Kershaw  otworzył  zniszczony  notatnik,  który

nosił w jednej z licznych kieszeni kurtki: Susan Cooper i Mark Warrick. A tego ranka

background image

jeden  z  jego  informatorów  z  biura  szeryfa  zadzwonił  do  niego  do  hotelu,  aby  go

poinformować  o  śmierci  Devlina  Stevensona,  którego  ciało  zostało  znalezione  przez

guwernantkę.  Zgon  nastąpił  w  podobnych  okolicznościach  jak  w  dwóch  poprzednich

wypadkach.

Dziennikarz  zapisał  ich  imiona  i  nazwiska,  każde  na  osobnej  kartce  i  ułożył  je

przed sobą, jedna pod drugą.

Inną sprawą, która go niepokoiła, było zniknięcie dziewczynki: Crystal Cooper,

wnuczki Susan. Znał jej twarz z fotografii rozwieszonych w całym Misty Bay.

Jedną z fotografii położył po prawej stronie karteczek z nazwiskami zmarłych.

Crystal  była  koleżanką  z  klasy  Petera,  chłopca,  którego  widział  poprzedniego

dnia w towarzystwie jego kolegi, Douglasa. Douglas twierdził, że chodzą do tej samej

klasy. Było to niezgodne z notatkami Roberta. Dlaczego skłamał? To jasne, że mieli coś

do ukrycia... tylko co?

I kto pomagał Peterowi?

Ten buldog, Lance, sam nie wszedł na wieżę zegarową i nie zawiesił sobie kartki

na  szyi.  I  inny  dziwny  szczegół:  autor  karteczki  podpisał  ją  „Niewidzialni”.  Tak

nazywała  się  grupa  dzieciaków-zjaw,  której  śladów  Robert  poszukiwał  od  dawna  po

całych Stanach Zjednoczonych.

Zbieg  okoliczności?  Z  następnej  kieszeni  wyjął  jeszcze  bardziej  zniszczony

notes. Przewrócił kilka kartek i znalazł wreszcie to, czego szukał: imiona dzieci-zjaw,

które udało mu się ustalić. Znów wydarł kilka kartek i zapisał na nich imiona: Greta,

Mark, Susan, Devlin.

Mark.

Susan.

Devlin.

Tak samo brzmiały imiona zmarłych osób!

Robert  nie  rozumiał,  czy  w  tym  przypadku  także  miał  do  czynienia  z  dziwnym

zbiegiem okoliczności.

Odruchowo  wyciągnął  papierosa,  jednak  przypomniało  mu  się,  że  w  bibliotece

obowiązuje zakaz palenia. Niecierpliwie włożył go z powrotem do paczki.

Zaczął od początku.

background image

Wyjął kartkę papieru z drukarki stojącej obok i zaczął spisywać powtarzające się

elementy.

Przede  wszystkim:  Niewidzialni.  Z  jednej  strony  banda  zjaw,  z  drugiej  strony

Niewidzialni z Misty Bay.

Później imiona: Mark, Devlin i Susan.

Crystal, zaginiona dziewczynka, była wnuczką Susan. Napisał jej imię i połączył

je z imieniem babci.

Crystal była koleżanką z klasy Petera. Połączył imię  Crystal  z  imieniem  Petera,

którego imię, z kolei, połączył z Niewidzialnymi z Misty Bay.

I  jeszcze  był  Douglas  (strzałka  w  stronę  Petera),  siostrzeniec  Kendreda

Hallowaya, dyrektora biblioteki... przyjaciela zmarłych osób.

Wtedy zatrzymał się.

To wszystko jest interesujące, ale dokąd prowadzi?

Podniósł wzrok na czytnik optyczny. Gazeta, którą przeglądał, była z 1938 roku.

W  1938  roku  Kendred  Halloway  i  jego  przyjaciele  byli  mniej  więcej  w  wieku

Crystal, Petera i Douglasa.

W  tym  wieku  często  powstaje  paczka  przyjaciół,  z  którymi  można  wspólnie

żartować i bawić się.

„W  tym  wieku  często  powstaje  paczka  przyjaciół  -  pomyślał.  - A  takie  piękne

wspomnienia z dzieciństwa można opowiedzieć na starość dzieciom lub wnukom...”

Wstał i zaczął zbierać w pośpiechu porozrzucane kartki.

Jego  węch  psa  tropiciela  podpowiadał  mu  coś  jeszcze.  Mówił  mu,  że  ta

dziewczynka, Crystal Cooper, znała część historii babci. I jej starych przyjaciół.

Musiał odnaleźć tę dziewczynkę.

Rozdział 16.

W górę i w dół przez czasoprzestrzeń

background image

-  O  mamo,  Doug,  jesteś  blady  i  coraz  gorzej  wyglądasz  -  powiedziała  Crystal,

kiedy wczesnym rankiem Douglas pokazał się u wejścia do skalnej groty, którą nazwali

„gniazdem piratów”. - Nie zmrużyłeś oka przez resztę nocy, co?

Douglas usiadł na kopcu piasku naprzeciwko dziewczynki i Petera.

- A kto miałby odwagę zasnąć? Śnią mi się przerażające walki Niewidzialnych

ze  Scrimmem...  Łażę  tylko  dzięki  cappuccino!...  No  i  co,  odpuszczamy,  czy  chcecie

przedsięwziąć coś wielkiego?

- A  zatem,  Doug  -  powiedział  Peter,  głęboko  wciągając  powietrze  -  Crys  i  ja

stwierdziliśmy, że w istocie nie ma sensu walczyć z wrogiem o wiele potężniejszym od

nas...

- Ach, wreszcie coś mądrego!

- Oczywiście, gdybyśmy dysponowali Malartium, okoliczności przedstawiałyby

się w innym świetle... - ciągnął Peter.

-  No  właśnie,  gdyby  udało  się  nam  znaleźć  ją  przed  Scrimmem,  moglibyśmy

nieźle  przetrzepać  mu  skórę...  Moglibyśmy  walczyć  podobną  bronią...  albo  mieć

przewagę - podsumowała Crystal.

- Możliwe, ale nie mamy jej, prawda? Więc dlaczego nie możemy, tak jak nasi

rówieśnicy, beztrosko spędzać wakacji i... Dlaczego tak na mnie patrzycie?

-  Pete  miał  pewien  ryzykowny  pomysł,  który  mógłby  wypalić  -  zagaiła

dziewczynka.

- I ten pomysł nie dotyczy jego, jak sadzę - Douglas przeszedł do defensywy.

- Sam twierdzisz, że kiedy tylko zasypiasz, od razu śnią ci się Niewidzialni, tak?

- uściślił Peter.

- Hmmm... no, może...

- Ponadto nie śnisz o jakiś wyrwanych z kontekstu przygodach, mają one pewien

porządek chronologiczny...

- Do czego zmierzasz?

-  Posłuchaj,  Douglas  -  wtrąciła  się  Crystal.  -  Pamiętasz,  kiedy  się  poznaliśmy,

nazwałam cię „drzwiami”?

- Oczywiście, od razu wydałaś mi się jakaś dziwna.

- Widzisz, drzwiami określa się taką osobę, która jest progiem pomiędzy dwoma

background image

wymiarami,  zarówno  przestrzeni,  jak  i  czasu.  Ty,  na  przykład,  kiedy  śpisz,  jesteś  w

stanie uczestniczyć jako widz w wydarzeniach z przeszłości.

-  Już  mi  to  mówiłaś,  ale  dlaczego  widzę  właśnie  Niewidzialnych?  I  dlaczego

wcześniej  nigdy  mi  się  to  nie  zdarzyło,  za  to  od  kiedy  zawitałem  w  Misty  Bay,  nie

miałem ani jednego normalnego snu?

Crystal westchnęła.

- Nie wiem, Doug. Jeszcze tego nie wiem. To ja cię wtajemniczyłam... W każdy

razie sądzę, że za głęboko wszedłeś w tę historię. Uważam, że nawet jeśli wyjedziesz z

Misty Bay natychmiast, sny wciąż będą cię prześladować... I może nie tylko sny.

Douglas spojrzał na swoich przyjaciół.

-  I  dlatego,  waszym  zdaniem,  jedyną  moją  nadzieją  na  powrót  do  normalnego

życia jest jak najszybsze załatwienie tej sprawy, co?

- Tak właśnie uważamy, Doug - odpowiedział Peter, spuszczając wzrok.

Douglas odwrócił się w stronę Crystal.

- No, to posłuchajmy, na czym polega ten pomysł.

-  Chodzi  o  eksperyment  parapsychologiczny,  w  którym  ty  będziesz  aktywnym

ogniwem.

- Ja, wydaje mi się...

- Właśnie, wypróbowałam na wszystkie sposoby moje umiejętności hipnotyczne i

telepatyczne... Teraz możemy je połączyć. Mogę spróbować cię zahipnotyzować, wejść

w kontakt mentalny z tobą i Peterem i skłonić cię do „snu” o tym, co się stało w noc,

kiedy Niewidzialni pokonali Scrimma i zabrali Malartium.

- Ty chyba nie mówisz poważnie.

- Niestety tak, Doug.

- Zapomnijcie o tym.

*

Chwilę  później  Douglas  leżał,  a  Crystal  i  Peter  klęczeli  obok  niego.

Dziewczynka trzymała go za prawą, a chłopiec za lewą rękę.

-  Crys  -  powiedział  Douglas  -  obiecaj  mi,  że  jeśli  będę  w  niebezpieczeństwie,

natychmiast mnie obudzicie.

- Obiecuję, a teraz zrób mi przyjemność i odpręż się.

background image

- Łatwo ci mówić, bo nie ty jesteś drzwiami.

- Masz rację, ale teraz odpręż się i spójrz mi w oczy.

-  Muszę  cię  chyba  uprzedzić,  że  nie  jestem  podatny  na  hipnozę.  Któregoś  dnia

poszedłem z ojcem na pokaz magii i...

- ...I? - zapytał Peter.

- Pssst! Cicho, zasnął - wyszeptała Crystal.

Eksperyment ruszył.

*

- „Malartium” mówi jasno - stwierdza Damon.

Przeszkadza  mu  nieobecność  jego  starego  przyjaciela,  Kena  Hallowaya.  Bez

jego wsparcia czuje się słabszy. Ale nie chce tego okazać.

Niewidzialni  są  w  kryjówce  na  skale,  w  tej  samej  grocie,  gdzie,  prawie

sześćdziesiąt  lat  później,  urządzili  sobie  bazę  Crystal,  Peter  i  Douglas.  Na  dworze

szaleje burza.

-  ...Wy  także  posłuchajcie  -  kontynuuje  Damon  głosem  jakby  pozbawionym

emocji.  „Niewinny  chłopiec  może  unieszkodliwić  czarodzieja,  pod  warunkiem,  że

przysięgnie na to, co mu najdroższe, że nie skusi go potęga i że nie pozwoli, aby jego

dusza spłonęła, odrzuciwszy ideały i marzenia dzieciństwa”.

- Hej, to nie tak wiele - krzyczy Mark.

-  Poczekaj,  to  nie  koniec.  „...Jednak  aby  czar  był  skuteczny,  młodzik  musi

dopełnić ofiary, przelewając krew swojego rówieśnika”.

*

- Och...!

*

Niewidzialni poruszyli się niespokojnie, patrząc na siebie z przerażeniem.

- Co to było? Jest tu ktoś jeszcze? - wykrzykuje Damon, zrywając się na równe

nogi.

- Co się z tobą dzieje, Damon? Ja nic nie słyszałam - protestuje Greta.

-  Coś  usłyszałem,  jakby  okrzyk...  -  chłopiec  znów  siada.  -  Musiałem  się

przesłyszeć. A zatem zgadzacie się?

- Na „ofiarę krwi”? Zwariowałeś? I kogo zamierzasz zabić, kogoś z nas?

background image

-  Uspokój  się,  Susan.  Kto  mówi  o  zabójstwie?  Księga  mówi  o  przelaniu  krwi,

nie o zabijaniu.

- A zatem? - wtrąca się Mark.

- A zatem wystarczy, że lekko się skaleczymy... Ja skaleczę ciebie, ty skaleczysz

Susan, Susan skaleczy Devlina... i tak dalej, co ty na to?

- Ja na to, że Susan ma rację: oszalałeś! Nie chcę, żeby mnie ktoś pokroił!

- Brawo, Mark - zgodziła się Greta. - Poszukajmy innego sposobu!

- Ja się zgadzam - mówi Devlin.

- Co? Ale dobrze go słuchałeś? - pyta Mark.

- Wśród... wśród tych porwanych dzieciaków jest także mój przyjaciel, Russel

Everett,  jak  wiecie.  Skaleczenie  nie  wydaje  mi  się  czymś  wielkim  w  porównaniu  z

tym, co im mogłoby się stać. Ja nie chcę ich opuścić. A wy chcecie?

Niewidzialni  zamilkli  i  zawstydzeni  spuścili  wzrok.  Nikt  nie  ośmielił  się

odpowiedzieć.

- Damon, skalecz mnie - mówi Devlin i podaje mu własny nóż sprężynowy.

- Tylko niezbyt głęboko, tu, na przedramieniu.

Damon waha się, ale potem bierze nóż, ogrzewa jego ostrze nad ogniem, aby je

oczyścić,  czeka  aż  ostygnie  i  wreszcie  robi  nacięcie.  Tylko  tyle,  aby  spłynęło  kilka

kropel krwi.

I recytuje:

- Ja, Damon Knight, klnę się uroczyście, że pozostanę niewinny i że nigdy nie

złamię  mojej  przysięgi  złożonej  moim  przyjaciołom  Niewidzialnym  ani  nie  zdradzę

żadnego marzenia czy ideału, w który teraz wierzę.

Wtedy przekazuje nóż Markowi.

*

-  Jest  coś,  co  mnie  niepokoi  -  powiedziała  Crystal,  zawieszając  „połączenie”.

Douglas wciąż spał głęboko.

- Tylko jedno coś? - próbował zażartować Peter.

- Doug nie śni jak zwyczajny widz...

- Mówisz o tym okrzyku, który usłyszał Damon?

-  Tak,  słyszeli  go,  rozumiesz?  Nie  wiem,  czy  powinniśmy  ciągnąć  to  dalej.

background image

Obawiam się, że to zbyt niebezpieczne. A jeśli Douglas zostanie uwięziony w snach i

nie wróci?

-  To  mu  zawsze  groziło,  kiedy  zasypiał,  Crys.  Ty  też  o  tym  wiesz.  Teraz  nie

możemy  przerwać.  Musimy  znaleźć  to,  czego  szukamy  i  zakończyć  jak  najszybciej  tę

potyczkę ze Scrimmem.

- Może masz rację, Pete.

- Nie wiem, czy mam rację. Wiem, że położenie Douga jest bardzo trudne.

- Brniemy w to dalej?

W  tym  momencie  dłonie  Douglasa,  trzymane  przez  przyjaciół,  podniosły  się  i

chłopiec zaczął cichutko kwilić.

- Dalej, Crys. Szybko!

*

Ciemny  i  wilgotny  pokój.  Ceglane  ściany  pokryte  są  pajęczynami,  podłoga

mchem  i  malutkimi  kałużami.  Delikatny  promień  światła  przenika  przez  malutkie

okienko w ciężkich drewnianych drzwiach celi.

Ktoś  płacze.  To  głos  dziecka.  Łańcuchy  lśnią  w  ciemności,  w  półcieniu

widoczne są zarysy postaci trójki dzieci.

Dwóch  chłopców  i  dziewczynka.  Jeden  z  chłopców  płacze,  pozostała  dwójka

wpatruje się w nicość.

W pewnym momencie dziewczynka odwraca się. Czy coś zobaczyła?

Otwiera  usta,  chce  coś  powiedzieć,  ale  jeszcze  przez  chwilę  nie  mówi  ani

słowa. Na koniec zdobywa się na odwagę:

- Kim jesteś?

Jak to możliwe? Jak ona może...

- Christine, co się dzieje? - pyta jedno z dzieci, to, które nie płacze.

-  Nie  wiem,  Russel,  w  pewnym  momencie  wydawało  mi  się,  że  jest  tu  ktoś

jeszcze, taki grubiutki chłopiec...

- Gdzie jest policja, Christine? Dlaczego nikt nie przybywa nam z pomocą?

-  Spokojnie,  moje  maleństwa.  -  To  Angus  Scrimm  spogląda  przez  okienko  w

drzwiach. - Niedługo wszystko się skończy.

Słyszą zgrzyt klucza w zamku i drzwi otwierają się.

background image

*

Niewidzialni  przechodzą  przez  las  porastający  skalę.  Na  górze  wznosi  się

siedziba  Angusa  Scrimma.  Burza  szaleje  ze  zdwojoną  siłą,  a  błyskawice  następują

jedna  po  drugiej.  Ale  teraz  zachowanie  Damona  i  pozostałych  zmieniło  się.  Nie  są

już  tak  przestraszeni.  Dokonali  magicznego  rytuału  i  Scrimm  nie  może  już  im

zaszkodzić.

Damon  wychodzi  z  krzaków  na  tyłach  domu.  Jest  zdumiony.  Angus  Scrimm

siedzi  nieopodal,  na  kawałku  skały  nad  przepaścią.  Obok  niego  jest  trójka

zaginionych dzieci. Przy każdym z nich ustawił duże miedziane miski. Chce do nich

wlać ich krew!

Ma  zamiar  złożyć  w  ofierze  człowieka,  aby  stać  się  najpotężniejszym

czarodziejem.

Teraz  Angus  Scrimm  podnosi  długi  nóż  ku  niebu  i  szepcze  coś  w

niezrozumiałym języku.

Zbliża się do dziewczynki o imieniu Christine i chwytają mocno za włosy.

Burza  szaleje.  Po  twarzy  dziewczynki  spływa  deszcz  i  morska  woda.  Wydaje

się,  że  ocean  chce  skruszyć  skałę  i  pochłonąć  ją  wraz  ze  wszystkimi,  którzy  na  niej

stoją, tak wściekle o nią uderza.

- Wreszcie nadszedł właściwy moment, moja mała...

- Nie! - wrzeszczy Damon ile tylko sił w płucach i rusza pędem po błotnistym

zboczu, a za nim Niewidzialni.

-  Ach,  kogo  my  tu  mamy?  Smarkacze!  -  naigrywa  się  z  nich  Angus  Scrimm.

Zostawia dziewczynkę i odwraca się w ich stronę.

-  Dziękuję  wam  za  przybycie,  nędzni  marzyciele.  Wy  także  posłużycie  do

rytuału.

-  Zapomnij  o  tym  czarodzieju,  spójrz  tylko!  -  odpowiada  Damon  i  podnosi

„Malartium”.

Angus  Scrimm  zatrzymuje  się  na  chwilę.  Przez  moment  widać  strach  w  jego

oczach. Ale natychmiast odzyskuje panowanie nad sobą.

-  Co  chcesz  zrobić,  pędraku?  Grozisz  mi?  Mi?!  Za  chwilę  mam  się  stać

najpotężniejszym czarodziejem na ziemi!

background image

- Jeszcze nim nie jesteś, Angusie - odpowiada Damon i szuka lewą ręką dłoni

Marka.  Ten  z  kolei  szuka  ręki  najbliżej  stojącego  Niewidzialnego.  Wkrótce

zacieśniają  krąg.  Damon  trzyma  księgę  w  wolnej  ręce  i  otwiera  ją  na  oznaczonej

stronie.  Zaczyna  recytować:  „My,  młodzi,  zupełnie  niewinni,  pozbawiamy  cię,

czarodzieju, twojej mocy!”.

Błyskawica przecina niebo, a Angus Scrimm sztywnieje z przerażenia.

- Wy, przeklęte, aroganckie dzieciaki! - krzyczy.

A później...

Później nie dzieje się nic. Deszcz wciąż pada, a Angus Scrimm stoi, nietknięty.

Mężczyzna wybucha niepohamowanym śmiechem.

- Zadufani w sobie głupcy, dokonaliście rytuału w niewłaściwy sposób!

- Jak to możliwe, przelaliśmy naszą krew...

-  No  właśnie,  ale  przez  „przelanie  krwi”  w  księdze  rozumiano  zabójstwo!  W

tym momencie jeszcze wszyscy żyjecie, więc rytuał nie ma żadnej wartości! - krzyczy

czarodziej. Nieoczekiwanie podnosi długi nóż i rzuca nim w stronę Damona.

-  Nieee!  -  Chłopiec,  który  nagle  pojawił  się,  staje  pomiędzy  Damonem  i

Scrimmem. Nóż wbija mu się poniżej mostka.

*

- Douglas! - krzyknęła Crystal w innymi miejscu i w innym czasie.

*

- Kim... kim jesteś? - pyta Damon, pochylając się nad umierającym chłopcem.

- Nieważne, Damon - odpowiada słabnącym głosem. - Rytuał... dopełnijcie go

teraz...

- Przeklęci! - ryczy Angus Scrimm.

Waha się, czy znów ich atakować, czy uciekać. Nagle decyduje się na ucieczkę i

rzuca się biegiem w stronę przepaści. Tam, niedaleko, jest wejście do jaskini. Dłonie

umierającego chłopca są całe we krwi. Niewidzialni powtarzają rytuał.

-  Jaskinia!  -  wyje  Damon.  -  Jeśli  czarodziejowi  uda  się  nas  zgubić,  może

przepaść na zawsze!

Angus  Scrimm  jest  szybki  i  sprytny,  ale  dzieciaków  jest  więcej  i  dowiodły,  że

potrafią być równie sprytne jak on! Wkrótce zastępują mu drogę.

background image

- Dzięki mocy, którą nam daje ta księga - deklamuje Damon, zacieśniając krąg

z resztą grupy - my, Niewidzialni, skazujemy cię na wieczne więzienie w tej jaskini!

Angus Scrimm jest w pułapce: z jego lewej strony płynie wzburzony podziemny

potok,  wokół  tylko  granit.  Przerażony  opiera  się  o  ścianę  groty.  Nagle  kamień

przestaje być kamieniem i mag zatapia się w nim, jakby skała była z błota.

W  tym  momencie  dostrzega  błysk  w  oku  Damona  Knighta  jego  bezlitosne

spojrzenie przekonuje go, że nie ma już dla niego nadziei.

- Pokonaliście mnie, Niewidzialni - wyje. - Ale ja też rzucą na was klątwę!

Ostatkiem sił zbiera całą energię i, podnosząc ramiona, mówi:

-  Dorośniecie,  taka  jest  kolej  rzeczy,  ale  jeśli  porzucicie  wasze  dzisiejsze

ideały, będziecie musieli rozliczyć się z tego!

-  Do  diabła,  stary  draniu,  nie  widzisz,  dokąd  doprowadziły  cię  twoje  głupie

czary? - odpowiada wściekle Damon. - No, może nie masz jeszcze dosyć, ale mi już

wystarczy!

Chłopiec  podnosi  nad  głowę,  „Malartium”  i  rzuca  ją  w  wody  podziemnego

potoku.

- Pożałujesz tego, słyszysz? - krzyczy jeszcze Angus Scrimm. - Pożałujesz tego,

ponieważ miałeś już kontakt z czarami, ale kiedy to zrozumiesz, będzie już za późno!

Rzęzi po raz ostatni, po czym wchłania go kamienna ściana.

Na zewnątrz burza nagłe ucicha.

Na tyłach siedziby Angusa Scrimma trójka dzieci wisząca stopami do góry nie

wie,  że  jest  już  uratowana.  Patrzą  wkoło  siebie,  przerażone,  starając  się

wyswobodzić  dłonie  z  więzów,  i  wtedy  widzą  pięć  zbliżających  się  postaci:  są  to

chłopcy i dziewczęta, którzy wyszli z lasu, aby pokonać czarodzieja. Podbiegają do

nich, rozwiązują i przytulają do siebie, a maluchy wybuchają pełnym ulgi płaczem.

Damon  biegnie  w  miejsce,  gdzie  upadł  chłopiec,  który  tak  nagle  się  pojawił,

ale jego ciało nie daje oznak życia.

*

- Douglas, Douglas! Obudź się, słyszysz? Obudź się!

Już dobrą chwilę temu Crystal przerwała „połączenie” i starała się go ocucić, ale

nic nie wskazywało na to, by poczuł się lepiej.

background image

Przerażony  Peter  ściskał  jego  rękę.  Zastanawiał  się,  skąd  się  wzięła  ta  słona

woda, którą były przesiąknięte włosy i ubranie przyjaciela.

- Crys! Puls niewyczuwalny - zawołał nagle. - Serce... przestało bić!

-  Ach,  nie,  o  rany,  nie!  -  krzyknęła,  uderzając  go  w  klatkę  piersiową.  W

desperacji  przyłożyła  swoje  usta  do  ust  Douglasa  i  zaczęła  rytmicznie  pompować  w

niego powietrze, tak jak nauczyli ją w szkole.

- Nie umieraj! Douglas, nie umieraj!

- Khe, khe, khe! - zakaszlał Douglas.

*

Trochę  później  trójka  dzieci  odzyskiwała  siły.  Każde  położyło  się  w  innym

końcu małej groty.

- Crys, potrafisz mi to wytłumaczyć?

-  Co,  konkretnie,  Doug?  -  odpowiedziała  dziewczynka,  nie  otwierając  oczu:  to

wszystko wykończyło ją.

-  To  znaczy,  urodziłem  się  dwanaście  lat  temu,  czy  żyłem  także  w  latach

trzydziestych?  Pomogłem  pierwszym  Niewidzialnym,  później  umarłem,  a  potem

urodziłem się dwanaście lat temu, aby ponownie umrzeć i...? W sumie, jak to możliwe?

- Och, Doug. Ja też nie znam wszystkich odpowiedzi...

- Nie spławisz mnie tak szybko: musisz coś wymyślić. Zawsze masz jakąś teorię.

-  A  zatem,  oto  moja  teoria:  czas  jest  dziwną  rzeczą,  Doug...  a  ty  jesteś

drzwiami...

- Ufff, dość już tego. Chcę być normalny, jak wszyscy.

- Może teraz już jesteś. Może twoja rola polegała jedynie na ocaleniu Damona,

aby on, z kolei, mógł pokonać Scrimma? A teraz moc się wyczerpała? Kto wie?

- I teraz nie będę już drzwiami.

Pomyślał przez chwilę, a potem dodał:

- Właśnie teraz, kiedy byłem kimś wyjątkowym...

- Za późno - podsumował Peter z uśmiechem.

-  Ale  wreszcie  dowiedzieliśmy  się,  co  się  stało  z Malartium  i  ze  Scrimmem.

Jeśli  dobrze  się  nad  tym  zastanowić,  istnieje  pewna  możliwość,  od  której  ciarki

przechodzą mi po plecach.

background image

- Jaka? - zapytał Douglas.

-  Myślę,  że  Scrimm  został  zamknięty  w  jednej  z  grot.  Dostaję  gęsiej  skórki  na

myśl, że mógł zostać uwięziony gdzieś tu blisko.

-  Jeśli  o  to  chodzi,  był  nawet  bliżej  niż  blisko...  -  wymamrotała  Crystal,  wciąż

nie otwierając oczu.

- Co masz na myśli? - wykrzyknęli chórem Douglas i Peter.

Rozejrzeli  się  i  popatrzyli  na  grotę  tak,  jak  gdyby  widzieli  ją  po  raz  pierwszy.

Jeszcze raz spojrzeli na szczelinę w skale i na rumowisko kamieni za nią. Wyglądało

tak, jakby nagły wybuch rozsadził skałę, aby kogoś...

- To nie piraci, to Scrimm był tu uwięziony! I uciekł stąd! - wykrzyknął Douglas.

Chłopcy zamilkli.

Nagle Crystal przerwała ciszę.

- Tak, Doug.

- Skąd wiesz, że...? A, no tak, zapomniałem.

-  Tak,  czuję,  że  chciałbyś  mi  coś  powiedzieć,  ale  obiecałam  ci,  że  nie  będę

czytać w twoich myślach bez pozwolenia.

- Ach, obiecałaś mi?

- No, może nie tobie, ale sobie - tak.

-  No  -  zaczął  chłopiec  po  krótkiej  przerwie  -  nie  wiem,  czy  jestem  jeszcze

drzwiami  czy  nie,  ale  faktem  jest,  że  straszliwie  się  boję  nadejścia  nocy...  Dlatego

chciałbym poprosić cię o przysługę...

- Strzelaj - powiedziała, otwierając oczy i odwracając się na bok, aby go lepiej

widzieć.

*

Tego  wieczoru  Douglas  pożegnał  się  z  wujostwem  wcześniej  niż  zwykle  i

poszedł do swojej sypialni.

Wujek i ciocia czytali w salonie, a on zszedł na parter, do kuchni i ułożył na tacy

najlepsze  smakołyki  z  lodówki.  Udało  mu  się  nawet  przygotować  kubek  gorącego

mleka.  Crystal  była  bardzo  szczęśliwa.  Później  poszedł  do  łazienki,  założył  piżamę,

wrócił do pokoju i wskoczył pod kołdrę.

Dziewczynka usiadła na foteliku w nogach łóżka i wzięła go za rękę.

background image

- Jesteś pewna, że ci wygodnie? Nie chcesz położyć się obok? - zapytał Douglas.

-  Dziękuję,  ale  bardzo  mi  wygodnie.  Tam,  na  górze,  na  latarni,  nauczyłam  się

spać w gorszych warunkach. Tu czuję się jak królowa.

- Wiesz, Crys, chciałbym ci coś powiedzieć...

- Strzelaj.

Douglas odwrócił się i jego wzrok napotkał spojrzenie dziewczynki.

Zastanawiał  się,  co  udało  się  jej  już  odczytać  z  tego,  co  zamierzał  jej

powiedzieć.  Wiadomo,  gadanie  o  „niepodglądaniu”  to  jedna  rzecz,  ale  ciekawość  to

inna para butów...

Ona uśmiechnęła się do niego, a on pomyślał, że telepatia telepatią, ale nie trzeba

było mówić już nic więcej. Przewrócił się na bok i zgasił światło. Nie puścił jej ręki.

- Crys? - powiedział po chwili.

- Tak, Doug?

- Kiedy Niewidzialni składali przysięgę...

- Tak...

- ...obiecali, że będą razem, że zostaną na zawsze przyjaciółmi...

- Tak, to też obiecali...

- Ale nie dotrzymali słowa. Przestali się spotykać, Damon opuścił Misty Bay. Co

się z nimi stało?

Crystal  popatrzyła  w  okno.  Światło  latarni  ulicznej  rzucało  dziwne  cienie  na

sufit.

- Nie wiem, Doug... może, po prostu, dorośli.

- Co to znaczy? Że kiedy ktoś się staje dorosły, musi zapomnieć o tym wszystkim,

w co wierzył? Dlaczego marzenia i przyjaźnie są jedynie fantazją? Nie liczą się?

Dziewczynka  nie  odpowiedziała  od  razu,  ale  Douglas  czuł,  że  trzyma  go  coraz

mocniej za rękę.

-  Wiesz,  babcia  opowiadała  mi,  że  ludzie  są  ofiarami  jakiegoś  przekleństwa...

coś zmusza ich do ciągłej zmiany, do przeistaczania się w kogoś innego, kto zapomina

o  tym,  w  co  wierzył  wcześniej.  Gdyby  ci  ludzie  mogli  się  sami  zobaczyć,  to  nie

rozpoznaliby siebie. Mówiła, że sama roztacza wokół czary, aby odczynić zły urok. Nie

rozumiałam wtedy, co chciała powiedzieć, ale teraz zaczynam rozumieć.

background image

- I tak jest ze wszystkimi? Wszyscy jesteśmy... na to skazani?

- Jeszcze nie udało mi się spotkać żadnego dorosłego, który byłby inny.

Douglas miał gulę w gardle. W ciemności czuł ciepły uścisk dłoni Crystal. Mimo

to był samotny.

Skierował spojrzenie w stronę, gdzie, jak myślał, były jej oczy.

- Żadnych strasznych snów dzisiejszej nocy?

-  Jeśli  tylko  jakiś  straszny  sen  wychyli  swój  obrzydły  pysk,  powiem,  że  nie  ma

cię  dla  nikogo  -  zażartowała  dziewczynka.  Później  tembr  jej  głosu  zrobił  się

cieplejszy: - Żadnych strasznych snów dzisiejszej nocy, obiecuję.

I dotrzymała obietnicy.

Rozdział 17.

Wielki problem na cmentarzu

Nazajutrz rano Douglas poszedł z wujostwem na pogrzeb Devlina Stevensona.

W  kościele  złożyli  kondolencje  żonie  Devlina  i  ich  córce  Jessice,  która

przyjechała  specjalnie  z  New  England,  gdzie  mieszkała.  Wujek  Ken  zaczął  rozglądać

się po zgromadzonym tłumie, dopóki nie napotkał spojrzenia Grety Rowlands. Kobieta,

kiedy go zauważyła, nic nie mówiąc, podeszła do niego i mocno go uścisnęła. Ciocia

Hettie została z tyłu z Douglasem.

Po  skończonej  ceremonii  wszyscy  ruszyli  z  orszakiem  żałobnym  na  cmentarz,

który znajdował się na zielonym, porośniętym drzewami wzgórzu, na skraju skały. Nie

był  duży,  pokryte  trawą  groby  ustawione  były  w  rządkach,  a  całość  przecinały  alejki

posypane białymi kamykami.

Przy furtce czekał na nich Damon Knight. Objął Gretę i ciocię Hettie, podał dłoń

wujkowi  Kenowi  i  poklepał  po  twarzy  Douglasa.  Znów  o  kilka  sekund  za  długo

przyglądał się chłopcu. Jakby starał się sobie coś przypomnieć...

-  Kendred,  Damon,  chciałabym  z  wami  porozmawiać  -  powiedziała  znienacka

background image

Greta  Rowlands.  Później  spojrzała  na  ciocię  Hettie  oraz  Douglasa  i  dodała:  -  Na

osobności.

- Och, oczywiście - powiedział, nieco zażenowany, wujek Ken.

- Możecie nam wybaczyć na chwilę?

-  Ależ  naturalnie  -  odpowiedziała  od  razu  ciocia  Hettie.  -  Chodź,  Douglas,

przespacerujemy się.

Greta Rowlands patrzyła, jak się oddalają i nagle zadeklarowała:

- Ja idę.

- Przemyślałaś to? - zapytał Kendred Halloway, zgadując, co zamierzała zrobić.

- To jedyny sposób, Ken, jeśli w ogóle jakiś istnieje.

- Chwileczkę - wtrącił się Damon Knight. - Czy możecie mi wytłumaczyć...?

-  Damon,  ty  i  Ken  zawsze  byliście  nastawieni  do  tego  sceptycznie,  ale  od  lat

mieszkańcy Misty Bay przychodzą do mnie, by poznać przyszłość... A ja ostatnio widzę

jedynie ciemność... - kobieta zamilkła na chwilę, szukając słów. - To jakby wszystkie

moje przyjaciółki zostawiły mnie, a ja byłabym niewidoma.

- Twoje...

- Karty - podrzucił Ken. - Greta czyta z kart... przepowiada przyszłość.

-  Och,  to  nie  tylko  zwyczajne  czytanie  z  kart,  Ken.  Od  wielu  lat  jesteśmy

zaprzyjaźnione i one nigdy mnie nie zdradziły. Aż do tego dnia, kilka tygodni temu.

-  No,  to  musi  być  dla  ciebie  okropne  -  powiedział  Damon,  siląc  się  na

współczucie.

-  Mimo  to  dziś  rano  znów  do  mnie  przemówiły.  Zostawiłam  je  jedynie  ze

względu  na  pogrzeb  Devlina,  ale  natychmiast  wracam  do  domu.  Już  wiem,  gdzie

ukrywa się Angus Scrimm.

Dwaj  mężczyźni  milczeli,  a  kobieta  odwróciła  się  na  pięcie  i  ruszyła  w  drogę

powrotną.

W  tym  czasie  Peter  podszedł  do  Douglasa.  W  krzakach,  na  tyłach  cmentarza,

siedziała Crystal. Nowi Niewidzialni czuli się w obowiązku pożegnać starego członka

pierwszej bandy.

-  Hej,  Pete  -  wyszeptał  Douglas,  kiedy  przyjaciel  był  na  tyle  blisko,  że  mógł

usłyszeć jego głos. - Nie mogłem się doczekać, aby z tobą porozmawiać, i z Crys!

background image

- A czy przypadkiem nie spędziła z tobą ostatniej nocy? - odparł Peter oschłym

tonem.

- Tak, ale obrazy pojawiły się podczas mszy w kościele.

- No, chyba nie chcesz powiedzieć, że pojawił ci się duch Devlina Stevensona?

- Nie, ale chodzi o coś równie niepokojącego!

-  O  mamo,  Doug,  zaczniesz  mówić,  o  co  chodzi,  czy  czekasz,  aż  przed  tobą

uklęknę, tu, w obecności tych wszystkich ludzi?

- Wiem, gdzie jest książka - uciął Douglas.

Malartium?!

- Ciszej, kurczę! Tak, właśnie ta książka.

- Jak to możliwe? Myślałem, że masz wizje tylko wtedy, kiedy śpisz, ale teraz...

- No - odpowiedział Douglas - wiesz, ceremonia była nudnawa i...

-  Zasnąłeś!  -  wybuchł  znów  Peter,  drżąc  na  samą  myśl,  że  jego  matka  i  jej

przyjaciółki z kółka parafialnego mogłyby go zobaczyć.

-  Pssst!  Ciszej,  kurczę!  Tak  właściwie  wcale  nie  zasnąłem,  tylko  trochę  się

rozkojarzyłem...

- Zasnąłeś.

- Okej, zasnąłem, nie masz nic przeciwko temu, abyśmy teraz wrócili do książki?

To nie ona stanowi klucz do historii? To nie od niej zależy, czy uda nam się schwytać

Scrimma i uratować tyłki nasze i całego Misty Bay, i może kogoś jeszcze?!

- No dobrze, już ci nie przerywam, co za charakterek!

- Możemy wreszcie porozmawiać o książce?

- Mówiłem, że nie będę ci już przerywał, no, dalej!

-  Dzięki  Bogu!  No,  więc Malartium...  Jeśli  sobie  przypominasz,  to  w  ostatniej

wizji Damon rzucał ją do podziemnego strumienia...

- ...przez szczelinę w skale.

- Tak i potem zaginął po niej wszelki ślad. Ale przed chwilą, kiedy... spałem w

kościele, znów stanęła mi przed oczami scena, w której Damon ją rzucał, ale tym razem

we śnie nie było Niewidzialnych, tylko sama książka! Widziałem, jak zabrała ją rwąca,

rozbijająca  się  o  skalne  ściany  woda...  później  zobaczyłem  ciemność,  wodę,  a  potem

nagle wodospad i podziemne jezioro...

background image

- A potem? Co potem?...

- A potem przewróciłem się i walnąłem o klęcznik.

- No, nie!

- Naprawdę, patrz, jaki siniak...

- Nie, mówiłem o książce! Gdybyś chwilę jeszcze pospał, teraz wiedzielibyśmy,

gdzie  się  znajduje  i  czy  istnieje  jakiś  sposób,  aby  ją  odzyskać.  Najbardziej  mnie

niepokoi ta cała woda...

-  No  pewnie,  nie  jestem  telepatą,  ale  wiem,  o  czym  myślisz:  to  prawie

niemożliwe, aby była jeszcze cała. Tyle się z nią działo. Minęło tyle lat.

-  Tym  gorzej,  nie  mamy  wyjścia,  musimy  czekać  na  twój  następny  sen.  Teraz

jednak uciszmy się, nie chcę, aby ktoś nas usłyszał.

-  Och,  nie  przejmuj  się,  większość  obecnych  tu  osób  jest  prawie  całkiem

głuchych  ze  starości.  Najbliżej  nas  stoją  mój  wujek  i  Damon,  ale  są  chyba  zajęci

rozmową.

Crystal  poczekała,  aż  ostatnia  osoba  wejdzie  na  cmentarz.  Wyszła  z  krzaków  i

wartowała  przy  furtce.  W  oddali  widziała  Douglasa  i  Petera,  którzy  rozmawiali  w

podnieceniu. Przerwali dość szybko i podeszli do wujka Kena, cioci Hettie i Damona

Knighta.  Dziewczynka  trzymała  się  z  boku,  licząc  na  ciemne  okulary,  które  miała  na

nosie  oraz  na  swoje  hipnotyczne  zdolności,  gdyby  znalazła  się  w  tarapatach  i  gdyby

ktoś ją rozpoznał.

Trumna  Devlina  Stevensona  została  spuszczona  do  dołu  i  pokryta  poświęconą

ziemią. Ksiądz zaczął recytować słowa ostatniego pożegnania.

Crystal  zbliżyła  się,  aby  dobrze  zapamiętać  twarze  zebranych  (kto  wie,  może

będzie to potrzebne...), kiedy usłyszała za plecami głos:

- Panna Crystal Cooper, jak mniemam.

Crystal  wiedziała  kto  to,  zanim  jeszcze  się  odwróciła:  blondyn  w  ciemnych

okularach  i  kurtce  pełnej  kieszeni.  Od  kilku  dni  widziała,  jak  pojawiał  się  prawie

wszędzie, ale mimo że się starała, nie udało jej się przeniknąć do jego myśli. Robert

Kershaw  napawał  się  spotkaniem  z  dziewczynką  jak  prawdziwy  pies  tropiciel,  który

wie, że ma ofiarę w garści.

- Czego chcesz? - zapytała go bez ogródek.

background image

-  Ej,  uspokój  się,  co  za  wychowanie!  Nie  potrafisz  odgadnąć,  czego  chcę?  -

Przyglądał się jej z rozbawieniem. - Starasz się przeniknąć do moich myśli, co?

Dziewczynka zrobiła krok do tyłu.

- Skąd o tym wiesz?

- Och, byłabyś zdziwiona, gdybyś wiedziała, ile rzeczy wiem o tobie. A teraz ty

także  wiesz  coś  o  mnie:  w  moim  przypadku  telepatia  nie  działa.  Od  tak  wielu  lat

interesuję się tak zwanymi zjawiskami paranormalnymi, że ja także nauczyłem się kilku

sztuczek.

- Czego chcesz? - powtórzyła Crystal coraz bardziej wściekła.

-  Chcę  się  dowiedzieć  tego,  co  wiesz  o  Niewidzialnych  -  powiedział  Robert

Kershaw, nie przestając się uśmiechać.

- Nie... widzialnych? - zapytała Crystal udając, że nawet nie wie, o czym mówi. -

A kto o nich słyszał?

-  Aha,  chcemy  się  bawić  w  ciepło-zimno...  Ale  nie  opłaca  ci  się  to,  wiesz?

Chcesz, aby ci ludzie tam dowiedzieli się, gdzie się podziała wnuczka Susan Cooper?

-  Świnia!  -  krzyknęła  Crystal,  starając  się  kopnąć  go  w  podbrzusze,  ale

mężczyzna odskoczył i złapał ją za ręce.

- Ej, uspokój się! Chcę jedynie informacji!

- Co się tam dzieje? - Pewna pani w ciemnofioletowym płaszczu oddaliła się od

grupy i zrobiła kilka kroków w ich stronę.

- Crystal Cooper... to ty?

- No właśnie, widzisz, nie opłacało ci się tak bardzo denerwować. Chodź teraz

ze mną - ostrzegł ją dziennikarz, ciągnąc ją w stronę wyjścia z cmentarza.

Tymczasem  jeszcze  kilka  osób  podeszło  do  pani  i  obserwowali  scenę

rozgrywającą się kilka kroków dalej.

- Zostaw mnie, padalcu - zasyczała Crystal - inaczej powiem, że jesteś pedofilem

i że próbujesz mnie porwać!

-  Chcesz  trafić  do  poprawczaka?  -  wyszeptał  Robert  Kershaw.  Zaczął  się

denerwować.  -  Nie  rozumiesz,  że  tysiąc  razy  bardziej  opłaca  ci  się  pójść  ze  mną  niż

oddać się w ręce tych megier z rady szkoły?

-  Pójść  z  panem?  -  ciężka  dłoń  zacisnęła  się  wokół  ramienia  dziennikarza.  -

background image

Doprawdy, nie sądzę.

-  Do  diabła  -  postawił  się  Robert  Kershaw  -  brakowało  nam  jedynie  słynnego

Damona  Knighta!  -  Starał  się  wyswobodzić  z  uścisku  Damona,  nie  puszczając  jednak

Crystal. Jednak Damon, choć starszy, nie zwolnił uścisku i trzymał Roberta Kershawa,

aż do momentu, kiedy wielki i gruby facet nie zbliżył się do nich i nie wyjął kajdanek.

Był  to  szeryf,  szef  policji  w  Misty  Bay,  stary  przyjaciel  Damona  Knighta  i

Kendreda Hallowaya.

- Nie zrobiłem nic złego! - zaprotestował Robert Kershaw.

-  Ty  bądź  cicho.  Najpierw  utniemy  sobie  pogawędkę,  a  potem  się  zobaczy.  Jak

się pan miewa, panie Knight?

- Dziękuję za pańską interwencję - odpowiedział Damon Knight, który w istocie

sam świetnie sobie poradził.

Szeryf wpatrywał się w dziewczynkę. Otaczały ją w większości panie. Wciąż ją

pytały,  jak  się  miewa,  dlaczego  znikła  i  tak  dalej.  Trochę  dalej  stali  Douglas  i  Peter.

Patrzyli bezsilnie na przyjaciółkę.

- A zatem, moja mała - zaczął szeryf - obawiam się, że ty też będziesz musiała ze

mną pójść.

Crystal  popatrzyła  na  niego  twardo.  Przez  chwilę  miała  ochotę  uciec  się  do

którejś  ze  swoich  sztuczek,  ale  nie  poradziłaby  sobie  z  tyloma  umysłami.  Poczuła,  że

jest w pułapce.

- Nie możecie jej aresztować, nic złego nie zrobiła - zaoponował Douglas.

- Nie chcę jej aresztować, chłopcze. Jednak nie mogę jej pozwolić odejść samej,

bez osoby dorosłej, naznaczonej jako jej prawny opiekun przez sąd! To dla jej dobra.

Kiedy dorośniesz, zrozumiesz.

- Tak, kiedy dorosnę - powtórzył sarkastycznie Douglas.

Oczy Crystal biegały na wszystkie strony w poszukiwaniu drogi ucieczki.

- No, szeryfie, nie podejmujmy żadnych pochopnych decyzji - powiedział Damon

Knight. - Pozwólcie, abym się nią zaopiekował przez te kilka dni, a potem zobaczymy...

Wszyscy  obecni  zamilkli,  potem  dały  się  słyszeć  potakujące  głosy.  Sam  szeryf

wyglądał na zaskoczonego.

- Ale...  nie  wiem,  panie  Knight.  Oczywiście,  wszyscy  znamy  ją,  tu,  w  mieście,

background image

ale...

-  ...Jeśli,  oczywiście,  panna  Crystal  nie  ma  nic  przeciwko  temu,  aby  zostać  ze

mną przez te kilka dni - mówił dalej Damon Knight. - Byłem bardzo przywiązany do jej

babci i zrobiłbym dla niej wszystko. Teraz mam okazję tego dowieść.

-  Przecież  doskonale  wiecie,  że  to  niezgodne  z  prawem  -  zaoponował  Robert

Kershaw.

- Zamknij dziób! - upomniał go szeryf.

- Zgadzam się! - zadeklarowała promieniejąca Crystal.

Damon Knight zaproponował, że zabierze ją do siebie!

Wielki Damon Knight, przywódca pierwszych Niewidzialnych!

- Wspaniale, moja mała - powiedział mężczyzna, obejmując ją ramieniem.

- Doceniamy twoją wspaniałomyślność - powiedział szeryf. - Ale faktem jest, że

ten facet ma rację...

- Wielkie dzięki - odpowiedział Robert Kershaw.

- Wujku Ken, powiedz coś - wyszeptał Douglas.

- Och, no, Andrew - wtrącił się wujek Ken. - Przecież doskonale znamy Damona

Knighta...

- To prawda, szeryfie - powiedział on sam.

- Ależ tak, w sumie to najlepsze wyjście - zgodziła się ciocia Hettie.

-  No,  dalej, Andrew,  nie  upieraj  się  -  skarciła  go  wreszcie  pewna  pani,  która

wyglądała na jego żonę.

-  No...  no...,  jeśli  się  wszyscy  zgadzacie,  to  dobrze.  Przez  te  kilka  dni  może

zostać  u  pana,  panie  Knight,  w  oczekiwaniu,  aż  sąd  dla  nieletnich  poweźmie  jakąś

decyzję w jej sprawie.

Decyzja szeryfa została przyjęta ogólnymi brawami.

- Hurrra! - krzyknęli Crystal, Douglas i Peter, obejmując się i skacząc z radości.

-  Niech  żyje  pan  Knight!  -  krzyknęła  ciocia  Hettie  i  od  razu  dodała  -  Hmmm,

wybaczcie.

-  Powariowaliście?  -  zaprotestował  Robert  Kershaw.  -  Zachowujecie  się,

jakbyście się wszyscy upili!

Ale  nikt  nie  zwracał  na  niego  uwagi.  Wszyscy  wrócili  trochę  bardziej

background image

podniesieni  na  duchu  na  ceremonię  pogrzebu  Devlina  Stevensona.  Wszyscy,  oprócz

szeryfa, który miał odprowadzić Roberta Kershawa do aresztu.

Przed  wyjściem  z  cmentarza  dziennikarz  rzucił  ostatnie  spojrzenie  Damonowi

Knightowi.

-  Jaki  on  dobry,  ten  nasz  filantrop  -  wyszeptał  na  koniec  z  tajemniczym

uśmieszkiem. Pies tropiciel właśnie znalazł nowy ślad, który miał go doprowadzić do

rozwiązania zagadki Niewidzialnych.

Rozdział 18.

Nowy dom Crystal

„Dom  kart”,  jak  go  nazywała  Greta  Rowlands,  był  ciemny,  jego  okiennice  były

zamknięte.  Stojąca  na  okrągłym  stole  świeca  dawała  Grecie  wystarczające  światło

potrzebne do czytania z kart. Kobieta rozłożyła na stole kolorową talię tarota, położyła

na nich opuszki palców i skoncentrowała się na Angusie Scrimmie. Głębokim i cichym

głosem powiedziała:

- Pomóżcie mi, moje przyjaciółki. Opowiedzcie mi o Angusie Scrimmie... gdzie

jest teraz Angus Scrimm? Udzielcie mi odpowiedzi, pomóżcie mi zrozumieć...

Dłonie  tasowały  karty.  Później,  z  półprzymkniętymi  powiekami,  Greta  wzięła

pierwszą  kartę  z  talii.  Odwróciła  ją  i  położyła  na  stole:  śmierć,  karta  zmiany,

ponownych narodzin. Coś się skończy, ale coś innego powstanie z popiołów...

*

- ...no, a za tymi drzwiami... - powiedział Damon Knight, znów zawieszając głos

dla lepszego efektu - ...jest basen.

-  Fiuuu,  panie  Damon,  ten  dom  jest  prawie  tak  ubogi  jak  moja  opuszczona

latarnia - krzyknęła Crystal, biegnąc w stronę wielkiej, oświetlonej pływalni.

- Hmmm, tak, mogę sobie to wyobrazić. Tu nie ma widoku takiego, jaki rozciąga

się ze starej latarni. Ale przyznam, że lubię komfort - uśmiechnął się mężczyzna.

background image

Dziewczynka przykucnęła na brzegu basenu i zanurzyła jedną dłoń w wodzie. Nie

martwiło jej to, że może sobie zamoczyć ubranie.

-  Jak  to  możliwe,  że  przez  te  wszystkie  lata  nigdy  pan  nie  chciał  dzielić  tego  z

drugą osobą?

-  No,  wiesz,  jak  to  jest:  interesy...  i  może,  w  pewnym  okresie  za  bardzo  byłem

skupiony na sobie. Od jakiegoś czasu zacząłem jednak czuć się tu dość samotny...

-  Och,  o  to  nie  musi  się  pan  już  martwić  -  odparła  Crystal,  rzucając  mu

przebiegłe spojrzenie.

Nagle Damon Knight spoważniał.

- Ty także musiałaś się czuć samotna, nieprawdaż?

Dziewczynka wpatrywała się w toń basenu. Westchnęła.

- Babcia Susan była wspaniała. Poświęcała mi cały swój czas. Kiedy wracałam

ze  szkoły,  zabierała  mnie  ze  sobą  i  chodziłyśmy  na  wspaniale  spacery  po  lesie...  -

Podniosła  wzrok,  jej  oczy  były  pełne  wspomnień.  -  Kochała  przyrodę.  Uważała,  że

ludzie zapomnieli, że są jej częścią i że nie przyniesie im to niczego dobrego. Całymi

godzinami wpatrywałyśmy się w ruchy kwiatów lub drzew. Wcześniej myślałam, że są

nieruchome,  ale  dzięki  niej  zrozumiałam,  że  tak  nie  jest,  że  ich  ruch  jest  stały,

dopasowany do ruchu słońca, wiatru, tego, co znajduje się wokół... Tak, nauczyła mnie,

że naprawdę jestem częścią przyrody i że część jej jest we mnie...

- ...ale?

Dziewczynka spojrzała na niego zdziwiona, jakby nie myślała o żadnym „ale”. A

jednak w odpowiedzi usłyszała swój własny głos:

- Ale nie miałam zbyt wielu przyjaciół wśród rówieśników, wszyscy uważali, że

jestem jakaś dziwna i bali się mnie... potem zaczęli mnie nazywać czarownicą...

Mężczyzna przykucnął obok niej. Wziął jej rękę i delikatnie ją uścisnął.

- Rozumiem cię, moja mała. Nawet nie wiesz, jak dobrze - wyszeptał.

Puścił jej rękę i uśmiechnął się.

- Teraz jednak wszystko się zmieniło? Masz dwóch dobrych przyjaciół...

Crystal otarła sobie nos rękawem i odwzajemniła uśmiech.

- No, tak... Peter i ja znamy się od wielu lat, to jedyny kolega z klasy, który mnie

polubił. O, i jest jeszcze Douglas... No, Douga poznałam kilka dni temu. Nie jest stąd,

background image

ale jest w porządku. Chciałabym, abyśmy wszyscy byli rodziną.

- Chciałabyś mieć rodzinę, co?

Crystal odwróciła wzrok i nic nie odpowiedziała.

-  Posłuchaj,  co  byś  powiedziała,  gdybyśmy  zaprosili  Petera,  Douglasa  i  jego

wujostwo dziś wieczorem na kolację?

- Powiedziałabym, że to fantastyczny pomysł!

- Wspaniale - odparł Damon, wstając - zatem traktuj ten dom jak swój własny. Ja

idę załatwić pewną niecierpiącą zwłoki sprawę. Zobaczymy się na obiedzie.

- Oczywiście, jeśli nie zgubię się w tym domu!

Crystal wciąż siedziała, zanurzając w roztargnieniu rękę w wodzie i wpatrywała

się  w  Damona  Knighta.  Przeszedł  po  wielkich,  białych  płytkach  i  znikł  za  szklanymi

szmaragdowymi  drzwiami.  Czuła  się  radosna,  po  raz  pierwszy  od  śmierci  swojej

babci. Może ten mężczyzna będzie jej rodziną.

Jednak  było  coś,  co  jej  przeszkadzało,  jakieś  przeczucie,  które  starała  się

zagłuszyć.  Ostatnie  dni  spędziła  na  obsesyjnym  poszukiwaniu  sprawiedliwości,

narażała  życie  własne  i  swoich  przyjaciół.  Była  zmęczona,  potrzebowała

wypoczynku...  Nie  mogłaby  odpuścić  i  żyć  jak  większość  jej  rówieśników?

Zastanawiać się jedynie nad imprezami, kinem, ubraniami lub deserami? Nagle poczuła

potrzebę  gorącej  kąpieli,  chciała  zapomnieć  o  wszystkim,  pomyśleć  tylko  o  sobie.

Spokój, jasność, łagodność...

Jednak coś jej przeszkadzało w domu Damona Knighta.

Spokój, jasność, łagodność... zapomnieć o wszystkim...

„Odczuwała” coś ohydnego, co wisiało nad tym domem.

Spokój, jasność, łagodność, zapomnieć o wszystkim, zacząć od początku...

To Scrimm! Był blisko. Może wybrał Damona Knighta na swą kolejną ofiarę!

*

- Gdzie jesteś, Angusie Scrimmie? - pytała kolejny raz Greta Rowlands.

Wreszcie karty znów przemówiły.

Wyciągnęła  Króla  Pieniędzy.  Był  odwrócony  głową  na  dół:  to  także  miało

znaczenie... Podobnie jak w wypadku różnych aspektów natury ludzkiej, same karty nie

dostarczały żadnego klucza do ich zrozumienia. Nic nie było oczywiste. Jednak jeżeli

background image

były odwrócone, należało to traktować jak zły omen.

Było dokładnie tak, jak się tego obawiała Greta: coś przerażającego pojawiło się

w  Misty  Bay...  Nie  coś,  ktoś...  Bezlitosny  człowiek  powrócił  i  chciał  jak  najbardziej

umocnić swoją potęgę. I mogło mu się to udać.

- Angus Scrimm, przeklinam cię tysiąc razy!

Wreszcie miała potwierdzenie: jej przyjaciele: Susan, Mark i Devlin nie umarli

przez przypadek, zostali zamordowani! I morderca nie miał zamiaru na tym poprzestać.

Następna karta przedstawiała Diabła.

Zły... ten, który przybywa jako przyjaciel, aby potem zadać cios...

Ktoś odgrywał podwójną rolę: chciał uchodzić za kogoś, kim nie był, starając się

nadać sprawom korzystny dla siebie bieg.

Dziesięć  szpad:  przyjaciele  znajdowali  się  w  wielkim  niebezpieczeństwie!

Śmiertelnym niebezpieczeństwie!

Papieżyca...  Dzięki  Bogu!  Może  była  jeszcze  jakaś  nadzieja:  młoda  kobieta,  o

wielkich  zdolnościach  ponadzmysłowych  również  starała  się  powstrzymać  Angusa

Scrimma. Nawet w tej chwili starała się użyć własnej mocy...

*

Crystal  siedziała  w  kucki  na  brzegu  basenu.  Dłońmi  zakryła  sobie  oczy,  starała

się odkryć, gdzie znajdował się Angus Scrimm, którego obecność tak silnie odczuwała

w tym domu.

Ponadto  ogarnął  ją  nieprzyjemny  niepokój:  nie  udało  się  jej  odczytać  myśli

Damona Knighta. Nie chodziło o to, że próbowała, nie miała takiego zamiaru. Jednak

była  od  dawna  tak  przyzwyczajona  dzielić  uczucia  i  myśli  osób  znajdujących  się  w

pobliżu, że było dla niej rzeczą zupełnie naturalną zerknąć na nie choć przez chwilę. A

tu  nic.  Czasami  się  jej  to  zdarzało,  tak  jak  w  przypadku  tego  dziennikarza,  Roberta

Kershawa,  na  cmentarzu.  Jej  umiejętności  nie  wystarczały,  kiedy  miała  odczytać

emocje  i  myśli  osób  obdarzonych  dużą  siłą  woli,  mocnym  charakterem.  Jednak

zazwyczaj docierało do niej przynajmniej ich echo.

Próbowała  ze  wszystkich  sił.  Zaczęły  do  niej  docierać  emocje  służących,  byli

zadowoleni,  że  idą  do  domu,  a  nawet  emocje  małych  dzikich  zwierzątek  w  willi  i  na

zewnątrz.

background image

Nagle odebrała przepływ bardzo złej mocy. Kierowała się w stronę konkretnego

miejsca w Misty Bay.

Pochwyciła ją i starała się ją śledzić.

*

Greta Rowlands wyciągnęła kartę Wieży.

Wieża!  Wszystko  zdążało  w  złym  kierunku,  wszystko  zmieniało  się  na  gorsze.

Nieporozumienie, źle zainwestowane zaufanie.

Karta Wisielca, która niesie za sobą wątpliwość, strach...

I  proszę,  słodka  Dama  Kier  (znów  ta  dziewczynka  o  ponadzmysłowych

możliwościach)  miła,  bezbronna...  i  tyle  szpad  -  wszystkie  takie  złowrogie...  Była  w

wielkim niebezpieczeństwie, należało ją uprzedzić!

Chwileczkę:  Słońce!  Słońce  oświetla  wszystko  i  niesie  poprawę.  Dziewczynka

nie była sama, mogła liczyć na odważnych sprzymierzeńców... Jej dwóch rówieśników,

a wśród nich był chyba także siostrzeniec Kendreda Hallowaya...

To oni zatem mogli wpaść w śmiertelną pułapkę, pułapkę, z którą był związany

także  inny  jej  przyjaciel,  Damon  Knight  (ale  jaką  odgrywał  rolę?).  Greta  zauważyła

coś,  co  zdziwiło  ją  jeszcze  bardziej:  było  coś,  co  łączyło Angusa  Scrimma,  Damona

Knighta i jego willę... jakby...

- Jak mogłam być tak głupia?

Gretę  Rowlands  ogarnęła  smutna,  pełna  rezygnacji  pewność.  W  tym  momencie

powiew wiatru rozrzucił karty. Okna były zamknięte.

- Przyszedłeś po mnie. Nie powinieneś się chować - powiedziała kobieta. Była

odwrócona  twarzą  w  tę  stronę  pokoju,  którą  spowijał  mrok.  Odkryła  jeszcze  jedną

kartę:  dziewczynka  o  ponadzmysłowych  zdolnościach  wiedziała  już,  że  kobieta

znajduje się w niebezpieczeństwie.

*

-  Greta,  nieee!  -  zawyła  Crystal.  Znajdowała  się  mniej  więcej  kilometr  od  jej

domu.  Była  wciąż  za  daleko,  aby  jej  pomóc.  Co  mogła  zrobić?  Podbiegła  do

zawieszonego na ścianie telefonu. Wykręciła szybko numer.

- Biuro szeryfa - powiedział miły damski głos.

*

background image

Greta  odkryła  karty.  Na  jej  twarzy  pojawił  się  smutny  uśmiech.  Karty  by  jej

powiedziały, gdyby istniał dla niej choć cień szansy.

-  Zbliż  się,  przyjacielu.  Przeszłość  zawsze  wraca,  prawda?  -  powiedziała,

zwracając  się  ku  gęstniejącej  ciemności,  która  zaczęła  ją  wsysać  jak  wygłodniała

czarna dziura.

*

-  Proszę  mi  pomóc,  ktoś  chce  zabić  pewną  kobietę.  Musicie  jej  pomóc!  -

krzyczała Crystal do słuchawki telefonu.

-  Tak,  proszę  się  uspokoić.  Jak  się  pani  nazywa,  skąd  pani  dzwoni?  -  zapytał

obojętnie kobiecy głos.

- To nie ma znaczenia! Zagrożona kobieta nazywa się Greta Rowlands i mieszka

w...

*

Chiromantka  śledziła  poprzez  karty  rozpaczliwe  próby  Crystal  i  jednocześnie

szukała drogi ucieczki, jakiejś alternatywy dla jej już zapisanego losu.

Czarna dziura wciąż rosła. Zaczęła wchłaniać karty rozłożone na stole i te, które

upadły  na  podłogę.  Wchłaniała  lżejsze  bibeloty.  W  pokoju  zaczęło  brakować

powietrza.

*

-  Dobrze,  zrozumiałam,  proszę  się  uspokoić  -  odpowiedział  kobiecy  głos  w

słuchawce.

-  Proszę  przestać  mi  mówić,  żebym  się  uspokoiła!  Wolę,  żeby  mi  pani

powiedziała, że właśnie wysyłacie tam patrol.

- Patrol? Po co patrol?

- Co...?

Głos stał się grubszy.

- Nie możemy traktować poważnie wszystkich natarczywych dziewczynek, które

do nas dzwonią.

Crystal nie wierzyła własnym uszom.

- Ale ja zgłaszam właśnie próbę zabójstwa i...

- Co może wiedzieć o zabójstwach taki maleńki skarb jak ty, Crystal?

background image

Dziewczynka poczuła jak krew ścina się jej w żyłach.

- Skąd pani zna moje imię? Ja się nie przedstawiałam...

Głos z żeńskiego przerodził się w męski.

- Czary to nie zabawa dla dzieci, moja droga.

*

Greta była cała spocona. Serce waliło jej jak szalone. Oddychała coraz szybciej.

Już  wiedziała,  że  nie  ma  dla  niej  nadziei.  Jednak  wciąż  odkrywała  karty.  Były  one

natychmiast  wsysane  wraz  z  resztkami  powietrza  z  pokoju.  Czy  jej  przyjaciele  mają

jakąś szansę? Czy pokonają zło?

Piątka kier. Powrót, niespodzianki, fałszywe obietnice...

Jakaś  osoba,  a  może  pięć  osób  przybywało  dzieciom  z  pomocą.  Kim  byli?

Przeszłością...  kimś,  kto  powracał  z  przeszłości?  Nie,  kimś,  kto  przedstawiał

przeszłość, kto, w jakimś sensie, był przeszłością. Ktoś, kto nie zbliżał się ani morzem,

ani ziemią, ani powietrzem, a jednak zbliżał się; jak to możliwe?

Widziała  coraz  mniej  wyraźnie.  Pozostało  jej  już  tylko  kilka  sekund.  Odkryła

ostatnią kartę i znalazła to, czego szukała.

Księżyc. Dalekie światła, które zaczynają błyszczeć, później gwiazdy, wreszcie

słońce. I z nim nadzieja.

Przeszłość wracała, aby wyrównać zaległe rachunki.

Swoją  ostatnią  myśl  skierowała  do  Crystal.  Była  to  myśl  pełna  ciepła,  która

miała jej dodać odwagi i sił.

*

Crystal odebrała tę myśl. Nie mogła powstrzymać łez.

I tym razem nie udało się jej powstrzymać Angusa Scrimma.

Rozdział 19.

Maska opada

background image

Kiedy  wieczorem  Peter  Peaky  stawił  się  w  domu  państwa  Halloway,  Douglas,

jego ciocia i wujek byli bardzo podnieceni.

- Och, Peter. Dobrze, że jesteś - powitała go ciocia Hettie i zostawiła go samego

na  progu,  mknąc  z  niezwykłą  szybkością,  jak  na  tak  korpulentną  osobę,  na  górę,  po

schodkach. W chwilę potem była już piętro wyżej.

- Hmmm, mogę wejść, pani Halloway? - odważył się zapytać Peter, robiąc krok

do przodu.

- Tak, oczywiście, Peter. Wybacz, ale śpieszę się. Douglas jest w swoim pokoju.

Wejdź, proszę. Dobrze, że przyszedłeś.

-  Dziękuję,  pani  Halloway  -  odpowiedział  Peter,  poprawiając  sobie  krawat,

który nosił tylko na wielkie okazje.

Wszedł po schodach i skierował się do sypialni Douglasa. Ryzykował, że ciocia

Hettie go staranuje: właśnie biegła zastukać do drzwi łazienki.

- Wybacz, Peter. Wspaniale, że przyszedłeś. Hej, kiedy wyjdziesz?

Wujek Ken otworzył drzwi:

- Cześć, Peter.

Miał na sobie, jak zwykle, sztruksowe spodnie, cienką kamizelkę i marynarkę z

łatami na łokciach, w której często widywał go w bibliotece.

-  Chcesz,  żebym  oszalała,  tak?  -  zapytała  spokojnie  ciocia  Hettie.  -  Czekałeś

przez te wszystkie lata i teraz chcesz, żebym oszalała?

- Tak? Co chcesz przez to powiedzieć, Het?

-  Mówię,  że  nie  idzie  się  na  kolację  do  jednego  z  najsłynniejszych  ludzi  w

Stanach Zjednoczonych ubrany jak szmaciarz!

-  Chodźmy,  Het.  Damon  i  ja  znamy  się  od  urodzenia,  dlaczego  niby  teraz

miałbym...

- No właśnie, zaraz oszaleję, czuję to, już za chwilę...

- No dobrze, zatem powiedz mi, jak mam się ubrać.

Peter,  rozbawiony,  zostawił  starą  parę,  aby  się  dalej  sprzeczała  i  zapukał  do

drzwi Douglasa.

- Hej, Doug, mogę wejść?

-  Wejdź,  Pete...  Jak  ci  się  to  podoba?  -  zapytał  nieśmiało  Douglas,  kiedy

background image

przyjaciel otworzył drzwi.

Był  to  ten  sam  co  zwykle  Doug  w  trochę  bardziej  wyprasowanych  i  czystszych

ciuchach.  Najwyraźniej  jego  ojciec  nie  pomyślał,  aby  go  wyposażyć  w  elegancki

garnitur. Jednak zrobił sobie, prawdopodobnie na cześć Crystal, przedziałek pośrodku

głowy.

- Wiem, o czym myślisz - powiedział Douglas, czerwieniejąc - jestem ubrany tak

jak zwykle, ale nie miałem nic lepszego. Ale ty... myślisz, że wyjdę na idiotę?

- No, chyba nie bardziej niż ja - odparł przyjaciel, wpatrując się zmartwiony w

swoje  odbicie  w  lustrze  środkowych  drzwi  szafy.  -  Wiesz,  co  ci  powiem?  -

powiedział, zdejmując marynarkę i krawat.

- Hej, Pete, co robisz? Wyglądałeś...

-  Wyglądałem  świetnie,  wiem  -  uśmiechnął  się  Peter,  rzucając  marynarkę  i

krawat na łóżko - ale wyobrażasz sobie, jak naśmiewałaby się ze mnie Crystal, gdyby

mnie zobaczyła? Masz jakąś welurową marynarkę dla mnie?

-  Chcesz  powiedzieć,  że  Crys  nie  podobają  się  eleganccy  mężczyźni?  -  zapytał

Douglas, podając mu świeżo wyprasowany aksamitny surdut.

-  Spokojnie,  wyglądasz  świetnie  -  zażartował  Peter,  zakładając  marynarkę.

Przejrzał się w lustrze, była o dwa rozmiary za duża. Nieźle: teraz przyjaciel poczuje

się lepiej.

- Pete, posłuchaj - powiedział nagle poważnym tonem Douglas.

- Dziś popołudniu, po obiedzie, czytałem komiks na tym łóżku... No i, zasnąłem...

-  Tylko  mi  nie  mów,  że  miałeś  dalszy  ciąg  snu  z  Malartium!  -  przerwał  mu

podekscytowany Peter.

- Dokładnie. I nawet wiem, gdzie się teraz znajduje.

-  Dlaczego  mówisz  „teraz”?  Może  to  wizja  tego,  co  wydarzyło  się  przez

sześćdziesięciu laty.

-  Faktycznie,  nie  jestem  w  stu  procentach  pewny,  ale  tak  właśnie  czuję.

Pamiętasz,  że  ostatnim  razem  obudziłem  się,  kiedy  księga  wpadła  do  podziemnego

potoku?

- Tak, tak...

-  No  właśnie.  Nie  wiem,  jak  stamtąd  wylazła,  ale  teraz  znajduje  się  w  grocie

background image

wyłożonej fragmentami - nie wiem - kryształu... kwarcu, może?

- No i?

- I nic. Tym razem nie wydarzyło się nic niezwykłego. Sen zaczął się i skończył

w  tym  samym  miejscu.  Dlatego  myślę,  że  księga  może  wciąż  być  w  tej  grocie  i,  co

ważniejsze, w suchym miejscu.

- O kurczę!

-  To  jeszcze  nie  wszystko:  może  to  nie  ma  żadnego  znaczenia,  ale  tym  razem

obudziłem  się  zupełnie  spokojny,  serce  nie  waliło  mi  jak  młot.  Wydaje  mi  się,  że

wszystkie  moje  wizje  dążyły  do  tego  miejsca  i  że  teraz  jestem  już  wolny.  Mogę  się

założyć, że mój następny sen nie będzie koszmarem.

Drzwi  otworzyły  się  z  impetem  właśnie  wtedy,  kiedy  Peter  otwierał  usta,  aby

odpowiedzieć.

- Mam nadzieję, że chociaż wy jesteście już gotowi - zaatakowała ciocia Hettie.

- Całkiem gotowi, ciociu.

- Brawo, chłopcy, dzięki wam odzyskuję wiarę w mężczyzn.

- Dziękuję - odpowiedziała chórem dwójka przyjaciół - ...pani Halloway - dodał

Peter.

*

Furtka  elektryczna  w  willi  Damona  Knighta  otworzyła  się  z  delikatnym

skrzypieniem.

Kendred  Halloway,  który  wyszedł  z  samochodu,  aby  zadzwonić  domofonem,

wsiadł do niego z powrotem i wrzucił jedynkę.

- Hej, nawet nie zapytał, kto to, skąd wiedział, że to my? - zapytał Douglas.

- No, Doug - wtrącił się Peter. - Można domniemywać, że ten obiekt wyposażony

jest w liczne telekamery.

-  Myślę,  że  Peter  ma  rację  -  powiedział  wujek  Ken.  -  A  skoro  w  pobliżu  nie

widać żadnego stróża, musi bardzo ufać swoim systemom zabezpieczeń.

- No, tak - wyszeptał Douglas na ucho Peterowi. - Do momentu, w którym Angus

Scrimm nie wpadnie do niego na herbatkę...

Wieczorne  powietrze  było  chłodne.  Samochód  jechał  białą  gresową  alejką

obsadzoną tujami. Ponad drzewami majaczyła wspaniała willa miliardera, podobna do

background image

gigantycznego węża miękko wijącego się po zboczu góry.

- Hej, Pete, co na to powiesz? - wykrzyknął Douglas.

- Nic, brak mi słów!

- Niezłe! Pewnie ma antenę satelitarną.

- Sądzę, że na orbicie ma całego satelitę!

-  Chłopcy,  przypominam  -  powiedziała  ciocia  Hettie.  -  Zachowujcie  się  z

godnością: pamiętajcie, że dla niego jest to normalne.

- Normalne, co? Ja nie zapytam nawet, gdzie jest łazienka, żeby się nie zgubić!

W  chwilę  potem  wujek  Ken  zatrzymał  auto  obok  granitowych  schodów,  które

prowadziły  do  potężnych  dwuskrzydłowych  drzwi  z  intarsjowanego  drewna.

Wydawało  się,  że  wszędzie  panuje  spokój,  a  jednak  Douglas  miał  wrażenie,  że

przytłacza ich czyjaś tajemnicza obecność.

Drzwi  otworzyły  się  z  impetem.  Stali  w  nich  Damon  Knight  i  Crystal,  która

podbiegła do przyjaciół. Uśmiechała się. Jednak obaj od razu wyczuli, że coś było nie

tak.

- Hej, Crys, co ci jest? - zapytał półgłosem Peter.

- Greta - odpowiedziała Crystal, starając się ukryć rozpacz - nie żyje. Scrimm ją

zabił!

- Co?! Ale jak... Co?!

- To jeszcze nie koniec - mówiła dalej dziewczynka, zniżając głos.

- Tu, w tym domu, jest coś, co mnie niepokoi. Czuję to całą sobą, ale nie wiem,

co to jest. Nie wiem też, kto stanowi zagrożenie!

- No - odparł Douglas - jeśli o to chodzi, to można zgadnąć kto, nie?

Crystal popatrzyła na Damona, ciocię i wujka Douglasa. Wchodzili do domu.

- To nie takie proste, Doug, to wcale nie jest takie proste.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

- Hej, dzieciaki, idziecie? - Damon Knight wołał ich z progu.

- Już idziemy - odpowiedziała z uśmiechem Crystal, biegnąc w jego stronę. Dwaj

chłopcy, zamyśleni, ruszyli za nią.

Plotki, które krążyły po mieście, były niczym w porównaniu z tym, co zobaczyli.

Olbrzymie salony (po których swobodnie mogliby jeździć rowerem); kominki tak

background image

wielkie, że mogłyby pomieścić nie tylko fotel, ale i cały salon; a przede wszystkim...

-  Panie  Knight,  domyślam  się,  że  to  nie  jest  gęsie  jajo...  -  zażartował

podekscytowany Douglas. Na niewielkiej kolumnie stał przed nim w szklanej gablocie

wielki kamień szlachetny.

Mężczyzna uśmiechnął się i poszedł zapalić lampkę.

-  To  jest  najcenniejszy  kamień  z  mojej  kolekcji.  To  największy  diament

znaleziony w kopalniach w Południowej Afryce.

Goście ustawili się wokół niego.

- Jest tu także coś jeszcze, co z pewnością was, młodych, bardziej zainteresuje -

powiedział  Damon  Knight  i  przesunął  drewnianą  ścianę  z  mechanizmem  na  kółkach.

Dzieci zbliżyły się i zobaczyły salę kinową na co najmniej dwieście miejsc, z wielkim

panoramicznym ekranem.

- To naprawdę robi wrażenie, panie Knight - wybełkotał zachwycony Peter.

-  Robi  wrażenie?  -  powtórzył  Douglas  z  niedowierzaniem.  -  Powiedziałbym

raczej: wow! Albo: super - wow! Albo...

- Powinniście zobaczyć basen - przerwała mu Crystal. Nie chciała, aby ciągnął

w nieskończoność.

- Basen?

Damon Knight roześmiał się serdecznie.

- Zaprowadź ich, Crystal. Czekamy na was w jadalni.

Dzieci  zbiegły  na  niższe  piętro,  a  pan  domu  zaprowadził  dorosłych  do  jadalni:

wielkiej sali z marmurową podłogą i wysokimi oknami, które wychodziły na zatokę.

Ale najwspanialsza rzecz w tej sali znajdowała się pośrodku ściany skalnej: ze

skały spływał wodospad odgrodzony jedynie grubą szybą z nierównego szkła.

-  O  kurczę,  Damon...  -  tym  razem  to  Kendredowi  Hallowayowi  zabrakło  słów.

Popatrzył  na  swoją  żonę.  Nic  nie  mówiła.  Mimo  upomnień,  które  dawała  chłopcom

przed wyjściem, to ona wydawała się pod największym wrażeniem tego, co widziała.

W momencie przekroczenia progu tego domu, otworzyła usta i ich już nie zamknęła.

- Szklana osłona ma funkcję wygłuszającą - wytłumaczył z nutką zadowolenia w

głosie Damon Knight. - Gdyby tak nie było, musielibyśmy krzyczeć, aby się usłyszeć.

Później,  gdy  zeszli  trzy  schodki  niżej,  w  niszy,  która  służyła  za  salon,  zaprosił

background image

swoich  gości,  aby  usiedli.  Tam  sięgnął  po  wózek-barek  z  alkoholami  i  zaczął

przygotowywać aperitify.

- Przepraszam, że o to pana pytam, Damonie - Hettie Halloway zdołała wreszcie

coś z siebie wydusić. - Ale jak udaje się panu utrzymywać tu porządek? Nie widziałam

dotąd żadnej służby. Co to jest, czary?

Mężczyzna śmiał się zadowolony.

- Za miastem mam firmę sprzątającą. Przyjeżdżają raz na tydzień. To wystarczy,

bo, jak sami wiecie, często wyjeżdżam w interesach.

-  No,  oczywiście,  często  czytamy  o  tobie  w  gazetach  -  zażartował  Kendred

Halloway.

Pan domu zszedł trzy schodki, niosąc tacę z aperitifami.

- Ken - spoważniał. - Ostatnio już o tym rozmawialiśmy, ale chciałbym przejść

do szczegółów, teraz, kiedy jest tu także twoja żona.

„Aj” - pomyślał wujek Ken.

-  Powiem  bez  ogródek.  Co  byś  powiedział,  gdybyśmy  się  tym  wszystkim

podzielili?

Pani Halloway właśnie zanurzyła usta w aperitifie, kiedy dostała napadu kaszlu.

- Już o tym rozmawialiśmy, Damon. Ja mam moją bibliotekę i to właśnie lubię.

Lubię książki, fantazję pisarzy...

- Fantazja, fantazja - przerwał mu Damon Knight, zapadając się w mięciutki fotel.

- W sumie, ile ty masz lat, Ken? Nie, nie odpowiadaj, jesteśmy w tym samym wieku...

Kendred Halloway popatrzył na niego jeszcze raz: byli w tym samym wieku, ale

jego przyjaciel wyglądał na... dziesięć?... nie, dwadzieścia lat mniej.

- Opowiadasz mi o fantazji - mówił Damon Knight. - Chcesz naprawdę przeżyć

jeszcze  raz  te  momenty,  kiedy  biegaliśmy  w  poszukiwaniu  jakiejś  tajemniczej

kryjówki? Chcesz wrócić i patrzeć na niebo i stwierdzić, że gwiazdy świecą słabiej niż

twoje oczy szeroko otwarte na rzeczywistość? Chcesz z powrotem stać się chłopcem,

którym  byłeś?  Ja  proponuję  ci,  abyś  włączył  fantazję  do  codziennego  życia.  Abyś

dzielił ze mną najwyższą czarodziejską prawdę!

Damon  Knight  przerwał,  chciał  zostawić  czas  swemu  przyjacielowi  na

zastanowienie się nad jego ostatnimi słowami. Na niebie za oknem zbierały się chmury.

background image

Kendred  Halloway  był  zdumiony.  Nie  rozumiał  go,  nie  wiedział,  do  czego

zmierza... albo może właśnie go rozumiał i chciał zatrzymać go, zanim się zagalopuje.

- Damon, dziękuję ci, ale tak, jak ci mówiłem...

Damon  Knight  jęknął  rozpaczliwie,  zamachał  rękami  w  powietrzu  i  z  podłogi

wytrysnął  zielony  płomień.  Zapalił  sufit,  okna  wybuchły  a  tysiące  złotych  świerszczy

wpadło do pokoju.

- Czary, Ken! Prawdziwe czary!

Damon  Knight  zrobił  jeszcze  jeden  gest  i  wszystko  znikło,  wszystko  znów  było

tak, jak przedtem: jakby nic się nie stało. Zza niedomkniętych drzwi Douglas, Crystal i

Peter widzieli wszystko.

- To Damon - wyszeptała Crystal, ale koledzy nie zwracali na nią uwagi.

- Czary, Ken! - powtórzył Damon Knight. - I co mi teraz powiesz?

Kendred Halloway wreszcie popatrzył na przyjaciela innymi oczami, spojrzał na

swoją żonę, która przestraszona chowała się za nim... i zastanowił się.

Pomyślał  o  tym  wszystkim,  co  mógłby  mieć.  Dokładnie  o  wszystkim.  O  nowej

młodości, nowym życiu, bogactwie, sile, zaspokajaniu nawet najmniejszych kaprysów,

posiadaniu  ksiąg,  które  uznano  za  zaginione  i  zdobyciu  wiedzy  o  największych

tajemnicach!

A później? Kiedy już wszystko pozna, kiedy już wszystko będzie miał i przeżyje

wszystko, co jeszcze mógłby dostać?

Myślał  o  tym,  że  kiedy  wieczorem  widzi  z  okna  pociągu  jasne  okna  domu,

przychodzą mu do głowy wspomnienia domu jego dzieciństwa. Dzieciństwa, które było

już  odlegle,  ale  do  którego  mógł  wrócić  poprzez  wspomnienia,  zapachy,  aromaty  -

zawsze,  kiedy  tego  zapragnął.  W  pamięci  wracały  stare  miejsca,  rzeczy...  Niby

niespodziewany prezent.

Pomyślał o tych, którzy przychodzili do jego biblioteki. Z ich twarzy, oczu czytał

to, co przeżyli, czytał małe i wielkie wydarzenia z ich życia. Jego także to dotyczyło.

Są piękne dni, ale są też takie, których nikt się nie spodziewa. Mimo wszystko oni i on

wciąż kochali i marzyli.

Pomyślał o swojej żonie i o miłości, którą ją darzył od tylu lat.

Myślał  o  tym  i  o  wielu  innych  rzeczach.  Nagle  zrozumiał,  że  to  jedyne  czary,

background image

które go interesują. On te czary już miał.

Zapragnął  wytłumaczyć  to  swojemu  staremu  przyjacielowi,  przekonać  go,

zachęcić...

Jednak  kiedy  patrzył  w  jego  oczy,  zrozumiał,  że  czas  i  życie  stworzyły  między

nimi  przepaść  bez  dna.  Że  byli  już  sobie  zbyt  dalecy,  że  nie  rozumieli  się  tak,  jak

dawniej.

Dlatego powiedział po prostu:

- Dziękuję, nie jestem zainteresowany.

Damonowi Knightowi zabrakło powietrza.

- Jak to...? - zdołał wykrztusić na koniec. - Mały, patetyczny starcze. Ja ci rzucam

do stóp wszechświat, a ty...

W tym momencie wbiegła do pokoju Crystal.

- Proszę uważać, panie Halloway! To Damon jest winny, to nie Angus Scrimm...

-  słowa  uwięzły  jej  w  gardle.  Damon  Knight  z  okrzykiem  wściekłości  wykonał

gwałtowny gest i dziewczynka została rzucona na ścianę.

Kendred  Halloway  zostawił  żonę  i  podbiegł  do  Crystal.  Wziął  ją  w  ramiona  i

sprawdził,  czy  nic  się  jej  nie  stało.  Wtedy  zrozumiał.  Odwrócił  się  do  starego

przyjaciela i powiedział:

- Damon, powiedziałeś, że możesz dać mi wszystko, prawda?

- Oczywiście - odparł nieufnie.

Kendred Halloway popatrzył mu prosto w oczy.

- Oddaj mi Susan, Marka i Devlina - powiedział wreszcie.

Damon Knight zbladł, a potem poczerwieniał ze złości.

- Bądź cicho! Cicho, cicho, cicho!

Douglas  stał  nieruchomo  jak  kamień  na  progu  pokoju.  Widział,  jak  wujek  Ken

ukucnął  na  podłodze,  jak  podniósł  ręce  do  szyi,  jak...  z  trudem...  próbował  złapać

oddech! Ten demon nie pozwalał mu oddychać!

Mężczyzna walczył jeszcze przez chwilę, a potem stracił przytomność.

- Zostaw go! - Ciocia Hettie podbiegła do męża, aby mu pomóc.

Wujek znów zaczął oddychać.

- Co chcesz przez to uzyskać? - spytała kobieta.

background image

- Twój mąż jest głupcem! Ofiarowałem mu to, czego zawsze pragnął! Nie pragnie

właśnie  fantazji?  Ja  mu  przecież  dałem  możliwość  życia  w  jej  świecie,  w  świecie

fantazji... Chciałem z nim stworzyć świat, a on odmówił!

-  Obiecywałeś  mu  coś  dokładnie  przeciwnego,  nie  rozumiesz?  Piękno  fantazji

polega  na  pragnieniu,  a  nie  na  posiadaniu.  To  iluzja,  to  czas  stracony  na  marzeniach!

To, co ty mu dajesz, to śmierć fantazji!

Damon Knight jeszcze raz uniósł ręce.

- Dość, kobieto, ja...

- Ty przeklęty padalcu! - Douglas rzucił się w stronę czarodzieja.

-  Drogi  chłopcze  -  powiedział  Damon  Knight  z  godnością,  odwracając  się  w

jego stronę. - Czy nie zabrakło ci rozumku? Chcesz bawić się w Errola Flynna?

Nagle Douglas poczuł, jak jego ciało robi się ciężkie. Przy każdym kroku wielka

siła przybijała go do podłogi. Wreszcie, kiedy był już blisko czarodzieja, potknął się i

upadł na kolana. I nie był w stanie się podnieść.

- Prze... klęty... - powtórzył bezsilnie Douglas.

-  Geronimooooo!  -  z  desperackim  okrzykiem  Peter  zaszedł  Damona  od  tyłu  i

zarzucił mu na głowę obrus. Szukał wzrokiem Crystal i starał utrzymać jego głowę.

- Crys, co ty? Pomóż mi!

Dziewczynka, mimo że czuła się już dobrze, patrzyła, nie ruszając się z miejsca.

Jakby wiedziała coś, czego on jeszcze nie wiedział.

- Mój chłopcze - Peter usłyszał głos Damona za swoimi plecami. Odwrócił się i

zobaczył,  jak  mężczyzna  spokojnie  nalewa  sobie  kieliszek  czerwonego  wina  i  mówi

dalej:  -  Jeśli  decydujesz  się,  aby  kogoś  pojmać...  albo  coś,  za  pomocą  obrusa,

wcześniej  musisz  sprawdzić,  czy  obrus  jest  dostatecznie  duży,  aby  pomieścić  ich

wszystkich...

- Pomieścić ich wszystkich? - wyszeptał Peter i popatrzył na obrus, który trzymał

w  dłoniach.  Nogi  mężczyzny,  którego,  jak  mu  się  wydawało,  złapał,  znikły  i  teraz  w

obrusie  znajdował  się...  wielki  kosmaty  pająk.  Upadł  mu  na  but.  Potem  pojawił  się

następny i następny; żółty i czarny. Nagle róg obrusa wymknął mu się z ręki i cała jego

przerażająca zawartość wysypała się prosto na niego.

- Pomocyyyy! Crystaaal! Cryyys!

background image

Chłopiec  walczył.  Poturlał  się  po  podłodze  i  rozpaczliwie  próbował  zrzucić  z

siebie pająki, które wchodziły mu pod ubranie.

- Crystaaal!!!

-  Peter!  -  Chłopiec  poczuł  na  sobie  dłonie  przyjaciółki.  -  Peter,  nie  wiem,  co

widzisz, ale nic po tobie nie chodzi, słyszysz? Nic!

Mimo zapewnień Crystal, chłopiec nie chciał otworzyć oczu. Bał się, że wpadnie

mu  do  nich  jakiś  pająk.  Jak  to  możliwe,  że  te  paskudne  stworzenia  były  jedynie

złudzeniem? Czuł przecież, jak tysiące łapek łaskotało go pod ubraniem!

- Peter, uspokój się, tu nic nie ma!

Nagle usłyszał śmiech Damona.

- Możesz otworzyć oczy, chłopczyku - powiedział czarodziej.

- W istocie, był to tylko żarcik, mam nadzieję, że nie przejąłeś się nim zbytnio,

wydawałeś się taki odważny!

Peter otworzył ostrożnie jedno oko. Ani śladu pająków. Otworzył drugie, zaczął

macać się po ubraniu. Nie, ani śladu pająka.

Śmiech Damona odbił się echem po salonie.

Drżąc z wrażenia, Peter patrzył na dziewczynkę, która skuliła się obok niego.

- Złudzenie, to tylko złudzenie...

- W ataku frontalnym nie mamy żadnych szans, Pete. Musimy spróbować czegoś

innego.

- Zaczynacie mnie nudzić, dzieciaki - powiedział Damon. Chwycił Douglasa za

kołnierz i pociągnął go w stronę przyjaciół.

-  A  tymczasem,  kiedy  wy  będziecie  zastanawiać  się  nad  tym,  jak  mnie

zaatakować... - Idąc, wyciągnął z kieszeni spodni pilot i nacisnął guzik. Szklana osłona,

która  oddzielała  wodospad  od  pozostałej  części  jadalni,  otworzyła  się  i  zniknęła  w

skale.  Zimne  i  wilgotne  powietrze  wtargnęło  do  pomieszczenia.  Mężczyzna  wcisnął

następny  guzik  i  włączył  reflektor  znajdujący  się  za  wodospadem,  który  oświetlił

wejście do groty.

- ...mam dla was zajęcie - zakończył z szerokim uśmiechem.

*

Szeryf westchnął z ulgą, kiedy zobaczył, jak Robert Kershaw wsiada do pociągu,

background image

który miał go zawieźć jak najdalej od Misty Bay. Przez całą noc i przez dużą część dnia

słuchał  opowiadania  dziennikarza  o  dzieciach-zjawach  i  o  bandzie  sprzed

sześćdziesięciu  lat.  Nie  potrafił  zrozumieć.  Czy  ten  mężczyzna  uważał,  że  poważny

policjant jest tak naiwny jak czytelnicy jakiegoś brukowca? Czy też ciągłe rozmyślanie

o zjawach sprawiło, że facet po prostu zwariował?

Ale to nie była już jego sprawa. Konduktor dał sygnał do odjazdu i słychać było,

jak podróżni zamykają okna. Prawdopodobnie już nigdy w  życiu  nie  zobaczy  Roberta

Kershawa.

Z boku, kilka metrów dalej, dwóch rosłych mężczyzn czekało na rozkazy.

Spojrzał  na  zegarek  i  pomyślał  o  żonie.  Była  w  domu  i  pewnie  szykowała  mu

jakąś smaczną kolacyjkę.

- Hej, szefie, pssst!

Mężczyzna  niechętnie  podniósł  wzrok  na  okno  w  pociągu.  Robert  Kershaw

patrzył na niego z tym swoim przyklejonym uśmiechem.

- Hej, szefie, proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale sądzę, że moje opowieści

nie zyskały wielkiej popularności, co?

Szeryf z wściekłością zazgrzytał zębami.

- Brawo za dedukcję, młody człowieku.

- I obawiam się, że nie przydałoby się to na nic, gdybym powiedział panu, że tu,

w  Misty  Bay  wkrótce  wydarzy  się  coś  strasznego  i  że  jedynie  ja  mógłbym  temu

zapobiec.

- Nie, nie przyda się to absolutnie na nic.

- Tego się właśnie obawiałem. W takim razie, do zobaczenia.

- Żegnam.

Robert  Kershaw,  śmiejąc  się  w  duchu,  odsunął  się  od  okna.  Znów  sprawdził

imię  i  nazwisko  na  kwicie  i  adres  na  walizce.  Tak,  wszystko  się  zgadzało:  dzięki

kwitowi  będzie  mógł  odebrać  walizkę  bez  problemu  w  przechowalni  na  dworcu.

Poprawił  wiszący  na  szyi  aparat  fotograficzny.  Był  w  podwójnym,  bardzo

wytrzymałym  futerale.  Ostatnim  razem,  kiedy  wyskakiwał  z  jadącego  pociągu,  jego

Nikon roztrzaskał się na tysiące kawałków.

Kiedy  pociąg  ruszył,  był  na  swoim  miejscu.  A  kiedy  opuścił  stację,  wstał  i

background image

szybko zaczął szukać wolnego przedziału.

- Damonie Knighcie - wyszeptał - przybywam.

Rozdział 20.

W poszukiwaniu zaginionej księgi

Gabinet  Damona  Knighta  był  urządzony  nowocześnie  i  anonimowo.

Polaryzowane  szyby  nie  przepuszczały  światła  wschodu.  Miało  to  ułatwić  Crystal

skupienie  się.  Dziewczynka  leżała  na  kanapie  z  zamkniętymi  oczami,  z  twarzą

zwróconą ku górze. Palce dłoni miała splecione na brzuchu.

- Przenikasz do ich myśli? - zapytał Damon Knight.

-  Oczywiście,  co  ty  sobie  myślisz,  że  jestem  debiutantką?  -  odpowiedziała

kwaśno Crystal. - Boją się.

- Nie powinni. Takie samo wyposażenie mają moi poszukiwacze w Południowej

Afryce. Poza tym mogą liczyć na pomoc telepatki. Jeśli istnieje ktoś, kto jest w stanie

odnaleźć Malartium i wyjść z tego cało, to właśnie oni.

*

- Właśnie to „jeśli” niezbyt mi się podoba - rzucił sarkastycznie Douglas.

Crystal  ponownie  przerzuciła  most  mentalny  pomiędzy  nią  i  jej  dwoma

przyjaciółmi: wszystko to, co się z nimi działo, czuła ona. Wszystko to, co się działo z

nią - czuli także oni.

Na  początku  dla  Douglasa  wszystko  było  dziwne.  Czuł,  że  swędzi  go  ręka  i

chciał  się  podrapać.  Wtedy  odkrywał,  że  to  nie  jego  swędzi,  ale  Petera.  Wykonanie

najprostszych  ruchów,  takich  jak  chodzenie  czy  nachylanie  się,  wywoływał  u  niego

chaos myślowy.

Powoli zaczynał się orientować, które z doznań należą do niego, a które do jego

przyjaciół.

Jeszcze  raz  skontrolował  sprzęt  Damona  Knighta.  Nie  można  mu  było  zarzucić,

background image

by  liczył  się  z  wydatkami.  Obaj  dostali  kaski  -  takie  jak  speleolodzy,  z  latarką

czołówką - a poza tym, mieli na sobie dwa ciepłe kombinezony, które były zrobione z

jakiegoś  nieznanego  Douglasowi,  nieprzemakalnego  materiału.  Miały  spełniać  dwa

zadania:  amortyzować  na  wypadek  uderzenia  i  zapewnić  ciepło.  Na  stopach  mieli

solidne  obuwie,  idealne  na  spacery  w  górach,  a  na  dłoniach  ochronne  rękawice  bez

palców, umożliwiające wspinaczkę.

Peter  wyposażony  był  także  w  nieprzemakalny  plecaczek,  do  którego  mieli

włożyć Malartium - kiedy już ją znajdą.

Ale  najwspanialszą  rzeczą  były  sonary:  niewielkie  aparaty,  nieco  lżejsze  od

paczki  papierosów,  które  obaj  mieli  przypięte  do  pasków.  Na  ich  wyświetlaczach

pokazywał  się  zarys  ścian  skalnych  na  odległość  stu  metrów.  Dzięki  temu  ryzyko

wejścia w ślepy zaułek malało.

Zdecydowali, że będą używać jeden sonar na dwóch. Chcieli oszczędzać baterie.

- Co widzisz? - dopytywał Douglas.

- Jeszcze nic - odpowiedział Peter, nie odrywając wzroku od urządzenia.

Już  jakiś  czas  temu  opuścili  dom  Damona  Knighta,  a  jednak  szli  wciąż  tym

samym korytarzem.

-  Kurczę  blade,  ale  ile  czasu  potrwa,  zanim  dojdziemy  do  jaskini?  Zamiast

dawać nam cały ten rynsztunek, mógł nam dać dwa rowery. Może to nie byłoby w jego

stylu, ale dotarlibyśmy wcześniej!

-  Jeśli  byś  nie  opowiadał  na  cmentarzu  swojego  snu  o Malartium,

prawdopodobnie nie byłoby nas tutaj!

- Do jasnej anielki, a skąd mogłem wiedzieć, że Damon Knight nas słyszy? Musi

mieć orli słuch!

- Orli słuch? Nie wydaje mi się, aby orły miały szczególnie... Poczekaj! - Peter

aż  podskoczył.  Na  małym  wyświetlaczu  czerwone  kreski  pokazujące  ściany  skalne

nagle  rozchodziły  się.  Chłopiec  nacisnął  zoom  i  rysunek  powiększył  się,  pokazując

zarys dużej jaskini.

- Bingo, Douglas! Chyba jesteśmy!

- Widziałeś, wystarczyło jedynie...

Dwaj  chłopcy  weszli  do  znanego  już  sobie  wnętrza;  ogłuszył  ich  huk

background image

podziemnego potoku.

-  Popatrz,  jesteśmy:  na  dole  jest  wejście  do  naszej  sekretnej  bazy  -  powiedział

Douglas.

- Lub, inaczej mówiąc, wyjście z miejsca uwięzienia Angusa Scrimma - uściślił

Peter.

- No właśnie, ale jeśli jest tak, jak mówisz, to co się stało z czarodziejem?

-  Póki  co  powody,  dla  których  znaleźliśmy  się  tutaj,  są  zbyt  naglące.  Nie

będziemy  zastanawiać  się  teraz  nad  Scrimmem  i  wyobrażać  sobie,  jak  skończył  -

odpowiedział Peter i zamknął oczy, aby się skupić.

- Crys, słyszysz mnie? Doszliśmy do jaskini, co teraz?

Dwaj  chłopcy  czekali  przez  chwilę,  a  potem  otrzymali  jasną  odpowiedź  od

Crystal.

- Wciąż was słyszę, Pete. Damon mówi, żebyście weszli przez tę szczelinę, przez

którą widać podziemny potok. Uważajcie, proszę!

Douglas wychylił się przez szczelinę.

- O rany, gdybym był przesądny, powiedziałbym, że ta rzeka tak się burzy, jakby

miała nas zabrać prosto do piekła!

- To do niej nie wpadnij - odpowiedział Peter, spuszczając się niżej po skale.

- Łatwo powiedzieć, a jak wpadnę?

- No, to wtedy staraj się płynąć i trzymaj się jak najdalej od podwodnych skal.

- Wiesz, czegoś ci jeszcze nie mówiłem...

- Że cierpisz na klaustrofobię?

- No właśnie, myślę, że cierpię na klaustrofobię, ale teraz przyszło mi do głowy

coś jeszcze innego...

Peter odwrócił się i latarka na kasku oświetliła bladą twarz przyjaciela.

- Nie chcesz chyba powiedzieć...

- Och, nie! - wykrzyknęła Crystal w ich umysłach.

- No właśnie, dzieciaki. Wasz tłuściutki przyjaciel nie umie nawet pływać.

Peter spojrzał na podziemny tunel, z którego potok wpadał do oceanu. Nie było

ani jednego miejsca, gdzie można byłoby przejść suchą nogą: musieliby być uczepieni

do skały przez cały czas. Idąc do przodu i - jak mieli nadzieję - z powrotem.

background image

-  No,  Doug  -  powiedział  w  końcu  Peter  -  moja  pierwsza  rada  pozostaje

niezmienna: staraj się nie wpaść do potoku!

- Wiesz co? Myślę, że zwyczajny kartofel miałby lepsze poczucie humoru!

- Nie wiem, czy jest to w stanie cię pocieszyć, ale ja całkiem nieźle sobie radzę

w wodzie. Moja ciocia jest instruktorką pływania i nauczyła mnie nawet, jak ratować

topielców. Włącznie ze sztucznym oddychaniem.

- To znaczy, że w moim przypadku umiałbyś zastosować oddychanie usta-usta?

- Oczywiście, możesz mi zaufać.

- W takim razie posłuchaj: jeśli tak miałoby się stać, jeśli miałbym upaść...

- Tak, Doug?

- Pozwól, abym się utopił.

-  Chłopaki,  może  się  ruszycie?  -  wtrąciła  się  Crystal.  - Podtrzymanie

połączenia telepatycznego na tę odległość zaczyna być męczące!

- Dobrze, dobrze, Crys, nie wkurzaj się - odpowiedział Douglas.

- Hmmm, ty prowadzisz, Peter?

- Dobrze, króliczku, idź za mną. I bądź uważny! - Poprawił okulary i zniknął w

szczelinie.

*

- No i co, idą dalej? - zapytał niecierpliwie Damon.

-  Oczywiście,  wujku  Damonie  -  odpowiedziała  Crystal,  zabarwiając  ostatnie

słowa  drwiną.  Dziewczynce  drżały  ręce:  wkrótce  będzie  musiała  zerwać  kontakt  i

odpocząć.

Mężczyzna odgadł myśli dziewczynki.

- Może zawiesisz na chwilę połączenie? Myślę, że  przez  całą  następną  godzinę

będą wdrapywać się na ściany skalne.

- Co to, wujku Damonie, tak się mną przejmujesz?

Przez zimne i obojętne oblicze mężczyzny przeszedł grymas goryczy.

- Rozumiem, jak mogłaś się poczuć, Crystal. Ale kiedy wreszcie to wszystko się

skończy, chciałbym, abyś ze mną została. Jestem przekonany, że wraz z upływem czasu

zrozumiesz mnie i zaakceptujesz moje decyzje.

Dziewczynka uśmiechnęła się do niego kpiąco.

background image

- W innym przypadku skończę jak twoi starzy znajomi? Bo tak się przecież rzeczy

miały? Przeciwstawili się twojej woli?

-  Nie. Ale  byli  ziarenkami  piasku  w  mechanizmie,  który  miał  mnie  wynieść  do

rangi  najwyższego  czarodzieja.  Mogli  coś  podejrzewać.  Było  to  dość

nieprawdopodobne, aby udało im się mi przeszkodzić, ale stawka była zbyt wysoka.

-  Kiedy  to  wszystko  już  się  skończy,  będziesz  mógł  zrobić  to,  co  chcesz  -

ciągnęła  dalej  Crystal  z  rosnącym  niesmakiem  -  będziesz  mnie  mógł  także  zmusić  do

zmiany  zdania.  Dlatego  nie  graj  komedii,  udając  emocje,  których  nie  jesteś  w  stanie

odczuwać. Do momentu, kiedy będę mogła wybierać, nie przejdę na twoją stronę!

*

Chłopaki, słyszycie mnie?

Tak, ale nie tak wyraźnie jak przedtem - odpowiedział w ich imieniu Peter.

-  No  właśnie,  jestem  już  zmęczona.  Obecny  tu  potężny  czarodziej  pozwala  mi

na chwilę odpoczynku...

-  Nie  ma  problemu  -  odpowiedział  Douglas,  starając  się  przybrać  żartobliwy

ton. W duchu wiedział, że nie może oszukać Crystal i ukryć strachu, który trzymał go w

swych szponach, od kiedy usłyszał pod sobą huk wody.

Nie martw się, będziemy ostrożni. Poza tym Peter jest wytrawnym pływakiem.

- No dobrze. Uważajcie.

- Tak, mamusiu. Bez odbioru.

Ręka za ręką, stopa za stopą, chłopcy posuwali się do przodu. Douglas w duchu

wypominał sobie zbędne kilogramy.

Peter  kolejny  raz  rzucił  okiem  na  sonar:  ciemny  korytarz  wydawał  się  nie  mieć

końca.

-  Doug,  sądzę,  że  nie  jesteś  w  stanie  wywnioskować  z  twojego  snu,  ile  trzeba

jeszcze iść, aby dojść do podziemnego jeziorka?

Niet, nada, absolutnie nie, Pete. To była bardzo poplątana i szczątkowa wizja.

Starałeś się nastawić zoom na maksimum?

Peter zatrzymał się i nacisnął guzik.

- Poczekaj, zobaczę. Popatrzmy, staram się nastawić odległość dwustu metrów...

W tym momencie skała, w którą Peter był wczepiony prawą ręką, pękła.

background image

-  Pete...?  -  zawołał  Douglas  cienkim  głosem,  patrząc  z  niedowierzaniem,  jak

przyjaciel spada do wzburzonej rzeki.

Peter  upadł  na  podwodną  skałę  całym  ciężarem  ciała,  uderzając  się  w  prawe

ramię. Było mocno stłuczone. Chłopiec krzyczał z bólu.

-  Aaaach!  Pomóż  mi,  Douglas,  boli  mnie  jak  diabli.  Nie  mogę  poruszyć

ramieniem, nie mogę... nie mogę...

-  Staraj  się  przede  wszystkim  nie  ruszać!  -  wołał  Douglas,  spuszczając  się  w

jego kierunku. - Powiedziałem, abyś się nie ruszał.

- Nic nie mogę zrobić! Skała jest śliska. Zsuwam się!

- Wytrzymaj! Już prawie jestem, widzisz? Wyciągnij nogę!

Douglas chwycił go za but.

- Mam cię, Peter, mam cię! Teraz...

Ale ciało przyjaciela prawie zupełnie zsunęło się ze skały. Stracił równowagę i

but wysunął się z ręki Douglasa, łamiąc mu paznokcie.

-  Douglaaas!  -  krzyknął  jeszcze  Peter,  ale  przyjaciel  zniknął  już  w  bałwanach

piany.

Crystal  poczuła,  jakby  ostrze  przecinało  jej  mózg:  pomyślała,  że  to  tylko  ból

głowy,  który  trzymał  ją  jak  w  imadle.  Babcia  nauczyła  ją  technik  relaksacyjnych,

pozwalających uśmierzyć ból głowy wywoływany telepatycznym wysiłkiem. Pragnęła

jedynie, aby zadziałało to jak najszybciej.

Damon  Knight  rzucił  czar,  aby  nie  przeszkadzać  dziewczynce.  Kiedy  będzie  w

posiadaniu Malartium,  nie  będzie  potrzebował  nikogo,  aby  się  dowiedzieć,  co  się

dzieje w każdym zakątku świata... i poza nim.

Gdyby ją miał teraz, mógłby osobiście mieć na oku tych dwóch chłopaczków.

Gdyby  ją  miał  teraz,  byłby  ogromnie  zdziwiony,  że  żaden  z  chłopców  nie

znajdował się tam, gdzie miał się znajdować. Ściany podziemnego tunelu były puste.

Rzeka rwała do przodu.

Rozdział 21.

background image

Na złamanie karku

Są  osoby,  które  uważają  się  za  odważne,  ale  kiedy  nadchodzi  moment  próby,

wycofują się. Inne natomiast uważają, że są nieuleczalnymi tchórzami, ale w krytycznej

chwili  zadziwiają  same  siebie  i  innych  swoim  postępowaniem.  Nigdy  nie  można  być

pewnym, jak się zareaguje w obliczu ekstremalnej sytuacji, aż do momentu, kiedy taka

nie nadejdzie.

Douglas  nie  myślał  dwa  razy,  kiedy  rzucał  się  na  pomoc  przyjacielowi  w  wiry

podziemnego  strumienia.  Prawdopodobnie,  gdyby  pomyślał,  zostałby  w  bezpiecznym

miejscu, uczepiony do skały tunelu. Ale instynkt był silniejszy.

Teraz  jednak  nie  pamiętał  już  o  Peterze.  Minęła  pierwsza  chwila  całkowitej

paniki i starał się zebrać całą energię, aby zaczerpnąć nad wodą powietrza i nie rozbić

się o skały.

Kask  z  latarką  był  nieprzemakalny,  więc  latarka  wciąż  działała.  Chłopiec  nie

umiał  pływać,  więc  poruszał  bezradnie  rękami  i  nogami,  tak  jak  widział  to  na  wielu

filmach.  Udało  mu  się  wreszcie  unieść  głowę  i  głęboko  wciągnąć  powietrze.  Nie

wiedział,  z  jaką  szybkością  płynęła  ciągnąca  go  ze  sobą  rzeka  -  ale  płynęła  szybko.

Zastanawiał się, czy uda im się wrócić; korytarz widocznie się zwężał.

W końcu zauważył światło latarki na kasku Petera.

- Peteeer! Plu... plu... Peteer!

Znów  przykryła  go  woda.  Zrobił  pod  nią  kilka  fikołków  i  stracił  poczucie

kierunku.  Opętańczo  starał  się  wrócić  na  powierzchnię,  ale  uderzył  kaskiem  w  dno

rzeki.  Uderzenie  wyrzuciło  go  na  powierzchnię.  Zakaszlał  i  wciągnął  zachłannie

powietrze. Tunel był już bardzo wąski i jego górna część znajdowała się w odległości

jakichś dwóch metrów, podobnie jak ściany.

Peter  był  już  blisko.  Jeśli  mu  się  poszczęści,  może...  Nie!  Co  było  tam,  niżej?

Rozgałęzienie!  Potok  dzielił  się  na  dwa  mniejsze  potoki.  Musiał  popłynąć  tym,  w

którym zniknął przyjaciel, za wszelką cenę. Miał nadzieję, że jeszcze żyje.

Zobaczył, że Peter wpłynął do lewego potoku.

Starał się ze wszystkich sił popłynąć w tamtą stronę, ale zrobił to zbyt szybko i

background image

niebezpiecznie zbliżył się do ściany. Udało mu się odbić biodrem i obrócić, ale potem

uderzył tylną częścią ciała w skałę wystającą z wody: uratował kości, ale odrzuciło go

w drugą stronę. W jednej sekundzie połknął go prawy kanał.

*

W  tym  czasie  Crystal  poczuła  się  lepiej:  głowa  nie  bolała  ją  już  tak  bardzo.

Zawołała Damona Knighta i starała się ponownie nawiązać kontakt z przyjaciółmi.

- Pete, Doug, jak leci? Gdzie jesteście?

-  To  nie  przelewki,  Crys   -  odpowiedział  jej  w  myślach  Doug,  dokonując

ogromnego  wysiłku,  aby  się  skoncentrować,  utrzymać  głowę  nad  powierzchnią  i  nie

rozbić się o ściany wąskiego gardła skalnego tunelu.

Straciłem z oczu Petera. Był ranny. Spróbuj wejść z nim w kontakt!

- Staram się, ale odbieram tylko chaotyczne myśli! Odwagi, Doug. Dasz sobie

radę!

- Nie zostawiaj nas, Crystal. Podtrzymuj kontakt!

- Tak będzie, Douglas, obiecuję ci.

Sklepienie  nagle  obniżało  się.  Douglas  nabrał  powietrza  w  usta,  zastanawiając

się, czy to nie po raz ostatni. Zanurzył się. Tarł grzbietem, brzuchem i nogami o skałę i

błogosławił  w  sercu  odporny  podwójny  kombinezon,  w  który  kazał  mu  się  ubrać

Damon Knight.

Latarka czołówka oświetlała podwodne skały. Obrócił się wokół własnej osi już

tyle  razy  i  tak  gwałtownie,  że  nie  wiedział,  gdzie  jest  góra,  a  gdzie  dół.  Nie  miał

pojęcia, jak mógłby ponownie zaczerpnąć powietrza. Widział coraz gorzej i poczuł, że

traci przytomność.

Kiedy  odzyskał  świadomość,  machał  nogami  w  powietrzu.  Nie  wiadomo,  jak

długo  to  trwało.  Crystal  rozpaczliwie  krzyczała  mu  w  głowie.  Otworzył  oczy  i  znów

wpadł do wody. Ale tym razem to nie była ta sama woda. Ta była spokojna. Nie było

w  niej  wirów.  Wyrzuciło  go  w  górę  i  właśnie  był  na  powierzchni.  Teraz  musiał  się

tylko na niej utrzymać.

Rozejrzał  się  wokoło  i  w  sekundę  zdał  sobie  sprawę,  że  odnalazł  podziemne

jeziorko ze snu!

- Aaargl... pomoc... - Nagle przypomniał sobie, że nie umie pływać.

background image

- Posłuchaj mnie, Doug, słyszysz mnie? Musisz się odprężyć i uwolnić umysł!

Wiem, że to trudne, ale musisz skorzystać z mojego doświadczenia! Płyń, jakbym to

ja pływała!

- Nie umi... plu... nie daję ra...

-  Dasz  radę,  Douglas.  Wyciągnij  się,  połóż  się  na  grzbiecie.  Najpierw  jedno

ramię, potem drugie. Teraz nogi. No, widzisz, utrzymujesz się na powierzchni wody?

Oddychaj,  wystarczy  lekko  poruszać  nogami  i  ramionami,  aby  utrzymać  się  na

powierzchni wody, odpręż się!

Już umiem, Crystal. Już umiem!

- Czuję to Doug, jesteś wspaniały!

- Hej, Crys, to łatwe! A teraz sam!

- Brawo, ale teraz pomyśl o Peterze! Nawiązałam z nim kontakt, widzi cię, ale

nie może poruszyć ramieniem. Nie daje rady utrzymać się na powierzchni wody!

Douglas odwrócił się i nieopodal zauważył światło czołówki Petera. Obrócił się

ostrożnie na brzuch i zaczął płynąć w jego kierunku, najpierw powoli, a potem szybciej

i szybciej.

-  Właśnie  tak,  Doug.  Najpierw  jedno  ramię,  a  potem  drugie.  Najpierw  jedna

noga, a potem druga...

- Okej, okej, wiem, co dalej.

Douglas dopłynął do przyjaciela.

- Spokojnie, Peter, plu... plu... Nauczyłem się pływać!

Po kilku chwilach wspólnych wysiłków dobrnęli do brzegu podziemnego jeziora.

- Brawo, Doug - wydyszał Peter pomiędzy jednym kaszlnięciem a drugim.

- Spokojnie, nie sądzę, abyś potrzebował oddychania usta-usta.

*

- No i? Jak idzie? - pytał Damon Knight, siedząc jak na szpilkach.

- Udało im się - odpowiedziała Crystal z westchnieniem ulgi.

- Dobrze... Bardzo dobrze! A sprzęt?

Dziewczynka  musiała  powstrzymać  uśmiech,  widząc  interesowną  troskę

czarodzieja.

- Nietknięty, poczynając od aparatury, na ultradźwiękach kończąc.

background image

- W takim razie powiedz im, żeby się pośpieszyli.

*

Peter  zwolna  odzyskiwał  władzę  w  lewym  ramieniu.  Bardzo  go  bolało,  ale

prawdopodobnie było to tylko stłuczenie.

Nieprzemakalne kombinezony ochroniły ich ciała. Jednak pod kaskami ich włosy

były kompletnie mokre. Drżeli jak liście.

Douglas wydawał się nad czymś zastanawiać.

- Dolara za twoje myśli - rzekł Peter.

-  Patrzyłem  na  jezioro.  Przysiągłbym,  że  to  jezioro  z  mojego  snu...  a  jednak

wydaje mi się jakieś inne.

- O kurczę, nie chciałbym, żeby było inne: może powinniśmy wpłynąć do drugiej

odnogi... Ty też ją widziałeś?

- Nie tylko ją widziałem, ale także nią popłynąłem i znalazłem się tutaj.

-  Masz  rację,  spójrz  w  górę  -  odpowiedział  Peter  i  pokazał  mu  dwa  wyjścia

tuneli w ścianie skalnej, z których wartko wylewała się woda.

- Ja wypłynąłem z tego kanału, a ty musiałeś wypłynąć z tego drugiego.

-  Hmmm...  to  możliwe.  Jednak  wszystko  wydaje  mi  się  jakieś  inne.  Niech

sprawdzę... - Douglas włączył swój sonar.

- Podziemne jezioro musi mieś około sto metrów średnicy.

-  Wiesz,  sny  są  dziwne.  W  twoim  wypadku  chodzi  raczej  o  wizję,  a  nie  można

wykluczyć pewnych różnic pomiędzy wizją a rzeczywistością.

- Nie wiem, moje wspomnienia są tak chaotyczne...

-  Może  ja  mogę  ci  pomóc,  Doug  -  wtrąciła  się  Crystal. -  Odwieszę  na  chwilę

mój most umysłowy z Peterem, wtedy będę mogła skupić się bardziej na połączeniu

między nami. A ty musisz jedynie skoncentrować się na twoim śnie i tym, co z niego

pamiętasz.

Jesteś naprawdę niewiarygodna, Crys. Dobrze, spróbujmy.

Douglas  starał  się  skupić  na  odpryskach  zapamiętanego  snu.  Crystal  wydawało

się, że wchodzi we wspaniały świat trójwymiarowych gier wideo. Zobaczyła wyraźnie

scenę,  w  której  młody  Damon  rzucał Malartium  do  podziemnego  strumienia  i  nagle

znalazła się pod wodą, było ciemno, jednak widziała księgę, która obracała się wokół

background image

własnej osi, przepływając między podwodnymi skalami. Trwało to kilka sekund: woda

-  bąbelki,  góra  -  dół. A  potem  ciemność.  Dziewczynka  odgadła,  że  to  była  dziura  w

pamięci  przyjaciela  i  postanowiła  iść  w  tym  kierunku,  starała  się  co  sił,  wreszcie

wróciła wizja księgi. Wpłynęła do tego samego gardła, do którego wpłynął Douglas i

wreszcie wpadła do... podziemnego jeziora.

Wreszcie zrozumiała, na czym polegała różnica! W wizji nie było żadnej różnicy

poziomów  pomiędzy  lustrem  jeziora  a  miejscem,  w  którym  wychodziły  obydwa

korytarze,  a  przecież  Peter  i  Douglas  spadli  z  wysokości  kilku  metrów.

Prawdopodobnie sześćdziesiąt lat wcześniej poziom wody był wyższy!

Teraz  księga  została  wessana  przez  szczelinę  w  skale...  Crystal  zwiększyła  do

granic możliwości koncentrację: potrzebny jej był punkt odniesienia, wtedy chłopcom

będzie  łatwiej  odnaleźć  miejsce,  w  którym  znajdowała  się  szczelina.  Ten  wystający

kawałek skały! Ten wystający kawałek skały w kształcie głowy koguta byłby idealny.

Znów ciemność, dziura w pamięci... i wreszcie - kryształowa grota.

Dość! Nie daję już rady - wykrzyknęła dziewczynka w głowie Douglasa.

- Nie przejmuj się, Crys. Bardzo, ale to bardzo nam pomogłaś. Teraz możesz się

już  rozłączyć  i  odpocząć  kilka  minut.  Widziałem  to,  co  ty  i  powinienem  rozpoznać

kamień w kształcie głowy koguta - uspokoił ją głośno Douglas.

Okej, chłopaki, do usłyszenia wkrótce.

- Głowa koguta? - powtórzył Peter, który nie uczestniczył w połączeniu.

-  No  właśnie,  przed  sześćdziesięciu  laty  poziom  jeziora  był  wyższy  i  księga

musiała popłynąć szczeliną obok kawałka skały w tym kształcie.

- Trzeba będzie przedsięwziąć wspinaczkę, co?

-  Tak,  ale  jeśli  to  dla  ciebie  zbyt  trudne,  pójdę  sam.  A  właśnie,  gdzie  twoje

okulary? Spadły ci do potoku?

- Ach, nie - odpowiedział zadowolony z siebie  przyjaciel.  -  Zabezpieczyłem  je

na  wypadek  upadku  do  wody  i...  -  Szybkim  ruchem  prawego  ramienia  odpiął

sznureczek,  który  miał  zawieszony  na  szyi:  po  drugiej  stronie  były  okulary,  trochę

pogięte, ale szkła pozostały nietknięte.

- Jesteś wielki!

Chłopcy przepłynęli wpław jezioro, gdy ni z tego, ni z owego...

background image

-  Jest!  -  powiedział  Douglas  i  wskazał  na  wybrzuszenie  w  skale  na  jakieś

piętnaście metrów nad nimi.

- Głowa koguta!

- Hmmm - zamruczał Peter. - Wydaje mi się, że na skale jest wystarczająco dużo

wystających miejsc... Tak, myślę, że ja też dam radę się wspiąć.

- Poczekaj, może nie ma takiej potrzeby. Najpierw wejdę ja i wtedy ci powiem.

Faktycznie, wspinaczka nie okazała się trudna i wkrótce Douglas dotarł do głowy

koguta.  Oświetlił  latarką  okolicę  kamienia  i  wreszcie  znalazł  szczelinę,  do  której

dostała się księga. Zbliżył się do otworu i spojrzał przez niego: za nim była następna

podłużna komora ciągnąca się w dół.

Zbliżył do szczeliny sonar i okazało się, że po około dziesięciu metrach komora

wychodziła na dużo większą grotę.

- W takim razie, poczekaj, idę z tobą - powiedział Peter, kiedy Douglas wyjaśnił

mu,  jak  wygląda  sytuacja.  Poprawił  jeszcze  raz  okulary  na  nosie  i,  centymetr  po

centymetrze, doszedł do przyjaciela, który pomógł mu wejść do otworu.

Ostatni,  wąski  odcinek  drogi  okazał  się  dość  trudny.  Chłopcy  byli  zmuszeni

czołgać się i dla Petera, który opierał się tylko na jednym ramieniu, było to szczególnie

bolesne. Wreszcie światełko na jego kasku oświetliło wyjście z komory.

-  Jest!  -  wykrzyknęła  Crystal  w  ich  umysłach.  - Spójrz,  Doug,  to  ta  grota  z

kryształowymi ścianami czy czymś tam!

Dwójka  przyjaciół  przecisnęła  się  wreszcie  przez  komorę  i  mogła  stanąć  na

nogach.

Peter podniósł fragment kryształu.

- Sól - stwierdził, gdy dobrze mu się przyjrzał i polizał go. - Cała grota pokryta

jest grubą osadową warstwą soli.

- Ale dlaczego? To znaczy, co tu robi ta cała sól?

- Nie wiem, ale zaczynam mieć dosyć tej jaskini.

- W pełni się z tobą zgadzam. Znajdźmy księgę i wynośmy się stąd.

Kiedy  wymawiał  te  słowa,  Douglas  ponownie  spojrzał  na  sonar.  Grota  miała

około  dwudziestu  metrów  długości  i,  w  swojej  górnej  części,  galerię.  Jej  sklepienie

pełne  było  korytarzy,  które  pięły  się  pionowo  w  górę:  niektóre  z  nich  były  ślepe,

background image

niektóre ciągnęły się wysoko. Zbyt wysoko, aby dosięgał je sonar.

- Hej, Doug. Śnię czy co?

Douglas  spojrzał  w  stronę  wskazaną  przez  przyjaciela.  Kilka  kroków  od  nich,

pod kryształową solną płytą, znajdowało się Malartium!

To ona, ona, udało się wam! - ucieszyła się Crystal.

-  Nie  dziel  skóry  na  niedźwiedziu.  Nie  będzie  łatwo  ją  wydobyć  -  powiedział

Peter, opierając ręce na płycie solnej, pod którą tkwiła księga.

- Doug, zerknij do mojego plecaka, powinien tam być mały scyzoryk.

- Tak, jest. Ja też mam jeden przy pasku. Do roboty!

Zaczęli  energicznie  uderzać  ostrzami  w  taflę,  ale  okazało  się  to  trudniejsze,  niż

sobie  wyobrażali.  W  zagłębieniu  w  okolicy  ostatniego  nakłucia  zaczął  się  ukazywać

strumyczek wody.

-  Hej,  pomyśl,  gdybyśmy  mogli  podziurawić  rury  samego  Damona  Knighta  -

zażartował Douglas.

Peter jednak był poważny: nabrał wody w dłoń i uniósł do nozdrzy.

- To woda morska - wyszeptał.

- Morska woda? Skąd ona się tu wzięła?

- No, musimy być bardzo nisko... może poniżej poziomu morza. Możliwe, że był

tu kiedyś...

-  Co?  Co  takiego?  Dobrze  rozumiem?  Jesteśmy  poniżej  poziomu  powierzchni

oceanu? Nie wiem dlaczego, ale to nie brzmi dobrze. Pośpieszmy się.

Chłopcy zdwoili wysiłki i wreszcie...

*

-  Udało  się  im,  mają  książkę!  -  powiedziała  Crystal  znajdująca  się  kilka

kilometrów od nich.

- Wspaniale! - wykrzyknął Damon Knight i usiadł obok dziewczynki.

- Teraz powiedz im, żeby się pośpieszyli i wracali. Baterie latarek i sonaru są na

wyczerpaniu.

- To może być problem.

- Co chcesz przez to powiedzieć...?

- Zeszli tak nisko i tak trudną trasą, że nie mogą wrócić tą samą drogą.

background image

-  Hmmm,  może  masz  rację.  Poradź  im,  aby  poszukali  innej  drogi  powrotnej.  W

skale jest wiele korytarzy, które mogą zaprowadzić ich na powierzchnię.

- Inne przejście? - odpowiedział Douglas, przyglądając się sklepieniu groty. - Są

tu też korytarze pnące się w górę, ale jak przez nie przejść?

Peter podrapał się po brodzie.

- Nie, wykluczone. Spróbujmy raczej wrócić nad jezioro...

- Hej, Peter, mylę się, czy przedtem nie było tu na ziemi tej całej wody?

Odwrócili się jednocześnie w stronę szczeliny, którą sami wyżłobili, wyciągając

Malartium:  woda  podnosiła  się  w  mgnieniu  oka,  tu  i  ówdzie  pojawiały  się  nowe

szczelinki pełne wody.

- Szybko, wychodzimy - zawył Douglas. - Tu skończymy jak szczury na Titanicu!

- Poczekaj - powstrzymał go Peter i podał mu księgę. - Najpierw włóż mi ją do

plecaka!

Douglas posłał mu barwną wiązankę przekleństw, ale zrobił tak, jak sobie życzył

kolega.  Kiedy  tylko  zamknął  nieprzemakalną  kieszeń,  usłyszeli  wielki  huk  i  ziemia

zaczęła drżeć.

-  O  kurczę,  brakowało  nam  tylko  trzęsienia  ziemi!  -  wrzasnął  Douglas  i

pośpieszył w stronę korytarza, którym wcześniej dostali się do groty.

Chłopaki, chłopaki, szybciej! - poganiała ich Crystal.

Weszli  do  korytarza  na  chwilę  przed  tym,  jak  lawina  kamieni  wsypała  się  do

wąskiego przejścia.

- Doug, o Boże, pośpiesz się, ale... - Peter popchnął kolegę, który nie dawał rady

iść pod górę.

- Do diabła, Pete, nie mogę! Wszystko się sypie!

Do jaskini wsypywały się coraz większe kawałki skał. Co gorsza, światełko na

kasku Douglasa zaczęło drżeć.

- O mamo, Pete! Tu chodzi o naszą skórę!

- I bardzo dobrze.

Ogłuszał  ich  huk  spadających  skał,  ale  wydawało  się,  że  Peter  powziął

ostateczną decyzję.

Ruszył w stronę szczeliny, z której tryskało coraz więcej wody. W tym momencie

background image

zaczęły odpadać także kamienie ze sklepienia.

Douglas odwrócił się w stronę przyjaciela i nie mógł wyjść ze zdziwienia: Peter

wkłuwał się dokładnie tam, skąd wypływała morska woda.

„O Boże - pomyślał - oszalał!”

Nie,  Doug,  on  ma  rację! -  krzyknęła  w  jego  głowie  Crystal.  - To  szaleństwo,

ale teraz to wasza jedyna szansa!

Ściana nagle ustąpiła i wodospad wody wpadł do groty.

-  No  tak,  rozwalmy  wszystko!  -  zaśmiał  się  histerycznie  Douglas.  Był  w

najwyższym stopniu przerażony.

Peter  wydawał  się  zachowywać  zimną  krew:  podszedł  do  niego,  pokazał  mu

ekran swojego sonaru, a później jeden z pionowych korytarzy w sklepieniu groty.

- Ten musi być bardzo długi! Nim pójdziemy!

- Peter, zrobiła ci się papka z mózgu!

Przyjaciel  nie  miał  już  czasu  na  odpowiedź.  Grota  wypełniała  się  wodą,  która

zaczęła ich unosić ku górze. Najpierw w korytarzu schował się Peter, a „Douglasowi-

o-mamo!” udało się z trudem wśliznąć za nim.

Poziom  wody  wciąż  rósł:  podnosili  się  z  zadziwiającą  szybkością.  Peter  miał

głowę  zadartą  do  góry,  a  Douglas  zaciśnięte  powieki.  Nie  przestawał  ani  na  chwilę

krzyczeć, mimo że woda wlewała mu się do ust. Wreszcie przemógł się, by otworzyć

oczy.  Wtedy  zdał  sobie  sprawę,  że  otacza  go  zupełna  ciemność.  Padły  baterie  w

latarkach. Jeden kamień spadł mu na kask, drugi ugodził go w ramię: korytarz zapadał

się do środka! Ponownie zamknął oczy, starając się przypomnieć sobie jakąś właściwą

modlitwę, a kiedy je ponownie otworzył, zobaczył, że spada na nich deszcz kamieni.

„Moment! - zastanowił się. - Widzę!”

Światło  stawało  się  coraz  jaśniejsze  i  w  mgnieniu  oka  Douglas  poczuł,  jak

wylatuje w powietrze, unosząc się nad skałą! Niebo, wreszcie! Niżej - jaka radocha! -

leciał  Peter  z  głową  w  dół  i  teraz,  kiedy  siła,  która  ich  wypchnęła,  znikła  i  zaczął

opadać, zobaczył szczyt wzgórza ponad sobą, a on - co za wspaniałe uczucie! - opadał,

opadał  jak  pikujący  ptak...  na...  Na  co?  Teraz  leciał,  tak,  ale  gdzie  miał  wylądować?

Ocean! Pod nim rozciągał się ocean, ale były tam też ostre skały wystające z wody i...

Starał się obrócić wokół własnej osi i właśnie w tym momencie wpadł do morza.

background image

Doug, chcesz, abym ci przypomniała, jak się pływa? - powiedziała Crystal w

jego głowie, kiedy wypływał na powierzchnię.

Crys, po tym wszystkim, co przeżyłem, kilka ruchów ramionami już mnie nie

przeraża!

*

- A zatem? - zapytał Damon Knight, zniecierpliwiony do granic możliwości.

- A zatem udało się im, mają się dobrze - odpowiedziała Crystal zmęczona, ale

promienna i zerwała połączenie z dwójką przyjaciół.

- Nie igraj ze mną, dziewczynko. Doskonale wiesz, o co mi chodzi.

- Księga jest na swoim miejscu. Leży bezpieczna w plecaku Petera, który właśnie

z pomocą Douglasa dopływa do brzegu.

- Dobrze, bardzo dobrze - odparł zadowolony z siebie Damon, odwracając się ku

dużemu oknu, które wychodziło na ocean.

Crystal patrzyła na niego w milczeniu. Od kilku godzin pewna myśl nie dawała

jej  spokoju.  Jak  to  możliwe,  że  był  to  ten  sam  Damon,  który  kiedyś  był  przywódcą

pierwszych  Niewidzialnych?  Sama  widziała  więzienie,  z  którego  uciekł  Angus

Scrimm...  Może  za  wszystkim  stał  stary  czarodziej,  który  zahipnotyzował  Damona

Knighta? Oczywiście! Tak, na pewno, to było wytłumaczenie. Po raz ostatni postarała

się przeniknąć do umysłu mężczyzny.

Damon  Knight  usztywnił  się  nagle  i  odwrócił.  Wielkimi  krokami  zbliżył  się  do

Crystal i prawą ręką chwycił ją za szyję tak, że zabrakło jej tchu.

-  Nie  próbuj  tego  ze  mną,  zrozumiałaś?  Nie  próbuj  czytać  w  moich  myślach!  -

puścił ją.

Dziewczynka upadła na kanapę, kaszląc dychawicznie.

- Damon, musisz postarać się uwolnić - powiedziała pomiędzy jednym a drugim

atakiem kaszlu. - Angus Scrimm przejął nad tobą kontrolę!

Mężczyzna znieruchomiał, a potem wybuchł głośnym śmiechem.

-  Angus  Scrimm  przejął  nade  mną  kontrolę?  Ach,  moja  mała,  dla  was,  dzieci,

wszystko jest czarne albo białe, co?

Przerwał i popatrzył jej głęboko w oczy. Crystal źle się poczuła.

-  Chcesz  wiedzieć,  jak  skończył  Angus  Scrimm,  co?  -  ciągnął.  -  Zgoda,

background image

zasłużyłaś na odpowiedź!

Chwycił ją za ramię i wywlókł z pokoju.

W  atrium  była  mała  winda.  Otworzył  ją,  wepchnął  do  niej  dziewczynkę  i  sam

również do niej wszedł. Nacisnął guzik na samym dole. Kabina wydawała się schodzić

do  wnętrza  góry  i  kiedy  się  zatrzymała,  drzwi  otworzyły  się  na  wąski,  wykuty  w

granicie  korytarz,  oświetlony  jedynie  słabymi  lampkami  zawieszonymi  na  suficie.

Mężczyzna  wyszedł,  wciąż  trzymając  Crystal  za  ramię  i  zaprowadził  ją  w  głąb

korytarza, w stronę grubych, drewnianych drzwi. Wyjął z kieszeni dziwny czerwonawy

klucz z ostrymi ząbkami i zanim włożył go do zamka, pokazał go Crystal.

-  Do  zamknięcia  czarodzieja,  potrzebny  jest  czarodziejski  klucz  -  stwierdził

sentencjonalnie i włożył go do dziurki. Przekręcił trzy razy i ciężkie drzwi ustąpiły. W

środku  panowała  prawie  zupełna  ciemność.  W  głębi  można  było  rozróżnić  zarysy

zakurzonego stołu i mężczyzny, który zmęczony siedział na krześle.

- Starcze, przyprowadziłem ci kogoś do towarzystwa - powiedział, uśmiechając

się  Damon  Knight.  -  Dobrze  się  nią  zajmuj,  proszę  -  i  popchnął  dziewczynkę  do

wnętrza pokoju.

Crystal  odwróciła  się  szybko,  chcąc  przeszkodzić  Damonowi  Knightowi  w

zamknięciu pomieszczenia, ale on był szybszy od niej i dłońmi natrafiła jedynie na już

zamknięte  drzwi.  Dobiegł  ją  śmiech  oddalającego  się  Damona  Knighta,  wygłuszony

przez grube wrota.

Crystal nie ruszała się. Nagle usłyszała:

- Zbliż się, dziecko. - Był to głos bardzo starego człowieka.

Dziewczynka  zebrała  w  sobie  całą  odwagę.  Odwróciła  się.  Jej  oczy  zaczęły

przyzwyczajać  się  do  półmroku  i  teraz  widziała  sylwetkę  starca  o  długich  białych

włosach i takiej samej brodzie, w ciemnej i zakurzonej, sięgającej do stóp szacie.

- Zbliż się, czekałem na ciebie - powtórzył mężczyzna i uniósł rąbek ubrania. Pod

nim ukazała się kwadratowa drewniana płytka. Położył ją na stole.

-  Nazywam  się  Angus  Scrimm  -  powiedział.  -  Ty...  jesteś  wnuczką  Susan

Cooper, jak sądzę.

-  Tak...  -  odpowiedziała  Crystal,  podchodząc  ostrożnie.  Z  tej  odległości  mogła

lepiej  przyjrzeć  się  drewnianej  płytce:  wydawała  się  prymitywną  szachownicą  z

background image

figurami rozłożonymi tak, jakby właśnie trwała partia szachów. Wielu figur brakowało.

Starzec podniósł na nią wzrok. Uśmiechnął się bezzębnymi ustami i zapytał:

- Umiesz grać w szachy?

Rozdział 22.

Opowieść Roberta Kershawa

-  Kim  jestem  i  co  robię  w  Misty  Bay?  Och,  to  długa  historia  -  zaczął  Robert

Kershaw, podnosząc chusteczkę do nosa, który wciąż krwawił.

Ken i Hettie Halloway cali zamienili się w słuch.

*

Jeszcze chwilę wcześniej wujek Ken tkwił w głębokim śnie. Leżał na kanapie w

wielkiej  jadalni,  z  głową  na  kolanach  cioci  Hettie.  Kobieta  przesuwała  palcami  po

jego  białych  włosach  i  zastanawiała  się,  czy  to  wszystko  dobrze  się  skończy.  Szybko

otarła zapłakaną twarz. Udało się jej powstrzymać łzy w obecności Damona Knighta i

nie chciała się poddać teraz, kiedy mąż mógł się obudzić lada chwila.

Lekkie pukanie, jakby coś uderzało o szybę, wyrwało ją z zamyślenia. Spojrzała

w kierunku okna, ale z miejsca, w którym siedziała, widziała jedynie skalisty stok góry,

pokryty  krzewami  i  jeżynami,  które,  w  czerwonawym  świetle  wieczoru,  zaczynały

barwić się na rdzawy kolor.

Jeszcze  jeden  kamyczek  uderzył  w  okno.  Ciocia  Hettie  wytężyła  wzrok:

mężczyzna o blond włosach uśmiechał się do niej i coś jej pokazywał na migi.

Kobieta  wstała,  podejrzliwie  podeszła  do  okna  i  przekręciła  klamkę.  Była

zdziwiona, okno ustąpiło bez problemu.

- Witam - wyszeptał mężczyzna. - Proszę, aby pani nie krzyczała. Nazywam się

Robert  Kershaw  i  jestem  dziennikarzem.  Zapewne  uzna  pani  moje  zachowanie  za

dziwne, ale...

-  Młodzieńcze,  samo  niebo  nam  pana  zsyła  -  przerwała  mu  ciocia  Hettie  -  ale

background image

musi  pan  wiedzieć,  że  pan  też  znajduje  się  w  niebezpieczeństwie!  Proszę  nie  tracić

czasu, proszę iść na policję i powiedzieć im, że Damon Knight uwięził w swoim domu

kilka osób, zrozumiał pan?

- Zrozumiałem, proszę pani - Robert Kershaw wciąż się uśmiechał. - To właśnie

podejrzewałem: pan Knight nie jest tym, za kogo się podaje!

- Gratuluję panu dobrej intuicji. A teraz, bardzo proszę, niech pan tylko idzie na

policję i sprowadzi ich tutaj!

- Szeryf i ja nie jesteśmy, niestety, w dobrych stosunkach...

- To nie ma znaczenia! Ten mężczyzna nas przetrzymuje, muszą pana posłuchać!

Dziennikarz nie chciał tracić tropu, ale odpowiedział:

- Zgoda, proszę pani. Proszę nie tracić ducha. Idę i zaraz wracam.

- Brawo, młody człowieku!

Odwrócił  się.  Chciał  wspiąć  się  na  skałę,  ale  droga  powrotna  okazała  się

trudniejsza  niż  dotarcie  na  miejsce.  Krok  po  kroku,  zszedł  po  krasowym  zboczu.

Wreszcie  znalazł  się  w  lasku  tuż  obok  siedziby  Damona  Knighta.  Biegł  między

krzewami  najszybciej  jak  mógł  i  starał  się  wyobrazić  sobie  minę  szeryfa,  kiedy  go

znów zobaczy.

Przeszedł obok ostatnich drzew i zatrzymał się zdziwiony.

Myślał, że dojdzie do murowanego ogrodzenia, ale znów był u wejścia do willi.

„Musiałem  się  pomylić  i  kręciłem  się  w  kółko  -  pomyślał.  -  Muszę  być

uważniejszy”.

Zawrócił. Znów zaczął od początku. Zapuścił się w chaszcze, między drzewa, w

gęstą roślinność i... znów znalazł się w punkcie wyjścia.

Coś tu nie gra. Jak to możliwe? Jeszcze raz zawrócił, zaczął biec.

Damon  Knight  czekał  na  niego  w  połowie  drogi  i  uśmiechał  się  złowieszczo.

Rzucił mu tylko, że mógł sobie oszczędzić fatygi, ponieważ nigdy nie uda mu się stąd

uciec. Powinien raczej wrócić do państwa Halloway i usiąść: wkrótce będzie miał do

niego kilka pytań, ale póki co, ma coś o wiele ważniejszego do załatwienia.

Dziennikarz  bez  zastanowienia  rzucił  się  na  niego,  ale  wpadł  na  dąb.  Po

Damonie Knighcie pozostał tylko podły śmiech.

Robert  Kershaw  mógł  jedynie  zatamować  krew  płynącą  z  nosa  i  odnaleźć

background image

wujostwo  Douglasa  (Kendred  Halloway  wreszcie  zaczął  odzyskiwać  świadomość).

Ciocia Hettie opowiedziała mu o ostatnich wypadkach.

*

-  Czarodziej,  co?  -  to  był  jedyny  komentarz  dziennikarza,  kiedy  wysłuchał  już

całej tej nieprawdopodobnej opowieści. Spojrzał jeszcze raz na chusteczkę i wreszcie

zdecydował się opowiedzieć własną historię.

-  Od  wielu  lat  jestem  na  tropie  bandy  dzieciaków,  która  pojawia  się  w

przypadkach  nadużyć  przeciwko  nieletnim.  Pojawiają  się  nagle,  jakby  znikąd,

naprawiają krzywdy i znikają w tajemniczy sposób. Od jakiegoś czasu ślad prowadzi

w  stronę  jednej  miejscowości:  Misty  Bay.  Nie  wiem,  kim  są,  ale  siebie  samych

nazywają Niewidzialnymi...

- Nie... widzialni? - wtrącił się Kendred Halloway.

Tak jakby go nie słyszał, podniecony młody człowiek wyciągnął z kieszeni notes

z  jednej  z  licznych  kieszeni  kurtki.  Przerzucił  kilka  kartek,  zanim  znalazł  to,  czego

szukał.

- Mam wszystko zapisane: Niewidzialni zaczęli działać jakieś dziesięć lat temu.

Ich ślady można odnaleźć w całej Ameryce. Proszę: Nowy Jork, Boston, Memphis, Los

Angeles... - mężczyzna przerwał zamyślony, potem twarz rozjaśnił mu uśmiech.

- I coś mi mówi, że wkrótce pojawią się tutaj, w Misty Bay.

*

Damon Knight rzeczywiście „miał ważniejsze sprawy do załatwienia” i nie mógł

już  dłużej  rozmawiać  ze  swoim  gościem,  Robertem  Kershawem,  ponieważ  właśnie

wrócili chłopcy. Wreszcie Malartium będzie należeć do niego!

- Myślisz, że słusznie postępujemy? - zapytał Douglas Petera, kiedy ten naciskał

guzik domofonu. Chłopiec zdjął plecak i trzymał księgę w rękach.

- W rzeczywistości, z punktu widzenia czystej etyki...

Douglas położył mu rękę na usta.

- Nie chcę przemówienia na temat etyki, powiedz tylko, tak czy nie!

-  Nie  wydaje  mi  się,  abyśmy  mieli  jakiś  wybór  -  odpowiedział  niepocieszony

przyjaciel. - Tu chodzi o życie nas wszystkich.

-  Gratuluję,  chłopcy  -  z  małego  głośniczka  w  domofonie  doszedł  ich  głos

background image

Damona Knighta. - Wiedziałem, że sobie poradzicie. Zapraszam do środka.

Furtka  otworzyła  się  cicho.  Przyjaciele  jeszcze  raz  popatrzyli  sobie  w  oczy  i

weszli.

Kiedy  potężny  czarodziej  mógł  wreszcie  wziąć  do  rąk  księgę,  której  tyle  czasu

szukał, jego twarz przybrała wyraz pełnego pożądania triumfu. Przerzucał jej kartki w

wielkim podnieceniu: tu i ówdzie pokrywała ją sól, ale w sumie była w niezłym stanie.

Ponownie  zważył  ją  w  rękach.  Potem  już  spokojnie,  ale  wciąż  trzymając  księgę

przyciśniętą do piersi, nakazał chłopcom, by się przebrali. Następnie zaprowadził ich

do windy.

Wkrótce  Damon  Knight  otworzył  tę  samą  celę,  w  której  był  uwięziony  Angus

Scrimm.

- Douglas, Peter, jesteście cali! - wykrzyknęła Crystal i wybiegła im naprzeciw.

Uściskała Douglasa, który stał z przodu i wtedy drzwi zamknęły się z trzaskiem.

- Nie, Peter - krzyknęła dziewczynka.

Ale było za późno, Damon zatrzymał Petera poza celą. Chwycił drżącego chłopca

za ramię i pociągnął go za sobą przez korytarz.

-  Nie  martw  się,  Crystal  -  powiedział  mężczyzna  dość  głośno,  aby  mogła

usłyszeć - Peter i ja mamy inne obowiązki, prawda, Peter?

Dwójka przyjaciół, którzy pozostali w celi, była zrozpaczona.

- Dokąd on go prowadzi? - zapytał Douglas.

- Powierzyłeś mu Malartium? - wtrącił się starzec, który pozostawał w cieniu.

- Tak, ale...

- A  zatem  tej  nocy  nasz  Damon  Knight  dopełni  rytuału,  dzięki  któremu  zostanie

najwyższym czarodziejem.

- Och, nie - odparła Crystal. - Chcesz przez to powiedzieć, że on chce złożyć w

ofierze Petera?

- Nie może, rzecz jasna, posłużyć się zwierzęcą krwią - uciął starzec.

- A co ty o tym wiesz? - zapytał go Douglas, a potem zapytał:

- Kim jesteś?

Starzec wstał.

-  Jestem  Angus  Scrimm  -  odpowiedział.  -  A  ty  jesteś  Douglas,  poznaję  cię...

background image

jesteś drzwiami, moją królową!

Chłopiec rzucił spojrzenie na przyjaciółkę, ale kiedy Angus Scrimm uścisnął mu

dłoń, dziwnie się poczuł, zaczęły opuszczać go siły.

Na drewnianym stole stała wciąż szachownica.

Angus Scrimm chwycił czarną królową i przesunął ją w stronę białego króla.

- Szach mat, drogi Damonie Knighcie! - powiedział.

Rozdział 23.

Tajemnica Angusa Scrimma

W ciemnej kuli nagle pojawiło się światło.

- Hej, popatrzcie! - wykrzyknął Mark. - Drzwi się otwierają. Wkrótce będziemy

wolni!

Damon, Susan, Greta i Devlin odwrócili się jednocześnie.

- Mark ma rację - powiedział Damon, młody Damon.

-  Przygotujcie  się.  Nie  wiem,  co  nas  tu  uwięziło,  ale  cokolwiek  to  było,

przybiera na sile. A teraz posłuchajcie mnie uważnie - ciągnął.

W  półmroku  podeszli  do  niego  pozostali  Niewidzialni.  Spletli  ręce  i  wszyscy

razem ustawili się w kole.

-  Nie  wiemy,  czemu  będziemy  musieli  stawić  czoło  po  drugiej  stronie.  Ale

cokolwiek  to  jest,  czuję,  że  to  będzie  nasza  najtrudniejsza  misja.  Może  najtrudniejsza

ze wszystkich, ale damy radę, bo jesteśmy razem, zgadza się?

- Obecna - odpowiedziała Susan.

- Obecny - odpowiedział Mark.

- Obecna - odpowiedziała Greta.

- Obecny - odpowiedział Devlin.

*

Douglas  siedział  na  skrzyni,  której  Angus  Scrimm  używał  jako  łoża.  Czuł  się

background image

coraz słabszy i Crystal trzymała go za rękę.

-  To  Damon  uwolnił  Angusa  Scrimma  -  powiedziała  dziewczynka.  -  Pierwsi

Niewidzialni  pozbawili  go  mocy,  ale  Scrimm  znał  jeszcze  całe  mnóstwo  sztuczek,

których mógł ich nauczyć.

-  Hej,  chwileczkę  -  opierał  się  Douglas.  -  Dlaczego  mamy  mu  wierzyć?  To

znaczy, Angus Scrimm był zawsze zły, przez wielkie „Z”, no nie?

-  Wiesz  -  wtrącił  się  starzec,  a  kiedy  podniósł  wzrok,  Crystal  zrozumiała,  że

mają  do  czynienia  z  człowiekiem  przegranym  -  w  moim  więzieniu  w  skale  miałem

czas, aby zastanowić się nad wieloma rzeczami. Teraz jestem kimś innym.

-  Ach,  oczywiście,  teraz  nie  masz  już  noża  w  rękawie  -  powiedział  z  ironią

Douglas.

- Nie - powiedziała Crystal. - Czuję to. Pan Scrimm mówi prawdę.

- Ale jeśli Damon jest tak silny, na co mu ta przeklęta czarodziejska księga?

-  Czary  to  słowo  kluczowe,  Doug  -  odpowiedziała.  -  Teraz  Damon  ma

możliwość  kontrolowania  żywiołów  i  jest  wspaniałym  iluzjonistą,  ale  prawdziwej

magii tylko posmakował.

- Co? Co? Chcesz powiedzieć, że robaczki, które chciały mnie sprowadzić w dół

drzewa  i  wiatr,  który  pojawił  się  ni  z  tego,  ni  z  owego  i  zabrał  nam  dzienniki  wujka

Kena i pająki, które wyszły z obrusa Petera i...

-  Dokładnie  tak.  Wkręcał  nas.  Oprócz  wiatru,  potrafi  zarządzać  żywiołami...

Robaczki? To tylko sugestia, spadłeś z drzewa i stop. Pająki?... Mniej więcej to samo.

Jak dobrze się nad czymś zastanowić, zawsze znajdzie się jakąś odpowiedź. Nigdy nie

zrobił  nic  trwałego...  czy  ja  wiem...  nie  przeniósł  góry.  Teraz  jednak,  kiedy  ma  tę

księgę...

- A morska woda na ciałach zmarłych?

-  To  musi  być  taki  malutki  trik,  aby  przerazić  jeszcze  bardziej  jego  żyjących

eksprzyjaciół.  Już  ich  widzę,  jak  gromadzą  się,  szepcząc  w  przerażeniu:  „Na  trupach

była morska woda, dokładnie jak tej burzowej nocy...”.

- Okej, okej, ale jak to możliwe? To znaczy, jak to się stało, że Damon stał się

tak zły? Właśnie on, przywódca Niewidzialnych!

-  Widzisz,  chłopcze  -  wtrącił  się  Angus  Scrimm.  -  Chcąc  nie  chcąc,  wszyscy

background image

członkowie  Niewidzialnych  dotknęli  czarów.  Czary  dotykają  wszystkich  ludzi,  od

najmłodszych lat, ale potem znikają, taka jest natura rzeczy.

- Zabawa dla dzieci... - powiedział do siebie Douglas.

- Słucham?

- Pomyślałem, że to motto jest niewłaściwe: czary właśnie są zabawą dla dzieci.

Stary czarodziej zastanowił się przez chwilę i odparł z uśmiechem:

- Trafne spostrzeżenie, mój chłopcze. O ile mi się wydaje, trafiłeś w sedno, jak

to się mawia.

Przez kilka chwil milczał, zbierał myśli. W końcu znów zaczął mówić:

-  No  tak,  w  istocie  czary  wydają  się  przywilejem  bardzo  młodego  wieku...

Nawet jeśli w kimś zostaje ich ślad w dorosłym życiu, nazywa się to już tylko: urokiem

lub charyzmą... Chęć zawładnięcia magią w dorosłym wieku jest bardzo niebezpieczna.

Wtedy nie tylko nasza świadomość jest większa, ale także nasza siła woli. Inaczej niż

w dzieciństwie! Problem polega na tym, że nie zdajemy sobie sprawy z potęgi magii:

jest ona silna, miesza ci w głowie, daje ci nieograniczoną władzę nad innymi żywymi

istotami,  a  jednocześnie  zaczyna  stanowić  część  ciebie,  zaczyna  rządzić  twą  duszą.

Tracisz  miarę  rzeczy  i  jesteś  gotów  zrobić  cokolwiek,  nawet  popełnić  podłość,  aby

tylko czerpać z niej więcej i więcej. I jest jeszcze coś, co wam się nie spodoba. Ale to

także stanowi naturę rzeczy. Dorastając, zmieniamy się. Stajemy się kimś innym. Ideały,

takie jak lojalność, sprawiedliwość, które kiedyś wydawały nam się ważne, schodzą na

dalszy plan.

Douglas  i  Crystal  spojrzeli  na  siebie.  W  ich  oczach  było  coś,  co  mówiło:  „my

nie”, „to nas nie dotyczy”, ale było w nich także wiele smutku.

-  Dorastając,  żaden  z  Niewidzialnych  nie  skupił  się  poważnie  na  studiowaniu

czarów  -  ciągnął  starzec  -  nawet  jeśli  ich  ślad,  niejasne  zainteresowanie  zostało  w

każdym  z  nich...  Nikt,  powiadam,  nikt  oprócz  Damona  Knighta,  najodważniejszego  z

nich  wszystkich,  a  także  najambitniejszego.  Niestety,  używanie  magii  w  dzieciństwie

jest  bronią  obosieczną:  może  uderzyć  do  głowy.  Wyobraźcie  sobie  chłopca,  który

wzrasta, nie martwiąc się ograniczeniami czy zasadami moralnymi. Panuje nad innymi.

No, uwierzcie mi: może to mieć zgubny wpływ na jego osobowość. - Na ustach starca

pojawił się uśmieszek.

background image

- Coś o tym wiem.

- A co ja mam do tego? - zapytał, wciąż niedowierzając, Douglas.

-  Właśnie  do  tego  zmierzam.  W  noc,  w  którą  pokonali  mnie  Niewidzialni,

zauważyłem szczególne światło w oczach Damona Knighta. Kiedy ktoś tak długo nurzał

się w magii jak ja, trochę jej w sobie zachowuje. Zdołałem go wówczas ostrzec: mimo

że  czuli  się  wtedy  tacy  wzmocnieni  przez  przyjaźń,  gdyby  zmienili  się  w  dorosłym

życiu, mieli z tego zdać rachunek. To właśnie wtedy nastąpiło rozdwojenie.

-  Chyba  rozumiem  -  przerwała  mu  twardo  Crystal.  -  Od  tego  momentu  istniały

dwie  identyczne  grupy  Niewidzialnych.  Jedna  z  nich  rosła,  żyła  dalej,  a  druga  miała

wciąż tyle samo lat. Czekała, kiedy będzie mogła ocenić drugą parę, jej zachowania i

ewentualnie - zainterweniować!

Oblicze Scrimma rozjaśniło się.

- Jesteś bardzo bystra, dziewczynko.

-  Tak,  ale  co  ja  mam  do  tego?  -  rozżalił  się  Douglas.  Miał  coraz  mniej  sił  i

wiedział, że nie da już rady opierać się... opierać się czemu?

- Co ze mną zrobiłeś?

-  Podałem  jedynie  dłoń  przeznaczeniu.  Istnieje  pewne  stare  prawo.  Nawet  jeśli

nie  mogę  walczyć  z  Damonem  Knightem  jego  bronią,  to  żaden  czarodziej  nie  może

odrzucić wyzwania drugiego czarodzieja. Zasady turnieju wybiera wyzywający. Może

to być wyścig czarów albo zwyczajna partia szachów.

- Żarty sobie z nas robisz? - niecierpliwił się Douglas. Mówił z coraz większym

trudem.

-  Widzisz,  chłopcze,  ty  jesteś  drzwiami,  przez  które  Niewidzialni  mogą

przeniknąć  do  naszej  rzeczywistości.  Wzywając  cię  tutaj,  posługując  się  tobą  jak

królową, która w szachach jest najmocniejszą figurą, stworzyłem idealne warunki, aby

Niewidzialni, którzy pozostali dziećmi, przybyli wyrównać moje rachunki z Damonem

Knightem!

*

- A jeśliby nam się udało wyważyć te drzwi w głębi? Nie wydają się zbyt mocne

- dociekał Robert Kershaw.

-  Och,  nie  sądzę,  nawet  jeśli  nie  są  zamknięte  -  odpowiedział  Kendred

background image

Halloway, przeciągając się. Powoli wracały mu siły.

- To w takim razie dlaczego... - dziennikarz przerwał. - Ach już wiem, sztuczka z

lasem, co?

- No, tak - odparła ciocia Hettie. - Starałam się wielokrotnie dojść do nich, ale

za każdym razem kończyłam na kanapie.

- A jednak musi być jakiś sposób - wymamrotał Robert Kershaw, rozglądając się

wokoło. Tak, było inne wyjście: trzeba było nacisnąć guzik, który otwierał wejście do

wodospadu  i  do  tunelu,  o  którym  mówiła  Hettie.  Mimo  wszystko,  nawet  jeśli  było  to

możliwe, ta droga była zbyt długa, a czasu coraz mniej.

Dlatego musiał wyjść drzwiami.

-  Pomyślmy  -  zaczął  się  zastanawiać  na  głos.  -  Nie  możemy  dojść  do  drzwi,

ponieważ coś nas zawraca, tak?

-  Mniej  więcej  -  odpowiedział  Kendred  Halloway,  patrząc  w  tym  samym

kierunku co dziennikarz.

-  W  porządku.  Uwierzcie  mi,  że  czuję  się  jak  głupiec,  bo  muszę  was  o  coś

poprosić... próbowaliście z zamkniętymi oczami, po omacku?

- Tak, ale to nie działa - odpowiedziała Hettie Halloway. - Ewidentnie hipnoza

wpływa na siłę woli.

-  Okej,  a  gdybyśmy  byli  w  jakimś  środku  transportu?  Na  czymś,  co  nas

podwiezie do drzwi bez udziału naszej woli?

-  Środek  transportu  -  wtrącił  wujek  Kendred  Halloway  -  który  ktoś  mógłby

popchnąć,  na  przykład  jakiś  mebel  na  kółkach!  -  wykrzyknął  i  spojrzał  na  barek  z

butelkami.

-  No,  jest  to  tak  idiotyczny  pomysł,  że  może  się  udać  -  podsumował  Robert

Kershaw.

*

Kółko  skrzypiało,  a  łańcuch  przechodził  przez  pierścień,  podnosząc  z  ziemi

Petera.

Chłopiec  był  zawieszony  za  kostki  u  nóg,  a  w  ustach  miał  knebel.  Łatwo  było

sobie wyobrazić, jaki los go czekał.

Znajdowali się w dużym podziemnym pomieszczeniu wykutym w skale, pod celą

background image

Angusa Scrimma.

Damon  Knight  miał  na  sobie  długą  fioletową  tunikę,  z  której  wystawała  mu

jedynie  głowa.  Nie  tracił  czasu  na  gadanie.  Był  skupiony  na  rytuale,  dzięki  któremu

miał  się  stać  najpotężniejszym  czarodziejem  na  świecie.  Zmusił  wcześniej  Angusa

Scrimma, aby ten wyjawił mu, jak się przygotować, a teraz, kiedy miał już Malartium,

znał też pozostałe formuły. Rozczapierzył palce prawej ręki i zaczął nucić piosenkę w

języku, którego Peter nigdy nie słyszał, lewą ręką chwycił rękojeść noża.

*

-  Dlatego  łączy  mnie  podwójna  nić  z  Niewidzialnymi,  co?  To  tłumaczyłoby  te

dziury  w  pamięci  -  zdołał  powiedzieć  Douglas,  zapadając  w  sen.  -  Kiedy  zasypiam,

oni mogą wkroczyć do naszej rzeczywistości. Ale dlaczego nie przyszli wcześniej?

-  Ja  też  nie  znam  wszystkich  odpowiedzi,  chłopcze  -  odpowiedział  Angus

Scrimm.  -  Może  dlatego,  że  kiedy  znalazłeś  się  w  mieście,  w  którym  wszystko  się

zaczęło, twój umysł opierał się i kazał im czekać, aż przeżyjesz tę przygodę do końca.

W pewien sposób to też powołało ich do życia.

Crystal poczuła, że uścisk dłoni przyjaciela robił się coraz słabszy.

- Douglas - zawołała przerażona. - Douglas, słyszysz mnie?

- Pssst - uciszył ją łagodnie starzec, kładąc jej rękę na ramieniu.

- Nie trzeba. Już nie możesz za nim pójść.

W tym momencie lampka zawieszona obok zamkniętych drzwi zadrżała; zrobiło

się zimno.

- Nadchodzą - wyszeptał Angus Scrimm.

*

Robert  Kershaw  zebrał  wszystkie  siły  i  pchnął  wózek.  Twarz  wykrzywił  mu

grymas  wysiłku,  uderzył  się  mocno  w  nos.  Wózek  z  siedzącym  na  nim  Kendredem

Hallowayem  został  pchnięty  w  stronę  drzwi  jadalni.  Podłoga  złożona  z  wielkich,

marmurowych  płytek  była  idealna,  ale  wózek  do  alkoholi  nie  na  tyle  mocny,  aby

dźwigać ciężar mężczyzny.

Kendred Halloway czuł mdłości w miarę jak się zbliżał do drzwi. Jedno z kółek

niebezpiecznie skrzypiało.

„Odwagi - pomyślał Ken - jeszcze kilka metrów!”

background image

Rozległ się trzask i kółko nagle oderwało się. Wózek jechał jeszcze przez chwilę

w tym samym kierunku, a potem przewrócił się i mężczyzna spadł na podłogę.

Klnąc, poturlał się i wreszcie uderzył w...

- Trafiony! - wykrzyknął Robert Kershaw. - Udało się! Udało się!

Kendred  otworzył  oczy  i  zobaczył,  że  była  to  prawda.  Lewa  część  jego  ciała

dotykała drzwi. Jeszcze niedowierzając, że pomysł wypalił, chciał wstać i chwycić za

klamkę, ale nagle dostał okropnego zawrotu głowy.

- Nie da rady - powiedziała Hettie Halloway. - Nie może się podnieść!

-  Oczywiście,  że  mu  się  uda  -  odparł  dziennikarz.  -  Jeśli  tylko  pan  chce,  to  się

panu uda! No, dalej!

Ale  klamka  wydawała  się  nieosiągalna.  Łzy  rozpaczy  płynęły  po  twarzy

Kendreda Hallowaya.

- Nie... nie dam rady!

-  Nie  umiesz  przekręcić  klamki,  starcze?  -  zaśmiał  się  szyderczo  Robert

Kershaw. - Co z tobą? Czekasz na kolegę z lat dziecinnych? Dasz mu wygrać?

Ze  łzami  w  oczach  Hettie  Halloway  zbliżyła  się  do  dziennikarza.  Chciała,  aby

zamilkł, ale on ją odepchnął.

Błyskawica oświetliła wnętrze pokoju i fala deszczu uderzyła o szyby. Coś miało

się wydarzyć...

- Ja... Ja... - bełkotał Kendred Halloway. - Nie daję rady, to te jego czary...

- Kurczę! To jedynie siła jego charakteru trzyma nas tutaj. Ale doskonale wiemy,

że kiedy byliście mali, Damon Knight nie robił nic bez twojej zgody, czy nie tak? To co

się teraz stało? Sytuacja się odwróciła?

- Łatwo ci mówić, młodzieńcze, ale prawda jest taka, że...

- Prawda jest taka, że on jest młody, a ty się postarzałeś, tak? Tak?!

Kendred Halloway wiedział, że dziennikarz chciał go jedynie sprowokować, ale

trafił  w  sedno.  Może  Robert  Kershaw  nie  wierzył  faktycznie  w  to,  co  właśnie

powiedział,  ale  wystarczyło,  że  wierzył  w  to  Kendred  Halloway.  Dokładnie  o  tym

właśnie  pomyślał  wtedy,  kiedy  zobaczył  Damona  Knighta  po  raz  pierwszy  po  tylu

latach.

„To nie w porządku - powiedział do siebie, a robił się coraz bardziej wściekły -

background image

to nie w porządku, że tylko dlatego, że...”

Niewiarygodnym  wysiłkiem  woli  Kendred  Halloway  wyciągnął  się  i  złapał  za

klamkę. Drzwi były otwarte: jego stary przyjaciel nie docenił go.

Damon go nie docenił.

- Udało się! - wykrzyknął Robert Kershaw. - Jesteś wielki, Ken!

Teraz starszy człowiek stał w otwartych drzwiach.

- Może uda mi się pójść po was i przyprowadzić was aż tutaj!

-  Ej,  Ken,  powiedziałem,  że  jesteś  wielki  -  roześmiał  się  dziennikarz  -  ale  nie

kuśmy losu.

Potem nagle spoważniał:

- To twoja bitwa, przyjacielu.

Rozdział 24.

Powrót Niewidzialnych

Z  kneblem  w  ustach  Peter  nie  mógł  mówić,  ale  nawet  gdyby  mógł,  nie

powiedziałby nic. Po raz pierwszy w życiu zabrakło mu słów.

Od  momentu,  kiedy  Damon  Knight  zaczął  recytować  formuły Malartium,  był

świadkiem  dziwnych  zjawisk.  Przedmioty  przesuwały  się,  różnokolorowe  światła

oświetlały pokój, w końcu podniósł się tajemniczy wiatr, który przybierał wciąż na sile

i  stawał  się  coraz  bardziej  dokuczliwszy.  Mógłby  przysiąc,  że  na  zewnątrz  padał

deszcz.

Damon przerwał na chwilę rytuał. Sam obawiał się tego, co miało nastąpić. Aż

do tego dnia tylko się bawił: iluzją, żywiołami. Teraz miał poznać prawdziwe czary.

Opanował  się.  Znów  zaczął  czytać  na  głos.  Szedł  w  stronę  Petera,  dłoń  miał

zaciśniętą na rękojeści noża. Pochylił się nad jego gardłem.

- Stój, Damon!

Głos  Kendreda  Hallowaya  przedarł  się  przez  świst  wiatru.  Peter  próbował

background image

odwrócić się w jego kierunku.

-  Ken,  przyjacielu  -  wykrzyknął  w  odpowiedzi  Damon  Knight  -  niepotrzebnie

nadużywasz mojej cierpliwości!

- Puść chłopca, załatwmy to między sobą!

- Och, twoja krew nie ma żadnej wartości, biedny Ken: jesteś stary i nieczysty. A

poza  tym,  to  nie  dotyczy  tylko  nas  dwóch.  Spójrz:  siły,  które  przywołałem,  domagają

się krwi!

W podłodze otworzyła się dziura podobna do czarnego wiru. Kendred Halloway

spojrzał  na  swoje  stopy:  zatapiały  się  w  granicie,  który  stał  się  miękki  jak  błoto.

Podskoczył  i  z  okrzykiem  obrzydzenia  cofnął  się  w  stronę  drzwi.  Tam  podłoga  była

nienaruszona.

Damon Knight znów zaczął głośno czytać.

*

Crystal oraz Angus Scrimm czuwali nad Douglasem i czekali.

- Tam coś się dzieje - wykrzyknęła dziewczynka. - Odbieram chaotyczne emocje

pana Hallowaya.

- Bądź cierpliwa - upomniał ją stary czarodziej. - Możemy jedynie czekać.

Usłyszeli  hałas  za  zamkniętymi  drzwiami.  Łańcuch  został  wprawiony  w  ruch,

choć żaden klucz nie tkwił w zamku.

Drzwi otwarły się na oścież i na progu pojawiła się postać małej dziewczynki.

- Kim... kim jesteś? - zapytała Crystal, wychodząc jej naprzeciw.

- Wychodźcie, jesteście wolni - powiedziała tajemnicza postać.

- Babcia?... - powiedziała z niedowierzaniem. - Babciu, to ty?

Dziewczynka chyba się wahała, ale też się zbliżyła.

Teraz Crystal widziała ją lepiej: to była ona, ta sama, którą poznała dzięki snom

Douglasa,  Susan  Cooper.  Jej  zmarła  babcia  nie  tylko  stała  przed  nią,  ale  miała  tyle

samo lat co ona!

Z oczami pełnymi łez Crystal dotknęła jej.

Oczy Susan także błyszczały, kiedy dotarło to do niej, ale cofnęła się.

- Nie mamy czasu. Moi przyjaciele potrzebują mnie. - Nagle jej spojrzenie stało

się twardsze. - Kim jest ten starzec, tam, w cieniu?

background image

*

W tej samej chwili Damon, Greta, Mark i Devlin, pierwsi Niewidzialni, wpadli

do pomieszczenia, w którym odbywał się rytuał.

Młodemu  Damonowi  wystarczyło  zobaczyć  kolorowe  światełka  i  chłopca

zawieszonego za stopy, aby zrozumieć, co się działo.

Angus Scrimm powrócił.

-  Dobrze,  przyjaciele  -  zapowiedział  młody  Damon.  -  Scrimm  próbuje  jeszcze

raz szczęścia, ale tym razem nie jesteśmy bezbronnymi dziećmi! Otoczmy go!

Czarodziej był odwrócony do nich plecami i nie przestawał recytować formułek.

W  głębi  pokoju,  blisko  drzwi  stał  jakiś  stary  człowiek;  wydawał  się  przerażony,  nie

powinien stanowić problemu.

-  Teraz  -  krzyknął  młody  Damon  i  w  mgnieniu  oka  jego  przyjaciele  otoczyli

czarodzieja.  Z  wiru,  który  otworzył  się  w  podłodze  zaczęły  wyskakiwać  płomienne

kule, które rzuciły Niewidzialnymi o ścianę.

Płomień zaczął palić ich od środka, skręcali się z bólu. Ogień wydobywał się z

ich oczu i ust.

Jednak nie tak łatwo było zatrzymać przywódcę Niewidzialnych.

Uniknął kuli i zniknął... aby pojawić się tuż za plecami czarodzieja.

- Zostaw go, puść go, Scrimm, ty przeklęty!

Czarodziej  się  odwrócił  i  -  stary  Damon  Knight  spojrzał  w  oczy  młodemu

Damonowi Knightowi.

Chłopiec cofnął się o kilka kroków.

Stary  też  osłupiał,  ale  nieomal  od  razu  znów  zaczął  czytać  na  głos,  zbliżając

sztylet go gardła Petera. Prawie skończył ustęp.

Wir  wyrzucał  z  siebie  wściekle  kawałki  ciemnego  i  lepkiego  mięsa.

Wielobarwne błyskawice przecinały powietrze, a Niewidzialni walczyli na podłodze z

palącymi  ich  od  wewnątrz  płomieniami.  Młody  Damon  nie  spodziewał  się  spotkać

takiego nieprzyjaciela i stał teraz oszołomiony.

- Damon, to ty powinieneś go powstrzymać!

To  był  głos  Kena  i  jednocześnie  wcale  nim  nie  był.  Chłopak  rozejrzał  się

zdezorientowany  wokoło.  Czy  to  możliwe?  Jego  stary  przyjaciel  wrócił,  aby  mu

background image

pomóc?

-  Ken?  Ken,  gdzie  jesteś?  -  Teraz  nie  wydawał  się  duchem,  ale  normalnym,

przestraszonym chłopcem.

Jego  wzrok  padł  na  starszego  człowieka  stojącego  obok  drzwi  i  wreszcie

zrozumiał. To on, jego przyjaciel, jego wielki przyjaciel, tak niegdyś dla niego ważny.

Ale  tamtego,  którego  znał,  już  nie  było:  ustąpił  miejsca  dorosłemu,  któremu  nie  mógł

ufać...

*

Crystal i Susan Cooper wyszły z windy i od razu oślepił je blask dobiegający z

głębi korytarza. Dalej, na progu stał ktoś, kogo Crystal rozpoznała: Kendred Halloway.

Po chwili stanęły u jego boku.

- Damooon! - zawyła Susan, kiedy zdała sobie sprawę z sytuacji.

Chciała ruszyć na pomoc przyjacielowi, ale Crystal przytrzymała ją za rękę.

Wiedziała doskonale, co miała robić.

Wolną dłonią chwyciła dłoń Kendreda Hallowaya, który patrzył na nią bezsilnie.

W  tym  momencie  młody  Damon  coś  poczuł:  poczuł,  że  ten  podstarzały

mężczyzna,  który  w  innym  życiu  był  jego  najlepszym  przyjacielem,  umiał  zachować

wewnętrzną  czystość  młodości;  ideały  sprawiedliwości  i  przyjaźni,  których  bronili

wspólnie. Teraz popatrzył na siebie drugiego, już dorosłego. Ten drugi sprzeniewierzył

się  temu  wszystkiemu,  w  co  kiedyś  wierzył,  sprzedał  własną  duszę.  Opanowała  go

niepohamowana złość.

Podniósł się i podszedł do czarodzieja.

- Damonie Knighcie - zaczął - sprzeniewierzyłeś się swoim ideałom, przyjaźni,

paktowi Niewidzialnych. Dlatego będziesz przeklęty.

Susan odnalazła przywódcę Niewidzialnych i pośpieszyła mu z pomocą.

- Damonie Knighcie - powtórzyli razem - sprzeniewierzyłeś się swoim ideałom,

przyjaźni, paktowi Niewidzialnych. Dlatego będziesz przeklęty.

Wolna  dłoń  Damona  poszukała  dłoni  Marka  i  wtedy  trawiące  go  płomienie

zgasły.

- Damonie Knighcie - powtórzyli razem - sprzeniewierzyłeś się swoim ideałom,

przyjaźni, paktowi Niewidzialnych. Dlatego będziesz przeklęty.

background image

Dłoń Marka ujęła dłoń Grety i wówczas palące ją płomienie także znikły.

- Damonie Knighcie - powtórzyli razem - sprzeniewierzyłeś się swoim ideałom,

przyjaźni, paktowi Niewidzialnych. Dlatego będziesz przeklęty.

Wreszcie dłoń Grety wsunęła się w dłoń Devlina.

- Damonie Knighcie - powtórzyli razem - sprzeniewierzyłeś się swoim ideałom,

przyjaźni, paktowi Niewidzialnych. Dlatego będziesz przeklęty.

-  Nie!  -  wrzasnął  stary  Damon  Knight.  -  Nie  powstrzymacie  mnie!  Jestem  już

blisko, słyszycie? Jestem już blisko!

-  Damonie  Knighcie,  sprzeniewierzyłeś  się  swoim  ideałom,  przyjaźni,  paktowi

Niewidzialnych.  Dlatego  będziesz  przeklęty  -  powtórzyli  zgodnym  chórem

Niewidzialni, zacieśniając krąg wokół niego. Gdy powoli zbliżali się, wir w podłodze

zaczął słabnąć, błyskawice rzedły, śliskie macki kurczyły się.

-  Nie,  to  niesprawiedliwe,  to  niesprawiedliwe!  -  zaprotestował  czarodziej  i

rozpaczliwie  próbował  ugodzić  Petera  w  szyję.  Ale  macki  były  szybsze  od  niego,

chwyciły go za nogi i pociągnęły w stronę wiru w podłodze.

Malartium wymsknęło mu się z ręki.

-  Damonie  Knighcie,  sprzeniewierzyłeś  się  swoim  ideałom,  przyjaźni,  paktowi

Niewidzialnych. Dlatego będziesz przeklęty.

-  Ken  -  zawył  stary  Damon  Knight.  -  Przyjacielu,  pomóż  mi,  nie  pozwól,  aby

mnie wciągnęły!

Kendred Halloway nawet nie drgnął. To, co się działo, przerastało go. A jednak

tknięty  współczuciem,  zauważył,  że  jego  przyjaciel  z  dawnych  lat  teraz  wyglądał  na

swój wiek, miał siwe włosy, a zmarszczki pokrywały jego twarz.

-  Damonie  Knighcie,  sprzeniewierzyłeś  się  swoim  ideałom,  przyjaźni,  paktowi

Niewidzialnych. Dlatego będziesz przeklęty.

- Ken, zaklinam cię. Tylko ty możesz mi pomóc! - Damon Knight był już prawie

cały wciągnięty przez wir.

Kendred Halloway nie mógł stać bezczynnie.

Puścił  dłoń  Crystal  i  rzucił  się  na  pomoc  staremu  przyjacielowi.  Jednak  krąg

Niewidzialnych ściśle otaczał Damona, jak zapora nie do przebycia.

-  Damonie  Knighcie,  sprzeniewierzyłeś  się  swoim  ideałom,  przyjaźni,  paktowi

background image

Niewidzialnych. Dlatego będziesz przeklęty.

- Pomocy, Ken, pomocy!

- Ręka, Damon, chwyć mnie za rękę!

Przez moment palce starych przyjaciół nieomal zetknęły się.

- Proszę go zostawić, panie Halloway - krzyknęła Crystal. - Jeśli pan go dotknie,

pan także zostanie przeklęty!

- Ale ja nie mogę go tak zostawić, kiedyś ja i on, kiedyś...

-  Kiedyś  -  powtórzył  głucho  stary  Damon  Knight  i  właśnie  wtedy,  kiedy  dłoń

Kendreda Hallowaya miała go chwycić, cofnął swoją dłoń.

Ostatnie szarpnięcie i coś wciągnęło go w wir, który znikł pod podłogą.

- Nie, głupi wariacie - łkał Kendred Halloway. - Mój nieszczęsny przyjacielu.

-  Damonie  Knighcie,  sprzeniewierzyłeś  się  swoim  ideałom,  przyjaźni,  paktowi

Niewidzialnych. Dlatego będziesz przeklęty.

I to był koniec.

*

Niewidzialni puścili swoje dłonie i spojrzeli na siebie.

Crystal  podbiegła  do  Kendreda  Hallowaya  i  mocno  go  objęła.  Odwzajemnił

uścisk.

W ciszy pokoju rozległ się głos.

- A zatem... starość, starość... Ach, oto ona - powiedział Angus Scrimm, czytając

Malartium. - Ach, więc to cały sekret? Tak, to zabawa właśnie dla dzieci...

- Daj mi ją - nakazał mu Damon Knight, przywódca Niewidzialnych.

- No, nie zapalaj się, młodzieńcze, ja też teraz stoję po stronie dobra, wiesz?

- Oddaj mi ją - powiedział chłopiec i wyciągnął rękę.

Stary Angus  Scrimm  wydawał  się  wahać,  ale  w  końcu  wyciągnął  rękę  i  oddał

Malartium Damonowi, który z kolei podał ją Markowi.

Crystal usłyszała we własnej głowie głos:

A ty nazywasz się... - zagadnął ją przywódca Niewidzialnych.

Crystal.

- Może mogłabyś nam pomóc, Crystal, co ty na to?

Dziewczynka spojrzała na Susan. Wymieniły uśmiechy.

background image

Cóż, byłoby fajnie.

Wspaniałe, w takim razie, znów się zobaczymy któregoś dnia - odpowiedział

Damon.

W jednej chwili Niewidzialni znikli.

- Chwileczkę, ale gdzie mam cię szukać?

- Douglas będzie wiedział - brzmiała odpowiedź.

- Wspaniale, zostałam odznaczona na placu boju - zażartowała dziewczynka.

- Słucham - zapytał Kendred Halloway, rozglądając się z niedowierzaniem.

- Och, nic, nic.

Stary mężczyzna objął ją ramieniem. Popatrzył na nią bez słowa.

Kiedy spojrzeli na drzwi, żadne z nich nie spodziewało się zobaczyć tam Angusa

Scrimma i faktycznie, czarodziej skorzystał z momentu nieuwagi i wymknął się.

Ale za to...

- Mmf... Mmmff!!

- O mamusiu, Peter! - wykrzyknęła dziewczynka i ruszyła biegiem w jego stronę.

- Zapomniałam o nim!

-  Doskonale  rozumiem  twoje  zachowanie,  biorąc  pod  uwagę  to,  co  przeżyłaś

przez ostatnich kilka minut - zażartował, kiedy wyjęła mu knebel. - Patrząc jednak na to

z mojej strony, ja też nie znajdowałem się w najłatwiejszym położeniu, zaręczam ci.

- Pete, jesteś niezły - zaśmiała się Crystal, całując go w odwrócone czoło.

Właśnie go rozwiązali, kiedy dołączył do nich Douglas.

-  Przestańcie  się  mną  przejmować,  ze  mną  wszystko  dobrze!  -  zadeklarował.  -

Obudziłem się w celi chwilę temu.

Wujek Ken chciał go objąć, ale Crystal uprzedziła go. Pozwolił jej na to.

-  Ej,  wydaje  mi  się,  że  najlepsze  przeszło  mi  koło  nosa,  co?  -  powiedział  w

końcu Douglas, wyswabadzając się z uścisku.

- Żartujesz? To, co najlepsze, jeszcze przed nami!

- Hmm, hmm... - Peter odchrząknął zażenowany.

- Och, przyjacielu - przywitał się z nim Douglas i jego też objął.

- Jakie to szczęście, że jesteś cały i zdrowy. I jak?

-  No,  w  sumie  Damon  miał  zamiar  unieszkodliwić  moją  tajną  broń  -

background image

odpowiedział, wskazując knebel, który chwilę temu szczelnie zatykał mu usta.

Wszyscy troje roześmieli się i ponownie uścisnęli.

- No i co, idziecie? - zwrócił się do nich wujek Ken, który stał już w korytarzu. -

Tam na górze czekają niecierpliwie dwie osoby, bardzo ciekawe, jak się to wszystko

skończyło!

Douglas, Crystal i Peter z miejsca ruszyli.

- Teraz, kiedy zostałaś sama, co zrobisz? - zapytał Peter.

- No... - odpowiedziała Crystal.

- Może ja mogę odpowiedzieć na to pytanie - wtrącił się wujek Ken i zrobił im

miejsce  w  windzie.  -  Wiesz,  Crystal,  ja  i  moja  żona  nie  mamy  dzieci.  Jeśli  się  tylko

zgodzisz,  możesz  zostać  z  nami.  Już  rozmawialiśmy  o  tym  z  Hettie,  po  tym,  jak

dowiedzieliśmy się, że twoja babcia...

Dziewczynka  patrzyła  na  mężczyznę  z  niedowierzaniem.  Miała  łzy  w  oczach.

Chciała coś odpowiedzieć:

- Panie Halloway... dziękuję, ja... nie wiem, co mam powiedzieć... Dziękuję, ja...

- Możesz do mnie mówić wujku Ken, jeśli tylko chcesz.

- Do diaska, jaki przesłodzony happy end, aż psują mi się zęby! - roześmiał się

Douglas i klepnął w ramię wujka Kena. - Jesteś w porządku gość, wujku. Będzie nam

łatwiej  pozostać  w  kontakcie,  nie?  Będziemy  się  widywali  co  najmniej  w  każde

wakacje!

- Tak, w każdym razie, nie musisz się przejmować - wtrącił się Peter i położył

rękę na ramieniu koleżanki - ja będę jej pilnował.

- Och, to ty nie powinieneś się przejmować, Pete - odparł Douglas, biorąc ją pod

drugie ramię. - Jestem przekonany, że dotrę tu w każdym momencie, jeśliby tylko tego

potrzebowała.

-  Jestem  o  tymi  przekonany,  Doug  -  powiedział  do  niego  Peter,  obejmując  go

ramieniem  -  ale  zobaczysz,  że  nie  będzie  takiej  potrzeby.  Tak  czy  inaczej,  ja  i  mała

Crystal będziemy cię o wszystkim informować.

Douglas przyciągnął dziewczynkę do siebie, odsuwając drugą ręką przyjaciela.

- Co to ma znaczyć? Powiedziałem, że ja będę dbał o małą Crystal!

-  Wiecie,  co  ma  wam  do  powiedzenia  mała  Crystal?  -  wykrzyknęła,

background image

wyswabadzając  się.  -  Gdybym  to  ja  o  was  nie  dbała,  to  jak  by  się  to  wszystko

skończyło, no jak? Co?

- No cóż, Crys, oczywiście byłaś bardzo pomocna, ale... - odparł Douglas.

- Bardzo pomocna, Crys, tylko że ten opasły tom... - powiedział Peter.

- Opasły tom? - przerwał mu Douglas, odpychając go łokciem.

- No właśnie, opasły tom, no i co?

- Ej, mówię do was! - wtrąciła się Crystal.

Chłopcy  nie  zauważyli,  że  zjechali  już  na  parter.  Uśmiechając  się  pod  wąsem,

wujek Ken zdecydował roztropnie, że nie będzie się mieszał i ruszył niecierpliwie, aby

uściskać żonę.

Epilog

Robert Kershaw zajął miejsce w przedziale.

Kiedy patrzył, jak Misty Bay znika w dole torów, pomyślał, że i tym razem nie

znalazł  tego,  czego  szukał.  Z  drugiej  strony,  nie  mógł  być  zupełnie  niezadowolony  z

obrotu sprawy. To prawda, starał się zadać jakieś pytanie Hallowayowi i dzieciakom,

ale otrzymał w zamian jedynie kilka krótkich i wymijających odpowiedzi. A jednak, do

diaska,  raz  w  życiu  miał  wrażenie,  że  przyczynił  się  do  czegoś  wielkiego  w  sposób

bezinteresowny.  A  jeśli  to  nie  starczyło,  aby  on  stał  się  kimś  sławnym...  cóż,  trop

Niewidzialnych był jeszcze ciepły i on pójdzie tym śladem.

Oczywiście, pójdzie tym śladem. Jest czy nie jest psem tropicielem?

Kilka  przedziałów  dalej  pewien  mały  rudy  chłopiec  lat  około  pięciu  starał  się,

jak  mógł,  aby  pozostali  pasażerowie  siedzący  w  przedziale  przeżyli  niezapomnianą

podróż. Skakał sobie i grał w „tydzień”, a następnie wyrzucił skórkę od banana przez

okno, którą silny podmuch wiatru rzucił prosto w twarz jakiejś tłustej pani (a ta zrobiła

się jeszcze bardziej czerwona niż przedtem). Niezadowolony i niereagujący na prośby

mamy,  włożył  sobie  do  buzi  kanapkę  z  szynką  i  pluł  nią  naokoło  jak  „słonik,  którego

widziałem w telewizji, co, mamusiu?”.

background image

Pewien elegancki pan, lat około trzydziestu, z długimi kruczoczarnymi włosami i

brodą  w  szpic  przyciągnął  jego  uwagę,  pstrykając  palcami.  Zamachał  rękami  i  -

pojawiła się chmurka dymu, która zaraz się rozwiała, a zamiast niej pojawił się lizak.

Kiedy  dziecko  starało  się  go  schwytać,  „czarodziej”  zrobił  jeszcze  jeden,  ledwo

dostrzegalny  ruch  ręką  i  lizaka  już  nie  było.  Ale  dokładnie  w  tym  momencie,  kiedy

mały miał już zaprotestować, mężczyzna wyciągnął rękę, aby go pogłaskać i zza ucha...

znów wyciągnął smakowitego lizaka.

Wśród 

oklasków 

publiczności 

pozwolił 

go 

sobie 

odebrać. 

Mały

bezceremonialnie usiadł mu na kolanach.

- Nauczysz mnie? - zapytał.

- Kevin - upomniała go mama. - Nie przeszkadzaj panu.

-  Och,  proszę  się  nie  przejmować,  nie  przeszkadza  mi  -  odparł  mężczyzna,  a

potem uśmiechnął się do małego. - Jeśli będziesz uważał, nauczę cię. Poza tym, czary

to zabawa dla dzieci, mój drogi.


Document Outline