background image

Magia Avalonu 

(fragment) 

 

 

 

 

 

Laurel  stała  przed  domem,  obiegając  wzrokiem  linię  drzew,  i  czuła  wielki  uścisk  w 

gardle. On tam gdzieś był i ją obserwował. To nic, że go nie widziała. 

Nie chodziło wcale o to, że Laurel nie miała ochoty go zobaczyć. Wręcz przeciwnie, niekiedy 
miała  wrażenie,  że  pragnie  tego  zbyt  mocno.  Kontakty  z  Tamanim  były  jak  kąpiel  w 
szalejącym nurcie rzeki – jeden krok za daleko i prąd porywa cię tak, że już się nie uratujesz. 
Wybrała Dawida i nadal uważała, że to właściwa decyzja, ale wcale nie było jej teraz łatwiej. 
Do tego trzęsły jej się ręce. 

Obiecała  Tamaniemu,  że  przyjedzie,  kiedy  zrobi  prawo  jazdy.  Nie  podała,  co  prawda, 
konkretnej  daty,  ale  wyraźnie  dała  mu  do  zrozumienia,  że  nastąpi  to  w  maju.  Był  koniec 
czerwca i Tamani z pewnością wiedział, że go unikała. Na pewno się tu pojawi – wyjdzie jej 
na  spotkanie  –  a  ona  nie  była  pewna,  czy  powinno  ją  to  radować,  czy  raczej  przerażać. 
Mieszanka uczuć przyprawiała ją o zawrót głowy – nigdy wcześniej się tak nie czuła i chyba 
wolałaby już nigdy nie doświadczać takich splątanych emocji. 

Zacisnęła palce na maleńkim pierścionku, który Tamani podarował jej rok wcześniej, a który 
cały czas nosiła na łańcuszku. Przez ostatnie sześć miesięcy starała się nie myśleć o chłopaku. 
„Starałam się – przyznała w duchu – ale niezupełnie mi się to udało”. Zmusiła się, by puścić 
pierścionek,  po  czym  zwiesiła  ręce  wzdłuż  ciała,  z  nadzieją,  że  będą  wyglądać  naturalnie  i 
dodawać jej pewności siebie. W końcu ruszyła w stronę lasu. 

Kiedy tylko znalazła się w cieniu drzew, z góry zeskoczyło coś zielono-czarnego i objęło ją w 
pasie. Krzyknęła – najpierw ze strachu, chwilę później z radości. 

– Tęskniłaś? – zapytał Tamani z tym samym urzekającym uśmiechem, który tak ją oczarował, 
kiedy spotkała go po raz pierwszy. 

Natychmiast poczuła, jakby nie było tych ostatnich sześciu miesięcy. Sam widok Tamaniego, 
jego  bliskość  rozpraszała  wszystkie  obawy  i  niepokoje,  ale  też  osłabiała  postanowienia. 
Objęła  go  ramionami  i  przytuliła  najmocniej,  jak  potrafiła.  Pragnęła,  by  ta  chwila  trwała 
wiecznie. 

– Rozumiem, że to odpowiedź twierdząca – zaśmiał się Tamani. 

background image

Laurel zmusiła się, by wyswobodzić się z jego objęć, i zrobiła krok do tyłu. Miała poczucie, 
jakby próbowała odwrócić bieg rzeki. Po kilku sekundach udało jej się jednak odzyskać nad 
sobą  kontrolę  i  stała  tylko  w  milczeniu,  chłonąc  go  wzrokiem.  Te  dobrze  jej  znane  dłuższe 
czarne  włosy,  piękny  uśmiech,  te  hipnotyzujące  zielone  oczy…  Nagle  poczuła  dziwne 
zakłopotanie, więc zaczęła wpatrywać się w swoje buty, zawstydzona  nieco entuzjazmem, z 
jakim go przywitała, i niepewna, co ma teraz powiedzieć. 

– Spodziewałem się ciebie wcześniej – odezwał się w końcu Tamani. 

Teraz, kiedy  znajdowała  się w towarzystwie chłopaka, nie  mogła uwierzyć, że  bała się tego 
spotkania. A jednak dobrze pamiętała każdy nerwowy skurcz żołądka, kiedy tylko pomyślała, 
że miałaby się z nim zobaczyć. 

– Przepraszam – powiedziała. 

– Dlaczego nie przyjechałaś? 

– Bałam się – odparła szczerze. 

– Mnie? – uśmiechnął się. 

– Coś w tym rodzaju. 

– Ale dlaczego? 

Laurel wzięła głęboki oddech – Tamani zasługiwał na prawdę. 

– Czuję się z tobą zbyt dobrze. Nie ufam samej sobie. 

– Chyba mogę to uznać za komplement? – zaśmiał się w odpowiedzi. 

Laurel  przewróciła  oczami.  Jej  długa  nieobecność  najwyraźniej  nie  osłabiła  jego 
buńczuczności. 

– Co słychać? 

– Dobrze. Wszystko dobrze – wymamrotała. 

Tamani się zawahał. 

– A co u twoich przyjaciół? 

–  Moich  przyjaciół?  Może  jaśniej?  –  zapytała  i  nieświadomie  dotknęła  srebrnej  bransoletki, 
którą nosiła na ręce. Wzrok Tamaniego podążył za ruchem jej palców. 

– Jak tam Dawid? – zapytał w końcu, kopiąc coś leżącego na ziemi. 

– Świetnie. 

– Czy wy jesteście…? – niedokończone pytanie zawisło w powietrzu. 

background image

– Czy jesteśmy parą? 

–  Właśnie  –  powiedział  Tamani  i  ponownie  spojrzał  na  bransoletkę.  Jego  pogodną  twarz 
zachmurzyła  nagle  frustracja,  a  w  oczach  pojawiła  się  wyraźna  wrogość.  Po  chwili  jednak 
znowu się uśmiechnął. 

Bransoletkę  dostała  od  Dawida  tuż  przed  ostatnim  Bożym  Narodzeniem,  kiedy  oficjalnie 
zaczęli  ze  sobą  chodzić.  Pośród  delikatnej  srebrnej  plecionej  gałązki  widniały  maleńkie 
kwiatki  z  kryształowymi  środkami.  Dawid  nic  specjalnie  nie  mówił,  ale  podejrzewała,  że 
prezent  miał  stanowić  przeciwwagę  dla  wróżkowego  pierścionka,  który  cały  czas  nosiła  na 
szyi.  Nie  zdobyła  się  na  to,  by  schować  maleńki  pierścionek,  i  zgodnie  z  daną  obietnicą  za 
każdym razem, gdy o nim myślała, wspominała też Tamaniego. Cały czas coś do niego czuła. 
Głównie rozdarcie i mieszane uczucia, ale i tak każde wspomnienie chłopaka przyprawiało ją 
o wyrzuty sumienia. 

Dawid był idealnym chłopakiem, lepszego nie mogłaby sobie wymarzyć. Tyle że nie był tym, 
kim nie mógł być. Ale przecież Tamani też nigdy nie będzie taki jak Dawid. 

– Tak – odpowiedziała w końcu. 

Tamani milczał. 

– Ja go potrzebuję, Tam – powiedziała łagodnym, ale nieprzepraszającym tonem. Nie mogła – 
i nie chciała – przepraszać za to, że wybrała Dawida. – Mówiłam ci już, jak to wygląda. 

– Jasne – powiedział i pogłaskał ją po rękach. – Ale jego tu teraz nie ma. 

– Wiesz, że tak nie mogę – powiedziała z trudem, ledwie słyszalnym głosem. 

– Mam się z tym tak po prostu pogodzić? – westchnął Tamani. 

– Jeżeli nie chcesz, żebym była samotna. 

Tamani objął ją po przyjacielsku ramieniem. 

– Tego bym nigdy dla ciebie nie chciał. 

Laurel przytuliła go do siebie. 

– Za co to? – zapytał. 

– Za to, że jesteś. 

– Żadnym czułościom nie odmówię – powiedział. Jego głos brzmiał zwyczajnie, żartobliwie, 
ale przycisnął ją do siebie także drugim ramieniem, jakby z rozpaczą. Zanim pomyślała, żeby 
się oswobodzić, sam ją puścił, po czym wskazał ręką na ścieżkę. 

– Chodź – powiedział. – Tędy. 

Poczuła suchość w ustach. A więc w końcu nadeszła ta chwila. 

background image

Włożyła  dłoń  do  kieszeni  i  po  raz  chyba  setny  dotknęła  wytłaczanej  kartki,  którą  któregoś 
majowego poranka znalazła na swojej poduszce. Była zapieczętowana woskiem i obwiązana 
srebrzystą wstążką. Wiadomość, choć krótka – zaledwie cztery linijki – zmieniła wszystko: 

„Ze  względu  na  dramatycznie  niewłaściwy  poziom  twojej  bieżącej  edukacji  zostałaś 
powołana do Akademii Avalońskiej. 

Uprzejmie  prosimy  o  stawiennictwo  przy  bramie  rano  w  pierwszy  dzień  lata.  Wymagany 
pobyt wynosi osiem tygodni”. 

„Dramatycznie  niewłaściwy  poziom”.  Mamie  się  to  niezbyt  spodobało.  Ale  mamie  nie 
podobało  się  ostatnio  nic,  co  wiązało  się  z  wróżkami.  Wieść  o  tym,  że  Laurel  jest  wróżką, 
rodzice  przyjęli  zadziwiająco  spokojnie,  ale  w  końcu  zawsze  wiedzieli,  że  ich  adoptowana 
córka  jest  nieco  inna  niż  wszystkie  dzieci.  Ich  początkowa  reakcja  na  to,  że  Laurel  jest 
podrzutkiem  pozostawionym  pod  ich  opieką  przez  wróżki,  by  mogła  w  przyszłości 
odziedziczyć  ziemię  niezwykle  ważną  dla  wróżkowego  świata,  była  zaskakująco  łagodna. 
Tata nie zmienił swojego nastawienia, ale  mama  w ciągu ostatnich paru  miesięcy wydawała 
się coraz bardziej przerażona tym, że Laurel nie jest człowiekiem. Przestała w ogóle poruszać 
ten temat, nie chciała nawet o niczym słyszeć, a sytuacja zrobiła się naprawdę patowa, kiedy 
w  zeszłym  miesiącu  Laurel  otrzymała  zaproszenie  –  czy  raczej  wezwanie  –  do  Akademii. 
Dziewczyna  musiała  się  nieźle  wykłócać  o  pozwolenie,  nawet  tata  włączył  się  ze  swoimi 
argumentami, ale ostatecznie mama się zgodziła. Wyglądało na to, że boi się, iż po powrocie 
jej córka będzie miała jeszcze mniej ludzkich cech niż wcześniej. 

Laurel  cieszyła  się  w  duchu,  że  nie  powiedziała  rodzicom  nic  o  trollach.  Nie  miała 
wątpliwości, że wtedy na pewno nie stałaby teraz z Tamanim w lesie. 

– Gotowa? – zapytał chłopak, wyczuwając jej wahanie. 

„Gotowa?”. Laurel wiedziała, że jeszcze nigdy nie była aż tak bardzo gotowa… a może wręcz 
przeciwnie? 

Ruszyła  za  nim  w  milczeniu,  a  promienie  słońca  przeświecające  między  koronami  drzew 
rzucały  cienie  na  ich  ścieżkę.  Zresztą  trudno  było  nazwać  to  ścieżką,  ale  Laurel  i  tak 
wiedziała, dokąd prowadzi. Wiedziała, że wkrótce dojdą do niewielkiego, sękatego drzewa o 
zupełnie  zwyczajnym  wyglądzie,  ale  jedynego  w  swoim  rodzaju.  Chociaż  mieszkała  tu 
dwanaście lat, do tej pory tylko raz miała okazję je oglądać – wtedy, gdy przyprowadziła tu 
Tamaniego  po  starciu  z  trollami,  rannego  i  na  wpółprzytomnego.  Była  wtedy  świadkiem 
transformacji drzewa i udało jej się ledwie zerknąć, co się za nim kryje. Teraz będzie mogła 
przejść przez bramę. 

Dzisiaj zobaczy Avalon na własne oczy. 

Kiedy  weszli  głębiej  w  las,  za  ich  plecami  pojawiły  się  inne  wróżki  i  Laurel  musiała  się 
powstrzymywać,  aby  się  nie  odwrócić  i  nie  zacząć  na  nie  gapić.  Była  pewna,  że  nigdy  nie 
przyzwyczai  się  do  tych  pięknych,  milczących  strażników,  którzy  nigdy  się  do  niej  nie 
odzywali i rzadko kiedy patrzyli jej w oczy. A jednak zawsze byli dookoła, nawet jeśli ich nie 
widziała.  Teraz  zdawała  sobie  już  z  tego  sprawę.  Przez  chwilę  zastanawiała  się,  ilu  z  nich 
obserwowało  ją  od  dziecka,  ale  szybko  wyzbyła  się  tej  strasznej  myśli.  Co  innego  rodzice 

background image

przyglądający  się  jej  dziecięcym  psotom,  a  co  innego  bezimienni  wartownicy.  Z  trudem 
przełknęła ślinę i skupiła się na drodze, próbując zająć myśli czymś innym. 

Wkrótce  znaleźli  się  na  miejscu,  wychodząc  z  gęstych  zarośli,  chroniących  stare  drzewo  o 
pokręconych  konarach.  Wartownicy  utworzyli  półkole,  po  czym  na  ostry  znak  dany  przez 
Shara  –  głównego  strażnika  –  Tamani  puścił  rękę  Laurel  i  stanął  obok  nich.  Laurel,  która 
znalazła  się  w  środku  grupy  kilkunastu  wartowników,  chwyciła  mocno  za  paski  swojego 
plecaka. Zaczęła szybciej oddychać, patrząc, jak wartownicy jeden po drugim opierają swoje 
dłonie na korze drzewa w miejscu, w którym pękaty pień rozdwajał się na dwa grube konary. 
Drzewo zaczęło wibrować, a jego gałęzie omiotło światło. 

Laurel  postanowiła,  że  teraz  na  pewno  będzie  miała  otwarte  oczy,  by  nie  uronić  nic  z 
przeobrażenia.  Ale  chociaż  patrzyła  na  jaskrawą  poświatę  przez  zmrużone  powieki,  nagły 
blask  zmusił  ją  do  zamknięciu  oczu  na  ułamek  sekundy.  Kiedy  je  z  powrotem  otworzyła, 
drzewo przeobraziło się już w wysoką, złotą bramę, której łuk oplatały pnącza o fioletowych 
kwiatach.  Dwa  masywne  słupy  łączyły  ją  z  ziemią,  poza  tym  stała  samotnie  na  tle  lasu 
rozświetlonego  słońcem.  Laurel  wypuściła  powietrze,  które  –  z  czego  zupełnie  nie  zdawała 
sobie sprawy – wcześniej powstrzymała, po czym znów wstrzymała oddech, gdyż brama się 
otworzyła. 

Ze  środka  wypłynęła  masa  ciepłego  powietrza  i  nawet  oddalona  od  bramy  Laurel  wyraźnie 
poczuła  aromatyczny  zapach  życia,  jaki  znała  z  ogrodu,  w  którym  przez  lata  pomagała 
mamie. Ten był jednak silniejszy – czysty aromat perfum zamkniętych we flakoniku letniego 
słońca.  Poczuła,  że  jej  stopy  ruszają  bezwiednie,  i  już  dochodziła  do  bramy,  kiedy  coś 
pociągnęło  ją  za  rękę.  Z  trudem  odwróciła  wzrok  od  wejścia  do  magicznej  krainy  i  ze 
zdumieniem  przekonała  się,  że  to  Tamani  wystąpił  z  szeregu  i  oplótł  delikatnie  jej  palce 
swoimi. Dotknięcie, jakie poczuła na drugiej dłoni, sprawiło, że znowu spojrzała na bramę. 

To Jamison, starzec będący wróżką zimową, którego poznała zeszłej jesieni, podniósł jej rękę 
i umieścił na swoim ramieniu niczym dżentelmen w filmie kostiumowym. Uśmiechnął się do 
Tamaniego serdecznie, ale wymownie. 

– Dziękuję, Tamani, że przyprowadziłeś nam Laurel. Teraz ja ją przejmuję. 

Tamani nie od razu ją puścił. 

– Odwiedzę cię w przyszłym tygodniu – powiedział cicho, ale nie szeptem. 

Kilka sekund stali we troje, jakby zastygli w czasie, a potem Jamison przechylił głowę i skinął 
na Tamaniego. Tamani odpowiedział podobnym skinieniem i wrócił na swoje miejsce pośród 
wartowników. 

Laurel  czuła  na  sobie  jego  spojrzenie,  ale  jej  twarz  sama  odwracała  się  w  stronę  jaskrawej 
poświaty bijącej od złotej bramy. Magia Avalonu przyciągała ją tak mocno, że przewyższała 
nawet  żal,  jaki  czuła,  zmuszona  pożegnać  się  z  Tamanim  tak  szybko,  ledwie  zdążyli  się 
zobaczyć. Na szczęście obiecał, że do niej przyjdzie. 

Jamison zrobił krok pod złoty łuk i skinął na Laurel, puszczając jej rękę. 

– Witaj z powrotem, Laurel – powiedział cicho. 

background image

Laurel  ruszyła  ze  ściśniętym  gardłem  i  przeszła  przez  próg,  wkraczając  po  raz  pierwszy  do 
królestwa  Avalonu.  „Przecież  nie po raz pierwszy – poprawiła  się w duchu. – Przecież stąd 
właśnie pochodzę”. 

Przez  chwilę  widziała  tylko  liście  olbrzymiego  dębu  i  ciemną,  sypką  ziemię  pod  stopami, 
porośniętą  szmaragdowym  pluszem  trawy.  Jamison  poprowadził  ją  pod  baldachimem 
utworzonym  przez  gałęzie  drzewa  i  nagle  słońce  oświetliło  jej  twarz,  ogrzewając  policzki  i 
zmuszając ją do zmrużenia oczu. 

Znajdowali się w  czymś, co wyglądało  jak otoczony  murem park. Pośród bujnej roślinności 
prześwitywała  czerń  żyznej  ziemi,  a  kamienny  mur  był  tak  wysoki,  że  Laurel  nigdy  nie 
widziała czegoś podobnego. Zbudowanie takiej masywnej ściany bez betonu musiało zabrać 
dziesiątki  lat.  Tu  i  ówdzie  rosło  drzewo,  po  którego  pniu  pełzły  długie,  liściaste  pnącza  i 
owijały  się  wokół  gałęzi.  Widać  było  kwiaty,  ale  wszystkie  ich  kielichy  były  szczelnie 
pozamykane w ochronie przed upałem. 

Laurel  odwróciła  się,  by  popatrzeć  na  bramę.  Pomiędzy  złotymi  słupkami  zamkniętego 
wejścia  widniała  tylko  ciemność.  Brama  stała  na  środku  parku  i  nie  łączyła  się  z  niczym  – 
stanowiła  samotną  konstrukcję,  otoczoną  mniej  więcej  dwudziestoma  strażniczkami  płci 
pięknej. Laurel przechyliła głowę: co za widok! Zrobiła krok do przodu, ale drogę zagrodziły 
jej szerokie włócznie o ostrzach błyszczących, jakby wykonano je z kryształu. 

– Wszystko w porządku – usłyszała za plecami głos Jamisona. – Pozwólcie jej popatrzeć. 

Włócznie  rozstąpiły  się,  a  Laurel  podeszła  bliżej,  myśląc,  że  wzrok  płata  jej  jakiegoś  figla. 
Ale nie, tuż obok bramy, pod kątem prostym stała kolejna brama. Szła dalej, aż obeszła cztery 
bramy,  połączone  wspólnymi  słupami,  tak  że  tworzyły  idealny  czworokąt  otaczający 
ciemność pośrodku – dziwaczną o tyle, że mimo czerni Laurel widziała doskonale przez słupy 
wartowniczki stojące po drugiej stronie. 

– Nie rozumiem – powiedziała, podchodząc do Jamisona. 

– Twoja brama nie jest jedyna – odparł z uśmiechem. 

Przypomniała  sobie,  że  zeszłej  jesieni  Tamani  coś  wspominał  o  czterech  bramach –  wtedy, 
gdy przyjechała do niego poobijana  i posiniaczona po tym,  jak trolle próbowały  ją utopić w 
rzece Chetco. 

– Cztery bramy – powiedziała cicho, odpychając nieprzyjemne wspomnienie topieli. 

– Prowadzące na cztery strony świata. Jeden krok i jesteś albo w domu, albo w górach Japonii 
bądź też na szkockich wyżynach lub u ujścia Nilu w Egipcie. 

–  Niesamowite  –  odparła,  patrząc  na  bramę,  czy  raczej  bramy.  –  Tysiące  kilometrów  w 
jednym kroku. 

– A przy tym to najcenniejsze miejsce w całym Avalonie. Sprytne, prawda? To król Oberon 
zbudował  bramy  kosztem  własnego  życia,  ale  dopiero  królowa  Izyda  zaledwie  kilkaset  lat 
temu zamaskowała wejścia po drugiej stronie. 

background image

– Ta bogini egipska? – wyszeptała Laurel. 

–  Nie,  jej  imienniczka  –  odparł  Jamison  z  uśmiechem.  –  Chociaż  chcielibyśmy,  żeby  było 
inaczej,  to  jednak  nie  wszystkie  ważne  postaci  w  historii  ludzkości  były  wróżkami.  Chodź, 
Laurel. Jeśli zabawimy zbyt długo, moja Wróżka-Stróżka będzie się niepokoić. 

– Jaka wróżka? 

Spojrzał na nią, najpierw pytająco, a potem nagle się zasępił. 

–  Wróżka-Stróżka  –  powtórzył.  –  W  naszym  języku  zwana  Am  fear-faire.  To  moje 
strażniczki, zawsze mam co najmniej dwie. 

– Dlaczego? 

–  Ponieważ  jestem  wróżką  zimową  –  odparł  Jamison,  idąc  powoli  ścieżką.  Wydawał  się 
ważyć każde wypowiadane słowo. – Mamy dary  najrzadsze wśród wszystkich wróżek, więc 
jesteśmy  uprzywilejowane.  Tylko  my  możemy  otwierać  bramy,  dlatego  mamy  ochronę.  A 
samo  królestwo  Avalonu  znajduje  się  pod  naszą  władzą,  więc  nigdy  nie  możemy  być 
narażone na działanie wrogów. Wielka władza… 

– Wiąże się z wielką odpowiedzialnością – dokończyła Laurel. 

– Kto cię tego nauczył? – Jamison odwrócił się do niej z uśmiechem. 

Laurel zamilkła, zmieszana. 

– Eee… Spider-Man – wyjąkała nieśmiało. 

–  Widocznie  niektóre  prawdy  są  uniwersalne  –  zaśmiał  się,  a  jego  głos  odbił  się  echem  od 
kamiennych  murów.  –  Zimowe  wróżki  bardzo  często  cytują  to  zdanie  –  wyjaśnił, 
poważniejąc.  –  Brytyjski  król  Artur  wypowiedział  je  po  tym,  jak  trolle  dokonały  strasznej 
zemsty  na  zamku  Camelot.  Zawsze  uważał,  że  zniszczenia  były  jego  winą,  że  mógł  im 
zapobiec. 

– A mógł? – zapytała Laurel. 

Jamison  skinął  na  dwóch  strażników,  którzy  pilnowali  potężnych  drewnianych  drzwi  w 
murze. 

– Chyba nie – odparł. – Ale tak czy inaczej, warto o tym pamiętać. 

Drzwi  otworzyły  się  bezszelestnie  i  wszystko,  czym  Laurel  jeszcze  przed  chwilą  zaprzątała 
sobie  głowę,  się  rozmyło.  Weszła  razem  z  Jamisonem  przez  drzwi  i  znalazła  się  na  zboczu 
wzniesienia. 

W  którąkolwiek  stronę  spojrzała,  stoki  aż  kipiały  od  bujnej  zieleni.  Czarne  ścieżki  biegły 
pośród  gęstwiny  drzew,  pomiędzy  nimi  rozpościerały  się  kwieciste  łąki  i  tęczowe  kępy 
czegoś,  czego  Laurel  nie  potrafiła  zidentyfikować.  Wyglądało  to  jak  ogromne  balony  we 
wszystkich  możliwych kolorach, umieszczone  na  ziemi  i  błyszczące  niczym  bańki  mydlane. 

background image

W oddali, u stóp zbocza, widać było pierścień dachów niewielkich domków, a poruszające się 
wokół nich jaskrawe punkciki musiały być wróżkami. 

– Są ich… tysiące – Laurel wypowiedziała na głos swoją myśl. 

–  Oczywiście  –  w  głosie  Jamisona  słychać  było  rozbawienie.  –  Tu  mieszka  prawie  cały 
gatunek.  Obecnie  jest  nas  ponad  osiemdziesiąt  tysięcy  –  powiedział,  po  czym  zamilkł  na 
chwilę. – Zapewne wydaje ci się, że to niewiele. 

–  Nie  –  odparła  szybko.  –  To  znaczy,  wiem,  że  ludzi  jest  więcej,  ale…  nigdy  nie 
wyobrażałam sobie tylu wróżek w jednym miejscu. 

Czuła się dziwnie: z jednej strony zupełnie normalnie, ale z drugiej – jakby zupełnie nic nie 
znaczyła.  Oczywiście,  wcześniej  spotykała  już  inne  wróżki:  Jamisona,  Tamaniego,  Shara, 
czasem  dostrzegła  gdzieś  jakiegoś  wartownika,  ale  świadomość,  że  są  ich  tysiące, 
przytłaczała ją. 

Jamison dotknął jej pleców. 

– Będzie  jeszcze czas na zwiedzanie – powiedział  cicho. – Teraz muszę zaprowadzić cię do 
Akademii. 

Ruszyła  w  ślad  za  nim  ścieżką  biegnącą  wzdłuż  kamiennego  muru.  Kiedy  minęli  zakręt, 
Laurel  spojrzała  w  górę  łagodnego  zbocza  i  oddech  uwiązł  jej  w  krtani.  Jakieś  czterysta 
metrów dalej na tle niebieskiego nieba wznosiła się potężna wieża wyrastająca z rozłożystego 
budynku, który wyglądał, jakby został przeniesiony prosto z książki Dziwne losy Jane Eyre. 
Gmach  przypominał  nie  tyle  zamek,  ile  wielką  bibliotekę  zbudowaną  z  szarego, 
kwadratowego kamienia i pokrytą spadzistymi dachami. Na każdej ścianie widniały ogromne 
okna,  a  pomiędzy  dachówkami  błyszczały  świetliki,  niczym  fragmenty  kryształów.  Każdą 
powierzchnię  obrastały  bluszcze  i  pnącza,  spośród  gęstego  listowia  wyglądały  kwiaty, 
wszędzie aż się roiło od niezliczonych gatunków roślin. 

Słowa  Jamisona  odpowiedziały  na  pytanie,  którego  Laurel  w  swoim  zachwycie  nie  była  w 
stanie zadać. 

– Oto Akademia Avalonu. 

W drodze do Akademii Laurel dojrzała pomiędzy drzewami jakiś inny budynek. Na szczycie 
wysokiego  wzgórza,  nieco  wyższego  od  wieży  Akademii,  widać  było  zniszczony  zamek. 
Dziewczyna  zmrużyła  oczy;  nie,  „zniszczony”  to  jednak  niezbyt  adekwatne  słowo.  Zamek 
wyraźnie  się  rozpadał  i  tylko  zielone  pnącza  oplatały  biały  marmur,  jakby  spinając  mury  i 
trzymając  je  razem.  Ponad  budynkiem  rozpościerał  się  baldachim  gałęzi  potężnego  drzewa, 
rzucając cień na połowę gmachu. 

– Co to jest? – zapytała Laurel, kiedy ujrzała zamek po raz drugi. 

– To Pałac Zimowy. Moje mieszkanie. 

background image

– Jest bezpieczny? – zapytała z powątpiewaniem. 

–  Oczywiście,  że  nie  –  odparł.  –  To  jedno  z  najniebezpieczniejszych  miejsc  w  całym 
Avalonie. Ale ja tam jestem bezpieczny, a także pozostali mieszkańcy. 

–  Nie  rozpadnie  się?  –  zapytała,  przyglądając  się  narożnikowi  wyglądającemu  jak  gorset 
spięty miedzianozieloną tasiemką. 

–  Ależ  nie.  My,  wróżki  zimowe,  utrzymujemy  nasz  pałac  od  ponad  trzech  tysięcy  lat. 
Korzenie  tej  sekwoi  rosną  razem  z  zamkiem  i  tworzą  całość  z  oryginalnym  marmurem,  z 
którego zamek zbudowano. Drzewo nigdy nie pozwoli na to, by zamek się rozpadł. 

– A nie możecie po prostu zbudować nowego? 

Jamison  zamilkł  na  chwilę  i  Laurel  zaczęła  się  martwić,  że  obraziła  go  tym  pytaniem.  Ale 
kiedy odezwał się ponownie, nie wyglądał na urażonego. 

–  Ten  zamek  to  nie  tylko  dom  –  powiedział.  –  On  chroni  wiele  rzeczy.  Nie  możemy 
ryzykować  ich  przenoszenia  tylko  ze  względu  na  wygodę  albo  zaspokojenie  próżności  i 
postawienie jakiejś fikuśnej budowli. Od tego jest Akademia – dodał z uśmiechem, pokazując 
ręką szary kamienny budynek. 

Laurel ujrzała teraz zamek z zupełnie  innej strony: zamiast bezładnej plątaniny zieleni,  jaką 
widziała  jeszcze  przed  chwilą,  teraz  dostrzegała  porządek  i  organizację  w  pnączach 
spinających  mury.  Staranne  klamry  w  narożnikach,  sieć  korzeni  oplatających  dużą  połać 
ściany – rzeczywiście, drzewo stało się częścią zamku. Albo – w zależności od tego, jak na to 
patrzeć  –  zamek  stał  się  częścią  drzewa.  Cała  budowla  spoczywała  spokojnie  w  objęciach 
rozłożystych korzeni sekwoi. 

Za  kolejnym  zakrętem  Laurel  ujrzała  coś,  co  początkowo  wydawało  jej  się  żelaznym 
parkanem, ale bliższe spojrzenie ujawniło, że jest to żywy twór. Gałęzie gięły się i okręcały 
wokół  siebie,  tworząc  skomplikowane  zawijasy,  przypominające  jakieś  niezwykle  fikuśne 
drzewko bonsai. Wejścia strzegło dwóch strażników: mężczyzna i kobieta, ubrani w specjalne 
jaskrawoniebieskie  zbroje  z  błyszczącymi  hełmami  na  głowach.  Oboje  ukłonili  się  nisko 
Jamisonowi i otworzyli bramę. 

–  Chodź  –  powiedział  Jamison,  widząc,  że  Laurel  zawahała  się  przy  wejściu. –  Czekają  na 
ciebie. 

Wokół  Akademii  panowała krzątanina.  Kilkanaście wróżek pracowało w ogrodzie. Niektóre 
miały  na  sobie  delikatne,  powłóczyste  szaty  albo  jedwabne  spodnie  i  trzymały  w  rękach 
książki.  Inne,  ubrane  w  ręcznie  tkaną  bawełnę,  przekopywały  ziemię  albo  obcinały 
żywopłoty.  Jeszcze  inne  zrywały  kwiaty,  przeszukując  gęste  krzewy  w  poszukiwaniu 
idealnych  okazów.  Kiedy  przechodzili  obok  nich,  wróżki  odrywały  się  od  pracy  i  kłaniały 
nisko, a przynajmniej pochylały głowy z szacunkiem. 

–  Czy  one…  –  Laurel  czuła  się  bardzo  głupio,  zadając  to  pytanie.  –  Czy  one  mnie  się 
kłaniają? 

– Całkiem możliwe – odparł Jamison. – Ale podejrzewam, że przede wszystkim jednak mnie. 

background image

Niedbały  ton  głosu  Jamisona  zaskoczył  dziewczynę:  najwyraźniej  był  przyzwyczajony  do 
tego,  że  wszyscy  traktują  go  z  uniżeniem.  Nawet  się  nie  zatrzymywał  przy  kłaniających  się 
wróżkach. 

– Czy ja też powinnam była się ukłonić, kiedy podszedł pan do bramy? – zapytała niepewnym 
głosem. 

–  Ależ  nie  –  odparł  szybko.  –  Jesteś  wróżką  jesienną,  więc  kłaniasz  się  tylko  królowej.  W 
zupełności wystarczy, jeśli tylko skiniesz lekko głową. 

Laurel szła w milczeniu zupełnie zdezorientowana. Przyglądała się mijanym wróżkom, tylko 
nieliczne  ograniczyły  się  do  skinienia  głową.  Wróżki  odwzajemniały  jej  spojrzenie,  ale  nie 
była pewna, jak powinna interpretować ich miny. Niektóre wydawały się zaciekawione, inne 
patrzyły na nią z niechęcią; wyrazów twarzy niektórych nie potrafiła rozszyfrować. Opuściła 
wstydliwie głowę i przyspieszyła, by dotrzymać kroku Jamisonowi. 

Kiedy  doszli  do  imponujących  drzwi  wejściowych,  portierzy  otworzyli  je,  a  Jamison 
wprowadził ją do przestronnego hallu z sufitem w postaci szklanej kopuły. Promienie słońca 
prześwitywały  przez  szyby  i  pozwalały  żyć  setkom  roślin  w  doniczkach  ozdabiających 
pomieszczenie. Panował tu mniejszy ruch niż w ogrodzie, ale i tak kilka wróżek siedziało na 
kanapach i przy małych biurkach z książkami w dłoniach. 

Starsza wróżka – „ale nie tak wiekowa jak Jamison”, pomyślała Laurel, chociaż z wróżkami 
nigdy nie wiadomo – podeszła do nich i pochyliła głowę. 

–  Miło  mi  cię  widzieć,  Jamisonie  –  powiedziała  i  uśmiechnęła  się  do  Laurel.  –  A  to,  jak 
rozumiem, jest Laurel. Ależ się zmieniłaś! 

Dziewczyna  zdumiała  się  tym  stwierdzeniem,  ale  przypomniała  sobie,  że  przecież  zanim 
znalazła się u swoich rodziców, przez siedem lat mieszkała w Avalonie. To, że ona nikogo nie 
pamiętała,  nie  znaczy,  że  jej  też  nikt  nie  rozpoznawał.  Było  jej  dziwnie  niezręcznie  ze 
świadomością,  że  wiele  mijanych  wróżek  pamiętało  przeszłość,  której  ona  nigdy  nie  będzie 
pamiętać. 

–  Jestem  Aurora  –  przywitała  się  starsza  wróżka.  –  Uczę  nowicjuszy,  którzy  są  zarówno 
przed, jak  i w tyle za tobą – zaśmiała się,  jakby  był to tylko przez nią rozumiany dowcip. – 
Chodź,  zaprowadzę  cię  do twojego  pokoju.  Trochę  go odświeżyliśmy –  wymieniliśmy  to,  z 
czego wyrosłaś, ale reszta czekała bez zmian na twój powrót. 

– Mam tu pokój? – zapytała Laurel, zanim zdołała się powstrzymać. 

– Oczywiście. – Aurora nawet się nie obejrzała. – To twój dom. 

„Dom?”.  Laurel  rozejrzała  się  po  surowym  hallu,  obiegła  wzrokiem  wymyślne  poręcze 
wzdłuż krętych schodów, błyszczące okna  i  świetliki.  Czy to naprawdę  był kiedyś  jej dom? 
Wyglądał zupełnie obco – i czuła się w nim obco. Obróciła się do tyłu, gdzie szedł Jamison, 
ale  nie  zauważyła,  żeby  się  rozglądał  dookoła.  Jego  Zimowy  Pałac  był  zapewne  jeszcze 
bardziej olśniewający. 

background image

Kiedy  znaleźli  się  na  trzecim  piętrze,  stanęli  przed  korytarzem  pełnym  ciemnowiśniowych 
drzwi. Na każdych widniało imię, namalowane połyskliwą, pełną zawijasów czcionką. Mara, 
Katia,  Fawn,  Sierra,  Sari.  Aurora  przystanęła  przed  drzwiami,  na  których  wyraźnie  było 
napisane: Laurel. 

Laurel poczuła ucisk w gardle, a kiedy Aurora chwyciła za klamkę, by otworzyć drzwi, czas 
wydawał się stanąć w  miejscu.  Wreszcie drzwi otworzyły się  bezszelestnie ponad  miękkim, 
kremowym  dywanem  i  ukazał  się  pokój  z  jedną  ścianą  przeszkloną  od  góry  do  dołu.  Z 
pozostałych  ścian,  od  sufitu  aż  do  podłogi,  zwieszała  się  jasnozielona  satynowa  tkanina. 
Ponad połową pomieszczenia widniał świetlik, oświetlający ogromne łoże pokryte jedwabną 
narzutą i otoczone zasłonkami tak cienkimi, że szeleściły w delikatnym powiewie ciągnącym 
od  drzwi.  Całości  dopełniało  skromne,  ale  solidne  umeblowanie:  biurko,  toaletka  i  szafa. 
Laurel  weszła  do  środka  i  rozejrzała  się  powoli  po  pokoju,  szukając  czegoś  znajomego,  co 
sprawiłoby, że poczułaby się jak u siebie w domu. 

Chociaż  był  to  jeden  z  najpiękniejszych  pokoi,  jakie  widziała,  nic  w  nim  nie  wyglądało 
znajomo. Żadnego wspomnienia, żadnego znajomego przedmiotu. Poczuła rozczarowanie, ale 
kiedy zwróciła się do Jamisona i Aurory, próbowała je ukryć. 

– Bardzo dziękuję – powiedziała z nadzieją, że jej uśmiech nie wyglądał na wymuszony. Czy 
to miało jakieś znaczenie, że nic z tego nie pamiętała? Była tu teraz i to było najważniejsze. 

–  Zostawię  cię,  żebyś  mogła  się  rozpakować  i  odświeżyć  –  powiedziała  Aurora,  po  czym 
obiegła  wzrokiem  top  i  dżinsowe  spodenki  Laurel.  –  W  Akademii  możesz  nosić,  co  ci  się 
podoba,  ale  jednak  ubrania,  jakie  znajdziesz  w  szafie,  powinny  być  wygodniejsze.  Te… 
pantalony… które masz na sobie – ta tkanina wygląda na okropnie niewygodną. 

To mówiąc, Aurora wyprostowała się, z tyłu bowiem rozległ się stłumiony śmiech Jamisona. 

–  Jeśli  będziesz  czegokolwiek  potrzebowała,  tu  jest  dzwonek  –  wskazała  wróżka.  –  Nasz 
personel  jest  na  twoje  usługi.  Przez  najbliższą  godzinę  masz  czas  wolny,  a  potem  przyślę 
nauczyciela, żebyś mogła rozpocząć lekcje. 

– Już dzisiaj? – zapytała Laurel nieco głośniej, niż zamierzała. 

Wzrok Aurory spoczął na Jamisonie. 

–  Jamison  oraz  sama  królowa  poinstruowali  nas,  żebyśmy  maksymalnie  wykorzystali  czas, 
jaki spędzisz w Akademii. Niestety, nie jest on zbyt długi. 

Laurel skinęła głową, czując podekscytowanie i jednocześnie zdenerwowanie. 

– Dobrze – odparła. – Będę gotowa. 

–  W  takim  razie  zostawiam  cię  samą.  –  Aurora  odwróciła  się  i  spojrzała  na  Jamisona.  Ten 
jednak skinął jej dłonią. 

– Zostanę jeszcze przez chwilę, zanim wrócę do pałacu. 

– Oczywiście – odparła, po czym skinęła głową i wyszła. 

background image

Jamison  stał  w  progu  i  mierzył  wzrokiem  pokój.  Kiedy  odgłos  kroków  Aurory  ucichł  w 
oddali, odezwał się ponownie. 

–  Nie  byłem  tu  od  czasu,  kiedy  trzynaście  lat  temu  odprowadzałem  cię  do  świata  ludzi  – 
powiedział  i  spojrzał  na  Laurel.  –  Mam  nadzieję,  że  nie  masz  nic  przeciwko  tempu  pracy, 
jakie od razu ci narzucamy. Mamy tak mało czasu. 

– Nie – pokręciła głową. – Tylko… mam tyle pytań. 

– Większość z nich będzie musiała poczekać – odparł Jamison z uśmiechem, który złagodził 
nieco  jego  słowa.  –  Czas,  jaki  spędzisz  w  Akademii,  jest  zbyt  cenny,  aby  tracić  go  na 
rozmowy  o  zwyczajach  panujących  w  Avalonie.  Będziesz  miała  mnóstwo  lat,  żeby  to 
wszystko poznać. 

Laurel pokiwała głową, chociaż nie była pewna, czy się z tym zgadza. 

– A zresztą – dodał Jamison z chytrym błyskiem w oku – twój przyjaciel Tamani z pewnością 
z ochotą odpowie na każde twoje pytanie. 

– Kiedy znowu pana zobaczę? – zapytała, gdyż Jamison odwrócił się, żeby wyjść z pokoju. 

–  Przyjdę  po  ciebie  za  osiem  tygodni.  Będziemy  mieć  wtedy  czas,  żeby  porozmawiać  – 
obiecał,  po  czym  pożegnał  się  i  wyszedł,  zamykając  za  sobą  drzwi  i  zostawiając  Laurel  z 
poczuciem wielkiego osamotnienia. 

Dziewczyna  stanęła  na  środku  pokoju  i  zaczęła  obracać  się  wkoło,  próbując  objąć  całość 
wzrokiem. Nie pamiętała tego miejsca, ale czerpała pewną otuchę z faktu, że jej gust aż tak 
bardzo się nie zmienił. Zielony był zawsze jej ulubionym kolorem i przedkładała prostotę nad 
zdobienia  i  skomplikowane  wzornictwo.  Baldachim  był  może  nieco  dziecinny,  ale  przecież 
wybrała  go  bardzo  dawno  temu.  Otworzyła  szuflady  i  znalazła  kartki  sztywnego  papieru, 
kubeczki  z  farbami,  pióra  i  zeszyt  podpisany  jej  imieniem.  Dopiero  po  kilku  sekundach 
zorientowała  się,  że  podpis  wygląda  znajomo,  bo  wyszedł  spod  jej  własnej  dziecięcej  ręki. 
Drżącymi dłońmi otworzyła zeszyt na pierwszej stronie. Widniała tam lista łacińskich słów – 
zapewne nazw roślin. Przekartkowała zeszyt do końca i przekonała się, że dalej zawiera mniej 
więcej to samo. Nie rozpoznawała nawet słów we własnym języku i ogromnie ją frustrowała 
świadomość, że w wieku siedmiu lat miała większą wiedzę niż teraz, w wieku lat szesnastu. 
„Albo dwudziestu – poprawiła się w myślach – czy też ile mam obecnie lat”. Starała się nie 
myśleć  za  bardzo  o  swoim  wieku,  gdyż  przypominało  jej  to  tylko,  że  straciła  pamięć  o 
siedmiu latach życia w królestwie wróżek. Czuła się szesnastolatką i jeśli o nią chodziło, tyle 
właśnie miała lat. Odłożyła zeszyt i wstała, żeby zajrzeć do szafy. 

W  środku  wisiało  kilka  letnich  sukienek,  parę  spódnic  do  kostki  uszytych  z  lekkiego, 
zwiewnego materiału. W szufladach poukładano bluzki w stylu rustykalnym oraz dopasowane 
topy  z  krótkim  rękawem.  Laurel  potarła  materiał  o  policzek,  napawając  się  jego 
aksamitnością. Przymierzyła kilka ubrań, po czym zdecydowała się na jasnoróżową sukienkę 
i rozpoczęła dalszą eksplorację pokoju. Nie zaszła jednak daleko, gdyż widok z okna sprawił, 
że  oniemiała.  Ujrzała  największy  ogród  kwiatów,  jaki  kiedykolwiek  widziała:  rzędy 
kwitnących  roślin  każdej  możliwej  barwy  rozciągały  się  w  dole,  tworząc  kaskadę  kolorów 
niemalże  tak  wielką,  jak  cały  ogród  przed  wejściem  do  Akademii.  Oparła  palce  na  szybie, 

background image

próbując  objąć  wzrokiem  cały  kwiecisty  dywan.  Pomyślała,  że  szkoda,  iż  pokój  z  tak 
przepięknym widokiem stał pusty przez ostatnie trzynaście lat. 

Pukanie do drzwi przestraszyło  ją  nieco, ale podbiegła  szybko, by  je otworzyć, poprawiając 
po drodze sukienkę i fryzurę. 

–  Domyślam  się,  że  to  ty  jesteś  Laurel  –  powiedział  wysoki  mężczyzna  o  głębokim, 
aksamitnym głosie. – Nie zmieniłaś się aż tak bardzo. 

Zaskoczona  Laurel  wpatrywała  się  w  przybysza  w  milczeniu.  Miała  przecież  zdjęcia  z 
dzieciństwa – zmieniła się nie do poznania! 

Mężczyzna  miał  na  sobie  lniane  rozszerzane  spodnie  i  ciemnozieloną  koszulę  z  jedwabiu, 
otwartą  na  piersiach  w  sposób  absolutnie  niezmysłowy.  Laurel  przypomniała  sobie  swoje 
upodobanie do noszenia bluzek bez rękawów, by wystawić fotosyntetyczną skórę na słońce, i 
uznała,  że  to  podobna  zasada.  Przybysz  wyglądał  bardzo  oficjalnie,  ale  z  oficjalnością  jego 
wyglądu kolidował brak butów i skarpetek. 

–  Nazywam  się  Yeardley  i  jestem  profesorem  uczącym  podstaw.  Mogę  wejść?  –  zapytał, 
skłaniając głowę. 

– Och, oczywiście – zaczerwieniła się i otworzyła szerzej drzwi. 

Profesor Yeardley wmaszerował do środka, a tuż za nim wkroczyła jakaś wróżka. 

– Tutaj – powiedział, wskazując na biurko Laurel. Wróżka położyła na blacie stertę książek, 
ukłoniła się nisko obojgu, po czym wycofała się do drzwi, obróciła i ruszyła korytarzem. 

Laurel odwróciła się do profesora, który cały czas na nią patrzył. 

– Wiem, że Jamison chciałby, żebyś od razu zaczęła  naukę, ale  szczerze  mówiąc,  nie  mogę 
nawet wprowadzić podstaw, jeśli nie będzie na czym oprzeć naszej wiedzy. 

Laurel otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale  zrozumiała, że to wszystko ją przerasta,  i z 
powrotem je zamknęła. 

– Przyniosłem ci tu najbardziej podstawowe i niezbędne informacje, bez których nie możemy 
rozpocząć nauki. Sugeruję, żebyś zaczęła od razu. 

Wzrok Laurel spoczął na stosie książek. 

– To wszystko? – zapytała. 

– Nie. To dopiero połowa. Kiedy  skończysz, dostarczę ci drugą część  lektur. Uwierz  mi, to 
najmniejsza  ilość  z  możliwych  –  powiedział  nauczyciel  i  spojrzał  na  kartkę,  którą  wyjął  z 
przewieszonej przez ramię torby. – Jedna z naszych akolitek – to poziom, na którym byłabyś 
teraz  w  bardziej  sprzyjających  okolicznościach  –  wyjaśnił,  podnosząc  wzrok  –  zgodziła  się 
zostać twoją opiekunką. Będzie dostępna przez cały dzień, a ponieważ wyjaśnianie podstaw 
nie sprawi jej kłopotu, możesz śmiało ją wykorzystywać. Mamy nadzieję, że wystarczą ci nie 

background image

więcej  niż  dwa  tygodnie  na  nadrobienie  tego  wszystkiego,  co  zapomniałaś  od  czasu 
opuszczenia Avalonu. 

Laurel  stała  z  zaciśniętymi  pięściami,  niczego  nie  pragnąc  bardziej,  jak  rozpłynięcia  się  w 
powietrzu. 

– Ma na imię Katia – ciągnął Yeardley, nie zważając zupełnie na jej reakcję. – Przypuszczam, 
że wkrótce ci się przedstawi. Nie pozwól, by jej towarzyska natura przeszkodziła ci w nauce. 

Laurel kiwnęła sztywno głową, nie spuszczając wzroku ze stosu książek. 

– W takim razie zostawiam cię z lekturami – powiedział profesor i obrócił się na gołej pięcie. 
– Kiedy wszystko przeczytasz, będziemy mogli zacząć lekcje – dodał i zatrzymał się w progu. 
–  Twoja  służba  może  mnie  wezwać,  kiedy  już  skończysz,  ale  nie  wcześniej  –  dopóki  nie 
przeczytasz wszystkiego dokładnie,  nauka  nie będzie  miała sensu – to mówiąc, wyszedł  bez 
pożegnania i zamknął za sobą drzwi. Głośny stukot wypełnił cichy pokoik Laurel. 

Dziewczyna  wzięła  głęboki  oddech  i  spojrzała  na  grzbiety  starych  woluminów.  Podstawy 
zielarstwa, Geneza eliksirów, Leksykon roślin obronnych,  Anatomia trolla. Ten ostatni tytuł 
wywołał grymas na jej twarzy. 

Zawsze  lubiła  czytać,  ale  tych  książek  nie  można  było  nazwać  lekką  lekturą  do  poduszki. 
Przeniosła  wzrok  ze  sterty  tomów  na  widok  za  oknem  i  zauważyła,  że  słońce  zaczęło  już 
swoją wędrówkę w dół nieba na zachodzie. 

Westchnęła. Nie tak wyobrażała sobie ten dzień.