background image

 

Diana Wynne Jones

 

 
 

ZACZAROWANE ŻYCIE 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Ś

WIATY CHRESTOMANCIEGO 

Przekład Danuta Górska 

AHBER 

background image

 

ROZDZIA Ł 1 

Kot  Chant  podziwiał  swoją  starszą  siostrę  Gwendolinę.  Była  czarownicą.  Podziwiał  ją  i 

trzymał się blisko niej. Wielkie zmiany zaszły w ich życiu i nie został mu nikt, tylko ona. 

Pierwsza  wielka  zmiana  nadeszła,  kiedy  rodzice  zabrali  ich  na  całodzienną  wycieczkę  po 

rzece statkiem parowym. Wyruszyli w wielkim stylu, Gwendolina i jej matka w białych sukienkach 
ze wstążkami, Kot^ jego ojciec w niedzielnych garniturach z drapiącej niebieskiej serży. Dzień był 
upalny. Na parostatku tłoczyli się ludzie w odświętnych ubraniach, gadali, śmiali się, zajadali małże 
na  cienkich  kromkach  białego  chleba  z  masłem,  podczas  gdy  organy  parowe  statku  wysapywały 
popularne melodie tak głośno, że nikt nie słyszał własnych słów. 

Prawdę  mówiąc,  parostatek  był  za  stary  i  zbyt  zatłoczony.  Coś  poszło  źle  ze  sterowaniem. 

Cały  roześmiany,  odświętnie  wystrojony,  zajadający  małże  tłum  został  porwany  przez  prąd  rzeki. 
Uderzyli  o  jeden  ze  słupów,  które  miały  zatrzymywać  ludzi  znoszonych  prądem,  i  wiekowy 
parostatek  po  prostu  rozleciał  się  na  kawałki.  Kot  pamiętał  grające  organy  i  łopatki  koła  mielące 
błękit nieba. Kłęby pary z sykiem wyrwały się z popękanych rur i zagłuszyły krzyki ludzi, których 
wciągał nurt rzeki. 

To  był  okropny  wypadek.  Gazety  nazwały  go  katastrofą  „Szykownej  Nancy".  Panie  w 

spódnicach  krępujących  ruchy  po  prostu  nie  mogły  pływać.  Panowie  w  ciasnych  serżowych 
garniturach radzili sobie niewiele lepiej. Ale Gwendolina była czarownicą, więc nie mogła utonąć. 
A  Kot,  który  mocno  objął  siostrę,  kiedy  statek  uderzył  w  słup,  również  się  uratował.  Niewiele 
więcej pasażerów przeżyło.     ,„ 

Katastrofa  wstrząsnęła  całym  krajem.  Kompania  parostatków  i  miasto  Wolvercote  wspólnie 

zapłaciły za pogrzeby. Gwendolina i Kot dostali ciężkie czarne ubrania na koszt publiczny i jechali 
za  procesją  karawanów  w  powozie  ciągniętym  przez  czarne  konie  z  czarnymi  pióropuszami  na 
łbach.  Inni,  którzy  przeżyli,  jechali  razem  z  nimi.  Kot  patrzył  na  nich  i  zastanawiał  się,  czy  byli 
czarownicami  i  czarownikami,  ale  nigdy  się  tego  nie  dowiedział.  Burmistrz  Wolvercote  założył 
fundację  dla  ofiar,  które  przeżyły  katastrofę.  Pieniądze  napływały  z  całego  kraju.  Wszyscy 
rozbitkowie  zabrali  swoje  udziały  i  wyjechali,  żeby  gdzie  indziej  zacząć  nowe  życie.  Tylko  Kot  i 
Gwendołina, ponieważ nie mieli żadnych krewnych - przynajmniej takich nie znaleziono - pozostali 
w Wolvercote. 

Przez jakiś czas byli sławni. Wszyscy traktowali ich bardzo miło. Wszyscy powtarzali, jakie 

ś

liczne  z  nich  sierotki.  Mówili  prawdę.  I  brat,  i  siostra  mieli  jasną  cerę,  niebieskie  oczy  i  dobrze 

wyglądali  w  czerni.  Gwendolina  była  bardzo  ładna  i  wysoka  na  swój  wiek.  Kot  był  niski  jak  na 
swój wiek. Gwendołina mu matkowała, co wzruszało ludzi. 

Kot  nie  miał  nic  przeciwko  temu.  Trochę  to  pomagało  na  dręczące  go  poczucie  pustki  i 

zagubienia. Panie dawały  mu ciastka i zabawki.  Radni miejscy przychodzili pytać, jak się trzyma. 
Burmistrz też raz wpadł i poklepał go po głowie. Wyjaśnił, że pieniądze z fundacji dostaną, kiedy 
dorosną. Do tej pory miasto będzie płacić za ich edukację i utrzymanie. 

-    A  gdzie  dzieciaki  chcą  mieszkać?  -  zapytał  jowialnie.  Gwendolina  natychmiast 

oświadczyła, że stara pani Sharp 

z dołu chce ich wziąć do siebie. 
-  Zawsze była dla nas bardzo dobra - wyjaśniła. - Chcielibyśmy właśnie u niej zamieszkać. 
Pani  Sharp  też  była  czarownicą  -  drukowany  szyld  w  jej  salonie  głosił:  DYPLOMOWANA 

CZAROWNICA - i interesowała się Gwendolina. Burmistrz miał nieco wątpliwości. Podobnie jak 
wszyscy ludzie pozbawieni czarodziejskich talentów, nie pochwalał ich u innych. Zapytał Kota, co 
sądzi o planie Gwendoliny. Kot nie miał nic przeciwko. Wolał nadal mieszkać w domu, do którego 
przywyknął,  nawet  jeśli  musiał  przeprowadzić  się  na  dół.  Ponieważ  burmistrz  uważał,  że  dwojgu 
sierot  należy  dogadzać  pod  każdym  możliwym  względem,  wyraził  zgodę.  Gwendolina  i  Kot 
wprowadzili się do pani Sharp. 

Spoglądając w przeszłość, Kot doszedł do wniosku, że właśnie wtedy ostatecznie uwierzył, iż 

Gwendolina jest czarownicą. Przedtem nie miał pewności. Kiedy pytał rodziców, kręcili głowami, 

background image

 

wzdychali i robili nieszczęśliwe miny. Nie mógł się w tym połapać, bo pamiętał okropne kłopoty, 
kiedy Gwendolina zesłała na niego skurcze. Nie rozumiał, jak rodzice mogli ją o to obwiniać, jeśli 
naprawdę  nie  była  czarownicą.  Ale  teraz  wszystko  się  zmieniło.  Pani  Sharp  nie  robiła  z  tego 
tajemnicy. 

-  Masz prawdziwy talent do magii, skarbie - powiedziała rozpromieniona do Gwendoliny - i 

zaniedbałabym  swoje  obowiązki  wobec  ciebie,  gdybym  pozwoliła  go  zmarnować.  Musimy 
natychmiast  poszukać  dla  ciebie  nauczyciela.  Na  początek  wystarczy  nawet  pan  Nostrum  z 
sąsiedztwa.  Wprawdzie  to  najgorszy  nekromanta  w  mieście,  ale  potrafi  uczyć.  Da  ci  dobre 
podstawy, moja kochana. 
Opłaty za naukę magii u pana Nostruma wynosiły:  funt za godzinę kursu podstawowego i gwinea 
za  godzinę  zaawansowanego.  Raczej  drogo,  jak  zauważyła  pani  Sharp.  Włożyła  swój  najlepszy 
kapelusz z czarnymi paciorkami i pobiegła do miejskiego ratusza zapytać, czy fundacja zapłaci za 
lekcje Gwendoliny. 

Ku  jej  irytacji  burmistrz  odmówił.  Poinformował  panią  Sharp,  że  czary  nie  należą  do 

zwykłego programu nauczania. Pani Sharp dostała płaskie kartonowe pudło pełne różnych rupieci, 
które  miłe  panie  uprzątnęły  z  sypialni  rodziców  Gwendoliny,  i  wróciła,  gniewnie  grzechocząc 
paciorkami na kapeluszu. 

-  Ślepe uprzedzenia! - oświadczyła, rzucając pudło na kuchenny stół. - Jeśli ktoś' posiada dar, 

ma  prawo  go  rozwijać...  i  tak  mu  powiedziałam!  Ale  nie  martw  się,  skarbie  -  dodała,  widząc,  że 
Gwendolina  wyraźnie  spochmurniała.  -  Zawsze  znajdzie  się  jakaś  okrężna  droga.  Pan  Nostrum 
będzie cię uczył za darmo, jeśli go czymś skusimy.  Zajrzyjmy do tego pudełka. Może twoi biedni 
rodzice zostawili coś odpowiedniego. 

Nie  tracąc  czasu,  pani  Sharp  wysypała  na  stół  zawartość  pudła.  Była  to  dziwaczna  kolekcja 

przedmiotów - listy, koronki i pamiątki. Kot nie pamiętał, żeby widział przedtem chociaż połowę z 
nich. Był tam akt małżeństwa zaświadczający, że Francis John Chant poślubił Karolinę Mary Chant 
dwanaście lat temu w kościele Świętej Małgorzaty w Wolvercote oraz zwiędły bukiet weselny. Pod 
spodem Kot znalazł parę błyszczących kolczyków. Nigdy nie widział, żeby matka je nosiła. 

Kapelusz pani Sharp zagrzechotał, kiedy szybko pochyliła się nad nimi. 
-    To  brylantowe  kolczyki!  -  zawołała.  -  Widocznie  twoja  mama  miała  pieniądze.  Jeśli  je 

zaniosę do pana Nostruma... Ale dostaniemy więcej, jeśli je zaniosę do pana Larkinsa. 

Pan Larkins prowadził sklep ze starzyzną na rogu ulicy - no, nie całkiem ze starzyzną. Wśród 

mosiężnych  pogrzebaczy  i  wyszczerbionej  porcelany  trafiały  się  całkiem  wartościowe  rzeczy. 
Dyskretny szyld z napisem TOWARY EGZOTYCZNE oznaczał, że kupić tu można także skrzydła 
nietoperzy, suszone traszki i inne magiczne ingrediencje. Nie ulegało  wątpliwości, że pan  Larkins 
będzie  bardzo  zainteresowany  parą  brylantowych  kolczyków.  Chciwe,  paciorkowate  oczka  pani 
Sharp zabłysły, kiedy wyciągnęła rękę po klejnoty. 

Gwendolina sięgnęła po nie w tej samej chwili. Nie powiedziała nic. Pani Sharp też nie. Obie 

ręce zawisły nieruchomo w powietrzu, zupełnie jakby trwała pomiędzy nimi zaciekła, niewidoczna 
walka. Potem pani Sharp cofnęła rękę. 

-  Dziękuję - powiedziała chłodno Gwendolina i schowała kolczyki do kieszeni swojej czarnej 

sukienki. 

-    No  widzisz?!  -  zawołała  pani  Sharp,  próbując  zachować  twarz.  -  Masz  prawdziwy  talent, 

skarbie! 

Powróciła  do  sortowania  zawartości  pudła.  Odsunęła  starą  fajkę,  wstążki,  gałązkę  białego 

wrzosu, jadłospisy, bilety na koncert i podniosła paczuszkę starych listów. Przesunęła kciukiem po 
krawędziach. 

-  Listy miłosne - oznajmiła. - Jego do niej. 
Odłożyła paczkę, nie zaglądając do środka i podniosła następną. 
-  Jej do niego. Na nic. 
Kot, obserwując szeroki ciemnoróżowy kciuk pani Sharp wertujący błyskawicznie trzeci plik, 

background image

 

pomyślał, że bycie czarownicą oszczędza mnóstwo czasu. 

-  Listy urzędowe - stwierdziła pani Sharp. 
Jej kciuk zatrzymał się i powoli przesunął jeszcze raz wzdłuż paczki. 
-  Co my tu mamy? - Rozwiązała różową tasiemkę przytrzymującą paczkę i ostrożnie wyjęła 

trzy listy. - Chrestomanci! - wykrzyknęła. 

I  natychmiast  zakryła  sobie  ręką  usta.  Twarz  jej  poczerwieniała.  Kot  widział  jej  zdumienie, 

przestrach i chciwość, wszystko naraz. 

 

Po co on pisa ł do twojego taty? - powiedziała, jak tylko ochłonęła. 

 

- Zobaczmy - zaproponowała Gwendolina. 

Pani Sharp rozłożyła trzy listy na kuchennym stole. Gwendolina i Kot pochylili się nad nimi. 

Pierwsze, co przyciągnęło uwagę Kota, to energiczny podpis na wszystkich trzech: 

 

Chrestomanci

Chrestomanci

Chrestomanci

Chrestomanci 

  

 

 

Dwa  listy  skreślone  były  tym  samym  energicznym  charakterem  pisma.  Pierwszy  nosił  datę 

sprzed dwunastu lat, wkrótce po ślubie rodziców Kota. 

Drogi Franku! 
Nie wsiadaj na wysokiego konia. Zaproponowałem tylko dlatego, 

ż

e my

ś

lałem, 

ż

e to pomo

ż

e. 

Nadal chc

ę

 pomóc wszelkimi sposobami, je

ś

li tylko mi powiesz, co mog

ę

 zrobi

ć

. Czuj

ę

ż

e mam u 

Ciebie dług.

 

Zawsze Twój Chrestomanci

 

Następny list był krótszy: 

Drogi Chant! 
I nawzajem. Id

ź

 do diabła.

 

Chrestomanci 

Trzeci list nosił datę sprzed sześciu lat i napisał go ktoś inny. Chrestomanci tylko się podpisał. 

Szanowny Panie! 
Ostrze

ż

ono  Pana  sze

ść

  lat  temu, 

ż

e  co

ś

  takiego  mo

ż

e  si

ę

  zdarzy

ć

,  a  Pan  zaznaczył 

wyra

ź

nie, 

ż

e nie 

ż

yczy sobie 

ż

adnej pomocy z tej strony. Nie interesuj

ą

 nas Pana kłopoty. To nie 

jest instytucja charytatywna.

 

Chrestomanci 

-  Co twój tata mu odpowiedział? - zastanawiała się pani Sharp, zaciekawiona i przejęta. - Jak 

myślisz, skarbie? 

Gwendolina trzymała ręce rozpostarte nad Ustami, całkiem jakby grzała się nad ogniem. Małe 

palce obu jej dłoni drgały. 

-  Nie wiem. Wydają się ważne... zwłaszcza pierwszy i ostatni... okropnie ważne. 
-  Kto to jest Chrestomanci? - zapytał Kot.  Z trudem wymówił to nazwisko; każdą część po 

kolei,  próbując  sobie  przypomnieć,  jak  to  powiedziała  pani  Sharp:  Kres-to-man-czi.  -  Czy  dobrze 
mówię? 

-  Tak, dobrze... I nie musisz wiedzieć, kto to jest, kochanie -odparła pani Sharp. - A „ważny" 

to za słabe słowo, skarbie. Szkoda, że nie wiesz, co odpowiedział twój tata, Gwendolino. Coś, na co 
niewielu  ludzi  by  się  odważyło,  sądząc  po  tonie  listu.  I  patrz,  co  dostał  w  odpowiedzi!  Trzy 
oryginalne podpisy! Pan Nostrum oddałby za nie prawą rękę, skarbie. Och, ale masz szczęście! Za 
te trzy będzie cię uczył! Każdy nekromanta w kraju zgodziłby się na to. 

Zadowolona pani Sharp zaczęła wkładać rzeczy z powrotem do pudła.

  

 

 

-  Co my tu mamy? 

Z pliku urzędowych listów wypadła mała czerwona książeczka zapałek. Pani Sharp podniosła 

ją  ostrożnie  i  otworzyła  z  równą  ostrożnością.  W  środku  była  mniej  niż  połowa  wiotkich 
kartonowych zapałek. Trzy były wypalone, chociaż nie wyrwano ich z książeczki; jedna tak mocno, 

background image

 

ż

e Kot przypuszczał, iż dwie pozostałe zajęły się od niej. 

-    Hm  -  mruknęła  pani  Sharp.  -  Lepiej  to  zatrzymaj,  skarbie.  Podała  czerwoną  książeczkę 
Gwendolinie, która włożyła zapałki do kieszeni sukienki razem z kolczykami. 

-  A ty chcesz to, kochanie? - zwróciła się pani Sharp do Kota, przypomniawszy sobie o nim. 
Podała mu gałązkę białego wrzosu. Kot nosił ją w butonierce, dopóki nie rozpadła się w pył. 
Mieszkając  z  panią  Sharp,  Gwendolina  jakby  się  rozrastała.  Włosy  jej  mocniej  błyszczały 

złotem,  oczy  lśniły  głębszym  błękitem,  z  całego  zachowania  przebijało  zadowolenie  i  pewność 
siebie. Może Kot trochę się skurczył, żeby zrobić dla niej miejsce... sam nie wiedział. Chociaż nie 
czuł  się  nieszczęśliwy.  Pani  Sharp  odnosiła  się  do  niego  równie  miło,  jak  do  Gwendoliny.  Radni 
miejscy z żonami wpadali kilka razy w tygodniu i w salonie poklepywali go po głowie. Posłali jego 
i Gwendolinę do najlepszej szkoły w Wolvercote. 

Kot był tam szczęśliwy. Jedno mu tylko przeszkadzało: był leworęczny i nauczyciele zawsze 

go karali, gdy przyłapali go na pisaniu lewą ręką. Ale robili tak we wszystkich szkołach, do których 
uczęszczał,  więc  już  się  przyzwyczaił.  Miał  wielu  przyjaciół,  mimo  tego  w  głębi  serca  czuł  się 
samotny i zagubiony. Więc trzymał się siostry, ponieważ nie miał żadnych innych krewnych. 

Gwendolina  często  okazywała  mu  zniecierpliwienie,  chociaż  zwykle  była  zbyt  zajęta  i 

szczęśliwa, żeby naprawdę się złościć. 

-  Zostaw mnie w spokoju, Kot - mawiała. - Bo zobaczysz! Potem pakowała podręczniki do 

teczki na nuty i wychodziła 

w pośpiechu na lekcję do pana Nostruma. 
Pan Nostrum z radością uczył Gwendolinę w zamian za listy. Pani Sharp dawała mu jeden za 

każdy semestr, zaczynając od ostatniego. 

-  Nie wszystkie naraz, żeby nie zrobił się chciwy - oświadczyła. - A najlepszy damy mu na 

koniec. 

Gwendolina  robiła  ogromne  postępy.  Była  tak  obiecującą  czarownicą,  że  nawet  nie  musiała 

zdawać  egzaminu  do  pierwszej  klasy  magii  i  przeskoczyła  od  razu  do  drugiej.  Przerobiła  trzecią  i 
czwartą  klasę  jednocześnie  zaraz  po  Gwiazdce,  a  następnego  lata  rozpoczęła  kurs  magii 
zaawansowanej.  Pan  Nostrum  uważał  ją  za  ulubioną  uczennicę  -  tak  powiedział  pani  Sharp  nad 
murem dzielącym ich domy - a Gwendolina zawsze wracała z lekcji zadowolona i rozpromieniona. 
Chodziła  do  pana  Nostruma  dwa  razy  w  tygodniu,  z  magiczną  teczką  pod  pachą,  jak  wiele  osób 
chodzi  na  lekcje  muzyki.  Zresztą  właśnie  lekcje  muzyki  wpisała  pani  Sharp  do  rozkładu  zajęć 
Gwendoliny  w  rachunkach,  które  prowadziła  dla  Rady  Miejskiej.  Ponieważ  pan  Nostrum  nie 
dostawał żadnej zapłaty oprócz listów, Kot uważał to za trochę nieuczciwe ze strony pani Sharp. 

-  Muszę sobie odłożyć coś na starość - oznajmiła mu gniewnie pani Sharp. - Sama nie dostaję 

dużo na wasze utrzymanie, prawda? I nie mogę liczyć, że twoja siostra nie zapomni o mnie, kiedy 
dorośnie i zdobędzie sławę. O nie, mój kochany, nie mam żadnych złudzeń co do tego! 

Kot  wiedział,  że  pani  Sharp  prawdopodobnie  ma  rację.  Trochę  jej  żałował,  bo  rzeczywiście 

dobrze ich traktowała, a do tej pory zdążył się zorientować, że sama nie jest zbyt dobrą czarownicą. 
Szyld  z  napisem  DYPLOMOWANA  CZAROWNICA,  wiszący  w  oknie  jej  salonu,  oznaczał 
najniższe  kwalifikacje.  Ludzie  przychodzili  do  pani  Sharp  po  czary  tylko  wtedy,  kiedy  nie  mogli 
sobie pozwolić na trzy akredytowane czarownice mieszkające dalej przy tej samej ulicy. Pani Sharp 
dorabiała sobie, pracując jako pośredniczka dla pana  Larkinsa ze sklepu ze starzyzną. Dostarczała 
mu  towary  egzotyczne  -  czyli  co  dziwniejsze  ingrediencje  potrzebne  do  czarów  -  aż  z  Londynu. 
Bardzo pyszniła się swoimi londyńskimi kontaktami. 

-  O tak - mówiła często do Gwendoliny - mam swoje kontakty. Znam osoby, które w każdej 

chwili  mogą  mi  dostarczyć  funt  smoczej  krwi,  chociaż  jest  nielegalna.  Ze  mną  niczego  ci  nie 
zabraknie. 

Być może, chociaż nie miała żadnych złudzeń co do Gwendoliny, w gruncie rzeczy liczyła, że 

kiedyś  zostanie  jej  agentką.  Kot  w  każdym  razie  tak  podejrzewał.  I  współczuł  pani  Sharp.  Był 
pewien, że Gwendolina  odrzuci ją jak stary płaszcz, kiedy zdobędzie sławę - nie wątpił, podobnie 

background image

 

jak pani Sharp, że Gwendolina zostanie sławną czarownicą. Więc powiedział: 

-  Ja będę się panią opiekował. 
Nie  palił  się  do  tego,  ale  czuł,  że  powinien  tak  powiedzieć.  Pani  Sharp  okazała  gorącą 

wdzięczność. W nagrodę załatwiła dla Kota prawdziwe lekcje muzyki. 

-  W ten sposób burmistrz nie będzie miał powodów do narzekania - stwierdziła. Lubiła upiec 

dwie pieczenie przy jednym ogniu. 

Kot  zaczął  się  uczyć  gry  na  skrzypcach.  Uważał,  że  robi  postępy.  Pilnie  ćwiczył.  Nie 

rozumiał,  dlaczego  nowi  lokatorzy  z  góry  zawsze  walili  w  podłogę,  kiedy  zaczynał  grać.  Pani 
Sharp, sama pozbawiona słuchu, uśmiechała się i kiwała głową, kiedy grał, i zachęcała go z całego 
serca. 

Kot  ćwiczył  pewnego  wieczoru,  gdy  Gwendolina  wpadła  do  pokoju  i  wywrzeszczała  mu 

zaklęcie prosto w twarz. Kot odkrył z przerażeniem, że zamiast skrzypiec trzyma za ogon wielkiego 
pręgowanego kota. Wetknął sobie jego łepek pod brodę i piłował smyczkiem koci grzbiet. Puścił go 
czym prędzej, ale kot i tak zdążył go ugryźć w szyję i boleśnie podrapać. 

-  Dlaczego to zrobiłaś? - zapytał. Kot stał w progu i wściekle prychał. 
-    Bo  to  właśnie  tak  brzmiało!  -  zawołała  Gwendolina.  -  Nie  mogłam  wytrzymać  ani  chwili 

dłużej. Kici, kici! 

Kot  nie  lubił  również  Gwendoliny.  Podrapał  ją  w  rękę.  Gwendolina  dała  mu  klapsa.  Kocur 

uciekł, a Kot popędził za nim, krzycząc: 

-  Stój! To moje skrzypce! Łapać go! 
Ale kot umknął i taki był koniec lekcji muzyki. 
Ten  pokaz  talentu  Gwendoliny  zrobił  wielkie  wrażenie  na  pani  Sharp.  Wdrapała  się  na 

krzesło  na  podwórzu  i  opowiedziała  o  tym  panu  Nostrumowi  ponad  murem.  Stamtąd  historia 
dotarła do każdej czarownicy i każdego nekromanty w sąsiedztwie. 

W okolicy mieszkało mnóstwo czarownic. Ludzie tej samej profesji lubią trzymać się razem. 

Gdyby  Kot  wyszedł  z  domu  pani  Sharp  i  ruszył  w  prawo  ulicą  Sabatu,  oprócz  trzech 
AKREDYTOWANYCH  CZAROWNIC  minąłby  dwóch  SPECJALISTÓW  NEKROMANCJI, 
WRÓŻ-BIARKĘ, RÓŻDŻKARZA oraz POMOCNEGO CZAROWNIKA. Gdyby 

skręcił  w  lewo,  minąłby  KURSY  NEKROMANCJI, 

PRZEPOWIADANIE 

PRZYSZŁOŚCI, 

CZARYNAKAZDĄOKAZJĘ,  JASNOWIDZA  ijako  ostatni  sklep  pana  Larkinsa.  Powietrze  na 
całej ulicy i na kilku sąsiednich przecznicach dookoła było ciężkie od zapachu magii. 

Wszyscy ci ludzie interesowali się po przyjacielsku Gwendoli-ną. Historia z kotem ogromnie 

im  zaimponowała.  Zwierzak  został  ich  ulubieńcem  -  naturalnie  nazwali  go  Skrzypek.  Chociaż 
pozostał dziki, złośliwy i podstępny, nigdy nie zabrakło mu jedzenia. Jeszcze bardziej rozpieszczali 
Gwendolinę. Pan Larkins dawał jej prezenty. Pomocny Czarownik, muskularny młody mężczyzna, 
zawsze nieogolony, wyskakiwał z domu, ilekroć zobaczył przechodzącą Gwendolinę, i częstował ją 
cukierkami. Różne czarownice wciąż wyszukiwały dla niej proste zaklęcia. 

Gwendolina miała te zaklęcia w wielkiej pogardzie. 
-    Mysią,  że  jestem  dzieckiem  czy  co?  Już  dawno  wyrosłam  z  takich  rzeczy!  -  mawiała, 

rzucając najnowsze zaklęcie w kąt. 

Pani  Sharp,  która  cieszyła  się  z  każdej  pomocy  w  czarach,  zwykle  starannie  podnosiła  je  i 

chowała. Lecz raz czy dwa Kot znalazł wybrakowane zaklęcie walające się po podłodze. Wtedy nie 
mógł  się  powstrzymać^  żeby  go  nie  wypróbować.  Żałował,  że  nie  ma  chociaż  odrobiny  talentu 
siostry.  Zawsze  miał  nadzieję,  że  po  prostu  powoli  się  rozwija  i  że  pewnego  dnia  jego  zaklęcie 
podziała.  Ale  nigdy  nie  działało  -  nawet  to  do  zamieniania  mosiężnych  guzików  w  złoto,  jego 
ulubione. 

Rozmaici  specjaliści  od  przepowiadania  przyszłości  również  wręczali  Gwendohnie  podarki. 

Dostała  starą  kryształową  kulę  od  różdżkarza  i  talię  kart  od  wróżki.  Jasnowidz  przepowiedział  jej 
przyszłość. Gwendolina wróciła od niego rozpromieniona. 

-  Będę sławna! Powiedział, że mogę rządzić światem, jeśli odpowiednio się do tego zabiorę! 

background image

 

Poinformowała  Kota.  Chociaż  Kot  nie  wątpił,  że  Gwendolina  będzie  sławna,  nie  rozumiał,  w  jaki 
sposób może rządzić całym światem. 

-  Możesz rządzić tylko jednym krajem, nawet jeśli poślubisz króla - oświadczył. - A książę 

Walii ożenił się w zeszłym roku. 

-  Są jeszcze inne sposoby rządzenia, głupku! - odparła. - Pan Nostrum ma dla mnie mnóstwo 

pomysłów na początek. Ale są też haczyki, więc trzeba uważać. Muszę pokonać zmianę na gorsze i 
dominującego Mrocznego Nieznajomego. Ale kiedy mi powiedział, że będę rządzić światem, palce 
mi drgnęły, więc wiem, że to prawda! 

Promienna pewność siebie Gwendoliny wydawała się bezgraniczna. 
Następnego  dnia  panna  Larkins,  Jasnowidząca,  zawołała  Kota  do  swojego  domu  i 

zaproponowała, że jemu też przepowie przyszłość. 

background image

 

ROZDZIA Ł 2 

Kot  bał  się  panny  Larkins.  Była  córką  pana  Larkinsa  ze  sklepu  ze  starzyzną. 

Młoda,  ładna  i  płomiennie  rudowłosa.  Czesała  się  w  kok,  z  którego  wymykały  się 
rude  kosmyki  i  twarzowo  wiły  się  wokół  kolczyków,  wielkich  jak  kółka  dla  papug. 
Panna  Larkins  była  bardzo  zdolną  wróżką  i  dopóki  wszyscy  nie  dowiedzieli  się  o 
historii  z  kotem,  to  ona  była  ulubienicą  całego  sąsiedztwa.  Kot  pamiętał,  że  nawet 
jego  mama  dawała  pannie  Larkins  prezenty.  Wiedział,  że  wróżka  chce  mu 
przepowiedzieć przyszłość tylko z zazdrości o Gwendolinę. 

-    Nie,  nie,  dziękuję  bardzo  -  odparł,  odsuwając  się  od  stolika  zastawionego 

przyborami do wróżenia. - Nie trzeba. 

Ale  panna  Larkins  doskoczyła  do  niego  i  chwyciła  go  za  ramiona.  Kot  zaczął 

się wyrywać. Panna Larkins używała pachnidła, które wrzeszczało do niego: FIOŁKI! 
Jej kolczyki kołysały się jak kajdanki, a gorset trzeszczał przy każdym ruchu. 

-    Głuptasie!  -  powiedziała  głębokim,  melodyjnym  głosem.  -Nie  zrobię  ci 

krzywdy. Po prostu chcę wiedzieć. 

 

Ale... aleja nie chc ę - zaprotestował Kot, wykręcając się na wszystkie strony. 

 

-    Stój  spokojnie!  -  rozkazała  panna  Larkins  i  próbowała  mu  zajrzeć  głęboko  w 
oczy. 

Kot  czym  prędzej  zacisnął  powieki.  Wyrywał  się  coraz  mocniej.  Może  by  się 

uwolnił,  gdyby  panna  Larkins  nie  wpadła  nagle  w  jakiś'  trans.  Kot  został 
unieruchomiony  z  siłą,  która  zdziwiłaby  go  nawet  u  Pomocnego  Czarownika. 
Otworzył oczy i zobaczył, że panna Larkins wpatruje się w niego pustym wzrokiem. 
Drżała na całym ciele, jej gorset skrzypiał jak stare drzwi kołyszące się na wietrze. 

-  Puść mnie, proszę! - zawołał Kot. 
Jakby  nie  słyszała.  Kot  chwycił  palce  ściskające  jego  ramię  i  próbował  je 

odgiąć.  Ani  drgnęły.  Potem  mógł  tylko  patrzeć  bezradnie  na  pozbawioną  wyrazu 
twarz wróżki. 

Wreszcie panna Larkins zaczęła mówić. Z jej ust wydobywał się zupełnie inny 

głos - głos mężczyzny, uprzejmy i energiczny. 

-  Zdjąłeś mi ciężar z głowy, chłopcze - powiedział z wyraźnym zadowoleniem. 

-  Teraz  nadejdzie  dla  ciebie  wielka  zmiana.  Ale  byłeś  strasznie  nieostrożny...  cztery 
już zużyte, zostało tylko pięć. Musisz bardziej uważać. Grozi ci niebezpieczeństwo co 
najmniej z dwóch stron, wiedziałeś? 

Głos umilkł. Kot był już taki wystraszony, że nie śmiał się poruszyć. Czekał w 

milczeniu,  aż  panna  Larkins  doszła  do  siebie,  ziewnęła  i  puściła  go,  żeby  elegancko 
zakryć usta jedną ręką. 

-  No - powiedziała swoim zwykłym głosem. - To tyle. Co mówiłam? 
Kota  aż  ciarki  przeszły,  kiedy  zrozumiał,  że  panna  Larkins  nie  ma  pojęcia,  co 

przed chwilą powiedziała. Chciał tylko uciec jak najdalej od niej. Rzucił się do drzwi. 

Panna Larkins dogoniła go, ponownie chwyciła za ramię i potrząsnęła. 
-  Powiedz mi! Powiedz! Co mówiłam? 
Potrząsała  nim  tak  gwałtownie,  że  rude  włosy  rozsypały  jej  się  i  opadły  w 

strąkach na ramiona. Gorset trzeszczał jak pękające deski. Wyglądała przerażająco. 

-  Jakiego g łosu używałam? - zapytała. 
-  Mę... męskiego - zająknął się Kot. - Nawet miły głos i mówił do rzeczy. 
Panna Larkins wydawała się zaskoczona. 
-  Mężczyzna? Nie Bobby ani Doddo... nie głos dziecka? 
-  Nie - zaprzeczył Kot. 
-  Jakie to dziwne! - wykrzyknęła panna  Larkins. - Nigdy  nie używałam  głosu 

mężczyzny. Co on powiedział? 

background image

 

Kot  powtórzył  wiadomość.  Wiedział,  że  nigdy  jej  nie  zapomni,  choćby  dożył 

dziewięćdziesiątki. 

Trochę go pocieszyło, że panna Larkins wydawała się równie zbita z tropu, jak 

on. 

-    No,  to  chyba  było  ostrzeżenie  r-  stwierdziła  niepewnie.  Wydawała  się 

również rozczarowana. -1 nic więcej? Nic o twojej siostrze? 

-  Nie, nic - zapewnił Kot. 
-    Trudno  -  westchnęła  panna  Larkins  z  niezadowoleniem  i  puściła  Kota,  żeby 

poprawić rozsypane włosy. 

Gdy tylko obie ręce miała bezpiecznie zajęte upinaniem koka, Kot rzucił się do 

ucieczki. Wybiegł na ulicę, wstrząśnięty do głębi. 

I  niemal  natychmiast  został  ponownie  schwytany,  tym  razem  przez  dwóch 

ludzi. 

-    Ach,  oto  i  npłody  Eryk  Chant  -  oświadczył  nadchodzący  chodnikiem  pan 

Nostrum. - Znasz mojego brata Williama, prawda, młody Kocie? 

Ramię Kota znowu znalazło się w uścisku. Próbował się uśmiechnąć. Owszem, 

lubił  pana  Nostruma.  Tylko  że  pan  Nostrum  zawsze  wyrażał  się  w  taki  żartobliwy 
sposób i nazywał go młodym Chan-tem, co bardzo utrudniało rozmowę. Pan Nostrum 
był mały i pulchny, miał dwie kępki siwiejących włosów i zeza w lewym oku, które 
zawsze  patrzyło  w  bok.  Dla  Kota  stanowiło  to  dodatkową  trudność  w  rozmowie. 
Nigdy  nie  wiedział,  czy  czarodziej  patrzy  i  słucha,  czy  wędruje  myślami  gdzie 
indziej. 

-  Tak, pozna łem pańskiego brata - przypomniał Kot panu No-strumowi. 
Pan William Nostrum regularnie odwiedzał krewniaka. Kot widywał go prawie 

co  miesiąc.  William  był  całkiem  zamożnym  czarodziejem  z  praktyką  w  Eastbourae. 
Pani  Sharp  twierdziła,  że  pan  Henry  Nostrum  naciągał  młodszego  brata  zarówno  na 
pieniądze, jak na działające zaklęcia. 

Tak czy owak Kot przekonał się, że z panem Williamem No-strumem rozmawia 

mu  się  jeszcze  trudniej  niż  z  jego  bratem.  William  był  półtora  raza  większy  od 
Henry'ego,  zawsze  nosił  wizytowy  strój,  a  na  kamizelce  opinającej  wydatny  brzuch 
wisiał mu gruby  srebrny łańcuszek od zegarka. Pod innymi względami wyglądał jak 
brat,  tyle  że  zezował  na  oba  oczy.  Kot  zawsze  się  zastanawiał,  czy  pan  Wiłliam 
cokolwiek widzi. 

-  Jak się pan miewa? - zapytał grzecznie. 
-    Bardzo  dobrze  -  odrzekł  pan  William  głębokim,  ponurym  głosem,  jakby 

chciał powiedzieć coś wręcz przeciwnego. 

Pan Henry Nostrum zerknął na niego ze skruchą. 
-    Prawdę  mówiąc,  młody  Chancie  -  wyjaśnił  -  spotkało  nas  drobne 

niepowodzenie.  Mój  brat  jest  zirytowany.  -  Zniżył  głos  i  omiótł  swoim  wędrującym 
okiem  całą  przestrzeń  na  prawo  od  Kota.  -  Chodzi  o  te  listy  od...  Sam  Wiesz  Kogo. 
Niczego  nie  możemy  się  dowiedzieć.  Zdaje  się,  że  Gwendolina  nic  nie  wie.  Czy  ty, 
młody  Chancie,  wiesz  może,  dlaczego  twój  szanowny  i  nieodżałowany  ojciec 
utrzymywał znajomość z... nazwijmy go Dostojną Osobistością? 

-  Niestety, nie mam zielonego pojęcia - bąknął Kot. 
-    Czy  mogli  być  spokrewnieni?  -  podsunął  pan  Henry  Nostrum.  -  Chant  to 

dobre nazwisko. 

-  Myślę, że również złe nazwisko - odparł Kot. - Nie mamy żadnych krewnych. 

-    A  co  z  twoją  drogą  matką?  -  nalegał  pan  Nostrum,  błądząc  w  oddali 

zezowatym  okiem,  podczas  gdy  jego  brat  jakimś  cudem  jednocześnie  wpatrywał  się 

background image

 

ponuro w chodnik i szczyty dachów. 

-  Widzisz,  że biedny chłopiec nic nie wie, Henry - odezwał się pan William. - 

Wątpię, czy potrafi wymienić nazwisko panieńskie swojej matki. 

-    Och,  znam  je  -  zapewnił  Kot.  -  Jest  na  ich  akcie  małżeństwa.  Ona  też 

nazywała się Chant. 

-  Dziwne - stwierdził pan Nostrum, obracając oko na brata. 
-  Dziwne i nieszczególnie pomocne - zgodził się pan William. 
Kot  pragnął  się  od  nich  uwolnić.  Czuł,  że  tych  dziwacznych  pytań  wystarczy 

mu do końca roku. 

-  Skoro tak bardzo chcecie wiedzieć - zaczął - czemu nie napiszecie do pana... 

eee... Chres... 

-  Ciii! - rzucił gwałtownie pan Henry Nostrum. 
-  Sza! - dodał jego brat z niemal równą gwałtownością. 
-    To  znaczy  do  Dostojnej  Osobistości  -  dokończył  Kot  z  niepokojem.  Oczy 

pana Williama rozbiegły się na boki. Kot obawiał się, że pan William zaraz wpadnie 
w trans jak panna Larkins. 

-  Nie zaszkodzi, Henry, nie zaszkodzi! - wykrzyknął pan William. Z triumfalną 

miną sięgnął po srebrny łańcuszek na brzuchu i potrząsnął nim. - Potem po srebro! - 
dodał. 

-  Bardzo się cieszę - powiedział uprzejmie Kot. - Teraz już muszę iść. 
Pobiegł ulicą ile sił w nogach. Tego popołudnia, kiedy wyszedł z domu, skręcił 

na  prawo  i  wybrał  przecznicę  obok  domu  Pomocnego  Czarownika.  Musiał  nadłożyć 
sporo  drogi,  ponieważ  większość  jego  przyjaciół  mieszkała  w  innym  kierunku,  ale 
wszystko  było  lepsze  niż  ponowne  spotkanie  z  panną  Larkins  albo  Nostru-mami. 
Chyba już by wolał, żeby szkoła wreszcie się zaczęła. 

Kiedy  wieczorem  przyszedł  do  domu,  Gwendolina  właśnie  wróciła  z  lekcji  u 

pana  Nostruma.  Jak  zwykle  była  ożywiona  i  rozpromieniona,  ale  jednocześnie 
tajemnicza i zadowolona z siebie. 

-    Mia  łeś  dobry  pomysł,  żeby  napisać  do  Chrestomanciego  -powiedziała  do 

Kota.  -  Nie  wiem,  dlaczego  sama  na  to  nie  wpadłam.  W  każdym  razie  właśnie 
napisałam. 

-  Dlaczego ty? Pan Nostrum nie mógł? - zdziwił się Kot. 
-    Nie,  lepiej  ja,  to  wyjdzie  bardziej  naturalnie  -  wyjaśniła  Gwendolina.  -  I 

pewnie mój podpis ma mniejsze znaczenie. Pan Nostrum podyktował mi, co napisać. 

-  A dlaczego on w ogóle chce coś o tym wiedzieć? - zapytał Kot. 
-  A ty byś nie chciał? - zawołała Gwendolina z uniesieniem. 
-    Nie  -  odparł  Kot.  -  Nie  chciałbym.  -  Ponieważ  to  mu  przypomniało 

wydarzenia  z  dzisiejszego  poranka,  po  którym  prawie  żałował,  że  semestr  jesienny 
jeszcze się nie rozpoczął, dodał: -Szkoda, że kasztany jeszcze nie dojrzały. 

-    Kasztany!  -  wykrzyknęła  Gwendołina  z  niesmakiem.  -  Jaki  ty  jesteś 

przyziemny! Dojrzeją dopiero za jakieś sześć tygodni. 

-    Wiem  -  mruknął  Kot  i  przez  następne  dni  przezornie  skręcał  w  prawo  za 

każdym razem, kiedy wychodził z domu. 

Były  to  piękne  złociste  dni,  jakie  zdarzają  się  pod  koniec  sierpnia.  Kot  z 

przyjaciółmi  chodził  nad  rzekę.  Drugiego  dnia  znaleźli  mur  i  wleźli  na  niego.  Po 
drugiej  stronie  zobaczyli  sad  i  szczęście  im  dopisało,  bo  odkryli  drzewo  obsypane 
słodkimi białymi jabłkami - z gatunku, który wcześnie dojrzewa. Napełnili kieszenie i 
czapki.  Potem  rozwścieczony  ogrodnik  gonił  ich  z  grabiami.  Uciekli.  Kot  radośnie 
dźwigał  do  domu  ciężką,  wyładowaną  czapkę.  Pani  Sharp  uwielbiała  jabłka.  Miał 
tylko  nadzieję,  że  w  nagrodę  nie  upiecze  mu  piernikowych  ludzików.  Zwykle 

background image

 

piernikowe ludziki były zabawne. Zeskakiwały z talerza i uciekały, kiedy chciałeś je 
zjeść,  więc  gdy  wreszcie  je  złapałeś,  czułeś,  że  zasługują  na  zjedzenie.  Walka  była 
uczciwa i niektórych nie dało się złapać. Ale piernikowe ludziki pani Sharp nigdy tak 
nie  robiły.  Leżały  tylko  i  słabo  machały  ramionami,  więc  Kot  nie  miał  serca  ich 
zjadać. 

Rozmyślania  te  tak  pochłonęły  Kota,  że  chociaż  zobaczył  powóz  stojący  na 

drodze, kiedy skręcił na rogu obok domu Pomocne- 

go  Czarownika,  nie  zwr  ócił  na  niego  uwagi.  Wszedł  bocznym  wejściem  i 

wpadł do kuchni, wołając: 

-  Pani Sharp! Gwendolino! Patrzcie, co mam! 
Pani  Sharp  nie  było.  Zamiast  niej  na  środku  kuchni  stał  wysoki  i  bardzo 

niezwykle ubrany mężczyzna. 

Kot  wytrzeszczył  na  niego  oczy  z  podziwem.  Widocznie  był  to  nowy  bogaty 

radny miejski. Nikt inny oprócz tych ludzi nie nosił spodni w takie perłowe paski ani 
surdutów  z  tak  kosztownego  aksamitu,  ani  cylindrów  lśniących  równie  pięknie,  jak 
buty.  Mężczyzna  miał  ciemne  włosy,  gładkie  i  lśniące  jak  jego  cylinder.  Kot  nie 
wątpił, że oto zjawił się Mroczny Nieznajomy, żeby pomóc Gwen-dolinie w zdobyciu 
władzy  nad  światem.  Ale  nie  powinien  stać  w  kuchni.  Gości  zawsze  prowadzono 
prosto do salonu. 

-    Och,  witam  pana.  Pozwoli  pan  tędy?  -  wysapał.  Mroczny  Nieznajomy 

zmierzył go badawczym wzrokiem. Nic 

dziwnego,  pomyślał  Kot,  rozglądając  się  z  roztargnieniem.  Wkuchni  panował 

zwykły bałagan. Na palenisku piętrzył się popiół. Na stołe Kot zobaczył, ku swojemu 
wielkiemu zdumieniu, przygotowania do wypieku piernikowych ludzików. Składniki 
zaklęcia  piętrzyły  się  na  końcu  stołu  -  nieporządne  gazetowe  paczuszki  i  brudne 
słoiczki  -  a  na  środku  leżało  rozwałkowane  ciasto  piernikowe.  Na  drugim  końcu 
muchy  gromadziły  się  wokół  mięsa  na  obiad,  które  wyglądało  prawie  rójwnie 
niechlujnie, jak zaklęcie. 

-    Kim  jesteś?  -  zapytał  Mroczny  Nieznajomy.  -  Mam  przeczucie,  że 

powinienem cię znać. Co masz w czapce? 

Kot był zbyt zajęty rozglądaniem się po kuchni, by słuchać z uwagą, ale dotarło 

do niego ostatnie pytanie. Zadowolenie powróciło. 

-    Jabłka  -  oznajmił,  pokazując  je  nieznajomemu.  -  Pyszne  słodkie  jabłka. 

Zwędziłem je. 

Nieznajomy spoważniał. 
-  Zwędzić - powiedział - to znaczy ukraść. 
Kot  sam  dobrze  o  tym  wiedział.  Pomyślał,  że  to  strasznie  ponury  punkt 

widzenia, nawet jak na miejskiego radnego. 

-    Wiem.  Ale  za  łożę  się,  że  w  moim  wieku  robił  pan  to  samo.  Nieznajomy 

odkaszlnął lekko i zmienił temat. 

-  Nie powiedziałeś, kim jesteś. 
-  Przepraszam. Nie powiedziałem? - zdziwił się Kot. - Jestem Eryk Chant... ale 

wszyscy mówią na mnie Kot. 

-    Więc  Gwendolina  Chant  jest  twoją  siostrą?  -  upewnił  się  nieznajomy. 

Wyglądał  coraz  bardziej  surowo  i  smutno.  Kot  podejrzewał,  że  obcy  uważa  kuchnię 
pani Sharp za siedlisko występku. 

-    Zgadza  się.  Zechce  pan  przejść  do  salonu?  -  zaproponował  Kot.  -  Tam  jest 

czyściej. 

-    Dostałem  list  od  twojej  siostry  -  oznajmił  nieznajomy,  nie  ruszając  się  z 

miejsca. - Dała mi do zrozumienia, że utonąłeś razem z rodzicami. 

background image

 

-  Widocznie źle pan zrozumiał - odparł Kot z roztargnieniem. - Nie utonąłem, 

bo trzymałem się Gwendoliny, a ona jest czarownicą. Tam jest lepiej posprzątane. 

-    Aha  -  powiedział  nieznajomy.  -  Nawiasem  mówiąc,  nazywam  się 

Chrestomanci. 

-    Och!  -jęknął  Kot.  To  ci  dopiero,  pomyślał.  Położył  czapkę  z  jabłkami  w 

samym środku zaklęcia, licząc, że je zepsuje. - Więc musi pan natychmiast przejść do 
salonu. 

-  Dlaczego? - zdziwił się Chrestomanci. 
-  Ponieważ - odparł Kot, całkowicie wyprowadzony z równowagi -jest pan zbyt 

ważny, żeby tutaj zostać. 

-  Dlaczego uważasz, że jestem ważny? - zapytał Chrestomanci, coraz bardziej 

zdziwiony. 

Kot miał ochotę nim potrząsnąć. 
-    Pan  musi  być  ważny.  Nosi  pan  ważne  ubranie.  I  pani  Sharp  mówiła  tak  o 

panu. Mówiła, że pan Nostrum dałby sobie uciąć rękę tylko za te trzy listy. 

-    Pan  Nostrum  naprawdę  dał  sobie  uciąć  rękę  za  moje  listy?  -zaniepokoił  się 

Chrestomanci. - Chyba nie były tyle warte. 

-  Nie. On tylko dawał lekcje Gwendolinie - wyjaśnił Kot. 
-  Co? Zamiast r ęki? Jakie to niestosowne! - ocenił Chrestomanci. 
Na  szczęście  właśnie  wtedy  rozległo  się  tupanie  i  Gwendolina  wpadła  przez 

kuchenne drzwi, zdyszana, złocista i rozradowana. 

-  Pan Chrestomanci? 
-  Wystarczy samo Chrestomanci - odpowiedział nieznajomy. - Tak. A ty jesteś 

Gwendolina? 

-    Tak.  Pan  Nostrum  powiedział  mi,  że  przed  domem  stoi  powóz  -  wysapała 

Gwendolina. 

Zaraz  za  nią  weszła  pani  Sharp,  niemal  równie  zdyszana.  We  dwie 

poprowadziły  rozmowę,  za  co  Kot  był  bardzo  wdzięczny.  Chrestomanci  wreszcie 
pozwolił  się  zaciągnąć  do  salonu,  gdzie  pani  Sharp  uprzejmie  poczęstowała  go 
filiżanką  herbaty  i  słabo  machającymi  ramionami  piernikowymi  ludzikami. 
Chrestomanci  również  nie  miał  serca  ich  zjeść,  jak  zauważył  Kot.  Wypił  filiżankę 
herbaty - spartańskiej, bez mleka i cukru - i wypytywał, jak doszło do tego, że Kot i 
Gwendolina  zamieszkali  u  pani  Sharp.  Pani  Sharp  próbowała  sprawiać  wrażenie,  że 
opiekuje się dziećmi za darmo, z dobroci serca. Liczyła, że Chrestomanci poczuje się 
zobowiązany do płacenia za ich utrzymanie, podobnie jak Rada Miejska. 

Gwendolina jednak była radośnie prawdomówna. 
-  Miasto płaci-oznajmiła-ponieważ wszyscy tak nam współczują.

               

Kot  był  zadowolony,  że  to  wyjaśniła,  chociaż  podejrzewał,  że  już  zaczęła 

odrzucać panią Sharp jak stary płaszcz. 

-  W takim razie muszę porozmawiać z burmistrzem - oświadczył Chrestomanci 

i wstał, otrzepując elegancki cylinder o rękaw wytwornego ubrania. 

Pani  Sharp  westchnęła  i  oklapła.  Ona  również  zdawała  sobie  sprawę,  co  robi 

Gwendolina. 

-    Proszę  się  nie  martwić,  pani  Sharp  -  pocieszył  ją  Chrestomanci.  -  Nikt  nie 

chce pani krzywdy. 

Potem uścisnął ręce Gwendoliny i Kota i powiedział: 

 

brak 2 stron [28-29] 

background image

 

 
 
ROZDZIAŁ 

Podróż  trwała  około  godziny,  zanim  pociąg  wtoczył  się  z  sapaniem  na  stację 

Bowbridge, gdzie mieli wysiąść. 

-  Strasznie małe to miasteczko - zauważyła krytycznie Gwendołina. 
-   Bowbridge! - krzyknął bagażowy, biegnąc po  peronie. - Bowbridge!  Młodzi 

Chantowie, proszę wysiadać! 

-  Młodzi Chantowie! - rzuciła pogardliwie Gwendołina. - Nie mogą okazać mi 

więcej szacunku? 

Niemniej  zachowanie  bagażowego  sprawiło  jej  przyjemność.  Kot  widział,  że 

drżała  z  podniecenia,  naciągając  swoje  eleganckie  rękawiczki.  Schował  się  za  nią, 
kiedy  wysiedli  na  wietrzny  peron  i  patrzyli  na  wyładunek  ich  kufrów.  Gwendołina 
podeszła do krzyczącego bagażowego. 

-  To my jesteśmy młodzi Chantowie - oznajmiła dostojnie. 
Nie zrobiła na nim wielkiego wrażenia. Bagażowy tylko kiwnął głową i umknął 

do budynku stacji, gdzie hulały jeszcze większe przeciągi niż na peronie. Gwendołina 
musiała  przytrzymać  ręką  kapelusz.  Podszedł  do  nich  młody  człowiek,  trzepocząc 
połami płaszcza. 

-  To my jeste śmy młodzi Chantowie - powtórzyła Gwendolina. 
-    Gwendolina  i  Eryk?  Miło  mi  was  poznać  -  powiedział  młody  człowiek.  - 

Jestem Michael Saunders. Będę was uczył razem z resztą dzieci. 

-  Z resztą dzieci? - zdziwiła się wyniośle Gwendolina. 
Pan  Saunders  należał  do  osób,  które  nie  potrafią  ustać  spokojnie.  Już  pobiegł 

sprawdzić,  co  z  ich  bagażami.  Gwendolina  była  odrobinkę  zirytowana.  Lecz  kiedy 
pan  Saunders  wrócił  i  wyprowadził  ich  na  dziedziniec  przed  stacją,  zobaczyli 
czekający  samochód  -  długi,  czarny,  lśniący  -  a  wtedy  Gwendolina  zapomniała  o 
swojej irytacji. Uznała ten pojazd za całkowicie stosowny. 

Kot żałował, że nie jechali powozem. Samochód trząsł się, warczał i śmierdział 

benzyną.  Chłopcu  niemal  natychmiast  zrobiło  się  niedobrze.  Poczuł  się  jeszcze 
gorzej,  kiedy  wyjechali  z  Bowbridge  i  pędzili  z  warkotem  po  krętych  wiejskich 
drogach.  Jedyną  zaletę  jazdy  stanowiła  szybkość.  Zaledwie  po  dziesięciu  minutach 
pan Saunders powiedział: 

-  Patrzcie... to jest zamek Chrestomanciego. Stąd macie najlepszy widok. 
Kot  odwrócił  we  wskazanym  kierunku  zbolałą  twarz,  a  Gwendolina  świeżą 

buzię.  Na  wzgórzu  naprzeciwko  wznosił  się  szary  zamek  z  wieżyczkami.  Droga 
zakręciła  i  zobaczyli  nowo  dobudowaną  część,  z  wielkimi  oknami  i  flagą 
powiewającą  na  dachu.  Widzieli  majestatyczne  drzewa  -  ciemne  cedry  i  potężne 
wiązy - oraz trawniki i kwiaty. 

-    Wygląda  wspaniale  -  bąknął  Kot,  trochę  zdziwiony,  że  Gwendolina  nic  nie 

mówi. Miał nadzieję, że po drodze do zamku nie ma wielu zakrętów. 

Nie  było.  Samochód  przemknął  przez  wiejskie  błonia  i  wpadł  w  ogromną 

bramę. Potem jechali długą, wysadzaną drzewami aleją, która prowadziła do wielkich 
drzwi starej części zamku. Samochód z chrzęstem zakręcił na żwirowym podjeździe. 
Gwendolina  niecierpliwie  wychyliła  się  do  przodu,  gotowa  wyjść"  jako  pierwsza. 
Powinien  się  zjawić  kamerdyner,  może  nawet  lokaje.  Nie  mogła  się  doczekać,  żeby 
wykonać swoje wielkie wejście. 

Ale  samochód  jechał  dalej,  minął  szare  nierówne  mury  starego  zamku  i 

zatrzymał się przed drzwiami w miejscu, gdzie zaczynała się nowa część. Drzwi były 

background image

 

niemal niewidoczne z jednej i drugiej części zamku, ponieważ od obu stron zasłaniała 
je zbita masa rododendronów. 

-    Wprowadzam  was  tędy  -  wyjaśnił  pogodnie  pan  Saunders  -ponieważ  tych 

drzwi  będziecie  używać  najczęściej,  więc  pomyślałem,  że  łatwiej  się  zorientujecie, 
jeśli zaczniecie od razu. 

Kot  nie  miał  nic  przeciwko  temu.  Uważał,  że  te  drzwi  wyglądają  bardziej 

swojsko.  Natomiast  Gwendolina,  pozbawiona  swojego  wielkiego  wejścia, 
spiorunowała pana Saundersa gniewnym wzrokiem i zastanawiała się, czy nie rzucić 
na niego jakiegoś paskudnego zaklęcia. Ale zrezygnowała. Nadal chciała zrobić dobre 
wrażenie. 

Oboje  wysiedli  z  samochodu  i  weszli  za  panem  Saundersem  -którego  płaszcz 

powiewał nawet wtedy, kiedy nie było wiatru - do przestronnego korytarza. 

Czekała  tam  na  nich  niezwykle  imponująca  dama.  Nosiła  obcisłą  purpurową 

suknię  i  włosy  upięte  w  bardzo  wysoki  kok,  czarny  jak  smoła.  Kot  pomyślał,  że  to 
pewnie pani Chrestomanci. 

-    To  gospodyni,  panna  Bessemer  -  powiedział  pan  Saunders.  -To  Eryk  i 

Gwendolina, panno Bessemer. Niestety, Eryk trochę się pochorował w samochodzie. 

Kot  nie  zdawał  sobie  sprawy,  że  jego  złe  samopoczucie  jest  takie  widoczne. 

Ogarnął  go  wstyd.  Gwendolina,  bardzo  zirytowana,  że  witają  zwykła  gospodyni, 
chłodno wyciągnęła dłoń. 

Panna Bessemer podała  jej rękę jak cesarzowa.  Kot właśnie myślał, że jeszcze 

nigdy nie spotkał damy budzącej taki respekt, kiedy odwróciła się do niego z bardzo 
miłym uśmiechem. 

-    Biedny  Eryk  -  powiedziała.  -  Ja  też  nie  lubię  jazdy  samochodem.  Zaraz 

poczujesz  się  lepiej,  a  jeśli  nie,  dam  ci  coś  na  mdłości.  Chodźcie,  umyjecie  się  i 
obejrzycie wasze pokoje. 

Ruszyli  za  w  ąskim  purpurowym  trójkątem  jej  sukni  po  schodach,  przez 

korytarze  i  znowu  po  schodach.  Kot  nigdy  jeszcze  nie  widział  takiego  luksusu. 
Wszędzie leżał dywan — miękki zielony dywan, jak trawa o porannej rosie - a drzwi 
po  bokach  były  tak  wypolerowane,  że  odbijały  dywan  i  czyste  białe  ściany  razem  z 
wiszącymi  na  nich  obrazami.  Wokół  panowała  cisza.  Przez  całą  drogę  słyszeli  tylko 
odgłos własnych kroków i szelest purpurowej sukni panny Bessemer. 

Panna Bessemer otworzyła drzwi na blask popołudniowego słońca. 
-  To twój pokój, Gwendolino. Drzwi do łazienki są w głębi. 
-    Dziękuję  -  powiedziała  Gwendolina  i  majestatycznie  wpłynęła  do  pokoju, 

ż

eby  objąć  go  w  posiadanie.  Kot  zajrzał  nad  ramieniem  panny  Bessemer  i  zobaczył, 

ż

e  pokój  jest  bardzo  duży,  a  prawie  całą  podłogę  zakrywa  miękki,  bogaty  turecki 

dywan. 

-    Kiedy  nie  ma  gości  -  powiedziała  panna  Bessemer  -  Rodzina  jada  kolację 

wcześnie, żeby dzieci mogły im towarzyszyć. Ale przypuszczam, że i tak napilibyście 
się herbaty. Do którego pokoju mam ją przysłać? 

-    Proszę  do  mojego  -  zdecydowała  od  razu  Gwendolina.  Nastąpiła  krótka 

pauza, zanim panna Bessemer się odezwała: 

-  No więc to załatwione. Twój pokój jest na górze, Eryku. 

Na  górę  prowadziły  kręte  schody.  Kot  był  zadowolony.  Wyglądało  na  to,  że  jego 
pokój  znajduje  się  w  starej  części  zamku.  Miał  rację.  Panna  Bessemer  otworzyła 
drzwi  i  ukazał  się  okrągły  pokój  z  trzema  oknami  osadzonymi  w  murze,  który  miał 
prawie  metr  grubości.  Kot  nie  mógł  się  powstrzymać  -  przebiegł  po  barwnym 
dywanie i wdrapał się na głęboki parapet okienny, żeby wyjrzeć na zewnątrz. Odkrył, 
ż

e  sięga  wzrokiem  ponad  wierzchołkami  cedrów  do  rozległego  trawnika, 

background image

 

przypominającego płachtę zielonego aksamitu, za którym kwiatowe gazony schodziły 
tarasowo  po  zboczu  wzgórza.  Potem  obejrzał  sam  pokój.  Zaokrąglone  ściany  były 
pobielone, tak samo masywny kominek. Na łóżku leżała kołdra zszyta z kwadratów. 
Obok stał stół, komoda i biblioteczka z książkami, które wyglądały interesująco. 

-  Och, podoba mi się! - zawołał Kot do panny Bessemer. 
-    Niestety  łazienka  jest  w  korytarzu  -  powiedziała,  jakby  to  była  wada.  Ale 

ponieważ  Kot  nigdy  przedtem  nie  miał  własnej  łazienki,  wcale  mu  to  nie 
przeszkadzało. 

Jak  tylko  gospodyni  wyszła,  pobiegł  obejrzeć  wspomniany  przybytek. 

Czerwone  ręczniki  w  trzech  rozmiarach  i  gąbka  wielka  jak  melon  wzbudziły  w  nim 
podziw.  Wanna  stała  na  nogach  w  kształcie  lwich  łap.  W  jednym  rogu  wyłożonym 
kafelkami,  za  czerwoną  gumową  zasłoną  znajdował  się  prysznic.  Kot  nie  mógł  się 
powstrzymać  od  eksperymentów.  W  łazience  było  dość  mokro,  kiedy  skończył. 
Wrócił  do  pokoju,  sam  trochę  wilgotny.  Jego  kufer  i  pudło  już  tam  stały, 
rozpakowywane przez rudowłosą pokojówkę. Powiedziała Kotu, że nazywa się Mary, 
i chciała wiedzieć, czy układa rzeczy na właściwych miejscach. Była bardzo miła, ale 
strasznie  onieśmielała  Kota.  Rude  włosy  przypomniały  mu  pannę  Larkins  i  zupełnie 
nie wiedział, jak powinien się zachować. 

-  Eee... mogę zejść na dół na herbatę? - wyjąkał. 
-  Jak sobie życzysz - odpowiedziała dość chłodno. 
Zbiegł po schodach pełen obaw, że nie zrobił na niej dobrego' wrażenia. 
Kufer  Gwendoliny  stał  na  środku  pokoju.  Sama  Gwendolina  siedziała  w 

królewskiej  pozie  przy  okrągłym  stole  pod  oknem.  Przed  nią  stał  duży  cynowy 
dzbanek herbaty, talerz z razowym chlebem z masłem i talerz z herbatnikami. 

-    Powiedziałam  tej  dziewczynie,  że  sama  się  rozpakuję  -  oznajmiła.  -  Mam 

sekrety  w  kufrze  i  w  skrzyni.  Prosiłam,  żeby  zaraz  przyniosła  herbatę  i  coś  do 
jedzenia,  bo  umieram  z  głodu.  I  popatrz  tylko!  Przecież  to  jest  całkiem  bez  smaku! 
Nawet nie dali dżemu. 

-    Może  herbatniki  są  smaczne  -  zaryzykował  Kot.  Ale  nie  były,  przynajmniej 

nie bardzo. 

-  B ędziemy głodować wśród tych luksusów! - westchnęła Gwendolina. 
Jej pokój rzeczywiści był luksusowy. Ściany pokrywała tapeta z błękitnego aksamitu. 

Wezgłowie i dolne oparcie łóżka obito pikowanym błękitnym aksamitem, do którego idealnie 
pasowała  błękitna aksamitna  narzuta.  Krzesła  wyglądały  na  pozłacane. Toaletka  była  godna 
księżniczki,  z  małymi  złotymi  szufladkami,  szczotkami  oprawnymi  w  złoto  i  wysokim 
owalnym  lustrem  otoczonym  pozłacaną  girlandą.  Gwendolina  przyznała,  że  podoba  jej  się 
toaletka, chociaż miała wątpliwości co do szafy z wymalowanymi girlandami i wieśniakami 
tańczącymi wokół maika. 

-    Służy  do  wieszania  ubrań,  nie  do  oglądania  -  stwierdziła.  -Rozprasza  mnie.  Ale 

łazienka jest śliczna. 

Łazienka,  wyłożona  białymi  i  błękitnymi  kafelkami,  miała  wannę  wpuszczoną  w 

podłogę.  Nad  wanną,  udrapowane  jak  nad  kołyską,  wisiały  błękitne  zasłony,  na  wypadek 
gdyby ktoś chciał wziąć prysznic. Ręczniki pasowały kolorem do kafelków. Kot wolał własną 
łazienkę,  może  dlatego,  że  musiał  spędzić  dość  długi  czas  w  łazience  Gwendoliny.  Siostra 
zamknęła go tam, kiedy się rozpakowywała. Przez szum prysznica - Gwendolina mogła mieć 
pretensje  tylko  do  siebie,  że  później  zastała  łazienkę  zalaną  wodą  -  Kot  słyszał  jej  głos 
gniewnie podniesiony na kogoś, kto przyszedł zabrać tacę z niesmacznym podwieczorkiem i 
przyłapał  ją  nad  otwartym  kufrem.  Wreszcie,  wciąż  rozgniewana,  Gwendolina  otworzyła 
drzwi łazienki. 

-    Moim  zdaniem  mają  tutaj  niezbyt  grzeczną  służbę  -  oświadczyła.  -  Gdyby  ta 

dziewczyna powiedziała jeszcze jedno słowo, miałaby czyrak na nosie... nawet jeśli nazywa 
się Eufemia! Chociaż - dodała miłosiernie - przyznaję, że imię Eufemia stanowi dostateczną 

background image

 

karę dla każdego. Musisz włożyć swój nowy garnitur, Kocie. Ona mówiła, że kolacja jest za 
pół godziny i musimy się przebrać. Wyobrażasz sobie, to takie nienaturalne i formalne! 

-  Myślałem, że właśnie o tym marzyłaś - mruknął Kot, który sam bynajmniej o tym nie 

marzył. 

-    Mo  żna  zachowywać  się  jednocześnie  wytwornie  i  naturalnie  -  odparła 

Gwendolina. 

Ale szybko się pocieszyła na myśl o nadchodzących wspaniałościach.

                                       

 

-    Włożę  błękitną  sukienkę  z  koronkowym  kołnierzykiem  -oznajmiła.  -1 

naprawdę  uważam,  że  imię  Eufemia  jest  dostatecznym  ciężarem  dla  każdej,  nawet 
niegrzecznej pokojówki. 

Kot wchodził na górę po krętych schodach, kiedy w całym zamku rozległo się 

tajemnicze  dudnienie.  Przestraszył  go  ten  dźwięk,  pierwszy,  jaki  tutaj  usłyszał. 
Później dowiedział się, że był to gong na ubieranie, ostrzegający Rodzinę, że zostało 
pół  godziny  do  kolacji.  Kot,  oczywiście,  nie  potrzebował  tyle  czasu,  żeby  włożyć 
garnitur.  Wziął  więc  następny  prysznic.  Czuł  się  osłabiony,  przemoczony  i  niemal 
wypłukany z sił, kiedy pokojówka o niefortunnym imieniu Eufemia przyszła po niego 
i Gwendolinę. Zaprowadziła ich na dół, do bawialni, gdzie czekała Rodzina. 

Gwendolina,  w  swojej  ładnej  błękitnej  sukience,  śmiało  wpłynęła  do  pokoju, 

Kot  wśliznął  się  za  nią.  Pokój  był  pełen  ludzi.  Kot  nie  pojmował,  jakim  cudem 
wszyscy należą do Rodziny. Była tam stara dama w koronkowych mitenkach i mały 
człowieczek  z  wielkimi  brwiami  oraz  donośnym  głosem,  który  mówił  o  akcjach  i 
obligacjach;  pan  Saunders  w  czarnym  lśniącym  garniturze  z  rękawami  i  nogawkami 
trochę przykrótkimi; co najmniej dwie młodsze panie i co najmniej dwóch młodszych 
panów.  Kot  zobaczył  Chrestomanciego,  dostojnego  w  bardzo  ciemnym  czerwonym 
aksamicie;  a  Chrestomanci  zobaczył  Kota  i  Gwendolinę,  i  obdarzył  ich  nikłym, 
zakłopotanym uśmiechem, jakby zupełnie zapomniał, kim oni są. 

- Och - powiedział. - Eee... To jest moja żona. 
Zaprowadzono  ich  przed  oblicze  pulchnej  damy  o  łagodnej  twarzy.  Nosiła 

wspaniałą  koronkową  suknię  -  oczy  Gwendoliny  zmierzyły  ją  z  góry  na  dół  z 
wyraźnym podziwem - lecz pod innymi 

wzgl  ędami  wyglądała  jak  najbardziej  pospolita  kobieta  pod  słońcem. 

Uśmiechnęła się do nich życzliwie. 

-  Eryk i Gwendolina, zgadza się? Musicie nazywać mnie Mil-lie, moi drodzy. - 

Przyjęli  to  z  ulgą,  ponieważ  żadne  nie  wiedziało,  jak  się  do  niej  zwracać.  -  A  teraz 
poznajcie moją Julię i Rogera. 

Dwójka  pulchnych  dzieciaków  podeszła  i  stanęła  obok  niej.  Oboje  byli  dość 

bladzi  i  mieli  skłonności  do  zadyszki.  Dziewczynka  nosiła  koronkową  sukienkę 
podobną do matczynej, a chłopiec miał na sobie niebieskie aksamitne ubranko, żaden 
jednak strój nie mógł ukryć faktu, że oboje wyglądali jeszcze bardziej pospolicie niż 
matka. Spojrzeli uprzejmie na Kota i Gwendolinę, wszyscy czworo powiedzieli: „Jak 
się macie?", po czym nie mieli o czym mówić. 

Na  szczęście  nie  stali  tak  długo,  ponieważ  zjawił  się  kamerdyner,  otworzył 

podwójne drzwi na końcu pokoju i ogłosił, że podano do stołu. Gwendolina spojrzała 
na kamerdynera z ogromnym oburzeniem. 

-  Dlaczego to nie on otworzył nam drzwi? - szepnęła do Kota, kiedy wszyscy 

dość nieskładnie ruszyli do jadalni. - Dlaczego zbyli nas jakąś gospodynią? 

Kot  nie  odpowiedział.  Za  bardzo  był  zajęty  trzymaniem  się  Gwendoliny. 

Posadzono ich przy długim lśniącym stole i Kot czuł, że zemdlałby ze strachu, gdyby 
ktoś chciał go umieścić na innym krześle niż obok Gwendoliny. Na szczęście nikt nie 
próbował.  Nawet  pomimo  tego  posiłek  okazał  się  przerażający.  Lokaje  ciągle 

background image

 

podawali pyszne jedzenie na srebrnych półmiskach ponad lewym ramieniem Kota. Za 
każdym  razem  podskakiwał  z  zaskoczenia  i  potrącał  półmisek.  Powinien  sobie 
nałożyć  na  talerz,  ale  nie  wiedział,  ile  wolno  mu  wziąć.  Ale  najbardziej  mu 
przeszkadzało, że był leworęczny. Widelec i łyżka, którymi miał przekładać jedzenie 
z  półmiska  na  własny  talerz,  zawsze  znajdowały  się  po  niewłaściwej  stronie. 
Próbował  je  przesunąć  i  zrzucił  łyżkę.  Próbował  je  zostawić  na  miejscu  i  rozlał  sos. 
Lokaj  za  każdym  razem  mówił:  „Nic  nie  szkodzi,  proszę  pana",  co  tylko  pogarszało 
sprawę. 

Rozmowa  jeszcze  bardziej  go  przera  żała.  Na  jednym  końcu  stołu  mały 

hałaśliwy  człowieczek  gadał  bez  końca  o  akcjach  i  obligacjach.  Na  drugim,  bliżej 
Kota,  rozmawiano  o  sztuce.  Pan  Saunders  najwyraźniej  spędził  lato,  podróżując  za 
granicą. Oglądał rzeźby i obrazy w całej Europie i bardzo je podziwiał. Mówił z takim 
przejęciem,  że  walił  ręką  w  stół.  Opowiadał  o  pracowniach  i  szkołach,  o  dziełach 
Quattrocenta

1

  i  holenderskich  wnętrzach,  aż  Kotu  zakręciło  się  w  głowie.  Potem 

przyłączyli  się  Millie  i  Chrestomanci.  Millie  wyrecytowała  szereg  nazwisk,  których 
Kot nie słyszał nigdy w życiu. Chrestomanci wygłaszał komentarze, jakby wszystkie 
nazwiska należały do jego bliskich przyjaciół. Cokolwiek można powiedzieć o reszcie 
Rodziny,  pomyślał  Kot,  Chrestomanci  z  pewnością  nie  jest  pospolity.  Miał  bardzo 
błyszczące  czarne  oczy  spoglądające  bystro  nawet  wtedy,  gdy  wydawał  się  daleki 
myślami. iCiedy coś go zainteresowało - na przykład rozmowa o sztuce - czarne oczy 
mrużyły  się  i  jakby  rozlewały  swój  blask  na  całą  twarz.  Ku  zdumieniu  Kota  dwoje 
dzieci wydawało się równie zainteresowanych. Paplały bez przerwy, jakby naprawdę 
wiedziały, o czym mówią rodzice. 

Kot  czuł  się  przy  nich  zwykłym  nieukiem.  Przez  tę  całą  rozmowę  i  srebrne 

półmiski  nagle  wyskakujące  znad  ramienia,  i  niesmaczne  herbatniki  zjedzone  na 
podwieczorek  całkiem  stracił  apetyt.  Musiał  zostawić  połowę  tortu  lodowego. 
Zazdrościł Gwendolinie, że potrafiła siedzieć tak spokojnie i zajadać z wyniosłą miną. 

Wreszcie  się  skończyło.  Pozwolono  im  odejść  na  górę  i  schronić  się  w 

luksusowym  pokoju  Gwendoliny.  Gwendolina  z  rozmachem  usiadła  na  pikowanym 
łóżku. 
-  Co  za  dziecinne  sztuczki!  -  zawołała.  -  Popisywali  się,  żeby  nas  poniżyć.  Pan 
Nostrum  ostrzegał  mnie,  że  tak  zrobią.  W  ten  sposób  próbują  zamaskować  własną 
małość.  Co  za  okropna,  nudna  żona!  I  widziałeś  kiedyś  takie  brzydkie  i  głupie 
dzieciaki? Wiem, że znienawidzę ten zamek. Czuję się tutaj stłamszona. 

-  Może nie będzie tak źle, jak się przyzwyczaimy - powiedział Kot bez wielkiej 

nadziei. 

-  Będzie jeszcze gorzej - obiecała mu Gwendolina. - Ten zamek ma w sobie coś 

złego,  jakiś  zły  wpływ,  martwotę.  Wyciska  ze  mnie  życie  i  czary.  Ledwie  mogę 
oddychać. 

-  Wmawiasz sobie - burknął Kot - bo chcesz wrócić do pani Sharp. 
Westchnął. Okropnie tęsknił za panią Sharp. 
-  Wcale sobie nie wmawiam - zaprzeczyła Gwendolina. - To jest takie silne, że 

nawet ty powinieneś coś poczuć. No, spróbuj. Nie czujesz martwoty? 

Kot  nawet  nie  musiał  próbować,  żeby  zrozumieć  jej  słowa.  Zamek  naprawdę 

miał  w  sobie  coś  dziwnego.  Przedtem  Kot  myślał,  że  chodzi  po  prostu  o  panującą 
tutaj  ciszę.  Ale  to  było  coś  więcej:  jakaś  miękkość  w  powietrzu,  jakiś  ciężar,  jakby 
wielka  pierzyna  tłumiła  wszelkie  słowa  i  dźwięki.  Normalne  głosy,  jak  ich  dwojga, 
brzmiały słabo i nie budziły echa. 

                                                           

1

* Quattrocento - okres wczesnego renesansu w historii kultury włoskiej, XV wiek (przyp. tłum.).

 

background image

 

-  Tak, jest dziwaczny - przyznał. 
-    Gorzej  niż  dziwaczny...  jest  straszny  -  oświadezyła  Gwendolina.  -  Pewnie 

tego  nie  przeżyję.  -  Potem  ku  zdziwieniu  Kota  dodała:  -  Więc  nie  żałuję,  że  tu 
przyjechałam. 

-  Ja żałuję - wyznał Kot. 
-  Och,  ciągle muszę się tobą zajmować! - zawołała Gwendolina. - No dobrze. 

Na  toaletce  leży  talia  kart.  Właściwie  są  do  wróżenia,  ale  jeśli  wyjmiemy  figury, 
możemy nimi zagrać w wojnę, jeżeli chcesz. 

background image

 

ROZDZIA Ł 4- 

Ta  sama  miękkość  i  cisza  panowały,  kiedy  rudowłosa  Mary  obudziła  Kota 

następnego ranka i powiedziała mu, że czas wstawać. Jasne poranne słońce zalewało 
bielone  ściany  pokoju.  Chociaż  Kot  teraz  wiedział,  że  w  zamku  mieszka  mnóstwo 
ludzi, nie słyszał żadnych głosów. Zza okna też nie dochodziły żadne dźwięki. 

Wiem, co się dzieje, pomyślał Kot. Widocznie w nocy spadł śnieg. Ta myśl tak 

go uspokoiła i ucieszyła, że znowu zasnął. 

-  Naprawdę  musisz  wstawać,  Eryku  -  powtórzyła  Mary,  potrząsając  nim.  - 

Przygotowałam ci kąpiel, twoje lekcje zaczynają się o dziewiątej. Pospiesz się, bo nie 
zdążysz zjeść śniadania. 

Kot wstał. Ponieważ był głęboko przekonany, że w nocy spadł śnieg, zdziwiło 

go  ciepło  i  blask  słońca  w  pokoju.  Wyjrzał  przez  okno  i  zobaczył  zielone  trawniki  i 
kwiaty. Gawrony kołowały nad zielonymi drzewami. Mary wyszła. Kot ucieszył się, 
bo  niezbyt  przypadła  mu  do  gustu.  Poza  tym  bał  się,  że  ominie  go  śniadanie.  Ubrał 
się,  zanim  wszedł  do  łazienki,  i  wypuścił  gorącą  wodę  z  wanny.  Potem  zbiegł  po 
kręconych schodach, żeby poszukać Gwendoliny. 

-  Gdzie idziemy na  śniadanie? - zapytał niespokojnie. Gwendolina rano nigdy 

nie była w dobrym humorze. Siedziała 

na  błękitnym  aksamitnym  pufie  przed  oplecionym  girlandami  lustrem  i  z 

kwas'ną miną czesała złociste włosy. Czesanie też zawsze psuło jej humor. 

-  Nie wiem i absolutnie nic mnie to nie obchodzi! Zamknij się! - warknęła. 
-    Nieładnie  tak  mówić  -  skarciła  ją  pokojówka  Eufemia,  szybko  wchodząc  za 

Kotem  do  pokoju.  Była  całkiem  ładną  dziewczyną  i  jakoś  nie  uważała  swojego 
imienia za dopust losu. - Czekamy, żeby podać wam śniadanie tu obok. Chodźcie. 

Gwendolina  teatralnym  gestem  odrzuciła  grzebień  i  oboje  z  Kotem  poszli  za 

Eufemią  do  pokoju  obok.  Był  kwadratowy,  przestronny,  z  rzędem  dużych  okien,  w 
porównaniu  z  resztą  zamku  wyglądał  dość  obskurnie.  Krzesła  były  odrapane.  Na 
trawiastym  dywanie  widniały  plamy.  Żadna  szafka  nie  zamykała  się  jak  należy,  zza 
drzwiczek wystawały nakręcane kolejki i rakiety tenisowe. Julia i Roger czekali przy 
stole, w ubraniach równie niechlujnych, jak cały pokój. 

-    Najwyższy  czas!  -  mruknęła  Mary,  która  czekała  również  z  nimi  i  zaczęła 

podciągać  interesującą  windę  w  kredensie  obok  kominka.  Rozległo  się  szczęknięcie. 
Mary  otworzyła  windę  i  wyjęła  duży  talerz  chleba  z  masłem  oraz  parujący  brązowy 
dzbanek kakao. Zaniosła je na stół, a Eufemia nalała każdemu z dzieci kubek kakao. 

Gwendolina przeniosła spojrzenie ze swojego kubka na talerz z chlebem. 
-  Czy to wszystko? 
-  Czego chcesz! jeszcze? - zapytała Eufemia. 
Gwendolinie  zabrakło  słów,  żeby  wyrazić,  czego  jeszcze  chciała.  Owsianka, 

jajka na bekonie, grejpfrut, grzanki i wędzone śledzie, wszystko naraz przyszło jej do 
głowy, więc tylko patrzyła w milczeniu. 

-    Zdecyduj  si  ę  -  zażądała  w  końcu  Eufemia.  -  Wiesz,  ja  też  chcę  zjeść 

ś

niadanie. 

-    Dostanę  marmoladę?  -  zapytała  Gwendolina.  Eufemia  i  Mary  wymieniły 

spojrzenia. 

-  Julia i Roger mają zakaz jedzenia marmolady - oznajmiła Mary. 
-    Mnie  nikt  nie  zakazywał  marmolady  -  odparła  Gwendolina.  -  Natychmiast 

podajcie mi marmoladę. 

Mary  podeszła  do  tuby  głosowej  i  po  wielu  zgrzytach  oraz  kolejnym 

szczęknięciu nadjechał słoik marmolady. Mary postawiła go przed Gwendolina. 

-    Dziękuję  -  powiedział  żarliwie  Kot.  Czuł  wdzięczność  nie  mniejszą  niż 

background image

 

Gwendolina, a nawet większą, bo nie znosił kakao. 

-  Och, proszę bardzo, żaden kłopot! - rzuciła Mary wyraźnie ironicznym tonem 

łobie pokojówki wyszły. 

Przez chwilę nikt nic nie mówił. Potem Roger powiedział do Kota: 
-  Podaj mi marmoladę. 
-    Nie  wolno  wam  jej  jeść  -  wytknęła  Gwendolina,  której  humor  wcale  się  nie 

poprawił. 

-    Nikt  nie  zauważy,  jeśli  użyję  jednego  z  waszych  noży  -  spokojnie  odparł 

Roger. 

Kot podał mu marmoladę i swój nóż. 
-  Dlaczego zabronili wam marmolady? 
Julia i Roger wymienili ukradkowe, wymowne spojrzenia. 
-    Jesteśmy  za  grubi  -  wyjaśniła  Julia  i  spokojnie  wzięła  marmoladę  oraz  nóż, 

jak już Roger sobie nałożył. 

Nic  dziwnego,  pomyślał  Kot,  widząc,  ile  marmolady  zdołali  zmieścić  na 

chlebie. Pagórki lepkiej brązowej masy piętrzyły się stromo na obu kromkach. 

Gwendolina spojrzała na nich z niesmakiem, a potem zadowolona popatrzyła na 

własną dopasowaną lnianą sukienkę. Kontrast rzeczywiście był uderzający. 

-    Wasz  ojciec  to  taki  przystojny  m  ężczyzna  -  powiedziała.  -Na  pewno  to  dla  niego 

wielkie rozczarowanie, że oboje jesteście grubi i pospolici jak wasza matka. 

Dwójka dzieci spokojnie odwzajemniła jej spojrzenie nad wzgórkami marmolady. 
-  No, nie wiem - odparł Roger. 
-    Dobrze  być  grubym  -  dodała Julia.  -  Pewnie  to  dla  ciebie  kłopotliwe  wyglądać jak 

porcelanowa lalka. 

Błękitne  oczy  Gwendoliny  strzeliły  ogniem.  Zrobiła  jakiś  gest  nad  krawędzią  stołu. 

Chleb  obładowany  marmoladą  wyśliznął  się  z  ręki  Julii  i  plasnął  o  jej  twarz.  Julia  wydała 
zdławiony okrzyk. 

-  Jak śmiesz mnie obrażać! - syknęła Gwendolina. 
Julia powoli odlepiła chleb z twarzy, po czym wygrzebała z kieszeni chusteczkę. Kot 

myślał,  że  zacznie  się  wycierać,  ona  jednak  tylko  zawiązała  supełek  na  chusteczce,  nie 
zwracając  uwagi  na  lepką  maź  ściekającą  po  jej  pulchnych  policzkach.  Powoli  zaciągnęła 
supeł,  spoglądając  znacząco  na  Gwendolinę.  Wraz  z  ostatnim  szarpnięciem  parujący,  w 
połowie pełny dzbanek kakao wystrzelił w powietrze. Przez sekundę unosił się w powietrzu, a 
potem  śmignął  w  bok,  zawisł  tuż  nad  głową  Gwendoliny  i  zaczął  się  coraz  mocniej 
przechylać. 

-  Przestań! - wykrztusiła Gwendolina. 
Podniosła rękę, żeby odpędzić dzbanek. Dzbanek wykonał unik i dalej się przechwal. 

Gwendolina zrobiła następny gest i wyszeptała kilka dziwnych słów. Dzbanek całkowicie to 
zignorował.  Przechylał  się  coraz  mocniej,  aż  kakao  podpłynęło  do samej  krawędzi  dziobka. 
Gwendolina  próbowała  się  uchylić.  Dzbanek  przesunął  się  w  powietrzu  i  znowu  zawisł  nad 
jej głową. 

-  Mam nalać? - zapytała Julia. Pod marmoladą krył się cień us'miecho. 
-    Tylko  spróbuj!  -  wrzasnęła  Gwendolina.  -  Poskarżę  się  Chre-stomanciemu! 

Zobaczysz... och! 

Znowu  usiadła  prosto,  a  dzbanek  podążył  za  nią  wiernie.  Próbowała  go  złapać,  ale 

znowu odskoczył. 

-    Ostro  żnie,  bo  rozlejesz.  Szkoda  by  było  tej  ładnej  sukienki  -ostrzegł  Roger 

spokojnie. 

-    Zamknij  się,  ty...!  -  krzyknęła  Gwendolina  i  przechyliła  się  w  drugą  stronę, 

niemal  na  kolana  Kota.  Kot  nerwowo  zerknął  w  górę  na  dzbanek,  który  wisiał  teraz 
nad nim. Kakao prawie się wylewało. 

W tej samej chwili drzwi się otwarły i wszedł Chrestomanci ubrany w kwiecisty 

background image

 

jedwabny  szlafrok.  Był  to  czerwono-purpuro-wy  szlafrok  ze  złotym  oblamowaniem 
na kołnierzu i rękawach, i Chrestomanci wyglądał w nim niezwykle chudo, niezwykle 
wysoko  i  zdumiewająco  dostojnie.  Przypominał  cesarza  albo  wyjątkowo  f  surowego 
biskupa. Uśmiechał się, wchodząc, ale uśmiech zniknął | na widok dzbanka. 

Dzbanek  również  próbował  zniknąć.  Umknął  z  powrotem  na  I  stół  w  takim 

pośpiechu,  że  kakao  chlapnęło  na  sukienkę  Gwen-)  doliny  -  przypadkiem  albo  i  nie. 
Julia  i  Roger  wyraźnie  wpadli  w  panikę.  Julia  czym  prędzej  rozwiązała  supełek  na 
chusteczce. 

-    Chciałem  wam  powiedzieć  „dzień  dobry"  -  zaczął  Chresto^  manci.  -  Ale 

widzę,  że  nie  jest  dobry.  -  Przeniósł  spojrzenie  z  dzbanka  na  wysmarowane 
marmoladą policzki Julii. - Jeśli chcecie jeszcze kiedyś skosztować marmolady, lepiej 
bądźcie posłuszni. To samo dotyczy całej czwórki. 

-  Nie robiłam nic złego - odezwała się Gwendolina z minąi niewiniątka. 
-  Owszem, robiłaś - zaprzeczył Roger. 
Chrestomanci  stanął  przy  końcu  stołu  i  popatrzył  na  nich;  z  góry,  z  rękami  w 

kieszeniach  swojego  królewskiego  szlafroka.  Wydaje  się  taki  wysoki,  jakby  zaraz 
miał przebić głową sufit, pomyślał Kot. 

-    W  tym  zamku  panuje  jedna  niepodważalna  zasada,  której  radzę  wam 

przestrzegać  -  oznajmił  Chrestomanci.  -  Dzieciom  nie  wolno  uprawiać  żadnych 
czarów, jeżeli Michael Saunders was niei nadzoruje. Zrozumiałaś, Gwendolino? 

-    Zrozumia  łam  -  odpowiedziała  Gwendolina.  Zasznurowała  usta  i  zacisnęła 

pięści,  ale  wciąż  trzęsła  się  ze  złości.  -  Odmawiam  przestrzegania  takiej  głupiej 
zasady! 

Chrestomanci  jakby  jej  nie  usłyszał,  jakby  nie  zauważył  jej  gniewu.  Odwrócił 

się do Kota. 

-  Ty też zrozumiałeś, Eryku? 
-  Ja? - zdziwił się Kot. - Tak, oczywiście. 
-  To dobrze - stwierdził Chrestomanci. - Teraz powiem wam „dzień dobry". 
-  Dzień dobry, tato - wyrecytowali Julia i Roger. 
-  Eee... dzień dobry - zająknął się Kot. 
Gwendolina  udała,  że  nie  słyszy.  Odpłaciła  gospodarzowi  tą  samą  monetą. 

Chrestomanci uśmiechnął się i majestatycznie opuścił pokój. 

-  Skarżypyta! - zawołała Gwendolina do Rogera, jak tylko drzwi się zamknęły. 

- A z tym dzbankiem to była brzydka sztuczka. Robiliście to oboje, prawda? 

Roger uśmiechnął się sennie, wcale nieprzejęty. 
-  Czary rządzą w naszej rodzinie - oświadczył. 
-   I oboje to odziedziczyliśmy - dodała Julia. - Muszę iść się umyć. - Zgarnęła 

trzy kromki chleba na drogę i wyszła z pokoju, wołając przez ramię: - Roger, powiedz 
Michaelowi, że zaraz przyjdę!

                   

-  Jeszcze kakao? - zaproponował uprzejmie Roger i sięgnął po dzbanek. 
-  Tak, proszę - powiedział Kot. 
Nigdy  nie  obawiał  się  jeść  czy  pić  rzeczy,  które  zostały  zaczarowane,  a  teraz 

chciało mu się pić. Pomyślał, że jeśli napełni usta marmoladą i przefiltruje przez nią 
kakao, może nie poczuje jego smaku. Gwendolina jednak uznała, że Roger próbuje ją 
obrazić.  Zamaszyście  okręciła  się  na  krześle  i  wpatrywała  się  w  ścianę  z  wyniosłą 
miną,  dopóki  pan  Saunders  nie  otworzył  nagle  drzwi,  których  Kot  wcześniej  nie 
zauważył. 

-    Pora  na  lekcje,  dzieciaki.  Wchod  źcie,  zobaczymy,  jak  sobie  poradzicie  ze 

sprawdzianem. 

Kot pospiesznie przełknął marmoladę o kakaowym smaku. Za drzwiami znajdowała się 

background image

 

szkolna klasa. Była to prawdziwa, oryginalna szkolna klasa, chociaż miała tylko cztery ławki. 
Miała też  tablicę,  globus,  porysowaną  szkolną  podłogę  i  szkolny  zapach.  Stała tam  również 
oszklona biblioteczka, bez której żadna klasa nie może się obejść, zawierająca wyświechtane 
szarozielone i ciemnoniebieskie książki, bez których żadna szkolna biblioteczka nie może się 
obejść.  Na  ścianach  wisiały  wielkie  obrazy  posągów,  które  pan  Saunders  uważał  za  tak 
interesujące. 

Dwie ławki były stare i brązowe. Dwie były nowe i żółte. Gwen-dolina i Kot, milcząc, 

usiedli w nowych ławkach. Wpadła Julia z twarzą lśniącą od mydła i usiadła w starej ławce 
obok  ławki  Rogera.  Rozpoczął  się  sprawdzian.  Pan  Saunders  kroczył  niezgrabnie  tam  i  z 
powrotem przed tablicą, zadając trudne pytania. Twe-edowa marynarka wydymała mu się na 
plecach  jak  od  wiatru,  całkiem  jak  poprzednio  płaszcz.  Pewnie  dlatego  rękawy  marynarki 
wydawały się za krótkie. Długie ramię wystrzeliło do przodu, kościsty nadgarstek wysunął się 
z mankietu, spiczasty palec wycelował w Kota. 

-  Jaką rolę odegrały czary w Wojnie Róż? 
-  Eee - bąknął Kot. - Hm. Chyba jeszcze tego nie przerabiałem, proszę pana. 
-  Gwendolina - powiedział pan Saunders. 
-  Och... bardzo ważną rolę - na chybił trafił rzuciła Gwendolina. 
-  Źle - skwitował pan Saunders. - Roger. 
Z  odpytywania  wynikało,  że  Roger  i  Julia  sporo  zapomnieli  przez  lato,  ale  i  tak 

znacznie  wyprzedzali  Kota  prawie  we  wszystkich  przedmiotach,  a  jego  siostrę  wyprzedzali 
we wszystkim. 

-  Gwendolino, czego cię uczyli w szkole? - zapytał pan Saunders z pewną irytacją. 

Wzruszy ła ramionami. 
-    Zapomniałam.  To  mnie  nie  interesowało.  Skupiałam  się  na  czarach  i  dalej 

zamierzam tak robić, jeśli pan pozwoli. 

-    Niestety  nie  pozwolę  -  odparł  pan  Saunders.  Wytrzeszczyła  na  niego  oczy, 

jakby nie mogła uwierzyć. 

-  Co?! - pisnęła. - Ale... ale ja mam ogromny talent! Muszę dalej go rozwijać! 
-  Twój talent nie przepadnie - uspokoił ją pan Saunders. -Możesz znowu wrócić 

do  czarów,  kiedy  nauczysz  się  czegoś  innego.  Otwórz  podręcznik  arytmetyki  i 
rozwiąż  pierwsze  cztery  zadania.  Eryku,  ciebie  chyba  muszę  podciągnąć  z  historii. 
Napisz wypracowanie o panowaniu króla Kanuta. 

Odwrócił się, żeby wyznaczyć zadania dla Julii i Rogera. 
Kot  i  Gwendolina  otworzyli  podręczniki.  Gwendolina  poczerwieniała,  potem 

zbladła.  Kiedy  pan  Saunders  pochylił  się  nad  Ro-gerem,  jej  kałamarz  wyfrunął  z 
otworu  w  ławce  i  wylał  atrament  na  falujące  plecy  tweedowej  marynarki  pana 
Saundersa.  Kot  zagryzł  wargi,  żeby  się  nie  roześmiać.  Julia  patrzyła  ze  spokojnym 
zainteresowaniem.  Pan  Saunders  jakby  nic  nie  zauważył.  Kałamarz  cichutko  wrócił 
do ławki. 

-  Gwendołino - powiedział pan Saunders, nie odwracając głowy. - Wyjmij słój 

z  atramentem  oraz  lejek  z  dolnej  szafki  kredensu  i  napełnij  ten  kałamarz.  Nalej  do 
pełna, proszę. 

Gwendolina  wstała  z  zawadiacką,  wyzywającą  miną,  znalazła  wielką  flaszę  i 

lejek  i  zaczęła  napełniać  swój  kałamarz.  Dziesięć  minut  później  wciąż  nalewała 
atrament. Najpierw się zdziwiła, potem poczerwieniała, potem znowu zbladła z furii. 
Próbowała  odstawić  flaszę  i  odkryła,,  że  nie  może.  Próbowała  wyszeptać  zaklęcie. 
Pan Saunders odwrócił się i spojrzał na nią. 

-  Pan jest naprawdę okropny! - oświadczyła Gwendolina. -Poza tym wolno mi 

uprawiać czary w pana obecności. 

-  Nikomu nie wolno oblewać atramentem swojego nauczyciela - odparł wesoło 

pan Saunders. - I już cię uprzedzałem, że na 

razie sko ńczyłaś z czarami. Nalewaj dalej, dopóki nie każę ci przestać. 

background image

 

Gwendolina  nalewała  atrament  przez  następne  pół  godziny,  z  każdą  chwilą 

coraz bardziej ws'ciekła. 

Kot  był  pod  wrażeniem.  Podejrzewał,  że  pan Saunders  jest  potężnym  magiem. 

Rzeczywiście,  gdy  znowu  na  niego  spojrzał,  nie  zobaczył  na  marynarce  ani  śladu 
atramentu. Wciąż zerkał na pana Saundersa, żeby sprawdzić, kiedy może bezpiecznie 
przełożyć  pióro  do  lewej  ręki.  Tak  często  go  karano  za  pisanie  lewą  ręką,  że  nabrał 
wprawy  w  obserwowaniu  nauczycieli.  Kiedy  pan  Saunders  odwracał  się  do  niego, 
Kot  pisał  prawą  ręką.  Szło  mu  powoli  i  opornie.  Jak  tylko  pan  Saunders  obracał  się 
plecami,  Kot  zmieniał  rękę  i  od  razu  szło  mu  jak  z  płatka.  Najwięcej  kłopotu 
sprawiało mu trzymanie kartki ukośnie, żeby nie rozmazać atramentu lewą ręką. Ale 
miał  już  taką  wprawę,  że  zręcznie  przekręcał  zeszyt  za  każdym  razem,  gdy  pan 
Saunders zaczynał się odwracać w jego stronę. 

Minęło  pół  godziny  i  pan  Saunders,  nawet  się  nie  odwracając,  kazał 

Gwendolinie  skończyć  nalewanie  i  zrobić  słupki.  Potem,  wciąż  obrócony  plecami, 
zapytał Kota: 

-  Bryku, co piszesz? 
-  Wypracowanie o królu Kanucie - odpowiedział niewinnie Kot. 
Wtedy pan Saunders się odwrócił, ale zeszyt leżał już prosto i Kot miał pióro w 

prawej ręce. 

-  Którą ręką piszesz? - zapytał pan Saunders. 
Kot, przyzwyczajony do tych pytań, podniósł prawą rękę z piórem. 
-  Mnie się wydaje, że obiema - stwierdził pan Saunders, podszedł i spojrzał na 

stronę zapisaną przez Kota. - Tak, obiema. 

-  Nie widać tego - zaprotestował nieszczęsny Kot. 
-  Niewiele - przyznał pan Saunders. - Zmieniasz ręce dla zabawy czy co? 
-  Nie - wyznał Kot. - Ale jestem leworęczny. 
W  ówczas,  jak  Kot  się  obawiał,  pan  Saunders  wpadł  w  dziką  furię.  Twarz  mu 

poczerwieniała.  Trzasnął  wielką,  guzowatą  dłonią  w  ławkę,  aż  Kot  podskoczył. 
Podskoczył również kałamarz i chlusnął atramentem na wielką rękę pana Saundersa i 
na wypracowanie Kota. 

-    Leworęczny!  -  ryknął  pan  Saunders.  -  Więc  czemu,  na  Czarnego 

Dżentelmena, nie piszesz lewą ręką, chłopcze? 

-    Bo...  bo  karali  mnie  za  to  -  wyjąkał  Kot,  wstrząśnięty  i  zaskoczony,  że  pan 

Saunders złości się z tak dziwnego powodu. 

-    Więc  zasługują  na  usmażenie  żywcem!  -  zagrzmiał  pan  Saunders.  - 

Wyrządzasz  sam  sobie  niepowetowaną  krzywdę,  kiedy  ich  słuchasz,  chłopcze!  Jeśli 
jeszcze raz przyłapię cię na pisaniu prawą ręką, to popamiętasz! 

-    Tak  -  szepnął  Kot  z  ulgą,  chociaż  nadal  był  głęboko  wstrząśnięty.  Spojrzał 

ż

ałośnie  na  swoje  zalane  atramentem  wypracowanie  z  nadzieją,  że  pan  Saunders 

znowu użyje swoich czarów. Lecz nauczyciel wziął zeszyt i wyrwał kartkę. 

-  Teraz zrób to jeszcze raz, ale jak należy! - polecił, rzucając z trzaskiem zeszyt 

na ławkę przed Kotem. 

Kot wciąż przepisywał od nowa wypracowanie o Kanucie, kiedy weszła Mary, 

niosąc  na  tacy  mleko,  biszkopty  i  kawę  dla  pana  Saundersa.  Po  wypiciu  mleka  i 
zjedzeniu  biszkoptów  pan  Saunders  powiedział  Kotu  i  Gwendolinie,  że  mają  wolne 
do obiadu. 

-    Chociaż  nie  V  nagrodę  za  dobre  wyniki  w  nauce  -  burknął.  -Idźcie  się 

pobawić na świeżym powietrzu. 

Wychodzili już z klasy, gdy zwrócił się do Rogera i Julii: 
-    Teraz  zajmiemy  się  czarami.  I  miejmy  nadzieję,  że  tego  też  nie 

background image

 

zapomnieliście. 

Gwendolina zatrzymała się w drzwiach i spojrzała na niego. 
-  Nie, ty nie - odprawił ją pan Saunders. - Już ci przecież mówiłem. 

Gwendolina  obróciła  się  gwałtownie  i  wybiegła  przez  obskurny  pokój  zabaw  na 
korytarz.  Kot  popędził  za  nią  co  sił  w  nogach,  ale  dogonił  ją  dopiero  w  znacznie 
wspanialszej części zamku, gdzie wielkie marmurowe schody zakręcały łukiem w dół, 
a światło padało z eleganckiej kopuły w dachu. 

-  Nie tedy - wydyszał Kot. 
-    Właśnie  że  tędy  -  zawzięcie  rzuciła  Gwendolina.  -  Chcę  znaleźć 

Chrestomanciego. Dlaczego te dwa tłuste głupki uczą się czarów, a ja nie? Mam dwa 
razy więcej talentu niż oni. Musieli działać razem, żeby unieść w powietrze dzbanek 
kakao! Chcę więc porozmawiać z Chrestomancim. 

Szczęście jej dopisało, bo Chrestomanci właśnie szedł galerią po drugiej stronie 

klatki  schodowej,  za  marmurową  balustradą.  Nosił  teraz  beżowy  garnitur  zamiast 
królewskiego  szlafroka,  ale  wyglądał,  o  ile  to  możliwe,  jeszcze  bardziej  elegancko. 
Sądząc z wyrazu jego twarzy, wędrował myślami gdzieś bardzo daleko. Gwendolina 
obiegła szczyt marmurowych schodów i stanęła przed nim. Chrestomanci zamrugał i 
spojrzał z roztargnieniem najpierw na nią, a potem na Kota. 

-  Czy któreś z was mnie szuka? 
-    Tak,  ja  -  odparła  Gwendolina.  -  Pan  Saunders  nie  chce  mi  dawać  lekcji 

czarówv więc niech pan mu każe. 

-    Och,  tego  nie  mogę  zrobić  -  rzucił  zdawkowo  Chrestomanci.  -  Przykro  mi  i 

tak dalej. 

Gwendolina  tupnęła  nogą.  Nie  narobiła  prawie  żadnego  hałasu,  nawet  na 

marmurowej podłodze, i nie wywołała echa. Zamiast tego musiała więc krzyknąć: 

-  Dlaczego nie? Pan musi, pan musi, pan musi! Chrestomanci spojrzał na nią z 

góry z lekkim zdziwieniem, jakby dopiero teraz ją zobaczył. 

-    Chyba  się  zdenerwowałaś  -  stwierdził.  -  Cóż,  niestety,  nie  ma  rady. 

Zapowiedziałem Michaelowi Saundersowi, żeby pod żadnym pozorem nie uczył was 
dwojga czarów. 

-  Pan?! Dlaczego?! - wrzasnęła Gwendolina. 
-  Ponieważ zrobiłabyś z nich zły użytek - wyjaśnił Chrestomanci, jakby to było 

oczywiste.  -  Ale  rozważę  tę  sprawę  ponownie  za  jakiś  rok,  jeśli  wciąż  będziesz 
chciała się uczyć. 

U śmiechnął się życzliwie do Gwendołiny, wyraźnie oczekując wdzięczności, i 

spacerowym krokiem zszedł po marmurowych schodach. 

Gwendolina  kopnęła  marmurową  balustradę  i  rozbiła  sobie  nogę.  To  wprawiło 

ją  w  furię  równie  silną,  jak  gniew  pana  Saundersa.  Tańczyła,  podskakiwała  i 
wrzeszczała  piskliwie  na  górnym  podeście  schodów,  aż  Kot  się  przestraszył. 
Potrząsnęła pięścią za odchodzącym Chrestomancim. 

-    Poczekaj  tylko!  Już  ja  ci  pokażę!  -  wrzasnęła.  Chrestomanci  zniknął  już  za 

zakrętem schodów. Pewnie nie 

usłyszah Nawet najgłośniejszy wrzask Gwendołiny brzmiał cienko i słabo. 
Kota  to  zaintrygowało.  Co  takiego  ma  w  sobie  ten  zamek?  Podniósł  wzrok  na 

kopułę, skąd padało światło. Wrzask Gwendołiny powinien wzbudzić w niej echo jak 
wszyscy diabli. Tymczasem wywołał tylko cienki, słaby pisk. Czekając, aż siostra się 
uspokoi, Kot eksperymentalnie wsadził dwa palce do ust i zagwizdał jak najgłośniej. 
Rozległ  się  dziwaczny,  tępy  dźwięk  jak  skrzypienie  buta.  Ten  odgłos  sprowadził  do 
galerii starą damę w mitenkach. 

-    Co  za  hałaśliwe  dzieci!  -  skarciła  ich.  -  Jeśli  chcecie  wrzeszczeć  i  gwizdać, 

background image

 

musicie wyjść na dwór. 

-    Och,  no  to  chodźmy!  -  gniewnie  rzuciła  Gwendolina  do  Kota  i  pobiegli  do 

znajomej  części  zamku.  Po  krótkim  błądzeniu  znaleźli  drzwi,  przez  które  ich 
wprowadzono poprzedniego dnia, i wyszli na dwór. 

-    Chodźmy  się  rozejrzeć  -  zaproponował  Kot.  Gwendolina  wzruszyła 

ramionami i mruknęła, że jej to odpowiada, więc rozpoczęli zwiedzanie. 
Za  gęstwą  rododendronów  zaczynał  się  wielki,  gładki  trawnik,  gdzie  rosły  cedry. 
Ciągnął  się  wzdłuż  całej  nowszej  części  zamku.  Po  drugiej  stronie  trawnika  Kot 
dostrzegł  nadzwyczaj  interesujący,  wysoki,  nasłoneczniony  mur,  zza  którego 
zwieszały się gałęzie drzew. Najwyraźniej były to ruiny jeszcze starszego zamku. Kot 
ruszył truchtem w tamtą stronę, obok wielkich okien nowego zamku, ciągnąc za sobą 
siostrę.  Ale  w  połowie  drogi  Gwendolina  przystanęła  i  zaczęła  wiercić  czubkiem 

bucika!w wystrzyżonej zielonej trawie. 

-  Hm - powiedziała. - Myślisz, że tutaj się liczy jako zamek? 
-  Pewnie tak - odparł Kot. - No, chodź. Chcę zwiedzić tamte ruiny. 
Jednak pierwszy mur, do którego dotarli, był bardzo niski. Furtka prowadziła do 

bardzo  porządnego  francuskiego  ogrodu,  z  szerokimi  żwirowymi  ścieżkami 
biegnącymi  bardzo  prosto  pomiędzy  bukszpanowymi  żywopłotami.  Wszędzie  rosły 
cisy  przystrzyżone  w  surowe  piramidy,  wszystkie  kwiaty  były  żółte  i  posadzone  w 
zwartych kępkach. 

-  Nuda - ocenił Kot i ruszył przodem do zrujnowanego muru w głębi. 
Ponownie  drogę  zagrodził  im  niższy  mur  i  tym  razem  weszli  do  sadu.  Był  to 

bardzo  porządny  sad,  gdzie  wszystkie  drzewa,  ukształtowane  płasko,  stały  karnie  w 
szeregach  jak  żywopłoty  przy  krętych  żwirowych  ścieżkach.  Gałęzie  uginały  się  od 
jabłek.  Po  tym,  co  mówił  Chrestomanci,  Kot  nie  ośmielił  się  żadnego  zwędzić,  ale 
Gwendolina zerwała dużego czerwonego worcestera i zatopiła w nim zęby. 

Natychmiast  zza  zakrętu  ścieżki  wyszedł  ogrodnik  i  oznajmił  karcąco,  że  nie 

wolno zrywać jabłek. 

Gwendolina rzuciła jabłko na ścieżkę. 
-  To je sobie weź. I tak było robaczy we. 
Poszli  dalej  i  zostawili  ogrodnika  wpatrującego  się  ponuro  w  nadgryzione 

jabłko. Zamiast do ruin, dotarli do sadzawki ze złotymi rybkami, a potem do różanego 
ogrodu.  Tutaj  Gwendolina  w  ramach  eksperymentu  spróbowała  zerwać  różę. 
Natychmiast  zjawił  się  następny  ogrodnik  i  wyjaśnił  z  szacunkiem,  że  nie  wolno  im 
zrywać  róż.  Wiec  Gwendolina  rzuciła  na  ziemię  także  różę.  Potem  Kot  obejrzał  się 
przez  ramię  i  zobaczył,  że  jakimś  sposobem  ruiny  znalazły  się  z  tyłu.  Zawrócił,  ale 
wciąż nie mógł tam dotrzeć. Zbliżała się już pora obiadu, kiedy nagle trafił na wąską 
stromą ścieżkę pomiędzy murami i zobaczył ruiny nad głową, u wylotu ścieżki. 

Uradowany  popędził  ścieżką  do  góry.  Rozświetlony  słońcem  mur  był  wyższy 

od przeciętnego domu, a na jego szczycie rosły drzewa. Zbliżywszy się, Kot zobaczył, 
ż

e  z  muru  wystają  zawrotnie  strome  kamienne  schodki  przypominające  drabinę  z 

kamienia  i  tak  stare,  że  rosły  na  nich  laki  i  lwie  paszcze.  Wybujałe  malwy  całkiem 
przesłoniły  miejsce,  gdzie  schodki  dotykały  ziemi.  Kot  musiał  odepchnąć  na  bok 
wysoką czerwoną malwę, żeby postawić stopę na pierwszym stopniu. 

Jak tylko to zrobił, kolejny ogrodnik nadbiegł po stromej ścieżce, sapiąc. 
-  Nie możecie tam wejść! Tam na górze jest ogród Chresto-manciego! 
-  Dlaczego nie możemy? - zapytał bardzo rozczarowany Kot. 
-  Bo nie wolno i już. 
Powoli, niechętnie Kot zawrócił. Ogrodnik stał u stóp schodów i pilnował, czy 

Kot naprawdę odszedł. 

background image

 

-  Psiakość! - burknął Kot. 
-    Mam  już  powyżej  uszu  tych  zakazów  Chrestomanciego  -oświadczyła 

Gwendolina..- Najwyższy czas, żeby ktoś dał mu nauczkę. 

-  Co zamierzasz zrobić? - zapytał Kot. 
-  Zaczekaj, to zobaczysz - obiecała Gwendolina i gniewnie zacisnęła usta. 

background image

 

ROZDZIA Ł 5 

Gwendolina  nie  chciała  powiedzieć  bratu,  co  zamierza.  Na  skutek  tego  Kot 

przeżywał  dość  melancholijne  chwile.  Po  pożywnym  obiedzie  z  brukwi  i  gotowanej 
baraniny  znowu  mieli  lekcje.  Potem  Gwendolina  odeszła  z  pośpiechem  i  nie 
pozwoliła bratu z sobą pójść. Kot nie wiedział, co robić. 

-  Chcesz się pobawić na dworze? - zapytał Roger. Kot wiedział, że Roger pyta 

tylko przez uprzejmość. 

-  Nie, dziękuję - odmówił grzecznie. 
Musiał zwiedzać ogrody na własną rękę. Niżej był las pełen kasztanowców, ale 

kasztany wcale jeszcze nie dojrzały. Kot bez większej nadziei wypatrywał ich wśród 
gałęzi, kiedy dostrzegł domek na drzewie, mniej więcej w połowie wysokości. To już 
było  coś!  Zamierzał  się  tam  wdrapać,  ale  usłyszał  głosy  i  zobaczył  spódnicę  Julii 
trzepoczącą wśród liści. Więc nic z tego. To był prywatny domek Julii i Rogera, w tej 
chwili zajęty. 

Kot powędrował dalej. Dotarł do trawnika i zobaczył Gwendolinę przykucniętą 

pod jednym z cedrów i pochłoniętą wykopywaniem małej dziury. 

-  Co ty robisz? - zapytał Kot. 
- Odejd ź - burknęła. 
Odszedł.  Nie  wątpił,  że  Gwendolina  robiła  coś  związanego  z  czarami  i  z 

nauczką  dla  Chrestomąnciego,  ale  wypytywanie  jej  nie  miało  sensu,  kiedy  była  taka 
tajemnicza.  Musiał  zaczekać.  Wytrzymał  przez  następną  przerażającą  kolację,  a 
potem  przez  długi,  długi  wieczór.  Gwendolina  po  kolacji  zamknęła  się  na  klucz  w 
swoim pokoju i kazała mu odejść, kiedy zapukał. 

Następnego  ranka  zbudził  się  wcześnie  i  przez  okno  zobaczył,  co  zrobiła 

Gwendolina.  Trawnik  był  w  opłakanym  stanie.  Nie  wyglądał  już  jak  gładka  płachta 
zielonego  aksamitu.  Pokrywały  go  kretowiska.  Wszędzie,  jak  okiem  sięgnąć, 
sterczały  małe  zielone  wzgórki,  kopczyki  świeżej  ziemi,  długie  ziemne  nasypy  i 
długie zielone bruzdy poruszonej trawy. Najwyraźniej liczna armia kre-tów pracowała 
przez  całą  noc.  Kilkunastu  ogrodników  stało  z  ponurymi  minami,  drapiąc  się  po 
głowach. 

Kot narzucił ubranie i zbiegł po schodach. 
Gwendolina wychylała się z okna swojej sypialni w falbania-stej koszuli nocnej, 

promieniejąc z dumy. 

-    Tylko  popatrz!  -  zawołała  do  Kota.  -  Czy  to  nie  wspaniałe?  Wczoraj 

wieczorem  poświęciłam  kilka  godzin,  żeby  na  pewno  wszystko  zniszczyć.  Teraz 
Chrestomanci pójdzie po rozum do głowy! 

Kot  w  to  nie  wątpił.  Nie  wiedział,  ile  będzie  kosztowała  wymiana  takiej  ilości 

darni,  ale  podejrzewał,  że  całkiem  sporo.  Obawiał  się,  że  Gwendolinę  czekają 
poważne kłopoty. 

Ku  jego  zdumieniu  nikt  nawet  nie  wspomniał  o  trawniku.  W  chwilę  później 

weszła Eufemia i powiedziała tylko: 

-  Znowu się spóźnicie na śniadanie. 

Roger i Julia w ogóle nic nie mówili. W milczeniu przyjęli marmoladę i nóż podane 
przez  Kota,  i  tylko  Julia  odezwała  się  jeden  jedyny  raz,  kiedy  upuściła  nóż  Kota  i 
podniosła go zmieszana. „Psiakość!" - powiedziała. A kiedy pan Saunders zawołał ich 
na  lekcje,  mówił  tylko  o  matematyce  i  historii.  Kot  doszedł  do  wniosku,  że  nikt  nie 
podejrzewa Gwendoliny  w sprawie kretowisk. Nie zdawali sobie sprawy,  jaka z niej 
potężna czarownica. 

Tego  dnia  po  obiedzie  nie  było  lekcji.  Pan  Saunders  wyjaśnił,  że  zawsze  mają 

wolne w środy po południu. Po obiedzie wszystkie kretowiska znikły. Kiedy wyjrzeli 

background image

 

z okna pokoju zabaw, trawnik znowu wyglądał jak płachta aksamitu. 

-    Nie  wierzę!  -  szepnęła  Gwendolina  do  Kota.  -  To  na  pewno  iluzja.  Próbują 

mnie poniżyć. 

Wyszli  na  dwór,  żeby  się  rozejrzeć.  Musieli  zachować  ostrożność,  ponieważ 

pan Saunders spędzał wolne popołudnie na leżaku pod cedrem, czytając żółtą książkę 
w miękkiej oprawie, która widocznie bardzo go bawiła. Gwendolina przespacerowała 
się  po  trawniku  i  udawała,  że  podziwia  zamek.  Na  niby  zawiązując  sznurowadło, 
szturchnęła trawę palcem. 

-  Nie rozumiem! - wyznała. Jako czarownica wiedziała, że równa, gładka darń 

nie jest iluzją. - Naprawdę to naprawili! Jak? 

-  Widocznie ułożyli nową darń, kiedy mieliśmy lekcje - zasugerował Kot. 
-  Nie bądź głupi! - ofuknęła go. - Nowa darń byłaby jeszcze w kwadratach, nie 

jak ta! 

Pan Saunders ich zawołał. 
Przez  sekundę  Gwendolina  wyglądała  na  przestraszoną,  ale  ukryła  to  całkiem 

nieźle i swobodnym krokiem podeszła do leżaka. Kot zobaczył, że żółta książka była 
po  francusku.  To  ci  dopiero,  żeby  śmiać  się  z  francuskiego  tekstu!  Widocznie  pan 
Saunders był nie tylko silnym magiem, ale również wykształconym. 

Pan  Saunders  odłożył  książkę  grzbietem  do  góry  na  znowu  piękną  trawę  i 

uśmiechnął się do dzieci. 

-    Wyszliście  tak  szybko,  że  nie  zdążyłem  wam  wręczyć  kieszonkowego. 

Proszę. 
Podał  obojgu  po  dużej  srebrnej  monecie.  Kot  zagapił  się  na  swój  pieniądz.  To  była 
korona  -  całe  pięć  szylingów.  Nigdy  w  życiu  nie  miał  tyle  pieniędzy.  Pan  Saunders 
wprawił go w jeszcze większe zdumienie, mówiąc: 

-  Dostaniecie tyle co środę. Nie wiem, czy wolicie wydawać, czy oszczędzać. 

Julia i Roger zwykle idą do wioski i przepuszczają wszystko na słodycze. 

-    Dziękuję  -  powiedział  Kot.  -  Bardzo  dziękuję.  Czy  pójdziemy  do  wioski, 

Gwendolino? 

-  Dobrze - zgodziła się Gwendolina. 
Z  jednej  strony  pragnęła  zostać  w  zamku  i  śmiało  stawić  czoło  wszelkim 

oskarżeniom  w  związku  z  kretowiskami,  z  drugiej  -z  ulgą  przyjęła  wymówkę,  żeby 
się wymknąć. 

-  Spodziewam się, że Chrestomanci pośle po mnie, jak tylko się połapie, że to 

moja wina - powiedziała, kiedy szli aleją wśród drzew. 

-    Myślisz,  że  to  pan  Saunders  naprawił  trawnik?  -  zagadnął  Kot.  Gwendolina 

spochmurniała. 

-  Nie mógł. Przecież prowadził lekcję. 
-  Ogrodnicy - zasugerował Kot. - Niektórzy pewnie są czarownikami. Strasznie 

szybko się pojawiali, żeby nam czegoś zabronić. 

Gwendolina zaśmiała się pogardliwie. 
-  Przypomnij sobie Pomocnego Czarownika. 
Kot  poczuł  lekkie  wątpliwości.  Pomocny  Czarownik  miał  niewiele  więcej 

talenju  od  pani  Sharp.  Zwykle  wynajmowano  go  do  przenoszenia  ciężarów  albo 
sprawiania, żeby gorszy koń wygrał na wyścigach. 

-  Wszystko jedno - upierał się - może to specjaliści... ogrodowi czarownicy. 
Gwendolina tylko znowu się zaśmiała. 
Wioska  leżała  tuż  za  bramą  zamku,  u  stóp  wzgórza.  Ładne  domki  otaczały 

rozległe  błonia.  Na  błoniach  stały  rzędem  sklepy:  śliczna  piekarnia  z  łukowym 
frontonem,  równie  śliczny  sklep  ze  słodyczami  i  poczta.  Gwendolina  zatrzymała  się 

background image

 

przed  sklepem  ze  starzyzną.  Kot  nie  miał  nic  przeciwko  temu,  bo  sklep  wyglądał 
interesująco. Gwendolina z irytacją pokręciła głową i zatrzymała wiejskiego chłopca, 
który wałęsał się nieopodal. 

-  Podobno pan Baslam mieszka w tej wiosce. Możesz nam wskazać drogę? 
Chłopiec się skrzywił. 
-    On?  To  nic  dobrego.  Tędy,  na  końcu  tamtej  alejki,  jeśli  naprawdę  chcecie 

wiedzieć. 

Stał i patrzył na nich z taką miną, jakby należało mu się sześć pensów za fatygę. 
Ani  Kot,  ani  Gwendolina  nie  mieli  innych  pieniędzy  oprócz  srebrnych  koron. 

Nie mogli mu niczego dać. 

-  Wypchaj się, ty mała czarownico! - wrzasnął za nimi chłopak. - Skąpiradło! 
Gwendolina wcale się nie przejęła, ale Kot tak się zawstydził, że chciał wrócić i 

wytłumaczyć się przed chłopcem. 

Pan Baslam mieszkał w nędznej chacie z błędnie wypisanym szyldem w oknie 

TOFARY EGZOTYCZNE Gwendolina popatrzyła na napis z pewnym politowaniem 
i zastukała do drzwi zmatowiałą kołatką. 

Pan  Baslam  okazał  się  tłustym  mężczyzną  w  starych  spodniach  opadających 

pod  wydatnym  brzuchem.  Miał  czerwone  oczy  i  obwisłe  policzki  jak  u  bernardyna. 
Próbował z powrotem zamknąć drzwi, jak tylko ich zobaczył. 

-    Nie  dzisiaj,  dziękuję  -  powiedział,  razem  ze  słowami  wydzielając  mocny 

zapach piwa. 

-  Przysłał mnie pan Nostrum - oznajmiła Gwendolina. - Pan William Nostrum. 
Drzwi znowu się otwarły. 
-  Ach - powiedział pan Baslam. - Wejdźcie. Tędy. Wprowadził ich do ciasnej 

izdebki, gdzie stały cztery krzesła, 

stół  i  kilkadziesiąt  gablot  z  wypchanymi  zwierzętami.  Gabloty  ledwie  się  tutaj 

mieściły, spiętrzone bezładnie jedna na drugiej i wszystkie bardzo zakurzone. 

-  No to siadajcie - zaprosił ich dość burkliwie pan Baslam. Kot usiadł ostrożnie 

i starał się nie oddychać zbyt głęboko. 

Oprócz zapachu piwa buchającego od pana Baslama czuł słabą woń zgnilizny i 

coś  jakby  marynaty.  Pomyślał,  że  nie  wszystkie  wypchane  zwierzaki  zostały 
należycie zakonserwowane. 

Fetor jakoś nie przeszkadzał Gwendolinie. Siedziała grzecznie i wyglądała jak z 

obrazka.  Kremowa  sukienka  sztywno  rozłożyła  się  wokół  niej,  szeroki  twarzowy 
kapelusz  ocieniał  złociste  loki.  Patrzyła  na  pana  Baslama  zimnymi  niebieskimi 
oczami. 

-  Pański szyld jest błędnie napisany. 
Pan Baslam spuścił ciężkie powieki i wykonał żartobliwy gest. 
-  Wiem, wiem. Ale nie chcę, żeby mnie poważnie traktowano. Nie na samym 

początku,  że  tak  powiem.  No  więc  czego  chcecie?  Pan  William  Nostrum  nie 
opowiada mi o swoich planach. Jestem tylko skromnym dostawcą towarów. 

-  Oczywiście potrzebuję towaru - powiedziała Gwendolina. 
Kot  słuchał,  dość  znudzony,  jak  Gwendolina  targowała  się  o  materiały  do 

czarów.  Pan  Baslam  grzebał  za  gablotami  z  wypchanymi  zwierzakami  i  wyciągał 
gazetowe  zawiniątka  z  tym  i  owym  -  oczy  kijanek,  języki  węży,  kardamon, 
ciemiernik,  saletra,  płyn  do  balsamowania,  dziki  czosnek  i  ropnaite  żywice, 
prawdopodobnie  odpowiedzialne  za  niemiły  zapach.  Żądał  za  wszystko  więcej,  niż 
Gwendolina chciała zapłacić. Zdecydowana była jak najkorzystniej wydać swoje pięć 
szylingów. Pan Baslam nie wydawał się tym zachwycony. 

-  Wiesz, czego chcesz, tak? - rzucił zrzędliwie. 

background image

 

-    Wiem,  ile  takie  rzeczy  powinny  kosztować  -  odparła  Gwendolina.  Zdjęła 

kapelusz,  starannie  zapakowała  do  niego  gazetowe  zawiniątka  i  włożyła  kapelusz  z 
powrotem na głowę. -1 na koniec potrzebuję trochę smoczej krwi - dodała. 
-    Oooch!  -jęknął  pan  Baslam  i  potrząsnął  głową  ze  smutkiem,  aż  zafalowały  jego 
obwisłe  policzki.  -  Jest  zakaz  używania  smoczej  krwi.  Powinnaś  o  tym  wiedzieć, 
młoda damo. Nie wiem, czy zdobędę chociaż odrobinę. 

-    Pan  Nostrum...  obaj  panowie  Nostrumowie  mówili,  że  pan  potrafi  zdobyć 

wszystko  -  powiedziała-  Gwendolina.  -  Mówili,  że  pan  jest  najlepszym  agentem, 
jakiego znają. Zresztą nie proszę o smoczą krew teraz. Składam zamówienie. 

Pan Baslam wydawał się zadowolony z pochwały braci Nostru-mów, ale wciąż 

miał wątpliwości. 

-  "tylko strasznie mocne czary wymagają smoczej krwi - bronił się płaczliwie. - 

Przecież taka młoda panienka nie będzie sama robiła takich rzeczy. 

-  Jeszcze nie wiem - przyznała Gwendolina. - Ale to możliwe. Wie pan, jestem 

na  magii  zaawansowanej.  I  chcę  zamówić  smoczą  krew  na  wypadek,  gdybym  jej 
potrzebowała. 

-  To będzie kosztowało - ostrzegł ją pan Baslam. - Rozumiesz, trzeba zapłacić 

za ryzyko. Nie chcę żadnych zatargów z prawem. 

-    Zapłacę  -  obiecała  Gwendołina.  -  Zapłacę  w  ratach.  Niech  pan  zatrzyma 

resztę z pięciu szylingów jako zaliczkę. 

Pan  Baslam  nie  potrafił  się  oprzeć.  Spojrzał  na  monetę  w  ręce  Gwendoliny 

takim wzrokiem, że Kot wyraźnie zobaczył długi rząd spienionych kufli z piwem. 

-  Załatwione - powiedział. 
Gwendolina  uśmiechnęła  się  wdzięcznie  i  wstała.  Kot  również  zerwał  się  z 

radością. 

-    A  co  dla  młodego  dżentelmena?  -  zagadnął  przymilnie  pan  Baslam.  -  Nie 

chcesz spróbować sił w nekromancji? 

-  To tylko mój brat - wyjaśniła Gwendolina. 
-    Och.  Aha.  Hm.  No  tak  -  wybąkał  pan  Baslam.  -  Oczywiście.  No,  życzę 

miłego dnia. Wpadnijcie kiedyś, w każdej chwili. 

-  Kiedy pan zdobędzie smoczą krew? - zapytała Gwendolina od progu. 
Pan Baslam zamyślił się. 
-  Powiedzmy, za tydzień. 
Gwendolina si ę rozpromieniła. 
-    Jak  szybko!  Wiedziałam,  że  pan  jest  dobrym  agentem.  Gdzie  pan  ją  tak 

szybko dostanie? 

-  Takich rzeczy się nie mówi - zarechotał pan Baslam. - Trzeba ją sprowadzić z 

innego s'wiata, ale z którego, to sekret zawodowy, młoda damo. 

Gwendolina tryskała radością, kiedy wracali do zamku. 
-    Tydzień!  -  powtarzała.  -  To  najkrótszy  termin,  o  jakim  słyszałam.  Wiesz, 

trzeba  ją  przeszmuglować  z  innego  świata.  Widocznie  on  tam  ma  bardzo  dobre 
układy. 

-    Albo  trzyma  ją  u  siebie,  w  wypchanym  ptaku  -  burknął  Kot,  któremu  pan 

Baslam  wcale  się  nie  spodobał.  -  Po  co  ci  smocza  krew?  Pani  Sharp  mówiła,  że  to 
kosztuje pięćdziesiąt funtów za uncję. 

-  Cicho bądź! - syknęła Gwendolina. - Och, szybko! Pospiesz się, Kot! Do tego 

sklepu ze słodyczami. Ona nie powinna wiedzieć, gdzie byliśmy. 

Na  wiejskich  błoniach  dama  trzymająca  parasolkę  rozmawiała  z  duchownym. 

To była żona Chrestomanciego. Kot i Gwendolina wpadli do sklepu, licząc, że ich nie 
zauważyła.  Tam  Kot  kupił  sobie  i  siostrze  po  torebce  toffi.  Millie  wciąż  stała  na 

background image

 

błoniach, więc kupił również trochę lukrecji. Millie nadal rozmawiała z duchownym, 
więc  kupił  Gwendolinie  wycieraczkę  do  piór,  a  sobie  pocztówkę  z  zamkiem. 
Millietnie  ruszyła  się  z  miejsca.  Kot  nie  mógł  już  wymyślić  nic  więcej  do  kupienia, 
więc musieli wyjść ze sklepu. 

Millie kiwnęła na nich, jak tylko ich zobaczyła. 
-  Poznajcie naszego drogiego pastora. 
Pastor,  starszy  człowiek  ze  słabym,  rozbieganym  wzrokiem,  podał  im  drżącą 

ręke,,i powiedział, że zobaczy ich w niedzielę. Potem oświadczył, że naprawdę musi 
już iść. 

-    My  też  -  przytaknęła  Millie.  -  Chodźcie,  moi  drodzy.  Razem  wrócimy  do 

zamku. 
Nie  pozostało  im  nic  innego,  tylko  pójść  obok  niej  pod  parasolką,  przez  błonia  i 
zamkową  bramę.  Kot  bał  się,  że  Milłie  zapyta,  dlaczego  odwiedzili  pana  Baslama. 
Gwendolina  obawiała  się,  że  Millie  zapytają  o  kretowiska  na  trawniku.  Ale  Millie 
powiedziała: 

-    Cieszę  się,  że  mam  okazję  z  wami  porozmawiać,  moi  kochani.  Nie  miałam 

czasu sprawdzić, jak sobie radzicie. Wszystko w porządku? Nic was tu nie zdziwiło? 

-  No... trochę - wyznał Kot. 
-    Pierwsze  dni  zawsze  są  najgorsze,  wszędzie  -  pocieszyła  go  Millie.  -  Na 

pewno  wkrótce  się  oswoicie.  I  śmiało  korzystajcie  z  zabawek  w  pokoju  zabaw,  jeśli 
chcecie. Są dla wszystkich. Prywatne zabawki są w pokojach. Jak wam się podobają 
wasze pokoje? 

Kot popatrzył na nią ze  zdumieniem. Zachowywała się tak, jakby kretowiska i 

czary  wcale  nie  istniały.  Pomimo  eleganckiej  sukni  z  krezą  i  koronkowej  parasolki 
była najzwyklejszą, dobrą, poczciwą kobietą. Kot ją polubił. Zapewnił, że podoba mu 
się jego pokój i łazienka, zwłaszcza prysznic, i wyjaśnił, że nigdy przedtem nie miał 
łazienki tylko dla siebie. 

-    Och,  bardzo  się  cieszę.  Miałam  nadzieję,  że  ci  się  spodoba  -powiedziała 

Millie.  -  Panna  Bessemer  chciała  cię  umieścić  obok  Rogera,  ale  moim  zdaniem 
tamten  pokój  jest  taki  nudny...  i  nie  ma  prysznica.  Obejrzyj  go  kiedyś,  to  sam 
zobaczysz. 

Szła alejką i gawędziła, a Kot odkrył, że sam podtrzymuje rozmowę. Jak tylko 

stało  się  jasne,  że  Millie  nie  zamierza  wspominać  o  trawnikach  ani  o  towarach 
egzotycznych,  Gwendolina  zaczęła  ją  lekceważyć.  Zachowywała  pogardliwe 
milczenie i oddała głos bratu. Po chwili Millie zapytała Kota, co w zamku najbardziej 
go zdziwiło. 

Kot odpowiedział nieśmiało, ale bez wahania: 
-  To, jak wszyscy rozmawiają przy kolacji. 
Millie  wydała  tak  rozpaczliwy  okrzyk,  że  Kot  podskoczył,  a  Gwendolina 

zrobiła jeszcze bardziej pogardliwą minę. 
-  Ojej! Biedny Eryk! Widziałam, jak patrzysz! Czy to nie okropne? Michael wpada w 
entuzjazm i nie potrafi mówić o niczym innym. Ale powinno mu przejść za dzień lub 
dwa i wtedy znowu będziemy mogli rozsądnie rozmawiać, nawet pożartować. Lubisz 
się  pośmiać  przy  stole,  prawda?  Niestety,  nic  nie  powstrzyma  biednego  Bernarda 
przed  gadaniem  o  akcjach  i  obligacjach,  ale  nie  zwracaj  na  niego  uwagi.  Nikt  nie 
słucha Bernarda. Przy okazji, lubisz ekierki? 

-  Tak - odpowiedział Kot. 
-    Och,  świetnie!  -  zawołała  Millie.  -  Zorganizowałam  podwieczorek  na 

trawniku, bo to wasza pierwsza środa i nie chciałam marnować pięknej pogody. Czy 
to  nie  dziwne,  że  wrzesień  prawie  zawsze  jest  ładny?  Jeśli  przejdziemy  pomiędzy 

background image

 

tymi drzewami, zjawimy się na trawniku jednocześnie z herbatą. 

I  rzeczywiście,  kiedy  wyszli  za  Millie  z  zarośli,  zobaczyli  grupę  leżaków 

ustawionych  wokół  leżaka  pana  Saundersa.  Lokaje  rozstawiali  stoliki  i  przynosili 
tace. Prawie cała Rodzina zebrała się wokół leżaków. Gwendolina trzymała się z tyłu 
za Millie i Kotem, spoglądając nerwowo i wyzywająco. Wiedziała, że teraz Chresto-
manci  porozmawia  z  nią  o  trawniku,  a  co  gorsza,  nie  zdążyła  przedtem  wyjąć 
egzotycznych towarów z kapelusza. 

Ale  Chrestomanciego  nie  było,  chociaż  wszyscy  inni  byli  obecni.  Millie 

przecisnęła się pomiędzy Bernardem od akcji a Julią, minęła starą damę w mitenkach 
i wycelowała parasolkę w pana Saundersa. 

-    Michael,  absolutnie  zabraniam  ci  mówić  o  sztuce  przy  podwieczorku  - 

oznajmiła surowo, ale trochę popsuła efekt, kiedy się roześmiała. 

Rodzina najwyraźniej czuła to samo co Kot. Kilka osób zawołało: „Słuchajcie! 

Słuchajcie!", a Roger zapytał: 

-  Możemy zaczynać, mamusiu? 
Podwieczorek smakował Kotu. Po raz pierwszy od przyjazdu do zamku coś mu 

sprawiło  przyjemność.  Podano  cienkie  jak  papier  kanapki  z  ogórkiem  i  duże 
gąbczaste  ekierki.  Kot  zjadł  nawet  więcej  od  Rogera.  Wokół  rozbrzmiewały 
zwyczajne,  pogodne  rodzinne  rozmowy,  w  tle  brzęczały  akcje  i  obligacje,  ciepłe 
promienie  słońca  kładły  się  na  zielonej  połaci  trawnika.  Kot  cieszył  się,  że  ktoś 
naprawił  szkody.  Wolał  gładki  trawnik.  Pomyślał  sobie,  że  przy  odrobinie  praktyki 
może być w zamku prawie szczęśliwy. 

Gwendolina  bynajmniej  nie  była  szczęśliwa.  Gazetowe  zawiniątka  ciążyły  jej 

na  głowie.  Ich  zapach  zepsuł  smak  ekierek.  Wiedziała,  że  musi zaczekać  do  kolacji, 
zanim Chrestomanci porozmawia z nią o trawniku. 

Kolację  podano  tego  wieczoru  później  ze  względu  na  obfity  podwieczorek. 

Zapadał  zmierzch,  kiedy  Rodzina  zebrała  się  w  jadalni.  Na  całej  długości 
wypolerowanego stołu stały zapalone świece. Kot widział je i resztę pokoju odbite w 
rzędach  wysokich  okien  naprzeciwko.  Widok  był  przyjemny  i  pożyteczny.  Kot 
zobaczył  nadchodzącego  lokaja.  Teraz  przynajmniej  nie  zaskoczyło  go,  kiedy  lokaj 
wysunął  tacę  z  małymi  rybkami  i  marynowaną  kapustą  spoza  jego  (^mienia.  I 
ponieważ Kotu zakazano używać prawej ręki, bez żadnych skrupułów sięgał z drugiej 
strony. Zaczynał się czuć swojsko. 

Ponieważ  panu  Saundersowi  zabroniono  rozmawiać  o  sztuce  przy 

podwieczorku,  podczas  kolacji  wykazał  się  jeszcze  większą  elokwencją  niż  zwykle. 
Gadał  i  gadał.  Przyciągnął  uwagę  Chrestomanciego  i  nie  dopuszczał  go  do  głosu. 
Chrestomanci  słuchał  i  kiwał  głową  z  sennym,  pogodnym  wyrazem  twarzy. 
Gwendolinę ogarniała coraz większa złość. Chrestomanci nie wspomniał ani słowem 
o  trawniku,  ani  tutaj,  ani  wcześniej  w  bawialni.  Coraz  wyraźniej  rozumiała,  że  nikt 
nie zamierza poruszać tej sprawy. 

Była  wściekła.  Pragnęła  uznania  dla  swoich  mocy.  Chciała  udogodnić 

Chrestomanciemu,  że  jest  czarownicą,  z  którą  należy  się  liczyć.  Więc  nie  pozostało 
jej nic innego, tylko rzucić następne zaklęcie. Trochę jej przeszkadzało, że nie miała 
pod ręką żadnych ingrediencji, ale jedno mogła zrobić całkiem łatwo. 

Kolacja trwała. Pan Saunders gadał. Lokaje wnieśli następne danie. Kot zerknął 

w  szybę  okienną,  żeby  zobaczyć,  kiedy  dojdzie  do  niego  srebrna  taca.  I  niemal 
wrzasnął. 

Za  oknem  stało  chude,  blade  stworzenie.  Przyciśnięte  do  ciemnej  szyby, 

machało  rękami  i  poruszało  ustami.  Wyglądało  jak  zabłąkany  duch  lunatyka.  Było 
słabe,  białe  i  odrażające.  Ubłocone  i  oślizłe.  Chociaż  Kot  niemal  natychmiast  się 

background image

 

zorientował, że to dzieło Gwendoliny, nadal wytrzeszczał oczy ze strachem. 

Millie zauważyła jego przerażone spojrzenie. Spojrzała sama, wzdrygnęła  się i 

lekko  poklepała  Chrestomanciego  łyżką  po  wierzchu  dłoni.  Chrestomanci  otrząsnął 
się ze snu na jawie i również zerknął w okno. Obrzucił żałosnego stwora znudzonym 
spojrzeniem i westchnął. 

-    Dlatego  wciąż  uważam,  że  Florencja  jest  najpiękniejszym  ze  wszystkich 

włoskich miast - perorował pan Saunders. 

-  Ludzie zwykle głosują też na Wenecję - powiedział Chrestomanci. - Frazier, 

bądź tak dobry i zaciągnij zasłony. Dziękuję. 

-  Nie, nie. Moim zdaniem Wenecja jest przeceniana - upierał się pan Saunders i 

zaczął  dowodzić  dlaczego.  Tymczasem  kamerdyner  zaciągnął  długie  pomarańczowe 
kotary i zasłonił stwora przed wzrokiem biesiadników. 

-    No,  może  i  racja.  Florencja  ma  więcej  do  zaoferowania  -zgodził  się 

Chrestomanci.  -  Nawiasem  mówiąc,  Gwendolino,  kiedy  mówiłem  o  zamku,  miałem 
na  myśli,  oczywiście,  również  zamkowe  tereny,  nie  tylko  wnętrza.  Mów  dalej, 
Michaelu. Wenecja. 

Wszyscy  je<$li  dalej  oprócz  Kota.  Wyobrażał  sobie,  jak  stworzenie  wciąż 

drapie i ślini szybę za pomarańczowymi kotarami. 

-    Nie  bój  się,  głupi!  Już  je  odesłałam  -  powiedziała  Gwendoli-na  głosem 

zdławionym z furii. 

 

background image

 

ROZDZIA Ł 6 

 

Gwendolina dała upust wściekłości w swoim pokoju po kolacji. Wskoczyła na 

łóżko, wrzeszczała i rzucała poduszkami. Kot stał przezornie pod ścianą, czekając, aż 
siostra  się  uspokoi.  Ale  Gwendolina  nie  przestała,  dopóki  nie  poprzysięgła  sobie,  że 
rozpocznie kampanię przeciwko Chrestomanciemu. 

-  Nienawidzę tego zamku! - wrzeszczała. - Nienawidzę ich wszystkich! Tacy są 

fałszywie uprzejmi! Nienawidzę, nienawidzę! 

Wrzask  był  tłumiony  przez  aksamitne  obicia  pokoju  i  całkiem  niknął  we 

wszechobecnej ciszy zamku. 

-    Słyszysz?!  -  krzyknęła  Gwendolina.  -  Puchowa  kołderka  ohydnej 

grzeczności!  Zniszczyłam  im  trawnik,  więc  zaprosili  mnie  na  podwieczorek. 
Wywołałam  przepiękną  zjawę,  więc  zaciągnęli  zasłony.  „Frazier,  bądź  tak  dobry  i 
zaciągnij zasłony". Fuj! Chre-stomanci przyprawia mnie o mdłości! 

-  Nie uważam, że to była przepiękna zjawa - sprzeciwił się Kot, cały drżący. 
-  Cha, cha! Nie wiedziałeś, że stać mnie na to, co?! - zawołała Gwendolina. - 

Nie  miała  przestraszyć  ciebie,  głupi,  tylko  Chrestomanciego.  Nienawidzę  go!  Nawet 
się nie zainteresował. 

-  Po co nas tutaj sprowadzi ł, jeśli ty go nie interesujesz? - zapytał Kot. 
Gwendoline zaskoczyło takie postawienie sprawy. 
-  Nie pomyślałam o tym - przyznała. - Może to coś poważnego. Odejdź. Chce 

to przemyśleć. W każdym razie - zawołała za Kotem, który  ruszył do drzwi - on się 
mną  zainteresuje,  choćbym  miała  pęknąć!  Codziennie  będę  coś  robiła,  dopóki  mnie 
nie zauważy! 

I  znowu  nieszczęsny  Kot  był  zdany  na  siebie.  Pamiętając,  co  mówiła  Millie, 

poszedł do pokoju zabaw. Ale Julia i Roger już tam byli i bawili się żołnierzykami na 
poplamionym  dywanie.  Mali  ołowiani  grenadierzy  maszerowali.  Kilku  podtaczało 
armatę,  inni  leżeli  za  poduszkami  i  strzelali  z  karabinów,  które  cichutko 
potrzaskiwały. Roger i Julia obejrzeli się z minami winowajców. 

-  Nie mów nikomu, dobrze? - poprosiła Julia. 
-  Chcesz się z nami pobawić? - zapytał uprzejmie Roger. 
-  Och, nie, dziękuję - pospiesznie odparł Kot. 
Wiedział,  że  nie  mógłby  uczestniczyć  w  takiej  zabawie  bez  pomocy 

Gwendoliny. Ale nie śmiał się naprzykrzać siostrze w jej obecnym nastroju. Nie miał 
nic do roboty. Potem przypomniał sobie, że Millie wyraźnie spodziewała się po nim 
znacznie  bardziej  gruntownego  zwiedzenia  zamku.  Wyruszył  więc  na  wyprawę 
badawczą, nieco zdumiony własnym zuchwalstwem. 

Zamek  wydawał  się  dziwny  w  nocy.  W  regularnych  odstępach  paliły  się  słabe 

elektryczne  światła.  Zielony  dywan  lśnił  lekko,  a  wypolerowane  podłogi  i  ściany 
odbijały  wszystko  jeszcze  wyraźniej  niż  w  dzień.  Kot  wędrował  bezgłośnie  w 
towarzystwie  kilku  własnych  widmowych  odbić,  aż  poczuł  się  jakiś  nierzeczywisty. 
Wszystkie  drzwi  były  zamknięte.  Nasłuchiwał  przy  paru,  ale  nic  nie  usłyszał.  Nie 
miał odwagi żadnych otworzyć. Szedł dalej i dalej. 
Po chwili odkrył, że jakąś okrężną drogą dotarł do starszej części zamku. Tutaj ściany 
były  z  bielonego  kamienia,  a  okna  zagłębiały  się  w  murze  prawie  na  metr.  Potem 
zobaczył kręte schody, bliźniaczo podobne do tych, które prowadziły do jego pokoju, 
tylko że te skręcały w drugą stronę. Wspiął się po nich ostrożnie. 

Mijał  właśnie  ostatni  zakręt,  kiedy  otwarły  się  drzwi  na  szczycie.  Jaśniejszy 

prostokąt  światła  padł  na  ścianę  w  górze,  w  prostokącie  zaś  stanął  cień,  który  mógł 
należeć  tylko  do  Chrestomanciego.  Nikt  inny  nie  mógł  rzucać  równie  wysokiego 
cienia,  z  taką  gładką  głową  i  takim  mnóstwem  falbanek  na  gorsie  koszuli.  Kot 

background image

 

przystanął. 

-    I  miejmy  nadzieję,  że  ta  smarkula  nie  spróbuje  znowu  -  powiedział 

Chrestomanci,  niewidoczny  w  górze.  Mówił  z  większym  ożywieniem  niż  zwykle  i 
jakby z gniewem. 

Głos pana Saundersa odpowiedział skądś dalej: 
-    Szczerze  mówiąc,  mam  jej  już  trochę  dosyć.  Zakładam,  że  wkrótce  się 

opamięta. Co w nią wstąpiło, żeby tak zdradzać źródło swojej mocy? 

-  Ignorancja - wyjaśnił Chrestomanci. - Gdybym podejrzewał, że ona chociaż w 

przybliżeniu wie, co robi, już nigdy nie zrobiłaby nic więcej w tej dziedzinie... ani w 
innych. 

-  Siedziałem tyłem - powiedział pan Saunders. - Co to było? Numer pięć? 
-  Nie. Numer trzy, sądząc po wyglądzie włosów. Duch zmarłego - oświadczył 

Chrestomanci. - Za co powinniśmy dziękować. 

Ruszył w dół schodów. Kot był zbyt przerażony, żeby uciekać. 
-  Muszę nakłonić komisję egzaminacyjną, żeby skorygowała elementarny kurs 

magii - zawołał Chrestomanci z dołu - i włączyła więcej teorii. Ci pokątni czarodzieje 
wypychają  co  lepszych  uczniów  na  poziom  zaawansowany  i  nawet  nie  dają  im 
przyzwoitych podstaw. 

Minął zakręt i zobaczył Kota. 
-  O, witam - powiedział przyjaźnie. - Nie miałem pojęcia, że tu jesteś. Chcesz 

wejść na górę i obejrzeć pracownię Michaela? 

Kot kiwnął głową. Nie śmiał odmówić. 
Chrestomanci  zachowywał  się  jednak  całkiem  przyjaźnie,  podobnie  jak  pan 

Saunders, kiedy Chrestomanci wprowadził Kota do pokoju. 

-    Cze  ść,  Eryku  -  powiedział  wesoło.  -  Rozejrzyj  się.  Czy  cokolwiek  z  tego  coś  dla 

ciebie znaczy? 

Kot  pokręcił  głową.  Pokój  był  okrągły  jak  jego  sypialnia,  ale  znacznie  większy  i 

wyglądał  jak  typowa  pracownia  czarodzieja.  Tyle  Kot  rozumiał.  Rozpoznał  pięcioramienną 
gwiazdę wymalowaną na podłodze. Zapach dochodzący z zapalonego kaganka wiszącego pod 
sufitem nie różnił się od zapachu, który unosił się nad ulicą Sabatu w WoWercote. Ale Kot 
nie  miał  zielonego  pojęcia,  do  czego  służą  przedmioty  rozłożone  na  licznych  roboczych 
stołach. 

Na  jednym  stały  stłoczone  kolby  i  retorty,  niektóre  puste,  niektóre  bulgoczące.  Na 

drugim  piętrzyły  się  książki  i  zwoje  pergaminu.  Trzeci  gęsto  pokrywały  wypisane  kredą 
znaki, pośród których spoczywało jakieś zmumifikowane stworzenie. 

Kot  zobaczył  też  książki  ciasno ustawione  na  półkach  biegnących  pod ścianami,  inne 

półki  wypełnione  słojami  magicznych  ingrediencji  -  wielkimi  Słojami,  jak  te  w  sklepach  ze 
słodyczami.  Prześliznął  się  wzrokiem  po  etykietach  na  kilku  ogromnych  słojach: 
OCZYTRASZEK, GUMA ARABSKA, ELIKSIR ZIELA ŚWIĘTOJAŃSKIEGO, SMOCZA 
KREW  (SUSZONA).  Ostami  słój  był  niemal  wypełniony  ciemnobrązowym  proszkiem.  Kot 
powrócił  spojrzeniem  do  zmumifikowanego  stwora  rozciągniętego  pomiędzy  znakami 
wypisanymi  kredą  na  stole.  Stwór  miał  na  łapach  pazury  jak  pies.  Przypominał  wielką 
jaszczurkę. Ale na grzbiecie chyba miał skrzydła. Kot był niemal pewien, że patrzy na małego 
smoka. 

-  Nic nie znaczy, hę? - zagadnął pan Saunders. 
Kot odwrócił się i zobaczył, że Chrestomanci wyszedł. Poczuł się trochę swobodniej. 
-  To pewnie dużo kosztowało - powiedział. 
-    Na  szczęście  podatnicy  płacą  -  odparł  pan  Saunders.  -  Chciałbyś  się  nauczyć,  do 

czego to wszystko służy? 

-  To znaczy, nauczyć się czarów? - upewnił się Kot. - Nie, nie, dziękuję. Nic z tego nie 

wyjdzie. 

-  No, chodzi ło mi co najmniej o dwie inne rzeczy oprócz czarów - sprostował 

background image

 

pan Saunders. - Ale dlaczego myślisz, że nic z tego nie wyjdzie? 

-  Boja nie potrafię. Moje zaklęcia po prostu nie działają. 
-  Na pewno zabierałeś się do tego we właściwy sposób? 
Pan  Saunders  podszedł  do  zmumifikowanego  smoka  i  machinalnie  dał  mu 

prztyczka  w  nos.  Stworzenie  drgnęło  gwałtownie,  błoniaste  skrzydła  na  grzbiecie 
rozłożyły  się  szeroko.  Potem  stwór  znowu  znieruchomiał.  Kot,  zdjęty  odrazą,  cofnął 
się aż do drzwi. Był prawie równie przerażony, jak wtedy, kiedy panna Larkins nagle 
przemówiła męskim głosem. I teraz sobie skojarzył, że ten głos brzmiał podobnie do 
głosu pana Saundersa. 

-   Zabierałem się do tego na  wszelkie możliwe sposoby  - odpowiedział. -1 nie 

potrafiłem nawet zmienić guzików w złoto. A to przecież proste. 

Pan Saunders się roześmiał. 
-  Może nie jesteś dostatecznie chciwy. No dobrze. Zmykaj, jeśli chcesz. 
Kot  uciekł  z  wielką  ulgą.  Powinien  zawiadomić Gwendolinę,  że  Chrestomanci 

jednak zainteresował się jej zjawą i nawet się rozgniewał. Ale Gwendolina zamknęła 
się na klucz w pokoju i nie odpowiadała, kiedy ją wołał. 

Następnego  ranka  znowu  spróbował,  lecz  nim  zdążył  zamienić  słówko  z 

Gwendolina,  weszła  Eufemia,  niosąc  list.  Gwendolina  skwapliwie  odebrała  go  od 
pokojówki. Kot rozpoznał na kopercie kanciaste pismo pana Nostruma. 

Gwendolina znowu się wściekła. 
-  Kto to zrobił? Kiedy to przyszło? 
Koperta była schludnie rozcięta na całej długości. 
-  Dzisiaj, z poranną pocztą - odparła Eufemia. -1 nie patrz tak na mnie. Panna 

Bessemer dała mi otwarty list. 

-    Jak  ona    śmiała!  -  wrzasnęła  Gwendolina.  -  Jak  śmie  czytać  moje  listy?  Idę 

prosto do Chrestomanciego! 

-  Jeśli to zrobisz, pożałujesz - ostrzegła Eufemia, kiedy Gwendolina odepchnęła 

ją, biegnąc do drzwi. 

Gwendolina obróciła się gwałtownie. 
-  Och, zamknij się, ty głupia żabia gębo! 
Kot pomyślał, że to trochę niesprawiedliwe. Eufemia rzeczywiście miała lekko 

wyłupiaste oczy, ale poza tym była całkiem ładna. 

-  Chodź, Kot! - zawołała go Gwendolina i pobiegła korytarzem z listem w ręku. 

Kot popędził co sił, ale dogonił ją dopiero przy marmurowych schodach. 

-    Chrestomanci!  -  wrzasnęła  Gwendolina  cienkim,  słabym  głosem, 

niebudzącym echa. 

Chrestomanci  wchodził  po  marmurowych  schodach,  odziany  w  obszerny, 

fałdzisty  szlafrok  w  kolorze  pomarańczowym  i  jaskra-woróżowym.  Wyglądał  jak 
cesarz Peru. Sądząc po łagodnym, roztargnionym wyrazie twarzy, wcale nie zauważył 
Gwendoliny ani Kota. 

Gwendolina krzyknęła do niego: 
-  Hej, ty! Chodź tu zaraz! 
Chrestomanci podniósł wzrok i jego brwi podjechały do góry. 
-  Ktoś otwiera moje listy - oznajmiła Gwendolina. - Nie obchodzi mnie, kto tę 

robi, ale nie zgadzam się na to! Słyszysz?! 

Kot  aż  się  wzdrygnął,  słysząc  ton  jej  głosu.  Chrestomanci  wydawał  się 

zakłopotany. 

-  Jak to się nie zgadzasz? - zapytał. 
-  Nie pozwolę na to! - wrzasnęła Gwendolina. - W przyszłości moje listy mają 

do mnie przychodzić zamknięte! 

background image

 

-    Czyli  chcesz,  żebym  je  otwierał  nad  parą  i  potem  zaklejał?  -zapytał  z 

powątpiewaniem  Chrestomanci.  -  To  bardziej  kłopotliwe,  ale  zgadzam  się,  skoro  ci 
tak zależy. 

Gwendolina wytrzeszczyła na niego oczy. 
-  Więc to pan? To pan przeczytał list adresowany do mnie? 
Chrestomanci spokojnie przytakn ął. 
-    Naturalnie.  Jeśli  ktoś  taki  jak  Henry  Nostrum  pisze  do  ciebie  listy,  muszę 

sprawdzić,  czy  nie  napisał  niczego  niestosownego.  To  bardzo  podejrzany  osobnik.

                    

-    Był  moim  nauczycielem!  -  oświadczyła  z  furią  Gwendolina.  -  Pan  nie  ma 

prawa! 

-    Szkoda,  że  pobierałaś  nauki  u  pokątnego  czarodzieja.  Musisz  sporo  się 

oduczyć.  Szkoda  również,  że  nie  mam  prawa  otwierać  twoich  listów.  Wolałbym, 
ż

ebyś nie dostawała obfitej korespondencji, bo inaczej sumienie nie da mi spokoju. 

-  Zamierza pan dalej tak robić? Więc niech pan uważa. Ostrzegam pana! 
-  To bardzo uprzejmie z twojej strony - pochwalił ją Chrestomanci. - Lubię być 

ostrzeżony. 

Pokonał  resztę  schodów  i  przeszedł  obok  Gwendoliny  i  Kota.  Różowo-

pomarańczowy  szlafrok  zafalował,  odsłaniając  jaskrawą  szkarłatną  podszewkę.  Kot 
zamrugał. 

Gwendolina  zmierzyła  jadowitym  wzrokiem  barwny  szlafrok  oddalający  się 

wzdłuż galerii. 

-    Tak,  nie  zwracaj  na  mnie  uwagi!  -  zawołała.  -  Żartuj  sobie.  Jeszcze 

zobaczysz, Kot, jaka jestem wściekła! 

-  Byłaś okropnie niegrzeczna - wytknął jej Kot. 
-  Zasłużył sobie - burknęła Gwendolina i pospiesznie ruszyła do pokoju zabaw. 

-  Otworzyć  list  biednego  pana  Nostruma!  Nie  żeby  mi  przeszkadzało,  że  go 
przeczytał.  Ułożyliśmy  szyfr,  więc  ten  paskudny  Chrestomanci  nigdy  się  nie  dowie, 
co  to  naprawdę  znaczy,  ale  przecież  jest  podpis.  To  zniewaga.  Poniżenie.  W  tym 
zamku  jestem  na  ich  łasce.  Nikt  mi  nie  ulży  w  cierpieniu,  nawet  nie  mogę  ich 
powstrzymać przed czytaniem moich listów. Ale jeszcze im pokażę, tylko poczekaj! 

Kot przezornie wolał się nie odzywać. Gwendolina wpadła do pokoju zabaw, z 

rozmachem usiadła przy stole i wreszcie zaczęła czytać swój list. 

-    A  nie  m  ówiłam?  -  odezwała  się  Eufemia,  podczas  gdy  Mary  obsługiwała 

windę. 

Gwendolina spiorunowała ją wzrokiem. 
-  Tobie też pokażę! - warknęła i czytała dalej. Po chwili ponownie zajrzała do 

koperty. 

-  Do ciebie też coś jest - poinformowała Kota i rzuciła mu kartkę papieru. - Nie 

zapomnij odpisać. 

Kot  wziął  list,  zastanawiając  się  nerwowo,  dlaczego  pan  No-strum  do  niego 

napisał. Ale list był od pani Sharp. 

Muj drogi Kocie! 
Jak sobie radzisz kohanie? Ja si

ę

 czuje samotna i tensknie za wami obojgiem 

zwfa

ż

cza  za  tob

ą

  bo  dom  wydaje  si

ę

  taki  pusty.  Chociasz  chciałam  mie

ć

  troch

ę

 

spokoju  ale  tensknie  za  twoim  głosem  i 

ż

afóje 

ż

e  nie  pszynosisz  japtek.  Jedno  si

ę

 

zdarzyło 

ż

e  pszyszed  jaki

ś

  d

ż

entelmen  i  dałpien

ć

  funtófza  tego  starego  kota  co  był 

twoimi  skszypcami  wienc  smutno  mi  si

ę

  zrobiło  i  pomy

ś

lałam 

ż

eby  zapakowa

ć

  ci 

troch

ę

  piernika  ipszywie

źć

  którego

ś

  dnia  ale  pan  Nostrum  powiedział 

ż

eby  nie. 

Zreszt

ą

  pewnie  tarzasz  si

ę

  w  luksósach.  Ucałofania  dla  Gwendoliny.  Chciałabym 

ż

eby

ś

 do mnie wrucU Kocie a pieniondze nic nie znacz

ą

.

 

background image

 

Twoja kochaj

ą

ca %                                                   Ellen Sharp

 

Kot  przeczytał  list  z  ciepłym,  radosnym,  łzawym  wzruszeniem.  Poczuł,  że 

tęskni  za  panią  Sharp  równie  mocno,  jak  ona  za  nim.  Ogarnęła  go  taka  tęsknota  za 
domem,  że  nie  mógł  przełknąć  kakao,  a  chleb  utkwił  mu  w  gardle.  Na  lekcjach 
docierało do niego co piąte słowo nauczyciela. 

-  Co się z tobą dzieje, Eryku? - zapytał pan Saunders. 

Kiedy  Kot  próbował  wrócić  myślami  z  ulicy  Sabatu,  okno  nagle  poczerniało.  W 
pokoju  zrobiło  się  ciemno  jak  w  grobie.  Julia  pisnęła.  Pan  Saunders  po  omacku 
odnalazł przełącznik i zapalił światło. Wówczas okno znowu zrobiło się przezroczyste 
i ukazało wykrzywionego Rogera, przestraszoną Julię, siedzącą skromnie Gwendolinę 
i  pana  Saundersa  z  ręką  na  przełączniku,  patrzącego  na  nią  z  irytacją.

                                  

• 

-  Zakładam, że przyczyna tego znajduje się poza terenami zamku? - zapytał. 
-  Za bramą portierni - odparła zadowolona z siebie Gwendolina. - Umieściłam 

to tam dzisiaj rano. 

Teraz  Kot  wiedział,  że  kampania  przeciwko  Chrestomanciemu  ruszyła  pełną 

parą. 

Okno znowu poczerniało. 
-    Jak  często  mamy  się  tego  spodziewać?  -  zapytał  pan  Saun-ders  w 

ciemnościach. 

-  Dwa razy co pół godziny - odpowiedziała Gwendolina. 
-  Dziękuję - rzucił zjadliwie pan Saunders. - Skoro mamy światło, Gwendolino, 

napisz  sto  razy:  „Należy  przestrzegać  ducha  prawa,  nie  litery",  a  ty,  Roger,  przestań 
się tak wykrzywiać. 

Przez cały dzień wszystkie okna w zamku zaciemniały się regularnie dwa razy 

co  pół  godziny.  Ale  jeśli  Gwendolina  chciała  rozzłościć  Chrestomanciego,  poniosła 
klęskę. Nic się nie stało, tyle że wszyscy przez cały czas palili światło. Trochę to było 
niewygodne, lecz nikt się specjalnie nie przejmował. 

Przed  obiadem  Kot  wyszedł  na  trawnik,  żeby  zobaczyć,  jak  wyglądają 

zaciemnienia z zewnątrz. Zupełnie jakby dwie czarne okiennice regularnie opadały na 
rzędy okien. Zaczynały w górnym prawym rogu i przesuwały się równomiernie przez 
cały  rząd  z  prawa  na  lewo,  a  potem  przez  następny  z  lewa  na  prawo  i  tak  dalej,  aż 
dotarły  do  najniższego.  Znikały,  znowu  zaczynając  od  góry.  Kot  obejrzał  cały  cykl, 
kiedy obok niego stanął Roger z rękami w kieszeniach spodni. 

- Twoja siostra widocznie ma metodyczny umysł - powiedział. 

-    Pewnie  jak  wszystkie  czarownice  -  odparł  Kot.  Potem  ogarnęło  go  zakłopotanie. 

Przecież właśnie rozmawiał z czarownikiem, z przyszłym czarownikiem. 

-    Ja  chyba  nie  mam  -  wyznał  Roger,  wcale  niezmartwiony.  -Ani  Julia.  I  wątpię,  czy 

Michael ma. Chcesz się z nami pobawić po lekcjach w domku na drzewie? 

Kot  poczuł  się  mile  połechtany.  Tak  się  ucieszył,  że  zapomniał  o  tęsknocie  za  panią 

Sharp. Spędził cudowny wieczór w lesie, pomagając odbudować dach nadrzewnego domku. 
Wrócił  do  zamku,  kiedy  zabrzmiał  gong  na  przebieranie,  i  odkrył,  że  zaklęcie  na  oknach 
słabnie. Nie ciemniały już całkowicie, tylko wytwarzały wewnątrz szarawy półmrok. Do rana 
zaklęcie całkiem znikło, a Chrestoman-ci nie powiedział ani słowa. 

Gwendołina  wznowiła  atak  następnego  ranka.  Złapała  chłopca  od  piekarza,  kiedy 

przejeżdżał  na  rowerze  przez  bramę  stróżówki.  Nad  przednim  błotnikiem  wiózł  duży  kosz 
wyładowany bochenkami chleba dla zamku. Chłopiec od piekarza zjawił się w kuchni z lekko 
oszołomioną miną i oznajmił, że kręci mu się w głowie. W rezultacie dzieci dostały placki na 
ś

niadanie. Podobno przy krojeniu chleba wydarzały się niezwykle interesujące rzeczy. 

-  Mamy z tobą dobrą zabawę-powiedziała Mary, wyjmując placki z windy. - Muszę ci 

background image

 

to  przyznać,  chociaż  jesteś  niegrzeczna,  Gwendoli-no.  Roberts  myślał,  «e  zwariował,  kiedy 
zorientował  się,  że  kroi  stary  but.  Więc  kucharka  przekroiła  następny  bochenek  i  za  chwilę 
ona  i  Nan-cy  próbowały  wleźć  na  to  samo  krzesło,  bo  po  całej  kuchni  rozbiegły  się  białe 
myszki.  Ale  najbardziej  się  śmiałam  z  miny  pana  Fraziera,  kiedy  powiedział:  „Dajcie  mi"  i 
odkrył, że piłuje kamień. Potem... 

-  Nie zachęcaj jej. Sama wiesz, jaka ona jest - powiedziała Eufemia. 
-  Uważaj, bo wezmę się za ciebie - ostrzegła kwaśno Gwendołina. 

Roger  dowiedział  się  prywatnie  od  Mary,  co  się  wydarzyło  z  innymi  bochenkami.  Jeden 
zmienił  się  w  białego  królika,  jeden 

w  strusie  jajo  -  które  pękło  i  straszliwie  ochlapało 

pucybuta  -a  jeden  w  ogromną  białą  cebulę.  Potem  Gwendolinie  skończyły  się 
pomysły, wiec resztę zmieniła w sery. 

-    Ale  w  stare  śmierdzące  sery  -  podkreślił  Roger,  żeby  oddać  sprawiedliwość 

jej zasługom. 

Nie  wiadomo,  czy  Chrestomanci  również  oddał  sprawiedliwość  zasługom 

Gwendoliny, ponieważ znowu nie powiedział ani słowa na ten temat. 

Następnego  dnia  była  niedziela.  Gwendolina  złapała  farmera  wiozącego  bańkę 

mleka, którą zamek zużywał codziennie. Poranne kakao smakowało okropnie. 

-    Zaczynam  się  wkurzać  -  oznajmiła  cierpko  Julia.  -  Tato  może  nie  zwracać 

uwagi, bo pije herbatę z cytryną. 

Popatrzyła  znacząco  na  Gwendolinę.  Gwendolina  odwzajemniła  spojrzenie  i 

Kot  znowu  poczuł  w  powietrzu  niewidzialną  walkę  jak  wtedy,  kiedy  siostra  chciała 
odebrać pani Sharp kolczyki matki. Tym razem jednak Gwendolina nie postawiła na 
swoim. Spuściła oczy z irytacją. 

-  I tak mam już dosyć wczesnego wstawania - oświadczyła zrzędliwie. 
Dla  niej  znaczyło  to  tylko,  że  w  przyszłości  zrobi  coś  o  późniejszej  godzinie. 

Julia jednak myślała, że pokonała Gwendolinę, a to był błąd. 

W sobotę rano mieli lekcje, co bardzo rozzłościło Gwendolinę. 
-    To  potworne  -  powiedziała  do  pana  Saundersa.  -  Dlaczego  musicie  nas  tak 

torturować? 

-  To cena, którą płacę za wolne środy - wyjaśnił pan Saunders. - A skoro mowa 

o torturach, wolałbym, żebyś czarowała coś innego niż mleko. 

-  Zapamiętam to - obiecała słodko Gwendolina. 

background image

 

ROZDZIA Ł 7 

W sobotę po południu padało. Gwendolina zamknęła się w swoim pokoju i Kot 

znowu  nie  miał  co  ze  sobą  zrobić.  Napisał  do  pani  Sharp  na  odwrocie  pocztówki  z 
zamkiem,  ale  to  mu  zabrało  tylko  dziesięć  minut,  a  deszcz  był  zbyt  ulewny,  żeby 
pójść*  na  pocztę.  Kot  kręcił  się  u  stóp  schodów  i  zastanawiał  się,  co  by  tu  zrobić, 
kiedy Roger wyszedł z pokoju zabaw. 

-  O, świetnie, że jesteś - powiedział. - Julia nie chce bawić się żołnierzykami. A 

ty chcesz? 

-  Ale ja nie wiem... nie jak wy - bąknął Kot. 
-  To nie ma znaczenia - zapewnił Roger. 
Ale  miało.  Nieważne,  jak  zręcznie  Kot  rozwijał  szyki  swojej  ołowianej  armii, 

gdy  tylko  żołnierze  Rogera  zaczynali  maszerować,  wojacy  Kota  przewracali  się  jak 
kręgle. Padali całymi drużynami, plutonami i kompaniami. Kot desperacko przesuwał 
ich  tu  i  tam,  chwytał  garściami  i  zagarniał  wieczkiem  pudełka,  ale  wciąż  musiał  się 
cofać. Po pięciu minutach zostało mu tylko trzech żołnierzy schowanych za poduszką. 

-  To na nic - stwierdził Roger. 
-  Na nic - zgodził się Kot z żalem. 
-  Julia! - zawołał Roger. 
-  Co? - zapyta ła Julia. Siedziała zwinięta w kłębek w najbardziej obszarpanym 

fotelu, ssała lizaka, czytała książkę pod tytułem W rękach łamów i jednocześnie robiła 
na  drutach.  Nic  dziwnego,  że  jej  robótka  wyglądała  jak  kamizelka  dla  żyrafy, 
zanurzona w sześciu odcieniach szarej farby. 

-  Możesz poruszać żołnierzykami Kota? - zapytał Roger. 
-    Czytam  -  wymamrotała  Julia  nad  krawędzią  lizaka.  -  To  strasznie  ciekawe. 

Jeden z nich zaginął i myślą, że spotkała go śmierć w męczarniach. 

-  Zgódź się - nalegał Roger. - Bo ci powiem, czy spotkała go śmierć. 
-  Jeśli powiesz, zmienię ci majtki w lód - słodko ostrzegła Julia. - No dobrze. 
Nie  odrywając  oczu  od  książki  i  nie  wyjmując  lizaka  z  ust,  wygrzebała  z 

kieszeni chusteczkę. Zawiązała na niej supełek, położyła chusteczkę na poręczy fotela 
i czytała dalej. 

Przewróceni żołnierze Kota pozbierali się z podłogi i wygładzili swoje blaszane 

mundurki. To już była spora poprawa, chociaż jeszcze nie całkiem wystarczająca. Kot 
nie potrafił swoim żołnierzykom rozkazywać. Musiał zaganiać ich rękami na pozycje. 
Ż

ołnierze  nie  wyglądali  na  zadowolonych.  Z  przerażeniem  podnosili  wzrok  na 

wielkie  ręce  machające  im  nad  głowami.  Kot  widział,  że  jeden  zemdlał  ze  strachu. 
Ale w końcu ustawił ich na pozycjach -] bardzo korzystnych, pomyślał. 

Rozpoczęła  się  bitwa.  Żołnierze  jakby  sami  wiedzieli,  co  mają  robić.  Kot 

trzymał  jedną  kompanię  w  odwodzie  za  poduszką,  a  kiedy  walka  rozgorzała 
najsilniej, wygonił ich stamtąd i zapędził, na prawe skrzydło Rogera. Prawe skrzydło 
Rogera  wykonało  zwrot  i  stawiło  zacięty  opór.  Wszyscy  rezerwowi  Kota  rzucili  się 
do  ucieczki.  Reszta  armii  zobaczyła  to  i  również  uciekła.  Po  trzech  sekundach  cała 
armia  próbowała  się  ukryć  w  kredensie  dla  lalek,  a  żołnierze  Rogera  kładli  ich 
pokotem. Roger nie posiadał się ze złości. 

-  Żołnierze Julii zawsze uciekają! 
-    Bo  ja  bym  w  łaśnie  tak  zrobiła  -  wyjaśniła  Julia,  wyjmując  jeden  drut  z 

robótki, żeby zaznaczyć miejsce w książce. - Nie rozumiem, czemu wszyscy żołnierze 
nie uciekają. 

-  No to zrób, żeby byli dzielniejsi - zażądał Roger. - To niesprawiedliwe wobec 

Eryka. 

-    Kazałeś  tylko,  żebym  nimi  poruszała  -  wykłócała  się  Julia.  Nagle  drzwi  się 

background image

 

otwarły i Gwendolina wsadziła głowę do środka. 

-  Potrzebuję Kota - oznajmiła. 
-  On jest zajęty - sprzeciwił się Roger. 
-  Nieważne. Potrzebuję go. 
Julia  wyciągnęła  w  jej  stronę  drut  do  robótek  i  nakreśliła  nim  krzyżyk  w 

powietrzu. Krzyżyk na sekundę rozbłysnął nikłym światłem. 

-  Wyjdź - rozkazała Julia. - Odejdź. 
Gwendolina  cofnęła  się  przed  krzyżykiem  i  zamknęła  drzwi  jakby  wbrew 

własnej  woli.  Na  jej  twarzy  malowała  się  złość.  Julia  uśmiechnęła  się  spokojnie  i 
wycelowała drut w żołnierzy Kota. 

-  Walczcie dalej - powiedziała. - Napełniłam ich serca odwagą. 
Kiedy zabrzmiał gong na przebieranie, Kot poszedł sprawdzić, czego chciała od 

niego  siostra.  Gwendolina  początkowo  nie  zwróciła  na  niego  uwagi,  pochłonięta 
czytaniem  opasłej  księgi,  wyglądającej  na  nową.  Kot  przekrzywił  głowę  i  odczytał 
tytuł. Badania innych światów, seria III. Tymczasem Gwendolina zaczęła się śmiać. 

-    Och,  rozumiem  już,  jak  to  działa!  -  wykrzyknęła.  -  To  nawet  lepsze,  niż 

myślałam! Teraz wiem, co robić! 

Potem odłożyła książkę i zapytała Kota, co on najlepszego wyprawia. 
-  Do czego mnie potrzebowałaś? - zapytał Kot. - Skąd masz tę książkę? 

-  Z zamkowej biblioteki - wyjaśniła Gwendolina. -1 już cię nie potrzebuję. Chciałam 
ci opowiedzieć o planach pana Nostruma i może nawet o moich, ale się rozmyśliłam, 
kiedy tak obojętnie pozwoliłeś', żeby ta tłusta zarozumiała Julia mnie przepędziła. 

-    Nie  wiedziałem,  że  pan  Nostrum  ma  jakieś  plany  -  powiedział  Kot.  -  Już 

dzwonili na przebieranie. 

-  Oczywiście, że ma plany... i słyszałam gong... myślisz, że dlaczego napisałam 

do Chrestomanciego? - prychnęła Julia. - Ale nie próbuj mi się podlizywać. I tak'nic 
ci  nie  powiem,  aż  kiedyś  pożałujesz.  A  ta  nadęta  purchawka  Julia  pożałuje  jeszcze 
szybciej! 

Gwendołina  zemściła  się  na  Julii  na  początku  kolacji.  Lokaj  właśnie  podawał 

wazę  zupy  nad  ramieniem  Julii,  kiedy  jej  spodni-  /j  ca  zmieniła  się  w  węże.  Julia 
zerwała  się  z  wrzaskiem.  Zupa  wylała  się  na  węże  i  dookoła,  a  z  hukiem  pękającej 
wazy zmieszał się krzyk lokaja: ,3oże, zmiłuj się nad nami!" 

Potem zapadła śmiertelna cisza, tylko węże syczały. Dwadzieś- j cia ich wisiało 

zaczepionych ogonami o pasek Julii, wiło się i próbowało kąsać. Wszyscy zamarli z 
głowami  sztywno  zwróconymi  w  stronę  Julii,  a  ona  stała  nieruchomo  jak  posąg,  z 
ramionami uniesionymi poza zasięg węży. Wreszcie wyrecytowała słowa zaklęcia. 

Nikt jej nie skarcił. 
-  Dzielna dziewczyna! - powiedział pan Saunders. 
Pod zaklęciem węże zesztywniały i wyprężyły się tak, że sterczały jak baletowa 

spódniczka  nad  halką  Julii.  Wszyscy  widzieli  miejsce,  gdzie  Julia  rozdarła  falbankę 
halki  podczas  budowy  nadrzewnego  domku  i  zacerowała  ją  niestarannie  czerwoną 
włóczką. 

-  Któryś cię ugryzł? - zapytał Chrestomanci. 
-  Nie - odparła Julia. - Zupa je zamroczyła. Jeśli pozwolisz, pójdę się przebrać. 
Wyszła  z  pokoju  bardzo  powoli  i  ostrożnie,  a  Millie  podążyła    za  nią.  Lokaje, 

wszyscy trochę zieloni na twarzach, zaczęli sprzątać rozlaną zupę. 

 

Z  łośliwość  to  jedyna  rzecz,  jakiej  nie  będę  tolerował  przyi  stole  -  powiedział 
Chrestomanci.  -  Gwendolino,  zechciej  przejść  do  pokoju  zabaw.  Tam  będziesz 
jadała posiłki. 

 

Gwendolina wstała i wyszła bez słowa. Ponieważ Julia i Millie nie wróciły, przy 

background image

 

stole  zrobiło  się  dość  pusto  tego  wieczoru.  Znowu  na  jednym  końcu  brzęczały 
akcje i obligacje Bernarda, a na drugim rzeźby pana Saundersa. 

Kot  przekonał  się,  że  Gwendolina  triumfowała.  Czuła,  że  wreszcie  zrobiła 

wrażenie na Chrestomancim. W niedzielę z zapałem przypuściła ponowny atak. 

Co niedziela odświętnie ubrana Rodzina szła piechotą na poranne nabożeństwo 

do  wiejskiego  kościoła.  Podobno  czarownice  nie  lubią  kościołów.  I  podobno  nie 
mogą  tam  uprawiać  czarów.  To  jednak  nigdy  nie  przeszkadzało  Gwendolinie.  Pani 
Sharp  wspominała  o  tym  wielokrotnie  na  dowód  wyjątkowego  talentu  swej 
podopiecznej. 

Gwendołina  siedziała  obok  Kota  w  ławce  Chrestomanciego  i  wyglądała  jak 

wcielenie niewinności w swojej niedzielnej sukience z angielskim haftem i kapeluszu. 
Znalazła miejsce w książeczce do nabożeństwa jak prawdziwa pobożnisia. 

Wieśniacy  szturchali  Się  łokciami  i  szeptali  o  niej,  co  sprawiało  jej  pewną 

przyjemność.  Lubiła  być  zauważana.  Nadal  udawała  pobożność,  dopóki  nie 
rozpoczęło się kazanie. 

Pastor  chwiejnie  wdrapał  się  na  kazalnicę  i  podał  temat  słabym,  ślamazarnym 

głosem. 

- „Gdyż wielu Cyło pośród wiernych, którym brakło pobożności". 
Temat brzmiał całkiem dorzecznie. W przeciwieństwie do reszty kazania. 
Słabym,  ślamazarnym  głosem  pastor  opowiadał  o  słabych,  ślamazarnych 

postępkach  ze  swojej  przeszłości.  Porównał  je  ze  słabym,  ślamazarnym  biegiem 
wydarzeń,  jakie  jego  zdaniem  zachodziły  we  współczesnym  świecie.  Napominał 
zebranych,  żeby  przestrzegali  pobożności,  bo  inaczej  spotkają  ich  różne  rzeczy  -
których  zapomniał  wymienić,  natomiast  przypomniał  sobie  o  różnych  słabych, 
ś

lamazarnych  przestrogach  swojej  ciotki.  Pan  Saunders  już  zasnął,  podobnie  jak 

Bernard  od  akcji  i  obligacji.  Stara  dama  w  mitenkach  kiwała  głową.  Jeden  ze 
ś

więtych  na  witrażowych  oknach  ziewnął  i  wytwornie  zakrył  usta  pastorałem. 

Spojrzał  na  swoją  sąsiadkę,  imponującą  zakonnicę,  której  habit  opadał  w  sztywnych 
fałdach jak pęk świec. Biskup wyciągnął witrażowy pastorał i poklepał zakonnicę po 
ramieniu. To jej się wcale nie spodobało. Pomaszerowała do jego okna i zaczęła nim 
potrząsać. 

Kot  ją  zobaczył.  Zobaczył,  jak  przezroczysty  kolorowy  biskup  wali  zakonnicę 

po  kwefie,  a  ona  odpłaca  mu  pięknym  za  nadobne.  Tymczasem  obok  nich  święty  o 
długich włosach i brodzie rzucił się na swojego sąsiada, jakiegoś świątobliwego króla 
trzymającego model zamku. Świątobliwy król upuścił swój model i umknął, błyskając 
szklanymi  stopami,  żeby  skryć  się  za  szatą  jakiejś  sztucznie  uśmiechniętej  świętej. 
Włochaty święty zaczął radośnie skakać po modelu zamku. 

Jedno po drugim, okna budziły się do życia. Prawie każdy święty odwracał się i 

wszczynał  bójkę  z  sąsiadem.  Ci,  którzy  nie  mieli  z  kim  walczyć,  albo  podkasywali 
szaty  i  puszczali  się  w  wariacki  taniec,  albo  machali  do  pastora,  który  nic  nie 
zauważył i ględził dalej. Maleńkie ludziki dmące w trąby w rogach  witraży brykały, 
podskakiwały i  fikały koziołki, i wykrzywiały przezroczyste twarzyczki do każdego, 
kto na nie spojrzał. Włochaty święty wypłoszył króla zza pleców uśmiechniętej damy 
i ścigał go przez wszystkie okna, gdzie walczyły inne pary. 

Teraz już wszyscy wierni zobaczyli dziwne zjawisko. Szeptali, wyciągali szyje i 

oglądali się za siebie, żeby dojrzeć błyskające szklane stopy świątobliwego króla. 

Powstało takie zamieszanie, że pan Saunders ocknął się zdumiony. Spojrzał na 

witraże,  zrozumiał  i  popatrzył  ostro  na  Gwen-dolinę.  Siedziała  ze  skromnie 
spuszczonymi  oczami,  wcielenie  niewinności.  Kot  zerknął  na  Chrestomanciego.  Ten 
zdawał się chłonąć każde słowo pastora i chyba w ogóle nie zauważał, co się dzieje. 

background image

 

Millie  siedziała  na  skraju  ławki  z  zaniepokojoną  miną.  A  pastor  dalej  ględził, 
nieświadomy całego zamieszania. 

Wikary  jednak  uzna  ł,  że  musi  położyć  kres  nieprzystojnym  poczynaniom 

witraży.  Przyniósł  krzyż  i  świecę.  Prowadząc  za  sobą  rozchichotanego  chłopca  z 
chóru  wymachującego  kadzielnicą,  przechodził  od  okna  do  okna  i  mamrotał 
egzorcyzmy. Gwendołina posłusznie zatrzymywała każdego s'więtego na jego drodze, 
na skutek czego świątobliwy król utknął pomiędzy oknami na ścianie. Lecz jak tylko 
wikary odwrócił się plecami, król ponownie skoczył na witraż i bijatyka rozpętała się 
od nowa. Wierni rozglądali się ze zdumieniem. 

Chrestomanci  odwrócił  się  i  spojrzał  na  pana  Saundersa.  Pan  Saunders  kiwnął 

głową. Coś zamigotało, szarpnęło ławką i kiedy Kot spojrzał na okna, wszyscy święci 
stali sztywno i nieruchomo na witrażach, tak jak powinni. 

Gwendołina  gniewnie  poderwała  głowę.  Potem  wzruszyła  ramionami.  W  głębi 

kościoła  wielki  kamienny  krzyżowiec  usiadł  na  swoim  grobowcu  i  zgrzytając 
donośnie, zagrał na nosie pastorowi. 

-    Drodzy  parafianie...  -  mówił  pastor.  Nagle  zobaczył  krzyżowca.  Umilkł 

zmieszany. 

Wikary podszedł czym prędzej i rozpoczął egzorcyzmy. Po obliczu krzyżowca 

przemknął  wyraz  irytacji.  Rycerz  uniósł  wielki  kamienny  miecz.  Ale  pan  Saunders 
wykonał szybki gest dłonią. Krzyżowiec, jeszcze bardziej poirytowany, opuścił miecz 
i znowu legł na katafalku z łopotem, od którego zatrząsł się cały kościół. 

-  Wśród parafian są osoby, którym zaiste brak pobożności -stwierdził pastor ze 

smutkiem. - Módlmy się. 

Kiedy  wszyscy  wysypali  się  z  kościoła,  Gwendołina  beztrosko  kroczyła  wśród 

tłumu, nie zważając na zaszokowane spojrzenia, jakimi ją obrzucano. Millie dogoniła 
ją i chwyciła za ramię. Wydawała się bardzo zdenerwowana. 

-  Jak ci nie wstyd, ty bezbożnico! Boję się nawet odezwać do biednego pastora! 

Są granice, których przekraczać nie wolno! 

-    Czy  je  przekroczyłam?  -  zapytała  Gwendołina  z  niekłamanym 

zainteresowaniem. 

-  Prawie - odpar ła Millie. 
Ale nie całkiem, jak się okazało. Chrestomanci nie odezwał się ani słowem do 

Gwendoliny, chociaż powiedział wiele słów, żeby uspokoić pastora i wikarego. 

-    Dlaczego  twój  ojciec  nie  zmyje  głowy  Gwendolinie?  -  zapytał  Kot  Rogera, 

kiedy wracali alejką. - Tylko pogarsza sprawę, kiedy nie zwraca na nią uwagi. 

-    Nie  wiem  -  odparł  Roger.  -  Nas  zawsze  ochrzanią,  kiedy  tylko  używamy 

czarów. Może myśli, że jej się to znudzi. Mówiła ci, co zamierza zrobić jutro? - Roger 
wyraźnie już nie mógł się doczekać. 

-  Nie. Obraziła się na mnie, że bawiłem się z tobą żołnierzykami - wyznał Kot. 
-    Niech  jej  się  nić  zdaje,  że  ma  cię  na  własność  -  fuknął  Roger.  -  Chodź, 

przebierzemy się w stare ubrania i pójdziemy budować domek na drzewie. 

Gwendolina  rozgniewała  się,  gdy  Kot  znowu  wyszedł  z  Roge-rem.  Może 

dlatego zrobiła to, co zrobiła. A może, jak sama powiedziała, miała inne powody. W 
każdym razie kiedy Kot się obudził w poniedziałek rano, było ciemno. Wydawało się, 
ż

e jest wcześnie. Bardzo wcześnie. Kot obrócił się na drugi bok i znowu zasnął. 

Zdumiał się, kiedy po chwili Mary zaczęła nim potrząsać. 
-  Wstawaj, Ery ku! Już za dwadzieścia dziewiąta. 
-  Ale jeszcze jest ciemno! - zaprotestował Kot. - Czy pada deszcz? 
-  Nie. Twoja siostra znowu coś zmalowała. Pojęcia nie mam, skąd ona  bierze 

na to siły, taka mała dziewczynka! 

background image

 

Zmęczony,  poniedziałkowy  Kot  zwlókł  się  z  łóżka  i  odkrył,  że  nic  nie  widzi  przez 
okna.  Przesłaniała  je  ciemna  plątanina  liści  i  gałęzi  -  niebieskawe  cedrowe  gałązki, 
igły sosnowe, liście zielone, żółte, czerwone i brązowe. Do jednego okna przyciskała 
się  róża,  na  inne  napierały  kiście  winogron.  A  dalej  najwyraźniej  ciągnął  się 
nieprzebyty leśny gąszcz. 

-  Dobry Boże! - wykrzyknął Kot. 
-  Sam widzisz! - zawołała Mary. - Ta twoja siostra sprowadziła każde drzewo z 

okolicy i postawiła je jak najbliżej zamku. Ciekawe, co jeszcze wymyśli. 

W ciemnościach Kot czuł się zmęczony i ponury. Nie miał ochoty się ubierać, 

ale  Mary  stała  nad  nim  i  kazała  mu  również  się  umyć.  Podejrzewał,  że  była  taka 
skrupulatna,  bo  koniecznie  chciała  komuś  opowiedzieć  o  wszystkich  kłopotach 
spowodowanych przez drzewa. Podobno cisy z francuskiego ogrodu stały tak ciasno 
przy  kuchennych  drzwiach,  że  ludzie  musieli  wyrąbać  ścieżkę,  żeby  dostawca  mógł 
wwieźć  bańkę  mleka..Główne  wejście  od  frontu  blokowały  trzy  dęby  i  nie  dały  się 
ruszyć. 

-  A wszędzie pod cisami leży pełno jabłek, więc cała kuchnia pachnie jak prasa 

do cydru - ciągnęła Mary. 

Kot ze znużeniem poczłapał do pokoju zabaw,  gdzie było jeszcze ciemniej. W 

głębokim  zielonym  półmroku  zobaczył  Gwendoli-nę,  bladą  i  wyczerpaną*  co  było 
całkiem zrozumiałe. Ale wydawała się zadowolona. 

-    Nie  podobają  mi  się  te  drzewa  -  szepnął  do  niej  Kot,  kiedy  Roger  i  Julia 

poszli do klasy. - Nie mogłaś zrobić czegoś mniejszego i weselszego? ^ 

-  Nie jestem niczyim pośmiewiskiem! - syknęła Gwendolina w odpowiedzi. -1 

musiałam to zrobić. Musiałam wiedzieć, ile mocy mogę wykorzystać. 

-    Chyba  sporo  -  mruknął  Kot,  spoglądając  na  masę  liści  kasztanowca 

przyciśniętych do szyby. 

Gwendolina uśmiechnęła się. 
-  Będzie jeszcze lepiej, kiedy dostanę smoczą krew. 

Kot  o  mało  nie  wypaplał,  że  widział  smoczą  krew  w  pracowni  pana  Saundersa.  W 
ostatniej chwili ugryzł się w język. Nie lubił takiej potężnej magii. Spędzili następny 
ranek  przy  zapalonym  świetle,  a  przed  obiadem  Kot,  Julia  i  Roger  wyszli  obejrzeć 
drzewa.  Z  rozczarowaniem  odkryli,  że  bez  trudu  mogli  wyjść  swoimi  prywatnymi 
drzwiami.  Rododendrony  rosły  o  metr  dalej.  Kot  najpierw  pomyślał,  że  Gwendolina 
naumyślnie  zostawiła  dla  nich  drogę  wyjścia,  ale  kiedy  podniósł  wzrok,  zobaczył 
pogięte  gałęzie  i  zgniecione  liście  świadczące,  że  wcześniej  krzaki  były  przyciśnięte 
do drzwi. Wyglądało na to, że drzewa się cofają. 

Za  rododendronami  dzieci  musiały  torować  sobie  drogę  przez  istną  dżunglę. 

Drzewa zostały upchnięte tak ciasno, że nie tylko straciły mnóstwo liści i gałązek, ale 
nawet  grube  konary  odłamały  się  i  wisiały  zaplątane  w  poszarpanych  różach, 
zmiażdżonym powojniku i zmaltretowanych winogronach. Kiedy dzieci przedarły się 
przez  ten  gąszcz  na  drugą  stronę,  światło  dzienne  je  oślepiło.  Dopiero  po  dłuższej 
chwili  zobaczyły,  że  ogrody,  wioska,  nawet  wzgórza  w  oddali  są  łyse.  Tylko  nad 
starym,  zrujnowanym  kamiennym  murem  ogrodu  Chrestomanciego  nadal  wznosiły 
się drzewa. 

-  Widocznie to było silne zaklęcie - zauważył Roger. 
-  Wygląda jak pustynia! - zawołała Julia. - Nigdy nie myślałam, że będę tęsknić 

za drzewami! 

Po  południu  stało  się  jasne,  że  drzewa  wracają  na  swoje  miejsca.  Za  oknem 

klasy  dzieci  zobaczyły  niebo.  Nieco  później  drzewa  rozproszyły  się  i  cofnęły  tak 
daleko,  że  pan  Saunders  zgasił  światło.  Wkrótce  potem  Kot  i  Roger  dostrzegli 

background image

 

zwisające  z  kasztanowca  szczątki  nadrzewnego  domku  rozerwanego  w  ścisku  na 
strzępy. 

-  Na co znowu się gapicie? - zapytał pan Saunders. 
-    Domek  na  drzewie  się  zniszczył  -  oznajmił  Roger,  patrząc  ponuro  na 

Gwendolinę. 

-  Może Gwendolina zechce łaskawie go naprawić - zasugerował ironicznie pan 

Saunders.  Jeśli  próbował  nakłonić  Gwendolinę  do  spełnienia  dobrego  uczynku, 
poniósł klęskę. Gwendolina podniosła hardo głowę. 

-  Domki na drzewach to g łupia dziecinada - oświadczyła chłodno. 
Bardzo ją rozzłościło, że drzewa się cofają. 
-  Okropna szkoda! - powiedziała do Kota tuż przed kolacją. Wtedy drzewa już 

prawie  wróciły  na  zwykłe  miejsca.  Jedynie  te  na  wzgórzu  naprzeciwko  znajdowa³y 
siê bli¿ej, ni¿ powinny. Perspektywa wydawa³a siê bardziej ograniczona. 

-    Miałam  nadzieję,  że  wystarczy  jeszcze  na  jutro  -  mruknęła  z 

niezadowoleniem Gwendolina. - Teraz będę musiała wymyślić coś innego. 

-  Kto je odesłał? Ogrodnicy czarownicy? - zapytał Kot. 
-    Lepiej  byś  nie  gadał  takich  bzdur  -  ofuknęła  go  siostra.  -Wiadomo,  kto  to 

zrobił. 

-  To znaczy pan Saunders? - upewnił się Kot. - Ale czy zaklęcie nie zużyło się 

do końca przy ściąganiu tutaj drzew? 

-  Nie masz o tym pojęcia - zgasiła go Gwendolina. 
Kot wiedział, że nie zna się na magii, jednak to było dziwne. Następnego dnia, 

kiedy  wyszedł  na  dwór,  nigdzie  nie  zobaczył  żadnych  opadłych  liści,  odłamanych 
gałęzi ani zmiażdżonych winogron. Cisy we francuskim ogrodzie nie nosiły żadnych 
ś

ladów  siekiery.  I  chociaż  ani  jeden  owoc  nie  leżał  na  ziemi  obok  kuchni,  na 

dziedzińcu stały skrzynki twardych krągłych jabłek. W sadzie owoce albo wisiały na 
drzewach, albo zbierano je i układano w skrzynkach. 

Kot  właśnie  to  odkrywał,  kiedy  musiał  schować  się  za  jedną  z  jabłonek,  żeby 

zrobić  miejsce  dla  galopującej  krowy  dżersejki,  ściganej  przez  dwóch  ogrodników  i 
chłopaka  z  farmy.  Po  lesie  biegały  krowy,  kiedy  Kot  poszedł  obejrzeć  domek  na 
drzewie.  Niestety,  domek  wciąż  był  w  ruinie.  A  krowy  dokładały  wszelkich  starań, 
ż

eby stratować klomby. 

-  Czy to ty spłoszyłaś krowy? - zapytał Gwendolinę. 
-    Tak.  Chciałam  tylko  pokazać,  że  się  nie  poddaję  -  wyjaśniła  Gwendolina.  - 

Jutro dostanę smoczą krew, a wtedy będę mogła zrobić coś naprawdę wystrzałowego. 

 

background image

 

ROZDZIA Ł 8 

W  środę  po  południu  Gwendolina  poszła  do  wioski  po  zamówioną  smoczą 

krew.  Radość  aż  ją  rozpierała.  Wieczorem  w  zamku  wydawano  proszoną  kolację  i 
szykowało  się  wielkie  przyjęcie.  Kot  wiedział,  że  wszyscy  starannie  to  przemilczeli 
przed Gwendoliną z obawy, żeby czegoś nie zmalowała. Ale musieli jej powiedzieć w 
ś

rodę  rano,  ze  względu  na  zmieniony  rozkład  dnia.  Dzieci  miały  zjeść  kolację  w 

pokoju zabaw, a potem nie plątać się pod nogami. 

-  Nie  będę  się  plątać  pod  nogami  -  przyrzekła  Gwendolina.  -Ale  to  nie  zrobi 

ż

adnej różnicy. 

Chichotała przez całą drogę do wioski. 

Kot  czuł  się  skrępowany,  kiedy  w  wiosce  wszyscy  obchodzili  Gwendolinę  z  daleka. 
Matki  zabierały  jej  z  drogi  dzieci  i  chowały  w  domach.  Gwendolina  niczego  nie 
zauważyła. Chciała tylko dotrzeć do pana Baslama po zamówioną smoczą krew. Kot 
nie  przepadał  za  panem  Baslamem  ani  za  zgniłym  octowym  smrodem  wypchanych 
zwierząt. Nie towarzyszył więc Gwendolinie, tylko poszedł do sklepu ze słodyczami. 
Wysłał  pocztówkę  do  pani  Sharp.  Obsługa  potraktowała  go  raczej  chłodno,  chociaż 
wydał  prawie  dwa  szylingi  na  słodycze,  a  w  ciastkarni  obok  odnosili  się  do  niego 
wręcz  lodowato.  Kiedy  wyszedł  z  paczuszkami  na  błonia,  odkrył,  że  również  jemu 
usuwano dzieci z drogi. 

Tak  się  zawstydził,  że  uciekł  z  powrotem  do  zamku  i  nie  zaczekał  na 

Gwendolinc. Wałęsał się ponuro po zamkowych gruntach, zajadał toffi i drożdżówki, 
i  żałował,  że  wyjechał  od  pani  Sharp.  Od  czasu  do  czasu  widział  Gwendolinę  z 
daleka.  Czasami  biegała  tu  i  tam.  Czasami  robiła  coś  ostrożnie,  przykucnięta  pod 
drzewem.  Kot  nie  zbliżał  się  do  niej.  Gdyby  nie  wyjechali  od  pani  Sharp,  myślał, 
Gwendolina nie musiałaby robić niczego wystrzałowego. Chwilami wręcz żałował, że 
jest  taką  silną  i  zawziętą  czarownicą.  Próbował  sobie  wyobrazić  Gwendolinę,  która 
nie jest czarownicą, ale jakoś nie potrafił. Po prostu nie byłaby Gwendolina. 

W  zamku  nie  panowała  zwykła  cisza.  Zewsząd  dobiegały  nikłe  hałasy, 

powietrze  wibrowało  od  obecności  ludzi  krzątających  się  pracowicie  tuż  poza 
zasięgiem słuchu. Kot wiedział, że zapowiada się wielkie, uroczyste przyjęcie. 

Po  kolacji  wychylił  się  z  okna  w  pokoju  Gwendoliny,  skąd  widział  kawałek 

alei,  i  oglądał  przybywających  gości.  Nadjeżdżali  powozami  i  samochodami, 
wielkimi i kosztownymi  z wyglądu. Jeden powóz ciągnięty przez sześć białych koni 
wyglądał tak wspaniale, że Kot zastanawiał się, czy to nie sam król złożył im wizytę. 

- Tym lepiej - stwierdziła Gwendolina. 
Siedziała  przykucnięta  na  środku  dywanu,  obok  kartki  papieru.  Na  jednym 

końcu  kartki  stała  miska  z  ingrediencjami.  Na  drugim  leżały,  wiły  się  lub  pełzały 
same  okropności.  Gwendolina  zgromadziła  dwie  żaby,  dżdżownicę,  trzy  czy  cztery 
stonogi, czarnego żuka, pająka i niewielki stosik kości. Żywe stworzenia zaczarowała, 
ż

eby nie mogły zejść z kartki. 

Jak  tylko  Kot  się  upewnił,  że  przybyli  ostatni  goście,  Gwendolina  zaczęła  ubijać 
razem ingrediencje w misce. Podczas ubijania mamrotała jękliwie, a włosy jej opadły 
i  zwisały  nad  miską.  Kot  zerknął  na  pełzające,  podskakujące  stworzenia 
zaniepokojony,  że  siostra  je  także  ubije  na  miazgę,  ale  chyba  nie  miała  takich 
zamiarów. Wreszcie wyprostowała się, przysiadła na piętach i powiedziała: 

-  Teraz! 
Strzeliła  palcami  nad  miską.  Ingrediencje  zapaliły  się  same  z  siebie  i  płonęły 

małym niebieskim płomieniem. 

-    To  działa!  -  wykrzyknęła  z  podnieceniem  Gwendolina.  Sięgnęła  za  siebie, 

chwyciła gazetowy zwitek i rozwinęła go ostrożnie. - Teraz troszeczkę smoczej krwi. 

background image

 

Wzięła  szczyptę  ciemnobrązowego  proszku  i  wsypała  w  ogień.  Zasyczało, 

rozszedł się mocny zapach spalenizny. Potem płomienie skoczyły w górę na pół metra 
wysoko,  rozbłysły  jadowitą  zielenią  i  wściekłą  purpurą,  rozjaśniły  cały  pokój 
tańczącym barwnym światłem. 

Gwendolina,  z  twarzą  zabarwioną  na  zielono  i  purpurowo,  kołysała  się  na 

piętach  i  recytowała  litanię,  z  której  Kot  nie  rozumiał  |  ani  słowa.  Potem,  wciąż 
recytując, pochyliła się i dotknęła pająka. Pająk zaczął rosnąć. Rósł i rósł, aż stał się 
przerażającą  bestią.  Wyglądał  teraz  jak  tłusta  kula  z  dwoma  małymi  oczkami  z 
przodu,  wisząca  jak  hamak  pomiędzy  ośmioma  włochatymi  nogami.  Gwendolina 
pokazała  palcem.  Drzwi  pokoju  gwałtownie  otworzyły  się  same  -  co  wywołało 
radosny  uśmiech  na  jej  ustach  -  i  ogromny  pająk  pomknął  ku  nim  bezgłośnie. 
Przyciągnął  nogi  do  siebie,  żeby  przecisnąć  się  przez  drzwi,  i  pomaszerował  dalej 
korytarzem. 

Gwendolina  dotykała  innych  stworzeń.  Stonogi  wytoczyły  się  na  korytarz 

ciężko jak rogate krowy, jasnobrązowe, śliskie i błyszczące. Żaby wstały, wielkie jak 
ludzie, i poczłapały - klap, klap -na ogromnych stopach, wlokąc za sobą ramiona jak 
goryle.  Nakrapiana  skóra  na  ich  cielskach  drżała,  usiana  małymi  otworkami,  które 
wciąż  otwierały  się  i  zamykały;  wydęte  podgardla  ruszały  się  jak  przy  przełykaniu. 
Czarny żuk ruszył na sękatych łapach, tak ogromny, że ledwie zmieścił się w drzwi. 
Kot  widział,  jak  wszystkie  stworzenia  idą  w  powolnej,  milczącej  procesji  po 
trawiastozielonym jasnym korytarzu. 

-  Dokąd one idą? - szepnął. Gwendolłna zachichotała. 
-  Oczywiście do jadalni. Wątpię, czy gościom będzie smakowała kolacja. 
Wzięła  do  ręki  kość  i  stuknęła  mocno  w  podłogę  jednym  i  drugim  końcem. 

Kość  natychmiast  pofrunęła  w  powietrze.  Rozległo  się  ciche  grzechotanie  i  kolejne 
kości dołączyły do niej. Zielone i purpurowe płomienie ryczały i trzaskały. Na końcu 
pojawiła  się  czaszka  i  przed  ogniem  zawisł  kompletny  szkielet.  Gwendolina 
uśmiechnęła się z satysfakcją i podniosła następną kość. 

Lecz  zaczarowane  kości  potrafią  sobie  przypomnieć,  kim  były  za  życia. 

Wiszący szkielet westchnął głucho i jękliwie: 

-  Biedna Sara Jane. Jestem biedna Sara Jane. Pozwól mi spoczywać w spokoju. 

Gwendolina  niecierpliwym  gestem  wysłała  ją  do  drzwi.  Szkielet  wyfrunął  z 

westchnieniem. Wkrótce następny poleciał za nim, również wzdychając. 

-  Bob, pomocnik ogrodnika - przedstawił się. - Ja tego nie chciałem. 
Pojawiły  się  jeszcze  trzy,  każdy  przedstawił  się  smutnym,  śpiewnym  głosem  i 

wszystkie powoli, chwiejnie podążyły za czarnym żukiem. 

-  Sara Jane ■* usłyszał Kot z korytarza. - Ja nie chciałam. 
-  Byłem dawniej księciem Buckingham. 

Gwendolina  nie  zwracała  na  nie  uwagi,  tylko  zajęła  się  dżdżownicą.  Dżdżownica  również 
urosła.  Zmieniła  się  w  różowego  olbrzyma,  wielkiego  jak  wąż  morski.  Zwoje  cielska 
wznosiły  się  i  opadały,  wiły  się  po  całym  pokoju,  aż  Kotu  zebrało  się  na  mdłości.  Nagą 
różową skórę porastała sztywna szczecina. Pierścienie przypominały zmarszczki na kłykciach 
palców. Gigantyczny bezoki łeb obracał się ślepo tu i tam, dopóki Gwendolina nie pokazała 
mu  drzwi.  Wtedy  robal  powoli  popełznął  za  szkieletami,  pętla  za  pętlą  nagiego  różowego 
mięsa. Gwendolina odprowadziła go taksującym wzrokiem. 

-  Nieźle - oceniła. - Ale potrzebuję jeszcze czegoś na zakończenie. 
Ostrożnie  wrzuciła  w  płomienie  następną  szczyptę  smoczej  krwi.  Strzeliły  w  górę  ze 

ś

wistem,  jeszcze  bardziej  jaskrawe,  żółte  i  jadowite.  Gwendolina  znowu  zaczęła  recytować, 

tym  razem  wymachując  ramionami.  Po  chwili  jakiś  biały  kształt  uformował  się  w 
rozedrganym  powietrzu  nad  ogniem.  Biel  wrzała,  kipiała,  przepoczwarzała  się  w  żałosnego 

background image

 

skulonego  stwora  z  wielką  głową.  Za  nim  kłębiły  się  i  zestalały  kolejne  stwory.  Kiedy 
pierwszy  wypadł  z  płomieni  na  dywan,  Kot  zdumiał  się  złośliwym  wyrazem  twarzy 
Gwendoliny. 

-  Och, przestań! - poprosił. 
Trzy  pozostałe  stwory  również  upadły  na  dywan  i  Kot  zobaczył,  że  należą  do  tego 

samego  gatunku,  co  zjawa  z  okna  jadalni.  Pierwszy  wyglądał  jak  dziecko  zbyt  małe,  żeby 
chodziło - tylko że chodził, kołysząc wielką głową. Drugi był tak pokręcony, zdeformowany i 
kaleki, że ledwie mógł kuśtykać. Trzecia była zjawa z okna, żałosna, wiotka i pomarszczona. 
Ostatni miał białą skórę poznaczoną sinymi pręgami. Wszystkie były blade, Słabe i straszne. 
Kot zadygotał. 

-  Proszę, odeślij je! - szepnął. 
Gwendolina tylko się zaśmiała i gestem skierowała cztery zjawy do drzwi. 
Ruszyły  z  mozołem.  Dotarły  jednak  tylko  do  połowy  drogi,  kiedy  w  drzwiach  stanął 

Chrestomanci, a za nim pan Saunders. Przed nimi  do pokoju wtargnął grad kości i martwych 
stworzonek. Posypały J się na dywan. Chrestomanci miażdżył je długimi lśniącymi butami i 
Zjawy  zawahały  się,  zabełkotały,  umknęły  z  powrotem  do  płonącej;  miski  i  znikły.  Znikły 
także płomienie i został tylko gęsty, czarny, cuchnący dym. 

Chrestomanci wyglądał majestatycznie w ciemnoniebieski! aksamicie, z koronkowymi 

falbankami przy  mankietach i na gorsecie koszuli. Pan Saunders wyraźnie starał się znaleźć 
garnitur  dostosowany  do  długości  jego  rąk  i  nóg,  ale  nie  bardzo  mu  się  udało.  W  jednym 
wielkim  czarnym  skórzanym  bucie  brakowało  mu  sznurowadła,  a  z  rękawa  marynarki 
wystawało  sporo  koszuli  i  gołej  skóry  nadgarstka,  kiedy  powoli  nawijał  motek  czegoś' 
niewidzialnego na kościstą prawą dłoń. Obaj groźnie patrzyli na Gwendolinę. 

-  Pamiętaj, że cię ostrzegałem - powiedział Chrestomanci. -Do roboty, Michael. 

Pan Saunders włożył niewidoczny motek do kieszeni. 
-    Dzięki  -  mruknął.  -  Od  tygodnia  miałem  na  to  chęć.  Zamaszystym  krokiem 

podszedł do Gwendoliny, powiewając 

połami  czarnego  płaszcza,  jednym  szarpnięciem  postawił  ją  na  nogi,  zaciągnął 

do  krzesła  i  przełożył  sobie  przez  kolano  twarzą  w  dół.  Potem  zdjął  czarny  but  bez 
sznurowadła i za pomocą tego narzędzia spuścił jej porządne lanie. 

Podczas gdy tak się trudził, a Gwendolina wrzeszczała, wyrywała się i kopała, 

Chrestomanci podszedł do Kota i palnął go w ucho po dwa razy z każdej strony. Kot 
był  tak  zaskoczony,  że  mało  nie  upadł,  ale  Chrestomanci  nie  pozwolił  mu  na  to, 
ponieważ zadawał ciosy na przemian. 

-  Za co pan mnie bije? - zapytał oburzony Kot. - Ja nic nie zrobiłem! 
-    Właśnie  za  to  -  wyjaśnił  Chrestomanci.  -  Nawet  nie  próbowałeś  jej 

powstrzymać. 

Kota aż zatkało na taką niesprawiedliwość. Chrestomanci odwrócił się do pana 

Saundersa, wciąż pracującego butem. 

-  Chyba wystarczy, Michael. 
Pan  Saunders  przerwał  lanie  z  pewnym  żalem.  Gwendolina  osunęła  się  na 

kolana  i  rozpłakała  z  bólu,  a  pomiędzy  szlochami  wykrzykiwała,  co  myśli  o  takim 
traktowaniu. Chrestomanci podszedł do niej i szturchnął ją lśniącym butem. 

-  Przestań. Wstawaj i zachowuj się przyzwoicie. 
A  kiedy  Gwendolina  podniosła  się  na  kolana  z  żałosną,  skrzywdzoną  miną, 

dodał: 

-    W  zupe  łności  sobie  zasłużyłaś  na  to  lanie.  I  jak  pewnie  już  zauważyłaś, 

Michael odebrał ci również czarodziejską moc. Nie jesteś już czarownicą. Nie rzucisz 
ani jednego zaklęcia, dopóki nie udowodnisz nam obu, że nie zamierzasz go użyć do 
czynienia zła. Czy to jasne? Teraz idź spać i zastanów się trochę nad sobą. 

Kiwnął na pana Saundersa i obaj wyszli, pan Saunders podskakując, ponieważ 

background image

 

po drodze jeszcze wkładał but. 

Gwendolina rzuciła się wściekła na dywan i zabębniła stopami w podłogę. 
-    Potwory!  Jak  oni  śmieją  mnie  tak  traktować!  Teraz  zrobię  coś  jeszcze 

gorszego i dobrze wam tak! 

-  Nie możesz nic zrobić bez czarodziejskiej mocy - przypomniał jej Kot. - Na 

co pan Saunders nawijał twoje czary? 

-    Odejdź!  -  wrzasnęła  na  niego  Gwendolina.  -  Zostaw  mnie  samą.  Jesteś  nie 

lepszy od nich! 

A  kiedy  Kot  ruszył  do  drzwi,  na  chwilę  przestała  szlochać,  uniosła  głowę  i 

krzyknęła za nim: 

-  Jeszcze mnie nie pokonali! Zobaczysz! 
Nic  dziwnego,  że  Kot  źle  spał  tej  nocy.  W  koszmarach  prześladowały  go 

olbrzymie  dżdżownice  i  wielkie  oślizłe  żaby.  Zbliżały  się  coraz  bardziej.  Kot  jęczał 
przez  sen  i  wreszcie  się  zbudził,  słaby,  spocony  i  wyczerpany,  jak  po  ciężkiej 
chorobie  albo  strasznym  śnie.  Czuł  się  okropnie.  Po  godzinie  się  uspokoił  i  znowu 
zasnął. 

Kiedy ponownie się obudził, było jasno. Otworzył oczy w śnieżnej ciszy zamku 

i natychmiast zrozumiał, że Gwendolina znowu coś zrobiła. Nie miał pojęcia, skąd o 
tym  wie.  Pomyślał,  że  pewnie  mu  się  zdaje.  Jeśli  pan  Saunders  naprawdę  odebrał 
Gwendolinie czary, nie mogła nic zrobić. Ale wiedział, że zrobiła. 

Wsta ł i podreptał do okien, żeby zobaczyć, co to takiego. Tym razem z każdego 

okna  roztaczał  się  zupełnie  zwyczajny  widok.  Cedry  rozpościerały  gałęzie  nad 
trawnikiem.  Ogrody  na  wzgórzu  jaśniały  barwami.  Dzień  wstawał  słoneczny  i 
mglisty,  ani  jeden  ślad  stopy  nie  znaczył  perłowej  szarozielonej  trawy.  Kot  jednak 
wciąż  miał  pewność,  że  coś  gdzieś  się  zmieniło.  Ubrał  się  i  zakradł  na  dół,  żeby 
zapytać Gwendolinę, co znowu zmalowała. 

Kiedy otworzył drzwi jej pokoju, poczuł ciężki, słodki zapach spalenizny, który 

towarzyszy  czarom.  Ale  zapach  mógł  zostać  z  poprzedniego  wieczoru.  W  pokoju 
panował porządek. Sprzątnięto martwe stworzenia i spaloną miskę. Jedyną rzeczą nie 
na miejscu był kufer Gwendoliny, wyciągnięty z szafy i ustawiony obok łóżka. Miał 
uchylone wieko. 

Gwendolina  spała  zwinięta  w  kłębek  pod  niebieską  aksamitną  narzutą.  Kot 

cichutko  zamknął  za  sobą  drzwi,  żeby  jej  nie  przeszkadzać.  Gwendolina  usłyszała. 
Usiadła wyprostowana w łóżku i wytrzeszczyła na niego oczy. 

Kot  natychmiast  zrozumiał,  że  cokolwiek  się  stało,  dotyczyło  samej 

Gwendoliny.  Włożyła  koszulę  nocną  tył  na  przód.  Wstążki  wiążące  ją  zwykle  na 
plecach  dyndały  z  przodu.  Ta  zmiana  od  razu  rzucała  się  w  oczy.  Ale  było  również 
coś  dziwnego  w  spojrzeniu  Gwendoliny.  Patrzyła  na  Kota  ze  zdumieniem,  wręcz  ze 
strachem. 

-  Kim jesteś?-zapytała. 
-  No przecież jestem Kot - odpowiedział Kot. 
-  Nieprawda - sprzeciwiła się Gwendolina. - Jesteś chłopcem. Kim jesteś? 
Widocznie  czarownice  wraz  z  mocą  tracą  pamięć.  Kot  pomyślał,  że  będzie 

musiał wykazać wiele cierpliwości wobec siostry. 

-  Jestem Eryk, twój brat - wyjaśnił cierpliwie i podszedł do łóżka, żeby mogła 

mu się przyjrzeć. - Tylko że zawsze mówisz na mnie Kot. 

-    Mój  brat!  -  wykrzyknęła  z  największym  zdumieniem.  -  No,  całkiem  nieźle. 

Zawsze chciałam mieć brata. I wiem, że nie śpię. 

W  k  ąpieli  było  za  zimno  i  boli  mnie,  kiedy  się  szczypię.  Więc  możesz  mi 

powiedzieć, gdzie jestem? W jakimś pałacu, prawda? 

background image

 

Kot  wytrzeszczył  na  nią  oczy.  Zaczynał  podejrzewać,  że  z  jej  pamięcią 

wszystko  jest  w  porządku.  Gwendolina  była  szczuplejsza  niż  wczoraj.  Miała  taką 
samą  ładną  twarz,  takie  same  błękitne  oczy,  ale  szczere  spojrzenie  nie  pasowało. 
Złote włosy spływające jej na ramiona były trochę dłuższe niż zeszłego wieczoru. 

- Ty nie jesteś' Gwendolina! - zawołał Kot. 
-    Jasne!  -  odparła  dziewczynka  w  łóżku.  -  Co  za  okropne  imię!  Nazywam  się 

Janet Chant. 

background image

 

ROZDZIA Ł 9 

Kot był równie zdumiony, jak obca dziewczyna. Chant? - pomyślał. Chant? Czy 

Gwendolina ma siostrę bliźniaczkę, o której mi nie powiedziała? 

-  Ja też nazywam się Chant - oznajmił. 
-  Czyżby? - zapytała Janet. Uklękła na łóżku i w zamyśleniu zmierzwiła sobie 

włosy obiema rękami, czego Gwendołina nigdy by nie zrobiła. - Naprawdę Chant? To 
nie  jest  takie  pospolite  nazwisko.  I  myślałeś',  że  jestem  twoją  siostrą?  No,  dodałam 
dwa do dwóch ze sto razy, Odkąd się obudziłam w kąpieli, i ciągle mi wychodzi pięć. 
Gdzie jesteśmy? 

-    W  zamku  Chrestomanciego  -  odpowiedział  Kot.  -  Chresto-manci  zabrał  nas 

tutaj w jakiś rok po śmierci naszych rodziców. 

-    Nó  widzisz  -  zawołała  Jane.  -  Moja  mama  i  tata  żyją...  przynajmniej  żyli 

wczoraj  wieczorem,  kiedy  mówiłam  im  dobranoc.  Kto  to  jest  Chrestomanci?  1 
opowiedz mi coś o sobie. 

Kot wyjaśnił, jak i dlaczego on i Gwendołina zamieszkali w zamku i co wtedy 

zrobiła Gwendołina. 

-  To znaczy, że Gwendołina naprawdę była czarownicą! - wykrzyknęła Janet. 
Kot wola łby, żeby nie użyła czasu przeszłego. Narastało w nim przekonanie, że 

nigdy już nie zobaczy prawdziwej Gwendoliny. 

-  Pewnie że tak - potwierdził. - A ty? 
-  Wielkie nieba, skąd! - zaprzeczyła Janet. - Chociaż zaczynam się zastanawiać, 

czy  mogłabym  zostać  czarownicą,  gdybym  tutaj  mieszkała  przez  całe  życie. 
Czarownice są tu dość pospolite, prawda? 

-  Czarownicy i nekromanci też - zgodził się Kot. - Ale czarodzieje i magowie 

nie trafiają się tak często. Myślę, że pan Saunders jest magiem. 

-    Znachorzy,  uzdrowiciele,  szamani,  diabły,  zaklinacze?  -  zapytała  szybko 

Janet. - Wiedźmy, fakirzy, wróżbici? Oni też często tutaj występują? 

-    Najczęściej  u  dzikusów  -  sprostował  Kot.  -  Wiedźma  to  niegrzeczne.  Ale 

mamy wróżbitów i zaklinaczy. Czarodzieje są bardzo ważni i silni. Nigdy żadnego nie 
spotkałem. 

-    Rozumiem  -  mruknęła  Janet.  Myślała  przez  chwilę,  a  potem  wyskoczyła  z 

łóżka  z  rozmachem,  bardziej  jak  chłopiec  niż  jak  dziewczynka  i  znowu  całkiem 
niepodobnie  do  Gwendoliny.  -  Lepiej  się  rozejrzyjmy  na  wypadek,  gdyby  szanowna 
Gwendolina zostawiła nam łaskawie jakąś wiadomość. 

-  Nie mów tak o niej - poprosił załamany Kot. - Jak myślisz, gdzie ona jest? 
Janet zrozumiała, że Kot jest w rozpaczy. 
-    Przepraszam.  Więcej  tak  nie  powiem  -  obiecała.  -  Ale  chyba  rozumiesz,  że 

trochę  mi  podpadła.  Wsadziła  mnie  tutaj,  a  sama  gdzieś  wybyła.  Mam  nadzieję,  że 
przygotowała sobie dobre wytłumaczenie. 

-  Spuścili jej lanie butem i odebrali magiczną moc - wyjaśnił; Kot. 
-  Tak, mówiłeś - mruknęła Janet, wyciągając szuflady pozłacanej toaletki. - Już 

się strasznie boję Chrestomanciego. Ale czy na- J prawdę odebrali jej magiczną moc? 
W takim razie jak to zrobiła? 

-  Ja te ż nie rozumiem - przyznał Kot, przyłączając się do poszukiwań. 
Teraz oddałby wiele za jedno słowo od Gwendoliny - byle jakie słowo. Czuł się 

straszliwie samotny. 

-    Dlaczego  byłaś'  w  kąpieli?  -  zapytał,  zastanawiając  się,  czy  przeszukać 

łazienkę. 

-  Nie wiem - oświadczyła Janet, wytrząsając kłąb wstążek do włosów z dolnej 

szuflady.  -  Po  prostu  tam  się  obudziłam.  Czułam  się  jak  przepuszczona  przez 

background image

 

wyżymaczkę i nie miałam ubrania, więc strasznie zmarzłam. 

-    Dlaczego  nie  miałaś  ubrania?  -  dociekał  Kot,  grzebiąc  bez  powodzenia  w 

bieliźnie Gwendoliny. 

-    Wczorajszej  nocy  było  mi  gorąco  w  łóżku,  więc  się  rozebrałam  -  wyjaśniła 

Janet. - Naga przeszłam do tego świata. Chodziłam w kółko i ciągle się szczypałam... 
zwłaszcza kiedy znalazłam ten bajeczny pokój. Pomyślałam, że widocznie zmieniłam 
się w księżniczkę. Ale na łóżku leżała koszula nocna, więc ją włożyłam... 

-  Tył na przód - zwrócił jej uwagę Kot. 
Janet przerwała przeglądanie drobiazgów na gzymsie kominka i spuściła wzrok 

na dyndające wstążki. 

-  Naprawdę? To chyba nie jedyna rzecz, którą włożę na odwrót. Tylko zajrzyj 

do  tej  artystycznej  szafy.  Potem  wyszłam  z  pokoju  i  zobaczyłam  c^łe  kilometry 
długiego zielonego korytarza, aż mnie ciarki przeszły, i pałacowe ogrody za oknami, 
więc  wróciłam  tutaj  i  położyłam  się  do  łóżka.  Liczyłam,  że  kiedy  się  obudzę,  to 
wszystko zniknie. A tymczasem ty się zjawiłeś. Znalazłeś coś? 

-  Nie - odparł Kot. - Ale jest jeszcze kufer... 
-  To musi tam być - stwierdziła Janet. 
Przykucnęli, żeby rozpakować kufer. Niewiele tam zostało. Kot wywnioskował, 

ż

e  Gwendolina  zabrała  z  sobą  mnóstwo  rzeczy.  Znaleźli  dwie  książki,  Elementarne 

zaklęcia Magia dla początkujących, a obok kilka kartek z notatkami. Janet spojrzała 
na duże, okrągłe pismo Gwendoliny. 

-  Ona pisze ca łkiem jak ja. Dlaczego zostawiła te książki? Aha, to podręczniki 

do pierwszej klasy, a ona pewnie już doszła do wyższego poziomu. 

Odłożyła  książki  i  notatki  na  bok,  a  Wtedy  spomiędzy  nich  wypadła  mała 

czerwona  książeczka  zapałek.  Janet  podniosła  ją,  otworzyła  i  zobaczyła,  że  połowa 
zapałek jest wypalona, chociaż niewy-rwana. 

-  To mi wygląda na jakieś zaklęcie - mruknęła  podejrzliwie. -Co to za  paczki 

listów? 

-  Chyba listy miłosne moich rodziców - wyjaśnił Kot. Listy nadal znajdowały 

się  w  kopertach,  zaadresowanych  i  ofirankowanych.  Janet  przykucnê³a,  trzymaj¹c 
paczuszki w obu rêkach. 

-    Te  znaczki  nie  mają  nadruku!  Nie,  jest  na  nich  głowa  mężczyzny.  Jak  się 

nazywa wasz król? 

-  Karol Siódmy - odpowiedział Kot. 
-  Nie Jerzy? - zdziwiła się Janet, ale dostrzegła zakłopotanie Kota i wróciła do 

listów.  -  Widzę,  że  twoi  rodzice  oboje  nosili  nazwisko  Chant.  Czy  byli  kuzynami 
pierwszego stopnia? Moi tak. Babcia nie chciała, żeby się pobrali, bo podobno to źle. 

-  Nie wiem. Może i tak. Byli dość podobni do siebie - wyznał Kot i poczuł się 

jeszcze bardziej samotny. 

Janet  również  wydawała  się  samotna.  Pieczołowicie  wsunęła  książeczkę 

zapałek  pod  różową  tasiemkę,  którą  związano  listy  adresowane  do  panny  Karoliny 
Chant - podobnie jak Gwendolina, miała metodyczny umysł - i powiedziała: 

-  Oboje wysocy i jasnowłosi, z niebieskimi oczami? Moja mama też ma na imię 

Karolina. Zaczynam rozumieć. No, Gwendolino, nie utrudniaj! 

Z  tymi  słowami  Janet  odrzuciła  listy  i  w  bardzo  niemetodyczny  sposób 

wygrzebała  z  kufra  pozostałe  papiery,  papeterie,  notatniki,  wycieraczki  do  piór  oraz 
torbę  z  napisem  PAMIĄTKA  Z  BLACKPOOL.  Na  samym  dnie  leżała  duża  różowa 
kartka papieru, cała pokryta okrągłym i starannym pismem Gwendoliny. 

- Tak my ślałam! - zawołała Janet. - Ona tak samo lubi sekrety jak ja! 
Rozłożyła list na dywanie, żeby Kot też mógł przeczytać. Gwendolina napisała: 

background image

 

Droga Zast

ę

pczyni!

 

Musz

ę

  opu

ś

ci

ć

  ten  okropny  zamek.  Nikt  mnie  nie  rozumie.  Nikt  nie  docenia 

moich  zdolno

ś

ci.  Wkrótce  sama  si

ę

  przekonasz,  poniewa

ż

  jeste

ś

  moim  dokładnym 

sobowtórem,  wi

ę

c  równie

ż

  czarownic

ą

.  Post

ą

piłam  bardzo  sprytnie.  Oni  nie  znaj

ą

 

wszystkich  moich  mo

ż

liwo

ś

ci.  Dowiedziałam  si

ę

,  jak  przej

ść

  do  innego 

ś

wiata,  i 

odchodz

ę

  tam  na  zawsze.  Zostan

ę

  królow

ą

,  bo  tak  mi  wywró

ż

ono.  Istniej

ą

  setki 

ś

wiatów,  tylko 

ż

e  niektóre  s

ą

  przyjemniejsze  od  innych,  powstaj

ą

,  kiedy  zachodzi 

wielkie historyczne wydarzenie, na przykład bitwa albo trz

ę

sienie  ziemi,  które mo

ż

si

ę

  zako

ń

czy

ć

  na  dwa  albo  wi

ę

cej  rozmaitych  sposobów.  Oba  rezultaty  zachodz

ą

ale  nie  mog

ą

  istnie

ć

  razem,  wi

ę

ś

wiat  rozszczepia  si

ę

  na  dwa 

ś

wiaty,  które  od 

tamtej chwili tocz

ą

 si

ę

 inaczej. Wiem, 

ż

e Gwendolina musi istnie

ć

 w wielu 

ś

wiatach, 

ale nie wiem w ilu. Jedna z was przejdzie tutaj, kiedy odejd

ę

, poniewa

ż

 zostanie po 

mnie  puste  miejsce,  które  Ci

ę

  wci

ą

gnie.  Ale  nie  smu

ć

  si

ę

,  je

ś

li  Twoi  rodzice  wci

ąż

 

ż

yj

ą

.  Jaka

ś

  inna  Gwendolina  zajmie  Twoje  miejsce  i  b

ę

dzie  udawała  Ciebie, 

poniewa

ż

 

wszystkie 

jeste

ś

my 

sprytne. 

Mo

ż

esz 

dalej 

uprzykrza

ć

 

ż

ycie 

Chrestomanciemu, a ja si

ę

 ciesz

ę

ż

e zostawiam go w dobrych r

ę

kach.

 

Twoja kochaj

ą

ca Gwendolina Chant

 

PS Spal to. 
PS2 Powiedz Kotu, 

ż

e bardzo 

ż

ałuj

ę

, ale musi zrobi

ć

 to, co ka

ż

e pan Nostrum.

 

Przeczytawszy  to,  Kot  dalej  klęczał  zasmucony  obok  Janet  i  myślał,  że  już  nigdy 
więcej  nie  zobaczy  Gwendoliny.  Zamiast  niej  dostał  Janet.  Jeśli  zna  się  kogoś  tak 
dobrze, jak Kot znał Gwendolinę, dokładna kopia bynajmniej nie wystarczy. Janet nie 
była czarownicą. Nawet nie robiła takich samych min. Patrząc na nią, Kot pomyślał, 
ż

e  Gwendoliną  wściekłaby  się  z  powodu  wciągnięcia  do  innego  świata,  natomiast 

Janet wydawała się równie zasmucona, jak on. 

-    Ciekawe,  jak  mama  i  tato  się  dogadają  z  moją  Drogą  Zastępczynią  -  rzuciła 

kwaśno. Potem wzięła się w garść. - Pozwolisz, że tego nie spalę? To jedyny dowód, 
ż

e  nie  jestem  Gwendoliną,  która  nagle  zwariowała  i  uważa  się za  jakąś Janet  Chant. 

Mogę to schować? 

-  To twój list - odparł Kot. 
-    I  twoja  siostra  -  burknęła  Janet.  -  Boże  błogosław  jej  kochaną  słodziutką 

duszyczkę! Nie zrozum mnie źle, Kot. Podziwiam twoją siostrę. Ona myśli o wielkich 
rzeczach.  Muszę  ją  podziwiać!  A  jednocześnie  zastanawiam  się,  czy  pomyślała  o 
bezpiecznej kryjówce, gdzie schowam jej list. Lepiej się poczuję, jeśli nie pomyślała. 

Janet  poderwała  się  ruchem  niepodobnym  do  ruchów  Gwendo-liny  i  zaniosła 

list do pozłacanej toaletki. Kot pospieszył za nią. Janet chwyciła lustro oplecione złotą 
girlandą i obróciła je do siebie na zawiasach. Z tyłu ramę wypełniał kawałek zwykłej 
dykty.  Janet  wcisnęła  paznokcie  pod  krawędź  dykty  i  podważyła.  Dykta  ustąpiła 
łatwo. 

-    Robię  to  z  lustrem  w  domu  -  wyjaśniła  Janet.  -  To  dobra  kryjówka...  chyba 

jedyne  miejsce,  jakiego  moi  rodzice  nigdy  nie  odkryli.  Mama  i  tato  są  kochani,  ale 
strasznie  wścibscy.  Pewnie  |  dlatego,  że  jestem  jedynaczką.  A  ja  potrzebuję 
prywatności.  Piszę  <  różne  historie  tylko  dla  siebie  i  nie  chcę,  żeby  oni  je  czytali. 
Och, | niech to wszystkie dalmatyńczyki! 

Uniosła  drewno  i  pokazała  Kotu  znaki  wymalowane  na  czer-1  wonej  tylnej 

stronie samego lustra. 

-  Wygląda jak kabała - stwierdził Kot. - To zaklęcie. 
-  Wi ęc jednak o tym pomyślała! - wykrzyknęła Janet. - Naprawdę to okropne 

mieć sobowtóra. Jednocześnie wpadamy na te same pomysły. A zgodnie z tą zasadą - 
ciągnęła,  wsuwając  list  Gwendoliny  pomiędzy  dyktę  a  szkło  i  wciskając  dyktę  na 
miejsce  -założę  się,  że  odgadłam  cel  tego  zaklęcia.  Dzięki  niemu  Gwendolina  może 
od czasu do czasu zerknąć, jak sobie radzi jej Droga  Zastępczyni. Mam nadzieję, że 

background image

 

właśnie teraz patrzy. 

Janet  obróciła  lustro  przodem  i  zrobiła  paskudnego  zeza.  Potem  naciągnęła 

sobie palcami kąciki oczu, aż zrobiły się skośne jak u Chinki, wywaliła język w całej 
okazałości, jednym palcem zadarła sobie nos do góry i wykrzywiła usta w prawo. Kot 
nie mógł się powstrzymać od śmiechu. 

-  Gwendolina tego nie potrafi? - zapytała Janet kątem ust. 
-  Nie - zachichotał Kot. 
Akurat  w  tej  chwili  Eufemia  otwarła  drzwi.  Janet  podskoczyła  jak  ukłuta 

szpilką. Kot nie zdawał sobie sprawy, że jest aż tak zdenerwowana. 

-    Przestań  stroić  miny,  z  łaski  swojej  -  powiedziała  Eufemia  -i  zdejmij  tę 

koszulę nocną, Gwendolino. 

Weszła  do  pokoju  przypilnować,  żeby  Gwendolina  wypełniła  polecenie. 

Wydała skrzeczący pisk. Potem rozpłynęła się w brązową masę. 

Janet  zakryła  usta  rękami.  Razem  z  Kotem  patrzyli  zdjęci  grozą,  jak  brązowa 

bryła  będąca  Eufemia  robi  się  coraz  mniejsza.  Kiedy  już  prawie  nie  wystawała  nad 
podłogę,  przestała  się  kurczyć  i  wysunęła  duże  błoniaste  stopy.  Na  tych  stopach 
poczłapała  do  dzieci  i  spojrzała  na  nie  z  wyrzutem  żółtymi  wyłupiastymi  oczami 
tkwiącymi niemal na czubku głowy. 

-    O  rany!  -  jęknął  Kot.  Widocznie  ostatnim  postępkiem  Gwendoliny  była 

zamiana Eufemii w żabę. 

Janet wybuchnęła płaczem. Kot zdziwił się, bo wyglądała na taką pewną siebie. 

Szlochając głośno, uklękła i delikatnie podniosła brązową Eufemię. 

-  Biedna dziewczyno! - za łkała. - Wiem, jak się czujesz. Kot, co zrobimy? Jak 

się zmienia ludzi z powrotem? 

-  Nie mam pojęcia - wyznał ponuro Kot. 
Nagle przytłoczył go ogromny ciężar odpowiedzialności. Ja-net, pomimo całego 

wygadania, wyraźnie potrzebowała opieki. Eufemia potrzebowała jej jeszcze bardziej. 
Gdyby nie Chrestomanci, Kot czym prędzej wezwałby na pomoc pana Saundersa. Ale 
nagle  sobie  uświadomił,  że  gdyby  Chrestomanci  się  dowiedział,  co  tym  razem 
zmalowała  Gwendołina,  stałoby  się  coś  strasznego.  Kot  nie  miał  w  tym  względzie 
ż

adnych wątpliwości. Odkrył, że okropnie się boi Chrestomanciego. Bał się go przez 

cały  czas,  chociaż  nie  zdawał  sobie  z  tego  sprawy.  Wiedział,  że  musi  jakoś  ukryć 
przed nim sprawę Janet i Eufemii. 

Zdesperowany  popędził  do  łazienki,  znalazł  wilgotny  ręcznik  i  przyniósł  go 

Janet. 

-    Połóż  ją  na  tym.  Ona  potrzebuje  wilgoci.  Poproszę  Rogera  i  Julię,  żeby 

zmienili  ją  z  powrotem.  Powiem  im,  że  ty  nie  chcesz.  I  na  litość  boską,  nie  mów 
nikomu, że nie jesteś Gwendołina... błagam! 

Janet  delikatnie  postawiła  Eufemię  na  ręczniku.  Eufemia  zagrzebała  się  w 

wilgotnych fałdach i nadal wpatrywała się oskarży-cielsko w Janet. 

-    Nie  patrz  tak  na  mnie  -  chlipnęła  nosem  Janet.  -  To  nie  moja  wina.  Kot, 

musimy ją ukryć. Czy będzie jej wygodnie w szafie? 

-    Powinno  -  stwierdził  Kot.  -  Lepiej  się  ubierz.  Na  twarzy  Janet  pojawił  się 

wyraz paniki. 

-  Kot, co nosi Gwendołina? 
Kot myślał, że wszystkie dziewczyny wiedzą, co noszą dziewczyny. 
-  To co zwykle... pończochy, halka, sukienka, buciki... no wiesz. 
-  Nie, nie wiem. Ja zawsze chodzę w spodniach. 

Kot  poczuł,  że  jego  kłopoty  narastają.  Otworzył  szafę.  Gwendołina  chyba  zabrała  ze  sobą 
najładniejsze  ubrania,  ale  znalazł  jej  stare  buciki,  zielone  pończochy  i  pasujące  podwiązki, 

background image

 

trochę  znoszone  halki,  zieloną  kaszmirową  plisowaną  sukienkę  oraz,  z  pewnym 
zażenowaniem, majtki do kolan. 

-  Masz - powiedział. 
-  Czy ona naprawdę nosi dwie halki? - zdziwiła się Janet. -Tak. Włóż je. 
Okazało  się,  że  Janet  nie  potrafi  sobie  poradzić  bez  pomocy.  Gdyby  jej  pozwolił, 

włożyłaby halki tył na przód. Musiał ubrać ją w halki, pozapinać z tyłu, zawiązać podwiązki, 
zasznurować  buciki,  po  raz  drugi  włożyć  porządnie  sukienkę  i  zawiązać  szarfę.  Kiedy 
skończył,  wyglądała  jak  należy,  chociaż  wydawała  się  raczej  wystrojona  niż  zwyczajnie 
ubrana. Obejrzała się krytycznie w lustrze. 

-  Dzięki, jesteś aniołem. Wyglądam całkiem jak edwardiańska panienka. I czuję się jak 

idiotka. 

-  Chodź - ponaglił ją Kot. - Śniadanie. 
Zaniósł gniewnie kumkającą Eufemię do szafy i zawinął ją dokładnie w ręcznik. 
-  Siedź cicho - rozkazał. - Zmienię cię z powrotem jak najszybciej, wiec przestań się 

awanturować, proszę! 

Zaniknął  drzwi  szafy  i  podparł  stosem  notatek  Gwendoliny.  Ze  środka  dobiegało 

wściekłe  rechotanie.  Eufemia  nie  zamierzała  siedzieć  cicho.  Kot  właściwie  nie  miał  do  niej 
pretensji. 

-    Nie  jest  tam  szczęśliwa  -  stwierdziła  Janet,  mięknąc.  -  Czy  nie  mogłaby  zostać  w 

pokoju? 

-  Nie - zdecydował Kot. 
Nawet  w  postaci  żaby  Eufemia  nadal  wyglądała  jak  Eufemia.  Wiedział,  że  Mary 

rozpoznałaby ją od pierwszego spojrzenia. Wziął Janet za łokieć i zaprowadził ją do pokoju 
zabaw. 

-    Czy  wy  zawsze  wstajecie  w  ostatniej  chwili?  -  burknęła  Julia.  -  Mam  dość 

uprzejmego czekania ze śniadaniem. 

-    Eryk  od  dawna  jest  na  nogach  -  wtrąciła  Mary,  która  kręciła  się  obok.  -  Więc  nie 

rozumiem, co wy dwoje wyprawiacie. Och, gdzie ta Eufemia? 

-    Mary  od  rana  wychodzi  z  siebie  -  powiedzia  ł  Roger  i  mrugnął.  Przez 

mgnienie widzieli dwie Mary, jedną prawdziwą i jedną 

widmową,  przezroczystą.  Janet  podskoczyła.  Dopiero  drugi  raz  w  życiu 

widziała czary i niełatwo jej było przywyknąć. 

-  Przypuszczam, że to wina Gwendoliny - oświadczyła Julia i obdarzyła Janet 

kolejnym znaczącym spojrzeniem. 

Janet coraz bardziej się denerwowała. Kot zapomniał ją ostrzec, jak bardzo Julia 

nie  znosi  Gwendoliny  od  czasu  węży.  A  znaczące  spojrzenie  czarownicy  jest  gorsze 
niż znaczące spojrzenie zwykłej osoby. Spojrzenie Julii odpychało Janet do tyłu przez 
pokój, dopóki Kot nie stanął na drodze. 

-  Nie rób tego - powiedział. - Ona przeprasza. 
-    Czyżby?  -  rzuciła  Julia.  -  Przepraszasz?  -  zapytała  i  próbowała  ominąć 

wzrokiem Kota, żeby dotrzeć do Janet. 

-  Tak, strasznie przepraszam - przyświadczyła gorliwie Janet, chociaż nie miała 

pojęcia, za co. - Całkowicie się zmieniłam. 

-    Uwierzę,  jak  zobaczę  -  mruknęła  Julia.  Ale  odwróciła  wzrok  i  spojrzała  na 

Mary, która jak zwykle przyniosła chleb, marmoladę i dzbanek kakao. 

Janet  zajrzała  do  dzbanka,  powąchała  parujące  kakao  i  mina  jej  zrzedła, 

zupełnie jak Gwendolinie pierwszego dnia. 

-  O rany! -jęknęła. - Nie znoszę kakao. Mary wzniosła oczy do sufitu. 
-  Te twoje fochy i kaprysy! Nigdy przedtem nie mówiłaś, że nie lubisz kakao. 
-    Ja...  nabrałam  wstrętu  -  zaimprowizowała  Janet.  -  Kiedy  się  zmieniłam, 

zmieniły mi się również kubki smakowe. Nie masz przypadkiem trochę kawy? 

-    Gdzie?  Pod  dywanem  czy  jak?  -  prychnęła  Mary.  -  No  dobrze,  zapytam  w 

background image

 

kuchni. Powiem im, że twoje kubki smakowe się buntują. 

Kot z wielką przyjemnością usłyszał, że kakao jednak nie jest obowiązkowe. 
-  Czy ja te ż mogę dostać kawę? - poprosił, kiedy Mary podeszła do windy. - A 

właściwie wolę herbatę. 

-    Ale  czekałeś  z  tym,  aż  Eufemia  zaginęła  i  zostawiła  wszystko  na  mojej 

głowie! - ofuknęła go Mary. 

-  Przecież ona i tak nic nie robi - zdziwił się Kot: Zirytowana Mary podeszła do 

rury głosowej. Zamówiła dzbanek kawy i dzbanek herbaty. 

-  Dla jej wysokości i jaśnie pana - wyjaśniła. - On też chyba się zaraził. Co ja 

bym dała za miłe, normalne dziecko w tym domu, Nancy! 

-    Ale  ja  jestem  miłym,  normalnym  dzieckiem!  -  zaprotestowali  unisono  Kot  i 

Janet. 

-  I my też... przynajmniej jesteśmy mili - dodała pocieszająco Julia. 
-    Jak  możecie  być  normalni?  -  zapytała  Mary,  opuszczając  windę.  -  Wszyscy 

czworo jesteście Chantami. A jaki Chant był kiedyś normalny? 

Janet zerknęła pytająco na Kota, on jednak był równie zdumiony, jak ona. 
-  Myślałem, że nazywacie się Chrestomanci - zwrócił się do Rogera i Julii. 
-  To tylko tytuł tatusia - wyjaśniła Julia. 
-    Jesteście  naszymi  kuzynami  -  oznajmił  Roger.  -  Nie  wiedziałeś?  Zawsze 

myślałem, że właśnie dlatego tato sprowadził was tutaj. 

Jedząc śniadanie, Kot myślał, że to odkrycie jeszcze bardziej utrudnia sytuację. 

background image

 

ROZDZIA Ł 1O 

Kot  wyczekał  stosownej  chwili  i  kiedy  pan  Saunders  zawołał  ich  na  lekcje,  chwycił 

Rogera za ramię i szepnął: 

-  Słuchaj, Gwendolina zmieniła Eufemię w żabę i... 
Roger parsknął serdecznym śmiechem. Kot musiał zaczekać, aż kuzyn się uspokoi. 
-    I  nie  chce  jej  przemienić  z  powrotem.  Możesz  pomóc?  Roger  próbował  zrobić 

poważną minę, ale wciąż nie mógł opanować śmiechu. 

-    Nie  wiem.  Raczej  nie,  chyba  że  ci  powie,  jakiego  zaklęcia  użyła.  Odkrywanie 

nieznanych zaklęć to magia zaawansowana, a ja jeszcze jestem na kursie podstawowym. Och, 
jakie to śmieszne! 

Zgiął się wpół nad stołem i ryczał ze śmiechu. 
Naturalnie  pan  Saunders  pojawił  się  w  drzwiach  i  przypomniał,  że,  czas  na 

opowiadanie kawałów jest po lekcjach. Musieli przejść do klasy. Naturalnie Janet omyłkowo 
usiadła  w  ławce  Kota.  Kot  dyskretnie  kazał]  jej  się  przesiąść  i  zajął  własne  miejsce, 
zastanawiając się z roztargnieniem, skąd się dowiedzieć, jakiego zaklęcia użyła Gwendolina. 

Był  to  najbardziej  męczący  poranek  w  jego  życiu.  Zapomniał  uprzedzić  Janet,  że 

Gwendolina znała się wyłącznie na czarach.  

Janet,  jak  podejrzewa  ł,  wiedziała  sporo  o  całkiem  innych  rzeczach.  Ale 

wszystkie dotyczyły jej świata. Jedynym bezpiecznym przedmiotem była arytmetyka. 
Niestety, pan Saunders wybrał właśnie ten ranek, żeby pytać z historii. Kot, skrobiąc 
lewą ręką wypracowanie z angielskiego, widział panikę narastającą na twarzy Janet. 

-  Jak to Henryk Piąty?  - szczeknął pan Saunders. - Ryszard Drugi zasiadał na 

tronie jeszcze długo po Agincourt. Jakie było jego największe magiczne osiągnięcie? 

-  Pokonanie Francuzów - palnęła Janet. Pan Saunders patrzył na nią z irytacją, 

więc  paplała  dalej:  -  No,  przynajmniej  tak  myślę.  Obarczył  Francuzów  krępującą 
ż

elazną  bielizną,  a  Anglicy  nosili  wełnę,  więc  nie  utknęli  w  błocie,  i  pewnie 

zaczarował też ich długie łuki. Dlatego nie chybiali. 

-  Kto twoim zdaniem wygrał bitwę pod Agincourt? - zapytał pan Saunders. 
-  Anglicy - odpowiedziała Janet. 
Oczywiście w jej świecie to była prawda, ale sądząc po spanikowanym wyrazie 

twarzy,  chyba  podejrzewała,  że  w  tym  świecie  było  na  odwrót.  I,  oczywiście,  miała 
rację. 

Pan Saunders złapał się za głowę. 
-  Nie, nie, nie! Francuzi! Czy ty nic nie wiesz, dziewczyno? 
Janet  wyglądała,  jakby  zbierało  jej  się  na  płacz.  Kot  był  przerażony.  Mogła 

załamać się w każdej chwili i wyjawić panu Saunder-sowi, że nie jest Gwendoliną. W 
przeciwieństwie do Kota nie miała powodów, by dochować sekretu. 

-  Gwendoliną nigdy nic nie wie - oświadczył głośno w nadziei, że Janet pojmie 

wskazówkę. Pojęła i trochę się odprężyła. 

-    Zdaję  sobie  z  tego  sprawę  -  zapewnił  pan  Saunders.  -  Ale  gdzieś  tam 

wewnątrz tej kapuścianej głowy musi tkwić chociaż jedna szara komórka. Więc ciągle 
szukam. 

Niestety Janet pod wpływem ulgi zrobiła się niemal wesoła. 
-  Chciałby pan rozłożyć mi głowę i zajrzeć? - zagadnęła. 
-  Nie kuś mnie! - krzyknął pan Saunders. 
Zas  łonił  oczy  jedną  sękatą  dłonią,  a  drugą  opędzał  się  przed  Janet.  Wyglądał 

tak  zabawnie,  że  dziewczynka  parsknęła  śmiechem.  To  było  takie  niepodobne  do 
Gwendoliny,  że  pan  Saunders  opuścił  rękę  na  wysokość  nosa  i  zerknął  podejrzliwie 
na dziewczynkę. 

-  Co ty znowu knujesz? 
-  Nic - odparła Janet z miną winowajcy. 

background image

 

-    Hm  -  mruknął  pan  Saunders  takim  tonem,  że  Kot  i  Janet  poczuli  się  bardzo 

nieswojo. 

Wreszcie - po bardzo długim czasie - nadeszła pora na mleko i biszkopty, które 

Mary  wniosła  ze  złowieszczą  miną.  Na  tacy,  obok  I  kawy  dla  pana  Saundersa, 
siedziała duża, wilgotna, brązowa ropucha. | Żołądek Kota wykonał salto, jakby chciał 
wyskoczyć z ciała i skryć się w piwnicach zamku. Wyraz twarzy Janet świadczył, że 
czuła to samo. 

-  Co tam masz? - zapytał pan Saunders. 
-    Dzisiejszy  dobry  uczynek  Gwendoliny  -  oznajmiła  ponuro;  |  Mary.  -  To 

Eufemia. Niech pan spojrzy w jej oczy. 

Pan  Saunders  nachylił  się  i  spojrzał.  Potem  obrócił  się  do  Janet  |  tak 

gwałtownie, że dziewczynka poderwała się w ławce. 

-  Więc z tego się śmialiście! 
-  Ja tego nie zrobiłam! - zawołała Janet. 
-  Eufemia była w pokoju Gwendoliny, zamknięta w szafie, gdzie kumkała jak 

szalona, biedaczka - wyjaśniła Mary. 

-    Myślę,  że  należy  wezwać  Chrestomanciego  -  stwierdził  pan  |  Saunders  i 

zamaszyście ruszył do drzwi. 

Drzwi się otwarły, zanim tam dotarł, i wszedł Chrestomanci we własnej osobie, 

pogodny i zaaferowany, trzymając w ręce jakieś | dokumenty. 

-    Michael,  czy  przyszedłem  nie  w  porę...?  -  urwał,  kiedy  zo-1  baczył  wyraz 

twarzy pana Saundersa. - Co się stało? 

-  Zechce pan spojrzeć na tę żabę, proszę pana - odezwała s Mary. - Siedziała w 

szafie Gwendoliny. 

Chrestomanci  nosił  wytworny  szary  garnitur  w  delikatne  liliowe  paseczki. 

Odsunął na bok liliowy jedwabny krawat i pochyłił się, żeby obejrzeć żabę. Eufemia 
uniosła głowę i zarechotała do niego błagalnie. Na chwilę zapadła lodowata cisza. Kot 
nigdy więcej nie chciałby przeżyć takiej chwili. 

-  A niech mnie! - powiedział Chrestomanci łagodnie jak szron zamarzający na 

szybie. - To Eugenia. 

-  Eufemia, tato - poprawiła go Julia. 
-  Eufemia - powtórzył Chrestomanci. - Oczywiście. No, kto to zrobił? 
Kot nie pojmował, jakim cudem taki łagodny głos sprawia, że włosy mu się jeżą 

na karku. 

-  Gwendolina, proszę pana - odparła Mary. Ale Chrestomanci pokręcił głową. 
-    Nie.  Nie  oskarżajcie  jej  pochopnie.  Tego  nie  mogła  zrobić  Gwendolina. 

Wczoraj wieczorem Michael odebrał jej moc czarowania. 

-  Co za głupiec ze mnie! - bąknął pan Saunders, czerwony na twarzy. 
-    Więc  kto  mógł  to  zrobić?  -  zastanawiał  się  Chrestomanci.  Znowu  zapadła 

cisza  mrożąca  krew  w  żyłach.  Dłużyła  się  Kotu  jak  epoka  lodowcowa.  Julia  zaczê³a 
siê uœmiechaæ. Zabêbni³a palcami w ³awkê i popatrzy³a z namys³em na Janet. Janet 
zauwa¿y³a jej spojrzenie i podskoczy³a. Gwa³townie wci¹gnê³a powietrze. Kot wpad³ 
w panikê. Wiedzia³, ¿e Janet zaraz powie, co zrobi³a Gwendolina. Powiedzia³ jedyne, 
co mu przysz³o do g³owy, ¿eby j¹ powstrzymaæ. 

-  Ja to zrobiłem. 
Z trudem wytrzymał spojrzenia, jakimi go obrzucono. Roger popatrzył na niego 

ze  zdumieniem,  Julia  z  niesmakiem,  pan  Saunders  z  płomiennym  gniewem.  Mary 
spojrzała  tak,  jakby  sam  był  żabą.  Chrestomanci  okazał  jedynie  uprzejme 
niedowierzanie, co było najgorsze. 

-  Słucham, Eryku? - powiedział. - To ty? 

background image

 

Kot poczuł dziwną mglistą wilgoć wokół oczu. Pomyślał, że to ze strachu. 
-  To by ł błąd - wyznał. - Próbowałem zaklęcia. Nie... nie spodziewałem się, że 

podziała. A potem... potem Eufemia weszła i zmieniła się w żabę. Tak po prostu. 

-    Przecież  ci  przykazano,  żebyś  nie  praktykował  magii  na  własną  rękę  - 

przypomniał Chrestomanci. 

-    Wiem.  -  Kot  zwiesił  głowę.  Wcale  nie  musiał  udawać  skruchy.  -  Ale 

myślałem, że nie podziała. Tylko że podziałało. 

-  No, musisz natychmiast zdjąć zaklęcie - oświadczył Chre-i | stomanci. 
Kot przełknął ślinę. 
-  Nie mogę. Nie umiem. 
Chrestomanci  obdarzył  go  następnym  spojrzeniem  tak  uprzejmym,  tak 

przenikliwym i tak niedowierzającym, że Kot miał ochotę wpełznąć pod swoją ławkę, 
tylko że nie mógł się ruszyć. 

-  Doskonale - powiedział Chrestomanci. - Michael, zechcesz mi wyświadczyć 

przysługę? 

Mary  podała  tacę.  Pan  Saunders  wziął  Eufemię  i  posadził  na  nauczycielskim 

stole. Eufemia zarechotała nerwowo. 

-  Jeszcze tylko chwilę - uspokoił ją pan Saunders. 
Otoczył ją dłońmi złożonymi w miseczkę. Nic się nie stało. | Lekko zdziwiony 

pan  Saunders  zaczął  mamrotać  jakieś  słowa.  Nadal  nic  się  nie  działo.  Eufemia 
niecierpliwie wystawiła głowę spomiędzy jego kościstych palców, nadal pod postacią 
ż

aby. Zdziwienie pana Saundersa pogłębiło się do stanu zmieszania. 

-  Bardzo dziwne zaklęcie - oświadczył. - Czego użyłeś, Ery-ku? 
-  Nie pamiętam - odparł Kot. 
-    Ten  czar  nie  reaguje  na  żadne  moje  wysiłki  -  powiedział  pan  Saunders.  - 

Musisz sam to zrobić, Eryku. Podejdź tutaj. 
Kot  popatrzył  bezradnie  na  Chrestomanciego,  ale  Chrestomanci  tylko  kiwnął  głową, 
jakby  całkowicie  się  zgadzał  z  panem  Saundersem.  Kot  wstał.  Nogi  mu  ścierpły  i 
odmawiały  posłuszeństwa,  a  żołądek  już  na  stałe  przeprowadził  się  do  zamkowych 
piwnic. Kot powlókł się w stronę stołu. Na jego widok Eufemia jasno wyraziła swoją 
opinię w tej sprawie, wykonując rozpaczliwy skok ze stołu. Pan Saunders złapał ją w 
powietrzu i posadził z powrotem. 

-    Co  mam  robić?  -  zapytał  Kot  głosem  równie  skrzekliwym,  jak  rechotanie 

Eufemii. 

Pan  Saunders  ujął  Kota  za  lewy  nadgarstek  i  umieścił  jego  dłoń  na  oślizłym 

grzbiecie Eufemii. 

-  Teraz zdejmij to z niej - polecił. 
-    Eee...  -  Kot  nie  wiedział,  co  ma  począć.  Chyba  powinien  przynajmniej 

udawać, że próbuje. - Przestań być żabą i zmień się z powrotem w Eufemię - wydukał 
ż

ałośnie i zastanowił się, co mu zrobią, kiedy Eufemia nie posłucha. 

Lecz  ku  jego  zdumieniu Eufemia  usłuchała.  Żaba  pod  jego  palcami  zrobiła  się 

ciepła  i  zaczęła  szybko  rosnąć.  Kot  zerknął  ukradkiem  na  pana  Saundersa. 
Przysiągłby,  że  dostrzegł  skrywany  uśmiech  na  twarzy  nauczyciela.  Po  sekundzie 
Eufemia  siedziała  na  skraju  stołu.  Ubranie  miała  trochę  zmięte  i  brązowe,  ale  poza 
tym nie zostało w niej nic żabiego. 

-  Nigdy nie myślałam, że to ty! - powiedziała do Kota. Potem ukryła twarz w 

dłoniach i zapłakała. 

Chrestomanci podszedł i otoczył ją ramieniem. 
-  No, no, moja droga. Na pewno to było straszne przeżycie. Powinnaś chyba się 

położyć. 

background image

 

I wyprowadził Eufemię z pokoju. 
-  Fiu! - powiedziała Janet. 
Mary  posępnie  podała  mleko  i  biszkopty.  Kot  nie  miał  ochoty  nic  jeść.  Jego 

ż

ołądek jeszcze nie wrócił z piwnicy. Janet nie chciała biszkoptów. 

-    Uważam,  że  tutejsze  jedzenie  jest  strasznie  tuczące  -  powiedziała 

przemądrzale. 

Julia potraktowała to jak osobisty przytyk. Wyjęła z kieszeni chustkę do nosa i 

zawiązała  supeł.  Szklanka  mleka  wyśliznęła  się  z  palców  Janet  i  roztrzaskała  na 
podłodze. 

-    Sprz  ątnij  to  -  polecił  pan  Saunders.  -  A  potem  oboje  z  Ery-kiem  wyjdźcie. 

Mam was dosyć. Julia i Roger, wyjmijcie podręczniki do magii. 

Kot  zabrał  Janet  do  ogrodów.  Tam  czuł  się  najbezpieczniej.  Wędrowali  po 

trawniku, oboje dość wyczerpani po porannych przejściach. 

-    Kot  -  odezwała  się  Janet  -  będziesz  się  złościł  na  mnie,  ale  to  absolutnie 

niezbędne,  żebym  się  ciebie  czepiała  jak  pijawka  przez  cały  czas,  kiedy  nie  śpimy, 
dopóki  nie  nauczę  się  odpowiednio  zachowywać.  Dzisiaj  rano  dwa  razy  uratowałeś 
mi  skórę.  Myślałam,  że  umrę,  kiedy  ona  wniosła  tę  żabę.  Już  mi  się  zaczynało 
stężenie  pośnuertne,  a  wtedy  ty  ją  przemieniłeś  z  powrotem!  Nie  wiedziałam,  że  też 
jesteś czarownikiem... czy może czarodziejem? 

-  Nie jestem ani jednym, ani drugim - zaprzeczył Kot. - Pan Saunders to zrobił, 

ż

eby mnie nastraszyć. 

-  Ale Julia jest czarownicą, prawda? - upewniła  się Janet. -Co ja zrobiłam, że 

ona mnie tak nienawidzi... czy to po prostu ogólne zgwendolicenie? 

Kot opowiedział o wężach. 
-    W  takim  razie  nie  dziwię  się  jej  -  przyznała  Janet.  -  Ale  to  przykre,  że  ona 

siedzi  teraz  w  klasie  i  szlifuje  swoją  sztukę  magiczną,  a  ja  nie  mam  nawet  garstki 
czarów do obrony. Nie znasz przypadkiem jakiegoś trenera karate w okolicy? 

-  Nigdy o takim nie słyszałem - ostrożnie odpowiedział Kot, zastanawiając się, 

co to jest karate. 

-  Trudno - westchnęła Janet. - Chrestomanci fantastycznie się ubiera, prawda? 
Kot parsknął śmiechem. 
-  Zaczekaj, aż go zobaczysz w szlafroku! 
-  Nie mogę się doczekać. Na pewno wygląda niesamowicie! Czemu on jest taki 

przerażający? 

-  Po prostu taki jest - odparł Kot. 

-  W łaśnie - zgodziła się Janet. - Taki już jest. Kiedy zobaczył, że żaba jest Eufemią, i 

zrobił się taki spokojny i łagodny, dostałam gęsiej skórki. Nie mogłabym mu powiedzieć, że 
nie jestem Gwendoliną... nawet na najbardziej wymyślnych nowoczesnych torturach. Dlatego 
muszę trzymać się ciebie. Bardzo ci to przeszkadza? 

-  Wcale - zapewnił Kot. 
Ale  przeszkadzało.  Janet  była  takim  ciężarem,  jakby  siedziała  mu  na  karku  i  nogami 

oplatała  klatkę  piersiową.  Na  domiar  złego  okazało  się,  że  niepotrzebnie  się  przyznał  do 
cudzej przewiny. Zabrał Janet do ruin nadrzewnego domku, bo chciał zająć się czymś innym. 
Janet była oczarowana. Wdrapała się na kasztanowiec, żeby obejrzeć szczątki, a Kot poczuł 
się jak wtedy, kiedy ktoś obcy wchodzi do twojego kolejowego przedziału. 

-  Uważaj - ostrzegł z irytacją. 
Wśród gałęzi rozległ się odgłos rozdzierania. 
-    Kurczę!  -  zawołała  Janet.  -  Te  śmieszne  ubrania  nie  nadają  się  do  łażenia  po 

drzewach. 

-  Nie umiesz szyć? - zapytał Kot, również wdrapując się na górę. 
-    Pogardzam  szyciem  jako  symbolem  zniewolenia  kobiet  -oświadczyła  Janet.  - 

background image

 

Właściwie umiem. I będę musiała. Poszły obie halki. 

Wypróbowała  skrzypiącą  podłogę,  jedyne*  co  pozostało  z  domku,  i  stanęła  na  njpj, 

ciągnąc dwie falbanki w różnych kolorach za rąbkiem sukienki Gwendoliny. 

-  Widać stąd wioskę. Wóz rzeźnika właśnie skręca na podjazd. Kot stanął obok niej i 

oboje patrzyli na wóz rzeźnika ciągnięty 

przez srokatego konia. 
-  Wcale nie macie samochodów? - zapytała Janet. - W moim świecie wszyscy mają. 
-  Bogaci mają - odpowiedział Kot. - Chrestomanci przysłał samochód po nas na stację. 

-    I  macie  elektryczne  światło  -  ciągnęła  Janet.  -  Ale  wszystko  inne  jest  staroświeckie  w 
porównaniu z moim światem. Pewnie 

ludzie za pomocą czarów zdobywają, co chcą. Nie 

macie  fabryk  ani  płyt  długogrających,  ani  wieżowców,  ani  telewizji,  ani  żadnych 
samolotów? 

-  Nie wiem, co to są samoloty - przyznał Kot. 
Nie  miał  również  pojęcia,  co  znaczą  pozostałe  wyrazy,  i  znudziła  go  ta 

rozmowa. 

Janet  to  zauważyła.  Rozejrzała  się  w  poszukiwaniu  innego  tematu  i  zobaczyła 

wielkie  zielone  kasztany  wiszące  na  gałęziach  wszędzie  dookoła.  Liście  nieco 
pożółkłe na brzegach świadczyły, że kasztany niedługo dojrzeją. Janet przesunęła się 
po gałęzi i próbowała dosięgnąć najbliższej zielonej kuli. 

-  Och, kurczę blade! - zawołała. - Już prawie dojrzały. 
-  Jeszcze nie - zaprzeczył Kot. - Ale chciałbym, żeby już dojrzały. 
Wyciągnął listwę z ruin domku i zamachnął się nią. Chybił, ale widocznie trącił 

gałąź. Osiem kasztanów stuknęło o ziemię. 

-    Kto  mówi,  że  są  niedojrzałe?  -  zapytała  Janet,  wychylając  się  spomiędzy 

gałęzi. 

Kot  wyciągnął  szyję  i  zobaczył  brązowe  lśniące  kasztany  widoczne  przez 

pęknięcia w zielonych łupinach. 

-  Hurra! 
Zlazł  z  drzewa  jak  małpa,  a  Janet  zeskoczyła  za  nim  z  włosami  pełnymi  liści. 

Skwapliwie  pozbierali  kasztany  -  cudowne  kasztany,  ze  słojami  jak  poziomice  na 
mapie. 

-    Szpikulec!  -jęknęła  Janet  -  Królestwo  za  szpikulec!  Możemy  je  nawlec  na 

moje sznurowadła. 

-  Tu jest szpikulec - powiedział Kot. 
Narzędzie  leżało  na  ziemi  obok  jego  lewej  ręki.  Widocznie  wypadło  z 

nadrzewnego domku. 
Z  zapałem  przewiercali  kasztany.  Wyciągnęli  sznurówki  z  drugich  w  kolejności 
najlepszych bucików Gwendoliny. Odkryli, że reguły gry w kasztany są takie same w 
obu  światach.  Poszli  do  francuskiego  ogrodu  i  tam  na  żwirowanej  ścieżce  stoczyli 
wspaniałą bitwę. Kiedy Janet roztrzaskała ostatni kasztan Kota i wrzasnęła: „Mój! J

UŻ 

siódmy!", Millie wyszła zza zakrętu obok cisu i przystanęła, śmiejąc się z dzieci. 

-  Nie przypuszczałam, że kasztany już dojrzały. Ale lato jest takie piękne. 
Janet popatrzyła na nią skonsternowana. Nie miała pojęcia, kim jest ta pulchna 

dama w pięknej kwiecistej jedwabnej sukni. 

-  Cześć, Millie - powiedział Kot z naciskiem, co niewiele pomogło Janet. 
Millie uśmiechnęła się i otworzyła torebkę, którą niosła. 
-    Gwendolina  chyba  potrzebuje  trzech  rzeczy.  Proszę.  -  Podała  Janet  dwie 

agrafki i paczuszkę sznurowadeł. - Zawsze trzeba się zabezpieczyć. 

-    Dziękuję  -  wyjąkała  Janet,  boleśnie  świadoma  swoich  rozczłapanych 

bucików,  potarganych  włosów  i  dwóch  falbanek  ciągnących  się  po  ziemi.  Jeszcze 

background image

 

bardziej ją peszyło, że nie wiedziała, kim jest Millie. 

Kot zdawał sobie z tego sprawę. Zdążył się przekonać, że Janet należy do tych 

ludzi,  którzy  nie  zaznają  spokoju,  dopóki  nie  znajdą  wytłumaczenia  na  wszystko. 
Więc powiedział obrzydliwie przymilnym tonem: 

-  Rogerowi i Julii się poszczęściło, że mają taką mamę jak ty, Millie.

 

 

Millie  rozpromieniła  się,  a  w  oczach  Janet  błysnęło  zrozumienie.  Kot  czuł  się 

podle. Naprawdę zazdrościł mamy Rogerowi i Julii, ale nigdy by tego nie powiedział 
na głos, gdyby nie Janet. 

Odkrywszy,  że  Millie  jest  żoną  Chrestomanciego,  Janet  nie  mogła  się 

powstrzymać przed dalszym zbieraniem informacji. 

-    Millie  -  powiedziała  -  czy  rodzice  Kota  byli  kuzynami  pierwszego  stopnia 

jak... no, pierwszego stopnia? I w jakim stopniu Kot jest z tobą spokrewniony? 

-    To  przypomina  pytania,  które  zadają  dla  sprawdzenia  poziomu  inteligencji  - 

zaśmiała się Millie. - Nie znam odpowiedzi, 

-Gwendolino. Widzisz, jeste ście spokrewnieni z rodziną mojego męża, o której 

niewiele wiem. Tylko Chrestomanci może to wyjaśnić. 

Jak  na  zamówienie  Chrestomanci  wyszedł  przez  furtkę  w  ogrodowym  murze. 

Rozpromieniona Millie pospieszyła do niego w szeleście jedwabiu. 

-  Kochanie, jesteś nam potrzebny. 
Janet, która z pochyloną głową próbowała przypiąć rozdarte falbanki, zerknęła 

na  Chrestomanciego  i  szybko  spuściła  wzrok  na  ścieżkę,  jakby  kamienie  i  piasek 
nagle bardzo ją zainteresowały. 

-    To  całkiem  proste  -  oświadczył  Chrestomanci,  kiedy  Millie  powtórzyła 

pytanie.  -  Frank  i  Karolina  Chant  byli  moimi  kuzynami...  i  kuzynami  pierwszego 
stopnia wobec siebie, oczywiście. Kiedy koniecznie chcieli się pobrać, moja rodzina 
narobiła szumu. Wujowie ich wydziedziczyli, po staroświecku i tak dokładnie, że nie 
zostawili im ani grosza. Widzicie, to niedobrze, kiedy kuzyni się pobierają w rodzinie 
uprawiającej  czary.  Ale,  oczywiście,  wydziedziczenie  nie  zrobiło  najmniejszej 
różnicy. - Uśmiechnął się do Kota niczym uosobienie życzliwości. - Czy to wystarczy 
za odpowiedź? 

Kot  wiedział  teraz,  jak  się  czuła  Gwendolina.  Chrestomanci  wywoływał 

zmieszanie  i  irytację,  ponieważ  traktował  przyjaźnie  osobę,  która  powinna  być  w 
niełasce. Kot nie mógł się powstrzymać od pytania: 

-  Czy Eufemia dobrze się czuje? 
Zaraz  pożałował,  że  zapytał.  Uśmiech  Chrestomanciego  zgasł  jak  wyłączona 

ż

arówka. 

-    Owszem,  już  lepiej.  Wykazujesz  wzruszającą  troskliwość,  Eryku.  Pewnie 

zamknąłeś ją w szafie, bo tak ci jej było żal? 

-  Kochany, nie strasz dziecka - zaprotestowała  Millie, wsuwając mężowi rękę 

pod ramię. - To był wypadek i już po wszystkim. 

Poprowadziła  go  po  ścieżce.  Zanim  jednak  zniknęli  za  cisem,  Chrestomanci 

obejrzał się przez ramię na Janet i Kota. Minę miał j lekko zdezorientowaną. 

-  Jasny szlag! Kurcz ę pieczone w pysk! - wyszeptała Janet. -Aż się boję ruszyć 

w tym świecie! 

Skończyła  przypinać  falbanki  do  halek.  Odczekawszy  prawie  minutę,  żeby 

Chrestomanci i Millie się oddalili, powiedziała: 

-    Ta  Millie  jest  słodka  jak  sam  miód.  Ale  on!  Kot,  czy  to  możliwe,  że 

Chrestomanci jest potężnym czarodziejem? 

-  Wątpię - odparł Kot. - Czemu pytasz? 
-  No... częściowo dlatego, że on wywiera takie wrażenie... 

background image

 

-  Ja nie jestem pod wrażeniem - przerwał jej Kot. - Ja się go po prostu boję. 
-  Właśnie - potwierdziła Janet. - Tobie i tak wszystko się plącze, bo przez całe 

ż

ycie mieszkasz wśród czarownic. Ale to nie tylko wrażenie. Czy zauważyłeś, jak on 

się zjawia, kiedy ludzie go wzywają? Już dwa razy. 

-  To były dwa całkowite przypadki - zaprotestował Kot. - Nie możesz opierać 

się na przypadkach. 

-  Przyznaję, że dobrze się maskował - zgodziła się Janet. -Przychodzi jakby w 

całkiem innej sprawie, ale... 

-    Och,  przestań  wreszcie!  -  wybuchnął  Kot.  -  Robisz  się  taka  sama  jak 

Gwendolina. Myślała o nim bez przerwy. 

Janet tupnęła w żwir rozsznurowanym prawym bucikiem. 
-  Nie jestem Gwendolina! Nawet nie jestem do niej podobna! Wbij to sobie do 

tępej głowy! 

Kot zaczął się śmiać. 
-  Z czego się śmiejesz? - zapytała Janet. 
-  Gwendolina też zawsze tupie, jak się złości - wyjaśnił Kot. 
-  Pni! - prychnęła Janet. 

background image

 

ROZDZIA Ł 11 

Nim  Janet  zasznurowała  oba  buciki,  Kot  obliczył,  że  już  jest  pora  na  obiad. 

Szybko  zaprowadził  Janet  z  powrotem  do  domu.  Podchodzili  do  bocznych  drzwi, 
kiedy spomiędzy rododendronów przemówił gruby głos: 

-  Młoda damo, zaczekaj chwilę! 
Janet  rzuciła  Kotu  przerażone  spojrzenie.  Nie  był  to  przyjemny  głos. 

Rododendrony  zatrzeszczały  i  zaszeleściły  z  oburzeniem*  Z  gąszczu  wygramolił  się 
tłusty  staruch  w  brudnym  płaszczu  przeciwdeszczowym.  Zanim  otrząsnęli  się  ze 
zdziwienia na jego widok, stanął przed drzwiami. Spojrzał na nich z wyrzutem spod 
opadających czerwonych powiek, zionąc piwnym oddechem. 

-  Witam, panie Baslam - powiedział Kot na użytek Janet. 
-  Nie słyszałaś mnie, młoda damo? - zapytał Ostro pan Baslam. 
Kot  widział,  że  Janet  się  go  boi,  ale  odpowiedziała  równie  chłodno,  jak  druga 

Gwendolina: 

-  Tak, ale myślałam, że to drzewo mówiło. 

 

-    Drzewo!  -  zawołał  pan  Baslam.  -  Tak  się  dla  ciebie  narażałem,  a  ty  mnie 

traktujesz  jak  drzewo!  Trzy  duże  piwa  musiałem  postawić  rzeźnikowi,  żeby  mnie 
zabrał na swój wóz, i wytrzęsło mnie bez litości! 

-  Czego pan chce? - zapytała nerwowo Janet. 
-  Zaraz - powiedział pan Baslam. 
Rozchylił  poły  płaszcza  i  powoli  zaczął  czegoś  szukać  w  kieszeniach 

workowatych spodni. 

-  Spieszymy się na obiad - zwrócił mu uwagę Kot. 
-  Wszystko w swoim czasie, młody paniczu. No, mam - mruknął pan Baslam. 

Wyciągnął do Janet bladą, serdelkowatą rękę z dwoma błyszczącymi przedmiotami. - 
Proszę. 

-  Przecież to kolczyki mojej matki! - zawołał Kot w zdumieniu i ze względu na 

Janet. - Skąd pan je ma? 

-    Dała  mi  je  twoja  siostra  jako  zapłatę  za  trochę  smoczej  krwi  -  wyjaśnił  pan 

Baslam. -1 ośmielę się powiedzieć, że wziąłem je w dobrej wierze, młoda damo, ale 
na nic się nie przydadzą. 

-    Dlaczego?  -  zapytała  Janet.  -  Wyglądają  na...  chciałam  powiedzieć,  że  to  są 

prawdziwe brylanty. 

-    Owszem  -  zgodził  się  pan  Baslam.  -  Ale  nie  uprzedziłaś  mnie,  że  są 

zaczarowane. Nałożyli na nie strasznie silne zaklęcie, żeby się nie zgubiły. Okropnie 
hałaśliwe zaklęcie. Całą noc leżały w wypchanym króliku i wrzeszczały: „Należymy 
do Karoliny Chant!", a dzisiaj rano musiałem je zawinąć w koc, zanim odważyłem się 
je  zanieść  do  mojego^najomego.  A  on  nie  chciał  ich  tknąć.  Mówił,  że  nie  zamierza 
ryzykować  z  niczym  wykrzykującym  nazwisko  Chant.  Więc  je  zwracam,  młoda 
damo. A ty jesteś mi winna pięćdziesiąt pięć funtów. 

Janet przełknęła głośno. Kot również. 
-    Bardzo  przepraszam  -  powiedziała.  -  Naprawdę  nie  wiedziałam.  Ale...  ale, 

niestety, nie mam żadnych pieniędzy. Nie może pan kazać zdjąć czaru? 

-  I narazić się na śledztwo? - prychnął pan Baslam. - Ten czar siedzi głęboko, 

mówię ci. 

-  Więc czemu teraz nie krzyczą? - zapytał Kot. 
-  Za kogo ty mnie uwa żasz? - obruszył się pan Baslam. - Miałem siedzieć na 

baranich  udźcach  wrzeszczących,  że  należą  do  panny  Chant?  Nie.  Ten  mój  znajomy 
zgodził się .odstąpić mi kawałek czaru akonto. Ale mówił mi: „Mogę je uciszyć tylko 
na jakąś godzinę. To naprawdę mocny czar. Jeśli chcesz go zdjąć na stałe, musisz je 

background image

 

zanieść  do  czarodzieja.  A  to  cię  będzie  kosztowało  tyle,  ile  są  warte  same  kolczyki, 
nie  licząc  pytań".  Czarodzieje  to  ważne  osoby,  młoda  damo.  No  więc  siedzę  tu  w 
krzakach  i  umieram  ze  strachu,  że  czar  się  zużyje,  zanim  przyjdziecie,  a  ty  mi 
mówisz,  że  nie  masz  pieniędzy!  Nie,  nie,  zabieraj  je  sobie,  młoda  damo,  i  daj  mi 
przynajmniej jakąś małą zaliczkę. 

Janet  zerknęła  nerwowo  na  Kota.  Kot  westchnął  i  pogrzebał  1  w  kieszeniach. 

Znalazł tylko pół korony. Wręczył monetę panu Baslamowi. 

Pan  Baslam  cofnął  się  przed  nim  z  urażonym,  żałosnym  spojrzeniem,  niczym 

wychłostany bernardyn.

 

 

-  Prosi³em o piêædziesi¹t piêæ funtów szterlingów, a ty mi dajesz pó³ korony! 

Synu, ¿artujesz sobie ze mnie? 

-  Tylko tyle mamy oboje - odparł Kot. - W tej chwili. Ale każde z nas dostaje 

koronę  na  tydzień.  Jeśli  będziemy  panu  oddawać  kieszonkowe,  spłacimy  dług  w 
ciągu... - wykonał pospieszne obliczenia: dziesięć szylingów na tydzień, pięćdziesiąt 
dwa  tygodnie  w  roku*"  dwadzieścia  sześć  funtów  rocznie.  -  Wystarczy  raptem  dwa 
lata. 

Dwa  lata  to  strasznie  długo  bez  pieniędzy.  Pan  Baslam  dostarczył  jednak 

Gwendolinie smoczą krew, więc należała mu się uczciwa zapłata. 

Lecz pan Baslam zrobił jeszcze bardziej urażoną minę. 
-    Mieszkacie  w  zamku  i  wmawiacie  mi,  że  wyskrobiecie  tylko  dziesięć 

szylingów na tydzień! Nie kpijcie ze mnie tak okrutniej. Możecie zgarnąć grubą kasę, 
jeśli tylko się przyłożycie.

 

 

-  Nie mo¿emy, naprawdê - zaprotestowa³ Kot. 

-    Moim  zdaniem  powinieneś  spróbować,  młody  paniczu  oświadczył  pan  Baslam.  - 
Nie  jestem  nierozsądny.  Proszę  tylko  o  dwadzieścia  funtów  jako  część  należności, 
wliczając dziesięć procent za zwłokę i cenę zaklęcia uciszającego. To wam przyjdzie 
całkiem łatwo. 

-    Pan  wie  doskonale,  że  to  niemożliwe!  -  zawołała  oburzona  Janet.  -  Lepiej 

niech pan zatrzyma te kolczyki. Wypchany królik będzie w nich ładnie wyglądał. 

Pan Baslam rzucił jej bardzo zbolałe spojrzenie. Jednocześnie z zagłębienia jego 

dłoni, gdzie spoczywały kolczyki, dobiegł cieniutki, śpiewny głos. Brzmiał tak cicho, 
ż

e Kot nie rozróżniał słów, ale rozwiał wszelkie podejrzenia co do prawdomówności 

pana  Ba-slama.  Obwisłe  oblicze  pana  Baslama  przybrało  mniej  zbolały  wyraz. 
Wyglądał  teraz  raczej  jak  ogar  na  świeżym  tropie.  Wypuścił  kolczyki,  które 
spomiędzy tłustych palców upadły na żwir. 

-    Leżą  tutaj  -  oznajmił  -jeśli  zechcesz  się  po  nie  schylić.  Przypominam  ci, 

młoda  damo,  że  handel  smoczą  krwią  jest  bezprawny,  nielegalny  i  zabroniony. 
Zrobiłem ci przysługę. Ty mnie wykołowałaś. Teraz potrzebuję dwudziestu funtów do 
przyszłej  środy,  więc  masz  trochę  czasu.  Jeśli  nie  dostanę  pieniędzy,  w  środę 
wieczorem  Chrestomanci  dowie  się  o  smoczej  krwi.  A  wtedy  nie  chciałbym  być  na 
twoim miejscu, młoda damo, nawet za dwadzieścia funtów 

1 brylantową tiarę. Czy wyraziłem się jasno? 
Wyraził się straszliwie jasno. 
-    A  jeśli  zwrócimy  panu  smoczą  krew?  -  zaproponował  rozpaczliwie  Kot. 

Gwendolina,  oczywiście,  zabrała  ze  sobą  smoczą  krew  od  pana  Baslama,  ale  był 
jeszcze ten wielki słój w pracowni pana Saundersa. 

-    Na  co  mi  smocza  krew,  synu?  -  parsknął  pan  Baslam.  -  Nie  jestem 

czarownikiem, Jestem tylko biednym dostawcą, a w okolicy nie ma popytu na smoczą 
krew. Potrzebuję pieniędzy. Dwadzieścia funtów do przyszłej środy, nie zapomnijcie. 

Kiwnął głową na pożegnanie, aż zatrzęsły mu się obwisłe policzki, i wcisnął się 

background image

 

z powrotem w gąszcz rododendronów. Słyszeli szelesty, kiedy oddalał się ukradkiem. 

-  Co za paskudny staruch! - odezwa ła się Janet drżącym szeptem. - Żałuję, że 

nie jestem prawdziwą Gwendoliną. Zmieniłabym go w czterogłową stonogę. Błe! 

Nachyliła  się  i  podniosła  kolczyki  'ze  żwiru.  Natychmiast  w  powietrzu 

zawibrowały przenikliwe śpiewne głosy: 

-  Należę do Karoliny Chant! Należę do Karoliny Chant! 
-  O rany! - jęknęła Janet. - One wiedzą. 
-  Daj mi je - zażądał Kot. - Szybko. Bo ktoś usłyszy. Janet upuściła kolczyki na 

dłoń Kota. Głosy od razu umilkły. 

-    Nie  mogę  się  przyzwyczaić  do  tej  całej  magii  -  wyznała  Janet.  -  Kot,  co  ja 

mam robić? Jak mam spłacić tego okropnego człowieka? 

-  Na pewno możemy  coś sprzedać - zasugerował Kot. W wiosce jest sklep ze 

starzyzną. Chodź. Musimy zdążyć na obiad. 

Pobiegli do pokoju i zobaczyli, że Mary już stawiała na stole talerze z gulaszem 

i pyzami. 

-    Och,  patrzcie  -  powiedziała  Janet,  która  musiała  jakoś  się  wyładować.  - 

Pożywny tuczący obiadek. Jak miło! 

Mary  spiorunowała  wzrokiem  ich  oboje  i  wyszła  z  pokoju  bez  słowa.  Julia 

miała równie nieprzyjemny wyraz twarzy. Kiedy Janet usiadła przed swoim talerzem, 
Julia wyjęła z rękawa chustkę do nosa, już zawiązaną na supełek, i położyła sobie na 
kolanach.  Janet  wbiła  widelec  w  pyzę.  Widelec  utknął.  Pyza  zmieniła  się  w  biały 
kamyk pływający razem z dwoma innymi w talerzu pełnym błota. 

Janet  ostrożnie  odłożyła  widelec  z  nadzianym  na  niego  kamykiem  i  starannie 

położyła  nóż  na  powierzchni  błota.  Próbowała  się  opanować,  ale  przez  chwilę 
wyglądała jak Gwendoliną w największej furii. 

-  Jestem trochę głodna - powiedziała. Julia uśmiechnęła się słodko. 
-  Co za szkoda! - powiedziała. -1 nie masz żadnych czarów do obrony, prawda? 

Zawiązała następny, mniejszy supełek na końcu chustki. 
-  Masz jakie ś robaki we włosach, Gwendolino - oznajmiła, zaciągając węzeł. 
Listki i gałązki tkwiące we włosach Janet zaczęły się poruszać, wiły się, spadały 

na  sukienkę  i  na  stół.  Każdy  zmienił  się  w  dużą  pasiastą  gąsienicę.  Janet,  podobnie 
jak  Gwendołina,  nie  bała  się  robactwa.  Pozbierała  gąsienice  i  położyła  je  na  kupce 
przed Julią. 

-  Zaraz zawołam waszego ojca - zagroziła. 
-  Och nie, nie bądź skarżypytą - poprosił Roger. - Daj jej spokój, Julio. 
-  Jeszcze czego  - fuknęła Julia. - Niech  nie zje obiadu. Po spotkaniu z panem 

Baslamem Kot jakoś stracił apetyt. 

-    Proszę  -  powiedział  i  zamienił  swój  talerz  gulaszu  na  talerz  Janet.  Zaczęła 

protestować,  ale  jak  tylko  talerz  błota  stanął  przed  chłopcem,  znowu  wypełnił  się 
parującym gulaszem. A stos gąsienic zmienił się w stos zwykłych gałązek. 

Julia odwróciła się do Kota, bardzo niezadowolona. 
-  Nie wtrącaj się. Działasz mi na nerwy. Ona cię traktuje jak niewolnika, a ty 

ciągle jej bronisz. 

-  Ja tylko zamieniłem talerze! - zawołał zdumiony Kot. - Dlaczego...    ' 
-    Może  to  Michael  -  podpowiedział  Roger.  Julia  zmierzyła  go  równie 

gniewnym wzrokiem. 

-  Czy to ty?  
Roger spokojnie pokręcił głową. Julia popatrzyła na niego niepewnie. 
-    Choćbym  znowu  miała  się  obywać  bez  marmolady,  Gwendołina  tego 

background image

 

pożałuje - powiedziała w końcu. - Obyś się udławił tym gulaszem. 
Tego  popołudnia  Kot  nie  mógł  się  skupić  na  lekcjach.  Musiał  pilnować  Janet  jak 
jastrząb.  Janet  doszła  do  wniosku,  że  jedyne  bezpieczne  wyjście  to  udawanie 
całkowitej głupoty - sądziła, że Gwendolina jest całkiem głupia - ale Kot wiedział, że 
przesadzała.  Nawet  Gwendolina  znała  tabliczkę  mnożenia  przez  dwa.  Kot  oba--wiał 
się  również,  że  Julia  zacznie  wiązać  supełki  na  chusteczce,  jak  tylko  pan  Saunders 
odwróci się plecami'. Na szczęście się nie odważyła. Ale głównie Kot się martwił, jak 
zdobyć dwadzieścia funtów do następnej środy. Bał się nawet pomyśleć, co się stanie, 
jeśli;  nie  znajdą  pieniędzy.  Co  najmniej  trzeba  będzie  wyznać,  że  Janet  J  nie  jest 
Gwendolina. Wyobraził sobie, jak Chrestomanci przeszywa go palącym spojrzeniem i 
mówi: „Poszedłeś z Gwendolina, żeby kupić smoczą krew, Eryku? Wiedziałeś, że to 
nielegalne.  I  próbowałeś  to  ukryć,  zmuszając  Janet,  żeby  udawała  Gwendolinę? 
Wykazujesz wzruszającą troskliwość, Eryku". 

Na samą myśl Kot drżał ze strachu. Ale nie miał nic do sprzedania oprócz pary 

kolczyków  wrzeszczących,  że  należą  do  kogoś  innego.  Gdyby  napisał  do  burmistrza 
WoWercote  i  poprosił  o  dwadzieścia  funtów  z  fundacji,  burmistrz  przysłałby  do 
Chrestomanciego  list  z  pytaniem,  po  co  Kotu  pieniądze.  A  wtedy  Chrestomanci 
przeszywałby  go  wzrokiem  i  pytał:  „Więc  poszedłeś  z  Gwendolina,  żeby  kupić 
smoczą krew, Eryku?" Beznadziejna sprawa. 

-  Dobrze się czujesz, Eryku? - spytał kilka razy pan Saunders. 
-  Tak, tak - odpowiadał Kot za każdym razem. Zakładał, że myślenie o trzech 

rzeczach jednocześnie nie liczy się za chorobę, chociaż to bardzo podobne uczucie. 

-  Pobawimy się żołnierzykami? - zaproponował Roger po lekcjach. 
Kot miał ochotę, ale nie odważył się zostawić Janet samej. 
-  Jestem zajęty - odpowiedział. 
-  Wiem, Gwendolina - westchnął Roger ze znużeniem. - Nie odstępujesz jej na 

krok, jakbyś był jej prawą ręką. 

Kot  poczuł  się  urażony.  Doskonale  wiedział,  że  Janet  znacznie  łatwiej 

poradziłaby  sobie  bez  prawej  ręki  niż  bez  niego.  Pobiegł  za;  nią  do  pokoju 
Gwendoliny, żałując serdecznie, że nie biegnie za prawdziwą Gwendolina. 

Janet  gor  ączkowo  zbierała  księgi  zaklęć,  ozdoby  z  kominka,  szczotkę  do 

włosów  i  lusterko  w  złotych  oprawach  z  toaletki,  słoik  z  nocnego  stolika  i  połowę 
ręczników z łazienki. 

-  Co robisz? - zapytał Kot. 
-  Szukam, co by tu sprzedać - wyjaśniła Janet. - Możesz czegoś się pozbyć ze 

swojego pokoju? Nie patrz tak. Wiem, że to kradzież, ale jak pomyślę, że ten okropny 
Blaslam  pójdzie  do  Chrestomanciego,  jest  mi  wszystko  jedno.  -  Podeszła  do  szafy  i 
przesunęła ubrania na grzechoczących wieszakach. - O, bardzo porządny płaszcz. 

-    Będzie  ci  potrzebny  w  niedzielę,  jak  się  ochłodzi  -  ostrzegł  Kot.  -  Pójdę 

zobaczyć, co mam u siebie... tylko mi obiecaj, że zaczekasz, dopóki nie wrócę. 

-    Jasne  -  zapewniła  Janet.  -  Nie  zrobię  ani  kroku  bez  ciebie,  bwana.  Ale 

pospiesz się. 

W pokoju Kota było mniej rzeczy, ale zebrał, ile zdołał, i dodał wielką gąbkę z 

łazienki. Czuł się jak przestępca. Razem z Janet zawinęli łupy w dwa ręczniki i znieśli 
po schodach, z duszą na ramieniu, bo ktoś mógł ich przyłapać w każdej chwili. 

-  Czuję się jak złodziej - szepnęła Janet. - Zaraz zapalą się reflektory i otoczy 

nas policja. Macie tutaj policję? 

-  Tak - odszepnął Kot.-Bądź cicho! 
Lecz  jak  zwykle  nikogo  nie  zastali  przy  bocznych  drzwiach.  Przekradli  się 

lśniącym  korytarzem  i  wyjrzeli  na  zewnątrz.  Wokół  rododendronów  było  pusto. 

background image

 

Ruszyli  w  tamtą  stronę.  Drzewa,  wśród  których  chował  się  pan  Baslam,  ukryją  ich 
również razem z łupem. 

Zrobili  zaledwie  trzy  kroki  od  drzwi,  kiedy  potężny  chór  wybuchnął  śpiewem. 

Janet  i  Kot  mało  nie  wyskoczyli  ze  skóry.  „Należymy  do  zamku  Chrestomanci! 
Należymy  do  zamku  Chrestomanci!"  -  grzmiało  czterdzieści  głosów.  Niektóre  były 
piskliwe, niektóre głębokie, ale wszystkie donośne. Robiły ogłuszający hałas. Dopiero 
po sekundzie czy dwóch dzieci zorientowały się, że głosy dochodzą z tobołków. 

-  O w mord ę jeża! - zawołała Janet. 
Zawrócili i pobiegli do drzwi, ścigani przez czterdzieści przeraźliwych głosów. 
Drzwi otworzyła panna Bessemer. Wysoka, chuda i purpurowa, czekała na nich 

w  progu.  Dzieciom  nie  pozostało  nic  innego,  tylko  przemknąć  obok  niej  z  minami 
winowajców.  Postawiły  na  podłodze  swoje  nagle  uciszone  tobołki  i  uzbroiły  się 
wewnętrznie w oczekiwaniu kłopotów. 

-  Co za okropny hałas, kochani! - powiedziała panna Bessemer. - Nie słyszałam 

czegoś takiego, odkąd pewien głupi czarownik próbował nas okraść. Co robiliście? 

Janet  nie  wiedziała,  kim  jest  majestatyczna  purpurowa  dama,  i  oniemiała  ze 

strachu. Kot musiał coś wymyślić. 

-  Chcieliśmy się pobawić w dom - zaimprowizował. - Potrzebowaliśmy trochę 

rzeczy. 

Sam się zdziwił, jak wiarygodnie to zabrzmiało. 
-    Trzeba  było  mi  powiedzieć,  głuptaski!  -  zawołała  panna  Bessemer.  - 

Powiedziałabym  wam,  co  można  wynosić  z  zamku.  Biegnijcie  i  odłóżcie  to  z 
powrotem, a ja znajdę wam na jutro jakieś ładne umeblowanie. 

Ponuro powlekli się z powrotem do pokoju Janet. 
-  Nie mogę się przyzwyczaić, że tutaj wszystko jest zaczarowane -jęczała Janet. 

- To mnie dobija. Kim jest ta długa purpurowa dama? Stawiam każde pieniądze, że to 
czarodziejka. 

-  Panna Bessemer, gospodyni - wyjaśnił Kot. 
-    Jest  szansa,  że  dostaniemy  od  niej  jakieś  cenne  starocie  warte  dwadzieścia 

funtów na wolnym rynku? - zapytała Janet. 

Oboje  wiedzieli,  że  nie  mają  szans.  Do  chwili,  kiedy  zabrzmiał  |  gong  na 

przebieranie, nie zdołali wymyślić żadnego innego sposobu, żeby zarobić dwadzieścia 
funtów. 

Kot ostrzegł Janet, jak wygląda obiad. Obiecała nie podskakiwać, kiedy lokaje 

będą podawali półmiski ponad jej ramieniem;! i przyrzekła nie rozmawiać o rzeźbach 
z panem Saundersem. Zapewniła, że nie będzie jej przeszkadzało gadanie Bernarda o 
akcjach i obligacjach. Kot myślał, że może odetchnąć. Pomógł Janet się ubrać i nawet 
sam wziął prysznic,  a kiedy  weszli do salonu, oboje wyglądali tak, że przynosili mu 
chlubę. 

Lecz  pan  Saunders,  jak  się  okazało,  wreszcie  pozbył  się  obsesji  na  punkcie 

rzeźb.  Wszyscy  zaczęli  rozmawiać  o  identycznych  bliźniętach,  a  potem  o 
sobowtórach  niespokrewnionych  ze  sobą.  Nawet  Bernard  zapomniał  o  akcjach  i 
obligacjach, zainteresowany nowym tematem. 

-    Prawdziwa  trudność  -  grzmiał  wychylony  do  przodu,  nieustannie  unosząc  i 

opuszczając brwi - to jak ci ludzie pasują do serii innych światów. 

I  ku  strapieniu  Kota  rozmowa  zeszła  na  inne  światy.  Gdyby  nie  okoliczności, 

byłby bardzo zainteresowany. Teraz nie ośmielał się spojrzeć na Janet i marzył tylko, 
ż

eby wszyscy zamilkli. Ale gadali z zapałem, zwłaszcza Bernard i pan Saunders. Kot 

usłyszał,  że  sporo  wiedziano  o  innych  światach.  Wiele  odwiedzano.  Te  najlepiej 

background image

 

znane  podzielono  na  zestawy  zwane  seriami,  według  zasady  tych  samych 
historycznych  wydarzeit  Rzadko  się  zdarzało,  żeby  ktoś  nie  miał  przynajmniej 
jednego  identycznego  sobowtóra  w  innym  świecie  z  tej  samej  serii.  Zwykle  ludzie 
mieli wielu sobowtórów w całym zestawie. 

-  Ale co z sobowtórami poza serią? - zapytał pan Saunders. -Mam przynajmniej 

jednego odpowiednika w serii trzeciej i podejrzewam istnienie jeszcze jednego w... 

Janet drgnęła gwałtownie i krzyknęła: 
-  Kot, pomóż! Siedzę jak na szpilkach! 
Kot  spojrzał  na  Julię.  Zobaczył  na  jej  twarzy  znajomy  uśmieszek  i  róg 

chusteczki wystający nad stołem. 

-    Zamieńmy  się  miejscami  -  szepnął  ze  znużeniem.  Wstał.  Wszyscy  na  niego 

spojrzeli. 

-    Co  mnie  upewnia  w  przekonaniu,  że  dotąd  nie  opracowano  zadowalającej 

klasyfikacji - oświadczył pan Saunders, odwracając się do Kota. 

-  Czy mog ę zamienić się miejscami z Ja... Gwendoliną? - poprosił Kot. - Ona 

stamtąd nie bardzo słyszy, co mówi pan Saunders. 

-  Tak, a to strasznie interesujące - potwierdziła Janet, zrywając się z krzesła. 
-  Skoro to konieczne - zezwolił Chrestomanci, lekko zirytowany. 
Kot usiadł na krześle Janet. Nie poczuł żadnej niewygody. Julia spuściła głowę i 

rzuciła mu długie, nieprzyjemne spojrzenie. Łokcie jej się poruszały, kiedy ukradkiem 
rozwiązywała  chusteczkę.  Kot  nie  wątpił,  że  teraz  również  jego  znienawidzi. 
Westchnął. Tylko tego mu brakowało. 

Niemniej  tej  nocy  zasnął  pełen  nadziei.  Nie  mogło  już  być  gorzej  -  więc 

musiało się polepszyć. Może dostaną od panny Bessemer coś cennego, co będą mogli 
sprzedać.  Albo,  jeszcze  lepiej,  może  rano  okaże  się,  że  Gwendoliną  wróciła  i 
wszystkie problemy znikły. 

Ale kiedy rano poszedł do pokoju Gwendoliny, zastał tam Janet, która usiłowała 

zawiązać sobie podwiązki. 

-  Pewnie są bardzo niezdrowe - rzuciła przez ramię. - Ty też je nosisz? Czy to 

wyłącznie  kobieca  tortura?  Magia  chociaż  raz  przydałaby  się  na  coś,  gdyby 
podtrzymywała pończochy. Z tego wynika, że czarownice nie są zbyt praktyczne. 

Dużo  gada,  pomyślał  Kot.  Ale  to  lepsze  niż  nie  mieć  nikogo  na  miejsce 

Gwendoliny. 

Przy  śniadaniu  ani  Mary,  ani  Eufemia  nie  okazały  im  cienia  życzliwości.  Jak 

tylko  wyszły  z  pokoju,  jedna  zasłona  owinęła  się  wokół  szyi  Janet  i  próbowała  ją 
udusić.  Kot  rzucił  się  na  ratunek.  Zasłona  walczyła  z  nim  jak  żywa,  ponieważ  Julia 
trzymała oba rogi | chusteczki i mocno zaciągała węzeł. 

-  Proszę, Julio, przestań! - błagał Kot. 
-    Tak,  przestań  -  przyłączył  się  Roger.  -  To  głupie  i  nudne.  Chcę  zjeść  w 

spokoju. 

-  Lepiej zosta ńmy przyjaciółmi - zaproponowała Janet. 
-  O nie, za nic w świecie! - prychnęła Julia. 
-    Więc  będziemy  wrogami!  -  warknęła  Janet  prawie  jak  Gwendolina.  - 

Myślałam  najpierw,  że  jesteś  miła,  ale  teraz  widzę,  że  jesteś  tylko  tłustą,  tępą, 
zawziętą, ograniczoną, paskudną, nieużytą wiedźmą! 

Oczywiście po tych słowach Julia musiała ją wręcz pokochać. 
Na  szczęście  pan  Saunders  zjawił  się  wcześniej  niż  zwykle.  Marmolada  Janet 

zdążyła  jedynie  zmienić  się  w  pomarańczowe  robaki  i  odmienić  z  powrotem,  kiedy 
Kot  oddał  jej  swoją,  a  kawa  Janet  zdążyła  zgęstnieć  w  brązowy  sos  i  znowu  się 

background image

 

odmienić,  kiedy  Kot  ją  wypił,  zanim  pan  Saunders  wsunął  głowę  w  drzwi. 
Przynajmniej  na  początku  Kot  myślał,  że  ma  szczęście,  dopóki  pan  Saunders  nie 
powiedział: 

-    Eryku,  Chrestomanci  chce  cię  widzieć  w  swoim  gabinecie.  Kot  wstał.  Jego 

ż

ołądek, chociaż wypełniony odczarowaną 

marmoladą,  jak  zwykle  próbował  się  schronić  w  piwnicach  zamku. 

Chrestomanci  się  dowiedział.  Wiedział  o  smoczej  krwi  i  o  Janet.  Spojrzy  na  mnie 
uprzejmie i... och, mam nadzieję, że on nie jest czarodziejem! 

-  Dokąd... dokąd mam iść? - wykrztusił. 
-  Zaprowadź go, Roger - polecił pan Saunders. 
-  I... i dlaczego? 
Pan Saunders się uśmiechnął. 
-  Sam zobaczysz. Zmykajcie. 

background image

 

ROZDZIA Ł 12 

/C2abinet Chrestomanciego był duży i zalany słońcem. Wokół vJlpod ścianami 

stały  półki  pełne  książek.  Było  też  biurko,  ale  Chrestomanci  przy  nim  nie  siedział. 
Leżał  na  sofie  w  słońcu,  czytając  gazetę,  ubrany  w  zielony  szlafrok  ze  złotymi 
smokami. Haftowane złotą nicią smoki migotały w słońcu. Kot nie mógł oderwać od 
nich oczu. Stał w progu i nie śmiał wejść dalej, tylko myślał: On wie o smoczej krwi. 

Chrestomanci podniósł wzrok i uśmiechnął się. 
-  Nie  rób  takiej  wystraszonej  miny  -  powiedział,  odkładając  gazetę.  -  Wejdź  i 

usiądź. 

Wskazał duży skórzany fotel. Zachowywał się jak najbardziej przyjaźnie, ale w 

ostatnich dniach Kot doszedł do wniosku, że to zupełnie nic nie znaczy. Wiedział, że 
im bardziej przyjacielski wydaje się Chrestomanci, tym bardziej w rzeczywistości się 
gniewa. Nieśmiało usiadł. Fotel okazał się  głęboki i zapadnięty.  Kot ześliznął się do 
tyłu  po  śliskiej  skórze  i  wylądował  w  zagłębieniu,  skąd  musiał  patrzeć  na 
Chrestomanciego  spomiędzy  własnych  kolan.  Czuł  się  całkowicie  bezbronny. 
Pomyślał, że powinien coś powiedzieć, więc szepnął: 

-  Dzie ń dobry. 
-    Nie  wyglądasz  tak,  jakbyś  mówił  szczerze  -  zauważył  Chre-stomanci.  -  Z 

pewnością  masz  swoje  powody.  Ale  nie  martw  się.  Nie  chodzi  znowu  o  tę  żabę. 
Widzisz, myślałem o tobie... 

-    Och,  niepotrzebnie!  -  zawołał  Kot  ze  swojego  zapadliska.  Gdyby 

Chrestomanci przeniósł się myślami na drugi koniec wszechświata, wcale nie byłoby 
to za daleko dla Kota. 

-  To nie bolało tak bardzo - zapewnił Chrestomanci. - Ale dziękuję za troskę. 

Jak mówiłem, historia z żabą dała mi do myślenia. I chociaż się obawiam, że masz nie 
więcej  poczucia  moralności  niż  twoja  okropna  siostra,  postanowiłem,  że  spróbuję  ci 
zaufać. Myślisz, że mogę ci ufać? 

Kot nie miał pojęcia, do czego to prowadzi, rozumiał jedynie, że Chrestomanci 

raczej nie pokłada w nim wielkiego zaufania. 

-    Nikt  przedtem  mi  nie  ufał  ~  odpowiedział  ostrożnie.  Oprócz  Janet,  dodał  w 

myślach, i tylko dlatego, że nie miała wyboru, 

-    Ale  chyba  warto  spróbować,  co?  -  ciągnął  Chrestomanci.  <-Pytam,  bo  chcę 

cię posłać na lekcje czarowania. 

Kot  po  prostu  tego  się  nie  spodziewał.  Ogarnęła  go  zgroza.  Nogi  na  krawędzi 

fotela zadrżały mu ze strachu. Jakoś je uspokoił, ale wciąż wewnętrznie dygotał. Jak 
tylko  pan  Saunders  zacznie  go  uczyć  magii,  natychmiast  odkryje,  że  Kot  nie  ma 
ż

adnych magicznych zdolność^. Wtedy Chrestomanci znowu zacznie myśleć o żabie. 

Kot przeklął w duchu tamtą chwilę, kiedy Janet mało się nie wygadała i musiał 

ją jakoś powstrzymać. 

-    Och,  nie  wolno  panu!  -  zaprotestował.  -  To  się  źle  skończy.  Przecież  pan 

wcale nie może mi ufać. Mam czarne serce. Jestem zły. To dlatego, ze mieszkałem z 
panią Sharp. Gdybym nauczył się czarować, nie wiadomo, co bym zrobił. Niech pan 
pamięta, co zrobiłem Eufemii. 

-  Właśnie takim wypadkom pragnę zapobiec na przyszłość. Jeśli się nauczysz, 

co i jak robić, nie popełnisz już takiego błędu. 

-  Tak, ale pewnie zrobi ę to celowo - tłumaczył  Kot. - Włoży mi pan broń do 

ręki. 

-    I  tak  ją  masz.  Czary  muszą  się  ujawnić,  zrozum.  Nikt  posiadający  moc  nie 

oprze się, żeby jej nie użyć. Dlaczego właściwie uważasz, że jesteś taki zepsuty? 

Pytanie zbiło Kota z pantałyku. 

background image

 

-    Kradnę  jabłka  -  wyznał.  -  No  i  całkiem  mi się  podobały  różne  rzeczy,  które 

robiła Gwendolina. 

-  Och, mnie też - zgodził się Chrestomanci. - Człowiek się zastanawiał, co ona 

jeszcze wymyśli. Pamiętasz jej procesję potworów? Albo te cztery zjawy? 

Kot zadygotał. Zemdliło go na samą myśl. 
-  No właśnie - powiedział Chrestomanci i ku przerażeniu Kota, uśmiechnął się 

ciepło  do  niego.  -  Dobrze.  Od  poniedziałku  Micha-el  zacznie  cię  uczyć  podstaw 
czarowania. 

-    Proszę,  nie!  -  Kot  wygramolił  się  z  fotela,  żeby  lepiej  argumentować.  - 

Sprowadzę plagę szarańczy. Będę gorszy od Mojżesza i Aarona. 

-  To może się przydać, jeśli rozdzielisz wody kanału La Manche - powiedział w 

zadumie  Chrestomanci.  -  Pomyśl,  że  oszczędzisz  wielu  ludziom  choroby  morskiej. 
Nie  martw  się.  Nie  zamierzamy  cię  uczyć  robienia  takich  rzeczy,  jakie  robiła 
Gwendolina. 

Kot w beznadziejnym nastroju powlókł się z powrotem do klasy, gdzie trafił na 

lekcję  geografii.  Pan  Saunders  wściekał  się  na  Janet,  która  nie  wiedziała,  gdzie  leży 
Atlantyda. 

-  Skąd miałam wiedzieć, że to jest to, co nazywam Ameryką? -szepnęła Janet 

do Kota podczas obiadu. - Chociaż dobrze zgadłam, że rządzą tam Inkowie, wiesz? O 
co  chodzi,  Kot?  Wyglądasz  jak  siedem  nieszczęść.  On  chyba  się  nie  dowiedział  o 
panu Blaslamie? 

-  Nie, ale jest jeszcze gorzej - jęknął Kot i krótko powtórzył rozmowę. 
-    Tego  nam  tylko  brakowało!  -  zawołała  Janet.  -  Zdemaskowanie  grozi  ze 

wszystkich stron. Ale kiedy się zastanowić, może 

nie  b  ędzie  tak  źle.  Na  pewno  potrafisz  rzucić  jakiś  mały  czar,  jeśli  najpierw 

poćwiczysz.  Spróbujemy  po  lekcjach  poszukać  czegoś  w  książkach  Gwendoliny, 
które ta kochana dziewczyna tak uprzejmie nam zostawiła. 

Kot  ucieszył  się,  kiedy  lekcje  znowu  się  zaczęły.  Miał  już  powyżej  uszu 

zamieniania  się  talerzami  z  Janet,  a  chusteczka  Julii  pewnie  całkiem  się  wystrzępiła 
od supłania. 

Po  szkole  on  i  Janet  zabrali  dwa  podręczniki  magii  i  zanieśli  do  pokoju  Kota. 

Janet rozejrzała się z podziwem. 

-  Ten pokój o wiele bardziej mi się podoba niż mój. Jest wesoły. W moim czuję 

się jak Śpiąca Królewna albo Kopciuszek, obie takie słodkie, że aż zęby bolą. No, do 
roboty. Jakie jest naprawdę proste zaklęcie? 

Uklękli na podłodze, kartkując podręczniki. 
-    Chciałbym  się  nauczyć,  jak  zmieniać  guziki  w  suwereny  -powiedział  Kot.  - 

Moglibyśmy wtedy spłacić pana Baslama. 

-  Nie mów o tym - poprosiła Janet. - Jestem już u kresu wytrzymałości. Może 

to? „Proste ćwiczenie unoszenia. Weź małe lusterko i połóż tak, żeby odbijało twoją 
twarz. Nie tracąc z oczu odbicia, obejdź je trzy razy przeciwnie do ruchu wskazówek 
zegara,  dwukrotnie  w  milczeniu,  za trzecim  razem  mówiąc:  Zakręć  się,  lusterko,  tak 
jak ja się kręcę, unieś się w powietrze i nie spadaj więcej. Wówczas lusterko powinno 
się unieść". Chyba dasz radę to zrobić, Kot. 

-  Spróbuję - zgodził się Kot z powątpiewaniem. - Co to znaczy „przeciwnie do 

ruchu wskazówek zegara"? 

-  W lewo - wyjaśniła Janet. - Tyle wiem. 
-  Myślałem, że mam stanąć naprzeciwko zegara - wyznał pokornie Kot. 
Janet przyjrzała mu się z troską. 
-  Wiem, że jesteś jeszcze mały - powiedziała - ale martwisz mnie, kiedy tak się 

background image

 

dajesz zastraszać. Czy ktoś ci coś zrobił? 

-  Chyba nie - odparł zdziwiony Kot. - Dlaczego? 
-  No, nigdy nie mia łam brata - mruknęła Janet. - Przynieś lusterko. 
Kot wziął lusterko z komody i ostrożnie położył na środku podłogi. 
-  Tak dobrze? Janet westchnęła. 
-    Właśnie  o  tym  mówiłam.  Wiedziałam,  że  je  przyniesiesz,  jeśli  ci  każę. 

Przestań  być  taki  uprzejmy  i  posłuszny.  Działasz  mi  na  nerwy.  W  każdym  razie...  - 
wzięła książkę. - Widzisz odbicie swojej twarzy? 

-  Prawie nic więcej - zapewnił Kot. 
-  Dziwne - mruknęła Janet. - Ja widzę własną twarz. Czy ja też mogę to zrobić? 

-  Ty pewnie łatwiej niż ja - stwierdził Kot. 
Więc  oboje  okrążyli  lusterko  i  chórem  wymówili  słowa  zaklęcia.  Drzwi  się 

otwarły. Weszła Mary. Janet pospiesznie schowała książkę za plecami. 

-    Tak,  jest  tutaj  -  powiedziała  Mary  i  odsunęła  się,  żeby  wpuścić  do  pokoju 

obcego młodego człowieka. - To jest Will Suggins, narzeczony Eufemii - oznajmiła. - 
Chce z tobą porozmawiać, Ery-ku. 

Will Suggins był wysoki, krzepki i dość przystojny. Jego ubranie wyglądało tak, 

jakby  starannie,  choć  bez  wyrafinowanych  efektów,  otrzepał  je  po  całym  dniu  pracy 
w piekarni. Nie zachowywał się przyjaźnie. 

-  To ty zmieniłeś Eufemię w żabę, tak? - zapytał Kota. 
-    Tak  -  przyznał  Kot.  Nie  odważył  się  powiedzieć  nic  więcej  w  obecności 

Mary. 

-    Jesteś  trochę  mały  -  ocenił  Will  Suggins  z  pewnym  rozczarowaniem.  -  W 

każdym  razie  -  ciągnął  -  bez  względu  na  wzrost  nie  zgadzam  się,  żebyś  zmieniał 
Eufemię w jakieś zwierzaki. Wypraszam sobie coś takiego. Zrozumiano? 

-  Bardzo przepraszam - powiedział Kot. - Już nie będę. 

-    Ja  my  ślę!  -  warknął  Will  Suggins.  -  Ża  łatwo  się  z  tego  wykręciłeś,  jak  mówiła 

Mary. Zamierzam ci dać nauczkę, której szybko nie zapomnisz. 

-  Nic z tego! - wtrąciła Janet. Podeszła prosto do Willa Sug-ginsa i groźnie wyciągnęła 

w  jego  stronę  Magię  dla  początkujących.  -  Pan  jest  trzy  razy  większy  od  niego,  a  on  już 
przeprosił.  Jeśli  pan  tknie  Kota,  to...  -  Pospiesznie  przekartkowała  podręcznik.  -  Wywołam 
całkowity bezwład nóg i tułowia. 

-  Pięknie będę wyglądał, nie ma co! - zawołał ubawiony Will Suggins. - Jak to zrobisz 

bez czarów, można wiedzieć? Zresztą śmiem twierdzić, że potrafiłbym się uwolnić bez trudu. 
Sam  jestem  niezłym  czarownikiem.  Chociaż  -  dodał,  zwracając  się  do  Mary  -mogłaś  mnie 
uprzedzić, że on jest taki mały. 

-  Nie taki mały, kiedy się rozchodzi o czary i psoty - oświadczyła Mary. - Żadne z nich 

nie jest na to za małe. To para niezłych gagatków. 

-  No, w takim razie użyję czarów. Jestem tolerancyjny - oświadczył Will Suggins. 
Poszperał w kieszeniach umączonej marynarki i wydobył coś, co wyglądało jak kawał 

surowego ciasta. Przez chwilę ugniatał je energicznie w potężnych dłoniach. Potem utoczył z 
niego  kulę  i  cisnął  pod  nogi  Kota.  Ciasto  wylądowało  na  dywanie  z  cichym  piaskiem.  Kot 
spojrzał na nie z obławą, spodziewając się nie wiadomo czego. 

-  Będzie tutaj leżało - oznajmił Will Suggins - aż do trzeciej po południu w niedzielę. 

Niedziela  to  fatalny  dzień  na  czary,  ale  wtedy  mam  wolne.  Zaczekam  na  ciebie  na  polu 
Bedlama,  pod  postacią  tygrysa.  Umiem  robić  tygrysa.  Możesz  się  zmienić  w  coś  dowolnie 
wielkiego  albo  małego  i  szybkiego,  jeśli  wolisz,  ale  i  tak  dam  ei  nauczkę.  A  jeśli  nie 
przyjdziesz  na  pole  Bedlama  w  żadnej  postaci,  ten  kawał  ciasta  zacznie  działać  i  sam 
zmienisz się w żabę... na tak długo, jak mi się spodoba. Dziękuję, Mary, załatwiłem sprawę. 

Will  Suggins  odwrócił  się  i  wyszedł.  Mary  ruszyła  za  nim,  ale  nie  mogła  się 

powstrzymać, żeby nie dorzucić od drzwi: 

background image

 

137 

background image

 

-  Zobaczymy, jak ci si ę to spodoba, Ery ku! 
Potem  zamknęła  drzwi  za  sobą.  Kot  i  Janet  popatrzyli  na  siebie  i  na  kawał 

ciasta. 

-  Co ja mam robić? - zapytał Kot.     > 
Janet  rzuciła  podręcznik  na  łóżko  Kota  i  próbowała  podnieść  ciasto,  ale 

przyrosło do dywanu. Nie mogła go poruszyć. 

-    Musiałbyś  wyciąć  dziurę  w  podłodze,  żeby  się  tego  pozbyć  -stwierdziła.  - 

Kot,  robi  się  coraz  gorzej.  Jeśli  mi  wybaczysz,  straciłam  resztki  sympatii  do  twojej 
słodkiej siostruni! 

-    To  moja  wina  -  oświadczył  Kot.  -  Nie  powinienem  kłamać  w  sprawie 

Eufemii. Dlatego wpakowałem się w kłopoty, nie przez Gwendolinę. 

-  Kłopoty to za słabe określenie - zauważyła Janet. - W niedzielę pogryzie cię 

tygrys.  W  poniedziałek  wyjdzie  na  jaw,  że  nie  umiesz  czarować.  A  cała  reszta  się 
wyda,  jeśli  nie  wtedy,  to  najpóźniej  w  środę,  kiedy  pan  Blablam  zgłosi  się  po 
pieniądze.  Myślisz,  że  na  wtorek  los  też  coś  dla  nas  przygotował?  Moim  zdaniem, 
jeśli  pójdziesz  w  niedzielę  na  spotkanie  we  własnej  postaci,  ten  piekarz  nie  zrobi  ci 
wielkiej krzywdy. To lepsze niż przemiana w żabę. 

-  Lepsze - zgodził się Kot, spoglądając na złowieszczą grudę ciasta. - Szkoda, 

ż

e  nie  potrafię  naprawdę  zmieniać  postaci.  Zmieniłbym  się  w  pchłę.  Podrapałby  się 

do krwi, próbując mnie znaleźć. 

Janet parsknęła śmiechem. 
-  Zobaczymy, czy jest na to zaklęcie. 
Odwróciła  się  po  Magię  dla  początkujących  i  uderzyła  głową  o  lusterko. 

Wisiało w powietrzu, na wysokości jej twarzy. 

-  Kot! Jedno z nas to zrobiło! Patrz! 
Kot spojrzał bez zainteresowania. Miał inne zmartwienia. 
-    Na  pewno  ty.  Jesteś  taka  sama  jak  Gwendolina,  więc  pewnie  potrafisz 

czarować.  Ale  zmian  postaci  nie  ma  w  żadnej  z  tych  książek.  To  magia 
zaawansowana. 

-  Więc rzucę czar, żeby sprowadzić lusterko na ziemię - zaproponowała Janet. - 

Chociaż wcale nie chcę zostać czarownicą. 

Im  wi ęcej widzę czarów, tym bardziej wyglądają tylko na łatwy sposób, żeby 

zatruwać ludziom życie. 

Otworzyła już podręcznik, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Janet chwyciła 

krzesło stojące przy łóżku Kota i stanęła na nim, żeby zasłonić lusterko.  Kot szybko 
uklęknął na kawałku ciasta. Żadne z nich nie chciało więcej kłopotów. 

Janet złożyła Magię dla początkujących okładką do środka, tak że wyglądała jak 

każda inna książka, i machnęła nią do Kota. 

-  „Maud, pójdź do ogrodu" - wydeklamowała. 
Biorąc to za zaproszenie, panna  Bessemer otworzyła drzwi i weszła. Dźwigała 

naręcze  różnych  przedmiotów,  włącznie  z  obtłuczonym  imbrykiem  zawieszonym  na 
jednym palcu. 

-  Obiecałam wam trochę sprzętów, skarbeńki - powiedziała. 
-  Och, dziękujemy bardzo - bąknęła Janet. - Właśnie czytaliśmy poezje. 
-  A ja myślałam, że mówicie do mnie! - zaśmiała się panna Bessemer. - Mam 

na imię Maud. Mogę to położyć na łóżku? 

-  Tak, dziękuję - powiedział Kot. 
Ż

adne  z  nich  nie  odważyło  się  poruszyć.  Wykręcili  szyje,  żeby  popatrzeć,  jak 

panna  Bessemer  składa  swój  ładunek  na  łóżku,  i  wciąż  wykręceni  podziękowali  jej 
wylewnie.  Jak  tylko  panna  Bessemer  wyszła,  skoczyli  obejrzeć  ładunek,  ale  niestety 

background image

 

nie  znalazło  się  tam  nic  cennego.  Jak  zauważyła  Janet,  gdyby  naprawdę  chcieli  się 
bawić w dom, dwa stołki i stary dywanik bardzo by się przydały, ale jako towary na 
sprzedaż były do niczego. 

-  Miło z jej strony, że pamiętała - przyznał Kot, pakując graty do kredensu. 
-  Tylko że teraz musimy bawić się nimi w dom - stwierdziła posępnie Janet. - 

Jakbyśmy nie mieli nic lepszego do roboty. Teraz opuszczę lusterko. Patrz! 

Lusterko  nie  zamierzało  opaść.  Janet  wypróbowała  wszystkie  trzy  zaklęcia  z 

obu  podręczników,  lusterko  jednak  wciąż  wisiało  w  powietrzu  na  wysokości  jej 
twarzy. 

-  Ty spr óbuj, Kot - zażądała Janet. - Nie możemy go tak zostawić. 
Kot  oderwał  ponure  spojrzenie  od  kuli  ciasta.  Wciąż  była  okrągła,  nie  zostało 

ani śladu wgłębienia, chociaż na niej klęczał. Wiedział, że to bardzo mocne zaklęcie. 
Westchnął  i  sięgnął  po  lusterko.  Doświadczenia  z  Julią  nauczyły  go,  że  proste 
zaklęcia zazwyczaj można łatwo przełamać. 

Lusterko  nie  opadło  ani  trochę.  Ale  przesunęło  się  w  powietrzu.  Kot  się 

zaciekawił.  Zawisł na nim obiema rękami, odepchnął się stopami i gładko przeleciał 
po pokoju. 

-  Fajnie to wygląda - odezwała się Janet. 
-  Bo jest fajne - zapewnił Kot. - Spróbuj. 
Przez jakiś czas bawili się lusterkiem. Przesuwało się tak szybko, jak mocno je 

popychali, i z łatwością unosiło ciężar ich obojga. Janet odkryła, że najlepiej stanąć na 
komodzie  i  skoczyć.  Wówczas,  jeśli  się  podciągnęło  nogi,  można  było  przelecieć 
przez cały pokój i wylądować na łóżku Kota. Wirowali razem nad dywanem, pękając 
ze śmiechu, kiedy Roger zapukał i wszedł. 

-    Ho,  ho,  bardzo  dobry  pomysł!  -  zawołał.  -  Nigdy  nam  to  nie  przyszło  do 

głowy.  Mogę  się  przelecieć?  Spotkałem  w  wiosce  dziwnego  zezowatego  faceta, 
Gwendolino, i dał mi ten list do ciebie. 

Kot  opadł  na  dywan  i  wziął  Ust.  Rozpoznał  pismo  pana  Nostruma.  Tak  się 

ucieszył, że pozwolił Rogerowi na dwadzieścia kolejek , i szybko wręczył list Janet. 

-    Czytaj!

 

Pan  Nostrum  mógł  ich  wyciągnąć  z  kłopotów.  Wprawdzie  był 

kiepskim  nekromant¹,  ale  na  pewno  potrafi³  zmieniæ  Kota  w  pch³ê,,  gdyby  Janet  go 
³adnie poprosi³a. Niew¹tpliwie zna³ zaklêcie, dziê-zj ki któremu Kot móg³by udawaæ, 
¿e potrafi czarowaæ.

                   

I  chociaż  pan  Nostrum  nie  był  bogaty,  miał  zamożnego  brata  Wilłiama.  Mógł 

pożyczyć Kotu dwadzieścia funtów, gdyby myślał że pomaga Gwendolinie. 

Kot usiadł 

na łóżku obok Janet i razem przeczytali list, podczas gdy Roger latał po pokoju uwieszony na 
lusterku i chichotał z uciechy. Pan Nostrum napisał:

 

Moja droga i ulubiona uczennico! 
Jestem  tutaj,  zamieszkałem  w  gospodzie  Pod  Białym  Jeleniem.  Przyjd

ź

  do 

mnie w sobot

ę

 po południu i przyprowad

ź

 brata, 

ż

ebym go poinstruował. To bardzo 

wa

ż

ne, powtarzam, sprawa najwy

ż

szej wagi.

 

Dumny z Ciebie nauczyciel Henry Nostrum 

Janet, która nic nie rozumiała, jęknęła cicho ze zdenerwowania. 
-    Mam  nadzieję,  że  to  nie  złe  nowiny  -  rzucił  Roger,  przefruwając  obok  z 

podkurczonymi nogami. 

-  Nie, to najlepsza nowina ze wszystkich! - zapewnił Kot. 
Szturchnął Janet w żebra, żeby ją zmusić do uśmiechu. Uśmiechnęła się posłusznie, ale 

nie mógł jej przekonać, że to dobra nowina, nawet gdyby miał szansę wszystko wyjaśnić. 

-    Jeśli  uczył  Gwendolinę,  pozna,  że  ja  to  nie  ona  -  szepnęła.  -A  jeśli  nie  pozna,  nie 

zrozumie, dlaczego chcesz się zmienić w pchłę. To dziwaczna prośba, nawet w tym świecie. I 
będzie pytał, dlaczego sama nie mogę fię przemienić. Czy możemy mu powiedzieć prawdę? 

background image

 

-    Nie,  bo  on  lubi  Gwendolinę  -  odparł  Kot.  Coś  mu  mówiło,  że  pan  Nostrum  byłby 

równie  niezadowolony,  jak  Chrestomanci,  gdyby  się  dowiedział,  że  Gwendolina  odeszła  do 
innego świata. -1 ma wobec niej jakieś plan^. 

-    Chce  poinstruować  tylko  ciebie  -  rzuciła  Janet  z  irytacją.  -Pewnie  myśli,  że  ja 

wszystko wiem. Jeśli mnie pytasz, Kot, to jeszcze jeden kłopot więcej! 
Nie  dała  się  przekonać,  że  ratunek  jest  w  zasięgu  ręki.  Kot  nie  miał  co  do  tego  żadnych 
wątpliwości. Poszedł spać uradowany 

i obudził się szczęśliwy. Nadal czuł się szczęśliwy, 

nawet  kiedy  nadepnął  na  kulę  ciasta,  zimną  i  oślizłą  jak  żaba  pod  stopą.  Nakrył  ją 
Magią  dla  początkujących.  Potem  chciał  schować  lusterko.  Ciągle  mu  uciekało  na 
ś

rodek  pokoju.  W  końcu  przywiązał  je  do  półki  z  książkami  sznurowadłem  z 

niedzielnych butów. 

Zastał Janet w fatalnym nastroju. Tego dnia Julia wymyśliła komara. Czekał na 

Janet, kiedy przyszła na śniadanie, bzyczał jej nad uchem i kąsał bez przerwy podczas 
lekcji, dopóki Kot nie trzepnął go podręcznikiem do arytmetyki. 

Wszystko  razem,  włącznie  z  paskudnymi  spojrzeniami  Julii  i  Mary  oraz 

perspektywą spotkania z panem Nostrumem, wprawiło Janet w przygnębienie. 

-    Tobie  to  dobrze  -  narzekała,  kiedy  po  południu  maszerowali  do  wioski.  - 

Wychowałeś  się  wśród  czarów  i  jesteś  przyzwyczajony.  A  ja  nie.  I  boję  się,  że 
utknęłam  tu  na  zawsze.  A  jeszcze  bardziej  się  boję,  że  nie  na  zawsze.  Załóżmy,  że 
Gwendolina znudzi się swoim nowym światem i postanowi jeszcze raz się przenieść? 
Wtedy  znowu  nas,  cały  szereg  sobowtórów,  wciągnie  gdzie  indziej  i  będę  musiała 
sobie  radzić  w  nowym  świecie,  a  ty  znowu  będziesz  przechodził  przez  wszystkie 
kłopoty z nową zastępczynią. 

-  Och, na pewno do tego nie dojdzie - powiedział Kot, trochę zaskoczony takim 

pomysłem. - Ona niedługo wróci. 

-  Czyżby? - prychnęła Janet. 
Przeszli  przez  bramę  i  znowu  matki  chowały  przed  nimi  dzieci,  a  wiejskie 

błonia opustoszały na ich widok. Wszyscy zmykali w popłochu. 

-  Tak bym chciała wrócić do domu! -jęknęła Janet niemal ze łzami. 

background image

 

ROZDZIA Ł 13 

Wprowadzono  ich  do  prywatnego  saloniku  Pod  Białym  Jeleniem.  Pan  Henry 

Nostrum pompatycznie wytoczył się im na spotkanie. 

-  Moi drodzy młodzi przyjaciele! 
Położył ręce na ramionach Janet i pocałował ją. Odskoczyła tak gwałtownie, że 

kapelusz  spadł  jej  na  ucho.  Kot  był  trochę  wstrząśnięty.  Zapomniał  już  o  nędznym, 
niechlujnym  wyglądzie  pana  Nostruma  i  dziwacznym  efekcie,  jaki  wywierało  jego 
zezujące lewe oko.

 

-  Siadajcie, siadajcie! - zaprosił ich serdecznie pan Nostrum. - Poczęstujcie się 

piwem imbirowym. 

Usiedli. Łyknęli imbirowego piwa, którego żadne z nich nie lubiło. 
-  Po co pan mnie wezwał razem z Gwendoliną? - zapytał Kot. 

-    Ponieważ  -  odparł  pan  Nostrum  -  żeby  przejść  prosto  do  rzeczy  i  nie  owijać  w 
bawełnę, okazało się, całkiem jak się obawialiśmy, że nie możemy wykorzystać tych 
trzech  podpisów,  które  tak  łaskawie  ofiarowaliście  mi  w  zamian  za  usługi  na  polu 
nauczania. Osobnik, który dziedziczy ten zamek... nie zniżę się do wymawiania jego 
nazwiska.  składa  podpis  obwarowany  zabezpieczeniami  nie  do  pokonania.  Możecie 
go  nazwać  przezornym.  Obawiam  się  jednak,  że  to  wymaga  zastosowania  naszego 
Planu Dwa. I właśnie dlatego, mój drogi Kocie, tak się cieszyliśmy, że udało wam się 
zamieszkać w zamku. 

-  Jaki jest Plan Numer Dwa? - zapytała Janet. 
Zezowate oko pana Nostruma prześliznęło się skosem po jej twarzy. Chyba się 

nie zorientował, że nie rozmawia z Gwendoliną. Może nie widział zbyt dobrze swoim 
błądzącym okiem. 

-  Plan Numer Dwa pozostaje dokładnie taki, jak ci go opisałem, Gwendolino - 

zapewnił. - Nie zmieniliśmy go ani na jotę. 

Janet  spróbowała  innego  sposobu,  żeby  się  dowiedzieć,  o  czym  on  mówi. 

Nabierała w tym coraz większej wprawy. 

-    Ale  chcę,  żeby  pan  wytłumaczył  Kotu  -  zażądała.  -  On  go  nie  zna,  ale 

powinien, bo... bo tak się pechowo stało, że odebrali mi czarodziejską moc. 

Pan Nostrum żartobliwie pogroził jej palcem. 
-    Tak,  niegrzeczna  dziewczyno.  Słyszałem  o  tobie  różne  rzeczy  w  wiosce. 

Smutna strata, ale miejmy nadzieję, że tylko chwilowa. Hm, jak to wyjaśnić młodemu 
Kotu... 

Zamyślił się, gładząc kędzierzawe resztki włosów, co było jego zwyczajem. Coś 

w tym geście ostrzegło Kota, że pan Nostrum nie zamierza powiedzieć całej prawdy. 
Zdradził go sam sposób poruszania rękami i ułożenie srebrnego łańcuszka od zegarka 
na wytartej, opiętej kamizelce. 

-  A więc, młody Chancie - zaczął pan Nostrum - w skrócie sprawa przedstawia 

się  następująco.  Istnieje  pewna  grupa  ludzi  rządzonych  przez  władcę  zamku,  którzy 
zachowują  się  bardzo  samolubnie  w  odniesieniu  do  czarów.  Zatrzymują  najlepsze 
rzeczy  dla  siebie,  dlatego,  oczywiście,  są  bardzo  niebezpieczni...  to  zagrożenie  dla 
wszystkich czarownic i katastrofa wisząca nad zwykłymi ludźmi. Weźmy na przykład 
smoczą  krew.  Wiesz,  że  jest  zakazana.  Ci  ludzie,  z  tym  osobnikiem  na  czele, 
wymyślili  ten  zakaz,  a  jednak,  zapamiętaj  to  sobie,  młody  Chancie,  codziennie  sami 
jej używają. I ściśle kontrolują dostęp do wszystkich światów, skąd pochodzi smocza 
krew.  Zwykły  nekromanta,  taki  jak  ja,  może  ją  zdobyć  tylko  kosztem  wielkiego 
ryzyka  i  znacznych  wydatków,  a  nasi  dostawcy  towarów  egzotycznych  narażają  się, 
ż

eby  ją  nam  dostarczyć.  To  samo  dotyczy  prawie  wszystkich  produktów  z  innych 

ś

wiatów. 

background image

 

No  więc  pytam  cię,  młody  Kocie,  czy  to  sprawiedliwe?  Nie.  I  powiem  ci 

dlaczego, młody Eryku. To niesprawiedliwe, że drogi do innych światów pozostają w 
rękach  garstki  wybrańców.  Oto  sedno  sprawy:  drogi  do  innych  światów.  Chcemy  je 
otworzyć,  udostępnić  dla  wszystkich.  I  właśnie  tutaj  wkraczasz  ty,  młody  Chancie. 
Najlepsza  i  najłatwiejsza  droga,  najszersza  Brama  do  Gdzie  Indziej,  jeśli  można  tak 
powiedzieć, to pewien zamknięty ogród na terenach rzeczonego zamku. Zakładam, że 
macie tam zakaz wstępu... 

-  Owszem - potwierdził Kot. - Mamy. 
-    Pomysł,  co  za  niesprawiedliwość!  -  wykrzyknął  pan  Nostrum.  -  Pan  tego 

zamku używa jej codziennie i podróżuje, dokąd tylko zapragnie. Więc chcę od ciebie 
tylko jednego, Kocie, i na tym właśnie polega Plan Numer Dwa: żebyś wszedł do tego 
ogrodu dokładnie o drugiej trzydzieści w niedzielę po południu. Obiecujesz? 

-  Co to da? - chciał wiedzieć Kot. 
-  To złamie zaklętą pieczęć, którą ci nikczemnicy nałożyli na Bramę do Gdzie 

Indziej - wyjaśnił pan Nostrum. 

-  Nigdy do końca nie rozumiałam - odezwała się Janet z bardzo przekonującą 

zmarszczką na czole -jak Kot może złamać pieczęć, po prostu wchodząc do ogrodu. 

Pan Nostrum lełcko się zirytował. 
-    Oczywiście,  ponieważ  jest  zwykłym,  niewinnym  chłopcem.  Moja  droga 

Gwendolino, tyle razy ci kładłem do głowy, jakie to ważne mieć niewinnego chłopca 
w środku Planu Numer Dwa. Musisz zrozumieć. 

-    Tak,  tak,  rozumiem  -  zapewni  ła  pospiesznie  Janet.  -1  to  musi  być  ta 

niedziela, o drugiej trzydzieści? 

-    Jak  zawsze  -  odparł  pan  Nostrum,  ponownie  uśmiechnięty.  -To  dobra,  silna 

pora.  Czy  zrobisz  to  dla nas,<  młody  Kocie?  Czy  tym  prostym  czynem  przyniesiesz 
wolność  swojej  siostrze  i  ludziom  jej  podobnym...  wolność  uprawiania  magii  wedle 
ich woli? 

-  Wpadnę w kłopoty, jeśli mnie złapią - bronił się Kot. 
-r- Przy odrobinie sprytu jakoś się wykręcisz. Zresztą nie bój się, po wszystkim 

zatroszczymy się o ciebie - perswadował pan Nostrum. 

-    Chyba  mogę  spróbować  -  ustąpił  Kot.  -  Ale  czy  w  zamian  może  mi  pan 

pomóc?  Czy  pański  brat  zechciałby  nam  pożyczyć  dwadzieścia  funtów  przed 
następną środą? 

Oblicze pana Nostruma przybrało roztargniony, lecz życzliwy wyraz. Lewe oko 

spojrzało dobrotliwie w najdalszy róg salonu. 

-    Cokolwiek  sobie  życzysz,  drogi  chłopcze.  Tylko  wejdź  do  tego  ogrodu,  a 

będziesz mógł zrywać owoce wszelkich światów. 

-  Pół godziny później muszę zmienić się w pchłę, a w poniedziałek chciałbym 

udawać,  że  potrafię  czarować  -  ciągnął  Kot.  -To  wszystko,  czego  potrzebuję  oprócz 
dwudziestu funtów. 

-  Wszystko, czego zechcesz! - zapewnił wylewnie pan Nostrum. - Tylko wejdź 

do tego ogrodu. 

Kot  i  Janet  musieli  się  tym  zadowolić.  Kot  kilkakrotnie  usiłował  wydobyć  od 

pana Nostruma więcej szczegółów, ale wciąż słyszał: „Tylko wejdź do ogrodu". Janet 
spojrzała na Kota i oboje podnieśli się do wyjścia. 

-  Poplotkujmy - zaproponował pan Nostrum. - Mam dla was co najmniej dwie 

interesujące nowiny. 

-  Nie mamy czasu - skłamała Janet. - Chodź, Kot. 
Pan  Nostrum  był  przyzwyczajony  do  równie  stanowczego  zachowania 

Gwendoliny.  Wstał  i  odprowadził  ich  do  drzwi  gospody  niczym  członków  rodziny 

background image

 

królewskiej, i pomachał im, kiedy wyszli na błonia. 

-  Do zobaczenia w niedziel ę! - zawołał za nimi. 
-    Jeszcze  czego!  -  syknęła  Janet.  Z  pochyloną  głową,  żeby  szeroki  kapelusz 

Gwendoliny  zasłaniał  ją  przed  panem  Nostrumem,  szepnęła  do  Kota:  -  Kot,  jeśli 
spełnisz  żądanie  tego  podstępnego  osobnika,  będziesz  głupcem!  Naopowiadał  ci 
samych kłamstw. Nie wiem, o co mu naprawdę chodzi, ale proszę, nie rób tego. 

Kot  nie  zdążył  odpowiedzieć,  bo  z  ławki  przed  Białym  Jeleniem  wstał  pan 

Baslam i poczłapał za nimi. 

-  Czekajcie! - zasapał, otaczając ich piwnymi wyziewami. -Młoda damo, młody 

paniczu, chyba nie zapomnieliście, co wam powiedziałem. Środa. Pamiętajcie. Środa. 

-  Bez obawy. To mi się śni po nocach - odparła Janet. - Przepraszam. Spieszy 

nam się, panie Blablam. 

Szybko  przeszli  przez  błonia.  Nie  zobaczyli  żywej  duszy  oprócz  Willa 

Sugginsa,  który  wyszedł  z  podwórza  za  piekarnią,  żeby  odprowadzić  ich  znaczącym 
spojrzeniem. 

-  Chyba muszę zrobić, czego on żąda - powiedział Kot. 
-  Tylko nie to - sprzeciwiła się Janet. - Chociaż przyznam, że nie widzę dla nas 

innego wyjścia. 

-  Pozostaje nam tylko ucieczka - zauważył Kot. 
-  Więc uciekajmy... od razu - zaproponowała Janet. 
Właściwie nie uciekli. Szybkim krokiem wyszli z wioski na drogę, która według 

Kota  prowadziła  do  Wolvercote.  Janet  tłumaczyła,  że  Wolvercote  będzie  pierwszym 
miejscem,  o  którym  pomyśli  każdy  w  zamku,  ale  Kot  opowiedział  jej  o  rozległych 
kontaktach  pani  Sharp  w  Lohdynie.  Wiedział,  że  dawna  opiekunka  gdzieś  ich 
przeszmugluje  bez  żadnych  pytań.  Bardzo  zatęsknił  za  domem,  kiedy  rozmawiali  o 
pani Sharp. Strasznie mu jej brakowało. Zaczął wspominać ulicę Sabatu i żałował, że 
Janet idzie obok niego, gadając bez przerwy. 

-  No, mo że masz rację - mówiła - a zresztą nie wiem, dokąd jeszcze możemy 

pójść. Jak się dostaniemy do Wolvercote? Autostopem? 

Kot nie zrozumiał, więc wyjaśniła, że to oznacza prośbę o podwiezienie. 
Droga,  którą  wybrali,  wkrótce  zmieniła  się  w  prawdziwą  wiejską  dróżkę, 

wyboistą, zarośniętą trawą, otoczoną przez wysokie żywopłoty obsypane czerwonymi 
jagodami. Nie było tutaj żadnego ruchu, ale Janet starała się tego nie komentować. 

-  Jeszcze jedno - powiedziała. - Jeśli naprawdę chcemy uciec, obiecaj mi, że nie 

wymienisz  przypadkiem  nazwiska...  wiesz  kogo.  -  Kiedy  Kot  znowu  nie  zrozumiał, 
wyjaśniła:  -  Człowieka,  którego  pan  Nostrum  nazywa  tym  osobnikiem  albo  panem 
zamku... no wiesz! 

-  Aha, chodzi ci o Chrest... 
-  Cicho! - syknęła Janet. - Tak, o niego, ale nie  wolno ci tego wymawiać. On 

jest  czarodziejem  i  przychodzi  na  wezwanie,  głupku!  Przypomnij  sobie,  jak  pan 
Nostrum bał się wymówić jego nazwisko. 

Kot  zastanowił  się  nad  tym.  Chociaż  smutny  i  stęskniony  za  domem,  nie  miał 

ochoty  zgadzać  się  ze  wszystkim,  co  powiedziała  Janet.  W  końcu  nie  była  jego 
prawdziwą siostrą. Poza tym pan Nostrum nie powiedział mu prawdy. A Gwendolina 
nigdy nie mówiła, że Chrestomanci jest czarodziejem. Na pewno by się nie ośmieliła 
robić tych wszystkich czarów, gdyby tak uważała. 

-  Nie wierzę ci - oświadczył. 
-  Jak sobie chcesz - odparła Janet. - Tylko nie wymawiaj jego nazwiska. 
-  Proszę bardzo - zgodził się Kot. - Zresztą mam nadzieję, że już nigdy go nie 

background image

 

zobaczę. 

Popołudnie  było  ciepłe  i  rześkie.  Ścieżka  robiła  się  coraz  bardziej  dzika.  W 

ż

ywopłotach rosły leszczyny i wielkie krzaki czarnych jagód. Wkrótce nastrój dzieci 

całkowicie  się  zmienił.  Kot  poczuł  się  wolny.  Zostawił  za  sobą  wszystkie  kłopoty. 
Razem z Janet zrywali orzechy, akurat wystarczająco dojrzałe, żeby nadawały się do 
jedzenia. Janet zdjęła kapelusz -jak ciągle powtarzała Kotu, nie znosiła kapeluszy - i 
napełnili  go  czarnymi  jagodami  na  zapas.  Pękali  ze  śmiechu,  kiedy  sok  przeciekł 
przez główkę i skapywał na sukienkę Janet. 

-  Fajnie jest uciekać - stwierdził Kot. 
-  Zaczekaj, aż spędzisz noc w zaszczurzonej stodole - ostrzegła Janet. - Piski i 

szelesty.  Czy  w  tym  świecie  są  upiory  i  wilka...  Och,  patrz!  Jedzie  samochód! 
Wystaw kciuk... nie, pomachaj. Oni chyba nie znają tego zwyczaju z kciukiem. 

Machali  z  zapałem  do  wielkiego  czarnego  samochodu,  który  zbliżał  się, 

pomrukując i podskakując na wybojach. Ku ich radości zatrzymał się obok. Szyba w 
najbliższym oknie opadła. Przeżyli paskudny wstrząs, kiedy zobaczyli twarz Julii. 

Julia była blada i przejęta. 
-    Och,  proszę,  wracajcie!  -  zawołała.  -  Wiem,  że  uciekliście  przeze  mnie,  i 

przepraszam! Przysięgam, że więcej tego nie zrobię! 

Roger wystawił głowę z tylnego okna. 
-    Ciągłe  ją  ostrzegałem,  że  uciekniecie  -  powiedział.  -  Ale  ona  nie  wierzyła. 

Wracajcie, proszę! 

Otwarły  się  drzwi  po  stronie  kierowcy.  Millie  wysiadła  i  obiegła  długą  maskę 

samochodu.  Wyglądała  jeszcze  bardziej  pospolicie  niż  zwykle,  ponieważ  do 
prowadzenia podkasała spódnicę, włożyła mocne buciki i stary kapelusz. Była równie 
przejęta,  jak  Julia.  Podbiegła  do  Kota  i  Janet,  chwyciła  oboje  w  ramiona  i  uścisnęła 
tak mocno, że Kot mało nie upadł. 

-    Kochane  biedactwa!  Następnym  razem,  kiedy  poczujecie  się  nieszczęśliwi, 

natychmiast  musicie  mi  powiedzieć!  Co  za  historia!  Tak  się  bałam,  że  coś  złego  wam  się 
stało, a potem Julia powiedziała mi, że to przez nią. Bardzo się na nią gniewałam. Raz jedna 
dziewczynka  mi  to  zrobiła  i  pamiętam, jak  okropnie się czułam.  Proszę,  wróćcie  do  nas.  W 
zamku czeka na was niespodzianka. 

Kot  i  Janet  nie  mieli  wyboru,  musieli  wsi  ąść  do  samochodu  i  pozwolić,  żeby 

ich  odwieziono  do  zamku.  Czuli  się  fatalnie.  Przygnębienie  Kota  spotęgowały 
mdłos'ci,  które  go  ogarnęły,  jak  tylko  Millie  zaczęła  wycofywać  podskakujący 
samochód po ścieżce do bramy, gdzie mogła zawrócić. Zapach rozgniecionych jagód 
z kapelusza Janet jeszcze pogorszył sprawę. 

Millie,  Roger  i  Julia  trajkotali  wesoło  przez  całą  drogę.  Pomimo  mdłości  Kot 

odniósł  wrażenie,  że  chociaż  żadne  z  nich  o  tym  nie  wspomniało,  najbardziej  się 
cieszyli,  że  znaleźli  zbiegów,  zanim  Chrestomanci  dowiedział  się  o  ucieczce.  To 
wcale nie poprawiło nastroju Kotu ani Janet. 

Samochód przemknął aleją i zatrzymał się przed głównym wejściem do zamku. 

Kamerdyner  otworzył  drzwi,  tak  jak  marzyła  Gwendolina,  pomyślał  ze  smutkiem 
Kot. Co więcej, kamerdyner ceremonialnie odebrał od Janet przeciekający kapelusz. 

-  Dopilnuję, żeby trafiły do kucharki - obiecał. 
Millie  zapewniła  Janet,  że  wygląda  całkiem  stosownie,  i  zapędziła  całą 

gromadkę do tak zwanego małego salonu, gdzie mieli zjeść podwieczorek. 

Weszli. Na środku dużego kwadratowego pokoju jakaś wątła kobiecina, ubrana 

na  czarno  z  paciorkami,  siedziała  nerwowo  na  brzeżku  pozłacanego  krzesełka. 
Podskoczyła na ich widok. 

Kot zapomniał o mdłościach. 

background image

 

-    Pani  Sharp!  -  wykrzyknął  i  pobiegł  ją  uściskać.  Pomimo  widocznego 

zdenerwowania pani Sharp rozpływała się 

z radości. 
-    Więc  to  mój  Kot!  No,  odsuń  się,  niech  ci  się  przyjrzę.  I  tobie,  Gwendolino 

kochana.  Jejku,  ale  was  tutaj  stroją!  Przytyłeś,  Kocie.  A  ty  schudłaś,  Gwendolino. 
Rozumiem  to,  kochana,  możesz  mi  wierzyć!  I  patrzcie,  jaki  podwieczorek  podali 
tylko dla nas trojga! 

Był  to  wspaniały  podwieczorek,  lepszy  nawet  niż  herbatka  na  trawniku.  Pani 

Sharp z dawnym apetytem starała się zjeść jak najwięcej i plotkowała z zapałem. 

-    Tak,  przyjechali  śmy  wczoraj  pociągiem,  pan  Nostrum  i  ja.  Kiedy  dostałam 

twoją  pocztówkę,  Kocie,  nie  mogłam  się  powstrzymać,  musiałam  zobaczyć  was 
oboje.  Potraktowali  mnie  tu  jak  królową.  Ale  ten  zamek  jakoś  mi  się  nie  podoba. 
Powiedz mi, Gwen-dolino kochana, czy on działa na ciebie tak samo jak na mnie? 

-  To znaczy jak? - zapytała nieufnie Gwendolina. 
-  Cała jestem w nerwach - wyznała pani Sharp. - Czuję się słaba i bezradna jak 

kociak... to mi coś przypomina, Kot, ale powiem ci później. Tutaj jest za cicho. Ciągle 
o  tym  myślałam  przed  waszym  przyjściem...  a  długo  was  nie  było,  kochani!  I 
wreszcie mnie oświeciło. To zaklęcie, ot co, strasznie silne zaklęcie przeciwko nam, 
czarownicom. Powiedziałam: „Ten zamek nie lubi czarownic, ot co!", i pożałowałam 
ciebie,  Gwendolino.  Poproś,  żeby  cię  wysłali  gdzieś  do  szkoły.  Będziesz 
szczęśliwsza. 

Paplała  dalej.  Tak  się  cieszyła,  że  ich  widzi,  a  na  Kota  patrzyła  z  wyjątkową 

czułością  i  dumą.  Pewnie  sobie  wmówiła,  że  mnie  wychowała  od  małego,  pomyślał 
Kot. Ostatecznie znała mnie od dziecka. 

-  Niech nam pani opowie o ulicy Sabatu - poprosił tęsknie. 

-  Właśnie do tego dochodziłam - zapewniła pani Sharp. - Pamiętasz pannę Larkins? 
Złośnicę  z  rudymi  włosami,  która  przepowiadała  przyszłość?  Nigdy  nie  myślałam  o 
niej za dobrze. Ale nie wszyscy by się ze^nną zgodzili. Wdzięczny klient wynajął dla 
niej  dom  na  Bond  Street.  Ulica  Sabatu  już  nie  jest  dla  niej  dość  dobra.  Niektórzy  to 
mają  szczęście!  Cóż,  mnie  też  się  poszczęściło.  Napisałam  w  liście,  że  ktoś  dawał 
pięć  funtów  za  tego  starego  kocura,  w  którego  zmieniłaś  skrzypce  naszego  Kota, 
Gwendolino. Kupił go taki śmieszny mały człowieczek. Kiedy  czekaliśmy, aż złapią 
tego  kocura,  wiecie,  on  nigdy  nie  przychodził  na  zawołanie,  ten  mały  człowieczek 
ciągle  mi  opowiadał  o  akcjach  i  obligacjach,  i  inwestycjach  kapitałowych,  i  takich 
różnych.  Nigdy  się  nie  rozumiałam  na  takich  rzeczach.  Wytłumaczył  mi,  co 
powinnam  zrobić  z  tymi  pięcioma  funtami,  które  mi  zapłacił.  Aż  mi  się  w  głowie 
zakręciło. No, niewiele myśląc, postanowiłam, że warto spróbować. I zrobiłam, co mi 
poradził,  przynajmniej  tyle,  ile  zapamiętałam.  I  wiecie  co,  te  pięć  funtów  przyniosło 
całą setkę! Sto funtów, wszystko dzięki niemu!

 

 

-  Pewnie był finansowym czarodziejem - wtrąciła Janet. 
Zażartowała,  żeby  poprawić  sobie  humor.  Potrzebowała  rozweselenia  co 

najmniej z kilku powodów. Ale pani Sharp zrozumiała ją dosłownie. 

-  Był, moja droga!  Zawsze jesteś taka bystra. Wiem, że był, bo powiedziałam 

panu  Nostrumowi  i  pan  Nostrum  zrobił  dokładnie  to  samo  z  własnymi  pięcioma 
funtami... albo z większą sumą i stracił wszystko co do pensa. I jeszcze jedno... 

Kot  ze  smutkiem  obserwował  gadającą  panią  Sharp.  Nadal  bardzo  ją  lubił. 

Teraz  jednak  wiedział,  że  nie  ma  sensu  do  niej  uciekać.  Była  słaba,  niegodna 
zaufania. Nie mogła im pomóc. Odesłałaby ich z powrotem do zamku i zażądałaby za 
to  pieniędzy  od  Chresto-manciego.  Kot  zastanawiał  się,  jak  bardzo  zmienił  się 
wewnętrznie  -  i  dlaczego  -  żeby  to  wiedzieć.  A  wiedział  z  tak  całkowitą  pewnością, 

background image

 

jakby  pani  Sharp  obróciła  się  na  swoim  pozłacanym  krzesełku  i  sama  mu  to 
powiedziała, dlatego był rozdrażniony. 

Kiedy  jedzenie  się  skończyło,  pani  Sharp  zaczęła  okazy  wać  jeszcze  większy 

niepokój.  Pewnie  zamek  ją  przytłaczał.  Wreszcie  wstała  i  nerwowo  podreptała  do 
najbliższego okna, w roztargnieniu zabierając ze sobą filiżankę. 

-  Chodźcie mi objaśnić ten widok. Jest wspaniały. 
Kot  i  Janet  podeszli  do  niej  posłusznie.  Wówczas  pani  Sharp  ze  zdumieniem 

odkryła, że trzyma w ręku pustą filiżankę po herbacie. 

-    Och,  patrzcie  -  zatrajkotała,  drżąc  ze  zdenerwowania.  -  Muszę  uważać,  bo 

zabiorę ją ze sobą. 

-    Lepiej  nie  -  ostrzegł  Kot.  -  Na  pewno  jest  zaczarowana.  Wszystkie  rzeczy, 

które się wyniesie z zamku, krzyczą, do kogo należą. 
-    Naprawdę?  -  Pani  Sharp  czym  prędzej  oddała  Janet  filiżankę,  a  następnie  z  miną 
winowajcy  wyjęła  z  torebki  dwie  srebrne  łyżeczki  i  szczypce  do  cukru.  -  Kochanie, 
możesz je odnieść na stół? 

Janet ruszyła przez rozległy dywan i jak tylko się oddaliła, pani Sharp szepnęła 

do Kota: 

-  Rozmawiałeś z panem Nostrumem? Kot przytaknął. 
Pani  Sharp  znowu  zaczęła  okazywać  niepokój,  tym  razem  znacznie  bardziej 

szczery. 

-    Nie  rób  tego,  co  on  ci  kazał,  skarbie  -  zaszeptała.  -  Pod  żadnym  pozorem. 

Słyszysz? To wstyd i hańba, i nie powinieneś przykładać do tego ręki! 

Potem, kiedy Janet wracała powoli - powoli, ponieważ widziała, że pani Sharp 

ma  coś  prywatnie  do  powiedzenia  Kotu  -  pani  Sharp  wybuchnęła  sztucznym 
zachwytem: 

-  Och, te wielkie, odwieczne dęby! Pewnie są starsze ode mnie! 
-  To cedry - sprostował Kot. 
-  No, dziękuję wam za podwieczorek, kochani, i cieszę się, że was zobaczyłam 

- powiedziała pani Sharp. - To miło, że mnie ostrzegliście z tymi łyżeczkami. Zawsze 
uważałam,  że  czarowanie  swojej  własności  to  podła,  podstępna  sztuczka.  Muszę  już 
iść. Pan No-strum mnie oczekuje. 

I  pani  Sharp  pomknęła  przez  zamkowe  korytarze,  a  potem  przez  aleję  z  taką 

szybkością, jakby o niczym innym nie marzyła, tylko żeby się stąd wydostać. 

-  Sam widzisz, że zamek działa jej na nerwy - zauważyła Janet, odprowadzając 

wzrokiem malejącą czarną figurkę pani Sharp. -  Tutaj jest tak cicho. Wiem, o co jej 
chodzi. Ale mnie się tu podoba... przynajmniej kiedy nie martwię się całą resztą. Kot, 
obawiam się, że nie mamy po co do niej uciekać. 

-  Wiem - przyznał Kot. 
-  Tak myślałam, że wiesz - westchnęła Janet. 

Chciała mówić dalej, ale przerwali im Roger i Julia. Julia była taka skruszona i tak się 
starała zaprzyjaźnić, że ani Kot, ani Janet nie mieli serca jej odtrącić. Więc bawili się 
lusterkami.  Roger  dostarczył  lusterko  z  pokoju  Kota,  przyniósł  też  własne,  Julii  i 
Gwendoliny.  Julia  zrobiła  mały,  twardy  węzeł  refowy  na  swojej  chusteczce  i 
zawiesiła  w  powietrzu  wszystkie  cztery  lusterka  w  pokoju  zabaw.  Aż  do  kolacji 
ś

wietnie się bawili, śmigając po pokoju oraz przyległych korytarzach. 

Tego  wieczoru  zjedli  kolację  w  pokoju  zabaw.  Do  zamku  znowu  przybyli 

goście. Roger i Julia wiedzieli o tym, ale nikt nie uprzedził Kota ani Janet z obawy, że 
Gwendolina znowu wszystko zepsuje. 

-  Zawsze wydają dużo przyjęć w miesiącu przed Zaduszkami - oznajmiła Julia, 

kiedy  kończyli  tarte  jagodową,  którą  kucharka  specjalnie  upiekła  z  zawartości 

background image

 

kapelusza Janet. - Pobawimy się teraz żołnierzykami czy znowu w lusterka? 

Janet  dawała  znaki,  że  ma  coś  pilnego  do  powiedzenia,  więc  |  Kot  musiał 

odmówić. 

-    Strasznie  mi  przykro.  Musimy  porozmawiać  o  czymś,  czego  się 

dowiedzieliśmy  od  pani  Sharp.  I  nie  mówcie,  że  jestem  niewolnikiem  Gwendoliny. 
To nie tak. 

-    Wybaczamy  ci  -  powiedział  Roger.  -  Może  nawet  kiedyś  wybaczymy 

Gwendolinie. 

-  Wrócimy, jak skończymy rozmowę - obiecała Janet. Pobiegli do jej pokoju i 

Janet zamknęła drzwi na klucz, żeby 

Eufemia nie mogła wejść. 
-    Pani  Sharp  powiedziała,  żebym  pod  żadnym  pozorem  nie  robił  tego,  czego 

chce  pan  Nostrum  -  oznajmił  Kot.  -  Chyba  specjalnie  f  przyjechała,  żeby  mnie 
ostrzec. 

-  Tak, ona  cię lubi - przyznała Janet. - Och... och... psiakość!  Splotła ręce za 

plecami  i  chodziła  tam  i  z  powrotem  z  pochyłon¹  g³ow¹.  Zachowywa³a  siê  tak 
podobnie do pana Saundersa w klasie, ¿e Kot zacz¹³ siê œmiaæ. 

-  Diabli - rzuci ła Janet. - Diabli, diabli, diabli! - Przeszła jeszcze kilka kroków. 

- Pani Sharp jest osobą z gruntu nieuczciwą, prawie jak pan Nostrum i pewnie gorzej 
niż pan Blablam, więc jeśli ona uważa, że nie powinieneś tego robić, musi to być coś 
złego. Z czego się śmiejesz? 

-  Ciągle przekręcasz nazwisko pana Baslama - wytknął jej Kot. 
-    On  nie  zasługuje  na  to,  żebym  pamiętała  jego  nazwisko  -odcięła  się  Janet, 

chodząc  dalej  po  pokoju.  -  Och,  ta  przeklęta  pani  Sharp!  Jak  zobaczyłam,  że  ona  w 
niczym  nam  nie  pomoże,  wpadłam  w  taką  rozpacz,  że  nagle  odkryłam  idealne 
wyjście...  a  ona  mnie  powstrzymała.  Widzisz,  jeśli  ogród  jest  bramą  do  innych 
ś

wiatów, możemy razem wrócić do mojego świata i możesz tam zamieszkać ze mną. 

Tam Chrestomanci i pan Blablam nic ci nie zrobią, i Will Suggins też nie zmieni cię 
w żabę, racja? 

-    Racja  -  mruknął  z  powątpiewaniem  Kot.  -  Ale  myślę,  że  pan  Nostrum  nie 

mówił całej prawdy. Różnie może się zdarzyć. 

-  Jakbym nie wiedziała! - zawołała Janet. - Zwłaszcza po wizycie pani Sharp. 

Mama  i  tata  to  kolejna  trudność...  chociaż  na  pewno  by  cię  polubili.  Teraz  chyba 
kręcą  głowami  nad  moją  Drogą  Zastępczynią.  Naprawdę  miałam  brata,  który  zmarł 
po urodzeniu, więc pomyślą, że jesteś jego Drogim Zastępcą. 

-  Dziwne! - powiedział Kot. - Ja też mało nie umarłem po urodzeniu.

                

 

-  Więc musisz nim być - stwierdziła Janet, zawracając w marszu. - Strasznie się 

ucieszą...  mam  nadzieję.  A  najlepsze,  że  Gwen-dolina  zostanie  tu  wciągnięta  z 
powrotem  i  będzie  musiała  wypić  piwo,  którego  nawarzyła...  i  dobrze  jej  tak!  To 
wszystko jej wina. 

-  Nieprawda!

 

 

-  Właśnie że tak! - zaperzyła się Janet. - Robiła czary, chociaż jej zabroniono, i 

dała  temu  panu  Blaslamowi  kolczyki  za  coś,  czego  i  tak  nie  powinna  mieć,  i 
wciągnęła  mnie  tutaj,  i  zmieniła  Eufemię  w  żabę,  i  wpakowała  cię  w  jeszcze  gorsze 
kłopoty niż mnie. Przestań być taki lojalny i pomyśl przez chwilę! 

-  Nie warto si ę złościć - westchnął Kot. Tęsknił za Gwendoli-ną jeszcze bardziej niż 

za panią Sharp.. 

Janet  również  westchnęła,  ale  z  rozdrażnieniem.  Usiadła  z  łomotem  przy  toaletce  i 

popatrzyła na własną zachmurzoną twarz. Podciągnęła nos do góry, zrobiła zeza. Robiła to w 
każdej wolnej chwili, żeby chociaż trochę rozładować swoją niechęć do Gwendo-liny. 

Kot myślał. 

background image

 

-  To chyba dobry pomysł - przyznał ze smutkiem. - Chodźmy do tego ogrodu. Ale na 

pewno potrzebujemy magii, żeby przejść do innego świata. 

-  Więc jesteśmy w kropce - podsumowała Janet. - Po pierwsze, to niebezpieczne, a po 

drugie,  niemożliwe.  A  przecież  Gwendolina  przeszła,  chociaż  odebrali  jej  czary.  Jak  to 
zrobiła? To mi nie daje spokoju. 

-  Pewnie użyła smoczej krwi - podsunął Kot. - Miała ją przez cały czas. Pan. Saunders 

trzyma cały słój smoczej krwi w swojej pracowni. 

-  Czemu mi nie powiedziałeś?! - wrzasnęła Janet, podskakując na pufie. 
Naprawdę  wyglądała  jak  Gwendolina.  Na  widok  jej  rozpłomienionej  twarzy  Kot 

jeszcze  mocniej  zatęsknił  za  siostrą.  Nie  znosił  Janet.  Dyrygowała  nim  przez  cały  dzień. 
Potem  próbowała  mu  wmówić,  że  to  wszystko  wina  Gwendoliny.  Wzruszył  ramionami  i 
poczuł się zupełnie bezradny. 

-  Nie pytałaś. 
-  Możesz trochę zdobyć? 
-  Chyba tak. Ale ja nie chcę przejść do innego świata. 
Janet  wzięła  głęboki,  powolny  wdech  i  powstrzymała  się  od  |  wrzaśnięcia,  żeby  w 

takim  razie  został  i  zmienił  się  w  żabę.  Zrobiła!  bardzo  zabawną  minę  przed  lustrem  i 
policzyła do dziesięciu. 

-  Kot - powiedziała ostrożnie - jesteśmy w takiej okropnej! sytuacji, że naprawdę nie 

widzę innego wyjścia. A ty widzisz? 

-  Nie - przyzna ł Kot opornie. - Przecież powiedziałem, że pójdę. 
-    I  dziękuję  ci,  droga  Janet,  za  twoje  uprzejme  zaproszenie  -zaznaczyła  Janet. 

Ku  jej  uldze  Kot  się  us'miechnął.  -  Ale  musimy  zachować  najwyższą  ostrożność  - 
ciągnęła  -  bo  podejrzewam,  że  jeśli  nawet  Chrestomanci  nie  dowie  się,  co  robimy, 
Millie się dowie. 

-  Millie? 
-  Millie - powtórzyła Janet. - Ona jest czarownicą. Spuściła głowę i wzięła do 

ręki szczotkę w złotej oprawie. 

-    Wiem,  że  uważasz  mnie  za  paskudnie  podejrzliwą  osobę,  która  wszędzie 

węszy  czary  całkiem  jak  Chrestomanci,  ale  tym  razem  mam  pewność.  Miła,  słodka 
jak  miód  czarownica,  jeśli  wolisz.  Ale  czarownica.  Skąd  wiedziała  dzisiaj  po 
południu, że uciekamy? 

-  Bo przyjechała pani Sharp i nas szukali - odparł Kot zbity z tropu. 
-    Ale  nie  było  nas  dopiero  od  godziny.  Przecież  mogliśmy  pójść  do  lasu  na 

jagody - tłumaczyła Janet. - Nawet nie wzięliśmy nocnych koszul. Teraz rozumiesz? 

Chociaż Kot rzeczywiście podejrzewał, że ona ma obsesję na punkcie czarów, i 

wciąż się dąsał, nie mógł zaprzeczyć, że trafiła w sedno. 

-  No więc bardzo miła czarownica - ustąpił. - Mnie to nie przeszkadza. 
-  Ale chyba rozumiesz, Kot, jak ona nam utrudni sprawę -powiedziała Janet. - 

Rozumiesz  czy  nie?  Wiesz,  powinni  cię  nazywać  Muł,  nie  Kot.  Jeśli  nie  chcesz 
czegoś wiedzieć, to nie wiesz. Skąd się w ogóle wzięło to przezwisko? 

-  To taki żart Gwendoliny - wyjaśnił Kot. - Zawsze mówiła, że mam dziewięć 

ż

ywotów. 

-    Gwendolina  potrafi  żartować?  -  zapytała  Janet  z  niedowierzaniem.  Zrobiła 

dziwną minę i odwróciła się sztywno od lustra. 

-  Niezbyt często - przyznał Kot. 
-    Wielkie  nieba!  Co  ś  takiego!  -  zawołała  Janet.  -  W  tym  miejscu,  gdzie 

dosłownie  wszystko  jest  zaczarowane,  to  niemal  konieczność!  W  takim  razie  to 
okropne! 

Przekręciła  lustro  taflą  do  sufitu,  podbiegła  do  szafy,  wyciągnęła  z  niej  kufer 

Gwendoliny i pospiesznie przekopała zawartość. 

-    Och,  mam  nadzieję,  że  się  mylę!  Ale  jestem  prawie  pewna,  że  było  ich 

background image

 

dziewięć. 

-  Dziewięć czego? - zapytał Kot. 
Janet  znalazła  paczuszkę  listów  zaadresowanych  do  panny  Karoliny  Chant. 

Czerwona książeczka zapałek była wetknięta na wierzchu za wstążkę. Janet ostrożnie 
wyjęła zapałki i wrzuciła listy z powrotem do kufra. 

-  Dziewięć zapałek - powiedziała, otwierając książeczkę. -Zgadza się. O Boże 

drogi, Kot! Pięć jest wypalonych. Patrz. 

Podała  książeczkę  Kotu.  W  środku  rzeczywiście  tkwiło  pięć  zapałek.  Główki 

pierwszych  dwóch  zapałek  były  czarne.  Trzecia  była  zwęglona  na  całej  długości. 
Czwarta  znowu  miała  czarną  główkę.  Ale  piąta  wypaliła  się  tak  gwałtownie,  że 
osmaliła  papier  dookoła  i  wypaliła  dziurę  w  drasce.  Cud,  że  cała  książeczka  się  nie 
zajęła,  zwłaszcza  ostatnie  cztery  zapałki.  Jednak  wyglądały  jak  nowe.  Główki  miały 
jaskrawoczerwone,  niżej  pasek  żółtawego  natłuszczonego  papieru,  a  dalej  sztywny 
bielutki karton. 

-  To naprawdę wygląda na jakiś czar - stwierdził Kot. 
-    Wiem  -  powiedziała  Janet.  -  To  twoje  dziewięć  żywotów*  Kocie.  W  jaki 

sposób straciłeś ich tak wiele? 

Kot  po  prostu  nie  potrafił  jej  uwierzyć.  Od  początku  oporny'  i  naburmuszony, 

teraz już stanowczo miał dosyć. 

-  To niemożliwe - oświadczył. 
Nawet  gdyby  naprawdę  miał  dziewięć  żywotów,  wiedział,  mógł  stracić  tylko 

trzy, wliczając tę okazję, kiedy Gwendolina ze słała na niego skurcze. Pozostałe dwa 
stracił  przy  narodzinach  i  n#|  parowcu.  Ale  rozmyślając  o  tym,  przypomniał  sobie 
cztery  zjawy  które  wynurzyły  się  z  płonącej  misy,  żeby  dołączyć  do  koszmarnej 
procesji  Gwendoliny.  Jedna  była  niemowlęciem,  jedna  była  mokra.  Okaleczona 
wyglądała  jak  po  ataku  skurczów.  Ale  dlaczego  było  ich  cztery,  skoro  wypaliło  się 
pięć zapałek? 

Kot  zaczął  dygotać,  lecz  tym  bardziej  się  zawziął,  żeby  udowodnić  Janet 

omyłkę. 

-  Nie mogłeś umrzeć w nocy raz czy dwa i nie zauważyć? -nalegała Janet. 
-  Jasne że nie. - Kot sięgnął po książeczkę. - Patrz, udowodnię ci. 
Wyrwał szóstą zapałkę i przeciągnął nią po drasce. Janet zerwała się na równe 

nogi, krzycząc, żeby przestał. Zapałka buchnęła płomieniem. 

I niemal jednocześnie zapłonął Kot. . 

background image

 

ROZDZIA Ł 14 

Kot  wrzasnął.  Płomienie  ogarnęły  go  całego.  Znowu  wrzasnął,  bijąc  się  po  ciele 

płonącymi  rękami,  i  wrzeszczał  dalej.  Płomienie  były  blade,  migotliwe,  przezroczyste. 
Buchały z jego ubrania i butów, włosów i twarzy, i po sekundzie był od stóp do głów jednym 
bladym płomieniem. Upadł na podłogę i tarzał się, wrzeszcząc bez przerwy. 

Janet  nie  straciła  przytomności  umysłu.  Dźwignęła  najbliższy  róg  dywanu  i  zarzuciła 

na  Kota.  Słyszała,  że  w  ten  sposób  tłumi  się  ogień.  Lecz  tego  ognia  nie  stłumiło.  Ku 
przerażeniu Janet blade,  upiorne  płomienie przeszły  przez  dywan  na  wylot, jakby  wcale  nie 
istniał, i pląsały skocznie na jego lewej stronie. Nie spaliły dywanu ani nie sparzyły rąk Janet, 
kiedy  gorączkowo  zawijała  Kota  w  dywan.  Lecz  nieważne,  ile  razy  go  owinęła,  płomienie 
wciąż  przechodziły  na  wylot,  a  Kot  wciąż  płonął  i  krzyczał.  Głowa  wystawała  mu  z 
płomiennego  rulonu,  otoczona  koroną  ognia.  Za  zasłoną  płomieni  Janet  widziała  jego  usta 
rozwarte w krzyku. 

Zrobiła jedyne, co jej przyszło do głowy. Zerwała się i wrzasnęła ze wszystkich sił: 
- Chrestomanci, Chrestomanci! Przyjdź szybko! 

Drzwi  si  ę  rozwarły  gwałtownie,  zanim  zdążyła  dokończyć  wezwanie. 

Zapomniała,  że  zamknęła  je  na  klucz,  ale  zamek  nie  powstrzymał  Chrestomanciego. 
Widziała,  jak  sterczał  z  framugi  drzwi.  Zapomniała  również  o  proszonej  kolacji. 
Przypomniała sobie, kiedy zobaczyła koronkowe mankiety Chrestomanciego i czarny 
aksamitny  garnitur,  który  mienił  się  jak  opal  błyskami  zieleni,  szkarłatu,  błękitu  i 
ż

ółci. Chrestomanci rzucił jedno spojrzenie na płonący tobołek na podłodze i zawołał: 

-  Dobry Boże! 
Potem  padł  na  kolana  i  odwijał  dywan  równie  gorączkowo,  jak  Janet  go 

zawijała. 

-  Strasznie przepraszam. Myślałam, że to pomoże - wyjąkała Janet. 
-    Powinno  pomóc  -  mruknął  Chrestomanci,  obracając  Kota  w  swoich 

aksamitnych ramionach wśród wiru płomieni. - Jak on to zrobił? 

-  Zapalił jedną zapałkę. Mówiłam mu... 
-  Ty głupi dzieciaku! 
Chrestomanci  był  taki  rozgniewany,  że  Janet  wybuchnęła  płaczem.  Szarpnął 

ostatni zwój dywanu i Kot wytoczył się na podłogę, płonąc jak słomiana kukła. Teraz 
już  nie  krzyczał,  tylko  wydawał  przeciągłe  piskliwe  jęki.  Janet  zakryła  uszy  rękami. 
Chrestomanci zanurkował w płomienie i znalazł książeczkę zapałek, mocno zaciśniętą 
w prawej dłoni Kota. 

-    Dzięki  Bogu,  że  nie  trzymał  tego  w  lewej  ręce  -  powiedział.  -  Odkręć 

prysznic. Szybko! 

Janet  pobiegła  do  łazienki.  Chlipiąc,  puściła  silny  strumień  zimnej  wody  do 

wbudowanej w podłogę błękitnej wanny, zanim wpadł Chrestomanci, niosąc Kota w 
kuli  płomieni.  Wrzucił  go  do  wanny  i  przytrzymał,  obracając  na  wszystkie  strony, 
ż

eby go dokładnie zmoczyć. 

Kot  syczał  i  parował.  Woda  tryskająca  z  prysznica  lśniła  jak  w  słońcu,  złocista 
niczym słoneczne promienie. Spływała w dół jak snop światła. Wanna stopniowo się 
napełniała,  a  Kot  obracał  się  i  rzucał  jakby  w  kałuży  słonecznego  blasku.  Woda 
wrzała  złocistymi  bąbelkami.  Łazienka  wypełniła  się  parą.  Gęste,  słodko  pachnące 
kłęby  dymu  unosiły  się  nad  wanną.  Ten  sam  zapach  Janet  zapamiętała  z  poranka, 
kiedy po raz pierwszy się tutaj znalazła. Przez dym widziała Kota w złocistej kałuży. 
Ale woda była mokra. Chrestomanci miał przemoczone ubranie. 

-  Nie rozumiesz? - mówił do Janet, wpychając głowę Kota pod strumień wody. 

-  Nie  powinnaś  mu  mówić  takich  rzeczy,  dopóki  zamek  nie  zdążył  go  przygotować. 
On jeszcze nie potrafi zrozumieć. Przez ciebie przeżył okropny wstrząs. 

-  Naprawdę tego nie chciałam - zaszlochała Janet. 

background image

 

-    Spróbuję  mu  wytłumaczyć  -  powiedział  Chrestomanci.  -Pobiegnij  do  rury 

głosowej na końcu korytarza i każ przysłać mi brandy i dzbanek mocnej herbaty. 

Kiedy  Janet  wybiegła,  Kot  oprzytomniał.  Był  na  wskroś  przemoczony.  Woda 

spływała  po  nim  z  sykiem.  Próbował  wytoczyć  się  spod  strumienia.  Ktoś  go 
przytrzymał. Jakiś głos powtarzał mu natarczywie do ucha: 

-  Kot, Kot, posłuchaj mnie. Teraz ci zostały tylko trzy życia, rozumiesz? 
Kot znał ten głos. 
-    Mówiłeś,  że  mam  pięć,  kiedy  ze  mną  rozmawiałeś  przez  pannę  Larkins  - 

burknął. 

-    Tak,  ale  teraz  masz  tylko  trzy.  Musisz  bardziej  uważać  -ostrzegł 

Chrestomanci.

 

 

Kot  otworzył  oczy  i  spojrzał  na  niego.  Chrestomafnci  był  strasznie  mokry. 

Zwykle gładko uczesane czarne włosy zwisały mu na czoło w splątanych kosmykach, 
z których kapały krople wody. 

-  Och, to ty? - zdziwił się Kot. 
-  Tak. Długo trwało, zanim mnie rozpoznałeś - powiedział Chrestomanci. - No, 

ale ja też nie poznałem cię od razu. Chyba już możesz wyjść z wody. 

Kot  by  ł  zbyt  słaby.  Chrestomanci  wyciągnął  go,  rozebrał  z  mokrego  ubrania, 

wytarł  i  owinął  suchym  ręcznikiem  w  mgnieniu  oka.  -  Wstajemy  -  zarządził 
Chrestomanci. 

Pod  Kotem  wciąż  uginały  się  nogi.  Chrestomanci  wziął  go  na  ręce,  zaniósł  do 

błękitnego aksamitnego łóżka i okrył starannie. 

-  Już lepiej, Kocie? 
Kot leżał bezwładnie, ale wygodnie. Kiwnął głową. 
-  Dzięki. Nigdy przedtem nie nazywałeś mnie Kotem. 
-    Może  powinienem.  Może  wtedy  byś  zrozumiał.  -  Chrestomanci  usiadł  przy 

łóżku z bardzo poważną miną. - Teraz rozumiesz? 

-    Książeczka  zapałek  to  było  moje  dziewięć  żywotów  -  powiedział  Kot.  -  I 

właśnie  spaliłem  jeden.  Wiem,  że  zrobiłem  głupio,  ale  po  prostu  nie  wierzyłem.  Jak 
mogę mieć dziewięć żywotów? 

-    Masz  trzy  -  sprostował  Chrestomanci.  -  Wbij  to  sobie  do  głowy.  Miałeś 

dziewięć.  W  jakiś  sposób  ktoś  zaklął  je  w  tej  książeczce  zapałek,  którą  teraz 
zamierzam  zamknąć  w  moim  tajnym  sejfia  i  zabezpieczyć  najsilniejszymi  czarami, 
jakie  znam.  Ale  to  tylko  powstrzyma  ludzi  przed  ich  zużywaniem.  Nie  powstrzyma 
ciebie, jeśli sam je stracisz. 

Wbiegła  Janet,  wciąż  zapłakana,  ale  bardzo  wdzięczna,  że  mogła  się  na  coś 

przydać. 

-  Już niosą - wydyszała. 
-    Dziękuję  -  powiedział  Chrestomanci  i  obdarzył  ją  długim,  zamyślonym 

spojrzeniem. Janet już się bała, że oskarży ją o podszywanie się pod Gwendolinę, ale 
on powiedział: - Ty też powinnaś tego wysłuchać, żeby uniknąć dalszych wypadków. 

-  Mogę najpierw przynieść panu ręcznik? - poprosiła pokornie. - Pan jest cały 

mokry. 
-    Dziękuję,  wyschnę  -  uśmiechnął  się  do  niej.  -  Teraz  posłuchajcie.  Ludzie  z 
dziewięcioma żywotami są bardzo ważni i bardzo rzadko się pojawiają. Tylko wtedy, 
kiedy  z  jakiegoś  powodu  nie  posiadają  swoich  odpowiedników  w  żadnym  innym 
ś

wiecie.  Wówczas  życia,  które  powinny  się  rozprzestrzenić  na  szereg  światów, 

skupiają się w jednej osobie. Podobnie jak Wszystkie talenty, które mogło posiadać te 
pozostałe osiem osób. 

-    Aleja  nie  mam  żadnych  talentów  -  zaprotestował  Kot.  Jednocześnie  Janet 

background image

 

zapytała: 

-  Jak rzadko się pojawiają? 
-    Niezwykle  rzadko  -  zapewnił  Chrestomanci.  -  W  tym  świecie  oprócz  Kota 

znam tylko jedną osobę z dziewięcioma żywotami, czyli siebie. 

-  Naprawdę? - zainteresował się i ucieszył Kot. - Dziewięć? 
-    Miałem  dziewięć.  Teraz  zostały  mi  tylko  dwa.  Byłem  jeszcze  bardziej 

nieostrożny 

niż 

ty. 

Teraz 

muszę 

chronić 

każde 

ż

ycie 

oddzielnie 

najbezpieczniejszym miejscu, jakie potrafię wymyślić. Radzę ci postąpić tak samo. 

Bystry umysł Janet natychmiast zabrał się do pracy. 
-  Czy jedno życie jest tutaj, a drugie je kolację na dole? Chrestomanci parsknął 

ś

miechem. 

-  To nie działa w ten sposób. Ja... 
Ku  rozczarowaniu  Janet  do  pokoju  wpadła  Eufemia  z  tacą  i  nie  pozwoliła 

Chrestomanciemu  wyjaśnić,  jak  to  działa.  Pan  Saunders  deptał  jej  po  piętach;  nadal 
nie znalazł wieczorowego ubrania zakrywającego nadgarstki i kostki u nóg. 

-  Nic mu nie jest? - zapytała Eufemia z trwogą. - Mój Will mu groził, ale jeśli 

to on, nigdy więcej się do niego nie odezwę. Co się porobiło z tym dywanem? 

Pan Saunders również patrzył na pofałdowany, spiętrzony dywan. 
-  Jak to się stało? - zapytał. - Przecież w tym dywanie było dość czarów, żeby 

nie dopuścić do żadnych wypadków. 

-  Wiem - przyznał Chrestomanci. - Ale ten był niezwykle silny. 
Dwaj m ężczyźni popatrzyli na siebie znacząco. 
Potem  wszyscy  zaczęli  się  rozczulać  nad  Kotem.  Przeżył  bardzo  przyjemne 

chwile. Eufemia ubrała go w koszulę nocną i głaskała pogłowie, zupełnie jakby nigdy 
się nie przyznał, że zmienił ją w żabę. 

-  To nie Will zrobił - powiedział jej Kot. - To ja. 
Chrestomanci  wmusił  w  niego  łyk  palącej  brandy,  a  potem  filiżankę  słodkiej 

herbaty.  Janet  też  dostała  filiżankę  herbaty  i  poczuła  się  dużo  lepiej.  Pan  Saunders 
pomógł Eufemii rozprostować dywan, a potem zapytał, czy ma wzmocnić wplecione 
w niego zaklęcia. 

-  Smocza krew powinna pomóc - zaproponował. 
-    Szczerze  mówiąc,  wątpię,  czy  cokolwiek  pomoże  -  odparł  Chrestomanci.  - 

Zostaw to. 

Wstał i ustawił jak należy przekręcone lustro. 
-    Możesz  dzisiaj  spać  w  pokoju  Kota?  -  zapytał  Janet.  -  Chciałbym  mieć  na 

niego oko. 

Janet spojrzała na lustro, potem na Chrestomanciego i mocno poróżowiała. 
-  Ee - wybąkała. - Robiłam miny... 
Chrestomanci  zachichotał.  Pan  Saunders  tak  się  śmiał,  że  musiał  usiąść  na 

błękitnym aksamitnym pufie. 

-    Pewnie  sobic  zasłużyłem  -  powiedział  Chrestomanci.  -  Niektóre  miny  były 

bardzo oryginalne. 

Janet  również  się  roześmiała,  trochę  niemądrze.  Kot  leżał  wygodnie,  niemal 

wesoły.  Przez  jakiś  czas  wszyscy  koło  niego  skakali.  Potem  została  tylko  Janet  i 
gadała jak zwykle. 
-    Tak  się  cieszę,  że  nic  ci  się  nie  stało  -  mówiła.  -  Po  co  ci  wypaplałam  o  tych 
zapałkach? Mało nie padłam, kiedy  się nagle zapaliłeś, a jak dywan nie pomógł, nie 
mogłam nic wymyślić, więc wezwałam Chrestomanciego. I miałam rację. Zjawił się, 
zanim jeszcze skończyłam mówić, chociaż drzwi były zamknięte na klucz. Otworzył 
je,  ale  nie  wyłamał  zamka,  bo  sprawdzałam.  Więc  on  jednak  jest  czarodziejem.  I 

background image

 

zniszczył przez ciebie ubranie, Kocie, i wcale się nie przejął, więc myślę, że kiedy nie 
stara się być lodowaty jak mgła na  górskich szczytach, jest bardzo miły.  Nie mówię 
tego  ze  względu  na  lustro.  Naprawdę  tak  uważam.  Pewnie  to  lustro  jest  magicznym 
odpowiednikiem... 

Kot  chciał  coś  powiedzieć  na  temat  lodowatej  górskiej  mgły,  ale  kiedy  Janet 

gadała, odpłynął w sen z błogim poczuciem bezpieczeństwa. 

Obudził  się  w  niedzielę  rano  w  całkiem  innym  stanie:  przemarznięty  i  drżący. 

Po południu miał się zmienić w żabę albo stawić czoło tygrysowi - a z Willa Sugginsa 
będzie całkiem spory i silny tygrys, pomyślał. Po tygrysie - jeśli będzie jakieś „po" -
czekał go okropny poniedziałek bez magii. Julia i Roger mogą pomóc, tylko że to na 
nic, bo w środę przyjdzie pan Baslam i zażąda dwudziestu funtów, których Kot nijak 
nie zdobędzie. Pan Nostrum nie pomógł. Pani Sharp jeszcze mniej. Jedyna szansa to 
zabrać Janet i trochę smoczej krwi do zakazanego ogrodu i spróbować ucieczki. 

Wygramolił  się  z  łóżka,  żeby  pójść  po  smoczą  krew  do  pracowni  pana 

Saundersa.  Weszła  Eufemia  ze  śniadaniem  na  tacy,  więc  musiał  się  znowu  położyć. 
Eufemia zachowywała się równie miło, jak poprzedniego wieczoru. Kot czuł się źle. 
A kiedy skończył śniadanie, przyszła Millie. Zgarnęła Kota z poduszek i uścisnęła. 

-    Biedne,  kochane  głupiątko!  Dzięki  niebiosom,  że  jesteś  cały.  Koniecznie 

chciałam  cię  odwiedzić  wczoraj  wieczorem,  ale  ktoś  musiał  zostać  z  naszymi 
biednymi  gośćmi.  Dzisiaj  zostaniesz  w  łóżku  przez  cały  dzień  i  jeśli  czegoś  chcesz, 
musisz tylko poprosić. Na co miałbyś ochotę? 

-  Nie mógłbym dostać trochę smoczej krwi? - zapytał Kot z nadzieją. 
Millie roześmiała się. 
-    Wielkie  nieba,  Ery  ku!  Mia  łeś  taki  okropny  wypadek,  a  teraz  prosisz  o 

najbardziej  niebezpieczną  substancję  na  świecie.  Nie,  nie  możesz  dostać  smoczej 
krwi. To jedna z niewielu rzeczy w zamku, które są ściśle zabronione.   

-  Jak ogród Chrestomanciego? - zapytał Kot. 
-  Nie całkiem tak samo - odparła Millie. - Ogród jest równie stary, jak wzgórza 

i naładowany magią wszelkiego rodzaju. To niebezpieczne w inny sposób. Wszystko 
jest tam silniejsze. Zabierzemy cię do ogrodu, kiedy dostatecznie poznasz magię, żeby 
to zrozumieć. Ale smocza krew jest taka groźna, że zawsze się boję, kiedy Michael jej 
używa. Nie wolno ci jej dotykać pod żadnym pozorem. 

Potem przyszli Julia i Roger, ubrani do kościoła, z naręczami książek i zabawek 

oraz  mnóstwem  ciekawskich  pytań.  Zachowywali  się  tak  uprzejmie,  że  Kot  czuł  się 
bardzo nieszczęśliwy, kiedy wreszcie przyszła Janet. Nie chciał opuszczać zamku. Już 
się tutaj zadomowił. 

-    Ta  gruda  ciasta  ciągle  tkwi  na  twoim  dywanie  -  oznajmiła  ponuro  Janet,  co 

trochę  zmniejszyło  u  Kota  poczucie  zadomowienia.  -  Właśnie  rozmawiałam  z 
Chrestomancim.  Ciężko  jest  ponosić  karę  za  cudze  grzechy  -  ciągnęła  -  chociaż  na 
osłodę miałam widok błękitnego szlafroka w złote lwy. 

-  Tego nie widziałem - mruknął Kot. 
-    Myślę,  że  on  ma  jeden  na  każdy  dzień  tygodnia  -  oświadczyła  Janet.  - 

Brakowało mu tylko płonącego miecza. Zabronił mi iść do kościoła. Pastor nie chce 
mnie  widzieć  z  powodu  tego,  co  Gwendolina  zrobiła  w  zeszłą  niedzielę.  Tak  się 
wkurzyłam  za  to  oskarżenie,  że  już  otwarłam  usta,  by  powiedzieć,  że  nie  jestem 
Gwendoliną,  ale  przypomniałam  sobie,  że  gdybym  poszła  do  kościoła,  musiałabym 
włożyć  ten  głupi  biały  kapelusz  z  dziurkami...  czy  on  słyszy  przez  to  lustro,  jak 
myślisz? 

-    Nie  -  uspokoił  ją  Kot.  -  Tylko  widzi.  Inaczej  już  wiedziałby  o  tobie.  Cieszę 

się, że zostałaś. Możemy pójść po smoczą krew, dopóki oni są w kościele. 

background image

 

Janet pe łniła straż w oknie, żeby przypilnować, kiedy Rodzina wyjdzie z domu. 

Po półgodzinie odezwała się: 

-    Wreszcie  są,  idą  razem  alejką.  Wszyscy  panowie  noszą  cylindry,  ale 

Chrestomanci  wygląda,  jakby  zszedł  z  wystawy.  Kim  oni  są,  Kot?  Kim  jest  ta  stara 
dama  w  purpurowych  mitenkach  i  ta  młoda  w  zieleni,  i  ten  gadatliwy  mały 
człowieczek? 

-  Nie mam pojęcia - odparł Kot. 
Wyskoczył  z  łóżka  i  pobiegł  do  swojego  pokoju,  żeby  się  ubrać.  Czuł  się 

całkiem  dobrze,  wręcz  doskonale.  Tańczył  po  pokoju,  wkładając  koszulę.  Śpiewał, 
wciągając spodnie. 

Nawet zimna klucha ciasta na dywanie nie zepsuła mu nastroju. Pogwizdywał, 

zawiązując buty. 

Janet  weszła  do  pokoju,  kiedy  Kot  właśnie  wybiegał,  naciągając  marynarkę  i 

tryskając zdrowiem. 

-    Nie  rozumiem  -  powiedziała,  kiedy  Kot  przemknął  obok  niej  i  z  tupotem 

zbiegł po schodach. - Widocznie umieranie ci służy. 

-  Pospiesz się! - zawołał Kot z podestu na dole. - To po drugiej stronie zamku. 

Milłie mówi, że smocza krew jest niebezpieczna, więc jej nie dotykaj. Ja mam życie 
do stracenia, a ty nie. 

Janet chciała mu wypomnieć, że ostatnie stracił dość łatwo, ale ciągle nie mogła 

go  dogonić.  Kot  śmigał  jak  wiatr  przez  zielone  korytarze  i  wbiegł  jak  burza  po 
kręconych  schodach  prowadzących  do  pokoju  pana  Saundersa.  Janet  dopędziła  go 
dopiero w pracowni, a wtedy co innego zaprzątnęło jej uwagę. 

W  powietrzu  wisiał  ciężki  zapach  stęchłej  magii.  Pokój  wyglądał  prawie  tak 

samo  jak  wtedy,  kiedy  Kot  go  widział,  chociaż  pan  Saunders  zrobił  niedzielne 
porządki.  Kaganek  był  zgaszony.  Retorty,  probówki  i  inne  naczynia  zostały  wymyte 
do czysta. Książki i zwoje leżały spiętrzone w stosy na drugim stole. Pięcioramienna 
gwiazda  nadal  widniała  na  podłodze,  ale  na  trzecim  stole  wypisano  kredą  nowy 
zestaw znaków, na końcu zaś spoczywał starannie ułożony zmumifikowany zwierzak. 

Janet rozgl ądała się z ogromnym zainteresowaniem. 
-    To  jak  laboratorium  -  stwierdziła  -  tylko  że  nie  całkiem.  Jakie  dziwaczne 

przyrządy!  Och,  widzę  smoczą  krew.  Czy  on  potrzebuje  całego  wielkiego  słoja? 
Nawet nie zauważy, jak weźmiemy odrobinę. 

Na  końcu  trzeciego  stołu  coś  zaszeleściło.  Janet  gwałtownie  odwróciła  głowę. 

Zmumifikowane stworzenie poruszało się i rozkładało przezroczyste skrzydełka. 

-    Ono  już  tak  robiło  -  zapewnił  Kot.  -  To  nic  nie  znaczy.  Stracił  jednak  tę 

pewność, kiedy stworzenie przeciągnęło się 

i  podniosło  na  podobnych  do  psich  łapach.  Ziewając,  odsłoniło  mnóstwo 

drobnych,  ostrych  ząbków  oraz  wypuściło  obłoczek  błękitnawego  dymu.  Potem 
podreptało po stole w stronę dzieci. Małe skrzydełka trzepotały mu na grzbiecie, dwie 
smużki dymu unosiły się z nozdrzy. Stworzonko zatrzymało się i popatrzyło pytająco 
na dzieci oczami jak płynne złoto. Cofnęły się przed nim nerwowo. 

-  Ono żyje! - zawołała Janet. - To chyba mały smok. 
-  No pewnie - odparł smok. 
Na  dźwięk  tych  słów  oboje  podskoczyli  gwałtownie.  Jeszcze  bardziej 

przestraszyły  ich  języki  płomienia  buchające  ze  smoczego  pyska.  Z  miejsca,  gdzie 
stali, czuli falę ciepła. 

-  Nie wiedziałem, że umiesz mówić - zwrócił się do niego Kot. 
-    Mówię  całkiem  dobrze  po  angielsku  -  zapewnił  smok, zionąc  płomieniem.  - 

Dlaczego chcecie mojej krwi? 

background image

 

Oboje spojrzeli z minami winowajców na wielki słój brązowego proszku. 
-  To wszystko twoja? - zapytał Kot. 
-  Pan Saunders przez cały czas każe mu oddawać krew? - oburzyła się Janet. - 

Nie przypuszczałam, że jest taki okrutny! 

-    Ach,  to!  -  powiedział  smok.  -  To  sproszkowana  krew  starszych  smoków. 

Sprzedają ją ludziom. Nie możecie jej wziąć. 

-  Dlaczego? - zapyta ł Kot. 
-    Bo  ja  sobie  nie  życzę  -  fuknął  smok  i  wypuścił  z  paszczy  kulę  ognia,  tak 

gorącą,  że  znowu  się  cofnęli.  -  Czy  wam  by  się  podobało,  gdybym  to  ja  zabierał 
ludzką krew do zabawy? 

Kot w duchu przyznawał smokowi rację, ale Janet miała inne zdanie. 
-  Mnie to nie przeszkadza - zapewniła. - Tam, skąd pochodzę, mamy transfuzje 

i banki krwi. Tato kiedyś pokazał mi kroplę mojej krwi pod mikroskopem. 

-  Ale mnie przeszkadza - oświadczył smok, wypuszczając drugą kulę ognia.  - 

Moją matkę zabili nielegalni złodzieje krwi. 

Podreptał  na  sam  koniec  stołu  i  podniósł  wzrok  na  Janet.  Złote  błyski  w  jego 

oczach rozpłynęły się, zmieniły i znowu się rozpłynęły. Zupełnie jak w dwóch małych 
złotych kalejdoskopach. 

-    Byłem  za  mały,  miałem  za  mało  krwi  -  tłumaczył  -  więc  mnie  zostawili. 

Zginąłbym,  gdyby  Chrestomanci  mnie  nie  znalazł.  Więc  rozumiecie,  dlaczego  mnie 
to martwi? 

-  Rozumiemy - przyznała Janet. - Czym się żywią małe smoki? Mlekiem? 
-    Michael  próbował  mnie  karmić  mlekiem,  ale  mi  nie  smakowało  -  oznajmił 

smok.  -  Teraz  dostaję  siekane  mięso  i  rosnę  jak  na  drożdżach.  Kiedy  urosnę 
wystarczająco,  Michael  zabierze  mnie  z  powrotem,  ale  na  razie  pomagam  mu  w 
czarach. Bardzo się przydaję. 

-  Naprawdę? - zapytała Janet. - A co robisz? 
-    Znajduję  stare  rzeczy,  których  on  sam  nie  potrafi  znaleźć  -wyjaśnił  smok, 

przechodząc  w  śpiewną  recytację.  -  Przynoszę  mu  bestie  z  otchłani...  stare  złociste 
istoty,  stworzenia  ze  skrzydłami,  perłowookie  potwory  z  głębin  morza  i  szepczące 
rośliny z głębin czasu. 

Umilkł i spojrzał na Janet, przechyliwszy głowę na bok. 

-    To  łatwe  -  rzucił  w  stronę  Kota.  -  Zawsze  chciałem  to  zrobić,  ale  nikt  mi  nie 
pozwalał. -  Z westchnieniem wypuścił długą błękitną smugę dymu. - Szkoda, że nie 
jestem większy. Mógłbym teraz ją zjeść. 

Kot  zerknął  z  niepokojem  na  Janet  i  zobaczył,  że  wpatruje  się  w  smoka  jak 

lunatyczka, z niemądrym uśmiechem na twarzy. 

-  Co za podła sztuczka! - zawołał. 
-    Skubnę  chociaż  jeden  kęsek  -  pisnął  smok.  Kot  zorientował  się,  że  to  tylko 

ż

arty. 

-    Skręcę  ci  kark,  jeśli  ją  ugryziesz  -  zagroził.  -  Nie  masz  niczego  innego  do 

zabawy? 

-  Mówisz całkiem jak Michael - nadąsał się smok, otaczając się kłębem dymu. - 

Już mi się znudziły myszy. 

-  Poproś, żeby cię wyprowadzał na spacer. 
Kot  chwycił  Janet  za  ramię  i  potrząsnął.  Oprzytomniała,  wzdrygnąwszy  się 

lekko, i najwyraźniej nie pamiętała, że spotkało ją coś dziwnego. 

-    Nic  nie  poradzę  na  twoje  uczucia,  mały  -  dodał  Kot.  -  Potrzebuję  trochę 

smoczej krwi. 

Odciągnął  Janet  na  bok  dla  bezpieczeństwa  i  wziął  porcelanowy  tygielek  z 

background image

 

sąsiedniego stołu. 

Zirytowany  smok  wygiął  grzbiet  i  podrapał  się  pod  brodą  całkiem  jak  pies,  aż 

mu skrzydełka zatrzeszczały. 

-  Michael mówi, że smocza krew zawsze powoduje szkody -powiedział - nawet 

kiedy doświadczony adept jej używa. Jeśli nie zachowasz ostrożności, stracisz życie. 

Kot i Janet wymienili spojrzenia poprzez kłęby dymu. 
-  No, jedno mogę poświecić - mruknął Kot. 
Wyjął szklany korek z wielkiego słoja i przesypał trochę brązowego proszku do 

tygielka. Proszek wydzielał mocny, dziwny zapach. 

-    Pewnie  Chrestomanciemu  całkiem  wystarczają  dwa  życia  -rzuciła  nerwowo 

Janet. 

-  Ale on jest wyjątkowy - zaznaczył smok. 
Stał  na  samej  krawędzi  stołu,  chrzęszcząc  niespokojnie.  Złocistymi  oczami 

ś

ledził ręce Kota, które owinęły tygielek w chusteczkę 

i  ostro  żnie  wsadziły  do  kieszeni.  Wydawał  się  taki  zmartwiony,  że  Kot 

podszedł do niego i z pewną obawą podrapał  go  pod brodą. Smok wyciągnął szyję i 
naparł na palce chłopca. Z jego nozdrzy popłynęły mruczące obłoczki dymu.       >- 

-  Nie martw się - powiedział Kot. - Wiesz, zostały mi jeszcze trzy życia. 
-  To wyjaśnia, dlaczego cię polubiłem - zawołał smok i niemal spadł ze stołu w 

pogoni za palcami Kota. - Nie odchodź jeszcze! 

-  Musimy iść. 
Kot  wepchnął  smoka  z  powrotem  na  stół  i  poklepał  go  po  głowie.  Jak  już  się 

przyzwyczaił, bez cienia niechęci dotykał jego ciepłej zrogowaciałej skóry. 

-  Żegnaj. 
-  Żegnaj - powiedział smok. 
Odprowadzał ich smutnym wzrokiem jak pies, kiedy pan wyjdzie bez niego na 

spacer. 

-  On chyba się nudzi - zauważył Kot, zamknąwszy za sobą drzwi. 
-    Wstyd!  Przecież  to  jeszcze  dziecko!  -  zawołała  Janet.  Zatrzymała  się  na 

pierwszym zakręcie schodów. - Zabierzmy go na spacer. On jest taki słodki! 

Kot  podejrzewał,  że  jeśli  Jańet  to  zrobi,  ocknie  się  ze  smokiem  obgryzającym 

jej nogi. 

-    Wcale  nie  był  taki  słodki  -  zaprotestował.  -  Zresztą  teraz  musimy  iść  prosto 

do  ogrodu.  On,  jak  tylko  zobaczy  pana  Saunder-sa,  powie  mu,  że  wzięliśmy  trochę 
smoczej krwi. 

-    Tak,  to  kłopot,  że  on  potrafi  mówić  -  zgodziła  się  Janet.  -Więc  musimy  się 

pospieszyć. 

Kot  bardzo  ostrożnie  przeszedł  przez  zamkowe  korytarze  i  drzwi*  na  wszelki 

wypadek  trzymając  rękę  w  kieszeni.  Obawiał  się,  że  wejdzie  do  zakazanego  ogrodu 
uboższy o jedno życie. Już trzy stracił tak łatwo. 

To  go  ci  ągle  dziwiło.  Sądząc  z  wyglądu  zapałek,  strata  życia  numer  pięć 

powinna  przebiegać  równie  gwałtownie,  jak  strata  szóstego  wczoraj  wieczorem.  On 
jednak  nic  nie  zauważył.  Chyba  jego  życia  nie  były  z  nim  związane  dostatecznie 
mocno, jak u zwykłych ludzi. Ale przynajmniej wiedział, że żaden inny Kot Cham nie 
zostanie tutaj wciągnięty w kłopoty, kiedy on opuści ten świat. 

background image

 

ROZDZIA Ł 15 

Był piękny dzień, początek jesieni, wszędzie zielono i złoto, gorąco i spokojnie. 

Wokół  nie  było  żywej  duszy.  Ciszę  mącił  tylko  chrzęst  żwiru  pod  stopami  Kota  i 
Janet, którzy spiesznie szli przez francuski ogród. 

W połowie sadu Janet powiedziała: 
-    Jeśli  ten  nasz  ogród  wygląda  jak  zrujnowany  zamek,  właśnie  od  niego 

odchodzimy. 

Kot mógł przysiąc, że kierowali się prosto do ogrodu, ale rzeczywiście kiedy się 

zatrzymał  i  rozejrzał,  wysoki  stary  mur  skąpany  w  słońcu  znajdował  się  za  jego 
plecami.  W  dodatku  teraz  całkiem  nie  pamiętał,  jak  się  tam  dostali  z  Gwendoliną 
poprzednim razem. 

Zawrócili  i  ruszyli  w  stronę  wysokiego  muru.  Znaleźli  tylko  długi  niski  mur 

otaczający sad. Nie było furtki, a zakazany ogród leżał dalej. Przeszli wzdłuż muru do 
najbliższej  furtki.  Wówczas  znaleźli  się  w  ogrodzie  różanym,  a  zrujnowany  mur 
znowu wznosił się za nimi, górując nad sadem. 

-    To  chyba  jakiś  czar,  żeby  nie  dopuścić  nikogo  do  ogrodu?  -zapytała  Janet, 

kiedy ponownie szli przez sad. 

-  Pewnie masz racj ę - zgodził się. 
Znowu szli przez francuski ogród, a mur wznosił się za nimi. 
-    W  takim  tempie  oni  wrócą  z  kościoła,  zanim  znajdziemy  wejście  - 

zaniepokoiła się Janet. 

-    Spróbuj  patrzeć  na  te  ruiny  kątem  oka  i  nie  iść  prosto  w  tamtą  stronę  - 

zaproponował Kot. 

Tak  zrobili.  Szli  na  ukos  w  stronę  ogrodu  i  starali  się  na  niego  nie  patrzeć. 

Ogród  jakby  dotrzymywał  im  kroku.  I  nagle  gdzieś  za  sadem  wyszli  na  stromą 
ś

cieżkę.  U  jej  szczytu  wznosił  się  wysoki  stary  mur,  do  którego  prowadziły  schody 

zarośnięte  malwami,  jaskrawiące  się  od  lwich  paszczy,  dyszące  ciepłem  spękanych 
kamieni prosto w zaskoczone twarze dzieci. Żadne z nich nie odważyło się podnieść 
oczu na wyniosłe ruiny, nawet kiedy biegli po ścieżce. Lecz mur czekał na nich, kiedy 
już dotarli do zarośniętych schodów. 

Wspinaczka  okazała  się  ciężką  próbą  dla  nerwów.  Musieli  wdrapać  się  na 

dwukrotną wysokość domu, przyciskając się bokiem do rozgrzanych kamieni, ponad 
pustką  ziejącą  w  dole.  Schody  były  stare  i  zniszczone.  Robiło  się  coraz  bardziej 
gorąco i straszno. Pod koniec Kot musiał przez cały czas patrzeć do góry, na drzewa 
przewieszone  przez  krawędź  ruin,  bo  tylko  wtedy  nie  kręciło  mu  się  w  głowie.  W 
oddali  migał  mu  zamek  widziany  pod  tyloma  różnymi  kątami,  że  wydawało  się  to 
niemożliwe. Kot podejrzewał, że same ruiny poruszają się razem z nimi. 

Na  szczycie  znaleźli  szczerbę  w  murze,  wcale  niewyglądającą  na  prawdziwe 

wejście.  Przeleźli  przez  nią  ostrożnie  i  zobaczyli  po  drugiej  stronie  gładko  ubitą 
ziemię, jakby ludzie chodzili tamtędy od stuleci. 

Drzewa  rosły  tani  gęsto,  ciemne  i  potężne.  Panował  rozkoszny  chłód.  Gładka, 

udeptana ścieżka wiła się między drzewami. Kot i Janet ruszyli po niej w milczeniu. 
Wokół  nich  drzewa  wydawały  się  poruszać  i  przesuwać  w  różne  strony,  jak  to  się 
zwykle  dzieje,  kiedy  ktoś  idzie  przez  las.  Ale  Kot  nie  miał  pewności,  czy  to  tylko 
złudzenie. 

Nowy prze świt otworzył się na dolinkę. A potem znaleźli się w dolinie. 
-  Jak tu ślicznie! - szepnęła Janet. - Ale jak dziwnie! 
Maleńką  kotlinę  wypełniały  wiosenne  kwiaty.  Choć  był  wrzesień,  żonkile, 

przebiśniegi,  hiacynty  i  małe  tulipany  kwitły  we  wręcz  niestosownej  obfitości.  W 
kotlinie zalegał wyraźny chłód, być może tłumaczący to niezwykłe zjawisko. Janet i 

background image

 

Kot  z  lekkim  drżeniem  przeszli  wśród  kwiatów.  Czuli  zapachy  wiosny,  dzikie  i 
upojne, chłodne i czyste, przesycone magią.  Zanim zrobili dwa kroki, uśmiechali się 
radośnie. Jeszcze krok i zaczęli się śmiać. 

-  Och, patrz! - zawołała Janet. - Tam jest kot. 
Duży  pręgowany  kocur  podejrzliwie  jeżył  sierść  obok  kępy  pierwiosnków, 

niepewny  -  uciekać,  czy  zostać.  Popatrzył  na  Janet.  Popatrzył  na  Kota.  I  Kot  go 
poznał.  Chociaż  stanowczo  był  to  kot,  coś  w  kształcie  jego  głowy  przypominało 
skrzypce. 

Kot parsknął śmiechem. Wszystko w tym miejscu go rozweselało. 
-  To stary Skrzypek - powiedział. - Kiedyś był moimi skrzypcami. Co on tutaj 

robi? 

Janet uklękła i wyciągnęła rękę. 
-  Chodź, Skrzypek. Kici, kici. 
Skrzypek  najwyraźniej  złagodniał  w  tej  dolince.  Pozwolił  się  głaskać  i  drapać 

pod brodą. Potem, co niesłychane, pozwolił się wziąć na ręce. Nawet mruczał. Janet 
stała  rozpromieniona  z  kotem  w  objęciach.  Wyglądała  całkiem  jak  Gwendolina  po 
powrocie z lekcji czarowania, tylko bardziej sympatycznie. Mrugnęła do Kota. 

-  Uwielbiam wszystkie koty! 
Kot  się  roześmiał.  Wyciągnął  lewą  rękę  i  pogłaskał  Skrzypka  po  głowie. 

Dziwne. Czuł pod palcami drewno skrzypiec. Pospiesznie cofnął rękę. 
Przeszli  przez  biały  gąszcz  narcyzów.  Pachniało  jak  w  raju.  Janet  wciąż  niosła 
Skrzypka.  Do  tej  pory  nie  widzieli  białych  kwiatów.  Kot  stopniowo  nabierał 
przekonania,  że  ogród  samodzielnie  obraca  się  wokół  nich.  Gdy  wszedł  pomiędzy 
dzwonki,  a  potem  wielkie  czerwone  tulipany,  miał  już  pewność.  Prawie  -  ale  nie 
całkiem  -  dostrzegł,  jak  drzewa  powoli  i  cichutko  przesuwają  się  na  krawędzi  pola 
widzenia. Skierowały go pomiędzy jaskry i trybulę, na słoneczną skarpę. A tam rosła 
dzika  róża  oplatana  powojem  z  dużymi  niebieskimi  kwiatami.  Teraz  Kot  wyraźnie 
czuł  ruch  dookoła.  Przesuwano  ich  gdzieś  w  dół.  Kiedy  pomyślał,  że  sam  ogród 
również przesuwa się po zamkowych gruntach, zemdliło go prawie tak mocno, jak w 
samochodzie.  Odkrył,  że  najlepiej  jest  tylko  iść  i  patrzeć.  Przeszli  pomiędzy 
drzewami i znaleźli się wśród kwiatów pełni lata, zanim Janet coś zauważyła. 

-  Czy odbywamy błyskawiczną wycieczkę po porach roku? -zagadnęła. - Czuję 

się jak na ruchomych schodach. 

Widzieli  więcej  niż  pory  roku.  Figowce,  oliwki  i  palmy  daktylowe 

wyprowadziły ich na niewielką pustynię, gdzie rosły kaktusy jak wykręcone ogórki i 
kolczaste  zielone  fotele.  Na  niektórych  jaskrawiły  się  barwne  kwiaty.  Słońce  paliło. 
Lecz  nie  zdążyli  nawet  porządnie  się  spocić,  a  już  drzewa  znowu  ich  otoczyły  i 
zaprowadziły  w  smutniejszy,  bogatszy  blask,  pomiędzy  kwiaty  jesieni.  Ledwie  to 
spostrzegli,  kiedy  drzewa  wypuściły  owoce,  pożółkły  i  straciły  liście.  Podeszli  do 
wielkiego  ostrokrzewu  obsypanego  czerwonymi  jagodami.  Zrobiło  się  zimno. 
Skrzypkowi nie podobała się ta część ogrodu. Wyrwał się z ramion Janet i umknął do 
cieplejszych klimatów. 

-  Gdzie są bramy do innego świata? - zapytała Janet, przypomniawszy sobie cel 

wyprawy. 

-  Chyba już niedługo - powiedział Kot. 
Czuł,  że  zbliżają  się  do  środka  ogrodu.  Rzadko  mu  się  zdarzało  tak  silnie 

wyczuwać magię. 

Drzewa i krzaki wokół nich okryły się szronem. Widzieli barwne jagody skute 

przejrzystym lodowym pancerzem. Lecz zaledwie Janet zadygotała i roztarta ramiona, 
napotkali  drzewo  okryte  różową  masą  zimowego  kwiecia.  Proste  łodygi 

background image

 

nagokwiatowego jaśminu zwisały z następnego jak szeregi małych żółtych gwiazdek. 
A potem pojawiło się potężne czarne cierniowe drzewo, które wypuściło kilka białych 
kwiatków. 

Kiedy  przyjęło  ich  pod  czarną  koronę,  Janet  podniosła  wzrok  na  splątane 

gałęzie. 

-    Ten  w  Glastonbury  wygląda  tak  samo  -  powiedziała.  -  Podobno  kwitnie  w 

Boże Narodzenie. 

Potem  Kot  zobaczył,  że  znaleźli  się  w  sercu  ogrodu.  Stali  w  małej  trawiastej 

niecce. Wszystkie drzewa rosły  na krawędziach  oprócz jednego.  I tutaj chyba trwała 
właściwa  pora  roku,  ponieważ  na  tym  jednym  właśnie  dojrzewały  jabłka.  Drzewo 
pośrodku łąki rzucało skąpy cień na dziwaczne ruiny. 

Janet  i  Kot  podeszli  tam  w  milczeniu  i  zobaczyli  małe  źródełko,  które 

wytryskiwało z ziemi obok korzeni jabłonki i niemal natychmiast wsiąkało w ziemię 
bez śladu. Janet pomyślała, że czysta woda wydaje się niemal złota. Przypominała jej 
wodę z prysznica, która ugasiła płomienie na Kocie. 

Ruiny wyglądały jak dwie części pękniętego łuku bramy. Kamienna płyta, która 

widocznie  odpadła  ze  zwieńczenia  łuku,  leżała  u  stóp  drzewa.  Nie  widzieli  żadnych 
innych śladów bramy. 

-    Myślę,  że  to  jest  to  -  powiedział  Kot.  Zrobiło  mu  się  bardzo  smutno,  że 

odchodzi. 

-    Ja  też  tak  myślę  -  wyznała  Janet  stłumionym,  zalęknionym  głosem.  - 

Właściwie trochę mi żal opuszczać ten świat. W jaki sposób odejdziemy? 

-  Spróbuję rozsypać w bramie szczyptę smoczej krwi - oznajmił Kot. 
Wydobył  z  kieszeni  tygielek  zawinięty  w  chusteczkę.  Poczuł  mocny  zapach 

smoczej krwi i uświadomił sobie, że źle postępuje. Nie powinien przynosić tej groźnej 
substancji do miejsca wypełnionego tak silną, lecz odmienną magią. 

Ponieważ  jednak  nie  wiedział,  co  innego  można  zrobić,  ostrożnie  nabrał 

szczyptę  proszku  dwoma  palcami  prawej  ręki,  a  lewą  znowu  zawinął  tygielek  w 
chusteczkę. Potem starannie wsypał proszek pomiędzy kolumny pękniętego łuku. 

Powietrze  między  kolumnami  zadrżało  jak  od  upału.  Fragment  słonecznej  łąki 

widoczny  pod  łukiem  zasnuł  się  mgłą,  przejrzystą,  potem  mlecznobiałą,  potem 
ciemną.  Ciemność  powoli  spłynęła  na  boki  i  ukazał  się  ogromny  pokój  wyłożony 
dywanem  w  dość  brzydki  karciany  wzór,  czerwono-błękitno-żółty.  W  pokoju  było 
pełno ludzi. Również kojarzyli się Kotu z kartami, ponieważ nosili sztywne, obszerne 
ubrania w jaskrawych podstawowych barwach. Wszyscy spacerowali tu i tam, robiąc 
wyniosłe i zaaferowane miny. Powietrze w bramie wciąż drżało i Kot skądś wiedział, 
ż

e nie zdoła wejść do tego wielkiego pokoju. 

- Złe miejsce - stwierdziła Janet. - Gdzie to jest? 
Kot  miał  już  odpowiedzieć,  że  też  nie  wie,  kiedy  zobaczył  Gwendolinę. 

Niesiono ją na czymś w rodzaju łóżka z uchwytami. Łóżko dźwigało ośmiu mężczyzn 
w  obszernych  złocistych  mundurach.  Gwendolina  nosiła  biało-złoty  strój,  jeszcze 
obszerniejszy niż u pozostałych, i wysokie złociste przybranie głowy, które wyglądało 
jak korona. 

Sądząc  po  jej  zachowaniu,  naprawdę  była  królową.  Skinęła  głową  do  kilku 

ważnych osobistości, a one gorliwie podbiegły do łóżka i słuchały każdego jej słowa z 
wytężoną  uwagą.  Machnęła  ręką  do  kilku  innych,  a  oni  pobiegli  wypełnić  rozkazy. 
Wykonała znak nad innym człowiekiem, a on padł na kolana, błagając o litość. Wciąż 
jeszcze  błagał,  kiedy  inni  go  wywlekli.  Gwendolina  uśmiechnęła  się,  jakby  to  ją 
bawiło. W tym czasie złociste łoże dotarło aż do samego łuku bramy, w  której roiło 
się od ludzi spełniających na wyścigi polecenia Gwendoliny. 

background image

 

Gwendolina zobaczyła Kota i Janet. Kot poznał to po wyrazie jej twarzy, zdziwionym i 

lekko zniecierpliwionym. Może rzuciła własny czar, a może magia smoczej krwi zwyczajnie 
się wyczerpała. W każdym razie pęknięty łuk bramy  znowu wypełnił się ciemnością, potem 
mleczną bielą, potem przejrzystą mgłą; wreszcie 

pomi ędzy kolumnami ponownie ukazała się łąka i powietrze przestało migotać. 
-  To była Gwendolina - powiedział Kot. 
-  Tak myślałam - mruknęła Janet beż entuzjazmu. - Roztyje się, jeśli każe się 

wszędzie nosić. 

-  Dobrze się bawiła - stwierdził tęsknie Kot. 
-  Zauważyłam - przyznała Janet. - Ale jak znajdziemy mój świat? 
Kot nie miał pojęcia. 
-  Spróbujemy po drugiej stronie łuku? 
-    Rozsądny  pomysł  -  zgodziła  się  Janet.  Zaczęła  obchodzić  kolumny,  ale 

przystanęła. - Tym razem zróbmy to, jak należy, Kot. Możesz sobie pozwolić tylko na 
jeszcze jedną próbę. A może przy tej nie straciłeś życia? 

-  Nie czułem... - zaczął Kot. 
Nagle w pękniętym łuku bramy stanął pan Nostrum. Trzymał pocztówkę, którą 

Kot wysłał do pani Sharp. Wydawał się wzburzony. 

-    Mój  drogi  chłopcze,  mówiłem  ci,  o  drugiej  trzydzieści,  nie  w  południe. 

Czysty przypadek, że akurat trzymałem rękę na twoim podpisie. Miejmy nadzieję, że 
jeszcze nie wszystko stracone. 

Odwrócił się i zawołał przez ramię do pustej łąki: 
-  Chodź, Williamie! Ten przeklęty chłopak chyba źle mnie zrozumiał, ale czar 

wyraźnie działa. Nie zapomnij wziąć ze sobą... eee... sprzętu. 

Wyszedł  spomiędzy  kolumn,  a  Kot  cofnął  się  przed  nim.  Wszędzie  zapadła 

głęboka cisza. Liście na jabłoni nawet nie drgnęły, bulgotanie źródełka zmieniło się w 
ciche,  powolne  ciurkanie.  Kotem  owładnęło  silne  podejrzenie,  że  on  i  Janet  zrobili 
coś  strasznego.  Janet  stała  po  drugiej  stronie  łuku,  przyciskając  ręce  do  ust.  Była 
przerażona.  Nagle  przesłoniła  ją  wysoka  sylwetka  pana  Williama  Nostruma,  który 
wyskoczył z nicości pomiędzy kolumnami. Na ramieniu niósł zwój sznura, z kieszeni 
surduta  wystawały  mu  jakieś  błyszczące  przedmioty.  Przewracał  oczami  jakby  z 
podniecenia. 

-  Przedwcześnie, ale udało się, Henry - wysapał. - Wezwano pozostałych. 
William  Nostrum  dostojnie  stanął  pod  jabłonką  obok  brata.  Ziemia  lekko 

zadrżała.  W  ogrodzie  panowała  cisza.  Kot  cofnął  się  jeszcze  dalej  i  odkrył,  że  małe 
ź

ródełko zamarło.  Została tylko błotnista dziura. Teraz już był pewien, że on i Janet 

zrobili coś strasznego. 

Za  braćmi  Nostrumami  inni  ludzie  pospiesznie  wychodzili  z  pękniętej  bramy. 

Pierwsza zjawiła się jedna z akredytowanych czarownic z ulicy Sabatu, fioletowa na 
twarzy  i  bardzo  zmieszana.  Wystroiła  się  na  niedzielę  do  kościoła  -  miała 
monstrualny kapelusz z kwiatami i owocarni oraz czerwono-czarną satynową suknię. 
Ludzie,  którzy  nadeszli  po  niej,  również  nosili  odświętne  niedzielne  ubrania: 
czarownicy  niebieskie  serżowe  garnitury  i  sztywne  kapelusze,  czarownice  jedwabie, 
bombazynie  i  kapelusze  wszelkich  kształtów  i  rozmiarów,  szacowni  nekromanci 
surduty podobne do surduta pana Williama Nostruma, chudzi czarnoksiężnicy czerń. 
Przyszła  też  spora  grupa  imponujących  czarodziejów,  którzy  albo  wybierali  się  do 
kościoła  w  długich  czarnych  płaszczach,  albo  na  rozgrywkę  w  golfa  w  bardzo 
kraciastych pumpach. 

Tłoczyli  się  między  kolumnami,  najpierw  dwójkami  i  trójkami,  potem  po 

sześciuj  siedmiu,  wszyscy  trochę  zaskoczeni  i  zdyszani.  Kot  rozpoznał  wśród  nich 

background image

 

większość  czarownic  i  wróżek  z  ulicy  Sabatu,  chociaż  nie  widział  pani  Sharp  ani 
panny  Larkins  - pewnie  dlatego, że wciąż go popychano tu i tam  w licznym i wciąż 
rosnącym tłumie. 

William Nostrum krzyczał do każdej przybywającej grupy: 
~ Rozejść się. ftozejść się po łące! Otoczyć bramę! Nie zostawiać żadnej drogi 

ucieczki. 

Janet przepchnęła się pomiędzy nimi i chwyciła Kota za ramię. 
-    Kot!  Co  myśmy  zrobili?  Nie  mów  mi,  że  to  nie  są  sami  czarownicy  i 

czarownice, bo ci nie uwierzę! 

-  Ach, moja droga Gwendolina! - powiedzia ł pan Nostrum. -Plan Numer Dwa 

się realizuje. 

Do  tej  pory  pochyłe  zbocza  łąki  zapełniły  się  czarownicami  i  czarownicami. 

Było  ich  setki  -  falujące  morze  krzykliwych  kapeluszy  i  lśniących  cylindrów, 
wyglądali  niczym  publiczność  na  otwarciu  wenty  dobroczynnej.  Ziemia  drżała  pod 
ich stopami, powietrze wibrowało od wesołych rozmów. 

Jak  tylko  ostatni  nekromanta  pospiesznie  wyszedł  spomiędzy  kolumn,  Henry 

Nostrum  położył  ciężką,  zaborczą  dłoń  na  ramieniu  Kota.  Kot  zastanawiał  się 
niespokojnie,  czy  to  tylko  przypadek,  że  ta  sama  ręka  trzymała  jego  pocztówkę  do 
pani  Sharp.  Zobaczył,  że  Pomocny  Czarownik  ustawił  się  przy  jednej  ze  złamanych 
kolumn,  pogodny  jak  zawsze  w  ciasnym  niedzielnym  ubraniu,  z  błękitnym  cieniem 
zarostu  na  brodzie.  Pan  William  Nostrum  schował  się  najlepiej,  jak  mógł  za  drugą 
kolumną;  z  jakiegoś  powodu  zdjął  srebrny  łańcuszek  od  zegarka  i  machał  nim  w 
powietrzu. 

-  A teraz, moja droga Gwendolino - powiedział pan Nostrum - zechcesz czynić 

honory i wezwać Chrestomanciego? 

-  Wo... wolałabym nie - wyjąkała Janet. 
-    Więc  wezmę  to  na  siebie  -  oświadczył  Henry  Nostrum  w  doskonałym 

humorze.  Odchrząknął  i  zawołał  piskliwym  tenorem:  -Chrestomanci!  Chrestomanci! 
Przybądź do mnie. 

I Chrestomanci stanął pomiędzy kolumnami. 
Widocznie  wracał  aleją  do  domu  z  kościoła.  W  jednej  ręce  trzymał  wysoki 

szary cylinder, drugą właśnie wkładał książeczkę do nabożeństwa do kieszeni pięknej 
gołębioszarej  marynarki.  Czarownice  i  nekromanci  powitali  go  jękliwym 
westchnieniem. Chrestomanci rozejrzał się, mrugając oczami w swój najłagodniejszy, 
najbardziej  roztargniony  sposób.  Przybrał  jeszcze  bardziej  roztargniony  i  odległy 
wyraz twarzy, kiedy zobaczył Kota i Janet. 

Kot  otworzył  usta,  żeby  krzykiem  go  ostrzec,  lecz  Pomocny  Czarownik  już 

skoczył  na  Chrestomanciego.  Warczał.  Paznokcie  urosły  mu  w  szpony,  a  zęby 
wydłużyły się w kły. 

Chrestomanci  wepchn  ął  do  kieszeni  książeczkę  do  nabożeństwa  i  zwrócił 

roztargnione  spojrzenie  na  Pomocnego  Czarownika.  Pomocny  Czarownik  zawisł  w 
powietrzu  i  zaczął  się  kurczyć.  Kurczył  się  tak  szybko,  że  wydawał  świszczący 
dźwięk.  Potem  zmienił  się  w  małą  brązową  gąsienicę.  Upadł  na  trawę  i  tam 
podrygiwał.  Kiedy  jeszcze  się  kurczył,  William  Nostrum  wyskoczył  zza  drugiej 
kolumny  i  zręcznie  owinął  swój  łańcuszek  od  zegarka  wokół  prawej  dłoni 
Chrestomanciego. 

-    Za  tobą!  -  wrzasnęli  razem  Kot  i  Janet,  spóźnieni.  Zaledwie  po  kilku 

podrygach gąsienica wystrzeliła z trawy i znowu sta³ tam Pomocny Czarownik, nieco 
wymiêty,  ale  bardzo  zadowolony  z  siebie.  Ponownie  rzuci³  siê  na  Chrestomanciego, 
którego ³añcuszek od zegarka w jakiœ' sposób go obezw³adni³. Przez chwilê w bramie 

background image

 

trwa³a 

zaciek³a 

walka, 

kiedy 

Pomocny 

Czarownik 

próbowa³ 

schwyciæ 

Chrestomanciego krzepkimi ramionami, a Chrestomanci lew¹ rêk¹ usi³owa³ zerwaæ z 
nadgarstka  ³añcuszek,  na  którym  uwiesi³  siê  William  Nostrum.  ¯ aden  z  nich  nie 
u¿ywa³  magii.  Chrestomanci  ledwie  siê  broni³  i  tylko  s³abo  odpycha³  Pomocnego 
Czarownika.  Po  dwóch  próbach  czarownik  oplót³  go  ramionami  od  ty³u,  a  William 
Nostrum  wyci¹gn¹³  z  kieszeni  srebrne  kajdanki  i  zatrzasn¹³  je  na  nadgarstkach 
Chrestomanciego. 

Spod  falujących  kapeluszy  publiczności  buchnął  wrzask  triumfu  -  prawdziwie 

czarodziejski  wrzask,  od  którego  zadrżało  powietrze.  Chrestomanci,  całkiem 
bezwolny, został wyciągnięty spomiędzy kolumn. Wysoki szary cylinder potoczył się 
po  ziemi  do  stóp  Kota  i  Henry  Nostrum  nadepnął  na  niego  z  najwyższą  satysfakcją. 
Kot  próbował  wykorzystać  tę  sposobność,  żeby  wymknąć  się  spod  ręki  pana 
Nostruma.  I  odkrył,  że  nie  może  się  ruszyć.  Pan  Henry  Nostrum  tego  dopilnował, 
posłużywszy się pocztówką do pani Sharp. Kot musiał pogodzić się z faktem, że jest 
równie bezradny, jak Chrestomanci. 

-    Więc  to  prawda!  -  zawołał  radośnie  Henry  Nostrum,  kiedy  Pomocny 

Czarownik powlókł Chrestomanciego w stronę jabłonki. 

-  Dotyk  srebra  wystarczy,    żeby  pokonać  Chrestomanciego...  wielkiego 

Chrestomanciego! 

-  Owszem. Przykra sprawa, nieprawdaż? - zauważył Chrestomanci.

                                                  

Zawleczono  go  do  jabłoni  i  przyciśnięto  do  pnia.  William  Nostrum  wyciągnął 

bratu  z  kieszeni  opiętej  kamizelki  łańcuszek  od  zegarka.  Dwa  srebrne  łańcuszki 
wystarczyły  aż  nadto,  żeby  przywiązać  Chrestomanciego  do  drzewa.  William 
Nostrum pospiesznie skręcił końce w dwa czarodziejskie węzły i odstąpił, zacierając 
ręce.  Publiczność  ryczała  upiornym  śmiechem  i  klaskała.  Chrestomanci  osunął  się 
bezwładnie, jakby zmęczony. Włosy opadły mu na twarz, krawat podjechał pod lewe 
ucho, gołębioszarą marynarkę pokryły zielone plamy od kory drzewa. Kot poczuł się 
zawstydzony,  widząc  go  w  takim  stanie.  Ale  sam  Chrestomanci  wydawał  się 
całkowicie opanowany. 

-  No, skoro mnie związaliście srebrem, co proponujecie dalej? 
- zapytał. 
William Nostrum wesoło przewrócił oczami. 
-    Och,  wszystko  co  najgorsze,  drogi  panie  -  odparł.-Widzi  pan,  dosyć  mamy 

ograniczeń narzucanych przez pana. Dlaczego nie możemy podbijać innych światów? 
Dlaczego nie możemy używać smoczej krwi? Dlaczego nie możemy postępować tak 
nikczemnie, jak zapragniemy? Niechże pan odpowie, szanowny panie! 

-  Sami znajdziecie odpowiedź, jeśli pomyślicie. - Głos Chrestomanciego utonął 

we wrzasku czarownic i nekromantów. 

W całym tym zgiełku i zamieszaniu Janet zaczęła nieznacznie przesuwać się w 

stronę  drzewa.  Przypuszczała,  że  Kot  boi  się  ruszyć  z  ręką  pana  Nostruma  na 
ramieniu, czuła jednak, że ktoś powinien coś zrobić. 

-  O tak - podjął Henry Nostrum, triumfujący i uszczęśliwiony. 
- Od dzisiaj bierzemy sztukę magii w swoje ręce. Do wieczora ten świat będzie 

nasz.  W  Zaduszki,  drogi  panie,  wyruszymy  na  podbój  wszystkich  innych  znanych 
ś

wiatów. Zamierzamy cię zniszczyć,

 

braciszku, ciebie i twoją moc. Najpierw jednak, 

oczywiście, musimy zniszczyć ten ogród. 

Chrestomanci  popatrzył  z  namysłem  na  własne  ręce  zwisające  bezwładnie  w 

srebrnych kajdankach. 

-    Nie  radzę  -  powiedział.  -  Ten  ogród  istnieje  od  zarania  wszelkich  światów. 

Jest dużo silniejszy ode mnie. Uderzycie w same korzenie magii... i zdziwicie się, jak 

background image

 

trudno je zniszczyć. 

-  Ale wiemy, że nie możemy cię zniszczyć, dopóki nie zniszczymy ogrodu, mój 

chytry panie. I nie myśl, że nie wiemy, jak zniszczyć ogród. - Henry Nostrum wolną 
ręką poklepał Kota po ramieniu. - Mamy tutaj środki. 

W tejże chwili Janet potknęła się o blok kamienia leżący w trawie obok jabłoni. 
-  Kurczę blade! - zawołała i upadła ciężko. 
Tłum wytykał ją palcami i ryczał ze śmiechu, co bardzo ją rozzłościło. 
-  Wstawaj, droga Gwendolino - wesoło powiedział Henry Nostrum. - Tam musi 

wejść młody Kot. 

Opasał  ramieniem  bezsilnego  Kota,  dźwignął  go  z  ziemi  i  zaniósł  w.  stronę 

kamiennego  bloku.  William  Nostrum  podbiegł  rozpromieniony,  rozwijając  sznur. 
Pomocny Czarownik również gorliwie skoczył na pomoc. 

Kot był tak przerażony, że jakoś udało mu się przełamać zaklęcie. Wyrwał się z 

ramion pana Nostruma i pobiegł co sił w stronę dwóch kolumn, próbując wyciągnąć z 
kieszeni  smoczą  krew.  Musiał  przebiec  tylko  parę  kroków.  Ale,  oczywiście,  każda 
czarownica, każdy czarownik, czarodziej i nekromanta natychmiast rzucili czar. Gęsty 
zapach  magii  zawirował  nad  łąką.  Nogi  zaciążyły  Kotu  jak  dwie  ołowiane  sztaby. 
Serce  mu  waliło.  Biegł  w  zwolnionym  tempie,  coraz  wolniej,  jak  mechaniczna 
zabawka,  w  której  sprężyna  rozkręciła  się  do  końca.  Usłyszał  ponaglający  go  krzyk 
Janet,  ale  nie  mógł  już  się  ruszyć.  Utknął  tuż  przed  zrujnowanym  łukiem  bramy, 
sztywny jak deska. Ledwie mógł oddychać. 

Bracia  Nostrumowie  i  Pomocny  Czarownik  zabrali  go  stamtąd  i  obwiązali 

sznurem jego sztywne ciało. Janet próbowała ich powstrzymać. 

-  Och, proszę, przestańcie! Co mu robicie? 
-  No, no, Gwendolino - przywołał ją do porządku zdziwiony Henry Nostrum. - 

Przecież  wiesz  doskonale.  Wyjaśniłem  ci  bardzo  dokładnie,  że  ogród  trzeba 
odczarować, podrzynając gardło niewinnego dziecka na tym oto kamieniu. Zgodziłaś 
się, że to konieczne. 

-  Wcale nie! To nie byłam ja! - zawołała Janet. 
-  Cicho bądź! - odezwał się Chrestomanci spod drzewa. -Chcesz się znaleźć na 

miejscu Kota? 

Janet  otworzyła  usta  i  tak  zamarła  w  bezruchu,  kiedy  docierało  do  niej 

znaczenie  tych  słów.  Tymczasem  Pomocny  Czarownik  zaniósł  Kota,  sztywnego  jak 
mumia  i  skrępowanego  jak  baleron,  do  jabłoni  i  rzucił  bez  ceregieli  na  kamienny 
blok.  Obolały  Kot  spojrzał  z  urazą  na  Pomocnego  Czarownika,  który  przedtem 
zawsze wydawał się taki życzliwy. Poza tym wcale nie bał się tak bardzo. Oczywiście 
Gwendolina  wiedziała,  że  mógł  poświęcić  kilka  żywotów.  Miał  tylko  nadzieję,  że 
gardło  się  zrośnie  po  poderżnięciu.  Będzie  mu  bardzo  niewygodnie,  zanim 
wyzdrowieje. Podniósł oczy na Janet, żeby spojrzeniem dodać jej otuchy. 

Ku  jego  zdumieniu  Janet  została  tyłem  wciągnięta  w  nicość.  Pozostał  po  niej 

tylko  okrzyk  zaskoczenia.  Taki  sam  okrzyk  rozbrzmiał  wokół  na  łące.  Wszyscy  byli 
równie zdziwieni, jak Kot. 

-    No,  świetnie!  -  powiedziała  Gwendolina  z  drugiej  strony  kamienia.  - 

Zdążyłam na czas. 

Wszyscy  wytrzeszczyli  na  nią  oczy.  Gwendolina  wyszła  spomiędzy  kolumn, 

strzepując  z  palców  smoczą  krew  jednym  ze  szkolnych  wypracowań  Kota.  Kot 
widział  swój  podpis  na  górze:  Eryk  Emeliusz  Chant,  ul.  Sabatu  26,  Wolvercote, 
Anglia,  Europa,  Ziemia,  Wszechświat  
-  wszystko  się  zgadzało.  Gwendolina  wciąż 
nosiła  na  upiętych  włosach  to  dziwaczne  przybranie  głowy,  ale  zdjęła  ciężkie  złote 
szaty. Miała na sobie coś, co prawdopodobnie liczyło się jako bielizna w jej nowym 

background image

 

ś

wiecie - strój znacznie wspanialszy od wszystkich szlafroków Chrestomanciego. 

-    Gwendolina!  -  wykrzyknął  Henry  Nostrum.  Wskazał  miejsce,  z  którego 

znikła Janet. - Co... kto...? 

-    To  była  tylko  moja  zastępczyni  -  wyjaśniła  Gwendolina  beztrosko.  -  Przed 

chwilą  zobaczyłam  ją  i  Kota,  wiec  wiedziałam...  -Zauważyła  Chrestomanciego 
przywiązanego do jabłoni. - Złapaliście go! Chwileczkę. 

Podeszła  do Chrestomanciego,  podkasała  złocistą  halkę  i  kopnęła  go  mocno  w 

obie kostki. 

-  A masz! A masz! 
Chrestomanci  nie  próbował  udawać,  że  kopniaki  nie  bolały.  Zgiął  się  wpół. 

Czubki pantofelków Gwendoliny były ostre i spiczaste jak paznokcie. 

-    No  więc  na  czym  stanęłam?  -  podjęła  Gwendolina,  odwracając  się  do  braci 

Nostrumów.  -  Ach  tak.  Pomyślałam,  że  lepiej  wrócę,  by  nie  przegapić  zabawy,  no  i 
zapomniałam  was  uprzedzić,  że  Kot  ma  dziewięć  żywotów.  Niestety,  musicie  go 
zabić kilka razy. 

-  Dziewięć żywotów! - wykrzyknął Henry Nostrum. - Ty głupia dziewczyno! 
Na  łące  wybuchła  taka  wrzawa,  że  nikt  już  niczego  nie  słyszał.  Ze  swojego 

miejsca  na  kamieniu  Kot  widział,  jak  William  Nostrum  nachyla  się  do  Gwendoliny 
czerwony  na  twarzy,  przewracając  obojgiem  oczu,  wrzeszczy  na  nią  wściekle,  a 
Gwendolina  odpowiada  mu  takim  samym  wrzaskiem.  Hałas  trochę  przycichł  i  Kot 
usłyszał donośny głos Williama Nostruma: 

-  Dziewięć żywotów! Ty głupia dziewczyno, jeśli on ma dziewięć żywotów, to 

znaczy, że sam jest czarodziejem! 

 

Nie jestem g łupia! - odwrzasnęła Gwendolina. - Wiem o tym równie dobrze, jak 
wy! Używałam jego magii, kiedy jeszcze był niemowlęciem. Ale nie mogę dalej z 
niej korzystać, jeśli go zabijecie, prawda? Dlatego musiałam odejść. Podziękujcie 
mi, że wróciłam, żeby wam o tym powiedzieć. I tyle! 

 

-  Jak  mogłaś  używać  jego  magii?  -  zapytał  Henry  Nostrum,  jeszcze  bardziej  od 
brata wytrącony z równowagi. 

- Po prostu używałam - odparła Gwendolina. - On nigdy się nie sprzeciwiał.

                                           

-  Teraz się sprzeciwiam - odezwał się Kot ze swojego niewygodnego kamienia. 

- W końcu jestem tutaj. 

Gwendolina  spojrzała  na  niego  ze  zdziwieniem.  Lecz  zanim  zdążyła  coś 

odpowiedzieć,  William  Nostrum  zawołał  o  ciszę.  Był  bardzo  podniecony.  Wyjął  z 
kieszeni długi, błyszczący przedmiot i wyginał go nerwowo na wszystkie strony. 

-    Zaszliśmy  za  daleko,  żeby  teraz  się  wycofać  -  oznajmił.  -Musimy  tylko 

odkryć słaby punkt tego Chłopca. Z pewnością nie możemy go zabić, dopóki tego nie 
odkryjemy. Każdy czarodziej ma swój słaby punkt. Więc on też. 

To  mówiąc,  odwrócił  się  do  Kota  i  wymierzył  w  niego  błyszczący  przedmiot. 

Kot  ze  Zgrozą  zobaczył,  że  to  długi  srebrny  nóż.  Ostrze  celowało  w  jego  twarz, 
chociaż oczy Wilłiama Nostruma błądziły gdzie indziej. 

-  Jaki jest twój słaby punkt, chłopcze? No; gadaj. 
Kot milczał. To wydawała się jedyna szansa, żeby zachować któryś z żywotów. 
-  Ja wiem! - zawołała Gwendolina. - Ja to zrobiłam. Zamknęłam wszystkie jego 

ż

ywoty  w  książeczce  zapałek.  W  ten  sposób  łatwiej  było  je  zużywać.  Są  w  moim 

pokoju w zamku. Mam je przynieść? 

Wszyscy,  których  Kot  widział  ze  swojego  niewygodnego  miejsca,  przyjęli  to 

oświadczenie z ulgą. 

-    No  to  w  porządku  -  odetchnął  Henry  Nostrum.  -Czy  można  go  zabić  bez 

zapalania zapałki? 

background image

 

-  O tak - potwierdziła Gwendolina. - On już raz utonął. 
-  Więc pytanie brzmi - odezwał się William Nostrum wyraźnie odprężony - ile 

jeszcze żywotów mu pozostało. Ile jeszcze masz, chłopcze? 

Ponownie wycelowa ł nóż w Kota. Kot ciągle milczał. 
-    On  nie  wie  -  rzuciła  niecierpliwie  Gwendolina.  -  Musiałam  kilka  zużyć. 

Stracił  jedno  życie  przy  narodzinach  i  drugie,  kiedy  utonął.  Jedno  zużyłam,  żeby  go 
zamknąć  w  książeczce  zapałek.  Z  jakiegoś  powodu  dostał  wtedy  skurczów.  Potem 
tamten gad związany srebrem nie chciał mi dawać lekcji magii i odebrał mi moc, więc 
musiałam  w  nocy  zabrać  jeszcze  jedno  życie  Kota,  żeby  mnie  wysłało  do  nowego 
miłego  świata.  Strasznie  się  namęczyłam,  zanim  mnie  usłuchał.  I  tak  się  skończyło 
tamto  życie.  Och,  prawie  zapomniałam!  Czwarte  życie  zamknęłam  w  tych 
skrzypcach,  na  których  ciągle  pitolił,  żeby  je  zmienić  w  kota...  Skrzypka...  pamięta 
pan, panie Nostrum? 

Henry  Nostrum  chwycił  się  obiema  rękami  za  dwie  kępki  włosów.  Po  łące 

znowu przeszedł niespokojny szmer. 

-    Ty  naprawdę  jesteś  głupia!  Ktoś'  zabrał  tego  kota.  Teraz  wcale  nie  możemy 

go zabić! 

Przez  chwilę  Gwendolina  wydawała  się  zmieszana.  Potem  coś  jej  przyszło  do 

głowy. 

-    Jeśli  znowu  odejdę,  możecie  użyć  mojej  zastęp...  Łańcuszki  od  zegarków 

krępujące Chrestomanciego zabrzęczały. 

-  Nostrum, niepotrzebnie się martwisz. To ja zabrałem kota Skrzypka. On jest 

gdzieś tutaj w ogrodzie. 

Henry  Nostrum  obrócił  się  na  pięcie  i  spojrzał  podejrzliwie  na 

Chrestomanciego, wciąż trzymając się za włosy, jakby się bał, że mózg mu wyskoczy 
z głowy. 

-  Nie bardzo panu wierzę, szanowny panie. Jest pan znany z przebiegłości. 
-  Pochlebiasz mi - powiedział Chrestornanci. - Niestety, dopóki jestem spętany 

srebrem, mogę mówić tylko prawdę. 

Henry Nostrum spojrzał na brata. 
-    Zgadza  się  -  potwierdził  niezdecydowanie  William  Nostrum.  -  Srebro  nie 

pozwala  mu  zatajać  faktów.  Więc  myślę,  że  brakujące  życie  tego  chłopca  musi  tu 
gdzieś być. 

-    P  ójdę  go  poszukać!  -  zawołała  Gwendolina  i  ruszyła  przez  łąkę  w  stronę 

drzew, jak mogła najszybciej w swoich spiczastych pantoflach. Pomocny Czarownik 
torował jej drogę. Przepchnęli się obok czarownicy w wysokim zielonym kapeluszu, 
która powiedziała: 

-  Racja, moja droga. Musimy złapać tego kiciusia. - Odwróciła się do tłumu i 

wrzasnęła przeszywającym głosem czarownicy: -Wszyscy łapią kiciusia! 

I wszyscy pobiegli szukać kota, podkasując odświętne spódnice i przytrzymując 

niedzielne kapelusze. Łąka opustoszała. Drzewa dookoła zatrzęsły się i zatrzeszczały. 
Ale ogród nie pozwolił nikomu odejść zbyt daleko. Ciągle coś wypychało spomiędzy 
drzew  jaskrawo  wystrojone  czarownice,  czarowników  w  czerni  i  czarodziejów  w 
długich płaszczach z powrotem na łąkę. Kot usłyszał, jak Chrestomanci mówi: 

-    Twoi  przyjaciele  to  kompletni  ignoranci,  Nostrum.  Droga  wyjścia  prowadzi 

przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Chyba powinieneś ich poinformować. Kot na 
pewno jest w wiośnie albo w lecie. 

William Nostrum spiorunował go zezowatym okiem i krzyknął: 
-  W prawo, bracia i siostry! W prawo! 
-    Pozwoli  pan  sobie  powiedzieć  -  zwrócił  się  do  Chrestomanciego  Henry 

background image

 

Nostrum - że zaczyna mi pan działać na nerwy. 

Wahał  się  przez  chwilę,  ale  kiedy  spora  grupa  ludzi,  włącznie  z  Gwendolina  i 

Pomocnym  Czarownikiem,  znowu  ku  swemu  oburzeniu  została  wyrzucona 
spomiędzy drzew na łąkę, ruszył truchtem w ich stronę, wołając: 

-    Nie,  drodzy  przyjaciele!  Moja  droga  uczennico!  W  prawo!  Musicie  pójść  w 

prawo. 

Kot  i  Chrestomanci  chwilowo  zostali  sami  obok  jabłoni  i  pękniętego  łuku 

bramy. 

background image

104 

ROZDZIA Ł 16

 

Kot  -  powiedział  Chrestomanci  za  plecami  Kota.  -  Kot!  Kot  nie  chciał  rozmawiać.  Leżał, 

spoglądając  w  górę,  na  błękitne  niebo  prześwitujące  wśród  liści  jabłoni.  Co  chwila  widok  się 
zamazywał. Wtedy Kot  zamykał oczy i łzy spływały mu do uszu. Teraz, kiedy wiedział, jak mało 
Gwendolina  o  niego  dbała,  przestało  mu zależeć na  tych  wszystkich  żywotach.  Słuchał  krzyków  i 
trzasków  wśród  drzew  i  prawie  sobie  życzył,  żeby  szybko  złapano  Skrzypka.  Od  czasu  do  czasu 
doznawał dziwnego uczucia, że sam jest Skrzypkiem - Skrzypkiem rozwścieczonym i przerażonym, 
walczącym i drapiącym wielką, tłustą czarownicę w kapeluszu z kwiatami. 

-  Kot!  -  powtórzył  Chrestomanci,  najwyraźniej  równie  zdesperowany,  jak  Skrzypek.  -  Kot, 

wiem,  jak  się  czujesz.  Mieliśmy  nadzieję,  że  jeszcze  przez  długie  lata  nie  dowiesz  się  o 
Gwendolinie.  Ale  ty  naprawdę  jesteś  czarodziejem.  Podejrzewam,  że  będziesz  silniejszym 
czarodziejem ode mnie, kiedy się przyłożysz. Możesz teraz skorzystać ze swojej magii, zanim ktoś 
złapie  nieszczęsnego  Skrzypka?  Proszę.  Jak  o  wielką  przysługę.  Tylko  pomóż  mi  zrzucić  to 
przeklęte srebro, żebym mógł wezwać resztki mojej mocy. 

Tymczasem  kot  znowu  by  ł  Skrzypkiem.  Wdrapał  się  na  drzewo,  ale  Pomocny  Czarownik  i 

akredytowana czarownica strząsnęli go na ziemie. Uciekał i uciekał, a potem wyskoczył spomiędzy 
wyciągniętych rąk Pomocnego Czarownika, dał susa z>tak ogromnej wysokości, że Kotu zakręciło 
się w głowie. Otworzył oczy. Liście jabłoni trzepotały na wietrze. Jabłko, które widział, prawie już 
dojrzało. 

-  Czego chcesz ode mnie? - zapytał. - Nie potrafię nic zrobić. 
-    Wiem  -  przyznał  Chrestomanci.  -  Tak  samo  się  czułem,  kiedy  mi  powiedzieli.  Możesz  w 

ogóle poruszyć lewą ręką? 

-    Do  tyłu  i  do  przodu  -  odpowiedział  Kot,  kiedy  spróbował.  -Ale  nie  mogę  jej  wyciągnąć 

spod sznura. 

-  Nie ma potrzeby - zapewnił Chrestomanci. - Masz więcej mocy w małym palcu lewej ręki 

niż większość ludzi, włącznie z Gwendoliną, zdobywa przez całe życie. Magia ogrodu ci pomoże. 
Po prostu piłuj sznur lewą ręką i wyobrażaj sobie, że sznur jest ze srebra. 

Kot przechylił głowę do tyłu i spojrzał na Chrestomanciego z niedowierzaniem. Chrestomanci 

wyglądał blado i niechlujnie, ale mówił z wielką powagą. Kot potarł lewą ręką o sznur. Sznur był 
szorstki i sznurowaty. Kot powiedział sobie, że to nie sznur, tylko srebro. I sznur zrobił się gładki. 
Piłowanie  było  trudne*  więc  Kot  podniósł  rękę  jak  najwyżej  i  nacisnął  kantem  dłoni  na  srebrny 
sznur. 

Sznur pękł z brzękiem. 
-    Dziękuję  -  powiedział  Chrestomanci.  -  Poszły  łańcuszki  od  zegarków.  Ale  na  tych 

kajdankach jest jakieś bardzo silne zaklęcie. Możesz spróbować jeszcze raz? 

Sznur znacznie się rozluźnił. Kot wydobył się z więzów wśród szczękania i trzasków - nie był 

całkiem  pewny,  w  co  zmienił  sznur  -  i  uklęknął  na  kamieniu.  Chrestomanci  podszedł  do  niego, 
powłócząc nogami, z rękami wciąż zwisającymi bezwładnie w kajdankach. Jednocześnie Pomocny 
Czarownik wypadł spomiędzy drzew, kłócąc się z czarownicą w kwiatowym kapeluszu. 

-  Mówię ci, że kot nie żyje. Spadł z piętnastu metrów. 
-  A ja ci m ówię, że koty zawsze spadają na cztery łapy. 
-  Więc dlaczego potem nie wstał? 
Kot zrozumiał, że nie ma czasu do stracenia. Chwycił kajdanki w obie ręce i wykręcił. 
Chrestomanci  jęknął  głośno,  ale  kajdanki  pękły.  Kot  nagle  bardzo  się  ucieszył  ze  swojego 

nowego talentu. Przełamał kajdanki na pół i kazał im się zmienić w drapieżne orły. 

-  Ścigajcie Nostrumów - rozkazał. 
Lewa  połówka  gwałtownie  wzbiła  się  w  powietrze,  ale  prawa  upadła  w  trawę,  wciąż  jako 

srebrne kajdanki. Kot musiał ją podnieść lewą ręką, zanim posłuchała. 

Potem  rozejrzał  się,  żeby  zobaczyć,  co  robi  Chrestomanci.  Stał  pod  jabłonią,  a  Bernard, 

specjalista od akcji i obligacji, potykając się, schodził do niego po zboczu. Niedzielny krawat miał 

background image

105 

wygodnie rozluźniony, trzymał ołówek i gazetę otwartą na krzyżówce. 

-    Czar,  cztery  litery,  kończy  się  na  K  -  mamrotał,  zanim  podniósł  wzrok  i  zobaczył 

Chrestomanciego  upapranego  zielenią.  Popatrzył  na  dwa  łańcuszki  od  zegarków,  Kota,  sznury  i 
ludzi biegających wśród drzew na krawędziach kotliny. 

-  Ą niech mnie! - zawołał. - Przepraszam... nie wiedziałem, że jestem potrzebny. Innych też 

potrzebujesz? 

-  Jak najszybciej - potwierdził Chrestomanci. Czarownica w kapeluszu z kwiatami zobaczyła 

Chrestomanciego stojącego swobodnie pod drzewem i wrzasnęła: 

-  Uciekają! Łapać ich! 
Czarownice,  czarownicy,  czarodzieje  i  nekromanci  wysypali  się  na  łąkę,  ciągnąc  ze  sobą 

Gwendolinę,  i  w  biegu  pospiesznie  rzucali  zaklęcia.  Mamrotanie  przetoczyło  się  przez  ogród. 
Zapach  magii  zgęstniał.  Chrestomanci  podniósł  jedną  rękę,  jakby  prosił  o  ciszę.  Mamrotanie 
spotężniało  i  nabrało  gniewnego  brzmienia,  lecz  nikt  z  mamroczących  ludzi  bliżej  nie  podszedł. 
Tylko  William  i  Henry  Nostrumowie  biegli  dalej,  pokrzykując  słabo,  każdy  ścigany  przez 
wielkiego trzepoczącego orła. 

Bernard przygryz ł ołówek i twarz mu się ściągnęła. 
-  To okropne! Tylu ich jest! 
-    Próbuj  dalej.  Pomagam  ci,  na  ile  mnie  stać  -  powiedział  Chrestomanci,  rzucając 

niespokojne spojrzenie na mamroczący tłum. 

Krzaczaste brwi Bernarda podskoczyły do góry. 
-  Ach! 
Nad  nim  na  zboczu  stała  panna  Bessemer.  W  jednej  ręce  trzymała  werk  zegara,  w  drugiej 

ś

cierkę. Wydawała się wyższa niż zwykle i w bardziej purpurowej sukni, pewnie dlatego, że stała 

tak wysoko. Jednym spojrzeniem oceniła sytuację. 

-    Będziesz  potrzebował  całej  armii,  żeby  się  rozprawić  z  tą  zgrają  -  powiedziała  do 

Chrestomanciego. 

Jakaś czarownica w mamroczącym tłumie wrzasnęła: 
-  Idą mu na pomoc! 
Kotu  zdawało  się,  że  rozpoznał  głos  Gwendoliny.  Zapach  magii  nasilił  się,  mamrotanie 

brzmiało jak długi, przeciągły  grzmot. Tłum powoli przesunął się do przodu, trzęsąc wymyślnymi 
kapeluszami  i  szeleszcząc  ciemnymi  garniturami.  Ręka,  którą  Chrestomanci  ich  powstrzymywał, 
zaczęła drżeć. 

-  Ogród też pomaga - odezwał się Bernard. - No, postaraj się, Bessie, dziewczyno. 
Przygryzł  ołówek  i  intensywnie  zmarszczył  czoło.  Panna  Bessemer  starannie  owinęła  werk 

zegara ściereczką i zrobiła się wyraźnie wyższa. 

Nagle reszta Rodziny zaczęła się pojawiać dookoła jabłoni, wszyscy oderwani od spokojnych 

niedzielnych  zajęć,  którym  się  oddawali,  kiedy  ich  wezwano.  Jedna  z  młodszych  pań  trzymała  na 
wyciągniętych  rękach  motek  wełny,  którą  zwijał  jeden  z  młodszych  panów.  Następny  trzymał  kij 
bilardowy,  a  kolejna  młoda  pani  ściskała  kawałek  kredy.  Stara  dama  w  mitenkach  robiła 
szydełkiem  nową  parę  mitenek.  Pan  Saunders  pojawił  się  z  łupnięciem.  Pod  pachą  ściskał 
rozbrykanego smoka i obaj wyglądali na zaskoczonych, że przerwano im zabawę. 

Smok  zobaczy  ł  Kota.  Wywinął  się  spod  łokcia  pana  Saundersa,  zeskoczył  na  trawę  i  z 

chrzęstem  rzucił  się  Kotu  w  ramiona  i  entuzjastycznie  lizał  mu  twarz  płomieniem.  Kot  pod  jego 
ciężarem  zatoczył  się  na  jabłonkę.  Doznałby  ciężkich  oparzeń,  gdyby  nie  zdążył  powiedzieć 
płomieniom, że są chłodne. 

Podniósł  wzrok  w  samą  porę,  żeby  zobaczyć  Rogera  i  Julię.  Oboje  trzymali  ręce  sztywno 

wyprostowane nad głowami, bo znowu bawili się w lusterka, i wyglądali na bardzo zdziwionych. 

-  To ogród! - zawołał Roger. -1 tyle ludzi! 
-  Nigdy przedtem nas nie wzywałeś, tato - powiedziała Julia. 
-  To wyjątkowa okazja - odparł Chrestomanci. Podtrzymywał prawą rękę lewym ramieniem i 

background image

106 

wydawał się wyczerpany. - Potrzebuję was, żebyście sprowadzili waszą matkę. Szybko. 

-  Utrzymamy ich na dystans - powiedział pan Saunders. Próbował dodawać im odwagi, ale 

sam wyraźnie się denerwował. Mamroczący tłum zbliżał się coraz bardziej. 

-  Wcale nie! - zaprzeczyła stara dama w mitenkach. - Nie poradzimy sobie bez Millie. 
Kot  miał  wrażenie,  że  wszyscy  próbują  sprowadzić  Millie.  Powinien  pomóc,  skoro  tak  jej 

potrzebowali,  ale  nie  wiedział,  co  robić.  Poza  tym  smocze  płomienie  paliły  go  tak  silnie,  że 
potrzebował całej swojej energii, żeby się nie poparzyć. 

Roger i Julia nie mogli sprowadzić Millie. 
-  Co się stało? - zapytała Julia. - Dotąd zawsze przychodziła. 
-  Przeszkadzają nam zaklęcia tych ludzi - wyjaśnił Roger. 
-  Spróbujcie jeszcze raz - poprosił Chrestomanci. - Ja nie mogę. Mnie też coś przeszkadza. 
-  Czy przyłączasz się do czarów? - zapytał Kota smok. 

Kot teraz naprawdę cierpiał z powodu smoczego gorąca. Twarz mu poczerwieniała i piekła. Ale jak 
tylko  smok  przemówił,  Kot  zrozumiał.  Owszem,  włączył  się  do  czarów,  tylko  po  złej  stronie, 
ponieważ Gwendolina znowu go wykorzystywała. Tak do tego przywyknął, że ledwie to zauważył. 
Ale  teraz  czuł,  co  robiła.  Zużywała  tyle  jego  mocy,  że  go  poparzyła,  żeby  tylko  przeszkodzić 
Chrestomanciemu w sprowadzeniu Millic. 

Po raz pierwszy w życiu Kota to rozgniewało. 
-  Ona nie ma prawa! -  powiedział do smoka.  I  wycofał swoją magię. Poczuł jakby chłodny 

powiew na twarzy. 

-  Kot! Przestań! - wrzasnęła Gwendolina z tłumu. 
-  Nic ci do tego! - odkrzyknął Kot. - To moje! 
Małe  źródełko  u  jego  stóp  znowu  wypełniło  się  bulgoczącą  wodą.  Po  chwili  zauważył 

zadowolenie malujące się na twarzach członków Rodziny. Na Chrestornanciego spływał jakiś blask 
z góry. Kot obejrzał się i zobaczył, że Miłłie wreszcie przybyła. 

Wydawała  się  równie  wysoka,  jak  jabłonka,  pewnie  przez  jakąś  sztuczkę  perspektywy.  Ale 

nie  potrzebowała  żadnych  sztuczek,  żeby  wyglądać  łagodnie  jak  letni  wieczór.  Trzymała  w 
ramionach Skrzypka. Kocur był ubłocony i uszargany, ale mruczał. 

-  Tak mi przykro - powiedziała Millie. - Przyszłabym wcześniej, gdybym wiedziała. Biedny 

zwierzak spadł z ogrodowego muru i myślałam tylko o nim. 

Czarownice i czarodzieje stali bez ruchu, mamrotanie ucichło. Chrestomanci uśmiechnął się i 

opuścił rękę. Widocznie już nie musiał powstrzymywać napierającego tłumu. 

-  Nieważne - powiedział. - Teraz musimy działać. Rodzina natychmiast zabrała się do roboty. 

Później Kot nie mógł 
sobie  przypomnieć,  co  właściwie  zrobili.  Pamiętał  huk  i  łoskot  gromu,  ciemność  i  mgłę.  Zdawało 
mu  się,  że  Chrestomanci  urósł  wyżej  niż  Millie,  wysoko  pod  samo  niebo  -  ale  może  dlatego,  że 
smok  bardzo  się  przestraszył  i  Kot  uklęknął  w  trawie,  żeby  go  uspokoić.  Chwilami  widział 
członków  Rodziny  maszerujących  wielkimi  krokami  jak  olbrzymy.  Czarownice  wrzeszczały  bez 
przerwy.  Czarodzieje  i  czarownicy  ryczeli  i  wyli.  Chwilami  wszystko  przesłaniał  wirujący  biały 
deszcz  albo  wirujący  biały  śnieg,  albo  tylko  wirujący  biały  dym  wirujący  bez  końca.  Kot  czuł, że 
cały ogród wiruje coraz szybciej. Wśród tej wirującej bieli fruwali nekromanci, przechodził Bernard 
albo  pan  Saunders  w  rozwianym  płaszczu,  ze  śniegiem  we  włosach.  Przebiegła  Julia,  zawiązując 
kolejne  węzełki  na  chusteczce.  Millie  widocznie  sprowadziła  ze  sobą  posiłki.  Kot  dostrzegł 
Eufemię,  kamerdynera,  lokaja,  dwóch  ogrodników  i  ku  swojemu  przerażeniu  raz  zobaczył  Willa 
Sugginsa przedzierającego się przez biel w wyjącym, wrzeszczącym, wirującym ogrodzie. 

Wirowanie  tak  przyspieszyło,  że  Kot  nie  czuł  już  zawrotów  głowy.  Ogród  wirował 

niewzruszenie i buczał. Chrestomanci wyszedł z bieli pod jabłonkę i wyciągnął rękę do Kota. Był 
mokry i wysmagany wiatrem, i wciąż nieprawdopodobnie wysoki. 

-  Możesz mi dać trochę smoczej krwi? - poprosił. 
-  Skąd wiesz, że ją mam? - zapytał Kot z poczuciem winy i wypuścił smoka, żeby sięgnąć do 

background image

107 

kieszeni. 

-  Zapach - wyjaśnił Chrestomanci. Kot podał mu tygielek. 
-  Proszę. Czy straciłem przy tym życie? 
-  Nie ty - odparł Chrestomanci. - Na szczęście nie pozwoliłeś Janet tego dotykać. 
Wszedł  w  wir  i  opróżnił  cały  tygielek.  Kot  zobaczył,  jak  proszek  wiruje  porwany  prądem. 

Mgła  zabarwiła  się  brązową  czerwienią,  a  buczenie  spotężniało  w  straszliwy  dźwięk  dzwonu,  od 
którego Kota zabolały uszy. Słyszał, jak czarownice i czarownicy skowyczą ze zgrozy. 

-  Niech wyją - powiedział Chrestomanci. Opierał się o prawą kolumnę bramy. - Stracili teraz 

moc. Wniosą skargi do swoich posłów i będą apelować w parlamencie, ale jakoś to przeżyjemy. 

Skinął ręką. 
Oszołomieni ludzie w przemoczonych niedzielnych ubraniach zaczęli się wyłaniać z wirującej 

bieli. Złamany łuk wsysał ich, jak wir na wodzie wciąga opadłe liście. Pojawiało się coraz więcej 
wirujących postaci unoszonych przez prąd. Chrestomanci jakimś sposobem wyłuskał spośród nich 
dwóch  Nostrumów  i  postawił  ich  na  chwilę  przed  Kotem.  Jeden  orzeł  siedział  na  ramieniu 
Henry'ego  Nostruma  i  dziobał  go  w  łysinę,  a  drugi  trzepotał  wokół  Wiłliama  i  szczypał  go  we 
wszystkie wystające okrągłości. 

-  Odwołaj je - zażądał Chrestomanci. 
Kot  z  żalem  odwołał  orły,  które  upadły  na  trawę  jako  kajdanki.  Potem  kajdanki  zostały 

wessane przez bramę razem z braćmi Nostrumami i wirując, odleciały w ślad za resztkami tłumu. 

Ostatnia  pojawiła  się  Gwendolina.  Chrestomanci  ją  również  zatrzymał.  Wówczas  biel 

pojaśniała,  buczenie  ucichło  i  wszyscy  członkowie  Rodziny  zaczęli  się  gromadzić  na  słonecznym 
zboczu,  lekko  zdyszani,  lecz  niezbyt  przemoczeni.  Kot  pomyślał,  że  ogród  wciąż  jeszcze  wiruje. 
Ale może zawsze się poruszał. Gwendolina rozejrzała się ze strachem. 

-  Puśćcie mnie! Muszę wrócić i być królową. 
-    Nie  bądź  samolubna  -  skarcił  ją  Chrestomanci.  -  Nie  masz  prawa  ciągle  porywać  ośmiu 

innych osób z jednego świata do drugiego. Zostań tutaj i naucz się to robić, jak należy. A dworzanie 
tak naprawdę wcale nie spełniają twoich rozkazów. Oni tylko udają. 

-  Wszystko mi jedno! - wrzasnęła Gwendolina. 
Podkasała  złote  szaty,  zrzuciła  z  nóg  spiczaste  pantofelki  i  pobiegła  w  stronę  łuku. 

Chrestomanci wyciągnął rękę, żeby ją zatrzymać. Gwendolina okręciła się i cisnęła w niego swoją 
ostatnią garść smoczej krwi. Chrestomanci musiał się uchylić i zasłonić twarz, a wtedy Gwendolina 
pospiesznie tyłem weszła między kolumny. 

Rozległ  się  potężny  grzmot.  Przestrzeń  między  kolumnami  poczerniała.  Kiedy  wszyscy 

oprzytomnieli,  Gwendolina  zniknęła.  Za  łukiem  bramy  znowu  widać  było  tylko  łąkę.  Nawet 
spiczaste pantofelki zniknęły. 

-  Co ta smarkata zrobiła? - zapytała stara dama w mitenkach, głęboko wstrząśnięta. 
-  Zatrzasnęła się w tamtym świecie - wyjaśnił Chrestomanci, jeszcze bardziej wstrząśnięty. - 

Tak? - zwrócił się do Kota. 

Kot  tępo  kiwnął  głową.  Pomyślał,  że  dobrze  się  stało.  Nigdy  więcej  nie  chciał  już  widzieć 

Gwendoliny. 

-  I patrzcie, co z tego wysz ło - powiedział pan Saunders, wskazując na zbocze. 
Janet,  potykając  się,  schodziła  po  stoku  zapłakana.  Minęła  Mil-lie,  która  ostrożnie  oddała 

Skrzypka Julii i objęła dziewczynkę. Janet zaszlochała głośno. Bernard poklepał ją po plecach, stara 
dama w mitenkach współczująco cmokała. 

Kot  stał  samotnie  obok  ruin,  a  smok  spoglądał  na  niego  pytająco  z  trawy.  Janet  była 

szczęśliwa  we  własnym  świecie.  Tutaj  wciąż  tęskniła  za  ojcem  i  matką.  Teraz  pewnie  utknęła  w 
tym świecie na dobre, i to przez Kota. A Chrestomanci nazwał Gwendolinę samolubną! 

-  Nie, to nie tak, nie całkiem - odezwała się Janet otoczona przez Rodzinę. Chciała usiąść na 

zwalonym bloku kamienia, ale szybko się poderwała, przypomniawszy sobie, do czego miał służyć. 

Kot  wpadł  na  bardzo  rycerski  pomysł.  Posłał  po  błękitne  aksamitne  krzesło  z  pokoju 

background image

108 

Gwendoliny. Postawił je na trawie obok Janet, która zaśmiała się przez łzy. 

-  Jesteś bardzo uprzejmy - powiedziała i chciała usiąść. 
-  Należę do zamku Chrestomanciego! - zawołało krzesło. -Należę do zamku... 
Panna  Bessemer  spojrzała  na  nie  surowo  i  zamilkło.  Janet  usiadła.  Krzesło  trochę  się 

chybotało, bo trawa była nierówna.

 

 

-  Gdzie jest Kot? - zapytała niespokojnie. 
-  Tutaj - odpowiedział Kot. - Sprowadziłem ci krzesło. Pomyślał, że to miło, że Janet tak się 

ucieszyła na jego widok. 

-  Czas na obiad - zwróciła się Millie do panny Bessemer. -Pewnie już dochodzi druga. 
Panna  Bessemer  wykonała  majestatyczny  półobrót  w  stronę  kamerdynera.  Kamerdyner 

kiwnął  głową.  Lokaj  i  ogrodnicy  zbliżyli  się  chwiejnie,  dźwigając  wielkie  kosze,  takie  jak  na 
pranie, ale po otwarciu okazały się pełne kurczaków, szynek, pasztetów, galaretek, owoców i wina. 

-  Och, wspaniale! - zawo łał Roger. 
Wszyscy usiedli kołem i zabrali się do jedzenia. Większość siedziała na trawie, a Kot postarał 

się  usiąść  jak  najdalej  od  Willa  Sugginsa.  Millie  usiadła  na  kamiennym  bloku.  Chrestomanci 
ochlapał  sobie  twarz  wodą  ze  źródełka  -  co  go  cudownie  odświeżyło  -  i  usiadł  pod  jabłonią, 
opierając  się  plecami  o  kamień.  Stara  dama  w  mitenkach  wyciągnęła  znikąd  stołeczek,  bardzo 
wygodny,  jak  twierdziła,  a  Bernard  z  namysłem  potrząsnął  resztkami  sznura,  które  Kot  zostawił 
obok  kamienia.  Sznur  stał  się  hamakiem.  Bernard  rozwiesił  go  pomiędzy  dwiema  kolumnami  i 
położył się w nim z ostentacyjnym zadowoleniem, chociaż utrzymanie równowagi podczas jedzenia 
sprawiało  mu  mnóstwo  trudności.  Skrzypek  dostał  skrzydełko  kurczaka  i  zaniósł  je  na  jabłonkę, 
ż

eby zjeść z dała od smoka. Smok był zazdrosny o Skrzypka. Na zmianę mściwie dmuchał dymem 

na jabłonkę i tulił się mocno do Kota, żebrząc o kurczaka i pasztet. 

-  Ostrzegam cię, to najbardziej zepsuty smok na świecie - powiedział pan Saunders. 
-  Jestem jedynym smokiem na świecie - poprawił go smok, zadowolony z siebie. 
Janet wciąż miała łzy w oczach. 
-  Moja droga, rozumiemy - pocieszała ją Millie - naprawdę bardzo nam przykro. 
-  Mogę cię odesłać z powrotem - powiedział Chrestomanci. -To nie takie łatwe, skoro świat 

Gwendoliny wypadł z serii, ale nie myśl, że to niemożliwe. 

-  Nie, nie, już w porządku. - Janet stłumiła szloch. - Przynajmniej będzie w porządku, kiedy 

się przyzwyczaję. Miałam nadzieję, że tutaj wrócę... ale to trochę bolesne. Widzicie... 

Oczy zaszły jej łzami, usta zadrżały. W powietrzu pojawiła się chusteczka! wcisnęła się do jej 

ręki. Kot nie widział, kto to zrobił, ale żałował, że sam o tym nie pomyślał. 

-  Dzięki - chlipnęła Janet. - Widzicie, mama i tato nie zauważyli żadnej różnicy. - Wściekle 

wytarła nos. - Wróciłam do mojej sypialni i ta druga dziewczyna... naprawdę nazywa się Romillia... 
pisała  pamiętnik.  Zawołali  ją  w  połowie  zdania  i  zostawiła  pamiętnik  na  wierzchu,  więc  go 
przeczytałam.  Wszystko  o  tym,  jak  się  bała,  że  moi  rodzice  zauważą,  że  nie  jest  mną,  i  jak  się 
cieszyła, że udało jej się ich nabrać. Strasznie się bała odesłania z powrotem. We własnym świecie 
miała  okropne  życie  jako  sierota  i  nie  chciała  wracać.  Napisała  takie  rzeczy,  że  zrobiło  mi  się  jej 
ż

al.  W  dodatku  sama  się  prosiła  o  kłopoty,  skoro  trzymała  takie  osobiste  zapiski  w  domu  moich 

rodziców.  Napisałam  jej  o  tym  i  ostrzegłam,  że  skoro  już  musi  prowadzić  pamiętnik,  niech  go 
schowa w którejś mojej kryjówce. A potem... potem usiadłam i czekałam z nadzieją, że wrócę. 

-  Cieszę się, że wróciłaś - powiedział Kot. 
-  Witamy cię serdecznie, moja droga - dodała Millie. 
-  Naprawdę chciałaś' wrócić? - zapytał Chrestomanci, spoglądając badawczo na Janet sponad 

nogi kurczaka, którą ogryzał. 

Janet zdecydowanie kiwnęła głową, chociaż twarz miała zakrytą przez chusteczkę. 
-    Właśnie  o  ciebie  najbardziej  się  martwiłem  -  oznajmił  Chrestomanci.  -  Niestety,  nie 

zorientowałem się od razu, co się stało. Widzisz, Gwendolina dowiedziała się o lustrze i dokonała 
zamiany w łazience. Zresztą nikt z nas nawet nie podejrzewał, że Kot ma taką wielką moc. Prawda 

background image

109 

zaświtała  mi  dopiero  po  tym  niefortunnym  wypadku  z  żabą,  a  potem,  oczywiście,  natychmiast 
sprawdziłem,  co  się  stało  z  Gwendolina  i  pozostałymi  siedmioma  dziewczynkami.  Gwendolina 
znalazła  się  w  swoim  żywiole.  A  Jennifer,  która  przyszła  po  Romillii,  jest  równie  twarda  jak 
Gwendolina  i  zawsze  chciała  być  sierotą;  podczas  gdy  królowa  Karolina,  którą  zastąpiła 
Gwendolina, cierpiała podobnie jak Romillia i już trzy razy uciekała. To samo dotyczyło pozostałej 
piątki. Wszystkie znacznie poprawiły swoje położenie... może oprócz ciebie. 

Janet odjęła chusteczkę od twarzy i spojrzała na Chrestomanciego z wielkim oburzeniem. 
-  Dlaczego pan mi nie powiedzia ł, że pan wie?! Wcale bym się pana nie bała! I nie uwierzy 

pan,  w  jakie  kłopoty  Kot  się  przez  to  wpakował,  już  nie  wspominając,  że  jestem  winna  pana 
Blablamowi  dwadzieścia  funtów  i  nie  znam  tutejszej  historii  i  geografii!  Tu  nie  ma  się  z  czego 
ś

miać! - dodała, kiedy niemal wszyscy wybuchnęli śmiechem. 

-    Przepraszam  -  powiedział  Chrestomanci.  -  Wierz  mi,  była  to  jedna  z  najtrudniejszych 

decyzji, jakie musiałem podjąć w życiu. Ale kto to jest pan Blablam, u licha? 

-  Pan Baslam - wyjaśnił niechętnie Kot. - Gwendolina kupiła od niego trochę smoczej krwi i 

nie zapłaciła. 

-  Liczy sobie skandalicznie drogo - zauważyła Millie. - Zresztą to nielegalne. 
-    Jutro  pójdę  z  nim  porozmawiać  -  odezwał  się  Bernard  ze  swojego  hamaka.  -  Chociaż  on 

pewnie zniknie do tej pory. Wiedział, że mam go na oku. 

-  Dlaczego to była trudna decyzja? - zapytała Chrestomanciego Janet. 
Chrestomanci rzucił smokowi kość z kurczęcia i powoli wytarł palce w chusteczkę ze złotym 

C  wyhaftowanym  w  rogu.  W  ten  sposób  zyskał  pretekst,  żeby  odwrócić  się  do  Kota  i  zagapić 
roztargnionym wzrokiem w powietrze nad jego głową. Kot już dawno zdążył się przekonać, że im 
bardziej roztargniony wydaje się Chrestomanci, tym bardziej w rzeczywistości jest skupiony. 

-  Z powodu Kota. Byłoby nam znacznie łatwiej, gdyby Kot się złamał i wyznał komuś, co się 

stało. Daliśmy mu mnóstwo okazji. Ale ciągle trzymał język za zębami, więc myśleliśmy, że może 
jednak znał zakres swojej mocy. 

-  Ale ja nie znam - zaprotestował Kot. 
Janet, która wyraźnie poweselała, odkąd pozwolono jej zadawać pytania, powiedziała: 
-  Myślę, że pan popełnił błąd. Oboje tak się przeraziliśmy, że weszliśmy do tego ogrodu i o 

mało nie zabiliśmy pana i Kota. Powinien pan być z nami szczery. 

-  Mo że - mruknął Chrestomanci i w zamyśleniu obrał banana, wciąż odwrócony do Kota. - 

Zazwyczaj  jesteśmy  aż  nadto  godnymi  przeciwnikami  dla  ludzi  pokroju Nostrumów.  Wiedziałem, 
ż

e coś knują za pośrednictwem Gwendoliny, i myślałem, że Kot też wiedział... przepraszam, Kocie. 

Nie  trzymałbym  tutaj  Gwendoliny  ani  przez  chwilę,  gdybyśmy  nie  potrzebowali  ciebie. 
Chrestomanci  musi  być  czarodziejem  z  dziewięcioma  żywotami.  Nikt  inny  nie  jest  wystarczająco 
silny na to stanowisko. 

-  Stanowisko? - powtórzyła Janet. - Więc to nie jest dziedziczny tytuł? 
Pan Saunders zaśmiał się i również rzucił kość smokowi. 
-  Wielkie nieba, skąd! Wszyscy tutaj pracujemy dla rządu. Praca Chrestomanciego polega na 

pilnowaniu,  żeby  tym  światem  nie  rządziły  wyłącznie  czarownice.  Zwykli  ludzie  też  mają  swoje 
prawa. I musi pilnować, żeby czarownice nie dostały się do światów, gdzie jest mało magii, bo tam 
siałyby zniszczenie. To ciężka praca. A my jesteśmy personelem pomocniczym. 

-    Potrzebnym  mu  jak  dwie  lewe  nogi  -  dorzucił  Bernard,  wykręcając  się  w  hamaku,  bo 

próbował zjeść galaretkę. 

-  Och, daj spokój! - zawołał Chrestomanci. - Gdyby nie wy, dzisiaj byłoby po mnie. 
-    Dziwię  się,  w  jaki  sposób  znalazłeś  drugiego  Chrestomanciego  -  rzekł  Bernard,  zbierając 

łyżką galaretkę z kamizelki. - My tylko kręciliśmy się w kółko. 
-  Niełatwo znaleźć czarodziejów o dziewięciu żywotach -wyjaśnił Chrestomanci na użytek Janet. - 
Po pierwsze, trafiają się bardzo rzadko, a po drugie, muszą użyć swojej mocy, żebyśmy mogli ich 
znaleźć.  A  Ko,t  nie  używał.  Już  myśleliśmy,  żeby  sprowadzić  kogoś  z  innego  świata,  kiedy  Kot 

background image

110 

przypadkiem wpadł w ręce jasnowidzącej. Nawet wtedy wiedzieliśmy tylko, gdzie on jest, nie kim 
jest.  Nie  miałem  pojęcia,  że  to  Eryk  Chant  czy  w  ogóle  jakiś  mój  krewny...  chociaż  powinienem 
pamiętać,  że  jego  rodzice  byli  kuzynami,  co  podwaja  szansę  na  czarodziejski  talent  u  dzieci.  I 
muszę wyznać, że Frank Chant napisał do mnie, że jego córka jest czarownicą i chyba wykorzystuje 
młodszego  brata.  Wybacz  mi,  Kocie.  Nie  odpowiedziałem  na  ten  list,  ponieważ  twój  ojciec 
zachował  się  grubiańsko,  kiedy  zaofiarowałem  się  dopilnować,  żeby  jego  dzieci  urodziły  się 
pozbawione magii.

 

 

-  Tym lepiej, że był grubiański - mruknął Bernard. 
-  Więc o tym były listy? - zapytał Kot. 
-  Nie rozumiem, dlaczego nic pan nie powiedział Kotu - upierała się Janet. - No, dlaczego? 
Kot widział, że Chrestomanci ma się na baczności, bo wciąż wyglądał na roztargnionego. 
-    Dlaczego? Pamiętaj,  że  znaliśmy  się  od  niedawna.  Kot  sprawiał  wrażenie,  że  w  ogóle  nie 

posiada  mocy.  Natomiast  jego  siostra  rzucała  czary  znacznie  przekraczające  jej  własne  zdolności. 
Robiła to, nawet kiedy odebrano jej moc. Co miałem myśleć? Czy Kot wie, co robi? Jeśli nie wie, 
to dlaczego? A jeśli wie, do czego zmierza? Kiedy  Gwen-dolina się przeniosła i nikt nawet o tym 
nie wspomniał, miałem nadzieję, że uzyskam jakieś odpowiedzi. Ale Kot wciąż nic nie robił... 

-  Jak to nic? - sprzeciwiła się Janet. - Graliśmy w kasztany i on ciągle powstrzymywał Julię. 
-  Tak, a ja nie wiedziałam, co się dzieje - przyznała Julia, nieco zawstydzona. 
Kot poczuł się urażony i zmieszany. 
-  Dajcie mi spokój! - powiedział i wstał. 
Wszyscy,  nawet  Chrestomanci,  zamarli  w  napięciu.  Wszyscy  oprócz  Janet,  która  się  nie 

liczyła, ponieważ nie była przyzwyczajona do magii.  Kot z trudem powstrzymywał się od płaczu, 
co bardzo go krępowało. 

-  Nie musicie się ze mną obchodzić jak z jajkiem! - powiedział. - Nie jestem dzieckiem i nie 

jestem głupi. Boicie się mnie wszyscy, prawda? Nic mi nie mówiliście i nie karaliście Gwendoliny, 
bo  się  baliście,  że  zrobię  coś  okropnego.  A  ja  nic  nie  zrobiłem.  Nie  umiem.  Nie  wiedziałem,  że 
mogę. 

-  M ój kochany, po prostu nikt nie miał pewności - odezwała się Millie. 
-    No,  teraz  macie  pewność!  -  zawołał  Kot.  -  Wszystko  robiłem  przez  pomyłkę,  jak  w  tym 

ogrodzie... I zmieniłem Eufemię w żabę, chociaż nie wiedziałem, że to ja. 

-  Nie martw się tym, Eryku - odezwała się Eufemia, która siedziała obok Willa Sugginsa.  - 

Trochę się zdenerwowałam, ale wiem, że czarodzieje różnią się od nas, czarownic. I porozmawiam 
z Mary. Przyrzekam. 

-  Porozmawiaj też z Willem Sugginsem, skoro o tym mowa <•+ wtrąciła Janet. - Bo on zaraz 

zmieni Kota w żabę, żeby się zemścić. 

Eufemia spojrzała na Willa. 
-  Co takiego?! - zawołała. 
-  O co chodzi, Will? - zapytał Chrestomanci. 
-  Rzuciłem na niego urok... na trzecią godzinę, proszę pana -wyznał lękliwie Will - jeśli nie 

spotka się ze mną. Myślałem, że stchórzy, bo ja będę pod postacią tygrysa. 

Chrestomanci wyjął duży złoty zegarek. 
-  Hm. Już prawie pora. Nie gniewaj się, Will, ale niemądrze postąpiłeś. Spróbuj doprowadzić 

sprawę  do  końca.  Zmień  Kota  w  żabę  albo  siebie  w  tygrysa,  albo  jedno  i  drugie.  Nie  będę 
przeszkadzał.

              

Will Suggins podniósł się ociężale i stanął naprzeciwko Kota z taką miną, jakby wolał znaleźć 

się daleko stąd. 

-  Niech ciasto działa - powiedział. 
Kot wciąż był taki rozżalony i nieszczęśliwy, że zastanawiał się, czy nie zmienić się w żabę. 

Albo w pchłę. Ale jedno i drugie wydawało się głupie. 

-  Czemu nie zmienisz się w tygrysa? - zaproponował. 

background image

111 

Jak się spodziewał, Will Suggins stworzył pięknego tygrysa, o długim, gładkim, ostro pręgowanym 
grzbiecie.  Ciężko  stąpał  po  zboczu,  ale  jego  łapy  poruszały  się  tak  płynnie  w  fałdach  jedwabistej 
skóry, że wydawał się niemal lekki. Sam jednak zepsuł efekt, kiedy niespokojnie potarł łapą wielki 
koci  pysk  i  spojrzał  prosząco  na  Chrestomanciego.  Chrestomanci  tylko  się  roześmiał.  Smok 
podreptał  po  zboczu,  żeby  obejrzeć  nowe  zwierzę.  Will  Suggins  tak  się  przestraszył,  że  stanął  na 
tylnych łapach, żeby uciec przed,smokiem. To zachowanie tak bardzo nie pasowało do tygrysa, że 
Kot od razu zmienił go z powrotem w Willa Sugginsa. 

-  Nie był prawdziwy? - zapytał smok. 
-  Nie! -jęknął Will Suggins, ocierając twarz rękawem. - No dobrze, chłopcze, wygrałeś. Jak 

to zrobiłeś tak szybko? 

-    Nie  wiem  -  odparł  przepraszająco  Kot.  -  Naprawdę  nie  mam  pojęcia.  Dowiem  się,  kiedy 

pan mnie nauczy magii? - zapytał pana Saundersa. 

Pan Saunders lekko się speszył. 

-  No..... 

-    Nie,  Michaelu  -  odezwał  się  Chrestomanci  -  to  właściwa  odpowiedź.  To  jasne,  że  magia 

elementarna  niewiele  mu  da.  Sam  będę  musiał  cię  uczyć,  Kocie,  i  zaczniemy  od  zaawansowanej 
teorii. Zaczynasz tam, gdzie większość ludzi rezygnuje. 

-  Ale dlaczego on nie wiedział? - nie ustępowała Janet. - Zawsze się złoszczę, kiedy czegoś 

nie wiem, teraz złoszczę się wyjątkowo, bo to tak dręczy Kota. 
-    Taka  już  jest  natura  magii  czarodziejów  -  stwierdził  Chrestomanci.  -  Mnie  też  spotkało  coś 
podobnego. Nie umiałem czarować. Nic a nic. Ale odkryli, że mam dziewięć żywotów... traciłem je 
w takim tempie, że nie mogli tego przeoczyć i powiedzieli mi, że kiedy dorosnę, zostanę następnym 
Chrestomancim,  co  mnie  absolutnie  przeraziło,  bo  nie  potrafiłem  rzucić  najprostszego  zaklęcia. 
Więc  posłali  mnie  do  nauczyciela,  okropnie  groźnego  starca,  który  miał  wykryć,  na  czym  polega 
kłopot.  A  on  tylko  na  mnie  spojrzał  i  warknął:  „Opróżnij  kieszenie,  Chant!"  Posłuchałem.  Za 
bardzo się bałem, żeby nie posłuchać. Wyjąłem srebrny zegarek, pensa i sześciopensówkę, srebrny 
amulet ód matki chrzestnej, srebrną szpilkę, którą zapomniałem wpiąć do krawata, i srebrny aparat, 
który  powinienem  nosić  na  zębach.  I  jak  tylko  je  odłożyłem,  zacząłem  robić  naprawdę 
zdumiewające rzeczy. Jak pamiętam, zerwałem dach z domu nauczyciela. 

-  Więc to prawda ze srebrem? - zapytała Janet. 
-  Dla mnie tak - oświadczył Chrestomanci. 
-    Tak,  kochane  biedactwo  –  uœmiechnęła  się  do  niego  Millie.  -To  taka  niewygoda  z 

pieniędzmi. On może brać do ręki tylko banknoty funtowe i miedziaki. 

-    Musi  nam  wypłacać  kieszonkowe  pensówkami,  jeśli  Michael  nie  ma  drobnych  -  dodał 

Roger. - Wyobraź sobie sześćdziesiąt pensówek w kieszeni. 

-  Najgorzej jest przy posiłkach - podjęła Millie. - On nie może nic zrobić z nożem i widelcem 

w rękach... a Gwendolina wyprawiała okropne rzeczy przy kolacji. 

-    Przecież  to  głupota!  Dlaczego  nie  używacie  sztućców  z  nierdzewnej  stali?  -  zdziwiła  się 

Janet. 

Millie i Chrestomanci wymienili spojrzenia. 
-  Nigdy o tym nie pomyślałam! - wykrzyknęła Millie. - Janet, moja kochana, jak dobrze, że 

tutaj zostajesz! 

Janet spojrzała na Kota i parsknęła śmiechem. A Kot, chociaż wciąż czuł się trochę samotny i 

rozżalony, również zdołał się uśmiechnąć.