background image

JUSTINE DAVIS

Odnaleziony tatuś

Tytuł oryginału: Found Father

Przekład: Jolanta Januć

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

-  Jak ci się wydaje, Cross, co tu robisz? Za wysokie progi na twoje nogi.
Tak mruczał do siebie Devlin Cross, mijając rząd luksusowych samochodów i 

wstępując na szerokie schody, wiodące do domu senatora stanu Kalifornia, Harlana 
Spencera.

Wzruszył ramionami. Przynajmniej nie miał kłopotu z wybraniem odpowiedniego 

stroju. Ciemny garnitur był jedynym, który nadawał się do włożenia, gdy trzeba było 
upodobnić się do ludzi znajdujących się po drugiej stronie ciężkich, dębowych drzwi. 
Choć przedsiębiorstwo Deva nieźle prosperowało, on sam nie wyszedł jeszcze na 
prostą i nie było go stać na drogie garnitury i jedwabne krawaty.

Zresztą   nie   miał   ochoty   iść   na   to   przyjęcie.   Jeśli   jego   strój   nie   spodoba   się 

gospodarzom, niech wyrzucą go za drzwi; z pewnością nie złamie mu to serca. 
Jedynym   powodem,   dla   którego   tu   się   znalazł,   był   popełniony   błąd:   na   pytanie 
Franka Masona, czy robi coś dziś wieczorem, odpowiedział „nie".

-   Senator lubi ludzi twojego pokroju - powiedział jego obecny szef. - Młodych, 

przedsiębiorczych, posiadających własne firmy, dynamicznych. Właśnie to na niego 
działa: Amerykański Sen.

Tak, pomyślał ponuro Dev. Jestem uosobieniem amerykańskiego snu. Z tym, że 

w moim przypadku ten sen to koszmar.

Drzwi   otworzyły   się   niemal   natychmiast.   Odźwierny,   pomyślał   Dev   z 

rozbawieniem. Jak słowo daję, odźwierny. To rzeczywiście za wysokie progi.

W   pokoju   rozbrzmiewała   wesoła   muzyka   i   gwar   rozmów.   Kelner   roznosił 

szampana.   Zanim   Dev   zdążył   zaprotestować,   już   trzymał   lampkę   w   dłoni. 
Pożałował, że nie przyjechał sam. Mógłby wyjść wcześnie, nie zwracając niczyjej 
uwagi.

Zauważył,   że   Mason   podszedł   do   wysokiej   blondynki   w   czarno-białej   sukni. 

Przylegający materiał podkreślał szczupłą sylwetkę. Włosy miała upięte w misterny, 
francuski   kok.   Na   moment   w   myślach   Deva   pojawił   się   obraz   błyszczących, 
niebieskich oczu pod potarganymi, krótkimi blond włosami, spłowiałymi od słońca.

Był zaskoczony, gdy Mason przywołał go gestem. Usłyszał koniec zdania:
-  ...nikogo tu nie zna, więc zajmij się nim, dobrze, skarbie?
-  Oczywiście, Frank.
Kobieta odwróciła się, spojrzała na niego i Dev omal nie upuścił kieliszka. Przez 

sekundę myślał, że musi się mylić. Kiedy jednak zobaczył jej szeroko otwarte oczy i 
lekko   rozchylone   wargi,   wiedział   już,   że   to   prawda.   Koszmarna,   łamiąca   serce 
prawda.

Instynktownie postąpił krok w stronę zjawiska w lśniącej sukni. W tej samej chwili 

zauważył   zmianę.   Kobieta   przywołała   na   twarz   uprzejmy,   pozbawiony   wyrazu 
uśmiech. Chwila zaskoczenia i rozpoznania mogła nie mieć miejsca.

-  Dev Cross - przedstawił go Mason. - Dev, oto Megan Spencer, córka senatora.
Dev nie mógł wykrztusić słowa. Megan nie miała takich problemów.
-   Panie Cross - powiedziała z królewskim skinieniem głowy. Ton jej głosu był 

doskonałą   kombinacją   uprzejmości   i   dystansu   -   tak   zwraca   się   gospodarz   do 
gościa. I do obcego.

background image

-  Panno... Spencer? - Choć Dev odzyskał zdolność mówienia, nie potrafił ukryć 

zaskoczenia.

-  Tak - potwierdziła. - Widzę, że ma pan już szampana... panie Cross. Bufet jest 

tam,   proszę   się   czymś   poczęstować.   Och,   Cynthio,   witaj.   -   Zatrzymała 
przechodzącą   kobietę,   platynową   blondynkę   o   raczej   drapieżnym   wyglądzie.   - 
Poznaj pana Crossa. Przyszedł z panem Masonem i jest tu po raz pierwszy, więc... 
zabaw go, dobrze, kochanie? Muszę zajrzeć do kuchni i dopilnować deseru.

-     Witaj   -   zamruczała   Cynthia,   obrzucając   wzrokiem   wysoką,   muskularną 

sylwetkę Deva.

Obdarzył   ją   cokolwiek   nieprzytomnym   spojrzeniem,   zauważając   jedynie 

sztuczność   odcienia   jej   włosów,   szczególnie   w   porównaniu   z   miodowozłotym 
kolorem loków kobiety, która właśnie znikała za drzwiami. Dopiero kiedy uświadomił 
sobie, że Frank Mason patrzy na niego ze zdziwieniem, zwrócił uwagę na parę 
stojącą przed nim.

-  No proszę - rzucił Mason z zaciekawieniem. - Pierwszy raz widziałem Megan 

w stanie przypominającym zdenerwowanie.

-  Sądzę, że każdy nieoczekiwany gość może wywołać taką reakcję - stwierdził 

Dev z wymuszonym spokojem.

-  Och, Megan naprawdę jest w tym dobra - mruknęła Cynthia. Jej ton sugerował, 

że są rzeczy, w których gospodyni jest do niczego. - Powiedz mi, Dev... Mogę cię 
tak nazywać?

Tłumiąc westchnienie, Dev skinął głową. Jego spojrzenie powędrowało do drzwi.
-     Od   jakiegoś   imienia   pochodzi   to   zdrobnienie?   Od   Devereaux   czy   innego, 

równie romantycznego?

-     Nazywam   się   Devlin.   Mam   imię   zupełnie   pozbawione   romantyzmu.   - 

Kłamstwo,   pomyślał.   Czasami,   we   właściwych   ustach,   to   imię   brzmiało 
romantycznie jak cholera.

-  Och, uważam, że jest romantyczne!
-     Ach,   te   kobiety   -   zawołał   Mason   ze   śmiechem.   -   Zawsze   mają   głowę   w 

chmurach, kiedy w pobliżu jest dobrze wyglądający og... hmm, mężczyzna.

-     Ale   nie   Megan   -   dorzuciła   Cynthia   zbyt   słodkim   tonem.   -   To   najbardziej 

zrównoważona osoba, jaką znam. Elegancka, opanowana, doskonała kobieta. W jej 
naturze nie ma ani odrobiny romantyzmu.

Dev skrzywił się lekko. Cynthia wyraźnie działała mu na nerwy.
-   A więc - mruczała Cynthia - nigdy przedtem nie byłeś w Aliso Beach. Czy 

twojej żonie podoba się tu? Może mogłabym ją oprowadzić po sklepach?

-     Nie   -  warknął,   nie  udzielając   wyjaśnień.   Później  zwrócił   się  do  Masona.   - 

Chciałeś przedstawić mnie Spencerowi?

-  Jasne. Chodź, synu.
-  Proszę nam wybaczyć - powiedział Dev do naburmuszonej Cynthii i odszedł z 

Masonem.

Megan weszła do biblioteki i przekręciła klucz drżącymi palcami. Serce biło jej 

tak mocno, że miała wrażenie, iż jego stukot rozlega się w całym pomieszczeniu. 
Westchnęła głęboko i przycisnęła palce do skroni.

Dlaczego tutaj, jęknęła w duchu. Dlaczego teraz?
Nie bądź głupia,  odpowiedziała sobie, inna pora czy inne  miejsce nie byłyby 

3

background image

lepsze. Miała nadzieję i nawet  modliła się o to, żeby nigdy więcej nie zobaczyć 
Deva Crossa; gdyby jednak miało to nastąpić, nie sądziła, że miejscem spotkania 
może być jej własny dom.

Co, u diabła, tu robił? Musiał być osobą, którą w ostatniej chwili zaprosił Frank 

Mason   -   kimś   zaangażowanym   w   projekt   Gold   Coast.   Zgodziła   się   na   to,   gdyż 
umiejętność radzenia sobie ze zmianami dokonywanymi w ostatniej chwili napawała 
ją dumą.

Nie wiedziała, jak długo stała oparta o drzwi biblioteki, zanim odzyskała spokój. 

Muszę wrócić na przyjęcie, pomyślała. Wystarczająco długo kryła się przed światem 
z powodu Devlina Crossa. Wyprostowała się. Wróci na przyjęcie i jeśli go znów 
zobaczy, będzie udawała, że nic to dla niej nie znaczy; że zaledwie go pamięta. Za 
nic w świecie nie da mu poznać, jak bardzo zranił głupią dziewczynę, którą kiedyś 
była.

-  Megan?
Obróciła się, kosmyk włosów wysunął się z koka.
-  Och! Przestraszyłeś mnie.
-  Przepraszam, kochanie. - Wysoki mężczyzna, po którym odziedziczyła mocno 

zarysowany   podbródek,   wszedł   do   pomieszczenia   przez   drzwi   wiodące   do   jego 
biura. - Ktoś mi powiedział, że tu jesteś, a drzwi są zamknięte. Dobrze się czujesz?

-  Tak, tatusiu. Po prostu... boli mnie głowa.
-  Wzięłaś aspirynę? 
-  Zaraz wezmę.
-   Za dużo pracowałaś, prawda? To przyjęcie i w dodatku tekst przemowy na 

bankiet.

-  Nic mi nie jest.
-  Musisz trochę odpocząć.
-  Zrobię to, kiedy już wszystko będzie załatwione.
-  Megan, co bym zrobił bez ciebie?
-     Przygotowywałbyś   wszystko   sam.   Odbierał   swoje   telefony.   Pisał   swoje 

przemowy.   Podawał   hot   dogi   elicie   Orange   County.   Wynajął   grafologa   do 
odcyfrowywania swoich notatek...

-  Już dobrze - rzucił ze śmiechem. - Rozumiem. Zawsze twierdziłem, że jesteś 

niezastąpiona.

Nie, pomyślała z goryczą. Kiedyś powiedziałeś, że jestem naiwnym dzieckiem. 

Odeszłam,   żeby   ci   udowodnić,   iż   się   mylisz.   Udało   mi   się   jedynie   dowieść,   że 
miałeś całkowitą rację.

Z wysiłkiem odsunęła to wspomnienie i powiedziała z uśmiechem:
-     Poza   dniem,   kiedy   w   wieku   czternastu   lat   udało   mi   się   wrzucić   piłkę 

baseballową przez okno do twojego nowego samochodu.

Przytulił ją gwałtownie.
-  Jesteś niezastąpiona. I zawsze byłaś, nawet wtedy.
-     Kocham   cię,   tatusiu   -   powiedziała   nagle,   jakby   zawstydziła   się   z   powodu 

niedawnych myśli. Wiedziała, że nigdy nie chciał jej zranić, i nie mogła go winić za 
to, iż miał rację.

-   Ja też cię kocham, skarbie. - Cofnął się i spojrzał na nią. - Kochanie, tak 

background image

bardzo przypominasz dziś mamę.

Wzrok   Megan   spoczął   na   portrecie   wiszącym   nad   kominkiem.   Uśmiechnięta 

kobieta   wyglądała   prześlicznie   i   choć   Megan   widziała   podobieństwo   w   kolorze 
włosów i błyszczących, niebieskich oczu, zauważała także różnice. Delikatne usta 
Catherine Spencer nigdy nie zaciskały się ze złości, a jej doskonały nos nie miał 
zadartego czubka, który codziennie witał Megan, gdy rano patrzyła w lustro. Poza 
tym w jej spojrzeniu nie było cynizmu. Jednak Megan wiedziała, że ojciec rzucił te 
słowa jako komplement, i spróbowała przyjąć je z wdzięcznością.

-  Dziękuję, tatusiu. Ty też wyglądasz imponująco. - Poprawiła mu krawat, tak jak 

zawsze robiła to jej matka.

-     Lepiej   wrócę   do   gości   -   powiedział   z   niechęcią.   -   Frank   Mason   chce   mi 

podziękować.

-  Słusznie, przecież poparłeś go na spotkaniu Coastal Commission. Wiesz, że 

gdyby nie ty, jego projekt długo czekałby na akceptację.

-     W   końcu   by   przeszedł,   kiedy   wreszcie   Mason   zrezygnował   z   pomysłu 

prywatnych   terenów  golfowych  na  rzecz parku stanowego.   On  będzie  miał swój 
hotel, a komisja inne rzeczy, które chce mieć: dostęp do plaży, dużo przestrzeni i 
małe zagęszczenie. Nie chcemy, aby ten teren zaczął przypominać plażę Waikiki. - 
Uśmiechnął się cokolwiek kwaśno. - Jednak jego wdzięczność mogę przyjmować w 
małych porcjach.

-  Faktycznie potrafi mówić. 
Ojciec zachichotał.
-  Kochanie, twoja powściągliwość jest godna podziwu! Wiem, że tak naprawdę 

nigdy cię nie obchodził.

-  Nie interesuje mnie, czy pracuje dla nas, czy nie - poprawiła go. Przerwała i po 

chwili odezwała się pełnym wahania tonem: - Poznałeś już... jego gościa?

-  Crossa? Wygląda na miłego młodego człowieka. Solidnego, może tylko trochę 

zbyt   opanowanego.   Jego   przedsiębiorstwo   cieszy   się   doskonałą   reputacją.   To 
korzystne, że na naszym terenie zaczynają działać takie kompanie.

Megan wstrzymała oddech.
-  Na naszym terenie? 
Harlan skinął głową.
-     Kilka   miesięcy   temu   Cross   otworzył   drugie   biuro   tutaj,   w   Aliso   Beach.   - 

Uśmiechnął się. - Musi mu się nieźle powodzić, skoro go na to stać. Frank mówił, że 
jego partner kieruje biurem w San Diego. Projekty z Mason Development powinny 
dać   pracę   firmie   geologicznej   na   dłuższy   czas.   Realizacja   projektu   Gold   Coast 
zajmie im kilka miesięcy.

Megan   poczuła   przyspieszone   bicie   serca.   Dev   był   tu   już   od   kilku   miesięcy. 

Mieszkał w tym samym mieście, jeździł tymi samymi ulicami, oddychał tym samym 
powietrzem...

-  Megan, skarbie, na pewno dobrze się czujesz? Jesteś strasznie blada.
-  Myślę, że położę się na minutę lub dwie. Jestem naprawdę zmęczona.
Było to tak nietypowe wyznanie, że Harlan nie zapytał nawet o przyczyny.
-  W porządku, o nic się nie martw. Kelnerzy mogą zająć się wszystkim.
Wyszedł po dłuższej chwili, gasząc światło. Megan westchnęła ciężko i leżała w 

ciemności, patrząc w sufit.

5

background image

Devlin. T u t a j. O Boże.
Czuła   się   jak   rozbitek   na   kamienistym   brzegu,   bezradnie   przyglądający   się 

nadchodzącemu przypływowi.  Gdzieś z ciemnych zakamarków umysłu  napłynęła 
fala wspomnień.

Dev. Wyglądał tak samo, a jednak inaczej. Ciemnobrązowe włosy nadal miały 

jasne pasemka od przebywania na słońcu, ciągle był opalony z powodu pracy na 
powietrzu. Był też tak samo wysoki - patrząc na niego musiała zadzierać głowę. 
Mimo   to   teraz   wydawał   się   tęższy,   bardziej   muskularny,   jakby   przybyło   mu   na 
wadze, co zawsze sugerowała mu w dawnych czasach. Największa zmiana jednak 
zaszła   w   jego   oczach.   Zniknął   mroczny,   ponury   wyraz,   który   tak   ją   niepokoił. 
Zastąpiło go dziwne zmęczenie.

Kiedyś   zdawało   jej   się,   że   nic   nie   może   być   gorszego   niż   ten   pusty, 

zdesperowany wzrok. Poruszył jej młode, niewinne serce, jeszcze zanim wiedziała, 
kim jest. Zobaczyła go po raz pierwszy i jego orzechowe oczy wypaliły w jej sercu 
głębokie, bolesne piętno.

Doskonale to pamiętała, tę chwilę zatrzymaną w czasie. Omal nie rozlała kawy 

na stół,  gdy na nią  spojrzał,  uśmiechając się mimo wyczerpania,  widocznego  w 
cieniach pod oczami i w zmarszczkach, na które był zbyt młody.

Z   trudem   zapisała   jego   zamówienie,   zafascynowana   niskim,   głębokim   tonem 

jego   głosu   i   ostrymi   rysami   twarzy.   Kiedy   poszła   do   kuchni,   aby   przekazać 
zamówienie   kucharzowi,   udało   jej   się   złapać   Felice   szefową   kelnerów,   która 
pracowała w tej restauracji znacznie dłużej niż Megan...

-  Dev? - Kobieta natychmiast spojrzała w stronę stolika w kącie, oddalonego od 

innych. - To stały klient, przychodzi tu od kilku lat. Po prostu nie było go przez kilka 
tygodni.   -   Rzuciła   Meg   kpiące   spojrzenie.   -   Niezły   towar,   prawda?   Jesteś 
zainteresowana?

-  Nie - odpowiedziała pospiesznie Meg. - Po prostu... wygląda...
-  Wiem. Wygląda na zmęczonego. Jest za chudy, musi mieć za wiele obciążeń. 

Za   dużo   na   barkach,   zresztą   szerokich.   Na   twarzy   też   nie   jest   brzydki.   Silna 
szczęka, duże usta. Chcesz, żebym cię przedstawiła?

Megan zaczerwieniła się.
-  Nie... po prostu zastanawiałam się. Poza tym jest dla mnie trochę za stary, nie 

sądzisz?

Felice zachichotała.
-     Wiem,  że  masz  dziewiętnaście  lat,   ale  nie   zmuszaj  mnie,   abym   czuła  się 

starzej.   I   nie   daj   się   oszukać   jego   oczom.   Prawdopodobnie   jest   niewiele   po 
trzydziestce.

Megan  zerknęła  przez ramię. Mężczyzna  pochylał   się nad jakimiś papierami, 

rozłożonymi   na   stoliku.   Kiedy   nie   było   widać   jego   oczu,   wyglądał   młodziej. 
Pomyślała, że może dzieje się tak dzięki gęstym, brązowym włosom albo mocnej, 
muskularnej szyi.

-  Zawsze tak robi? Siada w kącie i pracuje?
-  Tak. Przynosi ze sobą jakieś wykresy, obliczenia i tabele, ale nie wiem, czym 

się   zajmuje.   -   Wzruszyła   ramionami.   -   Nigdy   go   nie   pytałam.   On   nie   jest   zbyt 
rozmowny, a ja nie lubię się narzucać.

-   Trudno byłoby się narzucać komuś, kto ma takie oczy - powiedziała cicho 

Megan.

background image

Od   tamtego   dnia   po   raz   pierwszy   od   rozpoczęcia   pracy   w   małej   restauracji 

Megan odkryła, że wybiera się tam z czymś więcej niż tylko determinacją. Przedtem 
chciała pokazać ojcu i Felice, iż nie jest rozpieszczonym dzieckiem, które nie potrafi 
pracować. Teraz codziennie zastanawiała się, czy Dev przyjdzie, czy spojrzy na nią 
i obdarzy uśmiechem, czy w jego zmęczonych, zapadniętych oczach zajdzie jakaś 
zmiana.

Złapała się na tym, że myśli o nim nawet na uczelni. Ustawiła sobie zajęcia tak, 

aby mieściły się w dwóch dniach i pozwalały jej pracować  trzy dni w tygodniu i 
weekendy.   W   związku   z  tym   siedziała  na  wykładach   i  ćwiczeniach   od  świtu   do 
późnej nocy i zwykle nie miała czasu na rozmyślenia. A jednak nieznajomy wkradł 
się   w   jej   myśli.   Kiedy   pewnego   popołudnia,   nalewając   mu   kawę,   zerknęła   na 
rozłożone na stole papiery, przez chwilę miała wrażenie, że mylą jej się dwa światy.

-  Coś nie tak?
-  Czy to... profil gruntu? Wydawało się, że jest zaskoczony.
-  Tak. Próbka rdzenia.
-  Och - odetchnęła z ulgą. - Myślałam, że mam przywidzenie.
-  Akurat przekroju rdzenia? - spojrzał na nią kpiąco.
-  Mam właśnie zajęcia z geografii fizycznej. Uśmiechnął się ze zrozumieniem.
-  Za dużo nauki zeszłej nocy?
Nie odpowiedziała od razu. Jego uśmiech w tej chwili był naturalny,  zupełnie 

niepodobny do tego, jakim obdarzał ją, kiedy codziennie nalewała mu kawę.

-     Za   dużo   nauki   i   za   mało   zrozumienia   tematu   -   odpowiedziała   wreszcie, 

odwzajemniając uśmiech.

-  Gdzie się uczysz?
-  W UCSD.
-  Uniwersytet Kalifornijski San Diego? Ja też tam studiowałem.
Zerknęła na stertę papierów na stoliku.
-  Ciągle odrabiasz pracę domową?
Spojrzał   na   papiery,   a   potem   na   nią.   Widziała   drżenie   kącików   jego   ust.   A 

później niespodziewanie roześmiał się. Megan poczuła dreszcz. Zdawało się, że 
mężczyznę także zaskoczył ten śmiech.

-  Niech zgadnę. Profesor Eckert?
-  Chcesz powiedzieć, że nie tylko nade mną się znęca? Zawsze taki był?
-  Powiedzmy, że on ma... wysokie wymagania.
-   Jestem artystką, a nie kamieniarzem. - Westchnęła ponuro. - Nie byłoby tak 

źle,   gdybym   rozumiała   przynajmniej   połowę   z   tego,   co   on   mówi.   Ale   zanim 
odszukam w słowniku pierwsze użyte przez niego pięciosylabowe słowo, już jestem 
w tyle o trzy nowe. A tego nigdy nie rozumiałam - wskazała diagram.

-  To znaczy, wiem, co to ma być: warstwy czy pokłady ziemi, ale te wszystkie „B 

przechodzi w C"... - Umilkła i niechętnie wzruszyła ramionami.

Mężczyzna znów się uśmiechnął, odwrócił kartkę i Szybko naszkicował coś na 

odwrocie. Przesunął rysunek w stronę Megan i dziewczyna zobaczyła, że jest to 
kolumna podzielona na warstwy różnej grubości.

-  Jesteś artystką, więc myśl o pokładach jak o kolorach - powiedział. Wskazał na 

sam dół. - To jest, powiedzmy, niebieski. Następny być może zielononiebieski, z 
przewagą niebieskiego. Potem też zielononiebieski, ale z przewagą zielonego. Dalej 

7

background image

znajduje się jedynie zielony.

Wpatrywała się w rysunek.
-  Mówisz, że to jest stopniowe? Jak odcienie? Przechodzenie jednego koloru w 

inny?

Skinął głową.
-  Tylko w przypadku gruntu zamiast kolorów dodaje się inne elementy: popiół, 

krzem   i   tak   dalej,   w   zależności   od   klimatu   i   innych   warunków.   I   proszę,   mamy 
przejście.

-  Więc to „A przechodzi w B" oznacza, że grunt A zmienia się w B, a indeks przy 

literze wskazuje, jak daleko posunięta jest zmiana?

-  Albo, jeśli wolisz, niebieski przechodzi w zielony.
-  Przecież... to jasne!
-  Dlatego że nie ma tu pięciosylabowych słów. 
Znów spojrzała na kartkę.
-  Robisz to z własnej woli?
-  Płacą mi za to. Jestem geologiem.
-  Ktoś chyba musi to robić. Chyba nigdy o tym nie pomyślałam. Kto ci płaci?
-  Planiści, architekci, czasem rząd. - Wzruszył ramionami. - Mówią mi, co i gdzie 

chcą zbudować, a ja im mówię, czy grunt to utrzyma.

Zawołano ją do kuchni, aby odebrała gotowe danie, i to uświadomiło jej, jak wiele 

czasu spędziła przy stoliku. Kiedy przyniosła Devowi obiad, spojrzał na nią z troską.

-  Naprawdę masz kłopoty z przedmiotem Eckerta, Meg?
Jej imię było wypisane na plakietce przypiętej do bluzki, ale i tak zdziwiła się, że 

wypowiedział je tak łatwo, jakby mówił jej po imieniu od zawsze.

-  On zniszczy moją średnią ocen.
-  Mógłbym... - Przerwał, spuścił wzrok, wziął do ręki nóż, odłożył go i po chwili 

znów spojrzał na nią. - Mógłbym trochę ci pomóc, jeśli chcesz.

I tak się to zaczęło. Spędzili ze sobą wiele godzin. Dev uczył ją z cierpliwością, 

która   ją   zdumiewała.   Nigdy   nie   miał   jej   za   złe   braku   zrozumienia   czy   tego,   iż 
zapomniała jakiś szczegół z poprzednich zajęć. Po prostu tłumaczył wszystko raz 
jeszcze, podsuwając jej różne sztuczki mnemotechniczne, i po dwóch tygodniach 
nieźle opanowała przedmiot.

Nawet kiedy stało się jasne, że nie potrzebuje już pomocy,  Megan nie miała 

ochoty przerywać tych spotkań. Zdawało się, że on miał podobne odczucia. Coraz 
mniej mówili o geologii, coraz więcej o innych rzeczach. Opowiedział jej o swoim 
życiu studenckim, o pracy i wszystkich miejscach, które w związku z nią zwiedził.

Była zdumiona, iż pomimo częstych spotkań tak niewiele o nim wie. Za każdym 

razem, kiedy udało jej się go rozśmieszyć, był zaskoczony i zastanawiała się, jakie 
życie   prowadził  do  tej  pory,   skoro  tak  rzadko  się  śmieje.   Nie mogła  pozbyć   się 
wrażenia, że jest w potrzasku, ograniczony przez coś, nad czym nie ma kontroli.

Chciała go o to zapytać, prosić, aby pozwolił jej sobie pomóc, tak jak on pomógł 

jej.   Wiedziała   jednak,   że   usłyszy   tylko   uprzejmą   odmowę,   jak   zawsze,   kiedy 
poruszała temat życia osobistego. Było to bolesne, szczególnie po tym, jak sama 
opowiedziała   mu   tak   wiele   o   sobie,   swoich   marzeniach,   nadziejach, 
rozczarowaniach i nawet bólu po stracie matki cztery lata temu. Przytulił ją wtedy po 
raz pierwszy i zadrżał, jakby chciał ją pocieszyć, a zarazem pragnął uciec.

Od   czasu   do   czasu   przychodził   do   jej   małego   mieszkania   na   korepetycje. 

background image

Pierwszego dnia rozejrzał się, przyglądając się rysunkom i szkicom wiszącym na 
ścianach. Niektóre były oprawione, inne nie, część leżała w bezładzie na podłodze. 
Wszystkie były pełne życia.

-  Jesteś dobra.
Powiedział to bez zdziwienia, jakby potwierdzał coś, o czym wiedział wcześniej. 

Meg zmarszczyła nos.

-  Jeszcze nie, ale próbuję. To ma mi przypominać, jak daleko zaszłam..
-  Uda ci się, Meg.
Spojrzała na niego i po raz kolejny zaskoczył ją tęskny wyraz jego oczu.
Dokładnie   pamiętała   noc,   kiedy   przyszedł   pomóc   jej   przygotować   się   do 

egzaminu. Zrozumiała wtedy, co się z nią stało. Serce biło jej jak młotem, czuła falę 
gorąca. Dev musiał widzieć, co się z nią dzieje, ponieważ omal jej nie pocałował. 
Wycofał się w ostatniej chwili.

-  Dev...?
-  Przepraszam, Meg.
-  Nie, proszę. - Wstrzymała oddech, gdy ujrzała na jego twarzy udrękę.
-  O Boże, Meg -jęknął. - Muszę iść.
Odwrócił się na pięcie i otworzył drzwi. W ostatniej chwili zerknął przez ramię.
-  Wszystko będzie dobrze - rzucił cicho.
Stała za zamkniętymi drzwiami i zastanawiała się, dlaczego te słowa zabrzmiały 

jak pożegnanie.

Później zrozumiała. To było pożegnanie. Mijały dni, a Dev się nie pokazywał. 

Czy coś się stało?

Wreszcie, pod koniec drugiego tygodnia, podjęła decyzję.  Napisała na kartce 

kilka słów: „Dev, dostałam A. Dziękuję. Meg". Szybko, nie chcąc mieć czasu na 
zmianę zdania, napisała na kopercie adres Cross Consulting wyszukany w książce 
telefonicznej,   oznaczyła   ją   jako   „prywatne"   i   wysłała.   Cztery   dni   później,   kiedy 
rozmawiała z Felice pod koniec zmiany, starsza kobieta zamilkła, patrząc ponad jej 
ramieniem.

-  Nie oglądaj się, dziecko. Właśnie idzie twój przystojny nauczyciel. Wygląda na 

trochę zmęczonego.

Wyglądał   okropnie.   Miał   podkrążone   oczy   i   zdawało   się,   że   schudł.   Całości 

dopełniały potargane włosy i jednodniowy zarost. Ubrany był w ciemne spodnie i 
szarą koszulę, w której musiał spać.

Kierował się w stronę szklanych drzwi restauracji. Nagle cofnął się i odszedł. Po 

trzech krokach zawrócił, raz jeszcze zatrzymał się przed drzwiami i odwrócił się do 
nich plecami. Sięgnął na oślep dłonią i oparł się o ścianę.

-  Idź, skarbie - ponagliła ją Felice - zanim przegra tę walkę i odejdzie.
-  Albo wygra i odejdzie - rzuciła. Mimo to wyszła. Stanęła przed nim, przygryzła 

wargi i wzięła głęboki oddech. - Dev?

Drgnął, jakby go uderzyła.
-  Próbowałem, Meg - szepnął.
-  Czego próbowałeś?
-  Trzymać się od ciebie z daleka.
-  Dlaczego, Dev?
-  Ja...

9

background image

-  O co chodzi? Dlaczego nie możesz mi tego wyjaśnić?
Spróbował jeszcze raz, ale nie były to słowa, jakie zamierzał powiedzieć.
-  Dostałem twój list. Gratulacje.
-  To ty zasługujesz na gratulacje. Nie udałoby mi się bez ciebie.
Wzruszył ramionami.
-  Poradziłabyś sobie.
-  Być może, ale nie dostałabym „A". Dziękuję.
-     Cała   przyjemność   po   mojej   stronie.   Chciałem...   pomyślałem,   że   może...   - 

Przesunął   ręką   po   włosach.   -   Miałabyś   ochotę   wybrać   się   gdzieś   i   świętować 
sukces?

Powiedział to z pośpiechem i znów nie wiedziała, czy oznaczało to wygraną, czy 

przegraną walkę.

-  Nie wyglądasz na człowieka, który lubi się bawić.
-  Wiem.
-   Wyglądasz jak człowiek w pułapce albo rozdarty. W jego oczach pojawił się 

ciemny, bolesny błysk.

-  Dać jej medal - mruknął.
Meg czuła się tak, jakby jej serce ściskano obcęgami.
-     Cokolwiek   to   jest,   czy   możesz   się   tego   pozbyć   na   chwilę?   Dev,   proszę, 

odpocznij trochę.

-  A co ja robię, jak ci się wydaje? - rzucił to ochryple i z całą pewnością wbrew 

swej woli. - Kiedy przychodzę i cię widzę? Jesteś jedynym ukojeniem, jakie...

Przerwał i odwrócił się. Meg delikatnie dotknęła jego ramienia.
-  Wiedziałam o tym.
-  Chyba tak. - Wolno potrząsnął głową. - Czasem jesteś taka mądra. Potrzebuję 

tego, Meg. A czasem wydajesz taka młoda, pełna energii...

-  I tego też potrzebujesz - szepnęła.
-  Tak! - syknął, jakby to wyznanie było boleśniejsze niż inne.
-  Dev - szepnęła, nie wiedząc, co robić. Po chwili podeszła do niego i przytuliła 

się. Ku jej zdumieniu on również ją objął.

-   Nie mam prawa  - wyznał łamiącym  się głosem - ale zamierzam to wziąć. 

Wydaje się, że nie mam już wyboru.

Nie wiedziała, co miał na myśli poza tym, że musiało się to wiązać ze sprawami, 

o których nigdy jej nie mówił. To, co go dręczyło, zaczęło się długo przedtem, zanim 
spotkał   Meg.   I   teraz   instynktownie   wiedziała,   że   jednocześnie   udało   jej   się 
wprowadzić w jego życiu zmiany na lepsze i na gorsze.

W tej chwili jednak nic się nie liczyło. Ważne było tylko to, że Dev jej rozpaczliwie 

potrzebuje. Zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo go kocha.

Starała się ze wszystkich sił rozładować jego napięcie. Opowiadała o różnych 

sprawach, wywołując uśmiech na jego twarzy. Nalegała na zamówienie szampana i 
choć   była   za   młoda,   aby   pić,   udało   jej   się   wysączyć   kilka   kropli   z   jego   lampki. 
Pilnowała,   aby ta  cały  czas  była   napełniana.  I  kiedy  zobaczyła,   jak  Dev  obraca 
lampkę, aby móc dotknąć ustami miejsca, którego przed chwilą dotykały jej wargi, 
wiedziała, co nastąpi tej nocy.

Zastanawiała się, czy go uwodzi. W gruncie rzeczy nie obchodziło jej to. Liczył 

background image

się fakt, że z oczu Deva zniknął ponury cień.

W   myślach   Megan   pojawił   się   cień   wspomnienia,   którego   nigdy   nie 

przywoływała. Zerwała się z kanapy. Jeśli chcesz wspominać, pomyślała z goryczą, 
przypomnij sobie następny poranek. Samotne przebudzenie. Świadomość, że po 
słodkim, namiętnym kochaniu się i po tym, jak delikatnie pozbawił cię dziewictwa, 
Devlin Cross wymknął się w środku nocy bez słowa. Pamiętaj, jaka byłaś głupia w 
interpretowaniu tego. Jaka byłaś naiwna, dzwoniąc do jego biura...

-  Cross Consulting.
Pani Harris, pomyślała Meg, przypominając sobie opowiadania Deva.
-  Czy mogę prosić pana Crossa?
-  Niestety, nie ma go w biurze. Chce pani zostawić wiadomość?
-  Czy wie pani, kiedy wróci?
-   Przykro mi, nie potrafię tego przewidzieć. - A potem kobieta o miłym głosie 

powiedziała słowa, które zniszczyły Meg życie. - Jeśli to coś pilnego, mogę podać 
pani jego telefon, chociaż on nie lubi, jak mu się przeszkadza, kiedy jest z żoną.

11

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Dev przyglądał się, jak w blasku wschodzącego słońca ocean zmienia kolor z 

czarnego   na   szary,   potem   na   różowy   i   wreszcie   niebieski.   Przypomniało   mu   to 
lekcje z Meg, kiedy porównywał warstwy gruntu do odcieni barw.

Zadrżał   zarówno   pod   wpływem   porannego   chłodu,   jak   i   wspomnień.   Spędził 

większą część nocy na budowie, wiedząc, iż na sen nie ma większych szans.

Po   pierwszym,   niespodziewanym   spotkaniu   nie   zobaczył   więcej   Meg,   choć 

gdyby   nie   czekał   na   nią,   opuściłby   przyjęcie   znacznie   wcześniej.   Mason   nie 
rozumiał, dlaczego Dev chce wyjść.

-  Za ciężko pracujesz, synu - powiedział.
-  Po to mnie wynająłeś.
-  Ale nie po to, abyś pracował dwadzieścia cztery godziny na dobę. Odpręż się, 

zabaw.   -   Wskazał   tłum   ludzi.   -   Wiesz,   można   tu   nawiązać   wiele   kontaktów 
zawodowych.

-  Liczę na to, że i bez nich dam sobie radę.
Kilka minut później Dev odjechał taksówką. Usiłował nie myśleć o przeszłości. 

Zdawało mu się, że pogrzebał wspomnienia, teraz jednak odkrył,  jak kruchy był 
odzyskany   niedawno   spokój.   Nie   rozumiał   tego.   Jakim   cudem   Megan   Spencer, 
elegancka   córka   senatora   Harlana,   mogła   być   Meg   Scott?   Meggie,   jego   jedyny 
promień   słońca   w   ciemne,   ponure   dni?   Meggie,   pełna   życia,   z   błyszczącymi 
radością niebieskimi oczami i lśniącą blond czuprynką. Zadbana Megan Spencer w 
niewielkim stopniu ją przypominała.

Ból, pamiątka dawnych dni, nasilił się, kiedy Dev uświadomił sobie, że kłamała i 

tak naprawdę wcale jej nie znał. Natychmiast przywołał się do porządku - nie miał 
prawa czuć bólu, szczególnie jeśli chodziło o Meggie. A raczej o Megan, poprawił 
się.

Miał zwyczaj przychodzić do restauracji tylko po to, żeby porozmawiać z Meg. 

Opowiedział jej o przedsiębiorstwie, które założył trzy lata wcześniej, wbrew radom 
innych,  krytykujących  jego  zbyt  młody  wiek.  Ona  współczuła mu i przyznała,  że 
podobne słowa często słyszała od ojca.

- Chciał, żebym została w domu i studiowała na uniwersytecie. Nawet San Diego 

jest dla niego za daleko - stwierdziła z goryczą. - Uważa mnie za dziecko.

Przecież pod wieloma względami jesteś dzieckiem, pomyślał, wiedząc już wtedy, 

że wykorzystuje tę niewinność i żeruje na młodzieńczej energii i entuzjazmie. Tak 
bardzo potrzebował jej siły, której sam już nie posiadał. I ona dała mu ją, czując, że 
czegoś od niej potrzebuje, choć nie była pewna, czego.

Rozmawiała   z   nim,   odpowiadała   na   pytania   i   doprowadzała   do   śmiechu,   w 

chwilach gdy myślał, iż już nie potrafi się śmiać. Po kilku unikach z jego strony 
przestała pytać go o sprawy osobiste.

W jej oczach widział zaskoczenie, lecz pragnął, by ich znajomość była wolna od 

ciemnych,   ponurych   spraw   dominujących   nad   resztą   jego   życia.   Tak   bardzo 
potrzebował osoby nie znającej jego prywatnego piekła, nie zadającej pytań i nie 

background image

obdarzającej go współczuciem.

Ignorował wewnętrzny głos ostrzegający go i nadal odwiedzał małą restaurację. 

A później zapragnął więcej i poddał się temu pragnieniu. Zanim zdał sobie sprawę z 
tego, że nie kontroluje sytuacji, było za późno i okazało się, że spowodował więcej 
szkód, niż mógłby sobie wyobrazić.

Zamknął oczy. Słońce przygrzewało, wokół unosił się zapach świeżo skopanej 

ziemi. Dev wiedział, że to niemożliwe, a jednak wyczuwał lekki zapach gardenii, 
słodki i egzotyczny.

Pojawiło się wspomnienie perfum, skropionej nimi sukni i zapachu unoszącego 

się z rozgrzanego ciała.

Jęknął. Nie planował tego. Był pewien, że uda mu się zachować dystans. Tylko 

dlatego poszedł do niej po otrzymaniu listu.

Nie   zapomniał   żadnego   szczegółu   z   tamtej   nocy   i   choć   nie   pozwalał   sobie 

myśleć o tym przez sześć lat, wspomnienia nie zbladły. Musiał je teraz przywołać.

Zalało go poczucie winy. Meg zasługiwała na coś lepszego niż mężczyznę, który 

był jej pierwszym kochankiem i skradł jej coś cennego, nie dając nic w zamian...

Tej nocy chciał jej opowiedzieć o swoim małżeństwie. Zamierzał to zrobić już 

dawno. Kiedy jednak Meg spojrzała na niego jasnymi, radosnymi oczami, wiedział, 
że nie może tego uczynić. Za bardzo potrzebował jej energii. Wkrótce będzie musiał 
powiedzieć jej prawdę, ale jeszcze nie teraz.

Zabrał ją do domu, aby przebrała się po pracy.  Nie spodziewał się aż takiej 

transformacji. Włożyła miękką sukienkę z dzianiny, podkreślającą jej sylwetkę, do 
tego sandały na obcasie oraz naszyjnik i kolczyki ze złota. Sczesała włosy na jedną 
stronę, odsłaniając ucho. Dev zawsze myślał, że kiedyś jej uroda rzuci świat na 
kolana; wtedy uznał, że ten dzień właśnie nadszedł.

-  Meggie. - Tylko tyle udało mu się wykrztusić.
-     Dziękuję   -   odpowiedziała,   czytając   w   jego   oczach   to,   czego   nie   mógł 

powiedzieć.

Tej nocy była w wyjątkowej formie. Rozpierała ją energia i aż dziwne, że nie 

przybrała formy bąbelków szampana, na którego Megan nalegała. Dev musiałby 
mieć znacznie więcej siły, żeby się jej oprzeć.

Nakrył   jej   dłoń   swoją.   Była   to   jedna   z   pieszczot,   którą   oboje   zaakceptowali, 

traktując ją jak dzieci bawiące się pudełkiem zapałek. Wiedział o tym, ale nie potrafił 
przestać; nie wiedział też, co mógłby powiedzieć, żeby Meg przestała. Zapewniał 
siebie, że nie stanie się nic złego, dopóki będzie kontrolować sytuację.

Powiedz jej teraz, zanim sprawy posuną się za daleko, zanim wypijesz więcej 

szampana i wstaniesz od stolika, nakazywał  sobie. Jeśli tego nie zrobisz, ruszy 
lawina. Jednak nie mógł znaleźć słów.

Czerpał od niej energię, pozwalał jej ożywiać swe umęczone ciało i duszę. Znów 

miał to samo uczucie znajome, upiorne wrażenie, że jest wampirem, wysysającym z 
niej życie, ponieważ nie ma już własnego Jednak nie umiał przestać. Nauczyła go 
na   nowo,   jat   śmiać   się   bez   powodu,   jak   dostrzec   piękno   prostych   rzeczy   i   jak 
patrzeć w przyszłość z radością, a nic z przerażeniem.

W końcu zabrał ją do domu i kiedy weszli do je małego mieszkania, pocałunek 

13

background image

na dobranoc wydawał się nieunikniony.

Było to jak połączenie dwóch płomieni i zanim zrozumiał, co się dzieje, było za 

późno. W chwili gdy ich wargi się zetknęły, płomień wybuchł z mocą.

Chciał   przerwać   to,   odsunąć   się,   lecz   kiedy   Meg   z   cichym   westchnieniem 

przytuliła się do niego, podając mu miękkie wargi, był zgubiony. Czuł ciepło jej ciała 
i uświadamiał sobie, że ma do czynienia z ponętną kobietą o urodzie zapierającej 
mu dech w piersiach.

-     Dev   -   szepnęła.   Rozchyliła   usta   i  w  tym   momencie   język   Deva   delikatnie 

zaczął pieścić jej wargi. Natychmiast poddała się jego woli.

Pieścił   jej   usta,   pogłębiając   pocałunek.   Kiedy   ich   języki   się   zetknęły,   nie   był 

nawet pewny, czy to poczuł, lecz za to poczuł wybuch gorąca gdzieś w środku i 
dziwną   słabość   w   kolanach.   Gdy   zrobiła   to   jeszcze   raz,   śmielej   i   bardziej 
zdecydowanie, opuściły go siły.

Opadli na podłogę, nie przerywając pocałunku. Dev nigdy w życiu nie poznał 

niczego tak słodkiego i pięknego jak ta dziewczyna.

-  Meg - jęknął, odsuwając się. - Musimy przestać. Nie mogę...
Zanim skończył, Meg uniosła twarz, podając mu usta. Namiętność zapłonęła w 

nim na nowo i myśl, jeszcze niedawno obecna w jego umyśle, spaliła się na popiół. 
Pragnął tego od dawna i od długiego czasu walczył z tym. Zdawało się, że już nie 
obchodzi go fakt przegrania tej walki. Obchodziła go wyłącznie Meg i pozbycie się 
bólu,   jaki   mu   zadawała;   rozładowanie   napięcia,   czego   domagało   się   jego   ciało. 
Pragnął zaspokojenia z nią i tylko z nią.

-     Meggie   -   rzucił   urywanym   głosem   -   pomóż   mi,   proszę;   nie   możemy   tego 

zrobić...

Urwał, kiedy poczuł jej wargi, składające miękkie, delikatne pocałunki na jego 

policzkach. Poruszała się w jego ramionach, przytulała, szepcząc jego imię cichym, 
słodkim głosem. Tracił samokontrolę i wiedział o tym; nie pamiętał tylko, dlaczego 
kiedyś postanowił sobie nigdy do tego nie dopuścić. Zdawało mu się, że niczego nie 
pamięta poza tą szalejącą gorączką, wszechogarniającym pożądaniem i Meggie w 
jego ramionach.

Później rozebrali się. Dev nigdy przedtem nie zachowywał się tak i wiedział, że 

nawet   długa   abstynencja   nie   może   tego   usprawiedliwić.   Jęknął,   oddając   swoje 
nagie ciało pożądaniu i rękom Meggie. Dotykał jej z szacunkiem, gładził jedwabistą 
skórę, a potem ujął w dłonie jej piersi. Z gardła znów wyrwał mu się jęk i musiał 
walczyć   z   chęcią   wzięcia   jej   w   tym   momencie,   bez   gry   wstępnej,   gwałtownie, 
namiętnie i o wiele za szybko.

Meg odrzuciła ubrania i niechcący dotknęła go w miejscu, które i tak było twarde 

i wzniesione. Miał wrażenie, że przeszył go silny impuls elektryczny. Nieświadomie 
jęknął i przywarł do jej dłoni.

-   Dev? Zraniłam cię? Ja... - Urwała, lecz w jej głosie zabrzmiała dziwna nuta. 

Zranić go? Boże, niemal wyskoczył ze skóry, czując jej dotyk, a ona myślała, że go 
zraniła!

-  Nie, Meggie - rzucił drżącym głosem.
Usłyszał  westchnienie  ulgi  i  po  chwili  drgnął,  czując jej  nieśmiałe pieszczoty. 

Wtedy coś do niego dotarło.

-  Meggie... nigdy tego nie robiłaś, prawda? 
Mruknęła   w   odpowiedzi   coś,   czego   nie   usłyszał,   ale   jednak   zrozumiał   -   jej 

background image

rumieniec wystarczył za odpowiedź. Powinien przestać; wiedział o tym, ale umysł 
zamroczony   szampanem   nie   potrafił   dostarczyć   wystarczającego   argumentu 
podnieconemu ciału.

-  Dev - szepnęła. - Proszę... to nie ma znaczenia. Chcę tego... Chcę być z tobą.
-  Meggie - jęknął.
Wiedział, że jest już za późno i musi ją mieć. Obiecał sobie jednak, że będzie to 

dla niej przyjemne. Po tym, jak drżała po jego najlżejszym dotyku, uznał, iż jest w 
stanie to zrobić. Chciał, aby ten akt był doskonały, i jeśli nie wiedział, jak to zrobić, 
miał pewność, iż będzie w stanie wspiąć się na szczyty, jakich nigdy przedtem nie 
osiągnął aby tak się stało. Nigdy w życiu nie zaznał niczego podobnego do rozkoszy 
trzymania Meggie w ramionach, nieśmiałej zmysłowości jej reakcji i tego, jak jej 
ciało   najpierw   opierało   się,   a   potem   go   przyjęło,   rozpalając   w   nim   ogień,   który 
sprawił, że nagle wykrzyknął jej imię...

Omal nie krzyknął ponownie, podnosząc się. Tak samo czuł się tamtego dnia, 

gdy po wejściu do biura dowiedział się, iż dzwoniła Meggie i co powiedziała jej 
Beverly Harris.

-  Musiałem się z nią rozstać - mruknął rozpaczliwie, wpatrując się w linię wody. 

Była to właściwa decyzja; jedyna, jaką mógł podjąć. Wystarczy zobaczyć, na kogo 
wyrosła, powiedział sobie. Jest śliczna i pewna siebie. Doskonale pasuje do swego 
świata.

Poczuł bolesny skurcz, przypominając sobie, z jaką determinacją Meggie broniła 

się przed byciem doskonałą córką polityka.  Kochała i podziwiała ojca, lecz jego 
świat nie był jej światem i powtarzała to za każdym razem. A teraz odgrywała na 
przyjęciu rolę jego czarującej gospodyni.

Ile w tej eleganckiej kobiecie pozostało z Meggie, zastanawiał się. Gdzie jest jej 

energia, witalność i to coś, co go kiedyś uratowało? Czy jest w niej nadal, ukryte 
pod elegancką powierzchownością? A może to on pozbawił ją tego?

Boże, myślał o niej tak często, przez tyle miesięcy bezskutecznie jej szukał i 

nigdy nie przypuszczał, że może stać się właśnie taka. Zawsze wyobrażał ją sobie 
jako artystkę zafascynowaną własną twórczością.

Bezskuteczne poszukiwania. Nagle zrozumiał, że skoro w końcu ją znalazł, mógł 

nareszcie zrobić to, czego nie udało mu się uczynić do tej pory - wszystko wyjaśnić. 
Mógł   pozbyć   się   poczucia   winy,   powiedzieć,   dlaczego   musiał   odejść   i   dlaczego 
nigdy nie powiedział jej, iż jest żonaty.

Wstał i nieco chwiejnym krokiem podbiegł do zniszczonego czarnego dżipa. Miał 

go już w czasach, gdy spotykał się z Meggie. Nie stać go było na kupno nowego, 
ale   nawet   gdyby   miał   pieniądze,   nie   był   pewny,   czy   zrobiłby  to.   Meggie   często 
siedziała   na   przednim   siedzeniu,   cieszyła   się   otwartą   przestrzenią   i   wiatrem, 
targającym jej włosy.

Włączył  silnik i skierował  się na autostradę. Przed spotkaniem z Meg musiał 

wziąć   prysznic,   ogolić   się   i   przebrać.   Zaparkował   dżipa   w   garażu   pomiędzy 
eleganckimi   samochodami.   Pospiesznie   ruszył   do   swego   mieszkania.   Chciał   jak 
najszybciej zobaczyć Meg, porozmawiać i sprawić, żeby zrozumiała. Może nawet 
przebaczyła? Usiłował pozbyć się tej myśli. Na to istniały niewielkie szanse, a on 
miał już dosyć zawiedzionych nadziei.

Wbiegał   po   schodach,   przeskakując   po   dwa   stopnie   naraz.   Wynajął   to 

15

background image

mieszkanie,   kiedy   wraz   z   wspólnikiem   zadecydowali,   iż   nowa   praca   jest   warta 
otwarcia biura w mieście. Dev nie chciał codziennie dojeżdżać z San Diego do Aliso 
Beach.   Powiedział   sobie,   że   pieniądze,   jakie   płaci   Mason,   usprawiedliwiają 
przeprowadzkę,   choćby   czasową,   do   ekskluzywnego,   nadmorskiego   miasteczka. 
Nie chciał przyjąć do wiadomości innej przyczyny - mieszkała tu istota o wielkich 
oczach, która kiedyś uratowała go przed szaleństwem.

Teraz wmawiał sobie, że przecież nie wiedział, czy nadal tu mieszka. I nie wybrał 

tej   dzielnicy,   bo   Meggie   powiedziała   mu   kiedyś   o   godzinach   spędzanych   nad 
brzegiem   oceanu.   A   przecież   sam   tam   poszedł,   wyobrażając   sobie   jasnowłose 
stworzenie pełne energii.

Zamknął drzwi, rzucił marynarkę i klucze na stół. Jego zdaniem czynsz, który 

płacił, był horrendalnie wysoki. Mimo to, jak na to miasto, mógł być uważany za 
mieszczący się w granicach rozsądku. W dodatku mieszkanie było umeblowane, co 
stanowiło rzadkość. Jedynie  małe nadmorskie domki były wyposażone w meble, 
lecz tygodniowy koszt pobytu był wyższy niż miesięczny czynsz tutaj. Prawie nie 
dostrzegał surowego wystroju wnętrza. Nie przeszkadzało mu to; przypominało jego 
własne   mieszkanie,   zawierające   wyłącznie   podstawowe   sprzęty.   Spędzał   w   nim 
zresztą   tak   mało   czasu,   że   myślał   o   nim   wyłącznie   jak   o   hotelu.   I   jeśli   Jeff 
powiedział   mu,   że   w   jego   domu   nie   ma   żadnych   osobistych   rzeczy,   gdyż   jego 
mieszkaniec boi się mieć jakiekolwiek życie osobiste, to trudno - miał prawo do 
własnych opinii.

Tak jest łatwiej, powiedział sobie, goląc się. Nie miał czasu na nic poza pracą. 

Jeff często mu mówił, że to również nie jest przypadkowe, ale tę myśl także szybko 
odsunął, zauważając jedynie, iż w ciągu ostatnich kilku godzin wiele rzeczy starał 
się usuwać z myśli. Prawdę mówiąc, robił to od chwili, gdy zobaczył blondynkę w 
lśniącej sukience, tę samą, która od sześciu lat nawiedzała jego sny.

Megan kierowała się w stronę tylnego wyjścia, gdy usłyszała dzwonek do drzwi. 

Wiedziała, że pani Moreland właśnie wróciła z zakupów i rozpakowuje w kuchni 
torby, więc zawołała do niej, że sama otworzy.

Na progu stał Dev. Patrzyła na niego i nie mogła oderwać oczu. On też wyglądał 

na zaskoczonego. Wydawało się, że żadne z nich nie mogło naprawdę uwierzyć w 
spotkanie zeszłej nocy.

-  Meggie - szepnął.
Stała   w   bezruchu,   starając   się   zignorować   dreszcz   wywołany   brzmieniem 

ulubionego kiedyś zdrobnienia.

-  Megan - poprawiła go stanowczym głosem. Blask w jego oczach przygasł.
-  Przepraszam. Zapomniałem, że już nie ma Meg. - Uśmiechnął się krzywo. - I 

już nie Scott, prawda? Nic dziwnego, że nie mogłem cię odnaleźć.

Szukał jej? Szokujące odkrycie sprawiło, że jej głos zabrzmiał ostro.
-  Scott to panieńskie nazwisko mojej matki.
-  Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że twój bunt przeciwko ojcu jest tak wielki, 

iż mogłaś odrzucić jego nazwisko.

-     Nie   odrzuciłam   nazwiska   ojca   -   zaprotestowała.Słysząc   za   plecami   jakiś 

dźwięk, szybko wyszła na ganek i zamknęła za sobą drzwi. - Mój ojciec jest bardzo 
znaną postacią i w dodatku należy do rady Uniwersytetu Kalifornii. Nie chciałam być 

background image

specjalnie traktowana z powodu tego, że jestem jego córką...

Przerwała nagle, zła na siebie. Dlaczego wyjaśniała mu to, jakby miał prawo o 

wszystkim   wiedzieć?   Kiedyś   omal   nie   powiedziała   mu,   jak   brzmi   jej   prawdziwe 
nazwisko, wiele razy była tego bliska, ale powstrzymała się. Bała się, że on, tak jak 
inni, zacznie traktować ją inaczej. Zresztą w porównaniu z tym, czego się dopuścił, 
było to nieważne pominięcie.

A   może   należało   mu   powiedzieć,   pomyślała   z   goryczą.   Może   wtedy   nie 

zostawiłby   jej   drżącej,   rozbitej,   przygniecionej   gorzką   zdradą,   zaciskającej   w 
sztywnej dłoni zimną słuchawkę telefonu.

-  Nie muszę ci niczego wyjaśniać.
-  To prawda.
-  To raczej ty jesteś mi coś winien. Zapomniałeś o wierności.
-  Próbowałem, Meg, naprawdę. Chciałem trzymać się z daleka. I wtedy, tamtej 

nocy, próbowałem to przerwać, mówiłem, że nie powinniśmy...

-  Próbowałeś? - W jej głosie brzmiała furia. - Czy pomyślałeś choćby o jednym 

sposobie,   który   poskutkowałby   z   pewnością?   Dwa   proste   słowa,   to   wszystko. 
„Jestem żonaty".

Gwałtownie westchnął.
-  Próbowałem ci to powiedzieć setki razy. 
Wiedziała, że to prawda. Już dawno zrozumiała, co znaczyły te nagłe przerwy w 

jego   wypowiedziach.   Jednak   ta   świadomość   nie   złagodziła   jej   bólu   i   nie   ukoiła 
gniewu.

-  Powiedz mi, Dev - odezwała się chłodno, jakby rozmawiała z nowo poznanym 

człowiekiem. - Czy twojej żonie podoba się w Aliso Beach? A może dla wygody 
zostawiłeś ją w domu?

Drgnął i zacisnął pięści.
-   Meg, wiem, że jesteś zła i masz do tego prawo, ale proszę... Możesz mnie 

wysłuchać? Chcę ci wszystko wyjaśnić.

-  Trochę za późno, nie uważasz? - Później, niż ci się wydaje, dodała gorzko w 

myślach.

-  O wiele za późno - zgodził się, wprawiając ją w zdumienie. - Ale wysłuchasz 

mnie, prawda?

-  Dobrze, ale przynajmniej oszczędź mi zapewnień w rodzaju: „moja żona mnie 

nie rozumie".

-  Nigdy tak nie było.
-  Niezależnie od tego, jak było źle, ona była bardziej nieszczęśliwa.
-  O wiele bardziej.
To   wyznanie   zaskoczyło   Megan.   Po   chwili   usłyszała   dźwięk,   tym   razem 

dobiegający z ogródka na tyłach domu. Drgnęła,

-  To nie ma sensu - mruknęła. - Idź już, dobrze?
-   W porządku - zgodził się, patrząc jej w oczy. - Pójdę, ale najpierw muszę ci 

coś powiedzieć. Wiem, że nic nie może naprawić krzywdy,  jaką ci wyrządziłem, 
jednak... Skłamałem i zraniłem cię. Nie mogę tego zmienić. Mogę tylko powiedzieć 
ci, dlaczego, i mieć nadzieję, że zrozumiesz.

-   Zrozumieć, że popełniłeś ze mną cudzołóstwo? Uwierz mi, rozumiem to. - 

Zadrżała. - Czy twoja żona to rozumie?

17

background image

-  Moja żona nie żyje.
-  Co takiego?
Zaczął wyrzucać z siebie słowa z szybkością karabinu maszynowego.
-  Umarła pięć lat temu. Rok po tym, jak... opuściłem cię. Była w szpitalu od dnia, 

w którym została potrącona przez pijanego kierowcę. To stało się rok po naszym 
ślubie.

-  Rok po...
-  Była w stanie śpiączki.
-  Masz na myśli dzień, kiedy... byliśmy... - Urwała i zadrżała.
-  Tak - przyznał szczerze Dev.
Megan poczuła wstręt, lecz to uczucie znikło po następnym wyznaniu Deva.
-  Była w stanie śpiączki przez trzy lata.
-  O Boże.
-  Po dwóch latach zacząłem się załamywać i wtedy spotkałem ciebie.
Wróciły wspomnienia i wszystkie pasowały, jak części układanki, której Meg do 

tej   pory   nie   umiała   ułożyć.   Wyraz   oczu   Deva,   zmarszczki   wyczerpania   na   zbyt 
młodej twarzy i wrażenie, że walczy ze sobą.

-  Wiem, że to nie jest usprawiedliwieniem - dorzucił Dev. - I jeśli ceną za to, co 

zrobiłem, ma być poczucie winy, to możesz mieć pewność, iż płaciłem ją każdego 
dnia po opuszczeniu ciebie. Musisz to jednak wiedzieć i uwierzyć. Nie chciałem cię 
zranić, Meg.

Była   tak   zdumiona,   że   nie   mogła   znaleźć   słów.   Po   chwili   rysy   twarzy   Deva 

stwardniały. Skinął głową, obrócił się i zaczął schodzić po schodach. Zerknął przez 
ramię.

-  Nie wiem, czy ma to dla ciebie jakieś znaczenie - powiedział, tym razem nie 

starając się ukryć bólu w głosie - ale bez ciebie nie udałoby mi się przetrwać tego 
wszystkiego.

Odszedł.   Meg   miała   wrażenie,   że   w  jej   wnętrzu   utkwił   jakiś   ostry   przedmiot. 

Boże, pomyślała. Śpiączka przez trzy lata. Biedny Dev. Nic dziwnego, że wyglądał 
na wyczerpanego. Nic dziwnego, że miała wrażenie, iż znalazł się w pułapce bez 
wyjścia.

Dlaczego jej o tym nie powiedział? Czy sądził, że nie zrozumie? Bał się, iż nie 

zechce   z   nim   być?   Gdyby   wiedziała   o   wszystkim,   nie   miałoby   to   znaczenia. 
Oczywiście, ich związek wyglądałby inaczej. Nigdy nie dopuściłaby do fizycznego 
zbliżenia.

Czy   dlatego   jej   nie   powiedział?   Bał   się,   że   nie   będzie   się   z   nim   kochać? 

Odrzuciła tę myśl natychmiast, wściekła na siebie za ból, jaki w niej budziła.

Zapewniała samą siebie, że ból związany z Devlinem Crossem już minął. Ten 

człowiek odszedł z jej życia i tak już miało zostać. To przypadek, że ich drogi znów 
się   skrzyżowały   -   potwierdzał   to   wyraz   zaskoczenia   w   oczach   Deva,   kiedy   ją 
zobaczył.

Powiedział jednak, że szukał jej wcześniej. Zapewne po śmierci żony, gdyż z 

całą   pewnością   nie   robił   tego   w   ciągu   sześciu   tygodni,   jakie   spędziła   w  małym 
mieszkanku, czekając i modląc się o jego powrót. Przypuszczała, że powinno ją to 
pocieszyć, oczywiście jeśli mu uwierzy. Jednak nawet gdyby to była prawda, nie 
odnalazł jej. Uświadomiła sobie, że to nie jego wina. Meg Scott umarła razem z jej 
głupimi marzeniami.

background image

Po raz trzeci usłyszała dźwięk z ogródka, szczęśliwy śmiech, i zrozumiała, że to i 

tak   nie   ma   znaczenia.   Potrzebowała   Deva   wtedy,   a   nie   nawet   rok   później. 
Potrzebowała   go   tamtego   ranka,   kiedy   obudziła   się   samotna   po   oddaniu   mu 
dziewictwa. Potrzebowała go, kiedy poznała cenę za tę noc i ten cios był ostatnim, 
zadanym naiwnej dziewczynie. Potrzebowała go, gdy musiała wyznać ojcu prawdę.

Potrzebowała go, kiedy urodził się jego syn.

19

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Dev   stał   na   szczycie   wzgórza   i   przyglądał   się   maszynom   na   placu   budowy. 

Chłodna   bryza   rozwiewała   mu   włosy.   Tego   dnia   powietrze   było   krystalicznie 
przejrzyste.

Podobał mu się realizowany projekt. Mason będzie miał hotel z widokiem na 

ocean, sklepy i tereny handlowe, a mieszkańcy regionu niewielki, lecz imponujący 
park   ze   ścieżkami   dla   rowerzystów   i   biegaczy,   tereny   piknikowe   i   parkingi.   Nic 
dziwnego, że Harlan Spencer tak bardzo popierał inicjatywę Masona.

Dev z trudem odsunął od siebie myśli o Spencerze, gdyż przypominały mu one 

Meg. Wczoraj wyraziła  się  jasno; czasem milczenie  jest  wymowniejsze  niż  setki 
słów.   Nie   miał   pewności,   jakiej   reakcji   oczekiwał,   lecz   nie   zaprzeczał,   iż   miał 
nadzieję na pojednanie.

Zauważył ciemny samochód na placu budowy, ale nie zwracał na niego uwagi. 

Zastanawiał się, skąd powinien pobrać następne próbki gruntu.

Starał się koncentrować na pracy, lecz to nie pomagało. Wspomnienia dawnej 

Meggie były zbyt intensywne. Megan Spencer nie miała takiej werwy, nie mówiąc 
już   o   współczuciu   i   zdolności   wybaczania.   Zaczął   schodzić   ze   wzgórza, 
zastanawiając   się,   czy   Mason   już   się   uspokoił.   Rano   odkrył   zepsuty   buldożer   i 
natychmiast   wybuchnął,   wygłaszając   obelżywą   przemowę   o   braku   kompetencji 
brygadzisty. Przez głośnik zażądał, aby winowajca natychmiast zgłosił się do biura.

Dev z przesadną uwagą sortował papiery na biurku. Właśnie wziął do ręki kartkę 

zapisaną nieczytelnym pismem Masona, kiedy ten odwrócił się ku niemu.

-  Co, u diabła, z tym robisz?
-  Właśnie to znalazłem...
-   Nieważne. - Mason zmiął kartkę i schował ją do kieszeni. Odwrócił się do 

drzwi, przez które wchodził nieszczęśliwy brygadzista.

Dev   szybko   wyszedł,   słysząc   początek   sprzeczki.   Miał   dosyć   spięć.   Mason 

zaczynał   go   denerwować.   Opóźnienia   w   terminach   były   dość   powszechne   przy 
realizacji   takich   projektów.   Mason   jednak   wybuchał   złością   przy   najmniejszych 
problemach.

Teraz   najwyraźniej   stłumił   irytację.   Z   szerokim   uśmiechem   podchodził   do 

samochodu, który zatrzymał się za dżipem Deva.

Dev   zamarł,   widząc   mężczyznę   o   srebrnych   włosach.   Potem   otworzyły   się 

przednie drzwi i pojawiła się noga w pończosze, a za nią druga. I wreszcie ukazała 
się Megan, w beżowym, jedwabnym kostiumie, uczesana w kok, odsłaniający małe 
uszy ozdobione perłowymi  kolczykami. Na nogach miała niepraktyczne na placu 
budowy ciemnobeżowe szpilki.

Wyjaśniło się to w chwili, gdy Dev zobaczył wyraz jej twarzy - nie wiedziała, 

dokąd jadą. Gdyby wiedziała, pomyślał kwaśno, nie przyjechałaby. Znalazłaby coś 
innego do roboty, cokolwiek, i poprosiłaby kogoś, aby zabawił się w szofera.

Uścisnął rękę Harlana Spencera i zauważył, iż Megan zaciska dłonie na torebce. 

Ona na pewno nie poda mu ręki.

-   Miło znów cię widzieć - powiedział szczerze Harlan. Gestem wskazał plac 

budowy. - I co myślisz o przedsięwzięciu Franka?

background image

Dev z trudem odwrócił wzrok od pozbawionej wyrazu twarzy Megan.
-  Robi wrażenie.
-  Tak - zgodził się senator. - Jednak trzeba włożyć w to wiele pracy.
-  To lepsze niż brak pracy. Senator zaśmiał się.
-  Chciałbym, żebyś dla mnie pracował. Małomówni mężczyźni są rzadkością w 

polityce.

-   Z całą pewnością Dev do nich należy. - Frank poklepał Deva serdecznie po 

ramieniu. - Nigdy nie powie dwóch słów, jeśli potrzebne jest tylko jedno. Czasem 
mam wrażenie, że woli mieć do czynienia ze skałami niż z ludźmi.

-  Skały nie mówią za dużo - zauważył sucho Dev. Spencer znów się roześmiał.
-  Tak przypuszczam. I masz rację, praca jest lepsza niż jej brak. - Przez chwilę 

przyglądał się Devowi. - Frank mówi, że pracujesz za dwóch.

-  Tak trzeba.
-  Masz problemy?
-   Finansowe. Nic nowego. - Nie chciał wyjaśniać powodów, dla których przez 

ostatnich pięć lat pracował po osiemnaście godzin dziennie, aby wydostać się z 
dołka finansowego. Szczególnie nie przy Megan.

-     Zdawało   mi   się,   że   twoje   przedsiębiorstwo   się   rozwija,   otworzyło   właśnie 

drugie biuro tutaj, w Aliso Beach.

-  Mam osobiste problemy. W pracy wszystko jest w porządku.
Cichy dźwięk powiedział mu, że Megan słucha. Na pewno pamiętała jego uniki, 

kiedy rozmowa schodziła na tematy życia prywatnego. Czy wiedza o tym, dlaczego 
to zrobił, mogła cokolwiek zmienić?

Próbował pocieszać się myślą, że nie była tak zimna, jak mu się zdawało, ale 

bez skutku. Jedyne emocje, jakie okazywała, to złość, wyrzuty i cierpienie, i to tylko 
zwiększało poczucie winy, z jakim borykał się od dawna.

-  Pozwól, że cię oprowadzę - zaproponował Frank, sięgając po hełm ochronny 

oznaczony napisem „gość".

-   Nie mamy dużo czasu - powiedział senator - ale chciałbym  zobaczyć,  jak 

wygląda park. A ty, Megan?

-  Nie, dziękuję - rzuciła sztywno. - Nie jestem odpowiednio ubrana. Zaczekam w 

samochodzie.

Dev nic nie powiedział. Rzut oka na twarz Megan wystarczył. Fakt, że wyznał jej 

prawdę, nic nie znaczył. Odwrócił się i odszedł bez słowa.

Entuzjazm Franka Masona był wyraźny i jeśli Dev uważał go za przesadny, nie 

powiedział   tego.   To   prawda,   przedsięwzięcie   zapowiadało   się   wspaniale   i   miało 
przynieść   korzyści   zarówno   mieszkańcom,   jak   i   lokalnym   przedsiębiorcom,   lecz 
zdawało   się,   iż   Frank   usiłuje   z   całych   sił   sprzedać   coś,   co   już   dawno   zostało 
kupione. Dev odetchnął z ulgą, kiedy Mason przestał robić z siebie idiotę.

Na terenie przyszłego parku senator zapytał o znaki z kolorowymi flagami.
-     Oznaczenia   stopni   -   odpowiedział   ponuro   Frank.   -   Możemy   zacząć 

natychmiast, jak tylko Dev przestanie robić uniki i da nam pozwolenie.

Harlan   zerknął   na   Deva,   który   drgnął   mimo   woli.   Przywykł   do   obcesowości 

Franka, ale jakoś nie podobało mu się to przy ojcu Megan.

-  Uniki? - zapytał Harlan.
-  Czekam na raporty dotyczące gruntu.

21

background image

-  Och. To zajmuje mnóstwo czasu, ale bez tego nie można zacząć.
-   To prawda - przyznał Dev, czując ulgę, zupełnie jakby zdanie ojca Megan o 

nim było ważną sprawą.

-  Wiem, wiem - mruknął Mason.
-  Frank mówił mi, że ukończyłeś uniwersytet w San Diego - zwrócił się Harlan do 

Deva.

Frank   za   dużo   mówi,   pomyślał   Dev,   ale   skinął   głową.   Jeśli   miał   jakieś 

wątpliwości odnośnie do tego, czy Meg powiedziała ojcu, przez kogo wyjechała z 
San Diego, teraz się ich pozbył. Gdyby Harlan wiedział, nie byłby nawet w połowie 
tak miły.

-  Megan zaczęła tam studia.
-  Naprawdę?
-     Tak.   -   Harlan   wzruszył   ramionami.   -   Miała   szalony   pomysł,   żeby   zostać 

artystką...

Dev zmarszczył brwi. Miała?
-  Naprawdę? Dlaczego to był szalony pomysł?
-  Ma trochę talentu, odziedziczyła go po Catherine, mojej żonie. Ale nie o takiej 

karierze dla niej marzyłem.

Trochę   talentu,   pomyślał   Dev   z   goryczą.   Pamiętał   obrazy   na   ścianach   jej 

mieszkania i szkice, kreślone pewnymi ruchami dłoni za pomocą ołówka, długopisu, 
kawałka węgla. Szczególnie pamiętał jeden portret, zrobiony węglem, ukryty gdzieś 
w jego szafie, żeby nie musiał na niego patrzeć. Mówił wszystko o nim samym i o 
niej.

-  Nie ukończyła San Diego? - zapytał z trudem.
-  Nie. Poszła na uniwersytet w Irvine i ukończyła go z wyróżnieniem.
-  Ale nie malarstwo - stwierdził Dev, znając już odpowiedź.
-     Nie;   szkołę   biznesu.   Zainteresowała   się   w   końcu   zarządzaniem.   -   Harlan 

zmarszczył brwi, jakby przypominając sobie coś przykrego, lecz po chwili odezwał 
się wesołym tonem: - Muszę przyznać, że dla rodziców to prawdziwe święto, kiedy 
dzieci przyznają, iż od początku staruszkowie mieli rację.

-  Powinieneś być z niej dumny - włączył się Mason. - Wzorowo prowadzi biuro. 

Przydałaby mi się tutaj; może wtedy robota byłaby wykonywana w terminie.

Dev nie słuchał, prawie nie mógł oddychać. Boże, Meggie, tak mi przykro. Czuł 

pieczenie pod powiekami. Zrobił to, zniszczył jej wiarę, nadzieję, marzenia...

-  Przepraszam - powiedział nagle. - Muszę coś sprawdzić.
Odwrócił się, lecz zdążył jeszcze usłyszeć Masona, mówiącego coś o planach 

terminów i inwestorach.

Dev znalazł się przy samochodzie senatora, zanim zdążył sobie uświadomić, 

dokąd zmierza. Ujrzał Megan. Stała przy samochodzie i opierając się ramionami o 
otwarte drzwiczki, patrzyła na ocean. Zdjęła okulary, wiatr wysunął kilka pasemek z 
koka.

Drgnęła i obróciła się, słysząc jego kroki. Policzki miała mokre od łez. Drżała, 

patrząc mu w oczy.

Dev nie wiedział, co zrobić. Czuł ból, wiedząc, że to on jest przyczyną jej łez. Po 

raz   kolejny.   Jego   serce   zamarło.   Skoro   płakała,   musiała   coś   do   niego   czuć. 
Wszystko byłoby lepsze niż chłodna obojętność.

Czuł   się   rozdarty.   Wiedział,   że   robiąc   to,   na   co   miałby   ochotę,   ryzykowałby 

background image

bolesne odrzucenie, a jednak cierpiał, stojąc tak i widząc jej łzy. Myśl o tym, jak 
musiała płakać sześć lat temu, była jak kwas sączący się do mózgu. Boże, jakim był 
tchórzem. Wiedział już, że nigdy nie mógłby powiedzieć jej, iż między nimi wszystko 
się skończyło. Po prostu nie byłby w stanie znieść jej łez.

Teraz też nie mógł ich znieść. Wreszcie uległ pokusie i wziął ją w ramiona.
Ku   jego  zdumieniu  nie  wyrwała   się.   Czuł  jej   drżenie,   gdy  walczyła   ze  łzami. 

Niepewnie   uniósł   dłoń  i  otarł  kilka  wilgotnych   kropelek   z   jej   policzków.   Czuł   się 
winny, a jednocześnie rosła w nim nadzieja.

Spojrzał na gęste rzęsy Megan i jego serce zaczęło bić szybciej. Nie sądził, że 

kiedykolwiek uda mu się ją odnaleźć, nie mówiąc już o dotykaniu czy tuleniu jej. 
Fakt, iż teraz była tak uległa, wywoływał w nim tęsknotę.

Wolno przesunął dłońmi po wilgotnej twarzy dziewczyny. Jej skóra była miękka i 

jedwabista, tak jak to zapamiętał, i wiedział, że powinien wycofać się, zanim zrobi 
coś,   za   co   otrzyma   policzek.   Mimo   to   nie   mógł.   Mógł   tylko   pochylić   się   lekko   i 
delikatnie musnąć wargami kropelki łez na jej twarzy.

Wydała cichy jęk i przyciągnęła jego głowę bliżej. Delikatnie uniósł jej podbródek, 

spojrzał w niebieskie oczy. Wyczuwał jej niepewność i wiedział, że powinien zacząć 
działać teraz, zanim Megan dojdzie, iż nadal go nienawidzi.

Wolno pochylił głowę, przelękły i niepewny. Nie poruszyła się, choć dał jej na to 

więcej czasu, niż potrzebowała. Znów ogarnęła go rozpaczliwa nadzieja. A potem 
poczuł wargi Meg, miękkie, ciepłe i wyjątkowo chętne.

Starał się zachować  dystans,  aby Megan nie poznała, że reaguje na nią tak 

samo jak przedtem. Po raz kolejny przywróciła mu nadzieję, tak jak sześć lat temu.

Odkrył,   że  nawet  mały dystans  jest  za duży.  Przyciągnął ją  do  siebie  i  tylko 

konieczność zachowania ostrożności sprawiła, iż zadowalał się pieszczotami warg, 
zamiast posiąść to, co było tak blisko i tak bardzo go kusiło.

Zastanawiał   się,   dlaczego   może   stać,   skoro   czuje   taką   słabość   w   kolanach. 

Ogarnął   go   płomień,   taki   sam,   jak   sześć   lat   temu.   Musiał   osiągnąć   coś   więcej, 
pogłębić   pocałunek.   Jednak   Megan   wydała   cichy,   rozpaczliwy   jęk.   Niechętnie 
odsunął się.

-  Meg?
-  Myślałam, że to się zmieni... że nie będzie tak jak przedtem...
Zanim ją porzucił.  Zdawało  mu się, że usłyszał   te nie wypowiedziane  słowa. 

Przeszył go dreszcz.

-  Meggie - zaczął, lecz urwał, nie wiedząc, co może powiedzieć.
-  Megan - rzuciła z uporem. - Meggie już nie istnieje.
Drgnął.  Odrzucała  wspomnienia,   tak bolesne  dla  niej i  tak  słodkie  dla  niego. 

Kiedy się odezwał, jego głos brzmiał łagodnie.

-   W takim razie kto mnie teraz całował? Zacisnęła wargi, lecz odpowiedziała 

spokojnie:

-  Chciałam sprawdzić, czy nadal jestem głupia i nie widzę tego, co oczywiste.
-  A więc to był test?
-  Można tak powiedzieć. - Kąciki ust Megan opadły. - Przypuszczam, że masz 

pewność,   iż   przegrałam,   prawda?   Że   skoro   mnie   tylko   pocałujesz,   natychmiast 
rozpalę się, jak kiedyś.

-  A było tak? - udało mu się wykrztusić.

23

background image

-  Czy się rozpaliłam? Tak - przyznała szczerze, rumieniąc się. - Więc sądzę, że 

oblałam test, ale w pewnym sensie zdałam go. Widzisz, teraz jest inaczej. Meggie 
była  głupia.  Wiedziała tylko,   że cię  pragnie. Ja  być  może  nadal cię pragnę, ale 
wiem, że nie stać mnie na to, by ci ulec. Właśnie dlatego Meggie już nie istnieje.

Dev miał ochotę krzyczeć, słysząc te słowa, choć ton głosu Megan był neutralny 

i pozbawiony sarkazmu. Odezwał się po chwili:

-  Przykro   mi.   Meggie   była   wyjątkową   osobą.
-  W jej oczach ujrzał smutek. - Czasami musi ci jej brakować - rzucił i wyraz jej 

oczu powiedział mu, że trafił w dziesiątkę.

Po chwili zerknęła na coś za jego ramieniem. Obrócił się i ujrzał nadchodzących 

mężczyzn. Meg włożyła okulary i poprawiła włosy.

-     ...porozmawiać   z   nimi,   ale   nic   ci   nie   mogę   obiecać   -   powiedział   Harlan, 

zbliżając się do samochodu.

-  Ich decyzje nie zależą ode mnie.
-     Wiem   -   rzucił   Mason   zniecierpliwionym   tonem.   -     Ale   ty   masz   wpływy. 

Posłuchają cię.

-  Już mówiłem, że z nimi porozmawiam - powtórzył Harlan lekko zirytowany. - 

Mówiłem też, że niczego nie mogę ci obiecać.

-  Gdybyś tylko mógł ich nakłonić do poparcia... - Mason przerwał nagle, jakby 

uświadomił sobie obecność Deva i Megan.

-  Skończyliśmy, kochanie. Przepraszam za to, że kazaliśmy ci czekać tak długo.
-     Nic   nie   szkodzi,   tato.   -  W  jej  głosie   nie   wyczuwało   się  żadnych   emocji.   - 

Mogłam popracować nad twoim przemówieniem.

Harlan uśmiechnął się.
-     Moja   córka   nigdy   nie   jest   niczym   usatysfakcjonowana.   Powiedziałem   ci 

wczoraj, że jest świetna.

-     Czy   chodzi   o   przemówienie,   które   wygłosisz   na   bankiecie   w   związku   z 

rozdaniem nagród policyjnych? - zapytał Mason.

Harlan skinął głową.
-     To   jedna   z   moich   ulubionych   imprez.   Byłem   szczęśliwy,   kiedy   dostałem 

zaproszenie. - Uśmiechnął się. - To łatwe, kiedy Meg przygotowuje mi piękną mowę 
na podstawie moich szczątkowych notatek.

Kiedy Megan wzruszyła ramionami, Harlan zerknął na Deva i znów na córkę.
-  Paliły cię uszy? Czy Dev ci mówił, że plotkowaliśmy o tobie?
Zamarła w bezruchu.
-  Nie. Nawet o tym nie wspomniał.
Jej ton sugerował, że były jeszcze inne rzeczy, o których kiedyś nie wspomniał. 

Dev zrozumiał, że droga do uzyskania przebaczenia jest jeszcze bardzo daleka. To 
dziwne,   ale   przez   cały   czas   miał   wrażenie,   iż   skoro   tylko   Megan   się   dowie   o 
powodach   jego   odejścia,   będzie...   może   bardziej   tolerancyjna.   Później   wargi 
wykrzywił mu grymas. Meggie by mu wybaczyła; z Megan sprawy miały się inaczej. 
Była   twarda   jak   granit.   I   to   ty   ją   taką   uczyniłeś,   przypomniał   sobie,   więc   nie 
narzekaj.

-  Rozmawialiśmy - przyznał wreszcie.
-  Rozumiem.
Nie było to ani pytanie, ani oskarżenie, a jednak Dev drgnął, jakby usłyszał jedno 

i drugie. Starannie dobierał słowa, świadomy obecności Harlana Spencera.

background image

-  Mówiliśmy o tym, jak zmieniają się plany... i ludzie.
-   Czasem muszą się zmieniać. Szczególnie wtedy, gdy człowiek zdaje sobie 

sprawę z tego, że popełnił wielki błąd.

-  Nieważne, jak wielki to błąd - zauważył Dev. - Zawsze znajdzie się ktoś, kto 

popełnił większy.

Czuł na sobie jej spojrzenie.
-  Myślę, że kiedy dojdzie się do pewnego punktu, błędy nie stają się większe. 

Jedynie bardziej szkodliwe.

-  Albo bardziej ranią ludzi - mruknął pod nosem, nie wiedząc, czy chce, aby ona 

to usłyszała. Jednak usłyszała.

-   Czasami warto popełnić błąd - rzuciła. - Na przykład można dowiedzieć się 

czegoś o innej osobie; czegoś, o co by się jej nigdy nie podejrzewało.

Spojrzał jej w oczy i powiedział z rezygnacją:
-  Uważasz mnie za tchórza? Masz prawo. 
Cofnęła się, jakby ją zaskoczył.
-   Jeżeli skończyliście już tę dyskusję - zawołał Harlan, zdumiony ich dziwną 

rozmową - to możemy zaraz ruszać.

-  Tak, tato.
Odpowiedziała   szybko,   niemal   automatycznie,   i   już   siedziała   za   kierownicą. 

Harlan pożegnał się, wsiadł wolno do samochodu i zamknął drzwi.

Ruszając,   Megan   zaryzykowała   zerknięcie   w   lusterko   wsteczne.   Dev 

obserwował  jej  odjazd.  Zawsze  sam. Nawet  kiedy byli  ze sobą blisko, mogła to 
wyczuć; jednak nawet ona nie miała pojęcia, jak bardzo samotny był naprawdę.

Nie   mogła   pozbyć   się   uczuć,   na   które   składały   się   współczucie,   miłość   i 

tęsknota. Zawsze je w niej wywoływał i zawsze miał nad nią władzę.

Nad Meggie, poprawiła się w duchu. Mógł wywierać taki sam wpływ na Megan, 

ale ona była silniejsza i mogła mu się przeciwstawić. To prawda, że jej siła osłabła, 
kiedy dowiedziała się prawdy o tym, dlaczego ją zostawił. Tragizm jego losu zbił ją z 
tropu.

Dobrze,   że   wtedy   zabrakło   jej   słów.   Pierwszą   reakcją   była   zalewająca   fala 

współczucia. Musiała stoczyć ze sobą walkę, żeby go nie przywołać, nie wyznać, że 
go   rozumie,   i  nie   próbować   ukoić   bólu.   A   później   usłyszała   śmiech   Kevina   i  to 
sprawiło, że odzyskała panowanie nad sobą.

Niezależnie   od   brutalności,   z   jaką   obeszło   się   z   nim   życie,   Dev   nigdy   nie 

powiedział jej, że jest żonaty. Te proste słowa oszczędziłyby jej wiele cierpień. I 
najwyraźniej nie był świadomy tego, iż zaszła w ciążę i urodzi jego dziecko. Czuła 
wtedy dziwną, bolesną satysfakcję.

Właśnie to dziecko było jej najlepszą bronią w walce ze słabością. Kochała je i 

za nic w świecie nie pozwoliłaby skrzywdzić. Dev nawet nie rozważył możliwości 
istnienia swego syna; nie miała zamiaru pozwolić mu teraz domagać się swoich 
praw. I tak by tego nie zrobił, pomyślała z goryczą. Zapewne odszedłby, tak jak 
kiedyś.   Wolała  jednak   nie   ryzykować.   Kevin   należał   do   niej,   tylko   do   niej,   i  nie 
zamierzała dzielić się nim z kimkolwiek.

-  Megan? 
Zerknęła na ojca.
-  Tak, tato?

25

background image

-  Dobrze się czujesz?
-  Oczywiście.
-  Na pewno? Kiedy wsiadałem do samochodu, byłaś zdenerwowana.
-  Po prostu chciałam już wrócić do domu. Mam jeszcze sporo pracy.
Harlan westchnął.
-     Wiesz,   że   nie   musiałaś   urządzać   przyjęcia.   Byłbym   szczęśliwy,   jedząc 

hamburgery w domu z tobą i Kevinem.

Megan uśmiechnęła się.
-  Wiem, ale to jest posunięcie polityczne. 
Harlan wykrzywił się.
-  O Boże, nie cierpię tego zwrotu.
-   Ja też. Uwierz mi, tato, gdybym tego nie zaplanowała, ktoś zorganizowałby 

przyjęcie-niespodziankę, a tego nie cierpisz jeszcze bardziej.

-  Co za okropny pomysł!
-     Poza   tym   nie   mam   nic   przeciwko   temu.   Nie   co   dzień   mój   ojciec   kończy 

pięćdziesiąt lat.

-  Nie wypominaj mi mojego wieku.
Zerknął  w   lusterko   wsteczne   i  potem   w  oczy  Megan.   Coś  w   jego  spojrzeniu 

zaniepokoiło ją.

-  Megan, czy mogę zadać ci pytanie jako ojciec, a nie senator?
-  Oczywiście.
-  Czy coś jest między tobą i Devlinem Crossem? 
Megan spojrzała na deskę rozdzielczą, jakby widziała ją pierwszy raz w życiu.
-  Dlaczego tak myślisz?
-     Może   dlatego,   że   tak   o   niego   pytałaś   na   przyjęciu.   Kiedy   rozmawialiście, 

wyczuwało   się   między   wami   jakieś   napięcie.   Nie   mówiąc   już   o   raczej   dziwnej 
rozmowie.

-  Nie wiem, o co ci chodzi.
-  Wyglądałaś tak samo, wmawiając mi, że nie wiesz, w jaki sposób żaba dostała 

się do wanny.  - Megan zaczerwieniła się. - Dobrze, dziecko, wiem,  to nie moja 
sprawa. Zastanawiałem się tylko, ponieważ...

Uniosła podbródek.
-  Ponieważ?
-  Ten facet bardzo mi się podoba.
Megan   nie   wiedziała,   co   powiedzieć.   Kiedy   jako   nastolatka   umawiała   się   na 

randki,   ojciec   nigdy   nic   nie   mówił   o   chłopakach,   z   którymi   się   spotykała. 
Przypominał tylko, żeby nie angażowała się poważnie przed ukończeniem szkoły 
średniej. Kolejna rada, którą zignorowałam, pomyślała z żalem.

-  Pomyślałem, że moglibyśmy zaprosić go na przyjęcie.
-  Na twoje urodzinowe przyjęcie?
-  Tak. Frank mówi, że ten człowiek żyje jak pustelnik i nawet nie wyjeżdża do 

San Diego na weekendy.

-  Chcesz zaprosić Devlina Crossa na swoje przyjęcie urodzinowe?
-  Pomyślałem, że to niezły pomysł. Przynajmniej poznałby lepiej Franka, mnie i 

ciebie. Przystojny mężczyzna, prawda?

Megan nie wiedziała, co odpowiedzieć. Później uderzyły ją ostatnie słowa ojca.
-   O co ci chodzi, tato? Bawisz się w swata? Dlatego chcesz go zaprosić na 

background image

przyjęcie?

-  Czy to źle?
Gdybyś tylko znał prawdę, pomyślała Megan, blednąc. Ojciec spojrzał na nią z 

troską.

-   Megan, martwię się o ciebie. Pracujesz tak ciężko, że nie masz dla siebie 

czasu. Poświęcasz się dla mnie i Kevina. Kiedy ostatnio byłaś na randce?

-  Byłam na przyjęciu z okazji Halloween. 
Harlan wzruszył ramionami.
-  Z Leonardem Wilsonem. Wieczór z moim pracownikiem nazywasz randką? On 

jest starszy ode mnie. Daj szansę komuś w swoim wieku, takiemu jak Dev.

Meg   uśmiechnęła   się   z   przekąsem.   Szansę.   On   chciał,   żeby   dała   Devowi 

szansę. Boże, gdyby wiedział, że dała mu znacznie więcej...

-  Kocham cię, Megan. Wiem, przeszłaś przez piekło, ale nie izoluj się od ludzi. 

Dla dobra swojego i Kevina.

-  Ja też cię kocham, tato; kocha cię twój wnuk. Wszystko będzie dobrze.
Pragnął jej szczęścia i nie mogła go winić za zbytnią troskliwość. Zrobiła, co 

mogła,   aby   jej   wpływowy   ojciec   nie   dowiedział   się,   kto   spłodził   Kevina.   Była   to 
jedyna rzecz, jaką udało jej się osiągnąć w tamtym trudnym okresie. Nie chciała, 
aby ojciec wykorzystał swoją pozycję, aby zemścić się na Devlinie. W zwykłych 
okolicznościach   nie   zrobiłby   tego,   jednak   gdyby   chodziło   o   mężczyznę,   który 
zrujnował życie ukochanej córce, zapomniałby o rozsądku. Gdyby kiedyś odkrył, że 
to Dev...

Zadrżała   i  uświadomiła   sobie,   że  boi  się  myśli   o  swoim   ojcu  nienawidzącym 

Deva. Tylko ona miała prawo do nienawiści.

A Kevin? Do tej pory starała się nie myśleć o tym, że wkrótce nadejdzie dzień, 

gdy chłopiec zacznie pytać o ojca. Co mu powie, kiedy to zrobi? Był taki czas, że 
najbardziej martwiła ją myśl o dniu, w którym syn znienawidzi ją za to, iż wydała go 
na świat jako nieślubne dziecko. Teraz obawiała się jego nienawiści, gdy będzie 
starszy i dowie się, iż nigdy nie powiedziała o nim Devowi. Szczególnie jeśli Dev 
naprawdę jej szukał; a raczej szukał nie istniejącej Meg Scott.

Z drugiej strony ona zawsze wiedziała, gdzie mieszka Dev. Czy kiedykolwiek 

zastanawiał się, dlaczego nie szukała z nim kontaktu? A może cieszył się, że nie 
ma jej w pobliżu i nie przypomina mu o tym, co zrobił?

Starała   się   pohamować   dreszcze.   Jej   ojciec   był   bardzo   spostrzegawczy.   Nie 

wiedziała już, co właściwie myśli i czuje. Kłębiły się w niej emocje i miała ochotę 
zrobić to samo, co kiedyś - uciec. Jednak teraz była w domu i nie miała dokąd 
uciekać.

Poza tym był ktoś, o kogo musiała się troszczyć. Mały, radosny chłopiec, tak 

bardzo przypominający swego ojca sposobem trzymania głowy. Jego włosy miały 
odcień   pośredni   pomiędzy   kolorem   włosów   Deva   i   jej   własnych.   Kochała   go   z 
całego serca.

Mały   chłopiec,   który   wkrótce   może   znienawidzić   swoją   matkę   za   to,   że   nie 

powiedziała ojcu o jego istnieniu. Poczuła przerażający ból i dokonała szokującego 
odkrycia - część tego bólu wywołana została myślą o tym, że jeśli Dev dowie się 
kiedyś o synu, może ją znienawidzić z tego samego powodu, co Kevin.

27

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Gdyby tylko udało mi się wyspać, myślała Megan, zdołałabym wymyślić sposób 

na   uniknięcie   kłopotów.   Jednak   po   długiej,   niespokojnej   nocy,   wypełnionej 
koszmarnymi   snami,   musiała   wstać   wcześnie,   żeby   zawieźć   Kevina   na   lekcję 
pływania. Kiedy ojciec poprosił ją, aby po drodze zabrała z placu budowy szkice 
projektu, popatrzyła na niego z przestrachem.

-  Masz czas, prawda? - zapytał, mylnie interpretując brak odpowiedzi. - Lekcja 

Kevina   skończy   się   za   jakieś   dwie   godziny,   przemówienie   jest   doskonałe   i   nie 
musisz już nad nim pracować, a ja zabiorę Martina na lotnisko, jadąc na spotkanie 
w Los Angeles.

Uśmiechnęła się słabo. Wielu dygnitarzy wolałoby obarczyć swoich pomocników 

zadaniem takim, jak odwiezienie przyjaciela na lotnisko, ale nie Harlan Spencer. On 
pracował ciężko i uczciwie i Megan podziwiała go za to. Kiedyś podziwiała tak samo 
innego   mężczyznę,   pracującego   ciężko   i   uczciwie,   naiwnie   zakładając,   że   ta 
uczciwość charakteryzuje także jego życie osobiste.

Choć taka naiwna gąska, jaką wtedy była, wierzyłaby we wszystko, pomyślała z 

goryczą, chcąc pozbyć się tęsknoty, jaka ogarnęła ją po nocy wypełnionej snami o 
Devie.

- Megan? Jesteś tu?
-  Oczywiście, tatusiu - odpowiedziała machinalnie.
-   To dobrze. Powiedziałem Frankowi, że przyjedziesz rano. To zajmie ci tylko 

chwilkę.   Później   możesz   robić,   co   chcesz.   -   W   jego   oczach   zabłysło   dziwne 
światełko. - Myślę, że spotkasz tam Dev Crossa.

Megan lekko pobladła. Ojciec jakoś nie zamierzał porzucić swego pomysłu.
-  Prawie nie znam tego człowieka. - I to, dodała Megan w myślach, jest prawdą.
-     Wiem,   ale   przynajmniej   nie   traktowałaś   go   z   taką   pogardą,   jak   innych 

mężczyzn.

-  To nieprawda!
-  Megan, wiesz, że jestem uważnym obserwatorem.
-  Może jestem dobrą aktorką - odrzekła.
-   Wiem. Moje kochające maleństwo zmieniło się w księżniczkę o lodowatych 

oczach.

-  Myślałam, że podobam ci się taka, jaka jestem.
-   I tak jest. Jesteś piękną, elegancką kobietą, doskonałą gospodynią, świetną 

organizatorką. Miałem nadzieję, że będziesz właśnie taka. - Delikatnie ujął jej dłoń. - 
Ale ku swojemu zdumieniu czasem zauważam, że brakuje mi tego małego łobuza, 
szukającego przygód i mającego nadzieję, że przyniesie je następny dzień.

-  Czasem czuję to samo - szepnęła.
-     Więc   spróbujmy   go   znaleźć.   Mam   dziwne   wrażenie,   że   dopóki   tego   nie 

zrobimy, nie będziesz w pełni szczęśliwa.

Jadąc na plac budowy,  ciągłe słyszała te słowa. Corvetta była prezentem od 

ojca.   Wtedy   żartował,   mówiąc,   że   kupując   amerykański   samochód,   agituje 
potencjalnych wyborców. Teraz Megan zastanawiała się, czy nie był to przypadkiem 
subtelny sposób powiedzenia jej tego, co ostatecznie usłyszała dzisiaj.

background image

-  Przykro mi, tatusiu - szepnęła, parkując samochód. - Ale ta dziewczynka już 

nie istnieje.

Wiedziała,   że   to   prawda.   Nic   nie   wzbudziło   w   niej   tak   silnych   emocji,   jakie 

odczuwała  wtedy;   nic,  do  chwili  gdy w  czasie  przyjęcia  obróciła się  i  zobaczyła 
Deva.

Wysiadając z samochodu, zamarła na widok zniszczonego, czarnego dżipa. Dev 

tu był.

Oczywiście, pomyślała z goryczą. Takie miała szczęście. Później przyszło jej coś 

do głowy i zmarszczyła brwi: jeśli przedsiębiorstwo Crossa radziło sobie tak dobrze, 
dlaczego Dev nie kupił nowego samochodu? Ten musiał mieć przynajmniej dziesięć 
lat   i   ogromny   przebieg;   pamiętała   to   z   opowiadań   Deva   o   odległych 
miejscowościach,   w   których   podejmował   pracę.   Wiedziała,   że   to   ten   sam   dżip. 
Nieraz   nim   jeździła,   pamiętała   rząd   parkingowych   nalepek   uniwersyteckich   na 
szybie...

Och, przyznaj się, ponagliła siebie. Pamiętasz każdy szczegół. Rozpoznałabyś 

ten samochód w rzędzie innych, czarnych dżipów, tak samo jak rozpoznałabyś tego 
mężczyznę w tłumie innych o takim samym wzroście.

Przez chwilę miała nadzieję, że nie spotka ani Deva, ani Masona. Może nie ma 

ich w tej chwili na terenie budowy...

Przestań!   Wyprostowała   się,   dając   sobie   to   polecenie.   Nie   licząc   innych, 

kosztował   cię   bezsenną   wczorajszą   noc.   Nie   pozwól   mu   zrujnować   swego 
nieoczekiwanego wolnego dnia. Zabierz plany i odjedź. To proste.

Z   determinacją   podeszła   do   baraku.   Drzwi   były   uchylone.   Zatrzymała   się, 

słysząc podniesione głosy.

-  Do diabła, Dev, takie opóźnienie będzie mnie kosztować fortunę!
Głos Deva był niski i spokojny:
-  Wiem, ale to jedyny sposób na zapewnienie bezpieczeństwa.
-  Niemożliwe!
Znów rozległ się głos Deva, stanowczy, lecz z nutą współczucia:
-  Przykro mi, Frank. Widziałeś analizy ostatnich próbek. Nie ma w nich gęstości i 

stabilności. Warstwa granitu kończy się po prostu tu - rozległ się szelest papieru - i 
zaczyna się piasek. Cały ten obszar musi być utwardzony.

-  To może zająć całe tygodnie!
Dev odpowiedział coś cicho i znów zaszeleścił papier. Gdy odezwał się, jego 

głos był spokojny i stanowczy.

-     Może   nie.   Jeśli   zaczniesz   wykopy   tu,   przywieź   wodę   i   inne   składniki   do 

domieszania   i   zajmij   się   utwardzaniem   w   czasie   robienia   wykopów   na   innym 
obszarze. Wygląda na to, że blisko autostrady znajduje się glina, więc nie musiałbyś 
jej przywozić...

-     Nie   rozumiesz,   prawda?   Każdy   dzień   opóźnienia   będzie   mnie   kosztował 

fortunę!

Dev wydawał się zaskoczony.
-  Powinieneś się tego spodziewać. Całe południowe wybrzeże to ten typ gruntu.
-   Ale nie spodziewałam się takiej ilości. To praktycznie dotyczy całego terenu 

robót! I przypuszczam, że zamierzasz mi wmawiać, iż potrzebne jest utwardzenie 
do 98 procent?

29

background image

-  Nie ja - zaprzeczył łagodnie Dev. - Władze stanowe.
Mason   zaklął   i   Megan   zaledwie   zdążyła   odsunąć   się   od   drzwi,   słysząc   jego 

gniewne, szybkie kroki. Mijając ją, mężczyzna uśmiechnął się słabo.

-  Projekty są na biurku - powiedział krótko i odszedł.
Megan była zdumiona. Nawet w złości Mason powinien mieć na tyle rozsądku, 

aby nie obrażać jej ojca, co znaczyło, iż nie powinien obrażać jej. Choć uważała go 
za zbyt apodyktycznego, dla niej był zawsze grzeczny. Z drugiej strony nie widziała 
go przedtem w pracy, a z tego, co usłyszała, domyślała się, że sprawy nie układają 
się najlepiej.

Mimo   woli   czuła   podziw,   dla   Deva   za   sposób,   w   jaki   przeciwstawił   się 

gniewnemu,   autokratycznemu   przedsiębiorcy.   Zachował   spokój   i   bronił   swojego 
zdania. Co nie było dziwne, zważywszy jego oddanie wykonywanej pracy.

Weszła   po   schodach.   Tym   razem   ubrała   się   bardziej   odpowiednio.   Miała   na 

sobie płócienne spodnie i błękitną bluzkę z jedwabiu, a na nogach espadryle. Nie 
było słychać jej kroków. Drzwi zastała otwarte. Dziwne, że Mason nie zatrzasnął ich 
w złości. Zatrzymała się na ostatnim stopniu. Wtedy Dev uniósł głowę i zauważył

Siedział   na   krześle   kreślarskim,   ramiona   oparł   na   stole.   Podwinięte   rękawy 

koszuli   pozwalały   widzieć   silne   mięśnie   przedramion.   Twarz   ukrył   w   dłoniach. 
Wyglądał na wyczerpanego. Jego gęste włosy były potargane i Megan natychmiast 
przypomniała sobie dzień, kiedy stał przed kawiarnią, tocząc wewnętrzną walkę.

Wiedziała   teraz,   że   walczył   o   to,   aby   trzymać   się   od   niej   z   daleka.   Bał   się. 

Wiedziała   też,   że   cierpi.   Nie   podobał   jej   się   ból,   jaki   poczuła;   nie   chciała   mu 
współczuć.

-  Meg - szepnął.
-  Megan - poprawiła go mimo woli. Wolałaby nie widzieć błysku w jego oczach.
-  Przepraszam - odrzekł oficjalnym tonem. - Ciągle zapominam.
-  Zawsze miałeś selektywną pamięć.
Zbladł i w jego oczach zapłonął gniew. Zachwiał się na krześle i przez moment 

zdawało się, iż stracił równowagę. Jednak opanował sytuację dokładnie wtedy, gdy 
chciała podejść, podtrzymać go i wyznać, że nie miała nic złego na myśli.

-     W   porządku   -   mruknął   pojednawczym   tonem.   -   Rozumiem.   Byłem   głupi, 

myśląc, że ty... – Spuścił wzrok na szkice rozłożone na stole. - Masz prawo mnie 
nienawidzić.

Ku   swemu   zdumieniu   Megan   odkryła,   iż   zaprzecza   temu,   co   ciągle   sobie 

wmawiała. Jakoś nie mogła zapewnić go o swej nienawiści, po tym, co przeszedł.

-     Nie.   -   Powiedziała   to   cicho,   lecz   Dev   gwałtownie   podniósł   głowę.   - 

Próbowałam. Chciałam cię nienawidzić, ale nie mogłam. Nie miałam siły. Mogłam 
tylko... cierpieć.

-     Ponieważ   zabrałem   ci   wiarę   i   nadzieję   -   zauważył   Dev   gorzkim   tonem.   - 

Zużyłem je, aby móc żyć.

-   Nie - zaprzeczyła ponownie, tak samo cicho jak przedtem. - Wiara, że mnie 

potrzebujesz, wzmocniła mnie; a przynajmniej tę osobę, jaką wtedy byłam.

-  Boże, Meggie...
Zesztywniała.   Słyszała   te   słowa   i   ton   przedtem   i   natychmiast   przypomniała 

sobie, gdzie i kiedy. Złość wróciła. To właśnie ten mężczyzna pozwolił jej obudzić 
się samej tego ranka, kiedy żadna kobieta nie powinna być pozostawiona sama. To 
właśnie   temu   mężczyźnie   zabrakło   odwagi,   aby   wypowiedzieć   słowa,   które 

background image

oszczędziłyby jej niewypowiedzianych cierpień.

-   Wiem - rzucił, jakby zauważył w niej zmianę. - To nie jest wytłumaczenie. - 

Odwrócił   oczy.   -   Byłem   samolubny.   Wykorzystałem   cię,   okłamałem,   zraniłem. 
Żerowałem   na   twojej   młodości   i   energii,   a   potem   zostawiłem   cię   w   najgorszy   z 
możliwych   sposób   i   w   najgorszym   z   możliwych   momencie.   Zniszczyłem   twoją 
miłość i zaufanie, a teraz wiem, że zrobiłem coś jeszcze gorszego. Zniszczyłem 
twoje marzenia.

Megan wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami. Mówił wszystko, co 

powtarzała   sobie   wiele   razy,   próbując   w   to   uwierzyć,   gdy   usiłowała   odbudować 
swoje   życie.   Wtedy   te   słowa   wydawały   się   prawdziwe,   dlaczego   więc   teraz 
wydawały się jej tak zaskakujące?

- Dev - szepnęła mimo woli. Drgnął, jakby dźwięk własnego imienia sprawiał mu 

ból. Gdy się odezwał, jego głos był ledwie słyszalnym szeptem.

-  A wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze? Ciągle cię kocham. Kochałem cię 

wtedy i teraz też...

Gwałtownie odwrócił się i spuścił głowę. Widziała, jak szybko zamrugał oczami i 

zacisnął powieki.

Tego było za wiele. Ze stłumionym okrzykiem obróciła się i uciekła, omal nie 

spadając ze schodów.

A niech go, myślała, naciskając pedał gazu w corvetcie. Niech będzie przeklęty 

za to, że powiedział to teraz, a nie wtedy, gdy byli razem. Niech będzie przeklęty za 
wyznanie uczynione w chwili, gdy na ratowanie czegokolwiek było za późno. Niech 
będzie przeklęty za władzę, jaką nad nią ma; zniszczył jej dumę. Chciała podbiec i 
pocieszyć go, choć to on był przyczyną jej cierpień. Niech będzie przeklęty za to, że 
na jego widok jej serce zaczyna bić szybciej; a szczególnie za to, że jego wyznanie 
sprawiło, iż to serce niemal zatrzymało się w jej piersi.

-  Niech będzie przeklęty!
Po chwili zorientowała się, że jedzie za szybko, i zdjęła nogę z gazu. Policja 

lubiła zatrzymywać kierowców przekraczających limit szybkości. Devlin Cross zabrał 
jej   serce,   marzenia   i   większość   radości   życia;   nie   mogła   pozwolić,   aby   z   jego 
powodu wlepili jej mandat.

Poza tym musiała myśleć o kimś jeszcze. Nie mogła dać się zabić, jadąc w taki 

sposób,   i   zostawić   Kevina   bez   matki   i   ojca.   Westchnęła   głęboko   i   spróbowała 
pozbyć się myśli o tym ojcu.

Dev chciał wstać i zamknąć drzwi, najlepiej na klucz, tak żeby nikt go nie widział, 

dopóki nie uda mu się odzyskać panowania nad sobą; nie wierzył  jednak swym 
drżącym nogom.

Nie mógł uwierzyć, że to zrobił. Przysięgał sobie. iż następnym razem będzie tak 

samo chłodny i oficjalny jak Megan; musi zapomnieć o przeszłości, zgodnie z jej 
życzeniem. Jednak nie udało mu się, tak samo jak sześć lat temu nie udało mu się 
trzymać od niej z daleka. Zaczynał się zastanawiać, czy w ogóle ma jakieś zasady.

Stłumił westchnienie i ukrył twarz w dłoniach. W zmęczonym umyśle kłębiły się 

gorączkowe myśli. Bez skutku usiłował pozbyć się słabej nadziei, jaką poczuł, gdy 
dowiedział   się,   iż   Megan   go   nie   nienawidzi.   Ta   sama   nadzieja   rozbłysła 
nieoczekiwanie, kiedy Megan wyszeptała jego imię.

Wystarczająco złym posunięciem było to, że wyznał jej, iż ją kocha; powinien był 

31

background image

zatrzymać   tę   bezużyteczną   informację   dla   siebie.   Jednak   wyobrażanie   sobie   na 
podstawie jednej chwili, iż Megan mięknie i zaczyna zachowywać się tak jak kiedyś, 
było głupotą nie do opisania.

Przeciągnął się, napinając obolałe mięśnie. W tej samej chwili zauważył duży, 

niebieski folder.

Rysunki.   Po   to   przyjechała   Megan,   uświadomił   sobie.   Nie   myślał   o   tym 

wcześniej,   po   prostu   traktował   jej   obecność   tak,   jakby   sprowadził   ją   tu   swymi 
myślami.

Wpatrywał   się   w   folder.   Wmawiał   sobie,   że   zmiana   w   zachowaniu   Megan   o 

niczym   nie   świadczyła;   co   najwyżej   była   to   litość   -   a   więc   to,   czego   próbował 
uniknąć i dlatego naraził siebie i ją na cierpienie. A potem w zachowaniu Megan 
wyczuł ogarniającą ją złość.

Tak, byłem głupi, powiedział sobie, sięgając po folder. Z pewnością nie po raz 

pierwszy i niestety, nie po raz ostatni.

Megan przestała krążyć po pokoju, słysząc dzwonek telefonu. Niech odpowie 

sekretarka,   pomyślała.   W   tej   chwili   nie   miała   ochoty   z   nikim   rozmawiać. 
Uregulowała termostat kominka w bibliotece i wznowiła swój spacer. Potem nagle 
zatrzymała się.

Nie chcę z nikim rozmawiać, pomyślała z odrazą; wolę krążyć  po pokoju jak 

szczur w klatce. Podeszła do telefonu i podniosła słuchawkę w chwili, gdy włączyła 
się automatyczna sekretarka. Wyłączyła ją.

-  Halo?
-  Panna Spencer? Mówi Ray z portierni. Odprężyła się nieco.
-  O co chodzi, Ray?
-     Jest   tu  jakiś  chłopak   z   przesyłką   dla  senatora.   Przyniósł   rysunki   od   pana 

Masona. Mówi, że pani na nie czeka.

Jęknęła   w   duchu.   Jak   mogła   zapomnieć,   po   co   pojechała   na   plac   budowy? 

Nieważne,   powiedziała   sobie,   wiem.   I   teraz   Frank   musiał   przysłać   jednego   ze 
swoich   pracowników.   Wie,  że  przyjechałaś  po  nie,  i pewnie   teraz  uważa   cię  za 
idiotkę.

-  W porządku, Ray.
-  Dobrze, panno Spencer. Wpuszczę go. Przynajmniej to nie Frank, pomyślała, 

czekając na dzwonek do drzwi. Nie będzie musiała wyjaśniać, dlaczego odeszła, 
zapominając o tym, po co przyjechała.

Rozległ się dzwonek. Pośpiesznie otworzyła ciężkie drzwi.
-  Ty?
Zbyt późno przypomniała sobie, że Ray, emerytowany oficer policji dobiegający 

siedemdziesiątki, miał zwyczaj nazywać „chłopakami" wszystkich mężczyzn poniżej 
czterdziestki.

Nie zmieniając wyrazu twarzy Dev wyciągnął w jej stronę niebieski folder.
-  Już dawno nikt nie nazywał mnie chłopakiem.
-  Dziękuję. Musiałam...
-  Tak, wiem - odpowiedział. - Byłaś zdenerwowana. Przepraszam.
-  Przepraszasz za to, że byłam zdenerwowana?
-   Nie. Przepraszam za to, że cię zdenerwowałem. To niewielka różnica, lecz 

background image

niezwykle istotna. Nie miałem prawa powiedzieć tego, co powiedziałem.

Wstrzymała oddech.
-  Masz na myśli to, że powiedziałeś...
-     Że   cię   kocham   -   dokończył   spokojnie.   -   Nie   chciałaś   tego   słyszeć,   ale 

musiałem to powiedzieć.

Wyraz jego twarzy zmienił się. Przypominał teraz Deva z dawnych czasów w 

kawiarni. Instynktownie uniosła dłoń.

-  Och, Dev...
-   Nie! - Odsunął się gwałtownie. - Nie dotykaj mnie. Nie mów do mnie takim 

tonem.

Zaskoczona i wściekła na siebie za swoją słabość, Megan cofnęła rękę. Dev 

chwycił ją, upuszczając folder.

-   Proszę, nie rób tego - wyszeptał. - Kiedy mówisz takim tonem i kiedy mnie 

dotykasz, wydaje mi się, że jest jakaś nadzieja, a wiem, iż jej nie ma.

Mogłaby   przysiąc,   że   w   jego   oczach   dostrzega   błaganie,   aby   zaprzeczyła. 

Kłębiły się w niej emocje. Czułość, jaką zawsze mu okazywała; pamięć tego, co 
zrobił; złość na siebie za to, że była taka głupia. Miotana sprzecznymi uczuciami 
Megan   stała   bez   ruchu.   Wiedziała,   że   na   jej   twarzy   malowało   się   zmieszanie. 
Spuściła głowę, nie chcąc, aby Dev to zauważył.

Wyrwała rękę i zaczęła na oślep szukać klamki. Chciała uciec. Pchnęła drzwi i 

zobaczyła czarno-białą posadzkę. Nie cierpiała jej. Czuła się na niej jak pionek na 
szachownicy.

Dev podniósł folder i raz jeszcze wyciągnął go w jej kierunku.
-  Nie musisz uciekać, Megan. Odchodzę.
Drżącą dłonią wzięła folder. Ich palce zetknęły się i Megan poczuła dreszcz. Dev 

spojrzał na nią z pełną smutku rezygnacją.

-  Czujesz to, prawda? - szepnął. - Przynajmniej to nie odeszło.
Tęskna nuta w jego głosie, trafiająca prosto do serca, była nie do zniesienia.
-  Może dlatego - rzuciła z gniewem - że od samego początku chodziło tylko o to.
Cofnął się, zaciskając usta.
-  Nie wierzysz w to, prawda?
-  Och?
-  Nie! Wiesz, że było coś więcej, że ja...
Urwał i wyraz jego twarzy sprawił, że Megan znów zalała fala czułości, z którą 

musiała walczyć.

-     Nie   wiem,   dlaczego   kiedyś   ci   ulegałam   -   mruknęła   -   ale   tym   razem   nie 

pozwolę, żebyś mną manipulował.

Dev westchnął głęboko.
-   Meg, nie pozwoliłaś mi na to i przedtem. Wykorzystałem twoją niewinność. 

Dobrze wiedziałem, iż myśl  o tym,  że mam żonę, nigdy nie pojawi się w twoim 
umyśle,   i   wykorzystałem   to.   Potrzebowałem   rozpaczliwie   tego,   co   mi   dawałaś. 
Musiałem cię mieć jak promień słońca w moim życiu. Chciałem, abyś była osobą, 
która nie patrzy na mnie z litością.

Megan   zbladła,   jej   złość   minęła.   Czy   kiedykolwiek   uświadamiała   sobie,   co 

wówczas   przeżywał?   Próbowała   wyobrazić   sobie   jego   bezradność,   okoliczności, 
nad którymi nie miał kontroli; żonę, która żyła, choć odeszła od niego już dawno, i 

33

background image

jego, ani wolnego, ani żonatego. Długą ciszę zakłócał tylko odgłos zbliżającego się 
samochodu.

-  Widzisz - powiedział cicho Dev. - Ujrzałem na twojej twarzy tę cholerną litość, 

której   tak   nie   znoszę.   Wszyscy   mówili:   Biedny   Dev,   ciekawe,   jak   on   to   znosi. 
Ciekawe, jak długo jeszcze wytrzyma.  Jaka szkoda, taki młody i ma zrujnowane 
życie...

W jego głosie zabrzmiała gorycz. Przerwał, jakby uświadomił to sobie. Gdy znów 

się odezwał, w jego głosie brzmiał jedynie smutek.

-  Przynajmniej wiem, że miałem rację. Wiedziałem, że nie zniosę twojej litości. 

Tolerowałem współczucie innych osób - ale twoje byłoby nie do zniesienia.

-  Dev...
Urwała.   Nie   wiedziała,   co   powiedzieć.   A   potem   zobaczyła   coś   kątem   oka   i 

poczuła panikę. Boże, powinna to przewidzieć, powinna spojrzeć na zegarek.

Było za późno. Samochód pani Moreland hamował na podjeździe. Dev odwrócił 

się. Otworzyły się drzwi od strony pasażera. Megan szybko ruszyła w dół schodów, 
niepewna, co powinna zrobić, i tylko miała nadzieję, że jakimś cudem uda jej się 
uniknąć katastrofy.

-  Mamo! - Mały chłopiec biegł w jej stronę, ignorując obcego mężczyznę. - Carla 

powiedziała, że byłem dziś dobry! Powiedziała, że niedługo będę mógł przejść do 
starszej grupy! Nudzę się w młodszej.

Meg przytuliła syna.
-  To dobrze, kochanie. Idź się przebrać. Resztę opowiesz mi później.
Pocałowała go i chłopiec wbiegł do domu. Samochód skierował się w stronę 

garażu za rogiem. Megan wyprostowała się i zaczęła wygładzać zagięty róg foldera 
z   rysunkami.   Wreszcie,   z   wysiłkiem   większym   niż   cokolwiek   od   czasu   narodzin 
Kevina, uniosła głowę i spojrzała na zdumioną, bladą twarz Deva.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

-  On nie jest twoim synem. Rozumiesz? 
Zdumione   spojrzenie   Deva   przeniosło   się   od   drzwi,   za   którymi   zniknął   mały, 

szczupły chłopiec, na nią. Megan od razu zrozumiała, co czuł. Pod wpływem szoku 
jego mur obronny runął. Usiłowała zrobić, co w jej mocy, aby ukryć panikę.

-  Nie trudź się obliczeniami - rzuciła ostro. - Kevin jest za mały, aby być twoim 

dzieckiem.

Pomyślała, że może jej się udać ten wybieg. Kevin urodził się jako wcześniak po 

pierwszej, pełnej powikłań ciąży i wciąż nie wyglądał na swój wiek. Po raz pierwszy 
cieszyła się, iż jej syn wygląda na mniej niż pięć lat. Modliła się w duchu, aby ten 
argument przekonał Deva. Obserwowała go uważnie i dostrzegła, że zmienił mu się 
wyraz   twarzy.   Pojawiło   się   na   niej   coś,   co   udało   jej   się   zinterpretować   dopiero 
wtedy, gdy się odezwał.

-  Nie marnowałaś czasu, prawda? - zapytał ochrypłym głosem.
Zmarszczyła brwi.
-  Co masz na myśli?
-  Szybko znalazłaś kogoś innego.
Zbladła, słysząc te słowa. Powinna się cieszyć, że wziął jej kłamstwo za dobrą 

monetę; jednak zamiast tego czuła ostry ból, widząc wyraz jego twarzy.  Było to 
niemal obrzydzenie na myśl o tym, co nie przyszło Megan do głowy, gdy wymyślała 
pospiesznie   coś,   co   rozproszyłoby   wątpliwości   Deva:   jeśli   Kevin   nie   był   jego 
dzieckiem, Megan wkrótce po rozstaniu z Devem musiała mieć romans z innym 
mężczyzną.

Miała ochotę zaprotestować przeciwko takim insynuacjom, ale powstrzymała się. 

Uwierzył, że Kevin nie jest jego synem i tylko to się liczyło. Nie mam prawa być 
zmartwiona, powiedziała sobie stanowczo. To Dev ją zostawił, a nie odwrotnie. Jeśli 
nawet mogła zrozumieć powody jego decyzji, nigdy nie przebaczy mu tego, iż nie 
powiedział jej o istnieniu żony, zanim oddała mu serce, ciało i duszę.

Nie mogła mu również wybaczyć tego, że nie wrócił do niej, choć mógł to zrobić. 

Mieszkała w San Diego przez sześć tygodni, choć instynkt nakazywał jej wracać 
natychmiast   do   domu.   Mimo   to   Dev   nie   próbował   skontaktować   się   z   nią   i 
sprawdzić, czy nie było żadnych... skutków ubocznych tej jednej, namiętnej nocy. 
Odszedł, nie dbając o to, że mógł coś po sobie zostawić.

-  A czego się spodziewałeś?
Wiedziała, że nie umie kłamać, lecz wmawiała sobie, iż dla dobra Kevina będzie 

musiała się tego nauczyć. Na razie szok Deva ułatwił jej zadanie, lecz to nie był 
koniec kłopotów. Chyba że, jak pomyślała ponuro, zraniła go tak bardzo, jak on 
zranił ją i jej syna, zostawiając ich samych.

Odjeżdżając, Dev nie czuł się zraniony. Czuł ból, ale zarazem drętwotę, jakby 

obserwował   swoje   cierpienie   z   pewnego   dystansu.   Zastanawiał   się,   czy 
przypadkiem nie jest to kwestia pewnej funkcji mózgu. Mózg wiedział, iż Dev nie ma 
prawa do Megan Spencer i jej syna. Chłopca, który mógłby być jego synem. Ale nie 

35

background image

był. To widać, pomyślał Dev. Mój musiałby mieć ponad pięć lat, a ten chłopczyk jest 
młodszy. Był wprawdzie wzrostu siostrzeńca Deva, który kończył sześć lat za kilka 
miesięcy, mimo to wydawał się być dużo młodszy ze względu na drobną sylwetkę. 
Dev   pomyślał   ze   zdumieniem,   iż   Megan   zbyt   szybko   znalazła   pociechę   w 
ramionach innego mężczyzny.

A czego się spodziewałeś, zapytał pod nosem. Tak bardzo ją zranił, a ona była 

tak młoda... To naturalne, że rzuciła się w ramiona pierwszego mężczyzny, który był 
dla niej miły.

I poszła z nim do łóżka.
Słowa te odbijały się echem w jego umyśle. Myśl o Meggie oddającej się innemu 

mężczyźnie, o innym napawającym się słodyczą, której on spróbował jako pierwszy, 
omal nie sprawiła, iż zjechał z drogi.

On przynajmniej kochał się z nią w łóżku, przypomniał sobie z goryczą. Nie na 

podłodze, w pijanym widzie i w pośpiechu.

Czy kochała   mężczyznę,   któremu   urodziła   syna? I gdzie on był teraz? Nie 

nosiła obrączki. Mieszkała w domu swego ojca i nosiła jego nazwisko, choć kiedyś 
była zdecydowana nie czerpać korzyści z tego faktu. Gdzie, u diabła, był ojciec jej 
syna? Dlaczego nie zajmował się nimi? Jaki mężczyzna odszedłby od takiej kobiety 
jak Megan i od jej syna?

Taki mężczyzna jak ty, uprzytomnił sobie bezlitośnie.
Mój Boże, pomyślał. Nic dziwnego, że Meg cię nienawidzi. Oparł czoło o drżące 

dłonie, zaciśnięte na kierownicy. Nigdy o tym nie pomyślał, nawet nie przyszło mu 
do głowy, że za pierwszym razem, kiedy się z nią kochał, mógł sprawić, iż zaszła w 
ciążę.

Przypuszczał, że była to kwestia stresu, w jakim wtedy żył. Albo może, pomyślał 

ponuro,  wolał   po  prostu  tego  nie  rozważać.   Myśl   o  dziecku  z Meggie  była   zbyt 
kusząca, nawet teraz. Wtedy wprawiłaby go w. zachwyt. To byłaby ostatnia kropla, 
przepełniająca kielich, i być może jego umysł był tego świadomy.

Lecz Meg nie miała o tym pojęcia. Wiedziała tylko, że Dev zostawił ją po tym, jak 

oddała   m   najcenniejszą   rzecz   -   swoje   dziewictwo.   A   potem   dzięki   telefonowi, 
odkryła, dlaczego to uczynił. Żal z tego powodu nosiła w sercu przez ponad sześć 
lat. Był jej winien jeszcze jedne przeprosiny.

Obiecując sobie, że to ostatni raz i potem nie zostanie mu nic innego, jak odejść, 

włączył silnik i zawrócił.

Megan nie miała powodu, by przypuszczać, iż Dev wróci tak szybko, jednak gdy 

tylko   pani   Moreland   zapowiedziała   gościa,   wiedziała,   kto   to   jest.   Pani   Moreland 
powiedziała,   że   pan   Cross   czegoś   zapomniał.   Megan   nie   miała   pojęcia,   co 
odpowiedzieć.  Odczekała  chwilę  i gdy miała pewność,   iż  głos jej  nie zawiedzie, 
krzyknęła przez zamknięte drzwi, że zaraz schodzi.

Usiadła na łóżku. Zasłony w pokoju były zaciągnięte; miała nadzieję, że pomoże 

jej to uspokoić wzburzone emocje. Nie pomogło.

Nawet   Kevin   coś   wyczuł.   Przerwał   w   pół   zdania   opowieść   o   udanej   lekcji 

pływania  i  zapytał,  co  się stało.  Wymówiła się bólem głowy  i prawie  rozpłakała, 
kiedy  zaniepokojony synek  polecił jej wziąć   aspirynę   i  położyć  się  do  łóżka, jak 
zawsze robi dziadek w takich wypadkach.

background image

Pomijając   aspirynę,   wypełniła   zalecenia   swego   pięcioletniego   lekarza,   lecz 

niewiele   to   pomogło   na   burzę   emocji   przeżywanych   w   związku   z   Devlinem 
Crossem. Ze wszystkich możliwych wyjaśnień jego zachowania prawdziwe nigdy 
nie przyszło jej na myśl.

Nigdy nie mogła pogodzić jego zachowania z tym, jak go postrzegała; doszła 

więc do wniosku, że pomyliła się w ocenie. Gardziła sobą za ślepotę i głupotę i 
trwało to tak długo, ponieważ nie wiedziała, czy kiedykolwiek uda jej się pozbyć 
tego uczucia. A teraz obraz mężczyzny, który tak długo istniał w jej świadomości, 
legł w gruzach. Przekonała siebie, iż wykorzystał ją; tymczasem on okazał się być w 
sytuacji bez wyjścia, rozdarty bardziej niż myślała na samym początku. Jednak czy 
mogło to wyjaśnić jego postępowanie? Czy rekompensowało jej cierpienia? Wstyd, 
gdy musiała wyznać ojcu, iż miał rację i rzeczywiście okazała się naiwnym, głupim 
dzieckiem?   Samotność   w   walce   o   utrzymanie   ciąży,   jakby   dziecko,   świadome 
przeżyć matki, nie miało pewności, czy powinno zjawić się na tym świecie?

Wolno przeszła do łazienki. Jeden rzut oka w lustro wystarczył. Wiedziała, że nie 

uda jej się skryć wszystkich emocji. Przypudrowała cienie pod oczami, nałożyła róż 
na policzki i przeciągnęła szczotką po włosach.

Wzięła głęboki oddech i spojrzała w lustro. Znów ujrzała maskę córki senatora. 

Modliła się, aby udało jej się zachować tę maskę w obliczu jedynego mężczyzny, 
który był  w stanie ją zniszczyć.  Wyszła z pokoju, zastanawiając  się, po  co Dev 
wrócił.

Hol   na   dole   był   pusty.   Przeszła   do   salonu,   licząc   na   to,   iż   pani   Moreland 

zaproponowała gościowi, aby usiadł. Nie było go tam. Usłyszała radosny śmiech 
Kevina, lecz zaraz potem rozległ się niski, męski głos. Megan poczuła dreszcze. Z 
trudem powstrzymała się, aby nie pobiec w kierunku, skąd dobiegał dźwięk.

Zatrzymała się w drzwiach do pokoju, serce podeszło jej do gardła. Spodziewała 

się   widoku   bałaganu   na   stole.   Kevin   od   tygodnia   budował   model   samolotu,   z 
zaskakującą   determinacją   i   cierpliwością.   Nie   spodziewała   się   zobaczyć   Deva, 
siedzącego po turecku na podłodze i z uwagą przyglądającego się czynnościom 
chłopca.

Megan   stała   jak   sparaliżowana,   patrząc   na   ojca   i   syna.   Kevin   przykładał   do 

samolotu skrzydło, niestety, trzymając je do góry nogami.

-  Wiesz - powiedział z namysłem Dev, nawet się nie uśmiechając. - Wydaje mi 

się, że robiłeś to lepiej za pierwszym razem.

Chłopiec nieśmiało zerknął na mężczyznę i odwrócił skrzydło samolotu.
-  To znaczy, tak?
Dev skinął głową i wskazał rysunek na pudełku.
-  Widzisz, miałeś rację.
-  Teraz wygląda jak ten na obrazku, prawda? - zapytał entuzjastycznie Kevin i 

sięgnął po klej.

-  Chcesz, żebym go przytrzymał? Widzę, jak się starasz, aby nie wycisnąć zbyt 

dużo kleju.

-  Dziadek powiedział, że muszę być naprawdę ostrożny - zgodził się Kevin, bez 

protestów przyjmując pomoc Deva.

Megan   była   zdumiona.   Przecież   synek   uparł   się,   żeby   zrobić   model 

samodzielnie. Dev był więcej niż taktowny; dbał o uczucia chłopca jak... ojciec.

37

background image

Musiała wycofać się z pokoju, czując łzy zbierające się pod powiekami. Gdzieś w 

środku czuła emocje tak silne, że nie wiedziała, czy są bolesne, czy przyjemne.

Później   znów  usłyszała   śmiech   Kevina   i   poczuła   panikę.   Czy  Dev   naprawdę 

zachowywał się jak ojciec? Czy w jakiś sposób odgadł, iż skłamała? Czy zauważył 
podobieństwo   dziecka   do   siebie,   które   było   dla   niej   tak   wyraźne?   Czy   właśnie 
dlatego wrócił? Zaalarmowana, zdecydowała się wejść do pokoju.

-    Mamo,   spójrz!  -  krzyknął   Kevin,  słysząc  jej  pospieszne  kroki.  -  Teraz mój 

model naprawdę wygląda jak samolot!

-     Widzę,   Kevin.   Może   popracuj   nad   nim   jeszcze   trochę,   a  ja   w   tym   czasie 

porozmawiam z panem Crossem?

Słysząc  jej ton, dziecko zmarszczyło  brwi.  Dev wolno podniósł się z podłogi. 

Wyraz   jego   twarzy   świadczył,   iż   on   także   zauważył   jej   niepokój.   Patrzył   na   nią 
badawczo.

-  Ciągle cię boli głowa, mamo? - zapytał Kevin.
-  Czuję się dobrze, kochanie.
Dev zerknął na Kevina i potem na Megan. Nie poruszył się, ale w jego oczach 

pojawiło się zrozumienie. Widziała, że się zaniepokoił. Jakoś zrozumiał, iż chciała 
go odsunąć od swego syna. Wyobrażała sobie, jakie, jego zdaniem, są powody jej 
zachowania i miała tylko nadzieję, iż nie będzie żądał od niej wyjaśnień.

-  Dzięki za pomoc, Dev.
Drgnął, słysząc słowa chłopca i zerknął na niego przez ramię.
-  Proszę bardzo - odpowiedział miękko. Zatrzymali się w sąsiednim pokoju i Dev 

spojrzał w oczy Megan. Cisza przedłużała się.

-  Miłe dziecko - powiedział w końcu Dev.
-  Tak. Czego chcesz?
Zerknął   w   stronę   zamkniętego   pokoju   i   serce   Megan   zaczęło   bić   szybciej. 

Czyżby zgadł?

-  Chciałbym... - zaczął wolno, wpatrując się w drzwi, za którymi Kevin rozmawiał 

z panią Moreland.

-  Nie - rzuciła Megan. - Czego chcesz? - powtórzyła.
W jego oczach zobaczyła wyraz bólu, który jednak szybko zniknął.
-  Na początek powiedz mi, gdzie jest ojciec chłopca?
Megan usiłowała nie okazać, jaką ulgę poczuła.
-  Nie jesteśmy już ze sobą. Kevin nosi moje nazwisko. Nigdy nie znał ojca.
Półprawda zabrzmiała dosyć gładko.
-  Zresztą to nie twoja sprawa - dodała z naciskiem.
Drgnął i westchnął głęboko.
-  To prawda - przyznał. - Zresztą nie powinno mnie interesować nic, co dotyczy 

ciebie.

Megan nie odpowiedziała i tylko duma pozwoliła jej wytrzymać jego spojrzenie. 

Wzrok Devlina był tak samo pusty i nieobecny jak sześć lat temu.

-  Uwierz mi - powiedział wolno - naprawdę, próbowałem cię odszukać.
-  Mówiłeś już o tym. Śmieszne, ale przez cały czas byłam w swoim mieszkaniu, 

przez   sześć   tygodni   po   twoim   odejściu.   Choć   nienawidziłam   tego   miejsca   i 
nienawidziłam wspomnień...

Urwała, gdy zauważyła, że podnosi głos. Nie chciała dać mu poznać, jak bardzo 

ją zranił. Uspokoiła się, wzruszyła ramionami i odezwała się ponownie:

background image

-     Byłam   głupia,   czekając   i   mając   nadzieję.   -   Mając   nadzieję,   że   wrócisz   i 

wyjaśnisz, dlaczego to zrobiłeś, dodała w myślach. Mając nadzieję, że to pomyłka i 
tak naprawdę nie masz żony. Mając nadzieję, że nie jestem w ciąży...

Dev poruszył się niespokojnie.
-  Chodzi mi o późniejszy okres.
Już chciała ostro zareagować, lecz myśl o obwinianiu kobiety, która zmarła tak 

młodo, napełniła ją wstydem. To nie jej wina, że byłaś głupia, powiedziała sobie. To 
raczej ona była niewinną ofiarą.

-   Próbowałem - powtórzył  Dev - ale ciebie już tam nie było.  A przynajmniej 

Megan Scott zniknęła. Pewnie wtedy zostałaś już Megan Spencer.

-   Zawsze byłam Megan Spencer. Meg Scott to było... głupie dziecko, faza, z 

której musiałam kiedyś wyrosnąć.

-   Nie! - zaprotestował wbrew swojej woli. - Nie mów tego. Meg była słodką, 

niewinną, śliczną osobą. Nie krytykuj jej tylko dlatego, że ja... - Megan czekała na 
dalszy   ciąg,   lecz   Dev   tylko   potrząsnął   głową,   jakby   czuł   za   duży   ból.   Później 
wyprostował się.

-  Przepraszam. Nie wróciłem po to, aby znów omawiać stare sprawy.
-  W takim razie po co wróciłeś? Wziął głęboki wdech.
-  Żeby cię przeprosić.
-  Znowu?
-  Nie za to. Powiedziałem już, że nigdy nie chciałem cię zranić, i wiem, że w to 

nie wierzysz. Nic nie mogę na to poradzić. Nie mogę zmienić przeszłości.

-  W takim razie...?
-     Po   prostu   coś   zrozumiałem...   -   Przerwał   i   przesunął   ręką   po   włosach 

znajomym   gestem,   wywołującym   w   piersi   Megan   ból.   -   Boże,   jakie   to   ma 
znaczenie? W to też nie uwierzysz, bo jest to absurdalne. Ja sam zaledwie mogę 
uwierzyć.

-  W co?
Dev podszedł do okna i wyjrzał na podjazd. Zacisnął dłonie w pięści i schował je 

w kieszeniach, jakby chciał się powstrzymać przed zadaniem ciosu na oślep.

Megan   obserwowała   go,   zastanawiając   się,   dlaczego   traci   tyle   czasu   na 

wysłuchiwanie   mężczyzny,   który   zadał   jej   ból.   Była   tak   pochłonięta   myślami,   że 
kiedy Dev odezwał się, drgnęła.

Jego głos był niski i ochrypły, ale gdyby nawet brzmiał normalnie, wiedziałaby, z 

jakim trudem przychodzi mu mówienie. Widać to było po jego minie i przerwach, 
jakie robił między wyrazami.

-  Byłem wtedy na skraju przepaści, Meg. Megan - poprawił się. - Wiedziałaś o 

tym od samego początku, prawda? Wiedziałaś, że coś jest nie tak?

-  Wiedziałam.
Odwrócił się ku niej, patrząc w napięciu, jakby spodziewał się, iż~ słowa, które 

za chwilę wypowie, mogą wzburzyć Megan, lecz musiał to powiedzieć.

-     Chyba   nie   zdawałem   sobie   sprawy   z   tego,   jak   bliski     byłem     załamania, 

dopóki  cię   nie   spotkałem. - Spuścił na moment wzrok i potem znów spojrzał jej w 
twarz,   jakby   zmusił   się   do   tego.   -   Nie   wiedziałem,   że   zbliżam   się   do   brzegu 
przepaści,   dopóki  mnie  nie  powstrzymałaś.   Mogłem   się  rozsypać,   wystarczyłaby 
jedna drobna rzecz, mały wzrost napięcia...

39

background image

-  Sądzisz, że tego nie wiem? - zapytała. - Nie wydaje ci się, iż wiedziałam, że 

coś cię gryzie? - Nie chciała, aby przypominał jej o swoim cierpieniu; miała ochotę 
pocieszyć go, nawet teraz, a to byłoby zbyt niebezpieczne. - Słuchaj, przykro mi z 
powodu tego, co stało się z twoją żoną. Nikt nie zasługuje na śmierć w tak młodym 
wieku, szczególnie w takich okolicznościach. I przykro mi, że...

-  Nie!
Podszedł do niej i chwycił ją za ramiona.
-     Nie.   To   nie   tego...   chciałem...   Nie   chcę   twojej   litości.   Boże,   właśnie   tego 

próbowałem wtedy uniknąć.

-  W takim razie czego chcesz? - Megan niemal jęknęła. Czuła tylko, że Dev jej 

dotyka, czuła ciepło jego rąk. Szybko wciągnęła powietrze, jakby bała się, że za 
chwilę zabraknie go w pokoju.

Patrzył   na   nią   i   nie   mogła   się   ruszyć,   choć   jej   umysł   nakazywał,   aby   jak 

najszybciej uwolniła się z tego obezwładniającego uścisku. Nie mogła też odwrócić 
spojrzenia. Tak samo jak sześć lat temu, jego wzrok hipnotyzował ją w sposób, 
jakiego nie zaznała ani przedtem, ani potem.

Kiedy   się   poruszył,   wiedziała,   że   zamierza   ją   pocałować.   Wiedziała   też,   że 

popełni błąd, jeśli go nie powstrzyma. Czyż dziś już nie dowiódł jej, iż nadal jest 
wrażliwa na jego czar?

Czyż   nie   udowodnił   jej,  iż  jego   dotyk   rozpala   w  niej  płomień?  A   potem   jego 

miękkie,  ciepłe  wargi  znalazły  się  na jej  ustach  i  reakcja  ciała  stłumiła  ostatnie, 
słabe protesty umysłu. To był jedyny mężczyzna, który tak na nią działał; jedyny, 
pomyślała z rozpaczą, na całe życie.

A potem nie mogła już o niczym myśleć, gdy jego język delikatnie przesunął się 

po jej wargach, dłonie ujęły twarz i poczuła ciepło jego ciała. Rozchyliła usta.

Usłyszała niski, chrapliwy dźwięk, który wyrwał jej się z gardła. Miała wrażenie, 

że w jej rozgrzanej krwi pojawiły się płomienie ognia. Gdy cofnął się, zaprotestowała 
cicho. Potem to jej język zaczął prowokująco pieścić jego usta. Pocałunek pogłębiał 
się i nie mogła go przerwać; nie chciała go przerwać. Po raz pierwszy od bardzo 
długiego   czasu   naprawdę   coś   odczuwała   i   jej   instynktowna,   radosna   reakcja 
stłumiła wszelki rozsądek.

Jak przez mgłę czuła jego ręce przesuwające się po jej plecach, swoje ruchy, 

mające na celu jeszcze bliższy kontakt. Wreszcie Dev odnalazł jej pierś i delikatnie 
ujął ją w dłoń, ściskając stwardniałe sutki.

Westchnęła,   z   rozkoszy  ledwo   łapiąc  oddech.   A   potem,   ponad  szumem   krwi 

pulsującej w uszach i ciężkiego oddechu Deva usłyszała coś jeszcze. Kevin. Jej 
syn. Jego syn.

Wyrwała się gwałtownie.  Jej ciało protestowało, pragnęło więcej słodyczy,  na 

którą czekało sześć długich lat. Jednak Megan zignorowała ból; skrzyżowała ręce 
na piersiach, zdając sobie sprawę z beznadziejności gestu: nic nie mogło zastąpić 
ramion Deva.

-  Czego... - Przerwała i przełknęła ślinę, chcąc pozbyć się chrypki. - Czego ode 

mnie chcesz?

Dev spojrzał na nią i po chwili na swoje ręce, które jeszcze niedawno ją pieściły. 

Uniósł je powoli i przyjrzał się im uważnie, jakby należały do kogoś innego. Zacisnął 
palce i schował pięści do kieszeni. Cofnął się o krok, potem o jeszcze jeden, jakby 
chciał zachować bezpieczny dystans. Megan poczuła wdzięczność; dał jej czas na 

background image

opanowanie się.

-   Chcę... - Zadrżał i nie dokończył. Wziął głęboki wdech, jakby tak samo jak i 

ona   musiał   się   uspokoić   po   oszałamiającym   pocałunku.   Wstrzymał   oddech, 
spuściwszy wzrok. Megan zrobiła to samo i zobaczyła to, co przykuło jego uwagę: 
jej   sztywne   sutki.   Rzut   oka   na   jego   opięte   dżinsy   nie   pomógł   jej   rozładować 
zakłopotania.

Po długiej chwili ciszy Dev wreszcie się odezwał:
-  Chciałem, żebyś spróbowała zrozumieć. - Zerknął na nią, zrobił krok do przodu 

i zatrzymał się, jakby nagle przypomniał sobie ó istnieniu niebezpiecznej strefy. Z 
wysiłkiem podjął: - Możesz zrozumieć? Możesz uwierzyć, że ani razu nie przyszło 
mi do głowy, iż możesz zajść w ciążę?

Megan drgnęła.
-  Nie, powiedziałam ci... - zaczęła z desperacją.
-  Wiem; Kevin nie jest moim synem. Ale mógłby nim być. Boże, mógłby być mój, 

a ja nawet nie brałem pod uwagę takiej możliwości.

-  Trochę za późno martwić się o to, nie sądzisz? 
Odpowiedział łagodnie, jakby nie usłyszał goryczy w jej tonie:
-     O   wiele   za   późno.   Ale   nie   mogłem   brać   tego   pod   uwagę.   Po   prostu   nie 

mogłem. Myśl  o tobie w ciąży z moim dzieckiem pogrążyłaby mnie ostatecznie. 
Gdybym o tym pomyślał, choćby przez sekundę... Odwrócił wzrok i zadrżał; Megan 
prawie to poczuła. - Złamałbym się, Meg. Nie mógłbym tego znieść. Tak samo nie 
mogłem spojrzeć ci w twarz i zakończyć związku, który pozwalał mi utrzymać się 
przy życiu.

Megan widziała jego bezradność i wstyd.
-  Dev... 
Uniósł głowę.
-   A więc nie myślałem o tym - powiedział bezbarwnym tonem, patrząc jej w 

oczy. - Po prostu nie rozważyłem tego. Mój umysł automatycznie przesunął tę myśl 
w jakiś ciemny zakamarek; aż do dziś.

Spojrzał na drzwi pokoju i potem na Megan. Widziała cierpienie, jakie pojawiło 

się w jego oczach. Westchnął głęboko.

-  Gdybyś była w ciąży, mogłabyś przyjść do mnie. Wtedy... - Bezradnie wzruszył 

ramionami, jakby sam nie wiedział, co by zrobił.

-     Po   tym,   jak   odkryłam,   że   masz   żonę?   -   zapytała   Megan   ostro.   -   Twoja 

nieobecność   i   milczenie   powiedziały   mi   wyraźnie,   jak   miło   byłabym   widziana   - 
dodała.

-   Zależał ode  mnie byt   tylu   cholernych   ludzi  - powiedział,  lekko  potrząsając 

głową.   -   Moja   i   jej   rodzina.   Właśnie   rozpoczęło   działanie   Cross   Consulting.   Nie 
mogłem porzucić przedsiębiorstwa ani ludzi, którzy założyli je wraz ze mną w chwili, 
gdy dopiero zaczynało działać. I były jeszcze rachunki...

Megan drgnęła. Zaczynała rozumieć. Mam małe kłopoty finansowe, powiedział 

kiedyś. I dodał, że to sprawy prywatne, a nie zawodowe. Boże, czyżby jeszcze płacił 
rachunki za szpital żony? Uznała, że to możliwe. W San Diego nie miał zbyt wiele; 
jego budżet był niemal tak samo skromny jak jej. To wyjaśniałoby, dlaczego nadal 
jeździł tym samym dżipem i dlaczego, jak powiedział Frank Mason, pracował po 
szesnaście godzin niemal dzień w dzień.

41

background image

-     Czasami   -   rzucił   chrypliwie   -   czułem,   że   jeśli   się   załamię,   wszystko   się 

rozpadnie.   Miałem   wrażenie,   iż   trzymam   w   garści   całą   firmę.   Nie   mogłem 
rozczarować swoich współpracowników, Meg.

Megan   stłumiła   narastające   w   niej   współczucie.   Zastanawiała   się,   jak 

zareagowałaby na jego słowa, gdyby za drzwiami pokoju nie było dziecka. Jednak 
nic nie mogło zmienić faktu, że w tamtych strasznych czasach była samotna i jej syn 
nigdy nie poznał ojca.

-  Nie mogłeś ich rozczarować - powtórzyła cicho, wściekła na siebie za to, że w 

jej głosie brzmiała taka gorycz. - Więc zamiast tego rozczarowałeś mnie.

Niemal   pożałowała   tych   słów,   widząc   udrękę   na   jego   twarzy.   Głos   Kevina   z 

sąsiedniego   pokoju   przywołał   ją   do   rzeczywistości.   Po   chwili   twarz   Deva   nie 
wyrażała już żadnych emocji.

-  Wróciłem po to - stwierdził oficjalnym tonem - aby przeprosić, iż nie wziąłem 

pod uwagę wszystkich możliwości. Byłem nieodpowiedzialny, po pierwsze dlatego, 
że nie ochroniłem cię, a szczególnie potem: nie upewniając się, iż nie zaszłaś w 
ciążę. Nie spodziewam się zrozumienia. Chciałem tylko, abyś wiedziała, iż jest mi 
naprawdę bardzo przykro.

Ruszył do drzwi, zatrzymał się i zerknął na nią.
-  Żałuję tej nocy, Meg, ale tylko z powodu tego, że tak wiele zmieniła w twoim 

życiu, i dlatego, iż wziąłem coś, czego nie miałem prawa brać od ciebie. Miałem 
zwyczaj przypominać sobie tę noc, kiedy zdawało mi się, że nic już mi nie zostało; 
kiedy miałem ochotę staranować barierkę na moście i wjechać do rzeki. Boli mnie 
to, że cię skrzywdziłem, ale mimo to... była to najwspanialsza noc, jaką kiedykolwiek 
przeżyłem. Ocaliła mi życie.

Odwrócił   się   gwałtownie   i   wyszedł,   zanim   Megan   miała   czas   zareagować. 

Usłyszała trzask frontowych drzwi i warkot silnika.

Opadła na krzesło i dopiero wtedy zdała sobie sprawę z tego, iż jej kolana drżą, 

tak samo jak ręce. Wpatrywała się w nie, wiedząc, iż umysł próbuje odwrócić uwagę 
od miotających nią emocji.

Dopiero znacznie później, kiedy już położyła Kevina do łóżka, mogła rozważyć 

swoje   myśli.   W   dodatku   Kevin,   zasypiając,   wyznał,   że   lubi   pana   Crossa,   który 
pomógł mu w budowie modelu samolotu.

Była zmęczona ponurymi wspomnieniami. Nie chciała ich odgrzebywać, lecz nie 

umiała ich uniknąć. Ból, szok, zdrada, złość - we wspomnieniach były tak samo 
silne jak w rzeczywistości.

Na tyle silne, aby wywołać łzy, choć przyrzekała sobie, że już nie będzie płakać. 

Megan   wytarła   oczy   i   włączyła   lampkę.   Ciemność   nadawała   wspomnieniom 
wyjątkową żywość.

Jeśli   Dev   uwierzył,   że   Kevin   nie   jest   jego   synem,   to   czego   od   niej   chciał? 

Przebaczenia?   Rozgrzeszenia?   Westchnęła.   Może   była   naiwna,   ale   miała   na 
uwadze przykład swoich rodziców. Oni byli sobie wierni; z drugiej strony żadne z 
nich nie miało takich przeżyć jak Dev. Kiedy zmarła matka, jej śmierć była szybka i 
bezbolesna. Jednak czyż tragiczna śmierć żony usprawiedliwia to, co zrobił Dev?

Co myśmy zrobili, poprawiła się. Już dawno przyznała sama przed sobą, że winę 

ponoszą   oboje.   Może   nie   znała   wtedy   prawdy,   ale   nie   miała   też   powodu,   aby 
zakochiwać się tak mocno i tak szybko w mężczyźnie, który, choć znała go od kilku 
miesięcy, był dla niej obcy. Była głupim dzieckiem, jak powiedział jej ojciec, i nie 

background image

rozpoznawała   oczywistych   sygnałów.   Jego   rezerwa,   milczenie,   lęk   przed 
spotykaniem  się z nią poza kawiarnią lub jej  mieszkaniem, brak  spotkań  z  jego 
przyjaciółmi. Patrząc wstecz, mogła tylko śmiać się z własnej naiwności.

Przed   jej   oczami   pojawił   się   obraz:   jej   ojciec   bezradnie   przykuty   do   łóżka 

szpitalnego, ani martwy, ani żywy; ona, próbująca kontynuować jego pracę, w tym 
samym czasie zajmująca się Kevinem i utrzymująca resztę rodziny: wuja Jamesa, 
kuzynów,   przyjaciół   ojca.   Wyobraziła   sobie,   jak   musi   sobie   radzić   z   wyrazami 
współczucia i litością, stresem, poczuciem bezradności...

Gdyby pojawił się ktoś, kto dawałby jakąś nadzieję lub przynajmniej ofiarowywał 

czas wolny od bólu, czy mogła uczciwie powiedzieć, że stroniłaby od takiej osoby? 
Nawet gdyby jej postępowanie było złe?

Nie   wiedziała.   Świtało   już   i   szare   światło   poranka   towarzyszyło   jej   ponurym 

rozmyślaniom. Nadał nic nie wiedziała, poza jednym: niezależnie od tego, ile razy 
nazwała siebie głupią, nie mogła wmówić sobie, iż żałuje, że Dev ją pocałował.

43

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Dev   bawił   się   ołówkiem,   tak   naprawdę   nie   widząc   ani   jego,   ani   papierów 

rozłożonych na biurku. Nie musiał im się przyglądać; wiedział doskonale, co w nich 
jest. Nowe próbki gruntu okazały się tak samo kiepskie jak poprzednie. Jakoś nie 
cieszyła go myśl o przekazaniu tych wiadomości drażliwemu Frankowi Masonowi.

Wstał i wyjrzał przez okno. Nie było na co patrzeć - wokół stały rzędy wysokich 

budynków. Zupełnie inaczej niż w San Diego, gdzie przed biurem były małe domki i 
rosły drzewa.

Po przyjeździe nie miało to znaczenia. Cieszył się, że mógł wyjechać i opuścić 

miasto,   które   wiązało   się   z   bolesnymi   wspomnieniami.   Wspomnieniami   młodej 
kobiety,   zmarłej   przedwcześnie...   i   Meg,   którą   skrzywdził.   I   akurat   wtedy,   gdy 
wydawało mu się, iż uwolnił się od tych wspomnień, wszedł do zatłoczonego pokoju 
i zderzył się z przeszłością.

Po   raz   pierwszy   żałował,   że   nie   pozwolił   zająć   się   tym   Jeffowi.   Przyjaciel 

proponował mu to, lecz widać było, iż nie ma do tego serca. Obaj wiedzieli, że na 
początku   będzie   to   praca   dla   jednego   człowieka,   wymagająca   pozostawania   po 
godzinach.

-  W San Diego mamy dobrych pracowników - powiedział Dev Jeffowi. - Możesz 

iść na noc do domu i pomóc Lindzie przy dziecku. Ona nie puści cię samego, a 
wolałaby nie przeprowadzać się w tej chwili. Nie ma sensu zakłócać życia rodzinie, 
dopóki nie wiadomo, czy to przedsięwzięcie się uda. 

Jeff rzucił mu znaczące spojrzenie.
-  A więc zburzysz swoje życie.
Dev wzruszył  ramionami, unikając wzroku przyjaciela. Obaj wiedzieli, że jego 

życie to praca, a dom to miejsce, w którym spędza noce.

-  Kiedy wreszcie odpoczniesz? Musisz w końcu zejść z tej karuzeli. To trwa już 

niemal pięć lat. Nie możesz tak wiecznie...

-  Zamknij się - mruknął ponuro Dev.
-  Dev...
-  Mówię poważnie: daj spokój.
-  Cholera, Dev...
-  Poradzę sobie z otworzeniem biura w Orange County.
Jeff znał ten ton. Westchnął z rezygnacją.
-  W porządku, ale przynajmniej weź ze sobą Matta albo Luisa, żeby pomogli ci 

w pracy w terenie.

-  Poradzę sobie.
-   Nie mówiłem, że nie. Znam cię. Stworzyłeś tę firmę od zera, kiedy wszyscy 

mówili, że powinieneś trzymać się spółki Gordona. Przyjąłeś mnie na wspólnika, 
choć wtedy nie było mnie stać nawet na porządny garnitur. Wiele ci zawdzięczam, 
przyjacielu.

-     Nie   -   zaprzeczył   Dev,   myśląc,   że   Jeff   zawsze   był   przy   nim,   kiedy   był 

najbardziej potrzebny: zmuszał 'go do stawiania czoła światu, nie pozwalał wpaść w 
rozpacz. - Nie - powtórzył - niczego mi nie zawdzięczasz. Zostań w domu z rodziną; 
poradzę sobie.

background image

-  Cholera, stary, nie możesz tak się poświęcać. Jak długo... - Przerwał, widząc 

ostrzegawczy błysk w oczach Deva. - No dobrze, koniec wykładu. Obiecaj mi tylko, 
że dasz znać, gdybyś potrzebował pomocy. Zjawię się w ciągu kilku godzin.

-  Dobrze.
-  Szkoda, że nie mogę w to uwierzyć - mruknął Jeff.
Patrząc przez okno, Dev myślał, że powinien skorzystać z oferty Jeffa. Frank 

Mason, jeden z największych przedsiębiorców, stawał się nieznośnym pracodawcą. 
Starał się przyspieszać wszystkie fazy projektu, a każde opóźnienie traktował jak 
osobistą zniewagę.

Jeff poradziłby sobie z nim. Miał lepsze podejście do ludzi tego typu. Jego dobre 

maniery zdawały się być zaraźliwe.

Tak, Jeff poradziłby sobie, myślał Dev. I dobrze by się czuł na przyjęciu, na które 

ciągnął go Mason w piątek.

Piątek. Dziś. Drgnął i spojrzał na zegarek. Cholera. Musi się ruszyć, jeśli nie 

chce się spóźnić. Chwycił kurtkę i wyszedł z biura.

Zaproszenie potraktował nieufnie do tego stopnia, iż niemal o nim zapomniał. 

Jednak Mason nalegał.

Dev   wiedział,   że   skoro   ma   przemawiać   ojciec   Megan,   ona   też   tam   będzie. 

Właśnie dlatego wybierał się tam z niechęcią, ale zarazem to zadecydowało o tym, 
iż   szedł.   Mówił   sobie,   że   nie   będzie   mile   widziany,   szczególnie   przez   Megan 
Spencer.   Potraktowała   go  łagodniej,   ale   było   to  z   litości,   a  tego   chciał   uniknąć. 
Mimo to przypominał sobie każde spotkanie i każdy grymas na jej twarzy.

Fakt,   że   był   w   stanie   zmusić   ją   do   porzucenia   uprzejmej,   chłodnej   maski, 

napełniał go nadzieją, której nie umiał się pozbyć. Może była na niego zła, może 
nim   gardziła,   ale   nie   była   obojętna.   Mała   pociecha,   ale   na   razie   wystarczy, 
pomyślał. Jest od czego zacząć.

Zacząć. Wpatrzył się w czerwone światło, nie widząc go. Dlaczego tak pomyślał? 

Przecież   zamierzał   spełnić   jej   życzenie   i   zostawić   ją   w   spokoju.   Czyżby   chciał 
zacząć   wszystko   od   nowa,   choć   ona   mu   nie   wybaczyła   i   być   może   nigdy   nie 
wybaczy? Wiedząc, iż Megan może go odrzucić?

Uświadomiwszy sobie, o co mu chodzi, roześmiał się. Postępował tak, jakby miał 

coś do stracenia. Jeśli nawet Meg go odrzuci, to co się z nim stanie? Będzie żył tak 
jak dotąd. Może poczuje się zraniony, ale nie bardziej niż niegdyś.

Klakson z tyłu wyrwał go z zamyślenia. Ruszył i skręcił w boczną ulicę. Odsunął 

od siebie myśl o powrocie Meg do jego życia. Jesteś głupi, myśląc o tym, skarcił 
siebie.   Nie   powinieneś   pokazywać   się   jej   na   oczy.   Obawiał   się,   że   będzie   to 
męczące popołudnie.

-  Megan, skarbie, kim jest ten mężczyzna? 
Megan bawiła się fantazyjnie skręconą serwetką, leżącą przy talerzu.
-     Który?   -   zapytała,   doskonale   wiedząc,   kogo   ma   na   myśli   Susan   Harper. 

Zauważyła jego wejście do sali i cały czas czuła na sobie jego spojrzenie.

-  Oczywiście ten, który się w ciebie wpatruje. Nie mogłaś go nie zauważyć.
Megan spojrzała w oczy swojej rozmówczyni. Lubiła Susan Harper. Pracowała 

dla jej ojca od wielu lat, prowadząc biuro w Sacramento. Była pulchną kobietą w 

45

background image

wieku pięćdziesięciu pięciu lat, czarującą i pełną życia, o pięknych, srebrzystych 
włosach.

Była również za bystra, aby dać się oszukać. Megan westchnęła.
- Pracuje dla Franka Masona. Spotkaliśmy się kilka razy.
-  Wygląda na oczarowanego tobą. 
Megan nie miała pojęcia, co odpowiedzieć, więc tylko wzruszyła ramionami.
-  Oczywiście wyglądasz dziś wyjątkowo dobrze. 
Megan   uśmiechnęła   się   z   przymusem,   choć   wiedziała,   iż   komplement   jest 

szczery. Znała Susan jako szczerą, otwartą kobietę, która jednak w razie potrzeby 
umiała być ostra. Właśnie dlatego ojciec uważał ją za niezastąpioną.

Gdyby nie fakt, że Megan ostatnio nie była już niczego pewna, uwierzyłaby w 

komplement. Przygotowała się do przyjęcia wyjątkowo starannie, wmawiając sobie, 
iż robi to dla ojca, a nie z powodu Deva.

Po prostu chciałam wyglądać jak najlepiej, zapewniła, sama siebie kolejny raz. 

Wyglądała   lepiej   niż   dobrze.   Miała   na   sobie   kostium   z   błękitnego   jedwabiu. 
Dwurzędowa marynarka sięgała talii, prosta spódnica kończyła się przed kolanami, 
odsłaniając   kształtne   nogi.   Do   tego   dobrane   kolorystycznie   szpilki   i   naszyjnik   z 
topazem, który dostała od ojca na dwudzieste pierwsze urodziny.

Wybierając biżuterię na ten wieczór nie sądziła, aby kierowała się czymś innym 

niż kryterium dobrego smaku. Dopiero później przypomniała sobie dzień, kiedy na 
spacerze z Devem zobaczyła na jednej z wystaw przepiękne topazy. Zawsze lubiła 
te kamienie i zatrzymała się, aby je podziwiać.

-  Są piękne. Mają taki sam kolor jak twoje oczy - powiedział Dev.
Poczuła ucisk w gardle. Tak rzadko mówił jej takie rzeczy. Nie mogła wykrztusić 

słowa; napawała się komplementem, podobnie jak wszystkim, co robił czy mówił 
Dev, a co wykraczało poza granice przyjaźni. Wpatrywała się w wystawę, nie chcąc, 
aby zobaczył jej radość.

-  Powinnaś je mieć - powiedział nagle, prawie ze złością. - Powinnaś być z kimś, 

kto mógłby ci je dać.

Wyczuwając napięcie, starannie dobierała słowa:
-  Wolałabym być z kimś, kogo kocham. 
Zobaczyła w szybie, jak przymknął oczy i ciężko westchnął.
-  Meggie, uważaj, kogo pokochasz. Najpierw się upewnij, że on na to zasługuje.
Teraz dotknęła kamienia w naszyjniku, zastanawiając się, czy wybrała ten klejnot 

podświadomie z względu na pamięć tamtego dnia.

Usłyszała szmer, kiedy pojawił się jej ojciec i witając się z ludźmi, zmierzał do ich 

stolika. Otrząsnęła się ze wspomnień i postanowiła ignorować spojrzenia Deva. Nie 
próbował podejść do niej, lecz nawet gdyby chciał, byłoby to trudne z powodu tłoku 
przy stoliku senatora.

Wszystko  szło  gładko.   Mowa   senatora -  napisana  przez  nią,  ale  wygłoszona 

przez   ojca   -   została   dobrze   przyjęta.   Megan   obserwowała   wręczanie   nagród, 
starając   się   docenić   godziny   pełnej   poświęcenia   pracy   policjantów,   którzy   je 
dostawali, i biła brawo tym, którym wręczano medale zasługi. Jedynym problemem 
było to, że nie mogła przestać myśleć, iż żaden z tych mężczyzn, mających na co 
dzień   do   czynienia   z   ciemną   stroną   życia   ludzkiego,   nie   wyglądał   na   tak 
wyczerpanego jak Dev pierwszego dnia, gdy go poznała.

Po zakończeniu nie wstała; wiedziała, że ojciec będzie musiał zostać jeszcze 

background image

przez godzinę, o ile nie dłużej. Susan uśmiechnęła się do niej współczująco. Ona 
również znała specyfikę takich przyjęć. Uśmiech jednak znikł, kiedy spojrzała ponad 
ramieniem Megan. Meg była jej wdzięczna za ostrzeżenie; miała czas opanować 
się, zanim usłyszała niski, ochrypły głos człowieka witającego się z jej ojcem.

-     O,   Dev.   Miałem   nadzieję,   że   wpadniesz   -   odezwał   się   jowialnie   Harlan.   - 

Poznaj Susan Harper, moją prawą rękę w Sacramento. Susan, to jest Dev Cross. 
Pracuje z Frankiem Masonem nad projektem Gold Coast.

Susan uśmiechnęła się; Dev ukłonił się jej z powagą, zerkając na Megan. Jego 

źrenice rozszerzyły się, kiedy zauważył naszyjnik. Przeniósł spojrzenie na senatora.

-  Ma pan doskonały gust, sądząc po pracownicach w obu miastach.
Megan zaszokował chichot ojca. Susan niespodziewanie zaczerwieniła się.
-   Usiądź z nami na chwilę. Chciałbym przygotować się na spotkanie stanowej 

komisji w stolicy, które odbędzie się w przyszłym tygodniu. Będziemy dyskutować o 
podobnym  projekcie na północnym  wybrzeżu i Susan twierdzi, iż będą zadawać 
mnóstwo pytań w związku z projektem Gold Coast.

Dev skrzywił się i zerknął przez ramię na Franka Masona.
-  Jestem tylko geologiem. Należy zapytać pana Masona.
-  Frank poda taką wersję, która zagwarantuje aprobatę komisji - zauważył sucho 

Harlan.

-  I pewnie dlatego dostanie to, czego chce - zauważył Dev i w tej samej chwili 

wyglądał tak, jakby pożałował tych słów.

Jednak Harlan zaśmiał się i po błysku w jego oczach widać było, że podoba mu 

się to.

-     Od   razu   mi   się   spodobałeś.   Usiądź   –   poprosił   -     i   powiedz   mi,   jak   mam 

wyjaśnić ludziom w Sacramento, że to, co udaje się tutaj, niekoniecznie musi udać 
się   u   nich.   Oni   chyba   nie   zdają   sobie   sprawy,   że   tu   żyjemy   w   nieco   innych 
warunkach.

-     To   nie   są   „nieco   inne   warunki".   Pod   względem   geologicznym   południowa 

Kalifornia jest wyjątkowa.

-  Naprawdę? Dlaczego?
-   Powierzchnia ziemi podzielona jest na płyty lądu. Istnieje siedem głównych. 

Południowa   Kalifornia   leży   na   płycie   tektonicznej   Pacyfiku;   północna   Kalifornia   i 
reszta kraju leży na płycie północnoamerykańskiej.   -   Dev wzruszył ramionami. - 
Płyty są w ciągłym ruchu. Stykają się, czasem zderzają, ale nie mieszają się.

-  Zderzają?
-  Tak, na przykład w miejscu nazywanym Uskokiem Świętego Andrzeja.
Harlan odchylił się do tyłu. Miał dziwny wyraz twarzy. Susan wpatrywała się w 

Deva.

-     Nigdy   jeszcze   nie   słyszałam   tak   dokładnego   wyjaśnienia   -   powiedziała.   - 

Naukowcy zwykle używają tak skomplikowanych terminów, że jedyne, co można 
zrozumieć, to fakt, że mieliśmy trzęsienie ziemi. Powinieneś być nauczycielem.

Megan   musiała   zagryźć   wargi,   aby   zachować   powagę.   Dev   zerknął   na   nią 

przelotnie   i   w   jego   orzechowych   oczach   wyczytała,   że   i   on   miałby   ochotę 
wybuchnąć śmiechem.

-   Muszę wyrażać . się konkretnie - wyjaśnił z uśmiechem Susan - abym mógł 

przekazać  to,  o  co  mi  chodzi.  Jeśli  sprawy  stają się  za  bardzo  skomplikowane, 

47

background image

oddaję głos swojemu wspólnikowi. On jest ekspertem sejsmologicznym.

-     Czy   jest   tak   samo   konkretny   i   rzeczowy,   kiedy   wyjaśnia   skomplikowane 

problemy laikom? - zapytała Susan z uśmiechem, który powiedział Megan, że ona 
również bawi się rozmową.

-  Jest o wiele lepszy niż ja. To rodowity, czarujący Teksańczyk.
Susan zaśmiała się, Harlan zachichotał i nawet Megan uśmiechnęła się lekko. 

Zmienił   się,   pomyślała.   Nie   jest   szczęśliwy,   w   jego   oczach   nadal   widać   było 
zmęczenie;   jednak   Dev   z   przeszłości   nie   byłby   w   stanie   tak   żartować.   Nie 
zastanawiając się, spojrzała na niego i spytała:

-  Jeff?
Zerknął na jej ojca i potem na nią. Choć Jeff nie był jeszcze jego wspólnikiem, 

kiedy   spotkał   Megan,   opowiedział   jej   o   nim   pewnego   dnia,   kiedy   po   raz   setny 
omawiali klasyfikację skał.

Megan zaczerwieniła się nagle, uświadamiając sobie, że się zagalopowała. Dev 

jednak odezwał się szybko, oszczędzając jej dalszego zakłopotania:

-  Tak. Jestem pewny, że Frank wspominał kiedyś o nim. - Spojrzał na senatora. 

- A pan z pewnością nie potrzebuje nikogo, kto musiałby pana przekonywać.

Skutecznie   odwrócił   uwagę   obecnych   od   niezręcznej   wypowiedzi   Megan. 

Dziękowała mu za to w duchu. Jednocześnie poczuła ukłucie złości: nie chciała 
zmieniać swego stosunku do niego, było to zbyt niebezpieczne.

-  Chciałbym, żeby tak było - powiedział Harlan.
-  Wiesz, że jesteś urodzonym mówcą - zauważyła Susan. - Zwróć tylko uwagę 

na dzisiejszą reakcję publiczności.

-    To  dzięki  autorce  mojego  przemówienia  - odpowiedział  senator,   patrząc  z 

uśmiechem na córkę. - Ona...

-   ...wygląda czarująco, jak zwykle. - Z nieodłącznym  cygarem w zębach, na 

szczęście nie zapalonym dzięki zakazowi palenia w sali, Frank Mason zajął ostatnie 
wolne krzesło przy ich stoliku. Uśmiechnął się do Deva.

-  Harlanie, dziękuję ci za zabawienie mojego chłopca. Muszę przyznać, że masz 

więcej szczęścia niż ja. Przy mnie jest zawsze cholernie poważny. Z trudem udaje 
mi się wydobyć z niego jedno słowo, poza złymi wiadomościami.

-   Złe wiadomości? - zapytała Susan, patrząc z dezaprobatą na cygaro, jakby 

obawiała się, że lada moment zostanie zapalone.

Mason wzruszył ramionami.
-  Chce mnie zmusić do umocnienia każdego metra. Kosztuje mnie to fortunę.
-  Wzmocnienie? - Harlan zerknął na Deva. - Czy możesz wyjaśnić, dlaczego na 

to nalegasz?

-   Na tym terenie grunt nie jest na tyle ścisły, aby udźwignąć ciężar, o którym 

mówimy. Należy więc go wzmocnić. Wybiera się ziemię, miesza z wodą i innymi 
elementami, kładzie na miejscu i sprasowuje, aż uzyska się pożądaną ścisłość.

-   Wzmocnienie podłoża - powiedział kwaśno Mason - moim zdaniem, nie jest 

konieczne. Przecież wszystko utrzyma się bez problemów.

-  Może.
-  Oczywiście - zapewnił Mason. - Nie znoszę tak zwanych specjalistów, którzy 

nigdy   nie   zbudowali   psiej   budy,   ale   myślą,   że   wszystko   wiedzą.   Oczywiście, 
pomijając ciebie, Harlanie - dokończył szybko.

-   Nigdy nie zbudowałem nawet psiej budy - odrzekł łagodnym tonem Harlan. 

background image

Dev uśmiechnął się.

- Ale właśnie dlatego wynajmuję ekspertów takich jak Dev, żeby mówili mi to, 

czego nie wiem. I słucham ich rad.

Powiedział   to   z   uśmiechem,   lecz   Mason   doskonale   zrozumiał   jego   intencje. 

Wydawał się dotknięty. Harlan nie kontynuował tematu.

-     Szkoda,   że   oni   wszyscy   nie   mówią   tak   sensownie   -   dodał,   popatrując   z 

uśmiechem na Deva.

Mason   mruknął   coś   pod   nosem   i   odszedł   od   stolika   do   jednego   ze   swoich 

inwestorów, który nie wyglądał na uszczęśliwionego z tego powodu. Może obawiał 
się, że cygaro jest zapalone. Słuchał Masona przez chwilę, na jego twarzy zagościł 
ponury wyraz i Mason szybko odciągnął go w kąt sali.

-  Nie jestem pewien, czy ten biedak to wytrzyma - stwierdził ojciec Megan.
-     Może.   -   Dev   spojrzał   senatorowi   w   oczy.   -   Ale   szczerze   współczuję 

człowiekowi, którego upatrzy sobie nasz przyjaciel.

W niebieskich oczach, tak bardzo przypominających oczy Megan, błysnął podziw 

i senator skinął głową, jakby właśnie usłyszał potwierdzenie swojej opinii.

-  Będziesz w mieście przez jakiś czas, prawda? - zapytał.
Dev lekko zmarszczył brwi, lecz potwierdzająco Skinął głową.
-   To dobrze. Wyjeżdżam na kilka tygodni do Sacramento, ale obiecałem, że 

wrócę na przyjęci urodzinowe, które zorganizuje dla mnie moja córka. Odbędzie się 
dwudziestego, w klubie Aliso Beach. Obawiam się, że będzie to raczej oficjalna 
impreza, ale gdybyś miał czas, chciałbym, żebyś na nie przyszedł.

Dev spojrzał na senatora z zaskoczeniem.
-    Nieczęsto  spotykam   ludzi,  którzy  mówią   to,  co  myślą.   A  kiedy  już  tak  się 

stanie, lubię mieć ich w pobliżu.

Dev   spojrzał   na   Megan.   Otrząsnęła   się   z   szoku   wywołanego   słowami   ojca   i 

uznała, iż powinna się była tego spodziewać. Wiedziała, że Dev czeka na jakąś 
reakcję   z   jej   strony.   W   jego   oczach   widziała   przyznanie   do   tego,   iż   nie   był 
człowiekiem, za jakiego uważał go jej ojciec. W tej samej chwili zrozumiała: w ciągu 
ostatnich sześciu lat on wycierpiał tyle samo co ona.

-  Dobrze - powiedziała nagle, prawie mimo woli. - Nie ma problemu z tym, by 

umieścić jeszcze jedną osobę na liście gości.

Czuła na sobie spojrzenie Deva. Próbował nie obiecywać sobie niczego po tym, 

co usłyszał. Prawie wyczuła moment, kiedy uznał, iż zrobiła to tylko dlatego, że nie 
miała wyboru. Miał rację. Sprzeciw oznaczałby pytania, na które nie miała ochoty 
odpowiadać. Usiłowała w to wierzyć do chwili, gdy znalazła się sama, skulona w 
swoim łóżku.

Często myślała o wyprowadzeniu się z tego domu i ludzie pytali ją, dlaczego 

ciągle tu mieszka. Jednak wydawało się to praktyczniejsze, skoro jej ojciec często 
wyjeżdżał, a ona musiała pilnować jego spraw. Tu uciekła, kiedy jej świat legł w 
gruzach;   tu   leczyła   swoje   rany.   Tu   próbowała   przekonać   siebie,   że   nienawidzi 
Devlina Crossa.

Czyżby zaczynała mu przebaczać? Wreszcie, po sześciu latach, ośmieliła się 

zadać sobie to pytanie. A może minęło po prostu tyle czasu, że nie miało to już 
żadnego znaczenia?

Nie, pomyślała. Nie pozwoli mu zniszczyć obrazu budowanego przez sześć lat. 

49

background image

Nie uda mu się wyzwolić dawno pogrzebanych uczuć.

Kochał   ją.   Słowa,   które   powiedział   na   budowie,   dźwięczały   jej   w   uszach, 

przyspieszając bicie serca. Wreszcie to powiedział, choć o wiele lat za późno.

Ojciec próbował  nauczyć  ją, że dobro  i  zło to  pojęcie względne,  lecz ona,  z 

arogancją młodości, w to nie wierzyła. Wtedy wszystko wydawało się jasne. Dobro 
było dobrem, zło złem.

Od tamtej pory nauczyła się, że ojciec po raz kolejny miał rację, szczególnie 

podkreślając to, że w związkach międzyludzkich rację mają obie strony. Przedtem 
nie   znała   historii   Deva;   wiedziała   tylko,   że   coś   go   prześladuje.   Teraz   poznała 
prawdę, lecz czy ułatwiało to poradzenie sobie z problemem?

A gdyby mogła mu wybaczyć? Gdyby mogła powiedzieć szczerze, że rozumie, 

wybacza to, co jej zrobił, biorąc pod uwagę napięcie, w jakim żył w tamtych dniach? 
Co wtedy?

Z   ponurą   determinacją   postanowiła   zasnąć.   Raz   już   postąpiła   jak   idiotka, 

powiedziała   sobie,   ale   nie   znaczyło   to,   że   musiała   zachować   się   tak   samo 
ponownie.

background image

ROZDZIAŁ SIÓD M Y

-  ...musiał rozmawiać z twoim ojcem, do cholery! 
Dev zatrzymał się w drzwiach baraku. W ręku miał ostatnie raporty dotyczące 

próbek   gruntu.   Jeszcze   zanim   usłyszał   odpowiedź   na   gniewny   zarzut   Masona, 
wiedział, do kogo był skierowany. Zerknął przez ramię na żółty, sportowy samochód 
zaparkowany przy mercedesie Masona. Przypomniał sobie mgliście dźwięk motoru 
usłyszany tego dnia, kiedy Megan w popłochu opuściła teren budowy.

-  Powiedziałam, że przeprasza. Przysłał mnie, żebym sprawdziła, czy mogę w 

czymś pomóc.

-  W niczym, chyba że możesz ułagodzić moich cholernych inwestorów!
Dev zamarł w bezruchu. Ton Masona sugerował, że Frank ma zamiar wygłosić 

kazanie.   Dev  wkroczył   do   baraku  akurat   wtedy,   kiedy  Megan  nieco  zaskoczona 
zaczęła odpowiadać.

-  Spodziewałeś się, że zrobi to mój ojciec?
-   Liczyłem na to, iż obchodzi go ten projekt, ponieważ sprawi, że jego okręg 

wyborczy wiele z tego powodu zyska - rzucił Mason cokolwiek sarkastycznie. W tej 
chwili zauważył Deva i skinął mu głową. Meg zauważyła ten gest i zerknęła w tym 
samym kierunku. Widząc Deva, cofnęła się lekko, ale natychmiast się opanowała.

-  Mój ojciec bardzo dba o swój okręg - powiedziała zimno do Masona. - Właśnie 

dlatego całe dnie spędza na spotkaniach z radnymi miasta.

-  Spotkania - prychnął Mason. - Biurokratyczne gó...
-  Frank! - przerwała mu ostro Megan. - Byłabym wdzięczna, gdybyś nie klął w 

obecności mojego syna!

Dev drgnął, zaskoczony i rozejrzał się po baraku. Zauważył małego, siedzącego 

cicho na wysokim stołku i przyglądającego się scenie szeroko otwartymi oczami.

Mason miał tyle taktu, aby się pohamować.
-  Przepraszam. Widzisz, muszę przekazać wiadomość Harlanowi. - Spojrzał na 

Deva. - Dev, zabierz dziecko na podwórko, dobrze? Pokaż mu koparkę albo inne 
maszyny.

-  Nie - zaprotestowała Megan tak szybko, że Dev drgnął. Nie mogłaby okazać 

wyraźniej, że nie chce, aby przebywał w towarzystwie jej syna. Dobrze, powiedział 
sobie.   Nie   miał   pewności,   czy   sam   chciałby   zajmować   się   dzieckiem,   które 
przypominało mu stale o tym,  jak bardzo zniszczył  życie swoje i Megan. Z całą 
pewnością nie chciał zostać tutaj i patrzeć na Meg ubraną w jedwabny kostium, 
przylegający do ciała. Sam widok rozpalał krew w jego żyłach.

-  Dlaczego nie? - Mason zerknął na Kevina z uśmiechem, który nawet w dziecku 

musiał obudzić wątpliwości. - Chciałbyś zobaczyć wielkie ciężarówki, prawda, synu?

Kevin skinął głową i Dev wyczuł instynktownie, że zrobił to raczej dlatego, iż nie 

miał   ochoty   przysłuchiwać   się   dyskusji   dorosłych   i   wolał   oglądać   urządzenia 
budowlane. Jakikolwiek był powód, chłopiec z nadzieją zerknął na matkę.

-  Mogę?
Megan zawahała się.
-  Pozwól mu iść - poradził Mason. - To, co muszę powiedzieć o twoim ojcu, nie 

nadaje się dla jego uszu.

51

background image

W takim razie nie nadaje się także dla uszu Meg, pomyślał Dev, ale nie odezwał 

się. Megan dała mu wyraźnie do zrozumienia, że nie chce go znać wiedział, iż nie 
doceniłaby jego interwencji.

-   Mamo, proszę. - Zdawało się, że w głosie Kevina pojawiło się nieco więcej 

entuzjazmu, lecz chłopiec zawahał się, rzucając Devowi pytające spojrzenie. Nie 
mógł nie uśmiechnąć się do chłopca, który natychmiast oświadczył:

-  Chciałbym zobaczyć z bliska tę dużą koparkę.
Megan spojrzała na Kevina, Masona i na końcu na Deva.
-   W porządku. - Wydawało się, że te słowa zaskoczyły Megan w tym samym 

stopniu co Deva. - Tylko bądź grzeczny.

Słysząc słowa matki, chłopiec zerwał się ze stołka i przebiegł przez pokój. Dev 

instynktownie wyciągnął rękę i chłopiec ujął ją bez wahania.

-  Zaopiekuję się nim - obiecał Dev. Jego głos był nieco drżący. Zastanawiał się, 

czy to z powodu zgody Megan, czy też dlatego, że miał zostać z chłopcem, który 
równie dobrze mógł być jego synem.

Megan   nie   odezwała   się,   ale   w   jej   wzroku   pojawił   się   niemy   wyrzut   -   Dev 

zawiódł, kiedy powinien zaopiekować się nią. Devlin wytrzymał jej spojrzenie; miała 
prawo go oskarżać. Po chwili to ona odwróciła wzrok.

-     Zajmę   się   nim   -   powtórzył.   Ruszył   za   Kevinem,   który   szybko   zbiegał   po 

schodach, uszczęśliwiony perspektywą wyjścia na zewnątrz.

Nie czekając, aż chłopiec znajdzie się na placu budowy, Mason wybuchnął:
-  Powiedz Harlanowi, żeby lepiej pomógł mi pozbyć się tych facetów, jeśli chce 

mieć   ten   -   tu   wstawił   wulgarne   określenie   -   projekt   skończony,   żeby   mógł   go 
zaprezentować wyborcom.

Dev zatrzymał się. Miał ochotę wrócić i kazać Masonowi zamknąć pysk. Jednak 

Megan zrobiła o sama.

-  Powiem ojcu - rzuciła ze złością - d o k ł a d n i e  to, co mi powiedziałeś. Myślę, 

że to wystarczy mu do wyciągnięcia odpowiednich wniosków.

Mason wziął głęboki oddech i kiedy wreszcie się odezwał, zrobił to przymilnym 

tonem:

-  Megan, skarbie, wiesz, że musiałem się wyładować. Żyję w stresie.
Dev już wcześniej widział Masona, który zdawał sobie sprawę z tego, że posunął 

się za daleko. Teraz powinien wycofać się i być  delikatny do chwili, gdy załatwi 
sprawę.   Widząc,   że   Meg   jest   bezpieczna   i   nie   będzie   musiała   wysłuchiwać 
przekleństw, ruszył w dół po schodach. Kevin czekał na niego cierpliwie, marszcząc 
nos z powodu unoszącego się na wietrze kurzu.

-  Strasznie się rozzłościł, prawda? - zauważył chłopiec.
Dev skrzywił się.
-  O, tak. - Nie wiedząc dlaczego, położył rękę na ramieniu dziecka. - Co chcesz 

zobaczyć w pierwszej kolejności?

-     Koparkę   -   odpowiedział   Kevin   z   entuzjazmem.   -   Taką,   co   kopie   do   tyłu   i 

naprawdę głęboko. No wiesz, taką, co ma duży pazur!

-  Sprawdźmy, czy jeszcze pamiętam, jak tym kierować.
-  Hej! Myśli pan, że ja też mógłbym nią pokierować?
-  Myślałem, że my, konstruktorzy samolotów, mówimy do siebie po imieniu.
Dziecko skrzywiło się.
-  Mama powiedziała, że mam do pana mówić: „panie Cross".

background image

Dev drgnął, uświadamiając sobie, jak Meg usilnie starała się utrzymać dystans 

między nim i jej synem.

-  W porządku, jeśli mama tak uważa; ale będę się czuł strasznie głupio, mówiąc 

do ciebie: „panie Spencer".

Kevin zachichotał i Dev uśmiechnął się, widząc jego reakcję.
-     Chodź   -   powiedział,   mierzwiąc   włosy   chłopca.   -   Pierwsza   rzecz,   jakiej 

potrzebujemy, to kaski.

-  Naprawdę? Dlaczego?
Dev słyszał, że dzieci zadają mnóstwo pytań, ale do tej pory jeszcze tego nie 

doświadczył. Jego kuzyn mieszkał blisko Phoenix i choć nie była to duża odległość, 
widywali   się   rzadko.   Nie   była   to   świadoma   decyzja;   po   prostu   przebywanie   ze 
szczęśliwą rodziną siostry okazało się zbyt bolesne. Starając się słuchać paplaniny 
Kevina, Dev uznał, iż sprawia mu ona przyjemność.

Kiedy wreszcie chłopiec zamilkł, Dev był wyczerpany. Jednocześnie czuł dziwny 

związek   z   tym   dzieckiem.   Chłopiec,   który   na   początku   był   dla   niego   symbolem 
wszystkiego, co zrobił w życiu źle, okazał się inteligentnym dzieckiem, chłonącym 
informacje jak gąbka wodę.

Dawno minęły godziny pracy,  wiatr złagodniał i wreszcie Dev zauważył  Meg, 

wychodzącą z baraku. Ruszył więc z chłopcem w jej kierunku.

-  Mogę tu jeszcze kiedyś przyjść? - zapytał Kevin z nadzieją w głosie.
-     Jasne   -   powiedział   szczerze   Dev.   -   Ale   tak   naprawdę   zależy   to   od   pana 

Masona... i twojej mamy.

Zająknął się, wypowiadając ostatnie słowa, ale Kevin nie zwrócił na to uwagi.
-  Chciałbym tu wrócić. - Zerknął na Deva. - Dużo czasu ci zajęło nauczenie się 

wszystkiego o koparkach?

-     Jakoś   zrozumiałem,   jak   działają,   kiedy   skończyłem   studia.   -   Przyjrzał   się 

chłopcu. - Chcesz iść na uniwersytet?

-   Nie   wydaje   mi   się,   żeby   to   było   zabawne   miejsce   -   odpowiedział   Kevin.   - 

Sprawia, że ludzie stają się smutni.

-  Uniwersytety sprawiają, że ludzie stają się smutni?
-  Tak było z moją mamą - odpowiedziało dziecko z przekonaniem.
Dev zatrzymał się. Kevin zrobił to samo i spojrzał na niego z zaciekawieniem.
-   Uniwersytet sprawił, że twoja mama stała się smutna? - zapytał Dev. Kevin 

skinął głową.

- Skąd o tym wiesz? 
Kevin wyjaśnił z powagą:
-  Ponieważ kiedy ogląda rysunki zrobione na studiach, płacze.
Dev   poczuł   ból   w   sercu   i   westchnął   głęboko.   Natychmiast   zaświtał   mu   cień 

nadziei. Czy Megan nadal coś do niego czuła poza nienawiścią?

Usłyszał   Meg   wołającą   Kevina   i   z   trudem   udało   mu   się   opanować   emocje. 

Pożegnał chłopca.

-  Dziękuję, panie Cross - zawołał Kevin, wsiadając do samochodu.
-  Cała przyjemność po mojej stronie.
-  Dziękuję za zajęcie się nim - wykrztusiła Megan dziwnie ochrypłym głosem.
-  Cała przyjemność po mojej stronie - powtórzył. - To dobre dziecko.
-  To prawda.

53

background image

-  I mądre.
-  Też tak uważam.
Przez chwilę po prostu wpatrywali się w siebie. Kiedy Dev wyczuł, że Megan ma 

ochotę wsiąść do samochodu i odjechać, odezwał się szybko, nie wiedząc, czy robi 
to po to, aby otrzymać odpowiedź, czy też po to, aby opóźnić rozstanie z Meg.

-  Czy Mason jest wciąż zdenerwowany? - zapytał, wskazując barak.
Megan   zerknęła   ponad   ramieniem   Deva,   jakby   chciała   się   upewnić,   że 

mężczyzna, o którym mówią, nie słyszy ich rozmowy.

-  Sprawia wrażenie człowieka, który zawsze wie, kiedy posunął się za daleko. - 

Rzuciła okiem na siedzenie, upewniając się, czy jej syn zapiął pasy. - Dziękuję za 
zajęcie się Kevinem.

Dev wzruszył ramionami.
-  Miałaś rację. Nie powinien przysłuchiwać się wrzaskom Masona. - Uśmiechnął 

się. - Ale udało ci się go uciszyć.

Zaczerwieniła się.
-  Czasem po prostu mam go dosyć. Na ogół nie jest zły, ale strasznie naciska, 

aby ojciec użył swoich wpływów.

-  To prawda - powiedział Dev. - Myślę, że... 
Urwał. Przed barakiem pojawił się Mason i ryknął:
-  Cross! Chcę z tobą porozmawiać o tych cholernych próbkach!
Megan stała odwrócona plecami do Masona i uniosła oczy do góry. Serce Deva 

zmiękło, kiedy zobaczył  współczujący uśmiech. Po  chwili,  jakby żałując  swojego 
zachowania,   Megan   pożegnała   się   szybko   i   wsiadła   do   samochodu.   Kiedy 
odjechała, Dev poczuł się osamotniony.

Jeśli   Megan   chciała   zapomnieć   o   Devie,   Kevin   szybko   pozbawił   ją   złudzeń. 

Gadał jak nakręcony, co zwykle lubiła, lecz tym razem jedno imię pojawiało się z 
niepokojącą regularnością.

-     Dev   zabrał   mnie   na   przejażdżkę   koparką,   taką,   co   naprawdę   nazywa   się 

inaczej. - Spojrzał na matkę z dumą. - Wykopał dziurę i potem obrócił maszynę, 
żeby zebrać ziemię z drugiego końca, i w ogóle było fajnie!

-  Naprawdę?
-  Tak! - Źle zinterpretował jej ton głosu i z pośpiechem zaczął ją zapewniać: - 

Mamo, wszystko było w porządku. On prowadził, a ja siedziałem na jego kolanach, 
miałem zapięty pas i kask na głowie, żeby nic mi się nie stało w głowę. Myślałem, 
że to niepotrzebne, ale Dev... pan Cross też miał kask, więc to jest w porządku. 
Pokazał  mi  różne  maszyny   i...  -  Ciągnął  swoją   opowieść,   a  Megan  ściskało się 
gardło i czuła pieczenie pod powiekami. Czyżby jej synowi brakowało towarzystwa 
mężczyzny? Miał dziadka, ale Harlan tak często wyjeżdżał...

A   może   chodziło   właśnie   o   Deva?   Czyżby   istniała   jakaś   instynktowna   więź 

między ojcem i synem? Czy Dev byłby tak dobry dla jej syna, gdyby uważał go za 
dziecko   innego   mężczyzny,   z   którym   Megan   przespała   się   natychmiast   po   jego 
odejściu? Zadrżała, skręcając na podjazd.

-     ...i   powiedział,   że   nie   muszę   go   nazywać   panem   Crossem,   ale   ja   mu 

powiedziałem, że ty mi kazałaś, i on się zgodził, bo ty tu rządzisz, ale czy teraz, 
kiedy się zaprzyjaźniliśmy, mogę go nazywać: Dev?

Megan spojrzała na syna i omal nie zapomniała przycisnąć hamulca. 
-  Co powiedział?

background image

-  Powiedział, że mogę nazywać go Dev...
-  Nie, chodzi mi o to... rządzenie.
-     Powiedział,   że   ty   tu   rządzisz,   więc   musimy   robić,   co   każesz.   -   Kevin 

zachichotał. - A później nazywał mnie „panem Spencerem". Czy to nie jest głupie?

-  Tak - szepnęła, nie mogąc wyobrazić sobie Deva żartującego z jej synem.
Kiedy kładła chłopca do łóżka, nadal był przejęty.
-  Powiedział, że mogę tam zawsze przyjechać, jeśli tylko zechcę. Mogę?
-  Nie wiem...
-  Proszę! Dev powiedział, że tak naprawdę zależy to od ciebie i pana Masona, 

ale on nie ma nic przeciwko temu.

-  Nie zabraniam, Kevin, ale nie będę nic obiecywać. Zobaczymy.
Chłopiec skrzywił się. Mając pięć lat, poznał już znaczenie słowa „zobaczymy".
Megan pocałowała dziecko na dobranoc i wyszła z pokoju, czując się bezradna. 

Jak miała to rozegrać? Po zakończeniu realizacji projektu nastąpi koniec spotkań z 
Crossem.   Dev   nie   będzie   musiał   tolerować   dziecka,   z   którym   nic   go,   w   jego 
mniemaniu, nie łączy. Jeśli pozwoli Kevinowi spędzać więcej czasu z Devem, jak 
poczuje się chłopiec, kiedy nadejdzie nieuniknione rozstanie i Dev odejdzie z jego 
życia?

Możesz powiedzieć mu prawdę, pomyślała.
Omal   nie   potknęła   się   na   schodach.   Powiedzieć   Devowi,   że   Kevin   jest   jego 

dzieckiem? Że porzucając ją po jedynej  wspólnie spędzonej nocy,  zostawił ją w 
ciąży?

Zadrżała   na   tę   myśl.   Później   jęknęła   w   duchu,   nie   wiedząc,   czy   lęk   przed 

wyznaniem mu prawdy był spowodowany obawą o niego, czy o nią samą. Kiedyś 
cieszyła ją myśl o zranieniu go tak głęboko, jak on zranił ją. Teraz, znając powody 
jego postępowania, nie miała już takiej pewności. Poza tym nigdy nie mogłaby użyć 
Kevina jako broni przeciw Devowi.

Potrzebowała towarzystwa, więc przeszła do pokoju. Pani Moreland pracowała 

tam nad swoim haftem, oglądając telewizję.

-  Kevin jest już w łóżku? - zapytała, widząc Megan siadającą w fotelu i biorącą 

gazetę.

-     Tak,   chociaż   nie   wiem,   czy   szybko   zaśnie,   biorąc   pod   uwagę   przeżycia 

dzisiejszego dnia.

Kobieta uśmiechnęła się.
-  Tak przypuszczałam. Zdaje się, że ten miły pan Cross wywarł na nim ogromne 

wrażenie.

Megan starała się zachować obojętny wyraz twarzy.
-  Tak, to prawda.
-     Taki   mężczyzna   jak   on   jest   odpowiednim   towarzystwem   dla   Kevina   - 

oświadczyła z naciskiem pani Moreland.

Megan zacisnęła wargi i wzruszyła ramionami. Pani Moreland pracowała u nich 

przez wiele lat. Praktycznie wychowywała Megan po śmierci matki i pomogła jej 
poradzić   sobie   z   dzieckiem.   Ani   razu   nie   skrytykowała   decyzji   Megan   i   zawsze 
traktowała   Kevina   czułością.   Jej   własne   wnuki   mieszkały   daleko   stąd   i   Megan 
wiedziała, że Kevin jest przez nianię traktowany jak jeden z nich. Megan kochała ją 
za jej poświęcenie.

55

background image

-     Mężczyzna   taki   jak   pan   Cross   nie   skrzywdzi   cię   -   dodała   z   powagą   pani 

Moreland.

Megan niemal jęknęła, słysząc te słowa. Przez chwilę miała ochotę opowiedzieć 

całą,   bolesną   historię.   Musiała   się   komuś   zwierzyć,   znaleźć   wyjście   z   dziwnej 
sytuacji.

-  Wszyscy popełniają pomyłki, kochanie - powiedziała delikatnie pani Moreland. 

- Nie pozwól, żeby jeden błąd zrujnował ci życie.

-  Wszystko jest już w porządku.
Była   to   automatyczna   odpowiedź   i   jeszcze   nigdy   Megan   nie   miała   takiej 

świadomości,   że   jest   to   kłamstwo.   Była   wdzięczna   pani   Moreland   za   odłożenie 
robótki i wpatrywanie się w telewizor. Nigdy jeszcze nie czuła się tak zagubiona; 
nawet wtedy, kiedy opuścił ją Dev i kiedy odkryła, że jest w ciąży. Widok Deva z 
Kevinem był szokiem. Mimo że bardzo próbowała, nie mogła jednak wymazać z 
pamięci wyrazu twarzy syna.

Tego było za wiele i Megan poszła do biblioteki. Usiadła przy biurku i udawała, 

że czyta gazetę, zabraną z gabinetu ojca. Cichy dźwięk kropli spadającej na papier 
skłonił ją do odłożenia gazety. Nie chciała zmoczyć jej łzami, których nie umiała 
powstrzymać.

Słysząc dzwonek do drzwi, zerknęła na zegarek. Było późno, lecz pracownicy 

ojca potrafili zjawiać się o najdziwniejszych  porach. Nieważne, czy miała ochotę 
kogokolwiek widzieć; nie miała wyboru. Wstała i ruszyła do drzwi.

-  Otworzę - zawołała do pani Moreland, mijając pokój.
Nie spodziewała się Deva o tej porze, lecz widząc jego sylwetkę na ganku, nie 

była zaskoczona. Nawiedzał ją w rzeczywistości tak samo, jak jego wspomnienie 
nawiedzało ją przez ostatnich sześć lat.

-  Meg, ja...
Urwał. Nie umiał wyjaśnić, dlaczego przyszedł. Meg stała bez ruchu. Wpatrywała 

się w niego, zastanawiając się, czego od niej chce.

Nagle światło padło na jej mokre policzki. Dev zamarł, patrząc na nią. Wolno, 

delikatnie otarł jej łzy.

Niespodziewanie Megan znalazła się w jego ramionach. Przytulił ją mocno.
-   Boże, Megan, tak mi przykro. Cały czas cię ranię, prawda? Zraniłem cię tak 

bardzo i nadal to robię. Nigdy tego nie chciałem, uwierz mi...

Drżał i słyszała ból w jego głosie.
-     Już   dobrze   -   mruczał,   przytulając   ją   mocniej.   Dopiero   wtedy   zdała   sobie 

sprawę z tego, że ona również drży. - Nie musisz już płakać. Odejdę i przysięgam, 
że będę trzymać się od ciebie z daleka. Jeśli tego chcesz, odejdę z twojego życia 
na zawsze. Proszę, nie płacz. Nie będziesz już musiała mnie widywać.

-  Nie!
Wyrwało jej się to mimo woli i Dev zamarł.
-  Meg? - szepnął zaskoczony.
Ona też była zaszokowana tą instynktowną reakcją. Dev przesunął wolno dłonie 

na jej ramiona. Ścisnął je mocno i cofnął się, patrząc jej w twarz.

-   Myślałem, że tego chcesz - wykrztusił z trudem, starając się ukryć nadzieję, 

odzwierciedlającą się w jego wzroku.

-  Nie wiem, czego chcę - wyznała żałośnie. - Poza tym, że nie mogę tak dłużej 

żyć. Nie wiem, co się ze mną dzieje. W jednej chwili kontroluję się, a w następnej...

background image

-  Rozumiem to, uwierz mi.
-  Nie mogę tak żyć - powtórzyła. - Mam wrażenie, że za chwilę wybuchnę.
-     Nie   rób   tego   -   zawołał   gwałtownie.   -   Wyrzuć   z   siebie   wszelkie   pretensje. 

Porozmawiaj ze mną.

-  Z tobą? - Spojrzała na niego z niedowierzaniem. -To przez ciebie tak się czuję!
-   Wiem. Dlatego powinnaś porozmawiać ze mną.- Skrzywił się. - Nawet jeśli 

powiesz mi tylko, jakim jestem draniem, poczujesz się lepiej.

-  Nawet tego nie jestem pewna.
Na chwilę zamknął oczy i Meg zastanawiała się, czy to dlatego, aby nie widziała 

w nich budzącej się nadziei.

-  Porozmawiaj ze mną, Meg - ponaglił ją. - Wyjaśnijmy wszystko. A potem, jeśli 

zechcesz, odejdę i będę trzymać się od ciebie z daleka.

-  Nie wiem...
-  Musimy porozmawiać. Dopóki tego nie zrobimy, żadne z nas nie poczuje się 

lepiej.   Poza   tym   -   dorzucił   ponuro   -   z   kim   jeszcze   możesz   pomówić   o   swoich 
problemach, nie licząc głupca, który je spowodował?

Zawahała się. Chyba wyczuł jej niezdecydowanie, ponieważ odezwał się szybko:
-     Wybierzmy   się,   gdzieś,   gdzie   nikt   nam   nie   będzie   przeszkadzał.   Kiedy 

będziesz miała dosyć rozmowy, odprowadzę cię do domu. Bez zadawania pytań. - 
Zawahał się. - Czy jest ktoś, kto może zostać z Kevinem?

Megan skinęła głową. Jego troska o dziecko wzruszyła ją.
-  Pani Moreland.
Dev wziął głęboki oddech.
-  No i co na to powiesz, Meg? Możemy porozmawiać?
Megan wiedziała, że nie ma wyboru. Dev miał rację; musieli omówić parę spraw, 

zanim   zaczną   układać   swoje   życie   na   nowo.   Skinęła   głową,   zawiadomiła   panią 
Moreland i wyszła z Devem.

Dev zahamował i wyłączył silnik. Wokół stały nieruchome maszyny budowlane.
-   Wiem, że lubisz ocean - powiedział po chwili milczenia. - Pomyślałem, że 

możemy wybrać się na spacer. Ta część plaży jest ogrodzona z powodu robót. Nikt 
nie będzie nam przeszkadzał.

W milczeniu skinęła głową i wysiadła z dżipa. Przez chwilę wpatrywała się w 

samochód, potem poprawiła włosy, rozwiewane wiatrem.

-     Wiatr   może   urwać   człowiekowi   głowę   podczas   przejażdżki   twoim 

samochodem.

-  Przepraszam. Powinienem był opuścić dach.
Nie przypomniał jej, że przedtem nigdy tego nie chciała. Nie musiał tego robić; 

wiedziała, że on tak samo jak ona doskonale pamięta ich wspólne przejażdżki.

-  Nie przejmuj się.
Schodzili na plażę w pełnym napięcia milczeniu.
-  Wysłuchasz mnie, Meg? - zaczął cicho Dev. - Wiem, że jest o wiele za późno, 

ale zrobisz to?

Skinęła głową. Usiedli na skale. Dev miał taki wyraz twarzy, jakby za chwilę miał 

skoczyć z wysokiego brzegu do głębokiej wody.

57

background image

-     Może   powinienem   był   powiedzieć   ci   to   na   początku.   -   Skrzywił   się.   -   A 

przynajmniej wtedy, kiedy zrozumiałem... - Przerwał i potrząsnął głową. - Cholera - 
mruknął.   -   Miałem   przygotowaną   całą   mowę.   Bóg   wie,   że   ćwiczyłem   ją   przez 
ostatnich sześć lat. - Wziął głęboki oddech. - Chcę opowiedzieć ci o wszystkim, o 
moim małżeństwie. Ale jakoś nie umiem zacząć. Megan pomyślała, że powinna mu 
pomóc.

-  Jak miała na imię? - zapytała obojętnym tonem. 
Drgnął i po chwili rozluźnił się.
-  Elizabeth. Jako dziecko mieszkała na sąsiedniej ulicy. Moja siostra opiekowała 

się nią, gdy była mała...

Urwał i Megan wiedziała, że na jej twarzy musiało odmalować się zaskoczenie. 

Ma siostrę, pomyślała. Mój Boże, nawet o tym nie wiedziałam.

-  Wiem - szepnął Dev, prawidłowo odczytując wyraz jej twarzy. - Przepraszam, 

Meggie.

-  Mów dalej - odparła. 
Wbił obcasy w piasek.
-  Darlene, moja siostra, była o pięć lat starsza ode mnie i siedem od Elizabeth. 

Czasem przyprowadzała ją do domu. Elizabeth zawsze była w pobliżu.

Spojrzał na ocean, jakby mówienie wydawało mu się łatwiejsze bez konieczności 

patrzenia w oczy Megan.

-   Spędzaliśmy razem mnóstwo czasu. Była dla mnie jak młodsza siostra. Nie 

miała   rodzeństwa,   więc   poniekąd   uważała   nas   za   swoją   rodzinę.   -   Wzruszył 
ramionami. - Chyba było mi miło, kiedy przybiegała do mnie, jeśli ktoś jej dokuczał. 
Czułem się wówczas jak jej starszy brat.

Megan nie umiała nazwać tego, co czuła, wyobrażając sobie Deva, broniącego 

„młodszej siostry" przed miejscowym łobuziakiem.

-   Dojeżdżaliśmy razem do szkoły średniej. Opowiadała mi o chłopcach, którzy 

jej się podobają, pytała, co sądzę o różnych sprawach, i pomagała wyjaśnić szalone 
pomysły mojej dziewczyny. Po prostu... rozmawialiśmy. - Wziął garść piasku. - Nie 
widywałem   się z  nią przez jakiś czas,  kiedy skończyłem   szkołę i poszedłem  na 
studia.  Później  znów  zetknęliśmy  się,   kiedy zaczęła   studiować.   Wówczas   nasze 
stosunki   uległy   zmianie.   Zaczęliśmy   się   spotykać   i   po   zakończeniu   studiów 
planowaliśmy wspólną przyszłość. To znaczy, ślub.

Wysypał piasek z dłoni.
-  Rodzice próbowali nam to odradzić. Akurat założyłem własne przedsiębiorstwo 

i uważali, że nie powinienem się spieszyć z ożenkiem. Ale radziliśmy sobie nieźle.

Megan nic nie powiedziała, ale Dev spojrzał na nią, jakby coś usłyszał.
-  Nie chcę kłamać i nie powiem, że jej nie kochałem. Kochałem.
-    Nie  chciałabym,  żebyś   kłamał -  powiedziała  cicho.   - Czułabym   się  gorzej, 

gdybyś to ukrywał. Oznaczałoby to, że nie uważasz mnie za wystarczająco ważną 
osobę, która może znać prawdę; albo że ożeniłeś się z kobietą, której nie kochałeś.

Wpatrzył się w jej twarz. Wyciągnął do niej ręce, ale po chwili zacisnął je w pięści 

i opuścił.

-  Nie straciłaś tego - szepnął. - Tej umiejętności rozumienia...
Urwał i usiadł obok Megan. Pochylił się, jakby miał na barkach przytłaczający 

ciężar.

-     Kochałem   ją   -   powtórzył.   -   Nie   jestem   pewien,   czy   była   to   miłość,   która 

background image

powinna prowadzić do małżeństwa. Wtedy jednak nie wiedziałem, czy istnieje inny 
rodzaj tego uczucia. - Patrzył jej w oczy i wiedziała, że teraz już wie. - Myślę, że 
oboje wiedzieliśmy,   iż  czegoś w naszym  związku  brakuje. Nic z tym  jednak nie 
robiliśmy; było nam wygodnie.

Przez chwilę w orzechowych  oczach Deva pojawiło się dobrze znane Megan 

zmęczenie  i wyczerpanie. Kiedy odezwał się, w jego głosie brzmiał wysiłek.

-   Powinienem był zadowolić się twoją przyjaźnią, kiedy uświadomiłem sobie, 

czego brakuje mi najbardziej...

-   Odkąd mi o wszystkim powiedziałeś - odrzekła cicho Megan - próbowałam 

sobie wyobrazić, jak musiałeś się czuć.

-   Nie mogłabyś. Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek był w stanie wyobrazić to 

sobie.   Przeżywałem   piekło.   Codziennie   kilka   godzin   spędzonych   w   szpitalu. 
Kierowanie przedsiębiorstwem, rezygnowanie z prac, których potrzebowałem.

-  Potrzebowałeś?
Dev przesunął dłonią po zmierzwionych włosach.
-   Najlepiej płatne są najbardziej czasochłonne i wymagające przebywania za 

granicą. Odrzuciłem oferty wyjazdu do Arabii Saudyjskiej, na Alaskę, do Ameryki 
Południowej. Nie mogłem wyjechać i zostawić Elizabeth w takim stanie. Rachunki 
rosły, a ja miałem coraz większe kłopoty finansowe. - Westchnął. - Jeff próbował 
przekonać mnie, że nie  mogę niszczyć  swojej  kariery.   Musiałem  jednak  czuwać 
przy Elizabeth.

Megan   przypomniało   się   wszystko.   Nieobecne   spojrzenie   Deva,   wyczerpanie 

widoczne na twarzy i wrażenie, jakie często miała, że walczy ze sobą.

-   Później znalazłem  środek  na zachowanie  odporności  psychicznej. Coś,  co 

dawało mi siły, choć nieraz miałem ochotę poddać się i skończyć ze sobą. To ty, 
Meg. Tylko dzięki tobie nie załamałem się.

-  Boże, dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?! - wyrwało się jej.
-   Już mówiłem: nie mogłem. Potrzebowałem cię. Wiem, że to brzmi okropnie, 

ale dzięki tobie nie czułem się kompletnie bezradny.  Miałem poczucie, że wciąż 
jestem mężczyzną.

-  Och, Dev, jak mogłeś myśleć...
-     Myślałem   tak,   ponieważ   wszyscy   znajomi   patrzyli   na   mnie   jak   na   ranne 

zwierzę; kogoś, komu pomaga się z litości, ale nie przebywa się z nim, ponieważ 
jest to męczące. To Elizabeth cierpiała, ale oni współczuli mnie. A więc stałem się 
egoistą.   Chciałem,   żeby   romans   z   tobą   nie   miał   żadnego   związku   z   tym,   co 
przeżywałem.   W   rezultacie   zraniłem   jedyną   osobę,   która   dodawała   mi   sił   do 
dalszego życia. Nie poradziłbym sobie sam... Nic nie mogłem zrobić, tylko siedzieć i 
czekać, i właśnie to robiłem.

-  Dev, przestań. - Nie mogła tego znieść. Współczuła jemu i nie znanej kobiecie. 

- Nie odgrzebuj przeszłości. To było piekło, i dla ciebie, i dla Elizabeth.

Spojrzał na nią i potrząsnął głową.
-     Meggie...   Boże,   jak   ty   to   robisz,   jak   możesz...   Po   tym,   jak   bardzo   cię 

skrzywdziłem... - Stłumił jęk. -   Czułem się tak cholernie winny. Nie było mnie w 
domu, kiedy Elizabeth została potrącona przez samochód; pracowałem w Meksyku.

-  Dev, to był pijany kierowca. Nawet gdybyś był w domu, nic nie mógłbyś zrobić.
-   Wiem. Zrozumienie tego zajęło mi dwa lata. Zanim pozbyłem się poczucia 

59

background image

winy,   spotkałem   ciebie.   -     Zacisnął   szczęki.   -   I   dopiero   potem   odkryłem,   co 
naprawdę znaczy mieć wyrzuty sumienia.

-     Och,   Dev.   -   Miał   rację,   pomyślała.   Nie   mogła   wyobrazić   sobie,   przez   co 

przeszedł.

-   Wiesz, co w tym  wszystkim  jest najgorsze? - zapytał z dziwnym  wyrazem 

twarzy. - Musiałem z kimś o tym porozmawiać, o tobie i o tym, jak się męczę. Ale 
jedyną   osobą,   która   moim   zdaniem   zrozumiałaby   to,   była   moja   najlepsza 
przyjaciółka. Ta, której skarżyłem się na swoje dziewczyny.  Ta, która płakała na 
moim ramieniu, ponieważ chłopy to idioci.

-   Elizabeth - powiedziała cicho Megan.
-  Tak. - Potrząsnął głową. - To szaleństwo - powtórzył.
-  Nie. Powiedziałeś, że najbardziej brakowało ci przyjaźni.
-  Tak. - Raz jeszcze zmierzwił sobie włosy. - Elizabeth powiedziała kiedyś, że 

zastanawia się, czy przypadkiem nie zniszczyliśmy pięknej przyjaźni. Może tak było. 
Nie mieliśmy okazji tego sprawdzić. Wiem tylko, że ani do Elizabeth, ani do nikogo 
innego nie czułem tego, co do ciebie. Czułem się rozdarty i wtedy, i teraz.

Otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
-     Musiałem   odejść,   Meg.   Nie   mogłem   cię   wykorzystywać.   Za   bardzo   cię 

kochałem. - Westchnął. - Nadal cię kocham, bardziej niż przypuszczasz. Właśnie 
dlatego odejdę, jeśli tego chcesz. Zostawię cię w spokoju. Powiedz tylko, że tego 
chcesz.

Megan spojrzała na niego. Miał zamknięte oczy i zaciśnięte szczęki, jakby czekał 

na ostateczny cios.

Właśnie na plaży, pod zimowym księżycem Kalifornii, Megan zrozumiała coś, co 

powinna była zrozumieć dawno temu. Gdyby sześć lat temu znaczyła  dla niego 
mniej,   mógłby   ją   wykorzystać   jeszcze   bardziej,   wysysając   z   niej   wszystkie   siły, 
potrzebne   mu   do   życia.   Mógł   ją   nadal   oszukiwać   i   brać   wszystko,   czego 
potrzebował.

Pomyślała o czasach, kiedy chciała mu zadać taki sam ból, nazwać go każdym 

najgorszym   określeniem.   Dopiero   teraz   uświadomiła   sobie,   że   gdyby   był   takim 
człowiekiem, za jakiego go uważała, żaden, nawet najgorszy epitet nie wywarłby na 
nim najmniejszego wrażenia. A jeśli nie był takim człowiekiem, jej słowa załamałyby 
go.

Devlin nie miał wyboru; teraz nareszcie to zrozumiała. Mógł albo zostawić ją, 

albo załamać się zupełnie. Ona najpierw była jego zbawieniem, potem zaś stała się 
przekleństwem, ostatnią kropą przepełniającą kielich.

- Och, Dev - szepnęła, wyciągając ramiona.

background image

ROZDZIAŁ ÓS M Y

Dev chwycił jej dłonie, patrząc na nią z zaskoczeniem.
-  Meg?
Jego głos brzmiał ochryple. Po raz pierwszy tu, na plaży oświetlonej księżycem, 

w błękitnych oczach Megan Spencer zobaczył dawną Meggie.

-  Nie chcę, żebyś odszedł - szepnęła. - Nie rozumiałam cię przedtem, ale teraz 

rozumiem.

-  Jeśli czujesz dla mnie litość z powodu...
-   Przestań. Nigdy nie litowałam się nad tobą. Cierpiałam razem z tobą, nawet 

gdy   tylko   przypuszczałam,   że   jest   ci   ciężko.   Chciałam,   żebyś   pozwolił   mi   sobie 
pomóc.   Płakałam   nad   tobą   i   nad   sobą,   myśląc,   że   okazałeś   się   nie   takim 
mężczyzną, o jakim marzyłam. - Westchnęła. - Teraz jednak widzę, że nie miałeś 
wyboru. Musiałeś odejść, ponieważ byłeś mężczyzną, za jakiego cię uważałam. I 
rozumiem też, że gdybyś okazał się kłamcą, o czym próbowałam przekonać siebie 
później, zostałbyś ze mną, gdyż oszukiwanie mnie byłoby ci bardzo na rękę.

-  Boże, Meg...
-     Mimo   to   szkoda,   że   mi   nie   powiedziałeś...   Choć   rozumiem,   dlaczego   nie 

mogłeś tego zrobić.

-  Ale tak bardzo cię zraniłem...
-   Tak - przyznała - jednak tylko dlatego, że nie rozumiałam, co przeżywasz. 

Myślałam, iż odszedłeś, ponieważ dostałeś ode mnie wszystko, czego chciałeś.

Dev jęknął i uścisnął jej palce.
-  Bałem się, że tak pomyślisz - szepnął - ale...
-  Szsz - uciszyła go Megan. - Wiem.
-   Naprawdę próbowałem cię odszukać - powiedział. - Jak tylko... było już po 

wszystkim.

-  Wierzę ci.
-  Nigdy nie przestałem cię kochać. Od tamtego czasu z nikim nie byłem.
Megan zamarła.
-  Z nikim?
-  Z nikim.
Patrzyła na niego z niedowierzaniem, więc rzucił jej ponure spojrzenie.
-  Jeff też tego nie rozumiał. Próbował wyciągać mnie na różne imprezy. Kilka lat 

temu   poszliśmy   na   pizzę   i   piwo.   Próbował   umówić   mnie   z   przyjaciółką   swojej 
dziewczyny,  obecnej żony.  Twierdził, że dwa lata żałoby wystarczą.  Jedno piwo 
zamieniło się w kilka i obaj byliśmy nieźle wstawieni. Nie pamiętam tego, ale musiał 
cały   czas   wmawiać   mi,   że   czas   rozpocząć   normalne   życie,   znaleźć   sobie 
dziewczynę i tak dalej. W końcu powiedziałem mu, żeby się odczepił, z tym, że 
użyłem mniej uprzejmego sformułowania. Przynajmniej on tak twierdzi.

Megan uśmiechnęła się.
-  I co, „odczepił" się?
-  Tak, choć to do niego niepodobne. Któregoś dnia zapytałem go, dlaczego po 

raz pierwszy w czasie naszej znajomości zaakceptował odpowiedź „nie". Przyznał, 
iż wycofał się, gdyż tamtej nocy powiedziałem, że jeśli nie mogę mieć Meggie, nie 

61

background image

chcę nikogo. Nie zapytał mnie, kim jest Meggie, i nigdy nie wspominał o tamtej 
rozmowie, dopóki go nie zapytałem.

Megan   westchnęła   głęboko.   Uniosła   jego   dłonie   i   przycisnęła   je   do   swoich 

policzków. Na każdej złożyła delikatny pocałunek.

-  Wiesz, co przerażało mnie najbardziej w ciągu tych sześciu lat?
-  Co takiego?
-  Myśl o tym, że jesteś jedyną osobą, która sprawia, iż zaczynam czuć, pragnąć. 

I to, że utraciłam cię na zawsze.

-  A co z...?
Nie skończył pytania. Tak naprawdę nie chciał nic wiedzieć o jej mężu. Nie mógł 

znieść   myśli   o   Megan   kochającej   się   z   innym   mężczyzną,   do   którego   uciekła, 
zraniona jego zdradą. Poza tym jej ostatnie wyznanie zmieniło wszystkie uczucia 
poza pożądaniem.

Megan pochyliła się i delikatnie pocałowała go w usta.
-   Megan, nie rób tego. Pragnąłem cię każdego dnia przez tych sześć lat. Nie 

dręcz mnie, skoro nie mogę cię mieć.

-  Dlaczego nie możesz? 
Spojrzał na nią z niedowierzaniem.
-  Meg? Czego właściwie chcesz?
-   Chcę znów być znowu z tobą. Chcę zapamiętać tę noc. Chcę wiedzieć, czy 

będzie tak samo cudowna jak ta, którą wciąż pamiętam.

Nie spodziewał się tego. Czuł napięcie we wszystkich mięśniach, lecz wciąż się 

wahał.

-  Meg - powiedział drżącym głosem, potrząsając głową.
-  Proszę, nie zadawaj żadnych pytań. Nie dzisiaj. Wkrótce będzie nowy dzień. 

Teraz nie chcę myśleć ani rozmawiać. Po prostu chcę czuć. Tak dawno tego nie 
przeżywałam...

Wiedział, że powinien ją powstrzymać; Megan ciągle była zbyt zagubiona, aby 

móc podejmować racjonalne decyzje, ale czy rzeczywiście racjonalizm pomógł im w 
czymkolwiek? Gdzieś w najciemniejszym zakamarku jego umysłu pojawiła się myśl, 
że może to jest jedyna okazja, by mieć Meg raz jeszcze, i że jej ostateczna decyzja 
będzie tą, której najbardziej się obawiał: rozstanie. Wyciągnął do niej drżące ręce.

Pierwszy pocałunek zawierał całą tęsknotę sześciu lat i Dev niemal roztopił się 

pod   wpływem   jego   intensywności.   Usta   Megan   były   ciepłe   i   natarczywe.   Kiedy 
rozchylił je, czekała na dotyk jego języka z entuzjazmem, który go oszołomił.

-  Meggie - powiedział ochryple, przerywając pocałunek. Przesunął dłonie w jej 

upięte włosy. - Czy wiesz, że nigdy nie widziałem ich rozpuszczonych?

Wyjął kilka spinek. Megan potrząsnęła głową. Wstrzymał oddech, czując słodki 

zapach gardenii.

-  Bardzo podobała mi się twoja poprzednia fryzura, ale to...
Nie skończył, lecz sposób, w jaki Meg odrzuciła głowę do tyłu, jakby podobał się 

jej dotyk jego dłoni, powiedział mu, że zrozumiała.

-  Lepiej przestańmy - rzucił, choć jego wzrok zaprzeczał słowom.
Zarzuciła mu ręce na szyję.
-  Dlaczego?
-  Ponieważ już na zawsze zostaniemy na tej plaży.
-  A musimy ją opuszczać? Tu jest ciepło... romantycznie... uroczo.

background image

-  Meg, przestań.
Spojrzała na niego zamglonym wzrokiem i prawie natychmiast zbladła.
-  Chyba nie jesteśmy na to przygotowani, prawda?
-     Ja  jestem   -  powiedział  głosem  bez  wyrazu,   pamiętając   noc,   kiedy  nie   był 

przygotowany   i   nawet   nie   zastanowił   się   nad   konsekwencjami   własnej 
bezmyślności. Raz im się udało; nie chciał ryzykować po raz drugi.

-  Och. - Był to cichy dźwięk i Dev zrozumiał, o czym myśli Megan.
-  Nie planowałem tego, Meg. Jeff nie należy do zbyt subtelnych ludzi. Wtykanie 

prezerwatywy do mojego portfela za każdym razem, kiedy to możliwe, wydaje mu 
się najlepszym sposobem przekonania mnie do „powrotu do rodzaju ludzkiego", jak 
to nazywa.

-  W takim razie...?
-  Zasługujesz na coś lepszego niż to - rzucił ponuro. - Szybki stosunek na plaży, 

bez...

-  Kto mówi, że musi być szybki? - szepnęła i pocałowała go.
Nadzieja na opanowanie sytuacji znikła, kiedy poczuł jej ręce, wsuwające się 

pod jego sweter i pieszczące pierś. Dotyk jej palców palił. Szybkim ruchem zdjął 
sweter.

Megan uniosła głowę i obserwowała go, pieszcząc sutki. Zamknął oczy i wziął 

głęboki oddech.

Przesunęła   jedną   dłoń   na   jego   brzuch,   pieszcząc   okrężnym   ruchem   okolice 

pępka. Jęknął.

-  To nadal istnieje między nami, prawda? - powiedziała, patrząc mu w oczy.
-   Nigdy nie minęło - przyznał ochryple, sięgając do zamka błyskawicznego jej 

swetra. Przerwał i badawczo spojrzał jej w oczy. W odpowiedzi zrzuciła pantofle i 
ujęła w dłonie jego twarz.

-  Spraw, żebym znowu ożyła. Tak długo na to czekałam.
Pocałował ją gwałtownie, jednocześnie rozpinając zamek bluzy. Miękki materiał 

rozchylił   się   i   Dev   przytulił   Megan   mocniej,   pragnąc   poczuć   ciepło   jej   ciała. 
Oddychał nieregularnie, czując wreszcie dotyk miękkich piersi.

-  Meg... Meggie... Naprawdę tego chcesz?
-   Pragnę cię - wyznała po prostu. Poczuł falę gorąca, która wywołała w jego 

ciele   bolesne   podniecenie.   Rozpiął   jej   biustonosz,   zsunął   spodnie   i   niebieskie, 
koronkowe figi, a potem odrzucił je na bok. Delikatnie położył Meg na piasku.

Nie myślał już o szampanie, świecach, prześcieradłach i innych rzeczach, które 

chciał mieć tej nocy.  Wiedział tylko, że wróciła jego Meggie, że pragnęła go tak 
samo jak on jej.

Ukląkł i wpatrywał się w jej ciało: pełne piersi, niesamowicie długie, gładkie nogi i 

kobieco zaokrąglone biodra.

-  Och, Meggie, jesteś jeszcze piękniejsza niż sześć lat temu - szepnął ochryple.
Naprawdę tak myślał. Wtedy była dziewczynką, teraz ponętną kobietą. Przytuli 

go, jej nogi...

Spokojnie,   Cross,   ostrzegł   siebie,   inaczej   będzie   to   najkrótszy   lot   w   historii. 

Megan wyciągnęła do niego ręce i Dev szybko zaczął rozpinać guziki dżinsów.

Zdawało   się,   że   trwa   to   wiecznie.   Kiedy   wreszcie   uporał   się   z   guzikami, 

zobaczył, że Meg wpatruje się w niego. Zamarł i zadrżał.

63

background image

-  Masz coś przeciwko temu? - zapytała.
-  Kiedy mówisz takim głosem, nie mam żadnych zastrzeżeń.
-  Chciałam tylko ci się przyjrzeć - wyznała nieśmiało, jakby nie miała pewności, 

czy powinna tego chcieć. - Przedtem jakoś mi się to nie udało...

Dev zaczerwienił się lekko, ale wstał i zdjął dżinsy.
-  Jesteś piękny - powiedziała.
Przytuliła   się   do   niego   namiętnie.   Całował   ją   długo   i   mocno,   upajając   się 

słodyczą, którą tak dobrze pamiętał. Poruszała się pod nim, przyciskając piersi do 
jego ciała, i kiedy pochylił się, aby je ucałować, krzyknęła.

Ujął piersi w dłonie, unosząc powiększone sutki do ust. Całował najpierw jedną, 

potem drugą, aż do chwili gdy Megan zaczęła wyginać się i jęczeć, poddając się 
pieszczotom.

Chciał, żeby było to dla niej coś szczególnego, co mogłoby wymazać z pamięci 

czas,   kiedy  rozpamiętywała,   jak  bardzo   ją  zranił.   Jednak  jej   pieszczoty  były   tak 
słodkie, że  wiedział,  iż prowadzi grę  za szybko.  Kiedy jednak chciał się cofnąć, 
wydała cichy dźwięk protestu, który zadziałał na niego mobilizująco.

-  Meg... musimy zwolnić... zaczekaj...
-  Za długo już czekałam.
Jej oddech był gorący. Zadrżał. Potem obsypał ją pocałunkami, aż zaczęła wić 

się i błagać, aby wziął ją i skończył tortury. Czując ciepło jej ciała, wiedział, że nie 
ma już odwrotu. Choć jego rozsądek protestował, wiedział, że musi być posłuszny 
jej życzeniom.

-  Meggie, jesteś pewna...?
-  Proszę. Jestem taka pusta. Wypełnij mnie, Dev.
-  Kocham cię, Meggie. - Mówiąc to, wszedł w nią. - Kocham... Och, Meggie...
Zadrżał i znieruchomiał, walcząc z chęcią poruszenia się. Jego ciało pokryło się 

potem, kiedy usiłował zwolnić tempo.

-  Meggie...
-  Nie przerywaj, Dev, pragnę cię.
Nagle uniosła się. Był w niej. Wydała okrzyk bólu i rozkoszy. Dev nie mógł się 

oprzeć i zaczął się gwałtownie poruszać.

Obserwowała go i widziała, jak wyraz pragnienia zmienia się na jego twarzy w 

zapierającą dech rozkosz, kiedy zabierał ją na szczyty. Czuła jego gładką skórę i 
twarde mięśnie i napawała się jego obecnością w swoim ciele. Napięcie narastało, 
zapierając dech w piersiach.

W końcu usłyszała, jak wyszeptał, że już dłużej nie może. Zadrżała i jej ciało 

ogarnęły konwulsje rokoszy.

-  Meggie, och, Meggie...
-   Och, Dev - szepnęła, drżąc, gdy na nią opadł. Miała rację; było to tak samo 

cudowne przeżycie, jak to sprzed sześciu lat.

Dev odezwał się po długiej chwili:
-  Przez sześć lat wmawiałem sobie, że oszalałem i że nie mogło mi być z tobą 

tak   wspaniale.   Wmawiałem   sobie,   że   czułem   rozkosz   tak   intensywną,   ponieważ 
wiedziałem, iż nigdy więcej nie będę czegoś podobnego przeżywał...

-  Wiem - szepnęła, tuląc go.
Leżeli na piasku, milcząc. Wiatr zmienił się w lekką bryzę. Piasek, nagrzany w 

ciągu dnia, chronił ich przed chłodem.

background image

Po chwili Dev wziął ją w ramiona. Kiedy zaczęła go pieścić, kochał się z nią 

jeszcze raz, tak długo, że niemal ochrypła, krzycząc z rozkoszy, zanim on osiągnął 
spełnienie.

Potem leżał obok niej, tulił ją i nie był w stanie się poruszyć. Nie pamiętał już, jak 

dobrze jest mieć ją przy sobie i czuć jej oddech na swojej skórze. Spał tak mocno, 
jak nie zdarzało mu się to od lat: głęboko, spokojnie. Miał wrażenie, że wreszcie 
znalazł się w domu.

Kiedy się obudził, instynktownie zacisnął dłoń na ramieniu Meg, jakby chciał się 

upewnić, że jest przy nim. W odpowiedzi pocałowała go. Zrozumiał, iż obudziła się 
wcześniej i czekała na jego przebudzenie. Na tę myśl krew szybciej, zaczęła krążyć 
w jego żyłach i kiedy Meg zaczęła pieścić jego brzuch, był już podniecony.

Potem obudzili się tuż przed świtem i Meg, zawstydzona, ubrała się pospiesznie. 

Odkryli, że każdy skrawek ich odzieży pokryty jest piaskiem, nie mówiąc o różnych 
zakamarkach ciała.

-  Meg - zaczął Dev, wyczuwając jej zmieszanie. - Czy dobrze się czujesz?
-   Muszę wracać do domu - odrzekła, mocując się z zamkiem błyskawicznym 

bluzy.

-  Wiem. Odwiozę cię. Ale czy wszystko w porządku?
-  Tak. Po prostu... mam dużo roboty przed dzisiejszym przyjęciem.
Zupełnie o tym zapomniał. Jednak biorąc pod uwagę to, co się stało, nikt nie 

mógłby   go   winić.   W   nocy   przyprowadził   ją   tutaj,   mając   nadzieję,   że   zechce   go 
wysłuchać. Nawet nie liczył na to, że będą się kochać.

Faktem jednak było, że spędzili noc, kochając się na plaży jak para nastolatków. 

Meg miała prawo czuć się zawstydzona. Poza tym musiała wytłumaczyć się przed 
panią Moreland, pomyślał, uśmiechając się w duchu. Miał tylko nadzieję, że jej syn 
nie wstał zbyt wcześnie - w tej sytuacji byłoby to krępujące dla Meg.

Choć   może   lepiej,   żeby   chłopiec   przyzwyczaił   się   do   niego   teraz,   pomyślał, 

przyglądając   się   Meg   wkładającej   buty.   Im   szybciej   Kevin   zaakceptuje   jego 
obecność, tym lepiej, ponieważ Dev tym razem nie miał zamiaru utracić Meg.

Ruszyli do dżipa i patrząc na stojącą w pobliżu koparkę, Dev uśmiechnął się. 

Wczoraj doskonale dogadywali się z Kevinem. Oczywiście, dogadywanie się będzie 
wyglądać inaczej, jeśli chłopiec dowie się, że ma do czynienia z mężczyzną, który 
chce poślubić jego matkę.

Meg błyskawicznie zajęła miejsce w samochodzie, jakby zależało od tego jej 

życie. Przed włączeniem silnika Dev spojrzał na nią.

-     Meg,   wiem,   że   to   nie   była   najbardziej   romantyczna   noc   w   twoim   życiu. 

Powinniśmy byli wybrać się w inne miejsce...

-   Nie. Na plaży czułam się doskonale. - Zaczerwieniła się i dotknęła włosów 

pełnych piasku. - Mam tylko kłopot, co powiedzieć pani Moreland i synowi.

Dev drgnął.
-  Żałujesz?
-  Nie, nie żałuję. Ale potrzebuję czasu, żeby wszystko przemyśleć.
Zacisnął   szczęki.   Nie   podobały   mu   się   te   słowa.   Chciał,   aby   czuła   się   tak 

wspaniale   jak   on   i   miała   pewność,   że   wszystko   się   ułoży.   Jednak   może 
przebaczenie, które otrzymał zeszłej nocy, nie miało mocy w świetle dnia.

-   W porządku - stwierdził niechętnie. - Pamiętaj o jednym: kiedyś nie miałem 

65

background image

wyboru, ale teraz nie zrezygnuję z ciebie.

Po wyrazie  jej twarzy poznał, że zrozumiała. Jeśli między nimi  miał  nastąpić 

koniec, to stanie się z jej winy.  W jej oczach zobaczył jednak coś jeszcze, coś, 
czego nie rozumiał, cień wątpliwości.

Nie   chciał   się   nad   tym   zastanawiać.   Wolał   przypominać   sobie   rozkosz,   jaką 

przeżywali zeszłej nocy, i wierzyć w cud: Meg znalazła się znów w jego ramionach i 
kochała go.

Włączył silnik i wrzucił bieg.

Megan   stała   na   ganku,   obserwując   odjeżdżającego   dżipa.   Nasłuchiwała   tak 

długo, aż wreszcie dźwięk silnika umilkł.

Teraz nie zrezygnuję z ciebie.
Słyszała   ciągle   te   słowa.   Z   cichym   jękiem   odwróciła   się   i   wbiegła   do   domu. 

Panowała w nim cisza. Pani Moreland i Kevin na szczęście jeszcze spali, a ojciec 
miał wrócić z Sacramento po południu.

W   chwilę   potem   stała   pod   gorącym   prysznicem   i   zmywała   piasek   z   ciała   i 

włosów. Cały czas wmawiała sobie, że nie płacze; to były tylko krople wody.

Zeszłej nocy wszystko wydawało się takie proste. Dev powiedział jej wszystko, 

co  powinna  była   wiedzieć  dawno  temu.  W  końcu  zrozumiała,  dlaczego  nie  miał 
wyboru i musiał ją zostawić.

To mogła mu wybaczyć. Kiedy myślała o tym, pod jaką żył presją, mogła mu 

nawet wybaczyć, że nie powiedział jej o istnieniu żony. Jak na ironię okazało się, że 
to, co bolało ją wtedy najbardziej - jego odejście - było dowodem, iż nie pomyliła się 
w jego ocenie.

To powinno rozwiązać problemy. To i rozkosz, jakiej nigdy dotąd nie zaznała; 

noc   gorących   pieszczot,   wzlotów   i   ekstazy.   Noc,   która   udowodniła   jej   raz   na 
zawsze,   że   Devlin   Cross   jest   jedynym   mężczyzną,   który   potrafi   zawładnąć   jej 
ciałem, sercem i duszą.

To   jednak   nie   wystarczało;   wręcz   przeciwnie,   komplikowało   sprawy.   Znów 

stanęła przed perspektywą wyboru. Czy mogła wyznać Devowi prawdę o Kevinie? 
A może jej kłamstwo zniszczy ich związek, tak jak kłamstwo Deva zniszczyło go 
sześć lat temu?

Wyszła spod prysznica i wzięła ręcznik. Tarła ciało aż do bólu, chcąc zapomnieć 

o nowym problemie. Zrozumiała, że jej rozterki nie dotyczyły tego, czy ona może 
wybaczyć Devowi; istotne było, czy o n będzie w stanie jej wybaczyć.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Dev   zatrzymał   się   w   drzwiach   baraku,   kiedy   zobaczył   Franka   Masona, 

przerzucającego  gniewnie  stertę  papierów  na  biurku.  Westchnął.  Ostatnio  każda 
wymiana zdań z pracodawcą była dość gwałtowna, a on nie miał dziś ochoty na 
kłótnię. Poznał przedsmak raju i teraz musiał poczekać, aby przekonać się, czy 
tylko to może mu ofiarować los.

Mason obrócił się szybko, zaskoczony. Przez chwilę wpatrywał się w Deva, który 

zmarszczył  brwi,   widząc  taką reakcję.  Otrząsnął  się i po chwili  zaczął krzyczeć, 
jeszcze zanim Dev przestąpił próg.

-   Cholera, co to jest? Jackson twierdzi, że kazałeś mu używać szalunków w 

rowach odpływowych!

Jak widać, to nie upały wpływają na temperament tego człowieka, pomyślał Dev. 

Ochłodziło   się   tego   ranka,   kiedy   Dev   odwiózł   Meg   do   domu,   zaś   Mason   nadal 
szalał.

-  Tylko na długości jakichś pięćdziesięciu metrów - sprostował, usiłując mówić 

spokojnie.

-     Tylko?   Równie   dobrze   mógłby   to   być   kilometr!   Zmieniliśmy   głębokość 

specjalnie po to, żebyśmy nie musieli tego robić! Nawet zmniejszyliśmy rozmiar rur 
do minimum, aby zaoszczędzić na czasie!

-   Ciągle jednak musimy przebić się przez ten pagórek, a tam ziemia jest zbyt 

piaszczysta, aby poradzić sobie bez szalunku.

-   Wiesz, ile to będzie kosztować? Nie mówiąc o tym, ile czasu to potrwa. W 

prognozach   pogody   przewiduje   się   sztorm,   wkrótce   spadnie   deszcz   i   będziemy 
musieli przerwać prace!

Dev usiadł za biurkiem i poczekał, aż Frank się uspokoi.
-  To prawda, ale nie mamy wyboru. Bez tego grunt może się zapaść.
-     Do   diabła!   -   krzyknął   Mason.   -   Jakie   jest   ryzyko,   skoro   ten 

pięćdziesięciometrowy odcinek będzie odkryty przez dzień, może dwa?

Dev powstrzymał się przed przypomnieniem mu, że przed chwilą te pięćdziesiąt 

metrów było kilometrem. Przypomniał sobie słowa Harlana Spencera: „Dobra jest 
jakakolwiek   wersja   prawdy,   która   może   mu   przynieść   pożądane   wyniki".   Widać 
senator znał swoich ludzi.

-   Nie możemy pozwolić sobie na ryzyko  - powiedział Dev - jeśli zagraża to 

ludziom.

-     Oszczędź   mi   tych   uwag   -   warknął   Mason.   -   Wiesz,   Cross   -   stwierdził, 

uderzając pięściami w biurko - gdybym nie miał pewności, że nic z tego nie masz, 
byłbym przekonany, iż sabotujesz projekt.

Dev   wstał   gwałtownie.   Jego   oczy   lśniły.   Bez   słowa   zaczął   zbierać   papiery 

porozrzucane na biurku.

-   Już dobrze, uspokój się. Powiedziałem, że mam pewność, iż nic z tego nie 

masz.

Dev przesunął telefon, który przeszkadzał mu, i dorzucił kolejną stertę papierów 

do stosu.

-  Cholera, jesteś uparty... odłóż to. 

67

background image

Dev ostrożnie postawił telefon na biurku.
-  Możesz mnie wysłuchać?
Dev otworzył szufladę, wyjął kilka folderów i włożył je do swojej torby.
-  Słuchaj, Dev, wiem, że potrzebujesz tej pracy. Wiem też, jak bardzo.
Dev uniósł głowę.
-     Był   czas   -   powiedział   zimno   -   kiedy   na   wiele  rzeczy  przymykałem   oczy. 

Potrzebowałem pracy tak bardzo, że tolerowałem szwindle swoich zleceniodawców.

Ale teraz na niczym mi nie zależy, dokończył w myśli. Poza jedną rzeczą, którą 

mogę stracić.

Mason nerwowo przesunął dłonią po włosach, a potem poklepał się po kieszeni, 

w której zwykle miał jedno lub dwa cygara.

-  Dev, inwestorzy czepiają się mnie i mam problemy z tłumaczeniem się przed 

nimi.   Rozmowy   stają   się   coraz   trudniejsze   z   każdym   dniem   opóźnienia.   Wiesz 
doskonale,   że   nie   mógłbym   teraz   zmienić   geologa!   Zanim   znajdę   nowego 
człowieka, będę spóźniony o całe wieki!

-  Wiem o tym. Nie byłem pewny, czy i ty również miałeś tego świadomość.
-   Dlaczego... Cholera, czego chcesz, przeprosin? W porządku, przepraszam. 

Jesteś zadowolony?

-  Nie. Ale to dobry początek. 
Masonowi udało się uśmiechnąć przymilnie.
-   Synu, wiem, że mam w sobie tyle taktu, co czołg, ale naprawdę zbyt wielu 

ludzi ma do mnie pretensje. Wiem, że gdybyś nie pracował solidnie, niczego byśmy 
nie dokonali. Zapomnij o moich pretensjach, dobrze?

Dev   zawahał   się.   Miał   dosyć   zmienności   nastrojów  Masona,   lecz   Frank   miał 

rację: Dev naprawdę potrzebował tej pracy.

-  W porządku - zgodził się wreszcie.
-     Dobrze.   -   Na   nieszczęście   Mason   znalazł   w   kieszeni   jedno   ze   swoich 

okropnych cygar, zapalił je i zaciągnął się głęboko. - Coś ci powiem. Dlaczego stąd 
nie wyjedziesz? Weź wolny dzień, a nawet  cały weekend. Nie miałeś urlopu od 
chwili, kiedy zacząłeś pracę. - Wyglądał na zadowolonego z siebie. - Nie chcę cię tu 
widzieć do poniedziałku.

-  Myślałem, że...
-  Za dużo myślisz.
To prawda, pomyślał Dev, Mason ma rację.
-  Chciałem zacząć pracę na nowym stoku...
-     Nie   będziemy   na   to   przygotowani   do   końca   tygodnia.   -   Twarz   Masona 

skurczyła   się.   -   Cholera,   nigdy   nie   miałem   takich   problemów   z   wypchnięciem 
pracownika na urlop. Co się z tobą dzieje?

Dev mógł powiedzieć, że wolał szukać zapomnienia w pracy niż rozmyślać o 

swoim   losie,   ale   nie   miał   ochoty   dyskutować   z   człowiekiem,   który   usiłował   go 
nakłonić   do   zwolnienia   tempa,   choć   przed   chwilą   oskarżał   go   o   spowodowanie 
opóźnień.

-  To z tobą coś się dzieje - zaprotestował. - Czy to nie ty chciałeś, aby wszystko 

było robione z prędkością światła?

Wyraz twarzy Masona przywiódł Devowi na myśl dziecko, wymykające się ze 

sklepu ze skradzionymi słodyczami,

-   Powiedzmy, że po ostatniej wymianie zdań jestem ci coś winien. Wynoś się 

background image

stąd. Zobaczymy się na przyjęciu u senatora.

Wyszedł, zanim Dev  zdążył  zaprotestować.   Przyjęcie,  pomyślał.  To,  na które 

Meg musiała go zaprosić. Przyjęcie, na które się wybierał, choć nie miał pewności, 
czy będzie mile widzianym gościem.

Jednak pójdzie na nie. Nie miał pojęcia, co czuła Meg po nocy, jaką spędzili 

razem.  Wiedział  jednak,  że  czują  do  siebie pociąg  za  każdym   razem,   kiedy  się 
widzą.   Miał   zamiar   to   wykorzystać.   Poczuł   ulgę,   opuszczając   teren   budowy.   W 
sklepie   wypożyczył   frak.   Doszedł   do   wniosku,   że   nie   może   zmienić   przeszłości; 
wszystko zależało teraz od Meg.

Przyszło mu do głowy, że Megan może nie chcieć z nim rozmawiać. Prosiła go o 

czas do namysłu i obiecał jej to. Na przyjęciu nie miałaby trudności z unikaniem go. 
Jednak zdecydował się wykorzystać ostatnią szansę i nie pozwolić, aby coś mu 
przeszkodziło.

Resztę   dnia   spędził   na   zapoznawaniu   się   ze   sprawami   nowego   biura. 

Bezczynne   czekanie   było   czymś,   czego   nie   mógł   znieść.   Przypomniał   sobie   o 
papierach, zabranych z baraku, i sięgnął po torbę, kiedy zadzwonił telefon. Chwycił 
słuchawkę, mając nadzieję, że to Meg. Okazało się jednak, iż dzwoni Jeff.

Jeff   zapewnił   go,   że   wszystko   jest   w   porządku   i   dzwoni   tylko   po   to,   żeby 

sprawdzić, co się dzieje, skoro Dev milczy.

-  Przepraszam - mruknął Dev.
-  W porządku. Co u ciebie słychać? Rozmawiasz ze mną w taki sposób, jakby 

coś się nie układało.

-     Masz   rację.   To   dziwne.   Mason   od   tygodni   zmuszał   nas   do   pilnowania 

terminów, a teraz nagle doszedł do wniosku, że mamy mnóstwo czasu. Kazał mi 
wziąć wolne na resztę dnia i na weekend.

-     W   takim   razie,   skoro   zmusił   cię   do   wzięcia   urlopu,   chwała   mu   za   to. 

Oczywiście, jesteś w biurze, prawda?

-  Co masz na myśli?
-   Po prostu wiem,  jak wyglądają twoje wolne dni. Nie masz pojęcia, jak*się 

zrelaksować.

-  Mógłbym się tego nauczyć.
Wyrwały mu się te słowa, kiedy pomyślał o ranku spędzonym z Meg. Trzymałby 

ją w ramionach, kochaliby się przez długie godziny. Pomyślał, że nadejdzie kiedyś 
taki ranek, a nawet będzie ich więcej. I popołudnia. I noce...

-  Dev? Nic ci nie jest?
-  Nie. - Zabrzmiało to dziwnie. - Wszystko w porządku.
Odłożywszy słuchawkę, zastanawiał się, co powiedziałby Jeff, gdyby mu wyznał, 

że odnalazł Meg. Po tylu łatach... Jeff zrozumiałby. Tylko on wiedział, że istnieje 
ktoś, za kim Dev tęsknił przez te wszystkie lata. 

Nie mogę tracić nadziei, pomyślał, zaczynając sortować dokumenty w teczce. 

Megan stanie się częścią mojego życia; już ja o to zadbam. Wiedział, że wątpliwości 
Meg  mogą  uczynić   przebaczenie i zapomnienie niemożliwym.  Nie mógł do  tego 
dopuścić. Utracił ją sześć lat temu; nie miał zamiaru dopuścić i do tego tym razem.

Uświadomił sobie, jak wiele od niej oczekuje. Prośba o zapomnienie...
Jego uwagę przyciągnął kawałek papieru. Przez chwilę zastanawiał się, czy to 

tego szukał Mason na biurku.

69

background image

To   musi   dotyczyć   innych   prac,   pomyślał,   patrząc   na   obliczenia,   które   nie 

pasowały do projektu Gold Coast. 

Po chwili uznał, że może to być inna część projektu. Ostatecznie był geologiem, 

a   nie   architektem.   Z   drugiej  strony  nie  zauważył   w  tym   projekcie  danych,   które 
świadczyłyby   o   tym,   że   należy   dodatkowo   wzmocnić   teren.   Poza   tym,   po 
zakończeniu   prac   nikt   nie   mógłby   powiedzieć,   czy   jest   jakaś   różnica.   Pomijając 
zmniejszoną wytrzymałość budynków, pomyślał.

Potrząsnął głową. To musiała być pomyłka. Postanowił zapytać o to Masona w 

poniedziałek.   Sięgnął   po   resztę   papierów   i   zamarł,   przypomniawszy   sobie 
podsłuchaną kiedyś niechcący rozmowę.

-  To śmieszne - mówił jeden z betoniarzy do drugiego. - Sądziłem, że do tego 

typu   rzeczy   użyją   wzmocnień   rozmiaru   czterdziestki.   -   Wskazał   na   stalowe 
konstrukcje leżące obok. - Mogę przysiąc, że te tutaj to trzydziestki.

Czy w planach było uwzględnione wzmocnienie co czterdzieści centymetrów? 

Czy Mason zmienił to na trzydziestki? Dev szybko zapisał na kartce kilka liczb: to 
oszczędziłoby   jeden   trzpień   z   drogiej   stali   na   każdym   metrze.   Przy   tak   dużym 
projekcie oszczędności byłyby znaczne.

Przypomniał sobie, jak Mason wyrwał mu jakąś kartkę z ręki. Zauważył na niej 

tylko dwa wyrazy: „lotne popioły".

Wtedy nie przejął się tym, lecz teraz to sformułowanie zaczęło go intrygować. 

Niepalne   resztki,   czyli   popioły,   często   były   używane   przez   niezbyt   uczciwych 
budowniczych.   Zastąpienie   popiołem   części   cementu   dawało   beton,   który   był   o 
wiele tańszy... ale również o wiele mniej wytrzymały.

Dev potrząsnął głową, wmawiając sobie, że wyobraźnia płata mu figle. Ale co by 

było,   gdyby   notatka   świadczyła   o   nieuczciwości   Masona?   Gdyby   naprawdę 
zamierzał tego użyć? A jeśli już to zrobił?

Spróbował rozważyć taką ewentualność. Zgadywał na ślepo i wyciągał wnioski, 

które  niekoniecznie  musiały  być   prawdziwe.  Prawdopodobnie  istniało  jakieś  inne 
wyjaśnienie.

A jeśli szalony pomysł był prawdziwy? Po co były te rozmowy o inwestorach? 

Czyż  Mason nie był w takich kłopotach, że mógłby zdecydować  się na robienie 
oszczędności?   To   prawda,   że   żaden   z   tych   pomysłów   osobno   nie   zagroziłby 
projektowi, ale wszystkie razem? A jeśli było ich więcej? Jeśli obcinał kąty tu, mógł 
to zrobić gdzie indziej. A to recepta na katastrofę. Prawdziwą...

Nagle poczuł nowe wątpliwości. A jeśli ojciec Meg wiedział o tym? Przyjaźnił się 

z   Masonem  i  kontaktował   z  nim  często  od  początku   realizacji  projektu.   Senator 
odwiedzał plac budowy i nieraz wysłuchiwał od Masona próśb o wstawiennictwo u 
inwestorów. To niemożliwe, pomyślał. Nie mógł w to uwierzyć, biorąc pod uwagę to, 
co wiedział o senatorze i jak go oceniał.Nikt nie mógł się pochwalić lepszą reputacją 
niż Harlan Spencer. Z drugiej strony był też znany jako lojalny przyjaciel.

Boże,  to  niemożliwe;   to  zabiłoby  Meg.  Nie mogę nic  zrobić,  pomyślał.   Teraz 

obchodzi mnie tylko Meg...

Zmienił tok myśli. Nie mogę nic zrobić. Tak samo jak nie mógł powiedzieć Meg 

prawdy sześć lat temu; jak nie mógł widzieć jej bólu; jak nie mógł nawet pomyśleć, 
że mogła zajść w ciążę.

Jesteś tchórzem, Cross, powiedział sobie bez ogródek. Przyznaj to i choć raz w 

życiu zrób coś z tym.

background image

Zrobię, pomyślał z determinacją. Dziś wieczorem.

Megan   obrzuciła   krytycznym   spojrzeniem   swoje   odbicie   w   lustrze,   potem 

chwyciła chusteczkę higieniczna i raz jeszcze otarła wargi. Z satysfakcją skinęła 
głową,   zamieniła   kilka   słów   z   dwiema   kobietami,   znajdującymi   się   w   łazience,   i 
ruszyła   przez   zatłoczoną   salę.   Wmawiała   sobie   bez   przerwy,   że   nie   zamierza 
spędzić całego czasu, szukając wśród gości wysokiej, szczupłej sylwetki.

Mimo   to   nie   mogła   pozbyć   się   niepokoju.   A   jeśli   postanowił   nie   przyjść? 

Poprosiła go o czas do namysłu. Może uznał, że nie chce go widzieć na przyjęciu?

Zatrzymała się tuż przed drzwiami, wzięła głęboki oddech i wygładziła sukienkę. 

Granatowa   aksamitna,   z   dekoltem   z   przodu   i   z   tyłu,   opadała   kloszowo   aż   do 
pantofli. Kolor miał tak ciemny odcień, że wydawała się czarna.

Sznur   pereł   na   szyi   stanowił   jej   jedyną   ozdobę.   Zresztą   sukienka   nie 

potrzebowała   innych   dodatków.   Pamiętając   wyraz   twarzy   Deva,   kiedy   na   plaży 
zobaczył   jej   rozpuszczone   włosy,   nie   upięła   ich.   Miękkimi   falami   opadały   na 
ramiona.   Zdawała   sobie  sprawę,   że   wybierała   strój  ze   szczególną   troską.   Miała 
tylko nadzieję, że Dev to doceni.

Przeszła   do   sali   balowej   i   niemal   natychmiast   zauważyła   wysoką,   szczupłą 

sylwetkę   przy   drzwiach,   odwróconą   plecami   do   niej.   Powiedziała   sobie,   że   jest 
głupia;   to   mógł   być   ktokolwiek;   wiedziała   jednak,   iż   jest   to   Devlin.   Tylko   jeden 
mężczyzna   sprawiał,   że   krew   w   jej   żyłach   zaczynała   krążyć   żywiej.   I   tylko   on 
powodował, że traciła oddech.

Ruszyła przed siebie, lecz prawie każdy zaczepiał ją i prawił komplementy na 

temat udanego przyjęcia. Czuła się jak ryba płynąca w górę strumienia.

Później Dev odwrócił się i Meg zamarła. Boże, pomyślała, naprawdę jest piękny. 

Nigdy nie widziała go we fraku i nie wyobrażała sobie, że mógłby wyglądać tak 
dobrze w formalnym stroju i w oficjalnej czerni.

Dopiero   wtedy   zauważyła,   jakimi   spojrzeniami   obrzucają   go   inni   ludzie. 

Szczególnie kobiety.

Nawet nie zauważyła ojca, co uświadomiła sobie dopiero po pewnym  czasie. 

Trzymał dłoń na ramieniu Deva i odciągał go na bok. Harlan miał na sobie szary 
frak i uśmiechał się szeroko. Po chwili jednak wyraz jego twarzy zmienił się. Megan 
ruszyła naprzód i nie mogła nie usłyszeć, o czym mówili.

-   Nie chcę wykorzystywać twojej przyjaźni z panem Masonem - mówił Dev. - 

Wiem, że jesteście sobie bliscy.

-  Znamy się od wielu lat, ale o co ci chodzi? 
Dev zawahał się.
-  Nie wiesz, czy przypadkiem Mason nie ma problemów finansowych?
-     Frank?   -   Harlan   wyglądał   na   zaskoczonego.   -Nic   mi   o   tym   nie   wiadomo. 

Dlaczego pytasz?

-  Strasznie się spieszy z realizacją tego projektu. 
-  Zawsze taki był.
-     Tak   też   myślałem.   Ale   to...   -   wzruszył   ramionami.   -   Mówi,   że   inwestorzy 

wywierają na niego nacisk.

-  Inwestorzy mają to do siebie - zauważył Harlan.

71

background image

-  Szczególnie jeśli chcą się trzymać pierwotnych terminów.
-  Och?
-  Znam to.
-  Z powodu opóźnień?
-  Częściowo. Ale... - zawahał się i dokończył: - Nie jestem pewien, czy nie było 

tak od początku.

Harlan zmarszczył brwi.
-  To bardzo delikatna kwestia.
-   Wiem - westchnął. - I nie jestem niczego pewien. Ale wyszło na jaw parę 

dziwnych rzeczy.

-  Na przykład: co?
-  Na przykład: ucinanie kątów. Wielu.
-  Zaczekaj, synu. Frank może bywać szorstki, ale...
-  Używa tańszych materiałów. Może zmienia szczegóły oryginalnych planów...
-   Lepiej zastanów się, co mówisz, Dev - ostrzegł Harlan. - Frank to mój stary 

kumpel.

-  Właśnie tego się obawiam.
Harlan zbladł i Dev pożałował swoich słów. Nie chciał dać do zrozumienia, że 

ojciec Meg w jakiś sposób był zamieszany w oszustwa Masona, lecz teraz było za 
późno.   O   wiele   za   późno,   uświadomił   sobie,   słysząc   westchnienie   Megan   za 
plecami.   Słyszała   wszystko;   wiedział   o   tym,   kiedy   zerknął   na   jej   twarz.   Była 
zaszokowana i szok zamienił się w złość.

-  Co pan insynuuje, panie Cross? Że Frank Mason to oszust? - Podniosła głos. - 

I że mój ojciec bierze w tym udział?

-  Meg, ja tylko...
-     Mam   na   imię   Megan!   -   rzuciła.   -   Ośmielasz   się   przychodzić   na   urodziny 

mojego ojca i stawiać mu takie absurdalne zarzuty?

-  Megan, kochanie - zaczął uspokajająco Harlan, zerkając na Deva. - Dev, nic 

mi o tym nie wiadomo. Daję ci słowo honoru. Ale jeśli to prawda...

-   Daj spokój, tato - rzuciła gniewnie Megan, wbijając spojrzenie w Deva. - On 

nigdy   nie   miał   skłonności   do   mówienia   prawdy.   Gdyby   miał,   wiedziałby,   że   nie 
mógłbyś być zamieszany w coś takiego. Gdyby... - urwała. - Gdyby był uczciwy, 
sześć lat temu powiedziałby mi prawdę.

-  Meg - odezwał się Dev niskim, ochrypłym głosem.
-  Sześć lat temu? - zapytał Harlan, mrużąc oczy.
-   Wynoś się, Dev - rozkazała Megan. - Nie chcę cię widzieć wśród przyjaciół 

mojego   ojca,   słyszeć   kłamstw   na   temat   człowieka,   który   opiekował   się   mną 
niezależnie od okoliczności. On był przy mnie, kiedy go potrzebowałam, a ty nie. 
Nigdy mnie nie opuścił...

-   Opuścił? - Harlan obrócił się do Deva.  - To ty?  Cholera, to ty?  Czy to ty 

uwiodłeś niewinną dziewczynę i odszedłeś, kiedy się okazało, że jest w ciąży?

Dev omal nie upadł, słysząc słowa Harlana. Chwycił oddech, zerknął na bladą 

twarz Meg, szeroko otwarte oczy i dłoń, przyciśniętą do ust, jakby chciała cofnąć 
wypowiedziane   słowa.   O   tym,   że   senator   mówił   prawdę,   świadczyły   jej   oczy   i 
drżenie ciała.

-  Mój Boże - szepnął.
Megan cicho krzyknęła, obróciła się i wybiegła z sali. Dev chciał ruszyć za nią, 

background image

ale był zbyt oszołomiony. Nie miała innego mężczyzny. Była już w ciąży, kiedy ją 
opuścił.   Urodziła   jego   dziecko.   Samotnie.   Mój   Boże,   pomyślał.   Kevin   był   jego 
synem.

Megan   siedziała   w   biurze   klubu.   Skrzyżowała   ramiona,   jakby   chciała 

powstrzymać dreszcze, przebiegające jej ciało.

Zastanawiała się, czy tak samo czuł się Dev: zawstydzony ucieczką, a mimo to 

nie mogąc się zdobyć na spojrzenie jej w twarz. Teraz ona nie śmiała tego zrobić. 
On też ją kiedyś okłamał i nie wiedział, co robić potem. 

Już dawno  temu  zrozumiała,  czym  się  kierowała.  Teraz nie była  pewna,   czy 

wiedziała, dlaczego to robi. Może wolała nie wiedzieć, że postępuje głupio. Czuła 
się   tak,   jakby   stała   na   skraju   przepaści.   Każdy   nieostrożny   krok,   nieuważne 
spojrzenie mogło spowodować upadek i wtedy byłaby na zawsze zgubiona.

Teraz wiedziała, dlaczego Dev skłamał; lecz dlaczego ona zrobiła to samo? Czy 

naprawdę chciała ochraniać Kevina, nie dopuścić do tego, żeby został zraniony, 
gdyby nie znany mu ojciec nie chciał go? A może uznała, iż Dev nie ma prawa 
wiedzieć o istnieniu syna, ponieważ nawet nie pomyślał o takiej możliwości? Czy po 
prostu nie chciała zranić Deva, tak jak on zranił ją, i dlatego postarała się, aby 
myślał, że szybko znalazła innego mężczyznę?

Była na niego zła jak jeszcze na nikogo w życiu; może za wyjątkiem matki po jej 

śmierci. Pamiętała swoją rozpacz i to, jak wówczas opiekowała się ojcem; upierała 
się, że gdyby matka naprawdę ją kochała, nie zostawiłaby jej.

Teraz uświadomiła sobie, że nie pozbyła się jeszcze złości na Deva. Zrozumiała, 

dlaczego   tak   postąpił;   przyjęła   nawet   do   wiadomości   fakt,   iż   nie   miał   wyboru. 
Jednak nie wybaczyła mu porzucenia, tak jak w głębi serca nie wybaczyła odejścia 
swej matce.

Przypomniała sobie, jak ojciec trzymał ją na kolanach, jakby miała pięć lat, a nie 

piętnaście, i próbował jej wyjaśnić, iż czasem opuszczenie nie ma żadnego związku 
z brakiem miłości. Teraz pomyślała, że czasami przyczyną rozstania jest miłość.

Otarła wilgotne oczy i przygotowała  się do powrotu  na przyjęcie.  Miała wiele 

obowiązków;   ostatecznie   była   gospodynią   uroczystości.   Przynajmniej   to   sobie 
wmawiała. Nie musiała wracać. Wiedziała, jaki jest prawdziwy powód jej rozterki. 
Musiała odszukać Deva, wyjaśnić mu wszystko i postarać się, żeby ją zrozumiał.

Wróciła do głównej sali. Nie było go w tłumie. Unikała ojca, choć widziała, iż on 

ją   zauważył.   Uśmiechnęła   się   do   obecnych   i   poszła   sprawdzić,   jak   radzi   sobie 
obsługa.   Skłoniła   gości   do   zebrania   się   wokół   ojca,   który   zaczął   rozpakowywać 
prezenty, i wreszcie musiała spojrzeć prawdzie w oczy. Dev odszedł. I zapewne nie 
wróci.

-  Dziękuję, kochanie. To było cudowne przyjęcie.
-   Proszę bardzo - odpowiedziała automatycznie. Po wyjściu Deva większość 

rzeczy robiła automatycznie. Zanieśli resztę prezentów do biblioteki i położyli na 
biurku.

-  Zajmiemy się nimi jutro - powiedział ojciec, spoglądając na jej bladą twarz. - 

73

background image

Wyglądasz na wyczerpaną.

-  Jestem trochę zmęczona.
-  Chcę tylko zabrać to... - Poszukał czegoś wśród pudełek. Wyciągnął cynową 

figurkę orła, szykującego się do lotu. - Jest piękny, prawda?

-   Tak - szepnęła przez ściśnięte gardło, patrząc na prezent od Deva. Dawno 

temu   powiedziała   mu,   że   ojciec   zachwyca   się   tym   ptakiem   będącym   symbolem 
Ameryki. Zapamiętał to widocznie i zadał sobie trud wyszukania tego pięknego i z 
pewnością drogiego prezentu.

-   Wiesz, on tak naprawdę nie wierzył, że mam coś wspólnego z krętactwami 

Franka. Po prostu bał się, że mogłoby cię to zranić. - Podał jej kartkę, doczepioną 
do figurki. Megan przeczytała ją półgłosem.

-   „Jedynemu politykowi, który z pewnością jest tak samo uczciwy, jak symbol 

tego kraju. Wszystkiego najlepszego, senatorze. Devlin Cross".

Jej głos załamał się i omal nie zgniotła kartki. Harlan objął ją.
-  Opowiedział mi całą historię. Bardzo wam współczuję.
Megan uniosła głowę i spojrzała na ojca.
-  Nie znienawidź go, tato. Tak wiele wycierpiał.
-   Wiem. Gdyby Catherine zginęła w taki sposób... - Potrząsnął głową. - Nie 

wiem, co bym zrobił. Ale nie darzę go nienawiścią. Teraz już nie. Poza tym boję się, 
że on nienawidzi siebie samego za nas dwoje. Wyszedł z przyjęcia zaraz po naszej 
rozmowie i wyglądał tak, jakby był w szoku. - Uścisnął ją mocno. - Lepiej odpocznij, 
dziecko.   Chciałbym   poznać   jeszcze   kilka   szczegółów,   ale   o   tym   porozmawiamy 
jutro.

-  Kocham cię, tato. Dziękuję za to, że zawsze jesteś przy mnie.
Długo   leżała   bezsennie,   wpatrując   się   w   ciemność   i   próbując   nie   myśleć   o 

wydarzeniach minionego wieczora. Zastanawiała się mimo to, czy wszystko straciła 
po raz drugi.

Ledwo zasnęła, poczuła delikatne szarpnięcie.
-  Megan, obudź się.
-  Tatuś? - Było ciemno, lecz zobaczyła wyraz jego twarzy. - Co się stało?
-  Nie chciałem cię budzić - powiedział zatroskanym tonem - ale obawiam się, że 

nie miałem wyboru.

-  Tato...
-  Teraz rozumiem, dlaczego przy Devie zachowywałaś się inaczej i dlaczego się 

zmieniłaś. Jednego tylko nie wiem. - Przerwał i po chwili zapytał delikatnie: - Czy 
nadal go kochasz?

Zagryzła wargi, tłumiąc szloch.
-  Nie wiem. Obchodzi mnie, i to bardzo, choć tego nie chcę... To boli...
Harlan westchnął.
-   Wiem, skarbie. Nie musisz mi wyjaśniać, co czujesz. Jestem twoim ojcem i 

kocham cię ponad wszystko, ale nie chcę się wtrącać w twoje życie. Jeśli jednak 
nadal kochasz Devlina, musisz o czymś wiedzieć.

-  Co takiego?
-  Odebrałem telefon. Na budowie zdarzył się wypadek. Jeden człowiek zginął, 

Dev jest w szpitalu. Nie wiem, w jakim stanie.

Wszystkie wątpliwości Megan zniknęły, zastąpione strachem. Przeraziła ją wizja 

świata   bez   Deva.   Kochała   go   z   całego   serca   i   nie   mogła   sobie   wybaczyć,   że 

background image

zrozumiała to tak późno.

-  Och, Boże -jęknęła, zrywając się z łóżka.

75

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

-  Co to znaczy, że go nie ma?
W głosie Megan brzmiała ulga i przerażenie. Dev żył, ale zniknął.
-  Przykro mi. Był tu, ale...
-  Powiedziała pani, że miał wstrząs mózgu i pęknięte żebra...
-  Tak. Lekki wstrząs mózgu. Próbowaliśmy go zatrzymać, ale uparł się, że nie 

zostanie w szpitalu.

-  Z pewnością nie powinien chodzić z urazem głowy - stwierdziła Megan.
-  To prawda - zgodziła się cynicznie pielęgniarka. -  Ale niektórym ludziom nie 

można wytłumaczyć, co powinni robić dla swego dobra.

-  Nie sądzę, aby kiedykolwiek uznał leżenie w szpitalu za najlepsze rozwiązanie 

- rzuciła ponuro Megan i odwróciła się do ojca. - Musimy go odszukać. Co będzie, 
jeśli spróbuje kierować dżipem i dostanie zawrotów głowy albo straci przytomność?

-     Wiem,   skarbie.   -   Harlan   zerknął   na   pielęgniarkę.   -   Rozmawiał   z   kimś? 

Powiedział, dokąd się wybiera?

-     Nie;   tylko   to,   że   musi   stąd   wyjść.   -   Zawahała   się.   -   Wyglądał     na 

przygnębionego. Oczywiście, bycie świadkiem takiej śmierci jest przykre.

-   Nie tylko o to chodzi - szepnęła zdenerwowana  Megan. - On przypomniał 

sobie o Elizabeth.

-  Znajdziemy go, Megan. Znasz jego numer telefonu?
Potrząsnęła głową.
-  Domowego nie, ale w książce telefonicznej możemy znaleźć numer jego biura.
Nie wyjaśniała, że zrobiła to już następnego ranka po tym, kiedy znów pojawił się 

w jej życiu. Nie mogła uwierzyć, iż ten numer był w książce telefonicznej, a ona nie 
próbowała z niego skorzystać.

-  W takim razie zadzwoń do biura - polecił Harlan, podając jej kartę telefoniczną. 

- Ja w tym czasie. sprawdzę, czy możemy zdobyć jego numer domowy.

Chwilę później Megan odłożyła słuchawkę i spojrzała na ojca. Po chwili Harlan 

zaczął wybierać numer.

-     Jego   numer   domowy   mają   w   biurze   Franka   -   wyjaśnił.   Po   chwili   jednak 

potrząsnął głową. - Nikt nie odpowiada.

Megan zagryzła wargi i zaczęła się nad czymś zastanawiać. W tym czasie ojciec 

wybierał kolejny numer.

-  Pani Moreland, czy były jakieś wiadomości? 
Megan spojrzała na niego ze zdziwieniem. Nawet nie pomyślała, że Dev mógłby 

się   z   nią   kontaktować.   Skoro   Harlan   na   to   wpadł,   widocznie   Devowi   udało   się 
przekonać go o swoich uczuciach.

-   Nie sądzę, aby Dev Cross pokazał się w domu. - Przerwał i przez chwilę 

słuchał.   -   Zawsze   warto   spróbować.   Jeśli   się   odezwie,   proszę   się   ze   mną 
skontaktować, dobrze? - Odłożył słuchawkę i spojrzał na Megan.

-  Budowa! - zawołała nagle. - Może tam wrócił. 
Harlan skinął głową i szybko wykręcił kolejny numer. Prawie natychmiast odłożył 

słuchawkę.

-  Zajęte - wyjaśnił.

background image

-  W takim razie musi tam być - stwierdziła i obróciła się na pięcie, mając ochotę 

ruszyć biegiem do samochodu.

-     Pozwól,   że   ja   poprowadzę   -   zaproponował   Harlan.   -   W   tę   stronę   cudem 

dojechaliśmy żywi.

Megan nie protestowała. Szybko wsunęła się na fotel.
-  Pospiesz się.
Miała wrażenie, że jazda na budowę trwa całe wieki. Kiedy samochód zwolnił 

przed bramą, nawet nie wiedziała, dlaczego, dopóki nie zobaczyła, na co patrzy jej 
ojciec.

-  Boże - rzucił.
Na   małym   pagórku   leżała   przewrócona   koparka,   pogrążona   do   połowy   w 

wykopie,   który   miał   przynajmniej   metr   osiemdziesiąt   głębokości.   Z   kołami 
skierowanymi ku niebu wyglądała jak jakaś prehistoryczna  bestia, która padła w 
miejscu, gdzie dosięgnął ją śmiertelny cios.

Z gardła Megan wyrwał się jęk przerażenia. Przycisnęła pięść do ust.
Kiedy   Harlan   zatrzymał   się   na   placu   budowy,   natychmiast   podszedł   do   nich 

mężczyzna,   czuwający   przy   ogrodzeniu   oznaczonym   żółtą,   plastikową   taśmą. 
Megan przypomniała sobie, gdzie widziała taką taśmę wcześniej: w wiadomościach, 
kiedy pokazywano sceny z wypadków, w których zginęli ludzie. Uświadomiła sobie, 
że   i   tu   zginął   człowiek.   Poczuła   ulgę,   że   nie   był   to   Dev,   i   jednocześnie   lekkie 
poczucie winy z powodu takiej myśli.

-  Przykro mi - mówił mężczyzna. - Nikomu nie wolno wejść na ten teren.
-  Przyszliśmy w związku z wypadkiem - wyjaśnił Harlan.
-  Przykro mi. Badamy przyczyny i cały teren jest zamknięty. - Megan zauważyła 

oznakowany hełm i wiedziała już, że przybyła ekipa stanowa badająca przyczyny 
wypadków przy pracy. Nie chciała wykorzystywać pozycji ojca, lecz gdy chodziło o 
Deva, nic się nie liczyło. Już otwierała usta, chcąc go prosić o pomoc, kiedy Harlan 
odezwał się, wyciągając swój identyfikator.

-     Nazywam   się   Harlan   Spencer   i   jestem   senatorem.   Interesuję   się   tym 

wypadkiem z przyczyn osobistych. Mój przyjaciel został ranny.

Mężczyzna uniósł brwi.
-  Ten, który próbował wyciągnąć zabitego?
-  Nie wiem. Jak to było?
-  Jeszcze nie podano szczegółów.
-  Będę miał dostęp do raportów - przypomniał mu Harlan. - Proszę zaoszczędzić 

mi czasu. Co tu się stało?

-     Obsunęła   się   ziemia.   Wykop   był   głębszy,   niż   planowano   i   w   dodatku   nie 

zastosowano umocnień. Nie użyto żadnych wzmocnień bocznych.

-  Rozumiem - stwierdził Harlan ponuro. 
Mężczyzna przesunął hełm na tył głowy.
-   Ten facet był w rowie, łączył rury odpływowe. Koparka lekko się obsunęła. 

Wszyscy się wydostali poza tym nieszczęśnikiem, uwięzionym między maszyną i 
rurą.   Na   początku   rura   wytrzymywała,   więc   nie   był   ranny,   tylko   uwięziony.   Ten 
geolog... to pański przyjaciel?

Harlan przytaknął.
-   Odważny facet. Był tam i próbował go wydostać, ale wtedy przewróciła się 

77

background image

koparka. Miał szczęście, że i jego nie zmiażdżyła.

Megan stłumiła okrzyk. Twarz Harlana stężała.
-  Dlaczego nie wzywali pomocy? Straży pożarnej albo pomocy drogowej?
-     Wzywali.   -   Mężczyzna   prychnął   z   pogardą.   -   Na   końcu.   Ale   ponieważ   na 

początku nie było rannych, najpierw zawiadomili głównego budowniczego; chyba 
Masona.   Słyszałem,   że   to   z   jego   polecenia   tak   długo   zwlekali.   Kiedy   wreszcie 
pozwolił im zawiadomić straż pożarną, ten facet już nie żył. Mogli tylko wyciągnąć 
pańskiego przyjaciela.

-  Jest tu? - odezwała się Megan po raz pierwszy od chwili przyjazdu.
-  Zabrali go do szpitala. Był nieźle poturbowany, ale twierdzili, że z tego wyjdzie.
-  Wypisał się - poinformował go Harlan.
-  Może jest w baraku. - Megan zerknęła w tamtą stronę.
-     Może.   Mógł   tam   wejść   przed   moim   przyjazdem.   Stoję   przy   bramie   od 

niedawna, więc nie wiem, kto wszedł tu wcześniej. Wiem tylko, że nie mogę was 
wpuścić - dodał z żalem.

-   Ten projekt obejmuje park stanowy - stwierdził Harlan stanowczym tonem. - 

Śledztwo w sprawie tego wypadku podlega więc mnie. Kto jest tu szefem?

Megan   nie   miała   pojęcia,   czy   to   prawda,   lecz   mężczyzna   wydawał   się 

przekonany.

-  Pan Harding - odpowiedział. - Jest blisko miejsca wypadku.
Odsunął   się   i   pozwolił   im   przejechać.   Kiedy   dojechali   do   baraku   i   zobaczyli 

czarnego dżipa, Megan odetchnęła z ulgą.

-  Jest tu.
-  Frank też - dodał Harlan, zerkając na mercedesa.
-  Tak. - Zmarszczyła brwi. Podeszli do baraku i usłyszeli podniesione głosy.
-  ...takie ważne dla ciebie? - pytał z niedowierzaniem Dev. - Cholera, tam zginął 

człowiek!

-  To był wypadek...
-     I   ty   jesteś   jego   sprawcą!   Mówiłem   ci,   że   nie   można   tam   pracować   bez 

umocnień,   ale   ty   postawiłeś   na   swoim,   a   potem   jeszcze   na   brzegu   ustawiłeś 
koparkę   o  wadze   trzydziestu   ton.   Na   piasku,   gdzie   nawet   tupnięcie   nogą   może 
spowodować obsunięcie gruntu! 

-     Twoje   głupie   wymagania   opóźniły   pracę   o   całe   tygodnie.   Musiałem 

zaryzykować!

-   Tyle tylko, że nie ty zaryzykowałeś. Zaryzykował ktoś inny i teraz nie żyje. - 

Ton głosu stał się lodowaty. - Byłem przy tym. Słyszałem trzask jego kości, jego 
krzyk i jedyne, co mogłem zrobić, to trzymać go za rękę, kiedy umierał.

Mason zamilkł; widocznie makabryczny opis wywarł na nim wrażenie. Szybko 

jednak się otrząsnął.

-  Wiedział, jakie jest ryzyko, i dobrze mu płaciłem za jego pracę!
-     Cholera,   powiedz   to   wdowie   po   nim   i   jego   dzieciom.   Boże,   mam   dosyć 

bezradnego przyglądania się, jak ludzie umierają.

-  Słuchaj, Cross...
-  Nic dziwnego, że nie chciałeś, abym tu wczoraj przychodził. Wiedziałeś, że nie 

pozwoliłbym na to. Gdybym  nie przejeżdżał tędy po przyjęciu i nie zobaczył, do 
czego się przymierzasz...

-  Odpowiadasz za ten wypadek tak samo jak ja.

background image

-   Mylisz się. Powiedziałem ci, co trzeba zrobić, żeby praca była bezpieczna. 

Zignorowałeś to i w świetle prawa ty ponosisz odpowiedzialność za wypadek. W 
tym - dodał lodowatym tonem - za śmierć tego człowieka.

-  A jeśli zeznam, że nie pamiętam, żebyś mówił mi o konieczności umocnień? 

Jeśli pomylił się mój geolog, sąd uzna, że jestem niewinny, prawda?

Megan zbladła i ruszyła do przodu, ale ojciec zatrzymał ją tuż przed progiem. 

Potrząsnął głową i słuchał rozmowy. Megan uświadomiła sobie, że chce widocznie 
usłyszeć   jak   najwięcej,   zanim   zostaną   zauważeni.   Z   trudem   mogła   ustać   na 
miejscu, ponieważ Dev wyglądał strasznie. Miał na sobie spodnie od fraka i białą 
koszulę.   Koszula   była   poplamiona   ziemią   i   krwią.   Widocznie   Dev   przyjechał   tu 
prosto ze szpitala, nakładając na siebie to, w czym go zabrano. Był blady i zaciskał 
szczęki. Jedną rękę trzymał na stole, obok telefonu ze słuchawką zdjętą z widełek. 
Drugą   rękę   przyciskał   do   boku,   zapewne   starając   się   złagodzić   ból   pękniętych 
żeber. Miał obandażowaną głowę i siniak na policzku.

-   Złożyłem ci pisemny raport dotyczący każdego metra tego projektu, w tym 

rowów odpływowych i konieczności umocnień.

-  To śmieszne; nigdy tego nie widziałem. 
Zerknął wymownie  na swoją teczkę. Dev wyglądał na zdumionego, jakby nie 

rozumiał, co się dzieje.

-  A więc to tak - rzucił przez zęby. - To dlatego byłeś tu przede mną. Zabrałeś 

kopie moich raportów, prawda?

-  Jakich raportów?
-  Ty sukinsynu...
-   Cross, ten projekt jest wart miliony; więcej niż ci się kiedykolwiek śniło. Nie 

mam zamiaru przerywać jego realizacji.

-  Więc wolisz pozbyć się mnie.   .
-  Może okaże się, że będzie to dla ciebie korzystne. 
Dev zaklął.
-  Słuchaj, wiem, że potrzebujesz pieniędzy. Nadal spłacasz rachunki za leczenie 

swojej żony, prawda?

Dev drgnął i wpatrzył się w Masona.
-     Oczywiście,   wiem   o   tym.   Zawsze   wiem   wszystko   o   ludziach,   których 

wynajmuję. Wiem, w jakich byłeś  długach. Jak myślisz, dlaczego cię wybrałem? 
Wiedziałem, że nie możesz sobie pozwolić na przebieranie w ofertach. - Westchnął. 
- Nigdy nie przypuszczałem, że możesz się okazać takim cholernym harcerzykiem.

-  Niech cię diabli.
-   Dam ci ostatnią szansę. Weź to na siebie, a okaże się to dla ciebie bardzo 

korzystne.

-  Idź do diabła. - Dev splunął.
Mason wzruszył ramionami.
-  Twoja strata. Nie zapominaj, że mam wpływowych przyjaciół. Bez raportów nic 

cię nie uratuje.

Dla   Megan   była   to   ostatnia   kropla.   Nic   nie   mogło   jej   powstrzymać   przed 

wkroczeniem   do   baraku.   Harlan   widocznie   usłyszał   już   wystarczająco   dużo, 
ponieważ pozwolił jej iść. Dev natychmiast ją zauważył.

-  Meggie...

79

background image

Mason zerknął przez ramię. Nie dostrzegł Harlana, stojącego w drzwiach.
-  Co tu robisz, u diabła? - warknął.
-  Zamknij się, Mason - polecił Dev, zanim Megan zdążyła otworzyć usta.
Mason obrócił się.
-  Nie mów do mnie takim tonem.
-   To najłagodniejsze słowa, które jestem w stanie wypowiedzieć. Do ciebie i 

reszty świata.

-   Megan w niczym ci nie pomoże - Warknął Mason. - Niczego nie możesz mi 

dowieść. To będzie twoje słowo przeciwko mojemu. - Chwycił teczkę i przycisnął ją 
do piersi. - Proszę - rzucił z zadowolonym uśmiechem.

Odepchnął Megan tak, że wpadła na biurko, i ruszył do drzwi. W tej samej chwili 

do środka wtargnął Harlan. Dev jednak był szybszy; rzucił się na Masona tak, jakby 
wcale nie był ranny. Szarpnął go.

-  Nie waż się nigdy dotknąć jej choćby palcem. - Zerknął przez ramię na Megan. 

- Nic ci się nie stało?

Frank szarpnął się, odpychając Deva. W tej samej chwili Megan rzuciła się na 

niego jak lwica.

Mason skoczył do drzwi i zamarł, dostrzegając wreszcie senatora. Dev chwycił 

Megan za ramię.

-  Harlan - powiedział Mason, opanowując się szybko i wskazując na Deva. - Nie 

uwierzysz, o co mnie oskarżał. On jest szalony!

-     Starczy,   Frank   -   przerwał   mu   zimno   Harlan.   -   Myślę,   że   masz   już 

wystarczająco dużo kłopotów.

-  Ja? To przecież on...
-   Zamówił słabsze wzmocnienia, żeby zaoszczędzić kilka dolarów? - odezwał 

się Dev. W jego głosie brzmiała złość. - Zwiększył liczbę wzmocnień cementowych, 
osłabiając całą strukturę? Używa popiołów lotnych? Ile na tym zaoszczędziłeś?

-  Jak... Nie możesz tego udowodnić! 
Dev uśmiechnął się kpiąco.
-  Też tak myślałem... aż do tej pory. 
Mason zaklął.
-  Cicho! - rzucił ostro Harlan. - Chcę usłyszeć całą resztę.
Dev   zadrżał,   przyciskając   rękę   do   boku.   Zachwiał   się.   Megan   próbowała 

posadzić go na krześle, ale udało jej się osiągnąć tylko tyle, że oparł się o biurko.

-  Mów, Dev. O co chodzi z tymi popiołami lotnymi?
-     To   stary   numer.   Cement   zastępowany   jest   popiołem   lotnym.   Różnicy   nie 

widać. Wygląda tak samo, w dotyku nie różni się od cementu. Tylko jest o wiele 
mniej   wytrzymały.   -   Zerknął   na   Masona   i   potem   znów   na   Harlana.   -   Nie 
odkrylibyśmy   tego   do   chwili   pobrania   próbek   gruntu   -   dorzucił   ponuro.   - 
Prawdopodobnie dopiero wtedy, kiedy runąłby cały budynek.

-  To bzdura! Nie runąłby!
-  Oczywiście, nie tylko z powodu słabego cementu - przyznał Dev zmęczonym 

głosem. - Ale przy mniejszych wzmocnieniach...

-  Czy sytuacja jest tak katastrofalna, jak mi się wydaje? - zapytał Harlan.
Dev znów się zachwiał i Megan ujęła go mocniej pod ramię.
-  Tak - przyznał wreszcie. - Tak myślę.
-  To bzdu...

background image

-   Lepiej się zamknij, Frank - zażądał Harlan gwałtownie. - Będziesz mógł to 

wyjaśniać potem. I ze względu na naszą przyjaźń radzę ci, żebyś znalazł dobrego 
adwokata. I to szybko.

Mason skurczył się, oparł o ścianę i wyglądał na całkowicie pokonanego.
-     Nie   rozumiesz   -   powiedział   tępo.   -   Musiałem   to   zrobić.   Obiecałem,   że 

zrealizuję projekt w terminie i mniejszym kosztem. Że nakłady szybko się zwrócą. 
To   był   jedyny   sposób   na   zaoszczędzenie,   z   twoim   cholernym   parkiem   zamiast 
prywatnego pola golfowego-

-     Więc   wolałeś   zaryzykować   życie   setek   niewinnych   ludzi   -   stwierdził   ostro 

Harlan.

-  Nie musiałoby do tego dojść. Konstrukcja mogłaby wytrzymać wiele lat.
Harlan   popatrzył   na   Masona   z   pogardą.   Spojrzał   na   Deva   i   widząc   jego 

poszarzałą twarz, zrezygnował z kontynuowania rozmowy z Frankiem.

-  Dev - odezwała się z niepokojem Megan. - Musisz wrócić do szpitala...
-  Nie!
Drgnęła, słysząc tak gwałtowny protest.
-   Jesteś  ranny.  Nie powinieneś był   wypisywać  się ze  szpitala.  Tam  miałbyś 

dobrą opiekę.

-  Nie - powtórzył. - Najwyżej... usiądę na chwilę... 
Wstał, obrócił się w stronę biurka, zrobił krok i zemdlał.

Megan   siedziała   w   ciemnościach   na   fotelu   i   przyglądała   się   mężczyźnie 

leżącemu w łóżku. Wreszcie spał spokojnie. Na początku rzucał się i coś mamrotał.

-     Szsz   -   uspokajała   go,   kładąc   chłodną   dłoń   na   jego   czole.   -   Wszystko   w 

porządku.

-  Meggie? - zapytał z niedowierzaniem. »
-  Oczywiście - szepnęła. - Będę tu cały czas.
Zasnął   wtedy   i   kiedy   Megan   obudziła   się   po   krótkiej   drzemce,   leżał   nie   na 

plecach, tylko na boku, z głową ukrytą  w poduszce. Wiedziała już, że zapadł w 
zdrowy sen.

-  Powinien wrócić do szpitala - odezwała się do ojca, kiedy przynieśli Deva do 

domu - ale...

-     Wiem.   Byłoby   to   dla   niego   nie   do   zniesienia.   Zadzwonimy   do   lekarza   i 

dowiemy się, co możemy zrobić.

Megan położyła go do łóżka z czułością najlepszej kochanki. Siedziała przy nim 

całymi   godzinami.   Ojciec   spoglądał   na   nią   z   dziwnym   wyrazem   twarzy,   ale   nie 
odzywał się. W końcu położył rękę na jej ramieniu.

-  Nadal go kochasz, prawda?
-  Tak - odpowiedziała bez wahania. Uśmiechnął się.
-  Wiesz, nie powinienem tego mówić, ale myślę, że się cieszę. Tak się o ciebie 

martwiłem. Bałem się, że nie znajdziesz nikogo, kto przebiłby się przez tę twoją 
skorupę.   Nie   sądziłem,   że   kiedykolwiek   przebaczę   człowiekowi,   który   tak   cię 
skrzywdził... ale to dobry człowiek, niezależnie od tego, co zaszło między wami w 
przeszłości. Przeciwstawienie się Frankowi wymagało sporej odwagi.

-  Wiem - rzuciła miękko.

81

background image

Mój ojciec jest wyjątkowy, pomyślała. Kiedy skończyła piętnaście lat, był dla niej 

ojcem i matką. Jeśli czasem traktował ją zbyt ostro, to dlatego, że ją kochał. Zawsze 
był w stosunku do niej zbyt opiekuńczy, pomyślała.

-  Meggie?
Szept Deva wyrwał ją z zamyślenia. Szybko podeszła do łóżka.
-  Jestem przy tobie, kochanie.
Dev rozejrzał się niepewnie.
-  Gdzie...?
-  W moim domu.
Zamknął oczy i poruszył głową. Jęknął z bólu, sięgnął do bandaża na skroni.
-  Odpręż się - poleciła mu. - Potrzebujesz odpoczynku.
Otworzył oczy.
-  Mason.
Megan zerknęła na ojca.
-   Jest w areszcie i musi sporo rzeczy wyjaśnić. Powinienem był ci uwierzyć. 

Powinienem wiedzieć, że Frank ma kłopoty.  Pewnie nie chciałem tego dostrzec. 
Zdumiewające, jak można czasem oślepnąć.

-  Wiem - przyznał cicho Dev. - Ja też nawet nie pomyślałem, że Megan mogła 

być w ciąży.

Megan zaczerwieniła się, lecz we wzroku ojca dostrzegła tylko szacunek.
-  Rozumiem, biorąc pod uwagę to, co wówczas przeżywałeś. Przyznanie się do 

tego, szczególnie przede mną, wymagało odwagi.

Dev uśmiechnął się kwaśno.
-  Tak - przyznał. - Większej niż ta, którą posiadam. 
Harlan spojrzał na niego i skinął głową. Potem taktownie zostawił ich samych.
-  Dlaczego mnie tu przynieśliście? - zapytał po chwili Dev.
Megan wzięła głęboki oddech.
-  A dokąd mogłabym zabrać człowieka, którego kocham?
-  Co takiego?
-  Kocham cię - powtórzyła miękko.
-  Boże, Meggie... nawet po tym, co ci zrobiłem?
-  Zapomnijmy o tym. Mamy teraz drugą szansę. - Delikatnie dotknęła siniaka na 

jego policzku. - Omal jej nie straciliśmy.

-     Naprawdę   możesz   mi   przebaczyć?   Opuściłem   cię,   zniszczyłem   twoje 

marzenia...

-  I dałeś mi Kevina - dorzuciła cicho. Dev wstrzymał oddech. - Kocham cię, Dev. 

Chyba zawsze cię kochałam, nawet wówczas, kiedy próbowałam cię znienawidzić. 
To fakt; inaczej dlaczego chciałabym urodzić i wychowywać naszego syna?

-  Nasz syn - powtórzył Dev, jakby nie mógł uwierzyć, że to prawda.
-  Jeśli chcesz... - zaczęła i umilkła, obawiając się jego reakcji.
-  Jeśli chcę? - zapytał z niedowierzaniem. - Jeśli chcę? Boże, Meg, niczego nie 

pragnę bardziej.

-   W takim  razie...  możesz mi przebaczyć,   że ci  nie  powiedziałam  prawdy o 

Kevinie?

-  Rozumiem. - Zacisnął wargi. - Bóg wie, że nie miałaś powodów, aby mi ufać, 

Szczególnie gdy chodziło o dziecko.

Megan westchnęła i znów wstrzymała oddech, widząc na twarzy Deva strach.

background image

-  A co z Kevinem?
-  Nie martwiłabym się o to - rzuciła sucho. - Całymi dniami słyszę tylko o tobie. 

Uważa cię za cudownego faceta. - Uśmiechnęła się czule. - Oczywiście, ma rację. 
Sam mówiłeś, że to bystry dzieciak.

-    Meggie,  wyjdź   za  mnie.   Nie  mogę  przeżyć   ani  jednego  dnia  bez  ciebie,  i 

mojego   syna.   -   Powiedział   to   szybko,   naglącym   tonem   i   Megan   znów   się 
uśmiechnęła.

-  Kocham cię - powtórzyła. 
Dev przyciągnął ją do siebie.
-  Czy to oznacza, że się zgadzasz?
-  Tak. Tak, oczywiście.
-  Na pewno? Nie masz żadnych wątpliwości? Wiem, że muszę ci udowodnić, iż 

możesz mi ufać...

-     Nie   mam     żadnych   wątpliwości   -   stwierdziła   stanowczo.   –   To   już   minęło. 

Pamiętaj.

-  Pamiętam, ale czasem potrzebuję przypomnienia.
-  Pomogę ci.
Przytulił ją i pogładził po włosach. Leżeli obok siebie w milczeniu, ciesząc się 

swoją bliskością.

-  Meg?
-  Hmm?
-  Jest cos jeszcze, w czym mogłabyś mi pomóc.
-  Co takiego?
Szepnął jej coś do ucha. Megan zaczerwieniła się i zachichotała
-  Dev. przecież ojciec jest w domu. Poza tym jesteś ranny.
-  Lekko ranny. I mam wrażenie, że twój ojciec nie zdziwi się, 

widząc

 zamknięte 

drzwi.   -   Zobaczył   jej   wahanie   i   dodał:   -   Potrzebujemy   tego,   Meg.   Nie   umiem 
wyjaśnić, ale…

Bez słowa  wstała, podeszła do drzwi i przekręciła klucz. Nawet z daleka widział, 

jak drżą jej ręce, i nagle opadły go wątpliwości. Czy nie była pewna jego, czy raczej 
swoich uczuć?

Wróciła do łóżka i rozebrała się. Nadal drżały jej ręce, lecz wątpliwości Deva 

zniknęły.   Widział   teraz   jej   twarz,   pożądanie   w   oczach   i   zrozumiał,   że   drży   w 
oczekiwaniu. On także drżał. Bolały go żebra, lecz kiedy patrzył na nagą Meg, to się 
nie liczyło.

Zatrzymała się przy łóżku. Uśmiechnęła się zmysłowo, sięgając do spinek we 

włosach. Potrząsnęła głową i miękka, jedwabista fala opadła jej na ramiona.

-  Meggie…
Powiedział to czule i z szacunkiem. Megan zrozumiała wtedy, że się pomyliła. 

Meggie nie odeszła; schowała się  tylko, czekając na powrót tego mężczyzny.

Wyciągnęła się na łóżku starając  się nie urazić bolesnych miejsc na ciele Deva. 

On nie miał takich obaw. Przyciągnął ją bliżej i zaczął obsypywać pocałunkami jej 
ciało. Nie zważał na ból.

Megan uświadomiła sobie, że to ona powinna zadbać o to, aby jak najmniej 

cierpiał. Oparła się na łokciu.

-  Myślę, że zrobię to lepiej - powiedziała niskim głosem.

83

background image

-  Jak chcesz.
-  Raczej: jak ty chcesz. - Zaczerwieniła się lekko. - Powiedz.
-    Dotykaj   mnie,   Meggie.   Gdziekolwiek.   Wszędzie.   Tak   dawno   nie   byliśmy 

razem...

-  Teraz już zawsze będziemy. - Pochyliła się i zaczęła całować jego pierś. Kiedy 

pieściła sutki, drgnął i przyciągnął ją bliżej. - Pozwól - szepnęła. - Chcę to zrobić 
sama.

Dev   z   cichym   jękiem   opadł   na   poduszkę,   rozkładając   bezradnie   ręce.   To 

zafascynowało Megan. Obiecała sobie, że będzie pieścić go z ogromną czułością.

Zaczęła od delikatnych pieszczot, poznając na nowo jego ciało. Robiła rzeczy, o 

jakich   do   tej   pory   tylko   marzyła,   doprowadzając   jego   i   siebie   do   stanu 
maksymalnego podniecenia. Wreszcie Dev nie wytrzymał.

-  Meggie, proszę, teraz. Nie mogę już czekać.
-  Ja też nie. - Usiadła na nim.
-     Kocham   cię,   Meg   -   powiedział   nagle   Dev,   jakby   nie   mógł   czekać   z   tym 

wyznaniem.

-     Wiem   -   odpowiedziała,   czując,   że   bardziej   potrzebuje   jej   zapewnienia   niż 

odwzajemnionego wyznania.

Zaczął   poruszać   się,   choć   ona   dbała   o   to,   aby   leżał   nieruchomo.   Poczuła 

przeszywającą   rozkosz.   Miał   rację,   pomyślała.   Potrzebowali   tego,   tej   czystej, 
cudownej radości, która towarzyszy zbliżeniu kochających się ludzi.

Kiedy   twarz   Deva   stężała   i   wykrzyknął   jej   imię,   kiedy   chwycił   ją   mocno, 

wiedziała, że jest już wolny od bólu związanego z przeszłością. Odnalazła jedynego 
mężczyznę   swego   życia,   ojca   Kevina   i   innych,   jeszcze   nie   narodzonych   dzieci. 
Odnalazła go po raz kolejny i tym  razem miała zamiar zatrzymać na zawsze. Z 
namiętnym okrzykiem poruszyła się jeszcze raz i wzleciała na szczyt.

background image

EPILOG

Harlan Spencer niespokojnie krążył po pokoju. Włosy miał potargane. Co chwila 

unosił dłoń i mierzwił je jeszcze bardziej. Zerkał na zegarek i potem na zegar na 
ścianie, jakby nie wierzył w to, co widzi.

Wreszcie otworzyły się drzwi i stanął w nich Dev. Wyglądał jeszcze gorzej niż 

Harlan   i   miał   na   sobie   zmięte   zielone   ubranie.   Harlan   dopadł   go   i   chwycił   za 
ramiona.

-  Megan?
-  Czuje się dobrze. - Zadrżał. - O ile po tym można się czuć dobrze.
Harlan odprężył się nieco.
-  Zawsze mówiłem, że gdyby przetrwanie rasy ludzkiej zależało od mężczyzn, 

nie byłoby na świecie ani jednego człowieka - powiedział. - No i...?

Dev odrzucił wilgotne włosy z czoła, spojrzał na swego teścia i uśmiechnął się.
-  Dziewczynka. Druga najpiękniejsza kobieta na świecie.
Harlan również uśmiechnął się szeroko.
-  Dziewczynka. Kevin ma siostrę. Bardzo się cieszę. Jestem z was dumny.
-     Dziękuję,   ale   to   Meg   wykonała   całą   pracę,   ja   byłem   tylko   instruktorem,   - 

Zerknął na zegar. - Powinna być już w swoim pokoju. Chodźmy do niej. Potem 
przyprowadzimy Kevina i przedstawię cię twojej wnuczce.

Megan   była   zmęczona,   blada,   ale   to   wszystko   traciło   znaczenie   przy   jej 

radosnym uśmiechu. Wyciągnęła jedną rękę do Deva, drugą do ojca.

-  Tatusiu, ona jest piękna! Widziałeś ją?
-     Jeszcze   nie,   kochanie.   Przyjdziemy   tu,   jak   tylko   zabierzemy   Kevina   ze 

szpitalnej świetlicy. Najpierw chciałem zobaczyć moje dziecko. - Ścisnął jej dłoń. - 
Dobrze się czujesz?

-  Tak. Nie miałam lekkiego porodu, ale - zerknęła na męża - był ze mną Dev.
-     Tak,   i   bardzo   ci   pomogłem   -   odparł   Devlin   z   kwaśną   miną.   -   Omal   nie 

zemdlałem, kiedy pierwszy raz krzyknęłaś.

Megan uśmiechnęła się.
-  I co pięć minut przepraszałeś za to, że przez ciebie zaszłam w ciążę.
-  Przepraszałem za to, że przeze mnie tak cierpisz -  poprawił ją. - Nie miałem 

zamiaru przepraszać za chwile rozkoszy, jakie przeżywaliśmy, doprowadzając cię 
do tego stanu.

-  Dev! - Megan zaczerwieniła się, a ojciec zachichotał.
-  Szczególnie że mamy taką piękną córkę - dorzucił Dev tonem przepełnionym 

miłością.

-  Ona jest naprawdę piękna - potwierdziła Megan. Spojrzała na ojca, potem na 

męża. Dev zrozumiał, o co jej chodzi, i zwrócił się do Harlana.

-  Jeśli pozwolisz, nazwiemy ją Catherine - powiedział oficjalnym tonem.
Harlan   westchnął   i   zamrugał   powiekami.   Przenosił   spojrzenie   z   jednego   na 

drugie, a w jego oczach płonęła radość.

- Dziękuję wam. - Raz jeszcze uścisnął dłoń córki. - Twoja matka byłaby z ciebie 

dumna.

-     Mam  nadzieję,  tato.   -   Megan  spojrzała   na   Deva.   -  I   jeśli   ty  nie  masz   nic 

85

background image

przeciwko temu, chciałabym na drugie imię dać jej Elizabeth.

Spojrzał na nią, zaskoczony.
-  Meg...
-  Proszę. Jeśli nie przez pamięć tego, że była twoją żoną czy tego, że umarła 

tak młodo, to dlatego, że była twoją najlepszą przyjaciółką.

-  Ach, Meggie. - Uniósł jej dłoń do ust i pocałował. - Kocham cię.
Później, kiedy ojciec Meg zabrał dziesięcioletniego Kevina do siostrzyczki, Dev 

usiadł na brzegu łóżka i raz jeszcze pocałował dłoń Meg, tuż nad obrączką.

-  Coś ci przyniosłem.
-     Cóż   jeszcze   możesz   mi   ofiarować?   -   zapytała.   -   Poza   miłością,   radością, 

najsłodszymi   czterema   latami   szczęśliwego   życia   i   najwspanialszymi   dziećmi   na 
świecie?

Dev zaczerwienił się lekko.
-  Dziękuję - rzucił, wyciągając z kieszeni kopertę. - Ale miałem na myśli to.
Otworzyła kopertę i westchnęła, widząc pergamin.
-     W   szkole  wszyscy   żałowali,   że   nie  możesz  uczestniczyć   w  ceremonii,   ale 

zrozumieli, że ze względu na okoliczności...

Megan wpatrywała się w dyplom, wymarzony dyplom artysty plastyka. Nie mogła 

w to uwierzyć. Wróciła na uczelnię pięć tygodni po ślubie, kiedy Dev przekonał jej 
ojca.

-   Zasługuje na to - powiedział do teścia. - Choćby dlatego, że tego pragnie i 

zawsze pragnęła. To mi wystarcza.

Niespodziewanie ojciec poddał się.
-  Zawstydzasz mnie, Dev. Masz rację. I zasługujesz na moje dziecko.
Był   to   dla   nich   początek   nowego   życia;   najszczęśliwszy,   choć   wypełniony 

obowiązkami. Oczywiście po miodowym miesiącu, spędzonym na wyspach Bahama 
- w prezencie od ojca. Teraz byli prawdziwą rodziną.

Dev i Kevin nadrabiali stracony czas, jej ojciec i mąż z każdym dniem stawali się 

sobie   bliżsi.   A   teraz   pojawił   się   maleńki   cud:   jasnowłosa,   orzechowooka 
dziewczynka symbolizująca wszystko, co osiągnęli w życiu.

-   Naprawdę  go mam - mruknęła, wpatrując się ze zdumieniem w dyplom.  - 

Zarzuciła Devowi ręce na szyję. - Tak bardzo cię kocham. Nigdy w życiu nie byłam 
taka szczęśliwa.

-  Nie wiedziałem, że można być aż tak szczęśliwym. - Przytulił ją i pogładził po 

włosach. - Dziesięć lat temu ocaliłaś mi życie. Odejście od ciebie omal mnie nie 
zabiło. Po tym, co zrobiłem, miałaś prawo odpłacić mi tym samym. Zamiast tego po 
raz kolejny dałaś mi szansę. Kocham cię, Meggie. Zawsze będę cię kochać.

Trzymając ją w ramionach wiedział, że to prawda.


Document Outline