background image
background image

W nocy z 17 na 18 sierpnia 1943 roku siły Royal Air Forces w liczbie 500 cztero-

silnikowych  samolotów  bombowych  typu  Lancaster,  Halifax  i  Stirling  zbombardo-

wały  Wojskowy  Zakład  Badawczy  Wehrmachtu  Heeres-Versuchungsanstalt  w  Peen-

emünde. Biura konstrukcyjne, zakłady doświadczalne i produkcyjne uległy poważnym 

zniszczeniom.  Zginęło  wtedy  wielu  niemieckich  specjalistów  i  kilka  tysięcy  robotni-

ków-obcokrajowców,  zatrudnionych  przy  realizacji  tajnego  zadania  opatrzonego 

kryptonimem „A-4”. Tak oznaczono w dokumentacji technicznej projekt broni odwe-

towej - „Vergeltungswaffe”, w skrócie V. 

Był to potężny nalot, zaplanowany i przygotowany przez wywiad brytyjski - Intel-

ligence  Service,  a  pośrednio  spowodowany  sensacyjnymi  doniesieniami  dowództwa 

polskiej Armii Krajowej, które informowało sztab aliancki w Londynie, że na wyspie 

Usedom  (Uznam)  w  Peenemünde  hitlerowskie  kierownictwo  wojskowe  w  wielkiej 

tajemnicy przystąpiło do pracy nad nowym rodzajem broni. Przy jej pomocy Naczelne 

Dowództwo Sił Zbrojnych (Oberkommando der Wehrmacht) zamierza zadać potężny 

cios  nieprzygotowanym  na  to  sprzymierzonym.  Doniesienia  owe  pokrywały  się  z 

informacjami  zdobytymi  przez  Brytyjczyków  w  Szwecji,  z  których  wynikało,  że 

Niemcy  szykują  nową  broń  -  dalekosiężne  rakiety  powietrzne.  Angielskie  samoloty 

zwiadowcze  dokonały  zdjęć  tego  obszaru,  a  specjaliści  od  ich  odczytywania  ustalili, 

ż

e  tam  właśnie,  w  Peenemünde,  prowadzone  są  zaawansowane  prace  badawcze  nad 

nowymi pociskami i sposobem ich odpalania z wyrzutni. 

W  sztabie  alianckiego  lotnictwa  zapadła  decyzja  zniszczenia  nieprzyjacielskiej 

bazy.  Tak  narodziła  się  operacja  lotnicza  opatrzona  kryptonimem  „Hydra”.  Podczas 

jej przeprowadzania zrzucono 1874 bomby. 

Nalot  ów  -  czego  oczywiście  alianci  nie  przewidzieli  -  spowodował  założenie 

przez  hitlerowców  nowego  obozu  koncentracyjnego.  Ostatniego  w  Trzeciej  Rzeszy, 

przeznaczonego do superspecjalnych zadań. 

background image

NARADA W „WOLFSSCHANZE” 

W cztery dni po nalocie na Peenemünde, 22 sierpnia, odbyła się w tajnej kwaterze 

Hitlera pod Kętrzynem poufna narada, której tematem był  problem dalszej produkcji 

tak niecierpliwie oczekiwanej przez führera „cudownej broni” dalekiego zasięgu. 

W  konferencji,  obok  gospodarza  kwatery  i  najwyższego  dowódcy  Sił  Zbrojnych, 

wzięli udział: reichsführer SS i szef niemieckiej policji Heinrich Himmler oraz Albert 

Speer,  minister  uzbrojenia  i  produkcji  wojennej.  W  roli  ekspertów  do  spraw  „Wun-

derwaffe”  wystąpili:  generał  artylerii  Walter  Dornberger  i  standartenführer  SS  dr 

Wernher von Braun, szef HVP w Peenemünde. 

Hitler z trudem hamował złość. Interesował się osobiście postępem prac przy bu-

dowie  broni  V,  przydzielił  na  ten  cel  ogromne  środki,  a  tu  lotnictwo  nieprzyjaciela 

omal nie pokrzyżowało jego planów. 

Jeszcze w marcu 1939 roku führer odwiedził poligon doświadczalny Wehrmachtu 

w Kummersdorf i kazał przedstawić sobie wyniki dotychczasowych prac nad samolo-

tem-pociskiem  V-1,  zwanym  też  samolotem  bez  pilota.  Wystrzelono  wtedy  jeden 

egzemplarz nowej broni, co wywołało jego entuzjazm. Gratulował sukcesu generalicji 

i specjaliście od konstrukcji rakiet, baronowi Wernherowi von Braun. Pod wrażeniem 

tej wizyty 23  maja 1939 roku podczas odprawy najwyższych  wojskowych, która od-

była się w Kancelarii Rzeszy, Hitler oświadczył: 

Każda  broń  użyta  w  wojnie  może  zadecydować  o  powodzeniu,  dopóki  nie  dyspo-

nuje  nią  wróg.  Mam  tu  na  względzie  zarówno  użycie  gazów  trujących,  jak  również 

lotnictwa,  broni  pancernej  i  lodzi  podwodnych...  Jeżeli  oddziaływanie  tych  broni  nie 

będzie decydujące, wówczas zastosujemy genialny chwyt: zaskoczenie przeciwnika... 

W  rok  później  wybudowano  zakłady  w  Peenemünde  oraz  utworzono  tutaj  spe-

cjalny oddział  wojsk technicznych,  który otrzymał nazwę  Versuchskommando Nord. 

W  lipcu  1943  r. był  gotowy  program  produkcji  „cudownej  broni”.  Aż  tu  jak  grom  z 

background image

jasnego  nieba  bomby  na  tajny  obiekt,  zdawałoby  się  nie  do  wykrycia  przez  wrogi 

wywiad i lotnictwo! 

Niewesołe mieli miny uczestnicy obrad. Bijąc pięścią w stół, zdenerwowany Hitler 

zażądał odtworzenia urządzeń produkcji „Vergeltungswaffe” w nowym miejscu. 

- Dam w tym celu wszystko, czego potrzeba! - krzyczał coraz głośniej. - Pieniądze, 

materiały, ludzi. Ludzi? Ile chcecie? Sto, dwieście tysięcy? 

Minister Speer, rzeczowo myślący inżynier, postawił pytanie, gdzie teraz urządzić 

„nowe  Peenemünde”.  Zaraz  też  sam  udzielił  odpowiedzi,  proponując  przeniesienie 

produkcji V-1 i V-2 pod ziemię. 

- Po to przecież zleciłem mojemu pomocnikowi Jägerowi opracowanie planu roz-

winięcia  produkcji  wojennej  w  budowlach  podziemnych  -  uzupełnił  swój  wywód 

ulubieniec  Hitlera.  -  Dysponujemy  obecnie  całym  systemem  tuneli  wykutych  w  tym 

celu w skale w różnych częściach kraju. 

Wódz  III  Rzeszy  słuchał  uważnie,  potakiwał  skinieniem  głowy,  przenosił  wzrok 

kolejno na wszystkich obecnych. Von Braun wyprostował się odruchowo. Z uwielbie-

niem  wpatrywał  się  w  tego  zmęczonego  człowieka  o  zapadłych  oczach,  tak  niepo-

dobnego  do  Hitlera,  jakiego  pamiętał  z  jego  wizyt  w  Kummersdorfie,  a  później  w 

Peenemünde. 

-  Moja  służba  budowlana  SS  przygotowuje  dalsze  podziemne  obiekty  -  wtrącił 

Himmler,  zazdrosny  o  inicjatywy  w  obecności  kanclerza.  -  W  miejscu,  w  którym 

będziemy  produkować  Wunderwaffe,  założymy  nowy  obóz  koncentracyjny.  Uderze-

nie  tej  broni,  mein  Führer,  będzie  straszne!  Himmler  zyskał  tyle,  że  udało  mu  się 

przeforsować  swojego  człowieka,  SS-standartenführera  dr.  Hansa  Kammlera,  na  sta-

nowisko pełnomocnika rządu do spraw budowy fabryki i produkcji broni V

Hitler zgodził się na przedłożone wnioski bez chwili wahania. Ustalono, że fabry-

kę podziemną uruchomi się w tunelach i sztolniach góry Kohnstein w Turyngii. 

-  Znajdują  się  tam  dwa  korytarze  długości  dwóch  kilometrów,  co  prawda  jeden 

jeszcze niewykończony, oraz czterdzieści sześć hal - objaśnił Speer, zwany „architek-

tem  diabła”.  -  Są  to  ogromne  pomieszczenia,  jakby  stworzone  do  produkcji  długich 

serii V-1 V-2. To najodpowiedniejsze miejsce do tego celu w całej Europie. Mimo to, 

background image

moim  zdaniem,  będzie  tam  zbyt  ciasno  i  dlatego  uważam,  mein  Führer,  że  trzeba 

pomyśleć o rozbudowie. Góry Harcu nadają się do tego celu wybornie. 

Speer i Himmler  mieli doskonale zorganizowany aparat  wykonawczy. Tylko nie-

ś

wiadomych tego faktu mogłoby ogarnąć zdumienie, że już 28 sierpnia, zaledwie w 4 

dni po odprawie w bunkrze pod Kętrzynem, pierwszy transport więźniów obozu kon-

centracyjnego  Buchenwald  wyładował  się  z  esesmańskich  ciężarówek  u  podnóża 

Kohnsteinu,  8  kilometrów  na  północny  zachód  od  miasteczka  Nordhausen.  W  bły-

skawicznym tempie założono tutaj komenderówkę, utajnioną pod kryptonimem  „Do-

ra”. 

Nim  upłynęło  sześć  tygodni,  fikcyjna  firma  Mittelwerke  otrzymała  oficjalne  za-

mówienie  od  dowództwa  Sił  Lądowych  na  wykonanie  12  000  rakiet  V-2.  Data  tego 

pierwszego zlecenia: 19 października 1943 r. 

,,Broń odwetowa” Hitlera wyszła z fazy doświadczeń. Już niedługo, wprowadzona 

do  akcji,  miała  zaskoczyć  cały  świat  i  sterroryzować  ludność  cywilną  Wysp  Brytyj-

skich. 

WERNHER VON BRAUN -„BARON RAKIET” 

Nalot  na  Peenemünde  nie  zniechęcił  Wernhera  von  Brauna  do  kontynuowania 

pracy nad bronią V. Już następnego dnia po bombardowaniu złożył on władzom mel-

dunek, w którym stwierdził, że ponowne podjęcie doświadczeń i produkcji jest moż-

liwe  w  ciągu  około  4  tygodni.  Chodziło  głównie  o  odtworzenie  dokumentacji,  gdyż 

spaliły się rysunki techniczne, które z ośrodka na wyspie Uznam powinny być wysła-

ne do fabryk mających produkować poszczególne części rakiet. 

Von Braun nie rezygnował nawet w obliczu wielkich trudności. Wierzył, że kiedyś 

przyczyni się do podbicia przez uczonych niemieckich przestrzeni kosmicznej. To, że 

tymczasem  wyniki jego prac będą użyte do zbrodniczych celów,  wcale  mu nie prze-

background image

szkadzało.  Przeciwnie,  on  właśnie,  doktor  nauk  technicznych,  pierwszy  podsunął 

Himmlerowi  myśl  o  wykorzystaniu  przy  produkcji  „Vergeltungswaffe”  więźniów 

obozów koncentracyjnych. Był bezwzględny - do celu szedł po trupach. 

Jeszcze przed objęciem władzy przez Hitlera Werhner von Braun został członkiem 

NSDAP,  a  w  kilka  lat  później  nosił  już  mundur  sturmbannführera  SS.  Jako  student 

fizyki w Berlinie i Zurychu dzięki rozległym stosunkom swojego ojca - barona i mili-

tarysty,  pozyskał  zaufanie  ministerstwa  Reichswehry.  W  dwudziestym  roku  życia 

został  asystentem  naukowej  komórki,  prowadzącej  zakamuflowane  prace  nad  bronią 

rakietową. Jego praca doktorska nosząca tytuł: „Konstruktywny, teoretyczny i ekspe-

rymentalny przyczynek do problemu rakiet pracujących na paliwie płynnym”, uznana 

za obronno-militarną, nie została opublikowana. 

Kiedy von Braun i późniejszy generał Dornberger uporczywie nękali szefów armii 

prośbami o pieniądze na doświadczenia, prowadzone początkowo na tajnym poligonie 

w Kummersdorfie pod Berlinem, powiedziano im, że dostaną tę sumę tylko wówczas, 

gdy rakiety będą mogły przy dostatecznej celności przenieść duży ładunek wybucho-

wy na dalszą odległość. W swej gorliwości przyrzekli zrobić wszystko, czego od nich 

żą

dano. Wiedzieli zatem, że  zamiast pojazdu skierowanego do gwiazd będą konstru-

ować śmiercionośne pociski. 

W 1936 r. znalazły się środki na budowę rozległego Ośrodka Doświadczalnego  - 

poligonu  w  Peenemünde,  gdzie  jednocześnie  były  prowadzone  prace  nad  samolo-

tem-pociskiem,  czyli  V-1,  i  nad  rakietą  bojową  V-2.  Teraz  von  Braun  nie  mógł  już 

uskarżać  się  na  brak  warunków  do  pracy.  Dysponował  olbrzymim  terenem,  dobrze 

wyposażonymi  zakładami  doświadczalnymi,  najlepszymi  fachowcami,  dostateczną 

liczbą  niewolników  do  ciężkich  prac  i  niemal  nieograniczonymi  środkami  finanso-

wymi, płynącymi z kas państwowych. 

Jednakże  postęp  prac  nad  rakietą  nie  zadowalał  Sztabu  Generalnego.  Pierwsze 

prototypy - A-1 i A-2 - nie zdały praktycznie egzaminu, nie odpowiadały tym warun-

kom, jakie stawiał Wehrmacht. Dopiero trzeci prototyp - A-3 - stanowił zalążek broni, 

o  którą  dopominało  się  wojsko.  Długość  pocisku  wynosiła  6,5  metra,  średnica  -  75 

cm,  waga - 750 kg. Komora  spalinowa zużywała 450 kg  materiału napędowego i po 

background image

45 sekundach rakieta  mogła osiągnąć  moc 1500 koni  mechanicznych. Przewidywana 

wysokość lotu miała wynosić 12 000 m. W listopadzie 1937 r. wystrzelono dwie sztu-

ki A-3, ale osiągnęły one wysokość zaledwie 100 metrów i spadły do morza. 

Generałowie niecierpliwili się. I chociaż von Braun i Dornberger wciąż zapewnia-

li, iż wkrótce rakieta będzie odpowiadała stawianym  wymaganiom, w rzeczywistości 

wiele elementów potrzebnych do zbudowania tego rodzaju broni nie istniało nawet w 

projektach. Armia żądała wielkich, potężnych i dalekosiężnych pocisków. 

Wtedy „Baron Rakiet” zlecił swemu zespołowi zaprojektowanie nowej wersji po-

cisku.  Miał  to  być  kolos  w  porównaniu  z  poprzednimi  typami,  o  czym  świadczyły 

wymownie  jego  dane  techniczne:  długość  -  14,2  m,  ciężar  -  12,8  tony,  pojemność 

zbiorników  na  paliwo  -  8,8  tony,  prędkość  początkowa  po  starcie  -  1700  metrów  na 

sekundę,  zasięg  -  250-300  km,  szczytowy  punkt  krzywej  balistycznej  po  odpaleniu  - 

ponad 100 km i ładunek 1005 kg silnego materiału wybuchowego w głowicy bojowej. 

Nowością  był  skład  paliwa:  bezwodny  nadtlenek  wodoru  oraz  alkohol  z  dodatkiem 

wody. 

Tak zrodził się prototyp A-4. Prace nad rozwiązaniem wszystkich konstrukcyjnych 

problemów,  umożliwiających  zbudowanie  „cudownej  broni”,  trwały  nadal.  Nie 

szczędzono  pieniędzy,  ludzi  i  cennych  surowców.  Wreszcie  25  lutego  1942  roku  na 

stanowisku  w  Peenemünde  znalazł  się  pierwszy  egzemplarz  V-2.  Broń,  o  której  od 

sześciu lat marzył Hitler i jego sztabowcy, była gotowa do próbnego wystrzelenia. 

Pierwszy  eksperyment  nie  przyniósł  spodziewanych  wyników.  Rakieta  została 

wprawdzie wystrzelona, ale wybuchła na wysokości jednego metra. Nie powiodła się 

również próba z drugim egzemplarzem. Dopiero czwartą rakietę udało się z powodze-

niem  wystrzelić  3  października  tegoż  roku.  Teraz  można  już  było  rozpocząć  seryjną 

produkcję. 

W  styczniu  1943  r.  do  akcji  wkroczył  Albert  Speer,  odpowiedzialny  za  zorgani-

zowanie  produkcji.  W  lipcu  zakończono  przygotowania,  ale  po  nalocie  alianckich 

samolotów na Peenemünde  musiano do planów  wprowadzić zmiany. Po zbombardo-

waniu dwu innych zakładów, w których także zamierzano ulokować część produkcji, 

pozostały już tylko tunele pod górą Kohnstein. 

background image

GRYPSY W BANDAŻACH 

W  połowie  września  1943  roku  z  „Dory”  do  Buchenwaldu  podążały  ciężarówki, 

wiozące trupy zmarłych i zakatowanych więźniów do krematorium. 

Obowiązywał  przepis  władz  SS,  w  myśl  którego,  zanim  skierowano  ciało  do  bu-

chającego  ogniem  pieca,  buchenwaldzcy  więźniowie-lekarze  z  komanda  Patologia 

musieli  sprawdzić,  czy  każdy  z  nieżyjących  ma  przymocowany  do  ręki  lub  nogi 

względnie zawieszony na szyi lub też czytelnie wypisany na piersi numer oraz czy w 

załączonej liście zmarłych opisana została przyczyna zgonu. 

Gdyby jednak ktoś obserwował tych lekarzy,  mógłby zauważyć, że specjalnie in-

teresowały ich zwłoki więźniów z opatrunkami na lewej ręce. Te właśnie ciała zabie-

rali  w  pierwszej  kolejności  do  baraku  Patologii,  gdzie  -  w  myśl  dyspozycji  Instytutu 

Higieny  Waffen  SS  -  mieli  dokonać  w  celach  pseudonaukowych  sekcji  wszystkich 

zwłok. W baraku Patologii bardzo starannie zdejmowali papierowe bandaże z lewych 

rąk  zmarłych  i  przekazywali  owe  „opatrunki”  jednemu  z  kolegów.  Ten  niezwykle 

uważnie przyglądał się bandażom i z zapisanych na nich cyfr odczytywał informacje. 

Rzędy  cyfr  stanowiły  bowiem  kod  ustalony  między  wspomnianym  lekarzem,  człon-

kiem Międzynarodowego Komitetu Obozowego, a przedstawicielem podziemia „Do-

ry”,  zresztą  również  lekarzem.  Tą  osobliwą  drogą  korespondowali  ze  sobą:  dr  Emil 

Hršel i dr Jan Čespiva, dwaj Czesi. 

Kluczem kodu był podręcznik lekarski „Grundriss der gesamten praktischen Med-

izin”

.  Jeden  egzemplarz  tej  książki  miał  w  „Dorze”  dr  Čespiva,  drugi  -  dr  Hršel  w 

Buchenwaldzie. Wypisane na bandażach cyfry oznaczały  stronę  w podręczniku i  ko-

lejną literę na danej stronie. 

W  ten  oto  sposób  powstająca  właśnie  w  „Dorze”  tajna  organizacja  więźniów  za-

                                                           

 Podstawowy zarys ogólnej parktycznej medycyny (niem.)

 

background image

wiadamiała MKO w Buchenwaldzie o najważniejszych wydarzeniach, które zaszły w 

podobozie pod Nordhausen. 

Tego dnia zaszyfrowane na bandażach trupów informacje musiały być wyjątkowej 

wagi,  gdyż  Hršel,  z  trudem  kryjąc  podniecenie,  nie  czekając  końca  dyżuru  opuścił 

spiesznie  blok  Patologii  i  szybkim  marszem  podążył  do  bloku  nr  38.  Tutaj,  wśród 

niemieckich  więźniów  politycznych,  mieszkał  Walter  Bartel,  przewodniczący  MKO. 

Pełnił on funkcję pisarza blokowego. 

Czech zastał go na szczęście samego, zajętego szykowaniem porcji chleba i mar-

garyny  dla  kolegów  -  więźniów,  którzy  za  godzinę  mieli  wrócić  ze  swoich  komand 

roboczych. 

- Słuchaj, stary! To dziwna historia - oznajmił przybysz ściszonym  głosem. - Jan 

donosi  z  „Dory”,  że  SS,  Wehrmacht  i  Abwehra  montują  taśmę  dla  produkcji  jakiejś 

nowej,  nie  znanej  broni.  Ma  to  się  nazywać  bronią  V.  Jakaś  „broń  odwetowa”  -  mó-

wiąc to raz po raz rzucał czujne spojrzenia ku drzwiom. Bartel, jak zwykle oszczędny 

w słowach, stwierdził: 

- Wszystko jest możliwe. Nasz wywiad z Gustloff-Werke także doniósł, że w hali 

Mi-Bau reguluje się jakieś urządzenia nie stosowane w żadnym z dotychczas używa-

nych rodzajów broni. Hitlerowcy przywożą to wyłącznie nocą. Pewien cywilny inży-

nier wygadał się niechcący, że ów sprzęt ma służyć do sterowania. 

- A to dranie wymyślili... - w zamyśleniu powiedział Czech. 

- Nic to - klepnął go przyjacielsko po ramieniu drobny, szczupły Niemiec o zacię-

tym wyrazie twarzy - dobierzemy się i do tej „Vergeltungswaffe”. Poradzę się naszych 

specjalistów z organizacji, to raz. W tych dniach jedzie nowy transport do „Dory”, to 

dwa. Włączymy do niego kilkunastu wypróbowanych towarzyszy, dobrych konspira-

torów, niech wzmocnią tamtejszą organizację. 

- Przydałby się tam drugi Albert... - westchnął czeski komunista. - Tylko ktoś ta-

ki...  -  nie  potrzebował  kończyć.  Miał  na  myśli  poprzedniego  przywódcę  organizacji 

podziemnej, który wyjechał na komenderówkę, gdyż tutejsze gestapo zaczęło się nim 

zbytnio interesować. Był  to wybitny działacz, członek KC KPD i poseł do Landtagu 

Prus. Bartel chwycił go mocno za ramię. 

background image

- Człowieku, spod serca  mi to wyjąłeś! Świetna  myśl, słuszny pomysł. Drugi  Al-

bert Kuntz... Tylko dlaczego drugi? Nie rozumiesz? - roześmiał się, widząc zdumienie 

na  twarzy  przyjaciela.  -  Przecież  można  załatwić,  żeby  ściągnięto  go  z  Kassel  do 

„Dory”.  Tam  szefem  biura  budowlanego  SS  jest  untersturmführer  Hünefeld,  on  zna 

Alberta jeszcze z Buchenwaldu i ceni go jako fachowca. Trzeba mu tylko jakoś pod-

sunąć ten pomysł tak, aby wyglądało, że wyszedł od niego. Załatwi się! 

Już  od  zimy  1939  r.  Albert  Speer  pozostawał  w  ścisłym  kontakcie  z  ośrodkiem 

doświadczalnym  Wehrmachtu  i  Luftwaffe  w  Peenemünde,  choć  w  owym  czasie  nie 

był jeszcze  ministrem  uzbrojenia i produkcji wojennej. Brał jednak udział  w pracach 

nad  bronią  typu  „A”  jako  osoba  odpowiadająca  za  realizację  i  potrzeb  budowlanych 

HVP.  Chętnie  przebywał  -  jak  sam  pisał  później  -  na  wyspie  Uznam  w  gronie  na-

ukowców i wynalazców, którymi kierował dwudziestosiedmioletni wówczas Wernher 

von Braun. 

Speer nie ukrywał fascynacji tym, w czym było, jak się wyraził, coś z planowania 

cudu. Nie byłby inżynierem-architektem, gdyby „ci technicy ze swymi fantastycznymi 

wizjami”  nie  wywarli  na  nim  dużego  wrażenia.  Posunął  się  nawet  do  tego,  że  kiedy 

późną jesienią 1939 r. cofnięto - przejściowo zresztą - projektowi rakiety priorytet, on 

sam,  bez  wiedzy  Hitlera,  w  porozumieniu  z  zarządem  uzbrojenia  wojsk  lądowych 

dalej  finansował  rozbudowę  urządzeń  w  Peenemünde.  Stał  więc  niejako  u  kolebki 

późniejszej broni V-2, tej samej, o której powie po wojnie, że była absurdem nieefek-

townym i kosztownym. 

13 czerwca 1942 roku, już jako wszechwładny minister i osoba odpowiedzialna za 

organizację produkcji broni V, leciał do Peenemünde w towarzystwie szefów uzbroje-

nia trzech rodzajów sił zbrojnych: feldmarszałka Milcha, admirała Wizella i generała 

pułkownika Fromma, by obserwować start pierwszej zdalnie sterowanej rakiety. 

Oto jego wrażenia: 

Obłoczki  pary  wskazywały,  że  napełniono  zbiorniki  materiałem  pędnym.  W  okre-

ś

lonej sekundzie, początkowo jakby ociągając się, potem jednak z rykiem niepohamo-

wanego olbrzyma rakieta powoli podniosła się ze swej podstawy, wydawało się przez 

background image

ułamek sekundy, że zatrzymała się na słupie ognia, by następnie z wyciem zniknąć w 

niskich  chmurach.  Wernher  von  Braun  promieniał,  ja  natomiast  byłem  oszołomiony 

dziełem  cudu  techniki,  jego  precyzją  oraz  przezwyciężeniem  wszystkich  praw  siły 

ciążenia,  w  wyniku  czego  13  ton  mogło  być  bez  mechanicznego  napędu  wyrzucone 

pionowo w górę i zwiększać prędkość lotu .

 

Zaraz  po  tym  ulubieniec  Hitlera  słuchał  objaśnień  specjalistów,  kiedy  nagle,  po 

upływie  półtorej  minuty,  zebrani  usłyszeli  ogłuszający  wybuch.  Rakieta  spadła  w 

odległości  zaledwie  kilometra  od  zgromadzonego  sztabu  wojskowych  i  inżynierów. 

Ciarki przebiegły ministrowi wzdłuż grzbietu, kiedy podwieziono ich na miejsce eks-

plozji i zobaczyli wrak rozbitego pocisku. W jakiś czas po wypadku Speer dowiedział 

się, że zawiodło sterowanie. 

Kiedy  14  października  tegoż  roku  mógł  zakomunikować  kanclerzowi  Rzeszy,  że 

rakieta  wzniosła  się  ponad  100  kilometrów  w  przestrzeń,  uderzyła  go  gwałtowna 

zmiana nastroju dyktatora. Führer, który do tej pory miał wiele zastrzeżeń i wątpliwo-

ś

ci co do skuteczności broni rakietowej, z miejsca przeszedł w stan euforii, wysuwając 

zbyt  wygórowane  życzenia:  zażądał  mianowicie,  aby  już  przy  pierwszym  ataku  V-2 

użyto 5 tysięcy sztuk nowej broni. Był to postulat nierealny. 

22  grudnia  1942  r.  Speer  przedłożył  swemu  führerowi  do  podpisu  rozkaz,  doty-

czący  rozpoczęcia  produkcji  seryjnej,  mimo  że  prace  nad  rakietą  nie  były  jeszcze 

skończone.  Speer  wierzył,  że  owe  przygotowania  osiągną  finał  najpóźniej  w  lipcu 

1943 r. 

Pomylił  się  w  swoich  rachubach,  jak  zresztą  wszystkie  odpowiedzialne  asy  hitle-

rowskie, wierzące jeszcze wówczas w „Wunderwaffe”. 

Tunele „Dory” 

Kiedy  28  sierpnia  1943  roku  pierwsi  więźniowie  w  liczbie  stu  siedmiu  przywie-

zieni  tutaj  z  Buchenwaldu  wysiedli  z  ciężarówek  na  zachwaszczonym  i  zarośniętym 

krzewami polu u stóp Kohnsteinu i rozejrzeli się dokoła, pierwszą ich myślą było, że 

oszukano ich, że przywleczeni zostali na  stracenie.  Zewsząd ziało pustką, a z pokry-

wającego  górę  lasu  wiał  dojmujący  chłód.  Tylko  drut  kolczasty,  okalający  znaczny 

                                                           

 Albert Speer, Wspomnienia, Warszawa 1973.

 

background image

obszar, nasuwał porównanie z obozem koncentracyjnym. 

Fritz Pröll, młody niemiecki komunista, ale stary, bo już od ośmiu lat, więzień Hi-

tlera,  specjalnie  przysłany  tutaj  przez  kierownictwo  tajnej  organizacji  buchenwaldz-

kiej z zadaniem założenia  w  „Dorze” jej odpowiednika, dostrzegł zamaskowany roz-

piętymi  na  wysokich  słupach  brunatno-zielonymi  sieciami  wjazd  do  jakiegoś  tunelu, 

najwidoczniej  przebitego  pod  górą,  i  serce  podskoczyło  mu  z  wrażenia  do  gardła. 

Powoli  zaczął  domyślać  się  jego  przeznaczenia,  rodzaju  pracy  na  tej  niesamowitej 

komenderówce. 

Podczas gdy brutalni konwojenci z psami na smyczy wydając wrzaskliwe komen-

dy  ustawiali  więźniów  dziesiątkami,  Pröll  wymienił  błyskawiczne  spojrzenia  z  przy-

jaciółmi. Oni też przypuszczali, że powtórzy się historia z Buchenwaldu, gdzie trzeba 

było  karczować  puszczę  i  budować  lager  od  fundamentów.  To  pewnie  dlatego  ich 

nieliczny  transport  składał  się  wyłącznie  z  wykwalifikowanych  rzemieślników.  Za 

nimi na pewno przyjdą inni. Setki, tysiące robotników - niewolników zbudują baraki i 

wszelkie inne urządzenia, setki i tysiące ludzi padną przy tym z wyczerpania. Zaczną, 

rzecz  prosta,  od  pomieszczeń  dla  SS-manów.  Gdzie  będą  spali  więźniowie?  Pröll 

szukał w myślach odpowiedzi na pytanie, co za tajemniczy tunel kryje się pod tą po-

nurą  górą  i  co  się  w  nim  rozegra.  Spojrzał  na  Heinza  Schneidera,  desygnowanego 

przez  Buchenwald  na  funkcję  kapo  tutejszego  szpitala,  który  jeszcze  nie  istniał,  i  na 

doktora Čespivę - obaj mieli zatroskane, o zaciętym wyrazie twarze. 

Mały, zaimprowizowany apel dobiegł końca. Nikogo nie brakowało. 

-  Jazda!  Ruszać  się!  Do  roboty!  -  rozległa  się  gardłowa  komenda  strażników.  - 

Rozbijać namioty! Nie przyjechaliście tutaj, „czerwone ptaszki”, do sanatorium! 

Albert Kuntz minął drewnianą budkę wartowni z obsługą ciężkiego karabinu ma-

szynowego zameldował się oberscharführerowi Seidlerowi, siedzącemu w kantorze na 

podwyższeniu, tuż za  wejściem do tunelu B. Jako technik  obozowy,  faktycznie  kapo 

komanda  budowlanego,  cieszący  się  z  racji  umiejętności  zawodowych  uznaniem  sa-

mego  komendanta  obozu,  mógł  z  nieporównanie  większą  swobodą  niż  inni  więźnio-

wie poruszać się po całym obszarze „kacetu” - tak naziemnym, jak też w obu tunelach 

background image

i  sztolniach.  Był  to  wyjątkowy  przywilej,  gdyż  zwyczajny  więzień  nie  mógł,  pod 

groźbą dotkliwej kary, opuszczać swego miejsca pracy. 

Nie  oznaczało  to  jednak,  że  wolno  mu  było  zaglądać  bezkarnie  do  każdego  ko-

manda i każdej grupy roboczej, zatrudnionej przy produkcji i montażu broni V. Gdzie 

nie  mógł  dotrzeć,  tam  miał  swoich  obserwatorów  i  informatorów.  Kiedy  decydował 

się na osobistą wyprawę w ściśle tajne rejony, musiał zaopatrzyć się w „żelazne” alibi 

i dużą dozę determinacji, jako że „podpaść” było bardzo łatwo. 

Całe szczęście, ze przynajmniej te korytarze wykuli sami, bez wykańczania więź-

niów...  -  pomyślał  w  pewnej  chwili.  Jeszcze  nie  wiedział,  że  ani  jeden  z  cywilnych 

robotników,  którzy  zbudowali  podziemną  sieć  pomieszczeń,  nigdy  nie  ujrzał  wolno-

ś

ci, że wymordowano wszystkich. 

Minąwszy kantor Kuntz przeszedł obok sześciu ogromnych kranów, służących do 

przeładunku cięższych materiałów i sprzętu z wagonów na wózki elektryczne, kursu-

jące na szynach po olbrzymim labiryncie pod ziemią. Na drugim torze stały wagony - 

otwarte  platformy  długiego  składu  pociągu,  rozpoczynającego  się  jeszcze  przed  wej-

ś

ciem do tunelu. Główny rozrząd - wiedział o tym - znajdował się u drugiego wylotu 

korytarza.  Wszędzie  panował  ogromny  ruch;  szczególnie  intensywnie  pracowały  ko-

manda  transportowe,  popychając  swoje  wózki  załadowane  sprzętem  i  kierując  je  do 

rozgałęziających się na obie strony hal produkcyjnych. Ogromny szum i gwar mieszał 

się z warkotem setek maszyn. Ta piekielna kakofonia przechodziła wszelkie wyobra-

ż

enie. Porozumiewano się wyłącznie krzykiem. 

Trzy tygodnie minęły od dnia, kiedy Albert Kuntz, przeniesiony z komenderówki 

Kassel,  wezwany  został  do  stawienia  się  w  budynku  nr  65  u  komendanta  obozu,  st-

urmbannführera Otto Förschnera. Ten nienawidził  komunistów z całej duszy, ale był 

człowiekiem interesu. 

- Liczę na zmysł organizacyjny, doświadczenie i fachową solidność więźnia - tymi 

słowami  powitał  Kuntza.  -  Sam  widzisz,  ile  jest  tu  do  zrobienia.  Właściwie  to 

wszystko  trzeba  zaczynać  od  początku.  Baraki  mieszkalne  dla  załogi  SS,  szpital, 

kuchnię, no, co będę wyliczał, sam wiesz dobrze. Wszystko zależy od biura budowla-

nego.  Stawiam  na  waszą  lojalność  jako  Niemca...  -  spojrzał  podejrzliwie,  z  surową 

background image

naganą we wzroku. 

- Do „Dory” skierowano  mnie jako fachowca, panie komendancie, i nie  mam za-

miaru uprawiać tutaj polityki - odparł z niezmąconym spokojem potężnie zbudowany 

więzień o okrągłej twarzy i mocno zarysowanym podbródku, znamionującym upór. - 

Zależy mi tylko na właściwych warunkach pracy w komandach. Najgorsze jest to, że 

prawie wszyscy więźniowie sypiają w sztolniach. To osłabia ich wydajność i... Znie-

cierpliwiony SS-man przerwał mu machnięciem ręki. 

- Chyba się nie zrozumieliśmy, wy... Pierwsza sprawa, to wygodne pomieszczenia 

dla  załogi  SS  i  szybkie  wykończenie  sztolni.  Więzień  zechce  to  sobie  zapamiętać 

najłaskawiej - w głosie „trupiej czaszki” zabrzmiało szyderstwo. - Produkcja jest naj-

ważniejsza.  Niezwyciężony  Wehrmacht  z  niecierpliwością  czeka  na  owoc  naszej 

pracy. O gnojków nie trzeba się martwić, reichsführer Himmler i pełnomocnik führera 

do  spraw  zatrudnienia  Sauckel  przyślą  nam,  ilu  będzie  potrzeba...  Kiedy  Kuntz  po-

wtórzył  swoją  „rozmowę”  z  komendantem  Pröllowi,  który  pracował  jako  zastępca 

kapo  tworzonego  dopiero  pod  namiotami  rewiru,  ten  roześmiał  się.  Kuntz  spojrzał 

zdziwiony. 

- No, jak to on powiedział? Twój zmysł organizacyjny? Gdyby on wiedział, jakim 

to  celom  służy  teraz  twój  zmysł  organizacyjny,  to  by  skonał  ze  śmiechu...  Fritz  był 

prawą  ręką  Alberta  montującego  sprężyste  podziemie.  Zdążyli  już  nawiązać  tajne 

kontakty z grupami radziecką, francuską i polską. 

Teraz  zaś  Kuntz  pod  pretekstem  koniecznej  rzekomo  konsultacji  z  biurem  kon-

strukcyjnym,  mieszczącym  się  u  północnego  wylotu  tunelu,  z  przepustką  podpisaną 

przez  untersturmführera  Hühnefelda,  przemierzał  sieć  korytarzy.  Przecisnął  się,  ob-

rzucany złym wzrokiem SS-manów, do tunelu A. Obserwował ruch na dwóch torach 

kolejowych:  jednym  nadjeżdżały  wagony  z  materiałami,  na  drugim  montowano 

pierwsze  próbne  rakiety.  Wszędzie  uwijali  się  więźniowie,  popędzani  przez  kapo  - 

kryminalistów i SS-manów. 

Toż  to  całe  podziemne  miasto...  -  pomyślał  z  mimowolnym  podziwem.  Intereso-

wały go zwłaszcza te sztolnie, w których przygotowywano poszczególne części V-2, i 

sama  taśma  montażowa.  Tułów  rakiety  powstawał  na  wagonach-platformach,  które 

background image

poruszały się na idącym przez środek tunelu torze kolejowym. 

Kuntz  udając  obojętnego  przechodnia,  zajętego  swoim  zadaniem,  pochłaniał 

chciwym  okiem  ten  obraz,  notował  wszystko  w  pamięci.  Jedna  z  brygad  cięła  odpo-

wiednio hartowaną blachę. Następnie na oddziale ciężkich  pras nadawano blasze od-

powiednie  kształty i tutaj powstawały części korpusu rakiet. Albert, ślusarz i technik 

budowlany  w  jednej  osobie,  bez  trudu  orientował  się  w  poszczególnych  fazach  pro-

dukcji. W nikłym blasku rzadko rozstawionych lamp elektrycznych miał okazję zoba-

czyć, jak z czterech części blachy, mających kształt ćwiartki walca, powstawał korpus 

strasznej broni. 

Do hali 28 nie zaryzykował wejścia. Wiedział zresztą, że tam przygotowywane są 

precyzyjne elementy elektryczne do V-2. W sąsiednich pomieszczeniach prowadzono 

montaż  innych  zespołów  rakiety  -  turbosprężarek,  żyroskopów,  pomp  tłoczących, 

komór  spalania  paliwa,  sterów,  stabilizatorów  i  czujników  radioelektrycznych.  Nie 

znał  przeznaczenia  tych  wszystkich  części,  za  to  udało  mu  się  dostrzec,  jak  z  bocz-

nych  hal  podwożono  je  do  głównego  tunelu  A,  gdzie  następował  montaż  końcowy 

całych pocisków. 

W  pewnej  chwili  patrząc  na  setki  detali  i  agregatów,  które  miały  złożyć  się  na 

„Vergeltungswaffe”, Kuntz poczuł zawrót głowy. Nad bronią pracowano bez przerwy, 

na trzy zmiany, mimo że obóz był dopiero w stadium organizacji. Nie bez trudu, my-

ląc wzrok kommandoführera, mógł w jednym mgnieniu oka dojrzeć montaż fragmen-

tu  „cygara”:  do  korpusu  akurat  wkładano  dwa  aluminiowe  zbiorniki  na  materiały 

pędne:  alkohol  i  ciekły  tlen.  Nie  mógł  już  zobaczyć  ani  jak  wstawia  się  do  środka 

rakiety  aparaty  radiowe  i  podłącza  je  kabelkami  do  wytwornicy  prądu,  ani  jak  po-

wstaje kadłub ogromnego pocisku o długości 14 metrów i wadze blisko 13 ton. Przy 

montażu nie widziało się wielu więźniów - zatrudniano tutaj przeważnie niemieckich 

cywilnych specjalistów. 

Zwątpienie  wkradło  się  do  serca  przywódcy  podziemia.  Jakże  tu  można  coś  ze-

psuć,  uszkodzić  -  myślał  zatroskany  -  skoro  każdy  fragment  taśmy  montażowej  jest 

ciągle  kontrolowany.  Wymijając  wózki  transportu  wewnętrznego  popychane  przez 

aresztantów, z których każdy był maleńkim trybikiem w tym gigantycznym przedsię-

background image

wzięciu,  Kuntz  musiał  przechodzić  obok  majstrów  -  cywilnych  inżynierów  i  SS-

manów.  Wszyscy  oni  pilnie  nadzorowali  pracę  swoich  niewolników.  Prędko  zorien-

tował  się,  że  również  w  każdym  dziale  samodzielnego  podmontażu  poszczególnych 

agregatów  były  przeprowadzane  bardzo  ścisłe  kontrole  techniczne.  Na  domiar 

wszystkiego istniał specjalny dział kontroli wewnętrznej, składający się z 16 inżynie-

rów.  Dokonywane  przez  nich  badania  urządzeń  i  sprzętu  były  ostatnimi,  po  czym 

następował  proces  przekazywania  rakiet  wojsku,  które  ze  swej  strony  jeszcze  raz 

sprawdzało, czy broń odpowiada wszystkim stawianym wymaganiom. 

A  jednak  musimy  dobrać  się  do  tego  cielska...  Kuntz  z  nienawiścią,  ale  i  mimo-

wolnym  podziwem  obrzucił  wzrokiem  kolosalne  cygaro  pocisku.  Nie  mógł  wiedzieć 

jeszcze tego dnia, że po odstrzeleniu rakieta miała nabrać prędkości ponaddźwiękowej 

i lecieć na odległość do 300 kilometrów. Kiedy opuścił tunel A, zamrugał, oślepiony 

dziennym światłem. W chwilę potem ujrzał, jak imponujący korpus rakiety odwożono 

na bok, do ogromnego magazynu tuż przed stacją kolejową. Ze ściągniętymi brwiami 

i zmarszczonym czołem patrzył, jak straszna broń przed odtransportowaniem na  wy-

rzutnię  poligonu  doświadczalnego  znika  w  przeznaczonym  dla  niej  przejściowym 

pomieszczeniu. 

NADZIEJE BANKRUTÓW 

Hitler  był  dobrej  myśli.  Jego  „Vergeltungswaffe”  prezentowała  się  imponująco; 

nawet pierwsze jej wydanie, czyli V-1, niewielki samolot bez pilota. Co prawda mini-

ster  Speer  był  zdania,  że jak dla  tego  typu  broni  ma  ona  zbyt  małą  prędkość  i  radził 

führerowi, by wydał rozkaz zezwalający na start tylko przy niskim pułapie chmur, ale 

kanclerz  nie brał tego pod uwagę. Był  wręcz zafascynowany. Przypuszczał, że nowa 

broń wywoła w obozie przeciwnika zamieszanie, przerażenie i dezorganizację. 

Szczegółami technicznymi specjalnie się nie interesował. Ponieważ jednak wielo-

krotnie mówiono mu, że aparatura V-1 jest tak precyzyjna, iż najmniejsza niedokład-

background image

ność  w  konstrukcji  czy  produkcji  mogła  całkowicie  zmienić  kierunek  albo  zasięg 

pocisku - zlecił ekspertyzę lotu doświadczonym pilotom. Istotnie, stwierdzili oni spore 

jeszcze  usterki  w  nie  dość  precyzyjnych  urządzeniach  kontrolujących  stery,  jak  i  w 

budowie  kadłuba.  Do  zakładów  produkujących  wadliwe  części  przesłano  stosowne 

uwagi, polecając natychmiastowe zlikwidowanie braków. 

W  tym  samym  czasie  Hitler  szykował  Anglikom  daleko  większą  niespodziankę, 

następną odmianę broni odwetowej: V-2. Pamiętał przecież swą  wizytę  w Kummers-

dorfie. Zachwycił się wtedy, patrząc na szybującą gigantyczną rakietę o długości po-

nad 14 metrów i wadze blisko 13 ton. 

Później  zrelacjonowano  mu  przebieg  eksperymentów  z  próbnym  wystrzeleniem 

V-2, przeprowadzonych latem 1942 r. w Peenemünde. 14 października Speer mógł mu 

zakomunikować  radosną  wiadomość:  rakieta  przeleciała  odległość  190  kilometrów, 

odchylając się od celu zaledwie o 4 km. 22 grudnia kanclerz podpisał rozkaz o seryj-

nej produkcji tej broni. 

7  lipca  1943  r  zaprosił  Speera,  Dornbergera  i  Brauna  do  „Wolfsschanze”.  W  sali 

kinowej  współpracownicy  „Barona  Rakiet”  przygotowali  projekcję  filmu.  Hitler  po 

raz  drugi  oglądał  odrywającą  się  od  ziemi  i  znikającą  w  atmosferze  dużą  rakietę. 

Szczegóły  wyjaśniał Braun. Kanclerz był podniecony, już  widział zwycięską ofensy-

wę „Vergeltungswaffe”. 

A jednak nie przystąpiono jeszcze wtedy do produkcji seryjnej. Ani zaraz, ani je-

sienią, ani nawet zimą... 

Peenemünde...  Hitler  prędko  otrząsnął  się  z  przygnębienia  wywołanego  bombar-

dowaniem  i  pożarem  bazy  jego  „Wunderwaffe”.  Wiedział  już,  że  nalot  pozbawił  go 

300 rakiet miesięcznie, których produkcję zaplanowano w tym ośrodku, ale da się to z 

nawiązką  uzupełnić  w  tunelach  Kohnstein.  Tu  przewidziano  900  sztuk  co  miesiąc. 

Razem  z  zakładem  „Rax-Werke”  w  Wiener  Neustadt  i  fabryką  Zeppelin  w  Fried-

richshafen 1500 egzemplarzy straszliwej, „cudownej” broni... 

Nie  mógł  jeszcze  wtedy  wiedzieć,  że  oba  ostatnie  obiekty  już  wkrótce  zostaną 

zbombardowane, a resztki aparatury i sprzętu pojadą do „Dory”. 

background image

Tego samego dnia kiedy pierwszy transport  więźniów przyjechał do Nordhausen, 

aby dać początek nowemu „kacetowi” o kryptonimie „Dora”, Joseph Goebbels zano-

tował w swoim dzienniku: 

Führer  tak  jak  dotychczas  stoi  na  stanowisku,  żeby  Anglikom  odpłacić...  za  to 

wszystko, co nam uczynili... Führer sądzi, że nasz odwet będzie mógł być rozpoczęty w 

końcu stycznia lub na początku lutego za pomocą broni rakietowej. Dowiedziałem się 

po raz pierwszy od führera, że wielka bomba rakietowa waży 14 ton. 

Przypuszczenia  te  okazały  się  przedwczesne.  Pierwsze  próbnie  odpalane  rakiety 

eksplodowały  zbyt  wcześnie,  przy  wchodzeniu  w  stratosferę.  Speer  był  przekonany, 

ż

e  niepowodzenia  spowodowane  były  błędami  konstrukcyjnymi.  Zapewne.  Tylko  że 

nie był to jedyny powód. Było ich  więcej. Ani on, ani sam kanclerz, ani tuba propa-

gandowa  hitlerowców -- Goebbels, nie  wzięli pod uwagę,  że ich planami zaintereso-

wali się antyfaszyści z „Dory”... 

KRÓTKA HISTORIA „RAX-WERKE” 

Z  dniem  1  stycznia  1943  roku  zakład  „Wiener  Lokomotiv  -  fabrik  AG”,  zlokali-

zowany w Wiener-Neustadt, został przemianowany na „Rax-Werke”. Wkrótce potem 

zatrudnieni  w  nim  Niemcy  i  robotnicy  obcokrajowcy  przekonali  się,  że  nie  była  to 

tylko  zmiana  nazwy:  zniknęły  lokomotywy,  a  w  to  miejsce  zaczęto  szykować  taśmę 

produkcyjną  dla  tajnej  broni  „Aggregat  4”,  nazwanej  później  V-2.  Fabryka  została 

podporządkowana resortowi Alberta Speera. 

Dopiero 17 lipca tego samego roku Wernher von Braun podpisał dokument, który 

stwierdzał, że rakiety będą  montowane  w  trzech  miejscach: Peenemünde,  w  „Zeppe-

lin-Werk”  koło  Friedrichshafen  i  w  „Rax-Werke”  pod  Wiedniem.  W  tym  ostatnim 

zakładzie urządzono olbrzymią halę produkcyjną o długości ponad 300 metrów. W jej 

północnym końcu przysposobiono i wybetonowano rów montażowy, gdzie zamierza-

no poddawać pociski rakietowe próbom kontrolnym w pozycji stojącej. Równocześnie 

background image

w  pobliskim  lesie  rozpoczęto  budowę  zakładów,  które  miały  produkować  części  do 

V-2. Dyrektorem całości mianowany został Albin Sawatzky, członek NSDAP odzna-

czony Krzyżem Rycerskim. Pod jego kierownictwem roboty ruszyły pełną parą. 

Brytyjska  służba  wywiadowczo-informacyjna  orientowała  się  w  hitlerowskich 

planach  produkcji  rakiet,  o  czym  może  świadczyć  fakt,  że  wszystkie  trzy  ośrodki 

związane  z  produkcją  V-2  zostały  zbombardowane  przez  RAF:  zakłady  Zeppelina  w 

dniu  22  czerwca  1943,  czyli  przed  podpisaniem  wspomnianego  wyżej  dokumentu, 

„Rax-Werke” 13 sierpnia i Peenemünde w nocy z 17 na 18 sierpnia tego samego roku. 

Zakład  we  Friedrichshafen  został  całkowicie  zlikwidowany;  ale  w  „Rax-Wefke”, 

które  znajdowało  się  dopiero  w  fazie  przygotowań,  nalot  nie  wyrządził  większych 

szkód. 

Jeszcze  pod  koniec  czerwca  1943  roku  tutejsza  wielka  hala  montażowa  została 

otoczona drutem kolczastym, naładowanym prądem elektrycznym, a 1 lipca nadszedł 

pierwszy  transport  500  więźniów  obozu  koncentracyjnego  Mauthausen.  Nowo  zało-

ż

oną  komenderówkę  utajniono  pod  niewinnie  brzmiącą  nazwą  „Arbeitslager  Wie-

ner-Neustadt”. 8 sierpnia przywieziono dalszych 700 więźniów, w tym 200 Polaków i 

150 Rosjan. 

10 września 1943 r. Hitler powiedział, nawiązując do „terroru powietrznego” An-

glików i Amerykanów, i dając do zrozumienia, że gotuje w odwet swoją groźną broń: 

...Także i my poczyniliśmy techniczne i organizacyjne przygotowania, aby nie tylko 

przełamać  terrorystyczne  naloty,  lecz  nawet  odpłacić  za  nie  jeszcze  skuteczniejszymi 

ś

rodkami. 

Wódz Trzeciej Rzeszy naciskał na przyspieszenie produkcji rakiet. 15 październi-

ka tegoż roku montowanie broni w Wiener-Neustadt mogło zostać rozpoczęte mimo 

drugiego  ataku  lotniczego  aliantów  na  kooperującą  z  „Rax-Werke”  pobliską  fabrykę 

WNF. 

A jednak zbrodniarze hitlerowscy niewielką w sumie mieli pociechę z tych zakła-

dów: zaledwie 28 sztuk rakiet zeszło z taśmy montażowej! 2 listopada 1943 r. potężny 

nalot  bombowców  typu  B-24,  wchodzących  w  skład  15  armii  powietrznej  USA,  za-

kończył krótką historię istnienia „Rax-Werke”. 

background image

Kierownictwo Rzeszy zadecydowało, że tak ważne fabryki nie mogą być narażone 

na  ataki  angloamerykańskiego  lotnictwa.  Wprawdzie  nalot  obniżył  produkcję 

„Rax-Werke” „tylko” o 40 procent, ale liczono się z tym, że już następny może znieść 

fabrykę z powierzchni ziemi. 

Wszelkie urządzenia i cały sprzęt, a także  więźniów i  majstrów cywilnych posta-

nowiono z Wiener-Neustadt przenieść do sztolni „Dory”. 

Szły  kolejne  transporty  do  Turyngii,  do  zamaskowanego  w  górach  Harcu  obozu 

koncentracyjnego. Pociągi i samochody jechały wyłącznie nocą. 

10 grudnia 1943 r. wizytował „Dorę” sam Albert Speer. Zwiedził cały system po-

mieszczeń  podziemnych,  w  których  już  wkrótce  miała  ruszyć  produkcja  V-2.  Obser-

wował,  jak  w  długich  halach  więźniowie  montowali  agregaty  i  zakładali  instalacje. 

„Architekt  diabła”  pierwszy  raz  zetknął  się  z  ludźmi  w  pasiastych  drelichach,  przy-

najmniej  tak  mówił  później.  Obrzucali  go,  kroczącego  w  asyście  komendanta  Förs-

chnera,  dyrektora  produkcji  Albina  Sawatzky'ego,  von  Brauna  i  innych  członków 

dyrekcji,  krótkimi,  niewidzącymi  spojrzeniami,  jak  automaty  zdejmowali  więzienne 

czapki. 

Ś

wita zatrzymała się przed grupą ładowaczy opróżniających wagonik, załadowany 

sprzętem elektrotechnicznym. 

-  Kim  pan  jest  z  zawodu?  -  zapytał  wszechwładny  minister  Francuza  o  myślącej 

twarzy. Ten bez pośpiechu wyprostował się regulaminowo. 

- Jestem profesorem bakteriologii z Instytutu Pasteura w Paryżu. Speer stał zasko-

czony. Milczał. Po chwili spojrzał pytająco na sturmbannführera. 

- To prawda - potaknął Förschner. - Ale ten więzień został zapotrzebowany przez 

Instytut Higieny Waffen SS i za kilka dni zostanie odtransportowany do Buchenwal-

du,  do  dyspozycji  tamtejszego  oddziału  Instytutu.  Wróci  do  swego  zawodu...  -  mó-

wiąc  to  SS-man  uśmiechnął  się  szyderczo.  Minister  zapytał  jeszcze  więźnia,  jak  mu 

tutaj idzie. To, co usłyszał z ust wychudłego naukowca, nie poszło w smak ani jemu, 

ani komukolwiek z jego otoczenia. Rzeczowo, bez emfazy, ale i bez strachu, więzień - 

nazywał się Alfred Balachowsky - opowiedział o okropnych warunkach panujących w 

background image

tej nieludzkiej fabryce. 

-  Od  miesięcy  nie  widzieliśmy  słońca.  Nie  wiemy  kiedy  jest  dzień,  a  kiedy  noc. 

Jemy  kapustę  i  brukiew,  często  śmierdzącą.  Jesteśmy  wysuszeni  niczym  wędzone 

ś

ledzie...  Nie  spotka  pan  tutaj  człowieka  zdrowego  -  zakończył  odważny  więzień.  - 

Tutaj  morduje  się  ludzi;  bije drągiem  po  twarzy  i  głowie...  Speer  udał,  że  nie  słyszy 

ostatnich  słów  Francuza.  Miał  jednak  okazję  natychmiast  przekonać  się,  że  to,  co 

usłyszał z jego ust o strasznych  warunkach sanitarnych i nędznym  wyżywieniu, było 

prawdą.  Wyraźne  wrażenie  zrobiła  na  nim  hala  39,  do  której  zajrzał  najzupełniej 

przypadkowo.  Na  widok  tysięcy  prycz  ustawionych  szczelnie  w  rzędach  i  w  trzech 

kondygnacjach  aż  się  cofnął.  Jednak  przemógł  się,  zatrzymał  i  rozglądał  się  na 

wszystkie strony, kręcąc z niezadowoleniem głową. Kiedy stwierdził brak kanalizacji 

i jakichkolwiek urządzeń sanitarnych, spojrzał pytająco na Sawatzky'ego. Ten udał, że 

nie dostrzega wyrzutu w oczach swojego ministra. 

-  Budujemy  dla  „gnojków”  baraki  -  pośpieszył  z  wyjaśnieniem  komendant.  -  Na 

wiosnę zaczniemy kwaterować ich na zewnątrz. 

Nagle Speer drgnął. Minierzy wysadzali właśnie zręby wapiennych skał w sąsied-

niej  sztolni.  Wywołany  wybuchami  pęd  powietrza  był  tak  silny,  że  pogasły  lampy 

karbidowe.  Góra  zadrżała,  a  sącząca  się  ze  ścian  woda  i  huk  odstrzelonych  kamieni 

potęgowały grozę. 

Pierwsze sztuki V-2 zeszły z taśmy montażowej dopiero w styczniu. Miały jednak 

tak dużo wad, że trzeba było usuwać coraz to nowe usterki. I dopiero w końcu sierpnia 

niemieccy sztabowcy uznali, że można rozpocząć atak na Anglię. 

Rakiety jednak wciąż zawodziły. 

W  tym  czasie  Abwehra,  szefostwo  SS  i  gestapo  nie  znały  jeszcze  wszystkich 

przyczyn niewypałów. 

Zanim jednak rozegrały się te wypadki, więźniowie „Dory” musieli przejść drogę 

przez piekło. 

background image

DYREKTOR SAWATZKY JEST NIEZADOWOLONY 

Antyfaszyści „Dory” i inni więźniowie polityczni prędko rozszyfrowali cele hitle-

rowskich władz, które poleciły pod górą Kohnstein i u jej podnóża założyć obóz kon-

centracyjny. Niewolników zatrudniono tutaj nie tylko przy wykańczaniu hal, ale także 

w  biurach  konstrukcyjnych,  przy  produkcji  części  „tajemniczej  broni”,  a  niekiedy 

nawet przy samym montażu V-1 V-2. Nic więc nie mogło się przed nimi ukryć. Nie 

pomogły  ostre  zarządzenia  ograniczające  swobodę  ruchu  podczas  godzin  pracy,  za-

kazujące  nawet  rozmów  z  niemieckim  personelem  technicznym,  ani  też  straszliwy 

terror.  Wystarczyło  podejrzenie  o  przygotowywanie  ucieczki  czy  sabotażu  i  „win-

nych” natychmiast wieszano na dźwigach - suwnicach, poruszających się po szynach 

w tunelu B. 

Albert Kuntz, Fritz Pröll, Jan Čespiva, Heinz Schneider, kapo cieśla August Kro-

neberg - ludzie, którzy przysięgli sobie milczenie, bojownicy ruchu oporu przysłani do 

„Dory” przez buchenwaldzki MKO, byli pierwszymi, którzy stworzyli zaczątek orga-

nizacji sabotażowej. Wkrótce Buchenwald skierował do „Dory” dalszych wytrawnych 

i  wypróbowanych  konspiratorów,  ludzi  nieugiętych,  nienawidzących  hitleryzmu, 

którzy przetrzymali więzienia i bunkry obozowe i nie dali się kupić ani złamać. Nale-

ż

eli  do  nich  Georg  Thomas,  Ludwik  Szymczak,  Otto  Runki,  Jupp  Wortmann,  Fritz 

Lehmann. Pierwszych dwóch przysłał komendant Buchenwaldu, oberführer Hermann 

Pister, na stanowiska starszego obozu i jego zastępcę - na życzenie Förschnera. Obie 

kandydatury zręcznie podsunął biuru zatrudnienia buchenwaldzki MKO.  Runki objął 

w  „Dorze”  funkcję  kapo  „straży  obozowej”,  Wortmann  zajął  się  prowadzeniem  kan-

celarii, a Lehmann poszedł do pracy w tunelu. 

Znakiem rozpoznawczym osób przysłanych do „Dory” przez tajną organizację na 

Ettersbergu było hasło: „Pozdrowienie od Ellen”. Imię to nosiła przebywająca w wię-

zieniu żona Kuntza. W celu ukonstytuowania międzynarodowego kierownictwa orga-

background image

nizacji  sabotażowej  kierownictwo  grupy  niemieckiej  postanowiło  na  tajnej  naradzie 

nawiązać kontakty z najpewniejszymi członkami sześciu najliczniej reprezentowanych 

w obozie grup narodościowych. 

Tworzono  tę  organizację  z  zachowaniem  daleko  posuniętej  ostrożności.  Było  to 

bezwzględnie  konieczne.  W  „Dorze”  panował  niesłychany  reżym.  Służba  Bezpie-

czeństwa, gestapo, SS-mańskie kierownictwo obozu działały odstraszająco. 

Przyjęto  system  trójkowy.  Kierownik  trzyosobowej  grupy  miał  kontakt  tylko  z 

jedną  osobą  na  wyższym  szczeblu  organizacyjnym,  a  każdy  z  dwóch  pozostałych 

członków trójki komunikował się z jednym konspiratorem należącym do innej trójki. 

W  „Dorze”  zaczęły  się  dziać  niezwykłe  rzeczy.  Nie  było  dnia,  żeby  wytrąceni  z 

równowagi  nieoczekiwanymi  przeszkodami  i  awariami  maszyn  hitlerowcy  nie  obja-

wili swej wściekłości. Częstokroć odbijali to sobie na więźniach. 

Achtung! Achtung! Herr Direktor Sawatzky wird gebeten Apparat 00-2! Ich wie-

derhole: Herr Direktor Sawatzky wird gebeten Apparat 00-2. Ende der Durchsage.

 

Dyrektor  podziemnej  fabryki  wiedział,  że  nie  należy  bagatelizować  prośby,  wy-

rzuconej zdyszanym głosem przez głośniki radiofoniczne. Wracał więc pospiesznie do 

swego  gabinetu  albo  też  łączył  się  z  podanym  numerem  z  najbliższego  dostępnego 

aparatu i dowiadywał się rzeczy, które mogły tylko popsuć mu i tak nie nadzwyczajny 

humor. Miał wprawdzie cięty, złośliwy dowcip, ale uśmiechu na jego twarzy dawno w 

tunelach „Dory” nie widziano. 

Coraz też częściej któryś z SS-manów lub inżynierów przywoływał dyrektora za-

kładu,  aby  przekazać  mu  niezadowolenie  kierownictwa  ośrodka  doświadczalnego, 

znajdującego  się  w  okolicy  wsi  Blizna  na  obszarze  Generalnego  Gubernatorstwa. 

Wysłuchiwał  więc „towarzysz partyjny” i standartenführer, że „Dora” dostarczyła na 

poligon  doświadczalny  zbyt  wiele  egzemplarzy  „broni  odwetowej  führera”  z  więk-

szymi  lub  mniejszymi  usterkami.  A  dowództwo  sił  lądowych  i  wreszcie,  sam  Hitler 

coraz  natarczywiej  domagał  się  dostarczenia  pierwszych  serii  V-1  na  wyrzutnie.  Po-

czątkowy zamiar kanclerza, aby posłać rodakom Churchilla kilka setek „prezentów” w 

                                                           

 Uwaga! Uwaga! Pan dyrektor Sawatzky jest proszony do aparatu 00-2! Powtarzam: pan dyrektor Sawatzky proszony do 

aparatu 00-2. Koniec zapowiedzi (niem.)

 

background image

wieczór sylwestrowy 1943/1944 roku, spalił na panewce. Szła wiosna, coraz częściej 

mówiło  się  o  gotowanej  przez  aliantów  inwazji  w  Europie,  a  upragniona  „Wunder-

waffe” wciąż milczała... 

Nic  więc  dziwnego,  że  Sawatzky'ego  coraz  częściej  widziano  w  złym  humorze. 

Meldunki  nadchodzące  z  poszczególnych  hal  i  oddziałów,  a  nawet  z  tunelów,  były 

istotnie  niepokojące.  Coraz  to  donoszono  o  „nieprzewidzianych”  wypadkach  przy 

produkcji i transporcie, o uszkodzeniach  maszyn i sprzętu. Zdarzało się, że produko-

wane  w  jednej  ze  sztolni  wiertła  pękały,  opóźniając  bieg  maszyn,  zakłócając  rytm 

cyklu produkcyjnego. A przecież maszyny te wyrabiały części niezbędne do produkcji 

broni V. Niejednemu z cywilnych majstrów przemknęła przez głowę myśl o sabotażu, 

ale milczeli. Lepiej było udawać, że nie ma się o niczym pojęcia, gdyż podejrzenie o 

sabotaż mogłoby skupić się także na każdym z nich. Przecież zła jakość detalu obcią-

ż

ała  także  majstrów.  Bezpieczniej  było  zwalić  winę  na  zły,  wojenny  towar,  kiepski 

surowiec.  Po  prostu  wojenny  produkt,  byle  jaki...  -  tłumaczyli  się  często-gęsto  inży-

nierowie i technicy. I na tym się z reguły kończyło; sprawy nie kierowano do zbadania 

przez specjalną komisję. 

Bywało też inaczej, kiedy cywil - hitlerowiec wrzeszczał o sabotażu, ale nie potra-

fił niczego udowodnić. 

Aktów  sabotażu  dokonywano  sprytnie,  ze  znawstwem  materiałów  i  technologii 

produkcji. 

Wypadki przypadkowego wyskakiwania z szyn wagoników dowożących surowce, 

półfabrykaty i  gotowe części  rakiet stały się powoli zjawiskiem  „normalnym”. Sabo-

tażystów trudno było przyłapać, zresztą, ryzykowali wiele i ciągle. Spowodowane tym 

przestoje rosły w godziny, dni... 

Dość często powodowano krótkie spięcie. Gasło wtedy światło w jednej lub kilku 

halach,  przestawały  pracować  parki  maszyn  i  transportu.  Zanim  zjawił  się  elektryk, 

zanim  znaleziono  przyczynę  i  usunięto  ją,  upływało  sporo  tak  cennego  dla  hitlerow-

ców czasu. 

Dyrektor  Sawatzky  miał  więc  tysięczne  powody,  by  nie  móc  zasnąć  spokojnie. 

Podejrzewał sabotaż, ale nie mógł być przecież w każdym miejscu, gdzie działy się te 

background image

„świństwa”. Odgrywał się więc na pierwszym napotkanym więźniu, bijąc go i kopiąc, 

a  podlegającemu  mu  niemieckiemu  personelowi  groził  najostrzejszymi  konsekwen-

cjami. 

Jednak „wypadki przy pracy” nie tylko nie  ustawały, ale nasilały się. Kiedy  więc 

pewnego dnia doniesiono dyrektorowi, że jeden z dźwigów uległ poważnemu uszko-

dzeniu,  co  spowodować  może  nawet  tygodniowe  wycofanie  go  z  ruchu,  hitlerowiec 

zagryzł tylko wargi i pogroził pięścią w stronę uwijających się w tunelu B więźniów. 

Prawda zaś była taka, że rosyjski jeniec Michaił Zboczek w porozumieniu z Fran-

cuzem  Lucienem  Letier  wypuścił  sprężone  powietrze  z  agregatu  dźwigu,  powodując 

jego awarię. Nawiasem mówiąc, ta zgrana para wyspecjalizowała się w uszkadzaniu i 

niszczeniu silników lokomotyw dieslowskich. 

ŻELAZNA PAJĘCZYNA 

Początkowo sabotaż rozwijający się w ponurym podziemnym dominium Wernhera 

von  Brauna  był  niezorganizowany,  indywidualny.  Tajna  organizacja,  jeszcze  zbyt 

słaba, nie skonsolidowana, nie trafiała swoimi kontaktami do ogółu więźniów wszyst-

kich narodowości. Nie osiągnięto jeszcze celu, jaki zakreślił sobie Kuntz z grupą za-

ufanych towarzyszy. Było nim wciągnięcie do akcji jak największej liczby  więźniów 

wszystkich  narodowości  oraz  wyłonienie  grup  fachowych  specjalistów  -  inżynierów, 

techników,  fizyków  -  których  zadaniem  byłby  sabotaż  podbudowany  znajomością 

technologii  materiałów  i  konstrukcji  tych  części,  które  były  używane  do  produkcji 

V-2

Jednak  zanim  się  to  stało,  również  i  indywidualne,  mrówcze  starania  kilkunastu 

tysięcy  zdeklarowanych  wrogów  Hitlera  dawały  w  ostatecznym  rachunku  wyniki, 

wywołując  częste  zakłócenia  w  cyklu  produkcyjno-montażowym.  Odczuli  to  dotkli-

wie hitlerowcy w „Dorze”, od zwykłego SS-mana poczynając, na dyrektorze Sawatz-

ky'm kończąc. 

background image

Więźniowie psuli i uszkadzali  wszystko, co się tylko dało, starając się jednak za-

chować ostrożnie, aby nie narażać siebie i kolegów  w  sposób zbyt drastyczny, łatwy 

do wykrycia. Oszukując, wyprowadzając w pole kontrolę, powodowano niejednokrot-

nie przestoje maszyn. Dokonywano tego różnymi przemyślnymi sposobami. Na przy-

kład materiały lub sprzęt, pobrane z magazynów, kolumna transportowa woziła moż-

liwie najdłuższą drogą, czasem, udając wielką gorliwość, jechano z dużą szybkością i 

umyślnie  wywracano  wózki,  nieraz  na  oczach  hitlerowca.  Ten,  widząc,  jak  więźnio-

wie  starają  się  „dobrze”  pracować  dla  Trzeciej  Rzeszy,  nie  wyciągał  w  stosunku  do 

„gorliwców”  poważniejszych  konsekwencji,  co  najwyżej  nawymyślał  im  albo  skoń-

czyło się na paru uderzeniach ręką lub pejczem. 

W  magazynach  materiałów  i  narzędzi  byli  zatrudnieni  więźniowie  niemieccy  i 

czescy.  Niejednokrotnie,  wykorzystując  sprzyjającą  okazję  (np.  krótką  nieobecność 

kontrolera),  zamawiane  przez  poszczególne  oddziały  produkcyjne  materiały  i  detale 

kierowali celowo do niewłaściwych hal, wydłużając tym sposobem ich drogę i opóź-

niając  pracę  maszyn.  Czasem  wydawali  nieodpowiedni  materiał,  który  potem  wracał 

do  magazynu,  a  zanim  sprostowano  „omyłkę”,  płynął  cenny  czas.  Maszyna  czekała, 

stała  bezczynnie.  Tak  samo  działo  się  wówczas,  gdy  pozorowano  brak  niektórych 

elementów. Brak jednej małej śrubki nieraz wstrzymywał produkcję całego agregatu, 

przez  co  także  inne  działy  były  zmuszone  stanąć  z  robotą  i  czekać,  aż  z  taśmy  pro-

dukcyjnej nadejdą gotowe części do dalszego montażu. 

Członek grupy czeskiej, kierowanej przez Čespivę, Rostislav Ministr, zatrudniony 

jako mechanik samochodowy, od czasu do czasu uszkadzał opony ciężarówek w taki 

sposób, że po bardzo krótkim okresie użytkowania musiały być wymieniane na nowe. 

Ponieważ  utrzymywał  tę  formę  sabotażu  w  rozsądnych  granicach,  przypadki  pęknię-

cia  opon  nie  wzbudzały  podejrzeń  dyspozytorów.  Odważny  Czech  pogarszał  tym 

sposobem transport fabryczny. Podobne skutki wywoływała umyślnie zła konserwacja 

silników samochodowych, dokonywana przez jego brygadę. 

Dzięki działalności sabotażowej jednej z grup niemieckich pod kierunkiem  Fritza 

Lehmanna  następowało  niekiedy  chwilowe  wstrzymanie  wody  do  hal  fabrycznych. 

Maszyny przerywały wówczas pracę, co oznaczało opóźnienie zakończenia produkcji 

background image

iluś  tam  detali,  składających  się  na  korpus  lub  wnętrze  rakiety.  Zespół  Lehmanna 

obsługiwał stację pomp, dostarczających  wodę pod ciśnieniem 6 atmosfer. Stale pra-

cowały 3 pompy, a na wypadek awarii znajdowała się dodatkowo czwarta, zapasowa. 

Wykorzystywano zasadę, że  co pewien czas należało kontrolować  sprawność pompy 

rezerwowej przy jednoczesnym wyłączeniu jednej z normalnie użytkowanych pomp i 

zmniejszeniu  ciśnienia.  Gdy  nie  zmniejszało  się  ciśnienia,  następowało  pęknięcie 

przewodów i wodę musiano wyłączyć. 

Zespół  Lehmanna  celowo  stale  wyolbrzymiał  kłopoty  z  dostarczeniem  wody  dla 

całej fabryki podziemnej i tłumacząc się rzekomymi trudnościami technicznymi prze-

rywał co pewien czas jej dopływ do hal. 

Największe  stosunkowo  szkody  wyrządzali  Rosjanie  i  Polacy  przez  sabotowanie 

konserwacji maszyn. 

M. in. Władimir Chersonski, Wasilij Nikołajew i Michaił Kiriłłow niedostatecznie 

smarowali tryby obrabiarek, wadliwie ochładzali wiertła i frezy. 

Polacy,  którzy  kontakt  z  grupą  Kuntza  utrzymywali  poprzez  Jana  Poburennego, 

nauczyciela ze Lwowa, i studenta Zbigniewa Dziubińskiego, także nie pozostawali w 

tyle.  Obaj  należeli  do  personelu  szpitala.  Współdziałali  też  z  Pröllem  i  Čespivą.  Na-

tomiast elektryk Józef Zieliński z obozowej polskiej organizacji wojskowej miał kon-

takt z grupą niemieckich komunistów z komand w tunelach. 

Jakkolwiek  wspomnianych  wyżej  aktów  sabotażu  nie  dokonywano  bezpośrednio 

przy produkcji części do „cudownej broni” i w procesie jej montażu, ale wszystko to 

także przyczyniało się do opóźniania planów produkcyjnych. 

background image

JESTEŚMY NA LINII FRONTU... 

Skoro  tylko  w  „Dorze”  rozpoczęto  seryjną  produkcję  V-2,  w  służbówce  kapo  w 

rewirze  późnym  wieczorem  pod  koniec  lutego  1944  r.  zebrał  się  MKO  w  rozszerzo-

nym  składzie.  Spiskowców  ochraniał  oddział  „milicji  obozowej”.  Przewodniczący 

Albert Kuntz z miejsca przeszedł do sedna sprawy. 

-  Z  zachowaniem  najostrzejszej  konspiracji  musimy  uczynić  wszystko  my  i  nasi 

koledzy innych narodowości, aby hamować produkcję broni V, a na ile się da - uczy-

nić ją niemożliwą... Tak, przyjaciele, znajdujemy się teraz na linii frontu - przywódca 

mocno zaakcentował ostatnie słowa. - Jesteśmy teraz żołnierzami, walczącymi z armią 

Hitlera. Nasza broń to niszczenie broni wroga. Nasza broń to sabotaż, ciągle i jeszcze 

raz  -  sabotaż  produkcji  wojennej.  Nareszcie  my,  zapomniani  przez  świat  skazańcy, 

mamy  możliwość  czynnego  udziału  w  walce.  Nie  wolno  nam,  koledzy,  tej  szansy 

zaprzepaścić. I nie zmarnujemy jej! 

Zebrani nie mówili o tym, co ich bezpośrednio trapiło: o mrozie i trzęsących się z 

zimna  ludziach,  głodzie  i  długich  apelach,  o  dwunastogodzinnym  dniu  pracy  pod 

ziemią. Po kolei dawali przykłady bohaterskiej postawy swoich kolegów. 

...Oto  włoscy  więźniowie,  powołując  się  na  konwencję  genewską  i  status  jeńców 

wojennych, odmówili pracy przy montażu rakiet. W odwet siedmiu z nich zastrzelono 

- samych oficerów. 

...Jiři  Beneš,  czeski  więzień,  zatrudniony  jako  pisarz  w  komórce  odbioru  broni  

przez  Wehrmacht,  przed  przedstawieniem  do  podpisu  swemu  szefowi,  majorowi 

Dutzmanowi, protokołów badań sprawności technicznej rakiet zmieniał dane, „kryjąc” 

tym sposobem wiele usterek i wad tej broni. 

...Francuscy elektrycy uszkadzali systematycznie elementy sterownicze rakiety... 

- Wystarczy, wiemy! - Kuntz ruchem ręki przerwał kolejną relację. - Trzeba, żeby 

tak  samo  poczynali  sobie  wszyscy  nasi  przyjaciele.  Należy  popularyzować  wśród 

background image

więźniów hasło: „Zwalniać tempo pracy, gdzie tylko się da -- powodować usterki”. 

To,  co  mówił  Kuntz,  zyskało  pełną  aprobatę.  Potem  poprosił  o  głos  Georg  Tho-

mas.  Jego  zdaniem  grudniowa  wizyta  Speera  w  „Dorze”  mogła  w  pewnym  stopniu 

ułatwić  im  zadanie.  Mianowicie  minister  zauważył,  że  w  obozie  panuje  duża  śmier-

telność, co odbija się ujemnie na sile roboczej i może zagrozić całemu przedsięwzię-

ciu produkcji rakiet, zwłaszcza że w tej sytuacji pogarsza się fachowość więźniów. W 

związku  z  tym  Speer  zaapelował  do  dyrekcji  zakładów  i  komendantury  obozu,  aby 

wzmożono leczenie chorych robotników i zwiększono w stosunku do nich wymagania 

lepszej i wydajniejszej pracy. 

Kuntz  nie  podzielał  opinii  Thomasa.  Jego  zdaniem  producenci  nie  byli  lepsi  od 

SS-manów,  gdyż  ani  jednych,  ani  drugich  nie  obchodził  człowiek,  a  tylko  wyprodu-

kowana przez niego rakieta. 

- Raczej należy liczyć się z tym, że będzie gorzej - oświadczył z powagą. - Nasze 

akcje sabotażowe będą coraz częściej powodować reakcje gestapo i SD. Ale na to nie 

ma rady, towarzysze, taki przypadł nam w udziale los. 

Albert przeszedł wreszcie do ostatniego punktu porządku dziennego. Mówił o ko-

nieczności posiadania przez kierownictwo organizacji własnego odbiornika radiowego 

oraz  stacji  nadawczej.  Na  wniosek  Čespivy,  zadanie  to  postanowiono  powierzyć  ra-

diowcowi Chaloupce. 

Rozeszli się z poleceniem natychmiastowego nawiązania kontaktów z łącznikami - 

delegatami  do  MKO  poszczególnych  grup  narodowościowych,  ci  natomiast  mieli 

dotrzeć do kierowników wszystkich trójek, z których składała się organizacja. 

Radioaparat zbudował Chaloupka z części wycofanego z użycia odbiornika marki 

„Lorenz”. Sprzęt odbiorczy ukryto w aparacie sterylizacyjnym znajdującym się w sali 

operacyjnej szpitala. 

W lipcu 1944 r. radziecki oficer, przebywający w obozie na fałszywych papierach 

pod  nazwiskiem  Miszka  Płaksin,  z  pomocą  swoich  „wtyczek”-radzieckich  jeńców 

wojennych,  skradł  odbiornik  radiowy,  który  miał  być  wmontowany  do  rakiety  V-2  

nazywano ten sprzęt „Otto 111” - i przekazał Chaloupce. Od grupy francuskich i pol-

skich  więźniów,  byłych  radiotelegrafistów  z  siatki  wywiadowczej  na  terenie  Francji, 

background image

otrzymał Czech brytyjski kod do korespondencji drogą radiową. Planowano, że kiedy 

już zostanie zmontowana tajna radiostacja, a wojska alianckie zbliżą się do gór Harcu, 

sztab podziemia „Dory” nawiąże kontakt z ich dowództwem. 

Tego  dnia  pomimo  rozlicznych  przeszkód  i  trudności  dyrektor  Sawatzky  był  za-

dowolony  z  siebie.  Oto  pierwsza  partia  80  egzemplarzy  rakiety  -  „cygara”  opuściła 

właśnie  tunel  A  i  skierowana  została  do  magazynu,  a  stamtąd  na  wyrzutnie  zwane 

„Abschuss-Rampe”, zainstalowane na wybrzeżu Morza Północnego i Bałtyku. Było to 

pod koniec lutego 1944 roku. 

Raptem jednak zdarzyło się coś, co dyrektor i jego najbliżsi współpracownicy od-

czuli jak policzek. Do Nordhausen - „Dora” nadszedł szczegółowy raport, opracowa-

ny  przez  specjalistów  z  dowództwa  Luftwaffe,  w  którym  ostro  skrytykowano  firmę 

„Mittelwerke”, jej radę nadzorczą, a przede wszystkim dyrekcję z całym personelem 

technicznym. Ze wspomnianej serii zwrócono zakładowi 30 wadliwych sztuk. 

Sawatzky'emu  trzęsły  się  ręce,  gdy  przebiegał  wzrokiem  druzgocącą  treść  doku-

mentu. Zarzuty karygodnego zaniedbania szeregu warunków technicznych przy mon-

tażu rakiet były nie do obalenia. 

Natychmiast zarządził własną drobiazgową kontrolę niewypałów - rakiet, które nie 

były  zdolne  wylecieć  w  powietrze.  Sprawdzał  zarzuty  punkt  po  punkcie,  według  ra-

portu, który mu palił dłonie. Czytał o przypadkach „niedokładnego ożebrowania kor-

pusu  rakiety”,  zanotowano  też  „przecięcie  niektórych  przewodów  rozruszników  me-

chanizmu  sterowniczego”.  Była  w  raporcie  mowa  o  innych  jeszcze  technicznych 

usterkach. 

Szarpał się, popędzał inżynierów, kontrolerów i  majstrów,  chciał znać całą praw-

dę. Jakoż usłyszał: wszystkie bez wyjątku zarzuty były całkowicie słuszne. 

Wściekłość dyrektora doszła do zenitu. Oznaczało to bowiem, że i ostatnie zdanie 

memoriału  Luftwaffe  zgodne  było  z  prawdą,  że  nie  mogło  być  inaczej.  Oznajmiało 

ono, że jedną z przyczyn tej niewydarzonej produkcji mógł być... sabotaż. 

- Natychmiast przekazujemy  sprawę  w ręce gestapo!  - ryknął Sawatzky. Jego za-

piekła nienawiść do więźniów wzrosła jeszcze bardziej. Był wściekły jeszcze z innego 

background image

powodu.  Na  ten  wieczór  zaprosił  swój  „trust  mózgów”,  by  uczcić  pierwsze  swoje 

zwycięstwo, sukces całego zespołu. Imprezę trzeba było odwołać. 

Zaalarmowane  przez  Sawatzky'ego  gestapo  po  odpowiednim  przygotowaniu  ru-

szyło  do  akcji.  Została  powołana  komisja  dochodzeniowa,  w  skład  której  włączono 

specjalistę  rakietowego  z  Ministerstwa  Lotnictwa  oraz  przedstawiciela  Abwery. 

Agenci gestapo, zakamuflowani na stanowiskach majstrów w podziemnym koncernie, 

otrzymali  zadanie  inwigilacji  więźniów.  Tymczasem,  nie  czekając  na  bliższą  identy-

fikację  sabotażystów,  uderzano  na  oślep.  Przesłuchano  mnóstwo  więźniów  z  monta-

ż

owego  komanda,  zwanego  potocznie  „Kommando  Sawatzky”.  Bez  udowodnienia 

komukolwiek  winy  skazano  wielu  na  śmierć.  Ostatniego  dnia  lutego  1944  r.  zawisło 

na  wyciągu  -  suwnicy  dwunastu  więźniów.  Egzekucja  odbyła  się  w  tunelu  B,  przed 

halą 39. Wieszano po trzech naraz. 

Po  tym  „dniu  odstraszającego  przykładu”  wszczęto  poszukiwanie  śladów  sabota-

ż

owej organizacji podziemnej, której istnienia zaczęto się domyślać. 

Sawatzky  przyjął  na  siebie  dodatkową  rolę  psa  gończego.  Narzucał  sam  sobie 

„ostre dyżury” nocne. Trwały one przez cały marzec. Niejeden z aresztantów widział 

go  myszkującego  po  zakamarkach  sztolni  w  przebraniu  zwyczajnego  robotnika. 

Straszny był los tego, kto mu podpadł. 

Były  więzień  „Dory”,  Adam  Cabała,  relacjonuje  jedno  z  takich  „spotkań”  z  dy-

rektorem,  które  miało  miejsce  pewnej  marcowej  nocy.  Grupa  transportowa,  w  której 

się znajdował, urządziła sobie chwilę postoju dla wytchnienia po morderczej harówce. 

Zatrzymali się na skrzyżowaniu tunelu A z halą 18. Tu „nakrył” ich niespodziewanie 

Sawatzky. Kiedy już nawymyślał więźniom od „zgnojonych bydlaków”, wpadł mu w 

oczy  siedemnastoletni  Rosjanin  Iwan  Żuków,  który  z  braku  sznurowadeł  zawiązał 

sobie  buty  kawałkami  miedzianego  drutu.  Na  głowę  chłopca  posypały  się  obelgi. 

Sawatzky zapisał nazwisko i numer młodzieńca. 

Z zapartym tchem więźniowie czekali na zakończenie tej sprawy. 

-  Za  przywłaszczenie  miedzianego  drutu  dla  celów  niezgodnych  z  jego  przezna-

czeniem  -  wrzeszczał  Sawatzky  -  häftlinga  Iwana  Żukowa  uznaję  winnym  sabotażu! 

Za przestępstwo to więzień idzie do karnej kompanii w kamieniołomie. Za nieróbstwo 

background image

w godzinach pracy reszcie grupy wyznaczam chłostę po dwadzieścia kijów!

 

Karę oczywiście wykonano. 

Był to dopiero początek „detektywistycznej” działalności dyrektora Sawatzky'ego. 

W  kwietniu  na  jego  osobisty  rozkaz  został  zastrzelony  w  hali  numer  15  radziecki 

jeniec wojenny, który odmówił wykonania przydzielonej mu pracy. 

Krótki  dialog  między  wszechwładnym  konstruktorem  i  pogardzanym  przez  hitle-

rowców „Iwanem” wstrząsnął całą „Dorą”. 

- Daję ci pięć minut na wybór: albo rzetelna praca i posłuszeństwo, albo śmierć. 

W odpowiedzi odważny  Rosjanin,  wygrażając dyrektorowi zaciśniętą pięścią, za-

wołał łamaną niemczyzną: 

-  Ich  nichts  fur  SS-Schweine  arbeiten...  Deutschland  bald  kaputt  und  du  auch, 

grosser Teufel, kaputt!

∗∗

 

Potem obrócił się ku stojącym na uboczu więźniom i dodał: 

- Nie przyłożę ręki do tych rakiet... Pamiętajcie, że koniec  wojny i pogrom  hitle-

rowców już blisko... 

Więźnia zamordował unterscharführer Erwin Busta zwany „Końskim Łbem”. Sa-

watzky pogratulował mu świetnego strzału...

∗∗∗

 

OPERACJA „ABC...” 

Wysiłki międzynarodowej grupy sabotażowej nieustannie szły w kierunku nadania 

prowadzonej  przez  nią  akcji  charakteru  zorganizowanego,  zespołowego.  Było  oczy-

wiste, że indywidualne próby poważniejszego uszkodzenia „Vergeltungswaffe” są dla 

hitlerowskich specjalistów łatwiejsze do wykrycia. To pociągało za sobą, rzecz jasna, 

bezlitosne  karanie  sprawców  sabotażu.  Znacznie  większe  szanse  powodzenia  miały 

                                                           

 Przytoczono za książką Adama Cabały „Arsenał grobów”, Kraków 1968.

 

∗∗

 Nie będę pracował dla świń z SS. Niemcy wkrótce zginą i ty także, wielki diable, zginiesz (niem.).

 

∗∗∗

 

Za cytowaną książką A. Cabały.

 

background image

zespołowe akcje, oparte na fachowej znajomości procesu produkcji. 

Kuntz  i  towarzysze  postanowili  wykorzystać  w  tym  celu  wszystkich  więźniów, 

którzy legitymowali się dorobkiem naukowym w różnych dziedzinach techniki i fizy-

ki,  jak  też  wybitnych  inżynierów  mechaników,  radiotechników,  elektrotechników  i 

innych. Warunkiem było sprawdzenie, na ile można każdemu z tych ludzi zaufać. 

Sprawa  stanęła  na  tajnym  posiedzeniu  kierownictwa  centralnej  grupy  obozowej, 

która przyjęła nazwę: Międzynarodowy Komitet Ruchu Oporu. Po dłuższej wymianie 

zdań ustalono następujący plan działania: 

Jupp Wortmann i Wenzel Polak z kancelarii  więźniarskiej na podstawie  kart per-

sonalnych  więźniów  zestawią  wykazy  specjalistów  i  wręczą  je  Kuntzowi.  Kierow-

nictwa  poszczególnych  organizacji  narodowościowych  poprzez  swoje  powiązania 

zbadają,  na  których  z  ich  rodaków  -  specjalistów  umieszczonych  na  liście  można 

bezwzględnie  liczyć.  Dysponentem  rozdzielającym  tak  wybranych  ludzi  do  różnych 

działów w tunelu i sztolniach został Čespiva. 

Konspiratorzy  wpadli  na  doskonały  sposób  dostarczania  tych  fachowców  Čes-

pivie:  po  prostu  zarówno  chorych,  jak  i  zdrowych  kierowano  „na  badanie”  na  rewir, 

gdzie jako pierwszy przyjmował ich czeski lekarz. Jeżeli na karteczce skierowania do 

szpitala lub na jakimś świadectwie dotyczącym choroby pacjenta była przekłuta litera 

A, oznaczało to, że więzień powinien zostać zatrudniony przy montażu rakiet, a jego 

specjalnością  są  akumulatory.  Tak  więc  nakłuta  litera  wskazywała  pierwszą  głoskę 

nazwy  specjalności.  Np.  E  oznaczało  elektryka.  Potem  Čespiva  podsuwał  odpowied-

nio przygotowany dokument z decyzją do podpisu lekarzowi głównemu obozu, haup-

sturmführerowi Kahrowi. W uzasadnieniu lekarz ordynował więźniowi lżejszą pracę, 

zazwyczaj  siedzącą.  A  taką  było  najczęściej  zajęcie  w  biurze  konstrukcyjnym,  przy 

kontroli różnych faz produkcji i montażu broni V. Tak oto wielu „pacjentów” trafiało 

tam,  gdzie  życzyła  sobie  widzieć  ich  obozowa  organizacja.  Z  czasem,  kiedy  akcja 

nabrała rozmachu, Čespiva nie zwracał się już do lekarza SS, ale posługiwał się jego 

sfałszowanymi podpisami. 

Efekt tych poczynań był zgodny z przewidywaniami sztabu sabotażystów. 

Przy zestawianiu agregatów i różnej aparatury więźniowie - specjaliści używali ta-

background image

kich  detali  i  materiałów,  które  wytrzymywały  pierwsze  próby,  dokonywane  w  „Do-

rze”,  ale  potem,  przy  większym  obciążeniu,  odmawiały  posłuszeństwa,  a  nawet  wy-

woływały najmniej przewidziane reakcje. 

Rozpoczęła  się  cicha,  skomplikowana  i  bezpardonowa  walka  fachowców  -  sabo-

tażystów z  niemiecką  kontrolą produkcji o to, komu  uda się przechytrzyć przeciwni-

ka... Więźniom sprzyjała także okoliczność, że choć kontrolerów zatrudniano wielu, to 

jednak nie zawsze byli to fachowcy. 

SABOTAŻ TRWA 

Jednym  z  pierwszych  powieszonych  w  „Dorze”  za  sabotaż  był  Polak  Józef  Ko-

złowski. Przyprowadzono go z bunkra pod szubienicę, skutego w kajdany, komendant 

Förschner  odczytał  wyrok  w  języku  niemieckim,  który  tłumacze  przekładali  na  fran-

cuski, rosyjski i polski. Brzmiał on tak: „Józef Kozłowski, lat 22, Polak z Warszawy, 

zostaje skazany na  śmierć za sabotaż i sianie propagandy komunistycznej  w tunelu”. 

Skazaniec  stał  przed  szubienicą  prosto,  z  podniesioną  głową  i  uśmiechem  na  ustach. 

Kiedy założyli mu pętlę na szyję, krzyknął: „Jeszcze Polska nie zginęła”! i sam sobie 

wytrącił  stołek  nogą... W parę dni później powieszono innego  młodego Polaka, lwo-

wiaka, za sypanie piasku w osie wagonów, na których montowano rakiety. 

Ale krwawe represje i szubienice nie odstraszały sabotażystów, którzy, nie  mając 

nawet pewności, czy dożyją następnego dnia, uznali sabotaż przy produkcji V-1 V-2 

za  swoje  najważniejsze  zadanie.  Wzmacniała  się  z  każdym  dniem  kierowana  przez 

Kuntza  organizacja  międzynarodowa  i  wzbogacały  formy  działania,  które  ogarniało 

coraz  szersze  kręgi  więźniów,  nawet  niezrzeszonych.  Coraz  większe  „prawo  obywa-

telskie”  zyskiwała  sobie  działalność  zorganizowana,  kierowana  przez  przywódców 

tajnych grup. 

Uporczywa i konsekwentna robota dawała  wyniki. Wadliwie spawano osłony ze-

wnętrzne korpusów rakiet. Źle lutowano elementy przewodowe rozruszników. Powo-

background image

dowano szybkie zużycie się skomplikowanego technicznie urządzenia kontrolnego. W 

czynności tej wyspecjalizował się Rosjanin W. I. Tichy. 

Podążając na trzecią zmianę do pracy w tunelu Polak z Warszawy Henryk Łaje był 

pod wrażeniem wiersza, który krążąc z rąk do rąk dotarł do niego. Zwłaszcza zwrot: 

Ojca  rozszarpały  w  kacecie  psy  Aby  radośniejszy,  aby  był  wspanialszy  Hitlera 

Sieg!... wbił mu się głęboko w pamięć. 

Łajc był jednym ze spawaczy części „cygara”. Nie zmarnował szansy. Zatrudniony 

na  pierwszym  stanowisku  spawalniczym  przesuwał  szablon  o  kilka  milimetrów,  co 

powodowało, że dwie łączone ze sobą części kadłuba nie były zamocowane jednako-

wo  i  przy  sprawdzaniu  wytrzymałości  na  ciśnienie  następowało  rozerwanie  się  po-

jemnika. 

Na innym stanowisku przy tej samej pracy był zatrudniony także warszawiak, in-

ż

ynier Zygmunt Raabe. I on w podobny sposób dokonywał sabotażu. 

Podczas ładowania na wagony już gotowych rakiet należało podkładać pod „cyga-

ra”  amortyzatory,  które  miały  chronić  broń  przed  wstrząsami  w  drodze.  Radzieccy 

jeńcy:  Aleksander  Kislej,  Wasilij  Nikołajew,  Władimir  Sokołow  i  Dmitrij  Winogra-

dow umieszczali amortyzatory nie w tych miejscach, gdzie należało, co sprawiało, że 

podczas jazdy pociągu przy wstrząsach amortyzator nieraz wysuwał się spod rakiety. 

Zdarzało  się,  że  już  po  kontroli  załadunku  przez  SS-manów  usuwano  amortyzatory. 

Tym  sposobem  podczas  samego  tylko  transportu  z  „Dory”  do  składów  uszkodzono 

135 rakiet. 

Więźniowie  wykorzystywali  każdą  nadarzającą  się  szansę  utrudniania  produkcji 

V-2  i  powodowania  defektów  tej  broni.  Niemiecki  inżynier  z  biura  konstrukcyjnego 

zlecił  zatrudnionemu  tam  polskiemu  więźniowi  Tadeuszowi  Kahlowi  wykonanie 

odbitek  rysunków  technicznych  na  papierze  światłoczułym.  Jeden  z  rysunków  był 

nieco przetarty wskutek składania i po wykonaniu odbitek zamiast „15” była widocz-

na  tylko  cyfra  „5”  -  jedynka  znajdowała  się  akurat  w  miejscu  przetarcia.  Rysunek 

poszedł do produkcji z błędem, w związku z czym niejeden egzemplarz V-2 otrzymał 

niewłaściwe bezpieczniki, co musiało wywołać zaburzenia w locie rakiety. 

background image

W  grupie  Francuzów  sabotujących  pod  kierownictwem  dwóch  braci  Carouana 

znajdował  się  między  innymi  słynny  pieśniarz  Maupoint  z  Paryża.  Nigdy  nie  tracił 

fantazji ani humoru, co było ewenementem w tym strasznym obozie. Otrzymał ścisłe, 

naukowo  sprawdzone  instrukcje,  jak  ma  wykonywać  swoją  „pracę”  dla  „dobra  Rze-

szy”. Otóż żeliwne pojemniki do napędowego paliwa rakiety były dodatkowo zabez-

pieczone  specjalną  obręczą.  Sabotażysta  dokręcał  nakrętki  w  ten  sposób,  że  śruba 

trzymała się tylko w jednym miejscu, co powodowało obluzowanie już w czasie lotu 

pocisku.  W  czasie  wykonywania  tej  fuszerki  nucił  po  cichu  skomponowane  przez 

siebie piosenki. 

W pojemnikach paliwa więźniowie z taśmy montażowej obniżali ciśnienie próbne, 

co powodowało, że aparatura  wykazywała  wytrzymałość  wyższą od rzeczywistej. W 

trakcie  lutowania  przewodów  elektrycznych  przełamywano  druty  znajdujące  się  we-

wnątrz  różnokolorowych  osłon  w  ten  sposób,  żeby  osłona  nie  wykazywała  śladów 

uszkodzeń. Dokonywano tego prostym sposobem: przez wielokrotne wyginanie drutu 

w  obie  strony.  Skutek  był  najczęściej  niezawodny.  Kontrola  wykrywała  wprawdzie 

niedokładność  przewodzenia  prądu,  ale  trzeba  było  szukać  miejsca,  w  którym  nastą-

piło  uszkodzenie,  co  pociągało  za  sobą  poważną  stratę  czasu.  Przerwanie  przewodu 

tłumaczono wadą fabryczną. 

Lutowanie przewodów robiono tak „oszczędnie”, że ich końce ledwie się trzyma-

ły. Przy ruchu rakiety następowało przerwanie dopływu prądu. 

Prof.  Charles  Sandron  ze  Strasburga  zwiększał  obrót  gwintu  w  potencjometrach 

ż

yroskopów,  służących  do  ustawiania  sterów  na  wyznaczony  tor  i  kontrolujących 

odchylenia od wyznaczonego kierunku i wysokości. 

Bywało  i  tak,  że  uszkodzeń  dokonywano  już  przy  dowożeniu  gotowych  egzem-

plarzy  V-2  na  stanowiska  kontrolno-odbiorcze  albo  nawet  nakładaniu  pokrowców  na 

głowice „Argusrohr”. 

Pomysłowość  więźniów  „Dory”  w  stosowaniu  najrozmaitszych  metod  sabotażu  i 

swego rodzaju wynalazczość na tym polu nie miały wprost granic. 

SS-mani  i  niemieccy  majstrowie  starali  się  na  każdym  kroku  kontrolować  pracę 

background image

więźniów,  zwłaszcza  tych,  którzy  montowali  aparaty  sterujące  rakiety.  Hitlerowcy 

dobrze wiedzieli, że aparatura ta jest sercem i  mózgiem pocisku V-2, toteż pilnowali 

pieczołowicie, aby każda faza prac była wykonywana zgodnie z instrukcjami, aby nie 

zaistniały najmniejsze nawet uchybienia czy niedociągnięcia. 

Ale o ważności urządzeń sterujących wiedzieli również więźniowie. Milcząca, za-

cięta walka między hitlerowskimi kontrolerami a sabotażystami toczyła się stale. 

TO SABOTAŻ, DYREKTORZE SAWATZKY! 

Dyrekcja  podziemnego  kombinatu  ludobójczej  broni  stale  zwracała  swym  zaufa-

nym pracownikom uwagę na konieczność jeszcze większego i jeszcze staranniejszego 

przeciwdziałania sabotażowi ze strony więźniów. Z początkiem 1944 r. wydano tajny 

okólnik  do  zatrudnionych  w  „Dorze”  cywilnych  specjalistów,  dotyczący  ochrony 

przed sabotażem. Wśród innych stwierdzeń w piśmie znalazło się i takie: 

Mamy  podstawą  do  zwrócenia  uwagi,  że  w  dalszym  ciągu  powtarzają  się  szkody 

wyrządzone naszym zakładom, dokonywane świadomie bądź też z powodu lekkomyśl-

ności... 

Jednym z czołowych ekspertów - kontrolerów jakości, zaangażowanych w ośrodku 

wypróbowania V-1 V-2, był inż. Neubert. Wystosował on do dyrektora „Mittelwer-

ke” pismo opatrzone pieczęcią „Geheime Reichssache”, w którym zawarł wiele uwag 

na temat jakości samolotów-pocisków wystrzeliwanych w północnej Francji. 

Sawatzky chwycił się za głowę. Na sto pięćdziesiąt pocisków dwadzieścia dwa od 

razu  nie  nadawały  się  do  użycia.  Z  tego  dziewiętnaście  sztuk  miało  wady  w  niektó-

rych częściach precyzyjnej aparatury, a trzy zdefektowano w czasie transportu. 

Z pozostałych stu dwudziestu ośmiu „samolotów bez pilota”, uznanych początko-

wo  za  dobre,  także  nie  wszystkie  udało  się  wystrzelić.  Neubert  z  pruską  pedanterią 

podawał  szereg  przyczyn,  zwłaszcza  wady  transformatorów  -  te  powinny  mieć  co 

najmniej 38 wolt, a miały poniżej 36. 

background image

Przy  śrubowaniach,  szczególnie  w  przewodach  doprowadzających  paliwo  i  przy 

komorze  spalania  -  czytał  z  narastającą  wściekłością,  pomieszaną  z  poczuciem  bez-

silności Sawatzky - brak było całkowicie smarów, co mogło być przyczyną błędu (sa-

botaż)

Inżynier Neubert,  wybitny specjalista z ośrodka doświadczalnego przekształconej 

później  w  korpus  armijny  dywizji  „Vergeltungswaffe”,  powołanej  do  ostrzelania  z 

pomocą V-1 V-2 Londynu, zaufany człowiek ministra Speera, RSHA i Abwehry, nie 

miał wątpliwości, komu i czemu führer „zawdzięcza” pociski wybrakowane i niewy-

pały. Wiedział, że przyczyną zbyt dużego rozrzutu, jak też i niewypałów były przede 

wszystkim  prymitywne  warunki  produkcji  (na  przykład  nasycenie  kurzem  powietrza 

pod  ziemią),  a  także  zbyt  krótki  cykl  badań  poligonowych,  spowodowany  pośpie-

chem. Niemałą też rolę odegrało tutaj niedostateczne przygotowanie technologiczne i 

nie  zawsze  odpowiednia  jakość  materiałów.  I  wreszcie:  więźniowie,  ich  niedbała 

praca, wręcz sabotaż. 

Natomiast jeśli idzie o zdefektowane egzemplarze V-1, w ogóle nie nadające się do 

odpalenia, Neubert wyraźnie sugerował sabotaż - i nie mylił się. 

Sawatzky  z  pasją  cisnął  sprawozdanie  na  podłogę  i  opadł  ciężko  na  kanapę.  Za-

czynało  go  ogarniać  znużenie.  Czuł  podświadomie,  że  nie  da  rady  tym  „czerwonym 

lumpom”, zebranym z całej Europy. A wszystkich ich przecież nie wywiesza na swo-

ich ruchomych dźwigach. Powiesi stu, może dwustu, no, powiedzmy, trzystu... Reszta 

będzie  nadal  podkopywała  jego  pozycję.  I  będzie  niszczyć  „Wunderwaffe”,  na  którą 

führer i Trzecia Rzesza tak bardzo liczy. Czyżby  więźniom,  wrogom państwa,  miało 

się to rzeczywiście udać? Nie, to nie może być. Trzeba znaleźć na nich jakiś skutecz-

ny sposób. Koniecznie! Zamyślił się głęboko. 

Marzenia  Hitlera  o  zaatakowaniu  Anglii  bronią  V-1  już  w  styczniu  albo  lutym 

1944  roku  nie  spełniły  się.  Po  dokonaniu  pierwszych  prób  konstruktorzy  „samolotu 

bez pilota” zażądali wprowadzenia ponad stu zmian w jego budowie, co pociągnęło za 

sobą wymianę stu trzydziestu jeden części. 

Pierwszy  egzemplarz  samolotu-pocisku  zjawił  się  na  wyrzutni  na  początku  paź-

dziernika 1943 r. Ale choć start był udany, V-1 spadła do morza. Ten sam los spotkał 

background image

dalsze sztuki. 

Pułkownik  Max  Wachtel,  odpowiedzialny  bezpośrednio  za wyrzutnie  V-1,  a póź-

niej również V-2, dwoił się i troił, aby zapewnić jak najlepszy debiut „broni führera”. 

Pośpiesznie szkolił personel swoich baterii, ale jakość pocisków nie zależała od niego. 

Tymczasem kanclerz swoim zwyczajem straszył aliantów, a zwłaszcza Anglię, „obie-

cując”  rozprawienie  się  z  nią.  8  listopada  zabrał publicznie  głos  w  monachijskiej  pi-

wiarni  Bürgerbräukeller  i  zapowiedział,  że  odwet  za  naloty  samolotów  alianckich  i 

porażki na frontach rozpocznie się wkrótce. 

W tym samym czasie Wachtel meldował, że pociski wciąż jeszcze wykazują sze-

reg  wad.  Pękały  komory  na  wyrzutniach,  wyciekało  paliwo,  szwankowały  przewody 

elektryczne...  Z  pięciu  prób  tylko  jedna  się  powiodła.  Specjalnie  powołana  komisja 

ustaliła kilka przyczyn defektów. M.in. w jednym z egzemplarzy broni wykryto pęk-

nięcie  komór spowodowane złym spawaniem. Niektóre z usterek  wynikały z błędów 

konstrukcyjnych i technologicznych, inne spowodował sabotaż. 

Rozpoczęcie  produkcji  seryjnej  V-1 odwlekało  się.  Wreszcie  jednak  w  nocy  z  12 

na  13  czerwca  1944  r.  spadły  na  Londyn  pierwsze  4  sztuki  tej  broni,  wywołując  za-

skoczenie Brytyjczyków. Co  prawda  wystrzelono  wtedy dziesięć sztuk, ale z  sześciu 

pozostałych trzy  natychmiast  po starcie runęły  na ziemię, a jedna okazała się niewy-

pałem. 

Hitler nabrał wigoru. Jeździł do Francji, gdzie zlustrował wyrzutnie w Pas de Ca-

lais  i  Cherbourgu.  W  Soissons  zorganizował  16  czerwca  konferencję  z  pełnomocni-

kiem  Himmlera  i  Speera  do  spraw  broni  V,  podniesionym  do  rangi  gruppenführera 

Hansem Kammlerem, dowódcą dywizji „Vergeltungswaffe” gen. mjr. 

Richardem  Metzem  oraz  płk.  Maxem  Wachtelem.  Kiedy  jednak  jeden  z  egzem-

plarzy „cudownej broni”, wystrzelony w Pas de Calais, zamiast pomknąć w kierunku 

Wysp  Brytyjskich  spadł  niedaleko  pałacyku,  w  którym  konferował  führer,  ten  wyje-

chał natychmiast. 

Bezpośrednio po tych zdarzeniach od samego Hitlera i innych  „führerów” poszły 

rozkazy w sprawie natychmiastowego usunięcia stwierdzonych usterek w V-1. Kilku-

dziesięciu  więźniów  „Dory”  zawisło  w  tym  czasie  na  szubienicy,  ale  wady  „cudow-

background image

nej” broni mnożyły się nadal. W drugiej serii bombardowań, rozpoczętej 15 czerwca, 

strzelano  z  55  wyrzutni.  Z  244  pocisków  -  46  spadło  zaraz  po  wystrzeleniu.  Prawie 

200 pocisków przebyło Kanał, a 73 dotarły do Londynu i okolic, niszcząc tam budyn-

ki. Były  też straty  w ludziach. 71 sztuk V-1 zniszczyły balony zaporowe i lotnictwo. 

Stolica Imperium Brytyjskiego znajdowała się  w zasięgu broni V-1  w ciągu 131 dni. 

W  tym  czasie  hitlerowcy  wystrzelili  9300  pocisków,  z  czego  na  Londyn  padło  ich 

2400. Z całkowitej liczby ponad 20 proc. spadło natychmiast po starcie. Ostatni „sa-

molot bez pilota” upadł na terenie Anglii w listopadzie 1944 r. 

Zanim  jednak  to  się  stało,  Anglicy,  a  zwłaszcza  londyńczycy,  przeżyli  dni  pełne 

grozy. Mimo iż sztab aliancki w Londynie już w drugiej połowie 1943 roku miał ro-

zeznanie  co  do  przypuszczalnego  ataku  broni  V,  mimo  bombardowania  przez  RAF  i 

amerykańskie bombowce stanowisk wyrzutni „broni odwetowej”, a także transportów 

i  węzłów  komunikacyjnych  we  Francji  -  zaskoczenie  Brytyjczyków  po  pierwszych 

„samolotach  bez  pilota”,  jakie  uderzyły  na  Londyn,  było  kompletne.  Wcześniejsze 

oświadczenia Churchilla, że Anglia jest przygotowana do walki z „Vergeltungswaffe”, 

nie sprawdziły się. 

Początkowo  zapanował  chaos.  Jeden  alarm  przeciwlotniczy  gonił  drugi,  nikt  nie 

był pewien bezpieczeństwa swojego i osób bliskich. Z miejsca zarządzono ewakuację 

kobiet  i  dzieci.  Liczba  ofiar  rosła.  Nagłówki  hitlerowskich  pism  wołały:  „Londyn 

płonie!” Była w tym część prawdy. 

Jednakże morale ludności angielskiej nie zostało złamane. Dość szybko wyspiarze 

zastosowali  częściowy  środek  obronny:  kombinację  balonów  zaporowych,  artylerii 

przeciwlotniczej i samolotów  myśliwskich. Pomimo to V-1 docierała jednak do Lon-

dynu  i  innych  miast,  siejąc  grozę,  niosąc  zniszczenie  i  śmierć.  Do  akcji  przeciwko 

„samolotom  bez  pilota”  skierowano  także  polskie  dywizjony  306,  315  i  316,  które 

zestrzeliły łącznie 190 pocisków. 

Najwięcej egzemplarzy broni unieszkodliwiła artyleria przybrzeżna,  wyposażo-

na  w  urządzenia  radarowe;  teraz  setki  V-1  rozlatywały  się  nad  kanałem  La  Manche, 

nie osiągając obszaru Wysp Brytyjskich. 

Propaganda Goebbelsa stopniowo ucichła. 

background image

Już w trzy miesiące po rozpoczęciu ataku nowej broni na Anglię brytyjski minister 

spraw wewnętrznych mógł oznajmić w Izbie Gmin: „Bitwa o Londyn została wygra-

na”. 

Teraz hitlerowcom pozostała już tylko rakieta V-2

CI, KTÓRZY NIE KAPITULUJĄ... 

Najsilniejsza  ze  wszystkich  była  w  „Dorze”  radziecka  organizacja  sabotażowa. 

Rekrutowała się w większości z jeńców wojennych. Na jej czele stał Simeon Grinko. 

Naprawdę  nazywał  się  Jełowoj,  był  kapitanem  -  pilotem  z  Odessy.  Zestrzelony  nad 

Łodzią, przedostał się na teren Generalnej Guberni. Tutaj został aresztowany podczas 

jednej z łapanek. Tak trafił do „Dory”. 

On jeden z całej radzieckiej grupy kontaktował się z Albertem Kuntzem. Jednym z 

najbliższych  pomocników  Simeona  był  więzień  przebywający  w  obozie  pod  nazwi-

skiem Petrenko, w rzeczywistości - ukrywający swój stopień oficer o nazwisku Kon-

stantin  Żurawski.  -Do  kierownictwa  organizacji  należeli  też  Miszka  Płaksin  i  Saszka 

Rubaszka, obaj na fałszywych papierach. 

Jednak główną sprężyną sprzysiężenia jeńców i więźniów radzieckich był, formal-

nie nie należący do niego, niejaki Iwan Uwarow, zatrudniony w rewirze w charakterze 

pielęgniarza. Do obozu dostał się po aresztowaniu na terenie Niemiec, gdzie zrzucono 

go  jako  skoczka  spadochronowego  dla  nawiązania  kontaktów  z  niemieckim  antyfa-

szystowskim ruchem oporu i zorganizowania przy jego pomocy siatki wywiadowczej 

na  tyłach  hitlerowskich  wojsk.  Był  on  w  istocie  majorem  wywiadu  radzieckiego,  a 

przed  wybuchem  wojny  pracował  na  stanowisku  zastępcy  attaché  wojskowego  w 

Kopenhadze. 

Osobliwym zbiegiem okoliczności „Dora” była „kacetem”, w którym znalazło się 

najwięcej 

aresztowanych, 

członków 

rozmaitych 

organizacji 

wywiadow-

czo-dywersyjnych na terenie Francji, takich jak „Monika - W”, z siatki „F” i „Różo-

background image

krzyżowców”.  Byli  tutaj  również  francuscy  maquis  z  lewicowego  ruchu  Wolnych 

Strzelców  i  Partyzantów  Francuskich  -  Francs-Tireurs  et  Partisans  (FTPT).  W  szere-

gach  tej  organizacji  obok  Francuzów  walczyło  wielu  Polaków.  Teraz,  za  drutami, 

ludzie  ci  tworzyli  w  tunelach  Kohnsteinu  liczne,  sprawnie  działające  organizacje  sa-

botażowe.  Na  czele  jednej  z  nich  stał  kpt.  Korwin-Piotrowski  z  dawnej  siatki  F-2, 

będącej  na  usługach  angielskiego  oddziału  wywiadu  do  spraw  dywersji  na  tyłach 

wroga (w skrócie: SOE). Całością ruchu oporu w grupie francuskiej, do której należa-

ła  część  Polaków,  kierował  dr  Marcel  Petit.  Utrzymywał  on  łączność  z  Kuntzem  za 

pośrednictwem Christiana Behama, który dobrze znał francuski i był później zastępcą 

starszego obozu. 

We  francuskiej  grupie  znalazło  się  wielu  radiotechników  i  radiooperatorów  ze 

„spalonych” siatek, będących na usługach angielsko-francuskiej sekcji SOE. 

Przedziwnym zrządzeniem losu ci, którzy walczyli z bronią na wolności, konty-

nuowali  swoją  działalność  w  tunelach  „Dory”,  tyle  że  nieco  inaczej.  Wielu  z  nich 

przed  aresztowaniem  rozpracowywało  lokalizację  wyrzutni  V-1  i  V-2,  stanowiska 

„Flakregiment” płk. Wachtela. Szczególne sukcesy na tym odcinku odniosła „Monika 

-  W”.  Jej  siatka  informacyjna,  dysponująca  czterdziestoma  radiostacjami  nadaw-

czo-odbiorczymi,  wykryła  i  przekazała  do  Londynu  pozycje  83  wyrzutni  broni  V  

rejonie Nord. Wszystkie one zostały zniszczone przez lotnictwo alianckie. 

„Broń odwetowa” była bardzo groźna, nic tedy dziwnego, że jej użycie wywołało 

alarm w całej Anglii. Szybko zorientowano się, że głównym sposobem przeciwdziała-

nia  jej  było  masowe  bombardowanie  samych  wyrzutni.  Stąd  wynikały  dyspozycje 

sztabu alianckiego dla siatek wywiadowczych na terenie Francji. 

Liczne wyrzutnie, składy V-1 i pociągi dowożące tę broń zostały wytropione przez 

oddziały Wolnych Strzelców i Partyzantów Francuskich. Niepoślednią rolę odegrali tu 

Polacy z Normandii. Obiekty te uległy zniszczeniu przez RAF i lotnictwo amerykań-

skie (US AF). 

Ogółem - walcząc z V-1 - francuski ruch oporu, w tym i polscy patrioci, wykrył i 

zlokalizował w ciągu 11 tygodni 173 wyrzutnie i kilka składów oraz rejonów przeła-

dunku i dowozu „broni odwetowej”. 

background image

Kilkuset z tych ludzi znalazło się w „Dorze”. 

NIEUGIĘCI DO KOŃCA 

W obozie mnożyły się akty sabotażu, rosła liczba ofiar więźniów straconych przez 

powieszenie.  Od  szefa 

Wydziału  D 

Głównym  Urzędzie  Gospodar-

czo-Administracyjnym  SS  (WVHA),  gruppenführera  Maurera,  nadeszło  na  ręce  ko-

mendanta Förschnera pismo następującej treści: 

Dotyczy: Nadzór nad więźniami. Tajne. 

Okazało  się  bezwarunkowo  konieczne  i  niezwykle  ważne,  aby  więźniowie...  byli 

nadzorowani  przez  nadających  się  do  tego  współwięźniów  (szpiclów).  Komendanci 

obozów winni poświęcić specjalną uwagę wydarzeniom w obozie, ażeby pewnego dnia 

nie zostali zaskoczeni nieprzyjemnymi wypadkami. 

Kiedy okazało się, że kandydatów na szpiclów brak, przyszło następne tajne pismo 

od tegoż Maurera z datą 11 kwietnia 1944 r.: 

Mnożą się wypadki stawiania wniosków prze komendantów KL o wymierzenie kary 

chłosty więźniom, którzy dopuścili się sabotażu w zakładach zbrojeniowych. 

Proszę,  aby  na  przyszłość  w  wypadkach  udowodnionego  sabotażu  stwierdzonego 

przez  kierownictwo  zakładu  stawiać  wnioski  o  wymierzeni  kary  śmierci  przez  powie-

szenie.  Wyrok  powinien  być  wykonany  w  obecności  wszystkich  więźniów  odnośnego 

komanda  roboczego.  Podany  przy  tym  do  wiadomości  powód  egzekucji  stanie  się 

ś

rodkiem odstraszającym. 

- Naiwni są ci z Berlina - powiedział obersturmbannführer do Sawatzky'ego i ob-

ersturmbannführera  Helmutha  Bischoffa,  szefa  miejscowej  komórki  Służby  Bezpie-

czeństwa i Policji Bezpieczeństwa, podając im pismo. - My wieszamy od początku. I 

wcale nie prosimy WVHA o pozwolenie. 

To była  prawda.  Egzekucje  mnożyły  się.  W  końcu  marca  powieszono  na  szubie-

nicy  trzech  więźniów  podejrzanych  o  sabotaż:  Polaka,  Czecha  i  Rosjanina.  Na  plac 

background image

apelowy spędzono wtedy kilkanaście tysięcy aresztantów. Byli akurat po kąpieli i stali 

nago na przejmującym zimnie. 

Skazańcy  mieli  skrępowane  z  tyłu  ręce.  Udział  w  egzekucji  wziął  cały  sztab  kie-

rowniczy:  lagerführer  Möser,  rapportführerzy,  lekarz  SS  i  liczne  grono  oficerów  i 

podoficerów.  Po  pewnym  czasie  ukazał  się  komendant  Förschner.  Obersturmführer 

Möser wygłosił „okolicznościowe” przemówienie. 

- Przypatrzcie się dobrze tym trzem bandytom, bo ich los może być jutro waszym 

udziałem!  Sabotaż,  sabotować  -  oto  co  wam  w  głowach  siedzi!  Pamiętajcie,  że 

stryczków  starczy  nam  nawet  na  miliony  takich  łajdaków  jak  wy!  Radzę  wam  po 

dobremu i ku przestrodze na przyszłość: nauczcie się w końcu uczciwie pracować jak 

na więźniów ochronnych przystało i nie ważcie się nawet myśleć o takim czy innym 

sabotowaniu  naszej  produkcji!  Na  wykrycie  waszych  świństw  znajdziemy  zawsze 

sposób!  Wasze  niepoczytalne  głupstwa  nikomu  na  sucho  nie  ujdą!  Jeżeli  wam  się 

wzorowa praca dla Trzeciej Rzeszy nie podoba, to wystąpcie z szeregów nawet i teraz 

- i powiedzcie mi o tym dobrowolnie! Każdego wysłucham i zrobię z nim jak przepisy 

nakazują: krótki proces! Czy zrozumieliście wszystko, co wam powiedziałem?! 

Odpowiedziało mu głuche milczenie. Nagle przemówił spod szubienicy Rosjanin. 

Głos miał donośny. 

- Przyjaciele, zostawiłem w domu troje dzieci, ale swoich czynów nie żałuję! Cho-

ciaż  umrę,  cieszy  mnie,  że  hitlerowcy  popamiętają  moją  robotę.  Niech  żyje  solidar-

ność! Żegnajcie i pomścijcie naszą śmierć. Rzucili się na więźnia SS-mani i zaczęli go 

katować: bili bykowcami, kopali. Förschner tratował go butami. Zmasakrowaną ofiarę 

powleczono na szubienicę. Nagle rozległ się głos drugiego ze skazańców, Polaka: 

- Polacy! Pomścijcie nasze krzywdy! Nigdy  nie zapomnijcie zbrodni tych potwo-

rów! Pierwszego powieście za nogi tego parszywego  wieprza - komendanta! Niszcz-

cie i sabotujcie wszystko, co hitlerowskie! Uderzony pięścią w usta zamilkł. Tłumacz, 

ociągając  się,  podawał  obersturbannführerowi  każde  słowo.  Ten  bluznął  potokiem 

wyzwisk. 

- Wy świnie, wy bydło przeklęte, wy łobuzy, bandyci, woły śmierdzące! - wrzesz-

czał  nie  panując  nad  sobą  „pierwszy  po  Bogu”.  -  Ja  was...  Nagle  zamilkł  jak  rażony 

background image

piorunem.  Dojrzał  coś,  co  go  wprawiło  w  osłupienie.  Stojący  z  pętlą  na  szyi  Polak 

przedrzeźniał go i parodiował jego słowa: 

-  SS-świnie,  SS-woły,  SS-rabusie,  SS-bandyci,  kaputt,  kaputt!  -  wykrzykiwał  na-

ś

ladując dyszkant Förschnera. Ten nie wytrzymał nerwowo. Podskoczył do więźnia i 

zaczął go bić po twarzy. Wtem odskoczył jak oparzony. Polak plunął mu w twarz. 

W  czworoboku  zmarzniętych,  nagich  więźniów  odezwał  się  śmiech.  Sztabowcy 

zbaranieli  podobnie  jak  ich  szef.  Ten  machinalnie  wyciągnął  z  kieszeni  chusteczkę  i 

otarł twarz. Kiedy oprzytomniał, nadęte policzki pokryły mu się purpurą. Nie patrząc 

na nikogo opuścił plac w towarzystwie Mösera. 

Trzej  więźniowie  zawiśli  na  szubienicy.  „Widzów”  także  spotkała  kara  za  ów 

ś

miech.  Każdy  musiał  przejść  szpalerem  utworzonym  przez  „trupie  główki”  trzyma-

jące  bykowce  w  dłoniach...  Nie  wszystkim  udało  się  przeżyć  koszmarny  apel,  wielu 

leczyło potem rany w szpitalu.

 

PLAN BUNTU 

Organizacja  sabotażowa  więźniów  „Dory”  stanowiła  równocześnie  międzynaro-

dową grupą bojową. Wkrótce po wylądowaniu wojsk alianckich w Normandii kerow-

nictwo podziemia przystąpiło do opracowania zbrojnego planu wydostania się z obozu 

na  wolność.  Sporządzenie  pierwszego  wariantu  planu  zlecono  dowództwu  grupy  ra-

dzieckiej. Po licznych dyskusjach i wielu przeróbkach przedstawiał się on następują-

co. 

W  południowo-wschodniej  części  obozu,  na  obszarze  zajmowanym  przez  SS, 

znajdował się barak nr 55, w którym mieściła się zbrojownia. Jedno z komand, trud-

niące  się  rozwożeniem  kotłów  z  ranną  kawą  i  zupą  obiadową  dla  posterunków 

SS-manów, w drodze do tuneli mijało za każdym razem ów barak. Posterunki pełniące 

                                                           

 Przytoczono za umieszczoną w książę A. Cabały relację więźnia „Dory” Mieczysława Wyrwicza.

 

background image

służby  przy  zbrojowni  były  przyzwyczajone  do  widoku  tej  kolumny  więźniów  i  nie 

zwracały na nią uwagi. 

Ten właśnie fakt postanowiono wykorzystać. Na ciche polecenie sztabu organiza-

cji wymieniono częściowo skład owego rozwożącego jedzenie komanda i w ten spo-

sób wszyscy jego członkowie rekrutowali się spośród radzieckich jeńców wojennych, 

członków  organizacji.  Otrzymali  oni  polecenie  dokładnego  rozpoznania  liczby  żoł-

nierzy strzegących zbrojowni i ich wyposażenia w broń, a także ustalenia dokładnego 

czasu zmiany warty oraz sił spotykanych po drodze posterunków SS. 

Na  dzień  wybuchu  powstania  wybrano  jeszcze  dość  odległy  termin  -  24  grudnia, 

wigilię Bożego Narodzenia. Rozwoziciele rannej kawy mieli zaatakować niczego nie 

spodziewające się posterunki przy zbrojowni i unieszkodliwić je możliwie bez użycia 

broni  palnej,  aby  w  ten  sposób  wykluczyć  zaalarmowanie  innych  SS-manów.  Potem 

grupa  miała  zawładnąć  znajdującą  się  w  cekhauzie  bronią  i  uzbroić  nią  następny, 

wyznaczony w tym celu oddział organizacji. Plan przewidywał też zdobycie niemiec-

kich  mundurów, przebranie się  w nie i zlikwidowanie kolejno strażników  na  wszyst-

kich  wieżach  okalających  obóz.  Następnie  zamierzano  rozbroić  wszystkich  pozosta-

łych SS-manów. 

Plan  ten  nazwano  „Planem  Południowy  Wschód”  (Süd-Ost).  Opracowanie  szcze-

gółów  akcji  kierownictwo  nad  jej  wykonaniem  powierzono  kapitanowi  Simeonowi 

Grince. 

Grupa  uderzeniowa  miała  składać  się  z  więźniów  rozwożących  kawę  i  kilku  in-

nych  oddziałów  -  nazywano  tę  jednostkę  operacyjną  „grupą  piechoty”.  Utworzono 

poza tym „oddział pionierski”, „oddział łączności”, a także sanitariuszy i zaopatrzenia. 

Uzbrojenie „piechoty” miało w pierwszej fazie składać się z noży, sztyletów i topor-

ków. Oddziały „pionierów” wyposażono w izolowane nożyce do przecinania drutów. 

W celu „unieszkodliwienia” otaczających obóz drutów kolczastych, naładowanych 

prądem elektrycznym, postanowiono spowodować krótkie spięcie przez ścięcie i zwa-

lenie  na  ogrodzenie  ośmiu  rosnących  tuż  przy  nim  drzew.  Następnie  zamierzano  po-

szerzyć przejścia między drutami, przecinając je nożycami. 

Zaopatrzenie oddziałów sanitarnych w potrzebny ekwipunek powierzono Čespivie. 

background image

Jan  Chaloupka  zaczął  montować  radiostację  nadawczo-odbiorczą.  Po  zbudowaniu 

ukrył  ją  w  sterylizatorze  w  bloku  39,  gdzie  leżeli  więźniowie  cierpiący  na  choroby 

zakaźne. 

Po  opanowaniu  obozu  i  uzbrojeniu  oddziałów  organizacji  miał  nastąpić  wymarsz 

wszystkich  więźniów  w  kierunku  Buchenwaldu,  odległego  od  „Dory”  o  80  km  na 

południowy wschód. Połączone siły więźniarskie obu „kacetów” wyruszyłyby w kie-

runku  Czechosłowacji, a po przedarciu się przez łańcuch Gór Rudawskich  miały do-

trzeć do rejonu Karlovych Varów, gdzie działała partyzantka radziecka. 

Plan Süd-Ost opierał się na założeniu, że do 24 grudnia wojska alianckie zbliżą się 

do kompleksu obozowego Mittelbau-„Dora”,  w pobliże łańcucha gór Harcu.  Uważa-

no,  że  pół  roku  wystarczy  armiom  Eisenhowera  i  Montgomery'ego  na  zepchnięcie 

Niemców w okolice Turyngii. 

Niestety, jak się to  miało okazać,  więźniowie przeliczyli się  w swoich  niecierpli-

wych, choć teoretycznie uzasadnionych rachubach. 

ODMAWIAM WYKONANIA ROZKAZU! 

Pewnego  dnia  uciekło  dwóch  Rosjan  i  jeden  Polak.  Syreny  ryczały  alarmująco, 

cały obóz trzymano do północy na placu apelowym. Na drugi dzień wśród SS-manów 

zapanowała wielka radość: złapano uciekinierów. Jeden z nich obchodził ulice bijąc w 

zawieszony  na  szyi  bęben,  za  nim  dwaj  pozostali.  Mieli  oni  na  plecach  tablice,  na 

których można było przeczytać: „Z radością wracam do Was!” 

Potem  zbiegów  wzięto  do  bunkra.  Z  tego  miejsca  w  „Dorze”  nikt  nie  wracał  do 

swego baraku. 

Nie  odstraszyło  to  innych  od  szukania  szczęścia  w  ucieczce.  I  znowu  schwytano 

trzech  więźniów  radzieckich:  dwóch  żołnierzy  i  partyzanta.  Zapadł  wyrok:  śmierć 

przez  powieszenie.  Egzekucja  miała  się  odbyć  w  obecności  wszystkich  więźniów  i 

być dla nich postrachem. Zgromadzono wszystkie komanda, na placu apelowym stała 

background image

już gotowa szubienica z trzema zwisającymi pętlami. 

Komendant obozu był pod wrażeniem pisma otrzymanego od Himmlera, w którym 

reichsführer  nakazywał,  aby  wieszania  skazanych  na  śmierć  dokonywali  współwięź-

niowie. 

Rzeczą komendanta jest, aby wykluczyć możliwość odmowy wykonania polecenia 

Förschner  powtarzał  w  duchu  dalszy  fragment  listu  oberszefa.  -  Za  przeprowadzenie 

powieszenia więzień ochronny otrzymuje 3 papierosy... 

Himmler  wprawdzie  nie  precyzował,  jakiego  rodzaju  więźniów  należy  zobowią-

zywać  do  dokonania  egzekucji,  ale  w  głowie  obersturmbannführera  wylągł  się  per-

fidny plan... 

Zwrócił  się  do  starszego  obozu,  Georga  Thomasa,  i  polecił  mu  powieszenie  ska-

zańców. Lagerälteste stanął na baczność i odparł: 

- Panie komendancie, ja jestem politycznym więźniem, a nie katem. 

- Więzień wykona rozkaz, czy odmawia?! - ryknął zdenerwowany SS-man. 

- Odmawiam wykonania rozkazu! 

-  Zdajecie  sobie  sprawę  ze  skutków  niewykonania  rozkazu?  -  głos  „trupiej  cza-

szki” nabrał akcentów niedwuznacznej groźby. 

- Bardzo dokładnie, panie komendancie. 

Podbiegł  Möser,  uderzył  Thomasa  kilka  razy  szpicrutą  w  twarz,  a  obe-

rsturmbannführer  zerwał  mu  opaskę  funkcyjnego  z  napisem  „LA  1”.  Po  chwili  z 

identycznie  brzmiącym  rozkazem  zwrócił  się  do  zastępcy  Thomasa,  starszego  obozu 

nr 2. 

Rolę tę pełnił w „Dorze” Ludwik Szymczak, Polak z włączonej do Rzeszy części 

Górnego Śląska i z tego tytułu noszący trójkąt politycznego więźnia - reichsdeutscha. 

Był  on  bliskim  współtowarzyszem  Kuntza  i  spełniał  w  organizacji  fukcję  łącznika 

między kierowniczym sztabem podziemnym a polskimi grupami sabotażowymi. 

- Odmawiam wykonania rozkazu! - powiedział donośnym głosem. Na placu nastą-

piło ogromne poruszenie. Stało wtedy 14 tysięcy więźniów. Widzieli rozgrywającą się 

na  oczach  wszystkich  scenę  i  słyszeli  każde  słowo.  Nagle  powstał  szmer  oburzenia. 

To więzień kryminalny Willi Zwiener zgłosił swoją gotowość powieszenia więźniów. 

background image

Na ochotnika. Thomas i Szymczak zostali dotkliwie pobici przez SS-manów. Ponadto 

każdy z nich dostał natychmiast na placu po 25 kijów. Odprowadzono ich do bunkra. 

W  „Dorze”  nigdy  już  więcej  nie  zaproponowano  więźniowi  politycznemu,  aby 

powiesił swego kolegę. Używano do tego celu wyłącznie przestępców. 

W POBLIŻU WYRZUTNI RAKIET 

Ośrodek  Doświadczalny  Wehrmachtu  w  Peenemünde,  pomimo  częściowego 

zbombardowania  latem  1943 r.,  funkcjonował  nadal.  Opracowywano  tutaj  dokumen-

tację  techniczną  różnych  rodzajów  nowoczesnej  broni,  w  tym  nowych,  ulepszonych 

typów  rakiet  V-2.  Wypróbowywano  w  bazie  na  wyspie  Uznam  prototypy  „Wunder-

waffe”,  przekazując  je  następnie  do  produkcji  --  montażu  w  tunelach  obozu  Mittel-

bau-„Dora”. 

Do  robót  prostych,  pomocniczych,  używano  tutaj  więźniów  obozów  koncentra-

cyjnych. W tym celu założono komenderówkę KL Ravensbrück - jego męskiej części. 

Włodzimierzowi Kulińskiemu, więźniowi politycznemu Karlshagen - Peenemünd-

e, żywiej zabiło serce. Jego brygadę odkomenderowano do „Prüfstand 7” - kontrolne-

go  stanowiska  startowego  dla  broni  V-2.  Polecono  im  wynosić  worki  cementu  z  bu-

dynku  zagrożonego  zawaleniem  się,.  Był  to  ślad  po  alianckiej  bombie,  zrzuconej 

podczas operacji „Hydra”. 

Z  odległości  kilkunastu  metrów  młody  Polak  mógł  obserwować  wyrzutnię.  Oto-

czona  z  trzech  stron  wałem  ziemnym  znajdowała  się  w  centralnym  punkcie.  Całość 

nasuwała porównanie z amfiteatrem. Ów budynek z cementem zamykał  koło o śred-

nicy co najmniej 70 metrów.  Po obu stronach nadwerężonej piętrowej budowli,  mię-

dzy jej bocznymi ścianami a usypiskiem ziemi, widniały wjazd i wyjazd na wyrzutnię. 

W  środku  tego  zamkniętego  obszaru  ustawione  było  coś  w  rodzaju  podium  w 

kształcie ogromnego stołu z czterema daleko wysuniętymi „blatami”. Na nim sterczała 

background image

pionowo  rakieta.  Na  ruchomych  rusztowaniach  uwijali  się  cywilni  niemieccy  inży-

nierowie i technicy. Wchodzili tam po drewnianych schodkach. 

Kuliński  wiedział  już  skądinąd,  że  egzemplarze  broni  V-2  dowożono  w  pobliże 

wyrzutni  na  wagonach, a na samą  wyrzutnię dostarczał je ogromny  samochód cięża-

rowy. Na stanowisku rakietę ustawiono za pomocą dźwigu. 

Tego słonecznego sierpniowego dnia 1944 roku skierowane prosto w niebo, goto-

we do wystrzelenia „cygaro” budziło żywe zainteresowanie nie tylko więźniów, ale i 

dozorujących  ich  dwóch  żołnierzy  Wehrmachtu.  Ci  ostatni  wdali  się  w  rozmowę  z 

obsługą wyrzutni, rozpytując o dokładny czas startu rakiety. Widać było, że się boją, 

niepewni, czy zdążą przed odpaleniem skryć się w bezpieczne miejsce. 

Nagłe pocisk zaczął wydawać długie sygnały - gwizdy. 

- Przerwać pracę! Uciekać w stronę lasu! - rozległa się ostra komenda. Ruszyli ku 

pobliskiej linii drzew. Gwizdy wydobywające się z rakiety stawały się coraz częstsze i 

coraz krótsze, aż urwały się i nastała cisza. Wachmani, specjaliści cywilni i więźnio-

wie oczekiwali momentu startu. Kuliński natężał wzrok aż do łez, nie chcąc uronić nic 

z  tej  niezwykłej,  wprost  fantastycznej  sceny.  Opowiem  to  „Paulowi”  ze  szczegółami 

przyrzekł  sobie  w  duchu.  „Paul”  był  to  zakonspirowany  oficer  radziecki,  prawdopo-

dobnie pracownik wywiadu, zbierający w Peenemünde wszelkie dostępne informacje 

dotyczące „Vergeltungswaffe”. Pracowali z Włodzimierzem w tym samym komando, 

tyle że w różnych brygadach. Od Rosjanina dowiedział się nasz konspirator, że rakiety 

produkują  więźniowie  w  podziemiach  jakiegoś  obozu  koncentracyjnego.  Polak  był 

przedtem  w  Buchenwaldzie.  Wyjechał  stamtąd  transportem  w  1942  r.  „Dora”  wtedy 

jeszcze nie istniała. 

Tymczasem  start  V-2  przeciągał  się.  Mijały  minuty.  Tuż  obok  wyrzutni  pojawiły 

się sylwetki wojskowych. Po chwili dotarło do skupionych na brzegu lasu hasło: 

- Stan zagrożenia odwołany. Wracać do pracy! 

Worki  cementu  na  więźniarskich  plecach  znowu  wędrowały  na  nowe  miejsce 

składowania.  Nagle  rakieta  ponownie  zaczęła  wydawać  krótkie  i  częste  sygnały.  W 

niebo wzbił się wrzask: 

- Uciekać do lasu! Prędzej! 

background image

Znowu  popędzili  wszyscy.  Wachmani,  którzy  zazwyczaj  kroczyli  za  więźniami, 

teraz wysforowali się przed nich, parli do przodu, na wyścigi. Pomieszanie z popląta-

niem  -  myślał  z  wisielczym  humorem  Kuliński.  -  Gdyby  tak  ktoś  to  sfotografował, 

mógłby  pomyśleć,  że  grupa  wynędzniałych  więźniów  goni  uciekających  przed  nimi 

uzbrojonych żołnierzy niemieckich i cywilnych inżynierów. 

Szum, potworny gwizd. Polak odruchowo obejrzał się. Pocisk powoli uniósł się do 

góry,  ale  nie  poszybował  w  przestworza.  Rakieta  skierowała  się  w  stronę  lasu,  do 

którego zdążał tłum. 

- Hilfe! Na pomoc! - zaczął wrzeszczeć któryś z uciekających Niemców. 

Biegnący  tuż  przed Włodzimierzem  strażnik  w  pewnej  chwili  zaczepił  lufą  Mau-

sera  o  gałąź.  Zerwało  mu  pas  karabinowy,  broń  upadła  na  ziemię,  ale  jej  właściciel 

pędził dalej, nie zważając na nic. Bał się panicznie, że zaleje go płonące paliwo. Po-

dobny wypadek zdarzył się przed kilku dniami. Kuliński podniósł broń, krew uderzyła 

mu  do  głowy.  Strzelić  do  tego  hitlerowca...  potem  do  drugiego...  uciec...  Wzdrygnął 

się, oprzytomniał. Pobiegł za podoficerem i wepchnął mu karabin do ręki. 

Rakieta,  po  kolejnym  wahnięciu  w  powietrzu,  runęła  nagle  w  morze  tuż  przy 

brzegu, podnosząc w górę gejzery wody i piasku. Próba nie powiodła się. Cementu już 

nie przenoszono. Strop nad wejściem do budynku zawalił się i gruz przysypał worki. 

JESZCZE JEDEN POLIGON DOŚWIADCZALNY 

Stosunkowo największe nasilenie produkcji rakiet i prób ich sprawności przypadło 

na okres czerwiec - wrzesień 1944 roku. 

Drugim  obok  Peenemünde  niezmiernie  ważnym  ośrodkiem  wypróbowania  poje-

dynczych  egzemplarzy  różnych  odmian  konstrukcyjnych  i  serii  broni  V  był  punkt  z 

wyrzutnią  w  miejscowości  Blizna-Pustków,  położonej  na  południe  od  Mielca  przy 

linii  kolejowej  Mielec-Dębica-Tarnów.  Ośrodek  ów  krył  się  pod  kryptonimem  „He-

idelager”.  Tutaj  specjaliści  dokonywali  ostatecznych  prób  gotowych  już  rakiet,  kon-

background image

trolując działanie poszczególnych mechanizmów, sterujących lotem pocisku. 

Większość odpalanych tutaj V-2 spadła i wybuchła na obszarze tzw. Pustyni Błę-

dowskiej. 

Latem  1944  roku  nieraz  zdarzało  się,  że  mieszkańcy  tej  czy  innej  wsi  lub  mia-

steczka  odkrywali  ogromne  doły  -  ślady  wybuchów  V-2,  ale  Niemcy  kazali  je  zasy-

pywać.  Były  one  około  20-metrowej  średnicy  i  miały  ponad  10  metrów  głębokości. 

Niektórzy z mieszkańców tamtych okolic wspominają, że nawet w stosunkowo odle-

głych  od  miejsca  eksplozji  domkach  wylatywały  szyby  z  okien.  Niejednokrotnie  za-

palały się pobliskie zabudowania, były też straty w ludziach. 

SS-mani,  żandarmi  i  lotnicy  za  każdym  razem  szukali  w  lejach  najdrobniejszych 

nawet odłamków, przepatrywali też skrupulatnie  miejsca  w pobliżu detonacji. Znale-

zione części zabierali ze sobą. 

Wszystkie  próbne  odpalenia  tej  broni  na  wyrzutni  Blizna  były  „ściśle  tajne”.  W 

dokumentacji  hitlerowskiej  o  egzemplarzach  V-2,  które  wybuchły,  mówiono  jako  o 

spadłych balonach. tzw. flarach czy też samolotach nieprzyjacielskich, rzekomo strą-

conych przez niemiecką artylerię przeciwlotniczą. 

Nieraz  jednak,  zanim  na  miejsce  wybuchu  przybyli  Niemcy,  mieszkańcy  mieli 

okazję spenetrować wnętrze lejów. Znajdowano tam zniszczoną aparaturę precyzyjną, 

kable lub rury o średnicy 7 cm i dziesięciokronie większej długości, wewnątrz której 

znajdowały się zwoje przewodów elektrycznych i opornik. Wokół leżały aluminiowe 

odłamki. 

Jedna  z  wystrzelonych  na  poligonie  Blizna  rakiet-niewypałów  dostała  się  w  ręce 

wywiadu Armii Krajowej i została dostarczona specjalnym samolotem do Londynu. 

ODWET - ALE WIĘŹNIÓW... 

Rankiem 6 września 1944 roku bateria 444 jednostki wyrzutni rakiet Maxa Wach-

tela odpaliła pierwszy pocisk bojowy V-2. Miał on spaść na Paryż. Rakieta uniosła się 

background image

nad wyrzutnią i opadła bezsilnie z porozbijanymi „wnętrznościami”. W godzinę póź-

niej wystrzelono z takim samym skutkiem drugi egzemplarz. 

W dwa dni później grupa „Pólnoc” LXV korpusu armijnego do zadań specjalnych 

(Generalkommmando  LXV  Armee  –  Korps  zur  besonderen  Verwendung  pod  do-

wództwem  generała  artylerii  Ericha  Heinemanna)  -  utworzonego  z  przekształconej 

dywizji 191 - rozpoczęła ostrzeliwanie Anglii ze stanowisk w Holandii. 

Początkowo  rakiety  zawodziły.  Jedne  opadały  tuż  po  starcie,  inne  wkrótce  po 

opuszczeniu wyrzutni. W ciągu 10 dni wystrzelono zaledwie 35 pocisków, z których 

do  Anglii  doleciało  27.  Cóż, kiedy  11  z  nich  poszybowało  daleko  od  wyznaczonych 

celów,  a  zaledwie  16  padło  na  Londyn.  Jedną  z  najpoważniejszych  przyczyn  tych 

niepowodzeń był nieodpowiedni, niedostatecznie wypracowany system sterowania. 

W ciągu następnych dziesięciu dni historia powtarzała się. Z wystrzelonych 44 ra-

kiet  do  brzegów  Anglii  dotarło  37,  ale  ani  jedna  nie  spadła  na  stolicę.  Wybuchły  w 

innych miejscach. 

Każdy pocisk lub rakieta, która dotarła do Anglii, z reguły powodowała śmiertelne 

wypadki.  W  gazetach  ukazywały  się  nekrologi  z  nazwiskami  zabitych  i  nazwami 

miejscowości, w których ofiary mieszkały. Samego wybuchu rakiety nie można było 

ukryć przed agentami niemieckimi, więc Anglicy, podając fałszywe dane co do rejo-

nów, na które spadły pociski, zmierzali do tego, by hitlerowcy kierowali swą broń na 

tereny nie zamieszkane. 

Po wyprodukowaniu pięćsetnej sztuki V-2 w „Dorze” odbyła się hucznie celebro-

wana uroczystość. Na kadłubie owej rakiety wymalowano ogromną liczbę pięćset oraz 

karykaturę Churchilla. Były buńczuczne przemówienia, lały się wyborne trunki. 

W  dwa  tygodnie  później  przyszedł  minorowy  meldunek:  owa  pięćsetna  V-2  oka-

zała się niewypałem. W raporcie sugerowano, że stało to się na skutek sabotażu. Wró-

cił  „jubileuszowy”  egzemplarz  „broni  odwetowej”  do  poprawki.  Więźniom  na  jej 

widok śmiały się oczy. 

Do marca 1945 r., kiedy to została wystrzelona ostatnia rakieta, na Wielką Bryta-

nię spadło 537 sztuk V2, z czego na Londyn - 517. Według źródeł zachodnioniemiec-

background image

kich  hitlerowcy  skierowali  na  Wyspy  Brytyjskie  1403  rakiety  V-2;  do  celu  dotarły 

1054 sztuki. 439 egzemplarzy w ogóle nie przeleciało kanału La Manche, 61 - trafiło 

w morze, a reszta opadła zaraz po odpaleniu. Jedną z istotnych przyczyn dużego „od-

padu” rakiet było niedocenianie przez Niemców warunków meteorologicznych. 

Straty po stronie brytyjskiej były znaczne. Od broni V-1 V-2 zginęło 8938 osób, 

rannych  było  25  504.  Szkody  materialne  były  ogromne:  około  280  000  całkowicie 

zburzonych i 1 000 000 budynków uszkodzonych. 

12 października 1944 r. Tego dnia Hitler wydał rozkaz, aby V-2 V-1 skierowano 

także  na belgijskie  miasto  Antwerpia. Spadło tam 1265 rakiet.

 Ponadto  wystrzelono 

7400 sztuk V-1 na Francję i 800 na Holandię. W Europie zachodniej od broni zgi-

nęło 6448 osób, rannych było 32 524. Żadnych celów wojskowych Niemcy nie osią-

gnęli. Broń V nie uratowała Trzeciej Rzeszy. 

Musimy postawić do dyspozycji korpusu Vergeltungswaffe co najmniej dziewięć-

set rakiet miesięcznie! - żądał wódz „wielkich Niemiec”. Speer, Kammler, von Braun 

i Sawatzky ustalili: całkowity plan produkcji wyniesie 13 500 sztuk V-2

Rzeczywistość  przekreśliła  te  zamiary.  Produkcja  wyniosła  7100  sztuk,  czyli  za-

ledwie  53  procent  planu,  przy  czym  w  wielu  egzemplarzach  tej  broni  stwierdzono 

mniejsze lub większe usterki. 

Jak gdyby wiedziony przeczuciem, że wkrótce spotka go coś złego, Albert Kuntz 

często pisał teraz listy do swoich bliskich - żony przebywającej w więzieniu i do dzie-

ci we Frankfurcie n. Menem. 

W jednym z ostatnich tak pisał: 

...Wiele zmieni się po tej wojnie, mnóstwo ludzi nie odnajdzie się w miastach i na 

wsi, miejsca domów zajmą ruiny i gruzy. Przecież najważniejsze jest to, że my zwycię-

ż

ymy i zaczniemy od nowa budować, spoglądając w przyszłość z weselem w sercach. 

Optymistycznie przebijemy się w jutro i na ruinach zakwitnie nowe życie. Jest wymo-

giem  czasu,  że  nastąpi  wielka  ofensywa  tego  co  nowe,  nowych  wartości  ludzkich  i 

                                                           

 Według źródeł zachodnioniemieckich wystrzelono na Belgię 8660 sztuk „cudownej broni” (1675 rakiet V-2 i 6985 sztuk 

V-1).

 

background image

spolecznych. Stare zniknie, a nowe zakwitnie pokonując wszelkie trudności, zdobędzie 

powszechne uznanie i wcieli się w konkretne życie. 

Dzisiejszą  epokę  trzeba  przeżywać  z  pełną  świadomością.  Silni,  świadomi  ludzie 

będą  tworzyć  nowe  oblicze  rzeczywistości,  by  (...)  żyć  w  niej.  W  pełni  odważnymi  i 

ś

miałymi są pionierzy nowych czasów... 

Sam  należał  do  takich.  Ale  przeznaczone  mu  było  żyć  i  umrzeć  w  tragicznych 

okolicznościach. 

NIESPODZIEWANY CIOS 

Dość wcześnie hitlerowska Służba Bezpieczeństwa zaczęła inwigilować więźniów 

„Dory”,  chcąc  przeciwdziałać  tworzeniu  się  jakichkolwiek  organizacji  i  sabotażowi. 

Zastosowany  został  w  tym  obozie  specjalny  system  szpiclowski,  przeniesiony  potem 

do  innych  „kacetów”.  Już  28  stycznia  1944  r.  dyrekcja  „Mittelwerke”  wydała  tajne 

zarządzenie o zwalczaniu sabotażu. Oto jego fragment: 

Zostało  stwierdzone  ponad  wszelką  wątpliwość,  że  powtarzają  się  akty  przeszka-

dzania w produkcji broni V, niszczenia i kradzieży sprzętu, przez co naszym zakładom 

wyrządza się wiele szkód. 

W dalszym ciągu instrukcja stwierdzała, że mimo ścisłej kontroli zaistniało wiele 

niewypałów  zarówno  przy  strzelaniach  próbnych,  jak  i  ostrych.  W  związku  z  tym 

polecono wszystkim pracownikom cywilnym, aby uważnie patrzyli na ręce więźniom. 

Hitlerowska  Służba  Bezpieczeństwa  i  gestapo  poszły  dalej  -  podjęły  próbę  utwo-

rzenia siatki swoich konfidentów wśród samych więźniów, szczególnie kryminalnych. 

Pewnego  razu  w  tej  właśnie  sprawie  zjawił  się  w  „Dorze”  osobiście  szef  RSHA, 

Kaltenbrunner,  w  asyście  Kammlera.  Kiedy  zeszli  do  tunelu,  szła  przed  nimi  szpica 

SS-manów, bijąc i tratując butami więźniów znajdujących się na trasie inspekcji. 

Międzynarodowy Komitet Ruchu Oporu, aby przeciwdziałać akcjom hitlerowców, 

ze  swej  strony  zaprowadził  w  „Dorze”  skuteczny  system  ochrony  więźniów  przed 

background image

szpiclami  i  denuncjatorami.  Więźniarski  „kontrwywiad”  opierał  się  na  zasadzie  bez-

wględnego  przestrzegania  wymogów  konspiracji.  „Ostrożność  posunięto,  tak  daleko, 

ż

e  obserwowano  każdego  świeżo  przybyłego  do  obozu  „zuganga”.  Szczególnie  byli 

inwigilowani  ci,  którym  kierownictwo  obozowej  SS  powierzało  rozmaite  funkcje. 

Udało się ustalić, że kilku z przybyszów nigdy nie było więźniami w żadnym „kace-

cie”. Zdemaskowani - nasłani szpicle nie byli już groźni. 

Jednym z ważnych organów służących bezpieczeństwu wspólnoty obozowej były 

powołane  przez  sztab  podziemny  sądy  więźniarskie.  Wychwytywały  one  z  przycho-

dzących transportów groźnych bandytów i likwidowały ich, zanim zdążyli zapuścić w 

„Dorze”  korzenie  i  zasłużyć  się  SS  i  gestapo.  Wtedy  staliby  się  już  nietykalnymi. 

Trybunały te składały się przeważnie z członków „milicji obozowej”, na której czele 

stał Otto Runki odważny, zdeterminowany wróg Hitlera. 

We  wszystkich  wypadkach  więźniarski  kontrwywiad  „Dory”  dość  łatwo  rozszy-

frował  szpiclów  SD,  gestapo  i  SS-mańskiego  kierownictwa  obozu.  Tym  sposobem 

wiedziano lub przypuszczano, że jest agentem hitlerowskim Richard Valenta, Czech z 

Nowego  Bohumina,  aresztowany  za  działalność  polityczną  i  noszący  czerwony  win-

kiel.  Początkowo  działał  w  interesie  więźniów,  ale  dostawszy  się  do  bunkra  uległ 

terrorowi gestapo i załamany zgodził się na szpiclowanie swoich kolegów. Wiedziano 

jednak o jego roli i jeden więzień ostrzegał przed nim drugiego. 

Również innych szpiclów - a było ich kilkunastu - dobrze znali więźniowie. Cichły 

na ich widok rozmowy. Organizacja rozpracowała niemal wszystkich. 

Z wyjątkiem jednego... 

W oznaczonym numerem 38 baraku więźniów radzieckich blokowym był więzień 

z  oznaką  więźnia  politycznego.  Twierdził,  że  jest  pół-Włochem,  pół-Francuzem,  i 

nazywa  się  Grozzo.  Mówił  po  włosku,  francusku  i  słabo  po  niemiecku.  Rosjanie, 

przekonani, że nic nie rozumie, w jego obecności rozmawiali dość swobodnie. 

Aż zdarzyło się coś, co wstrząsnęło całym obozem, budząc sensację i grozę. Było 

to dokładnie w miesiąc po tym, jak „Dora”, dotychczas podobóz Buchenwaldu, zosta-

ła usamodzielniona i podniesiona do rangi nowego obozu koncentracyjnego o nazwie 

background image

Mittelbau-„Dora”. 

1 listopada 1944 r., przy wydawaniu jedzenia na bloku 38, wynikła sprzeczka blo-

kowego z więźniami, która przerodziła się w bójkę. Grozzo, poturbowany i wściekły, 

zaczął nagle kląć po rosyjsku, używając wyrażeń, które mogły być znane tylko rodo-

witemu Rosjaninowi. 

Bijący  go  więźniowie  stanęli  jak  wryci.  Tkwili  w  bezruchu,  zdumieni.  „Włoch” 

oprzytomniał  pierwszy  i  w  lot  pojął  sytuację.  Wykorzystując  moment  zaskoczenia 

wyskoczył  przez  okno  i  puścił  się  biegiem  w  kierunku  bramy.  Kilku  jeńców  rzuciło 

się za nim w pogoń. Niestety, za późno. Blokowy schronił się w biurze rapportführera. 

Nie wrócił już na blok. Jak się później okazało, był on rodowitym Rosjaninem, „bia-

łym”  emigrantem  o  nazwisku  Grozow,  obywatelem  niemieckim,  aresztowanym  za 

przestępstwa kryminalne. 

Zaalarmowany przez Jełowoja Albert Kuntz zarządził natychmiastowe przerwanie 

wszelkich organizacyjnych kontaktów. 

Nie zdało się to jednak na nic. Grozzo wiedział zbyt dużo. Aresztowania spadły na 

obóz jak grom. Już pierwszej nocy wtrącono do bunkra Čespivę i pewnego Francuza. 

Czeskiego  lekarza  -  konspiratora  aresztował  osobiście  oberscharführer  Sander  z  ko-

mórki SD i SP w Niedersachswerfen. Więźnia umieszczono w celi nr 8, skąd słyszał 

krzyki dobywające się podczas nocnych przesłuchań. Za  ścianą siedzieli aresztowani 

tej  samej  strasznej  nocy  oficerowie  francuscy  w  liczbie  dwudziestu  i  ówczesny  za-

stępca starszego obozu, Christian Beham. 

To był jednak dopiero początek. Grozzo sypał. 3 listopada zamknięto w celi Cha-

loupkę - tyle że zdążył wynieść z rewiru aparat radiowy i wrzucić go do rozpalonego 

pieca  w krematorium.  Za nim poszedł do bunkra inny  Czech z kierownictwa organi-

zacji.  Wkrótce  potem  gestapo  „dokopało  się”  do  sztabu  radzieckiej  grupy:  Żuraw-

skiego, Jełowoja, Saszki Rubaszki, Miszki Płaksina i kilkunastu innych. 

To był już pogrom.  Ale i na tym  się nie skończyło. Teraz kolejno szli do aresztu 

niemieccy antyfaszyści. Zaczęło się od Heinza Schneidera, kapo rewiru. 

background image

WOLNY OD STRACHU PRZED ŚMIERCIĄ... 

Rozpoczęły  się  pierwsze  przesłuchania.  Brali  w  nich  udział  gestapowcy:  obers-

charführer Sander i sekretarz kryminalny Euwe. 

Być  może  któryś  z  katowanych  nie  wytrzymał  tortur,  bo  19  listopada  zebrano  na 

placu  apelowym  wszystkich  więźniów  radzieckich.  Dwaj  sanitariusze  -  SS-rnani 

przynieśli na noszach jakiegoś häftlinga ze szczelnie obandażowaną twarzą. Przecho-

dzili wzdłuż szeregów, a chory, najpewniej storturowany więzień, wskazywał palcem 

coraz to któregoś ze współtowarzyszy. Tych zabierało natychmiast gestapo. 

Nie udało się rozszyfrować tożsamości nieszczęśnika, który „sypał”. Owinięty był 

w koce, nie odezwał się ani słowem. „Mówił” tylko jego palec, trzymający w napięciu 

kilka tysięcy zgromadzonych ludzi i decydujący o życiu i śmierci, więcej - o torturach. 

Polski  więzień  z  Krakowa,  Józef  Gabiś,  zatrudniony  w  kancelarii  obozowej  przy 

prowadzeniu  ksiąg z  wykazami  więźniów, tak relacjonuje  tę  mrożącą krew  w żyłach 

scenę: 

Którejś  niedzieli  w  listopadzie  1944  roku  wezwał  mnie  rapportführer  Knittler  do 

swojej  sztuby  i  wydal  polecenie,  abym  w  ciągu  jednej  godziny  wysortował  wszystkie 

kartoteki  więźniów  narodowości  rosyjskiej.  Było  to  wczesnym  rankiem.  Po  upływie 

wyznaczonego  czasu  dostarczyłem  mu  około  4000  kart,  a  wtedy  zarządzono  apel  na 

placu.  Kolumny  Rosjan  sformowały  się  w  godzinach  południowych.  Przez  główną 

bramę  wjechał  na  teren  lagru  wóz  sanitarny  i  stanął  tuż  koło  wartowni.  Wysiadło  z 

niego  czterech  krępych  SSmanów,  wyciągnęli  ze  środka  nosze,  na  których  leżał  wy-

dłużony kształt o długości ok. jednego metra siedemdziesięciu centymetrów, owinięty 

w prześcieradła. Tak mi się wydawało z odległości 30 metrów. Okazało się, że nie były 

to  prześcieradła,  ale  bandaże.  Jednocześnie  wszyscy  Rosjanie  zostali  ustawieni  w 

szeregach, tak że te cztery „trupie główki” mogły między nimi przechodzić swobodnie, 

przenosząc te nosze. To był żywy człowiek, niewidoczny, tylko mała szpara na oczy... 

background image

Wskazywał ręką, też zabandażowaną jakichś więźniów. Był to, jak potem mówiono w 

tajemnicy, kierownik jednej z grup sabotażowych. Wysortowano w ten sposób 180-200 

więźniów, zabrano część z nich do bunkra, resztę załadowano do ciężarówki i wywie-

ziono w niewiadomym kierunku. 

A  więc  człowiek  ten  załamał  się...  Codziennie  trwały  jakieś  akcje,  zbierano  ludzi 

(...)  Ciągnęła  się  ta  historia,  powodując  coraz  szersze  fale  aresztowań,  bunkry  były 

przeładowane,  zaczęły  się  masowe  publiczne  egzekucje,  przeważnie  pod  blokiem  20, 

gdzie mieściła się kancelaria, i w tunelach... 

Tortury, stosowana przez gestapowców, były straszliwe. Nawet pewien oberscha-

rführer z Oddziału Politycznego, obecny podczas badań prowadzonych przez Sandera, 

musiał  wyjść  z  pokoju,  gdyż  nie  mógł  znieść  widoku  masakrowanych  więźniów. 

SS-man był przez dwa lata na froncie i widział już wiele okrucieństw. 

W  tych  warunkach  mogło  się  zdarzyć,  że  jeden  lub  dwaj  konspiratorzy  załamali 

się  i  zdradzili  towarzyszy,  być  może  jeden  z  nich  podał  tylko  imiona,  nie  znając  na-

zwisk  lub  nie  pamiętając  numerów,  bo  innym  razem  kazano  ustawić  się  na  placu 

wszystkim więźniom radzieckim, noszącym imię „Iwan”. Znów powtórzyła się histo-

ria z obandażowanym  szczelnie  więźniem, który teraz  wskazał palcem kilku spośród 

zebranych Iwanów. 

I  jeszcze  raz,  trzeci  i  ostatni,  odbył  się  ten  makabryczny  apel  więźniów,  z  kolei 

noszących imię „Siergiej”. 

Z  aresztowanych  członków  grupy  sabotażowo-wojskowej  radzieckiej  mało  kto 

ocalał. 

12  grudnia  tajną  organizację  „Dory”  i  całą  społeczność  więźniarską  tego  obozu 

dosięgnął  najboleśniejszy  cios:  został  aresztowany  przywódca  podziemia  Albert 

Kuntz. W ślad za nim poszło do bunkra całe kierownictwo grupy niemieckiej i MKRO 

z  wyjątkiem  jednego  wybitnego  antyfaszysty:  Fritz  Pröll  nie  czekał,  aż  go  kaci  za-

wloką  do  bunkra.  22  grudnia  popełnił  samobójstwo,  wstrzykując  sobie  śmiertelną 

dawkę trucizny. 

Przed śmiercią zostawił list do rodziny. 

background image

Moi kochani! 

W najcięższej dla mnie chwili przyjmijcie moje braterskie pozdrowienie. Spokojny 

i  zadowolony  z  siebie,  wolny  od  strachu  przed  śmiercią,  zdecydowałem  się  umrzeć. 

Moje ostatnie życzenie: pielęgnujcie grób mojej niezapomnianej Mateczki. 

Ś

ciskam i całuję Was! Byłem wierny i odważny aż do śmierci. Bądźcie zdrowi. 

Wasz Fritz 

Tymczasem w bunkrze i w Oddziale Politycznym trwały przesłuchania. Podziemie 

„Dory”, najlepsi z najlepszych, płaciło straszliwą cenę za zniszczenie „broni odweto-

wej” führera. 

BUNT W BUNKRZE 

Wszystkie  cele  ostrego  aresztu  w  liczbie  64  były  przepełnione  nad  miarę.  Już  po 

pierwszych  badaniach  prowadzonych  przez  Sandera  i  innych  gestapowców  kapitan 

Jełowoj zorientował się, że zarówno on, jak i jego najbliżsi przyjaciele nie mają naj-

mniejszej szansy. Czekała ich śmierć. 

Przywódca Rosjan z „Dory” należał do ludzi, którzy do końca się nie poddają, po-

szukują  dróg  wyjścia  z  sytuacji,  zdawałoby  się,  beznadziejnej,  walczą  do  ostatniego 

tchu. I teraz, mimo ciężkich tortur, jakie przeszedł, myślał, co należałoby zrobić... 

Celę  nr  20  dzielił  z  wielu  Rosjanami,  Polakami  i  kilku  Francuzami.  Wiedział,  że 

ż

aden z nich nie sypnął i że mógł na nich liczyć w każdej sytuacji. 

Nagle drgnął i zwęził podpuchnięte z pobicia oczy. Posłyszał krok głównego kale-

faktora bunkra. Był nim Richard Valenta, który na zlecenie gestapo chodził po celach, 

aby wyciągnąć jakieś wiadomości od uwięzionych. 

- Powieszą nas wszystkich, te hitlerowskie sucze syny - powiedział ściszając głos 

kapitan.  -  Przyjaciele,  czy  mamy  dać  się  zaprowadzić  na  szubienicę  jak  barany  do 

rzeźni? 

Ten i ów apatycznie  wzruszył ramionami, ale niektórzy spojrzeli na przywódcę z 

background image

zainteresowaniem. W ich wzroku odczytał pytanie: a co można jeszcze zrobić? 

Rozwinął  swój  plan  punkt  po  punkcie.  W  miarę  jak  mówił,  towarzyszom  niedoli 

zaczęły błyszczeć oczy. Tonący brzytwy się chwyta, to prawda... 

Po szeptem przeprowadzonej dyskusji postanowili: ogłuszą Valentę, opuszczą celę 

i  otworzą  dwie  sąsiadujące  z  nimi.  Potem  wpadną  do  pokoju  komendanta  bunkra, 

zlikwidują SS-mana i zabiorą jego broń. Następnie przeskoczą przez mur oddzielający 

ostry  areszt  od  placu  apelowego  i  ukryją  się  w  kanale.  Dalej,  pełznąc  lub  idąc  na 

czworakach, spróbują wydostać się za obóz. Końcowy  właz, jak to dobrze wiedzieli, 

znajdował  się  kilkanaście  metrów  za  drutami  i  nie  zawsze  strażnik  z  wieży  mógł  go 

mieć na oku. 

Plan był szaleńczy, ale wiadomo, że niekiedy nawet najbardziej ryzykowne przed-

sięwzięcia się udają. Dlatego cała cela jak jeden mąż zgodziła się z kapitanem. 

Początkowo  wszystko  szło  po  myśli  więźniów.  Valenta,  otworzywszy  drzwi  celi, 

został  zdzielony  drewnianą  nogą  od  pryczy  i  stracił  przytomność.  Zabrali  mu  pęk 

kluczy,  wybiegli  na  korytarz  i  otworzyli  drzwi  dwóch  najbliższych  pomieszczeń. 

Następnie  runęli  do  służbowego  gabinetu  komendanta.  Zastali  tutaj  leżących  na  łóż-

kach  hauptsturmführerów  Grunda  i  Deckera.  Bez  wystrzału,  aby  nie  alarmować  SS, 

obezwładnili ich i rozbroili. 

I tu więźniów opuściło szczęście. Plan ich zniweczyło najzupełniej przypadkowe, 

nieobliczalne  wydarzenie...  W  pokoju  sąsiadującym  z  mieszkaniem  szefów  aresztu, 

nie wiadomo skąd i w jakim celu, znalazł się obersturmführer Dettmers, adiutant ko-

mendanta  obozu.  Usłyszawszy  hałas,  uchylił  drzwi,  a  widząc,  co  się  święci,  zaczął 

strzelać do uciekających. 

Natychmiast  przybiegło  kilku  wachmanów  z  wartowni  i  ci,  pod  groźbą  użycia 

broni, zapędzili jedenastu ze zbiegów z powrotem do celi. Pozostali zdążyli uciec na 

dziedziniec i  usiłowali sforsować  mur. Udało się to zaledwie czterem... Uciekinierzy 

schronili  się  na  terenie  obozu  gdzie  się  dało.  Nie  mieli  czasu  ani  sposobności,  aby 

pokonać odległość dzielącą ich od włazu do kanału. 

Zajście  to  miało  miejsce  w  nocy.  Rankiem  patrol  SS-manów  przy  pomocy  psów 

schwytał dwóch zbiegów. Trzeci, jak się okazało, schronił się w pobliżu drutów - tego 

background image

zastrzelono na miejscu. Czwartego znaleziono w jednym z baraków ukrytego między 

stropem  i  dachem.  Poprowadzono  go  przy  akompaniamencie  ciosów  i  kopnięć  przez 

cały obóz do bunkra i tam został zastrzelony. 

Wkrótce po wymordowaniu  uczestników  nieudanej ucieczki z bunkra zakończyła 

się  droga  życiowa  pozostałych  przywódców  organizacji  sabotażowej  „Dory”.  Naj-

wcześniej, bo 22 stycznia 1945 r., podczas przesłuchania został bestialsko zakatowany 

Albert  Kuntz.  Udział  w  masakrowaniu  przywódcy  więźniów  wzięli,  obok  Sandera, 

komisarz kryminalny Haser i hauptscharführer Kertel. Oprawcy zawinęli ciało jedne-

go  z  wybitniejszych  działaczy  KPD,  współpracownika  Ernsta  Thälmanna,  w  koc  i 

nocą,  w  tajemnicy,  zanieśli  do  krematorium  i  cisnęli  do  pieca.  Oficjalnie  umieścili 

Kuntza  na  liście  powieszonych.  Strach  przed  odpowiedzialnością  za  zwierzęce  zma-

sakrowanie na śmierć człowieka tak wybitnego i znanego jak Kuntz pchnął zbrodnia-

rzy do dalszego kamuflażu. Józef Gabiś otrzymał od rapportführera Kmittlera, dozo-

rującego  kartoteki,  polecenie  fikcyjnego  wprowadzenia  jednego  więźnia  do  stanu 

obozu z jednoczesnym fikcyjnym wyprowadzeniem jednego z wykazów. Ze Schreib-

stube  i  z  Politische  Abteilung  zniknęły  akta  personalne  Kuntza.  Zostały  spalone.  W 

ten sposób władze bezpieczeństwa Rzeszy chciały przekonać świat, że więzień o tym 

nazwisku nigdy nie przebywał w „Dorze”. Po śmierci fizycznej zamierzano uśmiercić 

go formalnie. Na nic to się zdało, gdyż setki  więźniów  „Dory” i Buchenwaldu znały 

dobrze „grubego Alberta”. 

19  marca  zapisał  się  w  smutnej  historii  „Dory”  jako  dzień  największej  z  wszyst-

kich egzekucji. 60 więźniów zawisło wtedy na szubienicy; wśród nich pozostali jesz-

cze  przy  życiu  kierownicy  grup  radzieckich.  Konstantin  Żurawski  usiłował  jeszcze 

podczas badań w gestapo popełnić samobójstwo, uderzając z całej siły głową w żebra 

ż

elaznego  kaloryfera.  Doznał  wstrząsu  mózgu  i  miał  ciężkie  rany  głowy,  ale  żył. 

SS-mani rozkazali utrzymać go przy życiu, by wraz z innymi zawisnął na szubienicy. 

Prowadzonym na stracenie więźniom wiązano ręce do tyłu i kneblowano usta ka-

wałkiem  drewna,  przywiązanym  za  pomocą  drutu  do  karku:  Kiłku  antyfaszystom 

udało się wypchnąć z ust knebel. Ci wołali: 

background image

- Hitler kaputt! 

- Śmierć hitlerowcom! 

-  Niech  żyje  wolność!  Kilkanaście  tysięcy  aresztantów  patrzyło  na  śmierć  swych 

kolegów  i  przyjaciół  w  ponurym,  zaciętym  milczeniu.  Niesamowitość  scenerii  potę-

gował jeszcze padający bez przerwy deszcz. 

W dniach 21-23 marca zawisło na szubienicy kilku oficerów i podchorążych Woj-

ska Polskiego, których przywieziono przed paru tygodniami z oflagów. Zginęli wtedy 

Marek  Kolczyński  -  pisarz  132  bloku,  Ponikowski  i  Socha.  Razem  z  grupą  oficerów 

stracono  szyfranta  ambasady  polskiej  w  Paryżu  i  pracownika  konsulatu  w  Lyonie, 

Skarżyńskiego. 

Po  egzekucji  do  zgromadzonych  więźniów  przemówił  Förschner.  Oświadczył,  że 

prawdopodobnie  jest  to  ostatni  akt  wieszania  w  „Dorze”,  ale  ostrzegł,  że  gdyby  się 

jeszcze raz powtórzyły  wypadki sabotażu,  władze  mają już przygotowaną listę  więź-

niów, przewidzianych do ewentualnego stracenia. 

Była to rzeczywiście ostatnia masowa egzekucja w „Dorze”, ale tylko dlatego, że 

wkrótce nastąpiła ewakuacja obozu. 

4 kwietnia, w pierwszym dniu likwidacji obozu, zostali zastrzeleni w bunkrze po-

zostali aresztowani. Byli wśród nich: Beham, Runki, Schneider, Szymczak i Thomas. 

Szesnastu  niemieckich  komunistów  i  polski  dziennikarz  z  Warszawy,  Stanisław  Tar-

gowski, zawisło na szubienicy. 

Zaledwie  kilku  aresztowanym  i  wtrąconym  do  bunkra  w  czasie  pogromu  tajnej 

organizacji  udało  się  przeżyć  ten  straszny  okres  i  wojnę.  Ludwigowi  Leinweberowi 

ocalił  życie  polski  więzień  zatrudniony  w  komando  Politische  Abteilung.  Przypad-

kiem  udało  mu się usunąć z  kartoteki  notatkę o skazaniu  Niemca  na  śmierć. Było to 

już przed samą ewakuacją i Leinweber opuścił „Dorę” z transportem skierowanym do 

Bergen-Belsen. W podobny sposób ocalał Čespiva, któremu pomógł ktoś z personelu 

szpitala. Uratował życie jeszcze Kroneberg. 

Przeżył  bunkier  członek  polskiej  organizacji  sabotażowej,  Józef  Zieliński.  Oto 

fragment jego późniejszego zeznania: 

background image

W  czasie  kiedy  znajdowałem  się  w  celi  bunkra  w  „Dorze”,  byłem  świadkiem  do-

konanych  w  marcu  1945  r.  strasznych  zbrodni.  Po  pięciu więźniów  wyprowadzano  z 

cel na dziedziniec. Ręce mieli związane do tyłu drutem, a w ustach tampon uniemożli-

wiający wydobycie głosu. Tutaj kazano im przyklęknąć i pochylić głowę do przodu, a 

SS-man Schubert, zwany „Schubert - Pistolet”, strzelał im w kark. 

UCIECZKA UWAROWA 

Polski  więzień  obozów  koncentracyjnych,  inżynier  Zenon  Urbański,  znajomość  z 

późniejszymi  członkami  radzieckiej  organizacji  w  „Dorze”  zawarł  jeszcze  w 

Gross-Rosen, a nawet wcześniej, bo w więzieniu w Radogoszczy. Tutaj poznał Rosja-

nina  Wasylkę,  który  udawał  pielęgniarza.  W  obozie  Polak  zapadł  na  zapalenie  płuc. 

Wtedy  właśnie  troskliwie  zajął  się  nim  Wasylko.  Między  Polakiem  i  Rosjaninem 

zrodziła się przyjaźń na śmierć i życie. Urbański został w Gross-Rosen wciągnięty do 

konspiracyjnej  grupy  radzieckiej.  Razem  z  nią  pojechał  w  transporcie  do  „Dory”, 

gdzie  znalazł  się  12  lutego  1945  r.  Tutaj  Wasylko  szybko  nawiązał  tajne  kontakty. 

Między innymi  wszedł w porozumienie z Iwanem Uwarowem, którego skontaktował 

z Urbańskim. 

Radziecki  wywiadowca  pełnił  funkcję  lekarza  w  rewirze  i  nieraz  bywał  z  racji 

swoich obowiązków w bloku, w którym zamieszkiwał Polak. Ten zauważył, że więź-

niowie radzieccy odnosili się do swojego rodaka ze szczególnym szacunkiem. 

Tymczasem  Urbańskiego  wraz  z  Wasylką  i  dużą  grupą  jeńców  radzieckich  przy-

dzielono  do  osobliwego  komanda.  Składało  się  ono  przeważnie  z  inżynierów  i  tech-

ników. Przez jakiś czas było dla polskiego inżyniera tajemnicą, w jaki sposób znaleźli 

się  w  tej  grupie  właśnie  ci  Rosjanie,  którzy  akurat  nie  mieli  większego  pojęcia  o ja-

kiejkolwiek konkretnej dziadzinie techniki. Wkrótce domyślił się, że była to przemy-

ś

lana  akcja  ruchu  oporu.  Wprawdzie  w  tym  czasie  niemal  całe  kierownictwo  tajnej 

organizacji  siedziało  w  bunkrze  i  było  poddawane  okrutnym  przesłuchaniom,  ale 

background image

zakłócanie toku produkcji musiało trwać nadal... 

Organizacja  odradzała  się  po  bolesnych  stratach.  Rozbudzona  na  nowo  niszczy-

cielska siła kilkunastotysięcznej armii więźniów była nie do powstrzymania. Działała 

aż do dnia ewakuacji obozu. 

Komando  Urbańskiego  miało  niezwykłe  przeznaczenie.  Było  ono  zalążkiem,  za-

początkowującym  w  nowo  zorganizowanej  fabryce  „Sawatzky-Werke”  produkcję 

odmiany „Wunderwaffe” najnowszego pomysłu. Po V-1 V-2 hitlerowcy zaplanowali 

wyprodukowanie znacznie potężniejszej i groźniejszej V-3, zwanej też „Hoch - Druck 

- Pumpe”. Rysunki konstrukcyjne tej strasznej broni były już gotowe. 

Polak  został  wyznaczony  na  vorarbeitera.  Początkowo  jego  brygadę  zatrudniono 

przy  sortowaniu  drobnego  sprzętu  montażowego.  Bardziej  wtajemniczeni  w  kulisy  i 

technikę  sabotażu  więźniowie  uczyli  innych,  jak  utrudnia  się  produkcję  broni  V  po-

przez  użycie  nieskalibrowanych  części.  Dezorganizowano  również  transport  we-

wnętrzny,  a  zwłaszcza  przesuwanie  poszczególnych  części  rakiet  na  montażowe  sta-

nowiska robocze. 

Zdarzyło  się,  że  podczas  tych  transportowych  manewrów  grupa  Urbańskiego 

„podpadła”. Polak został zdjęty z funkcji vorarbeitera i otrzymał karę 10 kijów. 

Inżynier  niejednokrotnie  stwierdzał,  że  Uwarow  przejawia  specjalne  zaintereso-

wanie  wszelkimi  czynnościami  i  detalami  składającymi  się  na  montaż  pierwszego 

próbnego  egzemplarza  V-3.  Udawał  jednak,  że  nie  zauważył  zabiegów  radzieckiego 

więźnia. 

W  tym  samym  czasie  Urbański  zdołał  nawiązać  bliższe  kontakty  z  jedną  z  grup 

polskich  sabotażystów.  Tak  się  złożyło,  że  zmienił  pracę  i  trafił  do  brygady  kontroli 

wytrzymałości  pojemników  paliwa  napędowego  stosowanego  w  V-2.  Kierownikiem 

tej  grupy  był  inż.  Zygmunt  Raabe.  Prowadzono  tu  sabotaż  polegający  na  obniżeniu 

próbnego  ciśnienia,  co  powodowało  później  rozrywanie  się  żeliwnych  pojemników. 

Kiedy Urbański powiedział o tej metodzie sabotażu Uwarowowi, ten słuchał z zainte-

resowaniem i wyraził uznanie. 

Wkrótce  potem  zespół  Raabego  i  Urbańskiego  skierowano  do  transportu  broni 

V-2. Tu  dopiero  przemyślni  Polacy  rozwinęli  w  pełni  swoją  działalność  sabotażową. 

background image

Zaczęli od uszkodzenia  głowic. Dzieło swoje kończyli już  po dokonaniu przez hitle-

rowców odbioru technicznego, wyginając rurkę wtryskową paliwa. Już przy odbiorze 

„cygar” do transportu uszkadzali także przewody elektronicznego urządzenia sterow-

niczego. Wymagało to zerwania kabla. 

Urbański,  Raabe  i  inni  polscy  patrioci  pracowali  aż  do  końca  obozu  przy  samym 

montażu  rakiet.  W  czasie  spawania  elementów  V-2  przesuwali  minimalnie  szablony, 

deformując  korpus  rakiety  lub  jej  zasadnicze  części  konstrukcyjne.  Powodowało  to 

niesymetryczność  broni,  wykrywaną  dopiero  na  stanowisku  odbiorczym.  Wiele  z 

wyprodukowanych  w  „Dorze”  sztuk  V-2  wracało  do  naprawy,  a  nawet  wymagało 

demontażu. 

Już kilka miesięcy minęło od rozgromienia organizacji przez gestapo, ale nasilenie 

niszczycielskiej  roboty  więźniów  nie  malało.  Urbański  za  pośrednictwem  Uwarowa, 

Wasylki i Raabego w celu dalszego rozwijania i pogłębiania form sabotażu nawiązy-

wał  coraz  to  nowe  kontakty.  Tak  poznał  Józefa  Chybińskiego  ze  Lwowa,  znanego 

krótkofalowca  i  alpinistę.  W  „Dorze”  pełnił  on  funkcję  kierownika  kontroli  w  mon-

towni urządzeń elektronicznych. Chybiński utrzymywał kontakty z ruchem oporu we 

Francji  jeszcze  przed  aresztowaniem,  kiedy  to  jako  taternik  przerzucał  francuskich 

komunistów  przez  Pireneje  do  Hiszpanii.  W  „Dorze”  współdziałała  z  nim  francuska 

grupa sabotażowa; był łącznikiem między organizacjami polskimi i francuskimi. 

W  końcu  marca  i  na  początku  kwietnia,  szczególnie  po  zbombardowaniu  przez 

aliantów  pobliskiego  miasta  Nordhausen,  w  tunelach  „Dory”  nastąpiła  kompletna 

dezorganizacja.  Chybiński,  dysponujący  nielegalnym  radioodbiornikiem,  informował 

więźniów  o  postępie  walk  na  frontach.  Wiedziano,  że  Amerykanie  i  Anglicy  są  już 

niedaleko. Dokonywali nalotu za nalotem. Do obozu, do baraków, więźniowie wracali 

po północy. Nie było już wtedy nic do jedzenia. 

Największe wrażenie wywarła na Urbańskim niespodziewana ucieczka Uwarowa, 

Wasylki i jeszcze kilku Rosjan. 

5  kwietnia  Polak  wyjechał  w  transporcie  ewakuacyjnym  do  Bergen-Belsen.  W 

dziesięć dni później do obozu wkroczyły oddziały angielskie. Byłych więźniów prze-

background image

wieziono wówczas do budynków koszar w Celle. 

Jakież  było  zdumienie  Urbańskiego,  kiedy  któregoś  z  pierwszych  dni  lipcowych 

odwiedził go... Iwan Uwarow  we  własnej osobie. Był teraz szefem Wojskowej Misji 

Radzieckiej w angielskiej strefie okupacyjnej. 

Przywitanie  dwóch  towarzyszy  niedoli  i  walki  było  niezwykle  serdeczne.  Major 

opowiedział,  jak  to  po  ucieczce  z  obozu  i  przejściu  frontu  amerykańskiego  poleciał 

przez  Paryż  do  Moskwy,  gdzie  został  udekorowany  orderem  Bohatera  Związku  Ra-

dzieckiego. 

PO KLĘSCE TRZECIEJ RZESZY 

Komenda SS przed swoją ucieczką z „Dory” zaczęła palić akta i dokumenty doty-

czące kilkudziesięciu tysięcy więźniów. Niszczono również dokumentację techniczną 

broni V. W dalszej kolejności miały ulec zniszczeniu te egzemplarze „Wunderwaffe”, 

których nie zdążono odtransportować na wyrzutnie. 

Ludobójcy usilnie starali się zatrzeć ślady zbrodni i tajnej produkcji, ale próby te 

niezupełnie  im  się  powiodły.  Kiedy  nadciągnęli  Amerykanie,  zastali  jeszcze  gotowe 

samoloty-pociski, rakiety i maszyny. I... ładunki wybuchowe założone w najważniej-

szych  halach  produkcyjnych,  numerowanych  od  35  do  39.  Tutaj  wraz  z  wszystkimi 

więźniami miała zostać pogrzebana tajemnica „tajnej broni”. 

Te  niszczycielskie  plany  udaremniła  mimo  woli  ludność  niemiecka  z  bombardo-

wanego  Nordhausen,  która  tutaj,  w  tunelach  i  sztolniach  „kacetu”,  szukała  ratunku 

przed bombami. 

11 kwietnia nadciągnęły oddziały US Army. Potem Amerykanie wywozili z „Do-

ry”  co  tylko  się  dało.  Między  innymi  zabrali  100  niemal  kompletnych  rakiet  V-2

prócz tego plany i inne dokumenty - łącznie załadowano  300 wagonów.  Oddział na-

ukowo-techniczny  amerykańskiego  wywiadu  strategicznego  pracował  w  tych  dniach 

na pełnych obrotach. Łup był obfity i niezwykle cenny. 

background image

Druga  wojna  światowa  zakończyła  się  zwycięstwem  koalicji  antyhitlerowskiej  i 

bezwarunkową  kapitulacją  III  Rzeszy.  Ostatnia  nadzieja  hitlerowców  -  „broń  odwe-

towa” - nie przyniosła żadnego rozstrzygnięcia, na które tak bardzo liczyli. Pewną rolę 

w  pokrzyżowaniu  ich  planów  odegrali  więźniowie  obozów  koncentracyjnych, 

zwłaszcza „Dory” i Buchenwaldu, przyczyniając się na miarę swych sił i 

możliwości do opóźnienia cyklu produkcji broni V. Brytyjski marszałek lotnictwa 

Philipp Jaubert tak pisze w swej książce pt. „Rockets”: 

Niemcy mogli wygrać wojną światową, gdyby wcześniej użyli pocisków V-1 i V-2. 

Za  pomocą  5000  pocisków,  skierowanych  przeciwko  urządzeniom  inwazyjnym  przy-

gotowanym w południowej Anglii, mogli byli powstrzymać inwazję. 

Podobną opinię wyraził generał Dwight Eisenhower: 

Gdyby  Niemcom  udało  się  udoskonalić  i  zastosować  nowe  rodzaje  broni  sześć 

miesięcy wcześniej, nasza inwazja na Europę okazałaby się niesłychanie trudna, a być 

może, wręcz niemożliwa. Jestem pewny, że gdyby udało się im stosować te broń przez 

okres sześciu miesięcy... moglibyśmy pożegnać się z operacją „Overlord”. 

Poglądy obu wspomnianych wyższych dowódców - wyrażone kilka lat po kapitu-

lacji III Rzeszy w okresie, gdy mocarstwa zachodnie zaczęły inicjować wyścig zbro-

jeń, przeznaczając ogromne kwoty na rozwój własnej broni rakietowej - są oczywiście 

ś

wiadomie przesadzone. W latach 1944-1945 nic już nie mogło uratować Niemiec od 

katastrofy.  Straty  poniesione  przez  nich  na  froncie  wschodnim  do  tego  stopnia  wy-

czerpały hitlerowski potencjał militarny, że nawet bez otwarcia drugiego frontu Armia 

Radziecka  mogła  rozgromić  Wehrmacht  i  zmusić  go  do  kapitulacji,  choć  na  pewno 

wojna trwałaby wówczas znacznie dłużej. 

Broń nie odegrała poważniejszej roli głównie z tego względu, że wprowadzono 

ją  do  akcji  w  niezwykłym  pośpiechu  z  wieloma  ukrytymi  i  nie  usuniętymi  do  końca 

usterkami technicznymi. Pogłębiający się kryzys na frontach uniemożliwił zakończe-

nie wszystkich prób laboratoryjnych i przestrzeganie niezbędnych reżimów konstruk-

cyjno-technologicznych. Cykl badań stacjonarnych nie był uwieńczony wystarczającą 

serią  strzelań  poligonowych  w  różnych  warunkach  meteorologicznych.  Słowem,  o 

background image

użyciu broni zadecydowały czynniki prestiżowe - chęć odwetu za wszelką cenę - a 

nie  jej  pełna  sprawność  bojowa,  z  czego  Niemcy  zdawali  sobie  sprawę.  Pociski  

produkowane  w  ilości  od  450  do  800  sztuk  miesięcznie  -  nawet  gdyby  spełniały 

wszystkie  warunki  techniczne,  a  tak  przecież  nie  było  -  nie  mogły  odwrócić  losów 

wojny,  skoro  na  wschodzie  i  zachodzie  front  coraz  bardziej  zbliżał  się  do  bram  III 

Rzeszy. 

Przyznaje to sam Albert Speer: 

Było absurdem przeciwstawiać w 1944 roku nieprzyjacielskim flotom bombowców 

- które przez kilka miesięcy codziennie zrzucały na Niemcy około 3 tysięcy ton bomb, 

używając  do  tego  celu  4100  czteromotorowych  samolotów  -  rakiety,  które  byłyby  w 

stanie  przenieść  dziennie  na Anglią 24  tony  materiału  wybuchowego;  równało  się  to 

ciężarowi bomb zrzuconych podczas jednego ataku sześciu latających fortec. 

Na  końcowe  fiasko  „broni  odwetowej”  złożyło  się  szereg  czynników.  Jednym  z 

nich  był  sabotaż  tej  broni,  prowadzony  przez  więźniów  „Dory”,  a  w  jakiejś  mierze 

również przez więźniów Buchenwaldu. 

Pamięć  ich  czci  pomnik  wystawiony  na  terenie  dawnego  obozu  „Dora”  i  plac  w 

mieście Nordhausen, nazwany „Albert Kuntz - Platz”. 

SABOTAŻYŚCI MAJĄ GŁOS 

Mówi dr Jan Čespiva, w „Dorze” kierownik czeskiej organizacji podziemnej, bli-

ski współpracownik Alberta Kuntza. 

„Dokładnie  i  z  żelazną  dyscypliną  prowadzili  konspiratorzy  «Dory»  działalność 

przeciwko SD i Abwehrze. Tajne zebrania kierownictwa organizacji mogły być jedy-

nie  krótkie,  nierzadko  trwały  zaledwie  kilka  minut.  Odbywały  się  one  na  rewirze,  w 

poczekalni u fryzjera, na budowie, w warsztatach w tunelu. I nigdy nie bywało tak, że 

zbierali  się  wszyscy  razem  członkowie  międzynarodowego  kierownictwa.  Albert 

Kuntz opierał się w swojej nielegalnej pracy z grupą radziecką na kapitanie Jełowoju - 

background image

w  obozie  o  nazwisku  Simeon  Grinko.  Z  grupy  francuskiej  Albert  najchętniej  współ-

pracował  z  Paulem  Blassy,  a  z  polskiej  -  z Jankiem  Poburennym  i  Zbyszkiem  Dziu-

bińskim. 

Naszym  głównym  zadaniem  było  prowadzenie  sabotażu.  Inżynierowie  elektrycy, 

słaboprądowcy,  byli  niemal  wszyscy  zwerbowani  do  organizacji  sabotażu.  Przydzie-

lono im miejsca pracy przy sposobieniu i montażu części do rakiet. Mieli oni instruk-

cje  od  organizacji,  aby  wszelkimi  sposobami  opóźniali  produkcję  broni,  na  przykład 

przez zmianę napiąć w aparaturze kontrolnej, którą posługiwano się przy technicznym 

odbiorze V-2, albo też w drodze uszkadzania przewodów i źródeł prądu (elektryczno-

ś

ci). 

Inne grupy sabotażowe niszczyły cenne ognioodporne materiały, a kiedy przycho-

dziły z zewnątrz części do danego agregatu, odsyłano je «omyłkowo» z odpadkami do 

różnych  miejscowości  -  komenderówek,  będących  najczęstszym  celem  nalotów 

alianckiego lotnictwa. 

Nie sposób wyliczać wszystkie sukcesy sabotażystów. Wypada tylko powiedzieć, 

ż

e akcje te były prowadzone z pełnym rozpoznaniem i w sposób wielce wyrafinowa-

ny, tak że hitlerowcy odbierający sprzęt i całe rakiety nie mogli wykryć źródeł sabo-

tażu. Z czasem jednak zorientowali się w czym rzecz i zrozumieli, że to sabotaż... 

Gestapo  z  Niedersachswerfen  nasyłało  nam  szpiclów  w  więźniarskich  ubraniach. 

W większości udało się nam ich na czas rozszyfrować; w tej walce na śmierć i życie 

ż

aden z nich nie ostał się... Jednak im skuteczniejsza była  nasza niszczycielska dzia-

łalność, tym więcej szalały hitlerowskie organa bezpieczeństwa. 

Jednak jednemu z ich agentów udało się zagnieździć wśród więźniów... W czerw-

cu i lipcu 1944 faszystowskie armie dostały się w twarde kleszcze... Wtedy to gesta-

powcy  i  szpiedzy  nasilili  swoją  działalność  w  obozie.  Uzbroiliśmy  się  w  materiały 

wybuchowe,  gdyż  doszło  do  naszej  wiadomości,  że  do  «Dory»  przywieziono  śmier-

telny  gaz  cyklon  B,  którym  w  Oświęcimiu  zabijano  miliony  ludzi.  Istotnie,  ciężkie 

wrota do sztolni zostały zaopatrzone w gumowe przewody do gazu w stanie płynnym 

pod ciśnieniem. W tym to czasie... na radziecki blok 38 przyszedł jako blockälteste z 

polecenia komendanta Förschnera Włoch Grozzo. 

background image

Pewnego  dnia  w  godzinach  wieczornych  przybiegł  do  mnie  na  rewir  chłopiec  z 

tego  właśnie  bloku,  łącznik  organizacji.  Powiadomił  mnie,  przejęty  niezmiernie,  że 

Grozzo mówił po rosyjsku... Natychmiast zebrało się kierownictwo z Albertem Kunt-

zem. Zawiesiliśmy wszelkie kontakty organizacyjne. 

Rozpoczęło się zamykanie ludzi. Akcją kierowali gestapowiec Sander i pułkownik 

Abwehry Eichhorn... Tępogłowi SS-mani byli przeświadczeni, że wykryli działalność 

zagranicznego wywiadu, i nie powiązali sobie zeznań Grozowa z sabotażową organi-

zacją więźniów... 

Znalazłem  się  i  ja  w  bunkrze.  Albert  Kuntz  był  przez  14  dni  męczony  jak  nikt  z 

nas.  Przed  Bożym  Narodzeniem  spotkałem  go  na  korytarzu  bunkra  i  nie  mogłem  go 

wprost  poznać,  tak  był  zmasakrowany.  Ale  nie  złamali  go.  Odmawiał  podpisania 

jakiegokolwiek protokółu. 

Sander  wrzeszczał  na  niego:  «Zabiję  cię!  Słyszysz?  Zabiję  cię!»  Ostatnie  słowa, 

jakie  słyszałem  z  ust  Alberta,  brzmiały:  «Taki  jest  normalny  koniec  rewolucjonisty. 

Kulka, powróz albo zatłuczenie go»”. 

Zeznaje  Mirosław  Łebkowski,  literat,  więzień  Oświęcimia  numer  169601,  Bu-

chenwaldu i „Dory” - numer 79764. 

„W  «Dorze»  próbowałem  prowadzić  coś  w  rodzaju  teatrzyku  «dla  pokrzepienia 

serc», ale odradzono mi. Hitlerowskie kierownictwo działało w tym obozie zdecydo-

wanie odstraszająco, za byle co groził bunkier i stryczek - tu od razu człowiek wybijał 

się, robił się znaczny - łatwo było „podpaść”: ich wywiad działał bez przerwy. Ale my 

wiedzieliśmy, że broń jest ostatnią szansą Trzeciej Rzeszy. Więc aby ta nasza praca 

przy jej produkowaniu nie była zbyt przykra dla nas, żeby nie przyduszała  nas świa-

domość, że pracujemy przeciwko sobie i wyrabiamy broń, która może rozstrzygnąć o 

losach  wojny  -  pozostał  nam  sabotaż.  Byłem  zatrudniony  w  tunelu  B.  Jako  spawacz 

blach na pokrywę rakiet robiłem taką fuszerkę, żeby tę V-2 szlag trafił po drodze... 

Nie wystarczyło mi to. Tęskniłem za teatrem, gazetą, piórem. Trzy lata w konspi-

racji w Ostrowcu Świętokrzyskim,  w dziale  «N»  - zrobiły swoje. Pracowałem  wtedy 

przy  kolportażu  pisma  «Klabautermann»,  wydawanego  przez  naszą  organizację  dla 

niemieckich żołnierzy w ich języku. Pozorowało się w nim antyfaszystowską działal-

background image

ność  wśród  Niemców.  Żartowaliśmy,  że  robiliśmy  konspirację  za  Niemców.  We 

wrześniu 1943 r.  wpadłem  w  ręce gestapo. W radomskim  więzieniu założyłem dwu-

osobowy kabaret. W Buchenwaldzie zaprzyjaźniłem się z Fryderykiem Jarossym. 

Trzeba było i w «Dorze» zorganizować jakiś front kulturalny. Żeby ludzie chętniej 

sabotowali, z  wiarą  w przyszłość,  w bliski koniec  wojny.  Niestety,  w tym strasznym 

terrorze pozostały jednak tylko wiersze. Deklamowałem je w gronie zaufanych przy-

jaciół,  z  czasem  zaczęliśmy  chodzić  z  poezją po  blokach.  Bardzo  lubiłem  recytować 

Leopolda Staffa. 

Było  nas  więcej,  trzech,  może  czterech.  Zbigniew  Kaczanowski  mówił  «Błogo-

sławionych»  Jana  Kasprowicza  i  wiersze  Tuwima.  Duże  wrażenie  wywarł  wiersz 

kolegi z «Dory», czytany przez niego samego. Było w nim, że my, więźniowie, wbi-

jemy ostatni gwóźdź do trumny Hitlera i Himmlera. Bardzo trafnie ujął rzecz, że my, 

sabotażyści z «Dory», już wkrótce powiesimy na szubienicy naszych katów, że psucie 

«Wunderwaffe»  to  ostatnie  nasze  wojenne  dzieło,  i  że  to  wspaniale,  że  właśnie  my 

możemy  być  dziś  sędziami...  Nikt  i  nic  nie  zatrze,  na  wieki,  śladów  krzywd  i  naszej 

rozprawy z bronią odwetową... 

Na  wynędzniałych  twarzach  konspiratorów  i  innych  widzów  słuchających  tych 

wierszy pojawiał się  wyraz zawziętości i rozpaczliwej determinacji, a  w oczach lśnił 

nowy  błysk,  prostowali  się  w  krzyżach  nieludzko  zmęczeni  ludzie,  a  ręce  wyciągały 

się,  żeby  znowu  coś  psuć...  Opuszczaliśmy  barak,  strzeżony  przez  czujki,  a  za  nami 

szło długie echo: 

...Błogosławieni, albowiem ich męstwo 

Wielkiego gmachu wrota im otworzy, 

Gdzie razem z chwałą hołduje zwycięstwo 

Bez twardych kajdan i bez tych obroży...” 

Relacjonuje inż. Zbigniew Kączkowski, profesor Politechniki Warszawskiej, pod-

czas okupacji działacz podziemia na polu kultury, aresztowany w kwietniu 1943 r. w 

okolicy  Grabowa  nad  Pilicą  pod  fałszywym  nazwiskiem  „Kaczanowski”;  więzień 

Oświęcimia, Buchenwaldu i „Dory”: 

„W  «Dorze»  pracowałem  w  firmie  »Sawatzky  -  Bereitstellungslager  III»,  przy 

background image

montażu broni V. Przygotowywaliśmy części do rakiet i dostarczaliśmy na linię mon-

tażową. Zbyteczne jest chyba mówić, że psuliśmy wszystko, co się dało, ale rozsądnie, 

ż

eby nie dać sobie nic udowodnić. Trakt robił imponujące wrażenie - długie «cygaro»: 

12 metrów na 1,8 metra średnicy, olbrzymia dysza i lotki; przesuwał się ten «odwłok» 

w tunelu na wózkach kolejki, na łożyskach. W halach bocznych odbywał się montaż 

przygotowawczy  i  wywożono  stamtąd  agregaty  na  główną  linię.  W  jednej  z  hal  do-

konywano  próby  rakiet:  ustawiono  je  pionowo  w  komorze  o  wysokim  pułapie,  na 

szynie-dźwigu, lokując pocisk w pozycji stojącej (...) Robiło to niesamowita wrażenie, 

zwłaszcza że na tym samym dźwigu wieszano ludzi i stale tam wisiało ciało tego czy 

innego więźnia, nawet przy próbach z V-2

Pocisków tych wychodziło z tunelu 12 na każdej zmianie, co godzina jeden”. 

Stanisław  Strumph  Wojtkiewicz  w  swojej  książce  „Gra  wojenna”  mówi  o  innym 

więźniu z „Dory”. 

Andrzej  Wyssogota  Zakrzewski  był  z  wykształcenia  prawnikiem.  Oficer  Wojska 

Polskiego we Francji, został organizatorem jednej z siatek, która prowadziła masowy 

przerzut  żołnierzy  polskich,  angielskich,  belgijskich,  holenderskich  i  francuskich  z 

Francji poprzez Pireneje do Hiszpanii, skąd przebijali się do Anglii. Fałszywe nazwi-

ska  szefa  tajnej  siatki:  André  Gotha,  André  Martins,  Mathieu  de  Busse,  pseudonim 

„Kapitan”. W końcu 1943 r. przywódca „Szarych Ludzi”, czyli „Visigoths-Lorraine”, 

został schwytany i aresztowany przez gestapo. Tak dostał się do Buchenwaldu, a stąd 

do „Dory”. Początkowo kontynuował swoją działalność dywersyjną. Później... 

„... Były kapitan z siatki F 2 i dawny komisarz akcji czynnej w sektorze alpejskim, 

niezmordowany Korwin-Piotrowski, w kwietniu 1944 roku nosił już jako deportowa-

ny  numer 1001-04364. On to stanął  w obozie  «Dora»  na czele obozowej Resistance. 

Ludzie tego pokroju nigdy nie byli bierni, szczególnie  w  warunkach, kiedy  używano 

ich do roboty, która miała przynieść zwycięstwo właśnie wrogowi. 

Wymizerowany, obdarty i brudny, Piotrowski wciąż trzymał się samym wysiłkiem 

ducha, pilnie zresztą uważając, żeby ani gestem, ani postawą, ani jakimś błyskiem oka 

nie  zdradzić  się  z  tym,  że  nie  tylko  żyje,  ale  jeszcze  coś  knuje,  narzucając  towarzy-

szom niedoli zuchwałe myśli i plany. Powracając tedy od przyjaciół z 35 bloku, wlókł 

background image

się,  manifestując  krańcowe  wyczerpanie,  gdy  nagle  zobaczył  więźnia,  który  mu  się 

wydał  znajomy,  choć  trudny  do  rozpoznania.  Ale  poorana  bliznami  i  strupami  twarz 

nie zmyliła Piotrowskiego.(...) 

- Wyssogota? - szepnął mu do ucha. - Poznajesz? (...)” 

„(...)  W  obozie  «Dora»,  jak  zresztą  i  w  niektórych  innych  obozach,  miejscowy 

więzienny ruch oporu posiadał radioaparat. Dowiedziawszy się z nasłuchu, że sojusz-

nicy doszli do linii Renu, Wyssogota raz jeszcze opracował plan ucieczki, polegający 

na  wyzyskaniu  auta  obozowej  straży  pożarnej.  Jednak  ofensywa  aliantów  utknęła  i 

wykonanie projektu wypadło odłożyć, ale mimo to inicjatora ucieczki zdradzono. 

Kryminalista Kammer z Lagerpolizei bił Wyssogotę tak długo, aż go całkiem po-

walił...”  Więzień  jednak  ocalał.  Po  wyzwoleniu  francuski  „Journal  Officiel”  ogłosił 

awans Wyssogoty do stopnia podpułkownika. 

Znaczenie  ruchu  oporu  więźniów  w  obozie  koncentracyjnym  „Dora”  nabiera 

szczególnej  wymowy,  jeśli  uwzględni  się  ogromną  wagę,  jaką  przywiązywali  hitle-

rowcy do użycia bojowego broni na froncie zachodnim. W schyłkowym okresie III 

Rzeszy  obóz  ten  zajmował  kluczową  pozycję  wśród  zakładów  zbrojeniowych,  a  wy-

twarzana  w  nim  „Wunderwaffe”  miała  stanowić  zwrotny  punkt  dla  dalszego  prowa-

dzenia działań wojennych. 

Odważny  i  pełen  determinacji  więźniarski  sabotaż  przyczynił  się  w  niemałym 

stopniu do ciągłego hamowania toku produkcji groźnych pocisków V, dzięki czemu - 

pośrednio  -  zdołano  uratować  życie  wielu  mieszkańcom  Wysp  Brytyjskich,  Francji  i 

Belgii.  Z  braku  dokładnych  danych  statystycznych  trudno  dziś  określić,  ile  odpalo-

nych rakiet nie osiągnęło celu z powodu ukrytych wad technicznych konstrukcyjnych, 

powstałych w wyniku uproszczonej i pospiesznej produkcji różnych podzespołów, ile 

zaś na skutek sabotażowej działalności więźniów. Faktem jest jednak - jak stwierdzają 

oni sami i co dostrzegali Niemcy,  nadzorując i kontrolując ich pracę - że  w „Dorze” 

nie oszczędzano niczego. Obok zorganizowanych form sabotażu, częstokroć trudnych 

do  wykrycia,  więźniowie  z  własnej  woli,  indywidualnie,  psuli  to  wszystko,  co  prze-

chodziło  przez  ich  ręce,  jeśli  tylko  pozwalały  na  to  warunki.  Hitlerowcy  nie  byli  w 

background image

stanie zapobiec tej masowej i w istocie żywiołowej akcji. Nie mogli postawić za ple-

cami każdego więźnia swojego strażnika, nie mogli też - co ważniejsze - sami przejąć 

całej produkcji z powodu braku własnych kadr. 

Wstrząsający jest bilans ofiar w tej specyficznej, szeroko rozwiniętej walce z bro-

nią V. Tylko zaostrzonym, doprowadzonym do potworności reżimem  hitlerowcy  usi-

łowali  zmusić  więźniów  do  wydajnej  pracy  i  zaniechania  wszelkich  prób  sabotażu. 

Wysiłki ich spełzły na niczym, ale godna podziwu postawa więźniów została okupio-

na  śmiercią  ponad  20  tysięcy  ludzi  zagłodzonych,  rozstrzelanych,  powieszonych  lub 

po  prostu  zabitych  pałkami  SS-manów.  Obozową  gehennę  przeżyło  tylko  30  tysięcy 

więźniów. Te liczby nie wymagają komentarza, są niepodważalnym dowodem okrut-

nej prawdy tamtych lat. 

Publicysta i pisarz z NRD Julius Mader tak wspominał uczestników ruchu oporu w 

podziemiach „Dory”, którzy padli w walce: 

Ci  bohaterowie  ruchu  oporu  żyją  także  w  sercach  brytyjskich  antyfaszystów.  Ale 

czy wystawiono im tam pomnik, czy zawieszono choćby tablicę pamiątkową? Nie. Za 

to  sturmbannführera  Wernhera  von  Brauna  Towarzystwo  Międzyplanetarne  w  Wiel-

kiej Brytanii uczciło Złotym Medalem. Ten Złoty Medal przyznano temu, kto zniszczył 

Londyn.  Dla  bohaterów  ruchu  oporu,  tych,  którzy  narażając  życie  psuli  V-1  i  V-2, 

dzieło von Brauna, pozostało milczenie i zapomnienie, nic ponadto. 

Osobliwymi drogami potoczyły się losy inicjatorów i twórców ludobójczej broni 

oraz członków załogi „Dory”, liczącej pod koniec wojny 3279 SS-manów. 

Von Braun, Dornberger i wielu innych specjalistów rakietowych, znających tajniki 

nowej broni, dostało się zaraz po wojnie pod opiekuńcze skrzydła Amerykanów. Nie 

wypominano im przeszłości, mieli od tej pory pracować dla przyszłości w interesach 

mocarstwowej pozycji Stanów Zjednoczonych. Służyli oni chętnie swą wiedzą i kwa-

lifikacjami,  zajmując  różne  odpowiedzialne  stanowiska  w  ośrodkach  naukowo-

badawczych przygotowujących program zbrojeń rakietowych USA i NATO. 

Dyrektor Albin Sawatzky nie dożył okresu, kiedy zbrodnie w „Dorze” szły w za-

pomnienie. Zginął lub został zabity w burzliwych dniach kwietnia - maja 1945 roku. 

Komendant  „Dory”  sturmbannführer  Otton  Förschner,  aresztowany,  zmarł  w  więzie-

background image

niu przed rozprawą sądową. Podobny los spotkał rapportführera obozu Maxa Deckera. 

Lagerführer Hans Karl Möser został skazany na karę śmierci w procesie 15 SSmanów 

z obozowej załogi, który odbył się przed Amerykańskim Trybunałem Wojskowym w 

Dachau  w 1947 roku. Adiutant komendanta, obersturmführer Heinz Georg Dettmers, 

dostał zaledwie 7 lat więzienia. Na ławie oskarżonych zasiedli również czterej krymi-

naliści, wśród nich Richard Valenta i Willi Zwiener. Pierwszemu z nich wymierzono 

karę 20 lat, drugiemu - 25 lat więzienia. 

W  1948  roku  został  skazany  w  Magdeburgu  pełnomocnik  gestapo  na  „Dorę”,  je-

den z tych, którzy katowali aresztowanych członków organizacji poddziemnej, Adolf 

Höser. Prawomocnym wyrokiem skazano go na 20 lat więzienia. 

Dopiero w 1967 roku stanęli przed sądem trzej inni oprawcy: obersturmbannführer 

Helmut Bischoff, oberscharführer Ernst Sander i hauptscharführer Erwin Busta, zwa-

ny  „Końskim  Łbem”.  Wyrok  był  wręcz  skandaliczny.  Według  opinii  sądu  stan  fi-

zyczny  Bischoffa  był  ponoć  tak  zły,  że  jut  samo  ogłoszenie  wyroku,  niezależnie  od 

wysokości kary, mogłoby pogorszyć jego zdrowie. Na wniosek adwokatów wyłączo-

no  jego  sprawę  do  czasu,  kiedy  będzie  mógł  spokojnie  wysłuchać  wyroku.  Sandera 

skazano  zaledwie  na  7  i  pół  roku  więzienia,  a  Bustę  na  8  i  pół  roku.  Po  ogłoszeniu 

wyroku obaj za kaucją zostali wypuszczeni, Bischoff natomiast w ogóle odpowiadał z 

wolnej stopy. 

Tylko  tyle  można  powiedzieć  o  „karzącym  mieczu  sprawiedliwości”  w  odniesie-

niu do zbrodniarzy z  „Dory”. Gdzie ukryli  się pozostali, co robili lub co robią obec-

nie? Oto pytania, na które dotychczas nie ma odpowiedzi. 

background image