background image
background image

Stanisława Fleszarowa-Muskat

Pod jednym dachem, 

pod jednym niebem

background image

Zima tego roku była łagodna, poprzeplatana krótkimi okresami słabych 

mrozów i nagłych odwilży, podczas których ogrody i pola znów ciemniały pod 

topniejącym   śniegiem.   Dawniej,   jak   opowiadała   babka   Izabelka   (dwie   były 

babki w rodzinie - i obydwie siedziały teraz przy stole - Izabelka, sam żywioł i 

prawda   w   każdym   słowie   i   spojrzeniu,   i   babka   Wysoczarska,   nigdy   nie 

nazywana imieniem, jakby spreparowana z samych refleksji i zahamowań), a 

więc dawniej, mawiała  babka Izabelka, były całkiem inne, prawdziwe zimy, 

siarczyście   mroźne,   jak   Pan   Bóg   przykazał.   Popatrz,   Karolinko,   mówiła   do 

córki, jak świat się zmienił za mego życia. Czy dawniej kobiety chodziłyby w 

grudniu w takich cienkich pończochach?

- Pewnie dawniej nie było takich cienkich pończoch - wtrąciła Sylwia, nie 

podnosząc głowy znad talerza.

- A nie było - stropiła się nieco babka. - Ale nawet gdyby były, to i tak 

nikt by nie mógł w takich pończochach wytrzymać.

Zima   była   naprawdę   łagodna,   łudząca   wciąż   nadzieją   wczesnego 

przedwiośnia. Sterty śniegu, zgarniętego na brzegi alejki wiodącej od furtki do 

drzwi   werandy,   obniżały   się   w   oczach,   a   na   ich   brzegach   zaczynały   nawet 

wystawać z ziemi, czarnej, rozpulchnionej wilgocią, zielone czubki krokusów. 

Karolina,   siedząc   wraz   z   Wiktorem   u   szczytu   stołu,   rozsuniętego   na   całą 

długość, żeby zmieścili się przy nim wszyscy goście, widziała tę alejkę poprzez 

otwarte szeroko ogromne drzwi między werandą a pokojem, patrzyła wciąż na 

nią,   choć   wiedziała,   że   nikt   już   nią   teraz   nie   nadejdzie   -   Agnieszka   miała 

przyjechać z Warszawy dopiero w nocy, po przedstawieniu, a prócz niej przy 

stole siedzieli już wszyscy, których zaprosiła.

Doznawała   tego   dnia   dziwnego   uczucia   przerysowania,   niezwykłej 

ostrości wrażeń, które w dodatku odbierała w takim natłoku, jakby całe jej życie 

zgromadziło   się   nagle   wokół   niej   i   pozwoliło   oglądać   się   z   przejmującej 

bliskości. Nawet ta ścieżka, ujęta tego dnia w dwa obrzeża topniejącego śniegu, 

oświetlona   uliczną   latarnią   i   blaskiem   bijącym   z   pokoju,   wydawała   jej   się 

background image

chwilami obramowana puszystymi głowami piwonii, rozkwitających w lecie czy 

też pomarańczowym bogactwem nasturcji, którą pokonywały dopiero pierwsze 

przymrozki. Nigdy zapewne te kolory nie wydawały jej się tak żywe i nigdy nie 

widziała ludzi zbliżających się ścieżką ku domowi tak wyraziście, jak teraz, gdy 

nadchodzili nią z głębi lat.

Tylko   Wiktor   nie   wszedł   tędy   po   raz   pierwszy;   frontowe   wejście   w 

tamtym,   złym   czasie   nie   było   dla   tych,   którzy   musieli   się   ukrywać.   Może 

przedostał się przez płot, choć obsadzony był kolczastą wysoką ałyczą, pokrytą 

jesienią gęsto złotymi soczystymi śliwkami, z których Izabelka Szymankowa 

robiła pyszne kompoty na zimę, a może otworzył furtkę o zmroku i od razu 

skierował   się   ku   budynkowi,   w   którym   ojciec   trzymał   konia   i   bryczkę,   tak 

pomocne przy pełnieniu obowiązków weterynarza. Koń - niezapomniany Białek 

-  stał   pod   ścianą   w   mrocznym  kącie   swojej   małej   stajni,   i  tam  zobaczyła   - 

ukrytego za jego bokiem, nadaremnie usiłującego obwiązać chustką zranione 

ramię, chłopaka.

Wsunęła dłoń pod obrus i położyła ją na kolanie Wiktora. Poczuł to od 

razu, przechylił głowę i uśmiechnął się do niej, a potem tak jak ona podniósł 

obrus i położył rękę na jej dłoni. Nie wydawali się sobie śmieszni, choć cieszyło 

ich   to,   że   mogli   zrobić   to   ukradkiem,   bo   może   śmieszni   wydaliby   się 

Krystianowi i jego żonie, a już na pewno Markowi, a zwłaszcza Sylwii, o tak! 

zwłaszcza Sylwii, która skończyła już czternaście lat, do czego nie przyznawała 

się chętnie Agnieszka.

-   A   więc   właściwie...   -   Krystian   powiódł   spojrzeniem   po   wszystkich 

zebranych przy stole, ale głównie mówił do rodziców - właściwie jest to nasza 

wizyta pożegnalna. Wyjeżdżamy z kraju na początku przyszłego miesiąca.

Nie widywali syna zbyt często, choć do Warszawy (i z Warszawy) było 

tak blisko, ale godzili się z tym jakoś, nie manifestując przykrości. Teraz jednak 

wyobrażenie   oceanu   czyniło   tę   jego,   przyszłą   przecież   dopiero,   nieobecność 

stokroć boleśniejszą.

background image

- I nie znajdziesz już czasu - spytała cicho Karolina - żeby wpaść choć na 

krótko przed samym wyjazdem?

- Och, mamo - zniecierpliwił się Krystian - wiesz, jak to jest. W takiej 

sytuacji   spada   na   człowieka   tysiąc   spraw   bardziej   lub   mniej   ważnych,   ale 

wszystkie trzeba załatwić.

- Kasia ci pomoże.

- Ona ma dość zajęć z wyekwipowaniem siebie i Marka.

- Tutaj? - roześmiał się Kamil; nie rozumiał przedwyjazdowych kłopotów 

brata.

- A tutaj! Tutaj! - dość opryskliwie potwierdził Krystian. - Wszystkie 

sprawunki muszą być załatwione w kraju.

- Nie znam się na tym - mruknął Kamil. Pochylił się nad swoją porcją 

karpia   w   galarecie   i   zaczął   starannie   oddzielać   mięso   od   ości.   Karolina 

niespokojnie   spojrzała   ku   niemu.   Zawsze   trwogą   ją   przejmował   choćby 

najlżejszy ton uszczypliwości w słowach Krystiana, kierowanych do młodszego 

brata. Ale Kamil nie wyglądał na urażonego.

Manipulując wciąż sztućcami, powtórzył nawet dość pogodnie:

Nie znam się na tym.

-   Słusznie   -   wmieszał   się   do   rozmowy   Rozciłowski,   pierwszy   mąż 

Agnieszki, choć dawno z nią rozwiedziony, zaproszony jednak przez byłych 

teściów  na rodzinną uroczystość. Był przed kilku laty w Stanach i Krystian 

pochylił się ku niemu, ciekaw jego zdania na temat, który zdawał się najbardziej 

go interesować. - Na początku każdego przybysza z Polski przeraża to, że tak 

mało można kupić za dolara. W bufetach uniwersyteckich, które są przecież 

tańsze od najtańszych restauracji, befsztyk - co prawda dość potężny - kosztuje 

dwa dolary. Od razu tracimy nań apetyt, uzmysłowiwszy sobie, co byśmy za te 

pieniądze kupili w Polsce.

Wszyscy roześmiali się, tylko ksiądz Rudek pozostał poważny.

- Gdyby to przeliczyć na dachówki! - westchnął.

background image

Remontował   dach   na   kaplicy   i   miał   nadzieję   wszystkich   parafian 

wciągnąć w swoje kłopoty.

Ale Rozciłowski nie był z jego parafii, ciągnął dalej:

-   Mówiły   mi   panie   z   naszej   ambasady,   z   którymi   miałem   okazję   się 

zetknąć,   że   podczas   urlopów   lub   służbowych   wyjazdów   do   kraju,   zawsze 

załatwiają tu wszystkie poważniejsze sprawunki.

- Słyszysz? - zwrócił się Krystian do żony.

- No, ale w końcu liczy się przede wszystkim fason! - powiedziała babka 

Wysoczarska, bez przychylności patrząc na wnuka. Zasięgał informacji na temat 

Stanów u Rozciłowskiego, który tam był przed kilku laty, zapominając, że ona 

wróciła stamtąd zaledwie przed rokiem po dłuższym pobycie u córki w Los 

Angeles.   Choć   już   prawie   osiemdziesięcioletnia,   włożyła   na   ten   uroczysty 

rodzinny wieczór czarny kostiumik z brokatu, rozjaśniony bluzką ze złotej lamy 

o wyrafinowanie skromnym koszulowym kroju. - Liczy się przede wszystkim 

fason - powtórzyła.

- Moja mama jest zawsze ubrana najmodniej na świecie - odezwała się 

Sylwia. Wszystko potrafi wyszperać w warszawskich sklepach za całkiem tanie 

pieniądze. - Mówiła z pełnymi ustami, wymachując widelcem, ale to nie raziło 

Rozciłowskiego.   Patrzył   na   córkę   z   miłością,   może   dlatego,   że   -   choć 

podrzucona   przez   Agnieszkę   dziadkom   -  była   jednak   najwyraźniej   dumna   z 

matki.

- Nie znam się na tym - powtórzył znów Kamil, właściwie bez związku, 

ale jakby ze wzrastającą satysfakcją.

O   czym   oni   mówią?   myślała   babka   Izabelka.   Zdumiewało   ją,   że   tyle 

rzeczy, tyle w ogóle wszystkiego potrzebują teraz ludzie. Ona przyszła do tego 

domu   w   jednej   sukienczynie,   kiedy   Karol   po   śmierci   matki   najął   ją   do 

pielęgnowania ojca i prowadzenia domowego gospodarstwa. I wystarczyło, że 

trąciła go piersią w wąskich drzwiach, że otarła się o niego biodrem, a chłop 

zgłupiał do tego stopnia, że prostą dziewczynę uczynił panią weterynarzową, 

background image

choć mogła z nim żyć na kocią łapę i wcale by go do tego nie przymuszała. 

Piotruś (ten ból w sercu, nie ustający po tylu latach, na przypomnienie jego 

imienia, wyrazu jego oczu) urodził się dopiero w rok po ślubie, i wszyscy ją - 

Izabelkę - za to w mieście szanowali.

Pani doktorowo, zwracali się do niej od razu, choć może inne doktorowe 

wcale nie były z tego zadowolone.

- Podać barszcz? - przechyliła się ku Karolinie.

- Myślę, że chyba tak... - Karolina powiodła wzrokiem po półmiskach z 

resztkami zakąsek - powiem zaraz Pawlisiowej, żeby go podgrzała.

- Ty siedź! - powstrzymała ją matka unosząc się z miejsca. - To dziś twój 

wieczór. A poza tym ja z Pawlisiową najlepiej się rozumiem. Żebyś wiedziała, 

jakie pyszne uszka zrobiła do barszczu!

- Bo to Galicjanka - wyjaśnił ksiądz Rudek. - A u tych z dawnej Galicji, 

jak   barszcz,   to   tylko   z   grzybowymi   uszkami.   -   Pawlisiowa   była   księżą 

gospodynią, wypożyczoną Wysoczarskim na tę rodzinną uroczystość. Świetna 

kucharka i tego wieczoru dała popis swoich umiejętności. Ksiądz, który podczas 

kazania   ostatniej   niedzieli   napomknął   aluzyjnie,   że   niektórzy   parafianie   żyją 

ponad stan, podczas gdy ich zabytkowy kościół wymaga wciąż kosztownych 

remontów, nie krył jednak tego wieczoru dumy ze swojej gospodyni. Sam lubił 

dobrą kuchnię, a Wysoczarskim należało się takie przyjęcie w okrągłą rocznicę 

ich ślubu. Tylko jakoś dzisiejsza data... dzisiejsza data nie zgadzała mu się z tą, 

którą   zapamiętał   sprzed   lat   i   zapisał   w   parafialnych   księgach...   Dlaczego 

obchodzili tę rocznicę w grudniu, skoro polskie wojsko wkroczyło do miasta 22 

stycznia i dopiero wtedy...

Był   młodziutkim   wikarym,   kiedy   objął   parafię   w   tym   mieście   po 

zasłużonym proboszczu, zamęczonym w Dachau. Wojna jeszcze trwała, ale tutaj 

już   się   skończyła,   front   przesunął   się   na   zachód,   ludzie   wracali   do   swoich 

miejsc, choć oczywiście nie wszyscy, nie wszyscy...

Starał się właśnie,  zebrawszy trochę informacji  o losach  mieszkańców 

background image

tego miasta, uporządkować parafialne księgi - gdy stanęła przed nim młodziutka 

para. Dziewczyna była w żałobie, tym bardziej go więc zdziwiło, gdy poprosili 

o spowiedź i ślub nazajutrz.

- Bez zapowiedzi? - zdumiał się. - I bez dyspensy? To niemożliwe.

- Musi być możliwe - powiedział chłopak. Jutro idę do wojska. - I na 

front.

- Dostał pan powołanie?

- Nie, nie dostałem.

- Dlaczego więc... - zająknął się, ale urwał, nie wiedział kogo ma przed 

sobą.

- Nie dostałem powołania - powtórzył chłopak - ale idę. I chcę, żeby ona - 

wziął dziewczynę za rękę, a jej łzy napłynęły do oczu - czekała na mnie jako 

moja żona.

Chciał młodych o coś zapytać, ale nie nabył jeszcze dostatecznej praktyki 

w   duszpasterskich   sprawach,   ogarnęło   go   zawstydzenie,   które   miał   nadzieję 

zwalczyć w sobie, zadając to pytanie w mroku konfesjonału.

Otworzył księgę i zapytał o nazwiska.

Kiedy dziewczyna wymieniła swoje, zrozumiał dlaczego jest w żałobie. 

Ojcem   jej   był   weterynarz   Szymanko,   który   zginął   ostatniego   dnia   pobytu 

Niemców  w  tym mieście,  chował  go  przed  kilkoma  dniami   na  miejscowym 

cmentarzu.   Ludzie   o   tym   wciąż   mówili,   nie   musiał   o   nic   pytać.   ”Karolina 

Szymanko, zapisał, córka Karola i Izabeli z domu Skrobek”.

- Wiktor Wysoczarski - powiedział młody, gdy zwrócił ku niemu wzrok.

- Skąd? - spytał mimo woli, bo chłopak, choć zbiedzony i wymizerowany, 

nie pasował mu jakoś do tego miasteczka.

Nie odpowiedział na to pytanie, wzruszył tylko ramionami.

- Właściwie... sam nie wiem.

- Jak można tego nie wiedzieć?

- Wędrowałem ostatnio.

background image

- Od kiedy jest pan tutaj?

- Od października. Ale... nie meldowany.

- Teraz też nie?

- Nie.

Nie zapytał dlaczego, choć wtedy w pełni jeszcze tego nie rozumiał, a 

fakt, że młody prosił o sakrament małżeństwa przed dołączeniem do przybyłego 

zza   Wisły   wojska,   sprawę   dodatkowo   zaciemniał.   Dopiero   później,   gdy 

zaprzyjaźnił się z Wysoczarskim, gdy razem zbierali książki o drugiej wojnie, 

wyjaśniające   i   porządkujące   niejako   czyn   zbrojny   Polaków,   zagmatwany 

konspiracją podczas jego trwania, dopiero wtedy zrozumiał to ”wędrowanie” 

młodego człowieka, które z dopalającej się po powstaniu Warszawy zawiodło 

go   wraz   z   wycofującymi   się   przez   Żoliborz   oddziałami   AK   do   Puszczy 

Kampinoskiej,   skąd   Niemcy   wypchnęli   je   w   mściwie   precyzyjnej   akacji 

„Sternschnuppe” aż pod Żyrardów i Jaktorów. Tu zadano im cios ostateczny, 

tylko część zdołała przedrzeć się do oddziałów partyzanckich działających pod 

Opocznem...

Mógł mu już to wtedy powiedzieć, gdy stanął przed nim w zakrystii z tą 

dziewczyną, która powstrzymywała łzy. Ale nie powiedział. Jak boleśnie - ale i 

jak koniecznie - nieufni byli Polacy w tamtych latach.

Zapytał go więc o miejsce urodzenia. I nawet na to pytanie odpowiedział 

jakby z wahaniem i bardzo cicho:

- Wysoczary w Sandomierskiem.

Nie wyobrażał sobie - on, chłopski syn (Rudek - może jakiś szlachcic 

nazwał tak pradziadka od koloru włosów?), że będzie kiedyś żałował ziemian, 

którym teraz wraz z odzyskaniem wolności groziła parcelacja, ach, żebyż to 

tylko ona. A jednak ogarnął go jakiś jakby własny żal na myśl o tej cudzej 

ziemi, którą miano krajać, o domu, który przestał już być dla kogoś spuścizną po 

przodkach, po wiekach... Do tej chwili - mimo żałoby dziewczyny, mimo łez, 

które zabłysły w jej oczach, mimo drżących niekiedy ust chłopaka - wydawali 

background image

mu się promienną młodą parą. Każda młodość była wspaniała - młodość ludzi, 

drzew   traw,   młodość   dnia,   wschodzącego   zalewającą   niebo   jutrznią   -   ale 

najwspanialsza była młodość uczucia i ona to ich rozjaśniała, aż bił od nich 

blask, aż chwilami chciało mu się mrużyć przed nim oczy.

Dziwne, że tamtego dnia nie przyszło mu do głowy, że ten chłopak, ten 

Wiktor Wysoczarski z Wysoczar, w których gospodarzyli już zapewne fornale 

jego ojca, może z Berlina nie wrócić. Bo przecież jasne było, że szedł na Berlin. 

Wszyscy, którzy przeszli przez to miasto w marszu na zachód, szli na Berlin. 

Więc i on, jak mógł się domyśleć, choć tego od niego nie usłyszał, i on - ze 

spalonej Warszawy, z puszczy  przetrzebionej przez Aktion ”Sternschnuppe”, 

nazwaną tak chyba przez kogoś rozczytującego się w bajkach braci Grimm, z 

bitwy pod Jaktorowem wreszcie, po której, na krótko! przestał być żołnierzem - 

i on musiał, musiał, na rany Chrystusa! musiał iść na Berlin.

-   Wiesz,   Wiktor   -   ksiądz   Rudek   przechylił   się   ponad   stołem   ku 

Wysoczarskiemu - wtedy, kiedy stanęliście przede mną i poprosiłeś, żebym dał 

wam ślub, przez myśl mi nie przeszło, że możesz nie wrócić.

Wiktor   wyjął   spod   obrusa   leżącą   wciąż   na   jego   kolanie   dłoń   żony, 

pocałował ją i trzymał przez chwilę przy ustach.

- Musiałem wrócić. Ona na mnie czekała.

- Och, jak czekałam! - westchnęła Karolina. Łzy napłynęły jej do oczu, 

opuściła powieki, żeby nikt ich nie dostrzegł. Taki dzień szczęśliwy... po cóż łzy 

w taki dzień? Miała przy sobie tych, których kochała...

Wiktor   siedział   obok   niej   i   wciąż   był   dla   niej   chłopcem,   którego   z 

przerażeniem,   ale   i   z   zachwytem   obudzonym   już   w   tej   pierwszej   chwili, 

spostrzegła   obok   Białka   pod   ścianą   stajni   w   ów   pamiętny   październikowy 

wieczór. I ona pozostała chyba dla niego dziewczyną, ujrzaną nagle we wrotach 

i   od   razu   budzącą   nadzieję,   choć   wtedy   każdy   człowiek   mógł   także   budzić 

strach. Czy to możliwe, żeby nie postarzeli się dla siebie, choć dwóch ich synów 

zbliżało się już do czterdziestki? Obydwaj zresztą nie wyglądali na to. Panująca 

background image

moda wyraźnie teraz odmładzała mężczyzn. Kurtki zamiast płaszczy, dżinsowe 

spodnie   -  na   długie   lata   czyniły   z   nich   młodzieńców,   czasem   nawet   wbrew 

usposobieniu   i   psychicznemu   samopoczuciu,   co   właśnie   odnosiło   się   do 

Krystiana i Kamila. Krystian zresztą nigdy nie miał czasu na młodość. Chyba 

nawet nie miał już czasu na dzieciństwo. Od najwcześniejszych lat pochłaniało 

go   pragnienie   wyprzedzania   innych,   pokonywania   ich,   spychania   na   dalsze 

miejsca   w   toczonym   bezustannie,   choć   niekiedy   tylko   przez   niego 

uświadamianym sobie, wyścigu. Najbardziej cenił ludzi, którzy go podziwiali. 

Już w przedszkolu darzył uczuciem tylko te wychowawczynie, które podkreślały 

jego wyjątkowość  i wyróżniały go wśród dzieci. To samo  powtarzało się w 

szkole podstawowej i w średniej, na wyższej uczelni. Kończył je wszystkie z 

pierwszą lokatą, co nigdzie nie przysporzyło mu przyjaciół, chyba nie tylko ze 

względu na zawiść. Pracę w handlu zagranicznym cenił sobie prawdopodobnie 

także przede wszystkim dlatego, że dawała mu możliwości błyszczenia, że czuł 

się podziwiany wszędzie, gdzie się zjawiał - przystojny, dobrze ułożony młody 

Polak, świetnie władający kilkoma językami.

Życiowy prymus! mówiła o nim jego żona Katarzyna, co zawierało także 

- szczególnie przez nią akcentowaną - pochwałę ich małżeństwa. Konkurs na 

żonę wygrała spośród licznych kandydatek sposobem patrzenia na niego tak 

intensywnym, jakby wszyscy inni mężczyźni utracili nagle (dla niej!) wszelkie 

zalety,   jakby   stali   się   (dla   niej!)   bandą   nieurodziwych   głupców.   Tak   samo 

patrzyła   na   niego   babka   Wysoczarska.   Narażał   się   jej   niekiedy,   jak   on 

spragnionej   podziwu   i   wzmożonej   uwagi   (choćby   dziś   przy   stole 

rozpytywaniem Rozciłowskiego o Stany), ale wybaczała mu to wszystko, bo był 

dla niej jedynym Wysoczarskim. Wiktor już dawno nim być przestał, Kamil 

nigdy nie budził nadziei, że nim zostanie, a z Marka nie wiadomo co mogło 

wyrosnąć.   Wysoczary   przepadły,   ale   Krystian   zawsze   sprawiał   wrażenie,   że 

właśnie z nich wyjechał i, że zaraz tam wróci po załatwieniu swoich - tylko 

swoich - spraw. Mój Wysoczarski! mówiła o nim z czułością babka i w jakiś, 

background image

choć częściowy sposób, wyrównywało jej to straty, które w życiu poniosła.

Teraz siedział przy stole uszczęśliwiony bardziej od rodziców tym, że nie 

sprawił im zawodu, że jednak przyjechał mimo tylu zajęć i pozwala im widzieć 

siebie   przed   długą   rozłąką.   Tylko   czasem   w   spojrzeniu   jawiło   mu   się 

roztargnienie,   które   budziło   w   Karolinie   smutną   niepewność,   czy   jej   syn 

naprawdę jest obecny przy stole. Patrzyła jeszcze przez chwilę na jego pięknie 

sklepione czoło, prosty ani trochę nie zadarty nos i usta, które rzadko pozwalały 

sobie   na   spontaniczny   uśmiech.   A   potem   -   szybko   i   jakby   z   pragnieniem 

doznania należnej jej w tym dniu łagodności i odprężenia po uczuciach zbyt 

trudnych - przeniosła spojrzenie na Kamila.

Nie był podobny do brata, wdał się najwidoczniej w Szymanków, a także 

w tych Skrobków zza Wisły, z których wywodziła się babka Izabelka. Może 

nawet urodziwszy był od brata, smagły jak matka i babka, spojrzenie miał jasne, 

ujmujący   wyraz   twarzy,   w   ustach   coś   prawie   dziewczęcego,   choć   także   nie 

uśmiechał się zbyt często i - nie do każdego. W jawny sposób nie dbał o to, jak 

go ludzie odbierają i nie starał się tego odbioru polepszyć. Nawet w tym dniu 

uroczystym   zjawił   się   u   rodziców   w   przyciasnym,   spranym   sweterku,   w 

wytartych spodniach. (Na litość boską! myślała babka Wysoczarska. Czyżby 

nauczycielom płacono teraz tak mało, że nie miał nic innego do włożenia?)

Kamila także młodość po prostu nie zajmowała. Nie uważał jej za coś 

nadzwyczajnego, nie starał się jej wykorzystać. Tę sprawę, ten sposób bycia, 

nawyk,   rozciągnięty   na   lata   mimo   ich   upływu,   obydwaj   bracia   pozostawili 

Agnieszce. To jej obecność w domu była promieniującą na wszystkich radością, 

niekiedy   -   gdy   nauczyła   się   kłamać   -   może   nawet   sztuczną   i   wymagającą 

wysiłku.   Ale   Kamila   nie   zajmowała   własna   młodość,   o   cudzą   potrafił   się 

troszczyć, może właśnie dlatego, że uważał ten okres za najmniej szczęśliwy w 

życiu, a za najbardziej odpowiedzialny za całą jego resztę. Uczniowie uważali 

go   za   mądrzejszego   kolegę,   pragnęli   jego   przyjaźni,   nawet   po   opuszczeniu 

szkoły starali się ją utrzymywać. Gdy przyjeżdżał do rodziców przynajmniej na 

background image

część   wakacji,   Karolinę   zadziwiała   mnogość   otrzymywanych   przez   niego 

listów. O czym oni do ciebie piszą? pytała. Odpowiadał: O życiu. Czy zdawał 

sobie   sprawę,  że   tak  bardzo  podzielony   między  tylu  ludzi  coraz  mniej   miał 

siebie dla siebie? I dla swoich bliskich. Łucja sześć lat czekała na sukces. Na 

sukces inny niż te, które on - w swoim odrębnym mniemaniu - odnosił.

Mogła   to   być   praca   habilitacyjna,   powrót   do   pracy     naukowej   na 

uniwersytecie,   gdzie   przyjęto   by   go   z   otwartymi   ramionami,   albo   prywatna 

opłacalna działalność, w której wreszcie mogłyby być w pełni wykorzystane 

jego studia. Kamil na nic takiego nie miał ochoty. Bezdzietnemu małżeństwu 

łatwo było się rozstać, choć Karolina podejrzewała, że tę łatwość jej młodszy 

syn zagrał z talentem, którego mogłaby mu pozazdrościć Agnieszka.

Który z nich był szczęśliwy? Krystian, tak perfekcyjny w denerwujący dla 

Kamila sposób, czy Kamil o za małych - według Krystiana - ambicjach?

Drzwi,   prowadzące   do   kuchni,   otworzyły   się   gwałtownie,   pchnięte 

energiczną dłonią Pawlisiowej. Widniała w nich przez chwilę okrągła i rumiana, 

ale zaraz wysunęła się zza jej pleców i przesłoniła ją sobą babka Izabelka z 

ogromną tacą, zastawioną filiżankami z dymiącym barszczem.

- Ja babci pomogę - zerwała się od stołu Sylwia. Powinna była właściwie 

nazywać   ją   prababką,   ale   brzmiałoby   to   śmiesznie,   zwłaszcza,   że   Izabelka 

Szymankowa trzymała się jeszcze krzepko, pierś miała pełną, nogi zgrabne i 

szybkie, a ręce, którymi podawała barszcz gościom, opalone do łokci jeszcze od 

plewienia w ogrodzie, nie były rękami starej kobiety.

Sylwia, dźwigając tacę z filiżankami, postępowała za nią krok w krok, 

prawie już tak wysoka jak babka i zadziwiająco do niej podobna. Ona teraz 

miała przejąć pałeczkę urodziwych dziewcząt w tej rodzinie i chyba - cóż za 

smarkata! - wiedziała już o tym. Pełnym wdzięku ruchem głowy odrzucała na 

plecy lśniące ciemne włosy, co czyniło ją podobną do źrebaka o długiej smukłej 

szyi i podłużnych oczach skrytych za długą rzęsą.

Karolina   zwróciła   głowę   ku   Rozciłowskiemu,   ciekawa   czy   to   widzi. 

background image

Istotnie   patrzył   na   córkę,   ale   jakby   ukradkiem,   może   nie   chciał,   żeby   ktoś 

spostrzegł, jak bardzo cieszy go jej widok, może bał się przede wszystkim tego, 

żeby ona sama tego się nie domyśliła. Ten duży, silny mężczyzna miał chyba złe 

doświadczenia ze zbyt jawnym okazywaniem uczuć kobietom i wolał się strzec, 

co rozumiała tylko Karolina. Do dzisiejszego dnia nie przebaczyła Agnieszce jej 

pierwszego rozwodu i we wszystkich sporach, które - przed nim i po nim - 

wynikały, zawsze była po stronie zięcia. On zresztą odpłacał jej przywiązaniem, 

którego   daremnie   oczekiwała   ze   strony   dzieci.   Krystian   i   Agnieszka   od 

najwcześniejszych lat byli zajęci tylko własnymi sprawami, inni ludzie w ich 

życiu mieli znaczenie wyłącznie usługowe. Kamil...  Czy nie za dużo o nich 

myślę?   przestraszyła   się.   Mają   swoje   życie   i   trzeba   to   zrozumieć,   dlaczego 

akurat dziś zdaje mi się, że jeszcze tego nie zrozumiałam?

- Przestań rozmyślać - lszepnął Wiktor. - Barszcz ci wystygnie.

- Nie lubię gorącego.

- Myślę, że Agnieszka ożywi towarzystwo przy stole, bo jakoś zaczyna 

być sennie.

- Nie przyjedzie przed dwudziestą drugą.

- Zostanie na noc?

- Chyba tak. Jutro niedziela, nie ma próby w teatrze.

- Myślisz, że spodziewa się zastać tu Rozciłowskiego?

- Dla niej to obojętne.

- Szkoda.

- No właśnie - wielka szkoda.

- Babciu! - Sylwia zwracała się teraz do Karoliny. - Czy będę mogła po 

kolacji   zagrać   z   Markiem   w   ping-ponga?   Rozstawimy   stół   u   dziadka   w 

gabinecie.

- A pytałaś Marka, czy ma ochotę?

- Och, na pewno ma ochotę! - zdecydowała, nie przewidując sprzeciwu, 

Sylwia. Marek był młodszy od niej o cały rok; wyrośnięty ponad wiek miał 

background image

jednak dziecinną jeszcze twarz, trochę niemrawą po płowej i jakby usuniętej w 

cień   męża   matce.   Pewny   siebie   na   początku   wizyty   z   racji   zapowiadanego 

wyjazdu z rodzicami do Stanów, podczas kolacji gasł przy Sylwii, obok której 

siedział,  przytłoczony podziwem dla niej, a może  nawet już męskim  lękiem 

przed po raz pierwszy w tej postaci napotkaną kobiecością.

Karolina to widziała.

- Causinen sind die Kaninchen der Liebe - powiedziała cicho do Wiktora.

- Zapomniałem już, co to znaczy.

- Kuzyni są królikami doświadczalnymi miłości.

- Daj spokój, to jeszcze dzieci.

- Dzieci? - przed samą sobą zwątpiła Karolina. - Przypomniał jej się dzień 

i sposób, w jaki przed dwoma laty Sylwia powiedziała jej, że oto dojrzała, że ma 

już to, jak wiele innych dziewcząt w klasie. Najpierw śmiała się długo, potem 

potrząsnęła głową, co zwykła była czynić, gdy czuła się z czegoś dumna.

- Babciu, gdybym się teraz puściła, to już bym miała dziecko.

Nie pytała - wiedziała. Ale to tylko początkowo wydawało się straszne. 

Później przyszła uspokajająca, pełna ulgi refleksja: nie trzba jej było nic mówić, 

tłumaczyć, przestrzegać. Wiedziała.

Jej matka, Agnieszka, w takiej samej chwili powiedziała tylko:

- Mamo! To już się zaczęło.

Cieknie ze mnie, jak z dziurawej beczki. Muszę iść do apteki po watę.

Ona sama,  kiedy ją to spotkało, kiedy to na nią spadło, była w pełni 

nieświadoma  tak boleśnie, tak kłopotliwie i nieestetycznie objawiającego  się 

kobiecego losu. Uświadomiona przez matkę, poinformowana przez nią, że odtąd 

tak już będzie co miesiąc, płakła przez cały dzień pełna rozpaczy i wstrętu do 

swojej płci. W końcu ojciec uznał, że może to naprawdę za wcześnie i, że trzeba 

iść z dzieckiem do doktora.

Pamiętała dokładnie słomkowy kapelusz, jaki matka założyła tego dnia, 

kwiecistą suknię bez rękawów, jej nagie opalone ramiona i może było w tym 

background image

jakieś pocieszenie, że miała stać się kimś takim jak ona. Cała wizyta u doktora 

Zaczyńskiego przebiegała w tej podniecającej (doktora), aurze kobiecości.

Kazał jej się rozebrać, ale nie po to, żeby ją badać.

- Niech pani na nią spojrzy - powiedział do matki, a ją samą zaprowadził 

przed   lustro,   aby   także   mogła   się   sobie   przyjrzeć.   Zapamiętała   z   tego, 

oglądanego w pomieszaniu i przerażeniu swego wizerunku, nie piersi, których 

najbardziej się wstydziła, ale ciemne, posępne oczy i usta, bardzo czerwone, 

obrzmiałe,   jakby   dopiero   co   ktoś  je   całował.   -   Niech   pani   na   nią   spojrzy   - 

powtórzył   doktor.   -   Są   rodziny,   w   których   dziewczynki   bardzo   szybko 

dojrzewają.   To   sprawa   pewnych   predyspozycji,   wrodzonej   zmysłowości, 

temperamentu...

A   do   niej   powiedział...   ujął   jej   brodę   dwoma   gorącymi   palcami   i 

powiedział:

-   Jesteś   już   teraz   małą   kobietką.   Na   wszystko   wokół   siebie   zaczniesz 

patrzeć innymi oczyma.

- Jakimi? - zapytała ochryple.

- Mądrzejszymi. I czulszymi może także.

- W naszej wiosce... - odezwała  się matka  niefrasobliwym tonem - w 

naszej wiosce to się nikt takimi sprawami nie przejmował.

- Gdzie...? - spytał nieco stropiony doktor.

- A tamuj - odpowiedziała Izabelka Szymankowa, machnąwszy ręką. - Za 

Wisłą.

O czym ja myślę?  przeraziła się Karolina. Wparte w nią wyczekujące 

spojrzenie Sylwii przywróciło ją rzeczywistości.

- Oczywiście, możesz rozstawić stół do ping-ponga w gabinecie dziadka - 

powiedziała. - Ale dopiero po kolacji.

- Przecież mówię, że po kolacji - wzruszyła ramionami Sylwia.

-   Nie   zajmujesz   się   wcale   swoim   gościem   -   powiedziała   z   naciskiem 

babka Wysoczarska do syna. - Pan Ziółko prawie nic nie je.

background image

-   Ziołko   -   sprostował   z   lekkim   ukłonem   milczący   dotąd   łysawy 

mężczyzna,   siedzący   obok   żony   Krystiana,   Katarzyny.   Może   i   ona   milczała 

dlatego, że nie potrafili nawiązać ze sobą kontaktu.

- Pan Ziołko nic nie je?! - powtórzyła z serdecznym niepokojem babka 

Izabelka.   Rozdawszy   filiżanki   z   barszczem,   usiadła   już   przy   stole,   ale   teraz 

zerwała się ze swego miejsca i zaczęła podsuwać Ziołce nie opróżnione jeszcze 

półmiski.

- Ależ jem, jem... proszę się mną nie zajmować - bronił się, zmieszany 

coraz bardziej zwróconą na niego uwagą, gość. Zachował śpiewny akcent, co 

wywołało od razu uśmieszek na ustach Marka. - I wszystko mi bardzo smakuje. 

A te uszka! Moja mama gotowała taki barszcz i takie uszka. Pamiętasz, Wiktor, 

zawsze ci o nich opowiadałem. To śmieszne, teraz nikt by w to nie uwierzył. Tu 

wojna, Niemcy się ostrzeliwują, w każdej chwili może człowiek zginąć, a ja o 

tych uszkach... Pamiętasz chyba Wiktor, co?

- Pamiętam - mruknął Wysoczarski - zdumiewało go to, ale i z lekka 

niecierpliwiło, że Ziołko podczas trwającej ponad czterdziestu lat przyjaźni w 

każdej rozmowie wracał do wspomnień. Przecież cała droga na Berlin, a potem 

ten  prawie  rok  w  Bieszczadach,   to  był  towarzyszący   im  wciąż  strach  przed 

śmiercią, bezustanne nią zagrożenie, krew cudza i własna, niedospanie i brud, 

żołnierska   udręka   i   niewygoda   w   każdej   godzinie,   żołnierski   wysiłek   ponad 

ludzką   miarę.  A  jemu  wciąż   chciało  się   o  tym  mówić.   Nieraz,   gdy   grali  w 

szachy i gdy sądził, że jego partner w długim zamyśleniu rozważa nastężne 

posunięcie, on nagle wyrywał się ze swoim ”pamiętasz?”.

Zaobserwował, że z innymi ludźmi potrafił rozmawiać na inne tematy. 

Interesował się polityką, zatrudniony w cegielni, rzetelnie przejmował się jej 

sprawami i nieraz o niej mówił - ale nie z nim. Z nim rozmawiał tylko o tym, co 

wtedy - w ten najgorszy czas - razem przeżyli. Ale czy najgorszy? Można było 

zginąć każdej chwili, ale jednak czas był wspaniały! Wspaniały! Do dziś nie 

zbladła   w   nim,   nie   wywietrzała   odczuwana   wtedy   radość,   że   oto   wojna   się 

background image

kończy, a oni zwyciężają! Idą na Berlin i zwyciężają! A że to była także radość 

zemsty? Niech tam księża mówią, co chcą, ale w tamtych dniach nie mogła być 

grzechem i nie było kapelana w polskich szeregach, który by za nią naznaczył 

żołnierzom pokutę. A jeśli było inaczej... jeśli było inaczej, to do dziś dnia nosił 

ten grzech w sobie, ponieważ nie przyszło mu do głowy wyspowiadać się z 

niego po powrocie przed księdzem Rudkiem.

Gdy po każdym ataku liczyli straty, myślał, że poległym nie życia było 

żal, ale tego, że nie doszli, że nie zobaczyli ostatecznej klęski wroga, któremu 

pycha kazała uznać zabijanie za swoją misję i wyłączny swój przywilej.

- Wiecie, jaki film uważam za najpiękniejszy film świata? - spytał nagle, 

choć   przy   stole   toczyła  się   właśnie   pogodna  rozmowa   na  temat   pierogów  z 

kartoflami   i  serem,   którymi   nieustępliwie   zachwycał   się   Ziołko,  choć   babka 

Izabelka twierdziła, że nie ma to, jak pierogi z kiszoną kapustą, doprawione 

obficie grzybami.

Nikt   nie   zapytał   -   jaki   to   film,   ale   jego   nie   powstrzymało   to   od 

wyjawienia swojej myśli.

-   Mógłbym   go   oglądać   dwa   razy   dziennie   -   ciągnął   -   rano   po 

przebudzeniu   i   wieczorem   przed   zaśnięciem.   Myślę,   że   w   największej 

pospolitości życia świadomość, pamięć, że się coś takiego przeżyło, że brało się 

w tym udział...

- Cóż to za film? - spytał wreszcie Rozciłowski.

A teraz Wiktor nie odpowiadał długą chwilę, przymknął powieki, jakby 

sam dla siebie rozpoczął wyświetlanie obrazów, które uważał za tak piękne.

- Cóż to za film? - powtórzył Rozciłowski.

Jeszcze i teraz odpowiedział nie od razu. Otworzył w końcu oczy, ale 

wydawało się, że musi przyzwyczajać się do widoku twarzy, które miał przed 

sobą.

-   Są   sekwencje...   -   zaczął   cicho   -   są   sekwencje,   nakręcone   podczas 

czerwcowej defilady zwycięstwa w Moskwie w czterdziestym piątym roku...

background image

- Dziadziu! - szepnęła Sylwia.

-   Nie   mówiłem   o   tym!   -   krzyknął   Wiktor.   -   NIgdy   o   tym   dotąd   nie 

mówiłem! - Zdawało mu się, że Sylwia stawia go teraz na równi z Ziołką, że 

uważa   go   za   takiego   samego,   nie   mogącego   oderwać   się   od   wojennych 

wspomnień nudziarza. - Nigdy o tym dotąd nie mówiłem - powtórzył łagodniej. 

-   I   powiem   tylko   raz:   Najpiękniejszy   film   świata!   Zbliżające   się   kolumny 

żołnierzy,   rzucających   na   ziemię   zdobyte   na   wrogu   sztandary.   Przeżyli, 

zwyciężyli i oto idą, żeby rzucić hitlerowskie sztandary na coraz wyższą stertę...

- Dziadziu! - nie wytrzymała znów Sylwia.

Ale   tym   razem   skarciła   ją   Karolina   ostro   i   chyba   przesadnie. 

Poczerwieniała z oburzenia i aż uniosła się na krześle.

-   Cicho   bądź!   -   krzyknęła.   -   A   jeśli   nie   chcesz,   albo   nie   umiesz 

uczestniczyć w rozmowie dorosłych, to idź do swego pokoju!

Sylwia najpierw się zdziwiła, babka nigdy się tak do niej nie odzywała. 

Ale skoro się tak odezwała, trzeba było mieć trrochę honoru... Wstała powoli, 

uśmiechnęła się do wszystkich, nawet dygnęła.

- No, to spływam.

-   Nie,   nie,   Sylweczko   -   powstrzymał   ją   dziadek.   -   Nie   rób   mi   tej 

przykrości. Zresztą już skończyłem. Chciałem tylko powiedzieć, jaki to piękny 

film.

-   Ale   ni   stąd,   ni   zowąd...   teraz,   podczas   dzisiejszej   kolacji   -   babka 

Wysoczarska była wyraźnie niezadowolona z syna - taki temat...

-  Pan   był  z   ojcem   w  pierwszej   armii?   -  pospiesznie   zagadał   incydent 

Rozciłowski, zwracając się do Ziołki.

- Tak - Ziołko wyraźnie się ożywił, odsunął filiżankę, w której były tak 

chwalone przez niego uszka, zapomniał o nich. - Tak, w 6 Pomorskiej Dywizji 

Piechoty. Tylko że ja doszlusowałem do niej pod Przemyślem, a Wiktor dopiero 

tu za Wisłą.

- Przynajmniej nie musiałem jej forsować - uśmiechnął się niewyraźnie 

background image

Wysoczarski.

- Ale ominęło cię wejście do Warszawy.

- A tego nie żałuję. Nie, naprawdę - tego nie żałuję! Przecież dopiero co, 

przed niespełna czterema miesiącami z niej wyszedłem. I wciąż miałem przed 

oczyma   gruzy.   I   tylko   gruzy   innych   miast   mogły   przesłonić   mi   ten   widok. 

”Gruzy Berlina za gruzy Warszawy” - pisaliśmy wszędzie, wchodząc na ziemię 

niemiecką - pamiętasz?

Teraz   on   mówił   ”pamiętasz”   do   Ziołki,   tego   się   nigdy   po   sobie   nie 

spodziewał. Ogarnęła go wściekłość na Rozciłowskiego, który znów sprowadził 

rozmowę na zaniechany już - po protestach Sylwii i matki - temat. Rzucił mu 

niechętne  spojrzenie,  ale  on tego  nie  zauważył.  Pochylony  ponad  stołem  ku 

Ziołce, oczekiwał od niego odpowiedzi na pytanie teścia.

-   Ja   bym   miał   nie   pamiętać?   -   zaśmiał   się   szeroko   Ziołko.   -   Sam   to 

smarowałem na wszystkich ruinach! W Kołobrzegu, a potem w Berlinie! Ostatni 

raz nasmarowałem w Schonfeld, gdzie spotkaliśmy się z Amerykanami.

- Ale tamte gruzy może były ich dziełem - wtrącił Rozciłowski.

- Wszystko jedno. Nikt wtedy jeszcze niczego nie rozdzielał. Nad Łabą 

stała ich 9 Armia i też chyba po gruzach szła na Berlin. Tylko, że myśmy doszli 

pierwsi!

- Znów zaśmiał się hałaśliwie, uderzył się po udach, a babka Wysoczarska 

spojrzała nań ze zgrozą.

Pamiętała   tego   Ziółkę   -   noszącego   dziś   świąteczny,   paradny   garnitur, 

śnieżną koszulę i całkiem nieźle zawiązany krawat - pamiętała tego Ziółkę w 

żołnierskim   mundurze,   kiedy   Wiktor   ośmielił   się   przywieźć   go   do   niej   na 

dwudniowy urlop otrzymany dopiero w Bieszczadach, dokąd skierowano ich 

pułk tuż po zakończeniu wonjny.

Mieszkała już wtedy z mężem w Krakowie w mieszkanku znalezionym 

im   przez   daleką   kuzynkę,   od   której   Wiktor   dostał   adres   rodziców.   Zdołali 

uratować i wywieźć cenniejsze meble, obrazy i srebra. Ledwie się to mieściło w 

background image

dwóch klitkach na poddaszu, dla ludzi pozostawało już w nich naprawdę bardzo 

mało miejsca. Ale za to było co sprzedawać w ciągu tych czterdziestu lat, co 

było smutną koniecznością zwłaszcza na początku, gdy Xawery nie zdecydował 

się jeszcze przyjąć posady dyrektora Stadniny Koni. Potem znów zamieszkał w 

pałacu (w dodatku - co za ulga! - nic go nie obchodziły jego remonty) ale ona 

nigdy go tam nie odwiedzała i, prawdę powiedziawszy, nie za bardzo korzystała 

z   jego   dyrektorskiej   pensji.   Wystarczyło   jej   to,   co   uzyskiwała   ze   sprzedaży 

rodzinnych pamiątek, była częstym gościem krakowskiej Desy, gdzie ją znano i 

szanowano. Zastanowiła się przez chwilę... czy nie za niską ustaliła cenę za 

mahoniowy   sekretarzyk   z   czasów   Marii   Teresy,   ozdobiony   miniaturą 

cesarzowej? Postanowiła to przemyśleć i zaraz po powrocie do Krakowa pójść 

do kantoru Desy, żeby sprawę jeszcze raz przedyskutować...

I w tym to mieszkanku, zawalonym po sufity zbywalnymi na szczęście 

dowodami dawnej świetności Wysoczarskich, zjawił się któregoś dnia Wiktor w 

żołnierskim   mundurze.   Z   Ziółką.   Powiało   odorem   wojska   i   rzeczywistości, 

której w Krakowie przy odrobinie wysiłku można było w ogóle nie zauważać.

Nie od razu poznała Wiktora.

Pospolitość twarzy Ziółki położyła się jakby i na tym drugim obliczu pod 

daszkiem żołnierskiej czapki z orzełkiem bez korony. Czego to u niej - akurat u 

niej - szukali ci ludzie?

- Nie poznaje mnie mama? - zdumiał się Wiktor. Jego głos był najpierw 

nim dawnym, potem oczy, roześmiane, jak za tamtych lat, kiedy tak często miał 

się z czego cieszyć - z wygranej partii tenisa czy udanej przejażdżki konnej, z 

poznania nowej dziewczyny. Teraz dopiero zrozumiała, że stoi przed nią jej syn, 

tak odmieniony ubiorem, ale jednak najpewniej jej syn, jej dziecko. Widziała go 

ostatni raz, gdy był jeszcze chłopcem, wysłanym tak niefortunnie i niepotrzebnie 

na   te   jakieś   tajne   studia   w   Warszawie,   teraz   stał   przed   nią   mężczyzna,   w 

przedziwny sposób bardzo pewny siebie w swoim odmienionym losie.

-   Mój   Boże!   To   naprawdę   ty?   -   szepnęła   i   rzuciła   się   ku   niemu   z 

background image

wyciągniętymi ramionami, a on także ją objął i uniósł do góry, bo zrobiła się 

przy nim jakaś mała i lekka, czuła to, gdy przytulił jej głowę do piersi na krótką 

chwilę szczęśliwego płaczu.

Ten Ziółko stał obok. Zdjął czapkę i gniótł ją w rękach z rozradowanym, 

ale i zakłopotanym wyrazem twarzy; trwało to chyba dość długo, nim zwrócili 

na niego uwagę.

- Sylwester! To moja matka! - powiedział Wiktor. Tak mało upłynęło 

czasu, a zapomniał o podstawowych zasadach dobrego wychowania. Zamiast 

przedstawić gościa matce, uznał za słuszne najpierw ją jemu zaprezentować, ale 

- choć to zauważyła i odczuła - w tamtej chwili, w takiej chwili nie miało to 

żadnego   znaczenia.   Podała   rękę   przybyłemu,   starając   się   nie   pamiętać,   że 

podobni do niego ludzie wtargnęli do jej domu i ledwo udało się jej - coś niecoś 

- przed nimi uratować.

- Niech się pan rozgości, proszę - powiedziała. - Wiktor!

Proś swego gościa! Widzisz, jak teraz mieszkamy. W jakiej ciasnocie, w 

jakich warunkach! Ojciec wyszedł, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Ale 

zaraz wróci. Mój Boże, żeby wiedział!

I znów zaczęła całować syna, ściskać go i dotykać, jakby potwierdzając w 

ten sposób jego obecność, jego istnienie, jego powrót.

- Żyjesz! Żyjesz! - powtarzała wciąż wśród łez.

- Przecież wiedziała mama, że przeżyłem powstanie - powiedział. Usiadł 

przy   stole   i   zaczął   rozluźniać   owijacze.   -   Po   to   posłałem   Karolinę...   tę 

dziewczynę do Wysoczar, żeby to wam powiedziała.

- Bardzo jej byłam wdzięczna, że do nas dotarła. Dałam jej dla ciebie... 

bardzo cenną bransoletkę...

- Oddała! Oddała! - krzyknął Wiktor; podniósł głowę, twarz mu nabiegła 

krwią, może dlatego, że wciąż był pochylony, a może nie uznał pytania w jej 

głosie za całkiem naturalne! - Oddała - powtórzył łagodniej. - Nawet jej nie 

sprzedaliśmy...   nie   było   potrzeby...   choć   ojciec   Karoliny   już   nie   żył... 

background image

Zostawiłem ją... zostawiłem ją Karolinie, kiey zdecydowałem się pójść... Ja to 

mamie   później   opowiem.   Teraz   chciałbym,   żeby   mama   wiedziała   to,   co 

najważniejsze!   -   Wstał,   obciągnął   na   sobie   mundur.   -   Mamo!   -   powiedział 

uroczyście.

- Byłem w Berlinie! doszedłem do Berlina!

Ziółko, który także poprawwiał swoje owijacze, zerwał się z krzesła i 

stanął wyprostowany obok Wiktora.

- Ja też!

- W Berlinie? - nie mogła zrozumieć. - W Berlinie?

- Gdy tylko front przesunął się na lewą stronę Wisły, zgłosiłem się na 

ochotnika.

- Ty?! - krzyknęła.

- Ja! chyba mnie mama rozumie?

Patrzyli sobie w oczy. Opuściła powieki i nie wiedziała, co odpowiedzieć 

temu  człowiekowi, który był jej synem i który wniósł do jej ciasnego teraz 

mieszkanka odór wojska i rzeczywistości. Długiej potrzeba było chwili, żeby do 

jego racji dołączyła także swoje - poza całym polskim cierpieniem - choćby 

obecność tego treuhandera, którego musieli znosić w Wysoczarach przez całą 

wojnę, tak, to i za nią także, za tę niemiecką obecność w ich domu jej syn 

poszedł na Berlin...

-   Mój   Boże!   -   zaczęła   znów   płakać.   I   powtórzyła   jeszcze   raz   -   z 

niedowierzaniem, z zachwytem, z dziękczynieniem: - Przeżyłeś!

- No, widzi mama! - roześmiał się Wiktor szczęśliwie i młodzieńczo. - 

Nie zaliczyłem żadnego semestru, ale zaliczyłem wszystko, co w tych ostatnich 

miesiącach było najważniejsze - i Wał Pomorski, i Kołobrzeg, i Berlin!

- Ja także, proszę pani - dodał Ziółko.

- I tego już mi nikt nie odbierze!

To   ostatnie   słowo   Wiktora   wywlokło   z   jej   podświadomości   nie 

najwłaściwsze w tej chwili skojarzenie.

background image

- Wysoczary nam odebrali - powiedziała cicho.

- Och, mamo! - żachnął się Wiktor. - Nie sądź, że o tym nie myślałem, że 

wciąż o tym nie myślę...

- I pogodziłeś się z tym?

- Czy potrzebne jest aż takie słowo? - krzyknął.

Ziółko poruszył się niespokojnie.

- Ja bym ręce sobie umył...

Zaprowadziła go do łazienki, wyjęła z szafki czysty ręcznik, ale schowała 

go tam z powrotem, uznawszy, że ręczniki wiszące w łazience są wystarczająco 

czyste.

-   Któż   to   taki?   -   zapytała,   wracając   do   pokoju.   -   Nawet   swobodnie 

porozmawiać nie można.

Wiktor przygotowany był na ten atak.

- Temu człowiekowi wiele zawdzięczam.

Złagodniała, serce stanęło w niej na tę myśl.

- Uratował ci życie?

- Nie. To może ja... Była taka sytuacja... gdybym go akurat po coś nie 

posłał... Trudno sobie wyobrazić, ile podczas wojny zależy od przypadku. Więc 

gdybym go akurat wtedy po coś nie posłał i gdyby on, jak zawsze chętny, nie 

zerwał się od razu, żeby biec... ale ja to mamie także kiedy indziej opowiem. 

Najważniejsze, że przez cały czas był ze mną. To także trudno sobie wyobrazić - 

wojsko, tłum ludzi, pośpiech, strach i wśród tego wszystkiego pragnienie, żeby 

choć ktoś jeden naprawdę był z tobą. Przydzielono mnie do jego kompanii, gdy 

zaraz za Wisłą uzupełniano stan po zdobyciu Warszawy. I od razu przylgnąłem 

do   niego,   a   on   do   mnie.   Może   spojrzawszy   po   raz   pierwszy   na   mnie   -   a 

wyglądałem   wtedy   chyba   gorzej   niż   teraz   -   zrozumiał,   że   dobrze   by   było, 

gdybym miał przy sobie kogoś tak po chłopsku niefrasobliwego i zaradnego, jak 

on...   I   nie   mylił   się.   Naprawdę   wiele   mu   zawdzięczam.   Więc   kiedy   teraz   - 

zapomniałem powiedzieć, że z Niemiec, znad Łaby przerzucono nas na naszą 

background image

południową granicę, bo tam... no, tak - jeszcze trochę niespokojnie - więc kiedy 

teraz dostaliśmy razem kilka dni... musiałem zabrać go ze sobą.

- Dlaczego nie pojechał do swoich?

Wiktor jakby się zmieszał.

- Nie ma tu nikogo.

- Skąd pochodzi.

- Z jakiejś wsi za Przemyślem.

- Dlaczego więc tam nie pojechał?

- Bo ta wieś... ta wieś została po drugiej stronie granicy.

-   No,   tak...   ledwo   ukryła   tę   odrobinę   satysfakcji,   która   może   nawet 

zadźwięczała w jej głowie.

- To już nigdy nie zobaczy się z rodziną?

-   Dlaczego   nigdy?   Właśnie   myśli,   żeby   ich   ściągnąć   tutaj   i   po 

zdemobilizowaniu osiąść razem z nimi na jakimś gospodarstwie nad Odrą, albo 

nad Bałtykiem.

- Ho, ho! - powiedziała. - Nabraliście rozmachu.

- Tak - uśmiechnął się jej syn - tak to można by w skrócie nazwać.

Ziółko (jakoś od pierwszej chwili trudno jej było zapamiętać prawdziwe 

brzmienie   jego   nazwiska)   stanął   w   progu   z   niepewnością   w   oczach, 

najwidoczniej bał się, że nie skończyli jeszcze  rozmowy  na temat,  który go 

przerażał. Przywołała go więc dłonią do stołu.

- Zaraz zrobię wam coś do jedzenia. Skromnie u mnie teraz, ale coś się 

znajdzie.

- Och, mamo! - Wiktor skoczył do plecaków. - Dostaliśmy na drogę suchy 

prowiant. Wspaniałe puszki! Jadłaś już tuszonkę?

- Nie... jadłam... tuszonki - wykrztusiła. - I nie wyobrażam sobie...

-   Zobaczysz,   jak   ci   będzie   smakowała!   Sylwester!   Otwórz   dwie 

konserwy!

Ziółko wyjął z kieszeni potężny kozik, wbił jego ostrze w blachę puszki. 

background image

Po pokoju rozszedł się zapach peklowanej wieprzowiny, tyleż apetyczny, co 

odrażający.

-   Pamiętasz,   jak   Materka   starał   ci   się   zawsze   dogodzić?   Od   dziecka 

grymasiłeś przy stole.

Wiktor odgiął blachę pierwszej z otwartych puszek, pochylił się nad nią, 

delektując się bijącą z niej wonią. Roześmiał się.

-   Od   stołu   w   ogóle,   droga   mamo,   w   ciągu   ostatniego   roku   się 

odzwyczaiłem. I żaden z kucharzy nie mógłby na mnie narzekać, że grymaszę.

Sylwester! - zawołał. - A gdzie chleb?

Ziółko   wydobył   z   plecaka   bochen   żołnierskiego   chleba,   przyłożył   do 

niego kozik i uczyniwszy nim znak krzyża, zaczął krajać potężne kromki.

- Zobaczy mama, co to za chleb!

- Ja... - zająknęła się - jadam tylko czerstwe pieczywo. I wyłącznie białe.

- Ale skosztować mama może - Wiktor popychał w jej kierunku pajdę 

chleba,   więc   ułamała   z   niej   w   końcu   kawałeczek   i   włożyła   do   ust.   Chleb 

pachniał   otrębami   i   tą   całą   zawartością   ziarna,   którą   zwykle   w   młynach 

odrzucano, mieląc zboże na białą, bielusieńką mąkę ”dla państwa”. Ale smak 

miał cudowny.

- No, mamo? No? - dopytywał się Wiktor.

- Rzeczywiście, dobry - powiedziała wreszcie i ułamała jeszcze kawałek, 

żeby już nie tylko jemu, ale i sobie sprawić przyjemność.

Przyniosła z kuchni talerze, na które wyłożono tuszonkę i groch z drugiej 

puszki, zaparzyła herbatę. Chłopcy jedli w skupionym, prawdziwie chłopskim 

milczeniu. Ziółko siorbał głośno popijając herbatę, przy czym wprawiał ją wciąż 

w nerwowy niepokój, że wydłubie sobie w końcu oko pozostawioną w szklance 

łyżeczką.

Z   tych   szczęśliwych   chwil   powrotu   Wiktora   nie   wiadomo   dlaczego 

zapamiętała najwyraziściej jaskrawe słońce w małych oknach starej krakowskiej 

kamienicy,   brzęczenie   much   na   szybach,   upał   panujący   na   poddaszu   i 

background image

uporczywy smrodek rozchodzący się od spoconego Ziółki. Coś w tym jednak 

jest,   coś   przyrodzonego,   myślała.   Wiktor   też   się   poci,   a   przecież   tak   nie 

śmierdzi.

- Namów go - szepnęła, pochylając się ku Wiktorowi, gdy Ziółko szukał 

czegoś w swoim plecaku - namów go, żeby się wykąpał!

- Ja też to zrobię z rozkoszą - zawołał Wiktor. - Och, mamo!

Nie masz pojęcia, jak się teraz podróżuje! W jakim tłoku i brudzie!

- Mam pojęcie - powiedziała cicho.

- No, tak... - zmieszał się. - Jeśli już zjadłeś, to idź pierwszy do łazienki - 

zwrócił się do Ziółki.

- Może... napuścisz mu wody do wanny - zaproponowała półgłosem.

- Gaz trzeba zapalić...

A Wiktor głos podniósł.

- Sam sobie napuści - powiedział. - Przyzwyczajeni jestśmy do łazienek. 

W Niemczech podczas postoi kwaterowaliśmy w domach. Mamo! - zaczął, gdy 

Ziółko   posłusznie   zniknął   w   łazience.   -   Jeszcze   o   jednym   muszę   mamie 

powiedzieć.   Berlin   -   jestem   pewien,   że   tę   konieczność   mama   zrozumiała.   I 

ojciec mnie chyba za nią pochwali i będzie ze mnie dumny. A druga sprawa... ta 

druga sprawa...

- Mówże wreszcie! - krzyknęła.

- Ożeniłem się.

- Z Misią! - bardziej stwierdziła, niż zapytała i nie zdołała stłumić  w 

głosie przerażenia, rozpaczy i żalu.

Milczał długo, trąc dłonią czoło.

- Misia nie żyje - powiedział, nie podnosząc głowy.

- Przepraszam.

-   Nie   ma   mama   za   co   przepraszać.   Nie   lubiła   jej   mama.   Trudno.   To 

sprawa zamknięta.

-   Sprowadzała   cię   na   złą   drogę.   To   włóczenie   się   po   warszawskich 

background image

knajpach... Boże święty! Podczas wojny! I jej rodzice... przyznasz, że to nie była 

socjeta...

- W końcu jej ojciec był urzędnikiem ministerstwa, a matka pracowała w 

sądzie.

- Nie przekonasz mnie do nich.

Na psy można zejść podczas wojny w różny sposób, ale jeśli ktoś bierze 

się za prowadzenie straganu, to znaczy, że miał to we krwi.

- Mamo! Ona nie żyje!

- No, tak... - Zrozumiała to wreszcie. - Przepraszam. A z kimże to się 

wobec tego ożeniłeś? - zapytała po chwili.

-   Z   tą   dziewczyną,   którą   przysłałem   do   Wysoczar   z   wiadomością,   że 

przeżyłem...   że   przeżyłem   powstanie,   niemieckie   okrążenie   w   Kampinosie, 

bitwę pod Jaktorowem. I że leczę się z ran...

- Ależ wyglądała mi na zupełne dziecko! Taka nieśmiała i niewinna.

- I była... - Wiktor zająknął się - była niewinna. Właśnie dlatego... żeby 

nikt nie mógł o niej powiedzieć złego słowa, ożeniłem się z nią przed pójściem 

na front.

-   Rozumiem   -   powiedziała   cicho.   Nigdy   nie   prowadziła   ze   swoimi 

dziećmi rozmów na intymne tematy. A teraz jej syn zawiadamiał ją oto w ten 

sposób, że uwiódł córkę ludziom, którzy go uratowali.

- Jak ma na imię? - zagadnęła ciepło. - Że też nie zapytałam jej o to, kiedy 

przyszła do Wysoczar.

- Przecież mówiłem - Karolina.

Karolina Szymanko. Jej ojciec był weterynarzem w tym mieście.

- Weterynarzem? Ach, tak... mówiła mi, że jej ojciec jest weterynarzem.

- Piękny zawód.

- Bardzo piękny - powiedziała jednak dopiero po chwili. - A... co teraz 

zamierzasz? Masz żonę... założyłeś rodzinę.

- Jadę tam zaraz jutro. Na szczęście poczta polowa docierała tam przez 

background image

cały czas. I Karolina wie, że żyję. I że teraz jadę do niej. Myślę, że oczekuje 

mnie niecierpliwie...

-   Pytając   -   co   zamierzasz   -   myślałam   o   dalszej   twojej   przyszłości. 

Oczywiście, pomożemy ci. Widzisz, że udało nam się uratować trochę rzeczy i 

biżuterię... biżuterię także, ale w końcu - o ile nic się nie zmieni - będziesz 

musiał się czymś zająć.

- Zostanę weterynarzem.

Tego się nie spodziewała.

- Weterynarzem? Dlaczego akurat weterynarzem...?

- Pokochałem zwierzęta.

- Ojciec twojej żony...

-   Tak,   on   mnie   tego   nauczył.   A   poza   tym...   Podczas   wojny   człowiek 

wydaje się tak strasznym stworzeniem... - nie tylko drugi człowiek, ten, który 

strzela z naprzeciwka - nieraz sam sobie wydawałem się przerażający. W takich 

chwilach...   w   takich   chwilach   lubiłem   patrzeć   w   oczy   koni.   Słuchać   ich 

oddechu. Przyłożyć czoło do ich karku.

- Rozumiem, wszystko to rozumiem. Ale przecież będziesz musiał iść na 

studia. To już może lepiej na medycynę?

- Tylko nie  to. Mdli  mnie   na widok  niesprawnych,  pokiereszowanych 

ludzi.

- Myślę - lpowiedziała ostrożnie - że ty także wyszedłeś z wojny w jakiś 

sposób pokiereszowany.

- Tak, chyba tak - szepnął.

Ale zaraz się ożywił - Karolina napisała mi do wojska, że pójdzie do 

pracy - już zresztą poszła - żebym ja mógł podjąć studia.

- Powiedziałam przecież, że ci pomożemy.

- Sami musicie z czegoś żyć.

Czy ojciec... - Wiktor długo ważył to pytanie - czy ojciec myśli o jakiejś 

posadzie?

background image

- Na razie nie. Ale sądzę, że powoli przyzwyczaja się do tej myśli.

Przy   ojcu,   kiedy   wrócił   (karty,   czy   wódeczka   w   jakimś   zacisznym 

lokaliku, myślała, spoglądając spod oka na niego), przy ojcu Wiktor tego tematu 

nie poruszył. Po gwałtownie radosnym powitaniu zaczęły się opowieści - ich 

przerażające i smutne, jego - pełne niewygasłego jeszcze entuzjazmu.

Ziółko przysłuchiwał się im w milczeniu z rozbłysłym okiem, gdy mówił 

Wiktor,   z   opuszczonymi   powiekami,   gdy   oni   obydwoje   zaznajamiali   syna   z 

ostatnimi swoimi dniami w Wysoczarach. Do spania pozostało mało godzin, 

zresztą może  i dobrze, bo wysypiać się w tym małym mieszkanku  nie było 

gdzie. Wiktorowi zrobiła posłanie na małej empirowej kanapce, Ziółce rozłożyła 

na dywanie dwa koce. Rano zastała ich obydwu, śpiących zgodnie na podłodze 

pod   stołem.   Wiktorowi   może   było   niewygodnie   na   przykrótkiej   kanapce,   a 

może...   Zerwał   się   od   razu,   gdy   tylko   rano   weszła   do   pokoju,   ale   nie 

wytłumaczył   się,   dlaczego   przeniósł   się   pod   stół.   A   ona   nie   pytała.   Ziółko 

chrapał donośnie.

Teraz ten Ziółko - w nienagannym garniturze - siedział naprzeciwko niej, 

wypytywany wciąż o przeżycia wojenne przez Rozciłowskiego, najbardziej - jak 

dotąd - udanego z mężczyzn Agnieszki.

Wiktor przysłuchiwał się temu ze sceptycznym uśmieszkiem.

- Tak się wciąż wypytujesz o te sprawy, a jak dotąd nic nie napisałeś.

- Może jeszcze napiszę.

-   Nie   wierzę.   Najwidoczniej   tak   naprawdę   nie   pociąga   cię   ten   temat. 

Wydaje ci się chyba za bardzo eksploatowany?

Rozciłowski, trochę speszony, zamyślił się na chwilę.

- Wie ojciec, co mnie najbardziej w nim przeraża? To, że jest wciąż w tak 

szczególny   sposób   aktualny.   Aktualne   wspomnienia!   -   Czy   może   być   coś 

gorszego w naszej rzeczywistości?

- Ja bym tego nie powiedział - zaprotestował Ziołko. - Mnie myśl, że 

byłem żołnierzem, wciąż dodaje siły.

background image

- A nie wygląda pan na żołnierza - ze skrywanym śmieszkiem odezwała 

się   milcząca   dotąd   Kasia.   Zwróciwszy   się   ku   siedzącemu   przy   niej   Ziołce 

przyglądała mu się jakby rozbawiona jego wyglądem, aż Karolina posłała jej 

ostrzegawcze spojrzenie. Ale nie dostrzegła tego, odwróciła się teraz ku teściowi 

i prawie z czułością powiedziała: - Ale nasz papa, tak!

-   Wiktor   -   wmieszała   się   do   rozmowy   babka   Wysoczarska   -   z   tym 

przystrzyżonym   siwiejącym   wąsem   wygląda   jak   angielski   pułkownik   na 

emeryturze.   Chociaż   jest   -   dodała   zaraz   z   leciutką   ironią   -   emerytowanym 

weterynarzem, na szczęście, z zachowaną prywatną praktyką i połową etatu w 

Kampinoskim Parku Narodowym.

Wiktora   nie   dotknęła   ironia   w   głosie   matki,   uśmiechnął   się   do   niej 

dobrotliwie, pokiwał głową.

-   Wiem,   wiem   -   gdybym   poszedł   na   medycynę,   to   by   mamę 

prawdopodobnie bardziej satysfakcjonowało. Ale cóż ja bym zyskał? Piłbym 

może tylko nieco lepsze trunki. Bo pacjenci weterynarzy nie przynoszą im w 

łapach   koniaków   i   ginów.   Ale   za   to   właściciele   tych   pacjentów   darzą 

weterynarzy   tak   czułą   wdzięcznością,   jakiej   nie   okazują   nigdy   własnym 

lekarzom.

-   Zwłaszcza   właścicielki   -   bąknął   Krystian   błysnąwszy   ku   ojcu 

rozbawionym spojrzeniem.

-   Co   ty   wygadujesz!   -   wybuchnął   prawie   młodzieńczym   śmiechem 

Wysoczarski.

W   Karolinie   obudziła   się   dawna   czujność.   Poczuła   ją   jak   smagnięcie 

batem,   jak  obraźliwe  spojrzenie.  Myślała,   że z  upływem  lat wyzbyła  się  tej 

udręki, która towarzyszyła jej przez cały czas małżeństwa. Ten dzień, kiedy nie 

zapukawszy otworzyła drzwi gabinetu! Och, dlaczego nie zapukała, dlaczego 

nie   rąbnęła   w   nie   z   całej   siły   pięścią?...   Nie,   nie   będę   o   tym   myśleć, 

przestraszyła się, nie będę do tego wracać... zwłaszcza dziś, zwłaszcza dziś!

- Więc widzi mama - ciągnął dalej Wiktor, jakby pragnąc zatuszować, 

background image

sprawiający satysfakcję tylko jemu wtręt syna - nie wyszedłem w końcu źle na 

tej mojej weterynarii. Wszyscy nie wyszliśmy na niej źle. Wysoczar dawno nie 

ma...

- Są, tylko nie nasze - sprostował Kamil, dopijając barszczu. - Coś wam 

potem na ten temat opowiem. Później, całkiem później.

- To właśnie miałem na myśli mówiąc, że Wysoczar dawno nie ma. A 

moja poczekalnia wciąż pełna pacjentów.

- Pchły skaczą mi po nogach, ile razy tam wejdę - odezwała się Sylwia. 

Wszyscy   zwrócili   ku   niej   głowy,   ale   tylko   babka   Wysoczarska   z   dumą   w 

oczach.

Najbardziej   niezadowolony   z   tego,   co   powiedziała   był   Rozciłowski. 

Sylwia od niemowlęcia wychowywała się u dziadków, żeby nie przeszkadzać 

matce w karierze i następnych zamążpójściach. Ale przecież i na nim, na ojcu, 

spoczywał   obowiązek,   który   z   taką   ulgą   przeniósł   na   rodziców   żony.   Nie 

opuszczające   go   poczucie   winy   stawało   się   dotkliwsze,   ilekroć   Sylwia 

zachowywała się niewłaściwie i impertynencko wobec dziadka, co - niestety - 

jak miał możność zauważyć choćby podczas tego wieczoru, zdarzało jej się dość 

często.

Dotknięta jednak poczuła się babka Izabelka.

- Co dnia wysypuję poczekalnię proszkiem - oświadczyła z godnością. - 

Skąd tam pchły? Chyba, że ty przynosisz ze szkoły, albo od którejś ze swoich 

licznych koleżanek.

- Moje koleżanki nie mają pcheł! - obruszyła się Sylwia.

- Nie mówię, że koleżanki. Ale może trzymają w domu jakieś zapchlone 

zwierzęta. Bo te, które u nas bywają, przeważnie są czyste i zadbane. Taki teraz 

czas nastał, że ludzie bardzo dbają o zwierzęta. Nie zawsze tak było. Przed 

wojną Karol nie miał prawie wcale prywatnej praktyki. Albo w rzeźni siedział, 

albo po wsiach się obijał, przeprowadzając przymusowe szczepienia bydła. A po 

wojnie - w każdym szanującym się domu - pies. W dodatku rasowy. Albo kot. 

background image

W   ostateczności   chomik,   czasem   świnka   morska.   A   ludzie   kochają   te 

czworonogi jak członków rodziny. Niech no tylko którego łapa zaboli, a już 

siedzi na kolanach swojej pani w naszej poczekalni. Ja to bym mogła - zaśmiała 

się - według tych zwierzaków i tych pań ułożyć powojenną historię naszego 

miasta.

-   Historię   miasta?   -   uśmiechnął   się   z   pobłażliwym   powątpiewaniem 

Krystian.

- No! Posłuchaj tylko!

Najpierw zaczęła przychodzić do nas ze swoim spanielem pani starościna, 

kiedy to po wojnie, za Mikołajczyka, starostowie u nas byli. Karol nie żył, ale 

ludzie w mieście wiedzieli, że zięć się na jego miejsce szykuje. Wiktor jeszcze 

studiował,   a   już   kiedy   przyjeżdżał   do   domu   na   niedzielę,   miał   pełną 

poczekalnię. Więc pani starościna przyprowadzała cocker-spaniela. Po staroście 

nastał przewodniczący powiatowej rady narodowej - jego żona miała zwykłego 

kundla, suczkę, ale bardzo ją kochała. Po obróżkę i smycz dla niej jeździła do 

Łodzi.   Była   tragedia,   kiedy   jej   nie   dopilnowała   i   suczka,   a   mała   była,   jak 

pekińczyk, zadała się z ogromnym legawcem szefa UB. Pies był potężny, szef 

UB miał go na polowania na dziki, więc szczenięta po nim musiały też być 

potężne i ta mała suczka bardzo się męczyła.

- Nie mogła ich urodzić? - ze znawstwem przedmiotu zaniepokoiła się 

Sylwia.

-   No,   właśnie...   krótko   potwierdziła   babka   Izabelka.   -   Biedna   była   ta 

kundelka, Wiktor ledwo ją uratował. Obie panie - przewodnicząca i szefowa UB 

- strasznie się przez to pokłóciły. Przewodnicząca wyzwała szefową ostatnimi 

słowami na środku miasta. Bo legawiec, według niej, powinien był chodzić na 

smyczy,   a   on   zawsze   latał   sobie   luzem,   gdzie   chciał.   Mężowie   -   na   tych 

stanowiskach   musieli   przecież   być   w   zgodzie   -   jakoś   tę   sprawę   załagodzili. 

Sekretarzowa partii - przychodziła także w tym czasie do Wiktora ze swoim 

czarnym pudlem - powiedziała, że  kundelka przewodniczącej  powinna także 

background image

chodzić na smyczy, jak się ma sukę, powiedziała, w dodatku taką małą, to trzeba 

jej pilnować, żeby się byle jaki pies nie mógł do niej dobrać.

- Ale co z tą historią miasta? - dopytywał się rozbawiony Krystian.

-  Przecież   właśnie   ją   opowiadam.   Nowa  sekretarzowa   -   po  56   roku   - 

przychodziła do nas ze swoim kotem.  Bardzo bitny  był ten kocur, w jakieś 

okropne musiał wdawać  się awantury, bo przynosiła go w siatce  na zakupy 

zawsze   w   okropnym   stanie.   Raz   miał   naderwane   ucho,   raz   prawie   zupełnie 

wydrapane oko, a zdarzyło się nawet, że Wiktor musiał mu zszywać skórę na 

mordzie.   Po   każdej   takiej   operacji   Wiktor   wyglądał   prawie   tak   samo 

poszkodowany jak kot, bo ta mała bestia niczym nie dała się uśpić. Ładował w 

niego zastrzyki, które zwalały z nóg potężne owczarki, a kot po nich skakał po 

szafach w gabinecie. Pani sekretarzowa podczas tych zabiegów siedziała u mnie 

w jadalni i płakała jak dziecko. Uspokajała się tylko po paru kielichach nalewki 

z czarnych porzeczek, którą zawsze miałam w kredensie, bo Wiktor bardzo ją 

lubił.

- I lubić nie przestałem!

Babka Izabelka uśmiechnęła się do zięcia.

- Co roku robię ją dla ciebie.

- Następna sekretarzowa - ta po 70 roku - nie była ani tak czuła, ani tak 

przystępna.   Zażądała   od   Wiktora,   żeby   znalazł   dla   jej   charcicy-afganki 

odpowiedniego partnera.

- Jak mogła tego żądać? - obruszyła się babka Wysoczarska.

- Takie były czasy - babka Izabelka miała pogodniejszy stosunek do tej 

sprawy, Wiktor - ciągnęła dalej - jeździł raz do Warszawy, raz do Łodzi... W 

końcu   udało   mu   się   znaleźć   tego   afgana   całkiem   blisko,   bo   w   Żyrardowie. 

Musiał tam pojechać z sekretarzową i jej suką, a potem - w odpowiednim czasie 

-   odebrać   miot,   bardzo   drogocenny.   Ale   za   to   oboje   sekretarzostwo   darzyli 

Wiktora takim uwielbieniem, że aż głośne stało się to w mieście i ludzie zaczęli 

do niego przychodzić z prośbą o protekcję. Pamiętasz Wiktor, jak Raczkowski 

background image

przyniósł ci koniak w nadziei, że pomożesz mu w uzyskaniu działki?

- Pamiętam. Koniak z nim wypiłem, a działki załatwić nie mogłem.

- Ale Onyszce pomogłeś w umieszczeniu córki w liceum.

- A to inna sprawa. Dyrektor liceum miał jamnika, chorego na nerki. A 

poza tym córka Onyszki zdała egzamin, tylko o miejsce było trudno.

- I co dalej babciu? - nastawał wciąż z rozbawieniem Krystian.

- Co dalej? - zamyśliła się babka Izabelka. Poczekaj... Aha! W 80 roku 

nastał sekretarz, któremu dał ktoś w prezencie małego sznaucera. Wiktor od 

razu   mu   powiedział,   że   to   żaden   sznaucer,   tylko   zwykły   kundel   - 

Promenadenmischung, jak mówią Niemcy. Sekretarz nie chciał w to wierzyć, 

psa podarował mu ktoś z Warszawy, najważniejsze w tej całej sprawie było 

właśnie to, kto go podarował. Ale pies rósł i coraz wyraźniejsze stawało się to, 

że   Wiktor   miał   rację.   Wtedy   sekretarz   postanowił   pozbyć   się   psa.   Prosił 

Wiktora,   żeby   mu   znalazł   na   wsi   jakieś   dobre   miejsce.   Ale   nim   Wiktor   to 

załatwił, psa potrącił samochód i sam sekretarz przyniósł go do nas na rękach, a 

podczas   choroby   psa   tak   się   do   niego   przywiązał,   że   już   nie   było   mowy   o 

wydawaniu go na wieś.

- I jest dotąd u niego? - spytał Marek zasłuchany w opowiadanie prababki.

- Pewnie tak. Nie wiem na pewno. Bo sekretarza po osiemdziesiątym, jak 

się u nas to porobiło, dokądś przenieśli. Pewnie nie mógł się w tym wszystkim 

na czas rozeznać.

- Dobrze to babcia ujęła - roześmiał się Krystian.

Karolina   spojrzała   na   niego   z   niezrozumiałą   nawet   dla   siebie   samej 

niechęcią.   Przede   wszystkim   tknęło   ją   to,   że   on   zawsze   we   wszystkim 

rozeznawał się na czas. Poza tym wyraźnie i dotkliwie spostrzegła, że - syn 

łysieje. Czoło robiło mu się coraz wyższe i tonsurka przeświecała na szczycie 

głowy. Jak to teraz jest z tymi młodymi? - pomyślała. Ona i Wiktor zachowali 

wspaniałe włosy, a nawet obie babki - dziś, w ten uroczysty dzień, prosto od 

fryzjera - szczyciły się nienagannymi fryzurami. Przyjrzała się także Kamilowi, 

background image

który nie miał już też tej bujnej czupryny, co dawniej. Starzeją się moje dzieci, 

pomyślała,   ale   zaraz   sprostowała:   starzeją   się   moi   synowie.   Agnieszka   była 

wciąż tak samo triumfująco młoda, jak wtedy, kiedy jeszcze w szkole teatralnej, 

odkrył   ją   -   sobie   i   jej   komplikując   życie   -   ten,   z   każdym   rokiem   coraz 

smutniejszy, Rozciłowski.

- A sekretarz, co jest teraz - kończyła swoją opowieść babka Izabelka - nie 

ma żadnego psa. Ale za to jego żona przygarnia wciąż jakieś bezpańskie koty. 

Przeważnie   chore,  a   że  trudno  taszczyć   je  do  nas,  Wiktor  jest   tam  częstym 

gościem.

- Pewnie znów ludzie proszą ojca o protekcję - śmiał się wciąż Krystian. - 

O załatwienie miejsca w szkole, albo o przydział działki.

- O, nie! - zaprzeczył Wiktor.

- Czasy teraz - jakby to powiedzieć? - surowsze. A poza tym działek już 

nie ma w naszym mieście, tyle ludzie nabudowali w ciągu tych czterdziestu lat. I 

trudniej się teraz buduje, niż dawniej.

- Jakie to szczęście - odezwał się ksiądz Rudek - że mają państwo ten 

dom! Prawdziwe błogosławieństwo!

-   Błogosławieństwo   wymagające   remontów!   -   parsknęła   Sylwia,   a 

Rozciłowski zaczynał patrzeć na nią z wzrastającym przerażeniem.

- Co ty wygadujesz? - krzyknął.

- Przecież dziadek sam to stale mówi. Ile razy potrzeba na coś pieniędzy, 

dziadek od razu mówi, że najpierw trzeba wyremontować - a to dach, a to rynny, 

albo podłogi. A jeszcze przecież mamy garaż do remontu. Nie w piwnicy, jak w 

nowych domach, ale osobno. Bo to kiedyś była stajnia. Ja tego nie pamiętam...

- My pamiętamy - odezwali się razem młodzi Wysoczarscy, Krystian i 

Kamil.

- I pamiętają wujowie także konia, który tam stał?

- Konia już za naszego życia nie było.

- Wasz ojciec - odezwał się Ziołko - wciąż mi o tym koniu opowiadał.

background image

Karolina   zerknęła   z   niepokojem   ku   matce,   ale   siedziała   z   kamienną 

twarzą, jakby nie słyszała o czym mówiono. Dawny zły czas wtargnął do pokoju 

i na chwilę zamknął wszystkim usta, bo i Sylwia zamilkła pod gromiącym ją 

spojrzeniem ojca.

Jak wybawiciela powitała Karolina małego człowieczka w za dużej na 

niego kufajce, który dobrze oświetlony blaskiem ulicznej latarni pojawił się u 

wylotu alejki z ogromną szuflą na ramieniu. Towarzyszyły mu dwa psy.

- Jest Zdzisio! - powiedziała z entuzjazmem.

- Kazałaś mu przyjść? - zdumiała się babka Izabelka.

- Nie kazałam.

- No, to po co przyszedł?

Śnieg odgarnięty.

Mały człowieczek zabrał się tymczasem do poszerzania alejki poza jej 

zwykłą szerokość: nabierał na szuflę małe kupki śniegu i odrzucał je daleko w 

ogród.

-   Jak   Zdzisio   przychodzi   odgarniać   śnieg,   to   odgarnia,   czy   jest   co 

odgarniać,   czy   nie   -   odezwał   się   z   całą   powagą   Wiktor.   -   I   nie   należy   mu 

przeszkadzać, bo nie przyjdzie wtedy, kiedy naprawdę będzie potrzebny.

- Ale to rozrzutność! - obruszyła się babka Wysoczarska.

- Płacić człowiekowi za nic!

- Za gotowość! - sprostował syn. - A cyz mama - uśmiechnął się do matki 

- nie bywała w swoim życiu bardziej rozrzutna?

- Ale jakie to były czasy!

- Jakie czasy, taka   rozrzutność. Zdzisio przychodzi przeważnie wtedy, 

kiedy jest głodny. Albo kiedy go suszy.

- Czy to nie grzech? - babka Wysoczarska zwróciła się do księdza. - Czy 

to nie grzech, stwarzać pijakowi okazję do picia?

Ale nim ksiądz zdążył odpowiedzieć, Wiktor zrobił to za niego:

- On i tak będzie pił, czy ja mu dam, czy nie. Na piwko, albo pół litra 

background image

zawsze gdzieś zarobi, a jak nie - to ostatni łach, ostatni grat z domu sprzeda, a 

pieniądze   na   picie   zdobędzie.   I   już   się   nie   wyleczy.   Trzy   razy   był   na 

odwykówce.

- Zapije się kiedyś na śmierć.

- Najpewniej. Ale już mu w tym nikt nie może przeszkodzić. A jak to jest 

w ewangelii? Niech mnie ksiądz z łaski swojej poprawi, jeśli źle cytuję - w 

ewangelii jest napisane: głodnych nakarmić, spragnionych napoić.

- Grzeszysz! - babka Wysoczarska wzniosła oczy do nieba. - Grzeszysz, 

powołując się w takim wypadku, w tak nędznym i niegodnym wypadku, na 

ewangelię. No, niech ksiądz sam powie...

Ksiądz znów nie miał okazji zabrać głosu, bo niespodziewanie odezwała 

się babka Izabelka.

- Co ma być, to będzie. Jak ze wszystkim, tak i z tym pijakiem Zdzisiem. 

W życiu pewne są tylko dwa punkty: narodziny i śmierć.

A między nimi same znaki zapytania. I nie odmienisz tego, człowiecze, 

żebyś   nie   wiem   jak   i   czym   się   obwarowywał   -   mądrością,   bogactwem, 

ostrożnością...

Babka   Wysoczarska   wyprostowała   się   i   spojrzała   ostro   na   mówiącą. 

Przedostatnie   słowo   wydało   jej   się   adresowane   do   niej,   ale   babka   Izabelka 

myślała o słowie ostatnim. Zawarty w nim ból zasznurował jej usta i wreszcie 

do głosu dorwał się ksiądz Rudek.

- Pan Bóg po to dał człowiekowi wolną wolę, żeby kształtował swój los...

- A czy zawsze może go kształtować? - przerwała mu babka Izabelka. - W 

pacierzu jest powiedziane: ”bądź wola twoja jako w niebie, tak i na ziemi”. 

Więc czyja wola silniejsza - boska, czy człowiecza?

- Ludzie, zlitujcie się! - Wysoczarski podniósł ręce w obronnym geście. A 

do żony zwrócił się cicho: - Mam nadzieję, że w kuchni znajdzie się coś dla 

Zdzisia?

- Ależ tak! Chcesz, żebym z tobą poszła?

background image

- Zostań, nie możemy obydwoje odchodzić od stołu.

Wstał, podszedł do okna i zapukał w szybę. Zdzisio od razu to zrozumiał, 

odłożył łopatę i skierował się razem z nie odstępującymi go psami w boczną 

alejkę, ażeby - obszedłszy dom - wejść do niego od kuchni. Wiktor podążył tam 

także.

- Tylko zabaw z nim krótko! - zawołała za nim teściowa. - Bo niedługo 

indyki podaję.

- Zaraz wracam.

Czekał na Zdzisia przez chwilę w kuchni, uprzątając dla niego kawałek 

stołu, przy którym królowała Pawlisiowa.

- Mamy jeszcze jednego gościa - wyjaśnił jej.

Pawlisiowa dostrzegła już przez okno Zdzisia, długo otrzepującego przed 

gankiem ze śniegu gumiaki.

- E, co to za gość! - wzruszyła ramionami.

-   Dobry,   jak   każdy   inny.   -   Wiktor   zgarnął   na   talerzyk   pozostałe   na 

półmiskach   zakąski,   wyszukał   wśród   stojących   na   kredensie   butelek   czystą 

wódkę i napełnił nią dwa kieliszki.

Zdzisio - przykazawszy psom, żeby czekały na niego na dworze - był już 

w progu. I tu jeszcze wycierał gumiaki, speszony ich wyglądem.

- Nabrudzę - sumitował się.

- Jak nabrudzisz, to posprzątasz. A teraz siadaj. Wiesz co to za dzień 

dzisiaj dla mnie?

Zdzisio,   niski   mężczyzna   około   pięćdziesiątki,   uśmiechnął   się 

bezzębnymi ustami.

- Skąd mam wiedzieć?

- Pij zdrowie mojej żony i moje. Obchodzimy czterdziestolecie.

-   No,   to   wszystkiego   najlepszego,   panie   doktorze!   Żeby   tak   dalej!   - 

Zdzisio podniósł kieliszek, przyjrzał się mu pod światło przekrwionymi oczami i 

błyskawicznie   go   wychylił.   -   Jeszcze   raz   wszystkiego   najlepszego!   Dobra 

background image

wódka!

- Czysta. Wiem, że innej nie pijesz.

- Bo czysta najzdrowsza. A ja jestem znawca, panie doktorze.

- Wiem. Jedz zakąski, zaraz dostaniesz coś na gorąco.

Pawlisiowa nadstawiła ucha.

- Na gorąco? Co na gorąco?

- Przecież indyki się dopiekają.

- Jeszcze czego? Indyki! Ja panią Szymankową zawołam.

- Niech Pawlisiowa nie robi zamętu. - Wiktor cmoknął księżą gospodynię 

w rękę i napełnił znów kieliszki.

- Napijmy się, Zdzisiu!

Czterdzieści lat temu pojąłem za żonę cudowną dziewczynę.

-   Pani   doktorowa   jeszcze   i   dzisiaj   niczego   sobie   -   zauważył   Zdzisio 

uprzejmie.

- Trzeba ją było widzieć, jak miała osiemnaście lat! Ja miałem cztery lata 

więcej i byłem już mężczyzną, a ona... - Wiktor zaśmiał się cichym, czułym 

śmieszkiem. Do alkoholu, który wypił przy stole, dodał teraz te dwa kieliszki, i 

w głowie zaczynało mu się trochę mącić. - A najzabawniejsze jest to - zaśmiał 

się znowu - że nikt nie może się połapać, dlaczego akurat dziś obchodzimy tę 

uroczystość. Najbardziej dziwi się ksiądz proboszcz, bo w księgach parafialnych 

ma nieco późniejszą datę.

Zdzisio zmiatał z talerzyka zimne mięsa i nie starał się zrozumieć, o czym 

mówi Wysoczarski, za to Pawlisiowa żywo się tym zainteresowała.

- W księgach parafialnych jest zapisane wszystko tak, jak należy.

- Na pewno, moja Pawlisiowa, na pewno. Ale zdarza się, że ludzie pragną 

obchodzić nie zapisane nigdzie rocznice.

- Nie zapisane rocznice? - Pawlisiowa mrugała powiekami, nie mogąc 

zgłębić tej kwestii, ale dochodzący z piekarnika swąd przywołał ją w rejony 

bardziej dla niej zrozumiałe. - Indyki! - złapała się za głowę. - A bo też pan 

background image

doktór zagaduje człowieka...

- Dobrze, że Pawlisiowa ma na kogo złożyć. Obserwuję tę skłonność u 

wszystkich kobiet: muszą mieć pod ręką kogoś, na kogo przenoszą winę, gdy im 

się coś nie udaje.

Na   szczęście   dwa   dorodne   indyki   nie   ucierpiały   za   bardzo   przez 

przedłużony pobyt w piekarniku.

Gdy Pawlisiowa wysunęła z niego brytfannę, okazało się, że skórka na 

piersiach   jest   akurat   w   miarę   wyzłocona   i   tylko   jedno   udko   przypiekło   się 

nadmiernie, wydając ostrzegawczy swąd spalenizny.

- To będzie dla Zdzisia - powiedział Wiktor.

Pawlisiowa się zatrzęsła.

- Jak indyk będzie wyglądał na półmisku bez jednej nogi?

- Powiem, że miał wypadek samochodowy.

- Panu doktorowi żarty w głowie, a ja tu za wszystko odpowiadam.

-   Przede   wszystkim   odpowiada   Pawlisiowa   przed   Panem   Bogiem   za 

spełnione   lub   nie   spełnione   uczynki   miłosierdzia   -   Wiktor   zbliżył   się   do 

brytfanny   z   nożycami   do   cięcia   drobiu.   -   Proszę,   niech   Pawlisiowa   sama 

odetnie, bo jak ja się do tego wezmę, mogę potargać całą tuszkę.

Pawlisiowa, czerwona z gorąca i oburzenia, medytowała jeszcze przez 

chwilę, zanim skapitulowała z bolesnym wes-tchnieniem.

- Pan doktór będzie się tłumaczył przy stole. Bo pani Szymankowa na 

pewno od razu zapyta...

- W porządku, jakoś jej to wytłumaczę. - Wiktor postawił przed Zdzisiem 

dymiący talerz, z salaterki nagarnął kopiastą łyżkę borówek. - Jedz, Zdzisiu, na 

zdrowie! Tobie także należy się porcja jubileuszowego indyka. Nieraz mówię do 

żony, że nie wiem, co byśmy bez ciebie robili.

- Naprawdę tak pan doktór mówi?

- Naprawdę.

- No widzi pan doktór - Zdzisio poważnie przyjął wyrażone mu uznanie - 

background image

jakby nie pijacy i złodzieje, to by ludzie znikąd nie mieli żadnej pomocy. Kto 

śnieg  z ulicy  odgarnie?  Tylko pijak, bo potrzebuje na  wódkę, a każdy  inny 

powie panu, że mu się nie opłaca. Kto ogródek skopie? Kto cementu skądś 

ukradnie, a panu przyniesie, kiedy trzeba podmurować schody?

-   Wszystko   to   wiem,   Zdzisiu   -   przerwał   mu   Wiktor.   Nalał   Zdzisiowi 

trzeci kielich, sam już nie pił. - Jest tak, choć tak być nie powinno. A wiesz za 

co cenię cię najbardziej?

- No? - spytał Zdzisio coraz bardziej zdumiony.

-   Za   twoje   przywiązanie   do   tych   dwóch   psów   przybłędów.   Czym   je 

właściwie żywisz?

- A dostaję dla nich zlewki w restauracji i w internacie. Niech pan doktór 

sam powie - źle wyglądają? Tylko za sukami by goniły.

Pawlisiowa kończyła tymczasem układanie pociętych porcji indyków na 

dwóch   ogromnych   srebrnych   półmiskach,   nie   przestawała   jednak   zerkać   z 

dezaprobatą ku drugiemu krańcowi stołu.

- Spił go pan, a przecież przyszedł odśnieżać - syknęła.

Do   Zdzisia   to   dotarło.   Kończył   właśnie   obszarpywać   dwoma   zębami, 

które jeszcze miał z boku, resztki mięsa z indyczego udka.

- Mam... odśnieżać? - wybełkotał sennie, wycierając brudną dłonią usta.

- Nie, Zdzisiu, dziś już nie.

- Wiktor wsunął mu do kieszeni zwinięty banknot. - Śniegu i tak mało. 

Przyjdziesz,   jak   nowy   spadnie.   A   teraz   powycieraj   po-dłogę,   żeby   się   pani 

gospodyni nie gniewała na ciebie.

- Sama to zrobię! - krzyknęła Pawlisiowa. - Niech on mi się tylko stąd 

zabiera!

- No, nagadałeś się z nim wreszcie! - powitała syna w progu pokoju babka 

Wysoczarska.

- Myślałam, że go zaprosisz do stołu.

- Prosiłem, ale - niech sobie mama wyobrazi - nie chciał przyjść.

background image

- Wiktor! - upomniała męża cicho Karolina. Tak bardzo pragnęła, żeby 

dzisiejszy   wieczór   upłynął   w   harmonii,   bez   rodzinnych   przycinków   i 

dogadywań.

Ale starsza pani podjęła rękawicę.

-   Wiktor   zawsze   miał   predylekcję   do   takich...   -   spojrzała   na   Ziołkę   i 

urwała.

- A ja bardzo lubię Zdzisia - odezwała się w porę Sylwia. - On tak ładnie 

mówi.

- Zdzisio? Ładnie mówi? - zdumiała się podejrzliwie Karolina.

- Tak. Inni ludzie to tak mówią, jak są źli, albo jak kogoś przeklinają. A 

Zdzisio mówi te słowa w zwyczajnej rozmowie - tak sobie, jakby nigdy nic.

- Jakie słowa? - nie rozumiała babka Wysoczarska.

- Nie dociekajmy już tego, droga mamo - przerwał tę indagację Wiktor. - 

Chciałem   państwa   zawiadomić,   że   indyki   pięknie   się   upiekły   i   Pawlisiowa 

pokrajała je właśnie i ułożyła na półmiskach.

Babka   Izabelka   i   Karolina   zerwały   się   od   stołu.   Pomoc   Pawlisiowej 

ograniczała   się   wyłącznie   do   kuchni.   Choć   nie   wyraziła   tego   zastrzeżenia, 

wiedziały, że do stołu podawać nie będzie. Babka Izabelka robiła to zresztą z 

ochotą. Prawie przez całe swoje życie przynosiła jedzenie na stół i to na ten 

właśnie, przy którym gromadzili się ci, których kochała. Ile miała lat, kiedy tu 

nastała? Osiemnaście?

Dziewiętnaście? I od razu zaczęła się wędrówka naczyń przez jej ręce. I 

jej bieganina z kuchni do pokoju. I wokół stołu. Najpierw karmiła starszego 

pana i Karola. Potem, kiedy została już jego żoną - i dzieci Piotrusia (ten ból, ten 

ból w sercu) i Karolinę, a jeszcze potem rodzinę Karoliny, jej męża i dzieci. - 

Obnosząc   półmisek   z   indykiem   wokół   stołu,   patrzyła   z   miłością   na   swoich 

wnuków, których widziała przy stole w dziecinnych i szkolnych ubrankach, w 

końcu z żonami i własnymi dziećmi. Brakowało jej tu bardzo Agnieszki, czekała 

na nią może jeszcze bardziej niecierpliwie, niż przejęta jednak swoim świętem 

background image

Karolina.   Przynajmniej   niechby   rodzina   córki   była   w   komplecie,   skoro   los 

zrządził, że ona nie miała już wszystkich swoich przy sobie.

Otrząsnęła   się   z   atakujących   ją   znów   smutnych   myśli,   przystanęła   na 

chwilę i uśmiechnęła się do tych, którzy zwrócili ku niej głowy.

- Wiecie, gdyby tak obliczyć, ile razy w swoim życiu ja ten stół obeszłam 

dookoła i gdyby tak dodać wszystkie moje kroki, i te z kuchni do pokoju - to by 

ich chyba starczyło, żeby zajść na koniec świata.

- Babcia długodystansowiec! - roześmiał się hałaśliwie Marek.

Karolina, odstawiwszy półmisek na kredens, usiadła na swoim miejscu.

- A ja go kocham - powiedziała.

- Kogo? Co? - dopytywały się dzieci.

- Stół! Kocham nasz stół!

- Co? Stół? Stół babcia kocha? - roześmiała się teraz Sylwia.

- Tak. Kocham wszystkie nasze stare meble, ale stół najbardziej.

- Już byśmy mogli mieć coś nowego. Wszystkie moje koleżanki mają 

nowe meble.

- A tym co brakuje? - obruszyła się babka Izabelka.

-   Im   nic   nie   brakuje   -   potwierdził   Wiktor.   Matka   rzuciła   mu   krótkie 

spojrzenie.

Jej   syn   nie   pamiętał   już,   a   może   nie   chciał   pamiętać   mebli   w 

Wysoczarach,   rozwłóczonych   gdzieś   teraz   po   pazernej   na   pańskie   dobro 

okolicy.   Nie   wszystko   zdołała   wywieźć   i   uratować.   Uratować!   Co   za 

bezpodstawne słowo! Czy to, co powędrowało do Desy, było uratowane? W 

obydwu wypadkach używali tych mebli obcy ludzie, a to była utrata - utrata!

- Ja mam w swoim pokoju meblościankę - obwieścił Marek, wyraźnie 

adresując tę chełpliwą informację do Sylwii. - Żal mi, że nie mogę jej zabrać... 

że nie mogę zabrać całego mego pokoju do Ameryki.

- Jedziesz do Nowego Jorku, żeby przesiadywać w czterech ścianach? - 

parsknęła Sylwia. - Ja bym wciąż chodziła po ulicach, oglądała wystawy...

background image

-   I   to   się   może   sprzykrzyć   -   wyznała,   chyba   zbyt   impulsywnie   i 

niepotrzebnie   babka   Wysoczarska.   Patrzyła   nieruchomo   przed   siebie.   Przed 

rokiem, kiedy była u córki w Los Angeles, wszyscy myśleli, że już nie wróci, 

Wiktor oczekiwał listu z poleceniem likwidacji krakowskiego mieszkania. Ale 

wróciła i przez pierwsze tygodnie pisała listy zachwycone Krakowem, nawet 

jego klimatem. Po Kalifornii! Mocny Boże!

- Ja ten stół kocham - powtórzyła Karolina już wyłącznie do siebie. Czy 

był   tylko   meblem?   Przez   tyle   lat   gromadził   wokół   siebie   wszystkich 

domowników.   Nie   tylko   w   porach   posiłków.   Także   na   rozmowy,   na 

najważniejsze z sobą obcowania. Nie można było kłamać przy tym stole, lampa 

świecąca nad nim biła w oczy, wykrywała natychmiast każde kose, zmieszane 

spojrzenie, każde drgnienie powiek. - Jaka szkoda - powiedziała do Krystiana i 

Katarzyny - że nie macie w swoim mieszkaniu takiego stołu.

- Rzeczywiście - zgodziła się z synową babka Wysoczarska - te małe 

stoliczki, których u was tyle, są zupełnie idiotyczne.

Katarzyna   zatrzepotała   rzęsami,   zerknęła   ku   mężowi,   ale   ponieważ 

uśmiechał się tylko, sama zdecydowała się na odparcie ataku.

- Idiotyczne, babciu?

Dlaczego?

-   Bo   nie   spełniają   swego   zadania.   Pamiętam   przyjęcie   u   was,   gdy 

zatrzymałam się w Warszawie po powrocie z Los Angeles. Bardzo sobie to 

ceniłam,   ale   takie  przyjęcie   to  męczarnia.   Ile  goście   muszą   się   nabiegać   od 

stoliczka do stoliczka, żeby uszczknąć coś to tu, to tam. Pochlapali dywany, 

maczając słone paluszki w tych sosach... jakże się one nazywają...?

- Dipsy - wyszeptała Katarzyna.

Mąż wreszcie zdecydował się wziąć ją w obronę.

-   Na   placówkach   zagranicznych   przyzwyczailiśmy   się   do   takiego 

umeblowania i do takich przyjęć, droga babciu.

- Wiem, wiem - opowiadałeś mi właśnie wtedy w Warszawie, jakiego 

background image

przyjęcia doznłeś u jakiegoś Anglika w Londynie.

Może teraz opowiesz to wszystkim?

- Ach, nie ma o czym mówić.

- A jednak. Bardzo cię proszę.

- Jeśli babcia tego żąda... Ja bym to puścił w niepamięć.

- No, proszę, proszę.

- Byłem w Londynie na jakiejś konferencji - zaczął Krystian, z trudem 

przybierając rozbaswiony wyraz twarzy. - Konferencja się przedłużyła, po niej 

musiałem   coś   załatwić,   nie   zdążyłem   nic   zjeść,   ale   na   wieczór   byłem 

zaproszony   do   zaprzyjaźnionego   Anglika,   więc   myślałem,   że   tam...   Nieco 

spóźniony   zastałem   już   wszystkich   gości,   pogryzających   słone   orzeszki   i 

migdałki.   Wśród   tych   bakalii   zauważyłem   talerzyk   z   mikroskopijnymi 

kanapkami, trzymałem się w ich pobliżu, ale one tylko zaostrzyły mój głód.

- Bo te dzisiejsze kanapki są także idiotyczne - przerwała wnukowi babka 

Wysoczarska, choć coraz bardziej rozpromieniały się jej oczy w trakcie jego 

opowieści. - U mnie w Wysoczarach podawało się także czasem kanapki, ale 

były to na umślnie pieczonej bułce plastry szynki, pasztetu, zimnych mięs, płaty 

wędzonego   łososia.   Nasz   kucharz   Materko   specjalizował   się   ponadto   w 

przyrządzaniu różnego rodzaju smakowitych past, które wyciskał na kanapki, 

nadając im przedziwne kształty. Teraz zęby można sobie wyłamać ściągając ze 

szpadek te zaschnięte piramidki z pumpernikla i żółtego sera.

- O, właśnie tam było coś w tym rodzaju. Różne gatunki sera i pieczywa, 

nabite   na   szpikulec.   Goście   patrzyli   na   mnie   w   zdumieniu,   kiedy   je 

pochłaniałem z determinacją. Wciąż sądziłem jednak, że to dodatek do aperitifu, 

ale kiedy minęła godzina i nic nie wskazywało na to, że gospodarze z czymś 

wystąpią, wziąłem mego angielskiego kolegę za łokieć i czując się upoważniony 

pewną zażyłością, która nas łączyła, wyznałem mu, że nie zdążyłem nic zjeść i 

jestem   wściekle   głodny.   Och,   zawołał,   zaraz   temu   zaradzimy!   Podprowadził 

mnie do okna. - Tam, za rogiem, powiedział - jest całkiem przyzwoity bar. Na 

background image

pewno dostanie pan tam coś do jedzenia. I niech pan zaraz do nas wraca.

- Wróciłeś? - spytał Kamil.

Brat patrzył na niego, jakby potrzebował nieco czasu, żeby zrozumieć to 

pytanie.

- A jak myślisz?

Pawlisiowa wsunęła głowę w szparę uchylonych drzwi.

- Jakaś dziewczynka do pana doktora. Z pieskiem.

- Teraz? - krzyknęła Sylwia. - Teraz pan doktor nie przyjmuje!

- Ale ona płacze.

Babka Izabelka podniosła się od stołu.

- Pójdę zobaczyć. A że też o tej godzinie...

- Niech mama powie, żeby przyszła jutro - zawołała Karolina.

W   kuchni   przy   drzwiach   stała   mała   -   najwyżej   dziesięcioletnia 

dziewczynka. Trzymała oburącz czarnego kudłatego psa. Obydwoje - dziecko i 

zwierzę - drżeli.

Babka   Izabelka   pomyślała   najpierw,   że   trzeba   ich   nakarmić.   Ogrzać   i 

nakarmić.

- Niech Pawlisiowa zagrzeje mleka i zrobi kilka kanapek z wędliną.

- A co podam, jak przyjedzie pani Agnieszka?

- Coś się jeszcze i dla niej znajdzie. Czy nie widzi Pawlisiowa?

- Widzę, widzę. - Pawlisiowa tylko dla pijaków nie miała serca. Kto to 

taką bidotę na noc w drogę puszcza?

- Skąd przyszłaś? - babka Izabelka zwróciła się do małej.

- Ze wsi. - Dziecko głos miało ochrypły i wciąż ledwo powstrzymywało 

płacz.

- Z daleka?

- Zza Łazów.

- Bój się Boga, toż to kawał drogi!

- Trochę jechałam ciężarówką, kierowca mnie zabrał.

background image

- Trzeba było wsiąść do autobusu.

- Nie mogłam - wyszeptała mała.

- Dlaczego?

- Nie mogłam! - powtórzyła spuszczając oczy. - Nie miałam pieniążków 

na bilet.

- A nie lepiej było poczekać do jutra?

- Nie - mała przytuliła głowę psa do swojej piersi. - On jest bardzo chory.

- Co mu jest?

- Nie wiem. Ale taki gorący. I tak dyszy.

Babka Izabelka przyjrzała się z bliska błyszczącym oczom psa.

- Zaraz poproszę pana doktora - powiedziała. - Wiktor! - zwróciła się od 

razu do zięcia, wszedłszy do pokoju. - Nie darujesz mi pewnie tego, ale nie 

mogłam odprawić tej małej. Przyszła aż spod Łazów.

- Skąd?

- Spod Łazów. To w stronę Kampinosu.

- Przecież wiem - powiedział Wiktor cicho.

- Czy mogłam powiedzieć, że jej nie przyjmiesz?

- A tego ja bym mamie nie darował - Wysoczarski pocałował teściową w 

rękę i bez ociągania wstał od stołu. - Niech ta mała wejdzie z psem do gabinetu.

Czarny kundelek miał obustronne zapalenie płuc. Kiedy Wiktor go badał, 

dziewczynka nie spuszczała z jego twarzy zrozpaczonych oczu.

- Umrze? Cacek umrze? - szeptała.

Wiktor   przygotowywał   już   zastrzyk.   Uśmiechnął   się   pocieszająco   do 

małej.

-   Nie   umrze,   zaraz   damy   mu   zastrzyk   i   nie   umrze.   Co   dnia   będzie 

dostawał zastrzyk, musisz go tutaj zostawić na kilka dni.

- Na kilka dni? Ale ja... - dziewczynka zająknęła się, wypogodzone na 

chwilę  oczy  znów  napełniły  się  łzami   -  ja  nie  mam   tylu  pieniędzy...  Ja  nie 

mam... żadnych... pieniędzy...

background image

- To akurat nie najważniejsze.

- Nie... najważniejsze?

- Całkiem nieważne. Grunt, żeby Cacek wyzdrowiał.

Przytrzymaj go, damy mu zastrzyk.

- Będzie go bolało?

- Troszeczkę. Tak, jakby go pchła ugryzła. Ma pchły?

- Ma. Od nas dostał.

- Co to znaczy - od nas dostał?

- Bo jak go przyniosłam, kiedy był mały, to nie miał ani jednej. Ale u nas 

od razu go oblazły.

Wysoczarski   najpierw   miał   ochotę   się   roześmiać,   ale   stracił   ją,   gdy 

przyjrzał się małej, dopiero teraz przyjrzał się małej. Nie wyglądała na dziecko 

ze szczęśliwej zasobnej rodziny. Miała blade, zapadnięte policzki, wciąż jakby 

przestraszone   oczy;   jasne,   dawno   nie   strzyżone   włosy   zakrywały   jej   czoło, 

wystając spod brudnej czapeczki. Lekarz zwierząt, kierujący przede wszystkim 

na nie swoją uwagę, przyjrzał się teraz ze zdumionym współczuciem ludzkiemu 

stworzeniu,   które   chyba   także   potrzebowało   pomocy.   Zniszczona,   wiatrem 

podszyta kurteczka, nie mogła w wystarczający sposób chronić dziecka przed 

zimnem   w   ten   grudniowy   dzień.   Ani   półbuty,   niezdatne   do   chodzenia   po 

wysokim śniegu, wykoślawione  i za duże, odziedziczone chyba po starszym 

bracie lub siostrze.

- Jak ty się dostaniesz teraz do domu? - spytał bardziej siebie niż małą.

Ale ona poczuła się zobowiązana do odpowiedzi.

- Pójdę - szepnęła.

- Rodzice wiedzą, że poszłaś do miasta?

Potrząsnęła głową, znowu przytuliła do siebie głowę psa.

- Nie.

- Nie powiedziałaś im?

- Nie.

background image

- Dlaczego?

- Bo wiedziałam, że Cacek umrze, jak nie znajdę dla niego ratunku. A 

mama mówiła, że jest tyle psów na świecie, nie będzie ten, to będzie inny.

-   Rozumiem   -   znów   bardziej   do   siebie,   niż   do   dziecka   -   powiedział 

Wysoczarski. - Musiałaś przyjść.

Drzwi   otworzyły   się   gwałtownie,   pchnięte   kolanem   babki   Izabelki. 

Wniosła tacę, na której prócz talerza z chlebem i kubka gorącego mleka był 

również talerzyk ze skrawkami wędlin dla psa i drugi z ciepłym mlekiem dla 

niego.

- On nie będzie nic żarł - powiedziała mała pochłaniając przeznaaczone 

dla niej jedzenie.

- Już od wczoraj nic nie żre.

Zawsze podjadał kurom kartofle z ospą, a wczoraj nawet nie zbliżył się do 

koryta.

- Tylko, proszę cię, nie mów, że pies nie powinien jeść kartofli - szepnęła 

babka Izabelka. - Bardzo cię proszę, Wiktor, nie zaczynaj teraz tych swoich 

weterynarskich pouczeń. Wszyscy chłopi pozbyliby się swoich psów, gdyby się 

dowiedzieli, że nie powinny jeść kartofli, tylko mięso.

Postawiła przed psem talerzyki z resztkami wędlin i mlekiem, a on rzucił 

się na nie i w mgnieniu oka obydwa naczynia były puste.

- Będzie zdrów! - roześmiał się Wiktor, ale mała uśmiechnęła się tylko na 

krótko; z wypchanymi chlebem policzkami patrzyła na psa ze smutną zadumą.

- No, tak - powiedziała babka Izabelka. - A co dalej?

- Z kim? - spytał Wiktor, nie oczekując odpowiedzi. - Wie mama - dodał 

po chwili - tyle nieszczęść, wielkich i małych, człowiek widział, a wciąż nie 

może się przyzwyczaić nawet do najmniejszych.

- To dobrze - powiedziała babka Izabelka. - To dobrze, że nie może się 

przyzwyczaić. Nie spędzilibyśmy w zgodzie tylu lat pod jednym dachem, gdyby 

tak nie było. Tę małą musimy chyba zatrzymać na noc.

background image

- Nie możemy. Rodzice nie wiedzą, gdzie jest. Już pewnie jej szukają. - 

Wiktor poczuł ogarniającą go coraz bardziej senność. Już przy stole marzył, 

żeby   namówiwszy   matkę   na   brydża   z   księdzem,   Rozciłowskim   i   którymś   z 

wnuków - zdrzemnąć się choć przez godzinkę na kanapce w swoim gabinecie. 

Ale   teraz   ta   mała...   -   Muszę   ją   chyba   odwieźć,   tylko   że...   trochę   wypiłem. 

Wprawdzie jako lekarz milicyjnych psów mam dobre stosunki z drogówką...

- Co tam milicja, ja ci nie pozwalam! - sprzeciwiła się groźnie babka 

Izabelka. - Karolina tyle piła, co nic. Ona poprowadzi wóz. Zaraz jej powiem.

- Nie wypada zostawić gości...

- To żadni goście! Sami swoi.

Zaraz im o wszystkim powiem. - Babka Izabelka wyszła i wróciła po 

niedługim czasie  z  córką.  Karolina,  ubrana  już  do  drogi,  niosła  jakiś  ciepły 

płaszczyk i zimowe buty.

- To po Sylwii - wyjaśniła. - Dawno z tego wyrosła. Przymierz - zwróciła 

się do dziewczynki.

Buty były w sam raz, ale płaszcz za duży.

- To nic, to nic - zaszeptała mała na przemian z zachwytem i niepokojem, 

żeby dar nie został cofnięty. - Ja zawsze mam za duże... Ja lubię mieć za duże... 

Zeszłego roku to także dostałam od jednej pani taki płaszcz. Był za duży, ale 

taki ciepły...

- No i gdzie on jest? - spytała babka Izabelka.

Mała zamilkła stropiona.

- Nie wiem - szepnęła.

- Co się z nim stało?

- Nie wiem - powtórzyło dziecko. A potem dodało: - Tatuś wziął.

- No, tak - ucięła sprawę Karolina. - Ubieraj się - zwróciła się do męża. - 

Wyprowadzam samochód. A o gości się nie martw. Mama sama zaproponowała 

brydża. Ma zagrać z księdzem, Rozciłowskim i Krystianem. A Ziołkę, wyobraź 

sobie, i Kamila zaprosiła do kibicowania. Zdaje się, że jest w dobrym humorze. 

background image

Nawet   źle   nie   przyjęła   tej   naszej   nocnej   eskapady.   Powiedziała   tylko,   żeby 

wziąć szuflę do odgarniania śniegu, bo na bocznej drodze możemy natrafić na 

zaspy.

- Słusznie - potwierdziła babka Izabelka. - Też o tym myślałam.

- Przezorne te nasze starsze panie - uśmiechnął się Wiktor. Wciąż walczył 

z sennością, nie udzielało mu się ożywienie Karoliny, która - czekając, żeby się 

ubrał - zajęła się teraz małą. Pomogła jej pozapinać płaszczyk, włożyć ciepłe 

buty; jej kurteczkę i obuwie zawinęła w papier.

- Mama cię nie pozna - powiedziała. - A tatusia poprosimy - dodała po 

długim zamilknięciu - żeby ci tego ciepłego płaszczyka... nie zabierał.

Dziewczynka stała wyprostowana, uniesiona nawet na palcach - pewnie 

chciała, żeby darowany jej płaszcz wydawał się jak najmniej za duży.

Oszołomiona tym, co się działo, milczała.

- Jak masz na imię? - spytała Karolina.

- Joasia.

- A więc, Joasiu - Karolina pogładziła małą po policzku. Od kiedyż to jej 

dłoń nie dotykała twarzy dziecka? Sylwia tak dawno przestała nim być... - Twój 

piesek zostanie tutaj do czasu, aż wyzdrowieje. A ciebie odwieziemy do domu.

- Nie jedź za szybko, Karolinko - szepnęła babka Izabelka. Odprowadziła 

córkę   do   progu,   co   czyniła   zawsze,   ilekroć   -   choć   na   krótko   -   z   nią   się 

rozstawała. Teraz, patrząc na rozgwieżdżone niebo, przestraszyła się śnieżnej 

zimy na mazowieckich drogach. - Jedź ostrożnie, może być ślisko.

- Muszę jechać ostrożnie - uśmiechnęła się Karolina. - Wiozę własnego 

męża i cudze dziecko. - Właściwie cieszę się - powiedziała do Wiktora - już w 

samochodzie - że nadarzyła się ta przejażdżka, i że mogliśmy wstać od stołu. 

Trzeba będzie znów coś jeść, kiedy przyjedzie Agnieszka.

- Ja także cieszę się. Na tę przejażdżkę... z tobą...

- Ho ho, ho!

- Chyba jest to dzień najodpowiedniejszy na małżeńską czułość. Wciąż mi 

background image

się chce śmiać z miny księdza, który nie może zrozumieć...

-   Wiem,   wiem  -  czego   nie   może   zrozumieć!   Mama   jednak   chyba   się 

domyśla.   Ale   nie   zapytała   mnie,   dlaczego   obchodzimy   wcześniej   naszą 

rocznicę. Jak to czas wszystko zaciera i wygładza.

Przewinieniom odbiera grzeszność...

- Sama wymyśliłaś to słowo na określenie tamtych dni?

- Myślę kategoriami mamy, ówczesnymi kategoriami mamy. Na szczęście 

od razu bardzo cię polubiła. To ona zdecydowała, że zostałeś w naszym domu, 

choć   Niemcy   przeczesywali   miasto   bezustannymi   rewizjami.   Po   śmierci 

Piotrusia bała się wciąż, żeby się jeszcze coś nie stało. Przez całą wojnę była 

bardzo   ostrożna,   ojcu   nie   pozwalała   się   do   niczego   mieszać.   Ale   ciebie 

zatrzymała jednak w naszym domu. I ukryła.

- Dopiero teraz ci się przyznam, że najpierw byłem bliski zakochania się 

w mamie.

- Czy przynajmniej jej to powiedziałeś?

- Ze sto razy!

- Była zadowolona!

- O, tak. Bardzo!

Śmiali się hałaśliwie, jak za dawnych lat, kiedy jeździli tą drogą, najpierw 

motorem, który Wiktor wytrzasnął skądś tuż po wojnie, później różnymi, trzeba 

przyznać, że coraz lepszymi samochodami. Ona pamiętała tę drogę z częstych 

wyjazdów  z  ojcem  bryczką,  którą mieli   podczas wojny.  Zaprzężony   do niej 

Białek rżał radośnie, chętny do każdej podróży.

-   Do   Łazów   już   prosto,   nie   trzeba   nigdzie   skręcać   -   odezwała   się 

dziewczynka z tylnego siedzenia, gdy minęli Żelazową Wolę.

- Znam tę drogę - powiedziała Karolina.

Bardzo  dobrze  ją znała. A więc najpierw jeździła  nią razem z ojcem. 

Wystarał się u Niemców o zatrudnienie jej przy sobie w charakterze Veterinars 

hilfe.   Chroniło   ją   to   przed   wywiezieniem   na   roboty   do   Reichu,   a   i   ojcu 

background image

przydawała się nie tylko jako pomoc podczas okresowych szczepień bydła czy 

kur - żandarmi, często zatrzymujący ich na drodze, mniej podejrzliwie patrzyli 

na mężczyznę podróżującego z kilkunastoletnią dziewczynką.

Nieraz   udawało   się   dzięki   temu   przywieźć   ze   wsi   jakieś   mięso,   czy 

słoninę. Te podróże z ojcem - i Białkiem! - miały swój urok mimo trwającej 

wojny. Ciemna grzywa Białka, powiewająca przy jego karku, stukot kopyt na 

utwardzonych odcinkach drogi - jeszcze teraz nieraz jej się to śniło. W każdej 

wsi witano ich serdecznością i poczęstunkiem. Pamiętała chłodne mleko, które 

dostawała   podczas   upałów   i   gorącą   malinową   herbatę   w   zimie.   Jajecznicę, 

smażoną   naprędce   z   jaj   nie   oddanych   do   niemieckiego   skupu.   Poziomki   i 

jagody,   wynoszone   na   drogę   przez   dzieci   w   glinianych   garnkach,   gdy 

podjeżdżali w stronę Puszczy. Pamiętała te poziomkowo-jagodowe lata, jesienie 

w aromacie grzybów, zimy oglądane spod ciepłej baranicy, i wiosny, gdy można 

było   wystawiać   twarz   na   pachnący   wiatr,   chłonąć   żywiczną   jego   woń, 

nawiewaną od pobliskich lasów i torfowisk.

Ale wiatr potrafił być także dokuczliwy, przewiewał ją do szpiku kości, 

kiedy   w   pierwszych   powojennych   latach   jeździła   z   Wiktorem   w   teren   na 

motorze, kiedy trzęsło nią na tylnym siodełku, telepało, szarpało, podrzucało w 

górę   niby   w   krótkich   wniebowzięciach,   żeby   tym   mocniej   strącać   w   dół 

potęgującego   się   przerażenia   i   utraty   nadzie,   że   wyboje   dróg,   którymi 

podróżowała, trzymając się z całej siły Wiktora, kurczowo obejmując go wpół 

zziębniętymi ramionami, skończą się wreszcie i koła motoru odnajdą w końcu 

jakąś gładkość, spokojnie prowadzącą do domu.

Tę okolicę tak pięknie opisywał w wielu swoich utworach sławny, zmarły 

zaledwie przed kilku laty pisarz. Jej lasy, pola, rzeki. I młyny nad nimi.

Nawet drogi z owymi wybojami, które potem pokryto asfaltem, ale ona - i 

on, gdy o nich pisał - zachowali je w pamięci z ich kurzem albo błotem, zorane 

kołami, przerzucone przez grzbiet mazowieckiej ziemi jak zniszczone parciane 

wstęgi.

background image

- Ja nie poznam po ciemku, gdzie mieszkamy - odezwała się Joasia.

- Przed czy za Łazami? - spytał Wiktor.

- Za. W stronę na Kampinos.

-   Za   Łazami   będziemy   wolno   jechać   i   pokażesz   nam   wasz   dom   - 

powiedziała   Karolina.   -   Czy   musiała...   Czy   naprawdę   trzeba   było,   żeby   w 

tamtych latach jeździła z Wiktorem? Chciała.

Uwalniało ją to od wyczekiwania w lęku na jego powrót. Od kąsających 

serce obaw, że może uległ namowom przy poczęstunku w jakimś domu i pewny 

swojej ręki na kierownicy motoru pozwolił sobie na jeden, czy dwa kieliszki. Bo 

lubił to. W wojennej Warszawie młodzi ludzie w różny sposób podtrzymywali 

swój   animusz.   Większości   wystarczała   nienawiść,   nienawiść   tak   czysta,   jak 

najwznioślejsze z uczuć. Ale Wiktor nie krył się z tym, że potrzebował odrobiny 

alkoholu,   aby   odwaga   przemieniała   się   w   nim   w   młodzieńcze   natchnienie. 

Kiedy jednak wybuchło powstanie, kiedy rozpoczęła się otwarta walka - (wciąż 

nie   mógł   wypracować   w   sobie   poglądu,   czy   stanowiąca   wartość   równą 

tragicznym stratom, ale na pewno oczyszczająca, oczyszczająca, jak komunia 

przyjęta przed śmiercią) - kiedy wybuchło powstanie, nie potrzebował żadnych 

podniet,   wystarczyło   mu,   że   miał   broń   w   ręce.   Ale   potem   przyszły   długie 

tygodnie,   kiedy   front   stał   nad   Wisłą,   a   w   gościnnym   domu,   gdzie   znalazł 

schronienie, sam gospodarz szukał w butelce pomocy i sposobu na przeżycie 

ostatnich   dni   niewoli   w   piekącej   niecierpliwości,   gdy   wolność   była   już   tak 

bliska. Kiedy Polska wróci - mawiał - będziemy trzeźwi, jak Pan Bóg przykazał. 

Ale teraz musimy się jeszcze napić.

O   ojcu   nie   można   było   myśleć   z   najmniejszym   wyrzutem,   więc 

wybaczało mu się i to, że rozpiłby Wiktora, gdyby dłużej pobyli pod wspólnym 

dachem. Ale skończyło się to nagle... a potem Wiktor znów dostał broń do ręki i 

to mu wystarczało za wszystko.

- Kiedy mam przyjść po Cacka? - zapytała Joasia z głębi wozu.

- Przywiozę ci go, kiedy już zupełnie wyzdrowieje - odpowiedział Wiktor.

background image

- To kiedy to będzie?

- Za kilka dni. Może za tydzień.

- Na pewno wyzdrowieje?

-   Pewności   nie   można   mieć   nigdy.   Mogą   przyłączyć   się   jakieś 

komplikacje. Ale mam nadzieję, że będzie dobrze. Tymi samymi zastrzykami 

leczy się ludzi.

- Ludzi? - zadziwiła się mała.

- Tak. Mają takie same płuca.

- To może Wiesiek by nie umarł, gdyby dostał taki zastrzyk?

- Co za Wiesiek?

- Mój młodszy brat. Zeszłego roku... też tak kaszlał jak Cacek i był taki 

gorący... Ale mama mówiła, że nie trzeba żadnego doktora, bo i bez doktora mu 

to przejdzie. Ale jak umarł, to pewnie mu nie przeszło.

- Nie przeszło - potwierdził Wiktor z obezwładniającą go bezradnością. 

Już   wiedział   co   zastanie   w   tym   domu,   do   którego   jechali.   Najchętniej 

wysadziłby   przed   nim   dziecko   i   nie   wchodził   do   wnętrza,   ale   trzeba   było 

wytłumaczyć nieobecność małej, a także i to, gdzie podziewa się pies.

W białej płaszczyźnie zaśnieżonych pól zaczęły wyrastać rzadkkie zrazu 

domostwa, potem zabudowa stała się coraz ściślejsza, aż wieś zaprezentowała 

swoje centrum z kościołem i sklepem spożywczym, przed którym paliła się nie 

osłonięta niczym żarówka.

- Łazy - powiedziała Karolina.

- To ja już patrzę i zaraz powiem, gdzie mieszkamy - Joasia przesunęła się 

na siedzeniu bliżej drzwiczek samochodu, przybliżyła twarz do szyby, ale w 

głosie jej nie było radości.

Szukanie ratunku dla Cacka przemieniło się niespodzianie w niezwykłą 

przygodę - w ciepły płaszcz,  buty i jazdę samochodem  - ale oto zbliżał się 

koniec tej przygody i nie miała nadziei, żeby był dobry.

Domy znów zaczęły rzednąć, niektóre z nich otaczały czarne teraz od 

background image

nagich gałęzi sady, ale większość nie miała tej osłony przed wiatrami wiejącymi 

z pola.

- To tutaj! - krzyknęła Joasia, gdy mijali takie właśnie domostwo bez 

widomych   znaków   ludzkiego   zadomowienia   i   gospodarskiej   troski.   Z   płotu, 

który kiedyś je otaczał, pozostało tylko kilka sztachet od frontu, stojąca z tyłu 

obórka należała bardziej do pola niż do domu. - To tutaj - powtórzyło dziecko i 

Karolina wyczuła w tych słowach zawstydzenie i strach.

- Wszystko będzie dobrze - powiedziała do małej.

Zatrzymała   samochód   i   choć   przedtem   nie   miała   zamiaru   wysiadać   z 

wozu, pozostawiając Wiktorowi załatwienie całej sprawy, teraz zdecydowała się 

mu towarzyszyć. Przebrnęli przez nie odgarnięty sprzed domu śnieg; oświetlone 

nikłym   światłem   szyby   w   małych   oknach   były   u   dołu   zamarznięte,   u   góry 

pokryte parą, z wnętrza bił gwar, donośna plątanina wielu głosów.

- Tatuś ma gości - szepnęła mała.

Wiktor zapukał, a gdy nikt nie otwierał drzwi, nacisnął klamkę i wszedł 

do   sionki   pomniejszonej   zawieszonymi   na   ścianach   szaflikami.   Gwar   się 

wzmógł,   wyodrębniły   się   z   niego   osobne,   szczególnie   podniecone   głosy, 

piskliwy   kobiecy   śmiech.   Wiktor   znów   zapukał,   a   gdy   nikt   nie   zaprosił   do 

wejścia, pchnął drzwi i przez chwilę stał w progu nie zauważony przez nikogo z 

obecnych. W izbie aż ciemno było od pary i dymu, pod dwiema ściankami na 

zasłanych   brudną   pościelą   łóżkach   kłębiły   się   mniejsze   i   większe   dzieci   w 

potarganych   koszulinach.   Przy   stole   siedziało   trzech   rozgrzanych   alkoholem 

mężczyzn.

Jedna   butelka   była   już   próżna,   z   drugiej   gospodarz,   rosły   rudawy 

człowiek   w   rozchełstanej   na   piersiach   bluzie,   rozlewał   właśnie   -   czyżby 

ostatnią? - kolejkę. Pod pieczyste. Bo właśnie kobieta, ogromna i nieforemna w 

bardzo późnej ciąży, wyjmowała z piecyka i stawiała na stół brytfannę z dwoma, 

przyrumienionymi na brunatno zającami. Woń zabajcowanej dziczyzny rozeszła 

się po izbie. Siedzący obok gospodarza mężczyźni poklepali go z uznaniem po 

background image

plecach.

- Ja tam na byle co gości nie zapraszam - zauważył chełpliwie.

- Dobry wieczór! - odezwał się Wiktor od progu.

Gospodarz   odwrócił   się   gwałtownie.   Najpierw   patrzył   zdumiony   na 

przybyłego, a potem krzyknął:

- To króliki! Króliki! Dwa ostatnie z tych, co je trzymałem w stajence. 

Klatka stoi, można sprawdzić.

- Ja... - zająknął się Wiktor, zrozumiawszy co oznacza ta informacja z 

obronną intonacją w głosie - ja przywiozłem wam córkę. Przyszła do mnie z 

chorym   psem.   Mam   nadzieję   go   uratować.   Dałem   mu   zastrzyk,   jestem 

weterynarzem.

Joasia wysunęła się akurat zza pleców Wysoczarskiego i znalazła się w 

zasięgu rąk matki. Kobieta szarpnęła nią, popchnęła w stronę ojca.

- Gdzieś ty była? Do kogoś ty poszła? Ja nie mam żadnych pieniędzy! Za 

nic nie płacę!

- Ależ nie o to chodzi - wyjaśniła pośpiesznie Karolina.

- Dziecko przeszło tyle kilometrów... Odwieźliśmy je, bo przecież noc i 

śnieg...

- Kto jej kazał chodzić? - matka znów szarpnęła Joasię, która podniosła 

ręce do twarzy i zasłoniła się obronnym ruchem. - Ja jej kazałam? Pies i w domu 

by wyzdrowiał, a jak nie - to mało psów na świecie? A co ty masz na sobie? 

Poszłaś żebrać do ludzi? Moja córka nie musi żebrać. Ma ojca, matkę, ma w 

domu...   wszystko   -   zakończyła   kobieta   słabnącym   głosem,   bo   zauważyła 

mitygujące spojrzenie męża. Naprawdę ma w domu wszystko, co tylko...

- Ten płaszczyk to po wnuczce - zaczęła się znów tłumaczyć Karolina - 

wyrosła z niego, więc po co miałam go trzymać... Niech Joasia go ponosi.

-   Bardzo   ładny   płaszczyk!   -   uciął   sprawę   gospodarz   i   uśmiechnął   się 

niepewnie do Wiktora. - Ja chyba pana doktora znam...? - Pan jeździ do parku w 

Kampinosie? Ja tam pracuję... od tygodnia jestem na chorobowym, ale pracuję 

background image

przy   usuwaniu   wiatrołomów   w   Puszczy...   -   Wyprostował   się,   powiódł 

spojrzeniem po przybyłych i kompanach. - Trzeba dbać o naszą Puszczę, bo to 

miejsce... historyczne...

- A może państwo... - kobieta także pojęła swój nietakt sprzed chwili, 

przystawiła do stołu dwa krzesła, uczyniła okrągły gest w ich kierunku - może 

państwo spróbują naszych pieczonych...

- ...królików - dokończył za nią mąż. - Bardzo prosimy.

- Dziękuję - Wiktor cofnął się zbyt gwałtownie. - Śpieszymy się. W domu 

mamy także gości. Odwieźliśmy tylko Joasię, bo pewnie niepokoiliście się o nią.

- Właśnie zaczynałem się dziwić, gdzie się podziała. A ona... - ojciec 

Joasi łypnął ku niej łaskawszym spojrzeniem nabiegłych krwią oczu - ona... 

popatrz, popatrz, dokąd zawędrowała! A jaka sprytna...

-   Bardzo   sprytna   -   potwierdziła   Karolina.   Bardziej   z   żalem   niż   z 

entuzjazmem. Pogładziła małą po policzku. - Do widzenia, Joasiu.

Przywieziemy ci twego pieska, jak wyzdrowieje.

- Widzisz - matka znów szturchnęła Joasię - ile benzyny państwo przez 

ciebie stracą.

-   Odwiozę   go,   jak   będę   jechać   do   Kampinosu   -   wyjaśnił   pośpiesznie 

Wiktor. - Po drodze.

-   Do   widzenia!   -   powiedziała   Karolina   z   tym   samym,   graniczącym   z 

paniką pośpiechem.

- I proszę - dodała już z ręką na klamce - nie gniewać się na Joasię. - 

Własne szczęśliwe dzieciństwo stanęło jej przed oczyma. Dzieciństwo jej dzieci. 

I wnuków. - Bardzo proszę - powtórzyła - nie gniewać się na nią.

W samochodzie  długo milczeli.  Z nieba zaczynał prószyć nikły śnieg, 

zasnuł   ruchliwą   bielą   długie   cienie,   które   gromadziły   się   w   przydrożnych 

rowach.   Gdy   skończyły   się   zabudowania,   przestrzeń   po   obydwu   stronach 

samochodu wygładziła się w równinną pustkę, zamkniętą z jednej strony odległą 

background image

ścianą lasu. Wiktor nie odrywał oczu od tej ciemnej smugi na horyzoncie.

- Oczywiście - odezwał się wreszcie - lepszy dla Polaków jest czas, gdy w 

Puszczy grasują kłusownicy, niż ten, gdy kryły się tu wojska powstańcze. Ale 

równocześnie   -   niedorzeczne   jest   to,   co   powiem,   ale   tak   właśnie   czuję   - 

równocześnie   Puszcza   straciła   jakby   na   honorze.   Tu   znalazła   schronienie 

młodzież spiskowa z Warszawy, kiedy w połowie stycznia 63 roku ogłoszono 

brankę, tu formowały się pierwsze oddziały powstańcze i toczyły się walki w 63 

i 64 roku, a w 44 następnego wieku...

- Wiktor! - poprosiła Karolina.

Ale Wysoczarski nie mógł już przerwać.

- ...w 44 najlepsza, najofiarniejsza część młodzieży jaką miał ten kraj, 

ukryła się tutaj ze swoją rozpaczą...

- Bardzo cię proszę, Wiktor.

- Wiem, że jestem śmieszny z tymi swoimi myślami. Wiem. Ale nic nie 

mogę na to poradzić. A jeszcze w dodatku ten byk o przekrwionych od wódki 

oczach, do pracy nie chodzi, bo jest ”na chorobowym”. Ciekawe, jak uzyskał to 

zwolnienie? Co się stało z Polakami? Byli gotowi umrzeć dla ojczyzny, a gdy ją 

mają, nie chce im się nawet dla niej pracować. Co ja mówię? Dla niej! Dla 

siebie nie chce się im pracować.

- Od dwóch zajęcy w brytfannie wysnuwasz tak daleko idące wnioski?

- To nie moja wina. Żyjemy w czasach natrętnych uogólnień. A jeśli o 

zające chodzi, to i tak mieliśmy dużo szczęścia.

- Dlaczego?

- Bo mogliśmy akurat trafić na pieczeń z jelenia. Albo łosia.

- Co to za różnica?

- Ogromna. Bo za nielegalny odstrzał łosia, a łosie są w rezerwacie pod 

ochroną, grozi o wiele większa kara niż za złapanie w sidła dwóch zajęcy. I 

przydybani na gorącym uczynku kłusownicy są gotowi...

Naprawdę, mieliśmy dużo szczęścia.

background image

- Tylko mnie nie strasz. Tak ładnie zapowiadała się ta przejażdżka...

- Przepraszam.

- Mówiłeś, że jest to najodpowiedniejszy dzień na czułość małżeńską...

- I jest! Tylko życie wprowadza doń wciąż jakieś dygresje.

-   Więc   może   i   ja...   -   Karolina   wahała   się   przez   chwilę,   ale   w   końcu 

zdecydowała się na coś, na co zrazu nie miała odwagi, zjechała na pobocze 

drogi, zatrzymała wóz.

- Co robisz? - krzyknął Wiktor.

- Masz papierosa?

- Mam. - Wysoczarski, coraz bardziej zdumiony, podał żonie papierosa - 

Karolina rzadko paliła. - Dlaczego stanęliśmy?

- Bo teraz ja mam ochotę na dygresję. Nie wiem czy najwłaściwszą w tym 

dniu... ale może właśnie po tylu latach... jest to najodpowiedniejszy moment, 

żeby cię o coś zapytać...

- O co?

-   Powiedziałeś   przed   chwilą,   użyłeś   wyrażenia,   które   nieraz   mnie 

zastanawiało, gdy mówiłeś o swoim pobycie w Puszczy...

- Mianowicie?

- Powiedziałeś, że najofiarniejsza część młodzieży ukryła się tu ze swoją 

rozpaczą.

- Tak było.

-   Wiem.   Ale   czy   twoja   rozpacz   była   tylko...   nieodpowiednie   słowo, 

zrozum je właściwie, czy była tylko rozpaczą po klęsce, czy także po kimś, kogo 

utraciłeś?

Wiktor jeszcze raz wyjął spod kożucha papierosy, także zapalił. Światełko 

zapałki na krótki moment oświetliło całą jego twarz.

-   Przepraszam   -   powiedziała   Karolina,   zaskoczona   jej   wyrazem.   - 

Sądziłam, że po tylu latach... że już mogę zapytać, skoro ty sam nigdy o tym nie 

mówiłeś.

background image

- Czy... musiałem, czy powinienem był mówić...?

- Nie. I nie mów, jeśli nie chcesz.

- Chcę. - Wiktor zaciągnął się głęboko papierosem i znów nikły blask 

oblał jego twarz. - Bo zastanawia mnie dlaczego jednak o to zapytałaś?

-   Wiesz,   kiedy   po   raz   pierwszy   chciałam   cię   o   to   zapytać?   Kiedy 

powiedziałeś, że pójdziemy do księdza, żeby dał nam ślub. Bałam się, że nie 

dochowujesz komuś wiary, że zmuszony jesteś do tego małżeństwa tym, co było 

między nami, że boisz się, żeby ludzie źle o mnie nie mówili, gdyby...

- Byłem wolny.

- Ale czy naprawdę? Czy zupełnie? Czy do końca? Nieraz w ciągu tych 

lat czułam, że jest ktoś obok nas.

- Co ty opowiadasz? Nie dałem ci żadnego powodu... Czy nie byłem dość 

czuły, dość dobry?

- Byłeś. A jednak czułam, że w różnych okolicznościach jest ktoś obok 

nas. Nie między nami, takiego zarzutu ci nie stawiam, ale właśnie obok nas, z 

nami. Czasem wydawało mi się, że oprócz mnie jest ktoś jeszcze...

- Karolino!

- Może zastanawiałeś się nieraz, jak wyglądałoby twoje życie, gdybyś 

spędził je nie ze mną, ale...

- Przestań, proszę cię.

Karolina   zamilkła,   zgasiła   papierosa   w   popielniczce,   długo   naciągała 

rękawiczkę. Nie odwracając ku niemu głowy, z oczyma utkwionymi w białą 

przestrzeń przed wozem, zapytała:

- Kochałeś ją?

- Tak.

- Bardzo?

- Tak.

- Masz pewność...? Byłeś przy jej śmierci?

- Tak.

background image

- Zginęła w powstaniu?

-   Dziesiątego   września.   Był   to   dzień,   kiedy   nam   się   wiodło.   Kiedy 

odnieśliśmy   zwycięstwo.   Zwycięstwo   na   jednej   ulicy   w   morzu   klęsk, 

ponoszonych na innych.

- Nie musisz o tym mówić.

- Powiedziałem ci, że chcę.

Wybiliśmy grupę Niemców, atakujących nas od kilku godzin. Kiedy ustał 

ostrzał z ich strony, pomyślałem, że przecież szkoda pozostawionej przy nich 

broni. Postanowiłem ją zabrać i przenieść do nas. - Ona poszła razem ze mną..

- Nie powinieneś był pozwolić.

- Tak - krzyknął. - Tak! Nie powinienem. I nie pozwalałem! Ale ona 

wyskoczyła za mną zza barykady... Zawsze chciała być ze mną... - dodał miękko 

- zawsze...

- Wiktor! Już dosyć! Proszę cię...

- Chciałaś usłyszeć!

Przeskoczyliśmy   więc   ulicę   w   zupełnej   ciszy,   zebraliśmy   broń.   A   w 

drodze powrotnej... Ja biegłem pierwszy. Ona tuż za mną. I nagle padł strzał. 

Jeden   jedyny.   Widocznie   wybici   Niemcy   dostali   spóźnioną   pomoc.   Jeden 

jedyny strzał. W tył głowy.

Upadła. Ja pobiegłem dalej. Ale rzuciwszy broń za barykadę, wróciłem. 

Przyczołgałem   się   do   niej   i   wciągnąłem   w   osłonięte   miejsce.   Nie   żyła.   - 

Pochowaliśmy   ją   na   podwórzu   kamienicy,   przy   której   była   nasza   barykada, 

między dwoma kolegami poległymi także tego dnia. Zrobiłem jej krzyż z ramy 

okiennej   wyjętej   z   parteru.   Wypaliłem   w   drzewie   tylko   imię   ”Misia”.   Na 

nazwisko nie było już czasu, opuszczaliśmy naszą barykadę, przemieszczaliśmy 

się na inną pozycję. Zresztą tak ją wszyscy nazywali. Prywatnie i w konspiracji. 

To   ona...   a   o   tym   ci   opowiadałem...   opowiadałem,   że   była   wśród   nas 

dziewczyna, która wymyśliła znakomity sposób na ochronę specjalnie ważnych 

mieszkań. Nocowała tam wtedy także, w przedpokoju wieszała czapkę i płaszcz 

background image

z dystynkcjami wysokiego oficera SS. Gdy zdarzyło się, że do drzwi waliło 

gestapo, otwierała Misia - w negliżu, z potarganymi włosami, zaróżowiona od 

snu. Kładła palec na ustach z zalotną prośbą o ciszę, a oczyma wskazywała 

wiszące na szaragach czapkę i płaszcz dostojnika.

Karolina poszukała dłoni Wiktora, uścisnęła ją.

- Gdybyś wcześniej mi o tym powiedział, kochałabym ją... Kochałabym 

razem z tobą... wspomnienie o niej.

- Tylko matce powiedziałem o jej śmierci. Wtedy, w Krakowie, zaraz po 

wojnie... Chciała wiedzieć z kim się ożeniłem. Myślała, że z nią.

- Znała ją?

- Tak. Nieopatrznie przywiozłem ją do Wysoczar w zimie 43 roku.

- Dlaczego nieopatrznie?

- Bo nie zrobiła dobrego wrażenia. W tamtych latach  jeszcze...  mimo 

okupacji, dziś trudno o tym mówić, trudno to sobie nawet wyobrazić - rodzice 

moi nie rezygnowali z tego, czym byli. Wojnę zatrzymywali za progiem jak 

fornala. Czasem tylko treuhander bywał zapraszany na obiad, ale tylko wtedy, 

gdy chciano wyjednać u niego jakieś ustępstwo z przysługujących mu praw. 

Misia wydała im się właśnie cząstką wojennego czasu, tym czymś, co mimo 

braku przyzwolenia wtargnęło do ich domu. Bo od razu zaczęła opowiadać, że o 

tytoń do fajki, jaki przywieźliśmy dla ojca, wystarała się jej matka przez swoje 

stosunki na bazarze. Że futerko z popielic, które wzięła na tę uroczystą dla niej 

wizytę, przyniósł ktoś matce do sprzedania, bo specjalnością jej straganu były 

właśnie   futra.   ”Jezus   Maria!”   powiedziała   matka   ze   zgrozą,   gdy   na   chwilę 

zostaliśmy   sami.   ”Na   pewno   żydowskie!”   Starałem   się   gdzieś   na   boku 

wytłumaczyć   Misi,   że   nie   powinna   się   tak   chwalić   tym   straganem. 

Bezskutecznie.   Uważała   stragan   matki   za   coś   wspaniałego.   Za   szczęśliwą 

odmianę   ich   losu!   I   był   nią,   w   warszawskich   okupacyjnych   warunkach   na 

pewno nią był.

- Wysoczary nie zrobiły na niej wrażenia?

background image

- Nie takie jak przypuszczałem. Żegnając się z matką powiedziała tylko: 

”Chyba smutno jest teraz mieć coś takiego?”

- Co odpowiedziała matka?

- Nic. Bo jednak zawsze starała się być uprzejmą dla swoich gości. Ja 

miałem ochotę powiedzieć, że w wojennej sytuacji nie są pewne ani majątki 

ziemskie,   ani   stragany.   Ale   na   szczęście   powstrzymałem   się   od   tego. 

Naraziłbym się bardzo obydwu paniom.

Powstrzymałem się także od wyjawienia, że poznałem Misię właśnie na 

bazarze, gdy poszedłem tam po raz pierwszy po tytoń do fajki dla ojca. Palił 

tylko pursiczan, a nie mógł go zdobyć nawet w Krakowie.

Krakowianie byli zawsze mniej przedsiębiorczy od warszawiaków i raczej 

powstrzymywali się od handlu z Niemcami. Zresztą i w Warszawie nie było 

łatwo o lepsze tytonie do fajek. Pojechałem na Pragę. Byłaś podczas okupacji na 

bazarze w Warszawie?

- Nie. Ani razu. Ojciec nie pozwalał mi jeździć do Warszawy. Bał się, że 

gdybym   wpadła   w   łapankę,   nie   pomogłoby   mi   zaświadczenie,   że   jestem 

Veterinarshilfe.

- Moje papiery były bardzo mocne. Drogo kosztowały. Ale miałem wtedy 

pieniądze. Przykro mi, że kiedy byłem z tobą... już ich nie miałem.

- Nie  byłam  przyzwyczajona  do pieniędzy.  Do  dużych pieniędzy. Nie 

wyobrażałam sobie nawet, że mogłabym je mieć.

-   Podczas   okupacji   bardzo   ułatwiały   życie.   Rodzice   wysłali   mnie   do 

Warszawy na tajne studia. Nie chcieli, żebym był w Wysoczarach, bezpieczniej 

było zgubić się gdzieś w tłumie. Uważali poza tym, że nie powinienem tracić 

czasu, że później, po wojnie, nie zechce mi się uczyć. Prawdę powiedziawszy, 

nigdy tego za bardzo nie lubiłem. Dopiero ty zmusiłaś mnie...

- Sza!

-   Zapisałem   się   na   agronomię,   tak   chcieli   rodzice.   Przyszłość   w   ich 

wyobrażeniu   miała   ścisłe   powiązania   z   przeszłością,   nikt   im   jeszcze   nie 

background image

powiedział,   patrząc   na   Wysoczary,   że   ”chyba   smutno   jest   teraz   mieć   coś 

takiego... ”. Studiowałem więc agronomię, ale jak ci już o tym mówiłem, nie za 

bardzo naprzykrzałem się profesorom.

Poznawałem   Warszawę,   zawierałem   różnego   rodzaju   znajomości, 

załatwiałem dla rodziców sprawunki, których nikt nie potrafił załatwić. Tak - w 

poszukiwaniu pursiczanu - trafiłem na bazar. Było to targowisko, na którym 

ludzie sprzedawali wszystko, od starych butów po brylanty. Ja szukałem tylko 

tytoniu do fajki, nagabywany przez właścicieli straganów, którzy ciągnęli mnie 

do siebie. Bawiło mnie to i zatrzymałem się przed jednym z nich. Sprzedawała 

w nim młoda dziewczyna mniej więcej w moim wieku...

- Pan sobie życzy? - zapytała.

Nawet   się   jej   nie   przyjrzałem,   patrzyłem   na   stosy   garderoby,   sukien, 

ubrań, płaszczy i futer, którymi zapchany był stragan. Każda z tych rzeczy była 

równocześnie czyjąś biedą i nadzieją.

- Nie ma tutaj tego, czego szukam - powiedziałem.

- Skąd pan może wiedzieć? Nie wszystko jest na wierzchu. Czego pan 

szuka?

- Tytoniu do fajki. Nazywa się pursiczan.

- Nie może pan palić gorszego?

- To nie ja, to mój ojciec.

Przyzwyczajony do pursiczanu.

- Nie mam - zasmuciła się. - Ale niech pan poczeka, może uda mi się go 

zdobyć. - Wyszła zza lady, sprawdziła czy wisząca na szyi torba z pieniędzmi 

jest zamknięta. - Popilnuje mi pan boksu?

- Byle nie długo.

Zawierzyła   mi   całą   zawartość   swego   stoiska   -   za   co,   zapewne,   nie 

pochwaliłaby   jej   matka.   Już   same   karakuły   leżące   na   wierzchu   warte   były 

majątku.   Nie   spuszczałem   więc   z   nich   oka,   gdy   tłum,   napierający   zewsząd, 

wydawał mi się niebezpiecznie zagęszczony, a pytający mnie o różne rzeczy 

background image

klienci zadawali te pytania równocześnie - jak sądziłem - dla zmylenia mojej 

uwagi.

Przyszła wreszcie. I miała pursiczan, nawet dwa opakowania.

- Chciał pan jedno, czy dwa?

- Chętnie wziąłbym więcej.

-   To   trzeba   było   od   razu   tak   mówić.   Ale   nie   szkodzi,   przyjdzie   pan 

znowu. Przyjdzie pan?

Oczy   miała   szare,   ogromne.   Patrzyła   nimi   w   uważnym,   napiętym 

oczekiwaniu.

- Przyjdzie pan?

- No, nie wiem... - bąknąłem.

- To niemożliwe, żeby pan nie przyszedł.

Karolina ostrożnie wyjęła z palców Wiktora dopalającego się papierosa. 

Spojrzała na jego twarz. Oczy miał zamknięte, może zasnął...?

- Wiktor! - szepnęła.

Nie odpowiedział.

Nie   odpowieział,   bo   właśnie   po   raz   drugi   szedł   na   bazar   w   wojennej 

Warszawie, szukał straganu z przechodzonymi rzeczami.

- Jestem - powiedział, gdy go wreszcie znalazł. - Bo, zdaje się, pani mnie 

zaprosiła...? 

Bywał w tym czasie w najlepszych domach Warszawy, znał dziewczyny 

o świetnych nazwiskach i były wśród nich naprawdę urocze. A jednak przyszedł 

tu i ucieszył się, gdy dziewczyna powiedziała:

- Zaprosiałm pana, oczywiście.

Ale niech pan nie myśli, że często mi się to zdarza.

- Nie myślę tak. Nawet mi to przez głowę nie przeszło.

- To dobrze. I dobrze, że przyszedł pan akurat dziś. Bo nie zawsze tu 

jestem. Tylko trzy dni w tygodniu. A trzy dni handluje tu moja mama.

- Mam wobec tego szczęście, że nie trafiłem na szanowną mamusię. - 

background image

Musiał to powiedzieć może z lekko ironicznym lekceważeniem, bo dziewczyna 

spojrzała ostro.

- Co pan sobie wyobraża? Moja mama przed wojną pracowała w sądzie, a 

ojciec w ministerstwie przemysłu i handlu. Teraz sprzedaje budynie i proszki do 

pieczenia, które produkuje jego były szef z ministerstwa. A mama założyła ten 

stragan. Świetnie prosperuje i dlatego jemy  biały chleb, zwłaszcza że mama 

choruje na wątrobę i ten kartkowy mamie szkodzi. Pan go je?

- Nie.

Nie zapytała skąd ma pieniądze na biały chleb, a on jej nie powiedział, że 

co   tydzień   chłopak   z   Wysoczar,   ryzykując   -   nie   za   darmo   -   zgarnięcie   w 

łapance,   przywoził   mu   kosz   żywności   -   wędlin,   nabiału,   a   także   białego 

pieczywa.

- No, tak - powiedziała. - W Warszawie można dostać wszystko.

- Jak pani ma na imię? - zapytał.

- Maria. Ale wszyscy mówią na mnie Misia.

- Misia... Imię, które chciałoby się pogłaskać.

Zapamiętała to. Później, kiedy się już lepiej poznali, kiedy włóczyli się po 

różnych lokalikach i kawiarenkach, gdzie - tak ślicznie, tak wzruszająco łakoma 

- pochłaniała stosy ciastek, kiedy całował ją w bramach i na schodach, bo nie 

chciała, wciąż nie chciała przyjść do niego - nieraz powtarzała, że nikt jeszcze 

nie mówił tak pięknie o jej imieniu. ”Chciałoby się je pogłaskać... ”

- I ciebie także chce się pogłaskać - powiedział kiedyś, gdy pochylała 

głowę   nad   talerzykiem   z   trzema   napoleonkami.   Zapamiętał   barwę,   a   nawet 

zapach ich kremu, bo właśnie wtedy wyprostowała się, odgarnęła włosy z czoła 

i w jednej chwili przestała być paplającą beztrosko, uroczo łakomą dziewczyną, 

której   imponowało   wystawanie   przy   barach,   spijanie   koktajli   przez   długą 

słomkę, i którą chciało się pogłaskać, jak małego psa.

-   Słuchaj   -   powiedziała   sucho,   może   nawet   trochę   groźnie.   -   Czy 

wyobrażasz sobie, że w ten sposób można przeżyć wojnę? Poznałam cię już na 

background image

tyle, że jutro mam zamiar komuś cię przedstawić.

Nie zapytał komu, w ogóle o nic nie zapytał. Następnego dnia poszli do 

jakiegoś mieszkania,  gdzie zrozumiał,  że oto zaczyna się nowy etap w jego 

życiu. Zrozumiał także, że Misia dopiero teraz jest naprawdę szczęśliwa. Nie 

odważał się już nalegać, żeby do niego przyszła, inne zaczęły mu się wobec niej 

roić plany i nadzieje.

Kiedy w 43 zdecdował się zawieźć ją na Boże Narodzenie do Wysoczar, 

był   już   kapralem   podchorążym.   Ale   nie   przyznał   się   do   tego   rodzicom. 

Wprawdzie   matka   lubiła   powtarzać,   że   pradziad   Wysoczarski   był   z   królem 

Janem   pod   Wiedniem,   podkreślając,   że   znaczyło   to   tyle,   co   udział   rycerzy 

zachodniej Europy w wyprawach krzyżowych, ale wydawało jej się chyba, że 

Kara Mustafa mniej był groźny dla polskich jedynaków niż byle komendant 

gestapo.

- Wiktor! - szepnęła znów Karolina.

Nie odezwał się, nie poruszył.

Kiedy front zatrzymał się na prawym brzegu Wisły, kiedy w Warszawie 

nie   padły   jeszcze   żadne   rozkazy,   ale   już   wiedziano,   że   padną   -   Misia 

powiedziała, że przyjdzie do niego. Już sama ta zapowiedź była szczęściem, 

równym spełnieniu. Nakupił kwiatów, zapełnił nimi wszystkie wazony, jakie 

miała jego gospodyni.

Mieszkał wtedy przy Śniadeckich u wdowy po kolejarzu, poległym w 39 

roku.   Utrzymywała   się   z   szycia   i   wynajmowania   jednego   pokoju   w 

dwupokojowym mieszkaniu.  Cotygodniowe paczki z Wysoczar witała, jakby 

były przeznaczone dla niej, jej lokator nie był w stanie skonsumować całej ich 

zawartości. Wiedział więc, że jest w mieszkanku przy Śniadeckich ceniony na 

tyle, aby darowano mu pewną śmiałość.

- Pani Franciszko - zagaił - dzień taki piękny! Nie przeszłaby się pani po 

południu do Łazienek?

- Ja? Do Łazienek? W powszedni dzień? - zdziwiła się wdowa.

background image

- A dlaczego nie?

- Przecież mam szycie.

- Ile pani może zarobić przez jedno popołudnie?

Zamyśliła się, wymieniła sumę.

- Żeby nie była pani stratna, ja pani za to nie wykonane dzisiaj szycie 

zapłacę.

- A co też pan? - prawie się obraziła. - Mało mam od pana? Jeszcze ma mi 

pan płacić za to, żebym... poszła do Łazienek? Spodziewa się pan gościa? - 

zapytała z nagłą konfidencją.

- Tak.

- Dziewczyna?

- Tak. - Zaczynał być zły, że stworzył sytuację, w której mogła zadawać 

mu te pytania.

Spostrzegła to.

- Nie, ja o nic nie pytam. - Nic nie muszę  wiedzieć. I pójdę do tych 

Łazienek, jak panu na tym zależy.

- Dziękuję.

-   A   kto   poda   herbatę?   Bo   przecież   zechce   pan   poczęstować   gościa 

herbatą.

- Sam zrobię.

- No, już dobrze, dobrze.

Widzę,   że   się   pan   denerwuje.   Postawię   filiżanki   i   cukiernicę   na   tacy. 

Przed wyjściem zaparzę herbatę... A o której mam wrócić?

- Przed godziną policyjną - warknął. - Nie wcześniej.

- A o której mam... wyjść?

- Zaraz po obiedzie.

Wyprawił wdowę, wypychając ją prawie za drzwi i długo nasłuchiwał 

odgłosu   jej   oddalających   się   kroków.   Niecierpliwość   kazała   mu   pozostać   w 

przedpokoju i czekać na te, które będą wstępować do góry, ale wydał się sobie 

background image

śmieszny.

Poza   tym   kamienicę   zamieszkiwało   wielu   lokatorów,   a   o   tej   godzinie 

wracali   właśnie   do   domu   z   jakichś   swoich   zajęć,   bawiące   się   na   podwórzu 

dzieci biegały bezustannie po klatce schodowej, najczulszym uchem nie mógłby 

wyłowić   z   tego   zgiełku   kroków   Misi,   zdążających   ku   drzwiom,   za   którymi 

czekał na nią.

Wrócił więc do pokoju, usiadł przy otwartym oknie. Bał się wyglądać, 

mogłaby go zauważyć i śmiałaby się z niego...

Ale   kiedy   wreszcie   przyszła,   nie   wyglądała   na   to,   żeby   miała   ochotę 

śmiać się z czegokolwiek. Wyraz jej twarzy był poważny i surowy, spojrzenie 

pełne mrocznego zamyślenia. Pocałowała go w policzek i szybko wysunęła się z 

jego objęcia, choć chciał ją zatrzymać. Usiadła przy stole.

- Przyszłam - powiedziała - bo chciałeś tego i wydaje mi się, że byłam 

głupia broniąc się do tej pory...

Mówiła   rzeczy   śmiałe,   ale   każde   słowo   było   zaprzeczeniem   własnej 

treści. Usiadł także, naprzeciwko, z dala od niej. Było bardzo gorąco, wczesne 

popołudniowe słońce świeciło prosto w okna, firanki nie poruszał najlżejszy 

powiew. Na niezbyt ruchliwej ulicy hałasowały dzieci, jakiś młody głos śpiewał 

radośnie piosenkę, za którą groziła kara śmierci.

- Dziękuję ci - powiedział.

Oblizał wargi suchym językiem. - Napijesz się herbaty?

- Chętnie.

Zerwał  się   i   pobiegł  do   kuchni.  Ręce   mu   się   trzęsły,   gdy   nalewał   do 

szklanek esencję i wrzątek. Poparzył się, wysypał ze szklanego klosza kruche 

ciastka. Nieliczne, cudem uratowane przed jego niezgrabnością, wniósł razem z 

herbatą do pokoju, zziajany, z płonącymi policzkami.

Poznała, że nie powiodło mu się w kuchni, ale powiedziała tylko, nie 

ruszając się z miejsca:

- Powinnam ci pewnie pomóc?

background image

- Nie, dziękuję. Doskonale dałem sobie radę.

- Gospodyni wyszła?

- Wyszła.

- Miałeś... trudności?

- Z czym?

- Żeby wyprawić ją z domu.

- Żadnych. Poszła z ochotą do Łazienek.

- No, tak... dzień taki piękny...

- Bardzo piękny.

Parząc sobie usta, popijali herbatę. Ciastek nie tknęła.

- Z Wysoczar! - zachęcił.

- Na pewno są bardzo dobre.

Sięgnął po korkociąg, żeby otworzyć butelkę wina.

- Nie otwieraj - powiedziała.

- Nie będę piła.

- Dlaczego? Lubisz tokaj.

- Nie, nie - dziś nie. I ty także nie pij. 

Zrozumiał,   nie   nalegał,   choć...   w   tej   sytuacji   duże   nadzieje   pokładał 

właśnie w winie. Ileż to razy, kiedy odprowadzał ją pod lekkim rauszem, kiedy 

całował w ciemnym załomie schodów, kręciło mu się w głowie od pragnienia. 

Teraz siedział odrętwiały, tak wbity w krzesło, jakby już nigdy nie miał z niego 

powstać.

A ona właśnie powiedziała cichutko i z desperacją:

- Może przesiądziemy się na... kanapę?

Dźwignął się z trudem, zaczepiając nogą o stary dywan ruszył ku kanapie, 

na której brzeżku ona już przysiadła jak ptaszek na chybotliwej gałęzi. Pluszowe 

pokrycie kanapy śmierdziało kurzem i naftaliną. Na dole śpiewał ktoś wciąż 

piosenkę, za którą groziła kara śmierci.

- Tutaj jest wygodniej - powiedziała.

background image

- O wiele wygodniej - potwierdził. Przymknął na chwilę oczy, a kiedy je 

otworzył - ona zszarpywała, zdzierała z siebie bluzkę.

- Nie! - krzyknął. - NIe musimy tego robić!

Przyciskała do piersi bluzkę, jej szczupłe ramiona drżały.

- Nie? - spytała z rozpaczą.

- Nie. To nie tak... nie teraz... nie z tego powodu...

- Z jakiego... powodu?

-   Przecież   wiem,   domyślam   się,   dlaczego   dziś   przyszłaś.   -   Objął   ją   i 

trzymał przy sobie, a ona zaczęła płakać, może nawet płakał razem z nią i trwało 

to długo, wdowa po kolejarzu spacerowała po Łazienkach, a oni płakali złączeni 

ciasnym uściskiem.

- Żałuję... - szepnęła nagle - bardzo żałuję.

- Czego?

- Wolałabym, żebyś był w Wysoczarach.

- Nie puszczałaś mnie chętnie do Wysoczar.

- Ale teraz wolałabym, żebyś tam był... Zresztą wszystko jedno gdzie... 

byle daleko stąd.

- Daleko... od ciebie?

- Ode mnie także.

Nie pytał o nic więcej, rozumiał, wiedział.

Dlaczego prawie we wszystkich wojennych powieściach, które czytał, ich 

bohaterowie   oddawali   się   tak   uporczywie   miłości   mimo   bezustannego 

zagrożenia? Może przyzwyczaili się do niego, ale przecież i oni mogli się już 

przyzwyczaić...

- Wiktor! - odezwała się jeszcze raz Karolina. - Śpisz?

Otworzył oczy i powiedział - a był to błąd, nierozsądny i niewybaczalny:

- Nie śpię.

- Ani trochę nie spałeś?

- Ani trochę.

background image

Karolina zapaliła motor, ruszyła ostro.

Po co, och! po co skłoniła Wiktora do mówienia? Dawniej - nie wiedząc - 

nieraz miała uczucie, że jest ktoś obok, teraz odnosiła wrażenie, że jest ktoś 

zamiast niej, że zamiast niej siedzi tu w samochodzie, spędza życie z Wiktorem, 

jest z nim częściej i bardziej niż ona...

Garaż zostawiła otwarty, mogła więc, wymijając stojące przed domem 

samochody Krystiana i Rozciłowskiego - od razu wjechać do środka, ale nie 

zrobiła tego.

- Dlaczego nie wjeżdżasz? - zapytał Wiktor, gdy zatrzymała wóz.

Powoli odwróciła ku niemu głowę.

- Tak długo przebywaliśmy oboje w dawnym czasie, iż wydawało mi się, 

że tam w głębi stoi Białek...

Nic nie odpowiadając wysiadł z wozu. Cały dom był oświetlony, tylko w 

dwóch   oknach   jego   gabinetu   nie   paliło   się   światło.   Postanowił   wstąpić   tam 

najpierw i dopiero po chwili - odmieniwszy twarz, zjawić się wśród gości. Nie 

spostrzeżony przez nikogo przemierzył korytarz, cicho otworzył drzwi gabinetu. 

I zmartwiał.

Z głębi dochodził przerywany stłumionym śmieszkiem głos Sylwii:

- Możesz mnie całować i dotykać. Daj rękę, pokażę ci... tu, gdzie kończy 

się szyja...

- Nie, nie... - bronił się Marek.

- Nie bądź głupi! Strasznie jesteś głupi, wiesz? Dotykanie to nic złego. A 

takie przyjemne.

- Ja bym wolał grać w ping-ponga - wyszeptał Marek.

- Zaraz będziemy grać, ale teraz... dopóki w domu taki spokój... daj rękę...

Wiktor zamknął drzwi równie cicho, jak je otworzył. Powinien był zapalić 

światło, wrzasnąć, zrobić awanturę - ale tylko zamknął cicho drzwi i na palcach 

wycofał się w stronę kuchni. Nie potrafiłby w tej chwili spojrzeć na Sylwię, 

chyba by ją uderzył.

background image

- Mamo! - powiedział do babki Izabelki, pomagającej Pawlisiowej przy 

zmywaniu talerzy. - Niech mama zajrzy do gabinetu. Oni, zdaje się, już nie grają 

w ping-ponga.

- No, to co? Muszą grać?

- Wolałbym...

Babka Izabelka podniosła głowę znad zlewu, zaczynała coś pojmować.

- Bardzo proszę, niech mama zaraz tam idzie - przynaglił.

- Jezus, Maria! Już idę, idę!

A ty nie mogłeś...

- Nie mogłem. Tylko niech mama nie robi awantury na cały dom. Ja idę 

do pokoju.

Rozciłowskiego   najwidoczniej   nie   za   bardzo   zajmował   brydż,   bo   na 

widok Wiktora od razu poderwał się od stolika.

- Proszę, niech ojciec siada.

Wygrywam, więc mogę zaproponować moje miejsce. Bo ja chyba... będę 

musiał już uciekać.

- Tak wcześnie?  - Wiktor zrozumiał,  że Rozciłowski  wolałby uniknąć 

spotkania   z   Agnieszką   (a   może   zaoszczędzić   jej   spotkania   z   sobą)   -   ale   z 

niewiadomych dla siebie powodów zapragnął go jednak zatrzymać. - Widziałem 

w kuchni wspaniałe torty. I jest wśród nich orzechowy - twój ulubiony.

Smagła twarz Rozciłowskiego pociemniała od rumieńca.

- Pamiętano tu o tym?

- Podejrzewam, że Karolina zrobiła go specjalnie dla ciebie.

- Co takiego? - spytała Karolina wchodząc. - Co zrobiłam specjalnie dla 

Romana?

- Tort orzechowy. Czy nie tak?

-   Oczywiście,   że   tak.   Wszyscy   tu   pamiętamy,   że   lubiłeś   zawsze   tort 

orzechowy.

To   zawsze,   przywołujące   inną   rodzinną   sprawę,   pozwoliło   Karolinie 

background image

zapomnieć   na  jakiś czas  o  własnej,  z  którą  -  otwartą  tak   niespodziewanie   - 

wróciła do domu z owej przejażdżki z cudzym dzieckiem i własnym mężem.

- Nie było ślisko? - spytała babka Wysoczarska znad kart.

Odpowiedział Wiktor:

- Ani trochę. Zresztą Karolina tak świetnie prowadzi.

- Karolina wszystko robi świetnie  - matka  uśmiechnęła  się do syna. - 

Wciąż to powtarzam od czterdziestu lat.

- Dziękuję! - Karolina schyliła się ku starszej  pani i pocałowała ją w 

policzek.   W   słowach   skierowanych   do   Wiktora   usłyszała   jakby   jakieś 

pouczenie. Czyżby jej twarz, kiedy tu weszła, nie wyglądała zwyczajnie, albo 

jego...   jego   twarz   była   inna,   niż   powinna   być   w   ten   uroczysty   dla   obojga 

wieczór? - Dziękuję! - powtórzyła.

Otworzyły   się   -   dość   gwałtownie   -   drzwi   i   silna   ręka   babki   Izabelki 

wepchnęła do pokoju Sylwię i Marka, zaczerwienionych i zgrzanych.

- Już dosyć tego ping-ponga!

Siedźcie tu z dorosłymi!

-   Czy   coś   się   stało?   -   poderwała   się   Kasia.   Powitała   z   ulgą   powrót 

teściów,   kibicowanie   ją   nudziło,   teraz   zaś   nadarzała   się   okazja   wykazania 

macierzyńskiej troski. - Jak ty wyglądasz? - krzyknąła do Marka.

Chłopiec odwrócił twarz od światła.

- Zgrzałem się trochę.

- Ja też - dodała Sylwia, choć nikt jej o nic nie pytał, tylko babka Izabelka 

gromiła ją wzrokiem. - Pić mi się chce!

- Idź do kuchni i napij się wody!

- Jest może jeszcze sok pomarańczowy?

- Już nie ma. Zostało trochę, ale to dla twojej matki. Na pewno będzie jej 

się chciało pić, jak przyjedzie.

- No, nie wiem - wzruszyła ramionami Sylwia. - Mamie nigdy nie chce 

się pić.

background image

- Powiedziałam ci idź do kuchni i napij się wody - groźnie podniosła głos 

babka Izabelka. - To ci naprawdę dobrze zrobi!

-   Czym   się   mamie   tak   naraziła?   -   spytała   pobłażliwie   Karolina,   gdy 

Sylwia, głośno zamykając drzwi za sobą, wyszła do kuchni.

-   Och,   głupstwo!   Może   nie   takie   całkiem   małe,   ale   gdybym   ci 

powiedziała, wygadałabyś się przed Agnieszką albo, co gorsza, przed Romanem 

i zrobiłaby się awantura; zepsułaby nam wieczór, a tak bardzo pragnę, żeby 

wypadł jak najlepiej. Miałaś trochę przyjemności z tej przejażdżki z Wiktorem?

- Tak...

- Wydawało mi się, że on...

- Nie powinien był tak gościć Zdzisia w kuchni.

- Źle się czuje?

- Czuje się akurat tak, żeby pójść do łóżka.

- Mógł przespać się w samochodzie.

- Ale się nie przespał - sucho i nieprzychylnie stwierdziła Karolina.

Sylwia wróciła do pokoju, znów zbyt głośno zamykając drzwi. Usta jej 

lśniły wilgotnie, policzki płonęły, była naprawdę śliczną dziewczyną.

- Pozwól tu, Sylweczko! - przywołał Sylwię ojciec, wskazując jej miejsce 

obok siebie na kanapie pod oknem. - Może wreszcie porozmawiamy.

- Bardzo chętnie, tatusiu - Sylwia zmieniła się w jednej chwili w grzeczne 

i uległe dziecko.

- Jak będziesz wyglądała na wywiadówce?

- Nie najgorzej.

- Co to znaczy - nie najgorzej?

- Same piątki. Od góry do dołu. Jeśli tak będzie na koniec roku, przejdę 

do liceum bez egzaminu.

- To pięknie!

- Robię to dla ciebie.

- Dla mnie?

background image

- Oczywiście dla dziadków także. I dla mamy. Ale głównie dla ciebie.

- Dlaczego?

- W książce do polskiego jest fragment twojej prozy, nie wypada więc, 

żebyś miał córkę idiotkę.

- Kocham cię!

- Ja ciebie też. - Przez mamę jestem także sławna w szkole, może nawet 

więcej. Koleżanki wciąż mi  przynoszą  jej fotosy, wycinają recenzje - ale ja 

cenię sobie bardziej fragment  twojej prozy w książce do polskiego. I jak to 

brzmi - ”fragment prozy Romana Rozciłowskiego”.

- Brzmi całkiem zwyczajnie.

- Jesteś za skromny. Czy wszyscy pisarze są tak skromni?

- Nie wiem. Ale myślę, że każdy człowiek ma prawo do nie mniejszej 

dumy, jeśli wykonuje coś potrzebnego i dobrze to robi. - Nie pojechałabyś z 

ojcem w góry?

- Och, tatusiu!

-  Myślę,   że   moglibyśmy   się   tam  wybrać   na  twoje   zimowe   ferie.  Mój 

przyjaciel ma chatę w Bukowinie i akurat w lutym nikogo tam nie będzie.

- Och, tatusiu! - powtórzyła Sylwia z zachwytem. Marek patrzył na nią z 

zazdrością - cieszyła się z czegoś, a on nudził się przy swojej matce, rodziece, 

których się stale ma, są naprawdę nudni.

- Wzięlibyśmy narty - ciągnął dalej Rozciłowski, bardziej sobie niż córce 

opowiadając tę bajkę, którą miał  nadzieję przemienić w rzeczywistość, o ile 

wydawnictwo wypłaci zaliczkę na nową książkę. - A po nartach pójdziemy coś 

zjeść   u   zaprzyjaźnionej   góralki,   albo   sami   będziemy   coś   pitrasić,   potem   ja 

trochę popracuję, a ty pooglądasz sobie telewizję przy trzaskaniu sosnowych 

szczap na kominku.

- Och, cudownie! Cudownie!

- Więc co? Porozmawiać z dziadkami? I z mamą oczywiście.

- Zaczekasz na nią?

background image

- Zaczekam. - Rozciłowski wyczuł zwątpienie w głosie córki. - Zaczekam 

- powiedział jeszcze raz.

- I naprawdę... w tej Bukowinie będziemy tylko we dwoje?

- A któż by tam jeszcze miał być?

- No, nie wiem... Ile razy wyjeżdżam gdzieś z mamą, zawsze się przy nas 

ktoś pęta.

- Przy nas nikt się nie będzie pętał, daję ci słowo.

- A jeśli... jakaś pani bardzo cię kocha?

- Nie ma takiej pani.

- To niemożliwe! - dziecinnie szczerze, a nawet z oburzeniem zdumiała 

się Sylwia.

- A jednak - uśmiechnął się do niej ojciec. - Naprawdę nie ma takiej pani. 

I nigdy nie będzie.

- Nie wierzę. Nie będziesz przecież zawsze sam.

- Jak przyjedziesz do Warszawy na studia, zamieszkasz ze mną.

- Nie zrobię tego kłopotu ani tobie, ani mamie.

-   Możesz   studiować   w   Krakowie   i   mieszkać   u   mnie   -   odezwała   się, 

składając karty, babka Wysoczarska.

W pokoju urwały się nagle wszystkie rozmowy, cisza zapadła ogólnym 

zdziwieniem.

-   Ależ   tak!   -   babka   Wysoczarska   potwierdziła   z   zaskakującą   ją   samą 

radością  całkiem najwidoczniej świeży  swój  pomysł.  - Zamieszkasz  u mnie, 

będzie nam dobrze razem.

Czyżbym była... Czyżbym czuła się aż tak samotna, pomyślała z nagłym 

przestrachem,   aż   tak   samotna,   żeby   brać   sobie   na   głowę   to   niesforne 

stworzenie?

Można sobie wyobrazić, o której ona będzie wracać do domu.  I jakie 

hordy koleżanek będą ją odwiedzać. Kolegów, o! Kolegów oczywiście także! A 

magnetofon!   Wciąż   będzie   ryczał   magnetofon!   No   tak...   Ale...   cisza...   cisza 

background image

bywa też straszna...

- Dziękuję babci  za zaproszenie  do Krakowa  - Sylwia nie ruszyła się 

nawet z kanapki, na której wciąż siedziała przy ojcu - ale ja babci także nie będę 

chciała sprawiać sobą kłopotu. Postaram się o miejsce w akademiku...

- Na razie masz jeszcze czas o tym myśleć - ucięła całą sprawę babka 

Izabelka, wciąż nieprzychylnie patrząca na Sylwię. - Cztery lata w liceum. Ile to 

się może przez ten czas stać! Wszystko, co niespodziewane, dzieje się bardzo 

szybko. A to, na co człowiek czeka, wlecze się jak żółw.

-   Ja   na   nic   nie   czekam.   Ja   lubię   to,   co   jest!   -   stwierdziła   przymilnie 

Sylwia,   pocałowała   w   rękę   babkę   Izabelkę.   -   Ja   bardzo   lubię   to,   co   jest!   - 

powtórzyła, pewna, że prababce zabraknie siły, żeby dłużej gniewać się na nią.

- Ale do Bukowiny masz ochotę ze mną pojechać? - wtrącił Rozciłowski.

- Co? Do jakiej Bukowiny?

Karolinko, wiesz coś o tym?  - babka Izabelka, jednak nieprzejednana, 

patrzyła pytająco na córkę.

- Nic nie wiem.

- Bo właśnie miałem dopiero zamiar o tym powiedzieć - Rozciłowski 

zaprosił   obie   panie   na   kanapę   obok   siebie.   -   Chciałbym   zabrać   Sylwię   do 

Bukowiny na zimowe ferie. Niechby miała trochę przyjemności, pooddychała 

innym powietrzem. Poza tym... poza tym tak mało z nią obcuję...

Fajni są tacy rodzice na przychodne! - myślał  Marek, wciąż z ponurą 

zazdrością patrząc na Sylwię. Żeby miała trochę przyjemności! Czy w domu 

myślał tak ktoś o nim? Powinien się uczyć i wracać do domu o wyznaczonej 

godzinie. Pobyt w Nowym Jorku także nie miał być przecież przyjemnością. 

Jechał   tam,   bo   po   pierwsze   -   nie   było   co   z   nim   zrobić,   a   po   drugie   -   jak 

podkreślał ojciec, tylko mówiąc na co dzień obcym językiem, można się go 

naprawdę nauczyć.

- No, cóż - powiedziała Karolina - ja nie mam nic przeciwko temu, żebyś 

zabrał Sylwię w góry. Sądzę, że i Agnieszka...

background image

- Och - zawołała Sylwia - mamie to będzie zupełnie obojętne.

-   Oczywiście   porozmawiam   z   Agnieszką   -   bardzo   jakoś   miękko 

powiedział Rozciłowski.

- Ja też chcę jechać na ferie zimowe w góry! - odezwał się Marek od razu 

z żalem i pretensją.

- Co? - roześmiała się jego matka. - W lutym będziesz już w Nowym 

Jorku.

- Ale ja nie chcę!

- Czego nie chcesz?

- Nie chcę jechać do Nowego Jorku!

- Przecież cieszyłeś się, że jedziesz. I tak nagle ci się odmieniło?

- Odmieniło mi się - ponuro stwierdził Marek.

- O co chodzi? - spytał Krystian od kart.

-   Twój   syn   nie   chce   jechać   do   Nowego   Jorku   -   wyjaśniła   wciąż   ze 

śmiechem Kasia.

- Co takiego? - również roześmiał się Krystian. - Naprawdę nie chcesz 

jechać do Nowego Jorku?

- Naprawdę.

- Wszyscy chłopcy na twoim miejscu szaleliby z radości!

-   Nie   wiem,   czy   jako   przedstawiciel   Polski   Ludowej   powinieneś 

wmawiać dziecku radość z powodu wyjazdu z kraju.

To   powiedział   Kamil.   Wszyscy   spojrzeli   na   niego.   Palił   papierosa   i 

uśmiechał się sceptycznie.

- Cóż to za insynuacje? - wybuchnął Krystian.

- Żadne insynuacje, tylko stwierdzenie faktu. Już za Gierka zadziwiało to, 

że   co   gorliwsi   współpracownicy   marzyli   tylko   o   tym,   żeby   wyrwać   się   za 

granicę. Niegorliwych by nie wysłano, więc to koło zamyka się bez krzty logiki. 

A efekty wszyscy znamy.

- Więc twoim zdaniem - Krystian rzucił karty i odwrócił się od stolika ku 

background image

bratu   z   płonącą   twarzą   -   twoim   zdaniem   nie   powinniśmy   być   w   ogóle 

reprezentowani na forum międzynarodowym?

- Ależ tak, tylko po co ta euforia towarzysząca wyjazdom?

- Jaka euforia? Co za euforia?

- Krystian przetoczył spojrzeniem po wszystkich w pokoju, biorąc ich za 

świadków, że bez żadnego podniecenia mówił o swoim wyjeździe do Stanów. - 

Po prostu ktoś musi spełniać ten obowiązek...

-   Och,   aż   obowiązek!   Dlaczego   nie   powiesz,   że   lubisz   być   kimś   w 

każdych okolicznościach?

- Obawiam się, że ty w każdych okolicznościach byłbyś nikim.

- Chłopcy! - odezwał się pojednawczo ksiądz Rudek. Chrzcił ich obydwu, 

obydwom udzielał pierwszej komunii. - Chłopcy! W dzień dla całej rodziny tak 

uroczysty...

- A czy w dni uroczyste nie mówi  się prawdy? - Kamil ze spokojem 

obstawał przy swoim.

- Prawda może być różnie wypowiadana - zaczął ksiądz, ale Wiktor mu 

przerwał:

- Gramy, czy nie? Mamo! Mama wychodzi.

- A co gramy? - mało przytomnie spytała babka Wysoczarska. Sprzeczka 

wnuków   cofnęła   ją   znów   w   dawny   czas,   obrysowany   w   pamięci   kreską 

wyraźniejszą,  niż całkiem niedawne wydarzenia. Jak powiedział Krystian do 

Kamila? Byłbyś nikim w każdych okolicznościach! To znaczy także i wtedy, 

gdyby   istniały   Wysoczary...   Gdyby   istniały   pieniądze,   magia   nazwiska... 

Stosunki... Piękne,  piękne  życie...! Czy  Kamil  naprawdę  nie  umiałby  z tego 

korzystać? Nie umiałby tego cenić? Może po prostu nauczył się skromności i 

biedy,   na   którą   jego   brat   nigdy   nie   przystał.   Kamil   wdał   się   w   Wiktora, 

odziedziczył po nim brak aspiracji, a jeśli nawet życie nie stwarzało żadnych dla 

nich okoliczności, to chociaż bunt powinien je zastępować. Bunt, a nie potulne 

godzenie   się   na   wszystko   jedno   jaką   egzystencję,   o   Boże,   może   nawet   na 

background image

uczucie szczęścia w tych spodlonych warunkach?

Przynajmniej Krystian naprawdę na to nie przystał. A po kim to miał? 

Ależ   tak,   Krystian   nie   poddawał   się,   tak   jak   nie   poddał   się   Xawery,   jego 

dziadek, który po utracie Wysoczar potrafił jednak znów zamieszkać w pałacu, 

założoną   przez   siebie   i   kierowaną   stadninę   koni   arabskich   doprowadził   do 

rozkwitu, brał wysokie premie, jeździł za granicę, szkoda tylko - niech mu Pan 

Bóg   tego   nie   odpuści   -   że   najczęściej   do   Wiednia,   gdzie   w   latach 

pięćdziesiątych   miał   nawet   jakąś   panią,   uwielbiającą   najwidoczniej   polskich 

arystokratów.

- Mamo! Gramy piki! - upomniał Wiktor.

- Och, przepraszam - uśmiechnęła się speszona. A co ja zrzuciłam?

- Trefle.

- Przepraszam.

- A może mama nie chce już grać? Może mama czuje się zmęczona?

-   Ależ   babciu!   -   Krystian   pocałował   babkę   w   rękę.   -   Przynajmniej 

skończmy robra.

-  Wcale  nie   jestem  zmęczona   - oświadczyła.   - Co   mi  tu,  moi  drodzy 

wmawiacie?

A jednak to dzięki Wiktorowi, choć tak zawstydzający wydawał jej się 

jego minimalizm, miała tę rodzinę, przy której mogła się od czasu do czasu 

ogrzać, gdy chłód samotności zbyt już boleśnie przejmował stare kości. Starając 

się nie tracić kontaktu z grą, wsłuchiwała się równocześnie z lubością w brzęk 

naczyń   i   srebra,   rozkładanych   na   stole   przez   Karolinę   przed   ponownym 

zaproszeniem gości do stołu. Bo cała zastawa pochodziła z Wysoczar.

Przekazała ją synowej - nie od razu, nie od razu - dopiero po ładnych 

dwudziestu latach, kiedy ostatecznie nabrała pewności, że jest tego warta. W 

końcu trzeba było przyznać, że Wiktor ustatkował się jakoś przy niej, choć już 

w bardzo młodym wieku miał zadatki na birbanta i karciarza. Wprawdzie i teraz 

nie stronił od alkoholu, ale czynił to w sposób umiarkowany, dbał o rodzinę i nie 

background image

rozłajdaczył się (ten Wiedeń!) jak jego ojciec.

Może gdyby dane jej było przeczuć, że zawędruje kiedyś pod ten dach, 

serdeczniej   przyjęłaby   to   dziewczątko,   które   w   listopadzie   czterdziestego 

czwartego   roku   zabłocone   i   zziębnięte   zjawiło   się   w   Wysoczarach.   Chociaż 

właściwie nie miała sobie nic do wyrzucenia... Pałac był zapchany uchodźcami z 

Warszawy   aż   po   strych,   nie   było   ani   jednej   kanapy,   ani   jednego   fotela,   na 

którym by ktoś nie spał z dostawką pod nogi z walizek, a nawet z książek. 

Spiżarnia świeciła pustkami, treuhander co dnia przeliczał bydło i świnie, nie 

można   było   się   poratować   najbardziej   tajnym   ubojem,   kucharz   Materko 

wysypywał z worków ostatnie kilogramy kaszy... Więc kiedy w parkowej alei 

pojawiła się jakaś postać, nie prowadzili jej ku wejściu przychylnym wzrokiem 

ani   gospodarze,   ani   goście,   którym   udało   się   już   zagrzać   w   Wysoczarach 

miejsce,   co   zresztą   doprowadzało   ją   do   irytacji   -   sami   przygarnięci, 

zasiedziałość   swoją  uważali  za nieodbieralny  przywilej,  którego już  nikt nie 

miał prawa uszczuplić. Koniec końców nie chwyciła tej małej w objęcia, nie 

przytuliła do serca. Zapytała raczej oschle:

- Kto panią tu skierował?

Dziewczyna   coś   wyszeptała,   ale   w   gwarze   panującym   w   pokoju   nie 

można było tego dosłyszeć. Rozejrzała się za czymś, na czym mogłaby choć na 

chwilę usiąść; sprawiała wrażenie, że za chwilę upadnie, ale nikt nie poprosił jej 

siadać, wszystkie miejsca były zajęte, bez przerwy wszystkie miejsca były zajęte 

w każdym z pokoi i nigdzie nie można było wykroić nawet kawałka samotności 

czy ciszy na czyjś szept, na czyjeś wyznanie.

Zapytała więc jeszcze raz:

- Kto panią tu skierował?

- Wiktor - powiedziała głośniej dziewczyna.

Krzyk matki zdołał jednak uciszyć wszystkie rozmowy.

-  Gdzie  jest?   O,  Boże!  Dzięki   ci!  Żyje!  Dlaczego?  Dlaczego   sam  nie 

przyjechał?

background image

Dziewczyna znów rozejrzała się po pokoju, widok samych znękanych, 

naznaczonych piętnem bezdomności, postaci - utwierdził ją w przekonaniu, że 

to sami swoi i, że może mówić swobodnie.

-   Był   w   powstaniu...   musi   się   ukrywać,   bo   potem   z   oddziałami   AK 

przedostał się do Puszczy Kampinoskiej...

- Przecież mógł stamtąd... mógł stamtąd skierować się wprost do domu. 

Ukrylibyśmy go tu... ukrylibyśmy go tak, że nikt by go tu nie znalazł...

- Niemcy ich w Puszczy otoczyli. Wciąż trwały walki...

- Wciąż trwały walki...?

- Tak. Chcieli ich tam wszystkich wybić, co do jednego...

-   Co   do   jednego...   -   powtarzała   za   dziewczyną   ostatnie   jej   słowa. 

Znaczyły   tak   wiele,   takie   nasuwały   przed   oczy   obrazy,   że   ona   sama   -   nie 

poprosiwszy   przybyłej,   żeby   usiadła   -   zaczęła   szukać   dłonią   poręczy 

podsuniętego jej wreszcie krzesła.

- W końcu się przebili, przerwali pierścień i przebili się... Chcieli przejść 

w Góry Świętokrzyskie, dołączyć tam do partyzantów. Ale Niemcy dopadli ich i 

była wielka bitwa...

- Bitwa...

- Tak, między Żyrardowem i Jaktorowem.

- Boże, Boże... Zupełnie nie znam tych okolic.

- Wiktor także ich nie znał.

Utracił   kontakt   ze   swoim   oddziałem   i   szedł   nocą   na   przełaj   polami   i 

lasami, aż trafił do nas... I to był już najostatniejszy dla niego czas, żeby trafić 

pod   jakiś  dach.   Bo   gdyby   upadł   i   stracił   przytomność   gdzieś   w   lesie...   Był 

ranny...

-   Był   ranny...   -   wciąż   powtarzała   za   dziewczyną   jej   ostatnie   słowa.   - 

Ciężko?

- Nie. W ramię. Tylko że upływ krwi był duży. Ale mój ojciec już go 

wyleczył. Jest weterynarzem.

background image

-   Weterynarzem...?   -   spytała   struchlałym   głosem,   ale   dziewczyna   nie 

wyczuła w nim przerażenia, potwierdziła z dumą:

- Tak. I wyleczył go. Teraz jest zupełnie zdrów.

- Napisał list? Proszę, prędzej niech mi pani go da!

- Nie napisał listu. Bał się.

Bo   gdybym   wpadła...   w   pociągu,   albo   w   drodze,   kiedy   tu   szłam   od 

stacji...

Dopiero   teraz   przyjrzała   się   temu   zdrożonemu   stworzeniu,   które   stało 

przed nią. Objęła je spojrzeniem od pobladłej ze zmęczenia twarzyczki aż po 

zabłocone, mokre obuwie.

- Przyszła pani ze stacji pieszo?

- Tak.

-  Ależ  to  dwanaście  kilometrów.   Trzeba  było  napisać  list,  albo   nadać 

depeszę,   wysłalibyśmy   konie...   Wprawdzie   nie   dysponujemy   nimi,   ale   nasz 

treuhander nieraz czyni ustępstwa...

Dziewczyna potrząsnęła głową.

- Wiktor powiedział... - z blasku, który rozpalił się w jej oczach, można 

było od razu wyczytać, że to, co Wiktor mówi, jest święte - Wiktor powiedział, 

że będzie bezpieczniej, jeśli przyjdę tu niezauważona. Więc szłam od stacji... 

nawet nie zawsze drogą, bo teraz bardzo dużo Niemców jedzie... Już uciekają. 

Wolałam się z nimi nie spotkać i skręcałam w zarośla, w polne ścieżki...

Znów wszyscy spojrzeli na jej nogi i wreszcie ktoś krzyknął, porywając 

krzesło, na którym siedział:

- Ależ niechże pani spocznie!

Biedne dziecko! Pewnie całą noc pani jechała? Z przesiadkami...

- Tak, z dwiema - wyszeptała.

- I musiałam czekać... Ale dotarłam do Wysoczar i pani już wie - po raz 

pierwszy uśmiech rozjaśnił jej twarz i stała się śliczna, i wzruszająca, taka, że 

każdy chciałby ją przytulić do serca, ale ona czekała, żeby zrobiła to ta, do 

background image

której przyszła z tak ważną, z tak dobrą, z tak cudowną wiadomością. - Pani już 

wie, że Wiktor żyje!

-   Mamo!   Na   litość   boską!   Jak   można   tak   nie   uważać!   Przez   mamę 

będziemy leżeć!

- Przepraszam - babka Wysoczarska potrząsnęła głową, ale zupełnie nie 

czuła się winna i nie okazała skruchy, na którą czekał jej partner.

Więc zapytał:

- Zabrała mama ze sobą wszystkie swoje lekarstwa?

- Ależ tak. Naprawdę nic mi nie jest. Zamyśliłam się. Przypomniała mi się 

bardzo szczęśliwa chwila w moim życiu.

- Cieszyłbym się, gdyby mama mogła się skupić.

- A tego nie mogę ci obiecać!

- Jak to... nie może mama...? - denerwował się coraz bardziej Wiktor.

Jego matka się śmiała.

-   Nie   mogę,   mój   kochany,   nie   mogę!   Ale   nie   jest   to   powód   ani   do 

niepokoju, ani do smutku. - Patrzyła na Wiktora z czułym rozbawieniem, radość 

dobyta z tamtego  odległego dnia zalewała jej serce dawno nie odczuwanym 

ciepłem.

Wiktor zapisywał w notatniku przegraną i nie był skłonny do wzruszeń.

- Ja jednak proszę... - zaczął z naciskiem.

- Wiktorku, nie złość się.

Przecież gra w karty to zabawa - ujęła się za starszą panią babka Izabelka. 

Pomagała Karolinie nakrywać do stołu; brzęk naczyń, dźwięk sreber, cichutkie i 

czyste   dzwonienie   trącanych   o   siebie   kryształów   było   melodią   zaciszności, 

zdobytego   i   pielęgnowanego   przez   ludzi   spokoju...   Karolina,   stawiając   na 

obrusie kieliszki i sztućce, odstępowała o krok od stołu dla zbadania właściwego 

ich   rozmieszczenia,   przesuwała   je,   poprawiała,   zmieniała   odległość   między 

nimi.

Babka   Wysoczarska  zerkała  ku  niej znad  kart, oprowadzała  wzrokiem 

background image

wokół stołu.

Wtedy w Wysoczarach chyba jej jednak nie pocałowała. Może dlatego, że 

wszyscy w pokoju chyba na to czekali, że musiałaby to zrobić przy nich. A 

może także dlatego, że ta dziewczyna w zabłoconych butach miała w oczach 

pewność,   że   zasłużyła   na   to.   Ogarnęła   ją   tylko   ramieniem   przez   plecy, 

podprowadziła do drzwi.

- A teraz musisz, moje dziecko, dobrze się umyć i coś zjeść.

Powiadomiony o wszystkim kucharz Materka wydobył z najtajniejszego 

ukrycia dwa jajka na jajecznicę dla niej, białą bułkę, masło i słoik konfitur z 

truskawek. Xawery, również z najtajniejszego ukrycia, przyniósł na stół butelkę 

starki.

- Musi się pani napić! - nalegał. - Bo może zaziębiła się pani w drodze. 

Odrobina alkoholu dobrze pani zrobi.

Źródłem tej serdeczności była nie tylko wdzięczność za tak dobrą nowinę 

o synu, ale także objawiana w każdych okolicznościach - niech mu Pan Bóg 

tego nie odpuści - ostentacyjna adoracja płci pięknej, w tym wypadku choćby w 

takim kilkunastoletnim wydaniu.

-   Co   za   oczy!   -   powtarzał.   I   zwracał   się   do   niej,   żeby   ten   zachwyt 

potwierdziła. - Widziałaś u kogoś takie oczy?

Uwaga, jaką zaszczycał ją starszy pan Wysoczarski (a miał wtedy dopiero 

47   lat)   peszyła   dziewczynę.   Nie   pokazywała   zbyt   często   tych   swoich 

wspaniałych oczu, siedziała z opuszczoną głową, jadła mało i powoli.

- Panienka niegłodna? - spytał w końcu z rozczarowaniem Materka, który 

zamiast jajecznicy zrobił wspaniały puszysty omlet, wiele starań przykładając 

do tego, żeby wypadł jak najokazalej.

Siedzieli w kuchni, która jedynie stwarzała pewną możliwość izolacji od 

zapełniającego inne pomieszczenia uchodźczego tłumu.

Materka   czuł   się   tym     zaszczycony,   a   i   wzruszony   dobrą   nowiną   - 

uwielbiał Wiktora, który wiele chwil swego dzieciństwa ku zgorszeniu rodziców 

background image

spędził w kuchni, najpierw na kolanach Materki, potem na stołku pod oknem, 

skąd najlepszy roztaczał się widok na ogromny stół i dokonujące się na nim 

cuda, serdeczność więc, jaką darzył młodego pana, obejmowała również i tę, w 

której domu teraz przebywał pod jej czułą, jak zdołał wywnioskować, opieką. - 

Panienka niegłodna? - spytał jeszcze raz. - Niestety, nie możemy lepiej ugościć, 

bo czasy teraz takie...

- Ależ bardzo lubię omlety - wyszeptała dziewczyna. - Tylko... mama dała 

mi na drogę cztery jaja i kilka kawałków chleba z boczkiem.

- Z boczkiem...? - powtórzył Materka, zapomniał już, jak wygląda boczek.

- Tak, akurat tatuś przywiózł z wyjazdu w teren. Mama nawet chciała 

zrobić paczkę dla państwa, ale Wiktor nie pozwolił...

-   Wyobraża   sobie   pewnie,   że   u   nas,   jak   dawniej.   A   tu   tymczasem... 

Widziała panienka, jakie zbiegowisko...

- Widziałam.

Rozmowę z dziewczyną prowadził teraz głównie Materka. Oni obydwoje 

z   Xawerym   w   obezwładniająco   szczęśliwym   milczeniu   przeżywali   swoją 

rodzicielską   radość.   Od   kiedy   do   Wysoczar   dotarły   wieści   o   powstaniu   w 

Warszawie,  aż do owego pięknego dnia popadali w coraz głębszą  rozpacz i 

zwątpienie.   Przybyłych   z   Warszawy   wypytywali   o   syna,   ale   bezskutecznie. 

Nawet ci, którzy go znali i u których bywał, dawno go nie widzieli.

Oczywiście,   myślała,   włóczył   się   pewnie   po   knajpach   z   tą   swoją 

straganiarką i nie miał czasu na kontakty, które powinien był utrzymywać.

- Czy... - zapytała nagle - czy sam... zjawił się tej nocy u państwa?

- Kto? - Dziewczyna prawie zasypiała nad talerzem z omletem.

- Wiktor.

- A z kim miałby przyjść?

- Tak tylko pytam.

- Sam przyszedł.

Chwała Bogu! Chciała powiedzieć, ale na szczęście powstrzymała się od 

background image

tego. Dzięki temu nie miała sobie nic do wyrzucenia, kiedy Wiktor - wtedy w 

Krakowie   -  powiedział   jej,  że   Misia   nie   żyje.   Los  jakoś  tym  wszystkim  po 

swojemu rozporządził. Wprawdzie i ta weterynarzówna nie była odpowiednią 

żoną dla Wiktora, popadł przy niej w tę nudną zacność mieszczańską, ale w 

końcu w warunkach, w jakich im żyć wypadło, nie okazała się złym sposobem 

na przetrwanie.

Prawie siłą zatrzymali ją na noc w Wysoczarach, chciała zaraz wracać do 

domu,   chciała   jak   najprędzej   odebrać   pochwałę   za   tak   sprawnie   wykonane 

polecenie, i przekazać wiadomość, że w Wysoczarach nie dzieje się nic złego - 

to   wszystko   było   w   jej   oczach,   kiedy   wzbraniała   się   pozostać   dłużej   w 

wysoczarskim pałacu, który nie zachwycił jej ani trochę, co najwyżej przeraził.

Zdumiona tym zapytała ją w końcu:

- Czy syn, czy Wiktor nie mówił... kim jest?

- A coś tam mówił - powiedziała sennie.

Nie było co dalej roztrząsać tego tematu.

Przed samym wyjazdem dziewczyny (treuhander na szczęście zgodził się 

dać konie do stacji) otworzyli z Xawerym schowek z biżuterią. Wybór padł na 

bransoletkę ze szmaragdami.

- To ma ogromną wartość - powiedziała do dziewczyny, niech pani to 

dobrze schowa. I odda Wiktorowi. Proszę mu ode mnie przykazać, żeby nie dał 

się oszukać przy sprzedaży.

Pieniądze,   które   uzyska,   powinny   wystarczyć...   w   końcu   nie   możemy 

wymagać, żeby państwo opiekowali się nim bez... bez zwrotu kosztów...

-   O   jakich   kosztach   pani   mówi?   -   prawie   niegrzecznie   wzruszyła 

ramionami dziewczyna. - Nie ma żadnych kosztów. Dom duży, miejsca dosyć, 

Wiktora ojciec sam leczył, nie trzeba było wzywać lekarza. A na brak jedzenia 

nie  narzekamy,   weterynarz  nawet  podczas wojny  głodu nie  cierpi.  Mama  w 

dodatku   trzyma   kury.   Lubi   mieć   w   domu   jakiś   inwentarz.   Bo   moja   mama 

pochodzi ze wsi... Z gospodarstwa! Wprawdzie niedużego i dzieci u dziadków 

background image

Skrobków była cała gromada...

- Ach, tak - zdołała tylko wyszeptać.

- Tak. I mama musiała iść do miasta na służbę... Ale dobrze trafiła...

- Wracając do tej bransoletki - przerwała jej - to Wiktor, sprzedawszy ją, 

mógłby wynająć sobie jakieś mieszkanie...

- Przecież mieszka u nas - zdumiała się dziewczyna. - Ukrywa się u nas.

- Ale jak długo można korzystać z czyjejś gościnności?

Jak długo można kogoś narażać?

Proszę mu powtórzyć, co mówiłam. Po sprzedaży bransoletki nie będzie 

musiał dłużej się państwu naprzykrzać. Niech jak najprędzej znajdzie sobie inną 

kryjówkę.

- Nie zechce.

- Dlaczego... nie zechce? - wyjąkała.

- Nie wiem, proszę pani.

A   teraz   ta   dziewczyna,   która   wtedy   bez   umykającego   spojrzenia 

powiedziała   ”nie   wiem,   proszę   pani”   -   krążyła   wokół   stołu,   rozkładając   na 

śnieżnym obrusie wysoczarską zastawę w uroczysty wieczór czterdziestolecia 

swego pożycia z Wiktorem.

- Karolinko! - powiedziała babka Wysoczarska.

- Słucham, mamo!

- Chciałam zapytać dlaczego się nie uśmiechasz?

- Och, nie miałam do kogo. Nie sądziłam, że ktoś patrzy na mnie.

- Do siebie powinnaś się uśmiechać.

- Dobrze, już przywołuję się do porządku.

Co to mogło  znaczyć - ”przywołuję się do porządku”? Nie to chciała 

usłyszeć,   babka   Wysoczarska   znów   się   zamyśliła,   a   syn   jeszcze   raz   musiał 

wypomnieć jej nieuwagę.

- Ja babci pomogę! - Sylwia zerwała się z kanapy pod oknem, podbiegła 

do Karoliny.

background image

Do   Rozciłowskiego   przysiadł  się   Ziołko.  Rozluźnił   krawat,   porozpinał 

dolne guziki kamizelki.

- Kiedy żyła moja żona, żadna nowa pana książka nie uchodziła naszej 

uwagi. Miała znajomą w księgarni, która zawiadamiała ją, gdy ukazywało się 

coś interesującego.

- Dziękuję panu.

- Bardzo lubiła pana książki. I mnie wciągnęła w tę lekturę. Ostatni tytuł, 

jaki przyniosła to ”Skandal wśród świętych”. Czy wydał pan coś po tej książce?

- Tak. Trzy - dwie powieści i tom opowiadań. A dwie nowe czekają na 

wydanie. Jedna już w drukarni, jedna jeszcze u wydawcy.

- Dużo pan pisze. Przepraszam... To pewnie niedelikatne z mojej strony... 

nie pisał pan tyle, kiedy był pan mężem Agnieszki.

Rozciłowski przesunął palcami po ustach, żeby ukryć uśmiech.

- Wtedy więcej czasu zajmowało mi życie. Pisałem tylko wtedy, kiedy 

ona była w teatrze.

- Przepraszam, że to powiedziałem.

- Ależ nie ma za co, miłe wspomnienia. A poza tym - teraz tak długo 

pisarz czeka na ukazanie się książki, że trzeba stale mieć coś w zanadrzu. To 

wiąże się z zaliczkami... Trudno to będzie panu zrozumieć.

- Jeszcze raz przepraszam, że o to pytałem. Poszukam w bibliotece tych 

książek, których nie znam. Czy to tematyka współczesna?

Rozciłowski zawahał się.

- Połowicznie.

- Co to znaczy - połowicznie?

- Jakby to ująć - niby akcja w tych książkach toczy się współcześnie, ale 

całej   prawdy   o   polskiej   współczesności   w   nich   nie   ma.   A   wciąż   trwają 

nawoływania o ukazanie całej prawdy.

- Zauważyłem.

- Zauważył pan?

background image

- Tak. Pan się pewnie dziwi - taki Ziołko z cegielni, co on może wiedzieć 

na ten temat? Ale ja dużo czytam i wszystkim się interesuję, polityką - tą wielką, 

i tą mniejszą, która nazywa się kulturalna. Bo na przykład Wiktor, to prawie nic 

nie czyta. Tylko książki o wojnie, ale nie powieści, pamiętniki, opracowania 

historyczne, no i trochę klasyków, do których przywykł w dzieciństwie, z gazet 

- ”Express Wieczorny”, ”Życie Warszawy” i ”Politykę”. Leczy te zwierzaki i 

poza tym nic go nie obchodzi. A ja inaczej, ja lubię wiedzieć, co dzieje się poza 

moją chałupą, czym żyją inni ludzie. Więc także wiem, czego się teraz wymaga 

i oczekuje od książki. W naszym kraju. I teraz. Bo na przykład gdzież są te 

przedwojenne   powieści,   które   ukazywałyby   całą   prawdę   o   ówczesnej 

Polsce?”Kariera   Nikodema   Dyzmy”?   Może   -   ale   nikt   nie   uważa   Dołęgi-

Mostowicza   za   poważnego   pisarza.   Ani   Rodziewiczówny.  A   to  ona   właśnie 

napisała   w   swojej   książce   ”Hrywda”   całą   prawdę   o   kresowej   wsi.   O   takiej 

biedzie i takim zacofaniu, że kiedy się to czyta, to aż dreszcze chodzą po krzyżu 

i palce chce się obgryzać...

Nie znam się na stylu, na estetyce, estetyka się zmienia, bo to chyba taki 

rodzaj mody, a przejmujący obraz jakiegoś kawałka świata pozostaje. Bruno 

Jasieński trochę pisał, jak jeszcze był w kraju... Jalu Kurek... Nie jestem tak 

oczytany, żebym mógł sypać nazwiskami. Mówię o tym, o czym wiem. A niech 

pan weźmie wielkich Francuzów - Stendhal, Balzac, France. Owszem, każda 

powieść ma szerokie tło społeczne i polityczne, ale czy ktoś od nich domagał się 

całej   prawdy?   A   Amerykanie?   Truman   Capote   napisał   sobie   na   przykład 

”Śniadanie u Tiffany’ego” albo ”Z zimną krwią” i wcale nie uważał, że ma 

obowiązek pokazać całą prawdę o Ameryce. Czy to w ogóle możliwe? I czy... 

potrzebne?

- Pan jest członkiem partii?

- Nie. I nigdy nie byłem. A dlaczego pan pyta?

- Tak mi się nasunęło to pytanie.

- A ja wiem dlaczego.

background image

- Dlaczego? - spytał coraz bardziej zdumiony Rozciłowski.

- Bo jako członek partii - tak pan myśli - może bym nie chciał, żeby się 

wciąż ukazywały książki o osiemdziesiątym roku. Może bym uważał, że już 

dosyć. Że już wszystko wiemy. A ja gdybym był członkiem partii, to wcale bym 

tak nie myślał. Tylko chciałbym wiedzieć, jak do tego mogło dojść. Bo właśnie 

tego w pełni nie  wiemy.  Co się  stało, co się  działo z ludźmi  w ciągu tych 

dziesięciu gierkowskich lat i nie tylko w ciągu nich. Dlaczego narastał gniew i 

bunt. Co go spowodowało? I czy można przeprowadzić wyraźną linię między 

tymi, co winni, i niewinni.

- To bardzo trudne - niechętnie zauważył Rozciłowski.

- Widzi pan. A taką linię usiłuje się przeprowadzać.

- No i doszedł pan jednak do tej „całej prawdy”.

- Trochę się zaplątałem.

- Bo generalnie rzecz biorąc, uważa pan, że wiedza o tamtych latach - to 

przestroga.

- Oczywiście.

- Ale czy obowiązkiem właśnie literatury jest udzielanie tej przestrogi - 

Rozciłowski zamyślił się - jakoś obydwaj nie możemy dojść do tego wniosku. 

Powiedział pan: Truman Capote napisał sobie ”Śniadanie u Tiffany’ego”. Pisał, 

co wyobraźnia mu podsunęła, bez żadnych założeń, bez wikłania się w postulaty 

i potrzeby.

- Wie pan, co ja uważam - Ziołko przysunął się do niego - ja uważam, że 

za mało pisze się o porządnych zwykłych ludziach. A czy ich nie ma?

- Akurat porządni są za mało atrakcyjni dla literatury.

- Dlaczego? Bo nie pożądają władzy?

Może są tacy mądrzy, że jej nie pragną. Może wiedzą, że razem z nią, że 

równocześnie przydany by im został cały pakiet wad, których by bez niej nie 

mieli.

- Część z nich sami by w sobie wyrobili.

background image

-   A   może   o   tym   także   wiedzą?   I   wolą   mieć   jakąś   swoją   małą 

odpowiedzialność i w pełni się z niej wywiązywać, niż wplątywać się w sprawy, 

do których nie dorośli. Bo chyba lepiej małe robić dobrze, niż wielkie sknocić, 

lub nie w pełni wykonać.

-   Też   tak   sądzę.   Ale   na   ogół   ludzie   wyobrażają   sobie,   że   wszystko 

potrafią. Mało jest skromnych.

- No i dlaczego właśnie o nich się nie pisze? Czy to tak łatwo nie ulec 

pokusom nie tylko posiadania władzy, ale i innym, które teraz zewsząd czyhają? 

Nigdy   jeszcze   w   Polsce   nie   było   tak   łatwo   zostać   złodziejem.   Albo 

łapownikiem. Wszyscy wszystkim pchają teraz łapówki.

- Mnie nikt nie pcha - roześmiał się Rozciłowski. - Niestety.

- Bo pan ma taki fach. Nie chcę przez to powiedzieć, że marny. Ale inni, 

jeśli tylko od nich coś zależy...

- Na szczęście ode mnie nic nie zależy. Nawet ja sam od siebie nie zależę. 

No - może jednak trochę... - Rozciłowski zamilkł, coraz bardziej niezadowolony 

ze swoich wypowiedzi w rozmowie z Ziołką.

Zbliżający   się   od   kilku   chwil   warkot   samochodu   ustał   nagle   przed 

domem.

Sylwia skoczyła do okna, uchyliła firankę.

- Mama przyjechała! - krzyknęła.

Tylko brydżyści zostali na swoich miejscach, wszyscy inni rzucili się do 

przedpokoju witać przybyłą. Rozciłowski zerwał się także, ale po kilku krokach 

pohamował swój pośpiech i zatrzymał się przy drzwiach pokoju.

I dobrze zrobił. Agnieszka przyjechała - nie sama.

Zjawiła   się   w   drzwiach   -   rozświergotana   jak   całe   stado   ptaków   w 

wiosennym ogrodzie, choć mówiła o ogromnym, o strasznym, o zwalającym z 

nóg zmęczeniu, które jednak nie przyćmiewało jej urody, nie odbierało lekkości 

ruchom.   Wiedziała,   że   oto   wnosi   w   ten   dom   swą   niezwykłość,   swą 

wyjątkowość,   swą   nadzwyczajność.   I   to   zobowiązywało.   Jej   twarz   w 

background image

obramowaniu ciemnych, potarganych, sypliwych włosów - była jak namalowana 

na szkle i podświetlona od wewnątrz jaskrawym światłem, oczy gorzały, usta 

otarte ze szminki czerwieniły się własną, gorącą barwą.

Całowała   się!   pomyślał   Rozciłowski,   niegodnie,   upokarzająco   i 

ośmieszająco dotknięty tą myślą. Na pewno całowała się w samochodzie z tym 

chłopakiem,   którego   przywiozła...   którego   odważyła   się   przywieźć   do   domu 

swoich rodziców.

Teraz   całowała   babkę   Izabelkę,   potem   Sylwię,   która   roztrącając 

wszystkich rzuciła się jej na szyję, i wreszcie matkę.

- Jaka ta nasza mama wciąż ładna! - zawołała.

Może to była i prawda, ale nie zabrzmiała jak prawda w jej ustach, łatwo 

mówiących to, co w danej chwili należało powiedzieć. Nie tylko na scenie.

- Co ty opowiadasz, moje dziecko - uśmiechnęła się pobłażliwie Karolina, 

nie kryjąc jednak trwożnego niepokoju, z którym patrzyła na córkę. Z kimże to 

ona przyjechała? Ten młody mężczyzna, który stał za nią w białym kożuchu, 

narzuconym   na   czarną,   aksamitną   marynarkę   nie   przypominał   żadneego   z 

poprzednich. Ani Rozciłowskiego, który był jej mężem, ani Stanisława, który 

nim   nie   był,   a   już   na   pewno   najmniej   tego   Rysia,   za   którego   znów 

najprzykładniej   wyszła   za   mąż,   żeby   już   wkrótce   zupełnie   mu   siebie 

wyperswadować.  Ten, przywieziony do domu  rodziców w dniu tak dla nich 

uroczystym, wyglądał mimo młodego wieku na człowieka, chciałoby się rzec, 

statecznego - ale wobec tego, co tu robił z Agnieszką.

- Mamo, to pan Witold Orwiłło - Agnieszka przypomniała sobie wreszcie 

o swoim towarzyszu. Karolina stanęła w łunie nagłego rumieńca.

- Orwiłło...?

-   To   także   malarz,   właściwie   scenogrraf   -   roześmiała   się   Agnieszka, 

czułym gestem, kładąc dłoń na ramieniu młodego człowieka - ale ten Orwiłło to 

jego ojciec.

- Ojciec - szepnęła Karolina, gdy młody Orwiłło całował jej rękę.

background image

- Ojciec wspominał mi kiedyś o tym mieście - powiedział.

- Czy... był tutaj...? - spytała Karolina bez tchu. Przyszła jej do głowy 

niedorzeczna myśl, że przyjechał tu za nią, lub dla niej, że szukał jej...

- Nie. Ale znał kogoś stąd. Jakąś dziewczynę, czy młodą kobietę. Przyszła 

kiedyś na jego wystawę... W Zachęcie, czy gdzie indziej...

- W Zachęcie... - szepnęła Karolina.

- Może... Ojciec opowiadał mi o tym, ale dokładnie tego nie pamiętam. 

On   akurat   wtedy   też   zaglądnął   na   wystawę.   Zauważył   ją,   bo   ludzi   było 

niewiele... Tak - roześmiał się - teraz także nie ma tłumów na wystawach.

Ludzi było niewiele, powtórzyła w myślach Karolina. Dziwiła się nawet, 

że jest ich tak niewiele. Jej obrazy Orwiłły się podobały... A może zatrzymała 

się przy nich tylko dlatego, że tak bardzo, tak rozpaczliwie nie miała co ze sobą 

zrobić tamtego popołudnia?

- Mój brat Kamil, pan Ziołko, przyjaciel ojca jeszcze z pierwszej armii - 

Agnieszka   wciąż   dokonywała   prezentacji.   I   nagle   umilkła.   Cofnęła   dłoń   z 

ramienia Orwiłły, matce rzuciał krótkie, pełne wyrzutu spojrzenie.

- Witaj! - powiedziała do Rozciłowskiego.

- Witaj! - odpowiedział.

- To mój pierwszy mąż, ojciec Sylwii. A to pan Orwiłło. Jest scenografem 

sztuki, w której gram.

Panowie   uścisnęli   sobie   dłonie,   wymamrotali   nazwiska.   I   -   ponieważ 

Agnieszka pofrunęła w głąb pokoju, żeby przywitać się z brydżystami - nagle 

zostali sami. Orwiłło nerwowo rozejrzał się po pokoju, pogładził swoją małą, 

czarną bródkę. Rozciłowski chrząknął.

- Mieliście dobrą podróż?

- Tak, dziękuję.

- Nie było ślisko?

- Trochę. Ale Agnieszka tak dobrze prowadzi...

- Tak. Agnieszka bardzo dobrze prowadzi.

background image

Temat,   który   był   chwilowym   ratunkiem,   został   wyczerpany.   Teraz 

Rozciłowski rozejrzał się rozpaczliwie po pokoju. Agnieszka całowała babkę 

Wysoczarską, ściskała ojca, Krystiana, księdza Rudka, który głośno zastanawiał 

się, czy nie grzeszy, całując tak ładną, młodą panią.

- Rozgrzesza księdza fakt, że ksiądz mnie chrzcił - śmiała się Agnieszka.

- JaK  wszystkICH  Wysoczarskich  - dodał ksiądz  - potomków  tego tu 

obecnego Wiktora.

-   Jak   to   dobrze,   że   z   Warszawy   tak   blisko   -   podjął   znów   rozmowę 

Rozciłowski.

- Bardzo dobrze - bez większego sensu, ale żarliwie potwierdził Orwiłło. 

Tarmosił teraz krótkie włosy swojej bródki, jakby chciał je powyrywać.

- Bo gdyby było dalej - ciągnął Rozciłowski - nie można by zdążyć po 

przedstawieniu choćby na spóźnioną kolację.

- Oczywiście.

- Chyba, że decydując się na budzenie gospodarzy...

- Nigdy byśmy się na to nie odważyli. Raczej...

- Co, raczej?

- Raczej zostalibyśmy w Warszawie.

- No tak, raczej trzeba by zostać w Warszawie.

Rozciłowski   wyobraził   sobie   nagle,   co   oznaczało   to   ”zostalibyśmy   w 

Warszawie”.   Zrobiło   mu   się   gorąco,   rozluźnił   nieco   krawat,   porozpinał 

marynarkę. Po cóż przyjął to zaproszenie byłych teściów, a przyjąwszy je, po 

cóż   zdecydował   się   czekać   na   Agnieszkę,   żeby   omówić   wyjazd   Sylwii   do 

Bukowiny?   Mógł   to   zrobić   telefonicznie,   zwykle   telefonicznie   omawiali 

wszystkie dotyczące jej sprawy. Bo przecież należało się spodziewać, że ona 

kogoś ma, że może znów wybiera się za mąż. Po to chyba przywiozła tutaj tego 

faceta, żeby przedstawić go rodzicom. Młody mężczyzna, którego miał przed 

sobą,   wydał   mu   się   nieciekawym   typem   o   rozmydlonych   rysach   twarzy   i 

głupawym   uśmiechu.   On   chyba   widzi   mnie   tak   samo,   pomyślał   z 

background image

niespodziewanym rozbawieniem. Patrzy na drągala, któremu podczas tej wizyty 

twarz już zdążyła pociemnieć od zarostu, i dziwi się, że Agnieszka mogła go 

kiedyś kochać. Że zdołał, że potrafił ją uwieść, na pierwszym, czy na drugim 

roku studiów, niewinną i młodziutką, już sam wiek Sylwii świadczył o tym; 

kiedy stały obok siebie, wyglądały jak dwie siostry.

Powiedział to na głos:

- Wyglądają jak dwie siostry.

Orwiłło zamrugał powiekami.

- Kto?

- Agnieszka i Sylwia, moja córka. Nasza córka.

-   Rzeczywiście   -   mruknął   scenograf,   jakby   z   przymusem   zwróciwszy 

spojrzenie w tę stronę.

- Tatusiu! - Sylwia ciągnęła ku nim matkę. - Powiedz teraz mamie!

- O czym? - Agnieszka się opierała. - Co ty znowu wymyśliłaś?

- Nie ja, tylko ojciec.

Specjalnie został, żeby się z tobą zobaczyć.

- Został specjalnie...? - uśmiechnęła się cierpko Agnieszka.

-   Tak   -   Rozciłowski   wiele   by   dał,   żeby   Orwiłło   nie   zobaczył   tego 

uśmiechu, poczuł się zmuszony prawie do niegrzeczności - zostałem specjalnie, 

ale myślę, że omówimy tę sprawę w cztery oczy.

- Nie będę więc przeszkadzał - Orwiłło poderwał się, żeby na oślep ruszyć 

w głąb pokoju, przerażenie na jego twarzy świadczyło, że nie wyobraża sobie, 

aby mógł nawiązać kontakt z kimkolwiek spośród tylu obcych osób.

Ale Agnieszka go zatrzymała.

- To nie może być przecież żadna tajemnica. Zresztą nie mam tajemnic 

przed Witoldem.

- Ale jednak... - Orwiłło tym gorliwiej pragnął się wycofać.

- Możemy to załatwić później - zdecydował Rozciłowski ku bolesnemu 

rozczarowaniu Sylwii.

background image

- No i niech pan popatrzy - zwróciła się niespodziewanie do Orwiłły - 

jakich ja mam rodziców! Ledwie ich spiknęłam razem, a już mi się rozłażą. 

Przyrzeknij   mi   przynajmniej   -   zwróciła   się   do   ojca   -   że   to   dziś   zostanie 

załatwione.

- Przyrzekam.

- Nie mów tego zbyt pochopnie - zauważyła chłodno Agnieszka - skoro ja 

jeszcze w ogóle nie wiem o co chodzi. Mamo! - zawołała do Karoliny. - Czy my 

dostaniemy coś do jedzenia? Jesteśmy strasznie głodni.

- Ja nie - zmieszał się Orwiłło.

- Och, co ty opowiadasz! W samochodzie mówiłeś, że nie zdążyłeś nic 

zjeść.

- Ale to nie znaczy, że jestem strasznie głodny - tłumaczył się Orwiłło, 

coraz bardziej zmieszany.

-   On   jest   taki   wrażliwy   -   Agnieszka   pociągnęła   go   w   stronę   matki, 

zmieniającej   ze   względu   na   dodatkowego   gościa   rozmieszczenie   talerzy   i 

sztućców na stole. - Nigdy się nie przyzna, że czegoś potrzebuje, czy pragnie. 

Więc nie wierz mu, kiedy mówi, że nie jest głodny.

Karolina   opuściła   powieki,   żeby   ukryć   rozczulenie   gromadzące   się   w 

oczach. Był tak podobny... tak podobny do ojca.

- Już się tam coś w kuchni dla was przygotowuje.

Ale w kuchni trwała na razie burzliwa debata między babką Izabelką i 

Pawlisiową. Stały obydwie nad półmiskiem, na którym pozostawiono dla bardzo 

dbającej o linię Agnieszki kilka plasterków szynki, kawałek pasztetu, dzwonko 

karpia w galarecie i dwa płaty indyczej piersi.

- I jak  ja mam  z tego zrobić dwie porcje?  - biadała  Pawlisiowa. - A 

mrugałam na pana doktora, żeby nie wpychał tyle jedzenia w tego pijanicę. Ale 

taki już był gościnny, jakby święty Piotr go odwiedził!

- Zawsze jest taki gościnny. I dla wszystkich - próbowała bronić zięcia 

babka Izabelka.

background image

- No to niech teraz przyjdzie i zrobi z tego porcje dla dwóch osób.

- Same musimy coś wymyśleć.

Chłopa będziemy do kuchni sprowadzać?

-  To  po   co   mi   tu  wlazł   z   tym  Zdzisiem?   Indyka   kazał   mi   krajać   dla 

takiego łapserdaka! A teraz to udko byłoby jak znalazł!

- Dajmy już temu spokój, pani Pawlisiowa. Zjadł, niech mu wyjdzie na 

zdrowie. A jak będziemy żałować, to mu jeszcze może zaszkodzić.

- Takiemu nic nie zaszkodzi.

Kamienie może połykać, wódka wszystko rozpuści.

- Zrobimy omlet - ucięła dyskusję babka Izabelka. - Omlet z szynką i 

groszkiem. Tej szynki na omlet akurat wystarczy. I otworzę puszkę sardynek.

-   Mnie   tam   wszystko   jedno   -   manifestacyjnie   wzruszyła   ramionami 

Pawlisiowa. - Nie do mnie przyjechała wnuczka z narzeczonym.

- Z narzeczonym?

- No, jak się kogoś przywozi do rodziców na taką rodzinną uroczystość...

- To na pewno kolega z teatru.

- Taki zwyczajny kolega to on nie jest, głowę daję.

-   Wszystko   jedno   -   zwyczajny   kolega,   czy   narzeczony,   jeść   mu   dać 

trzeba. Niech pani Pawlisiowa bije jaja na omlet, ja otworzę pudełko sardynek. 

A tak naprawdę - babka Izabelka popadła w zadumę - to nigdy nie wiadomo, kto 

w   próg   wchodzi.   Czy   przed   czterdziestu   laty   mogłam   przypuszczać,   że   ten 

ranny, ledwo żywy chłopak, który u nas szukał ratunku i schronienia - to będzie 

mąż dla Karoliny?

- Tak Pan Bóg chciał - Pawlisiowa przeżegnała się, nie wypuszczając z 

dłoni trzepaczki do bicia piany.

- Nie wiedziałam wtedy kogo ratuję, tak samo, jak teraz, nie wiemy dla 

kogo robimy omlet.

Ostatnia   część   zdania   przyśpieszyła   ruch   ręki   księżej   gospodyni, 

dzierżącej drucianą trzepaczkę. Wsparta brzuchem o krawędź stołu energicznie 

background image

wbijała powietrze w roztrzepane w misce białka.

- Nie wiemy - powtórzyła.

- Niech on nawet będzie całkiem nikim dla Agnieszki - ciągnęła babka 

Izabelka - to skoro wszedł w nasz dom, przyjęcie mu się należy, jakby się życie 

na nim budowało. W mojej głowie nauki tyle, co się na życie napatrzyłam, ale to 

jedno wiem, że człowiek czuje się naprawdę bogaty tylko wtedy, kiedy drugiego 

człowieka może obdarować dobrą chwilą.

- Święta prawda - szeptała Pawlisiowa nad obłokiem puszystej piany. - 

Święta prawda!

-   Bo   los   radość   odmierza   po   kropelce   i   wylewa   czasem   jednym 

kopnięciem, gdy uzbiera się jej choć naparstek. Ja to wiem - i dlatego umiem 

uszanować każdą byle jaką okazję, żeby w naszym domu każdego spotkało coś 

dobrego, bo i mnie tylko dobre tu spotykało, zanim los kopnął mój naparstek z 

uzbieraną w nim radością. Czy pani Pawlisiowa wie - babce Izabelce udało się 

wreszcie   znaleźć   wśród   drobiazgów   w   szufladzie   kluczyk   do   otwierania 

sardynek - jak nam już było dobrze przed wojną? Nawet auto już mieliśmy, 

Karol tak o nie dbał, jak o rodzone dziecko. A cieszył się nim! A był dumny! Bo 

przed wojną, nie wiem czy pani Pawlisiowa sobie przypomina, w takim mieście 

jak nasze to były może trzy, może cztery prywatne auta. Nie to, co teraz, byle 

kto samochodem się rozbija i nawet go uszanować nie potrafi. Nie umyje, nie 

wyczyści. My naszym autem, jak cacko błyszczącym w słońcu, jeździliśmy co 

niedziela całą rodziną do Warszawy. W lecie na lody do Łazienek. O innych 

porach roku na kawę i ciastka do ”Bristolu”. Bo mój Karol to lubił bywać tylko 

w porządnych lokalach. Dzieci musiały być pięknie ubrane, ja także wkładałam 

wtedy na siebie, co miałam najlepszego. Pamiętam taką jedną suknię, w której 

Karol   najbardziej   mnie   lubił...   Niebieska,   w   cyklamenowe   kwiaty.   Do   tego 

kapelusz miałam... Mój Boże, co tu wspominać? Było, minęło, jak podmuch 

wiatru.   Nadszedł   trzydziesty   dziewiąty   rok...   Auto   nam   zmobilizowali, 

rozpaczaliśmy,   bo   nie   wiedzieliśmy,   co   prawdziwa   rozpacz   znaczy.   Kiedy 

background image

Piotruś...   kiedy   najpierw   Piotruś...   No   i   po   co   ja   do   tego   wracam?   Serce 

pazurami na kawały rwę? I tak co dnia! Co dnia! Nie oddaliłam się od tamtego 

czasu ani na jotę, nic we mnie nie umilkło, nie pobladło...

Pawlisiowa wstrzymała uderzenia trzepaczki, zapatrzyła się przed siebie.

- Dobre, czy złe - ale jednak ma pani co wspominać - odezwała się z 

żalem. - A ja od najmłodszych lat po plebaniach się obijałam, garnki tylko mi 

się odmieniały przed oczyma, twarze księży i świętych w ołtarzach. A tak... 

wciąż to samo, wciąż to samo. Śniadanie dopiero po mszy, ryba na obiad w 

piątki, a także w środy i soboty w Wielkim Poście... Jedynym urozmaiceniem 

było,   jak  który   ksiądz   lubił   w  karty   grać   i  gości   na   preferansa   albo  brydża 

spraszał.

- Ale miała przecież pani Pawlisiowa męża? - odważyła się zapytać babka 

Izabelka.

Pawlisiowa   uderzyła   trzepaczką   w   puch   piany,   aż   białe   jej   bryzgi 

pofrunęły w powietrze.

- A gdzie tam! Ksiądz Rudek nazywa mnie Pawlisiową, żeby mi nie było 

żal, że się Pawlisiówną na całe życie zostałam. Bo raz... owszem, raz o mało co 

nie wyszłam za mąż, ale może to i dobrze, że do tego nie doszło.

- Dlaczego? - znów nie mogła poskromić ciekawości babka Izabelka.

- Bo chłop był obibok i pijanica, wciąż się tylko dopytywał, ile mam na 

książeczce. A ja głupia byłam i nie rozumiałam, co to znaczy. Jak każda baba, 

chciałam za mąż wyjść i Pan Bóg mnie pokarał. Ubranie mu do ślubu kupiłam, 

łobuzowi jednemu...

- Niech pani Pawlisiowa tak nie krzyczy! w pokoju usłyszą.

- A jak ja mam nie krzyczeć, kiedy mnie drań tak okpił? O, tu! Tu to 

wszystko do dziś czuję! - Pawlisiowa uderzyła się pięścią, na szczęście nie tą, w 

której   trzymała   trzepaczkę,   w   osłonięte   fartuchem   miejsce   pod   obfitymi 

piersiami. - Tak mnie ten przeklęty nicpoń okpił! Ubranie kupiłam, kamasze i 

koszulę, wszystko jak należy. Zapowiedzi wyszły, ludzie patrzyli na mnie w 

background image

kościele, jak ksiądz je z ambony odczytywał, a kiedy doszło do ślubu, to w tym 

wyznaczonym dniu ten sukinsyn - przepraszam panią za słowo - w ogóle się nie 

pokazał.

- Jak to się nie pokazał?

-  Ano   tak.   Nie  przyszedł   i   koniec.  Czekałam   na  niego,   jak   głupia,   w 

wianku   z   mirtu   na   głowie,   klęczałam   przed   ołtarzem,   myśli   mi   różne   przez 

głowę przelatywały, trochę się modliłam, żeby zabić to czekanie, ale więcej to 

przeklinałam, bo już zrozumiałam wreszcie, że on nie przyjdzie, ten łobuz, ten 

łotr, ten nicpoń, ten sukinsyn!

- Ciszej, pani Pawlisiowa!

- Już będę zaraz cicho, tylko do końca to moje nieszczęście opowiem. 

Ksiądz w zakrystii też czekał, chodził tam i z powrotem, słyszałam i czułam te 

jego kroki, jakby po mnie deptał, nawet komży na siebie nie nałożył, widać 

przeczuwał, że ten oszust w ogóle się nie pokaże, że go już nigdy na swoje oczy 

nie zobaczę.

- I tak było?

- Tak było. Ksiądz mnie w końcu z kościoła zabrał na plebanię i wlał we 

mnie całą szklankę koniaku. I potem to już nic nie wiedziałam i spałam do rana. 

A jak wstałam, to już żeśmy na ten temat nic nie mówili, jakby nic się nie stało. 

Tylko ksiądz mnie zaczął nazywać Pawlisiową i bardzo mu do tej pory jestem 

za to wdzięczna.

- Ksiądz Rudek?

- Ksiądz Rudek. Bo już byłam u niego, kiedy ten przeklętnik się do mnie 

przyplątał.

Drzwi od pokoju otworzyły się z impetem, na progu stanęła Karolina.

- Na litość boską! Mamo! - jęknęła. - Agnieszka pyta mnie po raz drugi, 

czy w ogóle dostaną coś do jedzenia?

- Już dostają! Już! - Pawlisiowa wzięła na siebie cały ciężar odpowiedzi. - 

Robimy   omlet,   bo   z   jedzeniem   to   tak   głupio   -   przepraszam   -   zostało 

background image

rozporządzone, że na dwie osoby nie było co podać. Najpierw ta dziewczynka z 

chorym psem takie głodne miała oczy i trzeba było ją nakarmić, a potem pan 

doktór uwziął się tego Zdzisia pijanicę, jak jakiego króla przyjmować. I tyle 

wszystkiego w niego wepchał...

- Tak, mój mąż w gościnności, a specjalnie w goszczeniu takich ludzi, jest 

nieposkromiony - cierpko stwierdziła Karolina.

- A tobie co? - babka Izabelka spojrzała ostro na Karolinę. - Pokłóciliście 

się z Wiktorem?

- Ja z Wiktorem? Co mamie przychodzi do głowy.

- Bo nigdy tak o nim nie mówiłaś.

- Może... nie zasługiwał na to do tej pory.

- Dziwna jakaś jesteś.

- Och, mamo! Przede wszystkim zmęczona! Co to w ogóle był za pomysł 

- obchodzenie jakichś rocznic.

- Twój pomysł! Twój i Wiktora.

Bo ja nawet nie wiem dlaczego to akurat dzisiaj...

- Tak wypadło - zmieszała się Karolina, jej głos trochę złagodniał.

- A co ty mówiłaś przy powitaniu z tym Orwiłłą? Wyglądało, jakbyś znała 

jego ojca.

- Znałam.

- Nic o tym nie wiem.

- I nie musi mama wiedzieć! - Karolina nigdy nie zwracała się tak do 

matki.   Usiadła   na   stołku   pod   oknem,   ścisnęła   dłońmi   skronie.   -  A   w   ogóle 

proszę dać mi spokój! Po co? Po co to wszystko?

- Zaraz omlet będzie gotowy - wtrąciła jakby pojednawczo Pawlisiowa. 

Rozgrzała masło na patelni, wlała na nie ubite jaja. - Ja rozumiem, człowiek jak 

z drogi, to głodny. A jeszcze jak się jest młodym. Bo staremu niejedzenie nawet 

na zdrowie wychodzi.

-   Może   jesteś   chora?   -   nie   zważając   na   wywód   Pawlisiowej,   spytała 

background image

Karolinę matka.

- Nic mi nie jest.

-   Bo   już,   kiedy   weszłaś   po   wprowadzeniu   samochodu   do   garażu, 

zauważyłam...

- Nie mogła mama niczego zauważyć, bo nic się nie stało, chcę mieć tylko 

trochę spokoju. I żeby to wreszcie się skończyło. I żebym mogła pójść spać!

-   Przecież   i   teraz   możesz   się   położyć.   Powiem   wszystkim,   że   źle   się 

czujesz...

- Tego by jeszcze brakowało.

Żeby zaczęli się domyślać Bóg wie czego. Zwłaszcza Wiktor.

- Wiktor?

-   Och,   mamo!   Omlet,   zdaje   się   gotowy.   Pięknie   go   pani   Pawlisiowa 

zwinęła. Zabierajmy wszystko, co ocalało z pogromu, i zanośmy na stół, bo 

Agnieszka na pewno szału dostaje, że teraz ja przepadłam w kuchni.

Cierpliwość Agnieszki była już naprawdę na wyczerpaniu.

-   Nareszcie!   -   zawołała   na   widok   matki   i   babki   wnoszących   tace.   - 

Myślałam, że już nigdy nie wyjdziecie z tej kuchni.

-   Najpierw   nakarmimy   naszych   głodnych   podróżnych   -   z   pogodą, 

wymagającą   jednak   trochę   wysiłku,   oznajmiła   babka   Izabelka.   -   A   potem 

wnosimy   na   stół   torty.   -   Umilkła,   spostrzegłszy   w   jaki   sposób   Karolina 

rozsadziła teraz przy stole gości. Na swoim miejscu obok Wiktora posadziła 

Agnieszkę,   a   dla   siebie   zostawiła   krzesło   po   drugiej   stronie   stołu   między 

Rozciłowskim a Orwiłłą. A jednak, pomyślała, jednak coś się stało!

„Chłopcy”,   jak   nazywały   ich   obie   babki   -   Krystian   i   Kamil   otwierali 

butelki wina.

Krystianowi szło to sprawniej, z rozbawioną satysfakcją przyglądał się 

niezgrabnemu manewrowaniu Kamila korkociągiem.

- Uważaj, żebyś nie wepchnął korka do środka. Wiesz przynajmniej, co 

trzymasz w ręku? Tokaj Aszu rocznik 65! Skąd ojciec to wytrzasnął?

background image

-  Z  własnej   piwnicy.  Coś   z  Wysoczarskich   jednak   we   mnie   zostało   - 

Wiktor uśmiechnął się do matki. - A był czas - w kilkanaście lat po wojnie, wy 

go pewnie nawet nie pamiętacie - że pojawiały się w naszych sklepach bardzo 

dobre wina. Kupowałem więc i składowałem, przeczuwając, że czekają mnie w 

życiu wielkie okazje. - Ten uśmiech przeznaczony był dla Karoliny. Ale go nie 

zauważyła.

-   Ja   z   tamtych   lat   -   Kamilowi   udało   się   wreszcie   wyciągnąć   korek   z 

butelki, przesłał zwycięskie spojrzenie bratu i zaraz potem poszukał wzrokiem 

babki Izabelki - ja z tamtych lat pamiętam przede wszystkim nasze wino, które 

robiła babcia. Z porzeczek. Z naszych porzeczek.

- Pamiętasz też pewnie i jabłcok - zjadliwie mruknął Krystian.

- Owszem, ale jabłcokiem ty się głównie zachwycałeś, zanim przeszedłeś 

na drinki. Miałeś rurkę, której strzegłeś jak oka w głowie, wsadzałeś ją do butli i 

pociągałeś zdrowo.

- A ty oczywiście skarżyłeś na mnie przed babką.

-   Chłopcy!   -   wzniosła   ku   niebu   oczy   babka   Izabelka.   -   Kiedyż   wy 

wyrośniecie z tych kłótni!

-   A   ja   te   ich   kłótnie   uwielbiam   -   odezwała   się   Kasia,   z   wytrwałym 

zachwytem   wpatrująca   się   w   swego   męża.   -   Dają   mi   możność   oglądania 

Krystiana w czasie, kiedy go jeszcze nie znałam. Kiedy był chłopcem.

- Tak naprawdę, to on chłopcem nigdy nie był - mruknął Kamil.

-   Za   to   ty   nigdy   nim   być   nie   przestałeś!   -   zrewanżował   się 

uszczypliwością Krystian.

- Przestańcie! - zawołała babka Wysoczarska. - Czy jest coś, w stosunku 

do czego bylibyście zgodni?

- Owszem - roześmiała się Agnieszka. - Zgodni byli tylko wtedy, kiedy 

spuszczali mi lanie. Bo biegałam wszędzie za nimi, a oni wstydzili się tego 

przed chłopcami. Więc zatrzymywali się nieraz, czekali aż ich dogonię i kiedy 

zdyszana ale szczęśliwa podbiegałam do ukochanych braci, oni łapali mnie i do 

background image

spółki lali, ile wlazło. Wyobrażasz sobie jaka byłam biedna z tymi dryblasami?

- Mówiła do Orwiłły i chyba nie dlatego, że Rozciłowski na pewno już to 

słyszał. Zawarta w tych słowach  kokieteria, potrzeba pożałowania i czułości 

wymagały   nowego   adresata.   -   Wyobrażasz   sobie   -  powtórzyła   -   jaka   byłam 

biedna?

- Bardzo biedna! - bąknął Orwiłło, zawstydzony tym, że wszyscy zwrócili 

ku niemu oczy.

-   Chciałbym   mieć   siostrę!   -   niespodziewanie   i   z   żarliwą   pretensją   do 

rodziców odezwał się Marek.

- Co? Co takiego? - zaśmiała się ze skrępowaniem Kasia. - Chciałbyś 

mieć siostrę?

Dlaczego?

- Bo bym miał kogo lać! - wyznał Marek rozmarzonym głosem.

W ogólnym rozbawieniu, które zapanowało przy stole, skarcenie Marka 

nawet rodzicom nie przyszło do głowy. A on poczuł się bohaterem, wodził po 

wszystkich twarzach roziskrzonym wzrokiem, nie omijając Sylwii.

Więc mu odpaliła, poczekawszy na chwilę ciszy:

- A może to ona ciebie by lała? Jakby była starsza?

- Ale ja mogę mieć tylko młodszą - sensownie zauważył Marek.

- Tobie i młodsza dałaby radę.

Bo jesteś oferma.

- Co ty wygadujesz? - ofuknął córkę Rozciłowski; patrzył z pretensją na 

Agnieszkę, uważał, że to matka powinna zwrócić jej uwagę.

- Stwierdzam tylko fakt! - burknęła Sylwia.

-   A   ja   stwierdzam   fakt   -   Karolina   zebrała   opróżnione   talerze   sprzed 

Agnieszki   i   Orwiłły   -   stwierdzam   fakt,   że   w   naszej   rodzinie   kłótliwość 

przechodzi z pokolenia na pokolenie.

- Ależ moja droga - Wiktor spojrzał zdumiony na żonę - przecież tak 

naprawdę, to my się nigdy nie kłócimy.

background image

- Nie wiem,  jak wyobrażasz  sobie to ”tak naprawdę”. A poza tym są 

sytuacje... są sytuacje, kiedy kłótnie... nie wybuchają.

- Czy... były takie sytuacje?

Karolina hałaśliwie zbierała ze stołu naczynia i sztućce.

- Były, są, będą...

-   Podajemy   torty   -   zawołała   gorączkowo   babka   Izabelka.   -   Chodź, 

pomożesz - zwróciła się do Sylwii, a gdy była już przy niej, burknęła: - Zawsze 

powiesz coś takiego, że się robi z tego awantura.

- Ja? Przecież to Marek zaczął.

- Ale ty nie musiałaś dolewać oliwy do ognia.

- Niczego nie dolewałam. Niech pan Ziołko powie - Sylwia zwróciła się 

do   swego   sąsiada   po   lewej   stronie,   a   gdy   ten   milczał,   przypuściła   atak   do 

siedzącego po prawej księdza - albo ksiądz proboszcz. No, proszę powiedzieć...

Ksiądz Rudek myślał o jutrzejszym kazaniu, o strategii cotygodniowego 

mieszania metafizyki z realnością, której - jak sądził - bardziej oczekiwali od 

niego parafianie. Myślał też o dachu na kaplicy, o rosnących stale kosztach 

remontu, choć rzemieślnicy składali swoją pracę w ofierze.

Długo patrzył na małą Rozciłowską, nie mogąc pojąć, o co go pyta.

-   Sądzę   -   powiedział   wreszcie   -   że   dzieci   nie   powinny   zbyt   długo 

przebywać   w   towarzystwie   dorosłych.   Nie   powinny   uczestniczyć   w   ich 

rozmowie.

- Dlaczego? - spytała Sylwia, patrząc księdzu natarczywie w oczy.

- Chodźże wreszcie - szarpnęła nią babka Izabelka. - Ksiądz proboszcz ma 

rację.

- Dlaczego ksiądz ma rację? - Sylwia w kuchni wróciła do tematu. - Czy 

starsi zawsze muszą mieć rację?

-   Przestań!   -   krzyknęła   Karolina,   która   po   złożeniu   naczyń   na   stole 

zatrzymała się przy nim nieruchomo. Pawlisiowa już wyszła, nie było potrzeby 

zatrzymywania jej aż do końca przyjęcia. - Głowa mi pęka.

background image

-   Niech   babcia   weźmie   tabletkę.   Przyniosę.   Gdzie   są   tabletki   z 

krzyżykiem?

- Nie, dziękuję. Nawet po tabletce mi to nie przejdzie.

- To? Co znaczy - to?

- Przestań się wciąż pytać!

Kiedy byłaś mała, pytałaś się wciąż o wszystko, a teraz do tego wracasz.

- No, dobra! - Sylwia zwykłym swoim ruchem podrzuciła ramionami. - 

Mogę o nic nie pytać. I nic nie chcę wiedzieć.

- Bierz orzechowy tort i nieś go na stół. Tylko postaw go blisko swego 

ojca.

- Dlaczego? - odważyła się na jedno jeszcze pytanie Sylwia.

- Bo lubi.

- Teraz będzie ważne, co lubi pan Orwiłło.

- A tego jeszcze nie wiemy.

Ale   będziemy   musieli   się   dowiedzieć   -   powiedziała   Karolina,   nie 

skarciwszy tym razem Sylwii.

Kiedy   siedziała   już   przy   stole,   przypomniały   jej   się   słowa   wnuczki. 

Zaczynał się więc okres (czy długi?), kiedy nowy mężczyzna Agnieszki miał 

doświadczać szczególnych względów także i w domu jej rodziców. Bo czekały 

go niechybnie także i ciężkie chwile, tego można było się spodziewać. Zerknęła 

z   ukosa   na   Orwiłłę   -   wydał   jej   się   dziwnie   bezbronny   -   potem   na 

Rozciłowskiego,   który   siedział   po   lewej   jej   ręce.   Przypomniał   jej   się   dzień, 

kiedy Agnieszka, wybierając się na studia w Warszawie, powiedziała: Nie bój 

się,  mamo,   nie puszczę  się  tak  byle jak  z  jakimś  głupim  chłopakiem,   który 

potem śmiałby się ze mnie. Bardzo będzie musiał się nacierpieć ten, kto mnie 

dostanie... - Czy Rozciłowski dostatecznie cierpiał przedtem? A może dopiero 

potem wypłaciła mu to z nawiązką?

- Pan pewnie także lubi tort orzechowy? - zwróciła się do Orwiłły.

Uśmiechnął się, wśród czarnego zarostu błysnęły białe zęby.

background image

- Taki prawdziwy?

- Najprawdziwszy. Z samych orzechów.

- Bardzo lubię. Ale ostatni raz jadłem go chyba przed dziesięciu laty. U 

jakichś ciotek ojca w Przemyślu. Byliśmy tam na krótko przed jego śmiercią.

- Już... nie żyje?

- Tak, prawie od dziesięciu lat.

- Przepraszam, co było... powodem?

- Serce. Ale przynajmniej  nie cierpiał. Znaleźliśmy  go na po-dłodze z 

pędzlem w ręce w jego pracowni. Objąłem ją po ojcu, mieszkam tam.

- Jeszcze raz wypijmy zdrowie rodziców! - zawołał Krystian wznosząc 

kielich   z   winem.   W   zielonym   szkle   wysoczarskiego   bakaratu   mienił   się 

słonecznymi iskierkami złocisty tokaj.

Karolina tylko umoczyła w nim usta.

Więc   ten,   który   pomógł   jej   kiedyś  przeżyć   bardzo   trudny,   bardzo   zły 

dzień - nie żył już od dziesięciu lat... Dlaczego o tym nie wiedziała? Musiały 

przecież być nekrologi w gazetach, wspomnieniowe artykuły. ”Był malarzem 

cenionym   zarówno   przez   krytykę,   jak   i   przez   rynek   artystyczny”   tak   chyba 

napisano w katalogu wystawy, który kupiła zaraz po wejściu do Zachęty.

Jak rozpaczliwie nie miała co ze sobą zrobić tego dnia, w którym nie 

zapukawszy uprzednio - otworzyła drzwi do gabinetu Wiktora i zobaczyła, że 

całuje nauczycielkę wychowania fizycznego z miejscowego liceum.

Później   śmiała   się   z   tego,   opowiadała   o   tym   przy   stole   rodzinie   i 

znajomym,   a   Wiktor   śmiał   się   razem   z   nią.   Wtedy   jednak,   w   tamtym 

nieszczęsnym momencie (po cóż w ogóle wchodziła do gabinetu, cóż tak nie 

cierpiącego zwłoki miała do powiedzenia Wiktorowi?) W tamtym okropnym 

momenicie   zatrzymała   się   na   progu,   jakby   piorun   w   nią   strzelił.   Wiktor, 

pochylony nad czarnym pudlem, całował w usta również nachyloną nad psem 

nauczycielkę.   Może   -   nie   zauważona   -   powinna   stać   dłużej   w   progu,   żeby 

zobaczyć jak rozwinie się sytuacja, żeby usłyszeć, czy umówią się ze sobą, czy 

background image

będzie miał dalszy ciąg ten incydent? Nie pomyślała jednak o tym, nic w ogóle 

wtedy nie myślała, przebiegła na oślep korytarz, dopadła do szafy w sypialni, 

wciągnęła na siebie jakąś wyjściową sukienkę, chwyciła torebkę.

Było   lato,   w   pociągu   do   Warszawy   młodziutki   żołnierz,   jadący 

prawdopodobnie   na   urlop,   otworzył   okno,   nie   bacząc,   że   wiatr   uderza   ją   w 

twarz,   rozwiewa   włosy,   łopocze   jak   proporczykami   skrojonymi   w   szpic 

końcami   jej   kołnierza   u   sukienki.   Nie   poprosiła   go,   żeby   podniósł   szybę, 

potrzebowała dużo powietrza. Dusiła się pod gruzami swego domu, który nagle 

na nią runął.

- Coś się pani stało? - spytał żołnierz, który zwrócił jednak uwagę na 

niezwykły wyraz jej twarzy.

- Tak - wyjąkała.

- Czy mogę pani w czymś pomóc?

- Nie. Nikt nie może mi pomóc.

Przed   chwilą...   przed   chwilą   zawalił   się   dom   i   umarł   ktoś   na   moich 

oczach.  Na  moich   oczach! -  powtórzyła,  bo bardzo  trafny   wydał jej  się  ten 

zwrot.

Żołnierz zamilkł, spoważniał, chyba w ogóle zepsuła mu urlop.

Na peronie zatrzymał się i długo - obejrzała się raz, czy dwa - patrzył za 

nią. Wzruszyło ją to, bo to jednak było współczucie.

W Warszawie chodziła długo bez celu ulicami. W jakiejś cukierni wypiła 

kawę. Musiała naprawdę źle wyglądać, bo kelnerka spytała:

- Źle się pani czuje?

- Tak, nieszczególnie. Wracam z pogrzebu.

- Kogoś bliskiego?

- Tak mi się przynajmniej do tej pory wydawało.

Kelnerka,   skasowawszy   należność   za   kawę,   powinna   już   odejść   od 

stolika, ale stała jeszcze przy nim przez chwilę w iście żałobnym milczeniu. 

Odwołana przez bufetowego, długo mu coś - zerkając ku niej - opowiadała.

background image

Dokładnie   zapamiętała   obydwie   rozmowy   -   z   żołnierzem   i   kelnerką   - 

zaśmiewała się opowiadając ich przebieg (później, o wiele później) rodzinie; 

kiedy je prowadziła, nie miały jednak w sobie nic śmiesznego.

Było już po południu, kiedy zdecydowała się wejść do Zachęty. Nigdy 

tam nie była. Przedwojenne niedzielne wyprawy z rodzicami do Warszawy nie 

obejmowały zwiedzania wystaw. Kupiła przy wejściu katalog i trzymając go 

przed   sobą,   krążyła   wokół   ścian.   Nie   znała   się   na   malarstwie   i   pierwszym 

uczuciem,   jakiego   doznała,   był   żal,   że   nie   zawiodła   jej   tutaj   ciekawość   i 

pragnienie   uczestniczenia   w   czymś   innym,   niż   codzienna   zwyczajność,   ale 

dopiero rozpacz, tę zwyczajność rujnująca. Bo może jakoś inaczej patrzyłaby na 

te obrazy przed sobą, szukałaby w nich nie ratunku, lecz piękna. Że piękno 

mogłoby   być   także   ratunkiem,   pomyślała   dopiero   przed   obrazem, 

przedstawiającym niemłodą kobietę, siedzącą z rękami złożonymi na kolanach. 

Tak właśnie najprościej nazwany był ten obraz w katalogu: ”Kobieta z rękami 

na kolanach” Jan Orwiłło.

Zazdrościła jej. Siedziała oto spokojna, uspokojona po tym, co przypadło 

jej do przeżycia, i choć może miała jeszcze coś przed sobą, już wiedziała, jaką 

miarę   przydawać   wydarzeniom,   rzeczom   i   ludziom...   Zazdrościła   jej. 

Przeżytych, oddalonych rozpaczy, mądrości, która pozwoliła je oddalić - bo ona 

właśnie jej nie miała, nie mogła się na nią zdobyć.

- Podoba się pani?

- Bardzo. - odwróciła się i podniosła oczy na stojącego za nią wysokiego 

mężczyznę. - To pana obraz?

- Tak.

- Pana matka?

- Mogłaby  nią być - odpowiedział po chwili. - Wszystkie matki  mają 

wspólny, upodabniający je wyraz.

Uczucia,   których   w   nadmiarze   doświadczały,   wyrysowane   są   na   ich 

twarzach,   odbite   jak   na   kliszy,   utrwalone   w   spojrzeniu,   choćby   serce   już 

background image

przycichało   po   gwałtownych   wzruszeniach.   Początkowo   chciałem   ten   obraz 

nazwać ”Po burzy”, bo te złożone na kolanach ręce o tym właśnie mówiły, 

wyrażały to najpełniej.

Coś się oddaliło, coś przeminęło... A u pani... - patrzył teraz nie na obraz, 

ale   -   przechyliwszy   głowę   -   na   jej   twarz,   badał   ją   w   skupieniu   oczyma 

nawykłymi   do   wydzierania   światu   i   ludziom  ich   tajemnic.   -   U   pani   nic   się 

jeszcze   nie   oddaliło,   nie   przeminęło.   Pani   życie   jest   właśnie   w   samym   oku 

cyklonu. - Czy tak?

- Tak - szepnęła.

Ujął palcami jej łokieć.

- Usiądźmy na tej ławce pod oknem. Będzie pani mogła patrzeć stamtąd 

na obraz, który jest pani przyszłością.

- Czy wszystkim kobietom to pan mówi?

- Nie, nie wszystkim.

- Którym - nie?

- Tym, które będą miotać się do końca. I pragną tego. Spokój jest dla nich 

równy śmierci. Ale pani do nich nie należy.

- Skąd pan to wie?

- Bo widzę, jak bardzo, jak panicznie pani chce, żeby znów wszystko się 

wokół pani uładziło, ucichło. Przede wszystkim w niej samej. - Pomóc pani?

Słuchała z natężoną uwagą tego, co mówił do niej ten obcy człowiek, ale 

na pytanie, które postawił, nie odpowiedziała. W jaki sposób mógł jej pomóc? 

Nic o niej nie wiedział. Nie wiedział przede wszystkim tego, że zapewne trzy 

małe istoty krążyły już od okna do okna, wyglądając jej powrotu. Kamil płakał. 

Choć  starszy   o dwa  lata  od Agnieszki,  bardzo  potrzebował  matki   w sposób 

zaborczy i apodyktyczny, ponieważ tylko ona nie traciła do niego cierpliwości, 

nawet babce się nie poddawał i był przy niej i dla niej nieznośny. Więc Kamil 

przeżyłby to najboleśniej. Może już nikt by go nie kochał. O tym trzeba było 

myśleć, o tym trzeba było pomyśleć, zanim wyszarpnęła suknię z szafy, zanim 

background image

bez tchu pobiegła na dworzec. Bo jeśli nawet był jakiś sens w tym, że pani 

weterynarzowa   z   prowincjonalnego   miasta   zdecydowała   się   porzucić   męża, 

przyłapawszy   go   na   czułościach   z   nauczycielką   wychowania   fizycznego   z 

miejscowego liceum (co, u licha było w tym tak śmiesznego, że - później, o tak, 

o wiele, wiele później - do łez zaśmiewali się z tego?) Więc nawet jeśli był w 

tym jakiś sens, to na pewno zupełnie bez sensu było obarczenie największym 

cierpieniem trójki tych ptasząt, czekających na nią w oknie z wyciągniętymi 

szyjkami.

Tego ten człowiek nie mógł wiedzieć, a jednak po raz drugi zapytał:

- Pomóc pani?

-   Jak?   -   szepnęła,   przyznając   się   w   ten   sposób,   że   odgadł   -   prawie 

wszystko.

-   Najpierw   -   uśmiechnął   się,   a   był   to   uśmiech,   który   przyjąłby,   jak 

pocieszenie, nawet ktoś nie potrzebujący go przez całe swoje życie - najpierw... 

przywrócimy pani pewność siebie.

- Czy to... aż widać...?

- Och, nic nie wiem na pewno.

Raczej przypuszczam. Bo usta pani drżą i schyla pani głowę tak, jakby 

ktoś   panią   uderzył   i   jeszcze   się   pani   nie   wyprostowała   po   tym   ciosie.   Ale 

zabierzemy się do tego. U kobiet pewność siebie przywraca się w bardzo prosty 

sposób.

- W jaki? - zapytała nieco strwożona.

- Najszybciej skutkuje mówienie im, jakie są piękne, jakie nadzwyczajne i 

porywające. Ale ja tego nie mówię. Ja je rysuję - wyjął szkicownik i ołówek - ja 

im to pokazuję i udowadniam. Niech pani uniesie w górę twarz.

-   Ależ   ja...   Nie   jestem   przygotowana.   Zmęczyłam   się,   tak   długo 

chodziłam po Warszawie, włosy mam w nieładzie...

- W pięknym nieładzie. Ja bym go nawet jeszcze powiększył. - Czuła 

przez chwilę jego dłoń na głowie, szybki, delikatny, dotyk palców mierzwiących 

background image

jej   włosy.   -   Teraz   jest   naprawdę   pięknie.   Nie   znoszę   wyglądu   kobiet 

wychodzących od fryzjera, wolę je, kiedy wychodzą z łóżka. Nie, nie, nie - 

niech się pani nie płoszy. Spojrzenie na mnie! Nie gdzieś w bok, ale na mnie, 

prosto w moją twarz. Czy mówił już ktoś pani, jakie piękne ma pani oczy?

- Tak - potwierdziła bez satysfakcji, a on od razu zrozumiał dlaczego.

- Ale to był zachwyt banalny - powiedział. - Nie określający piękna jako 

nadzywyczajnej łaski losu. A ja je tak odbieram. Ile jest dziewcząt chodzących 

po świecie z takimi oczyma?

- Na pewno wiele, a ja nie jestem już dziewczyną.

- Tego można się było spodziewać. Wobec tego zapytam - ile jest kobiet, 

chodzących po świecie z takimi oczyma? Z takimi oczyma pod takimi brwiami. 

Rysunek brwi i ich czerń - chyba nie poprawiane?

- Nie. Skąd bym miała czas na chodzenie do kosmetyczki? - To właśnie 

cenię najbardziej - piękno jako nie poprawiany dar losu. - Rysował szybkimi, 

pewnymi ruchami ręki, notował jej twarz, jak notuje się usłyszaną w sobie strofę 

wiersza. I właśnie tak to powiedział: - Zapisuję sobie panią, ponieważ - być 

może - już nigdy nie pomyślę, że czyjeś brwi są dwoma piórami wyrwanymi 

przez   wiatr   ze   skrzydeł   sokoła.   Nie,   nie!   Nie   uciekać   ze   spojrzeniem.   Nie 

płoszyć się tym, że trochę bredzę kabotyńsko przy rysowaniu. Patrzeć śmiało. 

Wyprostować się i patrzeć śmiało, czy nie powiedziałem, że muszę przywrócić 

pani pewność siebie? Ale żeby nie trwożyła pani moja bezinteresowność, z góry 

wyjaśniam, że robię to także dla siebie. Może potrzebna mi będzie kiedyś pani 

twarz, nie będę musiał  już szukać, będę ją miał i posłużę się nią w ważnej 

jakiejś malarskiej sprawie, będzie cytatem rzeczywistości w plątaninie barw i 

kształtów, w krzykliwym bezsensie, ku któremu coraz śpieszniej podąża świat, a 

raczej to, co my - przypadkowi lokatorzy jego cząstki - nazywamy światem. - 

Dziękuję!

Nie   pokazał   jej   od   razu   rysunku,   sam   mu   się   długo   przyglądał,   nie 

podnosząc już na nią oczu, jakby przestała go zupełnie interesować, jakby w 

background image

ogóle była mu jujż niepotrzebna.

- Mnie pan nie pokaże? - zapytała.

- Ależ tak! - krzyknął, aż dwie kobiety, które weszły właśnie na salę, 

odwróciły ku nim głowy. - Tak! Ten rysunek jest przecież pierwszym stopniem 

terapii, której panią poddaję - jakże bym więc mógł nie pokazać go pani? - 

Odwrócił   ku   niej   szkicownik.   -   Niechże   pani   weźmie   pod   uwagę,   że   taką 

powinna pani być, taką pewnie pani była i taką sobie panią wyobrażam.

Patrzyła w zdumieniu na wizerunek swojjej twarzy, którą kilka kresek 

ołówkiem obdarowało tym wszystkim, czego ona właśnie teraz na pewno nie 

miała, co dziś utraciła - zwycięską siłą, nieustępliwą śmiałością wobec życia, 

nieco   zalotnym   spokojem,   który   daje   tylko   uświadomienie   sobie   własnej 

wartości.

- To nieprawdopodobne - powiedziała.

A on się roześmiał.

- Widzi pani, całkiem za młodu, zaraz po studiach, zarabiałem na życie 

jeżdżąc po kraju i odnawiając w kościołach wyblakłe malowidła. Nauczyłem się 

przywracać twarzom wyraz, który mieć powinny. - A teraz pójdziemy gdzieś 

coś zjeść.

- Nie jestem głodna - zaprotestowała dość słabo.

- Ale ja jestem! A poza tym - mamy  dopiero za sobą pierwszą część 

terapii, której postanowiłem panią poddać.

Wyszli z ”Zachęty” i pozwoliła się prowadzić aż w Aleje Ujazdowskie, 

gdzie był lokal, w którym zbierali się artyści i gdzie od razu poznła znane z 

gazet   twarze,   co   zaczęło   ją   wkrótce   -   po   kilku   kieliszkach   wina   -   głównie 

zajmować. Przy stolikach siedziały młode i ładne kobiety, ale i na nią patrzono, 

dostrzegała i czuła to, a Janek Orwiłło (mówiła już do niego ”Panie Janku”) 

powtarzał:

- Oto mojej terapii część druga!

Była i trzecia. Bo do stolika zaczęli się przysiadać różni panowie - a 

background image

dwóch   z   nich   znała   z   fotografii   w   gazetach   -   i   wszyscy   pytali   Janka,   skąd 

wytrzasnął   taką   dziewczynę,   i   wszyscy   mówili,   że   jest   zjawiskiem   i 

objawieniem wśród  znanych  i opatrzonych  już twarzy,  że takie  oczy...  i, że 

niewiele   dziewcząt   chodzi   po   świecie   z   takimi   oczyma...   Zaczynała   się 

uśmiechać, a nawet śmiać, czuła, że policzki jej płoną, że naprawdę ładnieje pod 

zwróconymi na nią spojrzeniami.

I wtedy jednak myślała, że troje piskląt czeka na nią, że po raz pierwszy 

trzy   małe   serca   ściska   nie   doznawany   dotąd   strach   -   ale   natychmiastową 

pociechą była rozbawiona myśl, że przecież niedługo do nich wróci. I zrobi 

zaraz porządek, tak, zrobi porządek z tym wszystkim, co na krótko i w całkiem 

nieważny sposób (cóż nagadała temu żołnierzykowi w pociągu i kelnerce w 

kawiarni...?)   zakłóciło   spokój   ich   domu.   Już   wtedy   Wiktor   z   tą   swoją 

nauczycielką od gimnastyki zaczęli jej się wydawać żałośnie śmieszni, skoro tu, 

w miejscu, gdzie zbierali się najsławniejsi ludzie stolicy, patrzyło na nią tylu 

znakomitych, znanych i podziwianych w całym kraju panów. Była bliska tego, 

żeby   opowiedzieć   im   o   dwóch   głowach,   złączonych   pocałunkiem   nad 

zdziwionym   pyskiem   czarnego   pudla,   o   swojej   ucieczce,   o   głupich   i   złych 

zamiarach, które już się rozpełzły, pochowały gdzieś po kątach tej sali... chciała 

im to powiedzieć, ale powstrzymywała ją myśl, że - być może - nie powinna 

mieć   pewności,   że   to   wszystko   naprawdę   tak   dobrze   się   zakończy.   Ten 

cudowny, zachwycający  i ujmujący  Janek  Orwiłło nie był przecież aniołem, 

żeby nie żądać czegoś w zamian za to, co dla niej uczynił. Może nawet uważa, 

że to tej jego terapii część czwarta, bo już w szatni, gdy wychodzili, pocałował 

ją w usta, a na ulicy mocno ujął ją pod rękę.

Zdrętwiała. I musiało w tym być coś prawie dosłownego, jakaś sztywność 

ramienia, może opór niechętnie posuwających się naprzód nóg, bo on - mówiący 

właśnie o letnim wieczorze i gwiazdach nad głową - zamilkł nagle i dopiero po 

długiej, bardzo długiej chwili roześmiał się głośno i serdecznie.

- Niech się pani nie boi! -

background image

Dokąd panią odprowadzić?

W   przygarniętym   do   jego   boku   ramieniu   znów   zaczęła   krążyć   krew, 

nogom przywrócona została sprawność i lekkość.

- Na dworzec - szepnęła.

Zatrzymał taksówkę, a na dworcu zapytał ją o nazwę miejscowości, do 

której wracała, kupił jej bilet i zaprowadził na peron, skąd za kilka minut miał 

odejść pociąg.

-   Nigdy   tam   nie   byłem.   Ale   może   będę.   Proszę   zachować   moją 

wizytówkę, jest na niej adres i numer telefonu. Gdyby kiedyś potrzebna była 

pani znów moja terapia - proszę przyjechać, lub dzwonić. Jestem do usług i... 

nie   zapominam   prędko   miłych   spotkań.   Czy   bardzo   panią   lprzestraszę,   jeśli 

jeszcze raz... - Objął ją i przycisnął do siebie, poczuła na ustach jego usta, a na 

całym ciele, od stóp do głów, dotyk, bliskość mężczyzny. Innego mężczyzny! 

Nigdy nie zdradziła Wiktora, nigdy jej to nawet przez myśl nie przeszło, ale 

teraz uzmysłowiła sobie, że to było możliwe, że mogła tego pragnąć.

Trzymał ją jeszcze przy sobie, gdy zapytał cicho:

- Proszę mi powiedzieć... Czy gdyby nie była pani uwikłana w te jakieś 

swoje sprawy, w które wprowadziłem dziś znów odrobinę jasności, czy wtedy... 

mogłaby pani... i właśnie ze mną... Czy to na pewno byłbym ja...

- Ależ tak! - zawołała. - O, Boże! Tak!

Już   nie   pozwalała   się   całować,   teraz   ona   go   całowała,   gwałtownie,   z 

zachłanną   rozpaczą,   ze   łzami,   bo   chyba   to   nie   on   płakał,   gdy   poczuła   na 

policzkach gorącą wilgoć...

- Przyjedź! - szeptał. - Przyjedź, jeśli tylko będziesz mnie potrzebowała.

Zajechał pociąg, ludzie rzucili się ku wagonom, ktoś ich potrącił, ale nie 

rozerwał ich uścisku, wciąż trzymała go z całej siły zaplecionymi na jego karku 

rękoma, wciąż coś szeptała wśród pocałunków i łez.

- Idź - powiedział. - Chyba, że... nie musisz.

- Muszę... muszę! Gdybyś wiedział, kazałbyś mi wracać.

background image

- No, to biegnij. Śpiesz się!

I pamiętaj, co powiedziałem...

Masz mój adres! I telefon!

Oswobodził ją z uścisku, z trudem odgiął jej palce zaciśnięte  na jego 

karku i pchnął ją, wrzucił w otwarte drzwi wagonu. Przedarła się przez zbity na 

korytarzu   tłum,   wtargnęła   do   najbliższego   przedziału,   depcząc   komuś   po 

nogach; upominana i łajana dopadła do okna i opuściła szybę.

Zbliżył   się   do   wagonu,   w   nikłym   świetle   latarni   widziała   jego   twarz. 

Uśmiechał się.

- Pamiętaj - zawołał, gdy pociąg drgnął na szynach - wracasz zwycięska, 

znająca swoją wartość, silna! A więc i... przebaczająca - dodał po chwili - jeśli 

potrzebne jest w tym wszystkim i przebaczenie.

Pociąg zaczynał nabierać rozpędu, skończyły się peronowe latarnie i już 

go nie widziała, nie widziała, pochłonął go mrok i coraz większe oddalenie.

Nie zobaczyła go nigdy więcej. Nie napisała do niego, nie zatelefonowała, 

nie pojechała.

Czy   w   ciągu   tych   lat   ani   razu   nie   była   w   sytuacji,   w   której   by   go 

potrzebowała?  Może były takie chwile, ale się im nie poddawała, umiała  je 

lekceważyć i chyba także umiała już walczyć. Ale nie dlatego nie wyjęła ani 

razu z najciemniejszego kąta w szafie wręczonej jej na dworcu wizytówki. Bała 

się!   Bała   się,   że   to,   co   się   wydarzyło   tamtego   dnia,   po   raz   drugi   się   nie 

powtórzy. Albo - że się powtórzy i co wtedy...? Dziś! Dziś byłby jej potrzebny 

tamten człowiek, ale i młodość - jej i jego młodość...

- Czy nie wie pan - zapytała młodego Orwiłłę - gdzie jest teraz obraz ojca 

”Kobieta z rękami na kolanach”?

Ożywił się.

- Pamięta go pani?

- Tak - powiedziała  cicho i miała  nadzieję, że  nikt tego nie słyszy. - 

Widziałam go w ”Zachęcie”. Zrobił na mnie duże wrażenie. Boże, tak dawno to 

background image

było, a pamiętam go, jakbym widziała go wczoraj.

- Cieszę się. To dobry obraz.

Zakupiło go muzeum. Jest teraz w państwowych zbiorach sztuki, ale to 

grobowiec dla obrazów i rzeźb.

- Dlaczego?

-  Nikt  ich  nie  ogląda.  Chyba,  że  ukradnie  je  jakiś  znający  się   na  ich 

wartości złodziej. Czytała pani o tych kradzieżach w muzeum w Krakowie?

- Czytałam.

- Nie wiadomo, czy oburzać się na to, że kradzież była możliwa, czy też 

cieszyć się, że te obrazy - choć na krótko - ujrzały światło dzienne.

- Skąd ma pan taką nadzwyczajną kamizelkę?

Pytanie to postawiła Sylwia. Siedziała naprzeciwko Orwiłły i przyglądała 

mu   się   z   ogromnym   zajęciem.   Zaskoczony   nie   odpowiedział   od   razu,   więc 

powtórzyła:

-   Skąd   ma   pan   taką   nadzwyczajną   kamizelkę?   Nigdzie   takiej   nie 

widziałam. Trafiają się różne różności w Hoflandzie w Warszawie, ale gdyby te 

kamizelki tam były, już by je ktoś miał w naszym mieście.

- Tę kamizelkę - uśmiechnął się zakłopotany trochę scenograf - sam sobie 

zaprojektowałem, natrafiwszy w jakimś sklepie na malinowy sztruks w czarne 

grochy; dobrze kontrastował z czarnym aksamitem marynarki.

- A kto ją panu uszył? - chciała wszystko wiedzieć Sylwia.

- Uspokój się! Co cię to obchodzi? - skarciła ją babka Izabelka.

- Nie, dlaczego - to nie tajemnica. - Orwiłło uśmiechał się wytrwale. - 

Uszył   mi   ją   nasz   teatralny   krawiec,   który   w   ten   sposób   dorabia   sobie   po 

godzinach. Trudno się do niego dopchać, ale warto poczekać.

- Warto - stwierdziła Sylwia ze znawstwem. - Jest pan świetnie ubrany!

- Sylwio! - nie wytrzymał Rozciłowski. - Prosiłem cię o drugi kawałek 

orzechowego tortu.

- Już ten pierwszy zjadłeś?

background image

- Ja ci nałożę - powiedziała Agnieszka, siedząca najbliżej orzechowego 

tortu po drugiej stronie stołu.

- Dziękuję! Patrzyli sobie przez chwilę w oczy, ale Agnieszce nie drgnęła 

ręka, gdy przenosiła kawałek tortu z patery na podstawiony przez byłego męża 

talerzyk.

- Zapraszam jutro na skromne śniadanko po sumie - odezwał się ksiądz 

Rudek, pochyliwszy się nieco nad stołem, aby móc objąć wzrokiem wszystkich 

siedzących.

- Na mnie proszę nie liczyć - przerwał mu Wiktor - będę miał kaca.

- Nie będzie tak źle - zlekceważył to wyznanie ksiądz, cokolwiek jednak 

zgorszony. - Chciałbym móc wszystkich państwa gościć u siebie. Panu - zwrócił 

się   ku   Orwille   -   chciałbym   pokazać   naszą   kaplicę.   Po   zakończeniu   robót 

dekarskich trzeba będzie odnowić malowidła na ścianach. Może by mi pan coś... 

doradził.

- Nie wiem, czy zostajemy do jutra - Orwiłło rzucił pytające spojrzenie 

Agnieszce, ale nie odpowiedziała na nie. - Bo jeśli tak... - zająknął się - to z 

przyjemnością,   jakkolwiek   nie   chciałbym   uchodzić   za   autorytet   w   tych 

sprawach.   Gdyby   żył   mój   ojciec...   Trudnił   się   za   młodu   przywracaniem 

kościołom   ich   dawnej   świetności.   Na   całe   lato   wyjeżdżał   zwykle   w 

Rzeszowskie lub Sandomierskie.

-   W   Sandomierskie...?   -   ożywiła   się   babka   Wysoczarska.   -   Nie 

przypomina pan sobie nazw miejscowości? Bo ja pamiętam młodego malarza, 

którego   nasz   ksiądz   zaangażował...   Oczywiście   nie   obyło   się   bez   naszego 

udziału w kosztach, ale to były nasze zwykłe kolatorskie obowiązki.

- Mamo - uśmiechnęła się z zakłopotaniem Karolina - pan Orwiłło mówi 

już o powojennych latach i pewnie nawet nie wie, co to takiego kolatorskie 

obowiązki dziedziców wobec kościołów.

- Nie wszyscy je wypełniali - babka Wysoczarska wyprostowała się na 

krześle   -   ale   myśmy   ich   nigdy   nie   zaniedbywali.   Xawery,   jakkolwiek   nie 

background image

przesadzał   w   pobożności,   a   naszemu   proboszczowi   zwykle   mówił,   że   do 

spowiedzi wielkanocnej przystępuje tylko w Rzymie, na restaurację kościołów 

w   naszych   wsiach   nigdy   nie   szczędził   pieniędzy.   Bo   to   trwa!   -   mówił.   I 

przetrwa!

- Co przetrwa? - spytał Marek.

Przy stole zapanowała cisza przedłużającej się konsternacji.

Ale najwłaściwszą odpowiedź znalazła Sylwia.

- Wieki! - powiedziała z naciskiem. - Zawsze się mówi, że jak coś ma 

przetrrwać - to wieki.

- No, tak - bąknął Marek.

- A w naszej wsi - odezwał się Ziołko - kościółek był bardzo biedny, ale i 

dziedzic   był   biedny,   sam   się   rozparcelowywał   po   kawałku   i   wciąż   mu   nie 

starczało na podatki...

- Źle gospodarzył - stwierdziła twardo babka Wysoczarska. - A jak ktoś 

nie umie gospodarzyć, to czy na dużym, czy na małym...

- Właśnie - odważył się przerwać Ziołko. - Chłopskie gospodarstwa były 

małorolne,   dziedzic,   jak   już   powiedziałem,   biedny   -   to   na   tacę   w   kościele 

niezbyt wiele grosza się sypało i ksiądz utrzymywał kościół głównie z ziemi, 

która była przy probostwie...

- Ale miał ziemię! - nie wytrzymał ksiądz Rudek.

- Po kościele nie było tego widać. Produkty rolne były tanie, jajko na 

przykład kosztowało kilka groszy.

- Dziesięć - powiedziała babka Wysoczarska. - Do dziś pamiętam.

-   Nigdy   bym   nie   posądził   mamy   -   zauważył   prawie   z   zakłopotaniem 

Wiktor - że mama sama się tym interesowała.

- A co ty myślisz? - obruszyła się starsza pani. - Wszystko trzeba było 

samemu   mocno   w   garści   trzymać.   Gdybym   nie   pilnowała,   puściliby   nas   z 

torbami - plenipotenci, rządcy i klucznice.

- I co z tego, babciu? - powiedział bardzo jakoś miękko Krystian.

background image

- Co z tego? Przynajmniej patrzę prosto w oczy własnym wspomnieniom. 

Słyszałeś, co mówił pan Ziółko...

- Ziołko - skłonił się lekko wymieniony.

- ...pan Ziołko. Że ich dziedzic sam się rozparcelowywał. A teraz pewnie 

opowiada, że miał nie wiadomo jakie włości...

- Nie wiem, co opowiada, bo go po wojnie nikt więcej w naszej wsi na 

oczy nie widział. A chłopom, owszem, wiedzie się nie najgorzej. Kościelny już 

nie z tacą, ale z kobiałką chodzi po mszy po kościele.

- Z czym? - parsknęła Sylwia, a Marek jej zawtórował.

- Z kobiałką. Z takim wiklinowym koszem.

- Dlaczego?

- Bo z tacy pieniądze by się rozsypywały - mimowonie wyjaśnił ksiądz 

Rudek.

- Dziewięć! Jajko przed wojną kosztowało dziewięć groszy! - powiedziała 

nagle w zamyśleniu babka Izabelka. - Pamiętam, bo sama chodziłam po nabiał 

na targ. Ale wcześniej, kiedy ze wsi nosiłam jaja na sprzedaż do miasta - były 

jeszcze tańsze.

-   Oczywiście   -   przyznała   cierpko   babka   Wysoczarska   -   pani   to   może 

pamiętać lepiej ode mnie.

-   Wszystko   pamiętam   -   roześmiała   się   z   młodzieńczym   ożywieniem 

babka   Izabelka.   -  Przedwojenne   ceny   i   gdzie   jaki   sklep   był  przed   wojną   w 

naszym mieście. Bo we wsi nie było sklepu. Kto by tam co w nim kupował? 

Tym, co swoje, ludzie się obywali. A w kościele, ma rację pan Ziołko, mało kto 

do tacy rękę wyciągał. To też wyglądał ten nasz kościółek, nie to, co dzisiaj!

- Szkoda, że nikt z was nie widział teraz kościoła w Wysoczarach.

To powiedział Kamil. Jadł nieśpiesznie swój kawałek tortu, głowę miał 

pochyloną.

- A ty widziałeś? - spytał ostro Krystian.

- Jak bym nie widział, to bym nie mówił. Cała fasada odnowiona, wokół 

background image

kościoła i cmentarza nowy kamienny płot, a przy plebanii ksiądz pobudował 

Dom Katechetyczny.

-   Kiedy   tam   byłeś?   -   spytała   cicho   babka   Wysoczarska,   a   wszyscy 

spojrzeli na nią z niepokojem; tylko Kamil nie podnosił głowy.

- W ubiegłym roku.

- I nic nie mówiłeś?

- Nie było okazji.

- Ale i dzisiaj mogłeś powiedzieć o tym wcześniej.

- Nie uważałem, że to takie ważne.

- Boże drogi! - westchnęła babka Wysoczarska.

-   No,   skoro   byłeś,   to   opowiedz   jak   tam   jest   -   prawie   opryskliwie 

zaproponował Krystian. Brat nie patrzył na niego, nie patrzył zresztą na nikogo i 

nie widział, że ojciec dwukrotnie napełnił sobie kieliszek winem i raz za razem 

wychylił go jednym haustem.

-   No,   jak   tam   jest...   -   mruknął   Kamil,   nie   podnosząc   głowy.   -   Jak 

wszędzie.

- Co to znaczy - jak wszędzie? W jaki sposób może być - jak wszędzie? - 

zapytała z bolesną drapieżnością babka Wysoczarska.

-   Jak   wszędzie   tam,   gdzie   dwory   i   pałace   niszczeją   zaniedbane   przez 

obecnych właścicieli - spokojnie wyjaśnił Kamil. - Zwłaszcza, jeśli użytkuje się 

je   w   niewłaściwy   sposób.   Bo   na   przykład   w   Poznańskiem   niektóre   PGR-y 

troskliwie   odrestaurowały   wartościowe   pod   względem   architektonicznym 

budowle z przeznaczeniem na cele kulturalne.

- Co mnie obchodzi Poznańskie? - krzyknęła babka Wysoczarska. - Po 

coś był w Wysoczarach? Skąd się tam wziąłeś?

- Z wycieczką szkolną. Klasa, w której jestem wychowawcą, od dawna 

planowała   wycieczkę   do  Sandomierza.   Szlakiem  Iwaszkiewicza   według  jego 

”Podróży po Polsce”. Pojechała z młodzieżą polonistka i ja. A, że Wysoczary po 

drodze...

background image

- Cóż stąd, że po drodze?

-   ...kiedy   zobaczyłem   drogowskaz   ”Wysoczary”,   kazałem   kierowcy 

autokaru skręcić w tę stronę i w ten sposób...

- Co  - w  ten  sposób?  - Babka   Wysoczarska  nie  hamowała   już  głosu. 

Pochylona ku Kamilowi, wpierała w niego płonące źrenice. Rozmawiali już ze 

sobą tylko we dwoje, nikt się nie odzywał, nikt się do wymiany słów między 

nimi nie mieszał, nie licząc przyciszonego odezwania Agnieszki, która uczyniła 

ponad stołem wymowny gest ku Rozciłowskiemu.

- Patrz się i słuchaj! Tyle lat obcujesz z naszą rodziną i pozwalasz, żeby 

marnował ci się pod nosem taki temat.

- ...w ten sposób wjechaliśmy w bukową aleję - Kamil zakończył swoją 

informację.

- Jest tam jeszcze... bukowa aleja? - zapytała babka ściszonym głosem. 

Rozbieganymi   palcami   odpięła   obciągnięty   złotą   lamą   guziczek   przy 

kołnierzyku bluzki. - Są nasze buki?

- Oczywiście, że są. I nawet zbytnio nie przetrzebione. Bo jednak park...

- Co - park?

- Park chyba trochę ucierpiał.

Z opowiadań babci i ojca...

- Nigdy ci nic nie opowiadałem! - krzyknął Wiktor.

Znów   sięgnął   po   butelkę,   napełnił   kieliszek.   W   każdej   innej   sytuacji 

Karolina starałaby się go powstrzymać i uspokoić. Teraz jednak przypatrywała 

mu   się   zimno,   bez   cienia   przychylności,   której   nie   pożałowałaby   nikomu 

obcemu.   Kto   pierwszy,   on,   czy   ona,   wpadł   na   pomysł   obchodzenia   tej 

bezsensownej rocznicy, urządzenia tego zbiegowiska? Chyba jednak on, on to 

sobie wymyślił, żeby w rezultacie akurat dziś dać jej do zrozumienia, że spędził 

życie z pamięcią i żalem po tamtej dziewczynie, może nawet wyobrażał sobie, 

że i dzieci miał nie z nią, a z tamtą...

- Więc park ucierpiał? - spytała boleśnie babka Wysoczarska.

background image

-   Myślę,   że   tak   -   Kamil   przesuwał   łyżeczką   pozostałe   na   talerzyku 

okruszyny tortu. - Myślę, że tak, choć nie mam skali porównawczej, ale nie 

wyobrażam   sobie,   żeby   mógł   tak   wyglądać...   przedtem.   Na   przykład   rzeźba 

fauna  nad stawem pozbawiona  jest nosa  i prawej  ręki... Dach  na altanie po 

przeciwległej stronie...

- To było miejsce dla orkiestry.

- ...prawie nie istnieje, a sam staw...

- Co... sam staw?

-   ...cały   zielony   od   rzęsy.   Na   szczęście   trawniki   również   zielone,   bo 

młodzież ze szkoły dba o nie.

- Jaka młodzież?

-   Ze   szkoły,   która   mieści   się   w   pałacu.   Ze   szkoły   rolniczej.   Tych 

zniszczeń dokonano przed objęciem obiektu przez szkołę. Bo przedtem Geesy 

miały tam magazyny.

Babka Wysoczarska długo odpinała drugi guziczek u kołnierzyka swojej 

bluzki.

- Gdzie... tam?

- W pałacu, w oficynach...

- Skąd to wiesz?

- Dyrektor mi opowiadał.

- Jaki dyrektor?

- Przecież mówiłem, że jest tam teraz technikum rolnicze.

- I rozmawiałeś z nim?

-   Tak.   Zaprosił   nas   na   podwieczorek.   Całą   wycieczkę   zaprosił   na 

podwieczorek.

- Gdzie... go podano?

- Mówiłem już, że w pałacu.

- Ale w której z sal?

- W dużej sali z oknami wychodzącymi na gazon.

background image

- Gazon? - powtórzyła babka Wysoczarska, jakby usiłowała przypomnieć 

sobie kogoś dawno zmarłego.

- Gazon - tak to chyba się nazywa. Ogromny klomb, cały w kwitnących 

akurat pąsowych różach. Nasz autokar objechał go wokoło zanim zatrzymał się 

przed wejściem do pałacu.

- Tak... to nazywa się gazon... - pokiwała głową babka Wysoczarska - 

choć teraz ta nazwa nie ma już raczej zastosowania.

- Słyszy przecież babcia, że w Wysoczarach wciąż jeszcze ma. Dyrektor 

bardzo jest dumny z róż, które tam rosną.

- Wiedział, z kim rozmawia?

- Z kierownikiem wycieczki. Po cóż by miał wiedzieć więcej?

- Nie przedstawiłeś mu się?

- Mruknąłem coś pod nosem. Ale przynajmniej mogłem w spokoju i bez 

wzbudzania   sensacji   zwiedzić   pałac,   wysłuchać   relacji   o   zabiegach   przy 

naprawianiu zniszczonych przez poprzedniego użytkownika posadzek i pieców, 

które   wciąż   jeszcze   istnieją   mimo   zaprowadzenia   w   szkole   centralnego 

ogrzewania.

Wysłuchałem   także   historii   rodu   Wysoczarskich   ze   szczególnym 

uwzględnieniem udziału naszego przodka w wyprawie wiedeńskiej, co dyrektor 

szczególnie podkreślał, powiedziałbym, nawet z pewną dumą.

- Cóż to za człowiek? Nie zapytałeś, jak się nazywa?

- Nie. Po co?

- Przecież  to może  być  ktoś  z naszych  oficjalistów.   Syn  albo wnuk... 

Skoro, jak powiedziałeś, nawet z dumą...

- Babciu! Polacy są dumni ze swojej historii.

- Ale historię tworzą ludzie! - z nadmiernym naciskiem wtrącił Krystian, 

włączając się w podniecony dialog babki z bratem.

Kamil nie odwrócił ku niemu głowy, rozgarniał wciąż łyżeczką okruchy 

tortu na swoim talerzyku.

background image

- Pradziad Wysoczarski wystawił na wyprawę wiedeńską cały regiment, 

nie wiemy jednak z kogo się składał - zauważył spokojnie.

- Ktoś jednak musiał  nim dowodzić - odpowiedziała mu  za Krystiana 

babka.  - Właśnie  tak: dowodzić. I dlatego tamtych się  nie pamięta.  Musisz, 

musisz dowiedzieć się, jak on się nazywa.

- Kto?

- Ten dyrektor szkoły rolniczej.

- I po co, babciu?

-   Poślę   mu   jakiś   drobiazg.   Coś   z   porcelany,   albo   któryś   ze   starych 

sztychów   angielskich,   które   jeszcze   mam.   -  Bo   powiedziałeś   -  nie   rozebrali 

naszych   pięknych   starych   pieców,   choć   w   szkole   zaprowadzono   centralne 

ogrzewanie...

- Niech się babcia tak nie entuzjazmuje - cierpko uśmiechnął się Kamil - 

bo galeryjkę, wiodącą z pałacu do kuchennej oficyny, kazał właśnie rozebrać. 

Akurat trafiliśmy na rozbiórkę.

Babka Wysoczarska zaczęła znów manipulować drżącymi palcami przy 

guzikach bluzki.

- W czym... mu przeszkadzała?

- Trzeba ją było wciąż remontować, a pieniędzy na remonty szkoła ma 

mało.

- I akurat na tę galeryjkę ich zabrakło. Jakże teraz noszą jedzenie do... do 

pałacu?

-   W   tej   oficynie   nie   ma   już   kuchni.   W   obydwu   oficynach   jest   teraz 

internat dla młodzieży. A kuchnię urządzono w piwnicy.

- W piwnicy? Tam, gdzie składowano wina?

- Prawdopodobnie tam, babciu.

- Zamontowaliśmy akurat wokół ścian nowe dębowe półki, na których 

leżakowały butelki. Stare, twierdził Xawery, a lubił zachodzić do piwnicy, były 

za płytkie. I po cośmy to robili? Pewnie śladu po nich nie ma.

background image

- Nie wiadomo - znów włączył się do rozmowy Krystian. - Może leżakują 

na nich teraz butelki octu i oleju rzepakowego.

-   Patrz   się   i   słuchaj!   -  rzuciła   znów   poprzez   stół   ku   Rozciłowskiemu 

Agnieszka.

Uśmiechała   się   jakby   z   wyższością,   nie   znajdując   należytego 

zainteresowania   w   prowadzonej   przez   babkę   i   braci   rozmowie.   Rozciłowski 

wiedział, o czym myślała. Dawna panienka z Wysoczar, znana i podziwiana w 

całym powiecie, czym była w porównaniu z obecną Agnieszką Wysoczarską, 

której fotosy zamieszczały pisma, która występowała w filmach i telewizji i ze 

swoim   teatrem   wyjeżdżała   na   zagraniczne   występy.   Życie   tamtej   panny 

Wysoczarskiej,   gdyby   nią   była,   wydawało   jej   się   rozpaczliwie   ubożuchne   i 

nudne. Wyszłaby prawdopodobnie za mąż za potomka rodu równego rodowi 

Wysoczarskich i męczyłaby się z nim aż po rodzinną kryptę w tym kościele, 

wobec którego - jak mówiła babka - tak pieczołowicie spełniano kolatorskie 

obowiązki.

- Wiem, o czym myślisz - przerzucił ku niej przez stół Rozciłowski.

- To dobrze - odpowiedziała. - To znaczy, że wciąż się rozumiemy.

Orwiłło udał, że tego nie słyszy. Wzrok miał utkwiony w jakiś punkt na 

stole,   tylko   mięśnie   zagrały   mu   na   zaciśniętych   szczękach,   co   dostrzegła 

siedząca obok niego Karolina. Tyle cierpienia, pomyślała, tyle wokół cierpienia 

- cóż stąd, że śmiesznego? - nie umniejszało to wcale jego siły.

- Nalej wina! - zwróciła się do Krystiana z napastliwą naganą w głosie. - 

Czy nie widzisz, że kieliszki są puste?

Krystian posłusznie chwycił butelkę, ale przedtem skierował ku matce 

zdumione spojrzenie. Powinno ją ostrzec, ale nie ostrzegło. Z jeszcze większą 

napastliwością dorzuciła:

- Miał to być przyjemny rodzinny wieczór, a co się z tego zrobiło? Nie 

miałeś kiedy - zwróciła się do Kamila - wyjeżdżać z tą wycieczką do Wysoczar. 

Babci sprawiłeś przykrość.

background image

- Nie, skądże - wyniośle zaoponowała babka Wysoczarska.

- Przecież widzę - brnęła dalej Karolina - pobladła mama...

-   Rozdrapywanie   ran   w   sercu   nic   człowiekowi   nie   pomoże.   Ale   czy 

można   sobie   tego   zakazać?   Ja   to   wiem   -   babka   Izabelka   z   serdecznym 

zrozumieniem pokiwała głową - wiem, że nikt tego nie potrafi.

- Pani? Pani wie? - babka Wysoczarska nie wytrzymała w końcu tych 

pocieszeń. - Osoby, które nie mają czego żałować, nigdy w pełni nie zrozumieją 

tych, co utraciły...

-   Ja?   -   nie   pozwoliła   jej   skończyć   babka   Izabelka.   Zapłonęła   cała 

rumieńcem, w oczach zabłysły łzy gwałtownego oburzenia. - Ja nie mam czego 

żałować? - A Piotruś?! - podniosła ręce do głowy, wczepiła palce we włosy. - A 

Karol?! I jacy byliśmy szczęśliwi przed wojną! Jak nam już było dobrze! Karol 

akurat doktorat zrobił! Porządnie się przy tym namęczył, wciąż na uniwersytet 

do Warszawy jeździł, książki różne przywoził, po nocach pisał... Ale potem w 

gazetach   było   podane,   że   broni   swojej   pracy   doktorskiej   i   ja   na   tę   obronę 

pojechałam z dziećmi, siedzieliśmy w fotelach, ubrani jak z igły, a Karol, co na 

nas spojrzał, to się uśmiechał, bo to był taki piękny... taki bardzo piękny dla nas 

dzień... Kiedy teraz Karola wszyscy w naszym mieście doktorem nazywali, to 

już dlatego, że naprawdę nim był, a żaden z lekarzy medycyny nie miał u nas 

tego tytułu. A potem samochód kupiliśmy... Jaki piękny! Czerwony z czarnymi 

siedzeniami. Nigdy się nie psuł, nie to, co te obecne - zaraz, gdy się je kupi, 

trzeba od razu naprawiać.

Piękny, wspaniały samochód! I co? Trzy lata nawet nie minęły, jak go 

nam  zabrali,   jak   go   zmobilizowali,   jak   jakiego   żołnierza,   który   musi   iść   na 

wojnę. Piotruś nie musiał, za młody jeszcze był, ale sam poszedł, choć błagałam 

i prosiłam, choć klęczałam przed nim i głową biłam o ziemię. Mamo, muszę! 

wciąż powtarzał. Muszę i muszę! I zginął nad Bzurą zaraz na początku. On na 

początku, a Karol w ostatni dzień wojny...

- Na litość boską! - jęknął Wiktor. - Na litość boską! Czy zawsze w tym 

background image

domu musi się do tego wracać?

- Przecież dziadzio sam zaczął. - Cichutko i bardzo spokojnie zauważyła 

Sylwia.

- Ja? Kiedy? Prawie w ogóle nic nie mówię.

-   Ale   na   początku   kolacji   dziadzio   mówił.   O   tych   sztandarach 

hitlerowskich rzucanych na kupę podczas defilady zwycięstwa w Moskwie.

- Ach, to przecież zupełnie co innego! To był triumf! Triumf!

-   Dla   wielu   milionów   pocieszenie   -   powiedziała   babka   Izabelka.   - 

Pocieszenie w żałobie.

- Żałobę nosi się nie tylko po ludziach - odezwała się piskliwym jakimś 

głosem babka Wysoczarska. Szukała czegoś w torebce rozbieganymi palcami.

Karolina wiedziała, co to znaczy.

- Wody! - powiedziała alarmująco nie wiadomo do kogo, do wszystkich 

przy stole, i sama zerwała się z krzesła, ale ubiegła ją Agnieszka.

- A jeszcze przed nią w kuchni przy zlewie znalazł się Rozciłowski.

Obydwoje wyciągnęli ręce do kranu, obydwoje podstawili szklanki pod 

strumień  wody. I choć tak bardzo konieczny był pośpiech - pozwolili żeby, 

napełniwszy szklanki, wciąż się lała.

Rozciłowski szepnął:

- Agnieszko! Wiem... chwila nieodpowiednia, ale muszę ci wreszcie to 

powiedzieć - tyle razy żałowałem...

- Ja nie! - głos Agnieszki zabrzmiał ostro, ale potem jakby się w nim coś 

załamało, kiedy dodała ciszej. - Byłam tak wściekła na ciebie, tak wściekła, że 

nie zatrzymałeś mnie przy sobie... Gwałtownym ruchem ręki zakręciła kran i 

wybiegła z kuchni.

Rozciłowski   pozostał   tu   chwilę,   wypił   swoją   wodę,   nalał   sobie   drugą 

szklankę, zapalił papierosa. Oszalałem! pomyślał. Chyba oszalałem!

Kiedy   wrócił   do   pokoju,   babka   Wysoczarska,   zażywszy   już   zapewne 

lekarstwo, uśmiechała się do wszystkich ze sztuczną swobodą, przepraszając za 

background image

zamieszanie, które wywołała.

- Ja zawsze zażywam to, przed zaśnięciem, nawet gdy... nawet gdy nie 

prowadzę tak ekscytujących rozmów.

- Może by się babcia położyła - zaproponowała Kasia. - My zresztą już 

niedługo będziemy się zbierać do wyjazdu.

- Och, nie zgadzam się z tym!

- Karolina była szczęśliwa, że wreszcie zaczyna się mówić o czym innym. 

- Jeszcze się wami nie nacieszyliśmy, a nie będzie was tak długo.

- To szybko minie, mamo - uśmiechnął się w roztargnieniu Krystian. - A 

Marek od dawna powinien spać.

-   Tak,   dzieci   muszą   wcześnie   chodzić   spać   -   zjadliwie   powiedziała 

Sylwia.

Wiktor, który nie przestał być jeszcze na nią zły, pomyślał - jednak z 

pewnym   rozbawieniem   -   że   jego   mała   wnuczka   zaczyna   już   przejawiać 

wściekłość typową dla kobiet odtrąconych.

- Ja wcale nie chcę spać! - zaprotestował Marek. - Bardzo dobrze się 

bawię!

- Co takiego? - roześmiała się jego matka. Wzrok pełen nieustępliwego 

zachwytu, którym spoglądała zwykle na męża, przeniosła teraz na syna. - Co 

takiego, Mareczku? Bardzo dobrze się bawisz na jubileuszu dziadków?

- Tak. Poproszę jeszcze o kawałek tortu.

- Brzuch cię rozboli - zauważył ojciec.

- Po czym? Po moim torcie? - obraziła się prawie babka Izabelka. - Krem 

z samego masła, bez grama margaryny.

- Dawniej - odezwał się ksiądz - przed kilku laty pisano w gazetach, że 

masło jest szkodliwe, a margaryna bardzo zdrowa.

- Bo masła było wtedy mało, a margaryny nadmiar - wyjaśniła księdzu 

Karolina - a teraz na odwrót: z margaryną i olejami  są kłopoty, a masła  w 

magazynach całe góry.

background image

- Mnie nigdy nie boli brzuch! - oznajmił Marek, pragnąc znów zwrócić na 

siebie uwagę dorosłych. - Najwyżej mam rozwolnienie.

- Mareczku! A fe! - zawstydziła go matka. - Taka rozmowa przy stole?

- I co z tego, że przy stole? - wziął w obronę bratanka Kamil.

- Właśnie przy stole człowiek musi pamiętać, że to, co pakuje w siebie, 

musi być wydalone.

-   Tylko   częściowo!   -   roześmiał   się   Krystian.   -   Na   szczęście   tylko 

częściowo.

- Chłopcy! - wzniosła oczy ku niebu babka Wysoczarska, ale Sylwia nie 

dostrzegła tego. Nagarnęła sobie na talerzyk duży kawał tortu.

- Mnie nigdy nie boli brzuch i nigdy nie mam rozwolnienia - uspokoiła 

wszystkich przy stole.

- Może jednak skończymy tę rozmowę - Wiktor podniósł się z krzesła. - 

Chodź, Marek, zajrzymy do mego małego pacjenta.

Marek poderwał się od razu.

- Piesek? Czy kotek?

- Słoń! - parsknęła Sylwia, zakrywając pełne usta dłonią.

- Piesek - wyjaśnił już za drzwiami, z ulgą je zamykając, Wiktor. Czuł się 

znużony męczącym dniem, chętnie położyłby się spać, pożegnawszy wszystkich 

gości, ale część z nich miała nocować - matka, Kamil, Agnieszka, no i jej gość, 

znowu przywiozła ze sobą jakiegoś nieszczęsnego faceta, trzeba będzie pomóc 

Karolinie w przygotowywaniu posłań, choć właściwie powinna to zrobić sama, 

skoro zachciało jej się tego jubileuszu, bo to chyba był jej pomysł, nie jego...

Cicho otworzył drzwi do gabinetu. Piesek spał zwinięty w mały kłębek na 

ceratowej kanapie, ale na podłodze lśniła całkiem pokaźna kałuża.

- Zsikał się - powiedział Marek. - Co dziadzio teraz z tym zrobi?

- Posprzątam. - Wiktor cofnął się do łazienki, wziął ścierkę do wycierania 

podłogi, wytarł nią kałużę, a potem długo płukał ją nad umywalką.

- Nie brzydzi się dziadzio? - dopytywał się Marek, który mu przy tym 

background image

asystował.

- Czego  miałbym się  brzydzić?  chore zwierzę, to jak chory człowiek. 

Wszystko   trzeba   przy   nim   zrobić.   -   Uzmysłowił   sobie,   że   chore   zwierzęta 

wzruszały go bardziej niż ludzie. Może zaczęło się to od Białka, który długo 

konał   po   odejściu   Niemców   w   przeciwieństwie   do   swego   pana,   rażonego 

litościwie celną kulą... Tak, to chyba zaczęło się od Białka, którego także chciał 

pomścić, idąc na Berlin. O wysoczarskich koniach nie myślał. Wydawały mu się 

utracone jakoś dziwnie dawno, przeto mniej boleśnie, i nie wiedział, co się z 

nimi stało, to także było ulgą.

- Usiądź na fotelu - powiedział do wnuka - może trochę się zdrzemniesz. 

Ja także położę się tu na chwilę przy moim pacjencie.

- Ale oni nam tam zjedzą wszystkie torty! - Markowi nie podobał się ten 

pomysł.

- Na pewno jeszcze coś dla nas, coś dla ciebie, zostanie.

Białka pokochał już wtedy, gdy po potyczce z Niemcami dowlókł się tu z 

przestrzelonym ramieniem, gdy wszedł o zmroku do stajni i, ledwie trzymając 

się na nogach, oparł się o jego krągły, ciepły bok. To najpierw podziałało jak 

otucha. Żywe, ciepłe, zdrowe, spokojnie stojące pod jakimś dachem stworzenie. 

Były jeszcze miejsca na świecie, gdzie istniał przypisany normalnością istnienia 

ład i spokój, gdzie można było zaniechać ucieczki, gdzie los pozwolił mu się 

zatrzymać.   Zdrowym   ramieniem   objął   konia   za   szyję,   ukrył   twarz   w   jego 

czarnej grzywie i stał tak oddychając głęboko wonią siana, którą przesycona 

była   stajnia,   schronienie,   jakie   znalazł,   najlepsze,   jakie   mógł   znaleźć   w   ten 

nielitościwy, dobijający resztki żywych, czas. Krew uchodziła z rany oblepiając 

całe ramię kleistym strumieniem, wyszarpnął z kieszeni chustkę i przytrzymując 

ją z jednej strony zębami usiłował zawiązać powyżej zranionego miejsca, chciał 

żyć, o Boże! jak bardzo chciał żyć! Nie, nie padnę tutaj z upływu krwi, myślał w 

popłochu, nie doścignie mnie śmierć w miejscu, w które przed nią uciekłem.

Gdyby jeszcze miał trochę sił, żeby dotrzeć do drzwi domu, widocznego 

background image

przez uchylone wrota stajni i strugi wciąż padającego deszczu, gdyby zdołał 

zebrać w sobie ostatek sił... Ale już ich nie miał,  już ich w sobie nie czuł, 

uchodziły z niego wraz ze strumykiem krwi, sączącym się z ramienia, nie osunął 

się na ziemię tylko dlatego, że stał oparty o bok konia, że trzymał głowę na jego 

karku, że on - majaczący w mroku jak biała zjawa - nie pozwalał mu upaść.

Myśli,   kłębiące   się   pod   czaszką,   straciły   już   swoją   spójność,   wzrok 

zasnuwała   coraz   gęstsza   mgła,   gdy   wrota   stajni   skrzypnęły   donośnie   i   ktoś 

wszedł do wnętrza, kierując kroki w stronę żłobu.

Oprzytomniał na moment, ale nie na tyle, żeby zobaczyć kto to był - 

później dowiedział się, że to Karolina narzucająca co wieczora siano do żłobu, 

znalazła   go   u   boku   Białka   -   wtedy   jednak   wiedział   tylko,   że   zbliża   się,   że 

nareszcie  zbliża  się  do  niego  człowiek.   Teraz  dopiero  usunął  się   na  kolana, 

upadł na ziemię pewny już, że ktoś go z niej podniesie.

Odzyskał przytomność na tej samej ceratowej kanapce, na której w tej 

chwili leżał razem ze swoim psim pacjentem. Długo nie otwierał oczu, choć już 

miał świadomość, że ktoś się przy nim krząta, ktoś go rozbiera, nożyczkami 

rozcina rękaw na przestrzelonym ramieniu. Dwa głosy kobiece lamentowały nad 

nim,   trzeci   -   męski   -   komenderował,   w   podnieconym   pośpiechu   wydając 

rozkazy. Od tak dawna nie zaznał żadnej opieki, żadnej objawianej wobec niego 

troski, wydało mu się to więc najpierw snem, dopiero potem rzeczywistością.

-  Będzie   żył?   Tatusiu,  będzie  żył?   - dopytywał  się   załamujący  się  od 

płaczu głosik.

-   Nie   becz   -   denerwował   się   mężczyzna   -   lepiej   przytrzymaj   mi   ten 

bandaż.

- Ja to zrobię! - opanowany głos kobiecy przybliżył się, mocne palce ujęły 

jego ramię.

- Tak dobrze?

- Dobrze, Izabelko! A teraz przygotuj coś pożywnego do jedzenia, żeby 

nasz pacjent mógł jak najszybciej odzyskać siły.

background image

-  Będzie   żył?   -   dopytywał  się   wciąż   -  ale   już   z  nadzieją   -  zapłakany 

głosik.

- Mówiłem, żebyś przestała beczeć! I pomóż mamie w kuchni.

- Ja tu zostanę.

- I po co?

- Może będzie czego potrzebował?

- Na razie śpi i nic na szczęście nie czuje. Widzisz - w głosie mężczyzny 

zabrzmiało rozbawienie - jak bardzo się przydały środki, przydzielone mi przez 

żandarmerię dla niemieckich psów i koni.

- I naprawdę go nie boli?

- Nic a nic. Zapytasz go, gdy otworzy oczy. Ja rozejrzę się na dworze, czy 

ktoś nie kręci się koło domu.

Kiedy więc otworzył oczy, pierwszą ludzką twarzą, jaką zobaczył nad 

sobą, była twarz dziewczyny, jeszcze mokra i rozpalona od niedawnych łez.

- To ty mnie znalazłaś w stajni? - zapytał.

- Ja.

- Dziękuję ci. Gdybyś nie przyszła...

- Zawsze o tej porze dokładamy koniowi siana, żeby miał na noc.

- Wobec tego i jemu muszę podziękować, że ma takie wymagania.

- Już się uśmiechasz, to dobrze. Nie boli cię ramię?

- Nie. Nic nie czuję.

- Bo jeszcze działa znieczklenie. Tatuś wyjął kulę, oczyścił ranę, zrobił 

wszystko, co trzeba.

- Twój ojciec jest lekarzem?

- Weterynarzem. I dlatego ma wszystkie najlepsze lekarstwa, jakie mają 

Niemcy. Bo leczy ich psy i konie.

- Psy...

- Tatuś mówi, że to bez różnicy. Człowiek, czy pies. Ten sam organizm i 

ten sam ból. I tak miałeś dużo szczęścia, że trafiłeś do nas.

background image

- Bardzo dużo szczęścia - wyszeptał.

- Skąd przyszedłeś? Z Puszczy?

- Tak. Właściwie już skądś spoza Puszczy. Chcieliśmy przedostać się w 

Góry Świętokrzyskie. Tam są duże zgrupowania partyzanckie, chcieliśmy się do 

nich dołączyć. Ale Niemcy nas okrążyli...

- Wiem... Ludzie mówili.

Między Żyrardowem a Jaktorowem miała być wielka bitwa.

-   Właśnie   w   niej...   właśnie   w   niej   zostałem   ranny.   I   udało   mi   się 

niepostrzeżenie dowlec aż tutaj.

- Miałeś dużo szczęścia - powtórzyła dziewczyna. - Tatuś cię wyleczy. 

Ma   nawet   cibazol.   To   takie   nowe   szwajcarskie   lekarstwo   przeciwko 

zakażeniom.  Tatuś leczy nim nawet  czerwonkę u ludzi. Niemcom  mówi,  że 

potrzebuje dla psów...

Przymknął   oczy   i   znowu   zapadł   jakby   w   senne   omdlenie,   opuścił   go 

strach, który nim zawładnął, gdy usłyszał o zastosowanej wobec niego psiej 

kuracji. Rację miał ojciec tej małej - ten sam organizm i ten sam ból.

- A do Puszczy przedostałeś się z powstania? - spytała cicho dziewczyna.

- Tak. Udało mi się. - Otworzył oczy i patrzył z bliska w jej twarz, na 

której rodził się już uśmiech.

- I teraz też ci się udało.

Mama powiedziała, że zatrzyma cię u nas, dopóki nie wyzdrowiejesz.

- Dopóki nie wyzdrowieję...

-   A   potem   zawiadomimy   twoich   rodziców,   żeby   cię   zabrali.   Masz 

rodziców?

- Mam.

- Będą mogli cię ukryć?

- Nie wiem... Tam wszystkim rządzi Niemiec. Treuhander.

- To majątek?

- Majątek.

background image

- Gdzie?

- Niedaleko Sandomierza.

Dziewczyna zamilkła, a on zrozumiał źle jej milczenie, bo zaraz dorzucił:

- Nie bój się. Nie będę was narażał. Zabiorę się od was najprędzej, jak 

tylko będę mógł.

- Tylko nie wyjeżdżaj z czymś takim przed ojcem. Albo przed mamą. Co 

ty myślisz - że my nie Polacy? Mój brat zginął w trzydziestym dziewiątym nad 

Bzurą.

- Przepraszam.

-   Sam   się   zgłosił.   Nie   dostał   żadnego   powołania,   chodził   jeszcze   do 

liceum.

Już się nie odezwał, przymknął oczy i udawał, że zapada w sen.

Kiedy w stajni oparł się o bok konia, kiedy objął go za szyję, miejsce, do 

którego dowlókł się o zmroku, dom majaczący opodal za strugami deszczu - 

wydały   mu   się   oazą   spokoju   i   szczęścia.   I   dziewczyna,   którą   potem   ujrzał 

pochylającą   się   nad   nim,   nie   przypominała   pobladłych   i   wychudłych   z 

wycieńczenia   dziewczyn   z   powstańczej   Warszawy.   Jej   rumiane   policzki   i 

błyszczące oczy świadczyły o tym, że noce spędzała w swoim łóżku, a nie na 

cemencie, albo gołych deskach podłogi, że jadała trzy razy dziennie pożywne 

posiłki, śniadanie, obiad, kolację, wszystko w naczyniach przypisanych danej 

potrawie, przy stole nakrytym serwetą... Tak to się zapewne odbywało w tym 

domu, do którego trafił, do którego miał szczęśie trafić. Ale i tutaj była żałoba - 

pięć lat nie rozjaśniło jej czerni, nie umniejszyło bólu...

W tej myśli było jednak i coś kojącego. Oto rażeni żałobą ludzie potrafili 

dalej żyć.

Ukazując bliźnim spokojne twarze, pełnili przyjęte na siebie obowiązki, 

pełnili swoje, darowane im przez los życie. - I to było możliwe, konieczne i 

trzeba się było tego od nich uczyć. Może rama okienna, użyta zamiast krzyża, 

przewróciła się na pośpiesznie usypanej mogile, może deszcz zmył z niej krótkie 

background image

dziewczęce imię. Nie wiedział. Potrafił nie wiedzieć! Skąd wziął tyle siły, żeby 

odejść stamtąd, żeby zostawić ją tam pod kupą gruzu zgarniętego z podwórza, 

skąd w ogóle ludzie biorą siłę, żeby odchodzić od swoich zmarłych? Ci tutaj, 

troszczący się o niego, nie byli świadkami bitwy nad Bzurą i nie widzieli, jak 

ich syn i brat... nie usypali mu mogiły, nie postawili na niej krzyża. Ich ból był 

jeszcze większy, obciążony tą niewiadomą. I otrząsnęli się z niego, powrócili w 

swoją codzienność - tak, to naprawdę było możliwe...

-   Powiedz   mi   -   szepnął   -   czy   zawsze,   czy   i   teraz...   podczas   wojny... 

jadacie na serwecie?

Dziewczyna milczała, zaskoczona zapewne pytaniem.

Otworzył oczy, sięgnął zdrową ręką po jej dłoń.

- Jadacie na serwecie? - powtórzył natarczywie.

- Tak - wyjąkała. - Ale czasem na ceracie. W kuchni. Kiedy tatuś się 

śpieszy, albo mama  ma jakąś pilną robotę i nie ma czasu nosić jedzenia do 

pokoju. Ale to tylko śniadania i kolacje... Obiad zawsze w jadalni, przy dużym 

stole.

- I na serwecie?

- No tak, jakże by inaczej?

Znów przymknął oczy. ”Jakże by inaczej” powiedziała. Nie wyobrażała 

sobie, że można z menażką w ręce przycupnąć za załomem muru, albo w lesie 

na pniaku drzewa, że można w wodnistej zupie szukać ziemniaków, jak skarbów 

na dnie jeziora, nie rwała nigdy brudnymi rękoma kawałków chleba, nie mogąc 

poskromić łapczywej niecierpliwości, nie wycierała nimi dna menażki. Serweta 

na stole,  talerze, talerzyki, salaterki i czyste rączki, myte  mydłem w ciepłej 

wodzie, pachnący, świeżo wyprany ręczniczek, noc w wygodnym łóżeczku pod 

ciepłą   kołderką...   Dlaczego   myślał   o   tym   wszystkim   z   niechęcią,   dlaczego 

zarzucał to wszystko tej dziewczynie tylko dlatego, że tamta...

Drzwi w głębi otworzyły się pchnięte energiczną dłonią, szybkie kroki 

zbliżyły się do miejsca, w którym leżał.

background image

- I co, Karolinko? - spytał kobiecy głos. - Odzyskał przytomność?

- Tak - odpowiedziała dziewczyna. - Rozmawialiśmy już nawet.

- To wspaniale! Pomóż mi - nakarmimy teraz naszeho pacjenta.

Uniósł   powieki   i   zobaczył   rosłą,   urodziwą   kobietę   z   tacą   w   rękach. 

Uśmiechała się do niego.

- Będzie pan zdrów. I niech się pan niczego nie boi.

- Dziękuję - wyszeptał. - Dziękuję za wszystko.

- Podziękuje pan, jak pan całkiem wyzdrowieje. I jak Polska tu do nas 

przyjdzie zza Wisły.

Nic nie odrzekł, ale ona nie czekała na to, żeby coś powiedział. Oddała 

tacę córce, a sama ujęła go za ramiona i starała się podnieść do pozycji, w której 

mógłby   jeść.   Poczuł   wtedy,   jak   bardzo   jest   słaby   i   bezwolny   w   jej   silnych 

rękach,   głowa   opadła   mu   na   jej   wysoką   pierś   i   przez   chwilę,   gdy   na   niej 

spoczywała,   zapadł   jakby   w   kojący   sen,   w   odległe   dzieciństwo,   w   słodkie 

bezpieczeństwo dawno nie zaznanego spokoju.

- O, trzeba teraz będzie dużo, dużo jeść! - zawołała. - Musi pan nabrać sił!

- Na imię mi Wiktor - szepnął.

- Wiktor Wysoczarski. I proszę do mnie... po imieniu...

- Ależ tak. Syna miałabym teraz w twoim wieku. - Umilkła i tylko w 

oczach   pojawił   się   na   krótko   mrok   bolesnego   zamyślenia,   twarz   zachowała 

pogodny wyraz, a on pomyślał znowu, że to jednak jest możliwe, jest możliwe... 

- Podtrzymaj go, Karolinko, a ja go nakarmię.

- Ależ ja sam... - zaprotestował. Usiłował podnieść rękę do talerza, ale mu 

się to nie udało.

-   Widzisz!   Nie   należy   się   upierać.   Straciłeś   dużo   krwi,   a   przedtem... 

podczas   powstania   i   w   Puszczy...   nie   jadałeś   pewnie   zbyt   wiele.   To   widać. 

Skrajne wyczerpanie. Ale w twoim wieku siły powracają prędko.

Słuchał w sennym uspokojeniu jej głosu i połykał podawane mu kęsy, jak 

ptak o bezsilnych jeszcze skrzydłach, karmiony w gnieździe.

background image

- Potem przeniesiono go do pokoju na strychu, co nie było łatwe, bo - 

choć wychudzony - przy swoim wysokim wzroście ważył niemało i weterynarz, 

mający   do   pomocy   tylko   dwie   kobiety   dobrze   się   zasapał,   zanim 

przetransportował go na poddasze.

- Tu będzie pan bezpieczny - powiezdiał. - Niemcy odwiedzają tylko mój 

gabinet.   Jak   dotąd   -   odpukać   -   nie   mieliśmy   żadnych   rewizji.   Komendant 

żandarmerii darzy mnie nawet czymś w rodzaju sympatii - wyleczyłem mu psa. 

Stale powtarza, że nie jest w stanie mi się odwdzięczyć. Nieraz mam ochotę 

powiedzieć, że ma na to taki prosty sposób - zniknąć mi z oczu. I że niedługo 

będzie mógł to urzeczywistnić. Niech no tylko front przesunie się na lewy brzeg 

Wisły. Ale oni wciąż stoją, mój Boże, wciąż stoją!

Nie odezwał się. Miał już za sobą długie tygodnie bolesnego czekania, 

żeby   tamci   zza   Wisły   ruszyli   się   wreszcie,   żeby   przyszli,   żeby   ukrócili   akt 

niemieckiej   zemsty.   Niespełnione   pragnienie   wypalało   się   w   nim   udręką 

daremności,   dni   były   dwa   razy   dłuższe,   noce  były   dziesięć   razy   dłuższe   od 

zwyczajnych swoich trwań, każda godzina zadawała ból, mijając zbyt powoli.

Przez   małe   okno   na   strychu   widział   szczyt   młodej   brzózki,   z   której 

opadały ostatnie już pożółkłe liście. Liczył je co dnia, postanowiwszy sobie, że 

odejdzie z tego domu, kiedy spadnie ostatni. Choć gospodarze wciąż powtarzali, 

że pod ich dachem nie powinien niczego się obawiać - a więc i oni, i oni, 

przechowując go u siebie niczego się nie obawiali - dręczyła go wciąż myśl, że 

nie powinien ich narażać. Co innego dzień, dwa, tydzień w nadziei na szybkie 

przesunięcie się frontu - ale ono nie następowało i Niemcy po tej stronie Wisły 

szaleli   wciąż   w   bezkarnej   samowoli.   Nie   miał   więc   prawa   przedłużać 

zagrożenia, które sprowdził na ten dom, powinien jak najprędzej go opuścić.

Powiedział to pierwszego wieczora, kiedy o własnych siłach zszedł ze 

strychu do kuchni, gdzie przy najlepszym zaciemnieniu okien wszyscy zwykle 

przesiadywali.   Powiedział   -   i   spotkał   się   z   tak   gorącym,   tak   kojącym   serce 

protestem, że do dziś dźwięczała mu w uszach serdeczność każdego słowa.

background image

-   I   dokąd   ty   byś   poszedł,   mój   chłopcze?   -   załamała   ręce   Izabelka 

Szymankowa.

- Do Wysoczar.

-   Za   daleko,   żeby   dojść   piechotą.   A   w   pociągach   są   wciąż   kontrole. 

Legitymują wszystkich młodych mężczyzn.

- Ale przecież nie mogę nadużywać gościnności...

-   Mówisz   tak   -   obruszył   się   weterynarz   -   jak   byś   przyszedł   na 

podwieczorek   i zasiedział   się  do  późna.  Podczas  wojny  zamiast  gościnności 

używa się innego słowa.

- Jakiego?

- Powinność, obowiązek wobec drugiego człowieka... zresztą słowa są 

nieważne. Nie zasnąłbym, gdybym cię teraz stąd puścił. Nie po tom postawił cię 

na nogi, żeby cię Niemcy znowu dostali w swoje łapy. Napijesz się?

- Chętnie - bąknął.

Doktor Szymanko podszedł do kredensu, wyjął butelkę i dwa kieliszki. 

Był   rosłym   mężczyzną   o   siwiejących   już   włosach,   ale   twarz   miał   młodą, 

ogorzałą jeszcze od letnich podróży w teren. Podniósł butelkę w górę, przyjrzał 

się jej pod światło.

- Bimber - powiedział. - Ale jaki! Przyprawiony miodem i ziołami. Przy 

życiu mnie trzyma! I ciebie też uspokoi, zobaczysz. Napijesz się i nigdzie już 

stąd nie będziesz chciał iść.

- A czy tobie u nas tak źle? - odezwała się cicho Karolina. Stała przy 

kuchni, choć nic już nie gotowało się na płycie.

Wszyscy zwrócili ku niej głowy, rodzice wymienili ze sobą spojrzenia, on 

na chwilę stracił oddech. Bo było to powiedziane nie z dziewczęcą kokieterią, 

której   raczej   można   by   się   spodziewać,   ale   z   ogromnym   żalem,   z   bolesną 

pretensją.

- Tak źle? - powtórzyła.

- Och, nie? - wybuchnął. - Od dawna, od dawna nie było mi tak dobrze!

background image

- Ale w Wysoczarach... - zaczęła i natychmiast urwała. Podniosła kawałek 

drewna   i   dołożyła   do   ognia,   czerwony   płomień   rzucił   swój   blask   na   jej 

pochyloną nad nim twarz. - Obydwie z mamą... i tatuś także... wszyscy tak się 

staraliśmy...

-   Karolinko!   -   doktor   odkorkował   butelkę,   napełnił   kieliszki 

jasnozłocistym płynem.

- To są wszystko normalne ludzkie sprawy. I nie powinnaś dodawać im 

nadzwyczajnych znaczeń.

- Nalej i mnie! - powiedziała Izabelka. Nie patrzyła już na córkę, brwi 

miała ściągnięte. Po raz pierwszy pewnie pomyślała, że młody człowiek pod 

jednym   dachem   z   dziewczyną   to   -   co   prawda   nie   wojenne   -   ale   jednak 

niebezpieczeństwo.

Jeśli   o   niego   chodziło,   ciekaw   był   raczej   matki.   Powracające   siły 

sprawiały, że zaczął przyglądać się jej z prawdziwym upodobaniem. Najpierw 

poraziło   go   jej   zdrowie.   Od   jak   dawna   nie   widział   rumieńców   na   kobiecej 

twarzy, nie zastanawiał się co zapowiada uwidaczniający się pod osłoną sukni, 

alarmujący jego uwagę rysunek piersi i ud. Kiedy jeszcze leżał na strychu, a ona 

przychodziła, żeby go umyć i poprawić pościel, nieraz miał ochotę przywrzeć 

ustami do pochylonej nad nim szyi. Nie zrobił tego, już wtedy wydawał się 

sobie draniem. Kim by był, gdyby zaczął uwodzić doktorowi żonę pod jego 

bokiem?

Na Karolinę nie zwracał dotąd zbytniej uwagi. Teraz dopiero ten żal w jej 

głosie uprzytomnił mu - i nie tylko jemu - jej objawioną nagle kobiecość.

Doktor, nieco zdziwiony, przyniósł z kredensu trzeci kieliszek, napełnił 

go i postawił przed żoną.

- Za co pijemy? Za to, co każdy ma na sercu. A wszyscy mamy to samo.

-   To   samo!   -   powtórzył   za   doktorem   i   tak,   jak   on,   jednym   haustem 

wychylił kieliszek.  Trunek był mocny, ale kucharz Materko w Wysoczarach 

częstował   go   czasem   w   tajemnicy   przed   rodzicami   czymś   mocniejszym   i 

background image

mocniejsze nalewki wożono w las do myśliwskiego bigosu. Nie zachłysnął się 

więc, ani nie stracił oddechu, a oczekiwano tego po nim.

- Przyzwyczajony jesteś do mocnych wódek - powiedział z podziwem 

Szymanko.

- Owszem - odpowiedział. - W Wysoczarach tylko takie się pije. Likiery 

dla   pań.   Kiedy   skończy   się   wreszcie   ta   przeklęta   wojna   i   przyjmą   państwo 

zaproszenie moich  rodziców, nasz Materko pokaże, co potrafi. Jego nalewki 

słynne są w okolicy.

- Mój Boże! - szepnął tylko doktor, a on nie rozumiał jeszcze wtedy, co 

oznaczało   to  westchnienie.  Nie  rozumiał,  albo  nie chciał  dopuścić   do siebie 

myśli, które przecież powinny go już nawiedzać. Co powiedziała Misia, którą 

tak nieopatrznie, tak niepotrzebnie zawiózł do Wysoczar...? Co mówili nieraz 

chłopcy w lesie?

- Mój Boże! - powtórzył doktor i dodał, żeby złagodzić jakoś to swoje 

zwątpienie: - Kiedy to będzie, mój drogi chłopcze, kiedy to będzie?

Z   trojga   Szymanków,   zaproszonych   do   Wysoczar   -   była   tam   tylko 

Karolina.

Pojechała   do   jego   rodziców   w   listopadzie,   w   uporczywą   jesienną 

niepogodę,   kiedy   żandarmi   woleli   przesiadywać   w   ciepłych   bufetach 

kolejowych,   niż   osaczać   podróżujących   Polaków   na   zadeszczonych   i 

przewianych   zimnymi   wiatrami   peronach.   Podczas   wieczornych   rozmów   w 

kuchni   u   Szymanków   zaczęto   zastanawiać   się   coraz   częściej   w   jaki   sposób 

zawiadomić Wysoczary, że on żyje, że nie zginął w powstaniu.

Zwłaszcza Izabelce powstrzymywanie się od przekazania jego rodzicom 

tej   radosnej   wiadomości   wydawało   się   wprost   nieludzkie.   Ale   sprawa   była 

trudna. Listownie nie można  było jej załatwić i nie można  też było znaleźć 

nikogo, kto by udawał się  w tamte  strony. I w końcu Karolina powiedziała 

któregoś wieczora:

- Ja pojadę.

background image

Znów stała przy kuchni, dokładając drew do ognia, czarna grzywka na jej 

czole nabrała od płomieni rudej barwy.

-   Ja   pojadę   -   powtórzyła,   bo   nikt   się   nie   odezwał   po   jej   pierwszych 

słowach. Zabrzmiało to zwyczajnie, jakby mówiła o wyprawie do Żelazowej 

Woli, albo dokądś jeszcze bliżej.

-   Ty?   Dlaczego...   ty?   -   zająknęła   się   Izabelka.   Jako   matka   rozumiała 

najpilniejszą potrzebę ukrócenia bólu rodziców, opłakujących już zapewne od 

dawna zaginięcie syna, ale także jako matka nie mogła przystać na zagrożenie 

swego   dziecka,   swego   ostatniego   dziecka.   -   Na   litość   boską!   -   zawołała.   - 

Dlaczego ty?

- Bo wyjazd tatusia z miasta  byłby dla Niemców od razu podejrzany. 

Niechby   akurat   wtedy   zachorował   jakiś   żandarmski   pies.   Mama   nigdzie   nie 

pracuje   i   nie   ma   żadnych   ważnych   papierów.   A   ja   mam   zaświadczenie,   że 

jestem Veterinarshilfe i nic mi nie grozi.

- Ależ przez całą wojnę nigdzie nie jeździłaś! Nawet w Warszawie nie 

byłaś. Czy wyobrażasz sobie, jak się teraz podróżuje?

- Mama sobie tego też nie wyobraża.

-   Tak   -   odezwał   się   wreszcie   Szymanko   -   obydwie   sobie   tego   nie 

wyobrażacie. - I zwrócił się do niego, jakby pragnąc mu ostatecznie wyjaśnić, że 

ani jego żona, ani córka - nie nadają się do tej podróży. - Przez całą wojnę ja 

sam wszystko załatwiałem. Jedzenie przywoziłem do domu, stawiałem na stół, 

nie musiały po nic nosa z domu wystawiać.

- Sprzeciwiam się - zaprotestował prawie histerycznie - żeby w ogóle 

mówić na ten temat! Nie pozwolę nikomu jechać! Ten dom już dostatecznie 

narażony jest przeze mnie.

- Ja pojadę! - powtórzyła z uporem Karolina.

- Ależ nigdy, nigdy się na to nie zgodzę!

- Nie potrzebuję twojej zgody - obwieściła spokojnie. - A tatuś i mamusia 

zrozumieją, że powinnam, że muszę to zrobić.

background image

I   zrobiła.   Rodziców   przekonała   w   końcu   o   słuszności   swego 

postanowienia, a jemu patrzyła tak nieustępliwie (i ładnie) w oczy, że zaczął 

nawet marzyć o jej bytności w Wysoczarach; wyobrażał sobie, jak idzie bukową 

aleją, jak wstępuje po szerokich schodach ku głównym drzwiom pałacu, jak jest 

witana przez jego matkę i ojca, przez wszystkich domowników i służbę...

- Może nawet będę mogła przejechać się karetą - powiedziała, żeby go 

rozśmieszyć.

Ale on ze smutkiem pokręcił głową.

- To nie będzie możliwe ze względu na treuhandera. Ale obiecuję ci...

Spoważniała.

- Nie musisz mi nic obiecywać.

I nigdy tego nie rób, bardzo proszę!

Już wtedy wiedział, że go kocha. To była nieunikniona konsekwencja 

przebywania pod jednym dachem, był pierwszym chłopcem, na którego patrzyła 

z tak bliska, z którym przebywała od rana do nocy. I był kimś niezwykłym, kimś 

owianym powstańczą legendą. No, a w ogóle... mógł się podobać, dziewczęta 

zawsze całkiem wyraźnie dawały mu to do zrozumienia.

Kiedy wróciła z Wysoczar, kiedy dokonała tego, a była to najważniejsza 

dla niego w tamtych dniach sprawa, w nim także zaczęło budzić się uczucie. 

Widział,   jaka   była   szczęśliwa,   że   jej   się   to   udało,   że   pokonała   dzielnie   i 

odważnie trudy i niebezpieczeństwa podróży, przesiadki i pieszą wędrówkę, i że 

wszystko to dla niego, dla niego i dla jego rodziców, którym taki ogromny, taki 

przeogromny kamień spadł z serca. Miał nadzieję, że dobrze ją przyjęli... Nie 

byłby tego zbyt pewny, gdyby nie przychodziła z wieścią zdejmującą z ich serca 

żałobę.

Patrzył teraz na Karolinę innymi oczyma, a ona piękniała i doroślała pod 

tym spojrzeniem. Pierwszy raz pocałował ją na schodach. Niosła coś, więc nie 

mogła   się   bronić,   a   on   zatrzymał   ją   między   swoimi   ramionami,   opartymi   o 

ścianę.   Niepotrzebnie   to   zrobił,   bo   bronić   wcale   się   nie   chciała.   Usta   miała 

background image

wilgotne   i   chętne,   choć   był   pewien,   że   nie   dotykały   ich   jeszcze   wargi 

mężczyzny.   Najpierw   pomyślał   o   tym,   czy   całował   już   kiedyś   dziewczynę, 

której nikt jeszcze nie całował? Nawet Misia wydawała mu się mieć jakąś iście 

warszawską   praktykę   pod   tym   względem.   Więc   ona   pierwsza,   taka 

najniewinniejsza z niewinnych, i on był pierwszym dla niej. Nie widział wyrazu 

jej oczu, bo przykrywały je opuszczone rzęsy, ale wyobrażał sobie, że był w 

nich wstyd i radość.

- Czy będziesz mieć żal do mnie, że to zrobiłem? - zapytał cicho.

Milczała.

- Czy mam już tego nigdy nie robić?

- Nie! Och, nie! - zaprzeczyła gorąco.

Pocałował   więc   jeszcze   raz,   jeszcze   raz   przykrył   ustami   te   małe,   ale 

wypukłe od pulsującej krwi, te chętne, napięte na wilgotnych zębach wargi.

Pomyślał,   że   miał   naprawdę   dużo   szczęścia,   trafiając   tutaj.   Z   dołu,   z 

kuchni, dochodził szczęk naczyń, zmywanych przez Izabelkę Szymankową. Czy 

właściwie się odwdzięczał za ratunek i gościnę w tym domu? Ale przecież nie 

robił nic złego. Na litość boską, czy robił coś złego?

Owego - jednego z pierwszych grudniowych dni - kiedy rodzice Karoliny 

musieli   pójść   na   imieniny   jakiegoś   serdecznie   z   nimi   zaprzyjaźnionego 

Ksawerego - nie miał już siły zadać sobie tego pytania. Był to dzień imienin 

jego   ojca,   hucznie   zawsze   obchodzony   w   Wysoczarach,   o   czym   opowiadał 

właśnie w kuchni Izabelce, a ona biadała (ależ tak, na pewno biadała, a on nie 

wiedział jeszcze wtedy dlaczego), że muszą iść do tych przyjaciół, że na pewno 

pogniewano by się na nich, gdyby nie przyszli... Wspomnienie Wysoczar było 

tak   silne,   że   po   wyjściu   Szymanków   poszedł   do   siebie   na   strych,   żeby 

odtworzyć   w   pamięci   tamte   wysoczarskie   imieniny,   od   pierwszych,   które 

pamiętał, aż po ostatnie spędzone w domu. Najpierw imieninowych wierszyków 

uczyły go bony. Wystrojony w czarne aksamitne ubranko z koronkowym białym 

kołnierzykiem   i   takimiż   mankietami,   wygłaszał   rymowane   powinszowanie   i 

background image

całował papę, który zwykle życzenia od domowników przyjmował jeszcze w 

łóżku.   Potem   -   w   miarę   upływu   lat   -   rysował   pod   okiem   guwernera   coraz 

pięknejsze   laurki,   a   wierszyki   wygłaszał   przeważnie   w   obcych   językach, 

ponieważ   uczący   go   guwernerzy   pragnęli   w   ten   sposób   przedstawić 

chlebodawcy swoje osiągnięcia. Uroczysty obiad spożywano w gronie rodziny i 

domowników, ale kolację - dla wielu bardzo gości - podawano już w dużej sali 

jadalnej, a Materce w kuchni pomagało wtedy kilka kucharek i kuchcików. Balu 

nie   wydawano,   bo   trzeciego   grudnia   przypadało   w   adwencie,   ale   wystawne 

kolacje   ciągnęły   się   długo   w   noc,   a   karciarzom   do   rana   podawano   tace   z 

kanapkami   i   dopiero   o   późnym   świcie   rozdzwaniały   się   dzwonki   u   sań, 

uwożących gości.

Usiłował   sobie   właśnie   przypomnieć   menu   ostatniej   przedwojennej 

kolacji i zatrzymał się na dłużej przy wspomnieniu indyka z truflami, a może 

kasztanami,   które   B-cia   Pakulscy   sprowadzali   samolotem   z   Włoch   do 

Warszawy, a z Wysoczar wysyłano po nie specjalnie samochód - myślał więc o 

indyku tak wspaniale przyrządzanym przez Materkę, gdy usłyszał, że... Karolina 

idzie powoli schodami na jego stryszek.

Z początku myślał,  że mu  się zdaje. Nigdy tu sama  nie przychodziła. 

Kiedy był chory, przynosiła jedzenie, dzbanek z wodą i miednicę, paliła w piecu 

- zawsze w obecności matki. Ale nie, nie zdawało mu się, naprawdę szła do 

niego.

Przestraszył się, że może coś się stało, że zobaczyła przez okno na dole 

zbliżającego się ścieżką od furtki jakiegoś nieproszonego gościa i idzie, żeby go 

ostrzec, choć to ostrzeżenie - zwłaszcza gdy doktora nie było w domu - nie na 

wiele by się zdało. Kiedy był, otwierali razem w momentach zagrożenia wyjście 

na dach, wysuwali tam składane łóżko wraz z pościelą, które także trzeba było 

ukryć, a potem doktor i jemu pomagał się tam wydostać. Miał za kominem, 

szczególnie po zapadnięciu zmroku znakomitą kryjówkę.

Ale teraz na dworze było jeszcze jasno - godzina policyjna przesuwała 

background image

spotkania towarzyskie na wczesną porę - a Karolina nie miała tyle siły, żeby 

pomóc mu w wydostaniu się wraz z jego legowiskiem na dach.

Ogarnął go popłoch. Zerwał się z łóżka, z rozpaczą spojrzał ku oknu.

- Stało się coś? - zapytał, gdy zjawiła się w drzwiach.

Zatrzymała się w progu nieruchomo, oczy miała spuszczone.

- Nie, nic - szepnęła.

- Nic?

- Nie. Tak przyszłam.

To rozbrajające ”tak przyszłam” powinno od razu go rozśmieszyć, ale 

długo nie docierała do niego zaskakująca niezwykłość sytuacji. Stał odrętwiały i 

bał się, że ona tam w progu słyszy łomot jego serca.

Zbliżyła się.

- Źle się czujesz?

- Nie, skądże - wyjąkał.

Zbliżyła się jeszcze bardziej, zajrzała mu w twarz.

- Przecież widzę. Blady taki jesteś...

- Leżałem i zerwałem się raptownie. I myślałem, że może... jacyś Niemcy, 

akurat pod nieobecność ojca... Że może ktoś doniósł i przyszli...

- To najpierw mnie by musieli zastrzelić tam na dole.

Powiedziała to tak, jak mówiła zawsze wszystkie ważne, najważniejsze 

słowa   -   cicho   i   całkiem   zwyczajnie,   jakby   stwierdzała   stan   pogody,   albo 

zapowiadała podanie herbaty.

- Co ty mówisz? - przeraził się jeszcze bardziej, niż przed chwilą, gdy 

spodziewał się tylko własnej śmierci. - Nie myśl nigdy o tym.

- Tak postanowiłam.

- Źle! Źle postanowiłaś!

- Nie wpuszczę tu do ciebie żadnego Niemca.

Objął ją, ukrył twarz w jej włosach.

- Nie zdołałabyś tego zrobić.

background image

Oni zabijają i idą dalej. Zabiliby ciebie, a tu by jednak weszli.

- Ale ja bym tego już nie widziała.

To   także   powiedziała   cicho   i   całkiem   zwyczajnie,   nie   mogłaby   być 

aktorką, występującą w tragedii, nie potrafiłaby wzruszyć nikogo na widowni - 

ale nim wstrząsnęła. Mówiła tu tak straszne rzeczy, a front stał wciąż za Wisłą i 

tyle jeszcze mogło się zdarzyć, tyle razy mógł ktoś, w najboleśniejszym tego 

słowa znaczeniu - nieproszony, zapukać do drzwi.

- Nie mów tak. Nie wiesz, co mówisz.

- Wiem.

- Nie wiesz. Już raz nierozsądna dziewczyna... dla mnie... przeze mnie... 

dlatego, że zawsze, w każdej chwili, chciała być tam, gdzie ja...

- To dobrze, że są jeszcze nierozsądne dziewczyny.

- Dobrze? To niczego nie zmienia.

- Zmienia. Ten zły świat staje się mimo wszystko chociaż trochę lepszy.

- Nie, ten zły świat pochłania coraz to nowe ofiary.

- A jednak staje się przez to lepszy.

Zadziwiała go tym,  co mówiła,  nie była dziewczątkiem,  z którym nie 

przeprowadził   ani   jednej   poważnej   rozmowy,   była   dziewczyną,   która   może 

więcej, niż on, wiedziała o życiu i nie bała się cierpienia, gdy oznaczało miłość.

To,   co   się   potem   stało,   stało   się   z   rozpaczy.   Z   zagrożenia,   które 

daremnym   i   niemożliwym   czyniło   wszystko   odkładane   na   później,   na 

szczęśliwą przyszłość.

Zaczął ją całować coraz zacieklej, a ona tak samo zaciekle oddawała mu 

pocałunki,   obydwoje   tracili   przytomność,   pamiętając   tylko   o   tym,   jak   wiele 

może się zdarzyć, zanim front z prawego przeniesie się na lewy brzeg Wisły... 

Ale   w   tej   szaleństwu   podobnej   zaciekłości   był   jeden   moment   niegodny 

wzniosłego szczęścia,  jakie przeżywał - krótkie uczucie zemsty  na tej, którą 

trzymał w ramionach, którą wziął zadając jej ból i posiadał, zamiast tamtej.

Leżeli długo, wciąż rozpaczliwie objęci, ona zapewne czekała na słowa, 

background image

których on nie wypowiadał, choć wiedział, że powinien, że powinien je wyrzec, 

bo byłyby usprawiedliwieniem, rozgrzeszeniem, tak potrzebnym i nieodzownym 

tej chwili. Całkiem niedorzecznie myślał tylko o tym, jak bardzo musi być jej 

niewygodnie   i   że   tylko   uległa   miękkość   i   czułość   pozwala   kobietom  znieść 

ciężar i twardość mężczyzny.

Szeptała coś ustami przytulonymi do jego szyi. Poczuł się przyłapany na 

swoim milczeniu, jak na zbrodni, większej od tej, której przed chwilą dokonał.

- Mówiłaś coś? - zapytał cicho.

- Nie, nic. Tak tylko... do siebie.

- Pewnie mi tego nigdy nie przebaczysz?

Przesunęła głowę na poduszce tak, że mógł patrzeć w jej szeroko otwarte, 

zdumione oczy.

- Czego?

- Tego, co się stało. Nie powinniśmy... Ja nie powinienem...

- Cicho bądź. Nigdy nie będę tego żałowała. Straszne by było dla mnie, 

gdybym miała to zrobić z kimś innym.

- Teraz ty bądź cicho, dobrze?

- Dlaczego? Nieraz o tym myślałam. Wyskoczyłabym przez okno, gdyby 

ktoś inny się do mnie zbliżył.

- Za wcześnie o tym myślałaś - zauważył speszony.

- Dlaczego? Dziewczyny zaczynają o tym myśleć bardzo wcześnie. Jak 

tylko się dowiedzą...

- Jak się dowiedzą...? O czym?

-   O   tym   właśnie.   Najpierw   płaczą,   jak   ja,   a   potem   coraz   bardziej   są 

ciekawe...

- Nie mów tak.

-   Ale   ja   nie   z   ciekawości   -   zaszeptała   namiętnie.   -   Wiktor!   Nie   z 

ciekawości! Ja chciałam, żebyś to właśnie był ty! Tylko ty, nikt inny! BAłam 

się,   że   wojna   się   skończy   i   pójdziesz   sobie,   a   ja...   Już   ci   powiedziałam   - 

background image

wyskoczyłabym oknem, gdyby ktoś inny...

- Sza! - powiedział, kładąc wargi na jej ustach, ale ona chciała mówić, 

oddała mu pocałunek pośpiesznie i prawie w roztargnieniu, przechyliła głowę w 

bok i chciała mówić, nie zważając, że on nade wszystko pragnie milczeć.

- Ja wiem, że ty już na pewno... Z chłopcami w takich wypadkach jest 

inaczej...

- Jestem o cztery lata starszy od ciebie - warknął, ale ona wciąż chciała 

mówić i w końcu zadała mu to pytanie, które wszystkie niewinne dziewczyny 

lubią stawiać, gdy niewinnymi być przestają:

- Na pewno miałeś już kogoś...

- Tak - warknął znów z twarzą ukrytą w poduszce.

- No, to wiesz więcej ode mnie... Czy było tak... - ale teraz ściszyła głos 

zalękniona - czy było tak, jak być powinno...?

To  musiało   go   wzruszyć.   Wciąż   z   twarzą   w   poduszce   uśmiechnął   się 

prawie czule.

- O czym ty myślisz?

- Odpowiedz!

- Było cudownie. Jak z nikim.

- Naprawdę, nigdy ci tak nie było?

- Naprawdę. I nie pytaj już o nic więcej.

- Dlaczego?

- Nie wiem dlaczego. Ale nie powinno się tyle mówić... potem.

- Chcę, żeby zawsze ci tak ze mną było.

To   ”zawsze”,   powiedziane   tak   żarliwie,   tak   tkliwie   i   zapamiętale, 

ugodziło go w samo serce.

- Nie powinno się tyle mówić - powtórzył.

- Dobrze, już nic nie powiem.

Ale odezwała się po chwili. Zakołysała nim na sobie i prawie zaśpiewała 

cichutko:

background image

- Nikomu o tym nie powiemy.

- Tak, nikomu o tym nie powiemy.

Nie   dałoby   się   jednak   chyba   tego   ukryć   przed   domownikami   -   przed 

matką Karoliny przede wszystkim - gdyby nie to, że wszyscy mieli teraz czym 

innym   nabite   głowy.   Niemcy   coraz   tłumniej   opuszczali   miasto,   cywilni 

urzędnicy wysyłali najpierw do Reichu swoje rodziny, potem gorliwie zwijali 

prowadzone przez siebie agendy, przenosząc je do macierzystych miast. Oprócz 

wojska   tylko   żandarmeria   tkwiła   wciąż   na   posterunku,   ale   jej   komendant 

pokazywał się nader rzadko, wychodził tylko wieczorem, snując się ulicami, jak 

złe wspomnienie, które zostawiał po sobie w tym mieście.

O   zdrowiu   żandarmskich   psów   nikt   już   oczywiście   nie   myślał.   Nie 

prowadzono   ich   do   doktora   Szymanki   na   okresowy   przegląd,   wyły   nocami, 

może nawet z głodu.

Doktor   pracował   w   tym   czasie   mało.   Poczekalnia   świeciła   pustkami. 

Ludzie   budowali   na   podwórzach   schrony,   przenosili   cenniejsze   rzeczy   do 

piwnic. Przesuwanie się frontu na zachód mogło z miasta uczynić ruinę, Niemcy 

zdecydowani   byli   je   bronić.   Krótkie   wypady   w   teren   miały   na   celu   tylko 

zdobycie żywności, dla Białka oczywiście także, wojna wojną, ale koń musiał 

co dzień dostawać swoją porcję.

Wieczorami przesiadywali oczywiście w kuchni, bo było tam najcieplej i 

okna miały najlepsze zaciemnienie. Jakoś nikt już nie myślał o groźbie rewizji, a 

on schodził już teraz zawsze ze swego stryszku, żeby razem z doktorem popijać 

nalewkę   z   czarnych   porzeczek,   którą   tak   znakomicie   przyrządzała   Izabelka 

Szymankowa.   Karolina,   jak   zwykle   pilnowała,   żeby   ogień   nie   wygasł   pod 

kuchenną   płytą,   palono   drzewem   i   wymagało   to   częstego   dokładania 

sosnowych, szybko spalających się, polan. Kiedy nie była tym zajęta, patrzyła 

na niego. Patrzyła tak intensywnie, z takim bolesnym zapamiętaniem, że tracił 

wątek w prowadzonych z doktorem rozmowach i z trudem do nich wracał z 

ogarniającego go w takich chwilach przerażenia; rad był, że Izabelka zbyt wiele 

background image

miała zajęć domowych, żeby przyglądać się córce. Bo doktora nie zajmowało 

nic   poza   toczącą   się,   poza   kończącą   się   zwycięsko   wojną.   Z   tego 

przeogromnego tematu jeden wątek zdawał się być najostrożniej i najlitościwiej 

wyłączony:

Wysoczary, ich powojenny los.

Szymanko, choć nie przestawał żyć pojęciami  sprzed 39 roku, oceniał 

jednak trzeźwo fakty zapadłe w 44. W Chełmie i Lublinie. Na polach bitew. Już 

Misia,   za   młoda,   żeby   przedwojenny   czas   wywarł   na   niej   trwałe   piętno, 

rzeczywistość   44   roku   przyjmowała   za   nową   polską   sytuację.   Powiedziała 

przecież już w 43 opuszczając Wysoczary po pierwszej swojej i jedynej tam 

wizycie:   ”Chyba   smutno   jest   mieć   teraz   coś   takiego”.   Na   Karolinie   także 

Wysoczary nie zrobiły właściwego wrażenia. Ona także myślała, że nie należy 

przywiązywać serca do ich piękna i bogactwa. Stanowczo jej nie doceniał, bo on 

sam marzył tylko o tym i czekał tylko na to, żeby tam wrócić. Niechby  front 

przesunął się wreszcie za Wisłę, niechby z Wysoczar uciekł treuhander, a on 

nawet   gdyby   nie   ruszyły   jeszcze   pociągi   -   na   piechotę   by   tam   dotarł,   na 

kolanach... Nie myślał jeszcze wtedy o wstąpieniu do wojska, jeszcze wtedy ta 

myśl nie przychodziła mu do głowy.

A doktor mówił:

-   Nie,   Izabelko,   teraz   już   mnie   nie   powstrzymasz.   Przez   całą   wojnę 

trzymałaś mnie, jak pod kloszem, do niczego nie pozwoliłaś się mieszać.

Rozumiałem to, śmierć Piotrusia...

- Przestań! - Izabelka rzucała w kąt swoje zajęcia, przysiadała przy stole. 

Groza, budząca się w jej oczach, nie pozwalała zabłysnąć łzom. - Proszę cię, 

przestań!

- Już teraz nie mogę. Teraz już nie. Nie jestem jeszcze stary. Mogę się 

jeszcze przydać.

- O czym ty mówisz, Karol?

- Wiesz dobrze, o czym. Przez całą wojnę mierziło mnie to, że dbałem 

background image

tylko o swój dom, że zwoziłem do niego żarcie...

- Sam przecież też musiałeś jeść - cierpko zauważyła Izabelka.

- Tak, przepraszam. Ale to mnie właśnie mierziło, że inni walczą, a ja...

- Jedna rodzina dość chyba poniosła ofiar. - Izabelka rękę miała ciężką i 

kiedy grzmotnęła pięścią w stół, podskoczyły na niej kieliszki i nie opróżniona 

jeszcze butelka - i przestań mi tu te głupoty wygadywać! Dosyć płaczu w tym 

domu, dosyć żałoby! Teraz trzeba myśleć tylko o tym, jak tu z tej wojny wyjść 

cało. Bitwa będzie o miasto!

- Och, niechby już była jak najprędzej! - Doktor napełnił znów kieliszki. - 

Napijmy się, Wiktor, za tę bitwę, która nad naszymi głowami potoczy się na 

zachód.

Pił z doktorem, sennie uczestnicząc w rozmowie, która nieraz trwała do 

późna w nocy.

Nie, wtedy jeszcze o pójściu z wojskiem nie myślał. Dopiero kiedy w 

ostatnim   dniu   niemieckiego   panowania   w   mieście,   stało   się   to   straszne,   to 

nieprzewidziane - z doktorem i z Białkiem, wtedy dopiero zrozumiał, że musi 

iść.

Naprawdę   musiał.   Za   wszystko,   co   zrobili   Niemcy   w   tym   kraju,   ale 

przede   wszystkim   za   powstanie,   za   osaczenie   w   Kampinosie,   za   bitwę   pod 

Jaktorowem, a teraz także i za doktora, niejako dwa razy za doktora: za jego nie 

dokonane, tak okrutnie udaremnione uczestnictwo w wojnie - i za jego śmierć. 

Zemsta za nią dołączała się do długiego szeregu spraw żołnierskiej powinności, 

których nie mógł zlekceważyć. Nie darowałby tego sobie, nie mógłby z tym żyć.

Karolina go nie powstrzymywała.

Może pamiętała rozmowę ojca z matką, może brakowało jej śmiałości i 

przekonania, że jej zdanie, że ona sama będzie w tej decyzji brana pod uwagę. I 

to właśnie sprawiło, że najbardziej o niej myślał, nie o rodzicach, ale właśnie o 

niej, choć wcale tego od niego nie wymagała.

Któregoś   dnia   wziął   ją   za   rękę   i   stanął   z   nią   przed   matką,   jak   w 

background image

staropolskiej sztuce, czy operze.

- Żenię się z Karoliną.

- Jezus Maria! - przeraziła się Izabelka. Może nie tylko ciężka żałoba 

powstrzymywała ją od radości. - Teraz? Tak nagle?

- Tak. Dołączam do wojska. A przedtem muszę ożenić się z Karoliną.

Powinien   był   powiedzieć   ”chcę”,   ”pragnę”,   ”proszę”   -   ale   powiedział 

”muszę”   i   nie   można   już   było   tego   cofnąć.   Zresztą   to   sformułowanie   było 

najlepsze.

Czy   miał   wyjaśniać   tym   kobietom,   że   nie   pozwoli   sobie   (on, 

Wysoczarski!) na pozostawienie Karoliny bez swego nazwiska, że nie wolno mu 

do ich żałoby dodawać jeszcze wstydu, który by niechybnie spadł na nie, gdyby 

nie wrócił z wyprawy na Berlin, a Karolina... tak, to przecież mogło się zdarzyć, 

miłość nie była tylko uczuciem, podlegała także prawom fizjologii.

- Bez pozwolenia rodziców się ożenisz? - spytała Izabelka.

Wiedziała, że nigdy by mu go nie udzielili, a córka wydawała jej się za 

dobra na to, żeby na siłę pchać się do jakiejś rodziny.

- Pani mi chyba zgody nie odmówi?

- Nie o mnie chodzi.

- A z moimi rodzicami skontaktować się nie mogę. I nie ma na to czasu. 

Muszę iść. Zgłosiłem się do polskiej armiii i pojutrze mam stawić się w pułku. 

Po uzupełnieniu stanu skierowany zostanie na front.

- Boże, Boże! - zapłakała Izabelka. - Czymże zasłużyłam u losu, że to 

właśnie przede mną stają mężczyźni i mówią: muszę iść! Piotruś... Karol też to 

powtarzał, a teraz ty, ledwo się z ran wylizałeś. Przecież znam kobiety, które 

przez całą wojnę swoich chłopów mają przy sobie, a tutaj, pod tym dachem, 

tylko ”muszę” i ”muszę”.

- Muszę iść - powtórzył. - A przedtem muszę ożenić się z Karoliną. - 

Znowu użył tego niewłaściwego słowa i zastanowiło ono Izabelkę; może była 

skłonna rozważać, czy nie lepiej po wojnie być panną, niż młodą wdową, ale 

background image

teraz zerknęła na niego uważnie. Wytarła do sucha oczy, schowała chustkę do 

kieszeni fartucha.

- Kochasz ją przynajmniej? - spytała ze zbyt jawnym niedowierzaniem.

- Tak - powiedział. Głośno i wyraźnie. - Tak.

- A ty? - zwróciła się do córki nie tyle z pytaniem, co z naganą.

- Och, tak, mamusiu! - szepnęła Karolina.

A jej matka podniosła głos:

-   Ciebie   w   ogóle   nie   powinnam   pytać,   bo   ty   głupia   jeszcze   jesteś. 

Zobaczyłaś w domu obcą parę spodni i od razu miłość!

Objął Karolinę i przytulił do siebie.

- Bardzo się kochamy - powiedział serdecznie i ta serdeczność, na którą 

się zdobył w tej tak oschłej scenie, przez całą drogę na Berlin i w rozpętanym 

tam piekle ogrzewała mu serce. Nie zawiódł tej dziewczyny, która mu się oddała 

- głupio i bez krzty rozsądku, tak, ale żywiołowo i z ufnością, nie zawiódł jej i 

pomagało mu to wierzyć, że do niej wróci.

Wbrew obawom, czy przewidywaniom, pierwsze ich dziecko, Krystian, 

przyszło na świat dopiero w 47 roku, poczęte podczas jednej z tych cudownych 

nocy, kiedy - studiując w Warszawie - przyjeżdżał na niedziele do domu, a ona 

witała   go   stęskniona.   Zawsze   tak   odnosiła   się   do   wszystkich   ich   zbliżeń, 

spontaniczna   i   spragniona,   nie   okazująca   mu   nigdy   znudzonego 

przyzwyczajenia - co także było fundamentem ich małżeństwa. Obserwując ojca 

wiedział, że mężczyzna nudzi się dość szybko i, że utrzymać go przy sobie 

może tylko nie nudząca się nim kobieta.

Kochana moja! pomyślał ze wzruszeniem. Zerwał się z ceratowej leżanki, 

żeby biec do niej i zaraz ją pocałować, objąć, przytulić do siebie. Pies podniósł 

głowę i patrzył na niego uważnymi, błyszczącymi oczyma, ale Marek się nie 

zbudził. Spał skurczony w fotelu, posapywał przez sen i trzeba było potargać go 

za włosy, żeby otworzył oczy.

- Znowu się spóźnię - szepnął nieprzytomnie.

background image

- Dokąd? Dokąd się spóźnisz? - uśmiechnął się Wiktor.

- Do szkoły... Ojej, to ja nie jestem w Warszawie?

- Nie, jesteś u dziadków. I nawet jutro nie idziesz do szkoły, bo niedziela.

- Jak fajnie! - Marek przytomniał powoli, ale żeby ruszyć go z fotela, 

Wiktor   musiał   przypomnieć   mu   o   tortach,   które   na   pewno   smakowały 

wszystkim gościom.

- Śpiesz się! Biegnij do jadalni.

Popchnął Marka ku drzwiom, a zauważywszy przez ich rozchylenie, że 

Karoliny nie ma przy stole, udał się do kuchni.

Naprawdę   tam   była.   Siedziała   na   ławce   przy   zastawionym   brudnymi 

naczyniami stole, głowę miała opartą na zaplecionych dłoniach.

- Co się stało? Dlaczego tu jesteś?

Nie spojrzała na niego.

- Głowa mnie boli.

- Przyniosę ci proszek.

- Nie chcę proszka. Samo mi przejdzie jak się tylko będę mogła położyć.

Usiadł obok niej, przygarnął ją do siebie.

- Oprzyj się na mnie. Będzie ci wygodniej.

- Nie, dziękuję. Tu jest mi dobrze.

-   Ale   będzie   ci   lepiej   i   głowa   przestanie   boleć,   kiedy   się   do   mnie 

przytulisz.

- Daj mi spokój.

- Proszę, przytul się. Może wreszcie będę mógł cię pocałować.

- Miałeś na to dość czasu i okazji w samochodzie. - Zerwała się, oczy jej 

płonęły. - Nawet nie wiem, czy to ja tam z tobą siedziałam.

Patrzył na nią przerażony.

- Co ty wygadujesz, Karolinko.

Przecież prowadziłaś samochód.

- Tak, prowadziałam samochód.

background image

Ale nie było mnie przy tobie. Przez cały czas nie było mnie przy tobie.

- Boże drogi! O czym ty mówisz? Za bardzo się zmęczyłaś dzisiejszym 

dniem. Musisz odpocząć, oprzytomnieć.

- Oprzytomnieć musisz ty! Ja wracam do gości.

Zostawiła   go   przerażonego   i   zdumionego   jej   zachowaniem,   głośno 

zamknęła za sobą drzwi. Co to za idiotyzm te jakieś jubileusze? pomyślał.

Przynajmniej,   żeby   na   pewno   wiedział,   kto   pierwszy   wpadł   na   ten 

pomysł. Chyba nie on... a może jednak on...? Co go podkusiło? Cała rodzina i 

najbliżsi   znajomi   przy   stole,   pełna   gala   i   feta,   wysoczarskie   obrusy, 

wysoczarskie srebra i kryształy - że też nie przyszło mu do głowy, że to będzie 

harówka i udręka nie do wytrzymania. Gdyby nie urządzali tego zbiegowiska, 

leżałby   już   sobie   teraz   w   łóżku,   czytając   ”Życie   Warszawy”,   albo   ”Express 

Wieczorny”, Karolina z matką kończyłyby dzień rozmową w kuchni na temat 

jutrzejszego obiadu, Sylwia w swoim pokoju pod kołdrą słuchałaby radia - a 

jego   te   odgłosy,   dochodzące   z   głębi   domu,   usypiałyby   jak   najlepsza,   bo 

nieszkodliwa nasenna pigułka.

Pomyślał, czy nie pozmywać by naczyń, które nagromadziły się już po 

odejściu Pawlisiowej? Nie miał ochoty wracać do stołu, a poza tym ulżyłby 

Karolinie i babce Izabelce w sprzątaniu kuchni. Przepasał się fartuszkiem, część 

naczyń przeniósł do zlewu.

Tak zastał go Krystian, który szukając ojca obszedł cały dom i zajrzał 

wreszcie do kuchni.

- Co ojciec tu robi?

Zaniepokoiłem się, że tak długo nie ma ojca przy stole - i mama jakaś 

dziwna... Powiedziała, że na pewno uciął sobie ojciec drzemkę.

- I owszem. Poleżałem chwilę na kanapce w gabinecie. A Marek zdrowo 

przespał się w fotelu.

- Poznałem to po nim, zjawił się w pokoju zaspany jak kot. - Ale... czy 

akurat ojciec musi zmywać naczynia?

background image

- Chciałem zrobić niespodziankę mamie i babce, obydwie z nóg lecą.

-   Nie   wiem,   jak   mama,   rzeczywiście   -   jakoś   przybladła.   Ale   babka 

Izabelka mogłaby przetrzymać ze trzy takie jubileusze.

Roześmiali się obydwaj, ale niezbyt długo trwała ta wesołość. Krystian 

usiadł na stołku, zapalił.

- Tatusiu - odezwał się po chwili, choć już od bardzo dawna nie zwracał 

się   tak   do   ojca   -   długo   nie   będziemy   się   widzieć.   Szukałem   cię,   żeby 

porozmawiać przed wyjazdem.

Wiktor   zerknął   na   syna   ze   zdumioną   czujnością.   Krystian   od   małego 

wzywany był na rozmowy, nigdy sam o nie nie prosił.

- Cieszę  się, że mnie tu znalazłeś - powiedział ostrożnie. - Przy stole 

rzeczywiście nie można spokojnie pogadać.

- Wciąż ktoś coś bredzi. Teraz Sylwia przypięła się do tego apsztyfikanta 

Agnieszki. Nie spuszcza z niego oka i wciąż go o coś indaguje. Ale Agnieszkę 

to bawi.

- A co powinna robić? Okazywać zazdrość? To byłoby śmieszne.

- Czy przynajmniej uprzedziła, że kogoś przywiezie?

- Nie.

- Oczywiście, nigdy nie miała tego zwyczaju. To tylko na nas mama była 

zawsze   wściekła,   gdy   zjawialiśmy   się   z   kimś   w   domu.   Nawet   jeśli   to   byli 

chłopcy.

- Nie zauważyłem, żeby tak było.

- A było tak naprawdę.

Agnieszka zawsze miała jakieś przywileje.

- Bo była jedna, a was dwóch.

Ale czy... chciałeś ze mną rozmawiać o Agnieszce?

- Nie, skądże. Mimo woli zacząłem o niej mówić.

- Ładnie wygląda, nie zauważyłeś?

- Owszem.

background image

- Ma dobre role, dużo gra, w teatrze i w telewizji.

- I wciąż się koło niej ktoś kręci.

- Wolałbyś, żeby była sama jak palec?

- Powinna się wreszcie ustatkować!

- Są natury, dla których oznaczałoby to kres istnienia.

Krystian roześmiał się.

- I ojciec to mówi? W czterdziestolecie swego małżeństwa? Wydawało mi 

się zawsze, że bolejecie obydwoje z mamą nad nieustatkowaniem Agnieszki.

-   Bo   ja   wiem?   -   zamyślił   się   Wiktor.   -   Czy   aż   tak?   Aż   bolejemy? 

Przynajmniej ja bym tego tak nie nazwał...

Krystian wciąż się śmiał nieco zakłopotany.

- Nie spodziewałem się, że usłyszę coś takiego.

- No to masz przynajmniej jakąś niespodziankę.

- Nie jedną. - Krystian zamilkł przyglądając się, jak ojciec zgarnia na 

spodek resztki jedzenia pozostawione na talerzach. - Dla psa?

- Dla psa. Rano obudzi się z apetytem. Postawię mu spodek w gabinecie 

przy kanapce, żeby od razu go znalazł. Podejrzewam, że jutro dłużej pośpimy, 

więc długo by musiał czekać na śniadanie.

- W tym jest jakiś spokój? - powoli i bardzo cicho spytał Krystian.

- W czym? - zdumiał się starszy Wysoczarski.

- W tym wszystkim. W miłości do zwierząt i w tym, że ojciec zmywa 

naczynia,   w   całym   wieczorze,   który   w   pewnych   chwilach   wydawał   mi   się 

koszmarem, ale gdy tak o nim myślę, może już z mego rozpoczynającego się 

oddalenia, jawi mi się...

- Jako co...?

-   ...jako   coś   w   rodzaju   prezentu,   niezniszczalneFgo   prezentu,   który 

wszyscy dziś otrzymaliśmy.

- Krystian! - Wiktor odstawił talerze, usiadł także, zapalił.

- O czym właściwie chciałeś ze mną porozmawiać?

background image

-   O   tym   właśnie.   Że   niespodziewanie   ten   wieczór   stał   się   czymś,   co 

zabieram ze sobą w długą podróż. Cieszę się, że Marek tu był, będę mógł z nim 

o tym rozmawiać. Nie przywoziłem go zbyt często, a trzeba, żeby zapamiętał 

obydwie prababki...

- No i nas także - zauważył Wiktor z cieniem melancholijnego uśmiechu, 

który przemknął mu po wargach.

- Och, wy z mamą jesteście jeszcze młodzi.

- No, no - latka lecą. - Długo masz zamiar posiedzieć w Stanach?

Wiktor rozłożył ręce bezradnym gestem.

- Nie wiem. Tego się nigdy nie wie. Najczęściej, kiedy człowiek ma już 

jakieś uczucie zasiedzenia, odwołują - i pakuj manatki.  Iluż języków Marek 

zaczynał się już uczyć. Przyznam się, że chciałbym posiedzieć nieco dłużej.

- Właśnie tam?

- A dlaczego nie tam? W końcu jest to jakiś ważny punkt świata.

- Dla mnie najważniejszy jest środek mego podwórza i tu wbiłem kołek, 

który służy mi za orientację.

- Pozwolisz ojcze, że zauważę, iż podwórza miałeś w swoim życiu dwa, a 

więc te kołki nie są orientacją jednoznaczną.

- W tym, o czym myślę, są.

Wcale nie przeszkadza, że miałem je dwa. I chciałbym w końcu wiedzieć 

-   Wiktor   z   niewiadomego   powodu   podniósł   nagle   głos   -   o   czym   właściwie 

chciałeś ze mną porozmawiać przed wyjazdem?

Krystian spuścił głowę, zgasił papierosa na najbliższym talerzyku.

- Wiesz, że mama tego nie lubi.

Popatrzył nieprzytomnie.

- Czego?

- Nie lubi niedopałków na talerzach!

-   O,   i   to   także   będę   wspominał   z   czułością.   Ojciec   nie   wierzy,   że 

dzisiejszy   wieczór   to   prezent   na   długą   podróż?   Że   to,   jak   na   mnie,   za 

background image

sentymentalne określenie? Może i tak. Sam się dziwię, skąd się bierze we mnie 

potrzeba zebrania, zgromadzenia i zatrzymaania przy sobie jakiegoś zaplecza, 

które by mnie broniło, gdy... świat zacznie atakować zbyt ostro.

- Nie rozumiem...

- Ja też jeszcze niczego nie rozumiem.

-   Zawsze   ceniłem   nade   wszystko   jasność   wewnętrznej   sytuacji. 

Zewnętrzna mogła być skomplikowana, ale wewnętrzna...

- Każde czasy formują w człowieku inną miarę.

- Trzeba mieć stałą, własną. - Wiktor wysunął rękę i nakrył nią dłoń syna, 

milczeli   przez   długą   chwilę,   aż   wreszcie   zapytał   cicho:   -   Boisz   się   czegoś, 

synku? Siebie?

Krystian   nie   zdążył   odpowiedzieć,   drzwi   od   pokoju   otworzyły   się   i 

stanęła w nich Karolina, a za nią Agnieszka z pustymi filiżankami na tacach. 

Karolina głośno postawiła swoją na stole.

- Cóż to za bałagan? Większy, niż zostawiłam.

- Chciałem zrobić ci niespodziankę i zacząłem zmywać.

- Niepotrzebnie. A jak zacząłeś, to trzeba było skończyć.

- Przyszedł Krystian i zaczęliśmy rozmawiać.

- No to przerwijcie konferencję, bo musimy z Agnieszką zaparzyć nowej 

kawy.

- Spływamy, ojcze - z nadmiernym humorem zawołał Krystian. Zdumiał 

go nieprzyjemnie napastliwy ton matki.

Agnieszka zaś zapytała od razu, gdy tylko za ojcem i bratem zamknęły się 

drzwi:

- Jesteś cięta za coś na ojca?

- Och, skądże.

- Przecież widzę. Czyżby znowu całował się w gabinecie z jakąś babą?

-   Co   to   znaczy   -   znowu?   -   obruszyła   się   Karolina,   trochę   jednak 

udobruchana. - Zdarzyło się to tylko raz. I w dodatku przed trzydziestu laty.

background image

- Widzisz, jakiego miałaś cudownego męża.

- Dlaczego - miałaś?

- Przez te minione czterdzieści lat! Bo nie wiadomo, co będzie dalej. Tata 

coraz przystojniejszy.

- Ja proszę o herbatę - Rozciłowski wsunął głowę przez uchylone drzwi. - 

Druga kawa o tej porze to już dla mnie za dużo.

- Za twojej kadencji w moim życiu - uszczypliwie zauważyła Agnieszka - 

nie miałeś nigdy kłopotów ze snem. Wprost przeciwnie...

- Bądź łaskawa wziąć pod uwagę - Rozciłowski zamknął za sobą drzwi i 

niezbyt   pewny,   czy   powinien   to   zrobić,   usiadł   na   stołku   przy   stole   -   bądź 

łaskawa wziąć pod uwagę, że ludzie szczęśliwi nie cierpią na bezsenność.

- Och, dziękuję! Ale czy mam rozumieć, że teraz...

- Teraz sen z powiek będzie mi spędzać myśl, że pewnie zmarnujesz tego 

młodego człowieka, którego ze sobą przywiozłaś.

- A ciebie zmarnowałam?

- Ja byłem silny.

Agnieszka zamyśliła się.

- Chyba tak. I właściwie mało brakowało, żebyś to ty mnie zmarnował. 

Wpędziłeś mnie w ciążę na drugim roku szkoły teatralnej - och, mama to dobrze 

wie, nie myśl, że to nowina dla niej - i czym prędzej ożeniłeś się ze mną, żebym 

nie   zdecydowała   się   na   zabieg.   Obsadzono   mnie   akurat   w   szkolnym 

przedstawieniu ”Ślubów panieńskich”. Ładna Aniela! Zgięta wpół od mdłości. 

Podczas   prób   musiałam   latać   do   ustępu,   żeby   wymiotować.   Płakałam   z 

wściekłości i nienawidziłam cię. Ale nikt o tym nie wiedział.

- Ja wiedziałem.

- W szkole nikt o tym nie wiedział. Wszyscy - wszystkie, mówiąc ściśle - 

mi zazdrościły. Miałeś już nazwisko! Urodzić twoje dziecko, to było dla tych 

idiotek coś wspaniałego. - A potem to moje macierzyństwo w kawalerce bez 

łazienki... Na szczęście moja cudowna mama... Czy zdajesz sobie sprawę, że 

background image

Sylwia uważa dziadków za swoich prawdziwych rodziców?

- Do mnie jest bardzo przywiązana.

- Do ciebie? - wybuchnęła Agnieszka.

-   Ta   kłótnia   jest   spóźniona   o   ładnych   parę   lat   -   cierpko   zauważyła 

Karolina.

-   Ależ,   mamo!   -   Rozciłowski   pocałował   ją   w   rękę.   -   Czyż   my   się 

kłócimy? Co najwyżej przypominamy sobie swoje życie.

-   Bardzo   to   po   literacku   ująłeś   -   Agnieszka   nie   dawała   się   tak   łatwo 

udobruchać, choć i ją pocałował w rękę, długo przytrzymując ją przy ustach. - 

Ale ja już mam dosyć tych literackich rozmów na scenie. W życiu spragniona 

jestem...

- Czego? - spytał cicho Rozciłowski.

- Żeby ktoś mówił do mnie zwyczajnie i po ludzku. Gdybyś wtedy...

- Agnieszko - szepnął Rozciłowski bezradnie.

- Idź już! - powiedziała. - Na pewno wszyscy przy stole dziwią się, gdzie 

przepadłeś.

Potwierdziła to Sylwia, zjawiająca się w drzwiach.

- Nie ma was i nie ma! Już goście pytają...

- Pan Orwiłło także? - spytał Rozciłowski.

- Nie. Pan Orwiłło nic nie mówi.

- To dziwne - mruknął Rozciłowski, wycofując się z kuchni. Gdy zajął 

swoje miejsce przy stole, Orwiłło - a widział go dokładnie, bo Karolina nie 

siedziała między nimi - zwrócił ku niemu głowę jakby z jakimś pytaniem w 

oczach.

- Romeczku? - odezwała się babka Wysoczarska. - Prędko dostaniemy 

kawę?

- Wygląda na to, że tak.

- Mama nie powinna już pić drugiej kawy - zauważył Wiktor.

- Przy mamy sercu.

background image

- Ale właśnie kawa dobrze mi robi - upierała się starsza pani.

-   Mnie   też   -   wmieszał   się   do   rozmowy   ksiądz.   -   Im   trudniejsza   do 

zdobycia, tym lepiej się po niej czuję.

- To normalne - stwierdził Kamil - pragnie się tylko tego, czego nie ma 

pod dostatkiem.

- Czy ludzi także? - zapytała w nagle zapadłej ciszy żona Krystiana.

- Kasiu! - Kamil zwrócił ku bratowej uważne spojrzenie. - Właśnie ludzi 

na ogół ma się wokół siebie pod dostatkiem, choć najczęściej nie tych...

- Właśnie - przerwała mu - nie wszystkich się pragnie.

- Tego by jeszcze brakowało! - jakoś nienaturalnie roześmiał się Krystian. 

- Co ty wygadujesz, kochanie?

- Sądzę - poprawiła się zaraz - że tylko niektórych nie ma się nigdy dosyć.

-   Brawo!   -   roześmiał   się   Kamil.   -   Brawo,   Katarzyno!   Należy   zawsze 

mówić w porę rzeczy, które powinny być powieziane.

- Co masz na myśli? - agresywnie zapytał Krystian.

- Ach, głupstwo! Sam nie wiem.

Agnieszka ma rację, zastanowił się Rozciłowski, ma rację mówiąc, że pod 

nosem marnuje mi się taki temat! Gdybym tak spróbował przedstawić dzisiejszy 

wieczór w sztuce teatralnej... Nie byłoby to łatwe, oczywiście. Żadnej akcji, 

wciąż tylko wszyscy siedzą przy stole, rozmawiają i jedzą, jedzą i rozmawiają. 

Ale za to, co za typy. I z jaką przeszłością. Tylko jak to wyrazić wyłącznie 

poprzez dialog? Za długo tkwisz w prozie powieściowej, skarcił sam siebie, i 

dlatego lekceważysz walory dialogu. Dialog pod piórem utalentowanego pisarza 

może   wyrazić   wszystko.   I   co   za   ulga!   Żadnych   opisów,   ”opisy”   stwarza 

scenograf i reżyser - scenerię akcji, zachowanie się aktorów, ich wygląd. No i 

żadnych:   rzekł,   powiedział,   oznajmił,   wtrącił,   zawył,   przyznał,   obwieścił, 

zawołał, dodał, zareplikował, dopytywał się, stwierdził, zauważył, zaklinał się, 

tłumaczył, protestował,  oświadczył, narzekał, zareagował żywo, uspokoił go, 

wzbraniał się, wyznał, wyraził podziw albo zdumienie... - Cóż to za udręka, że 

background image

po każdym zdaniu dialogu w powieści trzeba wyjaśnić czytelnikowi, kto mówi i 

jak mówi. A w dramacie - imię postaci i dwukropek.

Babka Wysoczarska: Tego się zwykle nie wie.

Kamil: Czego?

Babka   Wysoczarska:   Których   ludzi   nie   będzie   się   miało   nigdy   dosyć. 

Niecierpliwią nas, gdy są, a dopiero gdy ich zabraknie...

Babka Izabelka: Tak. Tak to jest... Nieraz sobie myślę, czy byłam dobrą 

matką dla Piotrusia.

Krzyczałam na niego, wyganiałam go z domu, kiedy za bardzo hałasował. 

A co ja bym teraz dała, żeby wrócił ten hałas, te krzyki, to tupanie i trzaskanie 

drzwiami...

Wiktor: Mamo! Błagam! Błagam, skończmy wreszcie ze wspomnieniami. 

Oszaleć można!

Ziołko:  Co  ci  się   stało?  Wiktor!  co   bylibyśmy   bez  nich  warci?  Ja  na 

pewno nic.

Kamil: Dla mnie zawsze najważniejszy jest dzisiejszy dzień.

Krystian: Oto prawdziwie współczesny człowiek. Ale ja ci nie wierzę.

Ja - Rozciłowski:

(do   nich,   albo   tylko   do   siebie)   W   tym   kraju   nie   ma   prawdziwie 

współczesnych ludzi, wszyscy uwikłani są w przeszłość - w tradycję, w historię. 

W tym kraju nie ma tylko i wyłącznie współczesnych książek, kto je potrafi 

napisać, kto potrafi się oderwać...

- Ty, zdaje się, prosiłeś o herbatę? - Agnieszka ze szklanką herbaty w 

wyciągniętej dłoni patrzyła na niego.

Przytomniał powoli.

- Tak, tak. Dziękuję. Prosiłem o herbatę.

- Ty o kawę? - zwróciła się do Orwiłły.

- Tak, oczywiście.

Rozciłowski zerknął ku swemu sąsiadowi poza pustym krzesłem Karoliny 

background image

i przetrawił boleśnie to ”oczywiście”, wypowiedziane z uśmiechem przez niego. 

Zawierało   intymne   porozumienie,   czułą   znajomość   wspólnych   z   Agnieszką 

upodobań,   pamięć   o   całych   kubłach   kawy   razem   wypitych,   nadzieję   na 

następne...

Wróciła Karolina i wreszcie nie musiał wciąż na niego patrzeć, gdy tylko 

zwrócił nieco w bok głowę. A może był go ciekaw, do diabła! może nawet 

przyglądał mu  się z bolesnym pragnieniem sprawdzenia, co było w nim tak 

nadzwyczajnego,   tak   fascynującego   kobiety   nawet   takie,   jak   Agnieszka.   Bo 

właśnie  mówiła  o nim,  jakby w obawie, że nie zdołał wywrzeć właściwego 

wrażenia, że nie zwrócono dotąd na niego należnej uwagi.

Agnieszka:   Witold   pracuje   właśnie   nad   scenografią   do   ”Braci 

Karamazow”.

Ziołko: Dla jakiego teatru?

Wiktor: Byłem pewien, że Sylwester o to zapyta. On jeden spośród nas 

jeździ na przedstawienia do Warszawy.

Ziołko: Jakże nie jeździć? Tyle mamy dobrych teatrów, tylu wspaniałych, 

znakomitych aktorów, choćby nasza pani Agnieszka.

Agnieszka: Bardzo pan miły, panie Sylwestrze. I wreszcie w tym domu 

zaczyna mi ktoś prawić komplementy. - A ”Bracia Karamazow” wystawia Teatr 

”Przy Plantach” w Krakowie. Witold pracuje tam gościnnie.

Babka Wysoczarska: Mam nadzieję, że i ty także kiedyś tam gościnnie 

wystąpisz.

Agnieszka: Jeśli mnie zaproszą, czemu nie? Świetny teatr!

Babka Wysoczarska: Mogłabyś mieszkać u mnie.

Agnieszka: Och, nie sprawiałabym babci kłopotu.

Babka  Wysoczarska: Jaki kłopot? To radość dla mnie.  Wielka radość, 

moje dziecko!

Ale jednak nie wszystko daje się wyrazić w formie scenicznego dialogu, 

zastanowił  się   Rozciłowski.   Bo  na  przykład  babka   Wysoczarska   myśli  teraz 

background image

zapewne z przerażeniem i zawstydzenim także, że oto po raz drugi w ciągu tego 

wieczoru   zaproponowała   komuś   zamieszkanie   z   nią   razem   w   Krakowie. 

Najpierw   Sylwii,   a   teraz   Agnieszce.   W   powieści   dałoby   się   to   wyrazić,   w 

dramacie nie. Ten dramat, który on by pisał, nie będąc ani autorem sztuk w 

dawnym  stylu   z   postaciami   wypowiadającymi   swoje   myśli   ”na   stronie”,   ani 

awangardowym   twórcą,   nakazującym   bohaterom   wypowiadać   wprost   swoje 

monologi   wewnętrzne   -   ten   jego   dramat   miałby   formę   rygorystycznie 

realistyczną. Ale na razie nie on go pisał, on tylko wyobrażał sobie, że wszyscy 

przy stole mówią napisanymi przez niego kwestiami.

Agnieszka: Może któregoś dnia przyjadę razem z Witoldem. Dawno nie 

byłam w Krakowie.

Babka Wysoczarska: Właśnie, właśnie...

Krystian: I ja także. 

Marek: I ja! Bo my  jeździmy tylko za granicę. Kiedy chłopaki pytają 

mnie   w   szkole,   jakie   znam   miasta,   to   mogę   odpowiedzieć   tylko:   Rzym, 

Budapeszt, Kopenhaga...

Katarzyna: A teraz jeszcze będziesz mógł dodać: Nowy Jork.

Marek: E, tam! Wolałbym pojechać z wujem Romanem i Sylwią na narty 

do Bukowiny.

Agnieszka: ”Na obce wielkie miasto zmrok zapada obcy. Stoję w oknie i 

patrzę, jak wolno śnieg prószy”.

Karolina: Co to jest?

Babka Izabelka: Słyszałam to, mówiłaś to kiedyś w telewizji.

Agnieszka: To strofa wiersza Lechonia. On tak czuł stojąc przy oknie w 

Nowym Jorku. Wyobrażam sobie, że to naprawdę może być straszne - stać przy 

oknie w Nowym Jorku.

Krystian: Ale nie wszyscy z niego wyskakują.

Agnieszka: Oczywiście, nie wszyscy.

Sylwia: O, Boże! Znowu zaczynacie mówić o jakichś nudnych rzeczach. 

background image

A ja chcę wreszcie wiedzieć, czy pojadę do Bukowiny.

Agnieszka: Do jakiej znowu Bukowiny?

Sylwia: Tatrzańskiej!

(napastliwie) Chyba słyszała mama o Tatrzańskiej Bukowinie?

Ojciec chce mnie tam zabrać na ferie zimowe.

Agnieszka: Czy to prawda?

Sylwia: Mamo!

Agnieszka: Bo nigdy nie wiem, kiedy co zmyślasz, a kiedy... Roman! 

Prawda to, co Sylwia mówi?

Rozciłowski   znów   potrzebował   długiej   chwili,   żeby   włączyć   się   w 

rodzinny dialog.

-   Tak,   oczywiście.   Właśnie...   rozmawiałem   z   nią   o   tym   przed   twoim 

przyjazdem. Obiecałem uzgodnić to z tobą...

- Uzgodnić! Wciąż tylko coś z sobą uzgadniamy.

- Taka jest nasza sytuacja.

- Daj mi papierosa! - Agnieszka wyciągnęła poprzez stół rękę do Orwiłły.

Zapaliwszy,   zwróciła   się   znów   do   Rozciłowskiego.   -   Więc   cóż   to   za 

pomysł z tą Bukowiną?

- Mój przyjaciel, znasz go przecież - Józek Radko - ma tam chatę i wciąż 

mnie   do   niej   zaprasza,   bo   całymi   miesiącami   stoi   pusta.   Pomyślałem,   że 

moglibyśmy tam spędzić z Sylwią jej ferie zimowe.

- A dziadków pytałeś?

- Pytałem mamę, zgadza się.

Ojca nie pytałem, bo grał w brydża, nie chciałem przeszkadzać.

Wiktor zwrócił wzrok ku Karolinie, wciąż jednak nie patrzyła na niego.

- Myślę, że to dobry pomysł - zauważył nieobowiązująco.

- Świetny! - zaaprobowała całą sprawę babka Izabelka. - Narty i buty 

Sylwia ma. Tylko może spodnie będą już za ciasne.

- Na pewno - zmartwiła się mała Rozciłowska. - Trochę wyrosłam. I może 

background image

przytyłam.

- Dbaj o linię - dość ostro zwróciła córce uwagę Agnieszka.

- Dziewczyna w twoim wieku powinna już siebie kontrolować.

- Nie przesadzaj - roześmiał się Rozciłowski. - Przecież ona ma dopiero 

czternaście lat.

- Ale i w tym wieku może stać się gruba i nieforemna.

Sylwia zerwała się z krzesła, okrążyła stół i pocałowała matkę w policzek.

- Obiecuję ci, mamusiu, że nigdy taka nie będę. Będę zawsze smukła, jak 

ty.

- Potrafisz być miła, jeśli tylko chcesz.

- Na pewno by się to wam sprzykrzyło, gdybym zawsze taka była.

- Dostaniesz nowe spodnie - odezwała się Karolina. Sylwia i ją ucałowała 

w powrotnej drodze do swego krzesła. Gdy usiadła znów przy stole, powiodła 

triumfującym wzrokiem po wszystkich twarzach, najdłużej zatrzymując go na 

twarzy zgnębionego Marka.

- Hurra! Jadę do Bukowiny!

Dziękuję, tatusiu, mamusiu, babciu, dziadziu...

- ...i prababciu - dokończyła babka Izabelka.

- Jest jeszcze i druga prababka, ale jej nikt o zdanie nie pytał. - Wszyscy 

spojrzeli ku babce Wysoczarskiej, która jednak, wypowiedziawszy to zdanie, 

uśmiechała się całkiem pogodnie. - Za to wracając z Bukowiny wstąpcie do 

mnie do Krakowa.

- Dziękuję - skwapliwie przystał na to Rozciłowski. Pomyślał, że babka 

Wysoczarska już po raz trzeci tego wieczoru zaprasza kogoś do siebie. Skłonił 

jej się głęboko. - Oczywiście, wstąpimy z wielką radością.

Agnieszka   popatrzyła   na   niego   najpierw   z   zaciekawieniem,   potem   z 

uśmiechem.

- Ty także potrafisz być miły, kiedy chcesz.

- Wreszcie zaczynasz to zauważać.

background image

- Ja chcę także jechać do Bukowiny - odezwał się nagle Marek.

- Cicho bądź! - skarcił syna Krystian. - Powiedziałem ci, że w tym czasie 

będziemy już w Nowym Jorku.

- Ale ja chcę jechać do Bukowiny! - upierał się ochrypłym głosem Marek.

- Syneczku! - Kasia, czerwieniąc się gwałtownie, spróbowała perswazji: - 

Jak   możesz   jechać   do   Bukowiny,   skoro   jedziesz   z   tatusiem   i   mamusią   do 

Nowego Jorku.

- Ale ja nie chcę! Ja chcę pojechać z wujkiem Romanem i Sylwią do 

Bukowiny a potem do babci do Krakowa.

- Mój skarbie! - szepnęła babka Wysoczarska.

- Słuchaj no! - Krystian podniósł głos. - Masz już trzynaście lat i nie 

zachowuj się jak przedszkolak! Rozumiesz chyba, że to niemożliwe...

- A ja nie wiem, dlaczego niemożliwe - odezwał się Kamil tym razem 

dziwnie łagodnie, bez zwykłej prowokacji w głosie. - Jeśli chłopak nie chce 

jechać do Nowego Jorku i wolałby tu zostać...

- Nie! Krystian wzniósł oczy do nieba. - Świat się kończy! Chłopak nie 

chce! Czy ciebie w jego wieku ktoś pytał...

- Nie mieliśmy tak dramatycznych alternatyw.

- Co ty nazywasz dramatyczną alternatywą?

- No, bo jeśli on woli zostać w kraju, niż jechać za granicę...

- Jedzie z rodzicami. Z kim by tu został?

- Można by o tym pomyśleć - Kamil zawiesił głos. - Są dziadkowie...

Wiktor i Karolina nie odezwali się. Rozciłowski pomyślał z trwogą, że 

może już wychowywanie Sylwii było dla nich za dużym ciężarem.

- Oszalałeś! - krzyknął Krystian na brata. - Naprawdę oszalałeś!

- A jeśli nie dziadkowie - ciągnął dalej spokojnie Kamil - to... ja bym 

mógł zaopiekować się Markiem.

- Oszalałeś! - powtórzył jeszcze  raz Krystian, wściekły na brata, ale i 

trochę zdumiony.

background image

- Wcale nie oszalałem.

Zapisałbym go u siebie do szkoły, nie straciłby roku. Bo nawet jeśli przy 

ambasadzie w Nowym Jorku jest szkoła, na pewno trudno by mu było włączyć 

się teraz w program szkolny...

- O to się nie martw!

- A jednak się martwię, choć nie twierdzę, że tak bardzo jest się do czego 

w życiu śpieszyć, to jednak uważam, że w szkole nie powinno się tracić czasu. 

Marek przeszedłby tu do następnej klasy i wtedy dopiero mógłby jechać do 

Stanów.

- Jak to sobie wyobrażasz?

Sam? - zawołała Kasia.

- A dlaczego nie? Mniejsze dzieci podróżują same.

Wsadzilibyśmy   go   tu   do   samolotu,   a   w   Nowym   Jorku   wy   byście   go 

odebrali na lotnisku.

Teraz Marek powiódł triumfującym spojrzeniem po twarzach wszystkich 

siedzących przy stole. Miał sam lecieć samolotem do Ameryki, to na pewno 

nigdy nie przytrafi się Sylwii, ani nikomu w szkole.

- Polecę sam! - obwieścił. - Sam! Bez nikogo!

- Cicho bądź! - zgromiła go matka, ale łzy zaczynały już pokazywać się w 

jej oczach. - Powiedz coś! - zaczęła szarpać za rękaw męża. - Dlaczego nic nie 

mówisz?

- Ja myślę - zamiast Krystiana odezwał się niespodziewanie Wiktor - że 

propozycja Kamila nie jest pozbawiona sensu.

-   Nie   jest   pozbawiona   sensu...?   -   krzyknęła   Kasia   boleśnie.   Nie 

spodziewała się ciosu z tej strony.

- Tak - potwierdził Wiktor, gdy Krystian wciąż milczał. - Może nawet 

przedtem bym tak nie myślał... ale po naszej rozmowie w kuchni...

-   Po   jakiej   rozmowie?   -   zapytała   agresywnie   Kasia.   Coraz   bardziej 

wypadała   z   roli   uległej,   zapatrzonej   w   męża   żony.   -   O   czym   on   z   ojcem 

background image

rozmawiał? - Brednie jakieś mają zdecydować...

- To nie brednie - spokojnie zaprzeczył Wiktor. - Na pewno nie brednie.

Krystian patrzył na ojca w milczeniu.

- Odezwij się! - krzyknęła znów jego żona. - Dlaczego nic nie mówisz?

- Marek jest w wieku, kiedy jego umysł - ciągnął dalej Wiktor - kiedy i 

jego wrażliwość są najbardziej chłonne.

- Właśnie! - dodała Katarzyna.

- Najlepsze lata, żeby rozglądać się po świecie.

-   Ale   są   wartości...   -   Wiktor   spojrzał   na   Karolinę,   oczekując,   że   mu 

pomoże, ale nie miała tego zamiaru i nie zwróciła nawet ku niemu głowy. - ...są 

wartości - ciągnął dalej trochę już bezradnie - w które człowiek zaopatruje się w 

okresie dzieciństwa. Serce trzeba czymś wyścielić zanim otworzy się je przed 

obcym światem. Mówiliśmy przecież o tym, Krystianie. - Agnieszko! Jak to jest 

w tym wierszu Lechonia?

-   Tatusiu!   -   uśmiechnęła   się   z   zakłopotaniem   Agnieszka.   Patrzyła   na 

Orwiłłę, jakby przepraszając go, że za jej przyczyną musiał uczestniczyć w tej 

scenie.

- Proszę cię! - nalegał ojciec. - Powtórz fragment tego wiersza Lechonia.

Agnieszka   spuściła   oczy;   zaczynała   rozumieć   o   czym   ojciec   mógł 

rozmawiać z Krystianem w kuchni przy zmywaniu naczyń. Głos jej drżał, gdy 

zaczęła mówić: „Na obce wielkie miasto zmrok zapada obcy,@ stoję w oknie i 

patrzę,   jak   wolno   śnieg   prószy”.   -   Dosyć!   -   zawołała   Kasia   histerycznie.   - 

Dosyć! To niesłychane! Żeby taką aferę wywołać wokół zwykłego wyjazdu za 

granicę! I dlaczego ty wciąż nic nie mówisz? - zwróciła się do męża.

Krystian milczał i znów odpowiedział za niego ojciec:

- To żadna  afera,  ale konieczność  zastanowienia  się  w bardzo  ważnej 

sprawie.

- W jakiej ważnej sprawie? I co mu ojciec nagadał tam w kuchni? Chcę 

wiedzieć!   Muszę   wiedzieć!   -   Katarzyna   zupełnie   przestała   już   panować   nad 

background image

sobą, napastliwie wpatrywała się w teścia. - Ojciec zawsze się wszystkiego bał. 

Stworzył   wokół   siebie   krąg   jednostajnych   codziennych   spraw,   unikał 

zmieniających tę codzienność decyzji, żeby tylko nie ujawnić jakiejś nadmiernej 

aktywności, żeby się w nic nie zamieszać.

- W nic... się nie zamieszać? - powtórzył cicho Wiktor. I nagle podniósł 

głos:   -   Czy   nie   uważasz,   że   odfajkowałem   już   w   swoim   życiorysie   sprawę 

mieszania się w losy mego narodu?

- Odfajkowałem?! Wiktor! Jak ty możesz mówić tak o swojej młodości? - 

zawołała ze zgrozą babka Wysoczarska.

-   Jak   ty   możesz   tak   mówić?   -   powtórzył   za   nią   Ziołko,   zgorszony   i 

zmieszany. - Nacierpieliśmy się, ale byliśmy z tego tak dumni...

- Kochany panie Ziółko! - Babka Wysoczarska po raz pierwszy spojrzała 

na przyjaciela swego syna z prawdziwą czułością. - Tak, nacierpieliście się, ale 

mieliście z czego być dumni.

- A ja myślę - z pogodną zadumą odezwał się Kamil - że ojciec chyba nie 

całkiem „odfajkował” tę sprawę mieszania się w losy swego narodu, skoro teraz 

nie jest mu obojętne...

- Ten napuszony styl! - przerwała mu Katarzyna (Krystian wciąż milczał) 

- Te ”sprawy mego narodu”, ”cierpienie” i ”duma” - co te wszystkie napuszone 

słowa   mają   tu   do   rzeczy?   Niech   mi   ojciec   to   wyjaśni!   Niech   ojciec   nie 

przywołuje tu swojej bohaterskiej młodości w okolicznościach tak błahych...

-   Nie   ty   decydujesz,   czy   to   są   błahe   okoliczności!   -   Głos   Karoliny 

zabrzmiał ostro i zrobiło się dziwnie cicho po jej pierwszych słowach. - Nie ty! I 

proszę cię, żebyś nie zwracała się do ojca tym tonem. A już naprawdę nic cię nie 

upoważnia   do   tego,   abyś   w   podobny   sposób   mówiła   o   jego   bohaterskiej 

młodości. Twój ojciec - o ile mi wiadomo - przez całą wojnę handlował złotem.

- Ja wyjeżdżam! - pisnęła Kasia, zrywając się od stołu. - Krystian! Marek! 

Wyjeżdżamy!

- Siadaj! - odezwał się wreszcie Krystian. - Na szczęście, nie prowadzisz 

background image

samochodu.

- Ale ja chcę jechać! - rozpłakała się Kasia. - Nie zostanę ani chwili dłużej 

w domu, w którym mnie obrażono. I ty na to pozwalasz!

- Przedtem ty obraziłaś ojca! - powiedziała wciąż tak samo ostro Karolina. 

- I powinnaś go przeprosić!

- Daj spokój, Karolinko! - zaprotestował  Wiktor. - Nie mam  żadnych 

pretensji. Zwykła rodzinna sprzeczka.

- Powinnaś go przeprosić.

- Krystian! - szlochała Kasia.

- Ty pozwalasz na to! Ty pozwalasz!

- Matka ma rację! - burknął Krystian.

- Ma rację?

- Ma rację, stając w obronie ojca, nawet jeśli on sam odniósł się do ciebie 

tak łagodnie.

- Dzieci, dzieci! - odezwała się pojednawczo babka Izabelka. Ona jedna 

dostrzegła czuły uśmieszek błąkający się wokół ust Karoliny, gdy mówiła  o 

Wiktorze. Chwała Bogu! pomyślała, bo już zaczęła bać się o nich.

- Przeproś ojca - z intymną perswazją szepnął do żony Krystian.

- No, już dosyć! Naprawdę dosyć! - Wiktor wstał, podszedł do żony, 

pocałował   ją   w   rękę,   a   potem  zbliżył   się   do   synowej   i   także   pocałował   jej 

oporną piąstkę. - Moje kochane! Ani przez chwilę nie czułem się obrażony.

-   To   wszystko   przez   to   -   wciąż   jeszcze   pochlipywała   Katarzyna   -   że 

chcieliście mi zabrać moje dziecko.

- Tylko znów nie zaczynaj! - zgromił ją Krystian.

Agnieszka przechyliła się nad stołem ku Rozciłowskiemu.

- Wciąż powtarzam, że marnuje ci się pod nosem taki temat.

Uśmiechnął się do niej.

- Wyobraź sobie, że zaczynam także dochodzić do tego wniosku.

- I pozwolisz, żeby się zmarnował?

background image

- Chyba jednak nie.

- Nie pozwolisz?

- Nie pozwolę.

- O, jak się cieszę!

- Za wcześnie. Bo ja się raczej boję.

- Czego?

- Tego, że sam tkwię w tym temacie i, że za mało pozostanie mi miejsca 

dla wyobraźni. Znasz metodę mojej pracy i wiesz, że zbyt wnikliwa autopsja 

budzi we mnie lęk przed zejściem w stronę reportażu.

- Reportaż rodzinny! - tego jeszcze nie było. Byłbyś prekursorem.

- Nie żartuj ze mnie!

- Co ci przychodzi do głowy?

Rozmawiali półgłosem nachyleni ku sobie i chyba tylko Orwiłło śledził - 

w napięciu - tę wymianę zdań między nimi. Reszta osób przy stole uczestniczyła 

w wygasającej co prawda, ale wciąż jeszcze trwającej sprzeczce wokół wyjazdu 

najmłodszego Wysoczarskiego do Stanów.

- Kiedy ostatecznie wyjeżdżacie? - spytał Wiktor Krystiana.

- Dokładnie za dwa tygodnie.

- No, to jest jeszcze trochę czasu, żeby się nad wszystkim zastanowić.

- Nad czym? - rozpłakała się znów Kasia. - Nad czym, do diabła, macie 

zamiar się jeszcze zastanawiać?

Agnieszka   czekała   przez   chwilę   ciekawa,   kto   tym   razem   da   nauczkę 

zbuntowanej,   wbrew   dotychczasowym   regułom   gry,   żonie   Krystiana   -   ale 

czekając zbyt długo, zwróciła się znów do Rozciłowskiego.

- Zostawmy Wysoczarskich samych sobie, niech się wykłócą do woli.

- Powiedziałaś mi jednak, żebym nie zmarnował tematu.

- Ale może rzeczywiście zbyt wnikliwa autopsja zaszkodziłaby utworowi. 

Nie chciałabym cię popychać w złym kierunku. Bo jednak w gruncie rzeczy... - 

Agnieszka wahała się przez chwilę - w gruncie rzeczy byłam zawsze dumna z 

background image

twoich książek.

- Agnieszko! - zachłysnął się Rozciłowski.

- Rodzina moja też. Niech cię to jednak nie wprawia w zachwyt. Bo może 

nawet między innymi i dlatego rozeszłam się z tobą. Nie mogłam znieść, że oni 

wszyscy: rodzice i bracia, obie babki, och, i pan Ziołko także, zaczynali być 

bardziej dumni z ciebie niż ze mnie.

- Agnieszko! - powtórzył Rozciłowski prawie nabożnym szeptem. - Tę 

cudowną chwilę, którą został tak niespodziewanie obdarowany, psuła mu tylko 

świadomość, że każde słowo jego byłej żony tak samo wyraźnie, jak do niego, 

docierało i do Orwiłły. I do siedzącej między nimi Karoliny, która traciła coraz 

bardziej zainteresowanie kłótnią rodzinną na rzecz rozmowy, prowadzonej przez 

córkę.

Agnieszka musiała to zauważyć, ale wcale jej to nie peszyło. Oparła się 

łokciami o stół i przechylona ponad nim ku Rozciłowskiemu nie przestawała 

wpatrywać się w niego błyszczącymi oczami.

- Powiem ci coś, Roman.

Właściwie   miałam   nawet   do   ciebie   dzwonić,   ale   taka   jestem   wciąż 

zagoniona... A kiedy w nocy wracam z teatru, boję się telefonować do ciebie, bo 

może już wtedy śpisz.

- Nawet gdybym spał, co jest raczej mało prawdopodobne, obudziłbym 

się z radością.

- Nie opowiadaj - roześmiała się Agnieszka. - Byłeś zawsze wściekły, 

kiedy cię budziłam. Rozpogadzałeś się dopiero przy śniadaniu i to nie zawsze.

Karolina   zerknęła   nieznacznie   na   twarz   Orwiłły,   zaciśnięte   szczęki 

wprawiały w nerwowe drganie mięsień jego policzka. Mój Boże! pomyślała po 

raz drugi tego wieczoru. Tyle cierpienia z tak błahego powodu!

- Więc chciałam ci powiedzieć - ciągnęła dalej Agnieszka, a prowadziła 

rozmowę w sposób, który wykluczał istnienie kogokolwiek poza jej rozmówcą - 

chciałam   ci   powiedzieć,   że   nagrałam   na   kasetę   dla   Polskiego   Związku 

background image

Niewidomych twój ”Skandal wśród świętych”.

Ucieszyłam się, że zwrócili się z tym właśnie do mnie. Bo gdby czytał to 

ktoś inny, może nie wydobyłby z tekstu tego wszystkiego, na czym ci chyba 

najbardziej zależało. Mógłby na przykład niewłaściwymi akcentami ośmieszyć 

Reszkę, a według mnie to postać tragiczna.

- Tragiczna.

- Widzisz. Dla mnie to od razu było jasne. A w ogóle czytałam z dużą, 

całkiem prywatną przyjemnością. To świetna książka.

- Dziękuję.

-   A   do   Joanny   prawie   się   przywiązałam.   Nie   posądzałam   cię,   że   tak 

znakomicie potrafisz napisać kobietę.

Teraz   Rozciłowski   przechylił   się   ponad   stołem,   żeby   być   bliżej 

Agnieszki.

- Przeżyłem kilka lat w aurze tak przenikliwie emanującej kobiecości...

- No, no - roześmiała się, jednak z pewnym zakłopotaniem - wspomnienia 

najwidoczniej żywsze są od doznań doraźnych.

- Może...

- Z tego, co powiedziałeś, wynika - że na pewno.

- Musimy spotkać się w Warszawie, żeby szczegółowiej porozmawiać.

- O książce?

- Także i o książce - uśmiechnął się Rozciłowski.

- Nic pan nie je - zwróciła się Karolina do Orwiłły. - Nie smakuje panu 

tort?

- Ależ smakuje - odpowiedział w roztargnieniu. - Bardzo!

Źle   rozsadziłam   gości,   pomyślała   w   popłochu   Karolina.   Gdybym   nie 

posadziła Agnieszki naprzeciwko tych dwóch - z Rozciłowskim nie mogłaby 

rozmawiać,   a   Orwiłło   nie   miałby   jej   wciąż   przed   oczyma.   Ale   przecież   on 

przyjechał tu po to, żeby mieć ją wciąż przed oczyma... co za udręka, już nie 

własna, chociaż i z własnej jeszcze całkiem się nie uwolniła. Czy lepiej wobec 

background image

tego było spędzić życie bez miłości?

Bez cierpień, które wciąż stwarzała? Och, nie! pomyślała z trwogą, jakby 

naprawdę   mogła   jej   zagrozić   utrata   wszystkich   cierpień   przeżytych   z   jej 

powodu. A może nie było ich tak wiele, w jej życiu nie było ich tak wiele? 

Zerknęła nieznacznie ku Wiktorowi, ale jeszcze nie uśmiechnęła się do niego, 

choć   czuła   już   tę   potrzebę,   czułą   potrzebę   porozumienia,   świadomości,   że 

znowu   jest   tak,   jak   było,   jak   zawsze,   jak   przez   całe   czterdzieści   lat...   A 

Agnieszkę trzeba było posadzić naprzeciwko księdza, albo Sylwestra Ziołki, ona 

by   ich   rozruszała,   bo   zbyt   często   milczeli,   taktownie   nie   włączając   się   w 

rodzinne   rozmowy.   Ale,   czy   właściwie   nie   należeli   do   rodziny?   Ziołko! 

Zwłaszcza   Ziołko!   Już   tego   pierwszego   dnia,   kiedy   dowództwo   polskiego 

wojska wkroczyło do miasta, a Wiktor czym prędzej pobiegł tam i wrócił z 

Sylwestrem, od razu wiedziała, że do domu wszedł ktoś, na kim można polegać. 

To   on   zajął   się   pogrzebem   ojca,   bo   matka   i   ona,   a   także   i   Wiktor,   rażeni 

rozpaczą,   nie   nadawali   się   do   niczego,   to   on   prowadził   matkę   za   trumną   i 

podtrzymywał ją nad otwartym grobem. On był także świadkiem na ich ślubie, a 

kiedy odchodzili razem z Wiktorem, ulgą była myśl - choć przecież całkiem 

niedorzeczna - że Wiktor w tym wszystkim, co go czeka, bezpieczniejszy będzie 

pod opieką tego chłopaka. ”Sylwester Ziołko - pisał Wiktor z frontu - jest wciąż 

ze mną. I pod Kołobrzegiem byliśmy razem, i nad Łabą”.

- Nic panu nie podać, kochany panie Sylwestrze? - zwróciła się do Ziołki 

ze wzmożoną wspomnieniami serdecznością.

- Nie, rączki całuję - uśmiechnął się do niej i wytarł chustką spocone 

czoło. - Napity i najedzony po dziurki w nosie!

- A księdzu kanonikowi?

- Ksiądz je już trzecią porcję tortu - obwieściła siedząca obok Sylwia. - To 

ja tak dbam o księdza.

- A ja się delektuję! Wprost delektuję się! - mlaskał kanonik. - Co za 

pyszności! Pawlisiowa, owszem, dobra kucharka, ale sama słodyczy nie lubi, to 

background image

i dla mnie nie robi. Wmawia mi, że od nich tyję.

Ksiądz   chyba   także   należał   do   rodziny.   On   ją   przecież   zawiązał   i 

ustanowił. Kiedy zaśnieżeni i zmarznięci weszli do zakrystii - zima była sroga w 

tej   ostatniej   dekadzie   stycznia   45   roku   -   młodość   księdza   przy   ich   własnej 

młodości wydała im się prawie niestosowna. Potrzebne im było zrozumienie, a 

cóż on mógł wiedzieć o życiu, odgrodzony od pokus - jeszcze mniej, niż oni. Bo 

przed sakramentem małżeństwa musiała być oczywiście spowiedź, a tej należało 

się bać; bardziej doświadczony ksiądz może łatwiej przywiódłby ich do skruchy, 

tak młody - sądzili - ograniczy się zapewne do jej nakazania.

Nigdy nie dowiedziała się, jaki przebieg miała spowiedź Wiktora. Może 

ksiądz uznał, że żołnierzowi idącemu na front, nie należy zadawać tak prawie 

śmiesznych w tej sytuacji pytań. Ale ona była dziewczyną! Była dziewczyną i 

nie miała jeszcze osiemnastu lat.

Postanowiła sama zacząć.

- Nie miałabym żadnych grzechów - wyszeptała w bielejące za drewnianą 

kratą konfesjonału ucho księdza - nie miałabym żadnych grzechów... gdyby nie 

ten jeden...

A ksiądz Rudek, kochany i mądry, choć taki młody, powiedział jakby z 

pośpiechem:

- Wiem. Od razu się domyśliłem.

- Wie ksiądz...? - szepnęła.

Usta miała przytknięte do zimnego drewna, oddychała ciężko mroźnym 

powietrzem   kościoła,   a   nikła,   przesycona   wilgocią   kościelnych   murów,   woń 

kadzidła przywodziła na pamięć msze z tak odległego w tej chwili dzieciństwa i 

niewinności tamtych lat. - Wie ksiądz? - powtórzyła.

- Tak. Ale już się tym teraz nie powinnaś trapić. Sakrament małżeństwa i 

skrucha...

- Ale ja... nie czuję żadnej skruchy - powiedziała.

Za kratkami zapadło milczenie. Trwało tak długo, aż uniosła się nieco na 

background image

kolanach, żeby zajrzeć, czy ksiądz jest jeszcze poza nimi.

- Jak to... nie czujesz żadnej skruchy? - zapytał wreszcie, ale nie z naganą, 

ze zdumieniem.

- Czy powinnam powiedzieć, że czuję - jak nie czuję?

- Moje dziecko - ksiądz wyraźnie walczył z ogarniającą go bezradnością. 

Może w ogóle nie dałby jej rozgrzeszenia, gdyby nie to, że żołnierz, który stał o 

trzy kroki od konfesjonału i może nawet wszystko słyszał, że ten żołnierz miał 

iść   na   front   i   trzeba   było   przedtem   połączyć   ślubem   grzeszną   parę.   -   Moje 

dziecko   -   powtórzył   -   do   sakramentu,   a   więc   i   do   sakramentu   małżeństwa, 

przystępuje się w stanie łaski. Skrucha i żal za grzechy oczyszcza duszę...

- Moja dusza jest tak czysta - szepnęła - tak czysta, że chce mi się teraz 

śpiewać... Śpiewać mi się chce, proszę księdza, i nie mogę żałować za grzech, 

który...

- Kochasz go? - spytał ksiądz w wyraźnym popłochu, spowodowanym 

chyba obawą, żeby szerzej nie zaczęła się nad tym rozwodzić.

- Kocham - powiedziała żarliwie i to słowo mógł Wiktor słyszeć, nawet 

powinien je usłyszeć.

Ksiądz   chrząknął,   wiercił   się   przez   chwilę   w   konfesjonale,   jakby 

zastanawiając się, w jaki sposób poprowadzić dalej tę dziwną spowiedź.

-   To   cię   w   pewnym   stopniu   usprawiedliwia   -   szepnął   -   tylko   to   cię 

usprawiedliwia,   choć   w   ogóle   w   takich   wypadkach   -   podniósł   głos   - 

usprawiedliwienia nie ma. Ale jutrzejszy sakrament małżeństwa i fakt, że twój 

mąż pójdzie od razu na front...

-   Dziękuję   księdzu   -   szepnęła,   bo   czuła,   jak   ksiądz   się   męczy 

pobłażaniem,   które   musiał,   które   chciał,   okazać   stającym   przed   nim   w   tak 

dziejowej chwili grzesznikom.

Czy w ciągu minionych czterdziestu lat wracał myślą do tej spowiedzi? 

Poczuła nagle niedorzeczną  ochotę, żeby zapytać go o to, ale, na szczęście, 

Krystian,   zebrawszy   ze   stołu   swoje   papierosy   i   zapalniczkę,   uniósł   się   na 

background image

krześle.

- Na nas czas. Musimy się pożegnać.

- Już? - zawołały boleśnie obydwie babki.

Krystian, poderwawszy wzrokiem od stołu żonę i syna, szedł już ku babce 

Izabelce, żeby najpierw z nią się pożegnać. Wciąż była w tym domu pierwszą 

gospodynią,   a   poza   tym   każdy   dzień   dzieciństwa,   powracający   we 

wspomnieniach, łączył się z jej obrazem.

- O, mój  Boże! - szepnęła, długo trzymając  wnuka w objęciach, choć 

wiedziała, że zawsze go to irytowało. - Nie lubię pożegnań!

- Ani ja, babciu - powiedział Krystian, ku zdumieniu babki nie starając się 

wydostać z jej ramion.

Babka Wysoczarska, zawsze powściągliwa w wyrażaniu uczuć zwłaszcza 

wobec   towarzyszącemu   scenom   rodzinnym   audytorium,   pocałowała   tylko 

wnuka w czoło, Katarzynie zdmuchnęła powietrze z policzka, ale załamała się, 

gdy Marek rzucił się jej na szyję.

- Ja przyjadę do Krakowa!

Zobaczysz babciu! Przyjadę z wujkiem Romanem i Sylwią.

Matka szarpnęła go za rękę.

- Znowu zaczynasz?

- Przyjadę, babciu. Na pewno!

-  Mój   Wysoczarski!   -  prababka   trzymała   go  mocno   przy   sobie,   w   jej 

głosie zabrzmiały łzy i duma. - Prawdziwy Wysoczarski! Najprawdziwszy z was 

wszystkich!

Katarzyna, nie przestając szarpać syna za rękę, powiodła po najbliżej niej 

stojących zrozpaczonym spojrzeniem.

- Ja chyba oszaleję!

-   Mareczku!   Musimy   jechać!   -   Krystian   łagodnie   odebrał   syna   babce, 

pocałował ją jeszcze raz w rękę, a gdy wszyscy zmierzali już do przedpokoju, z 

niespodziewaną serdecznością otoczył ramieniem Kamila.

background image

- Zastanowię się nad tym, o czym mówiłeś - szepnął.

- Cieszyłbym się bardzo - odpowiedział Kamil. Chciał jeszcze coś dodać, 

ale nagle zbliżył się do nich Orwiłło. Głowę miał spuszczoną, uśmiechał się z 

bolesnym zakłopotaniem.

- Czy mógłbym się zabrać z państwem do Warszawy?

-   Ależ   tak,   oczywiście   -   Krystian   bezwiednie   poszukał   wzrokiem 

Agnieszki. - Nie zostaje pan do jutra?

- Przypomniało mi się, że mam jutro w Warszawie ważne spotkanie.

- Nic nie mówiłeś - Agnieszka wyłoniła się zza pleców matki. Nie cisnęła 

się do Krystiana, miała nadzieję zobaczyć się z nim jeszcze w Warszawie przed 

jego wyjazdem.

- Romanowski umówił się ze mną. Ma dla mnie jakąś propozycję. To 

bardzo dla mnie ważne.

- Jak mogłeś zapomnieć o tak ważnej sprawie? - Na ustach Agnieszki 

błąkał się pobłażliwie ironiczny uśmieszek. - Ale na szczęście, przypomniałeś 

sobie.

-   TAk,   na   szczęście   -   bąknął   Orwiłło   w   prawdziwej   udręce,   wszyscy 

patrzyli na niego i na Agnieszkę, a nie był przyzwyczajony, tak jak ona, do 

skupiania na sobie spojrzeń.

- A co ci pomogło, że sobie tak nagle przypomniałeś?

Rozciłowski odwrócił głowę, żeby nie widzieć twarzy Agnieszki, gdy to 

mówiła.   Niespodziewana   interwencja   Sylwii   zwolniła   jednak   Orwiłłę   od 

odpowiedzi. Dopadła go, rozpychając wszystkich z impetem, chwyciła za klapy 

marynarki.

- Niech pan u nas przynajmniej przenocuje! Jutro pojedzie pan pierwszym 

rannym pociągiem.

-   I   będzie   pan   mógł   w   drodze   na   dworzec   obejrzeć   naszą   kaplicę   - 

odezwał się prosząco z głębi przedpokoju ksiądz Rudek.

Wiktor wyobrażał sobie, jak wściekła musi być Karolina - oto mogła być 

background image

zaoszczędzona   jedna   pościel   i   fatyga   przy   jej   oblekaniu,   a   tu   ta   smarkula 

wyrywa się jak filip z konopi...

Tymczasem Karolina, zadziwiając go - nie po raz pierwszy zresztą tego 

dnia - zawołała z prawdziwym entuzjazmem:

- Ależ tak! Przenocuje pan, a rano około dziesiątej ma pan pociąg do 

Warszawy. Agnieszka  podrzuci pana na dworzec,  bo jednak od nas to dość 

daleko.

Agnieszka przeciągnęła się, unosząc nad głowę ramiona.

- Obawiam się, że jutro będę długo spała.

- Ja pana podrzucę - z męczeńskim wyrazem twarzy zadeklarował swą 

gotowość Wiktor.

- Serdecznie dziękuję!

Najserdeczniej dziękuję! - Orwiłło błagalnie wpatrywał się w Krystiana. - 

Ale najlepiej będzie, jeśli pojadę teraz z panem. Nie będę sprawiał państwu 

kłopotu swoją osobą...

-   Jaki   to   kłopot?   Żaden   kłopot!   -   Uporczywa   gościnność   Karoliny 

zaczynała   wydawać   się   Wiktorowi   i   Rozciłowskiemu   coraz   bardziej 

denerwująca.   Natomiast   Orwiłło,   wytrwale   opierający   się   tym   naleganiom, 

obudził   w   nich   niespodziewaną   sympatię.   Bo   pocałował   Karolinę   w   rękę   i 

wyraźnie zamierzał towarzyszyć Krystianom ku wyjściu, zatrzymując tylko na 

chwilę spojrzenie na twarzy Agnieszki.

- Zadzwonię do ciebie w poniedziałek.

- Przecież w poniedziałek nie gramy. Wracam dopiero we wtorek, od razu 

na próbę.

- Kiedy będziesz w domu?

- Dopiero po przedstawieniu.

- Zadzwonię - powtórzył dość niepewnie Orwiłło.

Agnieszka   uśmiechnęła   się   swoim   zawodowym   uśmiechem,   który 

niczego nie wyrażał.

background image

- Proszę.

Sylwia jeszcze raz przyskoczyła do Orwiłły.

- A kiedy pana zobaczymy?

Scenograf zdejmował już z wieszaka swój biały kożuch.

- Może nadarzy się okazja - odpowiedział uprzejmie.

- Och, żeby nadarzyła się jak najprędzej!

- Cicho bądź! - syknęła babka Izabelka, wciągając Sylwię do jadalni. - 

Wstyd mi za ciebie.

- A co takiego zrobiłam?

- Paplesz wciąż bez sensu.

-   Wszyscy   paplą   bez   sensu,   tylko   im   wolno,   bo   są   dorośli.   -   Sylwia 

wyrwała ramię z uścisku twardych palców prababki i wróciła do przedpokoju. 

Ale tu wszyscy stali już przy drzwiach i Krystian - z lekkim zniecierpliwieniem 

- tłumaczył babce Wysoczarskiej, że nie będzie mógł zaraz po przyjeździe do 

Stanów odwiedzić jej córki, a swojej ciotki, w Los Angeles.

-   Jak   sobie   to   babcia   wyobraża?   Najwcześniej   będę   mógł   to   zrobić 

podczas pierwszego urlopu. Z Nowego Jorku do Kalifornii kawał drogi.

- Kawał drogi był z Wysoczar do Sandomierza, kiedy się tam jeździło 

karetą albo saniami - całkiem poważnie powiedziała starsza pani i nikt się nie 

roześmiał.   -   Teraz,   kiedy   są   samoloty,   wszędzie   jest   blisko.   Ale   jeśli   nie 

będziesz mógł prędko wybrać się do Los Angeles, napiszę do Elżbiety, żeby ona 

odwiedziła ciebie w Nowym Jorku.

- Ale może dopiero wtedy, kiedy się urządzimy - wtrąciła obrażona na 

wszystkich Wysoczarskich Kasia.

- Och!  -  niecierpliwił  się  coraz  bardziej  Krystian.  -  Nie będziemy  się 

przecież miesiącami urządzać.

- Jedźcie już! - przeciął tę rozmowę Wiktor, wyjrzawszy przez okno.

- Zaczyna padać.

- Ja otworzę bramę! - Kamil rzucił się ku drzwiom.

background image

Kiedy wrócił, strzepując śnieg z włosów i ubrania, wszyscy stali jeszcze 

w przedpokoju, zasłuchani w oddalający się warkot motoru.

- No, tak - powiedział - wprawdzie babcia ma rację twierdząc, że kawał 

drogi to był z Wysoczar do Sandomierza, kiedy się jeździło tam karetą albo 

saniami - ale jednak ta Ameryka jest piekielnie daleko.

- Tylko bez sentymentów, moi państwo, bez sentymentów! - zawołała 

Agnieszka. - Nawet się nie obejrzycie, kiedy wrócą. Krystian ze złą dykcją, 

której   się   nabywa,   długo   mówiąc   po   angielsku.   Kaśka   w   amerykańskich 

ciuchach. Nie żałujmy i nie zazdrośćmy - oto, jak powinniśmy się zachować. - 

Idę  do piwnicy   po kompoty, chce  mi   się  pić. Są  jakieś specjalne   życzenia? 

Ksiądz proboszcz woli truskawkowy, czy wiśniowy?

- Mnie wszystko jedno, moje dziecko.

- A ty? - Agnieszka zwróciła się do Rozciłowskiego.

Pocałował ją w rękę.

- Wiesz, że w tym domu wszystko mi smakuje.

Roześmiała się, długo patrząc mu w oczy.

- Już ci raz dziś powiedziałam, że potrafisz być miły, jeśli tylko zechcesz.

- Nawet ja to zauważyłem - mruknął Kamil. Przyniósł z kuchni druciany 

kosz na słoiki. - Pomogę ci - powiedział do Agnieszki.

W piwnicy, w jej części, w której gromadzono zapasy na zimę, panował 

chłód zaprawiony aromatem spiżarni, tak nęcącym ich w dzieciństwie.

Agnieszka zatrzymała się przy półkach, na których stały kamienne gary, 

przykryte białymi czapami z pergaminu.

- Pamiętasz, jak babka wyganiała nas stąd, podejrzewając, że wyjadamy 

gruszki smażone w cukrze?

- Mnie i Krystiana podejrzewała przede wszystkim o pociąganie wina z 

butli, które tu stały.

-   Ale   za   gruszkami   też   przepadaliście.   -   Agnieszka   zdjęła   gumkę, 

przytrzymującą   pergamin   na   jednym   z   garów.   -   Wezmę   kilka   dla   Romana. 

background image

Zawsze się nimi zachwycał.

- Nie uwodź tak tego Rozciłowskiego, bo aż przykro patrzeć.

- A kogo mam uwodzić? Pana Ziołkę, czy księdza?

- Jeden facet się zmył.

- Zmyło go.

- Spowodowałaś to.

- Wiem. - Agnieszka długo oblizywała palce lepkie od gruszek. - Wiem...

-   Właściwie   zachowałaś   się,   pominąwszy   wszystko   inne,   niezbyt 

gościnnie.

- Wiem! - krzyknęła.

- Przepraszam, ale mogłaś te rozmówki z Romanem zostawić sobie na 

Warszawę.

-   Dawno   go   nie   widziałam.   A   przyzwyczaiłeś   się   chyba   do   tego,   że 

zachowuję się zawsze spontanicznie.

- O, tak! wszyscyśmy się do tego przyzwyczaili.

- Dlaczego się śmiejesz?

- Wolałabyś, żebym zapłakał?

- Nie widzę powodu ani do śmiechu, ani do płaczu.

- Nie obrażaj się - Kamil wspiął się na palce, żeby odczytać napisy na 

słoikach stojących na górnych półkach. Babka Izabelka odnotowywała na nich 

pedantycznie rok sporządzenia kompotu i jego nazwę, choć przez szkło widać 

było   wyraźnie   nie   rozgotowane,   a   pięknie   utrzymane   w   całości   wiśnie, 

truskawki, śliwy i morele. - Nie obrażaj się, Agnieszko, ale nigdy nie mogłem 

się domyśleć, dlaczego właściwie rozeszłaś się z Romanem.

- Ja także.

- Co - ty także!

- Nie mogłam się domyśleć, dlaczego rozszedłeś się z Łucją.

Kamil zdjął z półki dwa słoje z wiśniowym kompotem i długo ustawiał je 

w koszu.

background image

- Przecież ją kochałeś?

- Zapewne.

- I nie mogłeś jej niczego zarzucić.

- Rzeczywiście. Nic z tych rzeczy, z powodu których ludzie się rozwodzą. 

Nie miała kochanka, nie zaniedbywała mnie. Ale...

- Ale co?

- Widzisz... nie mogła przyzwyczaić się do tego, że wyszła za mąż za 

nauczyciela fizyki w prowincjonalnym liceum.

- Wyszła za rokującego duże nadzieje młodego naukowca w Instytucie 

Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego.

- Niestety, te nadzieje były płonne.

- Kto to stwierdził?

- Ja. Ja sam.  I nie mogłem  pozwolić sobie na to, żebym pętał się po 

instytucie   bez   wyraźnej   potrzeby   i   bez   konkretnych   rezultatów   mojej   tam 

obecności.   Niektórym   to   nie   przeszkadza,   nawet   nie   tracą   dobrego 

samopoczucia i znakomitego pojęcia o sobie.

-   Prawdopodobnie   powiedziałeś   im,   co   o   nich   myślisz,   odchodząc 

stamtąd?

- Oczywiście. A oni nie pozostali mi dłużni. Uważali mnie za idiotę, bo - 

dowiedziawszy   się,   że   brakuje   wykładowców   fizyki   w   szkołach   średnich   - 

przyjąłem posadę w liceum prowincjonalnego miasta. Nie mogli zrozumieć, że 

wolałem być gdzieś potrzebny, niż bezużyteczny w o wiele lepszych warunkach.

Agnieszka przysiadła na skrzynce jabłek.

-   Może   pośpieszyłeś   się   za   bardzo   z   tą   decyzją?   Łucja   żywiła   duże 

nadzieje w związku z twoją pracą naukową.

-   Co   dnia   atakowała   mnie   tą   swoją   napastliwą   ambicją.   W   naszym 

środowisku   przybywało   wciąż   docentów   -  a  ja   stanąłem   na   tytule  doktora  i 

koniec.   Kropka.   Tego   nie   mogła   mi   wybaczyć.   Kiedy   otwierała   mi   drzwi, 

zawsze miała w oczach zaprawioną błaganiem nadzieję, że może wita nowego 

background image

Edisona albo Einsteina. Miałem tego dosyć.

Jej natarczywe oczekiwanie sukcesu... Naprawdę nie mogłem tego znieść, 

nie mogłem temu sprostać.

- A jakie sukcesy odnosisz teraz? - z nieopanowanym smutkiem zapytała 

Agnieszka.

- Drobne, ale konkretne - nieco za głośno obwieścił Kamil - kiedy na 

przykałd   uczeń,   którego   uważałem   za   matoła,   rozwiąże   zadanie.   Albo 

przeprowadzi dobrze doświadczenie lub zda na uniwersytet, politechnikę, czy 

medycynę.

- Krystian zarzucał ci kiedyś, że poduczasz wybierających się na wyższe 

uczelnie, biorąc od nich po pięćset złotych za godzinę.

Kamil także usiadł na skrzynce z jabłkami.

- Ale tylko od tych, którzy nie są moimi uczniami, nie chodzą do mojej 

klasy. Z jakiej racji miałbym uczyć za darmo kogoś, kogo uczenie - i nauczanie 

- nie jest moim obowiązkiem? To, co do mnie należy, robię za pensję. I to już 

wiele, bo - jak zapewne zauważyłaś - tylko za pensję chce pracować coraz mniej 

ludzi.

- Ja w teatrze gram tylko za pensję! W dodatku za całkiem niewysoką. 

Ale nie wyobrażam sobie sytuacji, aby mi ktoś - zjawiając się w garderobie - 

pchał do ręki pieniądze, żebym grała lepiej.

-   Tylko,   że   dzięki   pozycji,   jaką   masz   w   teatrze,   możesz   dorobić   w 

telewizji, w radiu, w filmie...

- Nie bierzesz pod uwagę, ile kosztuje mnie  to wysiłku. Po próbie w 

teatrze, zamiast pójść spokojnie na obiad i odpocząć, pędzę na jakieś nagrania, 

nierzadko mam je w nocy, po przedstawieniu.

-   Wszystko   razem,   to   życiowy   sukces,   Agnieszko!   Sukces,   tyle   że 

męczący! Ale gdybym ja był na twoim miejscu, Łucja byłaby wreszcie ze mnie 

zadowolona.

- Moi mężowie zadowoleni ze mnie nie byli.

background image

- Żaden?

- Żaden. Wciąż uważali, że za mało siedzę w domu. Ale czy aktorka może 

siedzieć w domu? Kamil! Naprawdę nie ma sposobu na życie?

- Owszem. Nie chcieć za wiele.

- Nie zgadzam się z tym.

Człowiek wciąż musi czegoś pragnąć.

- Powiedziałem nie ”wiele”, ale ”za wiele”. Myślę, że i drobne satysfakcje 

można uznać za wielkie, bo są najtrwalsze i układają się w końcu...

- W co?

- ...w jakiś spokój, w wewnętrzną ciszę.

- Do diabła z ciszą! Wdałeś się w ojca, tylko zapominasz, że on uciszył 

się po burzy, która w młodości przeszła przez jego życie. A ty po czym?

- I naszemu pokoleniu nie zostały zaoszczędzone burze.

Agnieszka zamilkła na długą chwilę.

- Przepraszam. W gruncie rzeczy mało wiemy o sobie. W ucieczkach jest 

czasem więcej treści niż w zwycięstwach.

-   Nie,   nie,   nie!   -   gwałtownie   zaprotestował   Kamil.   -   Nie   jestem 

uciekinierem. Znikąd! Wykreśliłem tylko po prostu kilka spraw z mego życia. 

Kilka pragnień. Przede wszystkim - pieniądze. Pieniądze jako cel. Jako cel w 

końcu nigdy nie osiągnięty, bo pragnie się ich wciąż więcej i więcej. A ja muszę 

ich mieć tyle, ile naprawdę potrzebuję. A ustalenie, ile potrzebuję, zależy ode 

mnie.

- Nie bredź!

- Nie bredzę. Trzeba tylko umieć powiedzieć sobie, że wielu rzeczy nie 

musi się mieć. I niech to nie będzie wyrzeczenie, ani rezygnacja, tylko radosny 

akt   woli,   uwalniający   od   hegemonii   przedmiotów,   którymi   obarczyła   nas 

cywilizacja.

- Te przedmioty to postęp.

- Ten postęp spętał nas i zniewolił. I pcha człowieka na brzeg przepaści. 

background image

Przymus współzawodnictwa w postępie zapędza narody w uliczkę bez wyjścia. 

Jak   długo   ziemia   będzie   w   stanie   dostarczać   ludzkości   swoich   bogactw? 

Wyeksploatowana i pusta będzie miała dla przyszłych pokoleń już tylko swoją 

powierzchnię, w dodatku zatrutą i zadeptaną przez miliardy stóp.

- Przestań!

- Już właściwie nie ma nic do powiedzenia. Chyba tylko to, że wyścig ku 

niewiadomemu zabija w nas zdolności mądrego patrzenia w przeszłość. Jakie 

piękne były dawne cywilizacje, dawna kultura. Nasi potomkowie, jeśli jacyś 

ostaną się na tej smutnej ziemi, będą przerażeni tym, co im zostawimy.

- Zapominasz, że dawne piękne - jak mówisz - cywilizacje nie potrafiły 

poradzić sobie z dżumą i cholerą.

- Tak, jak my w tej chwili nie potrafimy sobie poradzić z rakiem i AIDS. 

A z pełnym powodzeniem zatruwamy zdrowych.

- Na litość boską! Po coś ty polazł za mną do tej piwnicy? W końcu to ty 

kształcisz przyszłych fizyków, którzy nie wiadomo co jeszcze wymyślą.

Kamil uśmiechnął się krzywo.

- Fizycy mają wciąż coś niecoś do zrobienia na ziemi, nie muszą od razu 

wysadzać jej w powietrze.

- Od czego właściwie zaczęliśmy tę straszną rozmowę?

- Od tego, że zapytałaś, czy naprawdę nie ma sposobu na życie.

- I nie ma!

- Ależ jest! Jest wiele sposobów na życie, które dają poczucie pewności 

siebie, a nawet szczęście.

- Proszę cię, bez frazesów!

- To nie frazesy. Tylko odrobina wiary, że ludzkość się opamięta.

- Nie jesteś zbyt konsekwentny w tym, co mówisz.

-   Moja   droga,   cały   nasz   świat   nie   jest   konsekwentny,   dlaczego   więc 

wymagasz ode mnie...

- Dosyć! Postarajmy się przywołać na twarz wymaganą dzisiejszego dnia 

background image

pogodę. - Agnieszka wstała, roztarła dłońmi ramiona. - Zmarzłam w tej piwnicy. 

Weź jeszcze ze trzy słoiki i chodźmy. W ogólnej niekonsekwencji świata kryją 

się jednak małe ludzkie konsekwencje i my strzeżmy nasszej, jak długo się da.

Babka Izabelka czekała już na nich w drzwiach kuchni.

- Co robiliście tam tak długo?

Pewnie coś stłukliście?

- Babciu! - usiłowała roześmiać się Agnieszka. - Babcia ma nas wciąż za 

łasujących w spiżarni smarkaczy.

- A nie jest tak? Co tam trzymasz w ręce?

- Wzięłam kilka gruszek w cukrze dla Romana.

- Trzeba było zabrać ze sobą talerzyk.

- Pomyślałam o tym dopiero wtedy, gdy zobaczyłam w piwnicy te babci 

wspaniałe gary. Chciałabym mieć takie u siebie w domu, ale nigdzie nie można 

ich kupić.

Babka przelewała już kompoty do kilku kompotierek. Uśmiechnęła się z 

powątpiewaniem.

- A co ty byś w nich trzymała, moje dziecko?

- Także gruszki w cukrze.

- A kto by ci je usmażył, kiedy ty na nic nie masz czasu?

- No właśnie - zasmuciła się Agnieszka.

- Zapakuję ci jeden taki gar i zabierzesz z sobą do Warszawy.

- Ona zawsze musi coś wycyganić - mruknął Kamil, zmierzając już z 

jedną kompotierką ku drzwiom.

- Tobie też dam - roześmiała się babka. - A dla kogo ja to wszystko robię? 

Tylko dla was!

-   Ale   jak   ja   bym   z   takim   garnkiem   wsiadł   do   pociągu?   Nie   mam 

samochodu.

- Ja ci tak zapakuję, że wsiądziesz.

- Nie, nie - bronił się Kamil. - A poza tym babcia wie, że nie przepadam 

background image

za słodyczami, nawet jeśli są babci wyrobu. - Dotykał już łokciami klamki, ale 

powstrzymał się jeszcze przed jej naciśnięciem. - Mój Boże! - powiedział cicho. 

- Jak to szybko mija!

- Co? - spytały babka i Agnieszka.

- Takie chwile w tym domu.

Babka Izabelka zatrzymała się także.

-   Mnie   całe   życie   tutaj   wydaje   się   jedną   chwilą,   choć   zdarzały   się   i 

cierpienia, a one mają swój własny czas, dłuższy od każdego innego.

Agnieszka - ostrożnie, żeby nie rozlać kompotu, który niosła - przechyliła 

się ku babce i pocałowała ją w policzek.

- Babciu, bardzo proszę! Na dzisiejszy wieczór sprosiliśmy  tylko miłe 

wspomnienia.

- Dobrze! - zgodziła się babka Izabelka skwapliwie. - Dobrze!

I   wreszcie   wkroczyli   po   kolei   do   pokoju,   witani   przez   Sylwię   i 

Rozciłowskiego okrzykami radości. Jacy oni są w odruchach podobni do siebie! 

pomyślała Agnieszka, zdumiona wzruszeniem, które ją na chwilę ogarnęło. Nie 

zwróciła   się   jednak   najpierw   do   swego   pierwszego   męża,   ale   do   księdza,   a 

następnie   do   Ziołki,   bo   obydwaj   wydali   się   jej   obdarzani   zbyt   małą   uwagą 

domowników podczas całej kolacji.

-  A   jednak   przypomniałam   sobie!   I  ksiądz   proboszcz   i  pan   Sylwester 

najlepiej lubią kompot z moreli! Pamiętam także - mówiła do Ziołki - jak pan 

pomagał zawsze babce zrywać morele, nie pozwalając, żeby sama wspinała się 

na drabinę...

-   Jeszcze   i   teraz   to   robię,   kiedy   nikt   nie   widzi   -   zaśmiała   się   babka 

Izabelka. - I w ogrodzie, i w domu! A kto tu, ciekawa jestem, zakłada zawsze 

firanki?

- Babcia? - zdumiała się z przerażeniem Agnieszka. - Sylwio! - krzyknęła 

na córkę. - To powinna być twoja robota!

Sylwia większość swoich uczuć wyrażała wzruszeniem ramion.

background image

- Ile razy chcę się do czegoś zabrać, babcia zawsze mówi, że już sama to 

zrobiła.

- Bo ja nie lubię nikogo prosić. A tak naprawdę, to dla mnie radość, kiedy 

sama coś zrobię.

- Takie są właśnie wszystkie starsze panie - zauważył ksiądz, wyjadając 

ze smakiem podany mu przez Agnieszkę kompot. - NIeraz dziwię się, że jeszcze 

dotąd żadna nie została świętą. W litanii po wierszu ”wszystkie panny i wdowy” 

umieściłbym wezwanie do nich: ”Wszystkie starsze panie... ”

- ”Wszystkie starsze kobiety” - poprawiła babka Izabelka.

- Tak - zgodził się ksiądz. -

„Wszystkie starsze kobiety, wykonujące za domowników większość zajęć 

domowych - módlcie się za nami”.

-   Mnie   by   nie   było   wśród   tych   świętych,   pomyślała   najpierw   z 

rozbawieniem, a potem jednak z rodzącym się żalem babka Wysoczarska. Bo 

może   naprawdę   była   w   tym   jakaś   przyjemność,   nawet   radość   -   zrywać   na 

przykład   owoce   w   sadzie,   albo   zawieszać   w   okanch   śnieżne,   szeleszczące, 

pachnące świeżością firanki! W Wysoczarach robiła to służba, dziwne by było, 

gdyby ją wyręczała, ale w Krakowie, w tych dwóch pokoikach, mogła robić to 

sama. W pierwszych latach po wojnie była na to jeszcze dość młoda, mogła 

wspinać   się   po   drabinach,   ale   wolała   zostawiać   tę   robotę   osobom,   które 

przychodziły do sprzątania. A owoców z sadu nie przynosiła, bo już go nie 

miała.

Dlaczego... dlaczego tak rzadko wychodziła do sadu w Wysoczarach? Po 

parku chodziła często, lubiła te spacery, o wszystkich porach roku, nawet zimą, 

gdy śnieg chrzęścił pod stopami w alejach, wyznaczanych wśród zasp rzędami 

drzew. Szczególnie piękna była wtedy aleja świerkowa, inne drzewa stały nagie, 

pozbawione swoich liściastych sukni, zubożałe jakby, tak jak i sad, czarny pod 

niskim   od   chmur,   zimowym   niebem.   Ale   wiosną   on   bywał   najpiękniejszy, 

kwitnące   drzewa   były   ogromnymi   bukietami   rozstawionymi   w   rzędach   na 

background image

zielonym obrusie ziemi. I jesień zdobiła go też hojnie rozrzuconymi plamami 

dojrzewających owoców... Znosiły je koszami do kuchni i piwnic objedzone 

nimi dziewczyny, ale nigdy nie przyszło jej na myśl, żeby im towarzyszyć, żeby 

tak jak one objeść się owoców wprost z drzewa, oblizując potem palce, lepkie 

od owocowego soku.

- W Wysoczarach mieliśmy bardzo piękne morele - odezwała się nagle, 

już bez związku z prowadzoną przy stole rozmową, bo Ziołko wspominając, jak 

to pomagał  babce  Izabelce w ogrodzie po pracy  w cegielni, którą później - 

podczas zachwytów nad wielką płytą - zamknięto, zaczął opowiadać właśnie o 

swoim powrocie do otwartego znów dawnego zakładu pracy.

- Tym małym cegielniom - mówił - przywrócono nie tylko dawne życie, 

ale i odebrany im honor.

-   Jabłka   w   Wysoczarach   także   były   bardzo   piękne   -   niespodziewanie 

wspomnieniom teściowej zawtórowała Karolina.

-   Pamiętasz?   -   zdumiała   się   starsza   pani.   -   Raz   tylko   byłaś   w 

Wysoczarach. I tak krótko.

- Ale jabłka wisiały  jeszcze  w sadzie.  A ja dość  długo szłam wzdłuż 

płotu... - Po błocie, miała powiedzieć, ale powstrzymała się od tego. Nie chciała 

niczym oszpecać wspomnienia owego pięknego dnia, który los podarował jej i 

rodzicom Wiktora, choć trwał jeszcze okrutny czas wojny. Szła, grzęznąc w 

błocie, przemoczona  i zziębnięta, ale w duszy śpiewała jej nowina - Wiktor 

żyje! Powie to zaraz jego matce i ojcu, a oni pomyślą od razu, że go kocha, że 

kocha go tak samo, jak oni.

Wsunęła dłoń pod obrus i położyła ją na dłoni Wiktora, bo znów siedziała 

obok   niego,   wróciwszy   na   swoje   dawne   miejsce   po   odjeździe   Krystianów   i 

Orwiłły. Agnieszka usiadła przy Rozciłowskim, co dla Sylwii, która nigdy nie 

widziała rodziców całkiem zwyczajnie siedzących obok siebie przy stole, było 

widokiem tak niezwykłym, że oczu od nich nie mogła oderwać.

- Ładnie im razem, proszę księdza, prawda? - zapytała cichutko.

background image

Ksiądz Rudek zamrugał powiekami.

- Komu, moje dziecko?

- Mamie i tacie. Ksiądz dawał im ślub. Jak wtedy wyglądali?

- Jak para nowożeńców. Mama była taka śliczna...

- Teraz jest śliczna! bo wtedy...

Czy ksiądz orientował się po jej wyglądzie, że ja już byłam w drodze?

- Sylweczko! - jęknął proboszcz.

Trzy   pokolenia   dziewcząt   z   tej   rodziny   wprawiały   go   w   osłupienie   i 

najgorszą z możliwych, duszpasterską bezradność. Najpierw Karolina, cóż ta 

smarkata nie wygadywała podczas przedślubnej spowiedzi! Przyszli obydwoje 

zaraz po 22 stycznia, kiedy tylko miasto zostało oswobodzone... Zaraz, zaraz... 

Ale teraz był grudzień... Termin tej dzisiejszej uroczystości u Wysoczarskich od 

razu   wydał   mu   się   jakiś   niewłaściwy.   Ależ   tak!   Dopiero   teraz   to   sobie 

uprzytomnił! Oni nie obchodzili rocznicy sakramentu małżeństwa, ale rocznicę 

tego   wcześniejszego   dnia,   kiedy   po   raz   pierwszy...   I  ten   dzień   był   dla   nich 

ważniejszy! Ważniejszy! O, bezecnicy! Na co to oni się poważyli, myślałby kto 

-   stateczni   ludzie!   I   żeby   śmieli   i   jego   na   taką   rocznicę,   na   taki   jubileusz 

zaprosić! - Uniósł się z krzesła, czując łunę rumieńca, uderzającą mu na twarz, 

ale Sylwia przytrzymała go za rękaw zdziwiona brakiem odpowiedzi na swoje 

pytanie.

- Było poznać, proszę księdza?

- Co? Co takiego? O co ty mnie pytasz?

-   Ojej   -   zniecierpliwiła   się   Sylwia.   -   Po   co   ja   mam   to   księdzu 

proboszczowi jaśniej tłumaczyć?

-   Moja   droga...   -   Ksiądz   opadł   z   powrotem   na   krzesło,   przez   chwilę 

głęboko oddychał. - Moja droga! Są sprawy, są tematy, od których dziewczynki 

w twoim wieku powinny trzymać się z daleka.

Sylwia patrzyła na księdza, wyraźnie ubawiona jego zgorszeniem.

- Od spraw trzymam się z daleka, proszę księdza. Od tematów nie - bo 

background image

cóż w nich złego? Nawet w szkole miewamy pogadanki.

- No tak - jęknął znów ksiądz. - I czy można się dziwić, że potem...

- Ależ one działają odstraszająco!

Tak, proszę księdza, niech mi ksiądz wierzy! Przynajmniej na mnie. Bo 

kiedy pomyślę sobie, co z tego mogłoby być...

-   Przestań!   -   zasyczał   ksiądz,   już   nie   zakłopotany,   nie   zgorszony,   ale 

naprawdę wściekły.

- Dlaczego, proszę księdza! A wracając do moich rodziców, to cieszę się, 

że tak się stało. Że poczęli mnie z takiej strasznej, z takiej nie do wytrzymania 

miłości. Dzieci spłodzone z małżeńskiego nawyku i znudzenia są do niczego. 

Od  razu można  je  poznać.  Siedzą  potem  takie  senne  na  lekcjach  i  w  ogóle 

niczym nie można ich zainteresować.

- Zamilknijże wreszcie! - Ksiądz Rudek zaczynał tracić panowanie nad 

sobą.

- Ksiądz się ze mną nudzi? - zmartwiła się Sylwia.

Ksiądz wzniósł ręce i zatrzepotał nimi nad głową.

- O, z tobą nudzić się nie można!

-  Widzi  ksiądz   proboszcz!   -  Zwykła  pewność  siebie   wróciła   na  twarz 

Sylwii.   -   Wszyscy   to   mówią.   -   Uśmiechnęła   się   grzecznie   i   rozbrajająco,   i 

zwróciła teraz wzrok ku rodzicom, którzy siedzieli naprzeciwko niej i księdza. 

Więc to - choć na krótko (czemu, czemu na krótko?) było jednak możliwe?! 

Miała ich przed sobą, jak inne dzieci, patrzyła na ojca i matkę siedzących razem 

przy stole. - Mój Boże! - szepnęła do siebie, nagle po dziecinnemu pokorna i 

ufna. - Mój Boże!

Przez   nie  zasłonięte   okna  werandy   było  widać,   jak   wciąż   pada   śnieg, 

powolny i leniwy, wirujący tylko lekko przy szybach, białą ciszą układający się 

na   ziemi.   Cisza   wsączyła   się   przez   ten   widok   i   do   wnętrza,   bo   wszyscy 

rozmawiali teraz prawie szeptem i tylko ze swoimi sąsiadami, zaniechawszy 

ogólnej   wymiany   zdań,   jakby   nadające   się   do   niej   tematy   zostały   już 

background image

wyczerpane   gadaniną   w   ciągu   całego   wieczoru,   a   pozostały   do   przekazania 

tylko   treści   intymne,   wymagające   ściszonych   głosów   i   patrzenia   z   bliska   w 

oczy.

Wiktor uśmiechał się do Karoliny ściskając pod osłoną obrusa jej gorące 

palce.

- Już się na mnie nie dąsasz?

- A dąsałam się?

- Tak mi się zdawało.

- Starszym paniom, tak jak osiemnastoletnim dziewczętom, przychodzą 

do głowy różne głupstwa.

- Ale starsze panie, na szczęście, potrafią z nimi dość szybko się uporać.

- Bo już im żal na nie życia. Żal im życia na wywołane urojeniami dąsy. 

Byłam z tobą bardzo szczęśliwa, Wiktor! Chcę, żebyś to ode mnie usłyszał. To 

największy prezent, jaki mogę ci dać.

-   Największy   z   największych!   Tylko   dlaczego   mówisz   w   czasie 

przeszłym? Teraźniejszość jest szczęśliwa.

- Ale trwa krótko i ulotnie. Patrz, już minęła tamta chwila, w której ci to 

powiedziałam. A przeszłość mamy, trwale i niezniszczalnie, nikt nam jej nie 

ukradnie, nie wyniesie przez okno, nie podpali, właściwie ją jedną się naprawdę 

ma. I ja w tym uroczystym dniu tylko nam wiadomej rocznicy dziękuję ci za 

moją przeszłość z tobą.

Wysoczarski podniósł dłoń żony do ust i długo ją całował.

-   Ja   tobie   też   dziękuję.   I   także   daję   ci   ten   największy   prezent,   jaki 

człowiek może dać drugiemu człowiekowi, spędzającemu z nim życie. Ale ja ci 

go daję na otwarcie przyszłości, na całe jutro, które nam los podaruje.

Zamilkli i przez długą chwilę byli zupełnie sami przy stole, przy którym 

wciąż toczyły się rozmowy i wybuchały śmiechy.

Niespodziewanie i Karolina zaczęła się śmiać. Usiłowała się opanować, 

ale nie mogła. Osłoniła twarz opartą o czoło dłonią, żeby nikt tego nie zauważył, 

background image

plecy jednak i ramiona drżały jej od nagłego ataku śmiechu, który nią owładnął.

-   Z   czego   właściwie   się   śmiejesz?   -   spytał   Wiktor   ze   zgorszonym 

zdumieniem.

-   Po   raz   drugi   podczas   tej   kolacji   wyobrażam   sobie,   jak   śmieszni 

wydalibyśmy się naszym dzieciom i wnukom, gdyby usłyszeli o czym i jak ze 

sobą rozmawiamy.

- Dlaczego... śmieszni? - wciąż nastroszony dopytywał się Wiktor.

-   Bo   dla   nich   miłość   rodziców   i   dziadków   to   zamierzchła   rodzinna 

historia.

- Tak sądzisz?

- Jestem pewna.

- No to dobrze, że ukrywamy się z nią przed nimi - Wiktor także zaczął 

się śmiać, opuściwszy nisko głowę. - Ale nie przesadzajmy z tym ukrywaniem.

- Myślę, że nie przesadzamy.

Chichotali obydwoje między sobą i to była także bardzo piękna chwila - 

pomyśleli   tak   prawie   równocześnie,   a   Wiktor   rzekł   zapominając,   że   i   złe 

momenty zdarzały się w ciągu dnia:

- Trochę bałem się tego familijnego zbiegowiska, ale okazało się w końcu 

bardzo przyjemne.

- Jednak i nieco męczące - poważniejąc, szczerze wyznała Karolina. - 

Najbardziej mama się zmęczyła.

- Drzemie sobie teraz przy stole - Wiktor z czułością patrzył na teściową, 

podtrzymującą obydwiema dłońmi senną głowę. - Nie trzeba jej budzić.

Ale babka Izabelka nie spała. Potrzebne jej tylko było przymknięcie oczu 

dla zliczenia w sobie owego długiego czasu, który minął pod tym dachem i pod 

tym   niebem,   z   tymi   ludźmi,   wśród   ich   życia,   które   było   także   jej   życiem. 

Przyszedł tu nocą ostatniej wojennej jesieni sterany i zbiedzony chłopak, krew 

ciekła z niego strumieniem,  ale Karol go uratował. Karol... (bądź dobry dla 

niego,   Panie   Boże,   bo   na   to   zasłużył)   utrzymał   go   przy   życiu,   dopomógł 

background image

wyzdrowieć i wrócić do sił, a on potem uwiódł im Karolinę, tę głupią gęś, której 

oczy robiły się maślane, gdy tylko na niego patrzyła. Na szczęście nic złego z 

tego nie wyszło, chłopak miał  prawdziwie męski  honor i potrafił ocenić, że 

dziewczyna może  być dobra, choć  głupia,  nie zostawił jej, wrócił do niej z 

wojny - i w tym domu, tak pustym po tym, co stało się z Karolem, znowu był 

mężczyzna. I znowu przychodziły tu na świat dzieci... Bo ten dom bardzo lubił, 

żeby się w nim rodziły i chowały dzieci...

- Dla mnie prawdziwy dom to tylko z cegły! - mówił Sylwester Ziołko do 

Kamila. - I nie tylko teraz mam takie zdanie, kiedy cegła wraca do łask. Zawsze 

to mówiłem i od razu byłem zły dla komitetu, bo się nie zachwycałem wielką 

płytą. Zresztą w ciągu tych lat w różny sposób się tam narażałem. Zależnie od 

tego, kto tam akurat siedział, to raz byłem dobry, a raz zły i właśnie to mam do 

zarzucenia naszej władzy, że nie pozwalała człowiekowi czuć się pewnie, kiedy 

raz   się   dorobił   swoich   zasług.   -  Nie,   ja  nie   myślę   o   Berlinie,   choć   kiedy   z 

Wiktorem   przyszedłem   tu   do   tego   miasta,   przede   wszystkim   to   się   liczyło. 

Pochodzenie chłopskie i to, że byłem w Berlinie, że go zdobywałem. Ale nigdy 

nie myślałem, że to ma mi wystarczyć na całe życie, za pracowitość i uczciwość. 

Nie, tak nigdy nie myślałem. Bo wiedziałem, że każdego dnia muszę pracować 

na moją dobrą opinię wśród ludzi. Ale kiedy się już człowiek jej dorobi - bo to 

jest największy kapitał, jaki można sobie uskładać - to powinien być spokojny, 

że   go   ma,   że   nikt   mu   go   nie   odbierze   jakimś   nieprzychylnym,   kłamliwym 

słowem. A to się niestety, u nas zdarzało. Przychodził ktoś nowy, zasiadał na 

urzędowym stołku   i od  razu  musiałeś  zadawać  sobie   pytanie  -  jaki  u  niego 

jesteś? Nie jaki w ogóle jesteś, ale jaki jesteś u niego. To było upokarzające i to 

sprawiało, że ludzie nie mieli tego wewnętrznego spokoju, jaki mieć powinni. 

Gdyby mnie kto zapytał, co trzeba u nas najpierw zmienić, odpowiedziałbym - 

przede wszystkim to.

- Dobrą opinię musi mieć człowiek sam o sobie.

- Tak, panie Kamilu, zgadzam się z panem. Ale przecież, jeśli coś się 

background image

dobrze robi, to i pragnie się, żeby to było dobrze ocenione także i przez tych z 

góry, od których bądź co bądź wiele zależy.

- Trzeba tak żyć, żeby zależeć tylko od siebie.

- A to możliwe?

- Bo ja wiem... - zastanowił się jednak Kamil.

- To nie jest możliwe. Ale już by wystarczało, żeby przy tej odgórnej - 

panu na pewno nie podoba się to słowo - ocenie nie były brane pod uwagę żadne 

inne okoliczności poza pracą.

- No właśnie - westchnął Kamil już zmęczony tą rozmową z Ziołką.

- Tak bardzo nie chce mi się jechać - szepnął Rozciłowski do Agnieszki.

Powinna była powiedzieć ”no to nie jedź” - ale nie powiedziała, choć 

może   i  miała   na   to   ochotę.   Nie   zatrzymywała   Orwiłły,   więc   wydało   jej   się 

słuszne i sprawiedliwe, że i tego mężczyzny nie będzie zatrzymywać, żeby nie 

myślał sobie, że tak bardzo jej na nim zależy, o nie! Na to była jeszcze za dobra.

- Taki śnieg... - powiedziała tylko.

- Tak, wciąż pada - podchwycił Rozciłowski.

- Ale droga do Warszawy musi być przejezdna.

- Oczywiście - prawie z ubolewaniem potwierdził Rozciłowski.

- A sad w Wysoczarach jeszcze jest? - spytała nagle babka Wysoczarska.

Kamil   albo   nie   dosłyszał,   albo   nie   uzmysłowił   sobie,   że   pytanie   było 

skierowane wyłącznie do niego.

- Czy sad w Wysoczarach jeszcze istnieje? - powtórzyła donośniej starsza 

pani. Wpatrywała się we wnuka natarczywym spojrzeniem i wreszcie zrozumiał, 

że tylko on jest w stanie zaspokoić tę boleśnie nierozsądną ciekawość.

- Chyba nie - powiedział jednak niepewnie.

- Co to znaczy - chyba nie?

- Bo nie rozglądałem się aż tak bardzo... a poza tym nie byłem nigdy 

przedtem w Wysoczarach...

- Cóż z tego, że nie byłeś?

background image

- Nie wiedziałem, że w ogóle był tam sad.

- Jakże mogło nie być sadu?! - podniosła głos starsza pani. Był. Był! I to 

jaki!

- Ale na pewno już się tak zestarzał - Kamil, i tylko on jeden, wciąż nie 

wyczuwał w głosie babki potęgującego się napięcia, uśmiechał się nawet, kiedy 

powtórzył: - tak się na pewno już zestarzał, że dawno go chyba wycięli.

- Ale mówiłeś, że jest tam szkoła rolnicza - krzyknęła babka. - Czy szkole 

rolniczej   nie   jest   potrzebny   sad?   Choćby   nawet   stary,   choćby   najstarszy! 

Właśnie ze stanu starych drzew można wnioskować o sile ich odmiany.

-   Nie   wiem,   babciu   -   Kamil   zachowywał   wciąż   swoją   pogodną 

obojętność. - Nie znam się na tym. A poza tym ta szkoła już tam długo nie 

będzie.

- Jak to - nie będzie?

- Budują dla niej nowy gmach.

Bardziej odpowiedni. Bo przecież pałac...

- Co - pałac?

- To nie był chyba najwygodniejszy budynek dla szkoły.

-   I   co...   z   nim   zrobią?   -   spytała   ściszonym   raptownie   głosem   babka 

Wysoczarska.

-   Z   czym?   -   zdumiał   się   Kamil,   jakby   zapomniał   już   na   jaki   temat 

rozmawiali.

- Z pałacem. Z pałacem w Wysoczarach.

- Pewnie go komuś sprzedadzą.

- Sprzedadzą? Komu?

- Jakiejś instytucji. Albo osobie prywatnej.

- Od kiedyż to prywatne osoby mogą mieć w Polsce pałace?

- Są takie. Nowa nasza szlachta - wybitni artyści. Nie czytała babcia w 

prasie, że ten i ów kupił sobie dwór albo pałac na rezydencję?

Babka Wysoczarska otworzyła - bardzo powoli - trzymaną na kolanach 

background image

torebkę, wyjęła z niej chusteczkę i wczepiła w nią rozdygotane palce.

- Elżbieta... - szepnęła. - Elżbieta powinna go kupić dla mnie...

- Ciocia Elżbieta?

- Tak. Ma chyba dość dolarów. Jej mąż ma dość dolarów... Handluje w 

Los Angeles nieruchomościami! Przedwojenny polski dyplomata, handlujący w 

Ameryce nieruchomościami, mógłby kupić teściowej jej dawny pałac...

Przy stole trwała cisza. Zalękniona i struchlała. I tylko Kamil nie uznał za 

stosowne jej przedłużać. Zaśmiał się - i choć nie ironicznie, raczej z łagodną, 

wsspółczującą perswazją - wszyscy drgnęli jak dotknięci prądem.

- I co by babcia w nim robiła?

- Nie wiem co bym robiła... To samo, co przedtem. - Miałabym go.

Babka Wysoczarska upuściła chustkę na ziemię, a jej rozdygotane palce z 

gruzłami rozszerzonych stawów, czego dotąd nie dostrzegali, zagłębiły się we 

wnętrzu torebki w panicznym poszukiwaniu fiolki z lekarstwem.

- Wody! - krzyknęła Karolina, zrywając się od stołu. - Mogłabym cię 

uderzyć! - pogroziła synowi.

- Nie trzeba wody! - powstrzymał ją Wiktor. - Nitro! Nitro pod język! - 

Wyjął z rąk matki torebkę, sam zaczął w niej szukać. - Zabrała mama ze sobą 

nitroglicerynę?

-   Powinna   gdzieś   tam   być   -   szepnęła   słabiutkim   głosem   babka 

Wysoczarska.

- A tyle razy prosiłem... - Wiktorowi także trzęsły się ręce - tyle razy 

prosiłem, żeby można było od razu znaleźć nitroglicerynę w sytuacji, gdy... Ty 

idioto! - rzucił w stronę syna wraz z karcącym spojrzeniem.

Kamil także zerwał się od stołu.

- Skąd mogłem wiedzieć...? Skąd mogłem przypuszczać, że babcia... po 

tylu latach... Ależ to paranoja! Istna paranoja!

- Przynajmniej milcz! - do oburzenia rodziców przyłączyła się Agnieszka. 

- Musiałeś w ogóle wspominać o tej idiotycznej wycieczce do Wysoczar!

background image

- Była bardzo przyjemna. Dla młodzieży. I dla mnie. Trzeba na wszystko 

patrzeć z właściwej perspektywy.

- Na litość boską, mamo! Niech on przestanie gadać!

- Jest! - zawołał z ulgą Wiktor. - Jest nitrogliceryna! Wysypał z fiolki na 

dłoń pastylkę i przechyliwszy do tyłu głowę matki, wsunął jej pod język.

Babka Izabelka układała już poduszki na kanapie.

- Tu! Tu będzie najlepiej! Ułożenie wysokie - przy sercu trzeba zawsze 

pamiętać o wysokim ułożeniu.

Wiktor z Rozciłowskim podprowadzili chorą ku kanapie, oparli jej plecy 

o   poduszki.   Ksiądz,   Ziołko,   Karolina,   Agnieszka,   Sylwia   (i   dopiero   teraz 

naprawdę   przerażony   Kamil)   zbliżyli   się   także.   Cisza   w   pokoju   sprawiała 

wrażenie, jakby i tutaj zaczął padać długo utrzymujący się w powietrzu śnieg. 

Starsza pani uniosła powoli powieki.

- Nie stójcie tu tak nade mną! - warknęła.

Tylko Sylwia przyjęła to za poprawę samopoczucia prababki. Wycofała 

się ku stołowi, dłonią przyciśniętą do ust powstrzymując parsknięcie.

Wiktor się zaniepokoił.

- Niech mama dobrze trzyma pod językiem nitro! Nie połknęła jej mama?

- Nie! - warknęła znów starsza pani. Karolina pociągnęła Wiktora w głąb 

pokoju.

- Może byś wezwał pogotowie?

- Pogotowie? - Wiktor zastanawiał się przez długą chwilę. - Pewnie dyżur 

będzie miał jakiś młodzik i od razu zechce wieźć mamę do szpitala.

- Wobec tego zadzwoń do Adamkowskiego.

- Teraz? O tej porze?

-   Przecież   cię   nie   zamorduje.   Kiedy   jego   afgan   zeszłego   roku   miał 

nosaciznę, byłeś na każde zawołanie.

- Zadzwonię - Wysoczarski skierował się do gabinetu, gdzie był telefon. 

Kiedy   zapalił   światło,   chory   pies   na   jego   kanapce   obudził   się,   przeciągnął, 

background image

postawił uszy i przyjaźnie zamerdał ogonem.

- Zuch z ciebie! - uśmiechnął się, dotykając wierzchem dłoni psiego nosa, 

żeby   zbadać   jego   ciepłotę.   -   Zuch!   I   chyba   dobra   wróżba   dla   innych 

domowników. Zaufajmy medycynie!

Doktor Adamkowski oczywiście spał i długo trzeba było czekać, żeby się 

obudził   i   podszedł   do   telefonu.   Jak   można   było   przewidzieć,   nie   był   w 

najlepszym humorze,   ale  najwidoczniej   bardzo  kochał   swego  afgana,   bo  nie 

wygasła w nim jeszcze wdzięczność za jego uratowanie. Zgodził się przyjechać 

- a raczej zostać przywiezionym - swój samochód miał akurat nieczynny...

- Muszę po niego pojechać - obwieścił Wiktor, zjawiając się w progu 

jadalni już w kożuchu zabranym z przedpokoju.

- Niech ojciec zostanie. Ja pojadę! - zaofiarował się Rozciłowski.

- Byłbym ci bardzo wdzięczny, mój samochód w garażu...

- Ależ oczywiście - musiałby go ojciec dopiero wyprowadzić, a mój stoi 

przed domem.

- Wiesz, gdzie mieszka doktor Adamkowski? - spytała Agnieszka.

Rozciłowski zatrzymał się już w drzwiach.

- Przecież byłem u niego, nie pamiętasz? Sylwia nie miała jeszcze dwóch 

lat, kiedy zachorowała na zapalenie płuc...

- Pamiętam - miękko powiedziała Agnieszka.

- Pójdę pościelić łóżko - skierowała się także ku drzwiom babka Izabelka.

Kamil wysunął się za nią.

- Tak mi przykro - szepnął. - Czy mogłem przypuszczać, że babka tak 

zareaguje?

- Powinieneś. Czy nie widzisz, czy wy wszyscy nie widzicie, jak ona 

biedna szamocze się wciąż ze swoją dumą?

Kamil   przysiadł   na   krześle   patrząc,   jak   babka   wyklepuje   dłońmi 

poduszkę, wygładza na łóżku prześcieradło.

- A to marność nad marnościami - mówiła. - I żre duszę jeszcze boleśniej, 

background image

niż miłość czy nienawiść.

- Ale ona nie... umrze?  - spytał Kamil,  jakby był małym dzieckiem i 

oczekiwał od dorosłych pocieszających zapewnień.

Babka Izabelka wyprostowała się i długo patrzyła w okno.

- Nie wiem - powiedziała. - Nie wiem. Bo to w końcu - musi przyjść. Na 

każdego z nas.

Kiedy doktor Adamkowski przyjechał - nawet dość uprzejmy, jak na tę 

niezwykłą   porę   -   babka   Wysoczarska,   choć   nie   poczuła   się   lepiej   po 

nitroglicerynie - uniosła jednak głowę ku wchodzącemu i uczyniła okrągły ruch 

ręką, obejmujący wszystkich jej bliskich zgromadzonych znów wokół jej łoża.

- Cóż oni wyprawiają? Fatygować pana doktora w środku nocy...

- No, właściwie już nad ranem - mruknął doktor, ale wciąż pogodnie, 

jakby chciał nie tylko chorej, ale także i sobie dodać animuszu. - A kto rano 

wstaje i tak dalej... Niemniej jestem zdania, że starsze panie nie powinny zbyt 

późno chodzić spać, ani zbyt wcześnie się zrywać.

- Mieliśmy małą uroczystość rodzinną - wyjaśnił Wiktor, speszony tym, 

że sam nie pomyślał o wcześniejszym wyprawieniu matki do łóżka. - Jubileusz 

naszego małżeństwa...

-   O!   A   już   jak   najmniej   wskazane   są   jubileusze!   -   doktor,   sam   już 

niemłody i może zbyt otyły, wyjmował z futerału aparat do mierzenia ciśnienia. 

- Jak się okazuje, nawet cudze. Gdyby to nie był paradoks - to obchodzenie 

jubileuszy należałoby zalecać tylko młodym. - Proszę podnieść chorej rękaw - 

zwrócił się do Karoliny. - Tylko ostrożnie! Każdy niepotrzebny ruch i wysiłek...

- Och, zrobię to bardzo delikatnie! - szepnęła Karolina, pochylając się nad 

chorą. Czuła się podwójnie winna temu, co się stało. Gdyby nie wymyśliła sobie 

tej   rodzinnej,   ciągnącej   się   w   nieskończoność   kolacji   i   gdyby   powstrzymała 

Kamila,   gdy   tylko   zaczął   mówić   o   Wysoczarach...   Najdelikatniej   jak   tylko 

mogła,   podciągnęŁa   do   góry   rękaw   brokatowego   żakietu   teściowej,   odpięła 

śliskie guziczki przy mankiecie bluzki ze złotej lamy. Obnażone ramię ukazało 

background image

swoją, aż niewłaściwą przy tej elegancji, przerażająco nędzną nagość. Starzy 

ludzie, pomyślała z pełnym żalu lękiem, wydają się mniej starzy w ruchu, w 

czynnościach przydanych każdemu wiekowi - kiedy się położą, kiedy dosięgnie 

ich choroba, starość rzuca się na nich, jak sęp, szarpiący resztki tego, czym 

kiedyś byli.

Doktor wpatrywał się w tarczę aparatu.

-   No,   tak   -   powiedział,   podnosząc   wzrok.   -   Tego   można   było   się 

spodziewać!

- Ile? - przeraził się Wiktor, a Kamil chwycił dłoń babki Izabelki i położył 

ją sobie na oczach.

- Dwieście dwadzieścia na sto piętnaście. Są w domu jakieś środki na 

obniżanie ciśnienia?

-   Mam   w   torebce   riatazid   -   odezwała   się   babka   Wysoczarska,   coraz 

bardziej zawstydzona sobą i swoim zasłabnięciem.

- To dobrze. A teraz posłuchamy serca.

Znowu cisza   zaległa  pokój, wszyscy  wpatrywali się   w łysy  tył głowy 

doktora,   pochylonego   nad   zapadłą   piersią   chorej.   Mój   Boże,   myślał   Ziołko, 

przywołując w pamięci pierwsze zetknięcie się z matką Wiktora w Krakowie 

zaraz po wojnie. W dwóch pokoikach na poddaszu była to jednak wciąż pani na 

Wysoczarach.   Prawdziwe   państwo,   pomyślał   wtedy,  nie   spływa   z   człowieka 

nawet w największej niedoli.

-   A   teraz   widział,   że   przychodzą   takie   chwile,   kiedy   nie   zostaje   nic, 

prawie nic... Nędza człowieczego ciała dosięgała każdego, nikt nie mógł się 

przed nią obronić.

- Trzeba zrobić Ekg - powiedział doktor Adamkowski, zwracając się do 

Wiktora.

- Teraz? W nocy?

- W szpitalu, w izbie przyjęć, robi się Ekg przez całą dobę. Bo skoro 

nitrogliceryna nie daje poprawy... Wolałbym zobaczyć jak to wygląda.

background image

- Tylko nie  szpital!  -  odezwała  się  chora z  nagłą  energią. Obciągnęła 

obydwa rękawy, od żakietu i bluzki, starannie zapięła guziczki przy mankiecie. - 

Tylko nie szpital! - powtórzyła stanowczo.

- Ależ to tylko sprawa badania - uśmiechnął się perswadująco lekarz. - 

Koniecznego   badania!   -   Dodał   z   naciskiem.   -   I   pani   poczuje   się   lepiej, 

upewniwszy się, że nic jej nie zagraża.

- Proszę mi nie wspominać o szpitalu - babka Wysoczarska uniosła się na 

łokciu. - Bardzo pana proszę! - powtórzyła wyniośle.

- A jednak prawdziwe państwo nie spływa z człowieka... - uśmiechnął się 

do siebie Ziołko, z podziwem przyglądając się starszej pani.

- Mamo... - zaczął Wiktor, ale zgromiła go wzrokiem.

- Nie nalegaj! - Karolina położyła mu dłoń na ramieniu. - Nie nalegaj, 

jeżeli mama nie chce. W ośrodku jest przecież przenośny aparat Ekg i mogą tu z 

nim przyjechać, jeśli tylko pan doktor wypisze skierowanie...

-   Oczywiście,   że   wypiszę   -   doktor   nie   krył   niezadowolenia   i   rezerwy 

wobec   tej   propozycji.   -   Oczywiście,   że   wypiszę...   ale   jutro   jest   niedziela, 

ośrodek nieczynny...

-   Wytrzymam   do   poniedziałku!   -   rzuciła   nieustępliwie   babka 

Wysoczarska.

- Decyzja należy do państwa - doktor skłonił się lekko, jakby pozbycie się 

odpowiedzialności wymagało od niego wyjątkowo uprzejmego zachowania. - 

Ale ja powtarzam...

- Nie! - prawie krzyknęła chora.

Doktor Adamkowski spojrzał na nią spod oka, a potem zagłębił dłoń w 

swojej torbie.

- Jakbym przeczuwał... - mruknął. - Zabrałem ze sobą corinfar...

-   Mam   corinfar...   -   głos   starszej   pani   znów   osłabł,   manifestując   tym 

przycichnięciem poddanie się woli lekarza.

- ...i adalat. Z darów - świetny lek Bayera. Proszę zaraz zażyć.

background image

Tym razem Sylwia skoczyła do kuchni po wodę, a doktor zbierał się do 

odejścia, pakując do torby swoje lekarskie utensylia.

- Proszę jutro do mnie zadzwonić - rzekł do Wiktora.

- Dziękuję, że pan się fatygował. I przepraszam, że niepokoiłem w ciągu 

nocy.

- Miał pan uzasadnione obawy.

Uzasadnione!   -   dodał   ciszej,   gdy   Wiktor   odprowadzał   go   do   drzwi. 

Chwilę   się   w   nich   szamotali,   co   Rozciłowski,   który   ruszył   za   nimi,   żeby 

odwieźć   doktora,   wytłumaczył   sobie   -   nie   bez   rozbawienia   -   tym,   że 

prawdopodobnie obydwaj nie chcieli brać od siebie honorariów.

- Myślę, że trzeba mamę przenieść do łóżka - powiedział Wysoczarski, 

wracając do pokoju.

- Już posłane - zgłosiła babka Izabelka. - Zawsze - o czym wspomniała 

już Sylwia - wcześniej robiła to, co zrobić należało.

- Dziękuję mamie - Wiktor pocałował ją w rękę.

- Poczekajcie z tym na mego tatę - zawołała Sylwia. - Przeniesie babcię, 

jak piórko! - dodała, dumna z siły ojca.

- Wiktorku! - głos starszej pani zabrzmiał prosząco i lękliwie, nie znali 

takiego jego brzmienia. - Wiktorku...

Wysoczarski rzucił się ku matce, przysiadł na jej posłaniu, z niepokojem 

spojrzał na twarz. Złe przeczucie szarpnęło go za serce - oczy miała załzawione, 

a nie widział nigdy łez w jej oczach.

- Mamo... - wykrztusił.

- Wiktorku - powtórzyła łamiącym się głosem - ja... ja nie mogę być już 

sama w Krakowie. Nawet, jak wyzdrowieję, nie mogę być już sama...

- To oczywiste - wykrzyknął Wysoczarski. - To oczywiste - powtórzył już 

nieco słabiej. I poczuł żal do siebie i wstyd, że jednak popłoch ogarnął go na 

myśl   o   konieczności   wprowadzenia   jakichś   zmian   w   tym   niezbyt   przecież 

dużym domu. Gabinet był mu bezwzględnie potrzebny, a także i ten pokój, w 

background image

którym przyjmowali gości. I jak zareagują babka Izabelka i Karolina, obciążone 

już i tak nadmierną pracą... - to oczywiste - powtórzył jeszcze raz już całkiem 

cicho.

- Ależ mamo! - Karolina także rzuciła się do teściowej. - Trzeba najpierw 

wyzdrowieć, a potem wszystko jakoś się ułoży. - Wiktorowi wydało się, że 

powiedziała to bardzo ostrożnie.

- NIe, nie - zastrzegła się starsza pani. - Nie będę sprawiać wam kłopotu. 

Ale może  udałoby się... może  udałoby się wynająć w tym mieście jakiś nie 

krępujący pokój...

- O czym mama mówi...? - szepnął Wiktor.

-   ...albo   może   nawet   kupić.   Cena   nie   gra   roli,   mam   jeszcze   trochę 

wartościowych obrazów i mebli...

Wprawdzie myślałam, że dostanie je Sylwia...

- Nie chcę żadnych starych mebli! - zaprotestowała Sylwia z głębi pokoju.

Ziołko przybliżył się do kanapy.

- Ja chciałbym coś zaproponować - zaczął nieśmiało. - U mnie jest wolny 

pokój i całkowicie niekrępujcy, od śmierci żony sam tkwię w mieszkaniu jak 

palec. Więc pomyślałem sobie...

- O czym ty mówisz? - przerwał mu Wysoczarski.

- ...pomyślałem sobie, że... bo może tu, w tym domu, naprawdę byłoby za 

ciasno...   a   u   mnie   przestronnie,   spokojnie   i   wygodnie...   Byłby   prawdziwy 

zaszczyt   dla   mnie,   gdyby   pani   zechciała...   Do   dziś   pamiętam   -   wtedy   w 

Krakowie, kiedy przyszliśmy z Wiktorem jeszcze w mundurach, była pani taka 

serdeczna...

Babka Wysoczarska poruszyła się niespokojnie. Serdeczna? pomyślała z 

niemiłym  zdumieniem.  W  jaki  sposób  ten  człowiek   wyobraził  sobie,  w  jaki 

sposób   zapamiętał   tę   jej   serdeczność,   tę   jej   niebyłą   serdeczność   z   tamtego 

odległego dnia...?

A Ziołko nie przestawał coraz żarliwiej nalegać:

background image

- U mnie  szanowna pani miałaby naprawdę dobrze. Mnie prawie cały 

dzień nie ma w domu, mieszkanko ciepłe i czyste... dopiero co malowałem, 

kuchnia cała w kafelkach...

Ksiądz Rudek także przysunął się do kanapy.

-   I   u   mnie   jest   dosyć   miejsca,   proszę   państwa,   ja   to   powinienem 

powiedzieć przed panem Ziołką.

- Proszę księdza! - krzyknęła Karolina, ale proboszcz nie pozwolił sobie 

przerwać.

-   Plebania,   chwalić   Boga,   przestronna,   także   dobrze   ogrzana,   dwóch 

wikarych, którzy ze mną mieszkają, nie zamącą spokoju. A Pawlisiowa dobra 

kobieta i będzie umiała zadbać o panią i we wszystkim dogodzić. Myślę, że za te 

kolatorskie świadczenia, których pani i pani przodkowie nie odmawiali swoim 

parafianom, należy się teraz pani...

-   Dosyć!   -   krzyknęła   babka   Izabelka.   Przepchnęła   się   ku   kanapie, 

odsunęła Ziołkę i księdza, twarz jej pałała krwistym rumieńcem. - Dosyć! Co to 

jest? Co to wszystko znaczy? Całe to, nie ubliżając księdzu, gadanie? Matka 

mego jedynego zięcia nie będzie tułać się po obcych domach, czy plebaniach - 

tu jej miejsce, przy synu i przy nas wszystkich. Odstąpiłam pani swój pokój na 

gościnę, a teraz odstępuję na stałe. Będę spała w kuchni. Spałam w niej, kiedy 

nastałam   do   tego   domu   i   dobrze   mi   tam  było.   -   Zamyśliła   się   na   chwilę   z 

powściągliwym uśmiechem na ustach. - A jakie miłe mam wspomnienia! Jakie 

miłe... Jakie wspaniałe...

Babka Wysoczarska płakała.

W   ciszy,   która   zapadła   po   słowach   babki   Izabelki,   byłoby   słychać 

najcichszy jej szloch, ale ona płakała bezgłośnie, i tylko Wiktor, siedzący przy 

niej, widział łzy toczące się po upudrowanych policzkach. Nie miała ich czym 

otrzeć, chusteczka leżała pod stołem, nikt jej nie podniósł, kiedy prowadzono ją 

na kanapę.

- Mamo! - szepnął Wiktor. - Nie trzeba... Bo i ja się rozpłaczę...

background image

- Nie, nie... ja tylko tak... To ze wzruszenia... I że dawno nie było mi tak 

dobrze... Dziękuję! Dziękuję wam wszystkim...

- Ja babcię przeniosę do łóżka! - Kamil przyskoczył do kanapy.

- Ty, Kamilku? Zawsze byłeś taki wątły. Poczekajmy na Romana.

- Nie będziemy czekać na Romana.

Przekona się babcia, że wcale nie jestem teraz taki wątły.

- A zapadałeś tak często na anginę i koklusze.

- Już nie zapadam. Babka Izabelka wyleczyła mnie sokiem z czarnego 

bzu.

- Popatrz, popatrz! A tyle było u nas czarnego bzu...

- Niech mi babcia zarzuci ręce na szyję.

- Pomożemy ci! - zawołali Wiktor i Ziołko.

- Nie, nie - ja sam. Ja sam! - Kamil dźwignął chorą i skrywając wysiłek, 

ruszył z nią ku drzwiom.

- Mój Kamilku! - Prawie że roześmiała się babka. - Ty naprawdę jesteś 

silny! I opowiesz mi jeszcze...

- O, co to, to nie! - Stanowczo zastrzegł się Kamil. - Nic już nie będę 

opowiadał.

Kiedy babka Wysoczarska, już w nocnej koszuli i po zażyciu lekarstwa, 

leżała   w   łóżku,   wsparta   na   wysokich   poduszkach,   i   tylko   babka   Izabelka 

krzątała się przy niej - do pokoju wsunął się ksiądz Rudek. Ręce miał złożone na 

piersi i wyraźnie było mu brak stuły, o którą mógłby zaczepić palce.

- Wprawdzie nie jestem przygotowany na udzielenie tej posługi... - zaczął.

- Ja... jakiej posługi...? - wyjąkała chora.

- Myślę, że może chciałaby pani...

A skoro akurat tu jestem, wprawdzie bez świętych olejów...

- Jezus Maria! - starsza pani poderwała się na łóżku, wyciągnęła przed 

siebie   ręce   w   obronnym   geście.   -   Co   też   ksiądz?   Co   ksiądz   sobie   myśli? 

Izabelko! - krzyknęła, choć nigdy dotąd nie zwracała się do matki synowej po 

background image

imieniu. - Izabelko! Ksiądz mnie straszy! Myśli, że naprawdę będę umierać. 

Opowiada tu coś o namaszczaniu olejami... o spowiedzi...

- Ja tylko chciałem... - tłumaczył się speszony ksiądz - ja myślałem, że 

poczułaby pani ulgę...

- Ulgę! Ładna mi ulga! straszy mnie ksiądz i jeszcze uważa, że to ulga. 

Niech ksiądz stąd idzie! Izabelko! Zabierz stąd księdza - proszę, zaraz go stąd 

zabierz!

Ksiądz sam cofał się ku drzwiom przerażony reakcją, jaką wywołał, i jego 

najpierw uspokoić uznała za słuszne babka Izabelka. Pogładziła sutannę na jego 

ramieniu, delikatnie kierując go ku wyjściu.

- To nic, to nic - szeptała. - Niech ksiądz proboszcz nie bierze sobie tego 

do serca...

Musiała go chyba odprowadzić aż do jego miejsca przy stole, bo nie było 

jej   długą   chwilę,   a   gdy   wróciła,   chora   zaczynała   się   już   uspokajać,   trochę 

zawstydzona swoim wybuchem.

- Pewnie się obraził? Co?

-   No...   Nie   było   mu   zbyt   przyjemnie   -   oględnie   stwierdziła   babka 

Izabelka.

-   Ale   bo   też...   wyjeżdżać   nagle   z   czymś   takim!   Chyba   Wiktor   ani 

Karolina nie prosili go, żeby mnie wyspowiadał.

- Na pewno nie.

- A więc ksiądz sam. Czy ja tak źle wyglądam...?

- Ależ skąd? - Babka Izabelka starała się uspokoić chorą. - Zresztą niech 

pani sama zobaczy - proszę, jest lusterko.

Babka   Wysoczarska   długo   patrzyła   na   swoje   odbicie   w   podanym   jej 

lusterku, poprawiła koronkowy kołnierzyk koszuli, kosmyk włosów na czole, 

oblizała wargi.

- Wydaje mi się, że wyglądam całkiem... całkiem normalnie.

- Jak najnormalniej!

background image

- Skąd więc księdzu przyszło do głowy...?

- Bo to jego obowiązek.

- Obowiązek...?

- Obowiązek! Troszczenie się o duszę człowieka, bo nie każdy się o nią 

sam troszczy.

-   Nie   każdy...   -   przyznała   spłoszona   nieco   tym   stwierdzeniem   babka 

Wysoczarska.

-   TAk   prawdę   mówiąc   -   Izabelka   Szymankowa   przysiadła   na   brzegu 

łóżka, oparła o krzepkie jeszcze uda spracowane ręce - najpiękniejsze w życiu 

człowieka są właśnie chwile, kiedy wcale o duszy nie myśli.

- O, tak! - szepnęła babka Wysoczarska. - Tak!

- Bo dusza czasem nawet przeszkadza człowiekowi być szczęśliwym. A 

ile jest w życiu tego szczęścia - tyle, co kot napłakał.

- Co kot napłakał - powtórzyła babka Wysoczarska. - Więc nie można się 

dziwić ludziom, że myślenie o duszy zostawiają sobie na koniec życia, a za 

młodości nie odgonią od siebie żadnej pokusy. Nie odgonią! Niech no tylko się 

im przytrafi, niech zapuka do ich drzwi. No i dobrze! - Babka Izabelka zaczęła 

się śmiać cichutko. - Jakby nie grzechy, to co by człowiek właściwie miał do 

wspominania?

Chora nie powtórzyła już za mówiącą ostatniego jej zdania, patrzyła na 

nią przez chwilę ze zgorszonym zdumieniem, i nagle - zaczęła się także śmiać, 

wtórować jej coraz głośniej, aż do rumieńców  wytrysłych na policzkach, do 

blasku przywróconego oczom.

Śmiały się tak długo - każda do swoich myśli - aż musiało to w końcu 

dotrzeć   do   jadalni,   bo   drzwi   uchyliły   się   powoli   i   ukazała   się   w   nich 

uśmiechająca się z niedowierzaniem twarz Karoliny.

- Co się tu dzieje?

- Nic - babka Izabelka zerwała się i wciągnęła ją do pokoju - śmiejemy 

się.

background image

- O, Boże! Jak się cieszę! Mama lepiej się czuje! Bo ksiądz wyszedł stąd z 

takim wyrazem twarzy...

-   Zdaje   się   -   wciąż   chichocząc   powiedziała   babka   Wysoczarska   -   że 

powinnam go przeprosić.

- Czy coś się zdarzyło?

- Nic poważnego, ale chciałabym z nim porozmawiać. Poproś, żeby do 

mnie jeszcze raz przyszedł.

Babka Izabelka wyszła wraz z Karoliną, a chora, którą tak przed chwilą 

rozbawiła   niespodziewaną   rozmową   o   przyjemnej   stronie   grzechów, 

spoważniała i uciszając się powoli czekała na wejście księdza.

Zjawił się speszony, ale rozpogadzający się na myśl,  że cały incydent 

zostanie   przekreślony,   a   może   nawet   i   zapomniany;   przynajmniej   on   tego 

pragnął i miał na to nadzieję w swej duszpasterskiej pokorze.

Pani Wysoczarska wyciągnęła do niego rękę.

- Zdaje się, że zachowałam się nieco niewłaściwie wobec intencji księdza. 

Proszę mi wybaczyć...

- Och, nie mam żalu. Choremu może się zdarzyć...

-   Proszę,   niech   ksiądz   siada,   tu   na   krześle   naprzeciwko   mnie,   żebym 

mogła księdza dobrze widzieć. I ksiądz mnie, ksiądz mnie także. - To nie moje 

samopoczucie spowodowało, że - szczerze mówiąc - zrobiłam księdzu awanturę. 

Spowiedź, ostatnia spowiedź, to już godzenie się na śmierć. A ja się na nią 

jeszcze nie godzę.

Ksiądz poruszył się niespokojnie na krześle, splótł dłonie na piersiach.

- Ona od człowieka nie zależy.

Stwórca powołuje go na świat i on...

- Wiem, wiem, proszę księdza. Może ze zbytnią pychą to powiedziałam. 

Może będzie lepiej, jeśli powiem, że ja się jej nie poddaję. Że ani przez myśl mi 

nie   przechodzi,   żeby   się   jej   poddać.   A   spowiedź...   ostatnia   spowiedź   to   już 

jednak   pierwszy   krok   na   drugą   stronę.   W   Wysoczarach   mówiło   się:   za 

background image

księżowską   oborę,   bo   cmentarz   rozciągał   się   za   tylną   ścianą   zabudowań 

gospodarczych plebanii. Więc nie chcę uczynić tego pierwszego kroku, choć 

wiem, że nie ode mnie zależą... dalsze. A poza tym... i to jest powód całkiem 

serio...

- Całkiem serio...?

- No, bo to, co dotąd powiedziałam, może ksiądz uważać za żart, za takie 

żartobliwe   bredzenie   starszej   pani.   A   prawda   jest   poważna   -   miałam   długie 

życie, proszę księdza. I różnorakie, jeśli można to tak określić. Więc potrzeba 

mi trochę czasu, żeby je prześledzić, ażeby zastanowić się nad każdym jego 

okresem, przyjrzeć się sobie z tego dystansu, który - choć, jak powiedziałam 

księdzu, jeszcze się nie poddaję - muszę już jednak mieć.

- Rozumiem.

- Nie mogę przystąpić do najważniejszej mojej sprawy, jaką teraz mam, 

bez przygotowania. Bo to jest najważniejsza sprawa, prawda?

- Tak - potwierdził ksiądz. - Człowiek nie ma ważniejszej.

- Poproszę księdza, kiedy będę gotowa. A może nawet sama przyjdę do 

kościoła...

- Będę się bardzo cieszył.

- I pomoże mi ksiądz, prawda?

Pomoże mi ksiądz zastanowić się nad sobą? - Pani Wysoczarska chwyciła 

dłoń księdza, mocno zacisnęła na niej palce.

- Co dnia spowiadam swoich parafian.

- Ale może rozmowa ze mną będzie wymagała trochę więcej czasu, a 

ksiądz pośród swoich rozlicznych zajęć...

-   Duszpasterskie   stawiam   na   pierwszym   miejscu   -   powiedział   ksiądz 

Rudek dziwnie cicho. Bo ogarnęła go przy tych słowach jakby jakaś kwaśna 

wątpliwość co do czystej prawdziwości tych słów. ”...Pośród rozlicznych zajęć... 

” powiedziała pani Wysoczarska - chyba nie złośliwie? - i miała rację. Tak, było 

tych zajęć co niemiara. I czy przeważnie nie dotyczyły materialnej strony religii, 

background image

jej oprawy, jej miejsca w świecie, a nie miejsca w duszy człowieka? To się 

przecież jednak jakoś łączyło, próbował sam siebie bronić, czy nowy dach na 

kaplicy, który zajmował mu teraz tyle czasu i tak wiele pochłaniał energii, nie 

miał służyć wiernym, ich modlitwie, a więc cih duszy? Nie mogliby klęczeć 

przed ołtarzem świętego Tadeusza, gdyby deszcz lał im się za kołnierz. Chrystus 

cały czas poświęcał swoim owieczkom, ale jego nauka przetrwała wieki także i 

dzięki temu, że ci, którzy ją od niego przejęli, budowali dla niej piękne, trwałe 

kościoły i walczyli z tymi - a to także pochłaniało wiele wysiłków - którzy 

próbowali z nią walczyć. Czy gdzieś przy tym gubiła się prawdziwa troska o 

ludzkie dusze, o istotę religii? Na ziemi toczyła się wciąż zaciekła walka dobra 

ze   złem.   Wojny,   morderstwa,   rozboje,   zupełny   brak   miłości   bliźniego,   to 

przecież była klęska przy potędze z cegły i kamienia, a Bóg cenił najbardziej 

ołtarze wznoszone w sercu człowieka. Czy Pismo Święte nie mówiło wyraźnie, 

że człowiek jest świątynią...

- Ksiądz mnie słucha? - spytała pani Wysoczarska. Bo wciąż coś mówiła, 

a ksiądz, jak jej się wydało, nie towarzyszył swoją uwagą tokowi jej słów.

- Przepraszam, zamyśliłem się.

- Dziękuję, że ksiądz się nie gniewa za... tamto. Dobranoc! Chyba będę 

dobrze spała po tej naszej rozmowie.

A ja nie, pomyślał ksiądz. Ja nie...

Z oddali przybliżał się coraz bardziej - choć tłumiony nieco przez śnieg - 

odgłos samochodu.

-  Pan  Rozciłowski   wraca  -  powiedział  ksiądz   przytomniejąc.   - Trzeba 

będzie się żegnać. Któraż to godzina?

Pani Wysoczarska uwolniła dłoń księdza z uścisku swoich palców.

- Czy nie zauważył ksiądz, że są chwile, kiedy przychodzi taki czas na 

człowieka, w którym godziny są zupełnie nieważne?

Ksiądz Rudek podniósł się z krzesła.

- Trzeba z tym walczyć - powiedział cicho. - Trzeba z tym walczyć do 

background image

ostatka. Przecież powiedziała pani, że się nie poddaje?

- Widzi ksiądz, a jednak zdarza mi się o tym zapominać...

Ksiądz   wszedł   do   jadalni   razem   z   Rozciłowskim,   który   pojawił   się 

właśnie w drzwiach od przedpokoju, zdejmując z głowy zaśnieżoną czapkę.

- Gdzieś był tak długo? - krzyknęła Agnieszka.

- Ależ moja droga, on już nie jest twoim mężem - uszczypliwie zauważył 

Kamil.

-   A   jednak   odpowiem   -   uśmiechnął   się   Rozciłowski.   Nie   tylko   do 

Agnieszki,   do   wszystkich.   -   Doktor   Adamkowski   zaprosił   mnie   na   swoją 

śliwowicę. Na mały kieliszeczek - bo mu powiedziałem, że mam przed sobą 

powrót do Warszawy. Strasznie pada - dodał, spoglądając w okno i licząc na to, 

że przynajmniej niektóre osoby zrobią to samo. - I okropnie zrobiło się ślisko!

O, Boże! pomyślała Agnieszka. On naprawdę ma nadzieję, że będę go 

zatrzymywać. Że - go zatrzymam!

Ale to, co należało powiedzieć w tej chwili, powiedziała Karolina. I tak 

stanowczo, że Rozciłowski - z jaką ulgą! - nie odważył się oponować.

- Nie pozwolę, żebyś teraz jechał.

Nigdy   bym   sobie   nie   wybaczyła,   gdyby   coś   się   stało.   Przenocujesz   i 

pojedziesz jutro.

- Gdzie tato będzie spał? - spytała od razu Sylwia.

- Na stryszku.

- TAm zimno!

- Ja napalę - ochoczo zaofiarował się Rozciłowski. Zdjął kożuch, odniósł 

go do przedpokoju i wrócił czym prędzej powtarzając z rozbłysłym spojrzeniem. 

- Ja napalę.

- Nigdy na to nie pozwolę - odezwała się niespodziewanie Agnieszka. - 

Jesteś gościem w naszym domu... Ja to zrobię.

- A ja nie pozwolę, żebyś dźwigała węgiel z piwnicy.

- Węgiel możesz  przynieść  - zgodziła  się Agnieszka.  - Ale ja napalę. 

background image

Głowę daję, że nie potrafisz rozniecić ognia.

- To się jeszcze okaże - zgoła zagadkowo uśmiechnął się Rozciłowski. W 

coraz lepszym humorze pobiegł za Agnieszką do piwnicy.

- Ty byś mogła się ruszyć! - Babka Izabelka zgromiła Sylwię, ale ona z 

dziwnie poważnym wyrazem twarzy pokręciła głową.

- Myślę, że nie jestem tam potrzebna.

- Jak to - nie jesteś potrzebna?

- Bo nie. Lepiej, żeby mnie tam nie było.

- Co ty wygadujesz? - Karolino! Co ona wygaduje?

- Nie wiem, co ona wygaduje. Znowu boli mnie głowa. Niech mi mama 

pomoże   przygotować   pościel  dla  Romana.  Boże!  Jeszcze  jedna  pościel!   Ale 

przecież nie mogłam puścić go w taką pogodę.

- Oczywiście, że nie mogłaś - potwierdził Wiktor. - Przygotuj tę pościel i 

zaraz się połóż - dodał ciszej.

Ksiądz mimo wieku słuch miał dobry.

- Panie Sylwestrze! - Zwrócił się do Ziołki. - Na nas czas! Zasiedzieliśmy 

się. Ja wprawdzie miałem tu pewien obowiązek do spełnienia... a przynajmniej 

zdawało mi się, że go mam...

- Już idziemy - poderwał się Ziołko. - Zaraz idziemy, tylko wróci pan 

Rozciłowski. Bo - skoro zostaje do jutra - chciałem go zaprosić do siebie. Wciąż 

jest ciekaw naszych wojennych przeżyć, i byłby najwyższy czas, żeby o nich 

pogadać.

-   Zwariowałeś!   -   ze   znudzonym   pobłażaniem   pokiwał   głową 

Wysoczarski.

- Naprawdę zwariowałeś! Znowu zaczynasz wyobrażać sobie, że to, co 

przeżyliśmy, co przeżyły miliony  żołnierzy - można  odtworzyć w sztuce;  w 

literaturze, w filmie? Zapomniałeś już, jak śmialiśmy się z dialogów w filmach 

wojennych, które razem oglądaliśmy w telewizji. Żołnierze nigdy tak ze sobą 

nie mówili, nie podkreślali buńczucznie swojej odwagi...

background image

-   Ale   przecież   ta   odwaga,   to   pragnienie   walki   w   nas   było.   I   ty   i   ja 

zgłosiliśmy się na ochotnika...

- ...nie uzasadniając słowami przed nikim swojej decyzji. One były gdzieś 

w głębi nas - raczej uczucie - niż słowa. Czy można to wyrazić w rozmowie? 

Albo w okrzyku bojowym? W dodatku jeśli rozmowa, czy okrzyk są najpierw 

napisane,   a   potem   zrealizowane   przez   ludzi,   którzy   mniej   lub   bardziej 

nieudolnie wyobrażają sobie psychikę żołnierza - przez pisarza, reżysera, aktora.

-   Więc   uważasz,   że   w   ogóle   nie   powinno   być   książek   i   filmów 

wojennych? - ze smutkiem, ale i wątpliwością spytał Ziołko.

- Prawie wszystkie są dalekie od psychologicznej prawdy. Tylko wielcy 

artyści potrafią się do niej przybliżyć.

- Oni jakoś długo siedzą w tej piwnicy - zauważyła Sylwia.

- Kto? - spytał w roztargnieniu 

Wysoczarski.

- Mama i ojciec.

Rozciłowskiemu   istotnie   wcale   się   nie   śpieszyło.   Powoli   wybierał   ze 

sterty opału kawałki węgla, które wydały mu się kształtniejsze od innych i z 

niewiadomego   powodu   bardziej   przydatne   do   celu,   jakiemu   miały   służyć. 

Agnieszka - żeby było prędzej - chciała przekładać je do drucianego kosza, ale 

nie pozwolił jej na to.

- Pobrudzisz sobie ręce - szepnął.

Znowu przychodzi na mnie, myślał, taki idiotyczny dla mężczyzny czas, 

kiedy   chce   mi   się   powiedzieć   ”rączki”,   kiedy   język   i   usta   układają   się   do 

pieszczotliwego seplenienia, a twarz zaczyna stroić głupie miny. Sądził, że to się 

już drugi raz w życiu nie powtórzy, a jednak powtarzało się, do licha! Dlaczego 

właściwie miałoby się nie powtarzać...?

- Cieszę się - powiedział bezwiednie.

- Z czego? - zagrała zdumienie Agnieszka.

- Nie wiem konkretnie z czego, ale bardzo się cieszę! - Dźwignął kosz z 

background image

węglem i ruszył za  Agnieszką,  która  była już  na piwnicznym korytarzyku i 

zmierzała ku schodom.

- Zmachasz się porządnie zanim zadźwigasz ten kosz na nasz stryszek. 

Pewnie już zapomniałeś, jak się tam idzie. Spałeś na nim, kiedy jeszcze nie 

byłeś moim mężem, a teraz - gdy już nim nie jesteś - znowu będziesz tam spał.

- Cieszę się! - powtórzył Rozciłowski. I naprawdę doświadczał prawie 

muzycznego grania radości w duszy, wysokie tony nadziei wibrowały w nim 

śpiewnie, obudzone znów pragnienie, pełne ekstazy i czułości, przebiegało po 

nim   jak   wstrząsające   pasaże   podobne   do   dreszczy.   Szedł   za   Agnieszką   po 

stromych schodkach wiodących na stryszek, miał przed oczyma jej obciągnięte 

wąską suknią biodra, unoszone lekko przez smukłe, ale silne nogi, i jemu także 

udzielała się ta lekkość wspinania się, unoszenia się w górę, nie czuł ciężaru 

węgla,   ani   siebie,   tak   łatwo   męczącego   się   na   każdych,   nawet 

najwygodniejszych   schodach.   Znów   nasunęło   mu   się   na   myśl   infantylne 

spieszczenie, tym razem dotyczące nóg, znów język i usta ułożyły mu się do 

rozkosznego seplenienia tracącego głowę idioty.

Na szczęście Agnieszka głos miała trzeźwy i spokojny.

- Nie wytrzymałbyś tu - powiedziała otwierając drzwi na stryszek - bez 

napalenia w piecu. Ziąb tu okropny! A jaki kurz! - trzepnęła dłonią w koc, 

rozesłany na materacu żelaznego łóżka.

- Dawno tu nikt nie spał, więc i dawno nie sprzątano. Najpierw rozpalę w 

piecu, a potem wytrzepię ten koc przez okno.

-   Ja   wytrzepię!   -   zawołał   z   ochotą   Rozciłowski.   Agnieszka   ledwo 

powstrzymała uśmiech. Jej pierwszy mąż, który dawniej nie wysypywał nawet 

popiołu z popielniczek, teraz entuzjastycznie rwał się do każdej roboty.

- Dobrze, wytrzep. Ale najpierw popatrz, jak się rozpala w piecu. W takim 

starym, dobrym piecu.

- Dlaczego dobrym?

- Bo dobrze służył mieszkańcom tego domu. I tym, których przygarniali 

background image

pod swój dach. Opowiadaliśmy ci przecież, że ojciec ukrywał się tu podczas tej 

ostrej zimy z czterdziestego czwartego na czterdziesty piąty zanim zgłosił się do 

wojska. A mama, gdy tu leżał ranny, paliła mu w piecu.

Agnieszka przykucnęła przed piecem, otworzyła drzwiczki. Na szczęście, 

popiół był wybrany, ruszt oczyszczony. Położyła na nim zgniecioną gazetę, na 

niej kilka drewienek, przyniesionych na węglu z piwnicy, podpaliła ten stosik 

zapałką, a gdy dobrze już zapłonął, zaczęła układać na nim małe kawałki węgla.

- Ja! Ja! - chciał ją w tym wyręczyć Rozciłowski, kucnąwszy obok niej 

przed piecem.

- Zachowujesz się jak chłopiec.

- Zawsze czuję się przy tobie chłopcem - powiedział cicho.

- Jeszcze to pamiętasz.

- Nigdy nie zapomniałem.

Umilkli   i   słuchali   trzasku   ognia   rozpalającego   się   coraz   gwałtowniej. 

Blask, bijący przez ażurowe drzwiczki, oświetlał ich twarze, zbliżone do siebie, 

rozjaśnione   jakby   nie   tylko   płomieniem,   ale   i   tą   bliskością,   przed   którą 

obydwoje się nie bronili.

- Powinieneś już iść - powiedziała teraz bardzo cicho Agnieszka.

- Dlaczego?

- Tam na dole będą się dziwić, że cię tak długo nie ma.

- Niech się dziwią.

- Miałeś tylko zanieść mi węgiel.

- Nikt chyba ze stoperem nie kontroluje, ile czasu mogło mi to zająć.

- Stopera w domu nie ma. Ale są zegarki rodzinnych uczuć i niepokojów.

- Aż niepokojów? Zawsze lubiono mnie w tym domu.

-   Sama   się   nieraz   dziwiłam   -   za   co.   Bo   że   ceniono   cię   -   to   było 

uzasadnione. Pewnie nie wiesz, że mówi się tu o tobie przeważnie po nazwisku. 

Nie Roman, ale - Rozciłowski. Bo to brzmi!

- Nie przesadzaj.

background image

- Wciąż jesteś taki skromny?

- Coraz skromniejszy.

- Słusznie. Im znaczniejszy dorobek, tym większa skromność. Stać cię już 

na nią. Młodsi i początkujący muszą mieć butę i aż bolesną dla nich pewność 

siebie. Sami muszą otwierać sobie drzwi, które nie otwierają się przed nimi. Tak 

samo jest z aktorami. Wiem coś o tym.

- Przed tobą wszystkie drzwi stały zawsze otworem.

- Mylisz się. Były i takie, które musiałam wyważać.

- Obserwowałem - choć z daleka - twoje życie i wydawało mi się...

- Obserwowałeś niezbyt dokładnie. I co innego obserwować, a co innego 

przeżywać z kimś... No, chyba można już dołożyć więcej węgla. - Agnieszka 

otworzyła drzwiczki pieca, blask buchnął szerzej na jej twarz, jakby podpalając 

ją całą swoją czerwienią.

- Ja to zrobię! - I tym razem Rozciłowski zgłosił swoją pomoc. Lewą ręką 

objął   plecy   Agnieszki,   a   prawą   zaczął   wrzucać   czarne   bryły   w   rozżarzone 

wnętrze pieca. - Będę mógł powiedzieć na dole, że paliliśmy razem.

- Ale teraz już idź! - Agnieszka poczuła, że mniej pali ją żar bijący w 

twarz,   niż   ten,   który   ogarniał   jej   plecy.   Chciała   uwolnić   się   z   uścisku,   ale 

Rozciłowski trzymał ją mocno, coraz mocniej. - Idź już! - powtórzyła z lękiem.

- Nie.

-   Idź!   Ja   zostanę,   żeby   przymknąć   piec,   kiedy   cały   węgiel   zrobi   się 

czerwony.

- I ja na to poczekam. - Napełnił piec, zamknął wewnętrzne drzwiczki i 

podniósł się, unosząc ją razem z sobą w zakolu swego ramienia.

- Nie - szepnęła Agnieszka.

Ale   on   już   ją   całował,   już   gniótł,   pochłaniał   jej   usta   gwałtownym 

pocałunkiem,   wchłaniał   ją   całą   w   siebie   w   ciasnym,   aż   bolesnym   objęciu. 

Próbowała   wyrywać   się   i   szamotać,   ale   coraz   słabiej   i   już   całkiem   słabo 

zabrzmiały jej słowa, kiedy wreszcie chwyciła oddech:

background image

- Oszalałeś! Zupełnie oszalałeś!

Trzymał ją wciąż mocno i już wiedziała, że jej nie wypuści ze swoich 

ramion, już wiedziała i nie było to uczucie przykre, wcale nie było to przykre, 

zdumiała się brzmieniem swego głosu, gdy powtórzyła jeszcze raz, ale już z 

podziwem i prawie zachwytem:

- Oszalałeś...

- Tak, oszalałem - ale oszalałem z rozmysłem, jeśli można to tak określić. 

Wiem, że miał cię dziś całować ktoś inny, ale już koniec z tym, nigdy już na to 

nie pozwolę! Nigdy! Ja i tylko ja do końca życia!

- Powtórz to! Agnieszka śmiała się cichutko z ustami przytulonymi do 

jego szyi. - Powtórz!

- Ja i tylko ja do końca życia!

Znów ją całował i, całując niósł ku zasłanemu zakurzonym kocem łóżku, 

z którego uniósł się tuman pyłu, gdy obydwoje nań upadli.

- Węgiel się wypali - szepnęła Agnieszka.

- Niech się wypali!

- I tam na dole się dziwią...

- Niech się dziwią!

- Ale przecież nie możemy...

- Musimy! Przez wszystkie te lata tęskniłem do ciebie, jak wariat. Palce 

sobie obgryzałem po nocach. I wreszcie cię mam! I już nie oddam nikomu!

Piec huczał wysokim płomieniem i w kominie odezwały się jakieś głosy 

niby   radosne   powitanie   ognia.   Nie   słyszeli   tego,   a   może   wydało   im   się   to 

naturalnym wtórem uniesienia, które ich ogarnęŁo, odbierając przytomność i 

opamiętanie.

- Nie oddam! Nie oddam! - powtarzał z twarzą wtuloną w jej nagie już 

teraz piersi, a ona obydwiema rękami przyciskała do nich ten kudłaty, ciężki łeb 

i miała uczucie, że wraca, wraca, och! wraca w najlepsze miejsce swego życia, 

że przywiodła ją w nie natura w ów - największym jej natchnieniem - darowany 

background image

ludziom sposób.

A potem to niespodziewane, to prawie do płaczu zmuszające szczęście, że 

oto - znowu leży obok niej, duży i silny, taki duży i silny, to nic, że ciasno z nim 

na wąskim łóżku, zawsze było ciasno z nim w łóżku, ale to dawało, to stwarzało 

jakiś spokój, kobiece bezpieczeństwo, którego nigdy - mój Boże, z kimś innym - 

nie udawało jej się uzyskać. Cieszyło ją zawsze, że wyglądał raczej na boksera 

wagi ciężkiej,  niż na intelektualistę,  że nie bała się  wracać z nim do domu 

najciemniejszą ulicą, a przy tym był tak czuły, tak wrażliwy, tak wnikliwy w 

tym,  co pisał, jakby los każdego czytelnika zależał od słów, które do niego 

kierował.

Uniósł   się   na   łokciu   i   patrzył   z   bliska   w   jej   twarz,   całą   pod   jego 

wzrokiem, lekko dotknął jej czoła, wygładził brwi, ostrożnie podgiął do góry 

rzęsy, wstrzymując oddech przesunął palcami po jej ustach, które rozchyliły się 

zaraz, żeby pocałować te pieszczotliwe palce, żeby pocałować ich odzyskaną 

pieszczotę.

- Kocham cię! - powiedział. - I nie bierz tego za rytuał nieodzowny po 

tym, co zaszło między nami. Kochałem cię przez wszystkie te lata, nawet na 

jeden dzień nie przestałem cię kochać, obwiniałem siebie za nasze rozstanie...

- Och, to ja! Ja byłam wszystkiemu winna! - Teraz Agnieszka uniosła się i 

pochyliła nad nim. - Tylko ja! Miałam ochotę siebie bić, kiedy siedziałam przed 

lustrem...

- Nie mów tak!

- Bić! Och, bić! Bo przecież ja także nigdy nie przestałam cię kochać. 

Pewnie mi nie wierzysz, myślisz, że skoro inni byli po tobie...

- Ależ wierzę - powiedział Rozciłowski z żarliwie dobrą wolą.

- Zawsze kochałam ciebie i twoje książki. Z jakim wzruszeniem brałam je 

do ręki...

Rozciłowski   przymknął   powieki,   w   zalewającą   serce   błogość   zaczął 

wsączać   się   strumyczek   pierwszego   niepokoju.   Książki...   Po   co   Agnieszka 

background image

przypomniała mu jego książki? Czy będzie mógł tak pracować, jak przedtem? 

Nawet taki Ziołko (co to znaczy - taki Ziołko? Człowiek u diabła! Człowiek! I 

czytelnik!) nawet Ziołko zwrócił uwagę, że ostatnio pisał dużo, o wiele więcej, 

niż wtedy, kiedy był z Agnieszką. Ale czy to oznaczało szczęście, czy bez niej 

był szczęśliwy? co dwa, trzy lata, czasem co rok stawiał na półce, na której 

trzymał swoje książki, nowy tom - i to miałaby już być pełnia życia, to miałoby 

być już wszystko? Czy cel nie był zbyt znikomy, żeby płacić zań tak wysoką 

cenę? Tyle wspaniałych książek miała ludzkość, ile wysiłku, ile bolesnej nadziei 

towarzyszyło przepychaniu się własnych - przepychaniu własnych, bo przecież 

czasem usiłował temu pomagać - ku ludzkiej uwadze i uznaniu, może nawet 

miłości... Nie obiecuj sobie zbyt wiele, uśmiechnął się w myśli do siebie, i nie 

pozwól,   żeby   cię   pożarła   ambicja,   i   ambicji   trzeba   zażywać   z   umiarem   i 

rozsądkiem. Będzie pisał wtedy, kiedy Agnieszka wyjdzie do teatru - rano na 

próbę, wieczorem na przedstawienie. Może będzie miała poza tym jeszcze jakieś 

pilne nagrania w radiu, czy telewizji... ale jakie to by było jednak piękne, gdyby 

choć   w   części   zechciała   z   nich   zrezygnować   -   dla   niego,   a   on   także 

rezygnowałby dla niej...

- Dlaczego się uśmiechasz? - zapytała, wciąż nad nim pochylona, uważna 

i ciekawa każdego drgnienia jego twarzy.

- A uśmiecham się?

- Chyba wiesz o tym?

- Czy nie mam powodu, żeby się uśmiechać?

- O, Boże! - krzyknęła nagle.

- Piec! Tak w nim cicho! chyba węgiel się wypalił. - Chciała zerwać się z 

łóżka, ale przytrzymał ją przy sobie.

- Nałożymy nowy.

- Ale nie przyznamy się do tego na dole! Babka Izabelka uznałaby to za 

marnotrawstwo. W ogóle... Do niczego się nie przyznamy...

- Ja się przyznam. Od razu powiem, że będę teraz pisał tylko wtedy, gdy 

background image

ty zostawisz mnie samego, wychodząc z domu do teatru.

- Nie, nie - zachowajmy to na razie tylko dla siebie.

- Ani myślę. Sylwia się ucieszy...

Sylwia wpatrywała się w napięciu w drzwi prowadzące do przedpokoju. 

Wiedziała, że gdy tylko rodzice w nich się ukażą, pozna od razu po wyrazie ich 

twarzy... Matka - aktorka - potrafi wszystko ukryć pod przybraną obojętnością, 

ale ojciec był za szczery, żeby... A jeśli mimo tak długiego sam na sam tam na 

górze pozostali dla siebie obcy, raz na zawsze rozłączeni...? Może to tylko w 

piecu nie chciało się palić... Po długiej przerwie w paleniu nie ma ciągu, ogień 

dusi się, dym bucha na pokój, zamiast pójść do góry... Pociągnęła nosem w 

obawie, że naprawdę poczuje zapach dymu, ale nozdrza pochwyciły tylko nikłą 

woń lawendy, unoszącej się z chustki, którą ksiądz Rudek zakrywał usta przy 

ziewaniu.

- Chyba nie będę na pana czekał, kochany panie Sylwestrze - powiedział 

do Ziołki.

- Wyjdziemy razem. Nie puszczę księdza samego, jeszcze się ksiądz gdzie 

pośliźnie. Tylko się umówię z panem Rozciłowskim na jutro...

- Gdzież oni tak długo siedzą? - zniecierpliwił się także Wiktor.

- Już są na górze - powiedziała Sylwia. - Słyszałam, jak szli po schodach.

- No, to zobacz, co się tam dzieje - mruknął Kamil.

- Nie pójdę.

- Jak to? Dlaczego?

- Nie pójdę i już.

- Czy ojciec słyszy, jak ona się odzywa? - zaczął kłótliwie Kamil. - Nie 

był w najlepszym humorze, obwiniał się za zasłabnięcie babki, czuł się znużony, 

a miał spać na kanapie w tym właśnie pokoju, w którym siedzieli wciąż ostatni 

goście.

- Sylweczko! - dość apatycznie upomniał wnuczkę Wiktor. I on marzył o 

tym, żeby się wreszcie położyć i dawno by to uczynił, gdyby nie to, że Ziołko 

background image

czekał na Rozciłowskiego. - Idź, zawołaj ojca.

- Niech mnie dziadzio o to nie prosi.

- Co to znaczy? Dlaczego mam cię o to nie prosić?

Drzwi otworzyły się pchnięte barkiem babki Izabelki, która zatrzymała się 

w progu z naręczem świeżo obleczonnej pościeli.

- Sylwia! - zawołała. - Zanieś na górę pościel dla ojca.

Sylwia   zerwała   się   z   krzesła   zaczerwieniona   nagłym   rumieńcem,   z 

lśnieniem łez w oczach.

- I znowu ja! Nie, nie pójdę!

-   Oczywiście   -   westchnęła   babka   Izabelka.   -   Mówił   pan,   zrobił   sam. 

Lepiej by było, gdybym się wcale do ciebie nie odzywała. Zaniosę! Zaniosę 

sama! co to dla mnie znaczy - te dwa piętra w górę! - Nie zamknąwszy drzwi do 

pokoju,   skierowała   się   ku   schodom,   ale   zatrzymała   się   w   połowie   drogi   - 

spojrzała na twarz Sylwii i zawróciła ku kanapie, na którą zrzuciła swój ciężar.

- Zrobię to później. Albo Rozciłowski sam to sobie zaniesie na górę.

- W końcu oni są wciąż małżeństwem  - niespodziewanie, ale całkiem 

sensownie   zauważył   ksiądz.   -   Według   prawa   kościelnego   są   wciąż 

małżeństwem...

Wszyscy spojrzeli na niego, z pytającym zdumieniem w oczach, ale gdy 

Kamil   wybuchnął   śmiechem,   zaczęli   mu   wtórować   i   tylko   Wiktor   usiłował 

zachować trochę powagi.

- Nie rozumiem... zupełnie nie rozumiem dlaczego ksiądz...

- Oni są wciąż małżeństwem - powtórzył proboszcz. - Tak mi to nagle 

przyszło teraz do głowy. Co raz Pan Bóg związał...

- TAk! - szepnęła Sylwia. - Tak! - Już nie śmiała się z wszystkimi, ale 

znów z pełnym napięcia oczekiwaniem patrzyła na drzwi. Babka Izabelka, jakby 

wiedziona jej spojrzeniem, zbliżyła się do progu.

- Agnieszko! - zawołała.

Na górze trwała wciąż cisza, a w korytarzu ukazała się Karolina.

background image

- Co się tu dzieje? Co to za hałasy? Mama - zwróciła się do Wiktora - 

dopiero co zasnęła.

- Wszyscy chcą spać - powiedziała babka Izabelka - a oni siedzą wciąż na 

górze.

- To może jednak my już pójdziemy - Ziołko spojrzał na księdza. - Nie 

będę już czekał na pana Rozciłowskiego. Wpadnę rano, żeby się z nim umówić.

- Już teraz jest rano - niezbyt taktownie zauważył Kamil.

- No tak... zasiedzieliśmy się - bąkał Ziołko coraz bardziej zmieszany.

- Idziemy, proszę księdza.

Ale właśnie drzwi na strychu skrzypnęły, a drewniane schody zadudniły 

pod szybkimi krokami.

Stanęli na progu objęci, trochę - ale nie za bardzo - zmieszani, prawie 

pewni,   że   to   wszystko   wyjaśnia   i   Agnieszka   właściwie   już   całkiem 

niepotrzebnie uniosła w górę pobrudzoną węglem dłoń.

- Nie chciało się palić.

-   A   poza   tym...   Rozciłowski   lubił   wyjaśnione   do   końca   sytuacje   - 

postanowiliśmy z Agnieszką, że znów będziemy razem.

Sylwia powoli zbliżyła się do rodziców.

- Kto postanowił?

- Obydwoje.

- Ale kto tego chciał pierwszy? Ty, czy mama?

-   Powiedziałem,   że   obydwoje!   -   powtórzył   już   trochę   zirytowany 

Rozciłowski.

Sylwia spuściła głowę.

- Bo nie chciałabym, żebyście... zakpili sobie ze mnie.

- Dlaczego - z ciebie? - spytała cicho Agnieszka, przygarniając do siebie 

córkę.

-  Przede   wszystkim  ze  mnie...  przede  wszystkim  ze   mnie...   - szeptała 

Sylwia. - Bo ja tak się cieszę, tak się cieszę! TAk tego pragnęłam!

background image

Rozciłowski odebrał ją matce i uniósł w górę, tak jak to robił, gdy była 

mała.

- Wiedziałem o tym.

Zaczęły   się   uściski   i   wzajemne   całowanie   -   i   tylko   Kamil   się   śmiał, 

parskając co chwila cichym śmieszkiem.

- A niech cię licho! - powiedział do Agnieszki.

- Uspokój się! - ofuknęła go babka Izabelka.

Ziołko umówił się wreszcie z Rozciłowskim, ksiądz przypomniał o sumie 

bez zbytniej nadziei, żeby ktoś z tego domu na niej się zjawił. Kiedy wyszli, 

odprowadzani   przez   Karolinę   i   Wiktora   aż   do   wejściowych   drzwi,   babka 

Izabelka przeżegnała się i westchnęła z ulgą:

- Chwała Bogu! Już po gościach! A teraz spać! Agnieszko, pościel łóżko 

Romanowi!

- On to sam zrobi - roześmiała się Agnieszka, wręczając mężowi tobół z 

pościelą. - Nawet koc z łóżka chciał wytrzepać przez okno.

-   O,   Boże!   -   jęknęła   Karolina   wracając   do   pokoju.   -   Musimy   jeszcze 

posprzątać!

-  Tylko  nie   tu!   -  zaprotestował   Kamil,   zdejmując   marynarkę.   -  Ja   się 

kładę! Jakieś poduszki już tu są, proszę tylko o kołdrę.

- Może jednak powstrzymasz się z rozbieraniem - Karolina potargała syna 

za włosy; nagle zrobiło się jej go żal. Nakrzyczano dziś na niego i on jeden z jej 

dzieci - teraz, gdy Agnieszce miało się życie jakoś ułożyć - był tam, w tym 

mieście, gdzie uczył, samotny jak palec. - Zaraz, zaraz ci pościelę.

Babka   Izabelka   zbierała   ze   stołu   na   tacę   pozostałe   jeszcze   na   nim 

naczynia.

-   Ty   idź   spać   -   zwróciła   się   do   Wiktora.   -   Ja   to   z   Karoliną   szybko 

pozmywam.

-   Pomogłabym   -   powiedziała   tłumiąc   ziewanie   Agnieszka   -   ale   mam 

świeży lakier na paznokciach...

background image

- Ależ moje dziecko, gdzież ja bym cię zostawiała do zmywania? - ze 

zgrozą, ale i pieszczotą w głosie zawołała babka Izabelka.

- Ja nie mam lakieru na paznokciach - Sylwia otarła przymilnie policzek o 

jej ramię - ale strasznie chce mi się spać.

-   Idźcie,   idźcie   wszyscy   spać!   -   Karolina   kończyła   przygotowywać 

posłanie dla Kamila. - Ja i mama uporamy się z tym całym bałaganem.

Wiktor przytrzymał ją na chwilę przy sobie, gdy już kierowała się do 

kuchni.

- Wciąż zadaję sobie pytanie, kto to wszystko wymyślił?

- Co?

- To dzisiejsze zbiegowisko. Kto wpadł na ten pomysł? Ja czy ty?

- My obydwoje! - roześmiała się Karolina, całując męża w policzek. - Idź 

na górę, połóż się! Od dawna widzę, że o tym marzysz. - Co to jest? - zaczęła 

nasłuchiwać. - Słyszysz? - To pies skomli w gabinecie.

- Obudzi mamę i w ogóle nie da wszystkim spać.

- Chce do ludzi. Boi się w obcym domu. Zabiorę go do naszego pokoju, 

na pewno przy mnie zaśnie.

- Przyzwyczai się do ciebie i nie będzie chciał wracać do tego strasznego 

domu. I co z nim zrobimy? Ta mała niosła go z tak daleka.

- Jutro... pomyślimy o tym jutro - sennie odrzekł Wiktor.

Babka Izabelka nie od razu zabrała się do zmywania. Zgarnęła do wiadra 

okruchy z talerzyków, włożyła je do zlewu i przysiadła na stołku przy stole. 

Karolina zrobiła to samo.

- No i co?

- Co? - powtórzyła Karolina.

- Co o tym myślisz?

- O czym? Nie zdążyłam się jeszcze nad niczym zastanowić.

- Ani ja. Kolacja chyba się udała.

Tylko indyki były trochę za twarde.

background image

- Nie wiem. Nie jadłam.

- Jak to - nie jadłaś? Twój wieczór, twoja uroczystość i indyka nie jadłaś?

- Tak jakoś wypadło - uśmiechnęła się blado Karolina.

- A tort orzechowy jadłaś?

- Tak.

-   Bo   wciąż   tylko   widziałam,   jak   dokładałaś   go   temu   młodemu 

człowiekowi, którego przywiozła Agnieszka.

- Powiedział, że lubi. Chciałam być miła dla niego, znalazł się w zupełnie 

obcym domu.

- I tak nagle wyjechał. Mnie było go żal.

-   Mnie   też   -   wyznała   zupełnie   cicho   Karolina.   I   dopiero   po   chwili 

podniosła głos: - Mamo! O czym my mówimy? To całkiem błaha sprawa przy 

zmianach, jakie zaszły w naszej rodzinie. Chciałam podziękować mamie...

- Za co?

- ...że odstąpiła mama swój pokój matce Wiktora. I że powiedziała mama 

to, co należało powiedzieć w tej sytuacji.

- Moje dziecko, jak się przeżyło tyle lat, to się już wie, co kiedy trzeba - 

co musi się powiedzieć. Bo co by to była z nas za rodzina, gdybyśmy pozwolili, 

żeby ta stara kobieta...

- Głównie zrobiła to mama dla Wiktora, tak?

Babka Izabelka długo patrzyła w okno, jakby to poza nim, w wirowaniu 

śnieżnych płatków były te wszystkie mijające pory roku, te długie lata, za które 

należało się Wiktorowi odwdzięczyć.

- A nie zasłużył na to?

- Jeszcze raz dziękuję mamie.

- Przynajmniej wiem, że nie będzie go męczyła myśl o nie spełnionym 

obowiązku, o synowskim zaniedbaniu, choć nie zawsze  teraz ludzie się tym 

trapią. Jak przykro by mi było, gdyby mój Piotruś...

- Mamo! Proszę!

background image

- No, już nic... Ale wiesz, z czego właśnie dziś zdałam sobie sprawę? Że 

Wiktor dwa razy dłużej jest ze mną, niż był z własną matką. Bo przecież był 

młodym chłopcem, kiedy opuścił Wysoczary. A tutaj, pod tym dachem, jest już 

przeszło czterdzieści lat. Czy sądzisz, że on czasem o tym myśli?

- Chyba tak, ale on bardzo głęboko ukrywa swoje myśli.

- Boli cię to?

- Nie. Nie powinnam zabierać mu wszystkiego. I ja także... dopiero dziś 

zdałam sobie z tego sprawę. Ale nie mówimy wcale... - przerwała jakby sama 

sobie z nagłym ożywieniem - nie mówimy wcale o Agnieszce i Rozciłowskim. 

Co za niespodzianka!

- Dla mnie nie. Widziałam, jak cierpiał przez te wszystkie lata, kiedy 

ona...

- Na szczęście zmądrzała.

Szczerze   mówiąc,   nie   spodziewałam   się   tego   po   Agnieszce.   -   Pewnie 

zechcą teraz zabrać Sylwię... Ale ja jej nie dam.

- Smutno i pusto byłoby bez niej w domu.

-   Nie   tylko   dlatego.   Jest   teraz   w   najniebezpieczniejszym   wieku.   W 

Warszawie mogłaby wpaść w nieodpowiednie towarzystwo. W dużym mieście 

trudno upilnować dziewczynę...

Babka Izabelka uśmiechnęła się nieznacznie.

- I w całkiem małym nie jest to takie łatwe. Jaką to właściwie rocznicę 

obchodziliście dzisiaj? Nie pytałam dotąd, choć dziwiłam się, ale teraz...

-   Mamo!   -   Karolina   zerwała   się   ze   stołka   cała   w   iście   panieńskim 

rumieńcu. - Mamo! Bardzo proszę...

- No, no - matka przygarnęła ją do siebie - wstydzić się teraz, to by było 

śmieszne. Wstydzą się i uważają się za całkiem głupie tylko kobiety porzucone 

przez mężczyzn, a ty ze swoim masz troje dzieci i wnuki... Wiesz co? Proszę 

cię! Idź do niego! We dwie nic tu nie zdziałamy. Będziemy gadać, a do rana 

coraz bliżej.

background image

- Ale jak mama - zaprotestowała słabo Karolina - jak mama upora się z 

tym wszystkim?

- Dam sobie radę. Bardzo cię proszę, idź! Idź, moje dziecko!

Ociągając   się   początkowo,   a   potem  coraz   szybciej   i   chętniej   Karolina 

ruszyła   do   drzwi.   Na   schodach   już   biegła,   ale   przed   wejściem   do   sypialni 

zatrzymała się na chwilę i ostrożnie nacisnęła klamkę.

Wiktor spał. Spał leżąc na wznak i pochrapując cicho, bo w tej właśnie 

pozycji wydawał zawsze ten pomruk błogiego uspokojenia, rytmiczną komendę 

marszu   przez   niebiańskie   przestrzenie   snu.   Pies   leżał   na   chodniczku   przed 

łóżkiem, postawił uszy, kiedy weszła, i niezdecydowanie zamerdał ogonkiem. 

Bała się, że zaszczeka w obronie swego uzdrowiciela, więc cmoknęła do niego 

cichutko, a on wstał, obwąchał ostrożnie jej kolano i wrócił zaraz na chodnik w 

zagrzane już przez siebie miejsce po tej stronie łóżka, gdzie leżał Wiktor; miał 

także chodnik z drugiej strony, ale nie przejawił żadnej ochoty, żeby tam się 

położyć.

Karolina uśmiechnęła się leciutko, wzruszona nie wiadomo dlaczego tym 

zachowaniem psa; zdjąwszy suknię, weszła  do łazienki, ale zabawiła w niej 

krótko, żeby jak najprędzej wyciągnąć się pod kołdrą obok Wiktora, położyć 

głowę na jego ramieniu, poczuć na skroni jego oddech. Nie obudził się, ale 

podświadomym gestem przytulił ją do siebie, jakby zabierał ją w swój sen i 

odpoczynek, w swój marsz  przez  niebiańskie  przestrzenie.  Pies na chodniku 

westchnął, z dołu dochodził szczęk naczyń nieunikniony nawet w uważnych 

rękach babki Izabelki, ale to już była cisza, przetykana zwykłymi odgłosami 

cisza tego domu...

Babka Izabelka naprawdę bardzo się starała, żeby swoim krzątaniem się 

po kuchni nie budzić domowników. Ale to jej wypadła na podłogę wycierana 

już do sucha łyżeczka (srebro, srebro z Wysoczar!) to znów trąciła nogą o kubeł 

na śmieci... Syczała wtedy sama na siebie, karcąc się za nieuwagę - przerywała 

na chwilę swoje czynności i nasłuchiwała, czy jednak kogo nie obudziła, czy 

background image

starsza   pani   Wysoczarska   jej   nie   woła,   czy   na   górze   się   ktoś   nie   poruszył. 

Upewniwszy się, że wszyscy śpią, znów ostro zabierała się do roboty i wkrótce 

wszystko   w   kuchni   było   na   swoim   miejscu,   zlew,   stół   i   podłoga   lśniły 

czystością,   a   wypłukana   i   wyżęta   ścierka   do   podłogi   wisiała   rozpostarta   na 

wiadrze.

Teraz także i ona mogła się położyć. Przemyła twarz zimną wodą z kranu, 

ręce - jak ugotowane długim moczeniem w wodzie - natarła kremem i zmierzała 

już ku swemu posłaniu przygotowanemu w kącie kuchni, gdy doszedł jej uszu 

jakiś niepokojący dźwięk. Zbliżyła się do drzwi swego pokoju, w którym spała 

teraz matka  Wiktora. Tak, to stamtąd  dochodziło ni to wołanie, ni to płacz, 

jękliwa   jakaś   skarga.   Dreszcz   przeszedł   jej   po   krzyżu.   Przypomniała   sobie 

przedśmiertne   rzężenie   swojej   babki,   które   przeraziło   wszystkich   małych 

Skrobków, ją także, choć była najstarsza. Teraz ten odgłos zza drzwi podobny 

był tamtemu  sprzed lat... Pomyślała, że niedobrze by było, żeby akurat tego 

dnia, tej nocy matka Wiktora umarła. Przynajmniej trzy osoby poczułyby się 

winne jej śmierci:

Karolina i Wiktor, bo na tę wymyśloną przez siebie uroczystość ściągnęli 

ją z Krakowa, Kamil - bo zaczął gadać o Wysoczarach... Po co ten bałwan 

zaczął   gadać   o   Wysoczarach...?   Babka   Izabelka   otworzyła   cicho   drzwi   i   na 

palcach zbliżyła się do łóżka chorej.

Pani   Wysoczarska   leżała   na   plecach   z   głową   odchyloną   do   tyłu   i 

przeraźliwie szeroko otwartymi ustami. Nadawało to jej rysom wygląd bardzo 

pospolity, ale wcale nie przywodzący myśli o szybkiej śmierci, o zbliżającej się 

agonii. Po prostu chrapała w głębokim śnie, rzężąc tak upiornie; babka Izabelka 

długo patrzyła na jej piersi unoszone równym oddechem, na palce spokojnie 

leżące   na   kołdrze.   Nie   uspokoiło   jej   to   jednak   na   tyle,   żeby   mogła   odejść. 

Wzięła z półki swoją starą książkę do nabożeństwa, towarzyszącą jej przez całe 

życie   gdy   się   modliła,   usiadła   przy   łóżku   na   krześle,   na   którym   siedział 

przedtem ksiądz Rudek. W smudze światła bijącej z kuchni mogła tu czytać, 

background image

zresztą znała wszystkie modlitwy prawie na pamięć.

Dostała  tę książeczkę  od ojca  na pamiątkę  pierwszej  komunii  świętej. 

Kupił   ją   od   Żyda   handlarza-domokrążcy,   który   objeżdżał   swoim   wózkiem, 

ciągnionym przez wymizerowaną szkapinę, wszystkie wsie między Siedlcami a 

Wisłą. Kiedy się zjawiał, a pora była jesienna lub zimowa, ojciec kazał mu 

wyprzęgać   konia,   wprowadzał   go   do   stajni   i   choć   jego   własny   koń   miał 

zapadnięte boki - gościowi przybyłemu z błotnistych wiejskich dróg dostawało 

się trochę sieczki i siana. Żyda także proszono pod dach na poczęstunek. Może 

nie tylko dlatego, żeby się ogrzał gorącą strawą, ale żeby opowiedział, co dzieje 

się na świecie. Czwarty już rok toczyła się wojna, pierwsza wojna światowa, 

gdzieś tam na frontach trwały zaciekłe boje, pisały o nich gazety, ale kto we wsi 

miał gazetę?

Dziedzic, ksiądz i karczmarz, i to tylko wtedy, kiedy jeździł do miasta po 

sprawunki. Żyd domokrążca był więc gazetą, tym cenniejszą dla tych, którzy nie 

umieli czytać, a takich była większość we wsi.

Ojciec też czytać nie umiał.

Podniecony ciekawością sadzał Żyda za stołem, matka - jeśli nie leżała 

akurat w połogu - stawiała przed nim talerz dymiącej zupy.

- Opowiadaj, Szloma, opowiadaj! Biją się! Kto zwycięża?

- Raz jedni, raz drudzy - mówił Żyd bez pośpiechu, wrzucając do zupy 

pokruszone kawałki chleba. - Raz ci, raz tamci. Jak na wojnie. Ale najgorsze jest 

to...

- Co? Co jest najgorsze? - podchwytywał ojciec.

- Najgorsze jest to, że jak w każdej wojnie, Żydzi biją się między sobą. 

Ci, co są pod carem, muszą bić się z tymi, co są pod cesarzem niemieckim i 

austriackim i jeszcze nawet pod francuskim prezydentem.

- Polacy także muszą się bić między sobą - mówił ojciec. - Ci, co są pod 

carem,   biją się  z  tymi,  co  są  pod  obydwoma  cesarzami   i,  jak  powiedziałeś, 

jeszcze pod francuskim prezydentem.

background image

Szloma   wyławiał   z   zupy   kawałki   chleba   i   rzadko   pływające   w   niej 

skwarki.

- My mamy wspólne to nieszczęście, Wojciechu.

- No, ale cara już od lutego nie ma. Jest... jak mu tam...?

- Kiereński.

- To dla nas lepiej, czy gorzej?

- Jak się już coś dziać zaczyna na górze, to dla tych, co na dole, zawsze 

lepiej.

- Jak może być dla nas lepiej, kiedy Niemcy wciąż w Warszawie?

Szloma sięgnął po drugi kawałek chleba, ale już nie tak łakomie, jak po 

pierwszy.

- Oni nie będą tam wiecznie.

Ameryka do wojny przystąpiła.

- Ameryka daleko.

- Niemcy wcale nie myślą, że ona tak daleko. Strach ich obleciał.

- A Piłsudski wciąż siedzi w Magdeburgu.

Szloma   przymrużył   oko,   powiekę   miał   czerwoną   i   pomarszczoną,   jak 

stary kogut, który od lat już przewodził na podwórzu kurzemu stadu.

-   Czasem,   jak   kto   siedzi   -   pochylił   się   ponad   stołem   jakby   miał   do 

przekazania ważną tajemnicę - czasem, jak kto siedzi - powtórzył ciszej - to dla 

tych, co go zamknęli, jest to gorsze, niż gdyby chodził wolno. - Ale ja tu mam 

prezencik od tatusia dla Izabelki, bo słyszałem, że do kościoła na naukę chodzi, 

to i z książki powinna się już modlić.

Ojciec kupił jej tę książkę do nabożeństwa głównie po to, żeby Szlomę 

zachęcić  do dalszych odwiedzin, w tej wsi zabitej deskami  wciąż czekał na 

nowiny ze świata; przeżywane od wieków nieszczęścia związały ludzi z polityką 

silniej niż w innych spokojnych krajach. Jakżeby ojciec czytał, gdyby żył teraz i 

miał dostęp do gazet i książek!

-   Otworzyła   książeczkę   do   nabożeństwa   i   wpatrzyła   się   nie   w   piękne 

background image

pismo   księdza,   który   wykaligrafował   na   pierwszej   stronie:   ”Na   pamiątkę 

kochanej Izabelce w dniu pierwszej jej św. Komunii - Ojciec. Dnia 29 czerwca 

1917 roku” - ale w trzy niezdarne krzyżyki, które postawiła pod nim ręka ojca.

Tamten dzień, w którym ojciec kupił jej tę książeczkę, a nie był to błahy 

wydatek w ich rodzinie, stanął przed nią odtworzony w pamięci tak wyraziście, 

jak gdyby wszystko wydarzyło się wczoraj - rozmowa ojca ze Szlomą, krzątanie 

się matki przy skromnym poczęstunku, jakim go podejmowała... Tylko twarzy 

jej z tamtego dnia nie mogła sobie przypomnieć, zastępował ją wizerunek wciąż 

żywy pod powiekami, choć powinny go przyćmić inne obrazy równie, lub może 

nawet   bardziej   bolesne:   oblicze   matki,   uspokojone   już   po   wszystkich 

cierpieniach   życia,   nie   pobladłe,   lecz   poczerniałe   od   kobiecej   śmierci,   tak 

częstej   w   tamtych   latach   i   w   zapadłych   wsiach,   oddalonych   od   lekarskiego 

ratunku dziesiątkami kilometrów błotnistych dróg.

Leżała   w   naprędce   wyciosanej   trumnie,   ze   spracowanymi   dłońmi 

złożonymi na zapadniętym już teraz brzuchu, a w izbie obok płakał osierocony 

noworodek, siódme dziecko w rodzinie Skrobków.

Wychowała je - ona, Izabelka - miała wtedy czternaście lat, ale ojciec 

zawołał ją i powiedział:

- Ty tu teraz jesteś gospodynią. I matką.

Wychowała najmłodszego brata i urodzony przed nim drobiazg, a kiedy 

następujące po niej w kolejności Weronika i Cecha podrosły już na tyle, żeby 

dawać sobie radę w gospodarstwie i w domu, ojciec znowu zawołał ją do siebie. 

Siedział na ławce pod stodołą, gdzie w pogodne dni od południa do wieczora 

świeciło słońce, więc czapkę miał nasuniętą głęboko na oczy i nie widziała ich 

wyrazu, gdy mówił:

-   Już   po   żniwach   i   po   wykopkach,   w   zimie   roboty   mniej,   umyśliłem 

posłać cię na zarobek do ludzi.

- U wszystkich w zimie roboty mniej - spróbowała się bronić.

- Na wsi. Ale w mieście robota wciąż ta sama. Przez cały rok.

background image

- W mieście...? - przeraziła się, bo ciekawość do miasta dopiero później 

zaczęła się w niej budzić. - A co się w mieście robi?

- To, co ludzie miastowi chcą.

I za co płacą.

- A za co płacą?

- Smolicha przyjdzie jutro, to ci powie.

Smolicha była faktorką, kręcącą się po okolicznych wsiach i wyciągającą 

z nich dziewczyny do służby w mieście.

Nikt nie znał jej nazwiska, a Smolichą nazywano ją dla jej urody ciemnej, 

smolistych   oczu  i   brwi,   spod   których  patrzyła   na  dziewczyny   z   podejrzliwą 

uwagą,   równą   tej,   z   którą   kupcy   na   targu   przyglądali   się   wystawionym   na 

sprzedaż koniom.

- Wszy masz? - pytała najpierw. Z wszami żadnej dziewczyny Smolicha 

nie   brała   do   miasta.   Sama   miała   zawsze   włosy   czyściutkie,   białym 

przedziałkiem   rozdzielone   na   środku   głowy.   Chętnie   zdejmowała   z   nich 

chustkę, którą zaraz składała starannie na kolanach, żeby się nie pogniotła. - Bo 

by mnie państwo - wyjaśniała - na próg drugi raz nie wpuściło, gdybym im 

służącą z wszami naraiła.

-   Izabelka!   -   powiedział   ojciec,   zapowiadając   zjawienie   się   Smolichy 

następnego dnia. - Umyj głowę naftą, Izabelka!

To   polecenie   było   z   całej   rozmowy   najbardziej   bolesne.   Bo   ojciec 

powinien   był   wiedzieć,   że   wszy   nie   miała,   że   naftą   myła   głowy   tylko 

najmłodszym   dzieciom,   przynoszącym   wszy   ze   szkoły.   Uprzedziła   pytanie 

Smolichy,  gdy  tylko  faktorka  rozsiadłszy  się   na  ławie  i  zdjąwszy  chustkę   z 

głowy, zaczęła się jej przyglądać swoim podejrzliwym badawczym wzrokiem.

- Wszy nie mam! - oznajmiła zaczepnie.

- Sprawdzać nie będę - powiedziała Smolicha łaskawie. - Wyglądasz na 

czystą dziewczynę. I w domu porządek. I w obejściu, choć matki nie ma.

- Cała moja gospodyni - roześmiał się ojciec chełpliwie, ale jednak jakby 

background image

trochę z żalem.

- A kto tu będzie gospodarzył, jak ją z domu wydajecie?

Weronka i Cecha wbiły się prawie plecami w ścianę za piecem.

- Dwie młodsze podrosły - powiedział ojciec.

-   Też   ładne   dziewuchy   -   przyjrzała   się   im   Smolicha   z   wzrastającą 

łaskawością. I zwróciła się znowu do niej: - A gotować umiesz?

- Umiem - odrzekła, pokonując wahanie. - Ale żadne takie...

- Co znaczy - żadne takie?

- Żadne wymyślności. Barszcz, żur, kluski...

- Mięsa nie jecie?

- Jak kurze której grzebień bieleje...

- ...i wiadomo, że zdechnie - zachichotała Weronka w kącie za piecem.

- Cicho bądź! - ofuknął ją ojciec, a do Smolichy rzekł: - Co te gówniary 

opowiadają - świniaka dwa razy w roku bijemy.

-   No   to   wtedy   gotujesz   coś   z   mięsa   -   zwróciła   się   znów   do   niej,   do 

Izabelki, faktorka wciąż ciekawa jej kulinarnych umiejętności.

Wzruszyła ramionami wyraźnie jej na złość.

- Jak bijemy świniaka - powiedziała - przyjeżdża z Zawodzia na rowerze 

Szewetko i wszystko przerabia na kiełbasy, salcesony i kiszki.

Całą   izbę   przewiało   wspomnienie   tych   smakowitości,   ojciec   wyraźnie 

pociągnął nosem, dziewczęta przestały chichotać za piecem, dzieci odrabiające 

lekcje   przy   stole   znieruchomiały   rozmarzone.   Woń   czosnku,   majeranku, 

rozgniecionych ziaren pieprzu i angielskiego ziela, bijąca z wyrobów rzeźnika 

Szewetki, była tak silna, że przedarła się przez oddalenie dziesiątków lat i babka 

Izabelka zachłysnęła się nią prawie przełykając gromadzącą się gwałtownie w 

ustach   ślinę.   -   Coś   podobnego   musiało   się   wtedy   stać   i   ze   Smolichą,   bo 

zagadnęła nagle przymilnym tonem:

- A dawno biliście świniaka?

- O, dawno! - zapiszczały dziewczyny za piecem z takim żalem, że nie 

background image

można było wątpić w prawdę tego westchnienia.

Smolicha zwróciła się znów ku kandydatce na miejską służącą.

- Zresztą panie wszystkiego cię nauczą. Nieraz brałam ze wsi dziewuchy, 

jak nie obciosane kołki, a po roku były już zawołanymi kucharkami i mogły 

żądać wyższej pensji.

Na wzmiankę o pensji ojciec się ożywił.

- Izabelka! - krzyknął. - Jest tam w szafie jeszcze coś do wypicia. Zanieś 

butelkę i dwa kieliszki do izby. Nakraj chleba i słoniny.

- Mówiliście, że świniaka biliście dawno - zauważyła Smolicha.

- Dawno. Mamy  już tylko wędzoną słoninę - powiedziała, choć może 

warto było przypochlebić się faktorce.

Kiedy stanęła w drzwiach, zaniósłszy wódkę i chleb ze słoniną do izby za 

kuchnią, Smolicha  mogła  jej się  dobrze przypatrzeć. Trzymała  ją długo pod 

ostrym swoim spojrzeniem,  a jej jakby siłę  w nogach odjęło, nie mogła  się 

ruszyć od progu i tylko ręce uniosła i splotła je ciasno na piersiach.

- No tak - powiedziała faktorka - te cycki to będziesz musiała  czymś 

przypłaszczyć.

Dziewczyny za piecem zachichotały znowu piskliwie, ale ojciec jakby się 

zawstydził, podszedł do okna i patrzył w jesienny sad, na żółte, całkiem już 

rzadkie liście starych jabłonek i grusz.

- Żadna pani się nie zgodzi - ciągnęła Smolicha - żeby służąca kręciła się 

jej po domu z takimi sterczącymi cyckami. Bo na panią wtedy mąż by ani nie 

spojrzał.

-   To   co   ja   mam   z   nimi   zrobić?   -   szepnęła   prawie   przez   łzy,   wciąż 

przyciskając piersi rękami.

- Nie wiem - prawie tak samo zmartwiła się Smolicha. - Włóż grubszą 

kieckę. I ciasny stanik...

Młodsze siostry wciąż chichotały w kącie za piecem, ojciec nieruchomo 

patrzył   w   sad.   Odwrócił   się   jednak   w   końcu   od   okna   i   nie   spoglądając   ku 

background image

faktorce rzekł schrypniętym od niechęci głosem.

- Jaka jest, taka jest. Innej nie mam. Nie będę dzieciakowi cycek obcinał...

-   Ale   to   już   nie   dzieciak!   -   przerwała   mu   rozbawionym  parsknięciem 

Smolicha. - Cała rzecz w tym, że to już nie dzieciak! - I nagle przestała się 

śmiać. - Mam takie jedno miejsce - powiedziała w zamyśleniu - takie jedno 

miejsce, gdzie w ogóle nie ma pani... Będzie już tydzień, jak ją pochowano. 

Całe miasto szło za trumną, bo nikt się nie spodziewał tej śmierci, takiej nagłej, 

jak piorun z jasnego nieba. Dopiero co pani Szymankowa była w targowy dzień 

na rynku, jaja i masło kupowała, aż tu wszyscy mówią, że nie żyje, że wróciła 

do domu, koszyk na stole postawiła i jak usiadła na stołku, tak już z niego nie 

wstała. Może to i dobra śmierć, ale nie dla tych, co mają jeszcze obowiązki na 

świecie i nie ma ich kto zastąpić. A ona zostawiła chorego męża, każdy myślał, 

że to ona jego pochowa, a zrobiło się na odwrót. I pan Szymanko został bez 

kobiecej opieki, ani mu kto ugotuje, ani poda jedzenie na stół, czy do łóżka. A 

jak już przyjdzie na niego ostatnia chwila, to także trzeba, żeby ktoś przy nim 

był...

- Ja nie chcę! - wybuchnęła płaczem, odrywając wreszcie ręce od piersi i 

przyciskając je do oczu. - Boję się! Sama w domu z takim starym i chorym...

-   Głupia!   -   krzyknęła   Smolicha.   -   Poczekaj   aż   powiem   wszystko   do 

końca. Jest jeszcze młody pan Szymanko.

- Młody pan Szymanko? - bez radości powtórzył ojciec.

- Tak. Tylko, że mało w domu siedzi, bo weterynarz. Cały powiat ma do 

obsłużenia.   I   jemu   także   trzeba   jedzenie   ugotować   i   podać,   kiedy   do   domu 

wróci. W mieszkaniu posprzątać, bieliznę uprać...

- Młody pan Szymanko... - jeszcze raz powtórzył ojciec.

Smolicha zwróciła ku niemu swoje baczne spojrzenie.

- Co wam chodzi po głowie, mój Wojciechu? Dziewczyna musi sama 

siebie pilnować. Jak nie chce dać, to żeby królewicz z bajki ją prosił, nie da. A 

jak przyjdzie na nią ochota, to z byle kim się puści. I tu na wsi, pod waszym 

background image

okiem może przyjść na to...

-   Bez   matki   chowana   -   powiedział   ojciec   cicho,   jakby   na 

usprawiedliwienie tego, co mogło się stać.

- I co z tego, że bez matki? I tam, gdzie matki są, dziewczyny do domu 

bękarty przynoszą. Nie ma takich u was we wsi?

- Są.

-   No,   widzicie.   A   wasza   nienaruszona,   choć   bez   matki   chowana. 

Nienaruszona? - Smolicha patrzyła na nią groźnie, czekając potwierdzenia.

-   Nienaruszona   -   powiedziała   ledwie   hamując   śmiech,   bo   korciło   ją 

powiedzieć, że największe zgorszenie było w domu, właśnie wtedy, kiedy żyła 

matka,  a ojciec co noc pod pierzynę do niej właził. A i teraz, gdy zaprosił 

Smolichę do izby, nakazawszy dzieciom, żeby nie odważyły się tam zaglądać, 

zaczęło wnet stamtąd dochodzić trzeszczenie łóżka, tak we wszystkich swoich 

odgłosach znajome z dawnych lat. Wygoniła młodsze dzieci na dwór, żeby tego 

nie słuchały, a sama wyciągnęła spod ławy drewniany kuferek, zaczęła wrzucać 

do niego swoje rzeczy, które miała zabrać wychodząc z rodzicielskiego domu. 

Na służbę. I na zawsze.

Babka   Izabelka   zamknęła   książeczkę   do   nabożeństwa,   otworzoną   na 

litanii do Matki Boskiej - wiedziała, że już jej nie odmówi. Pierwsze dni w tym 

domu   objawiły   się   jej   rzeczywistością   wyraźniejszą   od   tej,   której   głośnym 

sygnałem   było   chrapanie   pani   Wysoczarskiej,   leżącej   wciąż   na   wznak   z 

rozdziawionymi upiornie ustami.

Najpierw zadziwiła ją tu wielkość mieszkania i mnogość pokoi. Na dole 

były dwa, gabinet młodego pana Szymanki, pana Karola - trzeci. No i kuchnia. 

Na górze także dwa, łazienka i ten pokoik na strychu, w którym ukrywał się 

Wiktor pod koniec wojny, a teraz spał Rozciłowski. Zabrała się  od razu do 

sprzątania, bo od śmierci pani Szymankowej kurz już zdążył osiąść na podłodze, 

meblach   i   na   tych   wszystkich   przedmiotach,   które   stały   tu   poustawiane   dla 

niewiadomej jakiejś pańskiej potrzeby. Przyglądała się długo każdemu z nich, 

background image

ostrożnie ścierając kurz z porcelanowych figurek, wazonów i zegarów - zbicie 

czegokolwiek w tym domu wydawało jej się najgorszym nieszczęściem, jakie 

mogłoby się jej przydarzyć.

Najtrudniejsze sprzątanie było w gabinecie pana Karola. Bo w oszklonej 

szafce, do której przecież także dostawał się kurz, stało mnóstwo flakoników i 

flaszeczek,   pudełek   i   tubek   z   maściami,   a   na   stoliku   leżały   równo   ułożone 

narzędzia, wymagające także przetarcia flanelową ściereczką. Z początku bała 

się w ogóle ich tknąć, ale potem zaczęła sobie nawet wyobrażać do czego służą i 

zawsze starała się położyć je w to samo miejsce, z którego je wzięła. Bo pan 

Karol, kiedy zastał ją raz przy sprzątaniu, powiedział z wyraźnym przestrachem 

w głosie:

- Tylko, żeby wszystko było na swoim miejscu, bardzo proszę.

Mówił zawsze ”bardzo proszę”, albo ”bardzo dziękuję” i prawie wcale 

przy tym na nią nie patrzał, więc nie trzeba było bać się tego, czego zaczął bać 

się ojciec, gdy Smolicha powiedziała, że oprócz starego i chorego jest jeszcze w 

domu młody pan Szymanko. Tylko, że w niedługi czas spostrzegła - i to było 

gorsze od tamtego - w niedługi czas spostrzegła, że wodzi za nią oczyma ten 

stary i chory...

W   sklepie,   w   którym   robiła   zakupy,   dowiedziała   się,   że   starszy   pan 

Szymanko już od trzech lat był całkiem do niczego, ale przedtem cieszył się w 

mieście prawdziwą sławą jako lekarz, do którego pacjenci przyjeżdżali nawet z 

Warszawy.

Pani Szymankowa  nie  chodziła wtedy  sama  na targ, miała  kucharkę i 

pokojówkę, nie zajmowała się żadną pracą, co najwyżej przy różach w ogrodzie 

-   zawsze   w   rękawiczkach.   Jedynym   w   tamtych   latach   zmartwieniem   tego 

szanowanego w mieście małżeństwa - opowiadano w sklepiku - był fakt, że syn, 

Karol, nie wyuczył się na doktora, a tylko na weterynarza, w czym zapewne 

była jakaś różnica, ale ona, Izabelka, nawet wolała, że do gabinetu, który co dnia 

sprzątała, przychodziły psy i koty, a nie kaszlący, smarkający i czochrający się 

background image

ludzie ze świerzbem na grzbiecie i rękach, albo inną jeszcze jakąś zaraźliwą 

chorobą. Bo dawniej - nie to, co teraz, kiedy każdy kawałek ciała musi mieć 

osobnego   lekarza   -   dawniej   doktor   w   takim   małym   mieście   musiał   leczyć 

wszystko   i   doktor   Szymanko   naprawdę   -   jak   mówiono   w   sklepiku   -   na 

wszystkim się   znał.  Z  chorym okiem ludzie  do  niego   szli  i  z  przetrąconym 

palcem   u   nogi,   leczył   dzieci,   dorosłych   i   kobiety,   wzywano   go   do   każdego 

trudniejszego porodu, panny szukały u niego ratunku, gdy przydarzyło im się 

nieszczęście, kawalerowie, gdy złapali dyskretną chorobę. Ale to, że ludzie tak 

się do niego pchali, musiało w końcu odbić się na jego zdrowiu. Wypisywał 

właśnie receptę żonie zawiadowcy stacji, która była znana w mieście z tego, że i 

przez tydzień nie wychodziła za potrzebą - gdy nagle z ręki wypadło mu pióro, 

głowa obwisła i nawet nie mógł powiedzieć, co mu jest, bo od razu głos stracił. 

Żona zawiadowcy stacji wyleciała z gabinetu wzywając pomocy, ale to, co stało 

się   z   doktorem,   nie   dało   się   już   odwrócić.   Sprowadzani   z   Warszawy 

najsłynniejsi lekarze uzyskali tylko tyle, że bezwład z całego ciała stopniowo 

ustąpił i chory mógł, choć z trudem, poruszać się po domu. Powłócząc lewą 

nogą, z obwisłą lewą ręką, bełkocząc coś z gniewem, gdy go nie rozumiano, 

przesuwał   się   z   pokoju   do   pokoju   i   wciąż   wodził   za   nią   oczyma   z   łakomą 

rozpaczą.

W ostatnich latach, kiedy Piotruś i Karolina chodzili jóż do szkoły, nie 

wstawał wcale, leżał bezwładnie w tym właśnie pokoju, a ona coraz bardziej 

zaczynała się go bać, bo gdy tylko stawała na progu, zwracały się ku niej te z 

ponurą natarczywością atakujące ją oczy, jedynie i upiornie żywa pożądliwość 

w nieruchomej starczej twarzy.

Przerażała ją ponadto myśl, że coś takiego mogło się z człowiekiem stać - 

przez tyle lat całe miasto szukało u niego ratunku, a teraz leżał jak kłoda, zdany 

na czyjąś łaskę, po prawdzie mówiąc na łaskę obcej dziewczyny, jaką była w 

tym domu.

Babką Izabelką wstrząsnął dreszcz zgrozy, przez chwilę wydawało jej się, 

background image

że to nie matka Wiktora chrapie tak donośnie, manifestując na cały dom swój 

powrót do dobrego samopoczucia, ale że to tamten człowiek, który przez tyle lat 

prześladował   ją   swoim   napastliwym   spojrzeniem,   aż   uległa   zawartej   w   nim 

prośbie. Ale było to już w dniu jego śmierci. I od kilku lat był jej teściem.

To on właśnie wydał ją za Karola - dopiero później zdała sobie z tego 

sprawę, choć przyjemniej było myśleć, że nie długoletnie chorowanie starszego 

pana, ale jej zetknięcie, jej zderzenie się z panem Karolem w ciasnych drzwiach 

sprawiło, że ze służącej w tym domu stała się tego domu panią. Na początku, 

tak, na początku chodziło o to, żeby w domu był ktoś, kto by opiekował się 

chorym. Pan Karol wcale na nią uwagi nie zwracał, a drzwi od kuchni, w której 

spała, zamykała na noc, bo zdawało jej się, że słyszy zbliżające się ku nim 

szurające po podłodze kroki - wiedziała już od innych dziewczyn, że panowie 

mają zwyczaj chodzić w nocy do służących. Może gdyby to miał być pan Karol, 

to   by   tych   drzwi   nie   zamykała,   choć   wciąż   miała   w   myślach   ojcowskie 

przykazanie, żeby się w mieście nie wykierowała na wycirucha i ladacznicę. Ale 

to dotyczyło strażaków i żołnierzy, którzy łazili za dziewczynami, gdy miały w 

niedzielę wychodne. Pan Karol to było zupełnie co innego... Tylko że w ogóle 

na nią nie patrzył... W mieście mówiono, że miał się żenić.

Zaprosił któregoś dnia tę pannę z rodzicami na kolację. Na stole w kuchni 

leżała   już   teraz   kupiona   przez   niego   książka   kucharska,   którą   otwierał   na 

odpowiedniej stronie, dysponując obiad na dany dzień. Bardzo się starała, żeby 

robić wszystko tak, jak tam było napisane, ale chyba nie zawsze się to udawało, 

bo pan Karol czasem jedzenie tylko na talerzu widelcem rozpaprał i milczał, 

patrząc przed siebie. Wtedy stawała z drugiej strony stołu i mówiła cichutko, że 

mogłaby   zrobić   klusek   ziemniaczanych,   że   w   domu,   u   Skrobków,   zawsze 

wszyscy te kluski lubili.

- Dobrze, zrób kluski - mówił pan Karol ze smutną rezygnacją, a ona 

płakała trąc w kuchni ziemniaki i kaleczyła sobie palce o tarkę, bo nie widziała 

nic przez łzy.

background image

Ze starszym panem nie było tego zmartwienia, nic nie mówił i przełykał 

wszystko, co mu łyżką w usta wepchnęła.

Tego dnia, kiedy miała przyjść panna z rodzicami, pan Karol otworzył 

książkę   kucharską   na   stronie,   gdzie   był   przepis   na   ”zająca   po   polsku   w 

śmietanie”.

Był   równie   niedoświadczony   w   tych   sprawach,   co   jego   nieszczęsna 

kucharka, bo gdyby choć trochę znał się na kuchni, nie wybrałby na proszoną 

bądź co bądź kolację tak trudnego do przyrządzenia dania. Ale dostał akurat 

skądś zająca, sam ściągnął z niego skórę - resztę pozostawiając jej. Nie było 

czasu, żeby zając skruszał, ani żeby poleżał w bajcu, natarła go więc octem, 

obłożyła   cebulą   i   potężną   garścią   pieprzu   i   bobkowych   liści,   ułożyła   na 

brytfannie i w odpowiednim czasie, na dwie godziny przed podaniem, jak pisało 

w książce wsunęła do piecyka. Zresztą nie zależało jej wcale, żeby ten zając się 

udał,   trucizny   by   podała   tej   pannie,   a   nie   zająca   po   polsku   w   śmietanie   z 

buraczkami.

Ale   jeszcze   większa   ogarnęła   ją   wściekłość,   gdy   otworzyła   gościom 

drzwi. Rodzice panny wyglądali na prawdziwe miejskie państwo, z dziedzicami 

ze wsi oczywiście nie mogli się równać, ale dyrektor gimnazjum w tamtych 

latach to była figura, że ho, ho! Dopiero po tej wojnie tak to wszystko jakoś 

spsiało,   że   ani   dyrektor   liceum,   ani   doktor   czy   aptekarz   nie   mieli   dawnego 

znaczenia.   Gdyby   przed   wojną   Kamil   przyjął   posadę   nauczyciela   fizyki   w 

prowincjonalnym   mieście,   jego   żona   nie   zostawiłaby   go   na   pewno   z   tego 

powodu. Ale dzisiaj... no, tak - babka Izabelka porzuciła te myśli, rozpraszające 

jej   wspomnienia   i   pogrążyła   się   znów,   jak   w   złym   natchnieniu,   w   tamtej 

wściekłości   sprzed   lat,   która   ogarnęła   ją,   gdy   po   raz   pierwszy   zobaczyła   tę 

pannę pana Karola i choć trucizny wolałaby jej dać zamiast zająca z buraczkami 

- musiała jednak przyznać, że była śliczna, o mój Boże! naprawdę śliczna!

Wprawdzie   i   o   niej,   o   Izabelce,   też   to   ludzie,   patrzący   na   nią   z 

upodobaniem, mówili - ale tamra wydała jej się jakoś bardzo, jakoś aż boleśnie 

background image

pasująca do pana Karola, który choć za piękny nie był, miał w sobie coś takiego, 

że godny był najurodziwszej panny.

A ta musiała być w dodatku także i dobra, bo twardego zająca, którego jej 

rodzice   ledwie   tknęli,   gryzła   z   bohaterskim   zapamiętaniem   i   nawet   się   nie 

skrzywiła, gdy przy podawaniu na stół buraczków - nienaumyślnie, broń Boże, 

ale pewnie z żalu i rozpaczy - poplamiła jej niebieską, nowiuteńką suknię.

- To nic - powieziała pogodnie. - Wypierze się. - A nie było przecież 

wtedy w mieście chemicznej pralni.

I pewnie pan Karol by się z nią ożenił, gdyby nie zaszło coś, co powinien 

był przewidzieć, ale nie chciał, jeszcze nie chciał, żeby się stało - otóż, kiedy 

goście,   żegnając   się,   stali   już   w   przedpokoju,   a   ona   podawała   palto   pani 

dyrektorowej gimnazjum,  w pokoju starszego pana rozległ się gniewny jego 

bełkot, to natarczywe wołanie bez słów, którym przyzywał ją do siebie. Powinna 

była - jak pan Karol - nie zwrócić na to uwagi i udać się do starszego pana 

dopiero po wyjściu gości, ale w nią jakby diabeł wstąpił, podeszła do drzwi i 

otworzyła je na całą szerokość.

- Pan doktor - powiedziała - pewnie chce się z państwem przywitać.

Chory, choć stan jego się nie zmieniał, miewał jednak różne, gorsze i 

lepsze dni, ten akurat do tych ostatnich nie należał. Próbował prawdopodobnie 

podnieść się właśnie z łóżka, ale mu  się to nie udało, opadł z powrotem w 

zmierzwioną pościel i tocząc ślinę z nie domkniętych ust przyzywał gwałtownie 

tych, którzy o nim zapomnieli. A miał ku temu powody - z pokoju buchnął 

straszliwy smród wydzielin chorego człowieka, alarmujący i nie do ukrycia fetor 

wstydliwego nieszczęścia tego domu.

Goście,   choć   już   zmierzający   ku   wyjściu,   zatrzymali   się   w   miejscu 

porażeni tym widokiem i odorem, który tak haniebnie zaatakował ich nozdrza. 

Panna zbladła jak opłatek, rodzice bezwiednie przygarnęli ją do siebie, jakby już 

w obronie przed grożącym jej niebezpieczeństwem. Wiedzieli, musieli wiedzieć, 

że   w   domu   jest   chory,   ale   widocznie   jakoś   inaczej,   jakoś   ładniej,   mniej 

background image

odrażająco wyobrażali sobie tę chorobę - teraz objawiła im się w całej swej 

przerażającej uciążliwości, a ona, Izabelka, prawie triumfująco (diabeł! diabeł, 

który w nią wstąpił, musiał dyktować jej to zachowanie) patrzyła w ich twarze.

Pan Karol skoczył do drzwi i zamknął je z hałasem. Dyszał ciężko i nie 

od   razu   mógł   przemówić,   choć   właściwie   nic   tu   nie   było   do   powiedzenia. 

Goście w pośpiechu - i bez słowa - skierowali się ku wyjściu. Zabiegł, zagrodził 

im drogę, roztrzęsionymi rękoma usiłował ich zatrzymać, zaprzeczyć sytuacji, 

która im się objawiła.

- Przepraszam... - szeptał. - Przepraszam. Mówiłem, że ojciec choruje. 

Ale   mam   zamiar   oddać   go   do   zakładu,   jestem   już   w   kontakcie   z   siostrą 

przełożoną sióstr norbertanek w...

- Ach, co też pan mówi - przerwała mu cierpko matka panny. - Jakimże 

byłby pan synem...

- Ależ w tym zakładzie będzie miał dobrą opiekę... lepszą, niż w domu...

- Dobranoc! - powiedział groźnie i jakoś tak wyraźnie bezapelacyjnie pan 

dyrektor  gimnazjum,   odsunął  na  bok  wciąż   miotającego  się   przed   nim pana 

Karola, otworzył drzwi, przepuścił przed sobą żonę i córkę, i wyszedł za nimi 

pośpiesznie.

Nastały teraz dni, w których schodziła z drogi panu Karolowi, a on także 

jej unikał. Ale nie mogło to trwać wiecznie.

Zajmowała się gorliwie starszym panem i syn musiał to dostrzec i ocenić. 

Wychodził  teraz   wieczorami   coraz   rzadziej,  przesiadywał   w  domu,   najpierw 

smutny i zrezygnowany, potem jakby pogodzony z tym, co mu los zgotował. Od 

tego dnia, kiedy zderzyli się w drzwiach, ona niosąca coś do pokoju, on pędzący 

do gabinetu, w którym dzwonił telefon, od tego dnia, gdy musiał poczuć na 

swoich piersiach jej piersi, jej uda na swoich udach, na kolanach jej kolana - 

jakby nieco się ożywił i poweselał. I chyba polubił siedzenie w domu, gdzie 

było zawsze ciepło i czysto, i gdzie jedzenie stawało się z każdym dniem coraz 

bardziej do jedzenia.

background image

To, czego bał się jej ojciec stałoby się o mało co pewnego deszczowego 

jesiennego dnia, kiedy pan Karol wrócił późno z jakichś odległych wsi, gdzie 

dokonywał okresowego szczepienia bydła. Czekała na niego, wciąż dokładając 

węgla pod kuchenną płytę, żeby herbatę miał gorącą i żeby od razu mogła mu 

przygrzać kolację, którą przyrządzała ściśle według książki kucharskiej. Gdy 

tylko usłyszała, że wchodzi po odstawieniu motoru do szopki na podwórzu, że 

zaraz potem myje ręce w gabinecie, od razu postawiła na tacy szklankę, talerz i 

sztućce i miała już z tym biec do jaddalni, gdy powstrzymał ją, ukazując się w 

drzwiach kuchni.

- Nie noś jedzenia do pokoju - powiedział. - Bardzo już późno, zjem tutaj.

- Tu... tutaj...? - zakrztusiła się zdumieniem.

- Tak. Dawaj prędko, jestem głodny jak wilk.

- Już... już podaję...

- A co tam masz?

- Móżdżek.

- Cielęcy?

- Cielęcy.

- Na grzankach?

- Na grzankach! - obwieściła triumfalnie.

- A skąd wiedziałaś, że tak trzeba?

- Z książki. Przecież kupił mi pan książkę.

- No, widzisz, jak się przydała.

Najpierw jednak z niedowierzaniem dziobnął widelcem polany masłem i 

przyrumienioną   bułeczką   móżdżek,   ale   potem   zaczął   jeść   szybko   z   coraz 

większym apetytem.

-   No,   no!   -   powiedział   tylko,   a   ona   patrzyła   na   jego   pochyloną   nad 

talerzem głowę z wzruszoną radością, czując, że się rumieni z przeogromnego, 

zalewającego   serce   szczęścia.   Miał   już   trzydzieści   lat,   a   ona   nie   skończyła 

jeszcze dziewiętnastu, na wsi taki chłop po trzydziestce wydałby się jej całkiem 

background image

stary, ale ten stary dla niej nie był, wciąż jeszcze brzmiały jej w uszach słowa 

Smolichy   ”Jest   jeszcze   młody   pan   Szymanko...   ”   -   Zamyśliła   się   tak,   że 

zapomniała o herbacie, którą należało już podać i pan Karol musiał się o nią 

upomnieć, ale uczynił to z uśmiechem i jakoś tak, jakby już wtedy miał ochotę 

ją pocałować.

- A herbaty nie dostanę?

- O Jezu! - zawołała, rzucając się, jak łagodnym batem dotknięty źrebak, 

ku kuchni, ku dymiącemu czajnikowi. - Zapomniałam do cna o herbacie!

- Nie mów ”do cna” - uśmiechał się wciąż pan Karol, bo już od tego dnia 

chciał ją uczyć miejskiego, pięknego mówienia, choć dla niej to wiejskie - nawet 

po latach - nigdy nie przestało być piękne. - Nie mów ”do cna” - powiedz: 

zupełnie.

- Zupełnie - powtórzyła, bez przekonania, ale dlatego, że chciał tak pan 

Karol. Nalała do szklanki herbaty, postawiła przed panem Karolem.

- Usiądź! - powiedział.

- Gdzie? - przestraszyła się, bo wyczuła, że pan Karol choć tak ładnie się 

przed chwilą uśmiechał, chce jej powiedzieć coś ważnego, a wszystkie ważne 

rzeczy, które mówiono jej w życiu, nie były przyjemne.

- Tu przy stole, naprzeciwko.

Nie ruszała się, zastygła w przeczuciu czekającej ją przykrości.

- Usiądź! - krzyknął.

Usiadła na brzeżku krzesła, trzęsące się ręce oparła o stół.

Pan Karol milczał długo, a ona czuła, jak jej krew odpływa z serca, a jej 

miejsce zajmuje przenikliwy chłód.

- Co byś powiedziała - odezwał się wreszcie - gdybyśmy się pobrali?

- Kto? - spytała przeraźliwie głupio, ale nie mogła zrozumieć tego, co 

powiedział.

- My! Ty ze mną, a ja z tobą!

- To znaczy... pan ze mną, a ja... ja z... panem? - powtórzyła.

background image

- Izabelko! - roześmiał się. - Chcę się z tobą ożenić! A ty?

- Co... ja? - wyjąkała.

- Czy ty także chcesz? Czy chcesz mnie za męża?

- O, Boże! - rozpłakała się. - PaN się pyta, czy chcę? Przecież ja pana... ja 

dla pana...

Zerwał się i podbiegł do niej, podniósł z krzesła, zamknął w mocnym 

uścisku.

- Izabelko! Uważałem już moje życie za zniszczone i zrujnowane, ale 

teraz   mam   nadzieję...   chyba   mogę   mieć   nadzieję,   że   ty   pomożesz   mi   je 

uratować.

- Ja dla pana... ja dla pana wszystko... - powtarzała.

Więc   to,   czego   bał   się   jej   ojciec,   a   czego   ona   pragnęła   w   głupim 

dziewczyńskim, ślepo poddanym naturze pragnieniu, mogłoby się stać tamtego 

deszczowego dnia... Ale się nie stało. Bo pan Karol jakby się przestraszył, że 

trzyma ją tak blisko przy sobie, wypuścił ją z uścisku i nawet nie pocałował.

- Dziękuję ci - powiedział. - Bardzo ci dziękuję, Izabelko, że jesteś i, że 

chcesz wciąż być ze mną. Za miesiąc weźmiemy ślub. Zaraz jutro trzeba napisać 

do   twojej   parafii   po   metrykę.   A   po   ślubną   suknię   i   wszystko,   co   potrzeba, 

pojedziemy do Warszawy. Masz wyglądać, jak należy.

- Dlaczego miałabym nie wyglądać, jak należy, proszę pana? - zapytała.

- No, tak - speszył się pan Karol. - Chcę, żebyś wyglądała jak najlepiej.

Następnego dnia rano pan Karol przyniósł jej kwiaty. Nie dostał ciętych - 

dawniej nie to, co teraz, trudno było o cięte kwiaty w małym mieście - przyniósł 

jej  doniczkę  cyklamenów,   kupioną najpewniej  aż  u ogrodnika  pod miastem. 

Postawił ją na stole w kuchni.

- To dla ciebie - powiedział.

- O, matko! - roześmiała się.

- Dlaczego?

- Dziewczyny dostają kwiaty w takich okolicznościach.

background image

- W jakich... okolicz... nościach...? - wyjąkała.

- Oświadczyłem ci się i powinnaś dostać ode mnie kwiaty. Ale skąd bym 

wziął kwiaty wczoraj pośrodku nocy? Więc przyniosłem ci je dzisiaj.

Zaczynała   pomału   rozumieć   -   pan   Karol   chciał,   żeby   nie   tylko   ona 

podczas  ceremonii  zaślubin   wyglądała,  jak  należy.  Wszystko  miało   być,  jak 

należy, od samego początku. A więc kwiaty, które dałby tamtej swojej pannie 

przy oświadczynach, a także szacunek, jaki by jej przy tym okazał. Bo przecież 

z dyrektorówną zaraz po oświadczynach nie poszedłby  do łóżka, więc i jej, 

Izabelki, nie starał się tam zaciągnąć, choć wcale by się nie broniła. Nieraz już 

całowała się z chłopakami ze wsi i nawet nie jeden wsuwał jej łapę pod spódnicę 

i szukał tam czegoś, czego znaleźć nie zdążył - dostawał w pysk, aż mu się 

chyba   gwiazdy   w   oczach   zapalały,   bo   odepchnięty   na   kilka   kroków   długo 

rozcierał policzek  i  mrugał   powiekami.  Ale  gdyby  pan Karol...  w ogóle...  a 

zwłaszcza   wtedy...   tamtego   dnia...   Z   panem   Karolem   wszystko   było   jakby 

bezustannym wspinaniem się po coraz wyższych schodach, więc i to, co tak 

straszne i wstrętne, i obrzydliwe wydawało się podczas całego jej dzieciństwa, 

gdy   w   izbie   za   kuchnią   trzeszczało   łóżko   -   z   panem   Karolem   mogło   być 

cudowne, piękne i... (skąd wzięło się w jej głowie to nigdy nie używane słowo?) 

- i zaszczytne.

Pan   Karol   jednak   okazywał   jej   wciąż   należny   narzeczonej   szacunek. 

Spędziła wiele bezsennych nocy, bo nie dawała jej zasnąć świadomość, że w 

pokoju na górze on może także nie śpi, i z tego samego, co ona, powodu. Nieraz 

zrywała się z łóżka, żeby pobiec do niego, ale nigdy się na to nie odważyła. 

Skoro on nie przychodził do niej, skoro chciał, żeby wszystko było jak należy, 

to i ona powinna to zrozumieć i być posłuszna.

Tylko, że jesienne pogody robiły się coraz gorsze, już nie deszcz, ale 

deszcz   ze   śniegiem   przewiewał   płaskie   mazowieckie   pola   i   siekł   twarze 

podróżnych, którym życie wyznaczyło kołatanie się po wyboistych i błotnistych 

drogach. Tamtego wieczora, a właściwie tamtej nocy, bo pora zrobiła się już 

background image

późna - pan Karol przyjmował opóźniający się poród jakiejś bardzo rasowej i 

cennej   klaczy   w   którymś   z   okolicznych   majątków   -   wrócił   skostniały   i 

przemoczony, palce u rąk miał do cna... palce miał zupełnie zgrabiałe, zaczęła 

rozcierać je i ogrzewać w swoich gorących dłoniach, chuchać na nie i przytulać 

do twarzy, pałającej rumieńcem radości, że już wrócił, że jest w domu.

- Co ty robisz? - bronił się słabo. - Co ty wyprawiasz? Izabelko!

- Rozgrzewam pana - śmiała się trochę przez łzy, bo zawsze bała się, że 

mu   się   coś   stanie   na   tych   śliskich,   wyboistych   drogach.   -   Ściągała   z   niego 

płaszcz, klepała dłońmi dla rozgrzewki po plecach. - Zaraz będzie panu ciepło.

- No, nie wiem - uśmiechnął się leciutko pan Karol.

A   po   kolacji,   którą   także   kazał   podać   sobie   w   kuchni,   rozebrał   się 

błyskawicznie i - w jednej chwili był w łóżku. W jej łóżku, które tak jak teraz, 

po przyjeździe pani Wysoczarskiej, stało w kącie kuchni.

- Chodź tu do mnie! - zawołał.

- Jeśli naprawdę chcesz mnie rozgrzać.

I stało się to jakoś tak... wesoło, wcale sobie nie wyobrażała, że tak to się 

może   stać.   Całowali   się   i   śmiali,   a   kiedy   przyszła   chwila,   że   pan   Karol 

spoważniał   i   zadał   jej...   musiał   zadać   jej   ból,   aż   krzyknęła   -   zaraz   potem, 

powróciła do przytomności i zdolności mówienia, a on uspokoił ją, że boli tylko 

pierwszy raz, a już jutro, pojutrze, i przez całe życie nigdy nie będzie boleć, że 

będzie cudownie, naprawdę cudownie...

Nie kłamał. Pan Karol... Karol nigdy nie kłamał, jak coś powiedział, to 

tak było.

I było cudownie! Czekali teraz na każdą noc, jak na cud, który na pewno 

się przydarzy. Karol promieniał, nucił chodząc po domu, wpadał do pokoju ojca 

i wciąż mu powtarzał, że się żeni. Że się żeni!!! W obcowaniu z ludźmi wyzbył 

się dawnej ponurości i powagi. - Wszyscy musieli widzieć i odczuć, że mają do 

czynienia z człowiekiem szczęśliwym!

I tylko ona wiedziała, co to takiego naprawdę z nim się stało.

background image

Karol, jej ukochany Karol, jedyny mężczyzna, którego kochała w swoim 

życiu - zrzucił kamień, gniotący mu serce. Oto żenił się nie z opiekunką chorego 

ojca, żeby mu zapewnić do śmierci należytą pielęgnację - ale z nią, z Izabelką, z 

dziewczyną, z którą było mu dobrze, na którą lubił patrzeć, i która potrafiła dać 

mu tyle szczęścia, ile na pewno nie dałaby mu żadna anemiczna dyrektorówna.

Starał   się   jej   to   wynagrodzić,   z   radością   zdała   sobie   z   tego   sprawę. 

Pojechał za Wisłę i oświadczył się o nią jej ojcu, tak jakby oświadczał się panu 

dyrektorowi gimnazjum o rękę jego córki. A potem Wojciech Skrobek ze wsi 

Nogawice, w dodatku wcale nie najbogatszy tam gospodarz, prowadził swoją 

córkę   do   ołtarza   po   czerwonym,   dywanowym   chodniku,   który   rozciągnięto 

przez cały kościół od wrót aż po prezbiterium. Weronika i Cecha też były na 

ślubie, obydwie w nowych sukniach, kupionych przez Karola, tak jak i ubranie 

dla ojca Skrobka, w Warszawie.

Ten   ślub   jedynego   na   całą   okolicę   weterynarza,   kawalera,   za   którego 

każda panna poszłaby z podskokiem, w dodatku syna uwielbianego do tej pory 

w mieście doktora, ślub Karola Szymanki ze służącą - wywołał tyle jazgotu, że 

szyby   trzęsły   się   we   wszystkich   domach.   Ale   potem   zaczęło   się   to   powoli 

uspokajać; ludzie przywykli do jej nowego stanowiska w tym mieście, a ona z 

zaciętością i uporem starała się sprostać wszystkiemu, czym obdarzył ją los.

Każde życzenie Karola było spełnione, zanim zdążył je wyjawić, dom 

lśnił   czystością,   chory   doktor   był   zawsze   o   właściwej   porze   nakarmiony, 

obmyty i podmyty, a jej starczało jeszcze czasu, żeby zadbać i o siebie, żeby - 

gdy wychodziła na ulicę - nie przeszedł obok niej obojętnie żaden chłop.

Doceniał   to   także   Karol.   Moja   śliczna!   -   mówił   zawsze,   wracając   do 

domu, a i doktor, który teraz prawie wcale nie wstawał już z łóżka, wciąż wodził 

za nią oczyma. Przestała się go bać i choć z każdym dniem stawał się coraz 

bardziej odrażający, okazywała mu nie tylko dbałość, ale i serdeczność. Nie 

pozwalała   sobie   zapomnieć,   że   to   on   właściwie   wydał   ją   za   Karola,   tak   to 

przecież   wyglądało   na   początku.   Starała   się   spłacać   ten   dług   przeogromnej 

background image

swojej wdzięczności, ale tak do końca spłaciła go chyba dopiero w dniu jego 

śmierci.

Już   od   kilku   dni   wiedziano,   że   to   się   kończy.   Choroba   w   domu, 

pośpieszne   wynoszenie   do   ustępu   basenów   z   ciągnącą   się   za   nimi   smugą 

smrodu,   pranie   prześcieradeł   zaraz   po   zabrudzeniu,   żeby   plama   po   kale   nie 

wżarła się w płótno... to wszystko miało się lada chwila skończyć, wiedzieli o 

tym obydwoje z Karolem i może dlatego Karol przepadał teraz na całe dni, 

nawet przyjęcia w gabinecie zawiesił, żeby tylko nie być w domu, gdy...

Wiedziała, że bał się śmierci ojca, że udręczony długoletnią jego chorobą 

bał się jednak jego śmierci, nie pragnął jej i broda zaczynała mu się trząść, gdy 

zaczynało się o niej mówić.

Więc pozwalała mu nie być w domu w tych dniach, kiedy należało się 

spodziewać, że starszy pan odejdzie. Wzięła to na siebie i tak już potem zostało 

- każdą rzecz trudną i przykrą załatwiała ona, ujmując ciężarów tym, których 

kochała, choć nie przychodziło jej to łatwo, o nie, trzęsła się ze strachu podczas 

owych   ostatnich   dla   starego   doktora   chwil,   gdy   wciąż   wodził   za   nią 

domagającymi   się   czegoś   oczyma,   a   ona   bała   się,   bała   się   domyślać   czego 

pragnie.

Była sama  w domu,  Piotruś chodził już do szkoły, Karolinie nakazała 

bawić się w ogrodzie. Na obiad miał być rosół i sztuka mięsa, której nie trzeba 

było   doglądać   podczas   gotowania.   Mogła   więc   siedzieć   w   pokoju   teścia   i 

wlewać   mu   w   usta   po   łyżeczce   herbatę,   gdy   wysuwał   pobielały   język   na 

wyschnięte wargi.

Ale nie tylko tego od niej chciał, nie tylko tego... Mówiły o tym jego 

oczy, rozkazująco wparte w jej źrenice, gdy się nad nim pochylała. Patrzył w 

nie, wciąż domagając się czegoś, czego domagał się od lat, od pierwszej chwili, 

kiedy przekroczyła próg tego domu. Wypluł herbatę, którą znów wlała mu w 

usta,   język  ożywiony   nagłym  przypływem  krwi,   poróżowiały   i  giętki   zaczął 

szukać możliwości wyrażenia, kołaczącego się w mózgu słowa. I powiedział je, 

background image

po długiej męce, długim usiłowaniu, powiedział czysto i wyraźnie:

- Pokaż!

Cofnęła   się,   nie   rozumiejąc   jeszcze,   co   słowo   to   oznacza,   przerażona 

najpierw niespodziewanym jego dźwiękiem.

- Pokaż! - powtórzył.

- Co?... Co? - wyjąkała.

Nie patrzył już w jej oczy, patrzył na jej piersi, okryte tylko bielizną i 

letnią   przezroczystą   bluzką.   Patrzył   z   łakomym,   rozdzierającym   żalem   -   i 

zrozumiała. Już rozumiała...

- Pokaż! - krzyknął donośnie, jak zapewne nieraz musiał krzyczeć w tym 

domu za dawnych wspaniałych lat swego życia. -

Zaraz mi pokaż!

Szarpnęła guzikami bluzki, rozerwała zapięcie stanika. Uwolnione z niego 

piersi zabłysły obfitą bielą, poruszane gwałtownym oddechem przybliżyły się do 

otwartych ust chorego. Usiłował dźwignąć z poduszki głowę, ale to mu się nie 

udało.   Podniósł   wzrok   ku   jej   oczom   i   prosił,   błagał...   domagał   się... 

rozkazywał...

Drżały jej ręce, gardło dusił wstręt, ale zrobiła to - uniosła jego bezwładną 

głowę i wcisnęła ją twarzą między obnażone piersi. Bliska omdlenia poczuła, że 

zaczynają je całować zimne, lepkie od śliny wargi...

Ocucił ją płacz Karoliny. Nie wiadomo kiedy otworzyła drzwi, ale teraz 

stała w nich i zanosiła się od płaczu.

- Idź stąd! - krzyknęła do niej. - Natychmiast wracaj do ogrodu! Uciekaj!

Ale dziecko nie ruszało się od proga. Przerażone i zdumione widokiem, 

jaki ujrzało, płakało coraz rozpaczliwiej i głośniej.

Oderwała   głowę   teścia   od   swoich   piersi,   złożyła   ją   na   poduszce. 

Okrywszy swoją nagość, rzuciła się ku Karolinie, wyprowadziła ją z pokoju. 

Wciąż płakała, drżąc jak w ataku dreszczy, zwiastujących chorobę. Nalała jej w 

kuchni szklankę wody, przymusiła do wypicia. Sobie nalała także i wychyliła ją 

background image

duszkiem.   Wzięła   Karolinę   na   kolana,   przytuliła   do   siebie,   obie   zaczęły   się 

uspokajać, ta bliskość mogła najprędzej złagodzić wstrząs, jaki obie przeżyły.

Karolina   jednak   zapytała   -   była   dzieckiem,   a   dzieci   lubią   pytać,   nie 

wiedzą, że czasem pytać nie należy - Karolina zapytała:

- Co to było? Co się stało dziadziowi?

- Nic mu się nie stało - powiedziała wymijająco.

-   Na   pewno   mu   się   coś   stało,   przecież   widziałam.   Dlaczego   go   tak 

trzymałaś...?

- Chciał tego... - powiedziała, ukrywszy twarz we włosach Karoliny. - 

Zawsze... od kiedy zjawiłam się w tym domu tego pragnął...

Kiedy   starszy   pan   Szymanko   leżał   już   w   trumnie,   której   wieko   stało 

jeszcze oparte o ścianę, ale pracownicy zakładu pogrzebowego czekali przy nim 

z młotkami i gwoździami w ręku - syn zdobył się wreszcie na odwagę, żeby 

spojrzeć na zastygłą twarz ojca. Stała przy nim, trzymała go za rękę, bo sprawiał 

wrażenie, że upadnie. Ale on niespodziewanie podniósł na nią rozjaśnione oczy.

-   Spójrz,   Izabelko...   Czy   tobie   także   się   wydaje,   że...   ojciec   się 

uśmiecha...? Wygląda jakby umarł szczęśliwy...

- Myślę, że tak - powiedziała cicho, odprowadzając męża od trumny. - 

Myślę, że tak... chyba naprawdę umarł szczęśliwy.

Po śmierci starego doktora, aż do następnej żałoby w tym domu, udało się 

przeżyć kilka dobrych, naprawdę dobrych lat.

Babka Izabelka otworzyła znów książeczkę do nabożeństwa, odmówiła 

panicznie początek litanii, szukając w niej ratunku - który jednak nie nadszedł.

Myśl,   nie   zatrzymana   przez   tamte   lata,   zamiast   się   w   nich   zanurzyć, 

pogrążyć   na   długie,   radosne   rozpamiętywanie,   uporczywie   dążyła   ku 

szarpiącemu wciąż serce żalowi, pierwszemu z tych dwóch, które przeznaczył 

właśnie   dla   niej,   dla   Izabelki   ze   Skrobków   Szymankowej,   nie   rozsypujący 

szczęścia zbyt hojnie po ludzkich drogach los.

Piotruś   był   jeszcze   całkiem   smarkaty,   kiedy   ziemia   ruszyła   się   pod 

background image

Polską. Jaki to z niego mógł być żołnierz, dopiero za rok miał zdawać maturę, a 

jednak... zawsze taki uparty... taki wściekle uparty, że nieraz chciało się go za to 

trzepnąć   w   kark...   nałożył   ten   swój   mundurek   szkolnego   przysposobienia 

wojskowego i poszedł gdzieś... gdzieś się zgłosił i przyjęto go tam... takiego 

niezaradnego, takiego prosto od matki, za głupiego, za młodego na wojnę, za 

młodego na śmierć.

Potem, z tych książek, które wciąż kupował Wiktor i które wciąż pisano, 

choć zdawać by się mogło, że wszystko już zostało napisane i opisane z tego, co 

przeżyli i czego właśnie nie przeżyli ludzie w ciągu wojennnych lat, z tych 

książek   wynikało,   że   to   dwie   armie,   zapędzone   aż   tu   przez   wroga,   Armia 

Poznań i Armia Pomorze, miały zagrodzić mu drogę na Warszawę w sławnej 

potem bitwie nad Bzurą... po to chyba tylko, żeby Piotrusiowi było do niej tak 

blisko... Wiktor krzyczał zawsze na nią, kiedy tak mówiła, ale czy nie miała 

prawa mówić tak matka? Bo przecież gdyby ta bitwa o drogę na Warszawę 

rozegrała się kilkanaście kilometrów stąd na zachód albo na wschód, Piotruś 

przesiedziałby jej trwanie w schronie... z matką i ojcem, z siostrą.

Babka Izabelka wróciła znów do litanii, ale i tym razem nie na długo, 

przez słowa modlitwy, wydrukowane w jej starej książeczce do nabożeństwa, 

przebijały   się   obrazy,   z   których   od   dawna   trzeba   było   oczyścić   pamięć   - 

najpierw błonia nad Bzurą, gdy w letnie popołudnia przychodzili całą rodziną 

kąpać się w tej spokojnej, połyskującej w słońcu, takiej czystej w tamtych latach 

rzece.

A potem te same błonia, gdy szukała na nich Piotrusia w rozpaczliwej 

nadziei, że jeszcze żyje, że tylko nie mógł dotrzeć do domu, ale żyje, żyje, i ona, 

matka, przeniesie go...

Przez długie lata okupacji nie pozwalała Karolowi mieszać się w żadne 

patriotyzmy,   brać   na   siebie,   poczuwać   się   do   obowiązku,   któremu   z   taką 

zapamiętałą ochotą poddawali się mężczyźni tego kraju. Musiał z tego powodu 

cierpieć, widziała, że cierpi, że czuje się upokorzony, nie należąc do tych, którzy 

background image

nie pochylili głów i walczyli. Ale był jej posłuszny, przynajmniej on był jej 

posłuszny.   Podjął   pracę   za   znikomą   wprawdzie   wobec   wzrastających   cen 

pensję, ale za to za dobre papiery dla siebie, a później i Karoliny; żeby móc 

jeździć w teren, kupił Białka. Śliczny był ten młody koń, od razu go wszyscy 

troje pokochali, nie przeczuwając, jaka rola przypadła mu w ich życiu.

Styczeń miał się już ku końcowi i ku końcowi miała się wojna, Niemcy 

wycofywali   się   w  popłochu   na   zachód   i  nadzieja   stawała   się   coraz   bardziej 

rzeczywistością - gdy na podwórzu zjawił się ten człowiek. Nie wszedł, jak 

zawsze, jak przedtem, równym, mocnym krokiem, wysoki i silny, władczy - 

wbiegł chyłkiem i w popłochu, i od razu zwrócił się w stronę Białka. A właśnie 

Karol wyprowadził go ze stajni, żeby się koń nie zastał, od wielu już dni ze 

względu na bliskość frontu nigdzie nie jeździli. W pierwszej chwili mógł Karol 

nawet   pomyśleć,   że   komendant   żandarmerii   przyszedł   się   z   nim  pożegnać   - 

widziały obie z Karoliną przez okno w kuchni, że właściwie nie wie, jak się 

wobec niego zachować - często się tu zjawiał, przychodził ze swoimi psami, 

przynosił   lekarstwa...   czy   należało   okazać   mu   żal,   że   się   nie   będzie   go   już 

widywać, czy też - wreszcie ze szczerym uśmiechem - życzyć mu szczęśliwej 

podróży. To wahanie nie trwało długo, Niemiec  od razu wyjawił cel swego 

przybycia. Przyskoczył do Białka, mówił coś, jeszcze z początku spokojnie i tak 

cicho, że nie można go było słyszeć w kuchni, nawet gdy się miało głowę blisko 

przy szybie. Karol też coś mówił i tego także nie słyszało się w kuchni, więc 

wybiegła   na   próg   -   i   od   razu   stanęła   zmartwiała.   Karol   szarpał   się   z 

komendantem, który chciał wsiąść na Białka, bez pomocy strzemion usiłował 

wskoczyć koniowi na grzbiet, ale Karol mu na to nie pozwalał, odciągał go od 

niego, odpychał, zasłaniał konia własnym ciałem... I wciąż krzyczał, krzyczał na 

całe podwórze, na całą ulicę:

- Nie dam! Nie oddam! Akurat mego konia się panu zachciało!

- Muszę go mieć! - perswadował Kunze wciąż jeszcze cicho, prawie z 

prośbą, z zawstydzeniem w głosie. - Muszę! Oni mogą tu być lada chwila! Nie 

background image

mam innego środka lokomocji. Akurat mnie musieli tak zostawić, mnie, który 

do ostatka dbałem o bezpieczeństwo ich tyłków, mnie... - urwał, trzepnął się po 

kieszeniach.   -   Panie   doktorze!   Doktorze   Szymanko!   Ja   panu   wszystkie 

pieniądze... wszystkie pieniądze za tego konia... nie jest tyle wart, ale ja nie 

mam wyjścia... nie mam żadnego wyjścia...

- Wie pan, gdzie ja mam pana pieniądze? - krzyknął Karol. - Sam pan 

mówi, że oni mogą tu być lada chwila, a pan mi tu o pieniądzach, o niemieckich 

pieniądzach...

- Pan wie, że mogę go wziąć bez pieniędzy! - podniósł głos także i Kunze. 

- Ale chciałem zapłacić, bo przecież znaliśmy się... przychodziłem tu do pana i 

wydawało mi się... - Znów urwał, zawstydzony swoimi słowami, i jeszcze raz 

spróbował dosięgnąć grzbietu Białka. Karol i tym razem go od niego odtrącił, 

odepchnął,   jakby   ci,   co   mieli   przyjść,   już   tu   byli,   a   ten   człowiek   w 

jasnozielonym mundurze był już ich jeńcem.

Ale on nim jeszcze nie był i wcale nie zamierzał nim zostać, o nie! był 

zdecydowany na wszystko, naprawdę na wszystko! Także odtrącił Karola od 

Białka i także zaczął krzyczeć na całe podwórze, na całą ulicę!

- Muszę go mieć! I będę go miał!

Karol zasłonił sobą konia.

- Po moim trupie! Tylko po moim trupie.

Przyskoczyła do niego, uczepiła się ramienia, wpiła paznokcie w rękaw 

jego kurtki, ale i ją odepchnął, aż potoczyła się na środek podwórza.

- Nie oddam! Nie oddam! - powtarzał. - Na piechotę niech pan wraca tam, 

skąd pan przyszedł!

- Karol! - rozpłakała się. - Opamiętaj się, Karol! - Bo wiedziała, ona już 

wiedziała, że człowiek, który stał przed nimi, który wtargnął tu na ich podwórze, 

choć wszystko zmierzało  już ku końcowi, ku szczęśliwemu  końcowi, że ten 

człowiek   naprawdę   zdecydowany   jest   na   wszystko   i   głupotą   jest, 

najtragiczniejszą z głupot przeciwstawiać się mu, kiedy ci, którzy tu mieli lada 

background image

moment przyjść, jeszcze tu nie przyszli.

- Ty podły polski psie! - zapiał Niemiec na najwyższej nucie wściekłości. 

Wyszarpnął z kabury pistolet, odbezpieczył go. - Dopiero teraz zrzuciłeś maskę, 

polski bandyto! Ale zapewniam cię, nie pójdę na piechotę! Nie tylko oddasz mi 

swego konia, ale mnie nawet na niego podsadzisz!

Karol jakby oślepł, jakby nie widział skierowanej ku niemu broni. Objął 

Białka za szyję, palce wplótł w jego grzywę.

- Nie oddam! - powtarzał. - Nie oddam!

- Karol! - wołała. - Opamiętaj się! Błagam cię, opamiętaj się! On cię 

zabije!

Niemiec, z bronią w ręku, zbliżał się do konia.

- No, tylko bez żadnych sztuczek! Twoja żona jest mądrzejsza od ciebie, 

ona od razu zrozumiała, że cię zastrzelę, jeśli będziesz mi wciąż przeszkadzał. 

Podsadź mnie na konia! Nadstaw rękę pod but! I naprawdę nie próbuj żadnych 

sztuczek! Inaczej powinienem z tobą postępować podczas tych wszystkich lat, 

które spędziłem w tej przeklętej polskiej dziurze!

- Nie oddam! - powtarzał wciąż z uporem Karol. - Nie oddam!

- Karol! - błagała. - Miej rozum, Karol, pomyśl o nas wszystkich! Pan 

komendant   -   chciała   załagodzić   gniew   Niemca   -   pan   komendant   potrzebuje 

Białka tylko po to, żeby wrócić na nim do domu. A potem nam go odeśle... na 

pewno po wojnie dostaniemy go... jak wszystko inne... z powrotem...

- Tak! - roześmiał się wpółprzytomnie Kunze. - Głupia babo! Na pewno 

dostaniecie   go   po   wojnie!   Jak   wszystko   inne!   -   Trzymał   wciąż   rewolwer 

skkierowany w stronę Karola i nie przestawał się śmiać, histerycznie, z coraz 

wyraźniejszą   rozpaczą.   No!   Ręka   pod   but!   -   Uciszył   się   wreszcie,   umilkł, 

zacisnąwszy wargi. Krok za krokiem zbliżał się do Karola i Białka.

I wtedy... zaczął stawać  się cud, wtedy mógł  stać się cud... O, Boże! 

Dlaczego to tak wciąż boli, że się nie stał! - Z głębi ulicy nadpłynął warkot 

motoru.

background image

Kunze   znieruchomiał,   wysunął   głowę  z   kołnierza,   żeby   lepiej   słyszeć. 

Drugą, wolną rękę, tę, w której nie trzymał broni, podniósł do gardła. Bo to 

mogli   być   ci,   którzy   lada   moment   mieli   tu   przyjść,   albo...   gdyby   miał   tyle 

szczęścia... Gdy warkot coraz bardziej się przybliżał, wciąż z bronią w ręku, a z 

tą drugą przy gardle, zaczął posuwać się ku bramie,  zza której wyłoniła się 

właśnie   głowa   niemieckiego   żołnierza   na   motorze   z   przyczepą.   Z   pustą 

przyczepą. Jechał powoli, rozglądając się czujnie, w każdym domu mogła czaić 

się zasadzka.

- Stać! - krzyknął Kunze głosem, który zapewne usłyszano i w niebie i w 

piekle. - Stać!

Żołnierz zatrzymał motor, a przyczepa była naprawdę pusta, to był widok, 

od którego nie można było oderwać oczu - i ona, wciąż płacząc, wpatrywała się 

w nią z rozpaczliwą nadzieją w sercu, z rodzącym się powoli uspokojeniem.

Komendant wypadł z podwórza, był już na ulicy, przy żołnierzu, przy 

motorze,   przy   tej   przyczepie,   do   której   miał   wsiąść   za   chwilę,   żeby   w   niej 

odjechać,   raz   na   zawsze   stąd   odjechać   -   ale...   zatrzymał   się   na   sekundę   i 

odwrócił się jakby z namysłem.

- No, widzisz! - krzyknął do Karola. I po co mi twój zasrany koń? - 

Podniósł rewolwer. - Ale i tobie nie będzie już potrzebny!

Padły dwa strzały. Jeden za drugim. Dwa strzały, jeden za drugim. I nigdy 

już, nigdy, do końca życia miało tu nie być prawdziwego szczęścia.

Białek konał przez kilkanaście godzin, rycząc, rzężąc, w końcu piszcząc 

coraz słabiej, jak małe szczenię. Ogłuszone rozpaczą, słyszały jednak obie z 

Karoliną to końskie umieranie, gdy klęczały przy zwłokach Karola, złożonych 

na ceratowej kanapce w jego gabinecie. W końcu Wiktor postanowił sprowadzić 

jakiegoś żołnierza - już radzieckiego albo polskiego - żeby skrócił męki konia, 

żeby go dobił. Nie od razu mu się to udało. Trwała bitwa o miasto, ostrzeliwane 

wciąż przez cofającego się wroga; żołnierze przebiegali z domu do domu, kryli 

się za węgłami i w bramach, i bez chwili wytchnienia parli naprzód, niecierpliwi 

background image

i zaciekli: oto pędzili, oto gonili Niemców! niektórzy także i własną śmierć.

Wreszcie   przyszedł   któryś  z   nich,   udało   się   go   Wiktorowi   zatrzymać, 

namówić go, żeby się zatrzymał. Nie wiadomo w jaki sposób zrozumiał o co 

chodzi,   bo   to   był   Rosjanin,   a   Wiktor   nie   znał   jego   mowy.   Jakoś   jednak 

zrozumiał, może miał także konia i pośród tej strasznej wojny czuły był jednak 

na   cierpienia   zwierząt.   Padł   strzał,   trzeci   strzał   pod   tym   skrawkiem   nieba 

przykrywającym podwórze i dom, pełne żałoby.

I   naprawdę...   już   nigdy,   nigdy,   do   końca   życia   miało   nie   być   tu 

prawdziwego szczęścia.

Babka Izabelka wróciła znów do modlitwy, ale nie czytała już litanii z 

książeczki, zaczęła odmawiać swój codzienny pacierz - ”Ojcze Nasz”, ”Zdrowaś 

Mario”, ”Aniele Boży, stróżu mój”, ”Kto się w opiekę”... aż przy wyznaniu 

wiary  zatrzymała  się  przy   słowach:  świętych  obcowanie.  Jak  ciepły  powiew 

ogarnęło ją błogie marzenie - dlaczego to tylko święci mieli dostępować łaski 

obcowania ze sobą, dlaczego zwykli ludzie, jeśli tylko poczciwie przeżyli życie, 

nie   mogliby   w   niebie   spotkać   się   ze   swymi   bliskimi?   Nie   po   raz   pierwszy 

chciało   jej   się   -  na   pociechę   -  myśleć   o   tym,   że   to   powinno   być   możliwe. 

Niechby   dobry   Pan   Bóg   dał   ludziom   tę   nadzieję.   Niechby   obdarzył   ich 

szczęściem większym, niż samotna wieczność dusz, które dostąpiły zbawienia.

Jak   lekko,   jak   radośnie   by   się   umierało   wiedząc,   że   zobaczy   się 

wszystkich kochanych za życia, że znowu będzie się z nimi! Tyle miałoby się 

im   do   powiedzenia...   Matce...   Ojcu...   Piotrusiowi   i   Karolowi.   Piotrusiowi 

powiedziałaby: Nie wyrzucam ci już, synku, że byłeś taki uparty, że mnie nie 

posłuchałeś i poszedłeś tam, gdzie mogli cię zabić i gdzie cię zabili. Uważałeś, 

że tak trzeba, że musisz spełnić ten obowiązek - i, widzisz, ja nie mam ci już 

tego za złe. Bo cóż znaczy, cóż znaczyła nasza taka przecież krótka rozłąka 

wobec tego, że postąpiłeś tak, jak postąpić należało, a ja, matka,  przez całą 

wieczność będę z ciebie dumna. - Karolowi powiedziałaby prawie to samo: nie 

boli już mnie serce na myśl, że można było uniknąć nieszczęścia, gdybyś tylko 

background image

nie był tak zawzięty i głupi i nie stawiał się Niemcowi, który chciał zabrać 

Białka.   Teraz,   kiedy   znowu   jesteśmy   razem   i   zawsze   już   razem   będziemy, 

rozumiem,   że   musiałeś   bronić   Białka,   że   nie   mogłeś   go   oddać,   bo   należał 

przecież także do naszej rodziny i szkoda tylko, że nie jest teraz z nami, ale 

pewnie  przebywa  w swoim niebie,  w  osobnym niebie  zwierząt...  Jest  chyba 

takie niebo, bo gdzie by wynagradzano zwierzętom krzywdy, które spotykały 

ich na ziemi?

- Dlaczego ty nie śpisz, Izabelko? - spytała przerażonym szeptem pani 

Wysoczarska. - Dlaczego przy mnie siedzisz? czy ja jestem taka chora?

Babka   Izabelka  uniosła  powieki,  którymi   na długie  chwile  zamyślenia 

odgrodziła się od świata. Nie mogła zrozumieć dlaczego matka Wiktora leży na 

jej łóżku, ale rzeczywistość zaczęła powoli wypierać z myśli marzenia, jakim 

uległa po przypomnianych smutkach i największych rozpaczach swego życia.

- Czy ja jestem aż taka chora? - zapytała jeszcze raz ze wzrastającym 

zalęknieniem pani Wysoczarska.

- Ależ skąd? - pośpieszyła ją uspokoić. - Całkiem smacznie sobie pani 

spała.

- To dlaczego tu siedzisz?

Dlaczego nie położyłaś się, tylko siedzisz przy mnie?

- Bo... - babka Izabelka jednak się zająknęła - bo chrapała pani tak jakoś 

dziwnie...

- Ja... chrapałam? - zawstydziła się pani Wysoczarska.

- Tak - potwierdziła prawie równie zawstydzona babka Izabelka.

- Nie wiedziałam, że chrapię.

- Mąż pani tego nie mówił?

- Och! - w tym okrzyku pani Wysoczarskiej była i dawna pycha i całkiem 

świeży żal. - Nie mieliśmy wspólnej sypialni.

- Nigdy? - zdumiała się babka Izabelka.

- Nigdy - całkiem cicho potwierdziła babka Wysoczarska. I pospiesznie 

background image

dodała: - Przecież to niehigieniczne. I nieestetyczne.

- E, co tam - powiedziała babka Izabelka - ale jakie przyjemne!

-   Przyjemne...   -   nie   zdecydowała   się   potwierdzić   dawna   pani   na 

Wysoczarach i dała temu słowu leciutki ton zapytania.

- A co, nie?

- No... może w pewnych okresach życia...

- Ja ze swoim Karolem zawsze lubiłam sypiać. Nie, żeby tam zaraz mieć 

na myśli jakieś figle... Ja w ogóle lubiłam, żeby przy mnie był. Słuchałam, jak 

obok mnie oddycha, a kiedy śniło mu się co złego i zaczynał krzyczeć, od razu 

go budziłam, żeby długo się nie męczył.

- Nigdy nie miewam złych snów - powiedziała niespodziewanie oschle 

pani   Wysoczarska.   -   I   sądzę,   że   Xawery   też   ich   nie   miał.   Nasz   zły   sen 

przeżyliśmy na jawie... - urwała, uprzytomniwszy sobie, że już raz w obecności 

tej kobiety pozwoliła sobie mówić o własnych stratach. - Tak - dodała cicho - 

najgorszy   sen   nie   może   się   równać   z   tym,   co   człowiek   przeżywa   w 

rzeczywistości. - Uniosła się, nogi zsunęła z łóżka. - Ja muszę pójść do toalety...

- Co też pani wyprawia! - powstrzymała ją babka Izabelka.

- Doktor kazał leżeć. Przyniosę tu nocnik.

- Noc... nocnik?... Ach nie - skądże znowu... nocnik...?

- Nie ma się czego wstydzić.

Życie człowiekowi upływa od nocnika do nocnika. Potrzebuje go, kiedy 

jest mały, a potem znów, kiedy się zestarzeje.

-   Ale   ja   przecież...   -   usiłowała   się   jeszcze   bronić   babka   Wysoczarska 

- ...może nie jestem taka całkiem... taka całkiem stara...

- Przyniosę pani nocnik! - ucięła tę dyskusję babka Izabelka. - Sama z 

niego korzystam, żeby w nocy nie iść prosto z łóżka przez zimny korytarz do 

ustępu. Naprawdę nie ma się czego wstydzić, że... w naszym wieku... nie można 

już z tym wytrzymać do rana. - Przyniosła nocnik, ale wycofała się z pokoju, 

gdy pani Wysoczarska oddawała mocz. Potem zabrała go, opróżniła, wypłukała 

background image

i wróciła z nim do pokoju, stawiając go znów pod łóżkiem. - Jednak go tu 

zostawię, bo może się jeszcze przydać.

- Ależ skąd... po co...? - broniła się wciąż pani Wysoczarska.

- Sza! I spać! - powiedziała babka Izabelka, jak do dziecka.

- Zaraz mi tu spać!

- Boję się, że już nie zasnę.

- Powiem pani taki krótki wierszyk-kołysankę. Zawsze usypiałam nim 

wszystkie dzieci.

- Jakie - wszystkie dzieci?

- No, najpierw moje młodsze rodzeństwo...

- Tych małych Skrobków... zza Wisły? Tych małych Skrobków? - pani 

Wysoczarska zdziwiła się sama przed sobą, że tak jej utkwiło w pamięci to 

nazwisko, ale wypowiedziała je teraz z niespodziewanym ciepłem.

- Tak, najpierw ich. - A potem Piotrusia i Karolinę, i dzieci Karoliny, i 

Sylwię...

- Jaki to wierszyk?

Babka Izbaleka przysiadła na brzegu łóżka, obtuliła panią Wysoczarską 

kołdrą.

Wisi   wisiałek,@   patrzy   patrzałek,@   patrzałek   byłby   rad,@   żeby   ten 

wisiałek spadł. - To śliczne! - roześmiała się pani Wysoczarska.

- Wszystkie dzieci bardzo ten wierszyk lubiły. Tylko raz Agnieszka, kiedy 

przyjechała i słyszała, jak usypiałam nim Sylwię, powiedziała, że w tym ”żeby 

ten wisiałek spadł” jest cała chłopska mentalność.

- Co takiego?

- Chłopska mentalność, tak powiedziała, że niby łakomstwo i pazerność.

- Ach, cóż znowu?

-   Bo   ją   w   tej   szkole   aktorskiej   nauczono   podejrzliwości   do   każdego 

słowa.   I   żeby   mu   się   przyglądać   i  tak   i  siak,   z   różnych  stron.   A  dzieci   tej 

podejrzliwości   jeszcze   nie   mają.   I   zawsze   przy   tym   wierszyku   tak   ładnie 

background image

zasypiały.

-   Bo   śliczny!   -   jeszcze   raz   powiedziała   pani   Wysoczarska.   I   nagle 

pomyślała   z   dotkliwym,   przejmującym   żalem,   że   nigdy   nie   usypiała   swoich 

dzieci,   że   robiły   to   inne,   płatne   osoby...   mamki,   niańki...   A   potem   bony, 

guwernantki i guwernerzy - obcy ludzie mówili jej dzieciom, co piękne, a co 

brzydkie, co dobre, a co złe. - Miałaś wspaniałe życie, Izabelko - powiedziała 

cicho.

Babka Izabelka milczała, może obliczała - po raz któryś w ciągu ostatnich 

godzin - swoje zyski i straty, a może o niczym nie myślała, gdy znów zaczęła 

mruczeć.

Wisi   wisiałek,@   patrzy   patrzałek,@   patrzałek   byłby   rad,@   żeby   ten 

wisiałek spadł. Ale pani Wysoczarska nie przymykała powiek.

- Wiesz co - odezwała się. - Wiesz co, Izabelko? Połóż się tu przy mnie. 

Boże   drogi,   potrzebujesz   wreszcie   trochę   snu,   a   ja...   ja   będę   się   czuła 

bezpieczniej...

- Bezpieczniej?

- Tak, proszę! A dlaczego właściwie tylko ja mówię do ciebie po imieniu? 

- Mów mi:

Jadwisiu. Od tak dawna nikt się już tak do mnie nie zwracał. Słyszę tylko 

czasem   w   pamięci   głos  rodziców,   koleżanek   i   sióstr   z   Sacre   Coer,   męża   w 

pierwszych latach po ślubie.

-  Dobrze,  Jadwisiu   -  powiedziała  babka  Izabelka   - położę  się   tu  przy 

tobie.

Marzyło jej się wyciągnięcie na szerokim i wygodnym łóżku w kuchni, w 

tym kącie,  gdzie wciąż trwały  - nie  rozpędzone,  nie zadeptane  przez  czas - 

najradośniejsze, najczulsze wspomnienia jej życia, ale zsunąwszy tylko z nóg 

obuwie,   ułożyła   się   jednak   ostrożnie   na   brzegu   posłania   obok   pani 

Wysoczarskiej,   pewna,   że   nie   zaśnie,   że   w   tej   pozycji   nie   zmruży   oka,   a   - 

myślała o tym z przerażeniem - potrzebowała dużo, bardzo dużo sił na dzień, 

background image

który   nadchodził.  Leżąc  na  wysoko  ułożonej  poduszce,  miała  przed  oczyma 

bliską skroń chorej, bijący pod cienką skórą puls, to wciąż ruchliwe żyjątko, nie 

opuszczające człowieka... nie opuszczające go, aż...

Musiała   jednak   zasnąć   -   sterana   przygotowaniami   do   przyjęcia, 

nabiegana, nastana przy zmywaniu - musiała jednak zasnąć, bo skądś z oddali 

przywołało   ją   do   przytomności   szczekanie   psów   i   ostry   zgrzyt   łopaty   na 

betonowych   płytach   chodnika.   Zdzisio!   pomyślała   z   rozpaczą.   A   niech   go! 

Zdzisio przyszedł odgarniać śnieg.

Pani Wysoczarska obudziła się także.

- Co to? - spytała: - Co się dzieje?

- To Zdzisio, ten pijaczyna przygruchany przez Wiktora, odrzuca śnieg z 

chodnika.

- Tak rano? Przecież jeszcze ciemno.

-   Już   się   robi   szaro.   A   on   boi   się,   żeby   go   ktoś   nie   ubiegł   w   tym 

odgarnianiu. I pewnie głodny, on i jego psy. A swoją drogą... Czym ja dzisiaj 

wszystkich nakarmię...

- Nic nie zostało z kolacji?

- Prawie nic. Jednak było czternaście osób przy stole. Pawlisiowa, no i 

Zdzisio fetowany przez Wiktora w kuchni.

- Zawsze, od dziecka, był taki gościnny - powiedziała z czułością pani 

Wysoczarska.

-   Tylko   że   czasy   teraz   wymagają   sknerstwa.   Serce   można   drugiemu 

człowiekowi otworzyć, ale kredens i lodówkę trzeba trzymać zamknięte.

- Ej, Izabelko - pani Wysoczarska uśmiechnęła się z niedowierzaniem - 

nie postępujesz tak, jak mówisz.

- Czasem tak, czasem nie. - Babka Izabelka powoli dźwigała się z łóżka, 

szukała przed nim stopami swoich pantofli. Łopata Zdzisia zgrzytała zawzięcie 

na płytach chodnika, była w tym odgłosie nie tylko rzeczywista praca, ale także, 

i chyba przede wszystkim, manifestowanie jej gorliwości, jej znoju i wysiłku. 

background image

Zabiegi Zdzisia przy oczyszczaniu chodnika ze śniegu nie mogły być w żadnym 

wypadku niesłyszalne w domu, dla którego tak się poświęcał; gdyby tak było - 

nawet  bez  śladu  śniegu  na  cemencie   - byłyby chybione i  dla niego  samego 

absolutnie bez żadnego znaczenia. - Na szczęście - powiedziała babka Izabelka, 

wygładzając na sobie pogniecioną suknię - mam w spiżarni dosyć jaj. Usmażę 

wszystkim jajecznicę.

-   Jest   jeszcze   ta   szynka   w   puszce,   którą   przywiozłam   wam   na   Boże 

Narodzenie - podsunęła dość nieśmiało babka Wysoczarska.

- No, ale jak miała być na święta...

- Co, tam - teraz też mamy święta. Memu zięciowi dopisuje szczęście w 

interesach.   Nie   będę   wymagać   od   niego,   żeby   mi   kupił   mój   pałac   w 

Wysoczarach, ale od czasu do czasu może mi przysłać kilka dolarów na szynkę.

-   No,   to   dobrze   -   ożywiła   się   babka   Izabelka.   -   Na   śniadanie   będzie 

jajecznica i szynka. Na obiad mam cielęcinę, tylko nie wiem - zatrzymała się 

przy drzwiach - czy upiec ją w całości, czy usmażyć sznycle?

- Jak uważasz, Izabelko.

- Przy pieczeni mniej roboty, ale Wiktor lubi sznycle.

- Ja ci pomogę.

- Co? - babka Izabelka zawróciła do łóżka i podciągnęła kołdrę na piersi 

leżącej. - Jeszcze by tego brakowało! Co powiedział doktor? Najpierw trzeba 

zrobić kardiogram. A w ogóle - dodała z umyślnie głośnym śmiechem - to nie 

lubię, jak mi się ktoś po kuchni kręci. Nawet Karolinę przeganiam. A niechże 

go! Wszystkich pobudzi!

Zdzisio   pracował   rzeczywiście   ze   wściekłą   -   bo   trzeźwą   gorliwością. 

Łopata, którą teraz rozbijał lód, minimalnie chyba w ciągu nocy narosły przy 

rynnie wydawała dźwięk dzwonu, zwołującego wiernych z odległych obszarów 

na roraty. Psy szczekały, więc krzyczał na nie gromkim głosem, jeszcze bardziej 

je tym podniecając.

Wkrótce   cel   został   osiągnięty.   W   domu   zaczęły   trzaskać   drzwi, 

background image

zaskrzypiały schody.

Pierwsza była na dole Agnieszka.

- Co się tu dzieje? Co to za hałasy? Niedziela to jedyny dzień, kiedy mogę 

- Boże! kiedy mogłabym się wyspać, a tu jakiś debil wali w rynnę.

-   To   Zdzisio,   zaprzyjaźniony   z   naszym   domem   -   wyjaśniła   babka 

Izabelka. - Przyszedł odrzucić śnieg.

- Tak rano? Ja go zaraz uciszę - Agnieszka zmierzała ku oknu. - Zaraz 

uciszę tego cholernego Zdzisia!

Babka zastąpiła jej drogę.

- Nie rób tego, ojciec by się gniewał.

- Dlaczego?

- To on umówił Zdzisia do odśnieżania na całą zimę.

Agnieszka odstąpiła od okna.

- Wobec tego nie zobaczycie mnie tu do wiosny.

Kamil także pojawił się w drzwiach, zaspany i wściekły.

- Czy tego śniegu jest tak dużo? Rozumiem, gdyby były zaspy wokół 

domu...

- A kto je odgarnie, jeśli naprawdę będą? - Wiktor także schodził już z 

góry. - Zdzisio odprawiony może się więcej nie pokazać. Jest wrażliwy, jak 

mało kto.

-   Nie   przesadzaj!   -   I   Karolina   ukazała   się   u   wylotu   schodów.   -   Jest 

niedopity, ot co! Ma kaca po wczorajszym.

- Moje dzieci! - podniosła głos babka Izabelka. - Zostawcie Zdzisia w 

spokoju,   jak   już   zaczął,   niech   skończy.   On   naprawdę   -   uśmiechnęła   się   do 

Wiktora - jest bardzo wrażliwy. A wy myjcie się i siadajcie przy stole, zaraz 

będzie śniadanie.

-   Nasza   kochana,   zawsze   panująca   nad   sytuacją   babcia!   -   Kamil 

pocałował ją w policzek.

- Jak sięgnę pamięcią, nikomu i nigdy nie udało się zmylić jej czujności i 

background image

przed pobytem w łazience zasiąść do stołu.

- I pójść do szkoły! - dodała nieco zjadliwie Agnieszka. Nasłuchiwała, 

czy Rozciłowski nie rusza się na stryszku i czy nie obudziła się Sylwia, z którą 

spała w jej pokoju.

- Nie będę was widzieć - odezwała się cicho babka Wysoczarska.

- Co? Dlaczego? - Nie zrozumiał Wiktor.

- Nie będę was widzieć, gdy zasiądziecie w jadalni do stołu.

- Przeniesiemy go tutaj! - krzyknął ochoczo Kamil.

- Stół? - ze zdumieniem spytała Karolina. - Jest bardzo ciężki.

-   To   nic   -   poparła   brata   Agnieszka.   -   Obudzimy   Romana   i   razem   z 

Kamilem przeniosą go tutaj. Obudź ojca! - zwróciła się do Sylwii, która właśnie 

zeszła z góry niewyspana i w bardzo złym humorze.

- Bo co? - mruknęła. - Niech sobie jeszcze pośpi.

- Idź, obudź ojca! - A może ja sama... - głos Agnieszki złagodniał... - 

może ja sama to zrobię...

- Oczywiście - roześmiał się Kamil. - Idź do niego! Przecież ksiądz Rudek 

powiedział   wczoraj,   że   według   prawa   kościelnego   nie   przestaliście   być 

małżeństwem.

Agnieszka poczerwieniała.

- Naprawdę tak powiedział?

- Wszyscy słyszeli.

- Ale z tego tylko powodu - odezwała się Karolina do córki - nie musisz 

iść na strych. Roman na szczęście już schodzi.

Rozciłowski,   mało   jeszcze   przytomny   od   snu,   przeraził   się   tym,   że 

wszyscy zebrali się przy babce Wysoczarskiej.

- Co się stało? Czy babcia...

- Ależ czuje się całkiem nieźle - wyjaśniła pośpiesznie Agnieszka. - Ale 

ponieważ nie powinna wstawać, a chcemy, żeby zjadła z nami śniadanie, trzeba 

stół   z   jadalni   przenieść   tutaj.   Właśnie   czekaliśmy   na   ciebie,   żebyś   pomógł 

background image

Kamilowi.

- Już to robimy! Ale przedtem moja żona musi mnie pocałować. Przy 

wszystkich! Jawnie i otwarcie!

-   Jawnie   i   otwarcie   -   powtórzyła   z   entuzjazmem   Agnieszka.   Musiała 

wspiąć   się   na   palce,   żeby   ustami   dosięgnąć   pokrytego   twardym   zarostem 

policzka męża.

- A ciebie muszę prosić - babka Izabelka zwróciła się do Wiktora - o 

otworzenie   puszki   z   szynką.   Zawsze   mam   kłopoty   z   tymi   maszynkami   do 

otwierania.

Wyszli obydwoje do kuchni, babka Izabelka wyjęła ze spiżarni puszkę, 

ale Wiktor zamiast się do niej zabrać, najpierw zbliżył się do okna.

- Zdzisio już skończył - powiedział.

- Wiem, wiem. Zaraz go zawołam.

- Pewnie zmarzł...

-   Jak   to   mówią   Rosjanie?   -   roześmiała   się   babka   Izabelka.   -   Aluzju 

poniał...

- Tak właśnie, kochana mamo.

- Ale tym razem się na mnie zawiedziesz - Zdzisio dostanie herbaty. Już 

nastawiam wodę.

- Nie będzie mama tak okrutna.

-   Będę,   będę.   Świętą   niedzielę   zaczynać   od   wódki!   Grzech   i   obraza 

boska!

- Bywają większe grzechy i mama dobrze o tym wie - Wiktor otworzył 

drzwi   wiodące   do   tylnej   sieni,   a   za   nimi   te,   którymi   wychodziło   się   na 

podwórze.   W   porannym   grudniowym   mroku   stał   już   przy   nich   Zdzisio, 

otrzepawszy śnieg z butów, a przy nim jego dwa psy czekające, tak jak on, z 

nadzieją rozbłysłą w oczach.

- Dzień dobry panu doktorowi!

Tak się spieszyłem, żeby odgarnąć ten śnieg, bo jak by pan doktor na 

background image

ulicę wyszedł?

- Tak rano nie wychodzę - bąknął Wiktor; nie chciał zrazić Zdzisia, ale 

jednak nie mógł powstrzymać się od tej uwagi. - W przyszłą niedzielę, jeśli 

będzie padało, przyjdź trochę później. Raz w tygodniu lubimy pospać.

- Dobrze, panie doktorze. Ale może gdybym tak wcześnie tu nie był, to by 

ten Kitka, ten pijak Kitka, przyszedł do pana doktora odśnieżać, a on zawsze 

tyle śniegu zostawia...

- Kitka do nas nie przychodzi.

- Dlaczego?

-   Bo   mu   powiedziałem,   że   u   nas   ty   odśnieżasz.   Wejdź   Zdzisiu, 

rozgrzejesz się.

Psy patrzyły w napięciu, starając się wywnioskować, czy i one zaproszone 

są do środka, ale Zdzisio chciał zamknąć drzwi przed ich nosami.

- Zaraz, zaraz - powstrzymał go Wiktor - przecież muszą coś dostać. - 

Zawrócił do kuchni, zabrał z pudła na oknie suche pieczywo i indycze kości. 

Psy - gdy im to wyrzucił - zaszczekały radośnie.

- One dostaną zlewki z internatu - powiedział Zdzisio; zapamiętał,  co 

mówił wczoraj doktor - że ceni go za jego dobroć dla tych psów przybłędów.

- One u mnie głodu nie zaznają.

Przyniosłem panu doktorowi gazety - dodał, składając na stole plik gazet.

- Zapłaciłeś, czy kioskarka dała ci bez pieniędzy?

- Dała bez pieniędzy. Zapisała na teczce pana doktora. Iran z Irakiem 

wciąż się biją.

- Nie tylko oni. Siadaj Zdzisiu.

- Zaraz będzie herbatka - powiedziała z umyślną słodyczą babka Izabelka.

- Herbatka? - powtórzył Zdzisio, nie potrafił ukryć bolesnego zdziwienia.

- Mamo! - szepnął Wiktor. - Powtarzam, niech mama nie będzie okrutna! 

Po wczorajszym dniu...

- Aha! Aluzju poniał! - powiedziała jeszcze raz babka Izabelka. - Ty byś 

background image

się pewnie też napił? - spytała półgłosem.

- Choćby naparsteczek!

- Obydwoje narazimy się Karolinie.

- Czy musi wiedzieć?

- Nie, nie musi.

Wiktor pocałował teściową w rękę.

-   Wyznałem   właśnie   wczoraj   Karolinie,   że   zanim   ją   pokochałem, 

durzyłem się najpierw w mamie.

Babka  Izabelka chwyciła ścierkę, ale nie była zła, pogroziła nią tylko 

zięciowi.

- Nie bredź! A po co w ogóle poprosiłam cię do kuchni?

- Miałem otworzyć puszkę z szynką. Już otwieram!

Zdzisio poprawił się na stołku; nie zdejmował z twarzy doktora wiernego, 

oddanego spojrzenia. Pociągnął nosem, gdy z przedziurawionej nożykiem do 

otwierania konserw puszki zaczął się wydobywać cudowny zapach.

-   To   jest   szynka   -   powiedziała   babka   Izabelka   -   którą   twoja   matka 

przywiozła   nam   na   Boże   Narodzenie.   Sama   zaproponowała,   żeby   ją   dziś 

otworzyć,   bo   dziś   też   mamy   święta.   Dobrze,   Jadwisiu,   powiedziałam,   jak 

uważasz.

Wiktor podniósł na teściową zdziwione spojrzenie. Mój Boże! pomyślał. 

Ile lat musiało minąć, żeby te dwie stare kobiety, które kochał, zaczęły mówić 

do siebie po imieniu, żeby jedna z nich na to pozwoliła...

- Cieszę się - powiedział cicho.

- Ja też. - Babka Izabelka nie zrozumiała i dobrze, że nie zrozumiała, 

znaczenia tych słów.

- Bo co bym podała na śniadanie.

Mam   tylko   jaja.   Jakoś   obydwie   z   Karoliną   nie   doceniłyśmy   apetytów 

naszych gości.

Myślałyśmy, że coś zostanie z kolacji na dzisiaj, a tymczasem do kuchni 

background image

wróciły   prawie   puste   półmiski.   -   Wyłożyła   szynkę   z   puszki   na   deseczkę, 

ukrajała z niej dwa plastry, położyła na chleb - jeden kawałek dla Wiktora, drugi 

dla Zdzisia.

Ale obydwaj jeszcze na coś czekali.

- A niech was! - zawołała.

Wyjęła   z   najdalszej   głębi   kredensu,   spoza   butelek   z   olejem,   octem   i 

jakimiś  sokami,  opróżnioną tylko do połowy  butelkę wódki. - Niech was! - 

powtórzyła, napełniając nią małe - najmniejsze z tych, które stały na półce - 

kieliszki.

- Zdrowie mamy! - powiedział Wiktor.

Zdzisio poderwał się ze stołka.

- Zdrowie pani doktorowej!

- A teraz wynoście mi się obaj z kuchni! Ty - zwróciła się do Wiktora, 

otworzywszy blaszane pudełko - masz tu ziarenko kawy. Zgryź je dobrze, bo 

gdybyś chuchnął w twarz Karolinie... Masz pecha - ściszyła głos - właśnie idzie! 

-   Zasłoniła   sobą   butelkę   i   opróżnione   już   kieliszki,   i   cofając   się   wciąż   ku 

kredensowi schowała je w nim za którąś z butelek.

-   Mamo!   -   powiedziała   Karolina   od   progu.   -   Pośpieszmy   się   ze 

śniadaniem. Wszyscy są strasznie głodni!

-   Co   to   jest   takiego   -   roześmiała   się   babka   Izabelka,   pośpiesznie 

zatrzaskując przed wzrokiem Karoliny drzwiczki kredensu - co to jest, że pod 

tym dachem i przy mnie wszyscy zawsze chcą jeść? Inne kobiety narzekały 

nieraz, że ich dzieci takie niejadki, a moje - i dzieci i wnuki - jadły zawsze, aż 

im się uszy trzęsły.

- No, nie wiem - zaśmiała się także i Karolina - czy to teraz taki powód do 

radości. Kartki na mięso wybrane na cały grudzień.

-   Ale   na   szczęście   w   każdej   z   okolicznych   wsi   przynajmniej   jeden 

gospodarz wspomina z wdzięcznością twego ojca albo męża. Ludzie dokądś się 

wyrywają,   gonią   po   świecie,   a   ja   uważam,   że   dobrze   jest   przeżyć   życie   w 

background image

jednym miejscu, przynajmniej wiadomo do jakich w razie czego zapukać drzwi. 

- Woda na herbatę zagotowana, nakraj chleba i szynki, ja usmażę jajecznicę.

Zdzisio podniósł się ze stołka, rozejrzał się za czapką.

- Już pójdę. Dziękuję za śniadanie.

- A herbata? - powstrzymała go Karolina. - Zaraz będzie herbata.

-   Zdzisio   nie   przepada   za   herbatą   -   odważył   się   powiedzieć   Wiktor. 

Szukając w kieszeni portmonetki wyszedł za nim do sieni, a potem na próg.

Psy,   pochłonąwszy   i   chleb   i   kości,   siedziały   naprzeciwko   drzwi, 

wpatrując się w nie roziskrzonym wzrokiem. Na widok Zdzisia skoczyły ku 

niemu z radosnym ujadaniem, jakby rozstały się z nim bardzo dawno i serce 

pękało im z tęsknoty. Poklepał je po łbach i zwróciwszy ku Wiktorowi głowę, 

uśmiechnął się bezzębnymi ustami.

- Każdy musi mieć kogoś, kto by na niego czekał.

- Co ty mówisz, Zdzisiu? - zdumiał się Wiktor.

A Zdzisio, wciąż uśmiechając się, zbliżył się do niego.

- Niech mi pan doktor coś przyrzeknie.

- Co takiego? Jakiś dziwny jesteś dzisiaj. Stało się coś?

- Jeszcze nie. Ale jakby... jakby... odwykówka, albo odsiadka, to niech 

pan doktor mi przyrzeknie, że zaopiekuje się tymi psami.

- Ja?

- Niech mi pan doktor przyrzeknie! Bo co by z nimi było? Zdechłyby z 

głodu i zimna... A to dobre psy! Bardzo dobre psy, panie doktorze.

- Wiem... - zająknął się Wysoczarski. - Ale tu u mnie... tyle przychodzi tu 

zwierząt, że już własnych nie trzymam.  Najwyżej... oddałbym je do azylu i 

płacił na ich utrzymanie.

Zdzisiowi zadrżały usta.

- One by się zapłakały w azylu, panie doktorze. Tyle tam innych psów, 

takie ujadanie przez cały dzień... one nie przyzwyczajone, zwłaszcza Czaruś... 

Smoluch może by wytrzymał, ale Czaruś tak lubi spokój, jak przychodzimy do 

background image

domu, zaraz się kładzie i waruje, i tylko ślepiami za mną wodzi...

Czarny   kundelek,   który   i   teraz   nie   zdejmował   ze   Zdzisia   rozbłysłych 

oczu, jakby rozumiał o czym mowa - bo zwrócił je na chwilę ku Wiktorowi ze 

zniewalającą nadzieją.

- A u pana doktora miałyby dobrze, wiem, że miałyby dobrze i mógłbym 

być spokojny... Przyrzeka mi pan doktor?

- Na litość boską! - krzyknął Wysoczarski. - Pilnuj się, człowieku! Żadne 

odwykówki! Żadne odsiadki! Uważaj, do jasnej cholery!

- Uważam, panie doktorze, wciąż uważam, ale w człowieku siedzi coś 

takiego, co wodzi go na pokuszenie. Nawet w pacierzu jest o tym wspomniane. 

No, to jak już Pan Bóg to przewidział...

- Ale Pan Bóg dał człowiekowi rozum!

- E, tam - panie doktorze! - Zdzisio przybliżył się do Wiktora, jakby miał 

wyznać   mu   jakąś   rzecz   sekretną,   a   dotyczącą   ich   obydwu.   -   Ten   rozum   to 

przeważnie milczy właśnie wtedy, kiedy powinien dojść do głosu. Nie zdarzyło 

się to panu doktorowi?

- Zdzisiu! - zdenerwował się Wysoczarski. - Ty mnie nie zagaduj, kiedy ja 

ci przypominam, żebyś się pilnował! Odwykówka! Odsiadka! Co ci chodzi po 

głowie?

- Ja tylko tak, panie doktorze. Ale ja wiem, że... jakby co... to pan mi tych 

psów przypilnuje... Nie pozwoli pan, żeby się zmarnowały... Nawet, jak mi pan 

nie przyrzeknie, to będę spokojny.

- Wiktor! - Karolina uchyliła kuchennych drzwi. - Cóż to za konferencja 

na progu bez kurtki? Zaziębisz się!

- Już idę! - zawołał. Ale stał wciąż w tym samym miejscu, nawet gdy 

Zdzisio spłoszony interwencją Karoliny ruszył już w stronę furtki, a psy rzuciły 

się za nim, nie zwracając uwagi na przyszłego, być może, opiekuna. - Już idę! - 

powtórzył, choć wciąż tkwił na progu, patrząc już nie na znikające w porannym 

mroku przygarbione plecy Zdzisia, ale na miasto, w którym spędził dwie trzecie 

background image

dotychczasowego   życia,   na   pobliskie   domy   tak   wyraziście   znajome,   jakby 

długoletnie na nie patrzenie przydawało im cech ludzkich. Co powiedziała przed 

chwilą   babka   Izabelka?...   że   dobrze   jest   przeżyć   życie   w   jednym   miejscu, 

przynajmniej   wiadomo   do   jakich   w   razie   czego   zapukać   drzwi.   Ale   także, 

pomyślał, po to trzymałeś się w życiu jednego miejsca, żeby ludzie wiedzieli, że 

i do twoich mogą zapukać.

- Wiktor! - głos Karoliny stał się zaniepokojony. - Co się z tobą dzieje? 

Naprawdę się zaziębisz!

- Zaraz wracam! - odkrzyknął.

Z   całego   bogactwa   świata,   z   którego   inni   czerpali   łakomymi   rękami, 

wykroił sobie kilka małych spraw, panicznie bliskich, może właśnie dlatego, że 

przedtem stracił tak wiele. Ten dom, rodzina, to miasto, w którym wszyscy go 

znali,   w   którym   kioskarka   dawała   dla   niego   gazety   bez   pieniędzy...   Tyle 

przeszedł dróg i nieszczęść, żeby tu dojść, żeby nie pragnąć nic więcej. Ale czy 

wolno   było   tak   się   ściszyć,   tak   ograniczyć,   tak   przekreślić   wszystko   inne... 

odleglejsze, trudniejsze, doskonalsze?? A może to on osiągnął doskonałość w 

tym małym, które wybrał, które dla siebie stworzył?

- Wiktor? - Karolina wyszła na próg, dotknęła jego ramienia. - Czy źle się 

czujesz?

-   Ależ   skąd?   -   pocałował   ją   w   rękę,   uśmiechnął   się   z   wysiłkiem.   - 

Zamyśliłem się.

- Nad czym?

- Przede wszystkim... - pospiesznie szukał tematu, który nadawałby się do 

wyznania - przede wszystkim postanowiłem nie częstować już Zdzisia wódką.

- A dziś go częstowałeś?

- Nie, dziś nie - zaprzeczył gorliwie.

- No więc, czy coś się stało?

- Jeszcze nie, ale może się stać. Nie chcę czuć się współwinnym...

-   Czy   to   coś   pomoże   -   Karolina   sceptycznie   odniosła   się   do   tych 

background image

skrupułów - jeśli ty jeden nie będziesz go częstował? A poza tym przecież on 

nie ogranicza się do poczęstunków. Za pieniądze, które zarabia to tu, to tam, 

sam kupuje sobie piwko, albo z tym drugim, z tym Kitką, składają się na pół 

litra,   nieraz   to   widziałam.   -   Ale   czy   sprawy   Zdzisia   dość   trudnej,   musisz 

przyznać,  nie  możemy  roztrząsać  w kuchni?  Teraz nie tylko ty, ale i ja się 

zaziębię, stojąc tutaj.

Wróciwszy do kuchni, obydwoje jednak od razu o Zdzisiu zapomnieli. - 

Babka   Izabelka   przysmażała   na   patelni   wędzony   boczek,   a   gdy   nabrał 

skwierczącej   chrupkości   i   dymna   woń   wędzonki   przytłumiła   wszystkie   inne 

dotąd tu panujące - zaczęła rozbijać jajka, wprawnym ruchem rozwierając nad 

patelnią ich skorupki.

-  Oto   prawdziwie   niedzielny   ranek   -  powiedział   Wiktor.   -  Nie  uznaję 

innych.

- Innych prawie tu nie miałeś - zauważyła z pogodnym uśmiechem babka 

Izabelka. - Ale teraz wynoście się z kuchni, bo tak się gapicie, aż mi się ręce 

trzęsą.

-   Już   zmykamy!   -   Wiktor   zabrał   gazety,   pozostawione   na   stole   przez 

Zdzisia, Karolina koszyk z pieczywem i masło.

W   pokoju   Agnieszka   rozścielała   już   na   przyniesionym   tu   stole   lnianą 

serwetę w niebiesko-różową kratę.

- Boże, ileż ta serweta ma lat! - dziwiła się rozprostowując załamania 

wykrochmalonego płótna. - Pamiętam ją z dzieciństwa.

-   Nie   tak   znów   odległego   -   zauważyła   babka   Wysoczarska.   Odłożyła 

gazety,   które   podał   jej   Wiktor,   większe   zainteresowanie   niż   doniesienia   ze 

świata, budziła w niej krzątanina w pokoju, głównie wokół przyniesionego tu 

dla niej stołu. - Nie tak odległego! - powtórzyła, przyglądając się z upodobaniem 

Agnieszce.   -   A   tę   serwetę   przywiozłam   kiedyś   Izabelce   na   imieniny.   Z 

dwunastoma serwetkami. Gdzie są te serwetki?

- Pewnie są gdzieś w szafie.

background image

- Jak to - gdzieś? Powinny być razem z serwetą.

- I chyba są. Ale po co nam te serwetki? Teraz używa się papierowych.

- Okropność! Właśnie do tego nie mogę się przyzwyczaić.

-   Teraz,   kiedy   panie   domu   same   piorą...   -   Agnieszka   jakoś   nagannie 

spojrzała na babkę Wysoczarską.

- Ależ moje dziecko - przerwała jej starsza pani - stół jest odświętnym 

miejscem spotkań rodziny, nawet jeśli są to spotkania codzienne. Jaki piękny 

był zwyczaj przebierania się do kolacji! - zamyśliła się, ale prędko otrząsnęła się 

z tego zamyślenia. - A serwetki po to sprzedaje się razem z serwetą, żeby je 

razem z nią używać, a nie trzymać nie wiadomo gdzie w szafie.

- Idź, przynieś te serwetki - szepnął do córki Rozciłowski.

Zwróciła ku niemu spojrzenie, jakim młodzież stwierdza brak wszelkiego 

rozsądku u dorosłych.

- Coś ty, tato!

- Proszę cię, znajdź w kredensie i przynieś tu te serwetki!

- O, Boże! - ruszyła się wreszcie z miejsca Sylwia. - Co za pomysł! - 

Wyszła do jadalni, z hukiem wyciągnęła szufladę kredensu i od razu krzyknęła. 

- Nie ma ich tutaj!

- Czego nie ma? - zapytała Karolina, poszła do kuchni po półmisek z 

szynką i właśnie z nim wróciła.

- Serwetek! - nie hamowała głosu Sylwia.

- Jakich?

- Tych od tej serwety, co na stole.

- A komu są potrzebne? - spytała niezbyt uprzejmie Karolina. Mało spała 

tej   nocy   i   prawdopodobnie   nie   wypoczęła   po   przygotowaniach   do 

jubileuszowego przyjęcia, a ponadto bardzo nie lubiła, kiedy ktoś grzebał w 

kredensie   -   wszystko   to   razem   sprawiło,   że   naprawdę   niezbyt   uprzejmie 

powtórzyła. - Komu, u licha, są potrzebne?

- To ja - wyznała cicho babka Wysoczarska - ja chciałam je zobaczyć... 

background image

Ofiarowałam   je   przed   laty   z   serwetą   na   imieniny   Izabelce   i   teraz,   kiedy 

Agnieszka wyciągnęła z kredensu samą serwetę...

- Ależ leżą na wierzchu! - Karolina rzuciła się do jadalni i po chwili 

wróciła z serwetkami, zaczynając od razu rozkładać je na stole! - Ty niczego nie 

potrafisz znaleźć - skarciła Sylwię.

- Potrafię - odcięła się mała - jeśli coś naprawdę jest potrzebne. A poza 

tym to mama od razu mogła przynieść te serwetki razem z serwetą.

- O, Boże! Z byle czego potraficie zrobić aferę! - zawołała Agnieszka. - 

Jakie to szczęście, że dziś wyjeżdżam. Że dziś wyjeżdżamy - poprawiła się.

Poranek jakoś się zachmurzył, pomyślał Rozciłowski. Nie miał ochoty 

patrzeć na nikogo, do wszystkich poczuł nieuchwytną pretensję, nawet do teścia 

i Kamila, choć się w tej tak szybko rozegranej scenie wcale nie odzywali. Może 

właśnie za to, że powinni byli się odezwać, powstrzymując odezwania Sylwii, 

Karoliny i Agnieszki... - Ale oto, pchnąwszy drzwi ramieniem, jak to miała w 

zwyczaju,   wkroczyła   do   pokoju   babka   Izabelka.   Choć   dzierżyła   oburącz 

ogromną misę z jajecznicą, od razu zauważyła serwetki na stole.

- Och, jak ładnie! - zawołała.

- Jak ładnie, że wyjęliście też serwetki! Nie używamy ich na co dzień - 

zwróciła   się   z   wciąż   jeszcze   wdzięcznym   za   prezent   uśmiechem   ku   babce 

Wysoczarskiej - ale przecież dziś mamy święto!

Tak, pomyślał Rozciłowski, potwierdzając sam przed sobą myśl, która 

nieraz przychodziła mu do głowy - ludzie dzielą się na pirotechników i saperów.

Jedni podkładają wciąż bomby pod własne lub cudze życie, pod każdy 

dzień, pod każdą chwilę - drudzy starają się te bomby rozbrajać. W niezręczny 

sposób pocałował rękę babki Izabelki, gdy stawiała misę z jajecznicą pośrodku 

stołu.

- Co ty robisz, wariacie? - zawołała. - I dlaczego?

- Mam swoje powody - rzekł z uśmiechem.

- Jestem zazdrosna! - zawołała Agnieszka.

background image

- O mnie? - zapytali równocześnie - i obydwoje nie bez zadowolenia - 

babka Izabelka i Rozciłowski. A on jeszcze pomyślał: Poranek się wypogadza, 

Boże drogi, jakże się pragnie tej pogody i jak mało było jej dotąd. A babka 

Izabelka zmierzała już znowu do drzwi, rozpoczynając swój któryś tam - nie do 

obliczenia! - kilometr na tej trasie.

- Zaczynajcie jeść! Zaraz przyniosę herbatę.

-   Czy   pokrajać   mamie   szynkę?   -   spytała   teściową   Karolina. 

Przygotowywała tacę, żeby podać ją chorej do łóżka.

- Pokraj, bardzo proszę, będzie mi wygodniej jeść. Tak mi przykro, że tyle 

kłopotu ze mną...

-   Żadnego!   Nawet   tyciego!   -   Karolina   oddała   tacę   do   potrzymania 

Agnieszce, a sama podsunęła wyżej poduszkę, żeby chora mogła się na niej 

lepiej oprzeć.

Kamil także zbliżył się do łóżka.

- Tak się cieszymy, że babcia dobrze się dziś czuje - szepnął wciąż z 

poczuciem winy.

- Och, nic mi nie jest, naprawdę nic mi nie jest - śmiała się do wszystkich 

starsza pani.

Poranek wyraźnie się wypogadza, pomyślał znów Rozciłowski. Wzbierała 

w nim ogromna fala ciepła, aż bał się, że to może być widoczne.

Siedzieli już przy stole i w milczeniu zaspokajali pierwszy głód, gdy na 

górze rozległo się skomlenie psa.

-   Dziadek   zapomniał   o   swoim   pacjencie   -   odezwała   się   z   przyganą 

Sylwia.

- A gdzie on właściwie skomli? - nie mógł zorientować się Kamil.

- W naszej sypialni - wyjaśniła Karolina. - Idź, wypuść go - zwróciła się 

do Sylwii.

- I znowu ja! - Sylwia z hałasem odsunęła krzesło. Ojciec spojrzał na nią 

bez przychylności, ale także i bez nadziei, że potrafiłby - sam ją wychowując - 

background image

sprawić, żeby była grzeczniejsza. Nie posądzał siebie o zdolności dydaktyczne.

Nie rozumiał współczesnej młodzieży i przerażała go myśl, że mógłby ją 

zrozumieć.   Koledzy   po   piórze   pisywali   -   z   rozczulającą   ufnością   w   swoje 

posłannictwo - wychowawcze historyjki, ale czy powstrzymywały one (uczniów 

szkół   podstawowych!)   od   narkotyków,   (uczniów   szkół   zawodowych!)   od 

alkoholu,   rabunków,   mordów   i   gwałtów?   Ale   może   byłoby   ich   więcej?   W 

domach   poprawczych   jeszcze   bardziej   brakowałoby   miejsc?   A   kobiety   po 

zmroku   w   ogóle   bałyby   się   wychodzić   na   ulicę,   gdyby   zabrakło   tych 

poczciwych książek, tak naiwnych wobec złowieszczego okrucieństwa świata, 

których autorzy starali się w młodocianych czytelnikach wyrobić nawyk dobra, 

zwalczając  przeraźliwie  łatwo  rodzący  się   nawyk  zła...  -  O  czym ja  myślę? 

przeraził się. Ogarnął go niepokój, że bądź co bądź niewinne i tylko niezbyt 

grzeczne zachowanie córki doprowadziło go do tych refleksji. Czyżby bał się, 

czyżby   podejrzewał,   że   to   się   może   zrodzić   tak   znienacka   -   z   dąsów,   ze 

zniechęcenia i naprawdę bez niczyjej winy?

- Zlał się! - obwieściła Sylwia prawie z satysfakcją, wprowadzając do 

pokoju psa.

- Nie mogłaś wziąć od razu ścierki spod wanny i wytrzeć? - zgromiła 

córkę Agnieszka.

- Nie znam się na tym, a w ogóle jem teraz śniadanie. - Sylwia zajęła 

spokojnie miejsce przy stole i sięgnęła po następny kawałek szynki.

- Nie znasz się na tym? - zakrztusiła się własnym głosem Agnieszka. - 

Nie trzeba specjalnego przeszkolenia, żeby wytrzeć podłogę po chorym psie.

- Właśnie - po chorym!

Mogłabym się zarazić.

- Idź mi natychmiast... - zaczęła groźnie Agnieszka.

- Uspokój się, kochanie - Rozciłowski poderwał się z krzesła. - Ja to zaraz 

zrobię, tylko chyba - zwrócił się do córki - będę musiał zastanowić się nad 

naszym wyjazdem do Bukowiny.

background image

-   Co   ty   mówisz?   Tatusiu!   -   Sylwia   także   zerwała   się   z   miejsca   w 

mgnieniu oka przemieniona w grzeczne, czarujące dziecko. Dopadła ojca, objęła 

go, powstrzymując od dotknięcia klamki. - Przecież ja tylko tak... ja to zaraz 

zrobię... Zaraz wytrę tę kałużę... nie będzie żadnego śladu...

- Nie, nie - szamotał się z nią Rozciłowski. - Ja to zrobię!

- Naprawdę nie miał żadnych zdolności wychowawczych i zdawał sobie 

właśnie   z   tego   w   bolesny   sposób   sprawę,   niepewny,   czy   to   łagodność   i 

pobłażliwość, czy też surowość i natychmiastowa kara mogły odnieść właściwy 

skutek.

- Nie pozwolę! - łkała rozdzierająco Sylwia. - Nie pozwolę, żeby tatuś... 

żeby mój tatuś...

- I po co ja sprowokowałam ich, żeby przenieśli tu ten stół? - myślała 

babka Wysoczarska. Utraciwszy apetyt machinalnie nabijała na widelec kawałki 

szynki i bez pośpiechu niosła je do ust. Jej krakowskie mieszkanko objawiło jej 

się nagle jak oaza ciszy, spokoju, psychicznego komfortu.

- Usiądź! - grzmiał Rozciłowski, odpychając od siebie córkę. - Proszę cię, 

natychmiast wracaj do stołu!

- Nie! - płakała coraz głośniej Sylwia. - Akurat ty masz to robić? Nie 

pozwolę ci... nie dam...

-   Sylweczko!   -   odezwał   się   spokojnie   Wiktor.   Wziął   pod   pachę   psa, 

usadowionego   już   przy   jego,   nieomylnie   wśród   innych   stóp   pod   stołem 

odnalezionych nogach, podniósł się z krzesła.

- Jakoś dogadywaliśmy  się razem przez te czternaście  lat. Wiesz  co - 

zrobimy to razem.

-   Och   tak,   dziadziu!   -   Sylwia   puściła   ojca   i   jeszcze   rozbeczana,   jak 

przedszkolak,   przyskoczyła   do   dziadka   i   przytuliła   mokrą   od   łez   twarz   do 

rękawa jego marynarki. - Tak, dziadziu, tak! Chodźmy!

- Najpierw  zrobimy   pieskowi  zastrzyk,  bo już  pora, a  potem raz  dwa 

zabierzemy się do tej roboty na górze. - Zachowanie Sylwii sprawiło, że Wiktor 

background image

zaczął zwracać się do niej, jak do dziecka, ale nawet go to wzruszyło. - Zgoda?

- Zgoda, dziadziu! Zgoda! - Sylwia wzięła od dziadka psa i pobiegła z 

nim do gabinetu. Wiktor, obrzuciwszy rodzinę jednak jakby nieco triumfującym 

spojrzeniem, wyszedł za nią.

Kocham go! pomyślała Karolina z rozbawionym zdumieniem, że objawia 

jej   się   to   w   takich   okolicznościach,   z   takiego   właśnie   powodu   i   aż   tak,   że 

chciałoby   się   to   na   głos   wykrzyczeć.   Spojrzała   na   matkę   Wiktora,   a   ta 

odpowiedziała jej także uśmiechem, jakby chciała powiedzieć - widzisz, jakiego 

wspaniałego wychowałam ci chłopaka!

A rodzice Sylwii milczeli.

- No, tak - odezwała się pierwsza Agnieszka - w końcu to dziadkowie ją 

wychowali i znają ją lepiej od nas. A my popełniamy same niezręczności.

- Ależ to się zmieni, to się zmieni - nerwowo zaszeptał Rozciłowski. - Daj 

mi tylko trochę czasu...

- Ależ daję ci go - także nerwowo roześmiała się Agnieszka - jeśli o mnie 

chodzi, to ci go daję, ale nie wiem, czy Sylwia, czy ona da ten czas nam obojgu. 

Już dosyć późno, nie uważasz?

- Na co?

- Na to, co trzeba było, co powinniśmy byli...

Szczęście wymaga jednak wysiłku, myślał w popłochu Rozciłowski, tylko 

wokół   cierpienia   nie   trzeba   żadnych   zabiegów,   przychodzi   samo   i   jest   nie 

pielęgnowane,   nie   pilnowane,   nie   utrwalane   tak   potrzebną   szczęściu 

pieczołowitością. Miał Agnieszkę i miał Sylwię, ale to oznaczało, że powinien 

temu podołać. Podołać... co za straszne słowo, nie użyłby go w żadnym utworze.

- Pozwólcie sobie powiedzieć... zaczęła z wahaniem Karolina - pozwólcie 

sobie powiedzieć, że komplikujecie sprawę. - Czy to w ogóle musiało być od 

razu zrobione? Teraz? Podczas śniadania? Wytarłabym te psie siki sprzątając 

sypialnię. Cóż to w końcu może być za kałuża? Przecież to nie dog, tylko mały 

kundelek...

background image

Uderzenie   kolanem   w   drzwi   obwieściło   zbliżanie   się   babki   Izabelki   z 

herbatą. Kamil zerwał się, żeby jej pomóc, ale nie oddała mu tacy.

-   Idź   no   zobacz!   -   zawołała.   -   Zdaje   mi   się,   że   ktoś   przed   progiem 

otrzepuje śnieg z butów.

- Od frontu, czy od podwórza - bo jeśli od podwórza, to pewnie Zdzisio...

- O, Boże! - jęknęła Agnieszka.

- Nie, od frontu. Kto to może być tak rano?

Właśnie   odezwał   się   dzwonek,   alarmujący,   niecierpliwy   i   jakby   -   tak 

pomyślała Karolina, zrywając się także od stołu - pełen zawstydzonej rozpaczy. 

Pobiegła do przedpokoju za Kamilem, który już otwierał drzwi.

- Nie! - roześmiał się. - Coś takiego!

Na progu stał Krystian z rodziną - z manifestacyjnie opartą o niego Kasią 

i Markiem, który przykucnął w dziwnej pozie, najwidoczniej nie mogąc ustać na 

nogach.

-   Co   się   stało?   -   krzyknęŁa   Karolina,   obudzony   niepokój   przycichał 

powoli, bo jednak wydali się jej na pierwszy rzut oka cali i zdrowi.

Krystian nie kwapił się do wyjaśnień. Odpowiedziała za niego Kasia:

- Samochód nam nawalił.

- Gdzie?

- Nie wiem gdzie, gdzieś pośród śniegów. Zrobiliśmy chyba z piętnaście 

kilometrów.

- Nie przesadzaj - odezwał się wreszcie Krystian - najwyżej dziesięć.

- Dziesięć też mi wystarczy. W tych kozakach na wysokich obcasach.

- Mogłaś włożyć inne.

-   Włożyłabym,   gdybym   przewidziała,   że   wybierzesz   się   w   drogę 

niesprawnym wozem.

- Już mi to powiedziałaś ze sto razy.

- Nie kłóćcie się, tylko wejdźcie wreszcie do środka! - zawołała Karolina, 

bo wciąż stali w otwartych drzwiach.

background image

- Oni się bez przerwy kłócą - powiedział Marek pociągając nosem.

Z gabinetu wypadł Wiktor, za  nim Sylwia i pies, na progu jadalni ukazała 

się Agnieszka  i Rozciłowski,  za nimi  babka Izabelka, a babka Wysoczarska 

dopytywała się z pokoju, co się stało.

Krystian   odpowiadał   niechętnie,   zmęczony,   zmarznięty,   a   przede 

wszystkim wściekły, że jemu - jemu! - musiało się coś takiego przydarzyć.

- Tak długo szliście? - zmartwiła się babka Izabelka. - Tyle godzin!

-   Najpierw   czekaliśmy   w   zimnym   samochodzie   -   wyjaśniła   zjadliwie 

Kasia - aż Krystian znajdzie i naprawi to coś, co nawaliło. Bo on, jak zawsze ma 

ambicje...

- To źle? - krzyknął Krystian.

- Przestańcie się kłócić! - usiłowała załagodzić sytuację Karolina, ściągała 

z Marka kurtkę, rękawiczki i czapkę, rozcierała mu posiniałe z zimna uszy. - W 

końcu nic strasznego się nie stało.

- Czy przynajmniej ustaliłeś przyczynę...? - spytał syna Wiktor.

-   Myślę,   że   to   rozrusznik   -   odpowiedział   niechętnie   -   ale   nie   jestem 

pewny.

- Podjedziemy po twój wóz i zaholuję cię do Karasia, ale on teraz pewnie 

jeszcze śpi.

- Przecież najpierw muszę rozgrzać się i zjeść śniadanie - babka Izabelka 

popychała przybyłych ku drzwiom jadalni.

Ale stała w nich Agnieszka.

- A co z Orwiłłą? - spytała w zapadłej akurat na krótko ciszy.

- Gdzie jest Orwiłło? Nie wrócił z wami?

- Poszedł w noc! - parsknęła Kasia.

- Jak to... Poszedł w noc...?

- Zwyczajnie - w noc... - powtórzyła Kasia. - Wysiadł z samochodu i 

poszedł przed siebie.

Cóż   to   za   idiotka!   pomyślał   Rozciłowski.   Jak   mogłem   dotąd   nie 

background image

zauważyć, że to kompletna idiotka?

- Nie zatrzymywaliście go?

- Najpierw czekał z nami w wozie, aż Krystian znajdzie i naprawi to, co 

nawaliło.   Nawet   było   mi   z   nim   ciepło,   bo   okrył   mi   nogi   połą   tego   swego 

wspaniałego kożucha. Ale kiedy zdecydowaliśmy się wracać tutaj, nie chciał iść 

z nami. Uparł się, że dotrze do jakiegoś autobusowego przystanku...

-   Autobusy   nie   kursują   w   nocy   -   martwym   głosem   powiedziała 

Agnieszka.

Sylwia zbliżyła się do matki, ostre paznokcie wpiła w jej dłoń!

- Oszalałaś! - syknęła Agnieszka, strzepnęła z dłoni rękę córki, przyłożyła 

do ust skaleczony palec.

Sylwia zbliżyła usta do jej ucha.

- To ty oszalałś, mamo. - I jeśli wyobrażasz sobie, że pozwolę ci...

- Uważam, że trzeba do niego zadzwonić - powiedział Rozciłowski. Nie 

zwrócił głowy ku żonie ani córce i jeszcze raz rzekł głośniej, jakby chciał, żeby 

wszyscy to słyszeli. - Trzeba zaraz do niego zadzwonić i sprawdzić, czy jest w 

domu.

- Tak - szepnęła Agnieszka z ulgą i wdzięcznością. - I sprawdzić, czy jest 

w domu.

- Zaraz to zrobię! - pośpiesznie, bardzo energicznie i stanowczo podjęła 

się tej funkcji Karolina. - Podaj mi numer telefonu - zwróciła się do Agnieszki.

- Trzydzieści siedem, dwadzieścia cztery, pięćdziesiąt trzy - natychmiast, 

bez przypominania sobie, bez szukania w pamięci wyrzuciła z siebie Agnieszka. 

Chciała   iść   za   matką,   która   skierowała   się   już   ku   gabinetowi,   ale   jednak 

powstrzymała   się   od   tego,   choć   tylko   Sylwia   patrzyła   na   nią   w   boleśnie 

ostrzegawczym napięciu - Rozciłowski, jakby zapomniawszy o całej sprawie, 

wchodził już wraz z innymi do jadalni, poklepując Marka dla rozgrzewki po 

plecach.

Karolina starannie zamknęła za sobą drzwi i dopiero, gdy głosy ucichły w 

background image

przedpokoju, zbliżyła się do biurka, na którym stał aparat. Powtarzała wciąż w 

myślach numer telefonu Orwiłły (przecież powinna go pamiętać, także i ona 

powinna go pamiętać) aż zatraciła się w niej świadomość, że ma tam dzwonić 

zamiast   Agnieszki,   dla   uspokojenia   Agnieszki,   która   tak   mało   wykazała 

opanowania,   jak   zawsze   nie   przestrzegając   życiowych   reguł   gry,   zmęczona 

najwidoczniej tymi, które bezwzględnie obowiązywały na scenie. Ale chyba... 

zamiast o Agnieszce powinna z zadziwieniem pomyśleć o sobie; dopiero przed 

chwilą   tak   czule   myślała   o   Wiktorze,   gdy   zgrabnie   rozegrał   wywołaną 

zachowaniem Sylwii awanturę, a oto przywołane z odległych lat wspomnienie 

nabierało jaskrawej świeżości, przeraźliwej świeżości, nietkniętej przez upływ 

czasu  i swój bezsens.  Ale czy człowiek nie składał się ze wszystkich chwil 

swego życia, ze wszystkich uczuć, z pamięci o wszystkich ludziach...?

Drżącą   ręką   nakręciła   numer,   a   gdy   po   długim   czekaniu,   bolesnym 

czekaniu, całym w strzępach złych domysłów, w słuchawce odezwał się męski 

głos, zapytała bez tchu:

- Pan Janek?

- Nie... - zatrwożył się głos w słuchawce. - Witold, Witold Orwiłło.

- Ach, tak... - zaszeptała. - przepraszam, pomyliłam imiona... Mówiłam 

już panu - znałam pana ojca... I głos... głos taki podobny.

- Ale... kto mówi?

- Karolina - szepnęła. I dopiero po chwili przytomniejąc powoli, dodała - 

Wysoczarska, Karolina Wysoczarska, matka Agnieszki...

- Czy coś się stało? - zaniepokoił się Orwiłło.

- To ja dzwonię, żeby się upewnić, że panu nic się nie stało. Baliśmy się o 

pana. Gdy Krystianowie wrócili i powiedzieli, że pan... że pan poszedł przed 

siebie, licząc na autobus, a autobusy przecież w nocy nie kursują...

- Zabrała mnie ciężarówka z mlekiem, która wyjechała z jakiejś bocznej 

drogi. Dziękuję za troskliwość. Czy to... Agnieszka...?

-   Och,   wszyscy!   Wszyscy   niepokoiliśmy   się   o   pana!   Różne   rzeczy 

background image

zdarzają się teraz na drogach...

- Nie jest tak źle. Całkiem szybko znalazłem się przed jakąś pegeerowską 

mleczarnią w Warszawie, udało mi się od razu złapać taksówkę i po powrocie 

do domu natychmiast wskoczyłem do łóżka.

Ton raźnej  beztroski  w tym młodzieńczym głosie  wydał  się  Karolinie 

nieco sztuczny, ale postanowiła się do niego dostosować.

- Och, i pewnie zbudziłam pana! Przepraszam. Ale tak wszyscy nalegali, 

żeby zadzwonić! Wszyscy! - powtórzyła z naciskiem.

Orwiłło   przez   długi   czas   milczał.   Słyszała   w   słuchawce   jego 

przyśpieszony, jakby zdyszany oddech.

- Proszę pozdrowić Agnieszkę.

- Dziękuję.

- I proszę powiedzieć jej...

- Co? Co mam jej powiedzieć...?

- Że ją kocham. Bardzo.

Bardzo! Powie jej pani?

- Nie.

- Ale ja proszę. Proszę!

- Nie powiem. I niech pan nie nalega.

- Myśli pani pewnie, że Agnieszka będzie miała ze mną burzliwe życie... 

że skoro jestem tak zazdrosny...

- Nie, to nie dlatego.

- A dlaczego?

- Życzę panu dobrze. Ile ma pan lat? Nie było pana na świecie, kiedy 

poznałam pana ojca.

- To nieważne, ile mam lat.

- Ważne, mój mały. Bardzo ważne.

- Proszę powiedzieć Agnieszce...

- Powtarzam, nic jej nie powiem.

background image

- Dobrze, zadzwonię do niej w poniedziałek.

- Niech pan nie dzwoni.

Zresztą... nie będzie pewnie w swoim mieszkaniu.

- A w jakim? Co to znaczy? W jakim?

- Dobranoc panu. Czasem... gdy spotykamy człowieka, warto sobie zadać 

pytanie, co on będzie znaczył w moim życiu. Czy nic, jak Janek - jak pana 

ojciec, czy wszystko, jak Wiktor - jak mój mąż.

- O czym pani mówi? Na litość boską, o czym pani...?

- O tym, że dobrze panu życzę. Dobranoc. I niech pan dobrze śpi. Niech 

pan zawsze dobrze śpi.

Szybko   odłożyła   słuchawkę   na   widełki,   czuła   na   twarzy   wypieki   i 

pierwszą, w pełni przytomną myślą, była obawa, czy może pokazać się z nimi 

rodzinie. Poszła więc najpierw do kuchni, w której na szczęście nie było nikogo, 

wyjęła z lodówki resztki wczorajszych tortów i - nie śpiesząc się - wkroczyła z 

nimi do jadalni.

- Orwiłło od dawna w domu,  cały i zdrów - oświadczyła od progu. - 

Zbudziłam go chyba tym telefonem.

- No, widzisz! - ze złośliwym triumfem spojrzała na matkę Sylwia. - Ktoś 

taki da sobie zawsze radę.

-   Co   to   znaczy   -   ktoś   taki?   -   dopiero   teraz   nie   zapanował   nad   sobą 

Rozciłowski.

- No... - Sylwia zastanawiała się przez chwilę, nie wiedząc, jak najkrócej 

wyjaśnić ojcu odczucie dla niej tak oczywiste - taki fajny!

- Nic mi nie jest - babka Wysoczarska czym prędzej przerwała ten dialog, 

wracając do rozmowy z Krystianem, który wyjechał przed jej zasłabnięciem. - 

Naprawdę nic mi nie jest, ale doktor kazał leżeć...

- Był doktor?

-   Oczywiście   -   Wiktor   także   zbliżył   się   do   łóżka   matki   -   wezwałem 

Adamkowskiego, na szczęście zechciał przyjechać mimo nocnej pory.

background image

- Bo dziadek uratował mu psa, więc chciał się zrewanżować - wtrąciła 

Sylwia,   kierując   tę   niezbyt   taktowną   informację   głównie   do   Marka,   który 

usiłował złapać i wziąć na ręce czarnego kundelka, pętającego się wszystkim 

pod nogami. - Tego też uratuje, właśnie daliśmy mu razem drugi zastrzyk.

- Wygląda już jak całkiem zdrowy - ucieszył się Marek. - A wczoraj leżał 

na kanapce w gabinecie i prawie się nie ruszał.

- Żebyś tylko ty  się  nie rozchorował  po tym nocnym marszu   -  Kasia 

dotknęła wierzchem dłoni policzków i czoła syna. - Boże, Boże! Akurat teraz!

Kamil  rzucił jej krótkie spojrzenie, chciał zapytać, co miała  na myśli, 

mówiąc ”akurat teraz”, ale zaniechał tego. Zasłabnięcie babki Wysoczarskiej 

złagodziło w nim zwykłą zaczepność.

-   Siadajcie!   -  zawołała   babka   Izabelka   już   znowu   w   zwykłym  swoim 

marszu   do   kuchni.   Usmażę   jajecznicę   dla   Krystianów   i   przyniosę   gorącej 

herbaty. Napijecie się z rumem, dla rozgrzewki. A Marka po śniadaniu trzeba 

położyć.

- Po śniadaniu - zaoponował Krystian, ale zaraz się poprawił - to jest po 

naprawie samochodu wracamy do Warszawy.

Wiktor roześmiał się z pobłażaniem.

- Zważywszy, że Karaś - jak ci mówiłem - na pewno jeszcze chrapie, 

chłopak zdąży się dobrze wyspać. O ile Karaś w ogóle da się namówić na robotę 

w niedzielę.

- A... on nie ma żadnych zwierzaków? - z nagłą pokorą spytał Krystian.

- Nie - śmiał się wciąż ojciec - o ile wiem, ma tylko rybki w akwarium, 

ale ja nie studiowałem ichtiologii.

- Szkoda - jeszcze bardziej potulnie szepnął Krystian.

- O protekcję u pana Karasia możesz się zwrócić do mnie - odezwała się 

Agnieszka.

- Do ciebie?

- Tak. Kiedy w moim samochodzie coś się zepsuło, wyznał mi, że choć 

background image

bardzo nie ma czasu, chodzi na wszystkie filmy, w których występuję, a nawet 

raz pojechał specjalnie do Warszawy, żeby zobaczyć w teatrze sztukę z moim 

udziałem. No i wyobraź sobie, nie wziął żadnych pieniędzy za naprawę.

-   Mama   nawet   w   sklepie   mięsnym   dostaje   wszystko   bez   kolejki   - 

powiedziała Sylwia do Marka.

-   Ale   tylko   wtedy   -   zaśmiała   się   Agnieszka   -   kiedy   ludzie   w   kolejce 

wyraźnie się tego domagają, kiedy krzyczą, że szkoda mego czasu...

- A moja mama musi stać w ogonku - mały Wysoczarski dopiero teraz 

spojrzał z podziwem na swoją sławną ciotkę.

- Jedz! - zgromiła go matka. - Co to za gadanie przy jedzeniu!

I pośpiesz się!

- Musisz się przespać.

- Nie chce mi się spać.

- W każdym razie pójdziesz do łóżka, a przedtem dam ci aspiryny.

- Nie chcę aspiryny!

- Przestań się stale sprzeciwiać! Już słuchać tego nie można. Na wszystko: 

nie i nie! Czy myślisz czasem o tym, że mogę być tym zmęczona?

- Ja także jestem zmęczony - szepnął Marek.

- Ty? Ty jesteś tym zmęczony?

- Tak, bo zawsze musi być tak, jak ty chcesz.

-   Co   ty   mówisz?   Na   co   ty   sobie   pozwalasz?   Słyszałeś   Krystian?   - 

zawołała Kasia, ale jej mąż, zajęty rozmową z ojcem i siostrą, nie zwrócił na to 

uwagi.

- Ty także musisz się położyć - niespodziewanie ciepło powiedziała do 

synowej Karolina.

- Och, mamo! Marzę o tym!

- Zjedzcie szybko i zaszyjcie się obydwoje z Markiem na górze w naszej 

sypialni. Nikt wam tam nie będzie przeszkadzał.

- Dziękuję, bardzo dziękuję! - Kasia uśmiechnęła się z wdzięcznością do 

background image

teściowej,   ale   w   oczach   zalśniły   jej   łzy.   Karolina   pomyślała   o   niej   po   raz 

pierwszy z serdeczną litością - musiała czuć się bardzo wyczerpana i rozstrojona 

nie tylko nocnym marszem, ale i godzinami, które go poprzedziły w tym domu, 

a   może   także   i   poprzednią   bezustanną   prezentacją   tego   wypolerowanego 

szczęścia z Krystianem, czego zresztą - na miły Bóg! - nikt od niej tutaj nie 

wymagał. Sama wzięła na siebie ten obowiązek, sama go sobie wymyśliła, i tym 

bardziej   rażące   wydawało   się   nagłe   poniechanie   przez   nią   dotychczasowych 

reguł gry.

Spostrzegł to i Kamil, ale nie podzielał wzruszenia matki. Pod wpływem 

chwilowej słabości miał zamiar zrezygnować z powrotu do rodzinnej debaty nad 

losem   Marka   właśnie   tu   przy   tym  stole,   gdzie   zawsze   wspólnie   roztrząsano 

najważniejsze sprawy. Ale słabość ta powoli mijała i Marek znów wydał mu się 

godny tego, żeby o niego walczyć. A może... może tak sobie tylko wyobrażał, 

może  stało się to już jego manią  - obcując od kilku lat z młodzieżą,  wciąż 

uważał, że trzeba o kogoś walczyć, ratować go, wyciągać z czyhających nań 

zagrożeń. Gdy w szkole zdarzała się jakaś pedagogiczna katastrofa, winił za nią 

przede wszystkim siebie - że nie zareagował na czas, nie wyczuł, nie zapobiegł. 

Czy teraz także miał się spóźnić tylko dlatego, że Kasia każdej chwili mogła 

wezwać na pomoc łzy i spazmy...?

- Posłuchaj, Katarzyno - zaczął, ale jego słowa zagłuszył radosny śmiech 

Agnieszki.

- Krystian! Wciąż mówimy o twoim samochodzie, a nie powiedziałam ci 

najważniejszego - co się wydarzyło... co się stało... - Agnieszka zająknęła się, 

szukając właściwego słowa - po waszym wyjeździe.

- Co takiego? - Krystian nie okazywał wyraźnego zainteresowania.

-   Roman   i   ja   -   obwieściła   Agnieszka   prawie   uroczyście,   choć   z 

rozbawieniem - postanowiliśmy znów być razem.

- To pogratulować!

Pogratulować! - zawołali równocześnie Krystian i Kasia.

background image

- Komu? - śmiała się wciąż Agnieszka. - Romanowi czy mnie?

- Obojgu! Oczywiście obojgu!

- I mnie! - zawołała przekrzykując wszystkich Sylwia.

- Mnie przede wszystkim!

- Sylweczko! - odezwał się Wiktor Wysoczarski. - Przecież my ciebie i 

tak nie oddamy.

- A czy ja się dokądś wybieram? - Sylwia rzuciła się całować dziadka i 

babkę,  a  potem nic  nie rozumiejącą  babkę  Izabelkę,  gdy  ta  z ogromną   tacą 

zjawiła się w drzwiach.

- Co tu się dzieje? Co to za czułości?

- Agnieszka powiedziała nam - wyjaśnił rozpogodzony jednak trochę tą 

wiadomością Krystian - że pobierają się znów z Romanem.

- Już jesteśmy  pobrani! - Agnieszka promieniała, co wydawało jej się 

konieczne   po   niefortunnym   okazaniu   niepokoju,   aż   takiego   niepokoju   -   o 

Orwiłłę.   -   Od   piętnastu   lat   jesteśmy   najlegalniej   pobrani   i   to   nie   przestało 

obowiązywać,  tak wczoraj  oświadczył ksiądz  Rudek.  Oczywiście  do  Urzędu 

Stanu  Cywilnego  będziemy  musieli  jeszcze   raz   pójść,  ale  to  da  nam  okazję 

spotkać się znów przy tym stole.

Jest śliczna, myślał Rozciłowski obcałowywany - on teraz obcałowywany 

przez wszystkcih - kocham ją i mógłbym przez cały dzień leżeć z nią w łóżku, a 

wciąż   chciałoby   mi   się   ją   mieć,   w   końcu   coś   takiego   u   mężczyzny   po 

czterdziestce   jest   zarówno   niezwykłe,   jak   i   niezwykle   szczęśliwe.   I   pewnie 

nigdy mi się to nie sprzykrzy.

To jej brak,  pustka w domu,  uczucie  samotności  nawet wśród ludzi - 

przykrzyły mu się tak bardzo, że nieraz wszystko, co robił, wydawało mu się 

bez sensu, bez potrzeby, własnej lub cudzej. Teraz miał kobietę, którą kochał, 

miał rodzinę, czuł się wreszcie w pełni obywatelem życia. Pozyskiwanie tego 

obywatelstwa tylko poprzez pracę wydawało mu się zawsze niewystarczające i 

ubogie. Może nawet kalekie. Jakże lubił być w tym domu, choć - ganił teraz 

background image

siebie   za   to   -   może   nie   wszystkim   okazywał   należne   uczucie.   Rodziców 

Agnieszki pokochał od razu tym łatwiej i gorliwiej, że od wczesnej młodości nie 

miał   własnych,   babkę   Izabelkę   wielbił   nie   pytając   siebie   za   co,   babka 

Wysoczarska była mu mniej bliska i należało może wreszcie zmniejszyć ten 

dystans,   utrzymywany   z   niewiadomego   powodu   -   najgorzej   wiodło   mu   się 

jednak z obydwoma szwagrami, bardzo teraz pragnął, żeby to on ponosił za to 

winę, łatwiej by było to naprawić. Kamila uważał zawsze za nadwrażliwego 

życiowego partacza, obwiniającego wszystkich wokoło za swoje partactwo. Ale 

i   perfekcjonistów   -   a   Krystian   sam   siebie   do   nich   zaliczał   -   zwłaszcza 

perfekcjonistów z urojenia, trudno było znieść właśnie dlatego, że wyłaził z nich 

strach przed przyrodzonym partactwem. - Czy ich jednak nie krzywdził, czy nie 

oceniał ich zbyt ostro tylko dlatego, że w nie kończących się dysputach, które 

wiedli przy każdym spotkaniu, nigdy się z nimi nie zgadzał - z Krystianem 

dlatego, że on przeważnie zgadzał się ze wszystkim, z Kamilem - ponieważ on 

właśnie   w   sposób   krzywdzący   i   niesprawiedliwy   dla   ocenianych   zjawisk   z 

niczym zgodzić się nie chciał. Oni byli przeciwnikami w tym swoistym polskim 

westernie, ale część sił kierowali i przeciwko niemu, ponieważ usiłował nie brać 

w nim udziału. - Nie odpowiadała mu westernowa czystość barw przydzielana 

sobie   przez   obydwie   strony:   my   wyłącznie   białe,   tamci   wyłącznie   czarne 

charaktery, ale cel - niestety - cel zdarzał się ten sam:  wytłuc Indian. Albo 

przynajmniej  zamknąć  ich w rezerwacie. Przyznawał rację i swoją ostrożnie 

dawkowaną sympatię tym, którzy dbali o to, żeby Indian nie wytłuczono, którzy 

wciąż   uważali,   że   w   splątaniu,   w   zagmatwaniu   słuszności,   sprzecznośi   i 

uwarunkowań - najważniejsze jest utrzymywanie takiej pogody, takiego wyżu 

umysłów, żeby z wiecznie zachmurzonego nieba nad tą ziemią nie lunął krwawy 

deszcz. Ileż to już razy wydzierano tu sobie patriotyzm, aż rwał się na nic nie 

znaczące  strzępy?   Wiele  narodów  nie  używało   na  co  dzień  tego  słowa,   czy 

rozumiano   tam jakie  to było  szczęście   i pomyślność,   której  przez  wieki nie 

zaznano gdzie indziej?

background image

O czym ja myślę? zaniepokoił się. Monologi wewnętrzne, którymi często 

posługiwał się w swojej prozie, zawsze coś załatwiały, czemuś służyły, ten - 

jego własny - nie wnosił nic nowego, przemielał jeszcze raz i tak już startą na 

pył   mąkę   polskich   pragnień,   wątpliwości   i   rozpaczy.   Skąd   te   myśli   w 

wypogodzony znowu poranek? Świat pozostawiał człowiekowi coraz mniejszy 

obszar prywatności...

- Dlaczego nic nie mówisz? - zapytała Agnieszka.

Z ulgą, z uczuciem zbliżającego się ratunku uśmiechnął się do niej.

- Słucham.

Wstawano od stołu - po obfitym śniadaniu - dość ociężale. Wysoczarski, 

najbardziej chyba ze wszystkich wyspany, klepnął po plecach starszego syna.

-   Samochód   ma   się   także   i   po   to,   żeby   budziła   się   w   człowieku 

niespodziewana w innych okolicznościach energia - gdy trzeba go naprawiać.

- Pojadę z wami - zgłosił się Kamil. - To jedyna okazja, żeby zaznać 

trochę uciechy z tego, że się nie ma własnego wozu.

- I ja mam jechać? - niezbyt głośno spytała Agnieszka, ochota na wizytę 

w warsztacie samochodowym nieco w niej przygasła.

- Nie - Sylwia objęła matkę, przytuliła się do niej, jak dziecko, choć była 

prawie   jej   wzrostu.   -   Nie   jedź   z   nimi,   mamusiu.   Poradzą   sobie   z   panem 

Karasiem bez ciebie. A my we trójkę pójdziemy...

- Dokąd?

Babka   Izabelka   przestała   zbierać   filiżanki   na   tacę,   zatrzymała   się   w 

bezruchu.

- Należy jej się chyba, żeby chociaż raz poszła z rodzicami do kościoła, 

jak inne dzieci. Ubierajcie się! Zdążycie na dziewiątą, ksiądz Rudek na pewno 

będzie się rozglądał przynajmniej za delegacją z naszego domu.

- Co to za terror! - uśmiechnęła się zmieszana trochę Agnieszka. - Może i 

do spowiedzi każecie mi iść?

Rozciłowski objął ją i przyciągnął do siebie.

background image

- Ja tego nie będę wymagał.

Wczoraj powiedzieliśmy sobie, wybaczyliśmy sobie wszystko.

- Ja nie miałam tobie czego wybaczać - szepnęła Agnieszka.

Mój Boże! myślała Karolina, jeśli ten Orwiłło... jeśli ten Orwiłło jutro do 

niej zadzwoni...

- Tak, Sylweczko - powiedziała na głos i chyba nawet z naciskiem. - Idź z 

rodzicami!

Wysoczarski uśmiechnął się do córki i Rozciłowskiego z zaskakującą ich 

prośbą w głosie:

- Nie zapomnijcie wstąpić do Sylwestra.

- Naprawdę? - jęknęła Agnieszka. - Naprawdę musimy tam pójść?

- Zapraszał mnie - dość niepewnie przypomniał Rozciłowski.

-   I   na   pewno   będzie   czekał.   -   Wiktor   zbliżył   się   do   Rozciłowskiego, 

nachylił się ku  niemu i dopiero po chwili rzekł, jakby z trudem zdobywając się 

na te słowa: - Jeśli rzeczywiście chcesz... jeśli rzeczywiście chcesz, żeby ci coś 

opowiedział...

- Przecież ojciec uważa - Rozciłowski powstrzymał uśmiech - że całe to 

opisywanie wojny nie ma w sobie krzty prawdziwości...

-   Właściwie   tak...   ale   są   momenty...   Wiktor   przymknął   oczy   -   są 

momenty... i może właśnie ty mógłbyś je utrwalić...

- Ojciec mnie  zaszczyca - bąknął Rozciłowski trochę złośliwie, chciał 

jeszcze coś dorzucić, ale Agnieszka patrzyła na niego z naganą.

Wysoczarski zresztą nie zwrócił na jego słowa uwagi.

- Na przykład taki moment... taki moment, kiedy Sylwester, kiedy ten 

Ziołko z jakiejś zabitej deskami wsi pod Przemyślem... po raz pierwszy w życiu 

zobaczył   morze.   Bo   ja   już   je   przedtem   widziałem...   i   to   niejedno,   Bałtyk 

oczywiście, ale i Śródziemne, i Egejskie, Adriatyk i Atlantyk - podróżowało się 

przed wojną - a on nie widział żadnego, aż dopiero to polskie, to zdobyte pod 

Kołobrzegiem. - Umilkł, jakby się czegoś zawstydził. - No i popatrz... nawet 

background image

kiedy ja to mówię, robią się z tego całkiem wyświechtane, wypłowiałe słowa... 

Może ty potrafisz...

- Ojciec mnie zaszczyca - powiedział po raz drugi Rozciłowski, ale już 

nie złośliwie, raczej z ogarniającym go coraz bardziej onieśmieleniem.

- Może Sylwester ci opowie, jak biegliśmy, jak brnęliśmy zdyszani przez 

piasek, żeby je zobaczyć. O Kołobrzeg trwały jeszcze walki, Niemcy wysadzali 

wciąż   z   morza   nowe   posiłki,   ale   kilkanaście   kilometrów   na   zachód   my 

dotarliśmy już do brzegu, już tam furkotała na wietrze polska flaga. Niech to 

właśnie  Sylwester ci opowie. Plaża zasłana  była zniszczonym i porzuconym 

przez Niemców sprzętem, leżeli przy nim zabici, wydawało się, że w powietrzu 

unosi się jeszcze zapach krwi i prochu, a my już biegliśmy...

- Ależ to ojciec... ojciec powinien mi to opowiedzieć...

-   Może   później...   -   zmieszał   się   Wysoczarski   -   może   ja   tę   relację 

uzupełnię, jeśli będzie trzeba... ale najpierw musisz to usłyszeć od niego. Od 

Sylwestra, od Sylwestra Ziołki, który po raz pierwszy... i właśnie tutaj, kiedy o 

Kołobrzeg toczył się jeszcze bój... po raz pierwszy stanął na brzegu... Czystość, 

podniosłość takiej chwili żołnierskiej...

- Ja z Markiem idę na górę - odezwała się Kasia. - Musimy się przespać.

- Przepraszam ojca - szepnął Krystian.

-   Ależ   właściwie   ja...   ja   już   skończyłem...   Naprawdę   już   skończyłem. 

Wstąpcie do Sylwestra.

- Na pewno wstąpimy - powiedziała Agnieszka.

Marek zbliżył się do łóżka babki Wysoczarskiej, patrzył prosząco.

- Ja się tutaj prześpię.

- Gdzie? - zaoponowała matka.

- Tutaj. W nogach u babci. Tu będę wszystko słyszał.

- Już nikt nie będzie nic mówił, a babci byłoby niewygodnie.

- Ależ nie - roześmiała się uszczęśliwiona babka Wysoczarska. - Wcale 

nie! Kładź się, Mareczku. Będzie mi bardzo wygodnie.

background image

- NO, to idźcie już! Idźcie i jedźcie! - Karolina rozpostartymi ramionami 

kierowała   wszystkich   do   przedpokoju.   -   Mamy   obydwie   z   mamą   mnóstwo 

roboty.

Wiktor, z trudem pokonując zmieszanie, zbliżył się do żony.

-   Karolinko,   muszę   cię   prosić...   skoro   Agnieszka   nie   jedzie   z   nami... 

muszę cię prosić, żebyś poprowadziła wóz. Bo, widzisz, ja...

- Aha! Jednak! I kiedyż to było? Ze Zdzisiem?

-  Ze   Zdzisiem.   Wprawdzie   całkiem   mały   kieliszeczek,   ale   pewnie  nie 

powinienem siadać za kierownicą. Mogę cię zapewnić, że to się nie powtórzy.

- Nie przyjmuję żadnych zapewnień.

- Ale to jest ostatnie.

Uwierzysz mi, kiedy ci powiem, o co mnie ten Zdzisio prosił na wypadek 

odwykówki   albo   odsiadki.   Oczywiście   niczego   mu   nie   przyrzekłem,   ale 

właściwie... gdzie te biedne psiska się podzieją...?

Karolina dotknęła dłonią czoła.

- Nie wiem, o czym mówisz. A ja naprawdę powinnam pomóc mamie.

- Nie trzeba mi żadnej pomocy - babka Izabelka wracała już z kuchni z 

pustą tacą. - Możesz spokojnie jechać. Całkiem spokojnie. Przecież wiesz, że 

mnie gotowanie nie męczy, dziękuję Bogu, że mam z czego i dla kogo. Kamil 

mówił kiedyś, że kiedy rozwiązuje zadanie z fizyki, to jakby pisał wiersz. Ze 

mną jest tak samo, kiedy gotuję obiad.

- Kochana babcia! - Rozciłowski chwycił ją w ramiona, podniósł wysoko, 

choć broniła się i krzyczała. - Kochana babcia! Nasz najwspanialszy saper i 

poeta!

- Puść wariacie! - Co dzisiaj do ciebie przystąpiło?

-   Szczęście   do   mnie   przystąpiło.   Szczęście!   -   zawołał   Rozciłowski 

stawiając ją na podłodze.

- I dlaczego nazywasz mnie saperem?

- Właśnie - i Agnieszka chciała to wiedzieć.

background image

- Ja to później wytłumaczę.

- Nie wiem co to takiego ze mną się dzieje, ale ja pewnie niedługo napiszę 

wiersz! - bardzo cicho powiedziała do rodziców Sylwia. - Mam już tytuł.

- Jaki? - spytał Rozciłowski, poważnie odnosząc się do tego wyznania.

Sylwia przymknęła oczy.

- ”Dialog z kimś, kim czasem jestem”.

Rozciłowski wymienił z Agnieszką spojrzenia.

- Słyszałaś? - zapytał cicho.

- Tak - odpowiedziała po chwili. I umilkła. Przypomniał jej się dzień, gdy 

wtargnęła do gabinetu ojca - a miała wtedy tyle lat, co Sylwia - i stanąwszy 

przed biurkiem, bezapelacyjnie oznajmiła: „Tatusiu, ja ci coś przedstawię”. - 

”Co takiego?” - zdumiał się ojciec.

Przygotowywał się do wyjazdu w teren i nie patrzył na nią. ”Ale spójrz na 

mnie!”   -   krzyknęła.   Dotknęła   dłonią   sukienki   na   piersi,   unoszonej   szybkim 

oddechem. - ”Wyobraź sobie, że Julia stoi na balkonie... ” Później, gdy już była 

na scenie, nigdy nie marzyła o roli Julii, zresztą tego akurat Szekspira od lat nie 

grano w Warszawie. Ale tamten dzień na zawsze utkwił jej w pamięci - dzień, w 

którym została aktorką.

- Napisz ten wiersz, Sylweczko - powiedziała czule do córki.

Wszyscy przenieśli się do przedpokoju, a babka Izabelka zebrała ze stołu 

pozostałe   jeszcze   na   nim   naczynia,   ale   zamiast   udać   się   z   nimi   do   kuchni, 

przysiadła na chwilę, czekając aż za wychodzącymi trzasną drzwi.

- Popatrz, Izabelko - babka Wysoczarska odłożyła czytaną gazetę - ile tej 

wojny, ile zła i cierpienia na świecie.

-   Dlatego   ja   -   babka   Izabelka   długo   wygładzała   suknię   na   kolanach, 

przypatrując   się   swoim   rękom  -  dlatego   ja   każdego   dnia   myślę,   jakie   to   są 

szczęśliwe i piękne chwile, kiedy kobiety gotują, kiedy... mogą gotować obiad 

dla swoich bliskich.

Zamilkły na długo, Marek zwinięty w nogach łóżka posapywał cichutko 

background image

przez   sen,   dom   oddychał   ciszą,   wypełniającą   płuca   wszystkich   jego 

pomieszczeń, od piwnic po dach.

- Muszę zamknąć drzwi - babka Izabelka dźwignęła się z krzesła. - A 

potem idę do kuchni. Wołaj, gdybyś czego potrzebowała.

- Posiedź jeszcze, wyglądasz na zmęczoną.

-   Nie   -   babka   Izabelka   pokręciła   energicznie   głową.   -   Zdaje   ci   się, 

Jadwisiu.

- Mało spałaś tej nocy.

- Jeszcze się wyśpię. Jeszcze się wyśpię...

Powłóczyła   jednak   trochę   nogami,   gdy   szła   do   przedpokoju,   żeby 

przekręcić klucz w zamku, i nie od razu to zrobiła. Uchyliła drzwi i odetchnęła 

głęboko zimnym, pachnącym świeżością powietrzem. Dzień był mroźny, lubiła 

takie   dni,   trzeźwiące   ludzi   ze   zmęczenia,   padał   powolny,   leniwy,   długo 

utrzymujący się między niebem a ziemią, śnieżek.

I nagle wydało jej się, że za tą ruchliwą bielą ktoś stoi na tle ciemnej 

ściany garażu. Pochyliła się do przodu, żeby lepiej to zobaczyć... Żeby lepiej ich 

zobaczyć...

Bo   stali   tam...   naprawdę   przez   krótką   chwilę   tam   stali...   Piotruś...   i 

Karol... i Białek... tak, Białek między nimi... Patrzyła na nich i nie wydawało jej 

się to straszne, że ich widzi.

Roześmiała się dawnym, młodym śmiechem.

- Nie! Nie wołajcie mnie!

Jeszcze nie teraz! Jeszcze nie teraz...