background image

MAGDALENA SAMOZWANIEC 

  

SZCZYPTA SOLI, 

SZCZYPTA BLIŹNICH 

 
 
 

MYŚLI SREBRNE I POSREBRZANE 
Żenimy się po to, aby mieć koło siebie audytorium. Niestety to 
audytorium  

zamiast nas oklaskiwać — gwiżdże. 
Życie człowieka do pewnego wieku składa się z własnych trosk i 

własnych  
przyjemności, zaś na starość — z własnych trosk i cudzych 
przyjemności. 

Śmiech i kpiny — to niejednokrotnie płacz mędrca. 
Naprawdę starym jest się dopiero wówczas, kiedy się to powie o sobie w  
towarzystwie, a nikt się nie śmieje i nie zaprzecza… 

Jedynym wytłumaczeniem na niedobrane małżeństwa jest to, że 
„działali w  

afekcie”. 
Nie zdajemy sobie sprawy, że człowiek stary to ten sam osobnik co za 
młodu,  

tylko zaszyty w zniszczoną i pomarszczoną skórę. 
Na starość należy być tak miłym i interesującym, aby nie być tym 

gościem, który  
za długo u kogoś siedzi i którego wszyscy mają dosyć… 
Starość posiada te same apetyty co młodość, tylko nie te same zęby. 

Pijak jest jak zły kierowca: nie zważa na znaki drogowe ani 
ostrzegawcze, jeździ  
nieprawidłową stroną i w końcu stacza się do rowu. 

Z pięknym słowiczym głosem idzie często w parze „ptasi mózg”. 
Z dwojga złego lepiej jest liczyć się ze słowami niż z pieniędzmi. 

W małżeństwie ważne jest dobrać się nie tylko zaletami, ale i wadami. 
Gdyby „milczenie było złotem” — handlarze i kobiety nie mówiliby 
tyle… 

Mężczyzna rozmawiając z piękną kobietą zwykle nie słyszy, co ona 
mówi, ale  
patrzy, czym mówi. 

Dużo ludzi nie wie, co z czasem robić — czas nie ma z ludźmi tego 
kłopotu…! 

Gra miłosna jest z gier ruchowych stosunkowo najłatwiejsza… 
Małżeństwo nie jest —stanem — jest umiejętnością. 
Niedyskrecją męską wybrukowane jest piekło. 

Pierwszym objawem starzenia się jest miłość do życia. 
Tak zwane „wiosenne uczucia” przypominają częstokroć prawdziwą 
wiosnę z błotem i  

background image

deszczem… 
Grube ryby najlepiej hoduje się w mętnej wodzie… 
Mężczyźni potrafią nagle któregoś ranka rzucić palenie tak samo jak 

przestają  
nagle kochać żonę lub kochankę. Kobiety nie są do tego zdolne. 
Przeważnie tylko ludzie niezamożni bywają rozrzutni, aby mieć 

złudzenie, iż są  
bogaczami. 

Skąpiec to człowiek, który każdy pieniążek ceni jak numizmat. 
W późniejszym wieku lata biegną coraz szybciej jak pocisk, który 
zbliżając się  

do Ziemi nabiera szybkości. 
Samobójcy to ludzie, którym nie obrzydło życie jako takie — tylko ich 
własne  

życie. 
Mówimy nieraz, że życie jest dobre i piękne — a przecież nie mamy 

żadnej skali  
porównawczej. 
Dobra książka to rodzaj alkoholu — też idzie do głowy. 

Kłamstwo jest płodne jak królik — rodzi mnóstwo małych kłamstw. 
Grafomani chętnie stroją się w cudze piórka. 
Nie należy pieniędzy pożyczać od przyjaciół — bo wówczas oni przestają 

być  
naszymi przyjaciółmi, a my ich. 

Pieniądze bez zdrowia i zdrowie bez pieniędzy — to zezowate szczęście. 
Ubogiego ludzie często mylą z głupim. 
Ciekawość — pierwszy stopień do zdrady. 

Każdy pisarz przegląda się z upodobaniem „w swoich dziełach jak 
Narcyz pochylony  

nad tafli jeziora. 
Katar wodzi człowieka za — nos. 
Nic nam tak łatwo przez usta nie przechodzi jak obmowa. 

Najgorsze mezalianse popełnia się z rozsądku. 
Porównując kobietę do kwiatu nie dostrzega się, że pod kwiatem często 
ukrywa się  

rzepa. 
Ukochana kobieta to taka, przy której zapomina się o wszystkich 

babskich wadach. 
Kobieta piękna przypomina władcę — nie posiada przyjaciół, za to — 
moc  

pochlebców. 
Kobiety przypominają krawcowe: „szyją grubymi nićmi”, „haftują”, a 
czasem robią  

„z igły — widły”. 
Każda kobieta musi mieć mężczyznę nad głową jak dach. 

Przyjaźń po wygaśnięciu miłości to jak dym po pożarze. 
Gorzkie prawdy z trudem się połyka — ale za to później korzystnie się 
odbijają. 

Równym złem jest mówić o innych źle, jak o sobie dobrze. 
Kobiety tak lubią mówić o sobie, że wolą najgorsze rzeczy na siebie 
wygadywać  

background image

niż milczeć na swój temat. 
Kobiety całują się na przywitanie, bo się nie mogą ugryźć. 
Między kobietą a mężczyzną jest tylko to podobieństwo, że przez całe 

życie  
potrafią kochać jednego mężczyznę — to znaczy, że ona kocha jego, a on 
siebie. 

Miłość to krótki okres, w którym jakiś bliźni odmiennej płci jest o nas 
tego  

samego mniemania co my. 
Kobiety zwierzają się przyjaciółkom ze swoich najintymniejszych 
małżeńskich  

kłopotów po to, aby od nich wyciągnąć podobne zwierzenia. 
Słowa są nieraz plotkarkami naszych myśli. 
Natura dała człowiekowi dwoje uszu, a tylko jedne usta, wskazując, że 

powinien  
więcej słuchać niż gadać. 

Być kopniętym przez konia nie przynosi człowiekowi ujmy… 
„Módl się i prasuj!” — rzekł pewien mąż nudziarz do żony. 
Twierdzimy słusznie, że pieniądz nie jest celem życia, lecz środkiem — 

jest to  
jednak złoty środek. 
Zazwyczaj obgaduje się tylko przyjaciół, ponieważ innych ludzi tak 

dobrze się  
nie zna. 

Błędem, który wciąż powtarzamy, jest spodziewanie się od ludzi 
wierności uczuć —  
przecież od tego Bóg dał ludziom psa. 

Kobiety najbardziej zazdroszczą innym kobietom młodego męża, 
mężczyźni  

mężczyznom — nowego samochodu. 
Pycha to czasem samoobrona ludzi, których nikt nie pochwali. 
Mężczyźni pożerają młode dziewczęta jak owoce, a serca ich wypluwają 

jak pestki. 
Mówi się że „natura nie znosi próżni” — a próżne kobiety? 
Nie jest naszym przyjacielem ten, kto nam mówi pochlebstwa, ale 

również i nie  
ten, kto nam nigdy nie powie komplementu. 

Moda awangardowych poezji przejdzie tak jak moda sukien—worków. I 
znów nastaną  
wiersze „do figury”. 

Człowiek na starość przypomina emerytowanego, aktora, który siedzi 
na widowni i  
smętnie spogląda, jak jego ulubione role gra kto inny. 

FRASZKI 
STARY MĄŻ 

Pewien pan, co z natury miał dość słabą głowę 
Rozmyślał nad słowami „miesiące miodowe” 
„Z tego właśnie miodu — rzekła magnifika 

Mam na stare lata własnego piernika”, 
NOC POŚLUBNA ROBACZKÓW ŚWIĘTOJAŃSKICH 
By razem ciągnąć tego życia taczki, 

background image

Świętojańskie pobrały się robaczki. 
„Zgaś światło, miły” — oto były słowa 
Które w noc poślubną rzekła robaczkowa. 

KOTKA 
Koło pustego spodka 
Siedziała gruba kotka. 

Mówiono, że kotka kotna, 
Ale kotka była tylko markotna. 

Zaś morał, dzieci lube: 
Nie wszystko pełne, co grube. 
CZŁOWIEK I PIES 

Czy pies nie bywa szczerszy od człowieka? 
Kiedy gość wchodzi, on na niego szczeka, 
Człowiek zaś, by gościa obszczekiwać, czeka, 

aż ten wyjdzie i nic już nie słyszy z daleka. 
ODDANIE 

W ramionach miłośnie mu zwisa 
Szepcząc: „Chcę mieć z tobą… lisa”. 
MAKABRA 

Rzekła babka do dziadka, 
Co gryzł wciąż pazurki 
Nie bacząc, iż brzydzi tym zięciów i córki: 

— Gdy nie przestaniesz, dziadku, obgryzać paznokci, 
To schowam twoje ząbki i nie dam przez rok ci. 

DWIE STARSZE DAMY NA DANSINGU 
Rzekła jedna do drugiej: — Spójrz no, moja miła. 
Jak się ta młodzież męska szalenie zmieniła. 

Przed laty nas ściskali w tangach oraz rumbach, 
A dziś siedzimy same jak trup w katakumbach. 

O PEWNEJ STARSZEJ UMALOWANEJ DAMIE 
„Malownicze ruiny — rzekł ktoś o tej pani — 
Ale zamieszkać w nich nie chciałbym za nic”. 

EMERYT NA KRAKOWSKICH PLANTACH 
Z westchnieniem wspomina przedwojenny byt. 
Winien dostać order ,,pour 1’emerite”. 

ŻEBY PRZYJACIÓŁKI PĘKŁY 
Dla kobiet kobiety stroją się, aliści 

Ich pochwały dźwięk pusty, poszum zwiędłych liści… 
KŁAMCA 
„Nie piję, nie palę, nie dotknę się kart”. 

Odparła: „Mężczyzna cóż bez wad jest wart?” 
Z uśmiechem spojrzał wówczas w oczy damie — 
„Posiadam — odrzekł — jedną wadę: kłamię”. 

ZWYKŁA SPRAWA 
Wysadził go z siodła — sam na konia wsiadł, 

A że jeździć nie umiał, przez koński zleciał zad. 
DO STARSZEJ DYSTYNGOWANEJ DAMY 
Weteranko, złóż broń, 

Siwiejąca masz skroń, 
Zrezygnuj — radzę ci szczerze. 
Ale po cóż te łzy, 

background image

Przecież wiesz, że ci 
„Dystynkcji” nikt nie odbierze… 
GĘSI PĘD 

Nosi „mini”, choć nie jest ni zgrabną, ni młodą. 
„Gęsi za MODĄ, kaczki za MODĄ…” 
KRAKOWIACZEK CI JA… 

Wszystkiego bał się ów typek: 
Znajomych, bo mogą mieć grypę, 

Taksówek i rowerzysty, 
I wypić kieliszek „czystej”. 
Ściskając teczkę pod pachą 

Do kościoła chodził ze strachu. 
Bał się chłopców grających w palanta. 
Od hulajnogi zginął na Plantach… 

SAMOTNOŚĆ 
Samotność ludzi lękiem napawa, 

Samotnym nikt nie zazdrości. 
A przecież jest to sucha zaprawa 
Do… wieczności. 

SYJAMSKIE KOTY 
Pewnej pani jej wielbiciel 
Przyrzekł przynieść syjamskie kicie, 

Gdy te kotki otrzymała, 
Wstała, z gniewu płonąc cała. 

,,Co! Kocięta nie zrośnięte? 
Ładnie syjamskie! Won z prezentem!” 
DO PEWNEGO SATYRYKA 

Szanowny panie autorze, 
WAZELINA — plama na humorze. 

SNOBIZMY ISTOT MAŁYCH 
Pewien przechodzień idąc leśną drogą 
Grzyba niechcący lekko trącił nogą. 

Przeprosił. — A grzyb na to: „Gapo i matole, 
Czy wiesz, że dziadek mój był PARASOLEM?” 
NAJWAŻNIEJSZE W ŻYCIU TO SZYBKI REFLEKS 

Wróbelkowi, co miewał stosunki ze stajnią, 
Rzucono w jeden kąt nawóz, a zaś w drugi łajno. 

Wróbel w rozterce tylko główką kręci, 
Bo i to mu pachnie — również tamto nęci. 
Gdy wciąż się wahał, rozmyślał uparcie, 

Wszedł nagle stajenny i sprzątnął mu żarcie. 
Zmartwił się wróbelek i westchnął: „Żyć trudno, 
Mogłem mieć śniadanie — a teraz mam g…” 

PRZESADYZM 
W miesiącu czystości mąż żony szantrapy 

Wszedł na rękach, by nie walać umytej podłogi. 
Spojrzała nań krytycznie i rzekła: „Mój drogi, 
Czy śladów nie zostawisz, czy masz czyste łapy?” 

DWIE BOGDANKI 
FORTUNA jest kobietą piękną i kapryśną, 
Wziąłeś ją w ramiona — nagle sen twój prysnął, 

background image

Bo zraniłeś ją słowem albo jakimś gestem 
I wnet odeszła mówiąc: „Już twoją nie jestem!” 
A ludzie dla niej życie, rozum tracą — 

Miast uwielbiać inną, zwaną PRACĄ. 
PRZEWIDUJĄCE DZIECKO 
„Abecadła uczyć się nie będę, nie! 

Bo kto powie „A”, musi rzec i ,,Be”. 
PRZEDWOJENNE ZARĘCZYNY 

„Narzeczeństwo przypomina mi całkiem święcone — 
Rzekł raz narzeczony swojej przyszłej żonie — 
I choćbym ze starszymi skruszył ze sto kopii, 

Niczego tknąć nie dadzą, nim ksiądz nie pokropi”. 
„PO OWOCACH ICH ROZPOZNACIE JE” 
Pomarańcza miała romans z cytryną, 

A potem siedziała struta, 
Z okropnie skrzywioną miną. 

Z tego związku mamy GREJPFRUTA… 
KOMU TAK DOBRZE?… 
Krowa ma z życia w sumie dość wiele: 

Paszę, byka i cielę. 
MODA MA SWOJE CELE 
Chłopcy jak dziewczęta — dziewczęta jak chłopcy, 

Wkrótce wszelki erotyzm stanie się im obcy. 
I w ten sposób ludzkość pomału wygaśnie. 

A może w owej modzie o to chodzi właśnie? 
FOTOAMATOR 
— Ratunku! — krzyczał facet tonąc w wód odmęcie. 

— Chwileczkę — rzekł fotograf — tylko zrobię zdjęcie. 
MŁODOŚĆ NIE RADOŚĆ 

Wtuleni ramię w ramię 
Nocą całują się w bramie — 
Papieros i pocałunek 

Jedyny ich poczęstunek — 
Drżący, zmarznięci do kości 
Proletariusze miłości. 

GRY LICZBOWE 
„Toto–Lotki”, „Syrenki” to przykład, rodacy, 

Że się nie da pieniędzy zdobywać bez pracy. 
ANGLIK 
Znałam „Anglika” rodem z Wołomina, 

Który picie wódki od „tchin, tchin!” zaczynał. 
Na Wermuth mówił „Wermaus”, a do własnej żony 
Rzekł: „Noś cieńsze pończochy” — stajlony”. 

Staropolski klozet zwał „Dabeljusi” 
I nie mówił Pe–De–Te, tylko „Pi–Di–Ti”. 

STARSZA SAMOTNA NA PLAŻY 
Wyciągnęła saszetkę starsza już dziewica: 
„Nie czas różu żałować, gdy nie płoną lica”. 

RAK! 
Spytał synek: „Gdzie raki zimują — mów, tato?” 
„W konserwach, synku” odparł ojciec na to. 

background image

DO KOLACJI 
Na świeżą pościel wskazując rzekła pchła wesoło: 
„Spójrz, mężu, jak nam ładnie nakryto… do stołu”. 

W PRZENOŚNI 
Małżeństwo wówczas dobre i węzeł nie kruchy, 
Gdy żona ślepa, a zaś mąż jest głuchy. 

W STARYM ZAMKU 
Rzekł lord do lokaja: „Wierny sługo Dżonie, 

Do księżniczki Glorii moje serce płonie — 
Żem do pracy nie nawykł, ty na brzozie białej 
Wyryj scyzorykiem nasze inicjały!” 

OGRODOWE 
W OCZEKIWANIU NA AMORA 
Rzekła róża: „Motyli tyle fruwa w krąg, 

A jam wciąż samotna…” Zapylił ją bąk. 
SŁOŃCE TRZEBA NOSIĆ W SOBIE 

„Chociaż pod ziemią żyjesz, czemuś jest czerwona?” 
Zapytał kret rzodkiewki. — Na to rzekła ona: 
„Bo słońce noszę w sobie, zrozum, ciemna maso, 

I to jest moim szczęściem, moją wieczną krasą…” 
RÓŻNICA W SPOJRZENIU NA ŻYCIE 
(według Andersena) 

Groch w strączku zielonym twierdził 
Iż życie bezsprzecznie jest zielone. 

Groch w żółtym strączku się rozsierdził: 
„Jest żółte” — rzekł stanowczym tonem. 
KRET 

Do Kretówny rzekł raz Kret: 
Chce być z tobą w t?te–?–t?te. 

Mam tu blisko pied–?–terre 
Komfortowy, choć bez ZER. 
A na to odparła Kretówna: ,,Z ochotą 

Będę się zajmować podziemną robotą…” 
ŁATWO SIĘ ZAPOMINA O SWYM POCHODZENIU 
Z przykrej woni cebuli szydziła 

Lilia pachnąca, wyniosła. 
Rzekła tamta: „Moja miła, 

Tyś też z cebulki wyrosła”. 
WYZNANIA SPECJALISTÓW 
MATEMATYK 

NIEOBLICZALNA — chcesz opinię szczerą 
Twych uczuć? Oto ona: w sumie istne zero, 
Lub jak wolisz: moich uczuć setna część, 

A wyznania twoje ni w dziewięć — ni w pięć. 
LEKARZ 

Jestem jak krętki blade, 
Miłości zżera mnie bakcyl 
I lek nie pomoże mi żaden, 

Ni Elenium, ni Largactil. 
ZEGARMISTRZ 
Tyś życia mego DOXĄ I OMEGĄ, 

background image

Wskazówką losu — i troską, 
Lecz miłość moja wisi na „włosku”, 
Nie igraj ze mną — ostrzegam! 

SPEKULANT 
Me DEWIZY życiowe to dolar i funt, 
Lecz raptem usunął mi się spod nóg grunt. 

Tęsknoty mej ku tobie puszczam luźno wodze 
Czując się dzisiaj jak ten grosz przy drodze. 

WĘDKARZ 
Mam „kiełbie we łbie” z miłości, 
W nurt uczuć „dam szczupaka!” 

I złowię cię, rybko bez ości, 
A ty zaś „spieczesz raka!”. 
LITERAT 

Choć głowa z myślenia mi zwisa, 
Maszyny czcionki wzrok ranią, 

Chciałbym się dobrze s p i s ać 
Przed tobą, „panno na wydaniu”. 
KUCHARZ 

Obie smaczne, „przy kości” i chociaż to zdrożne 
Dwie pieczenie upiekę dziś na jednym rożnie. 
TEATRALNE 

POPIOŁY WEDŁUG WAJDY 
W POPIOŁACH graniczą ze sobą o łokieć 

Lwi pazur i lakierowany, czerwony paznokieć 
WESELE W INSCENIZACJI ADAMA HANUSZKIEWICZA 
POGRZEBEM nazwać się ośmielę 

W telewizji Wyspiańskiego WESELE. 
W TEATRZE NA NOWOCZESNEJ SZTUCE 

Nuda ze sceny jak woda kapie. 
„Zbudzisz całą salę — rzekł do żony. — CHRAPIESZ!” 
DO PEWNEGO RECENZENTA 

Zarzucasz mojej sztuce brak point, recenzencie, 
A ja odpowiem na to, że mam ciebie w POINCIE. 
WOJCIECH SIEMION W WESELU 

Wszystkie role zagram sam, 
Tęgo gram, tęgo gram. 

PORTRECIKI PIÓRKIEM 
JULIAN PRZYBOŚ 
Nawet wrogów horda 

Przyzna, 
Że ma w sobie coś 
Z Małego Lorda. 

J. NACHT–PRUTKOWSKI 
Kopalni humoru w sobie nie docenia, 

W czystej poezji szuka wciąż NACHT–nienia. 
SŁAWOMIR MROZEK 
Pisze, rysuje, nie brak mu twórczości. 

Można by go nazwać MROZKIEM OBFITOŚCI. 
JERZY BROSZKIEWICZ 
Na chwilę go nie można pozostawić samym, 

background image

Zęby wnet nie napisał trzyaktowej dramy. 
KAZIMIERZ I MARIAN BRANDYSOWIE 
Niepodobni z rysów. 

Było „Trzech Budrysów”, jest dwóch Brandysów. 
Jeszcze coś pokażą, pracuje ich głowa 
I każdy „pod burką” coś wielkiego chowa. 

DLA GRY SŁÓW 
SZERSZEŃ 

Szerszeń szukał żony, badał trawy, kłosy… 
,,Szerszeń la femme!” — zabrzęczały osy. 
POETYCZNY KAT 

Ścinał głowy, a w chwilach wolnych 
Twórczości się oddawał mozolnej, 
I leżąc wzdłuż własnej sofy 

Pilnie komponował kata–strofy. 
DWIE OKOLICZNOŚCI 

Dwie okoliczności 
Spotkały się na moście. 
,,Z kim mam okoliczność — padło zapytanie, 

,,Z okolicznością, moja dobra pani”. 
A ludzie określili to najprościej, 
Mówiąc: to dziwny zbieg okoliczności… 

KOCIAK NA PLAŻY 
„Chodź się kąpać!” (była piękna 

niby Wenus kopia) 
„Boję się — odparła — morze to utopia”. 
SOPOCKIE MOLO 

Chodzą po nim starcy parami i solo 
To molo można by dziś nazwać ramolo. 

ZASADNICZA RÓŻNICA 
„Kobieto, puchu marny — tak mężczyzna wzdycha. 
„Jam puch — odparła — a tyś marna pycha!” 

NASTĘPNY DO RAJU 
Rozwodnik byłą żonę zastawszy z amantem, 
Rzekł: „Dziś się nie martwię, co zrobić z tym fantem 

Podoba mi się facet, 
Masz babo placet!” 

GŁODNY I SYTY 
Głodnemu opowiadał syty 
Jak był na przyjęciu upity, 

Jakie były kotlety, krokiety 
I co w końcu dali na wety. 
— A jakie krążyły kawały! — 

Dodał wśród słów pochwały. 
Czego kawały, proszę? — 

Wtrącił głodomór trzy grosze… 
KALAMBURZYSTA 
Swego pieska zwał „Psi–psiną”, 

A małżonkę „Małżowiną”. 
„To nie dowcip — rzekłam mu ja, 
Gdy raz „Pfujkiem” przezwał wuja. 

background image

I pękając śmiechem gromkim 
Syna Tomka — zwał „Po–Tomkiem”. 
Jadąc autem po Zachodzie 

Spłonął w swoim samochodzie. 
Umierając szepnął: „A fe, 
Zginąć w własnym auto da fé!” 

POTRZEBA CZYICHŚ PLECÓW 
Nie opala się pleców, panie dyrektorze?” 

„Będą innym potrzebne, więc się o nie trwożę…” 
PODCZAS SZTORMU 
Na mostku kapitańskim stał, 

Choć wiatr nim miotał i deszcz lał. 
I wówczas mi przyszła ochota 
Nazwać go „chłopcem na szkwał”. 

ZAGADKA BYTU 
„Czy myślałeś kiedy, chłopcze, nad zagadką bytu? 

„Nad zagadką — odparł zdziwiony — big beatu?” 
HOMER NA PLAŻY 
„Mam ze sobą Homera” — rzekł chłopiec uczony. 

„Homer w puszce?” — spytała go zdziwionym tonem. 
CYNIK 
Żona mnie namawia, żebym 

Na znajomych szedł pogrzeby. 
Nie chcę, niech mnie bogi strzegą 

Od tych zabaw „w chowanego”. 
PAPIER MASZYNOWY 
Nowych umów w głowie niosąc ciężki kierat 

Próżno papieru szukał literat. 
Więc pomyślał (sytuacji trafna analiza) 

Że papier ktoś widać mocno trzyma w ryzach. 
MŁODE SŁAWY 
Wciąż ich drukują, ciągle o nich słyszę, 

Ci trzej przystojni nouveau–pisze. 
KROPKA 
Przed Kropką stanął Przecinek 

I pięknie się kłania: 
„Czemuś smutna, Kropko, i kwaśną masz minę? 

„Bo żyję — odparła — pod znakiem zapytania”. 
DLA TYCH, KTÓRZY NICZEGO NIE DOKONALI 
Prochuś nie wymyślił, twą pociechą za to, 

Ze się w proch obrócisz jak Homer i Platon. 
ZABAWA, JAKIEJ NIE BYŁO! 
Pojechali potańczyć na dansing do Gdańska. 

Zabawa była wprost szympańska! 
PARODIE 

„STAROŚĆ MUSI SIĘ WYSZUMIEĆ” 
parodia recenzji współczesnej z nie napisanej książki 
Humor Magdaleny Samozwaniec, pokrewny humorowi Evelyn Waugt, 

posiada jakieś  
płynne granice, jakieś stany pośrednie między czymś, co można by 
nazwać  

background image

spojrzeniem satyrowym, a prawdą, a co autorce przeszkadza w 
odwarstwowywaniu  
prawdy i fikcji. Przez cały ów tom satyr przewija się nurt refleksyjny, 

który  
nas co chwila zahacza kapitalnym meldunkiem stwierdzeń i wydaje się 
być  

początkiem lub częścią jakiegoś intelektualnego porządku. Szukanie w 
tej  

warstwie tworzywa głębi wydaje się bezowocne i do niczego nas nie 
doprowadzi. W  
tym nurcie, w którym odczuwa się frustrację autorki w zetknięciu z  

rzeczywistością, jest cała gradacja, od chwytów parodystycznych do 
ukazania  
całej bezradności wobec skonstatowanych faktów. Wielki ciąg niemocy 

stopiony  
jest u Samozwaniec integralnie z procesem powlekania psychiki 

ludzkiej  
kpiarstwem jak również osadzeniem się jej własnych doznań w 
kategoriach  

humorowych. A jednak każdy jej utwór mówi za siebie, zapowiada czy 
implikuje  
następne. Jest więc w sumie jakąś strukturą, wynikiem i wirtualnością. 

Jest  
uwypukleniem wniosku przez jego brak. Empirycznie reasumując 

interpretacje  
ludzkich śmiesznostek, autorka jak gdyby unicestwia swoją osobowość 
i sterując  

śmiało imputuje czytelnikowi realność zjawisk o takiej samej 
konsystencji  

elementów, którą uwypukla nie przez starcie poglądów, ale przez 
ironizującą  
pretensję urojonych postaci i sytuacji. 

W zbiorku pod tytułem „Starość musi się wyszumieć mamy do czynienia 
z  
bezpretensjonalnością właściwą autorce „Na ustach grzechu” i 

adekwatnie do  
wszystkich poprzednich jej utworów mamy okazję przeprowadzenia 

dialogu z kimś,  
kto nie udaje, że jest kim innym, nim jest w rzeczywistości. Nie cenność 
może,  

ale nie sfałszowany smak tej okazji rośnie dla kogoś, kto nie wie, kim 
jest, ale  
jedynie pragnie przewarstwować siebie na jakiś inny, wyższy plan. 

Samozwaniec  
mimo pewnej frustracji zintegrowana jest silnie ze współczesnością i 

choć czasem  
deformuje cały swój kontekst myślowy, jest w polskiej satyrze 
zjawiskiem  

dodatnim. 
MAŁA PARODIA „PRZEKROJU” 
LUDWIK JERZY KERN 

background image

Przebudzenie 
Kto rano wstaje, 
temu żona daje 

śniadanie, 
a nie to, 
co wam się zdaje. 

Temu pies liże twarz, 
aż 

musisz wstać, 
psiamać! 
Słońce po kątach się szwenda, 

W uszach brzmi stara komenda 
lewa, lewa, lewa, lewa! 
Więc wstajesz lewą nogą 

I piszesz lewą nogą 
a potem, ech, 

cały dzień pech! 
DEMOKRATYCZNY SAVOIR–VIVRE 
Byłam z sympatią na prywatce, zabawa przeciągnęła się do późnej 

nocy. Mieszkam  
pod Warszawą, więc bałam się wracać do domu. Sympatia 
zaproponował mi, abym u  

niego przenocowała. Zgodziłam się chętnie. Zrobił mi legowisko, a sam  
powiedział, że idzie spać do kolegi. Czy tak się postępuje z przyzwoitą  

dziewczyną? I co na to DSV? 
Gdy wychodziłam z sympatią z nocnego lokalu, kelner uśmiechnął się 
do mnie i  

życzył dobrej nocy. Czy powinnam była pozostać z kelnerem (jest 
bardzo  

przystojny), czy wyjść z sympatią? Doprawdy znalazłam się w kropce! 
Pracuję w uspołecznionym handlu; aby nie być nieuprzejmą, nie 
odpowiadam wcale  

na pytania klientów. Chyba postępuję właściwie? 
KUPIĆ NIE KUPIĆ 
Nóż sprężynowy zagraniczny z importu można nabyć w komisach z 

przyrządami  
technicznymi. Cena około 500 zł. 

Kastety na rękę można otrzymać w „Eldomie” lub w każdym 
prywatnym sklepie z  
żelazem. 

Gruby sznur konopny do wieszania się kupić można w sklepie ze 
sznurami przy ul.  
Mokotowskiej w Warszawie. Cena około 30 zł metr. 

MODA 
Dla pań w nadchodzącym karnawale modne będą suknie z odkrytymi 

piersiami i żadna  
szanująca się osoba nie pokaże się na zabawie z zakrytym biustem. A 
gdy któraś  

będzie miała piersi dalekobieżne albo długodystansowe, to je zakryje 
tancerzem  
albo blatem od stolika. 

background image

Dla panów dalej włosy do ramion. Nie myć, bo stracą naturalny połysk. 
MYŚLI LUDZI WIELKICH, ŚREDNICH ORAZ PSA FAFIKA 
Daj mężczyźnie grzędę, a on: „niżej siędę”. 

(Krecia Pataczkówna) 
Do trójkąta małżeńskiego koniecznie potrzebny jest czwarty — tak jak 
do bridża. 

(Salami Kożerski) 
Nie zawsze można polegać na tym, z kim się człowiek położył. 

(Lordowa Galluxowa) 
Młodzi małżonkowie winni jak najczęściej ruszać antykonceptem. 
(Z Ksiąg Wschodu) 

Ciało lubi, aby je męczyć — i na tym polega urok miłości. 
(Krecia Pataczkówna) 
Pies wyje do księżyca, człowiek do mikrofonu. 

(pies Fafik) 
Kobieta, która dużo ryczy, mało szczęścia daje. 

(Z Ksiąg Wschodu) 
Pocałunek wymyślili mężczyźni, aby kobiecie nareszcie usta zaniknąć. 
(Salami Kożerski) 

Czego się Jaś uczy, to i Małgosia potrafi. 
(Z Ksiąg Wschodu) 
Mężczyzna nazwał kobietę „puchem marnym”, jak gdyby to mogło coś 

pomóc — i tak  
jej z siebie nie zdmuchniesz! 

(Salami Kożerski) 
JAN IZYDOR SZTAUNDYNGER 
„Oprawić cię w ramki” — rzekł raz pewnej damie. 

Odparła: — „Niechaj ramą będzie twoje ramię”. 

„Wiosna mnie rozbiera!” — a więc prima vista 
Chłopak z tego skorzystał. 

Rzekła: „A to cham! 
Obłapił, nie rzekł: „kocham”. 

Koledzy pragną spocząć na laurach, 
A ja w wiosennej aurze 

Wolałbym spocząć na Laurze… 
WIERSZE SATYRYCZNE 
MENAŻERIA 

W świeżych futerkach 
Z wydrą wyderka 
Z tygrysie braku 

Garstka kociaków, 
A na pięterku — wysoko w górze, 

Roje skrzeczących, barwnych papużek. 
Wśród rzadkich gości zaznaczyć warto 
Obecność paru starych lampartów; 

Krajowych gąsek widzimy kilka 
I w owczej skórze chytrego wilka. 
Pod oknem siadły starszawe klempy, 

background image

Bliźnich w obmowie targając w strzępy. 
„Węża w kieszeni” zręcznie omija 
Śliska, przewrotna, lecz gładka żmija, 

Grupa „bażantów” nie spuszcza z oka 
Miejsca, gdzie duma głupawa foka, 
Niebieski ptaszek czmychnąwszy z klatki 

Żeruje, łatwej szukając gratki; 
Krowa niechcący tutaj spotyka 

Wołu, którego miała za byka. 
W asyście łani poważnie wkracza 
Ogólnie znana postać rogacza… 

Coraz tu ciaśniej, coraz tu gwarniej… 
W tej menażerii? — Nie, w tej KAWIARNI! 
POETA I JEGO KOLEDZY 

Słowik w zaroślach kląska 
I piękne śpiewa trele — 

Wzruszyła skrzydłem gąska: 
„Znowu te trele—morele!” 
Płoną korale Indyka, 

Nastroszył się, słysząc go, Paw, 
I stado Kaczek pomyka 
Słowika sądzić, przez staw. 

Sfrunąwszy gdzieś z oddal 
Sowa zmarszczyła brew 

I rzekła: „To formalizm, 
Nie wydźwiękowy śpiew!” 
„Estetyzm, raczej powiem — 

Tu Kogut zabrał głos — 
Odnurtny — rzeknie — bowiem 

Własnych w nim doznań stos”. 
„I aspołeczny — dodał — 
Ton jest wplątany w nurt 

Tych dźwięków, z których woda 
Kapie wśród wzniosłych nut”. 
Wtrąciła Kura czarna: 

„Nadwrażeniowy śpiew…” 
Lecz wtem ujrzała ziarno, 

Więc jej przeminął gniew… 
„Ze „słowikizmem” trzeba 
Walczyć — zakrakał Kruk — 

On nie dostrzega gleby, 
Pracy i nowych dróg, 
W swej treści niezawiłą 

Pieśnią chce uczcić las, 
I propaguje miłość, 

To nie jest pieśń dla mas!” 
I tak Słowika grzebali 
Mówiąc uczenie i wiele, 

A Słowik śpiewał dalej 
Swoje najczystsze trele. 
Zaś morał zawarty ten tu 

background image

Z tej bajki sam się wymyka; 
By gdy się nie ma talentu, 
Raczej nie sądzić Słowika. 

KONIEC BON VIVEURA 
Był mały, rumiany, dość pokaźnej tuszy, 
Pod dewizką nosił okrąglutki brzuszek. 

Lubił często odwiedzać lokaliki nocne 
I pić z babkami alkohole mocne; 

„Zawiozę panią — szeptał — do mej garsoniery. 
Ujrzy pani śliczne pokoiki cztery, 
Pokaże jej sztychy, niezwykłe albumy… 

Ciepłą atmosferę stworzyć to ja umiem…” 
W sklerotycznym leżał Mecenas ataku 
I przyszła śmierć do niego, jak kelner we fraku; 

„Oto rachuneczek, panie mecenasie, 
Trzy tysiące koniaków, zapisanych w kasie, 

Tysiąc flaszek wina i milionik „czystych” 
Zapłacić trzeba będzie pańskim snem wieczystym, 
Pięćset fordanserek, lokalowych panien — 

Pan mecenas rozumie, że nie były tanie…” 
Mecenas był honorny, westchnął tylko skrycie, 
I bez sprzeciwu życiem przypłacił to życie. 

GRAFO–MAMA 
Na maszynie puka żwawo 

I w natchnieniu wzniosłym trwa — 
Będzie z tego sukces, brawa, 
A więc, dzieci, cicho, sza! 

Mama dla teatru pisze, 
Czuje w duszy twórczy wiew. 

Kto zaś pisze, chce mieć ciszę. 
Spójrzcie, jak zmarszczyła brew! 
Jej mąż sprząta i zamiata, 

Dzieciom sam usmażył blin. 
Dobry mąż, wzorowy tata, 
Literacki ceni czyn. 

Utwór gotów. Wtem kur zapiał 
I zabłysła myśl jak świt: 

Teatr mój oceni zapał. 
Zagra sztukę. Marzeń szczyt! 
„Orang jestem, dyrektorze, 

To nazwisko znane już… 
Błędów nie ma w tym utworze, 
Tytuł: »Miłość pośród róż«… 

Kiedy przyjść mam, proszę pana?” 
„Za dni pięć, a może sześć”. 

„Czy już będzie przeczytana?” 
„Będzie!” „Zatem żegnam”. „Cześć!” 
Przyszła, pyta: „Pan przeczytał. 

Czy jest w sztuce jakiś błąd? 
Akcja zwarta, jednolita, ; 
Pragnę poznać pański sąd”. 

background image

Pan dyrektor „Nowej Sceny” 
W palcach niedopałka mnie: 
„Pragnie pani mej oceny” 

Spytał i zamyślił się. 
„Nie chcę tutaj być obłudnym — 
Rzekł — zaś prawda to nie grzech 

Lecz chcę wiedzieć, czy to trudno 
Sztuk nie pisać w aktach trzech?” 

SŁOWIK I KOT 
Raz głodny Kot spotyka 
Słowika. 

Więc mówi: „Deo gratia 
Kolacja…” 
A Słowik w strach, 

„Ach! 
Nim zjesz mnie na pierwsze danie 

Słowika posłuchaj, panie, 
Piosenka moja rozmarza 
Nawet zbrodniarza…” 

Kot do skoku się skurczył: 
„Gdy z głodu w brzuchu burczy 
Nie trafia do duszy muzyka”. 

I połknął Słowika! 
SZCZUR I SER 

Węchem czując smaczny żer 
Ujrzał szczur w spiżarni ser, 
Krągły ser jak ziemska sfera 

Więc się szybko wgryzł do sera. 
I pomyślał: Choć bez „Zer” 

Domkiem mym się stanie ser. 
Wdrążę się weń jak najszczelniej 
I żyć będę jak pustelnik. 

Gdy dożyję już lat starczych, 
Zawsze żarcia mi wystarczy, 
Będę sytym pustelnikiem, 

Co swych dóbr nie dzieli z nikim! 
Lecz gdy w ser się głębiej wśliznął 

Trafił pyskiem na truciznę! 
Gospodyni, mówiąc krótko, 
Ser zatruła szczurzą trutką. 

Morał: każdy egoista 
Z ziemskich dóbr chce sam korzystać. 
Ale czasem wśród swych włości 

umrze nagle w samotności… 
SZCZUR, SŁOŃ I KOT 

Raz Szczur ujrzał Słonia w ZOO 
I tak doń przemówił: „O, o 
Pysznisz się tu prawem jakim? 

Jesteś jak Szczur, tylko ssakiem, 
Ogonek masz żywcem szczurzy, 
Choć jak na Słonia nieduży, 

background image

I zęby jak Szczura ostre, 
I kolor sierści podobny, 
Tyle, że może mnie wzrostem 

Przewyższasz i w tuszęś zasobny. 
To samo Szczur i Słoń, 
Więc, Słoniu, podaj mi dłoń!” 

Wtem Kot, jak grzmot, błyskawica 
Wypadł: „O, stworzenie głupie, 

Poczujesz, jaka różnica, 
Gdy ciebie — nie Słonia — schrupię!’ 
KSIĄŻKA I MYSZ 

Myszka tę radę z ust swej matki słyszy: 
„Jedz książki, a będziesz najmądrzejszą z myszy” 
Więc do biblioteki pewnej się zakradła, 

Mniszkównę i Wallace’a po kolei zjadła, 
Napoczęła jeszcze jakąś książkę grubsza, 

I była coraz głupszą… 
Zaś morał prosty z tej bajki wynika, 
Że zależy, JAKIE książki się połyka. 

FELIETONY 
BASJUNIA 
List z Zakopanego 

Kochany Zygmuncie! 
Dziś przyjechała, do naszego pensjonatu Grażyna. 

Wiesz, ta wysoka blondynka z niebieskimi oczami bez brwi. Pamiętasz, 
jak nam się  
podobała? Gdy wysiadała z sanek, jeden z jej licznych tobołków zaczął 

ryczeć. 
Domyśliłem się, co zawiera. 

— Widzę, że wyszłaś za maż — rzekłem bez entuzjazmu wskazując na 
wrzeszczący  
pakunek. 

— Ach — westchnęła biorąc tobołek na race — jakżeż szybko sypialnia, 
małżeńska  
zamienia się na pokoik dziecinny! — Odsunęła trochę pledy i pokazała 

twarzyczką  
czteroletniej dziewczynki, której szeroko otwarte wrzeszczane usta 

zajmowały  
połowę, twarzy. 
Okrągłe jak u ptaszka oczka spojrzały na mnie ze złością. 

— Ciem cianki, dera cianki! — ryczała dziewczynka. 
Wówczas Grażyna zaczęła prowadzić z nią dialog w języku 
pieluszkowo– 

nocniczkowym, nieznanym tym, którzy dzieci nie posiadają. 
— Cianki be, cianki niu niu, potem cienki, telaz obiadek. 

— Ona tak lubi jeździć sankami — wytłumaczyła mi po polsku 
Przy obiedzie zaczęły się komedie z zupą. Zdawało się, że, zjedzenie 
przez małą  

jednej przynajmniej łyżki zupy będzie szczytem szczęścia dla jej matki. 
— Zostaw ją — rzekłem, zniecierpliwiony — niech nie je. 
— To będzie głodna — jęknęła Grażyna, 

background image

— A co cię to obchodzi? Niech się przegłodzi trochę. 
Spojrzała na mnie z wyrzutem: — Jak możesz tak mówić… 
Tym razem ja spojrzałem na nią z rozczarowaniem. Ta Grażyna, taka 

inteligentna  
dziewczyna… taka zdolna. Co się stało? Instynkt macierzyński czy 
schemat,  

któremu się poddała bez żadnych buntów i sprzeciwów? 
— Dynki — zaczęła wrzeszczeć dziewczynka. — Ciem dynki! Nie ciem 

upy! 
— „Dynki” to znaczy „sardynki” — wytłumaczyła mi Grażyna z 
uśmiechem pełnym,  

pobłażania. — Ona lubi tylko pomarańcze i sardynki. 
— Kosztowne cacko. 
— O tak — westchnęła — pół mojej miesięcznej pensji idzie dla niej na 

owoce i  
sardynki. 

— A kawioru nie łaska? 
— Spróbuję jej dawać, może akurat będzie Basiuni smakował. 
— Źle pani dziecko wychowuje — wtrąciły się zgryźliwie pensjonatowe 

paniusie. —  
Dziewczynka w jej wieku powinna jeść wszystko. 
— A skoro nie chce? Mam patrzeć, jak moje dziecko umiera z głodu? 

Od czasu przyjazdu Grażyny z „Basiunią” odpoczynek w naszym 
pensjonacie skończył  

się. Dziecko ryczało po nocach, jakby je mordowano. Kilka nerwowych 
osób  
wyniosło się. Inne chodziły niewyspane, z nienawiścią spoglądając na 

matkę Basi,  
która z każdym dniem była bledsza i miała bardziej podkrążone oczy. 

Nieznośny  
skrzat wrzeszczał po nocach, beczał w dzień i nic nie jadał, tylko ciastka 
i  

pomarańcze. 
— A nie może pani jej karcić, dawać klapsy? — pytały się Grażyny inne 
matki. 

— A któż by dziecko bił! — oburzyła się mamusia. 
Nie śpiąc po nocach wymyślałem dla Basiuni wyszukane tortury. 

Najchętniej  
widziałem ją w moich marzeniach z buzią zakneblowaną i twarzą 
przewiązaną  

chustką. — Niech spróbuje wówczas krzyczeć! Lubiłem również 
wyobrażać ją sobie  
siedzącą samą na śniegu w mroźną noc i wyjącą do księżyca. Ja, który, 

jak wiesz,  
nie lubię zabijać komara, stałem się wyrafinowanie okrutny. Któregoś 

popołudnia  
wszedłem do pokoju Grażyny. Spała leżąc na wznak z otwartymi jak u 
trupa ustami,  

a twarz jej miała cierpiący, gorzki wyraz. Dziecko, ten mały wampir, 
wyssało z  

background image

jej twarzy ślady młodości i urody. Cerę miała żółtą, zmarszczki pod 
oczami.  
Basia siedziała na ziemi wycinając nożyczkami z bakelitu wszystkie asy 

z kart do  
bridża swojej matki. Postanowiłem wyprowadzić ją z pokoju, aby 
nieszczęsna  

Grażyna mogła się spokojnie wyspać. Wziąłem dziewczynkę za rączkę. 
Nawet ktoś,  

kto nie lubi dzieci tak jak ja, nie może oprzeć się urokowi dotknięcia  
dziecinnej rączki. Wilgotne ciepło kurczęcia i uchwyt jak gdyby małpiej 
łapki.  

Ubrałem ją w płaszczyk, nałożyłem na głowę kapturek, zawiązałem pod 
szyję szalik  
i bez sprzeciwu z jej strony wyprowadziłem z pokoju. Podczas gdy ją 

ubierałem,  
Grażyna stęknęła boleśnie, jak ktoś przed chwilą jeszcze torturowany i  

przewróciła się na drugi bok. Wziąłem sanki i długo jeździliśmy dookoła  
Zakopanego. Basia była anielsko grzeczna i spokojna. Raz tylko ugryzła 
mnie w  

rękę, gdy jej chciałem poprawić szalik. Dałem jej pedagogicznego 
klapsa. Ku  
mojemu zdziwieniu nie rozkrzyczała się, tylko jak gdyby z uznaniem 

spojrzała na  
mnie okrągłymi brązowymi oczami, które trzepocząć rzęsami 

przypomniały mi  
chrabąszcze w maju przebierające nóżkami. 
— Basia caca — rzekłem wbrew mojemu przekonaniu. 

Dziewczynka uśmiechnęła się uśmiechem niebianek. 
Potem kazałem góralowi zawieźć nas do kawiarni. Głodornorek zjadł 

ochoczo porcję  
kremu i cztery ciastka. 
— Cóż za śliczna dziewczyneczka — mówiły siedzące przy stolikach 

panie — i jaka  
grzeczna! 
Z ojcowską duma, pogłaskałem ją po główce i zaproponowałem piąte 

ciastko. 
— Nie — odparła — bo będę zigać! 

Siedzące obok nas towarzystwo roześmiało się na to głośno, a jedna z 
pań rzekła  
zwracając się do mnie: „Jaką pan ma mądrą i dowcipną córeczkę”. 

Gdy około siódmej wieczór wróciliśmy do pensjonatu, zastaliśmy w 
hallu grono  
paniuś otaczające spłakaną Grażynę, która przypuszczana, że jej 

,,skarb” porwali  
miejscowi „kidnaperzy” i sprzedali na serdelki z norkow. Gdy 

uszczęśliwiona z  
powrotu dziecka porwała małą w ramiona i zaczęła obsypywać 
pocałunkami, Basia  

rozwrzeszczała się po swojemu. 
— —————— 
I powiedz mi, mój drogi, jakie mam wyciągnąć z tego wnioski? Bo dzieci  

background image

nieznośnych dla rodziców, a przyjemnych dla obcych jest obecnie tak 
dużo, że to  
coś znaczy. Matka z dzieckiem stalą się dzisiaj postrachem tramwajów i 

pociągów,  
plagą pensjonatów wczasowych, istota, od której wszyscy stronią : 
której maja,  

za złe, że „nie umie dziecka wychowywać”. Matki straciły u dziad 
wszelki  

autorytet, dzieci wyprawiają z nimi, co chcą. Matek nie boją się, a 
przecież na  
pobożnym laku oparty jest wszelki szacunek. Moim zdaniem jest na to 

tylko jedna  
rada — obalić w Polsce KULT DZIECKA! Nie robić z nich 
wszechwładnych bożków. W  

tramwajach niech BOŻEK stoi, nie musi koniecznie wypychać z miejsca 
dla matek z  

dziećmi starszej osoby. Jeśli nie chce jeść tego, co wszyscy — niech 
głoduje.  
Jeśli będąc zdrowy, drze się, zamknąć go do łazienki i czekać, aż się 

wykrzyczy.  
Nie postępować z dzieckiem jak z syjamskim kotem, który wiadomo, w 
jaki sposób  

zamęcza otoczenie — tylko jak ze zwyczajnym. Dziecko jest zupełnie 
normalnym  

objawem postępowania „w afekcie” dwojga młodych łudzi płci 
odmiennej, nie żadnym  
cudem przyrody — i tylko w ten sposób należy do niego podchodzić. 

Inaczej…  
inaczej, o matki, będziecie zamączone i moralnie wyssane przez 

wszechwładnego  
BOŻKA, nie będziecie mieć już własnego życia i mając dwadzieścia 
osiem lat,  

będziecie tak jak biedna Grażyna wyglądać na znękana babkę własnego 
dziecka.  
Prawda, mój drogi, że to niepodobne do mnie, abym pisał o matkach i 

dzieciach,  
ale męka nieszczęsnej Grażyny i moje nieprzespane przez ryki Basi noce 

—  
doprowadziły mnie do tego. 
Twój M. As. 

Pisane zimą w Zakopanem 
SEANS SPIRYTYSTYCZNY 
My, literaci, otrzymujemy wciąż szereg listów, na które trudno 

odpowiadać, bo  
wówczas przestałoby się być pisarzem, a stałby się człowiek 

korespondentem  
prywatnym. Jeden z nich jednak jako najbardziej interesujący i nawet 
można rzec  

— rewelacyjny, pozwalam sobie przesłać na ręce Pana Redaktora. Oto 
ów list: 
Wielce szanowna Pani Artystko! 

background image

Moje nazwisko niewiele pani powie, za to mój list powie Pani dużo! Czy  
przypomina sobie Pani naszą morską wycieczką z Gdyni na Hel? Jakże 
byłyśmy  

wówczas młode i pełne wiary w życie i mężczyzn! — Ale przystąpmy do 
rzeczy. Otóż  
rozmawiając wówczas z Sz. Panią poruszyłyśmy temat spirytyzmu, 

który Panią  
równie jak mnie interesował. „Pozagrobówka” była zawsze drogą 

memu sercu i mojej  
subtelnej duszy. Niestety wyszła ona dzisiaj z obiegu, co można 
przypisać  

ogólnemu zmaterializowaniu naszego społeczeństwa. Czy pamięta Pani 
ankietę w  
dodatku Metampsychicznym śp. Krak. Kurjera Illustrowanego pt. „Czy 

pan(i)  
widział(a) ducha(y)?” Byłam od maleńkości świetnym medium i ze 

zjawiskami byłam  
na „ty”. Pamiętam te seanse u nas na wsi („Duchu, jeśli jesteś, puknij 
raz —  

jeśli cię nie ma, puknij dwa razy!”) Ach, jakież to było pasjonujące! Już 
jako  
mała dziewczynka zdradzałam niezwykłe zdolności mediumistyczne. 

Pamiętam, jak  
nieraz w nocy zrywałam się nagle na posłaniu i wołałam: „Mamo, 

mamo, tam, coś  
białego stoi pod łóżkiem!” W naszym starym dworze zjawy błąkały się 
po  

korytarzach nocą, brząkając kluczami. Pamiętam, jak kiedyś ujrzałam, 
zjawę w  

białej astralnej szacie — wśliznęła się do pokoju naszego korepetytora. 
Straszne  
to na mnie zrobiło wrażenie, ale nie powiedziałam o tym nikomu — i tak 

by mi nie  
uwierzyli! Ale przystąpmy do niesłychanie ciekawego faktu seansów  
spirytystycznych, które w czasie wojny urządzaliśmy w ścisłym i 

dobranym kółku.  
Były to seanse z ekierką, czyli ze spodkiem, na którym wymalowana 

była czarna  
strzałka. Pod astralnym fluidem wydobywającym się spod naszych 
splecionych  

palców, spodek biegał jak pies wokoło klombu po dużym arkuszu 
papieru, na  
którym, wyrysowane były wszystkie litery alfabetu i zatrzymywał się 

na  
niektórych. Z tych poszczególnych liter układały się całe zdania o 

rewelacyjnej  
nieraz treści (na przykład o mnie: „Dobra i mądra niebywałe, tylko wy 
jej nie  

doceniacie”). Na jednym z owych seansów — a było to przed samym 
zakończeniem  

background image

wojny — duch zaczął, jak nam się wydawało, bredzić bez związku. Na 
szczęście  
miałam zwyczaj notować przebieg każdego seansu. Och, jakżeż mogłam 

kiedykolwiek  
wątpić w mądrość i zdolności przeczuwania przyszłości moich 
kochanych zjaw!  

Poszczególne litery, które zanotowałam, a które wówczas jeszcze nic nie  
znaczyły, już w pierwszych latach powojennych nabrały głębokiego 

sensu. Aby i  
Sz. Panią zapoznać z niesłychanie dla nas dzisiaj logicznymi i 
zrozumiałymi  

odpowiedziami zaświatowego gościa, podaję Pani dokładny przebieg 
owego seansu: 
Ja Kto się mną po wojnie zainteresuje? 

Duch UB. 
Ja Co mi będzie groziło? 

Duch PKS. 
Ja Czy pojadę gdzieś na świeże powietrze? 
Duch FWP. 

Ja Czy poznam tam jakiegoś wysoce kulturalnego pana? 
Duch KO. 
Ja Czy będę. się lepiej odżywiać niż obecnie? 

Duch WZG. 
Ja Czy znajdę gdzieś pracę? 

Duch PDT. 
Ja Czy wyjdę za mąż? 
Duch OPR. 

Tylko znaczenia tych ostatnich liter dotychczas nie mogę zrozumieć. 
Może szanowna pani Autorka znaczenie tych liter mi wytłumaczy. Poza 

tym  
znaczenie wszystkich innych liter było prorocze. Nawet jadąc PKS–em 
uległam  

drobnemu wypadkowi. Pracę znalazłam w PDT jako ekspedientka. 
Dotychczas jednak  
za mąż nie wyszłam. Łączą wiele serdecznych życzeń dalszej owocnej 

pracy na  
niwie. Szczerze oddana — 

Anna Bezmęska. Bzdychów. Ulica Pasów 13, m. 13, 
CHCEMY BYĆ MŁODZI! 
Dwóch pięćdziesięciolatków, rencistów–inwalidów… Mikołaj S. i Józef 

R., często  
wzdychało za utraconą młodością. 
— Bo trzeba naśladować tych młodzików i zacząć żyć tak, jak oni — rzekł 

Józio. —  
Przestaną nas wtedy tak lekceważyć i nazywać staruchami. 

— Przecież długich włosów sobie nie zapuszczę, bo i z czego — zaśmiał się  
Mikołaj. — Brody również nie da rady, bo wyrosłaby siwa. 
— Ale trzeba się nauczyć ich wyrażonek i sposobu bycia. Wiesz, 

pójdziemy dzisiaj  
po południu do „Pospolitej”. Tam są co dzień podwieczorki taneczne. 
Przyjrzymy  

background image

się, jak się ta młodzież bawi, może się czegoś nauczymy. 
Poszli, zapłacili za wstęp i znaleźli wolny stolik. Młodzież spoglądała na 
nich  

z ironią i wręcz z pogardą. 
— Wiesz, nazwałbym ten ich stosunek do nas „dyskryminacja wiekową” 
— westchnął  

Józef. 
— Mówiłem, że trzeba zacząć żyć i zachowywać się tak, jak oni — odparł 

Mikołaj. 
Przy stoliku obok nich siedziała samotnie piękna dziewczyna. 
— Popatrz, jaka ładna cizia — rzekł Józio — może by ją tak uwieść? 

— Nie mówi się „cizia”, tylko „kot”, i nie „uwieść” tylko „poderwać” — 
pouczył  
go Mikołaj — naucz się wreszcie tej ich gwary, bądź młody… 

Dziewczyna widocznie czekała na kogoś, bo wszystkim chłopcom 
odmawiała tańców.  

Jakiś długowłosy rozeźlił się. 
— Skoro nie chcesz tańczyć, to po co tu przyszłaś? 
— Czekam na mojego chłopca. 

— Ale nim przyjdzie, możesz potańczyć z innymi. 
— Nie chcę. Odwal się. 
— Hrabini, cholera. Jak nie chcesz tańczyć, to wynoś się i nie zabieraj 

innym  
miejsca. Kapujesz? 

Dziewczyna nic nie odpowiedziała, tylko zasłoniła twarz filiżanką 
kawy. 
— Słyszałeś — mruknął Józef do kolegi. Tak się z kobietkami dzisiaj 

postępuje.  
Trzeba brać z nich przykład. Nóżki na parkiet albo wynocha! 

— Tylko nie mów „kobietki”, ale „babki”. Chcesz być młody, a wyrażasz 
się jak  
stary. 

— Wiesz — rzekł w pewnym momencie Mikołaj — tam siedzi taki ładny 
kociak.  
Poproszę ją do twista. 

— A umiesz? 
— Poruszam nogami, pomacham rękami i jakoś pójdzie. Już raz 

tańczyłem twista po  
pijanemu i otrzymałem nawet brawa. 
— Czy mogę panią poprosić do tańca — zapytał skłoniwszy się przed 

dziewczyną. 
— To pan jeszcze tańczy? — zdziwiła się. 
— Co to znaczy „jeszcze”, dopiero się uczę. 

— To klawo — zaśmiała się — dobra, spróbujemy. 
— Chciałbym pani ukraść całusa — mruknął wyrkręcając kolana i 

wymachując przed  
nią ramionami. 
Zaśmiała się. — Co za mowa! — Sprzed stu lat! A ma pan samochód i 

chatę? 
— Przepraszam, ale ja nie jestem z chaty, urodziłem się w Warszawie. A 
co do  

background image

samochodu to miałem, ale sprzedałem. Czekam na nowy przydział — 
skłamał. 
— No to niech mnie pan odprowadzi do stolika. 

Usiadł wycierając chustką pot z czoła. — Wiesz, stary, udałoby się tę 
małą  
uwieść… chciałem powiedzieć poderwać, ale na to potrzeba dużo forsy. 

— No właśnie — zasmucił się Józio — skąd ją wziąć? 
— A te młodziaki zawsze mają pieniądze. Biorą od rodziny czy… od 

samotnych  
przechodniów… 
— Jasne. Co dzień możesz przeczytać w prasie, że młodociani chuligani 

napadli na  
jakiegoś samotnego przechodnia i obrabowali go. 
— A okraść kogoś byś umiał? — zapytał z zainteresowaniem Józef. 

— Trzeba mieć na to odwagę, to nie takie proste — zamyślił się Mikołaj — 
ale  

skoro chcemy we wszystkim naśladować tych młodych… 
— No i poza tym na poderwanie jakiegoś kociaka trzeba forsy… 
— —————— 

W jakiś czas później wszyscy mogli przeczytać w „Expressie” 
następującą notatkę:  
,,U zbiegu ulic Polskiej i Bartyckiej Janusz D. został znienacka 

napadnięty w  
godzinach wieczornych przez dwóch napastników, którzy powalili go 

na ziemię,  
pobili i obrabowali z posiadanych pieniędzy. W wyniku 
natychmiastowego pościgu  

patrolu MO obaj rabusie zostali ujęci. Są nimi… renciści Mikołaj S. i 
Józef R.” 

KROK ROZPACZY 
Archibald Bezimienny jest znanym scenarzystą. Jest zdolny, ma 
mnóstwo pomysłów,  

ale nie może ich zrealizować. Czy z braku czasu? Nie, „czas to pieniądz”,  
zawsze, gdy trzeba, to się znajdzie. A więc?… Z powodu hałasów. Jest 
wrażliwy,  

nerwowy i nie może pracować, gdy wokoło niego hałasują. Nie ożenił 
się dlatego. 

— Żony hałasują — rzekł kiedyś. 
— Jak to? Nie rozumiem… 
— Gadają i co gorsza zadają wciąż mężom pytania zmuszając ich 

również do hałasu,  
jakim jest głos ludzki. 
— Jesteś przewrażliwiony, powinieneś się leczyć… 

— Jestem trochę przewrażliwiony, ale mani przed sobą poważne 
zadanie, chcę  

stworzyć taki polski film fabularny, jakiego jeszcze nie było. Mam 
fantastyczny  
pomysł, ale aby napisać scenariusz, potrzebuj ciszy i spokoju. 

Właśnie gdy to wymówił, jakiś malec na podwórzu głośno strzelił z 
petardy.  
Archibald cały się zatrząsł: — Słyszałeś? 

background image

— Słyszałem… jak to dzieci. U mnie pod oknem to samo… 
— A matki nic… wzruszają ramionami i powiadają ironicznie: „Och, jaki 
pan  

nerwowy!” A jedna to mi powiedziała: „Widocznie panu nie udało się 
mieć własnego  
dziecka, kiedy panu cudze przeszkadzają!” Taka cholera! 

Z podwórza rozległy się seryjne wystrzały z korkowca i głośne wrzaski.  
Scenarzysta zbladł i z trzaskiem zaniknął drzwi od balkonu. 

— Powinieneś pisywać wieczorami albo w nocy. 
— Taak… A radio u sąsiadów puszczone na pełny głos? Biorę silny 
środek nasenny i  

śpię do rana, aby znów słyszeć te piekielne wrzaski. Powiedz mi, mój 
drogi, skąd  
w Warszawie tyle tych dzieci? Bo rozumiem, że w naszych 

miejscowościach  
nadmorskich… Jesienią i zimą bywają silne sztormy, rybacy nie 

wyjeżdżają nocą na  
połowy… więc przyzwyczajeni do bezsenności… z braku zajęcia… To w 
Słupsku, gdzie  

jest wprost nadprzyrodzony przyrost ludności, nazywają się „dzieci 
sztormowe”,  
ale dlaczego w takiej Warszawie? — Zapalił papierosa i westchnął z 

głębi  
wzburzonej wątroby. 

— Cóż chcesz, mój drogi, śmiertelność wśród niemowląt zmniejszyła się 
obecnie do  
minimum… Chwała Bogu. 

— Tak, chwała Bogu — powtórzył z westchnieniem scenarzysta — ale to, 
że te  

dzieci są tak wrzaskliwe i rozbestwione, to już tylko wina ich mamuś. 
Gdy  
prosiłem ze łzami w oczach pewną matkę z naszego bloku, aby takiego  

strzelającego chłopaka zabrała z podwórza do domu — to wiesz, co mi  
odpowiedziała; „Dobre sobie, to pan chce, aby mi w domu hałasował?” 
— I co ty na  

to? 
— Wiesz — rzekł jego przyjaciel — dam ci dobrą radę: Jedź do Domu 

Pracy Twórczej  
ZLP w Oborach, pod Warszawą. Tam nie wolno teraz przywozić ze sobą 
ani dzieci,  

ani psów, idealne warunki do pracy. 
— —————— 
Archibald posłuchał przyjaciela i pojechał do Obór. Był piękny letni 

dzień.  
Drzewa kapały ptaszkami i szumiały listkami. — Tu wreszcie napiszę 

scenariusz do  
mojego nowego filmu — pomyślał scenarzysta, otworzył maszynę do 
pisania, założył  

papier, zapalił papierosa… Wtem nagle za oknami rozległy się wrzaski, 
piania i  

background image

porykiwania. Przerażony wyjrzał przez okno. Na trawniku pasło się 
stado  
mniejszych i większych dzieci z pobliskiego PGR–u, wydając te 

infernalne  
odgłosy. 
— Nie możecie bawić się gdzie indziej! — ryknął z góry nieszczęsny 

Archibald. —  
Nie wiecie, że pisarze muszą mieć spokój do pracy! 

— Eee, jaka tam praca… g…. nie praca! — odkrzyknął najstarszy z 
chłopców. 
Nagle kilka okien otwarło się i ukazały się w nich zagniewane twarze. 

— Mógłby pan tak nie krzyczeć! — zawołała jedna z twarzy — my 
chcemy spokojnie  
pracować, a pan drze się, jakby pana zarzynano! 

— —————— 
W jakiś czas później zdarzył się sensacyjny wypadek, który poruszył do 

głębi  
artystyczny światek Warszawy. Otóż znany scenarzysta Archibald 
Bezimienny  

sprowokował bójkę i poważnie zranił jakiegoś spokojnego przechodnia. 
Sam bez  
sprzeciwu oddał się w ręce milicji. Na rozprawie wcale nie tłumaczył się 

ze  
swojego postępku. Gdy sędzia ze względu na jego zasługi w dziedzinie 

filmu i ze  
względu na to, iż dotychczas nie był karany, chciał go skazać na trzy 
miesiące  

aresztu z zawieszeniem, Bezimienny sprzeciwił się kategorycznie: 
— Pragnę odsiedzieć moją karę i to od zaraz — oświadczył. — Poproszę 

tylko  
Wysokiego Sądu, abym mógł przebywać w areszcie sam i aby mi wolno 
było—zabrać ze  

sobą papier do pisania. 
— I cóżeś ty narozrabiał! — rzekł jego przyjaciel, gdy otrzymał 
zezwolenie na  

widzenie się z aresztowanym. — Napadać na ulicy na spokojnego 
przechodnia.  

Pijany byłeś, czy co? 
— Nie piłem tego wieczoru ani kropli alkoholu — rzekł ze spokojem 
scenarzysta. —  

Chciałem mieć tylko nareszcie zupełny spokój do pracy. Żebyś ty 
wiedział, jaka  
tu bajeczna cisza! A gdy stąd wyjdę, to poślę poszkodowanemu kosz 

kwiatów i list  
z przeprosinami. Podobno na szczęście to nic groźnego. 

Prawdopodobnie wyjdziemy  
razem… on ze szpitala, a ja z tego… miejsca odosobnienia. Cześć, stary, i 
nie  

martw się o mnie. Mam już połowę scenariusza napisaną… 
„MŁODOŚCI, TY NAD POZIOMY WYLATUJ…” 

background image

Stał, można powiedzieć, wsłuchany całym ciałem w big–beatowe płyty 
nadawane  
każdego przedpołudnia w sopockiej kawiarni nad morzem. Grupa 

chłopców, wśród  
których stał, nie różniła się niczym od niego. Przy zbliżeniu okazało się, 
że  

niektórzy chłopcy byli dziewczynami z tą tylko różnicą, że miały włosy 
krótko  

ostrzyżone, czyli że uczesane były na „witaj, smutku” i żegnaj piękna 
fryzuro! 
Chłopak był tak wsłuchany w hałaśliwy bełkot big–beatowego solisty, 

że nie  
zauważył, gdy dziewczyna wsunęła mu pod ramię ciemną ostrzyżoną 
główkę. Chłopcu  

od czasu do czasu drgnęła nerwowo noga do taktu muzyki, a w pewnej 
chwili ręka,  

gdy nagle klepnął dziewczynę w tylną część ciała. 
Spojrzała na niego z wdzięcznością i oddaniem, nie spodziewając się 
widocznie  

tak SILNYCH dowodów uczucia. 
Do owej pary podszedł wysportowanym krokiem mężczyzna w sile 
wieku. 

— Chodź, Marek. Pogoda się zrobiła, popływamy trochę… 
— Idź sam. Może gdy będę w twoim wieku, to mnie to będzie bawiło… 

— Wybieramy się jutro z mamą na Hel. Może pojedziesz z nami. Jeszcze 
nigdy nie  
widziałeś Półwyspu. 

— Półwysep mi wisi, zresztą jutro mam partyjkę bridża. 
— A co robisz dziś wieczorem? Moglibyśmy pójść do teatru. 

— Dziś idę z moją dziewczyną do NON–STOPU. 
— I znowu się będziesz wygłupiał w tych „samoobsługowych” tańcach? 
— To ty się wygłupiasz, tata. Cały świat dzisiaj tańczy tylko te modne 

tańce. W  
Anglii młodzież nic innego nie robi. 
— A z czego żyją? — zapytał rzeczowo ojciec. 

— Z przyzwyczajenia — trening. 
— No dobrze, ale dlaczego wy to robicie tak na smutno, w jakimś 

zapamiętałym  
przygnębieniu? 
— Spróbuj, mój stary, tak twistować przez trzy kwadranse bez przerwy, 

a  
zobaczysz, czy ci będzie do śmichu. 
— A wy musicie? 

— Noo — przytaknął chłopiec — musimy, taki styl. 
— —————— 

Tego dnia ujrzałam jeszcze raz chłopaka, gdy wieczorem wracał ze 
swoją  
dziewczyną z dansingu. Szedł wysoki, zgarbiony, na długich, 

niemuskularnych  
nogach uginających się w kolanach, objąwszy dziewczynę za szyję. 

background image

— Marku — rzekła — mamy na dziś wieczór chatę. Starzy wyjechali do 
Gdańska,  
wrócą dopiero jutro. 

— Nie chcę. Jestem taki skonany, że nóg nie czuję… 
— A ja tak samo bez przerwy tańczyłam jak ty i wcale nie jestem 
zmęczona. 

— A bo wy, babki — rzekł DZIADEK — to macie takie cholerskie 
zdrowie… Zresztą  

pojutrze jest w Kinie Letnim występ ANIMALSÓW, trzeba będzie 
gwizdać, ryczeć,  
marynarki podrzucać nad głową, tupać, gwizdać… może nawet deski z 

ławek  
powyrywać, a na to potrzeba sił! Cześć, stara, do jutra! 
PRZEDWOJENNE ZASADY 

Pan Leon Mniamnik, księgowy, dobiegał pięćdziesiątki, a wciąż jeszcze 
był  

kawalerem. W tym roku jednak postanowił się ożenić. Bardzo trafił mu 
do  
przekonania aforyzm, który gdzieś przeczytał, a mianowicie: „W 

każdym wieku  
należy się żenić. W młodości żona jest kochanką, potem towarzyszką, a 
na starość  

niańką”. Drugie powiedzonko też go dobrze nastawiło do małżeństwa: 
„Bardzo  

często oświadczasz się aniołowi — a żenisz się z kucharką”. 
Z kucharką? To świetnie — ucieszył się Mniamnik. — Lubię dobrze zjeść i  
chciałbym, aby moja żona umiała gotować. 

Zaczął się więc rozglądać za odpowiednią dla siebie żoną. 
Niestety, koleżanki w instytucji, w której pracował, nie przypadały mu 

do gustu. 
— Jak na głowie, tak w głowie — myślał spoglądając niechętnie na ich 
napuszone  

głowy. — Moja żona musi być skromniutko uczesana, ma być cicha, 
skromna i  
gospodarna. 

Zatykał uszy słysząc zawiesiste anegdotki, które opowiadały kolegom 
owe młode  

istoty; występujące w nich nieskromne części ciała wymawiane były 
przez nie z  
takim spokojem i swobodą, jak „noga”, „ręka”, „czoło”. 

Nie, żadna z nich nie może zostać Mniamnikową — rozmyślał 
przegryzając  
paznokciem. 

— A gdybyś dał ogłoszenie do KURIERA — poradził mu ze śmiechem 
jeden z kolegów —  

że poszukujesz „matrymonialnie” panienki cichej, skromnej, 
gospodarnej”. 
Ta myśl bardzo przypadła do smaku Mniamnikowi. W starych 

szpargałach odnalazł  
numer Ilustrowanego Kuriera Krakowskiego, a w nim rubryki 
„Matrymonialne” i  

background image

„Różne”. Uwagę jego zwróciło ogłoszenie: „Cichy z klatki dla samotnej”. 
Sądząc, że to nie chodzi o pokój, ale o męża, zaczął się zastanawiać. 
„Cichy”  

pasowałoby do mnie — pomyślał. — „Z klatki” również, bo przecież 
siedziałem w  
obozie, ale teraz należy wyszukać zalety, które ja pragnę znaleźć u 

mojej  
przyszłej. 

Wzdrygnął się z obrzydzenia, wyczytawszy następujące wezwanie: 
„Józiu, Mięciu,  
Lolku, Pawełku, Dudusiu, Leszku i ty, Andrzeju — opuściliście mnie, a 

teraz co?  
Po odbiór dziecka zgłosić się: ul. Równa 13, m. 50 w sieni”. 
— Fe! — zarumienił się wewnętrznie Mniamnik. — Cóż za potworne 

zepsucie z  
sanacyjnych czasów! 

Czytając dalej, natrafił wreszcie na to, o co mu chodziło: „Poszukuję na 
żonę  
panny skromnej, gospodarnej, o przedwojennych zasadach. Posag 

niewykluczony.  
Zgłoszenia z fotką posyłać do redakcji IKC, Wielopole 1 pod: „Mówią, że  
przystojny”. 

— O, to właśnie doskonały wzór na moje ogłoszenie matrymonialne — 
pomyślał p.  

Leon z zadowoleniem. — Ale ponieważ zdjęcia kłamią więc podam mój 
adres i  
godziny przyjęć. 

Napisał więc na maszynie następujące ogłoszenie: „Kawaler na 
stanowisku, bez  

nałogów, poślubi cichą, gospodarną, o przedwojennych zasadach, 
mówią, że  
przystojną. Posag niewykluczony. Przyjmuję, codziennie między 17 a 19, 

Pasiasta  
4 m. 15”. 
Ogłoszenie ukazało się „w druku w rubryce „Matrymonialne” i p. Leon 

czekał  
codziennie wieczorem z biciem serca i bębnieniem palców o blat stołu. 

Któregoś  
dnia ktoś zadzwonił. Poszedł szybko otworzyć — do pokoju weszła osoba 
płci  

żeńskiej. Gdy jednak zapalił światło, serce mu prawie bić przestało. 
Osoba,  
która weszła, była starszą damą o utlenionych loczkach i czarnych 

oczkach,  
wyglądających jak pajączki w sieci — zmarszczek. 

— Jestem skromną, cichą, gospodarną wdową o przedwojennych 
zasadach — rzekła bez  
wstępów. — Sądzę, że moja osoba w zupełności wypełnia podane przez 

pana warunki. 
— Ależ szanowna pani! — jęknął Mniamnik — przecież pani mogłaby być 
moją… moją…  

background image

ciocią! 
Dama spojrzała na niego z oburzeniem. 
— Trzeba wiedzieć, czego się chce, mój panie. Wyraźnie pan napisał w 

swoim  
ogłoszeniu, że pan poszukuje żony o „przedwojennych zasadach”. 
Przyznaję, że  

urodziłam się przed pierwszą wojną światową, ale właśnie dlatego 
hołduję  

„przedwojennym zasadom”. 
Z trudem wyperswadował Mniamnik leciwej damie, że mu nie 
odpowiada, i cierpliwie  

oczekiwał dalszych wizyt. 
Jako następna kandydatka zjawiła się u niego przystojna pani w wieku 
lat około  

czterdziestu, gładko uczesana, z dużymi kolczykami w uszach w 
kształcie  

margerytek. 
Te kolczyki zdejmę jej po ślubie i schowam — pomyślał chytrze 
Mniamnik. Poprosił  

ją uprzejmie, aby usiadła i zaczął wypytywać. 
— Jakie są pani zamiłowania? Dom, gospodarstwo, dzieci? 
— Jeśli mam być szczera, to powiem, że co to za dom i co za 

gospodarstwo  
dzisiaj. Lepiej chodzić do jakiejś dobrej restauracji. Czuję, że będę 

kochać  
pracę… męża, a sama siedzieć sobie przy radiu lub telewizorze, jak 
myszka.  

Wieczorem zaś od czasu do czasu lubię gdzieś pójść do teatru… lub na 
dansing… 

— O, moja pani — wybuchnął Mniamnik — to nie są odpowiednie 
zamiłowania jeśli  
chodzi o małżonkę dla mnie! 

— Dlaczego? — zdziwiła się młoda dama. — Przecież pan wyraźnie 
zaznaczył w swoim  
ogłoszeniu, że pragnie poślubić osobę o „przedwojennych zasadach”, a 

przecież  
przed rokiem trzydziestym dziewiątym kobiety inaczej nie żyły! 

— —————— 
Od tego czasu upłynął już rok i Leon Mniamnik jest wciąż kawalerem. 
Ostatnio  

zwierzył mi się, że pragnie znów dać ogłoszenie do rubryki 
„Matrymonialne”, ale  
tym razem zredagowane następująco: „Kawaler… etc… etc… pragnie tą 

drogą poślubić  
dzielną, pracowitą, gospodarną, umiejącą dać utrzymanie sobie i 

mężowi, o  
powojennych zasadach”. 
KTO CHCE, NIECH WIERZY… 

opowiastka surrealistyczna 
Młody narciarz w jasnej wiatrówce i granatowych spodniach, z 
nartami na ramieniu  

background image

i dumną miną nieomal Kościuszkowskiego kosyniera, wsiadł do 
rannego pociągu,  
który z Krakowa jedzie do Zakopanego. W przedziale II klasy znalazł 

wolne  
miejsce, ułożył narty i rozsiadł się wygodnie. Naprzeciwko niego, pod 
oknem,  

siedział otulony szczelnie w kraciasty pled jakiś mężczyzna o twarzy 
szarej, jak  

popielniczka, w okularach. Czytał pilnie gazetę. Pasażerowie, jadący z 
Warszawy  
do Zakopanego, drzemali, kiwając się w tył i w przód jak szmaciane 

kukły. 
Mężczyzna okryty pledem zdjął okulary, ukazał wyblakłe, jak gdyby 
wyplute oczy o  

smutnym wyrazie, pochylił się do siedzącego naprzeciw niego narciarza 
i zapytał: 

— I cóż tam, proszę pana, słychać nowego na świecie? Bo ja życie znam 
już tylko  
z gazet… 

Narciarz trochę się zdziwił, ale nie zanadto. 
— No cóż, proszę pana. Zimę mamy nareszcie! Śnieżek, że narty 
smarować. Nowy  

polski film wyświetlają. 
— A czy to dobry film? 

— Nie był pan jeszcze? Nasza produkcja filmowa bardzo się po wojnie 
poprawiła… A  
pan szanowny pewnie do Zakopanego, na wczasiki? 

— Jaaa? Nie wiem jeszcze… Pewnie zaraz następnym pociągiem wrócę 
do Krakowa… 

— To po co pan tam jedzie? — zdziwił się narciarz. 
— Muszę! — odparł pan w pledzie. 
— Lubi pan jazdę pociągami — zaśmiał się narciarz. 

— Lubię, szalenie lubię — mruknął pasażer z rozpaczą w głosie — żeby 
diabli  
wzięli takie lubienie! 

— Jakiś wariat! — pomyślał pogodnie narciarz i z plecaka wyciągnął 
kilka kanapek  

z kiełbasa, które mu mama na drogę przygotowała. Czarowny zapach 
czosnku  
rozpłynął się po całym przedziale. Pan w pledzie wyciągnął długą, 

chudą szyję i  
poruszył nozdrzami. 
— Czy mógłby mi pan dać choć jedną taką kanapkę? — rzekł błagalnym 

głosem. — Od  
trzech tygodni żyję przeważnie herbatą, kupowaną na stacjach, 

preclami i  
papierosami. Czasem kupuje sobie od chłopców z gazetami dropsy. A do 
wagonów  

restauracyjnych przejść nie mogę… 
Narciarz podsunął mu całą paczkę: 

background image

— Proszę, niech pan zdrowo wcina, mam jeszcze herbatę w termosie. 
Ale, mój panie  
— rzekł, gdy pasażer chciwie pożerał kanapki — co to wszystko znaczy? 

Dlaczego  
pan w tym ogrzewanym przedziale siedzi otulony pledem? Czemu pan 
żyje tylko  

preclami i herbatą? I czemu pan wciąż tak jeździ? 
— Czemu jeżdżę? Czemu tak żyję? Czemu jestem taki dziwny? Niech pan 

spojrzy. 
Zerknął na resztę pasażerów, wszyscy spali mocno. Szybkim ruchem 
zrzucił z  

siebie kraciasty pled. 
Pod pledem miał tylko krótkie majteczki i szare, gołe kolana… 
Nie ma człowieka normalnego, który by na ten widok nie parsknął 

śmiechem. To  
samo uczynił i narciarz. 

— Niech pan się nie śmieje! — mruknął pasażer. — To jest właśnie cała 
moja  
tragedia! 

— Ukradli panu spodnie? 
— Gorzej! A propos, czy nie ma pan drugiej pary spodni, którą by mi 
pan mógł  

pożyczyć? Odeślę je panu, pod słowem honoru! 
— Mam tylko te narciarskie, w których pojechałem… 

— Naturalnie. Pan jest taki jak wszyscy! Gdyby pasażerowie byli 
bardziej  
uczynni, mógłbym nareszcie powrócić do domu. Niech pan słucha, jaka 

straszna  
historia mi się przydarzyła. Jechałem do Karpacza na wczasy. We 

Wrocławiu miałem  
się spotkać z moją narzeczoną. Po drodze wsiadła do mojego przedziału 
jakaś dama  

z pieskiem. W pewnym momencie wstała i poprosiła, żebym jej psiaka 
potrzymał na  
chwilę. To bydlę zalało mi całe spodnie. Rzuciłem na ziemię łobuza i 

pobiegłem  
do toalety. Przeprałem spodnie, ile się dało, ale ponieważ ociekały wodą 

tak, że  
ich włożyć nie było sposobu, więc otwarłem okienko i zacząłem je 
suszyć. Pech  

chciał, że zaczepiły o zwisające nad torem gałęzie drzew i tam zostały. 
Od tego  
czasu wciąż jeżdżę… — W tym miejscu głos mu się załamał. — 

Narzeczona była na  
dworcu we Wrocławiu — ciągnął dalej. — Dziwiła się, dlaczego nie 

wysiadam.  
Opowiedziałem jej, że nie mam na sobie spodni — otworzyła usta i oczy 
szeroko!  

Nie uwierzyła w pieska i w jego niecny postępek. 
— Ach, ty świnio! — zasyczała i… odeszła raz na zawsze. 

background image

— A kto panu kupuje bilety na dalszą jazdę? — zapytał rzeczowo 
narciarz. 
— Kupuję u konduktora — już mnie znają i uważają za nieszkodliwego 

wariata.  
Jeśli się jakiś pasażer nie zlituje i nie pożyczy mi lub nie sprzeda jakich  
spodni, będę tak jeździł do końca mych dni lub też wyskoczę w biegu z 

pociągu. —  
Schował twarz w ręce, spod palców pociekły mu szare łzy. 

Narciarz przymknął oczy i po chwili zasnął smacznie. Gdy się obudził, 
pasażera w  
pledzie nie było w przedziale. Zdziwiony, zapytał konduktora co się z 

nim stało? 
— Musiał wysiąść na jakiejś mniejszej stacji — odparł wzruszając 
ramionami. — To  

zupełnie kopnięty człowiek. Tak przepadał za jazdą pociągiem, że w 
ogóle nie  

wysiadał i potrafił jeździć na tej linii tam i z powrotem, ale poza tym 
miły,  
kulturalny facet. 

„ŻYCIE MOJE JEST W RĘKACH BYLE ŁAJDAKA” 
Te słowa powiedział słynny lekarz, dr Hunter, który żył w osiemnastym 
wieku w  

Anglii i był chory na serce. Dokładniejsze wiadomości o nim znaleźć 
można w  

znakomitej książce Wiek XX i twoje serce dra Spedby Szpidbauma. 
Dr Hunter, któremu wciąż groził następny zawał, skonstatował, że 
nawet  

najsilniejsze, ale przyjemne wrażenia sercu nie szkodzą, natomiast byle 
irytacja  

może spowodować katastrofę. Co prawda poza jednym wypadkiem, 
który miał miejsce  
w Krakowie, gdy pewien przedwojenny kupiec dowiedziawszy się, że 

wygrał milion,  
zawołał: „Oj, wygrałem, wygrałem!” i padł martwy — nie słyszało się, 
aby kogoś  

ze szczęścia szlag trafił. Ze zmartwienia natomiast i irytacji mnóstwo 
ludzi  

przeniosło się na tamten świat, o którym powiedział nawet Eklezjasta: 
— „…nie  
masz pracy, ani myśli, ani umiejętności w grobie, do którego idziesz…”, 

czyli,  
że nie ma się do czego spieszyć. 
— My się nigdy nie spieszymy — popędzają nas do tego nasi bliźni i to 

już od  
rana. 

Dzwoni listonosz. „Mam dla pani liściki…” — mówi milutko. 
(…Przebaczcie im,  
albowiem nie wiedzą, co czynią, a w tym wypadku — co mówią). 

„Liściki” to np. rachunek za psa, który urósł już do osiemdziesięciu 
złotych na  

background image

skutek niezapłacenia w terminie, to propozycja (bynajmniej nie 
utrzymana w  
uprzejmym tonie), żeby „natychmiast” odesłać dowód radiofoniczny; to 

anonim  
zaczynający się od słów… Ech, wszyscy wiedzą od jakich!… ;Jest jeszcze 
wśród tej  

korespondencji zaproszenie, powiedzmy… z Ligi Przyjaciół Kobiet na 
wieczór  

autorski, oczywiście gratisowy. 
Po przeczytaniu anonimu do końca zwykle zażywa się jakiś silny środek 
nasercowy  

i podarłszy list w drobne kawałki kładzie się człowiek na tapczanie. 
Niedługo  
jednak można utrzymać serce w spokoju, ponieważ dzwoni telefon. 

— Poproszę dyrektora Chudzika do telefonu w ważnej sprawie. 
— Pomyłka — mówisz mdlejącym głosem. 

— Jaka tam pomyłka, poproszę w takim razie kierownika Zawadzkiego. 
— To nie ten numer, proszę się wyłączyć. 
— Pani jest nieuprzejma, ordynarna i ja doniosę o tym dyrektorowi 

Chudzikowi. 
Odkładasz słuchawkę i zażywasz „Cardenosinum”. 
Następny telefon jest gorszy: dzwoni twoja najzacieklejsza 

przyjaciółka, która  
właśnie wróciła z Paryża. 

— Musisz do mnie przyjść, nie masz pojęcia, ile pięknych rzeczy sobie  
przywiozłam. 
— Skąd miałaś pieniądze? — pada grobowym głosem pytanie (a 

serduszko bije  
gwałtownie). 

— Po prostu nic nie jadłam. Kto nie je, ten ma. Płaszczyk też sobie 
kupiłam.  
Żebyś widziała, jak leży! Ale tobie też coś przywiozłam… 

— Naprawdę! (serce bije normalnie: od dobrych niespodzianek się nie 
umiera). 
— Tak. Menu z kolacji w „Ambassadeur”, gdzie byliśmy całą paką. 

Uśmiejesz się,  
tyle wspaniałych potraw! 

Materiał na dusznicę lub zawał zażywa po takim telefonie 
nitroglicerynę. 
Dalszy ciąg przyprawiania nas o atak serca odbywa się w trolejbusie 

warszawskim. 
— Ale ja jestem chora na serce, nie mogę stać! 
— Tak, teraz każda to albo stara, albo w ciąży, albo chora na serce. 

Proszę  
ustąpić miejsca dziecku! — wariatka! 

Jedna moja znajoma, będąca kilka miesięcy po zawale, po takiej 
właśnie awanturze  
w trolejbusie dostała ponownego ataku. 

„Życie moje jest w rękach byle łajdaka”. — Myślmy o tym i ze swojej 
strony  
starajmy się nie skracać życia naszym bliźnim. 

background image

KTO NA CIEBIE KAMIENIEM… 
KTO? Mały czteroletni chłopak na trasie Kraków — Zakopane. 
Przebieg wydarzenia następujący: Jedzie sobie niebieska „Skoda–

Octavia” po  
świątecznym urlopie. Wóz jest własnością znanej literatki siedzącej 
koło męża– 

kierowcy. Wewnątrz wozu wśród niezliczonych walizek i płaszczy 
rozparła się  

wygodnie pewna ich przystojna znajoma. Pan N. prowadzi w tempie 
umiarkowanym,  
ponieważ jedna z pań jest nerwowa. Pogoda piękna, szosa równa. 

Humory pasażerek  
wspaniałe, Niebo mruga na nie filuternie złotymi rzęsami promieni 
słonecznych,  

co ma oznaczać: jeszcze was nie potrzebuję, możecie jechać dalej 
spokojnie. 

Gdy „Octavia” w przepisowym tempie przejeżdża przez małe 
miasteczko, nagle  
straszliwy huk. Wystrzał! Kierowca i jego żona zostają obrzuceni 

odpryskami  
szkła z szyby przedniej, w którą rzucił kamieniem mały chłopiec. 
Kierowca traci  

na moment widoczność i o mało nie przejeżdża idących bokiem szosy 
dwóch kobiet,  

po czym zatrzymuje wóz i zielony z wrażenia i wściekłości biegnie za 
małym  
chuliganem. On jednak, zdając sobie sprawę z tego co zrobił, susami 

zająca  
ucieka i chroni się do jednej z kamieniczek. 

Kierowca idzie na miejscowy posterunek milicji, gdzie urząd przy 
niedzieli  
sprawuje jeden plutonowy. Bierze on sobie do serca całą sprawę, 

opuszcza swój  
posterunek i idzie na miejsce wypadku. Przed domem, do którego 
schronił się  

„młodociany przestępca”, stoją sąsiadki i rajcują: 
— Przecież to dziecko, pani kochana — dużo wie, co robi? 

— Ot, bawiło się kamykiem — dodaje druga — a że nieszczęście chciało, 
że akurat  
trafiło kamykiem w szybę, nie jego wina. 

Milicjant, uprzejmy i kulturalny, opowiada kierowcy, jak to milicja 
poszukuje  
tego rodzaju chuliganów, którzy grasują w tej okolicy, rzucają 

kamieniami w  
przejeżdżające samochody i w okna jadących pociągów. Kary na nich są 

surowe, ale  
w tym wypadku jak tu ukarać czteroletnie dziecko? Mimo to spisuje 
protokół na  

wyraźne żądanie kierowcy. 
Czy rodzice odpowiadają za tego rodzaju zbrodnicze wyczyny swoich 
dzieci?  

background image

Odpowiadają (ale niegrzecznie). Bo czyż matka pracująca w domu, 
zaharowana,  
„zagotowana” — może dopilnować, aby dzieciak nie wybiegł na szosę? 

Wymknie się  
przecież jak kot — nie wiadomo kiedy. 
Jedna z pasażerek „Octavii”, szczęśliwa, iż uniknęła okaleczenia, 

dowcipkuje, że  
„kamień wlazł w Skodę”. Ale „Skoda” jest duża i o taką panoramiczną 

szybę jest  
bardzo trudno w Warszawie. Poza tym będą musieli jechać jeszcze 
dwieście  

kilkadziesiąt kilometrów bez szyby w lodowatą pogodę! 
Oczywiście, że mogło być gorzej, zręcznie wycelowany kamień mógł 
ugodzić  

kierowcę w twarz i wówczas… lakoniczna wzmianka w codziennej 
prasie następującej  

treści: 
„Dziewiątego kwietnia około godziny trzynastej zdarzył się na szosie 
krakowskiej  

wstrząsający wypadek samochodowy. Ob. Z. N., mąż znanej pisarki M. 
S.,  
prowadzący wóz „Octavia Super”, został ugodzony w głowę rzuconym 

kamieniem,  
stracił panowanie nad kierownicą, runął wraz z wozem do rowu. Obie 

pasażerki  
poniosły śmierć na miejscu. Kierowca walczy ze śmiercią w szpitalu. 
Oto jeszcze  

jeden przykład szybkiej i nieostrożnej jazdy”… 
Oczywiście jak zwykle kierowca winien. 

Można rzec „od kamyczka do… rzemyczka’” — najpierw kamień, celnie 
rzucony z taką  
siłą, że prysła w kawałki szyba „Skody”. A później? Zręcznie rzucone 

lasso na  
niewinnego przechodnia albo paseczek zaciśnięty mocno na szyi 
babuni… 

Wsiadając do okaleczonego wozu pasażerowie usłyszeli, jak koledzy 
małego  

chuligana podziwiali jego wyczyn: 
— Ale sobie fajno przyuważył — noo! 
— W sam środek szyby wycelował, cholera — dodał ze znawstwem 

drugi. 
— Wiecie — rzekł najstarszy z nich — z tego Mirka to jeszcze będą 
ludzie… 

CZY KUPUJEMY KOTA W WORKU? 
Do Domu Mody „MEWA” wszedł mężczyzna w wieku przeciętnym. Jego 

okulary rzucały  
złowrogie błyski. 
— Gdzie jest kierowniczka? — zapytał gromkim głosem. 

Dystyngowana starsza dama ubrana elegancko, ale ze skromnym 
umiarem, wysunęła  

background image

się zza kotary. Obrzuciła mężczyznę wzrokiem łaskawej królowej i 
zapytała, czego  
sobie życzy! 

— A czemu to szanowna pani nie ma na sobie, zamiast sukni, haleczki 
sięgającej  
do połowy uda, w uszach murzyńskich kolczyków z plastyku, a na 

nogach  
dziecinnych pantofelków z kokardką? 

— Pan się pomylił w adresie — odpowiedziała dama ironicznym tonem 
— to nie jest  
Przychodnia Neurologiczna, tylko Dom Mody „MEWA”. 

— To pani jest typem patologicznym stwarzając te wariackie modele. 
Byliśmy z  
żoną na pani ostatnim pokazie i od tego czasu nie ma już u nas 

normalnego obiadu  
ani kolacji! 

— A cóż mnie, mój panie, może obchodzić pański obiad lub kolacja? 
— Właśnie o to chodzi, że panią mężczyźni nie obchodzą. Ich gusty i 
potrzeby.  

Moja żona, aby się wcisnąć w te wąskie sukienczyny, MNIE głodzi! 
— Proszę pana, dość już tego. Przeszkadza nam pan w pracy! 
— Oo, nie tak szybko, moja pani! 

— Będę zmuszona poprosić milicjanta, aby pana stąd wyprowadził! 
— Każdy sierżant czy kapitan milicji, jeśli był z żoną na pani pokazie 

mody,  
przyzna mi rację. Pani jest jak ta Baba Jaga z bajki o Jasiu i Małgosi, 
która  

złapane przez siebie dzieci tuczyła, aby były smaczniejsze do schrupania 
— tylko  

że pani czyni to przeciwnie i głodzi swoje modelki, aby były coraz 
chudsze. To  
przecież już nie są kobiety, ale wieszaki na suknie! 

— A cóż pana obchodzą moje modelki! Co za bezczelny typ! O co panu 
właściwie  
chodzi? 

— Chodzi mi o to, że pani propaguje tę ohydną zagraniczną modę u nas 
w Polsce,  

gdzie przeważnie kobiety nie mają do tych pani modeli odpowiednich 
kształtów.  
„Mini–jupes na maxi–dupes” zarechotał szyderczo. 

Kierowniczki Domu Mody nie miewają zazwyczaj poczucia humoru, 
więc pani MEWA,  
zamiast się roześmiać, zmarszczyła jeszcze bardziej czoło. 

— Pan jest wręcz ordynarny i wulgarny. Paryż nie może się stosować do 
kształtów  

pańskiej małżonki — zemściła się. 
— Ale my nie jesteśmy w Paryżu, tylko w Polsce. 
— Zresztą nasze modele są przeznaczone wyłącznie dla młodych i 

szczupłych. 
— Wiem… dla tych „wąskotorsowych piosenkarek i aktorek, które 
wyjeżdżają na  

background image

Zachód”. 
— Żeby pan wiedział… Nie możemy dopuścić, aby w Paryżu lub 
Londynie czy też  

Stanach wyśmiewano się z ubrania polskich kobiet. Zresztą pan nie jest 
znowu  
taki młody i chyba pamięta ze swoich studenckich czasów kobiecą modę 

po  
pierwszej wojnie światowej. Nastała moda na małą dziewczynkę, taką 

„Lolitkę” (to  
słowo wymówiła z pewnym rozczuleniem). Spódniczki ponad kolana, 
białe pończochy,  

dziecinne pantofelki z kokardką i krótko ostrzyżona czuprynka. Prawie 
to samo co  
teraz. Nikt się tej modzie nie dziwił, nikt nie wygrymaszał i nawet 

dojrzałe  
panie przyjęły ją bez zastrzeżeń. 

— Wiem. Mam zdjęcie mojej matki z tych czasów. Wygląda wręcz 
karykaturalnie. Ale  
widzi pani (mówił już łagodniej i mniej agresywnie), Francja, która tę 

dziecinną  
modę lansowała, była po tamtej wojnie mocno wyludniona. Mężczyźni 
zaś, ci,  

którzy pozostali przy życiu — wyczerpani i wyzbyci sił żywotnych. 
Chodziło o to,  

aby ich czymś podniecić, a cóż może mężczyznę bardziej podniecić niż 
widok  
młodej dziewczynki… Więc jak pani widzi, owa moda miała swój cel i 

podłoże  
społeczne. Ale dlaczego dzisiaj, kiedy przyrost ludności na całym 

świecie, a już  
w Polsce w szczególności, podniósł się znacznie, dlaczego dzisiaj 
wracamy do tej  

groteskowej mody? 
Dama uśmiechnęła się tajemniczo i rzekła zapalając papierosa: 
— Sam pan powiedział, że przyrost ludności w naszym kraju jest 

nadmierny… 
— Owszem — ale do czego pani zmierza? 

— Do czego zmierzam? — Polskim mężczyznom na ogół ta moda się nie 
podoba.  
Powiadają, że pokazywanie przeważnie niezgrabnych kolan naszych 

rodaczek nie  
tylko, że nie działa na nich podniecająco, ale przeciwnie… ostudza 
wszelkie  

erotyczne zapały. Suknie–woreczki, tak przez nas lansowane, które 
zamazują  

kobiece kształty, przyznaję, nie działają mężczyznom na zmysły. Czyli… 
nasza  
obecna moda ma również podłoże społeczne. Za wiele jest dzieci — w 

stosunku do  
ilości mieszkań. Teraz już pan zrozumiał?… Moda zawsze wie, co robi, 
nigdy nie  

background image

bywa bezmyślna… 
U CIOCI NA IMIENINACH 
Mama wymogła na Bogusiu, aby przed pójściem na imieniny do cioci 

ostrzygł się. 
— I każ fryzjerowi umyć porządnie włosy. 
— O, co to, to nie — zaoponował stanowczo. 

— I zmień buty. Jak ty w nich wyglądasz? Zadzierają nosa do góry, no i 
te  

wysokie obcasy! 
— Butów innych nie włożę. Te są najmodniejsze. Mama westchnęła, ale 
krótko i  

tylko raz, bo musiała sobie umalować usta. 
Ciocia Jańcia była osobą wpływową, ponieważ jej sklepik galanteryjny 
dawał duże  

wpływy. Jej imieniny obchodzono co roku bardzo wspaniale. Wszyscy 
goście,  

‘którzy się na nich zjawiali, mieli tytuły takie, jak .,pan mecenas”, „pan  
profesor”, „pan dyrektor”, a ich samiczki to były same panie 
profesorowe,  

dyrektorowe i mecenasowe. Z młodszego pokolenia byli panowie 
doktorzy,  
magistrowie i inżynierowie, słowem elita, a kożuszek tej śmietanki 

stanowiła  
sama pani domu, osoba w leciech, biuściech, prawdziwa dama, pełna  

najgościnniejszych uśmiechów, hołdująca staroświeckim zasadom. 
Każdego gościa  
witała na progu swojego salonu w ten sposób, jakby on był właśnie tym  

najbardziej oczekiwanym, którego przybycie ogromnie ją ucieszyło. W 
jej  

powitaniach była jak gdyby nutka radosnego zdziwienia: 
— Ach, jest i pani mecenasował Jakże się cieszę! 
— No, wiecie! Pan dyrektor, mimo że taki zajęty, co za radość dla 

mnie!… 
Długi stół wyglądał jak kolorowe reklamy wyszukanych potraw w 
jakimś francuskim  

ilustrowanym tygodniku — „Paris Match” lub „Elle”. 
Wprost żal było atakować łakomie te przepyszne, artystycznie ułożone 

galarety z  
ryb, majonezy, piersiątka indycze, wyszukane sałatki. Pani domu 
starała się  

potrawy, które z wdzięcznym uśmiechem podsuwała gościom, 
traktować też na równi  
i z taką samą ciepłą intonacją w głosie, jak każdego ze swoich gości: 

— Proszę, może szyneczki? A może indyka w galarecie? Panie mecenasie, 
radzę  

wpierw śledzika. Tu jest sałatka jarzynowa, a tutaj szparagi w 
majonezie. A może  
cielęcinki na zimno? Kto chce koniaku, a kto czysta wyborową? 

Po tej wspaniałej libacji goście przeszli do gabinetu pani domu na 
czarną kawę i  
torty. 

background image

— Teraz panna Małgosia coś nam zaśpiewa. Małgosia, dziewczę smukłe 
i długonogie,  
czarnookie i wyskubanobrewe, stanęła przy fortepianie i zaśpiewała  

melodeklamacyjinie jakąś nowoczesną piosenkę z gatunku „literackich” 
(ponieważ  
nawet literaci ich zrozumieć nie mogą). Otrzymała przyjazne oklaski. 

— A teraz — rzekła ciocia Jańcia — Boguś nam coś zadeklamuje. 
— Nie chcę — mruknął chłopak wpatrzony w zadarte kwadratowe nosy 

swoich modnych  
półbutów. 
— Nie daj się prosić, kochaneczku. Wiemy, że łatwo uczysz się wierszy 

na pamięć.  
Słyszałam kiedyś, jak pięknie recytowałeś Gałczyńskiego. 
— Ech… to było dawno; teraz uczę się innych wierszy, bardziej 

nowoczesnych. 
— No to prosimy. 

— To będzie wiersz z 2 numeru miesięcznika „POEZJA” — rzekł Boguś i 
stanął przy  
fortepianie. Włożył obie ręce do kieszeni od spodni i zaczął recytować: 

NIE POWIEDZIAŁA: KANOLDY 
Były fordanser wrócił z Ameryki 
Ameryka go wyrzuciła czepił się 

Murzyna siedział pod teatrem na 
Plantach, mówił, że bywał u Zapolskiej 

paliła fajki, były u niej panie 
rozmawiały: 
a ona od razu: 

— Pani się pierdzieć zachciewa 
w towarzystwie? Czy się pani wściekła? 

Gdy to ostatnie słowo przebrzmiało, rozległ się nagle jakiś hałas. To 
ciocia  
Jańcia spadła z kanapy zemdlona. Wszyscy przerażeni pobiegli ją cucić, 

tylko  
mama Bogusia, czerwona ze wstydu, porwała synka za rękę i wybiegła 
z nim do  

przedpokoju. 
— Idioto — zasyczała — taką wpływową ciotkę tak zaszokować! Ubieraj 

się —  
wracamy do domu! 
MĄŻ W SKLEPIE 

Chodząc po mieście i obserwując kobiety, które wyszły na wycieczkę 
eksploracyjną  
po sklepach, nie mogę się nadziwić, dlaczego taszczą one ze sobą męża? 

Czy  
potrzebują jego bezcennej rady? Przecież przeciętnie polski mąż zna się 

na  
damskich fatałaszkach tyle co pies lub koń. Pieniądze i tak już dał 
swojej babie  

na owe stroiki, odżałował i przebolał już ów ciężko nieraz zapracowany 
grosz,  
więc po cóż, ach po cóż? 

background image

Czy jest to tak właściwy kobietom sadyzm? 
A może boją się pozostawić męża samego w domu? 
Mąż pozostawiony samotnie w mieszkaniu może widocznie nabroić tak 

samo jak małe  
dziecko. Będzie się bawił nożem i nagle utnie kawał przygotowanej na 
niedzielę  

kiełbasy. Potrafi także bawić się zapałkami, wypali naraz dziesięć 
papierosów i  

dziurę w serwecie. Otworzy okno i będzie się w niebezpieczny sposób 
przechylał,  
ażeby zobaczyć mieszkankę z przeciwka. Stanowczo, niebezpiecznie jest 

zostawiać  
męża samego w mieszkaniu. 
— Pójdziesz ze mną po sprawunki! — oto konkluzja owych refleksji. 

— Stoją więc już przeszło kwadrans przed wystawą z damskimi 
materiałami i biedne  

chłopisko musi zadecydować, czy urocza postać własnej magnifiki 
będzie lepiej  
wyglądała ukwiecona czy „opasana”. 

— Więc co wolisz? Kwiatki czy paski? 
— Co ty chcesz ode mnie? Ja się na tym nie znam. 
— Taak, a potem będziesz grymasił. 

Chłopisko czuje się upokorzone własną ignorancją. 
— Kwiatki na lato, owszem, ale z drugiej strony paski może 

praktyczniejsze… W  
każdym razie coś, co by figury zanadto nie uwydatniało… 
— Głupiś, ruszaj za mną do sklepu! Kupujemy materiał w kwiatki… 


Kupuję w sklepie z bucikami letnie pantofle, koło mnie spoczywa tęga 

damula,  
która przymierza już dziewiątą parę z rzędu. Obok niej siedzi znękany 
mąż  

mrugając czerwonymi oczkami. Zmęczonym, tępym wzrokiem spogląda 
na dobrze mu  
znaną, szeroką stopę żony nie przedstawiającą szczególnej atrakcji, 

ginącą co  
chwila w innym buciku. Wszystko mu jedno, jakie baba buciki 

wybierze, byleby się  
już raz ta piła skończyła. 
— Trochę cisną w palcach — mówi żona. 

— Teraz cisną, bo masz spuchnięte nogi… Pójdziesz raz i drugi do zimnej 
kąpieli  
i będą w sam raz… 

— Może łaskawa pani przymierzy większy numerek — proponuje 
subiekt. 

— O wiele za duże! — skarży się dama. 
Mąż nieznacznie wzdycha. 
— Nogi ci w lecie spuchną i wówczas będą w sam raz. Lepiej mieć na lato 

większy  
bucik… 
— A te znowu o cały numer za małe! 

background image

— Teraz za małe, a jak je rozchodzisz, to będą zupełnie dobre. Weź te i 
chodźmy  
już… 

— A może pan ma pośredni numer między tym a tym? — „Szerokopalca” 
znów wielką  
stopą merda w powietrzu. 

— Niestety, pani dobrodziejko, mamy tylko albo duże numerki, albo 
małe,  

pośrednich panie, nie żądają. Nie nosi się takowych. Paryżanki noszą 
obecnie  
zupełnie małe buciki albo bardzo duże, średnich numerków wcale nie 

sprowadzamy… 
— No widzisz. Jak niemodne, to nie ma się nad czym zastanawiać… 
Bierzemy te i  

chodźmy!… 
STRACH MA WIELKI BRZUCH 

— Przyjdź dziś do mnie na obiad — rzekła Florentyna. — Taki skromny 
domowy  
obiadek: rosołek z makaronem — lubisz? 

— Bardzo — odparłam. 
— Ja ciebie też szalenie. No to o drugiej. Florentyna w fartuszku 
malowanym w  

imbryki, ze swoją twarzą okrągłą, białą, z uszami jak filiżanka do 
rosołu,  

wyglądała apetycznie i gościnnie. Rosołek z makaronem był wspaniały. 
Flora była jednocześnie kucharką, kelnerką i panią domu. 
Westchnęłam, że nie  

jestem mężczyzną — oto ideał żony. Makaron z pomidorami, który 
podała na drugie,  

był pikantny i tak delikatny, że pomyślałam o różowych gołych 
dżdżownicach,  
które widywałam w rozkopanej ziemi. 

— Dobry makaronik — zagadała pani domu. — Jeszcze ci nałożę. Jedz, 
jedz,  
kochana, jest tego pod dostatkiem… 

Gdy na deser podała z tajemniczą minką gastronomicznej figlarki 
rondel, który  

zawierał makaron zapiekany z jabłkami, zdziwiłam się nieco. 
— Te nitki, czyli cieniutki makaron, najlepsze właśnie na deser. 
Prawda? Żebyś  

wiedziała, jaka jesteś milutka i młoda — jak się tak gimnastykujesz z 
tym  
makaronikiem, tobyś nigdy nic innego nie chciała jeść. Pokraj sobie 

nożem, to ci  
tak nie będzie leciał z widelca. 

— Już nie mogę. Ale gdzie jest twój mąż? 
— Poszedł do restauracji na obiad. Od tygodnia już w domu nie jada. 
Czy  

pozwolisz, że ci jeszcze nałożę? Mnie to szalenie smakuje. 
— Mnie też. A on co? Nie lubi makaronu? 

background image

— Tak, wyobraź sobie. A przecież nas nie stać na to, aby nie jeść 
makaronu,  
skoro go w domu jest tak dużo. Poza tym przyznam ci się, że ja wydałam 

na te  
zapasy tyle pieniędzy, że już nie mogę sobie pozwolić na inne obiady. 
Ale czy te  

chłopy cokolwiek rozumieją! 
— Banda kretynów — dorzuciłam. 

— Wojnę to bydło potrafi robić — rzekła Florentyna na pożegnanie — ale 
pomyśleć  
o tym, co ludność cywilna będzie jadła wówczas, kiedy te wielkie 

pieczarki w  
sosie nuklearnym wybuchną w powietrzu, nie potrafią. 
* * * 

Od tego czasu, gdy któraś z moich znajomych zaprosi mnie na obiadek 
lub  

kolacyjkę — informuję się z głupia frant, jakie zrobiła zapasy: Jeśli 
powie, że  
trzy tygodnie temu kupiła kilkadziesiąt kilo makaronu, mąki, tyleż 

owsianki i  
stopiła kilka kilo smalcu — mówię, że niestety jestem na diecie i przyjść 
nie  

mogę. Jeśli natomiast powie, że zakupiła kilka butelek koniaku, sto 
puszek  

sardynek i kilkadziesiąt raczków rosyjskich — czekam na zaproszenie. 
Ale rzecz  
dziwna. Te osoby jakoś nigdy nie zapraszają i nawet twierdzą głupio, że 

puszki i  
butelki mogą stać i nie psują się. 

Przypomniałam sobie właśnie, że Joanna pochwaliła się, iż wykupiła w 
mieście  
cały zapas macy. Poszłam do przezornej Joasi, ponieważ szalenie lubię 

macę. 
— Masz tyle paczek macy — rzekłam — odstąp mi kilka, przynajmniej 
dwie… 

— Nie mogę — odparła — dopóki sytuacja polityczna się zupełnie nie 
wyklaruje.  

Gdy nareszcie nastąpi ogólne rozbrojenie, dostaniesz ode mnie w 
prezencie całą  
paczką. Na razie mogę ci odstąpić po cenie kosztu kilkanaście par 

sznurowadeł,  
wkładki do pantofli, nasiona do kwiatów, krochmal… 
— A papieru higienicznego nie masz? Chętnie kupię. 

— Niestety, ten papier wykupili od razu ci, co się najwięcej bali… Znam 
takich.  

Twierdzili, że pralnie chemiczne mogą być wtedy nieczynne. 
NIE POŻYCZAJ — ZŁY OBYCZAJ 
Tak brzmi stare przysłowie, ale nie wiadomo, czy nie pożyczaj od kogoś, 

czy też  
nie pożyczaj komuś? Zaraz po wojnie, gdy o zarobki było trudno, 
pożyczanie  

background image

pieniędzy od przyjaciół i znajomych nie było żadnym wstydem. 
Oczywiście nie  
należało to nigdy do przyjemności. I ów pokorno–swobodny ton, jaki 

się  
przybierało prosząc o tego rodzaju przysługę. I te nieraz nieprawdziwe  
zapewnienia: „Oddam ci za trzy dni — otrzymuję grubszą zaliczkę” itp. 

Pewien  
znany satyryk miał inny system, który można by nazwać „za cenę 

strachu”. 
— Pożycz mi natychmiast sto złotych! 
— Przysięgam ci, że jestem bez grosza! 

— Chcesz dostać w mordę?! 
Zaskoczony taką groźbą kolega poszedł do swojego kumpla, pożyczył od 
niego  

żądaną kwotę i wręczył tamtemu. Gdy ów satyryk później dorobił się, a 
jakiś  

kolega chciał od niego pożyczyć skromnie pięćdziesiąt złotych, odparł z 
dowcipną  
fanforonadą: „Niżej stu złotych nie pożyczam!” Dzisiaj kiedy literatom  

przeważnie nieźle się powodzi, mają własne mieszkania, samochody, a 
niektórzy  
nawet nie wsiądą niżej „Opla” lub „Fiata”, pożyczanie pieniędzy od 

kolegów stało  
się sprawą wstydliwą i urabiającą złą opinię. „Wiesz — opowiada 

później ten,  
który pożyczył — ona jest w nędzy, pożyczyła ode mnie trzysta złotych!” 
Stopień  

niedostatku oblicza się też na sumę, jaką się pragnie pożyczyć: niżej 
pięciuset  

bezwarunkowo nie należy się upokarzać. A wpierw powinno się 
odważnie poprosić o  
pożyczenie „patyka”. Gdy ofiara zacznie się wzbraniać przed tak dużą 

sumą,  
należy cokolwiek łaskawie opuścić. W takiej właśnie „podbramkowej” 
sytuacji  

znalazł się popularny powieściopisarz, Jan Polikarp Węgrzynek. Był 
właśnie w  

trakcie pisania „tasiemca”, co jak wiadomo jest dla pisarza sprawą 
deficytową  
(bo kiedy się połknie pierwszą zaliczkę, to co potem?), i w domowej 

kasie  
pozostał tylko jeden różowy plasterek, czyli setka. Popularnie zwany 
„Karp”  

postanowił więc pożyczyć od któregoś z dobrze zarabiających kolegów. 
— Jak to — zdziwił się tamten — ty, który tak fantastycznie zarabiasz, 

zostałeś  
bez forsy? 
— Mam na książeczce samochodowej — skłaniał Karp — ale nie chcę 

wyciągać, pożycz  
mi na tydzień patyka. 

background image

— Ja tak samo — zaśmiał się kolega. — Mam kilka książeczek PKO, ale 
nie mogę nic  
wyciągnąć, bo mi —przepadnie wygrana samochodu albo wysoki 

procent. Do  
pierwszego musimy z żoną oszczędzać. Wybacz, ale doprawdy nie 
jestem w stanie… 

Inny uboższy kolega wybuchnął nieutulonym śmiechem. — A to 
paradne! — rzekł. —  

Właśnie wybierałem się do ciebie, abyś mi pożyczył 500 zł. Znalazłem 
się w  
głupiej sytuacji… Ale za tydzień otrzymam grubszą forsę za mój 

scenariusz. 
Żona, dowiedziawszy się o jego kłopotach, nie załamała się, tylko 
postanowiła  

wybrać się do starej ciotki emerytki, która dostawała paczki z 
zagranicy i  

zawsze miała jakieś zaskórniaki. 
— Cóż to się stało — zawołała ciotuchna na widok siostrzenicy — żeś 
sobie nagle  

przypomniała o starej ciotce. Siadaj, kochanie, zaraz ci zaparzę dobrej  
angielskiej herbaty. 
— Ciociu — zaczęła po zjedzeniu kilku kawałków domowego placka 

swoją wstydliwą  
prośbę — chciałam ciotuchnę prosić o małą pożyczkę… 

Ciocia była trochę głucha. — Porzeczek nie mam, moje drogie dziecko, 
ale mam za  
to znakomite truskawki własnego smażenia. Zaraz przyniosę. 

Czy można było w takiej sytuacji wyznać, po co tu właściwie przyszła? 
Zjadłszy  

pełen talerzyk konfitur, z ciastem w żołądku, ale z cierniem w sercu,  
odsiedziała jeszcze chwilę, po czym pożegnała się i wyszła. Idąc do 
przystanku  

trolejbusowego przypomniała sobie, że jedna jej znajoma, Krysia, 
pożyczyła od  
niej dwa lata temu dwieście złotych. Wstyd było upominać się o tak 

drobną sumkę,  
ale skoro nie było innego wyjścia. 

— Słuchaj, Krysieńko, pamiętasz, dwa lata temu pożyczyłam ci 200 zł. 
Nie  
upominałam się, bo to taki drobiazg, ale dzisiaj właśnie zostałam bez 

grosza.  
Czy możesz mi je oddać? 
— Jak to? — zdziwiła się tamta — przecież ja ci już dawno oddałam. 

— Może komu innemu, ale nie mnie. 
— Możliwe, nie przysięgnę, takiej drobnej sumki to się nie pamięta, ale 

wiesz,  
jestem zdumiona, ty, żona tak dobrze zarabiającego pisarza? Nie wstyd 
ci  

upominać się o taką bagatelę. Zresztą, cóż łatwiejszego, pożycz od męża. 
— Nie mogę — skłamała tamta — pokłóciliśmy się, nie rozmawiam z nim. 

background image

Pożegnały się chłodno i pani Polikarpowa wyszła oklapnięta jak 
pięciodniowy  
goździk. 

— No i co? — zapytał gorączkowo mąż. — Pożyczyłaś od ciotki? 
— Gdzie tam. ciotka jest bez grosza. 
— I co będzie? 

— Zacierka na mleku. 
— —————— 

W takich sytuacjach kobieta jest zaradniejsza od mężczyzny, 
Polikarpowa  
postanowiła pójść na ciuchy i sprzedać swojego starego misia. Pech 

chciał, że  
był to dzień, w którym wiele jej znajomych poszło na bazar. 
— Pokaż, coś kupiła? — zainteresowała się jedna z nich. — Ech, takiego 

starego  
misia. A ile zapłaciłaś? 

— Pięćset — skłamała — ale jak chcesz, to ci go sprzedam za czterysta. 
— A kto by kupował takiego starego grata. Tylko wieś nosi misie. 
Szukam białego  

anilinowego sweterka. 
Załamana, z misiem pod pachą, wracała pani Polikarpowa do domu. W 
windzie  

spotkała sąsiadkę, bardzo zamożną panią, której znany pisarz 
ogromnie imponował.  

Zamieniły jak Angielki kilka uwag o pogodzie i sąsiadka 
zaproponowała, aby do  
niej na chwilę wpadła. Bóg mi ją zesłał — pomyślała bohaterska żona — 

poproszę  
ją o pożyczkę tysiąca złotych, będzie zaszczycona takim dowodem 

zaufania. 
W mieszkaniu sąsiadki pełno było dymu i gości. Wszyscy obskoczyli 
żonę sławnego  

pisarza i zaczęli wychwalać powieści jej męża. Jeden z panów nalał jej 
kieliszek  
koniaku, drugi podsunął pudełko „Cameli”, pani domu cała w 

uśmiechach nałożyła  
jej na talerzyk kilka kanapek z kawiorem. 

— Mam nadzieję, że teraz państwo wpadną kiedyś do nas — rzekła 
swobodnie  
Polikarpowa żegnając się z uprzejmą panią domu. Prosić o pożyczkę w 

takiej  
sytuacji byłoby nietaktem i wprost nieprzyzwoitością. 
— No i co — dopytywał się mąż — zdobyłaś forsę? 

— Niby skąd miałam zdobyć? Dlaczego ty się nie postarałeś? 
— Do jasnej cholery! — zaklął małżonek. — Ja mam z tobą życie! 

— A ja z tobą — odcięła się — wszyscy myślą, że tak świetnie zarabiasz, a 
w domu  
nędza! 

— A o co właściwie chodzi? — zapytał ich synek Iruś, rysujący coś przy 
jadalnym  
stole. 

background image

— A co cię to obchodzi? — odburknął ojciec. 
— Po co bujasz, tata, wiem, że nie macie forsy. Ale ja mógłbym 
ewentualnie coś  

na to poradzić. 
— A cóż ty nam możesz poradzić, biedaku — pociągając nosem odparła 
mama. 

— Tylko bez „biedaku”. Ile wam potrzeba: pięćset, sześćset? Ma się te  
zaskórniaki — dodał z pogardliwą wyższością. — Ja nie szastam tak jak 

wy na  
głupie bridże, teatry, kawiarnie. 
— Naprawdę nam pożyczysz, syneczku? Tylko na tydzień… 

— Dobra, dobra, może być i na dwa. Ale za to jutro nie pójdę do szkoły. 
No i  
procencik oczywiście. 

POPIOŁY NIE POSZŁY W LAS 
Żuk ukończył piętnasty rok. Jego brat Miś miał czternaście. Nie byli 

jeszcze  
chuliganami, ale zwykłymi urwisami. Mieli zawsze podarte spodnie, 
podrapane  

ręce, podbite jedno oko i brudne uszy. 
— Uszy są do słuchania, a nie do mycia — twierdził stanowczo Żuk. 
— Od mycia uszu głuchnie się — mówił Miś — i dlatego psy mają taki 

dobry słuch,  
bo im nikt uszu nie szoruje. 

Akurat wyświetlano w tym czasie film Popioły i kto żyw starał się o 
bilety na  
ten film–gigant. 

— Weźmiemy chłopców na Popioły — postanowił ojciec Misia i Żuka. 
— Czyś ty oszalał — zaoponowała ich matka. — Przecież Popioły 

Żeromskiego  
stanowią lekturę szkolną w dziewiątej czy nawet dziesiątej klasie. 
— No, skoro jest na afiszach, że dozwolony od lat czternastu, to 

widocznie te  
drastyczne momenty, które są w powieści, zostały pominięte. 
— My i tak pójdziemy — odezwał się ponurym głosem Miś — ma się te 

znajomości i  
chody… 

Tato „przez znajomości” postarał się o cztery bilety i cała rodzina 
wybrała się  
o godzinie 18 do sali Kongresowej, gdzie wyświetlano obie serie naraz. 

— Ale fajne trupy, nie — mruknął w pewnym momencie Żuk. 
— Nooo — przytaknął z aprobatą Miś. 
— Oj, jak ten facet dynda! Księżulo przyszedł go pobłogosławić na 

dalszą drogę  
życia… pozagrobowego! 

— Nic mu to nie pomoże. Kojfnie lada chwila. Patrz Misiek, jęzor 
wyciągnął —  
hihihi! 

— Cicho, chłopcy! — ofuknął ich ojciec — przeszkadzacie innym… 
— A przedtem też było fajnie — zaszeptał Miś — jak temu chłopu głowę w 
deseczkę  

background image

włożyli. W dechę zabawa, niee? 
— Noo — przytaknął głośno Miś. 
— Cicho, chłopcy, bo was wyprowadzę! 

— Spróbuj, tata. Idealny film — na medal! 
W kilka dni później, gdy rodzice wrócili pod wieczór do domu, usłyszeli 
wrzask,  

jazgot i z kuchni wypadła na nich czereda przebierańców. Byli to 
koledzy i  

koleżanki Misia i Żuka. Jedno miało na głowie rondel, a na nim 
kapelusz pani  
domu, drugie nałożyło na twarz jakąś przeraźliwą maskę, inne z dzieci 

okryło się  
całe kocem i schowaną pod nim miotłą podnosiło go wysoko do góry. 
— Czyście powariowali?! — wykrzyknęła na ten widok matka Misia i 

Żuka. 
— Jasne! My som wariaty z Saragossy! Uuuuu! 

Po chwili dziewczynki ulotniły się i za chwilę wróciły owinięte w białe  
prześcieradła. Chłopcy kwicząc z uciechy zaczęli je gonić po pokoju, 
obejmować i  

przyciskać do ściany. 
— A to co znowu! — jęknęła mama. 
— Nie pamiętasz, mama, z filmu Popioły gwałcenie zakonniczek! Ty, 

Jolka, ciapa z  
ciebie. Nie umiesz się bronić przed gwałtami żołdaków. Ale fajna 

zabawa, niee! 
— Matko Boska! A mówiłam ojcu, żeby ich nie brać na ten film! Ale ty 
zawsze  

przeciwko mnie:— zwróciła się do męża. 
Gorszy był jednak numer, kiedy nazajutrz Miś z Żukiem namówili 

kolegę z tej  
samej klasy, aby się dał powiesić. 
— Jak już będziesz dyndał na drzewku, to my cię odwiążemy. Nie bój się! 

Postawili go pod drzewkiem na podwórzu, zarzucili mu pętlę ze sznura 
na szyję i  
kazali mu stanąć na kopcu z kamieni. 

— Na: raz, dwa, trzy — wysuniemy mu kopiec spod nóg i zadynda! 
— Ja nie chcę! Puśćcie! — zaryczała ofiara. Usłyszały wrzask chłopca 

mieszkanki  
kamienicy i przybiegły mu na ratunek. 
— Gdzie rodzice? Gdzie matka tych chuliganów, młodocianych 

przestępców! —  
krzyczały jedna przez drugą mamusie, prowadząc za rękę zapłakanego i 
zielonego z  

przerażenia chłopczyka. 
— My nie żadni młodociani przestępcy, proszę pani — tłumaczył się Żuk. 

— Myśmy  
tylko chcieli odegrać scenę z filmu Popioły. — Jemu by się nic nie stało,  
przecież aktorzy, którzy w tym filmie grali, też byli wieszani, bici i  

mordowani, a przecież wszyscy żyją. Najpierw trzeba zobaczyć ten film, 
a potem  
szurać. Zabawa i tyle! 

background image

Sprowadzeni „na miejsce zbrodni” rodzice Misia i Żuka zaczęli im robić 
porządne  
lanie. 

— Vive l’empereur! — wykrzyknął bity przez ojca Żuk. 
— Niech żyje cesarz! — zawtórował mu bohatersko Miś, któremu mama 
sprała  

porządnie tyłek. — Niech żyje! 
Wtedy to matki podały do jednego z warszawskich czasopism prośbę, 

aby zmienić  
granicę wieku dzieci, które by mogły oglądać Popioły z lat czternastu na  
szesnaście, na co się agencje filmowe łaskawie zgodziły. 

„ZAPOZNAM MATRYMONIALNIE” 
Tak sformułowane zdanie mogło być dawniej użyte tylko w formie 
żartobliwej.  

Dzisiaj czytamy je wydrukowane czarno na białym w rubrykach 
czasopism  

stołecznych pod: „Matrymonialne”. 
Ów przysłówek najwidoczniej powszechnie przyjęty i uznany — otwiera 
szerokie  

możliwości w sprawach… że tak powiem męsko–damskich. A więc — 
zamiast  
„matrymonialnie” piszemy zupełnie szczerze na przykład: „Poznam 

zarobkowo  
dyrektora objazdowych rewiowych teatrzyków” albo „Poznam 

wczasowo młodą,  
przystojną, niebiedną” albo „Chciałabym poznać motocyklowe pana do  
pięćdziesiątki ze średnim wykształceniem”. 

Przysłówek „matrymonialnie” ma w sobie coś niepewnego i 
zakłamanego, a jeśli  

ogłaszającym jest młody mężczyzna, który poszukuje: „dobrze 
sytuowanej” i w  
dodatku „domatorki”, to „strzeż się dziewczę, strzeż!” W osiemdziesięciu  

przypadkach na sto pożyczy od domatorki (dobrze sytuowanej) kilka 
tysięcy pilnie  
jej przykazując, aby nie wychodziła z domu, kupi sobie w Pawilonach 

„kompleksowe  
ubranko”, „ciastka na wynos” i z ładną dziewczyną pod pachą pójdzie 

na Warszawę.  
Do domatorki, która wciąż na niego we łzach czeka, powróci raz jeszcze, 
aby znów  

od niej pożyczyć grubszą forsę, po czym więcej się nie pokaże. 
Mężczyznom odradzałabym te, które ogłaszają się jako „zaradne 
wdowy”, „samotne z  

własnym mieszkaniem”. 
Hm… zaradna wdowa. A jak ta „zaradna” doszła do tego, aby być 

wdową? Czy aby  
legalnie? A może już poprzednio poradziła sobie z kilkoma mężami? 
Lepiej z daleka od „zaradnej” z własnym mieszkaniem. 

Mam kuzynkę, we własnym mniemaniu „młodą, przystojną, samotną”, 
z których to  

background image

przymiotników tylko ostatni zgadza się z prawdą. Z braku znajomości 
chce znaleźć  
męża z drobnych ogłoszeń, które starannie czyta. 

— Słuchaj — rzekła kiedyś do mnie rozpromieniona, trzymając w ręce 
gazetę.  
Znalazłam to, czego właśnie szukam: „Starszy, samotny, kulturalny 

(wyższe  
wykształcenie) — zapozna matrymonialnie pannę o podobnych 

walorach”. Widzisz!  
wykrzyknęła triumfująco „o podobnych walorach”, czyli że kandydatka 
może być  

osobą starszą. 
— Nie pozwolę ci wyjść za mąż za półinteligenta — wybuchnęłam. 
— Jak to, ty go znasz? 

— Wystarczy, moja droga — odparłam — przeczytać dokładnie to 
ogłoszenie, aby  

faceta przejrzeć na wylot. Już fakt, że napisał „zapozna” — zamiast 
,,pozna” —  
świadczy o niskim poziomie kulturalnym, a to, że użył przymiotnika  

„matrymonialnie” — kładzie go kompletnie i wykazuje, że z 
wykształceniem gorzej  
niż kiepsko. 

— A jak powinien był to prawidłowo sformułować? 
— Tak, jak ongiś pisano: „taki i taki” pozna „taką i taką”, małżeństwo  

niewykluczone. 
PAN ZABIJA PANIĄ 
Wzór można wziąć ze znanej ballady Lilie… „Zbrodnia to niesłychana, 

pani zabija  
pana, zabiwszy grzebie w gaju na łączce przy ruczaju…” 

Hej, co to były za dobre czasy! Żona zaciągała męża do lasu. Ciach w 
główkę  
jakimś ostrym narzędziem raz, drugi raz, potem łopatkę do rączki, 

dołek zrobiony  
i… ,,Lilie rosną wysoko, jak pan leży głęboko…” I z gachem do alkowy. 
A dzisiaj? Oto przeciętne dzisiejsze małżeństwo: ona nauczycielka, on 

monter,  
albo on — pan profesor, ona — prosta żona przy mężu. Zresztą, stopień  

wykształcenia i środowiska, z którego pochodzą, nie ma znaczenia. A 
zaczyna się  
zwykle od tego, że pan X. wraca któregoś dnia do domu na bani i gdy 

żona ośmieli  
się zwrócić mu uwagę, że jest zalany, zaczyna ją lać, gdzie popadnie. 
Żona  

zamiast mu rozbić głowę pustą butelką, zaczyna chlipać i wzywać 
wszystkich  

świętych na pomoc. Pan X. nie ma nic z Napoleona, który nie znosił łez 
swojej  
żony Józefiny i godził się na wszystko, byle tylko przestała płakać, leje 

więc  
dalej. Żona krzyczy: „Luudzie, ratunkuu!” Za co otrzymuje nową porcję. 
Powtarza się to później coraz częściej. 

background image

Rodzina ich sąsiadów siedzi przy wieczornym posiłku. Stół jak stół, 
półlitrówka  
jest, kiełbasa też i dwoje dzieci. 

„Ludzie, ratuunku!” — słychać przez ścianę, po czym wiszące lustro 
zaczyna się  
niepokojąco chwiać. — „On mnie zamorduje! Na pomoc! Jezus Maria!” 

— Ale leje fest! — konstatuje z aprobatą mąż–sąsiad. Jego żona zrywa 
się od  

stołu. — Pobiegnę jej na ratunek, jak mnie zobaczy, to może przestanie 
ją lać! 
— Siedź! — rozkazuje srogim głosem mąż. — Nie wtrącaj się do cudzych 

spraw. 
Ponieważ jednak żonka nie chce go posłuchać i biegnie do drzwi, więc ją 
dogania  

i bęc w twarz! 
— Teraz już nie pójdziesz, cooo? — syczy jak rozzłoszczony gęsior. 

— Niee — chlipie żona. — Na… na… na… lej mi wódki, proszę. 
— Masz. I pamiętaj na drugi raz nie sprzeciwiać się mężowi. 
Sąsiadkę, ofiarę mężowskich rękoczynów, spotykają nazajutrz 

mieszkańcy tej samej  
kamienicy z ciemnymi sińcami pod oczyma, z rozciętą wargą i 
obandażowaną ręka. 

— Cóż to się pani stało? — pytają. — Czyżby jakiś niedoszły dżentelmen 
jezdni na  

panią najechał? 
— Spadłam po ciemku ze schodów — odpowiada z bladym uśmiechem. — 
Głupstwo, już  

mnie nie boli… 
Po tygodniu karetka pogotowia zabiera ją ciężko przez męża pobitą do 

szpitala. 
Sprawa idzie do prokuratora. 
Sąsiadki zeznają, że ją już od dawna katował, koledzy z pracy bronią 

go. Nie  
mają wprost słów, aby określić, jaki to z niego dobry chłop i kumpel. 
— A czy dużo pił? 

— Eee nie, tyle co wszyscy. To ona jędza szantrapa doprowadzała do 
awantur. 

O tego rodzaju wypadkach wciąż czytamy w codziennej prasie i nikt się 
już temu  
nie dziwi. Zdumiewający jest fakt, że żony dopuszczają do tego, aby je 

mąż prał.  
I to dzisiejsze Polki, które nie są żadne ułomki i żadne ,,ja jestem taka 
mała”,  

tylko baby na schwał, nieraz tęgie i muskularne. I te dzielne pracujące 
kobiety  

pozwalają, aby je mąż lał! 
Coś tutaj jest nie w porządku. 
W każdym razie proponuję, aby do przysięgi ślubnej dodać dla męża 

formułkę  
brzmiącą: „a iż cię nie zabiję — aż do śmierci. AMEN”. 
Z ŻYCIA WARSZAWY 

background image

— O, jak to się pcha, pierwsza pani czy co! — zawołała gruba niewiasta, 
łokciem  
trąciwszy panią o miłym wyglądzie i białych klipsach w uszach. 

— Bardzo panią przepraszam, ale chciałam się trochę naprzód poruszyć. 
— Myśli, że jak nałożyła białe kolczyki, to jej już wszystko wolno. 
Wariatka! 

— Jeśli to panią razi, to mogę je natychmiast zdjąć. 
— Może je pani zatrzymać, ale starsza kobita powinna swoje uszy więcej 

szanować  
— niee! 
— Oho — rzekł jeden pasażer do drugiego — zanosi się na grubszą 

awanturę,  
niedługo obie wezmą się za łby! 
Spotkał ich jednak zawód, ponieważ pani w klipsach wyszukała sobie 

siedzące  
miejsce i nie odezwała się do tamtej ani słowem. 

Konduktor nagle gwałtownie zahamował, co jest obecnie ostatnim 
krzykiem mody  
tramwajarzy, i jakaś osoba nadepnęła pani w kolczykach na nogę, 

zostawiając na  
białym pantofelku ciemny ślad. 
— Przepraszam — mruknęła — ale to pani wina! Nogi, moja pani, chowa 

się pod  
ławkę, a nie wysuwa się naprzód. Oo, taksówką powinna pani jeździć, a 

nie  
tramwajem. 
— Prawdopodobnie to moja wina — odparła łagodnie tamta. 

Naprzeciwko niej siedział jakiś mężczyzna, który ją od pewnej chwili 
bacznie  

obserwował. 
Jakaś pani o kobiecych kształtach doprowadzonych do absurdu, bojąc 
się, że nie  

zdoła wysiąść na swoim przystanku, wszystkich się gorączkowo pytała: 
„Czy pan  
wysiada? Czy pani wysiada? Czy państwo teraz wysiadają?” Nie 

darowała nawet  
siedzącym, popychając wszystkich wielkim biustem jak motorówka 

fale. 
Pasażerowie albo nie odpowiadali jej wcale, albo coś mruczeli 
niewyraźnie. Jakaś  

osoba zdenerwowała się i obrzuciła ją epitetem „cholera”. — Siedzę 
sobie  
spokojnie, na drodze jej nie staję — a ta cholera się pyta, czy ja 

wysiadam, czy  
nie? Wysiądę, kiedy mi się będzie podobało, oo, widzicie ją!” 

Pani w klipsach, zamiast się obruszyć, odpowiedziała uprzejmie, że 
wysiądzie na  
drugim przystanku, po czym zaczęła spokojnie czytać gazetę. 

Gdy wysiadła, mężczyzna, który ją tak pilnie obserwował dogonił ją i 
przeprosił,  
że ją na ulicy zaczepia. 

background image

— Jestem, proszę pani, lekarzem psychiatrą i pani przypadek bardzo 
mnie  
zainteresował! 

— Przypadek? 
— Tak, rodzaj pani schorzenia umysłowego! 
— Ależ, proszę pana, przecież ja jestem zdrowa jak ryba. 

— Miałem też takiego pacjenta. Twierdził, że jest zdrów jak ryba, a 
potem  

prosił, aby go wpuścić do akwarium, hehehe! 
— Aż czego pan wnioskuje, że ja mam jakieś zaburzenia umysłowe? 
— Jak to z czego? A ta pani uprzejmość obecnie nie spotykana i wręcz 

rażąca? Czy  
pani to uważa za objaw normalny? Proszę, tu jest adres Kliniki 
Psychiatrycznej,  

w której pracuję — i radzę tego schorzenia nie lekceważyć! 
I TAK ŹLE, I TAK NIEDOBRZE 

— Nie wiesz, co się dzieje z Filipem? — zapytał przyjaciel przyjaciela. 
— Nie mów mi o Filipie, to skończony łajdak! 
— Co ty mówisz! Cóż on takiego zrobił? 

— Coo? Pożyczył ode mnie dwa lata temu dwieście złotych i dotychczas 
mi ich nie  
oddał. A obiecywał, gałgan, że mi te pieniądze odda za tydzień. 

— Ale przecież spotykałeś go od tego czasu niejednokrotnie, mogłeś mu  
przypomnieć. 

— Ja mu będę przypominał? To jego rzecz pamiętać i oddać, tym 
bardziej, że mu  
się wcale nieźle powodzi. Kanalia i tyle! 

— Z tym „kanalijstwem” to może przesada… Po prostu zapomniał… 
— Wcale nie zapomniał, tylko sobie przypomniał, że inni też tak robią i 

nie chce  
oddać. Grandziarz i kawalarz! No, ale ja już mu zrobiłem odpowiednią 
opinijkę… 

— To znowu nieładnie… 
— A ładnie nie oddawać człowiekowi, który mu w pełni zaufał i któremu 
w dodatku  

wcale się nie przelewa? 

W kilka dni po owej rozmowie obaj przyjaciele spotkali się w jednej 
warszawskiej  
kawiarni. 

— Popatrz — rzekł wierzyciel Filipa. — Tam siedzi ta marna figura i 
udaje, że  
nas nie widzi. Dłużnik zawsze miewa pretensje do wierzyciela, jeśli nie 

ma  
zamiaru oddać długu, jest na niego mocno obrażony i w końcu przestaje 

mu się  
kłaniać! 
W tym momencie mężczyzna, którego przed chwilą nazwano „marną 

figurą”, spojrzał  
w ich stronę, uśmiechnął się przyjaźnie i podniósł się z krzesła. 
— Bezczelny typek. Ma czoło stanąć przede mną, jak gdyby nigdy nic! 

background image

Po przywitaniu Filip zajął miejsce przy stoliku obu przyjaciół, po czym  
wyciągnął z kieszeni portfel. 
— Strasznie się wstydzę — rzekł — że ci dotychczas jeszcze nie oddałem 

tych  
dwustu złotych, które ci byłem winien… ale tak jakoś schodziło… Cieszę 
się, że  

cię nareszcie spotkałem i że mogę teraz, na poczekaniu, oddać z 
podziękowaniem…  

Proszę cię, przelicz… 
— Taki drobiazg — skłamał wierzyciel. — Ja już zupełnie o tym 
zapomniałem… 

— Ale ja nie i naprawdę strasznie cię przepraszam, że to tak długo 
trwało… Mam  
nadzieję, że nie masz o to do mnie żalu? 

— Jaa? Skądże znowu, śmieszny jesteś, powiedz lepiej, co u ciebie 
słychać? 


Gdy Filip odszedł, jego były wierzyciel z pasją stuknął papierośnicą o 
marmurowy  

stolik. 
— Co za świnia! — rzekł z goryczą w głosie. — Oddawać mi teraz, kiedy 
mu już  

wyrobiłem odpowiednią opinię i kiedy sobie ustaliłem zdanie co do jego 
osoby.  

Nie, tego się doprawdy nie spodziewałem! Czy uwierzysz, że byłbym 
wolał tysiąc  
razy, żeby mi już w ogóle tych pieniędzy nie zwracał. 

LADY — ZZA LADY 
Zdawałoby się, że tak zwane dawniej ironicznie „damy” zginęły 

bezpowrotnie. Jak  
wiadomo, były one chłodne i wyniosłe i z góry traktowały każdą osobę 
stojącą  

niżej od nich na szczeblu społecznym. Przed wojną odwiedzały 
magazyny z damską  
konfekcją, przymierzały wszystko po kolei i wychodziły nic nie 

zakupiwszy,  
obrzucając sprzedawczynię lekceważącym spojrzeniem. Dla tych 

właśnie „dam”  
widniały w sklepach napisy: „Załatw sprawę i nie zabieraj czasu 
pracującym”. Ale  

że w naturze nic nie ginie, więc „damy” istnieją nadal, tylko że nie przed 
ladą,  
ale za ladą i są tak samo wyniosłe i lodowate jak tamte. Lady zza lady 

spotkać  
można najczęściej w Galluxie albo w Komisach, tam gdzie można nabyć 

towary  
zagraniczne. Ich wyniosłe, pełne lekceważenia tony w stosunku do 
klientek  

wypływają może z szacunku dla owych zagranicznych ciuchów, 
którymi dysponują.  

background image

Panny służące dawnych hrabin też miewały takie tony, a słowa „nie ma 
pani  
hrabiny” cedziły takim tonem jak dzisiejsze ekspedientki „nie ma 

zagranicznych  
rajstop”. 
— A kiedy będą? 

Lady nie odpowiada, bo teraz jest w naszym handlu uspołecznionym 
taki zwyczaj,  

że aby nie być nieuprzejmą, nie odpowiada się wcale. 
Nowe damy bardzo są niezadowolone, gdy się nakłania je, aby jednak 
pokazały  

jakieś atrakcyjne szmatki, i wówczas starają się wbić w serce i ambicję 
klientki  
szpileczki w rodzaju: „To nie na pani figurę”, albo „Ten fason to dla o 

wiele  
młodszej pani” itp. Kto pamięta sprzedawczynie sprzed wojny, wzdycha 

żałośnie,  
jak to one umiały przemawiać i zachęcić do kupna klientki. 
— Słodko pani wygląda w tym sweterku, jak własna córka! 

— Co też ta Erna wygaduje — wtrąca się właściciel magazynu. — 
Przecież taka  
młoda pani nie może mieć dorosłej córki, a na trzyletnią córeczkę taki 

sweter by  
nie pasował! 

— Proszę mi jednak pokazać ten biały golf — żądam kategorycznie w 
Galluxie. 
— Już pani raz mówiłam, że to nie na pani figurę. 

— Przymierzę. 
Ekspedientka wydyma usteczka pociągnięte białą pomadką. 

— Co za upór, ale niech pani przymierzy, tylko proszę złożyć w kasie 
kaucję. 
— A po co? — dziwię się — przecież gdybym w nim wyszła, tobyście 

widziały. 
— Czy pani słyszała? — Ton lady jest już wręcz arogancki. 
Sweter jest rzeczywiście za ciasny, triumf w oczach ekspedientki i 

złośliwy  
uśmieszek. — Klientki nigdy nam nie wierzą — powiada. 

— Może pani mi pokaże ten niebieski. 
Ale teraz lady jest zajęta rozmową ze swoją koleżanką i udaje, że wcale 
nie  

słyszy. Powtarzam moją prośbę. 
— Przecież pani widzi, że jestem zajęta. To nie pani rozmiar. 
— Ale może pani mi jednak pokaże coś na mnie odpowiedniego — proszę 

złamanym  
głosem. 

Lady wzrusza ramionami i wyciąga spod stosu swetrów pulower koloru 
różanej  
konfitury. — To jest pani rozmiar. 

— Ale co za kolor! 
— Najmodniejszy. Zapakować? 
Zgnębiona, upokorzona, każę zapakować, płacę i wracam do domu. 

background image

— A cóżeś ty sobie kupiła za brzydactwo! — mówi mąż. — Jak ty w tym 
wyglądasz!  
Idź i zamień natychmiast! Z tyłu ci robi jak gdyby biust, a z przodu 

garb. No i  
ten kolorek! 
I tu następuje drugi akt codziennej tragedii ubraniowej każdej 

warszawianki. 
— Nie mogła się pani zawczasu zastanowić — słyszę od lady nauczkę 

moralną. — Aby  
tylko zabierać czas innym. To pani nie wiedziała, co kupuje? Czy to 
nasza wina,  

że pani sobie w tym wieku dobrała taki młodzieżowy odcień. 
— Proszę mi jednak zamienić, przecież tyle swetrów leży na półce… 
— Bez paragonu nie zamienię. 

— Jest paragonik i metka. Bardzo panią proszę… 
— Nie mam na co zamienić, na pani figurę nic nie posiadamy. Jakie te 

ludzie  
teraz uparte. 
Osoby stojące za mną w kolejce zaczynają się denerwować (należy 

zaznaczyć, że  
kobiety zawsze biorą stronę ekspedientki, a nie klientki, pewnie aby się 
„damie”  

przypodchlebić). 
— Sama nie wie, czego chce — mruczą. — W rękach jej był do twarzy, a 

na figurze  
nie do twarzy — wariatka! Aby tylko drugim czas zabierać. 
— Proszę w takim razie o zwrot pieniędzy — żądam stanowczo. 

— Towar jest w jednym miejscu zaczepiony. Za uszkodzony towar nie 
zwracamy  

pieniędzy. Która pani następna? 
Obrzucona pogardliwymi i lekceważącymi spojrzeniami klientek i 
ekspedientek  

biorę z powrotem konfiturę różaną i wychodzę ze sklepu. 
Wyrzuciłam sześćset złotych i daję mojemu ciału astralnemu w pysk. 
Ale po chwili  

promyk radości. Przecież zbliżają się imieniny mojej najdroższej 
przyjaciółki.  

Mam dla niej prezent jak znalazł! Jak jej dopiero będzie brzydko w tym 
fasonie i  
w tym kolorze! 

MODYSTKA KRÓLOWEJ 
Kapelusze wyszły z mody, niestety… Na ulicach naszych miast same 
główki uczesane  

na „Przeminęło z wiatrem”. Przede mną leży wspaniała książka 
francuskiego  

pisarza Lenotre zatytułowana Wersal za czasów królów. Właśnie 
przeczytałam z  
niej jeden felieton pod tytułem „Modystka królowej”. Której? 

Oczywiście tej,  
która podczas swojego panowania miała zamiast zwojów mózgowych — 
zwoje barwnych  

background image

wstążek w swojej pustej główce — Marii Antoniny. Nieszczęsna 
późniejsza „Wdowa  
Capet” namiętnie lubiła kapelusze, z czego korzystała jej nadworna 

modystka  
Mamselle Rose Bertin. Kto wie, kto wie? Może gdyby królowa Francji 
była się  

mniej zagłębiała w stosy wstążek i sztucznych kwiatów, które jej 
przynosiła  

usłużna panna Różyczka, a więcej myślała o głodnym ludzie paryskim, 
jej  
podstawka na kapelusze i kunsztowne fryzury, czyli główka, nie byłaby 

się  
potoczyła u stóp gilotyny… 
Posłuchajmy, na jakie ceny opiewały rachuneczki, które sprytna Bertin  

przedstawiała Madame Royale: „Czepeczek z batystu obszyty koronką 
Chantilly i do  

tego odpowiednia chusteczka na szyję — 280 livrów”. „Puf, otoczony 
girlandą z  
róż i wstążką z gazy w białoniebieskie pasy oraz białym strusim piórem 

190  
livrów” — itd. 
Sprytna Francuzeczka (widzę ją, oczka ma jak dwie błyszczące monety, 

małe  
zaciśnięte usteczka wygadane jak słuchawka telefoniczna, przez którą 

mówi nasza  
dobra znajoma) chwyta każdą nowinkę polityczną, każde aktualne 
,,bon–mot”, aby  

stworzyć z tego nazwę dla jakiejś swojej nowej kreacji. 
Beaumarchais wydaje memoriał w sprawie pewnego dziennikarza z 

prowincji, pana  
Marin. — Ques aco — Marin? — zapytuje słynny komediopisarz i cały 
Paryż powtarza  

za nim te słowa. Momentalnie nasza Różyczka lansuje model kapelusza 
„Ques–aco?”  
i żadna szanująca się dama nie pokaże się w swojej karocy nie mając na 

głowie  
modelu tej nazwy. W królewskich dokach skonstruowano wspaniałą 

fregatę i już  
panna Bertin lansuje nakrycie głowy „A la fregate”: na upudrowanych 
lokach  

elegantek sterczy mały trójmasztowiec z żaglami, wśród wstążek i piór. 
Królowa  
oczywiście sprawia sobie ten bardzo kosztowny model i portretuje się w 

nim.  
Panna Bertin myśli już jednak o nowej kreacji i ogłasza, że 

najmodniejsze będą w  
tym sezonie „pufy na głowę”. W skład owych pufów wchodzą: owoce, 
kwiaty, pióra,  

wypchane ptaszki, nawet małe laleczki, niemowlęta z wosku w 
kołyseczkach lub  

background image

małe wiatraczki. Łatwo sobie wyobrazić, ile taka budowla musiała 
kosztować, no i  
ważyć! — Uff — mówiły prawdopodobnie paryskie elegantki, zdejmując 

na noc taki  
puf. Ale w jednym pufie nie można wciąż się pokazywać, trzeba mieć ich 
kilka na  

zmianę. Sprytna panna Róża wymyśla im fascynujące nazwy: „A la 
Ifigenia”, „A la  

sułtanka”, „A la karmelitanka”, „A la skarb królewski” (ten ostatni 
musiał  
zapewne kosztować najwięcej, chociaż ten skarb wygląda coraz 

mizerniej). Królowa  
zaciąga długi, aby mieć na swoje kosztowne stroje. A biedny zahukany 
król? Król  

notuje w swoim dzienniczku takie oto zdanie: „Dziś udało mi się 
zastrzelić  

jelenia”, a w kilka dni później: „Fatalny dzionek, nic nie zdołałem 
ustrzelić”.  
Zaś ludność Paryża wygraża pięściami przejeżdżającej w złoconej 

karecie  
królowej, krzycząc: „Chleba, dajcie nam chleba!” I słynne powiedzenie 
Marii  

Antoniny: 
„Nie mają chleba — to niech jedzą ciastka!” 

A w kilka dni przed fatalnymi dla niej wypadkami, które miały 
nastąpić, królowa  
ma proroczy sen: śni jej się, że panna Bertin przynosi jej całe zwoje 

czarnych  
wstążek… 

Wystrojone w pufy i „Ques–aco?” główki francuskich arystokratek 
potoczyły się do  
wspólnej fosy. Ale panna Bertin przeżyła Rewolucję i żyje dalej w osobie 

swoich  
paryskich następczyń, które tylko czekają na to, aby bezkapeluszowa 
moda  

wreszcie minęła i aby znów tworzyć modele „A la Vietnam”, „A la 
Cosaque”, „A la  

Pape”, „Bonnet Israel” i „Turban Arabe”. 
ZAGORZALI CZYTELNICY 
— Moja najdroższa, pożycz mi Przed cenzurą Szperkowskiego! 

— Nie mogę, to jest wypożyczony egzemplarz, tej książki już nigdzie nie  
dostaniesz. Zresztą obiecałam ją Pafnucemu, a ty wiesz, że Pafnucy to 
moje  

wszystko! 
— Wiem. Przysięgam na mój honor, a raczej na moje honorarium w 

Redakcji, że  
pożyczę tylko na jeden dzień. Jutro ci ją sama odniosę. 
— Jak mi jej jutro nie oddasz, to… koniec z przyjaźnią. Pamiętaj! 

— Gdzie ta książka, którą mi obiecałaś? 
— Ach, Pafnucy, pożyczyłam ją na jeden dzień Jadźce, miała mi oddać 
na drugi  

background image

dzień i cztery dni minęły, a ona się nie pokazuje. Gdy mnie ujrzała na 
ulicy, to  
szybko wskoczyła do autobusu. Podła świnia! 

— Ale ty też jesteś dziwna, twierdzisz do znudzenia, że mnie kochasz, a 
książkę,  
na której mi tak zależało, pożyczyłaś komu innemu… Nie cierpię 

nielojalności  
nawet w uczuciach miłosnych. Ostatnio jakoś przytyłaś… 

— „Otyli żyją krócej” — umrę i znajdziesz sobie inną… 
— Nie staraj się mnie wzruszać. Jeśli ty nie potrafisz dla mnie zrobić 
byle  

głupstwa, to… bądź zdrowa… na długo! 
— Pafnucy!! 
— Pafnucy, Pafnucy — słowa. A gdzie słowność? 

* * * 
— Czy pani nie ma przypadkiem książki Antoniego Szperkowskiego 

Przed cenzurą? 
— Pani się pyta? 
— Zapytać się wolno. A czy nie będzie szybko drugiego wydania? 

— Nie, proszę pani. Wydawnictwo orzekło, że to nie jest książka 
pierwszej  
potrzeby. — Ale dlaczego pani płacze? Jacy ludzie teraz nerwowi… 

— Dlaczego płaczę? Bo przez brak tej książki straciłam mojego 
Pafnucego — moje  

wszystko! Przyjaciółkę też straciłam, bo ta łajdaczka pożyczyła tę 
książkę ode  
mnie na jeden dzień i nie myśli oddać. 

— Ale dlaczego pani straciła Pafnucego? Czy to piesek? 
— Pani żartuje, narzeczony. Miałam mu tę książkę pożyczyć, tak mu 

strasznie na  
niej zależało, no i teraz wszystko między nami skończone, powiedział mi 
to  

między jednym ziewnięciem a drugim. No i co jeszcze? Poszłam z nim 
wczoraj na  
spacer. — Mówię do niego: Widzisz, zrobiłam się dla ciebie na bóstwo, a 

on na  
to: „Chyba na ubóstwo”. — Gdy narzeczony tak mówi, to już… koniec. 

— Bardzo mi przykro, ale nic na to nie poradzę. U nas w czytelni ta 
książka jest  
już zamówiona przez stałych czytelników na trzy miesiące z góry. Do 

widzenia  
pani. 
— Panie redaktorze, mam dla pana coś… no, niech pan zgadnie co? 

— Proszę pokazać, i szybko, bo pani wie, panno Jadziu, mam ważne 
zebranie. 

— No to proszę. To, na czym panu tak bardzo zależało, Przed cenzurą  
Szperkowskiego. 
— Pani jest najfajniejszą z babek! Przecież ja po całym mieście 

rozbijałem się  
za tą książką i nigdzie nie mogłem dostać. Nie zapomnę pani tego. 
— Myślę. Od oczu ją sobie odjęłam, aby panu ofiarować. Moja najlepsza  

background image

przyjaciółka zerwała ze mną, bo tej książki już nie oddam, a z nią znów 
zerwał  
jej narzeczony, bo mu obiecała tę książkę i nie dała, moja mamusia ze 

mną nie  
rozmawia, bo jej zabrałam w trakcie czytania; czego się nie robi dla 
takiego  

faceta, jak pan… 
— W tym miesiącu rozdajemy naszym najlepszym pracownikom 

nagrody pieniężne. Nie  
zapomnę o pani, panno Jadziu. A co pani robi dziś wieczorem? 
— Nic. Będę czekała na pański telefon. 

CZWOROBOK MAŁŻEŃSKI 
Skecz 
Osoby: 

Mąż 
Przyjaciółka męża 

Żona 
Pies 
OBRAZ I 

Żona (mówi przez telefon) Czy to sympatia mojego męża? Po co się 
wypierać, i tak  
wiem wszystko. Ależ, droga pani, o żadnej krzywdzie nie ma mowy, 

sprawa bez  
większego znaczenia. Że co? Że pani na moim mężu tak bardzo nie 

zależy? Że pani  
takich jak on może mieć na pęczki? Ale dziwne, że z tego pęczka wybrała 
sobie  

pani właśnie faceta z samochodem. Mniejsza z tym… Chodzi mi o to, aby 
pani  

podczas mojej nieobecności zamieszkała u nas. Wyjeżdżam na miesiąc 
do  
Jugosławii. Czy z wycieczką? Oo, to mnie pani nie zna — indywidualnie! 

Pies,  
tak, czarny pudel nie może w domu pozostawać sam. Bardzo rasowy, 
matka księżna  

Ramolino, babka de Brabantes. Musi się nim ktoś opiekować, podczas 
gdy mąż jest  

w pracy. Co powiedzą nasi sąsiedzi? Nic, zapowiem, że przyjedzie do nas 
moja  
starsza siostra… Dlaczego starsza? Bo znam gust mojego męża. Kuba 

jada tylko  
surową cielęcinę. Gdzie pani znajdzie? Na bazarze. No trudno, skoro się 
pani  

zgodziła do mojego męża… Często rano wymiotuje. Ach, nie mąż, tylko 
pies, zawsze  

.ja zmywam podłogę… Pani się brzydzi? No, droga pani, gdy się raz 
powie „A”,  
trzeba czasem powiedzieć i „fe”… No to zgadza się pani? Doskonale, więc 

będę  
mogła spokojnie wyjechać. Że może pani na mnie polegać, oo, pani 
daruje, ale to  

background image

już rola mojego męża. No to życzę pani miłego pobytu w naszym domu. 
Aha, jeszcze  
jedno: pies zwykle sypia z nami w łóżku, ale gdyby wam bardzo 

przeszkadzał, to  
można psa albo męża zamknąć w kuchni… No to cześć! 
OBRAZ II 

Mąż No, ślubna wyjechała, nareszcie jesteśmy sami! 
Pies Wrrrr! Hau, hau, hau! 

Mąż Słyszysz, jest zazdrosny. Broni cię przede mną. Chyba zamkniemy 
go do  
kuchni. 

Przyjaciółka Nie mogę go do siebie zrażać, musi się do mnie 
przyzwyczaić. Ty idź  
spać do kuchni, najdroższy. 

Mąż Oszalałaś! Naszą pierwszą noc miałbym spędzić z dala od ciebie. 
Położę sobie  

materac gumowy na ziemi, a gdy pies mocno zaśnie, przyjdę do ciebie 
na tapczan. 
Chwila pauzy. 

Pies Wrrr, hau, hau hau! 
Mąż Co tu robić, ledwie cicho podszedłem do ciebie, a to bydlę już się 
obudziło  

i warczy groźnie. Kuba spokój! Bo dostaniesz lanie! 
Pies Wrrr.. hau hau hau! 

Przyjaciółka Obudzi sąsiadów! 
Mąż Nie ma innej rady, tylko oboje przejdziemy do kuchni. 
Przyjaciółka (szeptem) Dobrze, tylko weź materac i pościel. 

Mąż Nie mogę, boby się zorientował i zacząłby się gwałtownie dobijać. 
Wejdziemy  

cichuteńko do kuchni i usiądziemy na lodówce. 
OBRAZ III 
Mąż (wraca z pracy) Czy masz co do żarcia — jestem głodny jak pies! 

Przyjaciółka To zależy jaki. Kuba nie chce tknąć nawet swojej cielęcinki. 
Mąż Tęskni za swoją panią… 
Przyjaciółka Ależ skąd znowu! Był ze mną na spacerze, zrobił kupkę. 

Mąż (poważnie) Jak zrobił kupkę, to może nabierze apetytu. A dla mnie 
jest co do  

zjedzenia? 
Przyjaciółka Jakiś ty dziwny, przecież całe rano biegałam szukając dla 
pieska  

cielęciny. Musisz iść do restauracji. 
Mąż A ty? 
Przyjaciółka Ja zostanę z Kubusiem. Obiecałam twojej żonie opiekować 

się  
pieskiem i słowa dotrzymam. Och, jakiś ty rasowy, jaki męski! 

Mąż (wypinając pierś) Prawda? Wszystkie mi to mówiły. 
Przyjaciółka Ale przecież nie ty — tylko pies. I te oczy hiszpańskiej 
tancerki.  

Już się do mnie przywiązał, pozwala się drapać. Kubulek — hop na 
kolanka! 
OBRAZ IV 

background image

Żona (wtaszczając się do pokoju z walizami) Przyjechałam o tydzień 
wcześniej, bo  
się niepokoiłam o Kubę. Jak się masz, Janku, dzień dobry, pani. 

Gdzie mój pies? 
Przyjaciółka (spokojnie) Zjadł ze smakiem mój nowy kapelusz, a teraz 
śpi. 

Żona To dziwne… zwykle wyczuwał mnie już z daleka i fuczał pode 
drzwiami. 

Przyjaciółka Kuba! Kubuś! Chodź się przywitać z twoją dawną panią. 
Siedzi pod  
stołem i ani się ruszy! 

Żona Co to ma znaczyć! Kubuś, Kubulek! To ja, twoja pańcia ukochana. 
Pies Wrrr! Hau, hau, hau! 
Żona Boże! On mnie nie poznaje, warczy i szczerzy zęby. Kubuś, 

skarbulku, to  
przecież ja, twoja rodzona pani. 

Pies (warczy na nią groźnie i pokazuje zęby) Wrrr! hau, hau, hau! 
Żona (z wściekłością i rozpaczą) Rozumiem, pani odbiła mi psa! Że 
męża, to  

zrozumiałe, ale żeby mojego ukochanego pieska! Och, co za podłość! I 
puszczać tu  
obce babsko do domu. Marsz za drzwi natychmiast i żeby pani noga 

więcej w tym  
domu nie postała. 

WITAJ, STAROŚCI! 
Starość to rodzaj tkanki, z którą się rodzimy. U kobiet dbających o 
siebie  

rozwija się ona bardzo późno, u mężczyzn, którzy za odżywcze 
witaminy uważają  

tylko alkohol i tytoń, bardzo wcześnie. Mężczyzna pięćdziesięcioletni 
otwiera  
starości drzwi na oścież wołając: „Chodź, babciu, i weź nas pod swoje 

srebrne  
skrzydła, im prędzej, tym lepiej. Witaj, starości”. Gdy jest z gatunku  
najdowcipniejszych, to pokazuje małżonce kawałek łysiejącej skóry na 

głowie  
mówiąc z westchnieniem: — Łysenko! 

Żonę mniej więcej w jego latach zachęca do rozkoszy podeszłego wieku: 
— Niech młodzi idą sobie do teatru, a my sobie włożymy szlafroki, ranne  
pantofle, posłuchamy radia i posiedzimy w domowym ciepełku. Usiądź, 

kochanie, na  
tym fotelu, w którym dawniej siadywała babcia, i będzie mi się 
zdawało, że ona  

tam siedzi. 
W towarzystwie pilnuje, aby żona ani na chwilę nie zapomniała o 

swoich latach. 
— Proszę cię, nie pal więcej, wiesz, że to ci szkodzi na serce. I nie 
nalewajcie  

jej więcej wódki, bo potem nie daje mi spać po nocach. W twoim wieku 
należy się  
szanować. 

background image

— Przecież pana żona nie jest jeszcze starą kobietą! 
— Ona! — zarechocze ochoczo. — Ma dwóch dorosłych synów i wnuki. 
Moja starucha  

kochana! 
Bardzo często sam zakochuje się w młodej dziewczynie i wówczas 
zaczyna spoglądać  

na żonę jak na stary kredens, bardzo pożyteczny w domu, ale przecież 
nie ma  

mowy, aby go taszczyć na przyjęcie lub do teatru. Gdy żona jest z 
gatunku tych  
prostych i naiwnych, pisze do tygodnika „Przyjaciółka” list mniej więcej 

tej  
treści: Droga Przyjaciółko, mój mąż był dobrym i kochającym mężem, 
ale teraz,  

gdy zbrzydłam i zestarzałam się, stał się najzupełniej obojętny. Co to ma  
znaczyć! I jak mam to rozumieć? 

Kobiety! Na twarze nic nie poradzicie. Przebiegały po nich błyskawice 
gniewu,  
spływały po nich łzy gorzkich zawodów, ale wasze biusty, uda i nogi nie 

były na  
to narażone. Jeśli do późnego wieku zachowacie młodą i zgrabną 
sylwetkę, może  

was przynajmniej spotkać to, że was ktoś z tyłu zaczepi, a z przodu 
przeprosi. 

MĘSKIE, ŻEŃSKIE I NIJAKIE 
Z mężczyzną jak z ptaszyną — przygotować mu żarcie i nie płoszyć. 
Mężczyzna przeprasza kobietę tylko za drobne przewinienia — za 

wielkie nigdy! 
Nic tak w mniemaniu męża nie kala mężczyzny jak mycie talerzy… 

Każdy mężczyzna uważa siebie za znakomitego aktora, który powinien 
mieć szersze  
audytorium — jedna kobieta mu nie wystarcza. 

Można być zabawnym, ale nie należy być śmiesznym, o czym panowie 
często  
zapominają… 

Mężczyzna żeni się z cudzą córką, aby mieć własnego synka. 
Z interesującą książką jest jak z piękną kobietą — bierzesz ją wieczorem 

do  
łóżka i nie wypuszczasz aż do rana. 
Zazdrość to cień miłości. Im większa miłość, tym dłuższy cień. 

Nie ma miłości bezpłatnej — za każdą płaci się słono, czasem — całym 
swoim  
życiem. 

Małżeństwo to gwałt zadawany od wieków męskiej naturze… 
Kto na gorącą kobietę dmucha, ten się na zimnej sparzy. 

Mężczyzna winien być mężny, kobieta — zamężna. 
Dziewczyna jest jak pieniądz — pragnie się wydać. 
Mężczyzna zawsze coś musi, a czasem czegoś nie może… 

Kobiety znają sztukę uwodzenia, ale nie znają sztuki odchodzenia. 
Przyjaciółka to jak cyganka — wpuścisz ją do domu i nagle ci coś zginie, 
na  

background image

przykład mąż. 
Kobiety są jak dzieci — lubią, aby je brać na kolana, pieścić i wozić na 
spacer  

w wózku (najchętniej zachodniej marki). 
Małżeństwo to ugotowanie miłości w kuchennym rondlu. 
Zazdrość to uczucie silniejsze od nienawiści — jest nie do pokonania. 

Kochanek jest jak książka z wypożyczalni — trzeba go w końcu oddać. 
Mądra żona powinna męża traktować jak psa, to znaczy: dawać mu jeść 

o swojej  
porze, od czasu do czasu spuszczać ze smyczy — niech sobie pobiega — a 
gdy jest  

grzeczny, pogłaskać. 
Mężczyźni powinni kobietom jak najczęściej mówić komplementy. 
Kosztują o wiele  

mniej niż kwiaty, a sprawiają im te samą przyjemność. 
Z miłością dzieje się obecnie jak z duchami — odkąd przestano w nie 

wierzyć,  
nikomu się już nie pokazują. 
Jakie jest największe marzenie współczesnego mężczyzny? Móc 

utrzymać żonę za jej  
własne pieniądze.