background image

 
 
 
 

Leigh Michaels 

 

Spotkanie pod różą 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 
Gina  weszła  do  restauracji  i  z  ulgą  zauważyła,  że  jest  pierwsza.  W  jej  sytuacji 

spóźnienie byłoby nie tylko oznaką złych manier, ale też zwykłej głupoty. Ta rozmowa to jej 
jedyna szansa - jeśli się nie uda, będzie mogła pożegnać się ze swoimi planami. 

Szef restauracji zlustrował ją uważnie i spytał: 
 - Woli pani poczekać w barze czy przy stoliku? 
 -  Przy  stoliku,  moja  towarzyszka  powinna  zjawić  się  lada  chwila.  Zna  pan  panią 

Garrett? Anne Garrett? 

Jego twarz nawet nie drgnęła. 
 -  Naturalnie  -  odparł  zimnym  tonem.  -  Każdy  w  tym  mieście  zna  wydawcę  lokalnej 

gazety, panno Haskell. 

Mężczyzna strzelił palcami i natychmiast zjawił się kelner, który wskazał jej właściwy 

stolik. 

Zadaję  głupie  pytania,  skarciła  się  w  myślach  Gina,  powinnam  go  raczej  zapytać,  czy 

stek jest świeży. To by go pewnie mniej dotknęło. 

O ile oczywiście zdarzy się jeszcze okazja. Obiady w drogich restauracjach nie należały 

do  jej  codzienności.  Wprawdzie  spędziła  w  Lakemont  większą  część  swojego  życia,  ale 
jeszcze nigdy nie była „Pod Klonem". 

Usiadła  i  dyskretnie  rozejrzała  się  po  sali.  Stoliki,  choć  było  ich  wiele,  zostały  tak 

rozmieszczone,  aby  goście  mogli  czuć  się  kameralnie.  Przyciszone  dźwięki  muzyki 
skutecznie tłumiły gwar rozmów. 

Wystrój  wnętrza  wyraźnie  nawiązywał  do  nazwy  lokalu.  Ściany  ozdabiały  artystyczne 

fotografie  drzew  klonu.  Eleganckie  bladozłote  obrusy  kontrastowały  z  bordowymi 
serwetkami. Całość robiła oszałamiające wrażenie. 

W kącie stał wielki, lśniący fortepian, a zaraz za nim znajdowała się niewielka sala do 

tańca.  Wzdłuż  przeciwległej  ściany  wił  się  połyskujący  mosiądzem  i  szlachetnym  drewnem 
bar. O tej porze był niemal pusty. Jedyny gość siedział na wysokim stołku i zamyślony stukał 
miarowo w kontuar. W jego postawie było coś, co mimowolnie przyciągnęło wzrok Giny. Z 
zainteresowaniem wpatrywała się w jego plecy, gdy nagle odwrócił się i spojrzał jej prosto w 
oczy. Nawet nie drgnęły mu powieki. 

Zmieszana, że przyłapał ją na tej niewinnej obserwacji, poczuła, jak krew nabiega jej do 

twarzy.  Spróbowała  się  opanować.  To  przecież  zupełny  przypadek,  że  ich  spojrzenia  się 
spotkały.  W  takiej  sytuacji  dobrze  wychowany  człowiek  odwraca  niespiesznie  wzrok  i 
skrępowanie mija. Ale nie ten mężczyzna... 

Nie  spuszczał  z  niej  oczu.  Przechylił  głowę  lekko  do  tyłu,  oparł  łokieć  na  barze  i 

przyglądał się jej z wyraźnym zadowoleniem. 

Gina za wszelką cenę starała się nadać swojemu spojrzeniu nieco bezmyślny charakter. 

Próbowała  udawać,  że  leniwie  rozgląda  się  po  sali,  a  nieznajomy  po  prostu  znalazł  się  na 
drodze, Jej wzrok beznamiętnie prześlizgnął się po ścianie, po czym powoli wyciągnęła rękę 
po kartę. 

Usiłowała skupić się na liście dań, ale wszystkie nazwy były jakieś zamazane. Sięgnęła 

więc po serwetkę i starannie rozłożyła ją na kolanach. 

Ale  napięcie  jej  nie  opuszczało.  Chociaż  nie  patrzyła  na  nieznajomego,  czuła,  że  on 

wciąż się w nią wpatruje. Zaczynała mieć tego dość. Zdecydowanym ruchem odłożyła kartę i 
odwróciła  się  w  stronę  mężczyzny.  Tym  razem  nie  zawracała  sobie  głowy  udawaniem,  że 
podziwia wystrój lokalu. Oparła łokcie na stole, podparła brodę i przyglądała mu się otwarcie. 

Musiała przyznać, że stanowił doskonałe uzupełnienie tego wnętrza. Wysoki, niezwykle 

przystojny,  rozparty  w  niewymuszonej  pozie  wpatrywał  się  w  nią  tajemniczym  spojrzeniem 
zielonych  oczu.  Mocna  szczęka  była  lekko  wysunięta,  a  twarz  pokerzysty  nie  zdradzała 

background image

ż

adnych  uczuć.  Niewątpliwie  podobał  się  kobietom  i  miał  tego  świadomość.  Na  szczęście 

Gina nigdy nie gustowała w takich posępnych, drapieżnych typach. 

Zastanawiała się, dlaczego tak się w nią wpatrywał. Nie miała pojęcia, o co mu chodzi. 

Z  pewnością  nie  była  to  reakcja  na  jej  niewinne  zerknięcie.  Nie  wątpiła,  że  był 
przyzwyczajony do znacznie bardziej wymownych kobiecych spojrzeń. 

Tymczasem  tajemniczy  mężczyzna,  nadal  nie  spuszczając  z  niej  wzroku,  pewnym 

ruchem  sięgnął  po  stojącą  na  barze  szklankę  i  z  dziwnym  uśmiechem  podniósł  ją  w  geście 
toastu. 

I co powiesz, mruknęła w duchu do siebie, mimowolnie stałaś się barową podrywaczką. 

No trudno, w końcu co ją obchodzi opinia jakiegoś zupełnie obcego faceta? 

Nieznajomy  poruszył  się  na  stołku  i  przez  chwilę  miała  wrażenie,  że  chce  wstać. 

Poczuła, jak jej napięcie rośnie. Jeśli on tu podejdzie... 

W tym momencie tuż za nią rozległ się nieoczekiwanie dźwięk tłuczonego szkła. Gina 

mimowolnie  podskoczyła  na  krześle.  Serwetka  sfrunęła  z  jej  kolan,  więc  schyliła  się 
pospiesznie,  żeby  ją  podnieść.  Przy  tej  okazji  potrąciła  elegancką,  ozdobioną  miedzianym 
okuciem kartę dań, która z głośnym stukiem upadła na podłogę. 

Krew  napłynęła  jej  do  twarzy.  Najchętniej  zostałaby  już  na  zawsze  pod  stołem. 

Zafundowała  facetowi  przy  barze  niezłe  przedstawienie.  Musiał  się  dobrze  bawić.  Co  za 
szczęście, że nie widział teraz jej twarzy. I miała nadzieję, że nigdy więcej jej nie zobaczy. 

Właśnie  próbowała  odzyskać  równowagę,  kiedy  usłyszała  lekkie  kroki  i  głos  kelnera 

anonsującego z szacunkiem: 

 - Pani Garrett. 
Powinien jeszcze trzasnąć obcasami, pomyślała Gina złośliwie. 
 -  Witaj,  Gino.  Miło  cię  znowu  widzieć  -  powiedziała  Anne  Garrett  i  zwróciła  się  do 

kelnera: - Dziękuję, Bruce. Poradzimy sobie. 

Mężczyzna spojrzał nieco sceptycznie, ale oddalił się posłusznie. 
 -  Przepraszam,  zwykle  nie  jestem  tak  niezdarna  -  próbowała  usprawiedliwić  się  Gina. 

Jednocześnie  powstrzymywała  się  siłą  woli,  aby  nie  rzucić  nawet  przelotnego  spojrzenia  w 
stronę  baru.  Rozbawienie,  jakie  niewątpliwie  zobaczyłaby  w  oczach  nieznajomego,  z 
pewnością nie pomogłoby jej się opanować. 

 -  Och,  nie  przejmuj  się.  Mnie  też  zdarzają  się  takie  rzeczy  w  najmniej  odpowiednich 

miejscach - pocieszyła ją Anne, siadając naprzeciwko. - Przykro mi, ale muszę cię uprzedzić, 
ż

e za godzinę powinnam być z powrotem w redakcji. 

Gina przełknęła nerwowo ślinę. Tylko godzina... To niewiele. Chociaż z drugiej strony, 

jeśli  nie  zdoła  przekonać  Anne  do  swojego  planu  w  ciągu  godziny,  to  choćby  miała  do 
dyspozycji nawet cały dzień, i tak nic by z tego nie wyszło. 

Upiła łyk mrożonej herbaty, którą właśnie przyniesiono, i odezwała się: 
 -  Przede  wszystkim,  chcę  podziękować,  że  zgodziłaś  się  na  to  spotkanie.  Jesteś 

ekspertem, jeśli chodzi o sprawy naszego miasteczka. Doceniam to, że bardzo leży ci na sercu 
los Lakemont. 

 - Jak każdemu mieszkańcowi - odparła Anne, odstawiając filiżankę z kawą. 
 - Ale nie każdy ma takie możliwości jak ty - wyrwało się Ginie. 
Anne uśmiechnęła się i lekko uniosła brwi. 
 - Jakie możliwości masz na myśli? 
Gina miała ochotę ugryźć się w język, ale było już za późno. Musiała szybko przejść do 

rzeczy. 

 - Chodzi o muzeum - powiedziała krótko. - Wiem, że byłaś tam kilka tygodni temu. 
 - Owszem, odwiedziłam je. To niezwykle miłe, choć dość małe muzeum... 
 -  I  to  jest  właśnie  problem!  -  Gina  czuła,  że  powoli  daje  się  ponieść  emocjom. 

Mimowolnie  przejechała  ręką  po  karku.  Miała  wrażenie,  że  czyjeś  oczy  świdrują  ją  na 

background image

wylot...  -  Lakemont  i  hrabstwo  Kerrigan  zasługują  na  coś  więcej  niż  „miłe,  małe  muzeum"! 
Jest ono już tak przepełnione, że nie mieści eksponatów! Ostatnio zaproponowano nam witraż 
z  kościoła  świętego  Franciszka,  ale  nie  mamy  gdzie  go  przechowywać,  nie  mówiąc  już  o 
wystawieniu! 

Anne polała sosem sałatkę, którą postawił przed nią kelner, i spojrzała pytająco. 
 - Chcecie więc uzyskać dotację na co...? Na salę, w której można wystawić witraż? 
 - Niezupełnie. - Gina westchnęła głęboko i dokończyła odważnie: - Na całe muzeum. 
 - Myślisz o budowie nowej siedziby? - spytała Anne lekko zaskoczona. 
 -  Och,  nie!  -  zaprzeczyła  Gina  gorąco.  -  Nowy  budynek  jako  siedziba  muzeum 

historycznego to nieporozumienie! 

 - Ten, w którym teraz się mieści, ma pewnie ponad sto lat? Zgadłam? 
 -  Owszem.  To  dawna  posiadłość  Essie  Kerrigan,  założycielki  Towarzystwa 

Historycznego  i  inicjatorki  otwarcia  muzeum.  Essie  oddała  na  ten  cel  swój  dom,  własne 
zbiory  i  swoimi  pieniędzmi  łatała  dziury  w  budżecie.  Poświęciła  sprawom  muzeum  całe 
ż

ycie. 

 - Ale Essie odeszła i teraz ty zarządzasz tym miejscem. To czasami wymaga trudnych 

decyzji... 

Gina uśmiechnęła się lekko. 
 - Nowy budynek nie wchodzi w grę z jeszcze jednego względu - duch Essie źle by się 

w  nim  czuł.  Szkło,  metal,  plastik,  Essie  tego  nie  lubiła.  Jeszcze  zaczęłaby  nas  straszyć.  Ale 
jest inna, poważniejsza kwestia - takie muzeum musi mieć odpowiednie otoczenie, nie może 
znajdować się gdzieś na przedmieściach. Najlepsze byłoby centrum, okolice starówki... 

 -  Czyli  tam,  gdzie  nie  da  się  już  wcisnąć  nawet  szpilki,  a  grunty  są  oszałamiająco 

drogie? 

 - Właśnie - skinęła głową Gina. 
 - Sama widzisz, że to nie jest proste. Chętnie bym wam pomogła, spędziliśmy z rodziną 

bardzo miłe popołudnie w waszym muzeum... 

 -  Miłe  popołudnie...  -  powtórzyła  Gina  i  odłożyła  widelec.  -  Cieszę  się,  że  wam  się 

podobało, ale powiedz, czy zamierzaliście odwiedzić nas jeszcze raz? Przypuszczam, że nie. 
W  kilka  godzin  obejrzeliście  wszystko,  co  wystawiliśmy  i  zapomnieliście  o  muzeum.  I  tak 
będzie  jeszcze  długo,  o  ile  nie  otworzymy  następnych  sal,  w  których  moglibyśmy 
organizować  nowe  wystawy,  wymieniać  ekspozycję.  Tylko  wtedy  przyciągniemy  kolejnych 
gości  i  pozyskamy  stałych  bywalców.  Sama  przyznaj,  byłaś  pewna,  że  to  już  wszystko,  co 
mamy i nie zamierzałaś do nas więcej zaglądać. 

 - Prawdopodobnie nie w najbliższym czasie - przytaknęła Anne. 
 -  I  to  jest  największy  problem!  Muzeum  musi  mieć  nowe  pomieszczenia,  albo  po 

prostu zginie. 

 - Nowe pomieszczenia? - powtórzyła Anne pytająco. 
Gina  zacisnęła  ręce  na  filiżance  i  przez  chwilę  zastanawiała  się,  co  powinna  jeszcze 

dodać. Nie chciała spłoszyć Anne wygórowanymi żądaniami, bo mogła wszystko stracić. 

Ale z drugiej strony, jeśli nie będzie mierzyć wysoko, nigdy nie osiągnie celu, jaki sobie 

postawiła.  I  muzeum  zostanie  zlikwidowane.  Ukochane  dziecko  Essie  Kerrigan.  Nie,  nie 
mogła do tego dopuścić. 

 -  Chcę  odrestaurować  cały  budynek  -  powiedziała  odważnie,  patrząc  Anne  w  oczy.  - 

Od  lat  nikt  nie  robił  w  nim  remontu.  Z  funduszy,  jakie  mieliśmy,  łataliśmy  najpilniejsze 
potrzeby,  ale  konieczna  jest  konserwacja  całości.  Chciałabym  powiększyć  okna,  wyburzyć 
niektóre ściany, żeby uzyskać duże powierzchnie wystawowe... 

 - Wolę sobie nawet nie wyobrażać, co powiedziałaby Essie Kerrigan, gdyby wiedziała 

o tych planach - przerwała jej Anne. 

background image

 -  Z  pewnością  byłaby  nieco  oszołomiona  -  przyznała  Gina.  -  Ale  ona  rozumiała 

potrzeby  muzeum.  Wiedziała,  że  musimy  mieć  więcej  miejsca,  lepsze  światło  i  lepszą 
ochronę dla naszych zbiorów. Nie masz pojęcia, jak trudno jest w dyskretny sposób pilnować 
wszystkich gości! 

 -  A  ja  myślałam,  że  osobisty  przewodnik,  którego  dostaliśmy  podczas  zwiedzania,  to 

zwykła  uprzejmość!  -  zaśmiała  się  Anne.  -  Nie  miałam  pojęcia,  że  to  cichy  strażnik 
muzealnych zbiorów! 

 -  To  nie  tak!  -  próbowała  ratować  sytuację  Gina.  -  Przewodnicy  to  w  większości 

wolontariusze,  nie  mają  nic  wspólnego  z  profesjonalną  ochroną,  ale  czasami  sama  ich 
obecność  wystarczy,  aby  goście  czuli,  że  ktoś  ich  obserwuje.  Muszę  przyznać,  że  ochrona 
zbiorów  to  jeden  z  najważniejszych  problemów.  A  wracając  do  remontu,  chciałabym  też 
dobudować boczne skrzydła i urządzić w nich dodatkowe sale wystawowe. 

 - Gdzie? - spytała Anne ze zdumieniem. - Przecież tam nie ma miejsca. 
 -  Owszem,  jest.  Możemy  zrezygnować  z  części  trawnika  przed  budynkiem.  I  przy 

okazji chciałabym cię uspokoić nie proszę o pieniądze. 

 - Co za ulga! - wymruczała Anne. 
 -  Zamierzam  zorganizować  wielką  zbiórkę  wśród  mieszkańców  Lakemont  i  mam 

nadzieję, że mi w tym pomożecie. 

 -  Rozumiem,  że  chciałabyś  mieć  poparcie  naszej  gazety?  Gina  skinęła  głową  z 

przejęciem. 

 -  Naturalnie  -  zapewniła  gorąco.  Była  pewna,  że  jeśli  „Kronika"  przyłączy  się  do  tej 

akcji, pieniądze popłyną szerokim strumieniem. 

 -  I  temu  zawdzięczam  zaproszenie  na  lunch,  jak  się  domyślam.  ..  ?  -  zapytała  Anne  z 

uśmiechem. 

Gina  nie  miała  pojęcia,  co  odpowiedzieć.  Milczała,  bojąc  się  przerwać  ciszę,  która 

zapadła po tym pytaniu. 

Napięcie rosło, a Gina znowu poczuła dziwne mrowienie na karku. Wrażenie, że ciągle 

jest  obserwowana,  było  tak  silne,  że  prawie  zapomniała  o  kłopotach  muzeum.  Dyskretnie 
spojrzała do tyłu, ale przy barze nikogo teraz nie było. Najwyraźniej nieznajomy mężczyzna 
wyszedł  już  z  restauracji.  Skąd  zatem  to  napięcie?  Czyżby  jego  spojrzenie  było  tak 
intensywne, że działało na nią nawet wtedy, gdy on już nie patrzył? 

W zasadzie powinna poczuć ulgę. Chciała przecież, aby przestał się w nią wpatrywać i 

poszedł sobie. Tymczasem ogarnął ją dziwny niepokój. Nie rozumiała tego. 

Usiadła wygodniej, odsunęła talerz z resztką sałatki i swobodnie rozejrzała się po sali. 

Anne rozważała coś w myślach i Gina nie chciała jej w tym przeszkadzać. 

Przesunęła  wzrokiem  po  twarzach  kilkorga  gości  i  nagle  drgnęła  zaskoczona. 

Nieznajomy wcale nie wyszedł, po prostu zmienił miejsce. Siedział kilka stolików dalej i jadł 
obiad  w  towarzystwie  innego  mężczyzny.  I  oczywiście  właśnie  teraz  odwrócił  głowę  w  jej 
kierunku. 

Czuła, że nie zniesie tego napięcia ani chwili dłużej. Odwróciła się do Anne i spytała: 
 - Znasz tego mężczyznę? - Ruchem głowy wskazała stolik, przy którym siedział. - Kto 

to jest? 

Anne wyglądała na nieco zaskoczoną nagłą zmianą tematu. 
 - O którego z nich pytasz? 
 - O tego, który wygląda jak orzeł. 
 - Jak co??? - zapytała Anne zdziwiona. 
 -  Och,  wiesz  -  mruknęła  Gina  niecierpliwie.  -  Taki  dumny,  surowy,  wygląda,  jakby 

rozglądał się za ofiarą. 

 -  Całkiem  niezły  opis.  Dumny  i  surowy...  -  powtórzyła  Anne,  unosząc  lekko  brwi.  - 

Powinnaś go znać. Jest w jakiś sposób spokrewniony z Essie. Nazywa się Dez Kerrigan. 

background image

Oczywiście, że o nim słyszała. Genealogia i historia rodu to były główne koniki Essie i 

Gina  nie  raz  wysłuchiwała  długich  opowieści  o  losach  rozmaitych  potomków  Kerriganów. 
Jednak nigdy dotąd nie spotkała Deza Kerrigana. Nie odwiedzał Essie i z tego co wiedziała, 
nie  kontaktował  się  z  nią.  Najwyraźniej  nie  zależało  mu  na  podtrzymywaniu  więzów 
rodzinnych. 

Usiłowała  sobie  przypomnieć,  co  takiego  mówiła  o  nim  Essie.  Nie  mogła  się  pozbyć 

wrażenia,  że  nie  było  to  nic  pochlebnego.  Dziwne  -  wygłaszanie  negatywnych  opinii  nie 
leżało raczej w zwyczaju Essie. A jednak. Tylko co to było? 

 - Hmm... to interesujące - wymruczała Anne, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. - 

Co chcesz o nim wiedzieć? 

 -  Ach,  nic  takiego,  po  prostu  zwrócił  moją  uwagę  -  próbowała  zbagatelizować  całą 

sprawę. - Co jest w tym interesującego? Fakt, że krewny Essie je tu obiad? 

 - Nie. Raczej to, z kim je - powiedziała Anne tajemniczo i złożyła serwetkę. - Przykro 

mi, ale muszę już wracać do redakcji. 

Gina wstała od stolika i wyciągnęła rękę. 
 - Dziękuję za spotkanie. Domyślam się, że nie możesz się deklarować od razu, ale... 
 - Ale mimo wszystko chciałabyś poznać moją opinię - przerwała jej Anne. - Szczerze 

mówiąc, uważam, że te plany są zbyt skromne. 

 -  Zbyt  skromne!?  -  powtórzyła  Gina  zaszokowana.  Anne  skinęła  głową,  wyjęła  swoją 

wizytówkę, zanotowała 

coś na odwrocie i podała ją Ginie. 
 -  Urządzam  małe  przyjęcie  w  sobotę.  Zapraszam,  wpadnij,  to  dobra  okazja,  żeby 

spotkać  na  neutralnym  gruncie  paru  potencjalnych  sponsorów.  Tu  jest  adres.  Naprawdę, 
muszę już lecieć, ale koniecznie przeczytaj jutro naszą gazetę. 

I zanim Gina zdążyła spytać, co takiego ukaże się jutro w „Kronice Lakemont", już jej 

nie było. 

Następnego  ranka  Gina  obudziła  się,  kiedy  na  dworze  było  jeszcze  ciemno.  Należała 

wprawdzie  do  rannych  ptaszków,  ale  tak  wczesna  pora  nawet  dla  niej  była  zaskoczeniem. 
Leżała w łóżku i z niecierpliwością czekała, kiedy usłyszy warkot silnika starego samochodu 
doręczyciela gazet. 

Od  wczoraj  zastanawiała  się,  co  takiego  przeczyta  w  dzisiejszym  wydaniu  „Kroniki". 

Do głowy przychodziły jej najróżniejsze pomysły, nawet taki, że Anne wykorzystała jedynie 
okazję, by swoimi tajemniczymi słowami zdobyć kolejnego czytelnika. 

Wstała z łóżka, poszła do kuchni i zrobiła sobie kawę. 
Usiadła  z  kubkiem  na  parapecie  w  salonie  i  wyglądała  przez  okno.  Z  tego  miejsca 

widziała  tylko  dwa  boczne  skrzydła  budynku.  W  większości  mieszkań  było  jeszcze  ciemno. 
Niegdyś ten piękny dom zajmowała jedna rodzina z liczną służbą, ale przed laty podzielono 
go  na  szereg  apartamentów  do  wynajęcia.  Mieszkanie  Giny  wcześniej  było  chyba  sypialnią 
gospodarzy. 

Lubiła  to  miejsce.  Nie  przeszkadzało  jej  nawet,  że  w  budynku  nie  było  windy,  choć 

nieraz przeklinała swoją słabość do uroczych starych domów, kiedy dźwigała ciężkie siatki z 
zakupami. Ale nie potrafiła się oprzeć wysokim sufitom i głębokim wnękom okiennym. Poza 
tym miała Stąd tylko kilka minut do pracy, muzeum znajdowało się zaledwie parę przecznic 
dalej. 

To przypomniało jej wczorajszą rozmowę z Anne. Co ona miała na myśli, sugerując, że 

przedstawione  plany  rozwoju  muzeum  są  zbyt  skromne?  Łatwo  tak  mówić,  kiedy  ma  się  za 
sobą zasoby finansowe „Kroniki". 

Ale  Anne  miała  rację.  Nawet  po  kompleksowej  przebudowie  miejsca  nie  będzie  zbyt 

wiele. Brakowało też wygodnej drogi dojazdowej. Do tej pory zwiedzający musieli zostawiać 
samochody  przed  bramą,  ładnych  kilkaset  metrów  od  budynku.  Jeśli  muzeum  miało  stać  się 

background image

prawdziwym centrum kulturalnym, należało koniecznie pomyśleć o drodze i dużym parkingu. 
Gina nie wiedziała jednak, co może zrobić, żeby  unowocześnić muzeum, a jednocześnie nie 
zniszczyć  pięknej,  zabytkowej  fasady  budynku,  który  zbudował  jeszcze  dziadek  Essie, 
Desmond Kerrigan. 

Z tego, co opowiadała Essie, wynikało, że Desmond nie był pierwszym Kerriganem w 

tych  stronach  ani  nawet  tym,  od  którego  nazwiska  wzięło  nazwę  całe  hrabstwo.  Był  jednak 
pierwszym  członkiem  rodu  konsekwentnie  inwestującym  w  małe  przedsiębiorstwa  i 
zamieniającym  je  w  potęgi  finansowe.  Miał  niezwykłe  zdolności  do  robienia  dobrych 
interesów,  dlatego  kiedy  w  końcu  zaczął  budować  swoją  siedzibę,  nie  musiał  się  liczyć  z 
kosztami.  Zbudował  imponującą  posiadłość,  ale  po  ponad  półtora  wieku  jej  świetność  nieco 
przyblakła.  Czerwona  cegła  ściemniała  od  spalin,  deszcze  i  śniegi  uszkodziły  dachówki,  a 
ś

ciany w wielu miejscach popękały. Przydałby się generalny remont. 

A  może  rzeczywiście  jej  plany  były  zbyt  skromne?  Jeśli  już  zamierzała  zorganizować 

wielką zbiórkę pieniędzy, może warto iść za ciosem i pokusić się o więcej? 

Essie  rozumiała  potrzebę  unowocześnienia  budynku,  chociaż  z  niechęcią  myślała  o 

dostawieniu bocznych skrzydeł do historycznej, rodowej siedziby. Ciekawe, jaki stosunek do 
tego miałby Dez Kerrigan, zastanowiła się Gina. 

Nie miał oczywiście w tej kwestii wiele do powiedzenia. Dom należał do Essie, a ona 

przekazała  go  w  spadku  Towarzystwu  Historycznemu,  jednak  jako  członek  rodziny 
Kerriganów musiał niewątpliwie czuć jakiś sentyment do tego miejsca. 

Gina  zastanawiała  się,  czy  Dez  wiedział,  kim  ona  jest.  Wczoraj  w  restauracji  odniosła 

wrażenie, że wpatrywał się w nią w jakiś specyficzny sposób. Może się myliła, ale wydawało 
się jej, że patrzy na nią jak na osobę, która chce zniszczyć rodową siedzibę. 

Być może w jakiś sposób dowiedział się o jej planach i niezbyt mu się spodobały. Skąd 

jednak  mógłby  o  nich  wiedzieć?  Gina  prawie  nikomu  nie  opowiadała  o  swoich  pomysłach, 
nie kontaktowała się nawet z architektem, by ustalić, czy taka forma rozbudowy w ogóle jest 
możliwa. Jedynie członkowie zarządu muzeum i Anne Garrett wiedzieli o jej planach. 

Przypomniała  sobie  wczorajsze  spojrzenie  Deza  i  przyszło  jej  do  głowy  coś  jeszcze. 

Nie, nie myliła się - Dez Kerrigan był niebezpieczny i wyraźnie szukał ofiary. Przyłapał ją na 
niewinnym spojrzeniu i wykorzystał jej zmieszanie do własnych celów. 

Ciągle  nie  mogła  sobie  przypomnieć,  co  takiego  mówiła  o  nim  Essie.  Postanowiła,  że 

jeśli  znajdzie  dziś  wolną  chwilę,  przekopie  jej  notatki  na  temat  rodziny.  Starsza  pani  miała 
zwyczaj zapisywania wszystkich informacji na temat członków rodu, jakie do niej docierały. 
Może tam znajdzie się coś, co rzuci nieco światła na mroczną postać Deza Kerrigana. 

Nareszcie rozległ się na dole charakterystyczny  warkot i Gina niecierpliwie zbiegła po 

schodach,  by  odebrać  gazetę.  W  pośpiechu  wróciła  do  siebie  i  gorączkowo  przerzucała 
kolejne strony, przeskakując wzrokiem po tytułach. 

Milionowe odszkodowanie w sprawie cywilnej - imponujące, ale triumfator pewnie nie 

należy do tych, którzy chcieliby wesprzeć swoimi funduszami miejskie muzeum historyczne. 
Zarząd  miasta  chce  zmiany  burmistrza  -  nic  nadzwyczajnego.  Oczekuje  się,  że  sieć  Tyler  - 
Royale  zamknie  siedzibę  w  centrum  miasta.  Pięćset  osób  zostanie  bez  pracy.  Oficjalny 
komunikat  w  tej  sprawie  zostanie  wydany  jeszcze  dzisiaj...  Jakieś  rozważania  ekonomiczne, 
to wszystko nie miało nic wspólnego z muzeum i planami Giny. 

Dziewczyna  niecierpliwie  przewróciła  stronę,  kiedy  nagle  coś  zaświtało  jej  w  głowie. 

Odwróciła  ponownie  kartkę  i  spojrzała  na  fotografie  pod  artykułem.  Jedna  z  nich 
przedstawiała  siedzibę  Tyler  -  Royale  zaraz  po  zbudowaniu,  prawie  sto  lat  temu,  druga 
ukazywała klientów kłębiących się przed zabytkową fasadą budynku. 

Przypomniały  jej  się  słowa  Anne  i  zadrżała  zdumiona.  Czy  to  możliwe,  żeby  Anne 

myślała  o  budynku  Tyler  -  Royale  jako  o  nowej  siedzibie  muzeum?  To  chyba  jedyne 
wyjaśnienie jej tajemniczych słów. Ale dlaczego nie powiedziała tego wczoraj? 

background image

Ponieważ  była  rasowym  dziennikarzem  i  nie  chciała,  by  ktokolwiek  dowiedział  się  o 

tych  sensacjach  przed  czasem.  Gdyby  telewizja  zwietrzyła  tę  informację,  mogłaby  ukraść 
„Kronice" świetny temat, domyśliła się Gina. 

Zamknęła oczy i usiłowała przypomnieć sobie gmach Tyler - Royale. Ostatnio była tam 

kilka  miesięcy  temu  na  zakupach,  ale  doskonale  pamiętała  okazały  budynek  i  przestronne 
wnętrza.  Musiała  przyznać,  że  istotnie  świetnie  nadawałby  się  na  siedzibę  muzeum.  W 
samym  centrum  znajdowało  się  imponujące  atrium,  a  przez  przeszklony  dach  wpadało 
mnóstwo  światła.  Oczyma  wyobraźni  już  tam  widziała  połyskujący  kolorowymi  szybkami 
witraż z kościoła św. Franciszka, zmieściłby się bez problemu. 

W dodatku siedziba Tyler - Royale znajdowała się w samym centrum miasta. To jeszcze 

lepsza lokalizacja niż dom Essie. W dodatku był tam świetny podjazd i wygodny parking na 
wprost wejścia. 

Ale najważniejsze zdaniem Giny było to, że nikt przy zdrowych zmysłach nie odważy 

się  kupić  tego  budynku.  Jeśli  Tyler  -  Royale  nie  zdołał  zrobić  dobrego  interesu  w  tym 
miejscu,  to  nikomu  się  nie  uda.  Najlepsze,  co  mógłby  teraz  uczynić  zarząd  firmy,  to 
podarować  gmach  na  jakiś  cel  charytatywny  i  dzięki  temu  odpisać  sobie  okrągłą  sumkę  od 
podatków. A czy istniał lepszy cel niż Towarzystwo Historyczne Hrabstwa Kerrigan? 

Gazeta  podawała,  że  dyrektor  generalny  Tyler  -  Royale  przyleci  z  Chicago,  aby 

wygłosić  specjalne  oświadczenie  podczas  konferencji  prasowej  wyznaczonej  na  dziesiątą 
rano.  Gina  nie  wiedziała,  jak  długo  Ross  Clayton  pozostanie  w  Lakemont,  stwierdziła  więc, 
ż

e musi wykorzystać okazję i porozmawiać z nim. 

Chciała,  żeby  poświęcił  jej  tylko  kilka  minut.  Wiedziała,  że  nie  może  podarować  jej 

budynku  bez  zgody  zarządu.  Szczerze  mówiąc,  nawet  jeśli  byłoby  inaczej,  ona 
prawdopodobnie  nie  mogłaby  przyjąć  daru.  Wolała  nie  myśleć  o  burzy,  jaka  się  rozpęta, 
kiedy  członkowie  zarządu  muzeum  dowiedzą  się,  że  podjęła  takie  kroki  bez  konsultacji  z 
nimi.  Nie  miała  jednak  czasu  do  stracenia.  Kilka  minut  rozmowy  z  dyrektorem  generalnym 
Tyler - Royale nie załatwi sprawy ostatecznie, ale może wprawi chociaż w ruch całą machinę. 

Starannie przygotowała się do spotkania i wyszła na konferencję. Po drodze mijała dom 

Essie  Kerrigan.  Spojrzała  innym  wzrokiem  na  dobrze  znaną,  zniszczoną  fasadę  z  czerwonej 
cegły i ogarnął ją niezrozumiały smutek. Dom sprawiał smętne wrażenie, wyglądał, jakby był 
opuszczony. 

Za  tymi  murami  spędziła  najlepsze  dni  swojego  życia.  Najpierw,  jeszcze  jako 

nastolatka,  odwiedzała  Essie  i  słuchała  jej  opowieści  o  tym,  jak  wyglądało  życie  na  tych 
terenach wiele lat temu. Podczas studiów przesiedziała wiele godzin w bibliotece muzealnej, 
przeprowadzając wnikliwe badania. 

Potem, jako świeżo upieczona absolwentka, podjęła pierwszą pracę - została asystentką 

Essie. Wtedy nawet do głowy jej nie przyszło, że po latach zajmie jej miejsce. 

Czuła  się  trochę  tak,  jakby  dopuszczała  się  zdrady.  Chciała  przenieść  muzeum  z 

budynku, który stanowił część jego historii. Ale w głębi serca wiedziała, że Anne miała rację. 
Jej dotychczasowe plany były zbyt skromne. 

Naprawa dachu i budowa parkingu to rozwiązania tymczasowe. Jeśli jej marzenia miały 

się spełnić i muzeum rzeczywiście rozrastałoby się i przyciągało coraz więcej zwiedzających, 
za kilka lat stanęłaby przed tym samym problemem. A wtedy nie byłoby już żadnego ratunku. 

Jeśli muzeum miałoby się przenieść, to był na to najlepszy moment. Zanim zainwestuje 

tysiące  dolarów  w  remont  i  przebudowę  i  zmieni  nie  do  poznania  ukochany  dom  Essie. 
Gdyby  zaczęła  rozwalać  ściany  i  budować  duży  parking,  a  potem  przeniosłaby  siedzibę  do 
budynku Tyler - Royale, zmarnowałaby bez sensu mnóstwo pieniędzy. 

 - Wszystko będzie dobrze - szepnęła w stronę starego domu, jakby chciała go uspokoić. 

-  To  najlepsze  rozwiązanie.  Ocalejesz  i  kiedyś  na  pewno  zamieszka  tu  jakaś  miła  rodzina, 
która sprawi, że będziesz znowu piękny. 

background image

Przekroczyła  próg  najlepszego  hotelu  w  mieście  i  od  razu  domyśliła  się,  dlaczego 

konferencję zorganizowano tu, a nie w siedzibie firmy.  Z trudem przeciskała się przez gęstą 
plątaninę  najrozmaitszych  kabli.  Przed  podwyższeniem,  na  którym  znajdował  się  długi  stół 
konferencyjny,  ustawiono  półkolem  kamery  i  mikrofony.  Wokół  kłębił  się  tłum 
rozgorączkowanych dziennikarzy. Niewątpliwie dyrektor generalny chciał, aby cały ten cyrk 
rozegrał  się  jak  najdalej  od  sklepu.  Nie  było  sensu  narażać  klientów  i  personelu  na  hałas  i 
napięcie, jakie tu zapanowały. 

To nie były najlepsze warunki do rozmowy, ale Gina nie miała wyjścia. Z determinacją 

przepychała się więc przez tłum i rozglądała wokół uważnie. 

W  pewnym  momencie  usłyszała,  jak  reporterka  jednej  ze  stacji  telewizyjnych  pogania 

cicho kamerzystę: 

 - Pospiesz się! Będzie wchodził przez te drzwi z lewej. Muszę mieć to ujęcie! 
Gina  natychmiast  podjęła  próbę  przedostania  się  na  lewą  stronę,  modląc  siew  duchu, 

aby podsłuchana informacja była prawdziwa. 

Dotarła do drzwi akurat w chwili, kiedy się otworzyły. Zdążyła zaczerpnąć powietrza i 

wyjąć z torebki swoją wizytówkę. 

 -  Sir,  wiem,  że  to  nie  jest  odpowiedni  czas  ani  miejsce,  ale  chciałabym  zamienić  z 

panem kilka słów - mówiła pospiesznie. - Reprezentuję Towarzystwo Historyczne  Hrabstwa 
Kerrigan  i  jestem  zainteresowana  waszą  siedzibą.  Sądzę,  że  świetnie  nadawałaby  się  na 
muzeum. 

Mężczyzna rzucił okiem na wizytówkę i potrząsnął głową. 
 -  Jeśli  ma  pani  na  myśli  budynek  Tyler  -  Royale,  rozmawia  pani  z  niewłaściwym 

człowiekiem. 

 -  Przecież  Ross  Clayton  to  pan,  czyż  nie?  -  spytała  niepewnie.  -  Widziałam  pańskie 

zdjęcie w gazecie. 

 - Owszem, ale nie jestem już właścicielem tego budynku. Poczuła się, jakby ktoś dał jej 

kopniaka w żołądek. 

 - Sprzedał go pan?! - zapytała zrozpaczona. 
 - Można tak powiedzieć. 
Spojrzała  na  niego,  nic  nie  rozumiejąc,  i  nagle  przypomniała  sobie,  że  widziała  już  tę 

twarz. Zdjęcie w gazecie było zbyt niewyraźne, aby mogła go rozpoznać, ale teraz wiedziała - 
to on jadł wczoraj obiad „Pod Klonem" z Dezem Kerriganem. 

W  tym  samym  momencie  zapaliła  się  jakaś  lampka  w  jej  głowie.  Nagle  przypomniała 

sobie,  co  takiego  mówiła  o  Dezie  Essie.  „On  nie  ma  żadnego  zrozumienia  dla  historii  i 
zabytków.  Im  starszy  jest  jakiś  budynek,  tym  chętniej  go  zburzy  i  postawi  na  jego  miejsce 
ohydne monstrum ze szkła i stali". 

Przypomniała  sobie  też,  że  Dez  Kerrigan  był  inwestorem  budowlanym  i  z  tego,  co 

mówiła Essie, odnosił na tym polu niemałe sukcesy. 

Znajome, niepokojące mrowienie w karku kazało jej odwrócić głowę. Wiedziała, kogo 

zobaczy.  Tuż  za  nią  stał  Dez  Kerrigan  i  wolnym  krokiem  wstępował  na  scenę  za  Rossem 
Claytonem. 

 -  Budynek  należy  teraz  do  mnie  -  powiedział  twardo.  -  Ale  jeśli  przedstawi  pani 

atrakcyjną ofertę, możemy porozmawiać. Spotkamy się u pani, czy u mnie? 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 
Gina aż się zatrzęsła, słysząc to bezczelne pytanie. Podtekst wypowiedzi Kerrigana był 

co  najmniej  obraźliwy.  Owszem,  wczoraj  w  restauracji  wpatrywała  się  w  niego  dość  długo, 
ale  to  było  zupełnie  niewinne  spojrzenie.  Nie  zachowywał  się  chyba  w  ten  sposób  wobec 
każdej kobiety, która na niego zerknęła. 

Ross Clayton uśmiechnął się lekko i rzucił: 
 -  Coś  mi  się  zdaje,  że  stąpasz  po  cienkim  lodzie,  Dez.  Kerrigan  sprawiał  wrażenie, 

jakby w ogóle nie słyszał jego słów. Rzucił okiem na zegarek i dodał: 

 -  Jestem  teraz  trochę  zajęty,  ale  po  konferencji  prasowej  moglibyśmy  się  spotkać  w 

pani lub moim biurze. Jak pani woli? 

 - W biurze... - powtórzyła zaskoczona. 
 - Oczywiście. - Coś jakby uśmiech błysnęło w jego oczach. - Nie myślała pani chyba, 

ż

e  proponuję  pogawędkę  w  moim  jaccuzi?  Wolałbym,  żebyśmy  poznali  się  nieco  bliżej, 

zanim do tego dojdzie. 

Znowu  się  wygłupiła.  Zaczerpnęła  powietrza  i  podjęła  próbę  wybrnięcia  z  kłopotliwej 

sytuacji: 

 -  Jeśli  o  to  chodzi,  to  nawet  bliska  znajomość  nie  zmieni  mojego  nastawienia  do 

pańskiej propozycji. 

Zauważyła,  że  jego  oczy  są  dziwną  mieszanką  zieleni  i  orzechowego  brązu,  a  w 

chwilach  rozbawienia  stawały  się  wręcz  szmaragdowe.  Nie  ulegało  wątpliwości,  że  w  tej 
chwili Dez Kerrigan był bardzo rozbawiony. 

 -  Potraktuję  to  jako  komplement.  -  Zaśmiał  się  lekko.  -  Cieszy  mnie,  że  zrobiłem  na 

pani takie wrażenie już od pierwszego spojrzenia. 

Wiedziała, że to tylko żarty, ale nie zamierzała pierwsza się poddać. 
 - Miałam na myśli co innego. Chciałam powiedzieć, że nie wyobrażam sobie sytuacji, 

która zmusiłaby mnie do wejścia do pańskiej wanny. 

 - Świetnie - powiedział krótko. - Wobec tego oboje wiemy, na czym stoimy. Chce pani 

porozmawiać o tym budynku, czyż nie? 

Przełknęła ślinę zła na siebie, że dała się tak podejść. 
 -  Oczywiście.  Ale  nie  rozumiem,  dlaczego  jest  pan  zainteresowany  sprzedażą,  jeśli 

dopiero co go pan kupił. 

 - Zdaje się, że rynek nieruchomości to nie jest pani specjalność, prawda? To, że właśnie 

zrobiło  się  jeden  interes,  nie  znaczy,  że  można  przegapić  następny.  Chętnie  to  pani 
wytłumaczę. 

Skinął  jej  głową  i  odszedł,  zanim  zdążyła  coś  powiedzieć.  Po  chwili  zajmował  już 

miejsce za długim stołem i włączał swój mikrofon. 

Gina  czuła,  że  z  trudem  panuje  nad  zdenerwowaniem.  Sytuacja  zmieniła  się 

diametralnie,  w  dodatku  na  gorsze.  Nie  miała  ochoty  zostawać  tu  dłużej.  Czekało  ją  dziś 
jeszcze dużo pracy, nie zamierzała tracić czasu na wpatrywanie się w Deza Kerrigana. 

W  połowie  drogi  do  muzeum  napięcie  powoli  opadało  i  Gina  zaczynała  znajdować 

jasne strony całej sytuacji. Nie udało jej się niestety zdobyć idealnej siedziby dla muzeum, ale 
na szczęście nikt się o tym nie dowie. Błogosławiła w myślach brak czasu, który nie pozwolił 
jej skonsultować tego pomysłu z zarządem. Czułaby się bardzo niezręcznie, gdyby najpierw o 
wszystkim  im  opowiedziała,  a  potem  musiała  zameldować,  że  jej  świetny  plan  spalił  na 
panewce. 

Dyrektor  generalny  Tyler  -  Royale  był  zawodowcem,  jeśli  chodzi  o  kontakty  z  prasą. 

Dez słuchał z podziwem, jak rzeczowo wyjaśniał, że nieprawdą jest, że pięćset osób zostanie 
bez pracy. Obiecywał, że wszyscy znajdą zatrudnienie w sklepach firmy w innych miastach. 
Reporterzy  krążyli  wokół  niego  jak  stado  rekinów  usiłujących  dobrać  się  do  ofiary,  ale  nie 
dawał  im  żadnych  szans.  Spokojnym  głosem  odpowiadał  na  najbardziej  podchwytliwe 

background image

pytania.  Dziennikarzom  wyraźnie  zabrakło  pomysłów  i  Dez  stracił  zainteresowanie 
konferencją. 

Jego  myśli  popłynęły  ku  pewnej  drobnej,  rudowłosej  kobiecie...  Zobaczył  ją  wczoraj 

„Pod  Klonem",  gdzie  jadła  obiad  z  szefową  miejscowej  gazety.  To  dlatego  początkowo 
pomyślał,  że  jest  także  dziennikarką.  Patrzyła  na  niego  tak,  jakby  badała  go  pod 
mikroskopem. Do dziś czuł na sobie jej lustrujący wzrok, zupełnie niepodobny do kuszących 
kobiecych spojrzeń, do jakich przywykł. 

Pomylił  się.  Nie  była  dziennikarką.  Powiedziała  Rossowi,  że  jest  z  Towarzystwa 

Historycznego Hrabstwa Kerrigan. I była zainteresowana siedzibą Tyler - Royale. 

Prychnął z irytacją. Ci miłośnicy historii i fani starych skorup bywali nieznośni. Nieraz 

miał z nimi do czynienia. 

Ż

yli w innym świecie, zupełnie pozbawieni zmysłu praktycznego. O ile dobrze słyszał, 

proponowała coś tak absurdalnego, jak zamiana wielkiego sklepu Tyler - Royale w muzeum. 

Jego  ciotka,  Essie,  była  taka  sama.  Pamiętał  wizyty  u  niej,  kiedy  był  jeszcze  małym 

chłopcem.  Wtedy  jej  wielki,  pełen  niespodzianek  dom  wydawał  mu  się  najbardziej 
fascynującym  miejscem  na  ziemi.  Mógł  biegać  w  kółko  po  przestronnych  pokojach  i  nigdy 
nie  wiedział,  co  znajdzie  za  zakrętem.  Raz  natknął  się  w  sypialni  na  ludzki  szkielet.  Essie 
spokojnie wyjaśniła mu, że to doczesne szczątki pierwszego lekarza, który otworzył praktykę 
w ich hrabstwie. 

Ale  to  było  na  długo  przedtem,  zanim  jej  dom  stał  się  oficjalną  siedzibą  muzeum. 

Chociaż  Dez  nie  był  tam  od  wielu  lat,  doskonale  sobie  wyobrażał,  że  przez  ten  czas  zbiory 
musiały  się  znacznie  powiększyć.  Pod  koniec  życia  ciotka  pewnie  ledwo  się  mieściła  wśród 
tej sterty gratów, które zalegały dom. 

Ta młoda kobieta wydawała się mieć nieco więcej rozsądku niż Essie - przynajmniej nie 

mieszkała w tej rupieciarni. Ale poza tym mogłaby być klonem jego ciotki. 

Chociaż,  oczywiście,  wyglądała  dużo  bardziej  pociągająco  niż  Essie.  Ciotka  była 

wysoka  i  bardzo  szczupła,  przez  co  sprawiała  nieco  surowe  wrażenie.  Tymczasem  ta  młoda 
kobieta,  chociaż  niewysoka  i  bardzo  drobna,  była  przyjemnie  zaokrąglona  we  właściwych 
miejscach.  Miała  duże,  ciemnobrązowe  oczy,  które  spoglądały  wesoło  spod  fali  rudych 
włosów. Jej loki sprawiały wrażenie, jakby ktoś skropił je lekko złotą farbą... 

 - Dez? - usłyszał głos Rossa. - Może lepiej, żebyś ty odpowiedział na to pytanie. 
Z trudem powrócił do rzeczywistości. O jakie pytanie chodzi? 
 -  Pan  z  „Kroniki"  chce  wiedzieć,  jakie  masz  plany  wobec  naszej  siedziby  - 

podpowiedział mu Ross. 

Dzięki,  stary,  westchnął  w  duchu  Dez.  Zebrał  myśli  i  wolno  przysunął  się  do 

mikrofonu. 

 -  Odpowiedź  jest  bardzo  prosta  -  powiedział,  patrząc  na  wyczekujące  twarze 

dziennikarzy. - Na razie nie mam żadnych planów. 

Przez  tłum  przeleciał  pomruk  niedowierzania.  Reporter  miejscowej  gazety  znowu 

podniósł rękę w górę. 

 - Chce pan, żebyśmy uwierzyli, że kupił pan taki budynek, nie mając pomysłu, jak go 

wykorzystać? 

 - Nie kupiłem budynku - poprawił go Dez. - Nabyłem tylko prawo pierwokupu. 
 -  Co  za  różnica?  -  zaśmiał  się  dziennikarz.  -  Nie  wyrzucił  pan  przecież  pieniędzy  dla 

zabawy. Co chce pan zrobić z tym gmachem? 

 - Zamierza pan go zburzyć? - dorzuciła reporterka znanej stacji telewizyjnej. 
 - Naprawdę jeszcze nie wiem, Claro. Zapewniam cię, że w tej chwili nie mam żadnych 

planów co do tego miejsca. 

background image

 -  Nie  masz,  czy  nie  chcesz  nam  ich  zdradzić?  -  nie  ustępowała  Clara.  -  Może 

zamierzasz trzymać wszystko w tajemnicy tak długo, aż nie będziemy mogli nic zrobić, żeby 
uratować ten zabytek. 

 - Spokojnie - próbował nieco ostudzić rosnące napięcie. - Komunikat o tym, że Tyler - 

Royale wycofuje się z miejscowego rynku, był dla mnie takim samym zaskoczeniem jak dla 
wszystkich.  

 - Ale potrafił pan to natychmiast wykorzystać - atakował znowu facet z „Kroniki". 
 - Tak działa rynek nieruchomości, trzeba łapać okazję. Nie pierwszy raz kupuję coś, nie 

wiedząc, co z tym dalej zrobię. 

 - Ale prawdą jest, że do tej pory zrównywał pan takie budynki z ziemią? 
 -  O  ile  dobrze  pamiętam,  tak.  -  Dez  przebiegł  szybko  pamięcią  ostatnie  lata  swojej 

działalności. Istotnie, dotąd zawsze tak było. - Ale to nie znaczy, że i tym razem... - Przerwał 
na chwilę, bo właśnie do niego dotarło, że dał się podejść zawodowcom próbującym wymóc 
na  nim  jakąś  deklarację.  -  Słuchajcie!  Powtórzę  wam  to  samo,  co  powiedziałem  pewnej 
młodej  damie  z  Towarzystwa  Historycznego.  To,  że  właśnie  zrobiłem  jeden  interes,  nie 
znaczy, że przegapię następny. 

 - Więc chce pan go sprzedać? - padło natychmiast kolejne pytanie. 
 -  Rozważam to. Jestem biznesmenem,  zastanowię  się  nad  każdą  rozsądną  propozycją, 

którą otrzymam. 

 - Z wyjątkiem konserwacji budynku? 
 -  Oczywiście  -  potwierdził.  Poczuł,  jak  wzbiera  w  nim  wściekłość.  Cholerni 

dziennikarze,  zrobili  z  niego  barbarzyńcę,  który  przy  każdej  możliwej  okazji  niszczy 
wszystko,  co  spotka  na  swojej  drodze.  Nie  mają  pojęcia  o  interesach,  uwielbiają  za  to  robić 
szum  wszędzie  tam,  gdzie  mogą  wystąpić  jako  obrońcy  uciśnionych.  -  A  skoro  już  o  tym 
mowa, pozwólcie, że dam małe ostrzeżenie wszystkim, którzy zamierzają mnie uszczęśliwiać 
dobrymi  radami  na  temat  szacunku  dla  historii  i  zabytków.  Chętnie  z  nimi  porozmawiam,  o 
ile będą mieli dość pieniędzy, aby wprowadzić swoje plany w czyn. Nie zamierzam potulnie 
wysłuchiwać, jak mówią mi, co powinienem robić z moją własnością i z moimi pieniędzmi. 
To wszystko, dziękuję. 

Ta  zdecydowana  wypowiedź  zamknęła  wszystkim  usta.  Dziennikarze  powoli  zaczęli 

wychodzić, zabierając ze sobą kamery i mikrofony. 

W  holu  za  salą  konferencyjną  Dez  natknął  się  na  Rossa  Claytona,  który  najwyraźniej 

czekał na niego. 

 -  Dzięki,  że  odwróciłeś  uwagę  tych  sępów  od  innych  niewygodnych  kwestii  - 

powiedział z uśmiechem. - Uratowałeś mnie, stary, jestem ci winien dużą whisky. 

Po pracy Gina wdrapała się na strych i odszukała plany domu Essie. Zamierzała zabrać 

je  do  siebie  i  wnikliwie  przestudiować.  Nie  była  oczywiście  ekspertem  w  tej  dziedzinie. 
Wiedziała,  że  rozbudowa  muzeum  będzie  wymagać  rady  nie  tylko  architekta,  ale  także 
dobrego inżyniera. Chciała jednak sprawdzić, czy niczego nie przeoczyła. A może przy okazji 
wpadnie jej do głowy jakiś ciekawy pomysł? 

Rozłożyła  wielkie  arkusze  na  kuchennym  stole  i  przez  kilka  minut  usilnie  się  w  nie 

wpatrywała. W końcu zniechęcona oparła się o nie łokciami i podparła głowę w zamyśleniu. 
Przez  krótki  czas  miała  dziś  nadzieję,  że  znalazła  wyjście  z  beznadziejnej  sytuacji.  Było 
idealne. Ale jak się okazało, zbyt piękne, aby mogło się spełnić. 

Na jej drodze stanął Dez Kerrigan i oto znowu znalazła się w punkcie wyjścia. A może 

nawet  jeszcze  dalej.  Trudno  wrócić  myślami  do  ciasnych  korytarzy  starego  domu  Essie, 
nawet  po  remoncie  i  rozbudowie,  kiedy  ujrzało  się  oczyma  wyobraźni  wizję  witraża 
wystawionego w atrium Tyler - Royale. 

Gina  pochyliła  się  nad  pożółkłymi  kartkami,  studiując  projekty  sprzed  ponad  wieku. 

Kiedy  Desmond  Kerrigan  budował  swój  dom,  okolica  była  niemal  pusta,  dlatego  usytuował 

background image

go  prawie  na  skraju  działki,  aby  z  tyłu  założyć  rozległy,  starannie  zaplanowany  ogród. 
Niestety,  od  tego  czasu  wiele  się  zmieniło.  Potomkowie  Desmonda  podzielili  ogród  na 
mniejsze  parcele,  które  posprzedawali,  a  ulica  została  poszerzona  tak  bardzo,  że  zabrała 
niemal cały teren przed budynkiem. W efekcie dom stał teraz tuż przy drodze, otoczony przez 
niewielkie  działeczki  z  jednorodzinnymi  domkami.  Jedynym  wspomnieniem  dawnej 
ś

wietności był skrawek ogrodu zachowany cudem na tyłach posesji. 

To za mało, aby zamienić dom w prawdziwe, tętniące życiem centrum historyczne. Ale 

Gina nie dysponowała niczym więcej. 

Poza  tym  nie  miała  pojęcia,  czy  na  tak  mały  teren  da  się  wprowadzić  ciężki  sprzęt 

budowlany. I czy wykopy nie naruszą starych fundamentów. 

Zwinęła  plany  i  zabrała  się  za  przyrządzanie  kolacji.  Włączyła  miniaturowy  telewizor 

stojący  na  lodówce,  żeby  zająć  myśli  czymś  innym  niż  losy  muzeum.  Jednak  najwyraźniej 
wszystko  sprzysięgło  się  przeciwko  niej.  Na  wszystkich  kanałach  dyskutowano  głównie  o 
likwidacji Tyler - Royale. 

 -  ...a  końcowa  wyprzedaż  rozpocznie  się  już  w  przyszłym  tygodniu  -  mówiła 

reporterka, którą Gina widziała dziś na konferencji w hotelu. 

 -  Jaka  szkoda!  -  Jej  rozmówca  potrząsnął  ze  smutkiem  głową.  -  Czy  wiemy  coś  o 

przyszłości tego pięknego budynku. Carla? 

 -  To  pytanie  padło  oczywiście  na  konferencji  prasowej,  ale  pan  Kerrigan  nie  chciał 

zdradzić nam swoich planów. Jedyna aluzja, jaką zrobił, wskazywała, że rozmawia z kimś z 
Towarzystwa Historycznego Hrabstwa Kerrigan. 

Drewniana łyżka wypadła Ginie z ręki wprost na patelnię i wokół rozprysnął się gorący 

olej. Poczuła palące pieczenie na palcu i odruchowo podniosła go do ust. 

 - Kustosz muzeum, Gina Haskell, była na konferencji, ale odmówiła komentarza na ten 

temat... 

Gina wpatrywała się z niedowierzaniem w ekran telewizora. Co ta kobieta wygadywała! 

Nie odmawiała przecież żadnego komentarza! 

 -  ...a  kiedy  rozmawiałam  przed  chwilą  z  przewodniczącym  Towarzystwa,  powiedział 

jedynie, że byłoby zbrodnią zniszczyć ten piękny, stary budynek. 

Oszołomiona  usiadła  na  krześle  i  podparła  głowę  rękoma.  Zadzwonili  już  więc  do  jej 

szefa. A ona o niczym  mu nie wspomniała, bo nie chciała zawracać mu głowy pomysłem, z 
którego i tak nic nie wyszło. 

 - Istotnie, to byłoby barbarzyństwo - zgodził się rozmówca Carli. 
 - Ale zachowanie tego gmachu byłoby czymś nowym, jeśli chodzi o styl działania Deza 

Kerrigana  -  ciągnęła  dziennikarka.  -  Przyznał  dziś,  że  dotychczas  zawsze  burzył  stare 
budowle. 

 -  Trudno  w  to  uwierzyć  -  pokręcił  głową  mężczyzna.  -  Cóż,  w  takim  razie  trzymamy 

kciuki  za  wysiłki  Towarzystwa  Historycznego  i  życzymy,  aby  udało  się  im  uratować 
budynek, który jest ozdobą naszego miasta. 

 - Wysiłki Towarzystwa Historycznego??? - powtórzyła Gina z niedowierzaniem. 
W  tym  momencie  zadzwonił  telefon.  Wiedziała,  kto  to  może  być  i  wpatrywała  się  w 

słuchawkę  z  obawą,  niepewna,  jak  postąpić.  Szef  miał  prawo  być  na  nią  wściekły,  nie 
dziwiłaby  się  mu  wcale.  I  tak  zachował  zimną  krew,  nie  zdradzając  dziennikarce,  że  cała 
sprawa jest dla niego zupełną nowością. 

Ostrożnie podniosła słuchawkę i zdumiała się. To nie był przewodniczący Towarzystwa 

Historycznego.  Tylko  raz  słyszała  głos,  który  zabrzmiał  w  słuchawce,  ale  od  razu  go 
rozpoznała. Był głęboki, ciepły i... arogancki. 

 - Co to ma być? - usłyszała oskarżycielski ton. - Próba sił? Kto ma większe wpływy w 

mediach? Całkiem nieźle - najpierw gazeta, potem stacja telewizyjna. I co dalej? 

 - Nic nie zrobiłam - zaprzeczyła gorąco, lecz mówiła już do głuchej słuchawki. 

background image

Chociaż nie zamierzała mu współczuć, rozumiała, dlaczego był zdenerwowany. Jednak 

szczerze mówiąc, sam się o to prosił. Od ponad dziesięciu lat działał na tym rynku i przez ten 
czas  wyburzył  wszystkie  stare  budynki,  które  trafiły  w  jego  ręce.  Nie  mogła  wprost  w  to 
uwierzyć.  Nie  miała  pojęcia,  jakimi  powodami  się  kierował,  ale  pewnie  i  tak  by  ich  nie 
zrozumiała.  Podobnie  jak  on  nie  rozumiał  tych  wszystkich  ludzi,  którzy  chcieli  chronić 
pamiątki przeszłości. 

Cóż,  może  z  tego  zamieszania  wyniknie  chociaż  tyle  dobrego,  że  zechce  poważnie 

rozważyć jej propozycję. 

O dziesiątej rano, dokładnie dwadzieścia cztery godziny po konferencji prasowej, Gina 

przekraczała próg biura Deza Kerrigana.  

Wcale  nie  było  łatwo  go  znaleźć.  W  książce  telefonicznej  nie  figurował  ani  Dez 

Kerrigan, ani Kerrigan Corporation, ani Kerrigan i Partnerzy, ani Kerrigan i cośtam... 

Oczywiście,  nie  miała  żadnej  pewności,  że  nazwał  firmę  własnym  nazwiskiem.  Może 

nie  chciał  plamić  honoru  rodziny  swoimi  bezdusznymi  interesami,  a  może  myślał,  że  to 
nazwisko  straciło  już  jakąkolwiek  siłę  oddziaływania  na  tym  terenie.  Ostatecznie  od  rodu 
Kerrigan  nazywało  się  tu  prawie  wszystko  -  od  całego  hrabstwa  po  aulę  wykładową  na 
uniwersytecie. 

W  końcu  jednak  znalazła.  Nazwał  swoją  firmę  po  prostu  „Nieruchomości  Lakemont", 

tak jakby to było jedyne liczące się przedsiębiorstwo w mieście. 

Nie  prosiła,  żeby  oddzwonił  ani  nie  umówiła  się  na  spotkanie.  Po  prostu  wyszła  z 

muzeum i udała się wprost do jego firmy. Na szczęście jej siedziba znajdowała się tylko kilka 
przecznic  dalej.  Nigdy  wcześniej  nie  zwróciła  uwagi  na  ten  budynek,  ale  nic  dziwnego,  nie 
rzucał  się  w  oczy.  Wyglądał  jak  opuszczona  szkoła  zaadaptowana  na  potrzeby  firmy. 
Zupełnie  inaczej  wyobrażała  sobie  główną  kwaterę  człowieka,  który  bawił  się  drapaczami 
chmur, jakby to były drewniane klocki. 

W  środku  było  gwarno  i  ruchliwie.  Zanim  trafiła  do  gabinetu  Deza,  musiała  przejść 

przez  cały  budynek.  Kiedy  w  końcu  tam  dotarła,  sekretarka  długo  obracała  w  palcach 
wizytówkę i spoglądała na nią podejrzliwie. Gina nie była zaskoczona. Nazwa "Towarzystwo 
Historyczne" musiała działać na pracowników Deza Kerrigana jak płachta na byka. 

 -  Nie  jestem  umówiona  -  powiedziała  wprost  -  Jednak  myślę,  że  pan  Kerrigan  mnie 

przyjmie.  Jeśli  oglądała  pani  wczoraj  telewizję,  powinna  pani  wiedzieć,  że  prowadzimy 
negocjacje w sprawie siedziby Tyler - Royale. 

Sekretarka  wyglądała  na  zaskoczoną,  ale  nie  odezwała  się.  Sięgnęła  po  słuchawkę  i 

rozmawiała cicho z Dezem. 

Gina  przysiadła  na  najbliższym  krześle  i  czekała  w  napięciu.  Chwilę  późnej  drzwi 

gabinetu otworzyły się i stanął w nich Dez Kerrigan. 

 -  Proszę,  proszę...  Władczyni  mediów  w  Lakemont  we  własnej  osobie  -  powiedział  z 

ironicznym uśmieszkiem. - Zapraszam. 

Podniosła  się  z  krzesła,  a  on  tworzył  szerzej  drzwi  i  wprowadził  ją  do  środka  z 

wystudiowaną grzecznością. 

Był tak wysoki, jak podejrzewała.  Zastanawiała  się nad tym już „Pod Klonem". Kiedy 

rozmawiali  na  konferencji,  była  zbyt  zaabsorbowana  własnymi  planami,  aby  zwrócić  na  to 
uwagę,  ale  teraz  widziała  wyraźnie,  że  sięgała  mu  ledwie  do  ramienia.  Zielone  oczy  nie 
wyglądały  dziś  jak  szmaragdy.  To  dobrze,  pomyślała,  nie  przyszłam  tu  przecież,  aby  go 
rozbawić. 

Weszła  do  gabinetu  i  stanęła  zaskoczona.  Niewątpliwie  urządzono  go  w  dawnej  sali 

lekcyjnej. Pokój był długi i pomalowany na stonowane kolory. Jedynie akwarelki z widokami 
różnych budynków stanowiły barwne plamy na tle szarych ścian. Gina podeszła do najbliższej 
- przedstawiała jeden z najwspanialszych i najnowocześniejszych drapaczy chmur w mieście. 

 - To pański projekt, jak sądzę? Skinął milcząco głową. 

background image

 - Jest całkiem niezły - przyznała. - Robi wrażenie. Szczerze mówiąc, spodziewałam się 

raczej,  że  tam  właśnie  będzie  miał  pan  swoje  biuro.  Na  ostatnim  piętrze  z  imponującym 
widokiem na jezioro Michigan. Dez wzruszył ramionami. 

 -  To  biuro  było  dobre,  kiedy  rozkręcałem  biznes,  i  wciąż  mi  wystarcza.  A  nawiasem 

mówiąc,  czynsz  w  tym  wieżowcu  jest  tak  wysoki,  że  nie  ma  sensu  się  tam  przenosić.  Wolę 
wynajmować i zarabiać na tym pieniądze. 

 -  Naturalnie  -  pokiwała  głową.  -  Rzeczywiście  miał  pan  rację,  mówiąc  wczoraj 

dziennikarzom, że jest pan rzeczowy i praktyczny. 

 - Nie sądziłem, że została pani do końca konferencji. 
 -  Wyszłam  wprawdzie  wcześniej,  ale  oglądałam  obszerną  relację  w  telewizji.  Jestem 

biznesmenem - zacytowała. - Zastanowię się nad każdą rozsądną propozycją, którą otrzymam. 
Czy tak? 

 -  Owszem,  tak  powiedziałem.  Nie  rozumiem  jednak,  dlaczego  traktuje  to  pani  jak 

sensację.  Rozsądek  nie  jest  wadą.  Cóż,  miło,  że  pani  wpadła,  ale  chociaż  lubię  pogawędki 
przy kawie, to muszę przyznać, że mam dziś dużo pracy. Przejdźmy zatem do rzeczy. 

Gina usiadła na kanapie i zaczerpnęła tchu. 
 - Nie wątpię, że jest pan bardzo zajęty. Mam rozsądną propozycję, którą powinien pan 

rozważyć. 

 - Jak widać, rozsądek to pojęcie względne. Ma pani pieniądze na realizację? 
 - Nie mam - przyznała. 
 -  Proszę  więc  nie  marnować  mojego  czasu,  pouczając  mnie,  że  powinienem  ocalić 

budynek Tyler - Royale. Jeśli słyszała pani, co mówiłem na konferencji, wie pani, że nie ma 
na to szans. 

 - Nie zamierzam marnować pańskiego cennego czasu. 
 -  Gina  rozparła  się  wygodniej  na  sofie,  założyła  nogę  na  nogę  i  uśmiechnęła  się 

czarująco. - Przyszłam tutaj, żeby dać panu szansę, by mógł pan zostać bohaterem. 

Dez patrzył na nią z niedowierzaniem. Ta kobieta chyba postradała zmysły. 
 - Panno Haskell ... - zaczął. 
 - Och, proszę mi mówić po imieniu. I przy okazji - nie mam pretensji o to, że byłeś tak 

rozstrojony ostatniej nocy. 

 - Rozstrojony? - zdziwił się. - Nigdy nie bywam rozstrojony. 
 - Naprawdę? To dlaczego zadzwoniłeś i nawrzeszczałeś na mnie? 
Spojrzał zaskoczony. 
 - Nie nawrzeszczałem. 
 - Chcesz powiedzieć, że było to tylko spokojne wyrażenie opinii? 
 -  Oczywiście.  Przyznaję,  byłem  nieco  zirytowany  po  tym,  jak  ta  banda  szakali 

przekręciła moje słowa, zwłaszcza że myślałem, że maczałaś w tym palce. 

 - Tak przypuszczałam. - Gina zamyśliła się na chwilę i popatrzyła na niego uważnie. - 

Wiesz,  że  media  zrobiły  z  ciebie  okrutnego  King  Konga,  który  sunie  przez  miasto  i  burzy 
wszystko, co mu stanie na drodze? 

 -  Gdybym  przejmował  się  wszystkim,  co  mówią  o  mnie  dziennikarze,  już  dawno 

wylądowałbym w domu wariatów - powiedział gwałtownie i usiadł na drugim końcu kanapy. 

 - Ale do rzeczy. Powiedz mi teraz, jak mam zostać bohaterem - dorzucił kpiąco. 
 - Przyszłam tylko po to, żeby wskazać ci właściwy kierunek. 
Odwróciła  się  w  jego  stronę,  a  jej  spódnica  zsunęła  się  przy  tym  ruchu,  ukazując 

szczupłe,  zgrabne  kolana.  Nie  wiedział,  czy  był  to  wyreżyserowany  manewr,  ale  na  wszelki 
wypadek postanowił być ostrożny. 

 - Ostrzegam cię, że masz jeszcze dwie minuty. 

background image

 - W porządku. - Zerknęła na zegarek, potem spojrzała wprost na niego. - Po ostatnich 

doniesieniach mediów jesteś w tym mieście wrogiem numer jeden. I musisz przyznać, że sam 
na to zapracowałeś. Może pora popracować nad zmianą wizerunku? 

 - Ocalając siedzibę Tyler - Royale, jak  rozumiem. - Popatrzył na nią nieodgadnionym 

wzrokiem  i  dodał:  -  Jeśli  myślisz,  że  zmienię  zdanie  tylko  dlatego,  że  nie  spodobało  się  to 
kilku  dziennikarzom,  to  grubo  się  mylisz.  Zapomną  o  tym  budynku,  jak  tylko  pojawi  się 
następny  interesujący  temat.  Rzucą  się  na  niego  z  równą  zaciekłością  i  za  miesiąc  nikt  nie 
będzie pamiętał o jakimś starym gmachu. 

 - Zrobiłam na razie tylko szybkie rozeznanie, ale wystarczyło, żeby się dowiedzieć, że 

posiadasz już osiem działek budowlanych w samym centrum  Lakemont.  Jesteś prawdziwym 
magnatem  na  tym  rynku,  więc  co  znaczy  jedna  działka  mniej  lub  więcej?  Ratując  ten 
budynek, stałbyś się ulubieńcem mediów. 

 -  Supermanem  z  Lakemont  -  zaśmiał  się  drwiąco.  -  Chyba  przeczytałaś  za  dużo 

romantycznych  książek.  To  był  ten  argument,  który  miał  mnie  przekonać,  żebym  nie  burzył 
tego gmachu? Rozumiem, że miałbym go potem przekazać tobie? 

 - Nie mnie osobiście. Towarzystwu Historycznemu Hrabstwa Kerrigan. 
To było zupełnie absurdalne. Ale ona zdawała się tego nie dostrzegać. 
 -  Nie  mogę  tego  zrobić.  Poza  tym  zapomniałaś,  że  nie  jestem  właścicielem  tego 

obiektu.  Przypuszczam,  że  mógłbym  podarować  ci  prawo  pierwokupu,  oczywiście  o  ile 
byłbym w nastroju do robienia prezentów za dwieście tysięcy dolarów, ale to nic by nie dało. 
Chwilę później powiedziałabyś mi, że nie macie pieniędzy na kupno. Prawo pierwokupu nie 
jest warte złamanego centa, jeśli nie ma się pieniędzy na skorzystanie z niego. 

 - Jestem jednak pewna, że mógłbyś pomóc mi przekonać dyrektora generalnego Tyler - 

Royale,  by  podarował  nam  budynek.  Dla  niego  też  byłby  to  niezły  interes,  w  końcu  nie 
straciłby wszystkiego... 

 - A! To tak! Chciałabyś go przekonać za te kilka tysięcy dolarów, które już dostał ode 

mnie! On dostałby pieniądze, ty budynek, a ja zostałbym z niczym! Niestety, ten argument nie 
przemawia na twoją korzyść. Bohater tak się nie zachowuje. Tak postępuje idiota. 

 -  Rozumiem...  -  Zupełnie  nie  wyglądała  na  zbitą  z  tropu.  Spoglądała  na  niego  ze 

spokojnym uśmiechem. - A pomyślałeś o wszelkich korzyściach podatkowych, jakie mogłyby 
z tego wyniknąć? 

Musiał  przyznać,  że  był  pod  wrażeniem.  Jak  dotąd  spotkał  niewielu  ludzi,  którzy 

zachowaliby spokój w takiej sytuacji. A ona jeszcze potrafiła się uśmiechać. Nawet jeżeli była 
to tylko gra, zasługiwała na uznanie. 

 - Poza tym - mówiła dalej spokojnie - myślę, że nie doceniasz wpływu, jaki miałby ten 

krok na poprawę twojej reputacji w mieście. 

 - Nie mogę go nie doceniać! Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co by się działo. A 

przy okazji, oglądałaś w ogóle ten budynek? 

Miał wrażenie, że po raz pierwszy zobaczył na jej twarzy błysk niepewności, ale szybko 

go ukryła. 

 - Jakiś czas temu. 
 - Rozumiem. - Wstał i podszedł do drzwi. - Sarah, gdyby ktoś o mnie pytał, powiedz, 

ż

e zabrałem pannę Haskell na spacer. 

Budynek Tyler - Royale znajdował się kilka ulic dalej. Dez wyciągał swoje długie nogi. 

tak bardzo, że ledwo mogła za nim nadążyć. 

 - To nie jest spacer, to bieg na czas! - zaprotestowała, z trudem łapiąc powietrze. 
Spojrzał pogardliwie na jej delikatne sandałki i powiedział zgryźliwie: 
 - Nie rozumiem, jak w ogóle można chodzić w takich bucikach. 
 - Nie rozumiem, jak można stawiać takie wielkie kroki - mruknęła w odpowiedzi. 

background image

Ledwo  żywa  stanęła  przed  głównymi  drzwiami  Tyler  -  Royale  i  próbowała  uspokoić 

oddech.  Ze  sklepu  właśnie  wychodziła  jakaś  kobieta  ze  stosem  pudeł.  Tylko  szybka 
interwencja  Deza  uchroniła  je  od  zderzenia.  Trzymał  Ginę  mocno  za  łokieć  i  podążył 
wzrokiem za jej spojrzeniem. Oglądała fasadę budynku. 

 - O co chodzi, Gino? - spytał drwiąco. - Jest większy, niż zapamiętałaś? 
 - Myślę tylko o tym, że interes idzie tu wyjątkowo dobrze, jak na sklep, który ma być 

wkrótce zamknięty. 

Popatrzył wokół i musiał przyznać, że miała rację. Klienci wchodzili do sklepu tłumnie 

i wychodzili obładowani licznymi torbami. 

 - Zwykle tak jest. Ludzie uświadamiają sobie, co posiadają dopiero wtedy, gdy mają to 

stracić. Ten ruch w interesie będzie trwał jeszcze kilka dni, a potem klienci przerzucą się do 
innego sklepu. Jeśli za rok zapytasz przechodniów, co tu było, zapewniam, że większość nie 
będzie umiała odpowiedzieć na pytanie. 

 - Zwłaszcza jeśli zostanie tu tylko pusty plac - dodała drwiąco. 
Spojrzał na nią, ale nie skomentował jej słów. 
 - Chodźmy. - Otworzył drzwi i puścił ją przodem. 
W przestronnym holu panował gwar i ogólne poruszenie. Tłumy ludzi oblegały stoiska i 

kawiarniane stoliki. 

Gina obserwowała tę scenę z dziwnym wyrazem twarzy. 
 - Stoisko z butami jest na prawo - zasugerował uprzejmie Dez. 
 -  Nie  śmiałabym  tracić  twojego  cennego  czasu  na  takie  drobiazgi  -  mruknęła  w 

odpowiedzi. 

Minęli  sklep  z  kosmetykami  i  biżuterią  i  przeszli  do  centrum  budynku  -  ogromnego, 

ś

wietlistego  atrium  ciągnącego  się  przez  wszystkie  siedem  pięter.  Otaczały  je  kręcone 

spiralnie schody z piękną, mosiężną balustradą. 

W  centrum  sklepienia  dach  ozdobiony  był  wspaniałą  stylizowaną  różą  -  symbolem 

firmy. Dez poprowadził Ginę w tym kierunku i postawił na środku. 

 - O co ci chodzi? - spytała zdezorientowana. - Każdy, kto mieszka w tym mieście, był 

tu setki razy. Ta róża to ulubione miejsce spotkań miejscowej młodzieży. 

 - Wiem, wiem. Matka mi o tym opowiadała. Nie o to mi chodzi. Spójrz w górę. 
Podniosła  głowę  i  zobaczyła  bogato  zdobione  balkony  zwisające  z  każdego  piętra, 

marmurowe  schody  ciągnące  się  przez  wszystkie  piętra  budynku,  a  na  samej  górze  - 
zapierającą dech w piersiach, imponującą kopułę. 

 - Co właściwie chcesz mi powiedzieć? - odwróciła się do Deza. 
Chociaż  mówiła  nieco  nonszalanckim  tonem,  nie  dał  się  nabrać.  Rozmiary  i  przepych 

tego gmachu musiały zrobić wrażenie na każdym. 

 - Chcę ci pokazać, że nawet jeśli jakimś cudem dostałabyś ten budynek, nie będziesz w 

stanie go utrzymać. 

 - Przyznaję, jest nieco większy niż nasza obecna siedziba 
 - zgodziła się z ociąganiem. 
Patrzył na nią przez chwilę, a w końcu wybuchnął głośnym śmiechem. 
 - Nieco większy!? Chyba kpisz! To jak powiedzieć o jeziorze Michigan,  że jest nieco 

większe od kałuży przed domem. A to dobre! 

 -  Ale  wiadomo,  że  jeśli  muzeum  się  rozrośnie,  przyciągnie  nie  tylko  więcej 

zwiedzających, ale też więcej sponsorów. 

 - Chyba w twoich snach. - Dez pokręcił głową. - Spójrz na to realnie, Gino. Może jest 

gdzieś budynek, który byłby bardziej odpowiedni dla waszych potrzeb. 

 - Nic nie rozumiesz. - Popatrzyła na niego zdumiona. 

background image

 - Może inny budynek byłby bardziej praktyczny, ale tylko ten przyciąga ludzkie serca i 

uczucia.  -  Zamyśliła  się  i  dodała  z  determinacją:  -  Musiałabym  oszaleć,  żeby  z  niego 
zrezygnować. 

Już oszalałaś, sięgając po niego, dodał w duchu. 
 -  Wiem,  że  to  nie  będzie  łatwe  -  zaczęła  po  chwili.  -  Ale  cała  akcja  właśnie  nabiera 

tempa. A ja zamierzam przyspieszyć ją jeszcze bardziej. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 
Dez  wpatrywał  się  w  nią  tak  długo,  że  przez  chwilę  poczuła  się  zaniepokojona. 

Potrząsał  głową,  jakby  nie  mógł  zrozumieć  tego,  co  właśnie  usłyszał.  Nie  odzywał  się.  W 
końcu wyjął telefon i szybko wybrał jakiś numer. 

 - Sarah, odwołaj moje następne spotkanie. Potem zwrócił się do Giny: 
 - Chodźmy. Znajdziemy jakieś miejsce, gdzie można spokojnie porozmawiać. 
 - Daj spokój. - Potrząsnęła głową. - I tak mnie nie przekonasz. 
 - Nie chodzi mi o ciebie. Możesz tu stać, jak długo chcesz, ale jeśli mam znowu słyszeć 

takie rewelacje, wolałbym spokojniejsze miejsce. Nie lubię, jak tłum ludzi widzi, że wpadam 
w zdumienie. 

 - Tak dbasz o swój wizerunek? - spytała kpiąco. 
 -  Mało  kto  lubi  wychodzić  na  idiotę.  Jeśli  uraczysz  mnie  kolejną  serią  swoich 

pomysłów,  mogę  wpaść  w  stan  katatonii  i  będziesz  miała  problem.  Na  szóstym  piętrze  jest 
kawiarnia,  chodźmy  tam.  Chyba  że  wolisz  ekspozycję  łaźni  parowych,  jest  niżej  -  dodał, 
widząc jej spojrzenie. 

 -  Wolę  już  kawę  -  mruknęła  i  poszła  za  nim.  Zatrzymali  się  przed  piękną 

modernistyczną windą. - Wspaniała. I oryginalna. Prawdziwe dzieło sztuki. 

 - Możesz się rozczulać,  ile chcesz, dla mnie to stary  rupieć - kosztowny  w obsłudze i 

zawodny - powiedział, wciskając ostatni przycisk. 

 -  Jeśli  traktujesz  wszystkie  stare  przedmioty  w  ten  sposób,  nic  dziwnego,  że  cię 

zawodzą. Ale jestem pewna, że w duchu też je podziwiasz. Dla nas to bardzo ważne, że jest tu 
winda.  Dzięki  temu  muzeum  będzie  dostępne  dla  osób  niepełnosprawnych,  co  pozwoli  nam 
wystąpić o specjalne dotacje. 

 - No, no, co za szczęśliwy traf! - zakpił. 
Winda  cicho  sunęła  na  górę  i  już  po  chwili  stanęli  przed  kawiarnią.  Kilku  kelnerów 

roznosiło kawę i ciastka wśród wczesnych gości. 

Usiedli  przy  stoliku  i  zamówili  kawę.  Gdy  tylko  zostali  sami,  Dez  pochylił  się  nad 

stolikiem i zapytał z naciskiem: 

 - Dobrze, teraz powiedz mi, o co naprawdę chodzi? 
 - Co chcesz wiedzieć? 
 -  Sama  chyba  rozumiesz,  że  jeśli  uda  ci  się  przejąć  ten  budynek,  będziesz  zgubiona. 

Jest  pięćdziesiąt  razy  większy  od  waszego  muzeum.  Siedzę  w  tej  branży  od  lat,  potrafię  to 
ocenić.  Nie  możesz  być  aż  tak  naiwna,  żeby  wierzyć,  że  to  się  uda.  Dlatego  pytam,  co 
naprawdę  zamierzasz  z  nim  zrobić.  Ten  gmach  jest  przecież  dla  ciebie  o  wiele  za  duży  i 
zupełnie niepraktyczny, nie jesteś w stanie wykorzystać całej powierzchni. Bądźmy szczerzy, 
z waszym budżetem nawet nie będziesz w stanie utrzymać go w czystości! 

To  akurat  może  okazać  się  prawdą,  pomyślała,  ale  nie  zamierzała  mówić  tego  głośno. 

Ciągle  jeszcze  próbowała  oswoić  się  z  informacją,  ile  zapłacił  za  prawo  pierwokupu.  Jak 
można wyłożyć taką kwotę, nie stając się  w zamian właścicielem nawet jednej cegły? Jakoś 
nie mogła sobie wyobrazić, że wydaje takie sumy, nie dostając nic namacalnego. 

Dez wydał te pieniądze, chociaż, jak twierdzi, nie ma jeszcze konkretnego pomysłu, co 

zrobić z budynkiem. Zupełnie jakby grał w Monopol i obracał bezwartościowymi papierkami. 

Musiała  przyznać,  że  popełniła  pewien  błąd.  Zawsze  myślała  tylko  o  gmachu,  nie 

wpadła  na  to,  że  dla  Deza  dużą  wartość  przedstawia  również  sama  działka  w  tej  atrakcyjnej 
części miasta. 

Kelner przyniósł im kawę. Mieszając cappucino, odezwała się z namysłem: 
 - Wygląda na to, że jednak dobrze przyjrzałeś się domowi Essie. 
 -  Dlaczego  tak  myślisz?  Bo  byłem  w  stanie  oszacować  jego  powierzchnię?  Kiedyś 

dobrze go znałem, sporo pamiętam, chociaż nie byłem tam od dwunastego roku życia. 

Czyli około dwudziestu lat, obliczyła szybko w myślach i westchnęła. 

background image

 - Jeszcze zanim Essie założyła w nim muzeum? 
 -  Zanim  je  otworzyła  -  skorygował.  -  Myślę,  że  gromadziła  te  wszystkie  klamoty,  od 

kiedy nauczyła się chodzić. Ale nie zmieniaj tematu, wróćmy do tego budynku, nie wątpię, że 
masz jakiś świetny plan. 

 -  Muszę  przyznać,  że  w  jednej  kwestii  masz  rację  -  rzeczywiście  byłyby  trudności  z 

wykorzystaniem powierzchni. Ale w tym hrabstwie jest co najmniej tuzin różnych placówek 
historycznych.  W  większości  są  w  podobnej  sytuacji,  nie  mają  pieniędzy  na  sprowadzanie 
ciekawych  wystaw,  więc  nie  przyciągają  zwiedzających  i  nie  zarabiają  pieniędzy.  Dlatego 
chciałabym, żebyśmy wspólnie stworzyli coś w rodzaju centrum kulturalnego. 

 - Chciałabyś połączyć muzea? - spytał zaskoczony. 
 -  Owszem.  -  Kiwnęła  głową.  -  Wchodzisz  do  jednego  budynku,  kupujesz  bilet  i 

oglądasz  dowolną  ekspozycję.  Dziadek  zwiedza  wystawę  historyczną,  babcia  malarstwo,  a 
wnuki  szaleją  wśród  dinozaurów.  I  to  wszystko  pod  jednym  dachem.  Myślę,  że  to  świetny 
pomysł!  Nagłośnimy  sprawę  w  mediach  i  musi  się  udać!  -  Spojrzała  na  niego  z  triumfem  i 
spytała niewinnie: - Co z tobą? Nie smakuje ci kawa? 

Dez  pomyślał,  że  zapach  kawy  orzechowej  już  zawsze  będzie  mu  się  kojarzył  z 

pewnym drobnym rudzielcem ogarniętym obsesją historyczną. 

 - Jesteś szalona... - zdołał wyjąkać, kręcąc głową z niedowierzaniem. 
Zanim  zdążył  wyjaśnić,  co  miał  na  myśli,  do  ich  stolika  podeszła  jakaś  kobieta.  Dez 

uniósł  głowę  i  westchnął  w  duchu.  To  była  Carla  -  przebojowa  reporterka  telewizyjna. 
Widocznie  media  zamierzały  same  zainteresować  się  sprawą,  Gina  nie  musiała  niczego 
nagłaśniać. Przeklął się w duchu, że ją tu przyprowadził, i czekał na rozwój sytuacji. 

 - Miło was widzieć razem - odezwała się Carla słodko. 
Pomyślał,  że  tylko  ona  może  wypowiedzieć  banalną  uwagę  takim  tonem,  jakby 

przyłapała ich nago w salonie. Ukłonił się z rezerwą i zapytał chłodno: 

 - Co cię sprowadza, Carla? 
 -  Robię  program  o  tym  gmachu.  Wiesz,  że  kopuła  nad  atrium  zrobiona  jest  z  pięciu 

tysięcy kawałków kolorowego szkła? 

 - Spędzało mi to sen z powiek. Dzięki, że policzyłaś. 
Carla ściągnęła brwi i powiedziała: 
 -  Z  twojego  tonu  domyślam  się,  że  chcielibyście  zostać  sami.  Macie  coś  do 

przedyskutowania? Może przyszłość tego budynku? Właśnie, panno Haskell, czy znalazłaby 
pani czas, żeby udzielić wywiadu naszej stacji? 

 - Hmm, sądzę, że wykroję coś w moim grafiku - wymruczała Gina, starając się żadnym 

gestem nie zdradzić, jak bardzo jest jej na rękę ta propozycja. 

 - Więc kiedy? 
 - Kiedy tylko znajdzie pani dogodny termin. 
 - Może natychmiast - zaproponował Dez zmęczony tą dziwną sytuacją. Chciał wracać 

do biura i zająć się swoimi sprawami. Poza tym miał nadzieję, że jeśli obie kobiety nie zdążą 
się przygotować do rozmowy, narobią mniej szkód. Udało się. 

 - Dez ma rację! To świetny pomysł! - zawołała  Gina i wstała. - Dzięki za kawę, Dez. 

Zobaczymy się później. 

I obie odeszły, zostawiając go samego. 
Skończył  kawę  i  wrócił  do  biura,  gdzie  spędził  resztę  popołudnia  na  przeglądaniu 

papierków.  Nie  zamierzał  tracić  czasu  na  myślenie  o  Ginie  Haskell.  Nie  będzie  zastanawiał 
się  nad  tym,  co  powie  w  wywiadzie.  Nie  będzie  oglądał  w  telewizji  tych  świetlistych, 
brązowych oczu. 

I  na  pewno  nie  zadzwoni,  żeby  zapytać,  jak  poszło.  Niech  go  diabli,  jeśli  da  jej  tę 

satysfakcję. Zresztą nieważne. Cokolwiek by powiedziała, nic nie zmieni jego decyzji. 

background image

Zainwestował  w  ten  pomysł  dużo  pieniędzy,  a  Gina  jedynie  trochę  czasu.  I  jedno  jest 

pewne - kiedyś nawet ona uświadomi sobie, jak nierealny był jej projekt. Rzuca się na dużą 
inwestycję bez dokładnych wyliczeń, oszacowania kosztów i sensownego planu. 

To  w  końcu  on  był  specjalistą  od  tych  kwestii,  zajmował  się  tym  przecież  od  lat. 

Działka  w  centrum  miasta  stanowi  zawsze  łakomy  kąsek,  nawet  bez  konkretnego 
przeznaczenia.  Nie  wątpił,  że  pewnego  dnia  wpadnie  na  jakąś  ciekawą  koncepcję,  co  z  nią 
zrobić. 

Próbował  skupić  się  na  pracy,  ale  łapał  się  na  tym,  że  wciąż  się  zastanawia,  co  Gina 

naopowiada  Carli.  Odsunął  na  bok  papiery,  sięgnął  po  kluczyki  do  samochodu  i  po  chwili 
jechał już w stronę muzeum. 

Nie  był  tu  wprawdzie  od  lat,  ale  często  przejeżdżał  obok.  Czasami mijając  to  miejsce, 

myślał o swojej ekscentrycznej ciotce i wspominał miłe chwile, które spędził tu jako dziecko. 

Zaparkował samochód na sąsiedniej uliczce i wolnym krokiem szedł po dobrze znanej 

ś

cieżce.  Zachodzące  słońce  złociście  oświetlało  cały  budynek,  odbijało  się  od  dachu  i 

zwieńczeń  wieżyczek.  Drzwi  muzeum  były  głucho  zamknięte,  nie  paliło  się  żadne  światło. 
Dom wyglądał na samotny i opuszczony. 

Przez  zrujnowane  żelazne  ogrodzenie  przedostał  się  do  ogrodu.  Większość  drzew 

zdziczała, a ścieżki porosły mchem. Essie najwyraźniej całkowicie oddała się pasji zbierania 
pamiątek przeszłości, a muzeum nie miało funduszy na utrzymanie ogrodu. 

Podszedł  do  tylnej  fasady.  Przez  chwilę  podziwiał  okna  obrośnięte  dzikim  winem. 

Nagle tylne drzwi uchyliły się i stanęła w nich Gina. 

 - Godziny otwarcia muzeum wypisane są na tablicy od frontu - powiedziała. 
 - Jeśli jest już zamknięte, to co ty tutaj robisz? 
 - Nadrabiam zaległości. Straciłam dziś sporo czasu, najpierw na kawie z tobą, a potem 

z Carlą. Chcesz wejść na chwilę? 

Otworzyła szerzej drzwi i gestem zaprosiła go do środka. 
Wszedł do ciemnego holu i z ciekawością rozejrzał się po wnętrzu. Wszystko tonęło w 

lekkim półmroku. Pamiętał zapach tego domu - leciutką woń stęchlizny i starych książek. 

Gina poprowadziła go długim korytarzem i mocno popchnęła drzwi kuchni. Zamknęły 

się  za  nimi  z  głośnym  skrzypieniem.  Te  drzwi  także  pamiętał  z  dzieciństwa.  Kuchnia  była 
jasno oświetlona, ale nie tak przytulna jak dawniej. 

Gina otworzyła starą lodówkę i spytała: 
 - Chcesz colę? I tak nie ma nic innego. 
 - Jak to? - zdziwił się. - Nie macie słynnych ciasteczek figowych w niebieskim garnku 

Essie? 

 - Właśnie się skończyły. To jedno ze wspomnień twojego dzieciństwa? Masz szczęście, 

garnuszek jest na górze, na wystawie. 

 - Na wystawie? Ten stary garnek? 
 -  Może  nie  uwierzysz,  ale  okazał  się  jednym  z  pierwszych  egzemplarzy  ceramiki 

wypalanej w naszym hrabstwie. 

 - Nie do wiary - pokręcił głową. - Ale wiem teraz, dlaczego chcesz się stąd wynieść. - 

Pokazał  pęknięcie  na  ścianie  i  dodał:  -  Ten  dom  starzeje  się  coraz  szybciej.  Widzę,  że 
wymaga gruntownego remontu. 

 - Nie panikujmy, ta rysa jest tutaj, odkąd pamiętam, czyli od ponad dziesięciu lat. Jest 

jak stara przyjaciółka. 

Gina musiała być nastolatką, kiedy zaczęła tu bywać, obliczył szybko. 
 - I skrzypiące drzwi? Chcesz powiedzieć, że zawsze tak było? 
 -  Cóż,  może  w  twoich  czasach  nie  skrzypiały  -  odparła  z  uśmiechem.  -  A  może 

skrzypią dlatego, że jak podejrzewam, używałeś ich jako huśtawki. 

 - Skąd wiesz? Czyżby Essie naskarżyła na mnie? 

background image

 - Nie, sama na to wpadłam. Zastanawiałam się, w co mógł się tu bawić mały chłopiec, i 

to bardzo mi do ciebie pasowało. 

 - Bo ma coś wspólnego z destrukcją? 
 - Ty to powiedziałeś. Milczał przez chwilę. 
 -  Skoro  uważasz,  że  ten  dom  jest  w  niezłym  stanie,  to  dlaczego  chcesz  się  stąd 

wynieść? - spytał, patrząc na nią uważnie. 

 - Na pewno muszę ci to wyjaśniać? 
 -  Nie  wątpię,  że  możesz  mi  podać  co  najmniej  tuzin  powodów,  od  braku  parkingu 

począwszy, na braku miejsca na zbiory skończywszy. Zastanawiam się tylko, który z nich jest 
twoim zdaniem najważniejszy. 

 - Wszystkie. Dlatego chcę dostać Tyler - Royale. 
 -  Ten  budynek  jest  nieosiągalny  i  oboje  o  tym  wiemy.  Ale  co  powiesz  na  kościół  św. 

Franciszka? 

Patrzyła na niego zaskoczona, w końcu odezwała się niepewnie: 
 - Cóż... Tam są wspaniałe witraże. Chciałam je nawet przenieść tutaj, ale nie mam tyle 

miejsca... 

Przerwał jej w pół słowa. 
 -  Mogłabyś  wykorzystać  budynek  kościoła  na  muzeum.  Jest  tam  duży  parking,  a  i 

witraże zostaną na miejscu. 

Była wyraźnie zaskoczona, ale widać było, że rozważa to, co usłyszała.  Naciskał więc 

dalej: 

 - Dajmy spokój z Tyler - Royale. Zacznij myśleć realnie. Kościół to dobra propozycja. 

Upiekłabyś dwie pieczenie na jednym ogniu - przeniesiesz muzeum do większego budynku i 
będziesz miała cenne witraże od razu na miejscu. Skoro więc zgadzasz się na kościół... 

 -  Hola!  -  przerwała  mu  gwałtownie.  -  Powinnam  się  domyślić,  że  masz  też  działkę  z 

kościołem. Nie powiedziałam jednak, że się zgadzam. Kościół jest piękny, ale trochę za mały. 
Nie opłaca się przenosić tam zbiorów po to, by za kilka lat szukać następnego lokum. 

Zaczął się poważnie zastanawiać, czy ta kobieta nie jest szalona. 
 -  Gino,  właśnie  zaoferowałem  ci  atrakcyjny  budynek  tylko  za  to,  żebyś  przestała 

myśleć o Tyler - Royale! 

 - Rozumiem, co mi proponujesz - zamruczała. - To ciekawe. Bardzo ciekawe. Kościół 

ś

w. Franciszka jako wstępna oferta do negocjacji. Zobaczymy, jaka będzie końcowa... 

I uśmiechnęła się, patrząc mu prosto w oczy. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 
Ż

adne  z  nich  nie  przerywało  ciszy,  która  zapadła  po  tych  słowach.  Po  chwili  Gina 

dopiła swoją colę i odezwała się: 

 -  Naprawdę  muszę  już  wracać  do  pracy.  Ale  bardzo  proszę,  rozejrzyj  się  tutaj 

swobodnie.  Moje  biuro  jest  na  górze,  naprzeciwko  schodów.  Jak  skończysz,  daj  mi  znać, 
ż

ebym mogła wszystko pozamykać. 

Wyszła  z  kuchni  i  weszła  na  piętro,  zapalając  po  drodze  wszystkie  światła.  Sama 

mogłaby  poruszać  się  po  tych  korytarzach  z  zamkniętymi  oczami,  ale  nie  chciała  narażać 
Deza  na  przykre  niespodzianki.  Dom  zbudowano  na  długo  przedtem,  zanim  w  mieście 
założono elektryczność i kontakty umieszczone były w najdziwniejszych miejscach. 

Zatrzymała się na chwilę w dawnej sypialni Essie. Po jej śmierci nawet ten pokój został 

udostępniony  publiczności.  Gina  chciała  odtworzyć  w  nim  starodawne  studio  fotograficzne. 
Niestety,  chociaż  pomieszczenie  było  dość  duże,  nie  wszystkie  sprzęty  udało  się  w  nim 
zmieścić, wiele eksponatów wciąż stało w skrzyniach w piwnicy. 

 - Gdybyśmy tylko mieli więcej miejsca - westchnęła z żalem. 
Wspięła  się  na  poddasze  i  otworzyła  drzwi  swojego  gabinetu.  Wybrała  to  miejsce  na 

biuro,  bo  dzięki  temu  nie  miała  poczucia,  że  marnuje  przestrzeń  należną  eksponatom.  Poza 
tym gabinet na strychu miał tę dodatkową zaletę, że mało komu chciało się pokonywać dość 
strome schody, aby z nią porozmawiać. 

Pokoik  na  strychu  w  niczym  nie  przypominał  poważnego  gabinetu.  Nieliczne  zmiany, 

jakie wprowadziła tu Gina, polegały na tym, że przesunęła pod ścianę skrzynki i pudła, które 
zalegały  cały  strych,  i  w  kąt  facjatki  wstawiła  swoje  biurko.  Pokój  nadal  wypełniały  różne 
dziwne  sprzęty,  a  światło  lampy  wydobywało  z  mroku  dziesiątki  przedmiotów  i  rzucało  na 
ś

ciany  tajemnicze  cienie.  Jedynym  znakiem  obecności  Giny  był  ulubiony  kubek  na  biurku  i 

dyplom ukończenia studiów zawieszony na ścianie. 

Usiadła  za  biurkiem,  przepłukała  gardło  wodą  mineralną  i  usiłowała  ustalić  budżet 

muzeum na przyszły rok. Nie było to wcale łatwe, zważywszy, że nie miała pojęcia, gdzie za 
kilka  miesięcy  będzie  ich  siedziba.  Prawie  zapomniała,  że  nie  jest  sama,  gdy  w  pewnym 
momencie  usłyszała  znajome  skrzypnięcie  wąskich  drzwi  i  po  chwili  pojawiła  się  w  nich 
twarz Deza. 

Rozejrzał się zdumiony i rzucił: 
 -  Rzeczywiście  potrzebujesz  więcej  przestrzeni.  Oderwała  wzrok  od  budżetu  i 

odpowiedziała może nieco zbyt złośliwie: 

 -  Gratulacje.  Dostajesz  nagrodę  za  spostrzegawczość.  Jeśli  myślisz,  że  tu  jest  ciasno, 

powinieneś zobaczyć piwnicę. 

 - Przechowujecie zabytki w piwnicy? - zdziwił się. 
 - Trochę czuć tam stęchlizną, ale nie mamy wyjścia. A co, masz jakiś lepszy pomysł? 
 - Hmm... - Milczał przez chwilę, w końcu spytał: - Co właściwie zamierzasz zrobić z 

domem, kiedy już przeniesiesz muzeum? 

 - Mam nadzieję, że ocaleje. 
 -  Jasne!  Dlatego  tak  się  uparłaś  na  budynek  Tyler  -  Royale.  Cały  ten  dom  zmieściłby 

się tam na jednym stoisku! 

To oczywiście była gruba przesada, ale postanowiła nie reagować na złośliwości. 
 -  Nie  zamierzam  zrobić  z  niego  eksponatu  muzealnego.  Myślę,  że  powinien  stać  się 

znowu zwykłym domem. 

 - Czyim? Twoim? Spojrzała na niego zaskoczona. 
 - Moim?! Po co mi takie wielkie mieszkanie?! 
 - To wcale nie byłoby dziwne. Znasz przecież ten dom od podszewki, nie odstrasza cię 

jego stan ani sąsiedztwo... 

background image

 -  Posłuchaj!  -  zdenerwowała  się.  -  Wbrew  temu,  co  sugerujesz,  nie  dlatego  chcę 

przenieść  muzeum,  żeby  zagarnąć  dla  siebie  rodową  posiadłość  Kerriganów!  To  wspaniały 
dom, ale trzeba włożyć wiele pracy, żeby odzyskał dawną świetność! 

 - A! Więc przyznajesz, że budynek wymaga poważnego remontu! - Dez zrobił krok do 

tyłu  i  oparł  się  o  barierkę.  Zatrzeszczała  złowieszczo.  Wyprostował  się  gwałtownie  i  wsparł 
się o futrynę, która wyglądała znacznie stabilniej. 

 - Żartujesz sobie!? Oczywiście, że trzeba tu wszystko przebudować! Kuchnia wygląda, 

jakby nie remontowano jej od lat! Tylko Essie była w stanie to znosić. Nie wyobrażam sobie, 
jak mogłaby tu funkcjonować normalna rodzina! 

 - Lubisz gotować? - spytał zaskoczony. 
 -  Lubiłabym,  gdybym  miała  na  to  czas  i  energię.  Ale  nie  martw  się,  nie  ostrzę  sobie 

zębów  na  tę  kuchnię!  Ten  dom  jest  za  duży  dla  jednej  osoby.  Nawet  Essie  ze  wszystkimi 
swoimi zbiorami nie wykorzystywała go w pełni! 

 - Kto zatem tu zamieszka, jeśli nie ty? 
Miała  wrażenie,  że  słyszy  w  jego  głosie  jakieś  dziwne  zainteresowanie.  Nie  miała 

pojęcia, o co mu chodziło. 

 - Nie wiem. Chciałabym, żeby kupiła go jakaś miła rodzina, wyremontowała i kochała 

tak, jak na to zasługuje. 

 -  Jest  bardziej  prawdopodobne,  że  zostanie  zburzony  albo  w  najlepszym  razie 

przerobiony na apartamenty - powiedział, potrząsając głową. 

 - Zamierzasz mnie przekonać, że mam moralny obowiązek zostać tu i ratować dom, bo 

tego pewnie życzyłaby sobie Essie? - spytała zirytowana Gina. 

 - Myślę, że nie muszę cię przekonywać. Sama wiesz, co powinnaś robić. 
 - A skąd ty to wiesz!? - wybuchła rozzłoszczona. - Nie znałeś Essie! Nie masz pojęcia, 

czego by sobie życzyła! Nigdy jej nie odwiedzałeś! 

 - Skąd ta pewność? Dyżurowałaś tu, żeby poznać wszystkich jej gości? 
W zasadzie tak właśnie było, ale nie musiała mu tego mówić. 
 - Sam powiedziałeś, że nie byłeś w tym domu od wielu lat. Tak czy nie? 
 - Hmm, zapomniałem, że ci o tym wspomniałem. 
 - Może powinieneś sobie wszystko zapisywać - doradziła złośliwie. - W każdym razie 

nie uważam, żebyś miał jakiekolwiek prawo pouczać mnie, czego pragnęłaby Essie! 

 -  Nie  zamierzałem  tego  robić.  Jak  mówiłem,  sama  wiesz  najlepiej,  czego  by  sobie 

ż

yczyła. 

Chociaż  jego  ton  był  niezwykle  uprzejmy,  Gina  odniosła  wrażenie,  że  chciał  jej  coś 

zasugerować. 

 -  Posłuchaj!  Z  nas  dwojga,  to  ja  jestem  osobą,  która  ma  prawo  wypowiadać  się  na 

temat planów i życzeń Essie! Na pewno nie ty! 

Przysiadł na brzegu biurka i bawił się długopisem. 
 - No właśnie - zaczął po chwili. - To interesujące. Dlaczego właściwie czujesz się tak 

związana z jakąś starą kobietą i jej kolekcją? 

Niemal zatrzęsła się z wściekłości. 
 - Jeśli sugerujesz, że zaprzyjaźniłam się z Essie, żeby przejąć ten dom i jej zbiory... 
 -  Co  widzę?!  Jesteśmy  nieco  drażliwi!  -  Dez  uniósł  brwi  i  spojrzał  na  nią  przeciągle. 

Nie  zamierzała  dać  się  sprowokować,  ale  ledwo  trzymała  nerwy  na  wodzy.  -  Nie 
podejrzewam cię o żadne kombinacje. Gołym okiem widać, że nie masz w tej dziedzinie zbyt 
wiele doświadczenia. - Rozejrzał się po zagraconym pokoju, rzucił okiem na zniszczone stare 
biurko i dodał: - Domyślam się, że muzeum nie płaci ci kokosów. Hmm, może to dlatego tak 
bardzo chcesz zmienić siedzibę... 

background image

 -  Dlaczego  wciąż  podejrzewasz,  że  moje  intencje  nie  są  czyste?!  -  Nerwowo  ściskała 

ołówek i resztką sił próbowała się opanować. Co za nieznośny facet! - Chcę zmienić lokal, bo 
tu już się nie mieścimy - dodała spokojniej. - I myślę, że nawet Essie by to zrozumiała. 

 -  Brak  miejsca  na  pewno.  Ale  nie  wiem,  czy  zrozumiałaby,  że  jej  dom  zamieni  się  w 

pensjonat albo podrzędny motelik. A szczerze mówiąc, nie widzę dla niego innej przyszłości. 
Jeśli  ktoś  ma  pieniądze,  nie  zainwestuje  w  tej  okolicy.  Myślę,  że  nie  tak  łatwo  będzie  go 
sprzedać. 

 -  I  tu  się  mylisz.  Wielu  naszych  gości  zachwycało  się  tym  domem.  I  wielu 

przyznawało, że chętnie zamieszkaliby w takim miejscu! 

 - Ale pewnie nikt nie wystąpił z poważną ofertą kupna - mruknął kpiąco. 
Gina milczała przez chwilę. 
 -  Jeśli  tak  bardzo  martwisz  się,  co  się  stanie  z  domem  Essie,  dlaczego  sam  go  nie 

kupisz? - zapytała, spoglądając na niego z ukosa. 

 - Ja? Dlaczego miałbym to zrobić? 
 - A dlaczego nie? 
Patrzył na nią, jakby postradała zmysły. 
 - Jeśli myślisz, że zrobię wszystko, by ocalić coś, co przyniosłoby mi więcej kłopotów 

niż pożytku, to znaczy, że oszalałaś. 

 -  Istotnie  -  odparła,  patrząc  mu  prosto  w  oczy.  -  Musiałabym  zgłupieć,  żeby 

podejrzewać  cię  o  to,  że  zechcesz  uratować  przed  zniszczeniem  rodzinną  posiadłość.  To 
przecież zupełnie nie w twoim stylu. 

Zapadał  już  zmierzch,  kiedy  zamykała  drzwi  za  Dezem.  Powoli  pogasiła  wszystkie 

ś

wiatła,  usiadła  na  najniższym  stopniu  schodów  i  pieszczotliwie  gładziła  ręką  orzechową 

poręcz. 

Zastanawiała  się,  czy  Dez  przypadkiem  nie  miał  racji?  Może  rzeczywiście  zbyt 

optymistycznie widziała przyszłość tego domu. 

Czy istotnie przenosiny do Tyler - Royale to taki dobry pomysł? 
Spokojnie,  upomniała  się  w  duchu,  jesteś  przede  wszystkim  odpowiedzialna  za 

muzeum!  To  twoja  praca  i  musisz  znaleźć  jakieś  rozwiązanie.  Nawet  jeśli  nie  do  końca 
spodobałoby się ono Essie. 

Ale  chociaż  próbowała  podejść  do  sprawy  bez  niepotrzebnych  emocji,  myśl  o  tym, 

czego  życzyłaby  sobie  dawna  właścicielka  muzeum,  nieustannie  zaprzątała  jej  myśli  i 
powodowała  nieprzyjemne  napięcie.  Po  wszystkim,  co  zawdzięczała  Essie,  czuła  się  teraz, 
jakby  odwracała  się  do  niej  plecami.  A  nawet  gorzej  -  jakby  pokazała  jej  język  i  zagrała  na 
nosie. 

Nieraz  widziała,  jak  robiły  to  dzieciaki  w  szkole.  Mało  kto  lubił  surową  starą  pannę, 

która  uczyła  historii.  Na  jej  lekcjach  nikt  nie  śmiał  nawet  szepnąć  słówka,  ale  chociaż 
uczniowie narzekali, wszyscy pilnie się uczyli. 

Gina słyszała wiele ostrzeżeń, zanim jeszcze przekroczyła próg pracowni  historycznej. 

Dlatego od pierwszego dnia starała się wtopić w tłum innych uczniów i nie zwracać na siebie 
uwagi surowej nauczycielki. I chociaż jej się to nie udało, nigdy tego nie żałowała. 

A  teraz  czuła  się  tak,  jakby  za  wszystko,  co  Essie  dla  niej  zrobiła,  za  całe  jej 

zainteresowanie i zaufanie, odpłacała jej w najgorszy sposób. Niszcząc jej ukochany dom. Bo 
to przecież sugerował Dez. 

Jedno  musiała  mu  przyznać  -  umiał  uderzyć  w  najsłabszy  punkt.  Nic  dziwnego, 

destrukcja to jego specjalność. Także niszczenie marzeń. 

Zastanawiała  się,  czy  zdecydował  już,  co  zrobi  z  kolejną  działką  w  centrum  miasta.  I 

kiedy zacznie „oczyszczać" ją z niepotrzebnych zabudowań. 

background image

Dez  nie  miał  najmniejszej  ochoty  na  oglądanie  nocnych  wiadomości  w  telewizji. 

Wiedział, że nic, co Gina powiedziałaby Carli, nie zmieni jego nastawienia do sprawy. Wolał 
więc przejrzeć raporty i zastanowić się nad nowymi projektami. 

Poza  tym  plany  i  zamierzenia  Giny  były  wyłącznie  jej  problemem.  Zaproponował  jej 

przecież budynek kościoła i to wszystko, co mógł zrobić. 

Próbował  skupić  się  nad  dokumentami,  ale  nie  bardzo  mu  to  wychodziło.  Sam  nie 

wiedział, kiedy włączył telewizor. Na ekranie zobaczył miłą twarz Giny. 

Prawie nie słyszał tego, co mówiła. Wpatrywał się w jej brązowe oczy i miał wrażenie, 

ż

e całkiem go zahipnotyzowały. Nieraz już żałował, że zamiast do kawiarni nie zabrał jej dziś 

w jakieś bardziej intymne miejsce.  I to nie tylko  dlatego, że tam z pewnością nie spotkaliby 
Carli. 

 - Naturalnie - usłyszał jej spokojny głos. - Jestem przekonana, że to świetna lokalizacja 

dla  muzeum.  Być  może  nie  jestem  obiektywna,  ale  to  przecież  zrozumiałe.  Niestety,  nie  do 
mnie  należy  decyzja.  To,  co  się  stanie  z  budynkiem  Tyler  -  Royale,  zależy  tylko  od  Deza 
Kerrigana. Ale jestem pewna - kontynuowała - że każdy mieszkaniec Lakemont chciałby, aby 
ten  piękny  gmach  ocalał.  Liczę,  że  nasi  obywatele  poprą  moje  starania  i  dadzą  odczuć  panu 
Kerriganowi, jaki jest ich stosunek do tej sprawy. 

Tak, to była Gina, jaką znał. Powinien przewidzieć, że tak łatwo nie złoży broni. 
 -  Waśnie  -  podchwyciła  Carla.  -  Zapytajmy  naszych  mieszkańców,  co  myślą  o 

przyszłości siedziby Tyler - Royale. 

Następne  ujęcie  ukazywało  Carlę,  jak  stoi  przed  budynkiem  Tyler  -  Royale  i  pyta 

przechodniów o opinię. 

Starszy pan proponował otworzyć hotel, ktoś inny wielki pchli targ. 
 - Więzienie! - wykrzyknęła jakaś zażywna czterdziestolatka. - Proszę tylko pomyśleć, 

ilu skazanych by pomieściło! 

Carla szybko odwróciła się do kamery i z kamienną twarzą kontynuowała program. Dez 

po raz kolejny podziwiał jej profesjonalizm i opanowanie. 

 -  To  tyle  na  dzisiaj.  Jutro  wrócimy  do  sprawy  dalszych  losów  Tyler  -  Royale. 

Przyjrzymy  się  dokładnie  zabytkowej  fasadzie  budynku  i  wysłuchamy  krótkiego  wykładu 
Giny Haskell na temat znaczenia poszczególnych ornamentów. Zapraszam. 

Kamera  znowu  skierowała  się  na  podziwiającą  zwieńczenie  kopuły  budynku  Ginę,  po 

czym powoli przesunęła się w górę i wkrótce widzowie mogli zobaczyć  finezyjne dekoracje 
zdobiące ściany tuż pod kopułą. 

Co za nonsens, pomyślał Dez, wyrzucać pieniądze na zdobienie ścian w miejscu, gdzie i 

tak nikt nie ma szansy tego zobaczyć. 

Wyobrażał  już  sobie  całą  kampanię,  która  się  zaraz  rozkręci,  żeby  ochronić 

niepraktyczne płaskorzeźby i kilka ozdobnych detali. 

Cóż, wcześniej czy później ktoś musi spojrzeć na ten budynek bardziej praktycznie. I to 

będzie on. 

Ziewnął znowu i pochylił głowę nad swoimi raportami. 
Chociaż Gina na ogół lubiła swoją pracę, to niektóre jej aspekty przyprawiały ją niemal 

o gęsią skórkę.  Zaliczały się do nich publiczne wystąpienia i czynności związane ze zbiórką 
datków  na  muzeum.  Essie  radziła  sobie  z  tym  dużo  lepiej.  Po  prostu  opodatkowała  swoich 
licznych  znajomych  i  twardą  ręką  ściągała  należności.  Gina  nie  miała  tak  bogatych 
znajomych, mogła jedynie zabiegać o wsparcie u obcych. Nie znosiła tego, ale wiedziała, że 
bez sponsorów muzeum po prostu nie przetrwa. 

Kiedy w sobotę po południu taksówka zatrzymała się na zatłoczonym podjeździe przed 

domem  Anne  Garrett,  Gina  nie  miała  ochoty  wysiadać.  Nie  znosiła  spotkań,  na  których 
wymieniało się banalne  uwagi i nikt nawet nie udawał, że słucha rozmówcy.  Zresztą hałas i 
tak uniemożliwiał zrozumienie czegokolwiek. 

background image

Miała  jedynie  nadzieję,  że  uda  jej  się  zdobyć  kilka  wizytówek  i  skontaktować  z  ich 

właścicielami w bardziej sprzyjających okolicznościach. 

Weszła do holu okazałej rezydencji i zatrzymała  się oszołomiona. Dawno nie widziała 

wnętrza  urządzonego  z  takim  smakiem  i  elegancją.  Kiedy  przesuwała  zachwyconym 
wzrokiem  po  otoczeniu,  natknęła  się  na  stojącą  w  odległym  kącie  postać  i  natychmiast 
poczuła, że mimowolnie sztywnieje. 

Dobrze zbudowany mężczyzna bezpardonowo przepychał się w jej kierunku. 
 - Witam, panie Conklin - starała się, aby jej głos brzmiał spokojnie. 
 -  Co  ty,  do  diabła,  wyprawiasz!?  -  Jim  Conklin  nie  próbował  nawet  udawać 

uprzejmości. - Lansujesz się w programach telewizyjnych i próbujesz robić jakieś interesy bez 
niczyjej  zgody!  Wynajęliśmy  cię,  żebyś  prowadziła  muzeum,  a  nie  zarządzała  nim  jak 
prywatnym folwarkiem! - pokrzykiwał. - Rozmawiałaś o tym z prezesem? 

 -  Niezupełnie  -  przyznała  Gina  niechętnie.  -  Próbowałam  skontaktować  się  z  nim,  ale 

mi  się  nie  udało.  Zapewniam  jednak,  że  chciałam  przedstawić  raport  z  moich 
dotychczasowych starań na najbliższym posiedzeniu zarządu. 

 - Kiedy już wszystko ustawisz po swojej myśli, jak sądzę - prychnął. 
Gina  popatrzyła  zdumiona.  Chciała  wyjaśnić,  że  zamierzała  zwołać  specjalne 

posiedzenie, by omówić przyszłość muzeum, ale Jim Conklin nie dał jej szansy. 

 - Jeśli sobie wyobrażasz, że zarząd automatycznie zatwierdzi wszystkie twoje pomysły, 

to  grubo  się  mylisz!  Zawsze  byłem  przeciwny  twojej  kandydaturze,  chociaż  Essie  tego 
chciała!  Nie  podoba  mi  się,  że  traktujesz  muzeum,  jakby  było  twoją  prywatną  własnością. 
Chcesz zmieniać budynki jak rękawiczki...! 

Gdzieś  za  plecami  Conklina  Gina  wyłowiła  zaciekawione  spojrzenie  wysokiej 

blondynki. Patrzyła w jej kierunku z dziwnym uśmiechem i Gina miała wrażenie, że musiały 
już kiedyś się widzieć. Pewnie spotkały się dawniej w podobnych okolicznościach... 

 - Mogłabyś słuchać, kiedy do ciebie mówię? - zapytał Jim zjadliwie. 
Powoli miała go dość. 
 -  Jeśli  rzeczywiście  będziesz  chciał  ze  mną  porozmawiać,  możesz  być  pewny,  że 

wysłucham  cię  uważnie  -  powiedziała  z  miłym  uśmiechem.  -  Wpadnij  do  mnie  do  biura  w 
przyszłym tygodniu, może uda nam się spokojnie podyskutować o losach muzeum. Te krzyki 
są zupełnie nie na miejscu. 

 -  Nie  mam  czasu  na  pogaduszki!  I  tak  zmarnowałem  go  dość,  żeby  opracować  plany 

dobudowy  skrzydeł  i  przedstawić  je  ekspertom.  A  tu  nagle  dowiaduję  się  z  telewizji,  że  to 
wszystko się nie liczy, bo postanowiłaś przejąć największy budynek w hrabstwie! 

 - Nie unoś się tak - Gina próbowała go uspokoić. - Zamierzałam przedyskutować to z 

wami podczas najbliższego spotkania! 

Odwróciła się gwałtownie i niemal wpadła na Deza, który podtrzymał jej łokieć i podał 

kieliszek z szampanem. 

 - Zdaje się, że to ci dobrze zrobi - mruknął. 
Spojrzała na niego zaskoczona i zacisnęła ręce na kieliszku. Wymienić Jima na Deza, to 

jak wpaść z deszczu pod rynnę, pomyślała. 

 -  Proszę  mi  wybaczyć,  porywam  Ginę  -  usłyszała.  -  Z  pewnością  rozumie  pan,  że 

mamy mnóstwo do omówienia. 

Pewnym  krokiem  przeprowadził  ją  przez  tłum  i  skierował  w  stronę  ogrodu.  Tuż  przy 

drzwiach podszedł do nich jakiś mężczyzna i zawołał rubasznie: 

 -  Jeśli  wciąż  zbierasz  pomysły  na  ten  twój  budynek,  Kerrigan,  mam  dla  ciebie  coś 

ekstra!  Zrób  tam  park  rozrywki!  Wywal  wszystkie  ściany  i  puść  kolejkę  między  piętrami!  - 
zaśmiał się wesoło i odszedł, nie czekając na odpowiedź. 

Dez umiejętnie omijał grupki gości i poprowadził Ginę na koniec ogrodu. 

background image

 -  Daleko  jeszcze  zmierzasz  mnie  ciągnąć?  Może  powinnam  wpaść  do  domu  i  wziąć 

jakiś bagaż? 

Zatrzymał się i obrzucił ją taksującym spojrzeniem. 
 -  Nie,  to,  co  masz  na  sobie,  zupełnie  wystarczy.  Chociaż  widzę,  że  nie  skorzystałaś  z 

moich rad w sprawie butów. Myślałem, że jesteś rozsądniej sza. Ale muszę przyznać, że nie 
tylko  w  tym  się  pomyliłem.  Muzeum  musi  ci  jednak  nieźle  płacić,  skoro  stać  cię  na  takie 
kreacje. 

Spojrzał znacząco na jej kremową suknię i zawiesił głos. 
 - Dziękuję - odparła spokojnie. Nie zamierzała tłumaczyć się przed nim, jak radzi sobie 

z  utrzymaniem  ze  swojej  skromnej  pensji.  -  Ta  suknia  jest  rzeczywiście  wyjątkowa. 
Unikatowy egzemplarz. 

Była  pewna,  że  drugiej  takiej  nie  ma  nigdzie.  Zaraz  po  tym,  jak  kupiła  ją  w  sklepie  z 

używaną odzieżą, przerobiła ją gruntownie. 

 - Zgaduję, że twój rozmówca to jeden z członków zarządu? - mruknął Dez. - Jak mi się 

zdaje, nie masz tam wyłącznie zwolenników... 

Gina upiła łyk szampana i spojrzała na Deza. 
 -  Jak  każdy.  Różnice  zdań  występują  wszędzie,  a  zwłaszcza  w  zarządach  i  radach 

nadzorczych, gdzie każdy z członków myśli, że jest najmądrzejszy. Pewnie masz takie same 
problemy. 

 - Nie. W ogóle nie mam zarządu. Jestem jedynym szefem tego biznesu. 
 - Nic dziwnego, że nie musisz liczyć się z pieniędzmi - mruknęła. 
 -  To  w  końcu  moje  pieniądze.  Chociaż  robisz,  co  możesz,  żeby  to  zmienić.  Liczę,  że 

nasi  obywatele  poprą  moje  zamierzenia  i  dadzą  odczuć  panu  Kerriganowi,  jaki  jest  ich 
stosunek do tej sprawy - zacytował złośliwie. - Gratuluję! To było niezłe. 

 - Jak rozumiem, bardziej podobał ci się pomysł z parkiem rozrywki? 
 -  Jest  niezły,  chociaż  słyszałem  kilka  lepszych.  Ktoś  proponował  wielki  salon 

samochodowy,  ktoś  inny  darmowy  hotel  dla  miejscowych  artystów.  Mój  ulubiony,  to  ten, 
ż

eby  zamienić  budynek  na  zoo.  Już  widziałem,  jak  wrzucam  cię  do  klatki  lwów  -  dodał  z 

uśmiechem. - W każdym razie, mam jeszcze kilka dni, żeby się zastanowić. Może pojawi się 
coś nowego. Ale jak do tej pory nikt nie zaproponował, żeby urządzić tam muzeum. Ciekawe. 
Nie sądzisz? 

 -  Przerzucanie  się  głupimi  pomysłami  to  jakaś  nowa  gra  towarzyska?  Jeśli  tak,  to  nie 

masz  co  liczyć,  że  ktoś  przyjdzie  do  ciebie  z  tą  propozycją.  Ponieważ  jako  jedyna  ma  sens, 
nikt z twoich doradców na nią nie wpadnie! 

 -  Liczyłem,  że  porozmawiamy  rozsądnie,  ale  widzę,  że  i  w  tym  się  myliłem.  Jesteś 

zupełnie szalona! - warknął Dez, z trudem tłumiąc złość. 

 - Co masz na myśli? - spytała zdumiona Gina. 
 - Słyszałem, że ty i ta twoja rada chcecie dobudować boczne skrzydła do domu Essie. 

Skrzydła! To najgorszy pomysł, jaki kiedykolwiek słyszałem! 

 - Jeśli chodzi o tamten dom, mówiłam ci już, w jaki sposób możesz go uratować. 
 -  Mam  go  kupić,  tak?  Nie,  dzięki.  Poza  tym,  nie  wygląda  na  to,  żeby  twój  zarząd 

zamierzał go sprzedać. 

 -  Nie  wyciągaj  pochopnych  wniosków.  Jim  Conklin  to  nie  cały  zarząd.  Większość 

członków  to  rozsądni  ludzie,  nie  wszyscy  chcą  dostawiać  jakieś  dziwne  przybudówki. 
Chociaż  być  może  nie  będziemy  mieli  wyjścia.  Zawsze  to  lepsze  niż  postawiony  na  środku 
trawnika baraczek z płyt. 

Dez  popatrzył  na  nią  w  milczeniu.  Widziała,  że  ledwo  panuje  nad  emocjami. 

Zastanawiała się, czy nie posunęła się za daleko. Chyba nawet on nie uwierzy, że zgodziłaby 
się na coś, co tak zeszpeciłoby dom Essie. 

 - To najgłupszy pomysł, o jakim słyszałem. 

background image

 - Więc znajdź mi lepszy. Tylko proszę, daruj sobie kościół św. Franciszka. 
Zanim  zdążył  odpowiedzieć,  usłyszeli  kroki  na  ścieżce  i  wkrótce  pojawiła  się  na  niej 

wysoka blondynka, którą Gina widziała już wcześniej. 

 -  Przepraszam,  że  przeszkadzam  -  rzuciła  bez  śladu  zmieszania.  -  Chciałam  się  tylko 

upewnić, czy to naprawdę ty, Gino? 

Chociaż Gina wysilała pamięć, nie przypominała sobie, gdzie mogły się spotkać. 
 - Przykro mi, ale nie poznaję pani. 
 -  Nie  dziwię  się  -  zaśmiała  się  blondynka.  -  Jestem  Jennifer  Carleton,  chodziłyśmy 

razem do szkoły. Miałyśmy wtedy po trzynaście lat. Zmieniłam się trochę od tego czasu. 

Gina  z  trudem  odgrzebała  w  pamięci  obraz  spokojnej,  nieco  nierozgarniętej  grubaski. 

Nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek zamieniła z nią choć słowo. 

 - Och! - odezwała się zdawkowo. - To rzeczywiście było wieki temu. 
Jennifer rozciągnęła usta w filmowym uśmiechu. 
 -  Tak...  Chociaż  muszę  przyznać,  że  ty  nie  zmieniłaś  się  aż  tak  bardzo.  Szczerze 

mówiąc,  od  razu  zwróciłam  na  ciebie  uwagę.  Ta  suknia  wydaje  mi  się  znajoma,  miałam 
kiedyś bardzo podobną... 

 -  Co  za  zbieg  okoliczności  -  Gina  starała  się,  aby  jej  głos  i  spojrzenie  nie  zdradzały 

napięcia, jakie w niej narastało. 

 -  Nieprawdopodobne!  A  projektant  zapewniał  mnie,  że  drugiej  takiej  nigdzie  nie 

zobaczę! Nie pamiętam już, co zrobiłam ze swoją starą... Ach, wiem! Podarowałam ją na cele 
dobroczynne! Dez, jak wreszcie będziesz wolny... - odwróciła się i spojrzała zalotnie. 

 - Och, nie mogę pozwolić ci czekać - odezwała się Gina uprzejmie. - Dez porwał mnie 

tak  szybko,  że  nawet  nie  zdążyłam  przywitać  się  z  gospodynią.  -  Skinęła  głową  i  odeszła  w 
stronę domu. 

Kiedy  była  na  końcu  ścieżki,  odwróciła  się  i  zobaczyła,  jak  Jennifer  kładzie  Dezowi 

rękę na ramieniu. Usłyszała też jej słodki głos: 

 - Muszę z tobą porozmawiać o naszym dorocznym balu. Jedna z pań zasiadających w 

komisji  wymyśliła,  że  mógłby  się  odbyć  w  atrium  Tyler  -  Royale,  ale  nie  odważyła  się 
zwrócić  z  tym  do  ciebie.  Uznała,  że  za  słabo  się  znacie  i  dlatego  wysłała  mnie!  -  Jennifer 
zaśmiała się perliście. 

Doskonale, publiczna sala tańca, kolejna świetna propozycja! 
Gina z ulgą wtopiła się w tłum gości i rozbawiona pomyślała, że pierwszy raz zgiełk i 

zamieszanie  sprawiają  jej  przyjemność.  Krążyła  między  grupkami,  szukając  Anne  Garrett  i 
jednocześnie  starając  się  uniknąć  ponownego  spotkania  z  Jimem  lub  Jennifer.  Ich  dwoje  to 
zdecydowanie za dużo jak na jeden wieczór. 

To  musiało  się  kiedyś  zdarzyć,  pomyślała  filozoficznie.  Jeśli  ktoś  kupuje  używane 

ciuchy, a potem pokazuje się w nich publicznie, powinien się z tym liczyć. W zasadzie miała 
dużo szczęścia, że coś takiego przytrafiło się jej  po raz pierwszy. Cóż, może inni darczyńcy 
tanich sklepów mieli więcej taktu niż Jennifer Carleton. 

Podeszła  do  stołu,  na  którym  pyszniły  się  wspaniałe  przekąski  i  zafascynowana 

podziwiała  kunszt  kucharza.  Sięgnęła  po  talerzyk  i  ruszyła  do  przodu.  Nagle  poczuła,  że 
niechcący prawie stratowała jakiegoś mężczyznę. 

 - Przepraszam pana, ale nie mogę oderwać oczu od tych wspaniałości! Nie wiem sama, 

czy  powinnam  jeść,  czy  podziwiać!  -  Zaśmiała  się  i  podniosła  głowę.  Dopiero  wtedy 
zobaczyła, że jej niedoszłą ofiarą jest dyrektor generalny Tyler - Royale. - Och, pan Clayton! 
Nie sądziłam, że jest pan ciągle w mieście! 

 - Zostanę tu jeszcze trochę - odparł z uśmiechem. - Mam mnóstwo pracy, jak zawsze w 

takich sytuacjach. Dlatego nie cierpię likwidować sklepów. 

 - Wyobrażam sobie - mruknęła ze zrozumieniem. 

background image

 - W dodatku zarząd zapewnił pracowników, że nie zostaną wyrzuceni na bruk. Cieszę 

się, że znowu panią spotykam, winien jestem pani podziękowania. 

 - Podziękowania? Za co? 
 - W ostatnich dniach przeżywamy prawdziwy najazd klientów. Obroty w restauracjach 

i barach wzrosły o trzydzieści procent. A nasi goście w zdecydowanej większości zapewniają, 
ż

e pod wpływem pani wystąpienia w telewizji chcieliby uratować budynek. 

 - Mam rozumieć, że zdecydował się pan jednak przedłużyć działalność sklepu? 
 - Skąd! To, że bary mają więcej klientów, nie do końca przekłada się na sprzedaż. Ale 

dostaliśmy  już  wiele  propozycji.  Jeśli  usłyszę  choć  jedną  w  miarę  rozsądną,  przekażę  ją 
Dezowi. 

Zanim Gina zdążyła odpowiedzieć, podeszła do nich Anne Garrett. 
 -  Witaj,  Ross!  -  powiedziała.  -  Dzięki,  że  wypożyczyłeś  mi  swojego  kucharza.  Jeśli 

jego  też  chcesz  wyrzucić,  kiedy  zamkniesz  magazyn,  daj  mi  jego  numer.  Cieszę  się,  że  cię 
widzę,  Gino!  Musimy  koniecznie  porozmawiać.  Powiem  szczerze,  nigdy  nie  sądziłam,  że 
udzielanie ci rad może być tak ryzykowne! 

Gina  spojrzała  na  nią  niepewnie,  ale  zanim  zdążyła  dowiedzieć  się,  co  Anne  miała  na 

myśli, tuż obok nich wyrósł Dez. 

 - O! Czyżby Gina znowu narozrabiała? Muszę to usłyszeć! Koniecznie! 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 
Gina  próbowała  pochwycić  wzrok  Anne  i  dać  jej  znać,  żeby  odłożyły  tę  rozmowę. 

Niestety, kobieta uśmiechała się do Deza i była zupełnie nieczuła na jej subtelne sygnały. 

 - Słyszałam - odezwała się do niego łagodnie - że myślisz o budowie trasy narciarskiej 

wewnątrz Tyler - Royale. Całoroczna, klimatyzowana... 

Dez jęknął jak zbity szczeniak. 
 - Jeśli chcesz, żebym sobie poszedł, po prostu powiedz. Nie musisz kopać leżącego. 
 - Och! - zaśmiała się Anne. - Widzę, że dobre rady nieźle już dały ci się we znaki. 
Dez westchnął tylko głęboko i wziął ze stolika garść solonych orzeszków. 
 - Lepiej pójdę poszukać tego bojowego członka zarządu muzeum. Jak on się nazywa? 

Conklin? 

Gina  nie  mogła  się  doczekać,  kiedy  Dez  je  zostawi.  Niech  idzie,  gdzie  chce,  byleby 

zniknął jej z oczu. Gdy tylko się oddalił, zwróciła się do Anne: 

 - O co chodzi? Jakiś problem? 
 - Problem to za dużo powiedziane, ale chyba nie działałaś zgodnie z moją radą... 
 - Przecież artykuł o Tyler - Royale był na pierwszej stronie gazety... 
 -  No  właśnie.  Ale  dalej  był  tekst  o  muzeum.  Napisałam,  że  byłam  oczarowana  po 

wizycie w nim i zachęcam każdego do odwiedzin. 

Gina poczuła, że zasycha jej w gardle. 
 -  Nie  zauważyłam...  -  Byłam  zajęta  snuciem  marzeń,  dodała  w  myślach.  -  Liczba 

odwiedzających  rzeczywiście  wzrosła,  ale  myślałam,  że  to  z  powodu  szumu  wokół  Tyler  - 
Royale. 

 -  Być  może,  ale  mój  tekst  też  mógł  się  do  tego  przyczynić.  Porwałaś  się  na  wielką 

rzecz.  Przejęcie  Tyler  -  Royale  to  nie  żarty,  nie  wiem,  czy  nie  przeceniłaś  swoich  sił...  Ale 
skoro  już  zaczęłaś,  to  chciałabym  ci  pomóc.  Trzeba  zorganizować  szeroko  zakrojoną  akcję. 
Spotkajmy się w przyszłym tygodniu. 

 -  Nie  wiem,  czy  warto  -  odparła  Gina  powątpiewająco.  -  Dez  wydaje  się 

nieprzejednany w tej sprawie. 

 -  Nie  składaj  jeszcze  broni  -  zachęcała  ją  Anne.  -  Jeśli  chcesz  porwać  tłumy,  musisz 

wyzbyć się pesymizmu. Teraz przepraszam na chwilę, muszę pożegnać gości. 

Anne  odeszła,  a  Gina  miała  ochotę  zapaść  się  pod  ziemię.  A  więc  dziennikarka  wcale 

nie miała na myśli gmachu Tyler - Royale! 

Może jednak jej pomysł nie był zupełnie bez sensu, skoro tyle osób chciało ją poprzeć? 

Nie mogła się poddać, zaszła zbyt daleko, żeby uznać całą akcję za nieporozumienie. Gdyby 
teraz się wycofała, straciłaby wiarygodność, a to mogło fatalnie wpłynąć na losy muzeum. 

Pokręciła  się  chwilę  między  gośćmi,  ale  miała  ochotę  wracać  do  domu.  Unikanie 

Jennifer  i  Conklina  było  zbyt  męczące,  żeby  mogła  czerpać  przyjemność  z  przyjęcia.  Przy 
drzwiach spotkała Anne. 

 - Bardzo dziękuję za miły wieczór! - pożegnała się. 
 -  Cieszę  się,  że  wpadłaś.  I  pozwól,  że  dam  ci  jeszcze  jedną,  ostatnią  radę  -  powinnaś 

lepiej  poznać  swego  przeciwnika.  -  Spojrzała  na  nią  tajemniczo  i  zawołała  gdzieś  w  bok:  - 
Dez, może odwieziesz Ginę? 

Gina wstrzymała oddech i rozejrzała się. Rzeczywiście, Dez stał w pobliżu i rozmawiał 

z Jennifer Carleton. 

 - Jedziesz w moim kierunku? - zapytał leniwie. 
 - Jeśli wracasz do biura... 
 - W zasadzie nie zamierzałem już dziś pracować. Chyba że właśnie coś wymyśliłyście 

z Anne... 

 - Nie ośmieliłabym się przysparzać ci kłopotów. 
 - Jacy uprzejmi oboje! - zaśmiała się Anne. - No już, zmykajcie stąd. 

background image

Dez  uśmiechnął  się,  strzelił  obcasami,  zasalutował  Anne  i  podał  ramię  Ginie.  Ruszyli 

zgodnym krokiem, ale gdy tylko znikli z zasięgu wzroku Anne, Gina zatrzymała się. 

 - Nie chcę ci sprawiać kłopotu. Wezwę taksówkę. 
 - Anne będzie zawiedziona. Nie panikuj, to żaden kłopot. Nie zakopię twojego ciała na 

plaży, choć czasami miałbym ochotę cię udusić. Ale Anne widziała nas wychodzących razem 
i znalazłbym się na pierwszych stronach „Kroniki" jako postrach staruszek! 

 - Nie sądziłam, że opinia innych jest dla ciebie tak ważna. 
 - Racja. Ty mi uświadomiłaś, że dobre imię coś dla mnie znaczy. 
 -  No  dobrze  -  zaśmiała się  Gina.  -  Jeśli  rzeczywiście  to  nie  problem,  odwieź  mnie  do 

domu. 

Dez pomógł jej wsiąść do małego sportowego samochodu, po czym sam  zajął miejsce 

za kierownicą. 

 -  W  pewnym  sensie  wyświadczyłaś  mi  przysługę.  Gdybym  cię  nie  odwoził,  pewnie 

musiałbym  tam  stać  i  do  końca  życia  słuchać  Jennifer.  Uparła  się,  żeby  zorganizować  swój 
bal w Tyler - Royale i postanowiła mnie przekonać, że to świetny pomysł. 

 -  Dlaczego  nie  chciałeś  się  zgodzić?  To  rzeczywiście  najrozsądniejsza  propozycja  ze 

wszystkich, jakie dziś słyszałam, a było ich wiele. 

 -  Bal  ma  się  odbyć  w  listopadzie,  a  to  zbyt  odległy  termin,  żebym  mógł  coś  obiecać. 

Nie mam nawet pewności, czy do tego czasu budynek w ogóle będzie stał. 

 - A co zamierzasz zrobić z placem? - zapytała bez cienia emocji w głosie. 
Rzucił jej szybkie, zdziwione spojrzenie. 
 - Pytasz tak spokojnie? 
 -  Cóż,  tyle  razy  powtarzałeś  mi,  że  tylko  ty  decydujesz  o  tym,  co  się  stanie  z 

budynkiem, że widocznie w końcu coś do mnie dotarło. Zresztą Carla ciągle przynosi jakieś 
plotki  i  już  sama  nie  wiem,  co  myśleć.  Może  powiesz  mi,  jakie  masz  plany  i  wreszcie  będę 
miała pewność. 

Spojrzał na nią, jakby postradała zmysły. 
 - Chyba że się wstydzisz - prowokowała. 
 - Co właściwie powiedziała Carla? 
 -  Nie  wiem,  czy  powinnam  ci  mówić...  -  drażniła  się.  -  Chociaż,  z  drugiej  strony, 

obserwowanie  twoich  reakcji  może  być  bardzo  interesujące.  Powiedziała,  że  całe  miasto 
mówi...  A  przy  okazji,  od  jak  dawna  spotykasz  się  z  Carlą?  Tylko  nie  zaprzeczaj,  widziano 
was razem. 

 - Z Carlą?! - wykrzyknął zdziwiony. - Spotkaliśmy się tylko raz. Właściwie to nie była 

nawet  randka.  Namówiła  mnie,  żebym  jej  dotrzymał  towarzystwa  podczas  zeszłorocznego 
balu. 

 -  No  proszę...  A  zapewniałeś,  że  nie  można  cię  do  niczego  przekonać  -  odezwała  się 

słodkim  głosem.  -  Biedna  Carla,  wciąż  nie  potrafi  mówić  o  tym  spokojnie.  Co  jej  zrobiłeś? 
Pewnie  nie  zadzwoniłeś  nigdy  więcej...  Ale  to  nie  moja  sprawa.  W  każdym  razie,  Carla 
twierdzi, że zbudujesz tam apartamentowiec z pasażem handlowym. 

 - Podziękuj Carli za ten pomysł. Apartamentowiec? Być może, ale pasaż handlowy w 

miejscu, gdzie nie utrzymał się dom towarowy... 

 -  Tak  też  myślałam...  Skręć  w  lewo  i  zatrzymaj  się  przy  tamtym  domu.  Jesteśmy  na 

miejscu. Dzięki za podwiezienie. 

Zaparkował na poboczu i odwrócił się w jej stronę. 
 - Nie zaprosisz mnie na kawę? Zawsze chciałem zobaczyć to stylowe wnętrze z czasów 

Essie.  Bo  jej  dom  z  pewnością  straci  swój  styl  po  planowanej  przebudowie.  Z  tego,  co 
opowiadał mi dzisiaj Jim Conklin, wynika, że planujecie poważne zmiany. 

I  na  tym  polega  problem,  pomyślała  Gina,  nie  mam  pojęcia,  co  właściwie  zdradził 

Dezowi Jim. 

background image

 - Po namyśle... - zaczęła powoli - Wiesz, może jednak wpadniesz na filiżankę kawy? 
 -  Z  przyjemnością.  -  Zgasił  silnik  i  wysiadł  z  samochodu.  -  Myślałem,  że  nigdy  mnie 

nie zaprosisz. 

Prowadziła  go  wiekowym  korytarzem  i  patrzyła  na  znajome  otoczenie  świeżym 

wzrokiem. Miała wrażenie, że schody skrzypią bardziej niż zwykle, a i rys na ścianach jakby 
przybyło. Wprowadziła go do swojego mieszkanka i natychmiast zaczęło jej się wydawać, że 
jest  mniejsze  niż  zwykle.  Może  to  przez  tego  postawnego  faceta,  który  stał  na  środku  i 
uważnie przyglądał się wszystkiemu? 

Zajęła  się  przyrządzaniem  kawy  i  obserwowała  go  kątem  oka.  Nie  wyglądał  na 

specjalnie zdegustowanego. Wręcz przeciwnie. 

 - Zastanawia mnie jedna rzecz - odezwał się po chwili. 
 -  Dlaczego  wasze  plany  wobec  domu  Essie  to  taki  wielki  sekret?  Staram  się  być  na 

bieżąco, jeśli chodzi o takie informacje, a nie słyszę nic - ani plotek architektów, ani rozmów 
inżynierów. Nic. - Potrząsnął głową. 

 - To akurat bardzo łatwo wyjaśnić - zaśmiała się Gina. 
 - Specjaliści nic nie mówią, bo jeszcze nie konsultowaliśmy się z nimi. 
Dez  zaniemówił  i  wpatrywał  się  w  nią  zaskoczony.  Uśmiechnęła  się  w  duchu,  ten 

widok dostarczył jej sporo satysfakcji. W końcu się zlitowała. 

 -  To  na  razie  tylko  idea,  nie  konkretny  plan.  Dlatego  nie  rozmawialiśmy  jeszcze  z 

nikim.  Być  może  w  ogóle  nie  będzie  takiej  konieczności,  jeśli  uda  nam  się  zdobyć  Tyler  - 
Royale. 

 - Nie ma takiej możliwości - powiedział szybko. 
 -  Na  pewno,  jeśli  będziesz  stale  torpedował  ten  pomysł.  Naprawdę  sądzisz,  że 

znajdziesz chętnych na kolejne apartamenty w tym mieście? 

Nie odpowiedział. Podała mu kawę, a kiedy podniosła wzrok, stwierdziła, że po prostu 

udaje, że nie usłyszał jej pytania. Obejmował dłońmi filiżankę i patrzył w okno. 

 - Wstydź się, uwierzyłaś w plotki Carli - powiedział w końcu. 
 - Ach! Apartamentowiec! 
 - I na dodatek planujecie rozbudowę starego domu bez planów i konsultacji, nie mając 

nawet pewności, że to możliwe! Zachowujecie się jak dzieci! Jest jeszcze jedna  rzecz, która 
mnie  martwi  -  ciągnął  Dez.  -  Możliwe,  że  w  końcu  sprzedacie  dom  Essie.  Tak  dbacie  o 
pamiątki po niej, a nie interesuje cię, w czyje ręce trafi jej ukochany dom? Jestem pewien, że 
zarząd  sprzeda  go  bez  namysłu,  jeśli  tylko  ktoś  zaoferuje  rozsądną  cenę.  Jim  Conklin  nie 
wyglądał  na  człowieka,  któremu  ta  kwestia  spędza  sen  z  powiek.  -  Przerwał  na  chwilę  i 
odstawił filiżankę. - Dostanę jeszcze kawy? 

Gina  zagryzła  wargi.  Miał  rację.  Potrzebowali  dosłownie  każdego  dolara.  Nie  była  w 

stanie  nic  odpowiedzieć.  Sięgnęła  po  dzbanek.  Zastanawiała  się,  jak  mogła  przeoczyć  tak 
oczywiste  fakty.  Wiedziała,  że  dom  Essie  nie  jest  wiele  wart.  Ale  zarząd  skorzysta  z  każdej 
możliwości, żeby zebrać więcej pieniędzy, zwłaszcza jeśli będą musieli kupić nowy budynek. 
I  trudno  ich  za  to  winić.  Nie  mogli  przecież  prosić  ludzi  o  datki  na  nową  siedzibę, 
zatrzymując jednocześnie dom Essie. To by było nieuczciwe. 

Uświadomiła sobie własną naiwność. Nawet jeśli jakaś miła rodzina zechciałaby kupić 

dom, to zapewne nie będzie w stanie zapłacić za niego zbyt wiele. I pewnie nie będzie jej stać 
na renowację... Czyżby więc los ukochanego domu Essie był przesądzony...? 

 - Nie chcę się tym teraz martwić - powiedziała głośno. 
 - Pomyślę o tym we właściwym czasie. 
 - Słuszna decyzja - zgodził się Dez podejrzanie szybko. 
 -  Bo  ten  czas  nie  nadejdzie,  dopóki  nie  znajdziecie  nowej  siedziby,  a  to  nigdy  nie 

nastąpi, jeśli będziesz myślała o Tyler - Royale. 

background image

Wstała  zirytowana  i  demonstracyjnie  zaczęła  myć  ekspres.  Postanowiła  zignorować 

uwagę Deza. 

 - Więc nie dostanę trzeciej filiżanki? - domyślił się Dez. 
 -  Ale  jest  jeszcze  jedna  rzecz,  o  której  chciałem  porozmawiać  -  zaczął  z  namysłem.  - 

Powiedz, czemu Essie była dla  ciebie taka wyjątkowa. Pamiętam ją jako  nudną starą pannę. 
To  chyba  nie  najciekawsze  towarzystwo  dla  młodej  dziewczyny.  Ile  miałaś  lat,  kiedy  ją 
poznałaś? 

 - Trzynaście - odpowiedziała, nie patrząc na niego. 
 - I tak cię zafascynowała? - zdziwił się. 
Przez  chwilę  zastanawiała  się,  czy  w  ogóle  odpowiadać  na  to  pytanie.  Nie  wiedziała, 

czy Dez potrafi zrozumieć, kim była dla niej Essie. 

 -  Im  lepiej  ją  poznawałam,  tym  bardziej  się  zaprzyjaźniałyśmy  -  zaczęła  wolno.  - 

Najpierw  prowadziłam  segregację  i  archiwizację  jej  zbiorów.  Oczywiście,  byłam  jeszcze 
dzieckiem, więc robiłam to pod jej nadzorem. Spędziłyśmy razem wiele czasu. Słuchałam jej 
opowiadań.  Nie  była  wcale  nudna.  Szkoda,  że  tego  nie  słyszałaś,  większość  opowieści 
dotyczyła początków Hrabstwa Kerrigan i dziejów twojej rodziny. Czy ty w ogóle wiesz coś o 
Desmondzie? 

 -  A  więc  pracowałaś  dla  niej  i  nauczyłaś  się  słuchać  jej  opowieści,  tak?  -  Dez 

zignorował jej pytanie. 

 -  Nauczyłam  się  cenić  historię.  Essie  ukształtowała  mnie.  Miała  na  mnie  ogromny 

wpływ, nawet się nie domyślasz, jak duży. 

Gina  zamilkła,  przypomniawszy  sobie  niezwykłe  okoliczności,  w  jakich  się  poznały. 

Dez również się nie odzywał. Po chwili, zaniepokojona przedłużającą się ciszą, odwróciła się 
w jego stronę. Stał nieruchomo tuż obok. Dużo bliżej, niż myślała. 

 - Dziękuję ci - powiedział poważnie. 
 - Cóż, potrafię zrobić jeszcze lepszą kawę, jeśli mam więcej czasu. - Uśmiechnęła się i 

wzruszyła ramionami. 

 - Wiesz, że nie mówię o kawie. Dziękuję, że byłaś przyjaciółką starej kobiety. Dzięki 

tobie Essie na pewno nie czuła się samotna. 

Gina  miała  wrażenie,  że  usłyszała  w  jego  głosie  jakąś  dziwną  nutę.  Czyżby  teraz 

ż

ałował, że tyle stracił, nie odwiedzając Essie? 

 -  Pewnie  słyszałeś  jej  historie  od  dziecka  i  były  dla  ciebie  nudne  -  powiedziała  w 

końcu. - Dla mnie były nowe i przez to takie ciekawe. 

Uśmiechnął się słabo. 
 - Musiałaś być dla niej naprawdę kimś wyjątkowym. 
Nie wiedziała, co odpowiedzieć, ale on chyba nie oczekiwał odpowiedzi. Patrzył na nią 

długo, a potem ujął jej podbródek, pochylił się i pocałował ją. 

Jego  usta  poruszały  się  wolno  i  łagodnie.  Lekko  napierał  na  jej  wargi  i  pieścił  je 

subtelnie. 

Gina  stała  nieruchomo,  jakby  zdrętwiała.  Ale  w  środku  drżała  ze  zmieszania.  Chociaż 

koniuszkami palców dotykał tylko jej podbródka, paliło ją całe ciało. 

Kiedy wreszcie podniósł głowę, starała się, aby jej głos brzmiał spokojnie. 
 - Rozumiem, że to podziękowanie za to, co zrobiłam dla Essie. 
 - Oczywiście - odparł, unosząc lekko brwi. 
 - Cieszę się, że to ustaliliśmy. - Cofnęła się o krok. - Dobranoc, Dez. 
Nie poruszył się. 
 - Następny pocałunek będzie jeszcze wspanialszy. Dam ci prawdziwą lekcję całowania. 
 - Nie potrzebuję lekcji! - odparła oburzona. 
 - Potrzebujesz, i to bardzo. Daj znać, kiedy będziesz gotowa. 
I znikł, zanim zdążyła odpowiedzieć. 

background image

A więc jednak myliła się co do Deza Kerrigana - był nieco sentymentalny. Może nawet 

bardziej, niż przypuszczała. I wreszcie zrozumiał, jak wiele stracił, nie poznając bliżej swojej 
ciotki. 

Gina  zamyśliła  się  na  chwilę,  wspominając  starszą  panią.  Essie  nie  była  wcale  oschłą 

nauczycielką  historii,  jaką  udawała.  Przypomniała  sobie,  jak  kiedyś  schowała  się  wśród 
zbiorów i przestraszyła staruszkę niemal na śmierć. To było tak dawno, że dziś wydawało się 
niemal snem, który przyśnił się jakiejś innej osobie. 

Bo byłam inną osobą, uświadomiła sobie Gina. I zmieniłam się dzięki Essie. 
A teraz te proponowane lekcje całowania. To w jakimś sensie również przez Essie, choć 

Gina musiała przyznać, że nie czuła przykrości. 

Ale  też  Dez  wybrał  sobie  dziwny  sposób,  by  okazać  wdzięczność.  I  jeszcze  śmiał 

proponować, że będzie jej udzielał lekcji! 

Pewnie sądził, że tak ją tym wszystkim oszołomił, że zapomni o innych sprawach. 
Ale nie znał jej. Nie tak łatwo było ją oszołomić. Musiałby się postarać dużo bardziej, 

by zapomniała o swoich planach. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 
Gina  weszła  do  dawnej  jadalni  Essie  i  rzuciła  kontrolne  spojrzenie  na  pokój.  Teraz  to 

była  sala  konferencyjna  i  dziś  właśnie  miało  się  odbyć  kolejne  posiedzenie  zarządu.  Osiem 
krzeseł  stało  równo  wzdłuż  mahoniowego  stołu  wypolerowanego  w  ostatniej  minucie  przez 
niezawodnych  pracowników.  Ekspres  do  kawy  pyrkotał  przyjemnie  i  rozsiewał  wokół  miły 
aromat. Gina rozłożyła notatniki i ołówki, zastanawiając się, czego jeszcze brakuje. 

 - Woda! - przypomniała sobie. - Eleanor, przynieś, proszę, wodę mineralną - zwróciła 

się  do  wolontariuszki,  która  pomagała  jej  przygotować  salę.  -  To  będzie  chyba  wszystko, 
potem możesz wracać do domu. 

 - Szczerze mówiąc, chętnie zostałabym na zebraniu, jeśli to możliwe. Nigdy jeszcze nie 

przysłuchiwałam się posiedzeniom zarządu. 

 -  Oczywiście,  że  możesz  zostać.  Od  kiedy  korzystamy  z  pieniędzy  podatników, 

posiedzenia są jawne i każdy może w nich uczestniczyć. 

 - Dzięki, Gino. Wiem, że pewnie dziś nie zapadnie żadna decyzja, ale  chciałabym się 

dowiedzieć, jak potoczą się losy tego domu - powiedziała Eleanor smutnym głosem. 

Gina spojrzała na nią z sympatią. 
 -  Wiem,  że  kochasz  ten  dom,  Eleanor,  ale  nie  potrafię  ci  powiedzieć,  co  się  z  nim 

stanie. I dziś na pewno nic nie zostanie postanowione. 

 - Och, wiem, że to głupie. Nawet gdyby zarząd zdecydował się go sprzedać, nie sądzę, 

byśmy mogli sobie na niego pozwolić - dodała kobieta ze smutnym uśmiechem i wcisnęła za 
pasek poły dżinsowej koszuli. 

 - W każdym razie, będę o tobie pamiętała, jak już zapadnie jakaś decyzja. 
Usłyszały skrzypnięcie ciężkich drzwi i Gina poczuła, że przeszył ją nerwowy dreszcz. 

Na  szczęście  jako  pierwszy  przyszedł  przewodniczący  Towarzystwa  Historycznego.  Gina 
miała  nadzieję,  że  uda  jej  się  zamienić  z  nim  kilka  słów,  zanim  pojawią  się  pozostali 
członkowie zarządu. 

Starszy pan wszedł do pokoju i zagadnął od razu: 
 - Mam nadzieję, że dowiem się w końcu, co tu się dzieje. 
 -  Naturalnie.  Cieszę  się,  że  przyszedł  pan  wcześniej,  próbowałam  się  z  panem 

skontaktować, ale widocznie wyjechał pan z miasta. 

 -  Tak.  -  Pokiwał  głową  i  wyjaśnił:  -  Wyjechaliśmy  do  córki,  urodziła  właśnie  trzecie 

dziecko  i  żona  chciała  być  przy  niej.  To  nasz  piąty  wnuk.  Szczerze  mówiąc,  myślę,  że  ten 
cały szum ze spadającym przyrostem naturalnym jest grubo przesadzony. 

Gina uśmiechnęła się i od razu przeszła do rzeczy. 
 - Przykro mi, że nie uprzedziłam pana, ale nie  miałam pojęcia, że reporterka wpadnie 

na pomysł, by do pana zadzwonić w sprawie budynku Tyler - Royale. 

 -  Ja  też  byłem  zaskoczony.  A  swoją  drogą  wielka  szkoda,  że  Kerrigan  zamierza 

zrównać go z ziemią. 

 - Moim zdaniem nie powinniśmy tak szybko się poddawać, jak pan sądzi? 
 - Wola walki godna podziwu - zaśmiał się starszy pan. - Pomożemy ci, na ile będziemy 

mogli.  Ale  nawet  gdyby  udało  ci  się  zdobyć  ten  budynek,  nie  jesteśmy  w  stanie  w  pełni  go 
wykorzystać. 

 - O tym właśnie chciałam dzisiaj porozmawiać. Myślę, że mam pewien pomysł, dzięki 

któremu moglibyśmy wykorzystać każdy kąt! 

Nie  zdążyła  powiedzieć  nic  więcej,  bo  właśnie  otworzyły  się  drzwi  i  na  salę  zaczęli 

wchodzić  pozostali  członkowie  zarządu.  Zrobiło  się  małe  zamieszanie,  wszyscy  nalewali 
sobie kawy i wymieniali powitalne uprzejmości. 

Jako  ostatni  pojawił  się  Jim  Conklin  w  towarzystwie  jakiegoś  obcego  mężczyzny, 

którego natychmiast przyprowadził do Giny. 

background image

 -  To  jest  specjalista,  o  którym  ci  mówiłem.  Nathan  Haynes,  architekt.  Ma  biuro  w 

centrum.  Zgodził  się  rzucić  okiem  na  nasze  plany  rozbudowy  i  podpowiedzieć  nam  kilka 
rozwiązań. 

Przewodniczący zajął miejsce za stołem i powiedział głośno: 
 -  Skoro  wszyscy  są,  myślę,  że  możemy  zaczynać.  Zaszurały  krzesła  i  członkowie 

zarządu usiedli, stawiając przed sobą filiżanki z kawą. Gina zajęła swoje ulubione miejsce na 
końcu  stołu,  tyłem  do  drzwi.  Eleanor  przyniosła  sobie  dodatkowe  krzesło  i  usiadła  nieco  z 
boku. 

Zanim jednak zdążyli rozpocząć, drzwi znowu się otworzyły. 
Kto  to  może  być,  zastanowiła  się  Gina,  nikogo  przecież  nie  brakowało.  Pewnie  jakiś 

spóźniony  gość,  który  chciałby  jeszcze  obejrzeć  zbiory.  Albo...  albo  ktoś  z  całkiem  innymi 
zamiarami. Serce podeszło jej do gardła. 

 -  Witam  wszystkich  -  usłyszała  znajomy  głos.  -  Przepraszam  za  spóźnienie,  ale  długo 

krążyłem,  zanim  znalazłem  miejsce  do  zaparkowania.  Powinniście  pomyśleć  o  tym,  zanim 
rozbudujecie muzeum. 

O, nie, westchnęła w duchu, wolałabym już złodzieja. 
 -  Gdzie  znajdę  jakieś  krzesło,  Gino?  A  może  przesuniesz  się  i  zmieścimy  się  na 

jednym? 

Zaskoczenie,  jakie  malowało  się  na  jej  twarzy,  sprawiło  mu  niemałą  satysfakcję. 

Czyżby rzeczywiście nie domyśliła się, że pojawi się tu dziś wieczorem? 

Odniósł  wrażenie,  że  na  chwilę  przestała  oddychać,  a  jej  cera  przybrała  podejrzany 

bladoniebieski  odcień.  Zastanawiał  się,  co  powinien  zrobić,  by  pomóc  jej  odzyskać 
równowagę - chlusnąć w nią szklanką wody, czy przycisnąć do siebie i namiętnie pocałować. 
Niezależnie  od  skuteczności  obu  metod,  nie  miał  wątpliwości,  która  z  nich  była  bardziej 
pociągająca. 

Zanim jednak zdążył wcielić je w życie, Gina wzięła głęboki oddech i powiedziała: 
 - Krzesła są w pokoju obok. 
Jej głos był tylko o ton niższy niż zazwyczaj. Szybko się opanowała i musiał przyznać, 

ż

e zaimponowała mu tym. Nie zdziwiłby się, gdyby członkowie zarządu nic nie zauważyli. 

Przyniósł  sobie  krzesło  i  usiadł  tuż  obok  niej.  Rozejrzał  się  wokół.  Na  wprost  niego 

siedział przewodniczący, obok Jim Conklin, a tuż za nim... 

 - Witaj, Nate! - zwrócił się do architekta. - Co ty tu robisz? 
 - Mógłbym ci zadać to samo pytanie - odparł tamten z szerokim uśmiechem. - Na razie 

tylko się przyglądam. 

Dziwne, pomyślał. Gina zapewniała go, że nie wynajęli jeszcze żadnego architekta. To 

niewątpliwie musiał być ekspert Conklina, o którym wspominał podczas przyjęcia. 

Przewodniczący  rozpoczął  zebranie,  a  sekretarka  zaczęła  wymieniać  kolejne  punkty 

posiedzenia. 

Dez  pochylił  się  i  czytał  plan  spotkania  leżący  u  Giny  na  kolanach.  Współpraca  z 

innymi organizacjami w tworzeniu centrum kulturalnego. Chyba już gdzieś to słyszał. Akcja 
szukania sponsorów dla muzeum. Chciałby zobaczyć, jak zamierzają to zrobić. 

Wpatrywał się w kartkę i kątem oka zerkał na Ginę. Ciekaw był, jak długo wytrzyma tę 

sytuację. 

 - Co ty tu robisz? - usłyszał po chwili ciche pytanie. 
 - Staram się być dobrym obywatelem - wyszeptał w odpowiedzi. - Sprawdzam, na co 

idą moje podatki. 

Prychnęła lekko i skupiła się na słuchaniu dyskusji przy stole. W każdym razie z całych 

sił próbowała to zrobić. 

Dez  rozsiadł  się  wygodnie,  splótł  ramiona  i  wydawał  się  niezwykle  zadowolony  z 

siebie. 

background image

Gina  była  przekonana,  że  Dez  opuści  muzeum  natychmiast  po  zakończeniu  zebrania. 

Zdziwiła  się  więc,  kiedy  zobaczyła  go  w  rogu  pokoju  gawędzącego  z  Conklinem  i  jego 
znajomym.  Sprzątała  ze  stołu  resztę  naczyń,  kiedy  do  jej  uszu  dobiegł  złośliwy  śmiech 
architekta i słowa: 

 -  Słyszałem,  że  zamierzasz  skupić  pod  dachem  Tyler  -  Royale  wszystkie  domy 

publiczne  rozsypane  po  mieście.  Burmistrz  podobno  wyznaczył  już  nagrodę  dla  ciebie  za 
oczyszczenie okolicy z panienek straszących turystów w zakamarkach starówki. 

Dez burknął coś w odpowiedzi, odstawił kubek do zmywarki i wyszedł z pokoju. 
Kilka  minut  później  sala  była  uprzątnięta,  Eleanor  przecierała  stół,  a  Gina  poszła 

zamknąć główne drzwi. 

Ku swemu zaskoczeniu, w pustym holu natknęła się na Deza. 
 - Nie miałam pojęcia, że wciąż tu jesteś - odezwała się zdziwiona. - Zwłaszcza po tym, 

jak  milczałeś  przez  całe  zebranie.  Jeżeli  nie  zamierzałeś  zabierać  głosu,  to  po  co  tu 
przychodziłeś? - zaatakowała go. 

 -  Gdybym  miał  coś  do  powiedzenia,  zrobiłbym  to.  Ale  nie  musiałem  się  odzywać, 

doskonale wszystko wyjaśniłaś, moje uwagi nie były już potrzebne. 

Jego głos brzmiał tak niewinnie, że prawie dała się na to nabrać. 
 - Próbujesz uśpić moją czujność? - spytała podejrzliwie. - Nie uda ci się. Jestem pewna, 

ż

e  gdyby  dyskusja  przybrała  inny  obrót  i  zarząd  postanowił  coś,  co  kolidowałoby  z  twoimi 

interesami, nie siedziałbyś tak cicho. 

 - Oczywiście, że nie. Wtedy musiałbym trochę ich wyprostować. 
 -  Wyprostować!?  -  powtórzyła  z  irytacją.  -  Wydaje  ci  się,  że  masz  monopol  na 

prawdę?! Ale w końcu przyznałeś się, że nie przyszedłeś tu jako zwykły obywatel zatroskany 
o swoje podatki! 

 - Ależ dokładnie tak było! - zaprzeczył gorąco. 
 -  Jakoś  nie  wierzę,  żebyś  poświęcał  tyle  czasu  każdej  organizacji,  która  dostaje  kilka 

centów z twoich podatków! 

 - To prawda, muszę przyznać, że niektórzy z użytkowników moich ciężko zarobionych 

pieniędzy  wzbudzają  żywsze  uczucia  w  moim  sercu.  -  Rozejrzał  się  wkoło  i  dodał:  - Jak  na 
przykład  autorzy  pomysłu  dobudowania  nowoczesnych  bocznych  skrzydeł  do  starego 
budynku. 

Zdenerwowana oparła ręce na biodrach i odezwała się z wściekłością: 
 - Mam tego dosyć! Nie obchodzi mnie, co myślisz na ten temat! Jeszcze kilka dni temu 

przekonywałeś mnie, że pomysł z przenoszeniem muzeum do innego budynku jest bez sensu! 
Teraz przychodzisz i krytykujesz jedyny plan, który pozwoliłby nam zostać tutaj i przetrwać! 

 - Ostrzegam tylko, że wyrzucicie pieniądze w błoto. 
 -  Mam  dość  twoich  dobrych  rad!  Za  chwilę  znajdziesz  kolejny  argument,  którym 

będziesz  torpedował  moje  plany!  Szczerze  mówiąc,  to  co  się  dzieje  z  muzeum,  to  nie  twoja 
sprawa! 

 -  Próbuję  ci  tylko  powiedzieć,  że  wcześniej  czy  później  wszystkie  problemy  tego 

miejsca spadną na twoją głowę, a ty nawet tego nie zauważysz. 

Jego  spokojny  ton  i  ponura  wizja,  jaką  przed  nią  roztaczał,  na  chwilę  wytrąciły  ją  z 

równowagi. Na szczęście szybko wróciła jej dawna werwa. 

 - Dzięki za ostrzeżenie. Doceniam je, pochodzi wszak od mistrza destrukcji! 
 - Chciałem cię tylko uprzedzić, jak to się może skończyć. 
 - A w zasadzie, kto powiedział, że na pewno tu zostaniemy? Może nie zauważyłeś, ale 

członkom  zarządu  bardzo  spodobał  się  mój  pomysł  stworzenia  w  Tyler  -  Royale  centrum 
kulturalnego. 

 -  To  chyba  ty  nie  zauważyłaś,  że  uznali  pomysł  za  tak  nierealny,  że  nawet  o  nim  nie 

dyskutowali. 

background image

 -  Być  może  muszą  się  najpierw  z  nim  oswoić  -  przyznała.  -  Ale  kiedy  już  to  nastąpi, 

zobaczą, że ten plan ma same plusy. Kilka podobnych instytucji zgromadzonych pod jednym 
dachem to ogromna oszczędność - rozłożone wydatki na ochronę, recepcję, szatnię... 

 - Rozmawiałaś już z innymi muzeami? 
 - Dlaczego pytasz? Nie wierzysz, że uda mi się przekonać ich do tego projektu? 
 -  Nie.  Nawet  jeśli  przekonasz  całe  miasto,  nie  zmieni  to  faktu,  że  tylko  ja  mogę 

zdecydować, co stanie z tym budynkiem. Dobrze mówię? 

 -  I  to  jest  główny  problem.  -  Pokiwała  głową.  -  Pytam  serio,  Dez,  ile  chcesz  za 

odsprzedanie prawa pierwokupu? 

 - Ono nie jest na sprzedaż. 
 - Daj spokój, sam mówiłeś, że nie przegapisz żadnego interesu - naciskała. 
 - Ale nie w tym wypadku. 
 - Możesz budować te swoje wieżowce, gdzie tylko chcesz, dlaczego uparłeś się akurat 

na to miejsce? Masz przecież jeszcze działkę z kościołem. 

 - Tamta jest za mała. 
 - Więc wykup sąsiadujące! 
 - Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. 
 - Aha! 
 - Co za „aha"? - spytał, unosząc brwi. 
 - Przyznajesz więc, że chcesz tam zbudować wieżowiec! 
 - Mówiłem hipotetycznie. 
 - Aha, a ja jestem z Marsa! 
 - W to akurat byłbym w stanie uwierzyć - mruknął. Przemilczała tę uwagę. 
 - Ile chcesz za sprzedaż? - powtórzyła. 
 - Nie słyszałem, żeby zarząd upoważnił cię do negocjacji w tej sprawie, więc nie będę 

się wdawał w czczą dyskusję. 

 -  Ale  przecież  musi  być  coś,  czego  chcesz!  -  zawołała  i  dopiero  potem  uświadomiła 

sobie,  że  zabrzmiało  to  nieco  dwuznacznie.  -  To  znaczy,  nie  miałam  oczywiście  na  myśli 
nic... 

 - Próbujesz ze mną negocjować bez zgody zarządu i składasz mi dziwne propozycje. O 

ile nie miałaś na myśli wspólnej kąpieli w jaccuzi, to rozumiem, że była to oferta finansowa, 
do złożenia której nie zostałaś upoważniona. 

Gina  postanowiła  zignorować  ten  niebezpieczny  wątek  dyskusji  i  skupić  się  na  istocie 

sprawy. 

 -  Nie  sądzisz  chyba,  że  zarząd  w  twojej  obecności  ustalałby,  o  jakich  sumach  mogę 

rozmawiać. Mamy pewne zasoby finansowe... 

Spojrzał na nią powątpiewająco i ogarnął hol taksującym spojrzeniem. 
 - Podziwiasz dekoracje, czy zastanawiasz się, kiedy sufit zwali nam się na głowę? 
 -  Po  prostu  podziwiam  urok  tego  miejsca.  Swoją  drogą,  jak  będziesz  organizowała  tę 

zbiórkę pieniędzy, daj mi znać. 

 - Po co? Żebyś miał satysfakcję, sabotując akcję? 
 -  Skądże  znowu,  kochanie!  Abym  mógł  was  wesprzeć.  Zdaje  się,  że  Uczy  się  każdy 

grosz, czyż nie? 

Rzucił jej przeciągłe spojrzenie i wyszedł, zanim zdążyła odpowiedzieć. 
Eleanor skończyła sprzątać i razem z Gina wyszły z muzeum. 
Gdy  Gina  walczyła  z  opornym  zamkiem,  jej  pomocnica  stała  zamyślona  i  przyglądała 

się domowi. 

 -  To  piękny  budynek  -  odezwała  się  cicho.  -  Chociaż  na  początku  wcale  tak  nie 

myślałam.  Uważałam,  że  jest  okropny,  stary,  śmierdzący  stęchlizną  i  zmęczony.  Trochę 

background image

podobny  do  Essie  -  powiedziała  z  uśmiechem.  -  Ale  potem,  sama  nie  wiem  kiedy, 
pokochałam go. 

 - Tak jak Essie - dodała Gina ciepło. 
 - Właśnie tak - zgodziła się Eleanor. - Do jutra. Pożegnała się i poszła do samochodu. 
Gina stała jeszcze chwilę i zastanawiała się nad tym, co właśnie usłyszała. Czyżby ten 

dom równie niepostrzeżenie wkradł się w serce Deza? 

Nie  bądź  naiwna,  pomyślała  w  duchu,  intencje  Deza  były  zupełnie  inne,  chciał  cię  po 

prostu przekonać, że to miejsce nie jest takie złe i powinnaś tu zostać. 

Ciekawe  dlaczego  nie  chciał  wymienić  żadnej  sumy,  za  jaką  gotów  byłby  odstąpić 

prawo pierwokupu Tyler - Royale? Sam przecież mówił, że zawsze jest otwarty na zrobienie 
dobrego interesu. 

Może myślał, że każda suma będzie dla niej za wysoka? I, szczerze mówiąc, nie mylił 

się. 

A może chciał w zamian czegoś innego niż pieniądze? Czy to możliwe, żeby chodziło 

mu o stary dom Essie? 

Gina  potrząsnęła  głową  i  stwierdziła,  że  musiała  wypić  za  dużo  kawy.  Głupie  rzeczy 

przychodzą jej do głowy. 

Ale z drugiej strony, była jakaś sprzeczność  w tym, co mówił. Najpierw  zapewniał ją, 

ż

e  dom  zostanie  zniszczony,  a  w  najlepszym  razie  zamieniony  w  apartamentowiec,  a  potem 

jego stosunek zaczął się powoli zmieniać. Aż do tej dziwnej uwagi dzisiaj. 

A  przecież  Dez  nie  darzył  sentymentem  starych  budynków.  Tak,  ale  dom  Essie  to  nie 

był  zwykły  budynek.  To  rodzinna  posiadłość.  Każda  cegła  mogła  opowiadać  historię 
Kerriganów. 

Czyżby obudził się w nim sentyment do rodowego dziedzictwa? 
Wiedziała,  że  nie  był  tak  niewzruszony,  za  jakiego  chciał  uchodzić.  Nawet  Dez 

Kerrigan był zdolny do ludzkich uczuć. Udowodnił to tamtej nocy po przyjęciu u Anne, kiedy 
odwiózł  ją  do  domu  i  pocałował,  by  podziękować  za  wszystko,  co  zrobiła  dla  jego  ciotki  w 
ostatnich latach jej życia. 

Gina  założyłaby  się  o  duże  pieniądze,  że  przyszedł  tu  dziś  wieczorem  z  tego  samego 

powodu co Eleanor - chciał się dowiedzieć z pierwszej ręki, co stanie się z domem Essie. 

Być może nie wszystko jeszcze stracone, może jednak uda im się zrobić dobry interes! 
Dez  bujał  się  na  krześle  i  spoglądał  spod  oka  na  siedzącego  naprzeciwko  mężczyznę. 

Nathan Haynes właśnie skończył prowizoryczny rysunek, który miał w zarysie przedstawiać 
nowy projekt. 

 -  Tak  to  z  grubsza  wygląda.  Oczywiście  dokładne  projekty  dostaniesz  lada  dzień, 

chciałem tylko ustalić, czy podoba ci się ta koncepcja. 

 - Nieźle. - Dez pokiwał głową i zamknął swój notes. 
 - To będzie najnowocześniejszy budynek w mieście. A przy okazji, rzuciłeś już okiem 

na muzeum? 

 - Właśnie je oglądałem, gdy do mnie zadzwoniłeś. 
 - Co chcesz im zaproponować? 
 - Dez, wiesz dobrze, że projekty klientów to tajemnica. Nie wyciągniesz tego ze mnie, 

nawet gdybyś wynajął armię pięknych kobiet! - zaśmiał się architekt. 

Dez wzruszył ramionami i uśmiechnął się. 
 - Cóż, zawsze warto spróbować. 
Rozmawiali jeszcze chwilę, po czym Nat zabrał swoje projekty i wyszedł. 
 - Działo się coś, kiedy miałem spotkanie? - spytał Dez sekretarkę. 
 - Dostałeś zaproszenie na obiad - odpowiedziała dziwnym tonem. - Od Giny Haskell. 
O co chodzi tej kobiecie, pomyślał zdziwiony Dez. 
 - Mam nadzieję, że powiedziałaś jej, że jestem zajęty. 

background image

 -  Powiedziałam,  że  masz  konferencję,  ale  odparła,  że  będzie  czekać  do  pierwszej  w 

restauracji „Pod Klonem" na wypadek, gdybyś jednak znalazł chwilę. 

 -  Mam  nadzieję,  że  wzięła  ze  sobą  dobrą  książkę  -  mruknął  Dez.  -  To  jedyne 

towarzystwo, na jakie może liczyć. 

Wrócił do gabinetu i zamyślony spoglądał przez okno. 
Niesamowite,  pomyślał,  miała  czelność  oczekiwać,  że  rzuci  wszystko  i  pobiegnie  na 

spotkanie z nią! Podobno wręcz tego oczekiwała! Sarah wspomniała, że brzmiało to raczej jak 
wezwanie niż zaproszenie! 

O  czym  chciała  z  nim  rozmawiać?  Czyżby  w  ciągu  tych  kilkudziesięciu  godzin,  jakie 

minęły od zebrania zarządu, coś się zmieniło? 

Nathan  twierdził,  że  nie  zdążył  przyjrzeć  się  dokładnie  muzeum.  Ale  może  zrobił  już 

jakiś wstępny projekt? Ciekawe, czy przedstawił go Ginie. 

 - Wychodzę coś zjeść - rzucił sekretarce, przechodząc koło jej biurka. 
 - Hmm, więc jednak nie będzie musiała czytać książki - mruknęła Sarah. 
Dez zatrzymał się na chwilę i spojrzał ostro. 
 - Nie powiedziałem, że idę do restauracji "Pod Klonem". 
 - Jasne... Mam zadzwonić i powiedzieć jej, że jesteś w drodze? 
 -  Jeśli  chcesz  tu  jeszcze  pracować  po  południu,  to  lepiej  nie  -  rzucił  przez  ramię  i 

wyszedł szybkim krokiem. 

Za plecami usłyszał tylko śmiech Sarah, ale myślami był już gdzie indziej. 
Dokładnie  za  pięć  pierwsza  przekroczył  próg  restauracji.  Gina  siedziała  przy  barze  i 

miała na sobie coś żółtego, co sprawiało, że jej włosy wydawały się jeszcze bardziej ogniste. 
Patrzyła  przed  siebie  i  widać  było,  że  z  całej  siły  stara  się  ignorować  zaczepki  siedzącego 
obok mężczyzny. 

Dez stał chwilę w progu sali i obserwował ją. W końcu podszedł bez pośpiechu, objął ją 

silnym uściskiem i odwrócił lekko do siebie. 

 -  Przepraszam  za  spóźnienie,  kochanie,  ale  spotkanie  się  przeciągnęło.  -  Pochylił  się 

nad  nią  i  pocałował  prosto  w  usta.  Wolno  i  zdecydowanie.  Smakowała  piwem  imbirowym  i 
niepewnością. - Patrz, co za niespodzianka. Facet, który cię zaczepiał, musiał szybko wyjść. 

 - Zaprosiłam cię na obiad, a nie na... - odezwała się lodowatym tonem. 
 - Na lekcję pocałunków? - podpowiedział - To było pierwsze ćwiczenie - jak całować 

się w miejscach publicznych, żeby odstraszyć namolnych podrywaczy. 

 - Nie wiem, kto się okazał bardziej namolny - mruknęła pod nosem. 
 - Musimy to oczywiście jeszcze przećwiczyć - dodał Dez, jakby nie słyszał jej uwagi. - 

Dlaczego chciałaś się ze mną widzieć? - zapytał, kiedy usiedli przy stoliku. 

 - Mówiłeś, żebym dała ci znać, jak będę zbierała datki na muzeum. 
 - A, tak. - Pokiwał głową i zajął się studiowaniem jadłospisu. Miał przeczucie, że to nie 

był jedyny powód. - Zamierzasz więc rozpocząć kampanię zbierania funduszy? 

 - Tak. Wymyśliłam, że zrobimy rekonstrukcję starej wioski na trawniku przed muzeum 

i będziemy sprzedawać różne drobiazgi, żeby przyciągnąć uwagę sponsorów. 

 - Tylko tyle? Trochę mnie rozczarowałaś, ale zarezerwuj dla mnie bilet. 
 - Zaproszę Carlę z kamerą, żeby sfilmowali, jak go kupujesz. 
 - To bardzo miłe. - Dez odłożył menu, oparł łokcie na stole i spojrzał na nią uważnie. - 

A teraz, kochanie, powiedz mi, jaki jest prawdziwy powód naszego spotkania. 

Uciekła spojrzeniem w bok i zaczęła niepewnie: 
 - Cóż... Mam dla ciebie pewną propozycję... 
 -  Słucham  uważnie.  Chociaż  uprzedzam,  że  o  ile  nie  będzie  zawierała  zaproszenia  do 

jaccuzi, nie sądzę, abym był zainteresowany. 

 -  Co  ty  znowu  z  tą  kąpielą!  To  oczywiście  tylko  wstępna  oferta,  bo  nie  mam  jeszcze 

zgody zarządu, ale... 

background image

Przerwała,  bo  właśnie  przyniesiono  kawę.  Upił  łyk  aromatycznego  napoju  i  gestem 

zachęcił, by kontynuowała. 

 -  Proponuję  ci  korzystną  wymianę.  Dostaniesz  dom  Essie  w  zamian  za  prawo 

pierwokupu Tyler - Royale. 

Zakrztusił  się  i  z  trudem  opanował  oddech.  Jeżeli  chciała  go  zabić,  nie  mogła  wybrać 

lepszego sposobu. 

 -  Proszę?!  -  odezwał  się,  kiedy  już  uspokoił  emocje  i  odstawił  filiżankę.  -  Ty  to 

nazywasz korzystną wymianą? Stary dom za wielki gmach? 

 - Nie za gmach, tylko za prawo do jego pierwokupu - wyjaśniła niecierpliwie. 
 - Zaproponuj mi dom Essie i pół miliona dolarów, a wtedy może się zastanowię. 
W jej oczach natychmiast pojawił się wyraz chłodnej kalkulacji. 
 - Pół miliona? To znaczy, że moja zbiórka pieniędzy musi zatoczyć szerokie kręgi. 
 - Powiedziałem: może - przypomniał. 
 - Albo będę musiała pracować bardziej kreatywnie - ciągnęła zamyślona. Pochyliła się 

lekko  i  spojrzała  mu  prosto  w  oczy.  -  W  porządku,  Dez.  Ile  jest  dla  ciebie  warta  wspólna 
kąpiel? 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 
Ta kobieta chce mnie zabić, stwierdził Dez. Nie udało się jej załatwić mnie kawą, więc 

sięgnęła po cięższą broń. Patrzył na nią w milczeniu, niepewny, czy dobrze usłyszał. 

 -  Ile?  -  powtórzyła.  -  Bo,  powiedzmy,  za  dziesięć  tysięcy  dolarów  mogłabym  się 

zastanowić! 

 - Masz zawyżone mniemanie na temat wartości swojego czasu. 
 - I postawmy sprawę jasno - mam na myśli wyłącznie mój czas. 
 - Żadnych figli w wannie pełnej bąbelków? - zapytał, udając zdziwienie. 
 - A pieniądze zostaną wpłacone na fundusz muzeum. 
 - Twoje poświęcenie dla muzeum jest niezwykłe, Gino. Zmrużyła oczy. 
 -  Nie  sądzisz  chyba,  że  jest  jakiś  inny  powód.  Bezskutecznie  próbował  powstrzymać 

uśmiech. 

 - Może nie za pierwszym razem. Ale kiedy tylko doświadczysz tej przyjemności... 
Spojrzała  na  niego  w  taki  sposób,  że  nawet  nie  próbował  kontynuować.  Dodał  tylko 

pośpiesznie: 

 - Pozwól mi to przemyśleć. Odezwę się. Dzięki za kawę. Żałuję, że nie mogę zostać na 

lunch. 

Kiedy  opuszczał  restaurację,  nie  myślał  jednak  o  jaccuzi.  Zastanawiał  się  nad  tym,  co 

kryło  się  w  jej  propozycji.  Co  ona  sobie,  u  licha,  wyobrażała?  Sama  sugestia,  że  mógłby 
oddać  budynek  w  centrum  miasta  w  zamian  za  dom  Essie  Kerrigan  była  wyjątkowo 
bezczelna. Co więcej, Gina najwyraźniej uważała swoją propozycję za niezwykle atrakcyjną i 
oczekiwała, że on przyjmie ją z entuzjazmem. 

Ta kobieta była stuknięta albo uważała, że on jest niespełna rozumu. Wyjął komórkę i 

zadzwonił do Nathana. Architekt odebrał, odpowiadając nieco zdyszanym głosem. Może nie 
był sam... 

 - Przepraszam, że przeszkadzam, przeproś panią ode mnie, dobrze? 
 - Nie jestem z kobietą. To po prostu kawał skały. Natknęliśmy się na nią nagle, kopiąc 

rów pod fundamenty. Albo ją wykopiemy, albo musimy zmienić projekt budynku. 

 - Proszę bardzo, o ile nie jest to mój projekt. 
 -  Na  szczęście  nie.  A  jeśli  dzwonisz  w  sprawie  twojego  projektu,  to  nie  jest  jeszcze 

gotowy. Wiem, że minęła już cała godzina, odkąd wyszedłem od ciebie z biura, ale... 

 - Nie dzwonię w tej sprawie. Czy rozmawiałeś dziś rano w muzeum z Gina Haskell? 
 - Dez, wiesz, że nie mogę ci nic powiedzieć! 
 - Nie pytam, o czym rozmawialiście, ale czy w ogóle rozmawialiście. 
 - Nie nazwałbym tego rozmową - odpowiedział Nat powściągliwie. - Powiedziałem jej 

dzień dobry, a ona mi odpowiedziała. 

Dez zmarszczył brwi. 
 - I to wszystko? 
 - Mniej więcej. Czemu pytasz? 
 - Bez powodu. 
Może Gina nie była jednak tak szalona, jak sądził. 
 - Nat, nie spiesz się z tym projektem. 
 - O, to jakiś bonus. Rozumiem, że nie będziesz mnie dręczył aż do jutra? 
 - Nie, chodzi mi tylko o to, że być może dokonam jakiś istotnych zmian. Dam ci znać, 

jak się zdecyduję. 

Cóż,  cały  mój  plan  okazał  się  totalną  klapą,  myślała  krytycznie  Gina.  Jedyne,  co  się 

udało, to dostarczenie Dezowi dziennej porcji rozrywki. 

Suma,  której  zażądał,  była  zawrotna,  ale  z  drugiej  strony  wszystkim  wiadomo,  że 

negocjacje zawsze zaczynają się od wygórowanych kwot. To część gry. 

background image

Wreszcie  przestał  powtarzać,  że  budynek  nie  jest  na  sprzedaż.  Nieważne,  jak  wysoka 

była  kwota,  ważne,  że  zaczął  negocjować  i  nie  mógł  się  już  wycofać.  Wymieniając  cenę, 
właściwie  zgodził  się  na  zawarcie  porozumienia.  Pół  miliona  dolarów  absolutnie  nie 
wchodziło  w  grę.  Mogła  mu  zaproponować  jakieś  sto  pięćdziesiąt  tysięcy,  a  i  tak  nie 
wiedziała, czy uda się tyle uzbierać. 

Na  samym  jarmarku  w  ogrodzie  Essie  nie  zbije  fortuny.  To  dopiero  pierwszy  krok  na 

długiej drodze. 

Stało przed nią poważne zadanie. Musi nagłośnić całą akcję. Miała nadzieję, że Carla i 

Anne Garrett pomogą jej w tym. 

Mimo  wszystko  szkoda,  że  Dez  nie  dał  się  namówić  na  kąpiel.  Byłoby  to  najlżej 

zarobione dziesięć tysięcy dolarów. 

Muzeum  przeżywało  prawdziwe  oblężenie  turystów.  Po  artykule  Anne  w  „Kronice"  i 

reportażu  Carli  dotyczącym  kontrowersji  wokół  Tyler  -  Royale  przez  dom  Essie  przelewały 
się tłumy zwiedzających. 

Oczywiście,  pojawiło  się  też  kilka  problemów.  Jakieś  znudzone  dziecko  przewróciło 

aparat  na  wystawie  fotografii  i  roztrzaskało  soczewki.  Kiedy  Gina  poprosiła  rodziców  o 
baczniejsze  zwracanie  uwagi  na  pociechę,  ojciec  dziecka  odparł,  że  to  jej  wina,  bo  nie 
zapewniła odpowiedniej przestrzeni dla eksponatu. Zacisnęła zęby i dopiero kiedy poczuła, że 
panuje nad głosem, odpowiedziała: 

 -  Właśnie  nad  tym  pracujemy.  Wszystkim  nam  zależy  na  powiększeniu  powierzchni 

muzeum i z wielką ochotą przyjmę każdą dotację na ten cel. 

Rodzice dziecka spojrzeli na nią tak, jakby wyrosły jej rogi, po czym bez słowa przeszli 

do następnej sali. 

Gina sprzątnęła potłuczone szkło i postanowiła napić się czegoś zimnego. 
Nagle  w  holu  ujrzała  jedną  z  wolontariuszek  otoczoną  przez  coś,  co  wyglądało  jak 

ławica rozwścieczonych piranii. Zszokowana Gina spojrzała jeszcze raz i zdała sobie sprawę, 
ż

e była to jedynie grupka dzieci w wieku przedszkolnym. Każde z nich skakało, wymachując 

banknotami, a opiekunka zupełnie poważnie wyjaśniała, że jest to doświadczenie edukacyjne 
- samodzielne kupno biletu. 

Zaraz  za  rozwrzeszczaną  gromadką  ujrzała  opartego  o  ścianę  Deza.  Przyglądał  się 

wszystkiemu  nieco  zdziwiony.  Nie  mógł  wybrać  gorszego  momentu  na  rozmowę  o 
interesach. Jak zwykle. 

 - Ja zajmę się pieniędzmi, Beth - zwróciła się Gina do wolontariuszki. - A ty stempluj 

im ręce. Potem oprowadzisz ich po wystawie. 

Beth nie wyglądała na szczęśliwą i trudno się jej dziwić. 
 - Pełny odjazd - wycedziła przez zęby. Podstemplowała ostatnią małą rękę i zapędziła 

gromadkę na piętro. 

 - Czym mogę służyć? - zwróciła się Gina do Deza. 
 - Przyszedłem kupić bilet na festyn. Tylko tyle? 
 - Rozważyłeś już moją ofertę? 
 - Którą? - zapytał, wyjmując pieniądze. 
Udawała, że nie usłyszała pytania. Lepiej, żeby oboje zapomnieli o jaccuzi. Chyba tylko 

chwilowe szaleństwo skłoniło ją do złożenia mu tej propozycji. 

 - Obawiam się, że pół miliona to więcej, niż zarząd zgodzi się zapłacić. 
 - A zatem nie ma o czym rozmawiać. 
 - Ale jestem prawie pewna, że jeśli rozważyłbyś obniżenie stawki... 
 - Co takiego? - zapytał uprzejmie. 
Gina starała się powstrzymać uśmiech. Był zainteresowany i nie potrafił tego ukryć. 
 - Myślę, że zgodziliby się na sto pięćdziesiąt tysięcy. No i oczywiście dom Essie. 
 - Och, oczywiście, pamiętam o tym. Sto pięćdziesiąt, hm...? 

background image

Cisza  przeciągała  się,  gdy  nagle  przerwał  ją  tupot  małych  stóp  w  pomieszczeniu  na 

górze. Gina podała Dezowi bilet. 

 - Od niczego doszliśmy do takiej sumy, zaledwie w kilka dni... - powiedział w końcu. - 

Nieźle, jeszcze kilka takich posunięć i może się dogadamy. 

Wziął bilet. Ginę zamurowało. 
 - Nawet nie chcesz negocjować? 
 - Podałem ci moją cenę, złotko. 
 -  Ale  rynek  nieruchomości  nie  działa  w  ten  sposób.  I  nigdy  nie  działał.  Już  pewnie 

neandertalczycy umieli się targować i zapewne dochodzili do porozumienia. 

 - Nie czuję się neandertalczykiem, choć podejrzewam, że chętnie polemizowałabyś na 

ten  temat.  A  nawiasem  mówiąc,  kwota,  o  której  mówiłem,  jest  najniższa,  jaką  w  ogóle 
mógłbym być zainteresowany. Więc jeżeli już poruszamy kwestię ceny... 

 -  Chcesz  negocjować,  czy  nadal  tylko  drażnisz  się  ze  mną?  Gdybym  zaproponowała 

tyle, ile żądałeś, podniósłbyś cenę? 

 - Być może. Daj spokój, Gino. Zapomnij o tym budynku. Nie dostaniesz go. 
 -  Może  i  nie,  ale  jedno  jest  pewne.  Jeśli  go  zniszczysz,  pożałujesz,  już  ja  się  o  to 

postaram. 

Musnął biletem jej policzek. 
 - Śmiało, przynajmniej będziesz miała zajęcie. 
Gina  przybyła  do  telewizji  wcześnie  i  czekała  w  małym  pokoiku  tuż  obok  studia. 

Starała się zająć myśli, przeglądając gazety, kiedy do pokoju weszła Carla. 

 - Nie wiedziałam, że prowadzisz dzisiejszy program - powiedziała Gina, oddychając z 

ulgą. 

 - Nie prowadzę. Wpadłam tylko na chwilę coś załatwić. To jest show Jasona, rozluźnij 

się, a wszystko pójdzie świetnie. Przyniosłaś rekwizyty? To zawsze robi wrażenie. 

Gina wskazała pudło na stoliku. 
 - Miałam nadzieję, że porozmawiam z gospodarzem programu jeszcze przed nagraniem 

o kwestiach, które chciałabym poruszyć. 

Carla pokręciła głową. 
 - Jason nigdy nie rozmawia z gośćmi przed programem. Dzięki temu właśnie rozmowa 

w studiu jest bardziej spontaniczna. 

 - I bardziej zaskakująca - stwierdziła ponuro Gina. - Szczególnie dla gościa. 
Carla uśmiechnęła się. 
 -  Po  prostu  się  nie  przejmuj  i  odpowiadaj  na  pytania.  Powiedz  o  rzeczach,  które 

przyniosłaś. Naprawdę robisz niesamowite wrażenie, kiedy opowiadasz o historii. 

Do pokoju zajrzała młoda kobieta. 
 - Pani Haskell? Jason jest gotowy. 
Ale ja nie, pomyślała Gina i próbując opanować nerwy, weszła do studia. Przez chwilę 

była  sama.  Nagle  otworzyły  się  drzwi  i  wszedł  energiczny,  młody  mężczyzna.  Zgrabnym 
ruchem przypiął sobie mikrofon, usiadł przy biurku i rozejrzał się. 

 - Gdzie moje notatki? - krzyknął. - Kogo my tu dzisiaj mamy? 
Gina  próbowała  się  nie  załamać.  On  nawet  nie  miał  pojęcia,  z  kim  będzie  dzisiaj 

rozmawiał! To z pewnością nie wróżyło nic dobrego. 

Asystentka podała mu notatki i znikła z planu. 
 - Dobry wieczór, witam w programie „Co nowego?". Dziś wieczorem naszym gościem 

jest Gina Haskell z Towarzystwa Historycznego Hrabstwa Kerrigan. Będziemy rozmawiać o 
podjętej  przez  nią  akcji  ratowania  budynku  Tyler  -  Royale.  Panno  Haskell,  proszę  nam 
powiedzieć, skąd to zainteresowanie domem handlowym? 

background image

Nie  po  to  tu  przyszłam,  chciała  odpowiedzieć,  ale  się  powstrzymała.  Przypomniała 

sobie,  co  mówiła  Carla.  Ten  facet  wie,  co  robi  i  zna  się  na  rzeczy.  Może  Tyler  -  Royale  to 
tylko wstęp? 

 -  Zawsze  interesował  mnie  ten  budynek.  Sądzę,  że  każdy  mieszkaniec  Lakemont  zna 

go i zachwyca się jego cudownym atrium z witrażową kopułą i mozaikową posadzką. 

 - I ogromną, czerwoną, inkrustowaną różą na samym środku. Spotkajmy się pod różą - 

zacytował. - Zastanawiam się, gdzie będą umawiali się mieszkańcy Lakemont, jeśli budynek 
zostanie  zburzony.  Czy  „spotkajmy  się  przy  skrzynce  pocztowej  na  rogu"  nie  brzmi 
czarująco? 

Gina uśmiechnęła się. 
 - Tak, to brzmi prawie jak tytuł książki. „Spotkanie pod różą - wspomnienia z Tyler - 

Royale". 

Miała  nadzieję,  że  Dez  ogląda  program.  Sama  myśl,  że  mogłaby  powstać  książka 

poświęcona miejscu, które chciał zniszczyć, powinna go zelektryzować. 

 - Niezłe. Powiedz, Gino, jakie jest twoje najbardziej wyraziste wspomnienie związane 

z tą różą? Może spotkanie z matką na zakupach? 

To pytanie zbiło ją nieco z tropu. 
 - Nie. - Wzięła głęboki oddech i uśmiechnęła się. - Moje wspomnienie związane jest z 

randką. To było jeszcze w szkole średniej. 

Jason  wpatrywał  się  w  nią  z  zainteresowaniem,  co  trochę  ją  peszyło.  Na  szczęście  nie 

drążył tematu. 

 - A jak działania na rzecz ratowania budynku? Żałosne, chciała powiedzieć. 
 - Spotkałam się kilka razy z panem Kerriganem i omawialiśmy różne projekty. 
 -  Rozumiem,  że  jednym  z  nich  jest  wykorzystanie  budynku  jako  nowej  siedziby 

muzeum. 

 - Tak, to jedna z wielu możliwości, którą rozważaliśmy. - Miała teraz swoje pięć minut. 

-  Muzeum  potrzebuje  więcej  przestrzeni.  Musimy  zdecydować,  czy  przeniesiemy  się  do 
większego budynku, czy też powiększymy obecną siedzibę. Prosimy o wsparcie i dotacje na 
ten cel. 

 -  To  bardzo  cenna  inicjatywa.  Musisz  mi  przypomnieć,  żebym  i  ja  się  dołożył,  o 

kwocie porozmawiamy później. 

 - Z przyjemnością. 
 -  Sprawami  muzeum  zajmujesz  się  już  wiele  lat,  powiedz  nam,  dlaczego  historia  tak 

bardzo cię urzekła? 

Nareszcie poczuła się pewniej, znalazła się na znajomym gruncie. 
 -  W  liceum  moją  nauczycielką  historii  była  Essie  Kerrigan,  która  stworzyła  muzeum. 

Uwielbiałam  słuchać  opowieści  o  jej  zbiorach.  Weźmy  na  przykład  ten  pojemnik  na 
ciasteczka.  -  Ostrożnie  wyjęła  z  pudła  gliniane  naczynie.  -  Essie  kupiła  go  w  sklepie  z 
antykami za kilka dolarów. Po prostu spodobał się jej. Ale pojemnik miał niezwykły znak na 
spodzie. - Pokazała go do kamery. - Essie starała się dociec, co on oznacza i okazało się, że 
jest  to  bardzo  rzadki  przykład  jednego  z  pierwszych  naczyń  glinianych  wyrabianych  w 
Hrabstwie  Kerrigan.  Przyniosłam  też  eksponaty  z  okresu  prehistorycznego.  Kamienną 
siekierę i grot strzały wykopane na naszych terenach. W zbiorach muzeum mamy dużo takich 
znalezisk,  ale  niestety  brakuje  nam  miejsca,  żeby  je  prezentować.  W  nowym  budynku 
moglibyśmy urządzić stałą ekspozycję. 

 - Muszę przyznać, że nie jestem wielkim fanem kamiennych siekier - powiedział Jason. 

- Czy masz jeszcze coś ciekawego w tym pudle? 

Gina wyciągnęła karnecik w kolorze kości słoniowej z małą różową wstążką. 

background image

 - To jest karnet z pierwszego balu, ma przeszło sto lat. Każda panna na balu miała taki 

zeszycik, do którego wpisywali się chłopcy, rezerwując tańce. Ten należał do matki Essie, a 
na balu, na którym go miała, poznała swojego przyszłego męża. 

 -  Dzisiaj  chłopcy  i  dziewczyny  poznają  się  zupełnie  inaczej,  nieprawdaż?  -  zauważył 

Jason z przekąsem. 

Gina uśmiechnęła się. 
 -  Tak.  Ale  w  tamtych  czasach  było  znacznie  ciekawiej.  Matka  Essie  miała  aż  dwie 

przyzwoitki, które obserwowały ją w tańcu. Dodam tylko, że ten bal, co ciekawe, odbył się w 
nowo  oddanym  budynku,  którym  był  właśnie  Tyler  -  Royale.  Znaleźliśmy  kilka  fotografii  z 
tamtego okresu, przedstawiających młode panny wchodzące do towarzystwa. Zdjęcia zostały 
zrobione w atrium, dokładnie pod różą. 

 - To niesamowite. Zastanawiam się, dlaczego taka wspaniała tradycja zaginęła. 
 -  Może  dlatego,  że  potem  otwarto  tam  centrum  handlowe.  Obecnie  trudno  sobie 

wyobrazić tańczące tam pary, choć to niezły pomysł i może, jeśli pan Kerrigan się zgodzi, tak 
się stanie. 

 - Zatem spytajmy go o zdanie. Postanowiliśmy poprosić pana Kerrigana, by włączył się 

do naszej dyskusji - powiedział Jason. 

Gina była zupełnie zaskoczona. Jestem w pułapce, pomyślała. Dlaczego Carla mnie nie 

ostrzegła? 

Do  studia  wszedł  Dez.  Przywitał  się  z  Jasonem.  Gina  również  podała  mu  rękę,  a  on 

zamiast potrząsnąć nią, podniósł ją do ust. 

Odruchowo zacisnęła dłoń w pięść. Musnął ustami każdą zaciśniętą kostkę i uśmiechnął 

się. 

 - Witaj, Gino. 
 - Zaczynajmy - powiedział Jason. - Koniec formalności, możecie się rozejść do swoich 

narożników. Dez, co z balem? Czy odbędzie się on w Tyler - Royale, jak sugerowała Gina? 

 -  O  to  musisz  spytać  organizatorów  balu.  Albo  kogoś  z  Tyler  -  Royale.  Dopóki  sklep 

nie zostanie zamknięty, nie mam nic do powiedzenia. 

 - Ale już niedługo staniesz się pełnoprawnym właścicielem. Co wtedy? 
 - Nie podjąłem żadnej decyzji. Tak jak powiedziałem, jeszcze nie jestem właścicielem. 
 - Krążą plotki, że zamierzasz wybudować wieżowiec z apartamentami. 
 - Po mieście zawsze krążą jakieś plotki. Za wcześnie, aby mówić o konkretach. 
 - Ale zamierzasz zburzyć stary budynek? 
 - Powtarzam, nie podjąłem jeszcze żadnej decyzji. 
 - Pomyśl jednak, jakim bohaterem stałbyś się w oczach wszystkich mieszkańców, jeśli 

zachowałbyś się szlachetnie i ocalił Tyler - Royale - dodała Gina. 

 - Ja? Raczej ty, to przecież twój pomysł. Jason uśmiechał się. 
 - Ale ja myślę przede wszystkim o muzeum, nie o zaspokojeniu własnego ego! 
 - Właśnie, co z muzeum, Dez - spytał zadowolony z sytuacji Jason. - Musisz być tym 

zainteresowany, w końcu to twoja babka je założyła? 

 - Moja cioteczna babka. Essie była siostrą mojej babki. 
 -  Cóż  się  stało,  że  nagle  tak  doskonale  orientujesz  się  w  rodzinnych  koligacjach?  - 

spytała z ironią Gina. 

Dez posłał jej swój najbardziej czarujący uśmiech. 
 - Wiem o Kerriganach sporo, ale zawsze z chęcią posłucham tego, co ty o nich wiesz. - 

Zwrócił  się  do  Jasona.  -  Oczywiście  że  chcę,  aby  muzeum  prosperowało  i  rozwijało  się. 
Niestety, w obecnym miejscu nie ma za dużo przestrzeni i jasne jest, że należałoby je gdzieś 
przenieść. 

 - Do Tyler - Royale? - spytał Jason. 
 - Zdecyduje o tym zarząd muzeum, nie ja. Ale z przyjemnością poprę ten plan. 

background image

Ginę zatkało. 
 - Co zrobisz? 
 -  Kilka  dni  temu  wspominałaś  coś  o  jaccuzi  -  ciągnął  Dez  z  dziwnym  uśmiechem.  - 

Jeśli wejdziemy tam razem, ofiaruję sto dolarów. 

 - Tylko sto dolarów? Taka kwota nie jest warta wysiłku. 
 - Sto dolarów za każdą minutę. 
 - Co ty na to, Gino? - spytał Jason. - Możesz w prosty sposób zarobić duże pieniądze 

dla muzeum. 

No tak, Dez zapędził ją w kozi róg. Teraz nie mogła odmówić. 
 - Zgoda. Kiedy się spotykamy? 
 - Proponuję piątkowy wieczór, o ósmej - odpowiedział Dez. - W atrium. 
 - W Tyler - Royale? 
 - Tak, kochanie. Spotkanie pod różą. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 
Jason patrzył na nich z  otwartymi ustami i czekał na  rozwój sytuacji. Gina pomyślała, 

ż

e doskonale go rozumie. 

 - W skle - sklepie? - wyjąkała. Dez uniósł brwi i wyjaśnił: 
 -  To  przecież  serce  całej  akcji.  No,  chyba  że  wolisz  mój  prywatny  basen...  Wiem,  że 

czekałaś  niecierpliwie,  żebym  cię  tam  zaprosił.  Może  to  niezły  pomysł...  Moglibyśmy  w 
intymnej atmosferze porozmawiać o tym, co będzie najlepsze dla muzeum. 

Jego głos brzmiał niewinnie, ale nie zamierzała się na to nabrać. Skąd ta nagła troska o 

muzeum?! 

 -  Rozmawiałem  już  z zarządem  Tyler  -  Royale  -  kontynuował.  -  Byli  zachwyceni.  Są 

pewni,  że  taka  akcja  reklamowa  przyciągnie  masę  klientów.  -  Przerwał  na  chwilę  i  dodał  z 
uśmiechem: - Dyrektor generalny zaklinał mnie, żebym cię przekonał. 

Gina  nadal  wpatrywała  się  w  niego  zszokowana.  Nie  potrafiła  nic  powiedzieć.  Wtedy 

Dez uprzejmie przypomniał, że to ona pierwsza zaproponowała takie rozwiązanie i jeśli teraz 
się z niego wycofa, może w ogóle nie rozkręcać zbiórki pieniędzy, bo tylko się ośmieszy. 

Musiała przyznać, że zastawił na nią bardzo sprytną pułapkę. Nie miała pojęcia, jak się 

z tego wywinąć. 

Zapewne  zrobił  to  specjalnie  przed  kamerami,  aby  nie  dać  jej  zbyt  wiele  czasu  do 

namysłu. 

 - W porządku - odezwała się, z trudem wydobywając głos z gardła. - W piątek o ósmej 

w atrium. 

Jason wyglądał tak, jakby dopiero teraz odzyskał władzę nad swoją szczęką. 
 -  Myślę,  że  właśnie  nadałaś  nowe  znaczenie  spotkaniom  pod  różą.  Wspominałaś 

wcześniej,  że  matka  Essie  miała  dwie  przyzwoitki,  kiedy  szła  na  bal.  Jestem  pewien,  że  ty 
będziesz miała co najmniej sto razy tyle obserwatorów w czasie kąpieli. 

Dzięki, Jason, pomyślała, to na pewno doda mi otuchy. 
 -  Myślę,  że  powinnaś  też  wziąć  coś  w  rodzaju  karneciku  -  dorzucił  Dez  figlarnie.  - 

Tylko musi to być całkiem spory notes. Z pewnością będziesz miała mnóstwo chętnych. 

 -  Jak  widzicie,  nasz  dzisiejszy  program  rzeczywiście  obfitował  w  niespodzianki!  - 

powiedział  Jason,  zwracając  się  do  kamery.  -  Zatem  do  piątku!  I  nie  martwcie  się,  jeśli  nie 
możecie przyjść do Tyler - Royale o ósmej. Wystarczy włączyć nasz program, będziemy dla 
was komentować wszystko na żywo! 

W studio zgasła czerwona lampka i Jason podszedł do nich z uśmiechem. 
 - Dzięki za świetne przedstawienie! 
Gina zapadła się w miękkim krześle i zakryła twarz dłońmi. Cicho jęknęła. 
 - Chcesz łyk wody? - spytał Dez, a kiedy nie odpowiadała, dodał: - To może filiżankę 

kawy? Kieliszek wódki? 

 - Nie! Marzę tylko o jednym. Chcę, żebyś zniknął mi z oczu. Na zawsze. 
Zachowywał  się  tak,  jakby  nie  słyszał.  Przyglądał  się  ze  zdumieniem  niebieskiemu 

garnkowi, stojącemu na stole. -  

 -  Co  widzę?!  Mój  stary  znajomy!  Mogę  go  obejrzeć?  Gina  machnęła  ręką 

przyzwalająco. Garnek był cenny, ale 

nie  ruszyła  się,  żeby  podać  go  Dezowi.  Obawiała  się,  że  nie  opanuje  morderczego 

instynktu i rozbije naczynie na jego głowie. 

Dez  obejrzał  garnek  z  sentymentalnym  uśmiechem,  po  czym  zapakował  starannie  do 

pudła i najwyraźniej zamierzał je nieść. 

 - Ja to wezmę - powiedziała Gina zdecydowanie. 
 - To żaden problem. Jak go tu dostarczyłaś? 
 - Zwyczajnie - przyjechał taksówką. 
 - Odwiozę was teraz na miejsce. 

background image

 - Nie, dzięki. 
 - Potraktuj to jako oryginalny datek na rzecz muzeum. 
Nie  miała  siły  dłużej  protestować.  Poza  tym  chciała  porozmawiać  jeszcze  o  kilku 

sprawach,  a  studio  telewizyjne  z  mnóstwem  kamer  i  mikrofonów  nie  było  najlepszym 
miejscem ku temu. 

 - W porządku, podrzuć mnie do domu. 
Dez  otworzył  jej  drzwi  samochodu  i  troskliwie  umieścił  garnek  za  siedzeniem.  Kiedy 

ruszyli, zapytała: 

 - Dlaczego wymyśliłeś, żeby wstawić jaccuzi do Tyler - Royale? 
 - To proste. Sklep świetnie się do tego nadaje i będzie miał przy okazji niezłą reklamę. 

- Zerknął na jej minę i zapytał: - Dlaczego podchodzisz do tego tak osobiście? Ludzie często 
kąpią się wspólnie i zwykle nic to nie znaczy. 

Teoretycznie  miał  rację.  Baseny  i  wodne  parki  rozrywki  były  przecież  pełne 

entuzjastów wodnych szaleństw i nie było w tym nic nieprzyzwoitego. 

Jedyne,  co  muszę  zrobić,  przekonywała  się  w  duchu,  to  wytrzymać  jak  najdłużej  w 

ciepłej wodzie z miłymi bąbelkami. Mogę uprzyjemniać sobie czas wymyślaniem okrutnych 
tortur dla Deza. A kiedy wreszcie wyjdę, muzeum będzie bogatsze o setki albo nawet tysiące 
dolarów. 

Ale to tłumaczenie wcale jej nie uspokajało. Jego propozycja od początku miała w sobie 

coś intymnego i żadne argumenty nie mogły tego zmienić. 

Chociaż  z  drugiej  strony  trudno  oczekiwać  intymnej  atmosfery  i  niemoralnych 

propozycji w obecności tłumu gapiów, nieprawdaż? 

 - A może Tyler - Royale ci nie odpowiada? Może jest właśnie zbyt mało kameralne? - 

rzucił po chwili Dez. - Wolałabyś bardziej intymną atmosferę? 

Postanowiła zignorować tę uwagę. 
 -  Po  prostu  nie  mam  zwyczaju  paradować  przed  publicznością  w  kostiumie 

kąpielowym. A swoją drogą ciekawe, dlaczego zgodziłeś się na ten cyrk? 

 -  Powiedziałaś,  że  przyjmiesz  zaproszenie  do  wspólnej  kąpieli  za  dziesięć  tysięcy 

dolarów,  ale  nie  zaznaczyłaś,  że  muszą  to  być  moje  pieniądze.  Postanowiłem  więc 
wykorzystać  okazję  i  skoro  Tyler  -  Royale  okazało  się  zainteresowane...  Poza  tym  byłem 
pewien,  że  nie  przepuścisz  żadnej  okazji,  by  zarobić  pieniądze  dla  muzeum.  A  skoro  nie 
lubisz  paradować  w  kostiumie,  mam  lepszy  pomysł.  Myślę,  że  zapłaciliby  jeszcze  więcej, 
gdybyś zgodziła się wystąpić nago! 

 - Chyba w twoich snach, Kerrigan! 
 - Ej! - zaśmiał się. - Nie powinnaś tak szybko odrzucać możliwości podwojenia stawki! 

Dwieście dolarów za minutę bez kostiumu to dobra oferta! 

Ponieważ podjechali właśnie pod jej dom, szybko otworzyła drzwiczki samochodu. 
 - Dzięki, nie musisz mnie odprowadzać do drzwi. 
 -  Może  nie  muszę,  ale  chcę  -  odpowiedział,  wysuwając  się  zza  kierownicy.  -  Zostaw 

ten garnek, podrzucę ci go jutro w drodze do pracy. 

Kiedy szukała w torebce kluczy, przysunął się bliżej i zapytał: 
 -  No,  jak?  Jesteś  gotowa  na  drugą  lekcję?  Szczerze  mówiąc,  zamierzam  z  niej  zwiać, 

pomyślała. 

 - Czyżbyś miał problemy ze znalezieniem partnerki, której nie będziesz musiał udzielać 

lekcji? 

Uśmiechnął się i objął ją ramieniem. Następnie oparł się o barierkę werandy i odwrócił 

Ginę do siebie. 

Wpatrywał  się  w  nią  z  takim  natężeniem,  że  poczuła  dziwne  dreszcze  na  całym  ciele. 

Powoli przyciągał ją coraz bliżej, aż poczuła jego oddech na skórze. W wieczornym chłodzie 
ciepło jego ciała działało niemal magnetycznie. 

background image

Jego  usta  wolno  pieściły  jej  policzek  i  nieuchronnie  przesuwały  się  w  stronę  warg. 

Zatrzepotała  nerwowo  powiekami  i  chociaż  z  całych  sił  starała  się  zachować  spokój  i 
opanowanie, wątpiła, czy jej się uda. 

Zresztą  czuła,  że  gdzieś  głęboko  w  środku  rodzi  się  w  niej  przyzwolenie  na  ten 

pocałunek.  Ostatkiem  sił  próbowała  wyswobodzić  się  z  jego  ramion,  ale  nie  dał  jej  żadnej 
szansy. 

Całował  ją  długo  i  delikatnie,  dokładnie  i  bez  pośpiechu  poznawał  jej  usta  i  smak 

języka.  Pod  wpływem  jego  czułego  dotyku  zapomniała  o  oporze,  rozluźniła  się  i  czerpała 
przyjemność z tej pieszczoty. 

Pocałunek przeciągał się w nieskończoność, a mimo to ciągle nie miała dość. Kiedy w 

końcu Dez oderwał się od jej ust, niemal chciała zaprotestować. Na szczęście nie miała siły, 
by się odezwać. 

Dez powiedział cicho: 
 - Grzeczna dziewczynka, widać, że odrobiłaś lekcję. 
Zanim  zdążyła  odpowiedzieć,  drzwi  otworzyły  się  i  pojawiła  się  w  nich  pani  Mason, 

sąsiadka z dołu, ubrana w dziwny strój w szkocką kratę. W ręku trzymała druciany koszyk z 
symbolem miejscowej mleczarni, z którego sterczały pękate butelki. 

 -  Przepraszam  -  odezwała  się  cierpko.  -  Stoicie  akurat  w  miejscu  przeznaczonym  na 

butelki. 

Przesunęła ich zdecydowanym ruchem i energicznie postawiła koszyk. 
Potem otaksowała ich potępiającym spojrzeniem i z trzaskiem zamknęła drzwi. 
 - Ona jest szalona -  wyszeptała Gina, kiedy tylko kobieta znikła. - W tej dzielnicy od 

lat nikt nie rozwozi mleka. 

 -  Naprawdę  myślisz,  że  chodziło  jej  o  mleko?  -  zaśmiał  się  Dez.  -  Chodź  bliżej,  to 

wyjaśnię ci, jaki był prawdziwy powód tej scenki. 

Uśmiechnęła  się,  ale  nie  zrobiła  nawet  kroku.  Wpatrywała  się  w  koszyk  zostawiony 

przez panią Mason. 

 -  Zapytam  ją,  czy  nie  zechciałaby  podarować  go  naszemu  muzeum.  Nie  mamy  nic 

takiego w naszych zbiorach. 

 - Niezły sposób, żeby pokazać facetowi, gdzie jego miejsce - mruknął Dez. - Zaraz za 

koszykiem na butelki. 

Westchnął  ciężko  i  zszedł  po  schodkach  werandy.  Słyszała,  jak  pogwizduje,  idąc  do 

samochodu, i zamyślona oparła się o barierkę. 

W  zasadzie  powinna  podziękować  pani  Mason.  Lekcja  Deza  tak  ją  pochłonęła,  że 

jeszcze chwila, a zaprosiłaby go na górę na końcowy egzamin. 

A to by było niewybaczalnie głupie. 
Już  następnego  dnia  wszystkie  media  w  mieście  trąbiły  o  wielkiej  akcji  zbiórki 

pieniędzy  dla  muzeum.  Gina  stała  przy  kontuarze  na  dole,  przeglądała  z  obawą  gazety  i 
zastanawiała się, jak dała się w to wciągnąć. 

Nagle  w  drzwiach  pojawiła  się  Anne  Garrett.  Szybkim  krokiem  podeszła  do  kasy  i 

spojrzała na Ginę z uznaniem. 

 - Nie dziwię się, że nie znalazłaś czasu, żeby spotkać się ze mną i omówić kampanię na 

rzecz muzeum. Widzę, że postanowiłaś wziąć sprawy w swoje ręce! 

 -  Przepraszam  cię,  już  wiele  razy  miałam  do  ciebie  zadzwonić,  ale  tyle  się  dzieje 

ostatnio!  Mamy  trzy  razy  więcej  gości  niż  zwykle.  Ale  wciąż  bardzo  mi  zależy  na  naszym 
spotkaniu.  Nie  sądzę,  abym  wytrzymała  w  piątkowej  kąpieli  aż  tyle,  żeby  starczyło  na 
wszystkie potrzeby muzeum. 

 -  Dlaczego  nie?  -  wymruczała  Anne.  -  To  przecież  czysta  przyjemność  -  kąpiel  w 

towarzystwie przystojnego mężczyzny. .. W porządku, żartowałam - dodała, widząc gniewne 
spojrzenie Giny. 

background image

 - Zamiast kpić, podpowiedz mi lepiej, jak go przechytrzyć. Wymyśliłam, że wpuszczę 

do basenu mnóstwo płynu do kąpieli i może uda mi się ukryć w tej pianie. 

 -  Przykro  mi,  ale  ten  pomysł  nie  przejdzie.  Nie  możesz  wlać  płynu  do  kąpieli  do 

jaccuzi, to zabronione. Podobno od tego zatykają się dysze i całe urządzenie może się zepsuć. 
Trzeba wymyślić coś innego, właściwie jest pewien sposób... 

W  tym  momencie  Gina  usłyszała  skrzypnięcie  drzwi.  Zamachała  gwałtownie  rękoma, 

dając znak Anne, żeby natychmiast zamilkła. 

Dez wszedł do środka i postawił przy drzwiach pudło z garnkiem. 
 - Przepraszam, że nie odwiozłem go rano, jak obiecałem, ale byłem bardzo zajęty. 
 - Nic się nie stało, ważne, że dotarł cały. 
 - Mam nadzieję, nie zaglądałem do środka. Chyba wam przeszkodziłem... To dziwne, 

ale zawsze, kiedy widzę was razem, ogarniają mnie niepokojące podejrzenia... 

 -  Daj  spokój  -  zaśmiała  się  Anne.  -  Wpadłam  na  chwilę  po  kilka  biletów  na  festyn. 

Chcemy je rozlosować wśród naszych czytelników. 

Gina  przygotowała  plik  biletów  i  podała  Anne  pokwitowanie  do  wypełnienia.  Anne 

nabazgrała coś na dole strony i rzuciła pospiesznie: 

 - Wypełnij za mnie resztę. Muszę już lecieć! Wrzuciła bilety do torby, pożegnała się i 

wyszła. 

Gina  zagryzła  wargi  niezadowolona,  że  nie  zdążyła  wyciągnąć  od  Anne  tego,  co  ją 

najbardziej interesowało. Trudno, może jeszcze zdoła się dowiedzieć, o jaki sposób chodziło. 

 -  Czy  ty  też  weźmiesz  kilka  biletów?  -  zapytała  Deza.  -  Mógłbyś  je  rozprowadzić 

wśród swoich pracowników. 

 -  Dzięki,  ale  myślę,  że  jeśli  chodzi  o  wsparcie  dla  muzeum,  zrobiłem  już  swoje. 

Kupiłaś nowy kostium? 

Spojrzała na niego zaskoczona. 
 - Skąd wiesz...? 
 -  Bo  żadna  kobieta  nie  weszłaby  publicznie  do  jaccuzi  w  starym  -  odpowiedział  z 

uśmiechem. 

Przechylił się nad blatem i nieoczekiwanie pocałował ją w usta. 
 - To była trzecia lekcja? - spytała spokojnie. 
 -  Skąd,  nie  mamy  teraz  czasu  na  naukę.  To  tylko  szybki  sprawdzian,  mała  powtórka 

materiału. 

Uśmiechnął się figlarnie i wyszedł. 
Patrzyła  za  nim  przez  chwilę,  po  czym  sięgnęła  po  formularz  zostawiony  przez  Anne. 

Ku swemu zaskoczeniu zamiast podpisu na dole kartki zobaczyła dwa słowa - rozwiązanie jej 
obaw i wątpliwości. 

Doskonałe rozwiązanie. 
 -  Eleanor!  -  zawołała  podniecona.  -  Możesz  mnie  zastąpić  na  chwilę? Muszę  skoczyć 

do sklepu! 

Taksówkarz,  który  wiózł  ją  w  piątkowy  wieczór  do  centrum,  spoglądał  podejrzanym 

wzrokiem na trzy wielkie worki, które wpakowała do samochodu. 

 -  Wiozłem  kiedyś  klauna  na  przyjęcie  do  jakiegoś  dzieciaka.  Miał  chyba  z  setkę 

balonów.  Ledwie  się  wszystkie  pomieściły,  niektóre  wystawały  przez  okno.  A  jeden  mój 
kumpel opowiadał, że wsiadł do niego facet z ciężkimi workami i kazał się zawieźć do portu. 
Utopił tam wszystkie worki. Potem okazało się, że było w nich poćwiartowane ciało. Tak, tak, 
czasem człowiek sam nie wie, co przewozi - dodał w zadumie. 

Gina spojrzała na niego z niesmakiem. 
 -  Ale  to  jest  za  ciężkie  na  balony,  a  za  lekkie  na  ciało  -  zaśmiał  się  zadowolony  z 

dowcipu. 

 - Gratuluję! Jest pan prawdziwym mistrzem dedukcji - odparła cierpko. 

background image

 - To co pani tam ma? 
 -  Nie  mogę  zepsuć  panu  dobrej  zabawy.  Pana  spekulacje  są  dużo  atrakcyjniejsze  niż 

zawartość  tych  worków.  Jesteśmy  już  prawie  na  miejscu,  proszę  się  zatrzymać  przed 
głównymi drzwiami. 

Przed  wejściem  stały  już  wozy  transmisyjne  dwóch  stacji  telewizyjnych,  ale  ku 

zdziwieniu Giny nie widać było żadnych gapiów. 

Zapłaciła taksówkarzowi i dodała litościwie: 
 -  Jeśli  chce  pan  się  dowiedzieć,  co  jest  w  tych  torbach,  proszę  oglądać  dziś  ostatnie 

wiadomości. 

 -  A!  Poznaję!  Pani  jest  od  tej  akcji  na  rzecz  muzeum!  Jeżdżę  całą  noc,  ale  mówiłem 

ż

onie, żeby mi wszystko nagrała. Obejrzę, jak wrócę. 

 - Mam nadzieję, że się pan nie rozczaruje - mruknęła Gina i wysiadła z samochodu. 
Weszła  do  holu  i  znów  zdziwił  ją  brak  widzów.  Zaczynała  odczuwać  lekkie 

rozczarowanie.  Po  co  tyle  starań  i  poświęcenia,  jeśli  nikogo  to  nie  interesuje?  To  miała  być 
przede  wszystkim  świetna  kampania  reklamowa  dla  muzeum,  ale  jeśli  nikt  nie  chce  tego 
oglądać, cała akcja nie ma sensu! 

Przeszła do atrium i stanęła zszokowana. Kłębił się tu taki tłum ludzi, że nie można było 

wcisnąć nawet szpilki. Wszyscy kręcili się w poszukiwaniu najlepszego punktu widokowego, 
nawet balkony wypełnione były ciekawskimi. 

Z  trudem  przeciskała  się  pomiędzy  zbitym  tłumem,  aż  w  końcu  dotarła  do  środka.  W 

samym  centrum,  wprost  pod  różą,  zainstalowana  została  wielka  wanna  wypełniona  wodą  z 
syczącymi wesoło bąbelkami. 

Gina  patrzyła  lekko  przerażona.  Nigdy  jeszcze  nie  widziała  tak  wielkiej  wanny, 

wyglądała w zasadzie jak mały basen. 

Cóż, miała jedynie cichą nadzieję, że trzy worki jakoś wystarczą. 
Dez kręcił się wśród tłumu, rozmawiał z dziennikarzami, ustalał szczegóły z obsługą i 

nie widział, kiedy Gina pojawiła się w atrium. Ale nagle dało się zauważyć poruszenie wśród 
ludzi, zgiełk na chwilę przycichł, a potem wybuchnął ze zdwojoną siłą. 

Dez  skończył  rozmowę  i  przecisnął  się  do  centrum  wydarzeń.  To,  co  zobaczył, 

wprawiło go w lekki szok. 

Na  środku  stała  Gina  w  czymś  na  kształt  obszernego  szlafroka  i  wydawała  się 

niezwykle z siebie zadowolona. Obok niej leżały trzy wielkie puste worki, a wanna... 

Musiał przetrzeć oczy, żeby się upewnić, że to nie halucynacje. 
Wanna  wypełniona  była  mnóstwem  kolorowych  plastikowych  zabawek.  Kłębiły  się 

wszędzie, szczelnie wypełniały całą powierzchnię i podskakiwały razem z bąbelkami. 

Przed  oczami  miał  dziesiątki  kaczek  -  zielone,  czerwone,  niebieskie  i  zwykłe  żółte 

kaczuszki  z  czerwonymi  dziobkami.  Między  nimi  pływały  piszczące  krokodyle,  delfiny, 
ośmiornice i wieloryby, o brzeg wanny obijał się jakiś nienaturalnie fioletowy krab. Ale to nie 
wszystko.  Na  falach  kołysały  się  dmuchane  łódki,  żaglówki,  statki  wojskowe,  a  nawet  łódź 
podwodna. 

Dez patrzył zaskoczony, w końcu wyjąkał: 
 - Nieźle. Widzę, że wytoczyłaś ciężką broń. 
 -  Po  prostu  przejęłam  twój  sposób  myślenia,  Dez.  To  rzeczywiście  byłaby  głupota 

siedzieć  tu  za  sto  dolarów,  kiedy  mogę  zarobić  dwieście.  -  Uśmiechnęła  się  czarująco  i 
zrzuciła okrycie. Pod spodem miała jaskraworóżowy kostium kąpielowy. 

Przemknęło  mu  przez  głowę,  że  kolorystycznie  świetnie  pasuje  do  całej  tej  menażerii, 

ale  zaraz  potem  uświadomił  sobie,  co  właśnie  usłyszał.  Chciała  dostać  dwieście  dolarów  za 
minutę, więc... 

 - Wskakuj zatem do wanny i podaj mi kostium - rzucił, nie wierząc, że zdecyduje się na 

to. 

background image

Gina  zgrabnie  weszła  do  wody,  co  wywołało  niemałe  poruszenie  zarówno  wśród 

zgromadzonej publiczności, jak i wśród gumowych zwierzątek. 

Z  trudem  rozgarnęła  nieco  zabawki  i  usadowiła  się  pomiędzy  nimi.  Następnie,  przy 

niemałym aplauzie gapiów, zaczęła zdejmować kostium. Widać było, że nie idzie jej to zbyt 
sprawnie. Zwierzątka szczelnie wypełniały wannę i utrudniały swobodę ruchów. 

Po  chwili  jednak  spośród  zabawek  wynurzyło  się  smukłe  ramię,  na  końcu  którego 

zwisał różowy biustonosz. Tłum zareagował głośnymi brawami. 

Dez wyciągnął rękę i złapał ramiączko stanika. Chociaż trzymał w ręku niezbity dowód, 

wciąż nie mógł uwierzyć, że naprawdę to zrobiła. 

 -  Myślę,  że  to  wystarczy  -  odezwał  się,  z  trudem  wydobywając  głos  z  wysuszonego 

gardła. - Udowodniłaś, że dla muzeum gotowa jesteś na daleko idące poświęcenie. 

Spojrzała na niego z miną niewiniątka. 
 -  Ale  to  nie  znaczy,  że  chcesz  się  wycofać  ze  swojej  oferty?  Boję  się,  że  potem 

powiesz, że płacisz tylko sto pięćdziesiąt, bo zatrzymałam się w pół drogi. Jeśli tak, to lepiej 
oddam ci też drugą część kostiumu... 

Pokręcił głową z niedowierzaniem. 
 - Masz chyba wystarczająco dużo świadków. Dwieście dolarów za minutę, począwszy 

od teraz. - Zerknął na zegar i powiedział: - Ósma dwanaście, startujemy! 

Zanurzyła się głębiej, tak że znad stada kaczuszek wystawała jej tylko głowa, i zerknęła 

na niego figlarnie. 

 - Dlaczego nie wchodzisz? Woda jest wspaniała! 
W jej oczach błyszczały małe chochliki. Wyraźnie chciała się zabawić jego kosztem, a 

na to Dez nie miał szczególnej ochoty. 

Ciągle  trzymając  jej  biustonosz,  podniósł  rękę  do  góry,  zakręcił  nim  kilka  razy  w 

powietrzu i zawołał: 

 -  Ponieważ  Gina  nie  będzie  już  tego  potrzebowała,  proponuję  zlicytować  go  na  rzecz 

muzeum! Kto kupi mało używany, bardzo mokry biustonosz... ? 

Zignorował  głośny  protest  dobiegający  z  wanny  i  z  zapałem  prowadził  licytację.  Po 

zaciętej walce, właścicielem atrakcyjnej części kostiumu Giny stał się jeden z członków ekipy 
telewizyjnej, płacąc trzysta dolarów. 

Dez zakończył zabawę i rozebrał się przy głośnej aprobacie żeńskiej części widowni. 
Wskoczył  do  wanny,  powodując  duże  zamieszanie  wśród  kaczek,  usadowił  się 

wygodnie i przez chwilę bawił się, rozgrywając  bitwę morską między holownikiem a łodzią 
podwodną.  Ostatecznie  holownik  został  zepchnięty  na  bok  przez  wielką  ośmiornicę  i  bitwa 
się skończyła. Dez czuł na ciele skaczące bąbelki i mimo tłumu wokół, powoli się odprężał. 

Gdyby tylko nie był takim idiotą i zamówił mniejszą wannę... No trudno. 
Minęło dokładnie trzydzieści dziewięć minut, kiedy Gina powiedziała: 
 - Mam dosyć, jestem zupełnie ugotowana. 
Duża  część  gapiów  już  poszła,  ale  wokół  nadal  stało  wystarczająco  wielu 

najwytrwalszych, aby dodać sytuacji sporo pikanterii. 

Dez  spojrzał  na  nią  zaskoczony.  Rzeczywiście,  była  trochę  zaróżowiona,  ale  nie 

wiedział, czy to na skutek kąpieli, czy raczej z powodu perspektywy wyjścia z wody. 

 - Jak zamierzasz to zrobić? - spytał niewinnie. - Nie dosięgniesz do szlafroka. Ale jeśli 

grzecznie mnie poprosisz, wyjdę pierwszy i podam ci go. 

Rzuciła  mu  dziwne  spojrzenie,  rozłożyła  ręce  i,  ku  jego  wielkiemu  zaskoczeniu, 

odważnie wynurzyła się z wody. 

Zamrugał  oczami  i  spojrzał  na  nią  zdziwiony.  Miała  na  sobie  jaskraworóżowe  bikini. 

Całe. 

 - Co to właściwie... - wyjąkał. 

background image

 -  Dez,  powiedziałeś,  żebym  weszła  do  wanny  i  podała  ci  mój  kostium  -  wyjaśniała  z 

uśmiechem. - Nie mówiłeś, że musi to być ten, który mam na sobie. Tamten też był mój. 

 - Doskonale wiedziałaś, co miałem na myśli. 
 -  Naprawdę?  -  Spoglądała  na  niego  niewinnie  i  miał  ochotę  ją  utopić.  -  Wolałam  nie 

wnikać,  jakie  brudne  myśli  krążą  ci  po  głowie.  Muszę  przyznać,  że  cała  akcja  była  nieco 
trudniejsza,  niż  myślałam.  Niełatwo  było  znaleźć  dwa  kawałki  materiału  wśród  tych 
wszystkich zabawek. Swoją drogą, druga część nadal gdzieś tam pływa... 

Mówiła coś jeszcze, ale nie słuchał, wpatrzony w okolice jej brzucha. Podążyła za jego 

wzrokiem i nagle zamilkła zaskoczona. 

Całe  jej  ciało  miało  dziwny  niebieskawy  odcień,  gdzieniegdzie  bardziej  intensywny, 

ozdobiony rozległymi, sinymi smugami. 

Dez wypuścił kaczkę, którą trzymał w ręku i podniósł dłoń. Była niebieska. 
 - Zdaje się, że nie wszystkie te zabawki są przeznaczone do kąpieli. 
 -  Zabrakło  już  pływających  kaczek,  więc  dokupiłam  kilka  innych  w  sklepikach  z 

pamiątkami - potwierdziła z niewyraźną miną, oglądając swoje ramiona. 

 - To wiele wyjaśnia - mruknął. - Chodźmy stąd, zanim całkiem zsiniejemy. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 
Następnego ranka w muzeum pojawiali się kolejno wszyscy wolontariusze. Również ci, 

których  Gina  nie  widziała  już  od  tygodni.  Podawali  różne  powody,  ale  wiedziała  swoje  - 
przyszli sprawdzić, czy nadal jest niebieska. 

Szczerze  mówiąc,  wczoraj  wieczorem  sama  straciła  nadzieję,  że  odzyska  kiedyś 

naturalną  barwę.  Nie  miała  pojęcia,  czym  farbują  te  kaczki,  ale  bez  wątpienia  środek  był 
solidny. Usunęła go wreszcie, trąc intensywnie całe ciało kremem do peelingu. 

Wydawała właśnie ostatnie bilety na festyn, kiedy w drzwiach stanął Dez. 
 - Wyglądasz normalnie - powitała go z uśmiechem. 
 -  Jakoś  to  z  siebie  zmyłem,  choć  już  myślałem,  że  będę  musiał  oddać  się  do  pralni. 

Przyniosłem czek z datkiem na muzeum. 

 - Dwieście dolarów za minutę? - spytała twardo. 
 - Zgodnie z umową. - Wyciągnął czek, ale nadal trzymał go poza jej zasięgiem. - Nie 

potrąciłem nawet za podstępny numer z bikini. 

 - W zasadzie powinieneś mi za niego dopłacić. Zostałam z bezużytecznym fragmentem 

kostiumu. 

 - Potraktuj go jako część zapasową - doradził, wręczając jej czek. 
Spojrzała z wyraźnym zadowoleniem i zamachała papierem z satysfakcją. 
 - Dzięki. Dez, chętnie bym z tobą pogawędziła, ale mam dzisiaj dużo pracy. 
 - Rozumiem, już idę. - Przy drzwiach zatrzymał się i patrząc na pudło, dodał: - Widzę, 

ż

e odstawiłaś już garnek Essie na miejsce. 

 - Skąd, od kiedy  go przywiozłeś, nie miałam czasu się tym zająć. - Podeszła szybko i 

zajrzała  do  środka.  Wszystkie  inne  drobiazgi,  które  miała  ze  sobą  w  studiu  telewizyjnym, 
tkwiły  na  miejscu,  brakowało  tylko  garnka.  -  Dziwne,  zawołam  Eleanor,  może  ona  go 
zabrała? 

Ale  Eleanor  twierdziła,  że  nie  dotykała  garnka.  Zaczęli  przeszukiwać  każdy  kąt 

muzeum. Bez rezultatu. Wyglądało na to, że stary garnek Essie wyparował. 

Gina była tak zdenerwowana, że nie potrafiła nawet spokojnie myśleć. W zasadzie to, w 

jaki  sposób  doszło  do  kradzieży,  było  bez  znaczenia.  W  każdym  przypadku  obciążało  to  jej 
sumienie. 

Usiadła załamana na schodach i z trudem powstrzymywała łzy. 
 - To moja wina. - Westchnęła ciężko. 
Dez przysiadł koło niej i delikatnie pogładził ją po ramieniu, próbując pocieszyć. 
 - Ja też mam sobie sporo do zarzucenia. Mogłem przywieźć ci go rano, tak jak prosiłaś, 

a nie później, kiedy w muzeum jest największy ruch. 

 - Nie, nie. To ja jestem za wszystko odpowiedzialna. Zostawiłam skrzynię tutaj, i to był 

błąd. 

Przypomniało  się  jej,  dlaczego  nie  zajęła  się  od  razu  rozpakowaniem  pudła  i  zwiesiła 

głowę  w  poczuciu  winy.  Nie  znalazła  na  to  czasu,  bo  pobiegła  kupować  kolorowe  gumowe 
kaczuszki. 

Przez jej zabawy w jaccuzi stracili cenny garnek Essie. 
 - Powinnam była od razu odstawić go na miejsce - odezwała się ze smutkiem. 
 - Nie oskarżaj się. Jeśli ktoś miał zamiar ukraść garnek, równie dobrze mógł go zabrać 

z góry. 

 -  Dzięki,  to  mnie  podnosi  na  duchu.  Dobrze  wiem,  że  nie  mamy  tu  dostatecznej 

ochrony. Dlatego między innymi powinniśmy się stąd wynieść. 

 -  To  akurat  prawda.  Każdy  zwiedzający  może  was  okraść,  jeśli  tylko  przyjdzie  mu  to 

do głowy. - Dez podniósł się i wyciągnął rękę. - Wstawaj, chodźmy na górę do twojego biura. 

 - Czemu nie? - mruknęła Gina. - Tu nie ma już nic, co można by wynieść. 
 - Przestań! Nawet jeżeli straciliście jeden z eksponatów, nadal macie ich całe mnóstwo. 

background image

 - Nic nie rozumiesz. Ten był wyjątkowy - powiedziała ponuro. 
 - Dla kogo? Dla Essie czy dla ciebie? 
 -  Dla  nas  obu  -  odparła,  wchodząc  ciężko  po  schodach.  Na  półpiętrze  obejrzała  się  i 

zobaczyła, że Dez idzie tuż za nią z pochyloną głową. Nagle zaczęły się w niej rodzić pewne 
podejrzenia.  Uświadomiła  sobie,  że  ostatni  raz  widziała  garnek  wieczorem  po  programie 
telewizyjnym.  Następnego  dnia,  kiedy  Dez  odwiózł  jej  pudło,  była  tak  zaaferowana,  ze  nie 
sprawdziła, czy niczego w nim nie brakuje... 

To  nonsens,  skarciła  się  w  duchu.  Dlaczego  właściwie  Dez  miałby  zabierać  stary 

garnek?  Sentymentalne  wspomnienia  z  dzieciństwa  to  nie  jest  wystarczający  powód,  żeby 
dorosły mężczyzna popełniał przestępstwo. Poza tym nie mógł przecież przewidzieć, że ona 
nie rozpakuje pudła natychmiast po odebraniu. 

Nie,  Dez  tego  na  pewno  nie  zrobił,  po  prostu  jej  nieczyste  sumienie  chciało  szybko 

znaleźć winnego. Kogokolwiek, byle nie ją. 

To odkrycie dodatkowo ją przygnębiło. Próbowała panować nad sobą, ale emocje były 

silniejsze, długo powstrzymywane łzy trysnęły z oczu. 

Dez ścisnął ją pocieszająco za ramię, ale to wywołało tylko kolejną falę łez. Wyciągnął 

więc z kieszeni chusteczkę i podał Ginie. 

 - Naprawimy to jakoś, kochanie. 
 - Tego się nie da naprawić, nie rozumiesz? Nie chodzi tylko o  garnek!  Miałam strzec 

zbiorów  Essie  i  czuwać  nad  muzeum.  Chciałam,  żeby  żyło,  rozwijało  się!  Tymczasem 
bezmyślnie tracę jej dorobek! 

 -  Rozwijasz  muzeum,  Gino.  Essie  byłaby  z  ciebie  dumna.  Uspokój  się  trochę  i 

porozmawiamy o twojej propozycji. 

 - Chcesz wymienić Tyler - Royale na ten dom? - spytała, szybko osuszając oczy. 
 - Rozważam to. Myślę, że moglibyśmy dojść do porozumienia. 
Patrzyła na niego zaskoczona, ale natychmiast znowu wybuchła płaczem. 
 -  Dobrze  wiesz,  że  nie  możemy  sobie  pozwolić  na  tamten  budynek.  Nieraz  mi  to 

powtarzałeś! Dlaczego teraz robisz mi nadzieję? 

 - Gino! Przestań płakać i pomyślmy nad jakimś rozwiązaniem, dobrze? 
Kiwnęła głową, ale nadal nie mogła się uspokoić. O co mu chodzi? Wiedziała, że z jego 

punktu  widzenia,  to  wcale  nie  był  korzystny  interes.  Dlaczego  nagle  zapragnął  mieć  stary 
dom?  Czyżby  człowiek,  który  do  tej  pory  bez  skrupułów  burzył  wszystko,  co  stanęło  na 
drodze  jego  wieżowcom,  aż  tak  się  zmienił,  że  zaczął  doceniać  wartość  starej  rodzinnej 
posiadłości? 

To byłaby najdziwniejsza rzecz. 
Ale  przecież  od  pierwszej  chwili,  kiedy  go  spotkała,  wiedziała,  że  jest  niezwykły. 

Zawsze był inny, nadzwyczajny. 

Nic dziwnego, że się w nim zakochała. 
Och, nie, jęknęła w duchu, to byłaby najgłupsza rzecz, jaką w życiu zrobiłaś! 
Weszli  do  biura,  usiedli  przy  biurku  i  Gina  ciężko  oparła  głowę  na  rękach.  Dez  bawił 

się  tymczasem  zardzewiałym  kilofem  górniczym,  który  z  niewiadomych  powodów  leżał 
wśród dokumentów. 

W końcu się uspokoiła i spojrzała na niego nieco nieprzytomnie. 
Nie  miał  pojęcia,  że  kwestia  starego  garnka  będzie  dla  niej  tak  ważna.  Wyglądała  na 

zupełnie wyprowadzoną z równowagi. Szkoda, bo chciał jej dziś przedstawić swoją ofertę. 

Rozważał  wszystko  przez  chwilę,  wreszcie  uznał,  że  jeden  siary  garnek  nie  powinien 

zmieniać jego planów. 

 - Obiecuję, że dostaniesz odpowiedni budynek - powiedział, patrząc na nią uważnie. 
 - Ale nie Tyler - Royale!? - wykrzyknęła. 

background image

 -  Gino,  na  litość  boską,  nie  wrzeszcz  na  mnie!  Właśnie  proponuję  ci  niezwykle 

korzystną wymianę. 

 -  Jeśli  ciągle  masz  na  myśli  kościół  św.  Franciszka,  to  wiedz,  że  on  nie  wchodzi  w 

rachubę! 

Widać było, że powoli wraca do siebie. 
 -  Nie,  sam  doszedłem  do  tego  wniosku  -  potwierdził  Dez  i  wyciągnął  rękę.  -  To  co, 

ubijemy interes? 

 - Żartujesz sobie?! Nie wiedząc, co dostanę w zamian? Westchnął ciężko. 
 -  Gino,  w  tym  mieście  nie  brakuje  ciekawych  budynków.  Mogę  ci  znaleźć  coś 

atrakcyjnego nad jeziorem... 

 -  Być'  może...  -  zgodziła  się  ostrożnie.  -  Ale  nie  wymienię  domu  Essie  na  kota  w 

worku. 

 -  Gwarantuję  ci,  że  każda  moja  oferta  będzie  lepsza  niż  to,  co  masz  teraz!  -  ciągnął 

lekko zirytowany Dez. - Ale w porządku, skoro  się upierasz, znajdę jakiś budynek i jeśli go 
zaakceptujesz, dobijemy targu. 

Podniósł się gwałtownie i wyszedł z pokoju, nie czekając na odpowiedź. W zasadzie nie 

interesowało go, co miałaby mu do powiedzenia. Ważne było tylko jedno - musiał odzyskać 
dom Essie. Obojętne jakim kosztem. 

Gina  nie  do  końca  wiedziała,  jak  przebiegła  jej  rozmowa  z  Dezem.  Ciągle  była 

zszokowana  swoim  odkryciem  i  jedyne,  na  czym  potrafiła  się  skupić,  to  rozważanie,  jak 
mogła być aż taką idiotką, żeby zakochać się w Dezie Kerriganie. 

Nigdy  nie  podejrzewała  nawet,  że  coś  takiego  może  nastąpić.  Od  pierwszej  chwili  ich 

stosunki  były  tak  napięte,  że  wydawało  się  niemożliwe,  aby  mogły  przerodzić  się  w  coś 
innego. Nie zachowywała najmniejszej ostrożności, bo do głowy jej nie przyszło, że może się 
zakochać w kimś tak różnym od niej samej. 

Owszem, Dez był atrakcyjnym mężczyzną i może nawet zaświtałaby jej myśl o flircie z 

nim,  ale  zakochać  się  to  zupełnie  inna  historia.  Gdyby  ktokolwiek  zasugerował  jej  chociaż 
podobną możliwość, wybuchłaby śmiechem i uznała, że to zupełny nonsens. 

Ale właśnie tak się stało. 
Dez nieoczekiwanie zawładnął jej sercem, bo okazał się zupełnie inny, niż początkowo 

sądziła.  Nie  był  bezdusznym  biznesmenem  nastawionym  tylko  na  zyski.  Miała  wrażenie,  że 
powrót do starego domu Essie okazało się w jakimś sensie punktem zwrotnym w jego życiu - 
obudziły się w nim uczucia, o które pewnie sam siebie nie podejrzewał. 

I co teraz? Jakiekolwiek tego typu relacje między nimi nie wchodziły w grę. Doskonale 

zdawała sobie z tego sprawę, ale nie miała pojęcia, co powinna zrobić. 

Miała  jedynie  nadzieję,  że  potrafi  ukryć  emocje  i  Dez  nie  domyśli  się,  co  do  niego 

czuje. 

Swoją  drogą  ciekawe,  jak  by  zareagował,  gdyby  podczas  najbliższego  spotkania, 

przerywając nagle rozmowę o interesach, położyła mu rękę na ramieniu i nie zmieniając tonu, 
powiedziała: 

 - A przy okazji, Dez, kocham cię. 
Ta  wizja  nawet  dla  niej  była  co  najmniej  szalona.  Pewnie  by  zbladł,  a  w  najgorszym 

razie wrzasnął dziko i uciekł. I nie powinna się dziwić. Sama jeszcze wczoraj zareagowałaby 
podobnie, gdyby usłyszała takie wyznanie z jego ust. 

Niestety, wiedziała, że niewielu rzeczy w życiu  może być tak pewna, jak tego, że Dez 

nigdy jej czegoś takiego nie wyzna. 

Wioska historyczna tętniła życiem. Gina przechadzała się między straganami i cieszyła 

się  zainteresowaniem,  jakie  akcja  wywołała  wśród  mieszkańców  Lakemont.  Jej 
współpracownicy  poubierani  w  barwne  kostiumy  udawali  mieszkańców  miasteczka  sprzed 

background image

wieków,  prezentowali  gościom  dawno  zapomniane  umiejętności,  wokół  biegały 
rozentuzjazmowane dzieciaki i widać było, że pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. 

Szkoda  tylko,  pomyślała,  że  nikt  nie  zaproponował  Dezowi,  aby  przebrał  się  za 

Desmonda  Kerrigana.  Wyglądałby  tak  naturalnie,  witając  gości  w  bramie.  O  ile  oczywiście 
zgodziłby się na tę zabawę. 

Gina nie widziała go od dnia, w którym odkryła zniknięcie garnka. Zaraz potem zniknął 

też Dez i nie dał jej szansy na udawanie, że jest pełna dystansu i obojętna na jego urok. 

Wmawiała  sobie,  że  jej  uczucie  to  pomyłka,  efekt  chwilowego  zaćmienia  umysłu,  ale 

nadaremnie.  Nawet  nieobecność  Deza  jej  nie  pomogła.  Brakowało  jej  jego  kpin,  lekcji 
całowania,  nawet  bezceremonialnych  metod  przekonywania,  żeby  zmieniła  zdanie  w  wielu 
kwestiach. 

Nie ma co ukrywać, tęskniła za nim. 
Miała  nadzieję,  że  przyjdzie  na  jarmark.  W  końcu  kupił  bilet.  Ale  kiedy  nadchodził 

zmierzch, a jego ciągle nie było, musiała pogodzić się z myślą, że go nie zobaczy. 

Próbowała go usprawiedliwić, tłumacząc sobie, że być może nie miał czasu, bo szukał 

odpowiedniego budynku dla niej, ale sama w to nie wierzyła. Zaczęła się obawiać, że w jakiś 
sposób odgadł, co do niego czuje, i to jest przyczyną jego nieobecności. 

Może  chciał  utrzymać  między  nimi  dystans,  bo  wiedział,  że  nie  jest  w  stanie 

odwzajemnić  jej  uczuć.  Krępowało  go  to  i  postanowił  chronić  się  przed  niechcianymi 
awansami. 

Stanęła  w  kolejce  po  lody  domowej  roboty  i  w  międzyczasie  próbowała  oglądać 

koronki  i  drewniane  ozdoby  wykonywane  przez  okolicznych  twórców,  ale  na  niczym  nie 
potrafiła  się  skupić.  Z  niechęcią  przyznała,  że  wszystkie  te  rzeczy  byłyby  dużo  bardziej 
interesujące, gdyby Dez oglądał je razem z nią. 

Wiedziała,  że  to  głupie.  Powinna  raz  na  zawsze  z  tym  skończyć.  Nie  widziała  go  już 

kilka dni i być może nie zobaczy jeszcze długo, więc powinna wykorzystać ten czas, żeby o 
nim zapomnieć. Nawet jeśli wydaje się to prawie niemożliwe. 

Nadeszła wreszcie jej kolej. Stanęła na prowizorycznym podeście i powiedziała: 
 - Poproszę truskawkowe, o ile jeszcze są. 
 - Dwa razy - usłyszała z tyłu głos Deza. Zaskoczona odwróciła się i zanim zdążyła się 

powstrzymać, wykrzyknęła: 

 - Jednak jesteś! Przyszedłeś! 
Przez chwilę patrzył jej w oczy, po czym zapłacił za lody i odebrał śmieszne naczynka 

wypełnione różowym kremem. 

Gina  zagryzła  usta  wściekła  na  siebie  za  ten  wybuch.  To  było  bardzo  głupie.  I 

nieostrożne. Próbowała się opanować i udawać, że była to zwykła uprzejmość wobec gościa. 

 - Cieszę się, że udało ci się przyjść - powiedziała prawie spokojnie. Mogła być z siebie 

dumna,  jej  ton  nie  zdradzał  specjalnych  emocji,  był  przyjacielski,  ciepły,  ale  bez  przesadnej 
ekscytacji. - Już żałowałam, że twój bilet się zmarnował. 

 -  Nie  mogłem  przegapić  takiej  okazji.  Zawsze  byłem  ciekaw,  czy  główna  brama 

przerdzewiała  całkowicie,  czy  też  jakimś  cudem  uda  się  ją  otworzyć.  Chcesz  gdzieś  usiąść, 
czy wolisz spacerować? 

 -  Spacerować  -  odparła  zdecydowanie.  Siedzenie  oznaczałoby  rozmowę  i  bardziej 

intymną atmosferę, a to nie było wskazane. - Powinieneś zobaczyć wszystkie atrakcje, które 
przygotowaliśmy. 

 - Sporo już obejrzałem, kręcę się tu od jakiegoś czasu. 
Miała  nadzieję,  że  rozczarowanie,  które  poczuła,  nie  odmalowało  się  na  jej  twarzy. 

Dlaczego założyła, że przyjdzie tu i od razu będzie się starał ją odszukać? 

background image

 -  Sprzedaliśmy  bardzo  dużo  biletów,  nawet  w  ostatnich  dniach.  -  Próbowała 

sprowadzić  rozmowę  na  jakiś  neutralny  temat.  -  Mam  nadzieję,  że  to  przyniesie  niezły 
dochód. 

Sama nie mogła słuchać swojej paplaniny. Uspokój się, . skarciła się w myślach. 
 - Istotnie, przyszło mnóstwo ludzi. - Pokiwał głową, rozglądając się wokół. - Ten ogród 

nie  widział  pewnie  takich  tłumów  od  czasu,  kiedy  stary  ogrodnik  Desmonda  sadził  tu 
pierwsze drzewa. 

Przez  chwilę  spacerowali  w  milczeniu,  jedli  lody  i  oglądali  stragany.  W  końcu  Gina 

przerwała ciszę: 

 - Musiałeś ciężko pracować ostatnio. Rzucił jej krótkie, zdziwione spojrzenie. 
 - Tak przypuszczam, bo nie kwapiłeś się, żeby pokazać mi budynek - dodała szybko. 
 -  Muszę  przyznać,  że  znalezienie  czegoś  odpowiedniego  okazało  się  trudniejsze,  niż 

myślałem. 

 -  To  dobrze.  Im  bardziej  będziesz  wybredny,  tym  więcej  czasu  zaoszczędzę.  -  Starała 

się  mówić  wesoło,  ale  nie  wiedziała,  czy  jej  się  to  udaje.  Uświadomiła  sobie,  że  to  oznacza 
również  mniej  czasu  spędzonego  na  wspólnych  naradach  i  oglądaniu  kolejnych,  nawet 
zupełnie nie nadających się budynków. 

 -  Ten  ogród  wygląda  dużo  lepiej  o  zmierzchu  -  odezwał  się  Dez  w  zadumie.  -  Albo 

wyszło  mu  na  korzyść  to,  że  tłumy  gości  udeptały  trochę  te  wszystkie  krzaki.  Szczerze 
mówiąc, był już mocno zarośnięty. 

 -  Masz  rację.  -  Wyciągnęła  rękę  i  dotknęła  błyszczącego  liścia  ostrokrzewu.  - 

Rzeczywiście wszystko rozrosło się tu bardzo bujnie. 

Przechadzali  się  alejkami  i  obserwowali,  jak  teren  powoli  pustoszeje.  Wkrótce  ogród 

opuścili ostatni goście, zostali tylko wolontariusze, którzy składali stragany. 

Podeszli do tego z lodami i pomogli uprzątnąć bałagan. 
 - Odwiozę cię do domu - zaproponował Dez, kiedy skończyli. 
 -  Dzięki,  ale  nie  skorzystam.  -  Gina  próbowała  znaleźć  jakiś  sensowny  powód 

odmowy. - Muszę jeszcze dopilnować wszystkiego, przeliczyć bilety, które zostały... 

 - Daj spokój! - zawołała Eleanor, która właśnie przechodziła obok. - Wracaj do domu, 

sami sobie poradzimy. Dość już się napracowałaś. 

 - Cóż... - powiedziała z wahaniem - W takim razie, zgoda. 
Podczas  jazdy  nie  odezwała  się  ani  słowem.  Wiedziała,  że  to  dziwne,  ale  miała 

nadzieję, że wszystko da się zrzucić na karb wyczerpania. 

 - Wejdę na chwilę - powiedział nieoczekiwanie Dez, kiedy podjechali pod jej dom. 
Serce  zabiło  jej  mocniej.  Co  takiego  chciał  jej  powiedzieć,  że  nie  mógł  tego  zrobić 

tutaj? 

Skinęła głową i wysiadła z samochodu. 
Pani  Mason  musiała  wyjechać,  bo  firanka  w  jej  oknie  nie  poruszyła  się,  a  drzwi  nie 

uchyliły się, kiedy wchodzili po schodach. 

Gina odnalazła klucze w torebce i otworzyła drzwi. Odwróciła się, żeby zapalić światło, 

ale zanim zdążyła to zrobić, Dez złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie. Powoli, delikatnie 
przesunął  dłonie  po  jej  twarzy,  a  potem  ją  pocałował.  Długo  i  zdecydowanie.  Wpijał  się 
mocno  w  jej  usta,  opuszczając  jednocześnie  ręce  coraz  niżej,  aż  zamknął  ją  w  mocnym 
uścisku. 

Nawet gdyby chciała, nie mogłaby się w żaden sposób uwolnić. Ale wcale nie chciała. 

Pragnęła  zostać  tu  na  zawsze,  otoczona  silnymi  ramionami,  czując  jego  gorący  oddech  na 
swojej twarzy. 

Po  długiej  chwili  Dez  przerwał  pocałunek,  ale  nie  wypuścił  jej  z  objęć.  To  dobrze,  bo 

nie  była  pewna,  czy  ustałaby  o  własnych  siłach.  Oczy  miała  zamglone,  a  krew  tętniła  jej 
szaleńczo w żyłach. 

background image

 - Dlaczego... - zdołała wykrztusić. 
 - Bo ucieszyłaś się na mój widok - wyszeptał wprost do jej ucha i znowu ją pocałował. 

Tym razem była to słodka, delikatna pieszczota. 

Nie wiedziała, co to oznacza. Miała tylko nadzieję, że nie odgadł jej sekretu. Powinnam 

być  bardziej  ostrożna,  pomyślała,  próbując  zachować  resztki  zdrowego  rozsądku  pomiędzy 
gorącymi pocałunkami. 

 - To trzecia lekcja? - zapytała. 
 - Tak. Uczy, jak należy się pohamować. 
 - To było lekcja pohamowania? 
 -  Oczywiście.  Chciałem  cię  pocałować  już  na  festynie.  Zobacz,  jak  długo  musiałem 

czekać. Wcale nie było łatwo tak się powstrzymywać, opierać pożądaniu... 

 -  Ale...  -  Z  trudem  rozpoznawała  własny  głos.  -  A  co,  jeśli  ja  nie  chcę  się 

powstrzymywać? 

 - To będzie lekcja czwarta - wyszeptał, pochylając się znowu nad jej ustami. - Totalne 

zatracenie. Ale powoli, to jeszcze przed tobą. 

Zamknęła  oczy  i  po  chwili  wahania  zaczęła  go  całować.  Czuła  się,  jakby  miała 

prowadzić samolot, bez pewności, że umie latać, bez spadochronu. Jednak kiedy jego ramiona 
otoczyły  ją  ciasno  i  przycisnęły  do  siebie,  wiedziała,  że  wystartuje,  nie  przestraszą  jej 
najpotężniejsze  burze.  Całował  ją  zachłannie,  bez  śladu  niepewności,  więc  pomyślała,  że  to 
nie ona jest pilotem na tym pokładzie. 

Nigdy nie pozwoliła sobie na marzenia o tym, jak by to było kochać się z Dezem. Bała 

się,  że  takie  fantazje  przyniosłyby  jej  tylko  niepotrzebny  ból.  Teraz,  czując  żar  jego  ciała, 
wiedziała, że przyniosłyby przede wszystkim rozczarowanie. Nawet najśmielsze marzenia nie 
mogły oddać tego, jak to było kochać się z Dezem. 

Gina usiadła na łóżku i małymi łykami popijała kawę, którą przyniósł jej Dez. Patrzyła, 

jak  się  ubiera.  To  dziwne,  chociaż  jego  ubrania  całą  noc  leżały  w  nieładzie  na  podłodze, 
wyglądał rześko i świeżo. Jedynie lekki zarost na policzkach był czymś niezwykłym. 

Co tu ukrywać, wyglądał nieziemsko. 
Zapiął guziki koszuli i przysiadł na brzegu łóżka, a potem pochylił się, żeby pocałować 

Ginę.  Serce  podskoczyło  jej  radośnie  i  z  trudem  przypomniała  sobie,  że  powinna  być 
ostrożna. Zachowuj się jak zwykłe, upomniała się w duchu, to nie ma znaczenia, że twój świat 
wyskoczył z orbity, Dez nie może o tym wiedzieć! 

 - Poszukasz dzisiaj jakiegoś budynku dla mnie? - zapytała żartobliwie. 
 -  Nie  sądzę.  W  pewnym  sensie  miałaś  rację.  Najlepszy  budynek  dla  was  to  Tyler  - 

Royale.  Ale  ja  też  miałem  rację  -  nie  będziecie  w  stanie  go  utrzymać.  Wymyśliłem  inne 
rozwiązanie - dostaniesz jedno piętro w tym gmachu. To i tak dziesięć razy więcej, niż masz 
obecnie. Otwarta przestrzeń, którą możesz zaaranżować, jak zechcesz. Będziecie mieli lepszą 
ochronę, lepsze... 

Nie słuchała go dalej. Rozradowana wyskoczyła z łóżka i zapytała z niedowierzaniem: 
 - Naprawdę chcesz go ocalić? 
 -  Taak  -  powiedział  przeciągle.  Jego  głos  brzmiał  prawie  tak,  jakby  Dez  się  wstydził 

swojej decyzji. - Wspominałem ci o tym w nocy, ale chyba byłaś zajęta czym innym. 

Poczuła, że się rumieni. Roześmiał się, przyciągnął ją do siebie i pocałował. 
 - Muszę przyznać, że miałaś rację. To zbyt solidna konstrukcja, aby dało się ją zburzyć. 
Dobrze  wiedziała,  że  nie  było  takiego  budynku,  którego  Dez  nie  umiałby  zburzyć,  ale 

nie odezwała się. Jeśli nie chciał się przyznać, że to dla niej ocalił Tyler - Royale, niech tak 
będzie. Ona wiedziała swoje. 

 - A co z resztą? 
 -  Muzeum  dostanie  drugie  piętro.  Na  poziomie  ulicy  będą  sklepy,  a  wyżej  luksusowe 

apartamenty. 

background image

 - Dziękuję - wyszeptała wzruszona. Nie była w stanie powiedzieć nic więcej. Przytuliła 

się do niego i czule go pocałowała. 

 -  Zachowaj  to  na  razie  dla  siebie.  Muszę  jeszcze  dokładnie  wszystko  opracować, 

spotkać się z architektami i inżynierami. 

 - Nienawidzę architektów i inżynierów - westchnęła ciężko, rzucając się z powrotem na 

łóżko. 

 - Ja też, kochanie - zaśmiał się. - Ja też. 
Nie  miała  pojęcia,  jak  to  się  działo,  ale  wszystko,  na  co  patrzyła,  miało  lekko  różową 

poświatę.  Nawet  puste  miejsce  po  zaginionym  garnku  Essie  nie  zdołało  zepsuć  jej  humoru. 
Wioska  historyczna  okazała  się  sukcesem,  sponsorzy  dopisywali,  muzeum  otrzyma  wkrótce 
nową siedzibę, a ona miała Deza. 

Może  kiedyś  razem  wyremontują  dom  Essie  i  doprowadzą  go  do  dawnej  świetności, 

marzyła, rozglądając się po zniszczonym holu. 

Nie rozpędzaj się, próbowała się mitygować. Wspólna noc to jeszcze nie zobowiązanie 

na całe życie. Ale już teraz wiedziała, że to nie jest zwykły romans. Ani dla niej, ani dla Deza. 

Stała w holu muzeum i wyobrażała sobie nowe  pomieszczenia, wysokie, pełne światła 

okna. Prawie rozstawiała kolejne eksponaty, kiedy nagle usłyszała głos Nathana: 

 -  Panno  Haskell,  przykro  mi,  że  nie  zdążyliśmy  porozmawiać  wcześniej.  Opracowuję 

szczegółowy  raport  dla  zarządu,  ale  może  chciałaby  pani  usłyszeć  wcześniej  moje  uwagi? 
Chętnie porozmawiam. 

 -  Niekoniecznie  -  odparła  z  uśmiechem.  -  Myślę,  że  jedyną  osobą,  która  powinna  je 

usłyszeć, jest teraz Dez. To on przeprowadzi tu remont. 

 - Remont? - powtórzył Nathan powoli. - Nie rozumiem, bo przecież... 
 - Och, przypuszczam, że nie wie pan wszystkiego. Oczywiście, to na razie luźne plany i 

zarząd nie wyraził jeszcze zgody, więc proszę nie zdradzać, że coś pan słyszał. Zrobiliśmy z 
Dezem interes - on dostanie dom Essie i wyremontuje go, a muzeum przeniesie się... 

 -  To  nie  tak  -  przerwał  jej  architekt,  potrząsając  głową.  -  Dez  nie  ma  zamiaru 

remontować tego domu. 

 - To jakieś nieporozumienie, panie Haynes. 
 -  Nie.  Właśnie  skończyłem  opracowywać  plany  budynku,  który  ma  tu  powstać.  Dom 

zostanie zburzony. 

. - Niemożliwe - wyszeptała z niedowierzaniem. 
 - Oczywiście nie od razu. Najpierw wyremontujemy Tyler - Royale, a kiedy się tam już 

przeniesiecie,  wyczyścimy  cały  ten  teren.  Stąd  aż  do  kościoła  św.  Franciszka,  łącznie  z 
obecnym biurem Deza. 

 - Nie! 
Nie  mogła  uwierzyć  w  to,  co  słyszała.  Z  trudem  docierało  do  niej,  że  architekt  musi 

mieć pewne informacje, w przeciwnym razie skąd by wiedział, dokąd się przenoszą? 

Nathan patrzył na nią ze zrozumieniem i sympatią. 
 -  Dez  zrobił  doskonały  interes.  Ma  teraz  cały  narożnik  wzdłuż  dwóch  głównych  ulic. 

To  stwarza  praktycznie  nieograniczone  możliwości,  może  zbudować...  -  Zauważył,  że  Gina 
nie  słucha  i  zmienił  temat.  -  Panno  Haskell,  jeśli  jest  tu  coś,  co  chciałaby  pani  zachować  - 
detale architektoniczne,  drzwi, balustradę schodów... nie wiem,  cokolwiek przyjdzie pani do 
głowy, proszę zrobić listę, spróbuję ocalić to dla pani i wynieść stąd, zanim wjadą buldożery. 

Dopiero  teraz  przekonał  ją,  że  mówi  prawdę.  Jego  spokojna  propozycja,  żeby  zrobiła 

listę  rzeczy,  które  chciałaby  zachować,  podziałała  na  nią  jak  kubeł  zimnej  wody.  Nie 
obiecywał, że na pewno mu się uda. W końcu pracował z Dezem już wcześniej. 

Nathan Haynes wiedział, co mówi. 
Dez za wszelką cenę chciał mieć dom Essie. Ale nie po to, żeby w nim mieszkać. Nie 

dlatego, że nagle obudził się w nim sentyment do rodzinnego gniazda. 

background image

Chciał mieć ten dom, żeby go zniszczyć. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 
Gina mogła uznać, że w pewnym sensie odniosła zwycięstwo. Ocaliła przecież budynek 

Tyler - Royale. 

Ale  jednocześnie  przegrała,  co  było  znacznie  bardziej  bolesne.  Aby  uratować  jeden 

budynek, zniszczyła drugi. 

Wiedziała,  że  zawiodła  zaufanie  Essie,  ona  nigdy  się  nie  poddawała.  Gina  robiła 

wszystko,  co  było  w  jej  mocy,  przed  każdą  decyzją  zastanawiała  się,  czy  tak  właśnie 
postąpiłaby Essie, i to dawało jej wiarę, że jej wybory są właściwe. Poza jednym - Essie nie 
pomyliłaby się tak bardzo i nie zaufałaby Dezowi. 

To  był  poważny  błąd  i  tylko  siebie  mogła  za  to  winić.  Zrobiła  to,  bo  była  ślepo 

zakochana i uwierzyła, że Dez się zmienił. Chciała wierzyć, że zmienił się dla niej. 

Przez chwilę żyła w jakimś cudownie szczęśliwym, nierealnym świecie. Dez obiecał, że 

nie zburzy Tyler - Royale, a ona założyła, że ocali też dom Essie. Co za naiwne mrzonki. 

Postanowił  zachować  budynek  sklepu,  bo  to  było  zgodne  z  jego  koncepcją 

zagospodarowania działki. Tak samo jak zburzenie muzeum. Dla niego liczyło się tylko to, co 
przynosiło  dochód  i  umacniało  pozycję  jego  firmy.  Ze  smutkiem  zrozumiała,  że  sama 
zgotowała sobie ten los. 

 -  Przykro  mi.  -  Usłyszała  pełen  współczucia  głos  Nathana.  -  Może  chce  pani 

porozmawiać... 

Pokręciła  przecząco  głową  i  odwróciła  się.  Nie  potrzebowała  żadnych  wyjaśnień, 

wszystko  było  niezwykle  proste.  Dez  pewnie  już  zamawiał  buldożery,  żeby  zniszczyć  dom 
Essie i zbudować w tym miejscu kolejny wieżowiec. I ona była za to odpowiedzialna. 

Miała  ochotę  usiąść  w  kącie  i  płakać  jak  mała  dziewczynka.  Uświadomiła  sobie,  że 

pokochała  iluzję.  Zakochała  się  we  własnym  marzeniu,  nie  w  prawdziwym  człowieku. 
Uwierzyła, że jest taki, jakim chciała go widzieć. 

Wiedziała  już,  że  to  była  niezwykła  naiwność.  Ale  nadal  nie  miała  pojęcia,  jaki 

naprawdę jest Dez Kerrigan. 

Najpierw  była  przekonana,  że  lada  chwila  Dez  przyjdzie  tutaj  i  drgała  nerwowo  za 

każdym razem, kiedy słyszała dźwięk otwieranych drzwi. Upłynęło jednak kilka godzin i nie 
pojawiał się. Pewnie pracuje nad planami nowego wieżowca, pomyślała rozgoryczona. 

Dlaczego  nawet  nie  wspomniał,  co  zamierza  zrobić  z  domem  Essie?  Przecież  i  tak  by 

się o tym dowiedziała. Pewnie myślał, że wtedy nie będzie to już miało znaczenia. On dostał 
przecież to, co chciał. 

Zrobiło jej się jeszcze bardziej przykro. Dlaczego w ogóle myślała, że jej uczucia są dla 

niego ważne? Nie było przecież żadnych powodów, aby musiał się przed nią tłumaczyć. Dała 
się podejść jak ostatnia idiotka, zaślepiona uczuciem nie potrafiła jasno ocenić sytuacji. 

Przypomniała  sobie  wspólną  noc  i  miły  poranek,  który  wydawał  się  początkiem 

nowego, lepszego życia i zawstydzona zakryła twarz rękoma. Jak mogła być tak naiwna! Nic 
dziwnego, że teraz jej unikał. Bał się pewnie, że będzie urządzała łzawe sceny, by coś na nim 
wymóc. 

Oparła łokcie na biurku  i pochyliła nisko  głowę.  To był największy błąd,  jaki w życiu 

zrobiła,  ale  przecież  wpadła  na  to  już  wcześniej.  Tyle  że  przez  kilka  cudownych  godzin 
uwierzyła, że jest inaczej, że los się do niej uśmiechnął i odmienił duszę Deza. 

Nagle przez otwarte okno dobiegł ją znajomy głos. Więc jednak przyszedł. Rozmawiał 

z Eleanor przed domem. Po chwili usłyszała kroki na schodach. 

Otworzył  drzwi  jej  gabinetu,  wszedł  do  środka  i  stanął  obok  biurka.  Wyciągnął  rękę, 

jakby chciał pogłaskać ją po karku, ale cofnął ją niezdecydowany. 

 - Nathan mówił, że jesteś bardzo rozgoryczona - odezwał się spokojnie, przysiadając na 

blacie. - Chcesz o tym porozmawiać? 

Zdumiona jego bezczelnością, wybuchła: 

background image

 - Jeśli myślisz, że mam ochotę opowiadać ci o tym, co czuję, to grubo się mylisz! Nie 

mam najmniejszego zamiaru rozmawiać ani robić z tobą interesów, Dez! To koniec! 

 - Uspokój się, wiem, że jesteś wzburzona, ale ty też wiesz, że nie możesz podejmować 

takich decyzji bez zgody zarządu. 

 - Owszem, tak samo jak nie mogłam wyrazić zgody na zamianę bez konsultacji z nimi. 

Powinniśmy więc uznać, że nasza umowa jest nieważna! 

 - Daj spokój! Zarząd zgodzi się, jak tylko przedstawię im tę propozycję. 
 - Skąd ta pewność? - zakpiła. - Przekupisz ich? Obiecasz jakieś korzyści, jeśli tylko się 

zgodzą? Kazałeś Nathanowi napisać raport tak, by nie zostawić nam żadnego wyboru? 

Dez stanął przed nią wyprostowany. 
 - Nie mów tak! - powiedział ostro. - Nathan nie bierze łapówek. 
 - Będę mówiła, co zechcę! - krzyczała, nie panując nad emocjami. - Co takiego jest w 

jego raporcie?! 

 - Prawda - odparł spokojnie. 
Jego opanowanie powoli zaczęło się jej udzielać. Ochłonęła nieco i spytała ostrożnie: 
 - Dlaczego mam ci uwierzyć? Już raz mnie okłamałeś. 
 - Kiedy? Nigdy nie obiecywałem, że odrestauruję ten dom. 
 - Dawałeś mi to do zrozumienia - protestowała słabo. 
 - Nieprawda. To tobie na tym zależało i dlatego wymyśliłaś ten nierealny scenariusz. 
Zamyśliła  się  na  chwilę.  Chyba  miał  rację.  Wmówiła  sobie,  że  zrobi  to,  na  czym  jej 

zależy. Wierzyła, że Dez zmieni zdanie co do domu Essie, bo dba o jej uczucia. Jakież to było 
niemądre! 

 -  Nigdy  nie  pytałaś,  co  zamierzam  zrobić  z  tym  domem  -  ciągnął  Dez,  a  jego  głos 

dochodził do niej jak zza ściany. 

 - Nie byłaś ciekawa, jakie mam plany? 
Nie, przyznała w myślach. Nawet nie przyszło jej do głowy, że mógłby mieć inne plany 

niż ona. Nie słuchała, co mówił dalej. Była kompletnie załamana. Czuła się tak, jakby nagle 
ktoś  brutalnie  zerwał  jej  z  oczu  różowe  okulary,  które  uparcie  chciała  nosić  i  wierzyć,  że 
ś

wiat przez nie widziany jest prawdziwy. 

 - Sama zwróciłaś moją uwagę na ten dom, zmusiłaś mnie, żebym zainteresował się nim 

i całą okolicą. Kościół św. Franciszka kupiłem tylko dlatego, żeby móc ci coś zaoferować w 
zamian za Tyler - Royale. To ty skłoniłaś mnie do tego, żebym rozważył kupno tych działek! 

 - Doskonale! Teraz zrzuć całą odpowiedzialność na mnie! 
 - Nie robię tego.  Ale muszę przyznać, że to ty podsunęłaś mi myśl, by inwestować  w 

tej  dzielnicy.  Kiedy  zaproponowałaś,  żebym  zbudował  wieżowiec  na  miejscu  kościoła,  w 
pierwszej  chwili  myślałem,  że  zwariowałaś.  Ale  potem  pomysł  zaczął  mi  się  coraz  bardziej 
podobać.  Kilka  takich  budynków  zmieni  charakter  całej  okolicy,  przyciągnie  inwestorów, 
ludzie  zaczną  budować  tu  nowe  domy...  Ale  to  nie  zmienia  faktu,  że  ten  dom  nie  może 
pozostać. 

To, co mówił, brzmiało tak sensownie i zdecydowanie, że nie miała już pojęcia, jakich 

argumentów użyć, aby go przekonać. 

 - Nie niszcz domu Essie - poprosiła w końcu bezradnie. 
 - Gino, to tylko stary dom - tłumaczył łagodnie. - Zburzę też moje biuro. Dlaczego tak 

ci na nim zależy? 

On nic nie rozumie, pomyślała załamana. Nie ma sensu niczego tłumaczyć... 
I nagle poczuła, że musi mówić. Musi mu to opowiedzieć. 
 -  Essie  była  dla  mnie  kimś  zupełnie  wyjątkowym  -  zaczęła  wolno,  z  trudem 

wydobywając głos z gardła. - Była dla mnie wszystkim. Ona mnie stworzyła, dlatego muszę 
zrobić  wszystko,  żeby  uchronić  jej  dziedzictwo.  -  Przerwała  na  chwilę  i  zwilżyła  usta.  - 
Mówiłam  ci,  że  dała  mi  pracę,  ale  nie  powiedziałam  dlaczego.  Moi  rodzice  umarli,  kiedy 

background image

miałam  cztery  lata.  Ledwie  ich  pamiętam.  Potem  przez  wiele  lat  tułałam  się  po  rodzinach 
zastępczych.  Ale  tych  ludzi  interesowały  wyłącznie  pieniądze  z  opieki  społecznej,  które  za 
mnie dostawali. Kiedy miałam trzynaście lat, była sroga zima, a kolejna rodzina zastępcza nie 
kupiła mi butów. – Jej głos zadrżał, ale odważnie ciągnęła dalej - Więc je ukradłam. W Tyler 
- Royale. 

 - Złapali cię - powiedział, jakby to było oczywiste. 
 - Essie mnie złapała. Właśnie kupowała te swoje ciężkie trzewiki, kiedy zauważyła, co 

robię.  Znała  mnie  ze  szkoły.  Złapała  za  kołnierz  i  zaprowadziła  do  kierownika  sklepu. 
Wezwali  policję.  -  Zerknęła  na  Deza  ciekawa,  jakie  wrażenie  robią  na  nim  te  wyznania. 
Słuchał  zszokowany.  Spojrzała  mu  prosto  w  oczy  i  dodała  z  wysiłkiem:  -  Najgorsze,  że  nie 
była to moja pierwsza kradzież. Do dziś pamiętam, jak stałam przed sędzią i trzęsłam się ze 
strachu. Chciał wysłać mnie do poprawczaka, ale wtedy Essie wstała i powiedziała, że bierze 
za mnie odpowiedzialność. 

 - Odważna decyzja - zamruczał Dez. 
 -  Dała  mi  pracę,  ale  z  pierwszej  wypłaty  musiałam  zwrócić  pieniądze  za  buty.  Od  tej 

chwili więcej czasu spędzałam u niej, wśród zakurzonych zbiorów, niż w szkole. Nie czułam 
się tam dobrze. Nie wiesz nawet, jak okrutne potrafią być dzieci dla kogoś, kto trochę od nich 
odstaje. Essie przygarnęła mnie i chroniła przed światem. Od razu zorientowała się, że nikt do 
tej  pory  się  mną  nie  zajmował.  Brakowało  mi  dobrego  wychowania,  podstawowych 
wiadomości,  obycia.  Musiała  mnie  nauczyć  wszystkiego,  od  zachowania  przy  stole 
począwszy, po dobór garderoby. 

Dez  spojrzał  z  niedowierzaniem  na  jej  nienagannie  skrojony  kostium  i  spytał 

podejrzliwie: 

 - Essie nauczyła cię tak się ubierać? Nie uwierzę w to! 
 -  A  jednak!  Sama  była  bardzo  skromna,  ale  miała  świetny  gust.  W  końcu  prawie 

zamieszkałam  w  muzeum...  Lubiłam  wyobrażać  sobie,  że  Essie  jest  moją  ciotką,  Desmond 
był moim dziadkiem... - zaśmiała się. - Jak widzisz, przywłaszczyłam sobie twoją rodzinę.  I 
tak dzięki Essie wylądowałam na studiach historycznych, a nie w więzieniu. Dez, nie wiem, 
czy  zdołałam  ci  wyjaśnić,  kim  była  dla  mnie  twoja  ciotka.  Owszem,  chciałam  przenieść 
muzeum, ale tylko dlatego, że marzyłam o odrestaurowaniu domu Essie. Proszę, nie odbieraj 
mi nadziei... 

Po tych słowach zapadła długa chwila ciszy. 
 - Chciałbym móc to zrobić, kochanie - odezwał się w końcu smutno. Jego głos był tak 

cichy, że ledwo go słyszała. 

Te  słowa  zabrzmiały  jak  wyrok.  Gina  oparła  głowę  na  rękach  i  rozpłakała  się.  Łzy 

wolno  spływały  po  policzkach  i  rozmazywały  makijaż,  ale  nie  zważała  na  to.  Nie  zdołała 
jednak uratować domu Essie. Nie pomogło nawet odkrycie najtajniejszych zakamarków duszy 
i najgłębiej skrywanych sekretów. 

Nagle poczuła, że Dez delikatnie gładzi ją po ramieniu. 
 -  Gino,  domyślam  się,  jak  się  czujesz,  ale  niepotrzebnie  się  obwiniasz. Nie  zdradziłaś 

Essie. - Opuścił rękę i ujął ją za nadgarstek. - Chodź ze mną, coś ci pokażę. 

 - Nie, zostaw mnie! - Bezskutecznie próbowała się wyswobodzić. - Daj spokój, nigdzie 

z tobą nie pójdę! Nie mogę kochać kogoś, kto... 

Zamilkła przerażona tym, co właśnie powiedziała. Nie śmiała podnieść głowy i spojrzeć 

na niego. Jednak jego uścisk nie zelżał. Przeciwnie. 

 - A jednak pójdziesz. Jeśli będzie trzeba, zniosę cię ze schodów! 
 - Dlaczego nie zostawisz mnie w spokoju? 
 - Bo musisz zobaczyć raport Nathana, a właściwie coś, o czym w nim napisał. 
Pociągnął ją za rękę i zmusił do wstania. 

background image

Zeszli  na  dół,  do  piwnicy.  Było  tam  ciemno  i  wilgotno.  Dez  oświetlał  drogę  latarką  i 

podtrzymywał Ginę za ramię, żeby się nie potknęła. 

 - Kiedy ostatnio tu byłaś? 
 - Nawet nie pamiętam. 
 -  Więc  uważaj  na  głowę.  A  teraz  patrz.  -  Skierował  strumień  światła  na  ściany  i 

bezlitośnie pokazywał jej liczne rysy. - Spójrz na to pęknięcie w legarach. Ciągnie się przez 
całą  długość.  A  to  wsporniki  schodów,  kruszą  się.  -  Światło  wydobywało  z  mroku  kolejne 
szczegóły. - Ściany kuchni pękają, bo fundamenty są w tym miejscu naruszone. Spójrz teraz 
tutaj,  widzisz  te  rysy?  Nie  dałabyś  rady  dostawić  bocznych  skrzydeł,  jak  planowałaś. 
Naruszyłoby to fundamenty i budynek pewnie by się zawalił. Chcesz oglądać dalej? 

 -  Nie.  -  Pokręciła  głową  i  zalała  się  rumieńcem.  -  Wstyd  mi,  że  sama  tego  nie 

zauważyłam. 

Wrócili na górę i przeszli do kuchni. Tym razem Dez sam sięgnął do lodówki i podał jej 

sok. 

 - Napijmy się czegoś zimnego, trzeba zmyć z ust ten piwniczny smak. Chciałem, żebyś 

to  zobaczyła  na  własne  oczy,  zanim  przeczytasz  raport  Nathana.  Opisuje  dokładnie  stan 
budynku i chociaż stwierdza, że nie ma bezpośredniego zagrożenia, to wcześniej czy później 
ten  dom  się  zawali.  I  nic  dziwnego,  ma  ponad  sto  pięćdziesiąt  lat  i  od  dawna  nie  był 
remontowany. To poważny problem, a nie moja żądza niszczenia. 

Serce  zabiło  jej  gwałtownie.  Choć  wiedziała,  że  to  nierealne,  znowu  zakiełkowała  w 

niej nadzieja. Może jest jeszcze jakaś szansa... 

 - Gino, pewnie nie jestem twoim bohaterem, ale staram się być uczciwy. Nawet gdyby 

ten dom był w lepszym stanie, i tak chciałbym go wyburzyć. 

Chciałbym? Co to może oznaczać? Nadzieję? Nie bądź głupia, upomniała się, niczego 

się nie nauczyłaś? 

 -  Ale  gdyby  była  jakakolwiek  szansa,  pewnie  zdołałabyś  mnie  przekonać  -  ciągnął 

miękko.  -  Jednak  jest  inaczej.  Kochanie,  wiem,  że  to  dla  ciebie  przykre,  lecz  nie  powinnaś 
oskarżać się tak bardzo. Dużo opowiadałaś mi o Essie i mam wrażenie, że trochę ją poznałem. 
Nawet ona nie oczekiwałaby od ciebie niemożliwego. Kobieta, która potrafiła stanąć w twojej 
obronie  wobec  sądu  i  policji  i  wziąć  na  siebie  odpowiedzialność  za  zagubioną  nastolatkę, 
musiała być osobą mocno stąpającą po ziemi. 

Gina uśmiechnęła się. Tak rzeczywiście było. Essie słynęła z rozsądku. Nie sądziła, że 

Dez potrafi tak uważnie słuchać i wyciągać trafne wnioski. 

 - Twoje poświęcenie jest godne podziwu, ale za dużo na siebie wzięłaś. Essie wcale nie 

chciała, żebyś podążała jej drogą. Ona chciała, żebyś miała swoje życie, podejmowała własne 
decyzje. Nie musisz być jej klonem. 

Nie  wiedziała,  co  odpowiedzieć.  Miała  wrażenie,  że  Dez  oskarża  ją  o  coś  i  wcale  nie 

chciała  tego  słuchać.  Przyzwyczaiła  się  żyć  z  cieniem  Essie  za  plecami  i  nie  wyobrażała 
sobie, że może być inaczej. 

 - Gdyby było inaczej, nie nauczyłaby cię, jak się ubierać z takim smakiem. Kazałaby ci 

chodzić w tych zgrzebnych, szarych mundurkach, które sama nosiła. 

Ten argument był tak śmieszny, że Gina podniosła wreszcie głowę i spojrzała na Deza. 

W jakimś sensie miał rację. 

 - Dziedzictwo Essie to nie te cegły i ten dom. Ono żyje w tobie. 
Przez dłuższą chwilę milczała zamyślona. W końcu westchnęła  głęboko.  Przepraszam, 

Essie, pomyślała. 

 - W porządku, poddaję się - mruknęła w końcu zrezygnowana. 
 - Nie chcę, żebyś się poddała, tylko żebyś zrozumiała - powiedział Dez, patrząc na nią 

uważnie. 

background image

 - Rozumiem. Zgadzam się. - Powoli kiwnęła głową. - Ale... jest jeszcze jedno. Nathan 

mówił, że jeśli będę chciała uratować coś z tego budynku, mogę zrobić listę i przekazać mu. 

 - Jasne. Ocalimy wszystko, co tylko będzie możliwe. Przez chwilę patrzyli na siebie w 

milczeniu, w końcu Dez zaczął dziwnym tonem: 

 - Wiesz... myślałem o tym, żeby jeden z apartamentów w Tyler - Royale zaaranżować 

od  razu  dla  nas.  -  Przerwał  na  chwilę  i  rzucił  jej  szybkie  spojrzenie.  -  To  byłoby  dla  ciebie 
bardzo  wygodne,  miałabyś  bliżej  do  pracy.  I  mogłabyś  spędzać  więcej  czasu  w  muzeum. 
Chociaż dzięki dochodom ze sklepów i mieszkań, wreszcie będziecie mogli sobie pozwolić na 
profesjonalnych  przewodników,  nie  będziecie  skazani  jedynie  na  wolontariuszy  jak 
dotychczas. To powinno wiele ułatwić i może nie będziesz musiała już tak ciężko pracować. 
Miałabyś wtedy więcej czasu na inne rzeczy... 

Wpatrywała się w niego zupełnie oszołomiona. 
 - Dez, nie jestem pewna, czy  dobrze słyszałam... Rzeczywiście chcesz przekazać cały 

dochód z wynajmu sklepów i apartamentów na rzecz muzeum? 

Spojrzał na nią zdziwiony i po chwili zaczął się śmiać. 
 -  Ty  chyba  jednak  jesteś  klonem  Essie!  Czyżby  dochód  muzeum  był  jedyną  rzeczą, 

która cię interesuje? Nie zwróciłaś nawet uwagi na to, co ci właśnie zaproponowałem. 

Z trudem przełknęła ślinę i popatrzyła na niego niepewnie. 
 - Właściwie nie rozumiem, co chciałeś powiedzieć... 
 -  Próbowałem  ci  wyjaśnić,  że  jeśli  tylko  wytrzymasz  pod  jednym  dachem  ze  mną, 

chciałbym  spędzić  z  tobą  resztę  życia.  -  Wpatrywał  się  z  napięciem  w  jej  twarz  i  po  chwili 
wyciągnął do niej ręce. - Chodź tu - powiedział cicho. 

Nie poruszyła się. 
Cisza wypełniała całe pomieszczenie i stawała się coraz bardziej napięta. 
 -  Przepraszam  -  odezwał  się  w  końcu  Dez.  -  Musiałem  cię  źle  zrozumieć.  Kiedy 

powiedziałaś wcześniej, że nie mogłabyś kochać kogoś takiego, myślałem, że próbujesz sama 
się przekonać. - Odwrócił się i najwyraźniej zamierzał wyjść. 

Nie mogła na to pozwolić. 
 - Dez! Zaczekaj! 
Skoczyła ku niemu, żeby go zatrzymać, i już po chwili znalazła się w jego objęciach, a 

cały  świat  przestał  istnieć.  Miała  wrażenie,  że  ziemia  trzęsie  się  pod  jej  stopami,  ale  to 
wszystko nie miało znaczenia. Ważna była tylko ta chwila i ten mężczyzna, który tak mocno 
przyciskał ją do siebie. 

Kiedy po długiej chwili przestał ją całować, przytulił policzek do jej głowy i powiedział 

ciepło: 

 -  Jeszcze  jakieś  dwadzieścia,  trzydzieści  lat  twojej  ciężkiej  pracy,  a  w  niczym  już  nie 

będę przypominał dawnego barbarzyńcy. 

 - Zrobię, co będę mogła. - Śmiała się wtulona w jego ramiona. - Dez, co myślisz o tym, 

ż

ebyśmy zatrzymali niektóre detale stąd dla siebie? Jeśli będziemy mieć własne mieszkanie. .. 

 - Na piątym piętrze. Tam gdzie teraz jest ekspozycja jaccuzi. Wybierzemy przy okazji 

jakąś  wannę  i  każemy  ją  od  razu  wstawić  do  naszego  apartamentu.  Możemy  też  zastanowić 
się,  jak  wykorzystać  te  fragmenty  domu  Essie,  które  będziesz  chciała  ocalić.  Ale 
proponowałbym  wybrać  tylko  te  mniejsze.  Kiedyś  zbudujemy  sobie  własny  dom  i  tam 
możesz  przenieść  nawet  całą  klatkę  schodową!  Myślę,  że  to  dobry  pomysł,  w  ten  sposób 
ocalimy choć fragment rodowej siedziby Kerriganów. 

 - Własny dom? - powtórzyła zaskoczona Gina. 
 - Na razie wystarczy nam apartament, tak zresztą będzie wygodniej. Ale kiedy pojawią 

się dzieci... 

 - Dzieci? - Wyglądało na to, że nie była w stanie przyswoić sobie tylu rewelacji naraz. 

background image

 -  Tak,  dzieci.  -  Dez  zaśmiał  się.  -  Wiesz,  takie  małe  ludziki  z  wiecznie  umorusanymi 

buziami. O ile oczywiście chcesz je mieć. 

 - Naturalnie, że chcę! Zawsze o tym marzyłam! 
 - Świetnie! - Odsunął ją lekko i spojrzał jej w oczy. - Muszę ci coś wyznać. Ożenię się 

z  tobą  pod  warunkiem,  że  zawsze  wtedy,  kiedy  nasze  dzieci  będą  chciały  słuchać  tych 
wszystkich historii o Desmondzie Kerriganie i ciotce Essie, weźmiesz całą robotę na siebie. Ja 
będę wtedy znikał z domu! 

Uśmiechnęła się do niego figlarnie. 
 - Zgoda! A kiedy nie będziesz słyszał, będę im opowiadała, jak bujałeś się na drzwiach 

kuchennych i kradłeś ciastka z garnka Essie! Och, nie...! 

 - Co się stało? 
 - Garnek! Zupełnie o nim zapomniałam. 
 - Nie myśl już o tym. Właśnie dałem go Eleanor i prosiłem, żeby odstawiła na miejsce. 
 - Słucham?! Znalazłeś go? 
 -  Niezupełnie,  chociaż  bardzo  się  starałem.  Uprzedziłem  wszystkie  sklepiki  ze 

starociami i antykwariaty, żeby były czujne. Na szczęście złodziej sam poczuł, że pali mu się 
grunt pod nogami i podrzucił garnek do studia telewizyjnego. Miałaś rację - pewnie oglądał 
program  i  to  nasunęło  mu  myśl  o  kradzieży.  Carla  zadzwoniła  do  mnie  dziś  rano  i 
powiedziała,  że  odda  mi  garnek,  jeśli  udzielę  jej  wywiadu  na  temat  dalszych  losów  Tyler  - 
Royale. 

 - Oczywiście nie zgodziłeś się! 
 - Nie mogłem przepuścić takiej okazji! Wiedziałem, że to moja jedyna szansa, by stać 

się  twoim  bohaterem  na  oczach  tysięcy  widzów.  Ej,  co  mi  robisz!  -  zawołał,  czując,  że 
delikatnie  gryzie  go  w  ucho.  -  Od  pierwszej  chwili,  kiedy  cię  zobaczyłem,  wiedziałem,  że 
wpakujesz mnie w kłopoty. 

 - I miałeś rację! - Zaśmiała się, całując go w szyję. 
 - Ale wiesz co? - wyszeptał, pochylając się nad jej ustami. - Wcale tego nie żałuję.