background image

Pedersen Bente 

 

Roza znad Fiordów 10 

 

Ulubieniec Elfów 

 
 
 
 
 
 
Seamus O'Connor ucieleśniał wszelkie pokusy, jakim Roza 
nie potrafiła się oprzeć. Jego ciemne szare oczy wabiły ją na 
nieznane ścieżki. Był jednak człowiekiem wyjętym spod 
prawa i wielu najchętniej widziałoby go na szubienicy. Roza 
zdawała sobie sprawę, że jeśli nie dostaną się na statek 
płynący do Ameryki, życie z Seamusem będzie oznaczało 
ciągłą ucieczkę, bezustanny strach. Czuła jednak, że musi mu 
towarzyszyć. Poza tym wesprą go nieznane moce, był wszak 
ulubieńcem elfów... 
 
 
 
 
 
 

background image

PROLOG 
 
Kafjorden, czerwiec 1843 
 
- Coś chyba miał do powiedzenia? - spytał Mattias, siedząc na 
schodach Samuelsborg. 
W powietrzu panował spokój. Wiatr zdawał się wstrzymywać 
oddech. Nawet mewy zamilkły. Liście ani drgnęły na gałęziach, a 
schody nie zatrzeszczały pod ciężarem dwóch mężczyzn. Między 
nimi stał dzban z piwem, a każdy z nich trzymał w ręku kubek. 
Słońce barwiło niebo złotoczerwonymi pasami, przemieszanymi 
z fioletem. Tarczy słonecznej nie było widać zza gór, lecz mimo 
to w powietrzu wyczuwało się ciepło. W środku zapłakał 
chłopczyk i Mattias uśmiechnął się leciutko, gdy Liisa cicho 
zanuciła. Bardziej domyślał się, niż słyszał, że z jej ust wyrwała 
się fińska piosenka. 
- Nic nie wiedział - odparł Ole. Szczęki miał zaciśnięte. Z taką 
miną chodził już od chwili, gdy tego samego dnia po południu 
rozmawiał z Davidem Warrenem. 
- Mówił, że Andersowi dobrze idzie w szkole, a konno jeździ tak, 
jakby się do tego urodzil.Wyobrażasz sobie, że mój młodszy brat 
miałby się urodzić do konnej jazdy? 
Ole pokręcił głową. 
- W każdym razie jemu nic nie powiedzieli - dodał 

background image

z westchnieniem. - Warren twierdzi, iż wygląda na to, że Anders 
zapomniał o swojej siostrze, że pogodził się z sytuacją i 
dostosował do nowego życia i do otaczających go ludzi. Jak 
można coś takiego mówić? 
- Dobrze mu tam? - spytał Mattias, lecz Ole tylko wzruszył 
ramionami. 
Opróżnili kubki i oblizali pianę z kącików ust. 
- Ona nie żyje - oświadczył Ole z ponurą miną. -Inaczej by nam 
tego nie zrobiła. Nie zrobiłaby tego Andersowi. Nie mogła ot, tak 
po prostu zniknąć... 
Mattias znów napełnił kubki po brzegi, aż piana się przelała. 
Myślał o Rozie, wciąż miał w głowie jej obraz. Najlepiej 
zapamiętał jej spojrzenie. To przeklęte ostre niebieskie 
spojrzenie, które potrafiło ciąć jak nożem. Wiedział, jak gorące 
potrafią być jej uczucia. 
- Roza mogła to zrobić - powiedział. - I właśnie z tym tak trudno 
się pogodzić. Ze świadomością, że mogła ze wszystkim zerwać. 
Nikt z nas już jej nie przytrzymuje, Ole. Nawet Anders. Roza 
mogła obrócić się plecami do wszystkiego i ruszyć dalej przed 
siebie. Wydaje mi się, że nawet za bardzo by się nie oglądała., 
- To moja siostra - rzekł z naciskiem Ole. 
- Ja ją kochałem - przypomniał Mattias cierpko. -Być może ciągle 
ją kocha, lecz nawet gdyby o tym wiedziała, to i tak za mało dla 
niej znaczy. I tak by jej to nie powstrzymało. 
- Dokąd miałaby iść w obcym kraju? Mattias wzruszył 
ramionami. 
- Nie zadawaj mi takich pytań, Ole. Pytaj Davida Warrena. Dam 
sobie uciąć palec albo i dwa, że nie wszystkimi swoimi myślami 
się z tobą podzielił... 
- Na przykład jakimi? - dopytywał się Ole Samuelsen, brat Rozy. 

background image

- Musi być w to wplątany jakiś mężczyzna - stwierdził Mattias 
nie bez goryczy. - Roza nie zniknęłaby sama! Wydaje mi się, że 
to musi mieć związek z mężczyzną. Z kimś, kto przebił się przez 
wszystkie mury, które wzniosła wokół siebie. Ktoś, kto naprawdę 
jej potrzebował... 
- A mnie się wydaje, że ona nie żyje - powiedział Ole. 
- Wiedziałbym, gdyby umarła - zaprotestował Mattias. 
- Pomimo że jest jakiś inny mężczyzna? 
- Pomimo że jest jakiś inny mężczyzna. 
- Coś mi się zdaje, że ty ją ciągle kochasz. - Ole wypił jeszcze łyk 
piwa. 
- To nie jest wykluczone - odparł Mattias. - Ale niewiele mi teraz 
przyjdzie z zastanawiania się nad tym, jak jest. Dlatego też staram 
się nie myśleć. Wiem tylko, że ona żyje... 

background image

Rozdział 1 
Clonakilty, Irlandia, 
dzień świętego Patryka, 17 marca 1842 
 
- Nie jestem tą, za którą mnie bierzesz - powiedziała Roza cicho, 
żałując, że poprosił, by go poślubiła. Oświadczyny były 
jednocześnie świadectwem zaufania, które sprawiło, że coś w 
niej gwałtownie drgnęło i wprawiło ją w oszołomienie, uczyniło 
niemal głuchą na ostrzegawcze głosy, których szept rozlegał się 
dokoła. 
... a może one istniały w niej? 
- Jesteś tą, którą kocham - utrzymywał z mocą Seamus 0'Connor. 
Jego silny uścisk niemal zgniótł konwalie, których dla niej 
nazbierał. 
- Zapomnę, że mnie o to prosiłeś - mówiła dalej Roza z powagą, 
tuląc wargi do gorącej skóry, odsłoniętej w rozcięciu koszuli. 
Wargi miała wilgotne i z każdym wypowiadanym przez siebie 
słowem mogła też czuć jego smak. - Chciałabym, żebyś ty 
również o tym zapomniał, Seamus - dodała błagalnie. - Najpierw 
musisz wszystkiego się o mnie dowiedzieć, a dopiero potem 
prosić mnie o rękę, albo nie prosić. Ale nie możesz mówić, że 
mnie kochasz, zanim mnie nie poznasz. Niewykluczone, że 
zmienisz zdanie, a ja nie mogę ukrywać, kim jestem. Nie chcę już 
nigdy niczego budować na kłamstwie. 
 

background image

- Mam mało czasu - mruknął Seamus, wyraźnie zaskoczony, że 
nie odpowiedziała na jego oświadczyny wprost, nie powiedziała 
ani tak, ani nie. - W tym nie ma nic trudnego. Musisz pojechać ze 
mną do Ameryki, Rosi. Będę się o ciebie troszczył. Będę bogaty. 
Zdobędę wielkie bogactwa i mojej rodzinie będzie się żyło lepiej, 
niż ośmielaliśmy się nawet o tym marzyć. Zostanę bogaczem i 
będę mógł pomagać moim krewnym. Moim najbliższym. Nigdy 
nie będę żył w takiej nędzy jak tu, w Irlandii. Będąc 
niewolnikami tutaj, marzyliśmy o Georgii. Tam jest ciepło, 
pięknie i dostatnio. Tam jest moja rodzina. Tak dobrze mogłoby 
nam tam być. Tak cudownie, Rosi... 
Nie istniał żaden piękny sposób na to, by opowiedzieć mu 
najgorsze o sobie. Roza wysunęła się z silnych, bezpiecznych 
objęć. Najbardziej chciała zostać w jego ramionach. Najbardziej 
chciała wierzyć jemu, wierzyć we wszystko to, w co on wierzył. 
Kusiło, by pójść za jego marzeniami, chociaż Roza nigdy nie snu-
ła podobnych snów. 
- Jestem mężatką - powiedziała. - Ja już mam męża, Seamusie. 
Zgrzeszylibyśmy oboje. 
Seamus uznał, że Roza żartuje. Sądził, że się przesłyszał. Poszedł 
za nią, ale widział tylko jej proste plecy i wspaniałe, gęste włosy, 
które zdawały się płonąć wokół jej postaci, rozwiewane wiatrem 
znad oceanu. Wiatrem z Ameryki. 
- I gdzie on jest? - spytał Seamus. - Gdzie on jest, ten twój mąż? 
Roza odkryła, że czasami nie da się powiedzieć prawdy. 
Trudność sprawiało to wtedy, gdy prawda mogła zranić. Gdy 
mogła dotknąć człowieka, którego dobro leży na sercu. 
... niebezpiecznie jest za bardzo się o kogoś troszczyć... 
 
 
 

background image

... niebezpiecznie dopuszczać kogoś zbyt blisko... 
Seamus wzburzony znowu podszedł bliżej. Nie pozwalał jej się 
od siebie odgrodzić. Stanął tuż obok i chociaż całe pole widzenia 
Rozy wypełniało morze, i tak wiedziała, że on na nią patrzy. Jego 
spojrzenie było niczym palące kłucie na skórze, równie zmysło-
we jak pieszczota. Jednocześnie wyczuwała, że on ją oskarża, że 
wpadł w złość. 
- Gdzie on był, kiedy tu przyjechałaś z dzieckiem męża miss 
Margaret w brzuchu? - spytał Seamus, usiłując nad sobą 
zapanować. Miał ochotę złapać Rozę i mocno nią potrząsnąć. - 
Gdybym to ja był twoim mężem, Rosi, nie urodziłabyś dziecka 
innego mężczyzny. Nie oddałabyś dziecka, które zaledwie przed 
kilkoma dniami przyszło na świat. Wydaje mi się, że marny 
mężczyzna z tego męża, którego sobie wzięłaś. 
Seamus nie wykrzykiwał swoich pretensji. Mimo gniewu starał 
się mówić spokojnie. Nie dotykał jej też tak, by zmiękła pod 
dłońmi, pieszczotami i spojrzeniem. 
- Czasami trzeba brać tego, kogo się dostaje - powiedziała Roza 
cicho. 
Jej ból uderzył w niego z taką siłą jak nieoczekiwana ulewa 
daleko na morzu, gdzie nie można się przed nią schronić. Seamus 
otoczył Rozę ramionami, bo musiał to zrobić. Policzek wtulił w 
rude włosy. Zaczynał już poznawać jej zapach, który powoli 
stawał się zwyczajny i domowy. 
- Chcę o tym usłyszeć - szepnął Seamus 0'Connor, buntownik, 
wyjęty spod prawa. 
Miał wrażenie, że niebo nad jego głową jeszcze nigdy nie było 
równie wysokie. Nigdy tak bardzo przed nikim się nie otworzył, 
lecz wiedział również, że czas, jaki jest mu dany, ucieka. Czy 
można starać się 
 

background image

o kobietę zaledwie przez kilka dni i mieć nadzieję, że dzięki temu 
zdobędzie się fundament, trwały i bezpieczny, taki, który starczy 
aż do końca życia? 
- Czy on jeszcze dla ciebie istnieje? - spytał, uświadamiając 
sobie, że nienawidzi tego mężczyzny, który ma do niej prawo. - 
Czy on istnieje w twoim życiu? 
- Ma własne życie - odparła Roza beznamiętnym tonem. Jej 
spojrzenie wędrowało daleko, śledząc chmury na niebie. 
- Czy on o tobie wie? Wie, że tu jesteś? Trudno było 
odpowiedzieć zgodnie z prawdą. 
- Uwierz mi - poprosiła Roza. - On ma swoje własne życie. 
Opuścił mnie i całkiem o mnie zapomniał. A ja zapomniałam o 
nim. 
Powiedziała to z taką udręką, że Seamusowi zrobiło jej się żal. 
Zastanawiał się, cóż to za łotr potraktował ją tak haniebnie i 
dlaczego. 
- Ale wciąż jestem jego żoną. 
Nigdy wcześniej w niczym jej to nie przeszkadzało... Nigdy 
wcześniej nie zaznała takiego uczucia... Od czasów Jensa... 
- On by się ożenił, gdyby znalazł sobie inną. Gdyby nikt o tobie 
nie wiedział - zgadywał Seamus. - Nie widział uśmiechu Rozy. - 
Dlatego - ciągnął szeptem wprost do jej do ucha, odsunąwszy 
kosmyk włosów do tyłu tak, by muskać wargami jej skórę, a 
ciepło jego słów mogło docierać bezpośrednio do jej wnętrza. - 
Dlatego ty, Rosi, możesz postąpić tak samo. Moje pytanie się nie 
zmieniło. Wyjdziesz za mnie? 
- Namawiasz mnie do popełnienia grzechu! Seamus wzruszył 
ramionami i skubnął ją wargami 
w płatek ucha, z rozbawieniem, pieszczotliwie. 
- Tak samo zgrzeszyłbym i ja. Wiem o tym, lecz mimo wszystko i 
tak bym to zrobił. 

background image

Spoważniał. 
- Żyjąc wśród rodziny, nie mogę po prostu wprowadzić cię do 
swego domu i żyć z tobą jak z nałożnicą. Ludzie nie powinni 
widzieć mnie w takiej sytuacji. Zresztą to wbrew moim 
przekonaniom, chcę mieć żonę, a nie kochankę. Gorące objęcia 
można znaleźć wszędzie, gdzie się zechce, Rosi, ale kogoś, o 
kogo naprawdę się troszczysz, kogoś, kogo możesz kochać całe 
życie, nie znajdziesz byle gdzie. Zamierzam być kimś więcej niż 
tylko człowiekiem, którego ścigają. Potrzeba mi kobiety u boku. 
Kobiety, która urodzi moje dzieci... 
Słuchała go, lecz nie słyszała właściwie nic poza tym, iż 
pragnąłby żyć z nią, pozostając w zgodzie z rodziną. To przy 
rodzinie pragnął się osiedlić, to przy niej czułby się jak w domu. 
- Mógłbym żyć z tobą na pustkowiu, moglibyśmy być tylko we 
dwoje, lecz takiego życia nie życzę nikomu. A już na pewno nie 
osobie, którą kocham najbardziej na świecie. 
- Istnieje na to nazwa - szepnęła. 
- Bigamia - powiedział. 
Roza próbowała wyczuć smak tego słowa. Wcześniej gotowa 
byłaby przypuszczać, że to nazwa kwiatu, lecz nie sądziłaby, że 
jest piękny. To słowo było jakieś dziwnie lepkie. 
- Nie obchodzi mnie, co będzie później - powiedział Seamus i 
przycisnął ją do siebie jeszcze mocniej. Jego śmiech zabrzmiał 
chrapliwie i wzniósł się ponad ich głowy, ku chmurom, które 
nadciągały nad południowe wybrzeża Irlandii od zachodu. 
- Wiedzielibyśmy o tym tylko ty i ja. Tylko my dwoje 
odpowiadalibyśmy za to, skoro to taki wielki grzech. Moim 
zdaniem ten, który cię opuścił, popełnił grzech 
 

background image

jeszcze większy. A poza wszystkim, nie jestem aż tak bardzo 
wierzący! 
Roza doskonale wiedziała, jak głęboka jest katolicka wiara jego 
matki, i zdawała sobie sprawę, że gdyby pewnego dnia prawda 
wyszła na jaw, gdyby okazało się, że ona i Seamus żyją jak 
małżonkowie, zabiłoby to Charlotte. W oczach Lottie byliby 
potępieni, to samo dotyczyłoby również dzieci, które by im się 
urodziły. 
Roza nie chciała mieć dzieci... 
Może zdołałaby temu zapobiec siłą woli... 
... przecież to, czego chciała, wydarzało się naprawdę... 
- Nie mogłabym wziąć ślubu w kościele - oświadczyła wreszcie. 
Seamus sprawiał wrażenie, jakby serce mu się zatrzymało. Sam 
usłyszał, że krztusi się powietrzem. Kilka jedwabnych nitek jej 
włosów przylgnęło mu do warg. Pachniały wrzosem. 
Przypomniał sobie, że Fiona dodawała jakichś gałązek do wody, 
w której płukała włosy. Oczywiście jego matka nauczyła tego 
samego Rosi... 
- Nie mógłbym pozwolić, żeby Frank nas połączył - powiedział, 
śmiejąc się leciutko. - Ile razy go widzę, zawsze nazywam go 
ojczulkiem. Przypominam mu, że zdradził swoją rodzinę, 
pozwalając, by zrobili z niego pastora. Nigdy wcześniej nie było 
wśród nas angli-kanów. Prawdziwi, czyści Irlandczycy nie należą 
do angielskiego kościoła. Ja nie mógłbym wziąć ślubu w takim 
kościele - odetchnął głęboko, czując ból sięgający głęboko, aż po 
same trzewia. - Ale być może nie mógłbym też pozwolić, aby 
prawdziwy ksiądz katolicki uczynił mnie twoim mężem, Rosi... 
Prawie zapłakał w jej płomienne włosy. Powoli zaczynał 
ogarniać ich mrok. Kładł się miękko, otulał ich 
 

background image

niczym ochronna peleryna z aksamitu. Osłaniał przed wzrokiem 
innych. Chronił... 
- Nie uciekniesz przed tym, co twoje - szepnęła Roza. Żałowała, 
że nie jest w stanie wyrazić tego dokładniej, lecz nie potrafiła 
znaleźć słów. Owszem, umiałaby to powiedzieć w swoim 
własnym języku, lecz on tutaj na nic się nie zdał. 
Seamus nad jej fiordem czułby się tak samo zagubiony. Z jego 
rąk wprawdzie byłby pożytek, ale wiedziała, że nie chciałby 
pracować w kopalni. Nie zgodziłby się pracować dla Anglików, a 
już na pewno nie w taki sposób, nie w ciemności jak niewolnik, z 
każdym upływającym rokiem coraz bledszy, gdyż jego skóra 
jedynie z rzadka zaznawałaby światła dziennego i słońca. 
Ujęła go za rękę, a on podniósł jej dłoń do ust i na każdym palcu 
wycisnął gorący pocałunek. Roza słyszała jego głęboki oddech i 
poczuła, że ten otwarty, lekko pofałdowany krajobraz, którego 
jedyną granicę stanowiło morze i zatoka, to miejsce idealne 
właśnie dla nich. Tu mogli poruszać się bez przeszkód, tu 
wszystko istniało tylko dla nich. 
... to ułuda... 
Seamus pocałunkami rozgrzewał jej zziębnięte palce, rozogniał 
bladą skórę. Przynosił ze sobą tęsknoty i pragnienia zakazane i 
niespełnione, odkąd Jens odszedł. Pociągał jej marzenia dalej, niż 
udało się to komukolwiek innemu. 
- Zrobię z ciebie poszukiwaczkę przygód, Rosi -szepnął we 
wnętrze jej dłoni, obsypując je prędkimi pocałunkami, a potem na 
dłużej przywarł ustami do jej skóry. - Nie obchodzi mnie, jakie 
upiory za sobą wleczesz, Rosi. Nie obchodzi mnie, co zrobiłaś ani 
co 
 

background image

myślałaś, ani też za kogo się uważasz. Jestem gotów wszystko to 
przyjąć, jeśli tylko dostanę ciebie. 
Wokół nich rozległ się jakiś dziwny szept, niczym pieśń. Jak 
ściszone nucenie. Rozie wydało się, że czuje czyjś lekki dotyk na 
spódnicy. Miała wrażenie, jakby przechodziły obok niej 
niezliczone postacie, lecz żadnej nie widziała. To było tylko 
wrażenie. Zadała sobie pytanie, czy to, co uważała za wiatr, było 
nim naprawdę... 
- Nigdy nie myślałam o sobie jak o poszukiwaczce przygód - 
odparła, nie wiedząc, czego może się spodziewać. 
Noc nadciągnęła nazbyt prędko. Roza zatęskniła za światłem z 
rodzinnych okolic. Za jasnym, coraz mocniejszym światłem, 
które przejmowało władzę nad światem, gdy minęła trwająca 
przez kilka miesięcy pora ciemności. Tutaj nie znali takiego 
światła. Lottie aż kręciła głową, gdy Roza opowiadała o nocach, 
przesyconych blaskiem słońca. 
„... To pewnie znaczy, że u was jest bardzo ciepło", uśmiechnęła 
się Lottie z przebiegłym błyskiem w oku, a Roza zrozumiała 
wtedy, że Charlotte jej nie wierzy. Nikt nie wmówi bystrej 
Irlandce żadnych bzdur, a już z pewnością takich, które od 
początku nie mieszczą się w głowie. Seamusowi nie zdążyła 
opowiedzieć o letnich nocach w domu... 
... wiem, że Seamus nigdy nie ujrzy światła z moich rodzinnych 
stron. Mam w sobie taką pewność. Nigdy nie pójdę razem z nim 
brzegiem mojego fiordu. Nie będzie dziwił się jego gwałtownej 
głębi ani nie przejdzie boso przez krótką, wąską, piaszczystą 
plażę, na której bawiłam się jako mała dziewczynka. Nie będzie 
łowił ryb przy Strommen... 
Chciałabym ujrzeć go w blasku tego światła, przypisanego 
niemal do wierzbówki, tego, które istnieje jedynie na północy, 
tam gdzie słońce nie zachodzi przez całą dobę, chociaż co prawda 

background image

nocą nie grzeje. Pragnę ujrzeć Seamusa O'Connora pławiącego 
się w tym świetle, bo pięknie by w nim wyglądał. Tak bardzo by 
pasowało do tych ciemnych jak popiół oczu. 
Ciekawa jestem, czy dziecko Pedera ma takie oczy. Oczy takie 
jak ma Siobhan, jak ma Fiona. A może są piwne jak oczy Pedera? 
W rodzinie O'Connorow nie ma piwnych oczu. Ale też i to 
maleństwo nie nosi nazwiska O'Connor, nazywa się Johnson. 
Seamus nie może żyć nad Kafjorden. Płomień Seamusa musi 
gorzeć. Seamus będzie wielkim, bogatym człowiekiem w 
Ameryce. Dzięki niemu nazwisko O'Connorow stanie się 
poważane w Nowym Świecie. I Seamus będzie wysyłać 
pieniądze do Irlandii, tak aby ci, którzy tu zostaną, mogli 
kontynuować jego walkę... 
Ale tak bardzo chciałabym go zobaczyć w tym połyskliwym, 
różowym świetle lipca w moich rodzinnych stronach... 
- Jakie jest światło w tej twojej Ameryce? - spytała Roza. 
- Światło? 
- Tak, światło - obstawała przy swoim. - Jak ono wygląda? Czy 
jest przejrzyste? A może zamglone? 
- To pewnie zależy od pogody - wyrwało mu się, zanim 
zrozumiał, do czego Roza zmierza. Seamus nie mógł pojąć, jak 
Rosi może w takiej chwili mówić o świetle. 
- Tam jest ciepło - podjął. - Słońce piecze tak mocno, że pot 
strumieniami spływa ci do oczu, aż płaczesz jak dziecko, gdy go 
ocierasz. Całą skórę masz spoconą 
 

background image

tak jak czoło. A wtedy wszystko, na co patrzysz, rozmywa się - 
jest gorąco i zielono, jak okiem sięgnąć. A kiedy robi się jeszcze 
goręcej, powietrze wypełnia się ciepłą mgiełką i oddychanie 
sprawia niemal ból. Za każdym razem, gdy bierzesz oddech, 
czerpiesz haust zaklętej mgły i gorąca. I nic nie widzisz wyraźnie, 
bo wszystko drży. Krajobraz, domy, wszystko drży w upale. 
Może nawet ty sama drżysz. I tak tam pięknie, że nie potrafisz 
wyobrazić sobie życia gdzie indziej. To twoje światło, Rosi! 
- Żółte? - spytała, nie w pełni zadowolona. 
- Żółte, czerwone i zielone, drżące. Takie, że można je kroić 
nożem. I powietrze, i światło. Nigdy całkiem przejrzyste, z 
wyraźnymi, ostrymi liniami. Tam nie ma ostrych brzegów... 
Rozie wydawało się, że rozumie. 
- Potrafisz ładnie opowiadać, kiedy chcesz -uśmiechnęła się. 
- Nie mam czasu, żeby opowiedzieć ci wszystko 
0 Georgii, moja kochana! 
Przytulił się do jej policzka. Roza z ulgą pomyślała, że dotyka 
zdrowej części jej twarzy, chociaż domyślała się, że jemu nie 
sprawia to żadnej różnicy. Dziwnie było o tym myśleć, wiedząc 
jednocześnie, że Seamus rozpala w niej taki sam ogień, jaki 
kiedyś wzniecał 
i podsycał Jens. 
- Jak myślisz, o czym teraz gadają ludzie? - spytał. - W każdej 
najmniejszej chacie na wybrzeżu, od Baltimore do Youghal? 
- O tobie. 
- O mnie - kiwnął głową. - I o tobie. Jesteś teraz moją kobietą, 
Rosi Samuels. To twoje prawdziwe nazwisko? 
- Przynajmniej ta jego część, którą potrafisz wymówić - 
uśmiechnęła się Roza. 
 

background image

- Nie mam żadnych trudności z wypowiedzeniem „Rosi 
O'Connor" - szepnął. - I wszyscy wiedzą, że należysz do mnie. 
Jeśli zostaniesz, będą z tobą rozmawiać. Będą cię wypytywać, co 
o mnie wiesz, i chociaż jesteś kobietą, nie ma wcale pewności, 
czy wezmą to pod uwagę. Pałki same potrafią mówić i skłaniają 
ludzi do mówienia. 
- Właśnie takimi słowami zalecasz się do swoich kobiet? - 
zdziwiła się Roza, śmiejąc się leciutko, lecz, prawdę mówiąc, 
udało mu się ją wystraszyć. 
Nie było w tym ani przechwałek, ani przesady. Seamus był 
ścigany. Kiedy zniknął, stał się czymś więcej niż siewcą 
niepokoju i spiskowcem z jakiegoś miejsca na południowym 
wybrzeżu. Zmienił się w legendę, a legendy żyją w ludzkiej 
świadomości i stają się niebezpieczne... 
- Strachem porywasz je w ramiona, prawda? „Pójdź ze mną, moja 
piękna, bo inaczej zjawią się ludzie lorda i użyją na tobie swoich 
pałek..." - Roza nabrała powietrza. - Dlaczego akurat ja, Seamus? 
Możesz mieć prawie każdą. Dlaczego chcesz właśnie mnie? 
Seamus pokręcił głową. Cieszył się podmuchami wiatru, 
owiewającymi mu twarz. Nie pojmował, jak ona może pytać. Nie 
rozumiał, że może odczuwać inaczej. Przecież to istniało między 
nimi już od pierwszej chwili. 
- Ponieważ nie ma żadnych innych - odparł z całkowitą 
szczerością. - Ty się urodziłaś dla mnie, tak samo jak ja 
urodziłem się dla ciebie. Elfy wiedziały o tym od zawsze. Ma 
także zawsze o tym wiedziała, dlatego pozwolono mi pozostać 
kawalerem i czekać na ciebie. Nie wydaje ci się, że ożeniłaby 
mnie już dawno temu, gdyby nie wiedziała, jak ważne jest ocze-
kiwanie? 
 

background image

- Na mnie? - spytała Roza z niedowierzaniem. 
- Na ciebie - kiwnął głową Seamus. - Rozpoznałem cię od 
pierwszego wejrzenia. Nie wiedziałem dokładnie, jak będziesz 
wyglądać, lecz mimo wszystko miałem pewność, że to ty. Liam 
zaprowadził mnie do ciebie, i to także było słuszne. 
- Zdajesz sobie sprawę, że to brzmi jak szaleństwo? 
- Pytałaś, dlaczego - odparł. - I wiem, że coś do mnie czujesz. Nie 
wiesz tylko, co to jest. Nie zdajesz jeszcze sobie z tego sprawy, 
bo nie słyszysz elfów dostatecznie wyraźnie. Ale to przyjdzie z 
czasem. -Urwał na chwilę, a potem podjął: - Wiem, że nie zwa-
żasz na to, co zwyczajne. Nie pojmujesz, że my dwoje należymy 
do siebie? Żadne z nas nie potrafiłoby się związać ze zwyczajnym 
człowiekiem. Żadne z nas nie wytrzymałoby z kimś... mniejszym 
od nas. Posiadającym mniejszy dar... 
Głosy już wcześniej mówiły Rozie, że przyjeżdżając tutaj, 
postąpi słusznie. Sądziła, że ma to związek z Davidem i z 
dzieckiem, które mu obiecała, z synem, którego mu przyrzekła, 
którego mu urodziła i którego zostawiła w ramionach Margaret. 
Może się pomyliła. Głosy mogły mieć na myśli tego mężczyznę... 
- Chcesz, żebym poszła z tobą? - spytała. - Żebym cię poślubiła, 
chociaż oboje będziemy wiedzieć, że to oszustwo? Żebym 
wydała na świat twoje dzieci? Żyła u twego boku w tej krainie na 
zachodzie za morzem? Żebym była twoją kobietą... 
- I żebyś mnie kochała - dodał. - Żebyś była kochana. I dała 
początek nowej gałęzi rodu 0'Connorów w Ameryce. My dwoje 
będziemy pniem, z którego wyrosną nowe gałązki. Za sto lat o 
Rosi i Seamusie 0'Connorach ludzie będą opowiadać historie! 
- Nigdy mnie nie opuścisz? 
 
 
 

background image

- Nigdy cię nie opuszczę. 
- Nigdy nie będziesz mnie okłamywał? 
- Nigdy ci nie skłamię. 
- Nigdy niczego nie przemilczysz, Seamus! 
- Nigdy. 
- I nigdy nie będziesz mnie zmuszał, żebym opowiedziała ci o 
tym, o czym dzisiaj nie chciałeś słuchać? 
- Nigdy - obiecał. Roza westchnęła. 
- Czy takie są twoje warunki? - spytał z uśmiechem. - Niczego 
więcej nie wymagasz od mężczyzny? 
- A co by to miało być? 
Wolnym ruchem odwrócił ją do siebie, nie wypuszczając z objęć 
nawet na moment. Szare oczy przytrzymały jej wzrok. Seamus 
pożałował nagle, że nie jest jaśniej, jej oczy bowiem wyrażały 
coś, czego, jak wiedział, nigdy więcej już nie zobaczy. Rosi nigdy 
nie pozwoli, by ujrzał ją równie bezbronną jak teraz. 
- Będę cię kochał - powiedział cicho, a na wąskich kościach 
policzkowych pojawiły mu się ukośne zmarszczki uśmiechu. W 
głosie brzmiała czułość, taka sama jaką wyrażały dłonie na jej 
plecach. - Będę o ciebie dbał i nigdy nie tknę cię nawet palcem. 
Nie będziesz musiała harować, a ja będę cię wspierał, dzielił z 
tobą dnie i noce, stół i łoże. Będę się z tobą dzielił nawet myślami 
i nigdy nie pożałujesz tej chwili, w której zgodziłaś się zostać 
moją. 
- Wobec tego się zgadzam - uśmiechnęła się Roza, odpychając 
myśli, ciągnące ją na północ. - Kiedy chcesz, żebym porzuciła 
wszystko? 
- Już teraz - odparł Seamus. - Jeszcze tej nocy. 
 

background image

Rozdział 2 
- Coś musicie tu pozostawić - stwierdziła Charlotte 0'Connor, z 
oddaniem patrząc na syna. 
Rodzice być może nie powinni mieć ulubieńców. Charlotte 
kochała wszystkie swoje dzieci, lecz Seamus zawsze miał w 
sobie coś szczególnego. Nawet gdy był dzieckiem, jakby się 
żarzył. Od dawna wiedziała, że będzie go posiadać w jeszcze 
mniejszym stopniu niż inne dzieci. Tamte mogła obserwować, 
dzielić z nimi dni i chwile. Natomiast ścieżki, które wybierał Se-
amus, nie były przeznaczone dla niej. 
Wyczekiwała go, odkąd wyjechał, aż do momentu, gdy poczuła 
po sobie, że się zbliża. Odkąd wiedziała, że znów dotknął stopami 
irlandzkiej ziemi. Czekała i dziś wieczór, bo chociaż była o wiele 
starsza od Seamusa i Rosi, młodym powrót z uroczystości ku czci 
świętego Patryka zajął trzy godziny więcej niż jej. 
Charlotte rozumiała Seamusa i pragnęła tego, co, jak widziała, 
wydarzyło się podczas tańców - lecz także tęskniła za tym swoim 
synem. Nigdy nie było łatwo dzielić z nim jego życia. Jako matka 
wiedziała, że dla niej przeznaczony jest najmniejszy kawałeczek. 
Myślała jednak, że będzie czas na wspólne rozmowy, na zajęcie 
się nim, na powiedzenie mu, że włosy za bardzo już mu urosły, że 
powinien lepiej się odżywiać, i czas na wysłuchiwanie po raz 
kolejny jego opowieści o rodzeństwie. O jej dzieciach, które znaj-
dowały się tak nieskończenie daleko, w Georgii. 
 
 
 
 
 
 

background image

W Ameryce. Za morzem. Nie zbliżyły się do niej ani odrobinę, 
chociaż nazwały tamto miejsce Dublinem. 
Tymczasem on zapowiedział, że znów wyjeżdża, i to niemal 
jeszcze zanim zdążyła głębiej odetchnąć i uważniej mu się 
przyjrzeć. 
- Ciebie też chcę zabrać ze sobą, Ma - rzekł z powagą. Szczerze. 
Ciemne brwi ściągnęły mu się u nasady nosa. 
Nikt nie potrafi wyglądać tak niewinnie jak mój Seamus, 
pomyślała Charlotte. Jeśli tylko c h c e  wyglądać niewinnie. 
Właśnie ten wyraz twarzy niejednokrotnie go ocalił. Usta 
leciutko rozciągnięte w półuśmiechu, poważnie spoglądające 
szare oczy, przypominające plamki popiołu w pociągłej twarzy, i 
te proste brwi, odrobinę uniesione, przywodzące na myśl lekko 
spadzisty dach. 
- Wszyscy tego chcemy - podjął, chociaż musiał ją znać na tyle 
dobrze, żeby wiedzieć, jaką odpowiedź usłyszy. - Wszyscy kazali 
mi cię prosić. Błagać. Zabrać cię siłą, gdyby to miał być jedyny 
sposób... 
Uśmiechnął się szeroko, ani trochę nie przesadzał. Charlotte 
dobrze wiedziała, że z całą pewnością mówi prawdę. Znała ich. 
Znała ich lepiej niż ktokolwiek inny, może nawet lepiej niż oni 
sami. Wszyscy jej synowie, niech ich Bóg błogosławi, no i Fiona, 
z całą pewnością wbijali bratu do głowy, co ma powiedzieć, jak ją 
nakłonić, a mówili to wszystko ze świadomością, że ona nie da 
się namówić. 
- Tu się urodziłam - oświadczyła z mocą. - Tu przeżyłam 
szczęśliwe życie, Seamusie. Szczęśliwe mimo wszystko. Tutaj 
został pochowany twój ojciec, i ja także umrę tutaj i tu złożą mnie 
do grobu. W ziemi należącej do mego ludu, nie w żadnym obcym 
kraju, chociaż ty, Padraig, Breandan, Eamonn, Fiona, Joseph 
 

background image

i Adam uczyniliście tamten kraj swoim. On przez to nie stanie się 
bardziej mój, Seamusie. Jest i pozostanie Ameryką, tymczasem ja 
i Irlandia jesteśmy ze sobą związane. W Irlandii jest mój dom. 
Muszę zostać tutaj, synu. Ty o tym wiesz. 
- Owszem, wiem, ale musiałem spytać - powiedział Seamus i 
uśmiechnął się szeroko uśmiechem w kształcie półksiężyca, w 
którym kąciki ust podciągnęły mu się w górę, nadając jego 
twarzy wyraz przypominający lisa albo kunę. W takich chwilach 
rozpoznawała w nim Owena, chociaż być może tylko ona to 
widziała. Trzeba być matką, by zauważyć takie rzeczy. Więk-
szość ludzi twierdziła, że Seamus wdał się w nią i w jej rodzinę. 
Było to w pewnym sensie słuszne - ludzie dostrzegali w innych 
to, co chcieli zobaczyć. 
- Zawsze pragnęłam, żebyś nie miał w sobie tego ognia - 
przyznała Lottie, przytrzymując dłonie Seamusa. - Zawsze 
chciałam, żebyś nie brał sobie do serca całej tej 
niesprawiedliwości, jaką widzisz. A potem przestałam się o to 
modlić. Ktoś przecież musi to robić. Przecież nic się nie zmieni, 
jeśli nie znajdzie się ktoś, kto ośmieli się czuć tak jak ty, odważy 
się działać tak jak ty. I nie chodzi tylko o to, że podjąłeś się coś z 
tym zrobić. Ty tak czujesz. Odbierasz to tak, jakby chodziło o 
ciebie samego, a wtedy jest zupełnie inaczej. 
- Cieszę się, że mnie rozumiesz - powiedział. 
- Lepiej płonąć, niż więdnąć, Seamus. A ten, kto plonie, powinien 
mieć matkę dostatecznie silną, by zniosła zarówno radość, jak i 
ból. Wydaje mi się, że jestem dosyć silna. Nie przypadkiem stałeś 
się tym, kim jesteś, mój synu. Ale nie chcę wiedzieć za dużo 
-dodała. - Nie chcę za bardzo kłamać. Zostawcie tyle rzeczy, 
Rosi, ile tylko możecie. Nie mówcie mi, dokąd się wybieracie, 
kiedy będziecie odchodzić. Zacze- 
 

background image

kajcie z wyjściem, dopóki nie zasnę, dzięki temu nie będę 
wiedziała, kiedy zniknęliście. Być może jestem staroświecka, ale 
lubię być ze sobą w zgodzie. 
Charlotte ogarnął smutek, lecz nie chciała okazywać go przy 
nich. Starała się być silna, chociaż wiedziała, że upłynie długi 
czas, zanim znów któreś z nich zobaczy. 
- Z tobą zawsze tak było, Seamusie - powiedziała. Nie chciała, 
żeby zobaczył jej łzy. Również tym razem. Kiedy chciała się 
wypłakać, płakała w samotności. Owen kilkakrotnie widział jej 
płacz, ale nie było powodu, żeby dzieci oglądały słabość matki. 
- Nigdy nie wiedziałam, czy wrócisz, czy nie. Zawsze gdy 
wychodziłeś za drzwi, mógł to być ostatni raz. W takich 
sytuacjach pożegnanie drogo kosztuje. 
- Ja wrócę! - obiecał. - Oboje wrócimy. Charlotte miała na ten 
temat swoją własną opinię. 
Wielokrotnie słyszała, jak to mówił, i gdy teraz powtórzył te 
same słowa, miała wrażenie, że odzywa się w niej echo. Być 
może umiała patrzeć wnikliwiej niż oni. Tyle było rzeczy, które 
przyćmiewały im wzrok. Żadnemu z nich nie będzie łatwo tutaj 
wrócić. Rosi być może tego nie rozumiała, lecz ona także, 
wyruszając razem z jej synem, paliła za sobą mosty. Jeśli jednak 
nie zdawała sobie z tego sprawy, Lottie tym bardziej nie 
zamierzała jej tego uświadamiać. Tak będzie lepiej dla jej syna. 
Bez tej dziewczyny z obcych stron Seamus byłby taki samotny. 
Nie mogła pozwolić, by był samotny tam, za morzem. 
Charlotte O'Connor żałowała, że nie ma dość odwagi, by 
wyjechać wraz z nimi, albo że nie jest z rodzaju tych irlandzkich 
matek, które wczepiłyby się pazurami w ukochanego syna i 
nakłoniły go do pozostania. Przypieczętowały jego los. 
 

background image

Ale jej już dawno temu elfy szepnęły; że gałązki wyrosłe z tego 
drzewa, którym był jej syn, nie będą wyciągać się nad Irlandią. 
Ona była tylko jego matką, nie mogła odmienić jego 
przeznaczenia. 
- Nie zapominaj, skąd pochodzisz - powiedziała, palcami 
przeczesując mu włosy. 
Nie potrafiła się przemóc, żeby go uściskać. Ale objęła 
ramionami Rozę, zanim wróciła do swojego alkierza. Z pomocą 
Boga i elfów uda jej się zasnąć, zanim wyjdą, tak by o niczym nie 
wiedziała i aby później nie musiała kłamać. 
To nie było rzeczywiste. Wydawało się nierealne. Wykradli się z 
domu w środku nocy jak złodzieje. Zabrali ze sobą tylko tyle, ile 
zdołali unieść, a i tak żadne z nich nie dźwigało ciężarów. 
Seamus nie chciał brać żadnych zapasów jedzenia, ot, tyle, by 
starczyło na jeden posiłek. Roza widziała, że wetknął pieniądze 
do naczynia, które Lottie stawiała na półeczce nad drzwiami. Na 
półce, którą zrobił Peder, ozdobioną łukiem, girlandami i 
kwiatami wyrzeźbionymi w drewnie. Kwiatami, które mała 
Siobhan uważała za dziwne, lecz mimo wszystko akceptowała je, 
ponieważ to jej daddo Peter je wyrzeźbił. 
Peder... 
Gdyby wiedziała, że to nie jest prawdziwe pożegnanie... 
Nie chciała o nim myśleć. 
Do Ameryki wciąż było daleko. Może wręcz nigdy tam nie dotrą? 
- Dokąd idziemy? - spytała szeptem, bo mówienie normalnym 
głosem wydawało jej się niewłaściwe. 
Przekradali się drogą w najczarniejszej, najmroczniejszej porze 
doby, w porze, kiedy nawet elfy spały. 
 
 

background image

Oczywiste było, że nie mogą rozmawiać jak zwykli ludzie. 
Przestali już być zwykłymi ludźmi. Rozie przemknęło przez 
głowę, że Seamus O'Connor być może nigdy nie był zwyczajnym 
człowiekiem. 
- A gdzie byś szukała Seamusa O'Connora? - spytał prawie z 
rozbawieniem. - Gdybyś była z królewskiej policji, Rosi, gdzie 
byś mnie szukała? 
- U twojej matki - odparła Roza. - U Franka. 
- A gdyby mnie nie było w żadnym z tych miejsc? 
- W Cork - zaproponowała. - Może na zachód, wzdłuż wybrzeża. 
Albo w stronę Waterford. Albo może na samej północy, aż do 
Dublina. Będą przecież myśleć, że zamierzasz wrócić. Zapewne 
domyślają się, że nie zamierzasz osiąść w rodzinnych stronach... 
- Bystra jesteś - stwierdził. - A ponieważ będą mnie szukać 
wzdłuż wybrzeża od Dingle Bay aż po Dublin, postąpimy w 
jedyny sposób, jaki, ich zdaniem, nigdy nie przyszedłby nam do 
głowy. Na pewno powiedzą: „Taki głupi to on nie jest!" i będą się 
podśmiewać, ponieważ tak dobrze mnie znają. I właśnie dlatego 
postąpię głupio. 
- Nie pójdziemy do Dublina? - spytała Roza. - Nie wzdłuż 
wybrzeża? 
- Wydaje mi się, że elfy już zdążyły wszystko ci opowiedzieć - 
uśmiechnął się Seamus w ciemności, Roza spostrzegła biały 
błysk jego zębów. - Ma nie wie, o czym mówi, twierdząc, że ty 
ich nie widzisz. Znasz wszystkie moje myśli, a jak by to było 
możliwe, gdyby to nie elfy zdradzały ci wszystkie moje 
tajemnice? 
- Idziemy w góry - domyśliła się Roza. Seamus kiwnął głową. 
- Zagrody w górach stoją jeszcze puste. Chłopi ledwie zaczęli 
wychodzić na pola, żeby sprawdzić, czy w tym roku będą mogli 
wcześnie uprawiać ziemię. 

background image

Widziałem dzisiaj kilku, którzy próbowali wbić łopatę. Jeśli w 
dzień świętego Patryka da się kopać, zapowiada się dobry rok. To 
znaczy, że ziemniaki będzie można posadzić już w Wielki Piątek, 
i może Bóg pobłogosławi ludzi obfitymi zbiorami. 
Odetchnął głębiej i sprowadził ją z drogi. Przeszli przez 
kamienny murek i znaleźli się na jednym z wielu poletek, 
stanowiącym fragment wielkiego, wzorzystego dywanu, 
rozciągającego się między wzgórzami, które ku północy 
zmieniały się w góry, a morzem, wyśpiewującym swoje pieśni od 
południa. 
- Wyjęci spod prawa zawsze mogli znaleźć miejsce na 
odpoczynek w górskich zagrodach, lecz oczywiście najlepiej jest 
tam latem, kiedy są już zwierzęta, a pożywienie trochę tłuściejsze 
niż to, którym my będziemy musieli się zadowolić. 
- Jak to daleko? - spytała Roza. Seamus roześmiał się. 
- Cztery godziny, jeśli nie będziemy po drodze zanadto marudzić. 
I mam na myśli cztery godziny marszu w ciemności, Rosi. Nie za 
dnia. Powinniśmy dotrzeć na miejsce o świcie. To najbliższa 
zagroda. Żywa dusza nie będzie mnie tam szukać. 
- A potem? 
- Za cztery dni wrócimy - odpowiedział. - Nie mogłem zostać, 
skoro ludzie już mnie widzieli, tyle chyba rozumiesz. 
- A dlaczego pozwoliłeś, żeby cię zobaczyli? - dopytywała się, 
starając się dotrzymać mu kroku. Nie chciała, by przez nią marsz 
się wydłużył, żeby tych godzin wędrówki zrobiło się więcej niż 
cztery. Seamus nie może uznać jej za zawadę. - Mogłeś się ukryć. 
Twoja matka na pewno chciałaby, żebyś został przez jakiś czas. 
- Matka wie, że jestem dorosły - odparł. - Zdaje sobie sprawę, że 
moim przeznaczeniem nie są pola ziemniaczane. 
Jego głos zabrzmiał tak ponuro, że Rozę aż zakłuło w sercu. 
Niczego na świecie nie pragnęła bardziej, niż pocieszyć Seamusa. 

background image

Ulżyć mu w bólu, który w sobie nosił, ująć ciężaru, jaki nakładały 
na niego wszystkie jego ofiary. Nikt nie powinien dźwigać 
takiego brzemienia w samotności. 
- Obiecałem ci, że przyjdę - uśmiechnął się. - I dla widoku 
twojego uśmiechu, kiedy mnie zobaczyłaś, dla usłyszenia tej 
ciszy, która wokół nas zapadła, było warto. Tysiąc razy 
postąpiłbym tak samo. Dla ciebie. Musiałem nazrywać dla ciebie 
konwalii. Musiałem z tobą zatańczyć. Kto wie, czy w inny sposób 
zdołałbym cię nakłonić, żebyś ze mną poszła. A rozgrzanie stóp 
dziewczyny w tańcu zawsze pomaga... 
- Ty coś o tym wiesz - wtrąciła, bo trudno jej było uwierzyć, że 
Seamus mówi poważnie. Wszak ona nie zaliczała się do 
dziewcząt, za którymi mężczyźni szaleją. 
- Jestem wyjęty spod prawa, Rosi - odparł. - Wydaje mi się, że nie 
rozumiesz jeszcze, jak myślą porządne irlandzkie dziewczęta. A 
zwłaszcza, jak myślą ich rodzice! 
- Wobec tego opowiedz mi o tym - poprosiła. 
- Czy ja mam ziemię? - Seamus zadał pytanie. - Nie - 
odpowiedział na nie sam. - A nawet ze spłachetkiem ziemi 
wielkości pięćdziesięciu miar, jakie mają wszyscy inni, i tak 
trudno by mi było znaleźć porządną dziewczynę z odpowiednim 
posagiem, zakładając oczywiście, że szukałbym wśród nich żony. 
- Wygląda mi na to, że wybrałeś raczej biednie -stwierdziła Roza 
z goryczą, myśląc o rodzinnym domu, o Samuelsborg w 
Kafjorden. Zastanawiała się, co 
 

background image

Seamus powiedziałby o tym spłachetku ziemi. Ojciec posiadał go 
na własność. Teraz ziemia należała do Ole-go, była jego własną 
ziemią, za którą nie musiał płacić dzierżawy. 
- Irlandzkie dziewczęta z nikim nie zatańczą, dopóki nie obieca 
im się małżeństwa i tych pięćdziesięciu miar pola - stwierdził 
Seamus. - Nie zawieszą na człowieku oka, dopóki nie powie im 
się o planach wobec nich. A w tych planach powinien mieścić się 
ślub, inaczej uparcie będą odwracać wzrok... 
- Chyba nawet zauważyłam, że żadna na ciebie nie patrzy... 
Seamus roześmiał się ciepło. 
- Podoba mi się, że jesteś zazdrosna. Mówią o mnie, że jestem 
niebezpieczny. Oczywiście, że na mnie patrzą! Ale wiedzą, że się 
dla nich nie nadaję. Widzisz, irlandzkie dziewczyny mają dobrze 
poukładane w głowach... 
- W przeciwieństwie do Norweżek? 
- Ja ciebie z nikim nie porównuję - rzekł z powagą i przystanął. 
Ujął ją za rękę, przyciągnął do siebie i nakrył jej usta wargami. 
Całował chciwie, zdecydowanie, jakby miał ją na własność. 
- To by było niesprawiedliwe wobec wszystkich innych - 
uzupełnił później, kiedy wędrowali dalej przez noc. Szli, 
trzymając się za ręce, z palcami splecionymi. 
- Co się wydarzy za cztery dni? - spytała Roza. Seamus nie 
odpowiedział na pytanie, lecz to mógł 
być przypadek. Roza pamiętała, co mówiła Lottie o tym, żeby nie 
wiedzieć za dużo, i rzeczywiście wolała takie rozwiązanie. Był to 
jednak bardzo irlandzki sposób myślenia, a przecież ona 
pochodziła z Norwegii. Jeszcze w dzieciństwie wpojono w nią 
umiejętność 
 
 
 

background image

milczenia, lecz w jej myślach zawsze wprost roiło się od pytań. 
- Kto przebywa w Kinsale? - spytał Seamus. - Z dala od zagród, w 
których uprawia się ziemniaki, i od lepianek z ziemi? 
- Lord - odparła Roza. - Bogacze na wakacjach. Utytułowani 
Anglicy... 
- Kobiety wystrojone w eleganckie suknie, które nudzą się, 
podczas gdy ich mężowie - z tytułami lordow-skimi czy 
oficerskimi pagonami z marynarki - zabawiają się żeglowaniem - 
dokończył Seamus. - Władze uznają, że to ostatnie miejsce, w 
którym mógłby się pojawić Seamus O'Connor. Czy też byś tak 
nie myślała? 
Roza roześmiała się. On jest szalony! 
- To żadna sprawa, żeby w ciemnościach jedna z tych ich łódek 
zniknęła. A jak już się dopłynie daleko, do horyzontu, może cię 
zabrać większy statek. 
- Łódkę tymczasem morze wyrzuci na brzeg? 
- Niekoniecznie. Nie jestem osamotniony w swoim myśleniu, 
Rosi. Jest nas wielu. Niektórzy z nas wyjeżdżają do Ameryki. 
Inni zostają. Ale jesteśmy razem bez względu na to, gdzie 
przebywamy. Ci, którzy zostają, dokładają do ognia, żeby nie 
wygasł w piecu, za nas, tych, którzy musieli wyjechać. 
Słowa, których używał Seamus, nie były jedynie przenośnią. 
Rzeczywiście ci, którzy zostawali, palili w opustoszałych 
chatach, pozostawionych przez tych, którzy opuścili Irlandię. 
Chcieli uniknąć gniewu elfów. Jeśli ogień zagaśnie, cały dom 
czeka zagłada. W dodatku nie wiadomo, czy tam, za morzem, w 
Nowym Świecie, naprawdę jest jakaś przyszłość. Niewykluczo-
ne, że ci, którzy wyjechali, powrócą, znów zjawią się w swoich 
domach w Irlandii. Rodzina i przyjaciele, pozostali tutaj, starali 
się ze wszystkich sił, żeby tamci 
 

background image

mieli do czego wrócić. Jeśli dom przestawał istnieć, nie można 
było przynajmniej winić elfów o to, że rozgniewały się na tych, 
którzy wyjechali. 
- Cztery dni w górach, a później z powrotem do Kinsale? 
Seamus wzruszył ramionami. 
- Zapewne uznają, że jestem bliżej Dublina. Że staram się 
przedostać do Liverpool albo do Swansea. Będą myśleć tak, jak 
chcę, żeby myśleli. Jestem z tego zadowolony. 
Roza czuła po sobie, że nie powinna pytać, co Seamus naprawdę 
zamierza zrobić. Zdradził jej trochę, przeczuwała jednak, że ta 
historia ma jeszcze dalszy ciąg. Na razie wciąż chyba nie musiała 
znać jej dokładnie. Rozumiała, że musi się z tym pogodzić. 
- Co się z tobą stanie, jeśli cię złapią? 
Nie potrafiła się przemóc, żeby nazwać wroga jego prawdziwym 
imieniem. „Oni" brzmiało znacznie lepiej niż „policja". Policja 
lorda i królowej. „Pałki", jak z krzywym uśmiechem określił ich 
Seamus. 
Odpowiedział jej jednym słowem: 
- Szubienica. 
- Będziesz miał rozprawę w sądzie! 
Roza nie potrafiła sobie wyobrazić, że mogłoby się to stać w 
jakikolwiek inny sposób. 
Seamus mocniej chwycił ją za rękę. Teraz dotykały się już nie 
tylko ich palce, lecz także wnętrza dłoni przyciskały się do siebie. 
Ich pot mieszał się ze sobą. 
- A cóż ich obchodzi rozprawa? - spytał cierpko. -To ja skradłem 
konie lorda i ośmieszyłem go na całą Irlandię. Ciągle jeszcze 
zachodzą w głowę, jak mi się to udało. Nie wiedzą nic na pewno, 
bo wszyscy, którzy w tym brali udział, wyjechali do Ameryki. 
Roześmiał się na to wspomnienie. 
 

background image

- Możesz być pewna, Rosi, że jak mnie złapią, nie będzie żadnej 
rozprawy. I na pewno zawisnę na szubienicy. Powieszony w 
takim miejscu, gdzie wielu ludzi będzie mogło mnie oglądać, 
gdzie ptaki będą mogły wydziobać mi oczy. To będzie dla nich 
zwycięstwo. 
Zorientował się, że Rozie dech zaparło w piersiach. Usłyszał 
szloch, który usiłowała przed nim ukryć, i przez głowę 
przeleciała mu myśl, prędka niczym orzeł nurkujący po ofiarę, że 
Roza musi być niesłychanie dzielna. 
Przed tym dniem prawie się nie widzieli. Wdarł się w jej życie 
zaledwie przed kilkoma godzinami i przyniósł jej tylko skromny 
bukiecik konwalii. Już wtedy zwieszały główki. Nie wiedział, co 
Roza zrobiła z kwiatkami. Nie pamiętał. Prawdopodobnie więdły 
gdzieś w domu jego matki. 
- Nie zamierzam im pozwolić na takie zwycięstwo - oznajmił, 
przystając. 
Do tej pory nie zatrzymywali się, żeby odpocząć. Roza się nie 
skarżyła i również za to Seamus ją podziwiał. Nie mówił o tym 
głośno, bo w jego charakterze nie leżało sypanie słowami 
uznania, jeśli nie było to naprawdę konieczne. Rozy nie 
zamierzał traktować wyjątkowo. Taki już był. Nawet Rosi nie 
mogła go zmienić. Seamus nie podejrzewał jej zresztą nawet o 
taki zamiar. 
- Zmęczona jesteś? - spytał, koniuszkami palców leciutko 
dotykając jej policzka. Tego gruzłowatego, czerwonego. 
Przyglądał mu się poprzez swoje pałce, a Roza pomyślała, że ona 
wcale się tym nie przejmuje. Nie skupiała się na swojej 
brzydocie. Ważniejsze było napawanie się jego dotykiem. 
-Jestem przyzwyczajona do marszu - odparła. 
- Przecież całkiem niedawno rodziłaś - przypomniał z czułością. 
 

background image

- Tam, skąd pochodzę, kobiety zajmują się obrządkiem w oborze 
w kilka godzin po wydaniu dziecka na świat - powiedziała Roza 
w jego palce. Nie odsunęły się od jej warg, kiedy mówiła. 
Poruszały się wraz z nimi. Zmysłowo. 
- Daleka droga przed nami - powiedział Seamus. 
- Wiem. 
- Żałujesz? 
Roza w ciemności rozejrzała się dokoła. Niewiele mogła 
dostrzec. Dawno już pozostawili za sobą wszelkie zabudowania. 
Przechodzili przez wiele płotów, a on nie musiał nawet jej 
pomagać. Teraz posuwali się pod górę, lecz Roza ledwie widziała 
otaczający ich krajobraz. Zagadką pozostawało dla niej, w jaki 
sposób Seamus odnajduje drogę. 
- To ty masz dość ciągnięcia mnie za sobą - roześmiała się, lecz 
poczuła leciutkie ukłucie strachu. W każdej chwili spodziewała 
się, że on powie wreszcie, że to nie jest rzeczywiste, że tak 
naprawdę wcale nie chce jej ze sobą zabierać. Że to tylko taka 
zabawa. Co ona sobie myśli? 
- Chcę wiedzieć, że masz pewność - powiedział Seamus z 
naciskiem. - Nie chcę, żebyś żałowała. 
- Nie żałuję - odparła. - Skąd wiesz, którędy mamy iść? 
- Jako młody chłopak każdego lata pasałem tutaj owce. Od 
dziesiątego roku życia do czternastego, zanim mogłem się 
przydać do jakiejś porządnej roboty. Razem z Danielem Connelly 
- on był duży jak na swój wiek, a ja - silny. Spędzaliśmy tu całe 
lato i żaden z nas nie chciał dorosnąć. Ale to spotkało nas obu. 
Objął Rozę ramieniem. 
- Jeszcze cztery godziny. Może. Dasz radę? 
- Dam - odparła, bo innej odpowiedzi nie było. 
 
 

background image

Rozdział 3 
Maleńka chatka z drewnianych bali w górach, którą Roza sobie 
wyobrażała, nie istniała. Była za to maleńka dziupla z kamienia, 
nierówna w formie, z dachem z darni i paleniskiem, które miało 
zarówno grzać, jak i dawać światło. Nie było w niej okien, przez 
które można by wyglądać lub które wpuszczałyby do środka 
promienie słońca, budzące śpiących rano. 
Roza zadrżała na ten widok, lecz była do tego stopnia zmęczona, 
że osunęła się na pryczę stojącą pod kamienną ścianą i zapadła w 
sen, jeszcze nim zdążyła się położyć. 
Gdy się obudziła, otoczenie wyglądało niewiele lepiej. Kamienne 
ściany wciąż pozostawały kamiennymi ścianami, chłonęły 
wszelkie światło, lecz oczy Rozy zdołały przynajmniej dostrzec 
to, co było do zobaczenia. A było tego niewiele. Zakasłała się, bo 
z paleniska unosił się dym. 
Podłoga była z ubitej ziemi, taka, jaką ją chyba zapamiętała, gdy 
wtoczyli się do chaty pod koniec nocy lub o wczesnym świcie. 
Trzęsła się z zimna pod wilgotnymi, cuchnącymi zgnilizną 
kocami. Czuła, jaka jest sztywna, jak ciało boli po długim 
marszu. W dodatku wydawało jej się, że otarła sobie nogi. 
Wyprostowała się ostrożnie. Miała wrażenie, że porusza się we 
śnie. Tak bardzo to było nierzeczywiste. 
 

background image

Ale sny przecież zawsze bywają nierzeczywiste. 
Nierzeczywiste, lecz nie nieprzyjemne. Przynajmniej te, które 
samemu się tworzy... 
A czegoś takiego ona nigdy nie potrafiłaby sobie wyobrazić. Na 
tyle pozostało jej wiary we własny rozum i we własną 
wyobraźnię. Fantazja wielokrotnie bywała jedyną rzeczą, którą 
mogła się karmić. Ale Roza Samuelsdatter z Kifjorden w parafii 
Alta, w położonym najdalej na północ i najzimniejszym krańcu 
Norwegii nigdy w życiu nie byłaby w stanie wyobrazić sobie, że 
może się znaleźć odrętwiała i zmarznięta w nędznym, 
kamiennym szałasie gdzieś daleko w obcym kraju. 
Być może przyśniłby się jej ten mężczyzna, który musiał schylać 
się, wchodząc, żeby nie uderzyć się w głowę... 
On był rzeczywisty... 
Roza nabrała tak wiele powietrza, że aż zabolało ją w płucach. 
Drzwi zostawił otwarte, razem z nim do środka wpadło światło, 
uczyniło z niego anioła. 
Roza wiedziała, że to nieprawda. 
Był mężczyzną... 
Seamus odsunął się lekko na bok. Pozwolił, by światło wypełniło 
każdy kąt maleńkiego, szaroczarnego pomieszczenia z kamieni, 
by odszukało wszystkie nierówności kamiennych ścian. 
Roza usiadła z wysiłkiem. Było jej zimno, lecz zrzuciła koc, 
którym się owinęła, wydał jej się wstrętny, zresztą w ciężkiej, 
szarobrunatnej wełnie, sfilcowanej niemal tak jak rękawice, które 
mężczyźni zabierali na Lofoty lub na wiosenne połowy w 
Finnmark, nie została już ani krztyna ciepła. Koc był już tylko 
ciężki, mokry i zimny, dlatego go odrzuciła. 
Nóg nie spuszczała z pryczy, bo bardziej przeczuwała, niż 
wiedziała, że podłoga będzie lodowata. Już ciągnęło od niej 
chłodem. 

background image

Seamus stał w samej koszuli, nawet podwinął jej rękawy. Roza 
nie pojmowała, skąd u niego tak gorąca krew, że może się tak 
cienko ubierać. Guziki przy szyi miał rozpięte, odsłaniał gładką 
skórę. Nie był wcale tak blady jak mężczyźni, których z daleka 
widywała zimą. Seamus miał skórę tak ciemną, że wydawało się 
to wręcz nienaturalne. Roza pomyślała, że powinna chyba 
pogodzić się z tym, iż on także jest tylko snem. Tak było aż do 
chwili, gdy Seamus otworzył usta i przemówił do niej. 
- Dzień ledwie się narodził, Rosi - powiedział z tym swoim 
uśmiechem kuny. Uśmiechem dzikiego zwierzęcia, który potrafił 
oszukać. Z tym uśmiechem, który mówił, że on wcale nie jest 
niebezpieczny, przekona się o tym, gdy tylko podejdzie bliżej. Z 
uśmiechem w kształcie półksiężyca, z zaciśniętymi wargami i 
kącikami ust unoszącymi się ku szczupłym, wręcz zapadniętym 
policzkom. Jego oczy przypominały łódki, a brwi przywodziły na 
myśl spadzisty dach chaty. 
- Nie wyjdziesz, żeby go podziwiać? 
Chyba nie po to szli przez całą noc, bez jednej prawdziwej 
przerwy, by podziwiać nowy dzień! Roza nie miała siły, żeby mu 
to wykrzyczeć, zresztą brakowało jej też odwagi. W jej 
wyobraźni wszędzie dookoła czaili się wrogowie. On był wyjęty 
spod prawa, a sam fakt, że i ona jest tu razem z nim, być może 
również ją stawiał na tym samym poziomie. Nie wiedziała. To o 
nim myślała, nie o sobie. We wszystkim, czego nie mogła 
zobaczyć, mógł znajdować się ktoś, kto zaprowadzi Seamusa na 
szubienicę. 
- Czy ty w ogóle powinieneś wychodzić? - spytała zatroskana, 
ściągając brwi. 
 

background image

Seamus niemal podniósł ją z pryczy. Roza nie pomyliła się co do 
podłogi. Była tak zimna, że zdawała się parzyć. Ogień przeniknął 
przez bose stopy Rozy aż do kolan. 
- Napalę tu teraz - powiedział Seamus spokojnie, cały czas z 
uśmiechem. - Nagrzeję, korzystając z tego, że ciągle jeszcze jest 
tak wcześnie, że kręcić się mogą tylko ludzie, którzy mają coś na 
sumieniu. Inni, podobni do nas. Potem będę musiał zgasić ogień, 
dym widać z daleka, Rosi. 
Pocałował ją w czoło, lecz nawet nie próbował się do niej zbliżyć. 
Był przy niej. Nic więcej. Rozę ogarnęło dziwne uczucie. 
- Udało mi się wstać tak wcześnie, że poszedłem trochę na ryby... 
Roza uniosła brwi. 
- Jest tu kilka zakoli w strumieniu niedaleko stąd - powiedział z 
chytrą miną. - Trout... 
Roza nie miała pojęcia, o jakich rybach on mówi, lecz gdy 
wyciągnął ją na nowo narodzony dzień, w trawie pod ścianą 
szałasu zobaczyła trzy pstrągi i teraz wiedziała już, że nauczyła 
się nowego słowa. 
- Trout - powtórzyła, smakując słowo i niemalże już czując, jak 
na widok pieczonego pstrąga ślina napływa jej do ust. Wiedziała, 
że tego słowa nie zapomni. 
- Czy ty w ogóle nie spałeś? - spytała z kobiecą troską. 
Seamus wzruszył ramionami. Ręką pokazał jej kierunek, w 
którym mogła znaleźć strumień. Roza ruszyła więc boso po 
porannej rosie i wkrótce nie czuła już zimna. Zanurzyła stopy w 
perlistej rosie wśród młodej trawy i stwierdziła, że chyba nigdy w 
życiu nie stąpała po czymś równie miękkim. 
Doszedłszy do strumienia, nie przejmowała się tym, że zmoczy 
spódnicę, tylko uklękła i pełnymi garścia- 
 

background image

mi zaczęła czerpać przejrzystą, chłodną wodę. Zaspokoiła 
pragnienie i przez chwilę wydawało jej się nawet, że przestała 
być głodna, ale to było tylko złudzenie. Roza wiedziała o tym i 
rzeczywiście, gdy umyła ręce aż po łokcie i twarz, aż od chłodu 
straciła czucie w palcach, znów odezwała się myśl o jedzeniu. 
Takich rzeczy nie można sobie wmówić. 
Cała przygoda teraz, w świetle dziennym, wydawała się mniej 
kusząca, lecz Roza nie chciała się zastanawiać, czy żałuje. 
Decyzję podjęła sama. Seamus do niczego jej nie zmuszał. Nie 
miał nic, co pozwoliłoby mu wywrzeć na nią presję. Jeszcze 
nigdy w stosunkach z żadnym mężczyzną nie miała tak wielkiej 
wolności. Nigdy nie złożyła swego życia w ręce kogoś, kto by tak 
lekko ją trzymał jak Seamus. 
Siedziała nad strumieniem, obejmując kolana ramionami. Jeśli 
dostatecznie się postarała, to potrafiła wmówić sobie, że słońce 
grzeje. Spódnicę miała czarną, taką, która przyciąga do siebie 
promienie. 
Nad głową usłyszała krzyk drapieżnego ptaka i wysoko, prawie w 
samym niebie, dostrzegła jego mroczną sylwetkę, strzępiaste 
skrzydła, uderzające leniwie, unoszące go wiele wyżej niż 
skrzydła wszystkich innych ptaków. Mrugnęła i wydało jej się, że 
dostrzega dwa ptaki, lecz być może było to tylko przywidzenie. 
Odchyliła głowę w tył najdalej jak się dało, lecz straciła ptaka z 
oczu. 
- Orły cię witają - rozległ się głos Seamusa. Roza natychmiast się 
poderwała. Stał blisko tuż za 
nią, uśmiechając się leniwie. Powoli jeszcze się zbliżył. 
- Nie słyszałam, jak nadchodzisz. Mówiłeś o orłach? 
Kiwnął głową, przykucnął obok niej. Najwyraźniej nie chciał się 
zamoczyć. 
 

background image

- To złociste orły, które opalają sobie skrzydła, ponieważ latają za 
blisko słońca. 
- Żartujesz sobie ze mnie. 
- Myślisz, że nie znam tutejszych ptaków? - spytał wyzywająco. 
Ten bezczelny uśmieszek stanowił część jego natury. - Myślisz, 
że nie słyszałem krzyku orłów, zanim rzucą się na ofiarę na 
ziemi? Są tu orły i jastrzębie wróblojady. Pasałem tutaj jako 
dziecko. Nie pamiętasz? Opowiadałem ci o tym. Myślałaś, że 
przesadzam? 
Roza nie wiedziała, co myślała. Było bardzo wcześnie, a ona tak 
zgłodniała, że w głowie jej się mieszało. 
- Jastrzębie i orły - ciągnął Searńus rozmarzony, wpatrując się w 
niebo. Mrużył oczy, bo światło było ostre. Od zbyt długiego 
wpatrywania się w słońce można oślepnąć. 
Rzeczywiście miał rację. Wyglądało to tak, jakby drapieżne ptaki 
wysoko w górze starały się podfrunąć aż do samej płonącej kuli 
słońca. 
- Widywałem je we wczesne noce i w poranki takie jak ten. Są 
czujne, polują. To bezwzględne ptaki, lecz również przerażająco 
piękne, Rosi. I zabijają tylko po to, by przeżyć. Nie są złe. Tu 
chodzi o życie. Przeżyją ci, którzy znają najwięcej sztuczek. 
Wcale nie ci najsilniejsi, lecz najsprytniejsi. 
Roza szukała orła wzrokiem i znalazła go w zupełnie innym 
miejscu niż to, w którym widziała go przed chwilą. Dziwne 
wydało jej się, że kilkoma leniwymi uderzeniami skrzydeł ptak 
potrafi przemieścić się tak daleko, tak wysoko i tak swobodnie. 
Śledziła go wzrokiem i właśnie wtedy pojawił się również ten 
drugi. Był to wspaniały obraz na błękitnym tle w obramowaniu ze 
światła. 
- Rozejrzałaś się trochę? - spytał. 
 

background image

Dopiero wtedy to zrobiła. Głównie ze względu na niego. Te góry 
różniły się od gór w jej rodzinnych stronach. Taka myśl pierwsza 
przyszła jej do głowy. W Norwegii podobnej okolicy nigdy nie 
nazwałaby górami. Tu nie wiedziała, jak je określić. Może 
pagórki. Łagodnie zaokrąglone wzgórza wystające z krajobrazu, 
zielone jak wszystko dookoła. Lecz to już w tym kraju jej nie 
dziwiło. Nie było bardziej irlandzkiego koloru niż zielony. Nie 
było innych miejsc na świecie, które miałyby taką zieleń jak 
Irlandia. 
Wiedziała, że przechodzili przez bagna i torfowiska. Bardzo 
utrudniło im to wędrówkę, buty Rozy nasiąkły wodą, zrobiły się 
ciężkie. Tu jednak było zielono i sucho. Wśród pagórków 
rozciągały się łąki, rosły drzewa liściaste, których nazw nie znała, 
bo w jej rodzinnych stronach takich nie było. Widziała wrzosy i 
paprocie, kwiaty, które nie mogły się jeszcze zdecydować, czy 
rozchylić płatki, czy nie. Ich nazw również nie znała, ale nie 
wiedziała nawet, czy jest sens się ich uczyć. Seamus mówił o 
czterech dniach, to miał być pierwszy. 
- Pięknie? - spytał. 
- Pięknie - odparła, ale nie była pewna, czy będzie tęsknić za tymi 
widokami. - Zielono i niebiesko - powiedziała. - Wszystko tu 
takie zielone, Seamusie. Nie przyzwyczaję się do tego. 
- Nie musisz się przyzwyczajać. 
- Zapamiętam to - powiedziała Roza, patrząc w jego oczy, 
których kolor zmieniał się od barwy ciemnego popiołu po odcień 
snującego się dymu. Niebo odbijało się w nich, lecz przez to 
wcale nie robiły się niebieskie. Roza widziała jednak orły 
szybujące w jego źrenicach. 
- Muszę to zabrać ze sobą - powiedziała. - Wszystko, 
 

background image

czego dotknęłam. Inaczej nie będę wierzyć w samą siebie. 
- Wszystko? - zdziwił się Seamus i przykucnął, całym ciężarem 
opierając się na piętach, a łokcie kładąc na kolana. 
Materiał, który opinał silne mięśnie jego ud, był dobrej jakości. 
Buty z cholewami, zrobione z najlepszej skóry, sięgały mu do pół 
łydki. Nie miał na sobie nic taniego, tamte czasy już minęły. 
Przez twarz Seamusa przebiegł wyraz jawnego zaciekawienia. 
Wszystko w Rosi było takie nowe. Ona sama była nowa. 
Wiedział, kim ona jest, już w momencie, gdy ją zobaczył. Wie-
dział, że to o niej opowiadały dźwięczące w nim pieśni. 
Pieśni te słyszał zawsze, odkąd jeszcze był na tyle mały, że nie 
rozumiał, dlaczego muszą prosić lorda o pozwolenie na zbiór 
wodorostów na brzegu morza. To było tak dawno temu. Pieśni 
opowiadały o nim. Mówiły mu o tym, co jest ważne w jego życiu, 
jeszcze zanim się to wydarzało. 
Inni nie posiadali się ze zdziwienia, z przerażeniem rozwodzili 
się nad zdolnością przewidywania Seamusa 0'Connora, nad 
szczęściem, jakie mu sprzyja. Mało brakowało, a nawet jego 
najbliżsi przyjaciele uwierzyliby, że służy lordowi. Że stanął po 
niewłaściwej stronie, skoro długie ręce lorda Lismore'a nigdy nie 
zdołały go dosięgnąć. 
Na pewien czas zarzucił słuchanie głosów, słuchanie pieśni. Nie 
zważał na nie i próbował postępować na przekór przeznaczeniu. 
Wbrew sensowi własnego istnienia. Wbrew sensowi całego jego 
życia. To dlatego niósł blizny widniejące teraz na ciele i sporo 
takich, których nie dało się zobaczyć. Całymi latami żył na 
krawędzi przepaści, wśród szaleństwa i mroku, w niezgodzie z 
samym sobą. To jednak przynajmniej ukró- 
 
 

background image

ciło gadanie o tym, że nie ma dla niego miejsca wśród swoich, 
wzbudziło dla niego podziw, co do którego Seamus nie miał 
pewności, czy na niego zasługuje. Nieprzeliczenie wiele dni i lat 
spędził na próbach zniszczenia samego siebie, a przede 
wszystkim tkwiących w nim pieśni. Rodzina nie rozumiała tego 
bólu. Widziała bohatera, nie znającego strachu buntownika, który 
mówił i postępował tak, jak oni sami nigdy by się nie odważyli, a 
jedynie mogli marzyć w snach, na które i tak ledwie starczało im 
śmiałości. Jego rodzina bała się mówienia przez sen. Zdrajcy 
mogli kryć się pod tym samym dachem. 
- Zabierasz ze sobą wszystko, przez co przeszłaś, Rosi? 
- Wszystko - odparła. 
- Jesteśmy do siebie podobni bardziej, niż to sobie wyobrażasz - 
stwierdził. - Są powody, dla których urodziliśmy się dla siebie. 
... to sen... 
... piękny mężczyzna w obcym kraju, który z najgłębszą powagą 
oznajmia, że urodził się dla niej, a ona dla niego... 
- Ty jesteś buntownikiem - powiedziała Roza. - Dlatego, że 
również wszystko bierzesz ze sobą? 
Seamus kiwnął głową. 
- Nie wszyscy tak prędko to pojmują - odparł, unosząc z 
zadowoleniem kąciki ust, jak gdyby Roza potwierdziła coś 
bardzo dla niego istotnego. - Nawet moja rodzina nie zrozumiała 
mnie równie szybko jak ty, Rosi. 
Roza poczuła zakłopotanie. Nie przywykła do nieskrywanego 
podziwu i uznania. O wiele łatwiej jej było przyjmować pogardę i 
obrzydzenie, widniejące w ludzkich spojrzeniach. 
Przyzwyczajona była raczej do dystansu, jaki może stworzyć 
ludzki wzrok. 
 

background image

- Dlaczego musiałeś zostać... 
- Buntownikiem? - dokończył za nią. - Naprawdę tego nie 
widzisz? 
- Ze strachu - podsunęła Roza, nie zastanawiając się, lecz swoją 
pomyłkę zrozumiała natychmiast, gdy tylko wypowiedziała te 
słowa. Ich smak nie pasował do Seamusa. Pomyślała tak, 
ponieważ nie spędziła dzieciństwa w Irlandii. 
- Z gniewu - powiedziała, szukając odpowiedzi w jego oczach. 
I odpowiedź nadeszła. Uśmiech. Coraz większe uznanie, z każdą 
chwilą coraz wyraźniejsze w jego oczach. 
- Z gniewu - potwierdził Seamus. - Właśnie z gniewu, Rosi. 
Strach nie jest dla takich jak ja. Trzeba być zamożnym 
człowiekiem, żeby było cię stać na lęk, moja kochana. My, 
urodzeni w ziemiankach, możemy jedynie odczuwać gniew. - 
Zaśmiał się krótko. - Nie możesz się bać, kiedy masz tylko jedne 
spodnie. 
Roza ze wstydem pojęła nagle, jak bezpieczna w porównaniu z 
nim zawsze była. Nie mogła jednak zrobić nic dla tego dziecka, 
którym był kiedyś Seamus. On nie potrzebował matki, już ją 
miał. To nie Dottie popełniła błąd. 
- Co poczniesz ze swoim gniewem, kiedy to wszystko się już 
skończy? 
- Skończy się? Roza kiwnęła głową. 
- Kiedy wszystko, z czym, jak uważasz, musisz walczyć, 
przestanie istnieć, Seamusie. Co wtedy zrobisz ze swoim 
gniewem? Kiedy Irlandia uwolni się spod jarzma Anglii, kiedy 
ziemia będzie należeć do tego, kto pierwszy był jej właścicielem, 
kiedy Irlandczycy nie będą już głodni, a dzieci nie będą musiały 
żebrać, żeby przeżyć. Gdy nie będzie już tysięcy bezdomnych 
 

background image

włóczęgów, okradających innych biedaków. Kiedy dla t w o j e j  
Irlandii nadejdzie nowo narodzony dzień, pełen słońca. Co 
zamierzasz zrobić wtedy, Seamusie? Będziesz wówczas wielkim 
człowiekiem w Ameryce. Myślisz, że porzucisz tamto życie i 
wrócisz tutaj? 
Przyglądał jej się z przekrzywioną głową. Sprawiał wrażenie, 
jakby nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiał. 
- Nie sądzę, aby dane mi było oglądać taki dzień -stwierdził. 
Strach zimną ręką ścisnął serce Rozy. Nie mogła uwierzyć, że on 
jest uznawany za aż tak niebezpiecznego. Zawsze słyszała, jak 
powtarzał, że jest wyjęty spod prawa, ale nie chciała w to do 
końca wierzyć. Nie chciała domyślać się, co to oznacza. 
Wcześniej nie znała nikogo, kto żyłby w takim zagrożeniu jak on. 
Nie chciała wierzyć, że coś mogłoby mu się stać. 
- Co masz na myśli? - spytała, ale słowa te wypowiedziała 
szeptem, bo tak naprawdę nie chciała zadawać takiego pytania. 
Tak samo jak nie chciała poznać odpowiedzi. 
- Wiem, o co walczę - oświadczył Seamus z powagą, uderzaj ąc 
zaciśniętą w pięść ręką w drugą otwartą dłoń. - Wiem, o jakiej 
Irlandii marzę. Wyobrażam ją sobie i jest taka, jak o niej 
opowiedziałaś, tylko jeszcze lepsza. I wiem, co zrobiłbym z 
naszymi wrogami... 
Seamus uśmiechnął się krzywo. 
- Ty o nich nie myślałaś, Rosi. A nawet jeśli, to inaczej niż ja. Bo 
ja wiem, czego im życzę. 
Twarz ściągnęła mu się w dziwny sposób. Nozdrza zadrgały, gdy 
dalej uderzał zaciśniętą prawą pięścią o lewą dłoń, która zwijała 
się, żeby odparować ciosy. Roza widziała, że wkładał w to wiele 
siły. Mięśnie przedramion wyraźnie się napinały. 
 

background image

- I nie odmawiam modlitw za naszych wrogów, Rosi. Nie 
marnuję miłosierdzia na tych, którzy wykorzystywali nas przez 
stulecia. Nigdy nie było mowy o miłych podarunkach z ich 
strony. Kiedy dawali cokolwiek, zawsze były to okruchy, w 
dodatku darowane bez radości. Zresztą druga ręka brała co 
najmniej dwa razy tyle niż ta, która dawała. 
Z ponurą miną popatrzył przed siebie, a Roza ledwie śmiała 
oddychać. To była religia Seamusa. Ów bezimienny, szarpiący 
gniew, od którego krew gotowała mu się w żyłach. 
- Pobierali dzierżawę i dziesięcinę, łupili, ile wlezie, chociaż nie 
było niczego do brania, i nigdy nie stracili na nas ani szylinga. 
Anglicy potrafią wycisnąć krew nawet z wiatru wiejącego ponad 
wzgórzami Irlandii, Rosi. 
Seamus popatrzył na swoje ręce z dziwnym przygnębieniem. 
Przestał w końcu uderzać sam siebie. 
- Moje ręce zaczęły istnieć dla tej ziemi po to, żeby ją uprawiać. 
Irlandzką ziemię. Widzisz, Rosi, dla nas ziemia jest równie 
ważna jak oddech. To coś, co traktujemy nie tylko jako własność, 
którą nam odebrano. Tu chodzi o coś więcej, o coś nieskończenie 
więcej. Tu chodzi o prawo do życia w taki sposób, jak postanowił 
o tym ktoś wyżej. 
Wbił w Rozę szare oczy. Widniał w nich bezdenny smutek. 
- Oni nas duszą, kiedy odbierają nam ziemię, kiedy pozbawiają 
nas przyrodzonego prawa do jej uprawiania. Kiedy robią z nas 
niewolników w naszym własnym kraju. Dławią nas, a my 
żyjemy, jak byśmy już umarli, jako ich służący, jako ich 
niewolnicy. To o wiele gorsze niż pozbawić człowieka życia. 
Odetchnął głęboko, jak gdyby uwalniając się od 
 
 

background image

mroku, w który oboje wciągnął swoimi słowami. Na moment się 
z niego wyłonił, oboje jednak dobrze wiedzieli, że Seamus i tak 
tam wróci. On w tym mroku znajdował pożywkę dla swego 
gniewu, bez którego wciąż pozostawałby w gromadzie 
półżywych wasali. Roza wiedziała, że jeśli będzie towarzyszyć 
Seamuso-wi, to ów mrok w jego duszy stanie się również jej 
nieodłącznym towarzyszem. 
- W tej Irlandii, o której marzę, Rosi, nie ma miejsca dla 
niewolników i nie ma miejsca dla panów. Nie ma miejsca dla 
protestantów ani Brytyjczyków. Moja Irlandia jest zielona i 
bujna, należy do nas, a krew zdrajców użyźniła torfowiska. Nie 
ma wybaczenia. Nie ma dla nich żadnej innej kary niż śmierć. 
Roza zadrżała. Musiała zamknąć oczy, słysząc taką gwałtowność 
w jego nienawiści. Ale jej miejsce było przy nim.... Jej prababki 
przysłały ją tutaj... ... jego elfy o nich śpiewały... 
- Mojego życia nie starczy na wywalczenie takiej 
sprawiedliwości - westchnął Seamus. - Nie wiem nawet, czy 
dzieci, które ci dam, będą mogły jej zaznać. Ale pewnego dnia ta 
kraina rozbłyśnie zielenią, obramowana intensywnym błękitem 
oceanu - i nikt już nie będzie słał tego, co cenne, na wschód, do 
Anglii. Wierzę w to. Dla tego żyję. Ale to się nie stanie za mojego 
życia. Za naszego... 
Roza westchnęła, zrozumiawszy, że to, co tak bardzo ją 
przeraziło, było jedynie sposobem wyrazu. 
- Myślałaś, że mówię o czymś innym? - spytał Seamus i wstał. 
Podał jej rękę, a Roza pozwoliła pociągnąć się do góry. Nad ich 
głowami orły zanosiły się krzykiem w języku, którego nigdy nie 
będzie im dane zrozumieć. 
 

background image

- Życie jest takie kruche - szepnęła mu w szyję. Był taki ciepły, 
tak pełen życia. Czuła rytm pulsującej krwi pod koniuszkami 
palców, dotykającymi cieniutkiej skóry za uchem. 
- Jeszcze nie umieram - odparł Seamus, muskając wargami czoło 
Rozy. - Wciąż jeszcze mam mnóstwo do zrobienia, Rosi. Elfy 
opowiadają mi o najsłodszych przyjemnościach, jakie się nam 
przydarzą... 
- Czy elfy kiedykolwiek się mylą? - spytała. 
- Nigdy - odpowiedział Seamus z największą powagą. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział 4 
Koce wisiały na sznurze, który Seamus przeciągnął przez całą 
szerokość izdebki tuż przed paleniskiem. Roza nie zauważyła 
wcześniej haków wbitych w ściany, wtopionych w nierówności, 
zrozumiała jednak, że jej towarzysz zna ten szałas równie dobrze 
jak własny dom. 
Ogień niemal całkiem już wygasł. Ostatnia resztka torfu, którą 
Seamus rzucił na palenisko, żarzyła się słabo, ale wśród 
kamiennych ścian było przytulnie. 
- Nie wierzyłam, że tu może być ciepło - powiedziała Roza ze 
śmiechem, rozcierając ramiona, jak gdyby wciąż było jej zimno. 
- Nie jest aż tak źle! - pocieszył ją Seamus, który rozumiał, 
dlaczego Roza się trzęsie. Nie potrafił się jednak powstrzymać od 
droczenia się z nią. Rozłożył ręce w wielkopańskim geście. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

- Czyż nie prawdziwie królewską salę proponuję mojej kobiecie? 
Piękny stół, zastawiony drogimi rybami ze strumieni należących 
do lorda Lismore'a, miękkie łoże, na którym może spocząć, 
ciepłe okrycie, żeby nie marzła, i ogień, który potrafi ogrzać 
nawet najzimniejszą duszę. A wszystko to wśród ścian, których 
nie zdołały powalić nawet jesienne sztormy z zachodu, i to przez 
blisko sto lat, a zaręczam ci, że bardzo się starały. Jeśli zaś chodzi 
o dach, to znam wielu takich, którzy go łatali, przechodząc tędy. 
Nie robią tego dla lorda, po prostu dobrze jest, kiedy wędrowiec 
może się schronić w suchym miejscu, no a lord nie może przecież 
przebywać we wszystkich swoich siedzibach jednocześnie. 
Seamus nabrał powietrza: 
- Ofiaruję ci odpoczynek w jednym z domów Lismore'a, w jednej 
z jego licznych posiadłości, a ty sprawiasz wrażenie, jakbyś nie 
była w pełni zadowolona! Czyżby elfy sprowadziły do mnie 
bardzo wymagającą kobietę? 
Seamus wyciągnął silne ramię i wsunął dłoń za krzyż Rozy. 
Prostym, mocnym czołem opierał się o jej czoło, o łagodniejszej 
linii, lecz wyższe od jego czoła. Miał takie silne ręce. Roza czuła 
je na plecach, napawała się leniwymi pieszczotami, radowała 
gorącym oddechem, zbliżającym się do jej ust. 
Nie zamykała oczu, a Seamus potraktował jej bezpośrednie 
niebieskie spojrzenie jak wyzwanie. Nigdy jeszcze nie spotkał 
kobiety, która nie spuszczałaby wzroku, gdy całował ją 
mężczyzna. Roza miała oczy szeroko otwarte, dlatego i on 
poszedł za jej przykładem. Ustami muskał jej wargi w delikatnej 
pieszczocie, a ona odpowiadała mu w taki sam sposób. Leciutko, 
niczym muśnięcia piórkiem. Jeszcze raz. I jeszcze jeden... 
 

background image

Seamus usłyszał własne westchnienie. Odgłos ten go przestraszył 
- wydało mu się, że w izdebce jest jeszcze ktoś oprócz nich. 
Musiał puścić jej usta i obrócić się, pociągając Rozę za sobą w 
tym samym ruchu, tak by mieć widok na drzwi, wciąż otwarte na 
oścież. Dopiero gdy przekonał się, że nadal są sami, zrozumiał, że 
westchnienie pochodziło od niego samego. Wydobyło się z jego 
gardła. 
- Zaczarowałaś mnie, kobieto - mruknął i usłyszał, jak bardzo 
ochryple zabrzmiał jego głos. Należał do nieznajomego 
mężczyzny. Seamus nie potrafił pojąć, jak kobieta mogła 
odmienić go do tego stopnia, że nawet mówił inaczej. 
Wypuścił ją z objęć, lecz jego palce wciąż musiały jej dotykać, 
przysunął jej twarz do swojej. Obrócił ją tak, by móc ją widzieć, 
widzieć ten mlecznobiały, miękki jak aksamit policzek, i ten 
gruzłowaty jak pnie sosen, będący wykrzywioną maską, drwiną z 
nieskazitelnego piękna drugiej połowy twarzy. 
Całował ją powoli, głęboko, wymagająco, a ona mu odpowiadała, 
gorący język, który rozdzielił jej wargi i wsunął się do wnętrza 
ust, napotkał drugi język, tak samo rozbawiony, tak samo gorący 
jak jego. Odpowiadała na jego pocałunki z radością, z takim 
samym zapałem jak on. 
Gdy ją puścił, oboje uciekli spojrzeniem w bok. Roza spostrzegła, 
że Seamusowi policzki leciutko się zarumieniły, i zrozumiała, że 
zaczął płonąć tak jak ona. 
- Zjemy coś - powiedział i zaśmiał się lekko, jakby się 
usprawiedliwiał. - Bez względu na to, jak kuszące mogłyby się 
wydawać inne zajęcia, Rosi, człowiek wyjęty spod prawa uczy 
się, że trzeba się posilić, kiedy ma się jedzenie i spokój do tego 
niezbędny. Nigdy nie wiadomo, jak długo to może potrwać. 
 

background image

Siedzieli po przeciwnych stronach małego, krzywego stołu, 
którego blat, zbity z kilku desek, spoczywał na solidnych 
podstawach murowanych z kamieni. Stołki groziły, że w każdej 
chwili mogą się wywrócić, ale Roza była pewna, że wytrzymają 
jeszcze kilka ładnych lat. 
- Ciężko tu było - nieproszony zaczął opowieść, równocześnie 
wybierając ości z rybiego mięsa. Czarną, chrupką skórę zjadł z 
wyraźną przyjemnością. Zostały tylko ości. Roza dzieliła mięso 
na mniejsze kawałeczki, nim włożyła je do ust. 
- Byliśmy ledwie dzieciakami, a odpowiadaliśmy za całe stado 
zwierząt. Wstawaliśmy ze słońcem, a spać kładliśmy się, kiedy 
już od dawna było ciemno. Ale dobrze nam było tutaj. 
Mieszkaliśmy tu we dwóch, Danny i ja, a jednego lata 
towarzyszył nam także jego młodszy brat, Donal. Pozwolono 
nam łowić ryby w strumieniach, no bo przecież z czegoś 
musieliśmy żyć, a najrozsądniejsze było, żebyśmy sami zatrosz-
czyli się o zapasy, prawda? Chłopcy wprawiający się w 
dorosłość... - Uśmiechnął się. - Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek 
w tych letnich miesiącach padał deszcz albo nadciągnęła mgła, 
ale to przecież niemożliwe. Bez deszczu i mgły nie byłoby 
Irlandii. 
Roza śmiała się razem z nim. W tym kraju jedna ulewa goniła za 
drugą, a gdy przychodził sztorm, zaraz po piętach deptał mu 
następny. To była Irlandia. 
- W takich okolicznościach ludzie stają się przyjaciółmi - ciągnął 
Seamus. - Nigdy nie miałem takiego przyjaciela jak Danny. 
Urwał, a Roza zrozumiała, że coś tu jest nie tak. 
- Gdzie on teraz jest? - spytała. 
Seamus podniósł głowę i ścisnął w palcach kawałek ryby. Zgniótł 
go na miazgę, zanim wsunął kęs pożywienia do ust. 
 

background image

- Spłonęła pewna stodoła - powiedział, starając się nadać swemu 
głosowi twardy ton. - Wiem, że to nie Danny. Na tyle głupi nie 
był. Żaden z nas nie był aż tak głupi, nawet wtedy. Do stodoły 
przylegała stajnia, pełna zwierząt. O ile dobrze wiem, udało im 
się wyprowadzić jednego konia, którego i tak później trzeba było 
dobić. Żaden z nas nie zrobiłby czegoś takiego koniom. A w 
dodatku wtedy, kiedy na dworze trwało przyjęcie, na które 
zaproszono wszystkich protestantów z całego Cork. Ale pałki go 
złapały. Oświadczyli, że Danny próbował uciec z ich więzienia, 
więc strzelili mu w plecy. Nie starczyło im odwagi nawet na to, 
żeby spojrzeć mu w oczy, kiedy go zabijali. Był moim 
najlepszym przyjacielem. I był jednym z najodważniejszych i 
najwspanialszych ludzi, jakich kiedykolwiek poznałem w życiu. 
Przez chwilę posilał się w milczeniu. 
- Widziałem jego martwe ciało, poznaczone śladami po razach i 
kopniakach. Skórę pociętą od uderzeń bata. Mówili, że był 
okropnie zatwardziały i nie chciał się przyznać. Ale jak mógł 
przyznać się do czegoś, czego nie zrobił? Czy jakikolwiek 
prawdziwy mężczyzna postąpiłby inaczej? 
Roza nie powiedziała na głos, że gdyby chodziło o Seamusa, 
błagałaby go o to, by zeznał nieprawdę, byle tylko zachować go 
żywego. 
- Miał jakąś rodzinę? - spytała. 
- Żonę i troje dzieci - odparł Seamus twardo. - Po roku jego żona 
wyszła za Donala. To się wydawało rozsądne. Donal miał widoki 
na posadę i stałą pensję... 
Roza nie wiedziała, dlaczego na te wspomnienia spojrzenie 
Seamusa stało się zimne jak stal. 
- Pewnie zrobiła to, co musiała - stwierdziła, tłumacząc postępek 
bezimiennej kobiety, której nawet nie znała. Uważała, ze Seamus 
zbyt surowo ocenia 

background image

wdowę po swoim przyjacielu Dannym, chociaż nie wyraził tego 
słowami. 
- Tak - odparł Seamus krótko. - Pewnie oboje zrobili to, co 
musieli. I Molly, i Donal. 
Popatrzył Rozie w oczy. 
- Nie chcę o nich rozmawiać - powiedział. - W moim życiu nie 
ma dla nich miejsca. 
Roza to zaakceptowała. 
- Opowiedz mi o elfach - poprosiła, zmieniając temat, i podsunęła 
mu ostatni kawałek ryby. Sama już się najadła, i to tak bardzo, że 
przez dłuższy czas nie miała siły nawet oblizać palców. 
- Czy Ma ci o nich nie mówiła? - zdziwił się z błyskiem w oku. 
Roza zadrżała leciutko na myśl o tym, jak bardzo zmienny jest 
Seamus. Nastrój zmieniał mu się równie prędko jak pogoda. Nie 
było czasu na zaczerpnięcie głębszego oddechu pomiędzy 
najgwałtowniejszymi podmuchami wichru a palącym słońcem. I 
z pewnością istniał tysiąc rodzajów pogody... 
- Cóż, Ma najwyraźniej zaniedbała swój obowiązek - 
podsumował. - Elfy, Rosi, elfy urodziły się w niebie. To 
niegrzeczne anioły wyrzucone z niebieskich komnat. Okazały się 
nie dość porządne. Poruszają się między nami jak cienie, ale nie 
mogą się do nas w pełni przyłączyć, chociaż wiele z nich tego 
pragnie. To by był żart, niemający sobie równych, prawda? 
Uśmiechnął się leniwie, potem szerzej. 
- Niektórzy z nas są ulubieńcami elfów. Niektórzy podeszli bliżej 
do drzwi, odgradzających ich świat od naszego, i zrozumieli, co 
zobaczyli. Czasami zdarza się, że elfy zniżają się do nawiązania 
przyjaźni z tymi z nas, którzy są dostatecznie... wrażliwi. Zdarza 
się, że zaczynają nam towarzyszyć... 
 

background image

- I ty jesteś takim ulubieńcem elfów? - spytała Roza, kładąc 
łokcie na stole. Uniosła brwi i nie zdołała powstrzymać 
wzbierającego w niej śmiechu. 
Seamus z powagą skinął głową. 
- Nie rozdrażniaj ich, kochana! - poprosił lekko. -One tego nie 
lubią. Nie podoba im się, kiedy ludzie w nie wątpią. To zresztą 
dla nich bardzo niezwykłe, bo w tym kraju ludzie wierzą w elfy. 
Mają dla nich szacunek. 
- Czy są tutaj? - Roza zmrużonymi oczyma rozejrzała się dokoła. 
Wiatr prawie zupełnie zamknął drzwi i otaczająca ich ciemność 
była niemal równie gęsta jak we wczesnych godzinach nocy. 
Słychać było jedynie szum wiatru na zewnątrz i Seamusa, 
żującego jedzenie. Nie do pomyślenia, aby mieli jakieś 
towarzystwo. 
Ale Seamus skinął głową. 
- Widzisz je? 
- Jestem ulubieńcem elfów, nieprawdaż? - odparł drwiąco, 
niczego więcej nie tłumacząc. - Mam wrażenie, że nie są z ciebie 
całkiem zadowolone - podjął, wysysając z rybiego kręgosłupa 
resztki mięsa. - Mówią, że z twojego powodu popełniam 
głupstwa. Wydaje mi się, że wprawiłaś je nieco we wzburzenie. 
Albo może któraś z nich ma na mnie ochotę... 
Zawiesił głos, a Roza nie wiedziała, czy żartuje, czy też mówi z 
pełną powagą. Spędziwszy rok pod dachem jego matki, zaczęła 
wierzyć w wiele rzeczy, które w rodzinnym Kaf jorden 
wydawałyby się nie do pomyślenia. 
Seamus wstał od stołu i patykiem rozgrzebał resztkę żaru na 
palenisku. Udało mu się zapalić suchy kijek, na końcu pojawił się 
maleńki płomyk. Przytknął go do knota lampki, której Roza 
wcześniej nie zauważyła. Wisiała na haczyku, wbitym tuż nad 
stołem. 

background image

Dopiero kiedy płomyczek roztańczył się w szklanej osłonie, którą 
Seamus ostrożnie nakrył lampę, zamknął drzwi i zaryglował je, 
ogradzając ich od światła dnia. Wygładził żar w palenisku, tak że 
prawie już się z niego nie dymiło. 
- Czasami - podjął, podchodząc do Rozy - któraś z kobiet z rodu 
niegrzecznych elfów zakochuje się w człowieku. Nie powinno się 
tak dziać, ale się zdarza. 
- I co wtedy? - zaciekawiła się Roza. 
Seamus uśmiechnął się tak szeroko, że oczy zmieniły mu się w 
dwie wąskie szparki. Bardziej niż kiedykolwiek dotychczas 
przypominał teraz lisa. Roza zaczęła rozumieć, dlaczego jego 
matka, kiedy opowiadała jej, jak niemożliwy był w dzieciństwie, 
pieszczotliwie mówiła o nim „Mały Lisek"... 
- Trudno mi uwierzyć, żeby moja kobieta mogła być zazdrosna o 
rozpustne dziewczęta z rodu elfów -powiedział. 
- Miałabym być zazdrosna o baśń? - zdziwiła się. Seamus 
rozłożył ręce. 
- Dziewczęta z rodu elfów to piękne, delikatne istoty - oświadczył 
z najgłębszą powagą. Przynajmniej tak się wydawało. - W 
ciemne noce, jakie tu bywają, pełne mgły unoszącej się tuż nad 
ziemią, nie ma nic dziwnego w tym, że mężczyzna da się zwieść 
na pokuszenie albo wręcz popełni błąd. 
- Mam wrażenie, że ta opowieść może być bardzo długa - 
westchnęła Roza. 
- Jeśli dziewczyna z rodu elfów nakłoni śmiertelnika, żeby ją 
pocałował, to usidliła go już na zawsze! - opowiadał Seamus, 
przysuwając się do Rozy. -Oślepia go, rzucając mu w oczy pył 
elfów, i taki człowiek widzi jedynie, jak pięknie jest tam, dokąd 
go prowadzi. Mężczyzna nie stawia najmniejszego opo- 
 

background image

ru, a ona tymczasem wiedzie go pod ziemię, do królestwa elfów, 
gdzie będzie mogła wykorzystywać go przez całą wieczność, bo 
w świecie elfów wszystko jest wieczne. On jednak skazany jest 
na zatracenie i nigdy więcej nie będzie już prawdziwym 
człowiekiem... 
Cisza, jaka zapadła między nimi, zdawała się drżeć. Płomyk w 
lampie na ścianie zamigotał, jakby ktoś przeszedł obok. 
Roza odpędziła od siebie tę myśl. 
... byli sami... 
... koło nich nie rozlega się żaden szept... ... to wiatr... 
Oczy Seamusa zatrzymały się na jej ustach, a w następnej 
sekundzie poczuła smak jego warg. 
- Jeden zwyczajny pocałunek... - szepnął, nie odrywając się od jej 
ust. - Jeden zwyczajny pocałunek może skazać mężczyznę na 
zatracenie, Rosi... 
Nie dotykał jej rękami. Na razie jeszcze nie. Stali odsunięci od 
siebie o pół kroku, świadomi ognia w swoich oczach. 
- Tyle szkody może wyrządzić jeden zwyczajny pocałunek, jeśli 
taka będzie wola elfów. 
Roza z własnej woli weszła w objęcia, które przed nią otworzył. 
Zarzuciła ramiona na jego mocny kark. Palce zaczęły się bawić 
miękkimi, brązowymi, lekko wijącymi się włosami. 
- Może więc ty jesteś mężczyzną z rodu elfów - powiedziała 
cicho, szukając jego ust. Leciutko dotknęła ich wargami, jak 
pszczoła, spijająca nektar kwiatów. -Może sypnąłeś mi w oczy 
pyłem elfów i niczego już poza tobą nie widzę. To wcale nie jest 
pasterski szałas, należący do lorda Lismore'a, tylko być może 
wejście do królestwa elfów. A ty przywiodłeś mnie na poku- 
 
 

background image

szenie, nakłoniłeś, żebym cię pocałowała, więc już przepadłam i 
nigdy nie stanę się na powrót człowiekiem... 
Seamus czubkiem języka obrysowywał kontur jej ust. Robił to 
powoli, leniwie, jego dłonie spoczywały na biodrach Rozy. 
Przycisnął ją do siebie mocno, poczuła, że jest gorący, rozpalony, 
że ta czarowna chwila podnieciła go tak samo jak ją. 
- Nie chcesz dzielić wieczności ze mną? - spytał szeptem. - Nawet 
gdybyśmy mieli spędzić ją pod ziemią? Nawet gdyby miało to 
być w innym świecie? 
- To b ę d z i e  w innym świecie - odparła z nagłą przytomnością 
umysłu, świadomość owiała ją jak wiatry nadciągające z 
zachodu, te wiatry, które przynoszą nad Irlandię deszcz. 
- Ty i ja, i cała wieczność - powiedział. 
Roza wtuliła usta w jego wargi, bo to była najprawdziwsza 
odpowiedź, jaką mogła mu dać, a on nie zmuszał jej do wyznań, 
które mogły okazać się kłamstwem. Przyjmował jej gorące 
pocałunki jako dostateczne zapewnienie, że będą dzielić ze sobą 
wieczność, bez względu na to, gdzie ich dopadnie. 
- Kocham cię, kobieto - powiedział, tuląc wargi w szyję Rozy. - 
Kocham cię... 
Miał w sobie dziki głód. Całował jej barki, uwolniwszy je z 
bluzki i stanika, który miała pod spodem. Całował jej piersi, 
podtrzymując je w miseczkach dłoni, i delikatnie pieścił sutki 
palcami. Osunął się przed nią na kolana i tymi samymi 
wilgotnymi, rozpalonymi pieszczotami obsypał jej okrągły 
brzuch. 
Rozpiął spódnicę i razem z halką zsunął z bioder. Roza stała 
przed nim naga, z radością czując płonącą ścieżkę, którą jego 
wargi rysowały na skórze, w dole brzucha, w dół, coraz niżej i 
niżej... 
 

background image

Palce odnalazły jej tęsknotę. Dotknął jej koniuszkiem języka. 
Wargami. 
... aż od jego pieszczot stała się ogniem... 
Seamus podniósł głowę i popatrzył na nią, na wyraz uniesienia na 
jej twarzy, świadczący o tym, że przyjemność sprawia jej to, co z 
nią robi, na rozchylone usta, na przesuwający się po nich czubek 
języka, którym próbowała je ochłodzić, na zamknięte oczy, na 
rzęsy przypominające ciemne wachlarze, i widział, jak Roza 
odchyla głowę w tył, a włosy opadają jej na ramiona niby 
wodospad. 
Wstając powoli, nie przestawał pieścić jej dłońmi, a ona oczy 
wciąż miała zamknięte. Podobało mu się to. To było prawdziwe 
oddanie. Cieszył się, że Rosi tak mu się oddaje. To oznaczało 
zaufanie. 
Koniuszkami palców pogładził jej lewe ramię. Przesunął je w 
stronę barku, pokrytego tym samym gruzłowatym wzorem. 
Nie pojmował, skąd wzięły się te obrażenia. Nie potrafił 
wyobrazić sobie pożaru, który w taki sposób naznaczył jej skórę. 
Nie pojmował, jak mogła doprowadzić do takich poparzeń. To 
nie było naturalne. 
Całował jej ramię, od nadgarstka aż po bark. Wargami skubnął 
płatek ucha, wycisnął gorący pocałunek na sinoczerwonej skórze 
po lewej stronie szyi. Językiem zmysłowo obwiódł szczękę, 
oszpecony policzek. Tanecznym ruchem przesunął go na skroń. 
Wargi poruszały się lekko, chłodziły. 
Objął ją i rozdzielił jej wargi, pocałował namiętnie, oddechy 
stopiły się w jeden. 
Potem delikatnie wziął ją na ręce i przeniósł, robiąc kilka kroków, 
na pryczę zaścieloną sianem, które wciąż pozostawało dość 
suche. Jednym kolanem oparł 
 

background image

się o krawędź pryczy i ułożył Rozę na sianie. Dopiero wtedy 
otworzyła oczy i popatrzyła na niego. 
Seamus bez słów ściągnął buty. Rozpiął koszulę na tyle, by móc 
zdjąć ją przez głowę. Przez wszystkie te lata, kiedy stale był o coś 
podejrzewany, ciągle więc musiał się wystrzegać ludzi lorda i 
królowej, nauczył się, że zapinanie guzików zabiera dużo czasu. 
Roza spojrzeniem śledziła każdy jego ruch. Płomień w lampie 
zamigotał i Seamus wyraźnie poczuł, że nie są zupełnie sami, lecz 
istoty, przez które ogień lampki zatańczył, nie były z rodzaju 
tych, które można poprosić o to, by dyskretnie się odwróciły, a 
jeszcze lepiej - zniknęły, przynajmniej na krótką chwilę. 
Rozpiął spodnie. Gdyby Roza była jedną z nierządnych kobiet, 
które bez obietnicy małżeństwa otwierają ramiona i zadzierają 
spódnicę przed każdym mężczyzną, nie zawracałby sobie głowy 
zdejmowaniem spodni. Ale Rosi nie była przypadkową kobietą... 
Położył się obok niej na pryczy i wyciągnął się na całą długość. 
Jedną rękę wsunął pod nią, dłoń drugiej ułożył na wzniesieniu 
brzucha, niemal całkowicie je zakrywając, palce jak rozpostarty 
wachlarz, szorstkie i nieobliczalne, pieściły białą skórę. 
- Dotknij mnie! - szepnął. 
Już w następnej chwili Roza spełniła jego prośbę. Dłońmi zaczęła 
głaskać szeroką, gładką pierś, palce lekko jak skrzydła motyla 
poruszały się po płaskich sutkach. A potem, patrząc mu w oczy i 
uśmiechając się szelmowsko, pozwoliła rękom wędrować, nad-
kładając drogi, w dół mocnego, sprężystego ciała. Żartobliwie 
pogładziła wąskie biodra, mocniej naciskając twarde mięśnie 
pośladków, z rozbawieniem przesunęła dłonie na szczupłe, 
umięśnione uda, aż w końcu 
 

background image

jedna ręka zacisnęła się na jego męskości, a spomiędzy warg 
Seamusa wyrwało się westchnienie. 
Roza uśmiechnęła się i ściągnęła brwi, robiąc prawie 
przepraszającą minę. 
Otworzył oczy i odsłonił zęby w uśmiechu, kiedy pokazała mu, 
co potrafią palce, jak zręcznie potrafi na nim grać. 
Koniuszek języka Seamusa musnął jej ucho. Jego oddech był 
gorętszy niż ciepło słonecznych promieni. Przygarnął ją do siebie 
bliżej i wolną ręką zaczął się bawić jej piersiami, tak bujnymi, że 
stanowiły dla niego niewypowiedzianą pokusę. Uniósł się, 
opierając na łokciu, ułożył wygodniej, tak aby ona wciąż mogła 
go pieścić, a jednocześnie on mógł dotykać wargami jędrnych, 
nabrzmiałych piersi. Zwilżył je i kolejno ssał, słysząc przy tym, 
jak ona jęczy, chociaż starała się ukryć, jak wielką sprawia jej to 
przyjemność. 
Powietrze wokół nich tańczyło... 
... wiatr mieszał się z perlistym śmiechem... 
Seamus osunął się z powrotem na siano i rękę spoczywającą pod 
ciałem Rozy przesunął tak, by leżała pod jej miękkimi 
pośladkami, druga ręka przesunęła się po pełnych piersiach, po 
mlecznobiałej skórze, przez brzuch, którego tak przyjemnie było 
dotykać w miejscu, gdzie w krajobrazie będącym jej ciałem po-
jawiał się wzgórek. Mocne, opalone palce wplotły się w wilgotne, 
czerwone jak ogień włosy. 
Pozwolił, by obie jego dłonie zwilgotniały od niej, a ona pieściła 
go prawie nieobecna duchem, wiedział więc, że jego pieszczoty 
nie są jej przykre. 
Jej radość mieszała się ze słodką piosenką, przez chwilę 
dźwięczącą mu w uszach. Płomień lampy migotał, piosenka 
brzmiała żartobliwie i zmysłowo, a Seamus przestał się w końcu 
nią przejmować. Uznał ją 

background image

za element miękkiego jak mgła chóru i poczuł, że Roza na skraju 
uniesienia wysuwa mu się z rąk. Zaprzestał wtedy pieszczot i 
usłyszał jej westchnienie zawodu. Przetoczył się na nią, a ona 
otworzyła przed nim uda, podsunęła się do niego, on przylgnął do 
niej na oślep, otoczyło go mocne, wilgotne, jedwabiście miękkie 
ciepło. Jego ruchy zrównały się z rytmem pulsującej krwi, 
uspokoiły się, były gwałtowne, lecz delikatne, zdecydowane, 
twarde, mocne... 
Ręce Rozy mocno zaciskały się na jego karku, pocałunkiem 
wychwycił krzyk, który wyrwał się z jej ust, kiedy ciało wygięło 
się łukiem w jego stronę i zadrżało. Poczuł jeszcze gorętszy rytm, 
który porwał go w wirujący sztorm, i całkiem się w nim zatracił. 
Obudził się przytulony policzkiem do jej piersi... 
... nigdy nie leżał na miększym posłaniu... 
- Seamus! - rozległ się głos z zewnątrz, a zaciśnięte pięści 
zadudniły w drzwi. - Seamusie O'Connor, wiem, że tam jesteś i że 
nie ma stąd innego wyjścia! 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział 5 
Seamus szarpnął Rozę, otworzyła oczy i gwałtownie się 
przebudziła. Wyschnięte siano kłuło nagie ciała. Izdebka nagle 
wydała się o wiele chłodniejsza. Zasnęli w swoich objęciach, 
zupełnie bez przykrycia, ale obojgu było dostatecznie ciepło. 
Gdyby nie walenie w drzwi, które nie ustawało, spaliby dalej. 
- Ubierz się! - nakazał Seamus i już wyskoczył z łóżka. 
 

background image

Wsunął długie nogi w spodnie i zapinał je, jednocześnie usiłując 
wzuć buty bez pomocy rąk. Przedsięwzięcie to było z góry 
skazane na niepowodzenie. Musiał przysiąść na krawędzi pryczy, 
aby porządnie wciągnąć miękkie buty z cholewami. 
Roza klęczała na sianie, ledwie włożyła halkę i do połowy zapięła 
stanik, a już zaczęła wkładać bluzkę. Jeden rękaw był 
wywrócony na lewą stronę, ręce jej się trzęsły, gdy go 
poprawiała. Palce miała sztywne, nieporadne, ale baczyła, żeby 
nie zapiąć się krzywo. Nie chciała tego robić jeszcze raz. 
... nie rozumiem, jak on może być tak spokojny. On się uśmiecha. 
Uśmiecha się tak, że podbródek mu się zaostrza, i widzę teraz, że 
nie jest mimo wszystko wcale podobny do kuny albo lisa. 
Przednie zęby błyszczą intensywniej niż pozostałe, są też 
odrobinę większe. Wyraźnie je widzę, a one przydają mu wygląd 
sprytnego, odważnego gryzonia. Wcale nie kuny. Wcale nie lisa. 
On przypomina wiewiórkę. 
Ktoś wali do drzwi, uderza w nie pięścią, słyszę też słowa, 
wypowiadane tak prędko, że ich nie rozumiem. Płyną jeszcze 
szybciej niż z ust Lottie, do której mowy przywykłam. Szybciej 
niż z ust Seamusa, o wiele szybciej niż z ust Seamusa, ale on stara 
się mówić wolno ze względu na mnie. 
Teraz z jego ust też spływa potok słów, i nie irlandzkich, lecz 
angielskich, tak bym je zrozumiała, lecz mimo wszystko mi to 
utrudnia, i sądzę, że robi to celowo. Jego spojrzenie dotyka mnie 
jak szary wiatr. Wydaje mi się, że Seamus nie chce, żebym 
zrozumiała. 
Niech go nie powieszą! Dobry Boże, nie pozwól, aby to był 
początek długiej drogi na szubienicę! 
Nie pozwól, żeby go złapali! 
 
 

background image

Nie pozwól, żeby go złapali! 
Zamykam oczy i zapominam o zapięciu bluzki pod szyją. Włosy 
zaplątują mi się w palce, kiedy składam ręce pod brodą. 
Wypowiadam słowa szeptem, z nadzieją, że podziałają jak 
zaklęcie, 
... w domu miałam moc... 
... w domu mogłam sobie czegoś zażyczyć i moje życzenie się 
spełniało bez względu na to, jak bardzo było straszne. To nie 
musiało być wcale nic dobrego, spełniało się, nawet jeśli było 
złe... 
- Oby on przeżył - szepczę i czuję, że wargi mam suche, pękają, 
kiedy nimi poruszam. - Oby Seamus przeżył! Niech nie 
zaprowadzą go na szubienicę! 
... nie przeżyję, jeśli on nie będzie żyć... 
Ta świadomość przebija mnie jak mieczem. Dopiero w tej chwili 
nabrałam pewności, ale to prawda. Nie będę mogła żyć, nie 
wiedząc, że on istnieje i miewa się dobrze. 
Nie wiem, czy wierzę w jego elfy, ale to nic nie znaczy. Po prostu 
cieszę się, że my dwoje się spotkaliśmy, że on mnie pokochał. 
Nie będę się nawet starała zrozumieć tego cudu. To cud, który 
może się niemal równać z życiem moich dzieci. 
Moje dzieci. 
Serce mi się ściska. 
... straciłam oboje... 
W moim życiu jest Seamus. To Seamus utrzymuje mnie nad 
powierzchnią wody, to on ocali mnie wśród burz, a ja dam mu 
wszelką radość, jakiej tylko pragnie. Seamus mnie kocha, a poza 
tym twierdzi, że wolą elfów jest, abyśmy żyli razem. Mówi, że 
jesteśmy urodzeni dla siebie. Dobrze w to wierzyć. 
Lecz jeśli go zabiorą i zaprowadzą na szubienicę, zostanę na 
świecie sama. Nie będzie już dla mnie 

background image

życia. Nie będzie już żadnego sensu w moim istnieniu, tu czy 
gdzie indziej... 
Seamus rzuca mi jeszcze jedno spojrzenie i idzie do drzwi. 
Kładzie dłonie na ryglu i pcha go obiema rękami, unosi do góry, 
wyjmując ze skobla... 
Jej krzyk przeciął czas. Seamus przestraszony drgnął, 
wypuszczając rygiel, przytrzymujący drzwi, z rąk. Rygiel upadł 
na twardo ubite klepisko, runął mu niemalże na nogi, i gdyby 
Seamus nie uskoczył, zapewne zraniłby go w pałce, a być może 
nawet je zmiażdżył. 
W mgnieniu oka Roza znalazła się obok, stanęła przed nim, 
ukucnęła i dźwignęła w górę gruby, drewniany drąg, 
wzmocniony na obu krańcach metalem. Uniosła go przed sobą 
jak młot i w chwili, kiedy drzwi otworzyły się do środka, 
podniosła go nad głową i opuściła na tego, kto stał za nimi. 
Seamus skoczył w przód i zdążył złapać ją za ramiona. Twarde 
palce wbiły się w miękkość ciała. 
Roza jęknęła. 
Tamten człowiek zdołał osłonić się ręką. Odepchnął drąg do tyłu, 
aż łokcie Rozy ustąpiły, ugięły się, czyjaś mocna dłoń spoczęła 
na jej ręce, zaciśniętej na drewnie. Ktoś siłą rozgiął Rozie palce, 
po kolei, jeden po drugim, teraz trzymała rygiel tylko jedną ręką, 
lecz i z tej wkrótce go wypuściła. Dalsze opieranie się było już 
bezcelowe. 
Ramiona ją bolały, kiedy Seamus wreszcie się odsunął, i Roza 
opuściła ręce. 
Seamus cofnął się do wnętrza chaty, poszła za nim, tyłem, nie 
spuszczając oczu z nieznajomego. 
Człowiek ten był rudowłosy, z gołą głową, skórę pokrywały mu 
delikatne piegi, które widziała już 
 

background image

u wielu mieszkańców tego kraju. Oczy miały odcień prawie 
niebieski. Mężczyzna nie był ani ładny, ani brzydki, raczej jednak 
pociągający niż odpychający. Policzki miał czerwone. Na 
nogach, jak zauważyła, nosił buty do konnej jazdy, bardziej 
błyszczące na górze niż na dole. Pozostałe elementy munduru 
powiedziały Rozie, że jej lęki dopiero się zaczynają. 
Odwróciła się od obcego i rzuciła w objęcia Seamu-sa. Stał na 
szeroko rozstawionych nogach i przycisnął ją do piersi, pozwolił 
jej ukryć twarz w zagłębieniu swojej szyi. Gruzłowaty policzek 
lekko zalaskotał. To był najbardziej nagi fragment jej ciała i Roza 
zasłoniła go jego ciałem, tuląc się do Seamusa tak mocno, że stali 
się niemal jedną postacią. Seamus jedną mocną ręką objął ją za 
bark, drugą przycisnął do krzyża. 
Chłodnym, poważnym spojrzeniem wpatrywał się w mężczyznę, 
który wszedł do wnętrza chaty i zamknął za sobą drzwi 
kopniakiem. Przybysz też nawet na chwilę nie spuszczał wzroku 
z Seamusa, nawet wtedy, gdy jedną ręką ryglował za plecami 
drzwi. Pomógł sobie łokciem, wyraźnie chcąc, żeby drzwi były 
porządnie zamknięte. 
Roza nie mogła pojąć, co się dzieje. 
- Kto mnie wydał? - spytał Seamus, kiedy przybysz, stojący w 
rozkroku, nie ruszał się z miejsca. 
Wyglądało to tak, jak gdyby obaj mężczyźni mierzyli nawzajem 
swoje siły, zanim rzucą się do walki, przypominali w tym 
niedorostków. Roza takie sceny widziała już wcześniej tyle razy, 
że nie potrafiła ich zliczyć. Dorastała przecież jako jedyna 
dziewczynka w wielkiej gromadzie braci. 
- Nikt - odparł nieznajomy zachrypniętym głosem. 
- Sam to wymyśliłeś? Rudowłosy kiwnął głową. 
 

background image

- Ilu ludzi ze sobą przyprowadziłeś? - w głosie Se-amusa dała się 
słyszeć pogarda. - Ilu czeka na mnie przed szałasem? Przez 
ostatni odcinek podkradliście się piechotą? Nie słyszałem koni, 
przyjacielu... 
Spojrzenie nieznajomego omiotło Rozę i zamkniętą twarz 
rozjaśnił leciutki uśmieszek. 
Roza nie chciała mieć dla niego żadnych jasnych, dobrych uczuć, 
nic jednak nie mogła poradzić na to, że wydał jej się niemal 
smutny. Nie wyglądał na złego człowieka. Miał w sobie pewną 
przyj acielskość. Rozumiała, że jest z policji, lecz nie sprawiał 
wrażenia ani bezwzględnego, ani złośliwego. Była w nim jakaś 
miękkość. Mógł być bratem każdego człowieka. 
- Jestem sam - odparł. 
- Naszła cię potrzeba odegrania bohatera? - spytał drwiąco 
Seamus, nieco się rozluźniając. - Będziesz w większym stopniu 
mężczyzną, jeśli zaprowadzisz Seamusa 0'Connora do lorda 
Lismore'a i wyjętemu spod prawa założą pętlę na szyję? 
Roza zadrżała na dźwięk tych strasznych słów, które Seamus 
rzucił nieznajomemu. 
- Zdrada nie przydaje męskości, wiesz o tym, Donal - dodał 
Seamus, a wtedy Roza zrozumiała, kim jest ten człowiek w 
policyjnym mundurze. 
Donal Connelly. 
Donal, młodszy brat Danny'ego, buntownika, który był 
najlepszym przyjacielem Seamusa. Roza zrozumiała. 
Największe pretensje Seamus miał wcale nie do żony Danny'ego. 
Pomyliła się, sądząc, że pogardę i obrzydzenie, którymi wprost 
ociekały słowa Seamusa, gdy mówił o wdowie po Dannym i jego 
bracie, wywołał fakt, iż tych dwoje wzięło ślub. 
W Seamusie płonął żar nienawiści z innego powodu. 
 

background image

Młodszy brat Danny'ego Connelly, człowieka, który zginął z rąk 
Anglików, oskarżony o niepopełnione przestępstwo, należał do 
brytyjskiej policji. 
- To ty zaproponowałeś, że trzeba poszukać tutaj? - spytał 
Seamus, odsłaniając zęby. w uśmiechu. Tym razem ani trochę nie 
przypominał gryzonia. Tym razem pokazał się drapieżnik. 
- To Molly postąpiła bezmyślnie - Donal nawet na moment nie 
odrywał twardego jak stal wzroku od Seamusa. 
Rozie wydało się, że usłyszała w jego głosie coś jakby ton żalu, 
wyraźnie jednak było widać, że Seamus nie dał się na to złapać. 
Westchnął z rezygnacją. 
- Molly! Jak Molly mogłaby się zbliżyć do kogoś, kto wziąłby jej 
paplaninę na poważnie? Czyżby cię awansowali, Donal? 
Młodszy brat Danny'ego skrzywił się. 
- Jestem irlandzkim katolikiem, Seamusie - wypluł. -Wiesz 
równie dobrze jak ja, że nie dostanę wyższego stopnia. Jeśli 
chcesz ze mnie drwić, to musisz znaleźć inny sposób. Molly 
opowiedziała... komuś o tym pasterskim szałasie, w którym 
razem z Dannym spędzaliście letnie miesiące przez kilka lat jako 
chłopcy. Nie mogłem przecież powiedzieć, że szałas się zawalił, 
prawda? 
Umilkł, ale wciąż patrzył na Seamusa. 
- A przynajmniej nie mogłem tak zrobić, nie wiedząc, czy nie 
zawali się w bliskiej przyszłości. W bardzo bliskiej przyszłości, 
Seamusie... 
Seamus rozluźnił nieco uścisk, w którym przytrzymywał Rozę, 
ale wciąż jej nie puszczał. Nic nie mówił. Roza zorientowała się, 
że ogarnia go niepokój, wyczuwała to, wyczuwała jakby inny 
rodzaj zaniepokojenia, rozpościerający się wokół nich i 
wypełniający wnętrze kamiennej chaty... 
 

background image

Seamus słuchał. 
- Wybrzeże zostało przeszukane od Crow Head niemal aż po 
Crosshaven - powiedział Donal Connelly, zdawszy sobie sprawę, 
że Seamus jednak chętnie wysłucha, co on ma do powiedzenia. - 
Nie wierzą, że opuścisz Cork, kierując się na zachód - dodał z 
krzywym uśmiechem. - Stawiają na to, że zmierzasz do Dublina. 
Uważają, że nie planujesz pozostania w Irlandii, O'Connor. Nic 
dziwnego, że zdecydowali się skupić na mieście, w którym jest 
przyzwoity port. 
Po szczupłej, piegowatej twarzy przemknął uśmiech, nadając jej 
wręcz chłopięcy wygląd, który poruszył jakąś strunę w Rozie. 
Ten człowiek nie posiadał żadnego szczególnego uroku. Nie był 
czarujący. Był tak zwyczajny, że wśród czworga łudzi ktoś 
mógłby go prawie nie zauważyć. I zdawał sobie sprawę ze swojej 
zwyczajności. 
Roza przyłapała się na tym, że zadaje sobie pytanie, jaki też mógł 
być jego brat. Nie wierzyła, że Daniel Connelly był równie 
niewidzialny, i mimo woli zrobiło jej się żal Donala - ukryła to 
jednak, ale domyślała się, że nie jej pierwszej się to przydarzyło. 
Jeżeli zgadywała słusznie, to Donal wyrósł w cieniu brata, 
będącego bardziej świętym niż mężczyzną. Albo może i jednym, 
i drugim. I brat ten nawet po śmierci nie przestał rzucać cienia. 
- Dlaczego miałbym ci zaufać? - spytał Seamus. -Z tego, co 
wiem, na zewnątrz może stać dziesięciu ludzi, czekających na to, 
żeby strzelić mi w plecy, kiedy tylko wyjdę. 
Twarz Donala Connelly pobladła. Oparł się o drzwi. 
- To nie ja zastrzeliłem Danny'ego - oświadczył twardo. Głos 
miał szorstki jak koci język. 
- To oddział, w którym byłeś i ty, Donału, po- 
 

background image

dobno ścigał twojego brata, kiedy podobno uciekał -słowa 
Seamusa były twarde jak kamienie. 
Rozę ścisnęło w żołądku, musiała zamknąć oczy. Nie mogła 
patrzeć na mężczyznę w mundurze. Zbyt bolesne było patrzenie 
na obcego człowieka, obnażającego swoją duszę tak, jak to zrobił 
Donal Connelly. 
Czy Seamus nie dostrzegał szczerości tego nieszczęśnika? 
- Nie uczestniczyłem w przesłuchaniu mego brata -powiedział 
Donal. Twarz mu zesztywniała jak maska. 
- Wolałbym raczej umrzeć. Zresztą im nie wpadłoby do głowy 
dopuścić mnie do udziału w takiej akcji. Aż takiego zaufania nie 
mają... 
- Przeżyłeś dziesięć lat od czasu, kiedy twój brat umarł z ciałem 
pełnym ołowiu, Donału - oświadczył Seamus twardo. - W ciągu 
tych dziesięciu lat wiele potrafiłeś znieść ze strony morderców 
twego brata, przyjacielu. I wygląda na to, że okazują ci całkiem 
spore zaufanie, skoro przysyłają cię tutaj samego. Jeśli naprawdę 
jesteś sam... - Powiedziałem, że szałas zawalił się ostatniej zimy 
- powiedział Donal i przełknął ślinę. 
Seamus cmoknął językiem. 
- Mogą cię powiesić za takie kłamstwo, Donal! Czyżby rodzina 
Connelly niczego się nie nauczyła? Władz Korony nie wolno 
oszukiwać. Przecież już straciliście jednego, który nie umiał 
okazać pokory. 
- Na pewno to sprawdzą - podjął Donal zmęczonym głosem. Pod 
oczami miał ciemne sińce, a w całej jego postawie Roza 
zauważyła coś charakterystycznego dla ludzi ściganych. - Na tyle 
ufają takim jak ja -uśmiechnął się przygnębiony. - Tyle jest wart 
mój udział. Sprawdzą jeszcze raz, Seamusie. 
- Wtedy szałas powinien być tylko kupą kamieni -dokończył 
Seamus i puścił Rozę. 

background image

Z niechęcią okazał Donalowi coś w rodzaju szacunku, ale wciąż 
pozostawał czujny. Pchnął Rozę za siebie i zasłonił ją własnym 
ciałem, chociaż jego oczy już dawno dostrzegły, że Donal nie jest 
uzbrojony. Być może właśnie to przekonało Seamusa, że brat 
Dannyego przybył sam. 
- Pozbieraj nasze rzeczy - ściszonym głosem nakazał Rozie. - 
Spakuj je najlepiej jak potrafisz do mojego worka. Złóż koce. 
Uważnie sprawdź, żebyśmy niczego tu nie zostawili. Nawet 
guzika! 
Roza popatrzyła na niego, lecz o nic nie pytała. Zrobiła to, o co 
prosił. 
W tym czasie obaj mężczyźni wspólnymi siłami odryglowali 
drzwi. Wyrwali je z zawiasów i wyrzucili na zewnątrz, Seamus 
zaczął po nich skakać. Drewno trzeszczało, aż w końcu Roza 
usłyszała, że się poddało. 
Nie miała siły myśleć o tym, co tu zaszło, ale czuła, że to, co 
wypełniało wnętrze szałasu, kiedy Seamus był w środku, 
opuściło izbę razem z nim. W środku było całkiem pusto, kiedy 
zgasiła lampę i wyszła z naręczem koców i workiem Seamusa. 
Ostre światło słońca oślepiło ją, musiała na moment stanąć w 
progu z zaciśniętymi oczami. Wreszcie odważyła się je otworzyć, 
powoli. Aż w końcu mogła powitać dzień. 
Seamus stał już na dachu i zrywał wielkie kawały darni. Rzucał ją 
jakby ze złością na ziemię. Donal zaczął wyciągać kamienie z 
tych części ścian, gdzie nie były one wmurowane, a tylko luźno 
ułożone. Roza zaniosła swoje pakunki na tyle daleko, żeby 
niczego przypadkiem na nie nie rzucili. Potem podwinęła rękawy 
bluzki, idąc za przykładem Seamusa, i zawołała go po imienia 
Zatrzymał się w pół ruchu z naręczem darni. 
- Dachem zajmę się ja - powiedziała. 
- Nie ma mowy! - odkrzyknął Seamus. 

background image

- Dam sobie radę - zapewniła. - Do pioruna, przecież pracowałam 
w kopalni! 
Seamus uniósł brwi i cisnął płat darni tak, że upadł tuż przy 
czubkach butów Rozy. 2robił to celowo, Roza dobrze o tym 
wiedziała. 2amknęła oczy, dopóki nie opadł pył. 
- Jesteś ode mnie silniejszy, Seamusie O'Connor. Nie musisz też 
być ode mnie głupszy. Nie dam rady rozwalić tych ścian. Ale 
darń mogę zrywać. 
Donal uśmiechnął się, chociaż sytuacja była tak naprawdę 
niezwykle poważna. Uklęknął na jedno kolano, druga, zgięta 
noga miała posłużyć Rozie jako stopień. 
- Proszę stanąć tutaj, panienko! - powiedział, wyciągając do niej 
rękę. 
- Nie dotykaj jej, Connelly! - padło stanowcze ostrzeżenie z 
dachu. 
Ale Roza obiema nogami stała już na udzie Donala. Podtrzymał 
ją, a potem, wsparłszy się barkiem o kamienną ścianę, nachylił 
się tak, aby kolejnym stopniem były jego plecy. 
- 2amknij się, Seamus! - krzyknął Donal. 
A Roza Samuelsdatter postawiła na próbę jedną stopę na barku 
silnego irlandzkiego policjanta. Sapnął lekko, lecz ona nie mogła 
stać się lżejsza niż w rzeczywistości. Musiała całym swoim 
ciężarem oprzeć się na tej jednej stopie, gdy podnosiła do góry 
drugą. Przykucnęła i lekko się zachwiała, ale ręka Donala ciągle 
służyła jej jako podparcie. 2resztą szałas nie był wysoki, niewiele 
wyższy od mężczyzn. 
Nad jej głową rozległy się przekleństwa - słowa, jakich Roza 
nigdy dotychczas nie słyszała. 2atrzeszczały belki, a kiedy 
podniosła głowę, zobaczyła tuż przed sobą ponurą, ogorzałą 
twarz mężczyzny, bez którego nie mogła żyć. 

background image

- Musisz postawić na swoim? - westchnął, ale zagniewana twarz 
zaraz rozjaśniła się w uśmiechu. Podał jej rękę, a wtedy Roza 
wyciągnęła do niego obie dłonie i Seamus wciągnął ją na dach. 
Na ziemi Donal westchnął z ulgą. 
Seamus pogładził Rozę po włosach, odgarnął je do tyłu palcami i 
położył jej dłoń na karku. Prędko przycisnął wargi do jej ust w 
suchym, gniewnym pocałunku, a potem pokręcił głową, usiadł na 
krawędzi dachu i zsunął się na ziemię. 
Roza obróciła się do niego plecami. Wiedziała, że jej się 
przygląda. Z pewnością obaj mężczyźni na nią patrzyli, a nie 
chciała żadnemu dać satysfakcji i pokazać, że sobie nie radzi. Być 
może stali po różnych stronach, lecz obaj byli mężczyznami i do 
możliwości kobiety odnosili się z leciutką pogardą. Roza ugięła 
kolana, zapiekło ją w palcach, kiedy odrywała płat darni o połowę 
mniejszy od tych, które zrzucał Seamus. Zagryzła jednak wargi, 
tłumiąc rozczarowanie, i cisnęła darń na dół, wciąż nie patrząc na 
Seamusa. Zabrała się za następny obluzowany kawałek. 
- Szatańska baba! - mruknął Donal, ale się nie uśmiechnął. Zabrał 
się do burzenia ściany przy drzwiach, szarpiąc kamień wielkości 
swojej głowy. 
Jedynie niektóre fragmenty ścian były porządnie wymurowane, 
w pozostałych miejscach kamienie ułożono jeden na drugim 
metodą, którą Irlandczycy posługiwali się od stuleci, odkąd 
pierwsi ludzie zamieszkali na zielonej wyspie. Zaprawę 
przywieźli do Irlandii Anglicy. Przy wznoszeniu tej budowli nie 
użyto też wcale naj-solidniejszej zaprawy, miał to wszak być 
jedynie pasterski szałas, przeznaczony dla młodych chłopców. 
Nie lord Lismore miał tu sypiać. 
 
 

background image

- Dlaczego? - spytał Seamus. Rozmawiając z Donalem starał się 
wypowiadać jak najmniej słów. 
- Ja także sądzę, że zamierzasz znów wyjechać do Ameryki, 
Seamusie - odparł Donal, nie przerywając wyciągania kamieni ze 
ścian gołymi rękami. - A chciałbym, żebyś zabrał ze sobą 
chłopców Danny'ego. 
Seamus również nie przerwał pracy, ale wstrząśnięty był do głębi 
duszy. 
- Tommy i Mały Danny mają dwanaście i czternaście lat. Jedyne, 
o czym mogą myśleć, to wstąpienie do policji. Ziemi starczy 
jedynie dla mojego najstarszego chłopaka. Chciałbym, żeby 
synowie Danny'ego mieli przed sobą jakąś przyszłość. 
Seamus nic nie powiedział. 
- Myślisz, że jestem gotów cię zdradzić? - spytał Donal. 
- Owszem, taka myśl przyszła mi do głowy - przyznał Seamus 
chłodno. 
- Danny nie uciekał - powiedział Donal cicho. - Zastrzelili go, bo 
nie chciał im nic powiedzieć. Nie było mnie przy tym. Nie wiem, 
kto strzelał. Uznali za dobry żart, kiedy mówili, że to mój oddział 
go ścigał podczas tej niby ucieczki... 
Seamus długo milczał. W końcu dał na chwilę odpocząć rękom. 
- Zabiorę chłopców ze sobą - odparł w końcu. -A jeśli mnie 
zdradzisz, Donalu Connelly, twoja dusza będzie się smażyć w 
piekle aż po kres wieczności! 
Donal kiwnął głową. 
- Rozwalmy wreszcie ten przeklęty szałas! 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział 6 
Nadszedł wieczór. Roza leżała na plecach we wrzosie tuż przy 
ruinie. Zburzenie maleńkiego, kamiennego szałasu zabrało 
Seamusowi i Donalowi cały dzień. Zostało z niego jedynie 
palenisko i dolna część komina. Mężczyźni przytomnie zdali 
sobie sprawę z tego, że wiatr nie zdołałby zniszczyć tych 
fragmentów, zostawili więc je w spokoju. Teraz zrujnowany 
szałas wyglądał jak najbardziej naturalnie. Pomoc Rozy 
ograniczyła się do zerwania dachu i wybierania najmniejszych 
kamieni. I do nieplątania się pod nogami... 
Nie wiedziała, co teraz będzie. Gorąco pragnęła, aby to wszystko 
okazało się tylko snem, koszmarnym snem, z którego mogłaby 
się obudzić i stwierdzić, że Seamus jest najzupełniej bezpieczny. 
Oczywiście wierzyła, że Donal Connelly mówi prawdę, ale nie 
śmiała ufać tym, których miał nad sobą. Fakt, iż mu zaufali, nie 
przydawał jej poczucia bezpieczeństwa. Teraz nie ufała już ani 
ludziom, ani elfom. 
Seamus i Donal poszli do strumienia, prawdopodobnie po to, by 
obmyć ciała z okruchów kamieni i zaprawy, Roza jednak 
przeczuwała, że chcą porozmawiać o czymś nieprzeznaczonym 
dla jej uszu. 
- Wciąż mi nie ufasz? - spytał Donal, nie patrząc na Seamusa. 
Kurtkę od munduru rzucił na brzegu niewielkiego zakola. 
Koszulę ściągnął przez głowę i wy-trzepał. W powietrzu pojawiła 
się chmura pyłu, ale 
 
 
 
 
 
 

background image

zaraz porwał ją wiatr i nie pozostawiła po sobie żadnego śladu. 
Seamus brodził w zimnej wodzie. Zakole było niewielkie i na tyle 
płytkie, że dorosły mężczyzna nie zdołałby na stojąco całkiem się 
w nim zanurzyć. Seamus podwinął spodnie do kolan, ale i tak 
wszedł głębiej, nie przejmując się, że płótno nasiąka wodą. 
Przykucnął i zaczął obmywać nagi, muskularny tors, nie poświę-
cając swemu towarzyszowi nawet jednego spojrzenia. 
- Ufam tylko sobie - odparł krótko. - Inni mogą mieć własne 
powody, żeby coś robić albo czegoś nie robić. Trudno stwierdzić, 
co chodzi po głowie innemu człowiekowi, Donal. Nawet pod 
najszczerszym uśmiechem może kryć się kłamstwo. Tę prawdę 
poznałem bardzo wcześnie. 
- Czasy stają się coraz cięższe. - Donal zanurzył ręce i trzymał je 
w wodzie, aż prawie kompletnie stracił w nich czucie. - Coraz 
trudniej wykarmić rodzinę. Masz braci, którzy poczuli to na 
własnej skórze, Seamus. Ludzie gadają, że w Ameryce nieźle im 
się wiedzie. 
- Mają tam lepiej, niż mieli tutaj - odparł Seamus. 
- Ja mam stałą pensję - stwierdził Donal. Seamus roześmiał się 
gorzkim śmiechem, lecz nie 
powiedział na głos tego, co niemal siłą wyrywało mu się z ust. 
Ugryzł się w język i nie oświadczył, że tchórzowi najwyraźniej 
opłaca się zdrada. 
- Ale wyżywienie dużej rodziny kosztuje. 
- Może powinieneś był o tym pomyśleć, zanim wziąłeś sobie 
żonę, która już wcześniej miała troje dzieci - zauważył Seamus. 
- Nigdy nie wybaczyłeś mi tego, że poślubiłem Molly, prawda? - 
spytał Donal i wbił szeroko otwarte oczy w Seamusa. - Ktoś 
przecież musiał się nią zająć - ciągnął młodszy brat Danny'ego, 
nie odrywając 
 

background image

wzroku. - Orałeś jej pole i podsuwałeś pieniądze, żeby miała z 
czego zapłacić dziesięcinę, ale potrzeba było czegoś więcej, 
Seamusie. Została sama z trójką dzieci, którym trzeba było dać 
jeść. 
- Płaciłem też za dzierżawę - przypomniał Seamus. 
- I robiłbyś to nadal? - spytał Donal. Wyraźnie rzucał Seamusowi 
wyzwanie. 
Seamus nie odpowiedział. 
- Nie ożeniłeś się z nią. Nie poprosiłeś jej o rękę. Nawet o tym nie 
pomyślałeś. 
- Okazałeś się taki prędki, że komukolwiek trudno było cię 
wyprzedzić - stwierdził Seamus kwaśno. - O ile dobrze 
pamiętam, zacząłeś smalić cholewki do wdowy po bracie, kiedy 
od jego śmierci nie minęło jeszcze nawet pół roku. Danny umarł - 
to znaczy został zabity -we wrześniu. A ty na długo przed dniem 
świętego Patryka zacząłeś wydeptywać próg u Molly. A tuż po 
Nowym Roku zacząłeś grzać jej łóżko, Donal. 
Donalowi wyraźnie zadrgał policzek. 
- Bardzo dobrze to pamiętasz, chociaż od tamtej pory minęło już 
tyle czasu - zauważył. - Plotki rozchodziły się szybciej niż wiatr. 
A może to elfy opowiedziały ci o wszystkim, Seamus? Mało co 
przechodzi koło ciebie niezauważone. 
- Molly sama mi o wszystkim powiedziała - odparł Seamus i 
wyszedł z wody. - Spałeś z nią? - zapytał Donal. 
- Była żoną mojego najlepszego przyjaciela - powiedział Seamus, 
stając nieruchomo na wietrze, żeby się wysuszyć. - I śmierć 
Danny'ego niczego dla mnie, w przeciwieństwie do innych, nie 
zmieniła. Szanowałem Dan-ny'ego. Szanowałem go również po 
śmierci Szanowałem na tyle, żeby nie tknąć tej, z którą on 
wcześniej dzielił łoże. W moich oczach Molly wciąż była jego 
żoną, Donalu. 

background image

Donal wciągnął koszulę wprost na mokre ciało. Gniewnymi 
ruchami upychał ją w spodniach. Potem sztywnymi palcami 
włożył i zapiął kurtkę. 
- Szacunek nie przyniósł jedzenia na stół Molly i dzieciom - 
powiedział. - Szacunek nie utulał jej, kiedy czuła się samotna. 
Szacunek i poważanie nie kopały torfu do jej ognia ani nie kosiły 
siana. Ten twój przeklęty szacunek, Seamusie 0'Connor, nie 
dawał jej żadnego poczucia bezpieczeństwa! A ona tego potrze-
bowała. Właśnie poczucia bezpieczeństwa. Przekonania, że tego, 
co ma, nie odbiorą jej już następnego dnia. 
Donal umilkł na chwilę. 
- Ty byś jej nigdy tego nie dał. Nie ożeniłeś się z nią wtedy, kiedy 
miałeś taką możliwość. Niczego jej nie obiecałeś, ani wtedy, ani 
później, kiedy po śmierci mojego brata bawiłeś się w anioła 
stróża. Ona nie potrzebowała twojego szacunku, Seamusie, ona 
potrzebowała mężczyzny! Molly wiedziała, że się z nią nie oże-
nisz. Wiedziała, że nigdy nie poprosisz jej o rękę. 
- Żyjąc tak, jak żyłem, nie mogłem wziąć sobie żony - odparł 
Seamus sztywno. 
- Tak czy owak, na pewno nie byłaby to ona - odparował Donal. - 
Aż tyle cię kosztuje przyznanie się do tego? Czy musisz 
poświęcić całą swoją dumę, aby przyznać, że poślubiając Molly, 
wyświadczyłem ci też pewną przysługę? 
- A teraz chcesz pozbyć się z domu jego synów? -spytał Seamus, 
nie odpowiadając na wyzwanie rzucone przez młodszego 
mężczyznę. 
To nie było konieczne... ... uniósł się ponad to... 
- Skoro potrafisz pomóc całemu swemu rodzeństwu i ich 
rodzinom przenieść się do Nowego Świata, to chyba nie byłoby 
szczególną trudnością zabranie 
 

background image

tam Tommy'ego i Danny'ego. Okaż szacunek memu bratu, 
troszcząc się o jego synów, dopóki sami nie będą w stanie się 
utrzymać. Popatrzył na Seamusa. 
- Nie nosisz ubrań biedaka, Seamus. Dochodzą mnie też słuchy, 
że nie wróciłeś do Irlandii z pustymi rękami. Podarki, które 
rozdawałeś, kosztują więcej, niż może sobie na to pozwolić 
człowiek ubogi. Coś mi mówi, że spełniły się wszystkie 
marzenia, jakie kiedyś snuliście razem z Dannym... 
- Nie wszystkie - odparł Seamus krótko. Siedział na ziemi i 
wciągał buty. 
- Chyba tyle jesteś winien Danny'emu - oświadczył Donal z 
ostrym błyskiem w oku. 
- A co z Deidre? Donal roześmiał się. 
- Deidre! - powtórzył, ze śmiechem kręcąc głową. - Seamusie, 
ona ma na imię Shelley! Nikt inny z wyjątkiem Danny'ego nie 
nazywał jej Deidre. 
- Ja ją tak nazywałem. 
- Ty i Danny chcieliście wierzyć w to samo - powiedział Donal 
krótko i splunął w trawę. - Nawet Molly woła na nią Shelley. Mąż 
też tak do niej mówi. 
Donal przeczesał włosy palcami. Seamus rozpoznał w tym ruchu 
gest z czasów, kiedy Donal był zaledwie chłopcem. Zawsze miał 
w sobie jakąś trudną do nazwania próżność. 
- Wyszła za mąż, kiedy miała piętnaście lat - powiedział Donal. - 
Za najstarszego chłopaka O'Neillów. I tak, owszem, musiała 
wyjść za mąż. Mają córkę, którą nazywają Maggie. Shelley nie 
potrzebuje od ciebie ani szacunku, ani pomocy, Seamus. Już nie. 
Te słowa zawisły między nimi w powietrzu. Jak zapach 
zgnilizny, którą zupełnym przypadkiem odsłonili. 
 

background image

- Dzień wiosennego zrównania dnia z nocą - powiedział Seamus. 
- Jak tylko się ściemni, chłopcy powinni znaleźć się w stajni na 
probostwie. Nie mieszaj w to mojej matki. I nie mieszaj w to 
Molly! 
- Molly musi się dowiedzieć - zaprotestował Donal. - Przecież to 
jej synowie. 
- O ile nie wymknie jej się to przypadkiem i nie dotrze do 
niewłaściwych uszu - zauważył chłodno Seamus. 
- Jak możesz mówić o niej tak zimno? - zdziwił się Donal. - 
Przecież była ci bliska równie długo jak Danny. 
- Stała się kobietą - odparł Seamus, wzruszając ramionami. - 
Mężczyźni pozostają przyjaciółmi. Kobiety przyjaźnią się z 
innymi kobietami. Mężczyźni z kobietami albo się żenią, albo o 
nich zapominają. -Urwał, a po chwili dodał twardo: - Molly stała 
się taką kobietą, z którą nie można się ożenić. 
- Mimo że uczestniczyłeś w zrobieniu z niej tej, kim się stała? - 
spytał Donal. 
Seamus nie odpowiedział. 
- Nie możecie tu zostać - oświadczył w końcu Donal. 
Stanęli ramię przy ramieniu. Byli mniej więcej równego wzrostu, 
Donal potężniejszy, zbudowany inaczej niż Seamus, który był 
smukłej szy, bardziej sprężysty. Donal przypominał skałę czy 
może raczej beczkę. 
- Pamiętasz jaskinie na północny zachód od Ban-don? - spytał 
Donal. 
Seamus kiwnął głową. 
- Trzeba przejść przez rzekę. 
- To zmyli psy na wypadek, gdyby postanowili naprawdę ostro 
zabrać się do dzieła - wyjaśnił Donal. -Przeczuwam też, że 
nadciąga burza. Musicie znaleźć sobie jakieś schronienie przed 
deszczem. Po burzy nawet psy was nie wywęszą. 

background image

Seamus zastanawia! się nad tym przez chwilę. 
- Rosi nie da rady tam dojść - stwierdził wreszcie. Niechętnie, ale 
zaakceptował kryjówkę zaproponowaną przez Donala. - Sam 
doszedłbym po omacku - dodał z przekonaniem. - Ale jestem 
odpowiedzialny za nią. Ciężko jej było dotrzeć aż tutaj. Nie 
skarżyła się i wiem, że będzie parła naprzód, dopóki nie padnie. 
Ale nie chcę tak jej krzywdzić. 
- Anglicy nie wiedzą, że ona jest razem z tobą, Seamus. 
Szare oczy Seamusa zwęziły się. 
- Molly zapomniała więc o tym nadmienić? 
- Molly nie poszła na te tańce, na które ty wkroczyłeś z kwiatami 
w garści i na których rozmawiałeś wyłącznie z tą obcą kobietą - 
wyjaśnił Donal. - Co ona w sobie ma? Mnie wystraszyłaby na 
śmierć, gdybym obudził się rano i zobaczył ją obok siebie... 
- Możesz ją spytać, czy zechce wrócić - powiedział Seamus - ale 
to i tak niczego nie zmieni. Rosi pójdzie ze mną. To jej własna 
decyzja. 
- Czy ona należy do tych, z którymi człowiek się żeni? - spytał 
Donal nieswoim głosem. 
- Tak - odpowiedział Seamus z mocą. - Dla mnie ona jest jedyna, 
Donalu. - Roześmiał się, ale jego śmiech zabrzmiał 
nieprzyjemnie. - Słyszysz mnie? Słyszysz, że daję ci broń, którą 
możesz skierować przeciwko mnie, Donalu Connelly? Słyszysz, 
że daję ci nóż, który możesz wbić mi w pierś? 
- Nigdy nie przypuszczałem, że jakakolwiek kobieta zdoła 
schwytać cię w pułapkę - uśmiechnął się Donal z napięciem. - A 
może wszedłeś w któryś z zaklętych kręgów elfów? Może 
właśnie tam ją znalazłeś? Jakaż inna kobieta zdołałaby 
przyciągnąć cię z taką mocą? 
 

background image

- Czy wyglądam na człowieka, który zatracił swoją duszę? - 
spytał Seamus z tonem goryczy w głosie. 
Donal wzruszył ramionami. 
- Zawsze miałeś w sobie coś dziwnego, O'Connor. Może twoja 
dusza już dawno przepadła gdzieś tutaj, w górach. Może tej 
kobiecie potrzeba było aż tyle czasu, żeby cię dogonić? 
Wolnym krokiem wracali do zburzonego szałasu. Mrok gęstniał 
coraz bardziej. 
- Zawiozę ją tam na koniu - oznajmił Donal. - Ją i wasze rzeczy. 
Mam też przy sobie trochę jedzenia, które jej zostawię. Ty, 
Seamus, musisz dać sobie radę na własną rękę. 
Seamus kiwnął głową. Nie dziękował. Walczyły w nim sprzeczne 
uczucia. 
- Zakładam, że nie muszę cię prosić o ostrożność. Nadciąga 
burza. Powinieneś wyruszyć natychmiast. 
- Nie jesteście przyjaciółmi - powiedziała Roza na próbę. 
Długo jechali w milczeniu. Roza siedziała na koniu z przodu, 
przed milczącym mężczyzną. Prawie się nie odzywał, odkąd 
rozstali się z Seamusem. 
„Musisz mu zaufać - powiedział Seamus. - On cię zaprowadzi w 
bezpieczne miejsce. Ja tam dotrę późno w nocy, a może nawet 
dopiero nad ranem. Chcę, żebyś została tam, dokąd cię 
zaprowadzi. Nie szukaj mnie, wszystko jedno, co się stanie. Nie 
ruszaj się stamtąd. Ja przyjdę. Obiecuję ci, że przyjdę, bez 
względu na wszystko. Chyba nie boisz się ciemności, prawda?" 
Roza wtedy pokręciła w odpowiedzi głową, lecz teraz czuła, że 
nie jest to do końca prawda. Teraz ciemność i noc ją przerażały. 
Bała się w ramionach tego ponurego mężczyzny. 
 
 

background image

- Byliśmy przyjaciółmi - odparł Donal. Musiał odchrząknąć, bo 
od tak dawna się nie odzywał, że głos jakby mu zardzewiał. - Nie 
takimi jak Danny i on, ale przyjaźniliśmy się. Jestem od nich 
młodszy. O dwa lata. Kiedyś to było dużo. W ich oczach byłem 
szczeniakiem. 
- Dlaczego więc to robisz? - spytała Roza, odrzucając wszystko, 
co nieważne. 
- Dla chłopców. 
- To kłamstwo - powiedziała, czując, że ma ze wszech miar rację. 
Donal długo milczał. Potem roześmiał się, a jego śmiech wśród 
nocy zabrzmiał jak cięcie batem. 
- Mało co przechodzi obok ciebie niezauważone, prawda? Jak on 
cię nazywa? 
- Rosi - odpowiedziała. 
- Cóż, Rosi - powtórzył Donal Connelly, gdy jechali przez 
irlandzką marcową noc. - Nie przyszło ci do głowy, że być może 
wcale tak bardzo nie różnię się od Seamusa? 
Rzeczywiście, zastanawiała się już nad tym. 
- Wydaje mi się, że masz takie same marzenia jak on. 
- Do pioruna, oczywiście, że mam takie same marzenia! - 
wykrzyknął. - Dorastałem po drugiej stronie tego płotu, za 
którym on zdzierał podeszwy swoich drewniaków. Dorastałem w 
cieniu, który rzucali on i Danny. Ale być może nie wierzę w 
metody, które oni wybrali. 
Roza słuchała. 
- Cromwell tak bardzo przerzedził ród Connellych, że do dzisiaj 
się o tym mówi. Mój brat zginął w walce, której nie mógł wygrać. 
Moja matka wciąż zapala dla niego świecę. I jej, i Molly o wiele 
bardziej by się przydał żywy. Czy ja także miałem być patriotą i 
buntownikiem? 
 

background image

- Dlaczego poszedłeś do policji? - spytała Roza. 
- Kiedy się zaciągnąłem, Danny zbił mnie prawie do 
nieprzytomności - odparł Donal. - Wierzyłem, że wyświadczam 
rodzinie przysługę. Co ty na to, nieznajoma Rosi? 
Roza nie odpowiedziała. 
- Kiedy Anglikom potrzeba więcej ludzi w policji -ciągnął Donal 
- wolą zwiększać szeregi, zatrudniając nas. Irlandzkich 
katolików. Ubogich irlandzkich katolików. Wszyscy przecież 
wiedzą, przeciwko komu zostaną użyte te siły. 
Westchnął. 
- Ty tego nie rozumiesz, prawda? Skąd ty, u diabła, się tu 
wzięłaś? Dużo było gadania o kobiecie Harta, cudzoziemce... 
Urwał gwałtownie. 
- Przepraszam - odezwał się znowu. - Nic przecież o tobie nie 
wiem. To tylko plotki. 
- Które mówią, że jestem kochanką Maxwella Harta? - spytała 
Roza jasnym głosem. 
- Tak. Mniej więcej tak. 
- Pochodzę z Norwegii - wyjaśniła Roza, prostując przy tym 
plecy jak struna. - I od tej pory możesz każdemu, kto będzie pytał, 
mówić, że jestem kochanką Seamusa 0'Connora. 
- On mówił, że jesteś jego kobietą - powiedział Donal. - To 
pewna różnica. Mówił, że jesteś kobietą, z którą mężczyzna się 
żeni. 
- Czy to naprawdę różnica? - spytała Roza zmęczonym głosem. 
- Dla mnie tak - odparł. - Poślubiłem kobietę, która była kochanką 
zarówno mojego brata, jak i Seamusa. 
Słowa te spadły na Rozę jak zimny deszcz. 
 

background image

- Czy twój brat się z nią nie ożenił? - spytała, czując, jak bardzo 
nagle zaschło jej w gardle. 
- Molly miała piętnaście lat - oświadczył Donal twardo. - I miała 
taki wielki brzuch, że ledwie mogła ustać na nogach. Jest taka 
delikatna, prawie przezroczysta. Wystarczy dmuchnąć, żeby ją 
przewrócić. Bardziej krucha niż piękna. Zarówno jej ojciec, jak i 
Frank usiłowali przemówić jej do rozumu, prosili i grozili 
wizjami mąk piekielnych przez całą wieczność, jeśli nie zdradzi 
imienia ojca jej dziecka. Jak gdyby ani ojciec, ani świątobliwy 
ksiądz nie wiedzieli, jak się sprawy mają. Wszyscy inni 
doskonale zdawali sobie z tego sprawę... 
Roza czekała. 
- Ona nie była nawet zbyt przebiegła. Co miała mówić? Musisz 
wiedzieć, Rosi z Norwegii, że perspektywa całej wieczności w 
piekle może przerazić osobę urodzoną w Irlandii. Molly wyznała, 
że ojcem dziecka mogą być obaj, mój brat Daniel albo Seamus 
O'Connorow. 
Donal się roztrząsł. O tym nigdy nie rozmawiano, ani u niego w 
rodzinie, ani u Molly. Był też dogłębnie przekonany, że ani 
Charlotte O'Connor, ani jej brat, wielebny O'Shaughnessy, nigdy 
nie uprzyjemniali sobie czasu snuciem wspomnień z tamtych 
bezsennych tygodni w lutym 1826 roku. W tych rodzinach na ten 
temat obowiązywało milczenie, w przeciwieństwie do 
wszystkich innych rodzin z okolic Kinsale. 
- Danny i Seamus walczyli ze sobą, kiedy staruszkowie, 
jednocząc siły, zażądali, aby jeden z nich ożenił się z Molly i 
uczynił z niej porządną kobietę. Nie chcieli, żeby dziecko 
urodziło się poza małżeństwem. I tak już za dużo o nich gadano. 
Wszyscy przecież wiedzieli, że Molly latała za nimi w góry, na 
letnie 
 

background image

pastwiska. Wszyscy wiedzieli, że i Danny, i Seamus, 
przychodzili do niej do stodoły. Wszyscy z wyjątkiem jej 
rodziny, która dowiedziała się o wszystkim, kiedy było już za 
późno. 
- A więc twój brat wygrał? - spytała Roza sztywno. Śmiech 
Donala jakby rozpędził chmury, odrobinę 
rozjaśnił niebo. Przepuścił światło gwiazd. 
- Danny przegrał - odparł Donal cierpko. - Musiał więc poślubić 
Molly. To był szczęśliwy miesiąc, luty tysiąc osiemset 
dwudziestego szóstego roku. Pan młody i jego drużba tak się 
spili, że trzeba ich było wnosić do domu. W noc poślubną Molly 
w małżeńskim łożu spali Seamus i Danny, schlani do 
nieprzytomności. Molly jeszcze przez następny tydzień 
mieszkała u swoich rodziców. Tam urodziło się dziecko. Dziew-
czynka miała rude włosy i na ten widok wszyscy odetchnęli z 
ulgą, bo mój brat też był rudy, tak samo jak ja. Jedynie Molly 
miała swoje wątpliwości. Uparła się, żeby nazwać dziecko 
Deidre Shelley. Potrafisz chyba sobie wyobrazić, jakie podstawy 
dało to ludziom do gadania. 
Owszem, Roza dobrze to rozumiała. 
- Molly nigdy nie nazywała jej inaczej niż Shelley - powiedział 
Donal. - Mała wyrosła na piękną dziewczynę. Włosy wciąż ma 
rude. A oczy koloru popiołu. W naszej rodzinie nikt nie ma 
szarych oczu. Oczy Molly są najzieleńsze, jakie tylko potrafisz 
sobie wyobrazić. Ale Shelley była jedną z Connellych, dopóki nie 
wyszła za Kevina 0'Neillów. 
Roza nie wiedziała, co na to powiedzieć. Donal objawił przed nią 
nieznaną dotychczas stronę Seamusa. A najbardziej przerażało ją, 
że bez najmniejszego trudu uwierzyła we wszystko, co jej 
opowiedział. 
- W moim przekonaniu Seamus jest winien Dan- 

background image

ny'emu tę przysługę - oświadczył Donal. - Rachunki się 
wyrównają. 
- Pogardzałeś nimi? - spytała Roza. - Miałeś prawie tyle samo lat, 
co oni. Ty też musiałeś dorastać razem z nią. 
- Jestem o rok młodszy od Molly - odpowiedział Donal. - Dla 
mnie ona była najpiękniejsza ze wszystkich, ale na mnie nigdy 
nie zwracała uwagi. Dlaczego zresztą miałaby to robić? Zdobyła 
przecież zarówno Danny'ego, jak i Seamusa, obydwu 
najwspanialszych chłopaków na zachód od Cork! Nie rozumiała 
jednak, że nie zdoła ich rozdzielić. Obaj pewnie uważali, że 
Molly nie jest z tych, z którymi człowiek się żeni. Molly tego nie 
pojęła. Ona ma w sobie coś, ale nigdy nie sięga myślą aż tak 
daleko. 
Westchnął. 
- Dla mnie to nie było aż takie istotne. I nie jest nadal. Dla mnie 
ona wciąż jest najpiękniejsza. Ale nie zwróciłaby na mnie uwagi, 
gdyby mnie nie potrzebowała. 
Strzepnął cuglami. 
- Wiesz, ona naprawdę przez jakiś czas wierzyła, że Seamus się z 
nią ożeni. Orał jej pola. Zdobywał dla niej pieniądze i rozmawiał 
z nią. Może też z nią sypiał. Nigdy jej o to nie pytałem. Sądziła, 
że zaproponuje jej małżeństwo - zdradziła się z tym przed którąś 
z kobiet. Rozeszła się plotka... 
Roza długo słyszała jedynie odgłos kopyt uderzających o ziemię. 
- Seamus przyszedł do niej i uświadomił jej, że to tylko marzenie. 
Dopiero wtedy Molly zaczęła mnie dostrzegać. 
Rozie serce ściskało się z żalu dla tego mężczyzny, którego 
przecież ledwie znała. 
 
 
 

background image

- Jest wielu różnych bohaterów - stwierdziła wreszcie. 
- W ich oczach jestem zdrajcą - powiedział Donal. -Ale dostałem 
pieniądze za to, że wstąpiłem do policji. Dzięki temu mogłem 
przez ten rok opłacać dziesięcinę za moją matkę. Danny nie miał 
jej co przynieść. Od tamtej pory pobieram pensję, za którą mogę 
wyżywić rodzinę. I mogę też ochronić przynajmniej niektórych z 
moich bliskich. 
- Tak jak teraz - powiedziała Roza. 
- Dla Danny'ego nic nie mogłem zrobić - powiedział Donal, jakby 
jej nie słyszał. - Dla niego nikt nie mógł zrobić nic. 
Postanowiono, że należy go usunąć z drogi. Zaczął sprawiać zbyt 
wiele kłopotów. Prosiłem, żeby siedział cicho, ale on tylko śmiał 
mi się w twarz. Naprawdę nie mogłem nic zrobić. Zginął jak 
bohater. Jak przeklęty irlandzki bohater z przetartym honorem, 
zasłaniającym łachmany niczym peleryna. Ani duma, ani honor 
nie powstrzymały kul. Jego krew stała się pożywką wyłącznie dla 
nowej nienawiści... 
Westchnął. 
- Nie chcę, aby jego synowie dorastali w przeświadczeniu, że 
muszą iść w jego ślady. To zniszczyłoby nas wszystkich. 
Jechali już długo. Po przekroczeniu rzeki Bandon krajobraz stał 
się bardziej pagórkowaty, a oni ciągle zmierzali na zachód. Roza 
całkiem zesztywniała, kiedy Donal Connelly zatrzymał wreszcie 
konia i zeskoczył na ziemię. 
- Ty siedź - powiedział. - Został nam jeszcze kawałek. 
Odprowadzę cię aż do jaskiń. Pójdziesz piechotą, jak będzie to 
konieczne. 
Roza usłuchała, ponieważ Seamus ją o to prosił. Poza tym ufała 
Donalowi Connelly, zdrajcy. 
 

background image

Rozdział 7 
- Nie bój się ciemności - powiedział Donal Connelly, nim 
zostawił Rozę w nagiej jaskini w skierowanym na wschód 
zboczu, do której ją przyprowadził. 
Wysoki mężczyzna nie zdołałby tu stanąć wyprostowany. Donal 
zapowiedział także, że Rozie nie wolno rozpalać ognia, dopóki 
nie przyjdzie Seamus. 
- Trudno stwierdzić, kto się włóczy po nocy - dodał z uśmiechem. 
- A jeśli on nie przyjdzie? 
- Seamus przyjdzie. Pochodzi ze starego rodu druidów. O tym ci 
nie powiedzieli, prawda? 0'Shaughnessy mają w żyłach krew 
druidów. 
- Sądziłam, że krew elfów... Zaśmiał się krótko: 
- To zupełnie inna historia. Oddaję w ręce Seamu-sa życie moich 
bratanków. Myślisz, że zdecydowałbym się na to, gdybym nie 
miał do niego zaufania? 
Roza przyznała, że to chyba rzeczywiście jest konieczny 
warunek. A potem pożegnała się z policjantem, który postąpił 
tak, jak w swoim przekonaniu musiał. 
... moje miejsce nie jest tutaj. Niemądra byłam, że tak myślałam. 
Nie wierzyłam, że to, gdzie jestem, może odgrywać jakąś rolę, 
przynajmniej dopóki on sprawiał, że czułam się jak w domu. 
Wydawało mi się, że miejsce i kraj są nieistotne, lecz w Irlandii 
miejsce i strona zawsze mają znaczenie. 
 
 
 
 
 
 

background image

Wokół mnie kładzie się mgła. Tłumi wszelkie odgłosy, może tak 
jest nawet lepiej. Tyle różnych rzeczy sobie wyobrażam. Wokół 
mnie jest ciemno. Nie mam pojęcia, jak to miejsce może 
wyglądać w dziennym świetle. Nigdy wcześniej tu nie byłam. 
Mijaliśmy wzgórza i pagórki, a potem teren zaczął jeszcze 
bardziej się wznosić, aż zmienił się w te góry, z których 
wcześniej tak kpiłam, ale teraz czuję, że są prawdziwe, kiedy 
siedzę skulona w jaskini, chroniącej mnie przed wiatrem, 
przynajmniej dopóki wieje z zachodu, i przed wilgocią. Ale 
ciemniej tutaj niż w zimowe noce w domu, a wejście jest na tyle 
szerokie, że nie skryje mnie przed niczyim wzrokiem, gdyby ktoś 
przypadkiem tędy przechodził. Pewnie jednak mało kto tu 
zagląda... 
Mam wrażenie, że mgła wiruje w ciemności. Oczywiście mogę 
się mylić. Właściwie jestem prawie całkiem pewna, że się mylę. 
Mgła opada albo się podnosi, nie wiruje. To tylko moim oczom 
przywidują się dziwy, a poza tym jest przecież tak ciemno, że 
właściwie nic nie mogę zobaczyć. W takiej ciemności niczego nie 
da się dojrzeć. 
Ale mnie udaje się dostrzec księżyc poprzez to coś szarobiałego, 
co jest mgłą, i poprzez to coś czarnogranatowego, co jest nocą. 
Księżyc jest blady jak trup. 
Donal zostawił węzełek z jedzeniem. Uśmiechał się i wyglądał 
tak życzliwie. Zapewne łatwiej mu odnosić się przyjacielsko do 
mnie niż do Seamusa. Wydaje mi się, że Donal ma w sobie wiele 
poczucia odpowiedzialności. 
Pojawiają się zarysy krajobrazu, blade i nierzeczywiste. Nic mi 
nie mówią. Wszystko się rozpływa, jak gdyby ta mgła była 
morzem, które pokrywa mnie i wszystko dookoła. Nie wiem, czy 
można utonąć we mgle. 
 

background image

Gdzieś w tej mgle jest Seamus... 
Nie wiem, ile razy wydawało mi się, że kocham. Nie wiem, czym 
ta miłość różni się od wszystkich innych, i czy w ogóle się czymś 
różni. 
Ta mgła naprawdę wiruje! 
Widzę to na własne oczy! 
Zaciskam je i znów otwieram - nic mi się nie śni ani nie 
przywiduje. Mój wzrok przyzwyczaił się do ciemności i wcale 
nie tworzę obrazów w swojej głowie. 
Naprawdę otacza mnie ocean mgły. Obejmuje wszystko, cały 
krajobraz zdaje się unosić w tej mgle. 
Czy zwyczajna mgła może tak wyglądać? Czy ma ręce, 
przebierające palcami, i szczupłe nadgarstki? Czy zwykła mgła 
posiada wspólną wolę? Czy ma ciała smukłych, drobnych kobiet, 
których zarys widać, jak tańczą wśród stromych skał? Czy 
wszystko to można zobaczyć w zwyczajnej mgle, jeśli tego 
naprawdę tam nie ma? 
Widzę i to, i jeszcze więcej, a kiedy zamykam oczy, dodatkowo je 
słyszę. Ich śmiech jest delikatny jak kłębki wełnianki. Zbliżają 
się do mnie, kiedy im się nie przyglądam, lecz gdy tylko otworzę 
oczy, uskakują. 
Mgły nie można dotknąć, nie niszcząc jej przy tym, ciaśniej więc 
otulam się kocami i opieram o skałę. Co innego mogę zrobić? 
Czekam na Seamusa. To jego imię szepczą wokół mnie, to jego 
imię wyśpiewują, aż tracę świadomość ich obecności... 
- Chciałam, żebyś radziła sobie na własną rękę - odzywa się jasny 
głos, należący do Natalii. 
- Tęskniłam za tobą. 
- Uznałyśmy, że na pewno dasz sobie radę. Stwierdziłyśmy, że 
jesteś dostatecznie dorosła, by się przekonać, że za górami także 
coś jest. 

background image

  - Jestem sama. To nie ma sensu. Wszystko tu straciłam... 
  - To nieprawda - mówi Natalia i głaszcze mnie po włosach. 
-   Nie pamiętam, by kiedykolwiek wcześniej mnie dotykała. To 
matczyny gest, ale ja nie jestem jej dzieckiem. 
- Sens istnieje we wszystkim, co się wydarza, Rozo. I bez 
względu na to, którędy wędrujesz, nigdy nie jesteś sama. My 
wcale nie puściłyśmy cię od siebie, po prostu skierowałyśmy cię 
w odpowiednią stronę. Taka wędrówka może być bolesna, lecz 
nie przytrafi ci się nic, czego nie byłabyś w stanie znieść. Wiele 
siły jest w tobie, Rozo Samuelsdatter. 
- Jestem sama wśród tych gór, i umrę! Boję się! Tak strasznie 
boję się tej ciemności, tych waszych głosów, pieśni i szeptów... 
- Nie bój się! - mówi Natalia. 
Nie widzę jej, lecz jestem pewna, że oczy błyszczą jej jak 
szlachetne kamienie. Słyszę rozbawienie w jej głosie, ale wiem, 
że w tym śmiechu nie ma złośliwości. Nikt nigdy tak w pełni 
mnie nie wspierał jak właśnie ona... 
... odkąd się pojawiła... 
-Jestem tu dla ciebie, Rozo - tłumaczy. - Bez względu na to, gdzie 
przebywasz, trwam przy tobie. Nigdy nie jesteś sama, ale wydaje 
mi się, że najwyższy czas, abyś weszła w życie z całą swoją 
odwagą, ze wszystkimi zmysłami. Wydaje mi się, że nadeszła 
pora, abyś zaczęła słuchać głosu, który masz w sobie. On tam 
jest, twój własny głos... 
- Ja słyszę tylko te inne - szepczę. - Wszystkie te głosy, których 
nie rozumiem. Mówią w jakimś niezwykłym języku, śpiewają, i 
mam też wrażenie, jakby 

background image

próbowały coś mi opowiedzieć. Bez względu jednak na to, jak 
bardzo się wysilam, nie potrafię wychwycić niczego poza jego 
imieniem. Powtarzają je szeptem, jak gdyby miało w sobie czar. 
Jakby było ich magicznym zaklęciem. Czary. „Seamus - szepczą. 
- Seamus..." Natalia milczy. 
- A kiedy ich nie słyszę, czekam na ciebie. Czekam wtedy, 
abyście do mnie przemówiły. Tak jak w domu. Kiedy was nie 
słyszę, czuję się opuszczona. 
- Nigdy nie jesteś opuszczona, Rozo. Jesteśmy cząstką ciebie, tak 
jak ty jesteś cząstką nas. Nigdy nie zdołamy się całkowicie 
rozdzielić, nawet gdybyśmy bardzo tego pragnęły... 
Nie całkiem rozumiem, o czym ona mówi, ale jest mi to raczej 
obojętne. Jej słowa pozostawiają echo, które długo drży w ciszy. 
- Może nie ma do przekazania żadnej innej wiadomości niż ta, 
którą słyszysz - podsuwa ona. 
- Seamus? 
- Czy to takie dziwne? Przecież jesteś nim zauroczona. A on nie 
kryje swoich uczuć do ciebie. 
Uśmiecham się na myśl o Seamusie. Mój uśmiech jest niemądry. 
Z rodzaju tych, które moja matka przeganiała ostrymi uwagami. 
Z rodzaju tych, które ojciec niszczył samym tylko spojrzeniem. 
- Nie masz odwagi wierzyć, że to może być coś więcej, prawda? - 
pyta. - Nie śmiesz wierzyć, że to naprawdę może być miłość. Nie 
wierzysz, że może cię spotkać coś dobrego. 
- Wyjeżdżam razem z nim. 
- Naprawdę? 
Drgam przestraszona, sądziłam bowiem, że ten niepokój jest mój 
własny, że wątpliwości należą tylko do mnie. A tymczasem ona 
wie o wszystkim, co dotyczy mnie. 
 
 

background image

- Nie możesz mieć przede mną żadnych tajemnic, Rozo. 
- On jest tak wieloma osobami - tłumaczę jej niechętnie. - W 
jednej chwili jest bohaterem z legendy. W następnej kimś, kim 
łatwo jest mi gardzić. Naprawdę trudno jest wierzyć 
człowiekowi, który potrafi tak się różnić od siebie - jest obcy, a 
zarazem to ktoś, kogo znam, jakby za jego twarzą kryło się 
kilkoro ludzi. 
- A ty nie jesteś taka? - pyta Natalia. 
- Kim on jest? 
- A co o sobie mówi? 
- Że jest mężczyzną, który mnie kocha - odpowiadam i mam 
ochotę się śmiać, ale tego nie robię, bo pierś rozdziera mi ból. Nie 
potrafię go wytłumaczyć. Nie wiem, co się ze mną dzieje. 
- Nie wiesz? - dziwi się. 
To odpowiedź na pytanie, którego wcale nie zamierzałam zadać. 
- To przypadek, że to właśnie on? 
- Czy po to tak cię pilnowałyśmy, abyśmy miały pozwolić na coś 
przypadkowego? - odpowiada mi śmiechem, równie 
przejrzystym jak woda ze strumienia, którą piłam, kiedy dzień 
był młody i Seamus kazał mi go podziwiać. W śmiechu brzmi 
wprost wstrętne zadowolenie. 
- Nie przypadkiem to właśnie on, Rozo, moja droga. Czyżbyś nie 
uwierzyła w to, co ci opowiadał? Nie słuchasz, kiedy otwiera 
przed tobą serce? Nie przysłuchujesz mu się? Musisz nauczyć się 
słuchać, inaczej wszystkie te lata będą zmarnowane, Rozo... 
- Wygląda na to, że ty słuchasz! - mówię. Chyba jestem zła, bo 
liczy się dla mnie moja wola. 
Dręczy mnie, że to one mnie prowadzą. Dręczy mnie, że to one 
otwierają drzwi, które, jak mi się wydaje, 
 

background image

znajduję sama. To przerażająca myśl, że ktoś cię popycha do 
przodu i nic, co robisz, nie może go zatrzymać. Ze jest się 
zdanym na łaskę innych. 
- Może on naprawdę ma w żyłach krew elfów - mówi z 
uśmiechem Natalia. - Może jest ich ulubieńcem. A z pewnością 
można udowodnić, że wywodzi się od druidów. Przyjmij, że tak 
jest, moja Rozo, i dopiero wtedy zadaj sobie pytanie, czy to 
przypadek, że to właśnie on... 
- A więc to wy go wybrałyście! 
- Nie my! - protestuje Natalia z gwałtownością, jakiej nigdy 
wcześniej u niej nie słyszałam. - Nie my, Rozo! My nie 
posiadamy takiej mocy, nie mamy nic, co bodaj przypominałoby 
taki wpływ. Trzeba woli silniejszej od naszej, aby mogła sobie 
tego zażyczyć. To ma większy zasięg, my nad tym nie panujemy. 
Nie chcę nawet myśleć o tym, o co może jej chodzić. 
- A jeśli on ma rację, mówiąc, że urodziliście się dla siebie? - pyta 
Natalia. - Jeśli nie kłamie, opowiadając o elfach? Dlaczego 
miałby kłamać, mówiąc o czymś tak bardzo ważnym? 
- Nie wiem. 
- Chcę, abyś słuchała głosu serca, moje dziecko -mówi Natalia. - 
Masz jeszcze dużo życia przed sobą. 
- I od tej pory czekają mnie same dobre rzeczy? -pytam, 
właściwie z niej kpiąc. 
Nie wyjaśniła mi nic z tego, co chciałam wiedzieć. Nie ukoiła 
żadnego z moich lęków. Ciągle jestem całkiem sama. 
- Wciąż jeszcze musisz znieść wiele bólu - mówi Natalia z 
powagą i nagle również ona staje się częścią mgły, unoszącej się 
wśród skał, których bezradnym więźniem się czuję. - Jeszcze 
wiele bólu cię zahartuje, 
 

background image

Rozo, ale do kielicha goryczy domieszają się radości, jakich 
nigdy nie będziesz w stanie wytłumaczyć, bo nie ma na nie słów 
w żadnym z języków, które sobie przyswoisz. Ogromne radości, 
Rozo, i ból tak straszny, że gotowa byłabyś iść na śmierć, aby go 
uniknąć. Ale musisz przejść wszystko, masz patrzeć, słuchać, 
uczyć się... 
- Łatwiej by było wykosztować się i porządnie mnie wykształcić! 
- mówię. 
- Prawdziwą wiedzę zdobywa się jedynie w życiu -odpowiada 
Natalia i znika mi sprzed oczu, blednie w mdławożółtym świetle 
księżyca. - A pewną jej część należy przekazać poprzez krew. 
- Ja jestem tylko kolejnym ogniwem! 
- To ty zbierasz poszczególne nitki, Rozo. Jesteś ważniejsza, niż 
potrafisz to sobie wyobrazić. Splatasz wiele rozmaitych końców 
w jeden, tworzysz nowy sznur, o wiele mocniejszy niż tamten 
stary. Dokładasz nitki, jakich my nigdy nie znałyśmy. Takie, 
których nie byłybyśmy w stanie teraz dołączyć. Tylko ty możesz 
je pleść. Tylko ty, Rozo... 
... zbierasz nitki... 
Kiedy Roza się obudziła, nie była już dłużej sama. Seamus 
wsunął jej rękę pod głowę, tak że leżało jej się prawie wygodnie. 
Ogrzewał ją też ciałem, grzał mocniej niż koce, był bardziej 
opoką niż góry, które ich otaczały. 
Wiał wiatr. Roza słyszała to, lecz wciąż panowała ciemność, 
niewiele więc mogła zobaczyć. Poruszyła się delikatnie, 
usiłowała zmienić pozycję, nie budząc Seamusa, lecz to było 
niemożliwe. 
- Przepraszam - szepnęła, czując, że ten jej niemądry uśmiech 
unosi kąciki warg. Miała szczerą nadzieję, że 
 

background image

Seamus nie może tego zobaczyć. Wolała, by nie uważał jej za 
głupią gąskę. - Nie chciałam cię budzić! 
- Właściwie nie spałem - odszepnął, chociaż wcale nie musieli 
szeptać. Przecież byli tutaj sami... 
Seamus podciągnął koce i mocniej ich nimi otulił. Koce grzały i 
leżenie na twardym podłożu nie było wcale takie nieprzyjemne. 
Roza mogła tulić się do piersi Seamusa, czuła się dobrze, 
bezpiecznie. 
Nie wiedziała, jak do tego doszło, ale jedna jej ręka podniosła się 
do góry i wsunęła pod kark Seamusa. Wplotła palce w jego 
włosy, zacisnęła je na kędziorach z myślą, że nie chce, by je 
obcinał. Tuliła się do niego najmocniej, jak tylko mogła, 
dotykając wargami szyi, której mięśnie zadrgały od tego 
leciutkiego muśnięcia. 
Delikatnie zaczęła go całować wzdłuż ostrej linii szczęki, 
opadającej stromo od ucha do ostrego podbródka. Szukała też 
jego ust. Gdy je znalazła, nie zostało już w niej nic z ostrożności. 
Całowała go mocno, aż z tęsknoty zakręciło mu się w głowie. 
- Spokojnie! - poprosił. - Spokojnie, kobieto! 
Odsunął ją lekko od siebie, ale gdzieś głęboko z gardła wydobył 
mu się zadowolony śmiech. Ręce pieściły ją delikatnie, lecz nie 
po to, by ją rozbudzić, nie po to, by rozpalić ogień cielesnej 
namiętności. 
- Można by pomyśleć, że właśnie wróciłem z wojny - roześmiał 
się, w głębi ducha zachwycony takim powitaniem. 
- Bo takie odnoszę wrażenie - odpowiedziała mu Roza. - Bałam 
się tutaj do szaleństwa. Byłam pewna, że zabłądziłeś. W 
następnej chwili byłam przekonana, że policja cię dopadła i że 
leżysz gdzieś w rowie, zastrzelony. Albo że już zbijają dla ciebie 
szubienicę. Że wiążą pętlę na pierwszym lepszym drzewie, na 
jakie się natkną... 

background image

- Mam trzydzieści dwa lata, Rosi - uśmiechnął się i pocałował ją 
w czoło. - Przecinam ich ścieżki, odkąd dorosłem na tyle, żeby 
rozumieć, co się wyprawia w tym kraju, czyli przez ponad 
połowę mojego życia. I nigdy dotychczas nie udało im się mnie 
złapać. - Spoważniał, zanim podjął: - Gdyby mnie pojmali, nie 
było by mnie teraz przy tobie. Nie poczułbym, że można być tak 
szczęśliwym. Dlaczego mieliby mnie dopaść, kiedy wreszcie cię 
spotkałem? Czuję się teraz o wiele bezpieczniej. 
- W jaki sposób ja się mogę do tego przyczyniać? -spytała Roza, 
podejrzewając, że Seamus z niej żartuje. 
On jednak odparł po namyśle, z najgłębszą powagą: 
- Kocham, i przez to jestem silniejszy. Pełniejszy. I wydaje mi się 
też, że stałem się ostrożniejszy. Nie chcę stracić tego 
wspaniałego, co ty i ja przeżyjemy razem. Wiem o tym. Chcę 
spędzić z tobą tyle czasu, ile to tylko możliwe, Rosi! Cały ten 
czas, jaki jest nam pisany, zanim... 
- Zanim co? 
- Zanim to wszystko się skończy - odparł wymijająco, lecz Rozie 
przyszło do głowy, że on zna zakończenie ich historii. 
- Widziałam, jak błądzisz we mgle - powiedziała, kiedy zacisnął 
szczęki, a wargi zmieniły się w wąską kreskę. - Z Donalem też 
kluczyliśmy, byłam więc pewna, że stracisz orientację w tej 
falującej mgle. Znajomość okolicy to jedno, a kręcenie się we 
mgle gęstej jak zupa to zupełnie inna rzecz. 
- W jakiej mgle? - spytał zdumiony Seamus. 
- We mgle! - powtórzyła Roza, podnosząc się na łokciach. Oparła 
je o jego pierś, jęknął, gdy wystające kości dotknęły żeber. - W tej 
mgle, która tu nadciągnęła. Gęsta, szarobiała, pełna wiatru i 
ruchu... 
 

background image

Roza zrozumiała, że Seamusowi nie da się tego wytłumaczyć, i 
wpadła w irytację. 
- Chyba widziałeś już wcześniej w życiu mgłę? Jesteś 
Irlandczykiem, do diaska! Stale powtarzasz, że nic, co irlandzkie, 
nie jest ci obce. Znasz więc też chyba mgłę! 
- Cóż - powiedział, uśmiechając się tak, że cała twarz mu się 
rozjaśniła pod ostrym spojrzeniem jej niebieskich oczu. - 
Widziałem wiele rodzajów mgły, Rosi. Ale nie dziś wieczorem. 
Nie dzisiejszej nocy. Noc była pogodna, przejrzysta, a księżyc 
oświetlał mi drogę. Było prawie jak w dzień, dzięki temu mogłem 
iść na skróty. Nie musiałem wędrować ścieżkami. Mogłem 
wspinać się na strome zbocza i schodzić w dół w miejscach, które 
nocą najchętniej się omija. Dawno już nie wędrowałem w tak 
pogodną noc... 
- Żartujesz! 
- Nie dotarłbym tu tak wcześnie, gdyby księżyc nie świecił. 
Służył mi jak moja osobista latarnia. Nie potrzebowałem oliwy, 
nie musiałem stąpać ostrożnie w strachu, że ją za mocno 
przechylę i potem będę musiał maszerować po ciemku... 
Roza zadrżała. 
- Nie było mgły? - spytała jeszcze raz. Seamus pokręcił głową. 
- Naprawdę się ze mną nie droczysz? 
- A dlaczego miałbym to robić? 
- Widziałam mgłę. Gęstą mgłę. 
- To niemożliwe - upierał się. - Noc była na to zbyt wietrzna, 
Rosi. Przez całą drogę mocno wiało. Tak mocno, że nic innego 
nie było słychać, mogłem więc, idąc, hałasować tyle, ile 
chciałem. Nie było innych wędrowców, którzy mogliby zadać 
sobie pytanie, cóż to za dzikus zmierza nocą ku górom. Myślałem 
sobie, że 
 

background image

tej nocy wszystkie dobre moce trzymają moją stronę. Uznałem, 
że naprawdę jestem ulubieńcem elfów... Roza nie chciała o tym 
myśleć. 
- Widziałeś to? - spytała, bo jej słowa żyły własnym życiem. 
Myśli zdawały się z niej wyciekać jak z dziurawego garnka. - 
Widziałeś kiedykolwiek taniec elfów, Seamusie? 
- Oczywiście - odparł. - Ich sylwetki wyglądają jak wełnianka, 
poruszają się jak trzcina na wietrze... 
Seamus przyciągnął jej głowę bliżej i ucałował powieki. 
- Ty też jesteś wybrana. 
 
 
Rozdział 8 
Cheshire, 18 marca 1842 
- Umarł? - spytała. - Umarł? Pan się myli. Bardzo proszę, niech 
pan sprawdzi jeszcze raz! 
Starała się opanować, jak tylko mogła. Oparła się plecami o 
poduszki, gołym ramieniem wyczuwała twardość szwu w 
miejscu, gdzie przyszyta była koronka. Mocno wciskał się w 
skórę. 
- Żądam, aby pan sprawdził jeszcze raz! - oświadczyła 
najbardziej władczym głosem. 
Mężczyzna w drugim końcu pokoju uciekł wzrokiem, patrzył na 
kogoś stojącego w takim miejscu, że Margaret nie widziała, kto to 
jest. Nawet gdyby się wychyliła i pociągnęła zasłonkę, trudno by 
jej było coś zobaczyć. 
 

background image

- Doktor Johnson mówi samą prawdę, Daisy - rozległ się 
stanowczo zbyt spokojny głos Maxwella. 
... powinna była się domyślić, że to on... ... on trzymał stronę tej 
przeklętej suki! ... zawsze się do niej ślinił... 
... zawsze miał na nią ochotę, kiedy David z nią sypiał... 
- Zabrałeś moje dziecko! - krzyknęła Margaret, rzucając się do 
przodu, szarpiąc okrycia i zasłonkę wiszącą w nogach łóżka. 
Zakręciło jej się w głowie przy ruchu i poczuła mdłości, ale tak 
długo szarpała grubą aksamitną zasłonę, aż usłyszała odgłos 
drącego się materiału. Opadła na poduszki, ściskając w dłoniach 
ciemnoczerwony aksamit. 
- Zabrałeś mi moje dziecko i z powrotem oddałeś jej! - 
zaszlochała. - Ukradłeś moje dziecko i zawiozłeś je z powrotem 
do tej przeklętej suki! 
Rodzinny lekarz zmarszczył brwi, ale nie ruszył się z miejsca. Na 
służbie u rodziny Hartów był już od wielu lat. Widział, jak miss 
Margaret z pulchnej dziewczynki o anielskich lokach wyrasta na 
śliczną, młodą panienkę, a teraz na dorosłą kobietę. 
Nawet przez myśl mu nie przeszło, że młoda pani może się 
posługiwać takim językiem, lecz z drugiej strony jako lekarz 
przez lata wiele się naoglądał i nasłuchał. 
Maxwell był przy siostrze, kiedy Margaret osunęła się na okrycia. 
Kolanem oparł się o brzeg łóżka i przyciągnął ją do siebie. Jedną 
ręką przytrzymał ją za oba nadgarstki, drugą zaczął gładzić po 
włosach. 
- Cicho bądź! - poprosił z nadzieją, że wszystkie dobre moce 
wspomogą go i sprawią, że Margaret przestanie się już na niego 
wściekać i nie zdradzi tajemnic, których ujawnienia żadne z nich 
nie chciało. 
 

background image

Margaret wtuliła się w jego koszulę. Poczuła, że Maxwell 
pachnie brandy, i uśmiechnęła się leciutko, bo nie potrafiła 
uwierzyć, że brat może pić brandy, kiedy jej maleńki aniołek nie 
żyje. 
- On tylko śpi, prawda? 
Gardło miała obolałe. Wykrzykiwała swoją rozpacz nieustannie 
już od czasu, kiedy próbowali jej po raz pierwszy przekazać, że 
chłopczyka już nie ma. 
- Mój mały książę po prostu śpi? 
Maxwell wtulił policzek w kędziory Margaret. Żałował, że nie 
ma tu teraz Davida. Tak bardzo nie chciał być sam z tym 
szaleństwem. 
Nic nie pomagało, że dom pełen był rodziny, rodzeństwa. Matka 
chodziła korytarzami, załamując ręce, i nawet ojciec wypełniał 
bibliotekę tytoniowym dymem z cygar. 
Maxwell nie pozwalał, by którekolwiek z nich go odciążyło. 
Siedział przy Margaret, odkąd oznajmiono jej, że maleńki David 
Malcolm nie żyje. 
Było to przed czterema dniami. 
Maxwell przez wszystkie te dni nie odstąpił od łóżka siostry. Nie 
śmiał odejść. Swoimi obawami mógł się podzielić jedynie z 
Liamem w stajni, ale bał się zostawiać Margaret na tak długi czas. 
Nie chciał ryzykować, że siostra z żalu wyzna całą historię. 
- Oddałeś go jej? - spytała Margaret z nienawiścią. Ten jeden 
zarzut kierowała przeciwko niemu 
w każdym przebłysku świadomości przez te cztery straszne dni. 
Obwiniała go, że zabrał dziecko z powrotem do Irlandii, z 
powrotem do Rozy. 
- On nie żyje - szepnął Maxwell siostrze we włosy, przytrzymując 
ją tak mocno, że nie mogła go uderzyć ani się wyrwać. Przyciskał 
ją też do piersi, żeby nie mogła nawet krzyczeć. 

background image

Spojrzeniem dał znak lekarzowi, że nadeszła pora na kolejną 
dawkę uspokajających kropli. Lekarstwo podawano Margaret w 
regularnych odstępach czasu, otumaniało ją, usypiało, 
utrzymywało ból z daleka, przynajmniej dopóki trwało 
zamroczenie. 
Doktor Johnson nieznacznie skinął głową i zaraz potem Maxwell 
usłyszał trzaśnięcie zamka torby lekarskiej. Nie dopuszczał, by 
Margaret cokolwiek usłyszała, cokolwiek zobaczyła. Była 
przekonana, że podają jej mleko z miodem, gorące mleko z 
miodem, jakie zawsze dostawali będąc dziećmi, kiedy coś ich 
zbyt mocno poruszyło. 
Margaret płakała. Nie krzyczała już, tylko z oczu lały jej się 
wielkie łzy, spływały po policzkach, mocząc mu gors koszuli. 
- On był zdrowy - szepnęła. - Był zdrowy, Max! Jak to możliwe, 
że nie żyje, skoro był zdrowy? Przecież nie umiera się ot tak, po 
prostu? 
Maxwell nic nie powiedział. Siostra i tak go nie słuchała. 
Wystarczył jej własny ból. 
- Nie mogę stracić również tego dziecka! - zaprotestowała. Udało 
jej się przekręcić głowę i potrząsnąć nią z niedowierzaniem. - To 
niemożliwe, Maxwellu. Nie mogę stracić tego dziecka. To 
dziecko miało żyć. To syn Davida, a syn Davida miał żyć! Ona 
została wybrana po to, żeby dziecko było silne i zdrowe, żeby 
żyło, żeby było śliczne i mocne, i żeby żyło! On nie może 
umrzeć. Moje dzieciątko nie może umrzeć, bo ma pięknego ojca i 
silną matkę... 
Oparła czoło o pierś brata i zaniosła się rozdzierającym szlochem. 
Płacz wydobywał się z samego dna duszy. 
- Powiedzcie, że kłamiecie! - błagała. - Powiedzcie, że to 
nieprawda! To tylko sen, powiedz, że tak jest, 
 

background image

Maxwellu! Strach cię obleciał i zabrałeś go z powrotem. Ja ciebie 
znam. Miałeś wyrzuty sumienia i zawiozłeś go z powrotem do 
Irlandii. Ale on nie należy do niej. Słyszysz, Maxwellu, to nie jej 
dziecko! On jest mój! Mój, tylko mój! Nie należy do tej suki! 
Lekarz przyniósł szklankę z mlekiem, lecz rozsądnie trzymał się 
z tyłu, zachowując dyskrecję. Nie chciał, żeby młoda pani go 
zobaczyła, żeby zdenerwowała ją jego obecność. Pomyślał, że 
dobrze dla niej wykrzyczeć swoją rozpacz, chociaż nigdy nie 
miał zbyt wiele cierpliwości dla histeryzujących kobiet. Słyszał 
też, że w tym, co Margaret z siebie wyrzuca, niewiele jest sensu. 
Rozumiał, że śmierć dziecka jest dla matki bolesna, lecz ten 
chłopczyk nie był pierwszym dzieckiem, które zmarło, nie 
dożywając roku. Większość kobiet raz czy drugi doświadczała 
śmierci potomka. Odwrócił się z niesmakiem, myśląc, że 
możliwe chyba jest przyjęcie takiego wypadku z odrobinę 
większą godnością... 
- Wypij - powiedział błagalnie Maxwell, przykładając szklankę 
do warg siostry. 
Aż do tej pory Margaret piła chętnie. Zamykała oczy i pozwalała 
wlewać sobie mleko do ust. Przełykała posłusznie, a potem 
zapadała w sen, w którym nie było miejsca ani na wspomnienia, 
ani na koszmary. 
Teraz w zielonych oczach błysnęło i Margaret tak mocno 
odepchnęła szklankę, że cała jej gorąca zawartość wylała się 
Maxwellowi na kolana. 
Zdołał wstrzymać się od krzyku, gdy mleko poparzyło mu uda. 
Puścił siostrę, a w następnym mgnieniu oka zerwał się na nogi i 
odciągnął przemoczoną nogawkę od skóry. Nawet koniuszkami 
palców wyczuwał gorąco, lecz wolał poparzyć ręce niż bardziej 
witalne i szlachetniejsze części ciała. 
 

background image

Za jego plecami lekarz chrząknął z pewnym zrozumieniem, lecz, 
jak się Maxwellowi wydawało, nie bez rozbawienia. 
- Próbujecie mnie otruć! - krzyknęła przeraźliwie Margaret. 
Moment później drzwi do pokoju się otworzyły i do środka 
wkroczył Malcolm Hart. 
- Gorące mleko - wyjaśnił Maxwell, biegiem mijając ojca z jedną 
tylko myślą w głowie: Musi się przebrać, zanim Margaret zdąży 
wylać przed ojcem wszystkie swoje żale. Zawsze była ukochaną 
córeczką tatusia. Zawsze dostawała wszystko, co tylko pokazała 
palcem, i właśnie Malcolm dawał jej to, czego inni odmawiali. 
Doprawdy, mało czego jej odmawiano, myślał Maxwell, a i w 
takich wypadkach robiono to tylko dlatego, żeby Margaret nie 
uwierzyła, że jest panią całego świata. Należało przygotować ją 
do tego, że nie może zażyczyć sobie gwiazdki z nieba i z pełną 
powagą oczekiwać, że ktoś będzie ją kochał na tyle mocno, by po 
nią sięgnąć. 
Ojciec wyśmiewał się z takiego gadania. Margaret była jego 
najstarszą córką, pierwszą, którą pozwolił sobie rozpieszczać, 
pierwszą, której pozwolił w pełni skraść swoje serce. 
Maxwell mówił sobie w duchu, że Margaret właściwie nigdy nie 
oddała ojcu tego serca, tak aby mógł otworzyć je przed 
pozostałymi dziećmi. Jego droga siostra Daisy zawsze uważała 
za rzecz oczywistą, iż Malcolm należy do niej, przede wszystkim 
do niej. 
Kiedy wrócił, już w suchych spodniach, z czerwoną plamą 
wielkości pięści na lewym udzie, jego siostra leżała spokojnie, 
wsparta na poduszkach. Oddychała bardzo równo i Maxwell 
pojął, że zasnęła. Na 
 
 
 

background image

stoliku przy głowach łóżka stał pusty kieliszek po koniaku. 
Ojciec był w pokoju Margaret sam. Stał przy kominku, od 
którego płynęło przyjemne ciepło, i roztargnionym ruchem stukał 
swoim cygarem w półkę nad kominkiem. 
Kiedy Maxwell zamknął drzwi i oparł się o nie, ojciec podniósł 
na niego wzrok. Pochwycił go oczami, równie przejrzystymi i 
zielonymi niczym szlachetne kamienie, jak oczy Margaret. 
Maxwell nagle zrozumiał, dlaczego ojciec zawsze najbardziej 
kochał Daisy. Jako jedyna z jego dzieci była do niego naprawdę 
podobna, jedyna odziedziczyła po nim oczy, włosy i złotawą 
barwę skóry. Pozostali z rodzeństwa wdali się w Moirę. 
- To dziecko opowiada mi jakąś historię, w którą nie śmiem 
uwierzyć - oświadczył Malcolm głębokim głosem. - W którą nie 
mam ochoty wierzyć - poprawił się, gdy Maxwell nic na to nie 
powiedział. 
Syn spuścił głowę, przypominając sobie, że przed ojcem nigdy 
nie dawało się kłamać. Potrafił przejrzeć każdą najmniejszą 
nieprawdę, jaką którekolwiek z nich próbowało mu przedłożyć, 
tak było i w dzieciństwie, i teraz. Jedynie Margaret miała odwagę 
go oszukiwać, a ponieważ ojciec myślał o niej tylko dobrze, 
wszystko zawsze uchodziło jej na sucho. 
- Margaret przypuszczalnie mówi prawdę - powiedział Maxwell 
głosem tak cichym, że sam ledwie się słyszał. 
Jednocześnie uświadomił sobie z największą wyrazistością, że 
jego siostra, doprawdy, nie była już dzieckiem. Nie wiedział, czy 
w ogóle nim była, czy kiedykolwiek miała w sobie coś 
dziecinnego. Owszem, kiedyś była mniejsza, ale zawsze umiała 
postawić na swoim. 
 

background image

- Co? - spytał Malcolm, chociaż syn dobrze wiedział, że ojciec 
zrozumiał jego odpowiedź. 
Tym razem jednak Maxwell podniósł głowę i wytrzymał surowe, 
zielone spojrzenie ojca. Powiedział głośno i wyraźnie: 
- Zapewne nie powiedziała nic, co nie byłoby prawdą, ojcze. 
Brązowe, sękate palce Malcolma zacisnęły się na cygarze. 
Maxwell spostrzegł, że może ono zaraz się złamać, domyślał się 
jednak, że nie jest ostatnie, a poza tym ojciec zamierzał wypłynąć 
już za dwa dni. Czekały na niego nowe porty, w których będzie 
mógł kupić najlepsze cygara na świecie. Może uciec od tego 
bagna, w które zapadli się aż po uszy. 
- David Malcolm nie był jej dzieckiem? 
- Lekarz powiedział, że nie powinna więcej zachodzić w ciążę - 
odparł Maxwell. 
- A cóż doktor z zapadłej wioski, z jakiejś nędznej prowincji 
gdzieś pod biegunem północnym, może wiedzieć o tym, co 
powinna, a czego nie powinna moja córka! - oburzył się Malcolm 
Hart. 
- Poprzednim razem poszło naprawdę bardzo źle -powiedział 
Maxwell. - Margaret wiele się wycierpiała. Ani ona, ani David 
nie odważyli się ryzykować i podejmować kolejnej próby 
urodzenia przez nią dziecka. 
- Ty tego bronisz? - spytał ostro ojciec, przecinając podjętą przez 
Maxwella próbę wytłumaczenia czegoś, czego sam do końca nie 
pojmował. 
- Potrafię to zrozumieć - odparł Maxwell wymijająco. 
- Moja córka kupiła sobie dziecko? - spytał z niedowierzaniem 
Malcolm. - Kupiła sobie pierwsze lepsze dziecko, przyjęła je do 
naszej rodziny, sprowadziła pod ten dach jako swoje! Nadała mu 
imię swojego 
 

background image

męża. Dała mu moje imię! Kupiła dziecko od jakiejś Irlandki? I 
ty, mój synu, twierdzisz, że ją rozumiesz? i Malcolm pokręcił 
głową i zadrżał. Skrzywiony obciął koniuszek cygara i wsunął je 
do ust, wciąż jeszcze jednak go nie zapalał. 
- Kto ją do tego nakłonił? - podniesionym głosem pytał 
wzburzony Malcolm. - Kto namówił moje niewinne dziecko do 
takiego wstrętnego przedsięwzięcia? Maxwell usiadł i pokręcił 
głową. - Najwyraźniej nie znasz Margaret, prawda, tato? - spytał. 
- Oczywiście, że znam moją rodzoną córkę! Malcolm odwrócił 
się do syna plecami i podszedł do łóżka, w którym spała 
Margaret. Wciąż wyglądała jak dziecko, jak ledwie rozkwitła 
niewinna róża, bo koniak, do którego domieszano środka 
nasennego, zabarwił jej policzki leciutkim rumieńcem. Nie 
mieściło mu się w głowie, jak to dziecko dało się nakłonić do 
takiego szaleństwa, z którego zwierzyła mu się w najgłębszym 
bólu, doprowadzona do skrajnej rozpaczy, a które teraz 
potwierdził Maxwell. 
- Moje rodzone dzieci! I to wy robicie mi coś takiego! - 
westchnął. - To na pewno ten jej mąż! - oświadczył nagle 
triumfalnie, kierując na Maxwella cygaro tak, jakby było 
pistoletem, pod którego groźbą zdołałby wydusić z syna 
potwierdzenie tej myśli, oczyszczającej Margaret. - To ten fircyk 
ją nakłonił! To on ją zwiódł na manowce! - Oddychał ciężko, 
podniecony. - Powinienem był nie dopuścić do tego' małżeństwa 
z człowiekiem tak niskiego urodzenia! Wykształcenie nie zawsze 
wystarcza. Trzeba mieć też w żyłach odpowiednią krew. Wiedza 
zdobyta w szkołach i niedawno zarobione pieniądze to za mało. 
Ten człowiek nie był godny całować butów mojej córki! 

background image

Maxwell uśmiechnął się. 
- Usiądź, tato - powiedział spokojnie, lecz ojciec wolał zmierzyć 
się z prawdą na stojąco. - To dziecko Davida - oznajmił Maxwell. 
- To syn Davida, spłodzony tylko i wyłącznie dlatego, że 
Margaret, twoja córka, a moja siostra, tak bardzo pragnęła mieć 
dziecko Davida, że opłaciła swoją służącą, aby sypiała z 
Davi-dem, dopóki nie zajdzie w ciążę. 
- Kłamiesz! - wykrzyknął Malcolm, krzywiąc się z 
obrzydzeniem. 
- Jak chcesz, możesz tak myśleć - odpowiedział syn. - Ale bez 
względu na to, w co postanowisz uwierzyć, taka jest prawda. 
Daisy mieszkała w Walii od lata ubiegłego roku. Ja z dziewczyną 
pojechałem do Irlandii. Zabrałem dziecko, które urodziła, i 
zawiozłem chłopczyka do Dublina, gdzie czekała już Margaret. 
Potem razem przyjechaliśmy tutaj. To Daisy wymyśliła 
wszystkie kłamstwa, które wam opowiedziała. Ja je 
zaakceptowałem, zgodziłem się opowiadać tę historię... 
- Dlaczego? - dopytywał się ojciec, który bardzo pobladł. 
- Ponieważ ona jest moją siostrą. 
- Nie kłamiesz teraz? - spytał Malcolm Hart, znów kierując 
cygaro w pierś syna. Tym razem ręka mu drżała. 
- Dlaczego miałbym kłamać? - wzruszył ramionami Maxwell. 
Malcolm spuścił głowę. Twarz mu poszarzała. Wiele musiał 
swego czasu znosić, lecz to było najgorsze. Czegoś podobnego 
nigdy nie potrafiłby sobie nawet wyobrazić. 
- Ile za to zapłaciła? - spytał nieswoim głosem. 
- Opłaceniem wykształcenia brata tej dziewczyny -odparł 
Maxwell. 
 
 
 

background image

Ojciec popatrzył na niego surowo. 
- Andy'ego? - spytał. 
Maxwell skinął głową. Musieli nadać Andersowi imię, możliwe 
do wymówienia dla Anglików. Został Andrew - na co dzień 
Andy. 
Ojciec z sykiem wypuścił powietrze przez zęby. Ściągnął brwi. 
- Wyrządzono wiele krzywd - oświadczył krótko. 
- Wydaje mi się, że żadne z was nie jest w stanie nic zrobić, by 
którąkolwiek z nich naprawić. Ale przynajmniej to dziecko nie 
może cierpieć za to, że jacyś dorośli uznali, że mogą igrać z jego 
życiem. 
- No tak - powiedział tylko Maxwell. 
- Chcę, byś załatwił to tak, że moja córka i jej mąż przejmą opiekę 
nad tym dzieckiem, które znamy jako Andrew. Skoro ona tak 
chce mieć syna, będzie go miała, i to bez przeżywania tak 
strasznych upokorzeń. 
Maxwell kiwnął głową. 
- W takim razie muszę czym prędzej jechać do Irlandii, żeby 
otrzymać zgodę jego siostry. 
- Do Irlandii? 
Oczy Malcolma rozbłysły jakby rozbawieniem, uśmiechem, 
który w takiej chwili był najzupełniej nie na miejscu. 
- Czy przypadkiem matki dziecka nie gości pod swoim dachem ta 
gałąź rodziny Moiry, o której mówienie jest zakazane? - spytał, w 
uśmiechu podnosząc leciutko kąciki ust. 
- Ona przebywa u siostry Liama - wyjaśnił Maxwell. 
- Tam jest bezpieczna. Brat Liama jest pastorem. 
- A więc na plebanii? - zmarszczył brwi Malcolm Hart. - Nie 
chcesz chyba powiedzieć, że to nieszczęsne dziecko przyszło na 
świat na probostwie w Irlandii? 
Śmiał się tak głośno, że aż się zakaszlał. 

background image

- Brat Liama jest anglikańskim pastorem - odparł Maxwell, lecz i 
on się uśmiechnął. 
- Pojedziesz ze mną - oświadczył kapitan. - Nie będziesz musiał 
szukać miejsca na żadnym innym statku, skoro wybierasz się 
załatwić rodzinne sprawy, mój synu! 
- Ależ ty płyniesz do Afryki! - zaprotestował Maxwell. - Podróż 
do Irlandii to znaczne nadłożenie drogi! 
Malcolm Hart wzruszył ramionami, wyraz twarzy miał trudny do 
odczytania. 
- Niezbadane są wyroki boskie - oświadczył. -Może Bóg chciał, 
abym tak nadłożył drogi? Czymże właściwie jest podróż dłuższa 
o jeden dzień? Wierzę, że przynajmniej złapiemy dobry wiatr, 
wypływając z Kinsale. 
- Mogę pojechać powozem z Cork! 
- Jestem twoim ojcem. Jestem też kapitanem „Merry Dancer". To 
ja wyznaczam kurs, którym popłynie statek. Przynajmniej dopóki 
jestem właścicielem ładunku, który ma zabrać. 
Maxwell się poddał. 
- Dziecko trzeba pochować - podjął Malcolm. -Wydaje mi się, że 
nie możemy czekać, aż twoja siostra wydobrzeje na tyle, by 
mogła wziąć udział w pogrzebie. Sądzę, że najlepiej, aby odbył 
się po cichu. Uważam też, że twoje rodzeństwo powinno wrócić 
do swoich szkół. Nie trzeba zapełniać domu ludźmi. Mam 
wrażenie, że Margaret prędzej dojdzie do siebie, jeśli będzie 
miała przy sobie mniej osób. 
Maxwell pokiwał głową. Ojciec porządkował sprawy. Pragnął do 
minimum ograniczyć szkody, jakie mogły z tej sytuacji 
wyniknąć. 
- Koniecznie trzeba znaleźć pracę dla męża Margaret w Walii. 
Powinien jak najprędzej rozstać się ze 
 

background image

swoim stanowiskiem w Norwegii. Żona potrzebuje go tutaj. A 
wykluczone, aby Margaret wróciła do tego barbarzyńskiego 
kraju! 
Westchnął. Wyglądał, jakby w ciągu tej pół godziny znacznie się 
postarzał. 
- Dziecko należy chyba pochować w rodzinnym grobowcu. Nie 
możemy odmówić jej grobu, na który będzie mogła chodzić, 
prawda? 
Maxwell po spojrzeniu ojca poznał, że właśnie tak najchętniej by 
postąpił, nie robiąc jednocześnie nic wbrew przyjętym normom i 
obyczajom. Z namysłem pokręcił głową, ale ojciec sam już 
zdążył uporać się z wątpliwościami. 
- Zaraz porozmawiam z twoją matką. Ty zostań przy siostrze - 
nakazał Malcolm Hart i dodał z naciskiem: - Ta sprawa nie może 
wyjść poza rodzinę. 
 
 
Rozdział 9 
Irlandia, 19 marca 1842 
- W świetle dziennym to rzeczywiście wygląda inaczej - 
przyznała Roza. 
- Nie wydajesz się szczególnie zachwycona - uśmiechnął się 
Seamus, składając ręce, którymi obejmował ją w pasie. Przytulił 
policzek do jej policzka i obrócił ją tak, by miała widok na całą 
okolicę. 
- Twoje góry są niebieskoszare - powiedziała. 
- A nie powinny takie być? 
- Moje góry są inne - zapewniła, ale nie potrafiła 
 

background image

opisać północnonorweskich gór człowiekowi, który nigdy nie 
widział niczego skąpanego w jej świetle. 
Stali przed jaskinią, w której spędzili noc. Byli bardzo zmęczeni, 
dlatego zasnęli i spali tak długo, że właściwie ominął ich cały 
poranek. 
Roza odczuwała rezygnację, chociaż najlepiej jak umiała, starała 
się zwalczyć to uczucie. Widok, który napotkały jej oczy, nie 
przyniósł jej zbyt wielkiej pociechy. 
Ten krajobraz całkiem różnił się od bujnych, zielonych równin, 
wśród których stał tamten nieduży szałas, gdzie schronili się w 
poprzednią noc. Teraz jednak szałas był już tylko kupą kamieni, a 
wspomnienie płodnych równin i strumienia, w którym pływały 
pstrągi, niczym innym niż dalekie i kuszące marzenie. 
Prawie wszystko wokół nich było niebieskoszare. Wszędzie 
kamienie i skały, tu i ówdzie plamy darni i wrzosu, czepiającego 
się najbardziej jałowej z jałowych ziemi, która utkwiła w 
szczelinach skał i między kamieniami. 
- Pora roku wciąż jest wczesna - powiedział Se-amus, widząc, jak 
bardzo Roza jest przygnębiona. -Wystarczy odrobina deszczu i 
ciepła, a może się tu zrobić naprawdę pięknie. Wszystko, co teraz 
jest brunatne i poszarzałe, prędko się zazieleni. Na każdym 
najmniejszym spłachetku ziemi rozkwitną kwiaty we wszelkich 
możliwych kolorach. Ziemia aż zapłonie ogniem. 
- Oczywiście - powiedziała Roza. 
- Żałujesz? - spytał, mówiąc prosto jej do ucha. Gorący oddech 
łaskotał w skórę, uniemożliwiał Rozie przytaknięcie. 
Wydawało jej się, że nie żałuje... Wszystko jedno, gdzie jest... 
 
 
 
 

background image

... wszystko jedno, byle tylko on był przy niej... 
- Przez te dni nie będziemy mieć zbyt wiele do jedzenia - odezwał 
się Seamus niemal z wyczekiwaniem w głosie. 
Zachowywał się, jakby chciał natychmiast za jednym razem 
złożyć jej na kolanach wszystko, co zapowiadało się nie najlepiej, 
jak gdyby chciał ją wypróbować, umożliwić w każdy sposób 
przyznanie się, że tak naprawdę to żałuje, że nie chce już być 
razem z nim. 
Roza wysunęła się z jego objęć, usiadła wprost na mchu, 
porastającym skalną półkę u wejścia do jaskini. Zbocze opadało 
stąd ukośnie w dół, nie było jednak tak strome jak zaraz 
nieopodal. 
- Donal zostawił jakieś jedzenie - powiedziała, pocierając brodą o 
podciągnięte kolana. - Ja nic nie jadłam - dodała. 
Seamus nie odpowiedział. Przez chwilę tylko się jej przyglądał. 
Siedziała w ciemnym ubraniu, rude włosy miała rozpuszczone. 
Sięgały jej aż do bioder. Kiedy wiatr chwytał lśniące kędziory i 
porywał je do tańca, wyglądała jak księżniczka podziemia. 
Sprawiała wtedy wrażenie, jak gdyby siedziała w samym środku 
ognia, który wcale na nią nie działał. 
Była taka dzielna. 
Od poprzedniego dnia zadowoliła się kilkoma kawałkami ryby, 
jedli przecież wcześnie, o poranku. Spożyli swój posiłek w 
spokoju, siedząc przy rozchwianym stole w maleńkim, 
kamiennym szałasie, który przestał już istnieć. Od tamtej pory 
minęła cała doba. Później Roza piła już tylko wodę. 
Nie słyszał, aby skarżyła się na głód. Nie słyszał, by skarżyła się 
na chłód ani też na niewygodne spanie, chociaż nic z tego nie 
zostało jej oszczędzone. 
Oddała się mu całkowicie. Seamus nigdy dotych- 
 

background image

czas nie zetknął się z taką ufnością. Ścisnęło go w sercu, czuł, że 
szacunek dla tej kobiety jeszcze bardziej urósł. 
Nie miał ani krztyny wątpliwości, odkąd po raz pierwszy 
zobaczył ją w powozie Liama. Rozpoznał w niej osobę, którą 
widywał w niezliczonych snach. 
- Dlaczego tak mi się przyglądasz? - spytała. Seamus zamrugał. 
Nie zdawał sobie sprawy z tego, 
że się na nią gapi, dopóki tkwił pogrążony we własnych myślach. 
Uśmiechnął się teraz do niej. 
- Myślę o tym, że jesteś piękna - rzekł z czułością. Roza już 
chciała otworzyć usta i zaprotestować, 
lecz coś w jego spojrzeniu zatrzymało słowa, które sprawiłyby, 
że jego proste wyznanie straciłoby swoją wartość. 
Seamus mówił szczerze. Nie udawał niczego, gdy z nią 
rozmawiał. Roza zrozumiała to w pełni dopiero w tym 
momencie. 
Byli sami gdzieś w jakimś miejscu w górach i z tego, co Roza 
wiedziała, mogli być w ogóle sami na świecie, lecz nie chciała 
znaleźć się w żadnym innym miejscu na ziemi, bo tu była razem z 
nim. Naprawdę z nim... 
Rozpierała ją radość. 
Roza poczuła, że uśmiecha się tym swoim niemądrym 
uśmiechem, takim samym, który wykwita na twarzach 
dzieciaków, zakochanych po raz pierwszy w życiu, nie zaś u 
dorosłych ludzi jak ona. 
Seamus przyniósł węzełek. Roza zobaczyła, że zaciska zęby. 
Napięte szczęki mu drżały, a oczy były ciemnoszare. Dłonie 
jednak, które rozkładały na ziemi płótno, były równie pewne jak 
skała, na której stał. 
Roza poklepała mech obok siebie. Był stosunkowo suchy, lecz z 
pewnością nie zapaliłby się, gdyby padła 

background image

na niego iskra. Nie wierzyła, by mech w Irlandii kiedykolwiek 
mógł wyschnąć do tego stopnia. 
Dobrze wiedziała, kto przygotował to jedzenie, lecz nie potrafiła 
wyobrazić sobie dłoni tej kobiety. Seamus to potrafił. 
- Donal opowiedział ci o wszystkim? - spytał oschle i zaczął 
łamać chleb. Większe kawałki podawał Rozie. 
-Tak. 
- I nie nabrałaś ochoty, by wrócić razem z nim do Kinsale? 
Roza pokręciła głową. 
- Spodziewałeś się tego? - spytała ostrożnie. Seamus westchnął. 
Odchylił głowę w tył i zobaczył, 
że niebo nad nimi szarzeje. Chmury były gęste jak dym z 
płonącej stodoły. 
Rozważał tę myśl, gnając przez noc, bo bał się, że nie zastanie jej 
w jaskini, gdy tam dotrze. 
- Czy to dlatego kazałeś mi z nim jechać? - spytała Roza, zerkając 
na Seamusa z boku. - Chciałeś dać mi możliwość ucieczki? Tak, 
abym mogła pożałować i odwrócić się od ciebie? 
- Pozwoliłem ci z nim jechać, żeby cię oszczędzić - odparł 
Seamus i zaczął żuć chleb, starając się przy tym nie myśleć o 
rękach, które zagniatały ciasto i formowały bochenki, wkładały je 
do pieca, a potem wyjmowały. - To by była dla ciebie zbyt długa 
droga, Rosi. Ta pierwsza noc była już i tak dostatecznie męcząca, 
przecież całkiem niedawno urodziłaś dziecko. Spodziewałem się, 
że w szałasie będziemy mogli odpocząć, a tymczasem czeka nas 
jeszcze daleka wędrówka z powrotem na wybrzeże. 
- Musiałeś jednak wiedzieć, że Donal opowie mi... to, co mi 
opowiedział, prawda? - spytała. 
- Owszem, liczyłem się z tym. 
 

background image

- Nie wiedziałeś, czy będę tu czekać. 
- Nie wiedziałem. 
Popatrzył na nią z wielką czułością. 
- Zrozumiałbym, gdyby pozostała ci dla mnie jedynie pogarda po 
wysłuchaniu tej historii mojego życia. Widzisz, moja Rosi, żyłem 
tak, że tylko w najgorsze rzeczy można wierzyć. 
- Czy ona jest piękna? - spytała Roza. Nie pozwoliła mu jednak 
odpowiedzieć. - Zapomnij o tym, Se-amus, zapomnij, że 
pytałam! To oczywiste, że jest piękna, gdyby było inaczej, nie 
wzięlibyście jej obaj. 
Miała wrażenie, że chleb rośnie jej w ustach, lecz dzielnie żuła 
dalej. 
- Kochałeś ją? - spytała jeszcze. 
- Nic więcej nie chcesz wiedzieć? - zdziwił się. 
- Akurat w tej chwili nie - odparła Roza. 
- Była piękna - powiedział Seamus, odsłaniając zęby jak kuna, jak 
lis. - Była diabelnie piękna i na dodatek zabawna. Poza tym nigdy 
się nie bała. Nigdy nie przeszło jej przez myśl, że robi coś złego. 
Usiłowali jej wbić do głowy przykazania, ale słowo Boże spły-
wało z niej jak woda po gęsi. 
Uśmiechnął się półgębkiem. 
- Widzisz, to także jest Irlandia, Rosi. Strach przed grzechem 
pierworodnym zakorzenia się w umysłach dzieci, jeszcze zanim 
nauczą się wyraźnie mówić. Baliśmy się czegoś, nawet kiedy 
byliśmy tak mali, że niczego nie rozumieliśmy. Później w takich 
jak Danny i ja pozostał już tylko gniew. A Molly nigdy nawet się 
nie bała. 
Żuł w zamyśleniu. 
- Dziewczęta żyją dla tego dnia, w którym wyjdą za mąż. Marzą o 
mężczyźnie, posiadającym ziemię. Zakochanie się w człowieku 
bez ziemi na nic się nie 

background image

zda. Chłopak, który nie ma bodaj spłachetka pola, może 
zapomnieć o małżeństwie. Nie ma żadnej przyszłości. A 
dziewczyna, która nie wyjdzie za mąż, też skazana jest na 
zatracenie, chociaż dziewczynie może jest i łatwiej. Ona może 
mieć jeszcze nadzieję, że znajdą się jacyś krewni, którzy pozwolą 
jej zamieszkać na strychu w zamian za niewolniczą pracę. 
- Przesadzasz - stwierdziła Roza. 
- Ja nigdy nie przesadzam! - oświadczył Seamus. -Dziewczęta 
wolą oddać życie niż dziewictwo, bo oprócz przyzwoitego 
posagu dziewictwo i, być może, uroda, to jedyne, co mogą dać w 
zamian za godne życie jako mężatki. Jeśli tylko zacznie się o 
jakiejś mówić, że jest rozpustna i łatwa, lub nie daj Bóg zajdzie w 
ciążę bez ślubu, czy też nie mając widoków na ślub, przepadła i 
może zapomnieć o małżeństwie. 
Podał Rozie ostatni kawałek chleba, lecz ona pokręciła głową, 
Seamus więc niechętnie połamał go na kawałki i jeden po drugim 
włożył do ust. Żuł starannie i przełykał każdy kęs, nim sięgnął po 
następny. 
- Molly nigdy tego nie zrozumiała - powiedział, a po twarzy znów 
przemknął mu uśmiech drapieżnika. Mimo wszystko wydawało 
się, że żywi dla niej pewien podziw. - Molly dorastała razem z 
nami. Mieszkała za płotem, moim i Danny'ego. W dzieciństwie 
była po prostu jedną z nas i bardzo nas wszystkich zaskoczyło, że 
w ciągu jednej zimy zmieniła się, dorosła. Przestała być do nas 
podobna. A młodym chłopcom krew w żyłach wrze szybciej niż 
woda na herbatę w piekle. 
Seamus z powrotem zapakował węzełek z jedzeniem. Położył go 
sobie na kolana i dalej siedział. 
Roza oparła policzek na dłoni. Patrzyła na niego. Musiała. 
Musiała widzieć jego twarz, upewnić się, czy 
 

background image

nie kłamał. Kłamstwo to jedyna rzecz, na jaką nie ma miejsca 
między nimi. Wszystko inne przyjmie, lecz nie kłamstwo. 
- Zupełnie zawróciła nam w głowach - podjął Se-amus. - 
Oszaleliśmy. Wcale nie próbuję nas usprawiedliwiać - dodał, 
unosząc brwi, te brwi kształtem przypominające strome linie 
dachu, nad oczami, które mogłyby należeć do upadłego anioła. - 
Nie staram się wcale powiedzieć, że to była bardziej wina Molly 
niż nasza, chciałbym tylko wytłumaczyć, jak było. 
I znów ten uśmiech zawstydzenia. 
- Zapewne główny ciężar winy spada na nas. Molly była 
niewinnym dzieckiem w ciele kobiety. My - Danny i ja - 
wierzyliśmy przynajmniej w grzech śmiertelny i męki piekielne. 
Oszaleliśmy jednak do tego stopnia, że nawet wizje piekła nie 
zdołały nas odstraszyć od wzięcia tego, co ona tak chętnie 
dawała. Czego ani trochę nie bała się oddać. 
Roza opuściła powieki i przed oczami stanęła jej inna 
dziewczyna, której wprawdzie nie wpajano równie mocno 
strachu przed grzechem i wiecznymi mękami, lecz która rzuciła 
się w wir życia tak samo jak Molly. 
Ujrzała własną twarz... 
Własne ciało i tyle obcych rąk... 
- Czy ją kochałem? - powtórzył jej pytanie Seamus. - Nie - 
odpowiedział bez sekundy wahania. - Szalałem za nią. Żyłem 
wyłącznie po to, by się przy niej położyć, wszystko jedno, gdzie - 
w stodole, za ścianą obory, w pasterskim szałasie - i ją brać. Ale 
nigdy nie czułem dla niej nic prawdziwego, nic głębszego. Ona 
zapewne o tym nie wiedziała, ale ja zawsze miałem taką 
pewność. Molly nie była dziewczyną, z którą mężczyźni się 
żenią. 
- To brzmi okrutnie - stwierdziła Roza. 
 

background image

- Opowiadam ci, jak było - odparł. - Nie proszę wcale o 
wybaczenie, Rosi. 
- Wiem, umówiliśmy się, że nie będziemy tykać tego, co było - 
rzekła z wahaniem - lecz skoro już opowiadasz, Seamusie, to 
chciałabym, abyś mówił uczciwie... 
Z szeroko otwartymi oczyma czekał na pytanie, które zawisło 
między nimi w powietrzu, na to pytanie, o którym Roza nie 
wiedziała, czy na pewno chce je zadać. Po tym jednak, jak Donal 
opowiedział swoją wersję prawdy, czuła, że ma prawo to 
wiedzieć. Nie mogła stale roztrząsać tego w myślach. 
- Czy to twoje dziecko? - zapytała wreszcie. Seamus był 
poważny. 
- Kiedy była maleńka, byłem pewien, że nie może być niczyim 
innym dzieckiem jak tylko Danny'ego -odparł. - Deidre Shelley... 
- Rozsmakowywał się w tym imieniu. - Z czystej złośliwości 
nadała jej imiona od nas obu. Rodzina rwała sobie włosy z głowy, 
przeklinała ją, a ludzie obgadywali ją za plecami, lecz w małej 
Molly wciąż było dość diabelstwa, żeby spłatać nam takiego 
figla. Danny chciał, żeby dzieciakowi dać jakieś zwyczajne imię, 
ale ona się uparła i postawiła na swoim. Molly często potrafiła 
postawić na swoim. Nie wiem, czy nie udawała głupiej, czasami 
wydawała mi się najbystrzejsza z nas wszystkich. 
- To twoje dziecko, czy Danny'ego? - powtórzyła pytanie Roza; 
- Wydaje mi się, że to moja córka - westchnął Seamus. - W miarę, 
jak dorastała, stawała się coraz bardziej podobna do mojej siostry 
Fiony. Rude włosy, szare oczy - z pewnością nie tylko mnie 
przyszła do głowy taka myśl. Ale wtedy to już przestało być 
ważne. Ona była córką Danny'ego. Tak zapisano w kościelnych 
księgach i tak mówiła Molly. 
 

background image

- Ale nazywała ją Shelley? 
Seamus nie zaprzeczył. A Roza myślała swoje. Nigdy nie 
spotkała Molly Connelly, lecz gotowa była się założyć, i to o 
dużą stawkę, że ta kobieta nie jest wcale prostą istotą, za jaką 
mieli ją mężczyźni z jej otoczenia. Roza domyślała się, że to 
bystra młoda dziewczyna, która wykorzystała swoją jedyną broń, 
aby zwrócić na siebie uwagę najbardziej godnych zainte-
resowania chłopców, a w dodatku zrobiła to do tego stopnia 
otwarcie, że niemal wszyscy o tym wiedzieli. 
I choć zarówno Danny, jak i Seamus pochodzili z prostych 
rodzin, z ubogich chat, to wychowano ich w poczuciu honoru, 
nauczono, co dobre, a co złe. Molly musiała wiedzieć, że jeśli 
zajdzie w ciążę, jeden z nich będzie zmuszony się z nią ożenić. W 
najgorszym razie bez znaczenia będzie, który z nich to zrobi. 
Roza sądziła, że Molly miała wśród nich swego faworyta. Tak jak 
elfy, ona również upatrzyła sobie Seamusa. Roza powiedziała mu 
to teraz, a on nawet się z nią nie spierał. 
- Założę się, że próbowała was skłócić - dodała. -Ze starała się 
zniszczyć waszą przyjaźń. 
- To się na nic nie zdało. 
- Gdybyś wtedy przegrał tę walkę - zamyśliła się Roza. - Gdybyś 
to ty, a nie Danny, przegrał, ugiąłbyś się i ożenił z Molly, 
Seamus? 
- Zawsze byłem silniejszy od Danny'ego - uśmiechnął się Seamus 
rozbrajająco. 
- To żadna odpowiedź. 
- Nie - powiedział Seamus. - Nie. Nie ożeniłbym się z Molly pod 
żadnym pozorem. Mówiłem ci już przecież, że ona nie była z 
rodzaju tych, z którymi człowiek się żeni. 
- Dlatego, że pozwoliła wam się wykorzystać?   

background image

spytała Roza, mimowolnie drżąc. Wydało jej się, że w powietrzu 
nagle powiało chłodem, ale siedziała spokojnie, nie dając nic po 
sobie poznać, nie miała bowiem pewności, czy akurat w tej chwili 
pragnie dotyku, bliskości, objęć Seamusa. 
- Dlatego, że wiedziałem, iż ożenię się z tobą - odparł Seamus 
0'Connor i z powagą popatrzył Rozie w oczy, bez zmrużenia 
powiek, bez najdrobniejszego drgnienia w szczupłej, pięknej 
twarzy. 
- Bądźmy poważni! - wykrzyknęła Roza. - To poważna rozmowa, 
Seamus! Nie pora na odgrywanie uwodziciela. Proszę cię jedynie 
o szczerość! - Rozłożyła ręce. - Rozmawiamy o czasach, kiedy 
miałeś... Ile? Piętnaście lat? To siedemnaście lat temu. 
Siedemnaście lat temu miałam niespełna trzy lata. Ledwie się 
urodziłam, Seamus. To się nie trzyma kupy, kiedy próbujesz mi 
wmówić, że jako rozhukany, gwałtownie dojrzały piętnastolatek, 
któremu krew wrzała w żyłach, wiedziałeś, że się ożenisz ze mną! 
- Aż taka głupia nie jesteś? - spytał. 
- Daleko mi do tego! - wybuchnęła Roza. Seamus podniósł się 
bez najmniejszego wysiłku, nie 
dotykając nawet ziemi rękami. Ruchy miał tak zwinne, że Rozie 
na ten widok aż dech zaparło w piersi. Wiedziała, jak bardzo 
potrafi się rozgrzać jego krew, i rozumiała, że Molly miała na 
niego oko. Tak łatwo było go-pożądać. 
Znacznie trudniej kochać... 
... trudniej... 
- Musisz zaakceptować to, że wierzę w elfy -oświadczył, nie 
patrząc na Rozę. 
Stał na samiutkim brzegu skalnej półki tuż nad jej głową. Poszedł 
ledwie widoczną ścieżką, która mijała grotę i gwałtownie się 
urywała, donikąd nie prowa- 
 

background image

dząc. Czubki jego butów zrównały się w jednej linii z pionową 
skalną ścianą, stromo opadającą w wąwóz, w którym zieleniło się 
bardziej niż,w jakimkolwiek innym miejscu, które Roza mogła 
dojrzeć. Płynął, zdaje się, tamtędy jakiś nieduży potok. 
Rozie serce zabiło mocniej, bo bała się o Seamusa. Ogarnął ją 
idiotyczny strach, że on spadnie, porani się, umrze, przestanie dla 
niej istnieć. Rozumiała jednak, że źle by postąpiła, zwracając mu 
uwagę. Nie był człowiekiem, który lubi, kiedy mówi mu się, co 
ma robić. W dodatku z pewnością stał już w obliczu niebezpie-
czeństw o wiele straszniejszych niż to urwisko, potrafił śmiało 
spojrzeć im w oczy i odejść. 
- Już kiedy byłem chłopcem - powiedział z wysiłkiem - 
widywałem takie rzeczy, których nie zauważał nikt inny. Z 
wyjątkiem matki. Matka zawsze rozmawiała z elfami, wróżkami i 
duchami, o których nikt inny nie wiedział, lecz których, jak 
twierdziła, jest mnóstwo. Darzono ją szacunkiem, ponieważ elfy 
ją wybrały. 
- A potem elfy wybrały ciebie? - spytała Roza, nie będąc w stanie 
całkiem powstrzymać się od mówienia. 
- Miałem pewien sen, wizję, która stale powracała. Zawsze 
nosiłem ją ze sobą. Wydaje mi się, że się z nią urodziłem. 
Pierwsze wspomnienie, jakie o niej zachowałem, pochodzi z 
czasów, kiedy byłem jeszcze maleńki. Wiem, że wcale mnie 
wtedy nie zaskoczyła, musiałem więc widzieć to już wcześniej... 
Seamus umilkł na chwilę, a Rozie wydało się, że słyszy w 
powietrzu jakiś szum. Jak gdyby nieprzeliczone gardziołka 
jednocześnie z nim zaczerpnęły oddechu, jakby, wstrzymując 
oddech, czekały w takim samym napięciu jak on... 
- Stałem na jakimś brzegu i byłem już dorosły -podjął opowieść 
Seamus. - Nawet gdy byłem chłop- 
 

background image

cem, wiedziałem, że ten mężczyzna to ja. Widziałem 
nadpływającą łódź. Siedziała w niej kobieta. Siedziała wśród róż 
i białych konwalii, a jej włosy rozwiewał wiatr, który popychał 
łódź ku brzegowi, ku mnie. Ta kobieta miała rude włosy, 
niebieskie oczy i twoją twarz, Rosi. 
- Moją twarz? - powtórzyła Roza z niedowierzaniem. 
- Jeden policzek biały, a drugi, który płonął jak purpurowe 
peleryny lorda - powiedział Seamus O'Connor. 
Roza przycisnęła dłonie do uszu. Słyszała, że jego głos nie ucichł, 
lecz nie chciała, by dotarło do niej więcej słów. 
Gotowa była przyjąć od niego wszystko, tylko nie to! Wszystko 
mógł jej ofiarować, tylko nie tak wierutne kłamstwo! 
Ręce Seamusa zacisnęły się na jej ramionach i pociągnęły ją do 
góry. Roza nie mogła z nim walczyć, był przecież o wiele 
silniejszy. Ale dalej zakrywała sobie uszy. Widziała, że jego usta 
się poruszają, lecz Seamus nie mówił jej ojczystym językiem, 
dlatego nie potrafiła odczytać przeprosin i tłumaczeń z ruchu 
warg, których smak poznawała z taką radością. Nie rozumiała 
urywków, które przekradały się do jej świadomości, nie chciała 
ich rozumieć. 
Seamus zdrętwiałymi wargami przeklinał siebie samego. 
Wiedział, że nie powinien był zrzucać na nią wszystkiego naraz. 
Pełna goryczy opowieść, której fragment Donal zaserwował 
Rozie minionej nocy, to i tak więcej niż dość. Wystarczyłoby, 
gdyby wygładził historię Donala kawałeczkami swojej. 
Doprawdy, nie musiał jej tak zalewać słowami. 
Ona mu nie wierzyła. 
Wiedział to już w chwili, gdy wbiła w niego wiel- 
 

background image

kie, niebieskie oczy, słuchając opowieści o dziewczynie w łodzi. 
Słyszał, jak drżąco-wciągnęła oddech, i wiedział, że posądza go o 
oszustwo. 
Była czymś najwspanialszym i najjaśniejszym, co spotkało go w 
życiu. Była jedynym światłem jego życia, dlatego otoczył ją całą 
swoją czułością. Była najodważniejszą, najpiękniejszą, 
najdzielniejszą osóbką, jaką znał - nie pragnął niczego więcej, niż 
móc ją kochać i mieć śmiałość wierzyć, że i ona pokocha go 
równie bezwarunkowo. 
Tymczasem ona mu nie wierzyła. 
Uważała, że on potrafi oddzielić ich od siebie kłamstwem, i to z 
pełną świadomością, że jedyną rzeczą, jakiej ona się od niego 
domaga, jest uczciwość. Pełna, naga uczciwość. 
- To wszystko prawda - powiedział ze smutkiem i pocałował ją 
we włosy. Nie wiedział, czy go usłyszała, bo ciągle przyciskała 
ręce do uszu. - To prawda, Rosi. Bez względu na to, co sobie o 
mnie myślisz, to nie mógłbym cię nigdy okłamać. 
Ale ona nie powiedziała, że mu wierzy. Wycofała się w 
ciemność, gdzie nie mógł do niej dotrzeć. Jej spojrzenie unikało 
go, a zanim zdołał przywołać z powrotem uśmiech na jej twarz, 
dopędził ich deszcz. 
Kiedy Roza i Seamus umknęli do górskiej groty, zapadło między 
nimi ciężkie milczenie. Otoczyła ich ciemność. To ona wypełniła 
ciszę i pozwoliła Rozie odpocząć. Roza zamknęła oczy i zasnęła. 
Seamus nie śmiał jej tknąć, dopóki nie upewnił się, że śpi. 
Dopiero wtedy przytulił ją do siebie, okrył oboje kocami, czując 
wilgotny chłód w powietrzu. 
Wsłuchiwał się w jej oddech i w wiatr, szalejący na zewnątrz. 
Słyszał deszcz i pożałował, że nie potrafi płakać. Dawno już tego 
nie umiał. 
 

background image

- Kocham cię - szepnął do uśpionej kobiety, którą trzymał w 
ramionach. - Kocham cię naprawdę, Rosi, i nigdy cię nie 
okłamałem. 
 
 
Rozdział 10 
Sztorm szalał przez resztę dnia, przez całą noc i przez cały 
następny dzień. Prawie niemożliwe było poruszanie się na 
zewnątrz groty. Wiatr kręcił się we wszystkich kierunkach wśród 
skał, porywał wszystko, co tylko leżało luzem, i nie dało się 
nawet pomyśleć o tym, by stanąć wyprostowanym, nawet gdy 
człowiek obrócił się do wiatru plecami. Z nieba nie przestawał lać 
się deszcz. Strugi wody spływały z czarnych chmur, które 
nieprzerwanie nadciągały od zachodu. 
Nie wychodzili więc, jeśli nie musieli. Seamus usiłował nakłonić 
Rozę, żeby załatwiała swoje potrzeby w jaskini, grota bowiem 
była mimo wszystko dostatecznie duża, by żadne z nich nie czuło 
się tym zażenowane. Roza jednak się na to nie godziła. Kiedy 
więc musiała wyjść, namawiał ją przynajmniej, żeby zdjęła 
ubranie. 
- Nie zamierzam cię uwodzić! - krzyczał na nią. -Ale na zewnątrz 
z nieba leje się woda. Przemokniesz na wylot, zanim jeszcze 
zdecydujesz się przykucnąć! Dlaczego nie możesz wcisnąć się 
tam, w ten kąt? Tu w środku... 
- Nie! - zaprotestowała Roza, lecz jak najdłuższe utrzymywanie 
ubrania w suchości uznała rzeczywiście za rozsądne. Rozebrała 
się więc i prawie bez jednego 
 

background image

słowa protestu zgodziła się, żeby Seamus trzymał ją za jedną 
rękę, gdy nie mogła już dłużej panować nad pęcherzem. Było to 
bardzo upokarzające, lecz on oznajmił krótko, że nie życzy sobie 
patrzeć, jak gwałtowny podmuch wiatru zwiewa ją do jaru. 
Zgodziła się więc, lecz właściwie tylko dlatego, że sama również 
się bała, chociaż nie zamierzała się do tego przyznawać. 
O elfach już nie rozmawiali. Nie próbowali też kraść sobie 
pocałunków, ale ogrzewali się nawzajem w swoich objęciach. 
Drugi dzień spędzany w grocie chylił się ku wieczorowi, a oni już 
od rana musieli karmić się wyłącznie deszczówką i samo to 
wystarczało, żeby wprawić człowieka w rozdrażnienie. Odzywali 
się do siebie jak najrzadziej. 
- Trudno, nic nie poradzimy na to, że wciąż pada - oświadczył 
Seamus z ponurą miną, wyglądając na świat przez otwór w skale. 
- Musimy iść na wybrzeże. 
Roza się tego spodziewała. Przygotowywała się, że będzie 
musiała znów zadać ciału gwałt, zmusić się do przetrzymania 
całonocnej wędrówki. Ukradkiem jednak złożyła ręce i 
pomodliła się o to, żeby przynajmniej deszcz przestał padać. 
- Ja będę niósł bagaże - oświadczył Seamus i zarzucił sobie worek 
na plecy. 
Roza okryła chustą włosy i ramiona, jej końce skrzyżowała w 
pasie i zawiązała na plecach w taki sam sposób, jak robiły kobiety 
z Kafjorden. 
Seamus obrzucił ją spojrzeniem pełnym czułości. Żałował, że 
przez ostatnie dni tak mało ze sobą rozmawiali, lecz teraz nie dało 
się już cofnąć zmarnowanego czasu. Te dni spędzone tylko z nią, 
ostatnie dni jego pobytu w Irlandii, okazały się zupełnie inne, niż 
 
 

background image

je sobie wyobrażał. Część winy za to brał na siebie, resztą 
obarczał bogów pogody. Niczego mu nie ułatwili, gdy chciał 
zdobyć serce kobiety, którą kochał i z którą postanowił się 
związać. Kiedy Roza nie patrzyła, ze złością wygrażał niebu 
zaciśniętą pięścią. 
- To ostatni niebezpieczny etap podróży - obiecywał jej. - Nie 
twierdzę, że będzie łatwy, lecz jeśli uda nam się dotrzeć do 
Kinsale cało i zdrowo, to dotrzemy także do Ameryki, moja 
Rosi... 
Roza nie mogła powstrzymać się od śmiechu, chociaż 
pobrzmiewało w nim echo tego gniewu, który wciąż w sobie 
nosiła. 
- Nikt więcej nie nazwie cię przynajmniej nudziarzem, Seamusie 
O'Connor! 
- A czy ktoś tak o mnie mówi? - zdziwił się i przez moment śmiali 
się razem. 
W ciężkiej, czarnej warstwie obłoków pojawiło się niewielkie 
rozdarcie. Kilka burzowych chmur, które wdarły się pomiędzy 
nich, odpłynęło. 
Gdy wychodzili z jaskini, Seamus wyciągnął rękę do Rozy. Ona 
wahała się tylko przez moment i zaraz ją ujęła, a potem nie 
puściła jej nawet wówczas, gdy wędrowali po znacznie 
łatwiejszym do przebycia terenie i pomoc Seamusa przestała już 
być konieczna. Tak przyjemnie było go trzymać... 
Tak dobrze było do kogoś należeć, choćby tylko do irlandzkiego 
buntownika wyjętego spod prawa, ślepo wierzącego w ulotne 
baśnie i niezwykłe opowieści o elfach. 
- To są moi synowie - powtarzała Molly, nie podnosząc głosu. 
- M o i  synowie. 
- To ja karmię zarówno ciebie, jak i t w o i c h  synów - odparł jej 
mąż, wpatrzony w ciemność. 

background image

Nie kłócili się. Oni się nigdy nie kłócili. Ich maleńka chata 
dawała schronienie im dwojgu, siedmiorgu wspólnym dzieciom, 
a także dwóm jej synom. Zrobiło się tu nieco luźniej, kiedy 
Shelley z dzieckiem w brzuchu przeprowadziła się do chaty 
teściów, wciąż jednak było jeszcze za ciasno, aby zmieścić się 
mogły kłótnie. 
Donal wsunął rękę pod głowę. Druga spoczywała pomiędzy nimi, 
dzieląc ich jak miecz. Minął już dość długi czas, odkąd miał 
ochotę tknąć Molly, być może nie zdarzyło się to od tamtego 
wieczoru, kiedy się upił. 
Donal rzadko pił w przeciwieństwie do innych swoich rodaków, 
którzy często w ten właśnie sposób zabijali czas. On jednak 
odsunął się od nich już jako młody chłopak, a wśród tych, którzy 
wraz z nim odbywali swoją judaszową służbę, nie znalazł sobie 
zbyt wielu przyjaciół. Katolicy w siłach policyjnych nie bratali 
się z protestantami, stanowiącymi większość, i w zasadzie nie 
kolegowali się również ze sobą. 
Może za bardzo się wstydzili... 
Donal i Molly rozmawiali ze sobą, choć może jednak głównie 
dlatego, że poza tym nie mieli z kim rozmawiać. Byli tylko oni i 
dzieci. 
Wydawało mu się, że Molly właściwie nie żałuje, że z nią nie 
sypia. Lubiła wprawdzie łóżkowe radości, całe jej życie ułożyło 
się tak, a nie inaczej właśnie dlatego, że lubiła je może nawet aż 
za bardzo. Lecz po urodzeniu dziesięciorga dzieci, które 
przeżyły, i jeszcze dwojga, które musieli pochować w trumnach z 
nieheblowa-nych desek, mniej cieszyła się już z owoców, jakie 
mogła przynieść bezmyślna zabawa. 
Donal czuł podobnie. Nie zależało mu na kolejnych gębach do 
wykarmienia. Miał cztery córki, którym z czasem trzeba będzie 
zapewnić posag. Na 

background image

szczęście wszystkie były ładne, wdały się w matkę, przynajmniej 
więc można liczyć na to, że wyjdą za mąż. Nie będzie musiał 
martwić się o nie dłużej niż do ukończenia przez nie czternastego, 
może piętnastego roku życia. 
Shelley też dostała pokaźny posag, właściwie więcej, niż Donal 
sądził, że będzie w stanie dać rodzonym córkom. Właśnie zwrotu 
tego posagu domagał się w myślach od Seamusa, uważał, że tę 
właśnie przysługę O'Connor winien był zarówno jemu, jak i 
Dan-ny'emu. 
- Ty mi to po prostu oznajmiasz - szepnęła Molly oburzona, 
obracając się na bok tak, by móc na niego patrzeć. - Ty mnie 
nawet o to nie pytasz, Donalu! 
Rzeczywiście, nie spytał jej. Był przekonany, że podejmowanie 
decyzji jest jego prawem. To on był głową rodziny. 
- Chcesz mnie ukarać - stwierdziła Molly w przypływie jasności 
widzenia. Tak przynajmniej zabrzmiało to w uszach Donala. - 
Karzesz mnie za to, że się zapomniałam i bez zastanowienia 
wypaplałam coś, czego nie powinnam była mówić. 
Donal nic na to nie odpowiedział. 
- Nie uświadomiłam sobie, kim tak naprawdę jest żona 
MacCutta! - tłumaczyła się Molly. 
MacCutt był szeregowym w siłach policyjnych, tak samo jak 
Donal. Pochodził jednak z Ulsteru, jego rodzinę kilka pokoleń 
wstecz wygnano z zagród w Szkocji. Przeniesiono ich na samą 
północ Irlandii, gdzie przepędzili irlandzkich wieśniaków z ich 
ziemi. Tak samo jak ich przegnali Anglicy. Historie takie jak ta 
rodziny MacCuttów wzbudzały drwinę i pogardę. 
Molly zapomniała, że rozmawia z protestantkami. Były to takie 
sobie ot, zwykłe, na poły histeryczne 

background image

kobiece pogaduszki o nieobliczalnym buntowniku 0'Connorze, 
przez którego we wsiach na południu Irlandii znów zrobiło się 
niebezpiecznie dla kobiet i dzieci, a możliwe, że również dla 
lorda Lismore'a. Na twarzy Molly pojawiła się wtedy dziwna 
mina i na moment oczy jej zwilgotniały, a z ust wyleciała 
opowieść o letniej zagrodzie, w której Seamus mieszkał razem z 
Dannym, gdy pasali owce jako młodzi chłopcy. 
Niczego więcej nie było trzeba, aby plotki dotarły do oficerów, i 
Donal musiał podjąć jakieś działania, by zażegnać 
niebezpieczeństwo, które w równym stopniu co nad głową 
Seamusa, zawisło nad jego głową. Dziwnie by wyglądało, gdyby 
stary szałas wciąż jeszcze się trzymał, a on o tym nie wspomniał. 
Jeszcze gorzej byłoby, gdyby rzeczywiście zastali tam Seamusa, 
a nie on by podsunął im myśl, by go tam szukać. 
- Ty uważasz, że ja go wydałam. 
- O tym wcale nie ma mowy - odparł. 
- Nigdy nie przypuszczałam, że będziesz bronił Seamusa 
CConnora - szepnęła Molly wzburzona. 
Donal usiłował wsłuchać się w ton jej głosu, lecz szept 
pozostawał szeptem, a niełatwo odczytać, co komuś chodzi po 
głowie, wyłącznie ze sposobu, w jaki szepcze. 
- Nie chcę patrzeć, że posyłają go na śmierć jedynie z tego 
powodu, że komuś coś się wyrwało. 
- Uważasz, że on jest ważny? 
Tym razem Donal wychwycił w jej głosie niedowierzanie i 
musiał się w ciemności uśmiechnąć. Świat Molly zaczynał się i 
kończył na domu. Było wiele spraw, którym nie poświęciła nigdy 
ani jednej myśli. 
- Czy ty kiedykolwiek zrozumiałaś, dlaczego Danny zachował się 
tak, a nie inaczej? - spytał. 
- Danny był marzycielem - odparła kobieta, która 

background image

była kiedyś żoną Danny'ego. Głos miała twardy. -A Seamus 
0'Connor jest jeszcze większym marzycielem - dodała już przy 
następnym oddechu. - O wiele bardziej niebezpiecznym. 
- Ten marzyciel przed kilkoma tygodniami przywiózł do Irlandii 
ponad dwieście sztuk broni - powiedział Donal. 
Nic nie mógł poradzić na to, że żywi podziw dla Seamusa. Nie 
potrafił nawet ukryć podziwu w głosie. We własnym łóżku 
człowiek nie powinien niczego udawać. Wierzył, że Molly nie 
zaniesie tej wiadomości gdzieś dalej. Nie miała przecież kurzego 
móżdżku. 
- To niebezpieczny marzyciel - powtórzyła Molly. 
- Zamożny marzyciel - poprawił ją Donal. - Czy ty nie widzisz, 
jakie drzwi on może otworzyć przed Tommym i Danielem? Czy 
ty nie życzysz swoim synom tego, co najlepsze? 
- Nie chcę, żeby Seamus 0'Connor otwierał przed moimi synami 
jakiekolwiek drzwi - odparowała Molly. 
- Przynajmniej tyle jest ci winien. 
- Seamus niczego nie jest mi winien - oświadczyła Molly twardo. 
- Absolutnie niczego na świecie, Donalu. 
- Ale pozwolisz im pojechać - odparł i zamknął oczy. - Jutrzejszej 
nocy wypuścisz swoich synów na wolność, Molly. Wspomnisz 
moje słowa. 
- Dlaczego miałabym to robić? - spytała nieszczęśliwym głosem. 
- Dlatego, że w zasadzie jesteś rozsądną kobietą, Molly Connelly. 
Zasnął zadowolony ze sposobu, w jaki się wyraził, przekonany, 
że Molly zrozumie, iż podjął decyzje słuszne dla nich obojga. 
Molly natomiast leżała, nie mogąc zasnąć, i wspomi- 
 

background image

nała beztroskie dni pół życia wcześniej. Niebo było wówczas 
błękitne nad ukwieconymi łąkami, wrzos pod jej ciałem taki 
miękki, a usta, które ją pieściły, należały albo do Seamusa, albo 
do Danny'ego. 
- Seamus - teraz wargi ułożyły się w kształt słowa, lecz nie 
wydobył się z nich żaden dźwięk. Kilkakrotnie powtórzyła to w 
ciemności. Jego imię zmieniło się w końcu w uśmiech i 
pocałunki. Wspomnienia miały tyle różnych kształtów. 
Momentami były miękkie, by już w następnej chwili nabrarć 
kantów tak ostrych, że można się o nie skaleczyć. Ale ni^na? 
wiści do niego nie potrafiła odczuwać. Powiedziała Donalowi 
prawdę. 
Seamus niczego nie był jej winien. 
Rozcierał dłońmi jej stopy. Pończochy, które ściągnęła z nóg, 
były przemoczone, tak samo jak iity. 
- Cieplej ci teraz? - spytał Seamus z troską. 
- Tak - odparła, lecz on nie mógł pozbyć się wrażenia, że 
odpowiedziałaby tak samo bez względu na to, jak się czuła. 
Na ostatnim etapie wędrówki odpowiadała mu wyłącznie 
monosylabami. Seamus natomiast starał się mówić niemal bez 
przerwy, aż powietrze wokół nich zgęstniało od jego słów, a w 
tym, co mówił, trudno się było doszukać jakiegoś sensu. Teraz 
mógł tylko powtarzać to, co powiedział już co najmniej tuzin 
razy: 
- Jeszcze tylko ostatni kawałek. 
- Przynajmniej przestało padać - westchnęła Roza. 
Zaśmiał się krótko. Takimi właśnie maleńkimi radościami 
powinni rozgrzewać się po drodze. Delikatnie włożył jej wilgotne 
wełniane pończochy na stopy, lekko pogładził łydki, pieścił ją, 
pomagając wciągnąć buty. 
 

background image

- Nie masz pęcherzy - stwierdził, myśląc o tym, że to wiatr 
powinien raczej ustać. 
Deszcz to jedno. Deszcz mógł być sprzymierzeńcem 
uciekinierów, wiatr natomiast mógł uniemożliwić im dotarcie w 
bezpieczne miejsce i przedostanie się na statek. 
- Została jeszcze tylko końcówka - powiedział kolejny raz. 
- Końcówka - powtórzyła Roza bez wielkiego zachwytu. 
Seamus pociągnął ją do góry i pomógł jej stanąć na nogi. 
Kostkami dłoni delikatnie pogładził ją po policzku, wsunął 
kosmyk włosów, który wyplątał się spod chusty, z powrotem na 
miejsce, i spękanymi wargami musnął jej usta. 
. - Jesteś najdzielniejszą osobą, jaką spotkałem - powiedział cicho 
z powagą. - Kocham cię, Rosi. Zamknęła oczy. 
- Uporajmy się z tą końcówką - poprosiła. 
- To było zbędne - uśmiechnął się Maxwell Hart do ojca i zapiął 
kurtkę aż pod szyję. 
Jego ojciec, kapitan, wzruszył ramionami. 
- Nigdy nie ma nic zbędnego, jeśli chodzi o rodzinę - zapewnił. - 
Ufam, że uczynisz wszystko, co w twojej mocy, synu, aby 
załatwić tę sprawę tak, by było jak najlepiej dla wszystkich. 
Maxwell kiwnął głową ze świadomością, że to niemożliwe. Nie 
potrafił wymyślić sposobu, w jaki przedstawić Rozie propozycję, 
tak by dostrzegła jej sensowność. 
Przecież ona już tyle poświęciła dla jego rodziny. Być może uzna, 
że nic więcej nie jest im winna. Obawiał się, że będzie musiał 
odwołać się do swoich uczuć 
 

background image

dla niej. Bardzo nie chciał załatwiać tego w ten sposób, lecz w 
głębi ducha Maxwell Hart zdawał sobie sprawę, że jeśli okaże się 
to konieczne, z całą pewnością tak postąpi. 
Ta świadomość sprawiła, że poczuł się jak łajdak. Może byłby 
bardziej mężczyzną, gdyby nie miał tak wrażliwego sumienia. 
- Margaret to przeżyje - prorokował ojciec - lecz musi mieć coś, 
na czym będzie mogła się skoncentrować. A przecież tyle ma 
sympatii dla Andy'ego. Gdy tylko David wróci do Anglii i gdy 
umieści się ich w Walii albo w Kornwalii, cała ta nieprzyjemna 
historia przyblaknie. Margaret będzie miała męża i dom, którym 
trzeba się zająć. Na szczęście dziecko nie żyło aż tak długo... 
Maxwell wbił w ojca spojrzenie. Pytające. Na poły 
oskarżycielskie. 
skoro tak się to skończyło - dodał pośpiesznie Malcolm Hart. 
Maxwell odniósł wrażenie, iż ojciec tak naprawdę miał na myśli, 
że śmierć syna Davida była najlepszym rozwiązaniem, skoro 
prawda wyglądała tak, a nie inaczej. Skoro chłopczyk nie był w 
rzeczywistości synem Margaret. 
- Jeśli trzeba, zaproponuj jej też pieniądze - przykazał synowi 
Malcolm Hart. - Byle tylko cała ta historia nie pociągnęła za sobą 
żadnego skandalu, mój synu. Nie życzę sobie, aby moje nazwisko 
zostało splamione z powodu jakiegoś dziecka, które nie powinno 
było przyjść na świat. Nie dopuszczę do tego, aby to dziecko 
plątało się wokół Margaret w ludzkiej świadomości. To musi 
pozostać w rodzinie! Zrób tak, żeby tę kobietę odesłano do 
Norwegii, najszybciej jak się da. 
 
 
 

background image

- Mówiłeś o tym już wiele razy wcześniej - przypomniał 
Maxwell. - Na ratowaniu skóry Daisy zależy mi tak samo jak 
tobie! 
Ojciec zmrużył oczy. Zaiskrzyły zielenią. 
- Doprawdy? - spytał. - A ja mimo wszystko odnoszę wrażenie, 
że w jakiś niezwykły sposób poważasz tę kobietę z północnej 
krainy. Czy tylko to sobie wmawiam? 
- Może i nie - odparł Maxwell sztywno. 
- Ale to cię nie powstrzyma od walki o dobro rodziny? 
- Nie - odparł Maxwell. - Znam swój obowiązek, ojcze. 
- To dobrze - uśmiechnął się Malcolm Hart i twarz rozjaśniła mu 
się nieco w uśmiechu, gdy pytał: - Czy ona jest piękna? 
- Właściwie nie. Ale drugiej takiej nie ma. 
- Takie kobiety są najbardziej niebezpieczne, synu. 
Najgroźniejsze. Powodzenia! - dodał i poklepał jeszcze 
Maxwella po ramieniu, zanim wydał rozkaz spuszczenia szalupy 
na wodę. - Mój syn schodzi z pokładu. Musimy mieć słodką 
wodę! 
Malcolm Hart popatrzył na ląd. Zaczęło się już na dobre 
ściemniać. Zabranie Maxwella dało mu powód, aby podejść 
bliżej brzegu, niż zakładał to początkowy plan. Miał nadzieję, że 
Seamus O'Connor nie napotkał żadnych trudności, liczył, że 
Seamus czeka gdzieś teraz wśród mroku i że zjawi się o jakiejś 
porze nocy, bo nie mógł się wstrzymywać z postawieniem żagli 
dłużej niż do następnego ranka. 
- Za diabła nie pójdziesz z nimi, Molly Connelly! Słyszysz mnie, 
kobieto? To zbyt niebezpieczne! - syknął Donal, starając się 
zatrzymać żonę siłą. 
 

background image

- To moi synowie - powiedziała Molly spokojnie, wyrywając mu 
z uścisku rękę. Ruchy miała równie gwałtowne jak on. W gniewie 
wiązała chustkę na głowie, a węzeł był twardy jak kamień. 
Odwróciła się do Donala plecami. 
Jej synowie, bladzi, ciemnoocy, stali przy stole. U stóp każdy 
miał tłumoczek z ubraniem. Zaledwie parę godzin wcześniej 
Molly i Donal powiedzieli im, że wyjeżdżają. I dokąd. 
Wspólnie usiłowali wytłumaczyć chłopcom, dlaczego tak ma 
być. Zadanie okazało się wcale niełatwe, ponieważ Molly nie 
miała pewności, czy sama wierzy w te wyjaśnienia. Nie 
wiedziała, czy Donal naprawdę pragnie dobra jej synów, czy też 
po prostu postanowił się ich pozbyć, ponieważ są dziećmi jego . 
brata. Nie miała nawet pewności, czy chce znać prawdę. 
Tommy traktował to wszystko jak przygodę. Niebieskie oczy mu 
rozbłysły, nie potrafił ukryć, jak bardzo jest ciekaw. Był 
marzycielem, takim samym jak jego ojciec. Chodził z głową w 
chmurach tak jak Danny. Molly miała jedynie nadzieję, że nie 
będzie równie zaślepiony jak jego ojciec. 
Danny nie chciał jechać, lecz był o dwa lata starszy od brata, miał 
czternaście lat i był już prawie mężczyzną. Nie mógł więc okazać 
swego żalu, dlatego milczał, przyjmując wszystko z taką samą 
ogromną powagą. 
- To dla ciebie niebezpieczne, Donalu Connelly. Co będzie, jeśli 
ktoś cię zobaczy razem z najbardziej osławionym buntownikiem 
w całej południowej Irlandii? - Molly z naciskiem wymówiła 
każde słowo. - Dla mnie to nie jest aż takie groźne. - 
Przytrzymała go wzrokiem. - Jestem kobietą, Donal, i przecież 
wszyscy pamiętają tę starą historię... 
Wtedy jej mąż ustąpił. Więcej na ten temat nie padło 
 

background image

ani jedno słowo. Ich wspólne dzieci spały albo udawały, że śpią. 
Przez cały dzień i wieczór jakaś gęsta atmosfera w powietrzu 
zapowiadała, że coś się wydarzy. Najstarsze więc podsłuchiwały, 
co rodzice mówili do Tommy'ego i Danny'ego. Dzieci miały 
jednak przecież nic nie wiedzieć, dlatego udawały, że śpią. 
Później należało wszystkim mówić, że chłopcy wyjechali do 
pracy. Na służbę gdzieś na północ. Byli już dostatecznie duzi, 
żeby wyfrunąć z rodzinnego gniazda. 
- W dodatku stajnia na plebanii! - zaśmiała się Molly. 
- On ma niezłą rękę do stajni - zauważył cierpko Donal, lecz nie 
zdołał ukryć płonącej w nim zazdrości. Bardzo mu się nie 
podobało, że Molly ma się spotkać z Seamusem. - I wszyscy 
wiedzą, jaki Frank ma stosunek do Seamusa - dodał Donal, 
usiłując wmówić żonie, że nic a nic go owo spotkanie nie 
obchodzi. 
- Frank by go nie zdradził! - wyrwało się Molly. Nagle 
zesztywniała w pół ruchu. 
Donal nawet nie mrugnął okiem, kiedy pytał: 
- Jesteś pewna, że by tego nie zrobił? 
 
 
Rozdział 11 
- Nie wierzyłaś, że damy radę, prawda? - spytał Seamus. 
- Ostatni kawałek ostatniego odcinka był naprawdę ciężki - 
przyznała Roza, opierając się o ścianę stajni. 
Kiedy ujrzeli światła wioski, niósł ją na rękach. Wcześniej mu na 
to nie pozwoliła. Wzbraniała się przed tym również później, 
wzbraniała się przy 
 

background image

każdym kroku, jaki robił, ale wiedziała, że na własnych nogach 
nie zaszłaby tak daleko. 
- Nie mogłem cię zostawić wśród skał - szepnął Se-amus, 
kciukiem i palcem wskazującym unosząc jej brodę. 
Powolutku nachylał nad nią twarz. Wargi mu się rozsunęły, 
dotknęły jej ust w uśmiechu. 
- Kocham cię, Rosi. Czy powtarzałem ci to dostatecznie często? 
- Kilkaset razy - odparła, lecz za miękkością i delikatnością, jaką 
w niej wzbudzał, wciąż coś zgrzytało. Wciąż niechętna była 
całkowicie mu się oddać. 
Seamus przeczesał palcami jej mokre, splątane włosy, odgarnął je 
do tyłu. Patrzył na nią szczerze z taką czułością, że Roza miała 
ochotę krzyczeć i zrozumiała, że wątpliwościom winna jest ona 
sama. 
One tkwiły w niej... 
... nie w nim... 
- Powinnam się przebrać? - spytała. Seamus przekrzywił głowę. 
- Za chwilę będziesz jeszcze bardziej mokra. Obawiam się, że 
nikt nie zrzuci nam trapu. Takich rzeczy nie robi się dla kogoś, 
kto zamierza ukraść żaglówkę napuszonym bogaczom... 
- Z tobą nigdy nie jest nudno, Seamusie O'Connor - powiedziała 
Roza cicho. 
Poczuła dłoń wsuwającą jej się na kark. Kciuk po-pieścił płatek 
ucha. 
- Dużo czasu już upłynęło od chwili, kiedy ci mówiłem, że cię 
kocham, Rosi? - spytał zachrypniętym głosem i jeszcze raz ją 
pocałował. Koniuszek języka ledwie wsunął jej się do ust, 
zwilżył wargi, rozpalał... 
- Dwie minuty - odpowiedziała, nie spuszczając z niego oczu. - 
Co najmniej dwie minuty, Seamus. 
 

background image

- Widzę, że nareszcie ją znalazłeś! - rozległ się jasny kobiecy 
głos. 
Seamus obrócił się gwałtownie, lecz jego ręka przesunęła się na 
bark Rozy. Tulił ją do siebie, jak gdyby chciał jej bronić. Jak 
gdyby spodziewał się tylko najgorszego. 
Drzwi stajni zamknęły się na powrót i kobieta podeszła bliżej. Za 
jej plecami Roza dostrzegła dwóch wyrośniętych chłopców. Nie 
było ich widać wyraźnie, mogła jednak przyjrzeć się kobiecie. 
Nieznajoma była w wieku Seamusa, drobna, krucha i blada. Usta 
miała pełne, kształtne, oczy wielkie i jasne. Cała twarz 
przypominała porcelanową lalkę, którą Roza widziała jako 
ozdobę salonów dyrektorowej w Kopalni, w Kafjorden. 
I nagle wydało jej się, że znów słyszy głos Seamusa, mówiącego, 
że Molly jest piękna. Słyszała, jak ostro zabrzmiał jego głos, 
kiedy twierdził, że nigdy jej nie kochał, że nigdy nie mógłby się z 
nią ożenić. 
- Witaj, Molly - powiedział. 
Słychać było, że się uśmiechnął. Wypuścił powietrze przez nos, a 
potem podciągnął w górę kąciki ust, nabierając czaru 
drapieżnego zwierzęcia. 
- Nie spodziewałeś się zobaczyć mnie tutaj. - Molly podeszła 
blisko. Chociaż zwracała się do Seamusa, to patrzyła bardziej na 
Rozę. Spojrzenie miała jak świeżo naostrzony nóż. Wdzierało się 
Rozie aż pod skórę. 
- To twoi synowie - powiedział. Molly kiwnęła głową. 
- To moi synowie - odpowiedziała takim tonem, jakby 
wypowiadała groźbę. - Tak właśnie powiedziałam Donalowi. 
- Wydostanie się stąd to już dziecinnie łatwa sprawa - uśmiechnął 
się Seamus. 
 

background image

Roza tak bardzo chciała, by starł z twarzy ten piekielny uśmiech! 
Nie życzyła sobie, żeby szczerzył zęby do tej zbyt pięknej 
kobiety, w której objęciach stał się mężczyzną. Im dłużej się 
uśmiechał, tym mniej wierzyła w jego zapewnienia, że nigdy nie 
kochał Molly. 
- Ten koń, który stoi uwiązany za tobą, należy do sierżanta policji 
z Cork - zauważyła cierpko Molly. 
Seamus odwrócił się niemal leniwie, ale Roza czuła, że mięśnie 
mu się naprężyły, a ciało spięło. Wzmogła się w nim czujność. 
- Ja nie żartuję - oświadczyła Molly Connelly. 
- Wcale cię o to nie posądzałem. 
- Powierzam ci swoich synów, Seamus. Zerknął na chłopców. 
Wciąż stali przy drzwiach. 
Nie mógł dostrzec ich twarzy, zauważył jednak, że mają jasną 
skórę. Pamiętał też, że obaj byli rudowłosi. Jak ojciec. Zawsze 
byli podobni do Danny'ego. Jeśli chodziło o synów Molly, nigdy 
nie pojawiła się nawet najmniejsza wątpliwość co do ojcostwa 
Danny'ego. 
- Jeżeli odpowiednio się o nich nie zatroszczysz, będę cię 
nawiedzać po śmierci, Seamusie 0'Connor. I piekło wyda ci się 
łagodniejsze w porównaniu ze mną. 
- Dlaczego sądzisz, że trafię do piekła? - spytał. 
- Cóż, mogę się tylko domyślać - odparła cierpko. 
Seamus odetchnął głębiej, puścił Rozę. Nie przedstawił sobie 
kobiet nawzajem i najwyraźniej wcale nie miał takiego zamiaru. 
Oderwał wreszcie od nich oczy, przeczesał palcami gęste włosy, 
lekko kręcone, opadające do tyłu i na bok, akurat odpowiedniej 
długości, by odsłonić przy tym proste czoło. 
- Muszę jeszcze załatwić pewną drobną sprawę -oświadczył, 
niczego więcej nie tłumacząc. - Muszę wyjść, ale wrócę. 
 

background image

- Seamus, u niego w domu jest policja! - ostrzegła Molly głosem, 
który nagle zabrzmiał bardzo ostro. 
Spoglądał na nią przez dłuższą chwilę. 
- To tak jak u ciebie, Molly - powiedział i odszedł, nim 
którakolwiek zdążyła powiedzieć bodaj słowo, by go zatrzymać. 
Cisza, która zapadła po jego wyjściu, była ogromna. Seamus 
wypełniał tyle przestrzeni, że nie dawało się go niczym zastąpić. 
Roza zauważyła to dopiero niedawno. Molly wiedziała o tym od 
zawsze. 
Molly obrzuciła Rozę badawczym spojrzeniem od stóp do głów. 
Uśmiechała się przy tym półgębkiem. Dla Rozy ta 
niespodziewana inspekcja była bardzo nieprzyjemna. 
- A więc to ty? - powiedziała Molly Connelly cicho. Tak cicho, 
aby żaden z jej synów nie usłyszał. 
Nie było na to odpowiedzi. 
Roza dalej stała oparta o ścianę stajni. Mokra i zmarznięta, czuła 
się w tej chwili akurat równie pociągająca co przytopiony kot. 
Bardzo nie chciała, by ta anielsko piękna istota dalej na nią 
patrzyła, oceniała ją i doszła do wniosku, że do niczego się nie 
nadaje. 
- Nienawidziłam cię, odkąd miałam w głowie dość rozumu, żeby 
poznać nienawiść - uśmiechnęła się Molly. - Być może teraz, 
kiedy przekonałam się, że naprawdę istniejesz, będzie mi łatwiej, 
Kiedy wiem, że istniejesz nie tylko w głowie Seamusa. 
- O czym ty mówisz? - spytała Roza najwyraźniej jak umiała, z 
dłuższymi przerwami pomiędzy każdym słowem. 
- O tobie - powiedziała Molly. - O wybrance elfów. O tej, która 
jest godna zaszczytu zostania żoną Seamusa 0'Connora. - Uniosła 
brwi. - Nie wmawiaj mi, że nie opowiedział ci o swoich wizjach. 
Jeśli to 
 

background image

prawda, to jesteś pierwszą osobą, przed którą ich nie objawił. 
Przynajmniej pierwszą z tych, które liczyły się w jego życiu. Ty 
byłaś tarczą, za którą się skrywał. Miałam osiem lat, kiedy 
pierwszy raz usłyszałam o rudowłosej kobiecie w łodzi pełnej 
kwiatów. O księżniczce, która miała przybyć przez morza, żeby 
zostać jego żoną. Myślisz, że nie byłam o nią zazdrosna? 
Księżniczka! Miała przybyć znikąd i dostać wszystko to, co inne 
mogły pożyczyć zaledwie na chwilę... 
Roza wpatrywała się w Molly nieprzytomnie. W końcu zamknęła 
oczy i pozwoliła słowom do siebie dotrzeć. Czuła się tak, jakby 
nagle znalazła się wśród szalejących fal, lecz nie pragnęła być w 
żadnym innym miejscu. Potrzebowała tego. Potrzebowała każdej 
gwałtownej fali, która ją zalewała. 
... wreszcie się ocknęła... 
- Sądziłam, że on kłamie - powiedziała. 
- Seamus nigdy nie okłamuje swoich kobiet - oznajmiła Molly 
Connelly. - Mówię z gorzkiego doświadczenia. 
Długo przyglądała się Rozie, a w jej spojrzeniu pojawiło się coś 
na kształt współczucia. 
- Jesteś pewna, że wiesz, co robisz? - spytała. Roza kiwnęła 
głową. 
- Owszem. Tak. Dosyć. Molly roześmiała się. 
- To chyba wystarczy - powiedziała, czując, że polubiła tę 
nieznajomą kobietę, przybyłą wprost z jej młodzieńczych 
koszmarów. - Zdumiałoby mnie, gdyby ktoś mógł być całkiem 
pewien, jeśli chodzi o Seamusa. To jedyny nieprzewidywalny 
człowiek, jakiego w życiu spotkałam. 
Roza kiwnęła głową. 
- Lubię cię - powiedziała. 
 

background image

- Ja też cię lubię - odparła Molly. - Wydaje mi się, że jesteśmy do 
siebie podobne. 
Po twarzy Rozy przemknął blady uśmiech. To dziwne, że można 
zobaczyć odbicie własnej duszy w oczach zupełnie nieznajomej 
osoby. Nigdy nie sądziła, że to możliwe... dopóki nie spotkała 
Molly Connelly... 
- To jego chciałam - wyznała Molly cicho. Wyrzucała z siebie 
słowa z niezwykłą prędkością. - Ale wiedziałam, że on jest inny 
od wszystkich. I pewnie właśnie z tego powodu chciałam go 
mieć. 
Oddychała prędko i jej wyjaśnienia nie całkiem docierały do 
Rozy, lecz Molly mówiła chyba przede wszystkim do siebie. 
- Tutaj, jeśli urodzisz nieślubne dziecko, równie dobrze mogłabyś 
umrzeć. Dlatego chodzi o to, żeby mieć na wszelki wypadek kilka 
otwartych drzwi. Aż do ostatka miałam nadzieję, że Seamus mnie 
uratuje. Czekałam, aż zaproponuje mi małżeństwo. Czekałabym 
jeszcze dłużej, ale nie mogłam odmówić, kiedy przyciągnęli 
opierającego się Danny'ego. 
Uśmiechnęła się. 
- Jego także kochałam. Danny był miły, ale z nich dwóch to on 
był większym marzycielem. Seamus przynajmniej rozumie, że 
gdzieś po drodze musi być okrutny i zły. Danny tego nie 
pojmował. Dlatego łatwiej było go złamać. Łatwiej też zranić. 
Ale nie pociągnął za sobą nikogo, kiedy go złapali. Umarł jak 
bohater, nie pozostawiając po sobie nic, z wyjątkiem dzieci i 
długów. 
Molly koniuszkami palców pogładziła gruzłowaty policzek 
Rozy. Roza pozwoliła jej na to, lecz mimowolnie zesztywniała. 
Oczy zrobiły jej się szklane. 
- Przepraszam - szepnęła Molly. - On mówił, że będziesz tak 
wyglądała - wyjaśniła. - Jeden biały poli-

background image

czek, a drugi purpurowy - dodała, omal się nie krztusząc. - Nigdy 
nie sądziłam, że to się może spełnić. Myślałam, że te baśnie 
wylęgły się w jego głowie i wśród elfów... Ostatnim słowom 
towarzyszył lekki śmiech. 
- Jesteś taka młoda - westchnęła Molly Connelly. -Ja mam 
trzydzieści dwa lata. Myślałaś, że jestem starsza, prawda? 
Urodziłam dwanaścioro dzieci. Dwoje straciłam. A ile ty masz 
lat? 
- Prawie dwadzieścia. 
- A dzieci? 
Roza pokręciła głową 
- Straciłam dwoje - powiedziała. 
To nie było całkowitą prawdą, a przynajmniej nie taką, jak 
zrozumiała to Molly. Ale jej nie mogła wyznać całej prawdy. Nie 
mogła powiedzieć, że jedno ze swoich dzieci urodziła dla innej 
kobiety. To by z niej zrobiło... 
... kobietę, z którą mężczyźni się nie żenią... 
- On ci da więcej dzieci - uśmiechnęła się Molly, ale Roza 
zorientowała się, że Irlandka płacze. - A ja pożyczam ci dwóch 
swoich synów. Jestem spokojna, że on się o nich zatroszczy. 
Teraz, kiedy wiem, że jesteś z nim. Z nimi. Musiałam cię 
zobaczyć, rozumiesz? Roza kiwnęła głową. 
Molly wsunęła jej rękę pod ramię. 
- Poznaj moich synów - powiedziała z dumą. -Poznaj Tommy'ego 
i Danny'ego. Pastora Franka O'Shaughnessy obudziła czyjaś 
wielka dłoń, przyciskająca mu się do ust, i czyjś głos, szepczący 
mu jego własne imię prosto do ucha. 
- Frank! Frank! Obudź się! 
Pastor próbował usiąść, lecz ten, który go obudził, był silniejszy. 
Frank został zmuszony, by opaść z po- 
 

background image

wrotem na poduszki, lecz czyjaś postać uniosła się w taki sposób, 
że stała się widoczna. Mężczyzna górował nad łóżkiem. 
- Cicho! - Seamus delikatnie puścił wuja. 
- Powinienem był się domyślić, że to ty - rzekł z gniewem Frank 
0'Shaughnessy. 
Usiadł, z wysiłkiem opierając się o wezgłowie i zadając sobie w 
duchu pytanie, czego też może tym razem spodziewać się po 
zbuntowanym synu Lottie. 
- Nie jestem sam w domu - powiedział ostrzegawczym tonem, 
zmrużonymi oczyma patrząc na siostrzeńca. 
- Ja już wiem, kto tu jest - odparł zniecierpliwiony Seamus. - Nie 
on jest mi potrzebny. Nie przyszedłem tutaj zgłosić się na policję. 
Moja głowa wciąż jeszcze mocno siedzi na szyi i nie zamierzam 
tego zmieniać. Potrzebuję ciebie, Frank. 
- Mnie? 
Seamus kiwnął głową. 
- I mam cholernie mało czasu. 
- Nie przeklinaj - poprosił wuj. Seamus udał, że nie słyszy. 
- Chcę, żebyś udzielił ślubu, wuju. 
- Co takiego? Nie mogę! - wykrzyknął Frank 0'Shaughnessy. 
- Nie możesz? A co, nie jesteś księdzem? Na cóż człowiekowi 
ksiądz w rodzinie, skoro mówi, że nie może udzielić ślubu, gdy 
się go o to prosi? 
- Musisz mieć wszystkie papiery w porządku, Seamus - wyjaśnił 
pastor. 
- A sądzisz, że nie mam? 
- Powiedzmy to sobie tak. Uciekasz. Twoje nazwisko zostało 
przeklęte. Jesteś wyjęty spod prawa i wtrącą cię do najbliższego 
więzienia, jeśli tylko wpadniesz 
 

background image

w ręce policji. Nie, Seamus, nie sądzę, abyś miał papiery w 
porządku. 
- Jesteś skłonny popełnić grzech, pastorze? - spytał Seamus, 
przysiadając na łóżku wuja. - Przestanę nazywać cię ojczulkiem, 
jeśli wyświadczysz mi tę przysługę! 
- Bardzo na tym skorzystam - odparł Frank 0'Shaughnessy, 
zastanawiając się, jak długo jeszcze potrwa ta farsa i jak dalece 
Seamus jest skłonny ją przeciągać. 
- Chcę, żebyś udzielił ślubu mnie i kobiecie, którą kocham, wuju 
- rzeki Seamus z powagą. - Inaczej popełnię śmiertelny grzech, 
jakim będzie życie razem z nią bez błogosławieństwa i bez 
odpowiedniej ceremonii. Masz sumienie, żeby tak się stało? 
- Jesteś bardziej bezczelny niż sam diabeł, Seamus! Siostrzeniec 
wzruszył ramionami. 
- Liczyłem, że nazwiesz mnie wcielonym diabłem, lecz tym 
razem ci odpuszczę. 
Między nimi zapadła cisza. 
- Ta ceremonia i tak nie będzie ważna - stwierdził wreszcie Frank. 
- Może nie w tym kraju - przyznał Seamus. - Ale jeśli sporządzisz 
dokument, na którym widnieć będzie twój podpis i twoja pieczęć 
lakowa, wierzę, że wystarczy tam, gdzie będzie mi potrzebny. 
- A mianowicie? 
- Naprawdę muszę ci to tłumaczyć? - spytał Seamus. - Nie chcesz 
chyba, żebym obrażał człowieka o tak bystrym umyśle, wuju? 
- Tak więc Ameryka jest krainą z marzeń? 
- Ameryka to kraina mlekiem i miodem płynąca, ojczulku Franku 
- zapewnił Seamus. - Wyskakuj teraz z wyra, wuju, i napisz to 
oświadczenie, stwierdza- 
 
 

background image

jące zawarcie małżeństwa pomiędzy pewnym Seamu-sem 
Michaelem 0'Connorem i Rose Samuels... 
Roza i Molly siedziały na sianie przy jednym ze słupków do 
przywiązywania koni, niemal całkiem skryte w mroku i cieniach, 
gdy nagle drzwi stajni się otworzyły. Chłopcy już wcześniej 
schowali się w jednym z pustych boksów. Wszyscy czworo 
wstrzymali oddechy. 
Rozległy się kroki więcej niż jednej osoby. Drzwi znów trzasnęły 
i dotarł do nich odgłos klucza przekręcanego w zamku. Molly i 
Roza złapały się za ręce. Odruchowo szukały u siebie nawzajem 
pociechy, ogarnięte wspólnym strachem. 
Zapłonęła latarnia. 
- Rosi - rozległ się głos Seamusa. 
Brzmiał w nim strach. Ruszył szybszym krokiem, nim zdążyła 
podnieść się na tyle, by ją zobaczył. Molly puściła jej rękę i 
popchnęła do przodu. Pomogła jej zrobić ten pierwszy krok, 
który zdaniem Rozy zawsze bywa najtrudniejszy. Nie umiała 
wychodzić komuś na spotkanie. 
- Nie strasz mnie tak, Rosi - poprosił Seamus. Objął ją i przytulił 
do siebie niemal kurczowo. Zamknął oczy, żeby powstrzymać 
łzy. Mocno całował jej usta i policzki. - Nigdy więcej mi tego nie 
rób. - Wydawało mi się, że już cię nie ma. 
Rozę ogarnęła świadomość, że on naprawdę jej potrzebuje. 
Rozprzestrzeniła się po całym ciele jak cudowne, leniwe ciepło. 
Roza stała w milczeniu, spokojnie, napawając się ową 
świadomością, i czuła, że tak jest dobrze, że tak być powinno... 
... że należy do niego... 
- To dopiero! - rozległ się głos człowieka, który trzymał latarnię 
przy drzwiach stajni. 
 

background image

Roza poznała głos Franka. Zdziwiona stanęła na palcach i 
popatrzyła na niego ponad barkiem Seamusa. 
Również Molly rozpoznała Franka i w jej świadomości 
złowieszczym echem odezwały się słowa Donala. Przypomniała 
się paskudna nieufność, jaką Donal żywił do pastora. Donal był 
przekonany, że Frank O'Shaughnessy jest w stanie zdradzić 
rodzonego siostrzeńca, swoją własną krew. 
- Masz nie po kolei w głowie, Seamus - zauważył wuj. Ruchem 
latarni wskazał na Molly. - Co ona tutaj robi? Ma być twoim 
świadkiem, Seamus? 
- Właśnie - odparł Seamus. 
Chłopców Molly nie mógł nigdzie dojrzeć, ale stwierdził, że tak 
może będzie lepiej. Frank nie musi znać wszystkich tajemnic. Po 
cóż mu wiedzieć, że Molly wysyła synów Danny'ego do 
Ameryki. 
- Potrzebowałem świadka, któremu mogę zaufać -dodał Seamus, 
błagając Rozę wzrokiem o milczenie. 
Gdy otworzyła usta, zamknął je starannie pocałunkiem. A gdy ich 
wargi się rozdzieliły, Roza nie miała już ochoty protestować. 
Seamus, zniecierpliwiony, kiwnął głową na wuja. 
- Odstaw lampę, Frank, i rozpocznij wreszcie te swoje rytuały. 
Wystarczy tylko to, co najbardziej konieczne. Ta część, w której 
mnie pytasz, czy chcę pojąć ją za żonę, a ją, czy chce mnie za 
męża. No i jeszcze ta późniejsza formułka, mówiąca, że jesteśmy 
małżeństwem. 
Frank podał lampę Molly. Odsunęła chustę z włosów i 
uśmiechnęła się lekko. W ciemności nie było widać wyrazu jej 
oczu. Starała się, by światło latarni nie padało na nią. 
Seamus stanął z Rozą w objęciach. Trzymał ją tak, jakby chciał ją 
chronić. Przyciskał do piersi, by mogła słuchać rytmu jego serca i 
zrównać z nim własny puls. 

background image

By otoczyło ją jego ciepło i by w jej duszy przestały istnieć 
wszelkie wątpliwości co do tego, gdzie jej miejsce. 
- To nie jest kościół - powiedział Seamus tak cicho, że tylko Roza 
mogła go słyszeć. A nawet gdyby te słowa dotarły jeszcze do 
czyichś uszu, i tak nikt by ich nie zrozumiał. - To stajnia. Chcesz 
tego, Rosi? Chcesz mnie poślubić? Tu i teraz? 
Kiwnęła głową ze łzami w oczach. 
- Tak, Seamusie - powiedziała i uważała tak z całego serca. 
To przecież nie mogło być złe? ... tak chyba być powinno... 
Głos Franka był suchy jak papier. Pośpiesznie odprawił 
ceremonię, a trzy minuty później ogłosił ich małżeństwem i podał 
Seamusowi dokument, którego treść siostrzeniec sam 
podyktował mu w jego własnej sypialni. 
- Nie życzysz im szczęścia - zauważyła Molly cicho, oddając mu 
z powrotem lampę. 
- Nie - odparł Frank 0'Shaughnessy. 
- Gorzej, że nie każe mi pocałować panny młodej - burknął 
Seamus i przycisnął usta do warg Rozy. 
Frank 0'Shaughnessy odwrócił się od nich z miną wyrażającą coś 
na kształt obrzydzenia. Długimi krokami ruszył w stronę drzwi 
stajni. Molly dogoniła go, gdy przekręcał klucz w zamku. 
Położyła mu dłoń na przedramieniu i zatrzymała go, nim 
otworzył. 
- Nie doniesiesz na niego, prawda? 
Frank popatrzył na Molly Connelly. Pamiętał, jakim pięknym 
była dzieckiem. Pamiętał wstyd, jaki się do niej przykleił. 
- Naprawdę się za nim wstawiasz, Molly? - spytał niemal 
łagodnie. 
 

background image

- Tak - powiedziała. 
- Nie doniosę na niego - obiecał. - Nigdy nie wspomnę o tym, co 
tu zaszło. Ani słowem, Molly Connelly! 
 
 
Rozdział 12 
Po drodze nad morze nikogo nie widzieli. Probostwo położone 
było w miejscu nierzucającym się w oczy, lecz nad brzeg nie było 
daleko, jeśli wiedziało się, którędy iść na skróty. 
Roza deptała Seamusowi po piętach, zagryzając zęby z bólu, jaki 
sprawiały jej pęcherze na nogach. Nie wspomniała o nich 
Seamusowi, bo nie miała zamiaru skarżyć się akurat teraz. To był 
przecież ostatni kawałek. 
Obok Seamusa szli dwaj synowie Molly. Sprawiali wrażenie, że - 
dokładnie tak jak Seamus - posiadają jakąś naturalną skłonność 
wtapiania się w otoczenie i spowijania w mrok. To ona 
hałasowała, to ona deptała gałązki, które łamały się z trzaskiem, 
to ona przeklinała przez zęby, gdy zahaczyła o coś butem albo 
brzegiem spódnicy. To ona ich opóźniała. Ale też i żaden z nich 
nie miał spódnicy, o której stale trzeba było myśleć... 
To chyba najdziwniejsza noc poślubna, jaką kiedykolwiek 
przeżyła panna młoda, myślała Roza. Ale może też i tego ślubu 
nie należało uważać za prawdziwy? Istniało przecież to dziwne 
słowo o takim ciężkim, wstrętnym wydźwięku. 
... bigamia... 
 
 
 
 

background image

Zadawała sobie w duchu pytanie, komu jest gorzej, które z nich 
popełniło straszniejszy grzech i kto wobec tego może spodziewać 
się surowszej kary. Ona czy Seamus? 
Ona już była mężatką. On o tym wiedział, lecz mimo wszystko 
się z nią ożenił. 
... na pewno będą się smażyć w smole w tym samym miejscu... 
... i tak samo długo... 
Być może więc nie zasługiwała na żaden inny sposób uczczenia 
tego ślubu, jakże różny od wszelkich uroczystości 
towarzyszących zwykle podobnym chwilom. 
Wiatr nie ustawał. Musiała się wprost na nim kłaść. Zimne, 
wilgotne podmuchy przenikały przez warstwy ubrania, 
wychładzały członki tak, iż miała wrażenie, że zupełnie straciła w 
nich czucie, za to stopy jej płonęły... 
- Nie uda nam się odbić od brzegu - szepnęła cicho do Seamusa. 
Musiała coś powiedzieć, nawiązać jakąś rozmowę, bo może on 
wtedy na chwilę się zatrzyma. Nie potrafiła się przemóc, by 
poprosić go o to wprost. On nie może sobie pomyśleć, że ona go 
opóźnia, że jest mu kulą u nogi. 
... ostatni kawałek... 
- Może cię zdmuchnąć do morza, jak będziesz próbował ukraść 
łódź - spróbowała dotrzeć do niego w inny sposób. 
- Ukradniemy łódź? - spytał z podnieceniem młodszy z 
chłopców. Miał z nich dwóch jaśniejszy głos i byl bardziej 
skłonny do rozmowy niż jego starszy o dwa lata brat. 
- Jeśli będzie trzeba - odparł Seamus. Jego głos 
 

background image

zabrzmiał tajemniczo. Prawie się śmiał. Żadne słowo więc nie 
padło, dopóki nie dotarli na sam brzeg. 
Wiatr ciskał fale na ląd. Roza widziała, jak się przetaczają, z 
białymi grzywami piany na szczytach. Nie było między nimi 
przerw. Rosły, łamały się, piana gęstniała jak mydło, a potem z 
hukiem uderzały o kamienie na brzegu. Waliły jak zaciśnięte 
pięści. 
Jak policja królowej swoimi pałkami. 
Twarde uderzało o miękkie. 
Miękkie o twarde. 
Wiatr zmuszał Rozę, by zginała się wpół, ale synowie Molly, 
jeszcze chłopcy, najwyraźniej się nim cieszyli. Pobiegli pod wiatr 
ku falom, a Seamus nie skarcił ich, że radują się tak, jak 
przynależy młodości. Zresztą wiatr był taki silny, a fale gadały 
tak głośno, że nie dosłyszeliby głosu wśród tej grzmiącej rozmo-
wy, jaką natura wiodła z samą sobą. 
Roza przytuliła się do Seamusa, nie miała ani trochę ochoty 
wsiąść do małej łódki i wyruszyć na wzburzone morze. Nie 
mogła też pojąć, w jaki sposób zdołają odbić łodzią od brzegu, 
skoro wiało dokładnie w przeciwną stronę. Raczej znajdą się przy 
wejściu do portu w Cork, niż uda im się odbić od wybrzeża i po-
płynąć na zachód. 
- Wycofuje się pani teraz, pani O'Connor? - spytał Seamus. 
Musiał do niej krzyczeć, chociaż bliżej siebie już stać nie mogli. 
Roza nie wysilała gardła, pokręciła tylko głową. Łzy zapiekły ją 
w oczy, które zapłonęły tak jak stopy. Nie wiedziała jednak, czy 
płakałaby, gdyby nie wiatr. Zrzucenie winy na wiatr wydawało 
się ze wszech miar słuszne. 
Nie chciała się jednak teraz poddawać. Byli już tak blisko. 
Brakowało naprawdę ostatniego kawałka. 
 

background image

- To dobrze! - wrzasnął Seamus i delikatnie obrócił twarz Rozy, 
przykładając dłonie do obydwu jej policzków. - Widzisz? - 
zawołał. 
-Co? 
- Nie widzisz? 
I wtedy zobaczyła. Mroczny cień daleko na morzu. Tuż za 
zakotwiczonymi, mniejszymi żaglówkami, służącymi jako 
zabawki przedstawicielom angielskiej klasy wyższej, 
spędzającym tu wakacje. 
Tam cumował statek. Statek! Prawdziwy, porządny statek! 
Seamus puścił Rozę i wychylił się w tył, rozpościerając ręce 
wśród podmuchów wiatru, jakby je obejmował, i wykrzykiwał 
niepogodzie swoją szaloną radość. 
- Czy to nasz statek? - spytała Roza. 
- Tak, to on - odparł Seamus. - I zamierzam ukraść którąś z 
najmniejszych łódek i powiosłować do niego. Nawet gdyby to 
miała być ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu! 
Ten pomysł nie wydał się Rozie tak przerażający. Właściwie 
nawet ją rozbawił. Pozwoliła Seamusowi się pocałować i śmiała 
się w jego usta, które miały smak soli, niesionej wiatrem tak 
gwałtownie pieszczącym fale Atlantyku, bijące o ten brzeg. Do 
tego smaku mogła się przyzwyczaić. 
Seamus zawołał chłopców, a oni ogarnięci tą samą żądzą 
przygody, która z niego wprost tryskała, bez najmniejszych obaw 
rzucili się w fale i brodząc w wodzie, pokonywali gniewne 
podmuchy wichru i siły morza. 
Roza bała się znacznie bardziej. Żywiła dla morza głęboki 
szacunek, lecz wiedziała, że przynajmniej umie dobrze pływać. 
Nauki pobierane w dzieciństwie wciąż tkwiły w ciele. Wdzięczna 
była teraz Wielkiemu 
 

background image

Samuelowi, który uważał za bardzo ważne, aby jego dzieci 
umiały pływać. 
Woda sięgała jej właściwie pod piersi, lecz nie dało się stać na 
dnie. Kamienie były obrośnięte i śliskie, a fale, gwałtowne i 
nieobliczalne, rzucały wyzwanie zmysłowi równowagi, atakując 
raz z jednej, raz z drugiej strony. 
Roza czuła, że jej ubranie i buty stają się ciężkie, ciągną ją w dół i 
z powrotem do brzegu, pluła słoną wodą i przeklinała, aż huczało, 
ale że czyniła to w swym ojczystym języku, miała nadzieję, że 
irlandzcy święci jej nie zrozumieją. 
W głowie miała tylko jedną myśl, która wydawała jej się 
obsesyjna, ale wylęgła się w jej umyśle, należała do niej i Roza 
mocno się jej trzymała, myśl ta mówiła jej bowiem, że jeszcze się 
nie poddała. Nawet nie zamierzała się poddać. 
... dalej... 
... dalej... 
... nie stracić z oczu niebieskich pleców Seamusa... Niebieskich? 
Przecież Seamus nosił brązową kurtkę! Roza wbiegła w fale, 
rzuciła się w nie, usiłując wypatrzyć coś w tej zieleni, granacie, 
czerni i pianie. Ale wokół niej była tylko woda. 
Tylko woda. 
Morze. 
Spienione, rozwścieczone morze, które chciało ją nakryć, 
pogrzebać, skryć, rozdzielić z Seamusem. Ktoś się na nią złościł, 
a może gniewał się również na Seamusa. To właśnie teraz 
nadeszła kara. Kara za śmiertelne grzechy. Kara za to, że zagrali 
na nosie wszystkiemu, co święte, zmuszając prawdziwego 
księdza, by udzielił im ślubu w środku nocy, chociaż wiedzieli, że 
źle czynią... 
Źle, źle, źle... 
 

background image

To słowo monotonnie się w niej powtarzało. Uderzało w nią. 
Wciskało ją pod powierzchnię i znów podrywało. Wypluwała 
wodę i płynęła dalej, wymierzała ciosy i kopniaki tym dzikim 
silom natury, które chciały ją zgładzić, które chciały rozdzielić ją 
z Seamusem, które chciały wszystko zniszczyć właśnie teraz, 
kiedy nareszcie uwierzyła, że będzie szczęśliwa... 
Ramiona zrobiły się takie ciężkie. 
Stopy zrobiły się takie ciężkie. 
Słona woda oślepiała... 
Ogłuchła od grzmiącego huku fal... 
- Seamus! - krzyknęła Roza rozpaczliwie, wyciągając ręce ponad 
głowę, nad wodę, jakby chciała pazurami sięgnąć do nieba, jakby 
chciała wczepić się w gęste chmury, przytrzymać się ich, 
zawiesić się na nich koniuszkami palców i wydostać na światło 
dnia, na słońce... 
... do Seamusa... 
- Seamus! - zawołała, a zaraz potem usta zalała jej morska woda i 
Roza przegrała walkę z następną falą. 
- ... wracaj, wracaj, wracaj... 
Nie wiedziała, skąd dochodzi ta piosenka. Rozlegała się 
wszędzie, dookoła. Nakrywała ją jak koc, falowała pod nią jak 
najmiększy materac, była jej poduszką, jej myślami... 
Była niebem nad jej głową i ciepłym blaskiem słońca, 
podmuchami wiatru i chmurami, przypominającymi kłębki waty, 
powolnymi, puszystymi, cichszymi niż śnieg... 
Piosenka dźwięczała w jej żyłach. 
- ... wracaj - rozlegało się nucenie. - Wracaj, wracaj, wracaj... 
 

background image

- Rosi! Gdzie jest Rosi? 
Seamus cisnął swój worek do wnętrza małej jolki, która ledwie 
opierała się naporowi fal i wiatru. Wybrał tę łódkę wyłącznie z 
tego powodu, że na jej dnie leżały wiosła. Poza tym wiedział, że 
jest lekka, więc będzie łatwo wiosłować, a przy tym wszyscy się 
w niej pomieszczą. 
Nie rozumiał, dlaczego Malcolm Hart zakotwiczył tak blisko 
brzegu, ale przy tej pogodzie był za to Anglikowi dozgonnie 
wdzięczny. 
Tymczasem Rosi zniknęła! 
Starszy z chłopców Molly zzuł buty, ściągnął sweter i skoczył w 
morze, zanim Seamus zdążył do niego krzyknąć, że ma zostać w 
łodzi. Rozzłościł się, bo dopóki obaj chłopcy siedzieli w jolce, 
miał przynajmniej pewność, że oni się nie zgubią. 
- Ty zostań! - wrzasnął Seamus do młodszego, wbijając w niego 
ostry wzrok. Sam ściągnął skórzane buty, nie miał czasu na 
chowanie ich w bezpiecznym miejscu pod ławeczką i kiedy 
zanurkował pod mroczną wodę, przez głowę przeleciała mu 
myśl, że naprawdę lubił te buty... 
Jak mógł w takiej chwili myśleć o butach? 
Musiał wynurzyć się na powierzchnię, żeby zaczerpnąć 
powietrza, i mało przy tym nie wpadł na głowę Danny'emu, który 
również musiał nabrać oddechu. Byli tak blisko siebie, że zdążyli 
porozumieć się wzrokiem. Zaraz potem chłopiec znów 
zanurkował pod wodę, a Seamus jeszcze kilkakrotnie zawołał 
Rosi po imieniu, nim zrozumiał, że to się na nic nie zda. Muszą ją 
znaleźć, a nie mieć nadzieję, że ich usłyszy. Tu nie słyszało się 
nawet własnych myśli, wiatr i morze miały zbyt potężne głosy! 
Nie mógł jej zgubić kilka łokci od brzegu! 
 

background image

Nie mógł jej dostać i stracić jednego i tego samego dnia... ... 
kara... ... to jego kara... 
Seamus znów zanurzył się pod wodę, czuł jej lodowaty chłód, w 
uszach mu dzwoniło, a serce w piersi ściskało się z żalu. Chciał 
się poddać, opaść w głąb wody, zostać razem z nią. Nie chciał 
dłużej żyć, jeśli jej już nie było... 
Kiedy następnym razem wynurzył się na powierzchnię, 
znajdował się w pobliżu jolki i poprzez mrok, który zaczynał 
jakby się rozjaśniać, zobaczył, że kawałek dalej, z boku, starszy 
syn Danny'ego wynurza się z wody, w ramionach dźwiga jakiś 
ciężar, tłumoczek, a wszystko zdawało się dziać tak wolno... 
Seamus rzucił się do walki z falami, widział, że chłopak zmaga 
się z nimi z takim samym trudem, chociaż morze pociągało go w 
głąb, w stronę łodzi. Ale Danny'emu było jeszcze ciężej, bo 
trzymał w ramionach Rosi... 
Kiedy Seamus dopłynął do niego, chłopiec był już przy jolce. 
Danny, straszliwie blady, lecz z triumfalnym uśmiechem na 
ustach, oddał mu nieprzytomną Rozę. 
- Ona oddycha! - wrzasnął chłopiec, przytrzymując łódkę, 
podczas gdy Seamus przerzucał Rozę do środka przez drugą 
burtę. 
Leżała na dnie łodzi nieruchomo, lecz Seamus nie miał teraz 
czasu o niej myśleć. Musiał bezpiecznie dowieźć ich do statku. 
Nie mógł nic zrobić dla Rozy, dopóki nie znajdą się na pokładzie, 
wszyscy czworo. Wszystko zależało teraz od niego. 
... być może również jej życie... 
- Do łodzi! - nakazał Danny'emu i chłopak wciągnął się do 
środka. 
 

background image

Potem razem z bratem ciężko położyli się na przeciwległej 
burcie, kiedy Seamus wydostawał się z wody. Ledwie odgarnął 
do tyłu mokrą grzywkę, żeby spływająca z niej morska woda nie 
wpadała mu do oczu i nie oślepiała go, a już rzucił się do wioseł. 
Kątem oka dostrzegł, że któryś z synów Danny'ego, który - nie 
wiedział, bo wszystko otulała zielonoczarna mgła - przeciął cumę 
jolki. 
Seamusowi przemknęło przez głowę, że obaj ci chłopcy 
odziedziczyli wiele dobrego. Obaj z pewnością wyrosną na 
mężczyzn. W synach Danny'ego, w synach Molly nie było nic 
złego! 
Wydawało się, że dotarcie do statku potrwa całą wieczność. 
Seamus miał wrażenie, że z każdym ruchem wioseł coraz 
bardziej zbliża się z powrotem do lądu. Walczył i zmagał się z 
falami, a one wydawały się całkowicie nieruchome, po to, by w 
następnej chwili, kiedy Seamusowi zdawało się już, że może 
wreszcie odpocząć z piórami wioseł w powietrzu, bo niosą ich w 
stronę statku, porywały ich znów do tyłu. Jak gdyby czyjeś 
niewidzialne ręce za wszelką cenę pragnęły zanieść jego i tych 
ludzi, za których był odpowiedzialny, z powrotem na brzeg. 
- Pomóżcie mi teraz! - mruknął przez zęby. - Jeżeli kiedykolwiek 
macie mi pomóc, niech to będzie właśnie teraz! Pomóżcie mi! 
Już! 
Na rękach miał pęcherze, siedział bosy w maleńkiej łódeczce, a 
morze bawiło się nimi, rzucając ich w przód i w tył, z jednej 
strony na drugą. Już niedługo w małych lepiankach w Kinsale 
zapłoną światła, a wtedy sierżant policji z Cork, przebywający z 
wizytą u pastora Franka O'Shaughnessy, zobaczy, jak najbardziej 
poszukiwany w południowej Irlandii człowiek rozpaczliwie 
zmaga się z południowo-zachodnim wiatrem tuż przy brzegu. 

background image

Będzie mógł wejść do wody, a potem zaproponować mu 
szubienicę... 
Takie myśli snuły się Seamusowi po głowie, kiedy nagle coś 
zazgrzytało o burtę łodzi i niebo przesłonił jakiś ogromny cień. 
Statek! 
Dotarli do przeklętego statku! 
Następna fala odrzuciła ich od statku o całą długość, a Seamus 
prędko w myślach zmienił zdanie i powiedział sobie, że dotarli do 
błogosławionego statku. 
- Wołajcie! - nakazał chłopcom i zaraz dziwnym trójgłosym 
chórem zaczęli krzyczeć tak długo, aż udało im się zwrócić na 
siebie uwagę, i wreszcie z góry spuszczono sznurową drabinkę. 
Seamus złapał ją jedną ręką i przytrzymał. Nic na świecie nie 
skłoniłoby go do jej puszczenia. 
Tommy chwycił bagaż swój i brata, a potem, okazując wyraźną 
pogardę śmierci, popatrzył w górę i z uśmiechem, sprawnie jak 
wiewiórka, wspiął się po drabince i zaraz zniknął za relingiem. 
Starszy syn Dan-ny'ego wciągnął buty, a potem, uśmiechając się, 
schował wspaniałe skórzane buty Seamusa do worka z rzeczami 
jego i Rosi. Zarzucił worek na plecy i złapał drabinkę. 
- Przytrzymam! - zawołał do Seamusa. 
Seamus nie protestował. Sam, kiedy miał czternaście lat, uważał 
się za mężczyznę, a ten czternastolatek, który nosił imię swego 
ojca, dopiero co udowodnił Seamusowi, że już można traktować 
go jak mężczyznę. 
Skinął tylko chłopcu głową i przerzucił sobie Rosi przez ramię. 
Zawisła bezwładnie jak worek ziemniaków, czuł jednak, że 
oddycha, i to dało mu nadzieję. Dalej nie ośmielał się sięgać 
myślą. Skupił się jedynie 
 

background image

na tym, że musi dotrzeć razem z nią na pokład statku. Nie tracił 
czasu na pytanie chłopca, czy zdoła przytrzymać drabinkę. Sam 
chwycił ją jedną ręką, postawił bosą stopę na pierwszym stopniu i 
ruszył w górę stromej burty statku. 
Na szczęście Roza była lekka, a on zawsze umiał się wspinać jak 
kozica. Nie bał się wysokości, przerażał go jedynie wiejący z 
gwałtowną siłą wiatr. Trzy albo cztery razy podczas wspinaczki 
musiał się zatrzymywać, bo podmuchy wichru stawały się tak 
silne, że wydawało mu się, iż wywieje mu Rozę z objęć, 
zdmuchnie ją z jego ramienia z powrotem do wody. To by 
oznaczało pewną śmierć... 
Na górze już wyciągały się po nią ręce, przeniosły ją przez reling, 
wciągnęły na pokład, w bezpieczne miejsce, i zaraz też Seamus 
mógł przerzucić nogi na drugą stronę i przynajmniej na razie 
odetchnąć z ulgą, sprawdziwszy jeszcze, że starszy z synów 
Danny'ego już podjął wspinaczkę. Szeroki uśmiech chłopaka 
jaśniał w mroku. 
- Sądziłem, że to wikingowie porywają irlandzkie kobiety - 
powiedział Malcolm Hart w charakterystyczny dla siebie, 
powolny sposób. Jego potężna postać zdawała się górować nad 
pokładem, a kiedy mówił coś ironicznie, brwi unosiły mu się 
niemal do nasady włosów. 
- Mam nadzieję, że moja kajuta jest wolna - wysa-pał Seamus, nie 
chcąc tracić czasu na pogawędki. 
- Twoja kajuta jest w takim stanie, w jakim ją zostawiłeś - odparł 
Malcolm Hart. 
Seamus nie słuchał go dłużej. Delikatnie wziął Rozę na ręce i 
poniósł do wnętrza statku. 
- Przyślij chłopców z koniakiem! - rzucił jeszcze przez ramię. 
 

background image

- ... wracaj, wracaj, wracaj! - szeptały głosy. - Twoje miejsce nie 
jest tutaj! Musisz wracać! 
Kiedy otworzyła oczy, zobaczyła, że jest ubrana w kosztowną 
suknię z zielonej materii, połyskującą leciutko i miękką jak 
księżycowe, letnie noce. 
Jedwab! To musi być najprawdziwszy jedwab! 
Nigdy dotąd nie miała podobnej sukni, była jednak przekonana, 
że ów drogi materiał właśnie tak musi wyglądać. Popatrzyła na 
siebie z szacunkiem przemieszanym ze strachem. 
- Dlaczego mam nosić taką piękną suknię? - spytała, a dookoła 
niej perlił się śmiech z niezliczonych gardeł. 
Wesoły, radosny śmiech. Szemrzący jak strumyki na wiosnę, 
płynące przez zielone, bujne irlandzkie doliny i wzgórza. 
- Idziesz na spotkanie swojego oblubieńca! - odpowiedziały 
głosy. 
I znów wokół niej rozległy się chichot i śmiechy, ale nikogo nie 
widziała. Wiedziała, że tu są, lecz nikogo nie mogła dostrzec. 
Ktoś wziął ją za ręce i poprowadził na brzeg. Tam czekała na nią 
łódź. Wiedziała, że należy do niej. Nikt jej o tym nie powiedział, 
lecz i tak miała to w świadomości. 
Weszła do łodzi i usiadła na ławeczce. Jakże pięknie ją 
ozdobiono! 
Łódź ustrojona była czerwonymi, pulchnymi różami i setkami 
białych konwalii. Kwiatowe girlandy ciągnęły się wzdłuż burt, 
wnętrze łodzi też pełne było kwiatów, czerwonych i białych, a 
ona w połyskliwej zieleni siedziała wśród tej bujności. Wiatr 
pochwycił łódź i poprowadził ją na pełne morze. W łodzi nie było 
wioseł, lecz ona się nie bała. Wiedziała, że nic złego jej nie 
spotka. 
 

background image

Wiatr prowadził ją tam, dokąd zmierzała. Bawił się jej włosami, 
rozwiewał na podobieństwo gorących jęzorów ognia, a ona nie 
mogła przygładzić ich rękami. Widać tak miało być. 
Wreszcie zobaczyła inny brzeg. Wiatr kierował łódź właśnie ku 
niemu. 
Na brzegu stał na szeroko rozstawionych nogach piękny 
mężczyzna. Miał kręcone, złocistobrązowe włosy, a twarz 
zakończoną ostro zarysowanym podbródkiem. Kiedy się 
uśmiechał, przypominał kunę albo lisa. Miał uśmiech w kształcie 
półksiężyca, oczy szare jak popiół, był wysoki, wąski w biodrach 
i szeroki w ramionach. 
Kiedy łódź zaszurała o dno, mężczyzna otworzył objęcia i 
uśmiechnął się do niej półksiężycowym uśmiechem, ona wtedy 
wstała i wysiadła z łodzi. 
Ruszyła w jego stronę. 
- ... wracaj, wracaj, wracaj - szeptały głosy. - To twój oblubieniec 
- szeptały. - To twoje przeznaczenie, nasz wybraniec, nasz 
ulubieniec... 
- Witaj z powrotem - szepnął Seamus z czułością, kiedy Roza 
otworzyła oczy. 
Wpatrywała się w niego zdziwiona. Leżał obok niej, obejmując ją 
ramionami. Tors miał nagi, ale leżał na kocach, zauważyła, że 
ubrany jest przynajmniej w spodnie. Sama czuła, że jest pod 
okryciem zupełnie naga. 
- Huśta - powiedziała. 
Mówienie sprawiało trudność. Gardło było opuchnięte i obolałe, 
jak gdyby niedawno dużo krzyczała. Całe ciało miała jak obite. 
- Jesteśmy w drodze - powiedział Seamus z uśmiechem, 
odgarniając jej włosy do tyłu. Były sztywne od morskiej wody i 
opadały na czoło, zasłaniając jej pięk- 
 

background image

ne oczy. - Teraz, moja kochana, nareszcie rozpoczęliśmy 
naprawdę ostatni odcinek podróży! 
Roza westchnęła z rezygnacją. Chciała się roześmiać, lecz to się 
nie udało. W piersiach ją bolało. Właściwie trudno było 
oddychać. Wszędzie czuła ból. 
- Jesteś na pokładzie „Meny Dancer", moja Rosi. Płynie pani do 
Nowego Świata, pani O'Connor. 
- Co się stało? - spytała szeptem. 
- Mało nie utonęłaś - odparł z powagą. - Ale od tamtej pory minął 
już blisko cały dzień. 
Roza zamknęła oczy. Najpierw poczuła mdłości, a zaraz potem 
napłynęły wspomnienia. 
- Teraz jesteś bezpieczna - rozległ się szept przy jej uchu. To głos 
Seamusa. 
Powoli Roza zaczynała wierzyć, że to prawda. 
 
 
Rozdział 13 
- Słyszałem, jak wracałeś w nocy - powiedział gość na 
probostwie w Kinsale przy stole nakrytym do śniadania. - 
Wezwano cię do łoża umierającego? 
Pastor Frank CShaughnessy uśmiechnął się z zażenowaniem i 
wypił łyk herbaty. 
- Tutejsi chłopi nie wzywają mnie do siebie, kiedy umierają - 
powiedział. - Obudził mnie jakiś dźwięk. 
Wzruszył ramionami. 
- Pomyślałem, że to burza obluzowała okiennicę albo otworzyła 
drzwi do stajni. - Puścił oko do starego przyjaciela. - Albo że to 
mój zbłąkany, niespokojny siostrzeniec zapragnął odwiedzić 
krewniaka. 
 

background image

- Każda rodzina ma swoją czarną owcę - stwierdził oficer policji z 
wyszukaną uprzejmością, lecz w jego głosie pojawił się ton 
czujności. Jak gdyby miał ochotę usłyszeć odpowiedź na pytanie, 
którego nie ośmielił się zadać, gdyż postawiłoby gospodarza w 
nieco dziwnym świetle. 
- To była tylko okiennica - wyjaśnił Frank O'Shaughnessy. 
Zastanawiał się, kiedy ostatnio tak bezczelnie skłamał. 
- A jeśli chodzi o mego siostrzeńca Seamusa, to zbyt mocno 
kocha swoją matkę, aby zasmucać ją jawnymi odwiedzinami. 
Poza tym zdaje sobie sprawę, że nie zawahałbym się ani chwili z 
wydaniem go, gdyby się tutaj pokazał. 
Gość uśmiechnął się z wdzięcznością. Doczekał się odpowiedzi, 
którą pragnął usłyszeć. 
- Marny nocleg mogłam ci zaofiarować - powiedziała Lottie 
O'Connor, kręcąc się wokół Maxwella Harta, który zasiadł przy 
jej prostym stole i zajadał chleb z masłem i pieczone ziemniaki, 
jak gdyby był zwykłym dzierżawcą. 
- Spałem doskonale - zapewnił Maxwell i nie musiał przy tym 
wcale uciekać się do kłamstwa. 
- U mego brata stół jest zastawiony bogaciej -stwierdziła Lottie, 
która akurat wróciła z plebanii. 
Charlotte O'Connor uważała za nie do końca słuszne, że chłopak 
z rodziny Hartów zachowuje się jak zwyczajny, wieśniaczy syn. 
Nie potrafiła zapomnieć, skąd się wywodził, chociaż on zdawał 
się o tym wcale nie pamiętać. 
- Twój brat już ma jednego gościa - odparł Maxwell. - Nie 
chciałem mu bardziej dokuczać. - Puścił 
 
 
 

background image

oko do Lottie. - Poza tym to i tak na ciebie spada główny ciężar 
pracy bez względu na to, gdzie jem i gdzie śpię. 
Charlotte musiała śmiać się razem z nim. Ten chłopak ma w sobie 
krew O'Shaughnessych, stwierdziła. Pamiętała podobną 
jowialność u swego ojca, Liam też był skłonny do dobrodusznych 
żartów. 
- Rzeczywiście jesteś jednym z nas - powiedziała i ośmieliła się 
wreszcie usiąść, by z nim porozmawiać, a nie tylko czujnie kręcić 
się wokół niego i pilnować, by zaspokojone zostały wszelkie jego 
wypowiedziane i niewypowiedziane życzenia. 
- Lubię myśleć, że tak jest - wyznał Maxwell. 
- Twój ojciec odpłynął - poinformowała go, śmiejąc się z 
pewnym zawstydzeniem. - Pozwoliłam sobie pójść aż na 
wzgórze, skąd roztacza się taki piękny widok na morze. To nie 
było dla mnie nic wielkiego. Poszłam tam w drodze na plebanię. 
Musiałam tylko wyminąć domy. Jestem pewna, że trochę ruchu 
dobrze mi zrobi. Nie znam jeszcze nikogo, kto by umarł przez to, 
że zrobił za wiele kroków. 
- Przyjazd tutaj trochę pokrzyżował mu plany - powiedział 
Maxwell. - Musiał nadłożyć drogi, ale sam zaproponował takie 
rozwiązanie, to nie był mój pomysł. Ale wiesz, jaki ma stosunek 
do Daisy. 
Charlotte O'Connor kiwnęła głową, a jej szare oczy posmutniały. 
Obracała w palcach kawałek chleba, rozkruszyła na drobiny. 
- Przykro, że obaj musieliście jechać tak daleko bez żadnego 
pożytku - rzekła wreszcie. 
Maxwell pokiwał głową. 
- Przykro też słyszeć, co spotkało dziecko - dodała Charlotte. - 
Davida Malcolma. Nie było mu pisane długie życie, temu 
malcowi. 
 

background image

Westchnęła i popatrzyła na Maxwella. 
- Nikogo nie winię - powiedziała. - Ale źle się stało, że został 
zabrany od rodzonej matki, kiedy miał zaledwie trzy dni. 
Powinien zostać przy niej. Miała dosyć mleka. Jeszcze przez 
kilka tygodni płynęło jej z piersi. 
- Mieliśmy mamkę - wyjaśnił Maxwell. 
Nie przyznał się jednak, że Margaret pozbyła się irlandzkiej 
mamki jeszcze w Dublinie. W Liverpool znaleźli inną kobietę, 
lecz podczas całej przeprawy przez Morze Irlandzkie chłopczyk 
ani razu nie dostał nic do jedzenia. 
Nie przyznał się też, że David Malcolm nie chciał ssać piersi ani 
swojej irlandzkiej, ani angielskiej mamki. Przez pierwsze 
tygodnie stale wymiotował, coraz bardziej chudł. Margaret 
dawała mu wodę z cukrem i kołysała go do snu przy wtórze 
własnego płaczu. 
- Może i lepiej, że Rosi nic o tym nie wie - powiedziała Charlotte. 
- Po prostu zniknęła? - spytał Maxwell po raz chyba już 
dwudziesty. - Nie szukaliście jej? 
- To było w dzień świętego Patryka - po raz dwudziesty 
odpowiedziała Charlotte O'Connor. - Urządzano tańce i zabrałam 
ją ze sobą. Przyszedł tam mój syn. Nie mogli oczu od siebie 
oderwać. Wyszli z tych tańców razem. Kiedy wróciłam do domu, 
okazało się, że ona spakowała część swoich rzeczy, on zostawił 
mi trochę pieniędzy i oboje zniknęli. 
Maxwell westchnął. Nie miał ochoty tego słuchać, lecz mimo 
wszystko musiał mieć pełną jasność sytuacji. Musiał mieć 
pewność, że Roza odeszła z własnej woli, a nie zmuszana przez 
innych. 
- Nikogo nie wysyłam na poszukiwanie mojego syna - 
oświadczyła Lottie z naciskiem. - I tak już do- 
 

background image

statecznie wielu go szuka. I wiem, że Rosi się nie znajdzie. Poszła 
z Seamusem z własnej woli. Powtarzam ci, że poza sobą świata 
nie widzieli. Nie mogli od siebie oczu oderwać. Maxwell 
westchnął. 
- Wobec tego nie mam tu nic więcej do roboty. 
- Nie będziesz próbował jej odnaleźć? 
Pokręcił ciemną głową i uśmiechnął się z zaciśniętymi ustami, 
dokładnie tak samo, jak miał w zwyczaju Seamus. 
- Masz rację, Lottie. Dlaczego miałoby się szukać kogoś, kto nie 
chce zostać odnaleziony? O ile dobrze też znam Seamusa, to nie 
ma go już w Irlandii. Od dnia świętego Patryka upłynęło kilka 
dni, blisko tydzień. Założę się, że są już daleko na Atlantyku. 
Charlotte uśmiechnęła się z wdzięcznością. Nic nie powiedziała. 
Nie wspomniała o konwalii, którą dziś rano znalazła wciśniętą w 
szparę między drzwiami a futryną. 
Tylko ona znała ten potajemny znak Seamusa. To ona mu go 
pokazała. Kiedy był chłopcem, zawsze zbierał dla niej kwiaty. 
Wciąż to robił, kiedy tylko kręcił się w pobliżu. 
Prosty kwiatek w szparze drzwi. Biały, jeśli wszystko było w 
porządku. Czerwony, jeśli groziło mu niebezpieczeństwo. 
Wiedziała, że Seamus zjawił się tutaj dzisiejszej nocy. Wiedziała, 
że jest bezpieczny. Miała też bardzo wyraźne przekonanie co do 
tego, gdzie przebywają i on, i Rosi. 
- Możliwe chyba jest zadbanie o los młodszego braciszka Rosi, 
chociaż nie można z nią tego omówić -powiedziała z troską to, 
czego Maxwell zapewne od niej oczekiwał. - Czy ona nie ma 
więcej rodzeństwa? 
 

background image

- Ma - przyznał Maxwell. 
Tak czy owak, musieli skontaktować się z Davi-dem. On mógł 
załatwić sprawę z najstarszym z braci Rozy, tym, który mieszkał 
w niewielkiej zagrodzie nad Káfjorden. 
Prawdą było natomiast, że Maxwell za nią tęsknił... 
... pragnął ją zobaczyć... 
Dlatego tak gorąco zapiekło go w piersi, kiedy dowiedział się, że 
wolała innego mężczyznę, niebezpiecznego. Ale taka już była 
Roza. To, co bezpieczne i zwyczajne, ani trochę jej nie pociągało. 
- Czy on ją będzie należycie traktował? - spytał, przygważdżając 
Charlotte O'Connor wzrokiem. 
- Seamus będzie ją nosił na rękach! - obiecała Charlotte. - Czekał 
na nią całe życie! Byli sobie pisani, oto co ci powiem! 
Maxwell nie słuchał uważnie. Nie chciał słuchać. W dodatku znał 
skłonność Charlotte do dramatyzowania. Pod tym względem była 
bardzo podobna do swego brata Liama. Oboje byli bajarzami, 
lubili snuć baśnie... 
- Jak duża jest właściwie twoja rodzina? - spytał Malcolm Hart i 
stuknął się z Seamusem kieliszkiem złocistej brandy. 
Seamus zmarszczył kąciki ust w uśmiechu. 
- Nie ma w niej już nikogo więcej, kto chciałby popłynąć za 
morze do Ameryki - obiecał. 
Był to ich drugi dzień na morzu. Po raz pierwszy Seamus opuścił 
Rosi na dłużej niż kilka minut. Właściwie to ona prawie wygoniła 
go z kajuty, wymawiając się, że dama potrzebuje nieco czasu dla 
siebie, by mogła pięknie wyglądać dla ukochanego mężczyzny. 
- Nie sądziłem, że masz synów - stwierdził kapitan 
 
 
 

background image

„Merry Dancer". - A równie wielką niespodzianką było dla mnie, 
kiedy okazało się, że masz również żonę, 0'Connor. 
Z uśmiechem przepił do Seamusa. 
- Co prawda twoją żonę miałem okazję oglądać jedynie wówczas, 
gdy przerzuciłeś ją jak worek ziemniaków przez reling na pokład 
mego statku, lecz ośmielę się twierdzić, że ona nie może być 
matką twoich synów. Jest od nich tylko trochę starsza! 
Seamus i synowie Molly umówili się, iż będą utrzymywać, że 
chłopcy są jego dziećmi. Ani Danny, ani Tommy nie mieli przed 
tym żadnych oporów, a Seamus pomyślał, że jest w tym być 
może pewna boska sprawiedliwość. 
On i Danny byli najlepszymi przyjaciółmi. Seamus był ojcem 
córki Danny ego. Może najwyższy czas, aby był też ojcem dla 
jego synów. 
- Matka chłopców nie żyje - odparł krótko. - Mieszkali u 
krewnych. Ale nadeszła już pora, abym sam zajął się krwią z 
mojej krwi i kością z mojej kości. 
- A twoja żona? 
- Jesteśmy świeżo upieczonym małżeństwem - wyjaśnił Seamus. 
Obrócił kieliszek w ręku. - Prawdę powiedziawszy, Malcolmie, 
to nasza podróż poślubna. Rosi i ja pobraliśmy się tej nocy, tuż 
przed wypłynięciem. 
Anglik uniósł obie brwi. 
- Czasami pastor w rodzinie na coś się przydaje -dodał Seamus. 
- To małżeństwo zostało być może zawarte po długiej 
znajomości? - spytał kapitan Hart z wiele mówiącym błyskiem w 
oku. 
Domyślał się, skąd Irlandczyk mógł przyprowadzić swoją młodą 
żonę. O ile zbytnio się nie mylił, to w tej części Dublina latarnie 
świeciły czerwonym blaskiem. 
 

background image

- Rosi to porządna dziewczyna - oświadczył Se-amus. - Właśnie 
po nią tutaj wróciłem. 
- A czy nie byłoby prościej, gdybyś zabrał zarówno ją, jak i 
swoich synów podczas poprzedniej podróży? - zainteresował się 
Malcolm Hart. 
- Ona wtedy nie mogła opuścić Irlandii - odparł Se-amus. - 
Zresztą poprzedni wyjazd był zbyt niebezpieczny, nie chciałem 
wciągać w to chłopców. 
Uśmiechnął się, błogosławiąc w duchu swoją fantazję. 
Opowiadanie najbardziej niesamowitych historii z jak 
największym przekonaniem zawsze się przydawało, a jemu nigdy 
nie sprawiało trudności. 
Był urodzonym łgarzem. W każdym pokoleniu 0'Shaughnessych 
był jakiś shanachie, bajarz. Seamus zdołał tak długo przeżyć jako 
buntownik i rebeliant właśnie dzięki swoim umiejętnościom 
zmyślania i udawania. Ale poprzysiągł sobie, że najbliższym bę-
dzie mówił tylko prawdę. - Jak się miewa twoja różyczka? 
- Dochodzi do siebie. 
- A kiedy będę miał przyjemność zawrzeć z nią znajomość? - 
dopytywał się kapitan. 
- Na pewno zanim zaczniemy zbliżać się do lądu -odpowiedział 
Seamus. - Chciałbym dać jej nieco czasu na przyzwyczajenie się 
do wszystkiego, co nowe... 
Malcolm Hart śmiał się pod nosem. 
- Właściwie to próbujesz mi powiedzieć, wspólniku, że wolałbyś 
cały czas trzymać ją pod pokładem i w spokoju jak najlepiej 
wykorzystywać podróż poślubną. 
- Może i tak - mruknął Seamus. 
- Czy ona wie o naszym ładunku? 
Seamus wolno pokręcił głową. Zajrzał do kieliszka, popatrzył na 
złocisty napój, przypominający barwą 

background image

syrop, którego nigdy nie dostawał do jedzenia w dzieciństwie. 
- Czy to jedna z rzeczy, o których masz zamiar jej opowiedzieć? 
Tak, by się do tego przyzwyczaiła? Czy wolisz, żeby sama to 
odkryła? 
- Ona zrozumie - stwierdził Seamus i zapatrzył się w ścianę za 
głową kapitana. 
- Nie mów tak! - w głosie Malcolma Harta zadźwięczało 
ostrzeżenie, chociaż nie ubrał go w słowa. - Kobiety to dziwaczne 
stworzenia. Moja żona nie chce o tym rozmawiać. Nie chce 
wiedzieć. Udaje, że to zupełnie co innego przynosi pieniądze, 
którymi płacę za przysmaki, które zjada, i za stroje, które nosi. To 
dlatego nie chce ze mną podróżować. 
Seamus milczał. 
- Powinieneś być może trzymać ją pod pokładem również wtedy, 
kiedy będziemy brali ładunek - poradził Malcolm Hart. - Miejmy 
nadzieję, że złapiemy wschodni wiatr na Atlantyku. Może 
przyniesie chłód, żeby nie było tak nieprzyjemnie. Nadzieję 
przynajmniej można mieć! 
Wypili za chłodne wiatry i za szybką podróż na zachód, do 
Savannah w Georgii. 
- Czy moja ukochana dobrze się czuje na „Merry Dancer"? - 
zapytał Seamus, powróciwszy do kajuty, którą dzielił z żoną. 
- Doskonale - odpowiedziała Roza. - Tommy wyniósł wodę, w 
której się myłam. 
Wyciągnęła się na koi, przebrana w czyste ubranie, z umytymi 
włosami, co prawda w słonej wodzie, lecz przynajmniej miała 
poczucie, że są czyste. 
- Moi s y n o w i e  sprawują się porządnie -uśmiechnął się 
Seamus. 
 

background image

- Twoi s y n o w i e  otrzymali naprawdę dobre wychowanie - 
odparła Roza. - Nikt się niczemu nie dziwi? - spytała. - Ani 
Danny, ani Tommy nie są do ciebie podobni. 
- Na pokładzie tego statku nie ma nikogo, kto by cokolwiek 
zyskał na dziwieniu się takim rzeczom -wyjaśnił Seamus i 
przysiadł na koi. 
-Ja się dziwię niejednemu - powiedziała Roza, ściągając brwi. 
- Na przykład czemu? 
- Masz na tym statku szafę pełną ubrań, które na ciebie pasują. 
- To dlatego, że szafa stoi w mojej kajucie - Seamus uśmiechnął 
się szeroko. 
- Masz na tym statku swoją własną kajutę? Kiwnął głową. 
- Jak to? Dlaczego? 
Wybuchnął wtedy gromkim, głębokim śmiechem, który trwał 
przez chwilę. Palcem wskazującym powiódł wzdłuż grzbietu 
nosa Rozy, a potem przeniósł go na jej pełną dolną wargę. 
- Sądziłem, że nauczyłaś się czegoś w Irlandii, moja żonko! 
Myślałem, że już wiesz, że dwóch pytań nie zadaje się nigdy 
Irlandczykom. Pierwsze z nich to „dlaczego", a drugie „jak". 
- Ja jestem żoną Irlandczyka - odpowiedziała, rozumiejąc, że on 
sobie z niej żartuje. - To mnie również czyni Irlandką. Prawie. 
Przynajmniej na jakiś czas. Dopóki nie przepłyniemy przez 
morze. A jeśli wcześniej tego nie zrozumiałeś, to wiedz, że 
znalazłeś sobie żonę, która lubi zadawać pytania. Za p'óźno już, 
by tego żałować. 
- Zawsze mogę cię wrzucić do morza w ciemną noc - oświadczył 
Seamus, usiłując zachować powagę. 
 
 
 
 

background image

- I nikt nie będzie o nic pytał? - zaciekawiła się Roza. 
Seamus z ponurą miną pokręcił głową. 
- Dlaczego? 
- Jestem wspólnikiem kapitana. Całkiem zwyczajnie jesteśmy 
wspólnikami w interesie, moja kochana, ciekawska żono. On 
przewozi ładunek, lecz jesteśmy jego wspólnymi właścicielami. 
On zarabia nieco więcej ode mnie, ponieważ to jego statek. 
Rozjaśniło ci się trochę w głowie? Masz jeszcze więcej 
„dlaczego"? I jeszcze więcej „jak"? 
- Na razie nie. - Roza musiała to przetrawić. Była to ostatnia 
odpowiedź, jakiej by się spodziewała. 
- Za to ja mam pytanie do ciebie - powiedział Seamus. - Co trzeba 
zrobić, żeby dostać od żony pocałunek? 
- Można go ukraść - odparła Roza z uśmiechem. 
- Naprawdę? - spytał Seamus, przysuwając się tak, że dotykali się 
czubkami nosów. 
- Naprawdę - odparła Roza, skubiąc go za dolną wargę, tak jak 
mały ptaszek skubałby jedzenie. 
Seamus pozwolił jej się trochę pomęczyć, nim otrzymała nagrodę 
za swój wysiłek. W końcu jednak zaczął całować ją chciwie i 
chociaż właściwie wcale tego nie planował, nagle zaczął 
przyciskać się do jej ciała. Roza zarzuciła mu ręce na szyję i 
przyciągnęła do siebie, dłońmi lekko przytrzymując za włosy na 
karku tak, by nie mógł odmówić jej bliskości. 
Pociągnęła go za sobą aż do ściany koi. Posłusznie przesunął się 
za nią. I chociaż mieli teraz więcej miejsca, nie oznaczało to 
wcale, że zamierzał się od niej oddalać. 
Nakrył ustami jej usta, a ona nie protestowała przeciwko temu, co 
działo się pomiędzy ich ciałami. Guziki 
 

background image

zdawały się topnieć w jego palcach. Duża, szorstka dłoń znalazła 
otwory, w które mogła się wślizgnąć, palce odszukały sutki już 
stwardniałe od pożądania. 
- Tęskniłaś za mną? - zapytał schrypniętym głosem, szukając jej 
przejrzystych, niebieskich oczu. 
Odczuł ogromną radość, widząc je zamglone pożądaniem, tak 
ciemnoniebieskie jak bywało letnie niebo, kiedy był małym 
pastuszkiem i nie miał trosk, z którymi nie mógłby sobie 
poradzić. 
- Zawsze za tobą tęsknię, kiedy cię nie ma przy mnie - 
powiedziała Roza, śmiało wsuwając kolana między jego uda. 
Przysunęła się do jego lędźwi, przytuliła do niego i poczuła na 
brzuchu nacisk jego męskości. 
- Wydaje mi się, że jesteś dziewczyną z rodu elfów, którą 
wypuszczono z ich podziemnego królestwa -szepnął Seamus, a 
jego szare spojrzenie pociemniało z pożądania. - Wydaje mi się, 
że przysłały cię do mnie, aby sprawić mi radość albo mnie 
zauroczyć... Koniuszek jej języka przemykał się po jego wargach, 
drażniąc go, i Seamus przycisnął się do niej w końcu, wziął w 
posiadanie jej usta, splótł jej język ze swoim. Bawili się teraz ze 
sobą jak dwie rybki w nagrzanym od słońca stawie. 
Jego dłoń spokojnie zacisnęła się na jej piersi. Poruszał się tak 
wolno, leniwie. Pozwolił, by palce zamknęły się na jej krągłości, 
mocno, z naciskiem, który był niemalże bolesny, lecz zawsze 
utrzymywał się po właściwej stronie i zawsze sprawiał więcej 
rozkoszy niż bólu. 
Spomiędzy jej warg wydobyły się lekkie westchnienia, rozpięła 
mu pasek i spodnie, a on nie musiał jej przy tym pomagać. 
Odnalazła go dłońmi i pieściła go równie powoli, jak wcześniej 
on pieścił ją. Ćwiczyła się w tych samych torturach, jakie 
wcześniej on jej za- 

background image

dawał. Kiedy jęknął z radości i bólu, a oczy miał prawie czarne, 
Roza uśmiechnęła się w poczuciu triumfu. 
- Nie igraj ze mną - poprosił - bo inaczej tego pożałujesz, Rosi. 
Z najbardziej niewinnym spojrzeniem na świecie zaczęła go 
głaskać, kierując się w górę jego mocnego, gorącego ciała, po 
brzuchu, po mocnej piersi. Rozpięła koszulę, ściągnęła ją z 
barków. Kąsała przy tym ramiona, całowała klatkę piersiową. 
- Nie jesteś wcale dziewczyną z rodu elfów - mruknął Seamus. 
Jedną ręką złapał ją za włosy i zmusił, by odchyliła głowę w tył 
na tyle daleko, by mógł pocałować jej wygiętą szyję. - Jesteś 
trollem. 
Teraz jego usta były bezwzględne. Wargi poznawały smak szyi, 
policzków i ust. Język rysował wilgotne wzory na białej skórze, 
którą wcześniej odkrył. 
Jego dłonie stały się twardsze. Palce zostawiały ślady na pełnych, 
białych piersiach. Jedną ręką przesuwał po brzuchu, biodrach, 
zaplątał palce w wilgotne, rude loki. 
Roza pojękiwała z rozkoszy. Jego usta spoczywały przyciśnięte 
do jej piersi. Odpłacał się za to, że użyła na nim swoich zębów. 
Ssał i kąsał, aż jej tchu zabrakło w piersiach i błagała, by wreszcie 
się to zaczęło. 
Śmiech wezbrał jej w ustach, kiedy Seamus usiłował zmiażdżyć 
jej wargi w zmysłowym pocałunku. Palce zagłębiły się w jej 
wilgoć, odnalazły ją rozedrganą, kiedy dotarły do punktu, z 
którego płynęła większa rozkosz niż z jakiegokolwiek innego 
miejsca na ciele. Wygięła się ku niemu, z uporem powtarzając 
szeptem swoje. 
- Chodź! 
 

background image

On jednak pieścił ją jeszcze długo, nim spełnił wreszcie jej 
prośbę i w nią wszedł, a potem zabrał do świata, który wydawał 
się składać wyłącznie z samej tylko rozkoszy. 
- Kocham cię - szepnął Seamus, gdy całkowicie oddała się 
radości. - Naprawdę cię kocham, Rosi! 
- A ja ciebie - odpowiedziała. 
Krzyk rozkoszy wzleciał ku niemu jak oswobodzony ptak... 
 
 
Rozdział 14 
Dni mijały dobrze. Zasypiali razem i budzili się razem. Kochali 
się, jedli i rozmawiali. 
Ocean był im życzliwy. Wiatr dmuchał w żagle, a powietrze z 
każdym dniem stawało się cieplejsze. Roza poczuła się silniejsza. 
Morze podczas tej podróży nie dokuczało jej tak, jak to było 
podczas żeglugi z Norwegii do Walii. 
- Nie wspominaj o tym kapitanowi - poprosił Seamus, gdy Roza 
wyznała mu, jak bardzo cieszy ją ta podróż. 
- A jak bym mogła? - spytała ze śmiechem, lecz zmarszczyła brwi 
jak zawsze, gdy coś ją dręczyło. -Przecież nie masz zamiaru 
pozwolić mi poznać tego człowieka. Jesteśmy na morzu już 
tydzień, a ty wciąż uważasz, że nie powinnam pokazywać się na 
pokładzie. 
Lewą dłonią sięgnęła do oszpeconego policzka, a wielkie, 
niebieskie oczy w milczeniu wyrażały oskarżenie. 
 
 
 
 
 

background image

- Mogłabym pomyśleć, że się mnie wstydzisz - powiedziała Roza 
urażona. 
- Wychodziliśmy na pokład nocą - przypomniał Seamus. - Wcale 
nie próbuję cię więzić. 
- Zabierasz mnie na pokład w nocy - szepnęła - bo w nocy nikt 
mnie nie widzi, prawda? Co ze mną zrobisz, jak dopłyniemy do 
Ameryki? Będziesz mnie trzymał w zamknięciu za dnia? 
Będziesz spacerował ze mną po ciemku? 
- To nie tak - jęknął Seamus ogarnięty bezsilnością. -Nie? 
- Jesteś kobietą - wyjaśnił. - Jesteś moją kobietą, do diabła! Tutaj 
jest świat mężczyzn. Jesteś jedyną kobietą na tym statku. Nie 
ufam tym ludziom. - Rozłożył ręce. - Nie chcę, by ktokolwiek z 
załogi słał za tobą pożądliwe spojrzenia albo rzucał za tobą 
wulgarne uwagi. Ja wiem, jacy są mężczyźni, moja Rosi. Nie 
chcę, żeby się ślinili na twój widok i zaspokajali się w 
marynarskich kajutach, rozmawiając o tobie nieprzyzwoitymi 
słowami! 
W jego głosie brzmiało tyle gniewu i przejęcia, że Roza 
zrozumiała, iż mówi prawdę. Nie mogła się z niego nie śmiać. 
- Wybaczasz mi? - spytał Seamus, błagając ją o to swym 
anielskim spojrzeniem. - Jestem tylko prostym, nieokrzesanym 
synem irlandzkiego dzierżawcy - powiedział. - Nikt nas nie uczy, 
jak traktować kobiety. Nie miałem ochoty mówić ci o niczym 
nieprzyjemnym. Nie chcę, żebyś o tym myślała. 
- Ja pochodzę z miasteczka przy kopalni - powiedziała Roza z 
rezygnacją, a w duchu zastanawiała się, czy Kopalnia w ogóle 
zasługuje na miano miasteczka. 
Mówili, że Kopalnia to największe miasto w Finnmark, lecz 
odkąd Roza zobaczyła Swansea, uważała, 
 

background image

że rodzinnej miejscowości nie sposób nazywać miastem. 
- Ja znam mężczyzn, Seamusie. Wiem, jacy potrafią być 
grubiańscy. 
To było jak dotykanie koniuszkami palców przeszłości, którą 
postanowili zapomnieć. Seamusowi twarz pociemniała. Zaciskał 
wargi, dopóki Roza nie wsunęła mu się w objęcia i nie scałowała 
z twarzy zmarszczek zatroskania, które, jak jej się zdawało, do-
strzega na jego ogorzałej, pięknej twarzy. 
- Czy ja się też tak opalę w Ameryce? - spytała, starając się jak 
najdokładniej zapamiętać każdy z jego pięknych rysów. Będzie je 
pamiętała oczami, wargami, policzkami i koniuszkami palców. 
Pozna go całego... 
Seamus uniósł w górę garść rudych włosów. Połaskotał ją nimi w 
koniuszek nosa. 
- Ty, moja pani O'Connor, nie opalisz się w żadnym miejscu na 
kuli ziemskiej. Masz takie piękne rude włosy, a twoja skóra musi 
zachować kolor bieli śmietany. 
Popieścil jej purpurowy policzek. 
- Wydaje mi się, że słońce nie jest dla ciebie dobre - powiedział. - 
Masz zbyt jasną cerę. Sądzę, że słońce może źle podziałać na ten 
policzek. Nie chciałbym narażać cię na nic, co mogłoby ci 
wyrządzić krzywdę. To drugi powód, dla którego zatrzymuję cię 
w kajucie, moja dziewczyno z rodu elfów. 
Pocałował ją leniwie, lecz skończyło się wyłącznie na pocałunku. 
- Słońce mogłoby cię odmienić. Kto wie, co światło słoneczne 
może zrobić z elfami? Gdy byłem chłopcem, powtarzano mi 
zawsze, że elfy najlepiej czują się wtedy, kiedy w powietrzu jest 
dużo wilgoci. Chronią się wśród bagien, krążą po 
najmroczniejszych lasach, wśród mgły i mżawki. 
 

background image

- Czy ty nigdy nie potrafisz mówić poważnie? -spytała Roza, lecz 
cieszył ją jego humor. Radowały żarty, śmiech. Nigdy nie znała 
nikogo podobnego do Seamusa. Kogoś, kto posiadałby jego 
zdolność radowania się chwilą, życia teraźniejszością. 
- Nie potrafię ani trochę zachować powagi, kiedy jestem 
szczęśliwy - odparł. - Gdy jestem szczęśliwy, mam ochotę 
śpiewać i tańczyć. 
- To dlaczego tego nie robisz? - spytała Roza. - Dlaczego nie 
śpiewasz, Seamusie? Nigdy nie słyszałam, jak śpiewasz. Czyż 
wszyscy synowie irlandzkich dzierżawców nie uczą się sztuki 
uwodzenia dziewcząt piosenką i dźwiękami fletu? 
- Ja nie umiem śpiewać - powiedział i przez chwilę udało mu się 
zachować powagę. Zaraz jednak twarz rozjaśniła mu się w 
szerokim uśmiechu. - Naprawdę nie umiem śpiewać - zapewnił 
ją. - Jestem jedynym irlandzkim chłopskim synem, który 
naprawdę nie umie zaśpiewać tej, którą kocha, ani też wygrywać 
dla niej tęsknych melodii na flecie. 
Roza westchnęła z ulgą. 
- Dobrze wiedzieć, że jest coś, czego nie potrafisz - oświadczyła z 
powagą. 
Palcami powiodła wzdłuż zmarszczek, które pojawiły mu się na 
czole. Miał dwie takie, które ciągnęły się od skroni do skroni, i 
trzeci łuk, przedzielony nasadą nosa. Od środka jednej brwi do 
środka drugiej skóra była gładka. Wyglądało to tak, jakby miał 
cztery zmarszczki. 
- W domu u nas mówią, że zmarszczki na czole wróżą, ile będzie 
się mieć dzieci - wyjaśniła, a on oczywiście musiał zaraz 
przesadzić i okropnie się zmarszczyć. - Będziesz miał dwoje 
dużych dzieci - powiedziała, dotykając palcami tych dwóch linii, 
które ciągnęły 
 

background image

się przez całe czoło. - I dwoje malutkich. - Palec wskazujący 
przeskoczył od jednej brwi do drugiej. 
- Ty będziesz miała troje - powiedział i pocałował każdą z jej 
zmarszczek. - Całuję teraz twoje dzieci -wyjaśnił. - Ale muszę 
powiedzieć, że nie podoba mi się, że nasze liczby się nie 
zgadzają. 
- Ja już urodziłam dwoje dzieci - powiedziała Roza. 
- To znaczy, że jedno będziesz miała ze mną. - Se-amus 
rozciągnął usta w grymasie rozbawienia. - Ale dręczy mnie, Rosi, 
kto mi urodzi tych dwoje dzieci, które znalazłaś na moim czole, a 
z których nie potrafię się wytłumaczyć. 
- Może to Danny i Tommy są tymi dużymi dziećmi - zastanawiała 
się Roza. 
- Może i tak - szepnął w jej słodkie usta. - Ale wobec tego muszę 
zadać sobie pytanie, czym też będę aż tak bardzo zajęty, że nie 
będę mógł dać ci dziecka raz do roku, tak jak powinien się 
zachować porządny irlandzki wieśniak... 
- Będziesz bardzo zajęty tym, żeby zostać wielkim, potężnym i 
bogatym człowiekiem w Ameryce - wróżyła Roza. 
- Nigdy - mruknął i nie odrywając ust od jej warg, wziął ją na ręce 
i zaniósł na koję. - Ale na wszelki wypadek postaram się zasiać 
ziarenko, z którego wyrośnie moja córka, już teraz, kiedy nie 
mam nic innego do roboty, pani 0'Connor. 
Osunął się na nią, a Roza zapomniała go spytać, skąd u niego ta 
pewność, że urodzi mu córkę. Porządny irlandzki wieśniak 
powinien ponad wszystko pragnąć syna... 
- Sądziłem już, że ten nieokrzesany Irlandczyk, który jest pani 
mężem, nigdy nie pozwoli mi zawrzeć 
 
 

background image

z panią znajomości - powiedział Malcolm Hart i nalał Rozie 
herbaty do filiżanki mniejszej i delikatniejszej, niż kiedykolwiek 
miała okazję oglądać. Bała się wziąć ją do ręki, a jeszcze bardziej 
obawiała się, że ją upuści. Ruchy miała więc niezgrabne i 
niezdarne. Czuła się głupią wieśniaczką i żałowała, że nie została 
w kajucie. 
- Oczywiście rozumiem potrzeby świeżo upieczonego małżonka 
- dodał kapitan, puszczając oko do Se-amusa. 
Roza czuła się niedobrze. 
Miała kulę w brzuchu, odkąd napotkała wzrok kapitana i 
usłyszała jego nazwisko tak wyraźnie, że nie miała wątpliwości 
bodaj co do jednej sylaby. 
- Malcolm Hart, kapitan. Do usług, madame. Otworzyła usta jak 
ryba wyjęta z wody i posłała 
Seamusowi bezradne spojrzenie. 
- To moja żona, Rosi, sir - powiedział elegancko, jakby był 
księciem. 
Roza uśmiechnęła się niemądrze pod badawczym spojrzeniem 
kapitana. Tak samo zielonym i przenikliwym, jakie miała 
Margaret Warren. 
- Rose O'Connor - powiedział kapitan, nie spuszczając z niej 
oczu. 
Roza wiedziała, że jest zaskoczony. Wiedziała, że jej wygląd jest 
dla niego przede wszystkim odpychający. Czytała to w wyrazie 
jego twarzy i w ruchach, w całej jego postawie. Seamus traktował 
ją jak najpiękniejszą osobę na świecie i Roza prawie już w to 
uwierzyła. Uwierzyła, że nawet jeśli nie jest najpiękniejsza, to 
przynajmniej piękna. 
Ale ojciec Margaret i Maxwella popsuł wszystko. Wystarczyło 
jedno jego spojrzenie, aby zburzyć całą jej z trudem zdobytą 
wiarę w siebie. 

background image

- Z jakiego miejsca w Irlandii pochodzisz? - spytał kapitan Hart. - 
Gdzie też mój przyjaciel Seamus zerwał taką różę? 
To byłą drwina i choć Seamus jej nie wychwycił, to jednak Roza 
zrozumiała Malcolma Harta aż za dobrze. 
- Z północy - wyręczył ją w odpowiedzi Seamus. 
- Nie potrafiłem określić jej dialektu - wyjaśnił Malcolm Hart, 
lecz nie tracił już więcej czasu na rozmowę na ten temat. - Jak się 
pani podoba „Merry Dancer"? -spytał. 
Roza usłyszała, że ten człowiek przynajmniej jest dumny ze 
swego statku. 
- Bardzo - odpowiedziała. - Ale ja nie nawykłam do statków. 
- Miał się nazywać „Margaret" od imienia mojej córki - wyjaśnił 
Malcolm Hart, lecz nie zauważył, że oboje jego rozmówcy skulili 
się jak w bólu. - Lecz gdy stał gotowy do chrztu w Londynie we 
wrześniu, trzy lata temu, przeżyliśmy pewne wydarzenie, które 
uniemożliwiło mi nadanie statkowi innego imienia niż to, które 
nosi. 
Zrobił pauzę i zapalił jedno ze swych cygar, nie proponując go 
Seamusowi. 
- Stałem akurat na pokładzie i rozkoszowałem się rześkim, 
jesiennym powietrzem, kiedy nagle niebo na północ od Londynu 
jakby stanęło w ogniu. Nad horyzontem ukazało się potężne 
światło, jakby olbrzymiego ogniska, niczym strumień lawy z 
wulkanu w południowych krajach. W ciągu kilku chwil całe 
niebo od wschodu do zachodu rozjaśniło się tym niezwykłym 
płomieniem. 
Roześmiał się sam do siebie. 
- Ludzie oszaleli! Zaprzężono do wszystkich wozów 
 
 

background image

strażackich w całym mieście i tłum popędził do miejsca, gdzie, 
jak sądzono, wydarzyła się katastrofa. Tysiące ludzi gnały jak 
oszalałe po ulicach, strach zgęstniał tak, że dałoby się go chyba 
kroić nożem. 
- A co takiego się paliło? - spytała Roza. Nie miała zbyt wiele 
cierpliwości dla ludzi marnie opowiadających historie. 
- Nic - odparł Malcolm Hart, kapitan, i zaśmiał się do siebie. - 
Nic. Przypuszczam, że żadne z was o tym nie wie, lecz na 
północy świata takie światło na niebie nie jest niczym 
nadzwyczajnym. Na północy nie jest rzadkością, a ja jako 
marynarz pływałem kilkakrotnie aż do Archangielska w Rosji. 
Tam niebo potrafiło pokrywać się światłem falującym i wijącym 
się jak węże. Albo jak światło elfów. Tak z pewnością tłu-
maczyliby to Irlandczycy, gdyby taki blask widywano w Irlandii. 
Roza uśmiechnęła się sztywno, Seamus milczał. 
- Nazywają to zorzą polarną i jest to jedna z najpiękniejszych 
rzeczy, jaką oglądały moje oczy. 
Wypił swoją brandy i ponownie napełnił kieliszki, swój i 
Seamusa. Najwyraźniej nie wpadło mu do głowy zaproponować 
Rozie coś innego niż herbatę. 
- To właśnie zorza polarna zapłonęła na niebie nad Londynem. 
Nigdy nie słyszałem o podobnym zjawisku tak daleko na 
południu, wiedziałem więc, że powinienem jakoś je uczcić. W 
Szkocji od czasu do czasu zdarza się ujrzeć takie światło i tam 
nazywają je „wesołymi tancerzami". Merry dancers. Szkoci mają 
niemal równie żywą wyobraźnię jak Irlandczycy i twierdzą, że to 
jakieś boskie istoty, weseli tancerze, walczą na nocnym niebie. I, 
rzecz jasna, walczą o piękną kobietę. 
Roza uprzejmie kiwnęła głową. Nie miała jednak 
 

background image

ochoty na rozmowę i ucieszyła się, gdy wreszcie ona i Seamus 
mogli wycofać się do swojej kajuty pod pokładem. 
- Nie poszło wcale tak źle - powiedział Seamus. 
- Nie - odparła. 
- On naprawdę uwierzył, że jesteś Irlandką. 
- Tak. 
- Ta historia o zorzy polarnej była piękna. -Tak. 
- Ty pewnie słyszałaś inne. -Tak. 
- Jesteś na mnie zła? -Tak. 
- Jak się mogłem tego domyślić? - spytał Seamus i zaczął na 
palcach wyliczać oznaki. - Po pierwsze, nie patrzysz na mnie. 
Prawie na mnie nie spojrzałaś od chwili, gdy poznałaś kapitana. 
Po drugie, odpowiadasz mi tylko „tak" albo „nie". Czyżby 
wszystkie inne słowa wyleciały ci z głowy? 
- Nie - odparła i odwróciła się tak, by móc patrzeć wprost na 
niego. - Co powiesz na słowo „zdrajca"? 
- Wolałem już „tak" i „nie" - uśmiechnął się, starając się również 
to obrócić w żart. 
- Mogłeś był mnie uprzedzić, kim on jest - oświadczyła Roza 
oburzona. 
Seamus milczał. 
- Jeśli nie od razu, to mogłeś przynajmniej wspomnieć to jednym 
albo dwoma z tych wielu słów, które znasz. Przynajmniej zanim 
poszliśmy dzisiaj do jego kajuty. Jak ci się wydaje, jak się 
czułam, zobaczywszy, do kogo jest podobny? Usłyszawszy jego 
nazwisko? 
- Przepraszam - powiedział Seamus. 
- Przepraszasz? - krzyknęła, nawet nie starając się 
 
 

background image

ściszyć głosu. - Nie bałeś się, że spojrzę na niego i powiem mu, że 
to ja jestem matką jego wnuka? 
- Chyba tak - przyznał Seamus. - Wydaje mi się, że właśnie 
dlatego nie śmiałem powiedzieć ci, kim on jest. Chciałem to 
zrobić, lecz jeden dzień upływał za drugim i nie znalazłem 
żadnego łatwego sposobu, żeby ci to zdradzić. 
- Wydawało ci się, że może nie będzie to konieczne? - podsunęła 
Roza i wyminęła go, kolejny raz okrążając niewielką kajutę. - 
Pomyślałeś, być może, że będę przebywać pod pokładem i 
podczas całego rejsu go nie spotkam? 
- To nie tak - westchnął Seamus. 
- Nie wiem, czy mam ochotę usłyszeć, jak dokładnie myślałeś - 
powiedziała i ze złością zrzuciła buty, a potem położyła się na 
koi, demonstracyjnie obracając się do niego plecami. - Musiałam 
wysłuchiwać tego nadętego głupka - złościła się. - Musiałam 
słuchać jego opowieści o tym, jaki jest wspaniały i jak wspaniała 
jest jego rodzina, a przede wszystkim jak cudowną ma córkę, 
której imię prawie już nadał statkowi. I musiałam słuchać tej 
opowieści o zorzy polarnej, która w jego ustach brzmiała tak, 
jakby opowiadał bajkę dzieciakom. Widziałam zorzę polarną tyle 
razy, że nie potrafię tego zliczyć. Słyszałam też lepsze, 
piękniejsze opowieści o zorzy niż ten nadęty Angjik 
kiedykolwiek usłyszy. 
Długo milczała. 
- Ja jestem spokrewniona z zorzą polarną. 
- Nikt nie może być krewnym zorzy - zaprotestował Seamus i 
wsunął się do niej na koję. Podłożył jej jedną rękę pod głowę, 
drugą zaś pieścił okrągłą linię bioder. 
- Dużo razy widziałeś zorzę polarną, Seamusie O'Connor? - 
spytała Roza. 
 

background image

- Nigdy - odparł. 
- Jak więc, u diabła, możesz być tego taki pewien? 
- Pewien być nie mogę - przyznał i podniósł jej włosy tak, by móc 
ją pocałować w kark. - Przyjmuję, że jesteś spokrewniona z zorzą 
polarną, o ile ty przyjmiesz, że jestem wybrańcem elfów. 
- Wobec tego zgoda - powiedziała, czując, jak rozpala ją śmiały 
dotyk jego dłoni. 
Dopiero dużo później, gdy już się sobą nasycili, a gniew Rozy 
znalazł ujście w miłości, uniosła się na łokciu i badawczo 
przyjrzała Seamusowi. 
- Czy czegoś jeszcze mi nie powiedziałeś? - spytała. - 
Przemilczałeś coś jeszcze, chcąc mnie chronić? 
Westchnął i podłożył sobie obie ręce pod głowę. Jego uśmiech 
nie był już samym tylko uśmiechem. Roza poczuła, że kula w jej 
brzuchu rośnie, zbija się i gęstnieje. 
- O co chodzi? - spytała. 
- Pytałaś kiedyś, jak to możliwe, że syn wieśniaka z Irlandii może 
być wspólnikiem angielskiego kapitana... 
- A ty mi nie odpowiedziałeś - przypomniała sobie Roza. 
- Sprawa ma się tak, że przewozimy nie same tylko legalne 
towary - Seamus usiłował stopić jej chłód, przybierając swoją 
minę upadłego anioła. 
- To statek przemytniczy? - dopytywała się Roza. 
- Nie tylko! - zapewnił Seamus. - Wozimy całe mnóstwo 
dozwolonych towarów. Przyprawy, kość słoniową i obce gatunki 
drewna. Wszystko to jest zgodne z prawem. 
- A co szmuglujecie? - spytała Roza. Seamus odwrócił wzrok. 
- W tysiąc osiemset siódmym zakazano importu 
 
 

background image

siły roboczej do Ameryki. Ale na plantacjach wciąż potrzeba rąk 
do pracy. Przemycamy siłę roboczą do Georgii. 
- Niewolników? - pytanie Rozy ledwie było słychać. 
- Tak - odparł Seamus. - Szmuglujemy z Afryki do Ameryki 
niewolników. 
Kafjorden, maj 1842 
... ponieważ zdrowie mojej siostry szwankuje po stracie małego 
Davida Malcolma, zarówno jej, jak i naszym życzeniem jest, 
abyś jak najprędzej zrezygnował z obowiązków, jakie nakłada 
na ciebie kontrakt ze spółką kopalnianą w Norwegii. 
Mój ojciec pragnie cię zapewnić, że poprzez swoje liczne 
kontakty, tak towarzyskie, jak i na gruncie interesów, będzie w 
stanie załatwić ci stanowisko, które w pełni zastąpi to, które 
obecnie piastujesz za granicą. 
Naszym życzeniem jest, abyście oboje z Margaret już w ciągu 
tego roku mogli połączyć się w Anglii i stworzyć wspólny dom. 
W związku z tym Margaret i mój ojciec życzą sobie, abyś uzyskał 
od Olego Samuelsena pozwolenie na przejęcie opieki nad jego 
bratem Andersem. Margaret bardzo polubiła chłopca, a 
ponieważ również tutejsi lekarze potwierdzają, że nie należy jej 
narażać na kolejne ciąże, doskonałym rozwiązaniem wydaje się, 
abyście wychowywali chłopca jak własnego syna. 
Siostra jego, niestety, przepadła bez wieści gdzieś w Irlandii, a 
podjęcie poszukiwań jest z naszej strony niemożliwe. 
Przypuszcza się, że wyjechała dobrowolnie razem z pewnym 
irlandzkim buntownikiem, z którym ponoć łączyły ją stosunki 
romantycznej natury. 
 

background image

Plotki krążące po Irlandii wspominają, że człowiek ten, wyjęty 
spod prawa, osiedlił się gdzieś w Ameryce... 
David Warren przeczytał ten list wiele razy. Nowiny bardzo go 
wzburzyły. Nie wiedział, jak przekazać je Olemu Samuelsenowi i 
Mattiasowi Mattiassenowi. Oczywiste było, że całej prawdy 
wyjawić im nie może. 
Drugą kwestią, co do której miał pewność, było, że nie wypowie 
kontraktu przed jego upływem. 
Może zdoła przeciągnąć tę sprawę aż do jesieni, kiedy to 
wybierał się do Cheshire z wizytą. Mógł zrzucić winę na 
opóźnienia w dostarczaniu poczty. 
Zamknął oczy i próbował myśleć o Margaret, lecz przed oczami 
miał twarz Rozy.