background image

Lucy Clark

Niezwykły ojciec

background image

Rozdział 1

– No, gotowe – oznajmiła Amelia, wstając i zamykając teczkę z 

dokumentami, które skończyła właśnie uaktualniać. – Teraz zrobię 
sobie   przerwę   na  lunch   –   dodała,   spoglądając   na   pielęgniarkę 
oddziału ratownictwa medycznego, Rosie Jefferson.

– Smacznego – powiedziała Rosie, kiwając głową. – Gdzie jest 

Tina?

– Chyba w gabinecie zabiegowym.
– W porządku. Widzimy się za pół godziny, jeśli nie wcześniej – 

zażartowała Rosie, a Amelia głęboko westchnęła.

–  Żadnych nagłych przypadków przez najbliższą godzinę... albo 

dwie.

– Czy wtedy kończysz dyżur?
–  Mniej więcej. – Amelia uśmiechnęła się, wyszła z pokoju i 

ruszyła w stronę stołówki. Była zadowolona, że pamięta drogę i nie 
błądzi tak jak poprzednio.

W stołówce było tłoczno. Glenelg General nie był tak duży jak 

inne   szpitale,   w   których   dotychczas   pracowała.   A   zdecydowanie 
mniejszy niż ten w Anglii,  w którym odbyła znaczną część stażu 
specjalizacyjnego.   Wielką   jego   zaletą   było   ładne   położenie. 
Znajdował się blisko plaży oraz mieszkania, które wynajęła na okres 
swojego trzymiesięcznego pobytu w Adelajdzie.

Stanęła   w   kolejce   do   bufetu,   wzięła   jogurt   i   zaczęła  się 

zastanawiać, na co jeszcze miałaby ochotę. W końcu zdecydowała 
się na bułkę z lekkostrawną sałatką.

Wracając   na   oddział   ratownictwa   medycznego,  usłyszała   jakiś 

dziwny hałas. Zatrzymała się i zaczęła uważnie nasłuchiwać. Miała 
wrażenie, że ktoś płacze. Skręciła w wąski boczny korytarz i ruszyła 
w kierunku,  z  którego  dobiegał  dźwięk.  Po  chwili  ujrzała  małą, 
mniej więcej trzyletnią dziewczynkę, która siedziała na podłodze pod 
ścianą,   obejmując   rękami   kolana,   i   patrzyła   na   nią   szeroko 
otwartymi oczami. Jej przerażoną twarzyczkę okalały pukle gęstych 
jasnych włosów.

background image

– Dzień dobry, kochanie – powiedziała Amelia łagodnym tonem. 

– Czy nic ci nie jest? – Podeszła do dziewczynki i przykucnęła. – 
Co się stało? Czy coś cię boli?

Widząc, że dolna warga dziewczynki zaczyna  drgać, poczuła 

bolesny skurcz serca.

–  Och   nie   płacz,   maleńka.   Wszystko   będzie   dobrze.   Jestem 

lekarzem i mogę ci pomóc.

– Lekarzem?
– Tak. Czy coś cię boli?
– Nie.
– Więc może się zgubiłaś?
Dziewczynka kiwnęła potakująco głową.
– Moje biedactwo. Pewnie jesteś przerażona. Czy chcesz, żebym 

pomogła ci znaleźć twoją mamusię?

– Tatusia.
– Zgubiłaś tatusia?
–  Tak – wyszeptała. Jej dolna warga znów zaczęła  drgać, a po 

policzkach popłynęły łzy.

–  Wszystko   będzie   dobrze   –   zapewniła   ją   Amelia.  –   Może 

poszukamy go razem? – spytała, wyciągając do niej rękę. (

Dziewczynka kiwnęła głową i wsunęła rączkę w jej dłoń.
– Mam na imię Amelia.
– Mil.. ja.
– A ty? Jak się nazywasz?
– Lan... da.
–  Ojej,   co   za   piękne   imię.   W   sam   raz   dla   takiej  ślicznej 

dziewczynki jak ty. Chodź, poszukamy tatusia. Czy on jest chory?

– Nie.
– I nie leży w łóżku?
– Nie.
– A może się skaleczył?
– Tak. W rękę.
–  Och, biedny tatuś – powiedziała Amelia, prowadząc małą w 

kierunku oddziału ratownictwa.

W   pewnym   momencie   jakiś   mężczyzna   wybiegł  z   klatki 

background image

schodowej i zaczął gorączkowo rozglądać się po korytarzu. Miał na 
sobie   wytarte   dżinsy,   poplamione   farbą   robocze   wysokie   buty   i 
sportową kraciastą koszulę, spod której wystawał szary T-shirt. Jego 
ręka była niedbale owinięta przybrudzonym bandażem.

Nieznajomy spojrzał w ich kierunku. Kiedy Amelia dostrzegła na 

jego twarzy wyraz ulgi, od razu  domyśliła się, że jest on ojcem 
Landy. Dziewczynka  natychmiast wyrwała rączkę z dłoni Amelii i 
pobiegła w jego stronę.

–  Tatusiu! – zawołała piskliwie, a on chwycił ją  w ramiona, 

uniósł do góry i uścisnął.

– Gdzie byłaś? Tatuś bardzo się o ciebie martwił – wyszeptał, a 

potem przesunął małą na biodro, przytrzymał zabandażowaną ręką i 
podszedł do Amelii.

–  Dziękuję.   Jestem   pani   bardzo   wdzięczny   –   powiedział   z 

uśmiechem, który w znacznym stopniu złagodził rysy jego twarzy.

Nieznajomy   miał   brązowe   oczy,   gęste   ciemne   włosy,   idealnie 

prosty   nos   i   wyraźnie   zarysowaną   szczękę.   Te   cechy   oraz   jego 
szerokie ramiona nadawały  mu wygląd człowieka bardzo pewnego 
siebie. Takiego, który nie dba o to, co myślą o nim inni ludzie.

Patrząc na niego, Amelia poczuła dziwny ucisk w dołku, czego 

nie doświadczyła nigdy przedtem. Miała wrażenie, że niebawem 
wydarzy   się   coś   niezwykłego.   Wydało   jej   się   to   absurdalne, 
ponieważ ten  mężczyzna  nie  tylko  był  pacjentem,  lecz  zapewne 
miał też żonę i gromadkę małych jasnowłosych córeczek.

–  Dziękuję – powtórzył, podając jej rękę. – Ona uciekła swojej 

opiekunce.   –   Spojrzał   na   córkę.   –   Pani   D.   bardzo   się   o   ciebie 
martwi, kotku. Szukała cię wszędzie.

Landa wtuliła buzię w jego szyję, a on przycisnął  ją do siebie 

jeszcze mocniej.

–  Myślę,   że   mała   była   okropnie   przerażona   –   powiedziała 

Amelia.   –   No   ale   na   szczęście   wszystko  dobrze   się   skończyło. 
Sądzę, że teraz będzie się bardzo pilnować.

–  Mam taką nadzieję – mruknął malarz, łaskocząc  córeczkę po 

brzuszku.

Landa uniosła głowę i cicho zachichotała. Amelia patrzyła na nią 

background image

z coraz większą zazdrością.

–  No cóż... muszę wracać do pracy.  Malarz kiwnął głową ze 

zrozumieniem.

– Przepraszam, że zabrałem pani tyle czasu. Amelia skwitowała 

jego słowa machnięciem ręki.

– Nic nie szkodzi – odparła, a potem spojrzała na Landę i dodała: 

– Musisz pilnować tatusia.

– Tak. – Dziewczynka kiwnęła głową z takim entuzjazmem, że jej 

włosy gwałtownie podskoczyły. – Do widzenia, Mil... ja.

–  Do   widzenia,   kochanie   –   powiedziała   Amelia,  delikatnie 

ściskając jej drobną rączkę.

Chciałabym   mieć   takie   dziecko   jak   Landa.   Jej  rodzice   są 

prawdziwymi   szczęściarzami,   pomyślała  z   westchnieniem, 
wchodząc do pokoju dla personelu i włączając telewizor.

– . Cudownie. Film o lekarzach – mruknęła niechętnie, ale mimo 

wszystko usiadła przed odbiornikiem.

Dwadzieścia minut później miała już powyżej uszu patrzenia na 

mocno   wymalowaną   pacjentkę  w   bardzo   wydekoltowanej 
szpitalnej   koszuli   i   pantoflach   na   wysokich   obcasach,   która 
trzepotała   rzęsami  na   widok   niezwykle   przystojnego   młodego 
lekarza, będąc przekonana, że tylko on może uratować jej życie.

– Och, do diabla! – Rozejrzała się wokół siebie, szukając czegoś, 

czym mogłaby rzucić w telewizor, ale niestety, nie znalazła niczego 
odpowiedniego.

W tym momencie otworzyły się drzwi i do pokoju  weszła jej 

przyjaciółka, Tina.

–  Czyżbyś   znów   oglądała   ten   tandetny   serial   o   lekarzach?   – 

spytała ze śmiechem, nalewając sobie kawę.

– Oczywiście. Chcę wzbogacić mój dzień o jakiś miły akcent.
–  I to właśnie jest ten miły akcent? Moja droga,  chyba masz 

bardzo nudne życie.

– Wiem o tym.
Nagle   odezwały   się   ich   pagery.   Spojrzały   na   wyświetlacze   i 

odkryły, że są wzywane w to samo miejsce.

–  Oto   coś,   co   pomoże   ci   przezwyciężyć   nudę   –  mruknęła 

background image

niechętnie Tina. – Dlaczego wzywają nas obie równocześnie?

Pracowały od wczesnego wieczoru poprzedniego dnia, ponieważ 

było dużo nagłych przypadków, a teraz dochodziła trzecia w piątek 
po południu, więc marzyły tylko o tym, by jak najszybciej znaleźć 
się w domu.

–  Wezmę   to   na   siebie   –   zaproponowała   Amelia.  –   Ty   masz 

właśnie przerwę. Dam ci znać, jeśli będziesz potrzebna. – Wstała i 
podeszła do telewizora.

– Nie wyłączaj go – poprosiła Tina, siadając w fotelu, który przed 

chwilą zwolniła Amelia. – Muszę się trochę pośmiać. W dodatku ci 
aktorzy są superprzystojni.

Amelia wzruszyła ramionami.
– Chyba tak – mruknęła, myjąc swój kubek oraz łyżeczkę.
– Och, nie udawaj. Nie wmówisz mi, że ci się nie podobają.
Amelia   uśmiechnęła   się   i   jeszcze   raz   zerknęła   na  ekran 

telewizora.

– Może.
Z niewiadomych powodów przypomniał jej się malarz, którego 

spotkała przed półgodziną. Był zabójczo przystojny i zrobił na niej 
wielkie wrażenie. Mogła wyznać to tylko Tinie, z którą przyjaźniła 
się od wielu lat.

Poznały się, kiedy Tina odbywała praktykę w Anglii na oddziale 

ratownictwa. I to właśnie ona załatwiła Amelii trzymiesięczny staż 
w   Glenelg   General  Hospital   w  Adelajdzie.   Po   jego   zakończeniu 
zamierzała wrócić do Anglii, zdać końcowe egzaminy  i uzyskać 
tytuł specjalisty w dziedzinie ratownictwa medycznego.

Cieszyła ją taka perspektywa i nie chciała, by cokolwiek jej w 

tym   przeszkodziło.   A   zwłaszcza   jakiś   niezwykle   atrakcyjny 
mężczyzna. Aktorzy grający w telewizyjnych serialach nie stanowili 
zagrożenia   dla   jej   uporządkowanego   życia.   Wszyscy   byli   jedynie 
wytworami wyobraźni scenarzystów, a zespoły garderobianych oraz 
charakteryzatorów   dbały   o   to,   żeby  wyglądali   na   zabójczo 
przystojnych. Dopóki nie poznała ojca Landy, nieraz zastanawiała 
się, czy w realnym świecie istnieją tacy faceci. Mężczyźni, którzy 
chętnie spędzaliby czas na łonie rodziny.

background image

Ten seksowny malarz z pewnością był właśnie taki. Cieszyła się, 

że spotkanie z nim zmieniło jej pogląd na ten temat.

Czy wciąż jest na naszym oddziale? Czy Tina zajęła się jego 

ręką? – spytała się w duchu, postanawiając nie podejmować tego 
tematu i jak najszybciej wyrzucić go z pamięci.

– Do zobaczenia później, Tina. Och, zapomniałabym... czy nasze 

jutrzejsze spotkanie jest nadal aktualne?

–  Oczywiście. Jeśli zaczniemy o dziesiątej, zdążymy pójść na 

zakupy, a potem zjeść lunch.

–  Nie   mogę   się   doczekać   –   odparła   z   uśmiechem  Amelia, 

opuszczając pokój i podchodząc do punktu pielęgniarek na oddziale 
ratownictwa. – Cześć, Rosie, już jestem. Co się dzieje?

–  Zaraz   przyjedzie   karetka.   Po   lekcjach   znaleziono   w   klasie 

dwoje nieprzytomnych nastolatków.

– Narkotyki?
– Nie. Alkohol. Wódka.
Amelia westchnęła i potrząsnęła głową.
– Wiek?
– Mają po szesnaście lat – odparła Rosie, zaglądając do notatek.
–  W porządku. Trzeba przygotować wszystko do  płukania  ich 

żołądków.

–  Oczywiście.   Aha,   chciałam   cię   widzieć   jeszcze  z   innego 

powodu.

– Jakiego? – spytała Amelia, wzdychając.
Obawiała się, że Rosie nie ma dla niej najlepszych  wiadomości, 

że będzie musiała zostać w szpitalu jeszcze dłużej, a ona marzyła 
tylko o jednym – by pomóc tym dzieciakom, a potem jak najprędzej 
wrócić do domu.

–  Podobno nie poznałaś jeszcze Harrisona – powiedziała Rosie 

scenicznym szeptem.

–  Chodzi ci o ordynatora naszego oddziału? Nie, nie widziałam 

go na oczy. Kiedy zaczęłam tu pracować w zeszłym tygodniu, on 
musiał akurat wyjechać.

– Tak, ale już wrócił.
–  Co?   Kiedy?   Gdzie   jest?   –   spytała   Amelia,   rozglądając   się 

background image

wokół   siebie.   Nagle   dostrzegła   seksownego   malarza   i   poczuła 
mrowienie w całym ciele.  Nadal był na oddziale i wciąż miał na 
ręce   swój  niedbały   opatrunek.   Rozmawiał   z   pielęgniarką,   która 
promiennie się do niego uśmiechała.

– To on – wyszeptała Rosie. – Ten z zabandażowaną ręką.
– Naprawdę? – wyjąkała Amelia, unosząc brwi ze zdumienia.
A więc ten seksowny malarz jest w rzeczywistości lekarzem, a w 

dodatku moim szefem, pomyślała z niedowierzaniem.

– Tak.
W tym momencie mężczyzna odwrócił się i spojrzał w jej stronę. 

Amelia   poczuła,   że   zaczyna   wewnętrznie   płonąć.   Nie   mogła 
oderwać od niego wzroku, a on na jej widok skończył rozmawiać z 
pielęgniarką i podszedł do niej zdecydowanym krokiem.

– Doktor Watson, jak sądzę – powiedział z lekkim uśmiechem. – 

A więc znów się spotykamy.

– Hm, jak widać...
–  Nazywam się Harrison Stapleton i jestem ordynatorem tego 

oddziału.

–  Milo mi – wymamrotała. – Uhm, a gdzie jest  pańska córka? 

Mam nadzieję, że ktoś się nią zajmuje.

– Tak. Opiekunka zabrała ją do domu, twierdząc, że obie muszą 

się   położyć   i   odpocząć.   –   Potrząsnął   głową.   –   Biedna   pani   D. 
Wzięła   Yolandę   do   naszej   stołówki   na   posiłek.   Kiedy   stała   w 
kolejce do kasy, nagle stwierdziła, że Yolanda zniknęła.

– Czy ona często się gubi?
– Niestety, tak. A jak pani sądzi, skąd mam te – siwe włosy? – 

spytał, wskazując swoje skronie, a ona lekko się uśmiechnęła.

Podobały jej się jego przyprószone siwizną włosy, które nadawały 

mu dystyngowany wygląd.

– Pewnie przysparza panu wielu kłopotów.
– To prawda, ale próbujemy opanować sytuację. Problem polega 

na tym, że ona gubi się nieświadomie.

Ta   informacja   wzbudziła   zainteresowanie   Amelii.   Z   tonu   jego 

głosu wywnioskowała, że z Yolandą coś jest nie w porządku. Na 
twarzy dziewczynki nie było widać objawów jakiejś choroby, ale to 

background image

nie znaczyło, że w jej umyśle nie dzieje się coś złego.

– Tak czy owak, cieszę się, że jest bezpieczna  – powiedziała, 

uświadamiając sobie, że nie powinna wtrącać się w jego prywatne 
sprawy.

–  Ja   również.   Miałem   wrażenie,   że   w   ciągu   pięciu  minut 

postarzałem się o jakieś pięćdziesiąt lat.

– I tak pan wyglądał.
Harrison wybuchnął głośnym śmiechem.
–  Dziękuję   za   komplement,   doktor   Watson.   Ale  zmieniając 

temat,   przepraszam,   że   nie   było   mnie   tu   w   ubiegłym   tygodniu, 
kiedy pani zaczynała pracę.

– Nic nie szkodzi. Jakoś dałam sobie radę. Poza tym powiedziano 

mi, że wyjechał pan na sympozjum naukowe.

– Tak, ale prawdę mówiąc, wolałbym być tutaj.
–  Czyżby   nie   spędził   pan   tam   miło   czasu?   Słyszałam,   że   to 

sympozjum odbywało się na Gold Coast, gdzie jest przecież bardzo 
ładnie.

– To prawda. Ale ja po prostu nie potrafię siedzieć bezczynnie i 

słuchać prelegentów, mając świadomość, że w tym czasie mógłbym 
doskonale bawić się poza salą konferencyjną.

–  Ale wtedy nazywałoby się to wakacjami, a nie  sympozjum 

naukowym.

Harrison ponownie wybuchnął śmiechem.
– Słuszna uwaga.
– A jak pańska ręka? Czy zranił się pan, będąc na wyjeździe?
–  Nie. Skaleczyłem się dziś rano, kiedy otwierałem  puszkę   z 

farbą. To nic poważnego.

– Naprawdę? Czy nie trzeba jej na nowo zabandażować?
Harrison zmarszczył brwi i spojrzał na opatrunek.
–  Uważam,   że   wygląda   całkiem   dobrze.   Fachowa   robota. 

Wykonała ją urocza młodziutka pielęgniarka.

– Bez wątpienia – mruknęła Amelia z rozdrażnieniem.
Harrison uważnie się jej przyjrzał. Nie miała klasycznej urody, 

ale w jej niebieskich oczach dostrzegł  lśniące ogniki, które bardzo 
go   zaintrygowały.   Jej  kasztanowe   włosy   były   na   tyle   krótko 

background image

ostrzyżone, że  z pewnością nie wymagały rano wielu zabiegów. 
Miała na sobie schludny strój służbowy. Mierzyła co najmniej metr 
sześćdziesiąt pięć i była zbudowana  bardzo proporcjonalnie. W jej 
uszach   błyszczały   niewielkie   złote   kolczyki,   a   z   szyi   zwisał 
stetoskop.

– Myślę, że powinniśmy się przygotować – oznajmił w końcu.
– Do czego? – Amelia uniosła pytająco brwi, nie bardzo wiedząc, 

o co mu chodzi.

– Lada moment ambulans przywiezie dwoje nastolatków, którzy 

nadużyli alkoholu. Czy to coś pani mówi?

– Owszem, doktorze Stapleton. Dziękuję, że mi pan przypomniał. 

Pójdę się przygotować. A pan zapewne musi zająć się córką albo 
nadrobić zaległości w papierkowej robocie.

–  Papierkowa   robota   może   zaczekać   do   poniedziałku.   Idę   z 

panią.

–  A   jak   zamierza   pan   nam   pomóc?   –   spytała,   spoglądając 

wymownie na jego zabandażowaną rękę.

–  No cóż, przy takim nastawieniu chyba w ogóle nie zaofiaruję 

mojej pomocy – odrzekł z żartobliwą  nutką w głosie. – Natomiast 
mogę po prostu poobserwować panią w akcji i przekonać się, czy 
istotnie jest pani tak dobrą lekarką, jak twierdzi Tina.

– Cóż za wspaniały pomysł! – odparła oschłym tonem, a potem 

odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę gabinetu zabiegowego.

Po chwili zdała sobie sprawę, że doktor Stapleton  idzie za nią. 

Dlaczego nie zostawi mnie w spokoju? – zastanawiała się w duchu. 
Nie mam ochoty na żadne  testy. Tym bardziej, że od wielu godzin 
tkwię w szpitalu. Westchnęła, próbując się zmobilizować.

– Długi dyżur, co?
– Owszem, i zanosi się na to, że potrwa jeszcze dłużej.
–  Niektórzy powiedzieliby, że robienie uszczypliwych uwag nie 

jest najlepszym sposobem wywierania dobrego wrażenia na swoim 
nowym szefie.

–  A inni powiedzieliby, że szef sprawdzający swojego nowego 

pracownika, który jest na dyżurze  od wielu godzin, nie zaskarbi 
sobie jego sympatii.

background image

–  Zwłaszcza że ten podwładny zaopiekował się jego  córką, a 

potem przekazał mu ją całą i zdrową – odparowała, zmuszając się 
do uśmiechu.

– Pani uśmiech jest słodki, ale słowa niezwykle... hm, wymowne 

– powiedział z błyskiem w oczach, który ją zauroczył.

Zaczęła się zastanawiać, czy inne kobiety reagują  na niego tak 

samo jak ona. Wiedziała o nim tylko tyle, że jest wdowcem, a jego 
żona zmarła kilka lat temu. Poza tym Tina powiedziała jej jeszcze, 
że jest uczciwym i sprawiedliwym przełożonym.

– Chodźmy się przygotować, doktor Watson.
– Ja nie jestem uszczypliwa, tylko mam ostry język. A to nie to 

samo.

– Między tymi pojęciami istnieje cienka granica, Amelio Jane.
– Po prostu Amelia.
– Dlaczego? Moim zdaniem to podwójne imię bardzo do ciebie 

pasuje, Amelio Jane.

– Ale jest trochę za długie.
– No dobrze... W miłej swobodnej atmosferze będę zwracać się 

do ciebie Amelio Jane. Natomiast w czasie wytężonej pracy chyba 
po prostu będę wrzeszczał: Watson!, a wtedy natychmiast do mnie 
przybiegniesz.

Tym razem Amelia nie mogła się powstrzymać i wybuchnęła 

głośnym śmiechem.

Harrison   był   zadowolony,   że   oparł   się   o   ścianę,  ponieważ 

czarujący uśmiech Amelii omal nie zwalił go z nóg. Zastanawiał się, 
jak to się stało, że dopiero teraz zauważył jej oryginalną urodę. Kiedy 
uśmiechała się do niego, przeszywał go dreszcz rozkoszy. Wydawało 
mu się to bardzo dziwne, ponieważ w jego życiu nie było miejsca na 
nic poza pracą i ukochaną córeczką. A jednak Amelia Jane Watson, 
młoda Angielka mówiąca z urzekającym akcentem, z każdą mijającą 
sekundą intrygowała go coraz bardziej.

– Dziwię się, że dyskutujemy o moim imieniu  – powiedziała 

Amelia,   podchodząc   do   umywalki   i   po  raz   drugi   szorując   ręce. 
Wycie syreny karetki coraz bardziej się nasilało. – Przecież to tylko 

background image

imię. Mam rację, Harry?

– Mów do mnie Harrison, jeśli drogie jest ci życie i praca, doktor 

Watson.

– Nie lubisz tego zdrobnienia, co?
– Nieszczególnie.
– Ono do ciebie nie pasuje, a Harrison tak.
–  Dziękuję. Z kolei ja sądzę, że Amelia Jane lepiej  pasuje do 

ciebie niż Amelia. Jest bardziej... hm, angielskie – stwierdził, a ona 
poczuła, że coraz bardziej ulega jego urokowi.

– Jak na ordynatora wydajesz się niezwykle niefrasobliwy.
– I taki właśnie jestem – odrzekł.
Spojrzał jej w oczy i ku swojemu zaskoczeniu  poczuł, że jej 

pożąda. Nigdy dotąd żadna kobieta nie wydała mu się tak bardzo 
pociągająca jak ona. Amelia Jane miała w sobie coś... może był to 
kojący ton jej głosu lub subtelny zapach perfum, albo po prostu to, 
że nie sprawiała wrażenia osoby, która czułaby  przesadny respekt 
wobec swojego nowego szefa. Na pewno była kobietą interesującą i 
oryginalną.

Usłyszeli bardzo głośne wycie syreny, które po chwili ucichło. 

To   oznaczało,   że   karetka   zajechała  pod   szpital.   Kiedy   Amelia 
wkładała fartuch ochronny,  drzwi  otworzyły się i  do sali  weszli 
ratownicy,  pchając przed sobą wózki z pacjentami. Odwróciwszy 
głowę, zobaczyła, że Harrison stoi przy umywalce i szoruje dłonie. 
Nigdzie nie dostrzegła jego przybrudzonego bandaża.

– Co ty wyprawiasz? Uszkodzisz sobie... – Urwała, stwierdzając z 

zaskoczeniem, że na jego ręce nie  ma nawet śladu zadraśnięcia. – 
Cudowne uzdrowienie? No tak, wcale się nie zraniłeś, prawda?

– Drogi Watsonie, pojmujesz wszystko w mig.
–  Dziękuję,   Sherlocku.   Więc   dlaczego   miałeś   tę  rękę 

zabandażowaną?

– Bo się w nią skaleczyłem. To nie było nic poważnego, ale moja 

córka uparła się, że zagra rolę lekarza i ją zabandażowała.

Urocza   młodziutka   pielęgniarka,   powtórzyła   w   duchu   Amelia, 

teraz rozumiejąc, co miał na myśli.

–  Yolanda jest niezwykle uparta jak na trzy lata  – ciągnął z 

background image

uśmiechem.

– Robi wrażenie osóbki, która ma bardzo silną wolę. Nie pozostaje 

mi nic innego, jak życzyć ci szczęścia.

Harrison jęknął i wzniósł oczy do nieba.
–  Zdaje się, że będzie mi ono potrzebne. – Wytarł ręce, włożył 

kitel i spojrzał pytająco na Amelię, czekając na jej polecenia.

– Co mamy? – spytała ratowników.
– Dwoje szesnastolatków. Meg i Tad. Sprzątaczka znalazła ich po 

lekcjach w klasie. Byli pijani do nieprzytomności. Obok nich leżały 
dwie półlitrowe butelki po wódce.

–  Niezłe przyjęcie – mruknęła Amelia, wciągając  rękawiczki. – 

Harrison, ty zajmij się chłopcem – poleciła. – Meg? Meg? Czy 
mnie   słyszysz?   Jestem  doktor   Watson.   Meg?   –   Poklepała 
dziewczynę   lekko  po   policzku,   a   ona   wybełkotała   coś 
niezrozumiale.

–  Źrenice   są   rozszerzone   –   poinformowała   pielęgniarka.   – 

Ciśnienie krwi spada.

– Dlaczego to zrobili? – spytał Harrison, a widząc, że Tad nagle 

pozieleniał, krzyknął: – Wiadro!

– W ostatniej chwili zdążył się cofnąć, zanim Tad sam sobie 

zrobił płukanie żołądka.

– Drogi oddechowe Meg są drożne – stwierdziła Amelia. – Teraz 

płukanie. Przewróćmy ją na lewy bok. – Wprowadziła przez jej usta 
sondę żołądkową.

–  Zaczynamy ssanie. – Spojrzała na Harrisona i spytała: – Jak 

Tad?

– Wykonuje dobrą robotę, wymiotując to, co połknął.
– Dobrze. Podaj mu węgiel aktywowany i odpowiednią do wagi 

dawkę sorbitolu. To powinno przyspieszyć opróżnianie jelit. Czy ich 
rodzice są już tutaj?

– Chyba tak – odrzekła pielęgniarka.
–  W porządku. Porozmawiam z nimi, kiedy tylko skończymy. – 

Spojrzała   na   Meg   i   westchnęła,   zastanawiając   się,   dlaczego   ta 
nastolatka uważa picie alkoholu za dobrą zabawę.

Kiedy   stan   młodych   pacjentów   już   się   ustabilizował,   Amelia 

background image

poszła porozmawiać z ich rodzicami,  którzy z jednej strony byli 
zakłopotani i zaniepokojeni postępkiem swoich dzieci, a z drugiej 
okropnie na nie wściekli.

– Tad i Meg muszą zostać w szpitalu przynajmniej na tę noc, 

ponieważ trzeba ich monitorować. Chcemy też, żeby spotkali się z 
naszym psychologiem i porozmawiali z nim o tym, co zrobili.

– Moja córka jest porządną dziewczyną! – wybuchnął ojciec Meg, 

a   potem   zaczął   wymachiwać   palcem   przed   nosem   ojca   Tada   i 
krzyczeć: – To wszystko jego wina. To jego syn zdeprawował moje 
słodkie maleństwo.

Między rodzicami młodych pacjentów doszło do ostrej wymiany 

zdań, ale Amelii w końcu udało się  ich uspokoić. Przez cały czas 
miała świadomość, że Harrison uważnie ją obserwuje.

Kiedy nastolatków przewieziono na oddział, usiadła przy biurku, 

by wypisać kartę choroby Meg. Harrison zajął miejsce obok niej i 
również zabrał się do sporządzania notatek.

– Jak wypadłam, doktorze Stapleton? Czy zdałam egzamin?
Harrison kiwnął głową z namysłem.
– Muszę przyznać, że byłaś dość dobra, doktor Watson.
–  Dość   dobra?   –   powtórzyła.   –   Gdybym   znała   cię  lepiej, 

wiedziałabym, czy w twoich ustach jest to pochwala, czy nie.

Harrison nadal robił notatki i nawet na nią nie spojrzał.
– Pochwała – mruknął.
–  Och,   cóż   za   wspaniałomyślność.   –   Choć   w   jej   głosie 

zabrzmiała nutka sarkazmu, była zadowolona z jego oceny. – Jeśli 
skończyłeś już wypełniać kartę  choroby Tada, to zaniosę obie na 
oddział.

– Próbujesz się mnie pozbyć, Amelio Jane?
– Wzruszyła ramionami. Po raz kolejny poczuła bijące od niego 

ciepło i była rozdrażniona tym, że jego bliskość tak na nią działa.

–  Po   prostu   pomyślałam,   że   chciałbyś   spędzić   resztę   dnia   z 

córką.

– A jeśli jeszcze nie skończyłem cię egzaminować?
–  No cóż, chyba będziesz musiał przełożyć to na  inny dzień, 

ponieważ   wybieram   się   do   domu   –   oznajmiła,   biorąc   obie   karty 

background image

choroby. – Do zobaczenia w poniedziałek, doktorze Stapleton.

– Jeśli nie wcześniej, doktor Watson.
Idąc korytarzem, Amelia starała się zachować poważny wyraz 

twarzy.   Musiała   przyznać,   że   Harrison  jest   miły,   przystojny   i 
zabawny. W obecnej chwili nie była w stanie znaleźć w nim niczego, 
co   mogłoby   ją   do   niego   zniechęcić.   Chciała,   by   ich   stosunki 
ograniczały się do pracy, by nie łączyło ich nic więcej. Ale,  choć 
dopiero się poznali, Harrison Stapleton wywarł  na niej niezatarte 
wrażenie.

Weszła   do   szatni,   wzięła   szybki   prysznic,   przebrała   się   w 

prywatne ubranie i wyszczotkowała włosy. Teraz mogła już wrócić 
do   swojego   apartamentu   nad   morzem   iw   spokoju   odpocząć   po 
ciężkim dyżurze. Na szczęście budynek, w którym mieszkała, był 
położony   niedaleko   szpitala,   więc   nie   potrzebowała   samochodu. 
Jeśli   pracowała   do   późna,   zamawiała  taksówkę.   W   dodatku 
wystarczyło   przejść   przez   ulicę,   by   znaleźć   się   na   plaży.   A   od 
centrum handlowego dzieliła ją tylko jedna przecznica.

Wzięła   torebkę,   poinformowała   Tinę,   że   opuszcza   szpital,   i 

ruszyła w kierunku drzwi frontowych. Kiedy wyszła ze szpitala, ze 
zdumieniem   zauważyła  Harrisona,   który   stał   oparty   o   ścianę 
budynku. Gdy ją zobaczył, natychmiast wyprostował się i do niej 
podszedł.

–  Och,   Amelia   Jane.   Tutaj   jesteś.   A   już   myślałem,  że   cię 

przegapiłem.

– Czy coś się stało?
– Nie. Ja... hm, po prostu chciałem raz jeszcze podziękować ci za 

opiekę   nad   moją   córeczką.   Yolanda   jest   dla   mnie   wszystkim   i 
szalałem z niepokoju,  kiedy pani D. powiedziała mi, że zniknęła. 
Więc... hm, dziękuję.

–  Nie   ma   za   co.   Najważniejsze,   że   wszystko   dobrze   się 

skończyło. – Wyjęła z torebki okulary słoneczne, nadal próbując 
przyzwyczaić   się   do   tego,   że  w   Australii   marzec   to   końcowy 
miesiąc lata, a nie zimy. – Czy coś jeszcze?

– Masz samochód? – spytał.
– Nie. Mieszkam niedaleko stąd.

background image

– Ja również. Na jakiej ulicy?
– Esplanade.
–  Naprawdę? Pod którym numerem?  Amelia zastanawiała się 

przez chwilę.

–  Uhm... trzysta siedemdziesiątym piątym.  Harrison potrząsnął 

głową z niedowierzaniem.

–  To   o   dwa   budynki   dalej   niż   ja.   Odprowadzę   cię.  Amelia 

spojrzała na niego zaskoczona.

– Nie trzeba. Dam sobie radę.
–  Idziemy   w   tym   samym   kierunku,   Amelio   Jane.  Jak   by   to 

wyglądało, gdybyśmy szli, udając, że się nie znamy...

background image

Rozdział 2

– Chyba masz rację – przyznała Amelia.
– Zatem idziemy?
– Oczywiście – powiedziała, wkładając okulary.
Przez chwilę szli w milczeniu, a ona nerwowo szukała jakiegoś 

odpowiedniego   tematu   rozmowy,   ale  wpadła   tylko   na   jeden 
pomysł.

– Tutejsza pogoda jest o wiele ładniejsza niż w Anglii.
Harrison kiwnął potakująco głową.
– Tina mówiła, że pochodzisz z Krainy Jezior.
– Zgadza się. Mieszkałam z rodzicami w Barrow.
– To piękna okolica.
– Byłeś tam?
–  Tak, w podróży poślubnej. Zwiedziliśmy z Ingą  wszystko, co 

było   do   obejrzenia   –   odrzekł.   –   Jestem  wdowcem   –   dodał 
pospiesznie na wypadek, gdyby o tym nie wiedziała.

–  Słyszałam – mruknęła, nie mogąc zrozumieć, dlaczego poczuła 

się nieswojo, kiedy wspomniał o swojej zmarłej żonie. – Czy wam 
się tam podobało?

– Mnie tak, ale Inga nie była zachwycona. Zdecydowanie bardziej 

przypadł jej do gustu Londyn.

– Och, a ja za nim nie przepadam.
– Czy uważasz, że panuje tam zbyt wielki ruch i zgiełk?
– Owszem.
– Ja też tak sądzę.
Jadący ścieżką młodzi rowerzyści przemknęli tak blisko nich, że 

Harrison musiał  uskoczyć w bok i niechcący   wpadł   na   Amelię. 
Chwycił   ją   za   ramiona  i   mocno   przytrzymał,   chroniąc   przed 
upadkiem.

–  Przepraszam – mruknął, odzyskując równowagę i gwałtownie 

się od niej odsuwając. – Czy nic ci nie jest?

–  Nie – wyszeptała, potrząsając głową. Nie mogła  powstrzymać 

reakcji swego ciała na jego dotyk. Miała wrażenie, że nie słucha ono 

background image

wydawanych przez mózg poleceń.

– Całe szczęście. Dzieciaki nigdy nie patrzą, gdzie jadą. Tylko 

jeden budynek dzieli nas od twojego domu. Czy sądzisz, że uda nam 
się dotrzeć tam bezpiecznie?

–  To może być ryzykowne, ale chyba powinniśmy  spróbować – 

odparła, a on się zaśmiał.

– Doskonale! – zawołał, a potem ruszyli w dalszą drogę.
Mijając sklepy, Amelia spoglądała na wystawy. Zatrzymała się, 

widząc wyroby czekoladowe w kształcie wielkanocnych zajączków i 
pisanek. Harrison podążył za jej wzrokiem i głośno westchnął.

– Czyżbyś nie przepadał za Wielkanocą?
–  Lubię ją, ale nie jestem zachwycony, kiedy mała wierci mi 

dziurę w brzuchu, domagając się czekoladek – wyjaśnił.

– Chodzi o Yolandę? Kiwnął potakująco głową.
–  To zdumiewające. Kobiety zdają się genetycznie  –  uwielbiać 

czekoladę, a moja córka potwierdza tę regułę. Doszło nawet do tego, 
że   zmusza   mnie   do  oglądania   najnowszych   katalogów 
wielkanocnych i pokazuje, co mam jej kupić.

– Jest dziewczynką, która doskonale wie, czego chce.
–  W   końcu   to   moja   córka   –   powiedział   z   uśmiechem   ojca 

uwielbiającego swoje dziecko. – A ty?

–  Co   ja?   Chodzi   ci   o   to,   czy   przeglądałam   z   moim  ojcem 

wielkanocne katalogi?

– Zgadłaś. – Był zadowolony, że mają podobne poczucie humoru. 

– Ale szczerze mówiąc, miałem na myśli to, czy byłaś dziewczynką, 
która wie, czego chce?

Amelia zastanawiała się przez dłuższą chwilę.
–  Hm... chyba raczej tak. Oczywiście, nie zawsze  stawiałam na 

swoim, ale w przypadku wielkanocnych słodkości nigdy nie miałam 
większych problemów.

. – Naprawdę?
– Owszem. Po prostu nie jestem zbyt wielką amatorką czekolady.
–  Mówisz poważnie? – Ze zdumieniem uniósł wysoko brwi. – 

Naprawdę nie lubisz czekolady?

Amelia wzruszyła ramionami.

background image

– Nad słodycze przedkładam pikantne jedzenie.
– Ciekawe – mruknął z zadumą.
– Co? Czyżbyś nigdy nie spotkał kobiety, która nie przepada za 

czekoladą? Ciętych kwiatów też nie lubię.

– Teraz zaczęłaś mnie przerażać. I to właśnie  w chwili, kiedy 

wydało mi się, że nareszcie rozgryzłem tajemnicę płci pięknej.

– Amelia nie mogła stłumić śmiechu. Harrison okazał się bardzo 

miłym, dowcipnym i pełnym uroku mężczyzną. Wiedziała, że musi 
być silna, aby zapanować nad odruchami.

Kiedy stanęli przed jego domem, Amelia z podziwem spojrzała 

na ładny piętrowy budynek, którego frontowe okna wychodziły na 
ocean.

– Ładnie tu – wyszeptała.
Harrison nonszalancko wzruszył ramionami.
–  Nie   widzę   w   tym   nic   szczególnego...   no,   poza  tym,   że   tu 

mieszkam.

Amelia wybuchnęła śmiechem.
– A ty lubisz to miejsce? – spytał, wskazując pobliski budynek, 

w którym znajdował się jej apartament.

– Owszem, lubię. Mieszkanie jest wygodne, w pełni umeblowane i 

niezbyt drogie. No a przede wszystkim blisko morza. – Westchnęła i 
spojrzała na lśniący złoty piasek i ciemnoniebieski ocean. – Moim 
zdaniem w Australii są najpiękniejsze plaże.

– Nie zaprzeczę. Myślę, że tutejszy piasek jest nieco bardziej... 

hm, złoty niż w Brighton.

Amelia kiwnęła głową.
– Masz rację. I bardzo przyjemnie się po nim spaceruje...
W   tym   momencie   powietrze   przeszył  przenikliwy  pisk.   Oboje 

gwałtownie   się   odwrócili   i   ujrzeli   Yolandę,   która   z   szeroko 
otwartymi ramionami biegła w ich kierunku.

Harrison natychmiast pochylił się, chwycił ją i podniósł, a ona 

objęła go mocno za szyję.

– Tatuś! Tatuś! – krzyczała radośnie.
Trzymając ją w ramionach, spojrzał w stronę drzwi frontowych, 

w których stała jakaś kobieta.

background image

– Witam, pani D. – zawołał i pomachał do niej.
–  Wróciłeś   wcześniej   niż   się   spodziewałyśmy   –   odparła   pani 

Deveraux z silnym angielskim akcentem. – Niedawno skończyłyśmy 
odpoczywać i upiekłyśmy ciasteczka.

– One są bardzo mniam mniam, tatusiu – zapewniła go Yolanda.
– Lepiej już pójdę – powiedziała Amelia, nie  chcąc zakłócać 

czułej sceny powitania. – Do zobaczenia w pracy.

– Uh... – Harrison przesunął córkę na swoje biodro, nadal mocno 

ją   obejmując,   a   ona   zaczęła   całować   go   w   policzek.   –   Może 
wstąpisz?

– Nie chciałabym sprawiać kłopotu.
– Och, nie ma o czym mówić – oznajmiła pani D. , gestem ręki 

zapraszając ją do środka. – Przynajmniej tyle możemy  zrobić w 
rewanżu   za   to,   że   nam   pani  pomogła   odnaleźć   Yolandę.   Zaraz 
włączę czajnik, a potem wszyscy usiądziemy, wypijemy herbatę i 
zjemy ciasteczka.

– To nie potrwa dłużej niż pół godziny – zapewnił ją Harrison.
Amelia wahała się, nie bardzo wiedząc, czy powinna przyjąć 

zaproszenie,   choć   propozycja   podwieczorku   w   towarzystwie 
Harrisona, jego córki i pani D. była bardzo kusząca.

–  No chodź, nie daj się prosić. Pani D. ma rację. Uznaj to za 

formę   podziękowania.   W   końcu   to   ty  odnalazłaś   Yolandę   – 
powiedział Harrison, ruchem głowy wskazując swój dom.

Kiedy weszli do środka, Amelia z podziwem patrzyła na wystrój 

wnętrza. Zmierzając do położonej  na tyłach domu kuchni minęli 
pusty pokój, w którym dostrzegła rozłożone na podłodze brezentowe 
płachty, rozstawioną drabinę i puszki z farbą.

– Zabrałeś się za remont?
Harrison   uśmiechnął   się   i   spojrzał   znacząco   na  swoje 

poplamione farbą spodnie.

– To mnie odpręża.
–  Harrison   odnowił   prawie   cały   dom   –   oznajmiła  pani   D.   – 

Proszę usiąść, moja droga – dodała, wskazując Amelii kuchenny 
taboret. – Nazywam się Deveraux, ale on mówi do mnie pani D.

–  Wybaczcie mi brak dobrych manier – powiedział Harrison, 

background image

sadzając Yolandę w dziecięcym foteliku. – Pani D. , to jest Amelia 
Jane, która robi specjalizację na naszym oddziale, a pochodzi z pani 
rodzinnego kraju...

–  Bardzo mi miło – odparła pani D. , a potem spytała: – Jaką 

herbatę pani pije, moja droga?

– Bez mleka i bez cukru, dziękuję.
– Pani D. była serdeczną przyjaciółką mojej matki i zajmuje pokój 

z tyłu domu. Uparcie twierdzi, że jest jej tam wygodnie i nie pozwala 
mi ani go przemeblować, ani pomalować ścian.

– Święta prawda – mruknęła pani D. , wyjmując z kredensu 

porcelanowe filiżanki.

– Pamiętasz Yolandę, prawda? – ciągnął Harrison, całując córkę 

w czoło.

– Jakże mogłabym zapomnieć?
– A ty, czy pamiętasz Amelię Jane ze szpitala? – spytał.
– Mil... ja – wyszeptała dziewczynka.
– Miło cię znów widzieć – powiedziała Amelia  z uśmiechem, 

odsuwając od siebie myśli o tym, że sama nigdy nie będzie miała 
tak pięknego dziecka. Wciąż starała się pogodzić z bolesną prawdą, 
ale ilekroć widziała szczęśliwą rodzinę, z trudem powstrzymywała 
łzy rozpaczy.

Herbata i ciasteczka były wyśmienite. Kiedy Amelia pochwaliła 

podwieczorek, Yolanda natychmiast zrobiła zadowoloną minę.

– Ja je upiekłam. Mieszałam mąkę i ciu...
– Cukier – podpowiedziała jej pani D.
–   Ciukier   –   powtórzyła   Yolanda,   zsuwając   się   z   fotelika.   – 

Chodź zobaczyć moje laleczki – dodała, a potem wzięła ją za rękę 
i zaciągnęła do swojej sypialni, której ściany pomalowane były na 
kolor biało-różowy z kwiecistym szlaczkiem pod sufitem.

Naprzeciwko   szafy   i   różowo-bialego   regału   stało  również 

różowo-białe łóżko, a na nim leżała dziecięca apteczka. Natomiast na 
podłodze rozrzucone były liczne zabawki.

–  Mój tatuś to zrobił – ciągnęła dziewczynka z dumą w głosie, 

wypuszczając   z   rączki   dłoń   Amelii  i   podbiegając   do   pięknego 
domku dla lalek.

background image

Amelia   spojrzała   na   Harrisona,   który   stał   oparty  o   framugę 

drzwi, ale on tylko wzruszył ramionami.

–  Mój tatuś zrobił te półki – zawołała Yolanda, podbiegając do 

regału. – I to łóżko. – Podbiegła do łóżka. – I ten domek dla lalek! – 
Położyła się na podłodze obok domku i otworzyła małe drzwi.

–  Twój   tatuś   to   prawdziwy   stolarz.   –   Amelia   zerknęła   na 

Harrisona, a on lekko się uśmiechnął. Usiadła na podłodze i zajrzała 
do wnętrza domku.

– Jest różowo-biały – oznajmiła Yolanda z dumą.
–  Chyba lubisz te kolory, prawda? – spytała Amelia, doskonale 

znając odpowiedź, a dziewczynka energicznie kiwnęła głową.

–  Jakim   cudem   na   to   wpadłaś?   –   zażartował   Harrison, 

podchodząc do nich i siadając na podłodze  obok córki. – Jestem 
pewny, że kiedy zmieni zdanie, będę musiał wszystko pomalować 
na nowo.

–  Może do tego nie dojdzie. Moim ulubionym kolorem jest i 

zawsze   była   czerwień.   Nigdy   nie   zmieniłam   upodobań   i   nie 
zamierzam tego robić.

–  Jej ulubiony kolor to czerwień, nie przepada za czekoladkami 

ani ciętymi kwiatami, przedkłada ostre potrawy nad słodycze i pije 
herbatę bez mleka i bez cukru – wyliczył Harrison, zdając sobie 
sprawę,   że  Amelia   jest   też   jedyną   jego   podwładną,   do   której 
Yolanda poczuła wyraźną sympatię.

–  Robisz listę? – spytała Amelia, zastanawiając się, czy są to z 

jego strony zarzuty, czy pochlebstwa.

– Muszę wiedzieć, kto jest grzeczny, a kto nieposłuszny.
Amelia wybuchnęła śmiechem.
– Przecież zbliża się Wielkanoc, a nie Boże Narodzenie.
– Lubię być przygotowany.
– Wielkanoc! Wielkanoc! – zawołała piskliwie Yolanda.
– Nie tak głośno, koteczku. Proszę – uciszył ją ojciec.
– Wielkanoc. Wielkanoc. Czekoladki. Czekoladki.
–  Dziewczynka   wstała   i   zaczęła   podskakiwać,   klaszcząc   w 

dłonie.

–  Teraz chyba rozumiesz, o co mi chodziło? Moja  córeczka ma 

background image

prawdziwą obsesję na punkcie świąt wielkanocnych.

Amelia zauważyła, że Yolanda nadal nosi pieluszkę i nie mówi 

tak płynnie jak inne dzieci w jej wieku.

– Może pobawisz się lalkami, kotku – zaproponował.
Yolanda natychmiast położyła się na podłodze,  chwyciła dwie 

lalki i jedną podała ojcu, a drugą Amelii.

– Ta jest dla ciebie, tatusiu, to chłopiec. A ta dla ciebie, Mil. , ja, 

to dziewczynka.

– Och, dziękuję – powiedziała Amelia, biorąc od niej długowłosą 

blondynkę.

– Nie licz na to, że tak łatwo uda ci się stąd  wyrwać, Amelio 

Jane. – Odchrząknął i wyciągnął rękę z lalką w stronę Yolandy. – 
Cześć, moja mała.  Czy jesteś już gotowa na przyjęcie? Ojej, jaką 
masz piękną sukienkę.

– Czy na tym przyjęciu będą czekoladki? – spytała lalka głosem 

Yolandy.

–  Oczywiście. Mnóstwo czekoladek – odparł Harrison, a lalka 

Yolandy zaczęła wesoło podskakiwać.

Widząc miły, ciepły stosunek ojca do córki, Amelia poczuła, że 

do oczu napływają jej łzy. Przygryzła wargę i wzięła kilka głębokich 
oddechów, próbując  zapanować nad sobą. To niesprawiedliwe, że 
nigdy tego nie zaznam, pomyślała ze smutkiem.

– Co się dzieje? – spytał z niepokojem Harrison, uważnie się jej 

przyglądając.

–  Nic takiego – odparła, potrząsając głową i zmuszając się do 

uśmiechu. Potem oddała lalkę Yolandzie i powiedziała: – To bardzo 
ładna lalka. Cieszę się, że o nią dbasz.

– Bardzo ładna lalka – powtórzyła dziewczynka.
– Muszę iść – oznajmiła Amelia, wstając z podłogi.
– Już teraz?
– Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia, a poza tym jestem po 

bardzo długim dyżurze. – Spojrzała na  Yolandę. – Do widzenia, 
kochanie.

– Pa!
– Tatuś zaraz wróci, koteczku.

background image

– Dobrze.
Poszli do kuchni. Amelia wzięła swoją torebkę i podziękowała 

pani D. za poczęstunek.

–  Bardzo smakowały mi ciasteczka, a herbata była wyśmienita. 

Jeszcze raz dziękuję.

– Naprawdę nie ma za co, moja droga. Proszę niebawem znów 

do nas wpaść.

Ruszyli korytarzem w stronę wyjścia.
–  Dziękuję.   To   miło   z   twojej   strony,   że   mnie   zaprosiłeś   – 

powiedziała Amelia.

– Odprowadzę cię pod dom.
–  Naprawdę nie trzeba – zaczęła, ale on zatrzasnął  już za sobą 

drzwi i poprowadził ją ścieżką.

– To żaden kłopot. Czy na pewno nic ci nie jest? – spytał, kiedy 

mijali budynek dzielący ich domy.

Amelia   potarła   dłonią   skroń   i   cicho   westchnęła.  Nie   chciała 

rozmawiać na ten temat. Nie teraz i nie z Harrisonem.

–  Nic. Ja... Ona jest taka cudowna... Poza tym,  muszę jeszcze 

coś załatwić.

– Niestety, nie wierzę ci.
– Że muszę coś załatwić? A dlaczego miałabym kłamać?
– Jest coś, o czym mi nie mówisz.
– Jest wiele rzeczy, o których ci nie mówię. Harrison, poznaliśmy 

się   zaledwie   kilka   godzin   temu.   Nieczęsto   otwieram   się   przed 
ludźmi. Taka już jestem.

– Więc jednak coś cię martwi.
–  Wiele   rzeczy   mnie   martwi.   Ale   jestem   pewna,   że   to   samo 

można powiedzieć o tobie, pani D. czy kimkolwiek innym. Nie 
znaczy to jednak, że chcę rozmawiać o wszystkich dręczących mnie 
sprawach.

–  Zgoda – przytaknął, postanawiając dłużej nie nalegać. – No i 

już   jesteśmy   na   miejscu.   Odpocznij  po   ciężkim   dniu,   doktor 
Watson. Do zobaczenia w pracy.

Następny tydzień mijał Amelii bardzo szybko. Rzadko widywała 

background image

Harrisona,  ponieważ  pracowali  na  różnych   zmianach.   Dopiero   w 
czwartek, kiedy miała dzienny dyżur, spotkali się w stołówce.

– Czy to miejsce jest wolne? – spytał, a ona uniosła wzrok znad 

książki, którą właśnie czytała, i uśmiechnęła się do niego.

– Cześć. Uhm... tak. Siadaj, proszę – powiedziała, ciesząc się w 

duszy z tego niespodziewanego spotkania.

– Czy to ciekawa książka?
–  Owszem, czytam ją już po raz drugi – odparła,  wzruszając 

ramionami. – Co słychać?

–  Wszystko   dobrze.   Podobno   wczoraj   jadłaś   podwieczorek   z 

moją córką.

–  Tak.   Kiedy   spacerowałam   po   plaży,   spotkałam  panią   D.   i 

Yolandę,   a   one   zaprosiły   mnie   do   siebie.  Chyba   nie   masz   nic 
przeciwko temu.

– Oczywiście, że nie. Yolanda była szczęśliwa, że mogła z kimś 

pobawić   się   lalkami.   Powiedziała   mi,   że   twoje   lalki   poszły   na 
przyjęcie, na którym było mnóstwo czekoladek.

– Istotnie – przytaknęła z uśmiechem.
–  To dobrze. – Kiwnął głową i rozpakował swoją  kanapkę. – 

Powiedz mi, Amelio Jane, co robiłaś przez kilka ostatnich dni, poza 
pracą, spacerami po plaży i podwieczorkami.

– Hm, niech się zastanowię. Pracowałam, spacerowałam po plaży 

i jadłam podwieczorki.

–  Tak właśnie przypuszczałem – odrzekł, a ona się roześmiała. 

Dostrzegł   w   jej   oczach   wesołe   iskierki,   które   bardzo   mu   się 
podobały.   Zaczęli   rozmawiać  o   pacjentach   i   różnych   sprawach 
związanych ze szpitalem.

Nagle zabrzęczał jej pager, więc cicho westchnęła i wstała.
–  Przykro mi, że nie mogę dotrzymać ci towarzystwa do końca 

lunchu.

Harrison wzruszył ramionami.
–  Lepiej   idź.   Jeśli   każesz   Rosie   czekać,   nie   zaznasz   chwili 

spokoju.

– Kto kieruje tym oddziałem?
– Hm... ja?

background image

–  Przynajmniej   tak   ci   się   wydaje.   Do   zobaczenia  później, 

Harrison.

Kiedy   wyszła   ze   stołówki,   była   zdumiona,   że   czuje  się   tak 

szczęśliwa. Po raz kolejny stwierdziła, że Harrison jest niezwykle 
miły i czarujący i że bardzo lubi z nim rozmawiać.

Po drodze na oddział ratownictwa wpadła na Tinę, która spojrzała 

na nią z szerokim uśmiechem.

–  Widziałam,   że   rozmawiasz   z   Harrisonem   –   oznajmiła 

wymownym tonem.

– Hm. On po prostu usiadł przy moim stoliku, żeby zjeść lunch – 

powiedziała Amelia, chowając książkę do kieszeni fartucha.

– Czyżby odbyły się jeszcze jakieś podwieczorki? – spytała Tina.
– Prawdę mówiąc, wczoraj, ale tylko w towarzystwie jego córki i 

jej opiekunki.

– Och, jaka szkoda!
–   Niezupełnie.   –   Amelia   zniżyła   głos   do   szeptu  i  dodała:  – 

Wiesz,   jak   jest   mi   trudno   z   ludźmi.   Sporo  czasu   musi   upłynąć, 
zanim jestem w stanie swobodnie z nimi rozmawiać.

– To pewnie niełatwe, skoro co trzy miesiące zmieniasz miejsce 

pracy – powiedziała Tina z wyraźnym sarkazmem. – Dlaczego, u 
licha, zdecydowałaś się na to, żeby w ciągu rocznego pobytu za 
granicą robić specjalizację w czterech różnych szpitalach?

– Bo chciałam jak najlepiej poznać Australię. Przecież dobrze o 

tym wiesz.

– Owszem, ale wiem również, że to nie jest prawdziwy powód. 

Tak   czy   owak,   muszę   przyznać,   że  w   towarzystwie   Harrisona 
wydajesz się bardzo odprężona.

Amelia westchnęła i ze smutkiem pokiwała głową.
– I na tym właśnie polega mój problem.
– Dlaczego? Przecież on jest przystojnym i bardzo zabawnym 

wdowcem.

– Ale ma córkę.
–  W twoim przypadku może to być okoliczność  korzystna, bo 

mając własne dziecko, nie przejąłby się tak bardzo tym, że ty mu go 
nie dasz.

background image

Amelia   zatrzymała   się   i   spojrzała   na   przyjaciółkę.  Nie   była 

zaskoczona jej szczerością.

– Nie mogę się angażować. Wyjeżdżam stąd pod koniec czerwca 

i mam plany związane z Anglią.

–  Takie,   żeby   nie   zagrzać   miejsca   w   jednym   szpitalu   przez 

dłuższy okres?

Amelia   ruszyła   przed   siebie   szybkim   krokiem.   Na  jej   twarzy 

malowało się wyraźne rozdrażnienie.

– Takie, żeby doświadczyć rozmaitych sytuacji na całym świecie 

– odparowała. – Nie widzę niczego złego w podróżach... dopóki 
mam takie możliwości.

– Podróże? Nie. To jest raczej ucieczka.
– Wcale nie uciekam.
– Masz rację, bo niemożliwe jest uciekanie przed samym sobą.
Amelia poczuła irytację.
– Wiesz co, Tina? Idź do domu i połóż się spać. Ja muszę wracać 

do pracy.

– W porządku. Aha, zauważyłam, że w sobotę masz wolne. Czy 

chcesz   umówić   się   na   kawę?   Ja  zaczynam   dyżur   dopiero   o 
jedenastej.

– Jasne.
– Będziemy mogły pogadać sobie więcej... wiesz, o kim.
– Do widzenia, Tina – odburknęła Amelia, a potem  – pomachała 

do niej i ruszyła w kierunku punktu pielęgniarek.

Spotkały   się   w   sobotę   rano.   Znalazły   trochę   czasu,  by   zrobić 

sprawunki, zanim Tina zacznie dyżur.  Amelia kupiła buty, dwie 
spódnice, trzy bluzki i żakiet.

– Czyżbyś miała w planie jakieś randki? – zażartowała Tina.
– Nie. Po prostu tutaj ubrania są o wiele tańsze niż w Anglii.
– Och, wspaniały pretekst.
– Mówię prawdę.
–  Posłuchaj,   dlaczego   nie   przyznasz,   że   lubisz  Harrisona 

Stapletona?

– Po co?

background image

– Bo wtedy mogłabyś przedsięwziąć jakieś kroki w tej sprawie.
– Albo nie.
–   To   wspaniały   facet.   Wszyscy   bardzo   go   lubią  i   szanują. 

Osobiście   uważam,   że   byłoby   cudownie,  gdybyście   zaczęli   się 
spotykać. Idealnie do siebie pasujecie.

Amelia otworzyła usta, chcąc zakwestionować jej punkt widzenia, 

ale doszła do wniosku, że szkoda zachodu, bo przyjaciółka na pewno 
nie zmieni zdania.

– Sama widzisz. Nie możesz nawet zaprzeczyć.
Amelia westchnęła z rezygnacją.
–  No   dobrze,   lubię   go.   W   porządku?   Czy   teraz  jesteś 

zadowolona?

– Powinnaś skorzystać z okazji.
– Tina. Mówiłam ci, że nie mam...
– Oszczędź mi tego, Amelio. Już to słyszałam. – Zerknęła na 

zegarek i krzyknęła: – Ojej, muszę lecieć! Do zobaczenia.

Amelia pomachała jej na pożegnanie. Postanowiła wypić jeszcze 

jedną filiżankę kawy, zanim zacznie szukać nowych kolczyków.

Kiedy siedziała przy stoliku, nagle ku swemu zdumieniu ujrzała 

Harrisona.   Wychodził   właśnie   ze   sklepu  położonego  naprzeciwko 
kawiarni, niosąc Yolandę na ramionach. Pani Deveraux podążała za 
nimi z torbami pełnymi zakupów. Harrison o coś ją spytał, a ona 
rozejrzała   się   wkoło   i   wskazała   bar   kawowy,   w   którym   właśnie 
siedziała Amelia. Harrison od razu ją dostrzegł i machając do niej, 
ruszył w jej kierunku.

–  Amelia   Jane   –   powiedział,   kiedy   do   niej   podeszli.   –   A   to 

niespodzianka! Ty tutaj?

– Owszem – odparła, witając się z panią D. i Yolandą, a potem 

wskazała krzesła przy swoim stoliku i spytała: – Czy usiądziecie?

–   Doskonały   pomysł.   –   Harrison   zdjął   Yolandę  z ramion.  – 

Najwyższy czas czegoś się napić, nie sądzisz? – Pocałował córeczkę 
w policzek i posadził  ją sobie na kolanach. – Pani D. z pewnością 
skorzysta z chwili przerwy w zakupach i trochę odpocznie.

– Oczywiście – odparła, stawiając torby na podłodze. – Pora na 

herbatę.

background image

–  A. J. ? Czy masz na coś ochotę? – spytał Harrison,  kiedy 

podeszła do nich kelnerka.

–  Nie,   dziękuję   –   odparła,   zdziwiona,   że   użył   inicjałów   jej 

podwójnego imienia.

Kiedy Harrison złożył zamówienie i kelnerka zniknęła, pochylił 

się w stronę Amelii.

–  Czy nie masz nic przeciwko temu, żebym tak się  do   ciebie 

zwracał?

– Hm... oczywiście, że nie. Po prostu mnie zaskoczyłeś. Prawdę 

mówiąc, poza moimi rodzicami  nikt do tej pory tak do mnie nie 
mówił.

– AJ. bardzo do ciebie pasuje.
– Herbata! Herbata! – zawołała Yolanda, ześlizgując się z kolan 

ojca, a potem zaczęła grzebać w dużej torbie z zakupami.

– Jest tutaj, kochanie – powiedziała pani D. , wyciągając pudełko 

i kładąc je na stole.

Dziewczynka wdrapała się z powrotem na kolana  ojca i zaczęła 

ustawiać   na   plastikowych   spodkach  małe   filiżanki,   a   następnie 
uniosła dzbanek i udała, że nalewa do nich herbatę. W tym momencie 
zadzwonił telefon komórkowy pani Deveraux, która spojrzawszy na 
wyświetlacz, z westchnieniem go włączyła.

– Przepraszam – powiedziała, a potem wstała i odeszła na bok.
Harrison spojrzał na Amelię, a później na córkę.
–  Yolando,   czy   pamiętasz   Amelię   Jane?   Bawiła  się   z   tobą 

lalkami.

Yolanda kiwnęła głową.
– Czy możesz się z nią przywitać?
–  Cześć, Mil... ja – wyszeptała, a Amelia ponownie odniosła 

wrażenie, że dziewczynce coś dolega. Yolanda podała jej filiżankę i 
spodek, a ona udała, że wypija łyk herbaty. – Uważaj. Gorąca.

– Dobrze – odparła Amelia. Zerknęła na Harrisona i stwierdziła, 

że uważnie ją obserwuje. Oddała filiżankę dziewczynce. – Dziękuję 
za herbatę. Była pyszna.

–  Ona   bardzo   lubi   podwieczorki   –   oznajmił   Harrison,   nadal 

bacznie przyglądając się Amelii.

background image

– Która mała dziewczynka ich nie lubi?
– A ty?
– Wręcz uwielbiam. W dzieciństwie robiłam dokładnie to co ona, 

zmuszając wszystkich do picia wyimaginowanej herbaty.

– Czy jesteś jedynaczką?
–  Tak   –   odparła   krótko,   nie   zamierzając   kontynuować   tego 

tematu.

Harrison najwyraźniej zrozumiał, że ona nie chce mówić o swojej 

rodzinie. Przynajmniej nie tym razem.

– Więc... jak ci minął tydzień? – spytał.
– Miałam dużo pracy. Ale na pewno o tym wiesz.
–  Czytałem sprawozdania. Czy zadomowiłaś się  już w nowym 

mieszkaniu? Niczego nie potrzebujesz?

– Nie, dziękuję. Wszystko jest w porządku – odrzekła, dochodząc 

do  wniosku,  że  mogłaby  przez  cały  dzień   siedzieć   naprzeciwko 
niego  i  patrzeć  mu  w  oczy.  –  Muszę  już  iść.  –  Kiedy  zaczęła 
zbierać  swoje   pakunki,   wróciła   pani   D.   ,   a   kelnerka   przyniosła 
zamówione napoje.

– Zostań – poprosił Harrison, zanim zdążyła wstać.
Spojrzała   na   niego,   zastanawiając   się,   dlaczego  Harrison   nie 

chce, by odeszła.

– Muszę jeszcze zrobić zakupy.
– Zakupy! – zawołała Yolanda.
– Ona uwielbia włóczyć się po sklepach – wyjaśnił Harrison.
– A ty?
– Nie znoszę. Zwłaszcza w soboty, kiedy panuje tu taki okropny 

ruch.

–  Masz rację. Mimo wszystko muszę iść. Miło było znów was 

spotkać.

–  Trudno   –   mruknął   Harrison,   wstając.   –   Wobec  tego   do 

zobaczenia w pracy.

Wyszła z kawiarni i ruszyła w kierunku ruchomych schodów. 

Była na wysokości pierwszego piętra  centrum handlowego, kiedy 
powietrze przeszył rozdzierający krzyk.

Gwałtownie odwróciła głowę i zobaczyła, jak ciężarna kobieta 

background image

traci równowagę na schodach jadących w dół i wpada na mężczyznę, 
któremu jakimś cudem udaje się nie upaść.

Amelia zaczęła przeciskać się między ludźmi.
– Proszę mnie przepuścić! Jestem lekarzem! – krzyczała na cały 

głos.

W   końcu   podbiegła   do   leżącej   na   podłodze   u   stóp  schodów 

kobiety i przyklękła obok niej. W tym momencie niespodziewanie 
zbliżył się do nich Harrison.

– To ty. Dzięki Bogu – wyszeptała z wyraźną ulgą.

background image

Rozdział 3

Harrison szybko zorientował się w sytuacji.
– Czy pan jest jej mężem? – spytał krzepkiego mężczyznę, który 

klęczał obok poszkodowanej kobiety.

– Nie. Ona na mnie wpadła.
– Ten pan ją złapał – wtrąciła Amelia.
–  Rozumiem.   Proszę   nacisnąć   guzik   zatrzymujący   schody   i 

poprosić ludzi, żeby nie blokowali przejścia, a potem skontaktować 
się z ochroną centrum. Będzie nam potrzebny ambulans.

–  Czy pan jest lekarzem? – spytał mężczyzna,  kiedy Harrison 

przykucnął obok rannej i położył dłoń na jej brzuchu.

–  Oboje jesteśmy  lekarzami – odrzekł Harrison. –  Niech   pan 

zrobi, o co proszę.

–  Czy   pani   mnie   słyszy?   –   spytała   Amelia,   mierząc   tętno 

kobiecie, która była oszołomiona, lecz przytomna. Dostrzegła dużą, 
obficie krwawiącą ranę na jej ramieniu. Ucisnęła ją jedną dłonią, a 
drugą  badała   głowę   poszkodowanej.   –   Jak   ma   pani   na   imię?  – 
Kobieta milczała. – Jak się pani nazywa?

– Mamusiu! Mamusiu? – zawołał mały chłopiec, który siedział u 

jej stóp i głośno płakał.

–  Jak ci na imię, kolego? – spytał Harrison, nadal sprawdzając, 

czy pacjentka nie ma jakichś złamań.

–  Ja   nazywam   się   Harrison,   a   ona   AJ.   Jesteśmy  lekarzami   i 

chcemy pomóc twojej mamie, rozumiesz?

Amelia uniosła powieki rannej kobiety i z ulgą stwierdziła, że jej 

źrenice   reagują   na   światło   bijące  z   witryn   sklepów.   Nagle 
zauważyła,   że   pacjentka   zaczyna   bardzo   szybko   oddychać. 
Obmacując  jej  głowę, wyczuła we włosach dwa wilgotne lepkie 
miejsca.

– Zaczęły się skurcze – oznajmił Harrison. – Taki upadek może 

znacznie...

– Przyspieszyć poród – dokończyła Amelia.
– Wyczułam dwie otwarte rany na głowie. Obie krwawią, ale nie 

background image

są groźne. Czy pani mnie słyszy?

– spytała ponownie, a kobieta cicho jęknęła. – W porządku.
–   Mamusiu?   –   zawołał   chłopiec,   a   potem   wstał  i   zaczął 

przeciskać się obok Harrisona, chcąc być bliżej matki.

– Bardzo proszę, kolego – powiedział Harrison, cofając się, żeby 

zrobić mu miejsce. – Czy możesz mi pomóc i potrzymać mamę za 
rękę? Mów do niej, bo na pewno lubi słyszeć twój głos.

– Moja mamusia?
– Tak. Razem pomożemy twojej mamie – zapewniła go Amelia. – 

Tylko trzymaj ją mocno za rękę. Jak masz na imię?

– Ethan – wymamrotała kobieta.
–  Mamusiu!   –   zawołał   malec,   szeroko   otwierając  swoje 

niebieskie oczy.

Biedactwo, pomyślała Amelia ze współczuciem.  Ma nie więcej 

niż trzy lata.

–  Mamusiu! Wstawaj! Wstań! – krzyczał chłopiec, a po jego 

policzkach popłynęły łzy.

– Ethan jest cały i zdrów – zapewnił ją Harrison.
– Jak pani się nazywa? – spytała Amelia.
– Liv Davis – wyszeptała kobieta.
–  Ja   mam   na   imię   Amelia,   a   on   Harrison.   Oboje  jesteśmy 

lekarzami.

– Dziecko?
– W porządku, ale zaczyna się niecierpliwić – odrzekł Harrison 

łagodnym tonem. – Odniosła pani  kilka obrażeń, Liv. Sądząc po 
miejscowym obrzęku,  prawdopodobnie złamała pani piszczel. Ma 
pani rany  na nogach, rękach i na głowie, ale może pani mówić  o 
wielkim szczęściu.

– Ethan?
– Jest trochę wystraszony, ale czuje się dobrze.
W   tym   momencie   zjawili   się   pracownicy   ochrony  centrum 

handlowego z podręczną apteczką oraz noszami.

–  Wspaniale   –   powiedział   Harrison,   a   Amelia   otworzyła 

apteczkę,   wyjęła   z   niej   sterylny   opatrunek  i   przycisnęła   go   do 
głowy Liv. W następnej kolejności zamierzała opatrzyć jej ramię, 

background image

które   wymagało   założenia   szwów,   ale   w   tej   chwili   musieli 
skoncentrować się na ważniejszych sprawach.

–  Co się dzieje, Harrison? – spytała pani Deveraux, wyłaniając 

się z tłumu gapiów.

– Och, pani D. Dobrze, że was widzę. To jest Ethan – oznajmił, 

wskazując   chłopca.   –   Czekamy   na  karetkę,   a   na   razie   musimy 
przenieść jego mamę do jakiegoś ustronnego pomieszczenia. Może 
przez ten czas zaopiekujecie się nim, dobrze?

– Oczywiście – odparła pani D.
– Tatuś! – zawołała Yolanda, podbiegając do niego. – Czy robisz 

dziecko? – spytała, pokazując palcem brzuch kobiety.

–  Raczej   odbieram   –   poprawił   ją   odruchowo.   –  Podejdź   do 

Ethana i przywitaj się z nim.

– Cześć. Mam trzy lata. – Uniosła w górę trzy palce. – Jestem 

dużą dziewczynką – dodała z dumą.

–  Ja też mam trzy. – Ethan wypiął pierś, spoglądając na nią z 

wyższością.

Amelia skończyła bandażować głowę rannej kobiety.
–  Chyba trzeba podać jej jakiś środek przeciwbólowy,  zanim 

położą ją na noszach.

– Liv? Czy jest pani na coś uczulona? – spytał Harrison.
– Nic mi o tym nie wiadomo.
– Czy miała pani jakieś problemy przy porodzie Ethana?
– To był poród pośladkowy.
Harrison   położył  dłoń   na   jej   brzuchu,   chcąc   wyczuć   pozycję 

dziecka.

– Na szczęście tym razem się na to nie zanosi.
Pacjentka nagle jęknęła, napięła mięśnie i zaczęła przeć.
–  Musimy   natychmiast   ją   stąd   zabrać!   –   krzyknął  Harrison, 

gestem   ręki   przywołując   pracowników  ochrony.   –   Czy 
przechodziliście kurs pierwszej pomocy?

– Oczywiście.
– To dobrze. Muszę mieć coś, czym mógłbym unieruchomić jej 

nogę. I to natychmiast. Amelia, –  podaj mi bandaże. Przysuńcie 
nosze bliżej. Pani D. , proszę czymś zająć Ethana, żeby nie plątał się 

background image

nam pod nogami.

– Bolą mnie plecy. Mój brzuch! Dziecko! – jęczała Liv.
–  Świetnie sobie pani radzi. Jesteśmy tu, żeby się  panią zająć. 

Zanim   zdąży   się   pani   zorientować,   będziemy   już   w   szpitalu. 
Niestety, nie możemy podać pani środka przeciwbólowego, dopóki 
któreś z nas  nie przeprowadzi badania wewnętrznego. Poród może 
się   zacząć   lada   chwila   –   rzekła   Amelia,   przecierając   chusteczką 
higieniczną oczy kobiety.

– Ethan?
– Jest tu obok – zapewnił ją Harrison. – Rozmawia  z moją 

trzyletnią córeczką.

Kiedy wrócił ochroniarz, Harrison unieruchomił  lewe podudzie 

Liv. W tym czasie Amelia zrobiła z kilku bandaży prowizoryczny 
kołnierz usztywniający, żeby w trakcie transportu zabezpieczyć jej 
szyję.

– W porządku. A. J. , ty wsuniesz ręce pod jej głowę i ramiona. 

Pan... – gestem ręki przywołał ochroniarza – pan pod nogi, a ja pod 
plecy. Przysuńcie nosze jeszcze bliżej. Niech ktoś każe zrobić nam 
przejście,   żebyśmy   mogli   zanieść   ją   do   pokoju.   Nie  możemy 
przeciskać się między gapiami. Pani D. ?

– Dzieci są ze mną – zawołała pani Deveraux. – Aha, wezmę 

też torby pani Amelii.

– Dziękuję, pani D.
Zanieśli  Liv   do   niewielkiego  pokoju,   w  którym  były krzesła, 

łóżko   i   umywalka.   Zostawili   ją   jednak  na   noszach,   nie   chcąc 
niepotrzebnie jej ruszać.

Liv   poprosiła,   by   zawiadomić   jej   matkę,   więc  ochroniarz 

natychmiast   pobiegł   do   telefonu.   Kiedy   spytali   ją   o   ojca 
nienarodzonego jeszcze dziecka, odparła, że on już się nie liczy.

– Liv? – zaczęła Amelia, wciągając rękawice. – Teraz sprawdzę 

rozwarcie. Czy jest pani gotowa?

– Tak.
Pomogli jej się rozebrać, a potem Harrison przykrył ją kocem, 

który znalazł w szafce pod umywalką.

– Czy odebrałaś dużo porodów, AJ. ? – spytał.

background image

– Kilka, ale od jakiegoś czasu nie miałam okazji...
– To jest jak jazda na rowerze. Tego nigdy się nie zapomina. No 

to do dzieła.

– Tak jest, szefie.
Harrison spojrzał jej w oczy. Za każdym razem, kiedy spotykał ją 

w   szpitalu,   dochodził   do   wniosku,  że   jest   ona   naprawdę   piękną 
kobietą. Dotyczyło to  zarówno jej urody, jak i duszy. Chciał też 
dowiedzieć się, co zasmuciło ją tego popołudnia, gdy była u niego na 
podwieczorku. Dzisiaj dostrzegł na jej twarzy ten sam wyraz bólu, 
kiedy   Liv   ścisnęła   rączkę   Ethana,   chcąc   dodać   mu   otuchy.   To 
podsunęło mu pewne podejrzenie.

Czyżby   w   przeszłości   straciła   dziecko?   –   zastanawiał   się   w 

duchu, postanawiając dociec prawdy.

–  Liv, czy przed przyjściem do centrum bolały  panią plecy lub 

brzuch? – spytała Amelia, zaczynając badanie.

– Trochę. Ostatniej nocy bardzo źle spałam, ale w końcu można 

było się tego spodziewać.

–  Czy   na   ruchomych   schodach   straciła   pani   równowagę,   czy 

może ktoś panią popchnął?

– Ja... hm, chyba straciłam równowagę.
– Czy potrafi pani odtworzyć całe zajście? Liv zamknęła oczy.
– Tak – odparła po chwili namysłu.
–  To   dobry   znak.   Nie   doszło   więc   do   zaniku   pamięci.   Czy 

zauważyła pani, że odeszły pani wody?

– Co takiego? Nie – odrzekła Liv, a potem gwałtownie wciągnęła 

powietrze. – Dziś rano, kiedy brałam prysznic, odniosłam dziwne 
wrażenie... ale sądziłam, że po prostu pęcherz nie trzyma...

– Czy potem czuła się pani bardziej ociężała?
– Jak teraz o tym pomyślę, to istotnie tak było.
– W porządku, wody zdecydowanie odeszły, bo nastąpiło pełne 

rozwarcie – oznajmiła Amelia. – Dziecko jest już w drodze.

– Och! Czy ono... Wszystko jest w porządku, prawda? – spytała 

Liv ze łzami w oczach, chwytając Harrisona za rękę.

–  Poród pośladkowy jest wykluczony, jeśli o to  pani chodzi – 

zapewniła ją Amelia. – Widzę już główkę. Czy poprzednim razem 

background image

poród trwał długo?

– Owszem, i zakończył się cesarskim cięciem.
– Następne dziecko zazwyczaj przychodzi na świat znacznie 

szybciej.

– Kiedy mija termin porodu? – spytał Harrison.
– Za dwa tygodnie.
– To maleństwo najwyraźniej nie może się już doczekać.
–  Strasznie   mocno   kopie   –   wycedziła   przez   zęby  Liv,   kiedy 

nastąpiły kolejne skurcze.

– Tak, dobrze. Proszę oddychać. Świetnie! Wspaniale pani sobie 

radzi, Liv. Główka jest tuż-tuż!

–  oznajmiła   Amelia   z   uśmiechem,   a   potem   spojrzała  na 

Harrisona   i   spytała:   –   Czy   mógłbyś   dowiedzieć   się,   kiedy 
przyjedzie karetka? Harrison kiwnął głową i wyszedł.

– Będzie za jakieś pięć minut – oznajmił po chwili.
–  Dobrze. W porządku, Liv. Przy następnym skurczu musi pani 

naprawdę   mocno   przeć.   Zdaję   sobie   sprawę,   że   to   trudne   i 
nieprzyjemne, ale konieczne.

– Boli mnie głowa.
– Nic dziwnego – odparł Harrison łagodnym tonem. – Niedługo 

będzie pani mogła odpocząć.

Wyciągnął z szafki pod umywalką jeszcze jeden koc i rozłożył go 

na krześle. Z podręcznej apteczki wyjął nożyczki i tasiemkę, którą 
pociął na kawałki odpowiedniej długości do zawiązania pępowiny.

– Doktorze, proszę podać mi rękę! Muszę ją ściskać – wyszeptała 

Liv, a Harrison natychmiast do niej podszedł.

Amelia   była   pod   wrażeniem   jego   zachowania.   Odnosił   się   do 

pacjentki z sympatią, troską i zrozumieniem. Miał do niej wspaniałe 
pokrzepiające  podejście, dzięki czemu potrafiła zachować spokój. 
Zagadywał ją i dodawał jej otuchy.

Liv znów zaczęła przeć.
– W porządku. Dobrze. Jeszcze raz i główka będzie na zewnątrz – 

zachęcała   ją   Amelia.   –   Oddychać!  Proszę   oddychać!   Jest! 
Wspaniale! Jeszcze trochę! Tak! Świetnie!

Po chwili noworodek leżał już na rękach Amelii, która otuliła go 

background image

kocem.

–  Ma   pani   chłopca,   Liv   –   oznajmił   Harrison,   pokazując   jej 

synka, a ona uniosła drżącą rękę i pogłaskała palcem jego policzek.

– Jest cudowny – powiedziała Amelia z uśmiechem.
W tym momencie do pokoju weszli ratownicy  i zajęli się Liv 

oraz jej nowo narodzonym synkiem.

–  Muszę się przebrać, Harrison – oznajmiła Amelia, pokazując 

plamy   na   ubraniu.   –   Dobrze   się   składa,  że   wcześniej   zrobiłam 
zakupy.

– Istotnie – przyznał, chwytając ją za rękę. –  Świetna robota, 

AJ. – Spojrzał na nią w taki sposób,  że jej serce zaczęło bić w 
przyspieszonym tempie.

–  Ja... uhm – wymamrotała, uwalniając dłoń z jego uścisku i 

gwałtownie się cofając. – Muszę się przebrać – powtórzyła, a potem 
odwróciła się i wyszła z pokoju.

Kiedy   pani   D.   ją   zobaczyła,   natychmiast   podała   jej  torby   z 

zakupami.

–  Sądzę,   że   mogą   się   pani   przydać   –   powiedziała,   a   Amelia 

podziękowała   jej   i   poszła   do   najbliższej   damskiej   toalety. 
Pospiesznie zmieniła ubranie, stanęła przed lustrem i spojrzała na 
swoje odbicie.

–  To nic takiego – mruknęła pod nosem. – Między wami nie 

dzieje   się  nic  szczególnego.  Po  prostu zapomnij  o nim. On jest 
twoim szefem i na tym koniec.

Opłukała twarz chłodną wodą i wytarła papierowym ręcznikiem, a 

później palcami przeczesała włosy. Zebrała swoje rzeczy i wyszła na 
korytarz. Położyła torby pod ścianą i dogoniła Liv, którą ratownicy 
wieźli na noszach.

– Jak się pani czuje? – spytała.
– Jestem wyczerpana – odparła Liv z uśmiechem.
– To zrozumiałe. Czy pani matka już przyjechała?
– Tak, przed chwilą – powiedział Harrison, wychodząc z pokoju, 

w którym odebrali dziecko. Towarzyszyła mu matka Liv, tuląc w 
ramionach nowo narodzonego wnuka.

–  Ale państwo oboje pojedziecie do szpitala, prawda? – spytała 

background image

Liv, patrząc błagalnym wzrokiem na Amelię i Harrisona.

– Oczywiście – zapewniła ją Amelia.
–  Do zobaczenia na miejscu – dodał Harrison, kiedy ratownicy 

ruszyli z noszami w stronę ambulansu, a Ethan oraz jego babcia z 
noworodkiem na rękach podążyli za nimi.

Amelia   doszła   do   wniosku,   że   jej   rola   dobiegła  końca   i 

pospiesznie chwyciła swoje torby.

– Pani D. – zaczął Harrison. – Proszę zabrać Yolandę do domu. 

Ja pojadę z AJ. do szpitala. To nie powinno potrwać zbyt długo.

– Oczywiście – odparła pani D.
– Tatuś też do domu! – zawołała Yolanda.
Harrisson pochylił się i pogłaskał ją po włosach.
– Tatuś musi pojechać do szpitala. Tylko na krótko i zaraz...
– Nie! – Yolanda tupnęła nogą. – Nie. Mój tatuś.
– Chyba nie spodobało jej się, że wziąłeś na ręce tamto dziecko – 

wyjaśniła pani D. półgłosem.

– Nie będę tam długo, koteczku.
– Nie, tatusiu! – zawołała ze łzami w oczach, rzucając mu się na 

szyję, a on mocno ją przytulił.

– Ona jest zmęczona – stwierdziła pani D. –  Chodź, Yolando. 

Tatuś niedługo wróci. Byłaś bardzo – grzeczna, więc w domu czeka 
cię  coś  przyjemnego.  Będziesz   mogła   obejrzeć   w   telewizji   swój 
ulubiony program, tańczyć, śpiewać i dobrze się bawić.

– Chcę tatusia – nalegała z uporem dziewczynka.
–  Wracaj   z   nimi   do   domu   –   zaproponowała   Amelia,   widząc 

wahanie Harrisona. – Zajmę się Liv.

– Ale powiedziałem jej, że...
–  Ona też ma trzyletnie dziecko, więc na pewno to  zrozumie. 

Spędź resztę dnia z rodziną.

– Dziękuję, Amelio.
–  Nie ma za co. Jeśli chcesz, to wracając ze szpitala, mogę ci 

podrzucić aktualne dokumenty.

– Nie trzeba. Mogą zaczekać do poniedziałku.
Amelia była nieco zawiedziona jego reakcją, ale nie dała tego po 

sobie poznać.

background image

– Oczywiście. Życzę miłego popołudnia.
– Ja tobie również. Nie siedź zbyt długo w szpitalu. Do widzenia, 

AJ. – rzekł i odszedł.

Amelia odniosła wrażenie, że pożegnał ją na zawsze.

background image

Rozdział 4

Tej nocy Amelia nie spala zbyt dobrze. Ciągle zastanawiała się, 

czy   nie   popełniła   jakiejś   gafy   w   stosunku   do   Harrisona.   Choć 
polubiła   tego   mężczyznę  i   jego   śliczną   córeczkę,   doskonale 
wiedziała, że wzajemne zauroczenie do niczego nie doprowadzi. 
Wciąż nie mogła zapomnieć wczorajszego pożegnania, a nie chciała, 
żeby myśli o nim nieustannie zaprzątały jej umysł.

W niedzielę miała dzienny dyżur. Przyszła do szpitala wcześnie 

rano,   przygotowana   na   wszystko,  co   zgotuje   jej   los.   Zepchnęła 
chwilowo Harrisona i jego córkę na dalszy plan. W końcu czerwca 
ma wyjechać z Australii i wrócić do Anglii, musi więc skupić się na 
pracy, by osiągnąć wyznaczony cel.

Kiedy   w   przerwie   między   pacjentami   podeszła   do  stanowiska 

pielęgniarek, Rosie dostała właśnie wiadomość z ambulansu, który 
był już w drodze do szpitala.

– Och, mój Boże! – jęknęła Rosie, odkładając słuchawkę.
– Co się stało? – spytała Amelia.
–  Karetka wiezie do nas opiekunkę Yolandy. Podobno upadła i 

nie   była   w   stanie   się   ruszyć.   Podejrzewają   złamanie   stawu 
biodrowego.

– Pani Deveraux? Och, biedaczka.
– Jeśli trafi do nas członek rodziny lub krewny –  któregoś z 

pracowników   oddziału,   zazwyczaj   wzywamy   szefa   –   oznajmiła 
Rosie, wstając.

– To znaczy Harrisona – mruknęła Amelia, ruszając w kierunku 

gabinetu zabiegowego. – Kiedy karetka może tu być?

– Za jakieś pięć minut.
–  W  porządku.  Gdzie  jest  ten  skomplikowany  nowy   cyfrowy 

aparat rentgenowski?

– Ja się tym zajmę – oznajmiła Rosie.
–  Wezwij   ortopedę   i   anestezjologa.   Jeśli   to   istotnie   złamanie, 

może trzeba będzie wymienić całe biodro, a wtedy Harrison zażąda, 
żeby jak najszybciej ją zoperować.

background image

– Wszystko załatwię;
–  Niech przygotują całą dokumentację pani Deveraux. Musimy 

wiedzieć,   jaką   ma   grupę   krwi   i   na  co   jest   uczulona   –   dodała 
Amelia, wchodząc do gabinetu.

Zaczęła się zastanawiać, jak doszło do tego upadku. Czy Yolanda 

była jego świadkiem? Czy bardzo się tym przejęła? Czy Harrison 
był wtedy w domu, czy też poszedł pobiegać po plaży?

Kiedy   usłyszała   syrenę   zbliżającej   się   karetki,   wyszła   przed 

budynek. Nie była zaskoczona widokiem Harrisona, który otworzył 
drzwi   i   wyskoczył   z   karetki,   gdy   tylko   zatrzymała   się   przed 
szpitalem.

– Chodź, koteczku – powiedział, wyciągając ręce do córki.
– Nie! – zawołała piskliwie Yolanda.
– Cześć! – Amelia zajrzała do wnętrza karetki i zauważyła, że 

dziewczynka mocno tuli się do pani D. – Och, Yolanda! Czyżbyś 
przyjechała odwiedzić mnie w pracy? – spytała z wyrazem radości 
na twarzy, a mała zerknęła na nią z zaskoczeniem.

Amelia dostrzegła jej mokre od łez policzki i zdała sobie sprawę, 

że Harrison miał zapewne bardzo ciężki poranek. Pani D. również 
starała się nakłonić Yolandę do opuszczenia karetki.

– Jeśli pójdziesz ze mną, sanitariusze będą mogli zająć się twoją 

opiekunką. Potem pozwolę ci zbadać jej serce moim stetoskopem, bo 
jesteś świetnym lekarzem. Co ty na to, kochanie?

–  Jestem lekarzem – powiedziała Yolanda, odsuwając się nieco 

od pani D.

–  Wspaniałym   lekarzem   –   poprawił   ją   Harrison,  ponownie 

wyciągając do niej ręce.

Choć   ratownicy   zaczęli   się   już   niecierpliwić,   on  doskonale 

wiedział, że nie wolno mu nic robić na siłę, ponieważ Yolanda może 
dostać napadu złości. A tego za wszelką cenę chciał uniknąć.

–  To   prawda.   Pamiętam,   jak   ładnie   zabandażowałaś   tatusiowi 

rękę   –   przyznała   Amelia,   a   Harrison  miał  ochotę uściskać ją z 
wdzięczności.   –   Popatrz,   kochanie   –   dodała,   pokazując   jej 
stetoskop. – Chodź do mnie. Pozwolę ci go potrzymać, a w tym 
czasie pani D. pojedzie do szpitala na specjalnym łóżku...

background image

– Ja też chcę pojechać.
Amelia spojrzała na stojącego przy drzwiach sanitariusza, który z 

zaciekawieniem przyglądał się całej scenie.

–  Czy   dysponuje   pan   wolnym   wózkiem,   który   mogłabym   na 

chwilę pożyczyć? – zapytała.

– Jasne – odparł.
–  Ojej! –  zawołała  pani D. –  Wolałabym  jechać  na  –  twoim 

wózku, a nie na łóżku. Masz wielkie szczęście, Yolando.

Dziewczynka natychmiast podbiegła do ojca, który wziął ją na 

ręce   i   posadził   na   wózku.   Amelia  podała   jej   stetoskop,   a   ona 
chwyciła go, włożyła do uszu i zaczęła słuchać bicia swojego serca 
jak prawdziwy zawodowiec.

–  Najwyraźniej   robiła   to   już   wcześniej   –   stwierdziła   Amelia, 

uśmiechając się do Harrisona.

– Dziękuję.
–  Nie ma za co – odparła, pchając wózek w stronę  wejścia do 

szpitala.

– Zejdźcie z drogi! – wołała po drodze Yolanda.
Amelia postawiła wózek obok drzwi gabinetu zabiegowego.
–  Chodź,   Yolanda.   Zobaczymy,   jak   czuje   się   pani   D.   – 

powiedziała,   ujmując   jej   rękę   i   wprowadzając  do   pokoju.   – 
Widzisz? Wszystko w porządku.

– Chcę słuchać – oznajmiła Yolanda, wskazując stetoskop.
– Wobec tego najpierw sprawdź, jak bije moje serce, dobrze? – 

zaproponowała Amelia, przykucając obok niej.

–   Pokaż   język,   Mil...   ja!   –   rozkazała   Yolanda,  a   Amelia 

posłusznie wykonała jej polecenie. – Powiedz: „a”. Dobrze. Teraz 
pani D.

– Zgoda, ale muszę cię podnieść.
Yolanda natychmiast wyciągnęła ramiona, a Amelia wzięła ją na 

ręce i delikatnie pocałowała w policzek.

–  Och,   ten   język   niedobry.   Potrzebna   operacja   –  oznajmiła 

Yolanda, osłuchując serce pani D.

– Ona jest całkiem niezła – stwierdziła Rosie, chichocząc.
–  A  czego  się spodziewałaś?  W  końcu jest  nieodrodną córką 

background image

swojego ojca – oświadczył z dumą Harrison. – Żałuję, że nie jestem 
w stanie postawić diagnozy na podstawie oględzin języka pacjenta.

–   Wszystkim   nam   oszczędziłoby   to   dużo   czasu  –   przyznała 

Amelia.   –   Doktor   Yolando,   czy   uważa   pani,   że   trzeba   zrobić 
prześwietlenie?

–  Tak. Prześwietlenie od razu – odparła dziewczynka po chwili 

namysłu. – Teraz muszę pisać – dodała, wyślizgując się z objęć 
Amelii i oddając jej stetoskop.

–  Dobrze, pójdziemy  do pielęgniarek i wszystko zapiszemy – 

powiedziała Amelia, a Harrison kiwnął  głową,  mrugając  do  niej 
porozumiewawczo.

Amelia   zaprowadziła   Yolandę   do   stanowiska   pielęgniarek   i 

posadziła   obok   siebie   przy   stole.   Dała   jej  kartkę   oraz   długopis. 
Dziewczynka zaczęła coś gryzmolić, przez cały czas mamrocząc. 
Amelia zrozumiała jedynie dwa słowa: „język” i „operacja”.

Kiedy Harrison przyszedł po córkę, ona nadal była  pochłonięta 

rysowaniem różnych zawijasów.

–  Czy   ty   również   mamroczesz,   robiąc   notatki?   –  spytała   go 

Amelia z uśmiechem.

–  Możliwe – odparł z zakłopotaniem, wzruszając  ramionami. – 

Mamy już zdjęcia rentgenowskie.

– Co o nich sądzisz?
– Chodź i oceń sama. Yolanda? Czy ty też chcesz je zobaczyć? – 

spytał, a ona natychmiast przerwała swoją „pracę” i chętnie do niego 
podeszła. Potem wszyscy  troje udali się z powrotem do gabinetu 
zabiegowego.

– Nie wydajesz się przesadnie zmartwiony, więc chyba wyniki są 

zadowalające – oznajmiła Amelia.

– Lepsze, niż się spodziewałem.
Amelia spojrzała na zdjęcia i pokiwała głową.
– Doskonale! Panewka jest nienaruszona, a główka kości udowej 

wygląda   dobrze.   Pani   D.   ,   można  powiedzieć,   że   złamała   pani 
szyjkę kości udowej we właściwym miejscu. Gdyby było to trochę 
wyżej, czekałaby panią wymiana całego biodra.

– To samo mówi Harrison.

background image

– Ja też – wtrąciła Yolanda.
–  Jesteś   najlepszym   małym   doktorem   –   stwierdził  jej   ojciec, 

całując ją w policzek.

– Dużym doktorem – poprawiła go dziewczynka.
– Tak, oczywiście. Przepraszam.
W tym momencie zjawił się chirurg ortopeda.
–  Złamanie można łatwo zespolić za pomocą kilku śrub, a jeśli 

będzie trzeba, zastosujemy metalową płytkę. Taka operacja powinna 
potrwać jakieś czterdzieści pięć minut – powiedział.

– O której moglibyście zacząć? – spytał Harrison.
– Myślę, że około trzeciej po południu.
–  Wspaniale.   –   Harrison   pożegnał   się   z   ortopedą  oraz 

anestezjologiem i zostawił panią D. pod ich opieką.

–  Czy wybieracie się teraz do domu? – spytała  Amelia, kiedy 

wrócili do stanowiska pielęgniarek.

– Nie. Chyba pokręcimy się gdzieś w pobliżu.
– Ale przecież do operacji jest jeszcze bardzo dużo czasu. Czy 

Yolanda się nie znudzi?

– Nie. Ona jest przyzwyczajona do szpitala. Poza tym na pewno 

zechce pójść do zoo.

– Amelia zmarszczyła brwi.
– Myślałam, że zamierzacie zostać...
Na dźwięk słowa „zoo” Yolanda zaczęła podskakiwać z radości, 

klaszcząc w dłonie.

– Zoo! Zoo! – wołała.
– Chyba czegoś nie rozumiem. Zoo jest w mieście, prawda?
–  Chodź,  pokażemy   AJ.  zoo,   dobrze?   –  powiedział Harrison, 

biorąc córkę za rękę, a ona bez chwili namysłu kiwnęła głową i 
chwyciła dłoń Amelii. – No to ruszamy.

Poszli korytarzem w kierunku wind.
–  Ja   zrobię   –   zawołała   Yolanda,   podbiegając   do   przycisków. 

Kiedy wsiedli do kabiny, nacisnęła guzik trzeciego piętra.

–  Czyżby   w   szpitalu   było   zoo?   Przecież   to   niezgodne   z 

przepisami.

– Ona tak nazywa oddział dziecięcy, ponieważ w pokoju zabaw 

background image

jest   pełno   pluszowych   zwierzaków.  –   Mówiąc   to,   połaskotał 
córeczkę po brzuszku.

– Och. Nie miałam jeszcze okazji odwiedzić pediatrii.
– Dlatego właśnie tam cię prowadzimy.
Kiedy   winda   zatrzymała   się   na   trzecim   piętrze,   Yolanda 

natychmiast   z   niej   wyskoczyła   i   pobiegła  korytarzem.   Harrison 
pospieszył za nią, doskonale wiedząc, dokąd córka zmierza.

– Mała na pewno zna tu każdy zakamarek.
–  Jak  mówiłem,  jest przyzwyczajona do tego  szpitala.   Często 

bywała na tym oddziale.

– Och. Czyżby chorowała?
– Nie – odrzekł po chwili namysłu. – Jednak miała tu regularne 

spotkania... – Nie dokończył, bo Yolanda już stała przed bramką 
„zoo”, czekając na moment, w którym wpuści ją do środka.

–  Pójdę   uprzedzić   pielęgniarkę,   że   Yolanda   jest  tutaj   – 

powiedział i zniknął za drzwiami.

Gdy wrócił, od razu podszedł do córki.
– Wszystko w porządku, koteczku. Zostaniesz tu, dopóki tatuś po 

ciebie nie przyjdzie.

– Dobrze.
–  Co   ona   zrobi,   jeśli   będzie   potrzebowała   cię  wcześniej?   – 

spytała Amelia.

– Co zrobisz, jeśli będziesz potrzebowała tatusia?
–   Pójdę   do   dozorczyni,   a   ona   pójdzie   po   tatusia   –  odparła 

Yolanda.

– Przypuszczam, że dozorczynią jest siostra oddziałowa.
– Zgadza się, doktor Watson.
Kiedy   wrócili   na   oddział   ratownictwa,   Harrison  natychmiast 

poszedł sprawdzić, jak czuje się pani D. Natomiast Amelia wzięła od 
Rosie karty swoich pacjentów i udała się do izby przyjęć. Po dwóch 
godzinach, gdy robiła notatki, przyjechał następny ambulans.

Sanitariusze   wwieźli   na   wózku   pacjentkę,   która  obrzucała 

wyzwiskami cały personel. Amelia, uprzedzona o tym przypadku, od 
razu ruszyła w ich stronę.

– June? – zaczęła, spoglądając na jej duży brzuch.

background image

– Proszę się uspokoić.
Ciężarna   nie   przestawała   przeklinać,   .   a   jej   nieświeży   oddech 

przesiąknięty był odorem alkoholu.

– Zostawcie mnie! Nic nie muszę robić. Chcę wracać do domu. 

Nie możecie mnie tu zatrzymać – krzyczała, chwytając się za serce.

– Muszę panią osłuchać, June – powiedziała Amelia, wkładając do 

uszu słuchawki stetoskopu.

– Odejdź! Zjeżdżaj...
–  Co   tu   się   dzieje?   –   spytał   Harrison   tak   głośno,   że   Amelia 

nerwowo podskoczyła. – Zakłóca pani spokój  na oddziale. Proszę 
pozwolić doktor Watson zrobić niezbędne badania.

Jego   podniesiony   głos   wyraźnie   przestraszył   pacjentkę,   więc 

Amelia wykorzystała sytuację i osłuchała jej serce.

–  Tachykardia. Trzeba zrobić badanie krwi i sprawdzić poziom 

alkoholu. Palce u rąk są spuchnięte. Kostki również. Należy pobrać 
próbkę   moczu   i   natychmiast   wezwać   położną.   Możliwy   stan 
przedrzucawkowy.

– Wy... Nie możecie... jazda stąd... !
– To wszystko z powodu alkoholu – uznał Harrison. – Nie wolno 

dawać pacjentce niczego, dopóki  nie obejrzy jej położna. Proszę 
wezwać psychologa. – Spojrzał na June. – Myślę, że przyda się pani 
lekcja na temat szkodliwego wpływu alkoholu na pani nienarodzone 
dziecko.

June splunęła na niego, ale chybiła.
– Cóż za czarujące maniery! Powinna pani zdawać sobie sprawę, że 

pani stan jest poważny. Zarówno pani, jak i dziecko możecie umrzeć z 
powodu przedawkowania alkoholu, który pani w siebie wlała. Jeśli 
pani  dziecku uda się przeżyć, będzie narażone na trwałe  kalectwo. 
Mogą   wystąpić   zniekształcenia   twarzy,   zaburzenia   rozwoju 
fizycznego oraz upośledzenie umysłowe. A wszystko przez to, że 
przez   całą   ciążę   pani   przyjemnie   spędzała   czas,   upijając   się   do 
nieprzytomności.

Mówił to tak oskarżycielskim tonem, jakby zarzucał pacjentce nie 

tylko   bezmyślność,   lecz   również  nieodpowiedzialność.   Kiedy 
pielęgniarki zaczęły robić jej badania, Amelia chwyciła go za ramię i 

background image

pociągnęła w stronę drzwi.

–  Niedługo   wrócę   –   zawołała,   wychodząc   z   gabinetu   i 

wprowadzając Harrisona do pokoju dla personelu. – Czy nic ci nie 
jest? – spytała, zamykając drzwi.

– Takie przypadki doprowadzają mnie  do  szału –  odparł  po 

namyśle.

– Nie da się tego ukryć.
– Ona nie ma pojęcia, jaką krzywdę wyrządza temu dziecku.
–  Przyprowadziłam cię tutaj, bo musisz ochłonąć.  Jeśli chcesz 

porozmawiać, wyrzucić z siebie to, co leży ci na sercu, zamieniam 
się w słuch.

Zaczął chodzić nerwowo po pokoju, potrząsając głową.
– To sprawa osobista, prawda? – spytała w końcu, a on zatrzymał 

się i spojrzał na nią zaskoczony. – Chodzi o Yolandę?

– Tak. O nią.
– O to, co jej dolega?
Harrison głęboko westchnął.
–  Najpierw skrócona wersja. Kiedy Yolanda się  urodziła, miała 

objawy głodu alkoholowego. Po roku  rozpoznano u niej płodowy 
zespół   poalkoholowy.   Ma  zaburzenia   układu   nerwowego   i   wady 
rozwojowe, powstałe na skutek alkoholizmu jej matki.

background image

Rozdział 5

– Och! – Amelia była wstrząśnięta tą wiadomością.
–  Wiesz, o czym mówię, prawda?  Amelia kiwnęła potakująco 

głową.

– Oczywiście, ale nigdy się z tym nie zetknęłam.
– Niestety, ta choroba staje się coraz bardziej powszechna. Spójrz 

na June. Ona nawet nie zdaje sobie sprawy, jaką krzywdę wyrządza 
swojemu dziecku...

W tym momencie odezwał się pager Amelii.
–  To   z   ortopedii.   Pewnie   w   sprawie   pani   D.   –   powiedziała, 

podchodząc do telefonu i wykręcając odpowiedni numer.

– Czy Harrison jest z tobą, Amelio? – spytał chirurg.
– Tak.
–  Nie   bardzo   wiedzieliśmy,   jak   się   z   nim   skontaktować,   ale 

pielęgniarka skierowała nas do ciebie.

– Harrison, to do ciebie – oznajmiła, podając mu słuchawkę.
– Zaraz tam będę – oświadczył Harrison, uważnie wysłuchawszy 

kolegi.

–  Jakieś kłopoty? – spytała Amelia, kiedy ruszył  w kierunku 

drzwi.

–  Zabierają ją na operację wcześniej, a ja chciałbym się z nią 

przedtem zobaczyć.

– Rozumiem. Daj mi znać, co się dzieje.
–  Dobrze.   –   Zatrzymał   się   w   drzwiach   i   spojrzał  na   nią.   – 

Dziękuję, że mnie wysłuchałaś, AJ.

– Nie ma za co – odparła z uśmiechem.
–  Nawet nie wiesz, jak wiele to dla mnie znaczy  – powiedział 

półgłosem i odszedł.

Amelia stała przez chwilę nieruchomo, próbując zebrać myśli, a 

potem   wróciła   do   swoich   zajęć.   Miała  wrażenie,   że   od   tego 
momentu dzień zaczyna się wlec w nieskończoność.

Operacja   pani   Deveraux   przebiegła   pomyślnie.  Choć   Amelia 

skończyła   już   swój   dyżur,   nie   wyszła   ze  szpitala,   dopóki   nie 

background image

przewieziono pacjentki do sali pooperacyjnej.

– Jeszcze tutaj jesteś? – spytał Harrison na jej widok.
– Czy Yolanda nadal bawi się w zoo?
Harrison kiwnął potakująco głową.
– Właśnie dzwoniła do mnie pielęgniarka oddziałowa...
– Chciałeś powiedzieć dozorczyni – poprawiła go, a on szeroko 

się uśmiechnął. – Jak czuje się pani D. ?

–  Dobrze.   Operacja   nie   była   zbyt   skomplikowana,  a   ona   ma 

zostać w szpitalu tylko pięć dni.

– To lepiej, niż się spodziewałeś, prawda?
–  Tak. Kiedy usłyszałem jej krzyk, natychmiast pobiegłem do 

kuchni. – Potrząsnął głową. – Pani D. leżała na podłodze w takiej 
pozycji, że nie miałem wątpliwości. Byłem pewny, że nie obejdzie 
się bez wymiany całego stawu biodrowego. Potem przyszła Yolanda, 
spojrzała na panią D. i wybuchnęła płaczem.

– No ale teraz wszystko idzie ku lepszemu.
– Masz rację. Pójdę po Yolandę. Czy wybierasz się do domu?
– Owszem.
– Czy możemy ci towarzyszyć?
Amelia uśmiechnęła się, czując mrowienie w plecach.
– Będzie mi bardzo miło.
–  Wobec tego spotkajmy się za dziesięć minut  przy głównym 

wejściu.

– Dobrze.

Ruszyli brzegiem morza. Yolanda pobiegła przodem. Od czasu 

do czasu zatrzymywała się, podnosiła  leżącą na piasku muszelkę i 
chowała ją do kieszeni.

–  Skąd ona ma tyle energii?  Ja jestem zmęczona  od   samego 

patrzenia   na   nią   –   zażartowała   Amelia,   a   Harrison   wybuchnął 
śmiechem.

– Zdrowo się odżywia, sypia po kilka godzin w ciągu dnia, ale 

nie  bez  przerwy.  Raz  dwie godziny,  raz   pięć.  Poza   tym  nie   ma 
żadnych trosk. Jest wolna jak ptak.

Amelia westchnęła.

background image

– To brzmi cudownie, nie sądzisz?
– My też kiedyś tak żyliśmy. Mieliśmy beztroskie dzieciństwo – 

mruknął   z   zadumą,   kiwając   głową.   –  A   Yolandzie   część   tej 
beztroski odebrano już w chwili narodzin.

– Masz na myśli jej chorobę?
–  Tak.   Wcześniej   przedstawiłem   ci   to   w   skrócie.  Czy   jesteś 

gotowa na pełną wersję z przypisami i odręcznymi wykresami na 
piasku?

– Widzę, że podchodzisz do tego z humorem, Harrison.
– Teraz już tak. Ale to były dla mnie dwa długie, trudne lata, AJ. 

Nie potrafię pojąć, dlaczego niektóre kobiety piją w czasie ciąży. To 
tak   jak   prowadzenie   samochodu   bez   zapiętych   pasów.   Zdrowy 
rozsądek zabrania pić, bo alkohol ma zgubny wpływ na dziecko, ale 
one mimo wszystko to robią.

– Tak jak June. – Amelia kiwnęła głową ze zrozumieniem.
–  Widząc   ją,   poczułem   się   tak   bezsilny   jak   wtedy,  gdy 

zdiagnozowano   tę   chorobę   u   Yolandy.   Inga   prawdopodobnie 
nadużywała alkoholu przez cały okres  trwania ciąży. Nie przestała 
pić nawet wtedy, kiedy w końcu to odkryłem.

Amelia szła w milczeniu. Czekała na jego zwierzenia, wiedząc, że 

jest to dla niego niezwykle ważne.

–  Zaszła w ciążę niemal natychmiast po naszym ślubie. Przez 

pierwszy rok nie było nam łatwo, ale jakoś dawaliśmy sobie radę. 
Sześć   miesięcy   po   narodzinach   Yolandy,   Inga   miała   już   dosyć 
macierzyństwa.   Zażądała   rozwodu,   a   ja   chętnie   się   zgodziłem. 
Potem wyprowadziła się do hotelu.

– A ty zostałeś samotnym ojcem.
– Owszem. Inga była alkoholiczką, ale nie przyjmowała tego do 

wiadomości. Przypuszczam, że zupełnie inaczej wyobrażała sobie 
życie żony lekarza.

–  Masz   na   myśli   pieniądze,   prestiż,   duży   wygodny   dom   i 

luksusowe samochody?

–  Tak, i  nie  tylko.  Zamiast  tego  większość  czasu  spędzała w 

samotności, boja ciągle byłem w szpitalu. Nie znosiła, kiedy w moje 
wolne dni dzwonił telefon, – a jeśli zgadzałem się zastąpić kolegę 

background image

czy zamienić z kimś na dyżury, wpadała we wściekłość.

– Wygląda na to, że nie układało wam się najlepiej.
–  Z   czasem   butelka   stała   się   jej   nieodłączną   towarzyszką. 

Obracała się w gronie... hm, dość specyficznych „koleżków”. Ale 
taki tryb życia zaczęła prowadzić dopiero po narodzinach Yolandy.

– Twoja córeczka jest wspaniała, Harrison. Powinieneś być z niej 

dumny.

– Dziękuję, AJ. Jestem dumny. Ale abstrahując od tego, czy jest 

wspaniała,   czy   nie,   biedactwo   wiele   wycierpiało   z   winy   swoich 
rodziców,   którzy   nie   zrobili   dla   niej   wystarczająco   dużo   wtedy, 
kiedy tego naprawdę potrzebowała.

– Czy próbowałeś w jakiś sposób powstrzymać żonę od picia?
–  Tak,   kiedy   odkryłem,   że   jest   uzależniona...   ale  nic   nie 

skutkowało.   Wmawiała   mi,   że   zerwała   z   nałogiem,   ale   kłamała. 
Poza tym rzadko bywałem wtedy w domu.

–  W   końcu   jesteś   lekarzem,   Harrison.   Musisz   wypełniać 

obowiązki.

–  Zycie   i   dobro   mojej   córeczki   powinny   być   najważniejsze. 

Przebyłem długą, trudną drogę, zanim przyznałem... pogodziłem się 
z tym, że Yolanda jest  upośledzona, a ja po części ponoszę za to 
odpowiedzialność.

– Co działo się po zdiagnozowaniu jej choroby?
–  Zacząłem   szukać   ratunku.   Udało   mi   się   znaleźć  znakomitą 

specjalistkę. Pomogła mi uświadomić sobie, że Yolanda może robić 
pewne rzeczy inaczej niż – inne dzieci, ale jest moją córką. Wtedy 
zdałem   sobie   sprawę,   że   rodzice   potrzebują   odpowiedniego 
przygotowania. Kiedy przywykną do zachowań swojego  dziecka i 
zrozumieją jego przyczyny, życie stanie się dla wszystkich znacznie 
łatwiejsze.

– Mówiłeś, że ona często się gubi.
–  Tak.   Czasami   mam   ochotę   założyć   jej   na   szyję  łańcuch   z 

dzwonkami, żeby przez cały czas wiedzieć, gdzie jest.

Amelia zaśmiała się cicho.
– Myślę, że wielu rodziców ma takie same odczucia.
– Pewnie tak, ale za każdym razem, kiedy nie mogę jej znaleźć, 

background image

zamiera mi serce z przerażenia.

– Dobrze, że tak wcześnie rozpoznano tę chorobę.
–  Jak sama pewnie zauważyłaś, Yolanda nie jest  upośledzona 

fizycznie,   nie   ma   zniekształconej   twarzy   i   nie   jest   opóźniona   w 
rozwoju.   Ma   pewne   zaburzenia   układu   nerwowego,   ograniczoną 
sprawność ruchową i słabą koordynację wzrok-ręce.

– Ale mimo wszystko piecze ciasteczka z panią D.
– To część jej terapii – wyjaśnił z uśmiechem.
– A przy okazji dobra zabawa.
–  Istotnie. Ma też luki w pamięci, ale ostatnio zdarzają się one 

coraz rzadziej, a to dobry znak. Na przykład doskonale zapamiętała 
ciebie.

– Mnie?
– Tak. Musiałaś wzbudzić w niej zachwyt, ponieważ nieustannie 

pyta, kiedy wróci Mil... ja i pobawi się z nią lalkami.

– No, no! To mi pochlebia.
–  Cieszę   się,   AJ.   Prawdę   mówiąc,   zrobiłaś   na   niej  –   spore 

wrażenie – powiedział z nutką niepokoju w głosie, a sens jego słów 
dopiero po chwili dotarł do jej świadomości.

– Och. To chyba niezbyt dobrze.
–  Uważam, że trzeba być z nią szczerym i wytłumaczyć jej, że 

nie zawsze będziesz w pobliżu.

–  Całkowicie   się   z   tobą   zgadzam   –   oznajmiła  Amelia, 

spoglądając   z   miłością   na   Yolandę,   która  podniosła   kolejną 
muszelkę, a potem ruszyła biegiem w ich kierunku, by pochwalić się 
znalezionymi skarbami.

Uświadomiła sobie, że jest bardzo do niej przywiązana. Ale w 

końcu jakże mogłoby być inaczej? Yolandę kochali wszyscy. A jeśli 
chodzi ojej ojca...

Amelia   usiłowała   odepchnąć   od   siebie   myśli  o   Harrisonie. 

Zdawała sobie sprawę, że ich dwoje może łączyć jedynie przyjaźń, 
nawet   jeśli   w   głębi  duszy   chciała   czegoś   więcej.   To,   że   w   tak 
młodym wieku przeszła endometriozę, bynajmniej, nie ułatwiało jej 
kontaktów z mężczyznami.

– Bardzo ładne – pochwalił córkę Harrison. –  Znajdź jeszcze 

background image

trzy muszelki, a potem pójdziemy już do domu.

–  Jak dacie sobie radę bez pani Deveraux? – spytała Amelia, 

kiedy Yolanda ponownie się oddaliła.

– No cóż, jestem niezłym kucharzem, a ze sprzątaniem jakoś się 

uporam.

Amelia roześmiała się, lekko klepiąc go po ramieniu.
– Nie o to mi chodziło.
–  Yolanda? – Potrząsnął głową. – Próbowałem  znaleźć jakieś 

racjonalne rozwiązanie. W szpitalu – mamy oddział dzienny, ale 
nie jestem pewny, czy przyjmą ją bez uprzedzenia.

– Czy będzie się tam dobrze czuła?
– Chodzi ci o opiekunki czy o innych podopiecznych?
–  O jedno i drugie, ale raczej o podopiecznych.  Yolanda nie 

wygląda   na   upośledzoną   dziewczynkę,   więc   dzieci   mogą   być 
zaskoczone, jeśli zareaguje na coś inaczej niż one.

–  To kwestia niespełna tygodnia. Poza tym mogę  wziąć sobie 

wolne dni.

– Z urlopu? Przecież dopiero co wróciłeś z sympozjum.
–  Wiem. Mam też spore zaległości w papierkowej  robocie, ale 

sądzę, że mógłbym nadgonić je w domu.

Amelia milczała przez chwilę, zastanawiając się, czy powinna 

powiedzieć to, co miała już na końcu języka. Po chwili zdobyła się 
na odwagę i odchrząknęła.

– Myślę, że... hm... mogłabym pomóc.
Harrison   gwałtownie   się   odwrócił   i   spojrzał   na   nią  z 

zaskoczeniem.

– Co takiego?
– Mieszkam blisko. Yolanda mnie lubi. Mógłbyś przesunąć moje 

dyżury na popołudnia. Wtedy spędzałabym z nią poranki, a potem 
zabierałabym ją do szpitala.

Harrison przez chwilę rozważał jej propozycję.
–  Zaczynałabyś   pracę   o   trzeciej,   a   ja   mógłbym  kończyć 

najwcześniej około wpół do piątej – rzekł  z zadumą, starając się 
uporządkować myśli i ułożyć wstępny plan.

– A zoo?

background image

– Biorę to pod uwagę. Yolanda ma sesje terapeutyczne trzy razy 

w tygodniu. Ale piątek odpada, bo to jest dzień wolny od pracy w 
związku z Wielkanocą. Zatem zostają dwie sesje.

– O której one się odbywają?
– Rano, o dziesiątej trzydzieści, ale postaram się przesunąć je na 

trzecią po południu, czyli na początek twojej zmiany. Wtedy po sesji 
mogłaby   pobawić   się  na   oddziale   dziecięcym,   czekając,   aż   ja 
skończę   dyżur.   –   Kiwnął   głową.   –   Tak,   to   układa   się   w   jakąś 
logiczną całość, AJ.

– W jakie dni ma te sesje?
– W tym tygodniu jest umówiona na poniedziałek i środę.
–  Dobrze. Zgodnie z harmonogramem moich dyżurów, wtorek 

mam wolny...

– Wobec tego ja wezmę sobie wolny czwartek.
–  Zostaje więc tylko piątek, ale pani D. powinna  już wyjść ze 

szpitala.

– Ale nawet wtedy będę potrzebował pomocy. Amelia wzruszyła 

ramionami.

– Możesz na mnie liczyć.
Harrison zatrzymał się i spojrzał na nią.
–  To bardzo szlachetnie z twojej strony, AJ.  Amelia ponownie 

wzruszyła ramionami.

– Nie przesadzaj. W końcu po to są sąsiedzi.
–  Jestem niezwykle wymagający, jeśli chodzi o opiekunki mojej 

córeczki,   ale   jej   sympatia   i   zaufanie  do   ciebie   mówią   same   za 
siebie.

– Kiedy pani D. wyzdrowieje, będę rzadziej widywać Yolandę i 

spędzać z nią znacznie mniej czasu, – żeby powoli odzwyczajała się 
ode mnie. Bo inaczej,  gdy w końcu czerwca stąd wyjadę, małej 
będzie... – Głos jej się załamał i cicho westchnęła.

– Przykro, że ją opuściłaś – dokończył Harrison. – Nie tylko ona 

poczuje się osamotniona. – Chwycił  ją za rękę i lekko uścisnął. – 
Dziękuję za propozycję pomocy.

–  Zamierzasz   ją   przyjąć,   prawda?   W   końcu   jest   to  chyba 

najlepsze rozwiązanie.

background image

Harrison kiwnął potakująco głową, wypuszczając jej rękę.
– Tak, zamierzam przyjąć twoją propozycję.
– Dobrze. W takim razie już sobie pójdę – mruknęła, wskazując 

kciukiem dom, w którym mieszka.

– Ja również. Na której zmianie pracujesz jutro?
–  Na nocnej, ale Tina ma  dyżur po południu, więc  się   z   nią 

zamienię.   Zostanie   nam   tylko   środa,   bo   wtedy   powinnam 
pracować rano.

– Zajmę się tym jutro – powiedział, kiwając głową.
– Dziękuję. – Ruszyła w kierunku swojego domu, żegnając się po 

drodze z Yolandą, która wręczyła jej muszelkę.

Amelia przyjęła drobny upominek, wiedząc, że będzie on dla niej 

cenną   pamiątką.   Kiedy   znalazła   się  w   mieszkaniu,   natychmiast 
podeszła do telefonu i wykręciła numer Tiny. Po czwartym sygnale 
włączyła   się   automatyczna   sekretarka,   co   Amelia   skwitowała 
niechętnym mruknięciem.

–  Jestem,   jestem!   –   zawołała   Tina.   –   Kto   wydaje  te   groźne 

pomruki?

– Ja – odparła Amelia.
– Och, witaj. Jak ci leci?
– Kiepsko. Nigdy nie zgadniesz, co zrobiłam.
– Czy w związku z tym powinnam usiąść wygodnie?
– Tak – odparła, a potem opowiedziała jej o wszystkim. – W końcu 

zaproponowałam mu, że zaopiekuję się jego córką!

Tina się zaśmiała.
– Co cię tak rozbawiło? – spytała Amelia.
–  Uwielbiam   obserwować,   jak   chwytasz   się   najróżniejszych 

sposobów, żeby zachować dystans do ludzi. Żeby nie brać udziału w 
ich życiu. A teraz... zanim zdałaś sobie z tego sprawę, znalazłaś się 
w samym środku związku.

– Związku?
– Owszem, moja droga. A może powinnam nazywać cię AJ. ? – 

spytała Tina z lekką ironią. – Ty  i Harrison. Widziałam, jak na 
siebie patrzycie.

– Ale ja ledwo znam tego mężczyznę.

background image

– Poznasz go znacznie lepiej po upływie najbliższego tygodnia.
–  Może   powinnam   odwołać   moją   propozycję.  Masz   rację. 

Istotnie   wymyślam   różne   sposoby,   żeby   przypadkiem   nie 
zaangażować się w jakiś związek. Życie rodzinne nie jest mi pisane, 
choć pragnę mieć męża i gromadkę dzieci... Ale niestety, nie mogę. 
To niesprawiedliwe – powiedziała ze łzami w oczach.

–  Masz słuszność. – Tina odchrząknęła. – Ale  pomyśl o tym 

inaczej... Nie możesz mieć potomstwa,  więc nawet jeśli znajdziesz 
wspaniałego mężczyznę i wyjdziesz za niego za mąż, nigdy nie 
spełnią się twoje marzenia o szczęśliwym domu pełnym dzieci.

– Do czego zmierzasz?
– Po prostu teraz masz okazję...
– Nie rozumiem.
–  Masz   okazję   zakosztować   życia   rodzinnego.  Przez   kilka 

najbliższych dni będziesz opiekować się Yolandą jak matka. Wiesz, 
że to nie potrwa długo. Kiedy pani D. odzyska siły, ty na pewno z 
powrotem  zamkniesz   się   w   swojej   skorupie.   Dlaczego   więc   nie 
wykorzystasz tej szansy, Amelio?

– To okrutne.
– W stosunku do kogo?
– Do mnie. Bo zakosztowałabym czegoś, czego nigdy nie będę 

miała.

– Ale również przeżyłabyś jeden czy może nawet dwa cudownie 

boskie tygodnie. Zwłaszcza że taki układ na pewno bardzo zbliżyłby 
was do siebie. Mam na myśli ciebie i Harrisona.

– Przestań! – zawołała Amelia, wzdychając. – Chyba jest już za 

późno, żeby się wycofać.

– Tym bardziej że zgodziłam się zamienić z tobą na dyżury.
– Czy uważasz, że powinnam to zrobić?
– Oczywiście.

Następnego dnia o siódmej trzydzieści rano Amelia Jane stała już 

na   progu   domu   swojego   szefa.  Harrison   otworzył   drzwi   i 
wprowadził ją do przedpokoju.

–  Przepraszam, ale nie zrobiłem wszystkiego, co powinienem – 

background image

zaczął.   –   Nie   byłem   w   stanie   zmusić  Yolandy   do   zjedzenia 
śniadania.

Amelia kiwnęła głową i podążyła za nim do kuchni. Yolanda 

siedziała w foteliku, a przed nią na stole  stały szklanki z mlekiem, 
sokiem   oraz   wodą,   miska  płatków   śniadaniowych,   talerz   z 
grzankami i kieliszek z ugotowanym jajkiem.

–  Ona ciągle zmienia zdanie. Po wielu namowach  udało mi się 

nakłonić ją do zjedzenia łyżki płatków, ale nie chce nic wypić.

–  Rozumiem – powiedziała Amelia, z trudem tłumiąc wybuch 

śmiechu. – Nie martw się, Harrison.  Jedź do pracy, a ja spróbuję 
przemówić jej do rozsądku.

–  Yolanda,   żadnych   ciasteczek,   dopóki   nie   zjesz  śniadania!   – 

zawołał. – Tatuś musi jechać do szpitala.

–  Landa też – powiedziała dziewczynka, próbując  zsunąć się z 

fotelika, ale Harrison ją powstrzymał.

– Nie, kotku. Tatuś musi iść do nudnej pracy, a ty zostaniesz tutaj 

i pobawisz się lalkami z Amelią. Jesteś szczęśliwą kaczuszką.

Yolanda zastanawiała się przez chwilę.
– Tak. Szczęśliwą kaczuszką.
–  No dobrze. A teraz pocałuj tatusia i wypij sok.  – Yolanda 

pocałowała   go,   ale   soku   nie   tknęła.   –   Nie  mam   szansy   z   nią 
wygrać.

Amelia roześmiała się, a on zaczął wkładać dokumenty do teczki.
– Co słychać u pani D. ? – zapytała.
–  Wszystko   dobrze.   Zajrzę   do   niej.   Jeśli   coś   się   zmieni, 

zadzwonię do ciebie, ale sądzę, że szybko odzyskuje zdrowie. – 
Rozejrzał   się   wokół   siebie.   –  Gdzie   podziały   się   kluczyki   od 
samochodu?

– Czy chodzi o te? – spytała Amelia, machając kluczykami, które 

wzięła z kuchennego blatu.

– Tak. Amelio, jesteś cudowna. – Chwycił kluczyki i ruszył w 

stronę wyjścia. – W razie potrzeby dzwoń do mnie. Zamknij drzwi 
na klucz, bo mała potrafi wyśliznąć się z domu tak bezszelestnie jak 
węgorz.

– Załatwione. Idź już. – Patrzyła na niego, zdając sobie sprawę, 

background image

że   właśnie   odegrali   typową   scenkę  rodzinną...   z   wyjątkiem   jej 
zakończenia. Przed wyjściem do pracy mąż powinien pocałować 
żonę na pożegnanie. Na myśl o tym pocałunku przeszył ją dziwny 
dreszcz.

Kiedy   jego   samochód   zniknął   za   zakrętem,   Amelia  zamknęła 

drzwi   na   klucz   i   wróciła   do   kuchni.   Yolanda   nadal   siedziała   w 
swoim   foteliku,   który   teraz   był  cały   usmarowany   jedzeniem   i 
pochlapany napojami, spływającymi dużymi kroplami na podłogę.

– Typowa scenka rodzinna – mruknęła do siebie i zabrała się do 

sprzątania.

Kiedy po lunchu Yolanda zasnęła na kanapie w salonie, Amelia 

podniosła słuchawkę i wykręciła numer służbowy Harrisona.

– Cześć. To ja – oznajmiła.
– Witaj. Właśnie miałem do was dzwonić.
–  Tak myślałam, bo od twojego ostatniego telefonu minęła już 

niemal godzina.

– Nie niepokoję was chyba zbyt często?
–  Cogodzinne   kontrole   można   by   uznać   za   przesadnie 

intensywne, ale w końcu to dopiero pierwszy dzień... Jeśli jutro nic 
się nie zmieni, możesz usłyszeć zupełnie inną odpowiedź.

Harrison wybuchnął śmiechem.
– Wybacz nadopiekuńczemu ojcu.
– Dobrze. Tak czy owak chciałam cię poinformować, że udało 

mi się położyć ją spać, więc przez jakiś czas nie dzwoń, żeby jej nie 
obudzić.

– Gratuluję.
– Do zobaczenia około trzeciej.
– Cieszę się na to spotkanie. Już nie mogę się doczekać – odrzekł 

i odłożył słuchawkę.

Amelia usiadła wygodnie obok Yolandy i położyła  dłoń na jej 

głowie.   Poranek   był   dość   męczący,   choć   spędziły   go   bardzo 
przyjemnie.   Tańczyły   przed   telewizorem,   bawiły   się   lalkami   i 
urządziły   dla   nich   podwieczorek.   Amelia   była   zadowolona,   że 
nazajutrz ma wolny dzień i będzie mogła odpocząć.

Tuż po wpół do trzeciej spakowały rzeczy Yolandy, wstąpiły do 

background image

mieszkania   Amelii,  by  mogła  przebrać się do pracy, a następnie 
ruszyły plażą w kierunku szpitala. Po drodze dziewczynka zebrała 
dwie  pełne   kieszenie   muszelek.   Kiedy   dotarły   na   miejsce, 
zatrzymały   się   i   zanim   weszły   do   gabinetu   Harrisona,  Amelia 
strzepnęła piasek z ubrania Yolandy.

– Oto twoja pociecha. Cała i zdrowa.
Harrison przytulił córkę, a potem spojrzał na Amelię.
–  Czego   nie   można   powiedzieć   o   tobie.   Wyglądasz   na 

wykończoną, doktor Watson.

– I tak właśnie się czuję. Nie wiem, jak pani D. daje sobie radę.
–  Och, to proste, mój drogi Watsonie. Ona nie ma  dyżuru w 

szpitalu po całodziennym uganianiu się za ruchliwą trzylatką.

–  To prawda. Byłam do tego stopnia wyczerpana,  że kiedy ona 

spała, sama zdrzemnęłam się jakieś pół godziny.

– Tak właśnie postępują rozsądni rodzice. A teraz przeproszę cię i 

zaprowadzę ją do terapeutki.

Wtorek potoczył się podobnie. Z tą tylko różnicą,  że Amelia, 

bogatsza  o   pewne   doświadczenia,  potrafiła   sprawniej   pokierować 
biegiem   wydarzeń.   Zdążyła  nawet   przygotować   kolację   dla 
Harrisona, który wrócił ze szpitala nieco później niż zwykle.

–  Coś tu pięknie pachnie – stwierdził, wchodząc  do kuchni z 

Yolandą na rękach.

–  Nie   jestem   mistrzynią,   ale   jakoś   sobie   radzę   –  odparła, 

wyjmując zapiekankę z piekarnika.

Harrison uśmiechnął się i postawił córkę na podłodze.
–  Czy   dzisiaj   miałaś   lepszy   dzień?   –   spytał,   biorąc  widelec   i 

zamierzając spróbować potrawę.

– Hej, chwileczkę. Zaczekaj, aż dostaniesz talerz.
– Ojej, ale ja umieram z głodu.
–  W   lodówce   jest   sałata,   więc   ją   podaj.   Przygotowałam   też 

przysmak Yolandy. – Otworzyła kuchenkę mikrofalową i wyjęła z 
niej niewielką miskę owsianki.

– To jest przysmak mojej córki? – zawołał ze zdumieniem.
–   Dzisiaj,   owszem.   Na   lunch   zjadła   trzy   porcje  i   zażądała, 

background image

żebym przygotowała jej to pyszne danie na kolację.

– Nieco monotonne, ale zdrowe. Dobra robota, Watsonie.
–   Dziękuję,   Stapleton.   –   Wyjęła   z   szafki   talerz   i   zaczęła 

nakładać zapiekankę.

– Zaraz! A ty nie będziesz jadła?
– Hm... nie.
–  Dlaczego?   Przecież   wystarczy   dla   wszystkich.  Poza   tym  to 

absurdalne, żebyś po powrocie do domu zabierała się za gotowanie. 
Zostaniesz i zjemy razem.

Amelia wzruszyła ramionami, wiedząc, że spieranie się z nim nie 

ma sensu i wyjęła z szafki drugi talerz. Harrison posadził Yolandę 
przy stole i z radością patrzył, jak jego córeczka zajada owsiankę.

Po kolacji odprowadził Amelię do drzwi, położył Yolandę spać i 

wrócił   do   kuchni,   by   posprzątać   po  posiłku.   Opłukał   talerze   i 
włożył je do zmywarki, a potem zabrał się do papierkowej roboty. 
Po   pięciu  minutach   podszedł   do   telewizora   i   go   włączył.   Dwie 
minuty później wyłączył go i zaczął nerwowo chodzić po pokoju, 
zastanawiając się, co nie daje mu  spokoju. W końcu zdał sobie 
sprawę,   że   przez   cały  czas   jego   myśli   zaprząta   Amelia.   Kiedy 
wszedł   do  kuchni   i   poczuł   zapach   jej   perfum,   uświadomił   sobie 
nagle, że ma ochotę ją pocałować.

background image

Rozdział 6

W środę wszystko przebiegało tak jak w poniedziałek. Z jednym 

tylko   wyjątkiem.   Amelia   odczuła   nieodpartą   chęć   pocałowania 
Harrisona   zarówno   na   powitanie,   jak   i   na   pożegnanie.   Była 
zadowolona, kiedy nastał czwartek, bo tego dnia Harrison miał zostać 
w domu i zająć się córeczką. W szpitalu odwiedziła panią Deveraux i 
ucieszyła się, widząc ją w dobrym zdrowiu.

– Mogę wrócić do domu już jutro – oznajmiła pani D. na jej 

widok.

– To wspaniała wiadomość.
–  Tak. Bardzo dziękuję, kochanie, że pomogłaś  Harrisonowi w 

opiece nad Yolandą.

– Cała przyjemność po mojej stronie. – odparła szczerze Amelia.
Po   dyżurze   wróciła   do   domu.   Była   zadowolona,   że   może 

odpocząć. Z drugiej jednak strony przygnębiała  ją świadomość, że 
tego   dnia   nie   zobaczy   już   Harrisona   ani   Yolandy.  Bardzo  lubiła 
spędzać z nimi czas.

Kiedy wzięła prysznic i włożyła różowy dres, usłyszała pukanie 

do drzwi. Gdy je otworzyła, stwierdziła ze zdumieniem, że na progu 
stoi Harrison, trzymając za rękę swoją córeczkę.

– Przynieśliśmy kolację – oznajmiła Yolanda z dumą, wchodząc 

do mieszkania Amelii jak do własnego domu.

–  Pomyśleliśmy, że przynajmniej tak możemy ci podziękować – 

rzekł Harrison, kiedy weszli do pokoju.

–  Ojej!  To  jest  różowe!  –   zawołała   Yolanda,  podbiegając   do 

Amelii i gładząc rękawy jej dresu.

Na ten widok Harrison poczuł ukłucie zazdrości.
–  Wiedziałam,   że   ci   się   spodoba   –   stwierdziła  Amelia   z 

uśmiechem. – A zatem... zabierzmy się do jedzenia, póki wszystko 
jest jeszcze gorące. Wyjmę  talerze. Yolando, pomóż mi nakryć do 
stołu, dobrze?

Dziewczynka nie odstępowała jej na krok, a Harrison nie mógł 

oderwać od nich oczu. Yolanda miała na sobie różowo-białą piżamę 

background image

i była bardzo podobna do Amelii... tylko znacznie mniejsza.

– Zrobiliśmy taki wielki obraz dla pani D. – oznajmiła Yolanda, 

rozpościerając szeroko ramiona.

– Powitalny plakat – wyjaśnił Harrison. – Zajęło nam to prawie 

cały dzień.

– Wierzę.
Po kolacji przez chwilę rozmawiali o sprawach związanych ze 

szpitalem.   Kiedy   Yolanda   zaczęła   ziewać,   Amelia   powiedziała 
Harrisonowi, by zabrał  ją już do domu, a on posłuchał jej rady i 
niezbyt  chętnie wziął córkę na ręce. Nie miał ochoty wychodzić. 
Chciał zostać i spędzić z Amelią więcej czasu. Wiedział, że skoro 
pani   D.   ma   wrócić   następnego   dnia,   będzie   widywał   Amelię 
znacznie rzadziej niż dotąd.

– Posłuchaj, AJ. – zaczął, kiedy zamierzała otworzyć im drzwi. – 

Co robisz w sobotę rano?

– W Wielką Sobotę?
– Tak.
– Uhm... prawdę mówiąc, nie mam żadnych planów. A dlaczego 

pytasz?

– Czy miałabyś ochotę wyskoczyć na śniadanie?
– Śniadanie?
– Owszem. Pani D. i Yolanda też będą w nim uczestniczyć, więc 

mogę cię zapewnić, że absolutnie nic ci nie grozi.

– A dokąd się wybieracie?
–  Zamierzamy   zjeść   je   na   plaży.   To   coś   w   rodzaju  tradycji. 

Będziesz musiała jedynie wyjść z domu,  pójść ścieżką i przejść 
przez ulicę. – Wskazał ręką  plażę. – A my będziemy już tam na 
ciebie czekać z miską płatków śniadaniowych.

– Naprawdę? Płatki śniadaniowe? A dlaczego na plaży?
–  Sam nie wiem. Zrobiliśmy tak w pierwszą Wielką Sobotę po 

narodzinach Yolandy i stało się to jakby zwyczajem. No więc jak? 
Przyjdziesz?

– Czy będą jakieś wielkanocne jajka?
– Sądziłem, że nie lubisz czekolady.
– Nie mówiłam, że nie lubię. Powiedziałam tylko, że nad słodycze 

background image

przedkładam pikantne jedzenie.

– Rozumiem. A odpowiedź na twoje pytanie  brzmi: nie. Nie 

będzie   jajek.   One   pojawią   się   dopiero  w   niedzielę.   Zatem   do 
zobaczenia w sobotę o ósmej trzydzieści.

– Czy mam coś przynieść?
–  Nie...   to   znaczy   weź   ze   sobą   strój   kąpielowy.   Może   przed 

jedzeniem wskoczymy na chwilę do wody.

– Dobrze.
–  Słodkich   snów,   Amelio   Jane   –   rzekł   półgłosem,  a   potem 

otworzył drzwi i wyszedł.

– Zaniósł swoją śpiącą córkę do jej pokoju i ostrożnie położył ją 

na różowo-białym łóżku. Wiedział, że za kilka godzin przyjdzie do 
niego. Zrobił sobie drinka, usiadł na krześle i zaczął myśleć o Amelii. 
Powiedziała mu, że nie lubi ciętych kwiatów. Nie mógł też dać jej 
czekoladek. A bardzo chciał coś jej podarować i podziękować w 
ten sposób za wszystko, co w ostatnim tygodniu zrobiła dla niego i 
Yolandy.  Jednak   pragnął,   by   był  to   jakiś   prezent   osobisty,  który 
mogłaby zabrać ze sobą do Anglii. Coś, co przypominałoby jej pobyt 
w Australii... no i jego.

W Wielki Piątek personel oddziału ratownictwa miał jak zwykle 

ręce pełne roboty. Amelia musiała uporać się z trzema pijakami, parą 
nastolatków, którzy przedawkowali narkotyki i trzeba było zrobić im 
płukanie   żołądków,   kobietą,   która   złamała   rękę,   spadając  ze 
schodów, i młodym mężczyzną skarżącym się na  palpitacje serca. 
Mimo   nadmiaru   wyczerpujących  obowiązków   przez   cały   czas 
myślała o Harrisonie.

Sobotni poranek był pogodny i ciepły. Amelia starała się stłumić 

podniecenie, które ogarniało ją za każdym razem, kiedy pomyślała o 
spotkaniu z Harrisonem. Choć nie widziała go zaledwie przez jeden 
dzień, już za nim tęskniła.

Czy kiedykolwiek będę potrafiła usunąć się z jego życia? Z życia 

Yolandy? – spytała się w duchu.

Potrząsnęła   głową,   nie   chcąc   nawet   o   tym   myśleć.  Kiedy 

zamknęła   za   sobą   drzwi   mieszkania   i   wyszła  przed   dom,   ze 

background image

zdumieniem dostrzegła liczne zaparkowane w pobliżu samochody 
oraz tłumy ludzi zmierzających na plażę.

Idąc ulicą, zauważyła panią Deveraux, która wychodziła właśnie z 

domu, trzymając w jednej ręce wielką  miskę,  a w drugiej laskę. 
Zawołała do niej, a ona  odwróciła się i powitała ją serdecznym 
uśmiechem.

– Proszę mi to dać – powiedziała Amelia, biorąc od niej miskę.
– Dziękuję, kochanie. Miło znów cię widzieć.
–  Mnie również. Jak się pani czuje? Mam nadzieję, że się pani 

nie przemęcza.

– Harrison nie pozwoliłby mi na to – odparła. – On jest tam z 

Yolandą   –   dodała,   wyciągając   rękę  w   kierunku   plaży.   Amelia 
odwróciła głowę i zobaczyła Harrisona ścigającego się z córeczką. 
–   On  uważa,   że   mała   musi   najpierw   trochę   pobiegać.   Miejmy 
nadzieję, że dzięki temu nabierze apetytu.

Przeszły   przez   jezdnię,   a  potem  pokonały   wydmy  i   w   końcu 

znalazły się na plaży. Amelia stwierdziła z zaskoczeniem, że stał już 
tam stół otoczony krzesłami, a obok wbity był parasol, który miał ich 
chronić  przed   promieniami   słońca.   Ten   obrazek   wydał   jej   się 
niezwykle   malowniczy.   Postawiła   na   stole   wielką  miskę   sałatki 
owocowej, a  potem  spojrzała  w stronę  Harrisona,  który   miał   na 
sobie jedynie sięgające do kolan szorty. Jego umięśniony tors oraz 
szczupłe  nogi   były   opalone   na   ładny   brązowy   kolor.   Włosy 
rozwiewał   mu   lekki   wiatr,   a   czarujący   uśmiech   dopełniał   obrazu 
zabójczo   przystojnego   mężczyzny.   Na  ten   widok   tęsknie 
westchnęła.

Zauważywszy   ją,   Harrison   natychmiast   do   niej  przyjaźnie 

pomachał,   a   potem   podniósł   Yolandę,   która  zaczęła   piszczeć   z 
zachwytu i radośnie chichotać.

– Hej, A. J. ! – zawołał, ruszając w jej kierunku. – Cieszę się, że 

jesteś. – Podszedł do niej i lekko  uścisnął jej dłoń. – Naprawdę 
miło mi, że zdecydowałaś się dotrzymać nam towarzystwa.

– Mnie również.
– Tatusiu! – zawołała Yolanda za śmiechem. – Nie złapiesz 

mnie!

background image

–  Wzywają   mnie   obowiązki   –   oznajmił   Harrison,  wzruszając 

ramionami. – Usiądź, proszę – dodał, a potem odwrócił się i zaczął 
gonić córkę.

Amelia patrzyła na nich ze wzruszeniem.
Kiedy   wrócili,   wszyscy   czworo   ochoczo   zasiedli  do   uczty 

składającej   się   z   płatków   zbożowych,   grzanek,   jogurtu,   sałatki 
owocowej, francuskich rogalików i bułeczek. Yolanda sporo zjadła, 
więc jej ojciec był bardzo z niej zadowolony.

Amelia nie pamiętała już, kiedy spędziła równie uroczy poranek 

na plaży.

Po  śniadaniu  Yolanda  wzięła  wiaderko  oraz  łopatkę   i   zaczęła 

budować zamek z piasku.

– Tatusiu! – zawołała po chwili. – Chodź mi pomóc.
– O co chodzi? – spytał Harrison, podchodząc do niej.
Yolanda   stała   z   rękami   opartymi   na   biodrach   i   uważnie 

przyglądała się swemu dziełu.

– On musi być większy, tatusiu. Dużo, dużo większy – wyjaśniła, 

zataczając ramionami duże koło nad swoją głową, by pokazać mu, 
jakich rozmiarów powinna być budowla.

– Chyba przydałby się nam jeszcze ktoś do pomocy, nie sądzisz? 

– spytał Harrison, gestem wskazując Amelię.

–   Tak   –   zawołała   dziewczynka   z   entuzjazmem,  a   potem 

podbiegła do Amelii i chwyciła ją za rękę.

– Weź to – poleciła, kładąc jej na kolanach wiaderko.
–  Dziękuję – odparła Amelia i pozwoliła zaprowadzić   się   na 

„plac   budowy”.   Po   chwili   siedziała  już   na   piasku   i   pracowicie 
pomagała powiększyć zamek. – Co myślisz o tym, żeby ozdobić go 
muszelkami? – spytała, a Yolanda natychmiast przytaknęła, po czym 
ujęła jej dłoń i pociągnęła w stronę brzegu morza.

Kiedy   wróciły,   udekorowały   zamek,   a   Amelia   nadała   mu   tak 

piękny kształt, jakby była to prawdziwa rzeźba z wody i piasku.

– Trzeba więcej muszelek – stwierdziła Yolanda.
– Chodź, Mil... ja – dodała, ponownie chwytając ją za rękę.
– Pozwól jej trochę odpocząć, dobrze, córeczko? Poza tym wiesz, 

dlaczego muszelki, które ty znajdujesz, zawsze są najładniejsze? Bo 

background image

ty jesteś najładniejsza.

Jego słowa najwyraźniej trafiły jej do przekonania, bo kiwnęła 

głową i pobiegła na brzeg oceanu.

–  Muszę przyznać, że ten zamek jest bardzo piękną   rzeźbą   – 

zauważył Harrison. – To prawdziwe dzieło sztuki, AJ.

Amelia uśmiechnęła się, wzruszając ramionami.
–  Dawniej, kiedy byłam młodsza, trochę rzeźbiłam. Poza tym 

tutejszy   piasek   jest   bardzo   drobny,  delikatny   i   łatwy   do 
modelowania.

– Teraz już się tym nie zajmujesz?
– Nie mam na to czasu.
– Nie przesadzaj. Wyznaj prawdę. Nie zapominaj, że wiem coś na 

temat twojego zawodu. Uważam, że  lekarz zawsze jest w stanie 
wygospodarować kilka wolnych godzin.

Amelia   zanurzyła   dłonie   w   wiaderku   z   wodą   i   wygładziła 

palcami wieżyczki zamku.

– Przestałam rzeźbić i jakoś za tym nie tęsknię.
– Dlaczego przestałaś?
– Bo... mhm, zachorowałam.
Harrison   gwałtownie   się   wyprostował   i   spojrzał   na  nią   z 

niepokojem.

– Czy teraz dobrze się czujesz? Czy wszystko jest w porządku?
Amelię wzruszyła jego troska.
– To było dość dawno temu. Ale tak, czuję się... dobrze.
– Czy mogłabyś opowiedzieć mi, co się wtedy stało? – spytał, a 

potem zerknął w stronę Yolandy, która zaczęła się od nich oddalać. 
– Pomyśl o tym – dodał i pobiegł po córkę.

Kiedy wrócili, Yolanda przez jakiś czas absorbowała ich swoją 

osobą,   każąc   im   dekorować   zamek.  W   końcu   oświadczyła,   że 
arcydzieło   jest   gotowe.   Wtedy   pani   D.   ,   która   obserwowała   ich 
poczynania,  siedząc   w   cieniu   parasola,   wyjęła   z   torby   aparat 
fotograficzny i zrobiła im kilka zdjęć na tle artystycznej budowli.

–  To po prostu niewiarygodne. Jesteś niezwykle utalentowana, 

Amelio  – stwierdziła, a później dodała:  –  Może  poszlibyście  na 
spacer? Zabiorę już Yolandę do domu, a mojej nodze też przyda się 

background image

odpoczynek.

– Dobrze – zgodził się Harrison bez namysłu. Był zadowolony, 

że spędzi z Amelią trochę czasu sam na sam.

Pomachali do Yolandy i ruszyli wolnym krokiem wzdłuż brzegu. 

Amelia  zastanawiała  się, czy  Harrison weźmie ją za rękę. Kilka 
minut później jej ciekawość została zaspokojona. Kiedy potknęła się 
na pofałdowanym piasku, on natychmiast chwycił jej dłoń,  chcąc 
uchronić ją przed upadkiem.

– Czy nie masz nic przeciwko temu, że trzymam cię za rękę? – 

spytał z lekkim uśmiechem.

– Od dawna nikt tego nie robił.
– To godne ubolewania, Amelio Jane.
– Być może – odparła, wzdychając.
Szli w milczeniu w stronę mniej zatłoczonej i bardziej zacisznej 

części plaży, nie chcąc lawirować wśród ludzi.

– Miałem ci powiedzieć, że w końcu przyszły z Brisbane twoje 

dokumenty.

– Nareszcie.
–  Zainteresował mnie fakt, że podzieliłaś swój roczny pobyt w 

Australii na cztery trzymiesięczne staże specjalizacyjne. Przyznam, 
że trochę mnie to zaskoczyło.

Amelia wzruszyła ramionami.
– Chciałam odwiedzić jak najwięcej miejsc w Australii.
– Zatem byłaś w Perth, Melbourne i Brisbane, a teraz jesteś w 

Adelajdzie. Zgadza się, AJ. ?

– Owszem.
– W ciągu trzech miesięcy trudno znaleźć sobie wielu przyjaciół 

– powiedział, a kiedy nagle rozluźniła  –  uścisk dłoni, zdał sobie 
sprawę, że trafił w jej czuły punkt.

– Nie szukam przyjaciół, Harrison. Chcę skończyć staż i zrobić 

specjalizację.

– W tych papierach nie ma ani słowa o twojej chorobie.
– Stan mojego zdrowia nie wpłynie na wykonywanie przeze mnie 

obowiązków, jeśli to cię niepokoi – odparła dość oschłym tonem.

– Dobrze wiesz, że nie w tym rzecz – odparował.

background image

–  Dlaczego   przestałaś   rzeźbić?   Na   co   chorowałaś?  Czy   teraz 

lepiej się już czujesz? – Potrząsnął głową.

– Nie zamierzam zasypywać cię pytaniami. Tak niewiele o tobie 

wiem, a chciałbym poznać cię znacznie lepiej.

– W jakim celu, Harrison? Przecież niedługo stąd wyjadę.
–  W   jakim   celu?   –   powtórzył.   –   A   w   takim,   że  bardzo   cię 

polubiłem.

– Och – mruknęła, nie wiedząc, jak powinna zareagować na jego 

wyznanie. Miejsce rozdrażnienia zajęło teraz jakieś dziwnie ciepłe 
uczucie w stosunku do Harrisona.

Pragnęła,   by   nigdy   jej   ono   nie   opuściło.   Dotychczas   żaden 

mężczyzna nie działał na nią w taki sposób jak on.

–  Proszę cię, AJ. , rozmawiaj ze mną. – Zatrzymał  się i stanął 

naprzeciwko niej. – Rozumiem, że nie jest to łatwe, ale jeśli ma nas 
coś łączyć, muszę wiedzieć o tobie wszystko.

– Coś... ale nie przyjaźń?
–  Chyba oboje doskonale zdajemy sobie sprawę,  –  że przyjaźń 

jest   tylko   cząstką   tego,   co   do   siebie   czujemy.   Nie   umniejszam 
bynajmniej jej znaczenia... prawdę mówiąc, po jednym nieudanym 
związku   doszedłem   do   wniosku,   że   więź   duchowa   jest   znacznie 
ważniejsza   niż   cielesna.   –   Ujął   jej   dłonie.   –   Ale   prawdziwa 
przyjaźń wymaga od obu stron otwartości, zaufania i szczerości.

Słysząc jego słowa, Amelia miała ochotę uciec na koniec świata. 

Wiedziała, że nie może się z nim związać. Oboje doskonale zdawali 
sobie z tego sprawę. Musiała jednak przyznać, że to, co powiedział, 
było prawdą. Istotnie czuli do siebie coś więcej niż tylko przyjaźń, 
ale czy postąpiliby rozsądnie, zacieśniając ten związek?

– Zgadzam się z tobą, ale...
– Ale?
– Wyjeżdżam pod koniec czerwca. Uważam, że bliższy związek 

między nami nie byłby rozsądnym posunięciem.

– A jeśli jest już na to za późno?
– A jest? – wymamrotała, czując, że cała drży.
– Bardzo cię lubię, AJ. Czy widzisz coś złego w tym, że chcę 

cię lepiej poznać? Czy nie jesteś w stanie zaufać mi na tyle, żeby 

background image

powiedzieć, na co chorowałaś?

Amelia westchnęła i zamknęła na chwilę oczy, zastanawiając się, 

czy przypadkiem nie robi z igły wideł. Bardzo nie lubiła mówić o 
swojej przeszłości byle komu, ale w końcu Harrison znaczy dla niej 
znacznie więcej niż ktoś, kogo zna tylko przelotnie. Uniosła powieki 
i spojrzała w jego oczy.

– Mam endometriozę.
Harrison zatrzymał się, czekając na jej dalsze wyjaśnienia, ale 

ona milczała.

– Rozumiem – mruknął w końcu, z zadumą kiwając głową. – Czy 

w twoim przypadku jest to przypadłość dziedziczna?

–  Tak – odparła, siadając na piasku i wpatrując się  w morze. – 

Jestem jedynaczką. Kiedy się urodziłam,  moi rodzice mieli już po 
czterdzieści   kilka   łat.   Matka  chorowała   na   endometriozę,   ale   w 
tamtych   czasach  lekarze   uważali,   że   kobiety   wyolbrzymiają   bóle 
menstruacyjne. Mama jednak okropnie cierpiała. W końcu znalazła 
lekarza,   który   zechciał   ją   wysłuchać.   Po  dwudziestu   latach 
małżeństwa i licznych operacjach udało jej się zajść w ciążę. Choć 
od   tego   momentu   aż   do   rozwiązania   była   przykuta   do   łóżka, 
urodziłam się  przed terminem. – Podciągnęła kolana pod brodę i 
objęła je ramionami.

Harrison milczał wyczekująco.
–  Już   jako   nastolatka   zaczęłam   przyjmować   leki,  ale   mimo 

wszystko wpadałam czasami w depresję. Gdy miałam osiemnaście 
lat,   poddano   mnie   laparotomii...   Początkowo   zamierzali   tylko 
wypalić cysty, usunąć zrosty i fragmenty śluzówki macicy, ale kiedy 
mnie   otworzyli,   stwierdzili,   że   jest   znacznie   gorzej,   niż 
przypuszczali. Gdy się obudziłam,  powiedziano mi, że nie mam 
jednego   jajnika   i   jajowodu.  Oczywiście   wiedziałam,   czym 
ryzykuję,   poddając  się   tej   operacji.   Mój   chirurg   wszystko   mi 
wytłumaczył,   ale   mimo   to   nie   spodziewałam   się,   że   do   tego 
dojdzie.

– AJ. – wyszeptał z takim uczuciem, że w jej oczach zakręciły 

się   łzy   wzruszenia.   Kiedy   objął   ją  –   i   przyciągnął   do   siebie, 
poddała się bez żadnego oporu.

background image

Przez pięć minut siedzieli w milczeniu, a Amelia czuła się bardzo 

bezpieczna w jego ramionach.

– Więc nie ma szansy, żebyś zaszła w ciążę? – spytał łagodnym 

tonem,   a   ona   wzruszyła   tylko   ramionami.   –   Dlatego   trudno   ci 
przebywać w pobliżu małych dzieci? Niemowląt?

–  One są takie cudowne. Zwłaszcza Yolanda. Mimo wszystkich 

problemów bardzo ją kochasz... co  rzuca się w oczy, kiedy tylko 
jesteście razem.

– Poza nią nie widzę świata.
–  No   właśnie.   Dziecko   to   prawdziwy   skarb.   Ludzie,   którzy 

zostają   rodzicami,   powinni   wiedzieć,   że  spotkało   ich   wielkie 
szczęście. Niestety, niektórym nigdy nie będzie to dane...

– Dziękuję, że mi o wszystkim powiedziałaś.
– Muszę przyznać, że nie było to dla mnie łatwe.
– Nieczęsto otwierasz się przed ludźmi, prawda, Amelio Jane? – 

spytał łagodnie.

– Nie. Zwłaszcza, kiedy mam mówić o mojej chorobie.
–  No   to   zrobiliśmy   krok   we   właściwym   kierunku  oznajmił 

zdecydowanym tonem.

– Naprawdę?
– Owszem. Rozmawiamy ze sobą szczerze, a to dobry znak.
– Chyba tak.
–  Chyba? Powiedz raczej, że to wspaniale! Bo to  oznacza, że 

jesteśmy gotowi zrobić następny krok!

– Następny krok? Jaki?
– No, żeby lepiej się poznać – wyjaśnił z uśmiechem, zdejmując 

jej z głowy kapelusz. – Jesteś piękna, Amelio Jane – wyszeptał czule, 
gładząc palcami jej policzek. Potem uniósł jej podbródek i delikatnie 
pocałował ją w usta, wzbudzając w niej uczucie pożądania.

Kiedy po raz kolejny dotknął jej warg, przylgnęła do niego całym 

ciałem, chcąc dać mu do zrozumienia, że pragnie tego równie silnie 
jak on. Harrison  poczuł się jak nie umiejący zapanować nad sobą 
nastolatek, który nie jest w stanie pohamować swych odruchów. Nie 
pamiętał już, kiedy przeżywał coś  podobnego. Przyciągnął Amelię 
jeszcze bliżej, chcąc poczuć bijące od niej ciepło, i zaczął namiętnie 

background image

ją całować. Kiedy przesunęła dłonią po jego nagiej klatce piersiowej, 
cicho jęknął z rozkoszy.

Nic nie miało teraz dla nich znaczenia. Absolutnie nic. Liczyli się 

tylko oni. Pragnienie. Pożądanie. Namiętność, która nieustannie się 
nasilała.   Zapomnieć  o   przeszłości  i   przyszłości.   Istniała   tylko 
teraźniejszość. Żyli jedynie chwilą obecną. W końcu musieli nabrać 
powietrza,   ale   Harrison   nie   dał   za   wygraną.  Wykorzystał   ten 
moment i delikatnie musnął wargami jej szyję.

– Ojej!
Harrison wybuchnął śmiechem.
– Amelio Jane, jesteś wyjątkowa. Czy wiesz o tym?
– Hmm...
–  Widzę,   że   nie   lubisz   komplementów.   Uwierz   mi  jednak   na 

słowo, kiedy mówię, że jesteś nieodparcie pociągająca.

– Chciałabym w to wierzyć, ale...
– Ale co?
– Ale to by znaczyło, że potrafię się otworzyć.
– I do tego właśnie zmierzam, bo...
Przerwał mu głośny krzyk jakiegoś chłopca, który wyskoczył z 

wody i rozpaczliwie machając rękami, biegł w kierunku stanowiska 
ratowników.

– Rekin! Widziałem rekina! On kogoś zaatakował!

background image

Rozdział 7

Amelia   zesztywniała   w   objęciach   Harrisona.   Kiedy   na   nią 

spojrzał, była śmiertelnie blada.

– A. J. ?
Nie odpowiedziała, więc lekko nią potrząsnął.
– Amelia?
Kiedy   gwałtownie   odwróciła   głowę   w   jego   stronę,  dostrzegł 

malujący się w jej oczach paniczny strach. Zaczęła drżeć na całym 
ciele, a jej oddech stał się nieregularny.

– Co ci jest, AJ. ?
–  Nie cierpię  rekinów – wyjąkała. – Jestem  Angielką. U nas 

ataki rekinów nie zdarzają się zbyt często.

–  Nic ci nie będzie – powiedział, pomagając jej  wstać. – Dasz 

sobie radę. To taki sam przypadek jak inne.

Amelia rozejrzała się wokół siebie. W końcu dotarło do niej, że 

muszą   zacząć  działać.   Oboje  byli  wykwalifikowanymi   lekarzami 
oddziału   ratownictwa.   Skoro   znaleźli   się   na   miejscu   wypadku, 
powinni bezzwłocznie ruszyć do akcji.

– A. J. , tam będzie pełno krwi. Nastaw się na widok poważnych 

ran   szarpanych.   W   przypadku   ataku  rekina   często   dochodzi   do 
amputacji...   –   Chwycił   ją  za   rękę   i   pociągnął   za   sobą.   – 
Niejednokrotnie   miałaś  już   do   czynienia   z   tego   rodzaju 
obrażeniami, więc tym razem też dasz sobie radę.

Grupa ratowników wybiegła z pawilonu klubowego, zabierając ze 

sobą łódź. Ludzie kręcili się po całej plaży, wyskakiwali z wody, 
gorączkowo szukali swoich dzieci, wykrzykując ich imiona. Harrison 
podziękował w duchu pani D. za to, że zabrała Yolandę do domu.

Dyżurny ratownik usiłował uspokoić przerażonych plażowiczów, 

którzy   zasypywali   go   pytaniami.  Niektórzy   ludzie   pozbierali   już 
swoje   rzeczy   i   pobiegli   w   kierunku   zaparkowanych   w   pobliżu 
samochodów. Inni stali nad wodą i patrzyli w stronę surfingowców, 
którzy starali się pomóc osobom mającym trudności z dotarciem do 
brzegu. Dzielni sportowcy trzymali się blisko siebie, przestrzegając 

background image

zasady: nigdy nie uprawiaj surfingu samotnie.

–  Chodź, AJ. Musimy im pomóc – powiedział Harrison, a ona 

przytaknęła ruchem głowy.

Oboje patrzyli w stronę morza, uważnie obserwując wysokie fale. 

Surfingowcy zbliżali się do brzegu.

– Pierwsze minuty będą miały decydujące znaczenie – mruknął 

Harrison.

–  Co   mam   robić?   –   spytała   Amelia   opanowanym  głosem, 

oddychając już równo i spokojnie.

– Idź do mojego mieszkania i poproś panią D. , żeby dała ci torbę 

lekarską. Ona wie, gdzie ją znaleźć.

– Czy mam wezwać karetkę?
–   Na   pewno   już   to   zrobiono   –   odrzekł   Harrison,  a   potem 

odwrócił   się   i   ruszył   w   kierunku   ratowników   przygotowujących 
miejsce dla rannego, którego koledzy wyciągnęli już z wody i kładli 
na prowizorycznych – noszach utworzonych z desek surfingowych. – 
Jestem  lekarzem   –   oznajmił,   a   na   twarzy   ratownika   pojawił  się 
wyraz ulgi.

–  Wspaniale. Aha, mam na imię Jonah. Mhm... położymy go 

tutaj – powiedział, wskazując miejsce po swojej lewej stronie, gdzie 
leżały już koce i podręczna apteczka.

–  Dobrze.   Niech   ci   ludzie   się   cofną.   Muszę   mieć  trochę 

swobody.

Jonah odwrócił się do kolegi i przekazał mu instrukcje.
– Mam nadzieję, że wezwaliście ambulans? – spytał Harrison.
– Oczywiście.
–  Koleżanka z ratownictwa poszła do mojego domu   po   torbę 

lekarską... mieszkam po drugiej stronie drogi – oznajmił Harrison, 
sprawdzając zawartość podręcznej apteczki. – Kiedy wróci, macie ją 
przepuścić  bez   zadawania  zbędnych  pytań.   Będzie   niosła  czarną 
torbę lekarską, więc chyba ją rozpoznacie.

–  To  znaczy...  uhm...  wie  pan,  czego  się  spodziewać,   tak?   – 

wyjąkał Jonah.

– . Jeśli interesują pana moje kwalifikacje, to jestem ordynatorem 

oddziału ratownictwa szpitala Glenelg General. To powinno panu 

background image

wystarczyć   –   powiedział   Harrison,   unosząc   głowę   i   widząc 
zbliżającą się do nich Amelię.

Kiedy zerknął w stronę oceanu, zauważył, że surfingowcy wraz z 

ratownikami niosą rannego w ich kierunku.

–  Proszę   natychmiast   się   cofnąć   i   zrobić   miejsce  –   rozkazał 

Jonah.

W   tym   momencie   podeszła   do   nich   Amelia.   Otworzyła   torbę 

lekarską Harrisona i zaczęła przeglądać jej zawartość.

– Masz sól fizjologiczną... w porządku.
– Co u Yolandy? – spytał Harrison.
– Ogląda telewizję.
– To dobrze.
Kiedy położono rannego przed nimi, Amelia zmarszczyła brwi. Ku 

jej zaskoczeniu żył i był przytomny.  Sądziła, że jego stan będzie 
krytyczny, a on przez cały czas gawędził z ożywieniem, jakby atak 
rekina był dla niego czymś powszednim.

Ach,   ci   Australijczycy!   –   pomyślała.   Chyba   nigdy  ich   nie 

zrozumiem.

– Jak ci na imię? – spytał Harrison surfingowca, sięgając po 

nożyczki i rozcinając jego piankowy kombinezon.

– Troy.
– Ile masz lat, Troy?
– Dwadzieścia.
– Od jak dawna uprawiasz surfing?
– Od dziesięciu lat.
– Czy jesteś na coś uczulony?
– Nie.
– W porządku.
Podczas rozmowy Harrison pobieżnie obejrzał jego obrażenia. 

Prawa   stopa   Troya   silnie   krwawiła,  więc   Amelia   pospiesznie 
założyła sterylny opatrunek i przez chwilę mocno przyciskała go do 
rany. W pewnym momencie poczuła, że coś nie jest w porządku. 
Kiedy uniosła tampon, zauważyła, że Troy stracił  czwarty i piąty 
palec u nogi.

–   Weź   głęboki   oddech   –   powiedział   Harrison,  a   Troy 

background image

skwapliwie wykonał jego polecenie. – Rany  szarpane na prawym 
ramieniu i prawej nodze –  oznajmił spokojnym, lecz rzeczowym 
tonem, a następnie zaczął badać jego głowę. – Czy miałeś jakieś 
guzy?

– Nie.
–  Patrz tutaj – polecił, unosząc palec i przesuwając   go   przed 

oczami Troya.

–  Brak czwartej i piątej kości śródstopia. Duża  utrata  krwi – 

stwierdziła Amelia.

Harrison   kiwnął   głową,   a   potem   wezwał   do   siebie  jednego   z 

ratowników.

– Proszę przykryć go kocem. Nie wolno dopuścić do wyziębienia 

ciała. Znajdźcie coś, na czym można  by oprzeć jego nogę. Musi 
mieć   ją   lekko   uniesioną  –   polecił,   wyjmując   z   apteczki   kilka 
gazików   i   przyciskając   je   do   krwawiącego   miejsca.   –   Jonah!   – 
zawołał. – Zastąp mnie i przytrzymaj to, dobrze?

– Czy nic mu nie będzie, doktorze? – spytał kolega Troya.
–  Wyjdzie   z   tego   –   odrzekł   Harrison,   badając   źrenice   oczu 

rannego.   –   Są   równe   i   reagują   na   światło.  Tętno   coraz   słabiej 
wyczuwalne. Troy, weź głęboki  wdech – powiedział, przyciskając 
palce do jego nadgarstka. – Jeszcze raz. No, teraz lepiej. Staraj się 
tak oddychać. Nie za szybko. Nie chcemy, żebyś dostał zawrotów 
głowy. – Spojrzał na jego przyjaciela i dodał: – Pilnuj, żeby przez 
cały   czas   oddychał   równomiernie   i   głęboko.   –   Odwrócił   się   do 
Amelii. – A. J.?

–  Krwotok   zatamowany   –   odparła,   bandażując   stopę   Troya.   – 

Teraz podłączę kroplówkę.

– Dobrze. – Harrison dokładniej przyjrzał się ranom szarpanym 

na ramieniu i udzie Troya. – Usiłował wyrwać ci spory kawał nogi, 
kolego.

– Mhm.
–  Prawdę mówiąc, niewiele brakowało, a uszkodziłby ci tętnicę 

udową. Miałeś szczęście! – stwierdził Harrison, ponownie mierząc 
mu   tętno.   –   Tylko  tak   dalej.   Lubimy   słyszeć   równe   oddechy 
naszych pacjentów, prawda, AJ.?

background image

– Oczywiście – przytaknęła. – Proszę to potrzymać – zwróciła się 

do   ratownika,   podając   mu   butelkę  z   solą   fizjologiczną.   –   A   ja 
podłączę kroplówkę.

–  Niech   ktoś   dowie   się,   kiedy   przyjedzie   ambulans   –   polecił 

Harrison, a potem ponownie zajął się ranami Troya. – Trzeba będzie 
je   zszyć   –   oznajmił,  zakładając   mu   opaskę   uciskową.   –   A.   J.   , 
obejrzyj go, proszę.

Amelia   sięgnęła   po   lekarską   latarkę   i   zbadała   oczy  Troya,   a 

następnie zmierzyła mu tętno, które nadal było słabo wyczuwalne. 
Jego twarz lekko się zarumieniła, a wargi i paznokcie, które miały 
dotąd niebieskawy odcień, odzyskały bardziej zdrowy różowy kolor.

– Czy masz zawroty głowy? Mdłości? – spytała, nadal obejmując 

palcami jego nadgarstek.

– Nie.
–  Przyjechała karetka! – zawołał jeden z gapiów,  a po chwili 

zjawili się ratownicy z noszami i sprzętem medycznym.

– Amelia? – powiedziała ze zdumieniem Giną Douglas, a potem 

spojrzała na Harrisona i dodała: – Witaj.

–  Cześć, Giną, cześć, Ben ~ odrzekł Harrison. –  Cieszę się, że 

was widzę. Rekin zaatakował dwudziestoletniego mężczyznę, który 
odniósł   poważne  obrażenia.   Liczne   rany   szarpane   na   prawym 
ramieniu i prawej nodze. Stracił czwartą i piątą kość śródstopia. Nie 
doznał urazów głowy. Źrenice równe i reagują na światło. Tętno dość 
słabo   wyczuwalne,  chwilami   przyspieszone.   Podaliśmy   mu   sól 
fizjologiczną,   ale   dotąd   nie   dostał   żadnych   środków 
przeciwbólowych.

– A co byś mu zaaplikował?
– Troy, czy jesteś uczulony na morfinę?
– Nie. Brałem ją już wcześniej i nic mi nie było.
– Co ci wtedy dolegało?
–  Och... usunięto mi wyrostek robaczkowy. Miałem   wówczas 

siedemnaście lat.

– Czy obecnie przyjmujesz jakieś leki?
– Nie. Ojej... wczoraj wieczorem trochę wypiłem...
– Nie ci nie będzie – pocieszył go Harrison, robiąc mu zastrzyk z 

background image

morfiny.

Potem   sanitariusze   położyli   Troya   na   noszach   i   zanieśli   do 

ambulansu.   Ratownik   Jonah   przez   cały   czas  im   towarzyszył, 
trzymając w rękach butelkę z solą fizjologiczną.

–  Dobrze się czujesz, Amelio? – spytał Harrison,  biorąc ją za 

rękę.

– Oczywiście. Tak jak mówiłeś, jakoś dałam sobie radę.
Harrison   uśmiechnął   się,   a   potem   przyciągnął   ją  do   siebie, 

otoczył ramieniem i pocałował w czubek głowy. W tym momencie 
Giną   wyskoczyła   z   ambulansu   i   z   aprobatą   spojrzała   w   ich 
kierunku.

– Dziękuję, Giną! – zawołała Amelia. – Napiszę sprawozdanie z 

tego wypadku dziś po południu, kiedy tylko przyjdę do szpitala.

–  Jasne.   Zostawię   papiery   w   twojej   przegródce   –   oznajmiła 

ciemnowłosa ratowniczka, siadając obok kierowcy, który włączył 
światła i na sygnale ruszył.

–  Chodź, musisz odpocząć przed pracą – powiedział Harrison, 

nadal tuląc ją do siebie.

– Jeśli nie masz nic przeciwko temu, to chciałabym pożegnać się 

z Yolandą – oznajmiła, gestem ręki wskazując jego dom.

– Ależ naturalnie.
Yolandą   tańczyła   przy   swojej   ulubionej   muzyce,  ale   kiedy 

zobaczyła Amelię, natychmiast podbiegła do niej i zarzuciła jej na 
szyję swoje pulchne rączki.

– Mil. , ja. Chodź i tańcz.
–  Czy   nie   mogłabym   popatrzeć,   jak   ty   tańczysz?  –   spytała 

Amelia, a dziewczynka nie dała się prosić i w rytm muzyki zaczęła 
wirować po całym pokoju, naśladując ruchy aktorów w telewizji. – 
Jesteś naprawdę świetną tancerką – pochwaliła ją pod koniec trzeciej 
melodii.

Kiedy wychodziła, Yolandą pomachała do niej na pożegnanie.
– Odprowadzę Amelię do domu – zawołał Harrison do pani D. , 

która siedziała w fotelu i czytała książkę.

– W porządku, mój drogi.
Ruszyli ścieżką, trzymając się za ręce. Harrison uważał Amelię 

background image

za niezwykłą kobietę. Nie mógł wprost uwierzyć, że w końcu coś 
mu o sobie opowiedziała. Zawsze miał nadzieję, że kiedyś spotka 
kobietę, która zostanie jego przyjaciółką. Że z czasem ten związek 
się   zacieśni.   Że   ponownie   się   ożeni,  dając   córeczce   zarówno 
kochającą matkę, jak i rodzeństwo do wspólnych zabaw, ale...

– Czy kiedykolwiek powiedziałaś jakiemuś mężczyźnie o swojej 

operacji? O tym, co musisz znosić na co dzień? – spytał, wiedząc, że 
endometrioza jest bardzo bolesną chorobą.

– Tak. Jeden raz. Dawno temu.
–  Niech   zgadnę.   Kiedy   powiedziałaś   mu   o   tej   operacji,   on 

natychmiast cię porzucił?

– Właśnie.
– I od tej chwili straciłaś zaufanie do ludzi.
– Owszem.
– Doskonale cię rozumiem. Naprawdę. I czuję się zaszczycony, że 

zaufałaś właśnie mnie. Wiem, że nie  jest to łatwe, zwłaszcza po 
zawodzie, jaki przeżyło się wcześniej.

– Masz na myśli swoją żonę?
– Byłą żonę. To znaczy, zgodnie z literą prawa do końca byliśmy 

małżeństwem, ale gdyby Inga żyła, na pewno doszłoby do rozwodu. 
To byłoby jedyne rozsądne rozwiązanie, zarówno dla Yolandy, jak i 
dla mnie. – Spojrzał na splecione palce ich dłoni. – Dwa tygodnie 
po   jej   wyprowadzce   zadzwonili   do   mnie  z   policji,   prosząc   o 
spotkanie w szpitalu. Musiałem zidentyfikować jej zwłoki.

– Och, Harrison – wyszeptała ze współczuciem.
–  Poziom alkoholu w jej krwi znacznie przewyższał dozwoloną 

normę, a ona prowadziła samochód;

Amelia wpatrywała się w niego, nie mogąc wyobrazić sobie tej 

makabrycznej sceny.

– To był dla nas ciężki okres. Yolanda też nie czuła się dobrze.
– Ale jakoś się z tym uporałeś. To dowodzi, że w głębi duszy 

jesteś bardzo silny. Wiem, jak ważna  jest dla ciebie Yolanda. To 
widać już na pierwszy rzut oka. Jesteś cudownym ojcem i nie mam 
wątpliwości, że wychowasz córkę na samowystarczalną, niezależną 
i zaradną osobę. Chyba żaden ojciec ani  matka  nie  może   żądać 

background image

więcej...

Harrison westchnął głęboko.
–  Niekiedy zadaję sobie pytanie, co ja najlepszego robię. Mimo 

zabiegów leczniczych, intensywnych ćwiczeń oraz ciągłego nadzoru 
bywają dni, kiedy Yolanda siedzi bez ruchu i wpatruje się w ścianę, 
ponieważ nie może dać sobie rady z otaczającym ją  światem. To 
wszystko   przerasta   jej   możliwości.   Co  będzie,   jeśli   z   tego   nie 
wyrośnie? Co będzie, jeśli nie uda mi się przygotować jej do życia?

–  Ależ, Harrison, z tego, co widziałam, wykonujesz niezwykłą 

robotę. Nie zostawiasz małej na oddziale dziennym, lecz zajmuje się 
nią zaufana osoba, którą oboje kochacie. Yolanda jest cudownym 
dzieckiem.   To,   że   postawiono   diagnozę   tak   wcześnie,  działa na 
waszą korzyść, a podjęta terapia przynosi  wspaniałe rezultaty. A 
wszystko dzięki temu, że od razu wiedziałeś, na co należy zwracać 
uwagę...

– Ale ty mimo to natychmiast zauważyłaś, że coś jej dolega.
–  Owszem, ale ja jestem lekarzem, a to zupełnie inna sprawa. 

Poza   tym   przecież   nie   starasz   się   ukryć  upośledzenia   Yolandy. 
Usiłujesz jedynie dawać jej wszystko, czego potrzebuje. To znaczy 
dajesz jej – narzędzia, żeby mogła maksymalnie korzystać z życia i 
wyrosnąć na niezależną kobietę.

– Tak uważasz?
Amelia nie mogła pojąć, dlaczego aż tak bardzo brak mu wiary w 

siebie.   Zawsze   wydawał   jej   się  mężczyzną   silnym   i   umiejącym 
zapanować nad każdą sytuacją.

–  Oczywiście.   Jesteś   wspaniałym   ojcem,   Harrison.   Nie 

powinieneś mieć co do tego cienia wątpliwości.

Harrison przez chwilę rozważał jej słowa w milczeniu.
–  Jesteś dla mnie niezwykle dobra, Amelio Jane. Czy zdajesz 

sobie z tego sprawę? Naprawdę, bardzo lubię twoje towarzystwo i 
sam już nie wiem, jak ci  dziękować za wszystko, co zrobiłaś dla 
Yolandy w ciągu tego tygodnia.

Amelia poczuła, że robi jej się ciepło na sercu.
– Sprawiło mi to wielką przyjemność. Lubię spędzać z nią czas.
– Nie chciałbym się narzucać, ale upłyną jeszcze co najmniej dwa 

background image

tygodnie, zanim pani D. w pełni odzyska zdrowie i, że tak powiem, 
stanie na nogach. Czy mogłabyś nadal do nas zaglądać i sprawdzać, 
czy wszystko jest w porządku? Oczywiście, w wolne dni...

– Naturalnie. Powiedziałam, że chętnie pomogę i nie zamierzam 

zmieniać   zdania   –   oznajmiła,   uświadamiając   sobie,   że   nie 
potrafiłaby odmówić temu mężczyźnie.

– To wiele dla mnie znaczy, AJ. Zatem do zobaczenia później.
–  Słucham? – Stali teraz przed drzwiami jej mieszkania, a ona 

odwróciła się i spojrzała na Harrisona,  czując zamęt w głowie. – 
Przecież mam dyżur.

– Wiem. Kończysz około północy, prawda?
– No... tak.
– Zatem przyjdę po ciebie do szpitala i odprowadzę cię do domu. 

Chcę mieć pewność, że jesteś bezpieczna.

– Zamierzałam wziąć taksówkę.
– Zapowiadają cudowny wieczór.
– Harrison, czegoś tu nie rozumiem.
–  Powiedziałaś,   że   chętnie   pomożesz,   kiedy   nie  będziesz 

pracować.

– No tak.
– A wtedy skończysz już zmianę.
– A ty będziesz potrzebował pomocy?
–  Tak, bo chcę odprowadzić cię do domu. A jak  miałbym to 

zrobić bez ciebie?

Amelia zamknęła na chwilę oczy.
– Mam kompletny zamęt w głowie.
Harrison uniósł brwi i lekko się uśmiechnął.
– To dobrze – mruknął, a potem pochylił się, musnął wargami jej 

usta i odszedł.

Amelia   wyjęła   klucz   z   kieszeni   spódnicy   i   otworzyła   drzwi, 

wciąż nie mogąc ochłonąć po tym przelotnym pocałunku.

–  Mam   zupełny   chaos   w   głowie   –   jęknęła,   wchodząc   do 

mieszkania.

background image

Rozdział 8

Kiedy tego dnia po południu dotarła do szpitala, odsunęła na bok 

wszelkie   myśli   dotyczące   Harrisona  i   była   gotowa   skupić   się 
wyłącznie   na   pracy.   Idąc   korytarzem,   zdała   sobie   sprawę,   że 
wszyscy uśmiechają się do niej inaczej niż zwykle.

Otworzyła drzwi do szatni i stanęła twarzą w twarz z Tiną.
– No więc? Powiedz mi, Amelia. W szpitalu aż huczy od plotek, 

że ty i Harrison jesteście parą. W zeszłym tygodniu w ogóle cię nie 
widziałam,   bo   wzięłaś   sobie   wolne,   żeby   bawić   się   z   nim   w 
szczęśliwą  rodzinkę.   Nie   mogę   więc   powiedzieć,   żebym   była 
zaskoczona, ale tak czy owak... przekaż mi najświeższe wiadomości.

–  No   cóż...   –   zaczęła   Amelia.   –   Można   powiedzieć,   że 

znaleźliśmy   wspólny   język.   –   Odwróciła   się  i   zamknęła   drzwi 
swojej szafki.

– Ojej, to fajnie. Cieszysz się, prawda?
–  Jak mogę się cieszyć? Zostało mi dziesięć tygodni pobytu w 

tym kraju.

– Ale przecież powiedziałaś, że znaleźliście  wspólny język. – 

Urwała, a potem zawołała: – Och, teraz rozumiem...

Amelia westchnęła i odwróciła się do Tiny plecami.
–  On  cię  pocałował,  prawda?  Nie  ukryjesz  tego  przede   mną. 

Masz to wypisane na twarzy.

– Naprawdę? – Amelia spojrzała w lustro.
–  Powiedziałam to w przenośni – zawołała Tina,  wybuchając 

śmiechem. – O rany! Widzę, że pobyt na łonie szczęśliwej rodziny 
bardzo ci służy.

–  Nic   na   to  nie   poradzę,   że   lubię  spędzać   czas   z  nim...   i  z 

Yolandą.

– Więc nie trać ani chwili. Macie zaledwie dziesięć tygodni.
– Nie wiem, czy powinnam się angażować, skoro mam wkrótce 

wyjechać.

–  Och, Amelio! Jak często przytrafiały ci się podobne historie? 

Prawie nigdy! Skoro czujesz coś do Harrisona, to masz prawo wdać 

background image

się z nim w romans i zobaczyć, co z tego wyniknie.

– Muszę stąd wyjechać.
– Ale dlaczego nie miałabyś przekonać się, jak wam...
– Z powodu Yolandy.
–  Och,   daj   spokój.   To   kiepska   wymówka.   Po   prostu   jesteś 

przerażona. Piekielnie boisz się, że on odepchnie cię, tak jak zrobił 
to przed laty ten kretyn.

–  Nigdy   nie   urodzę   dziecka,   Tina.   Czy   nie   uważasz,   że   to 

mogłoby mieć dla niego znaczenie?

– Nie wiem. Spytaj Harrisona.
– Nie mogę.
– Dlaczego?
–  Bo mnie odtrąci. To oczywiste, że on pragnie mieć więcej 

dzieci i doskonale go rozumiem. Jest niezwykłym ojcem. Zasługuje 
na kobietę, która może dać mu to, o czym marzy.

–  A   jeśli   tą   kobietą   jesteś   właśnie   ty?   Co   będzie,   jeśli   go 

odrzucisz? Czy pomyślałaś o tym choć przez moment?

Amelia milczała przez dłuższą chwilę, rozważając w myślach jej 

słowa.

– Nie. Nie myślałam o tym w ten sposób. – Westchnęła. – Muszę 

iść.

Amelia  skupiła  się  na  pracy. Po   wizycie  pierwszego pacjenta 

poszła do Troya, który leżał na ortopedii.

– Cześć! – powitał ją, kiedy podeszła do jego łóżka. – Dziękuję, 

że przyszła pani mnie odwiedzić.

– Jestem zaskoczona, że nie masz gości, Troy.
– Moi rodzice poszli przed chwilą kupić coś do jedzenia. Teraz, 

kiedy zobaczyli, że nic mi nie jest, mama trochę się uspokoiła.

–  Bardzo się cieszę. Jesteś prawdziwym szczęściarzem, Troy – 

powiedziała   łagodnym   tonem,   a   on  skwitował   jej   słowa 
uśmiechem.

– Szczęście nie ma z tym nic wspólnego. Ten rekin nie chciał 

zrobić mi nic złego.

– Dlaczego tak mówisz? Przecież on mógł cię zabić!
– Ale tego nie zrobił. I powiem pani dlaczego.

background image

– Słucham.
– Bo nie surfowałem sam. Byli ze mną kumple, którzy wyciągnęli 

mnie na brzeg, zanim zdałem sobie sprawę, co się dzieje. Przezorni 
surfingowcy   wiedzą,  co   robić   i   czego   można   się   spodziewać. 
Mieliśmy przy sobie czujniki do wykrywania rekinów. Nie jesteśmy 
głupi, ale w końcu zdarzają się różne wypadki.

– Jak możesz tak spokojnie o tym mówić?
– Pani też była spokojna, kiedy opatrywała pani moje rany. Jest 

pani lekarzem, przygotowanym do tego rodzaju pracy. A ja jestem 
zawodowym surfingowcem, który cały wolny czas spędza na plaży – 
odrzekł z uśmiechem.

– Czy zamierzasz nadal uprawiać ten sport?
– Oczywiście, Amelia oniemiała z wrażenia i patrzyła na niego z 

otwartymi ze zdumienia ustami.

–  Mam   to   we   krwi.   Przypuszczam,   że   wydaje   się   to   pani 

lekkomyślne i nierozważne, ale nie rzuciłaby pani medycyny, gdyby 
podupadła   pani   na   zdrowiu.  Pozbierałaby   się   pani   i   wróciła   do 
swojego zawodu... do tego, co robi pani najlepiej.

Ma rację, przyznała w duchu Amelia. Właśnie tak  postąpiłam, 

kiedy   stan   mojego   zdrowia   przekreślił  wszelkie   plany   na 
przyszłość.

– To bardzo słuszna uwaga, Troy – powiedziała, uśmiechając się 

do niego. – Wracaj do zdrowia.

– Dobrze.
Kiwnęła głową i ruszyła w stronę wyjścia.
– Och, pani doktor... jeszcze jedno...
Amelia przystanęła i odwróciła się do niego.
–  Dziękuję   za...   och,   wie   pani...   za   doprowadzenie  mnie   do 

porządku – wyjąkał ze łzami w oczach.

Widząc to, Amelia zdała sobie nagle sprawę, że  ten wypadek 

wstrząsnął nim bardziej, niż to okazywał. Kiwnęła głową, a potem 
serdecznie się do niego uśmiechnęła i poszła z powrotem na oddział 
ratownictwa.

Upłynęło kilka godzin. Tina nie wspomniała już  ani słowem o 

Harrisonie, a Amelia była jej za to bardzo wdzięczna. Na oddziale 

background image

panował wyjątkowy – jak na sobotni wieczór – spokój, więc miała 
mnóstwo czasu na rozmyślania, choć wcale tego nie chciała. Podczas 
przerwy na kolację poszła do pokoju dla personelu. Ze zmęczenia 
głowa opadła jej na stół. Harrison nieustannie zaprzątał myśli Amelii 
i coraz trudniej było jej skupić się na pracy. Ciągle zastanawiała się 
nad tym, jak powinna postąpić wobec niego. Nie bardzo wiedziała, 
co ma dalej robić.

–  Dobrze   ci,   co?   –   powiedział   Harrison,   niespodziewanie 

wchodząc do pokoju, a ona na dźwięk jego  niskiego, głębokiego 
głosu gwałtownie się wyprostowała.

– Co... ty tutaj robisz, Harrison? – spytała, spoglądając na niego 

szeroko otwartymi oczami. Powoli dopiła herbatę, stwierdzając, że 
ten   mężczyzna   wygląda   równie   dobrze   w   dżinsach   oraz 
podkoszulku, które teraz miał na sobie, jak i w eleganckim ubraniu 
czy kąpielówkach. Nagle zdała sobie sprawę, że choć  widziała go 
tego   ranka,   przez   cały   dzień   okropnie   za  nim   tęskniła.   –   Czy 
Yolanda dobrze się czuje?

– Tak.
– Więc co tu robisz? Chodzi o panią D. ?
–  Nie. Yolanda i pani D. są w świetnej formie.  Wezwała mnie 

Tina.

– W jakiej sprawie?
– Chodzi o jakiś poważny nagły przypadek. – Podszedł do stołu i 

usiadł obok niej. – Nic o tym nie wiesz?

– Od półgodziny mam przerwę – wyjaśniła, odsuwając się nieco 

od niego.

Harrison   kiwnął   głową   i   pochylił   się   w   jej   stronę,  ale   ona 

odruchowo odskoczyła.

–  Przecież cię nie ugryzę – powiedział łagodnym  tonem. – No, 

chyba że mnie o to poprosisz.

–  Harrison! – upomniała go, ale jego niezbyt wyszukany żart 

odniósł   skutek.   Patrząc   w   jego   oczy,  poczuła   suchość   w   ustach. 
Przyglądając się jego wargom, zapragnęła, by znów ją pocałował. 
Ponownie  spojrzała   mu   w   oczy   i   zdała   sobie   sprawę,   że   on 
doskonale wie, o czym ona myśli.

background image

Harrison wziął głęboki oddech, przez chwilę go wstrzymywał, a 

potem wypuścił powietrze.

–  Może   pójdziemy   dowiedzieć   się,   co   Tina   ma  nam   do 

powiedzenia? – zaproponował, wyciągając do niej rękę, a ona mimo 
wszystko nie była w stanie przepuścić tej okazji.

Pragnęła go dotknąć, a kiedy poczuła ciepło jego dłoni, jej serce 

znów zaczęło bić w przyspieszonym tempie.

– Chodźmy, doktor Watson – powiedział, chwytając ją za rękę i 

kierując   się   w   stronę   stanowiska   pielęgniarek   na   oddziale 
ratownictwa. Mijani przez nich członkowie personelu uśmiechali się 
życzliwie  na   ich   widok,   a   jeden   z   portierów   przyjaźnie   poklepał 
Harrisona po plecach.

– Tak trzymać, szefie! – powiedział, szczerząc zęby.
Kiedy  dotarli do  recepcji,  zastali  w  niej Tinę,  która  odkładała 

właśnie słuchawkę.

–   Widzę,   że   Harrison   już   cię   znalazł   –   zawołała  z wyraźną 

radością. – To świetnie. Zaraz zaczynamy odprawę.

Wciąż   trzymając   się   za   ręce,   weszli   do   pokoju,  w   którym 

zgromadziło się już kilkunastu członków personelu. Była wśród nich 
Rosie, która powitała ich serdecznym okrzykiem, a potem podeszła 
do Amelii.

–  Wygląda   na   to,   że   zostałaś   dziewczyną   naszego  szefa   – 

szepnęła jej do ucha.

Amelia   nie   wiedziała,   jak   się   zachować.   Czuła,   że  ma 

zaczerwienione   policzki.   Na   szczęście   w   tym  momencie   weszła 
Tina i wszyscy zamienili się w słuch.

– Stajemy w obliczu kryzysowej sytuacji – oznajmiła donośnym 

głosem.   –   Podczas   koncertu   rockowego,   który   odbywał   się   nad 
morzem, słuchacze dostali zbiorowego amoku i doszło do ogólnej 
bijatyki.  Wysiano   tam   co   najmniej   osiem   karetek   pogotowia. 
Będziemy   mieli   do   czynienia   ze   złamaniami,   obrażeniami   ciała, 
oparzeniami i Bóg wie czym jeszcze. Nie wspominając już o tym, że 
niektórzy spośród poszkodowanych są pijani lub odurzeni na skutek 
nadużycia narkotyków.

–  Sobotnie   wieczory   sprzyjają   bijatykom   –   wtrąciła   jedna   z 

background image

pielęgniarek, wywołując wybuch śmiechu zebranych.

–  Zachowajcie powagę i skupcie się na tym, co  nas czeka – 

zarządził   spokojnym,   ale   stanowczym  tonem   Harrison.   –   Z 
informacji, które przekazała mi Tina, wynika, że będziemy zawaleni 
robotą. Przyjmujcie pacjentów kolejno, w miarę ich pojawiania się 
na oddziale. Tych, których stan nie jest krytyczny, należy opatrzyć i 
wysłać do domu. Będą mogli wrócić jutro lub skontaktować się w 
poniedziałek   ze  swoimi   lekarzami   rodzinnymi.   Amelio,   ty   i   ja 
będziemy urzędowali w sali zabiegowej numer jeden. Tina,  zbierz 
zespół i zajmij salę numer dwa. – W tym – momencie rozległa się 
syrena i wszyscy zastygli na chwilę w bezruchu, jakby czekając na 
jego komendę. – No dobrze, bierzmy się do pracy.

W ciągu najbliższych trzech godzin Amelia była tak zajęta, że nie 

mogła nawet pomyśleć ani o Harrisonie, ani o niczym innym. W sali 
zabiegowej pojawiali się kolejno ranni pacjenci. Na szczęście oboje 
z Harrisonem byli już na tyle zgrani, że rozumieli się bez słów. 
Pracowali   w   milczeniu,   tylko   od   czasu   do  czasu   rzucając   jakąś 
uwagę.

Choć część poszkodowanych kierowano do innych szpitali, po 

północy ich napływ zmniejszył się tylko w niewielkim stopniu. W 
szpitalu pojawiła się też policja, bo w poczekalni wybuchła bójka 
między oczekującymi na swoją kolej młodymi ludźmi.

–  Jak   długo   to   jeszcze   potrwa?   –   spytała   Amelia,  zdejmując 

rękawiczki po opatrzeniu kolejnego pacjenta.

–  Wydaje   mi   się,   że   karetki   nie   kursują   już   tak  często   jak 

przedtem   –   odparł   Harrison.   –   To   by   oznaczało,   że   liczba 
poszkodowanych będzie się zmniejszać.

Ale minęła jeszcze godzina, zanim poczekalnia opustoszała, a oni 

mogli sobie pozwolić na chwilę odpoczynku.

–  Zabieram torebkę i idę do domu – jęknęła Amelia, tłumiąc 

ziewnięcie.

–  Lepiej usiądź na chwilę i napij się kawy – zaproponowała 

Tina.

– Nie mogę – mruknęła, rozglądając się wokół siebie. – Jeśli to 

zrobię, już nie wstanę o własnych siłach.

background image

– Nie widziałam go od dłuższej chwili – oznajmiła Tina.
– Kogo?
– Harrisona. Nie widziałam go, ale myślę, że nadal jest na terenie 

szpitala.

–  To dobrze, bo mam nadzieję, że odprowadzi mnie do domu. 

Albo wezwie taksówkę.

– Nic z tego – roześmiała się Tina. – Jest bardzo zmęczony, ale z 

pewnością   będzie   chciał   iść   piechotą,  bo   wtedy   spędzi   w   twoim 
towarzystwie   więcej   czasu.  On   chyba   naprawdę   jest   w   tobie 
śmiertelnie zakochany.

– Nie mów tak! – jęknęła Amelia.
– O czym rozmawiacie? – spytał Harrison, który stanął właśnie 

w drzwiach pokoju.

–  O...   niczym   –   wykrztusiła   Amelia,   czerwieniąc  się   z 

zażenowania.

–  Mam tu jeszcze jedną pacjentkę – zawołała Rosie, machając 

kartą choroby. – Kto się nią zajmie?

– Ja – odparła Amelia, z trudem wstając z krzesła. – Im prędzej 

się do tego zabiorę, tym wcześniej skończę.

– Dziękuję ci. Ta biedna kobieta siedzi tam już od dwóch godzin.
– Przykro mi, że musiała pani tak długo czekać, pani Franklin – 

powiedziała Amelia, wchodząc do sali zabiegowej.

– Nic nie szkodzi – odparła kobieta. – Wiem, że mieliście pełne 

ręce roboty. Zrobiono mi tymczasem zdjęcia rentgenowskie.

– Zaraz je przyniosę – oznajmiła Amelia, wychodząc z pokoju i 

kierując się w stronę stanowiska pielęgniarek.

–  Czego   szukasz?   –   spytał   Harrison,   który   przekładał   jakieś 

leżące na stole dokumenty.

– Zdjęć pani Franklin.
– Są tutaj. Czy to twoja ostatnia pacjentka?
– Mam nadzieję – odparła, tłumiąc ziewanie. – Marzę już tylko o 

tym, żeby jak najszybciej znaleźć się w domu.

–  Czy   nadal   nie   masz   nic   przeciwko   temu,   żebym  cię 

odprowadził?

– Oczywiście. Świeże powietrze dobrze nam zrobi.

background image

–  To   świetnie.   W   takim   razie   przekażę   Tinie  wszystkie   inne 

sprawy i będę na ciebie czekał.

Amelia uśmiechnęła się z wdzięcznością i wróciła do pacjentki. 

Umieściła zdjęcia na negatoskopie i zaczęła je uważnie oglądać.

– Ręka jest niewątpliwie złamana – oznajmiła po chwili. – Widzę 

też dwa drobne pęknięcia kości. Z wywiadu wynika, że pani upadla 
i ktoś nadepnął pani na ramię.

– Zgadza się. To był naprawdę udany koncert – odparła kobieta z 

ironicznym uśmiechem.

– Czy rozmawiała pani z policją?
– Tak. To mi nic nie pomoże, ale przynajmniej będę miała czyste 

sumienie.

– No dobrze. Założymy pani gips. Trzeba go będzie nosić przez 

sześć   tygodni.   Po   upływie   tego  terminu   proszę   zapisać   się   na 
wizytę   do   jednego  z   naszych   szpitalnych   ortopedów.   Dyżurna 
pielęgniarka przekaże pani wszystkie niezbędne informacje.

– Bardzo pani dziękuję.
Amelia   wróciła   do   stanowiska   pielęgniarek   i   dokonała 

niezbędnych   adnotacji   w   karcie   choroby   pani  Franklin.   Potem 
wypisała dla niej skierowanie do gipsowni.

– Czy jesteś już gotowa? – spytał Harrison.
–  Muszę tylko przynieść moją torebkę.  Pobiegła do szatni i po 

chwili wróciła.

–  Szybko się z tym uwinęłaś – mruknęła z uśmiechem Tina. – 

Widzę, że marzysz o tym, żeby stąd jak najprędzej wyjść.

– Żebyś wiedziała.
– W takim razie znikajcie stąd oboje, a ja zajmę się wszystkim 

innym.

– Życzę dobrej nocy – powiedział Harrison, kiedy wychodzili z 

oddziału.

Gdy tylko znaleźli się na dworze, mocno ją objął, a ona od razu 

poczuła się lepiej. Ale odezwał się do  niej dopiero wtedy, kiedy 
minęli bramę szpitala i wyszli na ulicę.

– Dlaczego nic nie mówisz? – spytał.
– Hmm... Sama nie wiem, co mam powiedzieć.

background image

–  Przykro mi, jeśli czujesz się skrępowana tym, że  wszyscy tak 

uważnie cię obserwują.

– Oni najwyraźniej bardzo dobrze ci życzą.
Harrison wzruszył ramionami.
–  Znamy się od dawna. Spora część personelu pamięta mnie z 

czasów, w których byłem jeszcze studentem medycyny i stawiałem 
pierwsze   kroki   w   zawodzie.   Było   to   na   długo   przedtem,   zanim 
poznałem  Ingę   i   zostałem   ojcem.   Ale   zapomnijmy   o   szpitalu. 
Cieszmy się tym, że wędrujemy we dwoje pod rozgwieżdżonym 
niebem.

Amelia stwierdziła ze zdziwieniem, że istotnie czuje się bardzo 

szczęśliwa. Ale miała jeszcze do niego kilka pytań.

– Jak mam reagować na to, że wszyscy uważają mnie za twoją 

dziewczynę?

Harrison  zerknął  na nią z  uśmiechem.   Potem rozejrzał się na 

prawo i lewo, by sprawdzić, czy mogą bezpiecznie przejść na drugą 
stronę, i ruszył naprzód, pociągając ją za sobą.

– A czy nią nie jesteś? – spytał cicho.
–  Sama nie wiem. Pomagałam ci w opiece nad  Yolandą, a ty 

pocałowałeś mnie dziś po raz pierwszy, ale...

–  Wczoraj – poprawił ją odruchowo, a ona potakująco kiwnęła 

głową.

– Tak, to było wczoraj. Trzymałeś mnie też za rękę na odprawie, 

więc cały szpital uważa mnie za twoją ostatnią zdobycz.

– Ostatnią? – spytał urażonym tonem. – Moja ostatnia zdobycz 

została moją żoną.

– I o to właśnie mi chodzi.
– Co to znaczy?
–  Harrison,   nie   możemy   sobie   pozwolić   na   poważne 

zaangażowanie. Nie chcę się powtarzać jak  zacięta   płyta,   ale   ja 
mam w Anglii swoje własne życie.

Zmarszczył brwi, wyraźnie niezadowolony z jej  odpowiedzi, i 

objął ją jeszcze mocniej.

– Wiem o tym.
– Więc musisz sobie zdawać sprawę, że nasza znajomość... nasz 

background image

związek... – wzruszyła ramionami – nie ma przyszłości.

– Dlaczego?
–  Dlatego,   że   mieszkamy   w   różnych   krajach.   Na  różnych 

kontynentach.

– To prawda... – mruknął niechętnie, zastanawiając się, czy jest to 

jedyna przyczyna, dla której Amelia zachowuje wobec niego taki 
dystans. Wyznała mu, że cierpi na endometriozę, ale on podejrzewał, 
że na jej postawę wpływają jakieś inne motywy.

– A poza tym musimy wziąć pod uwagę dobro Yolandy. I to jest 

dodatkowy powód, dla którego nie powinniśmy się widywać.

–  Ale mimo wszystko pozwalasz mi się obejmować i spacerujesz 

ze mną po ulicach o drugiej nad ranem.

– Ja nie powiedziałam, że cię nie lubię. Lubię cię... może nawet 

za bardzo.

– Więc dlaczego nie możemy uznać tej sytuacji za punkt wyjścia i 

nie pozwolimy jej się rozwijać?

–  Dlatego, że muszę stąd wyjechać, wrócić na  moją półkulę, 

przygotować się do końcowych egzaminów, a jeśli je zdam, przyjąć 
lub odrzucić proponowaną mi posadę.

– A więc zaproponowano ci stałą pracę? – spytał ze zdumieniem. 

– W Anglii?

– Nie wiem, dlaczego jesteś taki zaskoczony.
– Nie jestem. Uważam cię za znakomitego lekarza. Po prostu nie 

zdawałem sobie sprawy, że otrzymałaś taką ofertę.

– To tylko dowodzi, jak mało o sobie wiemy, Harrison.
–  I   właśnie   dlatego   powinniśmy   bliżej   się   poznać.  –   Minęli 

właśnie jego dom i szli dalej w kierunku jej mieszkania. – Posłuchaj, 
połączyła nas ze sobą jakaś  niezwykła więź. Nie mogę przestać o 
tobie myśleć.

–  Choć znamy się od niedawna, jesteś dla mnie bardzo  ważna. 

Kiedy cię przy mnie nie ma, myślę tylko o tym, że chciałbym być z 
tobą, trzymać cię za rękę, obejmować, całować... Moje uczucia są 
tak silne, że nie potrafię nad nimi zapanować, choć wydaje mi się to 
trochę przerażające. Nie wiem, dokąd to doprowadzi i co może się 
wydarzyć. Ale wiem, że nie przeżywałem   czegoś   takiego   nigdy 

background image

dotąd.

– Nawet w towarzystwie twojej żony?
– Nie – odparł bez chwili wahania. – Ona nigdy nie sprawiła, że 

czułem   się   tak,   jakbym   potrafił   latać,  jakbym   mógł   samotnie 
pokonać cały świat. A ty wyzwalasz we mnie moje najlepsze cechy. 
Nigdy   nie  zrobiłbym   ci   krzywdy,   AJ.   Jesteś   dla   mnie   kimś 
wyjątkowym.

– Tak myślisz?
–  Jestem tego pewny. – Zatrzymali się pod jej drzwiami, więc 

sięgnęła po klucze do mieszkania. –  Czy zobaczymy się dziś w 
ciągu dnia?

– Muszę się trochę przespać, a potem iść do pracy. Może jutro?
– Czyli w poniedziałek?
– Tak. Przez najbliższe dwa dni pracuję na dziennej zmianie, a w 

środę i czwartek mam wolne.

– Więc może przyjdziesz do mnie jutro na kolację?
– Harrison. :.
– Daj spokój, A. J. , przecież chodzi tylko o kolację. Yolanda i 

pani D też będą. Wiem, że chętnie się z nimi zobaczysz.

– No dobrze – zgodziła się, choć wiedziała, że popełnia błąd. – 

A teraz idź już do domu.

– Harrison kiwnął głową i musnął wargami jej usta.
– Śpij dobrze.
– Wesołego Alleluja.
Odchylił się gwałtownie i spojrzał na nią ze zdumieniem.
–  Czyżby   jutro   była   Wielkanoc?   Zapomniałem  ukryć 

czekoladowe jajka!

– A więc je kupiłeś?
– Zrobiła to za mnie pani D. Muszę pędzić do domu i pochować 

je.   zanim   Yolanda   wstanie!   Mam  nadzieję,   że   tej   nocy   się   nie 
budziła.

– Przecież pani D. natychmiast by cię wezwała.
–  To prawda, a ponieważ nie dzwoniła, zakładam,  że wszystko 

jest w porządku. Zatelefonuję do ciebie później!

Odszedł   pospiesznie,   a   ona   stała   przez   chwilę   nieruchomo, 

background image

usiłując zebrać myśli. Wiedziała już, że jest  w nim zakochana, ale 
nie miała pojęcia, jak się w tej sytuacji zachować.

background image

Rozdział 9

Kiedy w tę wielkanocną niedzielę udało jej się w końcu zasnąć, 

miała   bardzo   piękne   sny.   Widziała  w   nich   siebie,   Harrisona   i 
Yolandę.   Tworzyli   wspólnie   szczęśliwą   rodzinę,   ale   tym   razem 
odniosła wrażenie, że dzieje się to na jawie. Że jest żoną Harrisona, 
a Yolanda mówi do niej „mamo” i wszystko  układa się tak, jak 
sobie wymarzyła.

Kiedy się obudziła, było już wczesne popołudnie.  Uświadomiła 

sobie   z   radością,   że   nie   musi   iść   do  pracy   ani   spotykać   się   z 
Harrisonem. Kiedy zdała  sobie sprawę, że jest w nim zakochana, 
poczuła   się   wstrząśnięta   i   przerażona.   Na   samą   myśl   o   tym 
zaczynała nerwowo dygotać.

Nie podejrzewała siebie samej o zdolność do tak silnych uczuć. 

Kochała oczywiście Yolandę, która była uroczym dzieckiem, lubiła 
i szanowała panią Deveraux, ale nigdy nie przypuszczała, że może 
się zakochać w swoim szefie.

Harrison   potrafił   przełamać   w   jakiś   sposób   wszystkie   bariery, 

które zbudowała wokół siebie na przestrzeni kilku minionych lat. 
Dotarł do jej serca i zajął w nim bardzo ważne miejsce.

– Kocham Harrisona! – powiedziała na głos, patrząc na swoje 

odbicie w lustrze. Ta świadomość wzbudziła w niej wielką radość, 
a równocześnie  przywróciła jej jasność myśli. Wiedziała, jak ma 
postąpić.

Doszła do wniosku, że dla dobra wszystkich zainteresowanych 

musi jak najszybciej zdystansować się od rodziny Stapletonów.

Wzięła prysznic i zjadła śniadanie, a potem postanowiła wybrać 

się na spacer. Chcąc uniknąć spotkania z Harrisonem i jego córką, 
ruszyła w kierunku Brighton. Harrison powiedział jej kiedyś, że jest 
tam piękna plaża, więc...

Harrison... Wszystkie jej myśli nieustannie wracały do niego.
Kiedy   otworzyła   drzwi   mieszkania,   dostrzegła   ze  zdumieniem 

leżącą na słomiance ozdobnie opakowaną paczkę. Po chwili wahania 
wniosła ją do środka, otworzyła przyczepioną do niej kopertę z jej 

background image

nazwiskiem   i   przeczytała   wypisane   na   kartce   słowa:   „Wesołych 
Świąt i dziękujemy bardzo za twoją bezcenną  pomoc”. Życzenia 
podpisane były przez Harrisona, panią Deveraux i Yolandę. Widząc 
narysowane   przez  dziewczynkę   trzy   krzyżyki   symbolizujące 
pocałunki, Amelia uśmiechnęła się ze wzruszeniem.

Jakże mogę zerwać kontakty z tak uroczym dzieckiem? – spytała 

się w duchu. Wiedziała dobrze, że  byłoby to bardziej bolesne dla 
niej   niż   dla   Yolandy,  ponieważ   uczyniłaby   to   wbrew   swoim 
przekonaniom.   Marzyła   o   tym,   by   stać   się   częścią   życia   tej 
dziewczynki, patrzeć, jak dorasta, obserwować zachodzące w niej 
zmiany... Ale właśnie dlatego musi zniknąć z jej świata.

Odłożyła list i drżącymi rękami zaczęła rozpakowywać paczkę. 

Kiedy   ujrzała   oprawioną   fotografię  przedstawiającą   zbudowany 
przez   nich   na   plaży   zamek,   jej   serce   zabiło   jeszcze   szybciej. 
Powiesiła zdjęcie w swojej sypialni, żeby oglądać je codziennie tuż 
przed zaśnięciem.

Harrison   znów   trafił   do   mojego   serca,   utrudniając  mi   jeszcze 

bardziej to, co muszę zrobić, pomyślała  z irytacją. Wiedziała, że 
zabierze   tę   fotografię   do  Anglii   i   że   będzie   jej   ona   zawsze 
przypominała o tym cudownym poranku. O śniadaniu, które zjedli na 
plaży... i o pierwszym pocałunku Harrisona.

Zamknęła oczy, usiłując stłumić ból serca. Dlaczego to wszystko 

jest takie trudne? – pomyślała z rozpaczą.

– Dlatego, że jesteś skończoną idiotką i zakochałaś się w tym 

mężczyźnie! – wyjaśniła sama sobie.

Potem   szybko   wyszła   z   domu,   żeby   pobiegać   po  plaży   i 

zapanować nad swoimi uczuciami.

Tej nocy przewracała się nerwowo na łóżku, nie mogąc zasnąć, a 

nazajutrz   poszła   do   pracy,   zadowolona   z   tego,   że   Harrison 
postanowił spędzić drugi dzień świąt ze swoją rodziną. Przyjmując 
pacjentów  i rozmawiając z członkami personelu, myślała jednak  z 
przerażeniem o czekającej ją tego wieczoru wspólnej kolacji.

Oczywiście   bardzo   chciała   się   z   nim   zobaczyć.  Pragnęła,   by 

ponownie ją objął i pocałował, by powiedział, że jest piękna... Ale 
zdawała sobie sprawę, że nie powinna się z nim spotykać, gdyż nie 

background image

ma prawa utrzymywać go w przekonaniu, że ich związek może mieć 
przed sobą jakąkolwiek przyszłość.

Trzykrotnie podchodziła do telefonu i zaczynała wystukiwać jego 

numer, a potem odkładała słuchawkę.

Uznała w końcu, że Harrison zasługuje na to, by powiadomiła go 

o swoim postanowieniu osobiście. Bała się tylko, że kiedy spojrzy 
mu w oczy, jej silna  wola stopnieje jak wosk, a ona nie będzie w 
stanie wykrztusić ani słowa.

W drodze ze szpitala do domu kupiła butelkę wina do kolacji oraz 

zestaw rysunkowy dla Yolandy. Składał się on z różowo-białego 
bloku   i   kompletu   kolorowych   kredek.   Płacąc   za   nową   książkę 
jednego z ulubionych autorów pani D. , zdała sobie nagle sprawę, że 
nie ma żadnego prezentu dla Harrisona. Doszła jednak do wniosku, 
że nie powinna obsypywać go podarunkami w przeddzień zerwania 
ich związku,  który w gruncie rzeczy jeszcze nie nabrał trwałego 
charakteru.

Po   powrocie   do   domu   przebrała   się   na   wieczór.  Włożyła 

niebieską bluzkę, pasujący do niej żakiet  i luźne czarne spodnie. 
Zgromadziła   wszystkie   prezenty   i   wzięła   ze   sobą   aparat 
fotograficzny,  żeby   utrwalić   ten   ostatni   wspólny   wieczór.   Kiedy 
nacisnęła dzwonek do drzwi mieszkania Harrisona i usłyszała jego 
kroki, odetchnęła głęboko kilka razy, by trochę się uspokoić.

–  Witaj,   AJ.   –   powiedział,   przyglądając   jej   się  badawczo.   – 

Wyglądasz wspaniale.

– Dziękuję – mruknęła, starając się zachować obojętny ton głosu. 

Potem, nie wiedząc, jak się zachować, wręczyła mu butelkę wina.

– To miło z twojej strony – powiedział Harrison. Miał ochotę ją 

pocałować,   ale   w   jej   postawie   było  coś,   co   go   od   tego 
powstrzymało. – Wejdź do pokoju.  Yolanda nie może się ciebie 
doczekać.

–  W   tym   momencie   usłyszeli   drobne   kroki   nadbiegającej 

dziewczynki, która po chwili czule objęła nogi Amelii.

– Tatuś był dziś dla mnie bardzo dobry! – oznajmiła z dumą. – 

Uczył mnie tańczyć i rysować, a potem bawił się ze mną lalkami!

–  Wygląda na to, że mieliście pełne ręce roboty – mruknęła 

background image

Amelia, idąc w kierunku kuchni.

–  Czy to jest dla mnie? – spytała Yolanda, dostrzegając w jej 

rękach ozdobnie zapakowany prezent.

– A jak myślisz?
– On jest różowy! – z zachwytem zawołała dziewczynka.
– Usiądź przy stole i zobacz, co jest w środku.
Yolanda wspięła się na krzesło, a Amelia wręczyła jej prezent. Po 

chwili papier był już rozerwany, zaś  całe mieszkanie wypełniały 
okrzyki radości.

Amelia   zerknęła   na   Harrisona   i   dostrzegła   na   jego  twarzy 

życzliwy uśmiech.

– Co się mówi? – spytał córkę.
– Dziękuję, Mil... ja – odparła natychmiast Yolanda.
– Zabierz ten prezent do swojego pokoju i spróbuj coś narysować, 

a tatuś dokończy przygotowywanie kolacji.

– Dobrze. – Dziewczynka zsunęła się z krzesła i wybiegła z 

kuchni. Zostali sami.

Amelia natychmiast wyczuła zmianę atmosfery. Harrison położył 

dłoń   na   jej   ramieniu,   a   ona,   zaskoczona   tą   drobną   pieszczotą, 
odwróciła   głowę  i   spojrzała   na   niego   z   czułością.   On   jednak 
dostrzegł  w   jej   wzroku   niepewność   i   zdał   sobie   sprawę,   że   od 
chwili, w której pocałował ją na pożegnanie poprzedniego ranka, 
zaszła w ich stosunkach jakaś zmiana.

–   Czy   wszystko   w   porządku?   –   spytał,   cofając  rękę   i 

podchodząc do kuchenki, na której gotowała się kolacja.

– T... tak.
– Miałaś ciężki dzień?
–  Nie bardzo – odparła, zadowolona, że Harrison  przeszedł na 

bardziej neutralny temat. – Mieliśmy  sporo pacjentów skarżących 
się na bóle żołądka z powodu przejedzenia lub zatrucia. Przywieźli 
też jakieś  dziecko, które dostało w prezencie kostium supermana, 
więc zaczęło wspinać się na drzewa, a potem spadło i rozbiło sobie 
głowę.

Usiadła na stołku i obserwowała z uznaniem jego poczynania w 

roli kucharza. Poczuła radość na myśl  o tym, że zakochała się w 

background image

mężczyźnie, który wszystko robi dobrze.

– Twoja potrawa pięknie pachnie.
–  To węgierski gulasz. Oprócz niego zamierzam  podać puree z 

ziemniaków, gotowaną kukurydzę i zielony groszek.

–  A ja spodziewałam się czekoladowej zupy i czekoladowego 

tortu na deser.

–  Myślę, że po wczorajszym dniu wszyscy mamy  na jakiś czas 

dosyć czekolady.

– Jak sobie poradziłeś z Yolandą?
– Udało mi się ograniczyć jej konsumpcję czekoladowych jajek 

do jednego na godzinę.

– Czy mierzyłeś jej poziom cukru?
– Tak. Nie jest najgorszy. – Harrison spojrzał na nią badawczo. – 

Wczoraj po południu wpadliśmy do – ciebie, bo chciała ci pokazać 
swój koszyk ze święconym, ale nie było cię w domu.

– Żałuję, że go nie zobaczyłam.
– Czyżby wezwano cię nagle do szpitala?
– Nie. – Wyczuła, że zamierza ją spytać, gdzie była, więc szybko 

zmieniła temat. – Gdzie jest pani D. ?

– Odpoczywa. Ale z pewnością zjawi się lada chwila.
– Mam nadzieję, że czuje się dobrze.
– Lepiej niż dobrze. Jak na osobę w jej wieku, wraca do pełni sił 

zadziwiająco szybko.

–  Słyszałam   to   –   oznajmiła   pani   Deveraux,   która   właśnie 

wchodziła   do   kuchni.   –   Cóż   za   bezczelny  smarkacz   –   dodała, 
grożąc mu laską.

–  Smarkacz? Przecież jestem od dawna dorosły!  – zawołał ze 

śmiechem Harrison.

– Kiedy cię poznałam, byłeś młodszy niż Yolanda, więc dla mnie 

zawsze będziesz smarkaczem – oznajmiła starsza pani, siadając na 
kuchennym stołku.

– Mam dla pani mały prezent – oznajmiła Amelia, wręczając jej 

pakunek.

Pani Deveraux delikatnie odwinęła ozdobny papier i krzyknęła z 

zachwytu na widok książki.

background image

– Och, Amelio, sprawiłaś mi wielką przyjemność! Nie wiem, czy 

dotrwam do końca kolacji. Mam ochotę zamknąć się w moim pokoju 
i natychmiast ją przeczytać.

–  Ale najpierw musimy  coś zjeść – oznajmił Harrison, mając 

nadzieję,   że   pani   D.   dotrzyma   obietnicy  i   opuści   ich   zaraz   po 
posiłku. Liczył też na to, że uda mu się położyć Yolandę do łóżka i 
spędzić   jakiś   czas  sam   na   sam   z   Amelią.   –   Wszystko   jest   już 
gotowe.

–  W takim razie nakryję do stołu – powiedziała  pani D. , ale 

Amelia postanowiła ją wyręczyć i sama  zabrała się do ustawiania 
talerzy, a potem zawołała Yolandę.

Kiedy siadali do stołu, pani Deveraux kazała jej  zająć miejsce 

naprzeciw Harrisona, a ona poczuła się tak, jakby była członkiem 
szczęśliwej   rodziny.   Choć  gulasz   był   wyborny,   oderwała   się   od 
niego na moment, by wyciągnąć aparat i utrwalić tę chwilę szczęścia. 
Miała   nadzieję,   że   gdy   będzie   oglądać   po   latach  te   zdjęcia, 
przypomni   sobie   ostatnie   chwile   spędzone  w   towarzystwie 
ukochanego mężczyzny.

Gdy   zachwycona   Yolanda   usiadła   na   kolanach  Harrisona   i 

spojrzała z uśmiechem w obiektyw, Amelia poczuła bolesny ucisk w 
gardle i zdała sobie sprawę,  że  rozstanie  z  tą dziewczynką  i jej 
ojcem będzie o wiele trudniejsze, niż myślała.

Po   kolacji,   chcąc   choć   na   chwilę   oderwać   się   od  Harrisona, 

poszła z Yolandą do łazienki, by towarzyszyć jej podczas kąpieli. 
Przez chwilę bawiła się z nią  gumowymi zwierzątkami, a potem 
wytarła ją i odprowadziła do jej sypialni. Po drodze spotkała na 
korytarzu panią D.

–  Dobranoc,   moja   droga   –   powiedziała   z   uśmiechem   starsza 

dama. – Idę czytać swoją książkę.

– Mam nadzieję, że się pani spodoba.
Kiedy   dziewczynka   włożyła   różową   piżamę  i   grzecznie 

schowała   się   pod   kołdrę,   Amelia   przeczytała   jej   kilka   bajek. 
Yolanda słuchała ich, ale wkrótce ziewnęła szeroko i uścisnęła jej 
rękę.

– Kocham, cię, Mil... ja – mruknęła sennym głosem, zamykając 

background image

oczy.

– Ja też cię kocham – wyszeptała ze wzruszeniem Amelia, czując, 

że z jej oczu spływają łzy wzruszenia. Nie miała najmniejszej ochoty 
rozstawać   się   z   tym  dzieckiem,   ale   wiedziała,   że   jest   to 
nieuniknione.

–  Kiedy śpi, wygląda jak aniołek – rzekł półgłosem Harrison, 

stając w drzwiach pokoju.

– Ona zawsze jest aniołkiem.
– Więc dlaczego płaczesz?
Wyciągnął do niej rękę, a ona po krótkim wahaniu podała mu 

swoją, obiecując sobie, że pozwala mu się  dotknąć po raz ostatni. 
Ale  kiedy   potem  usiłowała  uwolnić   dłoń,   chwycił   ją   mocniej   i 
poprowadził w kierunku salonu.

Paliły się tu tylko boczne lampy, a ze stereofonicznej aparatury 

płynęła   cicho   łagodna   muzyka.   W   tej   romantycznej   atmosferze 
trudno jej było zachować  silną wolę. Wiedziała, że powinna jak 
najszybciej się pożegnać, ale usiadła obok niego na kanapie.

– O co chodzi, A. J. ? – spytał, nadal trzymając ją za rękę. – Co 

się stało?

–  Och, Harrison... – Czując głośne bicie serca, wyrwała dłoń z 

jego uścisku i szybko wstała.

Harrison   poszedł   za   jej   przykładem,   jakby   podejrzewając,   że 

wybiegnie z pokoju, ale ona bezradnie splotła ręce i rozejrzała się 
po saloniku.

– Nie mogę się na to zgodzić...
Chwycił ją za ramiona i odwrócił przodem do siebie.
– Na co? Co masz na myśli?
– Na to! Nie mogę być... twoją dziewczyną.
– Dlaczego? Przecież nie ma w tym nic złego. – Próbował ją do 

siebie przyciągnąć, ale czując jej –  opór, opuścił ręce. – Czy nie 
pamiętasz,   że   zawarliśmy   umowę?   Postanowiliśmy   zobaczyć,   do 
czego doprowadzi nasza wzajemna fascynacja.

– Nie. To ty tak postanowiłeś. Ja byłam temu przeciwna.
– Powiedziałaś, że wyjeżdżasz pod koniec czerwca. I oboje o tym 

wiemy.

background image

– Więc dlaczego nadal mi się narzucasz? To grozi katastrofą, a ja 

nie mogę jej na nią narażać!

– Kogo? Yolandy?
–  Tak. Muszę powoli ograniczać kontakty z tym  dzieckiem. To 

jedyne wyjście. Pani D. radzi sobie bardzo dobrze. Sam mówiłeś, że 
jej rekonwalescencja przebiega lepiej, niż się spodziewałeś. Wiem, 
że potrzebujesz pomocy. Mogę spędzać z Yolandą codziennie kilka 
godzin, ale w ciągu najbliższych tygodni będę stopniowo skracać 
nasze spotkania. To najlepsze wyjście z tej sytuacji.

– Dla kogo najlepsze? Dla niej czy dla ciebie? Bo z pewnością nie 

dla mnie. Ale najwyraźniej ty nie  przywiązujesz do tego żadnej 
wagi. – Podszedł do  niej bliżej, a ona poczuła bijące od niego 
ciepło i z trudem powstrzymała się od zarzucenia mu rąk na szyję. – 
Kiedy porozmawiamy o tym, co nas łączy, Amelio? Niezależnie od 
tego, czy będziesz mieszkała tutaj, w Anglii czy w Timbuktu, moje 
uczucia   wobec  ciebie   pozostaną   prawdziwe.   Nie   pozwolę   ci   ich 
zdeptać i nie uwierzę, że jestem ci zupełnie obojętny.

– Nigdy tego nie mówiłam – wykrztusiła drżącym głosem.
–  Więc dlaczego nie spojrzysz prawdzie w oczy?  Dlaczego nie 

chcesz przyznać, że coś nas łączy?

–  Dlaczego   nie   masz   do   mnie   dość   zaufania,   żeby   mi 

powiedzieć, na czym polega problem?

–  Bo   nie   chcę   być   narażona   na   cierpienie!   –   krzyknęła   pod 

wpływem nagłego odruchu, a on wyczuł w jej słowach prawdziwy 
ból i zaczął się zastanawiać, co jest jego przyczyną. Zdał sobie 
nagle sprawę, że za jej decyzją o zerwaniu kryją się jakieś istotne 
przyczyny,   ale   nie   potrafił   ich   zidentyfikować.   Był   jednak 
przekonany,   że   kiedy   Amelia   ujawni  mu   wszystkie   przeszkody 
stojące na drodze do ich związku, będzie w stanie je pokonać.

–  Ja z pewnością nie chcę cię na nie narażać,  Amelio. I nie 

rozumiem, o co ci chodzi.

Nie   mogła   mu   tego   wyjaśnić.   Nie   potrafiła   zdobyć  się   na 

wyznanie prawdy. Nie wiedziałaby nawet, w jakie ją ubrać słowa.

– Proszę cię, Harrison... Pozwól mi odejść...
– Nie mogę. – Jakby chcąc tego dowieść, pochylił się i przycisnął 

background image

wargi do jej ust, a ona przywarła do niego całym ciałem. Poczuł jej 
podniecenie   i   zdał  sobie   sprawę,   że   przyczyną,   dla   której   chce 
zerwać  ich związek, nie jest obojętność. Przecież ona też  musi o 
tym wiedzieć. Więc dlaczego ciągle powtarza, że nie może się z nim 
związać?

Przerwał pocałunek i postąpił krok do tyłu, nie wypuszczając jej 

z objęć.

–  Zmieniłaś całe moje życie, Amelio Jane. Zmieniłaś też życie 

Yolandy. Ona cię podziwia i kocha.

– Wiem o tym i odwzajemniam jej uczucia.
– Więc dlaczego? Dlaczego chcesz zniknąć z jej świata? Dajesz 

jej to, czego nie dostała od własnej matki. Ona cię potrzebuje, AJ. I 
ja też.

– Amelia stłumiła szloch, wysunęła się z jego objęć i zrobiła trzy 

kroki do tyłu.

–  Nie powstrzymuj mnie od zrobienia tego, co jest  konieczne – 

wykrztusiła przez łzy.

– Muszę cię powstrzymywać od popełnienia błędu. Będę o ciebie 

walczył. I przekonam cię, że warto walczyć o to, co nas łączy. Ale 
najpierw musisz mi  powiedzieć, na czym polega problem. Musisz 
mi zaufać.

Amelia zagryzła wargi. Oddychała z trudem i miała wrażenie, że 

jej płuca pękną za chwilę z powodu niedoboru tlenu. Wiedziała, że 
Harrison ma prawo  żądać, by wyznała mu prawdę. Ale gdyby ją 
poznał,  nie chciałby mieć z nią nic wspólnego. A ona umarłaby z 
bólu.

–  Czy   to   ma   coś   wspólnego   z   twoją   endometriozą?   –   spytał 

nagle,   a   gdy   wciągnęła   głęboko   powietrze,   poczuł,   że   jest   na 
właściwym tropie i zaczął gorączkowo rozważać wszystkie aspekty 
sytuacji.

–  Czy boisz się, że nawroty twojego złego samopoczucia mogą 

mieć niekorzystny wpływ na nasz związek?

Przyglądał   się   badawczo   jej   twarzy,   usiłując   odczytać   z   niej 

odpowiedź.   Był   coraz   bardziej   przekonany,   że   udało   mu   się 
rozszyfrować jej zagadkę.

background image

– Usunięto ci jajnik i jajowód. Czy to znaczy... ?
– Dostrzegł w oczach Amelii lęk i uświadomił sobie, że odkrył jej 

tajemnicę. – To może znaczyć, że nigdy nie zostaniesz matką... – 
mruknął   cicho,   czując   zalewającą   go   falę   współczucia.   –   Masz 
wspaniały stosunek do Yolandy, ale obawiasz się, że nie będziesz 
mogła mieć własnych dzieci, prawda?

Po jej twarzy zaczęły spływać łzy. Harrison chciał podejść bliżej i 

czule ją objąć, ale ona natychmiast się cofnęła.

– Amelio, przestań. Nie uciekaj ode mnie. Usiądźmy i spróbujmy 

o tym porozmawiać. – Wyciągnął rękę, ale ona zrobiła kolejny unik 
i odsunęła się od niego jeszcze dalej. – – Nie mogę – wykrztusiła 
przez łzy, potrząsając głową. – Nie mogę, Harrison. Nie mogę tak 
postąpić ani wobec Yolandy, ani wobec ciebie.

Otworzyła   drzwi   i   przekroczyła   próg,   a   potem   raz  jeszcze 

odwróciła się i spojrzała mu w oczy.

–  Nie   mamy   o   czym   rozmawiać,   Harrison.   –   Ze   smutkiem 

potrząsnęła głową. – Wszystko jest skończone.

background image

Rozdział 10

Usłyszawszy   pukanie   do   drzwi,   Harrison   odłożył  pióro   i 

odetchnął   z   ulgą,   zadowolony,   że   jego   pracownica   zareagowała 
wreszcie na sygnał, który nagrał na jej pager.

–  Proszę!   –   zawołał   głośno,   a   chwilę   później   do  gabinetu 

wkroczyła Tina.

– Wzywałeś mnie, szefie?
– Tak. Usiądź.
– O co chodzi?
– O Amelię.
– Och... – Tina chciała zerwać się z krzesła, ale powstrzymał ją 

ruchem ręki.

–  Poczekaj – powiedział błagalnym tonem. – Porozmawiaj ze 

mną. Powiedz mi, co się dzieje.

– Musisz o to spytać Amelię. Ja jestem Szwajcarią.
– Więc dlaczego zamieniałaś się z nią dyżurami?
–  Szwajcaria   może   pomagać   potrzebującym,   zachowując 

neutralność.

–  To znaczy, że mnie  również powinnaś pomóc.  Nie możesz 

nikomu okazywać szczególnych względów.

Tina zmarszczyła brwi.
– Masz słuszność – odparła po chwili namysłu, uśmiechając się 

do   niego   z   sympatią.   –   Okej,   szefie,  powiedz   mi,   czego 
potrzebujesz.

–  Potrzebuję informacji. Chcę, żebyś mi powiedziała, dlaczego 

Amelia nie reaguje na moje telefony, dlaczego nigdy nie mogę zastać 
jej   w   domu,   dlaczego  ciągle   zamienia   się   dyżurami.   Za   każdym 
razem, kiedy próbuję się z nią skontaktować, ponoszę klęskę.

– Przecież widziałeś się z nią wczoraj. Pamiętam dokładnie, że 

wspólnie   badaliście   jakiegoś   pacjenta,   który   był   tak   blady,   że 
wydawał się niemal zielony.

Harrison skrzywił się z niesmakiem, przypominając sobie dalszy 

bieg wydarzeń.

background image

– Odzyskał normalny kolor, kiedy opróżnił zawartość żołądka na 

moje spodnie – mruknął, wstając z miejsca i przesuwając dłonią po 
włosach. – Zanim  zdążyłem się przebrać i wrócić na odział, AJ. 
zniknęła.

–  Po   prostu   jej   dyżur   dobiegł   końca   –   oznajmiła  Tina, 

wzruszając ramionami.

– Miej dla mnie odrobinę litości, Tina. Dlaczego ona nie chce ze 

mną rozmawiać?

– A jak myślisz?
–  Myślę, że jest wściekła, ponieważ odkryłem jej tajemnicę. A 

może dlatego, że za bardzo usiłowałem  się do niej zbliżyć. Gdyby 
mogła zakończyć swój staż  specjalizacyjny już dziś, wsiadłaby w 
pierwszy samolot do Londynu, nie przejmując się ani mną, ani moją 
córką.

–  Wydawało   mi   się,   że   jej   stosunki   z   Yolandą   są  bardzo 

przyjazne.

– Tak było, ale ona usunęła się potem stopniowo z mojego życia. 

Yolanda ciągle o nią pyta, marzy o tym,  żeby   ją   jak   najczęściej 
widywać.   Dałem   Amelii   na  –  jakiś   czas   swobodę   ruchów,   bo 
miałem   wrażenie,   że  potrzebuje   spokoju.   Byłem   przekonany,   że 
kiedy przemyśli całą sytuację, zechce ze mną przynajmniej życzliwie 
porozmawiać.   Ale   ona   unika   mnie   jak   zarazy,   a   ja   uważam,   że 
posuwa się za daleko. Nie wiem nawet, na której zmianie pracuje, a 
przecież to ja układam harmonogramy dyżurów!

–  Nie   ja   jestem   osobą,   z   którą   powinieneś   na   ten  temat 

porozmawiać – oznajmiła, uważnie mu się przyglądając.

–  Wiem   o   tym,   ale   ona   zrobiła   się   nieuchwytna   –   odparł, 

zastanawiając   się,   czy   Tina   dostrzega   w   nim  człowieka,   który 
znajduje się na krawędzi załamania, bo nie może spędzić dwóch 
sekund sam na sam z ukochaną kobietą.

– Czy podchodzisz do tej sprawy poważnie? – spytała w końcu.
– Bardzo poważnie.
– O której kończysz dziś pracę?
– O piątej, a może nawet czwartej trzydzieści. Yolanda ma sesję 

terapeutyczną.

background image

– Amelia pracuje na popołudniowej zmianie.
– Czyli zgodnie z planem – oznajmił, zerkając na grafik.
–  Owszem.   Ona   jest   przekonana,   że   cię   tu   nie  będzie,   bo 

pojedziesz z Yolandą. Zna twój rozkład  zajęć, Harrison, więc bez 
trudu może cię unikać.

– Więc będzie tu zaraz po piątej.
– Czy możesz zostać w szpitalu do tej pory?
–  Nic   mnie   od   tego   nie   powstrzyma.   –   Kiwnął  głową.   – 

Dziękuję ci, Szwajcario.

– Nie ma za co, szefie – odparła z uśmiechem.
–  Od   dawna   uważam,   że   jesteście   dla   siebie   stworzeni,   i 

wielokrotnie jej to powtarzałam.

– To dobrze. Cieszę się, że mam sojusznika.
– Ale nie wspominaj o mnie, wygłaszając apel o pojednanie.
– Obiecuję ci, że tego nie zrobię.
Kiedy Tina wyszła, poczuł się tak, jakby z jego  barków spadł 

ogromny   ciężar.   A   więc   Amelia   będzie  w   szpitalu   po   piątej... 
Podniósł słuchawkę i zadzwonił do terapeuty Yolandy, by przesunąć 
wizytę   o   godzinę.   Następnie   zatelefonował   do   pani   D.   i 
poinformował ją o zmianie planów.

Potem   rozsiadł   się   w   fotelu   i   zatonął   w   myślach.  Postanowił 

przekonać Amelię Watson, że jest dla niej wymarzonym partnerem. 
Kochał ją tak bardzo, że gotów był odeprzeć wszystkie jej obiekcje. 
Unaocznić jej, że są dla siebie stworzeni. Otworzyć przed nią serce.

Nie wiedział dokładnie, kiedy zakochał się w swojej angielskiej 

koleżance po fachu. Ale wiedział, że jest jego wielką miłością. Że 
uwielbia ją Yolanda, a pani D. jest o niej jak najlepszego zdania. Był 
przekonany, że mogą stworzyć szczęśliwą rodzinę.

Amelia weszła znużonym krokiem do przebieralni  i otworzyła 

szafkę. Była wyczerpana dwoma tygodniami nieprzespanych nocy. 
Przez   cały   czas   starała  się   myśleć   tylko   o   swoich   obowiązkach. 
Przychodziła do szpitala, pracowała tak ciężko, że padała z nóg,  a 
potem wracała do domu i kładła się do łóżka.

Zawsze jednak budziła się w środku nocy i do rana  przeżywała 

background image

mękę   bezsenności,   dygocząc   z   lęku   oraz  poczucia   samotności. 
Często też wymawiała przez sen imię Harrisona.

Zamknęła   na   chwilę   oczy,   przytłoczona   myślą   o   tym,   jak 

bardzo   za   nim   tęskni.   Była   przekonana  o   słuszności   własnego 
postępowania, ale wiedziała, że pęka jej serce. Ten, kto powiedział, 
że rozłąka wzmaga siłę uczuć, miał słuszność. Od chwili rozstania z 
Harrisonem kochała go coraz bardziej.

Wiedziała, że on chce się z nią skontaktować, więc usiłowała go 

unikać, ale robiła to wbrew sobie. Jedynymi jasnymi punktami jej 
życia były chwile spędzane z Yolandą.

Pani Deveraux próbowała ją nakłonić do szczerej  rozmowy, ale 

ona   nie   pozwoliła   się   zawrócić   z   obranej   drogi.   Przyjechała   do 
Australii, by zrobić specjalizację, a nie po to, żeby się zakochać. 
Musi   jakoś   przeżyć   te   ostatnie   tygodnie.   Rezygnacja   byłaby 
równoznaczna ze zmarnowaniem kilku lat ciężkiej pracy.

–  Cześć! – zawołała Tina, a Amelia wzdrygnęła  się nerwowo, 

słysząc jej głos. – O Boże. Wyglądasz okropnie. – Położyła dłoń na 
jej czole. – Nie masz gorączki, więc chyba nie zaatakował cię ten 
wirus, który ostatnio dziesiątkuje nasz personel.

– Nic mi nie jest, Tina.
– Akurat.
Amelia zamknęła szafkę, powiesiła na szyi stetoskop i przypięła 

do kitla identyfikator.

– Naprawdę nic mi nie jest.
–  Nie próbuj mnie okłamywać, Amelio. Nie zamierzam prawić ci 

morałów ani cię pouczać, ale zaczynam się niepokoić. Wyglądasz tak, 
jakby coś cię bolało.

–  Bo tak jest, ale nie chodzi bynajmniej o problemy sercowe – 

dodała pospiesznie. – Kilka dni temu  zapomniałam   zażyć  leki   i 
teraz za to płacę.

– Czy mam tu natychmiast wezwać ordynatora ginekologii?
–  Nie, wszystko jest w porządku. Czuję się o wiele lepiej niż 

wczoraj. Kiedy wróciłam do domu, miałam bardzo silne bóle.

– Hm... – mruknęła Tina z niedowierzaniem.
– Co znaczy to „hm”? – spytała Amelia, marszcząc brwi.

background image

– Nic. Obiecałam, że nie będę zaczynać z tobą rozmów na temat 

Harrisona.

–  Już to zrobiłaś.. – Amelia skrzyżowała ręce na  piersiach. – 

Więc mów dalej.

–  Chciałam   tylko   powiedzieć,   że   właśnie   wczoraj  się   z   nim 

widziałaś.

– I myślisz, że moje bóle były skutkiem tego spotkania?
– Owszem.
– To były bóle brzucha, a nie serca.
–  Wszystko jedno – mruknęła Tina, wzruszając  ramionami.  – 

Posłuchaj, czy nie możesz się z nim spotkać choćby na pięć minut? 
Albo dziesięć. Przecież on chce tylko z tobą porozmawiać.

–  Nie   wracajmy   do   tego   tematu   –   powiedziała  Amelia, 

potrząsając głową.

– On też cierpi, Amelio, choć nie dokucza mu endometrioza... a 

przynajmniej taką mam nadzieję.

Amelia nie mogła powstrzymać uśmiechu. Nigdy nie potrafiła się 

złościć na Tinę dłużej niż przez kilka sekund.

– On za tobą tęskni – oznajmiła poważnym tonem przyjaciółka.
– Wiem o tym.
–  Więc   dlaczego   czegoś   nie   zrobisz?   Jesteście   dla  siebie 

stworzeni!   Nie   odrzucaj   uczucia,   które   może  być   dla   ciebie 
spełnieniem marzeń o szczęściu.

Amelia doszła do wniosku, że nie ma dość sił, by dyskutować z 

Tiną o swoich marzeniach, więc kiwnęła głową.

– Przyjmuję do wiadomości twoje uwagi, ale teraz muszę iść do 

pracy.

Dziesięć   minut   później   przelewała   już   do   probówki   pobraną 

przed chwilą próbkę krwi.

– Chcę jak najszybciej poznać wynik badania, więc sama pójdę z 

nią do laboratorium – powiedziała dyżurnej pielęgniarce. – Nic się 
tu teraz nie dzieje, ale proszę mnie wezwać pagerem, gdybym była 
potrzebna.

Zaniosła   probówkę   na   oddział   patologii   i   wracała  pustymi 

korytarzami   do   swojego   gabinetu.   Wchodziła   właśnie   na   schody 

background image

wiodące na oddział ratownictwa, kiedy z przeciwnej strony nadbiegł 
jakiś mężczyzna. Przywarła do ściany, żeby go przepuścić, i nagle 
zatrzymała się gwałtownie.

– Harrison!
–  Ach, to ty. Cieszę się, że jeszcze tu jesteś. –  Przymknął na 

chwilę oczy, a ona dostrzegła na jego twarzy lęk i ból.

–  Co   się   stało?   –   spytała   z   przerażeniem.   –   Czy  chodzi   o 

Yolandę?

Kiwnął głową, chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą w kierunku 

schodów.

– Znowu się zgubiła.
– Och, to straszne! – Znaleźli się na korytarzu, na którym przed 

chwilą   była.   –   Tu   jej   nie   ma.   Właśnie   stamtąd   przyszłam.   – 
Zatrzymała się gwałtownie, ale on nie wypuścił jej dłoni. Poczuła, 
że   jest   dla   niego  źródłem   siły   i   mimo   wszystko   sprawiło   jej   to 
przyjemność. – Poczekaj. Musimy się rozdzielić. Gdzie widziano ją 
po raz ostatni?

– Była u terapeutki.
– O tej porze?
–  Zmieniłem   godzinę   sesji   –   odparł,   usiłując  opanować 

ogarniające   go   poczucie   winy.   Przełożył  terapię   Yolandy   na 
późniejszą porę, by mieć szansę na spotkanie z Amelią, ale teraz nie 
chciał   o   tym  myśleć.   –   Kiedy   po   nią   przyszedłem,   terapeutka 
wychodziła właśnie na korytarz, żeby jej poszukać. Przysięgała mi, 
że spuściła ją z oczu tylko na chwilę.

– To wystarczyło. Yolanda jest bardzo szybka.
– I uparta.
–  Czy   przeszukałeś   wszystkie   zakamarki   w   pobliżu   gabinetu 

terapeutki?

– Tak. Myślałem, że mogła pójść na ratownictwo, ale tam jej nie 

ma.

– Może schowała się w którejś z wind? Wiesz sam, jak bardzo 

lubi naciskać guziki.

– Wiem. Myślałem już o tym.
– W takim razie zajrzyj do wszystkich wind, a ja przeszukam cały 

background image

teren   między   oddziałem   ratownictwa   a   trzecim   piętrem.   Kiedy 
znalazłam ją ostatnim razem, płakała w jakimś ciemnym kącie, więc 
musimy zajrzeć w każdy zakamarek.

– Terapeutka też jej szuka. Nie zdziw się, jeśli na nią wpadniesz.
– Dobrze. – Amelia ścisnęła lekko jego dłoń, chcąc dodać mu 

otuchy, a potem oznajmiła: – Na pewno ją znajdziemy.

Rozstali   się,   by   kontynuować   poszukiwania.   Amelia   była 

śmiertelnie przerażona. Modliła się w duchu, żeby dziecko wyszło z 
tej przygody bez szwanku. Yolanda była tak samowolna i uparta, że 
robiła wszystko, co przyszło jej do głowy. Ale kiedy zdawała sobie 
sprawę, że się zgubiła, wpadała w panikę i zaczynała płakać.

–  Yolanda! – zawołała cicho, ale odpowiedział jej  tylko własny 

głos odbity echem od ścian korytarza.

Ruszyła   w   kierunku   oddziałów   mieszczących   się  na   trzecim 

piętrze.   Naciskała   klamki   wszystkich  drzwi,   ale   pokoje   były 
zamknięte na klucz, więc dziewczynka nie mogła się w nich ukryć.

Usłyszała   okrzyk:   „Yolanda!”,   a   chwilę   później  ujrzała   jakąś 

drobną kobietę w białym kitlu, więc domyśliła się, że ma przed sobą 
terapeutkę.

– No i co? – spytała.
– Ani śladu. Nigdzie jej nie ma. Pani też jej szuka?
Amelia westchnęła i kiwnęła potakująco głową.
–  Czy   może   mi   pani   powiedzieć,   co   się   stało   tuż  przed   jej 

zniknięciem? Czy ona coś mówiła? Jak się  zachowywała? Może 
chciała pójść do toalety?

–  Nie.   Sama   ją   tam   zaprowadziłam   kilka   minut  wcześniej. 

Układałyśmy   łamigłówkę,   a   ja   siedziałam  jak   zawsze   obok   niej. 
Zadzwonił telefon, więc wstałam, żeby go odebrać. Przysięgam, że 
odwróciłam   się  –  do   niej   plecami   tylko   na   minutę.   Kiedy 
spojrzałam  w   jej   kierunku,   ona   już   zniknęła!   Wyparowała   jak 
kamfora! Początkowo myślałam, że się przede mną schowała, więc 
zajrzałam do szaf i pod biurka, ale nigdzie jej nie znalazłam.

– Jak długo to trwało?
– Co?
– Jak długo szukała jej pani w tym gabinecie?

background image

– Chyba przez jakąś minutę.
–  Trzyletnie   dziecko   może   w   ciągu   minuty   przebyć   sporą 

odległość!

– Kim pani jest? – spytała terapeutka. – Nie znamy się, prawda?
– Doktor Watson. Pracuję na oddziale ratownictwa medycznego. 

Czy ona coś mówiła, zanim zadzwonił ten telefon?

– Chwileczkę... Tak, mamrotała jakieś słowo, które brzmiało jak 

Mil. , ja? Nie mam pojęcia, o co jej chodziło.

Amelia poczuła, że z jej twarzy odpływa krew.
–  Czy pani dobrze się czuje, doktor Watson? Zrobiła się pani 

nagle strasznie blada.

– Ona szukała mnie. Mam na imię Amelia.
– Och...
–  Domyślam się, że chciała pójść na oddział ratownictwa, ale 

przeszukałam wszystkie prowadzące stamtąd korytarze i nigdzie jej 
nie znalazłam. Tutaj też jej nie ma. Sama nie wiem, co robić. Czy 
ktoś zajrzał na oddział dziecięcy?

– Wydaje mi się, że Harrison zadzwonił do dyżurnej pielęgniarki i 

poprosił ją, żeby dała mu znać, jeśli gdzieś zobaczy Yolandę.

–  Pójdę   to   sprawdzić.   A   pani   niech   jej   szuka   na   oddziałach 

sąsiadujących z ratownictwem.

Amelia pobiegła na górę. Yolanda uwielbiała zabawki, w które 

wyposażony   był   oddział   dziecięcy,  więc   mogła   skierować   się   w 
tamtą stronę i zapomnieć o całym świecie.

W   sali   rekreacyjnej   bawiła   się   czwórka   maluchów,  ale   nie 

dostrzegła wśród nich Yolandy. Ruszyła więc w kierunku drzwi, ale 
nagle ujrzała wystającą spod  stosu pluszowych zwierzątek drobną 
różową   nóżkę  jakiegoś   dziecka,   które   najwyraźniej   leżało   na 
podłodze.

– Yolanda?
– Mil... ja! – wyjąkała dziewczynka ze łzami w oczach.
Yolanda zerwała się z podłogi, podbiegła do Amelii i zarzuciła jej 

ręce na szyję.

–  Och,   kochanie,   gdzie   ty   byłaś?   Wszyscy   umieraliśmy   ze 

strachu!

background image

–  Szukałam   Mil...   ja,   ale   ona   sobie   gdzieś   poszła.  –   Z   oczu 

dziewczynki znów popłynęły łzy.

–  Co   to   za   hałasy?   –   spytała   siostra   oddziałowa,  stając   w 

drzwiach. Kiedy ujrzała Yolandę w ramionach Amelii, uśmiechnęła się 
z wyraźną ulgą. – O mój Boże, więc pani ją znalazła. Pójdę zadzwonić 
do Harrisona.

– Dziękuję – wykrztusiła z trudem Amelia.
Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo przeżyła zaginięcie 

dziewczynki.   Czując   zawrót   głowy,   osunęła   się   na   najbliższe 
krzesło, sadzając Yolandę na kolanach.

–  Oboje z tatusiem byliśmy bardzo niespokojni.  Nie mogliśmy 

cię znaleźć, kochanie.

– To ja nie mogłam znaleźć ciebie.
– Ale już mnie znalazłaś, więc wszystko dobrze się skończyło – 

powiedziała Amelia, całując ją w policzek.

– Ale już więcej nie odejdziesz?
– Nie, nie odejdę.
–  Och, moja kochana! – zawołał Harrison, stając  w progu. – 

Twój tatuś bardzo się o ciebie niepokoił.

Yolanda natychmiast zsunęła się z kolan Amelii i podbiegła do 

ojca.

– Mil. , ja też była niespokojna.
–   Z   pewnością.   –   Harrison   podniósł   dziecko  z   podłogi   i 

przycisnął je do piersi. – Słyszałem, co przed chwilą powiedziałaś, 
Amelio. Mam nadzieję,  że to prawda. Nie pozwolę na to, żebyś 
okłamywała moją córeczkę. Co miałaś na myśli, obiecując, że od 
niej nie odejdziesz?

Amelia spojrzała mu w oczy i milczała przez chwilę, a potem 

kiwnęła głową.

– Nie mogę jej zostawić.
– Czy to znaczy, że tu zostaniesz? Staniesz się częścią jej życia.
–  Będę częścią jej życia do końca mojego pobytu w Australii – 

odparła Amelia, wzruszając bezradnie ramionami. – Potem jakoś jej 
wytłumaczymy, że muszę jechać do Anglii.

– A co będzie później? Kiedy zdasz swoje egzaminy?

background image

Amelia ponownie wzruszyła ramionami.
– Nie wiem, Harrison.
– Idę się bawić w zoo – oznajmiła Yolanda, po czym ruszyła w 

kierunku pluszowych zwierzątek.

– Czy... wszyscy inni też zachowają się tak dyskretnie? – spytała 

Amelia, czując na sobie pełen żaru wzrok Harrisona.

–  Mam nadziej ę. Ponieważ... – przerwał i rozłożył  ramiona. – 

Ponieważ chcę cię przytulić, A. J.

Westchnęła,   postąpiła   krok   do   przodu   i   mocno   go  objęła.   Po 

przeżytym niedawno napięciu oboje potrzebowali swojej bliskości. 
Słysząc mocne bicie jego serca, poczuła się naprawdę szczęśliwa.

–  Kocham   cię,   Amelio   Jane   –   wyszeptał.   –   Yolanda   mnie 

uprzedziła, ale to ja chciałem cię poprosić, żebyś tu została i stała się 
częścią mojego życia. Nie pozwolę ci odejść.

Amelia spojrzała mu w oczy i utwierdziła się w przekonaniu, że 

jego słowa wyrażają prawdziwe uczucie.

–  Muszę wrócić do Anglii. – Usiłowała oswobodzić się z jego 

uścisku, ale on objął ją jeszcze mocniej. – Zdać te egzaminy.

–  Wiem o tym. Amelio Jane, chcę, żebyś została  moją żoną. 

Zamierzałem ci to zaproponować już wcześniej i właśnie dlatego tu 
przyjechałem   razem  z   Yolandą.   Sprawy   ułożyły   się   inaczej,   niż 
planowałem, ale...

–  Och... – Obezwładniona siłą własnego uczucia,  zastygła   na 

chwilę w bezruchu, a potem zaczęła  drżeć. Dlaczego on chce ją 
poślubić, skoro ona nie  może dać mu tego, czego on pragnie. – 
Ale...

– Ale nie możesz mieć dzieci? Ja już się z tym pogodziłem.
– Harrison, ty nie rozu...
–  Wszystko   rozumiem.   Kocham   cię.   Im   prędzej  –  w   to 

uwierzysz, tym prędzej będziemy mogli ułożyć sobie wspólne życie. 
Zdaję sobie sprawę, że cierpiałaś przez wiele lat z powodu choroby, 
nad którą nie miałaś żadnej kontroli. Ale to nie jest koniec świata. Ja 
cię  potrzebuję, Amelio. Te ostatnie tygodnie rozłąki były  dla mnie 
koszmarem.   Dopóki   cię   nie   poznałem,   żyłem  w   próżni.   Tyją 
wypełniłaś, ty sprawiłaś, że stałem się innym, lepszym człowiekiem. 

background image

Mamy   Yolandę   i   to  nam   wystarczy.   A   jeśli   zechcesz,   możemy 
adoptować  jakieś dziecko. Wszystko zależy od ciebie. Zrozum, że 
jesteś dla mnie ważniejsza niż wszystkie dzieci świata.

–  Chcę ci wierzyć... – szepnęła. – I wiem, że mówisz szczerze. 

Ale co będzie, jeśli zmienisz zdanie?

– I przestanę cię kochać? Nigdy.
– Chodzi mi o twoje zdanie na temat dzieci.
– To również nie wchodzi w rachubę.
– Dlaczego?
–  To   bardzo   proste,   drogi   Watsonie.   Jesteś   dla  mnie   całym 

światem.   Ty   i   Yolanda.   Bez   ciebie   nie   potrafię   oddychać.   Nie 
potrafię spać ani normalnie funkcjonować. Pragnę cię bardziej niż 
jakiegokolwiek dziecka. Byłem już raz żonaty, ale to, co nas łączy... 
różni się zasadniczo od wszystkiego, co dotychczas przeżyłem. Przy 
tobie jestem szczęśliwy. Brak mi tylko jednej rzeczy.

– Czego? – spytała z niepokojem.
– Chciałbym usłyszeć, że ty też mnie kochasz.
Amelia poczuła się tak, jakby z jej serca spadł ogromny ciężar. 

Nie   mogła   uwierzyć,   że   to   wszystko  dzieje   się   naprawdę.   Że 
uwielbiany przez nią mężczyzna całkowicie ją akceptuje i chce z nią 
spędzić resztę życia. To był jakiś cud. Jej cud.

Spojrzała w jego piwne oczy i na jej ustach pojawił  się   czuły 

uśmiech.

–  Tak, Harrison. Kocham cię. Kocham cię tak bardzo, że moje 

serce pęka z nadmiaru uczucia. Te  ostatnie tygodnie również i dla 
mnie   były   koszmarem.   Ale   co   z   moim   wyjazdem   do   Anglii? 
Będziemy musieli się rozstać, bo...

–  Nic z tego. Czeka nas w najbliższych tygodniach mnóstwo 

pracy.

– Dlaczego?
–  Dlatego,   że   Yolanda   i   ja   pojedziemy   z   tobą   do  Anglii. 

Zamieszkamy   razem   z   tobą   i   pomożemy   ci  w   nauce,   żebyś 
wspaniale   zdała   wszystkie   egzaminy.  A   potem   spakujemy   twoje 
rzeczy i zabierzemy cię tam, gdzie jest twoje miejsce. Do Australii.

– Co ty powiesz? A dlaczego nikt nie zechciał nawet spytać mnie 

background image

o zdanie?

Po   raz   pierwszy   w   ciągu   tej   rozmowy   Harrison  poczuł 

wątpliwości. Nie był pewny, czy nie posunął się zbyt daleko.

– Pytam o nie teraz – odparł. – Czy uważasz, że to dobry pomysł?
Amelia zerknęła na Yolandę, a potem znów spojrzała w oczy 

ukochanego   mężczyzny.   Wiedziała   już,  czego   chce.   I   nie   miała 
żadnych wątpliwości.

–  Jestem nim zachwycona. Ale co będzie, kiedy  wrócimy  do 

Australii? Co ja będę tu robić?

– Pracować w tym szpitalu.
– Czyżbyś proponował mi posadę?
– Oczywiście. Jesteś świetnym lekarzem.
–  No   dobrze.   Przyjmuję   twoją   ofertę.   Ale   jeśli   chodzi   o 

małżeństwo, to moim zdaniem decyzja nie  –  należy wyłącznie do 
mnie. – Ruszyła w kierunku  Yolandy, a Harrison poszedł za nią i 
wziął dziewczynkę na ręce.

–  Czy   chciałabyś,  żeby  Amelia  zamieszkała  z  nami   i   została 

twoją mamą?

– Moją mamą?  – Dziewczynka wytrzeszczyła  oczy, a potem 

uśmiechnęła się radośnie. – Tak! Tak,  tak, tak! Ona będzie moją 
mamą, ty będziesz tatą, pani D. będzie moją babcią, a ja będę waszą 
kochaną dziewczynką!

–  Wspaniały plan – oznajmił Harrison. – Co ty na  to, Amelio 

Jane?

– Ja również mówię „tak”.
Harrison pochylił się, by ją pocałować.
–  Będziemy   rodziną!   –   zawołała   radośnie   Yolanda,   a   oni 

roześmiali   się   pogodnie,   wiedząc,   że   dziecko   ma   stuprocentową 
rację.

background image

EPILOG 

–  Yolando,   czy   możesz   wziąć   ode   mnie   tę   torbę?  –   spytała 

Amelia.

– Oczywiście, mamo – odparła dziewczynka. – Przecież mam już 

sześć lat.

– Wiem o tym, kochanie. – Amelia chwyciła ją za rękę i zamknęła 

drzwi ich domu, a potem przeszły na drugą stronę ulicy. Gdy tylko 
dotarły do plaży, Yolanda pobiegła w kierunku miejsca, w którym 
siedział   w   wodzie   jej   ojciec,   trzymając   na   kolanach 
ośmiomiesięcznego chłopczyka.

Amelia podeszła do pani D. , która była zatopiona  w lekturze 

jakiejś książki.

– Chyba możemy już zaczynać śniadanie.
– Musisz najpierw wyciągnąć ich z morza – oznajmiła pani D. – 

Ten mały Scott jest zdecydowanym miłośnikiem wody.

Amelia   zerknęła   w   kierunku   swojego   synka.   Adopcja   była 

procesem dość skomplikowanym, ale  kiedy już mieli wszystko za 
sobą, Scott okazał się cudownym i czarującym dzieckiem.

Stan Yolandy uległ niewiarygodnej poprawie, gdy  tylko zyskała 

nową matkę. Pani D. , która odbyła sześciomiesięczną podróż po 
Europie, pospiesznie  wróciła  do  Australii, gdy  tylko usłyszała o 
pojawieniu się małego Scotta, i była od tej pory jego najczulszą 
opiekunką.

–  Możesz   się   do   nich   przyłączyć,   Amelio   –   powiedziała.   – 

Śniadanie poczeka.

– Doskonały pomysł. – Amelia zdjęła sarong, pod którym miała 

dwuczęściowy   kostium   kąpielowy.   Blizna   po   operacji   była   już 
prawie niewidoczna, a ona sama czuła się lepiej niż kiedykolwiek 
dotąd.   Odnosiła   nawet   chwilami   wrażenie,   że   jest   księżniczką  z 
bajki, mieszkającą w pałacu ze swym ukochanym księciem.

–  Mamo, zbudujmy jeszcze jeden zamek z piasku! – zawołała 

Yolanda.   –   Musimy   trenować   przed   następnym   konkursem.   W 
zeszłym roku dostaliśmy przecież pierwszą nagrodę.

background image

–  To  prawda.  –   Pogłaskała  dziewczynkę  po   głowie, a potem 

usiadła w płytkiej ciepłej wodzie obok  Harrisona, który podał jej 
chłopczyka.

– Idź do mamy, Scott – powiedział czułym tonem. – Ależ on lubi 

wodę!

– Prawie tak samo jak jego ojciec.
Harrison pochylił się i musnął wargami jej policzek.
– Chyba nigdy nie znudzi mi się twoje towarzystwo, Amelio Jane. 

Bardzo cię kocham i jestem ogromnie szczęśliwy.

–  No, no! – zawołała Yolanda, pokazując im język. – Kiedy 

dorosnę, nigdy nie pozwolę się całować żadnym chłopcom! A teraz 
przynieś   mi   jeszcze   trochę   wody,   tatusiu   –   dodała,   podając   mu 
wiaderko. – Bardzo cię proszę.

Harrison jeszcze raz pocałował swoją żonę, a potem wstał, by 

spełnić prośbę córki. Kiedy wrócił, usiedli wszyscy wokół stołu.

– Co dziś budujemy? – spytał.
–  Szczęśliwą przyszłość – odparła Yolanda, – Tak  się   będzie 

nazywał mój zamek.