background image

 

 

 

K

AROL 

M

AY

 

 

 

 

 

 

 

K

RÓL NAFTOWY

 

background image

 

I. WÓDZ NAWAJÓW 

 

Upłynęły dwa dni. W klinie między dopływem Chelly a Rio San Juan, zwanym także Rio 

del Nawajos, rozłożył się duży obóz indiański. Ściągnęło tu około sześciuset Nawajów, nie na 

wielkie  łowy,  ale  na  wyprawę  wojenną,  o  czym  świadczyły  twarze  wymalowane  farbami 

wojennymi. 

Miejsce  to  doskonale  nadawało  się  na  obóz.  Tworzyło  trójkąt,  z  obu  stron  ujęty  w 

ramiona rzeki, broniony  przez nią i dostępny dla ataku tylko ze strony lądu. Trawy było aż 

nadto, podobnie jak drzew i krzewów, dostarczających materiału do rozpalania ognisk. 

Na rzemieniach rozciągniętych między drzewami wisiały długie, cienko pokrojone porcje 

mięsa, w które miało się zaopatrzyć wojsko. Czerwonoskórzy albo leżeli w trawie, albo kąpali 

się w rzece. Jedni tresowali konie, inni znów ćwiczyli się w strzelaniu. W środku obozu stał 

szałas zbudowany z krzewów. Długi oszczep tkwiący w ziemi przed wejściem, zdobiły trzy 

orle  pióra;  była  to  więc  kwatera  obozowa  Nitsan-Ini,  naczelnego  wodza  Nawajów.  Wódz 

siedział  przed  wejściem;  nie  miał  jeszcze  pięćdziesięciu  lat.  Był  to  krzepki,  postawny 

mężczyzna  o  twarzy  —  co  tu  szczególnie  rzucało  się  w  oczy  —  nie  wymalowanej.  Dzięki 

temu  łatwo  było  rozpoznać  jego  rysy.  Można  je  scharakteryzować  jednym  słowem: 

cechowała  je  szlachetność.  Jego  spojrzenie  było  bardzo  przenikliwe,  a  przy  tym  zwracały 

uwagę spokój i pogoda, które rzadko emanują z oczu Indianina. 

Obok niego siedziała kobieta, co było tym bardziej niepospolite, że był to przecież obóz 

wojenny.  Wiadomo,  że  nawet  najukochańsza  żona  indiańska  nie  śmie  publicznie  siedzieć  u 

boku  męża,  jeśli  mąż  piastuje  wpływowe  stanowisko.  A  to  był  naczelny  wódz  plemienia, 

które jeszcze dzisiaj potrafi zebrać dziesięć tysięcy wojowników! W rzeczy samej, ta kobieta 

nie  była  indiańską  squaw,  lecz  białą  Europejką,  matką  Szi-So.  Poślubiła  wodza  Nawajów  i 

odtąd wywierała dobroczynny wpływ na męża. 

Oparty  o  siodło  swego  konia,  stał  przed  nimi  wysoki,  szczupły,  ale  dobrze  zbudowany 

biały  człowiek  o  błyszczącej,  śnieżnej  brodzie.  Z  pierwszego  wejrzenia  było  widać,  że  ten 

człowiek nie zwykł składać rąk w potrzebie i że przeżył więcej niż tysiąc innych ludzi razem. 

Wszyscy troje rozmawiali po niemiecku. Wódz nauczył się tego języka od żony. 

—  Zaczynam  się  niepokoić  —  rzekł  siwobrody  mężczyzna.  —  Nasi  wywiadowcy 

wyruszyli już tak dawno, że powinni nam przesłać jakąś wiadomość. 

— Musiało ich spotkać nieszczęście — potwierdziła kobieta. 

—  Nie  lękam  się  tego  —  odrzekł  wódz.  —  Khasti-Tine  jest  najlepszym  wywiadowcą 

plemienia  i  zabrał  ze  sobą  dziewięciu  doświadczonych  wojowników.  Czemu  więc  miałbym 

background image

 

się niepokoić? Prawdopodobnie nie spotkali Nijorów i muszą długo tropić ich ślad. Poza tym 

powinni  się  rozdzielić,  aby  przetrząsnąć  okolicę  w  rozmaitych  kierunkach,  co  utrudnia 

spotkanie. W każdym razie upłynie sporo czasu zanim ujrzymy ich w obozie. 

— Miejmy nadzieję, że jest tak, jak mówisz. No, to już jadę. Czy mogę zabrać ze sobą 

kilku wojowników? 

— Ilu chcesz. Nagonka na antylopy wymaga wielu osaczników. 

— Bądź zdrów, Nitsas-Ini! 

—  Bądź  zdrów,  Maitso!  Swobodnie  dosiadł  konia  i  mijając  kilku  Indian  zawołał,  aby 

pojechali  za  nim.  Chętnie  się  zgodzili;  polowanie  na  antylopy  jest  namiętnością 

czerwonoskórych zamieszkałych w tej okolicy. 

Wódz  nazwał  siwobrodego  mężczyznę  Maitso,  co  w  języku  Nawajów  oznacza  „Wilk". 

Łatwo  się  domyślić,  że  miano  to  odpowiadało  niemieckiemu  nazwisku  Wolf.  Jeśli  zaś 

weźmiemy  pod  uwagę,  że  młody  przyjaciel  i  kole-'  ga  Szi-So  nazywał  się  Adolf  Wolf, 

nietrudno będzie się domyślić, że Maitso był wspomnianym przez nas stryjem Adolfa. 

Wolf wyjechał wraz z kilkoma Indianami na równinę i wkrótce upolował parę antylop. W 

drodze powrotnej, daleko jeszcze od obozu, zobaczył trzech jeźdźców zdążających powoli ze 

wschodu. Konie musiały odbyć wyczerpującą podróż, gdyż już z dala można było poznać, że 

gonią resztkami sił. 

Ujrzawszy myśliwych nieznajomi jeźdźcy zatrzymali się i po krótkiej naradzie ruszyli na 

spotkanie. Byli to Poller, Buttler oraz król naftowy. 

— Dobry wieczór, sir! — ukłonił się Grinley, słońce bowiem zbliżyło się do horyzontu. 

—  Jest  pan  białym  i  dlatego  wierzę,  że  nie  udzieli  nam  pan  mylnej  informacji.  Do  jakiego 

plemienia należą Indianie, którzy panu towarzyszą? 

—  Do  Nawajów  —  odparł  Wolf  obrzucając  nieznajomego  niezbyt  łaskawym 

spojrzeniem. 

— Kto nimi dowodzi? 

— Nitsas-Ini, wódz naczelny. 

— A pan? Kim pan jest? Przecież nie może pan należeć do szczepu Nawajów? 

—  Pshaw!  Mogą  być  również  biali  Nawajowie.  Od  dawna  mieszkam  w  sąsiedztwie  i 

zaliczam się do plemienia. 

— Gdzie ono teraz obozuje? 

— Hm. Dlaczego pan pyta? 

— Chcemy odwiedzić Nitsas-Ini, aby mu zakomunikować nader ważną wiadomość. 

— Od kogo? 

background image

 

— Od jego wywiadowców. 

Mylił  się,  jeśli  sądził,  że  w  ten  sposób  pozyska  zaufanie  sędziwego  westma-na.  Wolf 

bowiem spojrzał nań z jeszcze większą nieufnością i rzekł: 

— Wywiadowcy? Nie mam pojęcia, jacy to wywiadowcy! 

—  Wystawia  pan  nas  na  próbę!  Proszę  nam  zaufać!  Naprawdę,  przywozimy  od  nich 

bardzo ważną wiadomość. 

— No, przypuśćmy, że rzeczywiście wysłaliśmy kilku wywiadowców w pewnym celu i 

że oni mają nam o czymś donieść. Czy przypuszcza pan, że przesłaliby nam tę wiadomość za 

pośrednictwem trzech bladych twarzy? Raczej wybraliby jednego spośród siebie. 

— Tak, gdyby mogli. 

— Czemu by nie mogli? 

— Ponieważ są w niewoli. 

— W niewoli? Do licha! Kto ich schwytał? 

— Nijorowie. 

— Gdzie? 

— Dwa dni jazdy stąd, w dolinie Chelly. 

— Ilu wywiadowców? 

— Ośmiu. 

— Na szczęście liczby się nie zgadzają- 

—  Do  diabła,  nie  bądź  pan  taki  nieufny!  Wiem  dobrze,  że  było  ich  dziesięciu;  brak 

dwóch, których Njjorowie zabili. 

—  Zabili?  Słuchaj  pan,  miej  się  na  baczności!  Nie  podoba  mi  się  żadna  z  waszych 

twarzy.  Jeśli  nam  coś  powiecie,  to  starajcie  się,  żeby  to  była  prawda,  inaczej  źle  będzie  z 

wami! 

—  Wzruszaj  pan  ramionami,  jak  ci  się  żywnie  podoba.  Mimo  to  będziecie  nam 

wdzięczni, że natknęliśmy się na was. Czy znacie może okolice Gloomy-water? 

— Tak. 

— Otóż w pobliżu tego miejsca Mo-kaszi zastrzelił waszego Khasti-Tine wraz z drugim 

wywiadowcą.  Pozostałych  ośmiu  schwytał  nad  Gloomywa-ter  i  zaciągnął  nad  Chelly.  My 

również wpadliśmy w ręce Nyorów. Niedawno udało nam się umknąć z niewoli. 

Gdy Wolf usłyszał imię Khasti-Tine, nie mógł już dłużej wątpić. Zawołał wstrząśnięty: 

— Zastrzelił? Khasti-Tine? Czy to prawda? A pozostali są w niewoli? Do pioruna, źle z 

nimi! 

— O, są jeszcze inni w nie lepszym położeniu! 

background image

 

— Jeszcze inni? Kto taki? 

— Winnetou, Old Shatterhand, Sam Hawkens oraz paru innych west-manów. A oprócz 

tego są tam niemieccy wychodźcy. 

— Czyś pan oszalał? — zawołał Wolf. — Old Shatterhand i Winnetou w niewoli? 

Poller wtrącił się do rozmowy: 

— Gorzej jeszcze, o wiele gorzej. Między innymi dostał się do niewoli Szi-So; przybył z 

Niemiec wraz z innym młodzieńcem, który nazywa się Adolf Wolf. 

—  Mój  Boże!  Muszę  panu  powiedzieć,  że  jestem  stryjem  Adolfa.  Do  mnie  właśnie 

jechał.  A  więc  i  on,  i  Szi--So  są  w  niewoli?  Szybko,  szybko,  chodźcie  do  wodza!  Musicie 

nam wszystko opowiedzieć. Czym prędzej pośpieszymy z odsieczą! 

Spiął  konia  ostrogami  i  pogalopował  w  kierunku  obozu.  Trzej  biali  pojechali  za  nim, 

zamieniając  ze  sobą  konspiracyjne,  zadowolone  spojrzenia.  Na  końcu  jechali  Indianie. 

Pollerowi, But-tlerowi i królowi naftowemu zależało na tym, aby wyłudzić od Nawajów broń 

i amunicję. I czym prędzej uciec. Zdawali sobie sprawę z tego, że Indianie będą ich ścigać. 

Nie  przerażała  ich  ta  okoliczność,  obawiali  się  natomiast  spotkania  Nawajów  z  Old 

Shatterhan-dem i  jego towarzyszami. Jak temu zapobiec? Król  naftowy zastanawiał  się nad 

tym  problemem  w  drodze  do  obozu.  Po  długim  i  żmudnym  dręczeniu  wyobraźni  wpadł  na 

dobry  pomysł;  Old  Shatterhand  i  Winnetou  znajdowali  się  po  lewej  stronie  Chelly;  Jeśli 

namówi Nawajów, aby się trzymali prawej strony, spotkanie nastąpi o kilka dni później, a w 

ciągu tak długiego czasu niewątpliwie nadarzy się jakaś sposobność do ucieczki. Dlatego król 

nafty szepnął tak, aby Wolf nie mógł usłyszeć: 

— Pozwólcie mi odpowiadać na pytania i przede wszystkim wbijcie sobie w pamięć, że 

znajdowaliśmy się na prawym, a nie na lewym  brzegu Chelly i że tam też znajdują się Old 

Shatterhand i jego ludzie. 

— A to dlaczego! — zapytał Buttler. 

— Później ci powiem, teraz nie czas na wyjaśnienia. 

Miał słuszność, gdyż zbliżyli się tymczasem do obozu. Indianie ze zdziwieniem oglądali 

trzech białych przybyszy. Nie spodziewali się obcych na tym pustkowiu w tak niespokojnych 

czasach. Wołf pojechał z nimi do szałasu wodza, który wciąż jeszcze siedział przed wejściem. 

Zeskoczył z konia i zameldował: 

—  Spotkałem  trzech  białych  mężów  i  przyprowadziłem  do  ciebie,  ponieważ  przynoszą 

doniosłe wieści. 

Nitsas-Ini zmarszczył czoło i odparł: 

— Doświadczone oko po korze poznaje zgniłe drzewo. Twoje oczy nie były otwarte. 

background image

 

A  więc  trzej  przybysze  nie  wywarli  na  nim  dobrego  wrażenia.  W  odpowiedzi  król 

naftowy zbliżył się do wodza i rzekł na pół uprzejmie, na pół z naganą: 

—  Istnieją  drzewa  wewnątrz  zdrowe,  chociaż  ich  kora  wydaje  się  chora.  Niech  Wielki 

Piorun wyda o nas sąd, ale dopiero wtedy, kiedy nas pozna! 

Zmarszczki  na  czole  wodza  pogłębiły  się,  a  głos  brzmiał  odtrącające,  kiedy 

odpowiedział: 

— Wiele setek lat minęło od czasu, kiedy pierwsi biali ludzie wtargnęli do naszego kraju, 

mieliśmy  więc  dosyć  czasu,  aby  ich  poznać.  Tylko  niewielu  białych  można  nazwać 

przyjaciółmi czerwonych ludzi. 

Trzech białych ogarnęła trwoga. Król naftowy zamaskował lęk i odpowiedział pewnym 

siebie tonem: 

—  Słyszałem,  że  Wielki  Piorun  jest  sprawiedliwym  i  mądrym  wodzem.  Nie  odtrąci 

wojowników, którzy przybyli do obozu, aby uratować jego samego i jego ludzi. 

—  Wy...  nas  uratować?  —  zapytał  wódz  lekceważąco.  —  Co  to  znów  za 

niebezpieczeństwo, przed którym macie nas ostrzec? 

— Niebezpieczeństwo Nijorów. 

— Pshaw! — zawołał z gestem zniecierpliwienia. — Zdepczemy te karły! 

— Tak sądzisz, ale w istocie mają nad wami liczebną przewagę. 

—  Nawet  gdyby  ich  było  dziesięciokroć  po  sto,  pokonamy  ich,  gdyż  jeden  Nawaj  jest 

wart dziesięciu Nijorów. I wy chcecie nam pomóc, wy, pozbawieni nawet broni? Tylko tchórz 

pozwala sobie odebrać broń! 

Gdyby  król  naftowy  przepuścił  tę  obelgę  mimo  ucha,  okazałby  się  bezprzecznie 

tchórzem. Dlatego odpowiedział gniewnie: 

— Przybyliśmy, aby wyświadczyć wam przysługę, a ty za nasze dobre chęci odpłacasz 

obelżywymi słowami. Opuszczamy was bezzwłocznie! 

Podszedł  do  konia,  jak  gdyby  zamierzał  go  dosiąść.  Jednak  wódz  zerwał  się  i 

rozkazującym gestem zawołał: 

— Wojownicy Nawajów, zatrzymajcie tych białych! 

Natychmiast okrążono trzech przybyszy ze wszystkich stron. Teraz wódz dodał: 

— Czy myślicie, że można wchodzić i wychodzić z obozu niczym zając z nory? Jesteście 

w naszej mocy i nie opuścicie tego miejsca bez mojej zgody. Jeden krok wbrew mojej woli, a 

przebiją was kule wojowników! 

background image

 

Brzmiało  to  gniewnie  i  niemniej  groźnie  wyglądało,  gdyż  mnóstwo  strzelb  obrócono 

lufami w stronę trzech białych. Ale nawet teraz Grinley opanował swój niepokój, wyjął stopę 

ze strzemienia i rzekł spokojnie: 

— Jak sobie życzysz! Widzimy, że wpadliśmy w wasze ręce i musimy was słuchać, ale 

wszystkie  wasze  strzelbynie  zmuszą  nas  do  wykonania  poselstwa,  z  którym  do  was 

przyjechaliśmy. 

—  Pshaw!  Chcecie  mi  zapewne  powiedzieć,  że  psy  Nijorów  wykopały  topór  wojny  i 

wyruszyły  przeciwko  nam.  Zbyteczny  trud!  Wysłałem  wywiadowców,  którzy  zawiadomią 

mnie we właściwym czasie. 

—  Jesteś  w  błędzie.  Twoi  wywiadowcy  nie  mogą  cię  zawiadomić,  ponieważ  schwytali 

ich Nijorowie! 

—  Kłamstwo!  Wybrałem  najbardziej  doświadczonych  wojowników.  Nikt  nie  zdoła  ich 

schwytać. 

— A ja tobie powiadam, że Khasti-Tine, ich przywódca, już nie żyje. 

- Uff, uff, uftl 

—  Dwóch  wywiadowców  padło  od  strzałów  Mokasziego,  wodza  Nijorów,  pozostałych 

ośmiu schwytał, podobnie jak i nas. 

— Podobnie jak was! Wpadliście w ręce Nijorów? 

— Tak. Udało  nam  się zbiec, ale nie odzyskaliśmy broni.  Dlatego przybyliśmy do was 

bez  strzelb  i  bez  noży;  lecz  ty  uważasz  nas  za  tchórzy.  Jakże  więc  nazwiesz  swoich 

wojowników, którzy nie tylko musieli oddać broń, ale w dodatku nie posiadali tyle rozumu i 

energii, aby sobie utorować drogę do wolności? 

—  Uff,  uff,  uff!  —  wołał  wódz.  —  Moi  wywiadowcy  w  niewoli,  Khasti-Tine 

zastrzelony! Jego skalp wymaga zemsty! Musimy wyruszyć na Nijorów! 

Nitsas-Ini nie ukrywał swego wzburzenia wbrew naturze indiańskiej, która we wszelkich 

okolicznościach  zachowuje  spokój.  Chciał  iść  do  szałasu  po  broń.  Lecz  Wolf,  dotychczas 

milczący, złapał go za ramię i rzekł: 

— Są ważniejsze sprawy do załatwienia. 

—  Ważniejsze?  —  zapytał  wódz  odwracając  się.  Co  może  być  ważniejsze  od  tego,  że 

Khasti-Tine nie żyje, a nasi wywiadowcy są w niewoli? 

— Ważniejsze jest to, że Szi-So jest w niewoli... 

— Szi... Szi... Szi... 

background image

 

Z nadmiaru wzruszenia nie mógł dobyć głosu. Stał znieruchomiały, jakby zamieniony w 

kamień i tylko obracające się błędnie oczy dawały świadectwo życia. Wojownicy skupili się 

dokoła, ale żaden nie wyrzekł słowa. Król naftowy, pragnąc wykorzystać ciszę, rzekł głośno: 

— Tak, Szi-So jest też w niewoli. Ma zginąć przy palu męczarni! 

—  ...  i  mój  bratanek  Adolf,  który  wraz  z  nim  przybył  z  Niemiec,  też  jest  w  mocy 

Nijorów! — dodał Wolf. 

Teraz  wódz  odzyskał  przytomność  umysłu.  Uświadomił  sobie,  że  brak  opanowania  nie 

licuje z jego godnością. Wielkim wysiłkiem woli narzucił sobie spokój i zapytał: 

— Szi-So w niewoli? Czy jesteś tego pewien? 

— Z całą pewnością wiem o tym — odparł król nafty. — Nie tylko leżeliśmy niedaleko 

twojego syna, ale nawet rozmawialiśmy z jego towarzyszami. 

— Kto mu towarzyszył? 

— Jego młody przyjaciel, niejaki Wolf, kilka rodzin saksońskich, które wywędrowały z 

ojczyzny, a następnie cały szereg znakomitych westmanów, o których chyba nie pomyślicie, 

że łatwo dają się wziąć do niewoli. 

— Kto taki? 

— Old Shatterhand... 

— Old Sha... uff, uff! 

— Winnetou. 

— Naczelny wódz Apaczów? Uff, uff, uff! 

— Sam Hawkens, Dick Stone, Will Parker, Droll, Hobble-Frank, słowem ludzie, których 

nie można zaliczyć do tchórzy. 

Wokół rozległy się okrzyki zdumienia i strachu. Wódz miał dzięki temu dosyć czasu na 

opanowanie powtórnie wzburzonych uczuć. Przedarł się przez szereg stojących dokoła Indian 

i pośpieszył do swego szałasu. Słychać było jego głos i głos jego białej żony; po chwili wyszli 

oboje. Sąuaw zwróciła się do trzech przybyszy: 

— Czy to być może, czy to prawda? Mój syn w rękach wroga? 

— Tak — potwierdził król naftowy. 

— A więc trzeba go spiesznie, jak najśpieszniej ratować! Opowiedzcie, co wam wiadomo 

i gdzie są wrogowie! 

Jako  kobieta  nie  musiała  ukrywać  swego  wzburzenia.  Chwyciła  Grinleya  za  ramię  i 

potrząsała  nim,  jak  gdyby  chciała  przyśpieszyć  odpowiedź,  lecz  Grinley  odpowiedział 

spokojnie: 

background image

 

—  Tak,  przybyliśmy,  aby  wam  donieść  o  tym  zdarzeniu.  Ale  wódz  przyjął  nas  jak 

wrogów, dlatego wolimy zachować dla siebie to, co nam wiadomo. 

— Psie! — huknął Wielki Piorun. —Nie chcesz mówić? Znajdę sposób na rozwiązanie 

wam języka! 

Żona wodza położyła mu ręce na ramionach i poprosiła: 

— Bądź uprzejmy w stosunku do nich! Chcieli nas zawiadomić, a więc nie zasługują na 

takie traktowanie. 

— Ich twarze nie są twarzami dobrych ludzi, nie ufam im — odparł posępnie. 

Żona wodza nie przestała go mitygować, a i Wolf przyłączył się do jej próśb, ponieważ 

niepokoił się o bratanka. On także coraz mniej ufał trzem przybyszom w miarę, jak przyglądał 

się  ich  twarzom.  Jednakże  nic  im  nie  mógł  zarzucić,  przeciwnie,  mógł  uratować  bratanka 

dzięki ich informacjom. Miał więc powód do wstawienia się za nimi. Wódz chętnie obszedłby 

się  z  przybyszami  surowo,  ale  nie  mógł  przeciwstawić  się  prośbom  żony  i  przyjaciela  i 

wreszcie oświadczył: 

—  Będzie,  tak,  jak  sobie  życzycie.  Biali  mogą  .się  spokojnie  wypowiedzieć.  A  więc 

czekamy! 

Słowa te były skierowane do Grinleya. Jeśli wódz przypuszczał, że Grinley natychmiast 

usłucha, mylił się bardzo. Król naftowy odpowiedział: 

— Zanim spełnię twoją prośbę, muszę się upewnić, czy wy spełnicie naszą. 

— Jaką? 

— Nie mamy broni. Czy dacie nam jakąś, jeśli wyświadczymy wam przysługę, której od 

nas żądacie? 

— Tak. 

— Każdemu po strzelbie i nożu, pewną ilość prochu i ołowiu, jak również zapas mięsa, 

gdyż nie wiemy, kiedy nam się zdarzy zwierzyna. 

— Zaopatrzymy was w mięso, chociaż dopóki jesteście u nas, nie zaznacie głodu. 

— Jesteśmy tego najzupełniej pewni, ale niestety, nie możemy dłużej u was zostać. 

— Kiedy zamierzacie wyruszyć? 

— Po zdaniu wam relacji. 

—  To  nie  może  być.  Musicie  tu  pozostać,  póki  nie  przekonamy  się,  że  przywieźliście 

wiadomości zgodne z prawdą. 

—  Twoja  nieufność  nam  ubliża!  Istnieją  dwie  możliwości:  albo  jesteśmy  waszymi 

przyjaciółmi,  albo  waszymi  wrogami.  W  pierwszym  przypadku  nie  zamierzalibyśmy  chyba 

background image

 

was  okłamywać,  a  w  drugim  —  nie  odważylibyśmy  się  przybyć  do  waszego  obozu.  Wódz 

zamierzał odpowiedzieć, ale żona prosiła go usilnie: 

— Wierz im, wierz im; czas upływa i możemy się spóźnić z pomocą! 

Gdy i Wolf poparł jej prośbę, Wielki Piorun rzekł: 

—  Wicher  wieje  w  wybranym  kierunku,  ale  kiedy  go  wstrzymują  wysokie  góry,  musi 

obrać inną drogę. Wichrem jest moja wola, a wy jesteście górami. Stanie się zadość waszym 

życzeniom. 

— A więc będziemy mogli odjechać, kiedy zechcemy? — zapytał król naftowy. 

— Tak. 

— Porozumieliśmy się zatem i wypalmy fajkę pokoju. Twarz wodza znowu się zasępiła. 

— Nie wierzycie? — zapytał. — Uważacie mnie za kłamcę? 

— Nie. Ale w stanie wojennym nikt nie ma obowiązku dotrzymywać obietnicy, której nie 

przypieczętował  dym  kalumetu.  Możecie  spokojnie  wypalić  fajkę  pokoju,  bowiem  mamy 

uczciwe zamiary. Mówimy prawdę i możemy tego dowieść, jeśli sobie życzycie. 

— Dowieść? Czym? 

— Wysłuchawszy relacji przekonacie się, że każde nasze słowo jest świętą prawdą. Poza 

tym mogę wam pokazać papier, którego treść potwierdzi wszystko. 

— Papier? Nie chcę wiedzieć nic o żadnym papierze; nieraz zawiera więcej kłamstwa niż 

mogą pomieścić ludzkie usta. Zresztą nie uczyłem się znaków pisarskich, które stawiacie na 

papierze. 

—  Ale  Mr  Wolf  umie  czytać  i  powie  ci,  że  jesteśmy  szczerzy  i  prawdomówni.  Czy 

zgadzasz się więc wypalić z nami fajkę pokoju? 

— Tak — odpowiedział wódz, prze-jąwszy błagalne spojrzenie żony. 

— Za siebie i za wszystkich swoich? 

— Tak. Za siebie i wszystkich moich wojowników. 

— A więc weź kalumet! Nie możemy tracić ani chwili. 

Fajka wisiała na szyi wodza. Zdjął ją, napełnił kunsztownie rzeźbioną główkę tytoniem i 

zapalił.  Po  wykonaniu  przepisowych  sześciu  pociągnięć  podał  kalumet  królowi  nafty,  ten  z 

kolei  przekazał  fajkę  Buttlerowi.  Ostatni  pociągnął  Poller.  Ceremoniał  był  skończony.  Król 

naftowy  czuł  się  teraz  pewnie.  Nie  zwrócił  uwagi  na  to,  że  Wolf  nie  otrzymał  kalumetu,  a 

więc nie był związany układem... 

background image

10 

 

II. NA ZWIADACH 

 

Gdy tylko Nijorowie odjechali, biali ruszyli za nimi. Winnetou i Old Shatterhand wkrótce 

się  przekonali,  że  Nijorowie  posuwają  się  naprzód  coraz  wolniej.  Jaki  mógł  być  powód 

zwolnienia tempa jazdy? 

Obaj  znakomici  mężowie  nie  mieli  zwyczaju  zasięgać  rady  lub  opinii  osób  trzecich  w 

kwestiach, które sami mogli rozwiązać, nie wtajemniczyli więc nikogo, nawet Sama, w treść 

swego spostrzeżenia. Natężyli tylko uwagę i wkrótce przekonali się, że nie są w błędzie. 

— Co powie o tym mój brat Shatterhand? - zapytał Winnetou. 

— Że nie śpieszą się do Nawajów — odparł biały. 

— Mój brat podziela moje zdanie. Zdaje się, że chcą odłożyć atak na Nawajów. Z tego 

wynika, że występują przeciwko komuś innemu. 

— Przeciwko nam oczywiście? 

—  Tak.  Ale  dlaczego?  Nie  mogę  przecież  przedsięwziąć  nic  mądrzejszego  niż  szybką 

napaść na Nawajów, dopóki oni są zdezorientowani brakiem wiadomości od wywiadowców. 

—  Ale  niech  mój  brat  Winnetou  rozważy,  że  jedziemy  .tuż  za  nimi  i  że  dosiadamy 

wyśmienitych koni. Możemy, jeśli nie wszyscy, to przynajmniej niektórzy, dzięki forsownej 

jeździe przegonić ich okrężną drogą i zawiadomić Nawajów. 

— Uff! — potwierdził Apacz. - Tak będzie. 

—  Tak,  możliwe.  Chcą  sobie  zabezpieczyć  tyły  i  zapobiec  tej  ewentualności.  Można 

przypisać taki plan ich wodzowi. Dlatego zmniejszyli szybkość, aby znaleźć się bliżej nas i 

gdy  nadarzy  się  odpowiedni  teren,  nie  czekać  zbyt  długo.  Jeśli  moje  przypuszczenie  jest 

słuszne, trzeba się zastanowić, jakie miejsce na naszej drodze jest dla nich najdogodniejsze do 

ataku. 

—  Uff!  zawołał  Winnetou  po  chwili.  —  Istnieje  takie  miejsce,  w  którym  będą  jeszcze 

przed wieczorem. Mianowicie Zimowa Woda. 

— Tak, może będą nas tam oczekiwać. Czy mamy pójść pod ich strzelby i noże? 

— Nie. Musimy ich wyśledzić. Ale który z nas? 

— Hm. Zimowa Woda obejmuje dość rozległy teren. Za wiele trudu i mitręgi dla jednego 

wywiadowcy. 

— Pojedziemy obaj. 

— Tak. Właściwie powinniśmy zabrać ze sobą jeszcze kogoś. 

— Po co? 

background image

11 

 

Jeśli  zechcą  na  nas  napaść,  obronimy  się  o  własnych  siłach,  ale  jeśli  nie  mają  takich 

zamiarów  względem  nas,  jeśli  po  prostu  wyruszyli  na  Nawajów,  musimy  tamtych 

zawiadomić. Jednakże żaden z nas dwóch nie może się oddalić. Musimy więc zabrać ze sobą 

jeszcze kogoś. 

—  Winnetou  proponuje  Szi-So.  Jest  dobrym  jeźdźcem  i  zna  te  tereny  lepiej  niż 

ktokolwiek inny. Czy powiadomimy naszych towarzyszy o celu tej wycieczki? 

— Czy mój brat Winnetou sądzi, że lepiej to przed nimi zataić? 

— Tak. Nie  wszyscy mężowie w naszym  gronie są bohaterami, a kobietom i  dzieciom 

nie wolno nadaremnie rozpowiadać o niebezpieczeństwach.  

Po powzięciu szybkiej decyzji nie mniej szybko wprowadzili ją w czyn. Już po krótkim 

czasie razem z Szi-So galopowali na przedzie, podczas gdy reszta towarzystwa nadal jechała 

powoli. 

Teren był gładki. Na lewo ciągnął się płaski, nagi step, po prawej stronie płynęła rzeka 

obrzeżona  pasmem  lasu,  zagajnika,  a  następnie  murawy.  Powietrze,  niebywale  w  tych 

stronach czyste, pozwalało ogarnąć wzrokiem daleką przestrzeń. Nie zachodziła więc obawa, 

że znienacka i niespodzianie można się natknąć na umyślnie czy nieumyślnie ociągających się 

Nijorów. 

Jechano wciąż dalej aż do późnego popołudnia, od czasu do czasu badając uważnie ślady. 

Widać było, że zbliżali się coraz bardziej do Indian. Dzieliła ich zaledwie godzina jazdy. 

Z lewej strony, z południa, ciemne, równe pasmo zarośli dokładnie pod kątem prostym 

przecinało rzekę. W oddali, na południu, składało się z pojedynczych, suchych roślin mezcal, 

które  następnie  łączyły  się  w  zagajniki.  Dalej  rośliny  skupiały  się  jeszcze  ciaśniej  i  były 

bardziej soczyste i zielone niż na południu, gdzie miały szare, wygłodniałe zabarwienie. Im 

bliżej  rzeki,  tym  roślinność  była  gęstsza  i  wspanialsza,  a  nadbrzeżny  las  dochodził  aż  do 

samej wody. 

To pasmo roślinności stanowiło brzeg łożyska Zimowej Wody. W krótkiej porze opadów 

woda  skupiała  się  w  tym  łożysku  i  nadawała  przez  kilka  tygodni  świeży  wygląd  roślinom, 

zazwyczaj suchym, skąpym i smętnie obumarłym.  Im bliżej rzeki, tym dłużej trwała radość 

życia, najbliższym zaś drzewom udawało się nawet zachować życie przez cały rok. 

Trzej jeźdźcy znajdowali się w takiej odległości od wyschłego koryta, że można ich było 

stamtąd zobaczyć. Dlatego byli zmuszeni jechać pod osłoną zagajnika i lasu. Zsiedli teraz  z 

koni  i  znaleźli  kryjówkę  dla  zwierząt,  przy  których  został  Szi-So.  Dostał  także  ich  broń, 

ponieważ  strzelba  przeszkadza  tylko  skradającemu  się  przez  zagajnik  lub  pełzającemu 

background image

12 

 

wywiadowcy.  Następnie  Old  Shatterhand  i  Winnetou  poszli  dalej  wzdłuż  rzeki,  z  oczami 

czujnie wpatrzonymi w przestrzeń. 

Po przybyciu połowy drogi zatrzymali się i Shatterhand zapytał: 

— Przede wszystkim przekonajmy się, czy Nijorowie zostali nad Zimową Wodą, czy też 

pojechali dalej. 

— Tak. Te drzewa są odpowiednio wysokie. 

— I gęsto ulistnione, więc nikt nas tu nie odkryje. 

Wybrali  dwa  drzewa  odpowiedniej  wysokości  i  zbliżone  do  siebie  tak,  że  można  było 

porozumieć się z nich półgłosem. Obaj wspinali się sprawnie i nie minęły dwa kwadranse, a 

siedzieli już u wierzchołków. Widok, który się przed nimi roztoczył, ucieszył ich bardzo — 

mogli  bez  przeszkód  spoglądać  ponad  drzewami  na  ciągnącą  się  równinę  po  przeciwległej 

stronie. Nie dostrzegli nikogo na całej jej rozciągłości. 

— Zaczaili się nad Zimową Wodą — rzekł Old Shatterhand do Winnetou. 

— Tak, bo gdyby pojechali dalej, zobaczylibyśmy ich na stepie — odpowiedział Apacz. 

— Niech mój brat odwoła się do swojej rurki. 

Old Shatterhand wyjął przedtem lunetę z torby u siodła. Teraz zwrócił ją ku zagajnikowi. 

Następnie odłożył lunetę i oznajmił: 

— Obozują po tamtej stronie zagajnika, tuż nad brzegiem Zimowej Wody. Właśnie teraz 

przyprowadzili swoje konie z wodopoju nad Chelly. 

— A więc poczekamy do zmroku i podkradniemy się, aby ich podsłuchać! 

— Tak, ale nie tutaj na górze, lecz na dole będziemy czekać; tam jest wygodniej. 

Chciał już zejść z drzewa, gdy usłyszał okrzyk Apacza: 

— Uff! 

— Czy mój brat coś spostrzegł? — zapytał. 

—  Tak.  Spójrz  na  tamten  brzeg...  Długi  wąż  jeźdźców  posuwa  się  w  pobliżu  drzew. 

Niech mój brat poczeka, aż się znowu pokażą. Wkrótce przejadą przez odkrytą równinę, która 

leży na wprost nas. 

Obaj  westmani  z  uwagą  spoglądali  na  przeciwległy  brzeg.  Najpierw  ukazali  się  dwaj 

jeźdźcy,  byli  to  Indianie.  Jechali  galopem,  przewinęli  się  kilkakrotnie  przez  zagajnik. 

Wreszcie jeden z nich zawrócił i dał znak — nie znaleźli nic podejrzanego. 

— Niech mój brat spojrzy przez szkła, może pozna twarze — powiedział Winnetou. 

Old Shatterhand spojrzał. Na znak wywiadowcy z zagajnika wysunęli się jeźdźcy, długi 

szereg jeźdźców wymalowanych farbami wojennymi; nie można było rozpoznać ich twarzy. 

background image

13 

 

Na  końcu  jednak  jechało  dwoje  nie  pomalowanych,  których  Old  Shatterhand  natychmiast 

rozpoznał. Byli to Nitsas-Ini i jego biała żona. Gdy skrył ich zagajnik, Apacz rzekł: 

— To musieli być wojownicy Nawajów. Czy poznałeś kogoś? 

— Tak, Nitsas-Ini i jego squaw jechali na końcu. 

— Na pewno obozowali w ujściu rzeki. Czemu opuścili to miejsce? 

— I czemu jadą prawym brzegiem? 

— Tak, to dziwne. Wiedzą przecież, że Nijorów należy szukać na lewym brzegu, gdyż 

tutaj ciągną się ich tereny. 

— Znajduję tylko jedną odpowiedź: król naftowy wyprowadził ich na manowce. 

—  Uff!  Na  pewno  pojechał  do  nich  po  broń.  Pragnąc  zyskać  na  czasie,  skierował 

Nawajów na złą drogę. 

Zeszli  z  drzew.  Wkrótce  zapadł  zmierzch.  Obaj  mężowie  puścili  się  w  najeżoną 

niebezpieczeństwami drogę. Z początku wzrok sięgał na odległość sześciu do ośmiu kroków. 

Jednak kiedy się zbliżyli do Zimowej Wody, było już tak ciemno, że nie mogli ufać oczom i 

musieli zdać się na zmysł dotyku. 

Chelly  płynęła  tu  prawie  ze  wschodu  na  zachód.  Napomknęliśmy,  że  Zimowa  Woda 

ciągnęła się z południa na północ, a zatem przecinała rzekę pod kątem prostym. Brzegi obu 

łożysk  były  otoczone  dosyć  wysokimi  drzewami  i  zagajnikami.  Od  brzegu  do  powierzchni 

Chelly można było naliczyć sześćdziesiąt stóp. W obecnej porze roku Zimowa Woda składała 

się  z  kilku  kałuż  nie  utrudniających  przejścia.  Lecz  nad  ujściem  grunt  był  bardzo  skalisty  i 

brzegi spadały tak stromo, że nie można było zjechać konno. Kto chciałby się przeprawić na 

drugą  stronę,  musiałby  raczej  jechać  wzdłuż  brzegu  do  miejsca  bardziej  pochyłego,  do 

jedynego brodu, który był zarazem najdogodniejszym terenem do napadu czy zasadzki. Tutaj 

wróg powinien czekać, aby w stosownym momencie zamknąć potrzask. 

Nijorowie  nie  obozowali  jednak  nad  tym  brodem.  Obsadzili  drugi,  lewy  brzeg  aż  do 

ujścia. Kto chciał napoić konie, musiał zawrócić do brodu i następnie, posuwając się suchym 

łożyskiem  Zimowej  Wody,  dotrzeć  do  ujścia  Chelly.  Była  to  dosyć  uciążliwa  wędrówka. 

Wygodniej było obozować nad ujściem, ryzykując pozostawienie śladów, których Nijorowie 

nie zdołaliby całkowicie zatrzeć. 

Ponieważ obozowali po drugiej strome, więc Old Shatterhand i Winnetou musieli się na 

nią przeprawić. Kiedy przybyli na wysoki brzeg Zimowej Wody, zobaczyli na drugim brzegu 

obozowe ogniska świecące między wielkimi i licznymi głazami. 

— Jakże nieprzezorni! — rzekł Winnetou. 

— Tak — potwierdził Old Shatterhand. — Czują się bardzo bezpiecznie.  

background image

14 

 

Doszli do brodu i  przeprawili się na drugą stronę, po czym skradali się ku obozowi ze 

zdwojoną  ostrożnością.  Sunąc  od  drzewa  do  drzewa,  od  zagajnika  do  zagajnika,  omijali 

starannie każde miejsce, na które padał odblask ognia.  

Kiedy tylko można było rozróżnić poszczególne postacie, Winnetou szepnął: 

— Niech mój brat zaczeka tutaj. Wyjdę z zagajnika i podkradnę się do lasu od równiny, 

aby zbadać, gdzie stoją konie i czy zaciągnięto straże. 

Wrócił po upływie pół godziny i zameldował: 

— Konie stoją po tamtej stronie obozu, a zatem nie zdradzą naszej obecności parskaniem. 

Warta czuwa nad równiną. 

— Mój czerwony brat mógł dostrzec wnętrze obozu. Czy widział wodza Mokasziego? 

— Tak. Siedzi z trzema starymi wojownikami pod szerokim głazem. 

— Gdybyśmy mogli się podkraść! 

— Będziemy mogli, jeśli zachowamy ostrożność. Wódz i jego towarzysze siedzą tuż przy 

brzegu. Nie ma tam innych Nijorów. Ja pójdę naprzód, mój brat za mną! 

Nie  można  było  nadal  poruszać  się  swobodnie.  Położyli  się  na  ziemi,  czołgali  na 

brzuchach, szukając osłony pod każdym drzewem lub krzewiną, pod każdą roślinką, każdym 

kamieniem. 

Ich celem był głaz, o którym wspomniał Winnetou. Długi i niezbyt szeroki, dwukrotnie 

przerastał wysokość człowieka. Zarośnięty z wierzchu mchem, przez długie lata zatrzymywał 

na sobie opadające liście. Nie sprzątnięte wiatrem, czas je stłamsił w grubą, ziemistą warstwę 

pokrywającą  kamień  i  zatykającą  jego  rysy  i  szpary.  Dzięki  temu  mogło  się  rozwinąć  na 

głazie kilka krzewów rozpościerających gałęzie ponad całą skałą. 

Brzeg  od  głazu  dzieliła  bardzo  wąska  przestrzeń,  wąska,  ale  dostatecznie  szeroka  dla 

celów obu wywiadowców. Udało im się niepostrzeżenie dotrzeć do bloku i zaczaić się za nim. 

Wspomniany  odstęp  był  szerokości  przeciętnego  człowieka,  wskutek  czego  znaleźli  się  tuż 

nad  samą  krawędzią  brzegu.  Gdyby  krawędź  składała  się  z  luźno  spojonych  grud  ziemi, 

rozstąpiłaby  się  pod  ciężarem  obu  mężczyzn  —  runęliby  na  dół.  Przede  wszystkim  więc 

zbadali grunt i stwierdzili, że jest skalisty. Postanowili wspiąć się na głaz. Z góry doskonale 

mogli podsłuchać Nijorów. 

Jedno  tylko  miejsce  nadawało  się  do  wejścia,  bo  miało  jak  gdyby  uchwyt.  Old 

Shatterhand wszedł  na barki Winnetou i  złapał  się za występ skalny i  dźwignął  się w  górę. 

Było to nader ryzykowne przedsięwzięcie, gdyż najmniejszy fałszywy ruch mógł go zepchnąć 

w przepaść.  Następnie należało  umieścić się w  odpowiedni  sposób: nie za wysoko, aby nie 

background image

15 

 

zdradzić się przed Nijorami. Na górze Old Shatterhand położył się na płask, spuścił splecione 

w pętlę lasso i wciągnął Winnetou do siebie. 

Leżeli więc na górze. Byłoby źle, gdyby ich ujrzano! Za sobą mieli przepaść, a pod sobą 

obóz  obsadzony  trzema  setkami  Indian.  Musieliby  bezzwłocznie  zrezygnować  z  oporu  i 

oddać się w ręce wrogów. 

Leżąc  na  bloku  ogarnęli  wzrokiem,  poprzez  krzewy,  cały  obóz.  Płonęło  nie  mniej  niż 

osiem  ognisk,  przy  których  Indianie  przygotowywali  wieczerzę.  U  stóp  skały  siedział 

Mokaszi  oraz  trzej  najstarsi  wojownicy.  Zamieniali  ze  sobą  zdania  przerywane  długimi  lub 

krótkimi  pauzami.  Jak  wkrótce  usłyszeli  wywiadowcy,  Nijorowie  różnili  się  w  poglądach. 

Jeden z nich, stary, ale jeszcze bardzo krzepki siwowłosy mężczyzna, rzekł: 

—  Mokaszi  pożałuje,  że  działał  w  myśl  dzisiejszego  postanowienia.  Powinniśmy  się 

śpieszyć i czym prędzej odszukać psy Nawajów, aby je zabić. 

— Mój starszy brat nie bierze pod uwagę, że różnica wynosi tylko jeden dzień. Jeśli jutro 

schwytamy białych, natychmiast wyruszymy przeciwko Nawajom. 

—  Różnica  wynosi  więcej  niż  jeden  dzień,  ponieważ,  oczekując  zbliżenia  się  białych, 

jechaliśmy bardzo wolno. 

—  Nie  szkodzi.  Szakale  Nawajów  nie  opuszczą  swoich  jaskiń  przed  naszym  najściem. 

Nie  mogą  opuścić  obozu,  dopóki  nie  wrócą  wojownicy  wysłani  na  zwiady.  Mój  stary  brat 

powinien o tym pomyśleć! 

— Pomyślałem, ale rok posiada zimę i lato i wszystko ma dwie strony. To samo stosuje 

się  do  naszej  sprawy.  Mokaszi  sądzi,  że  Nawajowie  będą  czekać,  ponieważ  wysłali 

zwiadowców,  a  ja  sądzę,  że  wyślą  innych,  gdyż  za  długo  na  tamtych  czekają.  Nowi 

wywiadowcy odkryją nasze ślady i doniosą o tym swojemu wodzowi. Nie my napadniemy na 

Nawajów, lecz oni na nas! 

Mówił  ostrym  tonem,  jakim  się  nie  przemawia  do  wodzów.  Dlatego  Mokaszi 

odpowiedział: 

— Śnieg starości oprószył głowę mojego brata. Widział więcej zim niż ja i przeżył wiele. 

Może  bez  osłonek  wypowiadać  swoje  zdanie.  Lecz  nie  on  jest  wodzem,  a  ja.  Wysłuchuję 

wprawdzie zdania doświadczonych mężów, ale decyzja należy wyłącznie do mnie. 

Stary opuścił głowę i rzekł: 

— Masz słuszność. Niech twojej woli stanie się zadość. 

— Tak, stanie się jej zadość. A może sądziłeś, że udałoby się nam zaskoczyć Nawajów? 

— Niewątpliwie. 

background image

16 

 

— A ja sądzę, że nie. Z myślą o niebezpieczeństwie wysłali straż przednią, podobnie jak 

my.  Musimy  ich  obóz  dopiero  odkryć  przez  wywiadowców.  Ale  nie  jest  to  rzecz 

najważniejsza. O jednym, zdaje się, mój stary brat wcale nie pomyślał. Mianowicie o tym, że 

Nawajowie wiedzą już o naszej wyprawie. 

Uff! —  zawołał stary. — Któż im powiedział? 

— Trzej biali, którzy zbiegli. 

— Uff! Uff! To prawda! Jeśli pojechali do Nawajów... 

—  Na  pewno  do  nich  pojechali.  Może  nawet  już  dzisiaj  natknęli  się  na  nich.  W  takim 

razie Nawajowie z miejsca wyruszą na nasze spotkanie. I właśnie na to czekam. 

—  Uff!  Uff!  Mój  brat  Mokaszi  zna  przecież  stare  prawo  wojny,  że  zwycięży  ten,  kto 

pierwszy przybywa. 

— Nie we wszystkich wypadkach stosuje się to prawo. Niech Nawaje przybędą i napadną 

na nas, ale w miejscu dla nich zgubnym. Będziemy ich oczekiwali tutaj, nad Zimową Wodą! 

— Nie tak zakładał nasz pierwotny plan. 

—  Nie.  Chciałem  zaskoczyć  Nawajów,  teraz  muszę  wyrzec  się  tej  myśli,  ponieważ 

zawiadomili ich trzej biali zbiegowie. Trzeba więc było koniecznie zmienić plan. Zaczaimy 

się tutaj, nad Zimowa Wodą. Kiedy Nawajowie przybędą, pozwolimy im zejść z wysokiego 

wybrzeża  w  głąb  łożyska,  a  potem  napadniemy  na  nich.  Tam,  na  dole,  nie  potrafią  się 

obronić, ponieważ z boku zamkną ich skały. 

— Uff! Uff! zawołał stary w wypogodzoną twarzą. 

—  Nowy  plan  Mokasziego  jest  dobry  i  sądzę,  że  powinien  się  udać,  jeśli  coś  go  nie 

pokrzyżuje. 

— Tylko jedno może go pokrzyżować i temu właśnie zamierzam jutro zapobiec. 

— Teraz pojmuję. Masz na myśli białych? 

— Tak. Jadą za nami, chcą odszukać Nawajów. Jeśli ich przepuścimy, wyjawią wrogom, 

że  tutaj  na  nich  czekamy.  Byłaby  to  niepowetowana  strata.  A  więc  schwytamy  w  niewolę 

Winnetou i Old Shatterhanda wraz ze wszystkimi ich ludźmi. 

— Czy poniosą śmierć? 

— Tak, jeśli będą się bronić. 

— A jeśli nie będą się bronić? 

— Weźmiemy ich do niewoli i będą uświetniać nasz powrót. Nie przy wiążemy ich do 

pali  męczarni,  ponieważ  wypaliliśmy  z  nimi  kalumet,  ale  każemy  im  walczyć  na  śmierć  i 

życie z naszymi wojownikami. 

— Uff! Uff! — oczy starca rozbłysły radością. 

background image

17 

 

Nawet  obaj  dotychczas  milczący  czerwonoskórzy  nie  mogli  powstrzymać  się  od 

okrzyków zdumienia. 

Mokaszi, zadowolony z wrażenia, ciągnął dalej: 

— Żadne miejsce nie nadaje się tak świetnie jak Zimowa Woda do zasadzki na wrogów, 

do  schwytania  i  wytępienia  ich  bez  trudu.  Moi  bracia  zobaczą  jutro,  jak  łatwo  schwytamy 

białych, chociaż prowadza ich najznakomitsi mężowie Zachodu. 

Stary znowu się zasępił i odparł:  

— Właśnie dlatego nasz plan może się nie udać. 

—  Bynajmniej!  Wiem,  że  są  nader  mądrymi  ludźmi  i  przenikają  zamysły  innych,  ale 

naszego planu nie odgadną. Sądzą, że wyruszyliśmy na Nawajów i że wcale nie zwracamy na 

nich uwagi. 

—  Chciałbym,  żeby  tak  było  w  rzeczywistości,  jednak  myślę  o  tym,  czego  niedawno 

doświadczyliśmy.  Żaden  orzeł  mc  ma  tak  przenikliwych  oczu,  żaden  mustang  tak  czułych 

uszu, żaden lis tak wielkiej chytrości jak Old Shatterhand i Winnetou. Czyż nie mieliśmy ich 

w swej mocy? Czyż nie byli nawet spętani? A jednak się uwolnili! 

—  Tym  razem  będziemy  mądrzejsi.  Przecież  już  dzisiaj  zaczęliśmy  rozwijać  nasz  plan 

działania.  Rozbiliśmy  obóz  na  górze,  a  nie  na  dole,  nie  dostrzegą  żadnego  śladu  i  bez 

podejrzeń pojadą na dół, podczas gdy my będziemy tutaj czekali na nich w ukryciu. Pojadą do 

wody Chelly, aby napoić konie, a wtedy napadniemy na nich znienacka. 

— Przewidujesz więc, że nie pojadą prosto przez bród, ale zabawią tu chwilę? 

—  Tak.  Na  rozległej  przestrzeni,  bardzo  rozległej,  jest  to  jedyne  miejsce,  gdzie  z 

wysokiego  brzegu  łatwo  zejść  do  wody.  Nie  przepuszczą  takiej  sposobności,  bo  przecież 

wloką  ze  sobą  kobiety  i  dzieci.  Kiedy  znajdą  się  na  dole,  wpadniemy  na  nich  z  góry 

hurmem... 

— Hurmem? Musimy zostawić kilku wojowników przy kobietach i jeńcach! 

— Ani jednego. Przywiążemy jeńców i konie do drzew. Każde dwie ręce przydadzą się 

nam do walki. Gdy biali policzą nasze siły, wyrzekną się myśli o oporze. Mój stary brat niech 

rozważy, w jakiej sytuacji się znajdą' Z prawej i lewej strony - strome ściany łożyska, przed 

sobą — Chelly, a za sobą naraz trzystu wrogich wojowników. Byliby chyba obłąkani, gdyby 

chcieli się bronić. 

— A jeśli spróbują uciekać? 

— To niemożliwe! Dokąd się zwrócą? 

— Do Chelly. 

background image

18 

 

— Do wody? Wiedzą lepiej od nas, jak łatwo zastrzelić pływaka. I jaka to hańba dla nich, 

gdyby  można  było  o  nich  powiedzieć,  że  opuścili  kobiety  i  dzieci,  których  bezpieczeństwo 

było im powierzone! 

— Mokaszi ma słuszność. Jego mowa rozproszyła moje wątpliwości. Możemy spokojnie 

oczekiwać  białych,  ponieważ  będą  musieli  poddać  się  bez  walki.  A  następnie  to  samo 

powtórzymy z psami Nawajów! 

— Tak, zwabimy ich do głębokiego łożyska Zimowej Wody i nie wypuścimy stamtąd. 

—  Uff!  To  dopiero  będzie  radość,  gdy  zaczajeni  za  skałami,  drzewami  i  zagajnikami, 

będziemy  mogli  ich  powystrzelać,  jednego  po  drugim,  bez  uszczerbku  dla  siebie.  Uff!,  uff, 

uff! 

Indianie coraz bardziej się ożywiali, nie mając pojęcia, kto nad nimi leży i podsłuchuje 

ich narady! 

Winnetou cofnął się nieco i pociągnął Shatterhanda za rękę. 

— Wracamy? — zapytał po cichu biały. 

— Tak. Wystarczy nam to, co usłyszeliśmy. Niech mój brat idzie za mną. 

Podpełzli do krawędzi skały. Old Shatterhand spuścił Winnetou na lassie, po czym sam 

ześliznął się przy pomocy wodza Apaczów. 

Powinni opuścić to miejsce równie niepostrzeżenie, jak przybyli. Czołgając się wracali tą 

samą  drogą  i  szczęśliwie  dotarli  do  miejsca,  gdzie  mogli  się  już  swobodnie  podnieść. 

Przeprawili  się  przez  bród  i  wyszli  poza  strefę  niebezpieczeństwa.  Tu  zatrzymali  się  i 

Winnetou rzekł: 

— Chcą zastawić na nas pułapkę i są przekonani, że nas przymkną! 

— Tak, to świetna pułapka, bardzo dobra! A my wejdziemy w nią! 

—  Tak.  Mój  brat  ma  te  same  myśli  co  ja.  Sprowadzimy  Nawajów,  którzy  zamkną  za 

nami otwartą pułapkę w ten sposób, że Nijorowie sami w niej utkwią. A teraz wróćmy do Szi-

So! Nie ma potrzeby wysyłać tego młodego, dziarskiego wojownika do Nawajów, albowiem 

sami ich odwiedzimy. 

Chciał się oddalić. Wtedy Old Shatterhand położył mu rękę na ramieniu i rzekł: 

—  Niech  mój  brat  zaczeka  chwilę!  Jeśli  mamy  jutro  wejść  w  zasadzkę,  to  przedtem 

musimy się upewnić, czy to ta sama, o której teraz słyszeliśmy! 

— Mój brat myśli, że Nijorowie mogą coś zmienić? 

— Tak. W takim razie wejdziemy w pułapkę nie znając jej zatrzasku. 

background image

19 

 

—  Słusznie!  A  więc  ja  tu  pozostanę,  aby  śledzić  Nijorów.  Mój  brat  Old  Shatterhand 

potrafi lepiej ode mnie rozmówić się z białymi mężami i kobietami. Niech więc jedzie do nich 

z wiadomościami. 

— Dobrze! Na noc możesz opuścić to stanowisko, wystarczy, jeśli przyjedziesz tu jutro 

rano. 

— Tak. Muszę zresztą wrócić do swego konia. Przy nim spędzę noc. 

— A więc chodźmy! 

Wracali tą samą drogą, ale tym razem nie musieli się kryć, gdyż osłaniał ich mrok. Szli 

po  otwartym  stepie,  co  pozwalało  im  na  szybszy  marsz.  Po  drodze  omawiali  sposoby 

wykonania planu. 

Ich  przenikliwy  wzrok  przeszywał  ciemność  nocy.  Wkrótce  zbliżyli  się  do  wybrzeża. 

Zawołali Szi-So, odpowiedział im i wyszedł z końmi spomiędzy krzewów, wśród których się 

ukrywał. 

— Dobranoc! — powiedział Old Shatterhand, dosiadając swego konia. 

Oczywiście  wzięli  też  swoje  strzelby.  Szi-So  był  może  zdumiony  rozstaniem  się  obu 

myśliwych, ale nie śmiał o nic pytać. Dosiadł wierzchowca i pojechał za Old Shatterhandem. 

Mknęli jakiś czas w milczeniu. Wreszcie Old Shatterhand zapytał młodzieńca: 

— Szi-So nie wie, co się święci? 

— Dowiem się o tym — odpowiedział uprzejmie Indianin. 

— Dowiesz się później. Na razie powiem ci tylko coś, co cię bardzo uraduje: widziałem 

twoich rodziców. 

— Naprawdę, naprawdę? Gdzie? 

— Na tamtym brzegu. Jechali z licznym wojskiem w poszukiwaniu Nijorów. 

— A więc w nocy rozbiją obóz! Gdybym mógł ich powitać! 

— Muszę właśnie do nich spieszyć, możesz mi towarzyszyć. Myślę, że jeszcze w ciągu 

tej nocy zobaczysz ojca i matkę. Czas nagli. Pojedziemy galopem! 

Jedno krótkie słówko, a rumak pomknął jak strzała. Szi-So pojechał  za nim,  z radością 

myśląc o spotkaniu z rodzicami. 

Odszukanie  obozu  białych  nie  sprawiło  trudności,  gdyż  Old  Shatterhand  poprzednio  z 

Samem Hawkensem wyznaczył miejsce na jego rozbicie. Przyjechali po krótkiej, ale szybkiej 

jeździe. Ku zdumieniu i radości zastali w obozie wodza Nawajów wraz z jego białą squaw. 

Nastąpiło powitanie, które poprzednio opisaliśmy... 

 

background image

20 

 

III. FATALNY DOKUMENT 

 

Teraz  wszyscy  usiedli  na  ziemi  i  Grinley  rozpoczął  opowieść.  Opowiedział  o  źródle 

nafty, nie wymieniając jednak nazwy miejsca, o bankierze i jego podróży w góry. Oczywiście 

zmieniał  fakty.  Opowiedział,  że  już  na  farmie  Fornera  zetknął  się  nie  tylko  z  Buttlerem, 

Pollerem  i  wychodźcami,  ale  również  z  Old  Shatterhandem,  Winnetou  i  pozostałymi 

westmanami.  Następnie  wszyscy  razem  dostali  się  w  ręce  Nijorów.  Zastali  tu  już 

schwytanych  poprzednio  wywiadowców  Nawajów  i  dowiedzieli  się  od  nich,  że  Mokaszi 

zastrzelił Khasti-Tine. 

Nawajowie  przysłuchiwali  się  w  milczeniu,  choć  nietrudno  się  domyślić,  że  zarówno 

wódz, jak i jego żona byli bardzo zaniepokojeni; przecież ich synowi groziła śmierć. Również 

Wolf  wbijał  w  usta  mówiącego  rozpaczliwe  spojrzenia.  Kiedy  bezczelnie  zmyślający  król 

naftowy zrobił pauzę, aby zaczerpnąć tchu, wódz wtrącił pytanie: 

— Jakże udało wam się umknąć? 

—  Dzięki  małemu  scyzorykowi,  którego  Nijorowie  nie  zauważyli.  Wprawdzie  ręce 

mieliśmy związane, ale jeden z moich towarzyszy zdołał sięgnąć do kieszeni, wyjąć nożyk i 

otworzyć. Gdy tylko przeciął mi więzy, uwolniłem przyjaciół. 

Wielki  Piorun  przez  chwilę  spoglądał  w  ziemię,  następnie  szybko  podniósł  głowę  i 

zapytał: 

— A potem? 

Potem skoczyliśmy do koni, dopadliśmy trzech pierwszych i puściliśmy, w cwał. 

— Czy ścigano was? 

— Tak, ale nie dogoniono. 

— Dlaczego nie uwolniliście pozostałych? 

Było to kłopotliwe pytanie. Wód wpił badawcze spojrzenie w króla naftowego. Grinley, 

uświadamiając sobie że musi zachować spokój, odparł: 

— Ponieważ nie mieliśmy czasu. Jeden ze strażników dostrzegł nasze ruchy i podszedł 

do nas, oczywiście wtedy nie pozostało nam nic innego, jak uciekać. 

Pewien, że ta odpowiedź zadowolił; wodza, nie domyślił się pułapki, kiedy wódz zapytał: 

— Czy masz scyzoryk? 

— Tak. 

— Leżeliście obok innych jeńców? 

— Tak. 

background image

21 

 

Chętnie by zaprzeczył, lecz nie mógł zmieniać swoich poprzednich twierdzeń. Domyślił 

się poniewczasie podstępu Wielkiego Pioruna, który huknął teraz rzucając groźne spojrzenie: 

— Gdybym nie wypalił z wami fajki pokoju, wziąłbym was w dyby! 

— Czemu? — zapytał struchlały Grinley. 

— Ponieważ jesteście albo kłamcami, albo tchórzliwymi łotrami. 

— Ubliżasz nam! 

—  Milcz!  Albo  nas  okłamujesz,  albo  opuściliście  w  potrzebie  towarzyszy  niedoli  jak 

ostatni szubrawcy! 

— Nie mogliśmy ich uratować! 

— A jednak! Mogliście przynajmniej dać scyzoryk sąsiadowi! 

— Nie starczyło nam czasu. 

— Nie kłam! Jeśli nawet to prawda, powinniście byli zwieść wrogów. Podczas gdy was 

ścigali, mogliście wrócić skrycie i odbić jeńców. 

— To by było ponad nasze siły! Mogło nas ścigać dwudziestu czy trzydziestu, a zatem 

zostałoby dwustu siedemdziesięciu wojowników. 

Pożałował nieprzezornych słów. Okazało się, że naprawdę palnął wielkie, niewybaczalne 

głupstwo. Wódz zapytał: 

— A więc było ich trzystu? 

— Tak. 

— Widzisz, że jest nas o wiele więcej,  a jednak poprzednio  powiedziałeś, że mają nad 

nami liczebną przewagę. Masz dwa języki —  strzeż się! 

— Nie zliczyłem was dokładnie... — usprawiedliwiał się Grinley. 

—  A  więc  otwórz  oczy!  Jeśli  w  nocy  umiesz  porachować  Nijorów,  to  chyba  za  dnia 

łatwiej określisz ilość moich wojowników. Na którym brzegu obozowali Nijorowie? 

— Na prawym. 

— Kiedy zamierzali wyruszyć? 

— Dopiero za kilka dni — skłamał król nafty. — Oczekują posiłków. 

— Opisz nam dokładnie to miejsce! Grinley opisał jak mógł najlepiej, po czym dodał: 

— Teraz już opowiedziałem wszystko, co mogłem i mam nadzieję, że dotrzymasz słowa. 

Dajcie nam broń i pozwólcie odjechać! 

Wielki Piorun z namysłem kiwnął głową i odezwał się dopiero po chwili: 

— Jestem Nitsas-Ini, naczelny wódz Nawajów i dotychczas nigdy jeszcze nie złamałem 

słowa. Ale czy dowiedliście, że wasza opowieść jest prawdziwa? 

— A więc dam wam dowód nie do odparcia, który rozproszy wasze wątpliwości! 

background image

22 

 

Nie zauważył, czy nie zwrócił uwagi na ostrzegawcze spojrzenia, które rzucili mu Buttler 

i  Poller. Sięgnął  do kieszeni  i  wyjął przekaz na  San Francisco, który otrzymał  od bankiera. 

Podając go Wolfowi rzekł: 

— Proszę, niech pan obejrzy ten wartościowy papier! Taką sumę, zwłaszcza w tutejszych 

warunkach, zawierza się jedynie ludziom wypróbowanej uczciwości. Czy nie sądzi pan? 

Wolf  przejrzał  badawczo  dokument  i  odczytał  go  wodzowi,  który  spoglądał  przez  parę 

chwil na ziemię, a następnie rzekł: 

— A więc nazywasz się Grinley? 

— Tak 

— Jak nazywają się twoi dwaj towarzysze? 

— Ten nazywa się Buttler, a ten drugi — Poller. 

Wolf  chciał  zwrócić  czek  królowi  naftowemu,  ale  wódz  wyjął  mu  dokument  z  ręki, 

złożył, wcisnął za pas i zapytał spokojnie, jak gdyby nic się nie stało: 

— Gdzie leży źródło, które sprzedałeś? 

— Nad Gloomywater. 

— Nieprawda, tam nie ma ani kropli nafty. 

— A jednak! 

—  Nie  przecz!  Nie  ma  tam  miejsca  wielkości  mojej  dłoni,  którego  nie  znałaby  moja 

stopa. Nie ma tam śladu nafty. Jesteś oszustem! 

— Do piorunów! — krzyknął Grinley. — Czy mam... 

— Milczeć! — krzyknął wódz. — Od razu po was poznałem, że nie jesteście uczciwymi 

ludźmi i tylko z musu wypaliłem kalumet. 

— A więc szukasz wybiegu, aby złamać słowo? 

Wielki Piorun uczynił dumny gest i odpowiedział z lekceważącym uśmiechem: 

— W stosunku do takich ludzi jak wy, nikt mi nie zarzuci, że złamałem słowo. 

—  Więc  wydajcie  nam  broń,  amunicję  i  mięso  i  pozwólcie  odjechać!  I  zwróć  też  mój 

papier! Czemu go schowałeś? 

—  Zwrócę  nie  tobie,  ale  temu,  od  kogo  ten  papier  wyłudziłeś.  Oszukałeś  na  tę  sumę 

białego,  któremu  sprzedałeś  nie  istniejące  źródło  nafty!  Wolf  będzie  wiedział,  co  z  tym 

zrobić. 

Wyciągnął  papier  zza  pasa  i  mrugnąwszy  znacząco,  wręczył  go  Wolfowi,  który 

natychmiast schował go do kieszeni. 

— Stój! — zawołał Grinley, wściekle błyskając oczami. — Ten papier należy do mnie! 

— Tak — z uśmiechem odpowiedział Wolf. 

background image

23 

 

— A więc zwróć go pan! 

— Nie — odpowiedział Wolf z tym samym uśmiechem. 

— Czemu nie? Chce się pan dopuścić kradzieży? 

— Nie. Proszę powściągnąć swój język! 

— Więc zwróć mi pan czek! 

— Nie. 

— Dlaczego zatrzymuje pan przekaz, który jest moją własnością? 

—  Ponieważ  pana  opowiadanie  w  wielu  miejscach  wydaje  się  nam  podejrzane  i 

ponieważ chce pan tak szybko odjechać. Ludzie, którzy przebyli niewolę i wydarli się z objęć 

śmierci, potrzebują spokoju i odpoczynku. Moglibyście wytchnąć u nas, was jednak pogania 

diabeł. Ktoś inny na waszym miejscu przyłączyłby się do wyprawy przeciwko Nijorom, aby 

się  na  nich  zemścić.  Wy  zaś  chcecie  nas  opuścić  czym  prędzej,  jak  byście  się  obawiali 

pościgu nawet tutaj, w obozie. 

—  Co  myślimy  i  czego  pragniemy,  nie  pana  sprawa  —  odezwał  się  Grinley.  — 

Wypaliłem z wodzem i za jego pośrednictwem z jego wszystkimi ludźmi fajkę pokoju; winien 

zatem spełnić przyrzeczenie i nie może nam niczego odbierać. 

— Słusznie, sir! Wielki Piorun na pewno wywiąże się z obietnicy. 

— A więc zwróć pan papier! 

— Ja? Ani mi się śni! Nie chcę tego kraść, tylko przechować. 

— Co za piekło! Dla kogo? 

— Dla tych, którzy przybędą po panu. 

Ponieważ Grinley już tracił opanowanie, więc Wolf osadził go rozkazującym okrzykiem: 

—  Stul  pan  gębę!  Nie  myśl,  że  mnie  pan  zdoła  zahukać!  Jeśli  jesteście  uczciwymi 

ludźmi, możecie u nas spokojnie zostać. Nic nie stracicie, jeśli odbierzecie pieniądze trzy czy 

cztery dni później. W pierwszej chwili, mimo waszych podejrzanych min, uważałem was za 

dżentelmenów, ale przejrzałem was po Wysłuchaniu waszej opowieści. 

— Mówiliśmy szczerą prawdę! 

— Bzdury! Powiada pan, że Old Shatterhand, Winnetou i Sam Haw-kens i inni wraz z 

panem  dostali  się  do  niewoli?  I  tylko  wy  umknęliście?  Mr  Grinley,  to  bardzo  podejrzane! 

Wymieniliście  osobistości,  które  o  wiele  łatwiej  niż  wy  mogły  się  uwolnić.  Może  to  wy 

wydaliście  ich  w  ręce  Nijorów.  Zresztą,  niech  będzie  i  tak;  Winnetou  i  Old  Shatterhand  to 

ludzie, którzy sami pomyślą o sobie. Dla mnie rzeczą teraz najważniejszą jest czek. Odbijemy 

jeńców, a więc spotkamy się z nimi albo też sami się wyzwolą, a w takim razie przybędą za 

wami. W tym ostatnim wypadku również zetkniemy się z wami, a więc, oczywiście, także z 

background image

24 

 

bankierem,  Mr  Rollinsem.  Pokażemy  mu  przekaz.  Jeśli  interes  był  rzetelny,  może  pan 

spokojnie u nas zostać. Ale jeśli jesteście oszustami, to daremnie się fatygowaliście. 

Król naftowy zerwał się na równe nogi i krzyknął: 

—  Tak  chcecie  postąpić?  Tak  do  mnie  przemawiacie?  A  więc  nie  mam  już  nic  do 

powiedzenia.  Cóż  to  was  obchodzi,  że  się  śpieszę!  Czy  muszę  wam  podawać  powody? 

Powtarzam: wypaliliśmy fajkę, a więc nie wolno mnie zatrzymywać! 

— Toteż nikt was nie zatrzymuje — odparł Wolf. 

— I muszę dostać, co mi przyrzeczono! 

— Broni, prochu, ołowiu i mięsa? Tak, dostaniesz to wszystko. 

— I odzyskam papier! To moja własność! 

— Jeśli się nią okaże, dostaniesz go pan z powrotem. 

— Nie, teraz, natychmiast! Nic nam  nie możecie odbierać, bo wódz za siebie i  swoich 

wypalił z nami kalumet. 

—  Słusznie.  Ale,  Mr  Grinley,  czy  uważa  mnie  pan  za  Indianina,  za  Nawaja?  Czyja 

paliłem z wami kalumet? 

Grinley wybałuszył oczy i nie mógł znaleźć odpowiedzi. 

—  Tak,  tak  —  skinął  Wolf  z  uśmiechem.  —  Na  ogół  może  jest  pan  starym  szpakiem, 

dzisiaj jednak okazałeś się dudkiem. Tutaj na Dzikim Zachodzie nie biega się z setką tysięcy 

w kieszeni, a jeśli się biega, to trzeba pieniądze skrzętnie schować i nie pokazywać nikomu. 

Nic więcej nie mam do powiedzenia! 

Podniósł się i chciał odejść. Lecz Grinley złapał go za ramię i huknął: 

— Oddaj papier, bo pana zaduszę! 

Silnym ruchem Wolf odtrącił natręta, wyjął rewolwer, wycelował i powiedział groźnie: , 

— Nie waż się zbliżyć, choćby o jeden krok, bo wpakuję ci kulę do czaszki! Zostańcie u 

nas lub odjedźcie, wszystko mi jedno; ale papieru nie oddam, dopóki nie uwolnię bratanka i 

nie rozmówię się z bankierem. Na teraz dosyć! 

Odszedł.  Król  nafty  musiał  się  temu  przyglądać  ze  zgrzytaniem  zębów  i  z  bezsilną 

wściekłością. Zwrócił się do wodza, który jednak odpowiedział spokojnie: 

— Wolf jest człowiekiem  wolnym  i  może czynić, co mu  się podoba. Jeśli zostaniesz u 

nas, odzyskasz papier. 

— Ale ja muszę odjechać! 

—  W  takim  razie  bankier  ci  go  prześle.  Przyniosłeś  nam  wiadomość,  za  którą  daję  ci 

broń,  amunicję  i  mięso,  chociaż  pewnie  te  informacje  są  fałszywe.  Nie  żądaj  więcej!  Czy 

chcesz u nas zostać? 

background image

25 

 

— Nie. 

— A więc dostaniesz, czego żądałeś w umowie. Następnie będziecie mogli nas opuścić. 

Odszedł, aby wydać odpowiednie rozporządzenia. Wojownicy stronili od trzech białych 

jak gołębie, które cofają się przed krukami. Oszuści zostali sami. Nikt ich nie podsłuchiwał, 

mogli sobie zatem pofolgować. 

—  Zatracony  dureń  z  tego  Wolfa!  —  zgrzytnął  Grinley.  —  Naprawdę  nie  wyda  nam 

papieru. 

— Pomyślałem tak od razu, kiedy tylko wyciągnąłeś czek — odparł Buttler. — Okazałeś 

się największym chyba osłem, jakiego nosi ziemia. 

—  Milcz,  barania  głowo!  Nie  miałem  innej  rady.  Nie  chcieli  mi  wierzyć,  a  więc 

musiałem dać dowód. 

—  Dowód!  Wyłudzonym  przekazem!  Widzisz  teraz,  jak  ślicznie  wyszedłeś  na  tym 

dowodzie. 

— Czy mogłem to przewidzieć? 

—  Ale  ja  przewidziałem!  Gdzie  zapłata  za  wszystkie  trudy,  które  sobie  zadaliśmy,  za 

wszystkie niebezpieczeństwa, które przeszliśmy? Jedna chwila pozbawiła nas owocu długich 

prac i starań! 

Buttler i Poller prześcigali się w wyrzutach. Grinley nakazał milczenie i oświadczył: 

— Byłem może nieprzezorny, ale nie wszystko jeszcze stracone. Odzyskamy przekaz. 

— Od Wolfa? — zapytał Buttler z uśmiechem powątpiewania. 

— Tak. 

— Czy chcesz tu zostać i czekać aż przybędą Nijorowie, a może nawet Old Shatterhand i 

Winnetou? 

— O tym nie ma mowy! Odjedziemy. 

— W takim razie stracimy czek! 

— Nie. Powiadam, że odjedziemy, ale dopiero wtedy, kiedy zmusimy Wolfa do oddania 

naszej własności. Pomyśl, że dostaniemy broń! 

— Chcesz z nim walczyć? 

— Tak, jeśli nas do tego zmusi. 

— A czerwonoskórzy? Jak oni się zachowają? 

— Nie będą się w to wdawać. Wypaliliśmy fajkę pokoju i póki nie opuścimy obozu, nie 

mogą wziąć łotra w obronę. Oświadczył przecież, że nie należy do ich szczepu. Inaczej rzecz 

by  się  miała,  gdybyśmy  opuścili  obóz,  a  następnie  wrócili;  wtedy  rozwiałby  się  dym 

background image

26 

 

kalumetu.  Patrzcie,  oto  przynoszą  nam  mięso!  Zaraz  dostarczą  strzelb  i  noży,  a  potem 

odszukamy Wolfa. Pomożecie mi chyba? 

—  Naturalnie!  Kiedy  chodzi  o  taką  sumę,  można  się  porwać  na  niejedno.  Spróbujmy! 

Jeśli sprawa przyjmie niebezpieczny dla nas obrót, zawsze będziemy mogli cofnąć się przed 

walką. Spójrzcie, kilku czerwonoskórych dosiada koni. Dokąd chcą jechać? 

— Cóż to nas obchodzi? 

Grinley bardzo się mylił. Wódz zbliżył się z Indianinem obładowanym długimi, cienkimi 

porcjami suszonego mięsa. 

— Kiedy biali chcą nas opuścić? — zapytał. 

— Gdy tylko dostaniemy to, co nam przyrzeczone. 

— I dokąd skierują kroki swych koni? 

— Do koryta Rio Nawajo. Jedziemy do Colorado. 

— A więc możecie natychmiast wyruszyć. Oto mięso. 

— A broń i proch? 

— Dostaniecie. Czy widzicie jeźdźców? 

— Tak. 

— Mają przy sobie trzy strzelby, trzy noże, proch i ołów dla was. Będą wam towarzyszyć 

przez godzinę, następnie wręczą wam te rzeczy i wrócą do nas. 

Trzej  oszuści  spojrzeli  na  siebie  z  rozczarowaniem.  Wódz  udawał,  że  nie  spostrzegł 

wrażenia, jakie jego słowa wywarły na białych. 

— Dlaczego nie otrzymamy broni natychmiast? — zapytał Buttler. 

Szczególny uśmiech drgnął na twarzy Wielkiego Pioruna. 

—  Słyszałem  —  odrzekł  —  że  białe  twarze  mają  zwyczaj  odprowadzać  gości,  których 

szanują. Pragnę uczcić waszą godność. 

— Dziękujemy. Przecież sami możemy nieść broń! 

Czemu  mielibyście  się  trudzić?  Chwilowo  wam  niepotrzebna.  Spójrzcie,  moi  ludzie 

wyruszają!  Zwykli  szybko  jechać.  Starajcie  się  ich  dogonić,  inaczej  bowiem  przed  wami 

przybędą do miejsca, gdzie mają wam wręczyć broń. A jeśli was tam nie zastaną, wrócą nie 

spełniwszy powinności. 

Pożegnał ich ruchem ręki i odwrócił się, promieniejąc zadowoleniem. Dotrzymał słowa i 

zarazem zniweczył plan białych. 

— Szczwany lis z tego czerwonoskórego! — zawołał Grinley. — Przejrzał nasz zamiar. 

— Tak — potwierdził Buttler. — Teraz nie ma żadnej nadziei. 

— Pshaw! 

background image

27 

 

— Czy sądzisz, że można będzie sobie coś jeszcze powetować? 

—  Tak.  Poczekamy,  aż  sześciu  odprowadzających  nas  Indian  wróci  do  Obozu,  a 

następnie pojedziemy za nimi. 

— I napadniemy na Wolfa? 

— Tak. 

—  Szalony  pomysł!  Indianie  pośpieszą  mu  na  pomoc.  Sam  powiedziałeś,  że  gdy 

opuścimy obóz, kalumet traci swą obowiązującą moc. 

— Tak i dlatego szalone byłoby napadać na niego otwarcie. 

— A więc skrycie? 

—  Tak.  Możecie  sobie  chyba  wyobrazić,  że  już  wkrótce  wyruszą,  aby  uwolnić 

domniemanych jeńców. Wiemy, że pojadą wzdłuż prawego brzegu. Podążymy ich śladem aż 

do miejsca, gdzie na noc rozbiją obóz. Wtedy podkradniemy się i byłbym bardzo zdziwiony, 

gdyby nie nadarzyła się okazja do zdybania tego Wolfa. 

— Słusznie. Ten plan przywraca mi humor! 

Dosiedli koni i odjechali bez pożegnania. Zdawało się, że nikt nie zwraca na nich uwagi, 

ale  tylko  się  tak  zdawało.  W  rzeczywistości  oczy  wszystkich  wojowników  śledziły  ich 

ukradkiem. 

Kiedy  król  naftowy  i  jego  dwaj  towarzysze  znikli  za  zakrętem  brzegu  rzeki,  znowu 

ukazał się Wolf. Wyszedł zza grupy drzew i skierował się do namiotu wodza, gdzie Wielki 

Piorun zwołał na naradę najwybitniejszych wojowników. Biała squaw, zaniepokojona losem 

syna,  nagliła  męża  do  pośpiechu.  Uspokajał  ją  zapewnieniem,  że  Szi-So  znajduje  się  w 

towarzystwie silnych, mętnych i doświadczonych wojowników. 

—  A  przy  tym  —  dodał  Wolf  —  pale  dla  jeńców  struga  się  dopiero  po  walce,  po 

powrocie  do  wiosek.  Przecież  wojna  jeszcze  się  nie  zaczęła;  dlatego  nie  powinniście  się 

niepokoić  o  syna,  podobnie  jak  ja  nie  rozpaczam  z  powodu  bratanka.  Przede  wszystkim 

należy pomyśleć o najpilniejszych zarządzeniach. Trzeba postawić nad rzeką wartownika. 

— Po co? — zapytał wódz. 

— Jeśli słusznie przypuszczam, trzej biali po otrzymaniu broni wrócą tu i pojadą w ślad 

za nami. Nie rezygnuje się bowiem z tak wielkiej sumy bez prób jej odzyskania. 

— Sądzisz, że zechcą ci wydrzeć papier? — zapytał wódz. 

— Tak. 

— Niech przychodzą! Opuścili nasz obóz, a więc dym kalumetu nie może ich ochronić. 

Poczują smak naszych kul. 

background image

28 

 

—  O  ile  ich  zobaczymy,  tak.  Ale  nie  zajdą  nam  drogi.  Raczej  będą  nas  skrycie  tropić, 

żeby  na  mnie  napaść.  Muszę  więc  wiedzieć,  czy  w  ogóle  wrócą.  Dlatego  proszę  cię,  żebyś 

postawił nad rzeką jeźdźca. 

— Dlaczego jeźdźca? 

— Ponieważ niebawem stąd wyruszymy, a bez konia nieprędko nas dogoni. 

Wódz  skorzystał  z  tej  rady.  Następnie  omówiono  szczegóły  przyśpieszonej  wyprawy 

wojennej przeciwko Ni-jorom. 

Właściwie  nie  było  wiele  do  omówienia.  Wprawdzie  należało  przypuścić,  że  Grinley, 

Buttler i Poller skłamali we wszystkim, co się odnosiło do nich samych, do ich zamiarów i 

czynów,  ale  nie  można  było  wątpić,  że  umknęli  z  niewoli,  gdyż  świadczył  o  tym  stan,  w 

jakim  przybyli  do  obozu.  Należało  też  sądzić,  że  wywiadowcy  Nawajów,  Old  Shatterhand, 

Winnetou  i  towarzysze  wpadli  rzeczywiście  w  ręce  Nijorów.  Poza  tym  Nijorowie  wysłali 

wywiadowców,  którzy  na  pewno  wypatrzyli  obóz  Nawajów,  skoro  kontrwywiad  zakończył 

się porażką. A więc  Nijorowie na pewno postanowili przejść do ataku, zwłaszcza umocniła 

ich  w  tym  zamiarze  ucieczka  trzech  białych.  Zrozumieli  bowiem,  że  zbiegowie  odszukają 

Nawajów, aby ich zawiadomić o niepowodzeniu wywiadowców i że poszukają u nich opieki. 

Jedynie szybką napaścią można było temu zapobiec — a więc Nijorowie na pewno wyruszyli 

już  przeciwko  Nawajom.  Słowem,  Nawajom  nie  pozostało  nic  innego,  jak  uprzedzić  atak, 

który  powinien  nastąpić  w  chwili,  gdy  wróci  sześciu  jeźdźców  po  rozstaniu  się  z  trójką 

białych.  Wódz  dowiedział  się  od  nich,  że  biali  po  otrzymaniu  broni  i  amunicji,  spokojnie 

odjechali,  nie  zdradzając  się  z  zamiarem  powrotu.  Mimo  to  pozostawiono  nad  rzeką 

wojownika,  który  po  ujrzeniu  białych,  miał  ich  przepuścić,  śledzić  przez  jakiś  czas,  a 

następnie drogą okrężną dogonić swój oddział. 

Wojownicy Nawajów pojechali oczywiście wzdłuż prawego brzegu, ponieważ uwierzono 

informacji Grinleya. 

Kiedy  dzień  miał  się  ku  końcowi,  przybył  wywiadowca  i  zameldował,  że  trzej  biali 

istotnie  zawrócili  i  teraz  jadą  śladem  oddziału.  Ta  wiadomość  pozwoliła  na  odpowiednie 

przygotowanie się i zabezpieczenie przed ewentualną napaścią trzech zbirów. 

Nawajowie jechali przez cały wieczór i zatrzymali się dopiero około północy, gdyż, jak 

fałszywie przypuszczano, w każdej chwili można się było spodziewać spotkania z Nijorami. 

Rozbili obóz, ale przez ostrożność nie rozniecili ognisk. 

Księżyc świecił nad drzewami i uśmiechał się do swojej podobizny, która błyszczała na 

wąskiej w tym miejscu, lecz dosyć głębokiej toni rzeki. Dokoła panowała głucha cisza; tylko 

chwilami  rozlegało  się  parskanie  konia  lub  machnięcie  ogona  odpędzającego  muchy,  które 

background image

29 

 

unosiły się tutaj chmarami. Żadnego dźwięku poza tym. Czy naprawdę żadnego? O nie, nagle 

z przeciwnego brzegu rozległo się: 

— Fitifitifitifi, fititi, fititi, fititi, fititi, fitifitifiti, fititi, fititi, ti! 

Indianie  zerwali  się  ze  snu  i  nadsłuchiwali  zdumieni.  Czy  był  to  głos  ludzki,  czy 

instrumentu? Wódz podszedł do żony i zapytał: 

— Czy słyszałaś? Jeszcze nigdy podobny dźwięk nie przeszył mego ucha. Co to mogło 

być? 

— Ktoś naśladował skrzypce i śpiewał walca — odpowiedziała. 

— Skrzypce? Walca? Cóż to jest? Nie pojmuję. 

Chciała mu wyjaśnić, ale znowu rozległo się: 

— Clilililililillli, lilili, lilili, Clilililili-lili, lilili, lilili, lilili, li! 

— Tym razem coś innego! — szepnął wódz. 

— Naśladowanie dźwięków klarnetu. 

— Klarnetu? Nie znam. Sądzę, że tam... 

— Treereere tee... tee... tee... treree-ree tee... tee... tee... 

— To trąba! — wyjaśniła squaw, też nie wiedząc, co o tym myśleć. 

Zanim wódz zdążył odpowiedzieć, rozbrzmiało znowu: 

—  Czyng,  czyng,  czyng,  czyngbum-bum,  czyngbumbum,  czyng,  czyng,  czyng, 

czyngbumbum bum! 

— To był wielki bęben z talerzami — rzekła squaw ze wzrastającym zdumieniem. 

— Trąba? Bęben z talerzami? — zapytał Wielki Piorun. — Nie pojmuję tych słów! Czy 

jakiś zły duch przebywa na tamtym brzegu? 

—  Nie,  to  nie  duch,  lecz  człowiek.  Naśladuje  dźwięki  rozmaitych  instrumentów 

muzycznych. 

— Ale przecież to nie jest muzyka czerwonoskórych! 

— Nie, ale białych. 

— A więc biały? 

— Być może. 

— Przecież biali są w niewoli! Wyślę kilku wywiadowców, by obejrzeli tę dziwną istotę. 

Minutę  później  czterej  Nawajowie  przeprawili  się  wpław  przez  rzekę.  Wylądowali  na 

przeciwległym  brzegu  i  zaczęli  się  skradać  do  źródła  dziwnych  dźwięków.  Chwilę  potem 

rozległ  się  przygłuszony  krzyk,  a  po  kilku  minutach  Indianie  przypłynęli  z  powrotem, 

unosząc  nad  powierzchnią  wody  ludzkie  ciało.  Kiedy  postawili  je  na  ziemi,  jeden  z  nich 

zameldował: 

background image

30 

 

— Dźwięki pochodziły od tej białej twarzy. Oparty o drzewo, bębnił palcami po brzuchu. 

Wielki Piorun podszedł do cudacznego gościa i zapytał: 

— Co tu robisz po nocy? Kim jesteś i gdzie są twoi towarzysze? 

Mówił  na  pół  po  angielsku,  pół  po  indiańsku.  Zagadnięty  nie  zrozumiał,  domyślał  się 

jednak, czego od niego żądają i odrzekł po niemiecku: 

— Dobry wieczór, moi panowie! Jestem pan kantor emeritus Mateusz Aureliusz Hampel 

z Klotzsche pod Dreznem. Czemu zakłóciliście moje studia? Naprawdę, przemokłem do nitki! 

Indianie nie zrozumieli ani słowa, ale można sobie wyobrazić radość białej squaw, gdy 

usłyszała dźwięki ojczystej mowy. Podeszła szybko do emeritusa i zawołała: 

— Mówi pan po niemiecku? Jest pan kantorem z okolic Drezna? Jakże, na miłość Boską, 

dostał się pan tutaj nad Chelly? 

Teraz z kolei zdumienie udzieliło się panu kantorowi. Cofnął się o kilka kroków i zawołał 

klaszcząc w dłonie: 

—  Dźwięki  mojej  ojczystej  mowy  w  tych  ustach!  Indianka,  prawdziwa  Indianka 

mówiąca po niemiecku! 

—  Myli  się  pan,  jestem  wprawdzie  żoną  Indianina,  wodza  Nawajów,  ale  nie  jestem 

Indianką. 

— I poślubiła pani Indianina? Jakże się nazywa pani małżonek? 

— Nitsas-Ini, Wielki Piorun. 

— Wielki Piorun? Do niego właśnie śpieszymy! 

— Istotnie? Mówi pan „my", a zatem nie jest pan sam? 

— Uchowaj Boże! Jest nas cała kompania dzielnych westmanów i herosów, takich jak: 

Winnetou, Old Shat-terhand, Sam... 

— Czy mogę wiedzieć, gdzie się obecnie znajdują pana towarzysze? 

— Pojechali za Nijorami. 

— Oni chcą na nas napaść. 

— Tak. Non dubito, że to samo słyszałem. 

—  Dostarcza  nam  pan  niezwykle  ważnych  wiadomości.  Wyruszyliśmy  bowiem 

naprzeciw Nijorom, aby uprzedzić atak. 

— Jak to? Sądzę, że jesteście na fałszywej drodze, czcigodna pani naczelniczko. 

— Jakże to? 

— Jakże? Ponieważ Nijorowie jadą lewym brzegiem. 

—  Nie  tędy,  nie  prawym?  Czy  jest  pan  tego  pewien?  Jeśli  się  pan  myli,  może  nas  to 

narazić na wielkie niebezpieczeństwo. 

background image

31 

 

— Impossibilis. Jeśli my,  amatoris artis, wiemy  coś, to  wiemy doskonale i  bezbłędnie. 

Nas samych napadli Nijorowie. 

— Wiem o tym. Trzej zdołali uciec. 

— Trzej? Zapewne ma pani na myśli Buttlera, Pollera i króla naftowego. Niestety, ci nam 

zbiegli. 

— Zbiegli? Warn? 

— Tak. A może ich widzieliście? 

— Nawet rozmawialiśmy z nimi. 

— Pocieszam się, że mieliście się na baczności! 

— Dlaczego? 

— Ponieważ wyglądają na ludzi, którym niebezpiecznie zaufać. To szelmy, tak, szelmy 

co  się  zowie.  Udało  im  się  oszukać  nawet  mnie,  mnie,  faworyta  Muz.  To  przecież  wiele 

znaczy, bardzo wiele! Opowiem pani, naczelniczko. 

—  Wysłucham  pana  później.  Najpierw  chcę  wiedzieć,  gdzie  są  Old  Shatterhand  i 

Winnetou. 

— Nie wiem. 

— Nie? Z pana poprzednich słów można było wnosić, że pan wie! 

—  Może.  Ale,  primo,  nie  zajmuję  się  takimi  drobiazgami,  ponieważ  opera  heroiczna 

całkowicie  zaprząta  moje  myśli,  a  secundo,  towarzysze  nie  dbają  o  mnie  tak  jak  pani 

przypuszcza. Jestem pani wdzięczny za jej uprzejmość. Niech mnie pani jednak nie nagabuje 

o takie res profana, albowiem pochłaniają mnie wznioślejsze idee. 

— Kiedy się pan rozstał z Old Shąt-terhandem? 

— Jeszcze przed południem. Zabrali ze sobą jedynie Szi-So. 

— Szi-So? Mojego syna? 

— Pani syna? Jak to? On jest pani synem? 

— Tak. Nie wiedział pan o tym? 

— Nie, wiedziałem tylko, że jest synem Nitsas-Ini, ale że jest pani synem — o tym nie 

miałem pojęcia do obecnej chwili. 

— Przecież powiedziałam panu, że jestem żoną wodza! 

— Słusznie; ale wie pani, że miłośnik sztuki nie tak łatwo może się wgłębić w stosunki 

rodzinne tam, gdzie matka jest biała, a ojciec miedzianego koloru. Rozważę to sobie jednak in 

spiritu   i,  possibile  est ,  że  udzielę  pani  miejsca  w  mojej  operze,  jako  czerwonej  matce-

bohaterce, czerwonej, ponieważ białą znalazłem już w osobie Rozalii Eberschbach. 

Kantor wydał się jej dziwakiem. Potrząsnęła lekko głową i zapytała: 

background image

32 

 

— Co pan właściwie porabiał tam na przeciwległym brzegu? 

— Komponowałem marsz bohaterski do mojej opery. 

— Ale tak głośno! 

— Tak być musi; inaczej nie można. Muszę przecież słyszeć, jak brzmią instrumenty. 

— Łatwo mógł pan to przypłacić skalpem! A gdyby w pobliżu znajdowali się wrogowie? 

— Sam Hawkens zapewnił mnie, że wrogów nie ma. Dlatego odzyskałem swobodę, która 

też  pozwoliła  mi  się  oddalić.  Odszedłem  tak  daleko,  że  nie  mogli  mnie  słyszeć  i 

wypróbowałem poszczególne głosy orkiestry. Niestety, przerwano mi pracę, złapano mnie z 

tyłu, ściśnięto za gardło i zaciągnięto do was. Ufam, że przewieziecie mnie z powrotem. 

— Oczywiście. Czy daleko do waszego obozu? 

— No, trzeba iść dobry kwadrans. 

— Doskonale! Pomówię teraz z mężem. 

Żona wodza z pomocą Maitsa-Wolfa przetłumaczyła Indianom słowa kantora. W efekcie 

postanowiono wysłać Wołfa wraz z dwoma Indianami do obozu białych. 

Wszyscy trzej byli wyśmienitymi pływakami; sprawnie i szybko przeprawili się na drugą 

stronę  i  następnie  skierowali  na  lewo,  aby,  pełzając  cichaczem  pod  wodą,  zbliżyć  się  do 

obozu. Nie uszli daleko, gdy usłyszeli odgłos kroków. Zaszyli się szybko w zagajniku. Dwaj 

nadchodzący rozmawiali ze sobą półgłosem. 

— Niepoprawny człowiek — rzekł jeden. — Na pewno nie usiedzi na miejscu. Gdy go 

znajdziemy, zawiesimy pomyleńca na linie. Jak myślisz, stary Drollu? 

—  Tak  —  potwierdził  drugi.  —  Osobliwa  opera,  którą  chce  skomponować,  jest,  zdaje 

się, najtrzeźwiejszym pomysłem tego obłąkańca. Może nam nawarzyć kwaśnego piwa; trzeba 

go zawiesić, nie ma innej rady. 

Wolf, usłyszawszy niemiecką mowę, zawołał przez zagajnik: 

— Dobry wieczór, moi panowie! Cieszę się, że spotykam ziomków. 

Zamiast  odpowiedzi,  rozległ  się  szczęk  odwodzonych  kurków.  Nie  widział  już 

nieznajomych — znikli, wsiąkli, jak gdyby zapadli się pod ziemię. 

— Gdzie panowie jesteście? — zapytał Maitso. — Z waszego zachowania i sprawności 

wnoszę,  że  jesteście  znakomitymi  westmanami.  Zaniechajcie  jednak  tych  manewrów. 

Przecież  słyszycie,  że  mówię  waszym  językiem.  Jestem  Niemcem,  stryjem  Adolfa  Wolfa, 

którego chyba znacie. 

— Do piorunów, jak to dobrze, że się wzajemnie nie powystrzelaliśmy! Nie piej pan tak z 

tego zagajnika, ale wyjdź do nas, stary niemiecki Napoliumie! 

background image

33 

 

—  Chętnie,  ale  jeszcze  słówko.  Towarzyszy  mi  dwóch  Nawajów.  Jak  się  do  nich 

odniesiecie? 

— Tak przyjaźnie, jakby byli naszymi chrześniakami. 

— Dobrze, więc chodźmy!  

Wyszedł  wraz  z  Indianami  z  ukrycia;  obaj  Niemcy  wyłonili  się  jakby  spod  ziemi.  Po 

krótkiej wymianie grzeczności wszyscy razem pospieszyli do obozu. 

Zastali tylko kobiety i dzieci. Mężczyźni wyszli na poszukiwanie kantora. 

—  Jak  ich  zawiadomimy?  —  zapytał  Frank.  —  Nie  możemy  sprowadzić  naszych;  nie 

wiemy, gdzie się rozeszli. 

—  Wystrzel  pan  w  powietrze!  —  zawołał  Wolf.  —  Od  razu  się  zbiegną.  Może  pan 

strzelać bez obaw, gdyż znając wasz i nasz obóz, wiem dobrze, że nie ma tu nigdzie wroga. 

Frank  wypalił  i  rzeczywiście  wkrótce  zbiegli  się  mężczyźni.  Można  sobie  wyobrazić 

radość  Adolfa,  kiedy  dowiedział  się,  że  ma  przed  sobą  stryja.  Scena  ich  powitania  była 

naprawdę wzruszająca. 

Nie  było  czasu  na  dłuższe  rozmowy.  Niebawem  więc  Wolf,  któremu  wymieniono 

nazwiska wszystkich uczestników wyprawy, rzekł do bankiera: 

— Czy jest pan bankierem Rollinsem z Arkansas? Czy to pan kupił źródło nafty? 

— Tak, niestety, ale to nie była nafta. 

— Od razu się domyśliłem. Okpili pana. 

— I to jeszcze jak! Ci trzej zbóje uciekli. Mam jednak nadzieję, że ich dogonimy. 

— Hm. Czy chciałby pan obejrzeć pewien drobiazg? 

Wyjął „drobiazg" z kieszeni i podał Rollinsowi. Bankier, ledwo rzucił o-kiem, zawołał z 

radością: 

— Sir, co ja tu widzę! To mój podpis, to czek, który był w rękach Grinleya! 

Wolf  pokrótce  opowiedział,  w  jaki  sposób  wszedł  w  posiadanie  tego  przekazu.  Kiedy 

oznajmił, że hultajska trójka zawróciła z drogi, Sam Haw-kens odezwał się: 

— Czy mają pana na oku, Mr Wolf? 

— Naturalnie. Chcą mnie zaskoczyć na osobności, napaść i odebrać przekaz. 

— Tak też myślę. Ale marne ich wysiłki! Sami wydadzą się w nasze ręce. Gdzie dzisiaj 

obozowaliście? 

— Kwadrans drogi stąd, na brzegu. 

— Czy sądzicie, że łotry czają się w pobliżu? 

—  Nie.  Mogli  iść  naszym  śladem  za  dnia,  ale  potem  musieli  się  zatrzymać  i  czekać. 

Wyprzedziliśmy ich więc o szmat drogi. 

background image

34 

 

— Pięknie, a więc schwytamy ich jutro. Ale mam myśl: nie mówiliśmy jeszcze o Khasti-

Tine. Czy wiecie, jak los potraktował waszych wywiadowców? 

— Tak. Wysłano dziesięciu. Ośmiu jest w niewoli, dwóch nie żyje. 

— Tak przypuszczacie? 

— Nie przypuszczamy — wiemy od waszego króla naftowego. 

— Ach! A więc on wam powiedział? I wy uwierzyliście? 

Wolf spojrzał uważnie w twarz Sama i rzekł: 

— Po co pan pyta? 

—  Chcę  panu  oznajmić,  że  nie  Nijo-rowie,  ale  król  naftowy  zabił  waszych 

wywiadowców. 

— Król... naftowy... — powtórzył Wolf z niedowierzaniem. — Kto wam to powiedział? 

— Niech pan posłucha, Mr Wolf. Sama Hawkensa niełatwo oszukać! Mówię o faktach! 

— Do pioruna! A więc niech pan mówi! Co to za fakty? 

— Khasti-Tine podszedł wodza Nijorów tak wyśmienicie, że miałby go w swojej mocy, 

ale wtedy wtrącił się ktoś inny, zupełnie obcy i zastrzelił zdradziecko obu Nawajów. 

— I tym mordercą ma być wasz, wasz... król naftowy? Proszę was o dowód. Dajcie mi 

dowód! 

— Nic łatwiejszego. Byli świadkowie, dwaj ludzie, którzy chcieli przeszkodzić zbrodni, 

ale nie zdążyli odwrócić zdradzieckiej lufy od celu. Ci świadkowie siedzą przy panu. To Mr 

Rollins i Mr Baumgarten. Niech pan ich zapyta o szczegóły! 

Wolf nie był jeszcze przekonany. Jednak kiedy usłyszał od bankiera dokładny opis tego 

zdarzenia, nie mógł dłużej wątpić. Zawołał wściekle: 

—  A  więc  ten  hultaj,  ten  szubrawiec!  I  tego  drania  wypuściliśmy  z  obozu,  nic  nie 

podejrzewając! 

— Tak, co więcej, uzbroiliście go nawet, hihihihi! - roześmiał się Sam.  

— Dobrze się spisaliście, naprawdę, wyjątkowo dobrze! 

— Milcz pan, Mr Hawkens! Kto mógł przypuszczać? Komu to mogło przyjść na myśl? 

Zamordować  naszych  wywiadowców,  a  potem  przybyć  do  nas  i  domagać  się  wsparcia!  O, 

teraz nie spoczniemy, póki ich nie schwytamy. A więc on, on jest mordercą naszego Khasti-

Tine! Musi się o tym dowiedzieć wódz i to natychmiast! 

Zamienił kilka zdań ze swymi czer-wonoskórymi towarzyszami, po czym obaj  Indianie 

szybkim krokiem opuścili obóz. 

Dotychczas  porozumiewano  się  po  angielsku,  a  ponieważ  wychodźcy  nie  znali  jeszcze 

tego języka, więc na prośbę pani Rozalii, Hobble-Frank wyjaśnił jej najważniejsze rzeczy. 

background image

35 

 

Chwilę potem znad brzegu rzeki doleciały słowa wypowiadane w indiańsko-angielskim 

żargonie: 

— Dlaczego blade twarze rozmawiają tak głośno? Z dala od wigwamów wróg może się 

kryć za każdym drzewem. 

Był  to  Nitsas-Ini,  który  przybył  wraz  z  kantorem  i  kilkoma  najlepszymi  wojownikami. 

Przyprowadził ze sobą także swoją białą squaw, ponieważ wysłańcy oznajmili, że w obozie są 

kobiety.  Wszyscy  podnieśli  się,  aby  go  powitać.  Stanął  przed  nimi  i  potoczył  badawczym 

spojrzeniem dokoła. Ujrzawszy Sama Hawkensa wypogodził oblicze i rzekł, podając mu rękę: 

—  Mój  biały  brat  Sam  jest  tutaj?  W  takim  razie  nie  wątpię,  że  głośna  rozmowa  może 

zaszkodzić, bowiem Sam Hawkens nie wyda głosu, o ile wróg jest w pobliżu. 

Uścisnął  także  ręce  Stone'a,  Parkera,  Drolla  i  Franka  i  kazał  sobie  wymienić  nazwiska 

pozostałych. Na kobiety nie zwracał żadnej uwagi. Położył rękę na głowie młodego Wolfa i 

rzekł: 

—  Jesteś  przyjacielem  mojego  syna  i  bratankiem  mojego  białego  brata.  Bądź 

pozdrowiony wśród namiotów Nawajów. Jesteś niejako synem mojego plemienia. 

Wszyscy znowu usiedli i po krótkiej przerwie, zgodnie z indiańskim zwyczajem, Nitsas-

Ini zwrócił się do Sama Hawkensa: 

— Czy mój biały brat może mi powiedzieć, co się zdarzyło? 

Hawkens opowiedział wodzowi wszystko w krótkich słowach. Kiedy skończył, Nitsas-Ini 

milczał przez chwilę, po czym rzekł: 

Jutro poniosą karę. Czy nasi biali bracia są gotowi nam pomóc? 

— Tak — odpowiedział Sam. — Wasi wrogowie są naszymi wrogami i nasi przyjaciele 

niechaj będą waszymi przyjaciółmi. 

— Tak jest. Wypalimy fajkę pokoju. Zdjął fajkę ze sznura wiszącego na szyi i otworzył 

worek z tytoniem. Po zapaleniu podniósł się, powiał dymem ku niebu, następnie w czterech 

kierunkach świata i rzekł: 

— Niech wszyscy biali, którzy się tutaj zebrali będą naszymi braćmi i siostrami! Mówię 

w imieniu całego plemienia Nawajów. Howgh! 

Wręczył fajkę Samowi i usiadł z powrotem. Sam podniósł się, również pociągnął sześć 

razy i rzekł: 

— Palę i mówię w imieniu moich białych braci i sióstr znajdujących się tutaj. Pragniemy 

być jako bracia i  siostry Nawajów i  chcemy pomagać im w walce i  pokoju.  Powiedziałem. 

Howgh! 

background image

36 

 

Wręczył fajkę wodzowi, który wypalił ją do końca. Potem zawiesił kalumet na sznurze i 

rzekł: 

— Jutro popłynie krew mordercy i jego towarzyszy. 

— Czy przypuszczasz, że tu przyjadą? — zapytał Sam. 

— Tak. 

— Zjawią się jednak skry cię. Trzeba wytężyć uwagę. 

— Wyślę na ich spotkanie dwóch ludzi o sokolich oczach. 

— Hm. Oczywiście pojadą waszym tropem, przybędą zatem pod obóz. Wystarczy więc 

jedynie wycofać się i zaczaić w pobliżu, a będziecie ich mieli w garści. 

— Mój brat mówi słusznie. Wyślę jednak naprzeciw dwóch wywiadowców. 

— A jeśli nie pozwolą na to okoliczności? 

— Któż mógłby mi przeszkodzić? 

— Nijorowie. 

—  Nie  tylko  nie  przeszkodzą,  ale  wprost  przeciwnie,  pomogą  schwytać  morderców. 

Pojechali  w  kierunku  waszego  obozu.  Znajdą  tam  pustkę  i  pojadą  dalej.  Będą  mieli  łotrów 

przed sobą, my ich mamy za sobą. A więc zagonią ich ku nam. 

— Old Shatterhand, zdaje się, był innego zdania. 

— A jednak pojechał nas ostrzec? 

— To tylko pozór, który miał zamaskować inne zamiary. 

Wódz  zastanawiał  się  przez  chwilę,  po  czym  zapytał  półgłosem,  domyślność  bowiem 

podyktowała mu właściwe przypuszczenie: 

— Może sądził, że Nijorowie nie pojechali bezpośrednio do naszego obozu? 

— Zdaje się — odpowiedział Sam również cicho. 

— W takim razie mieli na widoku innych ludzi, chyba was? 

—  Tak  myślę.  Old  Shatterhand  nic  o  tym  nie  wspominał.  Może  nie  chciał  niepokoić 

wychodźców. 

W tej chwili usłyszano okrzyk wartownika i zaraz potem z półmroku wyłonili się dwaj 

mężczyźni.  Pierwszym  był  Old  Shatterhand.  Szybko  podbiegł  i  serdecznie,  bez  zdziwienia, 

przywitał  się  z  wodzem,  Wolfem  i  białą  kobietą.  Nagle  kobieta  skoczyła  i  wydając  głośny 

okrzyk: 

— Szi-So, mój synu! — przypadła do drugiego przybysza, aby wciągnąć go w mrok lasu 

z czułą serdecznością. Nie chciała się witać z synem wobec tylu świadków. 

Obecni stali w skupieniu i ciszy. Wódz siedział z nieruchomą twarzą. Po może dziesięciu 

minutach  usłyszano  lekkie  kroki  z  ciemności,  sąuaw  przyprowadziła  syna  trzymając  go  za 

background image

37 

 

rękę. Kiedy weszli w światło ogniska, wypuściła jego rękę i spokojnie usiadła na poprzednim 

miejscu. Ulżyła sercu, cicho, bez słów i okrzyków, ale nie mniej tkliwie. Teraz należało mieć 

wzgląd na indiańską powściągliwość. 

Szi-So  podszedł  do  ojca  i  podał  mu  rękę.  Wódz  obejrzał  silną,  młodzieńczą  postać, 

tryskające zdrowiem oblicze, roztropne rysy, zręczne ruchy. Przez chwilę, przez jedną chwilę 

oczy  jego  błyszczały  dumną  radością,  następnie  jego  twarz  znieruchomiała  na  powrót.  Nie 

przyjął wyciągniętej ręki syna udając, że jej nie dostrzega. Szi-So odwrócił się i usiadł obok 

Adolfa. Nie był dotknięty. Wiedział, jak ojciec go kocha. Znał indiańskie zwyczaje i żałował, 

że  wyciągnął  do  ojca  rękę.  Odruch  ten  przywiózł  z  Europy,  zwyczaje  jego  kraju  nie 

pozwalały na taką poufałość. Młodzieniec w obecności mężczyzn powinien kryć się w cieniu. 

Old Shatterhand przyglądał się tej scenie z uśmiechem zadowolenia. Wiedział, że w tym 

gronie  rodzinnym  panuje  większa  miłość  i  większe  szczęście  niż  przy  niejednym  ognisku 

domowym białych, którzy wobec osób trzecich darzą się pieszczotami i względami, podczas 

gdy na osobności drą ze sobą koty. 

—  Mój  brat  Old  Shatterhand  —  odezwał  się  po  chwili  wódz  —  był  w  naszym 

wczorajszym obozie? 

— Nie, tak daleko nie zaszedłem. Ale czy był tam król naftowy z Polle-rem i Buttlerem? 

— Tak. 

— Daliście im broń i amunicję? 

— Tak. 

—  Powiedzieli  wam,  że  nam  towarzyszyli,  że  wraz  z  innymi  dostali  się  do  niewoli 

Nijorów, że zdołali umknąć? 

— Tak jest. Skąd mój brat o tym wie? 

— Przypuszczam tylko — uśmiechnął się Old Shatterhand. 

—  Mordercy  potrzebują  broni,  musieli  więc  spieszyć  się  do  was,  gdyż  nikt  inny  nie 

mógłby dostarczyć im strzelb. Aby zaś zjednać sobie wasze względy, musieli was okłamać, 

musieli zmyślić, że byli towarzyszami i obrońcami Szi-So. Nawet gdyby mi czas pozwolił, to 

i tak nie pojechałbym do waszego pierwotnego obozu, gdyż wieczorem dowiedziałem się, że 

go opuściliście. 

— Od kogo? 

— Od moich oczu. Siedziałem  po tej stronie rzeki  na wysokim  drzewie, które  obrałem 

sobie za punkt obserwacyjny i zobaczyłem, jak jechaliście przeciwległym brzegiem. 

— A więc i Nijorowie mogli nas widzieć? 

background image

38 

 

— Nie. Wiem na pewno, bo ich podsłuchiwałem. Szi-So dotrzymywał nam towarzystwa. 

Pilnował koni, podczas gdy ja i Winnetou skradaliśmy się do wroga. Wróciłem teraz z Szi-So, 

aby  moim  białym  przyjaciołom  przynieść  wiadomości  i  aby  odwiedzić  moich  czerwonych 

braci. Winnetou został na czatach. 

— Jutro Nijorowie wpadną w nasze ręce. 

—  Tak  też  sądzę,  chociaż  przypuszczenie  mojego  brata  opiera  się  na  fałszywych 

przesłankach. 

— Old Shatterhand się myli. Mam na myśli to samo, co on. Nijorowie zastaną pustkę w 

naszym obozie i pojadą naszym śladem. 

—  Nijorowie,  zanim  pojadą  do  waszego  obozu,  napadną  na  nas,  białych.  Nie  wiedzą 

bynajmniej, że wojownicy Nawajów opuścili obóz. 

Uff! 

— Sądzą, że my jedziemy za nimi,  aby odszukać Nijorów;  zatrzymali się nad  Zimową 

Wodą, aby tam znienacka nas okrążyć 

— Nad Zimową Wodą? Wcale mądry plan! Nie ma chyba miejsca bardziej dogodnego do 

zasadzki. Moi bracia o-miną tę miejscowość? 

 — Wprost przeciwnie.  

— I będziecie walczyli? 

— Być może obejdzie się bez walki. Może Nijorowie poddadzą się bez przelewu krwi. 

Czy wojownicy Nawajów zechcą nam pomóc? 

— Oczywiście! Ale w jaki sposób schwytamy króla nafty i jego towarzyszy? 

— Chcecie ich schwytać? — zapytał Old Shatterhand ze zdziwieniem. — Aby pomścić 

śmierć wywiadowców? 

— Chcę i muszę ich pomścić, ale nie będę ścigał oszustów, ponieważ sami tu przyjdą. 

— Naprawdę? To dziwne! Powinni przecież być zadowoleni z tego, że uszli cało! 

—  Tak  —  odezwał  się  Wolf  i  twarz  jego  przybrała  wyraz  zadowolenia  —  tak,  gdyby 

mieli jeszcze czek! 

— Nie mają go już? 

— Nie. Odebrałem czek Grinleyowi. 

— Ach! W jaki sposób. 

Wolf zdawszy relację, dorzucił: 

—  Kazaliśmy  ich  śledzić  i  dowiedzieliśmy  się,  że  jadą  za  nami.  Rano  wyślemy  na  ich 

spotkanie dwóch wywiadowców. 

background image

39 

 

— Hm! Porachunek z tymi łotrami nadarza się nie w porę. Jutro rano musimy wyruszyć 

do  Zimowej  Wody.  Ale  zanim  omówimy  plan,  chciałbym  opowiedzieć  czego  się 

dowiedzieliśmy na zwiadach. 

background image

40 

 

IV. W PUŁAPCE 

 

Niebawem porozumiano się z Nitsas-Ini. Przystał całkowicie na plan Old Shatterhanda. 

Westman  wkrótce  potem  zalecił  uczestnikom  wyprawy  odpoczynek,  ponieważ  nazajutrz 

oczekiwało  ich  trudne  zadanie.Wódz  Nawajów  nie  wrócił  z  białą  squaw  do  swego  obozu  i 

oznajmiwszy,  że  chce  tutaj  zostać,  wysłał  do  swoich  paru  wojowników  z  rozkazami. 

Zaciągnięto straże, po czym zgaszono ogniska i zapadła cisza.Było już dość późno i niewiele 

czasu pozostało do świtu. Noc szarzała, kiedy Old Shatterhand obudził śpiących. Gdy weszli 

do rzeki, aby się umyć, zobaczyli wojowników Nawajów, którzy długim szeregiem podjechali 

do  przeciwległego  brzegu,  po  czym  puścili  konie  wpław  ku  obozowi  białych.Biali 

przygotowywali  się  do  drogi.  Wkrótce  potem  oddział  z  Old  Shatterhandem  i  Nitsas-Ini  na 

czele ruszył z miejsca. Nitsas-Ini poprzedniego dnia wysłał wywiadowców na spotkanie króla 

naftowego i  jego kompanów. Wydał  rozkaz, żeby  raczej  zastrzelić trójkę bandytów, ale nie 

pozwolić  jej  u-ciec.Obaj  czerwonoskórzy  przeznaczeni  do  tego  zadania  należeli  do 

najodważniejszych  i  najzręczniejszych  wojowników.  Jechali  przez  jakiś  czas  śladem 

Nawajów, mając zamiar ukryć się w takim miejscu, skąd mogliby z daleka zobaczyć trzech 

białych.Około pół godziny później ujrzeli, że zagajnik wybrzeża wrzynał się w otwarty stęp 

wąskim, długim klinem. Podjechali, zaprowadzili konie do zagajnika i przywiązali je, a sami 

ukryli  się  w  pobliżu.  Otwarta  równina  rozciągała  się  w  dal,  dzięki  czemu  mogli  zobaczyć 

króla  naftowego  i  jego  towarzyszy  z  odległości  mili  angielskiej.  Byli  zatem  wielce 

zadowoleni z kryjówki i nie wątpili w powodzenie swej misji. 

Niestety, przewidywania ich nie miały się spełnić! 

Grinley,  Poller  i  Buttler,  jak  już  wspomnieliśmy,  nie  mogli  jechać  za  Nawajami  do 

samego obozu, gdyż noc zaskoczyła ich w drodze i mrok nie pozwalał na tropienie śladów. 

Zsiedli więc z koni i ułożyli się do snu. Ledwo zaczęło szarzeć, znowu siedzieli na koniach i 

mknęli  przed  siebie.  Na  otwartej  przestrzeni  trzymali  się  tropu  Nawajów,  objeżdżając 

wszelkie zagajniki. Wreszcie z dala zobaczyli wyżej opisany klin zarośli. 

Buttler osadził konia i przyglądał się zagajnikowi z namysłem. Następnie rzekł: 

— Po tej stronie ciągnie się rozległa równina i jeśli się nie mylę, po drugiej także. Łatwo 

można  nas  z  daleka  dostrzec.  Jeśli  zastawiono  na  nas  pułapkę,  to  chyba  właśnie  tam,  w 

zagajniku. Nie powinniśmy się więc zbliżać otwarcie. Podkradniemy się i biada psom, które 

tam znajdziemy! 

Zeskoczył  z  konia  i  zaprowadził  go  do  rzeki.  Towarzysze  poszli  za  jego  przykładem. 

Minąwszy  nadbrzeżne  drzewa,  pod  osłoną  krzaków,  posuwali  się  nadal  ku  wodzie. 

background image

41 

 

Oczywiście  minęło  wiele  czasu,  zanim  doszli  do  miejsca,  skąd  klin  zagajnika  wbijał  się  w 

równinę. Przywiązali konie i odeszli od wody pod kątem prostym, ku klinowi. Działo się to 

na kilka minut przed nadejściem obu Nawajów z drugiej strony. 

Przestrzegali wszystkich środków ostrożności. Nie odkryli nigdzie ludzkiej istoty, nawet 

jej śladu. Ledwo dotarli do klina i ledwo król naftowy zaproponował, aby wrócić do koni i 

ruszyć dalej, Buttler wyśliznął się spomiędzy krzewów i rzekł: 

—  Poczekajcie,  zbliżają  się  dwaj  czerwonoskórzy!  Prawdopodobnie  to  nasi  tropiciele. 

Czy pozwolimy im przejść? 

— Przejść? odparł Poller. — Nie chcą wcale przejść. Zamierzają się tu ukryć! 

— No to wracajmy! Musimy ich śledzić! 

Ostrożnie przykucnęli. Obaj Nawajowie nadeszli, ukryli konie w zagajniku i sami zaszyli 

się w gąszcz. Nieprzyjaciele byli oddaleni od siebie o dziesięć kroków. Indianie, pewni, że są 

tu sami, rozmawiali beztrosko i tak głośno, że król naftowy i jego kompani wszystko dobrze 

słyszeli. 

Czy biali nadejdą? — zapytał jeden. 

— Nadejdą — rzekł drugi. — Chcą odzyskać papier i dlatego na pewno wrócą. 

—  W  takim  razie  idą  na  spotkanie  śmierci.  Jeżeli  pójdą  za  naszymi  wojownikami, 

wpadną w ich ręce, jeżeli zaś opamiętają się wcześniej i zechcą się wycofać, zastrzelimy ich z 

miejsca. 

— Słyszycie? — szepnął król naftowy. — To nam wystarczy. 

— Tak, wiemy dosyć dużo — potwierdził Buttler. — No i co dalej? 

— Do diabła z nimi! 

— Well, jestem gotów! Bierz strzelbę i celuj w lewego! Poller niech przygotuje broń na 

wszelki wypadek! 

Przyłożył strzelbę do skroni i wycelował w prawego. 

— Raz—dwa—trzy! 

Huknęły strzały. Zaszemrały gałęzie potrącone padającymi ciałami i rozległy się krótkie 

jęki,  które  po  chwili  ucichły.  Biali  opuścili  kryjówkę  i  podeszli  do  Indian  leżących  w 

gęstwinie z przebitymi głowami. 

— Tak! — roześmiał się król naftowy. — Nie będą nas ścigać ani nie zastrzelą. Niech tu 

zostaną na pożywienie dla sępów i wilków stepowych. Zabierzmy, co może nam się przydać. 

Trzej bandyci splądrowali torby zabitych. Bardzo ich ucieszył zapas żywności i amunicji. 

Oczywiście zabrali także konie Indian, które mogły się przydać w podróży. 

background image

42 

 

Niebawem  odjechali  z  przekonaniem,  że  nie  grozi  im  ponowna  zasadzka.  Popędzali 

konie,  dopóki  nie  dotarli  do  miejsca  nad  brzegiem,  gdzie  nocą  biwakowali  Indianie. 

Zeskoczyli z koni i zaczęli badać grunt, ale nie znaleźli nic poza śladami, które prowadziły 

wzdłuż wybrzeża. 

Pojechali  za  tropem  i  po  kwadransie  dotarli  do  miejsca,  gdzie  Nawaje  przeprawili  się 

przez  rzekę.  Na  drugim  brzegu  znaleźli  wyraźne  ślady  obozu  białych.  Znowu  zsiedli  z 

wierzchowców, aby przyjrzeć się uważnie temu tropowi. 

— I tu był obóz — rzekł król naftowy. — Czy wiecie, kto tu obozował? 

—  Naturalnie  Old  Shatterhand  i  jego  ludzie  —  odpowiedział  Buttler.  —  Nikt  inny  nie 

mógł tu być. Wyjrzyjcie przez zagajnik! Ślad prowadzi na za chód. 

— Tak. Nawaje przeprawili się przez rzekę i natknęli na białych. Połączyli się i wszyscy 

ruszyli na Nijorów. A więc... — urwał i z niekłamanym lękiem spojrzał przed siebie. 

— Co takiego? — zapytał Buttler. 

— Do tysiąca diabłów! Przyszła mi do głowy myśl, straszliwa, okropna myśl! 

— Jaka? 

— Jeśli jest tak, jak przypuszczam,  to  powinniśmy natychmiast  zrobić zwrot  w tył,  jak 

stare psy, które dostały cięgi zamiast żarcia. Na pieniądze możemy już nie liczyć. Nie tylko 

dolara, ale nie dostaniemy nawet centa! 

— Do pioruna! Dlaczego? 

— Ponieważ przekaz jest diabła wart! Nawaje niewątpliwie opowiedzieli wszystko Old 

Shatterhandowi i Winnetou. 

— Tak. Prawdopodobnie powiedzieli im, jak pięknie wystrychnęliśmy ich na dudków. 

— Nie chwal się, teraz my jesteśmy dudkami! Wolf, który odebrał nam czek, oczywiście 

rozmówił się z bankierem. Cóż więc z tego wynika? 

— Że on... do kaduka! Teraz wiem, co masz na myśli! Wolf wręczył przekaz bankierowi! 

— Naturalnie! — syknął król naftowy. 

—  W  takim  razie  ostatnia  nadzieja  prysnęła  jak  bańka  mydlana!  Wszystko,  wszystko 

stracone! Musisz wreszcie przyznać, że popełniłeś głupstwo! 

Król  naftowy  nie  chciał  jednak  przyznać  im  racji,  w  efekcie  wybuchła  kłótnia  i  obaj 

bracia omal nie skoczyli sobie do oczu. Poller rozdzielił ich i rzekł: 

— Nie chcecie się chyba mordować! Nie naprawi to błędu. Nie wiem, dlaczego patrzycie 

przez czarne szkła i poddajecie się rezygnacji. Jeszcze nic straconego! 

— Nie? — krzyknął wściekły Grinley. — Czeku już nie ma!- 

background image

43 

 

— Nie, jest. Poprzednio był w posiadaniu Wolfa, teraz jest w posiadaniu Rollinsa. Cóż to 

dla nas za różnica? Wszystko jedno, kto go ma, byleby czek istniał. 

— Wiem o tym.  Nikt  nie musi mi tego tłumaczyć. Ale czeku już w ogóle nie ma. Jest 

prawie jasne, że Rollins natychmiast go zniszczył! 

—  Zniszczył?  Uwierzę  dopiero  wtedy,  kiedy  będę  miał  dowód.  Zniszczył  —  to  ma 

znaczyć, że podarł. Jeśli się rozrywa papier, nie przechowuje się później strzępów, ale rzuca 

sieje gdzie- ° koi wiek. Gdzie tu widzicie skrawki" papieru? Od wczoraj nie powiał najlżejszy 

wiaterek,  nie  uniósł  więc  papieru,  strzępki  przekazu  leżałyby  tutaj.  Przeszukajmy  jednak 

starannie także okolicę obozu. 

Pomimo  skrupulatnych  poszukiwań,  nic  nie  znaleźli.  Król  naftowy  odetchnął  głęboko, 

twarz mu się rozjaśniła i rzekł: 

—  Odzyskuję  nadzieję.  Poller  miał  rację.  Nie  chowa  się  przecież  podartego  papieru. 

Bankier zatem nie zniszczył czeku. 

—  Tak  jest  —  potwierdził  Poller.  —  Może  nawet  dlatego  nie  zniszczył,  aby  mieć 

pamiątkę po niebezpiecznych przeżyciach na Dzikim Zachodzie. 

— I to możliwe. Nie traćmy humoru.-Lepiej nawet, że to bankier ma czek, a nie Wolf. Z 

kieszeni starego wygi wydostalibyśmy go z trudem i drogą morderstwa, bankier natomiast jest 

niedoświadczonym safandułą, który nawet nie będzie śmiał stawić oporu. 

—  Bezprzecznie  —  potwierdził  Buttłer.  —  Z  Rollinsem  sprawa  łatwa.  Prędzej  z  nim 

dojdziemy do ładu niż ze starym kojotem prerii. A więc powzięliśmy decyzję! Co dalej? 

— Pojedziemy w ślad za białymi połączonymi z Nawajami. 

— Musimy być ostrożni! 

— Ba, wysłali naprzeciw nam wywiadowców i nie przypuszczają, że ich zastrzeliliśmy. 

Sądzą  raczej,  że  jesteśmy  pod  ich  nadzorem  i  że  wywiadowcy  uprzedzą  ich  o  naszym 

przybyciu. 

Dosiedli wierzchowców, ujęli oba zdobyte konie za uzdy i ruszyli dalej tropem Nawajów 

i białych. 

Jechali wciąż wysokim  brzegiem rzeki  w pobliżu skraju  lasu i  krzewów. Ślad był  stale 

jednakowy,  do  pewnego  miejsca,  gdzie  pogłębił  się  i  rozszerzył.  Ale  z  jakiego  powodu? 

Zatrzymali się i ponownie zeskoczyli na ziemię. W tym miejscu poprzedniego wieczoru Szi-

So  czekał  na  Old  Shatterhanda  i  Winnetou  i  tutaj  Apacz  rano  spotkał  się  z  połączonymi 

oddziałami białych i czerwonych. 

background image

44 

 

—  Bawili  tu  przez  dłuższy  czas  —  rzekł  Buttler.  —  Widać  to  dokładnie.  Konie  nie 

przebiegły terenu od razu, ale stały na miejscu i wydeptały grunt kopytami. Co też mogło ich 

zatrzymać? 

— Kto to może wiedzieć? — rzekł król naftowy. Prawdopodobnie dowiemy się później. 

—  Chciałbym  wiedzieć  już  teraz.  Spójrzcie,  ślady  prowadzą  wprost  do  zagajnika! 

Zobaczymy, co tam zaszło! 

Pozostawili konie i podeszli do zagajnika. Naraz usłyszeli krzyki w obcym języku: 

— Na pomoc, na pomoc! Ratunku! Zatrzymali się i nadstawili uszu. 

— To nie były słowa angielskie — rzekł Buttler. 

Zdaje się, że raczej niemieckie. Nie zrozumiałem znaczenia. 

— Ja zrozumiałem — odezwał się Poller. — Ktoś wzywa pomocy. 

— Kto potrzebuje naszej pomocy, ten nie jest dla nas groźny. 

— A jeśli to zasadzka, do której chcą nas złapać? 

— Nie przypuszczam. Chodźmy szybciej! 

Pośpieszyli śladem wiodącym do zagajnika i zobaczyli dwa osiodłane konie przywiązane 

do krzaków. Zbliżyli się do wołającego o pomoc tak blisko, że mógł ich zobaczyć, krzyknął 

bowiem: 

— Tutaj, tutaj, panie Poller! Bądź pan łaskaw i odwiąż mnie! 

— Do licha! — zawołał Poller. — To głos zwariowanego kantora. Komponuje operę w 

dwunastu aktach, innymi słowy, zbija bąki! Chodźcie! Nie ma się czego bać. 

— Ale — wzdragał się jeszcze król nafty — należy teraz do kompanii Old Shatterhanda i 

Winnetou i kto wie, czy to nie jest pułapka. 

—  Wątpię,  bardzo  wątpię!  Jestem  raczej  pewny,  że  na  skutek  kolejnego  głupstwa 

zostawiono go tutaj samego. 

Grinley wszedł w zagajnik, a za nim obaj towarzysze. Istotnie, okazało się, że kantor miał 

ręce  skrępowane  na  plecach  i  przywiązane  do  pnia  drzewa.  Jednakże  nie  narażało  go  to  na 

szczególne  niewygody  czy  bóle.  Siedział  swobodnie  na  miękkiej  trawie,  wsparty  plecami  o 

drzewo. 

— Pan, panie kantorze? — zapytał Poller. — To dziwne! 

—  Kantor  emeritus,  jeśli  mogę  pana  prosić!  A  to  ze  względu  na  dokładność,  gdyż 

emeritus nie jest już aktywny, panie Poller. 

— Pańskie położenie wydaje mi się bardziej pasywne niż aktywne, to prawda. Jakże pan 

wpadł w tak opłakany stan? 

— Związano mnie. 

background image

45 

 

— To widzę. Ale kto? 

— Stone i Parker z rozkazu pana Old Shatterhanda. 

— Dlaczego? 

—  Nic...  nie  wiem  właściwie,  nescio  —  rzekł  kantor,  wstydząc  się  wymienić  właściwą 

przyczynę. Niech pan nie pyta mnie teraz, ale uwolni jak najprędzej! 

— Chętnie, bardzo chętnie, ale nieco cierpliwości, proszę pana. Old Shatterhand związał 

pana, aby ustrzec się przed głupstwami, do których pan jest skory. A jednak uważam, że nie 

postąpił słusznie, wiązać pana, tu, na pustkowiu, samego, bez żadnej obrony... 

— Samotnego? Nie jestem sam! Dano mi strażnika. 

— Któż to taki? 

— Pan Rollins, bankier. 

— Tak? — zapytał Poller z radosnym uśmiechem. — Tylko on i nikt więcej? 

—  Tylko  on.  Sam  się  zaofiarował.  Zaklinałem  go  nieustannie  na  wszystkie  moce 

niebieskie, aby mnie uwolnił. Cóż, kiedy to niewzruszony jak skała, surowy, zimny człowiek. 

Pollerowi zdanie kantora o bankierze było na rękę. Starał się go utwierdzić w tej opinii. 

Tak, okrucieństwo tego człowieka zasługuje na karę. Należy więc pana uwolnić, a jego 

związać! 

— Owszem, tak będzie sprawiedliwie!  Bardzo będę się cieszył i wcale go nie uwolnię, 

nawet  gdyby  bardzo  mnie  prosił.  Zostawię  go  tutaj  w  więzach  i  pojadę  w  ślad  za 

towarzyszami do Zimowej Wody. 

— Ach, pojechali nad Zimową Wodę? Czego tam szukają? 

— Chcą napaść na Nijorów i wziąć ich do niewoli. Nie zabrali mnie ze sobą, ponieważ 

sądzili, że ja... ego enim exitiabilis ... że ja, hm... Dlatego związali mnie, a bankier wyraził 

gotowość  zostania  przy  mnie,  gdy  nie  było  innych  ochotników.  Wolał  raczej  zostać  niż 

narażać się na niebezpieczeństwo walki z Indianami. 

— Bardzo, bardzo roztropnie. Nie widzę go jednak. Gdzie on jest? 

— Siedział na skraju zagajnika i widział, jak się zbliżacie. Zląkł się i ukrył 

— Czy poznał nas? 

—  Nie.  Byliście  zbyt  oddaleni.  Ale,,  ponieważ  przybyliście  z  tej  strony,  ą  więc  nie  od 

naszych towarzyszy, zatem uznał was za nieprzyjaciół. 

— A więc odszedł i nie wie pan, dokąd? 

— O, wiem bardzo dobrze! 

— Niech pan nam powie, abyśmy mogli go sprowadzić i dowieść, że mamy względem 

niego i pana dobre zamiary. 

background image

46 

 

—  Dobre  zamiary?  —  odpowiedział  kantor  usiłując  nadać  swojej  twarzy  wyraz 

szczwanego lisa. - A więc myśli pan, że ja panu wierzę, czcigodny panie Poller? Ani mi się 

śni! Nas miłośników sztuki, niełatwo oszukać. 

—  Nie  zamierzam  pana  oszukiwać.  Mówię  prawdę  i  mam  dobre  względem  pana  i 

bankiera zamiary. 

— Chyba tylko względem mnie! Oszustwem była cała afera ze źródłem nafty. Chciał pan 

naciągnąć bankiera na poważną kwotę. 

—  Głupstwo!  Jeśli  zbada  dokładnie  jezioro,  orzeknie,  że  to  źródło  naprawdę  istnieje. 

Cóż,  kiedy  nie  zna  się  na  tym  i  dał  się  przeciw  nam  podjudzić.  Oczywiście  dostanie  za  to 

mały upominek. Chcemy  go związać i  pana postawić na straży.  Zastanów się pan, co to  za 

kapitalna  scena  dla  opery!  Ten,  kogo  pan  nadaremnie  błagał,  musi  teraz  pana  błagać  o 

uwolnienie! Tak nakazuje sprawiedliwość, ten ważny czynnik w sztuce teatralnej. 

— Tak, tak, ma pan słuszność! — zawołał natchniony kantor. — Scena do mojej opery, 

wspaniała, świetna scena! Z początku ja jego proszę — świetna aria dla bary tona. Nie chce 

spełnić mojej prośby — w drugim basie. A potem baryton jest wolny, a drugi bas związany. 

Znowu  świetna  aria  żałości  i  cała  scena  kończy  się  wielkim,  przepysznym  duetem.  To 

wywrze wrażenie! Jestem panu niezmiernie wdzięczny za pomysł. 

— No dobrze. — Więc gdzie jest Rollins? 

—  Powiedział,  że  za  nami  w  skale  nadbrzeżnej  znajduje  się  wąska  szczelina 

zamaskowana drzewami. Miał tam się właśnie schować. 

Poller  pobieżnie  opowiedział  towarzyszom  treść  rozmowy.  Roześmieli  się  z  radości  i 

wkrótce  znaleźli  szczelinę,  w  której  przycupnął  Rollins.  Trzymali  w  rękach  noże.  Król 

naftowy zapytał urągliwie: 

— Hallo, Mr Rollins, co pan tu robi w tej szparze? Czy szuka pan źródła nafty? 

Bankier strasznie się przestraszył, kiedy go poznał. Nie był bynajmniej bohaterem, a teraz 

miał przeciwko sobie trzech bandytów. 

—  Bądź  pan  łaskaw  i  wyjdź  do  nas!  —  rozkazał  król  naftowy.  —  Nie  spełnia  pan 

obowiązku, który panu powierzono! 

— Obowiązku? zapytał bojaźliwie, wychodząc ze szpary. 

— Tak, sir. Miał pan przecież strzec swego dobrego przyjaciela, kantora. Dlaczego pan 

umknął? 

— Widziałem trzech nadjeżdżających jeźdźców, nie poznałem was jednak. 

— Tak! Gdyby pan nas poznał, nie uciekłby pan? 

— Nie. 

background image

47 

 

— Cieszy mnie, że darzy pan nas tak wielkim zaufaniem. Bądź pan łaskaw wrócić z nami 

do kantora! 

Otoczyli  go  i  zaprowadzili  do  drzewa.  Tam  król  naftowy  wyjął  rewolwer,  nabił  go  i 

rzekł: 

— Muszę panu powiedzieć coś wesołego. Mimo próśb kantora nie rozwiązał go pan... 

— Zabroniono mi! — wtrącił szybko bankier. 

— To nas nie obchodzi! Kantor jest bardzo rozżalony i żąda, abyśmy panu pokazali, jak 

przyjemnie jest być związanym. Jesteśmy łaskawsi od pana i spełnimy jego skromną prośbę. 

— Jak pan to rozumie? — jęknął przerażony Rollins. — Co to ma znaczyć? Czy chcecie 

mnie... 

— Pana związać? Tak. 

— Słuchajcie, ja tego nie zniosę! 

Wyprostował się przybierając groźną minę. Król naftowy poklepał go po ramieniu i rzekł 

ze śmiechem: 

—  Nie  nadymaj  się  pan  daremnie,  sir!  Znamy  pana  dokładnie!  Chcemy  tylko  sprawić 

przyjemność  kantorowi  i  przywiązać  pana  —  nic  więcej.  Kiedy  się  oddalimy,  będzie  mógł 

pana uwolnić. A więc, co pan o tym sądzi? 

Przybrał groźną postawę i przekładał nóż z ręki do ręki. Buttler i Poller naśladowali go. 

Bankierowi  strach  patrzył  z  oczu.  Powściągnął  gniew  i  lęk  i  rzekł  tonem  na  pozór 

żartobliwym: 

— Co ja myślę? Nic. Jeśli pana bawi zachcianka tego obłąkańca, to proszę bardzo. Nie 

będę się z wami o to spierał. 

— Bardzo rozumnie, bardzo rozumnie odparł król naftowy. — A więc do roboty! 

Uwolnił kantora. Rollins podszedł do drzewa, wyciągnął ręce i rzekł: 

—  Tania  przyjemność,  panowie!  Przypuszczał,  że  zwiążą  go  słabo  jak  kantora,  ale 

wkrótce  rozczarował  się  gorzko.  Poller  złapał  go  za  prawą,  Buttler  za  lewą  rękę.  Pchnęli 

bankiera  na  drzewo  tak  brutalnie,  że  aż  krzyknął  z  bólu.  Przyłożyli  jego  ręce  do  pnia,  król 

naftowy związał mu je rzemieniem i rzekł: 

— Tak, panie Rollins, zaczyna się tania przyjemność, ale pana może to drogo kosztować. 

Jeśli sobie przypominamy, nosi pan w surducie miły pugilares, z którego pragnę wziąć sobie 

coś na pamiątkę. 

Mówiąc to wpatrywał się w twarz bankiera z szyderczym uśmiechem. 

Rollins zbladł. 

background image

48 

 

Król  naftowy  sięgnął  mu  do  kieszeni,  wyrwał  pugilares  i  bez  trudu  znalazł  czek,  który 

zaraz schował z triumfalnym westchnieniem ulgi, Po czym rzucił pugilares do stóp bankiera. 

Nieszczęsny  Rollins  jęczał  z  wściekłości.  Usiłował  wyrwać  się,  ale  ciasno  związane 

rzemienie wpiły się w ciało jeszcze bardziej. Nie mógł powstrzymać się od okrzyku bólu. 

— Milcz pan, uspokój się! — szydził król naftowy. Odbieram tylko to, co mi w swoim 

czasie zaofiarowano. 

Kantor, który nie rozumiał angielskiego i za bardzo był zajęty sceną teatralną, aby pojąć 

rozgrywającą  się  przed  jego  oczami  rzeczywistą  scenę,  zdawał  się  nawet  odczuwać  pewną 

satysfakcję z powodu złości bankiera. 

Poller  życzył  mu  powodzenia  w  zamierzonej  świetnej  arii,  na  co  kantor  odpowiedział 

ukłonem. Po chwili trzej rozbójnicy podeszli do koni, dosiedli ich i odjechali. 

Kompozytor usiadł na wprost bankiera i mierzył go zadowolonym spojrzeniem. Rollins 

nie  mógł  pojąć  jego  postępowania,  budziło  w  nim  wściekłość,  dlatego  pod  najstraszliwszą 

groźbą  domagał  się  uwolnienia.  Oczywiście  rozkazywał  po  angielsku,  w  języku,  którego 

kantor  nie  znał.  Było  to  odwrócenie  poprzedniej  sceny,  kiedy  to  kantor  z  tym  samym 

powodzeniem błagał bankiera wielokrotnie po niemiecku. 

Podczas  gdy  Rollins  wykrzykiwał  wszystkie  angielskie  przekleństwa,  kantor  siedział 

naprzeciw i obserwował go spokojnie, gwiżdżąc przez zęby melodię, która miała się rozwinąć 

w  świetną  arię.  Bankier  pienił  się  ze  złości;  potem,  kiedy  jego  gniew  osiągnął  najwyższy 

stopień,  nastąpiło  raptownie  zmęczenie.  Teraz  dopiero  zastanowił  się  nad  sytuacją.  Od 

buchaltera nauczył się kilku niemieckich wyrażeń, a kantor znał parę angielskich słów. Czy 

ten  skromny  zasób  wiadomości  lingwistycznych  nie  mógł  od  biedy  wystarczyć  do 

porozumienia się z kantorem? W każdym razie postanowił spróbować. 

— Panie kantorze — zaczął — unbind, unbind ! 

— Kantor emeritus, proszę! — brzmiała odpowiedź. 

— Unbind, unbind! 

— Zawiązać? — zapytał kantor. — Chce pan coś zawiązać? 

Co takiego? 

W  ten  sposób  „porozumiewali  się"  przez  kwadrans.  Przede  wszystkim  kantor  nie 

rozumiał bankiera, następnie uważał za rzecz słuszną, że ten, kto mu pozwolił trwać w pętach, 

sam  powinien  doświadczyć,  jak  smakują.  Jednak  w  końcu  zwyciężyła  jego  wrodzona 

dobroduszność. Kiedy Rollins ponowił próby wyrwania się z pęt, kantor podszedł do niego i z 

nie lada wysiłkiem rozsupłał specjalnie mocno ściągnięte więzy. Sądził, że zasłużył na jakieś 

podziękowanie, lecz mylił się bardzo. Rollins wyprostował się, po czym obdarzył kantora tak 

background image

49 

 

mocnym uderzeniem w głowę, że biedny emeritus zachwiał się i runął w krzewy. Następnie 

bankier wyprowadził konia z zarośli, dosiadł go i pojechał na zachód do swoich towarzyszy. 

Kantor podniósł się powoli, pomacał obolałe miejsce i szepnął do siebie: 

— Wdzięczność jest rzadką cnotą.  

Ponieważ bał się zostać sam, więc także wyprowadził konia z krzewów, wdrapał się na 

siodło i pojechał również na zachód, w kierunku białych i Nawajów. 

— Ale — zapyta Czytelnik — jak to się stało, że kantora zostawiono po drodze i nawet 

go związano? 

Otóż tego samego dnia nieszczęśnik podszedł do Hobble-Franka i zapytał: 

— Panie Frank, jeśli mnie dobrze poinformowano, wyruszamy przeciw Nyorom? Jak się 

zdaje, zamierzamy na nich napaść? 

— Tak — potwierdził Frank. 

— To mnie bardzo cieszy, to mnie nadzwyczajnie cieszy! 

— Dlaczego? 

— Nie powinien pan chyba pytać! Wie pan, że komponuję dwunastoakto-wą operę! 

— Zdaje się, że wspominał pan o tym. 

—  Na  pewno  panu  mówiłem.  Otóż  znalazłem  tutaj  bohaterów,  którzy  są  mi  potrzebni, 

jednakże nie zaprezentowali mi się dotychczas w czynie. 

— Nie? Zdawało mi się, że dokonali już czegoś, na co inni nigdy by się nie odważyli. 

Pędziliśmy z jednej przygody do drugiej! 

— Chętnie to przyznaję, ale bohaterstwo nie okazało się jeszcze w całej swej przepysznej 

wspaniałości. Chcę zobaczyć bitwę, w której człowiek mocuje się z człowiekiem, a bohater 

kładzie jednego wroga po drugim. Chciałbym przeżyć prawdziwą, krwawą walkę! 

— Po co? Jeśli szuka pan silnych wrażeń z miłości do sceny, to jednak z tego powodu nie 

powinien pan sobie życzyć prawdziwej walki i prawdziwego przelewu krwi! 

— A jednak! Na tle własnych przeżyć o wiele łatwiej komponować. Zgiełk walki, krzyki 

i  wycia,  szczęk  broni,  huk  wystrzałów  —  to  wszystko  trzeba  usłyszeć,  aby  później 

odpowiednio rozpisać to na poszczególne instrumenty. 

— To wszystko może pan przypłacić życiem, a wtedy co się stanie z pana piękną operą? 

— My, kompozytorzy, cieszymy się szczególną opieką Muz, nam nic złego nie może się 

zdarzyć.  A  może  pan  słyszał,  aby  Indianie  zastrzelili  kiedy  kiedykolwiek  jakiegoś 

znakomitego kompozytora? 

— Nie, nie słyszałem. 

background image

50 

 

— A więc! Mnie nic nie może zagrażać. Czy pan myśli, że dzisiaj dojdzie do rozprawy? 

— Hm! Jeżeli wszystko odbędzie się tak, jak przewidują Old Shatterhand i Winnetou, to 

pokonamy wrogów bez wystrzału. Jeśli tak się nie stanie, może spłynąć naprawdę wiele krwi. 

Nic nie można powiedzieć. Jeśli na przykład Nijorowie spostrzegą, że Nawaje zastawili sidła, 

diabli porwą nasz plan. 

— W jaki sposób mogą spostrzec? 

— W jakikolwiek. Głupi zawsze pyta więcej niż może odpowiedzieć człowiek rozsądny. 

Powiedziałem, że nic z góry nie można przewidzieć. Na przykład, jeśli u brodu strzeli panu 

do głowy biec na lewo zamiast na prawo wszystko będzie stracone. 

Hobble-Frank  powiedział  to  na  poły  poważnie,  na  poły  żartobliwie.  Ale  twarz  kantora 

przybrała wyraz zadowolenia. 

— Ergo  — zapytał — na lewo zamiast na prawo? Czy dobrze zrozumiałem? Tak? 

Skinął  z  zadowoleniem,  co  nie  uszło  uwadze  chytrego  Hobble-Franka.  Myśliwy 

postanowił zwrócić się do Old Shatterhanda, aby unieszkodliwić krwawą żądzę walki kantora. 

Zresztą  później  kantor  wygadał  się  całkowicie  przed  panią  Rozalią  Eberschbach  i  w  ten 

sposób sam przyczynił się do udaremnienia swoich zamiarów. 

Wkrótce potem jeźdźców zatrzymał Winnetou, który wyjechał z zagajnika. Podszedł do 

Old Shatterhanda i do wodza Nawajów i zameldował: 

— Nijorowie trwają przy swoim planie i nie zmienili stanowisk. Moi bracia mogą więc 

wykonać  to,  co  wczoraj  omówiliśmy  z  Old  Shatterhandem.  Uważam  tylko  za  konieczne 

wprowadzić drobną zmianę. 

— Jaką? — zapytał Old Shatterhand. 

— Postanowiliśmy zjechać w wyschnięty bród i potem skierować się na prawo, dopóki 

nie dotrzemy do rzeki. Nijorowie zejdą do nas z wyżyny i wtedy z tyłu mogą ich zaatakować 

Nawajowie. Ale trzeba tak postąpić, żeby wróg nie zdążył użyć broni palnej — może kogoś z 

nas zastrzelić lub zranić. Wobec tego musimy od razu ich przekonać, że zginą, jeżeli wdadzą 

się w walkę. 

— Winnetou ma słuszność. Musimy mieć przy boku paru Nawajów, aby od razu dowieść 

Nijorom, że wpadli we własne sidła. 

— Tak też myślę — rzekł wódz Apaczów. 

—  Ale  tych  kilku  Nawajów  nie  powinno  przybyć  razem  z  riami,  raczej  muszą  nas 

oczekiwać na miejscu w ukryciu przed Nijorami. 

— Mój biały brat odczytał moje myśli. 

background image

51 

 

— Łatwo zgadnąć, jakie plany ma mój czerwony brat. Nijorów jest trzystu, podczas gdy 

Nawajów  będzie  sześciuset.  Wystaczy,  jeżeli  obsadzimy  tyły  wrogów  pięcioma  setkami 

wojowników, pozostała setka musi być tutaj, z wysokiego brzegu zejść do rzeki i podkraść się 

aż  do  ujścia  Zimowej  Wody.  Tam  wojownicy  schronią  się  do  zagajnika  i  będą  oczekiwać 

naszego przybycia. Kiedy przybędziemy i gdy tylko Nijorowie zechcą się na nas rzucić, setka 

owych wojowników wystąpi z ukrycia i przyłączy się do nas. To odniesie właściwy skutek; 

wrogowie będą oszołomieni, a tymczasem nasze posiłki liczące pięciuset wojowników będą 

miały dosyć czasu, aby wpaść na ich tyły. 

—  Tak  jest.  Przyznaję  słuszność  słowom  Old  Shatterhanda.  Nitsas-Ini,  mężny  wódz 

Nawajów,  niech  wybierze  setkę  wojowników.  Niech  bezzwłocznie  zaczną  się  skradać  do 

ujścia  Zimowej  Wody.  Następnie  pięciuset  pozostałych  odjedzie,  a  kiedy  tylko,  według 

naszego obliczenia, dotrą do swoich stanowisk, natychmiast stąd wyruszymy. 

Tak  się  też  stało.  Stu  Nawajów  ukryło  się  w  zaroślach,  aby  następnie  zejść  do  rzeki. 

Oczywiście nie mogli zabierać ze sobą koni — powierzyli ich wodze towarzyszom. Wkrótce 

potem i pozostałe wojsko Nawajów ruszyło w drogę. 

Kiedy  już  Nawaje  się  oddalili,  Old  Shatterhand  powtórnie  wyłożył  swój  plan 

wychodźcom w ich ojczystym języku, dotychczas bowiem rozmowy toczyły się po angielsku. 

Nawoływał ich do zachowania ostrożności i spokoju, ostrzegał przed zgubnymi następstwami 

najdrobniejszych wykroczeń. Naraz odezwała się pani Rozalia: 

— My wszyscy na pewno nie popełnimy nic takiego, ale znam jednego, który uplanował 

sobie głupi figiel. 

— Któż to? 

— Któż to? Jeszcze pan pyta! Kiedy mowa o głupich figlach, może pan chyba odgadnąć, 

kogo mam na myśli. Oczywiście kantora! Chciał mnie namówić do takiego samego głupstwa. 

Otóż zamierza w chwili, kiedy przybędziemy nad Zimową Wodę, skierować się na lewo. 

—  Do  piorunów!  Mógłby  przekreślić  wszystkie  nasze  plany!  Czy  to  prawda,  co  mówi 

pan Eberschbach? 

Pytanie było skierowane do kantora. 

— Tak — odpowiedział kantor półgłosem. 

— Chce pan bez zapytania obrać inny kierunek? Co pana do tego skłoniło? 

— Moja opera. 

—  Pana  opera!  A  więc  znowu  dla  zwariowanego  urojenia  chce  pan  nas  narazić  na 

niebezpieczeństwo! Dlaczego ta znakomita opera nasunęła panu ten pomysł? 

Kantor nie mógł .wykrztusić wyjaśnienia. Zamiast niego odezwał się Hobble-Frank: 

background image

52 

 

—  Wiem  dobrze,  jaki  zamiar  leży  u  podstaw  jego  planu.  Kantor  powiedział  mi 

poprzednio,  że  chciałby  uzyskać  dla  swej  heroicznej  opery  scenę  walki,  pojedzie  zatem  na 

lewo, aby Nijorowie nas spostrzegli i aby dzięki temu rozpętała się walka. 

Wszyscy byli wstrząśnięci okrutną lekkomyślnością kompozytora. 

— Straszliwy człowiek! — gniewał się Old Shatterhand. — Ale postaramy się, żeby nie 

mógł nam zaszkodzić. Nie pojedzie z nami. Zostanie tutaj. 

Kantor z oburzenia odzyskał mowę: 

—  Nie  pozwalam,  Mr  Shatterhand!  Nie  jestem  żołnierzem  ani  rekrutem,  który  musi 

słuchać rozkazów! 

— Usłucha pan. Zostanie pan tutaj pod nadzorem. 

— Ucieknę. 

— Pięknie! W takim razie zwiążemy pana. 

Tak  się  też  stało,  mimo  sprzeciwów  nieszczęsnego  kompozytora.  Należało  powierzyć 

komuś  nadzór.  Bankier  sam  się  zaofiarował,  ponieważ  nie  nęciło  go  spotkanie  z  Nijorami. 

Old Shatterhand zgodził się i surowo zakazał rozwiązywać kantora. 

Tymczasem  oddziały  Nawajów  skryły  się  za  horyzontem.  Należało  przypuszczać,  że 

niebawem staną u celu. Old Shatterhand zarządził wymarsz. 

Biali pokładali w Old Shatterhan-dzie i Winnetou bezgraniczne zaufanie. Obecność tych 

dwóch  ludzi  wyzwalała  w  nich  niebywałą  odwagę.  Old  Shatterhand  prosił  wszystkich  o 

beztroski  wyraz  twarzy,  a  zwłaszcza  o  to,  aby  nie  rzucali  lękliwych  spojrzeń  w  stronę 

ukrytych wrogów. 

Droga  oddziału  biegła  równolegle  do  rzeki,  więc  dojechano  do  Zimowej  Wody  pod 

kątem prostym. Sama Haw-kensa nie opuszczał dobry humor. Śmiał się głośno i prowokował 

innych  do  śmiechu,  pragnąc  w  ten  sposób  otumanić  wroga.  Przybywszy  na  brzeg  brodu, 

zaczęto zjeżdżać w dół w wyschnięte łożysko. Winnetou i Old Shatterhand jechali na czele. 

Uwadze  ich  przenikliwych  oczu  nie  mogło  ujść  nic,  chociaż  udawali,  że  jazda  w  wesołej 

kompanii rozprasza ich skupienie. 

Na lewo stało kilka głazów. Spoza jednego wyjrzała ostrożnie głowa Nit-sas-Ini. 

— Altso-ti — Jesteśmy tu — szepnął do przyjaciół i skrył się ponownie. 

Towarzystwo  skręciło  w  lewo  i  pojechało  wyschłym  łożyskiem  do  ujścia  Chelly.  Z 

prawej  i  lewej  strony  wznosiły  się  wysokie,  strome  skały,  a  na  przedzie  rwała  woda  rzeki 

Chelly. Na jej brzegu ciągnął się wąski, ale bardzo gęsty pas zarośli. Tutaj się zatrzymano. 

background image

53 

 

Old  Shatterhand  wpatrzył  się  uważnie  w  krzewy.  Trzasnęła  jakaś  gałązka  i  na  chwilę 

ukazała się ręka czerwono-skórego. A więc udało się wziąć wroga w kleszcze. 

Old  Shatterhand,  wskazując  na  kąt  między  skałą  nadbrzeżną,  a  jej  występem  z  lewej 

strony, rzekł: 

— Niech kobiety i dzieci ukryją się tutaj. Tam nic im nie może grozić. 

Wychodźcy usłuchali rozkazu. Oparła się tylko pani Rozalia. 

— Co? Ja miałabym się ukrywać? — rzekła. — Co pomyślą o mnie ci Indianie? 

Wyrwała strzelbę z ręki męża, złapała ją za lufę i groźnie wymachiwała kolbą nad głową. 

— Pst! Precz ze strzelbą! — ostrzegł Old Shatterhand. 

—  Nijorowie  obserwują  nas  i  mogą  z  tego  ruchu  domyślić  się,  że  spodziewamy  się 

rozprawy. Wkrótce nadbiegną z krzykiem i  wyciem.  Wtedy niech każdy  przyłoży broń, ale 

nie strzela. Jeżeli jednak groźba ich nie powstrzyma, trzeba będzie się bronić. W takim razie 

strzelajcie  na  moją  komendę,  ale  starajcie  się  oszczędzać  Indian  i  trafiać  w  nogi.  A  teraz 

siądźcie sobie na ziemi najspokojniej w świecie! 

Biali  usiedli  twarzami  zwróceni  w  stronę  łożyska  rzeki,  skąd  spodziewali  się  napadu 

Nijorów. 

Old  Shatterhand  i  Winnetou  stali  obok  siebie  i  na  pozór  beztrosko  gawędzili.  Łożysko 

wyschłej rzeki podczas dużych opadów wypełniało się wodą i unosiło mnóstwo głazów, które 

osadzały się w pobliżu ujścia. Głazy te mogły służyć za osłonę, należało się spodziewać, że 

skorzysta z niej awangarda Nijorów. 

Istotnie,  wkrótce  Winnetou,  przyjrzawszy  się  bacznie  jednemu  z  głazów,  rzekł  do  Old 

Shatterhanda:

 

— Za wielkim trójkątnym głazem kryje się nieprzyjaciel. Czy mój brat go dojrzał? 

— Tak. Widziałem, jak czołgał się do głazu. To sam wódz Mokaszi. 

— A więc nadeszła chwila. Czy mój brat nie sądzi, że lepiej nie czekać na ich natarcie? 

— Czy chcesz z nimi mówić? 

— Nie. Niech przemówi mój biały brat. Ty masz sztucer, który uważają za zaczarowaną 

broń. A zatem głos twój bardziej zaważy od mojego. 

— Dobrze. Zaczynamy!  

Półgłosem  wypowiedział  kilka  słów  w  kierunku  zagajnika,  gdzie  zaczaiła  się  setka 

Nawajów i potem rzekł do białych: 

— Nijorowie nadchodzą. Podnieście się i przyłóżcie strzelby do skroni! 

Postąpił kilka kroków naprzód i przygotowawszy sztucer do strzału, zawołał w kierunku 

głazu: 

background image

54 

 

— Czemu chowa się Mokaszi, wódz Nijorów, skoro chce nas odwiedzić? Może przybyć 

do nas otwarcie. Wiemy, że znajduje się tutaj wraz z trzema setkami swych wojowników. 

—  Uff,  uff!  —  rozległo  się  za  skałą  i  Mokaszi  podniósł  się.  —  Białe  psy  wiedzą,  że 

jesteśmy?  A  jednak  przybyły  tutaj?  Czyż  Wielki  Duch  spalił  im  mózgi,  że  tak  nieliczni 

ośmielają się stanąć do walki z nami? 

—  Czy  Mokaszi,  wódz  Nijorów,  stracił  wzrok?  Czyż  nie  widzi,  że  nasi  ludzie  stoją 

gotowi zastrzelić każdego wroga? I czy nie widzi zaczarowanej strzelby w mojej ręce? 

— Wpadniemy na Old Shatterhanda z takim impetem, że zdąży wystrzelić tylko dwa czy 

trzy  razy.  Zmiażdżą  go  strzały  moich  wojowników.  Biali  mają  do  wyboru  albo  się  poddać, 

albo zginąć w nurcie rzeki. Chyba widzą, że są otoczeni. 

Podniósł rękę wysoko — i na ten znak spoza wszystkich kamieni wyłonili się Nijorowie. 

Inni,  którzy  nie  znaleźli  miejsca  za  głazami,  szybko  przybiegli  z  wojennym  okrzykiem  na 

ustach.  Nie  rzucili  się  jednak  na  białych,  lecz  zatrzymali  za  swym  wodzem,  ponieważ 

Mokaszi również stał w miejscu. Znowu podniósł rękę i natychmiast wycie ucichło. Mokaszi 

zawołał do Old Shatterhanda: 

—  Białe  twarze  widzą,  że  będą  zgubione,  jeśli  zechcą  walczyć.  Rozwaga  nakazuje  się 

poddać. 

— My, nieliczni biali, nie lękamy się trzystu Nijorów. Na domiar tego nie przybyliśmy 

sami. Gdy Mokaszi podniósł rękę, ukazali się jego wojownicy. A teraz ja podniosę swoją. 

Na sygnał Old Shatterhanda natychmiast z zagajnika wyskoczyło stu Nawajów i ustawiło 

się w dwuszereg, kierując strzelby w Nijorów, którzy wydali okrzyk zgrozy. Żaden z nich nie 

śmiał skierować strzelby w białych. 

Zdali  sobie  sprawę  z  tego,  że  Nawajo-wie  ich  ubiegli,  dzięki  czemu  mają  znaczną 

przewagę; mogli bowiem wypalić w momencie, kiedy tylko Nijorowie podnieśliby broń. 

Old Shatterhand nakazał milczenie. 

— Czemu wódz Nijorów wciąż spogląda naprzód? Niech obejrzy się w tył! 

Mokaszi odwrócił się, a wojownicy w ślad za nim. Poprzednio zwrócili całą uwagę na to, 

co się działo przed nimi, teraz w odległości dwudziestu kroków od siebie zobaczyli pięciuset 

Nawajów,  którzy  zajęli  całą  szerokość  łożyska  w  ośmiu  lub  dziesięciu  rzędach.  Przed  nimi 

stał wódz i zawołał do Mokasziego: 

— Tu stoi pięciuset Nawajów, a przed wami stu oraz biali mężowie. Czy wódz Nijorów 

życzy sobie walki? 

background image

55 

 

Nijorowie  zawyli  z  przerażenia.  Dwukrotnie  liczniejsi  Nawajowie  z  łatwością  ich 

przekrzyczeli  —  okrzykiem  radości.  Old  Shatterhand  ponownie  nakazał  milczenie  i  rzekł 

podniesionym głosem: 

— Pytam Mokasziego, jak pytał go Nitsas-Ini, czy życzy sobie walki. Przeszło sześćset 

kuł przebye jego stłoczony tłum Nijorów. Ilu ujdzie z życiem? Żaden. 

Mokaszi przez długą chwilę spoglądał przed siebie ponuro, potem odrzekł: 

— Umrzemy. Ale każdy z nas-przy-najmniej zabije przedtem jednego Na-waja. 

—  Nie  wierzysz  w  swoje  własne  słowa.  Zanim  zdążycie  podnieść  wasze  strzelby,  my 

wszyscy  wypalimy.Czyście  oślepli  i  ogłuchli,  że  ani  nie  widzieliście,  ani  słyszeliście,  jak 

Winnetou i  ja zakradliśmy się wczoraj pqd wasz obóz? Siedziałeś ze starymi wojownikami 

pod skałą, w pobliżu brzegu,  a my leżeliśmy na  j  ej  wierzchołku.  Słyszeliśmy każde wasze 

słowo. Czy nie wiecie, jak trzeba być ostrożnym, gdy topór wojny został wykopany? 

—  Uff,  uff!  —  zawołał  zaskoczony  Mokaszi.  —  Old  Shatterhand  i  Winnetou  leżeli  na 

kamieniu, pod którym siedzieliśmy? 

—  Tak.  Słyszeliśmy,  jak  omawialiście  plan  zasadzki.  Po  co  porwaliście  się  na  ludzi,  o 

których  wiecie,  że  nie  lękają  się  wszystkich  wojowników  waszego  plemienia  razem 

wziętych?  

Mokaszi opuścił strzelbę i rzekł: 

— Wielki Manitou był przeciwko nam; nie chciał, abyśmy zwyciężyli. 

Old Shatterhand lub Winnetou niech  podejdą do mnie, aby ze mną walczyć. Kto z nas 

zabije przeciwnika, tego plemię ujdzie za zwycięzcę. 

— Czy łudzisz się, że zdołasz pokonać mnie albo Winnetou? Czy słyszałeś, aby któregoś 

z nas pokonano? Twoja propozycja nie zmieni waszego losu. Lecz nie jesteśmy zwolennikami 

przelewu krwi i dlatego chcemy uniknąć walki. 

—  Jak  możecie  tego  uniknąć?  Czy  przypuszczasz,  że  się  oddamy  na  waszą  łaskę  i 

niełaskę? 

— By najmniej, gdy ż tak nie poddaj ą się mężni, a Nijorowie są mężnymi wojownikami. 

Czy nie znasz Old Shatterhanda i  Winnetou, czy sądzisz, że chcą zgotować wam  i  waszym 

potomkom wieczną hańbę? 

Mokaszi odetchnął z ulgą i zapytał: 

—  W  takim  razie  w  jaki  sposób  można  uniknąć  walki,  aby  nasze  kobiety  i  dzieci  nie 

wytykały nas palcami? 

background image

56 

 

—  Zastanowimy  się  nad  tym.  Niech  podejdą  do  mnie  Mokaszi,  Nitsas-Ini  i  Winnetou. 

Mokaszi może zabrać ze sobą broń, gdyż nie poddał się jeszcze i musi uchodzić za wolnego 

człowieka. 

— Przyjdę. 

Podniósł strzelbę i podszedł do Old Shatterhanda i usiadł przy nim z godnością wodza. 

Biały  myśliwy,  Winne-,tou  i  Nitsas-Ini  również  usiedli.  Nitsas-Ini  musiał  przejść  przez 

szeregi  Nijorów.  Przepuścili  go  bez  słowa  gniewu,  chociaż  niektórzy  wodzili  za  nim 

posępnymi spojrzeniami. 

Teraz mogła się rozpocząć narada. Jej uczestnicy siedzieli może kwadrans w milczeniu, 

jak  wymagał  zwyczaj  indiański.  Każdy  był  pochłonięty  własnymi  rozważaniami.  Old 

Shatterhand i Winnetou wpatrzyli się uważnie w obu wodzów, pragnąc jak gdyby wyczytać 

ich  najtajniejsze  myśli.  Następnie  porozumieli  się  krótkimi  spojrzeniami  i  Winnetou  zagaił 

obrady: 

— Czterej wojownicy zeszli się tutaj dla układów. Który z nich ma mówić? 

Znowu przez chwilę trwało milczenie. Po czym odezwał się Nitsas-Ini: 

— Nasz brat Old Shatterhand nie chciał przelewu krwi, niech zacznie! 

— Howgh! — potwierdzili pozostali. 

Old  Shatterhand  również  przeczekał  chwilę,  aby  zaakcentować  swoje  słowa,  wreszcie 

przemówił: 

Moi bracia wiedzą, że jestem przyjacielem Indian.Cały kraj od morza do mor/ca należał 

do Indian, lecz oto przybył biały i odebrał im wszystko, przynosząc w zamian swoje choroby. 

Indianin  przeobraził  się  w  steranego  cierpieniami  nędzarza,  który  wkrótce  umrze.  Biały 

zgnębił  go  tym,  że  zasiał  niezgodę  i  że  podszczuwał  jedno  plemię  przeciw  drugiemu. 

Czerwoni  mężowie  byli  tak  niemądrzy,  że  tępili  się  wzajemnie  i  nie  zmądrzeli  dotychczas. 

Przecież dokonaliby wielkich czynów, gdyby zapomnieli o niesnaskach i rozważyli w duchu, 

że są jednak braćmi. Czy mam słuszność? 

— Howgh! — rozległo się dokoła. 

— Tak, mam słuszność, gdyż o prawdzie moich słów świadczy rozbrat panujący między 

dwoma szczepami Apaczów, którzy tępią na sobie topór wojny. Mój brat Nitsas-Ini niech mi 

powie, z jakiego powodu wyruszył przeciwko Nijorom? 

— Ponieważ wykopali przeciwko nam topór wojny. 

—  Dobrze.  A  teraz  niech  powie  mi  Mokaszi,  dlaczego  prowadził  swoich  wojowników 

przeciw Nawajom? 

— Ponieważ wykopali przeciwko nam topór wojny. 

background image

57 

 

—  Czy  nie  rozumiecie,  co  chcę  powiedzieć?  Pytałem  o  powody  zatargu,  ale  wy  nie 

mogliście ich wymienić; każdy z was podaje tylko fakt, że przeciwnik wykopał topór wojny. 

Czyż nie tak małe dzieci skaczą sobie do oczu dla kaprysu? 

Poczekał chwilę, po czym dodał: 

—  Mój  czerwony  brat  Nitsas-Ini  jest  nie  tylko  słynnym  i  mężnym  wojownikiem,  ale 

także  rozważnym  i  mądrym  władcą  swego  plemienia.  Zrozumiał,  że  czerwony  człowiek 

umrze,  jeśli  zasklepi  się  w  ciemnocie.  Dlatego  powziął  mądre  postanowienie.  Uczy  swego 

syna,  wysłał  go  za  morze,  aby  dowiedział  się,  jak  można  zamienić  pustynię  na  żyzny  kraj. 

Nitsas-Ini wie, że wojna pociąga za sobą tylko niedole, że szczęście można osiągnąć tylko w 

pokoju. Czyżby się naraz zmienił? Czyżby dzisiaj łaknął krwi swoich czerwonych współbraci? 

— Uff! Ufif! Nie życzę sobie tego! — zawołał Nawaj. 

—  Wiedziałem  o  tym.  Gdyby  było  inaczej,  nie  nazywałbym  się  dłużej  twoim 

przyjacielem i bratem Ale w czym zasmakował Mokaszi, wódz Nijo-rów? Wyruszył na wojnę 

bez  słusznej  przyczyny  i  nie  uzyskał  nad  wrogiem  najmniejszej  przewagi.  Musi  nawet 

przyznać, że w chwili obecnej znajduje się w opłakanej sytuacji. Czy zechce przyznać? 

— Howgh! — skinął Mokaszi, który zrozumiał intencję Old Shatterhanda. 

— A czy  człowiek roztropny w chwili takiego niebezpieczeństwa wciąż jeszcze będzie 

nastawał na życie swoich przeciwników, w których mocy się znajduje? 

— Nie. 

— Doskonale, jesteśmy jednomyślni. I Nitsas-Ini, i Mokaszi pragną zgody. Chodzi teraz 

tylko  o  to,  czyja  krew  się  przelała  i  jakiej  żąda  zemsty.  Czy  Mokaszi  stracił  jakiegoś 

wojownika i czy zatem pragnie pomsty? 

— Nie. 

— A więc pytam z kolei mojego brata Nitsas-Ini. 

— Khasti-Tine i jego towarzysze zginęli. 

— Czy z rąk Nijorów? 

— Nie. Z ręki białego, zwanego królem naftowym. 

— Czy za ich śmierć poszukujesz zemsty na Nijorach? 

— Nie. 

—  A  więc  jesteście  skwitowani.  Nierówność  polega  tylko  na  tym,  że  Nijorowie  są 

zamknięci  i  że  ich  krew  popłynie  na  pewno,  jeżeli  dojdzie  do  walki.  Jednak  Nitsas-Ini 

oświadczył,  że  nie  pragnie  przelewu  krwi.  Nijorowie  zaś  mają  w  swej  mocy  ośmiu 

wojowników  Nawajów.  Czy  tych  szans  nie  można  zrównać?  Nijorowie  wydadzą  jeńców,  a 

Nawaje otworzą potrzask. Wówczas zakopie się topór wojny z powrotem. Mam nadzieję, że 

background image

58 

 

moi bracia zgodzą się na moja propozycję... A teraz, jak myślicie, co należy uczynić? Chyba 

tylko to!  

Wyjął  zza pasa torebkę  z tytoniem,  zdjął ze sznurka fajkę pokoju,  napełnił ją i  położył 

przed sobą. Następnie zapytał Mokasziego: 

— Czy wódz Nijorów przystaje na moją propozycję? 

— Tak — brzmiała odpowiedź.  

Mokaszi był szczęśliwy, że uniknął kieski za tak niską cenę.  

— A co o tym powie wódz Nawajów? Nitsas-Ini nie zgodził się od razu:  

—  Propozycja  mojego  brata  Old  Shatterhanda  zapewnia  korzyść  Nrjorom.  Jeśli  moi 

wojownicy  ich  otoczyli,  łatwo  możemy  odbić  ośmiu  jeńców.  Wystarczy  tylko  wysłać  kilku 

ludzi do obozu Nijorów. Powiedz zatem, czy zyskujemy na twojej propozycji? 

Zapytam raczej, komu zawdzięczasz przewagę nad Nijorami? 

— Tobie i Winnetou — odparł Nitsas-Ini zgodnie z prawdą. 

— Tak, nam to zawdzięczasz. Nie chełpię się bynajmniej, chciałbym tylko cię skłonić do 

pobłażliwości w stosunku do twoich czerwonych braci. Co na to powie Winnetou? 

— Mówiłeś tak, jakbym to ja mówił — odparł Apacz. 

— A więc słowo ma Nitsas-Ini!  

Wódz  długim  spojrzeniem  zmierzył  szeregi  swoich  wojowników,  a  potem  bezładny 

oddział wrogów. Nie  chciało mu  się oczywiście  zrezygnować z tak ogromnej przewagi,  ale 

zaczął  się  w  nim  odzywać  dobrotliwy  wpływ  jego  białej  squaw  —  z  wojowniczego  wodza 

indiańskiego przemienił się w miłującego pokój i troskliwego ojca szczepu. Przez kilka chwil 

zwlekał z odpowiedzią, wreszcie oświadczył: 

— Mój brat Old Shatterhand ma słuszność. 

— I jesteś gotów wypalić kalumet z Mokaszim? 

— Tak. 

Old Shatterhand podniósł się, zwrócił w stronę Indian i zawołał: 

—  Niech  wojownicy  Nawajów  i  Nijorów  tutaj  skierują  spojrzenia,  aby  zobaczyć,  co 

postanowili ich wodzowie! 

Zapalił  tytoń i  wręczył  fajkę Nitsas-Ini,  który się podniósł,  wypuścił dym ku niebu, ku 

ziemi i na cztery strony świata, po czym zawołał głośno, aby wszyscy mogli go słyszeć: 

— Zakopiemy topory wojenne i wypalimy fajkę pokoju. Nijorowie wydadzą jeńców, po 

czym  staną  się  naszymi  braćmi.  Palę  i  mówię  w  imieniu  moich  wszystkich  wojowników. 

Znaczy to nie mniej niż gdyby sami wypalili kalumet. Powiedziałem. Howgh! 

background image

59 

 

Prawdopodobnie Nawaje nie bardzo byli zadowoleni z takiego rezultatu układów. Ciężko 

im  było  się  wyrzec  plonów  oczywistego  zwycięstwa.  Jednakże,  wychowani  w  żelaznej 

dyscyplinie, słuchali słów wodza bez szemrania. Kalumet jest dla Indian świętością. 

Nitsas-Ini  wręczył  fajkę  Mokasziemu,  który  także  się  podniósł,  pociągnął  sześć  razy  i 

oznajmił tak samo głośno jak Nitsas-Ini: 

—  Słuchajcie,  wojownicy  Nijorów  i  Nawajów,  topory  wojny  znów  są  zakopane. 

Mężowie  Nawajów  otworzą  pierścień,  w  którym  nas  zamknęli  i  stanąsię  naszymi  braćmi. 

Potwierdziłem słowa kalumetem, a więc stało się tak, jak gdyby każdy wojownik powiedział 

to  osobno  i  wypalił  fajkę  pokoju.  Howgh!  Najbardziej  zadowoleni  byli  Nijorowie.  Nie 

spodziewali  się  takiego  wyjścia  z  niebezpiecznego  położenia.  Old  Shatterhand  i  Winnetou, 

jako  świadkowie  układu,  musieli  również  pociągnąć  fajkę  pokoju,  choć  w 

milczeniu.Posiedzenie wodzów było zamknięte i wzajemny stosunek obu plemion zmienił się 

natychmiast.  Nawaje  zeszli  ze  swoich  stanowisk,  a  ponieważ  nad  rzeką  było  ciasno,  więc 

wszyscy  hurmem  udali  się  do  obozu  Nijorów,  aby  tam  uczcić  święto  pokoju  i  uwolnić 

jeńców. Winnetou, Old Shatterhand i Wolf z obowiązku poszli za wodzami, podczas gdy ich 

towarzysze zostali w wyschniętym łożysku rzeki. 

background image

60 

 

V. KARA 

 

Z ożywieniem rozprawiano o minionych wydarzeniach; zwłaszcza Frank i pani Rozalia 

toczyli żywy dialog, do którego czasami dorzucał swoje zdanie Adolf Wolf. Wkrótce jednak 

udał się do stryja. U brodu natrafił na Nawajów, którzy sprowadzili konie z ukrycia do obozu. 

Nitsas-Ini wydawał rozkazy, przy nim stali Winnetou i Old Shatter-hand. Nagle na krawędzi 

brodu ukazał się jeździec i zawołał: 

— Mr Shatterhand, dobrze, że pana widzę! Czy mogę zejść? 

— MrRollins!—odpowiedział zapytany. — Pan tutaj? Powinien pan zostać przy kantorze 

i czekać na gońca. Dlaczego pan opuścił stanowisko? 

— Zaraz panu powiem. Podjechał powoli, zeskoczył z konia i 

zawołał podniesionym głosem: 

— Bodaj by m tam nie został, ale pojechał z wami! Gdyby pan wiedział, co ja przeżyłem! 

— Co pan przeżył? Co się stało? 

— Rzecz straszna! Król naftowy znowu odebrał mi czek! 

— Król naftowy? Do pioruna! Niech pan szybko opowiada! 

Bankier zdał sprawę z przygody. 

—  Człowieku  —  krzyknął  Old  Shatterhand  —  postąpił  pan  chytrze,  bardzo  chytrze! 

Dlaczego pan nie zniszczył czeku? 

—  Tak,  ma  pan  rację.  Chciałem  zachować  go  na  pamiątkę,  teraz  gorzko  żałuję. 

Odzyskajcie ten blankiet, sir. Błagam pana! 

—  Tak  wiecznie  mamy  naprawiać  pana  błędy!  Czy  widział  pan,  w  jakim  kierunku 

pojechali bandyci? 

— Z prądem rzeki. Zawrócili z kierunku, skąd przybyliśmy. 

— A więc rzeczywiście jechali w ślad za Nawajami, aby napaść na Wolfa i odebrać mu 

przekaz. Przypadek im sprzyjał i ułatwił wykonanie zamiaru. Ile czasu już upłynęło? 

— Dosyć dużo. Kantor nie chciał mnie uwolnić. 

— A więc musimy ruszać czym prędzej. 

— Czy z prądem rzeki? — zapytał wódz Nawajów. 

— Tak, trzeba poszukać ich śladów, chociaż nie wątpię, że następnie pojechali przeciw 

prądowi. 

— Musieliby tędy przejechać! 

— Nie. Przeprawili się na drugi brzeg. 

— Uflf! Czy mój brat ma jakieś podstawy do takiego sądu? 

background image

61 

 

— Tak. Mają czek, a więc pragną czym prędzej dostać się do San Francisco. Muszą więc 

jechać do Colorado tą samą drogą, którą obrali, kiedy przybyli do waszego obozu. Natomiast 

nie mogli przejechać tędy, bo dowiedzieli się od kantora, że jesteśmy tutaj. Cofnęli się więc 

do  miejsca,  gdzie  wczoraj  obozowaliśmy,  po  czym  przeprawili  się  przez  rzekę.  Niech  mój 

czerwony brat powiedzie swoich wojowników wstecz, aż do miejsca, gdzie można przedostać 

się na drugi brzeg. Tam niech poszuka ich śladów i zobaczy, czy opuścili już to miejsce. 

— Na pewno opuścili! 

— Nie. Należy sądzić, że gdzieś się ukryli, aby śledzić przebieg walki. Mój brat musi tak 

szeroko obstawić drogę, aby nie mogli się przedostać. 

— A co uczyni Old Shatterhand? 

— Ja z Winnetou pojedziemy naprzód. Ich trop łączy się z naszym, więc trudno będzie 

go odczytać i dlatego wolelibyśmy sami udać się na poszukiwania. Musimy jednak zabrać ze 

sobą kilku wojowników. 

— Przecież posłałem wywiadowców na spotkanie tych psów! Chyba ich nie spostrzegli. 

—  Może  złoczyńcy  ich  zabili.  Niech  mój  czerwony  brat  nie  zwleka,  niech  jedzie 

natychmiast. 

Nad brodem znów ukazał się jeździec. To kantor nadjeżdżał w błogim poczuciu swojej 

niewinności. 

— Wracam — rzekł dobrodusznie. 

— Bardzo nas cieszy, że pana w widzimy, odpowiedział z goryczą Old Shatterhand. — 

Zwiążemy pana ponownie. 

— Nie ścierpię tego. Veto . Nie ma pan nade mną żadnej władzy. 

— Zaraz się przekonamy, sir. 

Szepnął  do  Nawajów  kilka  słów,  których  kantor  nie  zrozumiał.  Wzięli  go  w  obroty, 

odwiedli na stronę mimo sprzeciwów, rzeczywiście związali i niezbyt życzliwie wypisali mu 

na skórze wszystkie jego grzeszki. 

Wkrótce  potem  Nitsas-Ini  popędził  wraz  z  dwudziestoma  jeźdźcami  w  górę  rzeki. 

Mokaszi  przyłączył  się  do  niego  z  oddziałem  Nijorów.  Winnetou,  Old  Shatterhand  i  Sam 

Hawkens  pojechali  wraz  z  dziesięcioma  Nawajami  z  prądem  rzeki.  Z  trudem  uproszono 

innych westmanów, aby pozostali w obozie. 

Wychodźcy siedzieli jeszcze nad wodą, była między nimi biała sąuaw wodza. Mówili o 

swojej  przyszłości  i  o  planach.  Wkrótce  przyłączył  się  do  nich  Wolf.  Biała  żona  Nitsas-Ini 

rzekła do Wolfa: 

background image

62 

 

— Mówimy o przyszłości naszych rodaków. Przybyli tutaj jako osadnicy. Nie posiadają 

środków,  mają  je  tylko  Eberschbachowie,  jedyni  z  nich  majętni  i  chcą  dopomóc  innym. 

Rozmówię się w tej sprawie z moim mężem. 

— To zbyteczne — uśmiechnął się Maitso. 

— Dlaczego? 

— Ponieważ ja już rozmawiałem. 

— I co oświadczył? 

— Pragnie zgotować pani radość i zatrzyma tych białych na swoich ziemiach. 

— Pięknie! To mnie nadzwyczajnie cieszy! Jakże pan sobie wyobraża ich przyszłość? 

— Bardzo prosto. Dostaną w podarunku ziemię. Starczy jej, starczy lasu, pastwisk i pól. 

Następnie  udamy  się  do  Guayalote  lub  La  Tinajo,  gdzie  kupimy  narzędzia.  Postaramy  się 

także o konie i bydło. Wszyscy nasi mężowie i wszystkie nasze kobiety pomogą im budować 

chaty. Słowem, prędko tu osiądą. Widzę tylko jedną trudność. 

— Trudność? Istotnie? — spytała zaniepokojona. 

—  Tak,  istotnie,  wielką  trudność  —  uśmiechnął  się  Wolf.  —  Cóż  z  tego,  że  ich 

obdarzymy, jeśli nie zechcą przyjąć tych darów? 

Pytanie  było  skierowane  do  wychodźców.  Rozumie  się,  że  odpowiedzieli  radosnym 

„tak".  Pani  Rozalia,  którą  natura  obdarzyła  elokwencją,,  uścisnęła  białą  sąuaw,  podała  rękę 

Wolfowi i zawołała: 

—  No,  niech  mi  teraz  ktoś  powie,  że  Indianie  są  gorsi  od  naszych  wykształconych 

inteligentów! U nas to nigdy i nigdzie nikt nikomu nic nie dał! Odtąd jestem z Indianami, a 

nie  z  białymi.  Mam  nadzieję,  że  kantor  nie  zechce  z  nami  zostać.  Smutne  byłoby  to  nasze 

szczęście! 

— Nie, zabierzemy go ze sobą do La Tinajo — zapewnił Wolf. — Ten pechowiec może 

nas  tylko  narazić  na  nieszczęście.  Spodoba  się  wam  u  nas.  Snujemy  tu  wielkie  plany 

zagospodarowania  tych  ziem,  przybyliście  w  samą  porę.  Tym  poniekąd  tłumaczy  się  nasza 

wspaniałomyślność.  Szi-So  i  mój  bratanek  mają  doprowadzić  do  końca  dzieło,  które  my 

rozpoczęliśmy.  Chcemy  dowieść,  że  czerwonoskóry  jest  równy  białemu.  Ale  chwileczkę, 

patrzcie!  Co  tam  się  dzieje  na  przeciwległym  brzegu  rzeki?  Brzmiało  to  jak  śmiertelny 

okrzyk! Czyżby król naftowy i jego towarzysze wpadli w ręce naszych ludzi?... 

Król  naftowy  oraz  jego  towarzysze,  zgodnie  z  przypuszczeniami  Old  Shat-terhanda, 

dojechali  do  poprzedniego  obozowiska  Nawajów  i  tam  przeprawili  się  na  drugi  brzeg. 

Chociaż  spieszno  im  było  do  Colorado,  postanowili  się  przekonać,  które  plemię  odniesie 

background image

63 

 

zwycięstwo.  Zostali  więc  nie  opodal  brzegu  i  znaleźli  miejsce,  skąd  niepostrzeżenie  mogli 

śledzić przebieg zdarzeń. 

Musieli nadłożyć drogi i dlatego przybyli na miejsce za późno. Wynik, to znaczy pokój, 

był  już  faktem  dokonanym.  Indianie  wycofali  się  na  górę  do  obozu,  gdzie  ich  nie  mogli 

dojrzeć złoczyńcy. Zobaczyli tylko białe kobiety i mężczyzn gwarzących sobie nad Zimową 

Wodą.  Przekonani,  że  rozstrzygnięcie  jeszcze  nie  nastąpiło,  zostali  dłużej  niż  nakazywał 

wzgląd na bezpieczeństwo. Nie przeczuwali, że Old Shatterhand już ich tropi, że Nit-sas-Ini, 

Mokaszi i czterdziestu wojowników zagrodziło im drogę. 

Jak już wspomnieliśmy, Buttler i król naftowy postanowili korzystać z usług Pollera do 

czasu, a następnie pozbyć się go na zawsze. Nie ustalili, kiedy to ma nastąpić, wobec czego 

szukali okazji do rozmówienia się na osobności. Jednak Poller nie był złym obserwatorem i 

zwietrzył niebezpieczeństwo. Podejrzenie wzrosło, kiedy obaj wspólnicy przestępstwa nagle 

się oddalili. Poller przysunął  się do nich ukradkiem, dzieliły ich zaledwie dwa kroki.  Przez 

jakiś czas nic nie rozumiał, ale niebawem król naftowy podniósł nieco głos: 

—  Teraz  jest  najlepsza  okazja.  Zgładzimy  go  znienacka  nożem.  Kiedy  znajdą  go  biali, 

pomyślą, że zamordowali go Indianie. 

Poller był tak rozgoryczony, że rezygnując z ostrożności, podniósł się nagle i stanął przed 

nimi twarzą w twarz. 

— Ach tak, chcecie mnie zgładzić! — huknął. — Czy to podziękowanie za... 

Nie zdążył  dokończyć. Jedno ostatnie spojrzenie i  Grinley  chwycił Pollera za  gardło,  a 

Buttler  przebił  mu  pierś  nożem.  Ofiara  zdołała  wydać  tylko  śmiertelny  okrzyk.  Złoczyńcy 

ograbili i opuścili trupa. Przez godzinę jeszcze obserwowali wychodźców nad Zimową Wodą. 

Nie zdarzyło się nic ciekawego, więc w końcu skoczyli na siodła i trzymając wolne konie 

za uzdy, pomknęli przez równinę. 

Pięć minut później nadjechał Old Shatterhand z towarzyszami. Przezwyciężyli wszystkie 

trudności i jechali śladem łotrów aż do tego miejsca. Zobaczyli odciski stóp i zwłoki ludzkie. 

— Mój Boże, to Poller! — krzyknął przerażony Shatterhand. — Zamordowali kompana, 

aby się go pozbyć. Nie żyje i dostał już swoją zapłatę! Stąd też nas obserwowali... 

— Niech mój brat nie zwleka! — przerwał Winnetou. 

— Odjechali przed niespełna pięcioma minutami. Na koń! 

Dopadli  wierzchowców  i  pogalopowali  w  ślad  za  obu  mordercami.  Dziesięć  minut 

później  zobaczyli  ich  przed  sobą  na  równinie.  Buttler,  obejrzawszy  się  przypadkowo, 

zauważył prześladowców. 

background image

64 

 

— Na miłość Boską, Old Shatter-hand i Winnetou z białymi i Indianami! — zawołał. — 

Szybko, szybko, w cwał! 

Spięli konie ostrogami, ale prześladowcy zbliżali się coraz bardziej. 

-  Dogonią  nas!  —  krzyknął  król  naftowy.  —  Nie  ujdziemy...  Musimy  wjechać  do 

zagajnika! 

Skierowali się na lewo do zagajnika, który klinem wbijał się w równinę. W tym samym 

zagajniku zamordowali przedtem wywiadowców Nawajów. 

Tymczasem  Nitsas-Ini  obsadził  wojownikami  całą  równinę.  Ponieważ  jednak  ścigani 

mogli  umknąć  pod  osłoną  nadbrzeżnych  drzew,  więc  na  czele  kilku  wojowników  podążył 

pieszo ku rzece. Prowadziły stamtąd do zagajnika świeże jeszcze ślady. Idąc za nimi, Nitsas-

Ini natrafił na ciała zabitych wywiadowców. 

Straszliwa  złość  ogarnęła,  wodza.  Nagle  usłyszał  tętent  kopyt.  Pomknął  ze  swoimi  na 

skraj zagajnika i zobaczył bandytów uciekających przed pościgiem. Kilka śmiałych susów i 

znalazł się przy nich. Po chwili siedział już w siodle króla nafty. 

— Zemsta za Khasti-Tine! — krzyknął, zrywając Grinleyowi kapelusz z głowy. — Twój 

skalp należy do mnie! 

Zanim przerażony Grinley zdążył się przeciwstawić, ostry nóż wśliznął się pod skórę na 

jego czaszce. 

Nitsas-Ini odrzucił broń i trzymając lewą ręką nieszczęsnego za gardło, prawą zerwał mu 

z głowy podciętą skórę. 

Król  naftowy  zawył  przeraźliwie.  Buttler,  który  tymczasem  wyprzedził  go  o  kilka 

kroków,  obejrzał  się  z  lękiem  i  zobaczył,  jak  rumak  brata  słania  się  pod  ciężarem  obu 

jeźdźców.  Przyłożył  strzelbę,  wycelował  w  Nitsas-Ini  i  wypalił.  Jednak  w  tej  samej  chwili 

skalpowany Grinley z bólu i strachu poruszył się tak, że kula ugodziła go śmiertelnie w szyję i 

sekundę później runął na ziemię. 

— Schwytajcie drugiego! — zawołał wódz. — Umrze przy palu! 

Buttler  usłyszał  straszliwą  groźbę.  Wiedział,  że  jest  zgubiony.  Stracił  już  nadzieję  na 

ratunek. Z krzykiem rozpaczy i wściekłości wyrwał nóż zza pasa i wbił go sobie głęboko w 

pierś. Martwy, spadł z konia. 

Kiedy nadjechali Old Shatterhand i Winnetou, zastali Nitsas-Ini stojącego nad trupami. 

— Szkoda — powiedział wódz — poszło za prędko! 

—  Weźcie  naszych  zamordowanych  braci  i  przywiążcie  ich  do  koni.  Pogrzebiemy  ich 

jako dzielnych synów Nawajów na górze, gdzie obozujemy. A te białe psy niech zostaną na 

miejscu i niech rozszarpią je sypy' 

background image

65 

 

Jednak Sam Hawkens szepnął do Old Shatterhanda: 

—  Wrócimy  tu  później  ukradkiem  i  pogrzebiemy  ich,  jeśli  się  nie  mylę.  Byli  to  co 

prawda przestępcy, ale przecież to ludzie. 

Milczące skinienie głowy świadczyło, że Old Shatterhand podziela sąd Hawkensa. 

Wkrótce  nadciągnęli  pozostali  Indianie.  Niebawem  oddział  wraz  z  dwoma  trupami 

przeprawił  się  przez  rzekę  i  wrócił  do  obozu.  Widok  zabitych  zmienił  ucztę  radości  i 

pojednania w stypę. Rozległy się posępne dźwięki pieśni żałobnych, a przed wieczorem już 

dwie kamienne mogiły wznosiły się nad poległymi Nawajami. 

Plemiona  Nawajów  i  Nijorów  rozjechały  się  po  dwóch  dniach.  Biali  wyruszyli  wraz  z 

Nawajami do Rio de Cha-co, do siedziby plemienia. 

A co nastąpiło potem? 

Można  o  tym  napisać  całe  księgi.  Nitsas-Ini  dotrzymał  słowa.  Cztery  rodziny 

wychodźców otrzymały wszystko, co im przyrzekł Wolf nad ujściem Zimowej Wody. Żyli w 

wiecznej zgodzie z Indianami. 

Westmani  bawili  u  nich  przez  dłuższy  czas,  wspomagali  ich  radami  i  uczynkami.  Po 

rozstaniu, wyruszyli do Kalifornii. Była to podróż pełna przygód. W San Francisco nastąpiło 

pożegnanie  z  Ciotką  Droll  i  Hobble-Frankiem,  którzy  poczuwali  się  w  obowiązku 

odprowadzenia kantora emeritusa do domu. Przy pożegnaniu Sam Hawkens zapytał ich: 

— Kiedy was znowu ujrzymy, wielcy bohaterowie Dzikiego Zachodu, hi-hihihi? 

— Kiedy się poprawisz, stary żartownisiu — odpowiedział Hobble-Frank. — Przyślij mi 

do mojej willi Niedźwiedzie Sadło list, kiedy skonstatujesz w sobie psychologiczną poprawę, 

a wtedy wrócę do was monumentalnie! 

A  dwunastoaktowa  opera  heroiczna?  Kiedy  tylko  będą  gotowe  pierwsze  trzy  akty, 

niezwłocznie zawiadomię o tym Czytelników...