background image

PROLOG
Noc sylwestrowa, Boston
— Zaliczam si

ę

 do tych ciekawskich, chłopcy, a ciekawscy nie szcz

ę

dz

ą

 innym pyta

ń

. Wi

ę

dlaczego wy trzej siedzicie tutaj na tych taboretach, zamiast szale

ć

 tam na parkiecie? — Fred, 

t

ę

gi barman o rumianych policzkach, wskazał r

ę

k

ą

 w gł

ą

b sali, gdzie sylwestrowe towarzystwo 

bawiło si

ę

 w najlepsze. — Mo

Ŝ

e ty mi odpowiesz

— zwrócił si

ę

 do ciemnowłosego m

ęŜ

czyzny po trzydziestce, siedz

ą

cego na wprost.

— Win

ę

 za to ponosz

ą

 kobiety i jeszcze raz kobiety

— odparł Tristan Talbot, a jego dwaj przyjaciele z college”u na znak pełnej aprobaty odstawili 
gestem abstynentów smukłe kieliszki z szampanem.
Chyba nie zamierzasz mi wmówi

ć

Ŝ

e trzech takich przystojniaków jak wy nie mogło poderwa

ć

 

sobie na t

ę

 noc trzech fajnych dziewczyn? Nigdy w to nie uwierz

ę

.

— Ale taka jest prawda. Trzech całkiem dorzecznych facetów zostało na t

ę

 noc z pustymi 

r

ę

kami — potwierdził Tristan z samokrytycznym u

ś

miechem. — Och, te kobiety. Na swoje 

wytłumaczenie mam jedynie to, 

Ŝ

e nie jestem z Bostonu.

— Ja równie

Ŝ

 jestem nietutejszy. Byłem umówiony, niestety, nie wypaliło — powiedział tonem 

usprawiedliwienia Alec McCord, wysoki blondyn o atletycznej sylwetce, charakterystycznej dla 
baseballisty.
— Innymi słowy, ona nie zjawiła si

ę

 o okre

ś

lonej porze w okre

ś

lonym miejscu — u

ś

ci

ś

lił 

Nicholas Santiago, ostatni z trójki przyjaciół, po czym przeczesał palcami swoje g

ę

ste 

jasnobr

ą

zowe włosy.

— W rezultacie zamiast miłosnych przygód mamy siebie, chłopcy — podsumował Tristan, nie 
kryj

ą

c ironii.

Alec przywdział teatraln

ą

 min

ę

 nieszcz

ęś

liwca, która uwydatniła dołki na jego policzkach.

— Wci

ąŜ

 do mnie nie dociera, 

Ŝ

e sp

ę

dzam sylwestra na stołku przy barze z dwoma facetami. 

Czy

Ŝ

 mo

Ŝ

na ni

Ŝ

ej upa

ść

?

— Jedyna pociecha, 

Ŝ

e nie jest to najgorszy z barów

— zauwa

Ŝ

ył Fred nie bez pewnej dozy zawodowej dumy i napełnił musuj

ą

cym winem puste 

kieliszki klientów.
M

ęŜ

czy

ź

ni unie

ś

li je jak na komend

ę

.

— Za nadchodz

ą

cy rok! — Alec wzniósł toast. — Oby

ś

my na naszej drodze spotykali tylko 

samotne kobiety, spragnione bli

Ŝ

szych kontaktów z przystojniakami, za jakich uwa

Ŝ

a nas 

niejaki Fred, barman z Bostonu.
Kieliszki stukn

ę

ły o siebie z krystalicznym brz

ę

kiem.

— Za kobiety spragnione miło

ś

ci — dorzucił Tristan.

— Powinni

ś

my raczej powiedzie

ć

: „Za kobiety, których wyobra

Ŝ

enie o miło

ś

ci pokrywa si

ę

 z 

naszym” — dodał swoje trzy grosze Nick.
Głowy jego przyjaciół opadły do przodu. Było to co

ś

 w rodzaju potwierdzaj

ą

cego kiwni

ę

cia.

— W ka

Ŝ

dej sytuacji odzywa si

ę

 w nim pedantyczny prawnik — skomentował Alec.

— Powiem wam prawd

ę

 — powiedział Fred i podniósł palec niczym biblijny prorok. — 

Ś

wiat 

jest czym

ś

 w rodzaju parkietu, a baby nam mówi 

Ŝ

e ju

Ŝ

 nie prowadzimy w tym ta

ń

cu. — W 

jego słowach przebijała pewno

ść

 siebie człowieka, który przez trzydzie

ś

ci pi

ęć

 lat przygl

ą

dał 

si

ę

 ludziom zza barowego kontuaru.

Tristan zrobił skwaszon

ą

 min

ę

.

— Co tu mówi

ć

 o prowadzeniu! One, podejrzewam, nawet nas nie chc

ą

 widzie

ć

 na tym 

parkiecie.
— Czasy zmieniaj

ą

 si

ę

, to pewne — o

ś

wiadczył Nick filozoficznie. — Gdy który

ś

 z nas umawia 

si

ę

 z dziewczyn

ą

 i ona nie przychodzi, to bardzo zły znak dla całej reszty rodzaju m

ę

skiego.

- E, tam. Nie ma czego 

Ŝ

ałowa

ć

 - powiedział Alec.

— Mam ju

Ŝ

 do

ść

 kobiet, które tylko dlatego lgn

ą

 do mnie, 

Ŝ

e co

ś

 znacz

ę

 w baseballu.

— A ja z kolei mam do

ść

 tych, które przychodz

ą

 na randk

ę

 tylko po to, by udowodni

ć

 własn

ą

 

wy

Ŝ

szo

ść

 nad m

ęŜ

czyzn

ą

 — rzekł Tristan. — Chocia

Ŝ

, istniej

ą

 mo

Ŝ

e i inne kobiety, którym 

zale

Ŝ

y bardziej na uczuciach, ni

Ŝ

 na rozgniataniu partnerów czubkiem zamszowego 

pantofelka.
— Problem tylko jak je znale

źć

 — zauwa

Ŝ

ył Nick.

— Zawsze mo

Ŝ

na da

ć

 ogłoszenie — rzucił Fred od niechcenia. — Wiecie, w rubryce 

matrymonialnej...
— Nie miewasz lepszych pomysłów?
— Ja miałbym zni

Ŝ

y

ć

 si

ę

 do czego

ś

 takiego?

Jedynie Alec nie zlekcewa

Ŝ

ył pomysłu Freda.

— Rzecz, nad któr

ą

 warto si

ę

 zastanowi

ć

 — powiedział, cedz

ą

c sylaby.

Słysz

ą

c takie blu

ź

nierstwo, Tristan i Nicholas głucho j

ę

kn

ę

li.

— Przypominam, 

Ŝ

e college mamy ju

Ŝ

 za sob

ą

 — odezwał si

ę

 Tristan. — Nie b

ę

dziemy 

background image

chwyta

ć

 si

ę

 takich rozpaczliwych sposobów.

- Aco złego widzisz w niewinnym prasowym ogłoszeniu? — zapytał Alec.
— Jeden ze stałych bywalców tego lokalu — wtr

ą

cił Fred — trafił t

ą

 metod

ą

 w dziesi

ą

tk

ę

. Dał 

anons, spotkał si

ę

 z szałow

ą

 babk

ą

, by na drugi dzie

ń

 nazwa

ć

 to spotkanie najbardziej 

fantastyczn

ą

 randk

ą

 swojego 

Ŝ

ycia.

Alec bawił si

ę

 swoim kieliszkiem.

— Upojna noc w zamian za dwie linijki w gazecie pe
titem.
— To dobre dla studenterii — powtórzył Tristan ze wzgardliw

ą

 min

ą

.

— A i to niekoniecznie. Pomy

ś

lcie, gdyby

ś

my robili to przedtem w college”u, który z nas 

sko

ń

czyłby na jednej fantastycznej randce? — zapytał Nick.

— Pan Podrywalski, czyli ja, na pewno by nie sko

ń

czył — o

ś

wiadczył Tristan tonem 

zadufanego w sobie podrywacza. Najwidoczniej wypity szampan robił swoje.
Alec i Nick wybuchli

ę

li 

ś

miechem.

— Pan podrywalski! To było dobre w bosto

ń

skim college”u, ale teraz? — powiedział Alec. — 

Nadal uwa

Ŝ

asz, 

Ŝ

e erotyczne podboje kosztuj

ą

 mniej wysiłku ni

Ŝ

 wypicie coca-coli?

Tristan zachichotał.
— Tak czy inaczej, nie pisz

ę

 si

ę

 na to ogłoszenie.

— A ja my

ś

l

ę

Ŝ

e powinni

ś

my da

ć

 sobie t

ę

 szans

ę

 — powiedział Mec. — Niebawem 

Walentyflki. Niech ka

Ŝ

dy z nas zamie

ś

ci anons odpowiedniej tre

ś

ci i zobaczymy, któremu 

dopisze szcz

ęś

cie. Chyba 

Ŝ

e pan Podrywalski boi si

ę

 tego rodzaju nowych wyzwa

ń

?

— Czy kiedykolwiek przyłapałe

ś

 mnie na tchórzostwie?

— W porz

ą

dku, wchodzisz do gry. Pozostaje nam tylko ustali

ć

 szczegóły.

— Chwileczk

ę

, jeszcze nie wyraziłem swej zgody — zaoponował Nick.

— Nie wygłupiaj si

ę

. T

ń

s i ja zrobili

ś

my szmat drogi, by sp

ę

dzi

ć

 z tob

ą

 t

ę

 noc sylwestrow

ą

. Nie 

mo

Ŝ

esz wystawi

ć

 nas do wiatru.

— Kiwnij łbem, chłopie, i b

ę

dzie wszystko jak dawniej — dodał Tristan, daj

ą

c znak barmanowi, 

by otwierał kolejn

ą

 butelk

ę

 szampana.

— Mam przeczucie, 

Ŝ

e gorzko b

ę

d

ę

 tego 

Ŝ

ałował — rzekł Nick, rozkładaj

ą

c r

ę

ce.

Tristan wzniósł kieliszek.
— A teraz najwa

Ŝ

niejszy toast. Za kawalerów 

ś

wi

ę

tego Walentego! Niech czternastego lutego 

rusz

ą

 do boju i niech — tu dramatycznie zawiesił głos 

— wygra najlepszy.

Zew Twego serca
Elise Title

Sobowtór Kevina Costnera,
ostatni z wielkich romantyków, który
kocha jazd

ę

 konn

ą

, ksi

ęŜ

ycowe noce na pokładzie

swojego jachtu oraz skoki bungee,
poszukuje idealnej Walentynki.
Musi by

ć

 pi

ę

kna, odwa

Ŝ

na i niezale

Ŝ

na,

a nawet lekko zwariowana.
Poczucie humoru — obowi

ą

zkowe. Je

ś

li jeste

ś

 moj

ą

Walentynk

ą

, obiecuj

ę

Ŝ

e zabior

ę

 ci

ę

 na randk

ę

,

która potrwa przez całe 

Ŝ

ycie.

A poza tym... wszystko mo

Ŝ

e si

ę

 zdarzy

ć

.

Zew Twego serca

ROZDZIAŁ PIERWSZY

— Przepraszam, 

Ŝ

e przeszkadzam, panie Santiago. My

ś

lałam, 

Ŝ

e wyszedł ju

Ŝ

 pan do biura.

Nicholas Santiago wlepiał wzrok w kartk

ę

 le

Ŝą

c

ą

 na jego wielkim, zakurzonym, d

ę

bowym 

biurku. Nagle 

ś

ci

ą

gn

ą

ł brwi. Emma, my

ś

l

ą

c, 

Ŝ

e to z jej powodu, szybko przeprosiła jeszcze 

raz. Wtedy uniósł wzrok znad kartki, w któr

ą

 tak intensywnie si

ę

 wpatrywał.

— Słucham? — zapytał z roztargnieniem.
— Mówiłam, 

Ŝ

e nie chc

ę

 panu przeszkadza

ć

.

Jego twarz złagodniała. Spojrzał z u

ś

miechem sympatii na Emm

ę

, pulchn

ą

, siwowłos

ą

 

kobiet

ę

, która była jego gospodyni

ą

 od czasu, gdy rozwiódł si

ę

 cztery lata

background image

temu.
— Nie przeszkadzasz mi, Emmo. — Podniósł kartk

ę

 z biurka i machn

ą

ł ni

ą

 w powietrzu. — To 

przez to. Nie mog

ę

 uwierzy

ć

Ŝ

e napisałem co

ś

 tak głupiego.

— Och, jestem pewna, 

Ŝ

e co

ś

, co zostało napisane przez pana, nie mo

Ŝ

e by

ć

 głupie, panie 

Santiago — zaprotestowała Emma. Nie ona jedna wiedziała, 

Ŝ

e jej pra

codawca jest znakomitym prawnikiem, 

Ŝ

e odniósł ju

Ŝ

 w swej karierze wiele sukcesów, 

zwłaszcza jako specjalista od rozwodów. Ceniła go za to i podziwiała, a jeszcze bardziej 
imponował jej fakt, 

Ŝ

e Nicholas nie szukał rozgłosu i cenił sobie dyskrecj

ę

.

Szczególnie od czasu własnego rozwodu.
— Ty zawsze wiesz, jak podtrzyma

ć

 mnie na duchu, Emino — powiedział Nick z czaruj

ą

cym 

u

ś

miechem, a ona po raz kolejny zdumiała si

ę

, dlaczego tak bystry, przystojny i poci

ą

gaj

ą

cy 

m

ęŜ

czyzna nie znalazł sobie do tej pory drugiej 

Ŝ

ony i dlaczego jego była 

Ŝ

ona odeszła od 

niego, zostawiaj

ą

c dwójk

ę

 dzieci.

— Mog

ę

 pó

ź

niej zetrze

ć

 kurze, je

ś

li pan woli — powiedziała.

— Nie, ju

Ŝ

 wychodz

ę

 — odparł Nick i spojrzał na zegarek. — Cholera — zakl

ą

ł — za 

dwadzie

ś

cia minut musz

ę

 by

ć

 w s

ą

dzie. Całkiem straciłem głow

ę

.

— Nic podobnego. — Emma u

ś

miechn

ę

ła si

ę

. — Jest tam gdzie zwykle, na paiskiej szyi, 

panie Santiago.
— Dobrze by było... — odwdzi

ę

czył si

ę

 jej u

ś

miechem, po czym popatrzył na ni

ą

 zakłopotany. 

— Czeka mnie... hm... małe zamieszanie w ten weekend — oznajmił i potarł dło

ń

mi skronie.

Jego czaszka wci

ąŜ

 pulsowała potwornym bólem. Upił si

ę

 wczoraj jak nigdy dot

ą

d i dr

ę

czył go 

teraz kac, wyrzuty sumienia i wszystkie inne plagi, które nawiedzaj

ą

 człowieka, gdy otrz

ąś

nie 

si

ę

 ju

Ŝ

 z alkoholowego zamroczenia. Z przera

Ŝ

eniem my

ś

lał zwłaszcza o tym, co te

Ŝ

 robił i co 

si

ę

 z nim działo po fakcie, kiedy wypił o tego jednego drinka za du

Ŝ

o.

Znów spojrzał na pospiesznie naskroban

ą

 notk

ę

, le

Ŝą

c

ą

 na biurku. Co, u diabła, przyszło mu 

do głowy, by napisa

ć

 ogłoszenie matrymonialne? I to tak idiotyczne! Odpowied

ź

 była prosta: 

nic nie przyszło mu do głowy, jego głowa była kompletnie i beznadziejnie pusta.
Pokr

ę

cił ni

ą

 teraz, podniósł ogłoszenie, zwin

ą

ł je w nilonik i rzucił przez pokój w stron

ę

 

wiklinowego kosza na 

ś

mieci, który stał wprzeciwległym rogu. Tram. Doskonały strzał. 

Zupełnie jak za dawnych, dobrych czasów, kiedy grał w koszykówk

ę

 w Boston Co]lege. 

Przynajmniej w tej dyscyplinie trzymam form

ę

, pomy

ś

lał kwa

ś

no.

Posłał gospodyni kolejny u

ś

miech, wło

Ŝ

ył klasycznie skrojony, granatowy garnitur i poprawił 

modny krawat w czerwono-niebieskie paski. Zwracaj

ą

c wzrok w kierunku kosza, powiedział:

— Ju

Ŝ

 dobrze, Emmo. Teraz wszystko wróciło na swoje miejsce.

Spojrzała na niego nieco zdezorientowana, lecz on nie dostrzegł jej zmieszania.
— Czy dzieci wyszły ju

Ŝ

 do szkoły? — zapytał.

— Ethan wybiegł dwadzie

ś

cia minut temu. Miał do pana zajrze

ć

Ŝ

eby si

ę

 po

Ŝ

egna

ć

, ale uznał 

widocznie, 

Ŝ

e pan ju

Ŝ

 wyszedł. Annie wci

ąŜ

 ma gor

ą

czk

ę

, wi

ę

c pomy

ś

lałam, 

Ŝ

e powinna 

zosta

ć

 w domu. Chyba, 

Ŝ

e pan my

ś

li inaczej...

Emma nie lubiła nadu

Ŝ

ywa

ć

 swojego autorytetu. Mimo 

Ŝ

e sp

ę

dziła w domu Nicholasa 

Santiago ostatnie cztery lata, a dla dziesi

ę

cioletniego Ethana i czternastoletniej Annie była 

niczym rodzona babcia, uwa

Ŝ

ała, 

Ŝ

e to ojciec, a nie ona, powiniem decydowa

ć

 o ich zaj

ę

ciach 

i obowi

ą

zkach. W ko

ń

cu to on był za nie odpowiedzialny.

Gdyby Nick mógł słysze

ć

 my

ś

li Emmy, z pewno

ś

ci

ą

 pokiwałby ponuro głow

ą

. Czuł si

ę

 winny, 

oskar

Ŝ

ał si

ę

 o całkowity brak odpowiedzialno

ś

ci i ojcowskiej troski. Oto gdy on hulał w Nowy 

Rok ze swoimi starymi kum- plami, Tristanem i Alekiem, jego biedna córka powa

Ŝ

nie si

ę

 

przezi

ę

biła. Emma nie mogła nawet do niego zadzwoni

ć

, by poinformowa

ć

 go o chorobie 

córki. Ucieki z domu w podst

ę

py sposób. To była całkowita konspiracja, cho

ć

 przecie

Ŝ

 nie 

musiał si

ę

 kry

ć

 — Annie i Emmie bardzo zale

Ŝ

ało na tym, 

Ŝ

eby nie sp

ę

dzał kolejnego 

sylwestra samotnie w domu.
— Czy Annie jest w swoim pokoju? — zapytał. — Tylko do niej zajrz

ę

. Powinieniem to zrobi

ć

 

godzin

ę

 temu.

— Zmarszczył brwi. — Powinieniem by

ć

 tutaj, kiedy zachorowała,

Gospodyni pokiwała głow

ą

. Jej szef był wyj

ą

tkowo wymagaj

ą

cy i krytyczny wobec siebie. A 

przecie

Ŝ

 jednocze

ś

nie niewielu było ojców tak oddanych i kochaj

ą

cych jak on. Mo

Ŝ

na by 

pomy

ś

le

ć

Ŝ

e Annie zachorowała na zapalenie płuc lub co

ś

 równie powa

Ŝ

nego — tak bardzo 

si

ę

 o ni

ą

 martwiŁ

— Cze

ść

, tato — dobiegł ich nagle rozbawiony głos.

Spojrzenie Nicka zwróciło si

ę

 ku niewysokiej, jasnowłosej dziewczynce stoj

ą

cej w dole 

schodów. Zdawała si

ę

 ton

ąć

 w jego za du

Ŝ

ej flanelowej koszuli w szar

ą

 krat

ę

. Zawsze kiedy 

robił porz

ą

dek w swojej szafie i odkładał stare ubrania do wyrzucenia, Annie zabierała które

ś

 z 

nich. Jak wi

ę

kszo

ść

 przyjaciółek lubiła ubiera

ć

 si

ę

 w lu

ź

ne, zniszczone łachy.

— Eimna mówiła, 

Ŝ

e masz gor

ą

czk

ę

 — powiedział Nick, przeszedł przez wyło

Ŝ

ony dywanem 

background image

korytarz i przyło

Ŝ

ył dło

ń

 do czoła córki.

— Nie jest tak 

ź

le — powiedziała Annie.

— Jak to nie? — Odgarn

ą

ł niesforne kosmyki z jej policzków. — Czoło masz gor

ą

ce, jeste

ś

 

blada...
Nie spuszczał z niej troskliwego spojrzenia. Annie z ka

Ŝ

dym dniem staje si

ę

 coraz bardziej 

podobna do Beth, jej matki, pomy

ś

lał i poczuł przykre ukłucie w okolicy serca. Ale czy to 

ź

le? 

Beth była wyj

ą

tkowo pi

ę

kn

ą

 kobiet

ą

. Szlachetne rysy twarzy, nieskazitelna cera, faluj

ą

ce blond 

włosy, przenikliwe niebieskie oczy... Dobrze 

Ŝ

e przynajmniej charakter miała Annie lepszy.

Jej matka była nieufna, chorobliwie krytyczna wobec wszystkich oprócz siebie, pełna 
niezno

ś

nej podejrzliwo

ś

ci. Annie stanowiła jej przeciwie

ń

stwo — otwarta, szczera, gotowa 

stawi

ć

 czoło ka

Ŝ

demu problemowi, czasami zbyt impulsywna. To prawda, pod wzgl

ę

dem 

charakteru barddziej przypominała ojca. W ka

Ŝ

dym razie z czasów, gdy był jeszcze młody i 

beztroski, bo teraz...
Teraz miał wiele obowi

ą

zków i bardzo mało czasu. I jeszcze mniej oleju w głowie... Bo

Ŝ

e, to 

idiotyczne ogłoszenie!
Annie nie przysparzała mu wi

ę

kszych kłopotów. Mo

Ŝ

e tylko zbyt cz

ę

sto go m

ę

czyła, by — jak 

mówiła — brał wi

ę

cej z 

Ŝ

ycia, czyli — mówi

ą

c wprost — umawiał si

ę

 na randki. 0, tak! Ona 

bez wahania poparłaby pomysł umieszczania anonsu matrymonialnego w gazecie!
— Co si

ę

 stało? — zapytała Annie, spostrzegłszy nagły grymas niezadowolenia na twarzy 

ojca.
— Nic, dziecinko. — U

ś

cisn

ą

ł j

ą

 lekko. — Zupełnie nic. Połó

Ŝ

 si

ę

 grzecznie, a ja obiecuj

ę

Ŝ

prosto z s

ą

du wróc

ę

 do domu. Ach, nie... Poczekaj, zapomniałem, 

Ŝ

e musz

ę

 si

ę

 spotka

ć

 z 

nowym klientem.
— Spoko, tato. Tylko przesta

ń

 si

ę

 martwi

ć

 powiedziała Annie zakatarzonym głosem. — Nic mi 

nie b

ę

dzie.

Nie był tego pewien.
— Odpadnie ci nos.
U

ś

miechn

ę

ła si

ę

. Jego u

ś

miech. Typowy u

ś

miech Nicka Santiago.

— Dobrze, to pójd

ę

 go poszuka

ć

.

Uspokoił si

ę

 troch

ę

 i potargał jej włosy.

— Zadzwoni

ę

 do was, kiedy b

ę

dziemy mieli przerw

ę

— zawołał, stoj

ą

c na progu z teczk

ą

 w r

ę

ku.

Gdy tylko zamkn

ę

ły si

ę

 za nim drzwi, Annie i Emma spojrzały po sobie znacz

ą

co.

— Mówi, 

Ŝ

e jestem blada. — Annie pokiwała głow

ą

 z wyrozumiałym u

ś

miechem. - Ciekawe, 

czy przejrzał si

ę

 dzi

ś

 w lustrze?

Ojciec wrócił do domu bardzo pó

ź

no, a dzisiaj musiał wyj

ą

tkowo wcze

ś

nie wsta

ć

 — gospodyni 

próbowała ratowa

ć

 sytuacj

ę

.

Annie przewróciła oczami.
— Emmo, nie jestem dzieckiem. On miał kaca.
— Kaca? To bzdura. Co te

Ŝ

 ci, na miło

ść

 bosk

ą

, przyszło do głowy? Czy kiedykolwiek 

widziała

ś

, aby ojciec pił cokolwiek...? Cho

ć

by... cocktail?

— Nigdy — wesoło przytakn

ę

ła Annie. — Ale to był sylwester, a tata był ze starymi kumplami. 

Pewnie zalewali swoje smutki.
— A jakie to niby miałyby by

ć

 smutki?

— Ocli, daj spokój, Emmo. Gdybym sama miała trzydzie

ś

ci par

ę

 lat, była superprzystojnym 

m

ęŜ

czyzn

ą

 i nie miała nawet z kim pój

ść

 na sylwestra...

— Jestem pewna, 

Ŝ

e gdyby tylko chciał si

ę

 z kim

ś

 umówi

ć

, miałby wiele propozycji — Emma 

walecznie broniła honoru swego chlebodawcy.
— Wiem. — Annie skin

ę

ła głow

ą

. — Ale na tym wła

ś

nie polega cały problem: on boi si

ę

 

kobiet.
— No nie! To nonsens. Ma wiele klientek...
— E, tam. Wi

ę

kszo

ść

 to m

ęŜ

czy

ź

ni — spierała si

ę

 Annie. — Od czasu, kiedy rozstali si

ę

 z 

mam

ą

, tata broni si

ę

 tylko, 

Ŝ

eby kto

ś

 znowu nie złamał mu serca.

— Znowu zaczynasz zachowywa

ć

 si

ę

 jak Sara hardt — odpowiedziała Emma zło

ś

liwie.

— A przecie

Ŝ

 — mówiła Annie, puszczaj

ą

c uwag

ę

 mimo uszu — samotne 

Ŝ

ycie to dla niego 

najgorszy koszmar.
— Twój tata wcale nie jest samotny — oznajmiła Emma, 

ś

cieraj

ą

c kurz z półek z ksi

ąŜ

kami. 

— Ma ciebie, Ethana, zajmuj

ą

c

ą

 posad

ę

 w s

ą

dzie..

— Nie wiesz, o co mi chodzi?
Emma zniecieipliwiła si

ę

.

— No, ju

Ŝ

. Mo

Ŝ

e opró

Ŝ

nisz za mnie kosz na 

ś

mieci i wskoczysz wreszcie do łózka? Przynios

ę

 

ci fili

Ŝ

ank

ę

 gor

ą

cej herbaty, jak tylko sko

ń

cz

ę

.

Annie wyd

ę

ła policzki i szybkim ruchem podniosła wiklinowy kosz stoj

ą

cy przy drzwiach. Kiedy 

background image

przechodziła przez foyer, zauwa

Ŝ

yła, 

Ŝ

e z kosza wypadł kawałek zmi

ę

tego papieru. Schyliła 

si

ę

Ŝ

eby go podnie

ść

, i w tym momencie, gdy zamierzała ju

Ŝ

 wrzuci

ć

 go z powrotem, jej 

wzrok padł na odr

ę

cznie napisane słowo „Walentynki”. To było pismo jej ojca!

— Nie rozumiem tego — powiedział Ethan, siadaj

ą

c z zafrasowan

ą

 min

ą

 na brzegu łó

Ŝ

ka 

Annie.
Annie wyrwała pognieciony papier z r

ą

k brata.

— Czego nie rozumiesz? — spytała niecierpliwie, po czym kolejny raz odczytała gło

ś

no z 

kartki: — „Trzydziestosze

ś

cioletni prawnik, rozwiedziony, z dwojgiem dzieci, poszukuje ciepłej, 

przyjacielskiej, inteligentnej towarzyszki na walentynkowy wieczór. Jestem zagorzałym 
domatorem, ale my

ś

l

ę

Ŝ

e mogliby

ś

my odwiedzi

ć

 razem jak

ąś

 galeri

ę

, zje

ść

 kolacj

ę

, albo 

pój

ść

 do kina” — przerwała na chwil

ę

, spojrzała na brata i doko

ń

czyła: — Podpisano:

„,Po prostu miły facet.”
— No i co? Dlaczego tata to napisał?
— Czy to nie jest jasne?
— Wyrzucił kartk

ę

. Mo

Ŝ

e był to zwykły 

Ŝ

art.

— Och, Ethan. Nie rozumiesz? Tata chciał to wydrukowa

ć

 w gazecie, w rubryce 

matrymonialnej, tylko si

ę

 przestraszył. — Jej niebieskie oczy zaiskrzyły si

ę

. — I całe 

szcz

ęś

cie. Wyobra

Ŝ

asz sobie, jakie dostałby odpowiedzi?

Ethan zacisn

ą

ł usta. Naprawd

ę

 nie był w stanie sobie tego wyobrazi

ć

. Nawet nie zamierzał 

próbowa

ć

.

— To si

ę

 po prostu nie nadaje — powiedziała Annie stanowczo. — Kompletne dno. Nie 

rozgłasza si

ę

 od razu wszystkiego. Rozwiedziony, z dwójk

ą

 dzieci... Na takie rzeczy jest czas, 

gdy rybka złapie ju

Ŝ

 haczyk.

— Co za haczyk?
— Och, Etan, rusz głow

ą

! Wysil wyobra

ź

ni

ę

!

— OK Skoro jeste

ś

 taka m

ą

dra, sama powiedz, co powinno by

ć

 w tym ogłoszeniu?

Dwa tygodnie pó

ź

niej Deirdre, najlepsza przyjaciółka Annie, czytała na głos zakre

ś

lone 

ogłoszenie matrymonialne w niedzielnej gazecie.
— Nie rozumiem — orzekła, gdy sko

ń

czyła czyta

ć

 krótki tekst.

Annie, le

Ŝą

c obok przyjaciółki na be

Ŝ

owym dywanie w salonie pa

ń

stwa Santiago, wydała 

jedno ze swych teatralnych westchnie

ń

.

— Mówisz jak Ethan. Przeczytaj jeszcze raz.
Dziewczyna zmru

Ŝ

yła oczy. Ogłoszenia matrymonialne wydrukowane były mał

ą

 i niezbyt 

czyteln

ą

 czcionk

ą

.

— 0, rany, włó

Ŝ

 okulary! — niecierpliwiła si

ę

 Annie.

Pucułowata i piegowata, ale pełna wdzi

ę

ku Deirdre wstała i niech

ę

tnie wyj

ę

ła okulary z 

kieszeni drelichowych spodni.
— Nie mog

ę

 si

ę

 doczeka

ć

, kiedy dostan

ę

 szkła konta- kłowe - powiedziała cicho i wło

Ŝ

yła na 

nos okulary w złotej oprawie. Teraz nie miała ju

Ŝ

 kłopotu z przeczytaniem ogłoszenia. — 

„Sobowtór Kevina Costnera — zacz

ę

ła — ostatni z wielkich romantyków, który kocha jazd

ę

 

konn ksi

ęŜ

ycowe noce na pokładzie swojego jachtu...” — urwała i spojrzała pytaj

ą

co na Annie. 

— Jakiego jachtu? Przecie

Ŝ

 twój ojciec nie ma ani jachtu, ani nawet zwykłej łodzi. Mówiła

ś

 

chyba kiedy

ś

Ŝ

e dostaje morskiej choroby na promie.

— To si

ę

 nazywa iwencia poetica. — Annie machn

ę

ła r

ę

k

ą

. — Gdyby co, jeden z prawników 

w jego firmie ma jacht. Sama słyszałam, jak si

ę

 chwalił. Zreszt

ą

, nie b

ę

d

ą

przecie

Ŝ

 pływa

ć

 w lutym. Czytaj dalej.

— „... oraz skoki bungee...” — Deidre znów spojrzała na przyjaciółk

ę

 znad oprawek okularów. 

— Skoki bungee? Twój ojciec?
— Dobra, troch

ę

 mnie poniosło. Przeczytaj do ko

ń

ca.

— „... oraz skoki bungee, poszukuje idealnej Walcu- tynki. Musi by

ć

 pi

ę

kna, odwa

Ŝ

na i 

niezale

Ŝ

na, a nawet lekko zwariowana. Poczucie humoru — obowi

ą

zkowe. Je

ś

li jeste

ś

 moj

ą

 

Walentynk

ą

, obiecuj

ę

Ŝ

e zabior

ę

 ci

ę

 na randk

ę

, która potrwa całe 

Ŝ

ycie. A poza tym... 

wszystko mo

Ŝ

e si

ę

 zdarzy

ć

. Zew Twego Serca.”

— No i co? Mocne, no nie?
— Niezłe. — Deirdre kiwn

ę

ła głow

ą

.

— Po prostu 

ś

wietne — powiedziała Annie z durn

ą

 w głosie.

— Zew Twego Serca... Twój ojciec sam to napisał?
— Zwariowała

ś

!? To, co on napisał, było za bardzo... Có

Ŝ

, powiedzmy, 

Ŝ

e udało mi si

ę

 to 

podkr

ę

ci

ć

 i wyostrzy

ć

, jak mówi pan Freedman, kiedy chce, 

Ŝ

eby

ś

my poprawili nasze 

wypracowania.
Deirdre zdj

ę

ła okulary i zało

Ŝ

yła za uszy swoje rude włosy.

— No a co powiedział ojciec na twoj

ą

 wersj

ę

?

Annie u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 po szelmowsku.

background image

— Nic. Nie miał takiej okazji.
— Annie, nie zrobiła

ś

 chyba tego bez jego zgody?

— Jasne, 

Ŝ

e zrobiłam. Przecie

Ŝ

 widzisz. — Annie wzruszyła ramionami, próbuj

ą

c zatuszowa

ć

 

w ten sposób własny niepokój i niejasne poczucie winy. Owszem, mogła go spyta

ć

, ale 

przecie

Ŝ

 z drugiej strony wszystko robiła — jak zawsze — wył

ą

cznie dla jego dobra. Jeszcze 

b

ę

dzie jej dzi

ę

kował, kiedy dzi

ę

ki niej odnajdzie swoj

ą

 Walentynk

ę

!

— I co teraz? — zapytała Deirdre.
— Teraz — Annie zawiesiła głos — ka

Ŝ

dego dnia po szkole b

ę

dziemy wyjmowa

ć

 odpowiedzi 

ze skrytki pocztowej. W ten sposób same wybierzemy idealn

ą

 kandydatk

ę

 dla mojego taty.

— To znaczy, 

Ŝ

e ja te

Ŝ

 b

ę

d

ę

 wybiera

ć

?

— Oczywi

ś

cie. To przecie

Ŝ

 powa

Ŝ

na decyzja, a ty przeczytała

ś

 wi

ę

cej romansów ni

Ŝ

 ja. — 

Przerwała, skrzywiła si

ę

 z niezadowolenia i dodała z przek

ą

sem: — Ethan te

Ŝ

 doło

Ŝ

y swoje 

trzy grosze, zapłacił za skrzynk

ę

 pocztow

ą

. Nie mam poj

ę

cia, jak zdołał a

Ŝ

 tyle zaoszcz

ę

dzi

ć

 

ze swojego kieszonkowego.
— A ojciec? Co z nim? To znaczy... czy zamierzasz mu powiedzie

ć

?

Oczy Annie zabłysły.
— We wła

ś

ciwym czasie, Deirdre.

— A kiedy to nast

ą

pi?

— Wtedy — Annie u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 triumfalnie — kiedy b

ę

dzie ju

Ŝ

 za pó

ź

no, 

Ŝ

eby si

ę

 wycofał.

W niedzielny poranek, dokładnie tydzie

ń

 przed Walentynkami, Annie, Deirdre i Ethan zasiedli 

kołem na podłodze sypialni Annie. W 

ś

rodku le

Ŝ

ały trzy ogromne sterty otwartych listów — 

ka

Ŝ

dy z deklaracj

ą

Ŝ

e to wła

ś

nie jego autorka b

ę

dzie wymarzon

ą

 Walentynk

ą

 Nicholasa 

Santiago.
Poniewa

Ŝ

 do Dnia Zakochanych czasu było niewiele, szybko przyst

ą

pili do rzeczy. Najpierw 

podzielili kandydatki na trzy grupy: „zdecydowanie odrzucone”, „raczej odrzucone” i „do 
przyj

ę

cia”. Potem odsun

ę

li na bok wszystkie z wyj

ą

tkiem tych ostatnich. Nie ułatwiło im to 

wcale wyboru.
Ethan miał dwie faworytki. Deirdre i Annie zgodziły si

ę

 co do trzech nast

ę

pnych, lecz nie 

podobała im si

ę

 

Ŝ

adna z wybranek Ethana. Pó

ź

niej ka

Ŝ

da z dziewcz

ą

t miała ju

Ŝ

 tylko jedn

ą

 

kandydatk

ę

, ale akurat nie t

ę

 co przyjaciółka.

Nagle, gdy wła

ś

nie spierali si

ę

 w najlepsze, rozległo si

ę

 gło

ś

ne pukanie do drzwi.

— 0, nie! — pisn

ą

ł Ethan. — Tylko nie tata!

Deirdre spojrzała pytaj

ą

co na Annie.

— Ci

ą

gle nic nie wie?

— Chwileczk

ę

! — zawołała Armie w stron

ę

 drzwi, ignoruj

ą

c pytanie przyjaciółki i 

ś

ci

ą

gaj

ą

wełnian

ą

 narzut

ę

 z łó

Ŝ

ka. Drzwi do sypialni otworzyły si

ę

 w momencie, gdy zd

ąŜ

yła 

rozpostrze

ć

 narzut

ę

 na stertach listów.

W drzwbich stała Emma. W r

ę

ku trzymała kopert

ę

 i u

ś

miechała si

ę

 ze zrozumieniem.

— Zgubili

ś

cie j

ą

 na półpi

ę

trze. Zajrzałam do 

ś

rodka i... Gdyby

ś

cie ninie pytali, tej kandydatce 

przyjrzałabym si

ę

 dokładniej.

Czy naprawd

ę

 my

ś

leli, 

Ŝ

e mog

ą

 zrobi

ć

 co

ś

 beze mnie?

— pomy

ś

lała Emma i u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 dobrotliwie do Annie, gdy ta z zakłopotaniem wzi

ę

ła od 

niej list.
Nowa kandydatka niespodziewanie zdobyła jednomy

ś

lne poparcie. Teraz pozostawało tylko 

zaplanowa

ć

 wspaniał

ą

 randk

ę

 i powiadomi

ć

 o szczegółach wybran

ą

 kandydatk

ę

.

Annie, Ethan, Deirdre i Emma głosowali, komu powinien przypa

ść

 ten honor. Wygrała Annie 

trzy do jednego.

ROZDZIAŁ DRUGI

— Annie, musisz mu teraz powiedzie

ć

 — powtórzyła Deirdre z przej

ę

ciem. Od kilku minut 

chodziła nerwowo po sypialni Annie. - Przecie

Ŝ

 limuzyna ma by

ć

 za pół godziny. Przyrzekła

ś

Ŝ

e powiesz mu o tym wczoraj wie-

czorem.
— Miała stracha — powiedział Ethan z wesołym u

ś

miechem. Nie cz

ę

sto miał szans

ę

 

zobaczy

ć

 swoj

ą

 starsz

ą

 siostr

ę

 przera

Ŝ

on

ą

 nie na 

Ŝ

arty.

— Wczoraj wieczorem był w nie najlepszym humorze
— Annie próbowała trzyma

ć

 fason. — Chyba przegrał spraw

ę

 lub co

ś

 w tym rodzaju — 

dodała, patrz

ą

c z niepokojem przez okno na ulic

ę

.

Emnia wsun

ę

ła głow

ę

 do pokoju Annie.

— Nie chc

ę

 was martwi

ć

, kochani, ale wła

ś

nie oznajmił, 

Ŝ

e zamierza przebra

ć

 si

ę

 i troch

ę

 

pobiega

ć

.

Annie w jednej chwili znalazła si

ę

 przy gospodyni.

background image

— Emmo, czy mogłaby

ś

...

Gospodyni nie dała jej sko

ń

czy

ć

.

— Sama to zacz

ę

ła

ś

, Annie. I sama musisz doprowa— 

ś

artujesz, prawda?

Annie zamrugała nerwowo oczami.
dzi

ć

 spraw

ę

 do ko

ń

ca — powiedziała stanowczo, ale 

Ŝ

yczliwie.

— A poza tym — wtr

ą

cił piskliwie Ethan — wygrała

ś

 głosowanie.

— Dobra, dobra — powiedziała ponuro Annie. — Id

ę

Ś

ciskaj

ą

c kurczowo w dłoni odpowied

ź

 

od „Wymarzonej Walentynki”, Armie z ocia,ganiem zacz

ę

ła schodzi

ć

 po schodach do 

gabinetu ojca. Pozostali ruszyli za ni

ą

, Nie mogliby sobie darowa

ć

, gdyby omin

ę

ła ich taka 

scena.
Nick spogl

ą

dał na córk

ę

 spojrzeniem, w którym tyle samo było zaskoczenia, co 

niedowierzania.
— My

ś

lałam, 

Ŝ

e b

ę

dziesz... zadowolony. — Dopiero teraz zdała sobie spraw

ę

, w jak

ą

 kabał

ę

 

si

ę

 wpakowała. A mo

Ŝ

e raczej nie tyle siebie, co jego!

— Zadowolony? Nie, nie jestem zadowolony, Annie. Czuj

ę

 wszystko, tylko nie zadowolenie.

Annie wpatrywała si

ę

 w podłog

ę

.

— Wiem, teraz to wiem, tato. Ale...
— Nie ma 

Ŝ

adnych ale — przerwał jej surowo Nick.

— Ja wyrzuciłem to idiotyczne ogłoszenie, a ty nie miała

ś

 prawa umieszcza

ć

 go w gazecie bez 

mojej zgody.
— Ale ja wcale nie posłałam im twojego ogłoszenia
— wyja

ś

niła natychmiast, ale w nast

ę

pnej chwili po

Ŝ

ałowała swych słów.

Nick zmarszczył brwi, r

ę

ce skrzy

Ŝ

ował na piersi. Wygl

ą

dał tak, jakby tylko resztk

ą

 woli 

zachowywał opanowanie.
— Czy mogłaby

ś

 powtórzy

ć

?

Zanim Annie zd

ąŜ

yła wyja

ś

ni

ć

, co stało si

ę

 bez wiedzy i woli jej ojca, na zewn

ą

trz rozległ si

ę

 

gło

ś

ny klakson samochodu. Nick spojrzał ze zdumieniem w okno, spojrzał po raz drugi, jakby 

nie wierz

ą

c własnemu spojrzeniu, po czym powoli odwrócił si

ę

 do córki.

— Jaka

ś

 limuzyna zaparkowała przed naszym domem.

— Wiem. — Annie z wysiłkiem przełkn

ę

ła 

ś

lin

ę

.

— Wiesz? Czy mog

ę

 ci

ę

 wi

ę

c spyta

ć

, sk

ą

d...

— Deirdre, to znaczy tata Deirdre — zacz

ę

ła po

ś

piesznie tłumaczy

ć

 dziewczyna — a 

wła

ś

ciwie brat taty Deirdre, który, jak s

ą

dz

ę

, jest jej wujem... wujem ze strony ojca...

— Annie.
— No wi

ę

c ten wuj ma wypo

Ŝ

yczalni

ę

 limuzyn. Zrobił nam wielk

ą

 przysług

ę

. To znaczy, zrobił 

wielk

ą

 przysług

ę

 Deirdre. Nie, ona za nic nie płaci. Sama obmy

ś

liłam plan spłaty. Plan spłaty?

— Bardzo korzystny. Na cały rok. I nawet nie policzył mi procentu. Zwróc

ę

 mu wszystko z 

kieszonkowego i pieni

ę

dzy zarobionych za opiek

ę

 nad dzieckiem.

Nick złapał si

ę

 za głow

ę

. Annie przerwała swój nolog, spojrzała na ojca z niepokojem i dodała:

— W ka

Ŝ

dym razie teraz jest do twojej dyspozycji. Przez cały dzie

ń

 i... — przygryzła wargi — i 

noc.
Nick spojrzał bezradnie na córk

ę

. Zupełnie nie wiedział, jak ma si

ę

 zachowa

ć

 w takiej sytuacji.

— Tato... — zacz

ę

ła nie

ś

miało Annie. — Ona czeka.

— Kto czeka?
O

Ŝ

ywiona, podała mu kopert

ę

.

Jestem Nick.
— Po prostu przeczytaj. Oto jej odpowied

ź

. Jestem pewna, 

Ŝ

e gdy dasz si

ę

 ponie

ść

...

— Nie — przerwał Nick.
Do pokoju wsun

ą

ł swoj

ą

 głow

ę

 Ethan.

— No co ty, tato! Musisz i

ść

. Wydałem połow

ę

 oszcz

ę

dno

ś

ci na skrzynk

ę

 pocztow

ą

. Wszyscy 

wybierali

ś

my dla ciebie t

ę

 dziewczyn

ę

...

Nick spojrzał na Ethana, potem na Annie.
— Jak to, wy wszyscy?
— Prosz

ę

, tato, tylko to przeczytaj — błagała Annie.

— Wykluczone. Nie zamierzam bra

ć

 w tym udziału.

Za oknem ponownie rozległ si

ę

 klakson.

— Nie mo

Ŝ

esz tego zrobi

ć

 — Annie nie dawała za wygran

ą

. — Pomy

ś

l o tej biednej kobiecie. 

Je

ś

li si

ę

 nie poka

Ŝ

esz, b

ę

dzie zdruzgotana. My

ś

li sobie wła

ś

nie, 

Ŝ

e za chwil

ę

 spotka si

ę

 z 

fantastycznym facetem, a ten nie zamierza nawet jej si

ę

 pokaza

ć

. Kto wie, jak ona to 

przyjmie?
- No wła

ś

nie. Mo

Ŝ

e podci

ąć

 sobie 

Ŝ

yły albo co

ś

 w tym rodzaju — zawtórował jej Ethan.

— To prawda. Sama widziałam co

ś

 podobnego. W kinie. — Zza drzwi gabinetu dobiegł głos 

Deirdre.

background image

Jakby tego było mało, po chwili pojawiła si

ę

 Ernma.

— Wiem, 

Ŝ

e dzieci nie powinny spiskowa

ć

 za pa

ń

skimi plecami, panie Santiago, ale nawet 

je

ś

li co

ś

 strzeliło im do głów, to maj

ą

 złote serca — powiedziała mi

ę

kko.

— Dobrze — odburkn

ą

ł Nick. — Pojad

ę

 wi

ę

c do niej i wyja

ś

ni

ę

, co si

ę

 stało. Porozmawiam 

grzecznie i przeprosz

ę

 za nieporozumienie. To chyba jedyne przyzwoite rozwi

ą

zanie. Ale jest 

jeden warunek — powiedział stacuj

ę

.

— Ja te

Ŝ

 nie — powiedział Ethan.

— I ja nie — dodała Deirdre.
Emina u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 nie

ś

miało.

— W takim razie jeste

ś

my jednogło

ś

ni.

nowczo. — Wracam do domu nie pó

ź

niej ni

Ŝ

 za godzin

ę

. A je

ś

li kiedykolwiek jeszcze 

zrobicie..
— Ja nie, tato — zapewniła go szybko Annie. — Obiecuj

ę

.

Nick czuł si

ę

 idiotycznie, siedz

ą

c w białym, skórzanym fotelu w 

ś

rodku czarnej, wytwornej 

limuzyny z przyciemnianymi szybami.
— Dok

ą

d jedziemy, panie Santiago? — zapytał grzecznie szofer, m

ęŜ

czyzna w 

ś

rednim 

wieku.
— Dobre pytanie — odparł Nick i zerkn

ą

ł na kopert

ę

. Adres zwrotny był rozmazany i lekko 

zabrudzony. Przez chwil

ę

 przygl

ą

dał mu si

ę

 uwag

ą

, po czym zapytał: — Czy gdzie

ś

 w 

Bostonie jest... Milburne Place?
— Jasne, na South End — powiedział szofer. — Który numer?
Nick musiał ponownie wczyta

ć

 si

ę

 w podany na kopercie adres.

— Wygi

ą

da jak jedena

ś

cie.

— Wobec tego Milburne Place jedena

ś

cie. Ju

Ŝ

 pana wioz

ę

.

rzucił kolejne spojrzenie na kopert

ę

. Nazwisko kobiety było całkowicie zamazane, mógł wi

ę

odczyta

ć

 zaledwie kilka pierwszych liter jej imienia. S-A... Potem co

ś

 jakby N lub M. Wybrał N. 

S-A-N... Sandra. Tak prawdopodobnie brzmiało jej imi

ę

. Oczywi

ś

cie mógł to łatwo sprawdzi

ć

 

— wystarczyło, 

Ŝ

eby przeczytał jej list umieszczony w kopercie, ale nie zdecydował si

ę

 na to. 

Im mniej wiedział o tej kobiecie, tym lepiej.
Przynajmniej numer mieszkania był wyra

ź

ny i nie budził 

Ŝ

adnych w

ą

tpliwo

ś

ci: jego 

„Walentynka” mieszkała pod numerem 4A.
Samantha Loyejoy, zamieszkała przy Milburne Place 11, mieszkania 4A, le

Ŝ

ała wła

ś

nie w 

łó

Ŝ

ku w swoim małym dwupokojowym mieszkaniu. Było pi

ę

tna

ś

cie po dziesi

ą

tej. Cho

ć

 

zbudziła si

ę

 ju

Ŝ

 do

ść

 dawno temu, wci

ąŜ

 nie miała ochoty wychodzi

ć

 z po

ś

cieli.

— Nie o to chodzi, 

Ŝ

e mam stracha — przekonywała przez telefon swoj

ą

 starsz

ą

 siostr

ę

Jennifer. — Po prostu boli mnie głowa i czuj

ę

Ŝ

e jestem przezi

ę

biona. Mo

Ŝ

e

nawet mam gryp

ę

.

— Ubrała

ś

 si

ę

 ju

Ŝ

? Co wło

Ŝ

yła

ś

? — Jennifer nie wydawała si

ę

 zbyt przej

ę

ta. — Na miło

ść

 

bosk

ą

, Sam, tylko nie wkładaj tego szarego kostiumu, który kupiła

ś

 ze sto lat temu! Jak kto

ś

 z 

tak niezwykłym wyczuciem stylu, gdy chodzi o dekoracj

ę

 wn

ę

trz, w ogóle mo

Ŝ

e trzyma

ć

 w 

szafie co

ś

 tak bezkształtnego i bez wyrazu!

Samantha chrz

ą

kn

ę

ła niepewnie. Kostium, który budził w Jennifer takie emocje, miała wła

ś

nie 

na sobie.
— Kupiłam go nie sto, ale kilka lat temu. O ile pami

ę

tam, wtedy ci si

ę

 podobał.

— Fakt, kiedy

ś

 lubiłam workowate ciuchy — przyznała Jennifer bez zaj

ą

kni

ę

cia. — Poza tym 

Teddy wła

ś

nie ci

ę

 rzucił i czuła

ś

 si

ę

 wyj

ą

tkowo podle, pami

ę

tasz? Ale ja ju

Ŝ

 wtedy mówiłam i 

powtórz

ę

 to jeszcze raz...

— Nie musisz — przerwała Samantha: — Wiem. Był fałszywy, był oszustem i zwykłym 

ś

mieciem. I mnie, i Bridget lepiej jest bez niego. to, 

Ŝ

e Bridget kocha swego ojca, to dobrze. 

Jest powa

Ŝ

nie przej

ę

ta tym, 

Ŝ

e sp

ę

dzi z nim Walentynki.

— Ty te

Ŝ

 b

ę

dziesz miała 

ś

wietne Walentynki. Kto wie, co si

ę

 z tego urodzi?

— Nic. Nigdzie nie id

ę

. Jestem chora.

— Wcale nie jeste

ś

 chora, tylko si

ę

 boisz. My

ś

lisz, 

Ŝ

e je

ś

li raz wyszła

ś

 za głupca, a prawnik, 

który przeprowadzał rozwód, równie

Ŝ

 okazał si

ę

 głupcem i zszargał ci nerwy, to ka

Ŝ

dy facet na 

ś

wiecie jest taki sam? Akurat ten jest inny.

— Sk

ą

d wiesz? — zaatakowała Samantha. — Co ty w ogóle mo

Ŝ

esz wiedzie

ć

 o 

m

ęŜ

czyznach?

— Swoje wiem. 

ś

e jest bogaty, ma powodzenie, jest miły, atrakcyjny...

— Bo

Ŝ

e, dlaczego dałam si

ę

 w to wrobi

ć

?

— Nie wiesz? Poniewa

Ŝ

 czujesz si

ę

 beznadziejnie Samotna. Ju

Ŝ

 rok, jak nie była

ś

 na 

Ŝ

adnej 

randce.
— Dziewi

ęć

 miesi

ę

cy — poprawiła Samantha. — I była to kl

ę

ska.

— Niewa

Ŝ

ne. Przyznaj si

ę

, Sam. W gł

ę

bi ducha pragniesz, by kto

ś

 ci

ę

 pokochał, zaopiekował 

background image

si

ę

 tob

ą

...

— Daj mi spokój, Jen. To, o czym mówisz, nie ma nic wspólnego z rzeczywisto

ś

ci

ą

. A ju

Ŝ

 

najmniej z t

ą

 nieszcz

ę

sn

ą

 randk

ą

 w ciemno, w któr

ą

 mnie wrobiła

ś

.

— Wiem! — wykrzykn

ę

ła Jen. — Włó

Ŝ

 t

ę

 czerwon

ą

 sukienk

ę

 z d

Ŝ

erseju. Czerwona — w sam 

raz na Walentynki! Zar

ę

czam ci, 

Ŝ

e w całym Bostonie nie znajdziesz wi

ę

cej ni

Ŝ

 dziesi

ęć

 

kobiet, które maj

ą

 figur

ę

 odpowiedni

ą

 do takiej sukienki. Rozpu

ść

 włosy, no i sama si

ę

 

rozlu

ź

nij...

Samantha odsun

ę

ła na chwil

ę

 słuchawk

ę

 od ucha i u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 do niej.

— Co ty tam masz? — Pokr

ę

ciła z niedowierzaniem głow

ą

. — Rentgena? — Po

ś

wi

ę

ciła 

przecie

Ŝ

 dwadzie

ś

cia minut na uło

Ŝ

enie włosów w gładki kok.

— Czy wiesz, jak wiele kobiet dałoby si

ę

 zabi

ć

Ŝ

eby tylko mie

ć

 takie włosy jak ty, Sam? - 

mówiła tymczasem 4niczym nie zra

Ŝ

ona Jennifer. — Te dzikie, cygafiskie, kasztanowe loki... 

W dodatku zupełnie naturalne.
— Jen, ja ju

Ŝ

 nie mog

ę

 — j

ę

kn

ę

ła Samantha, zerkaj

ą

c na godzin

ę

 wy

ś

wietlan

ą

 na radiowym 

zegarze.
— No dobra. Zwi

ąŜ

 włosy, je

ś

li tak bdziesz lepiej si

ę

 czuła. B

ę

dzie wi

ę

kszy efekt, kiedy 

pozwolisz mu wyrwa

ć

 z nich spinki — zachichotała i dodała przez 

ś

miech: — z

ę

bami.

Samantha ponownie głucho j

ę

kn

ę

ła.

— 

ś

artuj

ę

, Sam — pocieszyła j

ą

 od razu Jenaifer. — Wiesz, 

Ŝ

e jestem daleka od tego, 

Ŝ

eby ci 

radzi

ć

, jak masz si

ę

 zachowa

ć

 na pierwszej randce.

— Jen, czy ty nic nie rozumiesz? — Samantha westchn

ę

ła ci

ęŜ

ko. — Nie mog

ę

 z nim wyj

ść

Jeszcze nie jestem na to przygotowana.
— To si

ę

 przygotuj. W t

ę

 sukienk

ę

 wskoczysz w dwie minuty.

— Nie jestem przygotowana emocjonalnie.
— Sam, przecie

Ŝ

 to Walentynki.

— To dodatkowy powód, dla którego nie chc

ę

 i

ść

 n

ą

 t

ę

 randk

ę

. To nie byłoby w porz

ą

dku, 

wobec niego i wobec siebie. Walentynki to zbyt... romantyczna okazja. A ja wcale nie jestem 
w romantycznym nastroju.
— Nawet go nie widziała

ś

. Sk

ą

d mo

Ŝ

esz wiedzie

ć

...

Samantha nie słuchała ju

Ŝ

 jednak swojej siostry. Zaabsorbowała j

ą

 ogromna, czarna 

limuzyna, która wjechała wła

ś

nie na podjazd przed jej domem, a jeszcze bardziej wysoki i 

niewiarygodnie przystojny m

ęŜ

czyzna, który z niej wysiadł. Poza atrakcyjnym wygl

ą

dem 

uderzyło j

ą

 jego zwykłe ubranie — wełniane spodnie, gruby golf i znoszona, skórzana kurtka 

lotnicza. Strój niezupełnie taki, jakiego oczekiwała po kim

ś

, kto podró

Ŝ

uje limuzyn

ą

. Ta 

niestosowno

ść

 miała nawet pewien urok i zrobiła na niej wra

Ŝ

enie, ale nie na tyle, by zmieniła 

zdanie.
Odsun

ę

ła si

ę

 gwałtownie od okna, widz

ą

c, 

Ŝ

e m

ęŜ

czyzna spogl

ą

da na jej dom. Zapewne 

sprawdza, czy trafił we wła

ś

ciwe miejsce.

— Sam, jeste

ś

 tam? — usłyszała głos Jen, dobiegaj

ą

cay ze słuchawki telefonu — Słyszysz, 

co do ciebie mówi

ę

?

— Co takiego? — wyszeptała Samantha nieprzytomnym innym głosem.
— Wiedziałam. Zawsze si

ę

 wył

ą

czasz, gdy ludzie próbuj

ą

 ci da

ć

 dobr

ą

 rad

ę

.

— Nie teraz, Jen — uci

ę

ła Samantha. — On... chyba przyjechał. Ten facet... Wła

ś

nie wysiadł 

z limuzyny.
— Z limuzyny? 

Ś

wietnie. Lepiej, ni

Ŝ

 przypuszczałam. No i co? B

ę

dzie co

ś

 z tego? Jak 

my

ś

lisz? Sainantha chwyciła „si

ę

 za brzuch.

— My

ś

l

ę

Ŝ

e jest mi niedobrze.

Jad

ą

c wind

ą

 na czwarte pi

ę

tro, Nick próbował uło

Ŝ

y

ć

 w głowie zdanie, którym wyja

ś

ni Sandrze 

cał

ą

 t

ę

 idiotyczn

ą

 sytua

ę

. Doszedł do wniosku, 

Ŝ

e najlepiej b

ę

dzie od razu przej

ść

 do rzeczy i 

powiedzie

ć

 bez ogródek, co si

ę

 stało. Nie lubił bawienia si

ę

 w ceregiele. Nie lubił zmy

ś

la

ć

 i 

kr

ę

ci

ć

. Co nie znaczy, 

Ŝ

e Sandra, czy ktokolwiek inny na jej miejscu, byłby w stanie uwierzy

ć

 

w prawd

ę

, któr

ą

 zamierza wyjawi

ć

. Niezale

Ŝ

nie od tego, jak bardzo b

ę

dzie si

ę

 starał, aby jego 

wyja

ś

nienia wypadły mo

Ŝ

liwie przekonuj

ą

co, kobieta pomy

ś

li zapewne, 

Ŝ

e raczej zmienił 

zdanie lub 

Ŝ

e dostał bardziej atrakcyjn

ą

 ofert

ę

 i teraz musi j

ą

 w miar

ę

 bezbole

ś

nie spławi

ć

.

Ŝ

, to nie jego wina i nie jego problem. Powie prawd

ę

, a reszta to ju

Ŝ

 jej zmartwienie.

A jednak gdy doszedł do drzwi z numerem 4A, zacz

ą

ł si

ę

 zastanawia

ć

, czy kłamstwo nie 

byłoby bardziej... na miejscu. Mo

Ŝ

e powie, 

Ŝ

e jest chory, 

Ŝ

e przyszedł, aby osobi

ś

cie 

przeprosi

ć

Ŝ

e...

Nie. To nie jest dobre rozwi

ą

zanie. Prosto i od razu do rzeczy. Je

ś

li ta osoba ma poczucie 

humoru, mo

Ŝ

e nawet b

ę

dzie si

ę

 

ś

miała z pomysłowo

ś

ci jego dzieciaków. Cho

ć

 raczej nie tego 

nale

Ŝ

ało si

ę

 spodziewa

ć

.

Wzruszył ramionami i zapukał do drzwi. 

ś

adnej odpowiedzi. Mo

Ŝ

e nie ma jej w domu? Mo

Ŝ

adres jest zły? Mo

Ŝ

e...

background image

Drzwi otworzyły si

ę

.

Przed sob

ą

 ujrzał twarz. Twarz pi

ę

knej kobiety. Jednej z najpi

ę

kniejszych, jakie kiedykolwiek 

widział. Serce zabiło mu mocniej.
Samantha zareagowała podobnie. Odwróciła wzrok.
Owini

ę

ta była w szlafrok, a jej rozrzucone bezładnie loki owijały si

ę

 wokół twarzy — chora 

kobieta nie mo

Ŝ

e mie

ć

 przecie

Ŝ

 włosów upi

ę

tych we francuski kok. Udawała chor

ą

 z takim 

oddaniem i zapami

ę

taniem, 

Ŝ

e w pewnym momencie rzeczywi

ś

cie poczuła mdło

ś

ci.

- Przepraszam - wyj

ą

kał m

ęŜ

czyzna w lotniczej kurtce. Chyba jestem za wcze

ś

nie. Je

ś

li 

chcesz, 

Ŝ

ebym zaczekał na dole, nim si

ę

 ubierzesz...

Serce Samanthy biło jak szalone. Jej go

ść

 wygl

ą

dał nie

ź

le z daleka, ale z bliska... Kevin 

Costner. Albo jeszcze lepiej!
Musi si

ę

 opanowa

ć

. To, 

Ŝ

e facet jest przystojny, wprost niemo

Ŝ

liwie przystojny, nie znaczy 

jeszcze, 

Ŝ

e nie jest głupcem. Wr

ę

cz przeciwnie. Z do

ś

wiadczenia wiedziała, 

Ŝ

e im lepiej 

wygl

ą

daj

ą

, tym cz

ęś

ciej okazuj

ą

 si

ę

 głupcami. Jej były m

ąŜ

, Teddy, uciele

ś

nienie kobiecych 

marze

ń

, mógłby by

ć

 królem głupców.

W czasie, gdy Samantha próbowała opanowa

ć

 miotaj

ą

ce ni

ą

 uczucia, Nick głowił si

ę

, by 

wytłumaczy

ć

 sobie i jej, dlaczegó

Ŝ

 to miałby czeka

ć

 na t

ę

 dziewczyn

ę

, nim ta si

ę

 ubierze. 

Przecie

Ŝ

 zamierzał jedynie wyja

ś

ni

ć

 idiotyczne nieporozumienie, a zachowywał si

ę

 tak, jakby 

rzeczywi

ś

cie chciał zabra

ć

 j

ą

 na randk

ę

! Jakby wszystko miało potoczy

ć

 si

ę

 zgodnie z 

planem!
No wła

ś

nie. Ale to nie on był autorem tego planu. Nie planował niczego prócz przeprosin i 

rzeczowych wyja

ś

nie

ń

.

— Nie. — Krótkie stwierdzenie przerwało jego my

ś

li.

— Nie chcesz, 

Ŝ

ebym poczekał na dole? — Ku własnemu przera

Ŝ

eniu poczuł, 

Ŝ

e zmartwiła go 

ta odpowied

ź

.

— Nie — powtórzyła, przelotnie spojrzała mu w oczy, po czym szybko spu

ś

ciła wzrok. — Bo... 

To znaczy... Nie czuj

ę

 si

ę

 zbyt dobrze... — Nie kłamała, cho

ć

 powody złego samopoczucia nie 

były jasne dla niej samej.
Nick pokiwał głow

ą

. A wi

ę

c to o to chodzi. No có

Ŝ

, problem z głowy. Poszło lepiej, ni

Ŝ

 s

ą

dził. 

Dziewczyna jest chora i nie mo

Ŝ

e i

ść

 na randk

ę

, a on nie musi ju

Ŝ

 niczego wyja

ś

nia

ć

Wystarczy tylko ukłoni

ć

 si

ę

 uprzejmie, 

Ŝ

yczy

ć

 zdrowia i odej

ść

. Problem rozwi

ą

zał si

ę

 sam.

Zacz

ą

ł bardzo dobrze. Skłonił głow

ę

, podniósł wzrok i wtedy...

I wtedy wła

ś

nie stan

ą

ł jak wryty, oczarowany jej bursztynowymi oczami spogl

ą

daj

ą

cymi na 

niego spod długich, czarnych rz

ę

s. Nigdy przedtem nie widział oczu o takim kolorze!

Zrobiło mu si

ę

 gor

ą

co. Stał jak wmurowany i nie mógł wydusi

ć

 z siebie ani słowa. Ale ona te

Ŝ

 

nie zachowywała si

ę

 normalnie — wpatrywała si

ę

 w niego niczym zahipno

tyzowana, w pewnym momencie westchn

ę

ła gł

ę

boko, zachwiała si

ę

 i byłaby upadła, gdyby nie 

złapał jej za rami

ę

.

— Fili

Ŝ

anka gor

ą

cej herbaty! To ci dobrze zrobi, Sandro.

— Samantho.
— Słucham? — spytał, prowadz

ą

c j

ą

 przez mały przedpokój do 

ś

rodka niewielkiego 

mieszkania.
— Mam na imi

ę

 Samantha.

Nick, który i tak był ju

Ŝ

 pod wra

Ŝ

eniem blisko

ś

ci jej pi

ę

knego i gibkiego ciała, zmieszał si

ę

 

jeszcze bardziej.
— Samantha... Tak, oczywi

ś

cie.

— Przyjaciele nazywaj

ą

 mnie Sam — wyszeptała nieprzytomnie, gdy delikatnie kładł j

ą

 na 

małej kanapie.
Dlaczego to powiedziała? Przecie

Ŝ

 ten człowiek nie był jej przyjacielem. Nie znała go nawet.

— Wróc

ę

 za minutk

ę

, Sam — powiedział z u

ś

miechem Nick i skierował si

ę

 do kuchni, równie 

przytulnej jak pokój.

ROZDZIAŁ TRZECI

Nick poderwał si

ę

 na przenikliwy gwizd czajnika. Co on wyprawia? Chyba oszalał. Ju

Ŝ

 dawno 

powinien siedzie

ć

 w tej głupiej limuzynie i wraca

ć

 do domu. Tymczasem był w małej kuchence 

jakiej

ś

 Samanthy, przez przyjaciół zwanej Sam (a on te

Ŝ

 natychmiast postanowił zaliczy

ć

 si

ę

 

do grona jej przyjaciół) i parzył dla niej her-
bat

ę

.

Zdj

ą

ł czajnik z ognia, znalazł kubek zawieszony na 

ś

cianie, lecz zanim dokopał si

ę

 do małego 

pudełka z herbat

ą

 na górnej półce jednej z szafek, min

ę

ło troch

ę

czasu.
— Czy doda

ć

 czego

ś

 do herbaty? — krzykn

ą

ł. Samantha westchn

ę

ła ci

ęŜ

ko. Nie miała serca 

background image

powiedzie

ć

 mu, 

Ŝ

e nie znosi herbaty.

- Tak, 

ś

mietank

ę

 i cukier. - Kłamstwo za kłamstwem, pomy

ś

lała i dotkn

ę

ła nosa, 

zaniepokojona czy nie wydłu

Ŝ

a si

ę

 on czasem z ka

Ŝ

dym kolejnym łgarstwem niczym nos 

Pinokia.
Nick bez trudu odnalazł 

ś

mietank

ę

. Zrobił przy okazji szybki przegl

ą

d zawarto

ś

ci lodówki. 

Słyszał kiedy

ś

Ŝ

e z reguły wiele mówi ona o jej wła

ś

cicielu.

Znalazł w 

ś

rodku ró

Ŝ

ne odmiany sałaty, rzodkiewki, ogórek, kiełki... Pełnoziarnisty chleb, 

margaryna, karton jajek, resztka pieczonego kurczaka w plastikowym pojemniku. Na górnej 
półce zwykle przyprawy - musztarda, ketchup, majonez — i kilka bardziej egzotycznych: ostry 
sos indyjski, sos chi

ń

ski, japo

ń

skie wasabi. Kobieta, która dba o zdrowie i ma szerokie 

upodobania kulinarne, orzekł i pochwalił j

ą

 w duchu.

— Czy co

ś

 si

ę

 stało? — zawołała z pokoju Samantha, gdy min

ę

ły dwie minuty.

Nick pospiesznie zamkn

ą

ł lodówk

ę

.

- Nie, wszystko w porz

ą

dku.

Zeby to była prawda Sk

ą

d si

ę

 wzi

ę

ła ta jego ofiarno

ść

 i troska? Co tutaj robi? Ale przecie

Ŝ

 

jeszcze nie jest za pó

ź

no na odwrót. Zaniesie jej herbat

ę

, wyrazi nadziej

ę

Ŝ

e wkrótce poczuje 

si

ę

 lepiej (nie na tyle szybko jednak, by nabrała sił na t

ę

 szalon

ą

 randk

ę

) i natychmiast si

ę

 

wycofa. Dwadzie

ś

cia minut i b

ę

dzie z powrotem w domu.

Wszedł do pokoju, spojrzał na Sam i... my

ś

l o opuszczeniu jej mieszkania wyleciała mu z 

głowy szybciej, ni

Ŝ

 si

ę

 tam pojawiła. Z wra

Ŝ

enia omal nie wylał na siebie gor

ą

cej herbaty.

— Uwa

Ŝ

aj — ostrzegł, stawiaj

ą

c kubek obok niej, na pomalowanym w szachownic

ę

 stoliku do 

kawy. — To bardzo gor

ą

ce.

— Naprawd

ę

 nie musisz robi

ć

 sobie kłopotu.

— To 

Ŝ

aden kłopot.

Znowu u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 do niego. Ten u

ś

miech podziałał na niego tak, jak gdyby kto

ś

 ukłuł go 

szpilk

ą

, jakby nagle obudził si

ę

 z długiego snu.

W jednej chwili u

ś

wiadomił sobie jednocze

ś

nie, jak wiele mo

Ŝ

e sprawi

ć

 jeden kobiecy 

u

ś

miech, jak wspaniała mo

Ŝ

e by

ć

 blisko

ść

 kobiety i jak wiele stracił przez wszystkie te lata, 

kiedy 

Ŝ

ył w narzuconym sobie celibacie. A co by si

ę

 stało, pomy

ś

lał, gdybym pocałował te 

słodkie, u

ś

miechni

ę

te usta?

— Wypij to — odezwał si

ę

, chc

ą

c odegna

ć

 niebezpieczne my

ś

li. — Jeste

ś

 blada. Mo

Ŝ

chorujesz na to samo, co Annie?
— Annie? — spytała Sam niespodziewanie zmartwionym głosem. A wi

ę

c ma 

Ŝ

on

ę

, pomy

ś

lała. 

Zaraz mi powie, 

Ŝ

e ró

Ŝ

ne okoliczno

ś

ci sprawiły, 

Ŝ

e jest w separacji. To wła

ś

nie wyznał jej 

dziewi

ęć

 miesi

ę

cy temu, na ostatniej randce, na jakiej była, pewien m

ęŜ

czyzna.

— To moja córka.
— Córka?
Skin

ą

ł głow

ą

.

— Annie jest moj

ą

 córk

ą

. Ju

Ŝ

 to chyba mówiłem, prawda?

Nick był zakłopotany. Czuł si

ę

 jak uczniak. Spogl

ą

dał na swoje dłonie, co rusz próbował 

znale

źć

 dla nich jakie

ś

 zaj

ę

cie, cho

ć

 dobrze wiedział, czym naprawd

ę

 chciałby je zaj

ąć

Chciałby dotkn

ąć

 nimi nieskazitelnej oliwkowej skóry Samanthy, zanurzy

ć

 je w dzikiej 

pl

ą

taninie jej bujnych włosów... Na wszelki wypadek wło

Ŝ

ył je do kieszeni spodni.

— Ja te

Ŝ

 mam córk

ę

 — powiedziała Samantha.

- Tak? - jm razem Nick wygl

ą

dał na zmartwionego. Ale czy me powinien tego wiedzie

ć

 

wcze

ś

niej? Wystarczyło przeczyta

ć

 odpowied

ź

 Samanthy na „jego” ogłoszenie.

— Nazywa si

ę

 Bridget.

Rozejrzał si

ę

 i dostrzegł na kominku oprawion

ą

 w ramk

ę

 fotografi

ę

 małej, ładnej, 

ciemnowłosej dziewczynki. Miała uroczy u

ś

miech, bardzo podobny do u

ś

miechu matki.

Samantha pod

ąŜ

yła za jego wzrokiem.

— Na tym zdj

ę

ciu ma pi

ęć

 lat. Ale teraz wła

ś

nie zaczyna szósty rok. Jak widzisz, ju

Ŝ

 straciła 

dwa przednie z

ę

by.

Nick u

ś

miechn

ą

ł si

ę

.

— Pami

ę

tam, kiedy Annie wypadły przednie z

ę

by. Strasznie si

ę

 tego wstydziła, cho

ć

 według 

mnie wygl

ą

dała uroczo.

— Bridget te

Ŝ

 wygi

ą

da uroczo — zapewniła Samantha z matczyn

ą

 dum

ą

, a widz

ą

Ŝ

e Nick 

rozgl

ą

da si

ę

 po mieszkaniu, dodała: — Teraz jej nie ma. Jest z ojcem. Zabiera j

ą

 na co drugi 

weekend i na miesi

ą

c w czasie wakacji.

Jeste

ś

my rozwiedzeni. Od dwóch lat.

— My od czterech — powiedział Nick.
Oboje u

ś

miechn

ę

li si

ę

 z wyra

ź

n

ą

 ulga, odczuwaj

ą

c jedynie zakłopotanie, 

Ŝ

e była ona tak 

wyra

ź

na.

— Lepiej napij si

ę

 herbaty, zanim wystygnie. Posłusznie podniosła kubek do ust i wypiła łyk. 

background image

Mogła nie znosi

ć

 herbaty, ale musiała przyzna

ć

Ŝ

e podoba jej si

ę

 ta troskliwa opieka.

— Powiedz, jadła

ś

 co

ś

 dzisiaj? — zapytał Nick.

Samantha pokr

ę

ciła przecz

ą

co głow

ą

. Za bardzo była przej

ę

ta t

ą

 głupi

ą

 randka, 

Ŝ

eby my

ś

le

ć

 

o jedzeniu. Dopiero teraz zdenerwowanie zdawało si

ę

 ust

ę

powa

ć

.

— Widziałem w lodówce jajka i chleb. Prawd

ę

 mówi

ą

c, sam niewiele dzi

ś

 jadłem. Ethan mówi, 

Ŝ

e jestem mistrzem 

ś

wiata w robieniu omletów. Robi

ę

 to podobno nawet lepiej ni

Ŝ

 Emma, a to 

naprawd

ę

 jest co

ś

!

Aha, Emma. To, 

Ŝ

e rozwiódł si

ę

 przed czterema laty nie znaczy jeszcze, 

Ŝ

e nie o

Ŝ

enił si

ę

 

powtórnie, pomy

ś

lała Samantha. Czy teraz powie, 

Ŝ

e Emma jest wspaniał

ą

 kuchark

ą

, ale od 

czasu, kiedy została jego 

Ŝ

ona, przestała go rozumie

ć

? Bo

Ŝ

e, jak dobrze znała te słowa...

- Kim s

ą

 Ethan i Emma? - zapytała z wymuszonym o

Ŝ

ywieniem.

— Ethan to mój syn. Ma dziesi

ęć

 lat. A Emma ma... naprawd

ę

 nie wiem ile. Mówi, 

Ŝ

pi

ęć

dziesi

ą

t pi

ęć

, ale moim zdaniem raczej sze

ść

dziesi

ą

t pi

ęć

. Jest nasz

ą

 gospodyni

ą

 i 

naszym zbawieniem.
Samantha po raz kolejny obdarzyła go cudownym u

ś

miechem i Nick poczuł, 

Ŝ

e płonie od 

ś

rodka.

— A wi

ę

c? Co ty na to?

Spojrzała uwa

Ŝ

nie w jego pi

ę

kn

ą

 twarz, w opiekuii

czo w ni

ą

 wtrzone szmaragdowe oczy, i natychmiast oblała j

ą

 zniewalaj

ą

co rozkoszna, gor

ą

ca 

fala. Oszołomiło j

ą

 to i przeraziło do tego stopnia, 

Ŝ

e nie była w stanie odpowiedzie

ć

 na 

propozycj

ę

 Nicka.

Widz

ą

c jej zmieszanie, sam podj

ą

ł decyzj

ę

.

— Omlet i kilka tostów — orzekł. — Zobaczysz, 

Ŝ

e od razu poczujesz si

ę

 lepiej. — 

U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 do niej łagodnie i po chwili, zadowolony z siebie i dziwnie beztroski, znikn

ą

ł w 

kuchni.
Gdy tylko wyszedł, w pokoju zadzwonił telefon.
Samantha zeskoczyła z sofy. Ani chybi Jen! Dzwoni, by przekona

ć

 si

ę

, czy jej uparta siostra 

zdołała wykr

ę

ci

ć

 si

ę

 od randki.

— Odbior

ę

! — krzykn

ę

ła za Nickiem, podbiegła do drzwi sypialni, zamkn

ę

ła je, by móc 

rozmawia

ć

 swobodnie, i dopiero wtedy podniosła słuchawk

ę

.

— Nareszcie! Ju

Ŝ

 chciałem si

ę

 rozł

ą

czy

ć

 — po drugiej stronie odezwał si

ę

 niewyra

ź

ny, 

gburowaty m

ę

ski głos.

— Je

ś

li to jaka

ś

 wspaniała oferta, promocja, lub co

ś

 w tym rodzaju, to...

— Nie jestem akwizytorem, Samantho — przerwał jej nieznajomy głos. — Wiem, 

Ŝ

e dzwoni

ę

 

w ostatniej chwili, ale po pierwsze zaspałem, a kiedy obudziłem si

ę

 dwadzie

ś

cia minut temu, 

byłem zbyt chory, 

Ŝ

eby oderwa

ć

 głow

ę

 od poduszki. Przepraszam ci

ę

. To pewnie grypa...

— Ale... Kto mówi? — spytała zdumiona.
— Jak to kto? — zirytował si

ę

 m

ęŜ

czyzna — Don Hartman. Ilu spotka

ń

 spodziewasz si

ę

 

dzisiaj, Samantho?
Z przera

Ŝ

enia a

Ŝ

 j

ą

 zmroziło. Czuła si

ę

 tak, jakby wysypano jej na plecy wiadro lodu.

— Don Hartman — powtórzyła nieprzytomnym głosem. — Z ogłoszenia...
— Ten sam — roze

ś

miał si

ę

 m

ęŜ

czyzna. — TWój branek jest chory. Wesoło, no nie?

— Wcale mi nie do 

ś

miechu.

— Domy

ś

lam si

ę

. Strasznie mi głupio i czuj

ę

 si

ę

 tak samo fatalnie jak ty. Gorzej. Mam na 

dodatek trzydzie

ś

ci dziewi

ęć

 stopni gor

ą

czki.

— Nie rozumie mnie pan — wyszeptała, rzucaj

ą

c nerwowe spojrzenie na zamkni

ę

te drzwi 

sypialni. — To pan powinien by

ć

 teraz w mojej kuchni i przygotowywa

ć

 mi omlet...

— No nie, poddaj

ę

 si

ę

.

— . . .to pan powinien by

ć

 rozwiedziony, mie

ć

 dwójk

ę

 dzieci i gospodyni

ę

, która ukrywa swój 

wiek, to pan...
— Sekund

ę

 — przerwał jej. — Nie mam 

Ŝ

adnych dzieci. Nigdy nie byłem 

Ŝ

onaty, a moja 

gospodyni ma czterdzie

ś

ci siedem lat. Wiem to na pewno.

— O Bo

Ŝ

e — j

ę

kn

ę

ła Samantha.

— Chyba... Nie bardzo rozumiem, ale zdaje si

ę

Ŝ

e i dla ciebie ten dzie

ń

 zacz

ą

ł si

ę

 pechowo 

— odezwał si

ę

 Hartman po chwili milczenia.

— Na to wygi

ą

da — odparła i odło

Ŝ

yła słuchawk

ę

 na widełki.

Spojrzała z obaw

ą

 na zamkni

ę

te drzwi sypialni. Za chwil

ę

 stanie w nich m

ęŜ

czyzna, który 

podst

ę

pem dostał si

ę

 do jej mieszkania. Wcale nie Don Hartman, jak my-

ś

lała, ale kto

ś

 zupelnie inny. Za chwil

ę

 wedrze si

ę

 do jej pokoju, zaatakuje j

ą

 i...

Co za pech! Jeden jedyny raz u

ś

piła swoj

ą

 czujno

ść

 i oto teraz jaki

ś

 podejrzany go

ść

 

grzechocze w jej kuchni garnkami i patelniami.
A je

ś

li jest szale

ń

cem, który morduje swoje ofiary za pomoc

ą

 trucizny w omlecie?

Rzuciła niespokojne spojrzenie na telefon. Mo

Ŝ

e powinna zadzwoni

ć

 na policj

ę

? Albo 

background image

przynajmniej do Jen. To w ko

ń

cu jej wina. Gdyby Jen nie wrobiła jej w t

ę

 randk

ę

, nigdy nie 

wpu

ś

ciłaby do domu tego szale

ń

ca.

Bo

Ŝ

e, dlaczego od razu nie nabrała podejrze

ń

, kiedy nazwał j

ą

 Sandr

ą

 zamiast Samanth

ą

Jak mogła by

ć

 tak naiwna, 

Ŝ

eby uzna

ć

 to za zwykłe przej

ę

zyczenie? Czy nie było podejrzane 

tak

Ŝ

e i to, 

Ŝ

e ten wariat pojawił si

ę

 w jej drzwiach dokładnie w tym czasie, kiedy spodziewała 

si

ę

 kandydata na randk

ę

, tego Hartmana?

— Sam?
Podskoczyła na d

ź

wi

ę

k głosu, który dobiegł z kuchni.

- Tak? - odkrzykn

ę

ła nerwowo.

— Czy doda

ć

 ci ser do omleta? Znalazłem troch

ę

 chedara.

Siedz

ą

c na brzegu łó

Ŝ

ka, Samantha 

ś

ciskała si

ę

 za brzuch. Teraz naprawd

ę

 czuła, 

Ŝ

e ma 

mdło

ś

ci. Mdło

ś

ci ze strachu.

— Nie, dzi

ę

kuj

ę

 — zawołała, walcz

ą

c ze skurczem, który dusił ze strachu jej gardło.

Znów spojrzała na drzwi. Nale

Ŝ

ało wsta

ć

, zamkn

ąć

 je na klucz i natychmiast zadzwoni

ć

 na 

policj

ę

.

Za pó

ź

no. W nast

ę

pnej chwili gałka u drzwi obróciła si

ę

 i sobowtór Kevina Costnera wsun

ą

ł 

głow

ę

 w drzwi.

— Wszystko w porz

ą

dku? — zapytał.

— W porz

ą

dku. — U

ś

miechn

ę

ła si

ę

 blado, walcz

ą

c z parali

Ŝ

uj

ą

cym wszelkie ruchy i gesty 

przera

Ŝ

eniem.

On te

Ŝ

 si

ę

 u

ś

miechn

ą

ł. Jaki ciepły, ujmuj

ą

cy i delikatny u

ś

miech. Czy tak si

ę

 u

ś

miecha 

złodziej, gwałciciel albo morderca? A mo

Ŝ

e ten telefon przed minut

ą

 był tylko złudzeniem?

— Don? — zwróciła si

ę

 do niego niezobowi

ą

zuj

ą

co, gdy wyci

ą

gn

ą

ł r

ę

k

ę

, by zamkn

ąć

 za sob

ą

 

drzwi.
— Słucham? — Zatrzymał si

ę

 i odwrócił do niej.

— Ja... po prostu zastanawiałam si

ę

... jak nazywaj

ą

 ci

ę

 przyjaciele — wyj

ą

kała.

— Zwyczajnie, Nick.
— Nick. — Skin

ę

ła głow

ą

 w odr

ę

twieniu. A wi

ę

c ten telefon wcale nie był halucynacj

ą

!

— Omlet b

ę

dzie gotów za kilka minut — powiedział tymczasem Nick i ponownie skierował si

ę

 

w stron

ę

 kuchni. Zanim zamkn

ą

ł drzwi, jeszcze na chwil

ę

 wsadził

w nie głow

ę

.

— Słuchaj, miałaby

ś

 co

ś

 przeciwko temu, gdybym zadzwonił szybko do domu? Chciałbym si

ę

 

dowiedzie

ć

, co z Annie.

— Chcesz dowiedzie

ć

 si

ę

, co z Annie? — zapytała podejrzliwie. Do kogo naprawd

ę

 chce 

dzwoni

ć

? Do kumpla z gangu?

Nick spojrzał na ni

ą

 porozumiewawczo.

— No wiesz, Annie to moja córka. Pami

ę

tasz, mówiłem ci, 

Ŝ

e si

ę

 przezi

ę

biła. Chc

ę

 sprawdzi

ć

jak teraz si

ę

 czuje.

Samaiitha zdobyła si

ę

 na troskliwy u

ś

miech, cho

ć

 w rzeczywisto

ś

ci była przekonana, 

Ŝ

e Nick 

kłamie jak naj

ę

ty.

— 0, tak. Jasne. Zrobiłabym to samo, gdyby... gdyby Bridget była chora. Ale nie jest. Jest ze 
swoim ojcem.
— Ju

Ŝ

 mi to mówiła

ś

.

— Tak. Wiem. Słuchaj, czy nie znasz przypadkiem Dona Hartmana? — zapytała, podejmuj

ą

desperack

ą

 prób

ę

 zaskoczenia go i zdemaskowania.

Na Nicku jednak to pytanie nie zrobilo wi

ę

kszego wra

Ŝ

enia. Zastanawiał si

ę

 przez chwil

ę

. Miał 

klienta, który nazywał si

ę

 Dan Hartford, ale nazwisko Hartman z niczym mu si

ę

 nie kojarzyło.

— Niestety, przykro mi. A dlaczego pytasz?
— Och, to nic wa

Ŝ

nego — machn

ę

ła r

ę

k

ą

.

— Wi

ę

c co? Mog

ę

 skorzysta

ć

 z telefonu?

— No jasne — powiedziała Samantha. — Nie kr

ę

puj si

ę

, dzwo

ń

.

U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 z wdzi

ę

czno

ś

ci

ą

 i tym razem zamkn

ą

ł ju

Ŝ

 drzwi za sob

ą

. Samantha policzyła 

do dziesi

ę

ciu, po czym zerwała si

ę

 z łó

Ŝ

ka i zasun

ę

ła zasuwk

ę

. Nast

ę

pnie rzuciła si

ę

 z 

powrotem do telefonu, znowu policzyła do dziesi

ę

ciu i powoli, bardzo ostro

Ŝ

nie podniosła 

słuchawk

ę

 w swoim aparacie. Nigdy nie podsłuchiwała cudzych rozmów, teraz jednak 

sytuacja j

ą

 usprawiedliwiała.

— Annie? — usłyszała, jak Nick mówi do córki. — Tu tatu

ś

. Posłuchaj, Annie. Dzwoni

ę

Ŝ

eby 

ci powiedzie

ć

Ŝ

e b

ę

d

ę

 musiał zosta

ć

 u Samanthy troch

ę

 dłu

Ŝ

ej. Ona nie czuje si

ę

 najlepiej, no 

i chyba nale

Ŝ

ałoby jej...

— Ale, tato... — po drugiej stronie rozległ si

ę

 pełen niedowierzania głos dziewczynki.

— Ja nie 

Ŝ

artuj

ę

, Annie. Po prostu musz

ę

 przygotowa

ć

 Samancie co

ś

 do jedzenia, a potem... 

Rozumiesz, to zale

Ŝ

y od tego, jak ona si

ę

 poczuje.

— Ale, tato....

background image

— No dobrze, miała

ś

 racj

ę

. Ona jest rzeczywi

ś

cie wyj

ą

tkowa.

— Ale... to niemo

Ŝ

liwe.

— Jak to niemo

Ŝ

liwe, kochanie? Przecie

Ŝ

 sama tak gor

ą

co j

ą

 popierała

ś

, zachwalała

ś

... 

Wszyscy j

ą

 wybrali

ś

cie.

— Nie, tato. My

ś

my wybrali Sandr

ę

. A od Samanthy nie dostali

ś

my nawet odpowiedzi. Nie 

było 

Ŝ

adnej Samanthy.

— Zaraz, zaraz, Annie, musisz si

ę

 myli

ć

. Przecie

Ŝ

 tu wszystko si

ę

 zgadza. Czy ona nie 

mieszka na Milbume Place 11, mieszkania 4A?
— Blisko, tato, ale niezupełnie. Sandra mieszka na Milborn Plaza 17. Tylko mieszkanie si

ę

 

zgadza — rzeczywi

ś

cie 4A.

— To... to nieprawdopodobne — powiedział Nick.
Jego bł

ę

dne spojrzenie pow

ę

drowało przez kuchni

ę

 ku zamkni

ę

tym drzwiom sypialni, za 

którymi czekała na omlet... SAMANTHA.
A wi

ę

c za pierwszym razem wcale nie pomylił imienia.

Pomyłka dotyczyła kobiety!

ROZDZIAŁ CZWARTY

Samantha poczekała, a

Ŝ

 Nick odło

Ŝ

y słuchawk

ę

, zanim zrobiła to samo. Potem usiadła na 

łó

Ŝ

ku i zacz

ę

ła układa

ć

 fakty w jedn

ą

 logiczn

ą

 cało

ść

. Nie potrzebowała wiele czasu, 

Ŝ

eby 

domy

ś

le

ć

 si

ę

 wszystkiego. Jego córka wspomniała o odpowiedzi. Odpowiedzi na co? 

Oczywi

ś

cie na ogłoszenie matrymonialne! Jeden z tych idiotycznych anonsów, które Jen 

zawsze sprawdza dla niej z tak

ą

 gorliwo

ś

ci

ą

. Jak córka Nicka została w to wpl

ą

tana, to inna 

sprawa, ale nie była ona jedyn

ą

, nad któr

ą

 zastanawiała si

ę

 Samantha w tym momencie.

O wiele bardziej intrygowało j

ą

 to, jak Nick zareaguje na fakt, 

Ŝ

e znalazł si

ę

 przez pomyłk

ę

 w 

niewła

ś

ciwym mieszkaniu, 

Ŝ

e udał si

ę

 do kuchni, by przygotowa

ć

 omlet kobiecie, która miała 

gor

ą

czk

ę

, ale która była jednocze

ś

nie niewła

ś

ciw

ą

 kobiet

ą

! Nie t

ą

, z któr

ą

 miał si

ę

 spotka

ć

! To 

dla Sandry powinien teraz sma

Ŝ

y

ć

 jajka. Dla Sandry, która mieszka na Milborn Płaza 17, 

mieszkania 4A. Sandry, która odpowiedziała na jego ogłoszenie matrymonialne i która 
zapewne czeka teraz niecierpliwie na swego walentynkowego partnera.Mogła jedynie si

ę

 

domy

ś

la

ć

Ŝ

e ten uroczy m

ęŜ

czyzna, którego jeszcze kilka minut wcze

ś

niej podejrzewała o 

mordercze zamiary, chodzi teraz po kuchni i zastanawia si

ę

, jak wybrn

ąć

 z tak kłopotliwej 

sytuacji, jak wyrwa

ć

 si

ę

 st

ą

d na wła

ś

ciw

ą

 randk

ę

, zanim Sandra ostatecznie zrezygnuje.

Samantha poczuła w brzuchu łaskotanie. Nie takie jak wtedy, gdy obawiała si

ę

Ŝ

e Nick mo

Ŝ

by

ć

 niebezpiecznym szale

ń

cem. Nawet nie takie jak wówczas, gdy utkwiła w nim oczy i 

odczuła nagły przypływ erotycznego zauroczenia. Było to co

ś

 nowego — granicz

ą

ce z 

pewno

ś

ci

ą

 przeczucie, 

Ŝ

e to, co mi

ę

dzy nimi si

ę

 wydarzy, b

ę

dzie całkowicie niespodziewane i 

zupełnie wyj

ą

tkowe.

I wtedy przypomniała sobie słowa, które podsłuchała przez telefon. Powiedział córce: „Ona 
jest wyj

ą

tkowa”. Ona, to znaczy Samantha. Nie Sandra. Nie kobieta, do której jechał i z któr

ą

 

byłby teraz, gdyby nie pomyłka, lecz ona — Samantha, przez przyjaciół. zwana Sam.
Ale co to wła

ś

ciwie znaczy: wyj

ą

tkowa. Pi

ę

kna, intryguj

ą

ca, powabna? Czy na tyle jednak, by 

zrezygnował z umówionej randki?
Wzrok Sam przesun

ą

ł si

ę

 na szaf

ę

. Zeskoczyła z łó

Ŝ

ka, podbiegła do niej i gwałtownie 

otworzyła drzwi. Musi stan

ąć

 na wysoko

ś

ci zadania!

Nick opadł na jedno z dwóch kuchennych krzeseł. Był całkowicie oszołomiony. Co za 
przewrotno

ść

 losu! Nie ten adres. Nie ta kobieta. Obj

ą

ł głow

ę

 r

ę

kami. Czy kiedykolwiek w 

Ŝ

yciu znalazł si

ę

 w takich tarapatach?

A jednak...
Nie

ś

miały u

ś

miech zaigrał mu na ustach. Czy rzeczywi

ś

cie trafił pod niewła

ś

ciwy adres, do 

niewła

ś

ciwej kobiety? Przecie

Ŝ

 w Samancie było co

ś

, co przyci

ą

gało go z niezwykł

ą

 moc

ą

Pewnie, 

Ŝ

e po cz

ęś

ci był to czysto fizyczny magnetyzm, temu nie dałoby si

ę

 zaprzeczy

ć

. Ale 

prócz tego było jeszcze co

ś

 wi

ę

cej. B

ę

d

ą

c z ni

ą

 w jej mieszkaniu, siedz

ą

c obok niej, czuł si

ę

... 

na swoim miejscu. Jak wi

ę

c mógł s

ą

dzi

ć

Ŝ

e pomylił miejsca i trafił pod niewła

ś

ciwy adres?

Wstał, jakby powzi

ą

ł jak

ąś

 decyzj

ę

. Ale co wła

ś

ciwie powinien teraz zrobi

ć

? Je

ś

li los, który go 

tu przyprowadził, si

ę

 nie mylił, to co?

Znów usiadł. Gdyby mógł zapomnie

ć

 na chwil

ę

 o emocjach, jakie budziła w nim Samantha, 

powinien powiedzie

ć

 jej uczciwie o pomyłce, potem opu

ś

ci

ć

 to mieszkanie i wyja

ś

ni

ć

 wszystko 

tej druglej, Sandrze, która zastanawia si

ę

 z pewno

ś

ci

ą

, gdzie, u diabła, podział si

ę

 jej Kevin 

Costner.
Kłopot w tym, 

Ŝ

e Nick nie był w stanie ignorowa

ć

 swoich uczu

ć

. Było to do

ść

 zaskakuj

ą

ce. W 

ko

ń

cu jeszcze wczoraj zdawało mu si

ę

Ŝ

e od czasu, gdy odeszła od niego Beth, nauczył si

ę

 

nad nimi panowa

ć

, zwłaszcza w obecno

ś

ci kobiet. Przez cztery lata jego serce biło 

Ŝ

ywiej 

background image

jedynie na my

ś

l o dzieciach. Przez cztery lata trzymał je w szczelnie zamkni

ę

tej klatce. Teraz 

waliło mu w piersi, jak gdyby za chwil

ę

 miało wyfrun

ąć

.

Nie, nie opuszcz

ę

 Samanthy, sp

ę

dz

ę

 z ni

ą

 ten dzie

ń

, pomy

ś

lał i w nast

ę

pnej chwili.., poczuł 

intensywny zapach spalenizny.
Cholera! Omlety!
Poderwał si

ę

 z krzesła i rzucił do kuchenki. Nie jest tak 

ź

le. Tylko troch

ę

 sera spłyn

ę

ło na 

patelni

ę

 i trafiło na palnik. Wył

ą

czył gaz i przeniósł patelni

ę

 na zimny palnik. Dobrze, wszystko 

pi

ę

knie si

ę

 

ś

ci

ę

ło.

Wi

ę

c co? — zapytał sam siebie. Czy b

ę

dzie to strasznym grzechem, je

ś

li wstrzyma si

ę

 z 

wyjawieniem jej prawdy, dopóki nie zjedz

ą

 omletów?

Znów u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 do siebie, tym razem nieco bardziej przewrotnie Nagle u

ś

miech zamarł 

na jego ustach.
Je

ś

li faktycznie pomylił adresy, je

ś

li czeka

ć

 miała na niego nie Samantha lecz Sandra, to 

dlaczego gdy pojawił si

ę

 w drzwiach Samanthy, nie okazała na jego widok 

Ŝ

adnego 

zdziwienia? Co wi

ę

cej, wygl

ą

dała tak, jakby si

ę

 go spodziewała. Jak gdyby byli umówieni na 

randk

ę

! Czy

Ŝ

by a

Ŝ

 taki zbieg okoliczno

ś

ci? Czy

Ŝ

by i ona uczestniczyła w całej tej 

matrymonialnej giełdzie? Wprawdzie było to mało prawdopodobne, ale je

ś

li rzeczywi

ś

cie 

Samantha na kogo

ś

 czekała, musiał by

ć

 to kto

ś

, kogo nie widziała nigdy przedtem. W 

przeciwnym razie od razu stwierdziłaby pomyłk

ę

.

Zaraz, zaraz... Przecie

Ŝ

 pytała o jakiego

ś

 m

ęŜ

czyzn

ę

. Tak! Don! Don Hartman. Samantha 

s

ą

dziła, 

Ŝ

e jej go

ś

ciem jest jaki

ś

 tam Don. Wprawdzie Nick przedstawił si

ę

 jej, powiedział, jak 

ma na imi

ę

, ale mo

Ŝ

e i ona po- my

ś

lała, 

Ŝ

e pomyliła imiona.

Nie do wiary!
A na dodatek, jakby i bez tego było mało problemów, ów Don zapewne zjawi si

ę

 lada chwila. A 

kiedy to si

ę

 stanie, wyjdzie szydło z worka.

Samantha dowie si

ę

Ŝ

e nie jest Sandr

ą

 i 

Ŝ

e Nick to nie Don, bo Nick umówił si

ę

 z Sandr

ą

 a 

Don z Samanth ale wskutek pomyłki zamiast Sandry...
Lito

ś

ci!

Samantha otworzyła drzwi sypialni. Z pocz

ą

tku poczuła sw

ą

d spalenizny, chwil

ę

 pó

ź

niej jej 

uszu dobiegł rozpaczliwy głos Nicka.
— Samantho, stało si

ę

 co

ś

 okropnego!

No tak, pomy

ś

lała ze smutkiem. Za chwil

ę

 usłyszy jak

ąś

 wymówk

ę

, a zaraz potem Nick 

opu

ś

ci mieszkanie i na zawsze zniknie z jej 

Ŝ

ycia. Niechby chocia

Ŝ

 nie zmy

ś

lał, powiedział jej 

cał

ą

 prawd

ę

... Zostałyby jej przynajmniej dobre wspomnienia.

— O co chodzi? — spytała dr

Ŝą

cym głosem, ale nie doczekała si

ę

 odpowiedzi.

Nick oniemiał na jej widok. Stał nieruchomo i wpatrywał si

ę

 z zachwytem w kobiet

ę

, ubran

ą

 we

wspaniał

ą

 czerwon

ą

 sukni

ę

. Zmieniła si

ę

 nie do pomania i była teraz niczym l

ś

ni

ą

cy blaskiem 

brylant.
— Nick?
Nadal nie odpowiadał. Mrugn

ą

ł kilka razy powiekami, przełkn

ą

ł 

ś

lin

ę

, wreszcie wykrztusił z 

najwy

Ŝ

szym trudem:

— Jajka.
— Jajka?
- Omlety.
Wci

ąŜ

 nie mógł oderwa

ć

 od niej oczu. Nie mógł przesta

ć

 wpatrywa

ć

 si

ę

 w wi

ś

niowo-czerwon

ą

 

tkanin

ę

, doskonale opinaj

ą

c

ą

 cudowne kształty.

Samantha u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 słabo i podzi

ę

kowała w duchu swej siostrze. Czerwona sukienka 

znakomicie spełniła swoj

ą

 rol

ę

.

— Czy chcesz powiedzie

ć

Ŝ

e omlety s

ą

 gotowe? — spytała miłe zaskoczona. Czy

Ŝ

by 

zamierzał po prostu powiedzie

ć

Ŝ

e czas na posiłek? Mo

Ŝ

e wi

ę

c nie ucieknie

i dopiero po 

ś

niadaniu wyma, co si

ę

 wydarzyło. Mo

Ŝ

e

jeszcze b

ę

d

ą

 si

ę

 z tego 

ś

mia

ć

...

— Nie... to znaczy... — Znów musiał przełkn

ąć

 

ś

lin

ę

.

— Obawiam si

ę

Ŝ

e wszystko przepadło... Mam na my

ś

li omlety.

— Rozumiem — powiedziała zbita z tropu.
— Rozmawiałem przez telefon, no i... Cholera, powinienem lepiej ich pilnowa

ć

.

Ŝ

ą

dek podszedł jej do gardła. A jednak Nick si

ę

 wykr

ę

ca, tak jak si

ę

 spodziewała. Co za 

banalna wymówka
— spalone omlety! A miała nadziej

ę

Ŝ

e skoro ju

Ŝ

 si

ę

 po- mylił, to przynajmniej powie prawd

ę

przeprosi. Nie dał jej nawet tego.
Z drugiej strony jaki

ś

 daleki głos w jej sumieniu wstrzymywał j

ą

 przed pot

ę

pieniem Nicka i 

kazał usprawiedliwia

ć

 jego zachowanie. Mo

Ŝ

e jest w szoku, mo

Ŝ

e gdyby mieli wi

ę

cej czasu...

— Mo

Ŝ

emy spróbowa

ć

 jeszcze raz — zaproponowała nie

ś

miało. — Z nast

ę

pn

ą

 porcj

ą

 jajek. 

background image

To nie zabierze wiele czasu...
— Nic z tego. Zu

Ŝ

yłem wszystko, co miała

ś

 w lodówce.

Samantha straciła wszelkie nadzieje. Chciało jej si

ę

 płaka

ć

, cho

ć

 zdawała sobie spraw

ę

Ŝ

jeszcze pói godziny temu wydałoby si

ę

 jej to idiotyczne.

Daj spokój, próbowała przemówi

ć

 głosem rozs

ą

dku do zbolałego serca. Znasz go raptem pół 

godziny i na dodatek przez cały czas brała

ś

 go za kogo

ś

 innego. Jak chce — niech idzie. 

Przecie

Ŝ

 czeka na niego Sandra z Milborn Plaza. A poza tym, skoro wolał kiepsk

ą

 wymówk

ę

 

ni

Ŝ

 szczero

ść

, to nie był lepszy ni

Ŝ

 jej były m

ąŜ

 i 

Ŝ

aden z m

ęŜ

czyzn, których spotkała dot

ą

d w 

Ŝ

yciu.

No dobrze, ale dlaczego ona sama nie powiedziała mu od razu o rozmowie z Donem 
Hartmanem?
— Skoro wi

ę

c nie mamy ju

Ŝ

 jajek — pewny i zdecydowany głos Nicka przerwał nagle jej 

rozmy

ś

lania — pomy

ś

lałem, 

Ŝ

e lepiej b

ę

dzie, je

ś

li zaprosz

ę

 ci

ę

 na 

ś

niadanie. Moja limuzyna 

czeka na dole. Znam pewne miejsce, naprawd

ę

 miłe..

— Co takiego? — spytała, pewna, 

Ŝ

e si

ę

 przeslyszała.

— Czy pozwolisz mi zaprosi

ć

 si

ę

 na 

ś

niadanie? — ponowił propozycj

ę

 Nick. Serce waliło mu 

nieprzerwanie. A czas uciekał. Dzwonek do drzwi mógł -zadzwoni

ć

w ka

Ŝ

dej chwili. Don mo

Ŝ

e wyj

ść

 z windy prosto na nich. Dla bezpieczeistwa zaproponuje 

schody.
Serce Sainanthy równie

Ŝ

 waliło teraz jak szalone.

A wi

ę

c Nick nie ucieka, nie wychodzi. To znaczy — nie wychodzi bez niej.

— Z przyjemno

ś

ci

ą

 pójd

ę

 z tob

ą

 na 

ś

niadanie, Nick

— odparła i obdarzyła go cudownie promiennym u

ś

mie

Wiedział, 

Ŝ

e to głupie odczuwa

ć

 rado

ść

 tylko dlatego, 

Ŝ

e kobieta, któr

ą

 ledwie znał, przyj

ę

ła 

jego zaproszenie, ale to wła

ś

nie czuł. Rado

ść

. Bo

Ŝ

e, od jak dawna nie zaznał tego 

szczególnego rodzaju rado

ś

ci!

My

ś

li i uczucia Samanthy biegły podobnym tropem. Była radosna, szcz

ęś

liwa, wewn

ę

trznie 

rozpromieniona.
Gdy w korytarzu mijała lustro koło wieszaka, dostrzegła w nim swoje odbicie w czerwonej 
sukience. U

ś

miechn

ę

ła si

ę

 w duchu do siebie. Dzi

ę

kuj

ę

 ci, Jen, pomy

ś

lała.

ROZDZIAŁ PI

Ą

TY

Wyszli na zimne poranne powietrze. Szofer obszedł samochód i przytrzymał im otwarte drzwi. 
Samantha wsiadła pierwsza. Nick pochylił si

ę

, by wsi

ąść

 za nia lecz szofer zatrzymał go 

dyskretnie i wr

ę

czył zamkni

ę

t

ą

, br

ą

zow

ą

 kopert

ę

 z wypisanym nazwiskiem „Nicholas 

Santiago”.
Nick natychmiast rozpoznał charakter pisma — to z cał

ą

 pewno

ś

ci

ą

 Annie.

Kiwn

ą

ł głow

ą

 lekko zakłopotany.

— Dzi

ę

kuj

ę

 ci...

- Don - podpowiedział kierowca.
Nick rozejrzał si

ę

 wokół z niepokojem.

— Co powiedziałe

ś

?

Szofer zrobił zdziwion

ą

 min

ę

.

- Don. Mam na imi

ę

 Don. Czy co

ś

 nie w porz

ą

dku?

Nick potarł z zakłopotaniem czoło.
— Posłuchaj, Don, wiem, 

Ŝ

e to mo

Ŝ

e zabrzmie

ć

 troch

ę

 dziwnie, ale czy miałby

ś

 co

ś

 przeciwko 

temu, 

Ŝ

eby

ś

my zwracali si

ę

 do ciebie jako

ś

 inaczej? — zapytał przyciszonym głosem.

Szofer 

ś

ci

ą

gn

ą

ł brwi.

— Czy ma pan co

ś

 przeciwko mojemu imieniu?

Nick starał si

ę

 nie podnosi

ć

 głosu.

— Nie, nie. To po prostu... sprawa osobista. Rozumiesz?
Don nie rozumiał, ale udawał, 

Ŝ

e rozumie. W ko

ń

cu był ju

Ŝ

 szoferem ponad dwadzie

ś

cia pi

ęć

 

lat i słyszał wiele dziwacznych 

Ŝą

da

ń

.

— W takim razie, czy mo

Ŝ

e by

ć

 Edgar? — Szofer zsun

ą

ł nieco do tylu czapk

ę

. — To moje 

drugie imi

ę

. Donald Edgar Foster. Je

ś

li za

ś

 nie podoba si

ę

 panu Edgar, mo

Ŝ

e

pan...
- Nie, nie - u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 Nick. - Edgar jest w porz

ą

dku. — Machn

ą

ł kopert

ą

. — Dzi

ę

kuj

ę

Edgarze.
Wsun

ą

ł si

ę

 wreszcie za Samanth

ą

 do samochodu i usiadł obok niej. Spojrzała na niego 

zaniepokojona.
— Czy co

ś

 nie tak?

Nie, nie. Po prostu naradzałem si

ę

 z... Edgarem na temat tego... gdzie najlepiej pojecha

ć

 na 

background image

ś

niadanie.

- My

ś

lałam, 

Ŝ

e mas

Ŝ

 ju

Ŝ

 jaki

ś

 pomysł.

Nick znów poczuł si

ę

 nieswojo. Oto brn

ą

ł w kolejne kłamstwa, jakby nie do

ść

 było 

poprzednich. Rozpi

ą

ł kołnierz swojej lotniczej kurtki.

-0, taŁ Chciałem tylko si

ę

 upewni

ć

, czy mo

Ŝ

e Edgar... ten szofer... nie ma lepszego. Oni 

czasami lepiej si

ę

 orientuj

ą

 - zamachał r

ę

kami - przecie

Ŝ

 tak du

Ŝ

o je

Ŝ

d

Ŝą

...

Samantha u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 słabo.

- Taki zawód.
— Przepraszam, nie dosłyszałem — powiedział nerwowo Nick, ogl

ą

daj

ą

c si

ę

 nerwowo za 

siebie, gdy limuzyna ruszała z miejsca przy kraw

ęŜ

niku.

— Taki zawód. Du

Ŝ

o je

Ŝ

d

Ŝą

 — powtórzyła Samantha.

— A, tak. Owszem. Je

Ŝ

d

Ŝą

...

Brzmiało to jak bezmy

ś

lna paplanina, ale dopóki Nick nie rozwiał swych obaw zwi

ą

zanych z 

niepo

Ŝą

danym w tym momencie pojawieniem si

ę

 wła

ś

ciwego kandydata do walentynkowej 

randki w ciemno, nie był w stanie skoncentrowa

ć

 swej uwagi na rozmowie. Dopiero gdy 

samochód oddalił si

ę

 znacznie od Milburne Place, rozpogodził si

ę

 i uspokoił. Przykro mi, Don, 

pomy

ś

lał, ale twoja strata to moja wygrana.

Poprawił si

ę

 na fotelu, przysun

ą

ł bli

Ŝ

ej Samanthy i kolejny raz o

ś

wiecił j

ą

 gł

ę

bok

ą

 my

ś

l

ą

 na 

temat natury zawodu szofera:
— Rzeczywi

ś

cie, szoferzy je

Ŝ

d

Ŝą

 wyj

ą

tkowo du

Ŝ

o.

Samantha przyjrzała mu si

ę

 uwa

Ŝ

nie, lecz nie podj

ę

ła tego frapuj

ą

cego tematu.

— Czy mog

ę

 ci co

ś

 wyzna

ć

? — spytała w zamian.

Nick poczuł nieprzyjemny chłód na plecach. Samo słowo „wyzna

ć

” powodowało, 

Ŝ

e jego 

nieczyste sumienie stawało si

ę

 jeszcze bardziej nieczyste.

— Je

ś

li chcesz — b

ą

kn

ą

ł.

— Nigdy w 

Ŝ

yciu nie jechałam limuzyn

ą

.

— Ani ja — roze

ś

miał si

ę

 z wyra

ź

n

ą

 ulg

ą

 i w nast

ę

pnej chwili dotarło do niego, co wła

ś

nie 

powiedział. Przecie

Ŝ

 to miała by

ć

 jego limuzyna! Kolejna wpadka! — To znaczy — zacz

ą

ł 

nerwowo tłumaczy

ć

 — nigdy nie jechałem jako pasa

Ŝ

er. Przewa

Ŝ

nie sam prowadz

ę

.

Szyba oddzielaj

ą

ca Donalda Edgara Fostera od dwojga pasa

Ŝ

erów zjechała w dół.

— Przepraszam, panie Santiago, czy mam jecha

ć

 według wyznaczonej trasy?

Nick spojrzał na plecy szofera. Co za wyznaczona trasa? O co tu chodzi? Wtedy przypomniał 
sobie kopert

ę

, któr

ą

 Donald Edgar przekazał mu od Annie. Kochana córeczka najwyra

ź

niej 

przewidziała wszystko.
Odchrz

ą

kn

ą

ł i u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 uspokajaj

ą

co do Samanthy.

— No wła

ś

nie. My... hm... chcieliby

ś

my zatrzyma

ć

 si

ę

 gdzie

ś

 na 

ś

niadanie. A skoro tak, to... 

jest takie miłe miejsce...
— „Chez Vladimir”, na Newbury — potwierdził Edgar.
— 0, wła

ś

nie! — przytakn

ą

ł Nick i zerkn

ą

ł z boku na Samanth

ę

. — Czy cito odpowiada?

U

ś

miechn

ę

ła si

ę

.

— Zdaje si

ę

Ŝ

e to bardzo modne miejsce.

— Tak? — Zdziwił si

ę

, lecz zaraz si

ę

 poprawił: — To znaczy, tak. Oczywi

ś

cie. Szczególnie 

ostatnio...
— Przyznano jej pierwsze miejsce w ostatniej ankiecie „Gazety Bosto

ń

skiej” — dodała 

Samantha tonem znawcy.
— 0, widz

ę

Ŝ

e jeste

ś

 na bie

Ŝą

co.

— Czy ja wiem? Po prostu pracuj

ę

 w „Gazecie”. W dziale urz

ą

dzania wn

ę

trz.

- Ach, tak. Teraz rozumiem. - Nick pokiwał głow

ą

.

— Twoje mieszkanie jest bardzo przytulne, a jednocze

ś

nie stylowe. I jasne. Wida

ć

Ŝ

e nie 

boisz si

ę

 kolorów. Pełna paleta...

— To prawda. Lubi

ę

 kolory.

Teraz u

ś

miechn

ę

li si

ę

 do siebie jednocze

ś

nie.

— To wida

ć

 — powiedział, my

ś

l

ą

c nie tyle o jej mieszkaniu, co o czerwonej sukni pod 

czarnym wełnianym
płaszczem.
— Wła

ś

ciwie to ja dopiero robi

ę

 kurs z zakresu urz

ą

dzania wn

ę

trz — wyja

ś

niła Samantha. — 

Zawsze chciałam zajmowa

ć

 si

ę

 tym zawodowo.

Nick pomy

ś

lał nagle, ile byłoby zabawy, gdyby Samantha zaprojektowała wn

ę

trza w jego 

mieszkaniu, gdyby zamieniła je w jasny, wesoły, nieco szalony dom. Dzieci byłyby 
zachwycone.
W „Chez Vladimir” czekał ju

Ŝ

 na nich zarezerwowany stolik w gł

ę

bi, na prawo od okna. 

Podczas gdy wszystkie pozostałe udekorowane były 

Ŝ

onkilami, ich stolik zdobiły dwie 

wspaniałe ró

Ŝ

e: jedna w wazonie, druga — na talerzu Samanthy. Gdy tylko spojrzała na ró

Ŝę

background image

Samantha poczuła wyrzuty sumienia. Ten kwiat nie był dla niej, czekał na Sandr

ę

.

Nick równie

Ŝ

 był lekko zakłopotany. Poczucie winy wobec Sandry psuło rado

ść

 z obecno

ś

ci 

Samanthy.
Podniósł si

ę

 ze swojego krzesła.

— Wybacz, opuszcz

ę

 ci

ę

 na chwil

ę

 — powiedział. — Musz

ę

 natychmiast skorzysta

ć

 z... 

toalety.
Samanth

ę

 zdziwiła nieco ta nagła potrzeba, lecz gruncie rzeczy chwilowa nieobecno

ść

 Nicka 

była jej nawet na r

ę

k

ę

. Jeszcze raz wszystko przemy

ś

li, zbierze siły i uło

Ŝ

y słowa, którymi 

wyzna Nickowi prawd

ę

 o Do- nie Hartmanie. Je

ś

li tego nie zrobi, zwykła nieostro

Ŝ

no

ść

, jedno 

słowo nawet, mo

Ŝ

e zdradzi

ć

Ŝ

e wie o wszystkim

— o Sandrze, pomyłce adresów — a to oznaczałoby przyznanie si

ę

 do podsłuchiwania.

Podczas gdy Samantha przygotowywała si

ę

 do rozmowy z Nickiem, on sam stał przy telefonie 

obok toalety i ponownie wykr

ę

cał numer do domu.

Annie odebrała po drugim sygnale.
— Annie? To ja. Tata. Dzwoni

ę

Ŝ

eby...

— Och, ciesz

ę

 si

ę

Ŝ

e dzwonisz, tato. Nic si

ę

 nie martw. Je

ś

li chodzi o Sandr

ę

...

— Wła

ś

nie dzwoni

ę

 w tej sprawie. Nie mog

ę

 odczyta

ć

 jej nazwiska na kopercie, a chciałbym 

wyja

ś

ni

ć

 jej...

— No wła

ś

nie. Obawiałam si

ę

Ŝ

e zamierzasz do niej pój

ść

.

— Musz

ę

 przecie

Ŝ

 wyja

ś

ni

ć

 jej wszystko, wi

ę

c...

— Nie musisz, tato. Lepiej zosta

ń

 z Samanth

ą

. Jeste

ś

 z ni

ą

 teraz, prawda? Wi

ę

c posłuchaj: 

pospiesz si

ę

 albo stracisz rezerwacj

ę

 w „Chez Vladimir”

— Wła

ś

nie dzwoni

ę

 z „Chez Vladimir” i...

— Tak? To wspaniale! Je

ś

li wszystko pójdzie zgodnie z planem, b

ę

dzie cudownie, tato. No i 

co, powiedz, jak jest w „Chez Vladimir”? Czy wiesz, 

Ŝ

e to najlepsza restauracja w ankiecie..

— Annie — przerwał jej Nick — czy mogłaby

ś

 łaskawie dopu

ś

ci

ć

 mnie do głosu? Jestem tu, 

poniewa

Ŝ

... poniewa

Ŝ

 zaproponowałem Samancie 

ś

niadanie. Rozumiesz, kiedy jeszcze 

my

ś

lałem... 

Ŝ

e to Sandra. Cho

ć

 wła

ś

ciwie wiedziałem ju

Ŝ

Ŝ

e nie jest Sandra,, bo powiedziała 

mi od razu, 

Ŝ

e ma na imi

ę

 Samantha, no ale ja... — Odetchn

ą

ł gło

ś

no i potrz

ą

sn

ą

ł ze 

zniecierpliwieniem głow

ą

. — Niewa

Ŝ

ne. Krótko mówi

ą

c, b

ę

d

ę

 musiał zadzwoni

ć

 do Sandry, 

jak tylko Samantha i ja sko

ń

czymy 

ś

niadanie.

— Tato, ona naprawd

ę

 musi by

ć

 

ś

wietna!

— Nie wiem, Annie — Nick próbował ostudzi

ć

 zapał córki. — Nigdy jej nie widziałem.

— 0, rany, nie Sandra! Samantha! O Sandrze, tato, to w ogóle zapomnij. Ona nie byłaby dla 
ciebie odpowiednia.
— Jeszcze dzisiaj mówiła

ś

Ŝ

e jest dla mnie stworzona

- przyponunał Nick.
— No tak, jej odpowied

ź

 była nawet niezła, ale... Zreszta,, nie tylko ja decydowałam. Eruma i 

Deirdre... nawet Ethan.
— Dobra, dobra, nie wracajmy do głosowania — uci

ą

ł Nick. — Podaj mi numer do tej Sandry.

— Ale ty naprawd

ę

 nie musisz do niej dzwoni

ć

.

— Annie, je

Ŝ

eli czegokolwiek w 

Ŝ

yciu ci

ę

 nauczyłem, to mam nadziej

ę

Ŝ

e jest to poczucie 

odpowiedzialno

ś

ci.

— Jasne, tato — przyznała Annie gorliwie. — Dlatego wła

ś

nie do niej zadzwoniłam.

— Do kogo zadzwoniła

ś

?

— Do Sandry, tato. Zadzwoniłam do niej i wyja

ś

niłam cał

ą

 spraw

ę

. I zgadnij, co si

ę

 okazało? 

— Nick bał si

ę

 zgadywa

ć

. — Ona skłamała. Cała ta jej odpowied

ź

 na twoje ogłoszenie...

— Moje? — przerwał jej Nick, a po drugiej stronie zapadła na chwil

ę

 kłopotliwa cisza.

OK. Moje ogłoszenie. W ka

Ŝ

dym razie wszystko, co napisała, było kłamstwem. Nienawidzi 

koni i nie ma
poj

ę

cia o skokach bungee.

— Ja te

Ŝ

 nie jestem koniarzem, Annie. I kogo przy

zdrowych zmysłach zajmuj

ą

 skoki bungee?

— No przecie

Ŝ

 wiem, tato. Po prostu chciałam ci

znale

źć

 kogo

ś

 wyj

ą

tkowego, kto jest odwa

Ŝ

ny i lubi mocne prze

Ŝ

ycia.

— Ale dlaczego, Annie? — zapytał Nick zdezorientowany.
Nast

ą

piła kolejna pauza, tym razem dłu

Ŝ

sza.

— My

ś

lałam.., 

Ŝ

e dobrze by

ś

 si

ę

 czuł z kim

ś

, kto ró

Ŝ

niłby si

ę

 od... od mamy.

- Och, Annie - westchn

ą

ł zakłopotany i zamierzał wła

ś

nie wygłosi

ć

 ojcowskie podzi

ę

kowanie 

poł

ą

czone z pouczeniem, aby nigdy nie uszcz

ęś

liwia

ć

 nikogo na sił

ę

, gdy Annie, odzyskawszy 

chwilowo utracony rezon, zacz

ę

ła mówi

ć

 dalej.

— W ka

Ŝ

dym razie teraz to i tak nie ma znaczenia. Jest Samantha i jest cudownie. A Sandra 

od pocz

ą

tku była nie do wzi

ę

cia. Tato, ona po prostu skłamała. Jedynym powodem, dla 

background image

którego odpowiedziała na twoje, to znaczy moje, ogłoszenie, było to, 

Ŝ

eby jej chłopak poczuł 

si

ę

 zazdrosny. A teraz znowu s

ą

 razem, wi

ę

c nawet gdyby

ś

 trał we wła

ś

ciwe miejsce, 

znalazłby

ś

 si

ę

 nie na miejscu. A tak poszedłe

ś

 w niewła

ś

ciwe miejsce, a okazało si

ę

Ŝ

e jest 

wła

ś

ciwe. Koniec, kropka. W ko

ń

cu wszystko uło

Ŝ

yło si

ę

 doskonale.

To wszystko było od pocz

ą

tku do ko

ń

ca szalone, kompletnie zwariowane. Nick nie mógł si

ę

 

nie roze

ś

mia

ć

.

— Czy to znaczy, 

Ŝ

e nie jeste

ś

 ju

Ŝ

 na mnie zły? — zapytała Annie ostro

Ŝ

nie, słysz

ą

c jego 

ś

miech.

— Nie, to wcale tego nie oznacza — odparł Nick surowo, lecz u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 do słuchawki, z 

której dobiegał głos jego córki i swatki w jednej osobie.
Ju

Ŝ

 spokojniejszy wrócił do stolika i usiadł naprzeciw Samanthy. Promienie porannego sło

ń

ca 

wpadaj

ą

ce przez okno sprawiły, 

Ŝ

e wygl

ą

dała teraz jeszcze pi

ę

kniej ni

Ŝ

 przed godzin

ą

Zreszt

ą

, w jakim 

ś

wietle nie wygl

ą

dałaby pi

ę

knie? A w ciemno

ś

ci...

Wyobraził sobie j

ą

 nag

ą

, spoczywaj

ą

c

ą

 leniwie na 

ś

nie

Ŝ

nobiałej po

ś

cieli, z kasztanowymi 

włosami bezładnie rozrzuconymi na puchowej poduszce. Co by czuł, gdyby dotkn

ą

ł jej ciała? 

Mi

ę

kka, jedwabista, gładka, ciepła... A gdyby wzi

ą

ł j

ą

 w ramiona, pocałował jej pełne usta, 

kochał si

ę

 z ni

ą

 nami

ę

tnie?

Bo

Ŝ

e, pomy

ś

lał z niepokojem i poczuciem winy, nad czym ja si

ę

 zastanawiam? Ledwie znam 

t

ę

 kobiet

ę

, a ju

Ŝ

 wyobra

Ŝ

am j

ą

 sobie w łó

Ŝ

ku!

Próbował uspokoi

ć

 sumienie, mówi

ą

c sobie, 

Ŝ

e to tylko po

Ŝą

danie, 

Ŝ

e to nie on, a jego m

ę

ska 

natura ka

Ŝ

e mu tak my

ś

le

ć

. Jaki m

ęŜ

czyzna o zdrowych zmysłach nie odczuwałby tego co on 

wobec kobiety takiej jak Samantha?
— Kelner mówi, 

Ŝ

e erepes ayec jambon et fromage s

ą

 specialite de la maison — powiedziała 

Samantha, przerywaj

ą

c jego my

ś

li.

Nick spojrzał na ni

ą

 nieprzytomnie.

— Słucham?
— Powiniene

ś

 powiedzie

ć

: Pardonnez-moi? — odparła z u

ś

miechem. — Ale ja cito 

przetłumacz

ę

. Nale

ś

niki z szynk

ą

 i serem. Kelner je poleca.

Ci

ą

gle si

ę

 w ni

ą

 wpatrywał. Był oczarowany lini

ą

 jej ust, musiał walczy

ć

 z pragnieniem, by 

przechyli

ć

 si

ę

 przez stół i pocałowa

ć

 je.

— Czy co

ś

 nie tak? — zapytała Samantha, widz

ą

c jego kurczowo zaci

ś

ni

ę

te dłonie. S

ą

dziła, 

Ŝ

e Nick zbiera si

ę

 w sobie, 

Ŝ

eby wreszcie powiedzie

ć

 jej prawd

ę

.

U

ś

wiadomiła sobie nagle, 

Ŝ

e prawda, jak

ą

 usłyszy od Nicka, b

ę

dzie dla niej okrutna. I 

Ŝ

mimo to ona, Sam, wła

ś

nie na t

ę

 prawd

ę

 czeka, i 

Ŝ

e nie jest tak tylko dlatego, 

Ŝ

e nie znosi 

m

ęŜ

czyzn, którzy kłami

ą

. Chodziło o co

ś

 wi

ę

cej — o to, aby to Nick, wła

ś

nie on, był wobec 

niejszczery. Nick, m

ęŜ

czyzna, który j

ą

 przyci

ą

gał do siebie w niewidzialny sposób, który — 

czuła to — był inny ni

Ŝ

 wszyscy.

— Czyco

ś

 si

ę

 stało? — powtórzyła, gdy wci

ąŜ

 milczał, nie spuszczaj

ą

c z niej wzroku.

— Nie, wszystko w porz

ą

dku. Nale

ś

niki z szynk

ą

 i serem... Mog

ą

 by

ć

.

Wła

ś

ciwie nie znosił szynki, ale nie miało to wi

ę

kszego znaczenia w tym momencie.

W oczekiwaniu na jedzenie zabawiali si

ę

 grzeczn

ą

, chwilami nieco niezr

ę

czn

ą

 pogaw

ę

dk

ą

Nick postanowił w duchu, 

Ŝ

e jak tylko sko

ń

cz

ą

 je

ść

, natychmiast wyjawi prawd

ę

. Wiedział, 

Ŝ

decyduj

ą

c si

ę

 na ten krok, mo

Ŝ

e straci

ć

 Samauth

ę

 na zawsze. Ale skoro ma ich ł

ą

czy

ć

 co

ś

 

wi

ę

cej (sam nie wiedział, kiedy to zało

Ŝ

enie stało si

ę

 dla niego oczywiste i jasne jak sło

ń

ce) to 

nie mo

Ŝ

e mi

ę

dzy nimi sta

ć

 kłamstwo. Powie jej i poprosi — a je

ś

li trzeba, b

ę

dzie błagał — 

Ŝ

eby sp

ę

dziła z nim reszt

ę

 dnia.

W przerwie mi

ę

dzy któr

ąś

 z kolejnych uprzejmych uwag oboje, Nick i Samantha, spojrzeli w 

okno i oboje dojrzeli przechodz

ą

cego za szyb

ą

 ciemnowłosego m

ęŜ

czyzn

ę

 w eleganckim 

granatowym płaszczu.
Nick wcisn

ą

ł si

ę

 gł

ę

biej w krzesło. Jackson Vale! Jeden z prawników zajmuj

ą

cych si

ę

 

rozwodami w firmie Nicka, wybitny specjalista, twardy negocjator i w gruncie rzeczy do

ść

 

paskudny charakter. Nick wiele razy wyra

Ŝ

ał swoje niezadowolenie ze sposobu, w jaki Vale 

prowadzi sprawy. Z kolei Vale wmawiał Nickowi, 

Ŝ

e ten jest zbyt łagodny dla „przeciwnej 

strony”.
„Przeciwna strona”. To poj

ę

cie zawsze zasmucało Nicka. Szczególnie za

ś

 od czasu jego 

własnego, wyj

ą

tkowo i bolesnego rozwodu. Zawsze z przygn

ę

bieniem obserwował, jak 

ukochany niegdy

ś

 m

ąŜ

 czy 

Ŝ

ona staj

ą

 si

ę

 podczas procesu rozwodowego najwi

ę

kszym 

wrogiem i „przeciwn

ą

 stron

ą

”. Dlatego te

Ŝ

 starał si

ę

, aby rozwody, które zdarzało mu si

ę

 

prowadzi

ć

, były łagodne i ugodowe. Uczciwo

ść

, przyzwoito

ść

, odpowiedzialno

ść

— oto warto

ś

ci, którymi starał si

ę

 kierowa

ć

, a które były całkowicie obce Vale”owi. Ten 

bowiem pragn

ą

ł jedynie „wyrwa

ć

” dla klienta, ile si

ę

 da, i mie

ć

 w nosie „stron

ę

 przeciwn

ą

Teraz Nick modlił si

ę

, aby kolega go nie zauwa

Ŝ

ył. Popsułoby to cał

ą

 randk

ę

. Niestety, 

Jackson Vale przystan

ą

ł przed szyb

ą

 i u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 do nich. Nie było wyj

ś

cia, Nick musiał 

background image

jako

ś

 zareagowa

ć

 na to powitanie. Lekko skin

ą

ł głow maj

ą

c nadziej

ę

Ŝ

e Samantha nie 

zauwa

Ŝ

y tego gestu i nie zada 

Ŝ

adnych pyta

ń

. Ale złudne to były nadzieje. Nie do

ść

 

Ŝ

dojrzała m

ęŜ

czyzn

ę

 za szyb to jeszcze wpatrywała si

ę

 w niego gniewnym spojrzeniem.

— Co

ś

 takiego! — fukn

ę

ła.

Nick rzucił na ni

ą

 zaniepokojone spojrzenie.

— Co si

ę

 stało? — zapytał nerwowo.

— Ten... ten dra

ń

. Miał czelno

ść

 u

ś

miecha

ć

 si

ę

 do mnie, po tym jak rozdrapał moje rany!

Nick wskazał na Vale”a, który stał wła

ś

nie na rogu, odwrócony do nich plecami, i czekał na 

zielone 

ś

wiatło, aby przej

ść

 na drug

ą

 stron

ę

 ulicy.

— Ten...?
— Ten sam. Widziałe

ś

, w jaki sposób si

ę

 do mnie u

ś

miechn

ą

ł?

— Có

Ŝ

, wła

ś

ciwie... — Nick miał zamiar wyja

ś

ni

ć

Ŝ

e ciem r

ę

ki.

u

ś

miech Vale”a był raczej skierowany do niego, lecz nie zd

ąŜ

ył. Samantha przerwała mu 

lekcewa

Ŝą

cym machni

ę

 trudnego

— Zreszt

ą

, nie warto sobie nimi zaprz

ą

ta

ć

 głowy. Oni wszyscy s

ą

 tacy sami i równie okropni.

Nick poczuł, jak co

ś

 gwałtownie 

ś

ciska go w 

Ŝ

ą

dku.

— Oni wszyscy?
— No, ci... Prawnicy zajmuj

ą

cy si

ę

 rozwodami — dodała Samantha z nieskrywanym 

niesmakiem. — Byli m

ęŜ

owie i prawnicy od rozwodów — to ta sama kategoria. I jeszcze 

złodzieje oraz zawodowi oszu

ś

ci.

W Nicku zamarło serce. Chyba wszystko tego dnia sprzysi

ę

gło si

ę

 przeciw niemu.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Kiedy tylko sko

ń

czyli posiłek i Samantha wyszła do toalety, by poprawi

ć

 makija

Ŝ

, Nick, 

korzystaj

ą

c z chwili samotno

ś

ci, wyj

ą

ł z kieszeni kopert

ę

 od Annie. Przygotowany przez ni

ą

 

plan Dnia Zakochanych, który znalazł w 

ś

rodku, przewidywał rozmaite atrakcje a

Ŝ

 do 

wieczora. Całe szcz

ęś

cie, 

Ŝ

e w 

Ŝ

adnym miejscu nie było mowy ani o skokach bun gee, ani o 

je

ź

dzie konnej.

Musiał przyzna

ć

Ŝ

e córka wykazała si

ę

 godn

ą

 pochwały znajomo

ś

ci

ą

 zainteresowa

ń

 swego 

ojca. Oto po 

ś

niadaniu mieli zwiedzi

ć

 wystaw

ę

 fotografii w Muzeum Sztuk Pi

ę

knych. W latach 

szkolnych Nick rzeczywi

ś

cie miał zamiar zosta

ć

 zawodowym fotografem. Ostatecznie 

po

ś

wi

ę

cił si

ę

 prawu, cho

ć

 nigdy nie przestał interesowa

ć

 si

ę

 fotografi

ą

.

Samantha wróciła do stołu, zanim zd

ąŜ

ył sprawdzi

ć

, jaki jest kolejny punkt planu dnia. Szybko 

odło

Ŝ

ył kopert

ę

 na bok i podniósł si

ę

 z krzesła.

— Gotowa? — zapytał.
— Do czego?
— Lubisz zdj

ę

cia?

Uniosła brwi do góry.
— Nie masz chyba zamiaru bra

ć

 mnie na stare sztuczki?

Nick roze

ś

miał si

ę

 gło

ś

no.

— Dlaczego nie? Wła

ś

ciwie to z wielk

ą

 przyjemno

ś

ci

ą

 pokazałbym ci niektóre z moich prac, 

ale teraz chc

ę

 ci

ę

 zaprosi

ć

 na wystaw

ę

 fotografii w Muzeum Sztuk Pi

ę

knych.

— Czy tym wła

ś

nie si

ę

 zajmujesz? — zapytała Samantha, gdy Nick pomagał jej wło

Ŝ

y

ć

 

płaszcz.
— Słucham? — Nick zbladł.
— Czy jeste

ś

 fotografem?

— No... tak. W pewnym sensie — mrukn

ą

ł pod nosem. Pocieszał si

ę

Ŝ

e w zasadzie nie było 

to kłamstwo. Samantha nie zapytała przecie

Ŝ

, czy zajmuje si

ę

 fotografi

ą

 zawodowo...

Gdy tylko Nick i Samantha ukazali si

ę

 w drzwiach restauracji, szofer pospieszył, by otworzy

ć

 

im drzwi limuzyny.
— Dzi

ę

kuj

ę

, Edgarze. — Nick pomógł Samancie wsi

ąść

 do auta, unikaj

ą

c przy tym wzroku 

kierowcy. Zaj

ą

ł swe miejsce obok niej i powiedział: — Muzeum Sztuk „Pi

ę

knych.

Szofer skin

ą

ł głow

ą

, a Nick zwrócił swe u

ś

miechni

ę

te oblicze w stron

ę

 Samanthy.

Spojrzała na niego wyczekuj

ą

co. A wi

ę

c to teraz. Za chwil

ę

 powie jej prawd

ę

. Widziała to w 

jego pi

ę

knych zielonoszmaragdowych oczach.

— Wracaj

ą

c do tego, co mówiła

ś

 — zacz

ą

ł niepewnie

- tam, w kawiarni...
— Mówiłam ró

Ŝ

ne rzeczy — odparła ostro

Ŝ

nie Samantha.

— Chodzi mi o tego prawnika, specjalist

ę

 od rozwodów...

— O Vale”a? Có

Ŝ

 takiego o nim mówiłam?

— W zasadzie nic specjalnego... Po prostu my

ś

lałem

— przerwał, lecz po chwili zacz

ą

ł znowu: — Widzisz, rozwód to nie jest błaha sprawa. Prawie 

background image

zawsze jest to bolesne prze

Ŝ

ycie.

— Czy dla ciebie te

Ŝ

 było bolesne? — zapytała z trosk

ą

 i instynktownie wyci

ą

gn

ę

ła r

ę

k

ę

, aby 

dotkn

ąć

 jego dłoni. Miał to by

ć

 jedynie wyraz współczucia, ale gdy tylko ich dłonie spotkały si

ę

gest nabrał dla obojga innego znaczenia.
Palce Nicka splotły si

ę

 z jej palcami. Wpatrywali si

ę

 w milczeniu w swe zł

ą

czone dłonie.

— Jasne, 

Ŝ

e tak — wydusił z siebie wreszcie Nick. — Pobrali

ś

my si

ę

 z Beth zaraz po 

sko

ń

czeniu coHege”u. Ale oboje byli

ś

my za młodzi, by wiedzie

ć

, co robimy i czego chcemy od 

Ŝ

ycia.

Zupełnie inaczej ni

Ŝ

 teraz, dodał w my

ś

lach. Teraz był pewien — cho

ć

 

ś

wiadomo

ść

 tego była 

jeszcze tak nowa — czego pragnie od 

Ŝ

ycia: Samanthy.

Spojrzenia mieli utkwione w sobie, a ich dłonie 

ś

ciskały si

ę

 coraz silniej. Nick nie potrafiłby 

powiedzie

ć

, do kogo nale

Ŝ

ał pierwszy ruch, ale w nast

ę

pnej chwili pochylili si

ę

 ku sobie, a ich 

usta zł

ą

czyły si

ę

 w gł

ę

bokim, chciwym pocałunku.

Trwało to kilka sekund, po upływie których oboje odsun

ę

li si

ę

 od siebie gwałtownie. Samantha 

zamkn

ę

ła ze wstydu oczy.

— To do mnie niepodobne — wydusiła z siebie. — Nie mam poj

ę

cia, co mnie napadło.

— Cokolwiek to było, dotkn

ę

ło i mnie — szepn

ą

ł Nick i u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 do niej pogodnie, 

ciepło, czule. — Cokolwiek to było, Sam... Czar nadal trwa.
Obj

ę

ła dło

ń

mi swoje ramiona, wcisn

ę

ła si

ę

 gł

ę

biej w fotel. Bała si

ę

 przyzna

ć

Ŝ

e czuje to samo 

co on.
— Jeste

ś

my ju

Ŝ

 prawie na miejscu, prawda? — powiedziała, próbuj

ą

c zmieni

ć

 temat.

Jednak jej my

ś

li były daleko od wizyty w muzeum. Wci

ąŜ

 nie powiedział jej prawdy. 

Pocałowała kłamc

ę

.

Lecz i ona zwlekała. I ona nie miała odwagi, by wyzna

ć

Ŝ

e zaistniała pomyłka, 

Ŝ

e wie, i

Ŝ

 on 

zjawił si

ę

 w jej mieszkaniu przypadkiem. Czy i o sobie byłaby skłonna powiedzie

ć

Ŝ

skłamała?
Nie, podobnie jak ona, tak i Nick nie skłamał. Omin

ą

ł

jedynie prawd

ę

. A dzie

ń

 dopiero si

ę

 zaczyna. Da mu czas do chwili opuszczenia muzeum. 

Je

Ŝ

eli do tej pory niczego nie powie...

— Czy ty te

Ŝ

 robisz głównie pejza

Ŝ

e? — zapytała Samantha, stoj

ą

c przed czarno-białym 

zdj

ę

ciem lodowca z postrz

ę

pionym zboczem górskim w tle.

Nick zawahał si

ę

. O ile

Ŝ

 lepiej by si

ę

 czuł, gdyby mógł si

ę

 przyzna

ć

Ŝ

e fotografia to jedynie 

jego hobby! Ale wtedy Samantha niechybnie zapytałaby, z czego 

Ŝ

yje. A on musiałby 

odpowiedzie

ć

Ŝ

e zarabia na chleb, przeprowadzaj

ą

c rozwody.

- Nie. Na ogół portrety - wyst

ę

kał.

Rzuciła mu spojrzenie.
— Zało

Ŝę

 si

ę

Ŝ

e s

ą

 wspaniałe.

— Dlaczego tak s

ą

dzisz?

— Jeszcze nie wiem — powiedziała ze słabym u

ś

miechem, przechodz

ą

c do kolejnej fotografii, 

która przedstawiała wzburzone morze i łód

ź

, samotnie walcz

ą

c

ą

 z falami.

— Od samego patrzenia dostaj

ę

 choroby morskiej — powiedział Nick, tylko na poły 

Ŝ

artuj

ą

c.

— W naszej rodzinie Teddy, mój m

ąŜ

, był zapami

ę

tałym 

Ŝ

eglarzem. Pami

ę

tam, 

Ŝ

e gdy 

pierwszy raz wzi

ą

ł mnie ze sob

ą

, miałam okropne mdło

ś

ci, ale po kilku rejsach 

przyzwyczaiłam si

ę

. Tak naprawd

ę

 jednak nigdy nie pokochałam 

Ŝ

eglarstwa, chcocia

Ŝ

 to ja 

namówiłam Teddy”ego, by wydał fortun

ę

 na łód

ź

, któr

ą

 akurat sprzedawał jego kolega,

— Niech zgadn

ę

. To on dostał łód

ź

 po podziale maj

ą

tku?

Twarz Samanthy st

ęŜ

ała.

— Dostał prawie wszystko. Oprócz Bridget, Bogu dzi

ę

ki. Jestem pewna, 

Ŝ

e gdyby nie 

Christine, walczyłby ze mn

ą

 tak

Ŝ

e i o prawa rodzicielskie.

— Kim jest Christine?
— Niegdysiejsza sekretarka Teddy”ego, obecnie jego 

Ŝ

ona. Banalne, prawda? — 

za

Ŝ

artowała, ale Nick wyczuł w jej głosie nut

ę

 bólu i gniewu. — Teddy miał mnóstwo 

sekretarek — dodała, wpatruj

ą

c si

ę

 w morski pejza

Ŝ

 niewidz

ą

cymi oczami.

Nick bez trudu poj

ą

ł aluzj

ę

: Teddy oszukiwał j

ą

 i zdradzał, gdy byli mał

Ŝ

e

ń

stwem. 

I ona o tym wiedziała.
Chocia

Ŝ

 nie widział jeszcze na oczy owego Teddy”ego, Nick ju

Ŝ

 go znienawidził. Jak mo

Ŝ

na 

było zdradza

ć

 i oszukiwa

ć

 kobiet

ę

 tak wspaniał

ą

 jak Samantha!

Otoczył j

ą

 ramieniem, a ona z ufno

ś

ci

ą

 przyj

ę

ła wsparcie.

— Ju

Ŝ

 dawno go nie kocham. Teraz czekam tylko, kiedy przestan

ę

 go nienawidzie

ć

 — 

wyszeptała.
Przyci

ą

gn

ą

ł j

ą

 bli

Ŝ

ej, czuj

ą

c to samo po

Ŝą

danie, które owładn

ę

ło nim w samochodzie, ale 

tak

Ŝ

e co

ś

 wi

ę

cej. Jak

ąś

 czuło

ść

 serca, trosk

ę

, pragnienie, by chroni

ć

 Samanth

ę

 przed 

smutkiem i cierpieniem.

background image

— Chod

ź

my ju

Ŝ

 st

ą

d — zaproponował, a ona skin

ę

ła głow

ą

.

Zbli

Ŝ

ali si

ę

 wła

ś

nie do wyj

ś

cia, gdy Nick stan

ą

ł gwałtownie.

— Wiesz co? — powiedział z błyskiem w oku. — Mo

Ŝ

e przespacerowaliby

ś

my si

ę

 kawałek? 

Powiem... Edgarowi, 

Ŝ

eby poczekał. Chyba 

Ŝ

e b

ę

dzie ci za zimno. Je

Ŝ

eli wolisz, mo

Ŝ

emy si

ę

 

przejecha

ć

. — Annie z pewno

ś

ci

ą

 szczegółowo zaplanowała im czas po wizycie w muzeum, 

ale na razie Nick wolał improwizowa

ć

 i sam wykaza

ć

 si

ę

 inicjatyw

ą

.

— Ch

ę

tnie si

ę

 przejd

ę

. Codziennie spaceruj

ę

 przynajmniej godzin

ę

. Pi

ęć

, sze

ść

 kilometrów 

niezale

Ŝ

nie od pogody. Chyba 

Ŝ

e jest zadymka. W zeszłym miesi

ą

cu, gdy mieli

ś

my t

ę

 wielk

ą

 

burz

ę

 

ś

nie

Ŝ

n

ą

... — przerwała i roze

ś

miała si

ę

. — Strasznie paplam.

— Ja te

Ŝ

 codziennie chodz

ę

 na spacery. Uwielbiam to. No, chyba 

Ŝ

e jest zadymka.

— Czy spacerowałe

ś

 z 

Ŝ

on

ą

?

— Nie. Beth nie cierpiała tego. Chodziła za to do jtness ciubu. Mówiłem jej, 

Ŝ

e nie pojmuj

ę

 

tego. Zgodziła si

ę

 i dodała, 

Ŝ

e nigdy nie pojm

ę

. Tu akurat miała racj

ę

— dorzucił cierpko.
— Teddy te

Ŝ

 

ć

wiczył na siłowni.

— Zapewne mieli ze sob

ą

 wiele wspólnego.

Samantha spojrzała bacznie do Nicka. Domy

ś

liła si

ę

Ŝ

e miał na my

ś

li co

ś

 wi

ę

cej ni

Ŝ

 tylko 

wspólne upodobanie ich bylych mał

Ŝ

onków do 

ć

wicze

ń

 fizycznych.

Czy Beth była niewierna? Czy oszukiwała Nicka tak, jak Teddy oszukiwał j

ą

?

Na to wygl

ą

da. A skoro tak, pomy

ś

lała, to wiele spraw staje si

ę

 jasnych. Ogłoszenie, które 

dała córka, by zmusi

ć

 go do pój

ś

cia na randk

ę

. Ten nienikn

ą

cy cie

ń

 smutku

w jego oczach. Gwałtowno

ść

, z jak

ą

 całował j

ą

 w Samochodzie. Jak kto

ś

, kto od dawna tego 

nie robił, kto jak ona obawia si

ę

Ŝ

e zostanie zraniony.

Samantha u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 do siebie smutno. Jak wida

ć

, nie tylko Beth i Teddy maj

ą

 ze sob

ą

 

wiele wspólnego. Im wi

ę

cej czasu sp

ę

dzała z Nickiem, tym wi

ę

cej odkrywała ł

ą

cz

ą

cych ich 

spraw.
Gdy oddalili si

ę

 ju

Ŝ

 o jedn

ą

 przecznic

ę

 od muzeum, Samantha przypomniała sobie, 

Ŝ

e min

ą

ł 

ju

Ŝ

 czas, jaki dała Nickowi na wyjawienie prawdy. On tymczasem opowiadał jej o wakacjach, 

jakie zeszłego lata sp

ę

dził w Montrealu z dwójk

ą

 dzieci.

— Annie uwielbiała rozmawia

ć

 w sklepach po francusku — mówił. — Z pocz

ą

tku troch

ę

 si

ę

 

wstydziła, miała przecie

Ŝ

 tylko par

ę

 lat francuskiego w szkole, ale to nie jest dziecko, które 

zbyt długo z czymkolwiek zwleka — dodał z szerokim u

ś

miechem. Samantha zwolniła kroku.

— Opowiedz mi wi

ę

cej o Annie. — Mo

Ŝ

e w ten sposób uda jej si

ę

 pomóc Nickowi w 

wyjawieniu prawdy?
Nick dostrzegł dan

ą

 mu szans

ę

. Dostrzegł, ale nie mógł si

ę

 zdoby

ć

 na wykorzystanie jej. 

Jeszcze nie teraz, mówił sobie. Jako prawnik działał zgodnie z przyj

ę

t

ą

 wcze

ś

niej strategi

ą

najpierw zdoby

ć

 zaufanie Samanthy, potem pozwoli

ć

, by poznała go cho

ć

 troch

ę

 i dopiero 

ź

niej wyjawi

ć

 prawd

ę

.

— Nick? — Samantha dopominała si

ę

 odpowiedzi.

Obj

ą

ł j

ą

 ramieniem.

— Lepiej ty powiedz mi wi

ę

cej o sobie, Sam.

— Co chcesz wiedzie

ć

? — zapytała zawiedziona.

— Wszystko — odparł szczerze.
Samantha u

ś

miechn

ę

ła si

ę

, wyczuwaj

ą

c jego szczere zainteresowanie jej osob

ą

. Jak

Ŝ

e ró

Ŝ

nił 

si

ę

 Nick od tych wszystkich m

ęŜ

czyzn, z którymi si

ę

 spotykała od czasu rozwodu! Tamci 

skupieni byli głównie na imponowaniu jej sob

ą

. Nawet Teddy „ego nie interesowały zbytnio jej 

my

ś

li i opinie. A tyle było spraw, o których nie miał poj

ę

cia — uczucia, t

ę

sknoty, marzenia, 

l

ę

ki. Odzwyczaiła si

ę

 przy nim od dzielenia si

ę

 sob

ą

.

— Na pocz

ą

tek: mam dwadzie

ś

cia osiem lat. — Postanowiła trzyma

ć

 si

ę

 podstawowych 

faktów.
— Nie dałbym ci ani troch

ę

 ponad dwadzie

ś

cia pi

ęć

.

Przyjrzała mu si

ę

 badawczo.

— A ja tobie ani troch

ę

 ponad... trzydzie

ś

ci pi

ęć

?

— Blisko. Trzydzie

ś

ci sze

ść

. — Zdziwił si

ę

 nieco. Czy

Ŝ

by Samantha nie wiedziała nic o 

m

ęŜ

czy

ź

nie, z którym umówiła si

ę

 na randk

ę

? A mo

Ŝ

e kto

ś

 zaaran

Ŝ

ował j

ą

 dla niej?

Podniósł si

ę

 wiatr i owion

ę

ło ich zimne powietrze. Nick chciał zaproponowa

ć

, by wrócili do 

samochodu — Edgar wci

ąŜ

 jechał za nimi w 

Ŝ

ółwim tempie — ale gdy

wtuliła si

ę

 w jego rami

ę

, nie wspomniał słowem o tym pomy

ś

le.

— Wychowałam si

ę

 w Stanford, w Connecticut — ci

ą

gn

ę

ła tymczasem Samantha. — Ja, Jen, 

czyli moja starsza siostra, mama, tata i Fundy.
— Kim jest Fundy?
— To pies my

ś

liwski. Kupili

ś

my go zaraz po rodzinnej wyprawie do Zatoki Fundy w Nowej 

Szkocji. Fundy był wspaniały. Płakałam jak dziecko, gdy zdechł jakie

ś

 siedem lat temu. Nie 

background image

mieszkałam ju

Ŝ

 wtedy w domu, ale zawsze uwielbiałam bawi

ć

 si

ę

 z nim, gdy przyje

Ŝ

d

Ŝ

ałam z 

wizyt

ą

. Bardzo bym chciała kupi

ć

 kiedy

ś

 Bridget psa

— westchn

ę

ła; — No, ale w mieszkaniu, które wynajmujemy, nie wolno trzyma

ć

 zwierz

ą

t. A ty, 

masz jakie

ś

 zwierzaki?

— Po wyprowadzce Beth przygarn

ę

li

ś

my par

ę

 dzikich kotów. Sparkie i Spot.

— Niech zgadn

ę

: twoja była 

Ŝ

ona nie lubiła kotów.

— Beth niczego specjalnie nie lubiła — odparł sarkastycznie.
- A co z Annie i Ethanem?
— Có

Ŝ

, oni s

ą

 wyj

ą

tkiem. Uwielbia dzieciaki. — Zawahał si

ę

. — Chocia

Ŝ

 nie widuje si

ę

 z nimi 

zbyt cz

ę

sto.

— Widz

ą

c wyraz niezrozumienia na twarzy Samanthy, dodał: — Beth jest cenionym doradc

ą

 

biznesowym. Dobre trzy czwarte roku sp

ę

dza w podró

Ŝ

y — wyja

ś

nił rzeczowym tonem. — 

Była w całej Europie, Azji. Jakiekolwiek miejsce wymienisz, to albo ju

Ŝ

 tam była, albo wła

ś

nie 

si

ę

 wybiera.

— To kiedy widuje si

ę

 z dzie

ć

mi? — zapytała z matczyn

ą

 trosk

ą

 Samantha.

— Nie ma reguły — odparł Nick. — Ka

Ŝ

dego lata bierze miesi

ą

c wolnego i dzieci sp

ę

dzaj

ą

 ten 

czas z ni

ą

. Ponadto wpada do domu, kiedy mo

Ŝ

e. Nieraz zdarzało si

ę

Ŝ

e woziłem dzieci na 

lotnisko w Logan, 

Ŝ

eby zd

ąŜ

yły si

ę

 z ni

ą

 spotka

ć

 mi

ę

dzy przylotem i odlotem samolotu.

— Czy ona nie rozumie, jak wiele traci, nie b

ę

d

ą

ś

wiadkiem dorastania własnych dzieci? — 

Samantha
zmarszczyła brwi. — To mija tak szybko. Wydaje mi si

ę

Ŝ

e jeszcze wczoraj le

Ŝ

ałam w szpitalu

po porodzie, trzymaj

ą

c Bridget w ramionach...

Nick u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 t

ę

sknie.

— Anie była uroczym dzidziusiem. Podobnie Ethan.
— Nie wyobra

Ŝ

am sobie — mówiła tymczasem Samantha z rosn

ą

cym zapałem — abym 

mogła zostawi

ć

 Bridget na całe tygodnie, czy miesi

ą

ce. T

ę

skni

ę

 za ni

ą

 nawet wtedy, gdy 

sp

ę

dza weekend z tat

ą

. Patrze

ć

, jak uczy si

ę

 czyta

ć

, pomaga

ć

 jej, cieszy

ć

 si

ę

 wraz z ni

ą

 

najprostszymi rzeczami... — Twarz Samanthy promieniowała teraz durn

ą

 i miło

ś

ci

ą

. — By

ć

 

matk

ą

 to najwspanialsza rzecz na 

ś

wiecie! Gdyby

ś

my nie rozstali si

ę

 z Teddym, chciałabym 

mie

ć

 jeszcze co najmniej dwójk

ę

 dzieci.

— Nadal mo

Ŝ

esz — zauwa

Ŝ

ył skwapliwie Nick. — To znaczy... je

ś

li ponownie wyjdziesz za 

m

ąŜ

.

Ta uwaga zupełnie rozbroiła Samanth

ę

.

— No tak... w ko

ń

cu nie jest to niemo

Ŝ

liwe...

Z przera

Ŝ

eniem słuchała własnych słów. Co ona robi? Gło

ś

no rozwa

Ŝ

a ponowne wyj

ś

cie za 

m

ąŜ

? Ona, która setki razy przysi

ę

gała, 

Ŝ

e ju

Ŝ

 nigdy, przenigdy si

ę

 na to nie zdecyduje? I to 

na dodatek teraz, kiedy po dwóch latach zgryzot zaczyna wreszcie stawa

ć

 na nogi? Po co? By 

znów złama

ć

 sobie serce?

Zapadła niezr

ę

czna cisza.

— A ty? Mógłby

ś

 si

ę

 jeszcze raz o

Ŝ

eni

ć

? — zapytała w ko

ń

cu Samantha.

— Ja? — Nick był wyra

ź

nie zakłopotany.

— Ty. Czy byłby

ś

 w stanie zaryzykowa

ć

 raz jeszcze?

Nick zatrzymał si

ę

, a poniewa

Ŝ

 nadal obejmował Samanth

ę

 ramieniem, ona te

Ŝ

 przystan

ę

ła.

— Moi rodzice s

ą

 ze sob

ą

 od czterdziestu siedmiu lat.

Mam starsz

ą

 siostr

ę

 w Albany, która w tym roku obchodzi dwudziest

ą

 rocznic

ę

 

ś

lubu. 

Zazdroszcz

ę

 im. Kiedy wychodziłem za Beth, my

ś

lałem, 

Ŝ

e to na zawsze. Wła

ś

ciwie nie miało 

to nic wspólnego akurat z ni

ą

, po prostu wierzyłem, 

Ŝ

e tak jest i tak ma by

ć

: bierzesz 

ś

lub, a 

potem 

Ŝ

yjesz długo i szcz

ęś

liwie. No, mo

Ŝ

e nie zawsze w pełni szcz

ęś

cia, ale je

Ŝ

eli pojawiaj

ą

 

si

ę

 problemy, to starasz si

ę

 je rozwi

ą

za

ć

, bo ta przysi

ę

ga to najwa

Ŝ

niejsze zobowi

ą

zanie w 

twoim 

Ŝ

yciu. Naiwne, co? Zwłaszcza jak na... — Natychmiast ugryzł si

ę

 w j

ę

zyk. Ju

Ŝ

 prawie 

powiedział: „Zwłaszcza jak na adwokata od rozwodów”. To straszne. Coraz bardziej pl

ą

cze si

ę

 

we własne sidła.
Do licha! Powiedz jej prawd

ę

, mówił sobie. Teraz. Nie ma na co czeka

ć

. Je

ś

li nie zrozumie, 

to...
A jednak nie potrafił.
— Na m

ęŜ

czyzn

ę

? — podrzuciła Samantha. Nie odrywała od niego swych bursztynowych 

oczu.
Nick z pocz

ą

tku nie zareagował; zapomniał, 

Ŝ

e urwał zdanie w połowie. Kluczowe zdanie. 

„Zwłaszcza jak na...”
Nie poprawił jej. Nie powiedział niczego, czuj

ą

c, 

Ŝ

e byłoby to przyzwolenie na kłamstwo. Lepiej 

nic nie mówi

ć

.

— Podoba mi si

ę

 to — powiedziała mi

ę

kko.

— To znaczy co? — zapytał.

background image

— To, 

Ŝ

e wierzyłe

ś

 w szcz

ęś

cie, by

ć

 mo

Ŝ

e naiwnie...

Ŝ

e zwierzyłe

ś

 mi si

ę

 z tego. — Chciała doda

ć

Ŝ

e mógłby j

ę

j si

ę

 zwierzy

ć

 ze wszystkiego i 

Ŝ

przyj

ę

łaby to

z wdzi

ę

czno

ś

ci

ą

 i zrozumieniem. Nawet gdyby powiedział jej, 

Ŝ

e do tej pory ukrywa prawd

ę

 o 

Sandrze, z któr

ą

 miał si

ę

 spotka

ć

 tego dnia.

Z drugiej jednak strony, pomy

ś

lała, te przemilczenia, które tak jej doskwieraj

ą

, s

ą

 nie tylko 

dziel

ą

c

ą

 ich barier

ą

 ale te

Ŝ

 swoistym zabezpieczeniem. On nie wie, 

Ŝ

e ona wie o wszystkim. A 

gdyby dowiedział si

ę

, musiałaby zachowa

ć

 si

ę

 w sposób bardziej zdecydowany. Obrazi

ć

 si

ę

 

na niego i go porzuci

ć

, albo wybaczy

ć

 mu i z nim zosta

ć

. Nie była na to gotowa. Nie była 

gotowa na uczucia obudzone w niej przez tego m

ęŜ

czyzn

ę

, który pojawił si

ę

 w jej 

Ŝ

yciu w tak 

niezwykły sposób.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Samantba spojrzała na Nicka z niedowierzaniem.
— Przelot helikopterem nad Zatok

ą

 Bosto

ń

sk

ą

?

Ten przelot był kolejnym punktem w planie Annie. Z uwag

ą

 na marginesie, by nie martwił si

ę

 o 

koszty. Mama kole

Ŝ

anki ze szkoły miała brata, który organizował takie przeloty. Owa mama 

uznała, 

Ŝ

e pomysł jest bardzo romantyczny, zachwyciła si

ę

 nim i przekonała brata, by 

zaoferował im przeja

Ŝ

d

Ŝ

k

ę

 za darmo.

Na brwi Nicka pojawiła si

ę

 kropelka potu. Co jeszcze1 wymy

ś

liła Annie?

— Słuchaj, je

ś

li nie chcesz.. nie musimy tego robi

ć

. Mo

Ŝ

emy równie dobrze robi

ć

 co

ś

 innego. 

Helikopter  rzeczywi

ś

cie troch

ę

 szalony pomysł.

Urocze usta Samanthy rozja

ś

nił nieoczekiwany u

ś

miech.

— Sama nie wiem, to do

ść

 niezwykłe, a ja nigdy przedtem nie latałam helikopterem.

— Wi

ę

c chcesz teraz polata

ć

? Na pewno? — dopytywał si

ę

 Nick.

— Pewnie z

ę

by zjadłe

ś

 na lataniu helikopterem...

— Có

Ŝ

, tak naprawd

ę

... to nie. Szczerze mówi

ą

c...

— Szczerze! Dobre sobie! — .. .te

Ŝ

 nigdy nie leciałem helikopterem - wyznał, licz

ą

c w duchu, 

Ŝ

e ka

Ŝ

dy okruszek prawdy mo

Ŝ

e mu si

ę

 przyda

ć

 w dalszej perspektywie.

o ile w ogóle b

ę

dzie jaka

ś

 „dalsza perspektywa”, po tym jak ju

Ŝ

 wszystko opowie.

Samantha poczuła przypływ entuzjazmu. Złapała Nicka za r

ę

k

ę

 prawie tak samo, jak robiła to 

Bridget, gdy szykowała si

ę

 jaka

ś

 przygoda. Gdy tylko ich dłonie si

ę

 zetkn

ę

ły, owo dziewcz

ę

ce 

uczucie zostało natychmiast wyparte przez inne, du

Ŝ

o bardziej dorosłe. To było jak 

przytkni

ę

cie zapałki do szybko spalaj

ą

cego si

ę

 lontu.

Wiedziała ju

Ŝ

Ŝ

e jej zdrowy rozs

ą

dek znów wyfrun

ą

ł przez okno samochodu. Zdawała sobie 

spraw

ę

Ŝ

e i na. Nicka podziałał ten dotyk. Westchn

ę

ła ci

ęŜ

ko, a on poczuł jakby płomie

ń

 

pal

ą

cy wn

ę

trze jego ciała. Jeszcze chwila i padli sobie w obj

ę

cia. Samantha nie próbowała 

nawet protestowa

ć

, gdy usta Nicka dotkn

ę

ły jej ust. Im razem ich pocałunek trwał dłu

Ŝ

ej ni

Ŝ

 

poprzednio, był bardziej nami

ę

tny i 

Ŝ

arliwy, a dłonie Nicka znalazły sposób, by dosta

ć

 si

ę

 pod 

rozpi

ę

ty wełniany płaszcz Samanthy. Przyci

ą

gn

ą

ł j

ą

 do siebie tak, 

Ŝ

e jej pełne piersi oparły si

ę

 

na jego torsie. Poprzez cienk

ą

 sukni

ę

 czuł, jak dr

Ŝ

y jej gor

ą

ce ciało. On tak

Ŝ

e dr

Ŝ

ał. Smak i 

zapach Samanthy sprawiały, 

Ŝ

e odchodził od zmysłów.

Och, Sam... Sam... — wyszeptał zduszonym głosem, gdy ju

Ŝ

 przestali si

ę

 całowa

ć

, ale nadal 

trwali w obj

ę

ciach.

Sposób, w jaki wypowiedział jej imi

ę

, sprawił, 

Ŝ

e serce Samanthy pocz

ę

ło bi

ć

 szybciej. Bo

Ŝ

kochany, nie byli jeszcze nawet w helikopterze, a ona ju

Ŝ

 szybowała w obłokach! Gwałtowne 

po

Ŝą

danie ogarniało jej ciało i nie umiała ju

Ŝ

 z nim walczy

ć

. Chciała kolejnych pocałunków, 

chciała wi

ę

cej... Le

Ŝ

e

ć

 nago w wielkim łó

Ŝ

ku, w chłodnej, białej po

ś

cieli, kocha

ć

 si

ę

...

Kocha

ć

 si

ę

? Głos rozs

ą

dku sprowadził j

ą

 niespodziewanie na ziemi

ę

. Przecie

Ŝ

 po Teddym nie 

poszła do łó

Ŝ

ka z 

Ŝ

adnym m

ęŜ

czyzn

ą

, twierdz

ą

c, 

Ŝ

e seks bez miło

ś

ci jest nie tylko 

niemoralny, ale tak

Ŝ

e nudny, pusty i jałowy. Oprócz seksu pragn

ę

ła czuło

ś

ci i pieszczot. 

Czego

ś

 takiego nie dostaje si

ę

 na zawołanie. Nawet w Walentynki. Nie mo

Ŝ

e jej tego 

zapewni

ć

 m

ęŜ

czyzna, który przez przypadek pojawił si

ę

 w jej domu i teraz ma zamiar lata

ć

 z 

ni

ą

 nad Bostonem.

Cofn

ę

ła si

ę

 i wygładziła sukienk

ę

, która podjechała do połowy ud. Jej uda, czego Nick nie 

przeoczył, były równie 

ś

liczne i jedwabiste jak reszta ciała. Od same- go patrzenia na ni

ą

 

ś

ciskało go w gardle. A gdy obejmował j

ą

 i całował — jakkkolwiek szalone by si

ę

 to nie 

zdawało — miał wra

Ŝ

enie, jakby robił to pierwszy raz; jakby nie istniała przedtem 

Ŝ

adna 

kobieta; jakby zawsze były tylko mi

ę

kkie, ciepłe, kusz

ą

ce wargi Sainanthy, tylko jej wysmukłe 

ciało, promienny u

ś

miech, zniewalaj

ą

ce oczy.

Limuzyna zatrzymała si

ę

 na niewielkim lotnisku i z małego gło

ś

nika dobiegł ich głos szofera:

— Jeste

ś

my na miejscu, panie Santiago.

background image

Je

ś

li nawet Edgar widział w tylnym lusterku ich gor

ą

ce pieszczoty, jego głos nie zdradził tego.

Mimo to Samantha zaczerwieniła si

ę

. Nami

ę

tno

ść

 owładn

ę

ła ni

ą

 do tego stopnia, 

Ŝ

e zupełnie 

zapomniała o obecno

ś

ci kierowcy! A je

ś

li ich widział? Co sobie pomy

ś

li? Tak si

ę

 zapomnie

ć

!

Najgorsze jednak, 

Ŝ

e zapomniała nie tylko o przyzwoitym zachowaniu, ale i o swoich 

Ŝ

yciowych postanowieniach. To wszystko poszło tak daleko, ale jest jeszcze czas, by to 

przerwa

ć

. Do

ść

 głupstw. Oboj

ę

tnie, czy Nick powie jej prawd

ę

, czy nie, ona nie b

ę

dzie 

ryzykowa

ć

 kolejnego rozczarowania. Miała prac

ę

, córk

ę

, konkretne plany na przyszło

ść

 — 

najpierw zdobycie uprawnie

ń

 do projektowania wn

ę

trz, po

ź

niej kupno małego domku na 

przedmie

ś

ciach, dla siebie i Bridget. Z cał

ą

 pewno

ść

 jednak nie mie

ś

cił si

ę

 w nich romans z 

Nickiem.
Na drzwiach helikoptera widniało du

Ŝ

e, czerwone serce. Pilot, jowialny, dobrze zbudowany 

m

ęŜ

czyzna, ubrany w gruby, szary kombinezon i lotnicz

ą

 kurtk

ę

, powitał Samanth

ę

 czerwon

ą

 

Ŝą

 i szerokim u

ś

miechem.

— Wszystkiego najlepszego w Dniu Zakochanych, Sandro!
— Samantho — natychmiast poprawił go skonfudowany Nick.
Samantha zerkn

ę

ła na niego. Był czerwony jak burak. Pilot natomiast wzruszył tylko 

ramionami, s

ą

dz

ą

c zapewne, 

Ŝ

ź

le zapami

ę

tał imi

ę

.

— Przepraszam. Wszystkiego najlepszego, Samantho! Witam w imieniu Chip”s Chopper 
Tours. Mam na imi

ę

 Chip. Tu si

ę

 na pewno nie myl

ę

 — dodał, szczerz

ą

c z

ę

by w u

ś

miechu. — 

Jeste

ś

cie gotowi?

Samantha raz jeszcze spojrzała na Nicka i zdziwiła si

ę

, widz

ą

c, 

Ŝ

e jego twarz w jednej chwili 

zmieniła kolor Chip.
z czerwonego na szary. Dopiero teraz za

ś

witało jej w głowie, 

Ŝ

e mo

Ŝ

e bardziej ni

Ŝ

 ona 

prze

Ŝ

ywa ten lot.

— Dobra. Wskakujcie na pokład — powiedział wesoło Chip.
Nick kiwn

ą

ł jedynie głow a jego twarz straciła ju

Ŝ

 wszelkie kolory i była teraz 

ś

miertelnie blada.

— Nick, je

ś

li uwa

Ŝ

asz, 

Ŝ

e tak b

ę

dzie lepiej, naprawd

ę

 nie musimy tego robi

ć

 — Saniantha 

dyskretnie szepn

ę

ła mu do ucha,

— Przygotowałem dla was butelk

ę

 szampana — ci

ą

gn

ą

ł Chip, nie zwa

Ŝ

aj

ą

c na ich wahania. 

— Korek wystrzeli w momencie, który sami wybierzecie. Dzi

ś

 rano wiozłem milutk

ą

 park

ę

. Nie 

tylko strzelił korek, ale i padła powa

Ŝ

na propozycja. Akurat gdy lecieli

ś

my nad portem.

— No i jaka była odpowied

ź

? — Samantha nie mogła powstrzyma

ć

 ciekawo

ś

ci.

— A jak pani s

ą

dzi? — Chip u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 jeszcze

Chciała powiedzie

ć

Ŝ

e domy

ś

la si

ę

, co odpowiedziała tamta kobieta i 

Ŝ

e kiedy

ś

 b

ę

dzie 

Ŝ

ałowa

ć

 tego jednego małego „tak”, nie powiedziała jednak nic i tylko tajemniczo u

ś

miechn

ę

ła 

si

ę

 do Chipa.

rllmczasem twarz Nicka zacz

ę

ła przybiera

ć

 nonnalny kolor. Wystarczyło, 

Ŝ

e pomy

ś

lał, jak 

romantycznie b

ę

dzie szybowa

ć

 nad miastem wraz z Samanth

ą

.

— Main ochot

ę

 na ten lot, je

ś

li i ty j

ą

 masz — zwrócił si

ę

 do Samanthy bohatersko.

Miała ochot

ę

. Nick zaskakiwał j

ą

 swymi pomysłami i niezale

Ŝ

nie od tego, 

Ŝ

e kto

ś

 inny miał by

ć

 

w tej chwili na jej miejscu, była to najbardziej romantyczna randka
w jej 

Ŝ

yciu.

Wła

ś

nie. Kto

ś

 inny. Sandra. Ciekawe, co teraz robi? Pewnie wiesza psy na Nicku. Ale czy nie 

ma racji? Umówił si

ę

 i... A mo

Ŝ

e poinformował j

ą

 o pomyłce? Podczas 

ś

niadania odchodził 

przecie

Ŝ

 od stolika. Niewykluczone, 

Ŝ

e do niej dzwonił. Tylko co jej powiedział, jak

ą

 wymówk

ę

 

wymy

ś

lił?

Tak, musi uwa

Ŝ

a

ć

. Na razie jest pi

ę

knie i romantycznie, ale przecie

Ŝ

 oni wszyscy s

ą

 tacy 

sami...
Nick natychmiast zauwa

Ŝ

ył zmian

ę

 w usposobieniu Samanthy.

— Co si

ę

 stało? — zapytał z trosk

ą

.

— Dlaczego s

ą

dzisz, 

Ŝ

e co

ś

 si

ę

 stało?

- Nietrudno ci

ę

 rozszyfrowa

ć

 - powiedział delikatnie wzi

ą

ł j

ą

 za r

ę

k

ę

.

Oczy Samanthy rozszerzyły si

ę

 ze zdziwienia.

— To zabawne. Teddy zawsze mawiał co

ś

 przeciwnego. Mówił, 

Ŝ

e nigdy mnie nie rozumie. 

Ŝ

wszystko chowam w sobie.
— Beth mówiła o mnie to samo.
Samantha westchn

ę

ła. To, co było prawd

ą

 dla Beth i Teddy”ego, nie było prawd

ą

 dla nich, 

Samanthy i Nicka. Podobie

ń

stwo ich losów było wr

ę

cz zdumiewaj

ą

ce. Niepokoj

ą

ce i zabawne 

zarazem.
Podniosła ró

Ŝę

, by wchłon

ąć

 jej cudowny zapach.

— Urocza.
— Urocza? To za mało — szepn

ą

ł Nick, my

ś

l

ą

c bardziej o Samancie ni

Ŝ

 czerwonej ró

Ŝ

y.

Gdy wzbili si

ę

 ku czystemu bł

ę

kitowi nieba, Samantha mocno 

ś

cisn

ę

ła dło

ń

 Nicka. Znów 

background image

u

ś

miechała si

ę

 do niego. Znów zagłuszyła w sobie pretensje, l

ę

ki i obawy.

Po kilku minutach lotu znale

ź

li si

ę

 nad portem. Oczy Nicka spocz

ę

ły na zmro

Ŝ

onej butelce 

szampana i przez jedn

ą

 szalon

ą

 chwil

ę

 zastanawiał si

ę

 nie tyle nad wystrzeleniem korka, co 

nad zło

Ŝ

eniem powa

Ŝ

nej propozycji.

„Samantho, czy zostaniesz moj

ą

 Walentynk

ą

, nie tylko dzisiaj, ale na zawsze? Sarnantho, czy 

wyjdziesz za ninie?”
Była tylko jedna odpowied

ź

, któr

ą

 mógł zaakceptowa

ć

. Ka

Ŝ

da inna złamałaby mu serce.

— Mo

Ŝ

e by

ś

my... — usłyszał nagle nad uchem głos Samanthy.

Zamrugał gwałtownie powiekami.
— Mo

Ŝ

eby

ś

my co?

— . . .otworzyli szampana.
— Ach tak. Szampan. Otworzy

ć

 szampana. Dobry pomysł — wymamrotał. Czy rzeczywi

ś

cie2 

Nie miał dobrych do

ś

wiadcze

ń

 z szampanem. Gdy pił go ostatni raz, w sylwestra zeszłego 

roku, dał si

ę

 namówi

ć

 na ten głupi pomysł, by da

ć

 do gazety ogłoszenie matrymonialne.

— Nick?
Spojrzał na Samanth

ę

 i natychmiast si

ę

 rozpogodził. Nie, to nie był głupi pomysł. W 

Ŝ

adnym 

wypadku. Przeciwnie, by

ć

 mo

Ŝ

e była to wła

ś

nie — w pokr

ę

tny sposób

— najm

ą

drzejsza rzecz, jak

ą

 zrobił w 

Ŝ

yciu.

Oderwał wzrok od dziewczyny i chwycił butelk

ę

 szampana. Palce dr

Ŝ

ały mu tak bardzo, 

Ŝ

sporo nam

ę

czył

si

ę

 z jej otwarciem. Gdy w ko

ń

cu si

ę

 udało, szampan wystrzelił z butelki jak lawa z krateru 

Wezuwiusza.
Samantha roze

ś

miała si

ę

 gło

ś

no i szybko podstawiła najpierw jeden, potem drugi plastikowy 

kubeczek.
— Za co wypijemy? — zapytała.
W kabinie było tak gło

ś

no, 

Ŝ

e Nick nie dosłyszał pytania, zrozumiał tylko jego sens.

— Za przeznaczenie! — wykrzykn

ą

ł jej do ucha. — Wypijmy za przeznaczenie!

Stukn

ę

li si

ę

 kubeczkami i umoczyli usta. Ich oczy znów si

ę

 spotkały. W przypływie nagłej 

czuło

ś

ci Nick pochylił si

ę

 i delikatnie pocałował zwil

Ŝ

one szampanem wargi Samanthy. Istny 

nektar. Odrobina szampana wylała si

ę

 z kubeczka Samanthy. Nick wyj

ą

ł go z jej dłoni, po 

czym podniósł j

ą

 do ust i spił kropelki z gładkiej skóry.

— Samantho...
- Tak, Nick.
— Czy to tylko ja? Czy ty te

Ŝ

 masz tak

ą

... lekk

ą

 głow

ę

?

Samantha przymkn

ę

ła oczy.

— Nie, nie tylko ty — powiedziała cicho.
— W tej chwili wida

ć

 pod nami statek „Constitution”

- krzykn

ą

ł Chip.

Oboje pokiwali głowami, ale 

Ŝ

adne z nich nawet nie spojrzało w dół, tak bardzo byli w siebie 

zapatrzeni.
— To najlepsze Walentynki w moim 

Ŝ

yciu — powiedziała Samantha.

Nick podniósł ró

Ŝę

, która le

Ŝ

ała na jej kolanach. Ułamał łody

Ŝ

k

ę

 w połowie i ostro

Ŝ

nie usun

ą

ł 

kolce. Potem wpi

ą

ł kwiat we włosy Samanthy.

— Wygl

ą

dasz wspaniale.

Był teraz bardzo blisko niej. Za blisko. Ogarn

ę

ło j

ą

 uczucie, w którym było tyle

Ŝ

 paniki, co 

uniesienia. Bo

Ŝ

e, ja chyba zakochałam si

ę

 w tym m

ęŜ

czy

ź

nie, pomy

ś

lała, czuj

ą

c jak serce 

łomocze w jej w piersi, a cały 

ś

wiat wiruje wokół niej i wymyka si

ę

 spod jej kontroli.

— Jak wam si

ę

 podoba Hancock Center? — krzykn

ą

ł Chip.

Tym razem nie zareagowali na słowa pilota nawet najmniejszym gestem. Saniantha my

ś

lała 

jedynie o tym, by znale

źć

 si

ę

 z Nickiem w jakim

ś

 odosobnionym miejscu, z dala od wzroku 

pilotów, szoferów i innych ludzkich istot. Chciała by

ć

 z nim sam na sam. Wtuli

ć

 si

ę

 w jego 

ramiona, kocha

ć

 si

ę

 z nim... Wiedziała, 

Ŝ

e to szale

ń

stwo, ale przecie

Ŝ

 wszystko stan

ę

ło na 

głowie ju

Ŝ

 w tej pierwszej chwili, w której go ujrzała. Przez wszystkie te lata oszukiwała si

ę

wmawiała sobie, 

Ŝ

e m

ęŜ

czyzna nie jest jej potrzebny do szcz

ęś

cia, a wystarczyło kilka 

spojrze

ń

 Nicka, kilka pocałunków, by całkiem straciła głow

ę

 z po

Ŝą

dania...

Po

Ŝą

danie. Tak, to wła

ś

nie to uczucie. Uczucie tak pot

ęŜ

ne dla niej i tak... nowe. Po

Ŝą

dania 

nie budził w niej ani Teddy, ani 

Ŝ

aden inny m

ęŜ

czyzna. A to, co czuje teraz do Nicka, to nawet 

wi

ę

cej ni

Ŝ

 po

Ŝą

danie.

Och, Nick, Nick, powtarzała w my

ś

lach, nie wiem sama, co mam o tobie my

ś

le

ć

, ale pragn

ę

 

ci

ę

 bezgranicznie. Dostaj

ę

 bzika, tak bardzo ci

ę

 pragn

ę

...

Jej mieszkanie! Tak, to jest wła

ś

ciwe miejsce. Nikogo tam nie ma. 

ś

adnych niepowołanych 

ś

wiadków, 

Ŝ

adnych natr

ę

tnych spojrze

ń

.

Tylko jak go tam 

ś

ci

ą

gn

ąć

?

background image

No có

Ŝ

ś

wietnie! Jen zapewne wytrzeszczałaby oczy ze zdumienia. Oto ona, Samantha 

Loyejoy, obmy

ś

la, jak zaci

ą

gn

ąć

 do łó

Ŝ

ka m

ęŜ

czyzn

ę

, którego zna ledwie pół dnia! Koniec 

ś

wiata!

Poczuła, jak Nick obejmuje j

ą

 i przyciska do siebie. Jakby chc

ą

c zagłuszy

ć

 w sobie resztki 

obaw i w

ą

tpliwo

ś

ci, przywarła mocno do niego, napawaj

ą

c si

ę

 jego ciepłem i czuło

ś

ci

ą

. Nie, 

dłu

Ŝ

ej nie mogła udawa

ć

. To było ponad jej siły. Prawie krzykn

ę

ła do pilota, by l

ą

dował 

natychmiast, w tej sekundzie.
Wi

ę

c dobrze. Co ma by

ć

, to b

ę

dzie. Niech tylko wyl

ą

duj

ą

...

Nick równie

Ŝ

 panował nad sob

ą

 resztkami sił. Zanurzył twarz we włosy Samanthy i wci

ą

gał 

ę

boko ich odurzaj

ą

cy zapach. Było to jak wiosenny spacer po pełnym jabłoni sadzie. 

Pachniała tak 

ś

wie

Ŝ

o, tak czysto... Marzył o tym, by pocałowa

ć

 j

ą

 raz jeszcze.

Ale nie tutaj. Nie z Chipem siedz

ą

cym tu

Ŝ

 obok. Nie w limuzynie z Edgarem na przednim 

siedzeniu. Musi znale

źć

 inne miejsce, by by

ć

 z ni

ą

 wreszcie sam na sam, by móc całowa

ć

 j

ą

obejmowa

ć

, kocha

ć

.

Czy to, co chciał zrobi

ć

, było wła

ś

ciwe? Nie był tego pewien. Wiedział jedynie, 

Ŝ

e za spraw

ą

 

ś

miesznego zbiegu okoliczno

ś

ci trafił na kobiet

ę

 swego 

Ŝ

ycia.

To musiało by

ć

 przeznaczenie.

Przeznaczenie.... i jego córka, Annie.
— Podchodzimy do l

ą

dowania, moi mili. Przykro mi, ale wasz lot powoli dobiega ko

ń

ca. Oboje 

u

ś

miechn

ę

li si

ę

 nie

ś

miało.

Ŝ

adnym razie. Lot dopiero si

ę

 rozpoczyna.

ROZDZIAŁ ÓSMY

— Czy chciałaby pani wróci

ć

 teraz do swego mieszkania? — zapytał Edgar, gdy wrócili do 

samochodu.
Saniantha sp

ą

sowiała. Czy

Ŝ

by jej my

ś

li były tak przejrzyste, 

Ŝ

e nawet szofer czytał w nich bez 

trudu?
Nick był tak

Ŝ

e zbity z tropu.

Szofer spojrzał na nich z niedowierzaniem, po czym zwrócił si

ę

 ponownie do Samanthy.

— 

ś

eby przebra

ć

 si

ę

 na bal — wyja

ś

nił, jakby

to by

ć

 dla nich wi

ę

cej ni

Ŝ

 oczywiste.

— Na bal? — Samantha wlepiła w niego oczy.
— Spytałem, bo nie byłem pewien — ci

ą

gn

ą

ł Edgar — czy woli pani przebra

ć

 si

ę

 na bal przed 

czy po kolacji na jachcie.
Nick z ka

Ŝ

d

ą

 sekund

ą

 był coraz bardziej zakłopotany. Powinien od razu przeczyta

ć

, co te

Ŝ

 

jeszcze zaplanowała Annie na dzisiejszy dzie

ń

.

— Na jachcie? — zapytał cicho kierowc

ę

.

— Wydaje pan przyj

ę

cie na swoim jachcie, panie Santiago — podpowiedział Edgar, patrz

ą

na zegarek. — Teraz miało jest prawie pi

ą

ta, a kolacja została zaplanowana na siódm

ą

Dobroczynny bal walentynkowy w Hotelu „Ambasador” zaczyna si

ę

 o dziewi

ą

tej. Pana 

smoking mam w baga

Ŝ

niku, lecz panna...

— Loyejoy — wtr

ą

ciła Sainantha, zanim zd

ąŜ

ył wymieni

ć

 nazwisko Sandry.

Edgar u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 uprzejmie.

— No wła

ś

nie. Panna Loyejoy zechce zapewne wróci

ć

 do siebie, by wło

Ŝ

y

ć

 jak

ąś

 wieczorow

ą

 

kreacj

ę

.

Samancie zaschło w gardle. Wieczorowa kreacja? Suknia na bal? Przecie

Ŝ

 ona nic takiego 

nie ma. Chocia

Ŝ

..

Ale

Ŝ

 tak! Ma sukni

ę

, któr

ą

 kupiła w zeszłym roku, gdy miała by

ć

 druhn

ą

 na 

ś

lubie Niny, swojej 

przyjaciółki. Nie ona j

ą

 wybierała, ale na szcz

ęś

cie Nina ma 

ś

wietny gust. Suknia z 

ciemnoseledynowej tafty miała prosty, elegancki krój, cudowne fałdy a

Ŝ

 do kostek i nawet 

wyci

ę

cie na plecach w kształcie serca. Czy mógł by

ć

 bardziej stosowny strój na bal 

walentynkowy?
A co najwa

Ŝ

niejsze miała teraz — dzi

ę

ki uprzejmo

ś

ci Edgara — pretekst, by zaci

ą

gn

ąć

 Nicka 

do swego mieszkania!
Gdy Nick po raz drugi tego dnia wchodził do mieszkania Samanthy, miał niejasne wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e jest w nim cieplej ni

Ŝ

 przed kilkoma godzinami. A mo

Ŝ

e to tylko jemu było cieplej? Tak — 

nawet gor

ą

co i bardzo niezr

ę

cznie. Cho

ć

 od pocz

ą

tku chciał zosta

ć

 sam na sam z Samanth

ą

teraz, gdy jego pragnienia zostały tak nieoczekiwanie i prosto spełnione, czuł si

ę

 jak uczniak i 

dr

ę

czyły go wyrzuty sumienia.

Przecie

Ŝ

 gdyby nie ta pomyłka... Od rana ju

Ŝ

 chyba ze sto razy przysi

ę

gał sobie w duszy, 

Ŝ

powie jej prawd

ę

.

I za ka

Ŝ

dym razem znajdował jak

ąś

 wymówk

ę

, by to odwlec. Przekonywał sam siebie, 

Ŝ

background image

ź

niej b

ę

dzie łatwiej,

A w rzeczywisto

ś

ci było coraz trudniej.

— Czy co

ś

 si

ę

 stało, Nick? — spytała, widz

ą

c jego strapion

ą

 min

ę

.

— Samantho. Posłuchaj... — Stan

ą

ł przed ni

ą

 ze smokingiem przewieszonym przez rami

ę

.

— Tak? -. Zrzuciła z siebie wełniany płaszcz.
Nick poczuł, jak mi

ę

knie mu serce. Czy ona musi by

ć

 taka ufna i niewinna? Tak krucha? Jego 

czoło zrosiły kropelki potu.
— Czy tu nie jest... zbyt gor

ą

co?

— Mo

Ŝ

e zdejmiesz marynark

ę

?

— Najpierw kurtk

ę

. Dobry pomysł.

— Daj, powiesz

ę

 twój smoking na drzwiach — zaproponowała.

— Dzi

ę

ki, wielkie dzi

ę

ki — powiedział, wr

ę

czaj

ą

c go Samancie. — Strasznie dawno nie byłem 

tak wyfraczony. Ostanio par

ę

 lat temu.

— Tak? — Odwróciła si

ę

 do niego. — Te

Ŝ

 jaki

ś

 bal walentynkowy?

— Nie. — U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 nerwowo. — To był 

ś

lub.

— Dostałe

ś

 zlecenie?

— Słucham?
— Byłe

ś

 fotografem na tym 

ś

lubie?

— Nie, byłem dru

Ŝ

b

ą

 — odparł, ocieraj

ą

c r

ę

k

ą

 pot z czoła. Co go op

ę

tało, 

Ŝ

eby mówi

ć

 

Samancie, 

Ŝ

e jest fotografem?

Ach, gdyby mógł zacz

ąć

 ten dzie

ń

 jeszcze raz! Za 

Ŝ

adne skarby nie mógł jednak wymy

ś

le

ć

jak mógłby zmieni

ć

 cokolwiek i mimo to sp

ę

dzi

ć

 z ni

ą

 tyle czasu. Gdyby od razu powiedział jej 

prawd

ę

, odesłałaby go zapewne Z powrotem i teraz na jego miejscu w tym mieszkaniu stałby 

kto inny. Bez w

ą

tpienia my

ś

lałby o tym, co on. I bez w

ą

tpienia pragn

ą

łby tego samego...

— Mo

Ŝ

e napijesz si

ę

 czego

ś

 zimnego? — zapytała Samantha.

Sama miała na to ochot

ę

. Czuła si

ę

, jakby wjej gardle był suchy piasek. Teraz, gdy miała 

Nicka wył

ą

cznie dla siebie, wszystko w niej dygotało. Kto zrobi pierwszy ruch? On czy ona? I 

jeszcze ta pomyłka, Sandra, całe to zamieszanie i uparte milczenie, jego i jej. Co za 
niezr

ę

czna sytuacja!

— Z przyjemno

ś

ci

ą

.

— Co z przyjemno

ś

ci

ą

?

— Z przyjemno

ś

ci

ą

 si

ę

 napij

ę

 — odparł Nick rozbawiony.

— Ach, tak. S

ą

 W kuchni... Napoje. Wiesz, w lodówce. Chyba jest sok pomara

ń

czowy... i 

grejpfrutowy. Nie, grejpfrutowy sko

ń

czyłam wczoraj wieczorem. Wła

ś

ciwie.., co do 

pomara

ń

czowego te

Ŝ

 nie jestem pewna.

Wyra

ź

ne zdenerwowanie Samanthy miało dziwnie uspokajaj

ą

cy wpływ na Nicka.

— Wystarczy zwykła woda, Sam — powiedział mi

ę

kko.

— W takim razie b

ę

dziesz musiał zadowoli

ć

 si

ę

 kranówk

ą

. Butelkowana te

Ŝ

 si

ę

 sko

ń

czyła.

— Super. Mo

Ŝ

e by

ć

 kranówka,

— Z lodem?
— Jasne, Je

ś

li jest.

— Pewnie, 

Ŝ

e jest — rzuciła zirytowana.

Sk

ą

d nagle to zdenerwowanie? I co gorsze, dlaczego chce jej si

ę

 płaka

ć

?

— Usi

ą

d

ź

, Sam. — Nick uj

ą

ł j

ą

 za łokie

ć

 i poprowadził w stron

ę

 sofy. — Ja przynios

ę

 wod

ę

Po szklance dla nas obojga. W porz

ą

dku?

W porz

ą

dku — odparła słabym głosem. Powrócił chwil

ę

 pó

ź

niej, nios

ą

c dwie szklanki wody z 

lodem. Wr

ę

czył jedn

ą

 Samancie i usiadł przy niej,

a ona długimi, chciwymi łykami wypiła cał

ą

 jej zawarto

ść

. Nick zrobił to samo i odstawił puste 

szklanki na stolik.
— Samantho... — zacz

ą

ł znowu. Wstrzymała oddech.

— Tyle mam ci do powiedzenia. Tyle... powinienem ci powiedzie

ć

. — Zrobił przerw

ę

, wzi

ą

ł w 

dłonie jej r

ę

ce.

— Cała dr

Ŝ

ysz.

— Ty te

Ŝ

. — U

ś

miechn

ę

ła si

ę

 niepewnie.

Ich spojrzenia spotkały si

ę

. Zaległa gł

ę

boka, intymna cisza. Nie przerwało jej jednak wyznanie 

Nicka — które miał ju

Ŝ

 na ko

ń

cu j

ę

zyka — ale ostry dzwonek telefonu. Oboje podskoczyli na 

ten d

ź

wi

ę

k.

— Nie odbieraj. — Nick 

ś

cisn

ą

ł jej dłonie. Bał si

ę

Ŝ

e je

ś

li teraz nie powie jej prawdy, ju

Ŝ

 na 

zawsze opu

ś

ci go odwaga.

— Powinnam odebra

ć

 — odparła, gdy zabrzmiał dzwonek. — Mo

Ŝ

e to Teddy? Mo

Ŝ

e Bridget 

jest chora?
— Jasne, rozumiem. — Pu

ś

cił jej dłonie. Zrobiłby pewnie to samo, gdyby był na jej miejscu.

Gdy telefon zadzwonił po raz trzeci, Samantha zawahała si

ę

. Czuła, 

Ŝ

e nadeszła dla nich 

background image

chwila prawdy. Dlaczego akurat dzisiaj musiała zapomnie

ć

 o wł

ą

czeniu automatycznej 

sekretarki? Mogłaby wtedy nie zawraca

ć

 sobie głowy telefonem i nie psu

ć

 nastroju, w którym 

byliby w stanie — czuła to — wyzna

ć

 sobie wszystko.

Przy czwartym dzwonku podeszła do telefonu w kuchni i podniosła słuchawk

ę

.

- Tak? - powiedziała słabo.
— A co ty tu porabiasz? — odezwał si

ę

 znajomy głos Jen.

Samantha zakl

ę

ła pod nosem.

— A ty? Po co dzwonisz, skoro s

ą

dziła

ś

Ŝ

e mnie nie zastaniesz? — odci

ę

ła si

ę

 siostrze.

— Co

ś

 taka zdenerwowana? Nie udało si

ę

 co

ś

? — snuła domysły Jen. — Wcze

ś

niej si

ę

 

urwała

ś

? Był gorszy, ni

Ŝ

 si

ę

 spodziewała

ś

?

— Jen, posłuchaj...
— Nie mam zamiaru słucha

ć

 tych twoich wykładów. To raczej ty musisz przyj

ąć

 moj

ą

 filozofi

ę

Raz zyskujesz, raz tracisz, Sam. W morzu plywa mnóstwo ryb. Pewnie, 

Ŝ

e wi

ę

kszo

ść

 z nich to 

ś

ledzie, ale je

ś

li masz cierpliwo

ść

,

to wreszcie trafi ci si

ę

 taaaka sztuka. I oto chodzi. Nie mo

Ŝ

esz oczekiwa

ć

Ŝ

e ju

Ŝ

 za pierwszym 

zarzuceniem w

ę

dki wyci

ą

gniesz rekordowego łososia.

— Prosz

ę

, Jen...

— No dobrze, co z nim jest nie tak? Straszny nudziarz? Erotoman? Zupełny kretyn? Szkoda, 
bo szczerze wierzyłam, 

Ŝ

e akurat z tego co

ś

 b

ę

dzie. Miał tyle plusów. Przynajmniej tak mnie 

zapewniała Li

Ŝ

, moja dobra kumpelka. Wiesz, 

Ŝ

e nie swatałabym was, gdybym nie ufała Li

Ŝ

Chocia

Ŝ

, mówi

ą

c szczerze, zastanawiam si

ę

, Sam, czy to w ogóle była jego wina. Mo

Ŝ

e to ty 

szukała

ś

 wad tam, gdzie ich nie ma. Nie, nie... Nie chc

ę

 powiedzie

ć

Ŝ

e był doskonały. No ale 

kto jest doskonały? Doskonało

ść

 to nuda, Sam. Mo

Ŝ

e powinna

ś

 obni

Ŝ

y

ć

 troch

ę

 poprzeczk

ę

.

— Jen... — W głosie Samanthy słycha

ć

 było napi

ę

cie.

— Nie mog

ę

 teraz rozmawia

ć

.

— Co? Nie mo

Ŝ

esz rozmawia

ć

? — powtórzyła Jen. — Sam, na miły Bóg, dlaczego od razu mi 

me powiedziała

ś

!

— Zachichotała znacz

ą

co. — A wi

ę

c nie mo

Ŝ

esz rozmawia

ć

... 

ś

wietnie. Naprawd

ę

 super. 

Wszystko rozumiem, nie musisz nic tłumaczy

ć

...

— Przykro mi, ale nic nie rozumiesz.
— Rozumiem, rozumiem. Nie jestem naiwna. Jest teraz z tob

ą

, tak?

— Niezupełnie. — Samantha musiała si

ę

 u

ś

miechn

ąć

.

— Jak to? Sam, to brzmi dziwnie — zaniepokoiła si

ę

 Jennifer. — Co

ś

 nie tak? On tam jest? 

Powiedz. Tu

Ŝ

 obok? Zmusza ci

ę

, by

ś

 si

ę

 rozł

ą

czyła? Och, nie, to jaki

ś

 wariat! Dotykał ci

ę

Mój Bo

Ŝ

e, czy mam dzwoni

ć

 na policj

ę

? Wystarczy, 

Ŝ

e powiesz „tak”. Je

ś

li słucha, nie b

ę

dzie 

wiedział, o czym rozmawiamy. Jedno „tak” i za kwadrans b

ę

d

ę

 u ciebie z policj

ą

.

— Ogl

ą

dasz za wiele filmów kryminalnych, Jen — za

ś

miała si

ę

 Samantha. — Czuj

ę

 si

ę

 

ś

wietnie i zapewniam ci

ę

Ŝ

e nic mi nie grozi. A teraz, je

ś

li pozwolisz, rozł

ą

cz

ę

 si

ę

. Nick czeka 

na mnie w salonie.
— Nick? Co za Nick, u diabła? A co stało si

ę

 z Donem?

— Na razie, Jen — rzuciła krótko Samantha i odło

Ŝ

yła słuchawk

ę

.

Gdy wróciła do salonu, był pusty. Po chwili zauwa

Ŝ

yła, 

Ŝ

e smoking Nicka nie wisi ju

Ŝ

 na 

drzwiach. Ogarn

ę

ła j

ą

 panika.

Tylko nie to! Poszedł sobie. Stracił zimn

ą

 krew i poszedł.

Powinna go była posłucha

ć

 i nie odbiera

ć

 tego telefonu. A wszystko to wina Jen. Gdyby nie 

zadzwoniła...
Poczuła łzy cisn

ą

ce si

ę

 jej do oczu. Opadła na sof

ę

, bezsilna i zagubiona. Pomy

ś

lała nawet, 

czy nie zadzwoni

ć

 do Jen, tak beznadziejnie samotna czuła si

ę

 w tej chwili. Ale to nie Jen 

mogła j

ą

 pocieszy

ć

 i wypełni

ć

 wewn

ę

trzn

ą

 pustk

ę

. Nick, tylko on mógł jej pomóc.

Zamkn

ę

ła oczy, łzy potoczyły si

ę

 po jej policzkach i wła

ś

nie wtedy usłyszała hałas za 

ś

cian

ą

Natychmiast zeskoczyła z sofy, przebiegła przez salon i gwałtownie otworzyła drzwi sypialni.
Odetchn

ę

ła ze zdziwieniem i niezmierzon

ą

 ulg

ą

.

Nick stał przy jej łó

Ŝ

ku, bez koszuli, z rozpi

ę

tym guzikiem u spodni. Wygl

ą

dał jak jeden z tych 

niewiarygodnie seksownych modeli Calyina Kleina reklamuj

ą

cych d

Ŝ

insy. Te szerokie, 

umi

ęś

nione klatki piersiowe... Nick dorównywał najlepszym z nich!

I po co było martwi

ć

 si

ę

 o to, jak zaci

ą

gn

ąć

 go do sypialni?

Ju

Ŝ

 miała zrobi

ć

 powolny krok wjego kierunku, ju

Ŝ

 miała u

ś

miechn

ąć

 si

ę

 do niego 

uwodzicielsko, gdy ujrzała rozci

ą

gni

ę

ty w poprzek łó

Ŝ

ka smoking i 

ś

wie

Ŝ

o wykrocbmalon 

plisowan

ą

 koszul

ę

. Ach, tak... Wcale nie zamierzał by

ć

 zdobywc

ą

 jej sypialni. Przyszedł tutaj, 

by przebra

ć

 si

ę

 * strój wieczorowy na przyj

ę

cie.

Nieoczekiwanie wybuchn

ę

ła płaczem. Rz

ę

siste łzy po- płyn

ę

ły po jej twarzy.

— Co si

ę

 stało? — Nick natychmiast pospieszył do niej i wzi

ą

ł j

ą

 w obj

ę

cia. — Czy chodzi o 

Bridget? Jest ranna? Chora?

background image

Samantha potrz

ą

sn

ę

ła głow

ą

.

— Nie. Jej... nic nie jest. To była... tylko Jen.
— W takim razie dlaczego płaczesz? — zdumiał si

ę

 Nick.

— My

ś

lałam... my

ś

lałam... 

Ŝ

e poszedłe

ś

 sobie — wykrztusiła.

— Och, Sam. — Upu

ś

cił koszul

ę

 i przyci

ą

gn

ą

ł Samanth

ę

 gwałtownie do siebie. — Przecie

Ŝ

 

nigdy bym ci

ę

 nie opu

ś

cił. Czy tego nie widzisz? Czy nie widzisz... jak bardzo ci

ę

 pragn

ę

? Ile 

dla mnie znaczysz? Wiem, skarbie, 

Ŝ

e to wszystko dzieje si

ę

 tak szybko, ale nic na to nie 

poradzimy. Ja... szalej

ę

 za tob

ą

, Sam. Mam bzika na twoim punkcie.

Nie zamierzał wypowiedzie

ć

 tych słów. Czuł teraz, 

Ŝ

e zachował si

ę

 jak niewydarzony młokos, 

a nie dorosły m

ęŜ

czyzna, odpowiedzialny i ostro

Ŝ

ny prawnik, orzeł Temidy.

Przeraził si

ę

. Mo

Ŝ

e jego euforia odstraszy Samanth

ę

? Ku jego zaskoczeniu i rado

ś

ci, stało si

ę

 

inaczej. Samantha nie odsun

ę

ła si

ę

 od niego. Wprost przeciwnie — zarzuciła mu ramiona na 

szyj

ę

.

— Och, Nick, Nick! — zawołała, obsypuj

ą

c jego twarz gor

ą

cymi, wilgotnymi pocałunkami. 

Odepchn

ę

ła na bok trosk

ę

 o to, czego jeszcze nie powiedział; skupiła si

ę

 na słowach, które 

wła

ś

nie usłyszała — 

Ŝ

e jej pragnie, 

Ŝ

e szaleje za ni

ą

.

Ona przecie

Ŝ

 czuła to samo.

Nick zacz

ą

ł nieporadnie mocowa

ć

 si

ę

 z suwakiem z tyłu jej sukni. Pomogła mu ochoczo, 

zrzucaj

ą

c jednocze

ś

nie pantofle. Jeszcze chwila i 

ś

ci

ą

gn

ą

ł gwałtownie sukni

ę

 z jej pleców. Nie 

chciał si

ę

 spieszy

ć

, ale te

Ŝ

 nie mógł si

ę

 pohamowa

ć

. Jedno szybkie szarpni

ę

cie i suknia 

opadła ze 

ś

wistem na dywan.

Samantha stała teraz przed nim w seksownej, czarnej bieli

ź

nie.

Była doskonała. Najbardziej poci

ą

gaj

ą

ca kobieta, jak

ą

 kiedykolwiek widział. Jej widok odebrał 

mu mow

ę

, nie mógł nawet ruszy

ć

 r

ę

k

ą

. Zupełny parali

Ŝ

. Jedynie umysł pracował, targany 

kolejn

ą

 fal

ą

 wyrzutów sumienia. Jak mo

Ŝ

e kocha

ć

 si

ę

 z Samanth

ą

, nie powiedziawszy jej 

uprzednio całej prawdy? Czy wybaczy mu, gdy b

ę

dzie ju

Ŝ

 po wszystkim? Czy on sobie 

kiedykolwiek wybaczy?
Ale mówi

ć

 to teraz, w takiej chwili? Teraz, gdy stoi przed nim półnaga, nie kryj

ą

c wcale swych 

intencji?
Bo

Ŝ

e, tak strasznie jej pragn

ą

ł! Chciał da

ć

 rozkosz sobie i jej. Ale nie tak. Nie, je

ś

li mi

ę

dzy 

nimi jest kłamstwo. Jeszcze raz zebrał w sobie wszystkie siły. Powie jej. Musi to zrobi

ć

.

Samantha widziała, jak st

ęŜ

ała jego twarz, zamarło całe ciało, lecz wewn

ę

trzne zmagania 

Nicka mylnie wzi

ę

ła za wycofanie si

ę

 i odmow

ę

. Dzieliły ich tylko centymetry, ale w tej chwili 

zdało jej si

ę

Ŝ

e znale

ź

li si

ę

 na przeciwległych kra

ń

cach wszech

ś

wiata. Jeszcze przed 

sekund

ą

 przepełniała j

ą

 rado

ść

Ŝ

e stoi przed nim na wpół naga, o krok od spełnienia i 

szcz

ęś

cia. Teraz czuła si

ę

 obna

Ŝ

ona, za

Ŝ

enowana, wstydziła si

ę

 samej siebie. Nie wiedziała, 

co robi

ć

.

Dlaczego zmienił zdanie? Czy była zbyt natarczywa? Mo

Ŝ

e nie znosi takich kobiet?

Wzbierał w niej gniew. Dała si

ę

 nabra

ć

 na pi

ę

kne słówka. Ale z niej idiotka!

— Mo

Ŝ

e powinni

ś

my przebra

ć

 si

ę

 w innych pokojach

— powiedziała cicho, odwracaj

ą

c wzrok od jego twarzy. Nick stał przez chwil

ę

 bez słowa, po 

czym uklekn

ą

ł,

podniósł koszul

ę

, zabrał smoking i wyszedł.

Gdy tylko zamkn

ę

ły si

ę

 za nim drzwi, oczy Samantby znów zalały si

ę

 lzami. Otworzyła szaf

ę

 i 

wyj

ę

ła sw

ą

 wieczorow

ą

 kreacj

ę

. Je

ś

li Nick obrazi si

ę

 i pójdzie — to koniec. Koniec 

wszystkiego.
— Tchórz — mrukn

ę

ła do swego odbicie w lustrze, wisz

ą

cym wewn

ą

trz szafy.

ROZDZIAŁ DZIEWI

Ą

TY

— To naprawd

ę

 jest jacht! — wykrzykn

ę

ła Samantha, gdy podjechali samochodem do 

nabrze

Ŝ

a.

Obie strony kładki prowadz

ą

cej na l

ś

ni

ą

cy nieskaziteln

ą

 biel

ą

 pokład były przyozdobione 

czerwonymi balonikami w kształcie serc. Gdy Nick i Samantha wysiedli z samochodu, 
trzyosobowy zespół na pokładzie zacz

ą

ł gra

ć

 wi

ą

zank

ę

 melodii Gershwina. Gdy za

ś

 weszli na 

pokład, powitali ich dwaj d

Ŝ

entelmeni w smokingach i zaprowadzili do eleganckiej kabiny, w 

której nie zabrakło strzelaj

ą

cego ognia w kominku, sof w styluretro i małego stołu wytwornie 

zastawionego angielsk

ą

 porcelan kryształowymi kielichami i sztu

ć

cami ze srebra najwy

Ŝ

szej 

próby. Zespół muzyczny pod

ąŜ

ył za nimi do kabiny, usadowił si

ę

 w k

ą

cie i podj

ą

ł przerwany na 

pokładzie temat.
Mimo wcze

ś

niejszego gniewu, frustracji i zagubienia, Samantha dała si

ę

 ponie

ść

 zachwytowi 

dla najnowszej ekstrawagancji Nicka. Cokolwiek si

ę

 zdarzy, jedno jest pewne: nigdy me 

zapomni tych Walentynek.

background image

Nick równie

Ŝ

 był kompletnie zaskoczony i oczarowany, cho

ć

 usilnie si

ę

 starał, by nie da

ć

 tego 

po sobie pozna

ć

. Jak u diabła Annie to zorganizowała? I czyj to w ogóle jacht?

Przypomniał sobie, nim jeszcze zauwa

Ŝ

ył zdj

ę

cie stoj

ą

ce na jednej z półek regału przy 

przeciwległej 

ś

cianie.

Jackson Vale.
Niezła robota, Annie. Je

ś

li Samantha rozpozna na zdj

ę

ciu adwokata swego byłego m

ęŜ

a, 

b

ę

d

ę

 ugotowany, pomy

ś

lał.

— Nie wiem, co powiedzie

ć

. To wszystko... — zacz

ę

ła Samantha, obróciwszy si

ę

 w stron

ę

 

Nicka i tej nieszcz

ę

snej półki, od której wła

ś

nie chciał odwróci

ć

 jej uwag

ę

.

Pospiesznie skierował j

ą

 w stron

ę

 wielkiego panoramicznego okna.

— Rzu

ć

 lepiej okiem na miasto. — Z nabrze

Ŝ

a rozci

ą

gał si

ę

 rzeczywi

ś

cie wspaniały widok na 

migocz

ą

cy 

ś

wiatłami Boston.

Samantha posłusznie stan

ę

ła przy szybie, a on rzucił si

ę

 w stron

ę

 biblioteczki.

— Co ty wyprawiasz?
Zd

ąŜ

ył wetkn

ąć

 oprawione zdj

ę

cie niesławnego Jacksona Vale”a mi

ę

dzy dwie ksi

ąŜ

ki, po 

czym natychmiast odwrócił si

ę

 plecami do regału.

— Nic. Tylko... ogl

ą

dam ksi

ąŜ

ki — wyja

ś

nił niewinnie.

— Czy do tej pory jeszcze si

ę

 z nimi nie zaznajomiłe

ś

?

— Spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Samantho — twarz Nicka przybrała powa

Ŝ

ny wyraz.

— musz

ę

 ci co

ś

 powiedzie

ć

.

Dzi

ę

ki Bogu, pomy

ś

lała. Nareszcie.

— To nie jest... — wzi

ą

ł gł

ę

boki oddech.

— . . .nie jest łatwe? — podpowiedziała Samantha.
— Nie. To znaczy tak. Ten jacht wła

ś

ciwie... nie jest mój.

Samantha me potrafiła ukry

ć

 zawodu. Nie takich słów si

ę

 spodziewała. Co gorsza, Nick 

mylnie zinterpretował jej rozczarowanie. Pomy

ś

lał, 

Ŝ

e bierze si

ę

 st

ą

d, i

Ŝ

 jej potencjalny partner 

nie ma własnego jachtu. Wi

ę

c co? Dziewczyna poluje na fortun

ę

? Czy zgodziła si

ę

 na randk

ę

 

z nieznajomym tylko dlatego, 

Ŝ

e jest nadziany, ma jacht i sta

ć

 go na limuzyn

ę

 z szoferem?

Nie. To nie mo

Ŝ

e by

ć

 tak. Nie taki jej obraz sobie wyrobił. Wcze

ś

niej my

ś

lał, 

Ŝ

e tak bardzo do 

siebie pasuj

ą

, lecz od zgrzytu, jaki miał miejsce w mieszkaniu Samanthy, utrzymywało si

ę

 

mi

ę

dzy nimi przykre napi

ę

cie. Odsun

ę

ła si

ę

 od niego, a on pod

ąŜ

ył w jej 

ś

lady i czuł si

ę

 z tym 

okropnie.
Mimo to tkwił tu z t

ą

 kobiet

ą

 — uciele

ś

nieniem Kopciuszka czaruj

ą

co przebranego na bal u 

ksi

ę

cia. Jedno spojrzenie i zdob

ę

dzie na zawsze jego serce. Ju

Ŝ

 zdobyła. Tylko 

Ŝ

e on nie był 

ksi

ę

ciem. Wszystkim, ale nie ksi

ę

ciem.

— Czyj wi

ę

c to jacht? — zapytała cicho Samantha.

Zanim zd

ąŜ

ył odpowiedzie

ć

 na to pytanie, pojawił si

ę

 jeden z d

Ŝ

entelmenów w smokingach, by 

obwie

ś

ci

ć

Ŝ

e za chwil

ę

 podana zostanie kolacja.

— Mam nadziej

ę

Ŝ

e lubicie pa

ń

stwo g

ę

sin

ę

 — powiedział.

Kolacja była bardzo wytworna — aromatyczny rosół, podsma

Ŝ

ane ostrygi, pate en croute z 

g

ę

si, sałatka z cykoni i na deser lekkie czekoladowe bezy. Jednak ani

Nick, ani Samantha nie byli w stanie odda

ć

 sprawiedliwo

ś

ci szefowi kuchni. Wytworne menu, 

luksusowy jacht, ogie

ń

 na kominku, romantyczna muzyka w tle — nic nie zdołało rozproszy

ć

 

g

ę

stej atmosfery, jaka panowała mi

ę

dzy nimi.

Nick poczuł, 

Ŝ

e szanse na wspólne szcz

ęś

cie z Samanth

ą

 topniej

ą

 z ka

Ŝ

d

ą

 chwil

ą

. Oto wbił 

sobie w głow

ę

Ŝ

e powie jej prawd

ę

 dopiero po zdobyciu zaufania, a teraz wła

ś

nie je utracił. 

Samantha zachowywała dystans i rezerw

ę

. Co dziwne jednak, zmiana jej nastroju w 

Ŝ

adnym 

stopniu nie wpłyn

ę

ła na to, co do niej czuł. Je

Ŝ

eli ju

Ŝ

 w ogóle co

ś

 si

ę

 zmieniło, to raczej 

pragn

ą

ł jej jeszcze mocniej. Gdyby tylko mógł przywróci

ć

 u

ś

miech na jej twarzy, dotkn

ąć

 jej 

rozgrzanego ciała... No tak, lecz je

ś

li teraz zdob

ę

dzie si

ę

 na wyznanie prawdy, raczej nie 

b

ę

dzie mógł na to liczy

ć

.

— Nie powinni

ś

my ju

Ŝ

 i

ść

? — usłyszał jej głos.

Westchn

ą

ł ci

ęŜ

ko. Có

Ŝ

, przynajmniej nadał ma ochot

ę

 dotrwa

ć

 do ko

ń

ca randki. Mo

Ŝ

e bal 

walentynkowy poprawi im humory i odnowi wi

ęź

, która istniała mi

ę

dzy nimi jeszcze tak 

niedawno? Przynajmniej b

ę

dzie mógł potrzyma

ć

 j

ą

 jeszcze w ramionach, cho

ć

by tylko w 

ta

ń

cu.

Tym razem, gdy samochód ruszył, Nick I Samantha siedzieli daleko od siebie. Mimo to rzucali 
sobie ukradkowe spojrzenia. Wida

ć

 ka

Ŝ

de z nich miało jescze cie

ń

 nadziei na to, 

Ŝ

e ta 

ś

wie

Ŝ

za

Ŝ

yło

ść

, która poł

ą

czyła ich tak niespodziewanie, wróci równie szybko, jak odeszła.

Nick postanowił postawi

ć

 wszystko na jedn

ą

 kart

ę

 — powie jej o Sandrze. Wła

ś

nie teraz. I 

niech si

ę

 dzieje, co chce.

Samantha równie

Ŝ

 była ju

Ŝ

 zdecydowana. Wyjawi prawd

ę

 o Donie Hartmanie.

background image

Równocze

ś

nie otworzyli usta.

— Ty pierwszy — zaproponowała Samantha.
— Nie, nie, ty zaczynaj.
Zawahała si

ę

. Je

ś

li powie mu prawd

ę

 i wyzna, 

Ŝ

e wiedziała o pomyłce, to skłoni go do tego 

samego, ale jednocze

ś

nie przyzna si

ę

Ŝ

e tak jak on trwała w kłamstwie przez cały dzie

ń

. Jak 

mo

Ŝ

Ŝą

da

ć

 od niego, by si

ę

 ukorzył, podczas gdy sama nie jest lepsza?

Naraz ogarn

ę

ło j

ą

 poczucie beznadziejno

ś

ci. Czuła si

ę

 jak w pułapce, z której nie ma wyj

ś

cia.

— Sam? — zach

ę

cał ja Nick.

Zacz

ę

ła mu si

ę

 przygl

ą

da

ć

 z tak

ą

 uwag

ą

Ŝ

e a

Ŝ

 zmru

Ŝ

yła powieki. Wiedziała ju

Ŝ

, po co to robi. 

Musiała na zawsze zapami

ę

ta

ć

 jego twarz. Zmarszczki w k

ą

cikach szmaragdowych oczu, 

lekko sfalowane na ko

ń

cach jasnobr

ą

zowe włosy, zmysłowe usta. Gdy ujrzała go pierwszy 

raz, natychmiast przyszedł jej do głowy Kevin Costner. Teraz zrozumiała, 

Ŝ

e Nick Santiago nie 

przypomina nikogo. Jest niepowtarzalny. Jedyny w swoim rodzaju.
Doprawdy, niepotrzebnie si

ę

 wysila, by zapami

ę

ta

ć

 jego wygl

ą

d. I tak nigdy nie wyrzuci go z 

pami

ę

ci, cho

ć

by nawet chciała.

Odwróciła od niego wzrok i zdecydowanym ruchem zastukała w szyb

ę

 oddzielaj

ą

c

ą

 ich od 

kierowcy.
— Edgar, zatrzymaj si

ę

 tutaj! — krzykn

ę

ła.

— Sam? — zwrócił si

ę

 do niej Nick, zupełnie zaskoczony.

— Prosz

ę

, Edgarze, zatrzymaj auto! — Nadal stukała w szyb

ę

, nie zwracaj

ą

c uwagi na 

protesty Nicka. Drug

ą

 dłoni

ą

 trzymała ju

Ŝ

 klamk

ę

, cho

ć

 samochód był jeszcze

w ruchu.
Widz

ą

c, co si

ę

 

ś

wi

ę

ci i chc

ą

c unikn

ąć

 wypadku, szofer zatrzymał auto z piskiem opon. 

Samantha wyskoczyła na ulic

ę

.

Nick siedział oszołomiony. Potem odwrócił si

ę

 i patrzył, jak Samantha znika za najbli

Ŝ

szym 

rogiem.
Jego Kopciuszek nie zostawił szklanego pantofelka.
Pozostał po runi jedynie rw

ą

cy ból w sercu.

ROZDZIAŁ DZIESI

Ą

TY

Zacz

ą

ł pada

ć

 

ś

nieg. Sypki pył pokrywał chodnik. Samanth

ę

 przeszył dreszcz. Lekki, 

wieczorowy strój nie był wystarczaj

ą

c

ą

 ochron

ą

 przed zimnem. Chciała czym pr

ę

dzej znale

źć

 

si

ę

 w domu, zrzuci

ć

 z siebie t

ę

 

ś

mieszn

ą

 sukni

ę

, zapomnie

ć

.

Ŝ

, od pocz

ą

tku powinna wiedzie

ć

Ŝ

e to si

ę

 tak sko

ń

czy. Ma ju

Ŝ

 za sob

ą

 jeden nieudany 

zwi

ą

zek. Głupot

ą

 byłoby ryzykowa

ć

 nast

ę

pny. Jeszcze wi

ę

ksz

ą

 głupot

ą

 — wyobra

Ŝ

a

ć

 sobie, 

Ŝ

e z Nickiem byłoby inaczej. Nick — zawsze beztroski, naiwny jak dziecko...

Gor

ą

czkowo rozgl

ą

dała si

ę

 za taksówk

ą

. Dlaczego kiedy rzeczywi

ś

cie s

ą

 potrzebne, nigdy nie 

ma ich w pobli

Ŝ

u? Zacz

ę

ła przytupywa

ć

 nogami. Była w lekkich pantofelkach i palce zaczynały 

jej dr

ę

twie

ć

. Czas płyn

ą

ł, a ona wci

ąŜ

 me mogła doczeka

ć

 si

ę

 taksówki, wypatrzyła za to po 

drugiej stronie ulicy otwart

ą

 kawiarni

ę

. Przynajmniej schroni si

ę

 przed zimnem i mo

Ŝ

e uda jej 

si

ę

 zamówi

ć

 auto przez telefon. Unosz

ą

c sukni

ę

, przebiegła na drug

ą

 stron

ę

 ulicy.

Gdy tylko Samantha znikn

ę

ła za rogiem, szofer opu

ś

cił szyb

ę

 i zwrócił si

ę

 w stron

ę

 Nicka:

— Nie pójdzie pan za ni

ą

, panie Santiago? Wiem, wiem, pewnie mi pan powie, 

Ŝ

ebym siedział 

cicho, ale pomy

ś

lałem, 

Ŝ

e z was dwojga byłaby niezła para...

Nick westchn

ą

ł ci

ęŜ

ko.

— Jeste

ś

 

Ŝ

onaty, Edgarze? To znaczy... Donie?

— W porz

ą

dku. Mo

Ŝ

e by

ć

 Edgar. Nawet mi si

ę

 spodobał — roze

ś

miał si

ę

 szofer. — Tak, 

jestem 

Ŝ

onaty. Od trzydziestu siedmiu lat.

— Z t

ą

 sam

ą

 kobiet

ą

.

— Musi mi pan uwierzy

ć

 na słowo.

— No có

Ŝ

, w takim razie tobie si

ę

 udało.

Edgar u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 

Ŝ

yczliwie.

— Wiem, 

Ŝ

e to nie moja sprawa, ale czy mo

Ŝ

e pan zdradzi

ć

, co si

ę

 nie układało z pann

ą

 

Loyejoy?
Nick spu

ś

cił wzrok.

- Nic. Od pocz

ą

tku nic si

ę

 nie układało i jednocze

ś

nie wszystko układało si

ę

 wspaniale. Czy 

ma to jaki

ś

 sens?

— Niespecjalnie — przyznał Edgar. — Ale je

ś

li chce pan o tym porozmawia

ć

..

Gratuluj

ę

.

— Poprosz

ę

 kaw

ę

. Czarn

ą

 — powiedziała matowym głosem Samantha, siadaj

ą

c na stołku 

przy barze. Zadzwoniła po taksówk

ę

, ale jak zawsze w walentynkowy wieczór mieli nawał 

klientów. Poinformowano j 

Ŝ

e dopiero za dobre pół godziny dyspozytor b

ę

dzie mógł wysła

ć

 po 

background image

ni

ą

 wóz.

Fanny Hobbs, pulchna kelnerka w 

ś

rednim wieku, stała przy drugim ko

ń

cu baru i z 

nieskrywan

ą

 ciekawo

ś

ci

ą

 przygl

ą

dała si

ę

 Samancie. „Debnont Coffee Shop” raczej

nie był miejscem odwiedzanym przez ludzi w strojach wieczorowych.
— 

ś

yczy sobie pani co

ś

 jeszcze? — spytała Farmy, stawiaj

ą

c przed Samanth

ą

 biały kubek z 

paruj

ą

c

ą

 kaw

ą

.

W oczach Samanthy po raz kolejny tego dnia pojawiły si

ę

 łzy. Czy jescze sobie czego

ś

 

Ŝ

yczy? 

Ŝ

 za pytanie! Z pewno

ś

ci

ą

 tak, ale nie znajdzie tego w „Delmont Coffee Shop”.

— Mo

Ŝ

e kawałeczek szarlotki? — Nie czekaj

ą

c na odpowied

ź

, Fanny ukroiła jej wielk

ą

 porcj

ę

poło

Ŝ

yła na talerzu i postawiła przy kubku z kaw

ą

. — Prosz

ę

 si

ę

 napi

ć

, póki gor

ą

c

Ŝ

. Strasznie 

pani przemokła.
Łzy potoczyły si

ę

 obficie po policzkach Samanthy. Przez mgnienie oka ujrzała Nicka 

podaj

ą

cego jej porann

ą

 kaw

ę

, zach

ę

caj

ą

cego, by si

ę

 napiła. Był taki troskliwy, taki czuły...

— Co si

ę

 stało? Wystawił pani

ą

 do wiatru? — snuła domysły Fanny. Samantha skin

ę

ła głow

ą

a w chwil

ę

 pó

ź

niej pokr

ę

ciła ni

ą

 przecz

ą

co. — To w ko

ń

cu tak, czy nie?

— zapytała zdezorientowana kelnerka.
— To nie on. — Samantha westchn

ę

ła. — To Don mnie wystawił. Nie przyszedł na umówion

ą

 

randk

ę

.

Kelnerka wzniosła oczy do góry.
— Tacy s

ą

 najgorsi.

— Ale potem zjawił si

ę

 Nick. Tylko 

Ŝ

e ja działam, 

Ŝ

e to Nick.

— Jak to?
— Po prostu. My

ś

lałam, 

Ŝ

e to Don. — Samantha przerwała i poci

ą

gn

ę

ła łyk kawy. Ciepły płyn 

rozgrzał j

ą

 nieco i uspokoił — No bo kto inny mógłby to by

ć

, prawda? Obcy faceci zwykle nie 

pukaj

ą

 do mych drzwi.

— A Nick był kim

ś

 obcym.

— Otó

Ŝ

 to — potwierdziła Samantha, czuj

ą

c niezmiern

ą

 ulg

ę

Ŝ

e znalazła kogo

ś

, kto zechce 

wysłucha

ć

 jej 

Ŝ

ale.

— Postawmy spraw

ę

 jasno — powiedział Edgar. — My

ś

lał pan, 

Ŝ

e Sainantha to Sandra.

— Tak jest — odparł Nick,
— Dopiero ona sama powiedziała panu, 

Ŝ

e ma na imi

ę

 Samantha.

— Tak, ale pomy

ś

lałem, 

Ŝ

e si

ę

 przesłyszałem.

— I potem córka wyprowadziła pana z bł

ę

du.

— Wyprowadziła mnie z bł

ę

du? — Nick zmarszczył czoło. — No tak. A przy okazji wywróciła 

mój 

ś

wiat do góry nogami.

— Nadal jednak nie pojmuj

ę

, dlaczego pan z miejsca

nie powiedział jej o pomyłce?
— Prosz

ę

 mi wierzy

ć

, zadawałem sobie to samo pytanie przez ostatnie osiem godzin. 

Gdybym mógł cofn

ąć

 czas, powiedziałbym. — Westchn

ą

ł gł

ę

boko. — Zreszta sam nie wiem.

— Wszystko jasne — odparł szofer. — Chyba rozumiem. Gdyby znała prawd

ę

, odesłałaby 

pana z powrotem i sp

ę

dziła ten wyj

ą

tkowy dzie

ń

 z jakim

ś

 półgłówkiem.

A panu zostałaby Sandra...
- Nie. Sandra i tak miała zamiar odwoła

ć

 randk

ę

 - przypomniał Nick. Zd

ąŜ

ył mu ju

Ŝ

 

przepowiedzie

ć

 wcze

ś

niej tre

ść

 rozmowy telefonicznej z Annie. Z jakiego

ś

 powodu Nick 

otwierał si

ę

 przed kierowc

ą

 tak, jakby ten był jego najlepszym przyjacielem. To, 

Ŝ

e mógł 

komu

ś

 przedstawi

ć

 swoj

ą

 smutn

ą

 histori

ę

, przynosiło mu ulg

ę

. Niestety, me był to kto

ś

, dla 

kogo miała ona wielkie znaczenie.
— Ach, tak. Wi

ę

c byłby pan zupełnie sam.

Nick skin

ą

ł głow

ą

. Ju

Ŝ

 od lat był sam i jako

ś

 mu to szczególnie me przeszkadzało. Teraz 

jednak mysi o tym, i

Ŝ

 mógłby samotnie sp

ę

dzi

ć

 ten dzie

ń

, sprawiała, 

Ŝ

e czuł si

ę

 wyj

ą

tkowo 

podle.
— Nie poszcz

ęś

ciło ci si

ę

, bracie, zgoda — powiedział Edgar ze współczuciem.

— E, to i tak bez sensu. Nikt przecie

Ŝ

 nie zakochuje si

ę

 od pierwszego wejrzenia — mrukn

ą

ł 

Nick.
— Jak to nie? — sprzeciwił si

ę

 szofer. — Od chwili, gdy po raz pierwszy ujrzałem moj

ą

 Ver

ę

wiedziałem, 

Ŝ

e za ni

ą

 wyjd

ę

. Powiedziałem to nawet najlepszemu kumplowi, Halowi, który był 

wtedy ze mn

ą

. Do tej pory robi sobie z tego 

Ŝ

arty.

— Ale on mnie okłamał! — upierała si

ę

 Samantha. — Nie mo

Ŝ

na mie

ć

 zaufania do 

m

ęŜ

czyzny, który nie mówi prawdy.

Fanny ugryzła kawałek szarlotki, której Samantha nawet nie tkn

ę

ła. Siedziały w kawiarni tylko 

we dwie, gdy

Ŝ

 w Walentynki nie przychodziło tu zbyt wielu klientów.

— Dlaczego wi

ę

c od razu go na tym nie przychwyciła

ś

? — zapytała Fanny, uporawszy si

ę

 z 

du

Ŝ

ym k

ę

sem ciasta.

background image

— Nie umiałam — odparła wymijaj

ą

co Samantha.

Fanny pogroziła jej palcem.
— Wi

ę

c tak

Ŝ

e zdecydowała

ś

 si

ę

, by nie mówi

ć

 prawdy.

— Ale to nie było otwarte kłamstwo. Po prostu... przemilczałam prawd

ę

.

Kelnerka uwa

Ŝ

nie przyjrzała si

ę

 Samancie.

— Wygl

ą

dasz mi na kobiet

ę

, która zawsze stara si

ę

 by

ć

 uczciwa, wi

ę

c...

— Bo tak jest — przerwała jej Samantha. — Wła

ś

nie dlatego czuj

ę

 si

ę

 tak okropnie, bo wiem, 

Ŝ

e nie powiedziałam Nickowi całej prawdy.

Fanny pochyliła si

ę

 nad ni

ą

, opieraj

ą

c łokcie na kontuarze.

— A nie uwa

Ŝ

asz, 

Ŝ

e Nick czuje si

ę

 równie okropnie? Mo

Ŝ

e obawiał si

ę

 powiedzie

ć

 ci prawd

ę

bo bał si

ę

Ŝ

e go zostawisz? Mo

Ŝ

e poczuł, 

Ŝ

e nadszedł jego szcz

ęś

liwy dzie

ń

 i chciał, 

Ŝ

eby 

trwał jak najdłu

Ŝ

ej, cho

ć

by i za cen

ę

 prawdy?

Samantha wpatrzyła si

ę

 badawczo w twarz kelnerki.

— My

ś

li pani, 

Ŝ

e tak wła

ś

nie mógł si

ę

 poczu

ć

?

— Z tego, co mówiła

ś

, wynika, 

Ŝ

e jak najbardziej. Zało

Ŝ

yłabym si

ę

 o du

Ŝą

 porq

ę

 szarlotki. 

Wiesz, pomy

ś

lałam sobie o tych młodych z naszego ko

ś

cioła. Podobna historia. Mitch i ja 

byli

ś

my w zeszł

ą

 niedziel

ę

 na ich 

ś

lubie... — Fanny urwała, widz

ą

c Izy spływaj

ą

ce po 

policzkach Samanthy. — Prosz

ę

. — Podała jej serwetk

ę

. — Ten 

ś

lub tak ci

ę

 ruszył, prawda?

— Chyba go kocham — powiedziała Samantha, wycieraj

ą

c twarz.

— Mimo 

Ŝ

e jest bezczelnym kłamc

ą

?

— Och, nie. Naprawd

ę

 nie jest. Przez cały dzie

ń

 czułam, 

Ŝ

e chce powiedzie

ć

 mi prawd

ę

Wiem, 

Ŝ

e chciał i mogłam mu w tym bardziej dopomóc. Oboje zachowywali

ś

my si

ę

 

idiotycznie. Zapowiadały si

ę

 najlepsze Walentynki w noim 

Ŝ

yciu, a ko

ń

cz

ą

 si

ę

 jak najgorzej.

Fanny poło

Ŝ

yła dło

ń

 na ramieniu Samanthy.

— Hej, dzie

ń

 si

ę

 jeszcze nie sko

ń

czył. Jeszcze wszystko mo

Ŝ

na odwróci

ć

.

— Ale jak? Nie wiem nawet, gdzie go szuka

ć

, Zanim Fanny zd

ąŜ

yła znale

źć

 jakie

ś

 wyj

ś

cie z 

sytuacji, Samantha zeskoczyła ze stołka.
— Zaczekaj! Mam pomysł! Nie wiem, mo

Ŝ

e si

ę

 uda...

— Próbuj, dzieciaku — powiedziała Fauny z u

ś

miechem.

Na zewn

ą

trz zatr

ą

bił klakson. Przyjechała taksówka. Samantha zatrzymała si

ę

, nachyliła nad 

kontuarem i mocno u

ś

ciskała kelnerk

ę

.

— Jak si

ę

 pani odwdzi

ę

cz

ę

?

— Te

Ŝ

 pytanie! Zapro

ś

 mnie na 

ś

lub!

Sal

ę

 balow

ą

 hotelu „Ambasador” rozja

ś

niały dziesi

ą

tki 

ś

wiec. W powietrzu unosił si

ę

 zapach 

drogich perfum, błyszczały stroje o wymy

ś

lnych krojach, fruwały czerwone baloniki-serduszka. 

Na scenie grał niewielki zespół muzyczny, a zgrabna piosenkarka w szkarłatnej sukni 
szczelnie opinaj

ą

cej jej ciało czule szeptała w mikrofon słowa romantycznej ballady. Parkiet po

brzegi wypełniony był parami, nie tyle ta

ń

cz

ą

cymi, ile obejmuj

ą

cymi si

ę

 i kołysz

ą

cymi w rytm 

muzyki.
Panował tak romantyczny nastrój, 

Ŝ

e Nicka a

Ŝ

 zakłuło w sercu. Bo

Ŝ

e, gdyby ona była teraz u 

jego boku! Samotno

ść

 w

ś

ród czule 

ś

ciskaj

ą

cych si

ę

 par odczuwał wyj

ą

tkowo dotkliwie. 

Wła

ś

ciwie od razu powinien odwróci

ć

 si

ę

 na pi

ę

cie i wyj

ść

.

Oczywi

ś

cie, gdyby wyszedł, nikt zapewne nie zwróciłby na to uwagi. Nikt poza Edgarem-

Donem, który czekał w samochodzie przed wej

ś

ciem do hotelu. To wła

ś

nie

on po nieudanych próbach odnalezienia Samanthy na ulicach miasta i dodzwonienia si

ę

 do jej 

mieszkania, podrzucił pomysł, by Nick pojawił si

ę

 na balu i sprawdził, czy przypadkiem nie 

dotarł tam i jego Kopciuszek.
Jeszcze raz obrzucił wzrokiem zatłoczon

ą

 sal

ę

. Samantha mogła by

ć

 wsz

ę

dzie tylko nie tu. 

Mo

Ŝ

e w jakim

ś

 barze, u siostry, u znajomych... Gdyby rozumował trze

ź

wo, powinien był doj

ść

 

do wniosku, 

Ŝ

e sala balowa to prawdopodobnie ostatnie miejsce, które zechce odwiedzi

ć

.

Miłosna piosenka dobiegła ko

ń

ca i piosenkarka oznajmiła, 

Ŝ

e nast

ą

pi teraz pi

ę

tnastominutowa 

przerwa.
Z parkietu dobiegły pomruki niezadowolenia. Pary z oci

ą

ganiem rozchodziły si

ę

 do stolików.

W chwili gdy parkiet opustoszał, Nick dojrzał na 

ś

rodku młod

ą

 kobiet

ę

 o bujnych, 

kasztanowych włosach, ubran

ą

 w seledynow

ą

 sukni

ę

 z tafty. Kr

ę

ciła si

ę

 nieco bezradnie i 

podobnie jak on przemierzała wzrokiem morze twarzy w poszukiwaniu tej jednej, jedynej.
Dostrzegła go w chwil

ę

 pó

ź

niej, ni

Ŝ

 on j

ą

. Przez dłu

Ŝ

sz

ą

 chwil

ę

 stali w bezruchu, niezdolni do 

niczego prócz wpatrywania si

ę

 w siebie. Sala była tak sk

ą

po o

ś

wietlona,

Ŝ

e nie mogli nawet widzie

ć

 wyrazu swych twarzy, ale czy miało to teraz jakie

ś

 znaczenie? 

Najwa

Ŝ

niejsze było to, 

Ŝ

e znale

ź

li si

ę

 tu oboje, niezale

Ŝ

nie od siebie. I 

Ŝ

e istniał tylko jeden 

powód, dla którego mogli przyj

ść

 w to miejsce.

Kto zrobił pierwszy ruch — nie wiadomo. Do

ść

 

Ŝ

e zacz

ę

li najpierw wolno i

ść

 naprzeciw sobie, 

potem przyspieszyli, a w ko

ń

cu nieomal biegli do siebie. Padli sobie wreszcie w ramiona i na 

background image

samym 

ś

rodku pustej sali zatopili si

ę

 w nami

ę

tnym, upojnym pocałunku.

Jednocze

ś

nie oderwali si

ę

 od siebie i odezwali niemal jednym głosem:

— Mam ci co

ś

 wa

Ŝ

nego do powiedzenia.

Nick odchrz

ą

kn

ą

ł i zacz

ą

ł pierwszy. Powiedział jej o wszystkim o planie zamieszczenia 

ogłosze

ń

 matrymonialnych, który on i jego kumple powzi

ę

li w sylwestra; o Annie, która 

znalazła wyrzucony przez niego anons, napisała go na nowo, wysłała i potem sama wybrała 
mu „doskonał

ą

 par

ę

”. Powiedział jej wreszcie o Sandrze i Samantha roze

ś

miała si

ę

 w głos, 

gdy wyjawił, 

Ŝ

e w odpowiedzi Sandry wszystko było zmy

ś

lone, a jedynym jej motywem było 

wzbudzenie zazdro

ś

ci w sercu narzeczonego.

— To wszystko było pomyłk

ą

, Sam, zbiegiem okoliczno

ś

ci. Nie wiem, komu za ni

ą

 dzi

ę

kowa

ć

Annie, losowi, mojej szcz

ęś

liwej gwie

ź

dzie? Nade wszystko chyba jednak tobie za t

ę

 

najcudowniejsz

ą

 pomyłk

ę

, jaka mogła mi si

ę

 w 

Ŝ

yciu przytrafi

ć

!

— Ocli, Nick — wyszeptała i pocałowała go lekko.
— A wi

ę

c nie jeste

ś

 na mnie zła? — spytał z niedowierzaniem.

— Kocham ci

ę

, Nick — odparła i jej twarz rozpromieniła si

ę

 w radosnym u

ś

miechu. Chwil

ę

 

ź

niej ów u

ś

miech niepokoj

ą

co zbladł. — Teraz moja kolej — powiedziała trwo

Ŝ

liwie.

Nick skin

ą

ł głow

ą

. Jak

ą

 to tajemnic

ę

 chce mu wyjawi

ć

 Samantha, skoro tak bardzo si

ę

 tego 

obawia?
— Wiedziałam, 

Ŝ

e to nie ty jeste

ś

 moj

ą

 par

ą

 — wyrzuciła z siebie jednym tchem, a Nick znów 

spojrzał na ni

ą

 z niedowierzaniem. — Ten pierwszy telefon, pami

ę

tasz? To był Don. Odwołał 

randk

ę

.

Powiedziała mu cał

ą

 reszt

ę

 — jak wystraszyła si

ę

Ŝ

e Nick jest niebezpiecznym szale

ń

cem, 

jak podsłuchała jego rozmow

ę

 z córk

ą

, podejrzewaj

ą

c, 

Ŝ

e dzwoni do jednego ze swoich 

kumpu-gangsterów.
Ku jej zdziwieniu, Nick zacz

ą

ł si

ę

 

ś

mia

ć

.

— Postradałe

ś

 zmysły, czy co? Okłamywałam ci

ę

, Nick, a ty si

ę

 

ś

miejesz! Cały czas o 

wszystkim wiedziałam, a wystarczyło powiedzie

ć

 ci prawd

ę

. Wtedy ty te

Ŝ

 musiałby

ś

 si

ę

 

przyzna

ć

 i nie zadr

ę

czaliby

ś

my si

ę

 nawzajem przez cały dzie

ń

...

Nick przyci

ą

gn

ą

ł Samanth

ę

 do siebie, nie dbaj

ą

c o to, 

Ŝ

e stoj

ą

 sami na 

ś

rodku parkietu i 

Ŝ

wpatruj

ą

 si

ę

 w nich dziesi

ą

tki par oczu.

— To wcale nie była udr

ę

ka — szepn

ą

ł. -. To był najwspanialszy dzie

ń

 w moim 

Ŝ

yciu. Kocham 

ci

ę

, Sam. Chc

ę

, by

ś

my odt

ą

d wszystkie dni sp

ę

dzali razem...

— Och, Nick, pragn

ę

 tego samego! — zawołała rado

ś

nie i wysun

ę

ła usta, by go pocałowa

ć

.

— Zaczekaj — powiedział.
U

ś

miechn

ę

ła si

ę

, dopiero teraz u

ś

wiadamiaj

ą

c sobie, 

Ŝ

e s

ą

 na oczach wszystkich.

— Masz racj

ę

. Potrzebujemy wi

ę

cej intymno

ś

ci. Czy s

ą

dzisz, 

Ŝ

e w tym hotelu s

ą

 jeszcze 

jakie

ś

 wolne pokoje?

- Nie...
— My

ś

lisz, 

Ŝ

e nie ma miejsc?

— Nie... Nie o to mi chodzi.
Samantha spojrzała na niego z ukosa.
— Nie chcesz zosta

ć

 ze mn

ą

 sam na sam w pokoju hotelowym?

— Sam, na miły Bóg. Niczego bardziej nie pragn

ę

...

— Zawahał si

ę

.

— Ale? — Uniosła brew.
— Ale... nie powiedziałem ci wszystkiego.
— Nie powiedziałe

ś

? — Samantha poczuła, jak cierpnie jej skóra. Czego za chwil

ę

 si

ę

 dowie?

— Nie — odparł powa

Ŝ

nie. — Jest co

ś

 jeszcze. Zebrała w sobie wszystkie siły. Inna kobieta? 

Nieuleczalna choroba? Jaka

ś

 okropna zbrodnia? Wi

ę

zienie, wyrok?

— Nie jestem fotografem — powiedział Nick. znaczy, robi

ę

 zdj

ę

cia, ale... to jedynie hobby.

— Z czego wi

ę

c si

ę

 utrzymujesz?

Nick przełkn

ą

ł 

ś

lin

ę

 przez zaschni

ę

te gardło.

— Jestem adwokatem, Sam. Wybitnym specjalist

ą

. Od rozwodów. — Samantha otworzyła 

szeroko oczy ze zdumienia, ale nie odezwała si

ę

 ani słowem. — Chyba lepiej wyrzuc

ę

 ju

Ŝ

 z 

siebie to wszystko. Pracuj

ę

 u Browna, Nicholsa i Carsona. W tej samej firmie co... co Jackson 

Vale. Wierz mi, Sam, nie mam o nim lepszego zdania ni

Ŝ

 ty, no ale jeste

ś

my kolegami, 

wykonujemy t

ę

 sam

ą

 prac

ę

...

Gdy mówił te słowa, cały czas wpatrywał si

ę

 w twarz Samanthy, chc

ą

c odgadn

ąć

 jej reakcj

ę

Gdy wreszcie zobaczył, 

Ŝ

e si

ę

 u

ś

miecha, nie wierzył własnym oczom. W chwil

ę

 potem, ku 

jego rado

ś

ci, zarzuciła mu r

ę

ce na

szyj

ę

.

— Có

Ŝ

, panie mecenasie — szepn

ę

ła, przyciskaj

ą

c policzek do jego twarzy — obiecuj

ę

Ŝ

e ju

Ŝ

 

nigdy wi

ę

cej nie skorzystam z waszych usług. Wychodz

ę

 za m

ąŜ

 po raz ostatni!

background image

Usta Nicka odnalazły jej usta. Uwolnieni od poczucia winy, pocałowali si

ę

 szczerze, 

serdecznie.
— Po raz ostatni! — zawtórował, przyciskaj

ą

c j

ą

 do siebie. Podniosła głow

ę

 i ich spojrzenia 

spotkały si

ę

. — A co do tego pokoju hotelowego..

Ze 

ś

miechem zeszli z parkietu i zacz

ę

li przeciska

ć

 si

ę

mi

ę

dzy go

ść

mi do wyj

ś

cia. Ku ich zdumieniu, ludzie zacz

ę

li bi

ć

 brawo.

POST SCRIPTUM
Annie i Ethan Santiago
maj

ą

 przyjemno

ść

 zawiadomi

ć

Ŝ

e ich Tata, Nicholas Santiago, bierze 

ś

lub

z Samanth

ą

 Loyejoy, mam

ą

 Bridget Loyejoy, w Dniu Matki.

Fanny Hobbs, kelnerka z „Delinont Coffee Shop”, u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 do siebie i wło

Ŝ

yła złocone 

zaproszenie do kieszeni fartucha.