background image

Robin Cook

Mutant.

(Mutation)

Przełożyła: Ewa Ćwirko – Godycka.

background image

Z wyrazami wdzięczności dla Jean, która dostarczyła mi strawy dosłownie i w przenośni.
DZIADKOM Mae i Edowi, których nie dane mi było poznać lepiej.
Esther i Johnowi, którzy przyjęli mnie do rodziny.
Louisie i Billowi, którzy zaadoptowali mnie z czystej dobroci.
Jak Śmiesz Tak Igrać z Życiem.
Mary Wollstonecraft Shelley „Frankenstein” (1818).

background image

Wstęp

Akumulacja  energii  w milionach  neuronów  wzbierała  nieprzerwanie  od  sześciu  miesięcy, 

czyli od momentu, w którym zaczęły one powstawać.

Komórki  nerwowe  aż  kipiały  od  energii  elektrycznej,  stopniowo  wzbierającej  w kierunku 

pewnej progowej wartości napięcia.

Liczba  rozgałęzień  dendrytów  komórek  nerwowych  i wspierających  je  komórek 

mikroglejowych  rosła  w postępie  logarytmicznym:  z każdą  godziną  przybywały  setki  tysięcy 
złącz nerwowych.

To wszystko przypominało reaktor jądrowy zbliżający się do stanu nadkrytycznego.
I wreszcie stało się!
Próg został osiągnięty i przekroczony.
Mikrowyładowania  elektryczne  rozbiegły  się  błyskawicznie  po  całym  skomplikowanym 

splocie połączeń synaptycznych, rozprowadzając energię po całej masie.

Pęcherzyki  wewnątrzkomórkowe  uwolniły  swe  neuroprzekaźniki  i neuromodulatory, 

podnosząc poziom wzbudzenia jeszcze wyżej.

Z  tej  to  zawiłej  aktywności  komórkowej  w wymiarze  mikroskopijnym  wyłoniła  się  jedna 

z tajemnic wszechświata: świadomość!

Kolejny raz z materii zrodził się rozum.
Świadomość zaś to podstawa pamięci i znaczeń, lecz również przerażenia i lęku.
Wraz ze świadomością nadszedł ciężar wiedzy o nieuchronnej śmierci.
W tym wszakże momencie powstająca świadomość była pozbawiona wiedzy.
Lecz i wiedza miała już wkrótce nadejść.

background image

Prolog

11 października 1978.

– O Boże! – wyrzuciła z siebie Mary Millman, ściskając w obu dłoniach końce prześcieradła.
Znowu  poczuła  potworny  ból  w dole  brzucha,  docierający  szybko  do  pachwin  i krzyża 

niczym roztopiona stal.

– Dajcie mi coś przeciwbólowego!
Błagam!
Nie wytrzymam!
– Z jej gardła wydobył się krzyk.
– Wszystko jest w porządku, Mary – powiedział spokojnie doktor Stedman.
– Tylko głęboko oddychaj.
– Nakładał gumowe rękawiczki, starannie naciągając każdy palec.
– Nie wytrzymam! – ochryple wykrzyknęła Mary.
Z wysiłkiem zmieniła pozycję, lecz nic to nie dało.
Ból nasilał się z każdą sekundą.
Wstrzymała oddech i odruchowo napięła wszystkie mięśnie.
– Mary! – powiedział doktor Stedman stanowczym głosem.
– Nie przyj.
To nic nie pomoże, póki nie będzie rozwarcia szyjki.
Możesz tylko zaszkodzić dziecku!
Mary otworzyła oczy i spróbowała rozluźnić mięśnie.
Każdy jej wydech przypominał jęk udręki.
– Nic nie mogę poradzić – zakwiliła poprzez łzy.
– Nie zniosę tego.
Pomóżcie mi!
– Nie dokończyła, bo jej słowa zdławił następny krzyk.
Mary Millman miała dwadzieścia dwa lata i była sekretarką w domu towarowym w centrum 

Detroit.

Gdy przeczytała ogłoszenie, w którym poszukiwano zastępczej matki, wizja pieniędzy jawiła 

się  jej  niczym  dar  niebios  – wreszcie  będzie  mogła  oddać  niezliczone  długi,  spowodowane 
przeciągającą się chorobą matki.

Ponieważ  jednak  nigdy  nie  była  w ciąży  ani  też,  z wyjątkiem  filmów,  nie  była  świadkiem 

żadnych narodzin, nie miała pojęcia, jak to wygląda.

W  tej  chwili  nie  była  w stanie  myśleć  o owych  trzydziestu  tysiącach  dolarów,  które  miała 

otrzymać po porodzie.

background image

Była to suma znacznie wyższa niż typowa stawka za urodzenie cudzego dziecka w Michigan, 

jedynym stanie, w którym dziecko można było adoptować przed urodzeniem.

Teraz myślała, że umrze.
Bóle wzmogły się, poczym zelżały.
Udało się jej złapać kilka płytkich oddechów.
– Chcę zastrzyk przeciwbólowy – powiedziała z trudem.
Wargi miała zupełnie suche.
– Dostałaś już dwa – odrzekł doktor Stedman.
Zmieniał właśnie rękawiczki, które uległy skażeniu, gdy przytrzymywał jej ramię, na nową, 

sterylną parę.

– Nie pomogły jęknęła Mary.
– W szczytowym momencie skurczu może nie – odrzekł lekarz.
– Ale przed chwilą spałaś.
– Naprawdę?
– Mary  szukała  wzrokiem  potwierdzenia  w twarzy  Marshy  Frank,  matki  dziecka,  która 

delikatnie zmywała jej czoło chłodną, wilgotną gąbką.

Marsha skinęła głową.
Uśmiechała się ciepło, współczująco.
Mary  lubiła  ją  i była  wdzięczna  za  to,  że  Marsha  koniecznie  chciała  być  obecna  przy 

porodzie.

Oboje państwo Frank postawili to zresztą jako warunek umowy.
Mary czuła znacznie mniej sympatii do przyszłego ojca, który bez przerwy jej rozkazywał.
– Proszę  pamiętać,  że  każdy  lek  podany  pani  wpływa  również  na  dziecko  – mówił  teraz 

ostrym tonem.

– Nie możemy narażać jego życia tylko dlatego, żeby ulżyć pani w bólu.
Doktor Stedman obrzucił Victora Franka krótkim spojrzeniem.
Facet zaczynał działać mu na nerwy.
Zdaniem doktora Stedmana Frank był najgorszym ojcem, jakiego wpuścił do sali porodowej.
Najbardziej zdumiewające w tym wszystkim było to, że Frank również był lekarzem i przed 

rozpoczęciem kariery naukowca zdał egzamin z położnictwa.

Jeśli  rzeczywiście  miał  za sobą  takie  doświadczenia,  zupełnie  nie  było  tego  widać  po  jego 

zachowaniu się przy pacjentce.

Mary westchnęła głęboko i doktor Stedman na powrót się nią zajął.
Grymas, który wykrzywił jej twarz, powoli zanikał.
Skurcz najwyraźniej minął.
– W porządku  – rzekł  doktor  Stedman,  gestem  nakazując  pielęgniarce  uniesienie 

background image

prześcieradła przykrywającego nogi pacjentki.

– Zobaczymy, co się tam dzieje.
– Pochylił się i ustawił nogi Mary we właściwej pozycji.
– Może powinniśmy zrobić ultrasonografie? – zaproponował Victor.
– Nie sądzę, byśmy czynili wielkie postępy.
Doktor Stedman wyprostował się.
– Doktorze Frank!
Jeśli pan nie ma nic przeciwko temu...
– Nie  dokończył  zdania,  przeświadczony,  że  tonem  głosu  uświadomił  tamtemu  swoją 

irytację.

Victor Frank spojrzał na doktora Stedmana i ten nagle zrozumiał, że gość jest przerażony.
Jego twarz pobielała jak kreda, na czole pojawiły się kropelki potu.
Być może poród zastępczej matki stanowi wyjątkowe przeżycie nawet dla lekarza.
– Aaa! – wykrzyknęła Mary.
Na prześcieradło nagle chlusnęły wody porodowe i doktor Stedman ponownie skupił uwagę 

na pacjentce.

Nie myślał już o Franku.
– Pękły błony porodowe – orzekł.
– To zupełnie normalne, jak już wyjaśniałem.
Zobaczmy, co się dzieje z dzieckiem.
Mary przymknęła oczy.
W swoim wnętrzu poczuła palce lekarza.
Leżąc na prześcieradle przesiąkniętym jej własnymi wodami płodowymi, czuła się bezbronna 

i upokorzona.

Wmawiała  sobie  wcześniej,  że  nie  robi  tego  tylko  dla  pieniędzy,  lecz  również  po  to,  by 

uszczęśliwić parę, która nie może mieć drugiego dziecka.

Marsha była tak strasznie miła i przekonująca.
Teraz Mary zastanawiała się, czy postąpiła słusznie.
Poczuła następny skurcz i przestała myśleć o wszystkim.
– Dobrze!
Dobrze! – wykrzyknął doktor Stedman.
– Bardzo dobrze, Mary.
Naprawdę dobrze.
– Szybkim ruchem zdjął i wyrzucił rękawiczki.
– Główka dziecka jest już we właściwym miejscu i szyjka jest prawie całkowicie rozwarta.
Dobrze się spisujesz!

background image

– Zwrócił się do pielęgniarki: – Przenieśmy ją do sali porodowej.
– Czy mogę teraz dostać środek przeciwbólowy? – spytała Mary.
– Gdy tylko znajdziemy się w sali porodowej – odrzekł radośnie doktor Stedman.
Poczuł ulgę.
A potem czyjąś dłoń na ramieniu.
– Czy  jest  pan  pewien,  że  głowa  nie  jest  za  duża?  – spytał  Victor  szorstko,  odciągając 

Stedmana na bok.

Stedman czuł, że ręka trzymająca jego ramię drży.
Sięgnął dłonią do góry i odczepił palce Franka.
– Powiedziałem, że główka jest we właściwym miejscu.
A to oznacza, że przeszła przez wpust miednicy.
Tyle chyba pan pamięta!
– Jest pan pewien, że główka jest na właściwej drodze? – spytał Victor.
Doktor Stedman poczuł przypływ złości.
Bliski był utraty cierpliwości, zorientował się jednak, że Frank aż trzęsie się ze strachu.
Powstrzymując gniew, Stedman odrzekł po prostu: – Główka jest na właściwej drodze.
Z całą pewnością.
– Po  chwili  dorzucił:  – Jeśli  jest  pan  tym  wszystkim  tak  zdenerwowany,  to  może  byłoby 

lepiej, żeby pan przeszedł do poczekalni.

– Nie mogę! – odrzekł Victor z naciskiem.
– Muszę zobaczyć wszystko do końca.
Stedman spojrzał na Franka.
Od pierwszego spotkania żywił wobec tego człowieka jakieś mieszane uczucia.
Początkowo jego nerwowość przypisywał sytuacji związanej z nietypowym rodzicielstwem, 

ale kryło się za tym coś więcej.

Doktor Frank był nie tylko zdenerwowanym ojcem.
„Muszę  zobaczyć  wszystko  do  końca”  – to  był  dziwny  komentarz  jak  na  przyszłego  ojca, 

nawet przybranego.

Zabrzmiało to tak, jak gdyby była to jakaś misja, a nie radosne – nawet jeśli dramatyczne –

przeżycie związane z narodzinami człowieka.

Marsha  zdawała  sobie  po  trosze  sprawę  z dziwnego  zachowania  męża,  lecz  była  tak 

zaabsorbowana samym porodem, że nie zastanawiała się nad tym głębiej.

Teraz szła korytarzem w ślad za łóżkiem, na którym Mary jechała do sali porodowej.
Całym sercem pragnęła, by na tym szpitalnym łóżku wieziono właśnie ją.
Z radością znosiłaby ból, mimo że pięć lat temu poród ich syna, Davida, skończył się takim 

krwotokiem, że aby uratować jej życie, lekarz musiał dokonać usunięcia macicy.

background image

Ona zaś i Victor bardzo chcieli mieć drugie dziecko.
A ponieważ nie mogła go urodzić, rozważyli wszystkie możliwości.
Po pewnym namyśle postanowili, że najlepszym wyjściem jest zastępcza matka.
Marsha była bardzo  zadowolona z tego układu i cieszyła się, że jeszcze przed narodzeniem 

dziecko jest legalnie ich, lecz mimo to  dałaby wszystko, by  mogła sama nosić  owo utęsknione 
maleństwo.

Przez chwilę zastanawiała się, jak Mary zniesie rozstanie z dzieckiem.
Z  tego  właśnie  powodu  była  bardzo  zadowolona  z przepisów  obowiązujących  w stanie 

Michigan.

Patrząc,  jak pielęgniarki  przenoszą  Mary  na  stół  porodowy,  Marsha  rzekła  łagodnie:  –

Świetnie się spisujesz.

Już prawie po wszystkim.
– Połóżmy ją na boku – powiedziała pielęgniarkom doktor Whitehead, anestezjolog.
A  potem,  chwytając  Mary  mocno  za  ramię,  dodała:  – Teraz  zrobimy  pani  znieczulenie 

zewnątrzoponowe, jak obiecaliśmy.

– Nie sądzę, by to było potrzebne – rzekł Victor, stając po przeciwnej stronie stołu.
– Zwłaszcza że chce pan znieczulać przez kręgosłup.
– Doktorze Frank! – powiedział Stedman surowo.
– Ma pan do wyboru: albo przestanie pan się wtrącać, albo opuści pan salę.
Proszę się zdecydować.
– Doktor Stedman miał już tego dosyć.
Spełnił  kilka  poleceń  Franka,  takich  jak  choćby  wykonanie  wszystkich  możliwych  badań 

prenatalnych, w tym punkcję owodni i biopsję kosmówki.

Zgodził  się  nawet  na  to,  by  przez  trzy  tygodnie  we  wczesnym  okresie  ciąży  Mary 

przyjmowała antybiotyk o nazwie cefaloklor.

Jako lekarz uważał, że żadna z tych rzeczy nie jest wskazana, lecz ustąpił, ponieważ doktor 

Frank nalegał i ponieważ status zastępczej matki czynił sytuację wyjątkową.

A  skoro  Mary  nie  protestowała,  argumentując,  że  to  wszystko  jest  przewidziane  umową 

z państwem Frank, nie sprzeciwiał się.

Ale to było podczas ciąży.
Poród  jednak  to  zupełnie  inna  sprawa  i doktor  Stedman  nie  miał  zamiaru  rezygnować  ze 

swych metod z powodu neurotycznego kolegi.

Czego tego Franka uczyli na studiach? – zastanawiał się.
Z pewnością wie, jak przestrzegać powszechnie przyjętych zasad postępowania.
Ale on kwestionował każde zalecenie Stedmana, komentował każdy jego krok.
Przez kilka pełnych napięcia sekund Victor i doktor Stedman patrzyli na siebie.

background image

Victor zacisnął pięści i Stedmanowi przemknęło przez myśl, że zaraz go uderzy.
Lecz chwila ta minęła, Victor przygarbił się i zdenerwowany stanął w kącie.
Czuł łomotanie serca i nieprzyjemny ucisk w dołku.
Żeby tylko to dziecko było normalne, modlił się w duchu.
Spojrzał na żonę i łzy przesłoniły mu wzrok.
Tak bardzo pragnęła drugiego dziecka.
Czuł, że znowu zaczyna drżeć.
Skarcił się po cichu.
Nie powinienem był tego robić.
Ale, Boże, błagam, niech to będzie normalne dziecko.
Spojrzał na zegar ścienny.
Wydawało się, że wskazówka sekundnika niemiłosiernie powoli wlecze się po tarczy.
Zastanawiał się, jak długo jeszcze wytrzyma to napięcie.
Doktor Whitehead zręcznym ruchem dłoni w ciągu kilku sekund wykonała blokadę.
Marsha trzymała Mary za rękę i uśmiechem dodawała jej odwagi.
Ból powoli ustępował.
Potem do Mary dotarło już tylko tyle, że ktoś ją budził i mówił, że czas zacząć przeć.
Druga  faza  porodu  przebiegła  szybko  i gładko,  i o godzinie  szóstej  04  urodził  się  pełen 

energii Victor Frank Junior.

W chwili porodu Victor, powstrzymując oddech i usiłując dojrzeć jak najwięcej, stał tuż za 

doktorem Stedmanem.

Gdy  dziecko  wreszcie  się  ukazało,  Victor  przebiegł  uważnym  spojrzeniem  całe  ciało, 

a doktor Stedman związał i przeciął pępowinę.

Potem  lekarz  podał  niemowlę  czekającemu  pediatrze,  który  przeniósł  je  do 

termostatyzowanej sali noworodków.

Lekarz ułożył spokojne dziecko i zaczął je badać.
Victor poczuł ulgę.
Wszystko wyglądało prawidłowo.
– Apgar  dziesięć!  – zawołał  pediatra,  oznajmiając,  że  Victor  Junior  otrzymał  najwyższą 

liczbę punktów.

– Wspaniale!  – odrzekł  doktor  Stedman,  który  stał  teraz  przy  Mary  i czekał  na  odejście 

łożyska.

– Ale nie płacze – stwierdził Victor.
Jego euforię przyćmiły wątpliwości.
Pediatra delikatnie klepnął dziecko w stopy, potem potarł je po karku.
Niemowlę nawet nie pisnęło.

background image

– Oddech prawidłowy.
– Pediatra wziął gumową gruszkę z zamiarem wyczyszczenia nosa dziecku.
Ku jego zdumieniu, dłoń noworodka uniosła się i wytrąciła mu gruszkę z palców.
Gruszka wylądowała na podłodze.
– No, teraz już wszystko wiemy – rzekł lekarz ze śmiechem.
– On po prostu nie chce płakać.
– Czy mógłbym? – spytał Victor, wskazując na dziecko.
– Tylko żeby nie zziębł.
Victor ostrożnie włożył dłonie do boksu i wyjął noworodka.
Objął ciałko obiema dłońmi i podniósł je do góry.
Było to piękne dziecko o zdumiewająco jasnych włosach.
Miało  pucołowate  różowe  policzki  i było  śliczne  jak  z obrazka;  w jego  twarzy  najbardziej 

uderzały wyraziste błękitne oczy.

Gdy  Victor  w nie  spojrzał,  uświadomił  sobie  z przerażeniem,  że  dziecko  wpatruje  się 

w niego.

– Śliczny, prawda? – powiedziała Marsha, stając za plecami Victora.
– Cudowny – zgodził się.
– Ale skąd te jasne włosy?
My jesteśmy szatynami.
Do  pięciu  lat  byłam  blondynką  – odrzekła  Marsha,  wyciągając  rękę, by  dotknąć różowego 

ciałka.

Victor spojrzał na żonę, która z miłością wpatrywała się w dziecko.
Miała ciemnobrązowe włosy, tu i ówdzie widniały pojedyncze siwe pasemka.
Oczy  miała  intensywnie  szaro  niebieskie,  rysy  dość  posągowe,  silnie  kontrastujące 

z krągłymi, pełnymi rysami niemowlęcia.

– Popatrz na jego oczy – powiedziała Marsha.
Victor ponownie przyjrzał się dziecku.
– Niewiarygodne, prawda?
Chwilę temu przysiągłbym, że wpatrują się we mnie.
– Są jak szlachetne kamienie – dodała Marsha.
Victor obrócił dziecko w kierunku żony.
Czyniąc to, spostrzegł, że oczy dziecka pozostały przykute do jego oczu!
W ich turkusowej głębi był chłód i jasność lodu.
Niespodziewanie poczuł dreszcz przerażenia.
Państwo Frank jechali do domu z poczuciem zwycięstwa.
Victor skręcił swym oldsmobilem cutlassem na wysypany drobnym grysem podjazd wiodący 

background image

do ich szalowanego, wiejskiego domu.

Cały wysiłek włożony w proces zapłodnienia pozaustrojowego opłacił się.
Poszukiwania odpowiedniej matki zastępczej, męczące podróże do Detroit odniosły skutek.
Mieli dziecko i teraz Marsha tuliła je w ramionach, dziękując Bogu za Jego dar.
Marsha patrzyła, jak samochód pokonuje ostatni zakręt.
Uniosła niemowlę do góry, odsunęła od jego twarzy kocyk i pokazała mu dom.
Jak gdyby pojmując, o co  chodzi, Victor Junior  popatrzył przez przednią szybę samochodu 

na ładny, choć skromny dom.

Zamrugał oczami, po czym spojrzał z uśmiechem na Victora.
– Podoba ci się, co, tygrysku? – rzekł Victor wesoło.
– Ma dopiero trzy dni, lecz przysiągłbym, że gdyby umiał, coś by mi powiedział.
– A co  byś  chciał,  żeby  ci  powiedział?  – spytała  Marsha,  opuszczając  Victora  Juniora  na 

kolana.

Nazwali go Victor Junior dla odróżnienia od ojca, Victora Seniora.
– Nie wiem – odrzekł Victor, hamując przed frontowymi drzwiami.
– Może to, że gdy dorośnie, zostanie lekarzem, tak jak jego stary.
– Och, na litość boską – powiedziała Marsha, otwierając drzwi samochodu.
Victor pospieszył jej z pomocą.
Był  piękny październikowy  dzień,  powietrze  było  jasne  i przezroczyste,  świeciło  ostre 

słońce.

Drzewa rosnące za domem demonstrowały wspaniałą gamę barw jesieni: purpurowe klony, 

pomarańczowe dęby i żółte brzozy rywalizowały z sobą niczym w konkursie piękności.

Gdy byli już na ścieżce wiodącej do domu, otworzyły się drzwi i ze schodów zbiegła Janice 

Fay, niania mieszkająca u państwa Frank.

– Niechże go obejrzę – powiedziała, stając naprzeciw Marshy.
Z podziwu przytknęła dłoń do ust.
– No i co? – spytał Victor.
– Jak aniołek! – zawołała Janice.
– Jest cudowny.
Chyba nigdy nie widziałam takich niebieskich oczu.
– Wyciągnęła ręce.
– Czy mogę go potrzymać?
– Delikatnie wyjęła dziecko z objęć Marshy i poczęła nim kołysać.
– Nie spodziewałam się, że będzie miał jasne włosy.
– My też nie – odpowiedziała Marsha.
– Wiedzieliśmy, że zaskoczymy cię tak, jak on zaskoczył nas.

background image

Ale w mojej rodzinie też byli blondyni.
– Ależ oczywiście – zażartował Victor.
– U Dżyngis Chana było wielu blondynów.
– A gdzie David? – spytała Marsha.
– Gdzieś w domu – odrzekła Janice, nie spuszczając oczu z twarzy Victora Juniora.
– David! – zawołała Marsha.
W progu stanął chłopiec, trzymający jednego z zapomnianych misiów.
Malec miał pięć lat, szczupłe ciało i ciemne, kręcone włosy.
– Chodź tutaj i popatrz na swojego braciszka.
David posłusznie podszedł do gruchającej grupki.
Janice schyliła się i pokazała noworodka bratu.
David spojrzał nań i zmarszczył nos.
– Śmierdzi.
Victor zaśmiał się, lecz Marsha ucałowała syna i powiedziała, że kiedy Victor Junior urośnie, 

będzie pachniał tak ładnie jak David.

Wzięła niemowlę z rąk Janice i weszła do domu.
Janice westchnęła.
To był taki szczęśliwy dzień.
Uwielbiała niemowlęta.
Poczuła, że David bierze ją za rękę.
Spojrzała na chłopca.
Patrzył na nią z głową zadartą do góry.
– Wolałbym, żeby go tu nie było.
– Ciii... – powiedziała łagodnie Janice, tuląc do siebie chłopca.
– Nieładnie tak mówić.
To jest tylko małe dziecko, a ty jesteś dużym chłopcem.
Trzymając  się  za  ręce,  weszli  do  domu  w chwili,  gdy  Marsha  i Victor  znikali  w świeżo 

pomalowanym pokoju dziecięcym na górze.

Janice wzięła Davida do kuchni, gdzie przygotowywała obiad.
Chłopiec wdrapał się na krzesło i usadowił misia na krześle znajdującym się naprzeciwko.
Janice stanęła przy zlewie.
– Bardziej kochasz mnie czy tego małego? – zapytał David.
Janice szybko odłożyła warzywa, które właśnie płukała, i wzięła chłopca w ramiona.
Przytknęła czoło do jego czoła, mówiąc: – Ciebie kocham najbardziej w świecie.
– I przytuliła go mocno.
David odwzajemnił uścisk.

background image

Żadne z nich nie wiedziało, że mają przed sobą tylko kilka lat życia.

background image

Rozdział 1

19 marca 1989.

Niedziela, późne popołudnie.
Długie,  koronkowe  cienie  nagich  klonów  rosnących  wzdłuż  podjazdu  przecinały  obszerne 

brukowane podwórko między rozsiadłym białym kolonialnym dworem a stodołą.

O zmroku nasilił się wiatr i falujące cienie przypominały wielkie pajęczyny.
Mimo że do wiosny kalendarzowej było już blisko, zima wciąż trzymała w swych okowach 

ziemię w North Andover w stanie Massachusetts.

Marsha stała przy zlewie w dużej wiejskiej kuchni i spoglądała na ogród w gasnącym świetle 

dnia.

Usłyszała jakiś ruch na podjeździe.
Odwróciła się i spostrzegła Victora Juniora jadącego do domu na rowerze.
Przez sekundę miała uczucie, że w piersiach zabraknie jej tchu.
Od śmierci Davida, czyli od niespełna pięciu lat, niczego nie była pewna.
Nigdy nie zapomni owego potwornego dnia, gdy lekarz powiedział jej, że żółtaczka chłopca 

jest wynikiem nowotworu.

Jego twarz, pożółkła i wyniszczona chorobą, była wyryta w jej sercu.
Wciąż czuła malutkie ciało, kurczowo tulące się do niej w ucieczce przed śmiercią.
Była pewna, że syn usiłuje coś powiedzieć, ale słyszała jedynie rwący oddech ostatnich chwil 

jego życia.

Odtąd wszystko się zmieniło.
A rok później było jeszcze gorzej.
Jej  głęboki  niepokój  o Victora  Juniora  wynikał  częściowo  z utraty  Davida,  a częściowo  ze 

straszliwych okoliczności, które właśnie po upływie roku towarzyszyły śmierci Janice.

Oboje zachorowali na niezwykle rzadką odmianę raka wątroby i mimo że oba te przypadki 

absolutnie nie były zakaźne, Marsha nie mogła pozbyć się strachu, że piorun, który uderzył dwa 
razy, może uderzyć po raz trzeci.

Śmierć Janice znacznie głębiej zapadła jej w pamięć, bo była wyjątkowo makabryczna.
Było to jesienią, tuż po piątych urodzinach Victora Juniora.
Liście spadały z drzew, w powietrzu czuło się ostry jesienny chłód.
Jeszcze  przed  chorobą  Janice  zachowywała  się  dziwnie,  jadała  tylko  to,  co  przygotowała 

sama i co pochodziło z zamkniętych pojemników.

Stała  się  głęboko  religijna,  angażując  się  w działalność  szczególnie  fanatycznego  odłamu 

odrodzonych chrześcijan.

Marsha i Victor nie wytrzymaliby z nią, gdyby nie to, że w ciągu tych wielu lat, jakie u nich 

background image

przepracowała, stała się praktycznie członkiem rodziny.

Podczas ostatnich, krytycznych miesięcy życia Davida zachowywała się wspaniale.
Lecz wkrótce  po  jego  śmierci  zaczęła  chodzić  z Biblią,  przyciskała  ją  do  piersi,  jak gdyby 

Biblia miała ją uchronić przed tajemniczymi złymi mocami.

Odkładała ją tylko wtedy, gdy wykonywała zajęcia domowe, i to też bardzo niechętnie.
Na dodatek stała się posępna i zamknięta w sobie, a na noc zamykała drzwi swego pokoju na 

klucz.

Jeszcze gorsze było jej nastawienie do Victora Juniora.
Nagle oświadczyła,  że nie  chce  mieć nic do  czynienia  z tym  chłopcem,  liczącym wówczas 

tylko pięć lat.

Mimo  że  Victor  Junior  był  wyjątkowo  niezależny,  czasami  pomoc  Janice  była  potrzebna, 

a ona tej pomocy odmawiała.

Marsha kilkakrotnie poruszała z nią ten temat, lecz nic to nie dało.
Janice uparcie unikała chłopca.
Gdy ją o coś proszono, zaczynała bredzić o diable, który zamieszkał wśród  nich, i o innych 

głupstwach o podtekście religijnym.

Gdy zachorowała, Marsha zupełnie straciła głowę.
Victor pierwszy zauważył jej zmienione oczy.
Powiedział o tym żonie.
Marsha z przerażeniem stwierdziła, że oczy Janice tak samo pożółkły jak oczy Davida.
Victor szybko wysłał Janice do Bostonu na badania.
Mimo że byli na to przygotowani, diagnoza nimi wstrząsnęła: u Janice stwierdzono tę samą 

odmianę złośliwego nowotworu wątroby, która spowodowała śmierć Davida.

Dwa  przypadki  owego  niezwykle  rzadkiego  raka  wątroby  w tym  samym  domu,  i to 

w przeciągu jednego roku, sprawiły, że podjęto szczegółowe badania epidemiologiczne.

Wszystkie wyniki były jednak negatywne.
Nie stwierdzono żadnego zagrożenia środowiskowego.
Komputery wykazały, że oba zachorowania były po prostu rzadkim zbiegiem okoliczności.
Diagnoza pozwoliła przynajmniej wyjaśnić dziwne zachowanie Janice.
Lekarze domniemywali, że już wcześniej mogła mieć przerzuty do mózgu.
W chwili, gdy choroba została rozpoznana, jej dalszy przebieg był szybki i bezlitosny.
Mimo leczenia Janice gwałtownie chudła, a po dwóch tygodniach zostały z niej tylko skóra 

i kości.

Największe  przeżycie  stanowił  jednak  dzień  poprzedzający  jej  wyjazd  do  szpitala,  gdzie 

pozostała już do śmierci.

Victor właśnie wrócił do domu i wszedł do łazienki przylegającej do salonu.

background image

Marsha  zajęta  była  przygotowywaniem  w kuchni  obiadu,  gdy  nagle  w domu  rozległ  się 

mrożący krew w żyłach krzyk.

Victor wyskoczył z łazienki.
– Co się dzieje, na Boga?! – zawołał na cały głos.
– To z pokoju Janice – odrzekła Marsha z pobielałą twarzą.
Małżonkowie wymienili porozumiewawcze, pełne najgorszych przeczuć spojrzenia.
Potem pognali do garażu i wąskimi schodami dotarli do służbówki Janice.
Zanim znaleźli się w jej pokoju, ciszę rozdarł następny krzyk.
Wydawało się, że od jego nieziemskiej siły zadrżały szyby.
Victor wpadł do pokoju pierwszy, Marsha tuż za nim.
Janice stała pośrodku łóżka, kurczowo ściskając Biblię.
Wyglądała żałośnie.
Włosy, które stały się łamliwe, były zmierzwione, nadając jej demoniczny wygląd.
Policzki miała zapadnięte, a pod chorobliwie pożółkłą napiętą skórą sterczały kości.
Oczy Janice przypominały żółte neony.
Patrzyła nieruchomo przed siebie.
Przez sekundę Marsha poczuła się zahipnotyzowana wizją Janice w roli harpii.
Potem podążyła wzrokiem w miejsce, w które wpatrywała się Janice.
Na progu tylnych drzwi pokoju niani stał Victor Junior.
Bez mrugnięcia powieką spokojnie odwzajemniał spojrzenie Janice.
Marsha natychmiast  odgadła, co się wydarzyło:  Victor Junior bez żadnych złych zamiarów 

wszedł tylnymi schodami do Janice i najwyraźniej ją przestraszył.

Znajdująca  się  w stanie  wywołanej  chorobą  psychozy  kobieta  wydała  z siebie  przeraźliwy 

krzyk.

– Diabeł! – wycharczała Janice przez zaciśnięte zęby.
– Morderca!
Zabierzcie go stąd!
– Spróbuj ją uspokoić! – zawołała Marsha do męża i podbiegła do syna.
Chwyciła  sześcioletnie  dziecko  w ramiona,  zbiegła  po  schodach,  wpadła  do  salonu  i nogą 

zatrzasnęła drzwi.

Tuliła  głowę  Victora  Juniora  do  piersi,  myśląc,  jak  niemądrze  postąpiła,  zatrzymując  tę 

oszalałą kobietę w domu.

Wreszcie wypuściła syna ze swego mocnego uścisku.
Victor Junior odsunął się i spojrzał na matkę swymi kryształowo jasnymi oczami.
– Janice nie chciała tak powiedzieć – tłumaczyła chłopcu.
Miała  nadzieję,  że  to  okropne  przeżycie  nie  pozostawi  w jego  psychice  żadnych  trwałych 

background image

śladów.

– Wiem – odrzekł Victor Junior ze zdumiewającą powagą człowieka dorosłego.
– Jest bardzo chora.
Nie wie, co mówi.
Od tego dnia Marsha nie potrafiła odprężyć się i cieszyć życiem jak dotąd.
Bała  się,  że  gdyby  sobie  na  to  pozwoliła,  Bóg  mógłby  uderzyć  jeszcze  raz  i gdyby  coś 

przydarzyło się Victorowi Juniorowi, ona by tego nie przeżyła.

Była psychiatrą dziecięcym i wiedziała, że nie może oczekiwać, by jej dziecko rozwijało się 

w pewien  zaprogramowany  sposób,  często  jednak  pragnęła,  by  jej  syn  okazywał  trochę  więcej 
czułości.

Od najwcześniejszego dzieciństwa był nienaturalnie niezależny.
Z  rzadka  pozwalał  jej  przytulić  się  i czasami  tęskniła  za  tym,  żeby  siadł  jej  na kolanach 

i pieścił się z nią jak David.

Teraz, patrząc, jak Victor Junior zsiada z roweru, zastanawiała się, czy jest on rzeczywiście 

taki pogrążony w sobie, na jakiego czasem wygląda.

Pomachała  mu  dłonią,  ale  nie  odrywał  wzroku  od  roweru,  odpinając  z bagażnika  sakwy, 

które spadły na bruk.

Potem zaprowadził rower na noc do stodoły i zniknął jej z oczu.
Wreszcie wyszedł na podwórko, podniósł z ziemi torby i ruszył do domu.
Marsha znowu pomachała mu dłonią, lecz on, mimo że szedł wprost na nią, nie zareagował.
Maszerował z opuszczoną głową, chroniąc się przed dmiącym ostro zimnym wiatrem.
Zastukała w szybę, w końcu opuściła rękę.
Niedawno nawiedziło ją okropne przeczucie, że z chłopcem jest coś nie tak.
Naprawdę  kochała  go  tak  samo,  jak  gdyby  to  ona  go  urodziła,  czasami  jednak  jego 

nienaturalna oziębłość i brak emocji napawały ją niepokojem.

Genetycznie  był  jej  synem,  ale  w niczym  nie  przypominał  matki,  w dzieciństwie  ciepłej 

i beztroskiej.

Przed  zaśnięciem  często  dręczyła  ją  myśl,  że  owo  poczęcie  w probówce  w jakiś  sposób 

zamroziło jego uczucia.

Wiedziała, że to absurdalne, ale ta myśl jej nie opuszczała.
Otrząsnąwszy się, zawołała: – Victor Junior wrócił!
Było to skierowane do Victora, który czytał przy ogniu trzaskającym w kominku, w salonie 

obok kuchni.

Victor coś odmruknął, ale nie podniósł głowy.
Trzasnęły drzwi od podwórka i Victor Junior wszedł do domu.
Marsha słyszała, jak w sionce zdejmuje płaszcz i buty.

background image

Po chwili pojawił się na progu kuchni.
Był ładnym chłopcem, miał około stu pięćdziesięciu centymetrów wzrostu, trochę dużo jak 

na dziesięciolatka.

Jego  złociste,  jasne  włosy  nie  pociemniały  jak  niegdyś  włosy  Marshy,  w jego  twarzy 

zachowało się coś z urody cherubina.

I podobnie jak w dniu narodzin, najbardziej uderzające były jego lodowate, błękitne oczy.
Mimo że  wyglądał  na  cherubinka, jego  przejmujące spojrzenie  wskazywało  na inteligencję 

znacznie przewyższającą średnią dla jego wieku.

– No dobrze, młody człowieku – skarciła go Marsha, udając poirytowanie.
– Wiesz, że nie wolno ci jeździć rowerem po ciemku.
– Ale jeszcze nie jest ciemno – odrzekł, broniąc się, Victor Junior.
Głos miał dźwięczny, sopranowy.
Potem zorientował się, że matka żartuje.
– Byłem u Richiego – dodał.
Rzucił torby i podszedł do zlewu.
– W porządku – powiedziała Marsha, wyraźnie zadowolona z wyjaśnienia.
– Ale dlaczego nie zadzwoniłeś?
Mógłbyś zostać u niego dłużej.
Przecież przyjechałabym po ciebie.
– Chciałem  już  być  w domu  – wyjaśnił  Victor  Junior,  biorąc  jedną  z marchewek  umytych 

właśnie przez matkę.

Ugryzł ją głośno.
Marsha objęła go i przytuliła do siebie, czując siłę w jego twardym, młodym ciele.
– Skoro  w tym  tygodniu  nie  ma  lekcji,  myślałam,  że  chciałbyś  więcej  czasu  spędzić 

u Richiego.

– Niee – mruknął Victor Junior, uwalniając się z jej objęć.
– Czy znowu martwisz matkę? – spytał Victor zaczepnie.
Stał w drzwiach salonu, trzymając w ręku otwarte czasopismo naukowe; okulary do czytania 

opuścił na sam koniuszek nosa.

Ignorując Victora, Marsha spytała: – A zatem co będziesz robić przez najbliższy tydzień?
Umówiłeś się z Richiem?
– Nie.
Chciałbym jeździć do taty do laboratorium.
Dobra, tato?
– Victor Junior spojrzał na ojca.
– W porządku – odrzekł Victor, wzruszając ramionami.

background image

– Po co, na litość boską, chcesz iść do laboratorium? – spytała.
Było to jednak pytanie retoryczne.
Nie spodziewała się odpowiedzi.
Victor Junior bywał w laboratorium ojca jeszcze w czasach niemowlęcych.
Najpierw  wykorzystywano  wspaniałą  opiekę  świetlicową,  oferowaną  przez  firmę  Chimera 

Inc., a potem chłopiec bawił się już w samym laboratorium.

Stało się to regułą, zwłaszcza po śmierci Janice Fay.
– A może zadzwoniłbyś do kolegów ze szkoły?
Ty, Richie i reszta moglibyście zorganizować sobie wspólnie coś fajnego.
– Zostaw go – powiedział Victor, przychodząc w sukurs chłopcu.
– Jeśli chce jechać ze mną, niech jedzie.
– Dobrze, dobrze – rzekła Marsha, rozumiejąc, że została przegłosowana.
– Kolacja będzie około ósmej – zwróciła się do Victora Juniora, dając mu żartobliwie klapsa.
Victor Junior wziął torby, które poprzednio położył na krześle obok telefonu i skierował się 

ku tylnym schodom.

Stare drewniane stopnie trzeszczały pod ciężarem jego trzydziestu pięciu kilogramów.
Szedł prosto do gabinetu na piętrze.
Był to przyjemny pokój wyłożony mahoniową boazerią.
Zasiadł przy komputerze ojca i uruchomił go.
Przez  chwilę  nasłuchiwał  uważnie,  chcąc  się  upewnić,  że  rodzice  nadal  rozmawiają 

w kuchni,  potem  wykonał  skomplikowaną  operację,  konieczną,  aby  mógł  dotrzeć  do  pliku 
o nazwie STATUS.

Ekran zamrugał, potem wypełnił się danymi.
Otworzył  zamki  błyskawiczne  najpierw  jednej,  a potem  drugiej  torby,  spojrzał  na  ich 

zawartość i dokonał szybkich obliczeń, wreszcie wprowadził do komputera serię liczb.

Zajęło mu to parę minut.
Gdy skończył, wyszedł ze STATUSU, zapiął torby i włączył Pacmana.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech, gdy żółta kulka ruszyła w podróż po labiryncie, polując 

na swoją ofiarę.

Marsha strząsnęła wodę z rąk, potem sięgnęła po ręcznik zawieszony na uchwycie drzwiczek 

lodówki.

Z coraz większym niepokojem myślała o synu.
Victor Junior nie był trudnym dzieckiem: nauczyciele nie mieli żadnych uwag, lecz mimo że 

trudno  jej  było  wskazać  przyczynę,  Marsha  była  coraz  bardziej  przekonana,  że  coś  jest  nie 
w porządku.

Czas, żeby o tym porozmawiać.

background image

Biorąc na ręce  Kissy, kotkę o niebiesko szarej sierści,  która robiła ósemki  wokół  nóg swej 

pani, Marsha przeszła do salonu, gdzie Victor leżał rozwalony na kanapie i czytał, jak zwykle po 
powrocie z pracy, najnowsze czasopismo.

– Możemy chwilę porozmawiać? – spytała.
Victor powoli opuścił pismo, spoglądając na żonę ponad szkłami okularów.
Miał  czterdzieści  trzy  lata,  był  szczupły,  w jego  ciemnych,  falujących  włosach  panował 

akademicki nieład, rysy miał ostre.

W czasie studiów nieźle grał w squasha i wciąż grywał trzy razy w tygodniu.
Za jego sprawą Chimera Inc. dysponowała trzema kortami do tej gry.
– Martwię  się  o Victora  Juniora  – powiedziała  Marsha,  siadając  na  fotelu  obok  kanapy 

i głaszcząc Kissy, zadowoloną, że siedzi na kolanach swej pani.

– Hm – mruknął Victor, cokolwiek zdziwiony.
– Coś nie tak?
– Niezupełnie – przyznała Marsha.
– Chodzi o kilka drobiazgów.
Martwi mnie na przykład to, że on ma tak niewielu kolegów.
Gdy  przed  chwilą  powiedział,  że  był  u Richiego,  tak  się  ucieszyłam,  jakby  to  było  jakieś 

osiągnięcie.

A teraz mówi, że w czasie ferii nie chce się z nim spotykać.
Dziecko w jego wieku musi przebywać z rówieśnikami.
To ważne dla prawidłowego rozwoju.
Victor spojrzał na żonę w szczególny sposób.
Wiedziała, że nie cierpi psychologicznych dyskusji, mimo że ona z zawodu była psychiatrą.
Wyprowadzało go to z równowagi.
Poza tym  wszelkie  rozmowy  na  temat  problemów  związanych z rozwojem  Victora  Juniora 

zawsze zdawały się budzić niepokój, o którym wolał nie myśleć.

Westchnął, lecz nie powiedział ani słowa.
– Ciebie to nie martwi? – kontynuowała Marsha, gdy stało się jasne, że mąż nic nie powie.
Głaskała kotkę, która przyjmowała jej pieszczoty bez zachwytu.
Victor pokręcił głową.
– Nie.
Moim zdaniem Victor Junior jest jednym z najlepiej przystosowanych dzieci, jakie znam.
Co na obiad?
– Victor! – zareagowała ostro Marsha.
– To są ważne sprawy.
– No dobrze, już dobrze! – odrzekł, zamykając pismo.

background image

– Uważam,  że ma bardzo  dobry kontakt z dorosłymi – mówiła dalej – ale chyba nigdy nie 

bawi się z dziećmi w swoim wieku.

– Z dziećmi w swoim wieku jest w szkole – skomentował Victor.
– Wiem – przyznała.
– Ale tam wszystko jest bardzo zorganizowane.
– Prawdę powiedziawszy – rzekł Victor, świadom swego okrucieństwa, lecz ponieważ sam 

niepokoił się o syna z zupełnie innych powodów niż żona, nie mógł już kontynuować tego tematu 
– sądzę, że trochę przesadzasz.

Victor Junior to wspaniały chłopak.
Nic mu nie dolega.
Myślę, że twój niepokój to reakcja na śmierć Davida.
– Coś w nim drgnęło, gdy to mówił, ale nie udawał: najlepszą obroną jest zniewaga.
Słowa te Marsha odebrała niczym policzek.
Zakipiała z oburzenia.
Przełknęła łzy i zmusiła się do mówienia: – To nie tylko kwestia braku kolegów.
On nigdy nikogo ani niczego nie chce.
Gdy kupiliśmy Kissy, powiedzieliśmy mu, że to jego kotka, ale nawet na nią nie spojrzał.
A skoro już wspomniałeś o śmierci Davida, to czy wydaje ci się normalne, że Victor Junior 

nigdy o nim nie mówi?

Gdy powiedzieliśmy mu o Davidzie, zachował się tak, jak byśmy mówili o kimś obcym.
– Marsha, miał tylko pięć lat.
Myślę, że to ty masz jakieś zaburzenia.
Pięć lat to dość czasu na pogodzenie się ze śmiercią.
Może powinnaś pójść do psychiatry.
Marsha zagryzła wargi.
Victor  na  ogół  zachowywał  się  bardzo  uprzejmie,  lecz  ilekroć  chciała  porozmawiać 

o Victorze Juniorze, tylekroć ostro ucinał rozmowę.

– No cóż, chciałam ci tylko powiedzieć o tym, co mnie dręczy – powiedziała, wstając.
Pora wracać do kuchni i skończyć przygotowywanie kolacji.
Usłyszawszy dobiegające z gabinetu na piętrze znajome odgłosy gry komputerowej, poczuła 

się trochę spokojniejsza.

Victor podniósł się, przeciągnął i poszedł za nią do kuchni.

background image

Rozdział 2

19 marca 1989.

Niedziela, wczesny wieczór.
Doktor  William  Hobbs  z podziwem  patrzył  ponad  szachownicą  na  swego  błękitnookiego 

syna,  co  zresztą  czynił  niemal  każdego  dnia,  gdy  nagle  chłopiec  przewrócił  oczami  i spadł 
z krzesła.

William  nie  dostrzegł  momentu  uderzenia  ciała  o podłogę,  usłyszał  tylko  przerażający, 

głuchy odgłos.

– Sheila! – krzyknął, skoczył na równe nogi i okrążył stół.
Z przerażeniem ujrzał, jak nogi i ręce chłopca młócą powietrze.
Atak padaczki.
Będąc wprawdzie doktorem, ale nauk humanistycznych, nie zaś medycyny, William nie był 

pewien, co się w takich wypadkach robi.

Jak  przez  mgłę  przypomniał  sobie,  że  należy  chronić  język  pacjenta,  wkładając  mu  coś 

między zęby, lecz nie miał pod ręką nic odpowiedniego.

Przyklęknął nad synem, który za kilka dni miał skończyć trzy lata, i ponownie zawołał żonę.
Mały Maurice wił się ze zdumiewającą siłą; William miał problemy z przytrzymaniem ciała 

chłopca, żeby nie zrobił sobie krzywdy.

Sheila zamarła na widok męża, próbującego okiełznać miotające się dziecko.
Maurice,  którego  głowa  tłukła  o podłogę,  ugryzł  się  już  mocno  w język  i na  dywanie 

pojawiła się plama spienionej krwi.

– Dzwoń po karetkę! – krzyknął William.
Sheila otrząsnęła się z odrętwienia i pobiegła do telefonu w kuchni.
Maurice nie czuł się dobrze, gdy odbierała go ze świetlicy w Chimerze.
Narzekał na ból głowy – pulsujący, jak przy migrenie.
Oczywiście trzylatek na ogół nie potrafi opisać bólu głowy tak dokładnie, lecz Maurice nie 

był przeciętnym trzylatkiem.

Był prawdziwym cudownym dzieckiem, geniuszem.
Gdy miał osiem miesięcy, umiał już mówić; czytał, gdy skończył trzynaście miesięcy, a teraz 

bywało, że wygrywał z ojcem cowieczorną partię szachów.

– Potrzebujemy  karetki!  – krzyknęła  Sheila  w słuchawkę,  gdy  wreszcie  ktoś  po  drugiej 

stronie się odezwał.

Podała adres, błagając telefonistkę o pośpiech.
Potem pobiegła z powrotem do salonu.
Konwulsje ustały.

background image

Maurice leżał spokojnie na kanapie, gdzie ułożył go William.
Zwymiotował całą kolację wraz ze sporą ilością jasnoczerwonej krwi.
Wymiociny posklejały jego jasne włosy i wyciekały kącikami ust.
Podczas ataku puściły też zwieracze.
– Co mam robić? – spytał William w rozpaczy.
Dziecko na szczęście oddychało i skóra, która przed chwilą zsiniała, odzyskiwała swą barwę.
– Jak to się stało? – zapytała Sheila.
– Nie wiem – odparł William.
– Jak zwykle wygrywał.
A potem zaczął przewracać oczami i spadł na podłogę.
Boję się, że mocno uderzył się w głowę.
– O Boże! – szepnęła Sheila, wycierając usta syna fartuszkiem.
– Może nie trzeba było dziś grać z nim w szachy.
Bolała go głowa i w ogóle.
– Ale on chciał – tłumaczył się William.
Nie było to ścisłe.
Maurice przyjął propozycję gry bez entuzjazmu.
William  jednak  nie  potrafił  oprzeć  się  pokusie,  by  popatrzeć,  jak  dziecko  fenomenalnie 

wykorzystuje swój umysł.

Maurice był jego dumą i radością.
On  i Sheila  dopiero  po  ośmiu  latach  małżeństwa  pogodzili  się  z myślą,  że  nie  mogą  mieć 

dzieci.

Ponieważ  jednak  w Chimerze  znajdował  się  ośrodek  leczenia  bezpłodności,  Fertility  Inc., 

a William był pracownikiem Chimery, przyjęto ich bezpłatnie.

Nie było to łatwe.
Musieli  pogodzić  się  z faktem,  że  oboje  są  niepłodni,  lecz  w końcu,  dzięki  metodzie 

zapłodnienia  in  vitro  i matce  zastępczej,  doczekali  się  upragnionego  Mauricea,  ich  cudownego 
dziecka, którego iloraz inteligencji nie mieścił się w żadnych tabelach.

– Przyniosę ręcznik i umyję go – rzekła Sheila, idąc w stronę kuchni.
William jednak chwycił ją za ramię.
– Może nie powinniśmy go ruszać.
Siedzieli i bezradnie patrzyli na dziecko, aż wreszcie usłyszeli sygnał karetki.
Sheila pobiegła otworzyć drzwi.
W  chwilę  później  William  kiwał  się  na  krzesełku  w zarzucającej  na  zakrętach  karetce, 

a Sheila jechała za nimi ich samochodem.

W szpitalu w Lowell czekali z niepokojem, gdy Mauricea badano.

background image

Wreszcie oświadczono im, że stan dziecka pozwala na przewiezienie.
William chciał zabrać chłopca do szpitala dziecięcego w Bostonie, co oznaczało półgodzinną 

jazdę.

Coś mu mówiło, że jego syn jest śmiertelnie chory.
Może był zbyt dumny z jego wyjątkowej inteligencji?
I może za to teraz karze go Bóg?

* * *

– Hej, Victor Junior! – zawołał Victor, patrząc na szczyt tylnych schodów.
– Chcesz popływać?
– Słyszał swój głos odbijający się echem od ścian przestronnego domu.
Dom został wybudowany w osiemnastym wieku przez miejscowego ziemianina.
Victor kupił go i wyremontował wkrótce po śmierci Davida.
Chimera  zaczęła  przynosić  zyski,  odkąd  jej  akcje  trafiły  na  giełdę,  a poza  tym  uważał,  że 

Marsha  poczuje  się  lepiej,  jeśli  nie  będzie  musiała  przebywać  w tych  samych  pokojach, 
w których rósł David.

Śmierć Davida przeżyła znacznie silniej niż on.
– Wskoczymy do basenu? – zawołał Victor powtórnie.
Czasem żałował, że nie założył interkomu.
– Nie chce mi się.
– Słowa Victora Juniora odbiły się echem po klatce schodowej.
Victor przez chwilę stał w miejscu, z ręką na poręczy i nogą na stopniu.
Po rozmowie z Marshą ożył jego dawny niepokój o syna.
Niezwykle  szybki  rozwój,  niewiarygodna  inteligencja,  dzięki  której  po  mistrzowsku  grał 

w szachy w wieku trzech lat, nagły spadek poziomu inteligencji przed ukończeniem czterech lat –
Victor Junior niewątpliwie nie dojrzewał w sposób typowy.

Od  chwili  narodzin  syna  Victora  dręczyło  tak  głębokie  poczucie  winy,  że  niemal  z ulgą 

powitał zanik wyjątkowych talentów chłopca.

Teraz jednak zastanawiał się nad tym, czy normalny dzieciak nie podskoczyłby z radości na 

propozycję popływania w nowym basenie.

Victor postanowił zbudować basen dla zdrowia.
Umieszczono go na tyłach domu w czymś w rodzaju oranżerii.
Budowę ukończono dopiero w zeszłym miesiącu.
Victor  uznał,  że  nie  będzie  się  przejmować  odmową  syna,  i ruszył  w skarpetkach  w górę, 

przeskakując po dwa stopnie naraz.

background image

Cicho przemknął długim korytarzem do sypialni Victora Juniora, której okna wychodziły na 

podjazd.

W  pokoju,  jak  zawsze,  wszystko  było  na  swoim  miejscu:  na  jednej  ścianie  stały  tomy 

Encyclopedia  Britannica,  na  ścianie  przeciwległej  wisiała  tabela  z układem  okresowym 
pierwiastków.

Victor  Junior  leżał  na  łóżku  na  brzuchu,  całkowicie  pochłonięty  lekturą  jakiejś  opasłej 

książki.

Zbliżając się do łóżka, Victor usiłował odgadnąć, co chłopiec czyta.
Dostrzegł jedynie całą masę równań, a tego zupełnie się nie spodziewał.
– Mam cię! – powiedział, żartem chwytając chłopca za nogę.
Victor Junior podskoczył, unosząc ręce jak do obrony.
– No no no!
Wciągnęło cię to czy co? – spytał Victor, śmiejąc się.
Turkusowe oczy Victora Juniora przeszyły ojca.
– Nigdy więcej tego nie rób – powiedział.
Przez sekundę Victor czuł znajomy przypływ strachu na myśl o tym, co stworzył.
Potem Victor Junior westchnął i z powrotem opadł na łóżko.
– Cóż ty takiego czytasz? – spytał ojciec.
Victor Junior zamknął książkę, jakby tam była pornografia.
– Aaa, takie tam.
O czarnych dziurach.
– Poważna sprawa! – rzekł Victor, udając nonszalancję.
– Nie za dobre – skomentował Victor Junior.
– Pełno błędów.
Victorowi znowu zrobiło się zimno.
Nie tak dawno zastanawiał się, czy chłopiec nie odzyskuje swej niezwykłej inteligencji.
Usiłując  odepchnąć  zmartwienia,  Victor  rzekł  stanowczo:  – Słuchaj,  Victorze  Juniorze, 

idziemy popływać.

– Podszedł do komody, odszukał kąpielówki i rzucił nimi w chłopca.
– Chodź.
Pościgamy się.
Victor  poszedł  do  swojej  sypialni,  gdzie  włożył  spodenki  kąpielowe,  po  czym  zawołał 

Victora Juniora.

Chłopiec pojawił się w holu i szedł w stronę ojca.
Victor zauważył z dumą, że jak na dziesięciolatka jego syn jest dobrze zbudowany.
Po raz pierwszy pomyślał, że Victor Junior mógłby być sportowcem, gdyby go to pociągało.

background image

Nad basenem unosił się charakterystyczny, wilgotny zapach chloru.
W  szkle  stanowiącym  sufit  i ściany  tej  budowli  odbijała  się  woda;  stąd  nie  było  widać 

zimowego krajobrazu za domem.

Gdy Victor  rzucił ręcznik na oparcie aluminiowego leżaka, w drzwiach  salonu pojawiła się 

Marsha.

– Popływasz z nami? – zapytał Victor.
Marsha potrząsnęła głową.
– Bawcie się sami.
Dla mnie jest za zimno.
– Będziemy się ścigać – oświadczył Victor.
– Może byś posędziowała?
– Tato – powiedział Victor Junior prosząco.
– Nie chcę się ścigać.
– Ależ chcesz – odrzekł Victor.
– Cztery długości.
Przegrywający wynosi śmieci.
Marsha  stanęła  na  leżaku,  wzięła  ręcznik  Victora  Juniora  i wzniosła  oczy  do  góry, 

współczując chłopcu.

– Tor wewnętrzny czy zewnętrzny? – spytał Victor, usiłując wciągnąć chłopca w grę.
– Obojętne – odrzekł Victor Junior, stając obok ojca, twarzą do basenu.
Powierzchnia wody delikatnie falowała pod wpływem pracy pompy cyrkulacyjnej.
– Daj sygnał – zwrócił się Victor do Marshy.
– Na miejsca, gotowi – mówiła Marsha, robiąc pauzę i patrząc, jak mąż i syn pochylają się 

nad basenem.

– Start!
Cofnęła się na chwilę, by uniknąć ochlapania wodą, po czym przysiadła na leżaku i patrzyła.
Victor  nie  pływał  zbyt  dobrze,  lecz  mimo  to  była  zdziwiona,  widząc,  że  na  pierwszej 

i drugiej długości basenu prowadził syn.

Potem, na trzeciej długości, Victor Junior zdawał się zwalniać i Victor wygrał o metr.
– Zrobiłeś, co mogłeś – rzekł Victor, prychający wodą i zadowolony.
– W nagrodę zostajesz śmieciarzem.
Zdumiona  tym,  czego,  jak  się  jej  zdawało,  była  świadkiem,  Marsha  popatrywała 

zaintrygowana na syna, który wychodził z basenu.

Gdy  ich  spojrzenia  spotkały  się,  Victor  Junior  puścił  do  niej  oko,  co  zmieszało  ją  jeszcze 

bardziej.

Chłopiec wziął ręcznik i szybko się wytarł.

background image

Naprawdę chciałby być takim synem, za jakim jego matka tęskniła, takim jak David.
Ale po prostu nie potrafił.
Czasem próbował udawać, ale wiedział, że nie całkiem mu się udaje.
Jednak,  skoro  takie  chwile,  jak  ta  na  basenie,  dawały  jego  rodzicom  poczucie  szczęścia 

rodzinnego, czy miał prawo im tego szczęścia odmawiać?

* * *

– Mamo, boli coraz bardziej – powiedział Mark Murray do Colette.
Był w swojej sypialni na drugim piętrze miejskiego domu państwa Murray na Beacon Hill.
– Przy każdym ruchu czuję ucisk pod oczami i w zatokach.
– Owa terminologia nie pasowała do małych dłoni dziecka, którymi obejmowało głowę.
– Bardziej niż przed kolacją? – spytała Colette, gładząc jego kręcone jasne włosy.
Już nie dziwiło jej dojrzałe słownictwo malca.
Chłopiec leżał na łóżku normalnej wielkości, mimo że miał dwa i pół roku.
Gdy skończył trzynaście miesięcy, zażądał, by łóżeczko dziecinne wyniesiono do piwnicy.
– Znacznie bardziej – odrzekł Mark.
– Zmierzmy jeszcze raz temperaturę – powiedziała Colette, wkładając mu termometr do ust.
Czuła  coraz  większy  niepokój,  mimo  iż  starała  się  tłumaczyć  sobie,  że  to  tylko  początki 

przeziębienia lub grypy.

Ból wystąpił po raz pierwszy w godzinę po powrocie syna do domu.
Jej mąż, Horace, przyprowadził go ze świetlicy w Chimerze.
Mark oświadczył, że nie jest głodny, co u niego było dość niezwykłe.
Następnym symptomem choroby było pocenie się.
Zaczęło się tuż przed kolacją.
I chociaż przekonywał rodziców, że nie jest mu gorąco, pot lał się zeń strumieniami.
Kilka minut później zwymiotował.
Wtedy Colette położyła go do łóżka.
Horace był księgowym i biologia, nawet na poziomie szkolnym, przyprawiała go o mdłości, 

toteż  skwapliwie  zostawił  wszystkie  sprawy  związane  z opieką  nad  chorym  żonie,  choć  i ona 
była w tych sprawach laikiem.

Była  prawnikiem  i przytłoczona  ogromem  zajęć  musiała  zawozić  syna  do  świetlicy 

w Chimerze już od momentu ukończenia przez niego pierwszego roku życia.

Uwielbiała  swe  jedyne,  wyjątkowo  inteligentne  dziecko,  lecz  aby  je  mieć,  musiała  przejść 

o wiele więcej, niż się spodziewała.

Po trzech latach małżeństwa państwo Murray postanowili powiększyć rodzinę.

background image

Colette przez niemal rok bezskutecznie usiłowała zajść w ciążę, po czym zdecydowali się na 

badania płodności.

Okazało się, że Colette jest bezpłodna.
Mark przyszedł na świat jako dziecko z probówki, urodzone przez zastępczą matkę.
Był to koszmar, zwłaszcza w kontekście kontrowersji zrodzonych sprawą Baby M.
Colette wyciągnęła termometr z ust Marka, obróciła go i spojrzała na słupek rtęci.
Temperatura była normalna.
Westchnęła.
Nie miała pojęcia, co robić.
– Może chcesz jeść albo pić? – spytała.
Mark potrząsnął głową.
– Zaczynam gorzej widzieć – powiedział.
– Co to znaczy: gorzej widzieć? – spytała zdenerwowana.
Zasłoniła najpierw jedną powiekę syna, potem drugą.
– Czy widzisz jednym okiem i drugim?
– Tak – odparł Mark.
– Ale wszystko robi się zamazane.
Nieostre.
– Hm, leż tu spokojnie – poprosiła.
– Pójdę porozmawiać z ojcem.
Colette wyszła z sypialni, zeszła na dół i znalazła męża schowanego w gabinecie.
Oglądał mecz koszykówki w miniaturowym telewizorze.
Na widok żony Horace z poczuciem winy wyłączył telewizor.
– To Boston Celtics – powiedział, usprawiedliwiając się.
Colette stłumiła chwilowy przypływ złości.
– Czuje się o wiele gorzej – rzekła ochrypłym głosem.
– Mówi, że źle widzi.
Chyba powinniśmy wezwać lekarza.
– Jesteś pewna?
Jest niedziela wieczór.
– Nic na to nie poradzę! – odrzekła ostro.
Nagły, rozdzierający krzyk sprawił, że pędem ruszyli na górę.
Z  przerażeniem  ujrzeli,  jak  syn  wije  się  na  łóżku,  trzyma  się  za  głowę  jakby  w jakiejś 

potwornej agonii i wrzeszczy przy tym z całych sił.

Horace chwycił chłopca za ramiona, usiłując go uspokoić, a Colette pobiegła zadzwonić.
Ojca zdumiała siła chłopca.

background image

Jedyne, co mógł zrobić, to przytrzymać go, by nie spadł z łóżka.
Nagle chłopiec przestał krzyczeć, równie niespodziewanie, jak zaczął.
Przez chwilę leżał nieruchomo, małymi rączkami wciąż napierał na czaszkę i mocno zaciskał 

powieki.

– Mark? – wyszeptał Horace.
Ramiona chłopca rozluźniły się.
Powieki uniosły się i błękitne oczy spojrzały na ojca.
Lecz  nie  widać  było,  żeby  go  poznawał,  a gdy  otworzył  usta,  wydobył  się  z nich  jedynie 

bełkot.

* * *

Siedząc przed toaletką i szczotkując swe długie włosy, Marsha studiowała w lustrze odbicie 

Victora.

Stał pochylony nad zlewem, myjąc zęby szybkimi, mocnymi ruchami dłoni.
Victor Junior już od dawna spał.
Marsha zajrzała do jego pokoju, gdy piętnaście minut wcześniej weszła na górę.
Gdy  patrzyła  na  jego  niezwykle  piękną  twarz,  przypomniała  sobie  podstęp,  jakiego  była 

świadkiem na basenie.

– Victor! – zawołała nagle głośno.
Victor obrócił się.
Na jego ustach pieniła się pasta, przypominał trochę wściekłego psa.
Przestraszył się.
– Czy wiesz, że Victor Junior pozwolił ci wygrać?
Victor głośno wypluł pianę do zlewu.
– Zaraz, zaraz.
Wygrałem nieznacznie, ale w uczciwej walce.
– Victor Junior prowadził prawie cały czas – wyjaśniła Marsha.
– Potem specjalnie zwolnił, żebyś mógł wygrać.
– To nonsens – powiedział Victor z oburzeniem.
– To nie jest nonsens.
On robi takie rzeczy, które w wypadku dziesięciolatków wydają się absurdalne.
Tak jak wtedy, kiedy miał dwa i pół roku i zaczął grać w szachy.
Tobie się to spodobało, ale mnie zaniepokoiło.
Prawdę mówiąc, nawet przeraziło.
Ucieszyłam się, gdy jego inteligencja spadła, zwłaszcza kiedy później ustabilizowała się na 

background image

normalnym wysokim poziomie.

Ja po prostu chcę mieć szczęśliwe, normalne dziecko.
– Nagle w jej oczach pojawiły się łzy.
– Takie jak David – dorzuciła, odwracając się.
Victor szybko otarł twarz, rzucił ręcznik i podszedł do Marshy.
Objął ją.
– Nie masz czym się martwić.
Victor Junior to wspaniały chłopak.
– Może zachowuje się tak dziwnie dlatego, że często zostawiałam go z Janice, gdy był mały 

– powiedziała Marsha, usiłując powstrzymać łzy.

– Za późno wracałam do domu.
Powinnam była wziąć urlop.
– Bardzo lubisz siebie winić – rzekł Victor – nawet gdy nic złego się nie dzieje.
– No tak – odparła – ale on się jakoś dziwnie zachowuje.
Gdyby chodziło o ten jeden raz, wszystko byłoby w porządku.
Ale takich przypadków jest więcej.
On nie jest zwyczajnym dziesięcioletnim chłopcem.
Jest zbyt tajemniczy, zbyt dorosły.
– Zaczęła łkać.
– Czasami po prostu mnie przeraża.
Przytulając żonę do siebie, Victor przypomniał sobie, jak sam był przerażony w chwili, gdy 

Victor Junior się urodził.

Chciał  mieć  wyjątkowego  syna,  lecz  nie  chciał,  by  jego  niezwykłość  była  skażona 

jakąkolwiek dewiacją.

background image

Rozdział 3

20 marca 1989.

Poniedziałek, rano.

Śniadanie u państwa Frank było zawsze skromne.
Owoce, płatki, kawa i sok, wszystko w biegu.
Dzisiejszy ranek był inny dlatego, że Victor Junior nie szedł do szkoły i nie spieszył się na 

autobus.

Marsha  wyszła  z domu  około  ósmej  jako  pierwsza;  przed  przyjęciami  w gabinecie  chciała 

odwiedzić swych pacjentów w szpitalu.

W  drzwiach  minęła  się  z Ramoną  Juarez,  kobietą,  która  w poniedziałki  i czwartki 

przychodziła sprzątać.

Victor patrzył, jak żona wsiada do swego volvo kombi.
W rześkim porannym powietrzu widać było kłęby pary, wydobywające się z ust przy każdym 

wydechu.

Mimo  że  wtorek  miał  być  pierwszym  dniem  wiosny,  termometr  wskazywał  minus  dwa 

stopnie.

Victor wstawił do zlewu kubek po kawie do góry dnem, po czym spojrzał na Victora Juniora, 

który na zmianę popatrywał w ekran telewizora i kartkował jedno z fachowych czasopism ojca.

Victor zmarszczył czoło.
Może Marsha ma rację.
Może wyjątkowa inteligencja chłopca zaczyna wracać.
Artykuły w tym czasopiśmie były dość trudne.
Victor był ciekaw, ile jego syn z tego rozumie.
Zastanawiał się, czy czegoś nie powiedzieć, lecz w końcu postanowił dać spokój.
Dziecko jest przecież zdrowe i normalne.
– Na pewno chcesz dziś jechać do laboratorium? – spytał.
– Może byś wymyślił jakieś ciekawsze zajęcie z kolegami.
– W laboratorium jest ciekawie.
– Mama  uważa,  że  powinieneś  spędzać  więcej  czasu  z dziećmi  w twoim  wieku  – ciągnął 

Victor.

– W ten sposób uczysz się współpracy, dzielenia się z innymi i takich tam rzeczy.
– Ale, tato! – odrzekł Victor Junior.
– Z dziećmi w moim wieku spotykam się codziennie w szkole.
– Przynajmniej w tym się zgadzamy – rzekł Victor.
– To samo powiedziałem mamie.

background image

No  a teraz,  skoro  już  wszystko  jest  jasne,  jak  pojedziesz  do  laboratorium:  samochodem  ze 

mną czy rowerem?

– Rowerem – odrzekł Victor Junior.
Mimo zimna Victor otworzył szyber dach w samochodzie i wiatr rozwiewał mu włosy.
Z radiem nastawionym na jedyną stację z muzyką poważną  przejechał  wyboisty stary most 

nad wezbraną rzeką Merrimack.

Rzeka  była  pełna  wirów  i spieniona, poziom  wody  zaś  podnosił  się  z każdym  dniem 

w wyniku  topnienia  śniegów  w Białych  Górach  w stanie  New  Hampshire,  odległych  o sto 
sześćdziesiąt kilometrów na północ.

Na  ulicy  przed  Chimerą  Victor  skręcił  w lewo  i jechał  wzdłuż  długiego  budynku  z cegły, 

zajmującego jedną stronę ulicy.

Gdy budynek się skończył, znowu skręcił w lewo, a potem zwolnił, mijając budkę strażnika.
Umundurowany  strażnik  rozpoznał  samochód,  uczynił  zezwalający  gest  dłonią  i Victor 

wjechał  pod  uniesionym  czarno  białym  szlabanem  na  teren prywatnego  przedsiębiorstwa 
biotechnologicznego.

Wjeżdżając  do  dziewiętnastowiecznego  zespołu  przemysłowego  z czerwonej  cegły,  Victor 

zawsze czuł łaskotanie dumy łączące się z posiadaniem.

Był to imponujący kompleks, zwłaszcza że fasady wielu budynków zostały odrestaurowane, 

a nie tylko odnowione.

Najwyższe  budynki  liczyły  cztery  piętra,  na  ogół  jednak  były  to  domy  dwupiętrowe 

i ciągnęły się w obu kierunkach, tworząc doskonałą perspektywę.

Wewnątrz  olbrzymiego  prostokąta  znajdował  się  wielki  dziedziniec,  upstrzony  nowszymi 

budynkami różnych kształtów i wielkości.

W  zachodnim  rogu  posiadłości,  górując  nad  całym  obiektem,  widniała  siedmiopiętrowa 

wieża zegarowa, kopia londyńskiego Big Bena.

Wyrastała  nad  pozostałe  budynki  ze  szczytu  dwupiętrowej  konstrukcji,  wzniesionej 

częściowo na grzbiecie betonowej tamy przegradzającej Merrimack.

Ponieważ  poziom  wody  w rzece  był  wysoki,  usytuowany  za  tamą  staw,  zasilający  koło 

wodne, był już prawie pełny.

Nad  huczącym  wodospadem,  w miejscu  przelewu  pośrodku  tamy,  unosiła  się  delikatna 

mgiełka.

W dawnych czasach, gdy fabryka produkowała tkaniny z bawełny przywożonej z Południa, 

w budynku z wieżą zegarową znajdowała się siłownia.

Cały kompleks napędzany był energią wodną aż do czasu elektryfikacji, kiedy to zamknięto 

główną  śluzę  i unieruchomiono  olbrzymie  koła  wodne  i przekładnie  umieszczone  w piwnicach 
budynku.

background image

Kopia  Big  Bena  przestała  wybijać  godziny  wiele  lat  temu,  lecz  Victor  myślał 

o odrestaurowaniu jej.

Od czasu, gdy w 1976 roku Chimera zakupiła opuszczony kompleks, odnowiono  mniej niż 

połowę całości, pozostawiając resztę na rozbudowę w przyszłości.

Na  wszelki  wypadek  jednak  do  wszystkich  budynków  doprowadzono  wodę,  kanalizację 

i prąd.

Victor nie miał najmniejszych wątpliwości, że łatwo będzie ponownie uruchomić zegar.
Postanowił poruszyć tę sprawę na najbliższym zebraniu poświęconym rozbudowie firmy.
Teraz zaparkował  samochód  na  zarezerwowanym dla siebie  miejscu  przed  biurem, zasunął 

dach i przez chwilę zastanawiał się nad rozkładem dnia.

Mimo dumy,  jaką wzbudzała  w nim  rozległa  posiadłość,  uświadomił sobie,  że  powodzenie 

firmy odbiera z mieszanymi uczuciami.

W  głębi  serca  był  naukowcem,  jednak  jako  jeden  z trzech  założycieli  Chimery  musiał 

uczestniczyć w pracach administracyjnych.

Niestety, obowiązki te zajmowały coraz więcej czasu.
Victor wszedł do budynku bogato zdobionym wejściem, pełnym kolumn i frontonów.
Podczas restauracji architekci zwracali baczną uwagę na szczegóły.
Nawet wyposażenie wnętrz pochodziło z początków XIX wieku.
Hol różnił się znacznie od funkcjonalnych wnętrz MIT, gdzie Victor wykładał w roku 1973 

i gdzie z innym naukowcem, Ronaldem Beekmanem, zaczął rozmowy o szansach, jakie stwarzał 
szybki rozwój biotechnologii.

Z technicznego punktu widzenia stanowili dobraną parę, bo Victor był biologiem, a Ronald 

biochemikiem.

Połączyli siły z biznesmenem  o nazwisku  Clark  Fitzsimmons  Foster i w 1975  roku założyli 

Chimerę.

Rezultat przeszedł ich najśmielsze oczekiwania.
W 1983 roku, dzięki zabiegom Clarka, firma wypuściła akcje i wszyscy stali się niezwykle 

bogaci.

Ale z sukcesem wiązały się obowiązki, które nie pozwalały Victorowi poświęcać tyle czasu, 

ile by chciał, swej pasjonującej pracy w laboratorium.

Jako jeden z założycieli przedsiębiorstwa był członkiem zarządu Chimery.
Był także wiceprezesem tej samej firmy, odpowiedzialnym za badania.
Jednocześnie pełnił obowiązki dyrektora Działu Biologii Rozwojowej.
Poza  tym  był  prezesem  i dyrektorem  naczelnym  niezwykle  dochodowej  filii,  Fertility  Inc., 

która kierowała rozszerzającą się stale siecią klinik leczących niepłodność.

Victor przystanął na szczycie głównych schodów i przez wieloszybowe okno łukowe spojrzał

background image

na rozległy kompleks przemysłowy, któremu przywrócono życie.

Niewątpliwie odczuwał satysfakcję.
W  XIX  wieku  fabryka  ta  znakomicie  prosperowała,  lecz  opierając  się  na  wyzysku 

napływowej klasy robotniczej.

Teraz jej sukces oparty był na solidniejszej podstawie.
Działalność  Chimery  była  rezultatem  praw  nauki  oraz  geniuszu  ludzkiego  rozumu, 

usiłującego odkryć tajemnicę życia.

Victor wiedział, że przed biotechnologią jest przyszłość, i napawała go rozkoszą myśl, że jest 

w epicentrum tej dziedziny nauki.

To jego ręka trzymała dźwignię, która mogła wzruszyć światem, a może i wszechświatem.
Victor Junior, pogwizdując, zjeżdżał na wolnym biegu w dół Stanhope Street.
Dla ochrony  przed  wiatrem  zapiął  swą  puchową  kurtkę  pod  samą  szyję,  na  rękach  miał 

rękawice  z jednym  palcem,  ocieplane  tym  samym  materiałem,  którego  używano 
w kombinezonach astronautów.

Nastawiwszy przerzutkę na najwyższe przełożenie, nadusił na pedały.
Słysząc  świst  wiatru  i szum  opon,  miał  wrażenie,  że  gna  z prędkością  100  kilometrów  na 

godzinę.

Był wolny.
Przez tydzień nie ma szkoły.
Nie trzeba udawać przed nauczycielami i dzieciakami.
Może zająć się tym, do czego został stworzony.
Po jego twarzy przemknął dziwny, wcale nie dziecinny uśmiech.
W błękitnych oczach pojawił się błysk.
Był zadowolony, że matka jest daleko i że go nie widzi.
Miał do spełnienia misję, tak jak ojciec.
I nie może pozwolić, by ktokolwiek mu w tym przeszkodził.
Zwolnił trochę na uliczkach North Andover.
Dojechał do centrum głównej ulicy handlowej i zatrzymał się przed bankiem, gdzie umieścił 

rower na stojaku i zamknął na zamek szyfrowy.

Przewiesił torby przez ramię, przeskoczył trzy stopnie z piaskowca i wszedł do środka.
– Dzień dobry, panie Frank – przywitał go dyrektor banku, obracając się w fotelu.
Nazywał się Harold Scott i Victor Junior starał się go unikać, ale ponieważ biurko dyrektora 

stało z prawej strony tuż przy wejściu, nie było to łatwe.

– Czy mógłbym z panem zamienić kilka słów, młody człowieku?
Victor Junior przystanął, zastanowił się, po czym niechętnie podszedł do biurka.
– Wiem,  że  jest  pan  dobrym  klientem  naszego  banku  – mówił  Harold  – toteż  pomyślałem 

background image

sobie,  że  mógłbym  pomówić  z panem  o pewnych  korzyściach,  jakie  daje lokowanie  u nas 
pieniędzy.

Młody człowieku, czy zna pan pojęcie odsetek?
– Myślę, że tak – odrzekł Victor Junior.
– Skoro tak, to chciałbym spytać, dlaczego nie założył pan rachunku oszczędnościowego, na 

który mógłby pan wpłacać pieniądze zarobione na roznoszeniu gazet?

– Roznoszeniu gazet? – zdziwił się Victor Junior.
– Tak – potwierdził Harold.
– Kiedyś mówił mi pan, że roznosi gazety.
Przypuszczam, że wciąż pan to robi, skoro dość regularnie odwiedza pan nasz bank.
– Tak, dalej roznoszę gazety – odparł Victor Junior.
Przypomniał sobie, jak dyrektor kiedyś przyparł go do muru.
Było to chyba rok temu.
– Gdy pieniądze znajdą się na koncie, zaczynają dla pana pracować.
W gruncie rzeczy pieniędzy przybywa.
Dam panu przykład.
– Panie Scott – wtrącił Victor Junior, gdy dyrektor wyciągnął kartkę z szuflady biurka.
– Spieszy mi się.
Ojciec czeka na mnie w laboratorium.
– To  nie  potrwa  długo  – rzekł  Harold,  po  czym  zaczął  wyjaśniać  chłopcu,  co  stało  się 

z dwudziestoma dolarami leżącymi na koncie w North Andover National Bank przez dwadzieścia 
lat.

Wreszcie spytał: – No i co?
Czy to pana przekonuje?
– W zupełności.
– No to... – rzekł Harold.
Z innej szuflady wyjął jakieś formularze i szybko je wypełnił.
Potem podsunął je chłopcu i wskazał na przerywaną linię u dołu strony.
– Proszę to podpisać.
Victor Junior posłusznie ujął pióro i złożył podpis.
– No to – powtórzył Harold – ile chce pan wpłacić?
Victor Junior zaczął ssać policzek, w końcu wyjął portfel.
Znalazł trzy dolary.
Wyjął je i podał Haroldowi.
– Tylko tyle? – zapytał Harold.
– Ile pan tygodniowo zarabia na gazetach?

background image

Oszczędności trzeba nauczyć się wcześnie.
– Wpłacę więcej – powiedział Victor Junior.
Harold zniknął za szybą budki kasjera wraz z formularzami i banknotami.
Żeby go wpuścić do boksu, kasjer musiał nacisnąć brzęczyk.
Po  chwili  dyrektor  wrócił  i wręczył  Victorowi  Juniorowi  dowód  wpłaty  ze  słowami:  – To 

ważny dzień w pana życiu.

Victor Junior skinął głową, schował papierek do kieszeni i poszedł w głąb sali bankowej.
Nie przestawał obserwować Scotta.
Na szczęście wszedł jakiś klient i zasiadł przy jego biurku.
Victor Junior nacisnął brzęczyk wzywający pracownika obsługującego skarbiec.
Kilka minut później schował się w jednym z zamkniętych pomieszczeń za wielkim sejfem.
Ostrożnie postawił torby na podłodze i otworzył je.
Były wyładowane porządnie związanymi paczkami banknotów studolarowych.
Gdy skończył dokładanie paczek banknotów do pieniędzy leżących już w sejfie, musiał użyć 

obu rąk, by podnieść ciężką skrzynkę i włożyć ją do skarbca.

Potem wsiadł na rower i opuścił North Andover ulicą na zachód.
Pedałował równo i wkrótce znalazł się w Lawrence.
Przejechał Merrimack i dotarł wreszcie na tereny Chimery.
Strażnik  przy  bramie  przepuścił  go,  wykonując  taki  sam  pełen  szacunku  gest,  jakim  witał 

doktora Franka.

Gdy tylko Victor wszedł do biura, jego bardzo ładna i bardzo energiczna sekretarka zarzuciła 

go stosem notatek na temat odebranych telefonów.

Victor cicho jęknął.
Poniedziałki nazbyt często wyglądały właśnie tak i czasem przez cały dzień nie mógł wyrwać

się do laboratorium.

Obecnie  zajmował  się  głównie  rozwiązywaniem  zagadki,  w jaki  sposób  zapłodnione  jajo 

zagnieżdża się w macicy.

Nikt nie wie, jak to się dzieje i jakie czynniki mogą ten proces ułatwić.
Zajął się tym problemem wiele lat temu: jego odkrycie miałoby wielkie znaczenie naukowe 

i komercyjne.

Ale jeśli będzie posuwał się w takim tempie jak teraz, potrwa to jeszcze wiele lat.
– To  chyba  najważniejsza  wiadomość  – powiedziała  Colleen,  wręczając  mu  różową 

karteczkę.

Victor przeczytał, że ma natychmiast zadzwonić do Ronalda Beekmana.
Wspaniale, pomyślał.
Chociaż  w początkowym  okresie  rozwoju  Chimery  Victor  i Ronald  byli  dobrymi 

background image

przyjaciółmi,  teraz  w ich  stosunkach  pojawiło  się  napięcie  spowodowane  różnicą  poglądów  na 
temat przyszłości firmy.

W  tej  chwili  mieli  inne  zdanie  w kwestii  ewentualnej  emisji  akcji,  o którą  zabiegał  Clark 

Foster, uważając, że w ten sposób uzyskają dodatkowy kapitał na rozwój firmy.

Ronald stanowczo sprzeciwiał się rozproszeniu akcji, obawiając się, że w przyszłości ułatwi 

to komuś przejęcie firmy.

Był zdania, że rozwój powinien być ściśle powiązany z bieżącymi dochodami i zyskami.
Jeszcze raz głos Victora miał być głosem decydującym, jak już było w roku 1983, kiedy na 

porządku dnia stanęła sprawa przekształcenia firmy w spółkę akcyjną.

Wtedy Victor głosował przeciwko Ronaldowi, popierając Clarka.
Mimo że owo posunięcie okazało się bezspornym sukcesem, Ronald wciąż uważał, że Victor 

stracił swą niezależność naukowca.

Teraz Victor położył kartkę z wiadomością od Ronalda na środku biurka.
– Co jeszcze? – spytał.
Zanim Colleen zdążyła odpowiedzieć, otworzyły się drzwi i do środka zajrzał Victor Junior.
Chłopiec spytał, czy ktoś nie widział Philipa.
– Widziałam go jakiś czas temu w bufecie – odrzekła Colleen.
– Jeśli ktoś go zobaczy – rzekł Victor Junior – niech mu powie, że jestem.
– Oczywiście – odparła Colleen.
– Będę się tu kręcił – dorzucił Victor Junior.
Victor  z roztargnieniem  pomachał  mu  dłonią,  zastanawiając  się,  co  ma  powiedzieć 

Ronaldowi.

Był pewien, że kapitał potrzebny jest im teraz, a nie w przyszłym roku.
Victor Junior zamknął drzwi.
– Nie poszedł dziś do szkoły? – spytała Colleen.
– Ferie wiosenne – odparł Victor.
– Co za wyjątkowe dziecko – powiedziała Colleen.
– Jakie samodzielne.
Mój syn cały czas plątałby się pod nogami.
– Moja żona jest innego zdania – rzekł Victor.
– Uważa, że Victor Junior ma jakiś problem.
– Trudno w to uwierzyć – stwierdziła Colleen.
– Victor Junior jest taki uprzejmy, taki dorosły.
– Powinna pani chyba porozmawiać z Marshą – rzekł Victor.
Potem wyciągnął rękę, czekając na ciąg dalszy.
– Co jeszcze?

background image

– Przykro mi – rzekła Colleen.
– To numer telefonu do Jonathana Marronettiego, adwokata Gephardta.
– Wspaniale! – wykrzyknął Victor.
George Gephardt był szefem kadr w Fertility Inc., a jeszcze trzy lata temu kierował działem 

zaopatrzenia Chimery.

Obecnie  był  urlopowany  i czekał  na  wyniki  dochodzenia  w sprawie  zniknięcia  ponad  stu 

tysięcy dolarów z rachunku Fertility Inc.

Cały  kłopot  polegał  na  tym,  że  to  urząd  podatkowy  jako  pierwszy  odkrył,  że  Gephardt

realizował czeki z wypłatami na nazwisko zmarłego pracownika.

Gdy  Victor  się  o tym  dowiedział,  nakazał  sprawdzenie  wszystkich  czeków  na  zakupy  dla 

Chimery w latach od 1980 do 1986.

Teraz z westchnieniem zanotował numer telefonu adwokata pod nazwiskiem Ronalda.
– Jeszcze coś? – spytał.
Colleen przewertowała pozostałe kartki.
– Z ważnych rzeczy to wszystko.
Z pozostałymi poradzę sobie sama.
– Naprawdę wszystko? – zapytał Victor z niedowierzaniem.
Colleen wstała i rozprostowała kości.
– Wszystko, jeśli chodzi o telefony, ale chce się z panem widzieć Sharon Carver.
– Nie może pani tego załatwić? – zapytał Victor.
– Ona chce koniecznie rozmawiać z panem – odpowiedziała Colleen.
– Tu są jej akta.
Victor nie potrzebował akt, niemniej wziął teczkę i ułożył ją przed sobą na biurku.
O Sharon Carver wiedział wszystko.
Należała  do  obsługi  zwierząt  Pracowni  Biologii  Rozwojowej  i została  zwolniona  „za 

lekceważenie obowiązków”.

– Niech poczeka – rzekł, wstając.
– Najpierw porozmawiam z Ronaldem.
Tylnym wyjściem ruszył do gabinetu swego partnera.
Może podczas rozmowy w cztery oczy Ronald okaże trochę rozsądku.
Za zakrętem korytarza dostrzegł znajomą sylwetkę człowieka ciągnącego wózek.
Był  to  Philip  Cartwright,  jeden  z grupy  ludzi  opóźnionych  w rozwoju,  którym  Chimera 

proponowała pracę dostosowaną do ich możliwości umysłowych.

Wszyscy pracowali znakomicie.
Philip był dozorcą i gońcem; już pierwszego dnia spodobał się pozostałym pracownikom.
Poza  tym  bardzo  polubił  Victora  Juniora  i spędzał  z nim  mnóstwo  czasu,  zwłaszcza  gdy 

background image

Victor Junior jeszcze nie chodził do szkoły.

Tworzyli niesamowitą parę.
Philip  był  wysoki  i dobrze  zbudowany,  miał  rzednące  włosy,  blisko  siebie  osadzone  oczy 

oraz szeroką szyję, która tuż pod uszami przechodziła w ramiona.

Jego długie ręce wieńczyły szerokie niczym łopata dłonie, a wszystkie palce miały taką samą 

długość.

Gdy Philip spostrzegł doktora Franka, uśmiechnął się szeroko, odsłaniając kwadratowe zęby.
Wyglądał  trochę  przerażająco,  lecz  był  tak  miły,  że  jego  sposób  bycia  kazał  zapomnieć 

o wyglądzie.

– Dzień dobry, panie Frank – powiedział Philip.
Jak na swoją posturę miał zdumiewająco dziecinny głos.
– Dzień dobry, Philipie – odparł Victor.
– Victor Junior jest w Chimerze i szukał cię.
Będzie tu cały tydzień.
– Bardzo się cieszę – odrzekł Philip szczerze.
– Zaraz go poszukam.
Dziękuję.
Victor  patrzył,  jak  Philip  pospiesznie  odchodzi,  ciągnąc  swój  wózek,  i zamarzył,  żeby  na 

wszystkich pracownikach Chimery można było polegać tak jak na nim.

Victor  dotarł  do  gabinetu  Ronalda,  który  stanowił  lustrzane  odbicie  jego  własnego  biura, 

przywitał się z sekretarką i spytał, czy szef jest osiągalny.

Dopiero po kilku minutach pozwoliła mu wejść.
– Czy  Brutus  przychodzi  chwalić  Cezara?  – spytał  Ronald,  zerkając  na  Victora  spod 

krzaczastych brwi.

Był barczysty, miał gęste, zmierzwione włosy.
– Myślę, że powinniśmy porozmawiać o emisji akcji – rzucił Victor.
Sądząc z zachowania i tonu głosu, Ronald zupełnie nie miał ochoty na taką rozmowę.
– O czym tu mówić? – spytał, ledwie maskując złość.
– Słyszałem, że opowiadasz się za rozproszeniem akcji.
– Chcę zdobyć więcej kapitału – tłumaczył Victor.
– To na jedno wychodzi – odrzekł Ronald.
– Nie interesują cię moje racje? – zapytał Victor.
– Twoje racje są jasne – odpowiedział Ronald.
– Ty i Clark spiskujecie przeciwko mnie od chwili wypuszczenia akcji!
– Zaiste? – spytał Victor, nie ukrywając sarkazmu.
Słysząc  tak  absurdalne  i paranoiczne  stwierdzenie,  zaczął  podejrzewać,  że  jego  kolega 

background image

załamuje się pod nawałem obowiązków administracyjnych.

Z  pewnością  miał  ich  tyle  samo  co  Victor,  jeśli  nie  więcej,  a żaden  z nich  nie  posiadał 

przygotowania do tego rodzaju pracy.

– Tylko bez „zaiste”! – warknął Ronald, unosząc swe cielsko.
Przechylił się przez biurko.
– Ostrzegam cię, Frank.
Odpłacę ci pięknym za nadobne.
– O czym ty, na Boga, mówisz?
– W głosie Victora pobrzmiewało zdumienie.
– Co masz zamiar mi zrobić?
Spuścisz mi powietrze z kół?
Ronald, to ja, Victor.
Poznajesz mnie?
– Przesunął dłonią przed twarzą Ronalda.
– Mogę ci tak zatruć życie, jak ty zatruwasz moje – wychrypiał Ronald.
– Obiecuję ci, że jeśli będziesz mnie zmuszał do dalszej sprzedaży akcji, odegram się.
– Proszę cię, Ronald! – rzekł Victor, cofając się.
– Zadzwoń do mnie, gdy się ockniesz.
Nie mam zamiaru wysłuchiwać twoich pogróżek.
Odwrócił się na pięcie i wyszedł.
Ronald zaczął coś mówić, lecz Victor tego nie słyszał.
Czuł obrzydzenie.
Przemknęło mu przez myśl, że może lepiej byłoby się poddać, wycofać pieniądze i wrócić do 

pracy naukowej.

Gdy jednak znalazł się u siebie w gabinecie, złość minęła.
Nie  dopuści  do  tego,  by  problemy  psychiczne  Ronalda  odebrały  mu  radość 

z wykorzystywania osiągnięć biotechnologii.

Zresztą  praca  naukowa  też  ma  swoje  minusy,  tyle  że  te  ograniczenia  na  czym  innym 

polegają.

Na  środku  biurka  leżała  kartka  z numerem  telefonu  do  Jonathana  Marronettiego,  adwokata 

Gephardta.

Zrezygnowany, Victor wykręcił numer i połączono go z prawnikiem.
Facet miał wyraźny akcent nowojorski, co działało Victorowi na nerwy.
– Mamy dla was dobre wiadomości – powiedział Jonathan.
– To świetnie – odrzekł Victor.
– Mój  klient,  pan  Gephardt,  wyraża  chęć  zwrócenia  wszystkich  pieniędzy,  które 

background image

w tajemniczy sposób znalazły się na jego koncie, wraz z odsetkami.

Co wcale nie oznacza, że poczuwa się do winy.
Chce po prostu zakończyć tę sprawę.
– Omówię to z naszymi prawnikami – rzekł Victor.
– Chwileczkę, to nie wszystko – dodał Jonathan.
– W zamian  za  zwrot  pieniędzy  mój  klient  żąda  przywrócenia  do  pracy,  zaprzestania 

dalszych szykan, łącznie z przerwaniem dochodzenia w jego sprawie.

– Wykluczone – odparł Victor.
– Pan  Gephardt  nie  może  się  spodziewać  przywrócenia  do  pracy,  dopóki  nie  zakończymy 

dochodzenia.

– No cóż – odpowiedział Jonathan i przez chwilę zastanawiał się.
– Przypuszczam, że mógłbym namówić mojego klienta do rezygnacji z warunku powrotu do 

pracy.

– Obawiam się, że niewiele to zmieni – powiedział Victor.
– Proszę posłuchać, chcemy zakończyć to w rozsądny sposób.
– Dochodzenie będzie się toczyć zgodnie z planem – wyjaśnił Victor.
– Ale na pewno można by jakoś... – zaczął Jonathan, lecz Victor mu przerwał: – Przykro mi.
Możemy porozmawiać, gdy ustalimy wszystkie szczegóły.
– Jeśli nie chce pan zachowywać się rozsądnie – kontynuował Jonathan – będę zmuszony do 

podjęcia działań, których może pan żałować.

Kto jak kto, ale pan nie powinien odgrywać świętoszka.
– Żegnam pana, panie Marronetti – zakończył Victor i trzasnął słuchawką.
Opadł na oparcie fotela, nacisnął przycisk do Colleen i kazał jej wpuścić tę Carver.
Mimo że znał sprawę, przejrzał akta.
Praktycznie od pierwszego dnia były z tą kobietą problemy.
Nie można było na niej polegać, często nie pojawiała się w firmie.
Akta zawierały pięć listów od różnych osób skarżących się na jej pracę.
Podniósł wzrok.
Sharon Garver weszła do gabinetu ubrana w obcisłą minispódniczkę z jedwabną górą.
Spłynęła w fotel naprzeciwko Victora, ukazując nogi niemal w całości.
– Dziękuję, że znalazł pan dla mnie czas – szepnęła.
Victor spojrzał na wpięte w akta zdjęcie z polaroidu.
Miała wtedy na sobie szerokie dżinsy i flanelową koszulę.
– Czym mogę pani służyć? – spytał, patrząc jej prosto w oczy.
– Jestem pewna, że może pan zrobić bardzo wiele – odrzekła nieśmiało.
– W tej chwili jednak najbardziej interesuje mnie powrót do pracy.

background image

Chcę zostać zatrudniona ponownie.
– To nie jest możliwe – powiedział Victor.
– Uważam, że jest – nalegała Sharon.
– Panno  Carver  – zaczął  Victor  – muszę  pani  przypomnieć,  że  została  pani  zwolniona  za 

niewykonywanie swej pracy.

– To  dlaczego  ten  facet,  z którym  przyłapano  mnie  w magazynie,  nie  wyleciał?  – spytała 

Sharon, zdjąwszy jedną nogę z drugiej i pochyliwszy się do przodu.

– No, słucham!
– Pani  amory  podczas  ostatniego  dnia  pracy  nie  stanowiły  jedynego  powodu  zwolnienia  –

wyjaśnił Victor.

– Gdyby tylko o to chodziło, nie zwalnialibyśmy pani.
A ten człowiek, o którym pani wspomniała, nigdy nie zaniedbuje swych obowiązków.
Nawet wtedy miał właśnie przerwę.
A pani nie.
Tak czy siak, co się stało, to się nie odstanie.
Jestem pewien, że znajdzie pani pracę gdzie indziej, a teraz proszę mi wybaczyć...
– Victor wstał i gestem wskazał drzwi.
Sharon Carver nie poruszyła się.
Patrzyła na Victora zimnym wzrokiem.
– Jeśli nie da mi pan tej pracy z powrotem, oskarżę pana o dyskryminację z powodu płci.
Popamięta mnie pan.
Gwarantuję.
– Już teraz spisuje się pani całkiem nieźle.
Wybaczy pani...
Niczym  kocica  gotowa  do  skoku,  Sharon  powoli  podniosła  się  z fotela,  patrząc  na  Victora 

spod przymkniętych powiek.

– Popamięta mnie pan! – syknęła.
Gdy  zamknęły  się  za  nią  drzwi,  Victor  nacisnął  brzęczyk  i oznajmił  Colleen,  że  idzie  do 

laboratorium i że nie ma go dla nikogo z wyjątkiem papieża.

– Za późno – powiedziała Colleen.
– Czeka na pana!
doktor Hurst.
Chce z panem rozmawiać i chyba jest bardzo zdenerwowany.
William Hurst pełnił obowiązki szefa oddziału onkologii klinicznej.
W jego sprawie również wszczęto niedawno dochodzenie.
W przeciwieństwie jednak do Gephardta, chodziło tu o oszustwo naukowe, co w środowisku 

background image

naukowców było zjawiskiem coraz powszedniejszym.

– Niech wejdzie – odrzekł Victor niechętnie.
Nie miał gdzie się schować.
Hurst przeszedł przez próg w taki sposób, jakby zaraz miał zaatakować Victora.
Prawie natychmiast znalazł się przy biurku.
– Właśnie  się  dowiedziałem,  że  zlecił  pan  prywatnemu  laboratorium  weryfikację  badań, 

które opisałem w ostatnim artykule.

– Nie  rozumiem,  dlaczego  to  pana  dziwi,  po  tym,  co  napisano  w piątkowym  numerze 

„Boston Globe” – odparł Victor.

Zastanawiał się, co pocznie, gdy ten maniak przejdzie na drugą stronę biurka.
– Niech szlag trafi „Boston Globe”! – wykrzyknął Hurst.
– Oparli ten bzdurny artykuł na rozmowie z jakimś sfrustrowanym laborantem.
Przecież pan w to nie wierzy?
– Moje poglądy są tu bez znaczenia – odrzekł Victor.
– „Globe” napisał, że dane w pana pracy zostały celowo sfałszowane.
Tego rodzaju przypuszczenia mogą zaszkodzić panu i Chimerze.
Takie pogłoski musimy niszczyć już w zarodku.
Nie rozumiem, czemu jest pan tak wzburzony.
– No cóż, wobec tego wyjaśnię – warknął Hurst.
– Spodziewałem się od pana poparcia, a nie podejrzeń.
Już samo zlecenie weryfikacji mojej pracy jest równoznaczne z uznaniem winy.
A poza tym do każdego takiego artykułu mogą się dostać mało istotne dane statystyczne.
Nawet Newton korygował później wyniki niektórych badań planetarnych.
Domagam się, żeby pan cofnął to zlecenie.
– Panie  Hurst,  przykro  mi,  że  się  pan  zdenerwował,  ale  niezależnie  od  Newtona,  w etyce 

naukowej nie ma miejsca na względność.

Zaufanie społeczeństwa do badań...
– Nie przyszedłem tu wysłuchiwać wykładu! – wrzasnął Hurst.
– Powtarzam panu, że chcę, aby to dochodzenie zostało przerwane.
– Stawia pan sprawę bardzo jasno – przyznał Victor.
– Pozostaje jednak faktem, że jeśli nie popełnił pan żadnego nadużycia, nie ma się pan czego 

obawiać, a może pan tylko zyskać.

– Więc nie odwoła pan tej weryfikacji?
– Dobrze mnie pan zrozumiał – odrzekł Victor.
Zmęczyły go już próby uspokojenia nerwów tego człowieka.
– Szokuje mnie u pana brak solidarności zawodowej – stwierdził wreszcie Hurst.

background image

– Wreszcie pojąłem, dlaczego Ronald czuje to, co czuje.
– Doktor Beekman wyznaje tę samą etykę naukową co ja – rzekł Victor, nie ukrywając już 

złości.

– Żegnam pana, Panie Hurst.
Rozmowa skończona.
– Coś panu powiem, Frank – powiedział Hurst, pochylając się nad biurkiem.
– Jeśli pan nadal będzie mieszał mnie z błotem, odwdzięczę się panu tym samym.
Czy pan mnie słyszy?
Wiem, że nie jest pan takim wspaniałym rycerzem wybawicielem, jakiego pan udaje.
– Obawiam się, że nigdy nie opublikowałem fałszywych danych – rzekł Victor drwiąco.
– Chodzi o to – wyjaśnił Hurst – że nie jest pan takim szlachetnym rycerzem, za jakiego się 

pan podaje.

– Proszę wyjść!
– Chętnie – odrzekł Hurst.
Podszedł do drzwi, otworzył je i dorzucił: – Niech pan zapamięta, co powiedziałem.
Nie jest pan nietykalny.
– Trzasnął  drzwiami  z taką  siłą,  że  dyplom  ukończenia  studiów  medycznych  Victora 

zakołysał się na ścianie.

Victor przez chwilę siedział przy biurku, usiłując odzyskać równowagę psychiczną.
Z pewnością miał już dosyć pogróżek jak na jeden dzień.
Zastanawiał się, co Hurst miał na myśli, mówiąc, że nie jest „szlachetnym rycerzem”.
Co za cyrk!
Odepchnął fotel, wstał i nałożył biały fartuch laboratoryjny.
Otworzył drzwi z nadzieją, że tylko wychyli głowę i powie Colleen, że idzie do laboratorium.
Tymczasem niemal się z nią zderzył, bo właśnie była w drodze do gabinetu.
– Przyszedł doktor Hobbs.
Jest w strasznym stanie – wyjaśniła pospiesznie.
Victor zerknął jej przez ramię.
Dostrzegł mężczyznę siedzącego obok biurka, skulonego, trzymającego głowę w dłoniach.
– Co się stało? – spytał szeptem.
– Chodzi o syna.
Chyba zachorował i Hobbs chce kilka dni urlopu.
Victor poczuł, jak wilgotnieją mu dłonie i coś go ściska za gardło.
– Niech wejdzie – wykrztusił.
Poczuł nagle przypływ współczucia, bo obaj musieli wiele przeżyć, by mieć dziecko.
Myśl,  że  coś  złego  może  się  teraz  dziać  z synem  Hobbsów,  rozbudziła  jego  niepokój 

background image

o Victora Juniora.

– Maurice... – zaczął Hobbs, po czym urwał, połykając łzy.
– Mój syn miał niedługo skończyć trzy lata.
Nigdy go pan nie widział.
Sprawiał nam tyle radości.
Był sensem naszego życia.
Geniuszem.
– Co się stało? – spytał Victor, bojąc się odpowiedzi.
– Nie żyje! – rzucił Hobbs.
Jego smutek przerodził się nagle w gniew.
Victor z trudem przełknął ślinę.
Zaschło mu w gardle.
– Wypadek?
Hobbs potrząsnął głową.
– Dokładnie nie wiadomo, co się stało.
Zaczęło się od padaczki.
Gdy zawieźliśmy go do szpitala, stwierdzono, że ma edemę mózgu, obrzmienie.
Nic nie dało się zrobić.
Nie odzyskał przytomności.
A potem serce przestało bić.
W gabinecie zapanowała posępna cisza.
Wreszcie Hobbs powiedział: – Chciałbym wziąć kilka dni urlopu.
– Ależ oczywiście.
Hobbs powoli wstał i wyszedł.
Victor przez dobre dziesięć minut siedział, spoglądając na zamknięte drzwi.
Po raz pierwszy laboratorium było ostatnim miejscem, do którego chciał się udać.

background image

Rozdział 4

Poniedziałek, przed południem.

Na  biurku  Marshy  zadźwięczał  mały  zegar,  sygnalizując  koniec  pięćdziesięciominutowej 

sesji z Jasperem Lewisem, zbuntowanym piętnastolatkiem, któremu już sypał się wąs.

Siedział w niedbałej pozie w fotelu naprzeciwko Marshy, demonstrując znudzenie.
Tymczasem  chłopak  ten  był  na  najlepszej  drodze  do  tego,  by  znaleźć  się  w prawdziwych 

tarapatach.

– Nie rozmawialiśmy jeszcze o twoim pobycie w szpitalu – powiedziała Marsha.
Na kolanach trzymała otwarte akta chłopca.
Jasper wskazał kciukiem na znajdujące się za jego plecami biurko.
– Myślałem, że ten dzwonek oznacza koniec rozmowy.
– Prawie koniec – odpowiedziała Marsha.
– A teraz,  skoro  już  wróciłeś  do  domu,  może  mi  powiesz,  co  sądzisz  o tych  trzech 

miesiącach, które spędziłeś w szpitalu?

Miała  wrażenie,  że  zorganizowane  życie  szpitalne  dobrze  wpłynęło  na  chłopca,  chciała 

jednak usłyszeć jego opinię.

– Było w porządku – powiedział Jasper.
– Tylko w porządku? – spytała miłym tonem.
Z tego chłopaka strasznie trudno było coś wyciągnąć.
– Właściwie fajnie – odrzekł Jasper, wzruszając ramionami.
– No wie pani, nic takiego.
Wyciągnięcie z niego czegoś konkretniejszego z pewnością zajmie trochę czasu i na wszelki 

wypadek Marsha zanotowała to sobie na marginesie akt.

Od tego zacznie następne spotkanie.
Zamknęła teczkę i spojrzała mu w oczy.
– Miło było cię widzieć – powiedziała.
– Do zobaczenia w przyszłym tygodniu.
– Dobra  – odrzekł  Jasper,  unikając  jej  wzroku,  nawet  gdy  wstawał  i z zakłopotaniem 

opuszczał gabinet.

Marsha zasiadła przy biurku, by przedyktować notatki.
Otwierając kartę choroby, spojrzała na wstępny opis.
Z tym chłopcem były problemy już we wczesnym dzieciństwie.
Gdy skończy osiemnaście lat, jego osobowość trzeba będzie określić jako antyspołeczną.
Na dodatek cechowało go jeszcze coś, co Marsha określiła osobowością schizoidalną.
Przeglądając  charakterystykę  chłopca,  zwróciła  uwagę  na  częste  kłamstwa,  bójki  w szkole, 

background image

wagary, mściwe reakcje i fantazjowanie.

Jej wzrok zatrzymał się na stwierdzeniu: „Nie potrafi się wzruszać ani okazywać uczuć”.
Nagle przypomniała sobie Victora Juniora, jak wyrywa się z jej objęć i patrzy na nią chłodno 

tymi swoimi błękitnymi oczami, zimnymi jak górskie jeziora.

Zmusiła się, by czytać dalej.
„Wybiera  samotność,  nie  wykazuje  potrzeby  nawiązania  bliskich  kontaktów,  nie  ma 

kolegów”.

Poczuła przyspieszone bicie serca.
Czyżby czytała wywiad dotyczący jej syna?
Z drżeniem ponownie przeczytała charakterystykę osobowości Jaspera.
Znalazła w niej kilka niepokojących podobieństw.
Toteż ucieszyła się, gdy z zamyślenia wyrwała ją Jean Colbert, jej pielęgniarka i sekretarka, 

pedantyczna i pruderyjna kobieta o kasztanowych włosach, pochodząca z Nowej Anglii.

Zanim Marsha podniosła głowę, zdołała jeszcze dojrzeć zdanie podkreślone czerwoną linią: 

„Jasper  był  właściwie  wychowywany  przez  ciotkę,  bo  matka  pracowała  na  dwa  etaty,  żeby 
utrzymać rodzinę”.

– Mogę wpuścić następnego pacjenta? – spytała Jean.
Marsha wciągnęła głęboko powietrze.
– Pamięta pani te artykuły, które odłożyłam, na temat opieki przedszkolnej i jej wpływu na 

psychikę dzieci?

– Oczywiście – odparła Jean.
– Są w naszym archiwum.
– Czy mogłaby pani je odszukać? – zapytała Marsha, usiłując ukryć zainteresowanie.
– Oczywiście – powiedziała Jean.
Po chwili milczenia spytała: – Dobrze się pani czuje?
– Tak, dobrze – odpowiedziała Marsha, sięgając po następną kartę.
Gdy  przeglądała  ostatnie  notatki,  do  gabinetu  weszła  nieśmiało  dwunastoletnia  Nancy 

Traverse.

Dziewczynka próbowała schować się w fotelu.
Wciągnęła głowę w ramiona zupełnie jak żółw.
Marsha przeniosła się do części psychoterapeutycznej i usiadła naprzeciwko Nancy.
Próbowała  sobie  przypomnieć,  na czym  dziewczynka  skończyła  swą  opowieść  podczas 

poprzedniej wizyty, gdy opisywała swe wypady w świat seksu.

Sesja ciągnęła się i ciągnęła.
Marsha  próbowała  się  skoncentrować,  lecz  w głębi  serca  martwiła  się  o syna  i dręczyło  ją 

poczucie winy, że pracowała, gdy był mały.

background image

Choć kiedy wychodziła z domu, chłopiec nigdy nie protestował.
Wiedziała jednak dobrze, iż fakt ten sam w sobie może być objawem patologicznym.

* * *

Po wyjściu Hobbsa Victor próbował zająć się korespondencją, po pierwsze dlatego, żeby nie

iść do laboratorium, po drugie zaś, żeby przestać myśleć o tej okropnej wiadomości przekazanej 
mu przez Hobbsa.

Lecz już po chwili jego myśli zaczęły krążyć wokół okoliczności śmierci chłopca.
Edema mózgu, czyli ostry obrzęk, to jej powód bezpośredni.
Co jednak mogło być przyczyną obrzmienia?
Żałował, że Hobbs nie potrafił podać mu więcej szczegółów.
Brak dokładnej diagnozy potęgował jego niepokój.
– A niech to! – wykrzyknął nagle, uderzając otwartą dłonią w blat biurka.
Gwałtownie wstał i wyjrzał przez okno.
Z gabinetu dobrze widać było wieżę z zegarem.
W  zamierzchłej  przeszłości  jego  wskazówki  znieruchomiały  w położeniu  na  piętnaście  po 

drugiej.

– Powinienem był to przewidzieć! – powiedział do siebie, uderzając pięścią w lewą dłoń na 

tyle silnie, że poczuł ból w obu rękach.

Śmierć  syna  Hobbsów  wznieciła  na  nowo  jego  niepokój  o własnego  syna  – niepokój, 

z którym niedawno wreszcie udało mu się uporać.

Marsha zamartwiała się psychiką chłopca, Victor jednak martwił się stanem jego organizmu.
Gdy  iloraz  inteligencji  syna  spadł,  a potem  ustabilizował  się  na  mimo  wszystko  wysokim 

poziomie, Victor był przerażony.

Upłynęło kilka lat, zanim zdołał pokonać swój strach i odetchnął.
Lecz po nagłej śmierci małego Hobbsa obawy wróciły.
Niepokoiło  go  to  zwłaszcza  dlatego,  że  podobieństwa  między  Victorem  Juniorem  i synem 

Hobbsów nie kończyły się na metodzie poczęcia.

Victor  wiedział,  że  mały  Hobbs,  podobnie  jak  Victor  Junior,  jest  w pewien  sposób 

cudownym dzieckiem.

Victor potajemnie zapisywał postępy czynione przez chłopca.
Był ciekaw, czy u syna Hobbsów nastąpi taki sam gwałtowny spadek ilorazu inteligencji jak 

u Victora Juniora.

Teraz jednak pragnął jedynie poznać okoliczności jego tragicznej śmierci.
Podszedł do komputera i wyszedł z poprzedniego programu.

background image

Wystukał nazwę pliku: Mały Hobbs.
Nie  szukał  niczego  konkretnego,  pomyślał  jedynie,  że  jeśli  przejrzy  dane,  może  mu  się 

nasunąć jakieś wyjaśnienie śmierci chłopca.

Ekran komputera pozostał jednak pusty dłużej niż normalnie.
Nic nie rozumiejąc, Victor ponownie nacisnął klawisz nakazujący wykonanie polecenia.
W odpowiedzi w prawym dolnym rogu ekranu pojawiło się słowo SZUKAM.
Potem, ku zdumieniu Victora, komputer poinformował go, że takiego pliku nie ma.
– Co, u licha! – mruknął Victor.
Stwierdziwszy,  że  popełnił  jakiś  błąd,  ponowił  próbę  i hasło  Mały  Hobbs  napisał  bardzo 

uważnie.

Nacisnął „enter”, klawisz nakazujący wykonanie polecenia, i po jakimś czasie, gdy komputer 

przeszukał twardy dysk, otrzymał dokładnie taką samą odpowiedź: NIE MA TAKIEGO PLIKU.

Wyłączył komputer, zastanawiając się, co się mogło stać.
To prawda, że przez jakiś czas nie zaglądał do tych danych, ale to nie powinno mieć żadnego 

znaczenia.

Siedział przez chwilę w zamyśleniu, stukając palcami o blat biurka tuż przed klawiaturą, po 

czym znowu włączył komputer.

Tym razem napisał: Mały Murray.
Czekał tyle samo  co  w wypadku pliku Hobbsa,  po czym na  ekranie ukazała się identyczna 

odpowiedź.

Usłyszał, że otwierają się drzwi, więc obrócił się.
W progu stała Colleen.
– Ojcowie mają dziś zły dzień – powiedziała, przytrzymując ręką drzwi.
– Dzwoni pan Murray z księgowości.
Z jego dzieckiem też coś się stało i on też płacze.
– Nie wierzę – wykrztusił Victor.
– Cóż za przypadkowy zbieg okoliczności.
– Kiedy to prawda – odrzekła Colleen.
– Jest na drugiej linii.
Victor w oszołomieniu patrzył na aparat.
Światełko mrugało uparcie, a każdy błysk wywoływał w jego głowie dzwonienie.
Jak to możliwe, przecież wszystko tak dobrze szło, i to od tak dawna.
Zmusił się do podniesienia słuchawki.
– Przykro  mi,  że  pana  niepokoję  – mówił  z trudem  Murray  – ale  okazał  nam  pan  tyle 

zrozumienia, gdy chcieliśmy mieć dziecko.

Myślę, że chciałby pan o tym wiedzieć.

background image

Zawieźliśmy Marka do szpitala dziecięcego.
On umiera.
Lekarze mówią, że nic nie mogą zrobić.
– Co się stało? – spytał Victor.
Głos uwiązł mu w gardle.
– Tego chyba nikt nie wie – odpowiedział Horace.
– Zaczęło się od bólu głowy.
– Może się uderzył? – dociekał Victor.
– Nie, w każdym razie nic o tym nie wiemy – odrzekł Horace.
– Czy mógłbym do niego zajrzeć? – zapytał Victor.
Pół godziny później Victor parkował samochód w garażu naprzeciwko szpitala.
Wszedł do gmachu i zatrzymał się przy informacji.
Recepcjonistka  powiedziała  mu,  że  Mark  Murray  znajduje  się  na  intensywnej  terapii 

oddziału pediatrii i wskazała drogę do poczekalni.

Znalazł tam państwa Murray, półprzytomnych pod wpływem przeżyć i nie przespanej nocy.
Na widok Victora Horace wstał.
– Coś się zmieniło? – spytał Victor z nadzieją w głosie.
Horace potrząsnął głową.
– Teraz jest podłączony do aparatu tlenowego.
Victor najserdeczniej jak potrafił przekazał im wyrazy współczucia.
Państwo  Murray  sprawiali  wrażenie  wzruszonych  tym,  że  Victor  przybył  do  szpitala, 

zwłaszcza że nie utrzymywali kontaktów towarzyskich.

– To było takie niezwykłe dziecko – mówił Horace.
– Takie wyjątkowe, inteligentne...
– Pokręcił głową.
Colette ukryła twarz w dłoniach.
Jej ramiona zaczęły drgać.
Horace usiadł i objął żonę.
– Który lekarz opiekuje się Markiem? – spytał Victor.
– Nakano – odrzekł Horace.
– Doktor Nakano.
Victor  przeprosił,  zostawił  płaszcz  pod  opieką  państwa  Murray  i opuścił  poczekalnię  oraz 

udręczonych rodziców.

Szedł do sali intensywnej terapii oddziału pediatrycznego, znajdującej się w końcu korytarza, 

za elektronicznie otwieranymi drzwiami.

Gdy stanął na gumowej płycie, drzwi rozsunęły się automatycznie.

background image

Znał tę salę z czasów, gdy był tu stażystą.
Jak zwykle, pełno elektronicznego sprzętu i zaganianych pielęgniarek.
Nieustanny syk pracujących respiratorów i piski sygnałów z monitorów kontrolujących akcję 

serca stwarzały w sali atmosferę napięcia.

Życie wisiało tu na włosku.
Ponieważ Victor zachowywał się swobodnie, nikt go nie pytał, co tu robi, mimo że nie miał 

plakietki identyfikacyjnej.

Podszedł do biurka i spytał o doktora Nakano.
– Właśnie tu był – odpowiedziała energiczna młoda kobieta.
Wychyliła się za blat i szukała wzrokiem po sali.
Potem usiadła i podniosła słuchawkę.
W chwilę później system przywoływania dodał nazwisko doktora Nakano do nie kończącej 

się listy nazwisk wywoływanych przez umieszczone w suficie głośniki.

Krążąc  po  sali,  Victor  usiłował  odnaleźć  Marka,  lecz  do  respiratorów  podłączonych  było 

zbyt wiele dzieci, a maski zniekształcały rysy ich twarzy.

Znalazł się przy biurku w chwili, gdy kobieta odkładała słuchawkę.
Ujrzawszy go, powiedziała, że doktor Nakano jest w drodze na oddział.
Pięć  minut  później  przedstawiono  go  przystojnemu,  mocno  opalonemu  Amerykaninowi 

japońskiego pochodzenia.

Victor  wyjaśnił,  że  jest  lekarzem  oraz  przyjacielem  państwa  Murray  i że  chciałby  się 

dowiedzieć, jaki jest stan chłopca.

– Niedobry – powiedział doktor Nakano otwarcie.
– Dziecko umiera.
Nieczęsto  możemy  to  powiedzieć  z całą  pewnością,  ale  w tym  przypadku  nie  ma  żadnej 

reakcji na żadną terapię.

– A czy pan wie, co mu jest? – spytał Victor.
– Wiemy, co się dzieje – odrzekł doktor Nakano – ale nie wiemy, jaka jest przyczyna.
Proszę, niech pan pozwoli za mną.
Szybkim krokiem zapracowanego lekarza Nakano  poszedł do pomieszczenia  wydzielonego 

z głównej sali.

– Środki ostrożności – wyjaśnił lekarz.
– Nie ma żadnych objawów infekcji, ale na wszelki wypadek...
Podał Victorowi fartuch, czepek i maskę.
Włożyli też odzież ochronną i weszli do pomieszczenia.
Mark Murray leżał na środku dużego łóżka dziecinnego z wysokimi drabinkami po bokach.
Głowę miał obwiązaną bandażami.

background image

Doktor  Nakano  wyjaśnił,  że  zastosowano  dekompresję  w nadziei,  że  to  pomoże,  ale  bez 

rezultatów.

– Niech pan popatrzy – dodał lekarz, podając Victorowi oftalmoskop.
Pochylając  się  nad  chorym  dwulatkiem,  Victor  podniósł  powiekę  chłopca  i zajrzał 

w rozszerzoną, nieruchomą źrenicę.

Mimo braku doświadczenia w posługiwaniu się tym przyrządem, natychmiast dostrzegł coś 

nieprawidłowego.

Nerw wzrokowy był napęczniały, jakby go coś wypychało od tyłu.
Victor wyprostował się.
– Robi wrażenie, prawda? – spytał doktor Nakano.
Wziął oftalmoskop z rąk Victora i zajrzał do źrenicy.
Przez chwilę obserwował nerw, potem wyprostował się.
– Problem w tym, że coraz gorzej to wygląda.
Mózg chłopca wciąż puchnie.
Jestem zdziwiony, że jeszcze nie wychodzi uszami.
Nic nie skutkuje, ani dekompresja, ani udrożnienie, ani duża dawka sterydów, ani manitol.
Obawiam się, że musimy się poddać.
Victor zauważył, że przy chłopcu nie było pielęgniarki.
– Czy jest jakiś krwotok lub inne objawy urazu? – spytał.
– Nie – odrzekł otwarcie Nakano.
– Z wyjątkiem obrzęku nie ma nic.
Nie ma zapalenia opon mózgowych, co zresztą już mówiłem.
Po prostu tego nie rozumiemy.
Wszystko zależy od tego faceta tam w górze.
– Lekarz wskazał w kierunku nieba.
Jak  gdyby  w odpowiedzi  na  ponure  przewidywania  lekarza,  z monitora  wydobył  się  krótki 

sygnał oznaczający, że serce Marka przystanęło.

Jego praca stawała się nieregularna.
Znowu rozległ się sygnał.
Doktor Nakano nie poruszył się.
– To już było – powiedział.
– Tym razem jednak jesteśmy w kropce.
– Po chwili wyjaśnił: – Jego rodzice nie widzą sensu w utrzymywaniu go przy życiu, jeśli nie 

będzie miał mózgu.

Victor skinął głową i w tej samej chwili włączył się sygnał monitora, tym razem ciągły.
Serce Marka zaczęło migotać.

background image

Victor spojrzał przez ramię w kierunku biurka.
Nikt nie zareagował.
Po krótkiej chwili nierówne podskoki na ekranie monitora przeszły w linię ciągłą.
– No i po balu – powiedział doktor Nakano.
Ten  komentarz  zabrzmiał  niezwykle  zimno,  Victor  jednak  wiedział,  że  więcej  się  kryje  za 

nim bezradności niż gruboskórności.

Doskonale pamiętał czasy, gdy sam tu pracował.
Obaj  podeszli  do  biurka  w sali  głównej,  gdzie  Nakano  poinformował  sekretarkę  o zgonie 

dziecka.

Sekretarka  beznamiętnie  ujęła  słuchawkę  i rozpoczęła  wypełnianie  odpowiednich 

formularzy.

Victor wiedział, że tu nie może pracować ktoś, kto emocjonalnie reaguje na śmierć.
– Wczoraj w nocy był podobny przypadek – powiedział Victor.
– Mały Hobbs.
Dziecko było w tym samym mniej więcej wieku, może trochę starsze.
Wie pan coś o tym?
– Tak, słyszałem – odparł Nakano wymijająco.
– Ale to nie był mój pacjent.
O ile wiem, niektóre objawy były podobne.
– Tak się zdaje – powiedział Victor.
Po czym spytał: – Zrobicie sekcję?
– Na pewno – odpowiedział doktor Nakano.
– To należy do biegłego sądowego, lecz na ogół zlecają to nam.
Są przeciążeni i nie mają czasu, zwłaszcza na przypadki tak ezoteryczne.
Powie pan rodzicom, czyja mam to zrobić?
Victor wzdrygnął się, słysząc, jak doktor Nakano nagle zmienia temat.
– Powiem – rzekł po chwili milczenia.
– Poświęcił mi pan sporo czasu, dziękuję.
– Drobiazg – odrzekł Nakano, nie patrząc na Victora.
Myślami był już przy następnym przypadku krytycznym.
Victor, oszołomiony, opuścił oddział intensywnej terapii.
Gdy zamknęły się za nim automatyczne drzwi, zaległa kojąca cisza.
Udał się do poczekalni.
Państwo Murray odgadli złą wiadomość, zanim zdążył otworzyć usta.
Przytuleni do siebie, jeszcze raz podziękowali mu za przybycie.
On zaś wymamrotał kilka słów współczucia.

background image

Jeszcze nie skończył, gdy przed oczami stanęła mu przerażająca wizja.
Ujrzał  Victora  Juniora  z pobladłą  twarzą,  podłączonego  do  respiratora,  w łóżku,  w którym 

leżał Mark.

Z przerażenia zrobiło mu się zimno.
Poszedł  na  oddział  patologii  i przedstawił  się  jego  dyrektorowi,  doktorowi  Warrenowi 

Burghofenowi.

Zapewnił on Victora, że zrobią wszystko, co w ich mocy, by przeprowadzić obie sekcje, i to 

jak najszybciej.

– Koniecznie musimy wiedzieć, co się tutaj dzieje – powiedział Burghofen.
– Nie chcemy, żeby w tym mieście zaczęła szaleć jakaś epidemia.
Victor powoli szedł do samochodu.
Wiedział, że prawdopodobieństwo epidemii jest niewielkie.
Wiedział aż nadto dobrze, ile dzieci jest zagrożonych.
Troje, dokładnie troje.
Po powrocie do biura natychmiast poprosił Colleen, by odszukała  Louisa Kaspwicza, szefa 

informatyków Chimery, i natychmiast go do niego przysłała.

Louis był niskim, przysadzistym mężczyzną o świecącej łysej głowie.
Jego cechą były nagłe, nieprzewidziane ruchy.
Był  wyjątkowo  nieśmiały  i z rzadka  patrzył  ludziom  w oczy,  lecz  mimo  swego  dziwactwa 

znakomicie wykonywał swój zawód.

Chimera polegała na  jego  fachowości w każdej dziedzinie, od  badań poprzez  produkcję do 

bankowości.

– Mam pewien problem – zaczął Victor, opierając się o biurko i krzyżując ręce na torsie.
– Nie mogę znaleźć moich dwóch prywatnych plików.
Jak to jest możliwe?
– Powodów może być wiele – odrzekł Louis.
– Na ogół dzieje się tak dlatego, że użytkownik zapomina nazwy pliku.
– Sprawdziłem w katalogu – odrzekł Victor.
– Nie znalazłem ich.
– Może przeszły do jakiegoś innego katalogu? – zasugerował Louis.
– O tym nie pomyślałem – przyznał Victor.
– Ale czasami korzystałem z tych danych i nie pamiętam, żebym musiał dochodzić do nich 

inną ścieżką.

– Hm, trudno mi cokolwiek powiedzieć.
Musiałbym to obejrzeć – mówił Louis.
– Pod jakim hasłem były te pliki?

background image

– Chciałbym, żeby to pozostało między nami – rzekł Victor z naciskiem.
– Oczywiście.
Victor podał Louisowi nazwy plików.
Informatyk zasiadł przed komputerem.
– No i co? – spytał Victor po kilku minutach, gdy ekran ciągle pozostawał pusty.
– Chyba nic.
Ale mogę to sprawdzić u siebie.
Mój komputer przejrzy wszystkie zapisy.
Czy jest pan pewien tych nazw?
– Absolutnie – odrzekł Victor.
– Jeśli to ważne, zaraz się do tego zabiorę.
– To jest ważne.
Louis wyszedł, a Victor pozostał przy komputerze.
Nagle coś mu przyszło do głowy.
Uważnie wypisał na ekranie hasło innego pliku: MAŁY FRANK.
Przez chwilę się wahał, bojąc się tego, co może zobaczyć lub czego nie zobaczy.
Wreszcie nacisnął klawisz „enter” i wstrzymał oddech.
Niestety, jego obawy były uzasadnione: plik Victora Juniora również zniknął.
Victor oparł się o poręcz krzesła i poczuł, jak spływa po nim pot.
Trzy pokrewne, lecz osobne pliki nie mogły zniknąć przypadkowo.
Nagle  przypomniał  sobie  przekrwioną  twarz  Hursta  i jego  pogróżkę:  „Nie  jest  pan 

szlachetnym rycerzem, za jakiego chce pan uchodzić...

Nie jest pan nietykalny”.
Victor wstał od komputera i podszedł do okna.
Od wschodu napływały chmury.
Będzie padać deszcz albo śnieg.
Stał  tak  przez  kilka  chwil,  zastanawiając  się,  czy  Hurst  ma  coś  wspólnego  ze  zniknięciem 

plików.

Czy może coś podejrzewać?
Jeśli tak, skąd się mogą brać jego niejasne pogróżki?
Victor potrząsnął głową.
Hurst w żaden sposób nie mógł dotrzeć do tych danych.
Nikt o nich nie wiedział.
Nikt!

background image

Rozdział 5

Poniedziałek, wieczór.

Marsha patrzyła na męża i syna siedzących po przeciwnej stronie stołu.
Victor  Junior  pochłonięty  był  lekturą  książki  o czarnych  dziurach  i od  czasu  do  czasu  coś 

wkładał do ust.

Normalnie  kazałaby  mu  odłożyć  książkę,  lecz  dziś  Victor  wrócił  do  domu  w tak  złym 

humorze, że bała się powiedzieć cokolwiek, by nie rozdrażnić go jeszcze bardziej.

Ją samą dręczyły obawy o syna.
Kochała go tak bardzo, że nie mogła znieść myśli, iż mógłby mieć zaburzenia psychiczne, ale 

też wiedziała, że nie będzie w stanie mu pomóc, jeśli nie spojrzy prawdzie w oczy.

Najwyraźniej spędził cały dzień w Chimerze, i to chyba sam, bo Victor przyznał, że od rana 

go nie widział.

Jak  gdyby  wyczuwając  jej  spojrzenie,  Victor  Junior  nagle  odłożył  książkę  i zaniósł  swój 

talerz do zlewu.

Gdy wstawał, jego intensywnie błękitne oczy spotkały się ze wzrokiem matki.
Nie  było  w nich  ciepła,  nie  było  żadnego  uczucia,  tylko  jasne,  turkusowe  światło,  które 

sprawiło, że Marsha poczuła się jak pod mikroskopem.

– Dziękuję za kolację – powiedział mechanicznie Victor Junior.
Potem słuchała jego kroków, gdy biegł na górę tylnymi schodami.
Na dworze nagle zagwizdał wiatr, więc spojrzała w okno.
W świetle żarówki nad garażem ujrzała, że zamiast deszczu teraz pada śnieg.
Wzdrygnęła się, lecz nie z powodu owego zimowego krajobrazu.
– Chyba nie jestem dziś głodny – stwierdził Victor.
To  bodaj  pierwszy  raz,  odkąd  wróciła  do  domu  po  obchodzie  w szpitalu,  on  sam  zaczął 

rozmowę.

– Coś cię martwi? – spytała.
– Chcesz o tym porozmawiać?
– Nie musisz odgrywać psychiatry – odpowiedział oschle Victor.
Wiedziała, że może się obrazić.
Nie odgrywała psychiatry.
Postanowiła jednak, że zachowa się jak osoba dojrzała i nie będzie zaogniać sprawy.
Victor i tak jej powie, co mu jest.
– No cóż, a mnie coś martwi – powiedziała.
Postanowiła, że przynajmniej będzie szczera.
Victor podniósł na nią wzrok.

background image

Ponieważ znała go bardzo dobrze, sądziła, że żałuje swej poprzedniej odzywki.
– Przeczytałam dziś kilka artykułów – ciągnęła.
– Rozważano w nich niektóre skutki braku rodziców u dzieci wychowywanych przez nianie 

czy też spędzających nadmierną ilość czasu w przedszkolach.

Niektóre z tych wniosków da się odnieść do Victora Juniora.
Martwi mnie  to, że  nie  wzięłam dłuższego urlopu,  gdy był  mały, i że nie  spędzałam  z nim 

więcej czasu.

Na twarzy Victora natychmiast pojawiło się rozdrażnienie.
– Przestań – powiedział tak samo oschle, podnosząc obie ręce do góry.
– Nie chcę tego dalej słuchać.
Ja uważam, że z Victorem Juniorem wszystko jest w porządku, i nie chcę wysłuchiwać tych 

psychiatrycznych głupot, że jest wręcz przeciwnie.

– Chyba trochę przesadzasz! – odparła nieco zniecierpliwionym tonem.
– Litości! – jęknął Victor, ujmując talerz z nie dokończoną kolacją i wyrzucając jedzenie do 

śmieci.

– Nie mam na to ochoty.
– To na co masz ochotę? – spytała.
Victor wciągnął głęboko powietrze i wyjrzał na dwór przez okno.
– Chyba się przejdę.
– W taką pogodę? – zdziwiła się.
– Mokry śnieg, błoto.
Myślę, że coś cię gnębi i nie potrafisz o tym powiedzieć.
Odwrócił się i spojrzał na żonę.
– Czy to tak wyraźnie widać?
Marsha roześmiała się.
– To straszne patrzeć, jak się zamartwiasz.
Powiedz mi, co cię męczy.
Jestem twoją żoną.
Victor wzruszył ramionami i podszedł do stołu.
Usiadł i splótł dłonie, opierając łokcie na podkładce pod talerz.
– Istotnie, coś mnie męczy – przyznał.
– Jak  to  dobrze,  że  moi  pacjenci  nie  mają  tak  wielkich  problemów  z mówieniem  –

powiedziała Marsha.

Wyciągnęła rękę, żeby ciepłym gestem dotknąć ramienia Victora.
Victor wstał i podszedł do tylnych schodów.
Przez chwilę nasłuchiwał, po czym zamknął drzwi i wrócił do stołu.

background image

Pochylając się do  Marshy,  powiedział:  – Chcę, żeby Victor Junior  przeszedł  pełne badania 

neurologiczne, takie same, jak siedem lat temu, gdy nastąpiło to załamanie inteligencji.

Marsha nie odpowiedziała.
Niepokój dotyczący rozwoju osobowości syna to jedno, lecz zaniepokojenie ogólnym stanem 

zdrowia to coś zupełnie innego.

Już sama propozycja takiego badania zaszokowała ją, podobnie jak wzmianka o problemach 

z inteligencją.

– Pamiętasz, jak nagle spadł mu iloraz inteligencji, gdy miał trzy i pół roku? – spytał.
– Oczywiście, że pamiętam – odrzekła.
Uważnie patrzyła na męża.
Dlaczego jej to mówi?
Przecież wie, że to tylko spotęguje jej niepokój.
– Chcę przeprowadzić te badania jeszcze raz – powtórzył Victor.
– Coś przede mną ukrywasz – powiedziała niespokojnie.
– O co chodzi?
Czy coś mu jest?
– Nie! – odrzekł Victor.
– Wszystko jest w porządku, już przecież mówiłem.
Po prostu chcę mieć pewność, a gdy powtórzymy te badania, będę ją miał.
To wszystko.
– Ale dlaczego właśnie teraz? – dopytywała się.
– Powiedziałem ci, dlaczego – odrzekł ze złością.
– Chcesz, żebym zgodziła się na poddanie naszego syna pełnym badaniom neurologicznym, 

nie podając mi przyczyn? – spytała.

– Nie zgadzam się!
Nie  pozwolę,  żeby  chłopcu  robili  te  wszystkie  rentgeny  i tak  dalej,  jeśli  mi  nie  wyjaśnisz 

powodów.

– Do cholery, Marsha! – rzekł Victor, zaciskając zęby.
– Sam idź do cholery – odcięła się.
– Coś przede mną ukrywasz, Victorze, i nie podoba mi się to.
Jeśli mi nie powiesz, o co ci chodzi, Victor Junior nie będzie miał żadnych badań, bo ja też 

mam w tej sprawie coś do powiedzenia.

Więc albo mi powiesz, po co to wszystko, albo kończymy tę rozmowę.
Oparła się o poręcz krzesła, głęboko wciągnęła powietrze i na chwilę wstrzymała oddech.
Victor patrzył na nią wyraźnie poirytowany, lecz była w niej taka siła, że skruszał.
Postawiła sprawę jasno i z doświadczenia wiedział, że tak łatwo nie zmienia zdania.

background image

Po sześćdziesięciu sekundach milczenia w jego spojrzeniu pojawiła się rezygnacja.
Wreszcie przeniósł wzrok na swoje ręce.
Stojący zegar w salonie wybił godzinę ósmą.
– Dobrze – powiedział w końcu wyczerpany.
– Wszystko ci powiem.
Oparł się o krzesło i przejechał palcami po włosach.
Przez  sekundę  patrzył  żonie  prosto  w oczy,  potem  spojrzał  na  sufit,  jak  mały  chłopiec 

przyłapany na gorącym uczynku.

Marsha  czuła,  jak  narasta  w niej  zniecierpliwienie  i strach  przed  tym,  co  miała  za  chwilę 

usłyszeć.

– Problem polega na tym, że nie wiem, od czego zacząć – powiedział Victor.
– Może zaczniesz od początku – zasugerowała Marsha, nie skrywając rozdrażnienia.
Ich oczy spotkały się.
Ponad dziesięć lat zachowywał w tajemnicy sekret związany z poczęciem Victora Juniora.
Patrząc  na  jej  otwartą,  uczciwą  twarz,  zastanawiał  się,  czy  gdy  już  pozna  prawdę, 

kiedykolwiek mu wybaczy.

– No, proszę – rzekła.
– Dlaczego po prostu mi nie powiesz?
Victor przymknął powieki.
– – Z wielu powodów – odrzekł.
– Na przykład dlatego, że możesz mi nie uwierzyć.
Właściwie, żebym mógł ci to wyjaśnić, musiałabyś pojechać do laboratorium.
– W tej chwili? – spytała.
– Czy mówisz poważnie?
– Jeśli chcesz wiedzieć.
Zapadła chwila ciszy.
Kissy zaskoczyła Marshę, wskakując jej nagle na kolana.
Zapomniała ją nakarmić.
– Dobrze – powiedziała.
– Nakarmię tylko kota i coś powiem Victorowi Juniorowi.
Mogę jechać za piętnaście minut.
Victor Junior usłyszał w korytarzu kroki zbliżające się do jego sypialni.
Bez pośpiechu zamknął okładkę klasera i wcisnął go na półkę.
Rodzice nie znają się na znaczkach, toteż i tak by nie wiedzieli, na co patrzą.
Po co jednak ryzykować?
Nie chciał, żeby odkryli, jak duży i cenny stał się jego zbiór.

background image

Gdy  poprosił  o skrytkę  w banku,  uznali  to  jedynie  za  dziecięcy  kaprys  i Victor  Junior  nie 

widział powodu, by zmieniać ich zdanie.

– Co robisz, kochanie? – spytała Marsha, stając w drzwiach.
Victor Junior zacisnął usta.
– Właściwie nic.
Wiedział, że jest zdenerwowana, ale nic nie mógł na to poradzić.
Już  w czasach  wczesnego  dzieciństwa  uświadamiał  sobie,  że  matka  czegoś  od  niego  chce, 

czegoś, co inne matki od swych dzieci dostają, lecz on nie potrafi jej tego dać.

Czasami, jak w tej chwili, było mu przykro.
– Nie zaprosiłbyś w tym tygodniu Richiego? – pytała matka.
– Może.
– To bardzo dobrze – rzekła.
– Chciałabym go poznać.
Victor Junior skinął głową.
Marsha uśmiechnęła się, przestąpiła z nogi na nogę.
– Wychodzimy z tatą na chwilę.
Dobrze?
– Oczywiście.
– Niedługo wrócimy.
– Dam sobie radę.
Pięć  minut  później  Victor  Junior  patrzył  przez  okno  swego  pokoju  na  oddalający  się 

samochód Victora.

Nie od razu odszedł od okna.
Zastanawiał się, czy ma powody do niepokoju.
Ale czy jest coś niezwykłego w tym, że rodzice w zwykły wieczór gdzieś wyjeżdżają?
Wzruszył ramionami.
Jeśli jest się czym przejmować, i tak wkrótce się o tym dowie.
Odwrócił  się  od  okna,  podszedł  do  półki,  wyciągnął  klaser  i zabrał  się  z powrotem  do 

układania serii nie stemplowanych starych amerykańskich znaczków, które niedawno pozyskał.

Telefon dzwonił już od jakiegoś czasu, zanim go wreszcie usłyszał.
W końcu, przypominając sobie, że rodzice wyszli, wstał i przeszedł korytarzem do gabinetu.
Podniósł słuchawkę i powiedział: – Halo.
– Proszę z doktorem Frankiem – powiedział jakiś głos.
Był przytłumiony, jak gdyby rozmówca nie mówił prosto do słuchawki.
– Doktora Franka nie ma w domu – rzekł Victor Junior uprzejmie.
– Czy mam coś przekazać?

background image

– Kiedy wróci doktor Frank?
– Mniej więcej za godzinę.
– Czy mówię z synem?
– Tak.
– Być może odniesie to lepszy skutek, jeśli ty przekażesz mu tę wiadomość.
Powiedz  ojcu,  że  będzie  miał  coraz  więcej  nieprzyjemności,  jeśli  się  nie  zastanowi  i nie 

zachowa rozsądnie.

Rozumiesz?
– Kto mówi? – spytał Victor Junior.
– Po prostu przekaż ojcu, co mówiłem.
On już będzie wiedział.
– Ale kto mówi? – powtórzył Victor Junior, po raz pierwszy czując strach.
Połączenie zostało przerwane.
Victor Junior powoli odłożył słuchawkę.
Nagle przeszyła go świadomość, że jest w domu zupełnie sam.
Przez chwilę stał, nasłuchując.
Nigdy  wcześniej  nie  zdawał  sobie  sprawy  z tych  wszystkich  szmerów  rozlegających  się 

w pustym domu.

W kącie cichutko syczał kaloryfer.
Skądś dobiegł go głuchy, metaliczny odgłos, zapewne jakaś rura od centralnego.
Na dworze wiatr ciskał śniegiem o okno.
Victor Junior podniósł słuchawkę i wykręcił numer.
Gdy w słuchawce odezwał się męski głos, Victor Junior powiedział, że się boi.
Usłyszawszy zapewnienie, że wszystko zostanie sprawdzone, chłopiec odłożył słuchawkę.
Uspokoił się trochę, lecz na wszelki wypadek zbiegł na dół i dokładnie sprawdził każde okno 

i wszystkie drzwi, by upewnić się, czy są dobrze zamknięte.

Do piwnicy nie zszedł, zaryglował jednak drzwi.
Gdy wrócił do pokoju, włączył komputer.
Zapragnął, żeby Kissy znalazła się w jego pokoju, ale nie zadał sobie trudu, by jej poszukać.
Wiedział, że kotka się go boi, choć starał się, by matka tego nie zauważyła.
Tyle rzeczy musiał przed matką ukrywać.
Nie było to łatwe.
Ale też to nie on zdecydował o tym, jaki jest.
Włączył komputer, wszedł do Pacmana i spróbował się skoncentrować.

* * *

background image

Świetlówki zamrugały, potem wypełniły pokój zimnym światłem.
Victor odstąpił na bok i wpuścił Marshę przodem.
Była w laboratorium już kilkakrotnie, lecz zawsze w dzień.
Zdumiało  ją  więc,  jak  groźnie  to  miejsce  wygląda  wieczorem,  gdy  nie  ma  ludzi,  którzy 

złagodziliby jego sterylny wygląd.

Pokój miał piętnaście metrów na dziesięć, wzdłuż ścian umieszczono blaty i wyciągi.
Na środku była duża wysepka wypełniona sprzętem laboratoryjnym, a każde urządzenie było 

jeszcze dziwniejsze niż poprzednie.

Pełno  tam  było  pokręteł,  oscyloskopów,  komputerów,  szklanych  rurek,  a do  tego  cała 

plątanina elektronicznych połączeń.

W sali głównej było kilkoro drzwi.
Victor  otworzył  jedne  z nich  i wprowadził  Marshę  do  pomieszczenia  w kształcie  litery  L, 

zapełnionego stołami do sekcji.

Spojrzała na skalpele oraz inne narzędzia tortur i wstrząsnęła się.
Za tym pomieszczeniem, za drzwiami ze zbrojonego szkła znajdowała się zwierzętarnia.
Ze swego miejsca widziała psy i małpy poruszające się za kratami swych klatek.
Odwróciła wzrok.
O tej części badań wolała nie myśleć.
– Tędy – rzekł  Victor,  kierując  ją  do  samego  końca  litery  L,  gdzie zamiast  muru widniało 

przezroczyste szkło.

Nacisnął włącznik i za szkłem rozbłysło światło.
Zaskoczona  spojrzała  na  duże  akwaria;  każde  zawierało  dziesiątki  dziwnych  zwierząt 

morskich.

Przypominały ślimaki pozbawione skorup.
Victor przesunął składaną drabinę.
Zlustrował kilka akwariów, z jednego ze stołów wziął tackę i wszedł na drabinę.
Z dwóch zbiorników wyłowił siatką dwa stworzenia.
– Czy  to  konieczne?  – spytała  Marsha,  zastanawiając  się,  co  te  odrażające  stwory  mają 

wspólnego z troską Victora o zdrowie syna.

Victor nie odpowiedział.
Zszedł z drabiny, balansując tacką.
Marsha uważnie przyjrzała się tym istotom.
Miały  około  dwudziestu  pięciu  centymetrów  długości,  brązowawą  barwę,  śliską, 

galaretowatą skórę.

Poczuła mdłości.

background image

Nie cierpiała czegoś takiego.
To  był  jeden  z powodów,  dla  których  wybrała  psychiatrię:  terapia  była  czysta,  schludna 

i bardzo ludzka.

– Victor!  – zawołała,  patrząc,  jak  mąż  przyszpila  stworzenia  do  wyłożonej  woskiem  tacki 

i rozkłada na boki płetwy czy coś do płetw podobnego.

– Dlaczego nie możesz po prostu mi tego powiedzieć?
– Bo nie uwierzyłabyś mi – odrzekł Victor.
– Jeszcze trochę cierpliwości.
Ujął skalpel o nowym, ostrym jak brzytwa ostrzu.
Marsha odwróciła głowę, podczas gdy on szybko przeciął powłoki brzuszne obu zwierzątek.
– To  są  aplazje  – wyjaśnił,  usiłując  pokryć  zdenerwowanie  chłodnym  podejściem 

naukowym.

– Wykorzystuje się je powszechnie do badań komórek nerwowych.
– Ujął nożyczki i ciął dalej szybkimi, fachowymi ruchami.
– Już – powiedział.
– Z każdej aplazji usunąłem brzuszny zwój nerwowy.
Marsha spojrzała.
Victor trzymał w ręce małe, płaskie naczynie wypełnione przezroczystym płynem.
Na powierzchni pływały dwa malutkie kawałki tkanki.
– Teraz chodź do mikroskopu – powiedział.
– A co z tymi biedaczkami? – spytała, zmuszając się do spojrzenia na tackę.
Zwierzątka sprawiały wrażenie, że walczą ze szpilkami przytwierdzającymi je do dna tacki.
– Rano sprzątnie to obsługa – odrzekł, nie zrozumiawszy jej.
Zapalił światło mikroskopowe.
Rzucając  ostatnie  spojrzenie  na  aplazje,  Marsha  podeszła  do  Victora,  który  już  krzątał  się 

przy mikroskopie i ustawiał ostrość.

Pochyliła się nad obiektywem.
Zwoje  miały  kształt  litery  H o spuchniętej  poprzeczce,  przypominającej  przezroczystą 

torebkę pełną szklanych kulek.

Nogi litery H to niewątpliwie włókna nerwowe w przekroju.
Victor przesuwał pałeczką, nakazując żonie liczyć komórki nerwowe czy neurony, które po 

kolei wskazywał.

Marsha policzyła.
– Dobrze – powiedział Victor.
– Popatrzmy na następny zwój.
W polu widzenia coś zamigotało, potem obraz ustalił się.

background image

Znowu litera H, jak poprzednio.
– Policz jeszcze raz – poprosił Victor.
– Tu jest dwa razy tyle neuronów co poprzednio.
– Znakomicie! – rzekł Victor, wyprostowując się i wstając.
Zaczął spacerować po pokoju.
Na jego twarzy pojawił się dziwny wyraz podniecenia i Marsha poczuła lekki strach.
– Liczbą  komórek  nerwowych  normalnej  aplazji  zainteresowałem  się  jakieś  dwanaście  lat 

temu.

Wtedy  wiedziałem,  jak  wszyscy,  że  komórki  nerwowe  ulegają  podziałowi  i zróżnicowaniu 

we wczesnym stadium okresu embrionalnego.

Ponieważ  aplazja  jest  znacznie  mniej  skomplikowana  niż  zwierzęta  wyższe,  udało  mi  się 

wyizolować białko NGF, kierujące procesem wzrostu komórek nerwowych.

Nadążasz za mną?
– Victor przestał krążyć i spojrzał wprost na żonę.
– Tak – odrzekła, przyglądając się uważnie mężowi.
Zmieniał się w oczach.
Pojawiło się w nim coś niepokojąco mesjanistycznego.
Nagle  poczuła  mdłości,  bo  ogarnęło  ją  straszne  podejrzenie,  że  wie,  dokąd  ten  pozornie 

oderwany od ich poprzedniej rozmowy wykład zmierza.

Victor znowu zaczął chodzić tam i z powrotem.
Narastało w nim podniecenie.
– Dzięki metodom inżynierii genetycznej otrzymałem gen kodujący to białko.
A  potem,  wyobraź  sobie...  – znowu  przystanął  na  wprost  Marshy  i oczy  mu  zabłysły  –

wziąłem  zapłodnioną  komórkę  jajową,  czyli  zygotę,  i w jej  materiale  genetycznym  umieściłem 
syntetyczny gen NGF wraz z promotorem.

Rezultat?
– Więcej zwojów nerwowych – odpowiedziała Marsha.
– Oczywiście – rzekł podekscytowany.
– A także, co równie ważne, zdolność przekazania tej cechy potomstwu.
A teraz chodź do sali głównej.
Podał jej rękę i pomógł wstać.
Bezwolnie  podeszła  za  nim  do  podświetlonej  szyby,  na  której  umieścił  kilka  dużych 

przezroczy mikroskopijnych przekrojów szczurzych mózgów.

Nie  musiała  liczyć,  żeby  wiedzieć,  iż  na  jednym  zdjęciu  jest  znacznie  więcej  komórek 

nerwowych niż na drugim.

Nadal nie mogąc wydusić słowa, pozwoliła mu zaprowadzić się do zwierzętarni.

background image

W drzwiach Victor włożył grube skórzane rękawiczki.
Starała się nie oddychać.
Pachniało tam jak w zapuszczonym ogrodzie zoologicznym.
Patrzyła na setki klatek mieszczących małpy, psy, koty i szczury.
Zatrzymali się przy szczurach.
Wzdrygnęła  się  na  widok  niezliczonych  węszących  różowych  nosków  i nagich  różowych 

ogonków.

Victor stanął przy jednej z klatek i otworzył drzwiczki.
Włożył dłoń do środka i wyciągnął dużego szczura, który począł gryźć chronione rękawiczką 

palce.

– Spokojnie, Charlie! – powiedział Victor.
Podszedł  z nim  do  stołu  ze  szklanym  blatem,  uniósł  szybę  i wpuścił  zwierzę  do 

miniaturowego labiryntu.

Szczur stał w boksie tuż przed bramą wejściową.
– Teraz patrz! – rzekł Victor, unosząc bramę do góry.
Gryzoń przez chwilę stał nieruchomo, potem wszedł do labiryntu.
Po  kilku  zaledwie  błędnych  skrętach  zwierzątko  odnalazło  wyjście  i uzyskało  należną 

nagrodę.

– Szybki, nie? – rzekł z uśmiechem pełnym zadowolenia.
– To jest jeden z moich „mądrych” szczurów.
One właśnie otrzymały ten gen.
Teraz patrz dalej.
Victor  pomanipulował  trochę  przy  labiryncie,  tak  by  szczur  wrócił  w pobliże  startu,  do 

boksu, z którego nie było wejścia do labiryntu.

Potem poszedł do zwierzętarni po drugiego szczura.
Wrzucił go pod szkło tak, że jedno zwierzę od drugiego oddzielała tylko druciana siatka.
Po chwili otworzył bramkę i drugi szczur pokonał labirynt bezbłędnie.
– Wiesz, czego byłaś świadkiem? – spytał.
Marsha potrząsnęła głową.
– One się porozumiały – wyjaśnił.
– Zdołałem tak je wytresować, by wyjaśniły sobie zagadkę labiryntu.
To jest niewiarygodne.
– Rzeczywiście – odrzekła, nie w pełni podzielając jego entuzjazm.
– Przebadałem ową „proliferację neuronową” na setkach szczurów – kontynuował.
Niepewnie skinęła głową.
– Na pięćdziesięciu psach, sześciu krowach i jednej owcy – mówił dalej.

background image

– Nie odważyłem się przebadać małp.
Bałem się sukcesu.
Ciągle miałem przed oczami ten stary film o planecie małp.
– Roześmiał się, a jego śmiech odbił się głuchym echem o ściany zwierzętarni.
Marsha nie śmiała się.
Przebiegł ją dreszcz.
– Co właściwie chcesz mi uświadomić? – spytała, choć wyobraźnia zaczęła już jej podsuwać 

niepokojące odpowiedzi.

Victor nie potrafił spojrzeć jej w oczy.
– Powiedz mi, proszę! – krzyknęła niemal ze łzami w oczach.
– Próbuję tylko wyjaśnić ci to, co robiłem, żebyś rozumiała – powiedział, wiedząc, że nigdy 

tego nie zrozumie.

– Uwierz mi, że tego, co się potem stało, nie planowałem.
Właśnie skończyłem te udane próby z owcą, gdy zaczęłaś mówić o drugim dziecku.
Pamiętasz, gdy postanowiliśmy pójść do Fertility Inc.?
Marsha kiwnęła głową, po policzkach spływały jej łzy.
– No cóż, dostarczyłaś im wspaniałego plonu komórek jajowych.
Aż osiem.
Poczuła, że się chwieje.
Dla utrzymania równowagi złapała krawędź stołu z labiryntem.
– Zapłodnienia in vitro dokonałem osobiście moim nasieniem – mówił dalej.
– O tym wiedziałaś.
Nie powiedziałem ci jednak tego, że te zapłodnione komórki jajowe przyniosłem do mojego 

laboratorium.

Marsha puściła stół i chwiejnym krokiem przeszła do jednej z ławek.
O mało nie zemdlała.
Ciężko opadła na ławkę.
Zdawało się jej, że nie będzie w stanie wysłuchać opowieści Victora do końca.
Uświadomiła  jednak  sobie,  że  skoro  już  raz  zaczął  o tym  mówić,  powie  jej  wszystko  bez 

względu na to, czy będzie chciała słuchać, czy nie.

On  zaś  sprawiał  wrażenie  człowieka,  który  myśli,  że  może  zminimalizować  ogrom  swego 

grzechu, jeśli ograniczy się do czysto naukowego opisu.

Czy to jest ten sam człowiek, którego poślubiła?
– Gdy miałem już te zygoty w laboratorium – powiedział – wybrałem niekodującą sekwencję 

DNA  na  chromosomie  szóstym i za  pomocą  techniki  mikroiniekcji,  używając  retrowirusowego 
wektora, wprowadziłem w ten rejon DNA wszystkich zygot syntetyczny gen NGF.

background image

Gen ten  znajdował  się pod  kontrolą  kilku  promotorów,  w tym jednego bakteryjnego,  który 

umożliwiał  indukcję  transkrypcji  genu  NGF  za  pomocą  antybiotyku  z grupy  cefalosporyn, 
zwanego cefaloklorem.

– Na chwilę przerwał, lecz nie spojrzał na żonę.
– Dlatego właśnie nalegałem,  żeby Mary Millman brała cefaloklor  od drugiego  do ósmego 

tygodnia ciąży.

To  właśnie  on  uaktywniał  wprowadzony  gen,  w wyniku  czego  powstał  czynnik  wzrostu 

komórek nerwowych.

– W końcu jednak podniósł głowę.
– Bóg mi świadkiem, że gdy się do tego zabierałem, wyglądało to na dobry pomysł.
Potem jednak zrozumiałem, że popełniłem błąd.
Byłem przerażony do czasu urodzin Victora Juniora.
Marshę nagle ogarnęła wściekłość.
Skoczyła na równe nogi i zaczęła walić Victora pięściami.
Nie  próbował  się  bronić,  stał  i czekał,  aż  wreszcie  ręce  jej  opadły  i stała  przed  nim,  cicho 

płacząc.

Chciał ją objąć, ale nie pozwoliła się dotknąć.
Wyszła do głównego laboratorium i usiadła.
Victor poszedł za nią, lecz nie chciała nawet na niego spojrzeć.
– Przepraszam – odezwał się.
– Uwierz mi, że nigdy bym tego nie zrobił, gdybym nie był pewien, że się uda.
Nie było ani jednego problemu z żadnym zwierzęciem.
A poza tym tak strasznie nęciła mnie myśl posiadania superinteligentnego dziecka...
Nie dokończył.
– Nie potrafię uwierzyć, że mogłeś zrobić coś tak strasznego – załkała.
– Uczeni  przeprowadzają  doświadczenia  na  sobie  samych  już  od  dawna  – powiedział, 

wiedząc, że wcale go to nie tłumaczy.

– Na sobie! – zawołała.
– Ale nie na niewinnych dzieciach.
Szlochała, nie panując nad sobą.
Mimo głębokiego poruszenia poczuła znowu strach.
Postanowiła się opanować.
Victor dokonał rzeczy przerażającej.
Ale co się stało, to się nie odstanie.
Nic na to nie może poradzić.
Teraz trzeba stawić czoło rzeczywistości.

background image

Myślami pobiegła do Victora Juniora, dziecka, które bardzo kochała.

* * *

– Dobrze – powiedziała, z trudem przełykając łzy.
– Teraz już wiem wszystko.
Ale nie powiedziałeś mi, dlaczego chcesz go poddać następnym badaniom.
Czego się boisz?
Sądzisz, że znowu nastąpił spadek poziomu inteligencji?
Gdy zadawała mu to pytanie, przypomniała sobie wydarzenie sprzed sześciu i pół roku.
Wtedy mieszkali jeszcze w małym wiejskim domu, a David oraz Janice żyli i byli zdrowi.
Był to szczęśliwy okres w ich życiu, kiedy to wszyscy byli pełni podziwu dla niewiarygodnej 

inteligencji Victora Juniora.

W  wieku  trzech  lat  potrafił  już  czytać  książki  na  każdy  temat  i niemal  wszystko 

zapamiętywał.

Jego iloraz inteligencji oceniała wówczas na mniej więcej dwieście pięćdziesiąt punktów.
Aż pewnego dnia wszystko się zmieniło.
Poszła  do  Chimery,  żeby  odebrać  Victora  Juniora  ze  świetlicy,  gdzie  zawożono  go  po 

porannych zajęciach w przedszkolu Crockera.

Gdy ujrzała twarz dyrektorki, wiedziała, że coś się stało.
Pauline  Spaulding  była  wspaniałą  czterdziestodwuletnią  kobietą,  dawną  nauczycielką 

w szkołach  podstawowych  oraz  instruktorką  aerobiku,  która  odnalazła  swe  powołanie 
w prowadzeniu całodziennej świetlicy.

Kochała  swą  pracę  i kochała  dzieci,  które  za  jej  bezgraniczne  oddanie  odpłacały 

uwielbieniem.

Tego dnia jednak wyglądała na zdenerwowaną.
– Coś  niedobrego  stało  się  z Victorem  Juniorem  – powiedziała,  od  razu  przystępując  do 

rzeczy.

– Zachorował?
Gdzie jest?
– Tutaj – odrzekła Pauline.
– Nie zachorował.
Ze zdrowiem wszystko w porządku.
To coś innego.
– Co?! – wykrzyknęła Marsha.
– Zaczęło się zaraz po obiedzie – powiedziała Pauline.

background image

– Gdy  dzieci  idą  leżakować,  Victor  Junior  zazwyczaj  biegnie  do  pracowni  i gra  w szachy 

z komputerem.

Robi to już od jakiegoś czasu.
– Wiem o tym – rzekła Marsha.
Zgodziła  się,  żeby  Victor  Junior  nie  leżakował,  gdy  jej  wyjaśnił,  że  nie  musi  odpoczywać 

i nie cierpi marnować czasu.

– W pracowni nikogo wtedy nie było – mówiła Pauline.
– Nagle usłyszeliśmy jakiś huk.
Gdy wbiegłam do sali, Victor Junior walił krzesłem w komputer.
– Niemożliwe! – wykrzyknęła Marsha.
Napady wściekłości nie należały do repertuaru zachowań Victora Juniora.
– Czy on to jakoś wytłumaczył?
– On płakał, pani doktor.
– Victor Junior?
Płakał? – spytała ze zdumieniem Marsha.
Victor Junior jeszcze nigdy nie płakał.
– Płakał jak normalne trzyipółletnie dziecko – rzekła Pauline.
– Co pani chce przez to powiedzieć?
– Victor  Junior  najwyraźniej  walił  w komputer  dlatego,  że  nagle  przestał  wiedzieć,  jak  się 

nim posługiwać.

– To nonsens – stwierdziła Marsha.
Victor Junior już od roku zajmował się w domu komputerem.
– Coś jeszcze – dodała Pauline.
– Żeby go uspokoić, dałam mu książkę o dinozaurach, którą ostatnio czytał.
Podarł ją.
Marsha wbiegła do pracowni.
Było tam tylko troje dzieci.
Victor  Junior  siedział  przy  stole,  kolorując  obrazki  w książce  do  malowania,  zupełnie  jak 

wszystkie przedszkolaki.

Na widok matki rzucił kredkę i padł jej w ramiona.
Zaczął znowu płakać, mówiąc, że boli go głowa.
Marsha przytuliła go.
– Podobno podarłeś swoją książkę o dinozaurach?
– Tak – powiedział, odwracając wzrok.
– Ale dlaczego?
Victor Junior spojrzał na matkę i odrzekł: – Bo już nie umiem czytać.

background image

Przez następne kilka dni Victor Junior przechodził pełne badania neurologiczne.
Wyniki  były  negatywne,  lecz  gdy  Marsha  powtórzyła  serię  testów  na  inteligencję,  którym 

chłopiec został poddany w poprzednim roku, wyniki były szokująco odmienne.

Iloraz spadł do stu trzydziestu punktów.
Wciąż był to wskaźnik wysoki, lecz z pewnością za niski jak na geniusza.
Victor przywołał ją do teraźniejszości, przysięgając, że nic się nie stało z inteligencją Victora 

Juniora.

– Po co więc badania? – ponowiła pytanie.
– Myślę...
Myślę, że to by nie zaszkodziło – wydukał Victor.
– Jestem  twoją  żoną  od  szesnastu  lat  – powiedziała  po  chwili  milczenia  – i wiem,  że  nie 

mówisz mi prawdy.

Trudno jej było uwierzyć, że mogłaby odkryć coś jeszcze gorszego od tego, co przed chwilą 

usłyszała.

Victor przeciągnął palcami po włosach.
– To z powodu tego, co stało się z dziećmi Hobbsów i Murrayów.
– Nie znam ich.
– William Hobbs i Horace Murray pracują u nas – odparł Victor.
– Tylko mi nie mów, że z ich dzieci też zrobiłeś chimery.
– Gorzej!
– Victor nic już nie taił.
– U obu tych małżeństw występowała prawdziwa bezpłodność.
Potrzebowali dawcy gamet.
A ponieważ ja zamroziłem pozostałe siedem naszych zygot i ponieważ te małżeństwa mogły 

stworzyć dzieciom wyjątkowo dobre warunki, wykorzystałem dwie nasze zygoty.

– Czy  to  znaczy,  że  te  dzieci  są  genetycznie  moje?  – spytała  Marsha  z rosnącym 

niedowierzaniem.

– Nasze – poprawił Victor.
– O Boże! – powiedziała, wstrząśnięta nowym odkryciem.
Przez chwilę nie czuła zupełnie nic.
– Niczym się to nie różni od dania nasienia czy komórki jajowej – rzekł Victor.
– To było tylko bardziej skuteczne, ponieważ komórki te już się połączyły.
– Dla ciebie to może żadna różnica – powiedziała.
– Zwłaszcza jeśli zważyć, co zrobiłeś z Victorem Juniorem.
Ale dla mnie to jest różnica.
Ja po prostu nie mogę sobie wyobrazić, by kto inny wychowywał moje dzieci.

background image

A co się stało z resztą zarodków?
Gdzie one są?
– Tutaj – odpowiedział.
– Zamrożone w ciekłym azocie.
Chcesz zobaczyć?
Potrząsnęła głową.
Była wstrząśnięta.
Jako  lekarz,  wiedziała,  że  taka  technika  istnieje,  ale  jeśli  nawet  czasem  o tym  myślała,  to 

jedynie w kategoriach abstrakcyjnych.

Nigdy nie przypuszczała, że sprawa ta może dotyczyć jej osobiście.
– Nie chciałem ci mówić wszystkiego naraz – powiedział Victor.
– No ale teraz już wiesz: znasz już całą historię.
Chcę,  żeby  Victor  Junior  przeszedł  pełne  badania  neurologiczne,  by  mieć  pewność,  iż  jest 

zdrowy.

– Dlaczego? – spytała z goryczą.
– Czy tym dzieciom coś się stało?
– Zachorowały.
– Jak to: zachorowały? – ponowiła pytanie.
– I na co?
– Zachorowały poważnie – odpowiedział.
– Zmarły na ostre obrzmienie mózgu.
Nikt jeszcze nie wie, dlaczego.
Poczuła zawrót głowy.
Tym razem musiała oprzeć głowę na stole, żeby nie zemdleć.
Ilekroć  usiłowała  się  opanować,  tylekroć  Victor  odkrywał  przed  nią  następną,  potworną 

tajemnicę.

– Czy to stało się nagle? – spytała, podnosząc na niego wzrok.
– Czy chorowały przez dłuższy czas?
– Nagle – przyznał.
– Ile miały lat?
– Około trzech.
Nagle ożyła jedna z drukarek komputerowych i wściekle wystukała masę danych.
Potem włączyła się lodówka, wydając z siebie cichy szum i wibracje.
Marshy wydało się, że laboratorium rządzi się samo, że ludzie nie są tu potrzebni.
– Czy te dzieci, które umarły, otrzymały ten sam gen co Victor Junior? – zapytała.
Victor skinął głową – I miały tyle lat co Victor Junior, gdy miał kryzys inteligencji?

background image

– Ciepło! – powiedział Victor.
– Dlatego właśnie chcę przeprowadzić pełne badania.
Chcę być pewien, czy nie szykuje się jakiś nowy problem.
Choć skądinąd jestem pewien, że jest zdrowy.
Gdyby nie dzieci Hobbsów i Murrayów, nawet nie pomyślałbym o tym badaniu.
Uwierz mi.
Gdyby była w stanie, roześmiałaby się.
Jej mąż przed chwilą właśnie zniszczył jej życie, a teraz prosi, żeby mu ufała.
Nie była w stanie pojąć, jak mógł eksperymentować ze swoim własnym dzieckiem.
Ale tego nie można już było odwrócić.
Musiała zająć się teraźniejszością.
– Czy uważasz, że to, co się stało z tymi dziećmi, może przydarzyć się Victorowi Juniorowi? 

– spytała z wahaniem.

– Wątpię.
Zwłaszcza że różnica wieku wynosi siedem lat.
Można domniemywać, że Victor Junior przeszedł ten kryzys wtedy, gdy nastąpił spadek jego 

inteligencji.

Być  może  choroba,  która  wystąpiła  u tych  dzieci,  była  spowodowana  tym,  że  ich  zygoty 

pozostawały przez dłuższy czas w stanie zamrożenia.

– Przerwał, spojrzawszy na twarz żony.
Nie interesowała jej naukowa strona tej tragedii.
– A jak wyjaśnisz spadek inteligencji u Victora Juniora? – spytała.
– Czy mogła to spowodować ta sama przyczyna w jakiejś słabszej formie, skoro wtedy miał 

mniej więcej tyle samo lat?

– Możliwe – odrzekł Victor – ale tego nie wiem.
Marsha  powoli  potoczyła  wzrokiem  po  laboratorium,  postrzegając  nagle  całe  to 

futurystyczne wyposażenie w innym świetle.

Badania dostarczały nadziei na możliwość wyleczenia niektórych chorób w przyszłości, był 

w nich jednak inny, daleko bardziej niepokojący aspekt.

– Chcę stąd wyjść! – zawołała nagle, zrywając się na równe nogi.
Wstała  tak  gwałtownie,  że  krzesło,  na  którym  siedziała,  poleciało  na  środek  pokoju 

i uderzyło w chłodziarkę zawierającą zamrożone zygoty.

Victor podniósł krzesło i postawił je przy blacie.
Marsha była już za progiem.
Victor pospiesznie zamknął laboratorium i podążył jej śladem.
Drzwi windy prawie się już domykały, gdy wsunął się do kabiny.

background image

Odsunęła się od niego, zraniona, wstrząśnięta i zła.
Przede wszystkim jednak martwiła się.
Chciała wrócić do domu, do Victora Juniora.
Wyszli z budynku w milczeniu.
Victor był na tyle rozważny, że nie próbował skłonić jej do mówienia.
Padał lepki śnieg, musieli więc iść ostrożnie, by się nie pośliznąć.
Czuła, że przy wsiadaniu do samochodu Victor przypatruje się jej uważnie.
Nie powiedziała jednak ani słowa.
Odezwała się dopiero, gdy przejechali przez Merrimack.
– Wydawało  mi  się,  że  przeprowadzanie  eksperymentów  na  ludzkich  embrionach  jest 

zabronione przez prawo.

Wiedziała, że przestępstwo popełnione przez Victora jest w istocie wykroczeniem moralnym, 

w tej chwili jednak nie potrafiła stawić czoła całej prawdzie.

– Przepisy nigdy nie były jednoznaczne – odrzekł Victor, zadowolony, że nie musi zmagać 

się ze stroną etyczną tego zagadnienia.

– W Dzienniku  Ustaw  zamieszczono  rozporządzenie  zakazujące  przeprowadzania  takich 

eksperymentów, ale dotyczy ono jedynie instytucji utrzymujących się z funduszy rządowych.

Nie obejmuje to firm prywatnych w rodzaju Chimery.
– Nie rozwijał tego tematu.
Wiedział, że jego poczynań nie da się obronić.
Przez chwilę jechali w milczeniu, a potem dodał: – Nie mówiłem ci o tym wcześniej dlatego, 

że nie chciałem, byś jakoś inaczej traktowała Victora Juniora.

Marsha  spojrzała  z ukosa  na  męża  i obserwowała  grę  świateł  na  jego  twarzy,  wywołaną 

blaskiem reflektorów przejeżdżających samochodów.

– Nie powiedziałeś mi, bo wiedziałeś, że zrobiłeś rzecz straszną – oświadczyła beznamiętnie.
Gdy skręcili w Windsor Street, powiedział: – Chyba masz rację.
Chyba naprawdę czułem się winny.
Zanim Victor Junior się urodził, myślałem, że załamię się nerwowo.
A potem przyszedł ten spadek inteligencji i znowu byłem kompletnie rozbity.
Dopiero w ciągu ostatnich pięciu lat mogłem trochę odetchnąć.
– Po cóż więc wykorzystałeś następne zarodki?
– Wtedy eksperyment wyglądał na wielki sukces – odpowiedział.
– No i dlatego, że te dwie rodziny miały wyjątkowe warunki, żeby mieć wyjątkowe dziecko.
Ale nie powinienem był tego robić.
Teraz już wiem.
– Jesteś o tym przekonany?

background image

– Na Boga, tak!
Gdy  skręcali  na  podjazd  wiodący  do  domu,  po  raz  pierwszy  od  chwili,  gdy  pokazał  jej 

szczury, Marsha poczuła, że może któregoś dnia będzie w stanie mu wybaczyć.

I być może – jeśli ze zdrowiem Victora Juniora naprawdę wszystko będzie w porządku, a jej 

zatroskanie jego rozwojem okaże się bezpodstawne – będą mogli żyć dalej jako rodzina.

Za dużo jest tych Jeśli”.
Marsha zamknęła oczy i modliła się.
Straciła już jedno dziecko i prosiła Boga, żeby oszczędził drugie.
Wydawało jej się, że następnego ciosu nie potrafiłaby przeżyć.

* * *

W sypialni syna dalej paliło się światło.
Każdego wieczoru zaszywał się u siebie i czytał albo studiował.
Mimo że zawsze pełen rezerwy, właściwie był dobrym dzieckiem.
Victor nacisnął przycisk w samochodzie i drzwi garażu podniosły się automatycznie.
Gdy samochód stanął, Marsha szybko ruszyła do domu, by sprawdzić, czy chłopcu nic się nie 

stało.

Nie czekając na Victora, swoim kluczem otwarła tylne drzwi.
Ale gdy je pchnęła, ani drgnęły.
Nadszedł Victor i ponowił próbę.
– Zamknięte na zasuwę – wyjaśnił.
– Musiał je zamknąć po naszym wyjeździe.
– Zaczęła walić pięścią.
W garażu słychać było głuchy odgłos, ale Victor Junior nie reagował.
– Myślisz, że nic mu się nie stało? – spytała.
– Na pewno nie – odrzekł Victor.
– Nie słyszy cię, jeśli nie ma go w salonie.
Chodźmy do głównego wejścia.
Victor ruszył przodem przez garaż i potem ku drzwiom frontowym.
Wyjął swój klucz.
Lecz i te drzwi były zaryglowane.
Nacisnął dzwonek.
Nadal nic.
Zadzwonił jeszcze raz, czując, że udziela mu się niepokój żony.
W  chwili,  gdy  mieli  zamiar  udać  się  do  następnych  drzwi,  usłyszeli  wyraźny  głos  syna 

background image

pytającego, kto to.

Gdy tylko drzwi się otworzyły,  Marsha spróbowała przytulić chłopca, lecz on wymknął się 

z jej objęć.

– Gdzie byliście? – zapytał.
Victor spojrzał na zegarek.
Była za kwadrans dziesiąta.
Nie było ich przez półtorej godziny.
– Wpadliśmy na chwilę do laboratorium – wyjaśniła Marsha.
Nigdy przedtem Victor Junior nie przejmował się tym, że nie ma ich w domu.
Był taki samodzielny.
Teraz spojrzał na Victora.
– Był do ciebie telefon.
Mam  ci  przekazać,  że  będziesz  miał  coraz  więcej  kłopotów,  jeśli  się  nie  zastanowisz  i nie 

zachowasz rozsądnie.

– Kto to był? – spytał Victor.
– Nie przedstawił się.
– Mężczyzna czy kobieta? – dociekał doktor Frank.
– Nie potrafię powiedzieć – odrzekł Victor Junior.
– Ten ktoś nie mówił bezpośrednio do słuchawki, przynajmniej tak mi się wydawało.
Przenosząc wzrok z męża na syna, Marsha spytała: – Victor, o co tu chodzi?
– To sprawy biurowe – odrzekł.
– Nie ma się czym przejmować.
Marsha zwróciła się do syna.
– Przestraszyłeś się, prawda?
Wszystkie drzwi były zaryglowane.
– Trochę – przyznał Victor Junior.
– Ale  potem  pomyślałem  sobie,  że  nikt  nie  dzwoniłby  z taką  wiadomością,  gdyby  miał 

zamiar tu przyjść.

– Chyba masz rację – powiedziała.
Victor Junior w niezwykły sposób analizował sytuacje.
– Chodźmy do kuchni.
Napiję się ziołowej herbaty.
– Ja dziękuję – powiedział Victor Junior.
Już się odwrócił z zamiarem pójścia na górę.
– Synu! – zawołał Victor.
Victor Junior przystanął na pierwszym stopniu.

background image

– Chciałem ci powiedzieć, że jutro rano pojedziemy do szpitala dziecięcego w Bostonie.
Chcę, żeby ci zrobili badania.
– Po co mi badania? – skrzywił się Victor Junior.
– Nie cierpię szpitali.
– Rozumiem cię – powiedział Victor.
– Niemniej trzeba to zrobić.
Ja i twoja matka też się badamy.
Victor Junior spojrzał na Marshę.
Chciała go objąć i upewnić się, że nie boli go głowa lub nie dolega coś innego.
Ale nie poruszyła się, zastraszona przez swego własnego syna.
– Nic mi nie jest – upierał się Victor Junior.
– Sprawa jest zamknięta – rzucił Victor.
– Bez dyskusji.
Zaciskając  swe  ładne  usta,  Victor  Junior  przeszył  Victora  wzrokiem,  poczym  odwrócił  się 

i zniknął na piętrze.

Marsha weszła do kuchni i nastawiła czajnik.
Wiedziała,  że  wiele  dni  upłynie,  zanim  zdoła  przetrawić  to,  czego  się  tego  wieczora 

dowiedziała.

Szesnaście lat małżeństwa, a ona zastanawia się, czy w ogóle zna swego męża.
Wiatr ciskał śniegiem w szyby, rama okienna tłukła o futrynę.
Marsha obróciła się i przez na  wpół przymknięte powieki spojrzała na  cyfrowy zegar radia 

z budzikiem.

Było pół do pierwszej.
Czuła, że długo nie zaśnie.
Słyszała rytmiczny oddech leżącego obok Victora.
Usiadła na łóżku i stopami poszukała pantofli.
Wstała, wzięła szlafrok z krzesła w kącie pokoju, otworzyła drzwi i wyszła na korytarz.
Nagły podmuch wiatru uderzył w dom i stare belki jęknęły.
Miała  zamiar  zejść  do  swego  gabinetu  na  parterze,  tymczasem  jednak  szła  długim 

korytarzem do sypialni syna.

Otworzyła drzwi.
Victor Junior zostawił lekko uchylone okno i firanki fruwały na wietrze.
Cicho przeszła przez pokój i zamknęła okno.
Spojrzała na śpiącego syna.
Ze swymi jasnymi lokami i zarumienionymi policzkami wyglądał prześlicznie.
Musiała się powstrzymać, żeby go nie dotknąć.

background image

Jego awersja do okazywania uczuć była tak silna, że czasami trudno było sobie wyobrazić, że 

był bratem Davida.

Zastanawiała  się,  czy  owa  niechęć  do  przytulania  się  czy  siadania  na  kolanach  ma  coś 

wspólnego z genem wprowadzonym przez Victora.

Tego się chyba nigdy nie dowie.
Teraz wiedziała jednak, że jej obawy o syna mają jakieś uzasadnienie.
Odsunęła ubranie z krzesła stojącego przy łóżku i usiadła.
W wieku niemowlęcym Victor Junior zachowywał się wręcz niewiarygodnie.
Rzadko płakał i prawie nigdy nie budził się w nocy.
Była zdumiona, gdy skończywszy kilka miesięcy, zaczął mówić.
Zdawała sobie sprawę,  że jej zachwyt i duma z osiągnięć syna brały się stąd, iż nigdy tych 

osiągnięć nie kwestionowała.

I z całą pewnością nigdy nie podejrzewała jakiegoś sztucznego pobudzenia inteligencji.
Teraz rozumiała swoją naiwność.
Umysł syna był tak wyjątkowy, że trudno go było nazwać po prostu genialnym.
Przypomniała  sobie,  że  gdy  Victor  Junior  miał  prawie  trzy  lata,  na  półroczny  pobyt  do 

Chimery przyjechał pewien francuski naukowiec wraz z żoną.

Państwo ci przyprowadzali do świetlicy swą córkę Michelle.
Michelle miała pięć lat i już po tygodniu potrafiła powiedzieć po angielsku kilka zdań.
Bardziej  jednak  zdumiewające  było  to,  że  w tym  samym  czasie  Victor  Junior  nauczył  się 

mówić płynnie po francusku.

A potem nadeszły trzecie urodziny syna.
Marsha  postanowiła  to  uczcić,  organizując  mu  przyjęcie  niespodziankę,  na  które  zaprosiła 

większość jego rówieśników ze świetlicy.

Toteż gdy w sobotę zszedł na obiad, zastał pokój pełen matek i dzieci wołających radośnie: 

„Wszystkiego najlepszego”!

Nie było to przyjęcie udane.
Victor Junior odciągnął matkę na bok i powiedział: „Dlaczego zaprosiłaś te dzieci?
Muszę je znosić codziennie.
Nie cierpię ich.
One doprowadzają mnie do szału”!
Marsha  była  zszokowana,  lecz  wytłumaczyła  sobie  wtedy,  że  skoro  jest  od  nich  tyle 

inteligentniejszy, to zmuszanie go do zabawy z nimi jest dla niego karą.

Victor Junior wolał towarzystwo dorosłych, nawet wtedy, gdy miał trzy lata.
Teraz  nagle  przewrócił  się  z boku  na  bok,  mrucząc  coś  przez  sen,  a Marsha  ocknęła  się 

i wróciły wszystkie problemy, o których chciała zapomnieć.

background image

Był takim pięknym chłopcem.
Trudno  jej  było  połączyć  jego  niewinną  we  śnie  twarz  z ową  koszmarną  prawdą,  którą 

poznała w laboratorium.

Ale przynajmniej do pewnego stopnia już rozumiała, dlaczego jest taki zimny i opanowany.
Być może z tego właśnie powodu cechowały go podobne zaburzenia osobowości co Jaspera 

Lewisa.

Ze smutkiem skonstatowała, że jej częsta nieobecność w domu, gdy syn był mały, nie miała 

znaczenia.

No  cóż,  skoro  Victor  upiera  się  przy  badaniach  neurologicznych,  to  ona  podda  syna  całej 

serii testów psychologicznych.

To na pewno nie zaszkodzi.

background image

Rozdział 6.

Wtorek, rano.

Do  Bostonu  udali  się  dwoma  samochodami,  bo  Victor  chciał  potem  jechać  prosto  do

Chimery.

Victor Junior wsiadł do samochodu Marshy.
Podróż przebiegała bez żadnych szczególnych wydarzeń.
Marsha  usiłowała  skłonić  syna  do  rozmowy,  on  jednak  wszystkie  jej  pytania  zbywał 

lakonicznym „tak” lub „nie”.

Marsha poddała się; dopiero na kilka minut przed dotarciem do szpitala ponowiła swe próby.
– Boli cię czasem głowa? – spytała, przerywając długie milczenie.
– Nie – odrzekł Victor Junior.
– Mówiłem ci, że nic mi nie jest.
Skąd to nagłe zainteresowanie moim zdrowiem?
– To pomysł ojca – wyjaśniła.
Nie widziała powodu, by nie powiedzieć mu prawdy.
– On to nazywa profilaktyką.
– Według mnie to strata czasu – skomentował Victor Junior.
– Czy masz jakieś problemy z pamięcią? – pytała dalej.
– Mówię ci – warknął Victor Junior – że jestem całkiem normalny!
– Dobrze, Victorze Juniorze – rzekła.
– Nie ma powodu, by się złościć.
Cieszymy się, że jesteś zdrowy, i chcemy, żeby nadal tak było.
Ciekawa była, co by pomyślał, gdyby mu powiedziano, że jest chimerą, że jego chromosom 

zawiera gen zwierzęcy.

– A czy  pamiętasz  tę  chwilę,  kiedy  miałeś  trzy  lata  i nagle  przestałeś  umieć  czytać?  –

zapytała.

– Oczywiście – odrzekł.
– Niewiele o tym okresie rozmawialiśmy – powiedziała.
Victor Junior odwrócił głowę i patrzył przez okno.
– Czy bardzo cię to zdenerwowało? – spytała.
Victor Junior spojrzał na nią i powiedział: – Mamo, nie baw się ze mną w psychiatrę.
Jasne, że mnie to zmartwiło.
To było frustrujące: nie potrafić zrobić czegoś, co się przedtem umiało.
Ale nauczyłem się tego na nowo i wszystko jest w porządku.
– Jeśli kiedyś będziesz chciał o tym porozmawiać, przyjdź do mnie – powiedziała.

background image

– Nigdy o tym nie wspominałam, ale to wcale nie znaczy, że mnie to nie obchodzi.
Chcę, żebyś zrozumiał, że dla mnie to był też okres wielkiego napięcia.
Jak każda matka byłam przerażona, że jesteś chory.
Ale gdy okazało się, że nic ci nie jest, próbowałam po prostu o tym nie myśleć.
Victor Junior tylko skinął głową.
Spotkali się w poczekalni doktora Clifforda Ruddocka, dyrektora oddziału neurologii.
Victor czekał na nich już od piętnastu minut.
Gdy Victor Junior siadł i zajął się czytaniem jakiegoś czasopisma, Victor odciągnął żonę na 

bok.

– Już rozmawiałem z doktorem Ruddockiem.
Zgodził  się  porównać  obecny  stan  neurologiczny  Victora  Juniora  z wynikami  badań  po 

załamaniu inteligencji.

Trochę się jednak dziwi, dlaczego przywozimy go właśnie dzisiaj.
Oczywiście nic nie wie o genie NGF, ale też nie mam zamiaru mu o tym mówić.
– Oczywiście – zgodziła się Marsha.
Victor obrzucił ją wzrokiem.
– Mam nadzieję, że będziesz współpracować.
– Będę więcej niż współpracować – odrzekła.
– Gdy  tylko  skończą  się  te  badania,  zabieram  go  do  mojego  gabinetu  na  serię testów 

psychologicznych.

– A to po co? – spytał Victor.
– Fakt, że zadajesz takie pytanie, oznacza, że chyba nie byłabym w stanie ci tego wyjaśnić.
Doktor  Ruddock,  wysoki,  szczupły  mężczyzna  o szpakowatych  włosach,  przed  badaniami 

zaprosił ich na kilka minut do swego gabinetu.

Spytał Victora Juniora, czy go pamięta.
Chłopiec odrzekł, że tak, zwłaszcza zapach.
Victor i Marsha zaśmiali się nerwowo.
– Pamiętam wodę kolońską – wyjaśnił Victor Junior.
– Używał pan płynu po goleniu „Hermes”.
Z lekka zaskoczony tak osobistą uwagą, doktor Ruddock przedstawił wszystkich doktorowi 

Chrisowi Stevensowi, swemu obecnemu współpracownikowi.

Badania prowadził doktor Stevens.
Ponieważ  oboje  rodzice  byli  lekarzami,  Stevens  pozwolił  Victorowi  i Marshy  zostać 

w gabinecie.

Było to najpełniejsze z badań neurologicznych, jakie kiedykolwiek widzieli.
Po godzinie każdy odcinek układu nerwowego Victora Juniora został przebadany i uznany za 

background image

całkowicie prawidłowy.

Potem doktor Stevens przystąpił do badań laboratoryjnych.
Pobrał krew do podstawowych analiz chemicznych.
Kilka probówek zamrożono i odłożono, by Victor mógł zabrać je do Chimery.
Potem  Victor  Junior  został  poddany  tomografii  pozytronowej  i magnetycznego  rezonansu 

jądrowego.

Badanie pozytronowe polegało na wstrzyknięciu w przedramię Victora Juniora niegroźnych 

substancji promieniotwórczych emitujących pozytrony w czasie, gdy głowa chłopca znalazła się 
w dużym aparacie w kształcie obręczy.

Pozytrony  zderzały  się  z elektronami  w mózgu  Victora  Juniora,  a przy  każdej  kolizji 

wytwarzała się energia w postaci promieni gamma.

Kryształy  umieszczone  w tomografie  rejestrowały  promienie  gamma,  a komputer  śledził 

drogę promieniowania, wytwarzając odpowiedni obraz.

Przed  drugim  badaniem  Victor  Junior  został  umieszczony  w cylindrze  o długości  blisko 

dwóch metrów, otoczonym wielkimi magnesami chłodzonymi płynnym helem.

Powstałe  pole  magnetyczne,  sześćdziesiąt  tysięcy  razy  większe  od  pola  magnetycznego 

Ziemi,  ustawiało  jądra  atomów  wodoru  – w cząsteczkach  wody  obecnych  w ciele  Victora 
Juniora.

Fala radiowa o określonej częstotliwości wytrącała jądra z tego położenia, a gdy wracały do 

poprzedniej  pozycji,  wysyłały  charakterystyczny,  słaby  sygnał  radiowy,  wychwytywany  przez 
czujniki radiowe w skanerze i przekształcany przez komputer w obraz.

Gdy badania dobiegły końca, doktor Ruddock wezwał Victora i Marshę do swego gabinetu.
Victor Junior został w poczekalni.
Victor był wyraźnie zdenerwowany, zakładał nogę na nogę i zdejmował ją, palcami gładził 

włosy.

Podczas  wykonywania  badań  ani  doktor  Stevens,  ani  towarzyszący  mu  laborant  nie 

powiedzieli choćby słowa.

W końcu Victor, cały czas spięty, czuł się jak sparaliżowany.
– No tak – zaczął doktor Ruddock, przeglądając wydruki i zdjęcia badań – nie mamy jeszcze 

wszystkich wyników, zwłaszcza analizy krwi, ale kilka konkretnych rzeczy tu jest.

Marsha poczuła, że serce w niej zamiera.
– Wyniki  badań  pozytronowych  wykazują  pewne  nieprawidłowości  – wyjaśnił  doktor 

Ruddock.

Wziął do lewej ręki jedno z wielobarwnych zdjęć badania pozytronowego i uniósł je do góry.
W prawej ręce trzymał pióro Mont Blanc.
Wskazując  na  różne  miejsca,  mówił:  – Poziom  glukozy  w półkulach  mózgowych  jest 

background image

znacznie podwyższony, choć rozproszony.

– Odłożył arkusz i zajął się inną kolorową odbitką.
– Na tym zdjęciu bardzo wyraźnie widać komory sercowe.
Czując  przyspieszone  bicie  serca,  Marsha  pochyliła  się  do  przodu,  żeby  lepiej  się  temu 

przyjrzeć.

– Nie ma żadnych wątpliwości – kontynuował doktor Ruddock – że te komory są znacznie 

mniejsze, niż przewiduje norma.

– Co to znaczy? – spytała Marsha niepewnie.
Doktor Ruddock wzruszył ramionami.
– Zapewne nic.
Według doktora Stevensa, badania neurologiczne nic nie wykazały.
Te  wyniki  zaś,  choć  interesujące,  najprawdopodobniej  nie  mają  żadnego  wpływu  na 

normalne funkcjonowanie organizmu.

Jedyny wniosek, jaki mogę wyciągnąć, to ten, że skoro jego mózg zużywa aż tyle glukozy, to 

może powinniście państwo podawać mu dużo słodyczy wtedy, kiedy intensywnie myśli.

Doktor Ruddock roześmiał się serdecznie ze swego dowcipu.
Przez  chwilę  Victor  i Marsha  siedzieli odrętwiali,  usiłując  przestawić  się  z oczekiwania  na 

złą wiadomość i przyjąć wieść dobrą.

Pierwszy otrząsnął się Victor.
– Z pewnością zastosujemy się do pańskiej rady – powiedział ze śmiechem.
– Jakie słodycze konkretnie?
Doktor Ruddock roześmiał się znowu, zadowolony, że jego dowcip został doceniony.
– W ramach terapii zalecam czekoladki Peter Paul, Mounds!
Marsha podziękowała lekarzowi i wybiegła z gabinetu.
Dopadła syna w chwili, gdy się tego nie spodziewał, i przez moment trzymała go w mocnym 

uścisku.

– Wszystko dobrze – wyszeptała mu do ucha.
– Nic ci nie jest.
Victor Junior wyswobodził się z jej objęć.
– Przecież wiedziałem, że nic mi nie jest.
Możemy już jechać?
Victor dotknął ramienia żony.
– Mam tu jeszcze coś do załatwienia, a potem jadę prosto do pracy.
Zobaczymy się w domu, dobrze?
– Zrobimy  uroczystą  kolację  – powiedziała  Marsha,  zwracając  się  na  powrót  do  Victora 

Juniora.

background image

– Możemy jechać, ale z tobą, młody człowieku, jeszcze nie skończone.
Jedziemy do mnie.
Czekają cię następne badania.
– Och, mamo! – jęknął Victor Junior.
Marsha uśmiechnęła się.
Tym razem powiedział to jak każdy normalny dziesięcioletni chłopiec.
– Nie drażnij matki – powiedział Victor.
– Zobaczymy się później.
Ucałował Marshę w policzek i pogłaskał syna po włosach.

* * *

Victor przeszedł z ambulatorium do szpitala, gdzie windą udał się na oddział patologii.
Odnalazł gabinet doktora Burghofena.
Sekretarki nie było, zajrzał więc do pokoju.
Burghofen pisał na maszynie dwoma palcami wskazującymi.
Victor zastukał we framugę drzwi.
– Proszę, proszę wejść! – powiedział Burghofen, machając dłonią.
Przez kilka chwil mozolił się jeszcze z klawiszami, w końcu zrezygnował.
– Zupełnie nie wiem, dlaczego to robię.
Moja sekretarka co drugi dzień dzwoni i mówi, że jest chora, a ja nie potrafię jej wywalić.
Kierowanie tym oddziałem skończy się dla mnie śmiercią.
Victor  uśmiechnął  się  i nakazał  sobie  zapamiętać,  że  ilekroć  będzie  miał  dość  problemów 

biurowych w Chimerze,  tylekroć powinien sobie przypomnieć, że praca naukowa ma też swoje 
minusy.

– Chciałbym się dowiedzieć, czy skończył pan sekcję tej dwójki dzieci zmarłych na obrzęk 

mózgu – powiedział Victor.

Doktor Burghofen przebiegł wzrokiem po powierzchni swego zaśmieconego biurka.
– Gdzie jest ten notatnik? – spytał retorycznie.
Obrócił się wraz z krzesłem i w końcu znalazł to, czego szukał, na półce za plecami.
– Zaraz sprawdzę – powiedział, przerzucając kartki.
– A, już mam.
Maurice Hobbs i Mark Murray.
To o nich chodzi?
– Tak – powiedział Victor.
– Ciała zostały skierowane do doktora Shryacka.

background image

Pewnie teraz je kroi.
– A mógłbym popatrzeć? – spytał Victor.
– Bardzo proszę – odrzekł Burghofen, sprawdzając coś w notatniku.
– Amfiteatr trzy.
– Gdy Victor kierował się ku wyjściu, spytał: – Pan powiedział, że jest lekarzem, czy tak?
Victor skinął głową.
– No  to  proszę  się  dobrze  bawić  – zakończył  Burghofen,  zasiadając  z powrotem  przy 

maszynie do pisania.

Oddział  patologii,  jak  również  cała  reszta  szpitala,  był  nowy,  wyposażony 

w najnowocześniejszą aparaturę.

Wszystko było z metalu, szkła albo laminatu.
Cztery pomieszczenia prosektoryjne przypominały sale operacyjne.
Pracowano tylko w jednej i tam właśnie Victor wszedł.
Stół  do  przeprowadzania  sekcji  zrobiony  był  z lśniącej  stali  nierdzewnej,  podobnie  jak 

wszystkie inne widoczne elementy wyposażenia.

Dwaj mężczyźni, stojący po obu stronach stołu, spojrzeli na Victora.
Na stole leżało małe dziecko, którego ciało było rozcięte jak wypatroszona ryba.
Za nimi, na wózku, leżało przykryte ciałko drugiego dziecka.
Victor wzdrygnął się.
Od dawna nie przyglądał się sekcji zwłok i zapomniał, jakie to wywiera wrażenie.
Zwłaszcza gdy ma się do czynienia z dzieckiem.
– Czym można służyć? – spytał lekarz stojący z prawej strony.
Miał na twarzy maskę jak chirurg, lecz zamiast kitla nosił gumowy fartuch.
– Nazywam się Frank, jestem lekarzem – powiedział Victor, walcząc z nudnościami.
Widok  był  potworny,  a w dodatku  w powietrzu  unosił  się  smród,  z którym  nawet 

nowoczesny system wentylacyjny nie mógł się uporać.

– Interesuje mnie mały Hobbs i mały Murray.
Przysłał mnie tu doktor Burghofen.
– Może  pan  tu  podejść,  jeśli  pan  chce  – powiedział  patolog,  wykonując  zapraszający  gest 

skalpelem.

Victor z wahaniem zbliżył się do stołu.
Usiłował nie patrzeć na wypatroszone ciałko.
– Czy doktor Shryack to pan? – spytał Victor.
– Tak, to ja.
Patolog miał przyjemny, młodzieńczy głos i jasne oczy.
– A to jest Samuel Harkinson – rzekł, przedstawiając swego asystenta.

background image

– Czy te dzieci to pana pacjenci?
– Niezupełnie – odrzekł Victor.
– Ale niezmiernie interesuje mnie przyczyna ich śmierci.
– No to zapraszam – rzekł doktor Shryack.
– To jakaś dziwna historia!
Niech pan popatrzy na ten mózg.
Victor przełknął ślinę.
Skóra głowy dziecka została odcięta i leżała na twarzy.
Potem czaszkę przepiłowano na całym obwodzie, a sklepienie usunięto.
Victor  patrzył  na  mózg,  którego  rozmiary  przekroczyły  dopuszczalne  granice,  nadając 

dziecku wygląd jakiejś istoty pozaziemskiej.

Większość zwojów kory mózgowej uległa spłaszczeniu w miejscach zetknięcia z czaszką.
– To chyba najgorszy przypadek edemy, jaki widziałem – stwierdził doktor Shryack.
– Wydobycie takiego mózgu to potworna robota.
Z poprzednim męczyłem się pół godziny.
Wskazał w kierunku przykrytego ciała.
– Aż  wreszcie  wpadłeś  na  pomysł,  jak  to  zrobić  – powiedział  Harkinson  z lekkim 

cockneyowskim akcentem.

– Słusznie prawisz, Samuelu.
Harkinson  przytrzymał  głowę i odciągnął  napuchnięty  mózg na  bok,  Shryack  zaś  starał  się 

wetknąć ostrze między mózg a podstawę czaszki, by odciąć górną część rdzenia kręgowego.

Wreszcie usłyszeli głuchy odgłos pęknięcia i mózg udało się oddzielić.
Harkinson przeciął nerwy czaszkowe, a Shryack szybko uniósł mózg i położył na wadze.
Wskazówka przez chwilę wahała się, w końcu wskazała 1,5 kilograma.
– Całe  pół  kilo  więcej  niż  normalnie  – skomentował  Shryack,  biorąc  mózg  dłońmi 

w rękawiczkach i zanosząc go do zlewu z odkręconym kranem.

Spłukał skrzepy krwi oraz inne zanieczyszczenia, a potem położył go na drewnianym stole.
Wprawnymi ruchami dokładnie zbadał cały mózg, szukając śladów schorzeń.
– Poza tym wygląda normalnie.
Z szuflady wybrał odpowiedni nóż i począł odkrawać płaty grubości centymetra.
– Nie ma śladu krwotoku, nowotworu, infekcji.
Rezonans negatywny mówił prawdę.
– Czy mógłbym prosić pana o przysługę? – spytał Victor.
– Czy byłoby to możliwe, żebym wziął próbkę do zbadania w moim laboratorium?
Doktor Shryack wzruszył ramionami.
– Myślę, że tak, choć wolałbym, żeby nikt się o tym nie dowiedział.

background image

To  by  dopiero  było,  gdyby  dziennikarze  z „Boston  Globe”  donieśli,  że  rozdajemy  tkankę 

mózgową.

Ciekaw jestem, jak by to wpłynęło na liczbę wykonywanych u nas sekcji.
– Zachowam to dla siebie.
– Czy chce pan ten przypadek, to chyba mały Hobbs, czy ten drugi?
– Oba, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu.
– Skoro  dajemy  panu  jedną  próbkę,  druga  nie  zrobi  chyba  różnicy  – westchnął  doktor 

Shryack.

– Czy zrobił pan już ogólne badania narządów wewnętrznych? – spytał Victor.
– Jeszcze nie – odrzekł Shryack.
– Teraz się do tego zabieramy.
Chce pan popatrzeć?
Victor wzruszył ramionami.
– Właściwie dlaczego nie.
Skoro już tu jestem...

* * *

Victor Junior był jeszcze mniej rozmowny podczas jazdy do Lawrence niż podczas podróży 

do Bostonu.

Najwyraźniej był wściekły i Marsha zastanawiała się, czy zechce być posłuszny na tyle, by 

testy psychologiczne miały jakiś sens.

Zaparkowała samochód przed oknami swego gabinetu.
Mimo że gabinet mieścił się na pierwszym piętrze, czekali na windę, bo drzwi prowadzące 

do klatki schodowej były zamknięte od wewnątrz.

– Wiem, że jesteś zły – powiedziała.
– Ale chcę, żebyś  przeszedł  kilka testów i szkoda byłoby  czasu Jean oraz  twojego,  gdybyś 

nie zechciał współpracować.

Czy wyrażam się jasno?
– Najzupełniej – odrzekł szorstko Victor Junior, wbijając w matkę swe oślepiająco błękitne 

oczy.

– No to jak, zgadzasz się? – spytała w chwili, gdy otworzyły się drzwi windy.
Victor Junior chłodno skinął głową.
Jean przywitała ich radośnie.
Miała już dosyć  upychania  pacjentów  Marshy innym  terapeutom,  aczkolwiek  radziła  sobie 

z tym jak zwykle dobrze.

background image

Szczególnie  serdecznie  przywitała  Victora  Juniora,  choć  on  pozdrowił  ją  bez  wielkiego 

entuzjazmu i zaraz zniknął, tłumacząc się, że musi iść do toalety.

– Jest  trochę  nie  w humorze  – wyjaśniła  Marsha,  po  czym  zaczęła  opowiadać  Jean 

o badaniach  neurologicznych  oraz  o tym,  że  chciałaby  go  poddać  serii  podstawowych  badań 
psychologicznych.

– Dziś będzie mi trudno – powiedziała Jean.
– Tyle godzin byłam sama, a telefon wprost się urywał.
– Telefonem niech zajmie się centrala – rzekła Marsha.
– Te testy są ważne.
Jean  skinęła  głową  i natychmiast  zabrała  się  do  wyciągania  formularzy  i przygotowywania 

komputera do oceny i korelacji wyników.

Gdy Victor Junior wrócił z łazienki, Jean posadziła go przy klawiaturze.
Ponieważ niektóre z testów były mu znane, spytała, od czego chciałby zacząć.
– Zacznijmy od testów na inteligencję – odrzekł Victor Junior uprzejmie.
Przez  następne  półtorej  godziny  Jean  badała  Victora  Juniora  skalą  inteligencji  Wechslera 

w wersji dla dorosłych.

Widziała, że chłopcu idzie dobrze, choć daleko mu było do poziomu sprzed siedmiu lat.
Zauważyła  również,  że  Victor  Junior  trochę  się  waha  przed  odpowiedzią  lub  wykonaniem 

polecenia.

Sprawiał wrażenie kogoś, kto chce się upewnić, czy dokonuje słusznego wyboru.
– Bardzo dobrze! – rzekła, gdy skończyli ten zestaw.
– Może teraz przejdziemy do testów na osobowość?
– MMPI? – spytał Victor Junior.
– Czy MCMI?
– No no! – powiedziała Jean.
– Wygląda mi na to, że trochę na ten temat czytałeś.
– To nie takie trudne, gdy jedno z rodziców jest psychiatrą – odrzekł Victor Junior.
– Zrobimy oba, ale zaczniemy od MMPI – powiedziała Jean.
– Do tego nie będę ci potrzebna.
Wszędzie wybierasz jedną odpowiedź.
Gdybyś miał jakieś problemy, po prostu zawołaj.
Jean opuściła salę testów i zasiadła przy swoim biurku.
Zadzwoniła  do  telefonistki,  po  czym  z centrali  przyniesiono  jej  plik  notatek  o odebranych 

telefonach.

Załatwiła  te  sprawy,  które mogła,  a gdy z gabinetu  Marshy  wyszedł  pacjent,  przekazała jej 

sprawy, którymi Marsha musiała zająć się sama.

background image

– Jak mu idzie? – spytała Marsha.
– Wspaniale – odparła Jean.
– A jak się zachowuje?
– Jak baranek – odrzekła Jean.
– Właściwie sprawia wrażenie, że mu się to podoba.
Marsha w zdumieniu potrząsnęła głową.
– To chyba pani zasługa.
Przy mnie zachowywał się okropnie.
Jean przyjęła to jako komplement.
– Zrobił już Wechslera i jest w trakcie MMPI.
Co jeszcze pani proponuje?
Rorschacha, TAT czy coś innego?
Marsha przez chwilę gryzła paznokieć i zastanawiała się.
– Zróbmy może ten drugi, Rorschach może poczekać.
Zawsze zdążymy go zrobić.
– Chętnie zrobię oba – rzekła Jean.
– Nie, wystarczy TAT – odrzekła Marsha, biorąc następną kartę.
– Victor Junior jest w dobrym humorze, ale może nie przesadzajmy.
Poza  tym  byłoby  ciekawe  porównać  wyniki  tych  testów,  jeśli  będą  przeprowadzone 

w różnych dniach.

Poprosiła pacjenta, którego kartę trzymała, i zniknęła w gabinecie.
Gdy Jean uporała się z najważniejszą robotą papierkową, zajrzała do sali testów.
Victor Junior siedział pochłonięty rozwiązywaniem testu na osobowość.
– Jak ci idzie? – spytała.
– Z niektórymi pytaniami to przesada – odrzekł śmiejąc się.
– Nie ma dobrych odpowiedzi.
– Chodzi o to, by wybrać najlepszą odpowiedź z możliwych – wyjaśniła Jean.
– Wiem – powiedział Victor Junior.
– Tak też to robię.
W południe zrobili przerwę na lunch i poszli do szpitala.
Jedli w bufecie.
Marsha  i Jean  zamówiły  kanapki  z sałatką  z tuńczyka,  Victor  Junior  wybrał  hamburgera 

i koktajl mleczny.

Marsha z zadowoleniem zauważyła, że chłopcu naprawdę poprawił się humor.
Zaczęła  myśleć,  że  martwiła  się  chyba  bez  powodu;  testy  zapewne  wykażą,  że  psychika 

chłopca jest w normie.

background image

Strasznie  chciała  zapytać  Jean  o dotychczasowe  wyniki,  ale  wiedziała,  że  nie  może  tego 

zrobić przy synu.

Po półgodzinie wszyscy wrócili do swoich zajęć.
Godzinę  później  Jean  przekazała  przyjmowanie  telefonów  centrali  i wróciła  do  pokoju 

testów.

Gdy  tylko  zamknęła  za  sobą  drzwi, Victor  Junior  odezwał  się:  – No,  wszystko  gotowe  –

i wystukał ostatnią odpowiedź.

– Znakomicie – skomentowała Jean ze zdziwieniem.
Victor  Junior  odpowiedział  na  pięćset  pięćdziesiąt  pytań  w czasie  o połowę  krótszym  od 

przeciętnego.

– Chciałbyś odpocząć przed następnym testem?
– Nie, zabierzmy się do tego od razu.
Przez półtorej godziny Jean pokazywała chłopcu karty testu TAT.
Na  każdej  z nich  widniał  biało-czarny  rysunek  ludzi  w sytuacjach,  których  określenie 

zdradzało cechy psychiki pacjenta.

Victor Junior miał wyjaśnić, co – jego zdaniem – dzieje się na obrazku i co czują ludzie.
Chodziło  o to,  by  Victor  Junior  ujawnił  swe  fantazje,  uczucia,  oczekiwania  wobec  ludzi, 

potrzeby i konflikty.

Z niektórymi pacjentami przeprowadzenie tego testu było trudne.
Ale współpraca z Victorem Juniorem sprawiła Jean przyjemność.
Chłopiec  z łatwością  interpretował  obrazki  i jego  odpowiedzi  były  zarówno  logiczne,  jak 

i proste.

Pod  koniec  testu  Jean  wiedziała,  że  Victor  Junior  jest  psychicznie  zrównoważony,  dobrze 

przystosowany i dojrzały jak na swój wiek.

Gdy Marsha zakończyła  sesję z ostatnim pacjentem, Jean weszła do jej gabinetu i wręczyła 

jej wydruki komputerowe.

Wyniki  MMPI  miały  być  odesłane  do  oceny  przez  Program  zawierający  większą  bazę 

danych, niemniej wstępne wyjaśnienia miały już na swoim komputerze.

Marsha przeglądała wydruki, a Jean relacjonowała jej swe własne pozytywne oceny.
– Uważam, że jest to wspaniałe, zdrowe dziecko.
Naprawdę nie wiem, dlaczego pani się o niego martwi.
– To mnie zadowala – powiedziała Marsha, studiując wynik ogólny testu inteligencji.
Victor Junior zdobył 128 punktów.
W porównaniu z badaniem sprzed kilku lat różnica wyniosła tylko dwa punkty.
A  więc  iloraz  inteligencji  nie  zmienił  się  – był  to  zdecydowanie  dobry  wynik,  znacznie 

powyżej przeciętnej.

background image

Martwiła  ją  tylko  jedna  rozbieżność:  piętnastopunktowa  różnica  między  częścią  werbalną 

i wykonawczą, na korzyść tej drugiej, co sugerowałoby problemy językowe.

Zważywszy łatwość, z jaką Victor Junior porozumiewał się po francusku, nie miało to sensu.
– Zauważyłam  to  – powiedziała  Jean,  gdy  Marsha  zwróciła  jej  uwagę  na  ów  fakt  – ale 

ponieważ ogólny wynik był tak dobry, nie przypisywałabym temu tak wielkiego znaczenia.

A pani?
– Nie wiem – odrzekła Marsha.
– Z takim wynikiem chyba się jeszcze nie spotkałam.
No dobrze, przejdźmy do MMPI.
Marsha rozłożyła przed sobą rezultaty badania inwentarza osobowości.
Część pierwszą stanowiły skale kontrolne.
Znowu coś niezwykłego zwróciło jej uwagę.
Wyniki w skalach F i K zbliżały się do górnej granicy normy.
To również Marsha pokazała Jean.
– Ale przecież mieszczą się jeszcze w normie – upierała się Jean.
– To prawda – odrzekła Marsha – ale musi pani pamiętać, że wszystko jest względne.
Dlaczego jego wyniki w skalach kontrolnych są na granicy normy?
– Robił test szybko – powiedziała Jean.
– Może był trochę roztargniony.
– On nigdy nie jest roztargniony – odpowiedziała Marsha.
– No cóż, nie potrafię tego wyjaśnić, ale chodźmy dalej.
Druga  część  przedstawiała  skale  kliniczne  i tu  Marsha  zauważyła,  że  żadna  nie  wykracza 

poza normę.

Ze szczególną radością stwierdziła, że skale cztery i osiem mieszczą się dobrze w granicach 

normy.

Te dwie skale oznaczały odpowiednio skłonności psychopatyczne i schizofreniczne.
Westchnęła z ulgą.
Zważywszy na rozwój syna, mogła się spodziewać, że wyniki te będą wyższe, co mogłoby 

wskazywać na zaburzenia osobowości.

Potem jednak zauważyła, że wynik skali trzy osiąga górną granicę normy.
To oznaczałoby, że  Victor  Junior ma skłonność  do histerii,  że nieustannie pragnie  czułości 

i uwagi.

A to z pewnością nie zgadzało się z jej obserwacjami.
– Czy uważa pani, że Victor Junior potraktował te testy serio? – zwróciła się do Jean.
– Absolutnie tak – odrzekła Jean.
– Powinnam być bardzo zadowolona z tych wyników – powiedziała Marsha.

background image

Zebrała kartki i stuknęła nimi kilkakrotnie o blat biurka, aż równo się ułożyły.
– Tak uważam – przytaknęła Jean z przekonaniem.
Marsha spięła wydruki i wrzuciła je do swojej torby.
– Jednak wyniki zarówno Wechslera, jak i MMPI wykazują pewne nieprawidłowości.
Może lepiej byłoby powiedzieć, że są nieoczekiwane.
Wolałabym, żeby były całkowicie w normie.
A  propos,  co  on  powiedział  na  temat  obrazka  przedstawiającego  mężczyznę  z podniesioną 

ręką, pochylonego nad dzieckiem?

– Powiedział, że daje wykład.
– Mężczyzna czy dziecko? – spytała Marsha ze śmiechem.
– Oczywiście mężczyzna.
– Czy dojrzał tam jakąś wrogość? – dopytywała się Marsha.
– Nie.
– A dlaczego mężczyzna ma uniesioną rękę?
– Bo mówi o tenisie i pokazuje chłopcu, jak serwować – odpowiedziała Jean.
– O tenisie?
Victor Junior nigdy nie grał w tenisa.

* * *

Wjeżdżając na teren Chimery, Victor stwierdził, że nie pozostało śladu po padającym w nocy 

śniegu.

Niebo było nadal zachmurzone, lecz temperatura dochodziła do dziesięciu stopni.
Zaparkował  samochód  tam,  gdzie  zawsze,  lecz  zamiast  pójść  do  biura,  z przedniego 

siedzenia samochodu wziął brązową papierową torbę i udał się wprost do laboratorium.

– Mam  dla  was  dodatkową  pilną  robotę  – zwrócił  się  do  szefa  laboratorium,  Roberta 

Grimesa.

Robert  był  niemiłosiernie  chudym,  wrażliwym  człowiekiem  i nosił  koszule  ze  zbyt 

obszernym kołnierzykiem, co jeszcze podkreślało kościstość.

W jego lekko wybałuszonych oczach malował się wyraz nieustającego zdziwienia.
Victor wyciągnął zamrożone probówki z krwią  Victora Juniora oraz buteleczki zawierające 

wycinki mózgów zmarłych dzieci.

– Proszę przeprowadzić badanie chromosomów.
Robert  wziął  do  ręki  probówki  z krwią,  potrząsnął  nimi,  po  czym  przyjrzał  się  próbkom 

mózgu.

– Czy mam wszystko zostawić i zająć się tym?

background image

– Tak – odrzekł Victor.
– Proszę to przebadać jak najszybciej.
Chcę mieć także wyniki badania histopatologicznego.
– Będę musiał przerwać pracę nad implantem macicznym – powiedział Robert.
– Oczywiście.
Victor  opuścił  laboratorium  i wszedł  do  sąsiedniego  budynku,  gdzie  mieścił  się  centralny 

komputer.

Budynek  był  usytuowany  w geometrycznym  środku  dziedzińca  i była  to  lokalizacja 

znakomita, bo łatwo stąd było się dostać do innych pomieszczeń.

Biuro  mieściło  się  na  parterze,  nie  miał  żadnych  problemów  z odnalezieniem  Louisa 

Kaspwicza.

Coś  się  popsuło  w sprzęcie  i Louis  nadzorował  kilku  fachowców,  którzy  pochylali  się  nad 

masywną otwartą maszyną jak gdyby poddawali ją operacji.

– Ma pan dla mnie jakieś wiadomości? – spytał Victor Louisa.
Louis skinął głową, polecił technikom szukać dalej i zaprowadził Victora do swego gabinetu, 

gdzie pokazał mu notatnik stanowiący archiwum komputera.

– Doszedłem, dlaczego nie mógł pan znaleźć tych plików na swoim terminalu – powiedział 

Louis, wertując kartki archiwum komputerowego.

– Dlaczego? – spytał Victor, bo Louis nadal grzebał w swojej księdze.
Nie znalazł tego, czego szukał, wyprostował się więc i rozejrzał po gabinecie.
– A, jest – rzekł, spostrzegłszy na biurku pojedynczą kartkę.
– Nie mógł pan znaleźć plików Mały Hobbs i Mały Murray, ponieważ 18 listopada zostały 

wykasowane – wyjaśnił wreszcie, podsunąwszy kartkę Victorowi pod nos.

– Wykasowane?
– Niestety – odrzekł Louis.
– Oto  zapis  pracy  komputera  z 18  listopada,  z którego  jasno  wynika,  że  pliki  zostały 

wykasowane.

– To dziwne – powiedział Victor.
– Oczywiście nie może pan ustalić, kto je wykasował?
– Ależ mogę – wyjaśnił Louis.
– Przez porównanie haseł użytkownika.
– I porównał pan?
– Tak.
– No więc kto to zrobił? – spytał Victor poirytowany.
Louis zachowywał się tak, jakby nie chciał udzielić mu odpowiedzi.
Louis spojrzał na Victora, potem odwrócił wzrok.

background image

– Pan, doktorze Frank.
– Ja? – spytał Victor zdumiony.
Tego się zupełnie nie spodziewał.
Przypomniał sobie, że kiedyś zastanawiał się nad wykasowaniem tych plików, może nawet 

postanowił, że któregoś dnia to zrobi, ale nie pamiętał, by rzeczywiście je wykasował.

– Przykro mi – rzekł Louis, przestępując z nogi na nogę.
Najwyraźniej czuł się nieswojo.
– Ależ nic nie szkodzi – powiedział Victor, który też czuł się zakłopotany.
– Dziękuję za sprawdzenie.
– Polecam się – odparł Louis.
Victor opuścił centrum komputerowe, oszołomiony tą wiadomością.
To  prawda,  że  ostatnio  był  trochę  roztargniony,  ale  czy  doprawdy  mógł  wykasować  dane 

i zapomnieć o tym?

Czy może zrobił to niechcący?
Starał się sobie przypomnieć, co robił 18 listopada.
Wszedł do biurowca i powoli zmierzał na górę tylnymi schodami.
Na  korytarzu  pierwszego  piętra,  wiodącym  do  tylnego wejścia  do  gabinetu,  postanowił,  że 

sprawdzi w kalendarzu.

Zdjął płaszcz, powiesił na wieszaku i udał się do Colleen.
– Doktorze, przestraszył mnie pan! – zawołała, gdy Victor dotknął jej ramienia.
Zajęta była pisaniem na maszynie, na uszach miała słuchawki dyktafonu.
– Nie wiedziałam, że pan już jest.
Victor przeprosił ją i wyjaśnił, że wszedł od tyłu.
– Jak było w szpitalu? – spytała.
Victor zadzwonił do niej z samego rana i powiedział, dlaczego nie będzie go do południa.
– Mam nadzieję, że z Victorem Juniorem wszystko dobrze.
– W porządku – odrzekł Victor z uśmiechem.
– Wszystko w normie.
Oczywiście czekamy jeszcze na wyniki badań krwi, ale wydaje mi się, że i tu będzie dobrze.
– Dzięki Bogu! – powiedziała Colleen.
– Rano, gdy pan zadzwonił, przestraszyłam się: pełne badania neurologiczne to brzmi bardzo 

poważnie.

– Rzeczywiście trochę się niepokoiłem – przyznał Victor.
– Chyba  chce  się  pan  dowiedzieć,  kto  dzwonił  – rzekła  Colleen,  przekładając  papiery  na 

swoim zazwyczaj schludnym biurku.

– Gdzieś tu mam dla pana tonę wiadomości.

background image

– Telefony potem – powiedział Victor.
– Czy mogłaby pani wyciągnąć kalendarz z roku 1988?
Interesuje mnie zwłaszcza 18 listopada.
– Oczywiście – odparła.
Odłączyła się od dyktafonu i skierowała ku szafie z aktami.
Victor wrócił do gabinetu.
Czekając,  rozmyślał  o telefonie  z pogróżkami,  który  Victor  Junior  na  nieszczęście  odebrał, 

i zastanawiał się, co z tym zrobić.

Niechętnie uświadomił sobie, że niewiele może zdziałać.
Jeśli będzie indagować kogoś, z kim ma problemy, ten ktoś z pewnością zaprzeczy.
Colleen  weszła  do  gabinetu  z kalendarzem  otwartym  na  dniu  18  listopada  i podetknęła  go 

Victorowi pod nos.

Był to dzień wypełniony zajęciami.
Lecz nie wydarzyło się nic takiego,  co  mogłoby mieć cokolwiek  wspólnego  z brakującymi 

plikami.

Ostatni  zapis  stwierdzał,  że  zabrał  Marshę  do  Bostonu  na  kolację  do  Another  Season, 

a potem poszli na koncert bostońskiej orkiestry symfonicznej.

* * *

Marsha zdjęła szlafrok i wśliznęła się do cudownie ciepłego łóżka.
Przekręciła termostat koca elektrycznego z maksimum na trójkę.
Victor odsunął się jak najdalej od ciepłego miejsca.
Jego strona koca nie była nigdy używana.
Leżał w łóżku już od ponad pół godziny i pogrążony był w lekturze czasopism naukowych.
Marsha obróciła się ku niemu i poczęła studiować jego profil.
Ostra linia nosa, lekko zapadnięte policzki oraz cienkie wąskie wargi – znała jego rysy jak 

swoje własne.

Niemniej sprawiał wrażenie obcego.
Nadal nie w pełni pogodziła się z tym, co zrobił z synem.
Czuła na przemian niedowierzanie, gniew i strach, przy czym tego ostatniego było najwięcej.
– Czy  twoim  zdaniem  te  badania  oznaczają,  że  naprawdę  wszystko  jest  w porządku?  –

spytała.

– Mnie one uspokoiły – odrzekł Victor, nie odrywając oczu od lektury.
– W gabinecie doktora Ruddocka sprawiałaś wrażenie całkiem szczęśliwej matki.
Marsha położyła się na plecach.

background image

– Poczułam  wielką  ulgę,  że  nie  wykazały  one  niczego  oczywistego,  na  przykład  jakiegoś 

guza.

– Znowu spojrzała na Victora.
– Ale to wciąż nie wyjaśnia takiego dużego spadku poziomu inteligencji.
– Przecież to było sześć i pół roku temu.
– Ciągle się boję, że to się może powtórzyć.
– Twoja sprawa – odparł Victor.
– Victor! – zawołała Marsha.
– Czy mógłbyś na chwilę odłożyć to, co czytasz, i porozmawiać ze mną?
Opuszczając otwarte pismo na koc, powiedział: – Rozmawiam z tobą.
– Dziękuję – powiedziała.
– Oczywiście,  cieszę  się,  że  badania  wykazały,  że  wszystko  jest  w normie,  ale  testy 

psychologiczne – nie.

Wyniki były zaskakujące i trochę sprzeczne.
Poczęła wyjaśniać mu wyniki testów, a skończyła uwagą na temat wysokiego wskaźnika na 

skali histerii.

– Victor Junior nie jest typem emocjonalnym – zauważył Victor.
– W tym rzecz – odparła.
– Wydaje  mi  się,  że  takie  wyniki  świadczą  raczej  o jakości  testów  psychologicznych 

i o niczym więcej.

Widocznie są mało precyzyjne.
– Wręcz przeciwnie – powiedziała.
– Te testy uważane są za bardzo wiarygodne.
Ale nie wiem, jaki mam z nich wyciągnąć wniosek.
Niestety, jestem po nich jeszcze bardziej niespokojna.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że stanie się coś strasznego.
– Posłuchaj – rzekł Victor.
– Zabrałem do laboratorium próbki krwi Victora Juniora.
Zamierzam wyizolować szósty chromosom.
Jeśli się okaże, że się nie zmienił, będę całkowicie spokojny.
Ty też powinnaś się uspokoić.
– Wyciągnął rękę, jak gdyby chciał poklepać ją po udzie, ale odsunęła nogę.
Dłoń Victora opadła na pościel.
– Jeśli  Victor  Junior  ma  jakieś  drobne  problemy  osobowościowe,  możemy  zastosować 

terapię, dobrze?

– Bardzo chciał ją uspokoić, ale nie wiedział, co jeszcze może jej powiedzieć.

background image

Na pewno nie miał zamiaru wspominać o zaginionych plikach.
Marsha odetchnęła głęboko.
– Dobrze – powiedziała.
– Spróbuję się uspokoić.
Powiesz mi od razu o wynikach badania DNA?
– Na pewno – rzekł i uśmiechnął się do niej.
Zdołała odwzajemnić mu się słabym uśmiechem.
Victor wziął czasopismo i usiłował czytać dalej.
Brakujące pliki nie dawały mu jednak spokoju.
Ponownie starał się sobie przypomnieć, czy jednak to nie on je wykasował.
Taka możliwość istniała.
Ponieważ  nie  miały  odsyłaczy,  prawdopodobieństwo,  że  ktoś  przypadkiem  wykasował  te 

trzy pliki, było znikome.

– Ustaliłeś, co spowodowało śmierć tych biednych dzieci? – spytała Marsha.
Victor znowu wypuścił pismo z rąk.
– Jeszcze nie.
Nie przeprowadzili jeszcze pełnej sekcji.
Brakuje badań mikroskopowych.
– Czy  mogły  umrzeć  na  raka?  – spytała  nerwowo,  przypominając  sobie  dzień,  w którym 

zachorował David.

Była to jeszcze jedna data, której nigdy nie zapomni: 17 czerwca 1984 roku.
David miał dziesięć lat, Victor Junior pięć.
Przed nimi było kilka tygodni wakacji i Janice zamierzała zabrać dzieci do Castle Beach.
Marsha była w swoim gabinecie i przygotowywała materiały do zabrania do pracy, gdy nagle 

w drzwiach stanął David.

Jego szczupłe ramiona wisiały bezwładnie.
– Mamo, coś mi się stało – powiedział.
Nie od razu spojrzała na syna.
Szukała teczki, którą poprzedniego dnia przyniosła do domu.
– No, co ci się stało? – spytała, zamykając jedną szufladę i otwierając następną.
Poprzedniego dnia  wieczorem David  narzekał na  bóle  brzucha, ale pomogły zwykłe środki 

przeczyszczające.

– Śmiesznie wyglądam – wyjaśnił chłopiec.
– Uważam,  że  jesteś  bardzo  ładnym  chłopcem  – odpowiedziała,  przeszukując  teraz  regał 

wbudowany w ścianę za biurkiem.

– Robię się żółty – powiedział David.

background image

Marsha przerwała poszukiwania i odwróciła się ku chłopcu, który podbiegł do niej i schował 

twarz na jej piersi.

Był bardzo czułym dzieckiem.
– Dlaczego myślisz, że robisz się żółty? – spytała, czując pierwszy sygnał przerażenia.
– Pokaż mi buzię – powiedziała i łagodnie spróbowała odsunąć go od siebie.
Miała nadzieję, że chłopiec się myli i że znajdzie się jakieś proste wyjaśnienie jego wrażenia.
David nie puszczał jej.
– Oczy mi żółkną – powiedział zduszonym głosem.
– I język.
– Język możesz mieć żółty od cukierków cytrynowych – tłumaczyła.
– No, pokaż mi.
W gabinecie było ciemnawo, toteż wyszła z nim do holu i spojrzała na jego oczy w świetle 

padającym przez okno.

Aż wstrzymała oddech.
Nie było wątpliwości.
Chłopiec miał ostrą żółtaczkę.
Jeszcze tego samego dnia tomograf wykazał rozległy guz wątroby.
Była to niezwykle agresywna forma raka, która zniszczyła wątrobę chłopca w ciągu kilku dni 

od postawienia diagnozy.

– Żadne z tych dzieci nie miało chyba raka – mówił Victor, budząc Marshę z zamyślenia.
– Badania ogólne nie wykazały żadnych objawów złośliwego nowotworu.
Marsha spróbowała otrząsnąć się z prześladującego ją obrazu patrzących na nią żółtych oczu 

Davida i jego wymizerowanej twarzy.

Nawet skóra mu nagle pożółkła.
Odchrząknęła.
– A jakie,  twoim  zdaniem,  jest  prawdopodobieństwo,  że  śmierć  dzieci  spowodowały 

wprowadzone przez ciebie geny?

Victor nie od razu odpowiedział.
– Chciałbym wierzyć, że to jest bez związku.
Prawdę  powiedziawszy,  żadne  z setek  badań  przeprowadzonych  na  zwierzętach  nie 

skończyło się problemami zdrowotnymi.

– Ale nie możesz być pewien? – spytała.
– Nie mogę – zgodził się Victor.
– No a co z tymi pięcioma zygotami? – pytała dalej.
– Co chcesz wiedzieć? – zapytał.
– Są zamrożone.

background image

– Są normalne czy je też poddałeś mutacji?
– Wszystkie mają gen NGF.
– Proszę, żebyś je zniszczył – oświadczyła Marsha.
– Dlaczego?
– Powiedziałeś, że żałujesz tego, co zrobiłeś – rzekła ze złością.
– A teraz pytasz, dlaczego masz je zniszczyć?
– Nie mam zamiaru ich implantować – odrzekł.
– To mogę ci obiecać.
Ale mogą mi być potrzebne do wyjaśnienia przyczyn choroby tych dzieci.
Nie zapominaj, że tamte dwie zygoty też były zamrożone.
Jest to jedyna różnica między nimi a naszym synem.
Marsha przyglądała się twarzy Victora.
To potworne uświadomić sobie, że nie wie, czy mu wierzyć, czy nie.
Nie podobało jej się to, że owe zarodki są potencjalnie zdolne do życia.
Zanim zdążyła podjąć dyskusję na nowo, nocną ciszę przerwał trzask wybijanej szyby.
Jeszcze  słychać  było  odgłosy  padającego  szkła,  gdy  z sypialni  Victora  Juniora  dobiegł 

przeraźliwy krzyk.

Marsha i Victor wyskoczyli z łóżka i wypadli na korytarz.

background image

Rozdział 7

Później, we wtorek, wieczorem.

Victor Junior siedział skulony w kącie łóżka, zasłaniając głowę obiema rękami.
W środku pokoju, na dywanie, leżała cegła.
Obwiązana była czerwoną wstążką, pod którą widniała karteczka, co sprawiało, że wyglądała 

jak paczka z prezentem.

Szyba była stłuczona, na podłodze leżały odłamki szkła.
Cegłę najwyraźniej rzucono z podjazdu.
Victor wyciągnął rękę i zatrzymał w progu Marshę, która chciała wbiec do pokoju i znaleźć 

się przy dziecku.

– Uważaj na szkło! – krzyknął.
– Victor Junior, nic ci się nie stało? – zawołała Marsha.
Victor Junior pokręcił przecząco głową.
Sięgając drugą ręką na korytarz, Victor chwycił chodnik leżący na podłodze, wciągnął go do 

sypialni i przesunął w stronę okna.

Po chodniku podbiegł do okna i spojrzał na podjazd.
Był pusty.
– Wychodzę – powiedział, pędem mijając Marshę.
– Nie nadstawiaj karku! – zawołała, lecz on był już w połowie schodów.
– A ty się nie ruszaj – ostrzegła syna.
– Tyle tu szkła, że na pewno się skaleczysz.
Zaraz wracam.
Pobiegła do sypialni i pospiesznie włożyła pantofle domowe i szlafrok.
Wróciła do pokoju syna i dotarła do łóżka.
Victor Junior pozwolił się przytulić.
– Trzymaj się mnie – powiedziała i z wysiłkiem wzięła go na ręce.
Był cięższy, niż przypuszczała.
Z trudem dobrnęła do korytarza i z ulgą postawiła syna na podłodze.
– Jeszcze kilka miesięcy i cię nie uniosę – jęknęła.
– Robisz się za duży.
– Ja się dowiem, kto to zrobił – powiedział groźnie Victor Junior, odzyskawszy głos.
– Przestraszyłeś się, kochanie? – spytała, gładząc go po włosach.
Victor Junior odsunął jej dłoń.
– Dowiem się, kto rzucił cegłą, i zabiję go.
– Już jesteś bezpieczny – powiedziała łagodnie.

background image

– Uspokój się.
Wiem, że jesteś przestraszony, ale już wszystko w porządku.
Nikomu nic się nie stało.
– Zabiję go – powtarzał Victor Junior.
– Zobaczysz.
Zabiję go.
– Dobrze – stwierdziła.
Spróbowała przyciągnąć go do siebie, ale się oparł.
Zatrzymała na nim spojrzenie.
W jego płonących oczach było jakieś przeszywające, niezwykłe u dziecka, napięcie.
– Chodźmy do gabinetu – rzekła.
– Zadzwonię na policję.
Tymczasem Victor przebiegł cały podjazd i stał na ulicy, rozglądając się w obie strony.
Dwa domy dalej usłyszał zapalanie silnika samochodu.
W  chwili,  gdy  rozważał,  czy  nie  pobiec  w tym  kierunku,  ujrzał,  jak  rozbłyskują  światła 

reflektorów i samochód szybko odjeżdża.

Nie był w stanie określić nawet jego marki.
Sfrustrowany, rzucił za nim kamieniem, ale nie był w stanie przecież trafić.
Odwrócił się więc i pospiesznie ruszył do domu.
Znalazł Marshę i Victora Juniora w gabinecie.
Było jasne, że rozmawiali, lecz na jego widok zamilkli.
– Gdzie ta cegła? – spytał zadyszany.
– Tam, gdzie była – odrzekła Marsha.
– Byliśmy  bardzo  zajęci  rozmową  o tym,  jak  to  Victor  Junior  planuje  zabić  tego,  kto  ją 

rzucił.

– I zrobię to! – obiecał Victor Junior.
Victor  aż  jęknął,  wiedząc,  że  dla  Marshy  będzie  to  następne  potwierdzenie  zaburzeń 

psychicznych dziecka.

Skierował się do pokoju syna.
Cegła wciąż leżała na środku pokoju, tam, gdzie wylądowała.
Schylił się i spod wstążki wyciągnął kartkę.
„Pamiętaj o naszej umowie”, przeczytał słowa napisane na maszynie.
Skrzywił się z niesmakiem.
Kto to, u diabła, zrobił?
Wziął cegłę oraz kartkę i wrócił do gabinetu.
Wręczył to wszystko Marshy.

background image

Właśnie miała coś powiedzieć, gdy u drzwi rozległ się dzwonek.
– A to kto? – spytał Victor.
– Chyba policja – powiedziała Marsha, wstając.
– Dzwoniłam, gdy uganiałeś się po dworze.
– Opuściła pokój i zeszła na dół.
Victor spojrzał na Victora Juniora.
– Przestraszyłeś się, co, tygrysku?
– Myślę, że to oczywiste – odparł Victor Junior.
– Każdy by się wystraszył.
– Wiem – odpowiedział Victor.
– Przykro mi, że to wszystko spada na ciebie, wczoraj ten telefon i dziś ta cegła.
Jestem pewien, że tego nie zrozumiesz, ale mam pewne problemy kadrowe w laboratorium.
Spróbuję coś zrobić, żeby to się nie powtórzyło.
– To nieważne.
– Dobrze, że tak mężnie to znosisz – rzekł Victor.
– Chodźmy teraz porozmawiać z policją.
– Policja nic nie pomoże – orzekł Victor Junior, ale wstał i zszedł na dół.
Victor ruszył za nim.
Zgadzał  się  z synem,  lecz  był  zdziwiony,  że  Victor  Junior  wie  takie  rzeczy  w wieku 

dziesięciu lat.

Policjanci z North Andover byli uprzejmi i przejęli się sprawą.
Na wezwanie przyjechali sierżant Widdicomb i szeregowiec O’Connor.
Widdicomb  liczył  co  najmniej  sześćdziesiąt  pięć  lat,  miał  zaczerwienioną  twarz  i wielki 

brzuch piwosza.

O’Connor  stanowił  jego  przeciwieństwo:  miał  lat  dwadzieścia  kilka  i wyglądał  jak 

sportowiec.

Odzywał się tylko Widdicomb.
Gdy  Victor  i Victor  Junior  przyszli  do  holu,  Widdicomb  odczytywał  właśnie  kartkę, 

a O’Connor obmacywał cegłę.

Widdicomb oddał kartkę Marshy.
– Jakaś parszywa historia – powiedział.
– Dotąd takie numery robili w Bostonie, ale nie tutaj.
– Wyjął notatnik, poślinił koniec ołówka i zaczął sporządzać notatkę.
Zadawał rutynowe pytania, czyli: kiedy się to wydarzyło, czy kogoś zauważyli, czy w pokoju 

chłopca paliło się światło.

Victor Junior szybko się znudził i zniknął w kuchni.

background image

Gdy  Widdicomb  wyczerpał  swój  zasób  pytań,  zagadnął,  czy  mogą  rozejrzeć  się  po 

podwórku.

– Ależ naturalnie – powiedziała Marsha, wskazując wyjście.
Gdy policjanci opuścili dom, zwróciła się do Victora: – Wczoraj wieczorem powiedziałeś mi, 

żebym się nie martwiła tym telefonem z pogróżkami, że się tym zajmiesz.

– Wiem... – rzekł Victor z poczuciem winy.
Czekała, sądząc, że powie coś jeszcze, ale on milczał.
– Telefon z pogróżkami to jedno – powiedziała więc.
– Ale cegła wrzucona przez okno pokoju naszego dziecka to sprawa poważniejsza.
Powiedziałam ci, że nie zniosę następnych niespodzianek.
Może byś mi jednak coś powiedział o tych swoich problemach w pracy.
– Masz rację – odrzekł Victor.
– Ale najpierw przyrządzę sobie drinka.
Chyba mi dobrze zrobi.
Victor Junior oglądał w salonie program Johnnyego Carsona.
Ręką podpierał głowę, jego oczy miały szklisty wyraz.
– Dobrze się czujesz? – zawołała Marsha, stając w drzwiach kuchni.
– Tak – odpowiedział, nie odwracając głowy.
– Myślę, że powinniśmy pozwolić mu odetchnąć – rzekła Marsha, zwracając się do Victora, 

który właśnie przygotował koktajl z rumu.

Trzymając kubki w ręce, zasiedli przy kuchennym stole.
Victor  w skrócie  przedstawił  jej  spór  z Ronaldem,  rozmowy  z adwokatem  Gephardta, 

pogróżki Sharon Carver oraz nieprzyjemną sprawę z Hurstem.

– No więc już wiesz – zakończył.
– Normalny tydzień w biurze.
Marsha rozmyślała nad czwórką intrygantów.
Uznała, że troje z nich, z wyjątkiem Ronalda, można podejrzewać o odgrywanie się.
– A co powiesz o tej kartce? – spytała.
– O jaką umowę chodzi?
Victor wypił łyk koktajlu, postawił kubek na stole, potem wyciągnął rękę i ujął kartkę.
Przyglądał się jej przez chwilę, po czym stwierdził: – Nie mam zielonego pojęcia.
Z nikim nie zawierałem żadnej umowy.
– Rzucił kartkę na stół.
– Ktoś chyba jest innego zdania – powiedziała Marsha.
– Słuchaj, każdy, kto jest w stanie rzucić cegłą w nasze okno, jest również w stanie wymyślić 

jakąś umowę.

background image

Ale  ja  skontaktuję  się  z tą  czwórką  i powiem  im  wyraźnie,  że  nie  będą  bezkarnie  rzucać 

cegłami w nasze okna.

– A może by wynająć ochronę? – spytała.
– To jest pomysł – odpowiedział.
– Ale najpierw jutro do nich podzwonię.
Wydaje mi się, że to odniesie pożądany skutek.
Znowu zabrzmiał dzwonek u drzwi.
– Ja otworzę – powiedział Victor.
Postawił kubek na stole i wyszedł z kuchni.
Marsha wstała i weszła do salonu.
Telewizor nadal grał, lecz zamiast Johnnyego Carsona pokazywał się David Letterman.
A więc było już bardzo późno.
Victor Junior twardo spał.
Wyłączyła telewizor i spojrzała na syna.
Wyglądał tak łagodnie.
Nie było w nim ani śladu owej gwałtownej wrogości, jaką zademonstrował wcześniej.
O  mój  Boże,  pomyślała,  w jaki  sposób  eksperyment  Victora  może  zaszkodzić  jej

ukochanemu dziecku?

Drzwi frontowe zamknęły się z trzaskiem i Victor wszedł ze słowami?
– Policja nic nie znalazła.
Powiedzieli tylko, że przez jakiś tydzień będą obserwować dom, w miarę możliwości.
– Spojrzał na Victora Juniora.
– Widzę, że doszedł do siebie.
– Dobrze by było – rzekła Marsha w zamyśleniu.
– Nie, nie przesadzaj – powiedział.
– Nie chcę teraz wykładu o jego wrogości i całego tego kitu.
– Może  naprawdę  zdenerwowało  go  to,  że  miał  jako  trzylatek  problemy  z inteligencją  –

wypowiedziała na głos swoje myśli.

– Pomyśl,  ile  musiał  stracić  pewności  siebie,  gdy  pozbawiony  został  swoich  wyjątkowych 

umiejętności.

– Ale on miał tylko trzy i pół roku – powiedział Victor błagalnym tonem.
– Wiem, że się ze mną nie zgadzasz – powiedziała, patrząc na śpiącego chłopca.
– Ale ja jestem przerażona.
Nie  mogę  uwierzyć  w to,  że  twój  genetyczny  eksperyment  pozostanie  bez  wpływu  na 

przyszłość dziecka.

background image

* * *

Do dziewiątej rano następnego dnia temperatura wzrosła do piętnastu stopni.
Wyszło słońce i Victor otworzył w samochodzie boczne okna i szyberdach.
W powietrzu unosił się swoisty zapach ziemi, zapowiadający nadejście wiosny.
Victor nacisnął gaz i na prostych odcinkach puszczał kierownicę.
Rzucił okiem na Victora Juniora, po którym nie było widać przeżyć ostatniej nocy.
Chłopiec wyciągnął rękę za okno i otwartą dłonią igrał z wiatrem.
Był to bezcelowy gest, ale jakże normalny.
Victor pamiętał, że w wieku syna robił to samo.
Lecz gdy patrzył na chłopca, nie mógł uwolnić się od niespokojnych myśli Marshy.
Chłopiec wygląda normalnie, lecz czy ten wszczepiony gen może mieć jakiś wpływ na jego 

rozwój?

Victor Junior był samotnikiem.
A tej cechy nie odziedziczył po nikim z rodziny.
– Jaki jest ten twój kolega Richie? – spytał niespodziewanie.
Victor  Junior  spojrzał  na  niego  wzrokiem,  w którym  kryła  się  zarówno  irytacja,  jak 

i zaskoczenie.

– Mówisz zupełnie jak mama – powiedział.
Victor roześmiał się.
– Może.
Ale tak naprawdę, to jaki jest ten Richie?
Dlaczego nigdy go nie widzieliśmy?
– Jest fajny – odrzekł Victor Junior.
– Spotykam się z nim codziennie w szkole.
Nie wiem, ale chyba w domu mamy inne zainteresowania.
On wciąż ogląda telewizję.
– Gdybyście  zechcieli  w tym  tygodniu  pojechać  do  Bostonu,  ktoś  z moich  ludzi  was 

zawiezie.

– Dzięki, tato.
Spytam go, czy chce jechać.
Victor rozparł się wygodnie w fotelu.
Chłopak jednak ma kolegów.
Postanowił wieczorem powiedzieć o tym żonie.
W  momencie,  gdy  Victor  wjeżdżał  na  swoje  miejsce  na  parkingu,  przy  samochodzie,  jak 

gdyby za sprawą magii, pojawiła się nagle ciężka sylwetka Philipa.

background image

Na widok Victora Juniora jego twarz rozjaśnił uśmiech.
Złapał za maskę samochodu i zdrowo nim zakołysał.
– Nieźle! – skomentował Victor.
Victor Junior wyskoczył z samochodu i walnął Philipa pięścią w bark.
Ten, trzymając się za ramię, zrobił kilka kroków do tyłu, udając, że się słania.
Victor Junior roześmiał się i obaj pędem pognali przed siebie.
– Sekundę, Victor Junior! – zawołał Victor.
– Gdzie pędzicie?
Victor Junior obrócił się i wzruszył ramionami.
– Nie wiem.
Do bufetu albo biblioteki.
Dlaczego pytasz?
Mam coś zrobić?
– Nie – odparł Victor.
– Chcę tylko, żebyście nie szli nad rzekę.
Jest tak ciepło, że poziom wody jeszcze bardziej się podniesie.
Na dziedziniec dobiegał łoskot wody, płynącej przez przelew.
– Nie martw się – odrzekł chłopiec.
– Cześć.
Victor patrzył, jak okrążali budynek, biegnąc do bufetu.
Stanowili zupełnie nieprawdopodobną parę.
W biurze Victor natychmiast przystąpił do pracy.
Colleen przypomniała mu o wszystkich sprawach, które miały być tego dnia załatwione.
Victor przekazał jej wykonanie kilku rzeczy, pozostałe zaś notatki ułożył w stosik na środku 

biurka.

Po czym wyjął kartkę, która była przywiązana do cegły.
„Pamiętaj o naszej umowie”, powtórzył Victor.
Cóż to, do diabła, znaczy?
W nagłym przypływie złości porwał za słuchawkę i zadzwonił do Williama Hursta, adwokata 

Gephardta, i Sharon Carver.

Nie pozwolił żadnej z tych osób dojść do słowa.
Gdy  tylko  słyszał  głos  kolejnego  delikwenta,  krzyczał  do  słuchawki,  że  nie  ma  żadnych 

umów i że napuści policję na każdego, kto podniesie rękę na jego rodzinę.

Po  wszystkim  poczuł  się  trochę  głupio,  ale  miał  nadzieję,  że  winny,  zanim  odważy  się  na 

następny atak, dobrze się zastanowi.

Do Ronalda nie dzwonił, bo jakoś nie mógł sobie wyobrazić, by jego stary przyjaciel mógłby 

background image

się uciec do przemocy.

Załatwiwszy  tę  sprawę,  wziął  pierwszą  z kartek  dostarczonych  przez  Colleen  i rozpoczął 

robotę administracyjną.

Tego  przedpołudnia  Marshy  wydawało  się,  że  ciąg  trudnych  przypadków  nigdy  się  nie 

skończy.

Na  szczęście  ktoś  odwołał  wizytę  tuż  przed  lunchem,  co  dało  jej  godzinę  na  przejrzenie 

testów Victora Juniora.

Wyciągając je, przypomniała sobie jego wściekłość z powodu wrzuconej cegły.
Spojrzała na kliniczną skalę cztery, która miała odzwierciedlać tłumioną wrogość.
Wynik był znacznie niższy od tego, czego w takim wypadku mogłaby się spodziewać.
Wstała, przeciągnęła się i spojrzała w okno.
Nie zatrzymała wzroku na parkingu, lecz dalej, na polach i pagórkach.
Dostrzegła  zimowy  krajobraz  i drzewa,  których  gałęzie  sterczały  niczym  szkielety  na  tle 

bladoniebieskiego nieba.

No dobrze, dosyć już tej psychologii, pomyślała.
Szkoda, że nie może porozmawiać z Janice Fay.
Ta kobieta mieszkała u nich aż do śmierci w 1985 roku.
Gdyby  ktokolwiek  mógł  powiedzieć jej  coś  więcej  o zmianie  w umysłowości  chłopca, tym 

kimś byłaby właśnie Janice Fay.

Z pozostałych dorosłych osób, które w tym okresie znały bliżej Victora Juniora, przyszła jej 

na myśl jedynie Martha Gillespie, właścicielka przedszkola, do którego posyłali Victora Juniora 
przed ukończeniem dwóch lat.

Nagle Marsha podjęła decyzję i zawołała do Jean: – Chyba nie pójdę na lunch; może pani iść, 

kiedy pani chce.

Proszę tylko przełączyć telefon na centralę.
Jean, zajęta pisaniem na maszynie, gestem poinformowała ją, że słyszy.
Pięć minut później Marsha jechała autostradą z szybkością dziewięćdziesięciu kilometrów na 

godzinę.

Zjechała  z niej  już  na  pierwszym  skrzyżowaniu  i znalazła  się  z powrotem  na  wąskich 

wiejskich drogach.

Crocker  Preschool  stanowiło  czarujący  zespół  żółtych  domków  o białych  obramowaniach 

i białych okiennicach, stojących na terenie otaczającym znacznie większy dworek.

Marsha zastanawiała się,  w jaki sposób  to  przedszkole  wiąże  koniec z końcem, aczkolwiek 

powszechnie mówiono, że dla pani Gillespie stanowi ono raczej hobby.

Martha w młodości owdowiała i odziedziczyła fortunę.
– Oczywiście, że pamiętam Victora Juniora – mówiła teraz z udawanym oburzeniem.

background image

Marsha znalazła ją w biurze.
Martha  liczyła  około  sześćdziesięciu  lat,  miała  śnieżnobiałe  włosy  i wesołe,  rumiane 

policzki.

– Pamiętam go dobrze od pierwszego dnia.
To był niezwykły chłopiec.
Marsha również pamiętała ten pierwszy dzień.
Przywiozła syna wcześnie rano, martwiąc się o jego reakcję, gdyż do tej pory opuszczał dom 

jedynie w towarzystwie Janice albo jej samej.

Miał to być jego pierwszy kontakt z nie znanymi mu ludźmi.
Adaptacja wszakże okazała się trudniejsza dla matki niż syna, który pobiegł prosto do dzieci, 

nie obejrzawszy się za siebie ani razu.

– Właściwie  pamiętam  tyle  – mówiła  Martha  – że  pod  koniec  pierwszego  dnia  wszystkie 

dzieci robiły dokładnie to, czego on chciał.

A nie miał jeszcze dwóch lat!
– Wobec tego pamięta pani ten nagły spadek jego inteligencji? – spytała Marsha.
Martha nie odpowiadała, przyglądając się Marshy.
– Tak, pamiętam – odrzekła w końcu.
– A jak się zachowywał po tym wydarzeniu? – spytała Marsha.
– A jak się ma dzisiaj?
– Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku – odparła Marsha.
– Czy jest jakiś powód, że chce pani się zamartwiać i znowu to rozpamiętywać? – zapytała 

Martha.

– Pamiętam, jak wtedy pani to przeżyła.
– Szczerze powiedziawszy – powiedziała Marsha – obawiam się, że to może się powtórzyć.
Wydaje mi się, że gdybym wiedziała więcej o tym pierwszym wypadku, mogłabym zapobiec 

następnemu.

– Nie wiem, czy wiele mogę pani pomóc – rzekła Martha.
– Na pewno nastąpiła jakaś duża zmiana i stało się to szybko.
Victor  Junior  był  dzieckiem  pewnym  siebie,  jego  umysł  zdawał  się  mieć  nieograniczone 

możliwości i nagle stał się chłopcem zamkniętym w sobie, który nie ma wielu kolegów.

Nie przypominał jednak dziecka autystycznego.
Mimo że spędzał czas samotnie, zawsze doskonale wiedział, co się wokół niego dzieje.
– A czy wciąż umiał się bawić z rówieśnikami? – zapytała Marsha.
– Już nie tak – rzekła Martha.
– Gdy  namawialiśmy  go  do  wspólnej  zabawy,  włączał  się  chętnie,  ale  pozostawiony  sam 

sobie tylko się przyglądał.

background image

Wie pani, ciekawe było jedno.
Ilekroć nalegaliśmy, by Victor Junior wziął udział w jakiejś grze, na przykład w komórki do 

wynajęcia, zawsze pozwalał wygrywać innym.

To było dziwne, bo wcześniej wygrywał prawie zawsze, i to nawet ze starszymi od siebie.
– Ciekawe – powiedziała Marsha.
Później, w drodze do  pracy, oczyma  wyobraźni  widziała trzy i półletniego  Victora  Juniora, 

pozwalającego innym dzieciom wygrywać.

Przywołała na myśl wydarzenie na basenie w niedzielny wieczór.
W  ciągu  wielu  lat  doświadczeń  z małymi  dziećmi  nigdy  nie  spotkała  się  z taką  cechą 

charakteru.

* * *

– Znakomicie!  – powiedział  Victor,  trzymając  pod  światło  lampy  jeden  z preparatów 

mikroskopowych.

Widział cienki jak papier fragment mózgu.
– To jest barwione metodą Golga – powiedział Robert.
– Ma pan także barwienie Cajala i Bielschowskiego.
Jeśli zechce pan mieć inne badania, proszę mi powiedzieć.
– Dobrze – odrzekł Victor.
Robert,  jak  zwykle,  w niecałe  dwadzieścia  cztery  godziny  zrobił  to,  co  pośledniejszemu 

laborantowi zajęłoby kilka dni.

– A to są preparaty chromatynowe – wyjaśnił Robert, wręczając Victorowi tackę.
– Wszystko jest oznakowane.
– Dobrze – powtórzył Victor.
Z  preparatami  w dłoni  Victor  przeszedł  przez  salę  główną  do  miejsca,  gdzie stały 

mikroskopy optyczne.

Siadł przed jednym z nich i umieścił na płytce pierwszy preparat.
Na przywieszce był napis: „Hobbs, prawy płat przedni”.
Opuścił obiektyw tak, by prawie dotykał szkiełka nakrywkowego.
Potem, spoglądając przez okular, ustawił ostrość.
– Dobry Boże! – wykrzyknął, gdy obraz stał się wyraźny.
Nie było śladu nowotworu złośliwego, lecz obraz był taki sam, jak w przypadku guza.
Dzieci nie zmarły na skutek edemy mózgu ani też nadmiaru płynu.
To,  co  widział,  świadczyło  o intensywnych  podziałach  mitotycznych  komórek  nerwowych 

mózgu.

background image

Mnożyły  się  one  w takim  samym  tempie,  jak  podczas  pierwszych  dwóch  miesięcy  życia 

płodowego.

Szybko obejrzał preparaty z innych wycinków mózgu małego Hobbsa, po czym zanalizował 

tkanki organów drugiego chłopca.

Wszystkie były takie same.
Komórki nerwowe mnożyły się same w szaleńczym tempie.
Ponieważ  czaszki  dzieci  były  już  zrośnięte,  nowe  komórki  nie  miały  gdzie  się  podziać 

i z konieczności spychały mózg do kanału kręgowego, z fatalnym skutkiem.

Przerażony  i jednocześnie  osłupiały  Victor  pochwycił  tacę  z preparatami  i wstał  od 

mikroskopu.

Pospiesznie  przeszedł  przez  laboratorium  i wszedł  do  pomieszczenia,  w którym  stał 

mikroskop skaningowy.

Przypominało  ono  punkt  dowodzenia  nowoczesnym  systemem  obronnym,  nafaszerowany 

elektroniką.

Sam przyrząd w niczym nie był podobny do zwykłego mikroskopu.
Rozmiarami przypominał przeciętną lodówkę.
Jego  główną  część  stanowił  walec  o średnicy  około  trzydziestu  centymetrów  i około  metra 

wysokości.

Do tego walca wchodziła od góry skrzynka z przewodami elektrycznymi, służąca jako źródło 

elektronów.

Elektrony  były  skupiane  przez  magnesy,  które  odgrywały  taką  samą  rolę  jak  szklane 

soczewki w mikroskopie optycznym.

Obok mikroskopu stał sporej wielkości komputer.
Analizował  on  wielopłaszczyznowe  obrazy  z mikroskopu  elektronowego  i budował  obrazy 

trójwymiarowe.

Robert  przygotował  niezwykle  cienkie  preparaty  materiału  chromatynowego,  otrzymanego 

z niektórych komórek mózgowych, które znajdowały się w początkowym stadium podziału.

Victor włożył do mikroskopu jeden preparat i począł szukać obszaru chromosomu szóstego, 

w którym umieścił obcy gen.

Ponad godzina upłynęła, nim w końcu go zlokalizował.
– Jezu!
– Aż go zatkało.
Histonów,  normalnie  związanych  z łańcuchem  DNA,  albo  nie  było  wcale  w obszarze 

wprowadzonego genu, albo też były bardzo rozrzedzone.

Poza  tym  DNA,  który  zazwyczaj  jest  ciasno  upakowany,  rozplótł  się,  co  sugerowałoby 

aktywną transkrypcję.

background image

Innymi słowy, wprowadzone geny zostały uruchomione!
Victor obejrzał preparat z mózgu drugiego dziecka.
To samo.
Wprowadzone geny działały i produkowały czynnik wzrostu komórek nerwowych.
Nie miał żadnych wątpliwości.
Zabrał się do preparatów krwi syna.
Przygotowanie  ich  kosztowało  Roberta  więcej  trudu,  bo  trudniej  było  w nich  odnaleźć 

właściwe komórki.

Victor umieścił preparat w mikroskopie.
Po  trzydziestu  minutach  zlokalizował  obszar  chromosomu  szóstego  i z wielkim  wysiłkiem 

kilkakrotnie go zlustrował.

Wprowadzony gen był nieaktywny.
Jego obszar pokrywało białko histonowe w sposób nie odbiegający od normy.
Victor wyprostował się.
Victor Junior był zdrowy, lecz tamta dwójka zmarła na skutek jego eksperymentu.
Czy zdobędzie się na to, żeby powiedzieć o tym Marshy?
Wtedy ona go zostawi.
Właściwie nie był pewien, czy sam będzie mógł żyć z tą świadomością.
Nagle wstał i zaczął krążyć po pokoju.
Co mogło uaktywnić ów gen?
Przychodziło  mu  na  myśl  jedynie  przyjęcie  cefalokloru,  tego  samego  antybiotyku,  który 

zastosował we wczesnym okresie płodowym swego syna.

Ale w jaki sposób dzieci mogły go otrzymać?
Lekarze  nie  przepisywali  go  często,  rodzice  zaś  zostali  wyraźnie  ostrzeżeni,  że  jest 

niebezpieczny.

Victor był pewien, że ani państwo Hobbs, ani Murray nie pozwoliliby nikomu na podanie ich 

dzieciom cefalokloru.

A skoro chłopcy zmarli jednocześnie, przypadkowy zbieg okoliczności był wykluczony.
Zdjęty  nagłym  przerażeniem  pomyślał,  że  obszar  chromosomu  szóstego,  który  wybrał  do 

wprowadzenia syntetycznego genu, nie jest być może obszarem nonsensownego DNA, jak się na 
ogół uważa.

Może znajduje się tam nieznany promotor, który uaktywnił wprowadzony gen.
A jeśli to prawda, Victor Junior również jest zagrożony.
Kto  wie,  czy  jego  gen  nie  włączył  się  na  krótko  właśnie  wtedy,  gdy  spadł  poziom  jego 

inteligencji?

Victor spróbował przełknąć ślinę, ale w ustach miał zupełnie sucho.

background image

Zabierał wszystkie próbki, podszedł do kranu i napił się wody.
W głównej sali pracowało kilku laborantów, ale zupełnie nie miał ochoty z nimi rozmawiać.
Szybko przeszedł do siebie i zamknął drzwi.
Usiłował się uspokoić, lecz gdy nareszcie serce przestało mu pospiesznie walić, przypomniał 

sobie mikrofotografie chromosomów syna, które zrobił sześć i pół roku temu.

Zerwał się na równe nogi i rzucił ku archiwum.
Zaczął ich gwałtownie szukać.
Znalazł wreszcie zdjęcia z okresu kryzysu.
Obejrzawszy je, odetchnął z ulgą.
Wszystko było w porządku.
Sześć i pół roku temu obszar chromosomu szóstego wyglądał dokładnie tak samo jak dziś.
Nie było najmniejszego śladu zaniku histonów i rozplecenia DNA.
Oddychając już spokojniej, Victor wyruszył na poszukiwanie Roberta.
Znalazł go w zwierzętarni, gdzie instruował on następczynię Sharon Carver.
Victor odciągnął go na bok.
– Obawiam się, że będę musiał pana prosić o następne ważne badanie.
– Pan tu jest szefem – rzucił Robert.
– W próbkach mózgu, w obszarze chromosomu szóstego, jest rejon o zmienionej strukturze.
Chciałbym, żeby jak najszybciej zrobił pan sekwencjonowanie tego fragmentu DNA.
– To trochę potrwa – odrzekł Robert.
– Wiem, że to żmudna robota – powiedział Victor.
– Ale może pan skorzystać z moich radioaktywnych próbek DNA.
– A, to co innego.
Robert udał się z Victorem do jego pokoju, gdzie otrzymał mnóstwo maleńkich buteleczek.
Przez kilka chwil po jego wyjściu Victor siedział u siebie, szukając innego wyjaśnienia niż 

cefaloklor.

Z jakiego innego powodu u tej dwójki dzieci mógł się uaktywnić gen NGF?
W  wieku  od  dwóch  i pół  lat  do  trzeciego  roku  życia  tempo  wzrostu  spada  i nie  występują 

żadne przełomowe zmiany fizjologiczne podobne do tych z okresu dojrzewania.

Intrygujące było również to, że gen NGF uaktywnił się u obu chłopców najwyraźniej w tym 

samym czasie.

To nie miało sensu.
Dzieci spotykały się jedynie w świetlicy Chimery.
Był to jeden z powodów, dla których Victor wybrał właśnie te małżeństwa.
Chciał mieć możliwość obserwowania rozwoju dzieci.
Upewnił się też, że państwo Hobbs i państwo Murray nie znali się przed narodzeniem dzieci.

background image

Nie chciał, żeby porównywali rozwój synów i nabrali jakichś podejrzeń.
Sięgnął po telefon i w kadrach poprosił o adresy domowe pogrążonych w smutku rodziców.
Zapisał je i poszedł do Colleen, by poinformować ją, że wychodzi na kilka godzin.
Najpierw postanowił odwiedzić Hobbsów, ponieważ było do nich bliżej.
Mieszkali w ładnym ceglanym domu w miasteczku o nazwie Haverhill.
Zaparkował przed głównym wejściem i nacisnął dzwonek.
– Doktor Frank! – zdziwił się William Hobbs.
Otworzył szerzej drzwi i gestem zaprosił Victora do środka.
– Sheila! – zawołał.
– Mamy gościa!
Victor wszedł do środka.
Chociaż  dom  był  urządzony  ładnie  i nowocześnie,  pokoje,  niczym  całun,  zalegała 

przytłaczająca cisza.

– Proszę, bardzo proszę – mówił William, prowadząc Victora do salonu.
– Napije się pan kawy?
Herbaty?
– Jego głos odbijał się echem w głuchej ciszy mieszkania.
Do salonu weszła Sheila Hobbs.
Była to dynamiczna kobieta z fryzurą na pazia.
Victor widział ją kilka razy podczas obowiązkowych uroczystości w Chimerze.
Poprosił  o kawę  i w chwilę  potem  siedzieli  w salonie,  trzymając  na  kolanach  maleńkie 

filiżanki Wedgwooda.

– Właśnie myślałem o tym, żeby do pana zadzwonić – powiedział William.
– Cóż za zbieg okoliczności, że tędy pan przejeżdżał.
– Co? – zdziwił się Victor.
– Sheila  i ja  postanowiliśmy  wrócić  do  pracy  – wyjaśnił  William,  skupiając  uwagę  na 

filiżance kawy.

– Najpierw chcieliśmy na trochę wyjechać.
Ale teraz myślimy, że lepiej byśmy się czuli, mając jakieś zajęcie.
– Z przyjemnością  powitamy  was  z powrotem,  kiedy  tylko  będziecie  chcieli  – powiedział 

Victor.

– To bardzo miło z pana strony – rzekł William.
Victor odchrząknął.
– Chciałbym państwa o coś spytać – zaczął.
– Zakładam,  że  zostali  państwo  poinformowani  o tym,  że  wasz  syn  ma  uczulenie  na 

antybiotyk o nazwie cefaloklor.

background image

– Tak – odrzekła Sheila.
– Powiedziano nam o tym jeszcze przed zabraniem go ze szpitala.
– Jej filiżanka zadzwoniła o spodeczek.
– Czy mogło się zdarzyć, że waszemu synowi podano ten antybiotyk? – spytał Victor.
Małżonkowie spojrzeli na siebie i odpowiedzieli zgodnie: – Nie.
– Mauriceowi nic nie dolegało – mówiła dalej Sheila.
– Poza tym pilnowaliśmy, żeby informacja o tym uczuleniu znalazła się w jego karcie.
Jestem pewna, że nie otrzymał żadnego antybiotyku.
Dlaczego pan pyta?
Victor wstał.
– Tak mi to przyszło do głowy.
Nie przypuszczam, by ktoś mu podał antybiotyk, ale przypomniała mi się ta alergia...
Znalazłszy się w samochodzie, skierował się w stronę Bostonu.
Był  prawie  pewien,  że  państwo  Murray  powiedzą  mu  dokładnie  to  samo,  ale  chciał  się 

upewnić.

Był środek popołudnia, dojechał bardzo szybko.
Problem stanowiło jedynie zaparkowanie samochodu.
Wreszcie znalazł wolne miejsce na Beacon Hill.
Znak informował o zakazie parkowania, ale postanowił zaryzykować.
Dom państwa Murray znajdował się na środku uliczki o nazwie West Cedar.
Nacisnął dzwonek.
Drzwi otworzył mężczyzna w wieku około trzydziestu lat, o fryzurze punka.
– Czy zastałem państwa Murray? – spytał Victor.
– Są w pracy – odrzekł młodzian.
– Jestem z firmy porządkowej.
– Wydawało mi się, że wzięli kilka dni wolnego.
Młodzian roześmiał się.
– Ci pracoholicy?
Wzięli jeden dzień po śmierci syna i to wszystko.
Victor wrócił do samochodu zły na siebie, że wcześniej nie zadzwonił.
Zaoszczędziłby sobie tej wyprawy.
Dojechawszy do Chimery, skierował się wprost do księgowości.
Znalazł Horacea Murraya przy biurku, pochylonego nad wydrukami komputerowymi.
Na  widok  szefa  Murray  zerwał  się  na  równe  nogi  i powiedział:  – Colette i ja  chcieliśmy 

jeszcze raz podziękować panu za przyjście do szpitala.

– Bardzo żałuję, że nic nie mogłem zrobić – odrzekł Victor.

background image

– Wszystko było w rękach Boga – powiedział Horace zrezygnowany.
Gdy  Victor  spytał  o cefaloklor,  Horace  przysiągł,  że  Mark  nie  brał  żadnego  antybiotyku, 

a tym bardziej cefalokloru.

Gdy wychodził z księgowości, poraziła go następna myśl.
A jeśli jest jakiś związek między śmiercią dzieci a zniknięciem plików w komputerze?
Ta  myśl  była  najbardziej  niepokojąca,  albowiem  sugerowałaby tezę,  że  geny  zostały 

uaktywnione rozmyślnie.

Z bijącym sercem Victor pobiegł do laboratorium.
Jeden z nowych pracowników chciał go o coś spytać, lecz Victor gestem oddalił go od siebie, 

dodając, że jeśli tamten ma jakiś problem, niech się skontaktuje z Robertem.

Zamknął się w swoim pokoju i ukląkł przy szafce znajdującej się na dole półki z książkami.
Włożył  kluczyk, otworzył  ciężkie  drzwiczki i sięgnął  po  notatki  zawierające  informacje  na 

temat genu NGF, które zapisał szyfrem.

Jego ręka trafiła jednak na pustkę.
Na półce nie było nic.
Zamknął drzwiczki i uważnie przekręcił kluczyk, pomimo że nie było już czego chować.
Uspokój  się,  powiedział  do  siebie,  próbując  zapanować nad  narastającą  falą  paranoicznego 

strachu.

Ponosi mnie wyobraźnia.
Przecież musi się znaleźć jakieś wyjaśnienie.
Wstał i udał się na poszukiwania Roberta.
Znalazł go przy elektroforezie DNA, którą wcześniej mu zlecił.
– Czy widział pan moje notatki na temat genu NGF?
– Nie wiem, gdzie są – odrzekł Robert.
– Nie widziałem ich od sześciu miesięcy.
Sądziłem, że to pan je stąd zabrał.
Wymamrotawszy „dziękuję”, Victor zostawił Roberta.
A więc nie była to już gra wyobraźni.
Liczba dowodów narastała.
Ktoś przyłączył się do jego eksperymentu, i to z fatalnym skutkiem.
Postanowiwszy  stawić  czoło  najgorszym  podejrzeniom,  podszedł  do  zamrażarki  na  ciekły 

azot.

Położył dłoń na klamce i zawahał się.
Intuicja podpowiedziała mu, co zobaczy, niemniej zmusił się do podniesienia pokrywy.
Przypomniał  sobie  Marshę  i jej  słowa,  że  musi  natychmiast  zniszczyć  pięć  pozostałych 

zygot.

background image

Powoli zajrzał do środka.
Początkowo  nie  widział  nic  z powodu  zimnej  mgiełki  wydobywającej  się  z pojemnika 

i spływającej łagodnie na podłogę.

Potem mgła się przerzedziła i dojrzał tackę, na której umieścił embriony.
Była pusta.
Z wrażenia musiał oprzeć się o zamrażarkę.
Patrzył na pustą tacę i nie chciał uwierzyć w to, co miał przed oczyma.
Potem opuścił pokrywę.
Zimna azotowa mgiełka krążyła wokół jego stóp jak żywa.
Z trudem dotarł do swego pokoju i opadł na krzesło.
Ktoś wiedział o jego pracy nad genami!
Ale  kto  to  mógł  być,  dlaczego  celowo  spowodował  śmierć  dzieci,  czy  też  był  to  może 

przypadek?

Czy komuś tak bardzo zależało na zniszczeniu Victora, że nie baczył na inne ofiary?
Niespodziewanie pogróżki Hursta nabrały innego znaczenia.
Zdjęty strachem uzmysłowił sobie, że musi ustalić, kto się za tym wszystkim kryje.
Wstał  i począł  maszerować  tam  i z powrotem,  przypomniawszy  sobie  ze  zdumieniem,  że 

David zmarł wkrótce po batalii związanej z wypuszczeniem akcji Chimery.

Czy jego śmierć też ma z tym jakiś związek?
Czy Ronald jest w to wmieszany?
Nie, to absurdalne.
David zmarł na raka wątroby, a nie na skutek zatrucia czy wypadku spowodowanego przez 

osobę trzecią.

Zresztą niedorzeczna była nawet myśl, że dzieci  Hobbsów i Murrayów zostały pozbawione 

życia z premedytacją.

Ich śmierć musiało spowodować jakieś wewnątrzkomórkowe zjawisko.
Być  może  nastąpiła  druga  mutacja,  wywołana  zamrożeniem,  a przekona  się  o tym,  gdy 

Robert zakończy sekwencjonowanie DNA.

Nakazując  sobie  spokój  i logiczne  myślenie,  udał  się  do  centrum  komputerowego  na 

rozmowę z Louisem Kaspwiczem.

Z machiny, nad którą Louis pracował, została pusta metalowa skorupa.
Wokół leżały setki części i podzespołów.
– Przepraszam, że znowu pana niepokoję – zaczął Victor – ale muszę wiedzieć, o jakiej porze 

zostały usunięte moje dane.

Próbuję dociec, jak mogłem to zrobić.
– Jeśli  to  pana  pocieszy  – rzekł  Louis  – mogę  panu  powiedzieć,  że  wielu  ludzi  niechcący 

background image

kasuje swoje dokumenty.

Na pana miejscu nie przejmowałbym się.
A jeśli chodzi o porę, myślę, że było to około dziewiątej czy dziesiątej.
– Czy mógłbym zajrzeć do głównego spisu? – spytał Victor.
Przyszło mu na myśl, że jeśli posługiwał się komputerem przed lub po wykasowaniu tamtych 

danych, może sobie przypomni, dlaczego to zrobił.

– Doktorze Frank – przez twarz Louisa przebiegł tik – to przecież pana firma.
Może pan obejrzeć wszystko, co pan zechce.
Poszli do gabinetu Louisa, gdzie informatyk wręczył mu zapis z 18 listopada.
Victor przejrzał wydruk.
Między ósmą trzydzieści a dziesiątą trzydzieści nikt nie korzystał z komputera.
– Nic tu nie widzę – przyznał Victor.
Louis obszedł biurko i zajrzał Victorowi przez ramię.
– Niemożliwe – powiedział, sprawdzając datę na górze strony.
– 18 listopada, zgadza się!
– Znowu przejrzał zapisy.
– A, no tak! – zawołał.
– Nic dziwnego, że nie może pan znaleźć.
Patrzył pan na godziny poranne.
– Louis z powrotem wręczył mu wydruk, wskazując na zapis.
– Wieczorem? – zdziwił się Victor, patrząc na właściwe miejsce na wydruku.
– To niemożliwe.
O dziewiątej 45 byłem w filharmonii w Bostonie.
– No, ale co ja mam zrobić? – rzekł Louis i twarz mu znowu drgnęła.
– Jest pan pewien, że tu nie ma błędu? – spytał Victor.
– Absolutnie.
– Louis wskazał na zapisy przed i po wyznaczonej godzinie.
Widzi pan, jak to jest chronologicznie ułożone?
Nie ma pomyłki, jeśli chodzi o godzinę.
Czy na pewno był pan wtedy w filharmonii?
– Tak – odparł Victor.
– Nie korzystał pan z telefonu?
– O czym pan mówi? – spytał Victor.
– O tym, że wejścia dokonano z zewnątrz.
Czy widzi pan ten kod dostępu?
To numer pana domowego komputera.

background image

– Ale mnie w domu nie było – jęknął Victor.
Louis nerwowo wzruszył ramionami.
– W takim razie jest tylko jedno wyjaśnienie – powiedział.
– Operacji tej  dokonał  ktoś,  kto  zna pańskie  hasło,  a także zastrzeżony numer  telefoniczny 

naszego komputera.

Czy podawał pan kiedyś komuś hasło?
– Nigdy – odrzekł Victor bez wahania.
– Jak często korzysta pan z dostępu do naszego komputera z domu? – spytał Louis.
– Rzadko.
Prawie wcale – powiedział Victor.
– Kiedyś korzystałem często, ale było to dawno, kiedy firma się rozkręcała.
– O Boże! – wykrzyknął Louis, wpatrując się w wydruk.
– Coś nowego? – spytał Victor.
– Przykro  mi,  ale  muszę  panu  powiedzieć,  że  ktoś  regularnie  wchodził  do  pańskiego 

komputera, korzystając z pańskiego hasła.

A to może jedynie oznaczać, że jakiś pirat odkrył nasz numer telefoniczny.
– To chyba nie takie proste? – spytał Victor.
Louis potrząsnął głową.
– Numer telefonu to drobnostka.
Zdobywa się go tak, jak zrobił to ten dzieciak z filmu.
Można tak zaprogramować komputer, że będzie nieustannie dzwonił pod kolejne numery.
Cała zabawa zaczyna się wtedy, gdy przypadkiem znajdzie sygnał innego komputera.
– I ten pirat często to robił?
– O tak – odrzekł Louis.
– Zauważyłem te zapisy, ale myślałem, że to pańskie.
Proszę spojrzeć!
– Louis rozłożył wydruk i wskazał na całą serię zapisów z wykorzystaniem hasła Victora.
– Dzieje się to na ogół w piątek wieczór.
– Przerzucił strony i wskazał na następne zapisy.
– To znaczy wtedy, kiedy szczeniak przyjeżdża z internatu na weekendy do domu.
Co za menda!
O, następny.
Proszę spojrzeć, ten pirat wdarł się do kadr i zaopatrzenia.
Mój Boże, robi mi się niedobrze.
Od jakiegoś czasu mamy problemy z plikami i zastanawiam się, czy nie jest temu winien ten 

gówniarz.

background image

Chyba natychmiast powinniśmy zmienić pana hasło.
– Ale wtedy jest mniejsza szansa na złapanie go.
I tak często nie wykorzystuję hasła.
Może by poobserwować za pisy w piątek wieczór i go przyłapać?
Chyba potrafi pan to zrobić?
– To  jest  możliwe  – zgodził  się  Louis  – jeśli  smarkacz  będzie  na  linii  dostatecznie  długo 

i jeśli pod ręką będziemy mieli fachowców od telefonów.

– Niech pan sprawdzi, co się da zrobić – powiedział Victor.
– Postaram się.
Tylko jedno jest gorsze od pirata: wirus komputerowy.
Tu jednak idę o zakład, że mamy do czynienia z piratem.

* * *

Opuszczając  centrum  komputerowe,  Victor  pomyślał,  że  dobrze  byłoby  sprawdzić,  co  robi 

Victor Junior.

Zważywszy  na  to,  co  się  wydarzyło,  lepiej  byłoby  go  ostrzec,  żeby  trzymał  się  z dala  od 

Hursta i nawet Ronalda Beekmana.

Najpierw zajrzał do laboratorium, ale ani Robert, ani pozostali przez cały dzień nie widzieli 

Victora Juniora i Philipa.

To  nieco  zaskoczyło  Victora,  ponieważ  Victor  Junior  spędzał  większość  czasu,  poznając 

mikroskopy i inne urządzenia.

Postanowił udać się do bufetu.
Było już późne popołudnie, przy kilku stolikach siedzieli nieliczni goście, popijając kawę.
Victor porozmawiał z kierownikiem, który zajęty był podliczaniem kasy.
Ten widział Victora Juniora tylko w porze lunchu.
W drodze z bufetu Victor zajrzał do biblioteki, która mieściła się w tym samym budynku.
Krągłe  betonowe  kolumny,  które  dobudowano  jako  podpory,  pozostawiono  na  widoku,  co 

nadawało miejscu nastrój gotycki.

Regały z książkami i czasopismami sięgały do ramienia, dzięki czemu widać było całą salę.
Okna  znajdującej  się  po  prawej  stronie  wygodnej  czytelni  wychodziły  na  wewnętrzny 

dziedziniec kompleksu.

Bibliotekarka nie widziała Victora Juniora ani Philipa.
Coraz bardziej zaniepokojony Victor zajrzał do sali gimnastycznej i świetlicy.
Nikt nie widział Victora Juniora ani Philipa.
Gdy wrócił  do laboratorium, skąd miał zamiar  zadzwonić do strażników, znalazł kartkę od 

background image

kierownika bufetu z informacją, że Victor Junior i Victor przyszli na lody.

Wrócił więc do bufetu i znalazł obu przy stoliku pod oknem.
– No dobra, chłopaki – powiedział, udając gniew.
– Gdzieście, do licha, byli?
Victor Junior przekręcił głowę w stronę ojca.
W jego ustach tkwiła włożona odwrotnie łyżeczka.
Philip, który najwyraźniej sądził, że Victor jest zły, wstał, nie wiedząc, co począć ze swymi 

wielkimi, łopatowatymi rękami.

– Kręciliśmy się tu i tam – odrzekł Victor Junior wymijająco.
– Ale gdzie? – rzucił Victor.
– Szukałem wszędzie.
– Trochę byliśmy nad rzeką – przyznał Victor Junior.
– Chyba wam powiedziałem, żebyście tam nie chodzili.
– Oj, tato! – jęknął Victor Junior.
– Nie robiliśmy niczego niebezpiecznego.
– Nie pozwoliłbym, żeby coś złego przydarzyło się Victorowi Juniorowi – powiedział Philip 

swym dziecinnym głosem.

– Wierzę ci – rzekł Victor, spoglądając na potężną sylwetkę Philipa.
On  i Victor  Junior  stanowili  nieprawdopodobną  parę,  niemniej  Victor  doceniał  lojalność 

Philipa wobec Victora Juniora.

– Usiądź – rzekł już łagodniej.
– I skończ lody.
– Sam też usiadł i zwrócił się do syna: – Chciałbym, żebyś przez pewien czas zachował tutaj 

szczególną ostrożność.

Po tej wczorajszej cegle domyślasz się chyba, że mamy pewne problemy.
– Nic mi nie będzie – odrzekł Victor Junior.
– Jestem pewien – zgodził się Victor.
– Ale odrobina rozwagi nikomu jeszcze nie zaszkodziła.
Nikomu  nic  nie  mów,  ale  miej  otwarte  oczy,  kiedy  zobaczysz  Beekmana  albo  Hursta, 

dobrze?

– Dobrze – odparł Victor Junior.
– A co  do  ciebie  – Victor  zwrócił  się  do  Philipa  – możesz  odgrywać  rolę  nieoficjalnego 

goryla Victora Juniora.

Poradzisz sobie z tym?
– Ależ oczywiście, doktorze Frank – zgodził się Philip skwapliwie.
– Właściwie... – dodał Victor, wiedząc, że Marsha zaakceptowałaby ten pomysł – mógłbyś 

background image

przez kilka dni u nas nocować, tak jak wtedy, kiedy Victor Junior był mały.

Mógłbyś spędzać z Victorem Juniorem nawet wieczory.
– Dziękuję,  panie  doktorze  – odrzekł  Philip  z uśmiechem,  odsłaniając  większość  dużych 

zębów.

– Bardzo chętnie.
– No to załatwione – rzekł Victor, wstając.
– Muszę wracać do biura; cały dzień gdzieś biegam.
Pojedziemy chyba za dwie godziny.
Po drodze wpadniemy do Philipa, żeby się spakował.
Na odchodne Victor Junior i Philip pomachali Victorowi łyżeczkami do lodów.
Marsha wyjmowała z torby warzywa, gdy usłyszała na podjeździe samochód Victora.
Kiedy  Victor  przystanął  przed  garażem,  czekając,  aż  otworzą  się  automatyczne  drzwi, 

zauważyła na tylnym siedzeniu trzecią osobę i jęknęła.

Kupiła tylko sześć małych kotletów z jagniny.
Dwie minuty później weszli do kuchni.
– Zaprosiłem na kilka dni Philipa – wyjaśnił Victor.
– Pomyślałem sobie, że po tych wydarzeniach przydałby się w domu jakiś silny człowiek.
– Dobry  pomysł  – powiedziała,  po  czym  dodała:  – Mam  nadzieję,  że  to  nie  zamiast 

profesjonalnej ochrony.

Victor roześmiał się.
– Niezupełnie.
– A potem, zwracając się do Victora Juniora i Philipa, powiedział: – Może wskoczylibyście 

do basenu?

Victor Junior i Philip pobiegli na górę, żeby się przebrać.
Victor  zrobił  ruch,  jakby  chciał  pocałować  Marshę,  lecz  ona  ponownie  zajęła  się  torbą 

z warzywami.

Potem ominęła go, żeby schować coś w spiżarni.
Zauważył,  że  wciąż  jest  zła,  a zważywszy  na  wydarzenia  poprzedniego  wieczoru,  miała 

powody.

– Przepraszam za Philipa; to mi tak nagle przyszło do głowy – odezwał się.
– Ale nie wydaje mi się, by ktoś nadal chciał nękać nas cegłami czy telefonami.
Dzwoniłem do tych, którzy mogli nam grozić, i postawiłem sprawę jasno.
– Po cóż więc Philip? – spytała Marsha, zamykając drzwi spiżarni.
– Jako dodatkowe zabezpieczenie – wyjaśnił.
A potem, chcąc zmienić temat, spytał: – Co dziś na kolację?
– Kotlety jagnięce, które na dodatek będziemy musieli podzielić – powiedziała, spoglądając 

background image

na niego spod oka.

– Dlaczego ciągle mam wrażenie, że coś przede mną ukrywasz?
– To pewnie sprawka twej podejrzliwej natury – odparł, wiedząc, że żona nie ma ochoty na 

żarty.

– A co oprócz kotletów? – spytał, żeby zmienić temat.
– Karczochy, ryż i sałata.
– Było oczywiste, że coś przed nią ukrywa, ale nie nalegała.
– Pomóc ci w czymś? – zapytał, myjąc ręce nad kuchennym zlewem.
Zazwyczaj razem przygotowywali kolację, ponieważ oboje do późna pracowali.
Marsha kazała mu umyć sałatę.
– Rano rozmawiałem z Victorem Juniorem o jego koledze Richiem – powiedział Victor.
– W tym tygodniu ma zaprosić go na cały dzień do Bostonu, więc to chyba niesprawiedliwe 

mówić, że Victor Junior nie ma kolegów.

– Mam nadzieję, że rzeczywiście go zaprosi – powiedziała obojętnie.
Nastawiając ryż i karczochy, dalej kątem oka obserwowała męża.
Miała nadzieję, że sam powie jej coś o dwójce tych nieszczęsnych dzieci, ale on w milczeniu 

zmagał się z sałatą.

W końcu, zdenerwowana, spytała: – Czy wiesz coś o przyczynie śmierci tych dzieci?
Odwrócił się i spojrzał jej prosto w twarz.
– Analizowałem ów wprowadzony gen zarówno u Victora Juniora, jak i u tych dzieci.
U nich wyraźnie odbiegał od normy, jak gdyby ulegał aktywnej transkrypcji, lecz w tkankach 

Victora Juniora wyglądał zupełnie dobrze.

Co więcej – dorzucił – obejrzałem kilka zdjęć tego genu z okresu spadku inteligencji Victora 

Juniora.

Ale nawet wtedy nie było tam takich zmian, jak u tamtej dwójki.
Toteż problem z Victorem Juniorem polegał na czymś zupełnie innym.
Marsha wydała westchnienie ulgi.
– To dobra wiadomość.
Dlaczego od razu mi nie powiedziałeś?
– Przecież dopiero wszedłem do domu – odrzekł.
– I właśnie mówię.
– Mogłeś do mnie zadzwonić – powiedziała przekonana, że nie powiedział jej wszystkiego.
– Albo powiedzieć mi bez pytania.
– Kazałem sekwencjonować geny zmarłych dzieci – dodał, sięgając po oliwę i ocet.
– Może później będę mógł ci wyjaśnić, dlaczego one się uaktywniły.
Marsha podeszła do kredensu, wyjęła talerze i zaczęła nakrywać do stołu.

background image

Usiłowała stłumić gniew, który znów w niej wzbierał.
Jak może mówić o tym wszystkim tak obojętnie?
Gdy spytał, czy jeszcze może w czymś pomóc, odpowiedziała, że zrobił już swoje.
Potraktował jej słowa dosłownie, usiadł na stołku barowym i patrzył, jak nakrywa do stołu.
– To nie przez przypadek Victor Junior pozwolił ci wygrać na basenie – powiedziała, sądząc, 

że sprowokuje Victora.

– Zaczął robić takie rzeczy w wieku trzech lat.
– Po czym zdała mu relację z wizyty u Marthy Gillespie.
– Ale skąd możesz być pewna, że przegrał specjalnie? – spytał.
– Mój Boże, jeszcze cię to męczy – rzekła, zmniejszając gaz pod garnkiem z ryżem.
– Byłam tego całkiem pewna, gdy was obserwowałam.
Teraz, po rozmowie z Marthą, jestem absolutnie pewna.
Wygląda na to, że Victor Junior nie chce zwracać na siebie uwagi.
– Ale  jeśli  ktoś  przegrywa  specjalnie,  czasami  ściąga  na  siebie  większą  uwagę  –

skomentował.

– Możliwe – powiedziała bez przekonania.
– Ale tak naprawdę wiele bym dała, żeby się dowiedzieć, co działo się w jego mózgu wtedy, 

kiedy nastąpił tak drastyczny spadek inteligencji.

Mogłoby to jakoś wyjaśnić jego obecne zachowanie.
Wtedy tak przejęliśmy się jego zdrowiem, że nie myśleliśmy o uczuciach.
– Uważam, że zniósł ten okres nadspodziewanie dobrze – rzekł Victor.
Podszedł do lodówki i wyjął butelkę białego wina.
– Wiem, że jesteś innego zdania, ale ja uważam, że radzi sobie doskonale.
To szczęśliwe dziecko.
Jestem z niego dumny.
Myślę, że pewnego dnia zostanie wybitnym naukowcem.
On naprawdę kocha laboratorium.
– Pod warunkiem, że znowu nie stanie się coś z jego mózgiem – warknęła Marsha.
– Ale mnie nie martwią jego zdolności.
Martwi  mnie,  że  twój  niesłychany  eksperyment  może  mieć  jakiś  wpływ  na  jego 

człowieczeństwo.

– Odwróciła się, by ukryć łzy wywołane nagłym przypływem emocji.
Pomyślała, że gdy już będzie po wszystkim, nie będzie mogła dalej być żoną Victora.
Ale czy Victor Junior zechce zostawić swe ukochane laboratorium i zamieszkać z nią?
– Wy, psychiatrzy... – wymamrotał pod nosem Victor, wyciągając korkociąg.
Marsha zamieszała ryż i sprawdziła karczochy.

background image

Starała się opanować.
Dosyć już miała łez.
Przez  kilka  minut  milczała,  w końcu  jednak  odezwała  się:  – Żałuję,  że  nie  prowadziłam 

dziennika rozwoju Victora Juniora.

Mogłoby mi to teraz pomóc.
– Ja prowadziłem zapiski – rzekł Victor, wyciągając korek z głośnym pyknięciem.
– Naprawdę? – spytała.
– Dlaczego mi o tym nie mówiłeś?
– Ponieważ były przeznaczone do celów mojego eksperymentu.
– Mogłabym  je  obejrzeć?  – spytała  znowu,  usiłując stłumić  gniew  wywołany  arogancją 

Victora, który potraktował jej dziecko jak świnkę doświadczalną.

Victor upił łyk wina.
– Są u mnie w gabinecie.
Pokażę ci później, kiedy Victor Junior Pójdzie spać.
Siedziała w gabinecie Victora.
Chciała  przeczytać ten  dziennik  w samotności,  bo  wiedziała,  że  obecność  męża  Zirytuje ją 

jeszcze bardziej.

Oczy jej napełniły się łzami, gdy ponownie przeżywała chwile narodzin syna.
Mimo że  notatki  te  w większości  stanowiły  typowy  zapis  naukowy, ich  lektura  boleśnie  ją 

poruszyła.

Nie  pamiętała  już,  że  Victor  Junior  tuż  po  urodzeniu  powiódł  za  nią  oczami,  a wszak 

przeciętne dziecko jest w stanie zatrzymać na czymkolwiek wzrok znacznie później.

Wszystkie bariery Victor Junior pokonywał niewiarygodnie wcześnie, a szczególnie szybko 

zaczął mówić.

W  wieku  siedmiu  miesięcy,  gdy  dziecko  jest  w stanie  wymówić  zaledwie  słowa  „mama” 

i „tata”, Victor Junior układał całe zdania.

Gdy skończył rok, dysponował już bogatym słownictwem.
Skończywszy  półtora  roku,  kiedy  dziecko  ma  dobrze  opanowaną  umiejętność  chodzenia, 

Victor Junior potrafił jeździć na małym rowerku, który Victor specjalnie dla niego zamówił.

Czytając tę historię, Marsha przypomniała sobie, jakie to wszystko było przejmujące.
Każdego dnia Victor Junior opanowywał do perfekcji coraz to inne zadanie, ujawniał coraz 

to nowe i niespodziewane umiejętności.

Uświadomiła  sobie,  że  jej  również  można  zarzucić  radowanie  się  wyjątkowymi 

osiągnięciami syna.

W  tym  okresie  nie  zastanawiała  się  nad  wpływem  przedwczesnego  dojrzewania  na  rozwój 

osobowości chłopca.

background image

A jako psycholog powinna była o tym pomyśleć.
Victor  wszedł  do  gabinetu  pod  pretekstem  szukania  jakiejś  książki,  kiedy  dotarła  do 

rozdziału zatytułowanego „matematyka”.

Czując  zawstydzenie  z powodu  swych  niedociągnięć  w roli  troskliwego  rodzica,  pozwoliła 

mu zostać i czytała dalej.

Matematyka zawsze stanowiła jej piętę achillesową.
W szkole średniej musiała pobierać dodatkowe lekcje, by zdać wymagane egzaminy.
Gdy  Victor  Junior  zademonstrował  wyjątkową  łatwość  radzenia  sobie  z liczbami,  była 

zdumiona.

Trzyletni  chłopiec  wyjaśniał  w sposób  dla  niej  zrozumiały  podstawy  rachunku 

różniczkowego.

Po raz pierwszy w życiu Marsha pojęła, o co tu chodzi.
– Zdumiało  mnie  to  – mówił  Victor  – że  potrafi  przekształcać  matematyczne  równania 

w muzykę.

Marsha pamiętała to i myślała, że mają w domu następnego Beethovena.
I nigdy nie przyszło mi do głowy, że takie małe dziecko może nie udźwignąć ciężaru bycia 

geniuszem, pomyślała z żalem.

Ze smutkiem przerzuciła kilka następnych stronic i zdumiona stwierdziła, że to już wszystko.
– To chyba nie koniec – powiedziała.
– Obawiam się, że tak.
Przeczytała ostatnie strony.
Końcowy zapis pochodził z 6 maja 1982 roku.
Dotyczył on wydarzenia w świetlicy Chimery, które Marsha bardzo dobrze pamiętała.
Ostatnie zdanie brzmiało: „Wydaje się, że Victor Junior doznał poważnych zmian czynności 

mózgu, które teraz wydają się stabilne”.

– Później nie robiłeś już żadnych notatek? – spytała.
– Nie – przyznał.
– Uznałem, że mimo początkowego sukcesu mój eksperyment skończył się niepowodzeniem.
Nie widziałem powodu, by kontynuować pisanie.
Zamknęła notatnik.
Spodziewała  się  znaleźć  więcej  wskazówek  wyjaśniających  – według  niej  – zaburzenia 

osobowości syna.

– Chciałabym,  żeby  ta  historia  wskazywała  na  jakąś  przypadłość  psychosomatyczną  czy 

nawet reakcję konwersyjną.

Wtedy być może reagowałby na terapię.
Bardzo żałuję, że kiedy to wszystko się działo, nie byłam bardziej wrażliwa.

background image

– Wydaje mi się, że ten problem jest wynikiem jakiegoś zjawiska wewnątrzkomórkowego –

stwierdził Victor.

– Nie sądzę, żeby ten zapis miał cokolwiek zmienić.
– To właśnie mnie przeraża – powiedziała Marsha.
Boję się, że Victor Junior umrze, jak dzieci Hobbsów i Murrayów albo na raka, jak jego brat 

czy choćby Janice.

Tyle  naczytałam  się  o twojej  pracy,  by  wiedzieć,  że  nowotwory  to  wielki  problem  dla 

przyszłości terapii genetycznej.

Ludzie obawiają się, że wprowadzone geny mogą przekształcić protoonkogeny w onkogeny 

i odpowiednie tkanki staną się wtedy tkankami nowotworowymi.

– Przerwała.
Czuła przypływ emocji.
– Jak ja mogę mówić o tym tak, jakby to był zwykły problem naukowy?
Chodzi o naszego syna, a z tego, co wiem, wynika, że uruchomiłeś w nim coś, co spowoduje 

jego śmierć.

Ukryła twarz w dłoniach.
Starała się opanować, lecz w jej oczach znowu pojawiły się łzy.
Zaczęła łkać.
Victor chciał ją objąć, ale się odsunęła.
Sfrustrowany wstał.
Przez chwilę patrzył, jak szloch wstrząsa jej ramionami.
Nic nie miał do powiedzenia na swoją obronę.
Opuścił więc gabinet i poszedł na górę.
Czuł się przygnieciony swoim własnym bólem.
A  po  tym,  co  dziś  odkrył,  miał  jeszcze  więcej  powodów  niż  żona,  by  martwić  się 

o bezpieczeństwo syna.

background image

Rozdział 8.

Czwartek, rano.

Victor  przebijał  się  samochodem  przez  korki  typowe  dla  pory  szczytu  w Bostonie 

i zastanawiał się, jak ludzie mogą znosić coś takiego codziennie.

Gdy  dotarł  do  Storrow  Drive,  ulicy  biegnącej  w kierunku  zachodnim,  zrobiło  się  trochę 

luźniej, w pobliżu Fenway jednak znowu musiał zwolnić.

Było już po dziewiątej, gdy wreszcie wchodził do pełnego ruchu szpitala dziecięcego.
Udał się wprost na oddział patologii.
– Szukam doktora Shryacka – powiedział.
Sekretarka  spojrzała  na  niego  i nie  zdejmując  z głowy  słuchawek  dyktafonu,  wskazała 

w kierunku korytarza.

Szedł, oglądając tabliczki z nazwiskami.
– Przepraszam.
Czy doktor Shryack? – zawołał, wchodząc przez otwarte drzwi.
Wyglądający niezwykle młodo mężczyzna uniósł głowę znad mikroskopu.
– Nazywam się Frank – powiedział Victor.
– Poznaliśmy się, gdy przeprowadzał pan sekcję małego Hobbsa.
– Oczywiście, pamiętam – odrzekł doktor Shryack.
Wstał i wyciągnął rękę.
– Miło mi pana widzieć w przyjemniejszych okolicznościach.
Na imię mam Stephen.
Victor uścisnął mu dłoń.
– Obawiam  się,  że  nie  mamy  jeszcze  konkretnej  diagnozy,  jeśli  o to  panu  chodzi  –

powiedział Stephen.

– Preparaty Są jeszcze w obróbce.
– To mnie oczywiście interesuje – rzekł Victor – ale wpadłem, by poprosić o jeszcze jedną 

przysługę.

Jestem ciekaw, czy pobieracie rutynowo próbki płynów.
– Oczywiście – odparł Stephen.
– Zawsze robimy toksykologię, przynajmniej podstawowe testy.
– Może mógłbym dostać taką próbkę? – zapytał Victor.
– Pochlebia mi pańskie zainteresowanie – powiedział Stephen.
– Interniści na ogół omijają nas z daleka.
Chodźmy, zobaczymy, co da się zrobić.
Poszli  w głąb  korytarza,  który  doprowadził  ich  do  dużego  laboratorium,  gdzie  Stephen 

background image

zatrzymał się, by porozmawiać z poważnie ubraną kobietą w średnim wieku.

Rozmowa trwała minutę, wreszcie kobieta wskazała przeciwległy koniec sali.
Victor  przeszedł  za  Stephenem  przez  całe  laboratorium,  skąd  prowadziły  drzwi  do  małego 

pomieszczenia.

– Chyba mamy szczęście.
– Stephen  otworzył  drzwi  dużej  chłodziarki  stojącej  przy  przeciwległej  ścianie  i zaczął 

grzebać w setkach zakorkowanych erlenmayerek.

W końcu znalazł to, czego szukał, i wręczył kolbę Victorowi.
Po chwili wydobył jeszcze trzy.
Victor stwierdził, że dwie kolby zawierają krew, a dwie mocz.
– Ile panu potrzeba? – spytał Stephen.
– Tylko trochę – odrzekł Victor.
Stephen ostrożnie przelał trochę płynu z każdej kolby do probówek, które wziął ze stołu.
Zakorkował je, oznaczył czerwonym mazakiem i wręczył komplet Victorowi.
– Czym jeszcze mogę służyć? – spytał.
– No cóż, nie chciałbym nadużywać pańskiej hojności – rzekł Victor.
– Ależ nic nie szkodzi – powiedział Stephen.
– Mniej więcej pięć lat temu zmarł mój syn.
Był to bardzo rzadki przypadek raka wątroby – zaczął Victor.
– Bardzo mi przykro.
– Był leczony w tym szpitalu.
Wtedy  lekarze  mówili  mi,  że  w historii  medycyny  zanotowano  jedynie  kilka  takich 

przypadków.

Uważano,  że  rak  powstał  z komórek  Kupffera  i że  w istocie  był  to  nowotwór  układu 

siateczkowo śródbłonkowego.

Stephen skinął głową.
– Chyba czytałem o tym przypadku.
Tak, na pewno czytałem.
– A ponieważ  ten  nowotwór  jest  tak  rzadki  – mówił  Victor  – czy  nie  sądzi  pan,  że 

zachowano próbki zmienionych nowotworowo tkanek?

– Niewykluczone – odrzekł Stephen.
– Chodźmy do mojego gabinetu.
Zasiadłszy  przed  komputerem,  Stephen  poprosił  Victora  o podanie  pełnego  imienia 

i nazwiska Davida oraz daty urodzenia.

Wpisał dane na ekranie i uzyskał numer szpitalny Davida, a także zapis przebiegu choroby.
Wiodąc palcem po ekranie, dokładnie oglądał dane.

background image

Jego ręka zatrzymała się.
– To wygląda dobrze.
Oto numer próbki.
Sprawdźmy.
Tym razem zaprowadził Victora na drugą kondygnację podziemną.
– Mamy tu taką kryptę, gdzie magazynuje się próbki na dłużej – wyjaśnił.
Wyszli z windy do słabo oświetlonego korytarza, od którego odchodziły liczne korytarzyki.
Pod sufitem biegły rury i przewody wentylacyjne, podłogę zaś stanowił poplamiony beton.
– Rzadko odwiedzamy to  miejsce  – powiedział  Stephen, prowadząc  Victora  przez  labirynt 

korytarzy.

Zatrzymał się w końcu przed ciężkimi stalowymi drzwiami.
Victor pomógł mu je otworzyć, po czym Stephen sięgnął dłonią do środka i zapalił światło.
Było  to  duże,  słabo  oświetlone  pomieszczenie  z rzadko  rozmieszczonymi żarówkami 

w prostych oprawach.

W powietrzu czuć było chłód i wilgoć.
Liczne  rzędy  metalowych  Półek  sięgały  niemal  sufitu.  Sprawdzając  numer  zanotowany  na 

kawałku papieru, Stephen ruszył wzdłuż jednego z rzędów.

Victor szedł za nim, przyglądając się zawartości półek.
W pewnej chwili przystanął, zaskoczony widokiem dziecięcej główki, zamkniętej w dużym 

szklanym pojemniku, pływającej w jakiejś konserwującej solance.

Oczy  dziecka  patrzyły  prosto  przed  siebie,  usta  były  otwarte,  jak  gdyby  znieruchomiałe 

w jakimś wiecznym krzyku.

Popatrzył na inne szklane pojemniki.
W  każdym  z nich  widniało  jakieś  przerażające,  zakonserwowane  świadectwo  minionych 

cierpień.

Wstrząsnął się, a potem się zorientował, że Stephen zniknął mu z oczu.
Nerwowo rozglądał się dookoła, aż wreszcie usłyszał okrzyk lekarza: – Tu jestem!
Powoli ruszył przed siebie, nie patrząc już na okazy.
Gdy  dotarł  do  rogu  pomieszczenia,  ujrzał,  jak  Stephen  sięga  na  jedną  z półek  i głośno 

przesuwa szklane pojemniki.

– Eureka! – zawołał lekarz, prostując się.
W ręce trzymał średniej wielkości szklany słój, zawierający napęczniałą wątrobę, zawieszoną 

w przezroczystym płynie.

– Ma pan szczęście – dodał.
Później, gdy winda wiozła ich na górę, Stephen spytał, do czego Victorowi potrzebne są te 

tkanki.

background image

– Ciekawość – odparł Victor.
– Gdy David zmarł, byłem tak przybity, że nie dociekałem przyczyn.
Od tamtej pory minęło już wiele lat i wreszcie chciałbym wiedzieć, dlaczego umarł mój syn.

* * *

Marsha w towarzystwie Victora Juniora i Philipa przejechała przez bramy Chimery.
W  drodze  Victor  Junior  paplał  o swym  nowym  Pacmanie  na  wideo,  jak  każdy  normalny 

dziesięciolatek.

– Dziękuję za podwiezienie, mamo – powiedział, wyskakując z samochodu.
– Powiedz Colleen, gdzie będziesz – poprosiła.
– I trzymajcie się z dala od rzeki.
Widzieliście z mostu, jak ona wygląda.
Philip wygramolił się z tylnego siedzenia.
– Nic mu się nie stanie – powiedział.
– Czy jesteś pewien, że nie wolałbyś odwiedzić Rickiego? – zapytała.
– Tu jest mi dobrze – odrzekł Victor Junior.
– Nie martw się o mnie, dobrze?
Patrzyła, jak rusza przed siebie, a Philip usiłuje dotrzymać mu kroku.
Ale para, pomyślała, usiłując nie popadać w panikę z powodu odkryć ostatniego wieczoru.
Zaparkowała samochód i skierowała się do świetlicy.
Wchodząc do budynku, słyszała głuche uderzenia piłki tenisowej.
Na górze, w części gimnastycznej, były korty.
Odnalazła  Pauline  Spaulding  klęczącą  na  podłodze,  nadzorującą  grupę  dzieci  malujących 

palcami na brystolu rozłożonym na podłodze.

Na widok Marshy Pauline skoczyła na równe nogi.
Jej figura świadczyła o dobrej pracy wieloletniej instruktorki aerobiku.
Gdy Marsha poprosiła ją o chwilę rozmowy, Pauline poszła szukać zastępczyni.
Wróciła  w towarzystwie  młodej  kobiety,  po  czym  zaprowadziła  Marshę  do  sali  pełnej 

łóżeczek dziecinnych, także składanych.

– Tutaj nikt nie będzie nam przeszkadzał – powiedziała.
Jej duże, okrągłe oczy spoglądały na Marshę nerwowo.
Pauline przypuszczała, że Marsha przybyła tu w jakiejś oficjalnej sprawie na zlecenie męża.
– Nie przyszłam tu  jako  żona jednego  ze  wspólników – wyjaśniła  Marsha, chcąc uspokoić 

Pauline.

– Rozumiem.

background image

– Pauline odetchnęła głęboko i uśmiechnęła się.
– Sądziłam, że ktoś się na coś skarży.
– Wręcz przeciwnie – powiedziała Marsha.
– Chciałabym porozmawiać o moim synu.
– To wspaniały chłopiec – rzekła Pauline.
– Chyba wie pani o tym, że od czasu do czasu tu zagląda i nam pomaga.
Ostatnio był podczas weekendu.
– Nie wiedziałam, że pracujecie w weekendy – zdziwiła się Marsha.
– Siedem dni w tygodniu – rzekła Pauline z dumą.
– W Chimerze mnóstwo ludzi pracuje siedem dni w tygodniu.
Nazywa się to chyba zaangażowanym stosunkiem do pracy.
Marsha  nie  była  pewna,  czy  nazwałaby  to  zaangażowaniem,  i zastanowiła  się,  jaki  wpływ 

może  mieć takie  poświęcenie na  życie rodzinne,  które i tak ponosi  uszczerbek na  skutek pracy 
dorosłych.

Nie powiedziała jednak na ten temat ani słowa.
Spytała natomiast Pauline, czy przypomina sobie dzień, w którym Victor Junior przeżył ów 

pamiętny kryzys.

– Ależ tak, oczywiście.
Fakt, że stało się to tutaj, sprawia, iż dalej czuję się w jakiś sposób za to odpowiedzialna.
– Przecież to absurdalne – odrzekła Marsha z ciepłym uśmiechem.
– Chciałabym spytać, jak Victor Junior zachowywał się później.
Pauline patrzyła na swoje stopy i myślała.
Po upływie mniej więcej minuty podniosła głowę.
– Najbardziej chyba rzucało się w oczy to, że z przywódcy zmienił się w obserwatora.
Przedtem zawsze rwał się do wszystkiego.
Później natomiast wyglądał na znudzonego i trzeba go było zmuszać do zabawy.
Unikał też współzawodnictwa.
Był jakby kimś zupełnie innym.
Nie zmuszaliśmy go; nie mieliśmy odwagi.
Tak czy owak, po tym wydarzeniu widywaliśmy go rzadziej.
– Jak mam to rozumieć? – spytała Marsha.
– Gdy  skończyły  się  badania,  po  zajęciach  w przedszkolu  przychodził  tu  każdego 

popołudnia.

– Nie – odrzekła Pauline.
– Większość czasu spędzał w laboratorium ojca.
– Naprawdę?

background image

Sądziłam, że do laboratorium zaczął przychodzić wtedy, gdy poszedł do szkoły.
Ale cóż ja mogę wiedzieć, przecież jestem tylko matką!
Pauline uśmiechnęła się.
– A czy przyjaźnił się z kimś? – zapytała Marsha.
– To nigdy nie było jego mocną stroną – odpowiedziała Pauline dyplomatycznie.
– Zawsze miał lepszy kontakt z nauczycielami niż z dziećmi.
Po tym kryzysie na ogół wolał być sam.
Nie, cofam to.
Chyba odpowiadało mu towarzystwo tego niedorozwiniętego pracownika.
– Chce pani powiedzieć: Philipa? – spytała Marsha.
– Właśnie.
Marsha wstała, podziękowała Pauline i obie ruszyły ku wyjściu.
– Victor  Junior  może  nie  jest  tak  inteligentny  jak  kiedyś  – powiedziała  Pauline  już  przy 

drzwiach – ale to dobry chłopiec.

Bardzo go tu cenimy.
Marsha szybko poszła do samochodu.
Nie  dowiedziała  się  wiele,  może  jedynie  tego,  że  Victor  Junior  był  znacznie  większym 

samotnikiem, niż przypuszczała.

* * *

Victor  wiedział,  że  po  przekroczeniu  bramy  Chimery  powinien  natychmiast  udać  się  do 

swego biura.

Colleen niewątpliwie tonie w powodzi pilnych spraw.
Mimo to, trzymając próbki ze szpitala dziecięcego, udał się prosto do laboratorium.
Po drodze zajrzał do centrum komputerowego.
Szukał  Louisa  Kaspwicza  w okolicach,  gdzie  poprzednio  znajdował  się  popsuty  komputer, 

lecz problem najwyraźniej został rozwiązany.

Maszyna była podłączona do sieci, światełka błyskały, płynęły zwoje taśm.
Jeden  z wielu  techników  w białym  fartuchu  poinformował  go,  że  Louis  jest  u siebie,  gdzie

zmaga się z jakąś usterką w jednym z programów finansowo księgowych.

Na widok Victora Louis odsunął opasły program, nad którym pracował, i sięgnął po wydruki, 

które przygotował dla Victora.

– Sprawdziłem  sześć  ostatnich  miesięcy  – powiedział,  rozkładając  płachty  tak,  by  Victor 

mógł coś widzieć – i podkreśliłem zapisy wprowadzone przez pirata.

Wynika  z tego,  że  ten  dzieciak  wdziera  się  do  komputera  w każdy  piątek  około  ósmej 

background image

wieczór.

W pięćdziesięciu procentach przypadków siedzi przy komputerze wystarczająco długo, żeby 

dało się go zlokalizować.

– A dlaczego mówi pan „dzieciak”? – spytał Victor, prostując się i nie patrząc już na zapis.
– To tylko taki zwrot – odrzekł Louis.
– Do prywatnego systemu komputerowego może włamać się osoba w każdym wieku.
– Może to być na przykład ktoś z naszej konkurencji?
– Na pewno, ale z praktyki wynika, że wielu małolatów traktuje to po prostu jako próbę sił.
Dla nich to coś w rodzaju gry komputerowej.
– Kiedy możemy spróbować go złapać? – spytał Victor.
– Jak najszybciej – odpowiedział Louis.
– Jestem trochę zaniepokojony tym, że trwa to już tak długo.
Nie mam pojęcia, co ten ktoś chce przez to osiągnąć.
W  każdym  razie  ustaliłem  już  z firmą  telefoniczną,  że  jutro  wieczorem  przyślą  tu  swoich 

specjalistów.

Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu.
– Dobrze – odrzekł Victor.
Załatwiwszy tę sprawę, udał się do laboratorium.
Robert nadal był zajęty sekwencjonowaniem DNA wprowadzonych genów.
– Mam następne pilne zajęcie – powiedział Victor szybko.
– Jeśli będzie trzeba, proszę odciągnąć od pracy innych laborantów, ale  wolałbym, żeby tę 

pracę nadzorował pan.

– Wezmę Harryego, jeśli to konieczne – rzekł Robert.
– Co pan tam ma?
Victor otworzył papierową torbę i wyjął słoik.
Podał go Robertowi.
Ręka mu drżała.
– To kawałek wątroby mojego syna.
– Victora Juniora?
– Na kościstej twarzy Roberta pojawił się wyraz przerażenia.
Jego oczy zrobiły się jeszcze większe.
– Nie, nie.
Davida.
Czy pamięta pan, że przeprowadziliśmy genetyczne daktyloskopowanie całej mojej rodziny?
Robert skinął głową.
– Proszę zrobić daktyloskopię genetyczną tej komórki rakowej – wyjaśnił Victor.

background image

– Chcę także mieć standardowe badania chromosomowe, łącznie z barwieniami H i E.
– Można wiedzieć, po co to panu potrzebne?
– Proszę wykonać i już – rzekł Victor szorstko.
– Dobrze – powiedział Robert, nerwowo przypatrując się swoim stopom.
– Nie pytałem o motywy.
Po  prostu  pomyślałem,  że  jeśli  chodzi  panu  o coś  szczególnego,  mógłbym  na  to  zwrócić 

baczniejszą uwagę.

Victor przejechał palcami po włosach.
– Przepraszam za ten wybuch.
Mam mnóstwo problemów.
– Ależ nie musi pan przepraszać – odparł Robert.
– Zaraz się do tego zabiorę.
– Chwileczkę, jeszcze coś – rzekł Victor.
Wyjął cztery zakorkowane probówki.
– Tu są próbki krwi i moczu.
Proszę je sprawdzić na obecność antybiotyku z grupy cefalosporyn.
Robert wziął próbki, przechylił je, analizując ich konsystencję, potem sprawdził podpisy.
– Harry się tym zajmie.
To powinno być proste.
– Jak idzie sekwencjonowanie? – spytał Victor.
– Żmudnie, jak zwykle – powiedział Robert.
– Znalazł pan jakieś mutacje?
– Ani jednej – odrzekł Robert.
– Jak dotąd geny są stabilne.
– Szkoda – skomentował Victor.
– Myślałem, że ta wiadomość pana ucieszy – powiedział Robert.
– Normalnie by mnie ucieszyła – odparł Victor.
Nie rozwijał tematu.
Trudno byłoby mu wyjaśnić, że miał nadzieję znaleźć konkretne dowody na to, że gen NGF 

zmarłych dzieci różni się od genu jego syna.

– A, tu pan jest! – usłyszeli okrzyk, który wystraszył ich obu.
Obejrzeli się i w drzwiach ujrzeli Colleen.
Stała w rozkroku, ręce oparła na biodrach.
– Któraś sekretarka powiedziała mi, że gdzieś tu  pan się włóczy – powiedziała, puszczając 

oko.

– Właśnie miałem zamiar iść do biura – rzekł Victor pokornie.

background image

– No jasne, a ja zaraz wygram los na loterii – roześmiała się Colleen.
– W biurze jest chyba dom wariatów? – spytał Victor z przestrachem.
– Teraz wydaje mu się, że jest niezastąpiony – zażartowała Colleen, patrząc na Roberta.
– Właściwie nie jest tak źle.
Poradziłam sobie z większością spraw.
Ale jest coś, o czym powinien się pan dowiedzieć natychmiast.
– O co chodzi? – spytał Victor, nagle zaniepokojony.
– Może moglibyśmy porozmawiać na osobności? – zapytała Colleen.
Uśmiechnęła się do Roberta, dając mu do zrozumienia, że nie chce być nieuprzejma.
– Oczywiście – odrzekł Victor z zakłopotaniem.
Przemaszerował przez całe laboratorium w kierunku jednego ze stołów.
Colleen poszła za nim.
– Chodzi o Gephardta – wyjaśniła.
– Darryl Webster, który prowadzi dochodzenie, od rana próbuje się z panem skontaktować.
Powiedział mi wreszcie, o co chodzi.
Zdaje się, że wykrył mnóstwo nieprawidłowości.
Gdy  Gephardt  był  u nas  kierownikiem  działu  zaopatrzenia,  zniknęło  mnóstwo  sprzętu 

laboratoryjnego.

– Na przykład? – spytał.
– Drogie rzeczy – rzekła Colleen.
– Aparaty do FPLC, sekwencjonowania DNA, spektrometry i temu podobne.
– Dobry Boże!
– Darryl uważa, że powinien pan o tym wiedzieć – dodała Colleen.
– Czy znalazł sfałszowane zamówienia?
– Nie – odrzekła Colleen.
– Dlatego jest to takie dziwne.
Zaopatrzenie odebrało sprzęt.
Tylko nigdy nie dotarł on do wydziału, który miał go zamówić.
A ten wydział nie upominał się, bo w ogóle nie składał takich zamówień.
– A więc Gephardt upłynnił to – Victor stwierdził ze zdumieniem.
– Nic dziwnego, że jego adwokat tak bardzo chciał zawrzeć ugodę.
Wiedział, co odkryjemy.
Przypomniał  sobie  ze  złością,  że  na  kartce  przyczepionej  do  cegły  była  mowa  o jakiejś 

umowie.

Było wysoce prawdopodobne, że ta cegła to sprawka Gephardta.
– Chyba mamy telefon tego drania – powiedział jadowicie.

background image

– Chyba tak – odrzekła Colleen.
– Powinien być w jego aktach.
– Chcę do niego zadzwonić.
Męczy mnie gadanie z tym jego adwokatem.
W drodze do biura Colleen musiała biec, żeby dotrzymać Victorowi kroku.
Nigdy jeszcze nie był tak zły.
Był  nadal  wściekły,  gdy  wykręcał  numer  telefonu  Gephardta  i dawał  znak  Colleen,  żeby 

została w gabinecie jako świadek rozmowy.

Po drugiej stronie nikt jednak nie podnosił słuchawki.
– Cholera! – klął Victor.
– Tego drania albo nie ma w domu, albo nie odbiera telefonów.
Gdzie on mieszka?
Colleen sprawdziła.
Gephardt mieszkał w Lawrence, niedaleko Chimery.
– Wpadnę do niego w drodze z pracy – powiedział.
– Mam wrażenie, że złożył nam wizytę w domu.
Pora odpłacić mu za te odwiedziny.

* * *

Ponieważ  jeden  z pacjentów  odwołał  wizytę  z powodu  choroby,  Marsha  postanowiła 

wykorzystać  wolną  godzinę  na  odwiedziny w Pendleton  Academy,  prywatnej  szkole,  do  której 
Victor Junior uczęszczał po opuszczeniu przedszkola.

Teren szkoły wyglądał ładnie, mimo że drzewa nie były jeszcze pokryte liśćmi, a trawa miała 

brązowawą, zimową barwę.

Kamienne budynki obrastał bluszcz, nadając im wygląd starego collegeu lub uniwersytetu.
Zajechała przed budynek administracyjny i wysiadła z samochodu.
Nie znała tej szkoły zbyt dobrze.
I chociaż podczas dni otwartych bywali z Victorem w szkole regularnie, dyrektora, Perryego 

Remingtona, widziała tylko dwukrotnie.

Miała nadzieję, że ją przyjmie.
W środku ujrzała kilka sekretarek zajętych pracą przy biurkach.
No, przynajmniej pracownicy nie mają wolnego.
Pan Remington był u siebie w gabinecie i zdecydował się przyjąć ją za kilka minut.
Był postawnym mężczyzną o gęstej, starannie przystrzyżonej brodzie.
Krzaczaste brwi wystawały znad rogowych okularów.

background image

– Zawsze  niezmiernie  chętnie  witamy  tu  rodziców  – oznajmił  dyrektor,  wskazując  jej 

krzesło, po czym usiadł sam, założył nogę na nogę i położył na kolanie tekturową teczkę.

– Słucham panią.
– Chciałabym porozmawiać o moim synu, Victorze Juniorze – powiedziała Marsha.
– Jestem psychiatrą i szczerze powiedziawszy, trochę się o niego martwię.
Wiem, że ma dobre oceny, ale zastanawiam się, jak mu idzie, ogólnie.
– Urwała.
Nie chciała niczego podpowiadać dyrektorowi.
Pan Remington odchrząknął.
– Gdy zawiadomiono mnie, że pani przyjechała, szybko przejrzałem akta syna – oświadczył.
Poklepał teczkę palcami, potem przełożył nogi.
– Właściwie, gdyby się tu pani nie zjawiła, po feriach zapewne bym do pani zadzwonił.
Nauczyciele syna też mają z nim pewne kłopoty.
Mimo znakomitych ocen pani syn ma chyba trudności z koncentracją.
Nauczyciele twierdzą, że często błądzi myślami w obłokach, zamyka się w swoim własnym 

świecie, aczkolwiek przyznają,  że ilekroć  zostanie  wywołany do odpowiedzi,  zawsze wie,  o co 
chodzi.

– Co ich więc niepokoi? – spytała Marsha.
– Chyba bójki.
– Bójki! – wykrzyknęła Marsha.
– Nigdy mi nie mówiono, że on się bije.
– Tylko w tym roku było cztery czy pięć takich wypadków.
– Dlaczego mnie o tym nie poinformowano? – spytała z oburzeniem.
– Nie kontaktowaliśmy się z panią, ponieważ syn bardzo nas o to prosił.
– To jakiś absurd! – rzuciła, podnosząc głos.
– Wykonujecie jego polecenia?
– Chwileczkę, pani Frank – powiedział dyrektor.
– W każdym  z tych  wypadków  było  jasne,  jak  zaobserwował  to  dyżurujący  nauczyciel,  że 

pani syn został wyraźnie sprowokowany i użył pięści dopiero w ostateczności.

Za każdym razem został sprowokowany przez znanego łobuza, który reagował dziecinnie na, 

hm, wyjątkowość pani syna.

Za każdym razem nie mieliśmy wątpliwości.
Victor Junior nigdy nie był winien, nigdy nie zaczynał.
Toteż uszanowaliśmy jego prośbę, żeby pani nie niepokoić.
– Ale przecież mogło mu się coś stać – rzekła Marsha, opierając się plecami o krzesło.
– Jest to druga rzecz, która nas zaskoczyła – kontynuował dyrektor.

background image

– Jak  na  chłopca,  który  nie  interesuje  się  nadto  sportem,  Victor  Junior  radził  sobie 

znakomicie.

Jeden z tych, którzy go zaczepiali, miał złamany nos.
– Ostatnio sporo się dowiaduję o moim synu – powiedziała Marsha.
– A czy ma kolegów?
– Jest raczej typem samotnika – odrzekł dyrektor.
– Właściwie nie ma dobrego kontaktu z kolegami.
Ogólnie rzecz biorąc, nie jest do nich nastawiony wrogo.
On po prostu „robi swoje”.
Nie to pragnęła usłyszeć.
Miała nadzieję, że jej syn okaże się bardziej towarzyski w szkole niż w domu.
– Czy nazwałby go pan szczęśliwym dzieckiem? – spytała.
– Trudno mi odpowiedzieć – odparł dyrektor.
– Nie  sprawia  na  mnie  wrażenia  nieszczęśliwego,  ale  też  nigdy  nie  okazuje  specjalnych 

uczuć.

Zmarszczyła czoło.
Taka beznamiętność świadczy o osobowości schizoidalnej.
Coraz gorzej to wygląda.
– Jeden  z naszych  matematyków,  Raymond  Cavendish  – oświadczył  dyrektor – bardzo  się 

zainteresował pani synem.

Uczynił wielką próbę spenetrowania, jak to nazwał, prywatnego świata Victora Juniora.
Marsha pochyliła się do przodu.
– Doprawdy?
I udało się mu?
– Niestety, nie – powiedział dyrektor.
– Ale  wspominam  o tym  dlatego,  że  Raymond  chciał  wciągnąć  Victora  Juniora  w zajęcia 

pozalekcyjne, na przykład sportowe.

Pani  syna  to  nie  interesowało,  mimo  że  zdradzał  wrodzony  talent  do  siatkówki  czy  piłki 

nożnej.

Niemniej podzielałem opinię Raymonda: Victor Junior musi rozwijać inne zainteresowania.
– A dlaczego pan Cavendish zaczął się interesować moim synem?
– Najwyraźniej był pod wrażeniem jego zdolności matematycznych.
Umieścił Victora Juniora w zdolnej grupie, w której były dzieci z różnych klas.
Wszystkim pozwolono pracować w tempie, jakie im odpowiadało.
Pewnego dnia, gdy matematyk pomagał dzieciom z klas licealnych w algebrze, zauważył, że 

Victor Junior buja w obłokach.

background image

Wypowiedział jego imię, chcąc poprosić go, żeby się zabrał z powrotem do pracy.
Victor  Junior  myślał,  że  został  wywołany  do  odpowiedzi,  i ku  zdumieniu  wszystkich 

rozwiązał zadanie na poziomie szkoły średniej.

– To nie do wiary! – powiedziała Marsha.
– Czy mogłabym porozmawiać z panem Cavendishem?
Dyrektor potrząsnął przecząco głową.
– Niestety.
Pan Cavendish zmarł dwa lata temu.
– Przepraszam, nie wiedziałam.
– Dla szkoły była to wielka strata – stwierdził dyrektor.
Oboje przez chwilę milczeli.
Gdy  Marsha  miała  zamiar  podziękować  i wyjść,  dyrektor  powiedział:  – Chciałbym  tylko 

dodać, że moim zdaniem byłoby dobrze, żeby pani syn więcej czasu spędzał w szkole.

– Ma pan na myśli okres wakacji? – zapytała.
– Nie, chodzi mi o rok szkolny.
Często od pani męża otrzymujemy kartki z prośbą, żeby zwolnić syna do laboratorium.
Jeśli  o mnie  chodzi,  uważam,  że  wykształcenie  można  pobierać  w różnych  miejscach,  ale 

Victor  Junior  powinien  czynniej  uczestniczyć  w pracy  szkoły,  zwłaszcza  w zajęciach 
pozalekcyjnych.

Uważam...
– Chwileczkę – przerwała Marsha.
– Czy mam przez to rozumieć, że Victor Junior opuszcza szkołę z powodu laboratorium?
– Tak – odrzekł dyrektor.
– Często.
– Pierwsze słyszę – powiedziała.
– Wiem,  że Victor Junior spędza dużo czasu w laboratorium, ale nie wiedziałam, że z tego 

powodu opuszcza lekcje.

– Kto wie – rzekł dyrektor – czy Victor Junior nie spędza więcej czasu w laboratorium niż 

w szkole.

– O mój Boże – westchnęła Marsha.
– Jeśli  podziela  pani  moje  zdanie  – dodał  dyrektor  – może  wobec  tego  porozmawia  pani 

z mężem?

– Porozmawiam – odparła, wstając.
– Obiecuję to panu.

* * *

background image

– Poczekajcie  w samochodzie  – rzekł  Victor  do  syna  i Philipa,  pochylając  się  do  przodu 

i spoglądając przez przednią szybę na dom Gephardta.

Był  to  nijaki  piętrowy  budynek  o ceglanym  froncie,  z oknami  ozdobionymi  imitacją 

okiennic.

– Włącz  stacyjkę,  posłuchamy  przynajmniej  radia  – odezwał  się  siedzący  na  przednim 

siedzeniu Victor Junior, Philip znajdował się z tyłu.

Victor przekręcił kluczyk.
Z głośnika popłynęła ochrypła muzyka rockowa, którą Victor Junior uprzednio wybrał.
Przy wyłączonym silniku hałas bardziej dawał się we znaki.
– Zaraz wracam – powiedział Victor i wysiadł.
Teraz, gdy już znalazł się na terenie tej posiadłości, zaczął się zastanawiać nad zasadnością 

starcia z Gephardtem.

Dom  stał  na  stosunkowo  dużej  działce,  oddzielony  od  sąsiadów  gęstymi  kępami  brzóz 

i klonów.

Z lewej strony budynku wystawało okno wykuszowe i tam zapewne był salon.
Mimo zmroku światła były wygaszone, ale na podjeździe stała furgonetka marki Ford, toteż 

Victor uznał, że ktoś powinien być w domu.

Ponownie zwrócił się do chłopców: – Zaraz wracam.
– Już  to  mówiłeś  – rzekł Victor  Junior,  wystukując otwartą  dłonią  rytm  muzyki na  tablicy 

rozdzielczej.

Victor, zakłopotany, skinął głową.
Wyprostował się i ruszył w kierunku drzwi wejściowych domu.
Idąc, przemyśliwał, czy nie lepiej byłoby zadzwonić do Gephardta z domu.
Ale  przypomniał  sobie  brakującą  aparaturę,  przywłaszczenie  czeków  z wypłatami  jakiegoś 

biednego zmarłego pracownika oraz cegłę wrzuconą przez okno pokoju Victora Juniora.

To wzbudziło w nim gniew i teraz szedł już z determinacją.
Zbliżając się do  domu,  patrzył na  ceglany  front i zastanawiał się nad  tym,  czy  cegła,  którą 

wrzucono do jego mieszkania, była jedną z cegieł pozostałych po budowie domu Gephardta.

Spoglądając  na  okno  wykuszowe,  miał  ochotę  rzucić  w nie  jednym  z kamieni  wyłożonych 

wzdłuż ścieżki.

Nagle przystanął.
Zamrugał oczami, bo odniósł wrażenie, że źle widzi.
Stał w odległości około siedmiu metrów od okna wykuszowego i dojrzał wiele stłuczonych 

szyb – ostre kawałki tkwiły jeszcze w ramach.

Wyglądało  na  to,  jak  gdyby  jego  marzenia  o zemście przeistoczyły  się  nagle 

background image

w rzeczywistość.

Obejrzawszy się na  samochód, w którym widział sylwetki Victora Juniora  i Philipa, poczuł 

nagle chęć powrotu do domu.

Coś tu było nie tak.
Czuł to.
Znowu obejrzał potłuczone szyby, po  czym skierował  wzrok na  schodki wiodące do drzwi 

frontowych.

W domu było zbyt cicho, zbyt ciemno.
Ale potem przyszło mu na myśl, co powie synowi: czy się przestraszył?
Skoro już zaszedł tak daleko, musi iść dalej.
Wchodząc po stopniach, zauważył, że drzwi są tylko przymknięte.
– Halo! – zawołał.
– Czy jest tu ktoś?
– Pchnął drzwi i wszedł do środka.
Krzyk zamarł mu na ustach.
Krwawy obraz w salonie Gephardta był najstraszniejszą  z rzeczy, jakie dotychczas  w życiu 

widział, nawet podczas praktyki w miejskim szpitalu w Bostonie.

Siedem ciał, w tym ciało Gephardta, leżało w groteskowych pozycjach.
Zwłoki były podziurawione kulami, w powietrzu unosił się ciężki zapach prochu.
Zabójca musiał wyjść zaledwie przed chwilą, ponieważ z ran sączyła się jeszcze krew.
Obok  Gephardta  leżała  kobieta  mniej  więcej  w jego  wieku,  zapewne  żona,  była  tu  jeszcze 

para starszych ludzi oraz troje dzieci.

Najmłodsze miało chyba pięć lat.
Gephardt dostał tyle kul, że górnej części czaszki po prostu nie było.
Victor wyprostował się, sprawdziwszy ostatnie ciało w poszukiwaniu oznak życia.
Słaby i oszołomiony szedł do telefonu, myśląc, że nie powinien niczego dotykać.
Nie zawracał sobie głowy karetką, od razu zadzwonił na policję, gdzie powiedziano mu, że 

natychmiast wysyłają samochód.

Postanowił wrócić do samochodu i tam czekać na policję.
Obawiał się, że jeśli dłużej zostanie w tym domu, dostanie nudności.
– Jeszcze chwilę poczekamy – zawołał, opadłszy na fotel za kierownicą.
Przyciszył radio.
W jego wyobraźnię wrył się obraz martwych ciał.
– W tym domu coś się stało i zaraz przyjedzie tu policja.
– Ile to potrwa? – spytał Victor Junior.
– Nie wiem.

background image

Może z godzinę.
– Czy straż pożarna też przyjedzie? – spytał Philip podniecony.
Pod dom zajechały aż cztery wozy patrolowe, zapewne wszystkie, jakimi policja w Lawrence 

dysponowała.

Victor nie wszedł do środka, czekał na schodach.
Po upływie mniej więcej pół godziny wyszedł do niego policjant w cywilnym ubraniu.
– Porucznik Mark Scudder – przedstawił się.
– Zakładam, że mamy pana nazwisko i numer telefonu.
Victor potwierdził.
– Śmierdząca sprawa – powiedział Scudder.
Zapalił papierosa i rzucił zapałkę na trawnik.
– Wygląda na jakąś wendettę powiązaną z narkotykami.
Czegoś takiego można się spodziewać na południe od Bostonu, ale nie tutaj.
– Znaleźliście narkotyki? – zapytał Victor.
– Jeszcze nie – odrzekł Scudder, zaciągając się mocno papierosem.
– Ale z pewnością nie była to zbrodnia w afekcie.
Zważywszy, że posłużyli się całą artylerią.
Strzelało dwóch albo trzech ludzi.
– Czy jeszcze mnie potrzebujecie? – zapytał Victor.
Scudder potrząsnął głową.
– Jeśli mamy pana nazwisko i telefon, może pan jechać, choćby w tej chwili.

* * *

Marsha  była  zdenerwowana  i z trudem  koncentrowała  się  na  rozmowach  z pacjentami 

umówionymi na popołudnie.

Ażeby  wykazać  zainteresowanie  narcystyczną  dwudziestolatką,  będącą  na  pograniczu 

psychozy, musiała wykrzesać z siebie resztki cierpliwości.

Gdy  dziewczyna  opuściła  gabinet,  Marsha  złapała  torebkę  i natychmiast  ruszyła  do 

samochodu, wyjątkowo pozostawiając korespondencję na dzień następny.

W drodze do domu powtarzała rozmowę z Remingtonem.
Albo Victor nie mówił jej prawdy o tym, ile czasu Victor Junior spędza w laboratorium, albo 

Victor Junior fałszował usprawiedliwienia.

Jedno i drugie było równie  irytujące i uzmysłowiła sobie, że nie potrafi teraz ocenić swego 

stosunku  do  Victora  i jego  nieprawdopodobnego  eksperymentu,  dopóki  nie  dowie  się,  w czym 
mógł on zaszkodzić synowi.

background image

Wiadomość o wagarach pogłębiła jej troskę; był to klasyczny symptom zaburzeń, mogących 

doprowadzić do zachowań antyspołecznych.

Wjechała na podjazd i przyspieszyła na lekkim wzniesieniu.
Było już prawie ciemno, jechała na światłach.
Okrążyła  dom  i w chwili,  gdy  sięgała  do  przycisku  otwierającego  drzwi  garażu,  w świetle 

reflektorów zamajaczyło coś nieznanego.

Jeszcze nie  wiedziała,  co  to  jest,  bo  gdy podjechała  pod same drzwi, światła odbiły  się od 

białej powierzchni i oślepiły ją.

Zasłaniając oczy, wysiadła z samochodu i przystanęła przed maską.
Mrużąc powieki, spojrzała na to coś, co przypominało kupę zwiniętych szmat.
– O Boże! – zawołała, odgadując, co to jest.
Walcząc z przypływem mdłości, odważyła się spojrzeć jeszcze raz.
Uduszony kot został przybity do drzwi, jak gdyby ukrzyżowany.
Usiłując  nie  patrzeć  na  wychodzące  na  wierzch  oczy  i wystający  język  zwierzęcia, 

przeczytała napisaną na maszynie i przyczepioną do ogona kartkę: LEPIEJ NAPRAW BŁĄD.

Wyłączyła  silnik  i światła,  zostawiła  samochód  przed  garażem,  pobiegła  do  domu 

i zaryglowała drzwi.

Drżąc jednocześnie z obrzydzenia, gniewu i strachu, zdjęła płaszcz i ruszyła na poszukiwanie 

Ramony, służącej, która właśnie robiła porządki w salonie.

Marsha spytała ją, czy nie słyszała jakichś dziwnych hałasów.
– Około południa ktoś pukał – odrzekła Ramona – ale jak poszłam otworzyć, to nikogo nie 

było.

– A samochody czy ciężarówki? – spytała Marsha.
– Nie – odrzekła Ramona.
Marsha  zostawiła ją  przy sprzątaniu  i poszła  zadzwonić do  Victora,  lecz  gdy ją  połączono, 

dowiedziała się, że już wyjechał.

Zastanawiała się, czy nie zadzwonić na policję; zdecydowała jednak, że skoro Victor będzie 

w domu za parę minut, poczeka z decyzją na niego.

Nalała sobie kieliszek białego wina.
Gdy pociągnęła pierwszy łyk, na ścianie zobaczyła migające światła.
– A niech to diabli! – zaklął Victor, dojrzawszy samochód żony blokujący wjazd do garażu.
– Dlaczego twoja matka robi takie rzeczy?
Mogłaby przynajmniej stanąć tym pudłem po swojej stronie.
Victor skierował samochód w stronę tylnego wejścia, zaparkował, wyłączył światła i silnik.
Po wizycie w domu Gephardta był kłębkiem nerwów.
Victor  Junior  i Philip  na  szczęście  nie  wiedzieli,  co  się  tam  stało,  i nie  zadawali  żadnych 

background image

pytań, mimo że musieli tak długo czekać w samochodzie.

Victor powoli wysiadł i w ślad za chłopcami wszedł do domu.
Zamykając drzwi, już wiedział, że Marsha jest nie w humorze.
Poznał to po tonie, w jakim kazała chłopcom zdjąć buty, iść na górę i umyć się przed kolacją.
Victor powiesił płaszcz, po czym wszedł do kuchni.
– No tak! – powiedziała na jego widok.
– Zapewne nie widziałeś tego prezentu na drzwiach garażu?
– O czym ty mówisz? – zapytał równie zaperzony.
– Wprost  nie  mieści  mi  się  w głowie,  jak  mogłeś  tego  nie  zauważyć  – powiedziała, 

odstawiając szklankę z winem, zapalając światło na podwórku i mijając Victora.

– Chodź!
Przez chwilę się wahał, po czym poszedł jej śladem.
Przemaszerowali przez salon, po czym tylnymi drzwiami wyszli na dwór.
– Marsha! – zawołał Victor, biegnąc za nią.
Zatrzymała się przy masce swojego samochodu.
Victor przystanął obok.
– O czym ty... – zaczął.
Słowa uwięzły mu w gardle, gdy dostrzegł makabryczny obraz Kissy, bestialsko przybitej do 

drzwi garażu.

Marsha stała z rękami opartymi na biodrach i nie patrzyła na kotkę, lecz na Victora.
– Sądziłam, że chętnie przyjrzysz się, jak poskutkowały twoje rozmowy.
Odwrócił się.
Nie  mógł  znieść  widoku  martwego,  udręczonego  zwierzęcia,  nie  mógł  spojrzeć  żonie 

w twarz.

– Chcę wiedzieć, co masz zamiar zrobić, żeby położyć temu kres.
I nie myśl sobie, że zadowolę się wyjaśnieniem w rodzaju „załatwię to”.
Masz mi powiedzieć, co zamierzasz zrobić, i to już.
Mam już tego wszystkiego dość...
– Jej głos załamał się.
Victor miał wątpliwości, czy sam będzie w stanie znieść coś jeszcze.
Marsha traktowała go tak, jak gdyby uważała, że to jego wina, że to on jest przyczyną tych 

zdarzeń.

On zaś był tak samo oszołomiony, jak i ona.
Powoli odwrócił się w stronę drzwi garażu.
Dopiero teraz zauważył kartkę.
Nie wiedział, czy się wściec, czy lepiej, żeby mu się zrobiło niedobrze.

background image

Kto to, do diabła, wyczynia?
Jeśli Gephardt, więcej już nie będzie ich nękać.
– Najpierw telefon, potem stłuczona szyba, następnie uduszony kot – mówiła Marsha.
– A teraz na co kolej?
– Zadzwonimy na policję – rzekł Victor.
– Bardzo nam ostatnio pomogli.
– Nie wiem, czego ode mnie oczekujesz – powiedział, już trochę spokojniej.
– Naprawdę dzwoniłem do tych trzech osób, które podejrzewałem.
A propos, lista podejrzanych została zredukowana do dwóch.
– A to co ma znaczyć? – spytała.
– W drodze do domu zatrzymałem się u Gephardta – rzekł.
– Został...
– Uuu! – usłyszeli pełen obrzydzenia głos Victora Juniora.
Zaskoczyło ich nagłe pojawienie się syna.
Marsha miała nadzieję, że zaoszczędzi mu tego widoku.
Stanęła między nim a drzwiami garażu, usiłując zasłonić makabryczny widok.
– Patrzcie na jej język – powiedział Victor Junior, spoglądając przez ramię matki.
– Do domu, młody człowieku! – poleciła, usiłując zagonić go do mieszkania.
Naprawdę nigdy Victorowi tego nie wybaczy.
Victor Junior ani myślał jej posłuchać.
Sprawiał wrażenie kogoś, kto uparł się patrzeć.
Jego zainteresowanie wydało się jej chorobliwe, niemal patologiczne.
Z rozpaczą uświadomiła sobie, że jego reakcja była pozbawiona smutku – następny symptom 

schizoidalny.

– Victorze Juniorze! – powiedziała ostro.
– Masz w tej chwili iść do domu.
– Czy  myślisz,  że  Kissy  już  nie  żyła,  kiedy przybijali  ją  do  drzwi?  – spytał  Victor Junior, 

zachowując spokój i nie odrywając oczu od kota, podczas gdy Marsha popychała go do domu.

Gdy  już  weszli  do  środka,  Victor  poszedł  wprost  do  telefonu,  a Marsha  próbowała 

porozmawiać z synem.

Na pewno musiał żywić jakieś uczucia wobec ich kota.
Victor połączył się z posterunkiem w North Andover.
Głos po drugiej stronie zapewnił go, że radiowóz zostanie wysłany natychmiast.
Victor odłożył słuchawkę i wszedł do pokoju.
Victor Junior zmierzał na górę tylnymi schodami, przeskakując po dwa stopnie naraz.
Marsha, zagniewana, siedziała na kanapie z założonymi rękami.

background image

Było jasne, że teraz, kiedy Victor Junior zobaczył kota, jest jeszcze bardziej zdenerwowana.
– Wynajmę ochronę, zanim tego nie rozwikłamy – powiedział Victor.
– Niech obserwują dom całą noc.
– Uważam, że już dawno powinniśmy byli to zrobić – odrzekła.
Victor wzruszył ramionami.
Usiadł na kanapie i nagle poczuł się bardzo zmęczony.
– Czy wiesz, co Victor Junior powiedział mi, gdy zapytałam go, co czuje? – odezwała się.
– Powiedział, że możemy mieć drugiego kota.
– To podejście dojrzałe – stwierdził Victor.
– Przynajmniej Victor Junior potrafi być racjonalny.
– Ależ, Victorze, to był jego kot, przez tyle lat.
Można by oczekiwać okazania jakiegoś uczucia, smutku z powodu straty.
– Marsha z trudem przełknęła ślinę.
– Uważam, że jego reakcja jest zimna i obojętna.
– Miała  nadzieję,  że  zdoła  się  opanować  podczas  rozmowy  o synu,  lecz  mimo  wysiłków 

w oczach stanęły jej łzy.

Victor znowu wzruszył ramionami.
Naprawdę nie miał ochoty na następną psychologiczną pogawędkę.
Nic nie miał chłopcu do zarzucenia.
– Niewłaściwa  emocja  nie  jest  dobrym  znakiem  – powiedziała  z trudem  w nadziei,  że  tym 

razem Victor się z nią zgodzi.

Ale on nie powiedział nic.
– O czym myślisz? – spytała.
– Prawdę powiedziawszy – odrzekł – mam w tej chwili zbyt dużo na głowie.
Zanim Victor Junior pojawił się przed garażem, mówiłem ci o Gephardcie.
W drodze z pracy chciałem złożyć mu wizytę i nie wyobrażasz sobie, co zastałem.
Gephardt i jego cała rodzina zostali dziś zamordowani.
Strzelano do nich z karabinu maszynowego, w ich salonie i to w biały dzień.
Istna jatka.
– Przeciągnął palcami po włosach.
– To ja dzwoniłem na policję.
– To potworne! – zawołała.
– Mój Boże, o co w tym wszystkim chodzi?
– Spojrzała na Victora.
Mimo wszystko był jej mężem, człowiekiem, którego przez tyle lat kochała.
– Dobrze się czujesz? – spytała.

background image

– Jakoś się trzymam – odpowiedział, lecz w jego głosie nie było przekonania.
– Victor Junior był z tobą? – zapytała.
– Został w samochodzie.
– A więc nic nie widział?
Potrząsnął głową.
– Dzięki Bogu – stwierdziła.
– Czy policja domyśla się motywów?
– Sądzą, że ma to jakiś związek z narkotykami.
– Co za okropność! – zawołała, wciąż oszołomiona.
– Może przynieść ci coś do picia?
Wino?
– Chyba wolę coś mocniejszego, może szkocką – odrzekł.
– Nie ruszaj się – powiedziała.
Podeszła do barku i nalała mu drinka.
Może była dla niego zbyt ostra, ale chciała zmusić go do skoncentrowania się na synu.
Postanowiła kontynuować temat.
Wręczyła  Victorowi  szklankę  i zaczęła:  – Sama  miałam  dziś  przykre  przeżycie,  choć 

w niczym to nie przypomina twojego.

Byłam w szkole i rozmawiałam z dyrektorem.
Victor pociągnął łyk szkockiej.
Opowiedziała  mu  o rozmowie  z Remingtonem  i skończyła  pytaniem,  dlaczego  nie  omówił 

z nią decyzji o opuszczaniu przez syna tylu lekcji.

– Nigdy nie podjąłem decyzji, żeby Victor Junior miał opuszczać lekcje – oświadczył Victor.
– Nie pisałeś mu usprawiedliwień, że zamiast do szkoły idzie do laboratorium?
– Oczywiście, że nie.
– Tego się obawiałam – stwierdziła.
– Myślę, że czeka nas prawdziwy problem.
Wagary na taką skalę to groźny symptom.
– Rzeczywiście  wydawało  mi  się,  że  dużo  przesiaduje  w laboratorium,  lecz  gdy  go  o to 

pytałem, mówił, że przysyła go tam szkoła, żeby nabrał więcej praktycznego doświadczenia.

A skoro miał dobre stopnie, dalej nie dociekałem.
– Pauline  Spaulding  też  mi  mówiła,  że  Victor  Junior  na  ogół  siedział  w laboratorium  –

dodała.

– Zwłaszcza po tym kryzysie z inteligencją.
– Victor Junior zawsze spędzał dużo czasu w laboratorium – przyznał Victor.
– Co on tam robi? – spytała.

background image

– Różne rzeczy – odparł.
– Zajął się podstawami chemii, poznaje mikroskopy, gra w gry komputerowe, które dla niego 

sprowadziłem.

Nie wiem.
Po prostu tam siedzi.
Wszyscy go znają i lubią.
Zawsze potrafi zająć się sobą.
Zadzwonił dzwonek u drzwi frontowych.
Oboje poszli do holu i wpuścili do środka policjantów z North Andover.
– Sierżant Cerullo – przedstawił się postawny policjant w mundurze.
Miał delikatne rysy twarzy, które skupiały; się w środku pucołowatej twarzy.
– A to posterunkowy!
Hood.
Bardzo nam przykro z powodu kota.
Próbowaliśmy  lepiej  pilnować  waszego  domu  po  wizycie  Widdicomba,  ale  to  nie  takie 

proste, mieszkacie na uboczu, no i tego...

Sierżant  Cerullo  wyjął  notatnik  i ołówek,  zupełnie  jak  uczynił  to  we  wtorkowy  wieczór 

Widdicomb.

Victor zaprowadził ich do garażu.
Hood zrobił kilka zdjęć Kissy, potem obaj policjanci przeszukali teren.
Victor  był  wdzięczny,  gdy  Hood  zaproponował,  że  zdejmie  kota  z drzwi,  a potem  nawet 

pomógł przy kopaniu grobu pod brzozami.

W  drodze  do  domu  Victor  spytał,  czy  wiedzą,  gdzie  mógłby  zadzwonić,  żeby  wynająć 

ochronę.

Podali mu nazwy miejscowych firm.
– A skoro  już  mowa  o nazwiskach  – rzucił  sierżant  Cerullo  – czy  domyśla  się  pan,  kto 

chciałby zrobić coś takiego pańskiemu kotu?

– Mogę podejrzewać dwie osoby – odrzekł Victor.
– Sharon Carver i Williama Hursta.
Cerullo starannie zapisał nazwiska.
Victor nie wspomniał o Gephardcie.
Nie wspomniał również o Ronaldzie Beekmanie.
Nie wyobrażał sobie, by Ronald mógł się zniżyć do czegoś takiego.
Odprowadziwszy policjantów do samochodu, Victor zadzwonił do obu poleconych firm.
Najwyraźniej  było  już  po  godzinach  przyjęć,  włączała  się  tylko  automatyczna  sekretarka, 

podyktował więc swoje nazwisko i numer telefonu w pracy.

background image

– Chciałabym, żebyśmy oboje porozmawiali z Victorem Juniorem – powiedziała Marsha.
Z tonu głosu żony wyczuł, że nie zbędzie jej byle czym.
Po prostu skinął głową i poszedł za nią na górę tylnymi schodami.

* * *

Drzwi do pokoju Victora Juniora były szeroko otwarte i weszli bez pukania.
Victor  Junior  zamknął  jeden  ze  swych  klaserów  i upchnął  ciężką  księgę  na  półce  nad 

biurkiem.

Marsha uważnie przyglądała się chłopcu.
Patrzył na nią i na Victora wyczekująco, niemal z poczuciem winy, jak gdyby przyłapali go 

na jakimś bezeceństwie.

Oglądanie klaseru ze znaczkami nie było przecież przestępstwem.
– Chcemy z tobą porozmawiać – zaczęła Marsha.
– Dobrze – zgodził się Victor Junior.
– O czym?
Nagle Marsha dojrzała w nim prawdziwego dziesięciolatka.
Wyglądał tak nieporadnie, że musiała się powstrzymać, by się nie pochylić i nie przytulić go 

do siebie.

Teraz jednak trzeba było zachować powagę.
– Byłam dziś w Pendleton Academy i rozmawiałam z dyrektorem.
Powiedział  mi,  że  dawałeś  kartki  od  ojca,  usprawiedliwiające  nieobecność  w szkole 

z powodu Chimery.

To prawda?
Doświadczenie zawodowe mówiło jej, że Victor Junior najpierw zaprzeczy, ale gdy już dalej 

nie  będzie  mógł  się  wypierać,  zachowa  się  w sposób  typowy  dla  jego  wieku  i przerzuci 
odpowiedzialność na innych.

Victor Junior jednak nie zrobił ani jednego, ani drugiego.
– Tak, to prawda – stwierdził obojętnie.
– Przykro mi z powodu tego oszustwa.
Przepraszam za wszystkie kłopoty, jakie mogliście mieć z tego powodu.
Przez moment Marsha czuła się tak, jakby ktoś wypuścił jej wiatr z żagli.
O ileż wolałaby typowe dziecinne zaprzeczenie.
Lecz nawet w tym wypadku Victor Junior odbiegał od normy.
Uniosła głowę i spojrzała na Victora.
Uniósł brwi, lecz nie odezwał się.

background image

– Usprawiedliwia mnie jedynie to, że mam dobre wyniki w nauce – mówił Victor Junior.
– To uważałem za moje główne zadanie.
– Szkoła ma stanowić dla ciebie wyzwanie – powiedział Victor, podejrzewając, że  Marsha 

stoi jak zamurowana z powodu niezmąconego spokoju syna.

– Jeśli szkoła średnia jest za łatwa, powinieneś pójść do wyższej.
Były  już  takie  przypadki,  że  dzieci  w twoim  wieku  zdawały  do  collegeu  czy  nawet  go 

kończyły.

– Takie dzieci uważa się za świrusów – odparł Victor Junior.
– A poza tym nie interesuje mnie uczenie zorganizowane.
Nauczyłem się mnóstwo w laboratorium, znacznie więcej niż w szkole.
Chcę być naukowcem.
– Dlaczego nie przyszedłeś z tym do mnie? – spytał Victor.
– Wydawało mi się, że tak będzie najprościej – wyjaśnił Victor Junior.
– Bałem się, że jeśli ci powiem, iż chcę więcej czasu spędzać w laboratorium, nie zgodzisz 

się.

– Przewidywanie  wyniku  takiej  rozmowy  nie  powinno  ci  przeszkodzić  w podjęciu  jej  –

powiedział Victor.

Victor Junior skinął głową.
Victor spojrzał na Marshę, by zobaczyć, czy ona chce coś powiedzieć.
Zamyślona, ssała policzek.
Poczuła wzrok Victora i odwzajemniła spojrzenie.
Victor wzruszył ramionami.
Ona zrobiła to samo.
– No cóż, porozmawiamy o tym później – oświadczył Victor.
Oboje z Marshą opuścili pokój syna i zeszli na dół.
– No dobrze – rzekł Victor.
– Przynajmniej nie kłamał.
– Nie mogę tego zrozumieć – stwierdziła.
– Byłam pewna, że będzie się wypierał.
– Sięgnęła  po  swoją  szklankę  z winem,  dolała  trochę  i siadła  na  krześle  przy  kuchennym 

stole.

– Trudno go wyczuć.
– Ale czy to nie jest dobry znak, że nie kłamał? – spytał Victor, pochylając się nad blatem 

kuchennym.

– Szczerze powiedziawszy, nie – odrzekła.
– W takich okolicznościach, u dziecka w jego wieku, nie jest to wcale normalne.

background image

Dobrze, nie kłamał, ale też nie okazał najmniejszych wyrzutów sumienia.
Zauważyłeś?
Victor podniósł oczy do nieba.
– Ty chyba nie potrafisz być zadowolona, co?
Ja nie jestem przekonany, żeby to było takie ważne.
Ileż to lekcji sam opuściłem w szkole średniej.
Cała różnica jednak polega na tym, że nigdy mnie nie przyłapano.
– To nie to samo – rzekła Marsha.
– Ten rodzaj zachowań jest typowy dla okresu dojrzewania.
Ty odważyłeś się na wagary w szkole średniej.
A Victor Junior jest dopiero w piątej klasie.
– Nie  uważam,  by  sfałszowanie  kilku  usprawiedliwień,  zwłaszcza  że  chłopak  dobrze  się 

uczy, miało oznaczać, iż wyrośnie na kryminalistę.

Na litość boską, przecież takie dziecko to skarb.
Nie idzie do szkoły, żeby pójść do laboratorium.
A ty zachowujesz się tak, jakbyśmy odkryli, że bierze narkotyki.
– Gdyby tylko o to chodziło, nie przejmowałabym się.
Ale dostrzegam cały zbiór cech, które nie są typowe dla chłopca w jego wieku.
Trudno mi uwierzyć, że nie widzisz...
Głośny trzask, dobiegający z dworu, przerwał jej wpół zdania.
– A to co znowu? – powiedział Victor.
– Coś jakby koło garażu – rzekła Marsha.
Victor wbiegł do salonu i zgasił światło.
Wyjął z szafki latarkę i podszedł do okna wychodzącego na podwórko.
Marsha stanęła przy nim.
– Widzisz coś? – spytała.
– Stąd nie – odrzekł, zmierzając ku drzwiom.
– Chyba nie masz zamiaru wychodzić?
– Mam zamiar zobaczyć, kto tam jest – rzucił Victor przez ramię.
– Victorze, nie chcę, żebyś wychodził sam.
Ignorując jej słowa, na palcach wyszedł na ganek.
Czuł, że Marsha jest tuż za nim, że trzyma się jego koszuli.
W okolicach drzwi do garażu znowu coś zatrzeszczało.
Skierował tam latarkę i włączył ją.
W promieniu jasnego światła dostrzegli parę okrągłych oczu, które przez chwilę wpatrywały 

się w nich, a potem zniknęły w ciemnościach.

background image

– Szop – oświadczył Victor z ulgą.

background image

Rozdział 9.

Piątek, rano.

W drodze do pracy narastała w nim złość z powodu bestialskiego potraktowania kota.
Zważywszy, że Marsha coraz bardziej martwi się o syna, brakuje im tylko tego uporczywego 

nękania.

Wiedział,  że musi zadziałać, i to  szybko, żeby zapobiec  następnemu atakowi, zwłaszcza że 

stają się one coraz okrutniejsze.

Na co przyjdzie kolej po zabiciu kota?
Aż się wstrząsnął, gdy rozważał możliwości.
Zaparkował na swoim miejscu i zgasił silnik.
Victor Junior i Philip wygramolili się z tylnego siedzenia i skierowali w stronę bufetu.
Patrzył  w ślad  za nimi,  zastanawiając  się,  czy  Marsha  ma  rację,  twierdząc,  że  zachowanie 

syna odpowiada warunkom pewnego niebezpiecznego modelu psychiatrycznego.

Poprzedniego  wieczoru,  gdy  już  leżeli  w łóżku,  Marsha  powiedziała  mu,  że  według 

Remingtona ich syn uczestniczył w szkole w kilku bójkach.

Ta wiadomość najbardziej zaskoczyła Victora.
To było zupełnie do Victora Juniora niepodobne.
Wprost trudno mu było w to uwierzyć.
A jeśli prawda, nie wiedział, co ma o tym sądzić.
W pewien sposób był dumny z Victora Juniora.
Czy samoobrona to istotnie coś złego?
Nawet Remington wyrażał chyba podziw, że chłopiec dobrze sobie radzi.
– A kto  to,  u diabła,  może  wiedzieć?  – powiedział  Victor  głośno,  wysiadając  z samochodu 

i kierując się ku głównemu wejściu do budynku.

Nie uszedł jednak daleko.
Ni stąd, ni zowąd pojawił się przy nim umundurowany policjant.
– Doktor Victor Frank? – spytał.
– Tak – odrzekł Victor.
Policjant wręczył mu grubą kopertę.
– To dla pana z biura szeryfa – wyjaśnił.
– Życzę miłego dnia.
Victor otworzył kopertę i przeczytał wniosek o ustosunkowanie się do załączonej skargi.
Na pierwszej stronie przeczytał: „Sharon Carver kontra Victor Frank i Chimera Inc”.
Nie musiał czytać dalej.
Wiedział, o co chodzi.

background image

A więc Sharon spełniła swą groźbę i oddała sprawę do sądu, zarzucając mu dyskryminację 

z powodu płci.

Miał ochotę cisnąć tymi papierzyskami o ziemię.
Coraz bardziej wściekły wchodził do gmachu.
Biuro tętniło życiem.
Zauważył, że ludzie mu się przyglądają, a gdy ich mijał, coś do siebie szepczą.
Wreszcie dotarł do gabinetu i zdejmując płaszcz, spytał Colleen, co się dzieje.
– Jest pan sławny – odrzekła.
– W wiadomościach podano, że to pan odkrył morderstwo na rodzinie Gephardta.
– Tego mi tylko brakowało – skomentował i podszedł do biurka.
Zanim jednak usiadł, wręczył wezwanie Colleen i kazał je przekazać do działu prawnego.
Teraz już mógł usiąść.
– A co słychać dobrego?
– Mnóstwo rzeczy – odparła Colleen.
Podała mu kartkę.
– To wstępny raport dotyczący badań Hursta.
Dopiero zaczęli pracę i już znaleźli poważne nieprawidłowości.
Uważają, że powinien pan o tym wiedzieć.
– Pani jest zawsze zwiastunką dobrych wieści – powiedział Victor.
Przekartkował raport.
Sądząc po reakcji Hursta na decyzję o wszczęciu dochodzenia, nie był wcale zdziwiony, choć 

nie spodziewał się, by nieprawidłowości dało się odkryć tak szybko.

Sądził, że Hurst jest sprytniejszy.
– Co jeszcze? – spytał, odkładając sprawozdanie na bok.
– Spotkanie zarządu na temat głosowania nad wypuszczeniem akcji zostało wyznaczone na 

wtorek – rzekła, podając mu karteczkę do wpięcia w kalendarz.

– To jakby zaproszenie na rosyjską ruletkę – powiedział, biorąc karteczkę.
– Co jeszcze?
Poczęła  relacjonować  mu  całą  listę  spraw,  odhaczając  mnóstwo  problemów,  głównie 

pomniejszych, które mimo wszystko trzeba było załatwić.

Notowała uwagi Victora.
Trwało to pół godziny.
– Teraz kolej na mnie – oświadczył Victor.
– Czy były jakieś wiadomości z agencji ochrony?
Colleen potrząsnęła głową.
– No dobrze.

background image

A teraz proszę pójść do telefonu i wykorzystać cały swój wdzięk, żeby dowiedzieć się, gdzie 

Ronald Beekman, William Hurst i Sharon Carver byli wczoraj około południa.

Colleen  zapisała  polecenie  i czekała  na  dalsze  instrukcje,  a gdy  zorientowała  się,  że  to 

wszystko, skinęła głową na pożegnanie i cichutko wyszła.

Victor zaczął pracować nad stosem papierów – spraw do załatwienia.
Pół godziny później Colleen wróciła ze swym notatnikiem i przeczytała: „Doktor Beekman 

i doktor Hurst byli cały dzień w Chimerze, choć doktor Hurst wyszedł na lunch.

W bufecie nikt go nie widział.
Nie wiadomo, gdzie był.
Jeśli chodzi o pannę Carver, nic nie mogłam ustalić”.
Victor podziękował skinieniem głowy.
Ujął słuchawkę i wykręcił numer jednej z agencji ochrony, o nazwie Able Protection.
Telefon odebrała kobieta.
Kazała mu chwilkę poczekać, a potem usłyszał głęboki męski głos.
Ustalili, że jego dom będzie pod obserwacją od szóstej wieczorem do szóstej rano.
Znowu weszła Colleen i wetknęła Victorowi pod nos kartkę.
– To uaktualniona lista sprzętu, któremu Gephardt pomógł zniknąć.
Victor  przebiegł  wzrokiem  spis:  syntetyzery  białka,  liczniki  scyntylacyjne,  wirówki, 

mikroskop elektronowy...

– Mikroskop elektronowy! – zawołał.
– W jakiż sposób to się ulotniło?
Jak on zdołał wynieść to za bramę, że nie wspomnę o znalezieniu kupca?
Coś mi się zdaje, że rynek na kradzione mikroskopy elektronowe musi być raczej mały.
– Spojrzał na Colleen pytająco.
Przed oczami pojawiła mu się furgonetka zaparkowana przed domem Gephardta.
– Zabił mi pan ćwieka.
– To wszystko, co potrafiła powiedzieć.
– To hańba, że udało mu się tak długo z tym wszystkim ukrywać.
Na pewno źle to świadczy o naszych metodach księgowania i ochronie.
Dopiero  o jedenastej  trzydzieści  zdołał  wymknąć  się  tylnym  wyjściem  i pójść  do 

laboratorium.

Poranna praca w biurze rozdrażniła go jeszcze bardziej.
Gdy jednak przekroczył próg laboratorium, powoli się uspokajał.
Była to natychmiastowa, niemal warunkowa reakcja.
To z powodu pracy naukowej założył Chimerę, a nie denerwującej roboty papierkowej.
Gdy szedł do swojego pokoju w laboratorium, dostrzegła go jedna z laborantek.

background image

– Robert pana szukał.
Polecił nam natychmiast pana zawiadomić, gdy się pan tu pojawi.
Victor podziękował jej i ruszył na poszukiwania Roberta.
Znalazł go przy zestawie aparatów do elektroforezy.
– Doktorze! – zawołał Robert radośnie.
– Mamy wynik pozytywny w obu próbkach.
– Chce mi pan...
– W obu próbkach krwi, które mi pan dał, były śladowe ilości cefalokloru.
Victor zdrętwiał.
Przez moment nie mógł złapać tchu.
Gdy wręczał owe próbki Robertowi, zupełnie nie spodziewał się wyniku pozytywnego.
Zrobił  to  po prostu  dlatego,  żeby  badania  były  kompletne,  jak  student  medycyny,  który 

wykonuje wszystkie standardowe testy.

– Czy jest pan pewien? – wykrztusił.
– Tak mówi Harry – odrzekł Robert.
– A na nim można polegać.
Nie spodziewał się pan tego?
– Właściwie nie – odrzekł Victor.
Zastanawiał się już nad implikacjami tego odkrycia, jeśli to oczywiście prawda.
Zwracając się do Roberta, dodał: – Proszę to sprawdzić jeszcze raz.
Nie wdając się w dalsze wyjaśnienia, odwrócił się i poszedł do siebie.
W jednej z szuflad biurka trzymał małą buteleczkę kapsułek cefalokloru.
Wziął jedną kapsułkę, przemaszerował przez prosektorium i wszedł do zwierzętarni.
Potem  wybrał  dwa  inteligentne  szczury,  włożył  je  do  oddzielnej  klatki  i wsypał  zawartość 

kapsułki do wody.

Patrzył, jak biały proszek rozpuszcza się, po czym zawiesił butelkę z wodą na ścianie klatki.
Opuścił  Dział  Biologii  Rozwojowej,  przemaszerował  długim  korytarzem  i schodami  dotarł 

do Działu Immunologii, znajdującego się piętro wyżej.

Skierował się prosto do Hobbsa.
– Jak się pan czuje po powrocie do pracy? – spytał.
– Nie potrafię się jeszcze skupić – przyznał Hobbs – ale czuję się znacznie lepiej, gdy mam 

co robić.

W domu dostawałem szału.
Sheila też.
– Cieszymy się, że pan wrócił – powiedział Victor.
– Chciałbym spytać pana jeszcze raz, czy pana syn przypadkiem nie dostał cefalokloru.

background image

– Wykluczone – odrzekł Hobbs.
– Dlaczego pan pyta?
Czy uważa pan, że cefaloklor mógł wywołać edemę?
– Skoro mały go nie otrzymał, to nie – odpowiedział Victor w sposób zamykający sprawę.
Hobbs miał minę nieco zdezorientowaną, lecz Victor już szedł do księgowości, by o to samo 

zapytać Murraya.

Uzyskał odpowiedź identyczną.
Było wykluczone, by któremuś z dzieci podano cefaloklor.
W drodze do laboratorium Victor zajrzał do centrum komputerowego.
Odszukał Louisa i spytał go o plany na wieczór.
– Będziemy gotowi – odparł Louis.
– Od szóstej przedstawiciele firmy telefonicznej zaczną przygotowania do podsłuchu.
Wszystko zależy od tego, czy ten pirat się włączy.
Trzymam za niego kciuki.
– Ja też – powiedział Victor.
– Będę w laboratorium.
Proszę się ze mną skontaktować, gdy on zacznie działać.
Natychmiast do was przyjdę.
– Ależ oczywiście, panie doktorze.
Victor poszedł więc do laboratorium, starając się zachować spokój.
Dopiero  gdy  zasiadł  przy  biurku,  począł  rozważać  znaczenie  obecności  cefalokloru 

w krwiobiegu dwojga nieszczęsnych dzieci.

Najwyraźniej antybiotyk został w jakiś sposób wprowadzony do ich organizmu.
Nie miał żadnych wątpliwości, że to cefaloklor uaktywnił gen kodujący NGF, który pobudził 

komórki mózgowe tak silnie, że rozpoczął się ich podział.

A  ponieważ  czaszka  była  już  zrośnięta,  rozdymający  się  mózg  mógł  puchnąć  tylko  do 

pewnej granicy.

Nie kontrolowany rozrost wpychał pień mózgu do kanału kręgowego, co wykazała sekcja.
Przebiegł go dreszcz.
Skoro  żadne  z dzieci  nie  mogło  otrzymać  antybiotyku  przypadkiem  i skoro  jedno  i drugie 

otrzymało go wyraźnie w tym samym czasie, musiał przyjąć, że podano im ten środek celowo, po 
to żeby je zabić.

Potarł się po policzku, potem przejechał palcami po włosach.
Dlaczego  ktoś  miałby  chcieć  uśmiercić  dwoje  wyjątkowych,  niezwykle  inteligentnych 

dzieci?

Kto to mógł być?

background image

Nie potrafił się uspokoić.
Wstał i zaczął chodzić po pokoju.
Jedyna  hipoteza,  jaka  przyszła  mu  na  myśl,  była  nader  nieprawdopodobna:  jakiś  bystry, 

nieopierzony reakcjonista moralizator wpadł na trop szczegółów eksperymentu z genem NGF.

Podejmując  mściwą  próbę  przekreślenia  wysiłków  Victora,  szaleniec  ów  zamordował 

małego Murraya i Hobbsa.

Lecz gdyby istotnie tak było, dlaczego nie sprzątnął inteligentnych szczurów?
A co z Victorem Juniorem?
Zresztą do komputera i laboratorium dostęp miało niewiele osób.
Przypomniał sobie o piracie, który wykasował jego pliki.
Ale  w jaki  sposób  taki  ktoś  mógłby  dostać  się  do  laboratoriów  czy  nawet  świetlicy

w Chimerze?

Nagle olśniło go, że dzieci Hobbsów i Murrayów spotykały się jedynie w świetlicy.
I tam właśnie musiały otrzymać cefaloklor.
Ze złością powtórzył pogróżkę Hursta: „Nie jest pan takim szlachetnym rycerzem, za jakiego 

się pan podaje”.

Być może Hurst jakimś cudem dowiedział się o eksperymencie genetycznym i w ten sposób 

się zemścił.

Znowu zaczął krążyć po pokoju.
Fakty nie potwierdzały jego podejrzeń.
Gdyby Hurst czy ktokolwiek inny zechciał się na nim odegrać, dlaczego nie miałby się uciec 

do sprawdzonej metody szantażu czy też wyjawić wszystkiego prasie?

Miałoby to więcej sensu niż zabijanie niewinnych dzieci.
Nie, za tym wszystkim kryje się coś innego, gorszego, mroczniejszego.
Siadł  przy  biurku,  sięgnął  po  wyniki  badań  ostatnich  doświadczeń  laboratoryjnych 

i próbował pracować.

Nie mógł się jednak skoncentrować.
Myślami wracał bez przerwy do eksperymentu z genem NGF.
Zważywszy  powagę  zagrożenia,  żałował,  że  ze  swych  podejrzeń  nie  może  zwierzyć  się 

władzom.

Taki  krok  wymagałby  jednak  pełnego  ujawnienia  eksperymentu,  a wiedział,  że  na  to  nie 

może sobie pozwolić.

Oznaczałoby to koniec kariery zawodowej.
By nie wspomnieć o życiu rodzinnym.
Po co w ogóle zabierał się do tych badań?
Odchylił się na krześle, rękami objął głowę od tyłu i wpatrzył się w sufit.

background image

Kiedy Victor Junior przeżywał kryzys inteligencji, Victor nie pomyślał o sprawdzeniu reakcji 

organizmu chłopca na cefaloklor.

Czy  antybiotyk  mógł  być  uwięziony  w jego  organizmie  od  urodzenia  i dać  o sobie  znać 

dopiero w okresie między drugim a czwartym rokiem życia?

„Nie” – Victor wypowiedział to słowo w kierunku sufitu, odpowiadając na swoje pytanie.
Żaden proces fizjologiczny nie mógł wywołać takiego zjawiska.
Zdumiał  go  natłok  wydarzeń  kłębiących  się  wokół  jego  osoby:  zabójstwo  Gephardta, 

prawdopodobnie  celowe  uśmiercenie  dwójki  genetycznie  udoskonalonych  dzieci,  narastająca 
seria pogróżek wobec jego osoby i rodziny, fałszerstwa i przywłaszczenie mienia.

Czy  owe  pozornie  odległe  wydarzenia  mogą  być  częścią  jakiegoś  fantastycznego, 

przerażającego spisku?

Potrząsnął przecząco głową.
Fakt, że wszystkie te zdarzenia występują równocześnie, musi być zbiegiem okoliczności.
Dręczyło go jednak podejrzenie, że w jakiś sposób są ze sobą związane.
Znowu pomyślał o Victorze Juniorze.
Czy grozi mu jakieś niebezpieczeństwo?
Co może zrobić, żeby chłopcu nie podano cefalokloru, jeśli istotnie jakaś groźna siła zechce 

zrealizować właśnie taki zamiar?

Tępo patrzył przed siebie.
Myśl o grożącym chłopcu niebezpieczeństwie niepokoiła go od środy wieczór.
Zaczął przemyśliwać, czy jego ostrzeżenia przed Beekmanem i Hurstem mają sens.
Wstał i podszedł do drzwi.
Nagle przestraszył się, że Victor Junior sam chodzi po terenie Chimery.
Podobnie  jak  w środę,  wyszedł  z laboratorium  i zaczął  się  dopytywać, czy  ktoś  nie  widział 

syna.

Lecz od pewnego czasu nikt nie spotkał ani jego, ani Philipa.
Wyszedł z budynku mieszczącego laboratorium i skierował się do bufetu.
Zbliżała  się  pora  lunchu  i personel  bufetu  czynił  ostatnie  przygotowania  na  przyjęcie 

klientów.

Kilka osób, które chciały uniknąć ścisku, siedziało już przy stolikach.
Victor podszedł wprost do kierownika, Curta Tarkintona, który stał przy podgrzewanej ladzie 

i sprawdzał zawartość pojemników na potrawy.

– Znowu szukam syna – powiedział.
– Jeszcze tu nie był – odparł Curt.
– Może powinien pan wyposażyć go w nadajnik.
– Niezły pomysł – rzekł Victor.

background image

– Gdy się pokaże, proszę zawiadomić moją sekretarkę, dobrze?
– Oczywiście – powiedział Curt.
Victor  zajrzał  do  biblioteki  mieszczącej  się  w tym  samym  budynku,  ale  nie  zastał  tam 

żywego ducha.

Wychodząc, zastanawiał się, czy by nie wstąpić do sali gimnastycznej i świetlicy.
W końcu jednak poszedł do budki dla strażników przy bramie głównej.
Wytarł  buty  o słomiankę  i wszedł  do  małego  pomieszczenia  między  wjazdem  a wyjazdem 

z terenu Chimery.

Jeden człowiek obsługiwał bramy, drugi siedział przy małym biurku.
Obaj mieli na sobie służbowe mundury z naszytymi insygniami Chimery na rękawie.
Ujrzawszy Victora, mężczyzna siedzący przy biurku natychmiast wstał.
– Dzień dobry panu – powiedział strażnik.
Na plakietce było wypisane jego nazwisko: Sheldon Farber.
– Ależ proszę siedzieć – rzekł Victor przyjaznym tonem.
Sheldon posłusznie usiadł.
– Mam pytanie, dotyczące protokołu.
Gdy z Chimery wyjeżdża ciężarówka lub furgonetka, to czy ktoś zagląda do środka?
– Ależ tak – odparł Sheldon.
– Zawsze.
– A gdy w samochodzie jest jakiś sprzęt, to sprawdzacie zezwolenie na wywóz?
– Oczywiście – przytaknął Sheldon.
– Sprawdzamy  zlecenie  na  naprawę  poza  zakładem  lub  dzwonimy  do  konserwacji 

przyrządów elektronicznych.

Zawsze wszystko sprawdzamy.
– A jeśli samochód prowadzi ktoś z pracowników Chimery?
– Tak samo – wyjaśnił Sheldon.
– Zawsze wszystko sprawdzamy.
– A jeśli za kierownicą siedzi ktoś z kierownictwa?
Sheldon zawahał się, po czym odparł: – No, to chyba co innego.
– A więc jeśli furgonetkę prowadzi ktoś z kierownictwa, przepuszczacie ją?
– Hm, tego nie jestem pewien – odrzekł Sheldon nerwowo.
– Chcę,  żeby  od  tej  pory  wszystkie  ciężarówki,  furgonetki  i podobne  samochody  były 

sprawdzane bez względu na to, kto je prowadzi.

Nawet ja.
Zrozumiano?
– Tak, proszę pana.

background image

– Jeszcze jedno pytanie – dodał Victor.
– Czy ktoś widział dziś mojego syna?
– Ja  nie  – odparł  Sheldon,  po  czym  zwrócił  się  do  strażnika  pilnującego  bram:  – George, 

widziałeś dziś Victora Juniora?

– Tak, kiedy przyjechał z doktorem Frankiem.
Sheldon uniósł dłoń w geście nakazującym Victorowi poczekać.
Obrócił się do krótkofalówki zawieszonej za biurkiem i połączył się z Halem.
– Hal dziś krąży po terenie – wyjaśnił Victorowi.
Przez trzaski przedarł się głos Hala.
Sheldon spytał go o Victora Juniora.
– Rano był koło tamy – powiedział Hal, przekrzykując szum.
Victor podziękował strażnikom i opuścił ich budkę.
Zirytowała go samowola syna.
Co najmniej cztery czy pięć razy prosił go, żeby nie zbliżał się do rzeki.
Owinął się szczelnie fartuchem laboratoryjnym i ruszył w stronę rzeki.
Przez  chwilę  zastanawiał  się,  czy  nie  wrócić  do  biura  i nie  włożyć  płaszcza,  ale  w końcu 

zrezygnował.

Mimo że było chłodniej niż poprzedniego dnia, tak bardzo zimno przecież nie było.
Choć ranek wstał jasny, później niebo zasnuło się chmurami.
Bryza, wiejąca od północnego wschodu, niosła zapach oceanu.
Wysoko na niebie krążyły przeraźliwie krzyczące mewy.
Tuż przed sobą Victor widział wieżę z kopią Big Bena, którego wskazówki zatrzymały się na 

drugiej 15.

Zapisał  sobie  w pamięci,  żeby  sprawę  renowacji  wieży  i zegara  poruszyć  na  wtorkowym 

spotkaniu zarządu.

Im bliżej był rzeki, tym głośniejszy stawał się ryk wody pędzącej przez przelew w tamie.
– Victor Junior! – zawołał Victor, podchodząc do brzegu.
Jego głos zagłuszył jednak huk wody.
Szedł  dalej  wzdłuż  wschodniej  strony  wieży,  przekroczył  drewniany  mostek  nad  śluzą 

wychodzącą z piwnic budynku, dotarł wreszcie do nabrzeża wzniesionego wzdłuż rzeki poniżej 
tamy.

Patrzył  w dół  na  pobielałą  od  piany  wodę,  która  wściekle  wirując,  gnała  na  wschód  do 

oceanu.

Odwrócił  wzrok  w lewo  i uważnie  przyjrzał  się  tamie  przecinającej  rzekę  oraz  szerokiemu 

stawowi za tamą.

Woda przelewała się jej środkiem, tworząc imponujący łuk koloru szmaragdowego.

background image

Stojąc na kamiennym nabrzeżu, Victor czuł pod stopami jej siłę.
Było  to  straszliwe  świadectwo  potęgi  przyrody,  która  początek  roku  przywitała  miękkimi 

płatkami śniegu.

Odwrócił się i krzyknął ile tchu w płucach: – Victor Junior!
– Głos uwiązł mu w gardle, bo poczuł, że syn stoi tuż za jego plecami.
Philip przystanął trochę dalej.
– Tu jesteś – powiedział Victor.
– Wszędzie cię szukam.
– Domyślam się – rzekł Victor Junior.
– Czego chcesz?
– Chcę...
– Victor urwał.
Nie był pewien, czego chce.
– Co robicie?
– Bawimy się.
– Nie bardzo podobają mi się te wasze spacery, zwłaszcza nad rzeką – rzekł Victor surowo.
– Właściwie chcę, żebyś pojechał do domu.
Kierowca was zawiezie.
– Ale ja nie chcę wracać do domu – zaoponował Victor Junior.
– Później ci wyjaśnię, o co chodzi – oświadczył Victor stanowczo.
– Ale teraz masz jechać do domu.
Dla twego własnego dobra.

* * *

Marsha  otworzyła  drzwi  gabinetu  wychodzące  na  korytarz  i Joyce  Hendricks  chyłkiem  się 

przez nie wymknęła.

Wcześniej wyjawiła Marshy, że boi się wyjść z gabinetu psychiatry wejściem oficjalnym, bo 

może natknąć się na kogoś znajomego.

Na razie Marsha respektowała jej życzenie.
Była pewna, że  za  jakiś  czas zdoła przekonać  tę  kobietę, że szukanie pomocy u psychiatry 

nie jest już piętnem.

Uzupełniła  akta  pani  Hendricks  o najnowsze  spostrzeżenia,  zajrzała  przez  drzwi  do 

poczekalni i powiedziała Jean, że idzie na lunch.

Jean dała znak dłonią, że rozumie.
Jak zwykle siedziała przy telefonie.

background image

Marsha  umówiła  się  na  lunch  z Valerie  Maddox,  koleżanką  po  fachu,  którą  podziwiała 

i szanowała i która przyjmowała pacjentów w tym samym kompleksie budynków.

Poza tym obie lekarki od lat się przyjaźniły.
– Zjadłabyś coś? – spytała Marsha, gdy Valerie otworzyła drzwi swojego gabinetu.
– Umieram już z głodu.
Valerie była dobrze po pięćdziesiątce i na tyle wyglądała.
Paliła  od  wielu  lat,  wokół  jej  ust  promieniście  rozchodziły  się  głębokie  zmarszczki 

przypominające promienie słońca na dziecinnym rysunku.

Zjechały windą na dół i przeszły do szpitala.
W  tamtejszym  bufecie  udało  im  się  zdobyć  stolik  w kącie,  dzięki  czemu  mogły 

porozmawiać.

Zamówiły sałatkę z tuńczyka.
– Cieszę się, że przyszłaś ze mną na lunch – powiedziała Marsha.
– Chciałabym porozmawiać o Victorze Juniorze.
Valerie po prostu uśmiechnęła się przyzwalająco.
– Bardzo mi pomogłaś uporać się z tymi problemami z inteligencją.
Ostatnio trochę się o niego niepokoję, ale cóż ja mogę na ten temat powiedzieć?
Jestem tylko matką.
Nie potrafię udawać, że w jego przypadku potrafię być obiektywna.
– O co chodzi? – spytała Valerie.
– Nie jestem pewna, czy w ogóle jest jakiś problem.
Na pewno nic szczególnego.
Obejrzyj wyniki tych testów.
Marsha podała Valerie teczkę Victora Juniora.
Valerie uważnie ją przejrzała.
– Nie widzę tu nic nieprawidłowego – stwierdziła.
– Ciekawe są te wyniki na skali MMPI, ale poza tym nie ma powodu do niepokoju.
Trudno jej było nie przyznać koleżance racji.
Poczęła więc wyjaśniać.
Wagary, fałszowane usprawiedliwienia, bójki w szkole.
– Widać, że nieźle sobie radzi – rzekła Valerie z uśmiechem.
– Przypomnij mi, ile on ma lat.
– Dziesięć – odparła Marsha.
– Martwi mnie również to, że ma chyba tylko jednego kolegę w swoim wieku.
Ten chłopiec nazywa się Richie Blakemore, ale nawet go nie widziałam.
– Victor Junior nigdy go do siebie nie zaprosił? – zapytała Valerie.

background image

– Nigdy.
– Może wobec tego porozmawiasz z panią Blakemore – doradziła Valerie.
– Może od niej się dowiesz, czy się przyjaźnią.
– Kto wie.
– Chętnie  spotkam  się  z Victorem  Juniorem,  jeśli  wyrazi  na  to  ochotę  – zaproponowała 

Valerie.

– Bardzo by mnie to ucieszyło – rzekła Marsha.
– Naprawdę uważam, że jestem zbyt blisko z nim związana żeby go oceniać.
Ale  jednocześnie  przeraża  mnie  myśl,  że  na  moich  oczach  rozwijają  się  w nim  jakieś 

poważne zaburzenia osobowości.

Marsha  pożegnała  się  z Valerie  w windzie,  dziękując  serdecznie  za  poświęcenie  jej  czasu 

oraz propozycję spotkania z Victorem Juniorem.

Obiecała, że umówi się telefonicznie przez sekretarkę Valerie.
– Dzwonił pani mąż – oświadczyła Jean, gdy Marsha stanęła w drzwiach.
– Czeka na telefon.
– Coś się stało? – spytała Marsha.
– Nie sądzę – odparła Jean.
– Konkretnie nic mi nie powiedział, ale też nie odniosłam wrażenia, by był zdenerwowany.
Marsha wzięła korespondencję, weszła do gabinetu i zamknęła drzwi.
Przeglądając listy, zadzwoniła do Victora.
Colleen połączyła ją z laboratorium; słuchawkę podniósł Victor.
– Co się dzieje? – spytała.
Victor rzadko dzwonił w środku dnia.
– Jak zwykle – odparł.
– Masz zmęczony głos – stwierdziła.
Chciała powiedzieć, że dziwny.
Jego  głos był bezbarwny, jak  gdyby przed  chwilą  Victor wyładował  się  i teraz zmuszał do 

zachowania spokoju.

– Ostatnio mamy trochę niespodzianek – rzekł, nie wdając się w wyjaśnienia.
– Dzwoniłem, żeby ci powiedzieć, iż Victor Junior i Philip są w domu.
– Coś się stało? – zapytała.
– Nie – odparł.
– Nic się nie stało.
Ale posiedzę tu do późna, więc nie czekajcie na mnie z kolacją.
A, zapomniałbym.
Od szóstej wieczór do szóstej rano dom będzie pod obserwacją.

background image

– Czy zostajesz dziś dłużej z powodu tych niespodzianek?
– Być może – odparł.
– Wyjaśnię ci w domu.
– Odłożyła słuchawkę, lecz nadal trzymała na niej dłoń.
Znowu ogarnęło ją owo nieprzyjemne uczucie, że mąż coś przed nią ukrywa i to coś, o czym 

powinna wiedzieć.

Dlaczego jej nie zaufa?
Czuła się coraz bardziej osamotniona.

* * *

Victor siedział w laboratorium zupełnie sam.
Panowała tam teraz szczególna cisza.
Pracujące urządzenia od czasu do czasu wydawały jakieś dźwięki, lecz poza tym nic się nie 

działo.

O ósmej trzydzieści był już jedyną osobą w laboratorium.
Zamknięty za kilkoma drzwiami, nie słyszał nawet zwierząt, które tłukły się w klatkach lub 

skakały po kołowrotkach.

Pochylał się nad kliszami rentgenowskimi, na których widniały ciemne poziome prążki.
Każdy prążek odpowiadał konkretnemu fragmentowi DNA.
Porównywał  wyniki  daktyloskopii DNA  Davida  z okresu,  gdy  chłopiec  był  zdrowy, 

z obrazem DNA wyizolowanego z komórek nowotworowych wątroby.

Zdumiało go, że wyniki te nie całkiem do siebie pasują.
Jego pierwszą myślą było to, że doktor Shryack dał mu niewłaściwą próbkę – wycinek guza 

innego pacjenta.

To jednak nie wyjaśniało sporych podobieństw obu zestawów prążków.
Przepuściwszy  oba  obrazy  przez  komputer  z odpowiednim  programem  umożliwiającym 

znalezienie  obszarów  homologicznych  i heterogenicznych,  uzmysłowił  sobie,  że  próbki  DNA 
różnią się tylko w jednym miejscu.

Żeby  wszystko  skomplikować  jeszcze  bardziej,  wycinek  z wątroby,  którą  Victor  wręczył 

Robertowi, zawierał zarówno zmienioną tkankę nowotworową, jak i zdrową.

W  charakterystyczny dla  niego sposób  Robert przeprowadził dokładną  daktyloskopię DNA 

obu tkanek zawartych w próbce.

Gdy Victor porównał obraz daktyloskopijny DNA prawidłowej tkanki wątroby z poprzednim 

obrazem tkanki Davida, okazało się, że są identyczne.

Odkrycie nowotworu ze stwierdzoną zmianą w DNA nie było zjawiskiem powszechnym.

background image

Victor nie wiedział, czy ma się cieszyć z szansy na ważne odkrycie naukowe, czy bać się, że 

zaraz znajdzie coś, czego albo nie będzie potrafił wyjaśnić, albo o czym wolałby nie wiedzieć.

Aby  ułatwić  pracę  Robertowi,  przystąpił  do  procesu  izolowania  zmienionego  fragmentu 

DNA, który występował tylko w materiale wykonanym z guza.

Potem  opuścił  główne  laboratorium,  przeszedł  przez  prosektorium  i wkroczył  do 

zwierzętarni.

Gdy włączył światło, wśród zwierząt zapanowało poruszenie.
Podszedł  do  klatki  z dwoma  inteligentnymi  szczurami,  które  piły  wodę  z rozpuszczonym 

cefaloklorem.

Ze zdumieniem stwierdził, że jeden szczur już nie żyje, a drugi jest w stanie półśpiączki.
Przeniósł zdechłego szczura do prosektorium i dokonał czegoś w rodzaju sekcji.
Gdy otworzył czaszkę, mózg nadął się jak nadmuchiwany właśnie balon.
Ostrożnie pobrał wycinek mózgu i przygotował go do badania następnego dnia.
Wtedy właśnie zadzwonił telefon.
– Doktorze, tu Phil Moscone.
Louis Kaspwicz prosił, abym zawiadomił pana, że pirat włączył się do komputera.
– Zaraz tam będę – odrzekł Victor.
Odłożył wycinek mózgu szczura, zgasił światła i wypadł z laboratorium.
Do centrum komputerowego nie było daleko, dotarł na miejsce w kilka minut.
Louis natychmiast skierował się w jego stronę.
– Nieźle to wygląda.
Ten facet działa już od siedmiu minut.
Mam nadzieję, że nie szykuje jakiegoś numeru.
– Czy może mi pan powiedzieć, w której części systemu jest w tej chwili?
– Teraz jest w kadrach – odrzekł Louis.
– Najpierw robił dwa skomplikowane obliczenia, potem przeszedł do działu zaopatrzenia.
To dziwne.
– Jest w kadrach? – spytał Victor.
Już  wcześniej  przyszło  mu  do  głowy,  że  pirat  wcale  nie  jest  dzieckiem,  lecz  jakimś 

wynajętym rewolwerowcem konkurencji.

Biotechnologia  jest  dziedziną  niezmiernie  konkurencyjną  i niemal  wszyscy  chcieliby 

rywalizować z taką grubą rybą jak Chimera.

Ale agent przemysłowy dobierałby się raczej do plików naukowych, a nie do kadr.
– Mamy ślad! – oświadczył z szerokim uśmiechem mężczyzna trzymający krótkofalówkę.
Obecni wznieśli radosny okrzyk.
– Dobrze – powiedział Louis.

background image

– Mamy już numer telefonu.
Teraz potrzebne nam tylko nazwisko.
Mężczyzna z radiem podniósł do góry dłoń, chwilę nasłuchiwał, po czym rzekł: – To numer 

zastrzeżony.

Kilku innych fachowców, którzy już przygotowywali swój sprzęt, zareagowało na jego słowa 

jękiem zawodu.

– Czy to znaczy, że nie dowiemy się, kto to? – spytał Victor.
– Dowiemy się – odrzekł Louis.
– Tylko trochę dłużej to potrwa.
Victor oparł się o jedną z drukarek i skrzyżował ręce na piersiach.
– Kto ma kawałek papieru? – zapytał nagle człowiek z radiem, przytrzymując odbiornik przy 

lewym uchu.

Podano mu blok korespondencyjny.
Mężczyzna zapisał szybko nazwisko podane mu przez radio.
– Stokrotne dzięki.
Over.
Wyłączam się.
– Wyłączył krótkofalówkę, wepchnął antenę i wręczył kartkę Louisowi.
Ten przeczytał nazwisko, adres i zbladł.
Bez słowa podał kartkę Victorowi.
Victor, nie wierząc własnym oczom, czytał kartkę dwukrotnie.
Widniało tam jego nazwisko i adres!
– Czy to ma być dowcip? – spytał, podnosząc głowę i przyglądając się Louisowi.
Potem spojrzał na resztę obecnych.
Nikt się nie odezwał.
– Czy  zaprogramował  pan  swój  komputer  tak,  żeby  mieć  regularny  dostęp  do  komputera 

centralnego? – przerwał milczenie Louis.

Victor  ponownie  spojrzał  na  szefa  informatyków  i pomyślał,  że  ten  człowiek  ułatwia  mu 

wyjście z sytuacji.

Po minucie niezręcznej ciszy Victor przyznał mu rację.
– No tak, to chyba to.
– Usiłował zachować spokój.
Podziękował wszystkim za pracę i wyszedł z centrum.
Wrócił do biura, włożył płaszcz i poszedł do samochodu jak gdyby lekko zamroczony.
Myśl,  że  ktoś  mógł  wykorzystać  jego  komputer,  by  włamać  się  do  komputera  centralnego 

Chimery, była po prostu absurdalna.

background image

To nie miało sensu.
To  prawda,  że  komputerowy  numer  telefonu  i hasło  były  przyklejone  pod  spodem 

klawiatury, ale kto mógł je wykorzystać?

Marsha?
Victor Junior?
Sprzątaczka?
Coś tu było nie tak.
Czy pirat może być tak sprytny, by rozsiewać fałszywe ślady?
Wcześniej  nie  przyszło  mu  to  do  głowy,  więc  postanowił,  że  spyta  Louisa,  czy  jest  to

możliwe.

W tym byłby już jakiś sens.

* * *

Marsha usłyszała samochód Victora, jeszcze zanim na podjeździe zamigotały światła.
Siedziała  w gabinecie,  na  próżno  usiłując  zabrać  się  do  przeglądania  stosu  czasopism 

fachowych, które zawsze piętrzyły się na jej biurku.

Wstając, dojrzała rozjaśnione światłem reflektorów nagie drzewa wzdłuż podjazdu.
Samochód Victora pojawił się, potem zniknął za domem.
Z oddali dobiegł ją – odgłos otwieranych automatycznie drzwi garażu.
Zasiadła  z powrotem  na  nakrytej  wzorzystym  kocem  kanapie  i wodziła  wzrokiem  po 

gabinecie.

Na ścianę wybrała pastelową tapetę w paseczki, na podłodze leżał dywan w delikatne róże, 

meble były głównie białe.

Niegdyś pokój ten był jej cichą przystanią, lecz teraz już jej nie cieszył.
Chyba już nic nie było w stanie uśmierzyć jej narastającego niepokoju o przyszłość.
Spotkanie z Valerie trochę ją pocieszyło, lecz niestety, owo poczucie ulgi nie trwało długo.
Dobiegały  do  niej  dźwięki  telewizora  grającego  w salonie,  gdzie  Victor  Junior  i Philip 

oglądali wypożyczoną kasetę z filmem grozy.

Nieustanne wrzaski dobiegające z głośnika też nie poprawiały jej humoru.
Zamknęła nawet drzwi, lecz hałas przenikał do środka.
Usłyszała  głuchy  trzask  drzwi  kuchennych,  potem  przytłumione  głosy  w salonie,  w końcu 

pukanie do drzwi gabinetu.

Wszedł Victor i zdawkowo pocałował ją w policzek.
Wyglądał na zmęczonego i takie samo zmęczenie wyczuła w jego głosie, gdy dzwonił do niej 

po południu.

background image

Zmarszczka między brwiami pogłębiła się.
– Czy zauważyłaś na dworze agenta? – spytał.
Skinęła głową.
– Czuję się znacznie lepiej.
Jadłeś coś?
– Nie – odrzekł.
– Ale nie jestem głodny.
– Zrobię ci jajecznicę – zaproponowała.
– Może chcesz grzanki?
Victor powstrzymał ją.
– Dzięki, ale chyba popływam, a potem wezmę prysznic.
Może to mnie orzeźwi.
– Coś się stało? – zapytała.
– Jak zwykle – odparł wymijająco.
Wyszedł, nie zamykając drzwi.
Złowieszcza muzyka z taśmy wideo wtargnęła z powrotem do pokoju.
Marsha  zajęła  się  czytaniem  i usiłowała  ignorować  decybele,  lecz  nagle  rozległ  się  taki 

wrzask, że aż podskoczyła.

Poddała się i pchnęła ręką drzwi.
Zamknęły się z głośnym trzaskiem.
Pół godziny później pojawił się Victor.
Wyglądał znacznie lepiej, strój miał swobodny.
– Może jednak skorzystam z twojej propozycji i zjem te jajka – powiedział.
Już w kuchni Marsha zabrała się do jajecznicy, a on nakrywał do stołu.
Z salonu dobiegały mrożące krew w żyłach dźwięki.
Poprosiła, by zamknął drzwi.
– Cóż oni tam, u licha, oglądają? – spytał.
– Sheer Terror – odrzekła.
Victor potrząsnął głową.
– Ach, te dzieci i ich horrory – skomentował.
Marsha zrobiła sobie herbatę i gdy Victor zasiadł do kolacji, usiadła naprzeciwko.
– Chciałabym o czymś z tobą porozmawiać – powiedziała, czekając, aż herbata ostygnie.
– No?
Opowiedziała mu o swym spotkaniu z Valerie Maddox, dodała też, że Valerie wyraziła chęć 

spotkania się z Victorem Juniorem jako psychiatra.

– Co o tym sądzisz? – spytała.

background image

Wycierając usta, odparł: – Odpowiedzi na takie pytanie mogą udzielić tylko ludzie z twojej 

profesji.

Jeśli uważasz, że należy tak zrobić, nie mam nic przeciwko temu.
– Dobrze – powiedziała.
– Naprawdę uważam, że należy tak zrobić.
Teraz muszę tylko przekonać Victora Juniora.
– Powodzenia – rzucił Victor.
Zapadła chwila milczenia.
Kawałkiem grzanki Victor wytarł talerz do czysta.
Potem zapytał: – Byłaś wieczorem na górze i włączałaś komputer?
– Nie.
Dlaczego pytasz?
– Drukarka była gorąca, gdy byłem na górze, przebierałem się do pływania i brałem prysznic 

– wyjaśnił.

– A Victor Junior?
Może on włączył komputer?
– Tego nie wiem.
Odchylił się na krześle w taki sposób, że Marsha zacisnęła zęby.
Zawsze się bała, że za chwilę poleci do tyłu i uderzy głową o posadzkę.
– Spędziłem  ciekawie  wieczór  w centrum  komputerowym  Chimery  – powiedział,  huśtając 

się na krześle.

Zrelacjonował  jej  wszystko,  co  się  tam  wydarzyło,  nie  zataił  też  faktu,  że  ślady  pirata 

prowadzą wprost do ich domu.

Marsha roześmiała się wbrew sobie.
Szybko jednak opanowała się.
– Przepraszam cię, nie wytrzymałam, gdy to sobie wyobraziłam – wyjaśniła.
– Tyle zamieszania, a w końcu pojawia się twoje nazwisko.
– To wcale nie było śmieszne – powiedział.
– Mam zamiar porozmawiać o tym z Victorem Juniorem, i to poważnie.
Może zabrzmi to absurdalnie, ale chyba to on włamuje się do komputera Chimery.
– A czy ta twoja poważna rozmowa ma wyglądać tak, jak wtedy, kiedy dowiedziałeś się, że 

fałszuje usprawiedliwienia do szkoły? – spytała ironicznie.

– Zobaczymy – odparł, najwyraźniej poirytowany.
Pochyliła się i ujęła go za ramię, zanim zdążył wstać od stołu.
– Jestem złośliwa – powiedziała.
– Prawdę powiedziawszy, wolałabym, żebyś nie przypierał go do muru.

background image

Obawiam się, że w jego psychice jest coś, o czym nie mamy pojęcia.
Dlatego właśnie chciałabym, żeby spotkał się z Valerie.
Skinął głową, potem wyswobodził ramię z uścisku Marshy.
Otworzył drzwi łączące kuchnię z salonem.
– Victor Junior, pozwól na chwilę.
Chciałbym z tobą porozmawiać.
Marsha usłyszała protest syna, Victor jednak nie ustąpił.
Wkrótce telewizor zamilkł i w progu stanął Victor Junior.
Spojrzał na ojca, potem na matkę.
W  jego  przenikliwych  oczach  pojawił  się  wyraz  charakterystyczny  dla  ludzi,  którzy  zbyt 

długo oglądają telewizję.

– Usiądź przy stole, proszę – powiedział Victor.
Przybierając  znudzoną  minę,  Victor  Junior  posłusznie  usiadł  na  krześle  po  lewej  stronie 

Marshy.

Victor usadowił się naprzeciwko.
Od razu przystąpił do rzeczy.
– Victor Junior, włączałeś dziś wieczorem komputer?
– Tak – odparł chłopiec.
Marsha obserwowała syna, który patrzył na ojca zuchwałym wzrokiem.
Zauważyła,  jak  Victor  się  zawahał,  a potem  odwrócił  wzrok,  zapewne  po  to,  żeby  zebrać 

myśli.

Przez chwilę panowała cisza.
Wreszcie Victor odezwał się: – Czy wchodziłeś do zbiorów centralnego komputera Chimery?
– Tak – odparł Victor Junior bez chwili wahania.
– Ale po co? – spytał Victor.
W tonie jego głosu zamiast pretensji pobrzmiewało zmieszanie.
Marsha przypomniała sobie, że ona też była skonfundowana, gdy Victor Junior natychmiast 

przyznał się do wagarowania.

– Przy większej pamięci niektóre gry są o wiele ciekawsze – wyjaśnił Victor Junior.
Marsha zauważyła, że Victor przewrócił oczami.
– Chcesz powiedzieć, że wykorzystujesz całą gigantyczną pamięć naszego komputera, żeby 

pograć w Pacmana i inne gry?

– Przecież to tak samo, jakbym grał w laboratorium – odparł Victor Junior.
– Możliwe – powiedział Victor z wahaniem.
– A skąd wiesz, jak korzystać z modemu?
– Od ciebie – odrzekł chłopiec.

background image

– Nie przypominam sobie... – zaczął Victor, po czym tknęła go pewna myśl.
– Ale to było ponad siedem lat temu!
– Może – odparł Victor Junior.
– Ale metoda się nie zmieniła.
– Czy włączasz się do komputera Chimery w każdy piątkowy wieczór? – zapytał Victor.
– Mniej więcej – przytaknął Victor Junior.
– Zazwyczaj gram w kilka gier, potem krążę po plikach, głównie po kadrach i zaopatrzeniu, 

czasami wchodzę do plików naukowych, ale do nich trudniej się wedrzeć.

– Ale po co to robisz? – dociekał Victor.
– Po prostu chcę jak najwięcej dowiedzieć się o firmie – odparł Victor Junior.
– Chcę nią kiedyś kierować, jak ty.
Zawsze namawiałeś mnie, żebym korzystał z komputera.
Ale jeśli nie chcesz, żebym to robił, to nie.
– Wolałbym, żebyś już tego nie robił – potwierdził Victor.
– Dobrze – rzekł Victor Junior obojętnie.
– Mogę dalej oglądać film?
– Oczywiście – powiedział Victor.
Victor Junior odepchnął krzesło od stołu i zniknął za drzwiami.
Natychmiast dały się słyszeć dźwięki horroru.
Marsha spojrzała na męża.
Ten wzruszył ramionami.
Nagle zabrzmiał dzwonek u drzwi.
– Przepraszam,  że  niepokoję  szanownych  państwa  o tak  późnej  porze  – rzekł  sierżant 

Cerullo, gdy Victor otworzył drzwi.

– To jest sierżant Dempsey z posterunku w Lawrence.
Zza  pleców  Cerullo  wyłonił  się  drugi  policjant  i w geście  powitalnym  dotknął  ronda 

kapelusza.

Był to piegowaty facet o rudych włosach.
– Mamy dla pana pewne informacje, chcemy też zadać kilka pytań – powiedział Cerullo.
Victor zaprosił ich do środka.
Weszli i zdjęli kapelusze.
– Czy napijecie się, panowie, kawy czy czegoś innego? – spytała Marsha.
– Nie, dziękujemy pani – odparł Cerullo.
– Tylko powiemy, co mamy powiedzieć, i zmykamy.
Widzicie,  państwo,  my  z posterunku  w North  Andover  dobrze  żyjemy  z chłopcami 

w Lawrence, bo sąsiadujemy z sobą i tak dalej.

background image

Przekazujemy sobie wiele informacji.
No, tak, więc oni prowadzą śledztwo w sprawie tego zabójstwa na rodzinie Gephardtów, no, 

co je odkrył właśnie doktor Frank.

No, więc oni tam znaleźli brudnopisy tych kartek, co były przywiązane do waszego kota i do 

tej cegły.

Te kartki znaczy były w domu Gephardta.
Pomyśleliśmy sobie, że chcielibyście o tym wiedzieć.
– Coś podobnego! – powiedział Victor, czując pewną ulgę.
Dempsey odkaszlnął, żeby przeczyścić gardło.
– Badania balistyczne wykazały także,  że broń,  z której strzelano do Gephardtów, jest taka 

sama,  jakiej  czasem  używają  w swoich  porachunkach  niektóre  południowoamerykańskie  gangi 
narkotykowe.

To powiedziała nam policja z Bostonu.
Oni bardzo chcieliby wiedzieć, czy jest jakiś związek między ich sprawami a naszą.
Od pana, bo przecież Gephardt u pana pracował, chcieliby się dowiedzieć, czy ten człowiek 

był w jakiś sposób powiązany ze światem narkotyków.

Czy państwo mogą nam coś o tym powiedzieć?
– Absolutnie nic – odparł Victor.
– Chyba  panowie  wiedzą,  że  Gephardt  jest  podejrzany  o przywłaszczenie  mienia  i że 

prowadzono w tej sprawie dochodzenie?

– Tak, to wiemy – stwierdził Dempsey.
– Czy jest pan pewien, że nic nie może nam pan powiedzieć?
Ci z Bostonu naprawdę chcieliby się dowiedzieć jak najwięcej.
– Podejrzewamy także, że ten człowiek trudnił się paserstwem, rozprowadzając wyposażenie 

laboratoryjne – dodał Victor.

– Dochodzenie zaczęło się tuż przed jego zabójstwem.
Ale, mimo  że  podejrzewam  go  o pewne  przestępstwa,  nigdy  nie  przyszło  mi  na  myśl,  że 

może mieć coś wspólnego z narkotykami.

– Jeśli pan sobie o czymś przypomni, bylibyśmy wdzięczni, gdyby pan natychmiast do nas 

zadzwonił.

Nie chcemy, żeby tutaj wybuchła nam jakaś wojna narkotykowa.
Policjanci wyszli.
Victor zamknął drzwi, oparł się o nie plecami i spojrzał na Marshę.
– No cóż, jeden problem rozwiązany – powiedział.
– Przynajmniej wiemy, kto nas niepokoił, a co więcej, wiemy, że to się już nie powtórzy.
– Cieszę się, że przyszli nam powiedzieć, żebyśmy przestali się martwić – rzuciła Marsha.

background image

– Może powinniśmy odesłać tego człowieka z ochrony.
– Rano go odwołam – odparł Victor.
– Jestem pewien, że za tę noc i tak będziemy musieli zapłacić.

* * *

Victor siadł na łóżku tak gwałtownie, że niechcący ściągnął z Marshy całą pościel.
Ten nagły ruch obudził ją.
Za oknami panowała atramentowa ciemność.
– Co się stało? – spytała zaniepokojona.
– Nie jestem pewien – odrzekł.
– Wydawało mi się, że ktoś dzwoni do drzwi.
Przez chwilę oboje nasłuchiwali.
Marsha jednak słyszała jedynie wyjący pod okapem wiatr i tłukący o szyby deszcz.
Przechyliła się w stronę nocnego stolika i obróciła w swoją stronę tarczę zegara.
– Jest piętnaście po piątej – powiedziała.
Opadła z powrotem na poduszkę i naciągnęła kołdrę.
– Jesteś pewien, że ci się nie przyśniło?
W tej właśnie chwili rozległ się dzwonek.
– A jednak ktoś dzwoni! – rzekł Victor, wyskakując z łóżka.
– Byłem pewien, że to nie sen.
– Pospiesznie nałożył szlafrok, lecz pomyliły mu się rękawy.
Marsha zapaliła światło.
– Kto to może być? – spytała.
– Znowu policja?
Victor uporał się wreszcie ze szlafrokiem i przewiązał go paskiem.
– Zaraz się dowiemy – rzekł, otwierając drzwi na korytarz.
Szybko zbiegł na dół.
Po chwili wahania Marsha postawiła stopy na zimnej podłodze, włożyła szlafrok oraz nocne 

pantofle.

Gdy zeszła do holu, ujrzała Victora w towarzystwie obcego mężczyzny i kobiety.
Wokół stóp gości utworzyły się już małe kałuże, na ich twarzach widniały krople deszczu.
Kobieta miała w ręku pojemnik ze sprayem.
Mężczyzna trzymał kobietę.
– Marsha! – zawołał Victor, nie spuszczając wzroku z gości.
– Zadzwoń na policję.

background image

Marsha przystanęła za mężem, szczelnie owijając się szlafrokiem.
Przyjrzała się przybyszom.
Mężczyzna miał na sobie podgumowaną pelerynę z kapturem, choć teraz kaptur odrzucił do 

tyłu, odsłaniając głowę.

Kurtka narciarska, którą miał pod spodem, już dawno przesiąkła deszczem.
– To pan Peter Norwell – wyjaśnił Victor.
– Z Able Protection.
– Dobry wieczór pani – powiedział Peter.
– A to jest Sharon Carver – kontynuował Victor, wskazując na kobietę.
– Była  pracownica  Chimery,  która  wytoczyła  nam  sprawę  pod  zarzutem  dyskryminacji 

z powodu płci.

– Miała zamiar wymalować wam farbą drzwi garażu – wyjaśnił Peter.
– Pozwoliłem jej na jedno pryśnięcie, żebyśmy mieli przeciwko niej jakiś konkretny zarzut, 

oprócz nielegalnego wkroczenia na posesję.

Marsha,  która  współczuła  trochę  przemoczonej  do  nitki  kobiecie,  podeszła  szybko  do 

najbliższego aparatu i zadzwoniła na komisariat w North Andover.

Powiedziano jej, że natychmiast wysyłają samochód.
Tymczasem wszyscy przeszli do kuchni, gdzie Marsha podała herbatę.
Zdążyli pociągnąć kilka łyków, gdy znowu rozległ się dzwonek.
Victor poszedł otworzyć.
W progu stali Widdicomb i O’Connor.
– Szanowni państwo nie dają nam spokoju – rzekł sierżant Widdicomb z uśmiechem.
Weszli do środka i zdjęli przemoczone płaszcze.
Peter Norwell przyprowadził Sharon.
– A więc to jest ta młoda dama? – powiedział Widdicomb, po czym wyjął kajdanki.
– Na litość boską, przecież nie musi pan tego robić! – krzyknęła Sharon.
– Bardzo mi przykro, proszę pani – odrzekł Widdicomb – ale to mój obowiązek.
Po kilku minutach było po wszystkim.
Policjanci odjechali wraz z aresztantką.
– Proszę dokończyć herbatę – zwróciła się Marsha do Petera, który stał w holu.
– Dziękuję pani, już skończyłem.
Dobranoc.
– Ochroniarz przekroczył próg i zatrzasnął za sobą drzwi.
Victor zaryglował je i wszedł do pokoju.
Marsha obrzuciła go spojrzeniem.
Uśmiechnęła się i potrząsnęła głową z niedowierzaniem.

background image

– Gdybym o czymś takim przeczytała w jakiejś książce, nie uwierzyłabym – powiedziała.
– Dobrze, że zatrzymaliśmy strażnika – odrzekł.
– Potem, wyciągając do niej rękę, dodał: – Chodź.
Jeszcze trochę możemy pospać.
Ale nie było to takie łatwe, jak mu się wydawało.
Godzinę później Victor wciąż się przysłuchiwał, jak wiatr zawodzi na dworze.
Od czasu do czasu deszcz tak silnie tłukł o szyby, że się wstrząsał.
Nie  mógł  przestać  myśleć  o wynikach  badań  daktyloskopii  DNA  Davida  ani  o obecności 

cefalokloru w próbkach krwi.

– Marsha – wyszeptał, myśląc, że ona może też nie śpi.
Nie odpowiedziała jednak.
Znowu wyszeptał jej imię, lecz i tym razem odpowiedziała mu cisza.
Wyśliznął się z łóżka, włożył szlafrok i przeszedł do swojego gabinetu.
Usiadł przy biurku i włączył komputer.
Z  pomocą  modemu  połączył  się  z centralnym  komputerem Chimery, odkrywając  na  nowo, 

jakie to jest łatwe.

Z  roztargnieniem  zastanawiał  się,  czy  kiedykolwiek  wprowadził  kopie  plików  Hobbsa 

i Murraya do twardego dysku swojego komputera.

Postanowił sprawdzić, wywołał więc zbiór twardego dysku i szukał.
Nie znalazł nic.
W  gruncie  rzeczy  był  zdziwiony,  że  poza  programami  operacyjnymi  było  tu  bardzo  mało 

plików.

Nagle  jednak,  w chwili  gdy już  miał  zamiar  wyłączyć  komputer, zauważył,  że  prawie  cała 

pojemność twardego dysku jest zajęta.

Podrapał się po głowie.
To było absurdalne, zważywszy, jak wielką pojemność ma jeden twardy dysk.
Usiłował wydobyć wyjaśnienie tej pozornej niedorzeczności z samej maszyny, lecz maszyna 

nie chciała współpracować.

Wreszcie, zirytowany, wyłączył to diabelstwo.
Zastanawiał  się,  czy  ma  wrócić  do  łóżka,  lecz  gdy  spojrzał  na  zegar,  zdecydował,  że  nie 

będzie się już kładł.

Było po siódmej.
Zamiast do sypialni udał się więc do kuchni, żeby zrobić sobie kawę i coś do jedzenia.
Gdy schodził  na  dół,  pomyślał,  że  podczas  ostatniej  rozmowy  z synem  zapomniał  go 

wybadać, czy to nie on przypadkiem wykasował pliki Hobbsa i Murraya.

Będzie musiał go o to spytać.

background image

Grzebanie w plikach to jedno, lecz kasowanie ich to już zupełnie inna sprawa.
Gdy dotarł  do  kuchni,  uświadomił sobie,  co  go jeszcze niepokoi  – kwestia bezpieczeństwa 

Victora Juniora, zwłaszcza na terenie Chimery.

Philip na pewno go pilnuje, lecz oczywiście jego pomoc na tym się kończy.
Postanowił zadzwonić do Able Protection, zwłaszcza że tej nocy spisali się znakomicie.
Chłopcu musi towarzyszyć ktoś doświadczony.
Zapewne będzie to sporo kosztowało, lecz spokój ducha jest wart tej ceny.
Zanim  nie  rozwikła  tajemnicy  śmierci  dzieci,  będzie  się  czuł  znacznie  lepiej,  wiedząc,  że 

Victor Junior jest bezpieczny.

Gdy sięgał po kawę, tknęła go jeszcze jedna myśl.
Gdzieś  w głębi  serca  niepokoiło  go  podobieństwo  między  nowotworem  Davida  i Janice, 

zwłaszcza teraz, gdy znał już wyniki daktyloskopii DNA nowotworu Davida.

Postanowił dokładnie to sprawdzić.

background image

Rozdział 10.

Sobota, rano.

Nadal wiał wiatr i padał deszcz, gdy Victor wyszedł na dwór i wsiadł do samochodu.
Wcześniej zjadł śniadanie, wziął prysznic, ogolił się i ubrał, ale w domu nikt się nie poruszył.
Zostawił kartkę z wiadomością, że większość dnia spędzi w pracy.
Nie udał się jednak wprost do laboratorium.
Skręcił na zachód, wjechał na autostradę 93 i skręcił na południe w kierunku Bostonu.
Już w Bostonie zjechał z Storrow Drive przy Charles Street i Government Center.
Stąd  szybko  dotarł  do

Massachusetts  General  Hospital  i zostawił  samochód 

w wielokondygnacyjnym garażu.

Dziesięć minut później był na oddziale patologii.
Ponieważ było sobotnie przedpołudnie, nie zastał żadnego z zatrudnionych tam patologów.
Musiał zadowolić się rozmową z Angelą Cirone, lekarką odbywającą drugi rok stażu.
Wyjaśnił  jej,  że  pragnie  uzyskać  wycinek  nowotworu  pacjentki,  która  zmarła  cztery  lata 

temu.

– Obawiam się, że to niemożliwe – rzekła Angela.
– Nie trzymamy...
Victor uprzejmie przerwał jej i wyjaśnił, że był to szczególny i niezwykle rzadki nowotwór.
– To co innego – oświadczyła Angela.
Najtrudniej  było  odnaleźć  kartę  choroby,  ponieważ  Victor  nie  wiedział,  kiedy  Janice  się 

urodziła.

Po dacie urodzenia zaś najłatwiej można było dotrzeć do akt pacjenta.
Angela jednak nie poddawała się  i wreszcie odszukała zarówno numer  karty szpitalnej,  jak 

i historię choroby.

Oświadczyła też Victorowi, że zachowany był duży wycinek wątroby.
– Ale nic nie mogę panu dać – powiedziała na zakończenie, gdy z takim trudem wszystko już 

odnaleźli.

– Jeden z lekarzy nadzoruje dziś zamrażanie tkanek.
Gdy skończy, poprosimy go o zezwolenie.
Opowiedział  jej  więc  o swoim  synu  Davidzie,  który  zmarł  na  skutek  tego  samego 

nowotworu,  i wyjaśnił,  że  z tego  właśnie  powodu  chciałby  przebadać  nowotworowe  komórki 
Janice.

Gdy chciał, potrafił być wprost czarujący.
Już po chwili młoda lekarka była ugłaskana.
– Ile panu tego trzeba? – spytała w końcu.

background image

– Odrobinę – odparł.
– Myślę, że nikt nie będzie miał pretensji – rzekła.
Po  kwadransie  Victor  szedł  do  windy,  trzymając  w ręce  następny  słoiczek  schowany 

w papierowej torbie.

Wiedział,  że  mógłby  poczekać  na  właściwego  człowieka,  ale  dzięki  Angeli  może  szybciej 

przystąpić do pracy.

Wsiadł  do  samochodu,  opuścił  rozległy  teren  Massachusetts  General  Hospital  i skręcił  na 

północ ku Lawrence.

Już z Chimery zadzwonił do Able Protection.
Odpowiedziała  mu  jednak  nagrana  na  taśmę  sekretarka  – wszak  była  sobota  – i musiał 

zadowolić się pozostawieniem swego nazwiska i numeru telefonu.

Załatwiwszy tę sprawę, wyruszył na poszukiwania Roberta, który był pochłonięty badaniami 

rozpoczętymi przez Victora poprzedniego wieczoru, czyli izolacją unikatowego fragmentu DNA, 
pochodzącego z tkanki nowotworowej.

– Pan mnie chyba znienawidzi – powiedział Victor – ale mam jeszcze jeden wycinek.
– Wyjął buteleczkę przywiezioną ze szpitala w Bostonie.
– Chciałbym, żeby i tu przeprowadził pan daktyloskopię DNA.
– Ależ nie musi się pan przejmować moimi uczuciami – odparł Robert.
– Lubię tę robotę.
Musi pan jednak wiedzieć, że rosną mi zaległości w pracy podstawowej.
– Rozumiem – powiedział Victor.
– Chwilowo jednak najważniejsze jest właśnie to.
Victor  wziął  wycinki  tkanki  szczurów,  przygotowane  poprzedniego  wieczoru,  rozłożył 

preparaty i zabarwił je.

Gdy czekał, aż wyschną, połączono go z Able Protection.
W słuchawce usłyszał ten sam głęboki głos co poprzednio.
– Po pierwsze chciałbym pochwalić pana Norwella – rzekł Victor.
– Znakomicie się wczoraj spisał.
– Miło nam to słyszeć – odparł głos.
– Po drugie – mówił Victor – potrzebuję na jakiś czas drugiego agenta.
Musi to jednak być ktoś szczególny.
Chciałbym, żeby ten ktoś był z moim synem od szóstej rano do szóstej wieczorem.
A jeżeli mówię, że ma z nim być, to znaczy, że nie ma go spuszczać z oka.
– Nie widzę problemu – powiedział mężczyzna.
– Od kiedy?
– Gdy tylko kogoś znajdziecie – odrzekł Victor.

background image

– Nawet od dziś, jeśli to możliwe.
Mój syn jest teraz w domu.
– Oczywiście.
Mam takiego człowieka.
Nazywa się Pedro Gonzales.
Wysyłam go do pana.
Victor rozłączył się i zadzwonił do Marshy.
– Jakim cudem udało ci się wstać i nie zbudzić mnie? – spytała.
– Po tym całym zamieszaniu wcale się nie kładłem – wyjaśnił.
– Czy Victor Junior jest w domu?
– Victor Junior i Philip jeszcze śpią – odparła.
– Właśnie umówiłem się z Able Protection, że ktoś przez cały dzień będzie pilnował Victora 

Juniora.

Ten człowiek nazywa się Pedro Gonzales.
Zaraz u was będzie.
– Ale dlaczego? – spytała mocno zaskoczona.
– Żeby mieć stuprocentową pewność, że Victor Junior jest bezpieczny – odparł.
– Coś przede mną ukrywasz – powiedziała tonem ostrzeżenia.
– Chcę wiedzieć, o co chodzi.
– Chcę po prostu być pewien, że jest bezpieczny – powtórzył.
– Porozmawiamy o tym później, gdy wrócę do domu.
Naprawdę.
Odłożył słuchawkę.
Nie chciał na razie zwierzać się żonie, a przynajmniej nie chciał mówić jej o swych ostatnich 

podejrzeniach – to znaczy, że mały Hobbs i mały Murray zostali zabici z premedytacją.

I że Victor Junior może zginąć w ten sam sposób,  jeśli ktoś wprowadzi do jego organizmu 

cefaloklor.

Pogrążony w myślach, powrócił do schnących preparatów z wycinkami szczurzych mózgów 

i począł analizować je pod mikroskopem.

Zgodnie z jego oczekiwaniami, wycinki były bardzo podobne do wycinków mózgów dzieci.
Teraz nie miał już wątpliwości, że śmierć dzieci spowodował obecny w ich krwi cefaloklor.
Pozostawało jeszcze ustalić, w jaki sposób podano im antybiotyk.
Wyjął preparaty spod obiektywu mikroskopu i powędrował do Roberta.
Pracowali  z sobą  już  od  dawna,  toteż  Victor  mógł  włączyć  się  w tok  pracy  bez  słowa 

wskazówki ze strony Roberta.

background image

* * *

Marsha zrobiła drugą filiżankę kawy, usiadła przy stole i spoglądała przez okno na 

deszczowy dzień i ciężkie chmury.

Dobrze  było  nie  musieć  iść  do  pracy,  choć  i tak  musiała  odwiedzić  hospitalizowanych 

pacjentów.

Zastanawiała się, czy to, że Victor zapewnił synowi ochronę, stanowi dodatkowy powód do 

niepokoju.

Z pewnością było w tym coś złowieszczego.
Jednocześnie nie był to wcale taki zły pomysł.
Niemniej była przekonana, że Victor pewne fakty przed nią ukrywa.
Usłyszała na schodach kroki i do kuchni weszli Victor Junior i Philip.
Przywitali ją, lecz znacznie bardziej zainteresowała ich lodówka.
Wyciągnęli mleko oraz jagody i wymieszali je z płatkami.
– Jakie macie plany? – spytała, gdy zasiedli przy stole.
– Jedziemy do laboratorium – odparł Victor Junior.
– Jest tam tata?
– Tak – odpowiedziała.
– Ale czy nie mieliście pojechać na cały dzień do Bostonu z Richiem?
– Nie wyszło – wyjaśnił Victor Junior i pchnął karton z jagodami ku Philipowi.
– Szkoda – powiedziała.
– Nieważne – rzekł Victor Junior.
– Chcę ci coś powiedzieć – zaczęła.
– Wczoraj rozmawiałam z Valerie Maddox.
Pamiętasz ją?
Łyżka Victora Juniora utknęła w talerzu.
– Nie podoba mi się to, co mówisz.
Pamiętam ją.
To ta psychiatrzyca, która ma gabinet piętro wyżej niż ty.
Ona ma takie usta, jakby za chwilę miała kogoś pocałować.
Philip parsknął śmiechem, rozpryskując płatki na wszystkie strony.
Z zakłopotaniem wytarł usta i usiłował się opanować.
Obserwując wygłupy Philipa, Victor Junior roześmiał się również.
– Nieładnie tak mówić – powiedziała Marsha.
– To wspaniała kobieta i bardzo utalentowana.
Rozmawiałyśmy o tobie.
– Coraz gorzej mi to wygląda – skomentował Victor Junior.

background image

– Zaproponowała, że przyjmie cię, a ja sądzę, że to dobry pomysł.
Może dwa razy w tygodniu po lekcjach.
– Mamo! – jęknął Victor Junior.
Na jego twarzy pojawił się wyraz krańcowego obrzydzenia.
– Chciałabym, żebyś o tym pomyślał – powiedziała Marsha.
– Wrócimy do tej sprawy.
To ci pomoże, jak będziesz starszy.
– Jestem zbyt zajęty, żeby tracić czas na takie rzeczy – stwierdził Victor Junior, potrząsając 

głową.

Słysząc te słowa, Marsha uśmiechnęła się sama do siebie.
– Tak czy owak pomyśl o tym – rzekła.
– Jeszcze jedno.
Przed chwilą dzwonił ojciec.
Czy mówił ci o tym, że martwi się o twoje bezpieczeństwo czy coś podobnego?
– Trochę – odpowiedział Victor Junior.
– Kazał mi uważać na Beekmana i Hursta.
Ale ja ich w ogóle nie spotykam.
– On widocznie dalej się martwi – podsumowała Marsha.
– Przed chwilą powiedział mi, że wynajął kogoś, kto będzie ci towarzyszył przez cały dzień.
Ten ktoś ma na imię Pedro i właśnie do nas jedzie.
– No nie! – jęknął Victor Junior.
– Ja chyba oszaleję.
Marsha  odwiedziła  swoich  pacjentów  w szpitalu,  po  czym  ruszyła  na  autostradę  495 

i skierowała się na zachód do Lowell.

Zjechała z szosy, minąwszy zaledwie trzy skrzyżowania i z pomocą wskazówek, które sobie 

zapisała na blankiecie recepty, jechała dalej krętymi drogami wiejskimi.

Wreszcie znalazła Mapleleaf Road 714.
Stał tam zaniedbany dom w stylu wiktoriańskim, pomalowany na brudnoszary kolor z białą 

obwódką.

Kiedyś dom ten przekształcono w dwurodzinny.
Państwo Fay mieszkali na parterze.
Marsha nacisnęła dzwonek i zaczekała.
Dzwoniła do państwa Fay ze szpitala, więc spodziewali się jej.
Mimo że Janice pracowała u niej i Victora przez jedenaście lat, Marsha poznała jej rodziców 

dopiero na pogrzebie.

Janice nie żyła już od czterech lat.

background image

Marsha czuła się trochę nieswojo, czekając na ganku, aż rodzice Janice otworzą drzwi.
Ponieważ  znała  Janice przez  tak  wiele  lat,  doszła  do  wniosku,  że  w rodzinie niani  musiała 

być  jakaś  historia  poważnych  zaburzeń  emocjonalnych,  ale  nie  miała  pojęcia,  na  czym  by  one 
miały polegać.

W tej sprawie Janice pozostawała zupełnie niekomunikatywna.
– Proszę – powiedziała pani Fay, otwierając drzwi.
Była to drobna kobieta o białych włosach i przyjemnej powierzchowności.
Wyglądała na sześćdziesiąt kilka lat.
Marsha zauważyła, że kobieta unika jej wzroku.
Wewnątrz dom wyglądał jeszcze gorzej niż z zewnątrz.
Meble były stare i wytarte.
Szczególnie nieprzyjemny był brud.
Kosze na śmieci wypełniały po brzegi puszki po piwie i opakowania od McDonalda.
W rogu pod sufitem widać było nawet pajęczyny.
– Powiem mężowi, że pani przyjechała – oświadczyła pani Fay.
Z głębi mieszkania docierały dźwięki transmitowanego przez telewizję jakiegoś wydarzenia 

sportowego.

Marsha przysiadła na brzeżku kanapy.
Nie miała ochoty niczego dotykać.
– No, no – usłyszała ochrypły głos.
– A więc doktorka wreszcie do nas zajrzała.
Marsha odwróciła głowę i ujrzała postawnego, brzuchatego mężczyznę w podkoszulku.
Podszedł prosto do niej i wyciągnął na powitanie stwardniałą dłoń.
Włosy miał przystrzyżone na rekruta.
W  jego  twarzy  dominował  wielki,  spuchnięty  nos,  wokół  nozdrzy  widniała  siateczka 

zaczerwienionych żyłek.

– Napije się pani może piwa?
Coś innego?
– Nie, dziękuję – odrzekła.
Harry Fay zatopił się w lotniczym fotelu.
– Czemu zawdzięczamy tę wizytę? – zapytał.
Czknął i przeprosił.
– Chciałabym porozmawiać o Janice – wyjaśniła.
– Mam nadzieję, że nic o mnie nie nakłamała – powiedział Harry.
– Całe życie ciężko pracowałem.
Tyle razy przejechałem przez cały kraj wielkimi ciężarówkami, że straciłem rachubę.

background image

– Jestem pewna, że była to ciężka praca – stwierdziła Marsha, zastanawiając się, czy w ogóle 

powinna była tu przyjeżdżać.

– Jak cholera – dorzucił Harry.
– Ciekawa jestem – zaczęła Marsha – czy Janice kiedykolwiek mówiła coś o moich synach, 

Davidzie i Victorze Juniorze.

– Wiele razy – odparł Harry.
– Prawda, Mary?
Mary skinęła głową, ale nie powiedziała ani słowa.
– Czy kiedykolwiek wspomniała o czymś niezwykłym?
– Mogła zadać konkretniejsze pytania, ale wolała nie kierować rozmową.
– Jasne – przytaknął Harry.
– Zanim jeszcze zbzikowała na punkcie tych religijnych głupot, powiedziała nam, że Victor 

Junior zabił swojego brata.

Mówiła też, że chciała panią ostrzec, ale pani jej nie słuchała.
– Janice nigdy nie próbowała mnie ostrzec – powiedziała Marsha, czując, jak czerwienieją jej 

policzki.

– Powinnam państwu wyjaśnić, że mój syn David zmarł na raka.
– No, nam powiedziała coś zupełnie innego – kontynuował Harry.
– Twierdziła, że dzieciaka otruli.
Nafaszerowali pigułkami i otruli.
– To czysta niedorzeczność – oświadczyła Marsha.
– Takich słów to ja tam nie rozumiem – stwierdził Harry.
Marsha wzięła głęboki oddech i starała się uspokoić.
Uzmysłowiła  sobie,  że  próbuje  bronić  siebie  i swą  rodzinę  przed  atakami  tego  człowieka, 

a przecież nie po to tu przyjechała.

– Chciałam przez to powiedzieć, że mój syn David absolutnie nie mógł zostać otruty.
Zmarł na raka, tak jak wasza córka.
– Wiemy tylko to, co nam powiedziała.
No nie, Mary?
Mary posłusznie skinęła głową.
– Właściwie – ciągnął Harry – Janice mówiła nam, że ją też kiedyś podtruli.
Powiedziała, że nikomu o tym nie mówiła, bo nikt by jej nie uwierzył.
Ale nam mówiła, że od tej pory bardzo uważa na to, co je.
Marsha na chwilę zamilkła.
Pamiętała, jak nagle Janice się zmieniła.
Z dnia na dzień stała się niezmiernie wybredna.

background image

Marsha często zastanawiała się, co mogło spowodować tę zmianę.
Janice pewnie podejrzewała, że ktoś podał jej narkotyk lub truciznę.
– My tam nie całkiem wierzyliśmy w to, co Janice mówiła – przyznał Harry.
– Pomieszało się jej w głowie, no wtedy, jak zrobiła się taka religijna.
Ona nawet powiedziała nam, że pani syn, ten Victor Junior, jest zły.
Że ma jakieś konszachty z diabłem.
– Zapewniam pana, że tak nie jest – powiedziała Marsha i wstała.
Miała dosyć tej rozmowy.
– To  dziwne,  że  pani  syn  David  i nasza  córka  zmarli  na  takiego  samego  raka  – stwierdził 

Harry.

Gdy wstawał, jego twarz aż poczerwieniała z wysiłku.
– To był zbieg okoliczności – zgodziła się z nim Marsha.
– W istocie wtedy wywołało to spore zainteresowanie.
Podejrzewano, że może to wpływ środowiska.
Nasz dom został gruntownie przebadany.
Mogę państwa zapewnić, że ich choroba była jedynie tragicznym zbiegiem okoliczności.
– Niefart i tyle – przyznał Harry.
– Straszny pech – powiedziała Marsha.
– Brakuje nam Janice tak bardzo, jak naszego syna.
– To była dobra dziewucha – rzekł Harry.
– Ładne, dobre dziecko.
Ale ciągle kłamała.
Jak mówiła o mnie, to same kłamstwa.
– Nigdy nam o panu nie opowiadała – pocieszyła go Marsha.
Uścisnęli sobie dłonie i wyszła.

* * *

– Czy jest pan pewien, że się nie myli? – pytał Victor Louisa Kaspwicza.
Zadzwonił  do  informatyka  do  domu,  by  spytać  go  o tę  zagadkę  na  twardym  dysku 

domowego komputera.

– Ależ skąd – odrzekł Louis.
– Jeśli  na  twardym  dysku  nie  ma  wolnej  pamięci,  to  znaczy,  że  została  ona  wypełniona 

danymi.

Nie ma innego wyjaśnienia.
– Ale sprawdziłem wykaz plików – wyjaśnił Victor.

background image

– Wszystkie należą do systemu operacyjnego komputera.
– Musi być więcej tych plików – powiedział Louis.
– Proszę mi wierzyć.
– Jeśli  to  ma  być  coś  głupiego,  bardzo  mi  będzie  przykro,  że  zawracam  panu  głowę,  i to 

w sobotę po południu – rzekł Victor.

– Ależ, panie doktorze – odparł Louis – to naprawdę drobiazg.
Właściwie,  skoro  i tak  pada deszcz,  człowiek  tylko  czeka  na  jakiś  pretekst,  żeby  wyjść 

z domu.

– Niezmiernie będę panu wdzięczny – powiedział Victor.
– Proszę mi tylko powiedzieć, gdzie mamy się spotkać – rzekł Louis.
Victor podał mu swój adres, po czym udał się do głównego laboratorium, by poinformować 

Roberta, że wyjeżdża, ale chyba jeszcze wróci.

Spytał go też, kiedy skończy pracę.
Robert wyjaśnił, że żona przygotowuje obiad na szóstą, wyjdzie więc pół godziny wcześniej.
Gdy Victor dotarł do domu, Louis już na niego czekał.
– Przepraszam za spóźnienie – powiedział Victor, szukając kluczy.
– Nie szkodzi – rzekł Louis z uśmiechem.
– Ma pan piękny dom – dorzucił, otupując buty z błota.
– Dziękuję.
– Zaprowadził Louisa na górę do gabinetu z komputerem.
– To ten – wskazał na Wanga.
Sięgnął do wyłącznika i uruchomił urządzenie.
Louis szybko obejrzał komputer, położył swoją walizeczkę na blacie i pstryknął zamkami.
Wewnątrz, w styropianowej oprawie, widniał wspaniały zestaw elektronicznych narzędzi.
Zasiadł przed ekranem i czekał na pojawienie się menu.
Szybko  powtórzył  te  same  czynności,  które  Victor  wykonał  nad  ranem,  i uzyskał  ten  sam 

rezultat.

– Ma pan rację – przyznał.
– Na tym Winchesterze nie zostało wiele wolnej pamięci.
– Sięgnął  do  walizeczki  i otworzył  umieszczoną  pod  wiekiem  kieszeń  z przegródką  na 

dyskietki, przypominającą akordeon.

Wyciągnął jedną i włożył ją do komputera.
– Na szczęście mam specjalny program do lokalizowania ukrytych plików – wyjaśnił Louis.
– Co to ma znaczyć: „ukryte pliki”? – spytał Victor.
Louis był zajęty szukaniem informacji na ekranie.
Mówił, nie patrząc na Victora.

background image

– Można wpisywać na twardy dysk pliki, nie ujawniając ich jednocześnie w żadnym zbiorze 

– powiedział.

Jakby za sprawą czarów na ekranie zaczęły pojawiać się dane.
– Jesteśmy w domu – powiedział Louis.
Odchylił się na bok, żeby Victor mógł się przyjrzeć ekranowi.
– Czy to coś panu mówi?
Victor studiował zapisy.
– Tak – powiedział powoli.
– To jest zapis przedstawiający sekwencje nukleotydowe DNA.
– Ekran był w całości zapełniony pionowymi kolumnami par AT, TA, GC i CG.
– A oznacza adeninę, T – pirymidynę, G – guaninę, a C to cytozyna – wyjaśnił.
Louis wyświetlił następną stronę.
To samo.
Przeskoczył kilka stron.
Sekwencje ciągnęły się w nieskończoność.
– Czy pan coś z tego rozumie? – spytał Louis, przywołując na ekran stronę po stronie.
– To musi być sekwencja nukleotydowa: jakiegoś fragmentu DNA, może genu – powiedział 

Victor, wodząc wzrokiem po migających kolumnach, jakby obserwował grę w pingponga.

– Tego pliku wystarczy? – spytał Louis.
Victor skinął głową.
Louis uderzył kilka klawiszy.
Ukazał się następny plik, podobny do poprzedniego.
– To wszystko może zajmować cały twardy dysk – rzekł Louis.
– Nie pamięta pan, by to pan wprowadzał te dane?
– To nie ja je wprowadzałem – rzekł Victor krótko.
Wiedział,  że  Louis  zapewne  chętnie  by  się  dowiedział,  skąd  się  mogły  wziąć  i kto 

poprzedniego wieczoru włamał się do komputera Chimery.

Był wdzięczny informatykowi za to, że potrafi on zapanować nad swą ciekawością.
Przez następne pół godziny Louis szybko przeglądał jeden plik za drugim.
Wszystkie wyglądały dokładnie tak samo jak pierwszy.
Przypominało to bibliotekę sekwencji DNA.
Nagle obraz się zmienił.
– Uu – mruknął Louis.
Przestał naciskać kombinację klawiszy, dzięki której ukryte pliki przesuwały się po ekranie.
Przed ich oczami pojawiły się dane działu kadr.
Louis przepuścił przez ekran kilka stronic.

background image

– Poznaję to, bo sam to formatowałem.
To kadry Chimery.
– Spojrzał na Victora, który nie odezwał się słowem.
Z powrotem zajął się więc komputerem i wyświetlił następny plik.
Dotyczył on Georgea Gephardta.
– Te dane pochodzą z komputera centralnego – oświadczył.
Ponieważ Victor wciąż nie reagował, Louis przeszedł do następnego pliku, a potem jeszcze 

do następnego.

Było tam osiemnaście akt osobowych.
Po nich ukazała się seria plików z księgowości, wypełniona arkuszami obliczeniowymi.
– Mnie to nic nie mówi – powiedział, ponownie podnosząc wzrok na Victora.
– A panu?
Ten potrząsnął głową z niedowierzaniem.
Louis na nowo skupił uwagę na ekranie komputera.
– Cokolwiek to jest, w grę wchodzi mnóstwo pieniędzy.
Zapis jest jednak bardzo sprytny.
Ciekaw jestem, z jakiego programu tu korzystano.
Chętnie bym go skopiował.
Po  ekranie  przemknęło  kilka  stron  zapisów  finansowych,  po  czym  Louis  wywołał  kolejny 

plik.

Był to zestaw niewielkich firm, które posiadały akcje Chimery.
W  sumie  zapis  ten  przedstawiał  dużą  część  akcji  Chimery  nie  należących  do  jej  trzech 

właścicieli oraz ich rodzin.

– A co pan sądzi o tym? – zapytał Louis.
– Nic nie rozumiem – odparł Victor.
Coś mu jednak zaświtało.
Musi jeszcze raz porozmawiać o tym wszystkim z synem.
Jeśli  dane  na  ekranie  są  prawdziwe,  jeśli  nie  są  częścią  jakiejś  wymyślonej  gry 

komputerowej, konsekwencje mogą być bardzo poważne.

A poza wszystkim pozostaje jeszcze kwestia wykasowanych plików Hobbsa i Murraya.
– Teraz znowu mamy sekwencje DNA – powiedział Louis na widok ekranu wypełniającego 

się ponownie kombinacją czterech liter: A, T, G, C.

– Czy mam sprawdzać dalej?
– To chyba nie jest konieczne – odparł Victor.
– Sądzę, że widzieliśmy już dosyć.
Czy mógłby pan zostawić mi tę dyskietkę, dzięki której wywołał pan pliki?

background image

W poniedziałek odniosę ją panu do Chimery.
– Ależ bardzo proszę – rzekł Louis.
– I tak jest to tylko kopia.
Oryginał mam w domu.
Victor  odprowadził  informatyka  do  drzwi  i stał  w progu,  czekając,  aż  tamten  wsiądzie  do 

samochodu i odjedzie.

Pomachał mu ręką na pożegnanie i zamknął drzwi.
Poszedł na górę i upewnił się, że nie ma tam syna.
Z gabinetu zadzwonił do Marshy, lecz odpowiedziała mu centrala.
Żona była rano w szpitalu, ale nie wiedziano, gdzie jest teraz.
Odłożył słuchawkę.
Po chwili postanowił połączyć się z Able Protection.
Może potrafią skontaktować się ze swoim pracownikiem.
A jeśli tak, dowie się, gdzie jest Victor Junior.
Ale po drugiej stronie usłyszał automatyczną sekretarkę.
Mógł  jedynie  pozostawić  swoje  nazwisko  i numer  telefonu  z prośbą  o jak  najszybszy 

kontakt.

Przez następne pół godziny krążył po gabinecie.
Nie pojmował, o co w tym wszystkim chodzi.
Gdy zadzwonił telefon, poderwał słuchawkę.
Usłyszał znany sobie, irytujący głos mężczyzny z Able Protection.
Victor spytał, czy mają możliwość skontaktowania się z agentem towarzyszącym Victorowi 

Juniorowi.

– Wszyscy nasi ludzie mają przywoływacze – usłyszał w odpowiedzi.
– Chciałbym wiedzieć, gdzie jest mój syn – powiedział Victor.
– Za chwilę do pana zadzwonię.
– Połączenie zostało przerwane.
Po pięciu minutach telefon zadźwięczał ponownie.
– Pana syn jest na terenie firmy Chimera Inc. – wyjaśnił głos.
– Pedro jest teraz w budce strażników i może pan się z nim połączyć.
Victor podziękował.
Odłożył słuchawkę i zszedł na dół, by wziąć płaszcz.

* * *

background image

Kilka minut później brał już ostry zakręt na podjeździe przed domem.
Jechał szybko, pokonał następny ostry zakręt przed wjazdem na teren Chimery i gwałtownie 

zahamował kilka centymetrów przed szlabanem wartowni.

Stukał palcami o kierownice, czekając, aż strażnik podniesie szlaban w biało-czarne paski.
Tymczasem,  mimo  że  padał  deszcz,  wartownik  wyszedł  z budki  i pochylił  się  przy  oknie 

Victora.

Nie ukrywając irytacji, że każe mu się czekać, Victor opuścił szybę.
– Dzień dobry, panie doktorze! – przywitał go strażnik.
Dotknął brzegu daszka czapki w geście powitania.
– Jeśli szuka pan tego specjalnego agenta, to znajdzie go pan u nas.
– Mówi pan o agencie z Able Protection? – zapytał Victor.
– Tego nie wiem – odrzekł strażnik i wyprostował się.
– Hej, Pedro, ty jesteś z Able Protection?
W drzwiach wartowni stanął przystojny młody człowiek.
Miał włosy czarne jak smoła, nad ustami wąsik.
Wyglądał na jakieś dwadzieścia lat.
– A kto pyta?
– Twój szef, doktor Frank.
Pedro podszedł do samochodu Victora i wyciągnął dłoń.
– Miło mi pana poznać, doktorze Frank.
Jestem Pedro Gonzales z Able Protection.
Victor uścisnął mu rękę.
Nie był zadowolony.
– Dlaczego nie jest pan z moim synem? – spytał szorstko.
– Byłem z nim – wyjaśnił Pedro.
– Ale gdy tu przyjechaliśmy, powiedział, że na terenie Chimery jest bezpieczny i że mam na 

niego czekać tutaj.

– Wydaje  mi  się,  że  miał  pan  wyraźne  polecenie,  żeby  nie  spuszczać  mojego  syna  z oka 

nawet na chwilę – powiedział Victor.

– Tak, proszę pana – rzekł Pedro, uświadomiwszy sobie, że popełnił błąd.
– To się nie powtórzy.
Pana syn mówił przekonująco.
Powiedział, że pan tak sobie życzy.
Przepraszam.
– Gdzie on jest? – rzucił Victor.
– Tego nie wiem – odparł Pedro.

background image

– Jest gdzieś na terenie razem z Philipem.
Nie wychodzili stąd, jeśli o to panu chodzi.
– Nie w tym rzecz – warknął Victor.
– Chodzi  mi  o to,  że  płacę  Able  Protection  za  ochronę  mojego  syna  i że  ta  praca  nie  jest 

wykonywana.

– Rozumiem – powiedział Pedro.
Victor spojrzał na strażnika.
– Czy Sheldon dziś pracuje?
– Hej, Sheldon! – zawołał strażnik.
Sheldon stanął w drzwiach.
Victor zapytał go, czy wie, gdzie jest Victor Junior.
– Nie – odparł Sheldon – ale gdy rano przyjechali tu z Philipem, poszli tam.
– Dłonią wskazał na zachód.
– W stronę rzeki? – dopytywał się Victor.
– Może i tak – odpowiedział Sheldon.
– Ale też mogli pójść do bufetu.
– Czy mam z panem pójść i pomóc go znaleźć? – zapytał Pedro.
Victor potrząsnął głową i wrzucił bieg.
– Proszę tu poczekać, sam go znajdę.
– Następnie  zwrócił  się  do  strażnika,  który  tępo  przysłuchiwał  się  rozmowie:  – Byłbym 

wdzięczny, gdyby podniósł pan szlaban, zanim w niego wjadę.

Strażnik podskoczył, wbiegł do budki i uruchomił mechanizm.
Victor nacisnął gaz i ostro wjechał na teren Chimery.
Zostawił  w tyle swoje  miejsce  na  parkingu  i jechał  wprost  do  budynku,  w którym  mieściło 

się laboratorium.

Zaparkował tuż przed wejściem.
Stał tam znak zakazu parkowania, ale zignorował go.
Podniósł kołnierz płaszcza, skulił się i ruszył do drzwi.
W laboratorium był już tylko Robert.
Zapracowany  był  jak  zawsze,  tym  razem  biedził  się  z wysoko  napięciową  elektroforezą 

DNA.

Właśnie rozdzielał fragmenty strawionego DNA.
– Czy nie widział pan Victora Juniora? – zapytał Victor, strząsając z ubrania krople deszczu.
– Nie – odparł Robert.
Przetarł oczy wierzchem dłoni.
– Ale zaraz panu coś pokażę.

background image

– Ujął  dwie  klisze  rentgenowskie,  na  których  dokładnie  w tym  samym  miejscu  widniały 

ciemne pasma, i podał je Victorowi.

– W strawionym  preparacie  DNA  z drugiego  wycinka  nowotworu,  który  od  pana 

otrzymałem, jest taki sam dodatkowy fragment DNA, jaki występuje u pańskiego syna.

Ale ten wycinek został pobrany od innej osoby.
– To od niani, która z nami mieszkała – wyjaśnił Victor.
– Czy jest pan pewien, że w obu wypadkach stężenie DNA było takie samo?
– Jestem pewien w stu procentach – odparł Robert.
– To zdumiewające – stwierdził Victor, zapominając na chwilę o Victorze Juniorze.
– Sądziłem, że to pana zainteresuje – powiedział Robert z dumą.
– Jest to takie odkrycie, na które badacze nowotworów nie mogą się doczekać.
Można by to nawet uznać za przełom, na jaki czeka medycyna.
– Musi pan to zsekwencjonować – rzucił Victor niecierpliwie.
– Natychmiast.
– Właśnie to robię – oświadczył Robert.
– Muszę jeszcze raz przeprowadzić elektroforezę, a potem wrzucę to na komputer.
– Jeżeli  się  okaże,  że jest  to  retrowirus czy  coś  w tym  rodzaju...  – zaczął  Victor, po  czym 

urwał.

Byłoby to następne nieoczekiwane odkrycie, a lista tych odkryć rosła.
– Gdyby  pokazał  się  tu  Victor  Junior,  proszę  mu  powiedzieć,  że  go  szukam  – zakończył 

Victor i opuścił laboratorium.

W bufecie udał się wprost do kierownika.
– Czy widział pan Victora Juniora?
– Zjadł wczesny lunch.
Był z nim Philip i jeden z wartowników.
– Wartowników? – zdziwił się Victor.
Ciekaw był, dlaczego Sheldon o tym nie wspomniał.
Poprosił kierownika, by zadzwonił do laboratorium, gdy Victor Junior się pokaże.
Tamten skinął głową.
W bibliotece siedziało kilka osób.
Większość czytała, reszta spała.
Od bibliotekarki dowiedział się, że dziś syna tu nie było.
Taką samą odpowiedź uzyskał w sali gimnastycznej i w świetlicy.
Tego dnia widziano Victora Juniora jedynie w bufecie.
Victor wyjął z samochodu parasol i skierował się ku rzece.
Szedł na północ, aż dotarł do brzegu rzeki mniej więcej w środku kompleksu Chimery.

background image

Skręcił na zachód i maszerował po granitowym nabrzeżu.
Jego  firma  nie  odrestaurowała  jeszcze  żadnego  z budynków  stojących  wzdłuż  rzeki,  ale 

stanowiły one idealne miejsce do wykorzystania w przyszłości.

Zastanawiał się nawet nad tym, czy by nie przenieść tu biura.
Skoro już ma trawić tyle czasu na robocie administracyjnej, mógłby przynajmniej cieszyć się 

ładnym widokiem.

Szedł i spoglądał na rzekę.
W deszczu spieniona woda wyglądała jeszcze groźniej niż poprzedniego dnia.
Gdy  popatrzył  w górę  rzeki,  okazało  się,  że  zapora  jest  ledwo  widoczna  za  zasłoną  mgły, 

unoszącej się nad dnem wodospadów.

Mijając  szereg  pustych  budynków,  uświadomił  sobie,  że  każdy  chłopiec  znalazłby  tu  setki 

interesujących zakątków.

Przecież to wymarzone miejsce do gry w chowanego i tak dalej.
Ale do takich zabaw trzeba grupy dzieci, Victor Junior tymczasem zawsze przebywa sam lub 

co najwyżej w towarzystwie Philipa.

Szedł  dalej  w górę  rzeki,  aż  drogę  zagrodziła  mu  część  wieży  z zegarem,  wystająca  ponad 

część tamy i staw.

Aby pójść dalej, musiał okrążyć budynek i dotrzeć do rzeki od strony zachodniej.
Tam drogę zagrodził mu szeroki na trzy metry kanał odchodzący od stawu, a potem biegnący 

równolegle do niego aż do tunelu.

W  przeszłości,  gdy  młyn  napędzany  był  energią  wodną,  woda  płynęła  nim  do  podziemi 

wieży zegarowej.

Tam wprawiała w ruch olbrzymie koła wodne, które napędzały tysiące krosien i maszyn do 

szycia, a także zegar na wieży.

Przystanął na skraju tunelu i obejrzał dno kanału.
Oprócz  strużki  wody  był  tam  śmietnik  składający  się  głównie  ze  stłuczonych  butelek 

i puszek po piwie.

Przyjrzał się miejscu, w którym kanał graniczył z szalejącą rzeką.
Przepływ wody regulowały niegdyś żelazne, ciężkie wrota.
Teraz wszystko zardzewiało.
Zastanawiał się, jakim cudem wrota wytrzymują jeszcze potworne ciśnienie napierającej na 

nie wody.

Poziom wody w rzece doszedł praktycznie do górnej krawędzi wrót.
Okrążył kanał i szedł na zachód.
Deszcz przestał padać i Victor złożył parasol.
Wkrótce dotarł do ostatniego budynku w kompleksie Chimery.

background image

On też był wysunięty nad rzekę.
Dalej była już ulica.
Zawrócił.
Nie wołał syna, jak poprzednio.
Po prostu rozglądał się i nasłuchiwał.
Gdy  z powrotem  dotarł  do  wieży  zegarowej,  poszedł  już  w kierunku  zagospodarowanej 

części kompleksu.

Po drodze zajrzał do laboratorium, lecz od Roberta dowiedział się, że syna nie było.
Nie wiedząc, co robić, wrócił do bufetu.
– Jeszcze tu nie był – poinformował go kierownik, zanim Victor zdążył zapytać.
– Tak jak myślałem – odparł Victor.
– Wpadłem na kawę.
Ponieważ przemókł podczas spaceru nad rzeką, zrobiło mu się zimno.
Gdy ulewa minęła, czuł, że temperatura dalej spada.
Skończył kawę, poczuł się trochę lepiej i znowu włożył swój mokry płaszcz.
Jeszcze raz przypomniał kierownikowi o telefonie do laboratorium, gdy pokaże się tu Victor 

Junior.

Potem wrócił do wartowni.
Było tam miło i ciepło, mimo że powietrze było gęste od dymu.
Na małej kanapie w głębi pomieszczenia siedział Pedro i układał pasjansa.
Na widok Victora wstał.
Wstał też Sheldon, siedzący za małym biurkiem.
– Czy ktoś widział mojego syna? – spytał Victor szorstko.
– Niecałe dwie minuty temu rozmawiałem z Halem – wyjaśnił Sheldon.
– Pytałem go o Victora Juniora, ale dziś nie widział go w ogóle.
– Kierownik  bufetu  mówił  mi,  że  Victor  Junior  był  dziś  na  lunchu  z jednym  z was  –

powiedział Victor.

– Dlaczego mi o tym nie powiedzieliście?
– Ja nie jadłem lunchu z Victorem Juniorem! – zaprotestował Sheldon, kładąc rękę na piersi.
– Hal też nie, bo jadł ze mną.
Obaj przynieśliśmy lunch w torbie.
Fred!
Fred wysunął głowę z boksu, skąd otwierał i zamykał szlabany.
Sheldon zapytał go, czy jadł lunch w towarzystwie Victora Juniora.
– A gdzie tam! – odparł Fred.
– Na lunch poszedłem do miasta.

background image

Sheldon  wzruszył  ramionami,  po  czym  zwrócił  się  do  Victora:  – Dziś  na  zmianie  jest  nas 

tylko trzech.

– Ale kierownik mi mówił... – zaczął Victor i przerwał.
Nie miało sensu wdawać  się w spory na temat tego,  kto jadł lunch w towarzystwie  Victora 

Juniora, a kto nie.

Najważniejsze było to, gdzie on się podziewa.
Dręczyła go ciekawość i trochę niepokój.
Jak  poprzednio  Marsha,  tak  teraz  on  zastanawiał  się,  co  Victor  Junior  właściwie  robi 

w Chimerze.

Dotychczas Victor specjalnie o tym nie myślał.
Opuścił wartownię i wrócił do laboratorium.
Nie miał pojęcia, gdzie szukać syna.
– Właśnie dzwonili z bufetu – poinformował go Robert.
– Przyszedł Victor Junior.
Victor podszedł do najbliższego aparatu i zadzwonił do kierownika.
– Jest – powiedział kierownik.
– Sam? – zapytał Victor.
– Nie, z Philipem – odparł kierownik.
– Czy mówił mu pan, że go szukałem?
– Nie.
Prosił mnie pan, żebym zadzwonił, a nie, żebym coś mówił.
– Wspaniale – rzekł Victor.
– Proszę mu dalej nic nie mówić.
Już idę.
Kierując  się  do  budynku,  w którym  znajdował  się  bufet  i biblioteka,  Victor  postanowił  nie 

wchodzić do środka głównymi drzwiami.

Skorzystał  więc  z wejścia  bocznego,  wszedł  na  piętro  i potem  do  bufetu  na  poziomie 

balkonu.

Podszedł do barierki, spojrzał na dół i dostrzegł Victora Juniora i Philipa zajadających lody.
Czekał w ukryciu, aż Victor Junior i Philip skończą.
Wkrótce wstali i odnieśli tace.
Gdy wychodzili, Victor zszedł na dół, trzymając się ściany i nie pokazując się.
Usłyszał, jak za chłopcami zamykają się drzwi.
Przyspieszył kroku i dotarł do drzwi dokładnie  w chwili, gdy Victor Junior i Philip skręcali 

chodnikiem na zachód.

– Coś się stało? – spytał kierownik.

background image

– Nie, nic takiego – odparł Victor, prostując się i usiłując przybrać nonszalancki wygląd.
Ostatnią rzeczą, jakiej pragnął, były plotki w pracy.
– Jestem po prostu ciekaw, gdzie on chodzi – wyjaśnił.
– Kilkakrotnie  mówiłem  mu,  żeby  nie  zbliżał  się  do  rzeki,  zwłaszcza  gdy  jest  taka 

niebezpieczna jak teraz.

Obawiam się jednak, że on wcale mnie nie słucha.
– Jak to chłopak – powiedział kierownik.
Victor  wyszedł  z kawiarni  w porę,  by  dostrzec  syna  i Philipa  skręcających  w prawo  za 

budynkiem mieszczącym jego laboratorium.

Najwyraźniej zmierzali w stronę rzeki.
Szybkim krokiem przebył dystans dzielący go od miejsca, w którym skręcili w prawo.
Dojrzał ich jakieś pięćdziesiąt metrów przed sobą.
Poczekał, aż skręcili w lewo tuż przy brzegu rzeki i zniknęli mu z oczu.
Pobiegł za nimi.
Gdy dotarł do zakrętu, oni byli już w pobliżu wieży zegarowej.
Widział,  jak  idą  po  schodkach  i wchodzą  do  opuszczonego  budynku  poprzez  pozbawione 

drzwi wejście.

– Cóż oni mogą tam robić? – spytał sam siebie.
Starając się, żeby nikt go nie dostrzegł, podszedł do wejścia wieży zegarowej i nasłuchiwał.
Słyszał jednak tylko huk wody.
Kompletnie oszołomiony wszedł do środka.
Chwilę czekał, aż oczy przyzwyczają się do półmroku.
Wreszcie dostrzegł jedynie bałagan, jaki spodziewał się zastać w opuszczonym budynku.
Na podłodze był istny śmietnik.
Na parterze znajdowała się duża hala z wychodzącymi na staw otworami po oknach.
Szyby już dawno zostały wybite.
Nie było nawet ram.
Na  środku  leżała  kupa  śmieci  świadcząca  o tym,  że  zanim  Chimera  kupiła  ten  kompleks 

i ogrodziła go, mieszkali tu dzicy lokatorzy.

W powietrzu unosił się ostry zapach gnijącego drewna, szmat i dykty.
Ostrożnie  dotarł  do  środka  sali  i znowu  nasłuchiwał,  lecz  huk  wodospadów  był  jeszcze 

głośniejszy tu niż na zewnątrz.

Nie rozróżniał żadnych innych dźwięków.
Po  stronie  budynku  równoległej  do  rzeki  było  kilka  małych  pomieszczeń,  do  których 

wchodziło się z hali.

Spenetrował jedno po drugim.

background image

W każdym było więcej lub mniej śmieci.
Po  obu  stronach  hali  oraz  na  jej  środku  znajdowały  się  schody  prowadzące  na  pierwsze 

i drugie piętro.

Podszedł do schodów centralnych i powoli wszedł na górę.
Na każdym piętrze obejrzał mnóstwo pomieszczeń po obu stronach długiego korytarza.
Wszędzie gruz, śmieci i brud.
Coraz bardziej zdumiony, zszedł na parter.
Podszedł  do  jednego  z otworów  okiennych  i spojrzał  na  rzekę,  zaporę,  staw  i pusty  kanał, 

odcięty od rzeki zardzewiałymi wrotami.

W  tej  właśnie  chwili  przypomniał  sobie,  że  wieża  zegarowa  jest  połączona  z innymi 

budynkami  rozwiniętym  systemem  tuneli,  którymi  układ  wałów  napędowych  rozprowadzał 
energię wytwarzaną przez koła wodne.

Było oczywiste, że nie znajdzie syna w wieży zegarowej.
Ciekaw był, czy chłopiec nie odkrył tej właśnie sieci podziemnych korytarzy.
Nagle poczuł zawrót głowy i włosy stanęły mu dęba.
Wydawało mu się, że usłyszał dźwięk inny niż huk wodospadów czy że coś poczuł.
Nie był pewien.
Wzrokiem  szybko  omiótł  halę,  lecz  nie  dojrzał  nikogo,  i gdy  znowu  zaczął  nasłuchiwać, 

prócz rzeki nie usłyszał nic.

Wędrował od jednych schodów do drugich, usiłując znaleźć wejście do podziemi.
Bezskutecznie.
Przeszukał wszystko jeszcze raz, nadal bez rezultatu.
Nie dojrzał żadnych schodów w dół.
Podszedł  do  otworu okiennego  znajdującego  się  na  wschodniej  ścianie  budynku  i szukał 

jakiegoś wejścia z zewnątrz, lecz nic takiego nie znalazł.

Wydawało się, że nie ma sposobu dotarcia do podziemi.
Opuścił  więc wieżę i powrócił  do zagospodarowanej części  kompleksu Chimery, by wpaść 

do działu nieruchomości.

Korzystając ze swego dyrektorskiego klucza, którym można było otworzyć wszystkie zamki 

w budynku, wszedł do środka i zapalił światło.

Natychmiast skierował się do archiwum.
Z dużej blaszanej szafy wyjął plany architektoniczne wszystkich zabudowań Chimery.
Odnalazł wieżę  zegarową  na  ogólnym  planie  terenu,  odszukał  właściwe  rysunki i zaczął  je 

przeglądać.

Pierwszy szkic przedstawiał podziemia.
Pokazywał, w którym miejscu tunel wchodził do budynku.

background image

W  podziemiach  woda  płynęła  wyłożonym  solidnymi  belkami  korytem,  obracając  kołami 

łopatkowymi umocowanymi zarówno poziomo, jak i pionowo.

Podziemia  były  podzielone  na  halę  główną,  gdzie  mieściły  się  wszystkie  koła,  i kilka 

pomieszczeń bocznych.

System  tuneli  rozgałęział  się  w jednym  z pomieszczeń  bocznych  po  wschodniej  stronie 

budynku.

Potem obejrzał plan parteru.
Z łatwością zlokalizował schody wiodące do podziemi.
Były z prawej strony, tuż przy schodach centralnych.
Nie pojmował, jak mógł ich nie zauważyć.
Aby  pozbyć  się  wszelkich  wątpliwości,  sporządził  odbitki  planu  podziemi  i parteru, 

wykorzystując specjalną kopiarkę, jaką Chimera do tych celów zakupiła.

Pomniejszył szkice do rozmiarów kartki papieru maszynowego i wrócił do wieży zegarowej 

z mocnym postanowieniem dotarcia do podziemi.

Przebrnął przez śmietnik na podłodze i znalazł się przy schodach centralnych.
Stanął przed nimi i spojrzał w prawo.
Rozłożył nawet odbitkę planu i przestudiował ją jeszcze raz, żeby się upewnić, czy to tu.
Coś się nie zgadzało, ale nie rozumiał co.
Nie było żadnych schodów w dół.
Na wszelki wypadek obejrzał jeszcze schody z drugiej strony.
Tam jednak też nie znalazł tego, czego szukał.
Gdy wrócił do miejsca, gdzie według planu powinny znajdować się schody, zauważył, że nie 

ma tam śmieci zalegających resztę podłogi.

Ponieważ uznał to za dziwne, pochylił się i zauważył jeszcze coś: deski były tu szersze niż 

w pozostałej części budynku.

I nowsze.
Za plecami usłyszał jakiś dźwięk.
Odwrócił się, lecz nic nie zauważył.
Niemniej odniósł wrażenie, że w mroku ktoś się ukrywa.
I to bardzo blisko.
Przerażony, usiłował przeniknąć mrok w przepastnej hali.
Znowu usłyszał czy poczuł, że za jego plecami coś się poruszyło.
Nie miał już wątpliwości: to był odgłos kroku.
Odwrócił się, lecz za późno.
Dostrzegł jedynie zarys postaci unoszącej nad jego głową jakiś przedmiot.
Podniósł ręce, by uchronić się przed ciosem, lecz uderzenie było silne.

background image

Stracił przytomność.

* * *

Marsha  wyjechała  z Lowell,  zatrzymała  się  w barze  przy  drodze  i stamtąd  zadzwoniła  do 

państwa Blakemore.

Czuła się trochę niezręcznie, lecz udało się jej wprosić na krótką wizytę.
Dotarcie  do  ich  domu  w West  Boxford  przy  Plum  Island  Road  479  zajęło  jej  około  pół 

godziny.

Gdy parkowała samochód, z zadowoleniem zauważyła, że przestało padać.
Gdy jednak otworzyła drzwi auta, pożałowała, że nie wzięła puchowego płaszcza.
Robiło się coraz zimniej.
Dom  państwa  Blakemore  wyglądał  bardzo  przytulnie  i przypominał  domy  budowane  na 

Cape Cod.

Okna były rozdzielone kamiennymi słupkami i pomalowane na biało.
Nad wejściem znajdowała się pergola.
Marsha weszła po schodkach i nacisnęła dzwonek.
Drzwi otworzyła pani Blakemore.
Była postawną kobietą mniej więcej w wieku Marshy, miała krótkie, podkręcone na końcach 

włosy.

– Proszę – powiedziała, spoglądając na Marshę z zaciekawieniem.
– Jestem Edith Blakemore.
Marsha poczuła  jej  spojrzenie i pomyślała,  że  może w jej  wyglądzie jest  coś  nie tak, może 

między przednimi zębami zostały jakieś resztki po owocu, który właśnie zjadła.

Na wszelki wypadek sprawdziła zęby językiem.
Wewnątrz dom wyglądał równie uroczo jak na zewnątrz.
Meble były w stylu wczesnoamerykańskim, kanapy i fotele miały perkalowe obicia.
Podłogę z szerokich desek pokrywały dywaniki.
– Może się pani rozbierze? – spytała Edith.
– Napije się pani kawy albo herbaty?
– Proszę o herbatę – rzekła Marsha, idąc za Edith do salonu.
Pan Blakemore, który siedział przy kominku, czytając gazetę, wstał na powitanie.
– Carl Blakemore – przedstawił się, wyciągając dłoń.
Był wysoki, miał twardą skórę i ciemną cerę.
Marsha podała mu rękę.
– Proszę się czuć jak u siebie w domu – rzekł Carl, wskazując na kanapę.

background image

Gdy usiadła, wrócił na swoje miejsce i położył gazetę na podłodze obok fotela.
Przesłał jej miły uśmiech.
Edith zniknęła w kuchni.
– Interesująca pogoda – powiedział, żeby jakoś zacząć rozmowę.
Marsha dalej czuła się nieswojo z powodu owego spojrzenia, jakim na wstępie obdarzyła ją 

Edith.

W tych ludziach było coś sztywnego i nienaturalnego, lecz nie potrafiła powiedzieć, na czym 

to polega.

Usłyszała kroki na schodach, po czym do pokoju wszedł chłopiec.
Był  w wieku  Victora  Juniora,  lecz  trochę  grubszy,  bardziej  barczysty,  miał  włosy  koloru 

piasku i ciemnobrązowe oczy.

Wyglądał na silnego chłopca i był uderzająco podobny do pana Blakemorea.
– Cześć – powiedział, wyciągając rękę w dżentelmeński sposób.
– Ty chyba jesteś Richie – rzekła Marsha, odwzajemniając uścisk.
– Jestem mamą Victora Juniora.
Wiele o tobie słyszałam.
– Miała wrażenie, że przesada jest tu uzasadniona.
– Naprawdę? – spytał Richie niepewnie.
– Tak – odrzekła.
– I im więcej o tobie słyszałam, tym bardziej chciałam cię poznać.
Dlaczego czasem do nas nie wpadniesz?
Victor Junior chyba mówił ci, że mamy basen.
– Nie, tego mi nie mówił – powiedział Richie.
Siadł  na  stopniu  kominka  i obrzucił  ją  takim  spojrzeniem,  że  poczuła  się  jeszcze  bardziej 

nieswojo.

– Nie rozumiem, dlaczego ci o tym nie powiedział – rzekła.
Spojrzała na Carla.
– Nigdy nie wiadomo, o czym te dzieci myślą – dodała z uśmiechem.
– Zgadzam się – przytaknął Carl.
Zapadło niezręczne milczenie.
Marsha zachodziła w głowę, co się dzieje.
– Z mlekiem czy cytryną? – zapytała Edith, wchodząc do salonu i przerywając ciszę.
Niosła tacę, którą postawiła na małym stoliku.
– Z cytryną – rzekła Marsha.
Wzięła od Edith filiżankę i przytrzymała ją, podczas gdy Edith nalewała herbatę.
Potem wcisnęła kilka kropli cytryny.

background image

Wreszcie usiadła wygodnie.
I wtedy zauważyła, że oprócz niej nikt nic nie pije.
Wszyscy po prostu na nią patrzą.
– A państwo nie pijecie? – spytała, coraz bardziej skrępowana.
– Nie, ale proszę się nie przejmować – powiedziała Edith.
Marsha pociągnęła łyk.
Herbata była gorąca, toteż odstawiła filiżankę na stolik.
Nerwowo odchrząknęła.
– Przepraszam za ten najazd – tłumaczyła się.
– Ależ nie ma za co – odrzekła Edith.
– Jest taka brzydka pogoda, że odpoczywamy sobie w domu.
– Już od jakiegoś czasu chcę państwa poznać – kontynuowała Marsha.
– Byliście państwo bardzo mili dla mojego syna, chciałabym się odwzajemnić.
– Co właściwie ma pani na myśli? – spytała Edith.
– No cóż, chciałabym, żeby Richie do nas przyjechał i został na noc.
Jeśli oczywiście się zgodzi.
Zgadzasz się, Richie?
Richie wzruszył ramionami.
– A dlaczego chciałaby pani, żeby Richie został na noc? – zapytał Carl.
– Żeby odwzajemnić państwa uprzejmość, oczywiście – wyjaśniła.
– Skoro Victor Junior tyle razy nocował u państwa, wydaje mi się naturalne, jeśli Richie od 

czasu do czasu przyjedzie do nas.

Carl i Edith popatrzyli po sobie.
– Pani syn nigdy u nas nie nocował – odezwała się Edith.
– Obawiam się, że nie bardzo rozumiem, o czym pani mówi.
Marsha przeniosła spojrzenie z jednego z rodziców na drugie, czując narastające zmieszanie.
– Victor Junior nigdy u państwa nie nocował? – zapytała z niedowierzaniem.
– Nie – odparł Carl.
Marsha spojrzała na Richiego i spytała: – A zeszłej niedzieli?
Czy widzieliście się?
– Nie – odparł Richie, potrząsając głową.
– No  cóż,  wobec  tego  muszę  państwa  przeprosić  za  to,  że  zajmuję  czas  – tłumaczyła  się 

zakłopotana.

Wstała.
Edith i Carl uczynili to samo.
– Sądziliśmy, że chce pani porozmawiać o tej bójce – powiedział Carl.

background image

– O jakiej bójce? – zdziwiła się.
– Victor Junior i nasz syn chyba się o coś pokłócili – wyjaśnił Carl.
– Richie spędził noc w szpitalu ze złamanym nosem.
– Och, jak mi przykro – powiedziała.
– Będę musiała porozmawiać z Victorem Juniorem.
Tak szybko i dostojnie, jak tylko potrafiła, opuściła dom państwa Blakemore.
Gdy wsiadła do samochodu, była wściekła.
Na pewno porozmawia z synem.
Jest jeszcze gorszy, niż przypuszczała.
Jak mogła tylu rzeczy nie zauważyć?
Wygląda na to, że jej syn prowadzi drugie życie, zupełnie inne niż to, o którym opowiada.
Takie oszukiwanie, na zimno i na spokojnie, jest poważnym odstępstwem od normy.
Co się dzieje z jej dzieckiem?

background image

Rozdział 11

Sobota, popołudnie.

Stopniowo odzyskiwał przytomność.
Jak przez mgłę docierały do niego stłumione odgłosy, których nie potrafił rozróżnić.
Potem uświadomił sobie, że owe dźwięki to głosy.
W końcu rozpoznał głos syna.
Chłopiec był zły, krzyczał na kogoś, że Victor to jego ojciec.
– Przepraszam.
– W głosie mówiącego pobrzmiewał wyraźny hiszpański akcent.
– Skąd mogłem wiedzieć?
Poczuł, że ktoś nim potrząsa.
Dotknięcie sprawiło, że uświadomił sobie ból głowy.
Był zamroczony.
Wyciągnął rękę i na czole wyczuł guz wielkości piłki golfowej.
– Tato! – zawołał Victor Junior.
Z trudem otworzył oczy.
Silny ból czaszki ustąpił dopiero po chwili.
Patrzył prosto w błękitne, lodowate oczy syna.
Victor Junior trzymał go za ramiona.
Za jego plecami Victor dostrzegł śniade twarze.
Obok  Victora  Juniora  stał  człowiek  o twarzy  jeszcze  ciemniejszej  niż  pozostałe  i niemal 

groźnej, a wrażenie to potęgowała opadająca powieka nad lewym okiem.

Victor zamknął oczy, zacisnął zęby i usiadł.
Poczuł zawrót głowy i zachwiał się, lecz Victor Junior go podtrzymał.
Gdy oszołomienie minęło, otworzył oczy.
Ponownie dotknął guza, niejasno przypominając sobie, skąd się wziął.
– Dobrze się czujesz, tato? – pytał Victor Junior.
– Chyba tak – odparł Victor.
Spojrzał na nie znanych sobie ludzi.
Wszyscy mieli na sobie służbowe mundury strażników Chimery, ale nikogo nie rozpoznawał.
Za nimi stał Philip, ogłupiały i wystraszony.
Rozejrzawszy się po pomieszczeniu, najpierw pomyślał, spojrzał na syna i stwierdził, że ten 

aż pojaśniał z dumy.

Popatrzył na Philipa, który nerwowo pocierał ręce.
Potem  zatrzymał  wzrok  na  trójce  mężczyzn  w mundurach  strażników  Chimery  – śniadych 

background image

Latynosach o lśniących, czarnych włosach.

Potem powoli przesunął oczami po sali o wysokim sklepieniu.
Był to jeden z najbardziej zdumiewających widoków, jakie w życiu oglądał.
Tuż przed nim znajdowała się ziejąca przepaść śluzy.
Spod jej wrót sączył się strumyczek wilgotnej, zielonkawej pleśni.
Znaczną część otworu przykrywała prowizoryczna zasuwa ze starych belek.
Olbrzymie  drewniane  koryto,  którym  niegdyś  przez  halę  płynęła  woda,  zostało 

zdemontowane i wykorzystane jako materiał na zasuwę, blaty laboratoryjne i półki na książki.

Sala miała około dwudziestu metrów szerokości i trzydziestu długości.
Największe  ze  starych  kół  wodnych  nadal  stało  na  środku  – w pozycji  pionowej,  niczym 

nowoczesna rzeźba.

O  jego  wielkie  łopaty  oparto  część  wyposażenia  laboratoryjnego,  co  tworzyło  gigantyczny 

krąg.

W obu końcach sali znajdowało się kilkoro ciężkich drzwi wzmocnionych stalowymi nitami.
Wszystkie cztery ściany były z tego samego szarego granitu.
Sufit stanowiły belki podtrzymujące grube deski.
Oprócz  największego  koła,  większość  pierwotnego  wyposażenia,  wszystkie  wały  i koła 

zębate,  które  niegdyś  rozprowadzały  energię  po  całym  obiekcie,  znajdowała  się  na  swoim 
dawnym miejscu, sięgając sufitu metalowymi osłonami.

Tuż  za  jego  plecami  znajdowały  się  schody  wiodące  w górę,  zakończone  deskami  na 

poziomie stropu.

– No jak, tato? – zapytał Victor Junior ze zniecierpliwieniem.
– No powiedz coś!
Co o tym myślisz?
Victor niepewnie stanął na nogach.
– To jest twoje laboratorium? – zapytał.
– Tak – odparł Victor Junior.
– Niezłe, co?
Chwiejnym krokiem Victor dotarł do syntezatora DNA i powiódł po nim dłonią.
Był to najnowszy model, lepszy niż ten, który Victor miał u siebie.
Na ścianach wisiały dywaniki różnej wielkości i kształtu, co nadawało wnętrzu ciepła.
Na podłodze stało około dziesięciu składanych łóżek z pościelą.
Tuż przy drzwiach znajdował się okrągły stół i sześć krzeseł o niskich oparciach.
Victor Junior gestem poprosił ojca o zajęcie miejsca.
Victor wysunął krzesło i usiadł.
Philip bez słowa zasiadł trochę dalej.

background image

– Napijesz się czegoś?
Gorącej czekolady czy herbaty? – spytał Victor Junior, grając rolę gospodarza.
– Mamy tu wszystko, jak w domu.
– Wolałbym się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi – odpowiedział Victor.
Victor Junior skinął głową, po czym spokojnie rozpoczął swą opowieść: – Wiesz, że to, co 

się  dzieje  w twoim  laboratorium,  zainteresowało  mnie  już  pierwszego  dnia,  gdy  przywiozłeś 
mnie do Chimery.

Rzecz w tym, że nie pozwolono mi niczego dotykać.
– To oczywiste – wtrącił Victor.
– Byłeś przecież dzieckiem.
– Ale nie czułem się dzieckiem – odparł Victor Junior.
– Nie muszę dodawać, że już wtedy wiedziałem, że potrzebuję własnego laboratorium, jeśli 

mam czegokolwiek dokonać.

Zacząłem  od  malutkiego  laboratorium,  ale  się  rozrosło,  bo ciągle  potrzebowałem  nowego 

wyposażenia.

– Ile miałeś lat, gdy zaczynałeś?
– Zaczynałem siedem lat temu – rzekł Victor Junior.
– Miałem trzy lata.
Byłem zdumiony, gdy stwierdziłem, że założenie laboratorium z pomocą mięśni Philipa jest 

bardzo łatwe.

Philip uśmiechnął się z dumą.
– Początkowo zainstalowaliśmy się obok bufetu – kontynuował Victor Junior.
– Ale  potem  zaczęło  się  mówić  o odrestaurowaniu  tamtego  budynku,  więc  przenieśliśmy 

wszystko do tej wieży.

To była taka moja mała tajemnica.
– Przez siedem lat? – dopytywał się Victor.
Victor Junior skinął głową.
– Około.
– Ale dlaczego? – zapytał Victor.
– Żebym mógł się poważnie zająć pracą.
Gdy  chodziłem  po  twoim  laboratorium  i obserwowałem  twoją  pracę,  zafascynowały  mnie 

możliwości biologii.

To jest nauka przyszłości.
Już wtedy miałem pewne pomysły, jak należy prowadzić badania.
– Mogłeś przecież pracować u mnie – zaprotestował Victor.
– To było niemożliwe – odparł Victor Junior, machając ręką.

background image

– Jestem za młody.
Nikt nie pozwoliłby mi robić tego, co robię.
Ograniczenia, przepisy, asystenci.
Potrzebowałem  własnej  przestrzeni  i uwierz  mi,  że  moje  osiągnięcia  przeszły  twoje 

najśmielsze oczekiwania.

Już mniej więcej od roku pragnę pokazać ci, czym się zajmuję.
Oszalejesz.
– Masz jakieś sukcesy? – zapytał Victor z wahaniem i jednocześnie zaciekawieniem.
– Właściwsze  byłoby  powiedzieć,  że  dokonałem  kilku  przełomowych  odkryć  – wyjaśnił 

Victor Junior.

– Może spróbujesz odgadnąć.
– Nie potrafię.
– Hm, chyba potrafisz – rzekł Victor Junior.
– Jedno z badań wiąże się z tym, nad czym sam pracujesz.
– Prowadzę różne badania – odparł Victor wymijająco.
– Posłuchaj.
Chcę,  żeby  zasługi  za  moje  badania  przypadły  tobie,  żeby  Chimera  mogła  je  opatentować 

i rozwijać się.

Nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział, że ja miałem w tym swój udział.
– Proponujesz mi coś w rodzaju naszego wyścigu na basenie?
Victor Junior roześmiał się szczerze.
– Tak, chyba coś takiego.
Wolałbym nie zwracać na siebie uwagi.
Nie  chcę,  żeby  ktoś  wścibiał  nos  w moje  życie,  a ludzie  przecież  stają  się  tacy  ciekawscy, 

gdy wśród nich pojawi się cudowne dziecko.

Wolałbym, żeby moje zasługi poszły na twoje konto.
Chimera dostanie patent.
Powiedzmy, że proponuję ci wyniki moich prac w zamian za pomieszczenie i wyposażenie.
– Może mi pomożesz zgadnąć, co odkryłeś.
– Na początek rozwiązałem zagadkę implantacji zapłodnionego jaja w macicy – oświadczył 

z dumą Victor Junior.

– Jeżeli zygota jest prawidłowa, mogę zagwarantować stuprocentową implantację.
– Żartujesz – powiedział Victor.
– Nie żartuję – odparł Victor Junior nieco zirytowany.
– Odpowiedź okazała się zarówno prosta, jak i bardziej skomplikowana, niż można się było 

spodziewać.

background image

Chodzi tu o połączenie zygoty z powierzchniowymi komórkami macicy, co zapoczątkowuje 

coś  w rodzaju  chemicznej  komunikacji,  którą  większość ludzi  nazwałaby  zapewne  reakcją  na 
przeciwciała z antygenem.

Dzięki  tej  właśnie  reakcji  z naczyń  krwionośnych  uwalniany  jest  czynnik  ułatwiający 

zagnieżdżanie się zapłodnionego jaja.

Wyizolowałem ten czynnik, a potem wyprodukowałem go w większych ilościach.
Jeden zastrzyk gwarantuje stuprocentową pewność zagnieżdżenia zdrowej zygoty.
– By nie pozostawać gołosłownym, Victor Junior wyciągnął z kieszeni fiolkę i położył ją na 

stole przed ojcem.

– To dla ciebie – rzucił.
– Kto wie, może dostaniesz za to Nobla.
– Roześmiał się, a Philip mu zawtórował.
Victor ujął fiolkę i przyglądał się przezroczystej lepkiej cieczy.
– Takie rzeczy trzeba sprawdzać – powiedział.
– To już zostało sprawdzone – odrzekł Victor Junior.
– Na zwierzętach i ludziach.
W obu wypadkach działa identycznie.
Stuprocentowo skutecznie.
Victor spojrzał na syna, potem na Philipa.
Philip uśmiechał się niepewnie, ciekaw reakcji Victora.
Victor ponownie spojrzał na fiolkę.
Natychmiast docenił naukowe i ekonomiczne znaczenie takiego odkrycia.
Byłoby to coś niesłychanego, rewolucja w metodach zapładniania in vitro.
Mając taki produkt, Fertility Inc. dominowałaby w tej dziedzinie.
Byłoby to zjawisko na skalę światową.
Wziął głęboki oddech.
– Czy jesteś pewien, że jest to skuteczne w wypadku ludzi?
– Całkowicie.
Jak już powiedziałem, zostało to przebadane.
– Na kim?
– Oczywiście na ochotnikach – odparł Victor Junior.
– Ale będziemy mieli jeszcze mnóstwo czasu na szczegóły.
Ochotnicy?
Victor poczuł, że kręci mu się w głowie.
Czy  Victor  Junior  nie  zdaje  sobie  sprawy,  że  nie  wolno  beztrosko  eksperymentować  na 

ludziach?

background image

Trzeba brać pod uwagę przepisy, kwestie etyczne.
Trudno jednak było oprzeć się pokusie, jaką stwarzało takie odkrycie.
A zresztą, czy ma prawo osądzać syna?
Czyż to nie on przyczynił się do poczęcia tego niezwykłego chłopca, który teraz przed nim 

siedział?

– Chcę jeszcze raz obejrzeć twoje laboratorium – rzekł, wstając od stołu.
Victor Junior pobiegł otworzyć drzwi.
Victor wkroczył do głównej sali, gdzie strażnicy nadal grali w karty i głośno rozmawiali po 

hiszpańsku.

Powoli okrążał znajdujące się w środku hali laboratorium i przyglądał się aparaturze.
Wspaniała?
To mało powiedziane.
Uświadomił sobie, że głowa nagle przestaje go boleć.
Czuł narastające podniecenie.
Trudno było uwierzyć, że tego wszystkiego dokonał jego dziesięcioletni syn.
– Kto  wie  o tym  laboratorium?  – spytał,  spoglądając  z zaciekawieniem  na  mikroskop 

elektronowy.

Powiódł dłonią po jego powierzchni.
– Philip i kilku strażników – wyjaśnił Victor Junior.
– A teraz ty.
Victor obrzucił – syna krótkim spojrzeniem.
Victor Junior w odpowiedzi uśmiechnął się.
Nagle Victor wybuchnął śmiechem.
– I pomyśleć, że to wszystko działo się pod naszym nosem przez tyle czasu!
– Potrząsnął  głową  z niedowierzaniem,  idąc  wokół  kręgu  aparatury  laboratoryjnej, 

poklepując niektóre przyrządy palcami.

– Czy masz pewność, jeśli chodzi o to białko implantacyjne? – zapytał, zastanawiając się już 

nad ustaleniem nazwy rynkowej: Conceptol, Fertol?

– Całkowicie – powtórzył Victor Junior.
– Ale to tylko jedno z moich odkryć.
Jest ich znacznie więcej.
Poczyniłem  pewne  postępy  w dziedzinie  różnicowania  i rozwoju  komórkowego;  co  moim 

zdaniem zapowiada nadejście nowej ery w biologii.

Victor przystanął i odwrócił się do Victora Juniora.
– Czy Marsha coś o tym wie?
– Nie! – odparł Victor Junior z naciskiem.

background image

– Na pewno będzie uszczęśliwiona – rzekł Victor z uśmiechem.
– Zamartwia  się  na  śmierć,  że  coś  się  z tobą  dzieje,  bo  nie  masz  czasu  spotykać  się 

z kolegami.

– Jestem zbyt zajęty, żeby chodzić na zbiórki zuchów – skomentował Victor Junior.
Victor roześmiał się.
– No no.
Będzie zachwycona.
Musimy jej powiedzieć i pokazać jej to wszystko.
– Nie jestem pewien, czy jest to dobry pomysł – rzekł Victor Junior.
– Ależ tak, uwierz mi.
Ona  wreszcie  odetchnie,  a ja  nie  będę  musiał  wysłuchiwać  następnego  wykładu  na  temat 

twojego rozwoju psychicznego.

– Nie chcę, żeby dowiedziano się o tym laboratorium – powtórzył Victor Junior.
– Ty odkryłeś je przez przypadek.
Nie miałem zamiaru o niczym ci mówić do czasu przeprowadzki.
– Gdzie masz zamiar się przenieść?
– Niedaleko – odparł Victor Junior.
– Któregoś dnia ci pokażę.
– Ale musimy powiedzieć matce – nalegał Victor.
– Nie masz pojęcia, jak bardzo się o ciebie martwi.
Ja jej wszystko wytłumaczę.
Nikomu nic nie powie.
– To ryzykowne – stwierdził Victor Junior.
– Nie sądzę, by moje osiągnięcia wywarły na niej takie wrażenie jak na tobie.
Ona nie jest taką entuzjastką nauki jak my.
– Ależ będzie zachwycona, że jesteś geniuszem.
I że sam to wszystko zorganizowałeś.
To przecież coś niezwykłego.
– No cóż, może... – rzekł Victor Junior, ważąc myśli.
– Zaufaj mi – powiedział Victor z zapałem.
– Być  może  w tej  jednej  sprawie  będę  musiał  zdać  się  na  twój  osąd  – zgodził  się  Victor 

Junior.

– Znasz ją chyba lepiej niż ja.
Mam nadzieję, że się nie mylisz.
Przez nią moglibyśmy mieć kłopoty.
– Zaraz ją przywiozę – rzucił Victor z nie skrywanym podnieceniem.

background image

– A jak się tu dostaniesz, żeby nikt nie widział? – zapytał Victor Junior.
– Jest przecież sobota.
Prawie nikogo już nie ma, zwłaszcza o tej porze.
– Dobrze – zgodził się Victor Junior z rezygnacją.
Victor ruszył ku schodom, właściwie biegł.
– Będę za pół godziny.
Góra trzy kwadranse.
– Pokonał kilka stopni, nagle przystanął.
Już wcześniej zauważył, że schody urywały się przy deskach na suficie.
– Czy to jest wyjście?
– Po prostu pchnij – powiedział Victor Junior.
– Tam jest przeciwwaga.
Victor trochę wolniej pokonywał stopnie, aż wreszcie dotknął ręką desek nad głową.
Ostrożnie pchnął je do góry.
Ku jego zdziwieniu duża klapa otworzyła się niezwykle lekko.
Rzucając ostatnie spojrzenie w dół, mrugnął do syna, po czym wszedł na ostatnie stopnie.
Gdy opuścił klapę, cicho opadła na swoje miejsce, szczelnie odcinając światło z dołu.
Wybiegł z budynku, serce aż kołatało mu z radości.
Od lat nie był w stanie takiego podniecenia.

* * *

Gdy Marsha wróciła do domu po dwóch stresujących wizytach, zrobiła sobie dużą filiżankę 

herbaty.

Zaniosła ją do gabinetu i usiłowała pozbierać myśli, gdy na podjeździe usłyszała samochód 

Victora.

Już po chwili zajrzał do jej pokoju.
Nawet nie zdjął płaszcza.
– Ach, tu jesteś, kochanie!
– Kochanie? – powtórzyła Marsha z pogardą.
Od lat tak do niej nie mówił.
– Wejdź! – zawołała.
Wszedł do pokoju.
Chwycił żonę za rękę, próbując ściągnąć ją z kanapy.
Marsha broniła się i uwolniła dłoń.
– Co ty wyprawiasz? – spytała.

background image

– Chcę ci coś pokazać.
– Oczy mu błyszczały.
– Co się z tobą dzieje?
– Chodź! – domagał się, ciągnąc ją z kanapy.
– Mam dla ciebie niespodziankę.
Ucieszysz się.
– A ja mam dla ciebie niespodziankę, z której się nie ucieszysz – powiedziała.
– Siadaj.
Muszę ci powiedzieć coś ważnego.
– Później – odparł.
– To, co chcę ci pokazać, jest ważniejsze.
– Wątpię – odrzekła.
– Dowiedziałam się kilku niepokojących rzeczy o Victorze Juniorze.
– To się świetnie składa – powiedział Victor z uśmiechem.
– Ponieważ to, co odkryłem, sprawi, że zapomnisz o wszystkim, co cię dręczyło.
Usiłował wyciągnąć ją z pokoju.
– Victor! – krzyknęła ostro, ponownie uwalniając ramię.
– Zachowujesz się jak dziecko!
– Zniosę najgorsze wyzwiska – rzekł wesoło.
– Marsha, ja nie żartuję.
Mam dla ciebie wielką nowinę.
Oparła dłonie na biodrach i stanęła na szeroko rozstawionych nogach.
– Victor Junior okłamywał nas w innych sprawach oprócz szkoły.
Dowiedziałam się, że nigdy nie nocował u państwa Blakemore.
Nigdy!
Ani razu!
– Wcale  mnie to nie dziwi – rzucił Victor, wiedząc, ile czasu Victor Junior musiał spędzić 

w laboratorium, żeby dokonać tego, czego najwyraźniej dokonał.

– Nie dziwi cię? – spytała rozgniewana, wyciągając ręce.
– Richie Blakemore i Victor Junior nie są kolegami.
W dodatku ostatnio się pobili i Victor Junior złamał mu nos.
– Dobra, dobra – powiedział już spokojniej.
Ujął Marshę za ramiona i spojrzał wprost w jej ciepłe oczy.
– Uspokój się i posłuchaj mnie.
To, co chcę ci pokazać, wyjaśni, gdzie Victor Junior spędzał tyle czasu.
Czy możesz mi zaufać i ze mną pojechać?

background image

Przymrużyła oczy.
Wyglądało na to, że mówi szczerze.
– Dokąd chcesz mnie zabrać? – spytała podejrzliwie.
– Do samochodu – odparł zachwycony.
– Chodź, włóż płaszcz.
– Mam nadzieję, że wiesz, co robisz – powiedziała, pozwalając wyprowadzić się z gabinetu.
Włożyła  płaszcz  i kilka  minut  później  musiała  się  trzymać  deski  rozdzielczej  jego 

samochodu, żeby nie rzucało nią na boki.

– Czy musimy jechać tak szybko? – spytała.
– Nie mogę się doczekać, żeby ci to pokazać – odrzekł.
Wziął ostry zakręt.
– I pomyśleć,  że  gdy  miałem  dwanaście  lat,  byłem  dumny  z domku  wśród  drzew,  który 

zbudowałem sobie w tajemnicy!

Zastanawiała się, czy nie postradał zmysłów.
Ostatnio zachowywał się dziwnie, lecz nigdy nie widziała go w takim stanie.
Niczym błyskawica  przemknął  przez  most na  rzece  Merrimack i w końcu  wjechał  na  teren 

Chimery.

W budce strażników była teraz inna zmiana.
Już nie Fred otwierał bramę.
Czyniąc zadość prośbie syna o zachowanie dyskrecji, zaparkował samochód na swym stałym 

miejscu przed biurem.

– Czeka nas mały spacer – powiedział, gdy wysiedli.
Kiedy zbliżali się do rzeki, było już późne popołudnie.
Na alejkach kładły się długie cienie.
Było też dość zimno.
Marsha pomyślała, że jest pewnie około zera stopni.
Victor trochę ją wyprzedzał i co chwila oglądał się przez ramię, jakby podejrzewał, że ktoś 

może ich śledzić.

Z ciekawości i ona się obejrzała, nikogo jednak nie dostrzegła.
Szczelniej otuliła  się płaszczem i doszła do wniosku, że jest jej zimno  wcale nie z powodu 

pogody.

Gdy zwolniła, ujął ją za rękę.
Zauważyła, że opuścili zagospodarowaną część firmy i znaleźli się w części starej.
Z obu stron widniały ciemne bryły opuszczonych budynków.
W gęstniejącym mroku wyglądały groźnie.
– Dokąd mnie prowadzisz? – zapytała, postanawiając, że dalej nie pójdzie.

background image

– Jesteśmy prawie na miejscu – odrzekł proszącym tonem.
Gdy dotarli do pozbawionego drzwi wejścia opuszczonej wieży zegarowej, przystanęła.
– Chyba nie sądzisz, że tam wejdę – rzekła z niedowierzaniem.
Odchyliła głowę do tyłu i spojrzała na szczyt wysokiej budowli.
Szybko przesuwające się chmury sprawiły, że poczuła zawrót głowy.
Musiała odwrócić wzrok.
– Proszę cię – nalegał.
– Tu jest Victor Junior.
Przeżyjesz cudowne zaskoczenie.
Wierz mi.
Przeniosła  wzrok  z podekscytowanej  twarzy  męża  na  ponure  wnętrze  budynku,  po  czym 

znowu spojrzała na Victora.

Jego oczy aż błyszczały ze zniecierpliwienia.
– To jakiś obłęd – rzuciła.
Niechętnie weszła do środka.
Otoczył ich mrok.
Torował jej drogę przez śmietnik na podłodze.
– Jeszcze kawałeczek – powiedział.
Jej oczy przystosowały się do ciemności o tyle,  że dostrzegła niejasne zarysy przeszkód na 

podłodze.

Po lewej stronie widziała wielkie otwory okienne, przez które wlewał się huk wodospadów 

oraz światło odbite od powierzchni stawu młyńskiego.

Victor przystanął w pustym rogu, puścił jej rękę i pochylił się.
Zastukał w podłogę.
Ku jej zdziwieniu część podłogi uniosła się i jasne światło zalało hol.
– Mamo – usłyszała głos Victora Juniora.
– Wejdź szybko.
Ostrożnie zeszła na dół.
Victor wślizgnął się za nią, a Victor Junior cicho opuścił klapę.
Rozejrzała się po hali.
Dla niej była to sceneria z filmu typu science fiction.
Połączenie  zardzewiałych  kół  zębatych,  olbrzymiego  koła  wodnego,  granitu  z mnóstwem 

najnowszej aparatury było zastanawiające.

Skinęła głową Philipowi, który odwzajemnił jej ukłon.
Pozdrowiła strażników Chimery, ci jednak nie zareagowali.
Zwróciła uwagę na mężczyznę z opadającą powieką.

background image

– Czy kiedykolwiek widziałaś coś bardziej zdumiewającego?  – zapytał Victor, podchodząc 

do niej.

Popatrzyła na niego.
Nie panował już nad swoim podnieceniem.
– Co to jest? – spytała.
– Laboratorium Victora Juniora – odrzekł, zaczynając pokrótce wyjaśniać jej, do czego służą 

poszczególne przyrządy i w jaki sposób Victor Junior zorganizował to wszystko, nie wzbudzając 
najmniejszych podejrzeń.

Powiedział  jej  nawet  o odkryciu  syna  oraz  jakie  to  może  mieć  znaczenie  w dziedzinie 

zapładniania.

– Teraz  już  chyba  domyślasz  się,  dlaczego  Victor  Junior  nie  był  taki  towarzyski,  jak byś 

chciała – zakończył Victor.

– Cały czas był tu, zapracowywał się po uszy!
– Zaśmiał się krótko, wodząc oczami po sali.
Spojrzała na syna, który przypatrywał się jej uważnie i niewątpliwie czekał na jej reakcję.
Przed nią stał jakiś olbrzymi aparat.
Nie miała pojęcia, co to jest.
– A skąd się wziął tutaj ten sprzęt? – zapytała.
– Ach, to jest najlepsze – odparł Victor.
– To wszystko należy do Chimery.
– Ale jak to przeniesiono?
– Chyba... – zaczął Victor, po czym urwał.
Spojrzał na Victora Juniora.
– Jak sobie z tym poradziłeś?
– Pomogło mi w tym parę osób – odparł wymijająco Victor Junior.
– Najwięcej przetransportował Philip.
Część trzeba było rozebrać, potem złożyć na nowo.
Wykorzystaliśmy do tego stary system tuneli.
– Czy jednym z pomocników był Gephardt? – zapytał, nabierając nagle podejrzeń.
– Tak – przyznał Victor Junior.
– A dlaczego  ktoś  taki  jak  Gephardt  miałby  chcieć  ci  pomóc  w dostarczeniu  sprzętu?  –

spytała Marsha.

– Uznał, że tak będzie roztropniej – odparł Victor Junior tajemniczo.
– Spędziłem  trochę  czasu  przy  komputerze  Chimery  i odkryłem,  że  kilka  osób  oszukuje 

firmę.

A skoro już uzyskałem takie informacje, po prostu poprosiłem tych ludzi o pomoc.

background image

Oczywiście nic o sobie nie wiedzieli ani też nie przypuszczali, co robią inni.
Toteż siedzieli cicho.
Ale najważniejsze jest to, że wszystko dalej należy do Chimery.
Niczego nie ukradziono.
Wszystko jest tutaj.
– Ja bym to nazwała szantażem – rzekła Marsha.
– Nigdy nikomu nie groziłem – zaprotestował Victor Junior.
– Po prostu powiedziałem im, co wiem, a potem poprosiłem o przysługę.
– Uważam, że on nieźle sobie radzi – włączył się Victor.
– Chciałbym jednak mieć listę tych oszustów.
– Przykro mi – powiedział Victor Junior.
– Łączy mnie z tymi ludźmi pewne porozumienie.
A poza tym największy przestępca, doktor Gephardt, został już zdemaskowany przez urząd 

podatkowy.

Ironia polega na tym, że jego zdaniem to ja się do tego przyczyniłem.
– Victor Junior roześmiał się.
Na twarzy Victora widać było, że nagle coś pojął.
– Wiem – powiedział.
– Ta cegła i śmierć biednej Kissy to były przesłania od Gephardta adresowane do ciebie.
Victor Junior skinął głową.
– Dureń.
– Chcę stąd wyjść! – powiedziała nagle Marsha, zaskakując zarówno Victora, jak i syna.
– Ale nie wszystko jeszcze widziałaś – rzekł Victor.
– Tego jestem pewna – odparła.
– Chwilowo jednak mam dość.
Chcę wyjść.
– Spojrzała na ojca, potem na syna, po czym jeszcze raz popatrzyła na laboratorium.
Czuła się tu bardzo nieswojo.
To miejsce wzbudzało w niej strach.
– Jest jeszcze część mieszkalna... – mówił Victor, wskazując na zachodnią ścianę sali.
Zignorowała jego gest.
Ruszyła ku schodom, potem na górę.
– Mówiłem ci, że nie powinna o tym wiedzieć – szepnął Victor Junior.
Victor  położył  rękę  na  jego  ramieniu  i odpowiedział  również  szeptem:  – Nie  martw się, 

zajmę się nią.

– Po czym zawołał do Marshy: – Poczekaj, idę z tobą!

background image

Marsha była już przy klapie.
Pchnęła ją.
Wydostała się z piwnicy i szła przed siebie, potykając się w ciemnościach o rupiecie.
Gdy dotarła do wyjścia i odetchnęła świeżym powietrzem, poczuła ulgę.
– Na litość boską, Marsha! – zawołał Victor.
Dogonił ją i obrócił twarzą do siebie.
– Dokąd idziesz?
– Do domu!
– Maszerowała zdecydowanym krokiem.
Victor znowu ją dogonił.
– Dlaczego tak się zachowujesz?
Nie odpowiedziała.
Przyspieszyła tylko kroku.
Teraz oboje już prawie biegli.
Gdy dotarli do samochodu, otworzyła drzwi po swojej stronie i wsiadła.
Victor usiadł za kierownicą.
– Nie chcesz ze mną rozmawiać? – spytał trochę zirytowany.
Zacisnęła zęby i patrzyła prosto przed siebie.
W pełnym napięcia milczeniu jechali do domu.
Gdy weszli do środka, nalała sobie kieliszek białego wina.
– Marsha – zaczął Victor, przerywając milczenie.
– Dlaczego tak się zachowujesz?
Myślałem,  że  będziesz  pod  takim  wrażeniem  jak  ja,  zwłaszcza  że  to  ty  się  martwiłaś,  że 

Victor Junior może znowu mieć jakieś problemy z inteligencją.

Przecież widać, że wszystko jest dobrze.
Jest taki bystry, jak był.
– O to właśnie chodzi – powiedziała ostro.
– Z jego inteligencją jest znakomicie, i to mnie przeraża.
Sądząc po tym jego laboratorium, ma umysł geniusza, nie uważasz?
– Najwidoczniej – odparł.
– Ale czy to nie wspaniale?
– Nie! – warknęła.
Odstawiła szklankę na stół.
– Jeżeli  dalej  jest  geniuszem,  to  cała  ta  historia  ze  spadkiem  inteligencji  musiała  być 

udawana.

Cały czas udawał!

background image

Jest taki sprytny, że przechytrzył testy psychologiczne, z wyjątkiem skali kontrolnej.
Słuchaj, jego całe życie z nami to symulacja.
Po prostu jedno wielkie kłamstwo.
– A może jest jeszcze inne wyjaśnienie – powiedział Victor.
– Może jego inteligencja spadła, a potem nastąpiła szybka poprawa?
– W tym tygodniu zrobiłam mu test inteligencji – rzekła.
– Od czasu, gdy skończył trzy i pół roku, uzyskuje sto trzydzieści punktów.
– W porządku – powiedział nieco zirytowany.
– Ale najważniejsze jest to, że czuje się dobrze i nie musimy się o niego martwić.
Właściwie czuje się lepiej niż dobrze.
Całe to laboratorium zorganizował sam.
Jego iloraz inteligencji jest na pewno wyższy niż sto trzydzieści.
A to oznacza, że mój eksperyment jest pełnym sukcesem.
Potrząsnęła głową.
Nie mogła uwierzyć w krótkowzroczność męża.
– A co, według ciebie, właściwie stworzyłeś poprzez te twoje mutacje i manipulacje genami? 

– zapytała.

– Stworzyłem zupełnie prawidłowo rozwijające się dziecko o niezwykłej inteligencji – odparł 

bez wahania.

– I co jeszcze?
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– A co powiesz o psychice tej osoby? – dopytywała się.
– Tej osoby? – powtórzył.
– Mówisz o Victorze Juniorze, naszym synu.
– Więc co powiesz o jego psychice? – dociekała.
– A tam, psychika – mruknął.
– To cudowne dziecko.
Dokonał już wielkich odkryć naukowych.
Ma kilka wad, ale co z tego?
Wszyscy mamy wady.
– Stworzyłeś potwora – powiedziała miękkim, łamiącym się głosem.
Zagryzła wargę.
Dlaczego nie może powstrzymać łez?
– Stworzyłeś potwora i nigdy ci tego nie wybaczę.
– Litości – jęknął, wyprowadzony z równowagi.
– Victor Junior to kuriozum – odcięła się.

background image

– Jego inteligencja sprawiła, że jest inny, że jest samotny.
Najwyraźniej zrozumiał to, gdy miał trzy lata.
Jego inteligencja tak dalece przewyższa inteligencję innych ludzi, że nie czuje się związany 

konwenansami.

Dzięki swojej inteligencji znalazł się poza wszystkimi, poza wszystkim.
– Skończyłaś już? – zapytał.
– Nie, nie skończyłam! – krzyknęła, czując nagły przypływ gniewu, mimo że po jej twarzy 

płynęły łzy.

– A jak wyjaśnisz śmierć tych dzieci, które miały ten sam gen co Victor Junior?
Dlaczego umarły?
– Czemu znów do tego wracasz?
– A jak wyjaśnisz śmierć Davida i Janice? – spytała, zniżając głos i ignorując jego pytanie.
– Nie miałam okazji ci tego powiedzieć, ale dziś odwiedziłam państwa Fay.
Powiedzieli  mi,  że  Janice  była  pewna,  iż  Victor  Junior  ma  coś  wspólnego  ze  śmiercią 

Davida.

Powiedziała im, że jest złym człowiekiem.
– Te bzdury słyszeliśmy już przed jej śmiercią – zaprotestował.
– Dostała psychozy na punkcie religii.
Sama tak mówiłaś.
– Ale po rozmowie z jej rodzicami jeszcze raz przemyślałam całą przeszłość – odparła.
– Janice była przekonana, że podano jej środki odurzające i otruto.
– Marsha! – powiedział ostro.
Chwycił ją za ramiona.
– Opanuj się.
Mówisz głupstwa.
David zmarł na raka, pamiętasz?
Janice przed śmiercią straciła równowagę psychiczną.
Pamiętasz to?
Poza tym cierpiała na paranoję.
Zapewne nastąpiły przerzuty do mózgu.
Była bardzo biedna.
A pomijając wszystko, nie można zachorować na raka wątroby z powodu zatrucia.
– Sam jednak zaczął wątpić w swoje słowa.
Przypomniał sobie ów nietypowy fragment DNA, jaki odkrył w komórkach nowotworowych 

tak Davida, jak i Janice.

– A jeśli chodzi o śmierć tych dzieci – dodał, siadając naprzeciwko niej – to jestem pewien, 

background image

że jest ona wynikiem rozróby w samej Chimerze.

Ktoś się dowiedział o moim eksperymencie genetycznym i chce mnie skompromitować.
Dlatego właśnie chcę, żeby Victor Junior był pod ochroną.
– Kiedy doszedłeś do takiego wniosku? – spytała, odstawiając kieliszek.
Wzruszył ramionami.
– Dokładnie nie pamiętam.
W tym tygodniu.
– A więc to znaczy, iż nawet ty uważasz, że te dzieci zostały zamordowane, że ktoś je zabił 

z premedytacją – powiedziała, czując powracający niepokój.

Zapomniał, że postanowił jej nie mówić o cefaloklorze.
Zmieszany, przełknął ślinę.
– Posłuchaj no! – zawołała ze złością.
– Czego mi jeszcze nie powiedziałeś?
Chcąc zyskać na czasie, pociągnął łyk ze swojego kieliszka.
Próbował wymyślić coś w rodzaju zasłony dymnej, która miałaby ukryć prawdę, ale nic mu 

nie przychodziło do głowy.

Odkrycia tego dnia sprawiły, że to i owo mu się wymknęło.
Westchnął i wyjaśnił jej historię dotyczącą śladów cefalokloru w krwi dzieci.
– Dobry Boże! – szepnęła Marsha.
– Czy jesteś pewien, że to ktoś z Chimery podał im antybiotyk?
– Całkowicie.
Te dzieci spotykały się jedynie w świetlicy w Chimerze.
Tylko tam mogły otrzymać cefaloklor.
– Ale kto mógłby zrobić coś tak okropnego? – zapytała.
Chciała się upewnić, że nie był w to wmieszany Victor Junior.
– Na pewno Hurst albo Ronald.
Gdybym miał wybierać, postawiłbym na Hursta.
Ale dopóki nie zbiorę dowodów, mogę jedynie zapewnić Victorowi Juniorowi taką ochronę, 

żeby nikt nie mógł podać mu cefalokloru.

* * *

W tej chwili z trzaskiem otworzyły się drzwi od strony podwórka i do pokoju wszedł Victor 

Junior w towarzystwie Philipa i Pedra Gonzalesa.

Marsha nie ruszyła się z miejsca, Victor jednak pospieszył im na powitanie.
– Dobry wieczór wszystkim! – powiedział radosnym tonem.

background image

Począł przedstawiać Pedra Marshy, ale przerwała mu, wyjaśniając, że poznali się rano.
– To dobrze – powiedział Victor, zacierając ręce.
Zupełnie nie wiedział, jak ma się zachować.
Marsha spojrzała na Victora Juniora.
W odpowiedzi utkwił w niej swe przenikliwe, błękitne oczy.
Musiała odwrócić wzrok.
Przeżywała męki, ukrywając swoje myśli o synu, zwłaszcza gdy uświadomiła sobie, że się go 

boi.

– A może byście wskoczyli do basenu? – zwrócił się Victor do syna i Philipa.
– Niezły pomysł – odparł Victor Junior.
Obaj ruszyli ku tylnym schodom.
– Będzie pan rano? – spytał Victor Pedra.
– Tak, proszę pana.
O szóstej.
Będę czekał w samochodzie przed domem.
Victor odprowadził go do drzwi i wrócił do kuchni.
– Pójdę porozmawiać z Victorem Juniorem – oświadczył.
– Spytam go o tę zagadkę z jego inteligencją.
Może gdy to wyjaśni, poczujesz się lepiej.
– Myślę, że wiem, co on powie – powiedziała.
– Ale rób, jak uważasz.
Victor szybko wszedł na górę i skierował się prosto do pokoju syna.
Chłopiec spojrzał na niego wyczekująco.
Victor czuł, jaką grozę wzbudza w nim jego własny akt stworzenia.
Chłopiec był piękny i miał umysł o nieograniczonych możliwościach.
Victor nie wiedział, czy ma mu zazdrościć, czy być z niego dumny.
– Matka nie jest tak zachwycona tym laboratorium jak ty – odezwał się Victor Junior.
– Widzę to.
– Troche ją to przytłoczyło – wyjaśnił Victor.
– Nie powinienem był się zgadzać na jej wizytę.
– Nie przejmuj się – uspokajał go Victor.
– Zajmę się nią.
Jest jednak coś, czym ona od lat się niepokoi.
Czy wtedy, gdy miałeś trzy i pół roku, udawałeś z tą inteligencją?
– Oczywiście – odparł Victor Junior, wkładając szlafrok na swe nie owłosione ciało.
– Musiałem.

background image

Gdybym tego nie zrobił, nie mógłbym rozpocząć pracy.
Brakowało  mi  anonimowości,  której  nie  mógłbym  osiągnąć  jako  superinteligentny  wybryk 

natury.

Chciałem, by traktowano  mnie normalnie,  a żeby to  osiągnąć,  musiałem  wyglądać jak  ktoś 

normalny.

Lub prawie normalny.
– A nie pomyślałeś, żeby porozmawiać o tym ze mną? – spytał Victor.
– Chyba żartujesz? – rzekł Victor Junior.
– Ty i mama ciągle się mną popisywaliście.
Nigdy byście się nie zgodzili, żebym się z tego wycofał.
– Pewnie masz rację – przyznał Victor.
– Wtedy twoje umiejętności stanowiły sens naszego życia.
– Popływasz z nami? – spytał Victor Junior z uśmiechem.
– Dam ci wygrać.
Victor roześmiał się wbrew sobie.
– Dziękuję, ale chyba pójdę porozmawiać z Marshą, postaram się ją uspokoić.
A wy bawcie się dobrze.
– Już przy drzwiach odwrócił się.
– Jutro chciałbym poznać szczegóły dotyczące programu badawczego nad implantacją.
– Z wielką radością ci to wyjaśnię.
Victor skinął głową, uśmiechnął się i zszedł na dół.
Zbliżając się do kuchni, poczuł zapach czosnku, cebuli i papryki, duszących się na patelni.
Sos do spaghetti.
Marsha przygotowuje kolację, to dobry znak.
Ona zaś traktowała przyrządzenie kolacji jako formę natychmiastowej terapii.
Tyle rzeczy wydarzyło się tego dnia, że w głowie miała kompletny zamęt.
Krzątanina pozwala jej uniknąć myślenia o implikacjach tych odkryć.
Gdy Victor wrócił do kuchni po rozmowie z synem, ostentacyjnie zignorowała go, skupiając 

całą swą uwagę na puszce z przecierem pomidorowym, którą właśnie otwierała.

Victor przez chwilę milczał.
Nakrył do stołu, otworzył butelkę chianti.
A gdy nie znalazł już nic do roboty, usiadł na stołku przy blacie kuchennym i powiedział: –

Miałaś rację, że Victor Junior udawał spadek inteligencji.

– Wcale mnie to nie dziwi – odparła.
Wyciągnęła sałatę, cebulę i ogórki.
– Ale miał ku temu poważny powód.

background image

– Zacytował jej wyjaśnienia syna.
– Przypuszczam, że teraz powinnam poczuć się lepiej – rzekła, gdy skończył.
Nie odezwał się.
– Powiedz  mi  – nalegała  – czy  gdy teraz  z nim  rozmawiałeś,  pytałeś  o śmierć tych  dzieci, 

Davida i Janice?

– Ależ skąd! – odrzekł, przerażony tą sugestią.
– Dlaczego miałbym z nim o tym mówić?
– A dlaczego nie?
– Bo to nonsens.
– Myślę, że nie spytałeś go, bo się boisz – stwierdziła.
– No wiesz! – mruknął.
– Znowu mówisz głupstwa.
– Ja boję się go o to zapytać – oświadczyła beznamiętnie.
Czuła jednak, że coś ściska ją za gardło.
– Fantazjujesz.
Teraz już wiem, że miałaś bardzo ciężki dzień.
Przykro mi.
Przepraszam cię.
Naprawdę myślałem, że będziesz zachwycona.
Sądzę jednak, że w przyszłości, gdy wspomnisz ten dzień, będziesz się z siebie śmiała.
Jeśli prawdą jest to jego odkrycie mechanizmu zagnieżdżania się zygoty, jego możliwości są 

nieograniczone.

– Miejmy nadzieję – odparła bez przekonania.
– Musisz jednak obiecać, że nikomu nie powiesz o tym laboratorium.
– A komu miałabym mówić?
– Pozwól mi chwilowo zająć się Victorem Juniorem – poprosił.
– Jestem pewien, że będziemy z niego bardzo dumni.
Wstrząsnęła się mimowolnie, czując, jak po plecach przechodzą ją ciarki.
– Czy tu jest zimno? – zapytała.
Spojrzała na termostat.
– Nie.
Jest chyba trochę za ciepło.

background image

Rozdział 12

Niedziela, rano.

Obudziła się nagle o pół do piątej rano.
Nie  miała  pojęcia,  co  ją  obudziło,  przez  kilka  minut  cicho  oddychała  i wsłuchiwała  się 

w nocne szmery.

Nie usłyszała nic niezwykłego.
Przewróciła się na drugi bok i próbowała zasnąć, ale się nie udawało.
Oczyma  wyobraźni  wciąż oglądała  zjawiskowe  laboratorium  Victora  Juniora,  stanowiące 

połączenie starych pomieszczeń z najnowszym wyposażeniem.

Potem mignął jej obraz tego dziwnego mężczyzny z opadającą powieką.
Wyciągnęła nogi spod kołdry i usiadła na brzeżku łóżka.
Najciszej jak potrafiła wstała, wsunęła stopy w pantofle i narzuciła szlafrok.
Cichutko otworzyła drzwi sypialni i równie bezszelestnie je zamknęła.
Przez chwilę stała w korytarzu, zastanawiając się, dokąd pójść.
I  nagle,  jak  gdyby  przyciągała  ją  jakaś  nieznana  siła,  ruszyła  przed  siebie  korytarzem 

w kierunku pokoju Victora Juniora.

Zauważyła, że drzwi są lekko uchylone.
Pchnęła je leciutko.
Przez okno wpadało do pokoju blade światło latarń ustawionych wzdłuż podjazdu.
Z ulgą stwierdziła, że Victor Junior pogrążony jest w głębokim śnie.
Leżał na boku twarzą do niej.
We śnie wyglądał na małego cherubinka.
Czy jej ukochane dziecko rzeczywiście maczało palce w brudnych sprawkach Chimery?
Nie potrafiła teraz myśleć o Janice i Davidzie, swym ukochanym pierwszym synu.
Nagle  jednak  z przerażeniem  przypomniała  sobie  Davida  podczas  ostatnich  dni  życia,  jego 

skórę pożółkłą na skutek choroby.

Stłumiła płacz.
Niespodziewanie  w jej  głowie  pojawił  się  potworny  obraz,  w którym  ona  sama  chwyta 

poduszkę, przykrywa spokojną twarz Victora Juniora i dusi go.

Przerażona, odepchnęła od siebie tę myśl.
Potem biegła korytarzem, jakby uciekając od siebie samej.
Przystanęła przy drzwiach pokoju gościnnego, w którym teraz mieszkał Philip.
Otworzyła drzwi i dostrzegła zarys jego dużej głowy na tle białej pościeli.
Po chwili namysłu weszła do środka i stanęła przy łóżku.
Philip głośno chrapał, przy wydechu wydawał cichy świst.

background image

Schyliła się i łagodnie potrząsnęła go za ramię.
– Philip! – zawołała cichutko.
– Philip!
Zamrugał oczami i gwałtownie usiadł.
Na jego twarzy malował się strach, aż wreszcie rozpoznał Marshę.
Wtedy uśmiechnął się, ukazując kwadratowe, rzadko osadzone zęby.
– Przepraszam, że cię budzę – szepnęła.
– Ale muszę z tobą porozmawiać.
– Dobrze – powiedział Philip zaspany.
Podparł się na łokciu.
Przystawiła krzesło do łóżka, zapaliła lampkę na nocnym stoliku i usiadła.
– Chciałabym ci podziękować za to, że jesteś takim dobrym przyjacielem Victora Juniora –

rzekła.

Na twarzy Philipa pojawił się szeroki uśmiech, mimo że mrużył oczy od światła.
Kiwnął głową.
– Musiałeś mu dużo pomagać przy zakładaniu tego laboratorium – kontynuowała.
Philip ponownie kiwnął głową.
– Kto wam jeszcze pomagał?
Philip przestał się uśmiechać.
Nerwowo rozejrzał się po pokoju.
– Nie wolno mi mówić.
– Jestem matką Victora Juniora – przypomniała mu.
– Mnie możesz powiedzieć.
Philip wiercił się niespokojnie.
Czekała, lecz nie odezwał się.
– Czy pan Gephardt pomagał? – spytała.
Skinął głową.
– Ale potem pan Gephardt zaczął mieć kłopoty.
Czy był zły na Victora Juniora?
– O tak! – odparł Philip.
– On się zezłościł i potem Victor Junior się zezłościł.
Ale Victor Junior pogadał z panem Martinezem.
– Jak pan Martinez ma na imię?
– Orlando.
– A czy pan Martinez też pracuje w Chimerze?
Philip znowu zrobił się niespokojny.

background image

– Nie – odparł.
– Pracuje w Mattapan.
– W mieście Mattapan? – dociekała.
– Na południe od Bostonu?
Philip kiwnął głową.
Przygotowywała już następne pytanie, gdy nagle wyczuła czyjąś obecność.
Mrowie przeszło jej po krzyżu.
Spojrzała w stronę drzwi.
W progu stał Victor Junior, opierając się rękami o futrynę, z brodą wysuniętą do przodu.
– Sądzę, że Philip powinien trochę pospać – powiedział.
Wstała gwałtownie.
Usiłowała  coś  powiedzieć,  lecz  nie  mogła  wykrztusić  z siebie  słowa,  toteż  pospiesznie 

ominęła Victora Juniora i pobiegła do sypialni.

Przez następne pół godziny leżała, trzęsąc się ze strachu na myśl, że Victor Junior przyjdzie 

do ich sypialni.

Drżała, ilekroć wiatr uderzał gałęziami dębu o ścianę domu.
Jednak syn nie przyszedł i odetchnęła.
Ułożyła się na boku i próbowała zasnąć, lecz myśli nie dawały jej spokoju.
Krążyły wokół tajemniczego Orlanda Martineza.
Potem wokół Janice Fay.
Następnie przypomniała sobie Davida i ogarnął ją taki sam smutek jak zawsze.
Pomyślała o panu Remingtonie i Pendleton Academy.
Potem  przypomniała  sobie  nauczyciela,  który  próbował  zaprzyjaźnić  się  z Victorem 

Juniorem, oraz fakt, że ten nauczyciel nie żyje.

Ciekawe, na co zmarł, pomyślała.
Następną rzeczą, jaka dotarła do jej świadomości, były słowa Victora, który ją budził, żeby 

powiedzieć, iż wyjeżdża z synem.

– Która godzina? – spytała i spojrzała na zegar.
Ku jej zdumieniu było już pół do dziesiątej.
– Tak smacznie spałaś, że nie miałem serca cię budzić – mówił Victor.
– Jadę z Victorem Juniorem do jego laboratorium.
Ma mi pokazać szczegóły swego odkrycia.
Może pojechałabyś z nami?
Mam wrażenie, że to naprawdę będzie coś!
Potrząsnęła głową.
– Zostanę w domu – odparła.

background image

– Opowiesz mi później.
– Jesteś pewna? – rzekł.
– Jeśli będzie to coś tak wspaniałego, jak podejrzewam, może zaczniesz tę sprawę traktować 

całkiem inaczej.

– Jestem tego pewna – przyznała, lecz w tonie jej głosu było zwątpienie.
Ucałował ją w czoło.
– Spróbuj się odprężyć, co?
Wszystko skończy się dobrze.
Na pewno.
Zbiegł na dół tylnymi schodami, dosłownie drżąc z podniecenia.
Jeśli  to  odkrycie  okaże  się  prawdziwe,  we  wtorek  na  zebraniu  zarządu  będzie  mógł 

zaskoczyć jego członków tą nowiną.

– Mama nie jedzie? – zapytał Victor Junior.
Stał przy drzwiach od podwórza, już w płaszczu.
Towarzyszył mu Philip.
– Nie, ale dziś jest spokojniejsza – wyjaśnił Victor.
– Widzę to.
– W środku nocy próbowała wyciągnąć z Philipa informacje – rzekł Victor Junior.
– To mnie niepokoi.
Gdy  samochód  Victora  zniknął  za  zakrętem,  poszła  do  gabinetu  na  górze  i wyciągnęła 

książkę telefoniczną Bostonu.

Usiadła na kanapie i odszukała nazwisko Martinez.
Niestety, Martinezów było na kopy, w tym wielu Orlandów Martinezów.
Wreszcie znalazła kogoś o tym nazwisku i imieniu zamieszkałego w Mattapan.
Postawiła na kolanach telefon i wykręciła numer.
Telefon został odebrany, lecz gdy miała zacząć mówić, uświadomiła sobie, że jest połączona 

z automatyczną sekretarką.

Głos  z taśmy  poinformował  ją,  że  biuro  o nazwie  Martinez  Enterprises  jest  czynne  od 

poniedziałku do piątku.

Nie zostawiła żadnej wiadomości.
Adres przepisała z książki telefonicznej.
Potem wzięła prysznic, ubrała się, zrobiła sobie kawę i sadzone jajka.
Wreszcie włożyła puchowy płaszcz i ruszyła do samochodu.
Piętnaście minut później była na terenie Pendleton Academy.
Był wietrzny, lecz słoneczny dzień.
Wiatr  marszczył  powierzchnię  wody  w kałużach,  pozostałych  po  deszczu  z poprzedniego 

background image

dnia.

Wielu uczniów szło lub wracało z obowiązkowej mszy w kaplicy.
Zaparkowała w pobliżu malutkiego gotyckiego budynku i czekała.
Szukała pana Remingtona i miała nadzieję, że złapie go właśnie tam.
Wkrótce dzwony na wieży wybiły godzinę jedenastą.
Drzwi  kaplicy  otworzyły  się  i dzieci  o zaróżowionych  policzkach  wybiegły  na  świeże 

powietrze i słońce.

Wśród nich było kilku opiekunów, łącznie z panem Remingtonem.
Z tłumu wyróżniał go jego charakterystyczny, brodaty profil.
Wysiadła z samochodu.
Pan Remington musi przejść obok niej.
Maszerował pewnym, zdecydowanym krokiem.
Gdy zbliżył się na odległość kilku metrów, zawołała go.
Zatrzymał się i spojrzał w jej stronę.
– Pani Frank! – przywitał ją z lekkim zdziwieniem.
– Dzień dobry – powiedziała.
– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.
– Ależ skąd – odparł.
– Czy znowu czymś się pani martwi?
– Tak – rzuciła.
– Chciałabym zadać panu pytanie, które zabrzmi może trochę dziwnie.
Ufam, że mi pan wybaczy.
Mówił pan, że ten nauczyciel, który tak bardzo chciał się zaprzyjaźnić z Victorem Juniorem, 

zmarł.

Na co zmarł?
– Ten biedny człowiek miał raka.
– Tego się obawiałam.
– Proszę?
Ale Marsha nie wdawała się w wyjaśnienia, spytała natomiast: – Czy wie pan, czego to był 

rak?

– Obawiam się, że nie, ale wspomniałem chyba, że jego żona wciąż u nas pracuje.
Na imię ma Stephanie.
Stephanie Cavendish.
– Jak pan sądzi, czy mogłabym dziś z nią porozmawiać?
– Nie widzę przeszkód – odparł Remington.
– Mieszka w domku na działce należącej do mojego służbowego domu.

background image

Mamy wspólny trawnik.
Właśnie idę do siebie, a jej domek stoi o rzut kamieniem.
Chętnie panią przedstawię.
Dołączyła do dyrektora i razem przeszli przez dziedziniec.
W drodze spytała: – Czy ktoś z pracowników znał bliżej mojego pierwszego syna, Davida?
– Większość nauczycieli lubiła Davida – odrzekł dyrektor.
– Wszyscy go znali.
Najlepiej niech pani porozmawia z Joem Arnoldem.
Pan Arnold uczy historii, wszystkie dzieci bardzo go lubią, no i chyba znał bliżej pani syna.
Domek,  o którym  mówił  Remington,  przypominał  niektóre  budynki  z regionu  Anglii 

zwanego Cotswold.

Miał  bielone  ściany,  dach  położony  tak,  że  przypominał  strzechę,  wyglądał  więc  zupełnie 

baśniowo.

Dyrektor sam nacisnął dzwonek.
Przedstawił  Marshę  pani  Stephanie  Cavendish,  szczupłej,  eleganckiej  kobiecie  w wieku 

Marshy.

Marsha  dowiedziała  się,  że  pani  Cavendish  prowadzi  w szkole  zajęcia  z wychowania 

fizycznego.

Gdy pani Cavendish zaprosiła Marshę do środka, dyrektor przeprosił panie i odszedł.
Pani Cavendish zaprowadziła gościa do kuchni i zaproponowała herbatę.
– Proszę do mnie mówić po imieniu – powiedziała, gdy usiadły.
– A więc jesteś matką Victora Juniora!
Mój mąż uwielbiał tego chłopca.
Był przekonany, że Victor Junior jest wyjątkowo inteligentny.
Wprost za nim przepadał.
– To samo mówił dyrektor – rzekła Marsha.
– Z radością  opowiadał  każdemu,  kto  miał  ochotę  słuchać,  jak  Victor  Junior  rozwiązuje 

problemy algebraiczne.

Marsha skinęła głową i powiedziała, że dyrektor o tym też jej mówił.
– Ale Raymond uważał, że twój syn ma jakieś problemy psychiczne – ciągnęła Stephanie.
– Dlatego robił wszystko, żeby Victor Junior czuł się mniej wyobcowany.
Naprawdę próbował.
Uważał,  że  Victor  Junior  zbyt  często  przebywa  sam  i że  to  może  zrodzić  skłonności 

samobójcze.

Martwił się o tego chłopca...
och!

background image

nigdy o postępy w nauce.
Raczej o brak kontaktów społecznych.
Marsha skinęła głową.
– Jak mu się wiedzie? – spytała Stephanie.
– Rzadko go teraz widuję.
– Obawiam się, że wciąż nie ma wielu przyjaciół.
Nie jest zbyt towarzyski.
– Szkoda – stwierdziła Stephanie.
Marsha zebrała się na odwagę.
– Mam  nadzieję,  że  nie  będziesz  uważała  mnie  za zbyt  wścibską,  ale  chciałabym  ci  zadać 

pytanie osobiste.

Wiem od dyrektora, że twój mąż zmarł na raka.
Czy mogłabyś mi powiedzieć, jaki to był rak?
– Oczywiście – odrzekła Stephanie.
Przez chwilę poczuła ucisk w gardle.
– Nie tak łatwo mi o tym mówić – wyznała.
– Ray zmarł na jakąś odmianę raka wątroby.
Bardzo rzadką.
Był leczony w szpitalu Massachusetts General w Bostonie.
Lekarze mówili mi, że niewiele było takich przypadków.
Mimo że spodziewała się takiej odpowiedzi, Marsha poczuła się tak, jakby ją ktoś uderzył.
Tego właśnie nie chciała usłyszeć.
Tak  taktownie,  jak  tylko  potrafiła,  zakończyła  rozmowę,  przedtem  jednak  skorzystała 

z pomocy pani Cavendish, by uzyskać zaproszenie do Joego Arnolda.

Nie był żadnym nadętym typem profesora historii, jakiego spodziewała się ujrzeć.
W jego ciepłych brązowych oczach pojawił się błysk, gdy otworzył jej drzwi.
Podobnie jak Stephanie Cavendish, był w jej wieku.
Oprócz zdrowej, przystojnej twarzy, rozumnego spojrzenia i trochę niedbałego stroju Marsha 

dostrzegła jeszcze ujmujący sposób bycia.

Niewątpliwie  był  wspaniałym  nauczycielem;  w jego  psychice  dopatrzyła  się  entuzjazmu, 

który zaraża dzieci.

Nic dziwnego, że David do niego lgnął.
– Bardzo mi miło panią poznać, pani Frank.
Proszę, proszę wejść.
– Przytrzymał drzwi i zaprowadził ją do gabinetu otoczonego półkami na książki.
Z przyjemnością obejrzała pokój.

background image

– David spędzał tu popołudniami mnóstwo czasu.
Poczuła, jak nieproszone łzy cisną się jej do oczu.
Ze smutkiem pomyślała, ilu to rzeczy nie wie o życiu Davida.
Szybko się opanowała.
Podziękowawszy  Joemu  za  to,  że  tak  szybko  znalazł  dla  niej  czas,  przystąpiła  do  rzeczy, 

wyjaśniając mu, dlaczego chciała się z nim zobaczyć.

Spytała, czy David kiedykolwiek mówił o swoim młodszym bracie.
– Kilka razy – odrzekł Joe.
– David  wyznał  mi,  że  ma  kłopoty  z Victorem  Juniorem  od  pierwszego  dnia,  kiedy  ten 

pojawił się w domu.

To jest właściwie normalne, lecz prawdę powiedziawszy, odniosłem wrażenie, że chodzi tu 

o coś więcej niż o zwykłą rywalizację między rodzeństwem.

Próbowałem  go  skłonić  do  rozmowy  na  ten  temat,  ale  nigdy  nie  wyjawił  mi  żadnych 

szczegółów.

Byliśmy  bardzo  zaprzyjaźnieni,  tak  mi  się  przynajmniej  wydaje,  lecz  w tym  jednym 

wypadku nie mogłem więcej z niego wyciągnąć.

– Nigdy  nie  powiedział  czegoś  konkretniejszego  o swoich  uczuciach  albo  nie  wyjaśnił,  na 

czym te problemy miałyby polegać?

– Hm, raz powiedział, że boi się brata.
– A nie mówił dlaczego?
– Victor Junior chyba mu groził – odparł Joe.
– I to właściwie wszystko.
Wiem, że stosunki między braćmi mogą być napięte, zwłaszcza w tym wieku.
Ale  jeśli  mam  być  całkiem  szczery,  miałem  takie  dziwne  podejrzenie,  że  wiem,  na  czym 

polega jego problem z bratem.

Wydawało mi się, że David był naprawdę przerażony, jakby się w ogóle bał o tym mówić.
W końcu namówiłem go na wizytę u szkolnego psychologa.
– I poszedł? – spytała.
Jeszcze jedna rzecz, o której nie wie, choć uważała, że powinna.
– Ależ oczywiście – powiedział Joe.
– Miałem o tym nikomu nie mówić.
David bardzo...
– Na chwilę głos mu uwiązł w gardle.
– Uhm, przepraszam – odezwał się po chwili.
Marshę jednak wzruszyło tak naturalne okazanie uczuć.
Skinęła głową, poruszona.

background image

– Czy ten psycholog wciąż tu pracuje? – zapytała.
– Madeline Zinnzer?
Ależ oczywiście.
Ona jest tu instytucją.
Jest tu najdłużej.
Wykorzystała życzliwość Joego, by uzyskać zaproszenie do Madeline Zinnzer.
Dziękowała mu po stokroć.
– Ilekroć  będę  mógł  w czymś  pomóc... – powiedział  Joe,  wyjątkowo  mocno  ściskając  jej 

dłoń.

– Naprawdę, zawsze.
Madeline Zinnzer istotnie wyglądała na instytucję.
Był to solidny kawał kobiety, ważyła około stu kilogramów.
Jej siwe włosy były poskręcane w drobne loczki dzięki trwałej ondulacji.
Wprowadziła  Marshę  do  wygodnego,  przestronnego  salonu  z panoramicznym  oknem 

wychodzącym na dziedziniec Pendleton Academy.

– To są profity długiego stażu – powiedziała, podążając za wzrokiem Marshy.
– Wreszcie udało mi się wprowadzić do najlepszego pomieszczenia w tej szkole.
– Mam nadzieję, że wybaczy mi pani to najście w niedzielę – usprawiedliwiała się Marsha.
– Ależ nic nie szkodzi – rzekła Madeline serdecznie.
– Może mogłaby mi pani pomóc w rozwiązaniu kilku problemów dotyczących moich dzieci.
– Tak, Joe Arnold wspominał o tym – powiedziała Madeline.
– Obawiam się wprawdzie, że nie pamiętam Davida tak dobrze jak Joego, ale mam teczki, 

które przejrzałam, czekając na panią.

W czym konkretnie mogę pomóc?
– David przyznał się Joemu, że jego młodszy brat, Victor Junior, groził mu, ale nic więcej na 

ten temat nie chciał powiedzieć.

Czy udało się pani wyciągnąć z niego coś więcej?
Madeline złożyła dłonie na kształt daszka i odchyliła się na krześle.
Odchrząknęła.
– Spotkałam się z Davidem kilka razy – zaczęła.
– Po długiej rozmowie doszłam do wniosku, że David wykorzystywał obronne mechanizmy 

projekcji.

Odniosłam wrażenie, że rzutuje swą własną chęć rywalizacji i wrogość na brata.
– Czy wobec tego groźba nie była konkretna? – spytała Marsha.
– Tego nie powiedziałam – odparła Madeline.
– Chyba była jakaś konkretna groźba.

background image

– Czego dotyczyła?
– Takie chłopięce sprawy – wyjaśniła Madeline.
– Chodziło o jakąś kryjówkę, którą miał Victor Junior i którą David odkrył.
Coś niewinnego.
– A czy mogło to być raczej laboratorium, a nie kryjówka – zapytała Marsha.
– Niewykluczone – zgodziła się Madeline.
– Może David wspomniał o laboratorium, a ja w karcie zapisałam kryjówkę.
– Czy kiedykolwiek rozmawiała pani z Victorem Juniorem?
– Raz – odparła Madeline.
– Wydawało  mi  się,  że  rozmowa  z nim  pomoże  mi  się  zorientować,  jakie  naprawdę  są 

stosunki między chłopcami.

Victor Junior był niezwykle otwarty.
Powiedział mi, że David jest o niego zazdrosny od pierwszego dnia, kiedy to przyjechał do 

domu ze szpitala.

– Madeline roześmiała się nagle.
– Victor Junior powiedział też, że pamięta moment przyjazdu do domu, tuż po urodzeniu.
Bardzo mnie to wtedy ubawiło.
– Czy David powiedział pani, jaka to była groźba?
– O, tak – odparła.
– Victor Junior groził Davidowi, że go zabije.
Z Pendleton Academy Marsha pojechała do Bostonu.
Nie miała ochoty zbierać tych strzępów w całość, czuła jednak przymus.
Powtarzała  sobie,  że  wszystko,  czego  się  dowiaduje,  jest  albo  zbyt  drobiazgowe,  albo 

przypadkowe, albo niegroźne.

Straciła już jedno dziecko.
Mimo to jednak wiedziała, że nie spocznie, dopóki nie odkryje prawdy.
Swój staż medyczny odbywała w Massachusetts General Hospital.
Przyjeżdżała tam jak do domu.
Tym razem jednak nie poszła na oddział psychiatryczny.
Udała  się  natomiast  do  patologów,  gdzie  rozmawiała  ze  starszym  stażystą,  doktorem 

Prestonem Gordonem.

– Oczywiście, że mogę pani pomóc – powiedział Preston.
– Skoro  nie  zna  pani  daty  urodzenia  tego  pacjenta,  trochę  to  potrwa,  ale  właściwie  nic 

ważnego się akurat nie dzieje.

Poszła z nim do centrum oddziału patologii, gdzie zasiedli przy jednym z komputerów.
W  spisie  znaleźli  kilku  Raymondów Cavendishów,  lecz  ponieważ  znali  w przybliżeniu rok 

background image

zgonu, dotarli wreszcie do Raymonda Cavendisha z Boxford w stanie Massachusetts.

– W porządku – rzekł Preston.
– Oto jego akta.
– Na ekranie pojawiły się odpowiednie dane.
– Tu mamy biopsję – rzucił Preston.
– A oto diagnoza: nowotwór wątroby, mający źródło w komórkach Kupffera.
– Preston aż gwizdnął.
– Dla mnie to czarna magia.
O niczym takim nie słyszałem.
– A może pan wie, czy w tym szpitalu leczono podobne przypadki? – spytała.
Preston wrócił do klawiatury i zaczął szukać.
Odpowiedź uzyskał już po kilku minutach.
Na ekranie pojawiło się nazwisko.
– W tym szpitalu były tylko dwa takie przypadki.
Ta druga osoba nazywała się Janice Fay.

* * *

Victor  nastawił  radio  w samochodzie  na  stację  nadającą  przeboje  z myszką  i wtórował 

wesoło serii piosenek z późnych lat pięćdziesiątych, kiedy to chodził do szkoły średniej.

W  drodze  do  domu  był  we  wspaniałym  nastroju,  ponieważ  spędził  dzień  zasłuchany 

i oczarowany  niesłychanymi  wynikami  badań  przeprowadzonych  przez  Victora  Juniora  w jego 
ukrytym podziemnym laboratorium.

Sprawdziły się słowa chłopca: to wszystko przeszło jego najśmielsze oczekiwania.
Gdy wjeżdżał na podjazd, szły już piosenki z późnych, lat sześćdziesiątych i wraz z Neilem 

Diamondem śpiewał głośno o słodkiej Karolinie.

Okrążył dom i czekał, aż otworzą się drzwi garażu.
Wjechał  do  środka,  dośpiewał  piosenkę  do  końca,  dopiero  potem  wyłączył  silnik,  wysiadł 

i omijając samochód żony, wszedł do domu.

– Marsha! – zawołał już w progu.
Wiedział, że jest w domu, bo widział jej samochód, choć w mieszkaniu było ciemno.
– Marsha! – zawołał jeszcze raz i głos uwiązł mu w gardle.
Siedziała o trzy kroki od niego w mroku salonu.
– A, tu jesteś – powiedział.
– Gdzie Victor Junior? – spytała.
W jej głosie było zmęczenie.

background image

– Postanowił, że przyjedzie rowerem.
Ale nie bój się, Pedro jest z nim.
– O Victora Juniora się nie boję – odparła.
– Powinniśmy się chyba martwić o tego goryla.
Zapalił światło.
Marsha przesłoniła ręką oczy.
– Proszę, nie włączaj na razie.
Victor posłusznie zgasił światło.
Miał  nadzieję,  że  gdy  wróci  do  domu,  zastanie  ją  w lepszym  humorze,  ale  nic  na  to  nie 

wskazywało.

Nie  zrażony,  usiadł  i począł  wychwalać  pracę  Victora  Juniora  i jego  zdumiewające 

osiągnięcia.

Dowiedziała się, że białko implantacyjne jest istotnie skuteczne.
Dowody są bezsporne.
A  potem  wyjawił  jej  piece  de  resistance:  rozwiązanie  problemu  zagnieżdżania  się  jaja 

otwiera drzwi do zagadki całego procesu różnicowania.

– Gdyby  Victorowi  Juniorowi  nie  zależało  tak  bardzo  na  utrzymaniu  tajemnicy  – mówił 

Victor – byłby kandydatem do Nagrody Nobla.

Jestem tego pewien.
W  tej  chwili  jednak  chce,  żebym  jego  zasługi  przypisał  sobie  i żeby  cały  zysk  finansowy 

przypadł Chimerze.

Co o tym sądzisz?
Czy to świadczy o jakichś zaburzeniach osobowości?
Ja nazwałbym to wielkim gestem.
Nie odpowiadała, a jemu wyczerpał się zapas tematów, po chwili milczenia odezwała się: –

Nie  chciałabym  ci  psuć  tego  dnia,  ale  obawiam  się,  że  dowiedziałam  się  o Victorze  Juniorze 
rzeczy jeszcze bardziej niepokojących.

Victor podniósł oczy do nieba i przesunął palcami po włosach.
Spodziewał się zupełnie innej reakcji.
– Jeden  jedyny  z nauczycieli  z Pendleton  Academy,  który  próbował  zaprzyjaźnić  się 

z Victorem Juniorem, zmarł kilka lat temu.

– Przykro mi.
– Zmarł na raka.
– No dobrze, zmarł na raka – powiedział.
Poczuł łomotanie serca.
– Raka wątroby.

background image

– O! – powiedział.
Nie podobało mu się, że rozmowa przybiera taki obrót.
– Był to ten sam rzadki nowotwór, który spowodował śmierć Davida i Janice – dokończyła.
W pokoju zapadło ciężkie milczenie.
Włączyła się lodówka.
Victor nie chciał słuchać o takich rzeczach.
Pragnął  rozmawiać  o metodzie  implantacji  i o tym,  jakie  by  to  miało  znaczenie  dla  tych 

bezpłodnych małżeństw, których zygoty nie chcą się zagnieździć.

– Jak na tak rzadki przypadek raka, zapada na niego zbyt wielu ludzi.
Ludzi, którzy stykają się z Victorem Juniorem.
Rozmawiałam z żoną pana Cavendisha.
Wdową po nim.
To bardzo dobra kobieta.
Ona też uczy w tej szkole.
Spotkałam się też z panem Arnoldem.
Okazuje się, że był w bliskich stosunkach z Davidem.
Czy wiesz, że Victor Junior groził Davidowi?
– Na litość boską, Marsha!
Dzieci zawsze sobie grożą.
Sam to zrobiłem, gdy mój starszy brat zniszczył mój domek ze śniegu.
– Victor Junior groził Davidowi, że go zabije, Victorze.
I wcale nie podczas kłótni.
– Była bliska łez.
– Ocknij się!
– Nie chcę o tym więcej mówić – powiedział ze złością.
– Przynajmniej na razie.
– Dalej kręciło mu się w głowie Po odkryciach w laboratorium syna.
Czy jest jakaś mroczna strona jego geniuszu?
Kiedyś, w przeszłości, miał takie podejrzenia, ale łatwo było je obalić.
Chłopiec sprawiał wrażenie takiego doskonałego dziecka.
Teraz jednak Marsha wyrażała podobne wątpliwości i przytaczała dowody  na  ich poparcie, 

toteż nabierały one jakiegoś złowieszczego sensu.

Czy ten  mały chłopiec,  który oprowadzał  go po  swoim laboratorium,  geniusz odkrywający 

nową technikę implantacji, może być również sprawcą potwornych zbrodni?

Czy to on się kryje za tajemniczą śmiercią tamtych dzieci, Janice Fay, jego własnego syna, 

Davida?

background image

To było zbyt straszne, by mógł o tym myśleć.
Bronił się przed takimi rozważaniami.
To było niemożliwe.
Ktoś z laboratorium zabił te dzieci.
Pozostałe przypadki musiały być zbiegiem okoliczności.
Marsha stanowczo posuwa się za daleko.
Przecież ona jest w stanie histerii od śmierci tych dzieci.
Lecz jeśli jej obawy są w jakikolwiek sposób uzasadnione, co on ma zrobić?
Czy może jak gdyby nigdy nic popierać Victora Juniora i jego naukowe dokonania?
A  jeśli  to  prawda,  jeśli  Victor  Junior  jest  w połowie  cudownym  dzieckiem,  a w połowie 

potworem, to jakie świadectwo wystawia to jemu, jego stwórcy?

Marsha ciągnęłaby tę rozmowę dalej, lecz w tej właśnie chwili do domu wrócił Victor Junior.
Wszedł  tak  samo  jak  w niedzielę  wieczór  tydzień  temu,  z torbami  przewieszonymi  przez 

ramię.

Odniosła wrażenie, że zorientował się, o czym rodzice rozmawiali.
Spojrzał na matkę.
W jego błękitnych oczach był jeszcze większy chłód niż zazwyczaj.
Zadrżała.
Nie potrafiła odwzajemnić mu spojrzenia.
Bała się go coraz bardziej.
Victor krążył po gabinecie, machinalnie gryząc końcówkę długopisu.
Drzwi były zamknięte, w domu panowała cisza.
Wszyscy leżeli już chyba w łóżkach.
Wieczór  był  pełen  napięcia,  zwłaszcza  od  chwili,  gdy  Marsha  zamknęła  się  w sypialni  po 

tym, jak jej powiedział, że nie będzie więcej rozmawiać na temat Victora Juniora.

Zamierzał spędzić noc, zastanawiając się, w jaki sposób przedstawić członkom zarządu nową 

metodę implantacji – nie mógł się jednak skupić.

Słowa Marshy nie dawały mu spokoju.
Mimo wysiłków, nie mógł o nich zapomnieć.
No to co, że Victor Junior groził Davidowi?
Chłopcy zawsze tak robią.
Zaniepokoiła  go  też  wiadomość  o jeszcze  jednym  rzadkim  przypadku  raka  wątroby, 

zwłaszcza  w świetle  odkrycia,  że  w nowotworach  Davida  i Janice  znaleziono  dodatkowy 
fragment DNA.

To trzeba było jeszcze wyjaśnić.
Celowo nie mówił o tym żonie.

background image

Wystarczy, że sam nie może przestać o tym myśleć.
Jeśli nie potrafi zaoszczędzić jej bólu, zaprzeczając jednoznacznie jej potwornym domysłom, 

musi przynajmniej chronić ją przed każdą wiadomością, która mogłaby je potwierdzić.

Pozostawała  jeszcze  poruszona  przez  Marshę  kwestia  tego,  co  Victor  Junior  robi  za 

zamkniętymi drzwiami swojego laboratorium.

Był  niezwykle  przedsiębiorczy  i miał  taki  sprzęt,  że  był  w stanie  zrobić  niemal  wszystko 

w dziedzinie biologii eksperymentalnej.

Pominąwszy metodę zagnieżdżania zygoty, do czego właściwie zmierzał?
Mimo  że  wiele  czasu  spędził  w laboratorium  syna,  miał  wrażenie,  że  chłopiec  nie 

o wszystkim mu mówi.

– Chyba powinienem jeszcze raz to obejrzeć – powiedział do siebie głośno, rzucając pióro na 

biurko.

Była prawie druga w nocy, ale co to ma za znaczenie!
Nabazgrał kilka słów na wypadek, gdyby Marsha lub Victor Junior szukali go na dole.
Potem  włożył  płaszcz,  wziął  latarkę,  wyprowadził  samochód  z garażu  i zamknął  drzwi  za 

pomocą pilota.

Na końcu podjazdu przystanął i obejrzał się: w domu nie zapaliło się żadne światło, nikt się 

nie obudził.

Przed Chimerą wartownik wyszedł na dwór i zaświecił Victorowi prosto w twarz.
– Przepraszam pana, doktorze – powiedział i pobiegł otworzyć bramę.
Victor pochwalił go za czujność, po czym skierował się do budynku, w którym mieściło się 

jego laboratorium, i zaparkował wprost przed jego wejściem.

Upewniwszy się, że nikt go nie obserwuje, pospieszył w stronę rzeki.
Miał ochotę zapalić latarkę, trochę się jednak bał.
Nie chciał, by ktokolwiek wiedział o istnieniu drugiego laboratorium.
Gdy zbliżał się do rzeki, odniósł wrażenie, że huk wodospadów jest w nocy jeszcze większy.
Wiatr szalał po alejkach, porywał w górę piach i śmieci.
Z pochyloną głową Victor dotarł wreszcie do wejścia na wieżę zegarową.
Jednak się zawahał.
Nie należał do ludzi bojaźliwych, ale było to miejsce tak odludne i ciemne, że trochę się bał.
Znowu  miał  ochotę  zapalić  latarkę,  lecz  gdyby  przypadkiem  ktoś  go  śledził,  światło 

zdradziłoby go.

Szedł więc po omacku, ostrożnie wyszukując stopą każdy stopień.
Był już w głębi parteru, blisko klapy, gdy nagle, tuż przy twarzy, poczuł trzepotanie skrzydeł.
Zaskoczony,  krzyknął,  po  czym  zorientował  się,  że  spłoszył  tylko  stado  gołębi,  które 

w opuszczonej wieży uwiły sobie gniazda.

background image

Zaczerpnął głęboko powietrza i ruszył dalej.
Z ulgą sięgnął do klapy, lecz tylko po to, by uzmysłowić sobie, że nie wie, jak ją otworzyć.
Szukał na deskach jakiegoś uchwytu, jednak bezskutecznie.
Sfrustrowany, zapalił latarkę i przyjrzał się podłodze.
Nie miał wyboru.
Wśród rupieci dojrzał krótką, żelazną sztabę.
Z jej pomocą przystąpił do otwierania klapy.
Z łatwością ustąpiła o mniej więcej centymetr i bez wysiłku uniósł ją do góry.
Szybko zsunął się po stopniach na tyle, by zamknąć otwór nad sobą.
Ciemności panujące w laboratorium rozjaśniał jedynie promień światła jego latarki.
Szukał tablicy z przełącznikami.
Znalazł ją wreszcie pod schodami i nacisnął taster.
Gdy pomieszczenie wypełniła fluoryzująca jasność, westchnął z ulgą.
Postanowił  zbadać  tę  część  laboratorium,  której  Victor  Junior  mu  nie  pokazał,  a gdy  o nią 

spytał, Victor Junior po prostu go zbył.

Nie udało mu się jednak dotrzeć do drzwi.
Miał  przed  sobą  jeszcze  pięć  metrów,  gdy  drzwi  części  mieszkalnej  otworzyły  się  nagle 

i ukazał się w nich warczący pies.

Victor odskoczył, zasłaniając rękoma twarz.
Zamknął oczy i zamarł ze strachu.
Atak jednak nie nastąpił.
Victor ostrożnie otworzył oczy.
Zły pies był trzymany na krótkim łańcuchu przez jednego ze strażników Chimery.
– Dzięki Bogu! – zawołał Victor.
– Dobrze, że pana widzę!
– Kim pan jest? – zapytał mężczyzna z wyraźnym akcentem hiszpańskim.
– Nazywam się Victor Frank – odparł.
– Jestem jednym z właścicieli Chimery.
Dziwne, że mnie pan nie poznaje.
Jestem także ojcem Victora Juniora.
– W porządku – odrzekł strażnik.
Pies zawarczał.
– A pan jak się nazywa? – spytał Victor.
– Ramirez – odpowiedział strażnik.
– Nie  widziałem  pana  – oświadczył  Victor  – ale  cieszę  się,  że  był  pan  na  drugim  końcu 

łańcucha.

background image

– Victor ruszył w stronę drzwi.
Ramirez chwycił go za ramię, by go powstrzymać.
Zaskoczony Victor popatrzył na rękę strażnika na swoim ramieniu.
Potem spojrzał mu prosto w oczy i rzekł: – Powiedziałem panu przecież, kim jestem.
Proszę mnie puścić!
– Usiłował mówić stanowczo, ale czuł, że Ramirez ma nad nim przewagę.
Pies znowu warknął.
Jego obnażone kły znajdowały się w odległości kilku centymetrów od Victora.
– Przykro mi – powiedział Ramirez, choć ton jego głosu tego nie potwierdzał.
– Nikomu nie wolno tam wejść, jeśli Victor Junior nie wyda specjalnych poleceń.
Victor przyjrzał się twarzy Ramireza.
Ten facet niewątpliwie mówił poważnie.
Victor zastanawiał się, co ma począć w takiej absurdalnej sytuacji.
– Może wobec tego wezwiemy pańskiego szefa?
rzucił spokojnie.
– Jest nocna zmiana – odparł Ramirez.
– Teraz ja tu jestem szefem.
Patrzyli na siebie przez dobrą minutę.
Victor  nabrał  przekonania,  że  strażnik  jest  niezłomny  i że  pies  ma  ogromną  siłę 

przekonywania.

– Dobrze! – powiedział wreszcie.
Ramirez rozluźnił uścisk i odsunął psa.
– W takim razie idę – stwierdził Victor, nie spuszczając oczu z psa.
Postanowił, że zajmie się Ramirezem rano.
Porozmawia także na ten temat z Victorem Juniorem.
Wrócił tą samą drogą, którą przyszedł.
Zatrzymując się przy głównej bramie, przywołał wartownika do samochodu.
– Od kiedy pracuje u nas taki jeden Ramirez? – spytał.
– Ramirez? – odpowiedział strażnik pytaniem.
– W naszej straży nie ma żadnego Ramireza.

background image

Rozdział 13

Poniedziałek, rano.

Atmosfera podczas śniadania była napięta.
Biorąc prysznic, Marsha  obiecała sobie,  że będzie się zachowywać zupełnie  normalnie, ale 

okazało się to niemożliwe.

Gdy Victor Junior zszedł na dół, około piętnastu minut później niż zazwyczaj, powiedziała, 

żeby się pospieszył, bo spóźni się do szkoły.

Wiedziała, że go to zdenerwuje, lecz nie potrafiła się powstrzymać.
– Przecież  – zaprotestował  Victor  Junior  – skoro  wszystko  się  już  wydało,  uważam,  że 

byłoby  śmieszne,  gdybym  chodził  do  szkoły  i udawał,  że  interesują  mnie  lekcje  na  poziomie 
klasy piątej.

– Ale – zaoponowała – wydawało mi się, że to ważne dla zachowania anonimowości.
Victor  Junior  spojrzał  na  ojca  wzrokiem  szukającym  poparcia,  Victor  jednak  spokojnie 

popijał kawę.

Wolał się do tego nie mieszać.
– W takiej  sytuacji  chodzenie  czy  niechodzenie  do  szkoły  niewiele  zmieni  w kwestii 

anonimowości – rzekł chłopiec chłodno.

– Prawo stanowi, że musisz chodzić do szkoły – powiedziała.
– Są prawa wyższego rzędu – odparował.
Marsha nie miała ochoty na dalszą samotną walkę.
– Podporządkuję się każdej decyzji, jaką podejmiecie z ojcem – oświadczyła.
Wyszła do pracy, zanim usłyszała opinię Victora.
– Ona napyta nam biedy – stwierdził Victor Junior po wyjściu matki.
– Daj jej jeszcze trochę czasu – powiedział Victor.
– Mogliście jednak osiągnąć jakiś kompromis w sprawie szkoły.
– Nie widzę powodu.
To wcale nie pomoże w mojej pracy.
Wręcz przeciwnie, wszystko będzie się przeciągać.
Czy rezultaty nie są ważniejsze?
– Są ważne – odparł Victor – ale nie tylko o to chodzi.
No dobrze, jak chcesz dzisiaj dotrzeć do Chimery?
Pojedziesz ze mną?
– Nie – rzekł Victor Junior.
– Pojadę rowerem.
Czy Philip może pożyczyć twój?

background image

– Jasne – powiedział Victor.
– Przed południem spotkamy się u ciebie w laboratorium.
Potrzebne mi będą dla wydziału prawnego szczegóły dotyczące białka implantacyjnego, po 

to by wystawić wniosek patentowy.

Chciałbym także obejrzeć resztę twojego laboratorium, no i to nowe też.
– Nie wspomniał o swoim spotkaniu z Ramirezem.
– Dobrze – zgodził się Victor Junior.
– Uważaj jednak, jak będziesz do mnie szedł.
Nie chciałbym mieć nowych gości.
Piętnaście minut później Victor Junior mknął ulicą Stanhope, aż wiatr gwizdał mu w uszach.
Za nim jechał Philip na rowerze Victora, a za nimi Pedro w swoim fordzie taunusie.
Gdy dojechali do banku, Victor Junior kazał im poczekać na dworze.
Wszedł do środka z torbami na ramieniu.
Na  szczęście  pan  Scott  zajęty  był  jakimś  klientem  i Victor  Junior  mógł  dotrzeć  do  swojej 

skrytki  w skarbcu  i schować  w niej  kolejną  większą  sumę  pieniędzy,  bez  wysłuchiwania 
wykładów szefa banku.

Victor nie był tak beztroski w drodze do pracy.
Choć próbował myśleć  o czymś innym,  po  głowie  chodziły mu słowa  Marshy: „Jak na tak 

rzadki przypadek raka, zapada na niego zbyt wielu ludzi.

Ludzi, którzy stykają się z Victorem Juniorem”.
Zadał sobie pytanie, jakby się czuł, gdyby na to samo zachorowała Marsha.
W jaki sposób Victor Junior zamierza poradzić sobie z kłopotami?
Mimo obaw, przepełniał go entuzjazm, wywołany odkryciem dokonanym przez syna.
Z  większym  spokojem  niż  zwykle  przystąpił  do  załatwiania  żmudnych  drobiazgów 

administracyjnych, których sporo nazbierało się do poniedziałku rano.

Właściwie ucieszyła go ta praca, bo mógł oderwać się od swoich myśli.
Colleen, jak zwykle, weszła ze stosem spraw i telefonów wymagających natychmiastowego 

załatwienia.

Zanim  podjął  jakiekolwiek  decyzje,  pozwolił  jej  szybko  zdać  relację,  z nadzieją,  że  wśród 

tych informacji będzie coś sugerującego szantaż w odpowiedzi na jego eksperyment genetyczny, 
lecz się przeliczył.

Pierwszą ze spraw wymagających załatwienia, było podjęcie decyzji o wniesienie oskarżenia 

do sądu przeciwko Sharon Carver.

Polecił  Colleen,  by  zawiadomiła  zainteresowane  strony,  że  zrezygnuje  z oskarżenia,  jeśli 

Sharon wycofa swój bezpodstawny pozew o zwolnienie z pracy z powodu dyskryminacji płci.

Ostatnią  sprawą,  o której  załatwienie  poprosił  Colleen,  było  umówienie  spotkania 

background image

z Ronaldem,  z którym  chciał  porozmawiać  o problemach  związanych  z programem  badań  nad 
NGF.

Jeśli  z tego  spotkania  nic  nie  wyniknie,  co  zresztą  podejrzewał,  zorganizuje  spotkanie 

z Hurstem.

Hurst musi być winny; Victor aż się modlił, by to się potwierdziło.
Przede  wszystkim  chciał  zebrać  jakieś  niepodważalne  dowody,  które  mógłby  przedstawić 

żonie i powiedzieć: „Victor Junior nie miał z tym nic wspólnego”.

Marsha nie mogła wytrzymać w pracy.
Mimo  wysiłków,  nie  udało  się  jej  zdobyć  na  minimum  koncentracji,  by  prowadzić  sesje 

terapeutyczne.

Nie  podając  żadnego  wyjaśnienia,  poleciła  nagle  Jean,  by  ta  odwołała  resztę  dzisiejszych 

przyjęć.

Jean zgodziła się, lecz najwyraźniej nie była zadowolona.
Gdy uporała się z pacjentami, którzy już przybyli do poradni, wymknęła się tylnym wyjściem 

i wsiadła do samochodu.

Szosą 495 dojechała do drogi 93 i skręciła w kierunku Bostonu.
Autostradą South Easijechała do Neponset, a potem dalej do Mattapan.
Spoglądając na kartkę z adresem, leżącą na siedzeniu obok, szukała Martinez Enterprises.
Dzielnica ta nie wyglądała zachęcająco.
Były tutaj głównie rozwalające się dwupiętrowe drewniane domy, miejscami nadpalone.
Okazało się, że Martinez Enterprises mieści się w starym magazynie bez okien.
Nie zrażona, podjechała do krawężnika i wysiadła z samochodu.
Nigdzie nie było śladu dzwonka.
Zastukała, początkowo nieśmiało, lecz gdy nie usłyszała żadnej reakcji, zastukała mocniej.
Nikt się nie pojawiał.
Cofnęła się o parę kroków i obejrzała drzwi magazynu, potem front budynku.
Drgnęła,  uświadomiwszy  sobie,  że  przygląda  się  jej  mężczyzna  w ciemnym  garniturze 

i białym krawacie, stojący przy narożniku budynku po lewej stronie.

Opierał się o ścianę, na jego twarzy malował się wyraz lekkiego rozbawienia.
Między palcem wskazującym a środkowym trzymał papierosa.
Gdy stwierdził, że Marsha go widzi, powiedział coś po hiszpańsku.
– Nie rozumiem – odparła.
– Czego pani chce? – spytał po angielsku z silnym akcentem hiszpańskim.
– Chciałabym porozmawiać z Orlandem Martinezem.
Przez chwilę mężczyzna nie odpowiadał.
Palił papierosa, wreszcie rzucił go do ścieku.

background image

– Pani idzie za mną – powiedział i zniknął jej z oczu.
Podeszła do rogu budynku i spojrzała na zaśmieconą ścieżkę.
Zawahała się, bo rozsądek podpowiadał jej, by zawrócić do samochodu, ale chciała mieć to 

za sobą.

Poszła więc dalej.
W połowie ścieżki zobaczyła drugie drzwi.
Te były otwarte.
Budynek od środka wyglądał tak samo jak z zewnątrz.
Główna różnica polegała na tym, że wewnątrz unosił się wilgotny, stęchły zapach.
Betonowe ściany nie były nawet pomalowane.
Nie osłonięte żarówki tkwiły w porcelanowych oprawach sufitowych.
W głębi olbrzymiej hali stało biurko, a wokół niego wytarte fotele o różnych kształtach.
Doliczyła  się  dziesięciu  mężczyzn;  każdy  siedział  w innej  pozie,  lecz  wszyscy  ubrani  byli 

w takie same ciemne garnitury jak mężczyzna, który ją wprowadził.

Inaczej wyglądał jedynie człowiek siedzący za biurkiem.
Miał koronkową białą koszulę, wyłożoną na spodnie.
– Czego pani chce? – spytał.
On też miał hiszpański akcent, choć znacznie słabszy niż pozostali.
– Szukam Orlanda Martineza – oświadczyła.
Podeszła do biurka.
– Po co? – spytał mężczyzna.
– Niepokoję się o moje dziecko – odrzekła.
– Na  imię  ma  Victor  Junior  i powiedziano  mi,  że  utrzymuje  jakieś  kontakty  z Orlandem 

Martinezem z Mattapanu.

Mężczyźni siedzący na fotelach zaczęli nagle rozmawiać.
Rzuciła im krótkie spojrzenie, potem jej wzrok spoczął na mężczyźnie przy biurku.
– Pan jest Orlando Martinez? – spytała.
– Być może – odparł mężczyzna.
Przyjrzała mu się uważnie.
Miał czterdzieści kilka lat, śniadą cerę i prawie czarne włosy.
Obwieszony  był  złotą  biżuterią  wszelkiego  rodzaju,  w mankietach  koszuli  dojrzała 

brylantowe spinki.

– Chciałam pana spytać, co pana łączy z moim synem?
– Proszę pani, chyba powinienem udzielić pani dobrej rady.
Na pani miejscu wróciłbym do domu i cieszyłbym się życiem.
Proszę nie mieszać się w coś, czego pani nie rozumie.

background image

Wszyscy będą mieli z tego powodu kłopoty.
– Uniósł dłoń i wskazał jednego z mężczyzn.
– Jose, wskaż tej pani drogę, zanim coś się jej przytrafi.
Jose wstał i delikatnie pchnął ją w stronę drzwi.
Dalej wpatrywała się w Orlanda, gorączkowo myśląc, co jeszcze mogłaby powiedzieć.
Nie miało to jednak sensu.
Odwracając głowę, dojrzała w fotelu mężczyznę o śniadej cerze, z opadającą powieką.
Poznała go.
Spotkała go w laboratorium Victora Juniora.
Jose nie odezwał się ani słowem.
Towarzyszył jej do samych drzwi, a potem zamknął je tuż przed jej nosem.
Stała z twarzą przy drzwiach, nie wiedząc, czy ma się cieszyć, czy złościć.
Wróciła na ulicę, wsiadła do samochodu i włączyła silnik.
Po przejechaniu połowy przecznicy dostrzegła policjanta.
Podjechała do krawężnika i opuściła okno.
– Przepraszam – powiedziała, wskazując na magazyn.
– Czy może wie pan, czym się zajmują ci ludzie w tym budynku?
Policjant zszedł na jezdnię i schylił się, by zobaczyć, na co Marsha wskazuje.
– A, tam – rzekł i wyprostował się.
– Dokładnie nie wiem, ale podobno paru Kolumbijczyków zakłada jakąś firmę meblową.

* * *

Przy  pierwszej  sposobności  Victor  połączył  się  z Chadem  Newhousem,  szefem  działu 

bezpieczeństwa i ochrony.

Spytał go o Ramireza.
– Ależ oczywiście, jest członkiem ochrony – odparł Chad.
– Już od kilku lat.
Jakieś problemy?
– Czy został przyjęty do pracy normalną drogą?
Chad roześmiał się.
– Czy pan mnie podpuszcza, doktorze Frank?
Przyjął  pan  Ramireza  wraz  z resztą  tej  specjalnej  grupy  do  spraw  szpiegostwa 

przemysłowego.

Podlega on bezpośrednio panu.
Victor odłożył słuchawkę.

background image

Będzie musiał porozmawiać z Victorem Juniorem o Ramirezie.
Gdy uporał  się z robotą papierkową i gdy dowiedział się, że jest umówiony z Ronaldem na 

jedenastą piętnaście, poszedł do laboratorium Victora Juniora.

Zanim  dotarł  do  wieży  zegarowej,  przystanął  w cieniu  jednego  z innych  opuszczonych 

budynków i upewnił się, że nikt go nie śledzi.

Dopiero potem przebiegł na drugą stronę alejki i wszedł do wieży.
Klapa uniosła się natychmiast, gdy tylko zastukał.
Szybko zszedł na dół.
W  pomieszczeniu  siedziało  kilku  strażników  w mundurach  Chimery,  zabawiając  się  grą 

w karty i oglądaniem pism ilustrowanych.

Victor  Junior,  wycierając  ręce  ręcznikiem,  wszedł  do  sali  poprzez  drzwi,  które w nocy 

zamierzał sforsować Victor.

Spojrzenie chłopca było jeszcze bardziej przejmujące niż zwykle.
– Byłeś w nocy w laboratorium? – zapytał.
– Tak – przyznał Victor.
– Masz tego nie robić – powiedział Victor Junior poważnie.
– Chyba, że się na to zgodzę.
Rozumiesz?
Zasługuję na trochę szacunku i prywatności.
Victor obserwował syna.
Na chwilę aż go zatkało.
Zamierzał wyrazić swoje oburzenie z powodu tego zajścia, a tymczasem musiał się bronić.
– Przepraszam – odezwał się wreszcie.
– Nie miałem złych zamiarów.
Byłem tylko ciekaw, co tu jeszcze masz.
– Niedługo wszystko będziesz wiedział – powiedział Victor Junior łagodniej.
– Chcę, żebyś najpierw zobaczył nowe laboratorium.
– Dobrze – odparł Victor zadowolony, że napięcie zostało tak szybko rozładowane.
Wsiedli  do  samochodu  Victora,  opuścili  teren  Chimery  i przejechali  przez  most  na 

Merrimacku.

W drodze Victor poruszył sprawę Ramireza.
– Umieściłem kilku strażników na liście pracowników Chimery – wyjaśnił Victor Junior.
– Jeśli chodzi ci o koszty, pomyśl tylko o tych olbrzymich zyskach, jakie Chimera otrzyma 

dzięki takiej małej inwestycji.

– Nie chodzi mi o płace – odparł Victor.
Niepokoiła go łatwość, z jaką Victor Junior robił wszystko, co zechciał.

background image

Victor Junior wskazywał drogę.
Wkrótce  zatrzymali  się  przy  jednym  ze  starych  młynów  naprzeciwko  Chimery,  po  drugiej 

stronie rzeki.

Victor Junior pierwszy wyskoczył z samochodu, nie mogąc doczekać się, kiedy pokaże ojcu 

swe dzieło.

Budynek stał na samym brzegu rzeki.
Po drugiej jej stronie wyraźnie było widać wieżę zegarową.
W  przeciwieństwie  jednak  do  poprzedniego  laboratorium,  to  było  nowoczesne  w każdym 

calu, łącznie z wystrojem.

Mieściło się na trzech poziomach, a takiego wyposażenia Victor jeszcze nie widział.
W pomieszczeniach były zwierzętarnie, sale operacyjne, olbrzymie fermentory z nierdzewnej 

stali oraz cyklotron do produkcji substancji promieniotwórczych.

Na  parterze  znalazły  się:  tomograf  pozytronowy,  aparatura  do  magnetycznego  rezonansu 

jądrowego i całe laboratorium mikrobiologiczne.

Na  pierwszym  piętrze  było  wielkie  laboratorium,  w którym  umieszczono  większość 

nowoczesnego sprzętu niezbędnego do współczesnych badań genetycznych.

Na drugim i ostatnim piętrze znajdowała się sala komputerowa, biblioteka i biura.
– No i co? – zapytał Victor Junior z dumą w głosie, gdy stali na korytarzu drugiego piętra.
Musieli  często  usuwać  się  z drogi,  bo  wszędzie  kręcili  się  monterzy,  instalujący  właśnie 

dowieziony sprzęt, malarze i stolarze.

– Jak wszystko, co zrobiłeś, jest to wprost zdumiewające – odrzekł Victor.
– Ale kosztowało to przecież fortunę.
Skąd wziąłeś pieniądze?
– Jednym z moich zajęć  ubocznych była  produkcja  towaru rynkowego przy użyciu technik 

rekombinacji DNA – odparł Victor Junior.

– Oczywiście udało mi się.
– A co produkowałeś? – spytał Victor z zaciekawieniem.
Victor  Junior  wyszczerzył  zęby  w uśmiechu,  po  czym  podszedł  do  zamkniętych  drzwi, 

uchylił je, zajrzał do środka i odwróci się do Victora.

– To tajemnica handlowa!
Mam dla ciebie jeszcze jedną niespodziankę.
Chciałbym, żebyś kogoś poznał.
Victor Junior otworzył drzwi na oścież i gestem zaprosił Victora do środka.
Pochylona nad biurkiem młoda kobieta wyprostowała się na ich widok.
– Doktor Frank!
Cóż za niespodzianka!

background image

Nie wiedział, co ma powiedzieć.
Stał i patrzył  na  osobę,  której nie spodziewał  się więcej spotkać:  Mary  Millman, zastępcza 

matka, która urodziła Victora Juniora.

Victor Junior delektował się zaskoczeniem ojca.
– Potrzebna mi była dobra sekretarka – wyjaśnił – toteż ściągnąłem ją z Detroit.
Muszę przyznać, że byłem ciekaw, jak wygląda kobieta, która mnie urodziła.
Mary wyciągnęła dłoń i Victor ją uścisnął.
– Miło mi panią znowu widzieć – powiedział nieco oszołomiony.
– Mnie też – odparła Mary.
– No cóż – rzekł Victor Junior ze śmiechem.
– Muszę wracać do laboratorium.
Victor z zakłopotaniem spojrzał na zegarek.
– Ja też muszę iść.
Spotkanie z Ronaldem Beekmanem okazało się stratą czasu.
Victor usiłował skonfrontować swoje poglądy na temat projektu badań nad genem NGF, by 

zorientować się, czy Ronald cokolwiek o tym wie.

Ale  Ronald  nie  powiedział  ani  tak,  ani  nie,  wyczuwając  intuicyjnie,  że  ta  sprawa  może 

posłużyć mu za dźwignię nacisku.

Gdy  Victor  przypomniał  mu,  że  podczas  ostatniego  spotkania  Ronald  groził,  że  wyrówna 

porachunki i zrujnuje mu życie, tamten w odpowiedzi stwierdził zdawkowo, że była to tylko taka 
figura retoryczna.

Toteż Victor wyszedł z gabinetu wspólnika, nie dowiedziawszy się niczego.
Jedyną  niewielką  korzyścią  tego  spotkania  był  fakt,  że  Ronald  wykazał  głębokie 

zainteresowanie projektem badań nad implantacją.

Victor obiecał, że przygotuje mu na ten temat odpowiedni materiał.
Opuścił gabinet Ronalda i poszedł do siebie.
Poprosi Colleen, by umówiła go z Hurstem, choć zupełnie nie miał ochoty na to spotkanie.
– Dzwonił Robert Grimes z laboratorium – rzekła Colleen, gdy tylko stanął w progu.
– Powiedział, że ma coś niezmiernie interesującego.
Prosi, żeby pan natychmiast zadzwonił.
Victor zasiadł ciężko przy biurku.
W normalnych okolicznościach taka wiadomość od głównego laboranta spowodowałaby, że 

drżałby z niecierpliwości.

Oznaczałaby przełom w badaniach.
Tym razem jednak musiało to być coś innego.
Na pewno chodzi o tę specjalną pracę, którą zlecił Robertowi, i nie był pewien, czy chce się 

background image

dowiedzieć, co to jest to „coś niezmiernie interesującego”.

W końcu zebrał się w sobie, zadzwonił i zaczekał, aż Robert podejdzie do telefonu.
Czekając, rozmyślał nad swoimi badaniami i doszedł do wniosku, że prawie zupełnie go nie 

interesują.

Właściwie Victor Junior rozwiązał już większość problemów.
Przykra była dla niego świadomość, że pozostaje tak daleko w tyle za swym dziesięcioletnim 

synem.

Był w tym jednak pewien aspekt pozytywny: to, czego będą mogli dokonać wspólnie.
Ta myśl była naprawdę przejmująca.
– Doktorze Frank!
– To Robert podszedł do telefonu i przerwał marzenia Victora.
– Cieszę się, że pana odnalazłem.
Zsekwencjonowałem już prawie cały fragment DNA z obu nowotworów i chcę się upewnić, 

czy mam go powielić.

Trochę to potrwa, ale tylko w ten sposób da się przeprowadzić dalsze badania.
– A czy pan coś podejrzewa? – spytał Victor z wahaniem w głosie.
– O, tak – odparł Robert.
– To niewątpliwie jakiś rodzaj rzadkiego białkowego czynnika wzrostu.
– A więc  nie  retrowirus  – odparł  Victor  z iskierką  nadziei  w głosie,  sądząc,  że  retrowirus 

mógłby być jakąś zakaźną cząstką rozsiewaną sztucznie.

– Nie, to z pewnością nie retrowirus – oświadczył Robert.
– Właściwie jest to coś w rodzaju sztucznie zrobionego genu.
– Po małej pauzie dodał ze śmiechem: – Nazwałbym to genem Chimery.
W  tej  sekwencji  jest  wewnętrzny  promotor,  którego  sam  kilkakrotnie  wykorzystałem,  ten 

pobrany z małpiego wirusa SV40.

Reszta genu musi jednak pochodzić z jakiegoś innego mikroorganizmu, bakterii albo wirusa.
Zapadła chwila ciszy.
– Doktorze, czy pan mnie słyszy? – spytał Robert, podejrzewając, że przerwano połączenie.
– Jest pan tego pewien? – odezwał się Victor łamiącym się głosem.
Implikacje stawały się zbyt wyraźne.
– Całkowicie – odrzekł Robert.
– Sam byłem tym zdziwiony.
Nigdy o czymś takim nie słyszałem.
Najpierw  sądziłem,  że  ci  ludzie  złapali  jakiegoś  nosiciela  DNA  i ten  dostał  się  do  ich 

krwiobiegu.

Było to tak dziwne, że długo nad tym myślałem.

background image

Jedyny możliwy mechanizm, jaki mi przyszedł do  głowy, to krwinki czerwone wypełnione 

tym hipotetycznym zakaźnym nosicielem, który, gdy dostał się do komórek Kupffera w wątrobie, 
włączył swoje DNA w ich geny.

To  spowodowało  przekształcenie  protoonkogenów  w onkogeny,  no  i jesteśmy  w domu: 

nowotwór wątroby.

Jest w tym wszystkim jednak pewien szkopuł.
Wie pan, jaki?
– Nie.
Co?
– Jest tylko jeden sposób,  w jaki czerwone  krwinki, niosące to świństwo  mogły przedostać 

się  do  krwiobiegu  – mówił  dalej  Robert  nieświadom  efektu,  jaki  wywierają  jego  słowa  na 
Victorze.

– Musiały zostać wstrzyknięte.
Wiem, że...
Robert nie dokończył zdania.
Victor odłożył słuchawkę.
Dowodów było coraz więcej i były nie do obalenia.
Nie  miał  już  żadnych  wątpliwości,  że  David  i Janice  zmarli  na  raka  wątroby, wywołanego 

fragmentem obcego DNA, który przeniknął do ich chromosomów.

A na dodatek jeszcze ten nauczyciel z Pendleton, o którym wspomniała Marsha.
Wszyscy ci ludzie mieli bliskie kontakty z Victorem Juniorem.
Victor Junior zaś był geniuszem dysponującym supernowoczesnym laboratorium.
Do gabinetu zajrzała Colleen.
– Czekałam, aż pan skończy rozmawiać – rzekła radośnie.
– Jest tu pańska żona.
Czy może wejść?
Skinął głową.
Nagle poczuł się niezmiernie zmęczony.
Marsha weszła do środka i dokładnie zamknęła drzwi.
Wiatr poruszył papierami leżącymi na biurku.
Podeszła wprost do Victora i pochyliła się nad biurkiem, patrząc mu prosto w oczy.
– Wiem, że wolałbyś nic nie robić – oświadczyła.
– Wiem,  że  nie  chcesz  irytować  Victora  Juniora,  i wiem,  że  jesteś  zachwycony  jego 

osiągnięciami,  ale  musisz  stawić  czoło  rzeczywistości,  bo  ten  chłopiec  nie  zachowuje  się  jak 
należy.

Wiesz, co odkryłam?

background image

Victor  Junior  ma  jakieś konszachty  z grupą  Kolumbijczyków,  którzy  rzekomo  otwierają 

firmę importującą meble w Mattapanie.

Widziałam  tych  ludzi  i chcę  ci  powiedzieć,  że  nie  wyglądają  mi  zupełnie  na  importerów 

mebli.

Nagle przerwała.
Victor nie reagował.
– Victorze? – zwróciła się do niego.
Miał nieprzytomny wzrok.
– Siadaj, Marsha – powiedział, kręcąc powoli głową ze smutną determinacją.
Potem ujął głowę w dłonie i pochylił się, opierając łokcie na biurku.
Przejechał palcami po włosach, potarł szyję i wyprostował się.
Marsha usiadła, uważnie przypatrując się mężowi.
Poczuła przyspieszone bicie serca.
– Właśnie dowiedziałem się czegoś gorszego – rzekł.
– Kilka dni temu zdobyłem próbki nowotworów Davida i Janice.
Zajął się nimi Robert.
Przed chwilą zadzwonił, żeby mi powiedzieć, że ten rak został wywołany sztucznie.
Do ich krwi wprowadzono obcą, kancerogenną substancję.
Marsha krzyknęła, przykładając dłonie do ust.
Mimo że zaczęła coś takiego podejrzewać, potwierdzenie tego faktu było przerażające.
Była to wiadomość tym straszniejsza, że wyszła z ust Victora, który walczył z nią zawzięcie, 

gdy musiał wysłuchiwać o jej obawach i zmartwieniach.

Zagryzła usta i dygotała, czując gniew, smutek i strach jednocześnie.
– To musiał zrobić Victor Junior! – powiedziała szeptem.
Uderzył otwartą dłonią w biurko, aż papiery uniosły się w powietrze.
– Tego nie wiemy na pewno! – krzyknął.
– Wszyscy ci ludzie byli blisko związani z Victorem Juniorem – rzekła, powtarzając niczym 

echo myśli Victora.

– A on chciał się ich pozbyć.
Potrząsnął głową z ponurą rezygnacją.
Ile w tym było jego osobistej winy, a ile syna?
To on jest twórcą inteligencji chłopca.
Ale czy choć przez jedną sekundę zastanowił się, co może iść w parze z takim geniuszem?
Jeśli David, Janice i ten nauczyciel ponieśli śmierć za sprawą Victora Juniora, jego ojciec nie 

był pewien, czy będzie mógł żyć ze świadomością tego faktu.

Marsha zaczęła mówić – najpierw z wahaniem, lecz przekonanie dodało jej sił.

background image

– Chyba musimy się dowiedzieć, co on właściwie robi w pozostałej części laboratorium.
Victor opuścił ręce.
Patrzył tępo przez okno.
Przyglądał się wieży zegarowej, wiedząc, że właśnie teraz Victor Junior tam pracuje.
Odwrócił się do Marshy i powiedział: – Chodźmy do niego.

background image

Rozdział 14

Poniedziałek, popołudnie.

Musiała biec, żeby dotrzymać kroku Victorowi zmierzającemu w stronę rzeki.
Po chwili oboje minęli odnowioną część kompleksu.
W świetle dnia opuszczone budynki nie wyglądały tak strasznie.
Victor wszedł do wieży, podszedł prosto do klapy, pochylił się i kilkakrotnie mocno zastukał 

w podłogę.

Po minucie lub dwóch klapa uniosła się.
Mężczyzna  w mundurze  strażnika  Chimery  przyjrzał  się  im  uważnie,  po  czym  gestem 

zezwolił wejść.

Victor ruszył przodem.
Zanim  Marsha  znalazła  się  na  dole,  on  zdążył  już  okrążyć  koło  wodne  i szedł  prosto 

w kierunku groźnie wyglądających stalowych drzwi, zagradzających drogę do tajemniczej części 
laboratorium Victora Juniora.

Dla  Marshy  widok  laboratorium  głównego  był  równie  przerażający,  jak  sceneria 

poprzednich.

Wiedziała,  że  rezultaty  badań  naukowych  można  wykorzystać  w dobry  i zły  sposób, 

a w niesamowitej atmosferze podziemia było coś, co skłaniało ją do podejrzeń, że prowadzone tu 
badania nie są poświęcone zbożnym celom.

– Hej! – krzyknął jeden ze strażników, widząc, jak Victor podchodzi do zakazanych drzwi.
Latynos zerwał się na równe nogi, szybko przebiegł przez halę i chwycił Victora za ramię.
Brutalnie odwrócił go do siebie.
– Tam nikomu nie wolno wchodzić – warknął z silnym hiszpańskim akcentem.
Ku zdziwieniu Marshy, Victor przytknął otwartą  dłoń do twarzy napastnika i odepchnął  go 

od siebie.

Ten gest zaskoczył strażnika.
Opadł na jedno kolano, trzymał jednak Victora za rękaw marynarki.
Victor szarpnął się, wyrwał ramię z uścisku Latynosa i ruszył ku drzwiom.
Strażnik wyciągnął z cholewy buta nóż i otworzył go.
Błysnęło ostrze.
– Victor! – krzyknęła Marsha.
Usłyszawszy jej głos, odwrócił się.
Latynos nacierał na niego, trzymając w ręce nóż niczym miniaturowy rapier.
Victor uchylił się od ciosu, lecz strażnik ponownie chwycił go za ramię.
Nóż uniósł groźnie do góry.

background image

– Przestańcie!  – wrzasnął  Victor  Junior,  wypadając  z pomieszczenia,  ku  któremu  zmierzał 

Victor.

Dwaj inni strażnicy stanęli między walczącymi; jeden przytrzymywał Victora, drugi zajął się 

uzbrojonym kolegą.

– Zostawcie ojca! – polecił chłopiec.
– On szedł do tamtego laboratorium – zawołał strażnik z nożem.
– Puśćcie go! – rozkazał Victor Junior tonem jeszcze bardziej stanowczym.
Strażnik szarpnął Victora i puścił.
Victor chwiejnie postąpił kilka kroków do przodu, usiłując odzyskać równowagę.
Zbliżył się do drzwi.
Victor Junior wyciągnął dłoń i złapał go za ramię w chwili, gdy ojciec był gotów przejść na 

drugą stronę.

– Czy jesteś pewien, że dojrzałeś do tego? – spytał ojca.
– Chcę zobaczyć wszystko – odrzekł Victor bezbarwnym głosem.
– Pamiętasz Drzewo Wiadomości?
– Dobrego i Złego – dokończył Victor.
– Nie wybijesz mi tego z głowy.
Victor Junior zabrał rękę.
– Rób, jak uważasz, ale możesz być bardzo zaskoczony.
Victor spojrzał na Marshę, która przyzwalająco skinęła głową.
Odwrócił się i otworzył drzwi.
Ujrzeli bladoniebieskie światło.
Victor przekroczył próg, Marsha tuż za nim.
Za nimi wszedł Victor Junior i zamknął drzwi.
Pomieszczenie to miało około piętnastu metrów długości i było dość wąskie.
Na  długim  blacie  z surowego  drewna  stały  cztery  dwustulitrowe  zbiorniki  wykonane  ze 

szklanych płyt połączonych klejem silikonowym.

Zbiorniki, oświetlone promiennikami podczerwieni, same zdawały się świecić niesamowitym 

niebieskim światłem, które załamywało się, przechodząc przez zawarty w nich płyn.

Marsha otworzyła usta z przerażeniem, gdy pojęła, co te zbiorniki zawierają.
W każdym z nich,  otoczone przezroczystymi  błonami,  znajdowały  się cztery płody  ludzkie 

liczące około ośmiu miesięcy, pływające w sztucznych macicach.

Spoglądały na mijającą zbiorniki Marshę szeroko otwartymi niebieskimi oczami.
Wykonywały różne gesty, uśmiechały się, nawet ziewały.
Jak  gdyby  od  niechcenia,  lecz  tonem,  w którym  pobrzmiewała  arogancka  duma,  Victor 

Junior udzielał pobieżnych wyjaśnień.

background image

W  każdym  zbiorniku  łożyska  przylegały  do  plastykowej  siatki  poprzez  błoniastą  torbę 

podłączoną do czegoś w rodzaju sztucznego płucoserca.

Do  każdego  aparatu  podłączony  był  oddzielny  komputer,  który  z kolei  był  połączony 

z syntezatorem białka.

Powierzchnię  płynu  w każdym  ze  zbiorników  pokrywały  plastykowe  kulki  zmniejszające 

parowanie.

Marsha  i Victor,  przerażeni  widokiem  gestykulujących  dzieci,  nie  byli  w stanie  wykrztusić 

słowa.

I choć przygotowali się na najgorsze, ten widok przeszedł ich najśmielsze oczekiwania.
– Jestem pewien, że jesteście ciekawi, po co to wszystko – rzekł Victor Junior, podchodząc 

do jednego ze zbiorników i sprawdzając któryś z licznych wskaźników.

Uderzył weń pięścią i zacinająca się wskazówka przeskoczyła na zielone pole.
– We wczesnej fazie prac nad implantacją otrzymywałem łożyska z kultur tkankowych.
Rozwiązanie problemu implantacji wyjaśniło również zagadnienie potrzeby istnienia macicy.
– W jakim wieku są te dzieci? – spytała Marsha.
– Osiem i pół miesiąca – odparł Victor Junior, potwierdzając jej przypuszczenia.
– Potrzymam je w tym stanie znacznie dłużej niż dziewięć miesięcy.
Im dłużej będą w zbiornikach, tym łatwiej będzie je wychować.
– A skąd wziąłeś zygoty? – zapytał Victor, choć znał już odpowiedź.
– Miło mi oznajmić wam, że są to moi bracia i siostry.
Marsha z niedowierzaniem przeniosła wzrok z płodów na Victora Juniora.
Chłopiec roześmiał się, widząc wyraz jej twarzy.
– Nie mów, że cię to tak bardzo dziwi.
Wziąłem te zygoty z zamrażarki w laboratorium ojca.
Po co miały się zmarnować albo po co tata miał zapłodnić nimi kogoś obcego.
– Było pięć – powiedział Victor.
– Gdzie jest piąta?
– Masz dobrą pamięć – pogratulował Victor Junior.
– Niestety, piątą musiałem zmarnować w ramach badań procesu implantacji.
Ale cztery to sporo dla celów ekstrapolacji statystycznej, przynajmniej na początek.
Marsha zwróciła głowę w stronę gestykulujących płodów.
To były jej własne dzieci!
– Niech was to wszystko tak bardzo nie dziwi – powiedział Victor Junior.
– Wiedziałeś, że ta technika wcześniej czy później musi się pojawić.
Ja tylko to wszystko przyspieszyłem.
Victor  podszedł  do  jednego  z komputerów,  który  nagle  ożył  i wypluł  z siebie  pół  stronicy 

background image

danych.

Gdy drukarka stanęła, włączył się syntezator i rozpoczęła się produkcja białka.
– Układ sygnalizuje niedobór jakiegoś czynnika wzrostu – wyjaśnił Victor Junior.
Victor spojrzał na wydruk.
Były tam wskaźniki fizjologiczne, biochemiczne i liczba krwinek dziecka.
Zdumiało go wyrafinowanie całego układu.
Wiedział,  że  Victor  Junior  musiał  odtworzyć  w sztucznych  warunkach  niesamowicie 

skomplikowane wzajemne oddziaływanie sił potrzebnych do rozwoju zapłodnionego jaja w cały 
organizm.

Jego dokonanie to kamień milowy w biotechnologii.
Było to coś o wiele ważniejszego niż nowa i udana metoda zagnieżdżania się jaja.
Aż się wzdrygnął na myśl o diabelskim potencjale stworzonym przez jego własny wytwór.
Marsha  nieśmiało  podeszła  do  jednego  ze  zbiorników  i spojrzała  z bliska  na  płód  płci 

męskiej.

Dziecko  popatrzyło  na  nią  tak,  jak  gdyby  szukało  kontaktu:  przytknęło  maleńką  dłoń  do 

szklanej powierzchni.

Wyciągnęła rękę i przyłożyła ją do rączki dziecka poprzez szybę.
I nagle, wstrząśnięta, cofnęła dłoń.
– Jego głowa! – krzyknęła.
Victor przystanął obok niej i pochylił się ku dziecku.
– Co jest z jego głową?
– Popatrz na brwi i wyżej; one w ogóle nie mają czoła.
– To są mutanty – rzucił Victor Junior nonszalancko.
– Usunąłem fragment DNA  z aplazji, wprowadzony przez ojca, a potem  zniszczyłem geny, 

których produkty funkcjonują w organizmie ludzkim w sposób podobny do NGF.

Chcę osiągnąć inteligencję na poziomie mniej więcej Philipa.
Philip pomógł mi bardziej niż ktokolwiek inny.
Marsha zadrżała i chwyciła Victora za rękę, czego Victor Junior nie dostrzegł.
Victor zignorował jej gest i wskazał na drzwi znajdujące się w drugim końcu pomieszczenia.
– Co jest za tymi drzwiami?
– Jeszcze ci mało? – zapytał Victor Junior.
– Muszę zobaczyć wszystko – odparł Victor.
Zostawił Marshę i przeszedł przez całą długość sali.
Ona  przez  chwilę  patrzyła  na  maleńkiego  chłopca  o wystających  brwiach  i spłaszczonej 

główce.

Odniosła wrażenie, że ewolucja gatunku ludzkiego cofnęła się o pół miliona lat.

background image

Jak to możliwe, że Victor Junior celowo zrobił ze swych – jakkolwiek by było – braci i sióstr 

dzieci opóźnione w rozwoju?

Przeraziło ją jego makiaweliczne rozumowanie.
Odsunęła się od akwariów ciążowych i ruszyła za Victorem.
Ona też musi wszystko zobaczyć.
Czy może być coś jeszcze gorszego od tego, co już widziała?
W  następnym  pomieszczeniu  znajdowały  się  olbrzymie  kontenery  ze  stali  nierdzewnej, 

ustawione w rząd.

Przypominały  gigantyczne  kotły,  jakie  kiedyś,  gdy  miała  kilkanaście  lat,  widziała 

w browarze.

Tutaj powietrze było cieplejsze i wilgotniejsze.
Kilku  mężczyzn  o nagich  torsach  pracowało  przy  jednej  z kadzi,  wsypując  do  niej  jakieś 

substancje.

Gdy weszli, robotnicy przerwali pracę i spojrzeli na Marshę oraz Victora.
– Co to jest? – zapytała.
Victor wiedział.
– To fermentory do hodowli mikroorganizmów takich jak bakterie czy drożdże.
Co tam hodujesz? – zwrócił się doVictora Juniora.
– Bakterie E. coli – odparł Victor Junior.
– Bez nich nie byłoby współczesnej biotechnologii.
– A co one produkują? – zapytał Victor.
– Tego wolałbym nie mówić – odrzekł Victor Junior.
– Czy nie sądzisz, że akwaria ciążowe to dosyć jak na jeden dzień?
– Chcę wiedzieć wszystko – oświadczył Victor.
– Karty na stół.
– One produkują pieniądze – wyjaśnił Victor Junior z uśmiechem.
– Nie mam ochoty na zagadki – rzekł Victor.
Victor Junior westchnął.
– Potrzebny mi był poważny zastrzyk kapitału na budowę mojego laboratorium.
Wypuszczenie akcji nie wchodziło oczywiście w moim wypadku w grę.
Ściągnąłem więc trochę krzewów koki z Ameryki Południowej i wyizolowałem odpowiednie 

geny.

Potem wprowadziłem je pod promotor operonu lac. E. coli i stosując plazmid z odpornością 

na tetracyklinę, załadowałem to wszystko z powrotem do bakterii.

Wyszedł z tego cudowny produkt.
Nawet E. coli go uwielbiają.

background image

– O czym on mówi? – spytała Marsha Victora.
– Mówi, że w tych kadziach wytwarza kokainę – odparł Victor.
– To wyjaśnia sprawę Martinez Enterprises – powiedziała, z trudem łapiąc powietrze.
– Ale jest to tymczasowa linia produkcyjna – mówił dalej Victor Junior.
– To wygodny sposób zapewnienia szybkiego dopływu gotówki.
Niedługo  zacznie  na  siebie  zarabiać  nowe  laboratorium  i ta  kontrabanda  nie  będzie  już 

potrzebna.

Masz rację, Martinez Enterprises to mój chwilowy wspólnik.
W gruncie rzeczy moglibyśmy wystawić małą armię w ciągu paru minut.
Teraz kilku znajduje się na liście płac Chimery.
Victor szedł wzdłuż rzędu fermentorów.
Stopień wyrafinowania tych urządzeń zdumiał go równie głęboko.
Wystarczył jeden rzut oka, by stwierdzić, że znacznie przewyższają wyposażenie Chimery.
Z głębokim westchnieniem wrócił do Marshy i Victora Juniora.
– Teraz widziałeś już wszystko – powiedział Victor Junior.
– A skoro tak, musimy odbyć poważną rozmowę.
Odwrócił się i poszedł w kierunku głównej hali.
Marsha i Victor ruszyli za nim.
Gdy przechodzili przez salę ciążową, płody ponownie zbliżyły się do szyb.
Sprawiały wrażenie, jakby tęskniły za towarzystwem ludzi.
Jeśli Victor Junior to zauważył, nie okazał tego po sobie.
Bez słowa przeprowadził ich przez główną halę, a potem wszedł do części mieszkalnej.
Victor zorientował się, że nawet tej części dobrze nie zna.
Na tyłach znajdowało się jeszcze jedno małe pomieszczenie.
Sądząc po wystroju wnętrza i czasopismach, była to kwatera Victora Juniora.
Stało  tam  łóżko,  stolik  brydżowy  i składane  krzesła,  duża  biblioteka  wypełniona 

czasopismami i fotel do czytania.

Victor Junior wskazał im stolik brydżowy i usiadł.
Poszli w jego ślady.
Victor Junior oparł łokcie na stole i złożył dłonie.
Przeniósł wzrok z Victora na Marshę, a jego przenikliwe błękitne oczy lśniły niczym szafiry.
– Muszę wiedzieć, co macie zamiar zrobić.
Ja byłem wobec was szczery, teraz wasza kolej.
Victor i Marsha wymienili spojrzenia.
Ponieważ  Victor  milczał,  Marsha  przemówiła  pierwsza:  – Chcę  znać  prawdę  o Davidzie, 

Janice i panu Cavendishu.

background image

– W tej chwili nie interesują mnie kwestie uboczne – odrzekł Victor Junior.
– Interesuje mnie dyskusja na temat znaczenia moich badań.
Mam nadzieję, że doceniacie ogrom tych odkryć.
Ich wartość przerasta wszelkie inne sprawy, które skądinąd nie są zupełnie bez związku.
– Obawiam  się,  że  muszę  o tym  wiedzieć,  zanim  wypowiem  swoją  opinię  – powiedziała 

spokojnie.

Victor Junior spojrzał na Victora.
– Czy ty jesteś tego samego zdania?
Victor powoli skinął głową.
– Tego się obawiałem – rzekł cicho Victor Junior.
Popatrzył na nich poważnym wzrokiem, jak gdyby to on był rodzicem, a oni dziećmi, które 

coś przeskrobały.

Wreszcie odezwał się: – Dobrze, odpowiem na wasze pytania.
Powiem wam wszystko, co chcecie wiedzieć.
Ta trójka, o której wspomniałaś, miała zamiar mnie wydać.
Wtedy oznaczałoby to przekreślenie moich planów.
Robiłem, co mogłem, żeby przestali interesować się moim laboratorium i badaniami, ale byli 

uparci.

Musiałem więc zdać się na naturę.
– Co to znaczy? – zapytał Victor.
– Podczas  intensywnych  badań  nad  czynnikami  wzrostu  związanymi  z rozwiązaniem 

problemu  sztucznej  macicy  odkryłem  pewne  wirusy,  które  działały  jako  niezwykle  silne 
aktywatory protoonkogenów.

Umieściłem je w czerwonych krwinkach, a potem pozwoliłem naturze zrobić swoje.
– Chcesz powiedzieć, że je wstrzyknąłeś – rzekł Victor.
– No wiesz! – obruszył się Victor Junior.
– Czegoś takiego nie podaje się doustnie.
Marsha usiłowała zachować zimną krew.
– Mówisz mi, że zabiłeś swojego brata.
I nic nie czułeś?
– Ja byłem jedynie pośrednikiem.
David umarł na raka.
Błagałem go, żeby zostawił mnie w spokoju.
Ale on ciągle za mną chodził, licząc na to, że mnie załatwi.
Był zazdrosny.
– A co powiesz o tej dwójce dzieci? – spytała Marsha.

background image

– Czy  nie  moglibyśmy  porozmawiać  o ważniejszych  sprawach?  – rzekł  Victor  Junior, 

uderzając pięścią w stół.

– Pytałeś nas, co mamy zamiar zrobić – przypomniała Marsha.
– Najpierw musimy poznać wszystkie fakty.
No więc, co z tymi dziećmi?
Victor Junior stukał palcami o blat stolika.
Jego cierpliwość wyczerpywała się.
– Były za inteligentne.
Zaczynały sobie zdawać sprawę ze swych możliwości.
Nie chciałem konkurencji.
Wystarczyła odrobina cefalokloru w mleku podawanym w świetlicy.
Jestem pewien, że większości dzieci zrobiło to dobrze.
– A co czułeś, gdy umarły? – spytała Marsha.
– Ulgę – odparł Victor Junior.
– Nie było ci w jakiś sposób przykro czy smutno?
– Mamo, to nie jest sesja terapeutyczna – warknął Victor Junior.
– Moje uczucia nie są tu ważne.
Poznałaś wszystkie mroczne sekrety.
Teraz twoja kolej na uczciwość.
Muszę wiedzieć, co macie zamiar zrobić.
Marsha spojrzała na Victora w nadziei, że potępi demoniczne działania Victora Juniora, ten 

jednak wpatrywał się tępo w syna, zbyt oszołomiony, by się odezwać.

Uznała jego milczenie za przyzwolenie, a może nawet aprobatę.
Czy Victor jest tak zafascynowany osiągnięciami Victora Juniora, że potrafi przymknąć oko 

na pięć morderstw?

W tym zabójstwo ich własnego ukochanego syna?
Nie, ona nie przejdzie nad tym do porządku.
Niech cię piekło pochłonie, Victorze.
– No więc? – zapytał Victor Junior.
Odwróciła się i spojrzała mu prosto w twarz.
Patrzył na nią wyczekująco, nie mrugając oczami.
Ten czysty  błękit, tak uderzający od  urodzenia,  i jego jasne włosy cherubina  wywołały łzy 

w jej oczach.

On też jest ich synem, czyż nie?
A skoro dopuścił się tak potwornych rzeczy, to czy to rzeczywiście jego wina?
Jest wybrykiem nauki.

background image

Albowiem, bez względu  na to, co osiągnął Victor w dziedzinie inteligencji, w jego bilansie 

zabrakło miejsca na sumienie.

Jeśli Victor Junior jest winny, winien jest również Victor.
Poczuła nagłą falę współczucia.
– Victorze Juniorze – zaczęła.
– Nie wierzę, by Victor w pełni zdawał sobie sprawę z reperkusji swojego eksperymentu...
Victor Junior jednak przerwał jej: – Wręcz przeciwnie.
Victor bardzo dobrze wiedział, co chce osiągnąć.
A teraz może patrzeć na mnie i na moje dokonania ze świadomością, że odniósł pełen sukces.
Jestem dokładnie tym, czego Victor oczekiwał; jestem taki, jaki on chciałby być.
Jestem tym, czym może być nauka.
Jestem przyszłością.
– Uśmiechnął się.
– Powinnaś się do mnie przyzwyczaić.
– Może jesteś tym, co  Victor  zamierzał osiągnąć,  w kategoriach naukowych – ciągnęła nie 

zrażona.

– Nie sądzę jednak, by przewidział, jaki rodzaj osobowości tworzy.
Victorze  Juniorze,  próbuję  ci  powiedzieć,  że  jeśli  rzeczywiście  popełniłeś  te  morderstwa, 

jeśli produkujesz kokainę...

i nie czujesz moralnego sprzeciwu, to, no, to jest nie tylko twoja wina.
– Mamo – rzekł zirytowany Victor Junior.
– Ty zawsze sprowadzasz wszystko na boczny tor.
Uczucia, symptomy, osobowość.
Ujawniam  ci  największe  osiągnięcie  biologiczne  wszechczasów,  a ty  zapewne  poddałabyś 

mnie następnemu testowi Rorschacha.

To absurdalne.
– Nauka nie jest ponad wszystkim – odparła.
– Istnieje także moralność.
Nie potrafisz tego zrozumieć?
– I tu właśnie się mylisz – oświadczył Victor Junior.
– Victor zaś udowodnił, że stawia naukę nad moralnością poprzez akt stworzenia mnie.
Gdyby  stosował  konwencjonalne  nakazy  moralne,  nie  rozpoczynałby  tego  eksperymentu, 

a mimo wszystko to zrobił.

Jest bohaterem.
– To, co Victor zrobił, stwarzając ciebie, zrodziło się z bezmyślnej arogancji naukowca.
Nie zastanowił się nad ewentualnym wynikiem swego eksperymentu.

background image

Całkowicie pochłonęła go fascynacja środkami i obsesja osiągnięcia jednego, jedynego celu.
Nauka  staje  się  obłąkana,  gdy  wyzwala  się  z więzów  moralności  i poczucia 

odpowiedzialności.

Victor Junior cmoknął językiem ze zniecierpliwienia.
Potem jego przenikliwe błękitne oczy spoczęły na matce.
– Moralność nie może rządzić nauką, bo moralność jest względna i stąd zmienna.
A nauka nie.
Moralność  opiera  się  na  człowieku  i społeczeństwie,  które  z biegiem  lat  się  zmienia, 

przechodzi z jednej kultury w inną.

Co jest dla jednych zakazane, dla innych jest święte.
Takie fantazjowanie nie powinno mieć w tym wypadku żadnego znaczenia.
Jedyną  rzeczą,  jaka  jest  w tym  świecie  niezmienna,  są  prawa  natury  rządzące 

wszechświatem.

Ostatecznym arbitrem jest rozum, a nie moralistyczne wymysły.
– Victorze Juniorze, to nie jest twoja wina – powiedziała łagodnie, ze smutkiem potrząsając 

głową.

On się nie da przekonać.
– Twoja  niezwykła  inteligencja  zrobiła  z ciebie  człowieka  wyobcowanego,  pozbawionego 

ludzkich cech współczucia, empatii, nawet miłości.

Nie czujesz, by przed tobą były jakieś granice.
Ale one są.
Nie obudziło się w tobie sumienie.
Ale nie potrafisz tego dostrzec.
Moja rozmowa z tobą to jak próba wyjaśnienia, czym jest kolor, człowiekowi niewidomemu 

od urodzenia.

Victor Junior zerwał się z krzesła z wyrazem obrzydzenia na twarzy.
– Z całym szacunkiem, ale nie mam czasu na tę sofistykę.
Muszę się zająć pracą.
Wcześniej chcę poznać wasze plany.
– Twój ojciec i ja musimy porozmawiać – odrzekła, unikając wzroku Victora Juniora.
– No  więc  rozmawiajcie  – powiedział  Victor  Junior,  opierając  dłonie  na  swych  wąskich 

biodrach.

– Porozmawiamy bez udziału dzieci.
Victor Junior z rozdrażnieniem zacisnął usta.
Jego oddech stał się szybszy, oczy płonęły.
Potem odwrócił się i wyszedł z pokoju.

background image

Trzasnęły drzwi, rozległ się szczęk klucza.
Zostali zamknięci.

* * *

Marsha odwróciła się do Victora.
Bezradnie potrząsnął głową.
– Czy masz jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, z czym mamy do czynienia? – zapytała.
Pokręcił głową, kompletnie zagubiony.
– Dobrze – rzekła.
– No więc, co masz zamiar z tym zrobić?
Znowu potrząsnął głową.
– Nigdy nie pomyślałem, że do tego dojdzie.
– Spojrzał na żonę.
– Marsha, musisz mi uwierzyć.
Gdybym tylko wiedział...
– Głos mu się załamał.
Pragnął poparcia Marshy, jej zrozumienia, lecz sam miał problem z pojęciem ogromu swego 

błędu.

Jeżeli  uda  im  się  znaleźć  jakieś  wyjście  z tej  sytuacji,  nie  był  pewien,  czy  będzie  w stanie 

wytrzymać z samym sobą.

Czy może oczekiwać tego od Marshy?
Ukrył twarz w dłoniach.
Dotknęła jego ramienia.
Mimo że sytuacja była potworna, przynajmniej odzyskał zdrowy rozsądek.
– Musimy zdecydować, co teraz zrobić – powiedziała łagodnie.
Zebrał się w sobie i wstał z krzesła, nagle odzyskując odwagę.
– Tylko ja jestem za to odpowiedzialny.
Ty masz całkowitą słuszność, jeśli chodzi o Victora Juniora.
Nie byłby taki, jaki jest, gdyby nie ja i te moje naukowe sztuczki.
– Znowu odwrócił się do żony.
– Po pierwsze, musimy się stąd wydostać.
Spojrzała na niego poważnie.
– Sądzisz, że Victor Junior pozwoli nam spokojnie stąd wyjść?
Miej że rozum!
Pamiętasz, jak dawniej radził sobie z problemami?

background image

David, Janice, ten biedny nauczyciel, te dzieci, a teraz ci wścibscy rodzice.
– Uważasz, że będzie nas tu trzymał w nieskończoność?
– Nie mam zielonego pojęcia, co zrobi.
Po prostu nie sądzę, byśmy łatwo mogli się stąd wydostać.
On musi żywić wobec nas jakieś uczucia.
Inaczej nie zawracałby sobie  głowy wyjaśnieniami,  nie interesowałaby  go  nasza opinia  ani 

nasze plany.

Ale  na  pewno  nie  wypuści  nas  stąd,  dopóki  nie  nabierze  przekonania,  że  nic  mu  z naszej 

strony nie grozi.

Przez chwilę oboje milczeli.
W końcu Marsha oświadczyła: – Może dobijemy czegoś w rodzaju targu.
Niech wypuści jedno, a drugie tu zostanie.
– Jedno z nas zostanie zakładnikiem?
Skinęła głową.
– Jeśli się zgodzi, myślę, że to ty powinnaś wyjść.
– Nie – powiedziała, potrząsając głową.
– Jeśli się uda, pójdziesz ty.
Musisz znaleźć jakiś sposób, by go powstrzymać.
– Uważam, że ty powinnaś wyjść – rzekł.
– Teraz poradzę sobie z Victorem Juniorem lepiej niż ty.
– Myślę, że nikt nie poradzi sobie z Victorem Juniorem – stwierdziła.
– On żyje w swoim własnym świecie, gdzie nie ma zahamowań ani sumienia.
Ale  wierzę,  że  nie  zrobi  mi  krzywdy,  przynajmniej  do  czasu,  kiedy  nabierze  pewności,  że 

chcę mu zaszkodzić.

Jestem pewna, że tobie ufa bardziej niż mnie.
Dlatego ty porozumiesz się z nim lepiej niż ja.
On chyba szuka twojej aprobaty.
Chce, żebyś był dumny.
Pod tym względem jest chyba jak każde inne dziecko.
– Ale co ja mam zrobić? – zapytał Victor, chodząc tam i z powrotem.
– Nie jestem pewien, czy pomoże tu policja.
Najlepiej byłoby skontaktować się z agencją do spraw walki z narkotykami.
Wydaje mi się, że jego najsłabszym punktem są właśnie narkotyki.
Marsha tylko kiwnęła głową.
W jej oczach pojawiły się łzy.
Nie mogła uwierzyć, że do tego doszło.

background image

Wciąż trudno jej było myśleć o Victorze Juniorze inaczej niż o swoim synku.
Nie było jednak wyjścia: manipulacje genetyczne, jakie na nim przeprowadzano, sprawiły, że 

stał się potworem.

Nie da się go okiełznać.
– Czy moglibyśmy go umieścić w szpitalu psychiatrycznym? – zapytał Victor.
– To będzie trudne bez objawów zachowania psychotycznego, których nie zademonstrował, 

ani bez oskarżenia o zabójstwo na tle zaburzeń psychicznych.

Wątpię jednak, by udało się nam go oskarżyć.
Jestem  pewna, że  zadbał  o to,  by  nie  zostawić  żadnych  śladów,  zwłaszcza  przy  tak 

wyrafinowanym zabójstwie.

On ma zaburzenia osobowości, ale nie jest wariatem.
Musisz wymyślić coś lepszego.
Bardzo bym chciała jednak wiedzieć co.
– Coś wymyślę – zapewnił ją.
Wygładził płaszcz i przejechał palcami po włosach, usiłując je przyczesać.
Zaczerpnął głęboko powietrza i spróbował otworzyć drzwi.
Były zamknięte.
Cztery razy uderzył pięścią.
Po pewnym czasie usłyszeli szczęk klucza i drzwi otworzyły się.
W progu stanął Victor Junior, za nim kilku Latynosów.
– Jestem gotów z tobą rozmawiać – powiedział Victor.
Victor Junior przeniósł wzrok z niego na Marshę.
Odwróciła spojrzenie, by uniknąć jego zimnych oczu.
– Sam na sam – dorzucił Victor.
Victor Junior skinął głową i usunął się, puszczając ojca przodem.
Gdy  Victor  wszedł  do  dużego  laboratorium,  usłyszał,  że  Victor  Junior  zamyka  matkę  na 

klucz.

Było jasne, że on i Marsha są więźniami przetrzymywanymi przez własnego syna.
– Ona jest naprawdę zdenerwowana – rzekł Victor.
– Chodzi o zabójstwo Davida.
To było niewybaczalne.
– Nie miałem wyjścia – odparł Victor Junior.
– Matce trudno się z czymś takim pogodzić – mówił dalej Victor.
Chłopcu nie drgnęła nawet powieka.
– Wiedziałem, że nie powinniśmy jej mówić o laboratorium – powiedział.
– Ona nie ma takiego szacunku dla nauki jak my.

background image

– Pod tym względem masz rację – zgodził się Victor.
– Była przerażona, widząc te sztuczne macice.
Ja sam byłem zdumiony.
Rozumiem, jakie to osiągnięcie z naukowego punktu widzenia.
Na społeczności naukowej wywrze to niebotyczne wrażenie.
A jego potencjał komercyjny jest olbrzymi.
– Liczę na zyski, żeby móc zrezygnować z kokainy – rzekł Victor Junior.
– To dobry pomysł.
Babranie się w narkotykach to poważne zagrożenie dla twojej pracy.
– Wziąłem to pod uwagę już jakiś czas temu – powiedział Victor Junior.
– Na wypadek jakichś kłopotów mam kilka awaryjnych planów.
– Tego jestem pewien.
Victor Junior przyjrzał się ojcu uważnie.
– Lepiej powiedz mi, co zamierzasz zrobić z moim laboratorium i z moją pracą.
– Przede wszystkim zamierzam uporać się z Marshą – odparł Victor.
– Ale myślę, że dojdzie do siebie, gdy już minie pierwszy szok.
– Jak chcesz się z nią uporać?
– Przekonam ją o znaczeniu twojej pracy i odkryć – wyjaśnił Victor.
– Poczuje  się  zupełnie  inaczej,  gdy  zrozumie,  że  jesteś  największym  odkrywcą  w historii 

biologii, a masz przecież tylko dziesięć lat.

Victor Junior zdawał się pęcznieć z dumy.
Marsha miała rację: jak wszystkie dzieci, czekał na pochwałę ojca.
Gdyby tylko naprawdę był jak wszystkie dzieci, pomyślał Victor tęsknie.
Ale nigdy nie będzie, i to przeze mnie.
Mówił  więc  dalej:  – Chciałbym  jak  najszybciej  zobaczyć  spis  białkowych  czynników 

wzrostu, zastosowanych w sztucznej macicy.

– Jest ich ponad pięćset – powiedział Victor Junior.
– Mogę dać ci wydruk, ale oczywiście nie do publikacji.
– Rozumiem – odparł Victor.
Spojrzał na syna i uśmiechnął się.
– No cóż, muszę wracać do pracy, a na nią czekają pacjenci.
Chyba więc już pójdziemy.
Zobaczymy się w domu.
Victor Junior potrząsnął głową.
– Myślę, że jest za wcześnie, żebyście wyszli.
Myślę, że lepiej będzie, jeśli zostaniecie tu jeszcze kilka dni.

background image

Mam podłączony telefon, możecie załatwiać swoje sprawy telefonicznie.
Mama musi wyznaczyć pacjentom inne terminy.
Będzie wam tu całkiem wygodnie.
Usłyszawszy tę propozycję, Victor zaśmiał się w głos.
– Oczywiście żartujesz.
Nie możemy tu zostać.
Marsha  może  przepisać  pacjentów  na  inny  termin,  ale  Chimera  nie  może  czekać,  mamy 

mnóstwo pracy.

A poza tym wszyscy wiedzą, że gdzieś tu jestem.
Wcześniej czy później zaczną mnie szukać.
Victor Junior zastanawiał się.
– Dobrze – powiedział w końcu.
– Ty możesz iść.
Ale mama musi zostać.
Victorowi zaimponowało, że Marsha wszystko tak dokładnie potrafiła przewidzieć.
– Nie  zostawię  jej  samej  nawet  na  minutę  – rzekł,  wciąż  usiłując  wydostać  stąd  siebie 

i Marshę.

– Jedno albo drugie – oświadczył Victor Junior.
– Nie ma dyskusji.
– No cóż, skoro się upierasz, niech będzie – odparł Victor.
– Tylko jej powiem.
Zaraz wracam.
Victor wrócił do kwatery Victora Juniora.
Podszedł strażnik i otworzył drzwi.
Victor zbliżył się do Marshy i szepnął: – Zgodził się wypuścić jedno z nas.
Czy jesteś pewna, że nie chcesz iść?
Marsha przecząco potrząsnęła głową.
– Proszę, skontaktuj się z Jean i powiedz, że nie będzie mnie do odwołania.
Nagłe przypadki niech kieruje do doktor Maddox.
Skinął głową.
Ucałował ją w policzek, wdzięczny, że nie zmieniła zdania.
Potem odwrócił się i wyszedł.
W laboratorium głównym Victor Junior wydawał polecenia dwóm strażnikom.
– To jest Jorge – rzekł, przedstawiając Victorowi uśmiechniętego Latynosa.
Tego samego, który wcześniej rzucił się na Victora z nożem.
Najwyraźniej jednak nie żywił wobec Victora złych uczuć, bo z uśmiechem wyciągnął rękę.

background image

– Jorge zaproponował, że będzie ci towarzyszyć – dodał Victor Junior.
– Nie potrzebuję niańki – odparł Victor, tłumiąc gniew.
Z ponurym uśmiechem Victor Junior powiedział: – Chyba nic nie zrozumiałeś.
Nie ty o tym decydujesz.
Jorge ma ci towarzyszyć po to, żeby cię nie korciło pogadać z kimś, kto mógłby ściągnąć mi 

na głowę kłopoty.

Będzie ci również przypominał, że Marsha została tu z jednym z jego przyjaciół.
– Nie dokończył, co jej grozi.
– Ale ja nie potrzebuję strażnika.
A jak miałbym wyjaśnić jego obecność?
Doprawdy, Victorze Juniorze, tego się po tobie nie spodziewałem.
– Jestem  głęboko  przekonany  o tym,  że  znajdziesz  jakieś  wytłumaczenie  – odparł  Victor 

Junior.

– Dzięki Jorge wszyscy będziemy spali trochę spokojniej.
Muszę  cię  jednak  ostrzec:  kłopoty  z policją  czy  innymi  władzami  tylko  przeszkodzą 

i opóźnią cały program, ale go nie zniweczą.

Ojcze, nie spraw mi zawodu.
Razem możemy zrewolucjonizować cały przemysł biotechnologiczny.
Victor z trudem przełknął ślinę.
Poczuł, że w ustach ma zupełnie sucho.

background image

Rozdział 15.

Poniedziałek, po południu.

Gdy Victor opuszczał wieżę zegarową, na dworze było pochmurno i wietrznie.
Kilka  kroków  za  nim  szedł  Jorge,  który  wcześniej  zademonstrował  Victorowi  nóż  ukryty 

w cholewie prawego buta.

Gest ten odniósł pewien pozytywny skutek: Victor uświadomił sobie, że jest w towarzystwie 

człowieka nawykłego do zabijania.

Obiecał Marshy, że coś wymyśli, ale nie miał pojęcia, od czego zacząć.
Do biura dotarł w stanie oszołomienia i rozgorączkowania.
Niepewnym krokiem przeszedł przez pokój sekretarek; Jorge szedł tuż za nim.
– Panie doktorze! – zawołała Colleen na widok Victora mijającego jej biurko.
Zerwała się z krzesła i pochwyciła stos notatek.
Z ręką na klamce drzwi swego gabinetu, Victor zwrócił się do Latynosa: – Poczeka pan tutaj.
Jorge puścił jego słowa mimo uszu i wszedł do środka.
Colleen  patrzyła  na  tę  scenę  przerażona,  zwłaszcza  że  Latynos  ubrany  był  w mundur 

strażnika Chimery.

– Czy mam wezwać ochronę? – spytała szeptem.
Odparł, że to nie będzie konieczne.
Wzruszyła ramionami i przystąpiła do rzeczy.
– Mam tu mnóstwo spraw – powiedziała.
– Usiłowałam się do pana dodzwonić.
Trzeba...
Położył  dłoń  na  jej  ramieniu  i łagodnie  wepchnął  ją  z powrotem  do  sekretariatu,  chcąc 

zamknąć drzwi.

– Później – powiedział.
– Ale... – zaczęła Colleen i urwała, bo drzwi zamknęły się tuż przed jej nosem.
Na wszelki wypadek Victor przekręcił klucz w zamku.
Jorge usadowił się już wygodnie na kanapie w głębi gabinetu.
Zajął się obcinaniem paznokci.
Victor usiadł przy biurku.
W tej samej chwili zadzwonił telefon, lecz nie podniósł słuchawki.
Wiedział, że to Colleen.
Spojrzał na  Jorge,  który  pomachał mu  gilotynką  do obcinania paznokci i wyszczerzył zęby 

w uśmiechu.

Victor schował twarz w dłoniach.

background image

Musiał ustalić jakiś plan, a Jorge niepotrzebnie go rozpraszał.
Z  człowieka  tego  emanowała  buńczuczna,  wyniosła  pewność  siebie,  jak  gdyby  mówił: 

„Jestem zabójcą, siedzę w twoim biurze i nic mi nie możesz zrobić”.

Trudno było skoncentrować się pod bacznym spojrzeniem Latynosa.
– Nie wygląda pan na zapracowanego – odezwał się nagle Jorge.
– Victor Junior powiedział, że musi pan wyjść, bo ma pan mnóstwo spraw.
Może  lepiej  by  się  pan  czymś  zajął,  bo  inaczej  będę  musiał  zadzwonić  do  Victora  Juniora 

i powiedzieć, że pan tylko siedzi i trzyma się za głowę.

– Po prostu zbieram myśli – odparł Victor.
Pochylił się nad biurkiem i nacisnął guzik interkomu.
Usłyszawszy głos Colleen, powiedział: – Proszę wziąć notatki i zabierzmy się do pracy.
Pierwszą  godzinę  Marsha  spędziła  na  przeglądaniu  kilku  z setek  czasopism  leżących 

w bibliotece.

Lektura  ta  jednak  przerastała  ją:  były  tam  wysoce  specjalistyczne  artykuły  dotyczące 

najnowszych badań w dziedzinie biologii, fizyki i chemii.

Wstała, obeszła pokój dookoła i nawet spróbowała otworzyć drzwi, ale, co jej nie zdziwiło, 

były zamknięte.

Znowu usiadła przy stole, zastanawiając się, co zrobi Victor.
Będzie musiał wykazać dużo pomysłowości.
Victor Junior jest wyjątkowym przeciwnikiem.
Będzie również musiał zdobyć się na ogromną odwagę moralną, a sądząc po jego badaniach 

nad NGF, nie wykluczała, że coś takiego jest mu obce.

W tej właśnie chwili szczęknęła zasuwa i wszedł Victor Junior.
– Pomyślałem sobie, że pewnie ucieszyłoby cię towarzystwo – oświadczył radośnie.
– Chciałbym ci kogoś przedstawić.
– Usunął się na bok, a do środka weszła Mary Millman.
Uśmiechała się i wyciągała do Marshy dłoń.
Marsha wstała, nie wiedząc, co powiedzieć.
– Dzień dobry, pani doktor! – powiedziała Mary, z entuzjazmem uścisnąwszy dłoń Marshy.
– Bardzo chciałam się z panią spotkać.
Myślałam, że będę musiała poczekać jeszcze rok.
Jak się pani miewa?
– Chyba dobrze – odparła Marsha.
– Myślę, że panie chcą porozmawiać – rzekł Victor Junior.
– Zostawiam drzwi otwarte; gdybyście chciały coś do jedzenia albo do picia, zawołajcie po 

prostu któregoś z ludzi Martineza.

background image

– Dziękuję – odezwała się Mary.
– Czyż on nie jest wspaniały?
– Z tym pytaniem zwróciła się do Marshy, gdy Victora Juniora już nie było.
– Jest wyjątkowy – powiedziała Marsha.
– Skąd się pani tu wzięła?
– To niespodzianka, prawda? – rzekła Mary.
– No cóż, mnie w swoim czasie też to zdziwiło.
Zaraz wszystko pani opowiem.
– Co jeszcze? – zapytał Victor.
Colleen zajmowała miejsce tam gdzie zwykle, po przeciwnej stronie biurka.
Jorge wciąż siedział rozwalony wygodnie na kanapie.
Colleen przejrzała notatki.
– To tymczasem wszystko.
Czy coś mam zrobić?
– Jej wzrok wymownie powędrował w stronę Jorge.
– Nie – odparł Victor, podając jej ostatni z dokumentów, które podpisywał.
– Jadę do domu.
Gdyby były jakieś problemy, proszę dzwonić.
Colleen rzuciła krótkie spojrzenie na zegarek, po czym przeniosła wzrok na Victora.
– Wszystko w porządku? – spytała.
Zachowywał  się  dziwnie  od  chwili,  gdy  powrócił  do  biura  w towarzystwie  strażnika 

Chimery.

– Wszystko jest klawo – odparł, chowając pióro do górnej szuflady.
Colleen znała swojego szefa od siedmiu lat.
Nigdy nie używał takich słów.
Wstała, obrzuciła Jorge wrogim spojrzeniem i wyszła z gabinetu.
– Pora iść – zwrócił się Victor do strażnika.
Jorge wstał.
– Wracamy do laboratorium? – zapytał ze swym silnym akcentem Latynosa.
– Ja jadę do domu – powiedział Victor, sięgając po płaszcz.
– A co pan zrobi, tego nie wiem.
– Jadę z panem, przyjacielu.
Victor był ciekaw, czy będą mieli jakieś problemy przy wyjeździe.
Strażnik przy bramie zasalutował jednak jak zwykle.
To, że szefowi towarzyszył strażnik Chimery, nie wywołało żadnych komentarzy.
Gdy przejeżdżali przez most, Jorge włączył radio.

background image

Pokręcił gałką i odszukał hiszpańską stację.
Potem podkręcił głośność niemal do maksimum i palcami wybijał rytm.
Victor nie miał wątpliwości, że jego pierwszą przeszkodą będzie Jorge.
Gdy wjechał na podjazd i okrążał dom, zastanawiał się, co ma z nim począć.
W  stodole  była  piwnica  na  warzywa  wyposażona  w mocne  drzwi,  które  – jak  mu  się 

wydawało – dałoby się zablokować.

Problem polegał na tym, jak tego faceta tam ściągnąć.
Gdy wysiedli z samochodu, Victor opuścił drzwi garażu.
Przemknęło  mu  przez  myśl,  czy  by  nie  rzucić  się  znienacka  na  Jorge  i nie  walnąć  go 

w głowę, tak jak postąpiono z nim, gdy przypadkowo odkrył laboratorium Victora Juniora.

Otworzył drzwi do salonu i wszedł pierwszy do środka, bo Jorge nie chciał iść przodem.
Victor zdjął płaszcz i położył go na kanapie.
Był realistą i uznał, że nie może uderzyć goryla.
Wiedział, że zrobi to albo za lekko, albo za mocno i w obu wypadkach skutki będą fatalne.
Musi wymyślić coś innego.
Tylko co?
Bił się z myślami do chwili, gdy znalazł się w łazience na parterze.
Tam, w szafce na  lekarstwa,  spostrzegł buteleczkę  z aspiryną, co  przypomniało  mu o starej 

torbie lekarskiej, którą dostał na czwartym roku studiów.

Służyła mu ona przez wiele kolejnych lat praktyki i o ile pamiętał, wciąż było w niej sporo 

podstawowych leków.

Wyszedł z łazienki.
Jorge siedział przed telewizorem w salonie i bezmyślnie przeskakiwał z kanału na kanał.
Victor ruszył na górę.
Jorge, niestety, poszedł za nim.
Na szczęście w gabinecie na górze udało mu się znów skłonić Latynosa do zainteresowania 

się telewizorem.

Victor wszedł do garderoby i odnalazł czarną torbę.
Wyjął z niej pełną garść sekonalu, valium i dalmanu.
Schował torbę, a tabletki i kapsułki włożył do kieszeni.
Gdy wrócił do gabinetu, Jorge oglądał hiszpański program telewizji kablowej.
– Po pracy często robię sobie drinka – powiedział Victor.
– Czy mogę panu coś zaproponować?
– A co pan ma? – spytał Jorge, nie odrywając wzroku od ekranu.
– Prawie wszystko – odparł Victor.
– Może zrobić panu margaritę?

background image

– Co to jest margarita? – zapytał Jorge.
Pytanie  to  zaskoczyło  Victora;  wydawało  mu  się,  że  margarita  to  popularny  napój 

południowoamerykański.

Może zresztą była to specjalność bardziej meksykańska niż południowoamerykańska.
Victor wyjaśnił gorylowi, z czego składa się koktajl.
– Napiję się tego co pan – odrzekł Jorge.
Victor zszedł do kuchni.
Jorge ruszył za nim, po czym zasiadł przed telewizorem w salonie.
Victor przygotował wszystkie składniki, łącznie z solą.
Zamieszał  koktajl  w małym  szklanym dzbanku  i upewniwszy  się,  że  Jorge  nie  patrzy, 

otworzył kapsułki i wsypał ich zawartość do mieszanki.

Dorzucił tabletkę valium.
Porządnie wymieszał zawartość dzbanka, lecz mimo to na dnie pozostał lekki osad.
Sięgnął więc po mikser.
Potem obejrzał zawartość dzbanka pod światło.
Wyglądało dobrze.
Uznał,  że  mieszanka  jest  na  tyle  piorunująca,  że  na  kimś,  kto  ją  spożyje,  da  się 

przeprowadzić operację brzucha, a pacjent ani drgnie.

Pociągnął mały łyk.
Koktajl miał gorzki posmak, ale ponieważ Jorge nigdy nie pił margarity, nie poczuje różnicy.
Brzegi szklanek okleił solą.
Do swojej szklanki nalał czystego soku cytrynowego.
Gdy  wszystko  było  już  gotowe,  postawił  dwie  szklanki  z drinkami  i dzbanek  na  stoliku 

w salonie.

Jorge ujął szklankę, nie odrywając wzroku od telewizora.
Victor usiadł w głębi salonu i również patrzył na ekran.
Nadawano jakąś kiczowatą operę mydlaną.
Nie znał hiszpańskiego, ale bez trudu pojął, o co chodzi.
Kątem oka obserwował Jorge, pochłaniającego swój trunek.
Potem zbir sięgnął po dzbanek i dolał sobie koktajlu.
Victor ucieszył się, że mu smakuje.
Pierwsze objawy pojawiły się dość szybko: Jorge zaczął mrugać oczami.
Nie mógł skoncentrować wzroku na ekranie.
Wreszcie popatrzył na Victora, lecz spojrzenie miał rozmyte.
Alkohol całkiem skutecznie rozprowadził po jego krwiobiegu środki nasenne.
Zaledwie napoczął drugą szklankę, a już zamykały mu się oczy.

background image

Nagle spróbował wstać.
Chyba pojął, co mu się przydarzyło, bo cisnął szklanką przez pokój.
Victor odstawił swoją szklankę i chwycił Jorge, gdy ten łapał za telefon.
Jorge  próbował  nawet  sięgnąć  po  nóż,  lecz  jego  ruchy  były  już  zbyt  powolne 

i nieskoordynowane.

Victor z łatwością go rozbroił.
Minutę później Latynos leżał bez czucia.
Victor ułożył jego bezwładne ciało na kanapie.
Poszedł  na  górę,  wziął  trochę  valium  o działaniu  pozajelitowym  i dla  pewności  zrobił 

Latynosowi zastrzyk domięśniowy.

Potem przetargał jego ciało przez podwórko i całą długość stodoły.
W  końcu  wniósł  go  do  piwnicy  na  warzywa  i przykrył  starymi  kocami  i szmatami,  by  nie 

dopuścić do obniżenia ciepłoty ciała.

Zamknął drzwi starą kłódką.
Wracał  do  domu  zadowolony,  że  czegoś  dokonał,  i cieszył  się,  że  ma  czas,  by  obmyślić 

następny krok.

Tymczasem, gdy stanął w progu, zadzwonił telefon.
Przeraziła go myśl, że być może ktoś dzwoni do Jorge lub może Jorge ma się co jakiś czas 

meldować.

Nie odebrał telefonu, włożył natomiast płaszcz i poszedł do samochodu.
Skoro nic nie wymyślił, postanowił udać się na policję.
Posterunek znajdował się na skraju błonia.
Był  to  piętrowy  budynek  z cegły,  przed  wejściem  stały  dwie  ozdobne  latarnie  zwieńczone 

szklanymi, niebieskimi kulami.

Victor zaparkował samochód na ogólnodostępnym parkingu.
Gdy wychodził z domu, był zadowolony, że wreszcie podjął decyzję.
Nie mógł się doczekać chwili, aż zwali cały ten kram na czyjeś barki.
Jednak kiedy był już na schodkach między latarniami, ogarnęły go wątpliwości.
Zawahał się tuż przed drzwiami.
Najbardziej martwił się o Marshę, ale na niej nie kończyły się problemy.
Victor Junior miał pewnie rację, twierdząc, że policja niewiele tu zdziała i on sam zostanie 

zapewne na wolności.

Stróże  prawa  nie  radzili  sobie  nawet  ze  zwykłymi  punkami,  jakżeż  więc  mieliby  sobie 

poradzić z dziesięciolatkiem o inteligencji dwóch Einsteinów?

Bił się z myślami, nie mogąc podjąć decyzji, czy wejść do środka, czy nie, gdy nagle drzwi 

otworzyły się i zderzył się z sierżantem Cerullo.

background image

Cerullo  manipulował  przy  kapeluszu,  który  przekrzywił  mu  się  na  głowie,  po  czym 

przeprosił Victora, jeszcze zanim go rozpoznał.

– Doktor Frank! – zawołał i jeszcze raz przeprosił.
– Co pana sprowadza do miasta?
Victor starał się wymyślić coś, co zabrzmiałoby sensownie, lecz w głowie miał pustkę.
Zbyt był przejęty wydarzeniami ostatnich godzin.
– Mam pewien problem.
Czy mógłbym z panem porozmawiać?
– Ojej, przepraszam pana – odparł Cerullo – ale właśnie mam przerwę na kolację.
Kiedy jest wolna chwila, trzeba korzystać.
Ale jest Murphy.
On panu pomoże.
Gdy wrócę z kolacji, sprawdzę, czy załatwili pana jak trzeba.
Powodzenia.
Cerullo klepnął Victora po przyjacielsku, po czym otworzył przed nim drzwi na oścież.
Chcąc nie chcąc, Victor znalazł się w komisariacie.
– Hej, Murphy! – zawołał Cerullo, przytrzymując nogą drzwi.
– Przyszedł doktor Frank.
To mój znajomy.
Potraktuj go dobrze, jasne?
Murphy był muskularnym irlandzkim gliną o czerwonej i piegowatej twarzy, jego ojciec był 

gliniarzem i podobnie ojciec ojca.

Przymrużył oczy i przez grube dwuogniskowe szkła popatrzył na Victora.
– Zaraz się panem zajmę – powiedział.
– Proszę usiąść.
– Ołówkiem  wskazał  na  poplamioną  i porysowaną  dębową  ławkę,  po  czym  powrócił  do 

formularza, który mozolnie wypełniał.

Victor usiadł na wskazanym miejscu i począł myśleć o rozmowie, którą za chwilę miał odbyć 

z policjantem Murphym.

Wyobraził  sobie,  jak  mu  opowiada,  że  ma  syna,  który  jest  absolutnym  geniuszem, 

hodującym w szklanych pojemnikach rasę niedorozwiniętych robotników; który zabił kilka osób, 
by zachować w tajemnicy istnienie laboratorium, które z kolei wyposażył dzięki szantażowaniu 
oszustów w firmie swojego ojca.

Już sama próba ubrania tej sytuacji w słowa przekonała Victora, że nikt mu nie uwierzy.
A nawet jeśli ktoś uwierzy, to co?
Nie ma sposobu, by udowodnić chłopcu choć jedno zabójstwo.

background image

Wszystko było zbiegiem okoliczności.
Jeśli  chodzi  o wyposażenie  laboratorium,  nie  zostało  ono  ukradzione,  a przynajmniej  nie 

ukradł go Victor Junior.

A  jeśli  chodzi o kokainę,  biedne  dziecko  zostało  zmuszone  do  jej  produkcji przez  jakiegoś 

barona narkotyków z innego kraju.

Victor zagryzł usta.
Murphy  wciąż  walczył  z formularzem,  trzymając  ołówek  w pulchnej  łapie  i wysuwając 

język.

Nie podnosił głowy, więc Victor dalej snuł swe rozważania.
Widział,  jak  Victor  Junior  zostaje  przepuszczony  przez  całą  machinę  prawa,  po  czym 

wychodzi tylnymi drzwiami.

I dalej będzie w stanie zrobić praktycznie wszystko, co zechce, w swym ultranowoczesnym 

laboratorium.

A Victor Junior wykazał już, że usunie każdego, kto ośmieli się stanąć mu na drodze.
Victor zadał sobie pytanie, jak długo on i Marsha będą w stanie to wszystko wytrzymać.
W  stanie  głębokiej  depresji  i bliski  płaczu  Victor  musiał  przyznać,  że  jego  eksperyment 

okazał się aż nadto udany.

Jak powiedziała Marsha, nie zastanawiał się nad konsekwencjami tego sukcesu.
Był zbyt podniecony tym, co robił, by myśleć o skutkach.
Tymczasem  przedobrzył,  a konstytucyjne  ograniczenia  narzucone  organom  ścigania 

sprawiały,  że  system  społeczny  nie  był  w stanie  poradzić  sobie  z takim  oryginałem  jak  Victor 
Junior.

Był on jakby przybyszem z innej planety.
– No  dobra  – powiedział  Murphy,  wrzucając  formularz  do  drucianego  koszyka  stojącego 

w rogu biurka.

– Czym możemy panu służyć, doktorze?
– Naciągał kostki palców nadwerężone trzymaniem ołówka.
Bez wielkiego przekonania Victor wstał i podszedł do biurka.
Murphy utkwił w nim swe niebieskie oczy.
Kołnierzyk jego koszuli był chyba za ciasny, bo przelewały się nad nim fałdy skóry.
– No, co tam mamy, doktorku? – zapytał Murphy, odchylając się na krześle.
Miał duże, ciężkie ręce i wyglądał na gliniarza, który wiedziałby, co robić, gdyby natknął się 

na szczeniaków kradnących kołpaki z kół czy wyrywających radio z deski rozdzielczej.

– Mam problem z synem – zaczął Victor.
– Dowiedzieliśmy się, że wagaruje i...
– Przepraszam,  doktorze  – powiedział  Murphy  – ale  czy  nie  lepiej  się  zwrócić  do  kogoś 

background image

z opieki społecznej czy jak tam?

– Obawiam się, że opieka społeczna nie da sobie z tym rady – odparł Victor.
– Mój syn postanowił nawiązać kontakty ze środowiskiem przestępczym i...
– Przepraszam, że znowu przerywam – rzekł Murphy.
– Może powinienem był zaproponować psychologa.
Ile lat ma pański syn?
– Dziesięć – odparł Victor.
– Ale on jest...
– Muszę panu powiedzieć, że nigdy nikt się na niego nie skarżył.
Jak ma na imię?
– Victor Junior – powiedział Victor.
– Wiem, że...
– Zanim powie  mi pan  coś więcej – przerwał  znowu  Murphy – ja  muszę panu wyznać, że 

mamy mnóstwo problemów z nieletnimi.

Próbuję panu pomóc.
Gdyby pana syn zrobił coś naprawdę złego, na przykład obnażał się w parku lub włamał do 

domu jakiejś wdowy, wtedy moglibyśmy interweniować.

Ale jak nie, to uważam,  że psycholog i może coś w rodzaju staromodnej dyscypliny będzie 

najlepsze.

Czy mówię jasno?
– Tak – skinął głową Victor.
– Myślę, że ma pan całkowicie rację.
Dziękuję za rozmowę.
– Ależ proszę bardzo – odparł Murphy.
– Jestem z panem szczery, bo jest pan znajomym Cerulla.
– Doceniam to – rzekł Victor, postępując kilka kroków do tyłu.
Potem odwrócił się i pognał do samochodu.
Gdy zatrzasnął drzwiczki, poczuł ogromną panikę.
Nagle uzmysłowił sobie, że sam musi stawić czoło Victorowi Juniorowi.
Ojciec przeciwko synowi, twórca przeciwko swemu dziełu.
Gdy  już  pojął  to  wszystko,  zrobiło  mu  się  niedobrze  i poczuł,  że  zawartość  żołądka 

podchodzi mu do gardła.

Otworzył drzwi samochodu, lecz mdłości przeszły.
Zatrzasnął więc drzwi i oparł czoło o kierownicę.
Był zlany potem.
W dzieciństwie czytywał Stary Testament i teraz przypomniał mu się los Abrahama.

background image

Wiedział jednak, że w grę wchodzą olbrzymie różnice.
W jego przypadku Bóg nie ma zamiaru interweniować; wiedział też, że nie potrafi zabić syna 

własnymi rękami.

Stawało się jednak coraz bardziej oczywiste, że albo ojciec, albo syn.
No i oczywiście był jeszcze problem Marshy.
Jak ma ją wydostać z laboratorium?
Znowu poczuł przypływ strachu.
Wiedział, że musi działać szybko, zanim inteligencja Victora Juniora weźmie górę.
Poza  tym  był  świadom,  że  jeśli  nie  podejmie  błyskawicznie  decyzji,  straci  odwagę 

i zaangażowanie.

Włączył silnik i jechał do domu niemal  podświadomie, bo  gorączkowo zastanawiał się nad 

planem działania.

Gdy dojechał, najpierw sprawdził, co z Jorge.
Spał smacznie, jak dziecko, pod stosem koców i szmat.
Victor napełnił wodą pustą butelkę po winie i postawił ją przy jego głowie.
Gdy wszedł do domu, znowu przestraszył go dzwonek telefonu.
Patrzył na aparat i myślał.
A jeśli to Marsha?
Przy czwartym dzwonku poderwał słuchawkę.
Bojaźliwie powiedział „halo”; strach był uzasadniony.
Po drugiej stronie usłyszał głos z silnym akcentem hiszpańskim.
Głos pytał o Jorge.
Victor nagle poczuł w głowie pustkę.
Głos powtórzył swoje żądanie, teraz już bardzo stanowczo.
– Jest w klozecie – wykrztusił Victor.
Nie znając hiszpańskiego, domyślił się, że tamten go nie rozumie.
– Toaleta! – krzyknął.
– Jest w toalecie.
– Aha – odparł rozmówca.
Victor odłożył słuchawkę.
Znów poczuł, jak drętwieje ze strachu, niczym porażony prądem.
Wiedział, że ma coraz mniej czasu.
Jeśli  Jorge  będzie  w toalecie  zbyt  długo,  w jego  domu  złoży  wizytę  podobny  oddział,  jaki 

odwiedził Gephardta.

Kilkakrotnie uderzył pięścią w blat.
Liczył na  to, że  gwałtowność tego odruchu zmusi  go do zebrania się w garść i że wreszcie 

background image

będzie mógł myśleć.

Musi mieć jakiś plan.
Najpierw w wyobraźni mignął mu pożar.
Wszak wieża zegarowa jest stara i drewno wysuszone.
Chciał wymyślić coś w rodzaju kataklizmu, dzięki któremu za jednym zamachem pozbyłby 

się całego bałaganu.

Problem z pożarem polegał jednak na tym, że można go ugasić.
Załatwić połowę problemu to znacznie gorzej, niż nie zdziałać nic, bo w razie porażki miałby 

do czynienia z gniewem Victora Juniora, popartym przez muskuły Martineza.

Po namyśle zdecydował, że chyba lepiej byłoby wysadzić wieżę w powietrze.
Ale jak to załatwić?
Był  pewien,  że  potrafi  sklecić  małe  urządzenie  wybuchowe,  ale  przecież  nie  takie,  żeby 

rozwalić cały budynek.

Coś wymyśli, ale najpierw trzeba uratować Marshę.
W drodze do gabinetu wyjął fotokopie, które zrobił, szukając wejścia do podziemi wieży.
Może wykradnie się z Marshą którymś tunelem.
Lecz wystarczył jeden  rzut oka na plany, by przekonać się, że żaden korytarz nie łączy się 

z wieżą w pobliżu części mieszkalnej, gdzie Victor Junior uwięził Marshę.

Złożył projekt i schował go do kieszeni.
Znów zadzwonił telefon, co jeszcze gorzej wpłynęło na jego już i tak roztrzęsione nerwy.
Tym razem nie podniósł słuchawki.
Wiedział, że musi uciekać.
Victor Junior lub banda Martineza na pewno nabiorą jakichś podejrzeń, jeśli Jorge będzie za 

długo nieosiągalny.

Mogą się tu pokazać w każdej chwili, by osobiście wszystko sprawdzić.
Gdy wyprowadzał samochód z garażu, na dworze było już ciemno.
Włączył światła i ruszył do Chimery, modląc się w duchu, by przyszedł mu do głowy jakiś 

pomysł uratowania Marshy i świata przed tą puszką Pandory, jaką sam stworzył.

Nagle z całej siły nacisnął na hamulec i z piskiem opon zatrzymał samochód na poboczu.
Jak gdyby za dotknięciem różdżki w jego umyśle począł rodzić się plan działania.
Jeden po drugim zaczęły konkretyzować się szczegóły.
„To chyba to”, powiedział przez zaciśnięte zęby.
Zdjął nogę z hamulca, dodał gazu i samochód skoczył do przodu.
Z trudem panował nad sobą, pokonując niedorzeczną procedurę kontroli, obowiązującą przy 

wjeździe do Chimery.

Gdy  już  przebrnął  przez  straże,  podjechał  wprost  do  budynku  swego  laboratorium 

background image

i zaparkował tuż przed wejściem.

Ponieważ pora była późna, gmach był pusty i zamknięty.
Niezdarnie szarpał się z kluczami, aż wreszcie otworzył drzwi.
Gdy dotarł do laboratorium, zmusił się do chwili odpoczynku.
Usiadł na krześle, zamknął oczy i usiłował rozluźnić wszystkie mięśnie.
Stopniowo uspokajało się jego skołatane serce.
Wiedział, że jeśli chce zrealizować pierwszą część planu, musi mieć chłodny umysł.
I pewną rękę.
W laboratorium było wszystko, czego potrzebował.
Miał tam mnóstwo gliceryny, jak również kwasu siarkowego i azotowego.
Było tu także zamknięte naczynie z otworami chłodzącymi.
Po  raz  pierwszy  w życiu  przydały  mu  się  w praktyce  godziny  spędzone  w laboratorium 

chemicznym w collegeu.

Bez trudu zestawił urządzenie do nitryfikacji gliceryny.
Czekając na zakończenie tego procesu, przygotowywał zbiornik neutralizacyjny.
Najbardziej  niebezpieczny  etap  tej  operacji  został  przeprowadzony  z pomocą  suszarki 

elektrycznej, którą umieścił pod wyciągiem wentylacyjnym.

Zanim  proces  suszenia  dobiegł  końca,  odszukał  zegar  laboratoryjny,  zestaw  baterii 

i umocował spiralę zapłonową.

Najtrudniejszy był następny krok.
W laboratorium miał tylko odrobinę piorunianu rtęci.
Ostrożnie  i delikatnie  umieścił  tę  substancję  w małym  plastykowym  pojemniku,  po  czym 

uważnie włożył spiralę i docisnął nakrętkę.

Teraz  nitrogliceryna  była  już  na  tyle  wysuszona,  by  można  było  ją  umieścić  w puszce  po 

cocacoli, którą znalazł w koszu na śmieci.

Gdy  puszka  została  w jednej  czwartej  wypełniona,  delikatnie  opuścił  w dół  pojemnik  ze 

spiralą.

Potem dodał resztę nitrogliceryny i zalał puszkę woskiem parafinowym.
Wszedł  do  swego  małego  gabinetu  przy  laboratorium  i rozpoczął  poszukiwania 

odpowiedniego pojemnika.

W pokoju jednego z techników spostrzegł walizeczkę z PCW.
Otworzył zamki i bezceremonialnie wysypał zawartość walizeczki na biurko jej właściciela, 

po czym wrócił do gabinetu.

Rozłożył pustą walizkę na biurku i wyłożył ją papierowymi ręcznikami.
Na tym miękkim podłożu ostrożnie umieścił puszkę po coli, zestaw baterii i zegar.
Potem napchał tyle papierowych ręczników, by wystawały ponad powierzchnię walizki.

background image

Delikatnym, lecz zdecydowanym ruchem docisnął pokrywę.
W laboratorium głównym odnalazł latarkę.
Z kieszeni wyjął plany sieci podziemnych przejść.
Przestudiował je uważnie i zauważył, że jeden z głównych tuneli biegnie z wieży zegarowej 

do budynku, w którym znajduje się bufet.

Dogodne było zwłaszcza to, że w pobliżu wieży tunel zbaczał w kierunku zachodnim.
Ujął ostrożnie walizkę i ruszył do budynku z bufetem.
Do piwnicy schodziło się z centralnej klatki schodowej.
Zszedł na dół i otworzył ciężkie drzwi tunelu wiodącego do wieży.
Zapalił latarkę.
Tunel zbudowano z kamiennych bloków.
Przypomniało mu to jakiś egipski grobowiec.
Przed  sobą  widział  jedynie  kilkunastometrowy  odcinek  drogi,  bo  dalej  tunel  skręcał  ostro 

w lewo.

Dno przejścia zalegało mnóstwo rupieci.
Cienka strużka wody, tworząca miejscami czarne kałuże, biegła w kierunku rzeki.
Dla  dodania  sobie  odwagi  wciągnął  głęboko  powietrze  i zamknąwszy  drzwi,  wkroczył 

w wilgotną, ciemną czeluść.

Drogę oświetlał mu jedynie promień światła latarki.
Ruszył pewnie, lecz ostrożnie.
Gra toczy się o zbyt wysoką stawkę.
Musi się udać.
Dobiegły go odgłosy płynącej gdzieś niedaleko wody.
W  ciągu  paru  minut  minął  kilka  tuneli  odchodzących  od  tunelu  głównego,  w którym  się 

znajdował.

W miarę zbliżania się do rzeki nie tylko słyszał, lecz wręcz czuł rosnący huk wodospadów.
Nagle coś otarło mu się o nogi.
Zapomniał się i przerażony odskoczył do tyłu, zarzuciwszy niebezpiecznie walizką.
Gdy się opanował, skierował latarkę za siebie.
W jej świetle dostrzegł parę błyszczących oczu.
Wzdrygnął  się,  uświadomiwszy  sobie,  że  patrzy  na  szczura  kanałowego  wielkości  małego 

kota.

Wziął się w garść i ruszył przed siebie.
Zaledwie kilka kroków dalej ponownie się zachwiał, bo podłoże zrobiło się nagle śliskie.
Gorączkowo  starał  się  utrzymać  równowagę  i jednocześnie  zachował  tyle  przytomności 

umysłu, że gdy rzuciło go na ścianę tunelu, mocno przycisnął do siebie walizkę.

background image

Zdołał utrzymać się na nogach; nie upadł.
Na szczęście o kamienną ścianę uderzył łokciem, a nie pakunkiem.
Gdyby upadł albo gdyby w ścianę uderzył walizką, niewątpliwie nastąpiłby wybuch.
Kontynuował więc swą pełną napięcia wędrówkę poprzez podziemny tor przeszkód.
Wreszcie  dotarł  do  przejścia  odchodzącego  od  tunelu  głównego  pod  właściwym  kątem;  to 

musiał być tunel odbijający na zachód.

Już pewniej szedł tędy aż do miejsca, gdzie dotarł do piwnic budynku obok wieży.
Zlokalizował schody i zgasił latarkę.
Nie mógł ryzykować, by ktoś z wieży dostrzegł jej światło.
Ten kilkunastometrowy odcinek stanowił najniebezpieczniejszą część drogi.
Dokładnie obliczał każdy krok, najpierw wysuwał prawą nogę, a potem dostawiał lewą.
Niezwykle ostrożnie omijał gruz, w obawie przed następnym upadkiem.
Wreszcie dotarł do schodów i ruszył w górę.
Na parterze podszedł do najbliższego okna i spojrzał na wieżę.
Sierp księżyca zawisł na wschodniej stronie nieba niemal dokładnie nad kopią Big Bena.
Przez dziesięć minut obserwował ciemną bryłę wieży, ale nikogo nie dostrzegł.
Potem spojrzał na rzekę.
Przebiegł wzrokiem w dół i dostrzegł swój cel.
W odległości około piętnastu metrów od miejsca, w którym stał, stary główny jaz odchodził 

od rzeki i biegł w stronę wieży i usytuowanego pod nią kanału.

Jeszcze  raz  przyjrzał  się  wieży,  by  mieć pewność,  że  nikt  tam  nie  stoi  na  straży,  po  czym 

opuścił budynek i pospieszył w stronę śluzy.

Szedł, pochylając się nisko ku ziemi, bo wiedział, że stanowi teraz bardzo łatwy cel.
Dotarł  do  śluzy  i szybko  podszedł  do  stromych  schodków  znajdujących  się  tuż  za  jej 

wrotami.

Bez wahania ruszył w dół po stopniach, tuląc się do granitowej ściany, by być jak najmniej 

widocznym.

Gdy dotarł do dna, z radością skonstatował, że widzi tylko część wieży.
A to znaczy, że z poziomu ziemi nikt nie może go zobaczyć.
Nie  tracąc  czasu,  ruszył  wprost  na  pordzewiałe  żelazne  wrota,  teraz  zamknięte,  by  nie 

wypuszczać wody ze stawu.

Był tam malutki przeciek i po dnie kanału płynął cienki strumyczek.
Poza tym stare wrota były szczelne.
Schylił się i ostrożnie umieścił walizkę na dnie śluzy.
Równie ostrożnie otworzył zamki i uniósł pokrywę.
Urządzenie szczęśliwie przetrzymało podróż.

background image

Teraz musiał jedynie przygotować wszystko do wybuchu.
Gdyby wyznaczył sobie zbyt mało czasu, oznaczałoby to katastrofę.
Podobnie jednak niebezpieczny byłby jego nadmiar.
Atut tkwił w zaskoczeniu.
Victor nie wiedział jednak, ile czasu będzie potrzebował na wykonanie następnego zadania.
Wreszcie, trochę arbitralnie, zdecydował się na trzydzieści minut.
Z najwyższą ostrożnością odsłonił tarczę laboratoryjnego wyłącznika czasowego.
Opierając się na kolanach i łokciach, osłonił ciałem latarkę i włączył mechanizm.
W wątłym świetle przesunął wskazówkę minutową.
Zgasił latarkę i ostrożnie zamknął walizkę.
Wciągnął głęboko powietrze, zaniósł walizkę do wrót śluzy i wetknął ją między lewą stronę 

drzwi a podtrzymujący je wspornik.

Sam wspornik trzymał się na jednej pordzewiałej śrubie.
Victor  miał  wrażenie,  że  ta  właśnie  śruba  może  okazać  się  piętą  achillesową  całej 

konstrukcji, toteż dopchnął walizkę jak najbliżej niej.

Potem przemknął się w górę stromymi granitowymi schodkami.
Wysunął głowę ponad krawędź śluzy.
Szukał śladów życia w ciemnej wieży, lecz panowała tam kompletna cisza.
Skulony, przedostał się z powrotem do najbliższego budynku i zniknął w tunelach.
Po ciemku dotarł do bufetu, żałując, że nie zostawił sobie więcej czasu.
Wyszedł na otwarte powietrze i pobiegł ku rzece.
Gdy z ciemności poczęła wyłaniać się wieża, zwolnił.
Jeśli ktoś go obserwuje, ma stwierdzić, że idzie spokojnie, a nie nerwowo lub że się skrada.
Do schodków wieży dochodził niemal bez tchu w piersiach.
Chwilę wahał się, łapał oddech, lecz przeraził się, gdy spojrzał na zegarek.
Pozostało jedynie szesnaście minut.
– Mój Boże – wyszeptał, wpadając do środka.
Podbiegł do klapy i trzy razy zastukał.
Nikt nie otwierał, zastukał więc głośniej.
Nadal nic.
Schylił  się  i po  omacku  zaczął  szukać  żelaznej  sztaby,  która  przydała  mu  się  poprzedniej 

nocy, lecz zanim ją odnalazł, klapa uniosła się i z dołu popłynęło światło.

Na schodach stał jeden z ludzi Martineza.
Victor zbiegł na dół.
– Gdzie Victor Junior? – spytał, usiłując mówić spokojnie.
Strażnik wskazał na pomieszczenie z akwariami ciążowymi.

background image

Victor  ruszył  we  wskazanym  kierunku,  lecz  zanim  tam  dotarł,  w drzwiach  stanął  Victor 

Junior.

– Tato? – powiedział ze zdziwieniem.
– Myślałem, że przyjdziesz dopiero jutro.
– Nie mogłem wytrzymać – odparł Victor ze śmiechem.
– Załatwiłem swoje sprawy.
Teraz kolej na matkę.
Musi zająć się swoimi pacjentami.
Nie była na obchodzie.
Oderwał oczy od syna i ponownie zlustrował pomieszczenie.
Musi zdecydować, w którym miejscu ma być w godzinie zero.
Chyba jak najbliżej schodów, gdzie stoi olbrzymi chromatograf.
Postanowił,  że  gdy  zbliży  się  pora  wybuchu,  właśnie  to  urządzenie  obierze  za  przedmiot 

swego zainteresowania.

Dokładnie  w środku  muru  wychodzącego  na  rzekę  znajdował  się  otwór  śluzy,  przykryty 

prymitywną osłoną z ciosanych belek.

W  myślach  obliczył  siłę,  jaka  uderzy  w te  drzwi,  gdy  puszczą  wrota  śluzy  i do  koryta 

wtargnie woda.

Pierwsze  uderzenie  będzie  mieć  siłę  wybuchu,  wstrząśnie  fundamentami  tak,  iż  być  może 

cały budynek runie.

Skonstatował,  że  od  chwili  detonacji  ładunku  do  uderzenia  fali  upłynie  około  dwudziestu 

sekund.

– Myślę, że za wcześnie wypuszczać Marshę – mówił Victor Junior.
– A Jorge czułby się niezręcznie, gdyby cały czas musiał jej towarzyszyć.
– Przerwał i bacznie spojrzał na ojca.
– A gdzie on jest?
– Na górze – odparł Victor, czując przypływ strachu.
Victor Junior o wszystkim myślał.
– Przyszedł tu ze mną i został na górze, żeby zapalić.
Victor Junior spojrzał na dwóch strażników czytających gazety.
– Juan!
Idź na górę i zawołaj tu Jorge.
Victor z trudem przełknął ślinę.
W gardle miał zupełnie sucho.
– Marsha nie sprawi żadnego kłopotu.
Ręczę za nią.

background image

– Nie zmieniła zdania – odparł Victor Junior.
– Rozmawiała  z nią  Mary  Millman,  lecz  jej  uparte  moralistyczne  stanowisko  jest 

niezachwiane.

Obawiam się, że narobi kłopotów.
Victor ukradkiem spojrzał na zegarek.
Dziewięć minut!
Powinien był dać sobie więcej czasu.
– Ale Marsha jest realistką – tłumaczył.
– Jest uparta, lecz obaj o tym dobrze wiemy.
A poza tym będziesz miał mnie.
Nie zrobi nic, wiedząc, że tu jestem.
A oprócz tego nie wiedziałaby, co zrobić, nawet gdyby bardzo chciała.
– Jesteś zdenerwowany – powiedział Victor Junior.
– Oczywiście – rzucił Victor.
– Każdy w tej sytuacji byłby zdenerwowany.
– Spróbował uśmiechnąć się i przybrać swobodniejszą pozę.
– Właściwie jestem podniecony: twoimi osiągnięciami.
Chciałbym dziś obejrzeć spis czynników wzrostu sztucznej macicy.
– Z przyjemnością ci go pokażę – zgodził się Victor Junior.
Victor podszedł do części mieszkalnej i otworzył drzwi.
– O, to dobrze – powiedział, patrząc na Victora Juniora.
– Uważasz, że nie musisz jej już zamykać.
Rzekłbym, że to pewien postęp.
Victor Junior wzniósł oczy do nieba.
Victor szybko przeszedł do małego pokoju, gdzie siedziały Marsha i Mary.
– Victor, popatrz, kogo tu mamy – powiedziała Marsha, wskazując na Mary.
– Widzieliśmy się już – odrzekł i ukłonił się Mary.
Victor Junior stał w progu z szerokim uśmiechem na twarzy.
– Nie każde dziecko ma troje rodzonych rodziców – oświadczył Victor, usiłując rozładować 

napięcie.

Spojrzał na zegarek: tylko sześć minut.
– Mary  opowiedziała  mi  kilka  interesujących  rzeczy  o nowym  laboratorium  – mówiła 

Marsha z subtelnym sarkazmem, który tylko Victor potrafił zrozumieć.

– Wspaniale – rzekł Victor.
– To wspaniale.
Ale, Marsha, teraz musisz iść.

background image

Kilku pacjentów bardzo cię potrzebuje.
Jean dostaje już szału.
Dzwoniła do mnie trzykrotnie.
Ja już się uporałem z najpilniejszymi sprawami, teraz kolej na ciebie.
Marsha popatrzyła na Victora Juniora, potem jej oczy spoczęły na Victorze.
– Myślałam, że zajmiesz się wszystkim – rzekła poirytowana.
– Valerie Maddox poradzi sobie ze wszystkimi nagłymi przypadkami.
Myślę, że ważniejsze jest, żebyś ty zrobił swoje.
Musi ją stąd wydostać.
Dlaczego ona po prostu nie wyjdzie?
Czy naprawdę mu nie ufa?
Czy naprawdę myśli, że on pozwoli, żeby wszystko było dalej jak teraz?
Ze smutkiem uświadomił sobie, że w ciągu ostatnich kilku lat nie dał jej wiele powodów, by 

mogła się po nim spodziewać czegoś dobrego.

Jednak rozwiązanie nadchodziło i dzieliło ich od niego jedynie kilka straszliwych chwil.
– Marsha, masz iść do szpitala.
I to już!
Ona jednak nie drgnęła.
– Chyba jej się tutaj podoba! – zażartował Victor Junior.
Potem z głównej części laboratorium dobiegł głos strażnika i chłopiec wyszedł.
Oszalały  z niepokoju  Victor  pochylił  się  ku  żonie  i zapominając  o Mary,  syknął:  – Musisz 

w tej chwili stąd wyjść.

Naprawdę.
Marsha spojrzała mu prosto w oczy.
Skinął głową.
– Błagam cię! – jęknął.
– Wyjdź stąd!
– Coś ma się stać? – zapytała go Marsha.
– Na litość boską, tak! – szepnął z emfazą.
– Co ma się stać? – spytała zaniepokojona Mary, patrząc to na jedno, to na drugie.
– A co będzie z tobą? – zapytała Marsha, ignorując Mary.
– O mnie się nie martw – uciął krótko.
– Chyba nie zrobisz nic głupiego? – dociekała Marsha.
Victor zakrył oczy rękoma.
Napięcie rozsadzało mu czaszkę.
Zostało niecałe trzy minuty.

background image

W progu stanął Victor Junior.
– Jorge nie ma na górze – zwrócił się do Victora.
Mary przerwała mu: – Coś ma się stać! – zawołała.
– Co? – spytał Victor Junior.
– On coś kombinuje – powiedziała zaniepokojona.
– Coś już zrobił.
Victor spojrzał na zegarek: dwie minuty.
Victor Junior odwrócił głowę i wezwał strażników, po czym złapał Victora za ramię.
Potrząsając nim, zapytał: – Co zrobiłeś?
Victor przestał panować nad sobą.
Napięcie było zbyt wielkie i strach przerodził się w rozpacz.
W jego oczach pojawiły się nagle łzy.
Przez chwilę nie mógł wydusić słowa.
Wiedział, że poniósł klęskę.
Nie potrafił sprostać aż takiemu wyzwaniu.
– Co zrobiłeś?
– Victor Junior powtórzył pytanie, krzycząc prosto w twarz ojca i szarpiąc nim.
Victor nie wytrzymał.
– Musimy wszyscy opuścić laboratorium – wykrztusił przez łzy.
– Dlaczego? – spytał Victor Junior.
– Bo otworzy się śluza – wystękał Victor.
Nastąpiła  chwila  ciszy,  podczas  której  umysł  chłopca  przetwarzał  niespodziewaną 

informację.

– Kiedy? – spytał Victor Junior, znowu potrząsając ojcem.
– Zaraz! – odrzekł.
Victor Junior spojrzał na niego płonącym wzrokiem.
– Liczyłem na ciebie – powiedział z nienawiścią.
– Myślałem, że jesteś prawdziwym naukowcem.
Cóż, koniec z tobą.
Victor szarpnął się i odepchnął syna od siebie.
Chłopiec potknął się o nogę krzesła.
Victor schwycił Marshę za nadgarstek i pociągnął za sobą.
Trzymając ją za rękę, przebiegł przez część mieszkalną i wpadł do laboratorium.
Victor Junior szybko zerwał się na nogi i ruszył za rodzicami, krzycząc do strażników, by ich 

zatrzymali.

Dwóch  siedzących  na  ławce  Latynosów  bez  trudu  ujęło  Victora  i przytrzymało  go  z obu 

background image

stron.

Victor zdołał pchnąć Marshę w stronę wyjścia.
Przeskoczyła kilka stopni, a potem znów obejrzała się za siebie.
– Idź! – zawołał Victor.
Potem zdecydowanym tonem zwrócił się do strażników: – Za kilka sekund wszystko wyleci 

w powietrze.

Wierzcie mi.
Strażnicy spojrzeli na jego twarz i nie mieli żadnych wątpliwości, że mówi prawdę.
Puścili go i ruszyli na górę, wymijając Marshę.
– Czekajcie! – krzyczał Victor Junior, stojąc na środku laboratorium.
Zaczęła się panika.
Nawet Mary wyminęła go, pędząc do wyjścia.
Marsha wydostała się na górę, Mary tuż za nią.
Victor Junior płonącym wzrokiem patrzył na ojca.
– Liczyłem na ciebie – miotał się.
– Wierzyłem ci.
Myślałem, że jesteś naukowcem.
Chciałem być taki jak ty.
Straże! – wołał.
– Straże!
– Ale Latynosi uciekli wraz z kobietami.
Victor Junior wił się, patrząc na swoje laboratorium.
Potem spojrzał na pomieszczenie ciążowe.
W tej właśnie chwili piwnicami zatrząsł przytłumiony huk eksplozji.
W pomieszczeniach narastał i wibrował odgłos przypominający grzmot.
Victor  Junior  pojął,  co  się  wydarzyło,  i ruszył  ku  schodom,  Victor  jednak  chwycił  go  za 

ramię.

– Co robisz? – krzyknął chłopiec.
– Puść mnie.
Musimy stąd uciekać.
– Nie – odrzekł Victor, przekrzykując huk.
– Nie musimy.
Victor Junior szarpnął się, lecz ojciec trzymał go mocno.
Posępnie skonstatował, że mimo potęgi umysłu jego syn ma ciało i siłę dziesięciolatka.
Victor  Junior  wił  się  i próbował  kopać,  lecz  Victor  drugą  ręką  złapał  chłopca  od  tyłu  za 

kolana i pozbawił go równowagi.

background image

– Pomocy! – krzyczał Victor Junior.
– Straże! – zawołał, lecz jego krzyk zagłuszył dudniący, coraz głośniejszy grzmot.
Szkło w laboratorium zaczęło brzęczeć.
Przypominało to początek trzęsienia ziemi.
Victor przesunął się w stronę prymitywnych drzwi maskujących otwór śluzy.
Zatrzymał się w odległości półtora metra przed nimi.
Spojrzał głęboko w szeroko otwarte błękitne oczy syna, który patrzył na niego wyzywająco.
– Przepraszam, Victorze Juniorze.
– Przepraszał jednak nie za to, co robił w tej chwili.
Z tego powodu nie było mu przykro.
Czuł  jednak,  że  winien  jest  synowi  przeprosiny  za  eksperyment,  który  ponad  dziesięć  lat 

temu przeprowadził w swoim laboratorium.

Eksperyment, w wyniku którego przyszedł na świat jego genialny, lecz pozbawiony sumienia 

syn.

– Żegnaj, Izaaku.
W tej właśnie chwili sto ton wody wdarło się do laboratorium.
Stare koło wodne na środku sali obróciło się gwałtownie, uruchamiając po raz pierwszy od 

lat stare, pordzewiałe tryby i wały.

Przez chwilę olbrzymi zegar na szczycie wieży chaotycznie wybijał godziny.
Nie  kontrolowana  jednak  niczym  fala  wodna  obróciła  w nicość  wszystko,  co  napotkała  na 

swej drodze, i w ciągu kilku minut podmyła nawet fundament z granitowych skał.

Gdy  przesunęło  się  kilka  większych  bloków  skalnych,  jedna  po  drugiej  spadły  belki 

stropowe.

Dziesięć minut po wybuchu trzęsła się już cała wieża, po czym, jak na zwolnionym filmie, 

budynek zawalił się.

W końcu z całej konstrukcji i tajnego laboratorium w podziemiach pozostała kupa mokrego 

gruzu.

background image

Epilog

W rok później.

– Jeszcze jeden pacjent – powiedziała Jean, zaglądając przez drzwi – i jest pani wolna.
– Czy to ktoś nie zapisany? – spytała Marsha trochę niechętnie.
Sądziła, że o czwartej będzie wolna.
A skoro czeka na nią jeszcze jeden pacjent, nie wyjdzie do piątej.
W  normalny  dzień  nie  miałaby  nic  przeciwko  temu,  dziś  jednak  umówiła  się  na  szóstą 

z Joem Arnoldem, który kiedyś uczył Davida historii.

Miał  ją  zawieźć  do  sklepu  ze  zwierzętami  w pasażu handlowym,  by  wybrała  szczeniaka 

wodołaza, na którego zakup ją namawiał.

„Dobrze ci to zrobi – tłumaczył jej.
– Domowe zwierzątka to dobra terapia.
Mówię ci, że psy mogłyby pozbawić was, psychiatrów, pracy”.
O tragedii dowiedział się z prasy i kilka dni później zadzwonił do Marshy, by wyrazić swój 

żal i powiedzieć, jak bardzo było mu przykro, że nie złożył jej kondolencji po śmierci Davida.

Z czasem zaprzyjaźnili się.
Joe sprawiał wrażenie zdecydowanego, by przerwać jej samotność z wyboru.
– Ta kobieta okropnie się upiera – rzekła Jean.
– Gdybym nie upchnęła jej dziś, mogłybyśmy się nią zająć dopiero za tydzień.
Ona twierdzi, że to bardzo pilne.
– Pilne! – mruknęła Marsha.
Prawdziwie  pilne  przypadki,  wymagające  interwencji  psychiatry,  zdarzały  się  na  szczęście 

rzadko.

– Dobrze – zgodziła się wreszcie z westchnieniem.
– Jak to miło z pani strony – powiedziała Jean.
Zamknęła drzwi.
Marsha okrążyła biurko i usiadła.
Podyktowała zapis z ostatniej sesji.
Gdy  skończyła,  obróciła  się  na  fotelu  i spojrzała  przez  duże  panoramiczne  okno  na 

malowniczy krajobraz.

Nadchodziła wiosna.
Blada i szara trawa nabierała już soczystości i zieleni.
Wkrótce pojawią się krokusy.
Na drzewach tu i ówdzie widniały pąki.
Wzięła głęboki oddech.

background image

Miała za sobą wiele przeżyć.
Minęło niewiele ponad rok od czasu owej fatalnej nocy, kiedy straciła męża i drugiego syna.
Potraktowano to jako nieszczęśliwy wypadek.
Gazety zamieszczały nawet zdjęcia przerdzewiałej śruby, która zapewne puściła, powodując 

otwarcie wrót śluzy w momencie, gdy podczas odwilży poziom rzeki podniósł się do maksimum.

Marsha  nawet  nie  próbowała  niczego  prostować,  bo  wolała,  by  finał  tego  koszmaru 

interpretowano jako pozornie przypadkową tragedię.

W przeciwieństwie do rzeczywistych zdarzeń, to wyjaśnienie było przynajmniej proste.
Było jej jednak niezmiernie trudno przezwyciężyć smutek.
Sprzedała  duży  dom,  w którym  mieszkała  razem  z Victorem,  a nawet  swe  udziały 

w Chimerze.

Za część tych pieniędzy nabyła urokliwy domek nad zatoką w Ipswich.
Stamtąd blisko było do plaży, wzdłuż której ciągnęły się wspaniałe wydmy.
Na  tej  plaży  spędziła  niejeden  weekend,  samotna  i zamyślona,  w ciszy,  której  nie  mąciły 

żadne irytujące odgłosy z wyjątkiem plusku fal i pisku mew.

Po raz pierwszy od czasów dzieciństwa odnalazła ukojenie w przyrodzie.
Ciał Victora ani syna nie odnaleziono.
Widocznie olbrzymia siła napierającej wody poniosła je nie wiadomo dokąd.
Jednak fakt, że nie znaleziono zwłok, sprawił, że trudno jej było przystosować się do nowego 

życia, choć nie z powodów, jakie sugerowałaby większość psychiatrów.

Jean delikatnie namawiała ją, żeby poddała się terapii, Marsha jednak oparła się.
Jak mogła wyjaśnić fakt, że skoro nie znaleziono zwłok, dręczyło ją poczucie, że jej koszmar 

jeszcze się nie skończył.

Nie odnaleziono także śladu żadnego z czterech płodów, choć nikt o nich nie wiedział i ich 

nie szukał.

Przez  wiele  miesięcy  jednak  nawiedzały  ją  koszmarne  sny,  w których  wędrowała  po  plaży 

i nagle znajdowała palec lub kończynę.

Ratunek odnalazła w pracy.
Gdy ustąpiły pierwsze objawy szoku i smutku, rzuciła się w jej wir, podejmowała się nawet 

dodatkowych zajęć w różnych lokalnych organizacjach.

Bardzo jej też pomogła Valerie Maddox, która często przyjeżdżała na weekend do nowego 

domu nad zatoką.

Marsha wiedziała, że tej kobiecie zawdzięcza wiele.
Odwróciła się od okna i siedziała teraz przodem do biurka.
Dochodziła czwarta.
Pora przyjąć ostatniego pacjenta i pojechać do sklepu ze zwierzętami.

background image

Nacisnęła brzęczyk, by zawiadomić Jean, że jest gotowa.
Wstała i podeszła do drzwi.
Biorąc od Jean nową kartę, spostrzegła kobietę w wieku około czterdziestu pięciu lat.
Kobieta uśmiechnęła się, Marsha odpowiedziała jej uśmiechem.
Gestem przywołała ją do gabinetu.
Obróciła  się  plecami  do  wejścia,  zostawiła  drzwi  otwarte  i podeszła  do  fotela,  na  którym 

siedziała podczas przyjęć pacjentów.

Obok  stał  stolik,  a na  nim  leżały  chusteczki  dla  tych,  którzy  nie  potrafili  zapanować  nad 

swymi uczuciami.

Naprzeciwko stały dwa fotele dla pacjentów.
Usłyszawszy, że kobieta wchodzi do środka, Marsha odwróciła się, by ją przywitać.
Kobieta nie była sama.
Za nią weszła chuda kilkunastoletnia dziewczyna o ziemistej cerze.
Jej rudawe włosy wisiały w strąkach i aż prosiły się o umycie.
Trzymała na rękach jasnowłose dziecko, które wyglądało na około półtora roku.
Dziecko kurczowo ściskało w rączkach jakieś czasopismo.
Marsha była ciekawa, która z tej dwójki jest pacjentką.
Zresztą obojętne, jedna musi wyjść, zostaje tylko pacjent.
Tymczasem powiedziała: – Proszę siadać.
– Postanowiła pozwolić im wyłuszczyć powody wizyty.
Wieloletnie  doświadczenie  przekonało  ją,  że  ta  metoda  pozwala  uzyskać  znacznie  więcej 

informacji niż normalna sesja typu pytanie – odpowiedź.

Kobieta przytrzymała dziecko.
Dziewczyna usiadła na jednym z foteli naprzeciwko Marshy, po czym kobieta posadziła jej 

dziecko na kolanach.

Maleństwo z zapałem oglądało ilustracje w magazynie.
Przemknęło jej przez myśl pytanie, dlaczego wzięły z sobą to dziecko.
Znalezienie opiekunki nie stanowiło przecież wielkiego problemu.
Odniosła wrażenie, że dziewczyna nie jest zdrowa.
Jej  delikatna  budowa  i niezwykle  blada  cera  mogły  świadczyć  o depresji  lub  nawet 

niedożywieniu.

– Jestem Josephine Steinburger, a to jest moja córka, Judith – zaczęła kobieta.
– Dziękujemy, że pani nas przyjęła.
Mamy wielki problem.
Marsha zachęcająco skinęła głową.
Pani  Steinburger  pochyliła  się  i poufnie,  lecz  wystarczająco  głośno,  by  słyszała  ją  Judith, 

background image

odezwała się: – Moja córka nie jest za mądra, no wie pani, o co chodzi.

Od dawna mamy z nią pełno kłopotów.
Narkotyki, ucieka z domu, bije się z bratem, ma złe towarzystwo i tak dalej.
Marsha ponownie skinęła głową.
Spojrzała na córkę, by ocenić jej reakcję.
Dziewczyna patrzyła tępo przed siebie.
– Teraz dzieciaki wszystkiego próbują – mówiła Josephine.
– No wie pani, seksu i takich tam.
Jak ja byłam młoda, to było inaczej.
Nie wiedziałam, na co jest chłop, a potem już byłam za stara, żeby się tym cieszyć.
Pani rozumie?
Marsha znowu skinęła głową.
Miała nadzieję, że córka włączy się do rozmowy, ta jednak milczała.
Marsha podejrzewała, że dziewczyna może być pod działaniem środków odurzających.
– No więc – mówiła dalej Josephine – moja Judith mówi mi, że nigdy nie miała chłopa, to się 

bardzo zdziwiłam, jak półtora roku temu przyniosła do domu tę małą pociechę.

– Roześmiała się sarkastycznie.
Marshy jednak wcale to nie zdziwiło.
Najczęstszym mechanizmem obronnym było właśnie wypieranie się.
Młodzież na ogół początkowo wypiera się kontaktów seksualnych, nawet jeśli dowody są aż 

nadto widoczne.

– Judith mówi, że ojcem dziecka jest chłopak, który dał jej pieniądze za to, żeby wsadzić jej 

swoją małą probówkę – oświadczyła Josephine, puszczając oko do lekarki.

– Słyszałam już na to wiele określeń, ale nikt jeszcze nie nazwał tego probówką.
No więc...
Marsha  rzadko  przerywała  ludziom,  którzy  siedzieli  w jej  gabinecie, lecz  tym  razem 

dziewczynie, a o nią właśnie chodziło, nie dawano szansy dojścia do głosu.

– Może byłoby lepiej, gdyby pacjentka opowiedziała mi swoją historię własnymi słowami.
– Co to znaczy „własnymi słowami”? – spytała Josephine, marszcząc brwi, zmieszana.
– Dosłownie to, co powiedziałam – rzekła Marsha.
– Uważam, że to pacjent powinien opowiadać lub przynajmniej brać w tym udział.
Josephine wybuchnęła serdecznym śmiechem, po czym opanowała się.
– Przepraszam, trochę mnie to rozśmieszyło.
Z Judith wszystko jest w porządku.
Teraz, gdy jest matką, zrobiła się nawet bardziej odpowiedzialna.
To z małym jest coś nie tak.

background image

To on jest pacjentem.
– Ach tak, oczywiście – powiedziała Marsha nieco zbita z tropu.
Leczyła już dzieci, ale nigdy takie małe.
– Ten mały to diabeł – wyjaśniła Josephine.
– Nie możemy sobie z nim dać rady.
Marsha musiała poprosić ją o szczegóły.
Wielu rodziców nazywa swe dzieci diabłami.
Potrzebowała konkretów.
– W jakim sensie dziecko stanowi problem? – spytała.
– Ach! – zawołała Josephine.
– On wszystko potrafi.
Mówię pani, przez niego można się rozpić.
– Zwróciła się do dziecka.
– Jason, popatrz na panią.
Jason był jednak pochłonięty lekturą periodyku.
– Jason! – zawołała Josephine.
Wyciągnęła dłoń, wyrwała małemu gazetę i rzuciła ją na biurko Marshy.
Dopiero teraz Marsha zauważyła, że był to ostatni numer czasopisma biologicznego.
– To dziecko czyta lepiej od matki.
Teraz chce „Małego Chemika”.
Marsha czuła, jak strach ściska ją za gardło.
Powoli podniosła wzrok na chłopca.
– Właściwie  boję się  dawać  „Małego  Chemika”  półtorarocznemu  dziecku  – mówiła 

Josephine.

– To nienormalne.
Pewnie wysadzi w powietrze cały dom.
Marsha  patrzyła  na  dziecko  siedzące  na  kolanach  Judith,  a ono  odwzajemniło  jej  się 

spojrzeniem przenikliwych, zimnych jak lód błękitnych oczu.

W jego twarzy widać było inteligencję znacznie wyższą, niż sugerowałaby jego niemowlęca 

twarz o urodzie cherubinka.

Marsha przeniosła się w czasie.
Ten chłopiec wyglądał tak samo jak Victor Junior, gdy miał półtora roku.
Już wiedziała, z czym ma do czynienia: to ta ostatnia zygota.
Ta, którą Victor Junior stracił na badania nad implantacją.
Dziecko stworzone z jej własnego, ósmego jajeczka.
Nie mogła się ruszyć.

background image

Z ust wyrwał się jej lekki okrzyk, gdy uzmysłowiła sobie porażającą prawdę: koszmar się nie 

skończył.

Josephine wstała i podeszła do Marshy.
– Pani doktor? – rzekła zaniepokojona.
– Dobrze się pani czuje?
– Tak...
nic mi nie jest – odrzekła cicho Marsha.
– Naprawdę, wszystko w porządku.
– Nie mogła oderwać oczu od dziecka.
– No to jak mówiłam – prawiła dalej Josephine – to dziecko jest ponad nasze siły.
Wie pani, parę dni temu...
Marsha przerwała jej.
Starając  się  ukryć  drżenie  w głosie,  powiedziała:  – Pani  Steinburger,  będziemy  musiały 

umówić się na spotkanie z samym Jasonem.

Jestem przekonana, że byłoby najlepiej, żebym zobaczyła się z nim sam na sam.
Ale to już nie dziś.
– No dobrze – westchnęła Josephine.
– To pani jest tu lekarzem i pani najlepiej wie.
Chyba możemy jeszcze kilka dni poczekać.
Ale żeby tylko mogła pani nam pomóc.
Gdy wyszły, Marsha zamknęła drzwi i ciężko się o nie oparła.
Westchnęła i powiedziała do siebie: „Żeby tylko się udało”.
Wiedziała,  że  musi  coś  z tym  dzieckiem  zrobić,  z tym  cudownym  dzieckiem,  którego 

nikczemność mogłaby dorównać lub nawet przewyższyć złe uczynki jej syna.

Ale co ma zrobić?
Podeszła do telefonu i zadzwoniła do Joego Arnolda, by powiedzieć mu, że trochę się spóźni.
Dźwięk jego głosu wystarczył, by ochłonęła.
– To nic, bałem się, że w ogóle nie przyjdziesz, zresztą nie dałbym ci się wywinąć.
– Roześmiał się ciepło.
– Pomyślałem sobie, że kolację możemy zjeść u mnie.
Psa nie można zostawić samego w pierwszy wieczór w nowym domu.
Mam nadzieję, że nie wystraszysz się mojego gotowania.
Robię beznadziejne chili.
Właśnie teraz.
Miała nadzieję, że nie stchórzy przed wieloma rzeczami, począwszy od prawdy.
Spośród  najbliższych  jej  ludzi  – Valerie,  Joego,  Jean  – Joe  jest  chyba  tym,  komu  można 

background image

zaufać i na którego najbardziej może liczyć.

– Chili, to wspaniale – powiedziała.
– I chętnie zjem w domu.
– Już miała ochotę opowiedzieć mu o Jasonie, ale uznała, że to może poczekać.
Wolała nie mówić nic przez telefon.
– Cudownie.
Już myślałem, że będę musiał zostać pacjentem, żeby spotkać się z tobą sam na sam.
To co, w sklepie o siódmej?
Zamykają chyba o ósmej.
– Dobrze, o siódmej.
I, Joe...
dziękuję.
Odłożyła słuchawkę i wzięła płaszcz.
W  drodze  do  sklepu  czuła  się  lepiej,  bo  wiedziała,  że  wkrótce  opowie  komuś  prawdziwą 

historię kryjącą się za śmiercią Victora i Victora Juniora.

Tak długo nosiła ją w sobie.
To będzie ulga wyrzucić z siebie to wszystko.
Była zadowolona, że opowie ją właśnie Joemu.
Odkąd pojawił się w jej życiu, stanowił prawdziwe wybawienie.
Zostawiła  samochód  na  parkingu  obok  pasażu,  wybierając  miejsce  jak  najbliżej  sklepu  ze 

zwierzętami.

Zgasiła silnik, objęła rękoma kierownicę i zapłakała.
W taki czy inny sposób musi stawić czoło temu ostatniemu dziecku – demonowi i z pomocą 

Joego położyć raz na zawsze kres koszmarowi, który wywołał jej mąż.