background image

 

 

 
 

C

aroline

 A

nderson

 

Z

wi

ą

zek

 

na

   

ca

ł

e

 ż

ycie

 

 
 

Tłumaczyła Anna Brzozowska 

 

background image

 

Rozdział 1 

 
– No nie! 
Patrick  rzucił  słuchawkę  i  odsunął  krzesło,  prawie  przy-

gniatając  ogon  psa.  Niezrażony  tym  zwierzak  poderwał  się  z 
miejsca, myśląc, że czeka go spacer. Ale Patrick pokręcił głową. 

–  Przykro  mi,  nie  teraz.  –  Włożył  marynarkę  i  ruszył  ku 

drzwiom. 

Pies wpatrywał się w niego, czekając na zachętę, ale Patrick 

rzucił  mu  tylko  ciastko. To  nie  potrwa  długo. Zawsze  załatwiał 
takie  sprawy  szybko,  choć  ostatnim  razem  było  mu  trochę  żal 
dziewczyny, która do niego przyszła. 

Nie  miał  ochoty  wspominać  tej  wizyty.  Ruszył  szybko  w 

kierunku  windy.  Jeśli  ta  młoda  kobieta  myśli,  że  akurat  jej  do-
pisze szczęście i zdoła wrobić go w ojcostwo, to bardzo się roz-
czaruje.  Lepiej  niech  zagra  na  loterii,  tam  prędzej  się  jej  po-
szczęści. 

Patrick  pamiętał  wszystkie  kobiety,  z  którymi  łączyły  go 

intymne związki. Pamiętał i darzył sympatią. Żadna oszustka nie 
nabierze go, że ma z nim dziecko. 

Gdy drzwi  windy rozsunęły  się, ujrzał w  holu  młodą matkę 

z  kapryszącym  dzieckiem  na  ręku.  Patrick  westchnął.  Poprzed-
nia  kandydatka  też  zjawiła  się  z  płaczącym  niemowlęciem.  Ot, 
nowa strategia tych naciągaczek. Chciały go wzruszyć, wziąć na 
litość. 

Tak  czy  inaczej,  nie  miały  szans.  Ani  wtedy,  choć  tamta 

dziewczyna  była  naprawdę  zrozpaczona,  ani  teraz.  Nie  z  nim 
takie numery, ot co. 

– Pan Cameron? 
Proszę,  coś  nowego.  Przynajmniej  nie  zaczęła  od  „kocha-

nie”.  Przyglądał  się  jej  przez  chwilę.  Jedwabiste,  platynowo-

background image

 

blond  włosy  uczesane  w  koński  ogon,  jasnoszare  bystre  oczy, 
pełne usta pozbawione śladu  szminki, obcisła kurtka podkreśla-
jąca zgrabny biust i smukłą talię. 

–  Czy  my  się  znamy?  –  spytał,  dobrze  wiedząc,  że  tak  nie 

jest,  i  w  jakimś  sensie  żałując  tego.  Co  za  głupota.  Przecież  to 
tylko zwykła oszustka. 

Poprawiła dziecko w ramionach i płacz zmienił się w jedno-

stajne zawodzenie. Kołysząc  niemowlę, spojrzała na Patricka w 
taki sposób, jakby przenikała go do głębi. 

– Nie. – Jej głos był kusząco niski i łagodny. – Ale znał pan 

moją  siostrę,  Amy  Franklin.  Była  u  pana  kilka  tygodni  temu  z 
dzieckiem. 

Aha. 
– Powiedziałem, że widzę ją po raz pierwszy w życiu. 
– To nieprawda. Mam dowody... 
– Przepraszam, czy to pani samochód? 
Oboje  spojrzeli  na  recepcjonistkę,  która  z  wyraźnym  zain-

teresowaniem  przyglądała  się  temu,  co  działo  się  za  szklanymi 
drzwiami.  Tuż  przed  wejściem,  blokując  ruch,  ciężarówka  po-
mocy drogowej unosiła do góry starego różowego citroena. 

– O Boże – jęknął Patrick. 
– No właśnie – dodała zza recepcyjnej lady Kate. 
Samochód wyglądał jak rekwizyt z ery hippisowskiej. 
Sfatygowana  karoseria  pomalowana  była  w  wielkie  psy-

chodeliczne  kwiaty,  a  przez  kołyszące  się  w  powietrzu  drzwi 
wypadało  konfetti  złożone  z  tekturowych  kubków  i  papierków 
od cukierków. 

– Jak on śmie! 
Rzekoma siostra Amy Franklin wcisnęła dziecko w ramiona 

Patricka,  odwróciła  się  na  pięcie  i  trzymając  się  pod  boki,  ru-
szyła  w  stronę  drzwi.  Potem,  wymachując  rękami  jak  wiatrak, 
obsypała  przekleństwami  nieszczęsnego  kierowcę  ciężarówki, 

background image

 

wskazując na dyndający w górze samochód. 

 
–  O  Boże  –  jęknął  znów  Patrick,  podał  płaczące  dziecko 

Kate  i  wyszedł  na  dwór.  Wyciągnął  z  kieszeni portfel,  zastana-
wiając  się,  ile  to  go  będzie  kosztowało.  Na  pewno  więcej,  niż 
jest  wart  ten  samochód,  ale  nie  mógł  pozwolić,  by  ta  kobieta 
zdzieliła  po  łbie  pechowego  pracownika  służb  miejskich  i  zo-
stała aresztowana. 

– Bardzo przepraszam, ta pani chciała wjechać na nasz par-

king, ale jej samochód stanął i nie mogła go uruchomić. Właśnie 
weszła,  żeby  zadzwonić  po  pomoc  drogową  –  improwizował. 
Stanowczym gestem odsunął pannę Franklin i stanął między nią 
i kierowcą. – Postaram się wynagrodzić panu kłopot... 

Mężczyzna parsknął, nie ruszając się z miejsca. 
–  Przykro  mi,  kolego. Takie  są  przepisy.  Muszę usunąć  ten 

samochód, bo tamuje ruch. Właścicielka pofatyguje się po niego 
na  policję.  Ale  ile  on  jest  wart?  Dziesięć  funtów?  Może  pięć-
dziesiąt,  jeśli  trafiłby  się  jakiś  kolekcjoner.  Na  miejscu  tej  pani 
nie  zawracałbym  sobie  tym  głowy,  ale  i  tak  trzeba  będzie  się 
zgłosić, żeby zapłacić mandat. 

Więcej kłopotu niż to wszystko warte, pomyślał Patrick. Ale 

w końcu to nie jego samochód. 

– Ile będzie wynosić ten  mandat? – spytała panna Franklin, 

a usłyszawszy odpowiedź, zawołała: – To po prostu skandal! 

– Trzeba było skorzystać z parkometru, skarbie. – Kierowca 

wzruszył ramionami. – Wtedy nie byłoby kary. 

–  Ale  on  się  zepsuł!  –  zawołała  płaczliwie,  przypominając 

sobie wymówkę Patricka. – Przecież pan słyszał! 

– Pewnie, pewnie! Słuchaj, kochana, nie mogę nic odkręcić, 

bo już wypisałem mandat, a płacą mi... 

– Mamę grosze – odpowiedzieli zgodnym chórem. 
Spojrzał na nich ponuro. 

background image

 

– Macie szczęście, że nie musicie się martwić o pieniądze. 
Patrick  westchnął,  przygładzając  włosy,  ale  panna  Franklin 

zapałała gniewem. 

–  Jacy  wy?!  –  wrzasnęła.  –  Co  ja  mam  z  nim  wspólnego?! 

Ledwo  wiążę  koniec  z  końcem.  Dlatego  jeżdżę  takim  gratem. 
Nie może pan go zabrać. Poza tym – dodała, pociągając nosem – 
w  środku  są  rzeczy  dziecka.  Zaraz  muszę  nakarmić  to  maleń-
stwo! 

–  Dziecko?  Jakie  dziecko  –  Kierowca z  przerażeniem  spoj-

rzał na samochód. 

–  Bez obaw,  wzięłam  małą  ze  sobą,  ale  jej rzeczy  są w  au-

cie. Nie może pan ich zabrać. Muszę ją nakarmić. 

Odetchnął  z  ulgą.  Nie  chciał  mieć  na  sumieniu  dziecka 

uwięzionego w dyndającym samochodzie. 

–  Nie  powinienem  tego  robić  –  powiedział  z  rezygnacją  – 

ale dam pani minutę na zabranie rzeczy. 

– Samochód też mi jest potrzebny! 
–  Niech  pani  go  posłucha  –  odezwał  się  cicho  Patrick.  Za 

ciężarówką  zrobił  się  już  olbrzymi  korek.  –  Odbierze  pani  sa-
mochód później. 

–  Ciekawe za  co  –  warknęła.  –  No  i  jak  wrócę z dzieckiem 

do domu? Na piechotę? 

Patrick westchnął. Czuł,  jak  jego portfel robi  się  coraz lżej-

szy. 

–  Niech  się  pani  nie  martwi.  Proszę  tylko  zabrać  rzeczy. 

Tylko? Łatwo powiedzieć! 

Pięć  minut  później  w  eleganckim  holu  imperium  Patricka 

Camerona  powstał  ogromny  stos  złożony  z  dziecięcej  wypraw-
ki. Przedmiotów było  mnóstwo, lecz zapewne były  mniej  warte 
niż drobne brzęczące w kieszeni Patricka. 

Panna Franklin stała w drzwiach z mandatem w dłoni, wpa-

trując się z rozpaczą w swój znikający samochód. 

background image

 

Dziecko  wciąż  marudziło.  Patrick  spojrzał  na  stos  rupieci. 

Stare  tenisówki,  znoszony  sweter,  wyświechtany  koc,  kilka  ta-
nich książek, teczka – o dziwo, całkiem przyzwoita – i mnóstwo 
mniej  lub  bardziej  zniszczonych  dziecięcych  łaszków.  Recep-
cjonistka  patrzyła  na  szefa  w  niemym  zdumieniu.  Patrick znów 
nerwowo  przygładził  włosy,  cicho  westchnął  i  bezradnie  spytał 
Kate: 

 
 
– Co teraz? 
–  Przyniosę  pudło  –  odparła  pospiesznie,  starając  się  za-

chować powagę. Podała mu dziecko i zniknęła w drzwiach. 

Patrick  spojrzał  na  żałosną  buzię  niemowlęcia.  Zrobiło  mu 

się żal maleństwa. Nie było niczemu winne. Pewnie przydałoby 
się zmienić mu pieluszkę i nakarmić. 

– Proszę  mi  ją  dać  –  powiedziała  panna Franklin  i  zręcznie 

wzięła dziewczynkę  na  ręce.  –  Już  dobrze, kochanie. Wszystko 
w porządku, Jess – przemówiła czule. 

Wszystko w porządku? Patrick  miał co do tego pewne wąt-

pliwości. Nie, do diabła, nie da się w nic wciągnąć! 

Mandat  wypadł  jej  z  ręki  i  pofrunął  na  podłogę.  Patrick 

podniósł go i schował do kieszeni. Zajmie się tym później. 

Kate przyniosła dwa kartonowe pudła i zaczęła pakować do 

nich  rzeczy.  Patrick  przykucnął  obok,  żeby  jej  pomóc,  ale 
dziecko znów zaczęło głośno płakać. 

Kate ze współczuciem spojrzała na niemowlę. 
–  Dam  sobie  radę  –  powiedziała  cicho.  –  A  może  zabrałby 

pan ją do siebie? Tam będzie jej łatwiej zająć się dzieckiem. 

Skinął  głową  z  rezygnacją  i  gestem  wskazał  drogę  pannie 

Franklin. 

–  Potrzebne  mi  będzie  krzesełko  i  ta  niebieska  torba  –  po-

wiedziała. 

background image

 

Patrick wziął to, o co prosiła  i  zerknął na  Kate, która wciąż 

zbierała z podłogi bagaże. 

– Dziękuję – powiedział cicho. – Poproś Sally, żeby odbie-

rała  moje  telefony.  –  Odwrócił  się  do  panny  Franklin.  – 
Chodźmy. Zajmie się pani dzieckiem, a potem porozmawiamy – 
powiedział oschle.  Cóż,  mimo  zgrabnej  figury  i  pięknego głosu 
ta młoda kobieta była zwykłą szantażystką... 

– Teraz możemy porozmawiać – rzucił nieprzyjaźnie, kiedy 

przewinięta  i  nakarmiona  dziewczynka  zasnęła.  Zamierzał  w 
pełni kontrolować sytuację, nie chciał dopuścić do chaosu. – Jak 
już  wspomniałem,  nie  znam  pani  siostry.  Powiedziałem  jej  to, 
kiedy do mnie przyszła,  i  doprawdy  nie  rozumiem, po co  panią 
tu przysłała, skoro nic się nie zmieniło. 

Claire  Franklin  spojrzała  na  niego  z  niemym  wyrzutem  w 

ślicznych szarych oczach. 

– Wprost przeciwnie, wszystko się zmieniło, bo trzy dni po 

wizycie u pana  moja siostra przedawkowała  narkotyki i zmarła. 
Pan jest za to odpowiedzialny, tak jak i za to dziecko. 

Patrick  zbladł.  Ta  biedna  dziewczyna,  której  zrozpaczony 

wzrok pamiętał do tej pory, nie żyje. Panna Franklin przyjecha-
ła,  żeby  walczyć  o  prawa  zmarłej  siostry  i  jej  dziecka.  Nic 
dziwnego, że była taka zdeterminowana, ale on i tak nie był  ni-
czemu winny. 

Nie jest ojcem tego maleństwa i nie ma zamiaru się do niego 

przyznać.  W  żaden  sposób  nie  przyczynił  się  do  śmierci  jego 
matki, choć było mu z tego powodu przykro. 

– Współczuję pani – powiedział  łagodnie, lecz stanowczo – 

ale naprawdę nie mam z tym nic wspólnego. 

–  To  kłamstwo  –  odparła  beznamiętnie.  –  Mam  zdjęcia. 

Serce zamarto mu w piersi. 

– Zdjęcia? – powtórzył. Mówiła coś wcześniej o dowodach. 

Do diabła... 

background image

 

–  Tak,  zdjęcia.  Intymne.  Chyba  pan  rozumie,  o  czym  mó-

wię. 

Rozumiał świetnie. Ale na pewno to był fotomontaż. 
–  Bardzo łatwo teraz  sfabrykować  takie  fotografie.  Wystar-

czy aparat cyfrowy i znajomość paru sztuczek. 

– Zdjęcia zrobiono w pana apartamencie. Tu, na tej kanapie, 

pod  oknem.  W  sypialni,  gdzie  przewijałam  małą.  Na  tarasie. 
Jakim  sposobem  mogłaby  sfabrykować  takie  ujęcia?  Panie  Ca-
meron,  nie  wypłacze  się  pan  z  tego.  Wystarczy  zrobić  testy 
DNA,  żeby  to  panu  udowodnić.  Pozwę  pana  do  sądu,  jeśli  nie 
przyzna  się  pan  dobrowolnie,  i  niech  mi  pan  wierzy,  że  zrobię 
wszystko, by wygrać. 

Nie miał co do tego wątpliwości. 
– Oczywiście, niech pani zrobi małej testy. Ja mam to już za 

sobą,  bo  jest  to  kolejna  próba  szantażowania  mnie  dzieckiem. 
Rezultat  będzie  z  pewnością  taki  sam  jak  w  poprzednich  przy-
padkach. Pani siostra nie jest pierwszą kobietą, która próbowała 
tych sztuczek, i obawiam się, że nie ostatnią. Prześlę pani wyni-
ki moich badań. 

–  Świetnie.  Daję  panu  tydzień,  a  potem  zacznę  działać. 

Przekażę  zdjęcia  prasie.  –  Sięgnęła  do  niebieskiej  torby  i  wy-
ciągnęła  podniszczony  kartonik.  –  Proszę,  to  moja  wizytówka. 
Jeśli  nie skontaktuje  się  pan  ze  mną  do  poniedziałku, odnajdzie 
pana mój adwokat, no i radzę uważnie przeglądać prasę. A teraz 
niech  pan  zechce  zamówić  mi  taksówkę.  Za  parę  dni  odbiorę 
resztę rzeczy. 

Już  miał  jej  powiedzieć,  żeby  pojechała  autostopem,  kiedy 

jego wzrok padł na śpiące dziecko. Złość wyparowała z niego w 
jednej chwili. 

Biedne maleństwo. Nie mógł skazywać go na taką podróż. 
Na wizytówce był podany adres w hrabstwie Suffolk. Jakaś 

farma  w  dolinie.  Bardzo  pięknie,  ale  Claire  nie  wyglądała  na 

background image

 

właścicielkę  farmy.  Może  tam  pracuje?  Jest  gosposią?  Sądząc 
po jej wyglądzie, na pewno nie zarabia dobrze. Zresztą mówiła, 
że jest bez grosza. 

Claire.  Smakował  jej  imię.  To  ciekawe,  że  takie  zwykłe 

imię stało się nagłe bardzo melodyjne. 

– Jak wrócicie do domu? Ma pani pieniądze na pociąg? 
– Dam sobie radę – odparła po chwili wahania. 
Z  westchnieniem  otworzył  portfel  i  wyjął  z  niego  Mika 

banknotów. 

– Proszę. To wystarczy na taksówkę. 
Spojrzała wymownie na pieniądze. 
–  Musi  pan  mieć  bardzo  nieczyste  sumienie,  panie  Came-

ron. 

Z trudem opanował złość. 
– Przeciwnie, panno Franklin. Mam bardzo czyste sumienie 

i  nie zamierzam  tego  zmieniać.  Weźmie  pani pieniądze  czy  też 
zamierza pani przez głupi upór narażać dziecko na niewygody? 

Po  chwili  wahania  skinęła  głową  i  schowała  banknoty  do 

przepastnej niebieskiej torby. 

–  Oddam  panu  –  powiedziała  z  taką  stanowczością,  że  mi-

mo wszystko jej uwierzył. 

Podniosła się dumnie z krzesła, wzięła dziewczynkę na ręce, 

przewiesiła torbę przez ramię i stała, cierpliwie czekając. 

– Zamówię taksówkę – rzucił  sucho, podnosząc słuchawkę. 

Wcale  nie  miał  ochoty  podziwiać  tej  młodej  damy. –  Kate,  po-
proś George'a, żeby zaraz tu przyjechał.  Wszystko według usta-
lonych  zasad.  –  Odprowadził  Claire  z  dzieckiem  do  windy.  – 
Kierowca  weźmie  pani  rzeczy,  żeby  nie  musiała  pani  po  nie 
wracać. – Wyciągnął rękę. – Do widzenia, panno Franklin. 

Podała mu chłodną dłoń. 
– Do widzenia. 
Ale  odniósł  wrażenie,  że  to  nie  wszystko,  co  miała  mu  do 

background image

10 

 

powiedzenia. Nie mylił się. 

Weszła  do  windy,  po  czym  odwróciła  się  i  spojrzała  mu 

głęboko w oczy. Czuł, że znów usłyszy coś nieprzyjemnego. 

–  Mówiłam  poważnie.  Ma  pan  tydzień,  zanim  rozpęta  się 

prawdziwe piekło. 

Wcale w to nie wątpił. 
Drzwi  windy  zamknęły  się.  Patrick  wzruszył  ramionami. 

Niech panna Franklin robi, na co ma ochotę. To dziecko nie jest 
jego, choć wyglądało słodko, a zdjęcia nie są żadnym dowodem. 

Oczywiście gdyby jego brat żył, Patrick wygarnąłby mu, co 

o  tym  wszystkim  myśli.  Nie  po  raz  pierwszy  miał  przez  niego 
takie kłopoty. 

Zaczął  sobie  wyobrażać,  jak  Will  podszywa  się  pod  swego 

brata  bliźniaka,  który  był  od  niego  bogatszy  i  odnosił  większe 
sukcesy. To nie było trudne. Czy jednak posunął się aż do tego, 
by udając Patricka, przyjmować kobiety w jego apartamencie? 

Chyba wyrósł z takich dowcipów. Kiedy byli młodsi, często 

zamieniali  się  rolami,  doprowadzając  do  szału  nauczycieli  i 
dziewczyny. Ale to było dawno temu. 

Gdy  dorośli,  Patrick  stał  się  poważnym  i  odpowiedzialnym 

biznesmenem,  natomiast  Will...  Cóż,  nigdy  nie  dorósł,  miewał 
dziecinne  pomysły  nie  zastanawiał  się  nad  konsekwencjami 
swoich  uczynków.  Ot,  pierwszy  przykład  z  brzegu:  Will  ulito-
wał  się  kiedyś  nad  szczeniakiem  i  zabrał  go  do  domu,  szybko 
jednak żywa zabawka go znudziła  i gdyby nie Patrick, pies wy-
lądowałby  w  schronisku.  W  ten  sposób  zwierzak  zyskał  pana, 
który  nieraz  pędził  przez  całe  miasto,  żeby go  wyprowadzić  na 
spacer. 

To  prawda,  Patrick  opiekował  się  nim  troskliwie,  a  jednak 

dotąd nie dał mu imienia... 

Nacisnął guzik windy. Kiedy drzwi się otworzyły, zauważył 

różowego króliczka na podłodze. To zabawka tej małej. Musiała 

background image

11 

 

wypaść jej z rączki. Do diabła! Poprosi Sally, swoją asystentkę, 
albo  lepiej  Kate,  żeby  się  tym  zajęła.  Kate  miała  wyraźną  sła-
bość do dzieci, a Sally zadawałaby zbyt dużo pytań. 

Wszedł do biura z królikiem w dłoni i szybko schował go do 

szuflady biurka. 

– Wszystko w porządku? – spytała Sally. 
Z jej głosu przebijała ledwo ukrywana ciekawość, natomiast 

pies przywitał go z niekłamanym entuzjazmem. Przynajmniej on 
nie podda go przesłuchaniu. 

– Oczywiście – skłamał. – Wyjdę z psem – dodał pospiesz-

nie,  widząc,  że  Sally  znów  otwiera  usta.  –  Odbieraj  moje  tele-
fony. 

– Znowu? 
Ale  nie  doczekała  się  odpowiedzi.  Patrick chwycił obrożę  i 

skierował  się  ku  drzwiom.  Pies,  radośnie  merdając  ogonem, 
pobiegł za nim. 

Park  to  idealne  miejsce  –  cisza,  spokój,  będzie  można  po-

myśleć o tym, co zaczynało go niepokoić. 

Był  początek  kwietnia.  Will  nie żył  od  ponad  roku.  Jeśli  ta 

dziewczynka  skończyła  cztery  miesiące,  to  może  być  jego 
dzieckiem. 

A  ponieważ  byli  jednojajowymi  bliźniakami,  wynik  testu 

DNA będzie pozytywny. 

–  Nic  pani  nie  płaci  –  powiedział  kierowca taksówki.  –  To 

na rachunek pana Camerona. 

–  Och!  –  Claire  zamrugała  ze  zdziwienia.  –  Jest  pan  pe-

wien? 

–  Jak  najbardziej.  Tak  powiedziała  Kate.  Zresztą  jestem  u 

nich na ryczałcie. 

– Ale pan Cameron dał mi pieniądze. 
George zaśmiał się dobrotliwie. 
–  Gdybym  był  bezczelny,  wziąłbym  od  pani  pieniądze,  ale 

background image

12 

 

nie  jestem,  więc  nie  ma  się  o  co  kłócić.  Wystarczy,  że  mi  pani 
podziękuje. Pan Cameron może sobie pozwolić na taki gest. 

Claire  chciała  zaprotestować,  ale  w  ostatniej  chwili  zrezy-

gnowała. 

– W takim razie dziękuję. 
Kierowca wniósł do domu bagaże i odjechał. 
Claire  miała  wrażenie,  że  pieniądze  zaraz  wypalą  dziurę  w 

kieszeni  jej  torby.  Oczywiście  odda  je  panu  Cameronowi  i 
zwróci  dług  za  taksówkę  –  kiedy  tylko  na  to  zarobi.  Poza  tym 
musi zdobyć pieniądze na mandat. 

Ha! Tylko jak to zrobić? – myślała, karmiąc małą i kąpiąc ją 

przed snem. Nie ma na rachunek telefoniczny, a bez telefonu nie 
zdobędzie pracy. 

Jak na ironię, Patrick Cameron był architektem, a ona miała 

odpowiednie kwalifikacje, by zatrudnić się w jego firmie. Może 
powinna  go  zapytać?  Mogłaby  wtedy  uniezależnić  się,  zdobyć 
środki na utrzymanie siebie i Jess. 

Uniezależnić?  Parsknęła  śmiechem.  Dopiero  wtedy  uzależ-

niłaby  się  od  niego.  Wcale  o  tym  nie  marzyła.  Zresztą  co  go 
obchodziły  jej  kłopoty.  Dzisiaj  w  ogóle  nie  zwrócił  uwagi  na 
dziecko. 

Nie.  Wystarczy,  że  da  pieniądze  na  opiekunkę  dla  małej,  a 

Claire  zyska  czas,  by  popracować  parę  godzin  dziennie,  dzięki 
czemu  wykaraska  się  z  kłopotów  finansowych  i  stanie  się  wia-
rygodna dla  banku.  Wystąpi o kredyt, by stworzyć u siebie stu-
dio, i wreszcie będzie mogła organizować wymarzone warsztaty 
malarskie. 

Wszystko sobie obmyśliła. Zamieszka na górze. Kuchnia na 

dole  była  dość  duża,  żeby  przyrządzać  w  niej  posiłki  dla 
wszystkich gości, a resztę parteru zajmie wielkie  studio. Gdy to 
wszystko  ruszy,  Claire  zacznie  zarabiać  całkiem  spore  pienią-
dze, wyżywając się przy tym artystycznie i nie tracąc kontaktu z 

background image

13 

 

Jess. 

Tak,  przemyślała  już  wszystko.  Tylko  jak  zdobyć  kapitał 

początkowy?  No  właśnie.  Patrick  Cameron  był  bogaty  i  miał 
obowiązek  zapewnić  przyszłość  swojemu  dziecku.  Za  tydzień 
spotka  się  z  nim  znowu.  Była  tego  pewna.  Człowiek  o  takiej 
pozycji  nie  będzie  chciał,  żeby  brukowce  dobrały  mu  się  do 
skóry. Musi zawrzeć z układ. Kiedy zobaczy zdjęcia Amy, prze-
stanie twierdzić, że jej nie znał. 

Najpierw  trzeba  zrobić  badanie  DNA,  a  potem  wszystko 

będzie proste. 

Ciekawe,  jak  Cameron  się  zachowa.  Wyglądał  na  dżentel-

mena, ale z drugiej strony wypierał się znajomości z jej  siostrą. 
Jaki  więc  jest  naprawdę?  Nie  mogła  się  doczekać,  kiedy  go 
spotka. 

To ją trochę zaniepokoiło. 
Oczywiście  wcale  nie  interesował  jej  jako  mężczyzna.  Był 

kochankiem  Amy,  więc  nie  ma  o  czym  mówić.  No  i  te  rozwi-
chrzone  ciemne  włosy,  i  przenikliwe  spojrzenie  zielonoszarych 
oczu... Wcale nie był w jej typie! 

A jego ciało... Oczywiście  niewiele widziała, bo nie chciała 

przyglądać się tym zdjęciom. 

Kłamczucha! 
Claire  wolała  oszukiwać  samą  siebie.  To  było  znacznie 

wygodniejsze,  bo  gdyby  przyznała  się,  że  podoba  jej  się  taki 
bogaty architekt,  którego  pracę  szanowała  i podziwiała, który  – 
gdyby tylko była z sobą szczera – był najprzystojniejszym męż-
czyzną, jakiego spotkała w swoim życiu, dopiero okazałoby się, 
jak bezowocne są jej aspiracje. 

Kim  ona  była?  Sfrustrowaną  dekoratorką  wnętrz,  kreślarką 

ledwie  utrzymującą  się  z  dorywczych  prac,  bez  żadnej  przy-
szłości, bez szans na karierę, bez prawa do emerytury. 

 

background image

14 

 

Emerytura?  Zaśmiała  się.  Przecież  ma  dopiero  dwadzieścia 

sześć  lat.  Ale  teraz,  gdy  jest  odpowiedzialna  za  to  maleństwo, 
musi myśleć o wszystkim. 

Gdyby nie niespodziewana hojność ciotki Meg, nie miałyby 

nawet dachu nad głową. 

Och, ciociu! Co mam zrobić? – westchnęła, wpatrując się w 

ciemny  zarys  stodoły,  która  stała  nieopodal  domu.  Oczywiście 
można  było  ją  sprzedać,  ale  to  oznaczałoby  koniec  marzeń. 
Przecież stodoła miała być zaadaptowana na potrzeby studia. 

A  może  Patrick  Cameron  okaże  się  darem  zesłanym  przez 

los? Niedługo wszystko się wyjaśni. 

Patrick  spojrzał  na  list  z  wynikiem  swoich  badań  DNA 

sprzed roku. Okazały  się zupełnie  niepotrzebne, gdyż kobieta w 
końcu  załamała  się  i  przyznała,  że  chodziło  jej  tylko  o  pienią-
dze.  Ale  test  został  wykonany  i  laboratorium  zgodziło  się  za-
trzymać na wszelki wypadek kod genetyczny, którego był jedy-
nym właścicielem. 

Westchnął. Jeszcze rok temu nie mógłby tak powiedzieć, ale 

teraz Willa nie było już na świecie. 

Will  żartował, że  jest  jego klonem, ale w zeszłym roku, tuż 

przed wyjazdem, oświadczył z powagą, że  musi przestać żyć w 
cieniu brata. 

–  Jestem  jak  twój  klon,  którego  pozbawiono  jakiegoś  waż-

nego  składnika.  Ale  kto  się  tego  domyśli,  jeśli  będę  daleko  od 
ciebie?  Nawet  ty,  braciszku,  nie  rzucasz  tak  wielkiego  cienia, 
żeby sięgał aż do Australii. 

Uśmiechnął się gorzko. Patrick objął go. 
– Nie bądź głupi – wydusił tylko z siebie. 
Ale  Will  wcale  nie  żartował.  Pojechał  do  Australii  z  moc-

nym  postanowieniem,  że  odmieni  swoje  życie,  a  dwa  tygodnie 
później utopił się, surfując w oceanie. 

A teraz okazało się, że chyba zostawił dziecko. 

background image

15 

 

Patrick  westchnął  ciężko  i  schował  kopertę  do  kieszeni. 

Hippisowski citroen czekał na podziemnym parkingu. 

Wsiadł  do  samochodu  i  przywiązał  smycz psa  do przednie-

go  pasa,  zastanawiając  się,  czy  ten  gruchot  wytrzyma  podróż. 
Kiedy  wjechał  na autostradę, był pewien, że nic z tego nie wyj-
dzie. Mimo przeglądu wlókł się niemiłosiernie, huczał, parskał  i 
był  przerażająco  bezbronny  obok  ogromnych  ciężarówek.  Kie-
rowca z pomocy drogowej miał rację. 

Patrick zrobił dobry uczynek  i zapłacił mandat, ale robienie 

przeglądu  i  odwożenie  tego  grata  było  wyrzucaniem  pieniędzy 
w błoto. Nadawał się tylko do kasacji. 

 
Może  jednak Claire  będzie  mu wdzięczna? Tak się  martwi-

ła, że go traci. Właściwie dlaczego zależało mu na jej wdzięcz-
ności?  W  ogóle  nie  wiedział,  dlaczego  ryzykuje  życiem  w  tej 
różowej puszce z cynfolii, którą ona nazywała samochodem! 

Z drugiej  strony  cynfolia  ma  swoje  plusy  –  na przykład  nie 

zardzewieje.  Ten  stary  gruchot  ma  co  najmniej  trzydzieści  lat, 
na pewno więcej niż Claire Franklin. 

Claire. 
Powtarzał w myślach to imię, przypominając sobie jej oczy, 

usta, zgrabną figurę i delikatny zapach, który wciąż unosił się w 
powietrzu,  gdy wieczorem  wrócił  z  psem  do  swego  apartamen-
tu. 

Czy to naprawdę było dwa dni temu? Wydawało mu się, że 

minęła cała wieczność. 

Różowy  królik  uwierał  go  w  kieszeni. Czy ta mała tęskniła 

za  swoją  zabawką?  Miała  na  imię  Jess.  Zdrobniale  od  Jessica? 
Jessamy? Jessamine? 

Czy  to  możliwe,  żeby  cieszył  się  na  to  spotkanie?  Przecież 

nie  znosił  dzieci!  Paskudne  sikające  maluchy.  Ale  ta  dziew-
czynka  mogła  być  córką  Willa.  Jego  ostatnim  prezentem  dla 

background image

16 

 

rodziny. Dlatego chciał ją znów zobaczyć. 

To,  że  miała  atrakcyjną  młodą  ciotkę,  było  w  ogóle  bez 

znaczenia! 

background image

17 

 

Rozdział 2 

 
Claire  usłyszała  warkot  samochodu,  zanim  jeszcze  podje-

chał pod jej dom. 

Oczywiście  gdyby  nie  ten  wypadek,  wcale  by  go  nie  usły-

szała.  Ale  kiedy  kosząc  wyrośniętą  trawę  na  łące  za  stodołą, 
wjechała na coś kosiarką, maszyna stanęła i zapadła cisza. 

W jej życiu bez przerwy coś się psuło. 
Leżąc  na  ziemi,  bezskutecznie  próbowała  naprawić  kosiar-

kę.  Spocona  i  zła  przewróciła  się  na  bok,  zadzierając  głowę. 
Długie  nogi  w  nienagannie  skrojonych  spodniach,  jedwabna 
koszula  w  ślicznym  szarozielonym  kolorze  i  twarz,  której  nie 
spodziewała się zobaczyć tak szybko. 

Coś takiego! Chyba nie mógł wybrać gorszego momentu! 
– Pan Cameron! 
– Dzień dobry, panno Franklin. 
Zerwała się na równe nogi, łapiąc się jego wyciągniętej reki, 

i otrzepała się z trawy, która oblepiła jej plecy. 

Na  drodze  stał  przeklęty  samochód  Amy.  Patrick  Cameron 

nie wyglądał na zachwyconego podróżą. 

– Gdzie dziecko? – spytał bez zbędnych wstępów. 
–  Śpi  –  odparła,  czując,  że  jeżą  jej  się  włosy.  –  Po  co  pan 

pyta? 

Wzruszył ramionami. 
– Po prostu byłem ciekaw, kto się nią w tej chwili opiekuje. 
– Ja – odparta z irytacją. – Nie  jestem daleko. Widzi pan w 

tym jakiś problem? 

– Myślałem, że jest pani przy niej. 
–  Oczywiście.  Jess  jest  w  domu  kilkadziesiąt  metrów  stąd. 

Razem z psem. 

Kropka  dopiero  teraz  zwęszyła  nieznajomego  i  wypadła  z 

background image

18 

 

głośnym szczekaniem z domu. 

– Cicho, Kropka – skarciła ją Claire. 
Suczka  zatrzymała  się,  podniosła  głowę,  a  potem  pobiegła 

do samochodu i zaczęła drapać w drzwi. 

– A, pies – powiedział Patrick. 
Claire uniosła do góry brwi. 
– Pies? 
Patrick uśmiechnął się z przymusem. 
–  Mój  pies.  W  samochodzie.  Właściwie  pies  mojego  brata. 

Nie ma imienia. Nic się nie stanie, jeśli go wypuszczę? 

– Na pewno nie. Kropka jest towarzyska. Ale czy pana pies 

jej nie pogryzie? Nie mam pieniędzy na weterynarza. 

 
– Ależ skąd. Zawsze bawi się z innymi psami w parku. 
Podszedł  do  samochodu  i  wypuścił  psa.  Zwierzaki  zaczęły 

się obwąchiwać, merdając ostrożnie ogonami. 

Claire,  przyzwyczajona  do  widoku  swej  suczki  o  jasnej 

sierści  i  małych  zgrabnych  uszach,  wpatrywała  się  ze  zdumie-
niem  w  kundelka  Patricka.  Czarny,  z  białą  łatą  na  piersi  i 
mniejszy  od  Kropki,  miał  największe  uszy,  jakie  kiedykolwiek 
widziała. 

Ale  Kropce to  nie  przeszkadzało.  Była zachwycona  i  wcale 

nie przejmowała się pogmatwanym rodowodem towarzysza. 

–  Psy  są  znacznie  bardziej  bezpośrednie  niż  ludzie  stwier-

dził  Patrick,  patrząc,  jak  zwierzęta  dokładnie  się  obwąchują  od 
zadniej strony. 

Jaki dowcipny! – pomyślała Claire. 
– Jednak wolę być człowiekiem – odparła. 
Uśmiechnął się, mrużąc oczy. 
Był  taki  przystojny.  O  Boże!  Nic  dziwnego,  że Amy  się  w 

nim zakochała. 

Amy. No właśnie. Musi pamiętać, że tu chodzi o Amy. 

background image

19 

 

– Dziękuję, że przywiózł pan samochód. Ile jestem winna? 
– Winna? – zdziwił  się. – Nic  mi pani  nie jest winna, prze-

cież musiałem się tu jakoś dostać. 

–  Ta  kupa  złomu  nie  była  chyba  wymarzonym  środkiem 

lokomocji! 

Patrick zachichotał. 
–  Faktycznie  cieszę  się,  że  nie  muszę  nim  wracać.  Prawdę 

mówiąc, dziwię się, że tu dojechałem. 

Claire  też  była  zdziwiona.  Za  to  gdy  ona  tylko  siądzie  za 

kierownicą, z miejsca jest awaria. 

– Co się stało? – Patrick pochylił głowę nad kosiarką. Claire 

westchnęła. 

–  Lepiej  nie  mówić.  Uderzyłam  w  jakiś kamień. Nie  wiem, 

co się zepsuło. Może John to naprawi. 

– John? 
–  To  złota  rączka.  Wszystko  mi  naprawia.  –  Kiedy  stać 

mnie na  to,  dodała  w  duchu.  –  A  propos,  George nie chciał  nic 
wziąć za kurs.  Muszę  panu  oddać  pieniądze, które dostałam  od 
pana. Wzruszył ramionami. 

–  Proponuję  inny  rewanż.  Nie  zatrzymywałem  się  podczas 

drogi  ze strachu,  że  samochód  już  nie  ruszy.  Zrobi  mi  pani  fili-
żankę kawy i będziemy kwita. 

–  To  byłaby  najdroższa  kawa  na  świecie  –  odparła  z  prze-

kąsem.  –  Ma  pan  szczęście, że  nie  mam  kawy.  Mogę  poczęsto-
wać pana  herbatą,  ale  bez  mleka.  Nie  ma  innego wyjścia,  musi 
pan przyjąć z powrotem te pieniądze. 

– Może być herbata – rzucił krótko. – Idziemy? 
Wzruszyła  ramionami.  Skoro tak, to  dobrze,  pomyślała,  ru-

szając w stronę domu. Weszli do kuchni przez zagracony przed-
sionek. Jess właśnie zaczynała wiercić się w wózku. 

–  Proszę  usiąść  –  powiedziała  Claire,  zdejmując  kota  z  je-

dynego przyzwoitego krzesła, jakie było w kuchni. 

background image

20 

 

Patrick rozejrzał się z zainteresowaniem. 
– Jak tu ładnie! – zachwycił się. 
Claire  omal  nie  wybuchnęła  śmiechem.  Meble  były  stare  i 

zniszczone.  Przydałby  się  kubeł  gorącej  wody,  żeby  je  wyszo-
rować, a potem farba. 

–  Myślałam,  że  jest  pan  architektem  –  rzuciła  z  nutką  sar-

kazmu. 

Znów  zachichotał  tak  zmysłowo,  że  aż  poczuła  przeszywa-

jące ją dreszcze. 

–  Zgadza  się.  Bez  przerwy  projektuję  nowoczesne  kuchnie 

ze  stali  i  szkła  przypominające  salę  operacyjną  albo  statek  ko-
smiczny.  Człowiek  boi  się  potem  czegoś  dotknąć,  żeby  nie  zo-
stawić odcisków palców. Tu może wejść pies wprost z podwór-
ka  i  nic  się  nie  stanie.  Przypomina  mi  się  dzieciństwo,  kiedy 
jeździłem do babci. Tam było cicho, swojsko i przytulnie. 

Nagle  spojrzała  jego  oczami  na  swoją  kuchnię. Stary,  czar-

ny  piec,  którego  z  braku  pieniędzy  nie  mogła  wyremontować, 
wielki  zlew  z  mahoniowym  blatem,  malowane  szafki  z  litego 
drewna  –  każdy  pragnąłby  mieć  takie  rzeczy,  ale  nowe,  tylko 
udające  stare.  Claire  omal  nie  wybuchnęła  śmiechem.  Jakie  to 
zabawne! 

 
Ale  zastawa  z  niebiesko-białej  porcelany  w  kredensie  była 

w najmodniejsze wzory, a jaskrawo pomalowane kubki wiszące 
nad czajnikiem ożywiały w  miły sposób pomieszczenie. Z okna 
roztaczał się widok na łąkę i dolinę, gdzie stał śliczny kościółek. 

Tak, to  miejsce  miało  swój  urok.  Kochała  je,  choć  nie  stać 

jej było na remont. Po śmierci Amy musiała rzucić pracę i prze-
stała  inwestować  w  dom.  Miała  całą  listę  ważniejszych  spraw 
niż  kuchnia,  a  dziś  jeszcze  doszła  kosiarka.  Kwiecień  to  na-
prawdę nie był najlepszy miesiąc na lego rodzaju awarie. 

– Lubi pan mocną herbatę? 

background image

21 

 

– Niezbyt mocną. Ma pani cytrynę? Nie, nieważne. 
Parsknęła śmiechem. 
–  I  tak  nie  mam.  Przepraszam,  że  rewanżuję  się  panu  lak 

mizernie. 

– Nie po to przyjechałem. 
To  prawda.  Przyjechał,  bo  nie  miał  innego  wyjścia.  Te 

uśmieszki i cała galanteria zaraz się skończą. 

Claire  wyjęła  torebkę  herbaty  z  jego  kubka  i  włożyła  do 

swojego. Po raz nie wiadomo który pożałowała, że rano nie ku-
piła  mleka.  Próbowała  pić  herbatę  z  mlekiem  Jess,  ale  to  nie 
było to samo. Zresztą mleko Jess też już się kończyło. 

Odwróciła się do Patricka, trzymając w dłoniach kubki. 
– Od czego zaczniemy? – spytała odważnie. 
– Chciałbym zobaczyć te zdjęcia. 
– Aha. 
Postawiła  na  stole  kubki  i  odwróciła  się. Nienawidziła tych 

zdjęć. Na szczęście nie były wulgarne, ale za to bardzo intymne. 
Takie,  że  nie  powinien  ich  oglądać  nikt  oprócz  zainteresowa-
nych osób. Ten sekret Amy powinna zabrać ze sobą do grobu. 

Ale  skoro  Patrick  był  na  tych  zdjęciach,  to  chyba  może  je 

zobaczyć. Ona nie musi denerwować się widokiem siostry z tym 
mężczyzną. 

Poszła do pokoju i wyjęła z szuflady pakiet zdjęć. 
– Proszę – powiedziała, wręczając mu kopertę. 
Otworzył  ją  i  z  dziwnym  wyrazem  twarzy  wyjął  fotografie. 

Przerzucał je powoli, a potem bez słowa włożył z powrotem do 
koperty. 

– Niech pani usiądzie – powiedział z zasępioną miną. Usia-

dła,  zastanawiając  się,  skąd  u  niego  ten  dziwny  smutek.  Czy 
kochał Amy? 

–  Ten  mężczyzna  na  zdjęciach  to  nie  ja.  To  mój  brat  bliź-

niak. 

background image

22 

 

Wpatrywała  się  w  niego,  nic  nie  rozumiejąc.  Potem  roze-

śmiała się. 

– Och, oczywiście. To bardzo sprytne, tylko że Amy mówi-

ła o Patricku Cameronie. Chce  mi pan wmówić, że pański  brat 
również ma na imię Patrick? 

Potrząsnął głową. 
–  Miał  na  imię  Will.  Czasem  udawał,  że  jest  mną.  Jak 

wszyscy bliźniacy bawiliśmy się tak w dzieciństwie, tylko że on 
nigdy z tego nie wyrósł. Zmarł rok temu w Australii. 

–  Zmarł?  –  powtórzyła  głucho.  Jej  nadzieje  rozwiały  się. 

Nie  dostanie  pieniędzy  na  utrzymanie  Jess,  więc  będzie  zmu-
szona sprzedać dom i wyprowadzić się, a przynajmniej sprzedać 
stodołę i pokryć za to długi Amy. 

 
– Kiedy były zrobione te zdjęcia? 
–  Z  tyłu  jest  data  –  powiedziała  drewnianym  głosem.  – 

Chyba w marcu. 

Odwrócił kopertę i skinął głową. 
–  Zgadza  się.  Byłem  wtedy  na  kontrakcie  w  Japonii.  Will 

przez tydzień  u  mnie  mieszkał  i  jak  widać, podszywał  się  pode 
mnie. To musiało być wtedy. Kiedy urodziło się dziecko? 

– Dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem. 
Skinął  głową,  a  potem  przez  chwilę  przyglądał  się  Jess  le-

żącej w wózku. 

– Nie jest podobna do mojego brata. 
– Nie, przypomina raczej Amy. 
Patrick westchnął. 
– Szkoda. Miło byłoby oglądać znajome rysy. 
– Zawsze może pan spojrzeć do lustra. 
Na jego twarzy pojawił się blady uśmiech. 
–  To  nie  to  samo...  Mam  coś  dla  pani.  –  Wstał.  –  Muszę 

pójść po marynarkę. 

background image

23 

 

Odprowadziła  go  wzrokiem.  Idąc  do  samochodu, pogłaskał 

psy  bawiące  się  przed  domem.  Zamerdały  ogonami,  a  potem 
znów zaczęły uganiać się za kością Kropki. 

 
Wziął marynarkę i wrócił, mijając zepsutą kosiarkę i stodołę 

z niedomykającymi się drzwiami na zardzewiałych zawiasach. 

Claire zastanawiała się, co jeszcze może się zepsuć. Lepiej o 

tym  nie  myśleć.  I  tak  ma  za  dużo  kłopotów.  Ten  mężczyzna 
pewnie  nie  jest  ojcem  Jess,  choć  trudno  będzie  to  udowodnić. 
Jeśli  byli  z  bratem  jednojajowymi  bliźniakami, to  kod DNA  na 
pewno mieli taki sam. O ile na tych zdjęciach był naprawdę jego 
brat, byli podobni jak dwie krople wody. 

Oczywiście  najłatwiej  będzie  mu  twierdzić,  że  to  jest 

dziecko  jego  brata.  Will  ani  Amy  temu  nie  zaprzeczą.  W  ten 
sposób  pozbędzie  się  wszelkiej  odpowiedzialności.  Jakie  to 
wygodne! 

Ale Patrick Cameron jakoś nie wyglądał na oszusta. 
Prychnęła  z  pogardą.  Tak  jakby  ona  znała  się  na  ludziach! 

Amy  naciągała  ją  latami,  opowiadając  różne  bajki.  W  końcu 
zostawiła  jej  na  wychowanie  córkę,  bo  przecież  jej  odpowie-
dzialna siostra Claire na pewno sobie z tym poradzi. 

Patrick może być oszustem, lecz ona go nie zdemaskuje. Do 

diabła. To jest zbyt skomplikowane. Chciała  mu wierzyć, ale w 
głębi serca  dręczyły  ją  wątpliwości.  Jakby  bez tego miała  mało 
zmartwień. 

–  Proszę  –  powiedział,  wyciągając  z  kieszeni  kopertę.  Zer-

knęła z bijącym sercem. 

Czy  to list od  adwokata  grożący  jej  konsekwencjami  praw-

nymi,  jeśli  przekaże  prasie  zdjęcia?  A  może  czek?  Nie,  to  by 
było zbyt piękne. 

–  To  informacje  z  laboratorium  DNA  —  powiedział,  roz-

wiewając  jej  wątpliwości  i  niszcząc  ostatnią  nitkę  nadziei.  – 

background image

24 

 

Moje badania  są  w  archiwum.  W  środku  jest instrukcja. Trzeba 
zrobić  dziecku  wymaz  z  policzka,  a  potem  przesłać  próbkę  na 
badania.  Wynik  powinien  się  zgadzać,  jeśli to jest  córka Willa. 
Nie mam wątpliwości, że to on jest na tych zdjęciach. 

– Dlaczego mam w to wierzyć? 
Uniósł brew. 
– Jak to dlaczego? Przecież Will i ja byliśmy jednojajowymi 

bliźniakami. 

–  No  właśnie.  Dlaczego  mam  wierzyć,  że  to  nie  jest  pana 

dziecko? 

– Moje? Przecież mówiłem, że byłem wtedy za granicą. 
– To nie jest dowód. 
– Mogę dostarczyć pani dowód – rzucił wyraźnie urażony. – 

Pieczątki  w  paszporcie,  protokół  ze  spotkania  w  Japonii.  Poza 
tym,  w  przeciwieństwie  do  Willa,  mam  wyrostek  robaczkowy. 
Na  zdjęciach  widać  bliznę.  –  Wyciągnął  koszulę  ze  spodni  i 
odchylił  pasek,  odsłaniając  napięty,  gładki  brzuch.  –  Widzi  pa-
ni? Nie ma blizny. 

Zwiesiła  głowę.  Teraz  przynajmniej  wiadomo,  że  nie  kła-

mie. Tego brzucha nie tknął nigdy skalpel. 

– W porządku, to nie pan jest na tych zdjęciach. 
– Nie –  powiedział  cicho.  –  Ale  jeśli to jest  dziecko Willa, 

jako  jego  brat  przejmę  za  nie  wszelką  odpowiedzialność.  Jak-
bym był ojcem. Więzy krwi to rzecz święta. 

Spojrzał  na  Jess,  która  otworzyła  oczy  i  wesoło  zaczęła 

machać rączkami i nóżkami. 

– Nie  musi  mi pan tego tłumaczyć. Jak pan  myśli, dlaczego 

nie oddałam małej do adopcji? 

Skinął głową. 
– Oczywiście.  Jesteśmy  w  tej  samej  sytuacji. Mój Boże, co 

za historia! 

Z  jego  szarozielonej  marynarki  przewieszonej  na  krześle 

background image

25 

 

wystawał kawałek różowego ucha. Claire uśmiechnęła się. 

– Czy nigdy nie rozstaje się pan z zabawkami, panie Came-

ron? –  Nim  skończyła  mówić,  zaczęła  się  obawiać,  czy  nie  po-
zwoliła sobie na zbytnią poufałość. 

Jednak Patrick zaśmiał się  i wyciągnął z kieszeni  różowego 

króliczka. 

–  Zupełnie  o  tym  zapomniałem.  Znalazłem  go  w  windzie. 

Myślałem,  że  może  mała  za  nim  tęskni.  Nie  wiem,  czy  w  jej 
wieku dzieci przywiązują się już do zabawek. 

– Jeszcze nie. Jess ma dopiero cztery miesiące. Ale lubi tego 

króliczka. Dziękuję. 

Kiedy  podawał  jej  zabawkę,  ich  dłonie  na  chwilę  zetknęły 

się.  Claire  poczuła  na  ramieniu  dreszcz.  Cofnęła  szybko  rękę  i 
dała króliczka Jess. Mała złapała go i wsadziła sobie do buzi. 

–  Naprawdę  go  lubi.  –  Claire  uśmiechnęła  się,  biorąc 

dziecko na ręce. – Najwyższy czas się zapoznać. Mówmy sobie 
po imieniu. Jess, to twój wujek Patrick. Przywitaj się ładnie. 

Posadziła dziewczynkę na kolanach Patricka. 
– Jak mam ją trzymać? – Uśmiechnął się niepewnie. 
–  Nie  bój  się,  ona  nie  jest  z  porcelany.  Uważaj  tylko,  żeby 

nie spadła na ziemię. 

Claire ruszyła w kierunku drzwi. 
– Gdzie idziesz? – spytał z przerażeniem. 
– Do łazienki. 
Odetchnął z ulgą. 
– Myślałem, że... 
– ...że chcę wyjść z domu? Nie bój się, zaraz wrócę. 
–  No,  mała,  jesteś  córką  Willa  –  powiedział  Patrick,  zaglą-

dając  dziecku  w  oczy.  –  A  ja  jestem  twoim  wujkiem.  Co ty  na 
to?  –  Usta  Jess  zadrżały.  Patrick  instynktownie  przytulił  ją  do 
siebie. – Nie bój się. Przecież nie jestem taki straszny. Nie znam 
się  na  dzieciach,  ale  szybko  nadrobię  zaległości.  Ty  też  nie 

background image

26 

 

znasz wielu architektów, ale wszystko ci wytłumaczę. 

Mrugnął  do  niej  porozumiewawczo,  potem  jeszcze  raz,  i 

twarz  dziewczynki  rozjaśniła  się.  Otworzyła  buzię,  ukazując 
jeden ząbek, i roześmiała się. 

Patrick przełknął ślinę. To naprawdę było wzruszające. 
– Myślisz, że  jestem śmieszny, tak? – powiedział  nieswoim 

głosem. 

Jess  zachichotała,  wyciągając  rączkę,  żeby  chwycić  go  za 

nos. 

–  Au!  Jakie  ostre  pazurki!  –  zawołał, odsuwając  jej rączkę. 

Mała  złapała  jego  palec  i  włożyła  sobie  do  buzi.  –  Nie  wiem, 
czy jest tak czysty, żeby go ssać. 

W  tym  momencie  do  pokoju  weszła  Claire.  Stanęła tak  bli-

sko,  że  czuł  zapach  świeżo  skoszonej  trawy  –  i  nagle  zakręciło 
mu się w głowie. 

Słodki  zapach  trawy  podziałał  na  niego  jak  narkotyk.  Led-

wie docierały do niego słowa Claire. 

–  Nie  przejmuj  się.  Dzieci  wcale  nie  muszą  być  wychowy-

wane  w  sterylnych  warunkach.  To  źle  działa  na  odporność.  Je-
stem pewna, że twoje palce nie są takie brudne. 

– Głaskałem psy – stwierdził, odzyskując przytomność. 
– Nic jej nie będzie. Czy ona się śmiała? 
Zerknął  na nią  niespokojnie. Czy słyszała,  jak robił z siebie 

głupka? 

– Tak. 
Claire uśmiechnęła się. 
– Jess uwielbia, jak dorośli robią z siebie błaznów. 
Błaznów?  Coś  takiego!  A  więc  Claire  wszystko  słyszała. 

Ale to dobrze. Może trochę go polubi. 

 
–  Chcę  uczestniczyć  w  jej  wychowaniu,  widzieć  jej  pierw-

sze kroki, słyszeć jej pierwsze słowa. 

background image

27 

 

Tak powiedział  przed  chwilą  Patrick. Do  Claire  jakby  jesz-

cze nie dotarto, co to miało oznaczać. Zdezorientowana patrzyła, 
jak bawi się z dzieckiem. W jaki sposób chciał „uczestniczyć” w 
wychowaniu Jess? Chciał oglądać filmy nagrane na wideo? Czy 
może czasem ją odwiedzać? 

A może chciałby ją adoptować? 
Na samą myśl o tym dreszcz przeszedł jej po plecach. 
Na pewno nie. Nie mógłby tego zrobić. Zresztą nie wygra w 

sądzie. Przecież jest mężczyzną. 

Kod genetyczny  jego  i  Willa  był  identyczny. A jeśli  jednak 

powie, że to jego dziecko? 

Spojrzała  na  zdjęcia,  jedyny  dowód,  że  ojciec  jej  siostrze-

nicy  miał  bliznę  po  wyrostku  robaczkowym. Nie  miała  negaty-
wów ani  innych odbitek tych zdjęć. Gdyby  wpadły w  niepowo-
łane ręce... 

 
– Co się stało, Claire? 
Patrick wpatrywał się w nią uważnie. 
– Powiedziałeś, że chcesz uczestniczyć w jej wychowaniu. 
– To prawda. Chcę. 
–  W  jakim  sensie?  Co  dokładnie  masz  na  myśli?  –  Wolała 

spytać wprost. Zawsze lubiła jasne sytuacje. Musi wiedzieć, czy 
Patrick zamierza odebrać jej dziecko. 

– Nie wiem – odparł szczerze. – Na pewno będę chciał czę-

sto ją widywać. Niestety mieszkam w Londynie... 

–  Odwiedzaj  ją,  kiedy  tylko  masz  ochotę.  –  Może  dzięki 

temu nie będzie próbował odebrać jej dziecka? 

Przyjrzał się jej uważnie. 
–  Boisz  się,  że  będę  chciał  ją  zabrać,  prawda?  –  spytał  ci-

cho. 

Claire odwróciła głowę. 
–  Nie  mogę  jej  stracić.  To  wszystko,  co  zostało mi  po  sio-

background image

28 

 

strze. 

Urwała. Ta rana była zbyt świeża. 
–  Claire,  przecież  ci  nie  zabiorę  Jess.  Jestem  kawalerem. 

Mieszkam sam w wieżowcu w centrum Londynu. Jesteś kobietą, 
dbasz  o  małą  od  urodzenia,  mieszkasz  w  bezpiecznym  miejscu. 
Żaden rozsądny sędzia nie przyznałby mi opieki nad dzieckiem. 

Zamknęła oczy i skinęła głową. 
– Chyba tak. Po prostu... 
– ...spanikowałaś? Nie bój się. Ale nie myśl, że o wszystkim 

będziesz decydować sama. Moi rodzice też będą chcieli się z nią 
kontaktować. Widywać ją na urodziły, zapraszać na święta i tak 
dalej. 

Claire  znów  skinęła  głową.  Miał  rację,  to  nie  będzie  łatwe, 

ale wspólnie mogą jakoś się dogadać. 

–  O!  –  powiedział,  marszcząc  nos.  –  Wydaje  mi  się,  że 

trzeba ją przewinąć. 

Claire uśmiechnęła się. 
– Teraz będzie pierwsza lekcja przewijania. Chodź! 
– Aleja nie potrafię! 
– Oczywiście, że potrafisz. Sam się zdziwisz, jakie to łatwe. 

Kiedy  umyjemy  i  przewiniemy  Jess,  trzeba będzie  ją  nakarmić. 
A potem oczywiście znów zmienimy pieluszkę. 

Patrick  zrobił  taką  minę,  że  Claire  miała  ochotę  się  roze-

śmiać. 

– Przygotuję mieszankę – powiedział, szukając wymówki. 
Jednak Claire była nieugięta. 
–  Wszystko  już  jest  gotowe.  Ale  następnym  razem  chętnie 

pozwolę się wyręczyć. 

To śmieszne, ale czuł tremę, jakby czekał go publiczny wy-

stęp. 

background image

29 

 

Rozdział 3 

 
Godzinę  później  Jess  znów  siedziała  na  kolanach  Patricka, 

czysta i najedzona, a psy kręciły się po domu. 

Kropka  była  bardzo  zadowolona,  a  pies  Patricka  bacznie 

obserwował  swego  pana.  Nie  był  pewien,  co  oznacza  to  małe 
stworzenie na jego kolanach. 

Patrick delikatnie potarmosił psa za ucho. 
– Wszystko w porządku – powiedział cicho. – To tylko mo-

ja siostrzenica. 

Tylko  siostrzenica?  Toż  to  prawdziwy  przewrót w  jego  ży-

ciu! 

Znów przypomniał sobie zdjęcia. Dziewczyna, którą spotkał 

kilka tygodni temu, i brat, którego już nigdy nie zobaczy. 

To  były  chyba  ostatnie  zdjęcia  Willa,  ale  za  nic  w  świecie 

nie pokaże ich rodzicom. 

Nastrojowe,  intymne  zdjęcia.  Nic  dziwnego,  Will  był  do-

brym fotografem i miał talent do tworzenia nastroju. 

Jednak  te  zdjęcia  nie  były  przeznaczone  dla  osób  postron-

nych.  Zresztą  nigdy  nie  ujrzałyby  światła  dziennego,  gdyby 
Amy nie umarła. 

Na niektórych wyglądała wzruszająco bezbronnie. Inne były 

bardziej zabawne. Zastanawiał się przez chwilę, czy nie pokazać 
rodzicom  zdjęcia,  na  którym  Will  śmieje  się  i  wyciąga  rękę  do 
aparatu,  ale  zrezygnował.  Nie  chciał  prowokować  zbędnych 
pytań. 

Sam  wolałby  też  nic  nie  wiedzieć  o  tym  romansie.  Ale 

przynajmniej dzięki temu  mieli  Jess, to słodkie, małe stworzon-
ko. 

Dlatego nie miał pretensji do swego brata. 
–  Patrick?  –  Claire  przyglądała  mu  się  z  zatroskaniem.  – 

background image

30 

 

Dobrze się czujesz? 

Uśmiechnął się z przymusem. 
– Ależ tak. 
–  Może  wyjdziemy  na  powietrze?  Zwykle wyprowadzam  o 

tej porze Kropkę.; Twój pies na pewno chemie pójdzie z nami. 

–  Dobry  pomysł.  Ale  czy  ktoś  z  nas  nie  powinien  zostać  z 

Jess? 

– Myślisz, że zostawiłabym ją samą? Ona uwielbia spacery. 

Wezmę  ją  na  ręce,  choć  jest  już  trochę  ciężka.  Niedługo  będę 
mogła nosić ją na plecach, ale na razie jest za mała. 

Sięgnęła  po  płócienne  nosidełko.  Kropka  była  już  przy 

drzwiach. 

Claire zaśmiała się. 
– Wiesz, co będzie, prawda, skarbie? 
Kropka zaszczekała, merdając ogonem jak szalona. 
Patrick trzymał Jess  na kolanach  i patrzył, jak mała z zado-

woloną  miną  ssie  plastikowe  kółko.  Właściwie  nie  miał  ochoty 
jej oddawać. Szczerze ją polubił. Nawet przewijanie okazało się 
nie takie straszne. 

– Poniosę ją – zaproponował. 
– Naprawdę? – zdziwiła się Claire. – Jest ciężka. Obślini ci 

koszulę. 

– Dam sobie radę – rzucił sucho. 
Już po chwili  nosidełko było przymocowane do jego piersi. 

Wsadzili małą do środka i wyszli na dwór. 

– Nie zamykasz drzwi na klucz? 
–  Po  co?  —  zdziwiła  się. 

A

  Nie  ma  tu  nic  cennego,  a  poza 

tym to jest wieś. 

– A złodzieje? 
– Tu nie tak łatwo trafić. – Roześmiała się. – Chodźmy, psy 

nie mogą się już doczekać. 

Ciekawe,  co  zrobi  mój  pies,  kiedy  zobaczy  królika,  pomy-

background image

31 

 

ślał Patrick. Przestał myśleć o drzwiach i szybko ruszył za Cla-
ire. 

Jess  zasnęła  przytulona  do  jego  piersi.  Była  ciężka, ale cie-

szył  się,  że  ma  ją  przy  sobie.  Kilka  dni  temu  był  samotnym 
mężczyzną bez zobowiązań, który spacerował z psem po parku. 
A teraz miał przy sobie dwa psy, piękną kobietę i dziecko. 

Spojrzał na Claire. Tak, była piękna. I seksowna. Delikatna, 

zgrabna i kobieca. No i ten głos! 

Gdyby  nie  okoliczności,  w  jakich  ją  poznał,  na  pewno 

umówiłby się z nią na randkę. 

Czy  uda  mu  się  pogodzić  nowe  obowiązki  z  dotychczaso-

wym trybem życia? 

Prychnął pod nosem. 
Wykluczone.  Jeden  nieprzemyślany  postępek  jego  brata  – 

bo pewnie była to krótka zabawa, a nie prawdziwy trans – spra-
wił,  że  Patrick  nagle  stał  się  odpowiedzialny  małe  dziecko.  A 
nawet i za jego opiekunkę. 

Nie  wiedział,  czym  się  zajmuje  Claire, ale  z pewnością  nie 

zarabiała dobrze. Co to za teczka, zupełnie niepodobna do reszty 
rzeczy, które widział w samochodzie? 

Która  Claire  była  prawdziwa?  Ta  w  zniszczonych  tenisów-

kach czy ta z elegancką skórzaną teczką? 

– Opowiedz mi o sobie – poprosił. 
– Co chciałbyś wiedzieć? – spytała zaskoczona. 
–  Jak  najwięcej.  Powinniśmy  się  zaprzyjaźnić.  Będziemy 

często się spotykać. 

Uśmiechnęła  się,  ale  za  chwilę  w  jej  wyrazistych  szarych 

oczach pojawił się niepokój. 

– Masz rację... Uważaj, tu jest niebezpiecznie. 
Przez  chwilę  szli  w  milczeniu,  a  kiedy  minęli  najgorsze 

wertepy, spojrzała na niego z ukosa. 

– Nie powiem ci nic ciekawego. – Wzruszyła od niechcenia 

background image

32 

 

ramionami.  –  Mam  dwadzieścia  sześć  lat,  jestem  grafikiem  i 
dekoratorką  wnętrz,  ale  nie  cierpię  pracy  w  reklamie.  Niestety 
na prowincji rzadko trafia się jakieś dobre prywatne zlecenie. Za 
mało bogatych  ludzi, a w prawie każdym dużym sklepie  można 
zasięgnąć porady za darmo. 

• – To masz kiepsko. Claire roześmiała się. 
– Niestety. Na szczęście ciocia Meg zostawiła nam spadek. 
– Nam? 
Popatrzyła na niego ze smutkiem. 
–  Mnie  i  mojej  siostrze.  Mieszkałyśmy  razem.  Amy  wcale 

nie szukała pracy. Była na moim utrzymaniu. 

Claire wzruszyła ramionami. Dobrze wiedział, co czuła. On 

też utrzymywał brata. Will potrafił się tylko bawić za nich obu. 

– Rozumiem cię – rzucił  niechętnie. Nie  miał ochoty kryty-

kować brata. 

To dzięki niemu teraz był tutaj. 
– Ciocia Meg zostawiła ci dom. A pieniądze? 
Claire zaśmiała się z goryczą: 
– Niestety nie. Tylko dom. Sam widziałeś, w jakim jest sta-

nie.  Kuchnia  i  łazienka  wymagają  remontu.  Naprawiłam  dach, 
ale potem urodziło się dziecko... 

Urwała, spoglądając na Jess. Dziewczynka spała przytulona 

do piersi Patricka. 

– Czy pracowałaś, zanim urodziła się Jess? 
–  Tak,  ale  potem  Amy  zachorowała.  Miała  depresję  popo-

rodową.  Na  dodatek  tonęła  w  długach.  Jej  życie  osobiste  ukła-
dało  się  fatalnie.  Chciałam  się  nią  opiekować, ale pogrążała  się 
coraz bardziej. 

–  Wyglądała  okropnie,  kiedy  do  mnie  przyszła.  –  Zastana-

wiał  się  po raz  nie  wiadomo  który,  czy  nie  był odpowiedzialny 
za to, że odebrała sobie życie. 

 

background image

33 

 

Claire potrząsnęła głową, jakby odgadła jego myśli. 
– Zawsze  wyglądała  okropnie.  Od  lat.  Chyba  chciała w  ten 

sposób wymuszać na ludziach pomoc. 

– Ale ja jej nie pomogłem. 
Claire uśmiechnęła się blado. 
–  Nie  mam  o  to  pretensji.  Teraz  znam  prawdę.  Powiedzia-

łam, że  jesteś odpowiedzialny za to, co się stało, ale wtedy nie 
wiedziałam,  że  Jess  nie  jest  twoim  dzieckiem,  widziałeś  Amy 
tylko  raz  w  życiu.  Była  dla  ciebie  jedną  i  wielu  naciągaczek. 
Dlaczego miałbyś jej pomagać? 

–  Ale  ona  naprawdę  wierzyła,  że  jestem  ojcem  jej  dziecka. 

Myślała, że kłamię, kiedy powiedziałem, że jej nie znam. 

Claire zatrzymała się i spojrzała mu prosto w twarz. 
– Nie obwiniaj się o jej śmierć – powiedziała cicho. – Amy 

już  wcześniej  zażywała  narkotyki.  Kilka  razy  przedawkowała  i 
trafiła  do  szpitala.  Niestety  tamtego  dnia  musiałam  pójść  do 
pracy. 

 
– Tak... 
–  Kiedy  Amy  wróciła  od  ciebie,  rozpłakała  się  i  opowie-

działa mi o swoich długach. 

– Miała długi? 
– W banku i u lichwiarzy. W najgłupszy sposób wpakowała 

się w kłopoty. Byłeś jej ostatnią nadzieją. 

–  A  ja  ją  odprawiłem.  –  Przejechał  ręką  po  włosach. Mimo 

wszystko czuł się winny. Dał  jej tylko pieniądze na bilet do do-
mu. To bardzo mało. Co z tego, że jej nie znał. 

–  To  naprawdę  nie  była  twoja  wina.  Moja  też  nie.  Jestem 

tego pewna. 

– Przecież wiem, że czujesz się winna. 
Odwróciła głowę, ale zdążył dostrzec w jej oczach ból. 
– Oczywiście. Kiedy powiedziała mi o długach, poszłam do 

background image

34 

 

banku  i wzięłam pożyczkę pod zastaw domu. Spłaciłam  jej dłu-
gi.  –  Zaśmiała  się  z  goryczą.  –  Dwa  dni  później,  kiedy  praco-
wałam,  żeby  zarobić  na  ratę  kredytu,  Amy  popełniła  samobój-
stwo. 

– Zostawiając ci swoje długi. 
– Już  je  spłaciłam  tym  kredytem  bankowym. Jak  na  ironię, 

po jej śmierci te długi by wygasły, nie przeszłyby na mnie. 

– Amy o tym wiedziała? 
–  Tak...  ale  nie  wiedziała,  że  już  ją  spłaciłam.  To  znaczy 

mówiłam  jej  o  tym,  ale  do  niej  niewiele  docierało.  Była  w 
strasznym  stanie.  Powtarzała  w  kółko,  że  zmarnowała  życie 
sobie, mnie i Jess. Zabiła się, nie widząc innego wyjścia. 

– Czy zostawiła pożegnalny list? 
– Tak. Przepraszała mnie za wszystko. Bez wyjaśnień, ale to 

nie  było  konieczne.  Znalazła  się  w  okropnej  sytuacji,  była  w 
głębokiej depresji, choć to nie usprawiedliwia tego kroku. 

Znów  odwróciła  głowę,  oddychając  niespokojnie.  Widać 

było,  że  wciąż  cierpi.  Od  śmierci  Amy  minęło  zaledwie  sześć 
tygodni.  Może  siedem.  Will  umarł  rok  temu,  a  Patrick  wciąż 
czuł się jak tamtego dnia, gdy przyszła wiadomość o wypadku. 

Odczekał chwilę, po czym spojrzał na zegarek. 
– Może powinniśmy już wracać? Robi się późno, a musimy 

omówić jeszcze mnóstwo spraw. 

– A ty musisz wracać do Londynu. 
– Przedtem chętnie zjadłbym  lunch. Umieram z głodu. Cla-

ire roześmiała się z goryczą. 

–  Niestety  w  domu  jest  tylko  kilka  wyschniętych  ziemnia-

ków. 

– W takim razie chodźmy coś zjeść do pubu, a potem robi-

my zakupy. 

– Nie mam pieniędzy na zakupy. 
– Przecież musisz jeść. Inaczej nie będziesz miała siły, żeby 

background image

35 

 

opiekować się Jess. Ona cię potrzebuje, Claire. Ja też. Me mogę 
się nią zająć. Z radością pokryję wszystkie koszty. Twoja opieka 
jest dla mnie bezcenna. 

W oczach Claire pojawiły się łzy. Szybko odwróciła głowę. 
– Dziękuję – powiedziała ściszonym głosem. 
Bez namysłu przytulił ją do siebie. 
– Nie płacz. Wszystko będzie dobrze – wyszeptał. 
Ale  to  tylko  pogorszyło  sytuację.  Claire  znieruchomiała,  a 

po chwili zaczęła szlochać. 

–  Przepraszam...  –  Otarła  oczy  pomiętą  chusteczką.  –  Je-

stem  taka  zmęczona.  Czasem  czuję  się  jak  w  pułapce.  Chciała-
bym  opiekować  się  Jess,  ale  nie  mam  pracy.  Jak  mam  ją  zna-
leźć,  jeśli  wyłączono  mi  telefon?  To  wszystko  jest  takie  po-
gmatwane. 

– Masz wyłączony telefon? – zdziwił  się. – Przecież miesz-

kasz na pustkowiu. Co będzie, jeśli mała zachoruje? 

 
– Zawiozę ją do lekarza. 
– Tym gruchotem? 
– To samochód Amy – odparła głucho. – Kiedyś należał do 

cioci  Meg.  Sprzedałam  mój  samochód,  kiedy  musiałam  rzucić 
pracę. Nie stać mnie było na kolejne raty. Volkswagen golf, był 
wspaniały. Wprawdzie nie nowy, ale w bardzo dobrym stanie. 

Patrickowi  zrobiło  się  przykro.  Nie  wiedział,  co  to  znaczy 

być  biednym.  Jego  ojciec  był  znanym  architektem,  a  on  odzie-
dziczył po nim talent. Od razu po studiach podjął pracę w spółce 
ojca.  W  ciągu  kilku  lat  zdobył  liczne  nagrody  i  doprowadził 
firmę do świetności. 

Nigdy nie martwił się o pieniądze, ale rozumiał, jaki to mo-

że być problem. Zgubił kiedyś portfel i znalazł się bez grosza w 
centrum  Londynu.  Telefon  komórkowy  rozładował  się.  Chciał 
wziąć taksówkę, ale w domu nie miał pieniędzy i nie miałby jak 

background image

36 

 

zapłacić. 

Szedł  na  piechotę,  mijając  ludzi  żebrzących  na  ulicy.  Byli 

młodzi, o zapadniętych oczach. 

Odtąd wiedział, co to znaczy być bez grosza. 
– Nie  martw się o samochód – powiedział. – Na pewno coś 

wymyślę. I o telefon. Muszę mieć z tobą kontakt. 

– Wszystko ci oddam – powiedziała. 
Uciszył ją wzrokiem. 
– Nie możesz pracować i opiekować się Jess. Sam  się o nią 

nie  zatroszczę,  a  ty  nie  zarobisz  tyle  co  ja  Musimy  mądrze  po-
dzielić się obowiązkami. Nie sprzeczaj się ze mną, proszę. 

Otworzyła  usta,  żeby  zaprotestować,  ale  tylko  uśmiechnęła 

się. 

– Dziękuję – powiedziała. 
–  Nie  dziękuj  –  obruszył  się.  –  Mam  wrażenie,  że  mnie 

przypadła łatwiejsza część zadania. To dziecko waży tonę i jeśli 
się nie mylę, właśnie obsiusiało mi koszulę. 

Claire czuła się nieswojo. Nie była przyzwyczajona do tego, 

że ktoś się nią opiekuje. 

Patrick przejął nad wszystkim kontrolę i zanim się spostrze-

gła, jej telefon znów działał, stara lodówka była pełna,  lodówka 
z  zamrażarką  już  została  zamówiona  w  sklepie,  a  teraz  znów 
gdzieś się wybierali. 

– Dokąd jedziemy? – spytała, wsiadając do auta Amy. 
nie lubiła nim jeździć, ale za kierownicą nabierała pewności 

siebie. 

– Do najbliższego salonu Volkswagena. 
Spojrzała na niego ze zdziwieniem. 
– Po co? 
– Bo jazda tym gruchotem jest niebezpieczna i nie pozwolę, 

żeby moja bratanica była narażona na wypadek. Poza tym będę 
potrzebował samochodu, kiedy przyjadę pociągiem na weekend. 

background image

37 

 

Nie  mam  zamiaru  tłoczyć  się  w  korkach  w  każdy  piątek  wie-
czorem. Ten  samochód  będzie  twój  przez cały  tydzień,  tylko w 
piątek  wieczorem  będziesz  odbierać  mnie  ze  stacji,  a  w  ponie-
działek  rano  podrzucisz  na  pociąg.  Mam  nadzieję,  że  się  zga-
dzasz? 

Nie  mogła  uwierzyć  własnym  uszom.  Miał zamiar  przyjeż-

dżać w każdy weekend? 

– A jeśli  nie będę  mogła? – Gorączkowo starała się znaleźć 

jakąś wymówkę. – Jeśli na przykład będę w pracy? 

– W piątek  wieczorem  i  w  poniedziałek  rano?  Bardzo  wąt-

pię. Ale nawet jeśli tak, to wezmę taksówkę. 

Za  trzecim  razem  udało  jej  się  uruchomić  silnik.  Kiedy 

wcisnęła sprzęgło, ze skrzyni biegów rozległ się okropny zgrzyt. 
Skrzywiła się, ruszając naprzód. 

Widziała, że Patrick też się skrzywił. Ciekawe, jakim jeździ 

samochodem.  Na  pewno  mercedesem.  Dużym,  szybkim  i  wy-
posażonym w masę akcesoriów. 

Albo porsche  lub  czymś  podobnym  –  małym  i  szybkim  jak 

błyskawica,  żeby  zręcznie  przemykać  się  po  zatłoczonych  uli-
cach Londynu. 

–  Jaki  masz  samochód?  –  Po  co  ma  się  domyślać,  skoro 

może o to spytać. 

– Zgadnij – rzucił zaczepnie. 
– Porsche? 
– O nie – zaśmiał się. – To nie dla  mnie. Prędzej dla Willa. 

Pomyśl o czymś bardziej praktycznym. 

– Dobrze. Mercedes? 
– Ciepło. 
– BMW? 
– Nie. 
– Audi? 
Westchnął, z ledwo dostrzegalnym uśmieszkiem na twarzy. 

background image

38 

 

– Czy tak łatwo mnie rozszyfrować? 
–  Nie.  Dałabym  głowę, że  masz  psa  rzadkiej  rasy,  na przy-

kład wyżeł weimarski czy chart węgierski, a nie kundla. 

– Przecież to nie  mój pies – obruszył  się – tylko Willa. Ku-

pił  go  od  dziewczynki  żebrzącej  na  ulicy.  Miała  suczkę  i  trzy 
szczeniaki.  Zapłacił  za  niego  pięćdziesiąt  funtów,  bo  tak  mu 
było żal szczeniaków trzęsących się z zimna. Will miał miękkie 
serce. 

– W przeciwieństwie do ciebie. 
Przyjrzał się jej uważnie, po czym uśmiechnął się. 
– W przeciwieństwie do mnie. Will mieszkał wtedy ze mną. 

Znów  szukał  pracy.  Przyniósł  to  biedactwo  do  mojego  biura. 
Szczeniak  od  razu  zsiusiał  się  na  projekty  przygotowane  dla 
klienta i wcale się tym nie przejął. 

 
Claire roześmiała się, wyobrażając sobie tę scenę. 
– Widać, że cię kocha. 
Patrick skrzywił się. 
– Nie jest głupi. Przecież go karmię. 
– I bawisz się z  nim. Założę  się, że siedzi w twoim gabine-

cie i zabierasz go wszędzie ze sobą. 

Czy Patrick naprawdę się zaczerwienił? 
Odchrząknął i spojrzał przed siebie. 
– Mam nadzieję, że zachowuje się teraz grzecznie w kuchni. 
– Na pewno. Kropka go przypilnuje. 
Claire podjechała pod salon i zatrzymała się. 
– Chciałam ci coś powiedzieć. 
– Co takiego? 
–  Oddam  ci  pieniądze  za  ten  samochód.  Jeśli  zatrudnisz 

opiekunkę do Jess, będę mogła pójść do pracy. 

– Myślałem, że  już to ustaliliśmy – odparł spokojnie. – Po-

trzebny mi jest samochód na weekendy... 

background image

39 

 

– To wypożycz go. 
– Wolałbym mieć go na własność. 
– Ja też. 
– Ale ty nie kupisz nowego samochodu. 
Claire chciała zaprzeczyć, ale powstrzymała się. 
–  Dobrze  –  odparła  z  rezygnacją.  Jeśli  chce  wyrzucać  pie-

niądze, to jego sprawa. 

Wysiadła  z  auta  i  zatrzasnęła  drzwi.  Dopiero za  drugim ra-

zem zamknęły się. Z dzieckiem na ręku weszła za Patrickiem do 
salonu.  Widziała,  jak  sprzedawca  zmarszczył  brwi,  zerkając  na 
jej  citroena.  Podeszła  do  nich,  gdy  Patrick  kończył  składać  za-
mówienie. 

– Turbodiesel kombi. Mamy dwa psy i dziecko. 
O  Boże.  To  zabrzmiało  tak,  jakby  byli  małżeństwem. 

Sprzedawca uśmiechnął się, a potem zmrużył oczy. 

– Panna Franklin? 
– Dzień dobry. – Była zaskoczona, że ją poznał. 
Spojrzał na dziecko, potem na Patricka. 
– Uroczy maluch – powiedział. 
Patrick chrząknął znacząco. Jeszcze nie skończyli załatwiać 

interesów. 

– Kiedy chce pan odebrać wóz? 
– Jak najszybciej. Najlepiej dziś po południu. 
Sprzedawca  przerzucił  papiery  i  spojrzał  znad  okularów  na 

Patricka. 

– Aha. 
– Ma pan coś odpowiedniego? 
–  Tak.  Jeśli  odpowiada  panu  ciemny  metaliczny  błękit, 

mamy takie auto na wystawie. 

– W porządku – zgodził się szybko Patrick. 
Pół  godziny  później  samochód  był  już  ich  własnością.  Pa-

trick wsadził Claire i dziecko do środka. 

background image

40 

 

– Zobaczymy się w domu – powiedział tak miło i naturalnie, 

że miała ochotę się rozpłakać ze wzruszenia. 

Głupia.  Przecież  to  nic  nie  oznaczało.  A  może  jednak? 

Przecież  będzie  spędzał  u  niej  prawie  trzy dni  w  tygodniu.  Czy 
jej się to podobało, czy też nie, Patrick Cameron wtargnął do jej 
świata. 

background image

41 

 

Rozdział 4 

 
To  dziwne,  ale  wizyty  u  Claire  i  Jess  od  razu  stały  się  dla 

Patricka ważną częścią jego życia. 

Teraz  jechał  tam  po  raz  trzeci.  On  i  pies  błyskawicznie 

przyzwyczaili się do regularnych podróży pociągiem. 

Trzeba  jednak  przyznać,  że  pies  nie  był  tym  aż  tak  bardzo 

zachwycony.  Nie  lubił  pociągów,  choć  George  odwoził  ich  na 
londyński dworzec, a Claire czekała na stacyjce w Suffolk. Lecz 
dla rozpieszczonego  kundelka  za  dużo  było  tłoku,  stresu i  hała-
su. 

Oczywiście  w  pierwszej  klasie  można  byłoby  podróżować 

całkiem  przyjemnie,  ale  pies  przez  cały  czas  usiłował  wdrapać 
się Patrickowi na kolana, co było nad wyraz uciążliwe. 

Jednak  u  kresu  drogi  czekała  na  nich  nagroda.  Pies  uwiel-

biał  spędzać  weekendy  z  Kropką,  a  Patrick  na  widok  uśmiech-
niętej buzi Claire zapominał o wszystkich niewygodach. 

Teraz  wypatrywała  swych  gości,  siedząc  w  samochodzie 

zaparkowanym  przy  wyjściu  ze  stacji.  Włączyła  światła,  żeby 
Patrick łatwiej mógł ją dostrzec. 

To  nie  było  konieczne,  bo  instynktownie  wyczuwał  jej 

obecność. Podobnie pies. Cicho skomląc, dreptał  żwawo u jego 
boku, a potem wyrwał do przodu, by przywitać się z Kropką. 

Patrick dobrze go rozumiał. 
Położył  walizkę  na  tylnym  siedzeniu,  ucałował  Jess  na  po-

witanie i uśmiechnął się do Claire. 

– Przepraszam  za  spóźnienie.  Pociąg  wlókł  się  niemiłosier-

nie. 

–  Nie  szkodzi.  Ledwie  co  przyjechałyśmy.  Tuż  przed  wyj-

ściem musiałam przewinąć Jess. 

– Mam nadzieję, że teraz pozwoli przewinąć się wujkowi. – 

background image

42 

 

Usiadł obok Claire. – Co nowego? 

Uśmiechnęła się z przymusem. 
– Mam wreszcie pracę, ale nie mogę się do niej zabrać. 
– Nie musisz pracować. 
–  Muszę.  –  Pokręciła  głową.  –  Nie  mogę  cię  wiecznie  wy-

korzystywać. 

– Wcale mnie nie wykorzystujesz. 
– Ależ tak. W każdym razie tak się czuję. Muszę zarabiać na 

siebie. 

– Przecież zarabiasz, opiekując się Jess. 
–  Nie  podoba  mi  się,  że  jestem  na  twoim  utrzymaniu.  – 

Włączyła  się  do ruchu.  –  Zresztą  podjęłam  już decyzję.  Wysta-
wię stodołę na sprzedaż. 

– Stodołę?! 
– Tak. Na pewno ktoś ją kupi. 
– Nie  możesz  jej  sprzedać.  Przecież  to  integralna  część  po-

siadłości. Nie dostaniesz pozwolenia na taką transakcję. 

–  Już  dostałam.  Można  zaadaptować  stodołę  na  dom. 

Chcesz zobaczyć plany? 

– Będziesz  miała sąsiadów. – Dobrze wiedział, że taka per-

spektywa nie może odpowiadać Claire. 

–  Trudno.  –  Wzruszyła  ramionami.  –  Muszę  spłacać  po-

życzkę,  którą  zaciągnęłam,  żeby  spłacić  długi  Amy.  Nie  mam 
pieniędzy  na kolejne raty. Mogę tylko sprzedać stodołę albo się 
wyprowadzić.  Wybrałam  mniejsze  zło,  choć...  –  Urwała  pod 
wpływem intensywnego spojrzenia Patricka. 

– Choć co? Powiedz, Claire. 
– Och, miałam głupie marzenia... 
– Jakie? – spytał cicho. 
– Nic takiego. To zupełnie niemożliwe. 
– Jakie? – powtórzył z uporem. 
Westchnęła. 

background image

43 

 

–  Chciałam  organizować  sesje  malarskie,  plenery  i  zajęcia 

studyjne. Akwarele, olej, pastele, fotografia artystyczna. Jess i ja 
mieszkałybyśmy  na  górze,  kuchnia  do  ogólnego  użytku.  Na 
parterze  byłoby  studio  i  ciemnia,  a  w  domu  pokoje  dla  uczest-
ników  sesji.  Dzięki  temu  stałabym  się  niezależna,  a  jednocze-
śnie  mogłabym  opiekować  się  Jess.  No  i  robiłabym  to,  co  na-
prawdę  mi  odpowiada,  zamiast  chałturzyć  zlecenia,  jakie  tylko 
wpadną  w  ręce.  –  Uśmiechnęła  się  smutno.  –  Ale  cóż,  to tylko 
mrzonki. Na remont  domu  trzeba  by  wydać  fortunę,  a bez  tego 
nie  mogę  zapraszać  ludzi.  A  jeśli  chodzi  o  stodołę,  to  sam  wi-
działeś, w jakim jest stanie. 

Widział.  Od  razu pomyślał, że  po  przeróbkach  świetnie  na-

daje  się  na  dom  mieszkalny.  Była  zbudowana  z  cegły,  z  pięk-
nym  dębowym  stropem  i  grubymi  ścianami.  Patrick  od  pierw-
szej  chwili  zaczął  wyobrażać  sobie,  jak  zaprojektowałby  wnę-
trza, choć wiedział, że to nie ma sensu, bo stodoła nie jest prze-
znaczona na sprzedaż. 

A  teraz  nagle  pojawiała  się  okazja.  W  dodatku  pomogłoby 

to rozwiązać problemy Claire. 

– Kupię tę stodołę – oświadczył stanowczo. 
– Słucham? – Jej zdumienie nie znało granic. 
– Kupię tę stodołę. 
– Ale... dlaczego? 
Patrick wzruszył ramionami. 
–  Potrzebujesz  pieniędzy,  a  mnie  przyda  się  tutaj  własne 

lokum.  Nie  mogę  korzystać  z  twojej  gościny  przez  następnych 
osiemnaście lat. 

– Nie mam nic przeciwko temu. 
– Ale ja tak. Gościnność też ma swoje granice. To naprawdę 

dobre  wyjście.  Gdy  kupię  stodołę,  nikt  obcy  się  tu  nie  sprowa-
dzi,  co  na  pewno  przyjmiesz  z  ulgą,  a  ją  będę  miał  bazę w  po-
bliżu  Jess.  No  i  spłacisz  bank,  dzięki  czemu  odzyskasz  nieza-

background image

44 

 

leżność, którą tak  sobie  cenisz.  Sama  widzisz,  ile  będzie z  tego 
korzyści. 

Claire  nie  odzywała  się  przez  dłuższą  chwilę.  W  głowie 

miała straszny  zamęt.  Patrick  pomyślał, że  marna byłaby  x  niej 
pokerzystka, bo z jej twarzy można było wyczytać wszystko. 

– Nie wiesz, ile to kosztuje – powiedziała w końcu. 
–  Chyba  się  domyślam.  –  Skrzywił  się  pociesznie.  –  A 

koszty  przebudowy  będą  jeszcze  większe.  Przygotuj  m  plan, 
naniosę poprawki, a potem wynajmę firmę budowlaną. 

– Mam w domu projekt adaptacji  stodoły, są  nawet wszyst-

kie potrzebne zgody. 

– Aha... 
–  No  tak,  zapomniałam.  –  Przewróciła  oczami.  –  Patrick 

Cameron, słynny architekt, musi wszystko zrobić' po swojemu. 

–  Inaczej  być  nie  może.  –  Roześmiał  się.  –  Ale  najpierw 

muszę się skonsultować z tutejszym urzędem urbanistycznym. 

 
– Jeszcze nie powiedziałam, że się zgadzam. 
Czy trudno będzie ją przekonać? Chyba nie. Przecież nie ma 

lepszego rozwiązania dla nich obojga. Będą musieli się spotykać 
przez wiele lat, zanim dorośnie Jess. Dziwił się, że wcześniej nie 
wpadli na taki pomysł. 

Poczuł  znajomy  dreszcz  podniecenia,  jak  zawsze,  gdy  miał 

przed sobą jakiś fascynujący projekt. 

Spokojnie, Claire jeszcze się nie zgodziła. Ale to tylko kwe-

stia czasu. Był pewien, że ulegnie. 

Czuła w głowie zamęt. Wszystko już obmyśliła, rozmawiała 

nawet  z  agentem  nieruchomości,  ale  propozycja  Patricka  kom-
pletnie ją zaskoczyła. Nie wiedziała, jak powinna postąpić. 

Czy naprawdę potrzebna mu była ta stodoła, czy tylko znów 

starał  się  wyciągnąć  ją  z  kłopotów?  Z  jednej  strony  to  był 
świetny pomysł, ale z drugiej – okropny. 

background image

45 

 

To zwiąże ich ze sobą jeszcze bardziej, dopóki nie dorośnie 

Jess. 

O  Boże!  Kiedy  Jess  skończy  osiemnaście  lat,  jej  stukną 

czterdzieści  cztery  lata!  Czy  wtedy  będzie  miała  męża  i  własne 
dzieci? Miała  nadzieję, że tak, choć na razie nikogo jeszcze  nie 
poznała, a siedząc w domu z dzieckiem, miała małe szanse, żeby 
nawiązywać nowe znajomości. 

Nagle ciężar obowiązków, które na nią spadły, wydał jej się 

nie do zniesienia. Dopiero gdy przypomniała sobie, ze jest ktoś, 
kto ją wspiera, uspokoiła się. 

Patrick kładł  małą  spać,  a  Claire  szykowała  jedzenie.  Choć 

pod  wieczór  z  reguły  stawała  się  głodna,  w  piątek  zawsze  cze-
kała na niego z kolacją. Nie chciała być niegrzeczna, a poza tym 
miała  ochotę  porozmawiać  z  kimś,  kto  nie  tylko  uśmiecha  się, 
wymachuje rękami i się ślini. 

Dziś  miał  być  kurczak  z  makaronem  i  sałatka.  Claire  wła-

śnie posypywała makaron serem, kiedy Patrick wszedł do kuch-
ni. 

– Wszystko w porządku? – spytała. 
–  Od  razu  zasnęła.  –  Zbliżył  się  do  kuchenki  i  pociągnął 

nosem.  – Cudownie  pachnie.  Ależ  jestem głodny! Czy  mogę w 
czymś pomóc? 

– Wszystko już gotowe. 
Porwał ze  stołu  kawałek  sera.  Claire trzepnęła  go  po reku  i 

wstawiła półmisek na grill. 

– Napijesz się trochę wina? – spytał Patrick, podchodząc do 

lodówki. 

To był ich zwyczaj, o ile można przyzwyczaić się do czegoś 

w  tak  krótkim  czasie.  Claire  uważała,  że  tak.  Ten  mały  rytuał 
sprawiał jej dziwną przyjemność. 

Patrick  kładł  Jess  do  łóżeczka,  a  Claire  szykowała  posiłek. 

Potem  otwierał  butelkę  wina  i  wypijali  pierwszy  kieliszek,  cze-

background image

46 

 

kając,  aż  kolacja  się  ugotuje.  Po  jedzeniu  pili  kawę  przy  ko-
minku w salonie. 

To było naprawdę miłe. 
Oczywiście  jeśli  Patrick  kupi  stodołę  i  przerobi  ją  na  dom, 

wszystko  się  skończy.  Podczas  weekendów  będzie  mieszkał  u 
siebie razem z dzieckiem, a ona zostanie zupełnie sama. 

Jakie to przerażające... 
– Proszę. – Podał jej kieliszek różowego wina. 
– Dziękuję. 
Ich dłonie  musnęły się. Claire poczuła lekki dreszcz na ple-

cach.  Szybko  się  odwróciła  pod  pozorem  sprawdzenia  zapie-
kanki. 

Kurczak  z  makaronem  wyglądał  świetnie,  więc  nie  miała 

już  nic  do  roboty.  Czym  się  zająć,  żeby  nie  myśleć  o  długich 
nogach, szerokich ramionach i ustach Patricka? 

No  nie!  Przecież  to  szaleństwo!  Ten  superprzystojny  męż-

czyzna był tak blisko, a zarazem jakże daleko... 

– Nadal chcesz kupić tę stodołę? 
Patrick  ostrożnie  odstawił  kieliszek,  skrzyżował  ramiona  i 

przyjrzał się jej uważnie. 

– Dlaczego pytasz? 
Claire  wzruszyła  ramionami.  Nie  mogła  zdradzić  mu,  o 

czym myśli, jeśli nie chciała stracić resztek godności. 

–  Bo  doszłam  do  wniosku,  że  masz  rację.  To  rozwiąże 

wszystkie nasze problemy. A więc chcesz czy nie? 

– Kupić stodołę? Tak. 
– Świetnie. Po kolacji pokażę ci plany. 
Skinął głową, wciąż patrząc na nią w zamyśleniu. 
Claire  wypiła  łyk  wina.  Zgodziła  się sprzedać  stodołę cioci 

Meg. Przepraszam,  ciociu,  powiedziała  w  myślach, ale  napraw-
dę  nie  mam  wyboru.  Lepiej,  żeby  tu  mieszkał  wujek  Jess  niż 
ktoś obcy. 

background image

47 

 

Zapiekanka była  już gotowa. Claire wyłączyła grill  i wyjęła 

półmisek z malutkiej kuchenki, która stała na blacie. 

– Dlaczego nie używasz pieca? – spytał Patrick. 
Roześmiała się z goryczą. 
– Po pierwsze dlatego, że niezbyt dobrze działa, a po drugie 

eksploatacja jest zbyt droga. Zresztą i tak nie ma grilla. 

– Kiedy kupię stodołę, będziesz mogła przerobić go na ropę 

albo na gaz. 

– I tak nie będzie mnie stać na to, żeby go używać. 
Postawiła  półmisek  z  zapiekanką  na  środku  stołu,  a  potem 

wyzywająco spojrzała na Patricka. 

Wytrzymał  jej spojrzenie. Claire w końcu odwróciła głowę. 

Nie powinna traktować go jak wroga. Przecież to nie jego wina, 
że znalazła się w tak beznadziejnej sytuacji. 

Rozłożyła zapiekankę i szybko podała mu talerz. 
– Weź sałatkę – powiedziała równie szybko. 
Złość  wyparowała  z  niej.  Dłubała  widelcem  w  makaronie, 

kiedy Patrick położył rękę na jej dłoni. Poczuła delikatny uścisk 
jego palców. Łzy napłynęły jej do oczu. 

Jakie  to  głupie!  Płakać  tylko  dlatego,  że  sprzedaje  się  sto-

dołę? 

– Wszystko będzie dobrze, Claire – powiedział. 
Zabrzmiało to jak obietnica. 
Jaka szkoda, że już dawno temu przestała wierzyć w bajki. 
Plany przebudowy  stodoły  były  o tyle przydatne,  że  zawie-

rały  szczegółowe  pomiary  i  pozwalały  Patrickowi  zorientować 
się, co zaakceptują miejscowe władze. Poza tym nie było w nich 
nic oryginalnego. A może był zbyt wymagający? 

Ale jeśli to miał być jego dom – a był przekonany, że tak się 

stanie – to każdy szczegół był ważny. 

Pił  kawę,  żałując, że  na  dworze  jest  już  ciemno  i  musi  cze-

kać  do rana,  by  przyjrzeć  się  dokładnie  stodole.  Na  razie  mógł 

background image

48 

 

przestudiować  jeszcze  raz  plany  lub  porozmawiać  z  Claire.  W 
tej chwili było jej to potrzebne. 

– Opowiedz mi o cioci Meg – poprosił. 
Podwinęła nogi pod siebie i zagłębiła się w fotelu. 
– Była moją cioteczną babcią. Ja i Amy przychodziłyśmy do 

niej,  kiedy  byłyśmy  małe.  Pozwalała  nam  bawić  się  w  stodole, 
w  której  były  kozy  i  owce.  Wchodziłyśmy  na  strych,  gdzie  le-
żało  siano.  Tam  miałyśmy  swoją  kryjówkę.  Czułyśmy  się  tam 
cudownie...  zupełnie  inaczej  niż  w  Londynie,  gdzie  się  wycho-
wywałyśmy.  Zawsze  mówiłam,  że  kiedy  dorosnę,  zamieszkam 
na wsi. Ale nawet nie marzyłam, że to będzie tutaj. 

Nic dziwnego, że tak niechętnie rozstawała się z tą stodołą, 

skoro zawsze marzyła, by urządzić w niej swój dom. 

– Jaki był twój udział w tworzeniu planów? 
–  Żaden.  —  Skrzywiła  się.  –  Miałam  swoje  pomysły,  ale 

architekci  z  urzędu  urbanistycznego  wszystkie  odrzucili.  Do-
wiedziałam  się,  że  być  może  i  mam  wyobraźnię,  ale  brak  mi 
praktycznego  zmysłu.  Innymi  słowy,  uznali  mnie  za  ekstrawa-
gancką  dziwaczkę.  Dlatego  spasowałam,  bo  zależało  mi  na  za-
twierdzeniu  planów,  jakie  by  nie  były,  co  podnosiło  wartość 
handlową stodoły. 

To  pocieszające,  że  te  koncepcje  bez  polotu  nie  były  jej 

dziełem.  Patrick  uważał,  że  można  było  wymyślić  coś  o  wiele 
ciekawszego. 

– Co z grantem? 
– Jeszcze nie wiem. Zamierzałam przedyskutować to w po-

niedziałek z agentem od nieruchomości. 

– Tutaj się z nim umówiłaś? 
– Tak. 
– Czy jego pomoc jest konieczna? 
–  W  zasadzie  nie  –  stwierdziła  po  chwili  namysłu.  Miał 

sprawdzić zeszłoroczną wycenę posiadłości, ale myślę, że nadal 

background image

49 

 

jest aktualna. Ceny nieruchomości, o ile wiem, ostatnio są raczej 
stabilne. 

– Zgadza się, szczególnie w tak spokojnej okolicy, gdzie nie 

ma żadnych dużych inwestycji. 

Jeszcze  raz  przejrzał  plany.  Pośrodku  powinno  być  duże 

przestronne  pomieszczenie  ze  sklepieniem  z  łuków,  schody 
prowadzące na pasaż okalający otwartą przestrzeń. Dwa pokoje 
i  dwie  łazienki  na  każdym  końcu,  schowek  nad  jadalnią  w 
przybudówce z przodu i studio po drugiej stronie holu... 

–  Widzę,  że  intensywnie  pracujesz  –  zauważyła  Claire. 

Uśmiechnął się krzywo. 

–  Nie  mogę  się  po  prostu  doczekać,  kiedy  zobaczę  to 

wszystko  w  dziennym  świetle.  Nie  pamiętam  wszystkich 
szczegółów. 

–  Opowiedz  mi  o  swojej  pracy  –  poprosiła,  zmieniając  te-

mat. 

Spojrzał na nią ze zdziwieniem. Ale skoro była dekoratorką 

wnętrz, może naprawdę ją to interesuje. 

Znajomych Patricka przeważnie nudziła jego praca. Czasem 

z uprzejmości zadawali jakieś pytanie i to wszystko. 

–  Robiłem  mnóstwo  projektów  w  Londynie.  Pracowałem 

przy  renowacji  dawnych  terenów  portowych,  które  zostały  za-
mienione w ekskluzywną dzielnicę. Projektowałem także galerie 
sztuki,  domy,  biura.  Czasem  te  projekty  były  trochę  zwariowa-
ne.  Moja  praca  jest  bardzo  ciekawa.  Różnorodna.  Nie  cierpię 
rutyny.  To  szkodzi  reputacji  firmy.  Ale  oczywiście  czasem 
trzeba robić coś, żeby po prostu zarobić na życie. Nie ma innego 
wyjścia; Nie  każdy  projekt  nadaje  się  na konkurs.  I nie zawsze 
się wygrywa. 

– Słyszałam coś innego. 
Patrick zaśmiał się, by ukryć zakłopotanie. 
– To tylko plotki. 

background image

50 

 

– Odkąd mam telefon, surfowałam trochę w Internecie. My-

ślę, że te pochwały, które zbierasz, są zasłużone. 

– To  znaczy, że  podobało  ci  się  to,  co widziałaś? – Był zły 

na siebie, że tak otwarcie prosił o komplement. 

Claire uśmiechnęła  się  przekornie.  Serce  ścisnęło  mu się w 

piersi. O Boże! Jaka ona jest cudowna! 

– Tak – przyznała. 
– Pozwolisz mi zaprojektować tę stodołę? 
Wzruszyła ramionami, nie przestając się uśmiechać. 
–  Przynajmniej  będzie  inna  i  na  pewno  lepsza  niż  to...  – 

Ruchem głowy wskazała stertę papierów. 

Patrick roześmiał się. 
– Mam nadzieję. Myślę, że gdyby ten facet robił projekt dla 

siebie, bardziej by się postarał. Nie chciało mu się ruszyć głową. 

– Gdyby ją miał, pewnie by ruszył... – Zachichotała. 
– Przed tobą nie będzie się tak puszył. Ze strachu, by się nie 

zbłaźnić,  w  ciemno  podpisze  wszystko,  co  zaprojektujesz.  – 
Oby... A propos, czy masz deskę kreślarską? 

– Oczywiście. Jak inaczej mogłabym pracować? 
– Wdziałem w życiu różne rzeczy. 
Uśmiechnęła się. 
–  Mam  nawet  dwie  deski,  bo  linijka  na  jednej  jest  trochę 

niedokładna. Chciałbyś jutro zrobić wstępne szkice? 

– Tak. 
– Deska jest w mojej pracowni. 
– Dziękuję. 
Zapadła  przyjemna  cisza.  Patrick  oparł  się  wygodnie  w  fo-

telu  i  zamknął  oczy.  Słychać  było  tylko trzaskanie ognia  w  ko-
minku  i  delikatne  pochrapywanie  psów,  które  leżały  na  podło-
dze. 

Uwielbiał  ten  spokój,  tak  odmienny  od  hałasu,  który  towa-

rzyszył mu w Londynie. Claire i psy były obok, a dziecko spało 

background image

51 

 

spokojnie na górze. Jakie to miłe! Jakby byli małżeństwem... 

Omal  nie roześmiał się  na tę myśl. Chyba zwariował! Prze-

cież tylko opiekowali się dzieckiem. To wszystko. 

Małżeństwo?! Też pomysł. 
Patrick nigdy by się nie przyznał, nawet przed samym sobą, 

że po cichu o tym marzy. 

Im  szybciej  zamieszka  w  przebudowanej  stodole,  tym  le-

piej... 

Sobota  była  wielkim  triumfem  wiosny.  Słońce  pokazało 

pełną  krasę,  wszędzie  unosił  się  zapach  kwiatów,  pszczoły 
brzęczały, spijając z nich nektar. 

Patrick wstał wcześnie, wziął prysznic, ubrał się i o siódmej 

wyszedł  do  ogrodu.  Powietrze  było  rześkie,  a  trawa  błyszczała 
od rosy. 

Była  zbyt  wyrośnięta.  Pewnie  Claire  nie  udało  się  jeszcze 

naprawić kosiarki. 

Z wysiłkiem otworzył wielkie,  masywne drzwi  stodoły.  Jak 

Claire radzi sobie z takim ciężarem? 

Był  z  niej  dumny.  Trzeba  przyznać,  że  miała  charakter. 

Jakże  trudno  musiało  jej  być  po  śmierci  siostry,  kiedy  została 
sama  z  malutkim  dzieckiem.  Ale  podjęła  to  wyzwanie  bez  wa-
hania i na pewno się nie podda. 

Zastanawiał  się,  jak  sprawa  opieki  nad  Jess  wygląda  od 

strony prawnej. Koniecznie musi to sprawdzić. Ale teraz obejrzy 
stodołę. 

Otworzył  szeroko  frontowe  drzwi,  a  potem  drzwi  z  tyłu 

stodoły.  Promienie  słońca  wlały  się  do  środka,  wypełniając  bu-
dynek  światłem.  Drobinki  kurzu  tańczyły  w  blasku  słońca.  Pa-
trick  stanął  pośrodku  stodoły  i  przez  otwarte  drzwi  wpatrywał 
się w kościół leżący w dolinie. 

Jaki  wspaniały  widok!  Koniecznie  musi  wykorzystać  go do 

maksimum.  Schody  będą  miały  podest  czy  raczej  taras  wido-

background image

52 

 

kowy,  z  którego  roztoczy  się  wspaniały  widok  na  okolicę. 
Wprost wymarzone  miejsce,  by  usiąść  wygodnie  w  fotelu  i  po-
czytać, z kotem zwiniętym w kłębek na kolanach. 

 
Będzie  brał  do  siebie  kota  Claire,  bo  z  własnym  kotem  nie 

mógłby podróżować co tydzień do Londynu. 

Zobaczył  drabinę  sięgającą  wejścia  na  strych.  Od  razu  tam 

wszedł  i  zaczął  sprawdzać  drewniany  strop.  Wyglądał  nieźle, 
trzeba  będzie  wymienić  tylko  niektóre  deski,  choć  nie  obejdzie 
się bez dodatkowego wzmocnienia. 

Dach był niezwykle urokliwy i piękny. W żadnym wypadku 

nie  wolno  zakryć  go  drewnianymi  panelami,  jak  proponował 
miejscowy architekt. 

– Co za barbarzyńca – mruknął Patrick. 
Wrócił  na  dół  i  wszedł  do  przybudówki.  Wymagała  solid-

nego  remontu,  ale  to  tylko  kwestia  pieniędzy.  W  ogóle,  biorąc 
pod  uwagę  piękne  położenie,  cała  ta  inwestycja  na  pewno  była 
opłacalna. 

Zresztą  nie  to  było  najważniejsze.  Wolał  nie  dociekać,  co 

naprawdę  dla  niego  się  liczyło.  Wyszedł  do  ogrodu  i  uniósł 
głowę,  przyglądając  się  dachowi.  Postara  się  wkomponować 
kamienne płytki w nową konstrukcję. 

Zawołał  psy  i  wszedł  do  kuchni.  Claire  z  Jess  na  ręku pod-

grzewała  butelkę  z  mlekiem.  –  Chcesz,  żebym  ją  potrzymał?  – 
spytał,  wyciągając  ręce  po  małą,  która  uśmiechnęła  się  pro-
miennie.  –  Dzień  dobry,  ślicznotko.  –  Pocałował  ją  w  czubek 
nosa. 

– Myślałam, że mówisz do mnie – mruknęła Claire. 
Nagle atmosfera zgęstniała. 
Zarumieniona  Claire  odwróciła  się.  Patrick  westchnął  głę-

boko i cofnął się. 

– Dobrze spałeś? – spytała, przerywając ciszę. 

background image

53 

 

– Mm... tak, dobrze. 
Wiedział,  że  zachowuje  się  jak  idiota,  ale  w  obecności  lej 

kobiety zupełnie tracił głowę. 

Claire  przyłożyła  butelkę  do  ręki,  sprawdzając  temperaturę 

mleka, a potem odwróciła się, żeby wziąć Jess od Patricka. 

–  Nakarmię  ją  –  zaproponował  cicho, wyjmując  jej  butelkę 

z ręki. – Idź się ubrać, a ja w tym czasie zrobię herbatę. 

– Dobry pomysł. – Ruszyła w kierunku schodów. 
Co  też  ją  napadło,  żeby  robić  taką  uwagę!  Chyba  zwario-

wała. Patrick był równie speszony jak ona. 

Kiedy wróciła do kuchni, Patrick  i Jess śmiali się do rozpu-

ku.  W  jednej  chwili  przestała  marzyć  o tym, żeby  Patrick prze-
niósł  się  do  nowego  domu.  Z  żalem  pomyślała,  że  niedługo 
przestanie u niej mieszkać. 

Nie  będzie  mogła  patrzeć,  jak  się  bawią.  Ciekawe,  co  pań-

stwo Cameronowie pomyślą o wnuczce? 

– Czy mówiłeś już rodzicom o Jess? 
–  Nie.  Chciałem  poczekać  na  wyniki  testów  DNA,  żeby 

wszystko wyglądało bardziej oficjalnie. Co o tym sądzisz? 

Claire miała wyrzuty sumienia, że nie zdążyła jeszcze pójść 

z Jess do lekarza. 

–  Chyba  nie  powinieneś  zwlekać.  Badanie  DNA  to  zwykła 

formalność. Przecież są zdjęcia... 

–  Oczywiście  masz  rację,  ale  problem w  tym, że  nie wiem, 

jak  im  to  powiedzieć.  Rodzice  bardzo  przeżyli  śmierć  Willa  i 
unikają rozmów o nim. 

– Ale chyba ucieszą się? 
Spojrzał  na  nią  ze  smutkiem.  Po  raz  pierwszy  pomyślała  o 

tym,  co  musiał  przeżywać  po  śmierci  brata.  Dobrze  znała  ból, 
smutek i pustkę po stracie bliskiej osoby. 

– Na pewno. Zadzwonię do nich. Ale teraz księżniczka musi 

się  przebrać  i  trochę  przespać,  a  ja  chętnie  porozmawiałbym  z 

background image

54 

 

tobą o stodole. 

–  Gdzie  moja  herbata?  –  spytała,  dobrze  wiedząc,  że  nie 

miał czasu jej zrobić. 

Spojrzał na nią łobuzersko, niosąc na górę Jess. 
– W czajniku! 
Serce zabiło jej w piersi. 
–  Ty  wariatko!  –  ofuknęła  się,  kiedy  Patrick  już  zniknął. 

Wiedziała,  że to  nic  nie  znaczy.  Po  prostu jest  miły  i  jak  wszy-
scy  mężczyźni  lubi  flirtować. To  dla  nich  równie  łatwe  jak  od-
dychanie.  Jeśli  wyobrażała  sobie  coś  innego,  może  się  bardzo 
rozczarować. 

Ale Patrick miał taki cudowny uśmiech... 

background image

55 

 

Rozdział 5 

 
Przez cały ranek oglądali stodołę. Zajrzeli we wszystkie ką-

ty.  Claire  opowiadała  Patrickowi  historie  z dzieciństwa. Kiedyś 
ona  i  Amy  schowały  się  cioci  Meg.  Chichotały  z  radości,  gdy 
biedna ciotka nie mogła ich znaleźć. 

W  końcu  zadzwoniła  na  policję.  Dziewczynki  dostały  re-

prymendę,  ale  ciocia  szybko  im  wybaczyła  i  wieczorem  we 
trójkę piekły racuchy na płycie pieca. 

Claire  jeszcze  czuła  ich  smak.  Tak,  pomyślała,  dobrze  by-

łoby  naprawić  ten  piec.  Już  niedługo  Jess  będzie  na  tyle  duża, 
żeby smażyć z nią racuchy... 

Opowiedziała też, jak kotka okociła się na sianie. Przez całą 

noc  siedziały  przy  niej  z  ciocią  Meg.  Kiedyś,  gdy  Claire  miała 
piętnaście  lat,  spotkała  w  wiosce  chłopca.  Wszedł  za  nią  do 
stodoły i chciał ją pocałować. 

– Uciekłam z krzykiem – zakończyła ze śmiechem. 
Patrick przyjrzał się jej uważnie. 
–  Czy  też  byś  krzyczała,  gdybym  chciał  cię  teraz  pocało-

wać? – spytał przekornie. 

Tylko idiota potraktowałby poważnie to pytanie. 
– Oczywiście! – Bardzo chciała, żeby spróbował. Wcale by 

nie uciekała. 

Ale Patrick tylko się uśmiechnął. 
–  Bardzo  słusznie...  –  Zaczaj  dłubać  palcem  w  ścianie,  a 

potem przykucnął, żeby lepiej ją obejrzeć. 

Może powinna go zachęcić? 
– Rzeczoznawca widział te pęknięcia – powiedziała, próbu-

jąc  zebrać  myśli.  –  W  niektórych  miejscach  należy  zrobić  pod-
murówkę.  Ale  nie  trzeba  nic  wyburzać  z  wyjątkiem  narożnika 
przybudówki. 

background image

56 

 

Patrick skinął głową i wyprostował się. 
–  Nie  martwię  się  o  te  pęknięcia.  Widy  wałem  znacznie 

gorsze.  –  Zerknął  na  zegarek.  –  Chyba  już  pora  wyprowadzić 
psy na spacer. 

I  pora  przestać  fantazjować,  co  by  było,  gdyby  Patrick  ją 

pocałował. 

Przez  następnych  osiemnaście  lat  będzie  musiała  się  z  nim 

przyjaźnić. Żadne pocałunki nie wchodziły w grę. 

Zresztą wcale nie miał zamiaru się z nią całować. Po prostu 

droczył się... ot, taka męska rozrywka. 

Musisz  się  opamiętać,  dziewczyno,  powiedziała  sobie  w 

duchu, idąc za Patrickiem w kierunku domu. 

Chyba zwariował, flirtując z nią w ten sposób, ale po prostu 

nie mógł się opanować. 

Włożył  Jess  do  nosidełka  i  wyszli  z  psami  na  spacer.  Po 

powrocie  bawił  się  z  małą  na  kocu  w  ogrodzie.  Następne  na-
karmił ją i położył spać. 

Potem  Patrick  zaczął  kreślić  plany  stodoły,  a  Claire  szyko-

wała w kuchni obiad. 

Przez  otwarte  okno  słyszał  pszczoły  brzęczące  w  ogrodzie. 

Nie  mógł  się  skupić  i  kiedy  Claire  przyniosła  mu  herbatę,  sie-
dział, wpatrując się tępo w przestrzeń. 

– Zrobiłeś sobie przerwę? 
Uśmiechnął się, odwracając ku niej głowę. 
–  Rozkoszuję  się  sielską  atmosferą  –  powiedział  z  nutką 

ironii. 

– O, tego nam tu nie brak. – Przysiadła obok niego na biur-

ku. 

Przeciągnął się. 
– Jestem głodny. 
– Upiekłam ciasto. 
–  Wiem.  Czuję  ten  zapach.  Mam  nadzieję,  że  nie  będziesz 

background image

57 

 

się ze mną drażnić i nie powiesz, że to na jutro. 

Na jej ustach zadrgał uśmiech. 
–  Oczywiście.  Kto  by  jadł  gorące  ciasto?  Od  tego  można 

dostać niestrawności. 

– To dlaczego o nim wspomniałaś? 
–  Żebyś  wiedział,  jaką  jestem  dobrą  gospodynią  –  odparła 

buńczucznie, wracając do kuchni. 

Poszedł  za  nią  z  filiżanką  herbaty  w  ręku.  Claire  odkroiła 

duży  kawałek  wilgotnego,  gorącego  piernika  i  pomachała  mu 
przed nosem. 

 
Nie  wiedział,  czy  mają  pocałować,  czy  udusić.  W  końcu 

wybrał łatwiejsze rozwiązanie: wyjął ciasto z jej ręki, położył je 
na kuchennym  blacie  i ujął  jej twarz. Najpierw oczy Claire zro-
biły się okrągłe ze zdziwienia, a potem zamknęła je, gdy Patrick 
złożył na jej ustach niewinny, żartobliwy pocałunek. 

–  To  za  karę,  że  się  ze  mną  drażnisz  –  powiedział  ochry-

płym  głosem.  Wziął  ciasto  i  herbatę  i  wrócił  do pokoju, staran-
nie zamykając za sobą drzwi. 

Claire  patrzyła  w  oszołomieniu  na  zamknięte  drzwi  pra-

cowni.  Przesunęła  palcami  po  wargach,  na których wciąż czuła 
delikatny dotyk ust Patricka. 

Co to było? 
Potrząsnęła  głową,  żeby  otrzeźwieć.  Potem  odkroiła  kawa-

łek piernika i usiadła w ogrodzie, opierając się o drzewo. 

To  nie  był  namiętny  pocałunek.  Może  więc  za  dużo  sobie 

wyobrażała. Tak. To był żart. 

Dlaczego  w  takim  razie  nie  miała  ochoty  się  roześmiać? 

Najchętniej  rzuciłaby  się  na  trawę  i  krzyczała,  kopiąc  ze  złości 
nogami. Ale to by było idiotyczne. 

Siedziała  więc,  jedząc  ciasto,  od  którego  wszystko  się  za-

częło.  Nie  miała  pojęcia,  jak  uda  jej  się  przeżyć  najbliższych 

background image

58 

 

osiemnaście lat. 

 
Następny  tydzień  przebiegał  pod  znakiem  chaosu.  Patrick 

miał  mnóstwo  zajęć  w  pracy,  ale  nie  mógł  się  skoncentrować, 
myśląc bez przerwy o stodole. 

 
Sprowadził  rzeczoznawcę,  który  ocenił wartość budynku,  a 

potem zlecił swoim prawnikom, by zajęli się sprawą zakupu. 

Gorączkowo  szykował  się  też  do  rozmowy  z  wydziałem 

urbanistycznym  w  Suffolk.  Po  kilkunastu  godzinach  pracy  zni-
kał w swoim apartamencie  i tworzył projekt przebudowy stodo-
ły. Musiał go skończyć przed upływem tygodnia. 

Dopiero późnym wieczorem w piątek był wolny. Spotkanie 

z architektami  było ustalone  na poniedziałek rano. Patrick prze-
sunął wszystkie  zajęcia, żeby  mieć  wolny także wtorek  i  środę. 
W  końcu  z  uczuciem  podniecenia,  jakiego  nie  pamiętał  od  lat, 
wsadził psa i walizkę do samochodu i wyruszył w podróż. 

 
Doszedł  do  wniosku,  że  Claire  nie  może  wyjeżdżać po  nie-

go tak  późno  na  stację.  Poza tym,  skoro  będzie  w  Suffolk  kilka 
dni,  musi  mieć  swoje  auto.  Claire  przyzwyczaiła  się  już  do 
volkswagena,  a  on  nie  chciał  narażać  życia,  jeżdżąc  citroenem 
jej siostry. 

Powiedział, żeby nie czekała na niego i położyła się do łóż-

ka,  ale  kiedy  zatrzymał  się  o  północy  przed  domem,  światło  w 
salonie było zapalone. Claire spała w fotelu. 

Kropka  powitała  ich  radosnym  ujadaniem.  Claire  wstała  z 

fotela  i  odgarnęła  jedwabiste  jasne  włosy. Potem,  ziewając,  po-
deszła do Patricka. 

 
Zrobiło  mu  się  ciepło  w  sercu. To  nie  było  zwykłe pożąda-

nie,  ale  dziwna  błogość.  Gdzieś  zniknął  smutek  i  samotność, 

background image

59 

 

które zawsze mu towarzyszyły. 

– Przepraszam, że cię obudziłem. 
Zaspana  Claire  uśmiechnęła  się.  Niewiele  myśląc,  pochylił 

się i pocałował ją w usta. 

– Witaj – szepnął. 
Zarumieniła się, robiąc krok do tyłu. 
– Jesteś głodny? Zostawiłam dla ciebie zapiekankę. 
–  Jadłem  kolację.  –  Przypomniał  sobie  wyschnięte  ciasto  i 

lurowatą  kawę,  którą  wypił  w  przydrożnym  barze.  –  Ale  mam 
ochotę na herbatę. 

– Zaraz  ci  podam.  Czajnik  jest  gorący.  –  Weszli  do  kuchni 

w towarzystwie psów, które radośnie kręciły się im pod nogami. 
Claire  szykowała  herbatę,  a  on  oparł  się  o  blat  kuchenny  i  wo-
dził za nią wzrokiem. 

Chciał  jej  powiedzieć,  że  bardzo  za  nią  tęsknił,  ale  w  porę 

się opanował. 

– Jak się czuje Jess? – spytał. 
–  Wspaniale.  Właśnie  wyszedł  jej  kolejny  ząbek.  Już  ma 

trzy. Uśmiecha się uroczo. 

Ty  też,  chciał  powiedzieć,  ale  tylko  odwrócił  wzrok,  żeby 

nie widzieć  swetra  opinającego  piersi.  Jakże  chętnie  by  ich  do-
tknął! 

– Zajrzę do niej przed snem. – Przesunął się, żeby nie  mieć 

jej w  polu  widzenia,  ale  zaraz  znów  na  nią  spojrzał.  – Co  poza 
tym? – spytał, udając obojętność. 

–  We  wtorek  oddałam  pracę.  Byli  zadowoleni,  więc  może 

jeszcze coś dostanę. Byłoby dobrze, prawda? 

– Nie musisz... 
–  Muszę  –  powiedziała  tak  stanowczo,  że  Patrick  tylko  się 

uśmiechnął. – A co u ciebie? 

–  Na  szczęście  wszystko  załatwiłem.  Żaden  z  klientów  nie 

będzie  do  mnie  dzwonić.  Wziąłem  kilka  dni  urlopu,  żeby  zała-

background image

60 

 

twić  sprawę  stodoły  i  porozmawiać  z  architektami.  Oczywiście 
jeśli się zgodzisz, żebym tu został. 

– Och,  to  świetnie, że  pobędziesz  dłużej.  No  i przydasz  się 

jako  niania.  W  poniedziałek  mam  wizytę  u  dentysty.  Jeśli  za-
opiekujesz  się  przez  ten  czas  Jess,  nie  będę  musiała  jej  brać  ze 
sobą. 

– Oczywiście. 
Nagle zabrakło im tematu do rozmowy. 
Claire  wpatrywała  się  w  milczeniu  w  swoją  filiżankę.  Pa-

trick  dziwił  się,  dlaczego  dopiero  teraz  zauważył,  że  ma  deli-
katne  piegi  pośrodku  nosa.  Może  się  opalała?  Pewnie  tak.  Po-
goda była fantastyczna. 

On  niestety  cały  tydzień  spędził  w  pracy.  Miał  spotkania, 

telekonferencje  i  musiał  jeździć  na  budowy. Ciekawe,  dlaczego 
wszyscy myślą, że architekt to taki atrakcyjny zawód. Chyba nie 
wiedzą, o czym mówią. 

Dostrzegają  tylko  nagrody  i  niezwykłe  projekty,  a  za  tym 

wszystkim kryje się ciężka harówka. 

Nagle  uświadomił  sobie,  jak  bardzo  jest  zmęczony.  Od  lat 

nie  miał  prawdziwego  urlopu.  Teraz  to  nadrobi  Weźmie  urlop, 
żeby wyremontować stodołę. Na pewno poradzą sobie bez niego 
w biurze, a w razie kłopotów zawsze mogą do niego zadzwonić. 
Może kiedyś podniesie słuchawkę. 

– Co powiesz na to, żebym tu trochę został? – spytał Claire. 
– Trochę? To znaczy? 
–  Powiedzmy,  że  kilka  miesięcy.  Będę  spać  w  przyczepie 

kempingowej. Nie oczekuję, że będziesz mnie tak długo gościć. 
Przypilnuję remontu, odpocznę trochę od miasta. 

– Przyczepa? To bez sensu, skoro w domu jest tyle miejsca. 

Oczywiście możesz przywieźć przyczepę, ale wtedy się obrażę. 

Patrzył  na  jej  zaspaną  buzię  i  poczochrane  włosy.  Co  by 

było,  gdyby  mieszkał  tu  tak  długo?  Czy  wytrzymałby,  żeby  jej 

background image

61 

 

nie dotknąć? Oczywiście, że tak, chociaż to nie będzie łatwe. 

Praca  fizyczna  uspokoi  jego  rozbudzone  zmysły.  Mógłby 

zacząć  nawet  teraz,  ale  w  stodole  nie  było  światła.  Trzeba  za-
czekać  do  rana.  Jeszcze  jedna  długa,  ciężka  noc,  pomyślał  z 
rozpaczą. 

Och, Claire, gdybyś znała prawdę... 
Następnego  ranka  zamiast  zacząć  pracę  w  stodole,  Patrick 

zadzwonił  do  rodziców  w  Cambridgeshire.  Nie  mógł  już  tego 
dłużej odkładać. 

– Mam dla was nowinę – oznajmił. – Będziecie w domu za 

godzinę? 

–  Oczywiście,  że  będziemy,  skoro  chcesz  przyjechać  –  po-

wiedziała matka. – Już nie mogę się doczekać. 

Ciekawe,  co  będzie,  kiedy  dowie  się  o  Jess.  Ale  nie  chciał 

mówić im o wnuczce przez telefon. 

Poszedł  poszukać  Claire.  Przycinała  nożycami  trawnik 

przed domem. 

– Co robisz? – zdumiał się. 
– Nie widzisz? Koszę trawę. 
– Czy kosiarka wciąż jest zepsuta? 
– Jest w takim stanie, że nie warto jej naprawiać. 
Patrick wrócił do domu, wziął książkę telefoniczną i poszu-

kał firmy zajmującej się dostawą kosiarek. 

–  Potrzebna  mi  jest  mała  kosiarka  z  oponami  przystosowa-

nymi do miękkiego gruntu do koszenia trawników i  łąki. Macie 
coś odpowiedniego? – spytał. 

Wybrał jeden z zaproponowanych modeli z urządzeniem do 

zbierania trawy. Podał  swój adres  i powiedział, że zapłaci kartą 
kredytową. 

– Czy uda się załatwić to dzisiaj? – spytał. 
Po uzgodnieniu dodatkowej opłaty za przesyłkę ekspresową 

sprawa została załatwiona. 

background image

62 

 

– Nowa kosiarka już jest w drodze – oznajmił z dumą. 
–  Jeśli  nie  spodoba  ci  się,  będziesz  mogła  ją  wymienić. 

Trawa za bardzo wyrosła, poza tym mi też przyda się kosiarka. 

Claire przysiadła na piętach i spojrzała na niego ze złością. 
– Podoba ci się ta rola, prawda? Pan zarządca! 
Westchnął  i  przeganiał  ręką  włosy.  Był zbyt zmęczony,  że-

by się kłócić. 

– Przecież to tylko kosiarka. Nie widzę problemu. 
– A ja tak! 
Spojrzał  na  nią  zdeprymowany  kolejną  demonstracją nieza-

leżności. Czy Claire nigdy się nie zmieni? 

–  Dlaczego?  –  spytał,  starając  się  opanować  irytację.  –  Lu-

bisz się czołgać i ścinać trawę nożycami? 

– Mogę kupić kozę. Zeżre całą trawę. 
–  A  na  deser  krzewy,  róże  i  korę  z  drzew.  Wszystko,  co 

wyhodowała  ciocia  Meg.  A  na  zimę  będziesz  musiała  zgroma-
dzić  zapas  siana  dla  tej  niekłopotliwej  kozy,  no  i  zapewnić  jej 
jakieś  ciepłe  schronienie.  Chyba  że  zamierzasz  gościć  u  siebie 
tego rogatego brodacza. – Zachichotał. 

– Przestań – syknęła. – Nic nie rozumiesz. 
Rozumiał, i dlatego postanowił załagodzić sytuację. 
–  Claire,  w takim  razie  kosiarka  będzie  moja, a ja ci  ją po-

życzę. Dobra? 

Westchnęła,  odwracając  głowę.  Jej  oczy  były  podejrzanie 

mokre. 

Łzy?  To  niemożliwe.  Nie  znosił,  kiedy  kobiety  płakały. 

Nigdy nie wiedział, czy robią to szczerze, czy też udają. Chociaż 
Claire zawsze była szczera. 

W dodatku nie mógł jej pocieszyć, bo to wszystko była jego 

wina. Znów chciał rządzić! 

– Jadę do rodziców, żeby powiedzieć im o Jess. Pewnie bę-

dą  chcieli  ją  zobaczyć.  Mieszkają  niedaleko  stąd.  Po  –  myśla-

background image

63 

 

łem,  że  mógłbym przywieźć  ich tutaj, a potem pojechalibyśmy 
gdzieś na lunch. 

Spojrzała na niego z przerażeniem. 
– Przywieziesz ich tutaj? Tak nagłe? Patrick! 
Zerwała  się,  wypuszczając  z  rąk  nożyce,  i  pobiegła  do  do-

mu. Kiedy wszedł do kuchni, Claire z furią przesuwała garnki, a 
potem zaczęła pucować blat. 

–  Nigdy  mi  tego  nie  rób!  –  wybuchnęła.  –  Spójrz,  jak  to 

wszystko wygląda! 

Wyglądało całkiem  nieźle, ale co on wiedział? Przecież  był 

mężczyzną.  Według  niego  wszystko  było  jak  należy,  lecz  jeśli 
to powie, oberwie od Claire  mokrą szmatą. Nie zamierzał ryzy-
kować. 

– Może w takim razie wezmę z sobą Jess? – zaproponował. 
– Nie. Po co ją wozić samochodem. Zresztą najpierw powi-

nieneś ich uprzedzić. – Jej głos złagodniał. – To będzie dla nich 
szok, Patrick. 

–  Wiem.  –  Podrapał  się  w  głowę.  –  Przepraszam.  Zadzwo-

niłem do nich pod wpływem impulsu. Od dawna nie mogłem się 
zdecydować. Powinienem był cię uprzedzić. 

–  Nic  się  nie  stało.  –  Uśmiechnęła  się  lekko,  –  I tak  tu  po-

sprzątam.  Jess  teraz  śpi.  Kiedy  się  zbudzi,  posadzę  ją  na  krze-
sełku  i  uporządkuję  salon.  A  jak  będzie  ładna  pogoda,  posie-
dzimy z twoimi rodzicami w ogrodzie, więc kosiarka bardzo się 
przyda, bo przed ich przyjazdem trzeba zrobić porządek z trawą. 
I  wybij  sobie  z  głowy  jakieś  wycieczki  do  restauracji.  Sama 
przygotuję lunch. Nie chcę, żeby myśleli, że nie potrafię zadbać 
o  ich  wnuczkę.  Miał  ochotę  ją  uściskać,  ale  ostatnie  słowa  za-
brzmiały trochę oschle. Bał się, że  jednak oberwie mokrą ścier-
ką po głowie. Podziękował szybko i wycofał się z kuchni. 

–  Co  takiego?  Dziecko?  Och,  Patrick!  Jak  wygląda  jego 

matka?  Dobrze  ją  znasz?  Nie  wiedzieliśmy,  że  Will  miał 

background image

64 

 

dziewczynę... 

– Ona nie żyje. 
– Nie żyje? 
Nie  miał ochoty wdawać się w szczegóły, więc tylko skinął 

głową. 

–  To  straszne.  Kto opiekuje  się  dzieckiem? To chłopak czy 

dziewczynka? 

– Dziewczynka. Jess. Wychowuje ją ciotka, Claire Franklin. 

Amy, matka dziecka, była jej młodszą siostrą. 

Jean błagalnie spojrzała na męża. 
– Och, Gerald. Gzy możemy zabrać ją do siebie? 
Patrick potrząsnął głową. 
–  Nie,  mamo.  Ona  ma  dom.  Jej  miejsce  jest  przy  Claire. 

Odwiedzam  je podczas weekendów. Właśnie kupiłem od Claire 
starą  stodołę  obok  domu.  Zamieszkam  tam,  kiedy  ją  wyremon-
tuję.  Możecie  odwiedzać  Jess,  ona  też  będzie  do  was  przyjeż-
dżała, ale nie możecie wziąć jej na wychowanie. 

– Dlaczego? 
–  Bo  jesteśmy  już  za  starzy,  żeby  brać  na  siebie  taki  obo-

wiązek – powiedział stanowczo Gerald. – Jestem na emeryturze, 
przeżyliśmy  swoje  i  ostatnią  rzeczą,  jakiej  potrzebujemy,  to 
opieka  nad  niemowlęciem.  To  niezbyt  dobry  pomysł,  skarbie. 
Zresztą  wygląda  na  to,  że  ci  dwoje  wszystko  już  sobie  ułożyli. 
Oni mają na to siły, my nie. 

Jean była bliska płaczu. 
– Ale to nasza wnuczka. Dziecko Willa... – Zaczęła pochli-

pywać, ale po  chwili  wyprostowała  się  i  spojrzała badawczo  na 
Patricka. – Czy jest do niego podobna? 

– Raczej nie, bardziej do matki. 
– Och, jakie to straszne, że ona zmarła. Jak to się stało? Pa-

trick zawahał się, a potem opowiedział pokrótce całą historię. 

– Czujesz się winny, dlatego tak opiekujesz się Jess – wypa-

background image

65 

 

lił z właściwą sobie bezpośredniością ojciec. 

Patrick westchnął, drapiąc się w głowę. 
– Tak i nie. Tu chodzi o coś więcej. Ta mała  jest naprawdę 

urocza. Nigdy nie chciałem  mieć dzieci, ale ona jest wprost cu-
downa. 

–  Muszę  ją  zobaczyć  –  stanowczo  oświadczyła  matka.  Pa-

trick uśmiechnął się. 

– Wiedziałem, że tak będzie. Claire czeka na nas z lunchem. 
 
Claire  nie  wiedziała,  jakim  cudem  uda  jej  się  przygotować 

naprędce lunch dla czterech osób. Wyjęła wszystko, co miała w 
lodówce, i zastanawiała się przez chwilę. 

Quiche  –  postanowiła.  Ciasto,  bekon,  pomidory  i  szparagi 

posypane świeżymi ziołami, młode ziemniaki z własnej grządki. 
Sałata  jeszcze  nie  wyrosła.  Na  szczęście  w  kuchni  było  parę 
główek kupionych wczoraj w supermarkecie. 

Na  deser  szarlotka,  którą  miała  w  zamrażarce.  Zrobiona  z 

własnych  jabłek  zerwanych  z  jabłoni  rosnącej  za  domem.  Roz-
mrozi ją w mikrofalówce, a potem podpiecze w piekarniku. 

Niestety  było  zbyt  mało  czasu,  żeby  przygotować  coś  bar-

dziej wykwintnego. 

Kroiła,  siekała  i  zagniatała  ciasto,  mamrocząc  pod  nosem 

pogróżki pod adresem Patricka. Najchętniej zabiłaby go, ale tak 
powoli, żeby długo cierpiał. 

Wrzuciła  bekon  i warzywa do formy  i  zalała jajkami ubity-

mi  z  mlekiem  i  żółtym  serem.  Posypała  ciasto  świeżymi  zioła-
mi,  potem  jeszcze  trochę  utartego  sera  i  wsadziła  wszystko  do 
piekarnika Teraz posprząta salon. 

Niestety  Jess  zaczęła  płakać.  Choć  Claire  nakarmiła  ją, 

przewinęła  i  nosiła  na  ręku,  mała  wciąż  marudziła,  pocierając 
rączką  dziąsła.  Znów  ząbkuje,  pomyślała  Claire,  i  trzymając  ją 
na biodrze, pospiesznie sprzątała jedną ręką salon. 

background image

66 

 

Nim  zdążyła  dobrze  się  rozejrzeć,  samochód  Patricka  był 

już  pod  domem.  Za  nim  drugi.  Trzymając  Jess  na  ręku,  otwo-
rzyła  frontowe  drzwi.  Pies  Patricka  i  Kropka wypadły  na  dwór, 
obszczekując radośnie gości. 

Nagle  Claire  ogarnęło  przerażenie.  Jess  wtuliła  się  w  nią  i 

zaczęła płakać. 

– Cicho, Jess. Oni przyjechali cię odwiedzić. 
Ale dziecko nie chciało się uspokoić. 
Claire spojrzała z rozpaczą na Patricka. 
– Chyba znów ząbkuje – wyjaśniła. 
Patrick wziął małą na ręce i przytulił. 
– Już dobrze, Jess. Wujek jest przy tobie. 
Jego matka położyła dłoń na ustach i ze łzami w oczach pa-

trzyła,  jak  Patrick  uspokaja  małą.  Kiedy  dziewczynka  przestała 
płakać, wreszcie spojrzała na swoich dziadków. 

– Mamo, tato, to jest Jess. 
Dziewczynka  przyglądała  się  im  oczami  wielkimi  jak 

spodki. Jej usta znów zaczęły drżeć. 

–  Ciii,  maleńka.  Wiem,  że  boli,  ale  będziesz  miała  śliczne 

ząbki. – Matka wzięła Jess od syna  i zaczęła cicho śpiewać, że-
by odwrócić uwagę dziewczynki od bolących dziąseł. 

– Tato, to jest Claire – powiedział Patrick. 
Ojciec wyciągnął rękę. Jego oczy były jasnozielone jak oczy 

syna. 

–  Miło  mi  cię  poznać,  moja  droga.  Gerald  Cameron,  a  to 

moja  żona,  Jean.  Przepraszam,  że  zrobiliśmy  wam  taki  najazd. 
Bardzo dziękuję, że zaprosiłaś nas na lunch. 

– To dla mnie przyjemność – odparła Claire, uświadamiając 

sobie,  że  wcale  nie  kłamie.  –  Przepraszam,  muszę  wyjąć  coś  z 
piekarnika. Nastawię wodę na herbatę. 

Pobiegła  do  kuchni,  ratując  w  ostatniej  chwili  quiche. 

Wstawiła szarlotkę do piekarnika, wrzuciła do garnka ziemniaki 

background image

67 

 

i napełniła wodą czajnik. 

Nagle za jej plecami stanął Patrick. 
– To wygląda wspaniale. 
–  No  pewnie  –  odparła  z  dumą.  Była  szczęśliwa,  że  ciasto 

się nie przypaliło. – Co z Jess? 

– Wszystko w porządku. Mama umie czynić cuda. Dziękuję 

– dodał cicho. – Rodzice byli zszokowani, ale od razu chcieli tu 
przyjechać. Lepiej, że  to  spotkanie  odbyło  się  u ciebie,  zwłasz-
cza że Jess bolą dziąsła. Rodzice są ci bardzo wdzięczni. Ja też. 

Claire przestała marzyć o zamordowaniu Patricka. 
– Och, nie ma sprawy. Podobają mi się twoi rodzice. 
– To dobrze – odparł z uśmiechem. – Gdzie zjemy lunch? 
–  Może  w  ogrodzie?  Albo  w  jadalni,  ale  tam  jest  trochę 

ciemno. Jak wolisz. 

– W ogrodzie. – Wyniósł na dwór stół i za chwilę wrócił po 

krzesła. – Jest już kosiarka? – spytał, stając w drzwiach. 

– Nie. A mieli przywieźć dzisiaj? 
W tej chwili ojciec wetknął głowę przez drzwi i oznajmił: 
– Przywieźli kosiarkę. 
Claire  myślała,  że  kosiarka  nie  będzie  odpowiednia  –  za 

duża,  za  ciężka  na  zbocze  rzeki,  że  będzie  miała  zbyt  wąskie 
opony  na  miękki  grunt  przy  rowie  –  ale  się  pomyliła.  Była 
wspaniała.  Nowoczesna,  ze  zbiornikiem  na  trawę.  Kupiłaby 
identyczną – gdyby miała pieniądze. 

 
– Podoba ci się? 
Skinęła głową ze wzruszeniem. Śmieszne. To przecież tylko 

zwykła kosiarka! 

– Świetna. .Możesz wypróbować ją po lunchu. – Wróciła do 

kuchni. Z holu dobiegał stłumiony śmiech Geralda. 

background image

68 

 

Rozdział 6 

 
Lunch wypadł znakomicie. 
Jess  przez  cały  czas  siedziała  na  kolanach  babci,  żując  za-

wzięcie plastikowy gryzak. Była zachwycona zainteresowaniem, 
jakie  wzbudzała  wśród  dorosłych.  Przyjęcie  w  ogrodzie  w  bla-
sku słońca miało miły charakter pikniku. 

Patrick czuł  się zrelaksowany  i spokojny. Claire dawała so-

bie  świetnie  radę,  a  rodzice  nie  zadawali  kłopotliwych  pytań. 
Jess była  grzeczna.  Czego  jeszcze  może  pragnąć  mężczyzna?  – 
pomyślał z zadowoleniem, wyciągając się na krześle. 

Jedzenie  było  bardzo  smaczne.  Nic  wymyślnego,  ale  za  to 

podane  na  świeżym  powietrzu  pod  jabłonią,  z  której  Claire  je-
sienią zrywała jabłka na szarlotkę. 

Pomyślał, że jest w tym coś optymistycznego. Rozumiał te-

raz, skąd farmerzy brali siły, żeby stawić czoło wszystkim prze-
ciwnościom losu. Zawsze przychodziła pora na plony. 

Czy  dawni  myśliwi  i  zbieracze  też  się  tak  czuli,  znajdując 

drzewo  pełne  dojrzałych  owoców  lub  polując  na  mamuta?  Za-
śmiał się w duchu. On tylko robił szybkie wypady po mięso do 
supermarketu w przerwach między  niekończącymi się wizytami 
na budowach i naradami z projektantami. 

Bezpieczne,  spokojne  życie  niezagrożone  klęską  głodu  czy 

nieurodzaju  –  nawet  jeśli  w  sklepie  zabrakło  czegoś,  co  chciał 
akurat kupić. 

Wcale nie marzył o niebezpieczeństwach, ale często myślał, 

że  gdzieś  musi  istnieć  prostsze  życie,  coś  pośredniego  między 
chaotyczną  gonitwą  współczesnych  czasów  i  ciężką  mitręgą 
dawnych przodków. 

W  tej  ciszy  było  tyle  spokoju.  Czuł  się  błogo,  siedząc  pod 

jabłonią  i  mając  w  ustach  smak  zerwanych  z  niej  jabłek.  Ciche 

background image

69 

 

brzęczenie pszczół zapowiadało następne zbiory. 

Może powinniśmy hodować kurczaki? – zastanowił się. Nie, 

Claire  i  tak  ma  za  dużo  obowiązków.  Przecież  on  jest  tu  tylko 
podczas weekendów. Ale sam pomysł był kuszący. Jess miałaby 
zabawę,  sypiąc  im  ziarno.  Na  pewno  uwielbiałaby  patrzeć,  jak 
kurczęta grzebią w ziemi. 

Omal się nie roześmiał. Musi minąć sporo czasu, zanim Jess 

będzie mogła karmić drób. Spojrzał na nią. 

Przestała  żuć  gryzak  i  teraz  spała  spokojnie  w  wózku.  Pa-

trick  napotkał  wzrok  matki.  Uśmiechała  się  do  niego  ze  wzru-
szeniem.  Zastanawiał  się,  dlaczego  tak  długo  zwlekał,  zanim 
powiedział im o Jess. 

Tak  się  ucieszyli  z  tego  spotkania  Widać  było,  że  polubili 

Claire. Czuł z tego powodu olbrzymią ulgę – jeśli mieli do niej 
zaufanie,  nie  będą  się  martwić  o  wychowanie  wnuczki  Dzięki 
temu nie będą wiecznie zawracać mu głowy. 

Przynajmniej  nie w tej sprawie. Mieli sto innych powodów, 

żeby udzielać mu rodzicielskich pouczeń. 

Claire  zawzięcie  dyskutowała  z  matką.  Patrick  napotkał 

wzrok  ojca.  Najwyraźniej  nie  interesował  się  rozmową  o  tym, 
ile  godzin  przesypia  Jess.  Przechylił  głowę  i  wpatrywał  się  w 
stodołę. 

– Czy to jest twój nowy dom? 
– Tak, tato. Chcesz obejrzeć z bliska? 
– Oczywiście. 
Patrick spojrzał na Claire. 
– Czy możemy przeprosić was na chwilę? 
– Oczywiście. 
– Zaraz wrócimy. 
Drzwi  stodoły  otwierały  się  dużo  łatwiej,  odkąd  Patrick  je 

naoliwił. Gerald rozejrzał się uważnie i pokiwał głową. 

– Mhm. To ciekawe. A jaki jest stąd widok? 

background image

70 

 

Patrick  otworzył  drzwi  na  przestrzał. Ojciec uśmiechnął  się 

znacząco. 

–  Mogłem  się  domyślać.  Zawsze  miałeś  fioła  na  punkcie 

widoków.  –  Udał, że  zainteresował  go  jakiś  kawałek drewna,  a 
potem dodał  niewinnie: –  A więc przeprowadzisz się tutaj i  bę-
dziesz mieszkać obok Claire. To miła dziewczyna. 

Zaczyna się, pomyślał Patrick. 
– Będę mieszkać obok Jess, ale tylko podczas weekendów. 
Ojciec nie przestawał się uśmiechać. 
– Zobaczymy... 
Patrick przewrócił oczami. 
– Tato, tu chodzi o Jess i Willa; a nie o mnie i o Claire. 
–  Oczywiście.  –  Na  wspomnienie  o  zmarłym  synu 

;

ech 

zniknął z  jego twarzy. Ale Patrick  miał  wrażenie, ojciec  mu nie 
wierzy. 

To  śmieszne.  Sam  się  zastanawiał,  czy  decyzja  o  zamiesz-

kaniu na wsi związana jest tylko z Jess. I doszedł do wniosku, że 
chodzi  mu  jedynie  o  dobro  dziecka.  Dlaczego  miałoby  to  mieć 
coś wspólnego z Claire? przecież wcale się nim  nie interesowa-
ła. Nie chciała skorzystać z żadnej z  jego propozycji.  Co było, 
kiedy spytał, czy pozwoli się pocałować? 

Ale później zareagowała  inaczej. Patrick wiedział, że nigdy 

nie zapomni tego pocałunku w kuchni. 

Claire nie krzyczała i nie uciekła. Może czekała na coś wię-

cej? 

Kto wie... To nie była prosta sprawa. Dociekliwość ojca nie 

była mu na rękę. Lepiej, żeby zajął się czymś innym. 

Patrick przyniósł z samochodu plany stodoły i rozłożył je na 

masce kosiarki. 

–  Tu  jesteście  –  zawołała  matka,  wchodząc  chwilę  później 

do stodoły. Trzymała na ręku Jess. 

Patrick uśmiechnął się przepraszająco. 

background image

71 

 

– Chciałem pokazać tacie plany. 
– Claire zaparzyła herbatę. Przyjdziecie się napić? 
Skinął głową, składając papiery. 
– Jakie jest twoje zdanie, mamo? 
– Myślę, że jest urocza. 
– Ale ja mówię o stodole, nie o Jess. 
– A ja o Claire. I ty, Brutusie... 
–  Mamo,  ja  i  Claire  jesteśmy  tylko  opiekunami  Jess.  Ona 

jest jej ciotką, a ja wujkiem. To wszystko. Nic między nami nie 
ma i nie będzie. Jesteśmy tylko przyjaciółmi. 

Odwrócił  się.  Claire  stała  w  drzwiach  z  tacą  i  filiżankami. 

Miała dosyć dziwną minę. – Pomyślałam, że przyjdę tutaj, skoro 
nie  mogę się was doczekać – powiedziała lekkim tonem, ale  jej 
oczy miały nieprzenikniony wyraz. 

– Właśnie wychodziliśmy. 
– W takim razie zabieram herbatę. – Odwróciła się na pięcie 

i wyszła. 

Matka spojrzała znacząco na męża. 
Patrick westchnął. O Boże! Zaraz zaczną go swatać. Czuł to 

przez skórę. Wszystko jeszcze bardziej się pogmatwa. 

Naprawdę nie potrzebował ich pomocy. Był pewien, że sam 

potrafi skomplikować sobie życie. 

No więc usłyszała na własne uszy. Teraz już nie miała wąt-

pliwości. 

A  czego  się  spodziewałaś?  –  pytała  siebie  Claire.  Zawsze 

wiedziałaś, że on nie jest dla ciebie. 

Ale  mnie  pocałował.  Nie,  wczoraj  to  był  tylko  żart.  A  ty-

dzień temu w kuchni? Wtedy nie żartował. 

Lecz ten pocałunek nic nie znaczył. Chyba stajesz się histe-

ryczną  starą  panną,  skarciła  siebie  w  duchu.  Musisz  trochę 
oprzytomnieć. 

– Co sądzisz o projektach Patricka, Claire? – spytał Gerald, 

background image

72 

 

kiedy zasiedli przy herbacie. 

Co sądzi? Przecież Patrick nic jej nie pokazał. 
–  Nie  widziałam  ich  –  stwierdziła,  udając obojętność.  – To 

nie  moja  sprawa.  Zresztą  nie  miałam  czasu,  by  je  oglądać.  Pa-
trick przyjechał wczoraj w nocy, a dziś rano... 

–  Musiałaś  szykować  dla  nas  lunch.  Był  bardzo  smaczny, 

dziękujemy  –  powiedziała  serdecznie  Jean.  –  Przepraszamy  za 
ten kłopot. 

 
–  To  nie  był  kłopot.  Bardzo  się  cieszę,  że  was  poznałam.  I 

że mogliście poznać Jess. 

Mała  już  się  obudziła  i  siedziała  na  kolanach  babci,  pijąc 

mleko  z  butelki.  Claire  zastanawiała  się,  dlaczego  tak  się  bała 
tego  spotkania.  Była  przerażona,  że  zechcą  zabrać  Jess!  Teraz 
wiedziała,  że  nigdy  by  tego  nie  zrobili.  Opieka  nad  małym 
dzieckiem  była  bardzo  wyczerpująca.  Cameronowie wychowali 
dwóch  synów  i  na  pewno o tym  pamiętają. Będą woleli  powie-
rzyć wnuczkę Claire. 

Taką przynajmniej miała nadzieję. 
–  Chętnie  obejrzałabym  te  plany  –  powiedziała  matka.  – 

Pokaż nam je, Patrick. 

– To dopiero wstępne stadium. 
–  Domyślam  się,  skarbie.  –  Jean  uśmiechnęła  się.  –  Jestem 

tylko ciekawa, jaki masz pomysł na modernizację. 

Po  chwili  Patrick  rozłożył  plany  na  podłodze  i  ukląkł  na 

dywanie, którego Claire nie zdążyła odkurzyć. 

To  było  zdumiewające,  że  dwóch  architektów  mogło  mieć 

tak  różne  wizje  przebudowy  tego  samego  budynku.  Claire  za-
pomniała  o  urażonej  dumie  i  z  wypiekami  na  twarzy  przysłu-
chiwała się temu, co mówił Patrick. 

Jego projekt zakładał dużo światła i przestrzeni. Tam, gdzie 

tylko  to  było  możliwe,  dach  służył  za  sufit.  Patrick  zaplanował 

background image

73 

 

kilka wielkich pokoi, a nie tak jak poprzedni architekt dużo ma-
łych pomieszczeń. 

Patrick jakby czytał w jej myślach. 
–  To  dom  dla  mnie  i  dla  Jess.  Może  czasem  ktoś  nas  od-

wiedzi. Nie muszę mieć wielu pokoi. Wolę przestrzeń. Poza tym 
wielofunkcyjne pomieszczenia są znacznie wygodniejsze. 

–  A  to?  –  spytała  matka,  wskazując  na  dorysowany  frag-

ment. 

–  To  przybudówka.  Garaż  i  jeszcze  jeden  pokój.  Może 

urządzę  tu  studio?  Nigdy  nie  wiadomo,  czy  nie  zechcę  tu  pra-
cować, zwłaszcza gdy Jess będzie miała wakacje. 

Claire  zabiło  mocniej  serce.  Przyjrzała  się  uważnie doryso-

wanemu fragmentowi. Znajdował się z tyłu stodoły, z widokiem 
na dolinę. Będzie poza zasięgiem jej wzroku. 

Nigdy  nie  zobaczy,  jak  Patrick  pracuje.  Zrobiło  jej  się 

dziwnie smutno. 

Zawsze marzyła o tym, żeby mieć pracownię w stodole. Ale 

to były  zwykłe mrzonki. Zdawała sobie z tego sprawę i dlatego 
wolała  myśleć o tym,  jakie zmiany zajdą w jej życiu dzięki po-
mocy Patricka. 

Nie  będzie  się  więcej  martwić,  zmagać  w  pojedynkę.  W 

każdy weekend będą razem. 

Ale co z tego? Nie powinna być taka głupia. Doskonale pa-

miętała  jego  słowa:  „Nic  między  nami  nie  ma  i  nie  będzie.  Je-
steśmy tylko przyjaciółmi”. 

O Boże. 
Kosiarka  była  wspaniała  –  łatwa  w  obsłudze  i  bardzo  no-

woczesna.  Patrick  jeszcze  raz  przestudiował  instrukcję  i  wy-
prowadził maszynę ze stodoły. 

Hm.  Wszędzie  drzewa.  Którędy  tu  jechać?  Wreszcie  udało 

mu  się  okrążyć  dom.  Najpierw  ściął  trawę  pod  jabłonią,  gdzie 
jedli z rodzicami lunch, i pod wielkim dębem w rogu, gdzie miał 

background image

74 

 

zamiar powiesić huśtawkę dla Jess, kiedy trochę podrośnie. 

Znów  nie  wiedział,  jak  ma  dalej  jechać.  Po  dziesięciu  mi-

nutach  cofania  i  jazdy  naprzód,  żeby  skosić  pominięte  kawałki 
trawnika, w drzwiach pojawiła się Claire. Oparta się o framugę i 
obserwowała go z rękami skrzyżowanymi na piersiach. 

– Co? – spytał, czując się trochę głupio. 
Wzruszyła ramionami. 
– Zwykle zaczynam  stamtąd. – Wskazała na stodołę. – Ina-

czej jest bardzo trudno. 

Patrick zacisnął zęby. 
–  Zauważyłem.  –  Zastanawiał  się,  co  by  było,  gdyby  ją 

przejechał.  Nie,  to  byłoby  zbyt  okrutne.  –  Wiesz  co?  Może  mi 
pokażesz,  jak  to  zrobić?  W  końcu  to twój ogród, a  ja  jestem tu 
tylko gościem. 

– Intruzem – syknęła pod nosem. 
Siadła za kierownicą  i  momentalnie skosiła trawnik, wywo-

łując złość Patricka. 

Dopóki  nie  zauważył,  jak  cudownie  falują  jej  piersi  na  nie-

równym terenie. 

Odwrócił głowę. Wolałby  inne tortury. Wyrywanie paznok-

ci, łamanie kołem, przypiekanie... 

Wrócił do pracowni i odwrócony plecami do okna, rozłożył 

plany na desce kreślarskiej. 

Claire nie powiedziała ani słowa na  ich temat. Czuł się ura-

żony tym  jawnym  brakiem zainteresowania  „To nie  moja spra-
wa”.  Kiedy  to  powiedziała,  jego  radość,  że  będzie  miał  nowy 
dom, prysła. 

Ale  dlaczego?  Przecież  nie  robił  tego  dla  niej  i  faktycznie 

nie była  to  jej  sprawa.  Może  wciąż  czuła  żal,  że musiała sprze-
dać tę stodołę? 

Do diabła! Jak mógł nie pomyśleć o tym wcześniej! 
Odwrócił  się  do  okna.  Claire  jeździła  po  łące  na  kosiarce. 

background image

75 

 

Jej  piersi  falowały,  a  twarz  oblewały  promienie  zachodzącego 
słońca. 

Była  naprawdę  wspaniała.  Nie  po  raz  pierwszy  żałował,  że 

byli uwikłani w całą tę historię. Za dużo było do stracenia, żeby 
ulec czemuś tak ulotnemu jak pożądanie. 

Ale musiał przyznać, że jego uczucia nie były wcale ulotne. 

Z  każdym  dniem  przywiązywał  się  coraz  bardziej  do  Claire.  Z 
coraz  większym  trudem  się  powstrzymywał,  żeby  jej  nie  do-
tknąć. 

Znów wjechała na wertepy. Jej piersi zakołysały się. Patrick 

szybko  odwrócił  głowę.  Miał  jutro  ważne  spotkanie  z  architek-
tami i naprawdę nie powinien rozmyślać o Claire. 

– Jak kosiarka? – spytał Patrick. 
Czyjej  się  wydawało,  czy  zachowywał  się  trochę  bezcere-

monialnie? 

– W porządku. 
– Tylko w porządku? 
Przewróciła oczami. 
– No  dobrze,  jest  wspaniała.  Właśnie taka  była  mi potrzeb-

na. Miałeś rację. Jesteś cudowny. Bardzo dziękuję. Teraz lepiej? 

Od jego gardłowego śmiechu aż ugięły się pod nią kolana. 
–  Dwója  ze  szczerości,  ale  piątka  za  tekst  Powiedziałaś 

wszystko,  co  najważniejsze.  –  Nagle  stracił  pewność  siebie.  – 
Zrobiłem nowy projekt. Obejrzysz go? 

Serce zabiło jej szybciej. 
– Czemu  nie.  –  Nie  chciała  wtykać  nosa  w  nie swoje  spra-

wy, ale aż skręcało ją z ciekawości. 

Nie swoje  sprawy?  No tak,  przecież  stodoła  już  do niej  nie 

należała... 

Musiałam  ją  sprzedać,  przekonywała  siebie  w  duchu.  Le-

piej,  że  kupił  ją  znany  architekt  niż  hałaśliwa  rodzina  z  bandą 
nastolatków, które urządzałyby dzikie brewerie. 

background image

76 

 

Tak, ale... 
– Claire? 
Odwróciła  się  z  uśmiechem.  Patrick  przyglądał  się  jej  ba-

dawczo. 

–  Przepraszam  –  powiedział,  potrząsając  głową.  –  Zacho-

wałem się jak tępak. Pozbawiłem cię marzeń. 

–  Wcale  nie.  Te  marzenia  nie  miały  sensu.  Muszę  spłacić 

długi siostry. Ale to nie  jest  jej wina. –  W oczach Claire zabły-
sły łzy. 

Urwała  i  wybiegła  z  domu.  Wpadła  do  stodoły.  To  był  jej 

azyl  –  i  nagle  uświadomiła  sobie, że  stodoła  już  do  niej  nie  na-
leży,  czy  też  niedługo  nie  będzie  należeć.  Gdzie  wtedy  pobie-
gnie, żeby się wypłakać? 

Nagle zamarła. Patrick stał tuż za nią. Wziął ją w ramiona  i 

przytulił. 

Claire rozszlochała się w głos. 
– Cicho, to nie twoja wina. Zrobiłaś wszystko, co było moż-

liwe. Nie  mogłaś  uratować  Amy  –  wyszeptał.  Wiedział,  że sto-
doła  to  był  pretekst,  a  tak  naprawdę  płakała  z  żalu  po  utracie 
siostry. 

Claire  zrozumiała,  jak  bardzo  jej  współczuł,  i  mocno  przy-

tuliła się do niego. 

Po chwili ochłonęła, ale wcale nie miała ochoty się odsunąć. 

W końcu wyprostowała się niechętnie. 

Patrick spojrzał jej w oczy. 
– Nie patrz na mnie. Wiem, że wyglądam strasznie. 
Z uśmiechem wyjął z kieszeni chusteczkę i wytarł jej oczy i 

nos. 

– Już dobrze? 
Skinęła  głową,  unikając  jego  wzroku.  Patrick  był  miły,  ale 

ona nie wyglądała przez to mniej okropnie. Miała ochotę zapaść 
się pod ziemię. 

background image

77 

 

Wcale  się  tym  nie  przejmował.  Wciąż  obejmując  ją  jedną 

ręką, drugą uniósł do góry jej brodę. 

–  Wiem,  co  czujesz  –  powiedział  głucho.  —  Ale  pamiętaj, 

że twoja siostra była dorosła. Nie jesteś niczyim stróżem, Claire. 

 
Skinęła  głową,  nie  do  końca  wierząc  jego  słowom.  Schylił 

się i pocałował ją. 

To  był  dosyć  niewinny  pocałunek,  ale  nie  całkiem  plato-

niczny. 

Claire  przylgnęła  do  Patricka,  ale  zaraz  zawstydziła  się  i 

uwolniła z jego objęć. Potem ruszyła w kierunku domu. Dogonił 
ją i szedł tuż obok niej. 

– Jess płacze – powiedział, przyspieszając kroku. 
Kiedy  weszli  do  domu,  wziął  dziecko  na  ręce.  Claire 

uśmiechnęła  się  z  przymusem.  Może  była  niesprawiedliwa  wo-
bec Patricka?  Ale  co to  za  problem  pomagać komuś,  kiedy  jest 
się tak bogatym. Czuła się przez to jeszcze bardziej skrępowana, 
choć  dostała  już  tyle  rzeczy  –  samochód,  kosiarkę,  lodówkę  z 
zamrażarką – że właściwie powinna się do tego przyzwyczaić. 

 
O  Boże.  Tyle  pieniędzy,  taki  dług!  Ten  samochód  był  na-

prawdę dla niej, bo Patrick przyjechał tu własnym autem. 

Jeszcze czuła  jego dotyk. Choć pocałunek był delikatny, je-

go ciało zareagowało w nieomylny sposób. Dobrze, że odsunęła 
się od niego, bo za chwilę mogłaby zupełnie stracić głowę. 

W końcu Patrick był tylko mężczyzną i byłby głupi gdyby z 

tego nie skorzystał. Co oczywiście  nic by nie oznaczało, bo po-
tem szybko zapomniałby o wszystkim. Taki bogaty przystojniak 
mógł  zdobyć  każdą  kobietę. Tylko  Claire  miałaby  złamane  ser-
ce. 

Na szczęście była na tyle mądra, żeby się w porę opamiętać. 
 

background image

78 

 

Dlaczego tak ją pocałował? 
Czy też dlaczego w ogóle ją pocałował? Do diabła, ależ jest 

idiotą! 

Jess płakała, leżąc na kocyku. 
– Co ci jest, malutka? Jesteś głodna? Zaraz cię nakarmię, ale 

najpierw  trzeba  zmienić  pieluszkę.  Chodź,  wujek  szybko  cię 
przewinie. 

Dziewczynka  wymachiwała  nóżkami,  próbując  przewrócić 

się na bok. Przytrzymał ją jedną ręką, a drugą włożył nową pie-
luszkę pod pupę. 

W kuchni Claire nalewała herbatę do kubków. Butelka Jess, 

już ogrzana, stała na stole obok miski płatków i śliniaczka. 

– Twoje płatki, Jess – powiedział, zawiązując jej śliniaczek. 

Potem  posadził  ją  na  kolanach  i  zaczął  karmić. Coraz  lepiej  mi 
to idzie, pomyślał. Co to znaczy praktyka! 

W pewnej chwili Jess uznała, że już się najadła, i wypuściła 

z buzi strumień płatków. Wszystko wylądowało na Patricku. 

Claire  zachichotała,  Jess  także.  On  sam  też  zapomniał  o 

oburzeniu i śmiał się razem z nimi. 

Psy zlizywały z podłogi resztki płatków, a kot przypatrywał 

im się z parapetu. Za oknem na jabłoni śpiewał ptak. 

Czy tak wyglądał raj? 
Chyba  tak,  pomyślał.  Ale  to  tylko  złudzenie.  Trzymał  na 

kolanach  dziecko  brata  pies  brata  leżał  u  jego stóp,  a obok  sie-
działa siostra dziewczyny jego brata. A jego własne życie? 

Niech cię diabli, Will! – pomyślał ze smutkiem. Powinieneś 

być tutaj razem z Amy. A Claire i ja? Gdzie powinniśmy być? – 
zadumał  się.  Na  pewno  nie  tutaj.  Dlaczego  mamy  odgrywać 
role, których nie wybraliśmy sami? 

Westchnął i podał dziecko Claire. 
– Pójdę się umyć. Zaraz wrócę. 
Wszedł  po  schodach  i  zamknął  drzwi.  Gdyby  Amy  i  Will 

background image

79 

 

żyli,  on  i  Claire  byliby  wolnymi  ludźmi.  Może  mieliby  teraz 
romans,  zamiast  kręcić  się  wokół  siebie,  marząc  o  tym,  czego 
nie mogli zdobyć. 

To  on  marzył.  Claire  wcale  się  nim  nie  interesowała.  Nie 

odwzajemniła  jego  pocałunku.  Najpierw  pozwoliła  się  pocało-
wać, a potem odeszła. 

Do diabła! 
Umył  się  i  zszedł  do  kuchni  w  czystej  koszuli  i  dżinsach, 

bez płatków we włosach. Claire karmiła z butelki Jess. 

– Zjesz zupę? – spytała. 
Nie miał ochoty zostać tu ani chwili dłużej. 
– Nie jestem głodny. Pójdę z psami na spacer. 
Nie czekając na odpowiedź, gwizdnął na psy i wyszedł. 

background image

80 

 

Rozdział 7 

 
Nazajutrz  rano  Patrick  zaprosił  Claire  na spotkanie  z  archi-

tektami. 

Był w dziwnym nastroju, gdy wrócił ze spaceru. Nie, nawet 

wcześniej,  gdy  Jess  opluła  go  owsianką  i  poszedł  na  górę  się 
przebrać. 

Czy to przez ten pocałunek? – zastanawiała się. Nie potrafi-

ła  rozgryźć  Patricka,  nigdy  nie  wiedziała,  co  myśli  i  co  czuje 
naprawdę. 

Za to teraz nie ukrywał swych zamiarów. 
–  Na  pewno  nie  będą  mieli  nic  przeciwko twojej  obecności 

–  powiedział.  –  To  twoja  posiadłość  i  ty  pierwsza  składałaś 
wniosek  o  przebudowę.  Jesteś  chyba  też  ciekawa,  co  mają  do 
powiedzenia. 

Skinęła głową, zastanawiając się, czy naprawdę chciał, żeby 

pojechała razem z nim. Ale w innym wypadku by jej  nie zapra-
szał. 

–  Chętnie wybiorę  się  z tobą,  chociaż  nie  sądzę,  żeby  moja 

osoba w jakikolwiek sposób się  liczyła. Przecież nic  nie znaczę 
w porównaniu z kimś takim jak ty. 

– Kimś takim jak ja? 
Spojrzała mu prosto w oczy. 
– Dobrze wiesz, o czym mówię. 
– Do diabła, aż za dobrze. Wezmą wszystko pod lupę. 
by  udowodnić  architektowi  z  Londynu,  że  nie  zna  się  na 

robocie,  albo  wręcz  przeciwne,  będą  oczekiwać  jakichś  nowa-
torskich rozwiązań. 

– A masz takie? 
–  Nie.  Zrezygnowałem  z  konstrukcji  stalowej,  w ogóle  jest 

to  projekt  bardzo  konserwatywny.  Uważam,  że  ten  budynek 

background image

81 

 

trzeba  zachować  w  obecnym  kształcie.  Miejmy  nadzieję,  że  ci 
urzędnicy też będą tego zdania. – Schował wszystkie dokumen-
ty do teczki. – He czasu zajmie nam jazda do biura? 

– Niecałe pół godziny. 
– Zdążymy wypić kawę? 
Claire pomyślała chwilę. 
– Zrób kawę, a ja nakarmię Jess. 
Pojedynek z architektami był pasjonujący. 
Kiedy  Patrick  prezentował  swoje  pomysły, cały projekt  na-

bierał życia. Claire przestała żałować, że sprzedała stodołę. Nie 
mogła się już doczekać, kiedy zobaczy ją w nowym kształcie. 

 
Oczywiście było wiele spornych spraw, ale Patrick zręcznie 

prowadził  dyskusję  i  obalał  po  kolei  argumenty  przeciwników. 
W  jednym  tylko  nie  chcieli  ustąpić:  absolutnie  nie  zgadzali  się 
na szklane schody, o których Claire nawet nie wiedziała. 

–  To  pomysł  z  innej  bajki  –  powiedział  jeden  z  nich.  – 

Schody powinny być dębowe. 

– Szklane schody pasują do apartamentowca – dodał inny. – 

Ale tu chodzi o starą wiejską stodołę. 

Patrick niespodziewanie ustąpił bez dalszej walki. 
–  Dobrze,  rozumiem.  Schody  mogą  być  dębowe.  Czy  poza 

tym nie ma zastrzeżeń? 

– Z naszej strony nie, ale projekt musi jeszcze przejść prze-

widzianą prawem weryfikację. 

–  Oczywiście.  Skoro  jednak  został  zaopiniowany  pozytyw-

nie  i  mamy  pozwolenie  na  budowę,  chciałbym  natychmiast 
przystąpić do realizacji. 

 
Urzędnicy  przez  chwilę  dyskutowali  zawzięcie,  lecz  w 

końcu  się  zgodzili.  Postawili  tylko  jeden  warunek:  prace  nie 
mogą  toczyć  się  zbyt  szybko  i  przed  rozpoczęciem  każdego 

background image

82 

 

etapu Patrick musi się z nimi kontaktować. 

Po  zakończeniu  spotkania,  kiedy  wyszli  z  budynku,  Patrick 

uśmiechnął się do Claire. 

Nie,  nie  uśmiechał  się.  Wyszczerzył  zęby  z  tak  bezczelną 

miną, że Claire roześmiała się. 

– Świetnie – powiedział bardzo zadowolony z siebie. 
– Ale nie zgodzili się na szklane schody. 
– Musiałem  im  dać  coś  na  pożarcie.  Szklane schody  w  sto-

dole, toż to idiotyzm. Planowałem zwykłe dębowe i takie będą. 

– Lisek chytrusek. – Roześmiała się. 
–  Musiałem  nauczyć  się  rozmawiać  z  urzędnikami,  dzięki 

czemu  prawie  zawsze  stawiam  na  swoim.  To  okropne  uczucie, 
kiedy  ktoś  zmienia  twoje  plany  tylko  dlatego,  że  ma  władzę. 
Szczególnie w tym wypadku  nie zniósłbym tego. Ale udało się. 
Claire, zapraszam cię na lunch. 

Następne  dni  upłynęły  w  gorączkowej  atmosferze.  Patrick 

wrócił  volkswagenem  do  Londynu,  zostawiając  psa  i  audi  u 
Claire.  Dziwnie  mu  było  jechać  samemu,  ale  czekało  go  mnó-
stwo  pracy.  Poza  tym  zwierzak  był  szczęśliwy  w  towarzystwie 
Kropki,  a  Claire  nie  miała  nic  przeciwko  temu,  żeby  jeździć 
audi. 

Kiedy  wszedł  do  recepcji,  Kate  uśmiechnęła  się,  opierając 

łokcie na biurku. 

– Co słychać? – spytała. 
–  W  porządku.  Faceci  z  urzędu  urbanistycznego  zachowali 

się rozsądnie, a stodoła będzie fantastyczna. 

– A Claire i dziecko? 
Kate lubiła od razu przejść do rzeczy. 
–  Świetnie  –  odparł,  nie  wdając  się  w  szczegółowe  wyja-

śnienia. – Czy jest Sally? 

– Oczywiście. Powiedziała, że dzisiaj cię nie będzie. 
– Zmieniłem plany. Czy Mike i David są w biurze? 

background image

83 

 

– Mike tak. David wróci za godzinę ze spotkania. 
Patrick skinął głową i ruszył do windy. Miał bardzo dużo do 

zrobienia,  ale  jak  najszybciej  musi  powiedzieć  Mike'owi  i 
Davidowi  o  swoich  zamierzeniach.  Nie  będą  zadowoleni,  ale 
trudno.  Wystarczająco  dużo  poświęcił  firmie  przez  te  lata. 
Ubiegły  rok  był  szczególnie  trudny.  Pora  teraz  zrobić  coś  dla 
siebie,  nawet  jeśli  oznaczałoby  to  trochę  więcej  pracy  dla  jego 
wspólników.  To  im  nie  zaszkodzi.  Zwłaszcza  David  nie  wyko-
rzystywał w pełni twego talentu. 

Zresztą  nie  wyjeżdżał  za  granicę.  Będzie  o  dwie  godziny 

drogi  samochodem.  Poza  tym  istnieją  telefony.  Dadzą  sobie 
radę. 

Wysiadł z windy i wszedł do pokoju Sally. 
– Dzień dobry – rzucił wesoło. 
Spojrzała na niego ze zdumieniem. 
– Myślałam, że dziś cię nie będzie. A gdzie pies? 
– Ale jestem. Pies został w Suffolk. Wróciłem załatwić parę 

spraw. Nie warto było ciągnąć go ze sobą. 

Sally wytrzeszczyła oczy. 
– Nie warto? – Potrząsnęła głową. – Nie rozumiem – dodała 

słabym  głosem.  –  Myślałam,  że  wrócisz  jutro  i  będziesz  do 
końca tygodnia. Jestem pewna, że tak właśnie mówiłeś! 

Patrick uśmiechnął się krzywo. 
–  To  prawda,  ale  zmieniłem  plany.  –  Zawahał  się  przez 

chwilę.  –  Postanowiłem  wziąć  kilka  miesięcy  urlopu  na  remont 
stodoły. 

Sally otworzyła usta ze zdziwienia. Patrick pochylił się nad 

biurkiem, włożył palec pod jej brodę i podniósł ją do góry. 

Chcąc  nie  chcąc,  zamknęła  usta,  ale  ledwie  zdążył  cofnąć 

rękę, już odzyskała mowę. 

– Jak to? Masz umówione spotkania, zaraz wystartuje nowy 

projekt na południe od Tamizy, musisz skończyć dom w Hamp-

background image

84 

 

stead,  w  biurowcu  na  Ealing  są  kłopoty  z  wykonawcami,  a  ty 
chcesz robić remont stodoły? 

Patrick uniósł brew, zrobił krok do tyłu i skinął głową. 
– No właśnie. – Uśmiechnął się. – Dostanę kawę? 
Wszedł do swego gabinetu i zamknął za sobą drzwi. 
Kiedy  doliczył  do  trzech,  usłyszał  cichy,  stłumiony  okrzyk 

zza ściany, a potem łoskot. Powiesił marynarkę na oparciu fote-
la  i  usiadł,  kładąc  nogi  na  biurku.  Splótł  dłonie  z  tyłu  głowy  i 
znów się uśmiechnął. 

Sally  za  chwilę  się  uspokoi,  przyniesie  kawę  i  notatnik,  a 

potem  omówią  najważniejsze  sprawy.  Oczywiście  niektóre  z 
umówionych  spotkań  można  będzie  przełożyć  dopiero  po  roz-
mowie  z  Mikiem  i  Davidem,  bo  to  oni  muszą  wziąć  na  siebie 
jego obowiązki. 

Przekaże  Davidowi  projekt  w  Battersea  –  to  będzie  dobry 

sprawdzian  jego  talentu.  David  na  pewno  poradzi  sobie  z  tym 
wyzwaniem. 

 
Drzwi otworzyły się. Sally weszła, niosąc w jednej ręce ku-

bek, a w drugiej notatnik. 

– Czy Mike i David wiedzą? – spytała. 
– Jeszcze nie. 
Uniosła do góry brwi. 
– Wiesz, że to będzie dla nich szok, prawda? 
– Przeżyją  – odparł  bez  cienia  współczucia. – Prowadziłem 

ich  za  rączkę  przez  wiele  lat.  Pora,  żeby  stanęli  na  własnych 
nogach. To ich nie zabije. 

Sally parsknęła. 
– Nie. Ale oni  mogą zabić ciebie – stwierdziła z naciskiem. 

– Dobrze. Teraz te spotkania. 

 
Dwadzieścia  cztery  godziny  później  ledwo  żywy  Patrick 

background image

85 

 

wpakował  do samochodu  faks,  kserograf, deskę  kreślarską, tro-
chę ubrań i ruszył do Suffolk. 

 
Jego pies  i Kropka wybiegły  mu na spotkanie. Za nimi kro-

czyła Claire, trzymając na ręku Jess. 

Miał ogromną ochotę powiedzieć coś trywialnego, na przy-

kład:  „Cześć, kochanie.  Wróciłem  do  domu”.  Jednak powstrzy-
mał  się.  Z  uśmiechem  poklepał  psy  i  wyciągnął  ręce  po  Jess, 
która wymachiwała rączkami, wychylając się do niego. 

– Jak się masz, skarbie? – spytał. 
Dziewczynka zachichotała, podskakując w jego ramionach. 
–  Ma  nowy  ząbek  –  powiedziała  Claire  z  prawdziwie  mat-

czyną dumą. 

Patrick uważnie obejrzał buzię małej. 
– Gratuluję, Jess. 
Tylko  jedna  doba,  pomyślał,  i  już  się  zmieniła.  Tak  szybko 

rosła.  Każdy  dzień  przynosił  coś  nowego.  Zaczęła  już  nawet 
raczkować.  Ciekawe,  jak  się  czuje  ktoś,  kto  musi  wyjechać  na 
dłużej i po powrocie do domu nie może poznać własnych dzieci. 

A przecież Jess nie była nawet jego dzieckiem. 
Podał  dziewczynkę  Claire  i  zaczął  wypakowywać bagaże  z 

samochodu. Zaniósł sprzęt biurowy do pracowni, a potem zaczął 
się zastanawiać, gdzie go postawić. • 

– Możesz zająć jadalnię – zaproponowała. 
Ale  jemu  nie  spodobał  się  ten  pomysł.  Po  pierwsze  nie wi-

działby stamtąd robotników remontujących stodołę, a po drugie 
zbyt rzadko widywałby Claire. 

Potrząsnął głową. 
–  Na  pewno  się  zmieścimy.  Stąd  mam  widok  na  stodołę. 

Zresztą tobie też może się przydać w pracy faks albo kserograf. 

– W jakiej pracy? – prychnęła z pogardą. 
Dopiero  teraz  uświadomił  sobie,  że  od  kilku  tygodni  nie 

background image

86 

 

widział, żeby coś kreśliła. 

Z  własnego  wyboru  czy  też  nie,  ale  nie  dostawała  żadnych 

zleceń. Jeśli właściwa  była druga odpowiedź, a był tego prawie 
pewien, to jak dałaby sobie radę bez niego? 

Wiedział,  że  straciła  rodziców  cztery  lata  temu,  rok  przed 

śmiercią cioci Meg, więc teraz była zupełnie sama. Nie zazdro-
ścił jej. Jego rodzice, chociaż wścibscy, byli bardzo serdeczni i 
kochający,  i  na  myśl, że  mogłoby  ich zabraknąć, aż ciarki prze-
chodziły mu po plecach. 

Musi  wykorzystać  swoje  wpływy  i  jej  pomóc.  Na  pewno 

martwiła  się,  że  nie  ma  żadnych  dochodów,  choć  wiedziała,  że 
Patrick  chce  utrzymywać  ją  i  dziecko.  Choć  oczywiście,  kiedy 
dostanie  pieniądze  za  stodołę,  jej  sytuacja  nie  będzie  wyglądać 
już tak tragicznie. 

– Jak było w Londynie? – spytała Claire, kiedy kilka  minut 

później siedzieli przy herbacie. 

– Dobrze. Moi wspólnicy  byli trochę... no, wcale nie trochę 

zszokowani,  że  znikam  na  tak  długo,  ale  jestem  pewien,  że  da-
dzą sobie radę. To świetni fachowcy, tylko za bardzo przywykli, 
że zawsze mają obok siebie prezesa Camerona. Czas na odrobi-
nę samodzielności. 

– Przecież gdyby coś ci się stało, i tak musieliby wziąć peł-

ną odpowiedzialność za firmę – rezolutnie zauważyła Claire. 

–  Oczywiście.  –  Wyciągnął  nogi,  balansując  na  brzuchu 

kubkiem  z  herbatą.  Aż  westchnął  z  rozkoszy.  Jak  dobrze;  że 
znów jest w domu. 

 
W  domu?  Czy  to  był  jego  dom?  Gdzie?  Ta  stodoła?  Ta 

kuchnia z Claire, dzieckiem, psami i kotem? 

Lepiej się nad tym nie zastanawiać. Wielu spraw wolał teraz 

nie rozważać, a już z całą pewnością związku z Claire. 

–  Rozmawiałem  ze  znajomym  majstrem,  który  mieszka  w 

background image

87 

 

pobliżu. Jutro rano przyjdzie się rozejrzeć. Może nawet od razu 
zacznie  pracę.  Jeden  z  jego  klientów  właśnie  splajtował,  więc 
cała ekipa jest wolna. 

Claire  w  milczeniu  skinęła  głową.  Czy  wciąż  nie  może po-

godzić się z utratą stodoły? 

– Czy to ci odpowiada, Claire? – spytał łagodnie. 
–  Oczywiście.  –  Uśmiechnęła  się  żałośnie.  –  Tak  mnie  fa-

scynuje ten remont, że nie wiem, czy nie będziesz miał pretensji, 
że wtykam nos w nie swoje sprawy. 

Patrick roześmiał się z ulgą. 
– Na pewno nie. 
– Nie bądź taki pewny. Jeszcze nie wiesz, jaka potrafię  być 

natrętna. 

Natrętna.  Nie  zauważył,  żeby  była  natrętna.  Cieszył  się,  że 

Claire  interesuje  się  remontem.  Niech  nawet  coś  skrytykuje. 
Choć się zarzekała, że to nie  jej sprawa, ta stodoła była związa-
na  z  jej  przeszłością,  z  jej  dzieciństwem.  Miała  prawo  powie-
dzieć swoje zdanie. 

 
Następnego  dnia  w  południe  majster  sprowadził  ekipę  i 

przystąpił do pracy. Rusztowania były już prawie gotowe. 

Claire  przyglądała  się  z  zainteresowaniem,  nie  spuszczając 

oka z psów.  Zawsze  lepiej  przypilnować,  żeby coś  nie  wylądo-
wało im  na głowie albo żeby  nie zjadły robotnikom kanapek. Z 
początku  bała  się, że  hałas  nie  pozwoli  dziecku spać, ale pokój 
Jess był w drugim końcu domu, obok pokoju Claire, a tam było 
zupełnie cicho. 

Patrick  z  zakasanymi  rękawami  dyrygował  pracą.  Kiedy 

tylko  ustawiono  rusztowanie,  w  kasku  na  głowie  wspiął  się  na 
samą górę i skakał po deskach jak wiewiórka. 

Claire  uśmiechnęła  się.  Patrick  nie  rzucał  słów  na  wiatr. 

Przecież mówił, że się przyda na budowie. 

background image

88 

 

Przez  cały  dzień  parzyła  herbatę  i  kawę  i  częstowała 

wszystkich ciasteczkami. 

– Psuje pani tych chłopaków – powiedział jej majster. 
– Pana też – uśmiechnęła się Claire. 
–  A  ja  nie  dostanę  herbaty?  –  spytał,  wyrastając  jak  spod 

ziemi, Patrick. 

– Spóźniłeś się, kolego – zachichotał majster. Wziął jeszcze 

jedno ciasteczko i ruszył do stodoły. 

– Spóźniłem się? – spytał Patrick. 
Pokręciła głową. 
– Oczywiście,  że  nie.  Właśnie  chciałam  zaproponować,  że-

byśmy napili się herbaty. 

Ojej!  –  przeraziła  się.  Czy  przypadkiem  nie  zachowuję  się 

jak  żałosna  stara  panna?  Nie  czekając  na  odpowiedź,  poszła  w 
kierunku kuchni. Miała nadzieję, że Patrick pójdzie za nią. 

Oczywiście  zrobił  tak,  ale  nie  miała  złudzeń.  Zależało  mu 

nie  na  jej  towarzystwie,  tylko  na  herbacie.  Skoro  biegał  przez 
cały dzień po rusztowaniach, to na pewno jest spragniony. Pew-
nie weźmie kubek i wyjdzie na dwór. 

Ale nie wyszedł, tylko rozsiadł się na krześle. 
–  No  więc  jak?  Wytrzymasz  to?  –  spytał,  wpatrując  się  w 

Claire. 

Zamrugała ze zdziwienia. 
– Chodzi ci o hałas? 
Patrick uśmiechnął się. 
–  Pamiętaj,  że  cię  ostrzegałem.  Będziesz  parzyć  herbatę 

dwadzieścia pięć razy dziennie przez kolejne trzy miesiące. 

– Przecież  nie pozwolę, żeby  ludzie umierali z pragnienia – 

odparła lekkim tonem. – To zaszkodziłoby twojej reputacji. 

 
–  Im  chyba  bardziej.  –  Zanurzył  rękę  w  puszce  z  ciastecz-

kami. 

background image

89 

 

–  Dziwne,  niby  tak  harujesz,  ale  wcale  nie  wyglądasz  na 

zmęczonego.  –  Miała  ochotę  się  z  nim  podrażnić.  Cieszyła  się, 
że został w kuchni. Tęskniła za nim, kiedy wyjechał do Londy-
nu, i zastanawiała się, czy trzymają go tam tylko interesy. 

Domyślała się, że  jest samotny. Przynajmniej kiedy spędzał 

tu weekendy, nie było do niego żadnych telefonów od kobiety – 
z wyjątkiem  matki  i  jego sekretarki Sally, która zadzwoniła tyl-
ko raz. Ale ich rozmowa brzmiała oficjalnie. 

Mogła  go  po  prostu  spytać,  ale  bezpośredniość  też  miała 

swoje  granice.  Gdyby  Patrick  chciał,  to  sam  by  jej  powiedział. 
Dość  dużo  mówił  o  sobie,  więc  najpewniej  w  jego  życiu  nie 
było żadnej kobiety. 

Oczywiście  to  było  bez  znaczenia.  Przecież  powiedział  ro-

dzicom, że on i Claire są tylko przyjaciółmi. „Nic  między  nami 
nie ma i nie będzie”. 

Szkoda. 
W  sobotę  wieczorem  Claire  usłyszała  miauczenie kota.  Nie 

widziała  go  przez  cały  dzień.  To  się  często  zdarzało,  ale  nigdy 
jej to nie martwiło. Kot zawsze chadzał własnymi ścieżkami. 

Robiła  akurat  porządki  w  ogrodzie.  Uniosła  głowę  i  nasłu-

chiwała. 

Znów  rozległ  się  żałosny  pisk,  który  chyba  dochodził  ze 

stodoły. 

Spojrzała  na  rusztowania,  ale  nigdzie  nie  było  ani  śladu  jej 

marmurkowego kota. Musi poszukać Patricka. 

Był  w  pracowni.  Ze  ściągniętymi  brwiami pochylał się  nad 

deską. 

–  Kotka  chyba  jest  na  rusztowaniu.  Strasznie  miauczy,  bo 

nie może zejść. 

Patrick wyprostował się. 
– Widziałaś ją? 
–  Nie.  Wiem,  że  nie  lubisz,  kiedy  chodzi  się  po  rusztowa-

background image

90 

 

niach bez kasków. Poza tym ona jest chyba bardzo wysoko. Bo-
ję się. 

Patrick przewrócił oczami. 
– No tak. Pewnie tam wlazła, a teraz dostała pietra. Zaraz jej 

poszukam. 

Kiedy  zbliżali  się  do  stodoły,  miauczenie  stawało  się  coraz 

wyraźniejsze.  Patrick  westchnął  i  przystawił  drabinę  do  ruszto-
wania. 

*  Przytrzymaj  ją  na  dole  –  powiedział,  ostrożnie  wchodząc 

na pierwszy szczebel. 

– Nie masz kasku – przypomniała mu. 
–  Wystarczy,  że  muszę  ratować  kota.  Nie  będę  się  jeszcze 

martwić, że spadnie mi z głowy głupi kask. – Wspiął się na sam 
szczyt  drabiny  i  rozejrzał  się.  –  Jest  na  dachu.  Spróbuję  ją  do-
sięgnąć. 

Z sercem w gardle patrzyła, jak Patrick wchodzi na delikat-

ną  konstrukcję  dachu.  Chyba  zwariował,  pomyślała,  przecież 
może  spaść  i  się  zabić.  Był  już  blisko,  musiał  tylko  wyciągnąć 
rękę... 

– Mam ją! 
Claire odetchnęła z ulgą. Patrick zszedł ostrożnie z dachu, a 

potem  wolno  schodził  coraz  niżej  po  drabinie.  Zamknęła  oczy. 
Gdyby ten dach nie wytrzymał... 

–  Dziękuję  –  powiedziała  z  wdzięcznością,  biorąc  na  ręce 

kota.  Zwierzak  szarpał  się  z  przerażenia,  więc  musiała  go  na-
tychmiast puścić. Kotka pomknęła przez ogród i wdrapała się na 
jabłoń, skąd, liżąc się, popatrywała nieufnie na Patricka. 

Claire roześmiała się, ale śmiech zamarł jej na ustach, kiedy 

spojrzała na Patricka. 

– Nic ci nie jest? – spytała z niepokojem. 
Ostrożnie dotykał ramienia, krzywiąc się z bólu. 
–  Odwdzięczyła  mi  się  –  stwierdził  sucho.  Na  palcach  miał 

background image

91 

 

ślady krwi. – Auuu. Ale mnie podrapała. 

– Chodźmy do środka. Opatrzę ci ramię. – Popchnęła go do 

kuchni. 

Patrick  zdjął  koszulę,  odsłaniając  podrapane  plecy.  Claire 

skrzywiła się. 

– A to złośnica – mruknęła, sięgając do apteczki. 
– Teraz powiesz, że będzie trochę piekło, a ja wylecę z bólu 

przez komin. 

Claire uśmiechnęła się. 
– No właśnie. 
– Jak widzę, świetnie się bawisz – rzucił z przekąsem. 
Nalała spirytusu na watę i przetarła zadrapania. 
Wzdrygnął się,  mrucząc pod nosem ze złości. Claire zagry-

zła  wargi,  żeby  nie  wybuchnąć  śmiechem.  Naprawdę  nie  po-
winna się cieszyć. Gdyby ten dach nie wytrzymał... 

Ta myśl  otrzeźwiła  ją  natychmiast.  Delikatnie  przetarła  po-

zostałe zadrapania. 

– Zrobione. 
Patrick odwrócił się do niej. 
– Dziękuję – powiedział cicho. 
Ich spojrzenia spotkały się. 
Claire wiedziała, co będzie dalej. Ujął jej twarz  i  delikatnie 

dotknął  ustami  warg.  Tym  razem  jednak,  gdy  uniósł  głowę, 
wcale się nie cofnął. 

Przyciągnął  ją  do  siebie,  aż  poczuła  dotyk  jego  twardych 

bioder. Wtedy pocałował ją naprawdę. 

Zrobiło jej się tak słabo, że zapragnęła się położyć. 
Z nim. 
Teraz. 
Odepchnęła  go  od  siebie.  Patrick  uniósł  głowę  i  zwolnił 

uścisk. Odskoczyła, przyciskając dłoń do ust, i spojrzała w jego 
pałające oczy. 

background image

92 

 

Biło z nich pożądanie. Przełknęła ślinę, odsuwając się coraz 

dalej, aż doszła do samych schodów. 

To  było  okropne.  Robi  z  siebie  idiotkę.  Patrick  się  nią  po 

prostu bawi. 

„Jesteśmy tylko przyjaciółmi”. 
Tak, oczywiście. 
Claire  odwróciła  się  i  wbiegła  po  schodach  na  piętro. Z bi-

jącym sercem wpadła do sypialni. Co teraz będzie? 

Na  pewno  nie  to,  czego  pragnęła.  Patrick  był  zbyt  opano-

wany  –  choć  przed  chwilą  wcale  tak  nie  wyglądał  i  na  pewno 
tak się nie czuł. 

Na schodach rozległy  się  jego kroki. Stanął w drzwiach  sy-

pialni,  uśmiechając  się  niepewnie.  Miał  na  sobie  koszulę,  więc 
już  nie  kusił  nagością.  Ale  to  niewiele  pomogło,  bo  pamiętała 
jego skórę i naprężone muskuły. O Boże! 

– Wszystko rozumiem. Nie musisz robić mi wykładu, że je-

steśmy tylko przyjaciółmi – oświadczyła ze złością. 

– Wcale  nie  miałem zamiaru. Chciałem tylko, żebyśmy do-

kończyli to, co właśnie się zaczęło. 

background image

93 

 

Rozdział 8 

 
Serce  podeszło  jej  do  gardła.  Cofnęła  się  w  głąb  pokoju  i  z 

wrażenia usiadła na łóżku. 

– Ale przecież mówiłeś, że jesteśmy tylko przyjaciółmi. 
– Byłem głupi. 
Tylko tyle. Nie próbował jej przekonywać, nie wyciągnął do 

niej  ręki,  tylko  stał  w  progu,  czekając  na  jej  reakcję.  Wreszcie 
wzruszył ramionami i odwrócił się. 

–  Zaczekaj!  –  krzyknęła  zduszonym  głosem.  –  Zaczekaj, 

Patrick. 

Spojrzał na nią. 
Wyciągnęła rękę. Dziecko już było w łóżku, psy, zwinięte w 

kłębek, spały w kuchni. Nic nie stało na przeszkodzie... 

 
Nic  oprócz  zdrowego  rozsądku,  który  gdzieś  się  ulotnił. 

Powoli, bardzo powoli Patrick ujął jej dłoń. 

– Dzięki Bogu... – Wziął ją w ramiona. 
Składał  delikatne  pocałunki  na  jej  ustach,  policzkach  i  na 

szyi. 

Dotknął jej piersi. Przez bluzkę czuła jego gorący oddech. 
– Chcę cię zobaczyć – powiedział chrapliwym głosem. Zro-

bił krok do tyłu, chwycił brzeg jej bluzki... i zerwał ją. 

Claire nagle otrzeźwiała, ale tylko na chwilę. Żar jego spoj-

rzenia i delikatny dotyk sprawiły, że znów ogarnęła ją gorączka. 

– Och, Claire. Jesteś... 
Wsunęła palce pod jego koszulę i zsunęła ją. 
– Co? – spytała, tracąc oddech. 
– ...taka piękna, wspaniała. 
Dziwne.  To  on  wydawał  jej  się  piękny  i  wspaniały.  Próbo-

wała  wymówić  jego  imię,  ale  z  jej  ust  wydobył  się  tylko  ury-

background image

94 

 

wany szept. Patrick objął ją i przytulił. 

– Pragnę cię. Od dawna marzyłem, żeby cię objąć. 
Znów  zaczął  ją  całować,  a  kiedy  uniósł  głowę,  pomyślała, 

że bez niego umrze. 

Ale  Patrick  był  przy  niej.  Położył  ją  delikatnie  na  łóżku, 

musnął  jej  usta,  a  potem  wodził  wargami  po  ramionach  i  pier-
siach. 

– Proszę – wyszeptała bez tchu. 
Pocałował  ją  znowu,  a  potem  uląkł  na  łóżku  i  powoli  ścią-

gnął jej dżinsy. 

Za chwilę zniknął ostatni skrawek koronkowej bielizny. Pa-

trick spoglądał na jej nagie ciało. 

–  Wiedziałem,  że  jesteś  piękna  –  powiedział głosem  ochry-

płym z pożądania. 

Włożył  rękę  do  tylnej  kieszeni  spodni  i  wyciągnął  foliowy 

pakiecik. 

– Potrzymaj to przez chwilę – poprosił. 
Spojrzała  na  niego,  wstrzymując  oddech.  Już  nie  miał  na 

sobie dżinsów ani bielizny. 

– Będziesz  to trzymać  przez  cały  dzień, czy  coś  z  tym zro-

bisz? – spytał z lekką kpiną. 

Zaśmiała się z zakłopotaniem. 
– Lepiej to weź. Jeszcze coś zepsuję. 
– Nie sądzę. – Jednak spełnił jej prośbę. Potem wsunął nogę 

między jej biodra i pocałował namiętnie Claire. 

– Proszę – szepnęła załamującym się głosem. 
Wreszcie się połączyli. Claire najpierw poczuła wielką ulgę, 

a  potem  było  już  tylko  coraz  cudowniej,  aż  dotarła  na  sam 
szczyt. Kurczowo chwyciła Patricka, powtarzając jego imię. 

– Już dobrze, kochanie, już dobrze – wyszeptał. 
Kiedy  przytulał  ją  tak  mocno,  uwierzyła,  że  naprawdę 

wszystko będzie dobrze. 

background image

95 

 

Patrick  leżał  obok  Claire,  wpatrując  się  w  sufit.  Próbował 

opanować wzruszenie, które ściskało go za gardło. 

Od śmierci Willa był zimny jak głaz, ale teraz, mając u boku 

Claire i dziecko, czuł, że ta lodowata skorupa zaczyna topnieć. 

Zacisnął  powieki,  powstrzymując  łzy,  które  i  tak popłynęły 

po policzkach. 

Claire  była  taka  łagodna,  delikatna,  skromna.  Już  ponad 

półtora  roku  nie  był  z  kobietą  i  zapomniał,  jak  cudowny  może 
być jej dotyk. Stłumił szloch. Claire spała. Też ostatnio tak dużo 
przeszła... 

Odwrócił  głowę  i  spojrzał  na  nią.  Rzęsy  ocieniały  jej  po-

liczki, na których widać było ślady łez. Serce ścisnęło mu się w 
piersi. Jak to się stało, że się w niej zakochał? 

Co teraz? 
Claire  poruszyła  się,  przysuwając  się  do  niego.  Objął  ja  i 

pocałował w czoło. 

Będzie się  martwił rano. Teraz cieszył się, że ma ją tak bli-

sko. 

Claire  zbudziła  się  z  bólem  mięśni  nieprzywykłych  do  mi-

łosnej  gimnastyki.  Była  naga.  Szybko  wyjęła  koszulę  nocną 
spod poduszki, włożyła  ją  i zeszła na dół. Z kuchni rozlegał się 
płacz Jess. 

Było  jeszcze wcześnie, około piątej, ale Jess zdążyła zgłod-

nieć. Patrick w samych szortach huśtał ją na biodrze. 

– Cześć! – zawołał wesoło. 
–  Cześć.  –  Uśmiechnęła  się  niepewnie.  –  Czy  mogę  ci  po-

móc? 

Wzruszył ramionami. 
–  Nie.  Już  zmieniłem  jej  pieluszkę,  a  teraz  podgrzewam 

mleko. Wypuściłem psy  na dwór. Chyba że  masz ochotę zrobić 
mi herbatę. 

Skinęła  głową,  nastawiając  czajnik.  Wolała  nie  patrzeć  na 

background image

96 

 

niego,  ale  to  nie  było  łatwe.  Wyglądał  tak  wspaniale,  że  przy-
ciągał wzrok jak magnes. Z udawaną obojętnością obserwowała 
go znad kubka. 

Zaczerwieniła  się,  kiedy  Patrick  zauważył,  że  mu  się  przy-

gląda. Leniwy uśmieszek wypełzł mu na twarz. 

– Chcesz przyjrzeć się z bliska? 
Claire przełknęła łyk herbaty i zrobiła obojętną minę. 
– Z bliska? 
– Tak. 
Zaśmiała  się.  Podeszła  do  niego  i  pocałowała  w  czubek 

głowy. 

Jess w jego ramionach chciwie ssała butelkę. 
–  Ciekawe,  czy  jeszcze  zaśnie  –  powiedział,  świdrując 

wzrokiem Claire. 

–  Chyba  tak.  –  Zaczerwieniła  się.  Serce  zaczęło  bić  jej 

szybciej. 

– To dobrze – szepnął. – Chciałem budzić się razem z tobą. 

Powoli. 

Serce jej zamarło, a potem zaczęło walić  jak szalone. Co to 

znaczy? Czuła się tak po raz pierwszy w życiu. Tylko domyślała 
się, że takie rzeczy się zdarzają, bo dlaczego ludzie byliby wciąż 
ze sobą mimo kryzysów? 

Coś musi ich łączyć oprócz przyzwyczajenia. 
Miłość. 
To  słowo  nagle  przyszło  jej  do  głowy.  Miłość?  Przecież 

prawie nie znała Patricka. Jak mogła go kochać? 

Zwyczajnie.  Był  miły,  zabawny  i  we  wszystkim  jej  doga-

dzał. Jego dotyk był tak podniecający... 

Oczywiście.  To  było  pożądanie.  Po  prostu  pociągał  ją  fi-

zycznie.  Była  takim  beznadziejnym  przypadkiem.  Siedziała  w 
domu,  z nikim  się  nie  umawiała,  nie  pozwalała nikomu  zbliżyć 
się do siebie. 

background image

97 

 

Nie  to  co  Amy.  Jej  siostra  miała  wielu  kochanków.  Często 

budziła się z poczuciem winy u boku mężczyzny, którego imie-
nia nawet nie pamiętała. 

Ale Will  dobrze  wbił  się  jej  w  pamięć.  Claire rozumiała  ją. 

Skoro  Patrick  zrobił  na  niej  takie  wrażenie,  nic  dziwnego,  że 
jego brat bliźniak tak oczarował Amy. 

Lecz  ona,  Claire,  była  zupełnie  inna.  Nie  miała  romansów. 

Może nie powinna była spać z Patrickiem. Ale kiedy spojrzał na 
nią, momentalnie zmieniła zdanie. 

Bardzo dobrze, że z nim spała. 
Patrick  odkrywał  przed  nią  zupełnie  nowy  świat. Wszystko 

działo  się  powoli,  delikatnie  i  kiedy  wreszcie  osiągała  spełnie-
nie, odczuwała nieziemską rozkosz. Tak samo jak on. 

Było  cudownie.  Przez  całą  niedzielę  kochali  się,  bawili  z 

psami i z Jess, a także rozmawiali o tym, co będą robić później. 

To Patrick mówił, a ona wsłuchiwała się w jego głos, mięk-

ki i zmysłowy. Z wrażenia zapierało jej dech w piersi. 

Wieczorem usiedli w salonie, by zjeść pospiesznie zrobioną 

zapiekankę. 

Psy wróciły ze spaceru, dziecko spało, a godzinę później oni 

również spali wtuleni głęboko w siebie. 

 
– Claire? 
Otworzyła oczy. Patrick siedział na brzegu łóżka z kubkiem 

w ręku. Miał na sobie dżinsy i starą koszulę. 

–  Przyniosłem  ci  herbatę.  Pomyślałem,  że  zechcesz  wstać, 

zanim przyjdą robotnicy. 

Usiadła,  opierając  się  na  poduszkach.  Odgarnęła  włosy  z 

czoła i zmrużyła oczy przed światłem. 

– Och! Zaspałam. Przepraszam. Która godzina? 
–  Siódma. Dałem  Jess  butelkę  i  położyłem  ją  do  łóżka.  Te-

raz wyprowadzę psy. Zaraz wrócę. 

background image

98 

 

Pochylił  się  i  pocałował  ją.  Delikatnie,  powoli,  ale  już  za 

chwilę jej serce biło jak szalone. 

–  Później  –  powiedział  z  uśmiechem,  i  zabrzmiało  to  jak 

obietnica. 

Przez  cały  dzień  Claire  obserwowała  z  napięciem  Patricka. 

Była przerażona. Nigdy  nie przeżywała tak gwałtownych uczuć 
i nie umiała sobie z tym poradzić. 

Nawet  nie  przypuszczała,  że  mogą  znaleźć  się  w łóżku.  Do 

głowy jej nie przyszło, że Patrick się nią tak zainteresuje. Zresz-
tą  wiedziała,  że  to  tylko  jego  kaprys.  Byli  zbyt  różni.  Patrick 
mógł mieć każdą kobietę, której zapragnął. 

Była  pewna,  że  wkrótce  się  nią  znudzi,  a  wtedy  gra  się 

skończy. 

O ile to rzeczywiście tylko gra. Ale była tego prawie pewna. 

Jednak Claire wiedziała, że jeśli ta gra potrwa zbyt długo, może 
zakończyć  się  katastrofą.  I  co  wtedy?  Przecież  najważniejsze 
jest to, że muszą wspólnie wychowywać Jess. 

 
Dla dobra dziecka może nawet zrezygnować z Patricka. 
I to natychmiast, dziś wieczorem. 
Patrick wszedł do kuchni i od razu poczuł, że coś się stało. 
Claire miała taką ponurą minę. 
Uśmiechnął  się  niepewnie  i  usiadł,  biorąc  do  ręki  kubek  z 

herbatą. Zdążył wypić połowę, zanim Claire otworzyła wreszcie 
usta. 

– Myślałam dużo. 
– O czym? 
– O nas. 
Odstawił  ostrożnie  kubek.  Claire  spojrzała  na  niego  i  od-

wróciła głowę. 

– To zły pomysł – powiedziała. 
Serce mu zamarło. 

background image

99 

 

–  Dlaczego?  –  Starał  się  nie  podnosić  głosu,  choć  miał 

ochotę nią potrząsnąć. 

Tylko że przez nią przemawiał rozsądek, a przez niego sza-

lejące pożądanie. I serce. 

– Dla dobra Jess musimy zostać przyjaciółmi. Przecież cze-

ka  nas  wiele  wspólnych  weekendów.  Kiedy  nasz  związek  się 
rozpadnie, będzie nam znacznie trudniej. 

–  Wcale  nie  musi  się  rozpaść  –  ośmielił  się  zasugerować. 

Claire spojrzała na niego jak na szaleńca. 

– Chyba sam w to nie wierzysz – rzuciła z przekąsem. 
Miała  rację.  Skoro  jego  poprzednie  związki  się  rozpadły, 

dlaczego  ten  miałby  być  wyjątkiem.  Kochał  wszystkie  kobiety, 
z którymi się spotykał, ale... kochał krótko. 

Może nie kochał zbyt  mocno?  Ale przecież tym razem  mo-

gło być inaczej. 

–  Uważam,  że  powinniśmy  zapomnieć  o  tym...  o  tym...  – 

Nie mogła znaleźć odpowiedniego słowa. 

–  ...romansie?  –  podpowiedział.  Ale  tak  zwyczajne  słowo 

wcale nie pasowało do uczuć, którymi darzył Claire. 

Skinęła głową. 
– No właśnie. O tym romansie. Dla dobra Jess powinniśmy 

zapomnieć,  że  to  w  ogóle  się  zdarzyło.  –  Wciąż  unikała  jego 
wzroku. – Ona jest najważniejsza. 

Patrick  nawet  nie  próbował  zaprzeczyć.  Musi  zastosować 

inną taktykę – cierpliwość. 

Co  prawda  to  nie  była  nigdy  jego  mocna  strona,  ale  jeśli 

pomoże mu odzyskać Claire... 

– Dobrze. 
Uniosła głowę. 
– Dobrze? 
– Zapomnimy o tym. 
– Ach tak. Świetnie. Jesteś głodny? 

background image

100 

 

Była tak zszokowana jego szybką zgodą, że Patrick omal się 

nie  roześmiał.  Ale  tak  naprawdę  miał  ochotę  rozbić  coś  albo 
zacząć krzyczeć. 

– Nie. Pojadę do miasta. Kupię gazetę, może pospaceruję po 

nabrzeżu. Zobaczymy się później. 

Poszedł na górę, wziął prysznic, przebrał się i wyszedł. Sły-

szał,  że  Claire  jest  w  sypialni  Jess.  Potem,  kiedy  odjeżdżał,  fi-
ranka poruszyła  się. Ale  nie pora była teraz na rozmowy z Cla-
ire. 

Najpierw musi wszystko dokładnie przemyśleć. 
Pojechał do Ipswich  i przechadzał  się po odnowionej dziel-

nicy portowej,  starając  się  nie  myśleć  o  Claire. W  końcu usiadł 
w przybrzeżnym barze i wpatrując się w światła odbijające się w 
mrocznej  wodzie,  zastanawiał  się,  dlaczego  choć  raz  życie  nie 
może być prostsze. 

Dlaczego wciąż musi przeżywać nowe dramaty? 
Myślał, że po śmierci  Willa  nie będzie  już  musiał nikim  się 

opiekować.  I  wtedy  w  jego  życiu  pojawiła  się  Jess,  która  na-
prawdę go potrzebowała. Znów musiał wykazać się siłą. 

Oczywiście  da  sobie  radę.  Przecież  był  do  tego  przyzwy-

czajony.  Poza  tym  dla  tej  małej  mógłby  zrobić  absolutnie 
wszystko. Kochał ją tak bardzo, jakby była jego własnym dziec-
kiem. 

Zrobiłby  wszystko,  żeby  była  bezpieczna  i  szczęśliwa.  Na-

wet gdyby to oznaczało, że musi się rozstać z Claire. 

Ale będzie walczyć. Claire wygrała pierwszą rundę, lecz on 

jeszcze  się  nie  poddał.  Stanie  na  głowie, żeby  ją  odzyskać.  Był 
pewien, że ona też go kocha. Po prostu się przestraszyła. Patrick 
musi ją przekonać, że nie ma zamiaru odejść. 

Nie wyobrażał sobie bez niej życia. 
Claire  położyła  Jess  i  zeszła  na  dół.  Wciąż  nie  mogła  się 

uspokoić. Zmusiła się, żeby zjeść grzankę z fasolą, pozmywała i 

background image

101 

 

usiadła w salonie. Ale cały czas było jej bardzo smutno. 

Romans. Czy to naprawdę był dla niego tylko romans? 
O Boże, jakie to przykre! Ale Patrick był po prostu szczery. 
Weszła  do  pracowni  i  usiadła  na  jego  krześle.  Choć  w  ten 

sposób chciała być blisko niego. 

Niewidzącymi  oczami  spojrzała  na  plany  stodoły  rozłożone 

na desce kreślarskiej. 

Wszystko  zlewało  się  w  jedną  całość.  Potarła  ręką  oczy. 

Znów to samo. 

Do diabła. 
Przyniosła z kuchni chusteczkę, wytarła nos i znów przetar-

ta  oczy.  Nalała  kieliszek  wina  na  wzmocnienie  i  wróciła  do 
pracowni. 

Ależ  tu  był  bałagan!  Stosy  papierów.  Patrick  miał  za  mało 

miejsca.  Przecież  mógł  korzystać  z  jej  biurka,  które  i  tak  nie 
było jej potrzebne. 

Usiadła za biurkiem, zbierając porozrzucane papiery. Nagle 

wpadła jej w ręce koperta z informacją o badaniach DNA. 

O  nie!  Miała  tyle  pracy  przy  Jess  i  jeszcze  ten  remont  sto-

doły. Zupełnie zapomniała o badaniach  małej. Z poczuciem wi-
ny  włożyła  kopertę  do torebki.  Musi  pamiętać, żeby  zadzwonić 
rano do lekarza i umówić się na test. 

Oczywiście  to  było  bez  znaczenia.  Przecież  Jess  jest  córką 

Willa. Patrick  też  był  chyba  o tym  przekonany. Od tygodni  nie 
wspominał o badaniach. 

Ale dla świętego spokoju trzeba będzie to załatwić. 
Na wszelki wypadek przejrzała dokładnie pozostałe papiery. 

To,  co  było  niepotrzebne,  wyrzuciła  do  śmieci  i  odłożyła  na 
kupkę niezapłacone rachunki. 

 
Już  miała wrócić do sypialni, żeby  nie spotkać się przypad-

kiem z Patrickiem... 

background image

102 

 

Za późno. Nie słyszała, jak wrócił, a teraz wolno wszedł do 

pracowni. 

Zezłościła  się,  że  wygląda  tak  spokojnie.  Mógłby  się  choć 

trochę denerwować, skoro ona nie może sobie znaleźć miejsca. 

W takim razie jej decyzja była słuszna. 
– Cześć. Co robisz? – spytał. 
–  Sprzątam  biurko.  Powyrzucałam  niepotrzebne  papiery. 

Szuflady są zajęte, ale też mogę je zwolnić. 

– Jedna by  mi się przydała, ale  nie przejmuj  się. Nie będzie 

ci potrzebne biurko? 

– Przecież prawie nic nie robię. 
Jej wzrok  padł  na  rachunki.  Przygryzła wargę. Jeśli  nie do-

stanie  szybko  pracy,  będzie  musiała  zapłacić  je  z  pieniędzy  za 
stodołę. Patrick powiedział, że dostanie je niedługo, ale kiedy? 

 
–  Co  to  jest?  –  Położył  ręce  na  jej  ramionach.  Claire  ze-

sztywniała.  Wyczuł  to  i  od  razu  się  cofnął.  –  Zrelaksuj się.  Na-
prawdę cię nie zaatakuję – powiedział łagodnie. 

Jaka  szkoda,  że  to  już  koniec,  pomyślała.  Przecież  mogło 

być tak miło! 

Do czasu. Czy nie powiedział, że to tylko romans? 
– Przeglądałam rachunki. – Wybrała bezpieczniejszy temat. 
– Jakie rachunki? 
–  Za  wodę,  elektryczność.  Szkoda,  że  nie  dostaję  więcej 

zleceń. 

– Przecież się umawialiśmy, że zapłacę te rachunki. 
– Ale one są stare. 
– Starsze niż Jess? 
Spojrzała na niego ze zdziwieniem. 
– Nie. Oczywiście, że nie. 
– W takim razie  je zapłacę. Zostaw je na biurku. Wezmę  je 

rano. 

background image

103 

 

– Tu jest rachunek z warsztatu za samochód Amy. Nie bierz 

go. Porozmawiam z Johnem. Może zgodzi się wziąć auto za ten 
dług. 

– Ile masz zapłacić za naprawę? 
– Dwadzieścia pięć funtów. 
–  Facet  w  Londynie  uważał,  że  ten  samochód  jest  więcej 

wart.  Może  powinnaś  wystawić  go  na  aukcji  starych  aut  w 
Londynie.  Chyba  dostałabyś  więcej.  Zapłacę  ten  rachunek.  Nic 
nie mów. Oddasz mi, jak będziesz miała pieniądze, dobrze? 

Miał rację. Skinęła głową. 
– Dziękuję, Patrick. Podziwiam cię. 
– Naprawdę? 
Oczy mu rozbłysły. A może jej się tylko zdawało? To trwa-

ło nie dłużej niż sekundę. 

– Jesteś taki rzeczowy i rozsądny. 
–  Ach  tak...  –  Uśmiechnął  się  z  przymusem.  –  Wszystko 

będzie  dobrze.  Nie  martw  się,  Claire.  Pewnie  masz  rację,  jeśli 
chodzi o nasz związek. Ale i tak było przyjemnie. Jeśli zmienisz 
kiedyś zdanie... 

– Nie zmienię. – Kogo chciała przekonać, siebie czy Patric-

ka?  Tak  czy  inaczej,  nie  poprawiło  jej  to  humoru.  –  Idę  spać. 
Wstanę do Jess, jeśli będzie płakać. 

– Dobrze. Dobranoc. 
Myślała,  że  Patrick  usiądzie  do  pracy,  ale  kiedy  go  mijała, 

objął ją i delikatnie przytulił. 

– Śpij dobrze – powiedział –  i  nie zadręczaj się wyrzutami. 

Nie ma czego żałować, nawet jeśli popełniliśmy błąd. 

Skinęła  głową,  a  potem  szybko  odwróciła  się  i  prawie  wy-

biegła z pracowni. Bała się, że wybuchnie płaczem albo zmieni 
zdanie i rzuci się w ramiona Patricka. 

Poczuła ulgę, zamykając za sobą drzwi sypialni. To jej azyl. 

Na pościeli czuła delikatny zapach wody po goleniu. Wślizgnęła 

background image

104 

 

się  między  prześcieradła  i  wdychała  zapach  Patricka.  To  była 
najsłodsza tortura. Na nic lepszego pewnie nie zasługiwała. 

Och,  jaka  była  głupia!  To  był  tylko  krótki  romans  i  będzie 

żałować go do końca życia. 

background image

105 

 

Rozdział 9 

 
Patrick nie zachowywał się fair. 
Mógł  zostawić  ją  w  spokoju,  nie  zbliżać  się.  Niestety,  był 

tuż obok, zawsze blisko, doprowadzając ją do szaleństwa. 

Przede wszystkim wciąż się kręcił po pracowni. Oczywiście 

wcześniej  to  nie  miałoby  znaczenia,  bo  i  tak  nie  miała  zleceń, 
ale teraz, gdy chciała schować się w ciemnym kącie i wyć z ża-
lu, telefony z propozycjami wprost się urywały. 

To  tak  jak  z  autobusami,  pomyślała.  Czekasz  i  czekasz,  a 

potem wszystkie przyjeżdżają naraz. 

Nie  miała  pojęcia,  co  się  stało,  ale  pracy  było  mnóstwo. 

Kiedy tylko Jess szła spać, Claire siadała przy desce, starając się 
zrobić jak najwięcej, zanim mała się obudzi. 

A gdzie był Patrick? Tuż obok, przy swojej desce w drugim 

końcu  pokoju.  Albo  przy  biurku,  lub  przy  telefonie,  ścigając 
dostawców, albo dyskutując z architektami. 

W dodatku zaczął ją rozpieszczać. Przynosił kawę i herbatę, 

przyglądał  się  jej  pracom,  chwalił  je  i  pomagał  zajmować  się 
Jess. 

Jego  rodzice  zaglądali  do  nich  często.  Ojciec  znikał  z  Pa-

trickiem w stodole albo ślęczeli razem nad planami. 

Matka bawiła się z Jess, karmiła  ją, żeby Claire mogła spo-

kojnie popracować. 

Jean  uwielbiała  wnuczkę.  Mała  wyczuwała  to  i  przez  cały 

czas uśmiechała  się  i  gaworzyła  radośnie, gdy  babcia  była  przy 
niej. 

Zaczynała  już  mówić.  Na  razie  były to  pojedyncze  słówka: 

tata,  mama.  Kiedy  Claire  to  słyszała,  zbierało  jej  się  na  płacz. 
Nawet nie dlatego, że Amy  już  nie  było. Żałowała, że nie ona  i 
Patrick są rodzicami Jess, choć uważali ją za własne dziecko. 

background image

106 

 

Ale dla Jess to było zupełnie naturalne. 
Claire  zaczęła  myśleć  o  adopcji.  Dowiedziała  się,  że  nie 

musi  podejmować  żadnych  kroków,  ponieważ  jako  jedyna  ży-
jąca krewna Jess automatycznie stała się jej opiekunką prawną. 

Gdyby jednak coś się stało, chciała, żeby Jess odziedziczyła 

po  niej  dom  i  cały  majątek.  Poza  tym  będzie  zdana  na  hojność 
Patricka.  Oczywiście  zakładając,  że  Patrick  nie  uchyli  się  od 
odpowiedzialności. 

Taką  miała  nadzieję,  choć  oczywiście  nie  była  pewna.  A 

gdyby  Patrick  także  umarł?  Nie  takie  rzeczy  się  zdarzają.  Prze-
cież  Will  i  Amy  nie  żyją,  więc  skąd  pewność,  że  nie  stanie  się 
coś jej i Patrickowi? 

Kto  wtedy  zaopiekuje  się  sierotą?  Czy  dziewczynka  auto-

matycznie  odziedziczy  majątek  Patricka?  Kto  tego  dopilnuje? 
Czy zabiorą  ją do domu dziecka  i oddadzą do adopcji? Z takim 
majątkiem  byłaby  łakomym  kąskiem  dla  łowców  fortun.  Kto 
ochroni ją przed nimi? 

Muszę  napisać  testament,  postanowiła  w  środku  nocy  Cla-

ire.  Wstała, poszła  do  pracowni  i  zaczęła  szperać  w szufladach. 
Nic  nie  ma.  Do  diabła.  Była  pewna,  że  ma  gdzieś  wzór  testa-
mentu, ale może przez pomyłkę wyrzuciła go do śmieci. 

Nie  było  sensu  kłaść  się  spać.  Była  zbyt  zdenerwowana, 

żeby  zasnąć  w  taki  upał.  Gdyby  Patrick  nie  zajmował  pokoju 
obok  łazienki,  wzięłaby  prysznic.  Ale  nie  chciała  go  zbudzić. 
Tylko w nocy mogła od niego trochę odpocząć. To jedyna pora, 
kiedy miała spokój. 

Weszła  do  kuchni  i  nastawiła  czajnik.  Psy  spały  w  swoich 

koszach  pod  stołem.  Kiedy  pochyliła  się,  żeby  je  pogłaskać, 
zamerdały  ogonami.  Claire  westchnęła  i  usiadła.  Pies  Patricka 
uniósł głowę i polizał ją po nodze. 

Jego język był szorstki i gorący, ale nie miała serca zaprote-

stować. Kropka położyła gorącą, ciężką głowę na jej stopie. Ich 

background image

107 

 

miłość była taka cudowna. 

Bez pytań, bez warunków, bez zastrzeżeń. 
Gdyby Patrick choć w połowie tak ją kochał. 
Gdyby mogła wierzyć, że może na niego liczyć bez względu 

na to czy ją kocha, czy też nie. 

Najlepiej  byłoby,  gdyby  zaadoptowali  wspólnie  Jess.  To 

rozwiązałoby  wszystkie  problemy  w  przyszłości.  Ale  oczywi-
ście najpierw musieliby się pobrać. 

Na  to  nie  było  szans.  Co  z  tego,  że  tak  cudownie  czuli  się 

razem  w  łóżku.  Patrick  Cameron  nigdy  nie zechce  jej  poślubić. 
Była zbyt pospolita i prowincjonalna jak na jego wymagania. 

Wiedziała,  że  jest  niesprawiedliwa.  Patrick  nigdy  nie  oka-

zywał  wyższości.  Był  szczęśliwy,  żyjąc  na  uboczu  w  Suffolk. 
Ale i tak Claire nie będzie w stanie go zatrzymać. 

Przynajmniej  na  dłużej.  A  tylko  to  mogło  zagwarantować 

Jess bezpieczeństwo. A jednak... 

–  Myślę,  że  Patrick  i  ja  powinniśmy  się  pobrać  –  powie-

działa, spoglądając na psy. 

– Dobry pomysł. 
Przerażona odwróciła się. 
–  Przestraszyłeś  mnie!  –  Złapała  się  za  serce,  a  potem  do-

tarto do niej, że Patrick słyszał  jej słowa. Ze wstydu chciała za-
paść  się pod  ziemię.  –  O  Boże.  To  niemożliwe.  – Ukryła twarz 
w dłoniach. 

– Dlaczego? Moim zdaniem to świetny pomysł. 
Claire  uniosła  głowę  i  spojrzała  na  niego  przez  rozchylone 

palce. 

Siedział  na  końcu  stołu,  wpatrując  się  w  nią  przenikliwym 

wzrokiem. Nie wyglądało na to, żeby z niej żartował. 

– Co? – wydusiła z siebie, opuszczając dłonie. 
– Moim zdaniem małżeństwo to świetny pomysł. 
– Ależ Patrick, ja żartowałam. – Za nic w świecie nie przy-

background image

108 

 

znałaby się, że mówiła poważnie. 

Wzruszył ramionami. 
– W takim razie trudno. Robisz herbatę?. 
Herbatę?  Gdzieżby  mogła  myśleć  w  takiej  chwili  o  herba-

cie?! 

Wstała, marząc o tym, żeby jak najszybciej uciec. 
–  Nie.  Wezmę  prysznic.  Ale  woda  w  czajniku  jest  gorąca. 

Dobranoc. 

Z bijącym sercem wyszła z kuchni. Dopiero godzinę później 

uspokoiła się, kiedy Patrick zgasił światło. 

To był naprawdę dobry pomysł. 
Nie po raz pierwszy przyszedł mu do głowy, ale był pewien, 

że Claire nigdy się na to nie zgodzi. 

Teraz,  mimo  jej  protestów,  wszystko  wyglądało  inaczej.  Z 

każdą chwilą ten pomysł podobał mu się coraz bardziej. 

Przecież  pozbyliby  się  wielu  problemów.  Nie  prześlado-

wałby już go delikatny zapach jej mydła i perfum. 

Delikatny,  subtelny  zapach,  który  drażnił  jego  zmysły  i 

przypominał  o  tamtej  cudownej  nocy.  Nocy  i  dniu,  a  potem 
znów nocy, co zdarzyło się zaledwie parę tygodni temu. 

Przypominał i dręczył do nieprzytomności. 
Patrick  rozpaczliwie  tęsknił  za  Claire.  Każdej  nocy  musiał 

walczyć ze sobą, żeby nie wstać i nie pójść do jej pokoju. 

Tak jak teraz. Pragnął objąć ją i pieścić... 
Syknął  ze  złości.  Nie  może  tak  dłużej  żyć. Musi  ją przeko-

nać, żeby za niego wyszła. Będą razem kłaść się spać, razem się 
budzić  i  wszystko  będzie  tak  cudownie  jak  w tamten  weekend. 
Co dzień, przez całe życie. 

Wpatrywał się w  sufit, coraz  jaśniejszy z nadejściem świtu. 

Jak ją przekonać? Był pewien, że nie żartowała. Myślała o mał-
żeństwie. To była jakaś pociecha. 

Na razie musiał się tym zadowolić. I wreszcie zasnął. 

background image

109 

 

Claire  była  rozdygotana.  Chyba  zwariuje  przez  Patricka. 

Wciąż czuła na plecach jego oddech. 

Oczywiście podkpiwał sobie z  niej. Słyszał, co powiedziała 

w  kuchni.  Jakże  wstydziła  się  swoich  głupich  słów.  Ze  złości 
miała ochotę go udusić. 

Wszedł  do  pokoju,  nucąc  pod  nosem,  i  postawił  przed  nią 

szklankę soku. 

– Całkiem  nieźle  –  stwierdził,  przyglądając  się  jej rysunko-

wi. Odłożyła ołówek i sięgnęła po szklankę. 

Znów był zbyt blisko. Jej dłoń otarła się o jego pierś. Claire 

poczuła dreszcz. 

– Nie możesz trochę się odsunąć? – krzyknęła. – Wciąż krę-

cisz mi się pod ręką. 

–  Przepraszam.  –  Zaskoczony  cofnął  się.  –  Chciałem  się 

tylko przyjrzeć... 

–  Po  co?  –  warknęła.  –  Tylko  mi  przeszkadzasz.  Nie  po-

zwalasz mi się skupić. 

–  Dobrze.  W  takim  razie  już  stąd  znikam  –  wycedził  przez 

zaciśnięte zęby. 

Natychmiast zaczął przenosić swoje rzeczy do jadalni. 
Świetnie, pomyślała, sącząc sok. 
Ale wcale nie było jej do śmiechu. 
W  pracowni  zrobiło  się  pusto  i  smutno  bez  Patricka.  Pod 

koniec  dnia  żałowała  swej  decyzji,  lecz  nie  miała  zamiaru  go 
przepraszać. Trudno, musi nauczyć się żyć bez Patricka. 

Kiedy  nad  czymś  się  zastanawiał,  zawsze  bębnił  ołówkiem 

po linijce. To ją rozpraszało. Wiercił się na krześle, które skrzy-
piało niemiłosiernie. Teraz było znacznie lepiej. 

Powtarzała to sobie bez przerwy. 
Przestał  przynosić  jej  kawę  i  herbatę.  Dziwnie  się  czuła, 

kiedy w ogóle nie interesował się jej pracą. 

Nie wiedziała, co nowego zaprojektował w stodole. Nie py-

background image

110 

 

tał jej o zdanie na temat wystroju wnętrza. Na próżno wmawiała 
sobie, że korzystał z jej darmowych porad. Dobrze wiedziała, że 
miał lepsze pomysły niż ona. 

Nic dziwnego. Przecież to była jego specjalność. Jej zadanie 

polegało  na  wykańczaniu  wnętrz,  a  Patrick  był  głównym  pro-
jektantem. 

Inne zajęcie wymagało innych umiejętności. 
Najwyraźniej Patrick już jej nie potrzebował. 
Za to  mam  teraz  święty  spokój,  powtarzała sobie.  Ale  i  tak 

wciąż myślała o Patricku. O stodole. Tęskniła za nim. 

A  potem,  w  piątek  wieczorem,  pod  koniec  długiego  i  sa-

motnego tygodnia,  kiedy  wzięła  drugi  tego  popołudnia  chłodny 
prysznic i zeszła na dół, Patrick wrócił z psami ze stodoły. Przez 
cały  dzień  obserwowała,  jak  pracuje  z  robotnikami,  i  czuła  się 
dziwnie odsunięta na bok. 

To  nie  twoja  stodoła,  powtarzała  sobie,  ale  na  próżno.  Na-

wet psy  były razem z  nim. Jess spała, zmęczona upałem. Kotka 
wylegiwała się w cieniu pod płotem, obserwując ptaki,  i też nie 
była zainteresowana problemami Claire. 

 
Patrick przyszedł  i  jak zwykle pewnie zaraz zniknie. Wtedy 

znów zostanie sama bez towarzystwa! 

Umył ręce, sięgnął po ręcznik i skrzywił się. 
– Dobrze się czujesz? – spytała zaniepokojona. 
– Przypiekłem się na słońcu. To moja wina. Stałem na rusz-

towaniu bez koszuli. 

Widziała  go,  ale  nie  sądziła,  że  może  mu  to  zaszkodzić. 

Zmarszczyła brwi. 

– Zdejmij koszulę. Muszę to zobaczyć. 
Po chwili wahania wykonał polecenie i odwrócił się plecami 

do Claire. 

– Ojej! – krzyknęła, dotykając palcem rozpalonej skóry. 

background image

111 

 

– Mhm. Tu też trochę boli. Oczy wiście – dodał, uśmiecha-

jąc  się  złośliwie  –  byłoby  lepiej,  gdybym  posmarował  plecy 
kremem. Niestety sam nie mogłem tego zrobić. 

– Nie wygłupiaj się – odparła ze złością. – Przecież wystar-

czyło mnie poprosić. 

– Chciałaś, żebym zostawił cię w spokoju. 
Claire spojrzała na mego spode łba. 
–  No  to  co?  Teraz  i  tak  muszę  posmarować  cię  balsamem, 

prawda? 

– Najpierw wezmę prysznic. – Zniknął na schodach. 
Claire  mruknęła  gniewnie  pod  nosem.  Oczywiście  uważał, 

że  to  wszystko  przez  nią.  Za  nic  w  świecie  nie  miała  zamiaru 
czuć się winna. 

Przecież  nic  takiego  się  nie  stało.  Posmaruje  mu  plecy  że-

lem i za parę godzin ból minie. 

Kiedy Patrick  zszedł  na  dół,  właśnie  skończyła karmić  psy. 

Rozpięty guzik od spodni odsłaniał kawałek opalonego nagiego 
ciała. Na ten widok zaparło jej dech w piersi. 

Zeszczuplał  od  czasu,  gdy  zaczął  pracować  na  budowie. 

Teraz był jeszcze bardziej pociągający. 

Do diabła. Będzie musiała go dotykać. 
Sięgnęła do apteczki po tubkę żelu, wycisnęła trochę na rę-

kę  i  rozsmarowała  mocno  na  plecach  Patricka.  Wzdrygnął  się, 
mamrocząc coś pod nosem, aż zrobiło jej się go żal. 

–  Przepraszam  –  wybąkała,  cofając  rękę.  Potem  delikatnie 

rozsmarowała  resztę  żelu  na  zaczerwienionej  skórze.  –  Tu  cię 
najbardziej  przypiekło  –  powiedziała,  delikatnie  smarując  jego 
łopatki – ale reszta nie wygląda tak tragicznie. 

Tragicznie? Miała ochotę się roześmiać. Nigdy nie widziała 

tak pięknie zbudowanego mężczyzny. 

– A z przodu? – Odwrócił się w jej stronę. 
Spojrzała na jego lekko owłosioną klatkę piersiową. 

background image

112 

 

– Możesz sam się posmarować. – Rzuciła mu tubkę z żelem 

i cofnęła się o krok. 

Złapał ją za rękę i przycisnął jej dłoń do ust. Spojrzała mu w 

oczy. I to wystarczyło. 

Tubka  upadła  na  podłogę.  Objęli  się  i zaczęli  się  namiętnie 

całować. 

– Gdzie jest Jess? 
– Śpi. Wykąpałam ją i nakarmiłam. 
Puścił ją i wpatrywał się oczami płonącymi z pożądania. 
– Chodźmy do łóżka, Claire. 
Nie mogła wymówić ani słowa. Dobrze wiedziała, dlaczego 

nie powinna tego robić. Ale  nagle zapomniała o wszystkich po-
stanowieniach. 

Podała mu rękę i poszli na górę do sypialni. Cicho zamknęli 

za  sobą  drzwi.  Patrick  wziął  ją  w  ramiona  i  zaczaj  obsypywać 
pocałunkami twarz, włosy i ramiona. 

W  milczeniu  powoli  rozbierał  ją,  całując  i  pieszcząc  każdy 

kawałek odsłaniającego się nagiego ciała. 

Później,  gdy  leżała  obok  niego  na  wilgotnych,  splątanych 

prześcieradłach, spojrzał na nią i uśmiechnął się. 

– No widzisz. Nie było tak źle, prawda? 
Claire odwróciła głowę. 
–  Myślałam,  że  już  tego  nie  zrobimy.  Przecież  mówiliśmy, 

że to błąd. 

– Mnie wydawało się inaczej – odparł cicho. 
Claire westchnęła. 
– Tak –  powiedziała  drżącym  głosem. – Ale  to nie  jest  do-

bry pomysł. Nie interesują mnie romanse. 

–  Zabawne.  Mnie  też  nie  interesują.  Dlatego  myślę...  –  Pa-

trick  przejechał  palcem  po  jej  ramieniu  aż  do  nadgarstka  i  ujął 
jej  dłoń,  splatając  palce.  –  Wiem,  że  tylko  żartowałaś,  ale  mo-
glibyśmy się pobrać. To całkiem rozsądne. 

background image

113 

 

 
Odwróciła głowę, nie wierząc własnym uszom. 
–  Dlaczego  mielibyśmy  to  zrobić?  –  spytała  niepewnie.  Na 

jej ustach błąkał się uśmiech. 

–  Tak  byłoby  najlepiej  dla  Jess.  –  Urwał, a po  chwili  dodał 

lekko ochrypłym głosem: – I dlatego, że cię kocham. 

Claire  otworzyła  oczy  ze  zdumienia.  Nie  wyglądało  na  to, 

żeby kłamał. 

– Kochasz mnie? 
Roześmiał się cicho. 
–  Niestety  pokochałem  pewną  słodką  złośnicę.  W  chwili, 

gdy  zaczęłaś  wymachiwać  rękami  jak  wiatrak,  gdy  pomoc  dro-
gowa zabierała twój samochód. 

– Samochód Amy — sprostowała. Nagłe ogarnęła ją radość. 

– Och, Patrick. Jesteś pewien? Nie żartujesz? 

Uśmiech zniknął z jego twarzy. 
– Na pewno  nie.  Kocham  cię,  Claire.  Chcę  być twoim  mę-

żem, mieć z tobą dzieci i mieszkać tu z tobą do końca życia. Nie 
żartuję, kochanie. Nigdy w życiu nie mówiłem bardziej serio. 

Łzy  napłynęły  jej  do  oczu.  Rzuciła  się  w  jego  ramiona, 

śmiejąc się i płacząc. 

–  Och,  Patrick.  Ja  też  cię  kocham  –  powiedziała  zdławio-

nym głosem. 

– Czy to znaczy, że się zgadzasz wyjść za mnie? – Przytulił 

ją mocniej. 

Uniosła głowę, spoglądając mu prosto w twarz. 
– Oczywiście, że się zgadzam. Wyjdę za ciebie. 
Odetchnął z ulgą i pocałował Claire. 
Później  zeszli  do  kuchni  i  myszkowali  w  lodówce,  kompo-

nując naprędce sałatkę. 

W  głowie  Claire  roiło  się  od  pytań.  Gdzie  będą  mieszkać, 

czy Patrick adoptuje Claire? Chciała zaraz wszystko wiedzieć. 

background image

114 

 

– Gdzie będziemy mieszkać? – spytała. 
Spojrzał na nią zaskoczony, że w ogóle o to pyta. 
–  Tutaj.  Chyba  że  będziesz  chciała  wrócić  do  Londynu. 

Przynajmniej część  tygodnia  będę  musiał spędzać w  biurze,  ale 
nad  projektami  wolę  pracować  tutaj,  więc  nie  będziesz  często 
sama. 

Skinęła głową. 
– A co ze stodołą? 
–  To  zależy  od  ciebie.  Ale  przyznam,  że  chciałbym  w  niej 

mieszkać. 

– Adom? 
Wzruszył ramionami. 
–  Chciałaś organizować  sesje  malarskie.  Moglibyśmy  przy-

stosować dom do tego celu albo zrobić w nim pracownię dla nas 
obojga. Możemy też połączyć stodołę z domem. 

 
– To byłaby olbrzymia rezydencja! 
–  Mielibyśmy  dużo  miejsca  do  pracy  i  pokoje  dla  gości. 

Dzieciom zrobilibyśmy bawialnię. 

– Dzieciom? – powtórzyła w rozmarzeniu. 
–  Och  tak.  Chcę  mieć  mnóstwo  dzieci.  Jess  nie  może  być 

jedynaczką.  Adoptujemy  ją.  Będzie  naszym  dzieckiem  tak  jak 
wszystkie inne. Co ty na to? 

– Wspaniale. Ale czy dostaniemy pozwolenie na połączenie 

domu  ze  stodołą?  –  Spojrzała  na  Patricka  i  roześmiała  się.  – 
Oczywiście,  że  tak.  Powiesz  im,  że  chcesz  zbudować  pasaż  ze 
stali, a potem łaskawie zgodzisz się na dąb, cegłę i dachówkę. 

– Nie mam pojęcia, o czym  mówisz. – Roześmiał się, a po-

tem wstał,  by  wziąć  ze  stołu  butelkę  wina  i  kieliszki.  – Wraca-
my do łóżka. Musimy nadrobić mnóstwo rzeczy. 

– Odespać? 
– To później, maleńka. 

background image

115 

 

Claire nie posiadała się z radości. 
–  Jadę  do  miasta.  Muszę  skopiować  plany.  Później  odbie-

rzemy  je,  zjemy  lunch  i  pojedziemy  po  pierścionek. Chciałabyś 
dostać pierścionek z brylantami? 

–  Och.  –  Potrząsnęła  głową,  nie  mogąc  pojąć  takiej  ekstra-

wagancji. – Po co mi brylanty? 

– Myślałem, że każda kobieta chce  mieć zaręczynowy pier-

ścionek z brylantami. 

Uśmiechnęła się, kołysząc Jess na ręku. 
– Chcę tylko ciebie i Jess. 
– Musisz  się  zgodzić,  bo  mama  by  mi  nie wybaczyła, gdy-

bym zrobił coś nie tak jak trzeba. 

Claire zachichotała. 
–  Na  to  nie  mogę  pozwolić.  Może  w  takim  razie  malutki 

brylant, żeby zadowolić mamę. 

Ledwie zdążyli się pożegnać, kiedy zjawił się listonosz. 
–  Piękny  dzień  –  powiedział.  –  Widzę,  że  stodoła  jest  na 

ukończeniu. 

– O tak – odparła z uśmiechem. – Dziękuję za listy. 
Zamknęła  drzwi  i  poszła  do  pracowni.  Z  roztargnieniem 

przeglądała  pocztę,  kiedy  jej  wzrok  padł  na kopertę  z  laborato-
rium DNA. To potwierdzenie, że Will jest ojcem dziecka Amy. 

Tylko że to nie było potwierdzenie. 
Przeczytała  po  raz  drugi.  Dokładnie,  słowo  po  słowie. 

Wciąż nie mogła uwierzyć. 

Cztery  słowa  wirowały  jej  przed  oczami.  Cztery  krótkie 

słowa, od których jej wymarzona przyszłość legła w gruzach. 

„Nie jest biologicznym ojcem”. 
To niemożliwe, pomyślała. Pomyłka. 
Jej  wzrok  znów  padł  na  cztery  słowa.  List  palił  jej  ręce. 

Upuściła  go.  Nie  jest  biologicznym  ojcem.  Jeśli  Will  nie  był 
ojcem  Jess,  to  Patrick  nie  był  jej  wujkiem,  a  Jean  i  Gerald  nie 

background image

116 

 

byli jej dziadkami. 

Zimny dreszcz przeszedł jej po plecach. Po raz nie wiadomo 

który czytała list, chcąc mieć pewność, że niczego nie pomyliła. 
Ale nie, było napisane czarno na białym. 

„Brak  zgodności  próbek.  Nieżyjący  brat  bliźniak  testowa-

nego  mężczyzny  nie  jest  biologicznym  ojcem  testowanego 
dziecka”. 

 
Jess  wyrywała  jej  się  z  rąk.  Claire  bezwiednie  postawiła  ją 

na  podłodze.  Co,  na  Boga,  ma  teraz  zrobić?  Jak  ma  im  to  po-
wiedzieć?  Przecież  kochali  Jess  do  szaleństwa.  Jak  może  im 
teraz zabrać Jess? 

Musi powiedzieć Patrickowi, ale jak to zrobić? Czy w ogóle 

to ma znaczenie? Kochał ją i Jess – a gdyby się nie dowiedział? 
Nigdy nie pytał o wynik testu. Czy zapomniał? Lekceważył to? 

Jeśli  nie  przywiązywał  do  tego  wagi,  to  oczywiście  mogła 

mu  powiedzieć.  Ale  jeśli  było  inaczej  –  jeśli  kupił  stodołę  i 
oświadczył się tylko dla dobra Jess – czy nie zmieni zdania? 

Mogę  go  utracić,  pomyślała,  wpatrując  się  w  list.  Och,  Pa-

trick. Co mam zrobić? 

Jeszcze  nic.  Schowała  kopertę  do  dolnej  szuflady.  Co  z 

oczu, to z serca. Wzięła na ręce Jess i zaniosła ją do kuchni. 

Wsadzi dziecko do wózka, weźmie psy  i pójdzie  na spacer. 

Kiedy  wszystko  przemyśli,  powie  Patrickowi.  Delikatnie,  w 
odpowiedniej chwili. 

Ale  czy  naprawdę  musi  mu  to  powiedzieć?  A  może  lepiej 

będzie,  jeśli  zatai  prawdę?  Czy  Patrick  musi  wiedzieć?  Czy  to 
nie będzie  okrucieństwem  zdradzić  mu,  że  nie  jest spokrewnio-
ny z Jess? 

Wyciągnęła  wózek  i  wsadziła  do  środka  dziewczynkę.  Na 

razie pójdą  na  spacer,  póki  nie  jest  zbyt  gorąco. Później  będzie 
się martwić tym głupim listem. 

background image

117 

 

Patrick  dojeżdżał  już  do  Londynu,  gdy  zorientował  się,  że 

nie wziął wszystkich dokumentów, które chciał skopiować. 

Do  diabła,  zaklął  pod  nosem  i  zawrócił  w  stronę  domu.  W 

takim razie będą  mogli pojechać razem. Claire już pewnie wró-
ciła ze spaceru. Kupią pierścionek, zanim zrobi się upał, a potem 
pójdą nad rzekę i na lunch. 

Podjechał pod  dom  i  wszedł  tylnymi  drzwiami.  Jak zwykle 

były niezamknięte. W środku panowała cisza. Pewnie Claire nie 
wróciła  jeszcze  ze  spaceru.  Wszedł  do  jadalni  i  zaczął  szukać 
brakujących dokumentów*. 

Nigdzie ich nie ma, pomyślał z rozpaczą. Nagle uświadomił 

sobie,  że  ostatnio  widział  te  papiery  w  pracowni.  Może  są  w 
biurku? 

Wysunął  swoją  szufladę.  Nie  ma.  W  takim  razie  gdzie? 

Może  spadły  do  niższej  szuflady?  Niewykluczone.  To  już  się 
zdarzało. Sprawdził niższą szufladę, a potem najniższą. W głębi 
leżała pognieciona kartka. 

No  proszę.  Wyciągnął  papier  i  rozprostował  go.  Pismo  z 

laboratorium  DNA.  Przeczytał  dokument,  potem  jeszcze  raz. 
Nie mógł uwierzyć. 

O  Boże,  Jess  nie  jest  dzieckiem  Willa!  Urzędowe  pismo. 

Nie  mogło  być  mowy  o  pomyłce.  Wynik  taki,  jakiego  się  spo-
dziewał  na  początku  całej  historii,  zanim  uwierzył,  że  Jess  jest 
córką Willa. 

Tylko że to nieprawda. W takim razie nie jest jego bratanicą 

ani wnuczką jego rodziców. 

Do diabła, to będzie dla nich cios. Dla niego to też był cios. 

Kochał  tę  małą  –  uwielbiał  ją,  myślał  o  niej  jak  o  własnym 
dziecku, chciał ją adoptować – ale to nie była córka Willa. 

A Claire o tym wiedziała. 
Musiała  wiedzieć  od  dawna,  tylko  nic  mu  nie  powiedziała. 

Zrobienie takich testów nie trwa dłużej niż parę tygodni. Był już 

background image

118 

 

koniec  lipca.  Miała  zrobić  test  w  kwietniu,  więc  wyniki  mogły 
przyjść  w  maju.  No  i  oczywiście  wiedziała  o  tym wczoraj  wie-
czorem, kiedy poprosił ją o rękę i kiedy mówili o adopcji Jess. 

Wiedziała tej nocy w kuchni, kiedy powiedziała, że powinni 

się  pobrać.  Pewnie  myślała  o  wyniku  testu  i  martwiła  się,  że 
straci władzę nad Patrickiem. 

Usłyszał  szczęknięcie  zamka  i  do  pracowni  wpadły  psy. 

Merdając  wesoło ogonami,  zaczęły  lizać  go po rękach.  Za  nimi 
weszła Claire. Trzymała na ręku Jess i uśmiechała się. 

Jak  mógł  nie  zauważyć  wcześniej,  że  Claire  uśmiecha  się 

nieszczerze? 

Z ponurą miną pokazał jej list. 
Claire zbladła. 
– A, znalazłeś to – powiedziała, potwierdzając swoją winę. 
–  Szukałem  w  biurku  moich  dokumentów. – Wstał,  trzęsąc 

się z  wściekłości.  –  Wracam  do  Londynu. Nie wiem,  co  zrobię 
ze  stodołą.  Pewnie  skończę  remont  i  ją  sprzedam.  Możesz  za-
trzymać  samochód,  ale  poza  tym  sielanka  się  skończyła.  Nie 
spodziewaj  się  też  zamówień  z  ostatnich  źródeł.  To  już  prze-
szłość. 

Claire patrzyła z niedowierzaniem i zdumieniem. 
– Sielanka? Z ostatnich źródeł? O czym ty mówisz, Patrick? 

– wyrzuciła z siebie ze wzburzeniem. 

Świetna  aktorka,  pomyślał.  W  łóżku  też?  To  było  zbyt 

przykre. 

–  A  skąd  myślałaś,  że  masz  nagle  tyle  pracy?  Od  dobrej 

wróżki? Przejrzyj na oczy, Claire. 

Cofnęła się o krok. 
– Nic nie rozumiem, Patrick! O co tu chodzi? 
–  O  co  chodzi?  Nie  wiem,  może  ty  mi  powiesz?  To  ty 

wszystko wiesz najlepiej! 

Rzucił  jej  list  i  wyszedł.  Zbiegł  po  dwa  schodki  i  wrzucił 

background image

119 

 

rzeczy do torby. 

Deska  kreślarska  i  inne  drobiazgi  mogą  zostać  tutaj.  Nie-

ważne. Claire zarobi trochę więcej. 

Przejęty  bólem  z  powodu  jej  zdrady  wrzucił  torby  do  sa-

mochodu, zawołał psa, zapuścił silnik i odjechał. Być jak najda-
lej  stąd  –  od  tej  stodoły,  która  była  jego  najważniejszym  dzie-
łem, od dziecka, które pokochał tak, jakby było jego własne. 

I od kobiety;  która  znaczyła  dla  niego więcej  niż kiedykol-

wiek sobie wyobrażał... 

background image

120 

 

Rozdział 10 

 
Patrick  pojechał  do  rodziców.  Nie  mógł  znieść  myśli  o  po-

wrocie  do  swego  mieszkania  na  szczycie  biurowca  pustoszeją-
cego  w  każdy  weekend,  gdzie  nikt  nie  odezwałby  się  do  niego 
ani słowem. 

Najdelikatniej,  jak  umiał,  powiedział  rodzicom,  że  Jess  nie 

jest córką Willa. 

–  Wiedzieliśmy  o  tym  od  początku  –  oznajmiła  spokojnie 

matka. 

– Claire wam powiedziała? – spytał zdumiony. 
Jean potrząsnęła głową. 
–  Nie  musiała  nam  mówić.  To  oczywiste,  kochanie.  Nie 

uczyłeś się biologii? Jess ma bardzo jasne włosy, tak jak Claire i 
Amy. Wszyscy w naszej rodzinie od wielu pokoleń mają ciemne 
włosy.  Żeby  mieć  jasne  włosy,  trzeba  mieć  gen  recesywny  od 
każdego z rodziców. 

– No to co? Przecież Will mógł mieć gen recesywny. Matka 

znów potrząsnęła głową. 

– Nie. Gdyby w naszej rodzinie był gen recesywny, to do tej 

pory już by się ujawnił. Jest taka możliwość, ale to bardzo mało 
prawdopodobne.  Poza  tym  Jess  nie  jest  w  ogóle  podobna  do 
żadnego dziecka w naszej rodzinie. 

Patrick w zdumieniu patrzył na matkę. 
– Ale przyjeżdżaliście do niej, zachwycaliście się nią, jakby 

była dzieckiem Willa. 

–  Oczywiście.  To  nie  było  wcale  trudne.  Zresztą  nie  jeste-

śmy egoistami. Przecież wychowujesz ją wspólnie z Claire. 

– Wychowywałem – powiedział łamiącym się głosem. 
– To już przeszłość. 
– Och, kochanie. – Jean westchnęła, wyciągając rękę. 

background image

121 

 

– Co się stało? 
Patrick przełknął ślinę i odwrócił głowę. 
– Claire  mi  nic  nie  powiedziała.  Miała  wynik testu  i ukryła 

to  przede  mną.  Schowała  list  do  szuflady.  Wczoraj  się  jej 
oświadczyłem.  –  Jego  głos  załamał  się.  – Co za idiota ze  mnie. 
Byłem dla niej tylko dojną krową. 

– Nie wierzę w to, kochanie. Kiedy ci powiedziała? 
– Wcale mi nie powiedziała. Znalazłem list. 
–  Aha.  —.  Ojciec  pokiwał  z  namysłem  głową.  –  A  co  ona 

powiedziała? 

– Jak to? 
– Co ci powiedziała Claire? – spytała cierpliwie Jean, jakby 

rozmawiała  z  sześciolatkiem,  który  coś  nabroił.  Patrick  dobrze 
pamiętał ten ton z dzieciństwa. – Czy wyjaśniła, dlaczego ukryła 
to przed tobą? 

 
Spojrzał na nią ze zdziwieniem. 
– Nie pytałem. 
– Po prostu zabrałeś swoje rzeczy i odjechałeś? 
– No... tak. 
– Rozumiem. 
Patrick westchnął i przygładził ręką włosy. 
–  Nie  mogę  jej  wybaczyć,  mamo.  Zataiła  przede  mną  coś 

ważnego. Po co miałbym z nią dyskutować... I dlaczego mówisz 
do mnie jak do dziecka? Na litość boską, przecież ja cierpię! 

Wzburzony  podszedł  do  okna  i  wciągnął  haust  powietrza. 

Ale  nie  poczuł  ulgi.  Kontury  ogrodu  rysowały  się  niewyraźnie. 
Zamknął oczy i przycisnął je palcami. 

Na  szczęście  obok  niego  był  pies.  Otworzył  oczy  i  skiero-

wał się prawie na oślep ku drzwiom. 

– Wyprowadzę psa na spacer – rzucił szorstko i wyszedł. 
Rodzice  mogą zostać sami  i dyskutować do woli  o jego po-

background image

122 

 

plątanym życiu. 

Spacerował  kilka  godzin  po  lesie  rozciągającym  się  za  do-

mem i po polnych drogach. W końcu wrócił spocony  i zmęczo-
ny. Chciało mu się pić. 

Matka zerknęła na niego i od razu postawiła na stole wielki 

dzbanek wody z lodem i domowy piernik. Zjadł kawałek ciasta i 
pomyślał, że nie jest tak dobre jak piernik Claire. To idiotyczne, 
przecież  zawsze  uwielbiał  piernik,  który  piekła  matka. Jadł  bez 
apetytu,  żałując,  że  to  nie  jest  tarta  cytrynowa,  bo  nie  przypo-
minałaby mu o Claire. 

Przecież  to  śmieszne.  Jak  mogło  cokolwiek  przypominać 

mu o Claire, skoro ani na chwilę o niej nie zapomniał? 

Matka  siedziała  przy  drugim  końcu  stołu,  pijąc  herbatę. 

Podsunęła  mu  szklankę  wody.  Kiedy  opróżnił  ją,  znów  nalała 
mu do pełna. Dopiero wtedy zrobiło mu się trochę raźniej. 

Zawstydził  się,  że  tak  obcesowo  potraktował  swych  rodzi-

ców. 

–  Przepraszam.  Nie  chciałem  być  niegrzeczny.  Wiem,  że 

staracie się mi pomóc. 

–  Jesteś  zdenerwowany.  Rozumiem  to  –  odparła  matka.  – 

Ale nie mogę pojąć, dlaczego uważasz, że ta urocza dziewczyna 
cię wykorzystuje. 

Spojrzał na nią z oburzeniem. 
– Dlaczego? To przecież oczywiste! Spójrzcie, ile ode mnie 

dostała  –  samochód,  lodówka,  kosiarka,  pieniądze  za  stodołę. 
Czy to mało?! 

– Ale stodoła to był twój pomysł. Tak samo jak samochód i 

reszta  rzeczy.  Jesteś  niesprawiedliwy,  Patrick.  Pomijając  to,  że 
nie powiedziała ci o liście, ona cię naprawdę kocha. 

Potrząsnął gwałtownie głową. 
–  Wcale  nie.  Wykorzystywała  mnie.  Uwierz  mi,  mamo,  to 

świetna aktorka. Chciała, żebyśmy się pobrali. Na pewno zdała 

background image

123 

 

sobie sprawę,  że  kiedy  dowiem  się  o  Jess, jej  źródło  dochodów 
wyschnie. Przez wiele tygodni nawet nie pytałem o wynik testu. 
Zapomniałem o tym. Pewnie myślała, że jej się udało. 

Jean pokręciła z rozpaczą głową. 
– To nie ma sensu, Patrick. Znam Claire. To, co mówisz, w 

ogóle do niej nie pasuje. 

– Ależ mamo, ona schowała list! 
– Czy dostałeś jego kopię? 
Patrick wytrzeszczył oczy. 
– Jaką kopię? 
– Kopię wyniku z laboratorium. 
– Nie. Pewnie wysłali mi to do Londynu. 
– Czy sekretarka nie przesyła ci poczty do Suffolk? 
– Nie żartuj, mamo. Oczywiście, że mi wszystko przesyła. 
– To dlaczego nie dostałeś tego listu? 
Wzruszył ramionami. 
– Może Claire go przechwyciła? 
– Czy to możliwe? Kto odbiera pocztę? 
Znów wzruszył ramionami. 
– My oboje. Ten  list mógł przyjść, kiedy ona akurat była w 

domu. 

– A może jeszcze nie przyszedł? 
Patrick zmarszczył brwi. 
–  Przecież  dałem  jej  moje  wyniki  kilka  miesięcy  temu. 

Miała  tylko  pójść  do  internisty.  Na  wyniki  czeka  się  około 
trzech tygodni. To znaczy, że nadeszły w maju. 

– A  jeśli  od  razu  się  do tego  nie  zabrała?  Claire  jest trochę 

niezorganizowana. Czy to możliwe? 

Oczywiście,  że  to  możliwe,  ale  mało  prawdopodobne.  Na-

wet nie chciał  myśleć, że tak właśnie  mogło być, bo wtedy wy-
szedłby na idiotę. 

Potrząsnął głową. 

background image

124 

 

– Nie. Myślę, że chodziło jej tylko i wyłącznie o to, by wy-

ciągnąć  ode  mnie  pieniądze.  Prawdę  mówiąc,  gdyby  nie  zdję-
cia... 

– Jakie zdjęcia? 
Spojrzał na matkę i skrzywił się. 
– Nie, nic. 
– Jakie zdjęcia, Patrick? 
Westchnął i zamknął oczy. Znał ten ton. Nie było przed nim 

ucieczki. Nie na darmo matka była kiedyś nauczycielką w szko-
le podstawowej. 

– Zdjęcia Willa i Amy. Zrobił je, kiedy byli razem. 
– Chciałabym je zobaczyć. 
–  Nie,  mamo.  –  Zamknął  oczy.  –  To  bardzo  intymne  zdję-

cia. 

– Nieprzyzwoite? 
Potrząsnął głową. 
–  Ależ  nie.  Wcale  nie  są  nieprzyzwoite.  To  artystyczne 

zdjęcia, nawet bardzo piękne. 

– W takim razie chciałabym je zobaczyć. 
– Ależ, mamo. One są... intymne. 
–  Jestem  dorosła,  Patrick.  Na  pewno  nie  będę  zszokowana. 

To zdjęcia  mojego  syna  zrobione  tuż  przed śmiercią. Tak  mało 
nam  zostało  po  nim.  A  teraz  jeszcze  straciliśmy  Jess.  Chcę  je 
zobaczyć. 

– To niemożliwe. Claire ma te zdjęcia. 
– W takim razie poproszę ją, kiedy u niej będę. 
Podskoczył do góry, wytrzeszczając oczy. 
– Będziesz u niej? Nie możesz tam jechać, mamo. 
– Mogę. Tak samo jak ty. Nie mam zamiaru tracić kontaktu 

z  nią  i  Jess.  Musisz  porozmawiać  z  Claire.  Musisz  jej  wysłu-
chać... o ile naprawdę ją kochasz. 

Ich spojrzenia spotkały się. 

background image

125 

 

– Oczywiście, że ją kocham – powiedział łamiącym się gło-

sem. – Dlatego jest mi tak przykro. 

– Jedź do mej i dowiedz się, co ma do powiedzenia. 
Potrząsnął głową. 
–  Nie  mogę.  Potrzebuję  trochę  czasu.  Muszę  wszystko 

przemyśleć. 

– Może łatwiej ci będzie, jeśli poznasz fakty. – Ojciec wstał 

i  położył  rękę  na  ramieniu  Patricka.  –  Porozmawiaj  z  nią.  Nie 
możesz pozwolić, żeby duma zniszczyła twój związek. 

W stodole było chłodno, cicho i spokojnie. Claire usiadła na 

podłodze.  Tu  miała  być  sypialnia  małżeńska  w  ich  nowym  do-
mu.  Dokładnie  w  tym  miejscu  stałoby  łóżko.  Niewidzącymi 
oczami spoglądała na dolinę. 

Czuła się pusta w środku i niesprawiedliwie sponiewierana. 

Patrick  po  prostu  ją  zostawił,  kiedy  dowiedział  się,  że  Jess  nie 
jest córką Willa. 

Była  bez  środków  do  życia.  Stodoła  będzie  niedługo  ukoń-

czona  i  zostanie  sprzedana  obcym  ludziom.  Claire  utraci  do-
słownie wszystko. 

Najgorsze  było  to,  że  nie  wiedziała,  dlaczego  tak  się  stało. 

Jeszcze  wczoraj  Patrick  mówił,  że  ją  kocha.  To  niemożliwe, 
żeby wszystko zmieniło się z powodu Jess. 

Skoro  ją  kochał  i  chciał  się  z  nią  ożenić,  jakie  znaczenie 

mogło mieć dla niego, kto jest ojcem małej? 

A jednak wyszedł bez słowa wyjaśnienia. 
Był  tak  złośliwy!  Co  to  znaczy,  że  sielanka  się  skończyła? 

Przecież  zawsze  broniła  się  przed  przyjmowaniem  od  niego 
prezentów. Chciała oddać mu cały dług, kiedy tylko zarobi dość 
pieniędzy. Zależało jej na tym, żeby się uniezależnić. 

Westchnęła  ciężko  i  przełknęła  ślinę,  z  trudem  powstrzy-

mując łzy. 

Nie  przyszło  jej  do  głowy,  że to  Patrick  załatwiał jej zlece-

background image

126 

 

nia.  Powinna  była  się  domyślić,  gdyby  umiała  rozumować  ra-
cjonalnie. 

Rozejrzała  się  po  na  wpół  wykończonym  wnętrzu.  Wysoki 

sufit ze sklepieniem z luków, pięknie odnowione belki stropowe 
uzupełnione gdzieniegdzie nowymi dębowymi wstawkami. Co z 
tego, że to wszystko było piękne, skoro zamieszka tu ktoś inny. 

Nie  ona  z  Patrickiem,  Jess,  kotem,  psami  i  wszystkimi 

dziećmi,  które  jeszcze  miały  się  urodzić.  Nie  będzie  miała  in-
nych  dzieci.  A  przynajmniej  nie  z  Patrickiem.  Chyba  z  nikim, 
bo nieprędko pozwoli komukolwiek zbliżyć się do siebie. 

– Claire? 
Odwróciła  głowę  i  serce  podeszło  jej  do  gardła.  W  przy-

ćmionym świetle na szczycie drabiny stał Patrick. 

– Czy mogę wejść? 
Wzruszyła ramionami. Serce waliło jej jak młot. 
– To twoja stodoła. 
Szedł  powoli  w  jej  stronę.  W  pustym  pomieszczeniu  jego 

kroki zadudniły echem. Zatrzymał się, a potem przykucnął obok 
niej. 

Przez chwilę milczał, spoglądając na dolinę. 
–  Czy  możemy  porozmawiać?  –  spytał  starannie  kontrolo-

wanym głosem. 

– O liście? 
– O liście też. 
Wzruszyła ramionami. 
–  Nie  wiem,  co  jeszcze  jest  do  powiedzenia.  Myślałam,  że 

mnie kochasz. Teraz okazało się, że nie. Uważasz, że zależy  mi 
tylko na twoich pieniądzach. Nie mogę o tym spokojnie słuchać. 

– Dlaczego mi nie powiedziałaś? 
Spojrzała na niego z mieszaniną gniewu i zmieszania. 
– O czym? Że nie poluję na bogatego męża? 
–  O  liście  i  wynikach  badań.  O  tym,  że  Jess  nie  jest  córką 

background image

127 

 

Willa. 

Claire otworzyła oczy ze zdumienia. 
– Kiedy miałam ci powiedzieć? 
Patrick parsknął śmiechem. 
– Jak to kiedy? Miałaś na to kilka tygodni. 
– Wcale nie. Ten list dostałam dzisiaj rano. 
Teraz on nie posiadał się ze zdumienia. 
–  Dzisiaj?  Chcesz  powiedzieć,  że  te  badania  trwały  trzy 

miesiące? Nie wierzę. 

Claire odwróciła głowę, rumieniąc się. 
–  Dopiero  niedawno  poszłam  z  Jess  do  lekarza.  Nie  wiem, 

dlaczego wydawało mi się to nieważne. Zupełnie nieistotne. 

– A gdzie jest Jess? 
Skoro o to pyta, to widocznie nie jest taki obojętny. 
– Śpi. Kropka zaszczeka,  jeśli  Jess się zbudzi i zacznie pła-

kać. 

Patrick skinął głową, a potem zmarszczył brwi. 
– To znaczy, że  nic nie wiedziałaś wczoraj wieczorem, kie-

dy poprosiłem cię o rękę? Kiedy mówiłem o adopcji Jess? 

– Oczywiście, że nie! Miałam ci powiedzieć, kiedy wrócisz 

do domu. Tylko nie wiedziałam jak. – Jej głos złagodniał. Złość 
zaczynała  jej  przechodzić.  –  Wiem,  jak  ją  kochasz  i  ile  Jess 
znaczy  dla  twoich  rodziców.  Dlatego  schowałam  ten  list. 
Chciałam  się  chwilę  zastanowić,  jak  wam  to  powiedzieć.  Prze-
praszam, że nie zadzwoniłam od razu do ciebie na komórkę. Ale 
tak  trudno  mi  było  zerwać  tę  ostatnią  nitkę,  która  cię  łączyła  z 
Willem.  –  Otarła  łzy,  które  potoczyły  się  po  jej  policzkach.  – 
Przepraszam,  Patrick.  Przepraszam,  że  cię  w  to  wciągnęłam. 
Byłam pewna, że Amy mówi prawdę. No i te zdjęcia. Wszystko 
wskazywało na to, że to Will jest ojcem. Byłeś taki szczęśliwy  i 
nie pytałeś o wyniki testu. 

–  Zapomniałem  –  przyznał  ze  skruchą.  –  Tak  przyzwycza-

background image

128 

 

iłem  się  do  myśli,  że  Jess  jest  córką  Willa  i  że  jest...  naszym 
dzieckiem. 

Claire skinęła głową. Przymknęła oczy, przełykając łzy. 
– Wiem. 
– Domyślasz się, kto może być jej ojcem? 
Potrząsnęła głową. 
– Nie. Może coś przyjdzie mi do głowy, kiedy przejrzę rze-

czy  Amy. Ale tak naprawdę wcale nie chcę się dowiedzieć. Nie 
mam siły znów przez to przechodzić. 

–  Wcale  cię  nie  namawiam.  Ale  co  zrobisz,  kiedy  Jess  cię 

kiedyś spyta? Ma prawo wiedzieć. 

– To  prawda.  Może  dowiem  się  czegoś  z pamiętnika  Amy. 

Nigdy nie chciałam do niego zaglądać. 

–  Rozumiem  cię.  Przeżywałem  to  samo,  kiedy  umarł  Will. 

Nagle  dowiedziałem  się  zupełnie  nowych  rzeczy,  o  których 
chciałem z nim porozmawiać. Ale było za późno. Zwykle jest za 
późno. –  Odwrócił  głowę.  –  Przepraszam cię  za wszystko,  Cla-
ire. Wygadywałem dziś rano różne głupstwa. Wiem, że niełatwo 
wybaczyć  takie  słowa.  Ale  byłem  pewien,  że  miałaś ten  list  od 
dawna.  Myślałem,  że  specjalnie  skłoniłaś  mnie  do  oświadczyn, 
bojąc się, że cię zostawię, gdy się dowiem prawdy. 

–  Zrobisz  tak?  –  spytała  spokojnie,  choć  serce  pękało  jej  z 

żalu. – Masz zamiar odejść? 

Spojrzał na nią płonącymi oczami. 
– Nie. Nie zostawiłbym cię, gdybyś mi powiedziała prawdę. 

Myślałem,  że  mnie  oszukałaś,  a  to  strasznie  boli.  Wcale  nie 
chodziło  mi  o  Jess.  Gdybym  to  ja  odebrał  list,  powiedziałbym 
ci, że to nie ma znaczenia. I tak cię kocham. Jess jest wspaniała, 
ale  przede  wszystkim  kocham  ciebie.  Pragnę  być  z  tobą,  jeśli 
tylko mi wybaczysz. 

Claire chciała powiedzieć „Tak, oczywiście”, ale nie mogła. 
–  Zraniłeś  mnie.  –  Przycisnęła  dłoń  do  ust,  żeby  powstrzy-

background image

129 

 

mać szloch. – Nie  mogłam uwierzyć, że powiedziałeś takie sło-
wa... że mogłeś tak o mnie myśleć. Nic nie rozumiałam. 

Wybuchnęła płaczem. Zerwała się i szybko zeszła po drabi-

nie.  Chciała  uciec  od  niego  jak  najdalej.  Chętnie  zamknęłaby 
drzwi  na  klucz,  ale  jak  zwykle  gdzieś  się  zapodział.  Nigdy  nie 
mogła znaleźć klucza. 

–  Claire?  –  Patrick  pchnął  drzwi  i  wszedł  do  środka.  Objął 

ją  i  przytulił.  –  Do  diabła.  Byłem  strasznym  głupcem.  Przepra-
szam. 

– Masz  za  co  –  powiedziała,  waląc  go  pięściami  w  pierś. – 

Jak mogłeś tak o mnie myśleć? • 

– Nie wiem. Po prostu oszalałem z rozpaczy. 
– I co się stało, że odzyskałeś rozum? 
–  Moja  matka  spytała,  czy  dostałem  kopię  listu  z  laborato-

rium.  Powiedziałem,  że  nie,  ale  być  może  ją  zabrałaś.  Matka 
stwierdziła,  że  zwariowałem  i  że  na  pewno  mnie  kochasz. 
Przypomniała,  jak  się  broniłaś,  kiedy  chciałem  ci  coś  kupić. 
Oczywiście miała rację. 

– Brawo  dla  mamy.  Przynajmniej  jedna  osoba w twojej ro-

dzinie zachowuje się rozsądnie. Chyba powinnam się cieszyć, że 
Jess  nie  jest  z  tobą  spokrewniona,  bo  przynajmniej  nie  będzie 
przypominać  mi  ciebie  przez  całe  życie.  Zapadła  cisza.  Patrick 
otworzył drzwi i zawołał psa. 

– Claire, mogę tylko cię przeprosić. Gdybyś kiedyś zmieniła 

zdanie, wiesz, gdzie mnie szukać. 

Drzwi cicho się zatrzasnęły. Kropka przycisnęła nos do ręki 

Claire, patrząc jej żałośnie w oczy. 

–  Och,  wiem,  kochanie  –  powiedziała  Claire.  Zanurzyła 

twarz w sierści suczki i rozszlochała się w głos. 

 
Pamiętnik  był  zaskakujący.  Amy  zapisywała  wszystkie 

chwile  spędzone  z  Willem,  którego  znała  jako  Patricka,  a  na 

background image

130 

 

końcu był dopisek: „Kocham go”. 

Kiedy  próbowała  się  do  niego  dodzwonić,  powiedziano  jej, 

że wyjechał do Japonii w interesach. Kilka dni później okazało 
się, że jest w ciąży. 

„Mam  nadzieję,  że  to  dziecko  Patricka”  –  zapisała  w  pa-

miętniku.  „Ale  nie  sądzę.  Był  taki  ostrożny.  Chyba  że  to  ten 
jeden  raz.  Ale  daty  się  nie  zgadzają.  To  musiało  być  wtedy  na 
przyjęciu. O Boże, co ja zrobię? Będę miała dziecko”. 

Wspomniała  o  przyjęciu,  na  którym  była  kilka  dni  przed 

weekendem  spędzonym  z  Willem.  Wszystko  wydawało  się  pa-
sować.  Claire  przewróciła  kartki  na  ostatnią  stronę,  na  której 
kończyły  się  zapiski.  Amy  była  rozgoryczona  po  spotkaniu  z 
Patrickiem. 

„Nawet  mnie  nie  poznał.  Dał  mi  pieniądze  na  pociąg  – 

śmiesznie  mało,  biorąc  pod  uwagę  moje  długi.  Był  bardzo 
uprzejmy,  ale  jakiś  inny.  To  dziwne.  Wcale  nie  przypominał 
mężczyzny,  w  którym  się  kiedyś  zakochałam.  Ale  i  tak  warto 
było spróbować, choć wiem, że to dziecko nie jest jego. Miałam 
wprawdzie nadzieję, ale to nie było fair. Bóg raczy wiedzieć, kto 
jest ojcem  Jess,  ale  jestem  mu  wdzięczna,  bo to  najwspanialsza 
rzecz,  jaka  mnie  spotkała  w  życiu.  Szkoda,  że  nie  będę  mogła 
się  nią  opiekować,  ale  Claire  mnie  zastąpi.  Ona  zawsze  była 
lepsza ode mnie. Claire, jeśli czytasz to teraz, wiem, że Jess bę-
dzie  przy  tobie  bezpieczna.  Dziękuję  ci  za  wszystko.  Kocham 
cię i przepraszam”. 

To wszystko. Ostami zapisek powstał w dniu śmierci  Amy. 

Claire zamknęła zeszyt i przytuliła go do serca. A potem zwinę-
ła się w kłębek na łóżku siostry i wypłakiwała z siebie cały żal. 
Zasnęła dopiero wtedy, gdy świt zaczął przezierać przez firanki. 

Rano  zbudził  ją  natarczywy  dzwonek  telefonu.  Zbiegła  do 

pracowni i podniosła słuchawkę. 

– Halo? 

background image

131 

 

–  Claire?  Tu  Jean  Cameron.  Przepraszam,  że  budzę  cię  tak 

wcześnie. Patrick miał wypadek. Jest w szpitalu w Ipswich. Czy 
możesz przyjechać? Wciąż traci przytomność, ale pyta o ciebie. 

Claire usiadła z wrażenia. Krew ścięła jej się w żyłach. 
– Co mu się stało? 
– Jeszcze nie wiadomo. Godzinę temu znaleziono go w roz-

bitym  samochodzie.  Ma  obrażenia  głowy  i  złamane  żebra,  ale 
nie wiadomo, czy nie doznał urazu mózgu. 

–  Już  jadę  –  powiedziała.  –  Powiedzcie  mu...  – Jej głos  za-

łamał się. – Powiedzcie, że go kocham. 

– Sama mu to powiesz. Jedź ostrożnie, kochanie. Spotkamy 

się  w szpitalu.  Och,  zapomniałam.  Psu  nic  się  nie  stało.  Policja 
go odnalazła. 

Claire  przejechała  szczotką  po  włosach,  porwała  Jess  z  łó-

żeczka,  przewinęła  ją  i  chwyciła  z  lodówki  butelkę  ze  smocz-
kiem. 

– Zostań, Kropka. 
Jednak pies za nic w świecie nie chciał jej posłuchać,  jakby 

czuł, że stało się coś złego. Wzięła więc także Kropkę. 

Starała  się  jechać  wolno,  ale  wskazówka  szybkościomierza 

wciąż  wychylała  się  do  przodu.  Claire  myślała,  że  po  drodze 
zatrzyma ją policja, ale jakoś udało jej się dojechać. Skręciła na 
parking  i zatrzymała się  jak  najbliżej wejścia. Nie miała pienię-
dzy  na parkometr,  bo  zostawiła  torebkę  w domu,  więc  napisała 
parę słów na opakowaniu po czekoladzie i wsadziła papierek za 
wycieraczkę. Potem chwyciła na ręce Jess. 

–  Czekaj  tu,  Kropka  –  powiedziała  i  pobiegła do wejścia.  – 

Szukam Patricka Camerona. Miał wypadek... 

– Claire! 
Odwróciła się. Ojciec Patricka wyciągnął do niej rękę. 
– Chodź. Zaprowadzę cię do niego. 
Patrick  leżał  podłączony  do  różnych  urządzeń.  Obok  niego 

background image

132 

 

siedziała matka. 

Kiedy weszli, podniosła głowę. 
–  Claire.  Dzięki  Bogu,  że  już  jesteś.  –  Łzy  stanęły  jej  w 

oczach. – Daj mi małą... Chodź do babci, skarbie. 

Do babci. O Boże. 
– Patrick?  Patrick,  to  ja,  Claire.  Zbudź  się.  Porozmawiaj  ze 

mną. 

Jego  powieki  poruszyły  się.  Przez  chwilę  wpatrywał  się  w 

nią  nieruchomo,  a  potem  spróbował  się  uśmiechnąć.  Jedno 
drgnienie warg, raczej grymas niż uśmiech, ale to wystarczyło. 

–  Przyjechałaś  –  odezwał  się  niewyraźnym,  chropawym 

głosem. 

Łzy napłynęły jej do oczu. 
– Oczywiście, że przyjechałam. Kocham cię. 
– Ja też cię kocham. Boli mnie głowa. 
–  Za  dużo  myślałeś.  Powinieneś  zostawić  to  mnie.  To  dla 

ciebie zbyt trudne. 

Uśmiechnął się szerzej. 
– Wiem. Będziesz ze mną? 
– Tak. 
W  jego  oczach  zamigotała  radość.  Potem  westchnął  i  za-

mknął je. 

Claire  z  przerażeniem  spojrzała  na  pielęgniarkę  stojącą  po 

drugiej stronie łóżka. 

– O Boże. Czy on... ? 
–  Po  prostu  zasnął.  Wszystko  będzie  dobrze.  Tomografia 

mózgu nie wykazała uszkodzeń. Przez kilka godzin zostanie pod 
naszą obserwacją, a za dzień lub dwa wróci do domu. 

Claire  usiadła.  Dopiero  po  chwili  zdała  sobie  sprawę,  że 

ściska Patricka kurczowo za rękę. Rozluźniła uścisk, lecz napię-
cie nie osłabło. I wtedy zrozumiała, że to on ściska jej palce. 

Uniosła  jego dłoń do ust i pocałowała. Potem przytuliła po-

background image

133 

 

liczek do jego dłoni i zamknęła oczy. 

– A  więc wyczuła, że  nie  jestem  Willem.  –  Patrick odłożył 

pamiętnik  Amy  i  oparł  głowę  na  poduszkach. Jak to  dobrze,  że 
nareszcie  poznał  prawdę.  –  Cieszę  się,  że  Amy  tak  mocno  ko-
chała  Willa.  Cieszę  się,  że  nie  czuła  do  mnie  żalu.  Trochę  mi 
ulżyło. 

–  Ale  wciąż  nie  wiemy,  kto  jest  ojcem  Jess.  Obawiam  się, 

że to zostanie tajemnicą. 

Patrick wziął Claire za rękę. 
–  To  nie  ma  znaczenia.  Ma  matkę  i  ojca,  a  potem  będzie 

miała  braci  i  siostry.  Czy  mówiłem  ci,  że  rodzice  od  razu  się 
zorientowali? 

Spojrzała na niego badawczo. 
– Jak to? 
– Po kolorze włosów. Cała nasza rodzina ma ciemne włosy, 

a poza tym Jess  nie  była podobna do żadnego dziecka w naszej 
rodzinie. Ale dla nich nie ma najmniejszego znaczenia, czy Will 
był ojcem Jess. I tak bardzo ją kochają. Ciebie też. 

– A ty? 
– Zgadnij. 
Stuknęła go lekko w ramię. 
– Uważaj, tu mam siniaka – powiedział, krzywiąc się. 
– To nie zaczynaj. 
Uśmiechnął się. 
–  Przecież  wiesz,  że  cię  kocham.  Chodź,  to  ci  pokażę  jak 

bardzo. 

– Dwa dni temu miałeś wypadek. 
–  Ale  już  jest  znacznie  lepiej.  Zresztą  chcę  to  sprawdzić. 

Chodź tutaj. 

Wyciągnął  rękę  i  przytulił  Claire  do  siebie,  ale tylko ją  po-

całował. Nie miał na nic więcej siły, choć czuł się o niebo lepiej. 
Jeszcze dzień lub dwa, pomyślał. 

background image

134 

 

– Jess się zbudziła – szepnęła Claire. 
– Wiem. Słyszę, jak gaworzy. Przynieś ją tutaj. 
Claire  poszła  po  dziewczynkę.  Potem  wszyscy  leżeli  obok 

siebie. Patrick patrzył, jak Jess bawi się gumową zabawką, i nie 
mógł uwierzyć własnemu szczęściu. Odwrócił głowę i poszukał 
wzroku Claire. 

–  Powiedz,  czy  przyszłabyś  do  mnie,  gdyby  nie  ten  wypa-

dek? 

Skinęła głową. 
–  Tak.  Kiedy  się  uspokoiłam,  zrozumiałam,  że  nie  postąpi-

łam mądrze. Ale stawiam ci jeden warunek. 

– Jaki? 
Nagle przeszył go strach. 
–  Nie  wolno  ci  nigdy  wyciągać  pochopnie  wniosków.  Naj-

pierw musisz ze mną porozmawiać. No i musisz mi ufać. 

Skinął głową, czując, że ciężar spadł mu z serca. 
–  Przepraszam.  Obiecuję,  że  się  poprawię.  Nigdy  już  nie 

popełnię błędu. 

– Bardzo wątpię. W końcu jesteśmy tylko ludźmi. Ale zaw-

sze trzeba to wyjaśnić. 

Patrick uśmiechnął się. 
– Umowa stoi. Ale coś  mi  się zdaje, że musisz się teraz za-

jąć Jess. 

Claire ześlizgnęła się z łóżka i odrzuciła kołdrę. 
–  Wyglądasz  już  lepiej  –  powiedziała  z  uśmiechem.  Teraz 

twoja kolej. Wstawaj. 

Westchnął  i pokręcił głową, ale wstał. Wyprostował ostroż-

nie ramię i wziął Jess na ręce. 

– Chodź, skarbie, zmienimy pieluszkę. 
Jess złapała go za uszy  i pocałowała. Ten niezdarny, mokry 

pocałunek wypełnił  jego serce  miłością. Pomyśleć, że prawie  ją 
utracił – ją i Claire. 

background image

135 

 

Ależ  byłem głupcem, westchnął w duchu. To się więcej  nie 

powtórzy.  Przewinął  małą  w  asyście  Claire,  a  potem  zeszli  do 
kuchni.  Z  zewnątrz  dobiegał  odgłos  stukania  młotkiem  i  piło-
wania. Robotnicy pracowali pełną parą. Jego marzenie nabierało 
kształtów. 

Ale najważniejsze było to, że mógł zamieszkać tu z Claire i 

z Jess. To było prawdziwe szczęście i zrobi wszystko, by zostało 
tak na zawsze.