background image

 

19 

zainteresowania  mi dzynarodowej  opinii.  Małe  kraje  z  trzeciego,  czwartego  i 

dalszych  wiatów  maj   szanse  wzbudzi   ywsze  zainteresowanie  dopiero  wówczas, 

kiedy zdecyduj  si  na przelew krwi. Smutna to prawda, ale tak jest. 

javascript:close_window();

 

background image

 

18 

nawet,  e Salwador jest własno ci  czternastu rodzin. Tysi c latyfundystów posiada 

dokładnie  dziesi   razy  wi cej  ziemi,  ni   ma  jej  ł cznie  sto  tysi cy  chłopów.  Dwie 

trzecie ludno ci wiejskiej nie ma ziemi. Cz

 bezrolnej biedoty od lat emigrowała do 

Hondurasu,  gdzie  było  du o  ziemi  bezpa skiej.  Honduras  (  112  tys.  km  kw.)  jest 

blisko sze  razy wi kszy od Salwadoru, ale posiada o połow  mniej ludno ci (około 

2,5  miliona).  Była  to  emigracja  cicha,  nielegalna,  ale  latami  tolerowana  przez  rz d 

Hondurasu.  

Chłopi  z  Salwadoru  osiedlali  si   w  Hondurasie,  zakładali  wsie  i  wiedli  ywot 

nieco lepszy ni  w swoim kraju. Było ich 300 tysi cy.  

W  latach  60-tych  zacz ły  si   niepokoje  w ród  chłopstwa  Hondurasu,  które 

domagało  si   ziemi.  Rz d  uchwalił  dekret  o  reformie  rolnej.  Poniewa   był  to  rz d 

oligarchiczny  i  uzale niony  od  Stanów  Zjednoczonych,  dekret  nie  przewidywał  ani 

podziału  latyfundiów,  ani  podziału  ziem  nale cych  do  ameryka skiego  koncernu 

United Fruit, który na terenie Hondurasu posiada wielkie plantacje bananowe. Rz d 

chciał  obdzieli   chłopów  Hondurasu  ziemi ,  zajmowan   w  tym  pa stwie  przez 

chłopów  Salwadoru.  Oznaczało  to,  e  300  tysi cy  emigrantów  salwadorskich  ma 

wróci   do  swojego  kraju,  w  którym  nie  mieli  nic.  Oligarchiczny  rz d  Salwadoru 

sprzeciwił si  przyj ciu tych ludzi, obawiaj c si  chłopskiej rewolucji.  

Rz d  Hondurasu  nalegał,  rz d  Salwadoru  odmawiał.  Stosunki  mi dzy  obu 

krajami  były  napi te.  Po  obu  stronach  granicy  gazety  prowadziły  kampani  

nienawi ci,  oszczerstw  i  wyzwisk.  Wyzywali  si   od  hitlerowców,  karłów,  pijaków, 

sadystów, paj ków, agresorów, złodziei itd. Robili pogromy i palili sklepy.  

W  tych  okoliczno ciach  doszło  do  spotka   piłkarskich  mi dzy  reprezentantami 

Hondurasu  i  Salwadoru.  Decyduj cy  mecz  odbył  si   na  neutralnym  terenie,  w 

Meksyku  (wygrał  Salwador  3:2).  Kibiców  Hondurasu  posadzono  po  jednej  stronie 

stadionu, kibiców Salwadoru - po drugiej, a po rodku usiadło pi  tysi cy policjantów 

meksyka skich uzbrojonych w t gie pały.  

Piłka  no na  pomogła  zaogni   jeszcze  bardziej  nastroje  szowinizmu  i  histerii 

hurrapatriotycznej,  tak  potrzebne  do  rozp tania  wojny  i  wzmocnienia  władzy 

oligarchii 

obu 

krajach. 

Pierwszy zaatakował Salwador, który miał znacznie silniejsz  armi  i liczył na łatwe 

zwyci stwo.  

Wojna  zako czyła  si   impasem.  Granica  pozostała  ta  sama.  Jest  to  granica 

wytyczona  na  oko  w  buszu,  w  górzystym  terenie,  do  którego  obie  strony  zgłaszaj  

pretensje.  

Cz

 emigrantów wróciła do Salwadoru, cz

 nadal  yje w Hondurasie.  

Oba  rz dy  były  zadowolone  z  wojny,  poniewa   przez  kilka  dni  Honduras  i 

Salwador  zajmowały  czołowe  miejsca  w  prasie  wiatowej  i  były  obiektem 

background image

 

17 

siedział w opuszczonej chałupie i słuchał radia.  Spiker czytał kolejne komunikaty z 

frontu. Nast pnie usłyszeli my wiadomo ,  e szereg pa stw na obu półkulach chce 

rozpocz  mediacje, aby poło y  kres wojnie mi dzy Hondurasem i Salwadorem. W 

sprawie  wojny  zabrały  ju   głos  kraje  Ameryki  Łaci skiej,  szereg  krajów  Europy  i 

Azji. Oczekuje si ,  e w ka dej chwili zajmie stanowisko Afryka. Spodziewany jest 

równie  komunikat o stanowisku Australii i Oceanii. Zwraca uwag  milczenie Chin i 

z  drugiej  strony  -  Kanady.  Milczenie  Kanady  tłumaczy  si   tym,  e  na  froncie 

przebywa  kanadyjski  korespondent  -  Charles  Meadows  i  Ottawa  nie  chciałaby  mu 

swoim o wiadczeniem komplikowa  sytuacji i utrudnia  wykonanie niebezpiecznego 

zadania.  

Nast pnie spiker przeczytał wiadomo ,  e z przyl dka Kennedy'ego wystrzelono 

rakiet   Apollo-11.  Trzej  astronauci,  Armstrong,  Aldrin  i  Collins,  lec   na  Ksi yc. 

Człowiek  przybli a  si   do  gwiazd,  otwiera  nowe  wiaty,  szybuje  w  bezkresach 

galaktyki.  Ze  wszystkich  zak tków  ziemi  napływaj   do  Huston  gratulacje  - 

informował spiker-cała ludzko  cieszy si  z triumfu racjonalnej i precyzyjnej my li.  

Mój  olnierz,  zmordowany  trudami  dnia,  drzemał  w  k cie  izby.  O  wicie 

zbudziłem  go  i  powiedziałem,  e  jedziemy.  Nieprzytomny  ze  snu  i  wyczerpania 

kierowca  batalionowy  odwiózi  nas  jeepem  do  Tegucigalpy.  eby  nie  traci   czasu, 

pojechali my  prosto  na  poczt .  Tam,  na  po yczonej  maszynie,  napisalem  depesz , 

któr   pó niej  wydrukowały  nasze  gazety.  Jose  Malaga  pu cił  mi  t   depesz   poza 

kolejno ci  i bez cenzury wojskowej (zreszt  była napisana po polsku).  

Z  frontu  wracali  moi  koledzy.  Ka dy  osobno,  bo  wszyscy  pogubili  si   na  tym 

zakr cie,  gdzie  wjechali my  w  ogie   artyleryjski.  Enrique  Amado  z  Radio  Mundo 

wpadł  na  patrol  salwadorski,  trzech  ludzi  z  Guardia  Rural.  Jest  to  prywatna 

andarmeria utrzymywana przez wielkich latyfundystów Salwadoru, a rekrutowana z 

elementu  przest pczego.  Bardzo  niebezpieczne  typy.  Kazali  mu  ustawi   si   do 

rozstrzelania.  Enrique  grał  na  zwłok ,  długo  modlił  si ,  potem  prosił,  eby  mu 

pozwolili załatwi  potrzeb . Tamci najwidoczniej lubowali si  widokiem człowieka w 

strachu. W ko cu jeszcze raz kazali mu stan  do rozstrzelania, ale wtedy z krzaków 

sypn ia seria, jeden z patrolu zwalił si  na ziemi , a dwóch innych wzi li do niewoli.  

Wojna futbolowa trwała sto godzin. Jej ofiary: sze  tysi cy zabitych, kilkana cie 

tysi cy  rannych.  Około  pi dziesi ciu  tysi cy  ludzi  straciło  domy  i  ziemi . 

Zniszczono wiele wiosek.  

W wyniku interwencji pa stw Ameryki Łaci skiej oba kraje zaprzestaly działa  

wojennych,  ale  do  dzisiaj  na  granicy  Hondurasu  i  Salwadoru  wybuchaj   zbrojne 

utarczki, gin  ludzie i płon  wsie.  

Prawdziwa  przyczyna  tej  wojny  była  nast puj ca:  Salwador  -  najmniejszy  kraj 

Ameryki 

rodkowej,  ma  najwi ksz   g sto   zaludnienia  na  kontynencie 

ameryka skim (ponad 160 osób na km kw.). Jest ciasno, tym bardziej  e wi kszo  

ziemi  znajduje  si   w  r kach  czternastu  wielkich  klanów  obszarniczych.  Mówi  si  

background image

 

16 

głow   rozst piły  si   chmury,  z  nieba  zleciała  manna.  On  swoj   wojn   ju   wygrał, 

wróci do wioski, zwali na podłog  worek butów, dzieci zata cz  z rado ci.  

ołnierz  przytaskał  swoj   zdobycz  i  ukrył  j   w  krzakach.  Wytarł  zalan   potem 

twarz, rozejrzał si  po okolicy,  eby zapami ta  miejsce. Ruszyli my w gł b. Padał 

drobny  deszcz,  na  polankach  le ała  mgła.  Szli my  bez  wyra nego  kierunku,  byle 

trzyma   si   jak  najdalej  wrzawy  wojennej.  Gdzie ,  niedaleko  st d,  musiała  by  

Gwatemala. A dalej - Meksyk. A jeszcze dalej - Stany Zjednoczone. Ale dla nas w tej 

chwili  wszystkie  te  kraje  le ały  na  innej  planecie.  Mieszka cy  tamtej  planety  mieli 

własne  ycie i my leli o zupełnie innych sprawach. Mo e nie wiedzieli,  e mamy tu 

wojn .  adnej wojny nie mo na przekaza  na odległo . Człowiek siedzi, je obiad i 

patrzy w telewizor: na ekranie słupy ziemi wylatuj  w gór  ci cie - najazd g sienicy 

czołgowej - ci cie -  ołnierze padaj  i wij  si  z bólu, a człowiek krzywi si  i klnie 

w ciekły,  e zagapił si  i przesolił zup . Wojna jest widowiskiem, je eli jest widziana 

na odległo  i fachowo obrobiona na stole monta owym. W rzeczywisto ci  ołnierz 

nie widzi dalej swojego nosa, ma oczy zasypane piachem albo zalane potem, strzela 

na o lep i trzyma si  ziemi jak kret. Przede wszystkim boi si .  

ołnierz  frontowy  mało  mówi,  zapytany  -  cz sto  nie  odpowiada,  wzruszenie 

ramion mo e by  cał  jego odpowiedzi .  Z reguły  chodzi głodny i niewyspany, nie 

wie,  jaki  b dzie  nast pny  rozkaz  i  co  stanie  si   za  godzin .  Wojna  stwarza  okazj  

ci głego  obcowania  ze  mierci .  To  do wiadczenie  gł boko  zapada  w  pami ci. 

Pó niej,  w  starszych  latach,  człowiek  coraz  cz ciej  si ga  do  prze y   wojennych, 

jakby  w  miar   upływu  czasu  przybywało  mu  wspomnie   z  frontu,  jakby  całe  ycie 

sp dził w okopie.  

Skradaj c  si   przez  las  spytałem  ołnierza,  dlaczego  bij   si   z  Salwadorem. 

Odpowiedział,  e nie wie,  e to s  sprawy rz dowe. Spytałem go, jak mo e walczy , 

nie  wiedz c,  w  imi   jakiej  sprawy  przelewa  krew.  Odpowiedział,  e  yj c  na  wsi 

lepiej nie zadawa  pyta , bo człowiek pytaj cy wzbudza podejrzliwo  sołtysa. Sołtys 

wyznaczy  go  pó niej  do  robót  publicznych.  Pracuj c  tam,  chłop  musi  zaniedba  

gospodark   i  rodzin ,  czeka  go  jeszcze  wi kszy  głód.  A  przecie   wystarczy  ju   tej 

zwyczajnej  biedy,  która  i  tak  jest.  Trzeba  tak  y ,  eby  nazwisko  człowieka  nie 

obijało si  władzy o uszy. Władza, je li usłyszy jakie  nazwisko, zaraz je zapisuje i 

taki rozpoznany człowiek ma potem du o kłopotów. Sprawy rz dowe nie s  na rozum 

chłopa ze wsi, bo rz dowi maj   wiadomo , a chłopu nikt  wiadomo ci nie da.  

O zmierzchu, id c przez las i coraz bardziej prostuj c grzbiet, bo robiło si  ciszej, 

dotarli my do małej, zlepionej z gliny i słomy wioski - Santa Teresa. Kwaterował tu 

batalion piechoty, zdziesi tkowany w czasie całodziennych walk.  ołnierze wał sali 

si  mi dzy chałupami, wyczerpani i oszołomieni prze yciem frontowym. Ci gle si pił 

deszcz,  wszyscy  byli  brudni,  umazani  glin .  Ludzie  z  posterunku,  których 

napotkali my  na  skraju  wioski,  zaprowadzili  nas  do  dowódcy  batalionu.  Pokazałem 

mu pismo dowódcy armii, poprosiłem o przewiezienie do Tegucigalpy. Poczciwy ten 

człowiek  dał  mi  samochód,  ale  kazał  czeka   do  rana,  bo  tutaj  drogi  s   rozmokłe  i 

górskie, id  kraw dziami przepa ci i noc  bez  wiateł nie da si  przejecha . Dowódca 

background image

 

15 

w  którym  le eli my  przywarci  do  ziemi,  wida   było  grube,  łobione  w  gumie 

podeszwy  pełzaj cej  kompanii,  podeszwy,  które  sun ły  w  trawie,  nieruchomiały, 

potem sun ły dalej, raz-dwa, raz-dwa, kilka metrów do przodu i znowu stop.  ołnierz 

tr cił mnie:  

- Senor, mire cuantos zapatos! (Niech pan zobaczy, ile butów!).  

Wpatrywał si  dalej w buty czołgaj cej si  kompanii, zmru ył oczy, co  wa ył w 

my lach i wreszcie powiedział bez nadziei w głosie:  

Toda mi familia anda descalzada. (Cała moja rodzina chodzi bez butów).  

Zacz li my czołga  si  przez las.  

Strzelanina na chwil  przycichła i  ołnierz zatrzymał si , zm czony. Zdyszanym 

głosem powiedział,  ebym zaczekał, a on wróci do tego miejsca, gdzie biła si  jego 

kompania.  ywi na pewno poszli naprzód, mówił, bo mieli rozkaz  ciga  wroga do 

samej granicy; na polu walki zostali zabici, a im przecie  buty zbyteczne. On pójdzie, 

rozzuje kilku poległych, schowa buty w krzaku i oznaczy miejsce. Kiedy sko czy si  

wojna i puszcz  go do domu, wróci tu i obuje swoj  rodzin . Obliczył ju ,  e jedn  

par   wojskowych  mo na  wymieni   na  trzy  dziecinnych,  a  miał  w  chałupie 

dziewi cioro drobiazgu.  

Przemkn ła mi my l,  e zwariował, i nawet powiedziałem,  e bior  go pod swoje 

rozkazy i  e musimy czołga  si  dalej. Ale  ołnierz nie chciał słucha . Był op tany 

my l   o  butach,  rwał  si   na  pierwsz   lini   po  zdobycz,  po  rozrzucony  w  trawie 

maj tek,  eby zebra  go w por , nim zakopi  do ziemi. Teraz wojna nabrała dla niego 

sensu, tre ci i celu. Teraz wiedział, czego chce i co ma robi . Byłem pewien,  e je eli 

pójdzie zgubimy si  i nigdy go nie spotkam. Za nic nie chciałem zosta  sam w tym 

lesie, bo nie wiedziałem, w czyich jest r kach, gdzie która armia ma swoje pozycje i 

w jakim kierunku i  najlepiej. Nic gorszego, ni  znale  si  samemu w obcym kraju, 

na  obcej  wojnie.  Wi c  poczołgałem  si   za  ołnierzem  w  stron   pola  walki. 

Dopełzn li my do miejsca, gdzie las zrzedniał i przez pnie i krzaki wida  było  wie e 

pobojowisko. Front rozsun ł si  teraz na boki, pociski p kały za gór , która wzniosła 

si   na  lewo  od  nas,  a  gdzie   na  prawo,  jakby  pod  ziemi ,  ale  musiało  to  by   w 

w wozie,  dudniła  bro   maszynowa.  Przed  nami  sterczał  porzucony  mo dzierz,  a  w 

trawie le eli zabici  ołnierze.  

Temu,  który  był  ze  mn ,  powiedziałem,  e  dalej  nie  pójd .  Niech  robi,  co  ma 

robi ,  tylko  tak,  eby  si   nie  zgubił,  i  niech  szybko  wraca.  Zostawił  mi  karabin  i 

skoczył susami do przodu. Nie patrzyłem za nim, my lałem tylko o tym,  e kto  nas tu 

zaraz  nakryje,  e  kto   nagle  wyjdzie  zza  krzaków  albo  rzuci  granatem.  Było  mi 

niedobrze,  le ałem  z  głow m  mokrej  ziemi,  ziemia  pachniała  zgnilizn   i  dymem. 

eby  tylko  nie  dosta   si   w  okr enie,  my lałem,  eby  udało  si   podczołga   bli ej 

spokojnego  wiata.  Ten  mój  ołnierz,  my lałem,  on  teraz  zadowolony.  Nad  jego 

background image

 

14 

Nie  był  to  moment,  eby  im  si   przygl da ,  ale  sam  widok  spokojnie 

maszeruj cych  mrówek,  widok  innego  wiata,  innej  rzeczywisto ci,  wrócił  mi 

wiadomo . Przyszło mi do głowy,  e je eli uda mi si  na tyle opanowa  strach, aby 

na  chwil   zatka   uszy  i  patrze   tylko  na  w druj ce  owady,  zaczn   my le   z  jakim 

takim sensem. Le ałem mi dzy g stymi krzakami, z całej siły zatkałem uszy palcami i 

z nosem przy ziemi przygl dałem si  mrówkom.  

Ile  to  trwało,  nie  wiem,  ale  kiedy  podniosłem  głow ,  zobaczyłem  przed  sob  

twarz  ołnierza.  

Zdr twiałem.  Najbardziej  bałem  si   wpa   w  r ce  Salwadorczyków,  bo  wtedy 

czekała mnie  mier  niechybna. Było to wojsko okrutne, za lepione, w szale wojny 

rozstrzeliwali ka dego, kto wpadł im w r ce. W ka dym razie, karmiony propagand  

Hondurasu,  takie  miałem  przekonanie.  Amerykanina,  Anglika  mo e  by  uszanowali, 

cho   te   niekoniecznie.  Poprzedniego  dnia  widzieli my  w  Nacaome  misjonarza 

ameryka skiego zmasakrowanego przez Salwadorczyków.  

ołnierz te  był zaskoczony. Czołgaj c si  przez busz, zobaczył mnie w ostatniej 

chwili. Poprawił hełm ozdobiony traw  i li mi. Miał zbru d on , ciemn , wychudł  

twarz. W r ku  ciskał starego mauzera.  

Ty 

kto 

jeste ? 

spytał. 

ty 

jakiej 

armii? 

- Honduras - odpowiedział, bo widział ju  po mnie,  e musz  by  obcy, ani ich, ani 

tamtych. 

- Honduras! Bracie drogi! - ucieszyłem si  i wyci gn łem z kieszeni papier. Było to 

pismo  dowódcy  armii  Hondurasu,  pułkownika  Ramireza  Ortegi,  do  oddziałów 

frontowych, zezwalaj ce na przebywanie na terenie działa  wojennych. Pismo takie 

otrzymał ka dy z nas w Tegucigalpie, przed wyjazdem na front.  

Powiedziałem  ołnierzowi,  e  musz   dosta   si   do  Santa  Rosa,  a  potem  do 

Tegucigalpy,  eby nada  depesz  do Warszawy.  ołnierz ucieszył si , bo skalkulował 

dobrze,  e maj c rozkaz dowódcy armii (pismo rozkazywało wszystkim podwładnym 

udziela  mi pomocy), mo e wycofa  si  ze mn  na tyły.  

- Pójdziemy razem, senior - powiedział  ołnierz - senior powie,  e kazał mi i .  

Był  to  rekrut,  chłop-biedak,  tydzie   temu  powołany  pod  bro ,  wojska  nie  znał, 

wojna mało go obchodziła, kombinował, jak prze y .  

Wokół nas trzaskały pociski, daleko, daleko słycha  było krzyki, strzelały działka, 

w  powietrzu  unosił  si   zapach  prochu  i  dymu.  Z  tyłu  i  z  boku  biły  karabiny 

maszynowe.  

Jego kompania  czołgała  si  do przodu, mi dzy  krzakami, pod t   gór ,  gdzie na 

zakr cie wpadli my we wrzaw  wojenn  i gdzie została nasza ci arówka. Z miejsca, 

background image

 

13 

-  To  nasz  czy  ich?  -  spytał 

ołnierz  siedz cy  przy  noszach. 

- Nie wiadomo - odparł po chwili milczenia sanitariusz. - On matki swojej powiedział 

jeden 

ze 

stoj cych 

obok 

ołnierzy. 

- On Boga teraz - dorzucił po chwili inny. Zdj ł czapk , zawiesił j  na lufie karabinu.  

Ranny dygotał, pod l ni c ,  niad  skór  pulsowały mi nie.  

-  ycie  jakie  silne  -  odezwał  si   ze  zdumieniem  ołnierz  oparty  na  karabinie.  - 

Ci gle jest. Ci gle jest.  

Inni przygl dali si  rannemu w skupieniu, panowała cisza. Tamten oddychał ju  

coraz wolniej, głowa odchylała si  do tyłu.  ołnierze siedzieli albo cisn li si  skuleni, 

jakby  dogasło  ognisko  i  wion ło  chłodem.  W  ko cu,  ale  to  jeszcze  trwało  dług  

chwil , kto  odezwał si :  

- Nie ma człowieka. Wszystko z niego poszło.  

Stali  jeszcze  jaki   czas,  z  l kiem  przygl daj c  si   martwemu,  a  potem 

stwierdziwszy,  e ju  nic tu wi cej nie b dzie si  działo, zacz li si  rozchodzi .  

Pojechali my dalej. Droga okr ała zalesion  gór , min li my pust  wiosk  San 

Francisco,  zacz ły  si   zakr ty  i  zakr ty,  nagle  za  jednym  zakr tem  wjechali my  w 

zam t wojenny.  ołnierze biegli i strzelali, w górze furkotały pociski, po obu stronach 

drogi długimi seriami zanosiły si  cekaemy. Szofer gwałtownie zahamował i w tym 

momencie  na  drodze  przed  nami  rozerwał  si   pocisk.  Za  sekund   gwizd  i  znowu 

wybuch, znowu wybuch. Chryste Panie, pomy lałem, koniec. Z ci arówki jakby nas 

zmiotło  skrzydło  tajfunu.  Wszyscy  pryskali,  jeden  przez  drugiego,  byle  pr dzej 

dopa  ziemi, sturla  si  w rów, znikn . K tem oka, w biegu, zobaczyłem grubego 

operatora  telewizji  francuskiej,  jak  w  szoku miotał  si   po  drodze,  szukaj c  kamery. 

Kto   krzykn ł  -  padnij  !  -  i  dopiero  ten  głos,  nie  eksplozja  granatów,  nie  siekanina 

karabinów  maszynowych,  podziałał  na  niego  -  operator  zwalił  si   na  drog   jak 

martwy.  

Gnałem przed siebie, kieruj c si  w t  stron , gdzie zdawało mi si ,  e jest ciszej, 

rwałem przez krzaki, w dół, w dół, byle dalej od tego zakr tu, gdzie nas to dopadło, 

stok, naga ziemia, ły wowałem po  liskiej glinie, a potem w busz, w busz gł boko, ale 

nie biegłem długo, bo przede mn  nagle zupełnie blisko wybuchła strzelanina, kule 

zawyły,  zatrzepotały  w  gał ziach,  run ł  ogie   broni  maszynowej.  Padłem  i 

przywarłem do ziemi.  

Kiedy oprzytomniałem i otworzyłem oczy, zobaczyłem skrawek ziemi i id ce po 

tej ziemi mrówki.  

Szły swoimi  cie ynkami, jedna za drug , w ró ne strony.  

background image

 

12 

Chłop zwlókł si  z trawy i poku tykał do samochodu. Nie powiedział słowa, nie 

pisn ł.  

- Wła  na gór  - zakomenderował  ołnierz.  

Rzucili my si ,  eby chłopu pomóc, ale ten z eskorty odtr cił nas karabinem. To 

był ju   ołnierz zły, frontowy, z poruszonymi nerwami. Chłop chwycił si  r koma za 

wysok   burt   i  wdrapał  si   na  gór .  Jego  ciało  łomotn ło  o  podłog .  My lałem,  e 

skonał. Ale po chwili wychyliła si  twarz, szara,  ci gni ta, naiwna, wyczekuj ca z 

pokor  na nast pny akt przeznaczenia.  

- Dajcie zapali  - zwrócił si  do nas cichym, zachrypłym głosem.  

Wrzucili my mu do ci arówki wszystkie papierosy, jakie kto miał. Wóz ruszył, a 

on  roze miał  si   uradowany  tak   ilo ci   papierosów,  e  mógłby  ni   obdzieli   cał  

wie .  

Teraz  sanitariusze  dawali  kroplówk   ołnierzowi,  który  konał.  Przygl dało  si  

temu wielu ciekawych. Jedni usiedli wkoło noszy, na których ranny umierał, inni stali 

oparci o karabiny. Miał mo e dwadzie cia lat. Trafiło go jedena cie kul. Gdyby tych 

jedena cie kul ugodziło w starego i w tłego człowieka, raniony dawno by nie  ył. Ale 

kule  wtargn ły  w  ciało  młode,  silne,  mocno  zbudowane  i  mier   natrafiła  na  opór. 

Ranny  le ał  nieprzytomny,  ju   po  drugiej  stronie  istnienia,  ale  jaka   cz stka  ycia 

toczyła w nim ostatni, rozpaczliwy bój.  ołnierz był nagi do pasa i wszyscy widzieli, 

jak  pr

  si   jego  muskuły  i  jak  po  niadej  skórze  cieka  pot.  Po  tych  napi tych 

mi niach i po strugach potu wszyscy mogli oceni , jak ci ka jest walka, któr  toczy 

ycie ze  mierci . Wszyscy byli ciekawi tej walki, poniewa  chcieli wiedzie , ile jest 

siły w  yciu i ile jest siły w  mierci. Ka dy chciał wiedzie , jak długo  ycie potrafi si  

zmaga  ze  mierci  i czy młode  ycie, które jeszcze jest i nie chce si  podda , zdoła 

przetrzyma   mier .  

- Mo e wy y ? - spytał jeden z  ołnierzy.  

-  Nie  mo e  -  stwierdził  sanitariusz,  trzymaj c  wysoko  nad  rannym  butelk  

glukozy.  

Zapanowało  ponure  milczenie.  Ranny  oddychał  gwałtownie,  jak  po  długim  i 

ci kim biegu.  

- Nikt go nie znał? - spytał po chwili który   ołnierz. Serce rannego pracowało z 

wyt on  sił , słycha  było jego gor czkowe łomotanie.  

- Nikt - odpowiedział inny  ołnierz.  

Drog  wspinały si  ci arówki, wyły silniki. Pod lasem czterej  ołnierze kopali 

dół.  

background image

 

11 

Santa  Rosa  de  Copan,  San  Pedro  Sula,  do  Puerto  Cortes.  Czołówki  pancerne 

Salwadoru weszły ju  gł boko w terytorium Hondurasu. Szły z rozkazem  

wyj  na Atlantyk, wyj  na Europ , wyj  na  wiat!  

Ich 

radio 

powtarzało: 

TROCH  KRZYKU I HAŁASU I NIE B DZIE HONDURASU  

Słaby, biedniejszy Honduras bronił si  za arcie. Przez otwarte okna koszar wida  

było, jak wy si oficerowie odprawiaj  oddziały na front. Młode, poborowe roczniki 

stały w rozlu nionych szeregach. Byli to drobni, smagli chłopcy, wszyscy Indianie o 

twarzach  napi tych,  wystraszonych,  ale  i  zaciekłych.  Oficerowie  co   mówili, 

pokazywali  r k   daleki  horyzont.  Potem  chodził  ksi dz  i  rosił  kropidłem  plutony 

odchodz ce na  mier .  

W południe pojechali my  odkryt  ci arówk  na front. Czterdzie ci kilometrów 

min ło  spokojnie.  Wje d ali my  w  coraz  wy szy  i  wy szy  kraj,  w  zielone  góry 

pokryte  g stym,  tropikalnym  buszem.  Na  stokach  gór  gliniane,  puste  chałupy, 

niektóre spalone. Gdzie  min li my wie  cał  w druj c  z tobołkami skrajem drogi. 

W  jednym  miejscu  stała  gromada  chłopów  w  białych  koszulach  i  sombrerach, 

wymachuj ca  do  nas  maczetami  i  strzelbami.  Pó niej  daleko,  daleko  odezwały  si  

działa.  

Nagle  na  drodze  zrobił  si   ruch.  Doje d ali my  do  miejsca,  gdzie  na  polan  

wci t   trójk tem  w  las  zwo ono  rannych.  Jedni  le eli  na  noszach,  inni  wprost  na 

trawie.  Kr ciło  si   tu  kilku  ołnierzy  i  dwóch  sanitariuszy,  nie  było  lekarza.  Obok 

czterech  ołnierzy  kopało  dół.  Ranni  le eli  spokojnie,  cierpliwie,  najbardziej 

zdumiewaj ca  była  ta  cierpliwo ,  niepoj ta  nadludzka  wytrzymało   na  ból,  tak 

charakterystyczna dla Indian. Nikt tu nie krzyczał, nikt nie wzywał ratunku.  

ołnierze roznosili im wod , do  prymitywni sanitariusze opatrywali, jak umieli. 

To, co zobaczyłem, nie mie ciło mi si  w głowie. Jeden z sanitariuszy, z lancetem w 

r ku, szedł od rannego do rannego i wydłubywał z nich kule, tak jak wydłubuje si  

pestki z jabłka. Drugi zalewał ran  jodyn  i kładł na niej tampon.  

W  pewnym  momencie  ołnierze  przywie li  ci arówk   rannego  chłopa. 

Salwadorczyka. Kula ugrz zła mu w kolanie. Kazali mu poło y  si  na trawie. Chłop 

był bosy, blady, schlapany krwi . Sanitariusz szperał lancetem w kolanie, szukał kuli. 

Chłop j kn ł.  

- Cicho, biedaku - powiedział sanitariusz - bo mi przeszkadzasz.  

Pomógł  sobie  palcami  i  wyci gn ł  pocisk.  Polał  ran   jodyn   i  owin ł  byle  jak 

banda em.  

- Wstawaj i jazda do ci arówki - powiedział  ołnierz z eskorty.  

background image

 

10 

prezydenta i poprosz , aby wydał rozkaz odwiezienia nas na pełny, otwarty front, w 

piekło ognia, na ziemi  zroszon  krwi .  

Rano przysłali samolot,  eby przewiózł nas na drugi kraniec frontu, gdzie toczył 

si   ci ki  bój.  Nocny  deszcz  przemienił  pas  startowy  polnego  lotniska  Nacaome  w 

rdzawe  grz zawisko.  Stary,  zdezelowany  DC-3,  czarny  od  sadzy  spalinowej, 

wystawał  z  wody  jak  hydroplan.  Samolot  ten,  ostrzelany  poprzedniego  dnia  przez 

my liwce  Salwadoru,  miał  dziury  w  burcie,  połatane  nie  heblowanymi  deskami. 

Widok zwykłych prostych desek przeraził tych,  którzy mówili,  e choruj  na serce. 

Zostali na miejscu, potem wrócili do Tegucigalpy.  

Ale  my my  polecieli  na  drugi  skraj  frontu  do  Santa  Rosa  de  Copan.  Samolot 

wyrzucał na rozbiegu tyle ognia i dymu, co rakieta startuj ca na ksi yc. W powietrzu 

skrzypiał, trzeszczał, zataczaj c si  jak pijak miotany jesiennym wichrem. To walił si  

strace czo  w  dół,  to  zrywał  si   desperacko  w  gór .  Nigdy  w  normie,  nigdy  w  linii 

prostej.  Wewn trz  samolotu,  który  słu ył  celom  transportowym,  nie  było  ławek  ani 

foteli. Trzymali my si  kurczowo metalowej por czy, bo rzucało od  ciany do  ciany. 

Wiatr, który wpadał przez szerokie szpary, urywał głowy. Tylko dwaj piloci, młodzi 

beztroscy  chłopcy,  u miechali  si   do  nas  przez  lusterka  wsteczne,  jakby  wymy lili 

doskonał zabaw .  

- Najwa niejsze - krzyczał do mnie przez huk silników i szum wichury Antonio 

Rodriguez 

EFE 

-  eby szły motory.  eby szły motory, matko moja!  

W Santa Rosa de Copan (mała, senna mie cina, teraz pełna wojska) ci arówka 

zawiozła  nas  przez  zabłocone  uliczki  do  koszar.  Koszary  mie ciły  si   w  starej 

twierdzy  hiszpa skiej,  otoczonej  szarym,  sp czniałym  od  wilgoci  murem.  Kiedy 

weszli my do wewn trz, na dziedzi cu przesłuchiwali trzech rannych je ców.  

- Mówi  - ryczał do nich oficer  ledczy - wszystko mówi !  

Je cy  bełkotali  -  słabi  z  upływu  krwi.  Stali  rozebrani  do  pasa,  jeden  z  ran   w 

brzuchu, drugi z ran  w ramieniu, trzeci z rozerwan  odłamkiem r k . Ten z ran  w 

brzuchu nie wytrzymał długo, st kał, zrobił obrót jak w ta cu, upadł na ziemi . Dwaj 

pozostali zamilkli, patrzyli na le cego koleg  ot piałym,  ni tym wzrokiem.  

Jaki  oficer zaprowadził nas do komendanta garnizonu. Blady, zm czony kapitan 

nie  wiedział,  co  z  nami  robi .  Kazał  rozda   nam  wojskowe  koszule.  Kazał 

ordynansowi  przynie   kawy.  Komendant  bał  si ,  e  w  ka dej  chwili  mog   nadci  

gn   jednostki  salwadorskie.  Santa  Rosa  le ała  na  głównym  kierunku  uderzenia 

przeciwnika,  tj.  przy  drodze  ł cz cej  Atlantyk  z  Pacyfikiem.  Salwador,  le cy  nad 

Pacyfikiem,  miał  ambicj   podbi   Honduras,  le cy  nad  Atlantykiem.  W  ten  sposób 

mały  Salwador  stałby  si   nagle  mocarstwem  dwóch  oceanów.  Najkrótsza  droga  do 

Atlantyku prowadziła z Salwadoru wła nie t dy, gdzie byli my - przez Ocotepeque, 

background image

 

oficera,  który  przekrzykuj c  kanonad   dział,  rozmawia  z  wy szym  dowódc   przez 

japo ski radiotelefon.  

Wielu innych te  postanowiło i  naprzód. Działa tu silny  bodziec konkurencji. 

Skoro  poszła  ameryka ska  telewizja,  musiały  pój   równie   ameryka skie  agencje 

prasowe. Skoro poszły ameryka skie, musiał i  Reuter i AFP. Skoro poszedł reporter 

z NBC, musiał pój  reporter z BBC. Poniesiony  ambicj  patriotyczn ,  jako jedyny 

Polak  w  towarzystwie,  postanowiłem  doł czy   do  grupy,  która  zdecydowała  si   na 

desperacki  marsz.  Pod  drzewem  zostali  ci,  którzy  powiedzieli,  e  maj   chore  serce 

albo  e b d  pisa  tylko ogólne komentarze i  e szczegóły ich nie interesuj .  

Ruszyło  nas  mo e  dwudziestu,  pust   asfaltow   szos   o wietlon   intensywnym 

sło cem. Ryzyko, a nawet szale stwo tego marszu polegało na tym,  e szosa biegła 

wysokim  nasypem  i  byli my  doskonale  widoczni  dla  obu  armii  ukrytych  w  buszu, 

który  zaczynał  si   około  stu  metrów  od  nas.  Wystarczyła  mocna  seria  cekaemu 

posłana w nasz  stron .  

Z pocz tku wszystko szło dobrze. Słyszeli my intensywn  strzelanin  i wybuchy 

pocisków  artyleryjskich,  ale  gdzie   daleko,  jakie   dwa  kilometry  st d.  Dla  dodania 

ducha wszyscy rozmawiali (nerwowo i troch  bez sensu). Kto  opowiadał dowcipy. 

Chodziło  o  to,  eby  stworzy   wra enie,  e  grupa  zachowuje  si   normalnie,  ot,  po 

prostu  idziemy  i  ju .  Ale  gdzie   po  przej ciu  kilometra  zacz ł  nas  dziesi tkowa  

strach.  Jest  to  naprawd   bardzo  nieprzyjemne  uczucie  i   ze  wiadomo ci ,  e  w 

ka dej chwili mo na zarobi  kul . Nogi s  wtedy ołowiane, pot wyst puje na czoło. 

Nikt jednak nie przyznał si  otwarcie do strachu. Najpierw kto  zaproponował,  eby 

po  prostu  odpocz .  No,  posiedzimy,  odsapniemy.  Potem,  po  wznowieniu  marszu, 

dwóch  zacz ło  zostawa   w  tyle,  e  to  niby  tak  si   zagadali.  Potem  kto   zobaczył 

szczególnie  ciekaw   grup   drzew,  której  chciał  dłu ej  si   przyjrze .  Potem  dwaj 

o wiadczyli,  e musz  wróci , bo zostawili filtry do kamer. Znowu odpoczywali my i 

coraz dłu sze były te odpoczynki.  

Zostało nas dziesi ciu.  

Tymczasem  wokół  nas  nie  działo  si   nic.  Szli my  pust   szos   w  stron  

Salwadoru,  było  cudowne  powietrze,  zachodziło  sło ce.  Wła ciwie  sło ce  pomogło 

nam wybrn  z sytuacji. Bo nagle operatorzy telewizyjni powyci gali  wiatłomierze i 

stwierdzili,  e  jest  ju   za  ciemno  na  zdj cia.  Nic  nie  da  si   ju   zrobi ,  ani  planów 

ogólnych, ani zbli e , ani ruchu,  ani bezruchu.  A jeszcze do pierwszej linii daleko. 

Nim dojdziemy, b dzie noc.  

Cała grupa ruszyła w drog  powrotn . Pod drzewem, obok dwóch strzelaj cych 

działek, czekali na nas ci, którzy byli chorzy na serce, ci, którzy mieli pisa  ogólne 

komentarze,  i  ci,  co  zawrócili  wcze niej,  bo  zagadali  si   albo  zapomnieli  filtrów. 

Spocony,  zaro ni ty  major  (nazywał  si   Policarpo  Paz)  zorganizował  ci arówk  

wojskow , która odwiozła nas na nocleg na tyły frontu, do miasteczka Nacaome. Tam 

zrobili my  narad ,  na  której  zapadła  decyzja,  e  Amerykanie  zadzwoni   zaraz  do 

background image

 

poszli my  do  pałacu  prezydenta.  Był  to  brzydki,  secesyjny  budynek  w  samym 

ródmie ciu,  pomalowany  na  jaskrawoniebieski  kolor.  Teraz  wokół  pałacu 

rozmieszczone były gniazda karabinów maszynowych, ukryte za workami piasku. Na 

dziedzi cu  stały  działka  przeciwlotnicze.  Kr cił  si   tu  tłum  wojska.  Wewn trz,  w 

korytarzach, spali  ołnierze i walało si  pełno broni. Panował ogólny bałagan.  

Ka da wojna to straszny bałagan i wielkie marnotrawstwo  ycia i rzeczy. Ludzie 

prowadz wojny  od  tysi cy  lat,  a  jednak  za  ka dym  razem  wygl da  to  tak,  jakby 

zaczynali  wszystko  od  pocz tku,  jakby  toczyli  pierwsz m  wiecie  wojn . 

Zjawił  si   jaki   kapitan,  który  powiedział,  e  jest  rzecznikiem  prasowym  armii. 

Zapytany  o  sytuacj   stwierdził,  e  zwyci aj   na  całym  froncie  i  e  nieprzyjaciel 

ponosi ci kie straty.  

- W porz dku - zgodził si  Green z AP - ale my to chcemy zobaczy .  

Wsz dzie wysuwali my do przodu Amerykanów, bo to była ich strefa wpływów, 

mieli tu posłuch i mogli du o załatwi . Kapitan powiedział,  e jutro pojedziemy na 

front, tylko ka dy musi przynie  dwie fotografie.  

Dojechali my szos  do miejsca, gdzie pod drzewem stały dwa strzelaj ce działka 

i le ały stosy amunicji. Przed nami wida  było szos , która prowadziła do Salwadoru. 

Po  obu  stronach  drogi  ci gn ły  si   bagna,  a  za  pasem  bagien  zaczynał  si   zwarty, 

zielony busz. Do granicy Salwadoru było jeszcze osiem kilometrów.  

Spocony i zaro ni ty major, który dowodził obron  szosy, powiedział,  e dalej i  

nie mo emy. St d zaczyna si  teren, na którym prowadz  działania obie armie, ale w 

taki sposób,  e trudno zorientowa  si , gdzie która jest i co do kogo nale y. W g stym 

buszu nic nie wida . Cz sto dwa wrogie oddziały dostrzegaj si  dopiero w ostatniej 

chwili, kiedy bł dz c w zaro lach zderz  si  twarz  w twarz. W dodatku obie armie 

maj   jednakowe  mundury,  taki  sam  sprz t  i  mówi   tym  samym,  hiszpa skim 

j zykiem, tak  e oddział, który trafił na inny oddział, mo e nie wiedzie , czy spotkał 

swoich, czy wrogów.  

Major radził zawróci  do Tegucigalpy, bo id c dalej mo na zgin  nie wiadomo z 

czyjej r ki (jakby to byto wa ne, pomy lałem). Ale wówczas operatorzy telewizyjni 

powiedzieli,  e oni musz  i  naprzód, na pierwsz  lini ,  eby sfilmowa   ołnierzy w 

akcji, jak strzelaj  i gin . Gregor Straub z NBC powiedział,  e musi mie  zbli enie 

twarzy  ołnierza, po której  cieka pot. Rodolfo  Carrillo z CBS powiedział,  e musi 

skr ci  załamanego dowódc , który siedzi pod krzakiem i płacze, bo zgin ł cały jego 

oddział.  Operator  francuski  chciał  mie   szeroki  plan  i  eby  z  jednej  strony  planu 

nacierał oddział honduraski na salwadorski, albo na odwrót. Kto  tam jeszcze chciał 

mie   uj cie  ołnierza,  który  d wiga  zabitego  koleg .  Do  operatorów  doł czyli  si  

reporterzy  radiowi.  Enrique  Amado  z  Radio  Mundo  chciał  nagra   j k  rannego 

ołnierza, który wzywa pomocy, coraz słabiej i słabiej, a  wydaje ostatnie tchnienie. 

Charles Meadows z Radio Canada chciał mie  głos  ołnierza, który w ród piekielnej 

strzelaniny  przeklina  wojn .  Naotake  Mochida  z  Radio  Japan  chciał  mie   wrzask 

background image

 

- Głupi człowieku - powiedział zaspany  sier ant gdzie si  włóczysz w  wojenn  

noc? 

Patrzyli na mnie podejrzliwie i chcieli mnie zabra  do komendy miasta. Na szcz cie 

miałem przy sobie legitymacj  i wytłumaczyłem im, co si  stało. Odprowadzili mnie 

do hotelu. Po drodze sier ant powiedział,  e przez cał  noc trwały na froncie walki, 

ale front jest daleko i w Tegucigalpie nie słycha , kiedy tam strzelaj .  

Od rana ludzie kopali okopy i wznosili barykady. Miasto przygotowywało si  do 

obl enia. Kobiety robiły zapasy i zaklejały okna paskami papieru. Ludzie biegali po 

ulicach  nie  wiadomo  dok d,  panowała  atmosfera  paniki.  Brygady  studentów 

malowały  na  cianach  i  na  płotach  wielkie  hasła.  Bania  z  poezj   p kła  nad 

Tegucigalp , w kilka godzin mury pokryły si  tysi cami napisów.  

NIECH NIE MY LI T PY BURAS,  E PODBIJE NASZ HONDURAS 

Albo: 

HEJ,  RODACY,  PRZYSZŁA  PORA  UCI

  GŁOW   AGRESORA 

POM CIMY 

3:0! 

HA BA  PORFIRIO  RAMOSOWI,  KTÓRY 

YJE  Z  SALWADORK ! 

KTO  ZOBACZY  RAIMUNDO  GRANADOSA,  NIECH  ZAWIADOMI  POLICJ , 

TO 

SZPIEG 

SALWADORU! 

itd., itd.  

Latynosi,  którzy  w  ogóle  maj   obsesj   na  punkcie  szpiegów,  wywiadów, 

konspiracji  i  spisków,  teraz,  w  warunkach  wojennych,  w  ka dym  widzieli 

pi tokolumnow  wtyczk . Moja sytuacja te  nie wygl dała dobrze. Po obu stronach 

frontu  oficjalna  propaganda  rozp tała  dzik   kampani ,  wini c  komunistów  za 

wszystkie  nieszcz cia,  a  byłem  na  tym  terenie  jedynym  korespondentem  z  kraju 

socjalistycznego. Mogli mnie wyrzuci , a chciałem by  na wojnie do ko ca.  

Poszedłem na poczt  i zaprosiłem operatora na piwo. Był wystraszony, bo cho  

jego  ojciec  pochodził  z  Hondurasu,  matka  była  obywatelk   Salwadoru.  Jako 

mieszaniec  znalazł  si   w  kr gu  podejrzanych.  Nie  wiedział,  co  go  czeka.  Policja 

sp dzała  od  rana  wszystkich  Salwadorczyków  do  prowizorycznych  obozów, 

najcz ciej  na  stadiony.  W  całej  Ameryce  Łaci skiej  stadiony  spełniaj   podwójn  

rol : w czasach spokojnych rozgrywaj  si  tam mecze, w czasie kryzysu zamieniaj  

si  

obozy 

koncentracyjne. 

Nazywał  si   Jose  Malaga.  Pili my  piwo  w  barze  koło  poczty.  Nasza  niepewna 

sytuacja  zbratała  nas,  jechali my  na  tym  samym  wozie.  Jose  co  chwila  dzwonił  do 

swojej matki, która siedziała zamkni ta w domu, i mówił:  

- Mamo, u mnie wszystko w porz dku, nie wzi li mnie, pracuj .  

W  południe  przyjechało  czterdziestu  korespondentów,  kolegów  z  Meksyku. 

Dolecieli  samolotem  do  Gwatemali  i  tam  wynaj li  autobus,  bo  lotnisko  w 

Tegucigalpie  było  zamkni te.  Wszyscy  chcieli  jecha   na  front.  W  tej  sprawie 

background image

 

zakl te,  znik d  adnego  głosu,  adnego  d wi ku.  Szedłem  przed  siebie,  jak  lepiec 

obmacuj c mury, rynny  i kraty  w witrynach sklepów. U wiadomiłem sobie,  e mój 

krok  dudni  gło no,  wi c  zacz łem  skrada   si   na  palcach.  Nagle  poczułem,  e  mur 

sko czył si , musiałem doj  do jakiej  przecznicy. A mo e zaczyna si  plac?A mo e 

jestem nad wysok  skarp  i dalej jest przepa ? Zacz łem bada  nogami teren. Asfalt! 

To znaczy,  e jestem na jezdni. Przeszedłem jezdni  i znowu uczepiłem si  muru. Nie 

wiedziałem, gdzie poczta, gdzie hotel, bł dziłem, ale szedłem dalej. Nagle rozległ si  

pot ny huk, poczułem,  e trac  równowag  i zwaliłem si  na chodnik.  

Wywróciłem blaszany  mietnik.  

Ulica  musiała  by   tu  pochyła,  bo  mietnik  potoczył  si   w  dół  z  przera liwym 

łoskotem. W tym momencie usłyszałem ponad sob  ze wszystkich stron naraz trzask 

otwieranych okien i histeryczne, przera one szepty  

- silencio! silencio! miasto, które chciało,  eby na t  noc  wiat o nim zapomniał, 

eby  mogło  zaton   w  ciemno ciach  i  w  milczeniu  -  broniło  si   przed 

zdemaskowaniem.  

W miar  jak pusty  mietnik toczył si  w dół ulicy, kolejno coraz dalej i dalej ode 

mnie otwierały si  okna i niósł si  to błagalny, to pełen w ciekło ci szept  

- silencio! silencio! Ale nie było sposobu powstrzyma  blaszanego potwora, który 

turlał  si   przez  wymarłe  ulice  jak  op tany,  łomotał  o  kamienie,  walił  w  latarnie, 

grzmiał i huczał. Przywarłem do chodnika. Le ałem przera ony, pot  ciekał ze mnie. 

Bałem  si ,  e  zaczn   strzela   w  moj   stron .  Dopu ciłem  si   aktu  zdrady  wobec 

miasta. Wróg mógł usiysze  hałas  mietnika i ustali  poło enie Tegucigalpy, której w 

inny sposób, w tych ciemno ciach i ciszy, nie  mo na było znale . Pomy lałem,  e 

mam  tylko  jedno  wyj cie  -  ucieka ,  wia   jak  najdalej.  Zerwałem  si   i  pop dziłem 

przed siebie. Bolała mnie głowa, poniewa  padaj c na chodnik uderzyłem si  mocno. 

Gnałem jak szalony, a  potkn łem si  o co  i upadłem na twarz i poczułem w ustach 

krew.  Podniosłem  si   i  oparłem  o  mur.  Obr cz  murów  zacisn ła  si   wokół  mnie, 

stałem skulony, uwi ziony przez miasto, którego nie widziałem. Wygl dałem  wiatła 

latarek, bo my lałem,  e wy l  za mn  po cig. Schwytaj  intruza, który złamał ostatni 

rozkaz wojenny zakazuj cy komukolwiek wychodzi  noc m ulice. Ale nic, panowała 

grobowa  cisza  i  nienaruszona  ciemno .  Powlokłem  si   dalej,  z  r koma 

wyci gni tymi przed siebie, zbł kany w labiryncie murów, potłuczony, skrwawiony, 

w podartej koszuli. Ju  chyba min ły wieki, ju  chyba doszedłem na koniec  wiata. 

Nagle lun ła ulewa, gwałtowna, tropikalna. Na moment błyskawica o wietliła upiorne 

miasto. Stałem w ród nie znanych mi ulic, zobaczyłem jakie  stare i liche kamienice, 

drewniany dom, latarni , kocie łby. W ułamku sekundy wszystko to znikn ło. Słycha  

było tylko szum ulewy i od czasu do czasu - podmuchy wiatru. Stałem zmarzni ty, 

mokry, cały w dreszczach. Wymacałem w murze wn k  bramy i schroniłem si  przed 

ulew . Wci ni ty mi dzy mur i bram  usiłowałem zasn , ale bez skutku.  

O  wicie znalazł mnie tam patrol wojskowy.  

background image

 

Zszedłem  z  depesz m  dół,  odnalazłem  wła ciciela  hotelu  i  zacz łem  go  prosi , 

eby kto  zaprowadził mnie na poczt . Byłem tu pierwszy dzie , zupełnie nie znałem 

Tegucigalpy.  Nie  jest  to  wielkie  miasto  -  wier   miliona  mieszka cówale  le y  na 

wzgórzach i ma zawiły układ ulic. Wła ciciel chciał mi pomóc, ale nie miał nikogo 

pod  r k ,  a  mnie  si   spieszyło.  W  ko cu  zadzwonił  na  policj .  aden  policjant  nie 

miał czasu. Wi c zadzwonił do stra y po arnej. Przyszło trzech stra aków w strojach 

bojowych,  w  hełmach,  z  toporkami.  Witali my  si   po  omacku,  nie  widziałem  ich 

twarzy.  Powiedziałem,  e  błagam,  aby  zaprowadzili  mnie  na  poczt .  Znam  dobrze 

Honduras,  kłamałem,  i  wiem,  e  jest  to  kraj  najbardziej  go cinnych  ludzi.  Jestem 

pewien,  e mi nie odmówi . Jest bardzo wa ne,  eby  wiat dowiedział si  prawdy, kto 

zacz ł  wojn ,  kto  strzelił  pierwszy  i  tak  dalej,  a  chc   ich  zapewni ,  e  napisałem 

najszczersz  prawd . Teraz decyduje czas, musimy si  spieszy .  

Wyszli my  z  hotelu.  Noc  była  ciemna,  widziałem  tylko  lini   ulicy.  Nie  wiem, 

dlaczego  rozmawiali my  szeptem.  Starałem  si   zapami ta   drog   i  liczyłem  kroki. 

Zbli ałem  si   do  tysi   ca,  kiedy  stra acy  zatrzymali  si   i  jeden  z  nich  zapukał  do 

drzwi. Głos z wewn trz wypytywał nas, co my za jedni. Potem drzwi otworzyły si , 

ale  tylko  na  moment,  tak  eby  nie  wypu ci   du o  wiatła.  Teraz  byłem  w  rodku. 

Kazali mi czeka . W całym Hondurasie jest tylko jeden aparat telexu i ten aparat był 

zaj ty  przez  prezydenta  republiki.  Prezydent  prowadził  telexow   wymian   zda   z 

ambasad   Hondurasu  w  Waszyngtonie,  której  polecił  zwróci   si   do  rz du  Stanów 

Zjednoczonych  o  pomoc  zbrojn .  Trwało  to  bardzo  długo,  poniewa   prezydent  i 

ambasador u ywali niebywale kwiecistego j zyka, poza tym poł czenie rwało si  co 

chwil . 

Dopiero o północy nawi załem ł czno  z Warszaw . Maszyna wystukała numer TL 

813480 PAP VARSOVIA. Podskoczyłem z rado ci. Operator zapytał:  

Varsovia 

to 

taki 

kraj? 

To 

nie 

kraj. 

To 

miasto. 

Kraj 

nazywa 

si  

Polonia. 

- Polonia, Polonia - powtórzył, ale widziałem,  e ta nazwa nie chce mu si  z niczym 

skojarzy .  

Zapytał 

Warszawy: 

HOW  RECEIVED  MSG  BIBI  ++  _:  ?  I  Warszawa  odpowiedziała: 

RECEIVED OK OK GREE FOR RYSIEK TKS TKS ++ +!  

Wy ciskałem  operatora,  yczyłem  mu,  eby  cały  i  zdrowy  prze ył  wojn ,  i 

ruszyłem w drog  powrotn  do hotelu. Ledwie znalazłem si  na ulicy i przeszedłem 

kilkana cie  metrów,  zdałem  sobie  spraw ,  e  jestem  zgubiony.  Znalazłem  si   w 

straszliwych  ciemno ciach,  w  ciemno ciach  g stych,  zbitych,  nieprzeniknionych, 

jakby  czarna  i  g sta  ma   zalała  mi  oczy,  nie  widziałem  dosłownie  nic,  nawet 

wyci gni tych przed sob  r k. Niebo musiało si  zachmurzy , bo znikn ły gwiazdy, 

nigdzie nie było wida   adnego  wiatła.  

Byłem sam w ród obcego i nie znanego mi miasta, którego nie widziałem, które 

jakby  zapadło  si   pod  ziemi .  Panowała  przejmuj ca  cisza,  miasto  milczało  jak 

background image

 

- My lisz,  e warto pojecha  do Hondurasu? - spytałem Luisa, który redagował 

wtedy 

powa ny 

wpływowy 

tygodnik 

"Siempre". 

- My l ,  e warto - odpowiedział - na pewno co  si  zdarzy.  

Nast pnego 

dnia 

rano 

byłem 

Tegucigalpie. 

O zmierzchu nadleciał nad miasto samolot i zrzucił bomb . Wszyscy słyszeli wybuch 

tej  bomby.  S siednie  wzgórza  powtarzały  gwałtowny  odgłos  rozrywanego  metalu  i 

dlatego niektórzy mówili potem,  e była to cała seria bomb. Miasto ogarn ła panika. 

Ludzie  uciekali  do  bram,  kupcy  zamykali  sklepy.  Porzucone  samochody  stały  na 

rodku  ulicy.  Jaka   kobieta  przebiegła  chodnikiem  wołaj c:  -  Moje  dziecko,  moje 

dziecko! Potem umilkła i zrobiło si  cicho. Zapadła taka cisza, jakby to miasto ju  nie 

yło. Za chwil  zgasło  wiatło i cała Tegucigalpa pogr yła si  w ciemno ciach.  

Pognałem  do  hotelu,  wpadłem  do  pokoju,  wkr ciłem  papier  w  maszyn   i 

próbowałem napisa  depesz  do Warszawy. Spieszyłem si , poniewa  wiedziałem,  e 

w  tej  chwili  jestem  tutaj  jedynym  zagranicznym  korespondentem  i  e  mog   by  

pierwszym,  który  przeka e  wiatu  wiadomo   o  wybuchu  wojny  w  rodkowej 

Ameryce.  

Ale  w  pokoju  było  bardzo  ciemno,  nic  nie  widziałem.  Zszedłem  po  omacku  na 

dół, do recepcji, gdzie po yczyli mi  wiec . Wróciłem, zapaliłem  wiec  i wł czyłem 

tranzystorowe radio. Spiker czytał komunikat rz du Hondurasu o  wybuchu wojny z 

Salwadorem.  Potem  przeczytał  wiadomo ,  e  wojska  Salwadoru  zaatakowały 

Honduras na całej linii frontu. Zacz łem pisa :  

TEGUCIGALPA (HONDURAS) PAP 14 LIPCA VIA TROPICAL RADIO RCA 

DZISIAJ  SZÓSTA  WIECZOREM  ROZPOCZ ŁA  SI   WOJNA  SALWADORU  Z 

HONDURASEM  LOTNICTWO  SALWADORU  ZBOMBARDOWAŁO  CZTERY 

MIASTA  HONDURASU  STOP  JEDNOCZE NIE  WOJSKA  SALWADORU 

PRZERWAŁY  GRANICE  HONDURASU  USIŁUJ C  WEDRZE   SI   W  GŁ B 

KRAJU  STOP  W  ODPOWIEDZI  NA  ATAK  AGRESORA  LOTNICTWO 

HONDURASU ZBOMBARDOWAŁO WA NIEJSZE OBIEKTY PRZEMYSŁOWE 

I  STRATEGICZNE  SALWADORU  A  SIŁY  L DOWE  PODJ ŁY  DZIAŁANIA 

OBRONNE.  

W  tym  momencie  z  ulicy  zacz ł  kto   woła   -  Apaga  la  luz!  (Zgasi   wiatło!), 

kilka razy, coraz bardziej dono nie i nerwowo, wi c musiałem zgasi   wiec . Dalej 

pisałem na  lepo, na wyczucie, od czasu do czasu o wietlałem klawiatur  płomieniem 

zapałki.  

RADIO  PODAŁO  E  WALKI  TOCZ   SI   NA  CAŁEJ  SZEROKO CI 

FRONTU  I  E  WOJSKA  HONDURASU  ZADAJ   ARMII  SALWADORU 

CI KIE  STRATY  STOP  RZ D  WZYWA  CAŁY  NARÓD  DO  OBRONY 

ZAGRO ONEJ OJCZYZNY I APELUJE DO ONZ O POT PIENIE NAPA CI.  

background image

 

Dywizji Salwadoru, co uratowało ich przed  dn  zemsty i krwi gawiedzi , która stała 

na trasie przejazdu trzymaj c portrety bohaterki narodowej - Amelii Bolanios.  

Cały  stadion  był  otoczony  wojskiem.  Wokół  boiska  stały  kordony  ołnierzy 

doborowego pułku Guardia Nacional z rozpylaczami gotowymi do strzału. W czasie 

odgrywania  hymnu  Hondurasu  stadion  wył  i  gwizdał.  Nast pnie,  zamiast  flagi 

narodowej  Hondurasu,  któr   spalono  na  oczach  oszalałej  ze  szcz cia  widowni, 

gospodarze  wci gn li  na  maszt  brudn ,  podart   cierk .  Zrozumiałe,  e  w  tych 

warunkach  zawodnicy  z  Tegucigalpy  nie  my leli  o  grze.  My leli,  czy  wyjd   st d 

ywi.  "Całe  szcz cie,  e  przegrali my  ten  mecz"  -  powiedział  z  ulg   trener  go ci, 

Mario Griffin.  

Salwador zwyci ył 3:0.  

Prosto  z  boiska,  w  tych  samych  wozach  pancernych,  odwieziono  dru yn  

Hondurasu  na  lotnisko.  Gorszy  los  spotkał  jej  kibiców.  Bici  i  kopani,  uciekali  w 

stron   granicy.  Dwie  osoby  poniosły  mier .  Kilkadziesi t  trafiło  do  szpitala. 

Go ciom  spalono  150  samochodów.  W  kilka  godzin  pó niej  granica  mi dzy  obu 

pa stwami 

została 

zamkni ta. 

O tym wszystkim przeczytał Luis w gazecie i powiedział,  e b dzie wojna. Był kiedy  

wytrawnym reporterem i znał dobrze swój teren.  

W  Ameryce  Łaci skiej,  mówił,  granica  mi dzy  futbolem  a  polityk   jest 

niezmiernie  w ska.  Długa  jest  lista  rz dów,  które  upadły  lub  zostały  obalone  przez 

wojsko,  poniewa   dru yna  narodowa  poniosła  pora k .  Zawodnicy  dru yny,  która 

przegrała, s  nazywani pó niej w prasie zdrajcami ojczyzny. Kiedy Brazylia zdobyła 

w Meksyku mistrzostwo  wiata, mój kolega - Brazylijczyk, emigrant polityczny, był 

zrozpaczony: "Prawica woj skowa - powiedział - ma zapewnione co najmniej pi  lat 

spokojnych rz dów". W drodze do tytułu mistrzowskiego Brazylia pokonała Angli . 

Wychodz cy  w  Rio  de  Janeiro  dziennik  "Jornal  dos  Sportes"  w  artykule  pt.  "Jezus 

broni  Brazylii"  tak  wyja nia  przyczyn   wygranej:  "Ilekro   piłka  leciała  w  stron  

naszej  bramki  i  gol  wydawał  si   nieuchronny,  Jezus  spuszczał  nog   z  obłoków  i 

wykopywał  piłk   na  aut".  Do  artykułu  doł czono  rysunki  ilustruj ce  to 

nadprzyrodzone zjawisko.  

Kto idzie na stadion, mo e straci   ycie. Oto mecz, w którym Meksyk przegrywa 

z Peru 1:2. Rozgoryczony kibic meksyka ski woła ironicznym tonem: Viva Mexico! 

W  kilka  chwil  pó niej  ginie  zmasakrowany  przez  tłum.  Ale  czasem  rozbudzone 

emocje znajduj  uj cie w innej formie. Po meczu, w którym Meksyk pokonał Belgi  

1:0,  pijany  ze  szcz cia  Augusto  Mariaga  -  naczelnik  wi zienia  dla  skazanych  na 

do ywocie  w  Chilpancingo  (Meksyk,  stan  Guerrero),  biega  z  pistoletem  w  r ku, 

strzela  w  powietrze  i  z  okrzykiem:  Viva  Mexico!  otwiera  wszystkie  cele 

wypuszczaj c  na  wolno   142  gro nych,  ci kich  przest pców.  S d  uniewinnia 

Mariag ,  "poniewa   -  czytamy  w  uzasadnieniu  wyroku  -  działał  w  uniesieniu 

patriotycznym".  

background image

 

Luis  Suarez  powiedział,  e  b dzie  wojna,  a  we  wszystko,  co  mówił  Luis  - 

wierzyłem.  Mieszkali my  razem  w  Meksyku,  Luis  dawał  mi  lekcje  Ameryki 

Łaci skiej.  Czym  jest  i  jak  j   rozumie .  Potrafił  przewidzie   wiele  wydarze .  W 

swoim czasie przewidział upadek Goularta w Brazylii, upadek Boscha w Dominikanie 

i Jimeneza w Wenezueli. Na długo przed powrotem Perona wierzył,  e stary caudillo 

b dzie znowu prezydentem Argentyny, zapowiedział te  rychł   mier  dyktatora Haiti 

Françoisa Duvaliera, któremu wszyscy dawali wiele lat  ycia. Luis umiał porusza  si  

po  sypkich  piaskach  tutejszej  polityki,  w  których  tacy  amatorzy  jak  ja  grz li 

beznadziejnie, co krok popełniaj c bł dy.  

Tym  razem  swoj   opini   o  czekaj cej  nas  wojnie  Luis  wygłosił  po  odło eniu 

gazety, w której przeczytał sprawozdanie z meczu piłki no nej rozegranego mi dzy 

reprezentacjami Hondurasu i Salwadoru. Obie dru yny walczyły o prawo udziału w 

mistrzostwach  wiata,  zapowiedzianych  na  lato  1970  roku  w  Meksyku.  Pierwszy 

mecz odbył si  w niedziel  8 czerwca 1969 roku w stolicy Hondurasu Tegucigalpie.  

Nikt  na  wiecie  nie  zwrócił  uwagi  na  to  wydarzenie.  Dru yna  Salwadoru 

przyjechała do Tegucigalpy w sobot  i sp dziła w hotelu bezsenn  noc. Dru yna nie 

mogła spa , poniewa  była obiektem wojny psychologicznej rozp tanej przez kibiców 

Hondurasu.  Hotel  otoczyło  mrowie  ludzi.  Tłum  walił  kamieniami  w  szyby,  tłukł 

kijami  w  blachy  i  w  puste  beczki.  Raz  po  raz  wybuchały  hała liwe  petardy. 

Przera liwie  wyły  klaksony  ustawionych  przed  hotelem  aut.  Kibice  gwizdali, 

wrzeszczeli, wznosili wrogie okrzyki. Trwało to przez cał  noc. Wszystko po tu,  eby 

dru yna  go ci, niewyspana, zdenerwowana, zm czona, przegrała mecz. W Ameryce 

Łaci skiej s  to zwyczajne praktyki, które nikogo nie dziwi .  

Nast pnego dnia Honduras pokonał zaspan  dru yn  Salwadoru 1:0.  

Kiedy  napastnik  Hondurasu,  Roberto  Cardona,  strzelił  w  ostatniej  minucie 

zwyci sk   bramk ,  siedz ca  w  Salwadorze  przed  telewizorem  18-letnia  Amelia 

Bolanios zerwała si  i pobiegła do biurka, gdzie w szufladzie le ał pistolet jej ojca. 

Popełniła samobójstwo strzelaj c sobie w serce. "Młoda dziewczyna, która nie mogła 

znie ,  e  jej  ojczyzna  została  rzucona  na  kolana"  -  pisał  nazajutrz  dziennik 

Salwadoru  "El  Nacional".  W  pogrzebie  Amelii  Bolanios,  transmitowanym  przez 

telewizj ,  wzi ła  udział  cała  stolica.  Na  czele  konduktu  maszerowała  kompania 

honorowa  wojska  ze  sztandarem.  Za  trumn   okryt   flag   narodow   szedł  prezydent 

republiki w otoczeniu ministrów. Za rz dem kroczyła piłkarska jedenastka Salwadoru, 

która  tego  dnia  rano,  wygwizdana,  wy miana  i  opluta  na  lotnisku  w  Tegucigalpie, 

wróciła specjalnym samolotem do kraju.  

Ale po tygodniu w stolicy Salwadoru - w San Salwadorze, na stadionie o pi knej 

nazwie Flor Blance (Biały Kwiat) odbył si  rewan . Tym razem dru yna Hondurasu 

sp dziła  bezsenn   noc:  wrzeszcz cy  tłum  kibiców  wybił  wszystkie  okna  w  hotelu, 

wrzucaj c  do  rodka  tony  zgniłych  jaj,  zdechłych  szczurów  i  cuchn cych  szmat. 

Zawodnicy zostali przewiezieni na stadion w wozach pancernych I Zmechanizowanej 

background image

KAPU CI SKI RYSZARD 

 

 

Wojna futbolowa