background image

Ze zbiorów

Zygmunta Adamczyka

background image

 

 

Adam Wiśniewski

-Snerg 

 

 

 

Przerwany 

film 

  

    

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

 2 

 

 

  Toczy się  gra, trwa, powstaje film, mijają ujęcia, sceny   

 

i nastroje. Ileż to razy?    

 

   Kiedyś, siedząc w fotelu na sali kinowej, wpatrzony w   

 

ekran, na którym postać  filmowa opuszcza pokó

j i zamyka za    

sobą drzwi lub znika w jakikolwiek inny sposób (wychodząc   

 

poza ramy eksponowanego ujęcia), nie zastanawiałem się    

 

nigdy, co się  z nią dalej dzieje 

- to znaczy, jaki jest los    

samej ekranowej postaci, a nie aktora, który ją grał.  

   

   Wyszedłem z kadru 

-

 znalazłem się  poza ekranem, choć  gra   

 

toczy się , chociaż film trwa nadal, ja już nie biorę  w nim   

 

udziału.    

 

   

  Zobaczyłem ich około południa na łagodnym stoku Tengar   

 

Wening, w rejonie plenerowych zdjęć  do trzeciej

 sceny    

"Dopełnienia". Ujrzałem ich bardziej wyraźnie niż   

 

kiedykolwiek: na tle rumowiska muru, wyżłobionego   

 

tysiącletnimi ulewami, który liczył sekundy dzielące go od   

 

ostatecznego kresu -

 wszystkich zatopionych w czerni długich   

 

cieni, gdy zni

eruchomieli w pozach dotąd jeszcze zgodnych z   

 

kolejną sekwencją. Zastygli w naturalnym, bardzo ostrym   

 

słońcu, które zgasło nagle w zestawieniu z tamtym świtem, w   

 

porównaniu z upiornym blaskiem tamtego najjaśniejszego ze   

 

wszystkich wschodów.     

   Powiedziano mi potem, że w tamtej 

-

 pamiętnej tylko dla   

 

mnie -

 chwili spytałem podniesionym głosem: 

- Co to?     

   A kiedy grali dalej, bez żadnego sensu, w czasie długiej   

 

horyzontalnej panoramy ryknąłem na całe gardło coś, czego   

 

już nikt nie był w stanie mi powtórzyć . Przy milczeniu   

 

reżysera (Yoren przyjrzał mi się  tylko smętnym wzrokiem)   

 

Zoffi uznał, że przebrałem miarę , i tak jak wszyscy   

 

pozostali zupełnie nieświadom grozy naszego położenia,   

 

wyprowadzony z równowagi moim dziwacznym wybrykiem -

 jak się    

 

wyraził 

-

 pozwolił sobie na uwagę , której w innych   

 

background image

 

 3 

okolicznościach nigdy bym mu nie darował:   

 

   -

 Można wiedzieć , panie Hanis 

-

 spytał ostro 

- czemu przy    

czwartym dublu na planie otwiera pan wrota gębowe przed   

 

stopem?     

   Milczałem w osłupieniu.  

 

   -

 Zdaje się , że pańska obecność  w ogóle jest tutaj   

 

zbędna, co wreszcie wyraźnie stwierdzam 

-

 dodał, a ja wciąż   

 

nie rozumiałem sytuacji.    

 

   Pamię tam dobrze, co się  przedtem działo: Enet wspominał   

 

k

iedyś o ciężko okaleczonej kobiecie, która przez wiele   

 

miesięcy po lądowaniu zdemolowanego samolotu mdlała ze strachu  

 

na widok każdej postaci unoszącej się  z krzesła, tylko   

 

dlatego, że ów ruch nieodwołalnie kojarzyła z obrazem   

 

zamachowca wstającego z fotela z ładunkiem dynamitu w   

 

rękach. Mężczyzna zdążył oświadczyć  pasażerom, że zamierza   

 

zmusić  pilota do zmiany kursu w celu uprowadzenia samolotu,   

 

gdy nagle źle zabezpieczona bomba eksplodowała mu w   

 

dłoniach. Tak i ja teraz 

-

 obłędni

e - w mechanicznej    

kolejności zdarzeń, pośród zwyczajnych czynności dnia   

 

zdjęciowego doszukiwałem się  usilnie ostatniej przyczyny   

 

tego, co jednak leżało daleko poza nami.    

 

   Najpierw nasunął mi się  głos Toma Yorena, który kilka   

 

minut wcze

śniej zwrócił się  do Liny Kliz:   

 

   -

 Stop! Lyna, wyszłaś z kadru, ale to nie wszystko.    

 

   Wtedy Tonsen odezwał się  ze swego miejsca. Burknął   

 

bez entuzjazmu i spytał donośnie:  

 

   -

 Więc jak? Przejedziemy się  jeszcze raz?  

 

   Na to Yoren pods

zedł w milczeniu do operatora.  

 

   - Ray! -

 zawołał stamtąd. 

-

 Wiesz, co mam na myśli? Do   

 

licha, trzymajcie się  jakoś.    

 

   Ray Enet skinął głową. Przeskoczył szyny, po których   

 

łagodnym łukiem toczył się  wózek tam i z powrotem aż do kępy   

 

drze

w. Razem z innymi aktorami podszedł pod kamienny mur.    

 

   - Gotowi?   

   - Jest! -

 rzucił Tonsen. 

- Grajcie.   

background image

 

 4 

   - Cisza na planie!   

   Świerszcze cykały w trawie.  

 

   Miałem wciąż w oczach obraz tamtej sceny: rozbijałem ją   

 

na drobne w poszukiwani

u jedynego właściwego cięcia,   

 

oddzielającego bajeczną fikcję  od upiornej rzeczywistości,   

 

uparcie i z popłochem przerażonego montażysty, który po   

 

omacku tnie taśmę  na kawałki, gubi się  w szczegółach i nie   

 

znajdując początku ani końca, skleja ją na chybił trafił w   

 

naiwnej nadziei, że kolejnością ujęć  w sekwencji pokieruje   

 

szczęśliwy los.    

 

   Kilka osób z personelu pomocniczego ekipy opalało się  na   

 

leżakach lub kocach rozłożonych daleko poza planem. Goła   

 

skóra ich ciał skąpana w białym żarze spęczniała potem w   

 

mgnieniu oka i koszmarnymi, szkarłatno

-

fioletowymi bąblami   

 

gotowała się  na nich i piekła, ledwie 

-

 żywi jeszcze 

-    

zdążyli poderwać  się  z miejsc. Bliżej dymiło ognisko   

 

rozpalone przekornie, na złość  Zoffiemu 

przez Raya Eneta: to    

chyba Pet, pochylony nad nim, od płonącej gałązki przypalał   

 

sobie nieodłącznego papierosa, podczas gdy pasemka dymu   

 

rozwiewały się  przed obiektywem 

-

 to jedno przynajmniej było   

 

całkiem nieistotne. Słyszałem też brzmienie c

zystego akordu:    

Muriel trąciła struny gitary, a potem głos uwiązł jej w   

 

krtani, kiedy w płonącej sukience zaśpiewała jeszcze:   

 

,..smutek ten wierny pies...     

   Spojrzałem na rząd foteli lśniących szeregiem niklowanych   

 

uchwytów poza szybami gó

rnego pokładu cinemobilu i  

 

przeniosłem wzrok na rozbebeszony agregat, skąd biegły ku   

 

nam zwoje czarnych kabli. Wszystko kłębiło mi się  w myślach:   

 

cisza na planie w słoneczną noc przed strasznym świtem,   

 

głęboka ciemność  w pełnym blasku dnia zlały mi się  w jedno z   

 

błękitem czystego nieba, który zakreślał granice brunatno

-   

zielonej równiny,  wspierając się  na północy o łańcuch   

 

sinych gór. Wiał lekki ciepły wiatr. Tylko Yoren obejrzał   

 

się  za siebie i spojrzał TAM.    

 

   - Kamera!   

background image

 

 5 

   Terkot i klaps.   

   -

 Scena trzecia, ujęcie szesnaste, dubel czwarty.  

 

   Ten cichy terkot miał już trwać  aż do nieskończoności.    

 

Najtrudniej mi było prześledzić  ostatnie sekundy. Widziałem   

 

tęgą sylwetkę  Zoffiego rozkraczonego na kanistrze z książką   

 

zdjęć w garści, którą jak zwykle przy doskonałej znajomości   

 

scenopisu -

 bez żadnej rozsądnej potrzeby ciągle miętosił i   

 

mordował na planie, podkreślając tekst wyszlifowanym   

 

paznokciem w ślad za biegiem akcji. A czynił to z pocieszną   

 

m

iną pomazanego przez wytwórnię  najwyższego cenzora, który   

 

najlepiej wie, czego oczekuje widownia i przy którym reżyser   

 

ma być  ślepym narzędziem zobowiązanym do przyjmowania   

 

modlitewnej pozy wobec wszystkiego "co stoi w piśmie".    

 

Zobaczyłem go w tej pozie tuż przed samym błyskiem, zanim   

 

wpadł całym ciałem w ognisko ekranu słonecznego, obróconego   

 

przypadkiem w jego stronę , jeszcze przed miażdżącym ciosem   

 

czoła głównej fali uderzeniowej. Zwijał się  tam w agonii   

 

przez całe piętnaście sekund: teraz było mi go żal mimo   

 

wszystko, choć  rozbeczał się  jak stara baba, kiedy z   

 

kredowobiałą twarzą nagle ożywionego trupa wracał stamtąd   

 

razem z innymi niedowiarkami biegiem, byle prędzej zejść  ze   

 

strefy radioaktywnego piekła 

- poza

 to zdumiewające cięcie,   

 

które ostrą linią oddzielało rozległe cmentarzysko od oazy   

 

kwitnącego dalej życia, bo wtedy dopiero naprawdę  uwierzył,   

 

gdy w nieforemnym kształcie rozpoznał samego siebie.    

 

   Ale to nie z jego obrazem w oczach zaskocz

ył mnie koniec   

 

świata. Każdy na swoim miejscu i przy swoich gratach 

-    

staliśmy wszyscy poza planem szesnastego ujęcia, na   

 

marginesie "Dopełnienia", wszyscy zaprzątnięci różnymi   

 

czynnościami, utrwalającymi przebieg akcji, gdyż w tamtej,   

 

ostat

niej już minucie życia na krawędzi termojądrowej   

 

zagłady liczył się  tylko jednostajny terkot kamery i   

 

realizacja tuzinkowego scenariusza, ważny był tylko film ze   

 

sławną i rozpieszczaną przez producentów Lyną Kliz i z   

 

zaangażowanym w ostatnim dniu przed wyjazdem na zdjęcia   

 

background image

 

 6 

plenerowe Rayem Enetem w rolach głównych.    

 

   Przegapiłem gwałtowną scenę  z planu ogólnego tuż po   

 

rozjaśnieniu. Trwał najazd na postać  kobiety z planu   

 

średniego do wycinka twarzy. Szerokie rondo kapelusza i   

 

detal -

 ręka z pierścieniem zaciśnięta przy ustach   

 

składających się  do krzyku (Yoren westchnął przy tym z  

 

ponurą miną). Wzniesienie z panoramą w czasie małego odjazdu   

 

(jakie łamańce mógł wyprawiać  Tonsen na swym nowym   

 

wielocineskopie!) i stamtąd

 perspektywa ptasia poprzez    

obcię te kadrem plecy zbója z koltem w dłoni. Strzał. Po   

 

krótkim szwenku przez rozwichrzony dymek nurkowanie do    

perspektywy normalnej. Odjazd kamery ukazuje drugiego    

uzbrojonego zucha. Pierwszy tymczasem skacze z muru. Wymiana    

strzałów. Prowadzenie za uciekającym na tle wysmukłych drzew   

 

(bardzo malowniczych), aż do samego wozu, gdzie mimo osłony   

 

zorganizowanej przez całą bandę  trafia go celna i (tu mała   

 

satysfakcja) najzupełniej zasłużona kula. Wreszcie w

olna,    

horyzontalna panorama do ujęcia statycznego na postaci   

 

Muriel, śpiewającej swój kawałek przy akompaniamencie   

 

gitary.     

   W tym ujęciu nie było stopu.  

 

   W jaśniejszym od dziesięciu słońc biało

-

liliowym błysku,   

 

który wdarł mi się  na dno źrenic i boleśnie smagał wszystko,   

 

co żyło aż po sam widnokrąg widziany z najwyższego lotu   

 

ptaka, ujrzałem swój smolisty cień otoczony lustrem   

 

pulsującego szkliwa.    

 

   - Co to!   

   Kto nie spojrzał w tamtą stronę  w owej chwili! Cień   

 

zo

stał na miejscu. Zdarzenia biegły szybciej od   

 

skamieniałych myśli. Zdążyłem wykonać  ćwierć  obrotu.   

 

Słyszałem w ciszy szmery i syki, podczas gdy ciało gryzły mi   

 

jadowite dreszcze. Zabłąkany zapach dzikich kwiatów snuł mi   

 

się  wokół nabrzmiałej twarzy. W ułamku sekundy nastąpiła   

 

inna pora roku. Stałem na bezkresnej śnieżno

-

błękitnej   

 

pustyni, momentalnie przeniesionej tu spoza koła   

 

background image

 

 7 

podbiegunowego. Wrażenie błyskawicznie pogłębiającej się    

 

pustki potęgowało się  i w końcu sparaliżowało

 mnie na    

miejscu: pochodziło z gwałtownej zmiany zarysu drzew,   

 

których liście jakby przez płynne przenikanie jednego obrazu   

 

na drugi -

 więdły w oczach i zwijały się  w popielate, ulotne   

 

wiórki. Soczysta zieleń znikła. W miejsce zwartego jeszcze

    

przed kilkoma sekundami gąszczu świeżych liści wyłoniły się    

 

zwęglone widma gołych drzew. Na obnażonych bezgłośnym   

 

tchnieniem konarach pełzły już gęste dymne pokrowce.    

 

Oślepiająca lawina światła lała się  sponad horyzontu na   

 

śmiertelnie porażoną ziemię . Stałem tyłem do źródła.    

 

   Wtem - z wielokrotnym trzaskiem -

 wszystkie gałęzie   

 

stanęły w ogniu. Dopiero ta głucha 

-

 przecież wcale nie   

 

najgroźniejsza i powtórzona przez odbite od gór echo 

- salwa    

buchających zewsząd płomieni, ogarniających wszystko, co nie   

 

miało twardości skały, wyrwała mnie z głębokiego osłupienia.   

 

Ale na ratunek było za późno już po upływie pierwszej   

 

sekundy. W kręgu prześwietlonych promieniowaniem ciał nie   

 

było żadnego bezpiecznego cienia, masywne osłony   

 

antyradiacyjne znajdowały się  w zbyt wielkiej odległości.   

 

Ubranie już na mnie płonęło.  Powinienem paść  twarzą na  

 

piach i tarzać  się  za jakimkolwiek występem, lecz świadomość    

 

że umieram dostarczyła obłędnej ekstazy znieczulającej bó

l i    

uśpiła we mnie wolę  życia, nawet odruch samozachowawczy.   

 

Wiedziałem, że za kilka sekund wszystko minie na zawsze i   

 

zgaśnie, zmiecione z powierzchni ziemi huraganowym ciosem   

 

wichru. Runie na nas czoło powietrznej fali uderzeniowej,   

 

rozle

cimy się  na strzępy w imadle nieopisanego nadciśnienia   

 

i nigdy nie usłyszymy grzmotu, który targnie atmosferą nad   

 

naszymi szczątkami, wstrząsając rozległym obszarem   

 

kontynentu.  Grzmotu, który wlókł się  z epicentrum ze   

 

ślamazarną prę dkościądźwię ku.    

 

   W kolejnym ułamku sekundy, kiedy oślepiony blaskiem   

 

obejrzałem się  w końcu poza siebie, nad popielatym   

 

krajobrazem zapanował półmrok księżycowej nocy. Lazurowe   

 

background image

 

 8 

niebo przybrało nagle ciemnogranatową barwę . Źródło białego   

 

żaru zgasło, zaś wielokrotnie ciemniejsze od niego słońce 

-    

przez silny kontrast po błysku tamtego flesza 

-

 zamieniło   

 

się  w anemiczną latarkę . Przez latające mi przed oczyma   

 

płaty ujrzałem w dali ponad chwiejnym horyzontem obraz   

 

dobrze znany z film

owych migawek: mrożącą krew w żyłach   

 

panoramę  eksplozji nuklearnej.  Wygaszone już jądro kuli   

 

ognistej wypaliło w globie ziemskim obszar o przerażających   

 

rozmiarach: trzon gigantycznego grzyba się gał stratosfery,   

 

dźwigając nad sobą niebotyczny kaptur. I, chociaż   

 

znajdowaliśmy się  w wielkiej odległości od epicentrum   

 

wybuchu, którego podstawę  przesłaniała nam krzywizna ziemi,   

 

musiałem unieść  oczy, by sięgnąć  wzrokiem do samego szczytu   

 

skłębionej w dali góry.    

 

   Wszystko to do

 reszty poraziło mi gasnącą świadomość , ale   

 

w ostatnim jej przebłysku zauważyłem jeszcze przed sobą coś   

 

w najwyższym stopniu zdumiewającego, co kłóciło się  z moim   

 

wyobrażeniem o fazach termojądrowej eksplozji.    

 

   Przy samym kraterze, gdzie otoczona pancerzem powietrza    

sprasowanego do twardości stali prę żyła się  kolumna   

 

oszalałej materii, błysnęła laserowym ostrzem jadowita   

 

iskra. Nim zgasła, w doskonałej ciszy, spiętrzonej do granic   

 

wytrzymałości przed rykiem rozdzieranej przest

rzeni, atomowy    

słup osunął się  całą swą długością w dół 

-

 do wnętrza wyrwy.   

 

Ziemia zapadła się  jeszcze głębiej. W krótkotrwałej pustce   

 

ponad kraterem pojawiło się  nagle coś żywego, jakby drżąca   

 

kropla rtęci uwiązana w środku pęcherza wytłocz

onego    

wewnątrz gruntu, który rozciągnął się  płynnie nad wszystkim,   

 

czego przedtem nie strawił błysk. Po chwili srebrna kopuła   

 

pęcherza, rosnąc w zawrotnym tempie, osiągnęła rozmiary   

 

podniebnej góry i dotarła równocześnie swą powierzchnią aż   

 

do naszych stóp, gdzie się  zatrzymała.    

 

   Stałem najbliżej ostrej krawędzi granicznej: tuż pod   

 

nieskończoną płaszczyzną lustra. Widziałem w nim swoje   

 

odbicie -

 żywą pochodnię  przewiązaną wstęgami sinego dymu;   

 

background image

 

 9 

obję te ogniem postacie miotały się  w popiele poza rozgrzaną  

 

do czerwoności blachą filmowego autokaru. Na plecach czułem   

 

płomień. Zdołałem utrzymać  się  na nogach do tej właśnie   

 

chwili, aby -

 jako jedyny świadek błyskawicznego rozwoju   

 

zdarzeń 

-

 dostrzec po raz ostatni gasną

ce oczy i wreszcie    

całe odbicie swego martwego ciała akurat w momencie, gdy na   

 

tle spustoszonego pejzażu w księżycowej poświacie słońca   

 

osuwało się  bezwładnie na rozpalony piach.    

 

   Tak było tam 

-

 w głębi doskonale czystego zwierciadła, a   

 

raczej we wnętrzu półprzestrzeni ograniczonej jego   

 

niewiadomą powierzchnią, która była płaszczyzną symetrii   

 

odwzorowania przestrzennego naszych ciał i całego sprzętu   

 

filmowego włącznie z autokarem. Tak było tylko tam! Ponieważ   

 

nagle -

 żywy, jak na ułamek sekundy przed samym błyskiem,   

 

nienaruszony i przytomny, chociaż z pełną świadomością   

 

minionego cierpienia i grozy, unieruchomiony ostrym    

wstrząsem rozpoznania i zdumienia skłębionego z trwogą 

-    

zrozumiałem, gdzie naprawdę  jestem i d

laczego bez  przeszkód    

i do końca mogłem zobaczyć  wszystko, również własną agonię  i   

 

śmierć .    

 

   Znajdowałem się  tutaj 

-

 poza lustrzaną powłoką   

 

gigantycznego pęcherza, czyli po drugiej stronie   

 

gigantycznego łuku, który przy podstawie niknącej już kopuły   

 

rozcinał powierzchnię  ziemi, dzieląc na niej cmentarne   

 

popioły i zgliszcza od oazy wskrzeszonego nagle życia.    

 

Obróciłem się  poza siebie jeszcze raz. Jak na komendę ,   

 

wszyscy ludzie ilu ich było w ekipie Yorena, odwzorowani w 

   

bujnej trawie względem tej samej płaszczyzny przekształceń,   

 

unieśli się  ze swych agonalnych miejsc. Powstali   

 

równocześnie i z niezwykłym skupieniem odmalowanym na   

 

zahipnotyzowanych twarzach, jakby w lunatycznym transie,    

zajęli porzucone sta

nowiska przy zmaterializowanej wiernie    

aparaturze filmowej oraz na planie - najwidoczniej po to, by    

kontynuować  przerwane zdjęcia. Nie zauważyli, co się  stało.   

 

Działali jednak z całą stanowczością. Jakaś siła   

 

background image

 

 10 

bezwładności czy potężna sprężyna bez udziału świadomości   

 

dociągała ich do poprzedniej sytuacji, mimo że nie miało to   

 

już sensu. Bezmyślne twarze ożywił jednostajny terkot   

 

uruchomionej kamery. Ten groteskowy obraz wyprowadził mnie   

 

ostatecznie z równowagi.  Krzyknąłem na całe gardło, lecz   

 

głos załamał mi się  w nieartykułowany ryk.    

 

   Kamera stanę ła. Yoren przyjrzał mi się  smętnym wzrokiem i   

 

rzucił obojętnie:   

 

   -

 Dość ! Zwijamy manatki.  

 

   Za to Zoffi, któremu w tych okolicznościach zebrało się    

 

na dłuższe kazanie (i po tym poznałem, że się  nie zmienił),   

 

syczał w moją stronę  ze swego kanistra. Przyskoczyłem doń i   

 

brutalnie obróciłem mu głowę , by spojrzał tam, gdzie w   

 

czarnych pióropuszach dymu dopalały się  nasze autentyczne   

 

ciała i gdzie konała cała ziemia w objęciach realnej   

 

śmierci.   

 

   Wtedy dopiero wytrzeszczył oczy, zbladł i skamieniał mi w   

 

uchwycie drżących rąk.    

 

   

  Jest dzień. Jest jeden z tych zwyczajnych dni, kiedy   

 

budzę  się  ze snu nagi na lodowej krze lub w tłumie   

 

przechodniów na płytach ulicznego chodnika. Ludzie mają   

 

kamienne twarze. Widzę  ich ponad sobą, gdy omijają mnie   

 

długim szeregiem. Wszyscy z cukierkami w ustach poruszają   

 

szarymi wargami i przełykają ślinę . Zrywam się  wtedy z myślą   

 

o ratunku

 bezpiecznego ukrycia i chyłkiem drapię  ściany u   

 

podstawy niebotycznych wież lub z rękoma na gołym brzuchu   

 

przeskakuję  wstęgę  bieżni w poszukiwaniu kępy krzaków. Lecz   

 

tam nie znajduję  oazy. Kiedy indziej 

-

 jak właśnie dziś 

-    

otwieram oczy w

śród gęstwiny drzew, w samym środku   

 

rzeczywistego legowiska. Tutaj nie od razu unoszę  się  z   

 

ziemi. Najpierw wodzę  ręką dokoła siebie, by otoczyć  i   

 

przyswoić  jakiś kszałt, cokolwiek, co sprowadza zmysły do   

 

granicy czucia. Nigdy nie patrzę  w dal, gdyż nie mam   

 

zaufania do świadectwa wzroku. Otula mnie wiatr i ciepło.    

 

background image

 

 11 

   Zatem jest dzień. Jest jeden z tych szczęśliwych dni,   

 

które chciałbym uwięzić  w klatce. Znajduję  szorstki owal   

 

pnia, nacinam go paznokciem i węszę . Potem się gam po cierń i   

 

znajduję  ból. Oto biała rysa i kropelka krwi. Dopiero wtedy   

 

szeroko otwieram oczy. Otwieram je na świeżą zieleń traw i   

 

na zakola czystej miedzi uformowane w piasku. Badam zmysłami   

 

każdą woń i każdy smak, patrzę  na biały dom, jaśniejący   

 

oszklonym parterem w południowym słońcu, na obciążoną   

 

pomarańczami gałąź, która kołysze się  w górze na tle   

 

głębokiego błękitu nieba, słyszę , gdziekolwiek drgnie   

 

najlżejszy szmer, gdy źdźbło ociera się  o źdźbło i brzęczy   

 

owad w sen

nej ciszy lata. Krótkie są godziny jawy. Choć    

 

wciąż zajmuje mnie tak wiele spraw. Główny nurt czasu 

-    

zdaje się  

-

 upływa mi na nieustannym poszukiwaniu nowego   

 

legowiska. Nie znam granic ogrodu i wcale nie myślę  o nich,   

 

przynajmniej staram si

ę  nie myśleć . Błąkam się  wkoło białego   

 

domu, obracam w dłoni klucz i wciąż czegoś nie mogę  się    

 

doliczyć . Dzisiaj smak wina czuję  w nagrzanym powietrzu.    

 

   Bywa, że razem ze mną budzi się  jeszcze ktoś inny: co   

 

jakiś czas ktoś unosi się  z trawy, ktoś inny wstaje od stołu   

 

na piętrze, by wyjrzeć  przez uchylone okno. Powtarzają się    

 

sceny pozdrowień. Nie wymieniamy spojrzeń wprost: czekam, aż   

 

tamten wzrok obejmie moją twarz i zgaśnie utkwiony w ziemię ,   

 

bym mógł z kolei unieść  własne oczy na jego twarz czy jego   

 

całą postać . Ubrania nasze nie noszą śladów minionych nocy:   

 

niekiedy -

 w głębszym przebłysku świadomości 

- wydaje mi    

się , że wyglądamy coraz bardziej uroczyście. Mę czyźni i   

 

kobiety podzieleni na niewielkie

 grupy śpią między smugami   

 

barw rozrzuconymi przez konary drzew. Niektórzy spoczywają   

 

na posłaniach z koców. Inni zajmują miejsca pod gałęziami   

 

lub na trawie w pełnym blasku słońca. Ci, których sen  

 

zaskoczył w koktajlbarze poza szybami parteru, jak również   

 

ci, którzy zmieniając miejsca trwałej nieświadomości,   

 

przechodzą tam na bliżej nie określony czas pobytu 

- wszyscy    

wspierają głowy gdzieś przy balustradach, na brzegach   

 

background image

 

 12 

stolików wśród naczyń z resztkami jedzenia, kryją twarze   

 

między kieliszkami wina lub słaniają się  na wysokich   

 

stołkach, ustawionych w podkowę  dookoła baru.    

 

   Owady brzęczą w sennej ciszy lata. W dzień ludzie śpią   

 

najczęściej z otwartymi oczami. Kobiety spoza rozsypanych   

 

włosów porównują barwy paznokci i rzęs z bladym wspomnieniem   

 

dawno już przebrzmiałego balu, mężczyźni 

- wsparci na    

pięściach przyłożonych do skroni 

-

 liczą minione sceny i   

 

nastroje, jedni wchłaniają kształty szklistym wzrokiem, inni   

 

drżą w niemym ożywieniu, zapatrzeni w siebie lub lepką od   

 

soków zieleń, która otula biały mur i zagląda agresywnie   

 

przez okna, pozostali z liczby wahających się  na krawędzi   

 

jawy rozmawiają szeptem w chwilach największego napięcia,   

 

niektórzy -

 o różnych porach świtu i zmierzchu, gdy wywołany   

 

ptasim krzykiem, ciosem spłoszonych skrzydeł wraca z piętra   

 

muzyczny motyw balu -

 ludzie znów jedzą i piją lub palą   

 

papierosy na wietrze, gdzie słońce utartym szlakiem kreśli   

 

swój codzienny łuk w błękitnej toni nieba, czasem ktoś szuka

    

kogoś, znajduje, oddycha z ulgą i niemy nieruchomieje obok.    

 

   Pozornie -

 pustka: jest tak, jakby nas tutaj nie było.    

 

Jakby nie było wcale rzeczywistości powtórzonej w myślach i   

 

jakby myśli same żyły, obejmowały się  z miłością albo   

 

walcz

yły między sobą o coś niewiadomego. Wątki rwą się ,   

 

wrażenia kłębią, pamięć goni za najtrwalszym śladem, gdy   

 

uwaga traci rachubę  godzin. Ale nasz sen 

-

 głęboki czy   

 

płytki 

- nie ma nic wspólnego z rodzajem tego fizycznego    

omdlenia, jakie powala

 na ziemię  umęczone zwierzę : my tylko   

 

zewnętrznie jesteśmy tacy nieobecni.    

 

   Rozglądam się  wokoło siebie i poprzez widma wielu dni   

 

widzę  wciąż twarze znajomych ludzi. Patrzę  na nich z uwagą   

 

wzrastającą z godziny na godzinę  i graniczącą już z lękiem,   

 

a oni -

 również czymś zaniepokojeni i, zdaje się , coraz   

 

bardziej czujni -

 spoglądają z kolei na mnie swymi   

 

szklistymi, tak samo nic nie widzącymi oczami.    

 

 

background image

 

 13 

   

                   ADAM WIŚNIEWSKI

-SNERG   

   

Obchodziłby w styczniu sześć dziesiąte pierwsze urodziny   

 

oraz fetował ćwierćwiecze "Robota", najbardziej udanej   

 

debiutanckiej powieści. W ostatnich latach życia twórca   

 

wypalony i zapoznany -

 po śmierci czytany na nowo, okazuje   

 

się  autorem zagadkowym, staroświeckim i 

nowoczesnym o nie do    

końca przedstawionym dorobku. Jego dzieło (także drukowany u   

 

nas "Dzikus" - "NF" 8-

9/97), w którym można widzieć  proces   

 

doskonalenia i przełamywania konwencji, odsłania się  zarazem  

 

jako egzystencjalny zapis osobistej udręk

i i   

nieprzystosowania.     
   Tak mamy w "Przerwanym filmie". Konwencjonalna jest    

maniera pisarska (proza sypka, amorficzna) wzięta z modnego   

 

w latach sześć dziesiątych nouveau roman. Pokoleniowy (bo   

 

wspólny dojrzewającym w cieniu Hiroszimy pier

wszej i drugiej    

generacji) byłby lęk przed atomową zagładą. Na zdecydowanie   

 

własny natomiast wygląda zawiły stosunek do kina. Snerg   

 

dwukrotnie sparzył się  na podejściu do ekranizacji "Robota"   

 

i "Według łotra", nie cenił więc kina, jakie było, 

z jakim    

zetknął się  w PRL. Drażniły go wyrazowe ograniczenia obrazu   

 

oraz fakt, iż to, co w kinie wielkie, pochodzi najczęściej   

 

od reżysera, zaś od pisarza bierze kino postaci i schematy.    

 

Ale widać  też z "Przerwanego filmu", że pielęgnował wizję    

 

filmu doskonałego, pełnego znaczeń jak sen, który wyświetlał   

 

sobie na ekranie intelektu. Takie kino było jego   

 

nie spełnioną obsesją; świadczy o tym kontrowersyjna   

 

ontologia filmu, przedstawiona w "Według łotra". Na realnym   

 

kinie się  zawiódł, dlatego demonstracyjnie je odrzucał.