background image

Frid Inguistad

CHUDE LATA

Saga część 7.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY.

Kristiania, czerwiec 1905 roku

Elise wpatrywała się w Johana, czując, jak robi jej się na przemian to 

zimno, to gorąco. Mężczyzna na moście... Jezu, to chyba nie mógł być on? 
Ten,   którego,   jak   sądziła,   powstrzymała   od   popełnienia   samobójstwa   i 
rzucenia się do wodospadu? Ten sam, któremu współczuła?

- Co ci jest, Elise? Zbladłaś tak nagle. Potrząsnęła głową.
- To... to... po prostu przypomniałeś mi, to było takie okropne. Johan 

skinął głową, wydawało się, że rozumiał.

- Więcej o nim nie wspomnę. Uważałem, że muszę ci o tym powiedzieć, 

bo się tak martwiłaś.

Nie odezwała się, nie mogła się przyznać, co widziała. Wówczas Johan 

też poważnie by się zmartwił.

- Myślę, że nie musisz się bać, że się na niego natkniesz, nie pokazuje 

się w tej okolicy. Jego rodzice mieszkają po drugiej stronie rzeki. Poza tym 
jest poważnie ranny, upłynie dużo czasu, zanim pojawi się w pobliżu.

Otworzyła usta, żeby powiedzieć, że mimo wszystko będzie się bała, ale 

ugryzła się w język. Johan i tak nic na to nie poradzi, musiał wracać do 
Kongsvinger. Zamiast tego spróbowała się uśmiechnąć.

- Uważaj, żebyś nie spóźnił się na pociąg.
Uśmiechnął się w odpowiedzi, odwrócił się i ruszył do drzwi. Kiedy 

zniknął, Elise nie poruszyła się, siedziała, wpatrując się przed siebie, a 
strach chłodem pełzł w górę jej pleców.

„Teraz porusza się o kulach i ma duży bandaż na głowie". To nie mógł 

być nikt inny. Brakło jej powietrza. Dlaczego stał na moście i wpatrywał 
się w dom majstra? Czego od niej chciał?

Znowu przypomniała sobie zdarzenie z poczekalni u lekarza, dziwną 

reakcję tego człowieka, kiedy chciała mu pomóc, jego przerażony wzrok, 
kiedy ją zobaczył. Dopiero teraz zrozumiała. Rozpoznał ją, domyślił się, 
kim jest. I chyba nic dziwnego, że przeżył wstrząs.

Uderzyła ją nowa przerażająca myśl: czy mógł po niej poznać, że jest w 

ciąży? Zrobiło się jej gorąco, płomienie ogarniały całe ciało, przesuwając 
się ku górze aż do głowy. Czy odgadł, że to jego dziecko?

Poczuła mdłości, szybko wstała i wybiegła. Zwymiotowała.
Mama zabrała z sobą  Anne Sofìe  i Larsine, Elise zobaczyła je nieco 

niżej   między   jabłoniami.   Wzrok   ześliznął   się   na   most.   Chwała   Bogu, 
nikogo tam nie było.

Rozpłakała się. Jak ma zapomnieć, że to jego dziecko, jeśli kręcił się 

background image

koło domu, stał na moście i gapił się na nią, być może chodził za nią, gdy 
się gdzieś wybierała? Anne Sofìe widziała go koło domu kowala Andersa, 
to   by   znaczyło,   że   mógł   być   wszędzie.   Dlaczego   tu   przychodził?   Czy 
zamierzał   jeszcze   raz   spróbować?   Dostała   spazmów.   Czyż   nie   dość   ją 
skrzywdził? Zacisnęła pięści i zagryzła zęby rozgoryczona. Nienawidziła 
go, nienawidziła go aż do bólu!

Zaraz   jednak   potrząsnęła   głową,   dziwiąc   się   samej   sobie.   Miałby 

spróbować jeszcze raz? Z głową owiniętą bandażami i zranioną nogą, na 
której   nie   mógł   stanąć?   To   absurd.   Ale   dręczyć   ją,   tak,   do   tego 
najwyraźniej był zdolny.

Mama i dziewczynki wróciły, rozmawiając i śmiejąc się.
- Nie uważasz, że teraz, kiedy wyszło słońce, zrobiło się ciepło i cudnie, 

Elise? - Mama spojrzała na nią wesołym wzrokiem. - Rano było jesiennie, 
ale   teraz  znowu  mamy   prawie  lato.   Gdzie   byłaś?   - Spojrzała  na  córkę 
zdziwiona. - Czy coś się stało?

Elise potrząsnęła głową.
- Tylko zrobiło mi się tak gorąco, że musiałam się trochę przejść w 

cieniu.

Pani Lcvlien zmarszczyła czoło.
- Nie jest wcale aż tak ciepło. Nie jesteś przypadkiem chora?
- Wiesz, dużo czasu spędzam przy krosnach. - Sama usłyszała, jak ostro 

zabrzmiał jej głos, i dostrzegła, że przez twarz mamy przemknął cień. W 
tej   samej   chwili  pożałowała   swoich   słów.   Mama   nie   jest   zdrowa   i  nie 
można od niej wymagać, by spędzała na tkaniu tyle samo czasu co ona.

- Mogę cię teraz zmienić, żebyś też mogła trochę wyjść z Anne Sofie i 

Larsine.

Elise pokręciła głową.
- Myślę, że raczej pójdę jeszcze trochę popracować przy krosnach. A ty 

przypilnuj dziewczynek.  - Weszła  pośpiesznie  do środka,  żeby   uniknąć 
kolejnych pytań.

Niepokój jej nie opuszczał, a jedno pytanie rodziło następne, wszystkie 

pozostawały bez odpowiedzi.

To niepojęte, że ten łajdak jeszcze ma czelność ją prześladować po tym, 

jak   dopuścił   się   gwałtu.   Może   jest   szalony?   Zadrżała.   To   jeszcze 
potworniejsze. Czy powinna pójść na policję?

W tej samej chwili odrzuciła ten pomysł. Policja nie przejmie się jakąś 

robotnicą z tej strony  rzeki Aker. Nie uwierzą jej. Jeśli w dodatku ów 
rudowłosy   pochodzi   z   zamożnego   domu,   prędzej   jego   wysłuchają.  Ten 
człowiek może wszystkiemu zaprzeczyć. Albo jeszcze gorzej: stwierdzić, 

background image

że to ona go zaczepiła. W dole miasta aż roiło się od prostytutek, policja 
mu uwierzy.

Nie, musi to sama załatwić. Teraz żałowała, że nie powiedziała o niczym 

Johanowi. Znał kolegów Lorta-Andersa i być może mógłby jakoś na nich 
wpłynąć. Nie miała w każdym razie odwagi przyznać się do wszystkiego 
Emanuelowi. Wpadłby we wściekłość, pobiegł od razu na policję i tyle by 
zdziałał, że ściągnąłby jej na kark jeszcze innych kumpli z bandy.

Kiedy   wszyscy   położyli   się   spać   tego   wieczoru,   starannie   zamknęła 

drzwi na klucz. Z łóżka mogła obserwować wąskie okienko obok wejścia. 
Gdyby ten mężczyzna zaglądał do środka, dostrzegłaby może jego cień. W 
każdym razie, jeśli wyjdzie księżyc.

Cieszyła   się,   że   pan   Hvalstad   zajmuje   u   nich   poddasze.   Rudy   nie 

odważy   się   chyba   na   nic,   kiedy   zobaczy,   że   w   domu   majstra   mieszka 
mężczyzna. Nie sądziła też, by miał śmiałość zbliżyć się tu w ciągu dnia, 
widząc, że mama i dzieci są razem z nią.

Postanowiła, że musi pilnować, by drzwi były zamknięte na klucz, gdy 

będzie sama, i po prostu mieć oczy i uszy otwarte.

Wreszcie   uspokoiła   się   i   zaczęła   rozmyślać   o   tym,   co   Johan   jej 

opowiedział.   O   jego   strasznym   przeżyciu.   Ze   wszystkich   żołnierzy   ze 
straży   granicznej   właśnie   on,   rudowłosy,   spadł   z   urwiska   i   praw-
dopodobnie wykrwawiłby się na śmierć, gdyby nie Johan. Co za ironia 
losu. Najpierw Johan go ocalił podczas wymarszu, on, który nienawidził 
go bardziej niż ktokolwiek inny. Potem ona być może... Nie, zresztą to nic 
pewnego, że zamierzał rzucić się do wodospadu. Może tylko tam stał, żeby 
ją obserwować.

Pierwsze, co zrobiła, kiedy się obudziła następnego ranka, to wyjrzała 

przez okna. Nie wiedziała, co by zrobiła, gdyby go zobaczyła w pobliżu. 
Najchętniej   wypadłaby   z   domu   i   obrzuciła   go   stekiem   przekleństw   i 
wyzwisk,   które   właśnie   przyszłyby   jej   do   głowy,   jednocześnie   nie 
wyobrażała sobie, że miałaby stanąć z nim twarzą w twarz.

Wściekłość towarzyszyła jej cały dzień i dodała jej mnóstwo energii. 

Elise zostawiła tkanie matce, sama wolałaby wyszorować podłogi, uprać 
brudne spodnie chłopców, nanosić drewna i wody niż siedzieć spokojnie. 
Musiała pozbyć się tego napięcia, pracować tak ciężko, by uciszyć myśli.

Kiedy   właśnie   miała   rozpalić   w   piecu,   by   nastawić   ziemniaki,   nagle 

zdała sobie sprawę, że tuż za nią cichutko stanęła mama. Anne Sofie i 
Larsine siedziały przed domem na stołkach i bawiły się szyszkami.

- Co ci jest, Elise? - głos matki był cichy i zmartwiony. Elise wolała się 

nie odwracać.

background image

- Nic.
- Widzę po tobie, że cię coś gnębi.
- Nic, przecież mówię.
Usłyszała, że matka przycupnęła na jednym ze stołków kuchennych.
- Usiądź tu na chwilę, chciałabym z tobą o czymś porozmawiać. Elise 

niechętnie odwróciła się.

- Jest coś, co już dawno chciałam ci wyznać, ponieważ sądzę, że to 

mogłoby ci pomóc w sytuacji, w której się znalazłaś.

Elise zerknęła na nią z ukosa. Czyżby matka domyślała się prawdy? 

Zrobiło się jej słabo na samą myśl. Może Hilda nie zdołała zatrzymać tego 
dla siebie? Albo Agnes? Co powiedziałby Emanuel, gdyby usłyszał, że nie 
jest   już   tajemnicą,   że   nie   on   jest   ojcem   dziecka,   którego   Elise   się 
spodziewa?

- Wiem, że się wstydzisz, ponieważ brałaś ślub w kościele, będąc w 

odmiennym   stanie.   -   Mówiąc   to,   matka   spuściła   wzrok,   wyraźnie 
zakłopotana. - Zostaliśmy tak wychowani, że traktujemy to jako grzech. - 
Zawahała   się,   poprawiła   kołnierzyk  sukni,   wyglądało   na  to,   że   nie   ma 
odwagi mówić dalej. - Myślałam, że powinnam cię pocieszyć i powiedzieć 
ci, że rozumiem, co czujesz. - Podniosła wzrok, posłała córce bezradne 
spojrzenie, zaczerwieniła się na policzkach.

Elise siedziała jak na szpilkach, jednak miała niejasne uczucie, że nie 

jest tak, jak się obawiała.

- Byłam w czwartym miesiącu ciąży, kiedy Mathias i ja pobieraliśmy 

się. - Zamilkła, zagryzła wargę, jej oczy się zaszkliły. - Sądziłam, że nigdy 
nie zdradzę tego żadnej z moich córek, a tym bardziej tobie, która miałaś 
się   wtedy   urodzić,   ale   teraz   czuję,   że   przyszedł   czas,   by   się   z   tego 
zwierzyć.

Elise odetchnęła w głębi duszy. To nie o jej nieszczęściu matka chciała 

rozmawiać, lecz o własnej grzesznej przeszłości.

- Nic nie szkodzi, mamo. Nie mam ci tego za złe.
Pani Lovlien odpowiedziała uśmiechem, wyglądało na to, że i jej ulżyło.
- A więc jesteśmy kwita.
Gdyby tylko wiedziała, pomyślała Elise. Natomiast na głos powiedziała:
- Dlaczego tak długo czekaliście ze ślubem? Matka westchnęła i znowu 

spuściła wzrok.

- To długa historia.
- Opowiedz! Nigdy nie wspominałaś o waszych pierwszych wspólnych 

latach z tatą. Nie mówiłaś nic poza tym, że byłaś zakochana, on przystojny 
i uroczy, uwielbiał taniec i świetnie grał na akordeonie.

background image

Matka skinęła głową z uśmiechem.
-   Tak,   byłam   potwornie   zakochana.   Spotkałam   go   w   podróży   do 

Kristianii, kiedy miałam zacząć pracę jako służąca na Pilestraedet.

Elise spojrzała na matkę zdumiona.
- Pracowałaś tu w Kristianii jako służąca? Nigdy o tym nie mówiłaś.
Matka   potrząsnęła   głową,   a   na   jej   ustach   pojawił   się   uśmiech   za-

wstydzenia.

- Nic z tego nie wyszło. Mieszkałam u wujka i ciotki w Grensen; miałam 

u nich spędzić czternaście dni pozostałych do rozpoczęcia pracy. Ku mojej 
rozpaczy   zauważyli,   że   wymykałam   się   wieczorami   bez   pozwolenia, 
zdenerwowali   się   i   wysłali   telegram   do   ojca.   Natychmiast   wyjechał   z 
domu   w   tę   długą   i   kosztowną   podróż   i   przywiózł   mnie   z   powrotem. 
Płakałam i przepraszałam, wyjaśniłam, że zaręczyłam się z Mathiasem i że 
nie   chcę   nikogo   innego   poza   nim,   ale   oni   byli   jeszcze   bardziej 
nieprzejednani. Marynarz, a w dodatku syn Cygana, to wstyd, z którym nie 
mogliby   żyć.   Poza   tym   przeżyli   prawdziwy   wstrząs,   że   wszystko 
potoczyło się tak szybko.

Elise   przyglądała   się   matce   z   niedowierzaniem.   Pomyśleć   tylko,   że 

matka przeżyła taką tragedię i nigdy słowem o tym nie wspomniała.

- Co się potem stało? Uciekłaś? Pani L0vlien pokręciła głową.
- Mathias był mądry. Skończył z pływaniem, nic mi o tym nie mówiąc, i 

na początku najął się do pracy w porcie w Skien, potem znalazł pracę w 
tartaku, a w końcu w hucie żelaza w Ulefoss. Zrozumiał, co się stało, i 
postanowił zdobyć serca moich rodziców. - Uśmiechnęła się. - Udało mu 
się. Wreszcie z błogosławieństwem obojga pobraliśmy się.

- Ale dlaczego przeprowadziliście się tutaj? Dlaczego nie zostaliście w 

Ulefoss, skoro tak bardzo kochałaś swoje rodzinne miasto?

Uśmiech na ustach matki zgasł.
- Mathias nie czuł się tam dobrze, dla niego było zbyt spokojnie. On 

lubił   ruch   i   życie,   ruchliwe   ulice,   wesołe   miasteczka,   tłumy   ludzi   i 
restauracje. Odezwała się w nim cygańska krew. Po jakimś czasie nie mógł 
już wytrzymać w fabryce. To stało się naszym nieszczęściem.

- Powinien nadal pływać. Matka przytaknęła.
- Wiele razy o tym myślałam. Wtedy być może nie zacząłby pić. Elise 

nie zdążyła jeszcze przetrawić wszystkiego, co usłyszała.

- Do tej pory myśleliśmy, że nie masz żadnej rodziny poza nami.
Matka znowu skinęła głową, posmutniała.
- Mój ojciec zmarł, zanim się urodziłaś, a matka poszła w jego ślady trzy 

lata później. Trzech z moich braci wyemigrowało do Ameryki, dwóch z 

background image

nich zmarło na tyfus.

- Ale było was ośmioro. Matka przeniosła wzrok ku oknu.
-   Nie   chcieli   mieć   ze   mną   nic   wspólnego.   Mimo   że   ojciec   i   matka 

wybaczyli mi i zmienili zdanie o Mathiasie, moi bracia nie chcieli uznać 
Cygana za szwagra. Nigdy więcej ich nie widziałam.

- A co z tą ciotką i wujkiem, u których mieszkałaś?
- Ich też później nie spotkałam, nie wiem nawet, czy żyją. Ten wujek to 

brat   mojej   mamy.   Oboje   wychowali   się   w   średnio   zamożnym 
gospodarstwie; wujek zdołał ukończyć studia i się wzbogacił. Razem z 
ciotką mieszkali w wytwornym mieszkaniu na rogu Grensen i Akersgaten. 
Nigdy   nie   byłam   w   równie   bogatym   domu.   Dostałam   własny   pokój   z 
pięknymi   meblami   i   firankami,   obsługiwały   mnie   pomoc   domowa   i 
pokojówka   i,   wierz   mi,   jadłam   najbardziej   wyszukane   potrawy.  Ale   to 
szczęście   trwało   tylko   dwa   tygodnie.   Przychylność   krewnych   i   ich 
serdeczność obróciła się w złość i pogardę. Okryłam ich wstydem, nie 
chcieli mnie więcej widzieć na oczy.

Elise pomyślała, przez co matka musiała potem przejść, o jej życiu z 

ojcem, który wracał pijany do domu, przeklinał i bił ją.

- Żałowałaś? - spytała ostrożnie. Pani Lovlien potrząsnęła głową.
-   Nie,   nie   żałowałam.   Kochałam   Mathiasa,   a   on   kochał   mnie,   i 

kochaliśmy nasze dzieci, oboje. Kiedy zaczęło się źle dziać, oczywiście 
było   mi   przykro,   ale   nigdy   nie   przestałam  go   kochać.   Nie   mógł   sobie 
poradzić   z   nałogiem.   Kiedy   trzeźwiał,   bardzo   żałował   i   miał   ogromne 
poczucie winy. Współczułam mu.

Elise zdziwiła się, jak wiele razy przedtem. Matka położyła dłoń na jej 

dłoni.

-   Teraz   na   pewno   rozumiesz,   dlaczego   ci   to   opowiedziałam.   Ja   też 

kiedyś poddałam się silnym uczuciom i zrobiłam coś, czego nie powinnam 
była robić przed ślubem. Uległaś Emanuelowi, tak jak ja uległam twemu 
ojcu. Nie zamierzam czynić ci wyrzutów.

Elise nie mogła spojrzeć matce w oczy. Nie mogła się przyznać, że ta 

ciąża nie jest skutkiem wielkiej namiętności do Emanuela. Mama byłaby 
głęboko nieszczęśliwa, gdyby poznała prawdę.

- Czy nigdy nie próbowałaś nawiązać kontaktu ze swoimi braćmi?
Matka potrząsnęła głową.
- Kazałam wam wierzyć, że nie mam już żadnej rodziny. Uważałam, że 

tak będzie najlepiej. Nie wiem nawet, czy moi bracia w Ulefoss utrzymują 
kontakt z tymi, którzy wyjechali.

Zapadła cisza.

background image

Matka poruszyła się niespokojnie.
- Nigdy nie zdołałam im wybaczyć, Elise. Jak można osądzać człowieka 

z powodu jego pochodzenia... Mathias był wspaniałym człowiekiem, tylko 
wódka go zniszczyła. Był łagodny i wesoły, troskliwy i wierny. Wiem, że 
czuł gorycz z powodu moich braci, ale nigdy nie powiedział o nich złego 
słowa.   Myślę,  że   jednak   stracił  przez   nich   nieco   szacunku  dla   samego 
siebie. - Zamilkła.

Elise popatrzyła na matkę zdumiona. Nie mogła wręcz uwierzyć w tę 

historię. Zawsze uważała mamę za osobę spokojną i opanowaną. Teraz 
wyobraziła ją sobie jako młodą dziewczynę żądną przygód i upartą.

- Opowiadaj dalej! Jak mogłaś wpaść na pomysł, żeby zaręczyć się z 

mężczyzną, którego znałaś zaledwie parę tygodni?

Matka uśmiechnęła się i trochę rozmarzyła.
- Powinnaś go była wtedy zobaczyć. Już gdy siedzieliśmy w dyliżansie, 

a   potem   w   pociągu,   ukradkiem   przyglądając   się   sobie   nawzajem, 
postanowił, że to ze mną się zwiąże. Nie było dla niego przeszkody, której 
by   nie   pokonał.   Ja   natomiast   byłam   nieśmiała,   niedoświadczona   i 
wychowana w posłuszeństwie. Przeraziłam się, kiedy zaproponował mi, 
żebyśmy   się   spotkali   potajemnie,   ale   byłam   zbyt   zakochana,   żeby 
odmówić.   Kiedy   później   zrozumiałam,   że   ojcu   jest   bardzo   przykro, 
poczułam   się   głęboko   nieszczęśliwa,   a   jednocześnie   przepełniały   mnie 
upór   i   odwaga.   Moja   rodzina   osądziła   Mathiasa,   choć   nawet   go   nie 
widziała.   Po   raz   pierwszy   uświadomiłam   sobie,   że   rodzice   nie   zawsze 
mają rację.

Elise pokręciła głową w zamyśleniu.
- Szkoda, że nie znałam ojca takiego.
- Miałaś okazję przez kilka pierwszych lat, tylko zapomniałaś. Z czasem 

ojciec stawał się coraz bardziej poważny, niemal przygnębiony, Tęsknił za 
morzem,   nienawidził   pracy   w   fabryce.   Co   wieczór,   kiedy   wracał 
zmordowany do domu z tkalni płótna żaglowego, zgarbiony, z ponurym 
wzrokiem,   serce   mi   krwawiło.   Zaproponowałam   mu,   żeby   się   znowu 
zaciągnął, ale on nie chciał od nas wyjeżdżać. Naszą miłość zachowaliśmy 
aż do chwili, kiedy zginął. Nawet.. . - Zagryzła wargę i przełknęła ślinę.

- Nawet wtedy, kiedy sprowadził do kuchni te prostytutki - pomogła jej 

Elise.

Matka skinęła głową.
- Nie oczekuję od ciebie, że to zrozumiesz. Mimo całego cierpienia, 

przez które przeszłam, otrzymałam w darze coś najwspanialszego, czego 
człowiek może doświadczyć: miłość bez granic. Zdaję sobie sprawę, że 

background image

tego nie rozumiecie, miłości pośród biedy, nędzy i pijaństwa, jednak ona 
łączyła nas cały czas. To dlatego tak bardzo się ucieszyłam, kiedy Emanuel 
zaśpiewał na pogrzebie, w dodatku mój ulubiony psalm.

Elise poczuła dławienie w gardle. Jednocześnie nagle zakłuło ją w sercu. 

To,   co   mama   przeżyła,   było   marzeniem   wielu   ludzi,   jednak   tylko 
nielicznym   udawało   się   je   zrealizować.   Ani   Hilda,   ani   ona   nie 
doświadczyły podobnego uczucia. Odchrząknęła.

-   Cieszę   się,   że   mi   o   tym  opowiedziałaś,   mamo.  To   smutne,   że   pa-

miętamy ojca tylko jako pijaczynę, który przeklinał i bił.

W oczach pani Loylien zakręciły się łzy.
-   Nie   wierzę,   że   tak   jest.   Nosicie   w   sobie   również   inny   obraz   ojca. 

Nawet Peder, który jest z was najmłodszy, mówi o ojcu bez goryczy.

Elise   spojrzała   na   matkę.   Jak   mogła   być   tak   zauroczona   panem 

Hvalstadem, skoro nosiła w sercu taką miłość do ojca?

-   W  głębi   duszy   ufam,   że   ty   i   Hilda   przeżyjecie   to   samo,   co   ja   w 

pierwszych latach znajomości z Mathiasem. Muszę przyznać, że trudno mi 
zrozumieć   Hildę   i   jej   zachwyt   dla   podstarzałego   majstra,   lecz   kto 
właściwie powiedział, że wiek odgrywa tu jakąkolwiek rolę? A jeśli chodzi 
o ciebie, ku swojej radości widzę, że ty i Emanuel jesteście w sobie bardzo 
zakochani. I jakie on pisze listy miłosne! - uśmiechnęła się.

Elise nie wiedziała, co powiedzieć. To prawda, doświadczyła wielkiej 

namiętności, lecz mimo to miała uczucie, że czegoś jej brakuje. Zwłaszcza 
po wysłuchaniu opowieści mamy.

- Rozumiesz - mówiła dalej matka i uścisnęła rękę córki - kiedy raz 

trafiło  mi  się  takie  szczęście,  łatwiej  przyszło  mi przyjąć je po  latach. 
Gdyby   doszło   do...   -   zaczerwieniła   się.   -   Uważasz   pewnie,   że   mówię 
zagadkami - dodała z uśmiechem. - Ale sądzę, że mnie rozumiesz.

Elise otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.
- Masz na myśli... Matka skinęła głową.
- Właśnie, Asbjorna.
A więc są już po imieniu, widocznie i tym razem wszystko toczyło się 

szybko. Elise zaświtało w głowie, że pewnych stron swojej matki nigdy 
nie poznała.

- Cieszę się razem z tobą - wyznała. - Mam tylko nadzieję, że dla Pedera 

nie   będzie   to   zbyt   bolesne.   Nie   zapomniał   ojca.   -   Ostatnie   zdanie 
powiedziała z nutą oskarżenia w głosie, sama zdała sobie z tego sprawę.

- Ja również o ojcu nie zapomniałam. Ale kto powiedział, że nie można 

kochać dwóch naraz?

Elise   uśmiechnęła   się.   Pamiętała,   że   Peder   zadał   dokładnie   to   samo 

background image

pytanie,   kiedy,   widząc   jego   troskę   o   Johana,   spytała   go,   czy   nie   lubi 
Emanuela.

Matka wstała.
- Nie możemy tak siedzieć cały dzień.
Elise   również   się   podniosła.   Tak   ją   pochłonęła   opowieść   mamy,   że 

zupełnie zapomniała o rudzielcu.

Rozmyślała o tym, co usłyszała, do samego wieczora, kiedy kładła się 

spać.  Wtedy   powrócił   niepokój.   Zamknęła   dokładnie   drzwi   na   klucz   i 
wyjrzała   przez   każde   okno,   zanim   wśliznęła   się   do   łóżka.  Wszyscy   w 
domu już spali, jak zwykle kładła się ostatnia. Nawet Asbjorn Hvalstad 
zwykł wcześnie chodzić spać. Czasami Elise zastanawiała się, czy robi to 
ze względu na Anne Sofie, która bała się zostawać sama w pokoju.

Kiedy   zapadała   w   sen,   usłyszała   jakiś   dźwięk.   W   jednej   chwili 

rozbudziła się, otworzyła oczy i wpatrywała w drzwi, nie mając niemal 
odwagi oddychać.

Na pewno słyszała kroki, lecz pomyślała, że może nie powinna się tym 

przejmować.   Ciągle   ktoś   chodził   nad   rzekę,   zdarzało   się,   że   ludzie 
przechodzili tuż pod oknami.

Przez chwilę leżała nieruchomo, zastanawiając się, czy powinna wstać i 

jeszcze raz wyjrzeć przez okna, lecz zmęczenie wzięło górę. To nie ma 
znaczenia, uznała zmorzona snem, drzwi są zamknięte na klucz, nikt nie 
może wejść.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Kiedy się obudziła, poranne słońce wspięło się ponad dachy domów na 

wschodzie.  Przespała całą  noc, pomimo  wieczornego niepokoju. Kroki, 
które   słyszała,   należały   z   pewnością   do   kogoś,   kto   przypadkiem 
przechodził   w   pobliżu:   jakiegoś   samotnika,   który   nie   mógł   spać,   lub 
zakochanej pary. Nie mogła za każdym razem wstawać w nocy z powodu 
dźwięków zza okna, dom leżał zbyt blisko mostu i prowadzącej ku niemu 
drogi.

Chłopcy byli zmęczeni i nie udało się ich obudzić. Elise pomyślała, że 

powinna wcześniej kłaść ich spać, ale teraz, kiedy po lekcjach pracowali, 
mieli tak mało czasu na naukę, że często ślęczeli nad książkami do późna.

Mama natomiast dawno nie była w tak dobrym nastroju i w pośpiechu 

przenosiła  do  pokoiku  miskę  z  zimną  wodą, żeby   się  umyć.  Od  kiedy 
wprowadził się pan Hvalstad, nie miała odwagi myć się w kuchni, jak to 
zawsze robili, kiedy mieszkali w czynszówce Andersengarden. Zimą tylko 
w kuchni było nieco cieplej, o ile Elise rozpaliła w piecu.

Słyszała, jak matka, myjąc się, nuci pod nosem, mimo że w pokoiku 

było ciasno i na pewno musiała ją krępować obecność chłopców. Elise 
uśmiechnęła się w duchu. Myślami powędrowała w czasy, kiedy mama i 
tato   szaleli   gdzieś   w   Kristianii,   tak   zakochani,   że   zapominali   o   całym 
świecie dookoła, nawet o surowych ciotce i wujku, którzy wpadli w taką 
wściekłość, że odmówili swej pomocy.

Usłyszała   kroki   na   schodach.  Asbjorn   Hvalstad   zapukał   i   wszedł   do 

środka, niosąc na rękach Anne Sofie. 

- Dzień dobry, pani Ringstad - rzekł pogodnym głosem. - Czy jesteśmy 

background image

dziś pierwsi?

- Mama ubiera się, ale chłopcy najwyraźniej położyli się zbyt późno, nie 

mogłam ich wyciągnąć z łóżek. Zaraz znowu spróbuję.

Westchnął.
- Nie, nie jest łatwo surowo traktować dzieci, zwłaszcza te, które muszą 

pracować. Mówi się, że trzeba trzymać rózgę w pogotowiu i wychowywać 
dzieci w dyscyplinie, a w Piśmie Świętym jest napisane, że tych, których 
kochamy, musimy karać. Ale to nie jest łatwe.

Elise uśmiechnęła się do siebie. Jeszcze nie widziała, by kiedykolwiek 

sprawił lanie Anne Sofie ani też żeby na nią krzyczał.

Znowu poszła do pokoiku, trochę zawiedziona, że matka nie pomyślała 

o   tym,   żeby   obudzić   chłopców.   Jeszcze   raz   spróbowała   tchnąć   w   nich 
życie. Tym razem dźwignęli się, jednak ich powieki nadal były ciężkie, a 
ruchy spowolnione.

-   Czy   on   już   wstał?   -   szepnęła   matka   z   wypiekami   na   policzkach, 

wciągając przez głowę znoszoną bawełnianą suknię. - Nie rozumiem, jak 
mogłam tak długo spać. Musisz mnie wcześniej budzić, Elise.

Elise   wróciła   do  kuchni,   dołożyła   do  pieca   szczapę   drewna  i  wyjęła 

chleb, masło i biały ser, czekając, aż kawa będzie gotowa. W bańce zostało 
niewiele   mleka.   Żeby   tylko   pan   Hvalstad   tego   nie   zauważył.   Płacił   za 
posiłki i pewnie oczekiwał, że niczego nie będzie brakowało. Jednak w tej 
samej   chwili   do   kuchni   weszła   matka   i   nawet   jeśli   zamierzał   coś 
powiedzieć, natychmiast o tym zapomniał.

Anne Sofie wdrapała się na ławę.
- Gdzie jest Peder?
- Zaraz przyjdzie. - Elise uśmiechnęła się do niej.
- Tak to jest, jak ktoś za późno się kładzie spać - zauważył pan Hvalstad 

z uśmiechem. Pani Lovlien odwzajemniła uśmiech i zarumieniła się.

Zachowuje się jak zakochana nastolatka, pomyślała Elise i uznała, że to 

zaczyna być męczące. Może to przez tę wczorajszą opowieść. Żeby się 
zakochać   w   ciągu   zaledwie   czternastu   dni...   Nagle   uderzyła   ją   pewna 
myśl: czy matka od razu zaszła w ciążę? Czy młoda niewinna dziewczyna 
przybyła do stolicy z Bratsberg

*

  odważyłaby się tak szybko związać z 

nieznajomym?

*Od 1919 r. Telemark.

 To niemożliwe! Przypomniała sobie siebie z Johanem na polanie latem 

zeszłego roku, tak bardzo tego pragnęli, a jednak zdołali się opanować. 
Nie   tylko   myśl   o   grzechu   i   konsekwencjach   ją   powstrzymywała,   ale 
również szacunek dla matki i obawa przed nią.

background image

A tymczasem matka sama... Elise pokręciła głową.
Chłopcy z hałasem wpadli do kuchni. Kłócili się, który z nich powinien 

usiąść na wolnym stołku. Mówili głośno, podniesionymi głosami.

- Cicho, chłopcy. - Elise spojrzała na nich surowo. - Nie widzicie, że już 

siedzimy przy stole?

Natychmiast   zamilkli.   Kristian   wygrał   i   zajął   stołek,   a   Peder   musiał 

usiąść obok Anne Sofie na ławie.

- Jakie masz stopnie, Peder? - Pan Hvalstad zerknął na niego, biorąc 

kanapkę.

Peder spuścił wzrok i zagryzł wargę.
-   Peder   ma   bujną   wyobraźnię   i   ładnie   rysuje   -   pośpieszyła   Elise   z 

odpowiedzią.

Pan Hvalstad posłał jej karcące spojrzenie.
- Pytałem, jakie ma stopnie.
- Jedynki i dwójki, i takie tam - odpowiedział za brata Kristian.
Elise poznała po nim, że nie zamierza wydać Pedera, lecz po prostu chce 

go wyręczyć, by ten nie musiał sam mówić.

- Jedynki? - pan Hvalstad wydawał się przerażony. - Kiedy ja chodziłem 

do szkoły, dostawałem zwykle czyste piątki. Nie odrabiasz lekcji, Peder? 
Bez wykształcenia nigdzie w życiu nie zajdziesz, wiesz.

- Odrabiam lekcje, ale Kristian mówi, że jestem nierozgarnięty i że będę 

czyścił wychodki, kiedy dorosnę. A ja najbardziej chciałbym sprawdzać 
koła   pociągów.   Czy   muszę   się   dobrze   uczyć,   żeby   zostać   kimś   takim, 
panie   Hvalstad?   -  popatrzył  na  lokatora   wielkimi  niebieskimi   oczami  i 
wzrokiem pełnym nadziei.

-   Tylko   kiedyś   tak   mówiłem   -   Kristian   ponownie   zabrał   głos.   Elise 

zerknęła na niego zdumiona.

-   To   prawda,   Kristianie.   Dawno   już   nie   słyszałam,   żebyś   dokuczał 

Pederowi.

-   Niezależnie   od   tego,   kim  chcesz   zostać,   musisz   skończyć   szkołę   - 

odparł pan Hvalstad. - Chyba nie chcesz do końca życia harować jako 
robotnik w fabryce?

Peder spojrzał na niego zdumiony.
- Czy jest w tym coś złego, panie Hvalstad? Mój tato pracował w tkalni 

płótna żaglowego. W każdym razie kiedy nie pił.

Przy stole zrobiło się cicho.
Peder chyba zrozumiał, że powiedział coś, czego nie powinien mówić, i 

odwrócił się do matki.

- Prawda, mamo? Kiedy nie pił, to czasami pracował?

background image

- Prawda, Pederze. - Matka posłała mu szybki uśmiech. Peder na powrót 

rozpogodził się i znowu zwrócił się do Asbjorna

Hvalstada.   -   Nasz   tato   był   Cyganem,   rozumie   pan.   Cyganie   czują 

mrowienie w nogach i cały czas muszą się gdzieś przenosić, dlatego tato 
chodził  na   Lakkegata.   Elise   ma   po   nim  brązowe   oczy,   Kristian   czarne 
włosy, a ja odziedziczyłem tylko mrowienie w nogach.

Kristian roześmiał się. Nie tak, jak śmiał się z brata kiedyś, pomyślała 

Elise, lecz serdecznie, jak gdyby Peder naprawdę go rozśmieszył.

Śmiech   Kristiana   najwyraźniej   dodał   Pederowi   pewności   siebie, 

niebieskie oczy  chłopca rozbłysły, a na twarzy  pojawił się uśmiech od 
ucha do ucha.

Natomiast pani Lovlien spuściła wzrok i wydawała się zakłopotana.
Jej również nie udało się całkiem wyzbyć uprzedzeń, pomyślała Elise.
- Uważam, że odziedziczyłeś po ojcu także słuch muzyczny, Pederze. W 

każdym razie potrafisz pięknie gwizdać. Ty też, Kristianie. Pamiętam, że 
ojciec   grał   na   akordeonie   i   ładnie   śpiewał.   Teraz   może   dla   nas   grać 
Emanuel.

Zauważyła,  że  matka   posłała   jej  pełne  wdzięczności  spojrzenie.  Nie-

łatwo byłoby jej zrobić dobre wrażenie na kawalerze, skoro jest tyle rze-
czy, których się wstydzi, pomyślała i w jednej chwili poczuła się staro.

- Czy lubi pan muzykę, panie Hvalstad?
Mężczyzna poruszył się niespokojnie, Elise zrozumiała, że trafiła w jego 

czuły punkt.

- Niestety, nie za bardzo. Natomiast moja żona dobrze grała na pianinie.
- W takim razie Anne Sofie na pewno jest muzykalna. - Elise zwróciła 

się do dziewczynki. - Kiedy Emanuel wróci do domu, poproszę go, żeby 
zagrał coś dla ciebie. Jakieś piosenki, które znasz.

Anne Sofìe ożywiła się. - Zwariowany Truls.
-   Zwariowany   Truls1.   -   Elise   roześmiała   się.   -   Co   to   jest?   Matka 

odpowiedziała za małą.

- To piosenka biesiadna. - Zanuciła. - „I przyniósł różę na skraj doliny"...
Anne Sofìe rozpromieniła się.
-   Nigdy   przedtem  nie   słyszałem,   żebyś  to   śpiewała,   mamo   -   wtrącił 

Kristian.

Ku swemu zdumieniu Elise zauważyła, że matka się zaczerwieniła.
Pan Hvalstad podniósł się.
- Chyba muszę iść do biura. Tak tu miło u was przy stole, że trudno mi 

się wyrwać.

Jak tylko wyszedł, a chłopcy pobiegli do szkoły, Elise zwróciła się do 

background image

matki.

- Skąd znasz tę piosenkę?
-   To   ulubiona   piosenka   Mathiasa   i   moja.   Ojciec   niezwykle   pięknie 

gwizdał.   Nawet   na   dwa   głosy.   Pierwszego   wieczoru,   tego   dnia,   kiedy 
poznaliśmy   się   w   pociągu,   usłyszałam,   że   ktoś   gwiżdże   tę   melodię   na 
ulicy. Mathias stał na dole i patrzył w moje okno - dodała i uśmiechnęła się 
zakłopotana.

- Jaka szkoda, że Asbjorn Hvalstad nie lubi muzyki. Matka wzruszyła 

ramionami.

- To nie ma żadnego znaczenia, najważniejsze, że jest przyzwoitym i 

porządnym człowiekiem.

Rozległo się pukanie. Za drzwiami stały Kiełbaska i Larsine.
-  Proszę,   przyprowadziłam  ją.   -  Kiełbaska   uśmiechnęła   się,   ukazując 

dziurę po zębie. - Coś leży na schodach - dodała. - To nie ode mnie.

- Leży coś na schodach? - Elise postąpiła krok do przodu.
W   rogu   między   gankiem   a   drzwiami   leżało   coś   zapakowanego   w 

brązowy papier i przewiązanego dookoła sznurkiem.

Kiełbaska była tak zaciekawiona, że z trudem nad sobą panowała, ale 

kiedy   zrozumiała,   że   Elise   nie   zamierza   od   razu   rozpakować   paczki, 
ruszyła z powrotem; musiała wracać do masarza robić kiełbasy.

Anne   Sofie   i   Larsine   przystanęły   i   w   napięciu   przyglądały   się   pa-

kunkowi. Nie co dzień znajdowali paczki na ganku.

- To nie jest nic dla was - Elise popchnęła dziewczynki do środka. - To 

tylko resztki jedzenia, które tu wczoraj zostawiłam. - Sama nie wiedziała, 
dlaczego kłamie, lecz coś jej mówiło, że nie spodoba jej się to, co jest w 
środku. Wzięła paczkę i zniknęła za rogiem domu. Skoro matka prosiła, 
żeby   czytała   jej   na   głos   listy   od   Emanuela,   z   pewnością   nalegałaby 
również, żeby jej pokazać, co jest w paczce.

Elise   czuła   jednocześnie   napięcie   i   niepokój,   kiedy   rozwiązywała 

sznurek.   Czyżby   to   Johan   coś   zostawił,   kiedy   tu   był?   A   może   ktoś 
przyniósł paczkę od Emanuela i położył na ganku? Ale dlaczego w takim 
razie czuje niepokój, jak gdyby paczka zawierała coś złego?

Papier ześliznął się, a w ręku Elise zostało coś jasnego i miękkiego. 

Rozłożyła to i ujrzała śliczny nieduży kocyk dziecięcy zrobiony na drutach 
z   delikatnej   wełny.   Przyglądała   mu   się,   nic   nie   rozumiejąc.   Znowu   jej 
myśli   podążyły   ku   Johanowi.   Czy   w   taki   sposób   chciał   jej   okazać 
współczucie? Prośbę o wybaczenie za to, że zawiódł jej zaufanie?

Ale dlaczego nie mógł jej tego dać, kiedy tu był? I jakim cudem stać go 

było, żeby kupić coś tak pięknego? Kocyk na pewno kosztował majątek.

background image

Johan   powinien   raczej   przeznaczyć   te   pieniądze   na   pomoc  Annie   i 

swojej matce. Nie mogłaby przyjąć tak kosztownego prezentu od kogoś, 
kto nawet nie ma porządnej pensji, a tylko parę ore kieszonkowego jako 
żołnierz straży granicznej.

Pewnie dlatego zrobił to w ten sposób: położył paczkę pod drzwiami, by 

zdążyć  odejść,   zanim  Elise   ją   zauważy. To   nierozważne   z   jego   strony, 
podarunek mógł znaleźć przed nią ktoś inny.

Zaraz   gdy   wróciła   do   kuchni,   Anne   Sofie   i   Larsine   w   napięciu 

skierowały na nią wzrok.

- Gdzie jest paczka? - spytała Anne Sofie; nie usłyszała wyjaśnienia 

Elise,   że   zostawiła   tam   wczoraj   jedzenie,   zresztą   pewnie   by   w   to   nie 
uwierzyła.

Matka spojrzała znad gałganków, które cięła, by  utkać z nich potem 

chodniki. Obie dziewczynki pomagały jej.

- Paczka?
Elise podeszła do stołu i pokazała im, co leżało w środku zawiniątka.
- Znalazłam go przy ganku. To znaczy nie ja to znalazłam, lecz mama 

Larsine.

Matka patrzyła to na kocyk, to na Elise.
- Kto to położył?
- Czy to kocyk dla lalek? - Larsine już miała zamiar pociągnąć kocyk do 

siebie. 

Elise pośpiesznie zawinęła go z powrotem w szary papier.
-  Nie,   jest  zbyt  ładny,  żeby   używać  go   dla   lalek.   Ktoś  zrobił  go   na 

drutach   z   cieniutkiej,   miękkiej   wełny   -   Uznała,   że   nie   ma   potrzeby 
tłumaczyć dzieciom, do czego ma służyć. Jeszcze nie.

- Ale... - matka spojrzała na nią, nie rozumiejąc. Elise potrząsnęła głową.
-   Nie   wiem,   kto   podłożył   tę   paczkę.   Może   ktoś   jej   zapomniał.   - 

Mrugnęła do matki.

Ale kiedy Anne Sofie i Larsine poszły się bawić, matka znowu zwróciła 

się do Elise.

- Nie masz pojęcia, czyj to pomysł? Elise pokręciła głową.
Nagle pani Lovlien zacisnęła usta, aż utworzyły cienką kreskę.
- Myślę, że wiem, kto to.
- Wiesz?
- To nie może być nikt inny, tylko Johan. Był tutaj dwa dni temu i 

poznałam po jego wzroku, że o tobie nie zapomniał. Ale mówię ci, Elise, 
jeśli zrobisz coś głupiego, to nie tylko będę na ciebie zła, ale naprawdę 
będzie mi przykro. Wpadnę w taką rozpacz, że odechce mi się żyć.

background image

Elise zmarszczyła czoło, nie rozumiejąc.
- O czym ty mówisz?
- Johan jest zazdrosny, chyba to rozumiesz. Teraz będzie się starał, by 

między wami znowu się ułożyło, i spróbuje zdobyć twe serce upominkami. 
On nie jest głupi, na pewno liczy na to, że się wzruszysz, gdy podaruje coś 
maleństwu.   Uważam,   że   to   bezwstydne.   Nikt   poza   twoim   mężem   nie 
powinien wiedzieć, że jesteś przy nadziei. Nie rozumiem, jak w ogóle to 
zauważył,   jesteś   przecież   taka   szczupła.   Na   twoim   miejscu 
podarowałabym kocyk Hildzie. Jej też się przyda.

Elise   poszła   do   pokoiku   i   włożyła   paczkę   do   swojej   szuflady.   Po-

stanowiła  nie  robić  nic,  dopóki  się  nie  dowie,  kto  położył  pakunek na 
ganku.

Jednak kiedy usiadła przy krosnach, w jej uszach odezwały się znowu 

słowa   matki.   Czy   to   możliwe,   żeby   matka   miała   rację?   Sama   o   tym 
myślała.   Przypomniała   sobie   wzrok   Johana,   gdy   stanął   w   drzwiach   i 
spojrzał na  nią:  w jego  oczach dojrzała  ciepło  i smutek.  Pamiętała,  że 
wydawał się zakłopotany, gdy spytała go o Agnes.

Dlaczego   życie   jest   takie   trudne,   spytała   w   duchu   i   westchnęła 

zmęczona.

Więcej nie widziała mężczyzny o kulach i po jakimś czasie doszła do 

wniosku, że musiała sobie ubzdurać, że ją śledził. Nie wiadomo nawet, czy 
to na pewno był rudzielec. Jest tylu innych rannych młodych mężczyzn, 
zwłaszcza teraz, kiedy tak wielu pełni straż przy granicy i bierze udział w 
niebezpiecznych   zadaniach   i   ćwiczeniach   wojskowych.   Dwa   tygodnie 
później znowu przyszedł list od Emanuela.

Najdroższa Elise!
Dzisiaj dostaliśmy rozkaz wymarszu w stronę granicy. Przyjęliśmy to 

jak  wybawienie,   wreszcie   coś  się   wydarzy,  w  końcu  żądania   Norwegii 
zostaną spełnione. Napięcie jest duże, ale odnoszę wrażenie, że uczucie 
strachu jest niewielkie. Dowódca korpusu własnoręcznie zapisał rozkazy 
dla   kompanii,   wydane   w   twierdzy   Kongsvinger   w   środę   trzynastego 
września 1905 roku. Zwróć uwagę na datę! Nie mogę powiedzieć, dokąd 
idziemy, ze względów bezpieczeństwa musi to pozostać tajemnicą. Piszę 
teraz na wypadek, gdybym później nie miał okazji.

Wiemy, że patrole wroga dotarły do granicy, i znamy też swoje zadania, 

gdzie mamy zająć pozycje i co obserwować, ale tego niestety nie mogę ci 
zdradzić. Odnawiamy stare okopy i umocnienia i przygotowujemy nowe, 
budujemy drogi dla artylerii i szykujemy się na przyjęcie naszych „braci" 
po drugiej stronie Kjolen. Wszyscy rozprawiamy o arogancji Szwedów. 

background image

Naszych   „braci",   którzy   traktowali   nas   jak   gorszy   naród,   niczym 
„dzierżawców skandynawskiego majątku ziemskiego"!

Zrobiło   się   zbyt   zimno   i   mokro,   żeby   sypiać   w   namiotach,   dlatego 

posprzątaliśmy   w   kilku   starych   budynkach   twierdzy   i   tam   znaleźliśmy 
zakwaterowanie. Poza tym wielu z nas nie daje spokoju myśl o najbliż-
szych w domu. Codziennie któryś prosi o zwolnienie na kilka dni do pracy, 
żeby zarobić trochę pieniędzy dla rodziny. Chłopak, który śpi obok mnie, 
dostał list od żony i dał mi go przeczytać. Część sobie nawet przepisałem, 
ponieważ list mówi dużo o tej rodzinie, a poza tym uważam, że jest miły. 
Brzmi tak: „Kochany... Musisz poprosić kaftana o osiem dni pszepuski, 
rzeby pszyjehać do domu i zarobić piniondze dla dzieci i dla mnie. Jusz od 
dawna niemam ani grosza. Jemy u moih rodzicuw, ale myślę, rze niedugo 
wyrzucom   mnie   z   mieszkania,   bo   nie   płace.   Co   z   nami   zaś   bendzie? 
Wracaj do domu. Goroncepozdrowienia, twoja..."

Bardzo mi ich żal. Pomyśl tylko, że można być aż tak biednym! Będzie 

mi brakować życia w twierdzy, zwłaszcza tych chwil, gdy odwiedzają nas 
znajomi   z   Kongsvinger.   Wielu   chłopaków   znalazło   sobie   w   mieście 
dziewczyny. Tutaj jest niesamowicie dużo ładnych dziewcząt.

Mam nadzieję, że u Ciebie i Twojej rodziny wszystko w porządku.
Twój Emanuel
Ani słowa o tym, że za nią tęskni. Ani jednego pytania o to, jak sobie 

radzą. Złożyła list i wsunęła go do kieszeni. W każdym razie to nie on 
przysłał   jej   paczkę   z   niemowlęcym   kocykiem,   pewnie   nie   pamięta,   że 
spodziewa   się   dziecka.   Rozczarowanie   zapiekło   i   sprowadziło   ponure 
myśli.

„Bardzo mi ich żal. Pomyśl tylko, że można być aż tak biednym..."
Czy już zapomniał, jak z Hildą i chłopcami marzła i głodowała tej zimy? 

Że Torgny groził, że wyrzuci ich na bruk? Że musiał sam przynosić im z 
Armii chleb, bo nie mieli pieniędzy na jedzenie? Te czasy mogą nadejść 
znowu, jeśli on nie wróci. Teraz, kiedy jeszcze jest w miarę ciepło, dobrze 
sobie radzą, ale jak zdobędą środki na drewno i węgiel na zimę?

Zagryzła   wargę,   żeby   powstrzymać   płacz.   Wiedziała,   że   jest   nie-

wdzięczna. Oczywiście, wielu wiodło się gorzej niż im. Nie w tym rzecz, 
najbardziej   bolało   rozczarowanie,   że   nie   napisał   ani   jednego   czułego 
słowa, nie martwił się, czy dobrze sobie radzą, ani jednego zdania, które 
zdradzałoby,   że   nadal   ją   kocha.   Tylko   wspomniał   o   tych   wszystkich 
pięknych dziewczętach w Kongsvinger.

- Czy coś nowego? - Matka spojrzała na nią w napięciu.
-  Dostali  rozkaz  wymarszu   do   granicy.  Matka   objęła   ją  ramionami  i 

background image

przytuliła.

- Nie płacz, Elise. Jestem pewna, że wróci. Musimy się za niego modlić 

i mieć zaufanie do Boga, naszego Ojca.

Elise zawstydziła się. Powinna czuć strach, a zamiast tego przejmuje się 

słowami, których zabrakło. Ale nie mogła się do tego przyznać. Nie matce, 
która, gdy była w jej wieku, przeżyła tak bezgraniczną miłość.

Wyswobodziła się z objęć i wyszła na ganek. W powietrzu czuć było 

jesień, wieczór był ciemny. Znad rzeki ciągnęło chłodem. Wkrótce jesień 
zapanuje   na   dobre,   z   zimnym   wiatrem,   który   przeszyje   na   wskroś 
rozeschnięte ściany, i szronem o poranku.

Elise zadrżała i odwróciła się, żeby z powrotem wejść do domu. Wtedy 

jej wzrok padł na coś szarobrązowego wetkniętego między dwa kamienie 
za gankiem. Serce jej mocniej zabiło.

Pochyliła   się   i   podniosła   paczkę,   wstrzymała   oddech,   kiedy   ściągała 

sznurek.   W   środku   leżał   maleńki   kaftanik   zrobiony   na   drutach   i   pięć 
koron!

ROZDZIAŁ TRZECI

Przez chwilę stała jak zaczarowana i wpatrywała się w to, co trzymała w 

ręku. Myśli kłębiły się jej w głowie. Johan nie był w domu na przepustce 
od czasu, kiedy opowiedział jej o zdarzeniu w czasie wymarszu. A może 
jednak był? Czyżby Emanuel odbył z nim poważną rozmowę i zabronił 
mu odwiedzać Elise? Czy dlatego wsunął paczkę między kamienie?

Pokręciła głową, nic z tego nie rozumiejąc. Nikt nie mówił jej, że to 

sprawka Johana, ale kto inny mógłby to zrobić? Rzeczy mógł przysłać 
również Emanuel, ale kto by je tu dostarczył i dlaczego nie wspomniał o 
tym w liście?

A   może   to   ktoś   inny?   Ktoś,   kto   pragnął   zachować   anonimowość? 

background image

Majster? Pewnie ma wyrzuty sumienia, ponieważ Hilda, będąc w ciąży, 
musiała nadal pracować w fabryce, choć powinna przestać? A może to 
któryś   z   przyjaciół   Emanuela   z   Armii?   Wiedzieli,   że   jej   męża 
oddelegowano   do   straży   granicznej   i   że   ona   spodziewa   się   dziecka, 
przypuszczalnie słyszeli też, że straciła pracę w przędzalni Graaha. Mogli 
pomyśleć, że nie będzie chciała nic przyjąć teraz, kiedy weszła do dobrze 
sytuowanej rodziny.

To   ostatnie   wydawało   się   najbardziej   prawdopodobne.   Członkowie 

Armii pomagali ludziom w potrzebie, cóż byłoby bardziej naturalnego niż 
pomoc jednemu ze swoich, gdy i jego dosięgła bieda?

Elise wróciła do kuchni, nie kryjąc tego, co znalazła. - Znowu coś leżało 

przed domem.

Był wczesny wieczór. Larsine już odebrano, a Asbjorn Hvalstad z Anne 

Sofie kładli się spać na poddaszu. Chłopcy nie przyszli jeszcze z pracy, a 
matka naszywała łatę na koszuli Pedera. Zdumiona podniosła wzrok.

- Co, znowu? Ale... Elise przerwała jej.
- Właśnie. Johana nie było w domu. Teraz widzisz, że się myliłaś. Zbyt 

szybko   wyciągnęłaś   wnioski   i   oceniłaś  Johana,   zanim  dowiedziałaś   się 
czegokolwiek.

Wydawało się, że matka zdaje sobie sprawę ze swej winy.
- Nie widziałam w tym nic dziwnego, zaręczyliście się przecież zaledwie 

parę   miesięcy   temu.   W   takim   razie   kto   to   może   być?   -   dodała   w 
zamyśleniu.

- Myślę, że to ktoś z Armii. Przyjaciele Emanuela, ci, którzy przyszli na 

wesele, mogli powtórzyć komuś, że rodzice Emanuela nie byli zbytnio 
zachwyceni   mną   i   moją   rodziną.   Później   może   się   dowiedzieli,   że 
straciłam pracę w przędzalni i że jestem w ciąży. Żeby nie wprawiać mnie 
w zakłopotanie, postanowili pomóc mi w taki sposób.

Matka początkowo wydawała się nieprzekonana, lecz po chwili skinęła 

głową.

-   Myślę,   że   masz   rację   -   przyznała.   -   Ludzie   z  Armii   Zbawienia   są 

wyjątkowi. Nie mam pojęcia, jak by się żyło w naszym mieście bez ich 
pomocy. - Popatrzyła na Elise zmartwionym wzrokiem. - Czy lepiej się już 
czujesz?   Nie   wolno   ci   się   martwić   na   zapas,   Elise.   Nawet   jeśli   krążą 
przerażające   plotki,   jestem   pewna,   że   negocjatorzy   w   Karlstad   znajdą 
pokojowe rozwiązanie. To było do przewidzenia, że Norwedzy i Szwedzi 
zgromadzą   swoje   siły   po   obu   stronach   granicy.   Uważam,   że   w   tak 
krytycznej sytuacji byli po prostu do tego zmuszeni.

Elise pokiwała głową. Pomyślała i o Emanuelu, i o Johanie.

background image

Pożyczyły gazetę od Asbjorna Hvalstada i przeczytały, że sytuacja w 

Karlstad jest bardziej napięta niż kiedykolwiek. Zdawało się, że negocjacje 
zostaną   zerwane.   Strach   przed   wojną   był   silniejszy   niż   kiedykolwiek. 
Norweski   rząd   wydał   rozkaz   zmobilizowania   w   0stlandet   czterech 
batalionów liniowych i sił pospolitego ruszenia.

W sobotę wieczorem niespodziewanie pojawiła się Agnes.
Dzień był piękny, przejrzysty i spokojny. Liście na drzewach zaczęły już 

przybierać barwy jesieni, kiedy padało na nie słońce, lśniły jak złoto.

Larsine   została   odebrana   wcześniej,   ponieważ   Kiełbaska   skończyła 

pracę przed czasem. Chłopcy też już na dziś uporali się z robotą i popędzili 
na polanę, mama poszła do Andersengarden odwiedzić panią Evertsen i 
panią   Thoresen.  Asbjorn   i  Anne   Sofie   udali   się   z   wizytą   do   starych 
gospodarzy   na  Anton   Schjoths   gate.   Elise   po   raz   pierwszy   od   bardzo 
dawna   została   w   domu   sama.   Czuła   się   nieswojo.   Ciągle   jeszcze 
prześladował ją w myślach mężczyzna o kulach. Co chwila wyglądała na 
most i zawsze zamykała za sobą drzwi na klucz.

Kiedy zobaczyła przyjaciółkę przez okno, odczuła ulgę.
- Agnes? Jak to miło. Wejdź, proszę.
Agnes miała na sobie nową, czarną kurtkę wciętą w pasie i z turniurą, 

suto   marszczoną   spódnicę   z   czarnym   haftem   i   czarny   kapelusz.   Jakim 
cudem   ją   na   to   stać?   Elise   spojrzała   z   zazdrością   na   nowy   strój 
przyjaciółki.

-   Mam   ci   coś  ważnego   do   powiedzenia.   -  Twarz  Agnes   jaśniała   jak 

słońce.

-   Usiądź   na   chwilę,   nastawię   kawę.   Mogę   cię   też   poczęstować 

kawałkiem ciasta, które zafundował nam nasz lokator.

- Słyszałam, że znalazłyście lokatora. Jaki on jest? - Agnes opadła na 

stołek, nie zdejmując kapelusza.

-   Miałyśmy   szczęście.   To   wdowiec   koło   czterdziestki   z   czteroletnią 

córeczką. Dostajemy dodatkowo parę koron za pilnowanie małej.

-   Nie   musisz   się   chyba   martwić   o   pieniądze,   skoro   masz   dobrze 

sytuowanych teściów.

Elise nie odpowiedziała.
Agnes   jednak   nie   zamierzała   się   poddać,   przypuszczalnie   czegoś   się 

domyślała.

-   Wiem   naturalnie,   że   Emanuel   nic   nie   zarabia,   służąc   w   straży 

granicznej, ale jego rodzice chyba wam pomagają?

- Oni nie wiedzą, jak nam się wiedzie.
- Nie odzywają się wcale?

background image

- Nawet na to nie liczę. W końcu od ślubu nie minęło tak wiele czasu.
- Domyśliłam się, co z nich za ludzie. Mimo że niewiele pamiętam z 

tych kilku chwil na twoim weselu, wystarczyło, by zauważyć ich surowe 
twarze   i  przekonać   się,   że  państwo  Ringstadowie   nie   pasują  do   twojej 
rodziny.

- My też pewnie zareagowalibyśmy w ten sposób, gdybyśmy byli na ich 

miejscu. Oni pragnęli córki ziemianina, najlepiej z bogatego dworu, który 
można by z czasem połączyć w jedno z ich gospodarstwem. W zamian 
dostała im się biedna robotnica, która zatrzyma Emanuela w mieście. W 
każdym razie oni to tak widzą. Co takiego miałaś mi powiedzieć?

- Pobieramy się. - Popatrzyła na Elise z triumfującym uśmiechem. - Nie 

wierzyłaś w to, prawda?

- Nie wiem, w co wierzyłam. - Elise usiłowała ukryć swoje uczucia. 

Sama   nie   bardzo   rozumiała,   co   się   działo   w   jej   duszy,   lecz   nie   czuła 
radości.

- Czy potrafisz dochować tajemnicy?
- Przecież wiesz, że tak.
- Jestem w ciąży.
Elise otworzyła oczy ze zdumienia.
- Tak szybko? Agnes roześmiała się.
- Minęły już dwa miesiące, odkąd wyjechał do Kongsvinger, a byliśmy 

ze sobą już przedtem. - Zaczerwieniła się na policzkach. - Przyszłam, żeby 
zapytać, czy zechciałabyś zostać moją druhną.

Elise   wiedziała,   że   nie   ma   wyboru.   Jeżeli   odmówi,   obrazi  Agnes  na 

zawsze. Jednak w głębi duszy czuła ogromny protest.

- Naprawdę tego chcesz? Po tym, co się stało?
-   Oczywiście,   że   tak.   Jesteś   przecież   moją   najlepszą   przyjaciółką.   O 

Emanuelu już dawno zapomniałam. To było tylko urojenie, dziewczęce 
zadurzenie. Myślę nawet, że i mundur zrobił swoje. Kiedy zobaczyłam 
Emanuela w cywilnym ubraniu, już nie wydawał mi się taki przystojny.

Elise z trudem panowała nad sobą.
- Kiedy odbędzie się ślub?
- W przyszłą sobotę.
Elise popatrzyła na Agnes z niedowierzaniem.
-   Dostanie   przepustkę,   kiedy   podeszli   już   bliżej   do   granicy?  Agnes 

skinęła głową.

- Muszą mu dać, gdy się dowiedzą, w jakim jestem stanie.
- Weźmiecie ślub w kościele w Sagene?
- Oczywiście. A gdzieżby indziej? Przecież stąd jesteśmy.

background image

- Będzie wielkie wesele? Agnes uśmiechnęła się.
-  Większe   niż   twoje.   Ojciec   chce,   żeby   wesele   odbyło   się   z   wielką 

pompą   i   planuje   wyprawić   je   w   restauracji   Hasselbakken   na  Wzgórzu 
Świętego Jana. Jego kumple też przyjdą, na pewno będzie wesoło.

- Kumple twojego ojca? Agnes roześmiała się.
- Nie, Johana, naturalnie.
-   Mam  nadzieję,   że   nie   ci  z   bandy   Lorta-Andersa?   -  powiedziała   to 

żartem, jednak wyczuła w duszy pewien niepokój.

- A co jest w nich złego? Nie wszyscy Siedzą w więzieniu. Nie wszyscy 

też napadają na dziewczęta. W każdym razie dwóch z nich to porządne 
chłopaki, wiem o tym. Johan nie wróci do domu przed sobotą, więc ja 
muszę się wszystkim zająć.

- Czy musisz też zdecydować, których zaprosić?
- To żaden kłopot. Wiem, gdzie jeden z nich mieszka.
- Nie zamierzasz chyba zaprosić tego, który... - zamilkła.
- Nigdy nie mówiłaś, który to. Sama nie możesz tego wiedzieć, bo było 

ciemno.

- Jestem prawie pewna. To ten z rudymi, kręconymi włosami. - Nie 

chciała o tym mówić. Agnes nigdy nie umiała trzymać języka za zębami, 
zwłaszcza gdy dostała coś mocniejszego do picia. A na weselu na pewno 
będzie wódka, jej rodzice nie stronili od alkoholu.

- Nie sądzę, Elise. Ansgar nie jest taki. To raczej Szpon. On przystawia 

się do wszystkich dziewczyn.

Elise poczuła wzbierającą irytację.
-   Tu   nie   chodzi   o   przystawianie   się!   Mówisz,   jakby   to   była   jakaś 

drobnostka.   On   zniszczył  moje   życie,  Agnes.   Myślisz,   że   chcę  urodzić 
dziecko takiego bałamuta?

Agnes spojrzała na nią z wyrzutem.
- Zniszczył ci życie? Tobie, która wyszłaś za Emanuela?
- To nie ma nic wspólnego z dzieckiem.
- Nie ma? Czy Emanuel by ci się oświadczył, gdyby nie było mu cię 

żal? I czy wyszłabyś za niego, gdyby nie chodziło ci o dziecko?

Elise wpatrywała się w przyjaciółkę, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
- Nie musisz nic mówić, widzę to po tobie. Elise spuściła wzrok.
- Nie sądzę, by Emanuel aż tak mnie kochał - rzekła tak cicho, że nie 

była pewna, czy Agnes ją usłyszała.

- Phi! - prychnęła przyjaciółka. - Jest tak zakochany, że nie wie, jak 

chodzić.

Elise potrząsnęła głową.

background image

- Też tak myślałam, ale ostatnie listy wcale o tym nie świadczą.
- Nie bądź niemądra, Elise. Oni mają tam co innego do roboty, chyba 

wiesz.

Elise podniosła wzrok i spojrzała na Agnes prosząco.
- Bądź tak dobra i nie zapraszaj tego rudego! Bo ja nie będę mogła 

przyjść.

- W porządku. Obiecuję, że go nie zaproszę. Ale myślę, że się mylisz. To 

nie mógł być Ansgar. On nie jest taki jak inni.

Elise zacisnęła zęby.
- Nie jestem w stanie nawet o tym myśleć. Mogłabym go zabić! Zapadła 

cisza. Agnes siedziała w milczeniu i przyglądała się twarzy Elise. Wreszcie 
spytała z wahaniem:

- Żałujesz, Elise?
Elise posłała jej gniewne spojrzenie.
- Oczywiście, że nie żałuję. Było mi dobrze z Emanuelem, kiedy był w 

domu.   Wtedy   byliśmy   w   sobie   zakochani.  Ale   niewielu   małżeństwom 
udaje się utrzymać ten stan. Nieliczni pobierają się z powodu wielkich 
uczuć. I nawet im po jakimś czasie przechodzi.

Agnes wolno pokiwała głową.
- Ja też myślę, że Johan mnie nie kocha.
- Nie?
Agnes potrząsnęła głową.
- To ja chciałam za niego wyjść. Postarałam się, że potoczyło się, jak się 

potoczyło.

- Chcesz powiedzieć, że ożenił się z tobą tylko dlatego, że spodziewasz 

się dziecka?

Agnes przytaknęła.
- Znasz go. On nie ucieka od odpowiedzialności.
- Nie wstydzisz się do tego przyznać?
-   Dlaczego   miałabym   się   wstydzić?   Tak   już   jest.   Jeżeli   chcesz   coś 

osiągnąć, sama musisz o to zadbać.

Nagle wyjęła z kieszeni kopertę.
- Masz ochotę przeczytać jego list?
Elise zawahała się. Właściwie nie chciała, lecz jednocześnie ciekawa 

była, czy Johan nie napisał czegoś o Emanuelu. Poza tym zastanowiła się, 
czy Agnes rzeczywiście ma rację. Ostatnio twierdziła, że pisał niezwykle 
gorąco i namiętnie. Bez przekonania sięgnęła po list.

Kochana Agnes!
Już dość narozrabiałem w moim życiu i nie chciałbym mieć niczego 

background image

więcej na sumieniu. Oczywiście pobierzemy się, kiedy już tak się ułożyło. 
Rozumiem,   że   wolałabyś   wziąć   ślub   jak   najszybciej,   zanim   cokolwiek 
będzie widać, i mam nadzieję, że wszystko załatwisz. Tylko proszę Cię, 
nie   rób   zbyt   wielkiego   przyjęcia.   Uważam,   że   teraz,   kiedy   nasz   kraj 
znalazł się w zagrożeniu, to nie wypada.

Dostaliśmy   posiłki.   Żołnierze   wyglądali   imponująco,   kiedy   przybyli, 

maszerując rytmicznie, aż ziemia śpiewała i drżały domy. Zauważyliśmy, 
jak   bardzo   wraz   z   ich   pojawieniem   się   wzrosło   poczucie   powagi   i 
solidarności. Jesteśmy wdzięczni, że możemy brać w tym udział i bronić 
ojczyzny. Wydaje się nam to równie oczywiste jak obrona tych, których 
kochamy, przed napastnikiem.

Wieczorami zapalamy ognisko, a kiedy słońce opuszcza się nisko na 

zachodzie, śpiewamy Cudowna jest ziemia, wspaniałe jest Boskie niebo. 
Dzisiaj   zapytano   nas,   czy   ktoś   chciałby   zgłosić   się   na   ochotnika   do 
oddziału,   który   miałby   podejść   bliżej   granicy.   Wszyscy   wystąpili   trzy 
kroki do przodu. Wybrano co ósmego z nas, między innymi Emanuela 
Ringstada,   ale   na   mnie   nie   trafiło.   Proszę,   przekaż   to   jakoś   delikatnie 
Elise. Ze względu na Ciebie cieszę się, że mnie nie wybrano, mimo że 
chętnie bym się do nich przyłączył.

Uważaj na siebie, Agnes. Ponieważ nie zostałem wybrany, na pewno 

dostanę przepustkę na ślub, ale tylko na jeden dzień.

Twój Johan
Elise złożyła list i podała go Agnes.
- Dziękuję.
- Widziałaś, nie było ani słowa o tęsknocie i takich tam.
- Uważam, że list jest bardzo ładny. Nie dziwię się, że obu najbardziej 

interesuje teraz sytuacja w kraju.

- Sama na to narzekałaś.
- Obie jesteśmy strasznie głupie, Agnes. Johan trafnie opisał, co czują 

żołnierze. Teraz lepiej rozumiem, jak im tam jest. Znajdują się tak blisko 
granicy,   w   ciągłym   zagrożeniu,   że   w   każdej   chwili   może   wybuchnąć 
wojna.

-   Czy   jest   ci   przykro?   No   wiesz,   z   powodu   Emanuela.   Że   został 

wybrany.

- Nie chcę o tym myśleć. Nadał istnieje możliwość, że negocjatorom uda 

się znaleźć pokojowe rozwiązanie. Nie chcę się martwić, dopóki się nie 
dowiem, że wojna jest faktem.

Agnes przyjrzała się Elise uważnie.
- Domyślam się, że między wami nie jest tak, jak powinno.

background image

- Nie, dobrze nam ze sobą. Tylko ja oczekuję zbyt wiele. Zapomnij o 

tym,   co   mówiłam,  Agnes.   Jestem   pewna,   że   kiedy   Emanuel   wróci   do 
domu, wszystko będzie jak dawniej.

I jeśli po tych trudach będzie się zachowywał bardziej chłodno, to nic 

nie szkodzi, dodała w duchu.

- Opowiedz o lokatorze. Jest przystojny?
Elise nie mogła się nie roześmiać. Pytanie o wygląd było dla Agnes tak 

typowe. Opowiedziała o Asbjornie Hvalstadzie i małej Anne Sofie, która 
straciła matkę zaledwie parę miesięcy temu, o Larsine i Kiełbasce, o pracy 
przy   gałgankowych   chodnikach,   a   także   o   Pederze   i   Kristianie,   którzy 
znaleźli zatrudnienie: pierwszy jako pomocnik dorożkarza, a drugi jako 
goniec.

Agnes została aż do powrotu mamy. Wtedy nagle poderwała się. Było 

widać,   że   czuje   się   nieswojo   przy   pani   Lovlien   z   powodu   swego 
skandalicznego zachowania na weselu.

Elise posłała matce wesoły uśmiech.
- Agnes wychodzi za mąż i przyszła mnie poprosić, bym była jej druhną.
- Za Johana?
Elise  zauważyła,  jak  twarz  mamy   rozjaśniła  się.  Najwyraźniej  mama 

nadal   obawiała   się,   że   Johan   stanowi   zagrożenie   dla   związku   Elise,   i 
odczuła ulgę na wieść, że chłopak zamierza związać się z inną.

Jednak kiedy Elise położyła się spać tego wieczoru, odżyły wszystkie 

bolesne uczucia. Nie dam rady pójść na ślub Johana, pomyślała. Dlaczego 
byłam tak głupia i się zgodziłam?

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

W sklepie Magdy było pełno ludzi i panował gwar. Wszyscy rozmawiali 

o sytuacji na granicy, o tym, czy negocjacje zakończą się porozumieniem i 
czy będzie wojna.

Większość osób miała kogoś z bliskich w straży granicznej, męża, syna 

lub brata. Tylko bezrobotne młode matki lub starsze kobiety mogły wybrać 
się do sklepu w jasne przedpołudnie.

Dzisiaj   długo   trzeba   było   czekać.   Elise   nie   znała   nikogo   poza   jedną 

dziewczyną, z którą chodziła razem do klasy. Skinęła tylko lekko głową, 
bo   nie   znała   jej   zbyt   dobrze.   Większość   z   jej   najlepszych   koleżanek 
pracowała w Hjula, w tkalni lub w przędzalni Graaha.

Przystanęła i przysłuchiwała się, co mówią inni.
- Tym na granicy nie tylko wojna, wymarsze i przepustki w głowie - 

rzuciła   sucho   jedna   z   młodszych   kobiet.   -   Mój   brat   pisał,   że   ciągle 
przychodzą do nich dziewczyny ze wsi i przynoszą im coś do jedzenia. 
Dostają gofry, mleko, soki i jajka, a te chłopki są tak nachalne, że nie ma 
na   nie   sposobu.   Niektórzy   z   żołnierzy   już   się   zaręczyli   w   pobliskim 
mieście. Zdarza się nawet, że niektórzy z żonatych wymykają się na noc.

Inne popatrzyły na nią przerażone, w ich oczach widniał niepokój.
-   Mój   mąż   pisał,   że   strzelcy   pomagają   rolnikom   w   wykopkach   - 

dorzuciła   ochoczo   jakaś   inna.   -  A  robią   to,   żeby   popatrzeć   sobie   na 
dziewczyny,   pisał.  Wiadomo,   że   miał   na   myśli   nie   tylko   „patrzenie"   - 
dodała i roześmiała się.

Pozostałe kobiety próbowały śmiać się razem z nią, ale nie bardzo im się 

udawało. Widać było, że jej słowa dały im do myślenia.

-  W  dodatku   był   wśród   nich   jeden   taki,   którego   widział   w  Armii   - 

mówiła dalej i rozejrzała się z triumfem. - Oni nie są lepsi niż my, mówi 
mój brat.

Elise starała się skulić, by nie rzucać się zbytnio w oczy, gdy tak stała na 

końcu kolejki. W tej samej chwili dziewczyna, z którą chodziła do klasy, 
odwróciła   się   i   obejrzała   do   tyłu.   Spojrzeniem   napotkała   Elise.   Elise 

background image

spróbowała   się   uśmiechnąć,   ale   poczuła,   że   tylko   się   skrzywiła.   Po 
wzroku, jakim znajoma na nią patrzyła, poznała, że tamta dobrze wie, za 
kogo Elise wyszła za mąż.

Tak   to   już   było   tu   w   Sagene,   pomyślała   i   wzdrygnęła   się:   wszyscy 

wiedzieli wszystko o sobie nawzajem. Przez moment zastanawiała się, czy 
nie   wymknąć   się   ze   sklepu,   ale   doszła   do   wniosku,   że   to   by   tylko 
potwierdziło słowa tych kobiet. Uznałyby, że zaraz posądziła Emanuela. 
Nie   da   im   tej   satysfakcji.  Wyprostowała   plecy,   udając,   że   wieści   znad 
granicy nie zrobiły na niej wrażenia. Zauważyła, że znajoma ze szkoły 
szturchnęła w bok kobietę stojącą obok i coś jej szepnęła. Elise nie miała 
wątpliwości,   co   powiedziała.   Kobieta   odwróciła   głowę   i   odnalazła 
wzrokiem   Elise.   Przez   jej   twarz   przemknął   wyraz   radości   z   cudzego 
nieszczęścia...

Elise poczuła, że serce jej mocniej zabiło ze złości. Tylko dlatego, że 

wyszła za mąż za chłopaka, który kiedyś należał do Armii, wyciągnęły 
wniosek,   że   to   Emanuel   wymykał   się   nocą,   żeby   spotykać   się   z 
dziewczyną z okolic Kongsvinger. To obrzydliwe, nie mogło wynikać z 
niczego innego, jak z zazdrości. Wiedziały, że przeprowadziła się do domu 
majstra, i myślały, że wiedzie jej się teraz o wiele lepiej od nich.

Emanuel nie był przecież jedynym członkiem Armii Zbawienia, który 

odbył   obowiązkową   służbę   wojskową   i   został   powołany   do   straży 
granicznej, ale te dziewczyny przypuszczalnie nie słyszały o nikim innym 
jemu podobnym i były zbyt głupie, żeby ruszyć głową. Elise czuła taką 
wściekłość, że wszystko się w niej gotowało.

Szepty   przeszły   przez   sklep   niczym   ogień.   Kobiety,   które   zostały 

obsłużone, zwlekały z wyjściem, a gdy wreszcie dotarły do drzwi, zerkały 
ku Elise ciekawie. Była szczęśliwa, kiedy wreszcie zrobiła zakupy i mogła 
wyjść.

W   drodze   do   domu   nie   mogła   przestać   myśleć   o   tym,   czego   się 

dowiedziała w sklepie. Informacje na pewno nie zostały wyssane z palca, 
ale z reguły, gdy dziewczyny z okolicy zaczynały plotkować, z igły robiły 
się widły.

Emanuel sam pisał o pięknościach z Kongsvinger i o kolegach, którzy 

poznali   tam   swoje   sympatie.   Jak   znajdowali   ku   temu   okazję,   skoro 
Szwedzi mogli  się  pojawić   w każdej  chwili,  a  oni  musieliby   stanąć  w 
obronie kraju?

To musiało mieć miejsce, zanim podeszli bliżej granicy. Mimo to Elise 

uważała, że to dziwne. Być może tylko kilku żołnierzy  się wymknęło, 
potem zostali ukarani, a teraz plotki głoszą, że było ich wielu.

background image

Pan Hvalstad był niezwykle rozmowny, kiedy jedli obiad tego dnia. W 

kantorze, w którym pracował, również toczyły się ożywione rozmowy na 
temat   tego,   co   się   działo   przy   granicy.   Elise   od   razu   stwierdziła,   że 
kanceliści byli o wiele lepiej poinformowani niż robotnicy.

- Pewien młody mężczyzna z naszej pracy stacjonuje w Kongsvinger - 

opowiadał. - Wczoraj był w domu na przepustce, ponieważ jego matka 
poważnie   zachorowała.   Mówił,   że   ostatnio   przebywał  w   gospodarstwie 
Lier,   które   obecnie   jest   niezamieszkane.   Dwór   jest   okazały,   a 
pomieszczenia   ogromne.   Kapitan   pozwolił   całej   kompanii   wejść 
wieczorem do środka, żeby żołnierze mogli sobie pośpiewać i trochę się 
rozerwać. Wszystkie pieśni ojczyste śpiewano na stojąco - opowiadał - i 
wszystkich   łączyło   pragnienie   obrony   ojczyzny.   W   trakcie   śpiewu 
przyszedł   rozkaz   od   pułkownika,   że   grupa   trzydziestu   mężczyzn   musi 
przedostać się bliżej granicy

Elise przerwała mu i odwróciła się do matki.
- Johan pisał to samo. Emanuel jest jednym z tych, których wybrano.
Matka zmarszczyła czoło.
- Dostałaś list od Johana?
- Nie ja, lecz Agnes. Dała mi przeczytać. Elise zwróciła się do pana 

Hvalstada:

- Czy mówił coś jeszcze?
-   Nie   wolno   im   mówić   wszystkiego   z   obawy,   że   Szwedzi   mogliby 

przechwycić informację, więc nie dowiedziałem się, gdzie stacjonują. Ten 
chłopak   mówił   jeszcze,   że   mają   służbę   głównie   w   nocy,   od   szóstej 
wieczorem do szóstej rano. Wszystkie podejrzane osoby są zatrzymywane 
i przepytywane. Poza tym wykonują dokładne rekonesanse, które mogą 
mieć znaczenie dla ewentualnych późniejszych operacji wojennych.

Elise słuchała z uwagą.
- Wśród żołnierzy musi panować dość szczególna atmosfera - mówił 

dalej pan Hvalstad. - Miłość ojczyzny jest silna i tylko nieliczni wątpią w 
to, że rozwiązanie unii ze Szwecją jest jedynym właściwym rozwiązaniem. 
Odnoszę   niemal   wrażenie,   że   są   skłonni   ofiarować   swoje   życie,   żeby 
Norwegia była wolna. Tak źle nam nie było ze szwedzkim królem i w 
szwedzkim towarzystwie.

- Towarzystwie? - Elise spojrzała na niego, nie rozumiejąc. - Emanuel 

pisał,   że   Szwedzi   traktują   nas   jak   „gorszy   naród,   dzierżawców 
skandynawskiego majątku ziemskiego", jak to określił.

Pan Hvalstad uniósł brwi, które utworzyły jedną połączoną kreskę.
- To zbytnia przesada. Zwolennicy prawicy pragną kontynuowania unii. 

background image

Wiemy, co mamy, natomiast nie wiemy, co będziemy mieć. Nie mamy 
króla,   a   wielu   nie   wie   nawet,   czy   go   chce.   Wielu   uważa,   że   Fridtjof 
Nansen powinien zostać prezydentem. Już utworzył wspólną platformę i 
cieszy się ogromną wiarygodnością, ponieważ udało mu się wszystko, co 
przedsięwziął. Jeżeli zdecyduje się na republikę, to będzie republika. A 
jeśli wybierze monarchię, to ludzie zrobią tak, jak powie.

Elise i pani Lovlien siedziały cicho i z uwagą przysłuchiwały się temu, 

co opowiadał.

- Uważam, że zrodziła się wielka agresja wobec Szwedów - mówił dalej. 

- O tym, jaką drogą pójdziemy, nie zdecyduje Storting, lecz człowiek z 
ulicy, to znaczy  ten, który  czyta „Verdens Gang", gdzie pisuje Fridtjof 
Nansen. Wcześniej Nansen był przeciwny wojnie, ale w swojej mowie z 
okazji   święta   Siedemnastego   Maja   wybrał   bardziej   zdecydowane 
stanowisko. Oświadczył mianowicie, że Norwegia musi być gotowa do 
obrony, również z bronią w ręku.

Elise czuła zamęt w głowie, słysząc wywód, który znacznie różnił się od 

poglądów,   do   których   przywykła.   Tu   w   Sagene   nikt   nie   chciał 
kontynuowania unii ze Szwecją, poza takimi jak ta starsza kobieta, która 
bardzo zachwycała się królową Sophie.

- Wielu uważa, że trzeba się pośpieszyć z wyborem króla z powodu 

groźby wybuchu wojny - podjął Asbjorn Hvalstad. - Mówi się, że Fridtjof 
Nansen   już   odbył   podróż   do   Danii,   żeby   przekonać   księcia   Carla,   że 
zbędne   jest   przeprowadzanie   referendum   narodowego,   czy   ma   zostać 
królem Norwegii.

Elise przerwała mu.
- Mówi się, że Fridtjof Nansen powinien zostać prezydentem. A co on 

sam na to?

- Nie chce nim być. Często spotykał przywódców państw i wie, jak 

nudna może być ta służba.

Elise roześmiała się.
- Służba? Nigdy nie traktowałam tego jako pracy
- To jak najbardziej praca. Ciężka praca. W dodatku wymaga, by ten, kto 

podejmuje się tej misji, należycie ją wypełnił.

Peder   i   Kristian   siedzieli   cicho   jak   trusie   podczas   całej   rozmowy   w 

obawie,   by   ich   nie   wyproszono,   skoro   skończyli   jeść.   Uwielbiali 
przysłuchiwać się rozmowom dorosłych, wiedzieli, że chodzi o ważkie i 
ciekawe sprawy.

Wreszcie Peder nie wytrzymał.
- Jak pan sądzi, panie Hvalstad, czy król pójdzie do pracy? Do fabryki 

background image

papieru czy do Wulkanu?

Asbjorn Hvalstad roześmiał się.
- Nie taką pracę miałem na myśli. Król otwiera posiedzenia Stortingu, 

odsłania pomniki, przewodniczy radzie państwa, otwiera wystawy, jeździ 
po kraju i pozdrawia naród. Jest ciągle w podróży.

Peder słuchał z wielkimi oczami.
- Myślę, że gdyby mój tato był królem, to nie utopiłby się w rzece. 

Wtedy   mógłby   po   prostu   dołączyć   do   innych   Cyganów   i   w   podróży 
pozbyć się niepokoju. Prawda?

Hvalstad skinął poważnie głową.
- Prawda, na pewno tak by się stało, Pederze. Pewnie lepiej jest być 

królem niż robotnikiem w fabryce.

Peder zamyślił się.
- Ale mogłoby mu być ciężko dźwigać przez cały czas koronę na głowie.
Wszyscy roześmiali się.
Elise potargała brata po niesfornej czuprynie.
-   Mówisz   tyle   dziwnych   rzeczy,   Pederze.   Król   nie   nosi   na   co   dzień 

korony,   wkłada   ją   tylko   podczas   koronacji.   No,   ale   teraz   musicie   już 
zmykać do pracy, chłopcy.

Pan Hvalstad wstał.
- A ja muszę wracać do kancelarii. Dziękuję za posiłek. Kiedy wszyscy 

wyszli, matka zwróciła się do Elise.

- Chciałabym się wybrać do pani Berg. Słyszałam, że Evert jest chory.
- Evert? Jemu nigdy nic nie dolega. Ale skoro tak mówisz, to pewnie coś 

się stało. Rzeczywiście, dawno go nie widziałam, ale nie przyszło mi do 
głowy, że mógłby zachorować. Dziwne, że Peder nic nie powiedział.

Pani Lovlien wzięła Anne Sofie i Larsine i zniknęła, a Elise poszła po 

wodę. Chciała pozmywać, zanim znowu usiądzie przy krosnach.

Właśnie zamknęła pokrywę studni i już zamierzała chwycić wiadro z 

wodą, kiedy  wydało się  jej, że z drugiej strony  domu doszły  ją jakieś 
odgłosy. Czyżby Peder znowu zapomniał swej czapki do pracy? Że ten 
chłopak   nigdy   nie   może   się   nauczyć   utrzymywać   porządku   w   swoich 
rzeczach! Teraz się spóźni i może stracić pracę. W ciągu ostatnich dwóch 
dni zarobił całe siedemdziesiąt ore i bardzo wspomógł domowe finanse.

Doszła   do   rogu   domu   i   już   miała   pośpieszyć   do   drzwi,   kiedy   nagle 

zatrzymała się i jęknęła z przerażenia. Przed nią stał mężczyzna o kulach i 
z bandażem na głowie...

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

- Co tu robisz? - Elise nie poznała własnego głosu, którego wysoki i 

ostry ton przeciął powietrze.

Na   sekundę   mężczyznę   jakby   sparaliżowało,   jednak   w   okamgnieniu 

odwrócił się i kuśtykając, poszedł sobie.

Elise   stała   oniemiała   i   patrzyła   za   nim,   starając   się   złapać   oddech. 

Dopiero teraz dał znać o sobie strach. Była zbyt zła, kiedy stanęła z tym 
człowiekiem twarzą w twarz.  Czego, u licha, od niej chciał?  Po co tu 

background image

przyszedł?

Była przekonana, że to on ją napadł. Agnes musiała się mylić, mówiąc, 

że on nie jest taki. Czy zjawił się tu, żeby znowu popełnić przestępstwo? 
Ale   dlaczego   wydawał   się   taki   przerażony?   Czy   dlatego,   że   został 
przyłapany? Czy myślał, że Elise jest w domu, i zaplanował, że napadnie 
ją w środku? Zakręciło się jej w głowie. Śmiertelnie przestraszona czym 
prędzej weszła do domu  i starannie zamknęła za sobą drzwi na klucz. 
Stanęła na środku kuchni, nie była w stanie czymkolwiek się zająć.

Kiedy   wreszcie   zaczęła   jako   tako   dochodzić   do   siebie,   postanowiła 

napisać do Johana. Był jedynym, który mógł coś zrobić, znał przyjaciół 
Lorta-Andersa. Mógł przynajmniej udzielić jej jakiejś rady, co powinna 
robić, czy powinna pójść na policję, czy nie.

Wyjęła ołówek i niewielką kartkę papieru i napisała:
Drogi Johanie!
Agnes   poprosiła   mnie,   bym   była   jej   druhną,   i   zgodziłam   się.   Nie 

chciałabym,   byśmy,   kiedy  Ty   i   Emanuel   wrócicie   do   domu,   żywili   do 
siebie   nieprzyjazne   uczucia.   Zgadzasz   się   ze   mną?   Ja   w   każdym  razie 
postaram się uczynić ze swej strony wszystko, by tak się nie stało.

Piszę do Ciebie, ponieważ muszę Cię poprosić o radę. Ten rudowłosy od 

czasu  do  czasu pojawia  się  w pobliżu.  Pewnego  razu  stał na  moście  i 
przyglądał się domowi, w którym mieszkamy, a dziś podszedł pod same 
drzwi. Wpadłam prosto na niego, kiedy przynosiłam wodę ze studni. Wy-
dawał się równie przerażony jak ja. Krzyknęłam na niego w złości, a on, 
kuśtykając, odszedł, nie mówiąc ani słowa. Ale dlaczego tu przychodzi? 
Czego ode mnie chce? Niepokoję się i nie wiem, co robić.

Nie  mam odwagi  powiedzieć  o tym Emanuelowi,  nie  zrozumie,  dla-

czego zwlekam z pójściem na policję. Poza tym przeczytałam Twój list do 
Agnes, w którym piszesz, że Emanuel znalazł się wśród tych, którzy do-
stali rozkaz przedostania się bliżej granicy. Wiem, że być może powinnam 
poczekać z tym do dnia, kiedy zobaczymy się na Twoim ślubie, ale boję 
się, że nie będziemy mieli okazji porozmawiać na osobności.

Pozdrawiam Cię Elise
Włożyła list do koperty, nakleiła znaczek za dziesięć ore i po chwili 

wahania zdecydowała się od razu go wysłać. Nie mogła zamykać się w 
domu  z powodu tego  rudego potwora, a i jemu nie  pozwoli na to, by 
cieszył się z powodu jej strachu. To ważne, by Johan otrzymał list, zanim 
przyjedzie do domu.

Rozejrzała się ostrożnie, kiedy wyszła na ganek. To jakaś pociecha, że 

rudzielec też się wystraszył. Gdyby należał do łobuzów nie-liczących się z 

background image

niczym,   nie   zareagowałby   w   ten   sposób.   Może   kierowała   nim   tylko 
ciekawość? Pewnie słyszał, że Elise spodziewa się dziecka, a teraz chciał 
zobaczyć, jak duży ma brzuch i czy to możliwe, by on był ojcem dziecka. 
Myśl o tym przyprawiła ją o mdłości z obrzydzenia.

Idąc, rozglądała się dobrze w obie strony, od czasu do czasu oglądała się 

za siebie, by się upewnić, czy nikt nie podąża z tyłu. Pocieszała się, że 
mężczyzna ranny w nogę nie może się poruszać o kulach zbyt szybko.

W powrotnej drodze zobaczyła mamę z dziewczynkami i ruszyła im na 

spotkanie.

- I co z Evertem?
- Już lepiej, ale był ciężko chory. Pani Berg obawiała się, że to zapalenie 

płuc, i z oburzeniem mówiła o złym stanie higieny w szkole. Uważa, że 
skoro wszyscy uczniowie piją z tego samego kubka z kranu na boisku, to 
nietrudno, by zdrowi zarażali się od chorych. Mówi, że z powodu suchot, 
na które zapada tyle osób w naszej dzielnicy, Służba Zdrowia co roku 
poddaje   obowiązkowym  badaniom   wszystkich   nauczycieli,   ale   nikt   nie 
zainteresował   się   wspólnym   kubkiem   dla   uczniów.   Wspomniała   też   o 
muchach, które przylatują ze spluwaczek i kubłów na śmieci i siadają na 
kanapkach dzieci i kubkach z mlekiem. Gdzie byłaś? - spytała zdumiona, 
jak   gdyby   nagle   uświadomiła   sobie,   że   Elise   nie   ma   tam,   gdzie   być 
powinna.

- Poszłam wysłać list. Matka uśmiechnęła się.
- To dobrze, że dostanie kilka ciepłych słów w drodze do granicy.
Elise nie odpowiedziała.
Nazajutrz   przyszedł   list   od   Emanuela.   Chyba   jednak   trochę   za   mną 

tęskni, pomyślała Elise z wyrzutami sumienia, że posądzała męża, że nie 
dość ją kocha.

Kochana Elise!
Po kilku dniach pobytu we dworze Lier przenieśliśmy się bliżej granicy. 

Ze względów bezpieczeństwa nie mogę jednak Ci powiedzieć gdzie. Było 
nam niemal smutno opuszczać historyczne Lier, „gdzie duch bohaterskich 
czynów   Norwegów   i   miłości   ojczyzny   jak   gdyby   krążył   nad   tym 
miejscem", jak się wyraził jeden ze strzelców. Napisał taki wiersz:

„Tu w Lier na dworze starym - ojcowie nasi niegdyś żyli.
Te same ścieżki przemierzali - do walki z raźną pieśnią szli.
Mówili: Nigdy nie ustawać, nie znali strachu ani trwogi,
na straży kraju niezłomnie stać - i nie zawracać z drogi.
Patrzcie na nich, tak walczyć trza - gdy teraz nasza kolej.
Nie znali taktu, rwąc do boju - gdzie wróg podstępny się zbroił".

background image

Jak   widzisz,   strzelcy   odznaczają   się   wielkim   patriotyzmem.   Kiedy 

wyruszaliśmy   w   drogę,   przepełniał   nas   zachwyt   dla   drogiej   ojczyzny, 
śpiewaliśmy marsza, który ułożył jeden ze strzelców.

Dotarliśmy do naszej nowej kwatery, dużego i bogatego gospodarstwa, 

gdzie możemy nocować w stodole. Oficerom wolno mieszkać w domu go-
spodarzy i jeść posiłki razem z rodziną. Chłopi w okolicy są bardzo życzli-
wi i chętnie służą nam pomocą. Dostaliśmy słomę na posłania, a co jakiś 
czas przychodzą śliczne młode dziewczęta i przynoszą nam coś dobrego 
dla urozmaicenia konserw, które nam już obrzydły. Zwłaszcza najmłodsza 
córka   gospodarza   stara   się   jak   może,   by   dogodzić   nam   tu   w   stodole. 
Wdałem się z nią w pogawędkę i okazało się, że zna jednego z moich 
przyjaciół w Armii. Sama zresztą planowała wstąpić do organizacji.

Siedzieliśmy razem i rozmawialiśmy do późnego wieczora, czułem, jak 

gdybym znał ją od zawsze. Powiedziałem jej, żeby nas kiedyś odwiedziła, 
gdy będzie w Kristianii. Właściwie jest trochę do Ciebie podobna, lecz jest 
znacznie pełniejsza, ponieważ mieszka na wsi i może najadać się do syta. 
Potrafi grać na gitarze i ma czysty i piękny głos.

Możemy stąd zobaczyć w oddali obozowe ogniska po drugiej stronie 

granicy. Jakie niosą przesłanie: zwiastują wojnę czy pokój? Mamy telefon, 
ale jest on w równym stopniu użyteczny co niebezpieczny. Musimy bardzo 
uważać, co mówimy. Kiedy podnosimy słuchawkę możemy usłyszeć kilka 
rozmów naraz. Dowiedzieliśmy się, że pewien przykuty do łóżka chory 
człowiek   wie   o   wszystkim,   co   się   dzieje,   ponieważ   przez   cały   dzień 
przysłuchuje się cudzym rozmowom; potrafi nawet rozpoznać rozmawia-
jących po głosie. Jego aparat telefoniczny wisi na ścianie nad łóżkiem, 
więc wystarczy tylko trochę wyciągnąć rękę, żeby sięgnąć po słuchawkę.

Właśnie   przemaszerował   gdzieś   obok   oddział   pospolitego   ruszenia   z 

bronią   uzbrojoną   w   bagnety.   Możemy   to   wywnioskować   z   rozmaitych 
znaków. Nie wiem, dlaczego utrzymują to przed nami w tajemnicy.

Muszę kończyć, mam nadzieję, że Signe (córka gospodarza) wyśle dla 

mnie ten list.

Twój Emanuel
Elise schowała list do szuflady razem z innymi. Czuła rosnący w głębi 

duszy niepokój.

Cieszyła się na sobotę i jednocześnie obawiała się tego dnia. Prawie 

nigdy nie bywała na przyjęciach i cieszyła się, że będzie mogła skoszto-
wać dobrego jedzenia, bała się jednak własnej reakcji na widok Johana z 
Agnes   przy   ołtarzu.   Nie   miała   czasu   odwiedzić  Anny,   odkąd   dostała 
wiadomość o ślubie, i ciekawa była, jak siostra Johana to przyjęła. Tak 

background image

samo zresztą interesowało ją, co o tym myśli pani Thoresen. Matka Johana 
nigdy szczególnie nie przepadała za Agnes, ale darzyła pewnym respektem 
jej   ojca   za   jego   udział   w   ruchu   robotniczym.   Wierzyła,   że   wyprawi 
młodym wspaniałe wesele i część tego blasku spadnie i na nią.

Sobota   nadeszła   wraz   z   piękną   jesienną   pogodą.  Wzdłuż   rzeki   stały 

klony przybrane w swój najpiękniejszy strój, w promieniach słońca liście 
mieniły się na złoto, pomarańczowo, czerwonożółto i ogniście czerwono.

Elise miała dużo czasu, żeby się przebrać i powrócić myślami do dnia, 

kiedy sama wychodziła za mąż i gdy przedtem musiała jeszcze pójść do 
fabryki. Teraz długo moczyła się w balii, ustawionej w kuchni, podczas 
gdy matka pilnowała, żeby nikt nie wchodził. Potem dobrze się wytarła, 
włożyła   odświętną   suknię   i   starannie   wy-szczotkowała   włosy,   które 
następnie upięła w duży węzeł na karku.

Dała Pederowi i Kristianowi po dziesięć ore, żeby poszli do cukierni i 

złożyli  się  na  butelkę  czerwonej  oranżady   i  „siedmioorówkę",   kawałek 
tortu, szczególnie lubiany  przez młodzież, na który  niestety  rzadko ich 
było stać. Czuła się nieswojo, że sama wychodzi na przyjęcie i będzie 
zajadać smakołyki, podczas gdy dla chłopców ten wieczór niczym się nie 
będzie różnił od innych. Zwłaszcza że to dzień ślubu Johana. Od lat nie 
jedli tortu, poza tym wyjście do cukierni to prawdziwe święto i możliwość 
zakosztowania   wielkiego   świata.   Siedzieli   tam   młodzi,   gładko   ogoleni 
panowie   w   sztywnych   kołnierzykach   i   słomkowych   kapeluszach   i 
flirtowali   z   chichoczącymi   podlotkami.   W   proteście   przeciw   brodatym 
ojcom, większość młodzieńców nie nosiła brody ani wąsów.

Matce miał wieczorem uprzyjemniać czas Asbjorn Hvalstad, który, jak 

powiedział, kupił dla obojga coś dobrego na kolację.

Drzwi stały otwarte i wpuszczały do środka popołudniowe słońce. Mimo 

dobiegającego   tu   szumu   wodospadu   Elise   mogła   dosłyszeć   grające   w 
trawie koniki polne.

W domu wszystkie pomieszczenia lśniły czystością po cotygodniowym 

sprzątaniu mamy. Okna były umyte i wypucowane papierem gazetowym, 
mama przysiadła na ganku i czyściła odświętne buty na niedzielę.

Kristian   i   Peder   skończyli   na   dziś   pracę.   Peder   zaczął   narzekać   na 

nadmiar obowiązków jako pomocnik dorożkarza, zazdrościł Kristianowi i 
sam wolałby zostać posłańcem. Skarżył się, że często bywa cały mokry od 
dźwigania   pakunków   pasażerów,   którym   również   pomagał   zajmować 
miejsca z tyłu za stangretem. Wciągał i podnosił, podawał rękę, by pomóc, 
popychał i przeciągał ciężkie paczki, a żołądek ściskał mu się z głodu. 
Mówił, że nigdy nie ma czasu zjeść. Elise było żal brata. Powinien raczej 

background image

poświęcać czas na ćwiczenia z czytania, bo był najgorszy w klasie.

Kristian   dobrze   sobie   dawał   radę   w   szkole   i   należał   do   jednych   z 

najzdolniejszych. Elise podejrzewała, że zakochał się w jednej z dziewcząt 
z  żeńskiej  klasy,  ale  z  tego,  co  mówił Peder,  ona  podkochiwała   się  w 
młodym nauczycielu na zastępstwo, który nosił imponujące wąsy. Kristian 
zaczął już czytać gazety  i mógł pożyczać od pana Hvalstada  „Verdens 
Gang" lub „Aftenposten". Któregoś dnia Elise zauważyła, że zainteresował 
go   artykuł  o   tym,   że   współczesne   dziewczęta   są  zbyt  nieskromne   i  że 
można by policzyć sztuki ubrania, które mają na sobie. Modne stroje były 
poza tym tak cienkie i lekkie, że zdawały się całkiem przezroczyste, gdy 
padało na nie słońce, pisał autor.

Elise   potarła   policzki   i   jeszcze   raz   krytycznie   spojrzała   na   siebie   w 

lustrze. Niewiele mogła zrobić, by poprawić to, co zobaczyła. Nigdy nie 
będzie   jej   stać,   żeby   pójść   do   „Salonu   Kosmetyczno-Fryzjerskiego 
Sanitaire" w Horngârden na Karl Johan. Słyszała, że kilka z niezamężnych 
prządek z fabryki raz się tam wybrało. Nie miała też pieniędzy, żeby kupić 
sobie szczypce do kręcenia włosów. Agnes miała szczypce, puder, kremy i 
szpilki do włosów. Kupiła sobie nawet wodę kolońską. Może pójdzie do 
ślubu w białej sukni. W zakręconych włosach i wypudrowana będzie na 
pewno pięknie wyglądała. Dużo ładniej niż Elise. Pokazała język odbiciu 
w lustrze i odwróciła się.

Na zewnątrz rozległy się kroki i do środka weszli mama i pan Hvalstad, 

roześmiani i w dobrych humorach. Z pewnością cieszyli się na sobotni 
wieczór sam na sam. Kiedy Anne Sofie pójdzie spać... Elise ponownie 
ogarnęło owo dziwne uczucie. Role jak gdyby się odwróciły, pomyślała. 
Matka znów była młoda i zakochana, gdy tymczasem ona sama czuła się 
stara   i   zgnuśniała.   Zastanowiła   się,   czy   powinna   pozwolić   „młodym" 
zostać   samym   w   domu   dziś   wieczorem.   Z   tego   mogą   być   dzieci. 
Uśmiechnęła się do siebie, choć to ani odrobinę nie było śmieszne.

- Z czego się śmiejecie? - spytała beztrosko, starając się ode-gnać głupie 

myśli.

- Asbjorn opowiadał mi, że jest taki kantor w Kristianii, który oferuje 

gotowe   formularze   i   księgi   listów.   Można   tam   zamówić   wszystko   od 
umowy   kupna   do   listu   z   oświadczynami.   Nawet   przepis   na   „List   od 
zazdrosnej pani do jej narzeczonego". - Odwróciła się do pana Hvalstada. - 
Mógłbyś to przeczytać na głos Elise, Asbjorn?

Pan Hvalstad wyjął z kieszeni kartkę papieru i przeczytał, śmiejąc się:
-  „Fałszywy  Adamie!  I  to  jest zapłata  za  moją  bezgraniczną   miłość! 

Wdzięczysz się do tej rudej Elisabeth! A ja, która Cię tak kochałam i - tak, 

background image

posłuchaj, ty potworze - nadal Cię kocham gorąco i namiętnie! Zanim na 
zawsze się rozstaniemy, żądam, byś przyszedł do mnie dziś wieczorem. 
Muszę w pełni zakosztować mego nieszczęścia. Jeżeli nie przyjdziesz, to 
już mnie nie zobaczysz na tym świecie. Mój grób jest otwarty. Zabiłeś 
swoją Torę.

PS.   Przygotuję   kawę   na   godzinę   siódmą   i   półmisek   ciasteczek   z 

pieprzem, które tak lubisz".

Mama roześmiała się w głos i Elise zawtórowała jej, ale czuła, że jej 

śmiech nie był szczery. Jej myśli powędrowały ku Emanuelowi i córce 
gospodarzy, Signe, podobnej do niej, lecz o pełniejszych kształtach, która 
zamierzała zapisać się do Armii, która rozmawiała z nim do późna w nocy 
i z którą Emanuel czuł się tak, jak gdyby znał ją od zawsze.

Matka musiała coś po niej poznać i w jednej chwili spoważniała. Jednak 

źle odebrała jej reakcję.

- To na pewno dla ciebie dziwne, że Johan się żeni, ale nie zapominaj, co 

dostałaś w zamian. Emanuel jest tysiąc razy więcej wart niż Johan. Myślę, 
że wszyscy powinniśmy się cieszyć, że tak się ułożyło. Bóg jest dobry, On 
zadbał o to, by ci dać to, co najlepsze, Elise.

Skinęła głową w odpowiedzi, po czym zarzuciła na ramiona odświętny 

szal.

Zgrzała   się   i   dostała   zadyszki,   kiedy   po   szybkim   marszu   w   górę 

Maridalsveien   dotarła   do   kościoła   przy   Grabeinsletta.   Ku   swemu 
zdumieniu spostrzegła, że na zewnątrz zebrało się już pełno ludzi. Roz-
poznała   większość   dziewcząt   z   Hjula.   Nawet   tę,   która   straciła   pracę   z 
powodu chorej babci i obok której Elise siedziała w poczekalni do lekarza. 
Elise powoli ruszyła w jej stronę. Tkaczka uśmiechnęła się na jej widok.

- Widziałam, że właśnie zawieziono do środka na wózku Annę, siostrę 

pana młodego.

Elise spojrzała na nią zdumiona.
- Już jest? A ja sądziłam, że przyszłam za wcześnie. Tkaczka pokręciła 

głową.

-   Pan   młody   też   już   przybył.   Świetnie   wygląda   w   garniturze.   Sporo 

dziewczyn z Hjula weszło już do kościoła, myślę, że będzie dużo ludzi. 
Agnes zna chyba wszystkich wzdłuż rzeki Aker.

Elise uśmiechnęła się i przytaknęła.
- A co u ciebie? - dziewczyna przebiegła wzrokiem wzdłuż ciała Elise. 

Niedzielna sukienka napinała się na piersiach i brzuchu. - Kiedy rodzisz?

- Gdzieś pod koniec stycznia.
- Ledwie po tobie widać, taka jesteś chuda.

background image

Znowu   rozbrzmiały   jej   w   uszach   słowa   Emanuela:   „jest   do   ciebie 

podobna, tylko o wiele pełniejsza..."

-  Wydaje   mi   się,   że   ten   ranny   żołnierz,   któremu   pomogłaś   wtedy   u 

lekarza, też tu jest. W każdym razie go przypomina. Chodzi o kulach i ma 
bandaż na głowie.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Elise czuła, jak gdyby krew odpłynęła z jej twarzy.
- Tu w kościele? Tkaczka skinęła głową.
- Skąd wiesz, że jest żołnierzem?
- Słyszałam. Rozmawiał z innym mężczyzną i słyszałam, że spadł z 

urwiska podczas wymarszu i zranił się w głowę i w nogę.

Elise rozejrzała się bezradnie dookoła. Co powinna zrobić? Nie mogła 

po prostu uciec, skoro była druhną.

No i co z tego, próbowała uspokajać samą siebie. Jeśli w kościele będzie 

tłum ludzi, trudno jej będzie rozróżnić, kto siedzi w ławkach. I chociaż 
razem z Johanem doszli do wniosku, że to musiał być rudzielec, nie miała 
dowodu, że to prawda. Jak zauważyła Agnes, było ciemno, kiedy to się 
stało, i Elise mogła się pomylić. Agnes nie wierzyła, by to zrobił ten o 
imieniu Ansgar, on nie był taki. Mówiła, że różni się od innych.

- Coś się stało? - tkaczka przyglądała się jej badawczo. - Wydaje mi się, 

że zbladłaś.

- Ja... nie czuję się zbyt dobrze.
W tej samej chwili usłyszały zajeżdżający powóz i obie odwróciły się 

jednocześnie.

- O, jest już panna młoda - przerwała tkaczka. - Musimy się pośpieszyć.
Elise spociła się ze zdenerwowania, kiedy musiała przejść przez środek 

nawy głównej aż do ołtarza. Wbiła wzrok w posadzkę, czuła się ubogo w 
swej   czarnej   odświętnej   sukience   i   wyobraziła   sobie,   że   wszyscy 
odprowadzają ją pogardliwym, krytycznym spojrzeniem.

background image

Dopiero   kiedy   miała   usiąść   naprzeciw   pana   młodego   i   jego   drużby, 

ośmieliła się podnieść wzrok. Spojrzała prosto w oczy Johana. Uśmiechnął 
się  do niej, lecz ona nie  zdołała odwzajemnić uśmiechu. Skinęła  tylko 
głową i odwróciła wzrok ku pięknej rozecie nad wejściem.

Niedługo potem organista zaczął grać marsza weselnego, drzwi kościoła 

otworzyły   się   i do  środka   wkroczyła Agnes  pod  rękę  ze  swym ojcem. 
Miała na sobie białą suknię ślubną z trenem, a w dłoniach trzymała dużą 
wiązankę czerwonych róż. Włosy upięła w wysoki kok, a przed uszami 
zwisały wyszukane loczki. Elise, która właściwie nigdy nie uważała Agnes 
za szczególnie ładną, uznała, że przyjaciółka jest niczym objawienie.

Nie jest jednak jakąś „niewinną panną młodą", pomyślała, gdy opadł 

pierwszy zachwyt'. Zerknęła na Johana. Uśmiechał się do Agnes, ale nie 
patrzył na nią zakochanym wzrokiem, jak powinien.

Kiedy zdenerwowanie wreszcie zaczęło mijać, znowu pojawiła się myśl 

o   rudowłosym   mężczyźnie.   Trzeba   do   kogoś   zagadać   po   wyjściu   z 
kościoła, pomyślała Elise. Wtedy może go nie zobaczy. Wnętrze kościoła 
było mroczne i wielkie, mieściło ławki dla ośmiuset osób i nie sposób stąd 
rozróżnić nic innego poza twarzami osób siedzących na samym przedzie. 
Nie miała pojęć a, gdzie ten rudy siedział.

Elise próbowała skoncentrować się na Agnes i Johanie.
Tak, matka miała rację, to dziwne siedzieć tu i widzieć ich jako parę 

młodą. Nierzeczywiste. Gdyby jej ktoś o tym powiedział kilka miesięcy 
temu, nie uwierzyłaby. Wzięła od Agnes bukiet róż i spojrzała, jak oboje 
klękają   przed   ołtarzem.   Odnosiła   wrażenie,   jak   gdyby   to   wszystko 
odbywało się w innym, mrocznym świecie.

Po chwili Agnes dostała bukiet z powrotem i usiadła obok Johana; po 

złożeniu   małżeńskiej   przysięgi,   mówiącej   o   tym,   że   będą   się   kochać   i 
szanować, dopóki śmierć ich nie rozłączy, młodzi wzięli się za ręce. O 
czym myślał teraz Johan? Czy był szczęśliwy? Czy w ogóle jacyś ludzie 
byli szczęśliwi? Co to właściwie znaczy: „szczęście"? Najadać się do syta, 
nie marznąć, nie czuć lęku przed jutrzejszym dniem?

I znowu pojawiło się słowo „lęk". Istniało tyle powodów do strachu.
Zwłaszcza   gdy   gdzieś   tu   w   kościele   siedział   rudowłosy   mężczyzna, 

gwałciciel, który rzucił się na nią w ciemności i zmarnował jej życie. I 
który jeszcze nie był zadowolony...

Elise przeszedł dreszcz.
Ślub się skończył, para młoda kroczyła uroczyście pod ramię środkiem 

kościoła ku wyjściu. Elise i drużba Johana podążyli za nimi, a dalej pani 
Thoresen i Anna, którą pchał na wózku jej przyjaciel, Torkild Abrahamsen, 

background image

kolega Emanuela z Armii.

Elise szła ze wzrokiem wbitym w posadzkę kościoła, nie śmiała spojrzeć 

ani na prawo, ani na lewo. Była przekonana, że gdyby podniosła wzrok, 
spojrzałaby mu prosto w twarz, a nie mogła być pewna swej reakcji.

Gdy   tylko   wyszli   na   słoneczny   dziedziniec,   pośpiesznie   podeszła   do 

Anny i serdecznie ją uścisnęła.

- Gratuluję ci z okazji ślubu brata, Anno. Chciałam do was zajrzeć, ale 

nie miałam czasu. - Skinęła w stronę Torkilda Abrahamse-na.

Anna uśmiechnęła się, jednak Elise od razu zauważyła, że coś ją gnębi.
- To ty powinnaś brać ślub z Johanem, Elise - odezwała się cicho Anna; 

dało się zauważyć, że naprawdę tak myśli. Nie było radości w jej oczach.

- Nie wolno ci tak mówić, Anno. Uważam, że będzie im dobrze. Nie 

wiadomo, czy byłabym dobrą żoną dla Johana.

Anna uśmiechnęła się smutno.
Podeszła do nich pani Thoresen z jakimś mężczyzną.
Elise nie od razu go rozpoznała, ale po chwili sobie przypomniała. To 

wujek Johana, brat pani Thoresen, który pojawił się tak niespodziewanie, 
gdy   Johan   został   aresztowany.   Elise   pamiętała,   że   na   pożegnanie 
powiedział, że przyjedzie na wesele. Należy podkreślić, że miał na myśli 
wesele jej i Johana...

- Czyż to nie było cudowne, Elise? - pani Thoresen uśmiechnęła się, aż 

zmarszczki na jej chudej twarzy  ułożyły  się w cienkie fałdki skóry  na 
ostrych   kościach   policzkowych.   -   Nigdy   nie   widziałam   równie   uroczej 
panny młodej - mówiła dalej. - Nigdy też nie byłam tak zdenerwowana. - 
Teraz, kiedy panią Thoresen odwiedził krewny z rodzinnych stron, zaczęła 
mówić z akcentem właściwym dla Toten, zauważyła Elise. - A jej ojciec 
jak   się   dobrze   prezentował   -   mówiła   dalej   zadowolona.   -  A  widziałaś 
Johana  w mundurze?  Nie  co dzień  można  w tych czasach  spotkać  tak 
eleganckiego mężczyznę.

Odwróciła   się,   żeby   pozdrowić   kogoś   znajomego,   poruszona   i 

szczęśliwa po raz pierwszy od dawna.

A więc teraz Agnes ma same zalety, pomyślała Elise. A nie tak dawno 

była   niewiele   wartą   latawicą.  Ale   tacy   są   ludzie;   jeśli   ktoś   należy   do 
rodziny, wszystko da się usprawiedliwić.

Zmusiła   się,   by   nie   odwrócić   głowy,   chciała   poczekać,   aż   goście 

opuszczą kościół, a ci, którzy nie wybierają się na przyjęcie weselne, pójdą 
do domów.

-   Czy   coś   się   stało,   Elise?   -  Anna   zawsze   zaskakiwała   swoją   spo-

strzegawczością.

background image

Elise potrząsnęła głową.
- To musi być dla ciebie dziwne. Mimo wszystko minęło zaledwie parę 

miesięcy, a teraz oboje pobraliście się, lecz każde z kim innym.

Elise   przytaknęła.   Wolała,   by  Anna   myślała,   że   właśnie   to   ją   trapi. 

Torkild Abrahamsen chciał zabrać Annę. Elise sprzeciwiła się.

- Nie musimy chyba jeszcze iść?
Nie zniosłaby myśli, że rudowłosy, kuśtykając, podążyłby za nią aż do 

samej   restauracji   Hasselbakken.   Z   pewnością   wiedział,   dokąd   się 
wybierają, teraz miał możliwość pójść za nimi. On, któremu na pewno 
pomieszało   się   w   głowie   i   któremu   sprawiało   chorobliwą   przyjemność 
prześladowanie jej. Zacisnęła usta w rozpaczy.

Anna posłała jej dziwne spojrzenie. W tej samej chwili usłyszeli za sobą 

męskie głosy.

-   O,   idą   przyjaciele   Lorta-Andersa   -   Anna   nie   była   szczególnie 

zachwycona.

Elise nie odwróciła się, udawała, że pochłania ją coś całkiem innego.
- Nie sądzę, by Johan był zadowolony, że tu są - mówiła dalej Anna. - 

Agnes zaprosiła dwóch z nich, nie pytając Johana o zdanie. Myślała, że się 
ucieszy. Po tym, co się zdarzyło w Akershus, postanowił nie mieć z nimi 
więcej nic do czynienia.

„Zaprosiła   dwóch   z   nich..."   O   Boże!   Agnes   nie   zaprosiła   chyba 

rudzielca, przecież obiecała tego nie robić.

- Co się właściwie stało? - spytał Torkild Abrahamsen zaciekawiony.
- Lort-Anders namówił Johana, by stanął na czujce podczas włamania. - 

Anna   mówiła   o   tym   w   naturalny   sposób,   wydawało   się,   że   nie   czuje 
zakłopotania. - Uważał, że Johan jest mu winien przysługę za to, że wziął 
za niego kiedyś nocną wachtę, gdy razem pływali. Johan martwił się o 
mnie, bo zostało mi już niewiele potrzebnych lekarstw, i nie widział innej 
możliwości zdobycia pieniędzy. Johan dostał cztery lata więzienia, a Lort-
Anders dwanaście, ponieważ wcześniej był karany. W czasie pobytu w 
więzieniu   Johan   zauważył,   że   Lort-Anders   zwrócił   się   przeciw   niemu, 
ponieważ uważał, że to przez mojego brata został złapany.

Torkild Abrahamsen zmarszczył czoło, nie bardzo rozumiejąc.
- Dlaczego tak myślał?
Anna uśmiechnęła się przepraszająco do Elise.
-   Elise   znalazła   na   chodniku   złotą   broszkę.   Okazało   się,   że   broszkę 

dostał Johan jako „wypłatę" za swój udział, i nie wiadomo, jakim cudem 
zgubił ją w śniegu. Zamiast iść na policję i oddać zgubę, Elise przekazała 
ją   Johanowi.   Zamierzał   pewnie   pójść   po   jakimś   czasie   do   lombardu   i 

background image

sprzedać ten drobiazg, ale policja go uprzedziła.

Elise słuchała Anny jednym uchem. Była zadowolona, że Anna zajmuje 

ich rozmową i że tymczasem coraz więcej ludzi znika za bramą kościoła.

- Co w tym złego, że pani Ringstad przekazała broszkę narzeczonemu? - 

Torkild   Abrahamsen   najwyraźniej   miał   trudności   ze   zrozumieniem, 
dlaczego   Lort-Anders   i   jego   kumple   odwrócili   się   z   tego   powodu   od 
Johana. Po chwili spojrzał na Elise. - Miała pani ostatnio jakieś wieści od 
Emanuela, pani Ringstad?

- Tak, ciągle dostaję listy, chociaż wysyłanie ich nie jest chyba prostą 

sprawą.

- Szkoda, że negocjacje w Karlstad się przeciągają. To musi być dla nich 

trudne   doświadczenie,   że   stacjonują   przy   samej   granicy,   zdając   sobie 
sprawę, że wojna może wybuchnąć w każdej chwili.

Elise   skinęła   głową.   Z   listu   Emanuela   wywnioskowała,   że   to   raczej 

ekscytujące niż trudne doświadczenie, lecz nie mogła tego wyznać na głos. 
Nie rozumiała, że aż palił się do walki, ale widać to właśnie różni kobiety 
od mężczyzn.

- Pozostaje nam modlić się do Boga i pokładać w Nim nadzieję - mówił 

dalej Torkild  Abrahamsen  i spojrzał na Elise ciepłym i współczującym 
wzrokiem.

- Myślę, że powinniśmy już iść - zaniepokoiła się Anna. - Nie możemy 

się spóźnić na obiad weselny. Agnes i Johan pojechali już dość dawno 
temu.

Elise udało się nie obejrzeć za siebie, kiedy ruszyli na przyjęcie. Nie 

widziała,   by   rudowłosy   wychodził   przez   bramę   kościoła,   i   nie   miała 
pojęcia, gdzie się mógł podziewać. W ogóle go nie widziała, może tkaczka 
się pomyliła? Pomodliła się w duchu, by tak było.

Właśnie wyszli na chodnik, kiedy usłyszała odgłos nierównych kroków 

osoby   poruszającej   się   o   kulach.   Serce   zaczęło   jej   walić.   Starała   się 
odgadnąć, czy ów dźwięk się przybliża, czy oddala w innym kierunku. W 
końcu wywnioskowała, że ten człowiek idzie za nimi.

- Myślę, że musimy trochę przyśpieszyć. - Sama zauważyła, że w jej 

głosie brzmi zdenerwowanie. - Nie zwróciłam uwagi, że większość gości 
weselnych   wyszła   z   kościoła   dużo   wcześniej   niż   my.   Niektórzy   może 
zamówili nawet dorożkę.

- Na pewno są i tacy, którzy pojechali do Sagene tramwajem, chociaż to 

tylko dwa przystanki - odparł Torkild Abrahamsen i przyśpieszył. Odgłos 
kroków za nimi oddalił się.

Kiedy zeszli już niżej w stronę Wzgórza Świętego Jana, Elise nie mogła 

background image

oprzeć   się   potrzebie   obejrzenia   się   za   siebie.   Zobaczyła   mężczyznę   o 
kulach, który samotnie schodził w dół. Szybko odwróciła twarz.

Torkild Abrahamsen zauważył pewnie, że coś zobaczyła, i on też się 

obejrzał.

- Idzie ten biedak - rzekł.
- Kto? - Anna chciała zobaczyć.
-   Żołnierz   z   batalionu   Norweskiego   Korpusu   Strzelców,   który 

stacjonował w twierdzy w Kongsvinger - wyjaśnił Torkild Abrahamsen. - 
Miał wypadek. Spadł z wysokiego urwiska i byłby tam leżał i wykrwawił 
się na śmierć, gdyby nie uratował go jeden z kolegów.

- Został zwolniony ze służby?
- O tak. W tym stanie nie na wiele się może przydać.
- Znasz go?
-   Nie   bardzo.   Mieszka   ze   swoimi   rodzicami   na   Gjetemyrsveien. 

Spokojny i małomówny chłopak. Wydaje się samotny.

- Biedak. Może mógłbyś go namówić do wstąpienia do Armii?
- Myślałem o tym samym. Natknąłem się na niego zaraz, gdy wrócił z 

Kongsvinger.   Zwróciłem   wtedy   uwagę,   że   wydawał   się   przestraszony. 
Początkowo sądziłem, że to mój mundur go peszy. Wiesz, w niektórych na 
nasz   widok   odzywają   się   wyrzuty   sumienia,   zwłaszcza   w   tych,   którzy 
właściwie pochodzą z zamożnych domów, a później im nie wyszło. Jednak 
po   pewnej   chwili   zauważyłem,   że   ten   człowiek   przez   cały   czas 
zachowywał   się   dziwnie   niespokojnie,   wydawał   się   jakiś   spłoszony. 
Myślę, że może przeżył coś, co nie daje mu spokoju. Chyba odwiedzę go 
któregoś dnia i porozmawiam z nim.

- Dziwne, że przyszedł do kościoła.
- Wcale nie. Służył w straży granicznej razem z Johanem, pewnie zostali 

przyjaciółmi.

- W takim razie byłoby lepiej, gdyby Agnes zaprosiła jego zamiast tych 

dwóch   kumpli   Lorta-Andersa.   -  Wyglądało   na   to,   że   historia   żołnierza 
wywarła na Annie duże wrażenie.

- Musisz jej to powiedzieć. Nie wiadomo, czy Agnes o nim coś wie. 

Johan rzadko bywał w domu od czasu, gdy wyjechał. Może mogliby go 
potem zaprosić na jakieś małe poprawiny. Myślę, że by się ucieszył.

Elise   doznała   dziwnego   uczucia.   Nie   przyszło   jej   do   głowy,   że   ko-

mukolwiek mogłoby być żal takiego niegodziwca. Teraz też uważała, że 
nie   zasługiwał  na  współczucie.   Przerażające   było   to,   jak   bardzo  ludzie 
mogą się mylić co do innych. Ona zaś nie mogła nic powiedzieć, i tak już 
zbyt wiele osób zna prawdę.

background image

Nie odzywała się przez resztę drogi do Wzgórza Świętego Jana, cieszyła 

się, że Anna i Torkild są zajęci rozmową.

Restauracja Hasselbakken leżała na zboczu wzgórza przy Ullevalsveien 

i Collets gate i składała się z dwóch drewnianych budynków z altanami, 
stylizowanych na łodzie wikingów. W skale poniżej restauracji, jak Elise 
słyszała, były urządzone groty, a przed niższym budynkiem znajdował się 
ogródek ze stolikami na świeżym powietrzu.

Torkild Abrahamsen zatrzymał się na chwilę.
- Czy wiecie, że Collets gate wzięła swą nazwę od nazwiska handlowca 

Johna Colletta, który po Berncie Ankerze był najbogatszym człowiekiem 
w   mieście?   Posiadał   między   innymi   kamienicę   Ullevaal   i   Flateby   w 
Enebakk   i   żył   w   luksusie,   urządzał   wielkie   przyjęcia,   polowania, 
przedstawienia teatralne, pochody i maskarady.

Anna odwróciła się ku niemu zdumiona.
- Jak doszedł do takiego bogactwa?
- Po pierwsze posiadał przedsiębiorstwo po ojcu, a po drugie prowadził 

duży dom handlowy w Londynie. Był bardzo zdolny, miał gospodarstwo 
leśne, prowadził handel drewnem i tartak.

- Mówisz tak, jakbyś podziwiał ludzi takich jak on.
-   Możemy   podziwiać   ludzi   za   ich   zdolności   i   talent,   mimo   że   nie 

pochwalamy   sposobu,   w   jaki   zarządzają   swoimi   dochodami   i   swym 
majątkiem.

Torkild Abrahamsen ustawił wózek Anny u podnóża schodów i wniósł 

Annę na rękach.

Elise   szła   za   nimi.   Kiedy   miała   wejść   do   środka,   odwróciła   się   i 

spojrzała na ulicę. W pewnej odległości ujrzała człowieka o kulach i z 
czymś   białym   wokół   głowy.   Dlaczego   idzie   za   nami,   skoro   nie   został 
zaproszony? - pomyślała zaniepokojona. Czego może chcieć?

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Weszli do dużego salonu z lustrami w złoconych ramach na ścianach i 

dużymi rozłożystymi palmami w każdym kącie. Jakaś kobieta grała na 
pianinie,   a   kelnerzy   ubrani   na   czarno-biało   sunęli   tam   i   z   powrotem 

background image

między stolikami.

Elise   rozejrzała   się   dokoła   zdumiona.  Tylu   gości!   I   tylu   eleganckich 

mężczyzn   z   wąsami   i   łańcuszkami   od   dewizek,   tyle   pięknych   dam   w 
jasnych   sukniach   i   z   kwiatami   wpiętymi   w   kunsztownie   ułożonych 
fryzurach! Skąd Agnes ich wszystkich zna i jakim cudem stać było jej ojca 
na wyprawienie takiego wesela?

Torkild Abrahamsen, któremu wskazano miejsce Anny, poszedł posadzić 

ją na krześle. Elise została sama przy wejściu.

- Nareszcie jesteś, Elise! - Odwróciła się nagle i spojrzała w ciepłe oczy 

Johana. - Nie widziałem cię, kiedy wyszliśmy z kościoła, było tyle ludzi.

Skinęła głową, nie czuła się dobrze w swej starej, czarnej niedzielnej 

sukni, chociaż powinna wiedzieć, że Johan był ostatnim, który zwróciłby 
uwagę na jej strój.

Zniżył głos.
- Dostałem twój list. Musimy porozmawiać.   .
Ponownie skinęła głową. W tej samej chwili nadbiegła pani Thoresen, 

rozgorączkowana, z czerwonymi plamami z przejęcia na policzkach.

- Czy nie powinniśmy już siadać do stołu, Johanie? Goście są głodni, od 

dawna nic nie jedli.

- Porozmawiamy później, Elise. - Uśmiechnął się do niej, żeby jej dodać 

otuchy, po czym zniknął.

Elise   przypadło   przy   stole   miejsce   obok   wujka  Agnes.   Przyniósł   w 

kieszeni piersiówkę i ciągle namawiał Elise, by wznieśli toast, zwłaszcza 
gdy się dowiedział, że Emanuel jest w straży granicznej. Według niego te 
szwedzkie   dranie   były   winne   absolutnie   wszystkiemu,   od   kłopotów 
mieszkaniowych po okropne samochody, zatruwające powietrze i strasznie 
hałaśliwe, przez które konie wpadają w panikę, a kowale tracą pracę, bo 
podkowy   nie   są   już   potrzebne.   Twierdził,   że   to   wszystko   jest   nowym 
wymysłem diabła, a diabłem - szwedzkie łobuzy.

Elise słuchała sąsiada przy stole jednym uchem i ukradkiem zerkała na 

innych gości. Zobaczyła, że wujek Johana miał tak samo w czubie jak 
wujek Agnes, i odetchnęła z ulgą, że nie usiadł obok niej. Na pewno by się 
dopytywał, jak to się stało, że to nie ona jest dziś panną młodą.

Agnes   wydawała   się   być   w   świetnym  humorze,   lecz   Johan   sprawiał 

wrażenie bardziej poważnego niż zwykle, widocznie zdawał sobie sprawę 
z powagi chwili.

Elise   nie   mogła   sobie   przypomnieć,   by   widziała   kiedyś   jego   dwóch 

przyjaciół   należących   do   bandy   Lorta-Andersa.   Nie   wyglądali   na   zbyt 
sympatycznych,   mieli   ściągnięte   twarze   i   nie   odzywali   się   wiele, 

background image

prawdopodobnie   nie   czuli  się   tu   dobrze.   Może   nie   rozumieli,   dlaczego 
zostali   zaproszeni.   Raz,   kiedy   zerknęła   w   ich   stronę,   jeden   z   nich 
przyglądał  się   jej.   Szybko   umknęła   spojrzeniem,   ale   zdążyła   zauważyć 
jego dziwny   wzrok,  w którym  kryło  się  coś,  co tłumaczyła sobie  jako 
mieszaninę zaciekawienia i żywego zainteresowania. Zastanowiła się, czy 
wiedzieli, co zrobił ich kolega; na tę myśl poczuła wstyd i odrazę.

Johan wstał i wygłosił mowę na cześć panny młodej. Mówił krótko i 

prosto, bez wielkich i napuszonych słów. Uczciwie przyznał, że ślub odbył 
się nieco wcześniej, niż właściwie planowano, ale zrobi wszystko, co w 
jego mocy, by stworzyć dobry dom dla obojga i dla dzieci, które będą 
mieli.

Elise nie śmiała patrzeć na niego, gdy mówił, bała się, że się zdradzi. 

Wiele zebranych tu osób wiedziało, że ona i Johan byli zaręczeni nie tak 
dawno temu, nie chciała dać im okazji, by gadali, że żałuje.

W   miarę   upływu   czasu   atmosfera   coraz   bardziej   się   rozluźniała, 

ponieważ mężczyźni wyciągali z tylnych kieszeni butelki i puszczali w 
obieg.   Wytworne   damy   i   eleganccy   panowie   nie   wyglądali   już   tak 
dostojnie po paru łykach ponczu. Elise zastanawiała się, czy rodzice Agnes 
rzeczywiście mają przyjaciół wśród burżuazji, lecz zaczynała rozumieć, że 
ich ubiór ją zmylił. Nie należy oceniać psa po sierści, pomyślała.

Kilku mężczyzn tak się wstawiło, że z trudem udawało im się wstać od 

stołu i utrzymać na nogach, gdy musieli wyjść za potrzebą. Dwóch usiadło 
obok   siebie,   objęło   się   ramionami   i   gromkim   głosem   śpiewało   pieśni 
marynarskie, wymachując szklankami. Panna młoda też wypiła chyba zbyt 
wiele, bo usiadła na kolanach jakiemuś starszemu mężczyźnie i pozwalała 
mu się dotykać, ile tylko chciał.

W końcu wstali od stołu. Za oknami zrobiło się ciemno, była przecież 

jesień.

Johan podszedł do Elise.
- Niedługo muszę wracać, Elise. Nie mogli mi dać przepustki do jutra z 

powodu napiętej sytuacji. Czy możesz na chwilę ze mną wyjść?

Szybko   rozejrzała   się,   czy   nikt  nie   zwrócił  na   nich   uwagi,   po   czym 

pośpiesznie wyszła za nim do altany.

- Jak on wyglądał? - spytał Johan zdenerwowany. Elise wiedziała, kogo 

miał na myśli.

- Miał bandaż na głowie i poruszał się o kulach. Dokładnie tak, jak go 

opisałeś.

Zacisnął pięści, zauważyła, że zagryzł zęby.
- Co za diabeł...

background image

Elise przypomniała sobie, co powiedział Torkild Abrahamsen.
- Nie sądzę, by chciał mi wyrządzić krzywdę. Przyjaciel Anny go zna i 

mówi,   że   to   spokojny   i  małomówny   chłopak,   który   wydaje   się   bardzo 
samotny

Johan zmarszczył czoło, nie rozumiejąc.
- Bronisz go?
- Nie, ale myślę, że nie ma powodu się go bać. Może żałuje tego, co 

zrobił.

-   Nie   wierzę   własnym  uszom!   Czy   zdajesz   sobie   sprawę   z   tego,   co 

mówisz, Elise? Ten mężczyzna cię zgwałcił i zrobił ci dziecko. Zniszczył 
zarówno twoje, jak i moje życie. Gdybyś nie zaszła w ciążę, nie wyszłabyś 
za mąż za Emanuela, a ja... - zamilkł. Wydawał się zakłopotany. - Jak to 
się stało, że rozmawiałaś o nim z Torkildem Abrahamsenem? Chyba nie 
powiedziałaś o tym nikomu?

Elise szybko zaprzeczyła ruchem głowy.
- Ten człowiek przyszedł do kościoła. Robiłam, co mogłam, żeby go 

unikać,   ale   zauważyłam,   że   kulejąc,   przyszedł   za   nami.   Torkild 
Abrahamsen spostrzegł, że zachowuję się niespokojnie, i zobaczył z tyłu 
mężczyznę o kulach. Udałam, że nie mam pojęcia, kto to jest.

Johan patrzył na nią z niedowierzaniem.
- Chcesz powiedzieć, że był w kościele w czasie ślubu? Skinęła głową.
Poczerwieniał ze złości.
- Czyżby postradał rozum?
- Może coś się stało z jego głową w czasie wypadku albo może po 

prostu jest ci wdzięczny za uratowanie życia? Nie powinnam ci o tym 
pisać, Johan, bo tylko cię zdenerwowałam. Po tym, co powiedział Torkild 
Abrahamsen, właściwie już się nie boję tego człowieka. Myślę, że dręczą 
go wyrzuty sumienia, a jednocześnie kieruje nim ciekawość. Zastanawiam 
się,   czy   może   próbuje   się   dowiedzieć,   czy   on   jest   ojcem   dziecka,   i 
obserwuje mnie, żeby zobaczyć, jak duży mam brzuch i w którym mogę 
być miesiącu.

- Uważasz, że powinien mieć prawo kręcić się w pobliżu domu? Śledzić 

cię, żeby się przekonać, czy to on jest ojcem dziecka?

Elise poczuła złość.
-  A  co   twoim  zdaniem  powinnam  zrobić?   Iść   na   policję,   żeby   mnie 

posądzono,   że   wyszłam   na   ulicę?   Myślę   zresztą,   że   on   więcej   nie 
przyjdzie. Ostatnim razem, kiedy się pojawił, wpadłam prosto na niego, 
gdy   niosłam   wodę   ze   studni.   Przestraszyłam   się,   ale   dopiero   później 
zaczęłam się go bać. „Co tu robisz", rzuciłam wściekła. Nie wydawał się 

background image

groźny i czym prędzej sobie poszedł.

Johan nadal był zły.
- Nie możesz się zgodzić, żeby się tak zachowywał! Następnym razem 

musisz iść na policję. Kiedy konstable się dowiedzą, czyją jesteś żoną, nie 
posądzą cię o nierząd.

Westchnął   ciężko,   zdawało   się,   że   gniew   powoli   mu   przechodzi. 

Spojrzał na Elise łagodnym wzrokiem.

- Wybacz mi, Elise. Po prostu ogarnia mnie wściekłość, kiedy pomyślę o 

tym, co zrobił.

Z tyłu rozległy się kroki i do altany weszła pani Thoresen. Jej twarz 

ściągnęła się, kiedy zauważyła Johana z Elise.

- O, tutaj jesteś? Twoja żona cię szuka. Czy nie zamierzasz już wrócić 

do stołu?

- Już idę. Musiałem tylko najpierw przekazać Elise ważną wiadomość. - 

Uśmiechnął się. - Nie bój się, Elise. Wszystko będzie dobrze. Wkrótce 
znowu będziemy z wami w domu, jestem tego pewien.

Skinęła głową.
- Szczęśliwej podróży, Johan. Pozdrów Emanuela, kiedy go zobaczysz.
Weszła za nim do środka. Nie była w nastroju, żeby rozmawiać z panią 

Thoresen. W głębi restauracji przy niedużym okrągłym stoliku dostrzegła 
Annę i Torkilda Abrahamsena. Dotąd nie miała pewności, czy powinna go 
spytać o tajemnicze paczki, teraz zdecydowała się to zrobić.

-   Miło,   że   zechciałaś   się   do   nas   przysiąść   -  Anna   uśmiechnęła   się, 

wesoła i zadowolona jak zawsze, i upiła łyk kawy.

- Jest coś, o co chciałabym pana spytać, panie Abrahamsen. W ostatnim 

czasie   dwukrotnie   przed   drzwiami   naszego   domu   znalazłam   niewielkie 
paczki.   Za   każdym   razem   zawierały   rzeczy   dla   niemowlęcia.   Jest   mi 
przykro, że nie mogę podziękować miłemu ofiarodawcy, i pomyślałam, że 
może pan wie, kto nim jest.

Torkild Abrahamsen posłał jej zdumione spojrzenie.
- Myśli pani, że to ktoś z Armii? Skinęła głową zakłopotana.
- Przyjaciele Emanuela wiedzą, że pełni służbę w straży granicznej, i 

jeśli   również   dowiedzieli   się,   że   straciłam   pracę   w   przędzalni.   .. 
Pomyślałam, że może.

Pokręcił głową i uśmiechnął się.
- Gdyby tak było, nie zrobiliby tego w ten sposób. Pomaganie ludziom 

w   potrzebie   to   uczciwa   sprawa.   Gdyby   ktoś   podejrzewał,   że   ma   pani 
kłopoty, odwiedziłby panią.

- A więc nie uważa pan, że to może być ktoś z Armii? Znowu pokręcił 

background image

głową.

Anna siedziała w milczeniu i przysłuchiwała się rozmowie.
-  Ale   kto   to   może   być?   -   spytała   nagle.   -   To   pewnie   ktoś,   kto   ci 

współczuje, Elise. Ktoś, kto wie, że rodzice Emanuela ci nie pomagają. 
Mam! - rozpromieniła się. - To na pewno stara ciotka. Ciotka Ulrikke.

Elise   zastanowiła   się.   Dziwne,   że   nie   wpadła   na   to,   ale   kiedy  Anna 

podsunęła   jej   tę   myśl,   uznała,   że   to   nawet   prawdopodobne.   Mimo 
surowego sposobu bycia ciotka Emanuela miała w gruncie rzeczy miękkie 
serce. Elise zrozumiała to już tego piątkowego wieczoru, kiedy odwiedziła 
Oscara Carlsena i jego rodzinę. - Ale ona nie mieszka tu w Kristianii - 
zauważyła po namyśle.

- Może przyjechała tu z wizytą. Albo ma znajomych, którzy zrobili to 

dla niej. Może nie chciała, by wiedzieli o tym rodzice Emanuela, skoro nie 
byli całkiem zachwyceni... - Anna zamilkła i posłała Elise przepraszające 
spojrzenie.

Elise przytaknęła.
-   Właściwie   myślę,   że   możesz   mieć   rację.   Coś   mi   mówi,   że   ciotka 

Ulrikke mogłaby zrobić coś takiego. Ma gorące serce, mimo że sprawia 
wrażenie trochę szorstkiej. Dziękuję, Anno. To prawdziwa ulga. Muszę 
przyznać, że to okropne uczucie, gdy nie wiadomo, kto stoi za drzwiami.

- Widziałam, że stałaś z Johanem w altanie i że mama do was weszła. 

Czy coś powiedziała?

- Nic poza tym, że Agnes szukała Johana. Spojrzenie Anny pociemniało.
- Musi się zaakceptować to, że ze sobą rozmawiacie, mimo że Johan 

ożenił się teraz z Agnes. - Zamilkła i zagryzła wargę. - Nie przejmuj się 
mamą, Elise. Znasz ją. Myślę, że się obawia, że Johan mógłby popełnić 
jakieś   głupstwo.   Prawdopodobnie   myśli   tak   jak   ja,   że   to   ciebie   Johan 
kocha. Ale musimy się pogodzić, że tak się ułożyło: my, ty i Johan. Takie 
jest życie.

Elise zwróciła się do Abrahamsena i poprosiła, by opowiedział o swojej 

pracy   w   Armii.   Wkrótce   potem   zobaczyli,   że   pan   młody   wyjeżdża. 
Uroczystość powoli dobiegała końca. Panna młoda była pijana, podobnie 
jej rodzice, wuj i większość zaproszonych mężczyzn. Niektórzy zapadli w 
półsen   na   swoich   krzesłach,   inni   zniknęli   w   altanach,   i   kiedy   Anna 
wspomniała o powrocie, Elise postanowiła pójść razem z nią i Torkildem 
Abrahamsenem. Nie chciała wracać do domu sama po ciemku. Zwykle nie 
bała się ciemności, ale strach przed mężczyzną o kulach jeszcze do końca 
jej   nie   opuścił,   mimo   że   przekonywała   Johana,   że   jest   inaczej.   Na 
Ullevalsveien nie było wiele latarni, w każdym razie między restauracją a 

background image

Maridalsveien.

Nagle Elise zatęskniła za latem i jasnymi wieczorami i pomyślała ze 

zgrozą,   że   minie   jeszcze   siedem-osiem   miesięcy,   zanim   znowu   będzie 
jaśniej.

Rozmawiali razem o weselu, żołnierz Armii Zbawienia pchał wózek, a 

Elise szła obok.

- Ciekawe, jakim cudem ojca Agnes było stać na urządzenie takiego 

przyjęcia? - zastanawiała się Anna. - Albo pożyczył, albo przez długie lata 
oszczędzał. Lepiej wspomógłby Johana i Agnes jakimś groszem. Nie mają 
gdzie mieszkać i nie wyobrażam sobie, jak będą żyć z jej pensji, skoro 
przywykła tyle na siebie wydawać.

-   Jeżeli   negocjacje   w   Karłstad   zakończą   się   porozumieniem,   Johan 

pewnie   wkrótce   wróci   do   domu   -   próbował   ją   uspokoić   Torkild 
Abrahamsen. - A wtedy będzie dalej kuł w kamieniu na Trondheimsveien 
albo wróci do tkalni płótna żaglowego. Skoro wykazał się zdolnościami, 
rzeźbiąc w kamieniu, myślę, że może się wybić. Zobaczysz, że będzie 
kiedyś bogatym i znanym artystą.

Anna roześmiała się.
- To przyszło przypadkiem naszej mamie do głowy. Przechwalała się, że 

Johan będzie miał wesele w restauracji Hasselbakken.

Elise lubiła przebywać z Anną i Torkildem. Oboje tak mocno stąpali po 

ziemi, a przy tym cechowały ich optymizm i wrażliwość.

Dużo się śmiali, wymieniali zabawne uwagi na temat gości weselnych i 

obiadu, nie wyśmiewając się z nikogo ani nie poniżając.

Zastanawiała się, dlaczego Agnes zaprosiła Torkilda Abrahamsena; nie 

należał do rodziny i dopiero od niedawna go znała. Może dlatego, że Anna 
potrzebowała   jego   pomocy   Elise   zaświtała   teraz   myśl,   że   mógł   istnieć 
jeszcze inny powód. Oboje wydawali się tacy szczęśliwi.

Rozstali się przy Beierbrua.
- Może wpadlibyście któregoś dnia do nas z wizytą? Peder i Kristian 

będą zachwyceni, mama także.

- Z przyjemnością, Elise. Pozdrów wszystkich w domu.
W domu było ciemno i cicho. Mama, chłopcy i lokatorzy na poddaszu 

pewnie już dawno temu położyli się spać.

Przystanęła i rozejrzała się dookoła. Noc była spokojna i gwiaździsta. 

Poza   szumem   wodospadu   konik   polny   jako   jedyny   wydawał   z   siebie 
dźwięki. Księżyc świecił blado, a jego światło odbijało się w rzece.

Nagłe Elise zauważyła w oddali postać między budynkami fabryki. To 

Otto,   stróż   nocny   Prawie   z   nim   nie   rozmawiała   od   tego   ranka,   kiedy 

background image

znalazł ją i Emanuela zamkniętych w opuszczonej komórce. Nie chciał 
wierzyć jej wyjaśnieniom, a kiedy rozniosła się wieść, że Elise wyszła za 
mąż za Emanuela, tylko prychnął pogardliwie, jak opowiadały dziewczyny 
z fabryki.

Już   miała   wejść   do   domu,   bo   nie   chciała,   żeby   ją   zauważył,   kiedy 

odniosła   wrażenie,   że   odwrócił   się   i   z   kimś   rozmawia,   gestykulował 
energicznie rękami i wydawał się czymś zaaferowany Co to ją obchodzi, 
powiedziała do siebie, otworzyła drzwi i weszła do środka. Na wszelki 
wypadek przekręciła w zamku klucz

ROZDZIAŁ ÓSMY

W poniedziałek rano podczas śniadania Asbjorn Hvalstad nagle zawołał:
- Negocjatorzy znaleźli rozwiązanie! - Spojrzał znad gazety.
Elise   podeszła   szybko   i  przeczytała   nad   jego   ramieniem:   „W  sobotę 

dwudziestego   trzeciego   września   negocjatorzy   podpisali   porozumienie, 
które rozwiązało problemy powstałe na skutek zerwania unii ze Szwecją. 
Zgodnie uchwalono, że fortyfikacje przygraniczne zostaną zlikwidowane, 
natomiast   pomniki   historyczne,   jak   twierdza   w   Kongsvinger   i   starsze 
części   twierdzy   w   Fredriksten,   mogą   zostać.   Poza   tym   osiągnięto 
jednomyślność   co   do   pastwisk   reniferów,   koryt   rzecznych,   stref 
neutralnych i arbitrażu. Oprócz tego..."

Elise  odwróciła  się  do matki i rzuciła  się  jej na  szyję.  Pani  Lovlien 

rozpłakała się z radości.

- A więc Emanuel wróci wcześniej, niż sądziłyśmy, Elise! Bóg jest dla 

nas łaskawy!

Elise skinęła głową, czując ogromną ulgę. Nie miała odwagi dopuścić 

do siebie myśli, co by było, gdyby Emanuel nie wrócił.

Kiedy Emanuel przyjdzie z powrotem do domu, wszystko będzie jak 

dawniej.   Głupie   myśli   umilkną,   a   zwątpienie   zostanie   pogrzebane. 
Wszystko będzie dobrze.

background image

- To jednak nie będzie wojny? - Peder wyglądał na rozczarowanego.
- Czy to nie ty bałeś się o Johana i Emanuela? Zrozum, to nie jest tak jak 

z   twoimi   żołnierzykami,   Pederze   -   pouczał   Kristian   niczym   dorosły.   - 
Prawdziwi żołnierze nie wstają po raz drugi, żeby walczyć dalej, kiedy 
dostaną kulkę w łeb.

-   Całkiem   słusznie,   Kristianie   -   poparł   go   Asbjorn   Hvalstad.   Elise 

dostrzegła, jak chłopak wprost urósł pod wpływem tej pochwały. - Wojna 
to   okropność.   Dziękujmy   Stwórcy,   że   naszym   przywódcom   udało   się 
uniknąć zbrojnego konfliktu.

-  Już  Mu  dziękowałem,   panie  Hvalstad.   - Peder posłał  mu   niewinne 

spojrzenie.

- Tak? Zanim się jeszcze o tym dowiedzieliśmy? - zdumiał się Asbjorn 

Hvalstad.

-   Dziękowałem   Mu   przedwczoraj,   kiedy   Pingelen   poszedł   do   kąta. 

„Dziękuję Ci", powiedziałem do Niego. „Kiedy Pingelen stoi w kącie, nie 
może   rozrabiać",   dodałem.   Z   dorosłymi   też   tak   jest.   Kiedy   siedzą   w 
więzieniu w Karlstad, nie mogą zrobić nic złego.

Elise i pani Lovlien stłumiły uśmiech, jednak pan Hvalstad potraktował 

słowa Pedera poważnie.

- Czy Pingelen jest taki niegrzeczny, Pederze? Peder przytaknął.
- Próbował wepchnąć mnie do rzeki.
-   Nie   mówmy   o   tym   więcej,   Pederze.   -   Elise   mrugnęła   do   niego 

porozumiewawczo   i   Peder   najwyraźniej   zrozumiał.   Umówili   się,   że 
oszczędzą mamie przerażających opowieści. Elise zauważyła, że mama na 
szczęście nie przejęła się tym, co powiedział.

Pan Hvalstad wstał od stołu.
- Dziś wieczorem będziemy świętować. Gdy Peder i Kristian skończą 

pracę, zafunduję wszystkim kawę i ciastka.

Peder i Kristian podskoczyli do góry, tańczyli i skakali z radości, a Anne 

Sofie ześliznęła się z ławki i próbowała ich naśladować.

Kiedy  Hvalstad i chłopcy  zniknęli i kiedy  przyszła Larsine, a mama 

usiadła przy krosnach, Elise udała się do piekarni, żeby kupić ciastka na 
rachunek Hvalstada.

Na   szczęście   w   piekarni   nie   było   jeszcze   dużo   ludzi,   a   ci,   którzy 

przyszli, nie rozmawiali o niczym innym, tylko o pomyślnym zakończeniu 
negocjacji   i   o   tym,   że   nie   będzie   wojny.   Nie   wspomnieli   o   Korpusie 
Strzelców. Za osiemnaście ore dostała sześć niedużych drożdżówek z dużą 
ilością cynamonu. Potem poszła do Magdy na rogu, żeby kupić parafinę i 
sztuczne   masło.   Mama   nie   lubiła   tego   tłuszczu,   margaryny,   jak   go 

background image

nazywano,   i   twierdziła,   że   jest   niezdrowy.   Jeśli   miała   jeść   masło,   to 
musiało   to   być   prawdziwe   masło   wiejskie,   lecz   ono   kosztowało 
osiemdziesiąt ore za pół kilo, a na to nie było ich stać.

Kiedy dwie klientki wyszły ze sklepu, Elise zauważyła, że przed nią stoi 

Otto. Miała nadzieję, że nie zauważy jej wcześniej, a dopiero gdy będzie 
wychodził.   Żeby   nie   napotkać   jego   wzroku,   udawała,   że   przygląda   się 
wszystkiemu dookoła. Matka zawsze mówiła, że u Magdy jest taki bałagan 
jak w wiejskim sklepie w Ulefoss, wszędzie coś stoi albo wisi. Pod sufitem 
wisiały bańki na mleko, dzbanki, buty zimowe impregnowane tłuszczem, 
wiadra i lampy naftowe, na ladzie stała waga z odważnikami, wszystko 
należało zważyć i zapakować. Z lady wystawały szuflady na cukier, mąkę 
i kaszę, ale kawa przechowywana była w dużych kolorowych blaszanych 
puszkach.

Wreszcie Otto skończył kupować. Elise odwróciła się i oglądała dwa 

duże kawałki sera goździkowego, które leżały na ladzie. Jeśli Magda była 
w   dobrym   nastroju,   pozwalała   czasem   stałym   klientom   skosztować 
różnych produktów.

- Elise? - Zauważył ją. Udała zaskoczenie.
- Otto? Co za niespodzianka. Myślałam, że o tej porze leżysz w domu i 

śpisz.

Potrząsnął głową, przyglądając jej się badawczo.
- Widuję cię w domu majstra. Uśmiechnęła się.
- Możliwe, z fabryki do nas jest niedaleko. Dobrze by było, gdybym 

mogła wrócić do pracy. Gdybym odzyskała swoją posadę.

-   Stałaś   się   popularna,   Elise.   -   Uśmiechnął   się.   -   Jeden   z   twoich 

kawalerów kręci się w pobliżu fabryki. Nie ma odwagi przejść przez most.

Elise zmarszczyła brwi.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Nie zauważyłaś go w sobotę? Przez wiele godzin stał nad rzeką i gapił 

się na drugi brzeg. W końcu powiedziałem mu, że jeśli tak mu zależy, 
powinien raczej zapukać do drzwi i spytać, czy może wejść.

- O kim ty mówisz? - domyślała się, co powie, ale nie chciała po sobie 

pokazać, że coś wie.

- O twoim koledze. O tym, który złamał nogę i uderzył się w głowę o 

skałę.

- Nie rozumiem, o kim mówisz.
- Ach tak. - Uśmiechnął się. - Wydaje mi się, że wyraźnie widziałem, jak 

z nim rozmawiałaś. A skoro kłamiesz, to znaczy, że coś kręcisz.

- Nie pierwszy raz mnie o coś posądzasz, Otto. Jeśli cię to bawi, to 

background image

proszę bardzo. - Odwróciła się od niego.

Słyszała, że chichotał przez całą drogę do wyjścia ze sklepu.
Elise zmarszczyła czoło. Nie podobało jej się to. Najpierw mężczyzna o 

kulach szedł za nią w sobotę z kościoła, a potem przez kilka godzin stał 
między budynkami fabryki i czekał, aż wróci z przyjęcia weselnego. Teraz 
nawet Otto to zauważył, wkrótce połowa Sagene będzie wiedzieć, że jakiś 
obcy o kulach i z bandażem na głowie za nią chodzi. Tutejszym plotkarom 
dostanie się smakowity kąsek. W końcu zaczną dociekać, kim on jest i 
dlaczego się nie poddaje, chociaż musi wiedzieć, że jest mężatką.

Czy uda im się odgadnąć prawdę?... Ciarki przebiegły jej po plecach. 

Może powinna zrobić tak, jak poradził jej Johan, i jednak pójść na policję? 
Jeżeli Emanuel zorientuje się, że ludzie gadają o niej i rannym żołnierzu, 
wpadnie   we   wściekłość.   Może   straci   ochotę,   by   zastąpić   dziecku   ojca, 
skoro zrozumie, że nikt nie wierzy w jego ojcostwo.

Pomyślała   o   tym,   ile   złego   mogą   wyrządzić   plotki.   Czy   gdyby 

plotkujący zdali sobie sprawę z konsekwencji, jakie może spowodować ich 
gadulstwo, to przestaliby plotkować?

Matka najwyraźniej zorientowała się, że coś jest nie tak, bo natychmiast 

w   jej   wzroku   pojawiła   się   podejrzliwość.   Przez   całe   niedzielne 
przedpołudnie spacerowała z panem Hvalstadem i z Anne Sofie, a potem 
w czasie obiadu i przez resztę wieczoru wszyscy troje byli tak zajęci sobą, 
że zapomnieli zapytać, jak się udało wesele. Elise nie miała pewności, czy 
matka nie wspomniała o tym, ponieważ zaabsorbował ją pan Hvalstad, czy 
też może nie chciała usłyszeć, że ojciec Agnes wyprawił córce wspanialsze 
wesele, niż miała Elise. Albo może po prostu dlatego, że Johan był panem 
młodym.

- Czy stało się coś złego, Elise?
- Złego? - Elise zmusiła się do uśmiechu. - Chyba nie mogło się zdarzyć 

nic złego w taki dzień jak dziś, kiedy dowiedzieliśmy się, że nie będzie 
wojny Kupiłam sześć drożdżówek z cynamonem.

-   Pomyślałam,   że   starczy   ci   tylko   na   małe,   więc   upiekłam   ciasto. 

Poczułam się głupio, że Asbjorn wydaje na nas pieniądze. Opowiedz mi 
trochę   o   weselu,   Elise.   Ciekawa   jestem,   kto   przyszedł.   Zaprosili   panią 
Eyertsen?

Elise pokręciła głową.
-  Ani   pani   Evertsen,   ani   pani  Albertsen,   ani   też   pani   Berg.   Przyszli 

przeważnie sami obcy. Eleganckie kobiety w jasnych sukniach i panowie 
w białych koszulach i czarnych garniturach.

Matka popatrzyła na nią zdumiona.

background image

- Gdzie oni poznali tych ludzi?
- Nie wiem. Może ojciec Agnes zna ich ze swej działalności politycznej.
Twarz pani Lovlien ściągnęła się. Elise uświadomiła sobie, że matka 

poczuła się urażona, że jej nie zaproszono. Żeby ją trochę udobruchać, 
rzekła beztrosko: - Bardziej wypadałoby im zaprosić panią Evertsen, która 
była sąsiadką Thoresenów od samego początku, gdy wprowadzili się do 
Andersengirden.

- My też się z nimi przyjaźniliśmy. Elise uśmiechnęła się.
- Nie sądzę, by ci się tam podobało, mamo. Widziałam wielu gości, 

którzy przynieśli ze sobą wódkę. Wyciągali z tylnych kieszeni butelki i 
puszczali   w   obieg.   Na   początku   robili   to   po   kryjomu,   ale   potem,   gdy 
atmosfera się rozluźniła, nikt nie zwracał uwagi na drobiazgi. Ciekawe, 
czy wolno im będzie jeszcze kiedykolwiek urządzić przyjęcie w restauracji 
na wzgórzu Hasselbakken.

Matka spojrzała na Elise przestraszona.
- Czy ktoś się upił?
-  Spytaj  mnie   raczej,   czy   ktoś  się   nie   upił.   Johan   musiał  wracać  do 

Kongsvinger   ostatnim  pociągiem,   więc   nie   wypił   nawet   kropli.  Anna   i 
Torkild Abrahamsen też nie pili.

- Czy on też tam był?
- Inaczej Anna nie dotarłaby na wesele.
- Jej wujek mógłby jej pomóc. Elise przytaknęła.
- Odnoszę wrażenie, że łączy ich coś więcej niż przyjaźń.
- Annę z Torkildem?  - pani Lovlien wyglądała na wstrząśniętą. - To 

niemożliwe.

- Dlaczego? - Elise spojrzała na matkę zaczepnie. - Pomyśl, jakie to dla 

niego szczęście. Anna jest najmilszą dziewczyną, jaką znam, łagodną i 
wiecznie zadowoloną. Do tego jest śliczna.

- Ale ona nie może... - matka zamilkła i zagryzła wargę.
- Dać mu dziecka, chciałaś powiedzieć? Mogą być szczęśliwi bez niego.
- Ale zastanów się, co to znaczy mieć żonę, którą wiecznie trzeba pchać 

na wózku?

- Nie wygląda na to, by go to krępowało. Ludzie z Armii nie mają tylu 

uprzedzeń jak pozostali. Możemy się od nich czegoś nauczyć.

- Z kim siedziałaś przy stole?
- Obok wujka Agnes. Używał wosku do brody, okazał się zapalonym 

patriotą i winił Szwedów za wszystko, od braku mieszkań i bezrobocia po 
hałas i smród automobilów.

Matka uśmiechnęła się.

background image

-   Najwyraźniej   jest   podobny   do   reszty   rodziny.   Co   dostaliście   do 

jedzenia?

- Potrawkę z drobiu i „chłopki w woalkach".
- Mus jabłkowy z biszkoptem i bitą śmietaną? Pamiętam, że taki deser 

jadłam u ciotki i wujka. Później już go nie próbowałam. Ślinka mi cieknie 
na samo wspomnienie. No, ale czas obierać ziemniaki, Elise, a ty ruszaj do 
krosien. Cieszę się na dzisiejszy wieczór.

W salonie było cicho, tylko czółenko zakłócało ciszę. Elise zatęskniła 

niemal za przędzalnią i fabryczną halą pełną pracujących kobiet oraz za 
hukiem maszyn. Za okresem, kiedy musiała całą swą uwagę skupić na 
pracy, by włosy, fartuch czy ręka nie dostały się w tryby maszyny. Wtedy 
rzadko   miała   okazję   się   rozmarzyć   albo   rozmyślać   o   kłopotach.   Teraz 
miała nieskończenie wiele czasu, by zmartwienia przetaczały się przez jej 
głowę jedno po drugim.

Może   powinna   spróbować  porozmawiać   z  Agnes?   Przyjaciółka   znała 

przecież rudzielca. Ansgara, jak go nazwała. Była pewna siebie i odważna 
i na pewno to dla niej żadna trudność z nim pogadać. Może uda się jej go 
nakłonić, żeby się przyznał, o co mu chodzi. Może nawet z niego wydusi, 
czy to on jest winowajcą. Dla niej, Elise, byłaby to wielka ulga, gdyby 
potwierdziły się jej przypuszczenia, wtedy wiedziałaby, jak się zachować.

Otto to zły  duch. Będzie się mścił, ponieważ nie odwzajemniła jego 

umizgów. Najpierw opowiadając majstrowi, że z własnej woli spędziła z 
Emanuelem noc w graciarni obok fabryki, a teraz rozpuszczając plotki o 
jej kulejącym „kawalerze". To podłość.

Pan   Hvalstad   wrócił   wcześniej   na   obiad   i   opowiedział   o   nastrojach 

panujących w kantorze. Kierownik zafundował szampana, żeby uczcić ten 
dzień, i wszystkich ogarnął uroczysty nastrój. Lokator musiał chyba wypić 
więcej niż jeden kieliszek, pomyślała Elise, ponieważ pocałował mamę w 
policzek, wcale się nie krępując obecnością innych.

Chłopcy  wpadli do domu niczym burza, żeby  coś zjeść przed pracą. 

Mama podała smażone krążki kalarepy ze smażoną cebulką, przyprawione 
solą   i   pieprzem,   które   smakowały   jak   mięso.   Asbjorn   Hvalstad   był 
zadowolony.

- Siostra Kopciucha nie żyje - odezwał się nagle Kristian. Elise spojrzała 

na niego przerażona.

- Niedawno widziałam ją z mamą w sklepie.
-   Zaczęła   kaszleć.   Jej   braciszek   pilnował   jej,   gdy   ich   mama   była   w 

pracy. Nagle poszła jej z nosa biała piana i mała przestała na niego patrzeć. 
Zatrzymał kołyskę i zrobiło się cicho jak w kościele, mówił. Pobiegł po 

background image

sąsiadkę, a ona zaczęła płakać. Nie rozumiał dlaczego, bo przecież jego 
siostra stała się aniołem, powiedział.

Peder przestał gryźć i z ustami pełnymi jedzenia wpatrywał się w brata.
- Stała się aniołem?
Kristian spojrzał na niego wyrozumiale.
- Nie, ale jej braciszek tak myślał.
- Skąd wiesz, że to nieprawda?
- Anioły tak naprawdę nie istnieją, rozumiesz, Peder. Niektórzy tylko tak 

mówią, żeby pocieszyć dzieci.

Mama przerwała im.
-   Nikt   tego   nie   wie   na   pewno,   Kristianie.   Wielu   uważa,   że   anioły 

istnieją, ale my nie możemy ich zobaczyć, zanim nie umrzemy. W Biblii 
jest o nich mowa, a wy uczycie się w szkole historii Biblii.

- Jak myślisz, czy są wśród nich duże i małe? - Peder popatrzył na matkę 

z ufnością i dokończył przeżuwać.

- Na pewno.
Peder przełknął głośno.
-   I   tato   też?   -   Nagle   uśmiechnął   się   szeroko.   -   Ciekawe,   co   mówi 

dyrektor tam na górze na widok anioła z czerwonym nosem i flaszką w 
kieszeni.

- Teraz się wygłupiasz, Pederze. - Matka skarciła go wzrokiem. - Wiesz 

dobrze, że to nie dyrektor, tylko Bóg.

Peder skinął i spuścił głowę zawstydzony.
- Uważam, że Peder jest zabawny. - Kristian śmiało spojrzał matce w 

oczy. - Moi koledzy też tak twierdzą. Śmieją się, gdy tylko otworzy usta.

- Śmieją się z niego czy z tego, co mówi? - Pan Hvalstad wydawał się 

szczerze zainteresowany.

-   Śmieją   się   z   jego   dziwnych   wypowiedzi.   Mówią,   że   powinien 

występować w cyrku. Wtedy mógłby być sławny i występować dla króla. I 
zarabiać na tym.

Peder wybałuszył oczy.
- Dla szwedzkiego króla? O nie!
-   Mamy   własnego   króla,   rozumiesz,   Peder.   Możemy   wybrać   się   do 

zamku i pomachać mu, to może rzuci nam dwukoronówkę.

Pan Hvalstad wstał od stołu.
- Muszę niestety już iść do kantoru, ale spróbuję wrócić dziś wcześniej 

niż zwykle. Kupiłaś jakieś ciastka, Elise?

- Tak, kupiłam drożdżówki z cynamonem, a mama upiekła ciasto.
Popatrzył na panią Lovlien ciepłym wzrokiem.

background image

- Nie musiałaś, kochana. I tak masz sporo roboty.
Elise   zauważyła,   że   Peder  i   Kristian   wymienili   spojrzenia   i   zasłonili 

usta, żeby nie wybuchnąć śmiechem.

Gdy tylko pan Hvalstad zniknął za drzwiami, Peder wykrztusił:
- Czy on jest twoim ukochanym, mamo?
Matka   zaczerwieniła   się   na   twarzy   i   w   pośpiechu   zaczęła   nastawiać 

wodę na zmywanie.

- Można powiedzieć „kochany" do kogoś, kto wcale nie jest ukochanym. 

Ja też często do was tak mówię.

- Ale ja spytałem, czy on jest twoim ukochanym.
-   Nie   pyta   się   o   takie   rzeczy,   Pederze!   Jesteś   bezwstydny   i   nie-

wychowany.   Uczyłam   cię,   że   dzieci   nie   powinny   się   odzywać,   kiedy 
dorośli  rozmawiają,   ale   ty   ciągle   przerywasz.   No,   musicie   już   iść.   Po-
starajcie się wrócić wcześnie, pamiętajcie, że dziś świętujemy.

To był niezwykle miły wieczór. Jedli drożdżówki i ciasto z formy, pili 

kawę, która z tej okazji była mocna, a nie jasnobrązowa. Ku zdumieniu 
Elise   matka   wyciągnęła   stary   akordeon   ojca   i   zagrała   kilka   prostych 
melodii. Pierwsza nazywała się Tak często duje mroźny wiatr, a następna 
Rododendron.

Elise zauważyła, że matka i pan Hvalstad ciągle posyłali sobie czułe 

spojrzenia, i zastanowiła się, jak poważne właściwie mają zamiary. Jeżeli 
mama wpadnie na pomysł, by ponownie wyjść za mąż i się wyprowadzić, 
na pewno nie zabierze ze sobą Pedera i Kristiana. Od czasu, gdy wróciła z 
sanatorium, w gruncie rzeczy przerzuciła odpowiedzialność za chłopców 
na Elise. Czasami Elise zastanawiała się, czy myślała o tym, że to ona jest 
ich matką. W czasie długich miesięcy, kiedy leżała chora, najstarsza córka 
musiała   zająć   się   braćmi,   a   potem   już   tak   zostało.   Mimo   że   Emanuel 
zgodził się, by matka, Peder i Kristian zamieszkali z nimi, nie wiadomo, 
czy   poza   dzieckiem,   którego   Elise   się   spodziewała,   będzie   chciał 
zaopiekować się jeszcze chłopcami.

Matka skończyła właśnie grać drugą melodię, kiedy nagle rozległo się 

pukanie   do   drzwi.   Wszyscy   popatrzyli   po   sobie   zdumieni,   bo   rzadko 
przychodzili do nich goście.

Elise wyszła do kuchni, żeby otworzyć. To mógł być Evert, Agnes albo 

Hilda, pomyślała. Ale oni weszliby od razu do środka, nie czekając na 
zaproszenie.

Jakież   było   zaskoczenie   Elise,   kiedy   za   drzwiami   ujrzała   ubraną   na 

czarno starszą damę. Po chwili poznała, że to ciotka Ulrikke. Przyszła, 
żeby oznajmić, że to ona zostawiała prezenty, pomyślała szybko Elise i 

background image

serdecznie przywitała krewną.

- Co za radosna niespodzianka. Wejdź, proszę.
Stara ciotka Emanuela wyglądała równie surowo jak ostatnio, lecz mimo 

to Elise nie poczuła się nieswojo.

Kilka razy mignęła jej ciotka Ulrikke na ślubie i to wystarczyło, by już 

tak bardzo się jej nie bała. Wskazała jej drogę do salonu.

- Właśnie świętujemy na cześć udanych pertraktacji w Karlstad. A to jest 

nasz lokator, pan Asbjorn Hvalstad, i jego córka, Anne Sofie.

Ciotka   Ulrikke   podeszła   do   stołu   i   podała   rękę   każdemu   z   nich, 

następnie zwróciła się do Elise zdumiona.

-   Lokator?   W   tym   małym   domku   dla   lalek?   Jakim   cudem   się   tu 

mieścicie?

- Pan Hvalstad z córką zajmują poddasze, a mama z chłopcami śpią w 

pokoiku.

- A gdzie się podzieje Emanuel, kiedy wróci do domu?
- Wtedy on i ja będziemy spali w salonie. Na razie śpię w kuchni.
-   Emanuel   będzie   musiał   dobrze   zarabiać,   żebyście   nie   musieli 

wynajmować własnych sypialni.

- Póki służy w straży granicznej, zarabia tylko na swoje potrzeby.
Ciotka zerknęła na Elise zaskoczona.
- Nie pracujesz w fabryce?
- Nie, straciłam pracę. - Bezwiednie położyła rękę na brzuchu. Ciotka 

Ulrikke musiała wiedzieć, że Elise spodziewa się dziecka, skoro kładła na 
schodach paczki z rzeczami dla niemowlęcia. - Usiądź, proszę. Kawa jest 
jeszcze   ciepła,   przyniosę   tylko   jeszcze   jedną   filiżankę.   -   Wyjęła 
porcelanowe filiżanki Emanuela i pomyślała, że na pewno by się ucieszył, 
że używa ich przy takiej okazji jak dziś.

Nagle zrobiło się jej przykro.
Zauważyła, że ciotka dziwnie zmieniła się na twarzy. Otworzyła usta, 

żeby  coś powiedzieć, jednocześnie mierząc wzrokiem Elise od stóp do 
głów.

- I kiedy ma nastąpić ta szczęśliwa okoliczność?
- Pod koniec stycznia.
Gdy tylko to powiedziała, uświadomiła sobie, że to dla starej kobiety 

prawdziwe zaskoczenie. Ciotka poderwała się jak rażona piorunem. Może 
myślała,   że   poczekają   do   nocy   poślubnej,   a   teraz   doznała   wielkiego 
rozczarowania   z   powodu   braku   moralności   młodych,   pomyślała   Elise. 
Szkoda, że nie mogła powiedzieć prawdy.

Zauważyła, że matka skuliła się na swoim miejscu. Elise to zdziwiło. 

background image

Zaledwie   kilka   dni   temu   matka   zwierzyła   się   jej,   co   przeżyła   w   swej 
młodości, a mimo to wstydzi się, że ma córkę, która postępuje tak samo.

Asbjorn   Hvalstad   musiał   pewnie   zorientować   się   w   sytuacji   i   czym 

prędzej zaproponował ciotce Ulrikke talerz z ciastkami i zaczął opowiadać 
o tym, jak świętowali w kantorze najnowsze wydarzenia.

Ciotka Ulrikke przybrała jeszcze bardziej surowy wyraz twarzy.
- Zupełnie się nie zgadzam z tym, co się dzieje. Wolę Francisa Hagerupa 

niż tego lewicowca Michelsena. Prawica nie chciała rozwiązania unii ze 
Szwecją, Francis Hagerup zamierzał prowadzić ze Szwedami negocjacje w 
sprawie konsulatu i próbować dojść do kompromisu.

Hvalstad czym prędzej starał się zmienić temat.
Peder i Kristian siedzieli cicho jak trusie. Elise sądziła, że czują respekt 

wobec władczej starszej kobiety i nie mają odwagi się odezwać, żeby ich 
nie wyproszono. Nieczęsto wolno im było siedzieć z dorosłymi w salonie, 
w dodatku przy stole, na którym stały drożdżówki i domowe ciasto.

Nagle Peder przerwał ciszę.
- Dlaczego masz jeden ząb taki krzywy, ciociu Ulrikke?
Starsza pani wyglądała tak, jak gdyby już się zbierała, by odpowiedzieć 

jakąś   uszczypliwą   uwagą,   ale   ku   zaskoczeniu   Elise   powstrzymała   się, 
uśmiechnęła i rzekła:

-   Ponieważ   się   taka   urodziłam,   dokładnie   tak,   jak   ty   urodziłeś   się   z 

piegami i niesforną czupryną.

- Nie gniewaj się za to, ciociu Ulrikke. Uważam, że jesteś ładna taka, 

jaka jesteś. Mimo że jesteś trochę stara.

Kristian zakrztusił się, pan Hvalstad musiał spojrzeć w inną stronę, a 

mama czym prędzej zaczęła dolewać kawy.

- Jesteś pewnie dość oryginalnym chłopcem, Pederze. - Ciotka Ulrikke 

nie przestawała się uśmiechać. Wyglądało na to, że zarówno rozwiązanie 
unii, jak i duży brzuch Elise zeszły na dalszy plan.

Zrobiło się późno, kiedy ciotka Ulrikke wstała, żeby wyjść. Wyjaśniła, 

że jest w Kristianii tylko z krótką wizytą i że zatrzymała się u rodziny 
Carlsenów,   więc   nie   musiała   rezerwować   pokoju   w   drogim   hotelu. 
Uśmiechnęła   się   do   Elise,   gdy   dziękowała   za   gościnę,   i   obiecała,   że 
wpadnie, gdy następnym razem będzie w stolicy. Nie wspomniała słowem 
o   porodzie,   a   kiedy   pan   Hvalstad   zaproponował,   że   ją   odprowadzi   na 
szczyt wzgórza Aker, zgodziła się, mimo że, jak się okazało, mają oboje 
odmienne poglądy polityczne.

Elise wyszła z nimi na ganek. Chwilę wahała się, zanim zebrała się na 

odwagę.

background image

- Ciociu Ulrikke, nie zdążyłam podziękować za te dwie paczki. Ciotka 

spojrzała na nią, nie rozumiejąc.

- Paczki?
Elise poczuła, że się zaczerwieniła.
- Ja... ja... znalazłam przed domem dwie paczki. Myślałam...
- O jakich ty paczkach mówisz?
Elise   wiła   się   jak   piskorz.   Musiała   się   pomylić.   Gdyby   pakunki 

zostawiła ciotka Ulrikke, od razu zrozumiałaby, o czym mowa.

- Były w nich rzeczy dla niemowlęcia. Cudny maleńki kocyk i kaftanik 

robiony na drutach.

- Nie dawałam ci nic takiego, nie wiedziałam nawet, że jesteś w ciąży. 

Marie   sugerowała   wprawdzie,   że   martwi   się   tym,   co   powiedziała   na 
weselu ta... hm... twoja przyjaciółka, ale nie mogliśmy uwierzyć, że to 
prawda.   Emanuel   mimo   wszystko   przez   wiele   lat   należał   do   Armii 
Zbawienia i został tak wychowany, że potrafił nad sobą panować.

Elise czuła, jak palą ją policzki. Spuściła wzrok.
- Bardzo mi przykro z tego powodu, ciociu Ulrikke.
Jednak kiedy się położyła spać tego wieczoru, długo leżała, wpatrując 

się w sufit. Kto, u licha, w takim razie dał jej te prezenty?

 

ROZDZIAŁ DZIWEIĄTY

Elise w napięciu czekała na powrót Emanuela. Teraz, kiedy Szwedzi i 

Norwegowie doszli do porozumienia, żołnierze powinni zostać odesłani do 
domów. Gazety pełne były wielkich nagłówków i komentarzy wydarzeń w 
Karlstad.   Wollert   Konow   z   Hedemarken   powiedział   w   Stortingu: 
„Wolałbym raczej unię niż zgodzić się na takie warunki".

background image

Szesnastu głosujących przeciw twierdziło, że karlstadzkie porozumienie 

stanie się w kraju niczym pochodnia zapalająca, stworzy podziały między 
ludźmi   i   że   teraz   już   nigdy   nie   będzie   pokoju   na   Półwyspie 
Skandynawskim.

- Sądziłam, że większość Norwegów pragnęła rozwiązania unii - rzekła 

Elise zdumiona.

- I tak rzeczywiście jest - odparł pan Hvalstad. Siedzieli przy śniadaniu i 

po   kolei   czytali   „Verdens   Gang".   -   Zarówno   w   Zgromadzeniu 
Narodowym, jak i wśród obywateli większość była za rozwiązaniem unii i 
zgadzała   się,   by   Norwegia   zaakceptowała   niektóre   niezbyt   honorowe 
warunki.

- Jakie warunki? - przerwała mu pani Lovlien.
-   Zlikwidowanie   niektórych   fortyfikacji   obronnych   przy   szwedzkiej 

granicy i demobilizacja norweskich sił zbrojnych. Wielu uważa to za tak 
upokarzające,   że   już   bardziej   woleliby   wojnę.   Właściwie   za   wcześnie 
świętujemy   zwycięstwo.   Storting   jeszcze   nie   zatwierdził   ugody   w 
Karlstad, debata będzie trwała kilka dni.

- A więc mimo wszystko nie wiadomo, czy Emanuel wróci do domu. - 

Elise sama usłyszała, że w jej głosie nie zabrzmiało tyle rozczarowania, ile 
powinno. Wiedziała, co jest powodem. Tęskniła za Emanuelem, pragnęła 
słuchać jego głosu, zobaczyć ciepło w jego czułym wzroku, poczuć późną 
nocą jego duże, silne ciało przy swoim. Jednocześnie denerwowała się, że 
będzie musiała mu powiedzieć o mężczyźnie o kulach. Prędzej czy później 
sam   się   zorientuje,   w   każdym   razie   teraz,   kiedy   Otto   zacznie   chlapać 
jęzorem.   Poza   tym   obawiała   się,   że   wymówi   mieszkanie   Asbjornowi 
Hvalstadowi i sprawi przykrość i matce, i Anne Sofie. Był jeszcze jeden 
powód, ale tego nie miała ochoty przyznać nawet przed sobą samą, ponie-
waż może Emanuel się zmienił i będzie mniej ochoczy w łóżku po wielu 
długich marszach i dużym wysiłku fizycznym...

Wstydziła   się   swoich   własnych   myśli.   Młodzi   małżonkowie   powinni 

być oboje pełni ognia. A może pożądanie słabnie w czasie ciąży?

Tego   samego   wieczoru   przyszła   Hilda   z   wizytą.   Była   w   kiepskim 

nastroju. To dla niej typowe, pomyślała Elise. Nie miała odwagi poskarżyć 
się panu Paulsenowi.

Elise nie widziała siostry od tego dna, kiedy przyszła i wyznała matce, 

że   znowu   jest   w   ciąży.   Nie   miała   pewności,   czy   to   tajemnica,   ale 
zaryzykowała.

- Mama powiedziała mi tę nowinę. To świetnie, Hildo. W takim razie 

urodzimy   prawie   w   tym   samym   czasie,   może   z   kilkumiesięcznym 

background image

odstępem. To tak, jak byśmy urodziły bliźnięta.

Hilda posłała jej harde spojrzenie.
- Próbujesz być zabawna?
- Mam mówiła, że nie żałujesz i że tym razem zatrzymasz dziecko.
- Tak, mogę przecież się tu przeprowadzić - odparowała ironicznie. - Po 

prostu przejmę salon z meblami w pluszu Emanuela, statuetkami i całą 
resztą.

Elise nie odpowiedziała. Gdy Hilda była w podłym nastroju, lepiej było 

milczeć. Na pewno stał za tym Paulsen Junior. Spytał zapewne wuja, czy 
mógłby postarać się o więcej dzieci, a majster się zgodził i powiedział, że 
oczywiście sprawi im jeszcze jedno.

Hilda zagryzła wargę.
Elise   zauważyła,   że   kiedy   nie   podejmuje   dyskusji,   Hilda   zawsze   po 

chwili stawała się potulna. Hilda oparła głowę na rękach.

-   Wszystko   jest   takie   okropne.   Paulsen   bardzo   się   ucieszył,   kiedy 

powiedziałam   mu,   że   jestem   w   ciąży.   Myślałam,   że   się   ucieszył,   bo 
naprawdę pragnie sam mieć dziecko. Teraz rozumiem, że ma inne plany.

Elise zerknęła na matkę, która zmywała naczynia po obiedzie. Unikała 

wzroku córki.

- Wiesz, że możesz odmówić. To twoje dziecko, on nie może cię zmusić, 

żebyś je oddała.

Hilda otarła łzy rękawem sukni i pokręciła głową.
- W takim razie będę musiała się wyprowadzić. I co wtedy pocznę? Z 

czego będę żyła?

- Na pewno odzyskasz pracę w przędzalni. Hilda posłała siostrze surowe 

spojrzenie.

- Czy ty w ogóle wiesz, ile zarabia pomocnica?
- Może mogłabyś zostać prządką? Albo tkaczką w Hjula. Paulsen na 

pewno ci pomoże.

- Wierzysz w to? Czy zechce mi pomóc, gdy mu odmówię i nie zrobię 

tego, co chce?

- Wiele innych niezamężnych matek zdołało stanąć na własnych nogach. 

Przejdź się do żłobka, a przekonasz się, że to prawda. Być może mama 
poradzi  sobie   i  przypilnuje   nasze  dzieci,   gdy   my   będziemy   w  pracy.  - 
Posłała matce spojrzenie pełne nadziei.

Pani Lovlien skinęła głową.
- Jeżeli tylko starczy mi zdrowia. - Jej głos nie zabrzmiał zbyt pewnie.
Elise zauważyła, że mama nie była zachwycona tym pomysłem. Może 

myślała o Hvalstadzie? Niewykluczone, że już się oświadczył, wydawał 

background image

się taki zakochany. Może planowali wyprowadzić się z domu majstra i 
postarać się o własne mieszkanie? Wtedy Hilda mogłaby zamieszkać na 
poddaszu.   Miała   nadzieję,   że   mama   to   zaproponuje,   ale   nic   nie 
powiedziała.

- Jak myślisz, gdzie będę mieszkać? Mam wynająć kąt w jakiejś norze? - 

spytała zdławionym głosem.

Elise utkwiła wzrok w matce, teraz mogłaby coś powiedzieć. Ale matka 

nadal milczała.

- Nie martw się na zapas. Masz jeszcze sporo miesięcy na znalezienie 

rozwiązania. Może któraś z twoich koleżanek zechce dzielić z tobą pokój i 
kuchnię. Nie wiem poza tym, czy Asbjorn Hvalstad będzie chciał zostać w 
domu majstra. Na poddaszu jest mu chyba ciasno, przywykł przecież do 
większych mieszkań.

Nie   miała   odwagi   spojrzeć   na   matkę,   kiedy   o   tym   mówiła,   ale 

zauważyła, że matka znieruchomiała.

- Myślę, że co do tego się mylisz, Elise. Jemu się tu bardzo podoba, 

uważa, że to fascynujące mieszkać w pobliżu wodospadu i słuchać jego 
szumu, poza tym cieszy się, że Anne Sofie wychowuje się wśród trawy i 
zieleni.

Hilda posłała matce surowe spojrzenie.
- Czy przedkładasz racje obcego lokatora ponad potrzeby własnej córki? 

Czy ważniejsze jest dobro tej dziewczynki niż dobro własnego wnuka?

Matka zarumieniła się na policzkach.
- Zmuszasz mnie, bym wyznała coś, z czym chciałam trochę poczekać. 

Asbjorn Hvalstad i ja kochamy się. Zamierzamy się pobrać.

Hilda najpierw poczerwieniała na twarzy, a następnie zbladła.
- Co powiedziałaś? Ty chcesz wyjść za mąż? W twoim wieku?
- Nie skończyłam jeszcze trzydziestu siedmiu lat. Czy to tak dużo? - 

Mama wykręcała nerwowo palce, zdawała się jednocześnie zawstydzona i 
nieustępliwa.

- Zaledwie parę miesięcy po śmierci taty? Czy znaczył dla ciebie tak 

niewiele?

W oczach pani Lovlien zakręciły się łzy.
- Kochałam Mathiasa bardziej, niż ty kiedykolwiek kochałaś mężczyznę, 

z którym żyjesz. To, że miłość została wystawiona na ciężką próbę, to 
zupełnie coś innego.

- A skąd wiesz, co ja czuję? - Hilda przyjęła ostry ton. - Jak myślisz, co 

powiedzą   moje   przyjaciółki,   gdy   się   dowiedzą,   że   moja   matka   się 
zakochała?   Spalę   się   ze   wstydu.   Staniesz   się   pośmiewiskiem   całego 

background image

Sagene.   Patrzcie,   idzie   Jensine   Loyłien,   ta   stara,   której   się   wydaje,   że 
przeżywa drugą młodość! Już to słyszę.

-   Hilda,   dość   tego!   -   przerwała   jej   Elise   i   rzuciła   ostrzegawcze 

spojrzenie. - Powinnaś się raczej cieszyć, że mama jest szczęśliwa. Jeszcze 
kilka   miesięcy   temu   baliśmy   się,   że   ją   stracimy,   a   teraz   żałujesz   jej 
odrobiny   radości.   Czy   nie   widzisz,   że   dla   nas   wszystkich   może   to 
oznaczać lepszy byt? Asbjorn Hvalstad zapewni jej utrzymanie, czy nie 
rozumiesz tego?

Hilda nie zamierzała się poddać.
- Lecz właśnie powiedziała, że on się stąd nie wyprowadzi. Czy w takim 

razie ty będziesz musiała się wynieść, Elise?

- Wiesz, co myślę, Hildo? Jesteś zazdrosna. Zazdrościsz swojej własnej 

matce, że przeżywa coś, co cię ominęło.

- Co to takiego, jeśli wolno spytać?
- Zakochanie. Związałaś się z majstrem, ponieważ liczyłaś na jego dobra 

materialne. Błyskotki były ważniejsze niż miłość.

Hilda poderwała się nagle, policzki jej płonęły.
- To największa potwarz, jaka mnie kiedykolwiek od kogoś spotkała! 

Ale mogę cię pocieszyć, że nie będę już dla ciebie ciężarem, Elise. Od tej 
chwili postaram się sobie radzić sama. Zresztą od dawna już sobie radzę. 
Wolę raczej nie mieć rodziny niż wstydzić się za swoją matkę, która robi z 
siebie pośmiewisko, i za siostrę, która usiłuje ludziom wmówić. .. - Nie 
dokończyła. Elise wymierzyła jej policzek

-  Ależ   moje   drogie   -   mama   nerwowo   wyłamywała   palce.   -   Zawsze 

żyłyście w przyjaźni. Jak możecie być dla siebie takie nieprzyjemne?

Hilda odwróciła się plecami i wypadła z domu.
Elise stanęła jak wryta i wpatrywała się w drzwi, które zatrzasnęły się za 

siostrą. Zastanawiała się, czy Hilda kiedykolwiek zrozumie, jak potrafi być 
okropna dla innych, i czy będzie potrafiła się do tego przyznać. Ale jakie 
to właściwie ma znaczenie? To wybór Hildy. Wprawdzie nie była jeszcze 
pełnoletnia, ale wystarczająco dojrzała, by decydować o swoim życiu.

Mama płakała.
- Mamo... Nie płacz. Znasz Hildę, zawsze łatwo wpada w gniew i ucieka 

z domu. Za chwilę będzie żałować i wróci.

- Byłaś dla niej bardzo surowa.
- A ona była niemiła dla ciebie.
- Może ma rację. Właściwie jestem za stara.
-   Co   za   bzdura!   Jedna   z   prządek   u   Graaha   urodziła   swoje   pierwsze 

dziecko, mając trzydzieści dziewięć lat.

background image

Kiedy tylko wypowiedziała te słowa, poczuła ukłucie strachu. A jeśli 

mama też jest w ciąży? O Boże, co za chaos!

- Nie powinnam była tego mówić. Jeszcze długo chciałam to utrzymać 

w tajemnicy, nawet przed tobą. - Mama wydawała się zawstydzona.

Elise uśmiechnęła się.
-   Już   coś   podejrzewałam.   Nawet   Kristian   jakiś   czas   temu   coś 

napomknął,   ale   ku   mojemu   zdumieniu   nie   wyczułam   w   jego   głosie 
niechęci ani zażenowania.  Jedno, co mnie  zastanawia, to  jak zareaguje 
Peder. Będzie mu trudno zrozumieć, jak możesz coś takiego zrobić ojcu. 
Peder najwięcej o nim mówi, w dodatku zawsze pozytywnie i z sympatią.

Matka skinęła głową.
- Mogłoby się niemal wydawać, że zapomniał o wszystkim, co złe.
- Na pewno nie zapomniał, ale po prostu nie dopuszcza tego do siebie. 

Ty pewnie tak samo? Czy też może nosisz w sobie urazę za całą krzywdę, 
którą ci ojciec wyrządził?

- Wybaczyłam mu, ale nie zapomniałam. Jak ci mówiłam, nigdy nie 

przestałam go kochać. Kochałam go takim, jakim naprawdę w głębi duszy 
był, lecz tego nie okazywał. Dla niektórych alkohol jest trucizną. Trucizną, 
która niszczy i sprawia, że stają się innymi ludźmi. - Zamilkła. - Uważasz, 
że powinnam się wstrzymać i na razie nie mówić nic Pederowi?

- To zależy, czy ustaliliście już jakąś datę. Pani Lovlien zaczerwieniła 

się.

- Chcielibyśmy się pobrać, gdy tylko Emanuel wróci do domu, a to być 

może   nastąpi   już   niedługo,   skoro   negocjacje   zostały   zakończone 
porozumieniem.

- W takim razie myślę, że powinnaś Pederowi powiedzieć.
Następnego dnia zerwał się wiatr i lało jak z cebra. Deszcz bębnił o dach 

i płynął z głośnym szumem rynnami. Elise wstała od krosien i podeszła do 
okna, żeby wyjrzeć na zewnątrz, ale przez potężny strumień ulewy nie 
dało   się   prawie   nic   zobaczyć.  W  dole   huczała   rzeka,   na   moście   Elise 
dostrzegła   kilka   robotnic,   które   skulone   przed   deszczem   śpieszyły   do 
pracy;   widocznie   były   w   domu   w   czasie   przerwy   obiadowej. 
Odprowadzała je wzrokiem, ciesząc się, że sama nie musi biec teraz z 
nimi. Nie mogła zrozumieć, jak jeszcze kilka dni temu tęskniła za fabryką, 
nie zamieniłaby się za nic w świecie. Jak wytrzymywała ten okropny szum 
maszyn i wirujący w powietrzu pył? Sam fakt, że trzeba było stać przez 
dwanaście-, czternaście godzin w tej samej pozycji, wydawał się nie do 
wytrzymania. W styczniu będzie musiała wrócić do fabryki, ale będzie się 
martwić, gdy przyjdzie czas.

background image

Już się miała odwrócić i na powrót usiąść do tkania, kiedy jeszcze na 

moment zerknęła przez okno na południe, żeby  zobaczyć, czy  jabłonie 
wytrzymały ten silny wiatr. Nie było na nich wiele jabłek, ale przez całe 
lato cieszyli się na zbiór własnych owoców. Rzadko się zdarzało, by stać 
ich było na kupno czegoś poza najbardziej niezbędnymi rzeczami.

Gałęzie chwiały się na wietrze, ale na szczęście nie wyglądało na to, by 

jabłka pospadały. W tej samej chwili Elise przeszedł dreszcz ze strachu. 
Między drzewami stał nieruchomo mężczyzna. Częściowo zasłaniały go 
liście, nie mogła zobaczyć, czy ten człowiek ma bandaż na głowie. Jeżeli 
miał, na pewno zasłonił go w taką pogodę przed deszczem. Nie tracąc 
czasu na domysły, wybiegła do kuchni i zamknęła drzwi na klucz. Mama 
zabrała Anne Sofie i Larsine do sklepu, w domu nie było nikogo.

Elise ustawiła się tak, by nie mógł jej zobaczyć przez wąskie okienko 

przy   drzwiach   ani   przez   okna   salonu.   Stanęła   nieruchomo,   z   bijącym 
sercem przywierając do ściany. Wątpiła, by odważył się zapukać. A może 
jednak...?

To nie może tak dalej trwać, mruknęła w duchu przerażona. Muszę iść 

na policję. Być może Johan miał rację, twierdząc, że mnie wysłuchają, gdy 
się dowiedzą, za kogo wyszłam za mąż.

Zdawało jej się, że słyszy zbliżające się kroki, ale spośród bębnienia o 

dach i szumu wodospadu trudno było wyłowić uchem inne dźwięki.

Wtedy nagle usłyszała kroki na ganku. Ktoś zapukał do drzwi, mocno i 

natarczywie, jak gdyby to policja przyszła po kogoś.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Zadudniło ponownie, odważnie, niecierpliwie. Elise nie poruszyła się.
Po chwili usłyszała głos, który przedarł się poprzez szum burzy.
- Elise? Jesteś tam?
Zawahała się. Nikt z Armii nie nazywał jej po imieniu. Pan Hvalstad był 

w kantorze, a nie znała nikogo innego, kto zwracałby się do niej w ten 
sposób. Nikogo poza Emanuelem...

Znowu rozległ się męski głos, tym razem zdenerwowany.
- Czy jest tam ktoś?
Czym  prędzej otworzyła drzwi i  do środka  szybkim krokiem  wszedł 

Emanuel.

-   Gdzie   ty   się,   do   licha,   podziewałaś?   Nie   słyszałaś   mnie?   Elise 

odetchnęła z ulgą.

-  Tak   się   bałam.  Widziałam  jakąś   postać   między   drzewami   jabłoni   i 

pobiegłam   zamknąć   drzwi   na   klucz.   -   Objęła   go   ramionami.   -   Och, 
Emanuelu, jak dobrze, że znów jesteś w domu.

Kapała   z   niego   woda,   przenikała   przez   ubranie   Elise,   tworzyła   na 

podłodze   w   kuchni   duże   kałuże.   Był   przemoknięty   i   wyglądał   na 
zmarzniętego, ale bez pośpiechu objął żonę i mocno przytulił. Dopiero 
kiedy się odsunął, spojrzał na nią zdumiony

- To do ciebie niepodobne, żeby tak się bać. Myślałaś, że kto to puka? 

Czy ktoś cię przestraszył?

Elise zmieszała się.
- Nie, nikt mnie nie wystraszył. Zmarszczył czoło.

background image

- Czy zwykle ogarnia cię taki strach, gdy tylko ktoś zapuka?
Roześmiała się, lecz sama zdała sobie sprawę, jak sztucznie zabrzmiał 

jej śmiech.

-   Pewnie   całe   to   gadanie   o   wojnie   tak   na   mnie   wpłynęło.   To 

fantastyczne, że negocjatorzy doszli do porozumienia, a wy mogliście od 
razu wracać do domu.

- Jestem tylko na przepustce. Nie możemy jeszcze opuścić fortyfikacji 

przygranicznych.   Najpierw   Storting   musi   zatwierdzić   porozumienie   w 
Karlstad.

- Jak długo jeszcze zostaniesz?
- Do jutra wieczorem. Muszę wracać ostatnim pociągiem.
- Myślałam, że przeniesiono cię bliżej granicy.
- Tak, ale teraz znowu stacjonujemy w Lier.
Elise   przypomniała   sobie,   co   Emanuel   pisał   o   córce   gospodarzy,   i 

zastanowiła   się,   czy   często   ją   widuje,   ale   nie   odważyła   się   zapytać. 
Śmiałby się z niej i zarzucił, że jest zazdrosna.

Ściągnął mokrą kurtkę od munduru i powiesił czapkę na gwoździu.
- Jesteś w domu sama?
- Mama wzięła ze sobą dziewczynki i poszła coś załatwić. Opiekujemy 

się jeszcze jedną dziewczynką, żeby Anne Sofie miała się z kim bawić. - 
Nie miała odwagi się przyznać, że zajmują się dzieckiem, żeby od czasu 
do   czasu   dostawać   okrawki   kiełbasy.   Kiełbaska   była   hojna,   prawie 
codziennie przynosiła jakąś końcówkę.

Emanuel ponownie objął Elise.
- Chcesz powiedzieć, że jesteśmy sami w domu? Uśmiechnęła się tuż 

przy jego szyi i skinęła głową.

Położył dłoń na jej pośladkach i mocno przycisnął jej ciało do swego.
-   Tęskniłem   za   tobą   -   rzekł   ochrypłym   głosem.   Pachniał   mokrym 

ubraniem.

Elise poczuła ogarniającą ją radość.
- Brakowało mi ciebie, Emanuelu. Teraz znowu wszystko będzie dobrze.
- Chodźmy do pokoiku, chcę cię poczuć blisko przy sobie.
- Ktoś może w każdej chwili przyjść.
- Możemy zamknąć drzwi na klucz i udawać, że nie słyszymy, tak jak ty 

udawałaś, że nie słyszysz mojego pukania.

Domyśliła się, że żartuje.
Poszła za nim. Pchnął ją na łóżko matki. Jego spodnie były nasiąknięte 

deszczem, zaraz i ona była mokra. Poczuła na brzuchu, że jest gotów, i 
przebiegł ją dreszcz podniecenia. Dobrze mieć go znowu w domu, dobrze 

background image

poczuć, że jej pożąda. Odwzajemniła jego pocałunki, gorące, niecierpliwe.

Ciepły oddech męża łaskotał ją w ucho. Emanuel rozpiął górę jej sukni, 

podwinął bieliznę i dotknął jej piersi.

- Rosną - szepnął zduszonym głosem, potem pochylił głowę i językiem 

zaczął drażnić jej sutki. - Tak powinno być zawsze, Elise. Chcę się z tobą 
kochać dzień i noc, rozkoszować się twoim ciałem, zagłębiać się w tobie 
bez końca.

Nagle   wyprostował   się,   rozpiął   spodnie,   podciągnął   jej   spódnicę   i 

niecierpliwymi ruchami szarpał tasiemki.

- Pomóż mi, Elise, nie dam rady dłużej czekać.
Właśnie w nią wszedł, kiedy usłyszeli, że otwierają się drzwi do kuchni. 

Emanuel zaklął, mimo że niedawno należał do Armii, ale nie zamierzał 
przestać. Robił swoje mocnymi szybkimi ruchami aż do końca.

Elise palił wstyd. Matka musiała zauważyć kurtkę i czapkę Emanuela, 

widziała też, że nie było ich obojga w salonie. To, że nie zawołała, mogło 
tylko   oznaczać,   że   podejrzewa,   co   robią.   Pożądanie   zniknęło,   jedyne, 
czego Elise pragnęła, to wstać z łóżka i doprowadzić się do porządku.

- Już nie chcesz. - W głosie Emanuela brzmiało rozczarowanie.
- Chcę, ale kiedy mama jest w kuchni, to...
Pośpiesznie się podniosła i usiłowała wygładzić fartuch i spódnicę, ale 

na nic to się nie zdało, bo wszystko było wilgotne od jego przemoczonego 
ubrania.

Emanuel pierwszy wszedł do kuchni.
- Wróciłeś do domu? - pani Lovlien starała się okazać zaskoczenie, ale 

nie do końca jej się udało. - W taką okropną pogodę? Razem z dziećmi 
przemokłam do suchej nitki, a wybrałyśmy się tylko do sklepu. Gdybym 
wiedziała, że tak lunie, poczekałabym i poszła później.

Elise przyszła do kuchni za Emanuelem. Wyczuła w głosie matki, że jest 

zdenerwowana i wzburzona, widocznie i dla niej sytuacja była niezręczna. 
Dostrzegła, że wzrokiem przebiegła po jej wygniecionym ubraniu i zaraz 
szybko uciekła spojrzeniem.

-   Pomogę   ci   przebrać   dziewczynki,   a   ty   idź   zmień   ubranie   - 

zaproponowała i zaczęła zdejmować mokre rzeczy z Anne Sofie i Larsine.

Larsine stała nieruchomo jak słup i wpatrywała się w podłogę, nigdy 

dotąd nie widziała Emanuela.

On zaś wziął swój plecak do salonu, prawdopodobnie, żeby się przebrać. 

Elise zauważyła, że jest nie w humorze. Miał podkrążone oczy i wyglądał 
na zmęczonego. Widziała też, że matka zmarszczyła czoło i odprowadziła 
go zdziwionym spojrzeniem. W jej oczach nie uchodziło ściągać z siebie 

background image

ubrania w salonie, ale widać nie miała odwagi nic powiedzieć.

Elise pośpiesznie ruszyła rozpalić w piecu i nastawić kawę. Zamierzała 

zaparzyć mocną i postawić na stół, co mieli najlepszego. Nie było tego 
wiele,   ale   w   każdym   razie   było   prawdziwe   wiejskie   masło   do   chleba. 
Położyła   nawet   na   stół   najładniejszy   obrus   matki   i   zastanowiła   się   w 
duchu, czy nie wyjąć porcelanowych filiżanek, ale w końcu zrezygnowała.

Kiedy wszyscy się przebrali i usiedli do stołu, atmosfera trochę zelżała.
Emanuel   zaczął   opowiadać   o   służbie   przygranicznej,   o   niezwykłej 

niedzieli dwudziestego czwartego września, kiedy przyszła wiadomość z 
Karlstad. Uczcili ten dzień wielkim ogniskiem, na które przyszli również 
mieszkańcy wsi.

- Graliśmy i śpiewaliśmy do jedenastej wieczorem, godzinę dłużej, niż 

nam zwykle wolno. Były też skoczne tańce do muzyki wojskowej.

Elise nie zdołała się powstrzymać, by nie spytać.
- Czy Signe też tam była? Skinął głową i roześmiał się.
- Ona bawiła się najlepiej.
Matka ściągnęła brwi, które utworzyły jedną kreskę.
- Kto to jest Signe? - spytała.
-   Córka   właścicieli   gospodarstwa,   gdzie   rozbiliśmy   obóz.   Elise 

zauważyła, że matka spojrzała na nią. Sama robiła, co mogła, żeby nie 
okazać, co myśli.

- Pewnie z ulgą przyjęliście wiadomość, że nie będzie wojny?
-   I  tak,   i   nie.  Wielu   pomstowało,   że   trzeba   zniszczyć   fortyfikacje   w 

strefie   neutralnej.   Starsi   natomiast   starali   się   nam   wytłumaczyć,   czym 
właściwie   jest   wojna.   Dopóki   trwają   walki,   można   jeszcze   wytrzymać. 
Wtedy człowiek daje się porwać, mówił jeden z nich, ale potem pojawiają 
się   koszmary   i   dręczące   myśli.   Doszliśmy   w   każdym   razie   do   po-
rozumienia, że za pokój i wolność płaci się wysoką cenę. Kapitan próbo-
wał nas uspokoić, przekonując, że nie można żądać całkowitej wolności i 
niezależności   bez   poświęcenia   czegoś,   a   fortyfikacje   przygraniczne   w 
strefie neutralnej mają wątpliwą wartość militarną.

Mama dolała kawy.
- Czy teraz na dobre wrócicie do domów?
-   Krążą   pogłoski,   że   oddziały   pospolitego   ruszenia   mają   niedługo 

rozjechać się do domów, ale my musimy zostać do chwili, kiedy wynik 
negocjacji w Karlstad zostanie omówiony i zatwierdzony przez Storting.

- Co wy na to?
- To już nie to samo. Największe napięcie minęło, a z nim, jak myślę, 

również nieco zapału do pracy. Ale jak wy sobie radziłyście, gdy mnie nie 

background image

było? - spytał z ożywieniem w głosie.

Matka westchnęła zadowolona.
- Wszystko układa się dobrze. Anne Sofie i Larsine ładnie razem się 

bawią, Elise tka na krosnach, a ja zajmuję się domem. Może i ja powinnam 
nieraz siąść do krosien, ale bolą mnie plecy od długiego siedzenia w jednej 
pozycji. Elise była na weselu - dodała z dumą w głosie.

Emanuel skierował wzrok na Elise, wyraźnie zdumiony.
- Naprawdę? Na czyim?
- Agnes i Johana.
- Nie wiedziałem, że się pobrali. - Zdawało się, że odczuł ulgę. - Po-

myśleć tylko, że cię zaprosili?

- Agnes poprosiła mnie, żebym była jej druhną, i uważałam, że nie mogę 

odmówić.

- Czy przyjęcie odbyło się u niej w domu?
- Nie, w restauracji Hasselbakken. Przyszło sporo gości, połowy z nich 

nie znałam. Cieszyłam się, że Anna i pan Abrahamsen mogli mi dotrzymać 
towarzystwa.

Emanuel spojrzał na Elise zaskoczony.
- Torkilda też zaprosili?
- Mamę również to zdziwiło. Wydaje mi się, że tych dwoje łączy coś 

więcej niż przyjaźń. Ten młody człowiek jest niezwykle miły w stosunku 
do Anny, a ona wprost promienieje szczęściem jak nigdy dotąd.

Nagle pani Loylien przyszło coś do głowy.
-   Czy   pamiętałaś,   żeby   spytać   go   o   te   rzeczy   dla   niemowlęcia?   Ku 

swemu niezadowoleniu Elise poczuła, że się zaczerwieniła.

- Tak, ale to nie on. Może to ktoś inny z Armii. Emanuel posłał jej 

pytające spojrzenie.

- Rzeczy dla niemowlęcia? Matka weszła Elise w słowo.
- Elise znalazła na ganku dwie paczki - wyjaśniła zaaferowana. - Jeden z 

pakunków zawierał śliczny nieduży kocyk, a drugi maleńki kaftanik.

- Kaftanik dla lalek - wtrąciła ożywiona Larsine, która już oswoiła się z 

obecnością Emanuela.

- I nie było żadnej informacji, kto jest nadawcą? - Wpatrywał się w 

Elise, nie rozumiejąc.

- Ja... sądziłam, że to może ciotka Ulrikke. Że... że nie chciała zwracać 

na siebie uwagi ze względu na twoich rodziców. - Elise poczuła, że się 
poci, sama słyszała, jak głupio zabrzmiały jej słowa. Wprawdzie rodzice 
Emanuela nie dawali znaku życia, ale to nie znaczy, że są do niej wrogo 
nastawieni. Latem i jesienią jest w gospodarstwie dużo roboty.

background image

- Przyszła kiedyś z wizytą - starała się wybrnąć z sytuacji pani Lovlien. 

Zauważyła widocznie, że Elise niezręcznie o tym mówić i że córka żałuje, 
że   się   z   tym   wyrwała.   -   Została   u   nas   cały   wieczór,   znalazła   nawet 
wspólny język z Pederem.

Emanuel jakby jej nie słuchał i nadal wpatrywał się w Elise szeroko 

otwartymi oczami.

- Nie masz pojęcia, kto mógł podłożyć te paczki?
- Myślałam, że to może ktoś z Armii Zbawienia. Wiedzą tam, że służysz 

w straży, i może słyszeli, że straciłam pracę w przędzalni.

Zmarszczył brwi.
-   Czyżby   myśleli,   że   wiedzie   nam   się   aż   tak   źle,   że   trzeba   nam 

pomagać?

Elise   nagle   ogarnął   gniew.   To   nie   jej   wina,   że   jakiś   anonimowy 

ofiarodawca zostawia paczki na ganku.

- Wcale aż tak bardzo nie minęliby się z prawdą. Zarabiam tkaniem zbyt 

mało, a to, co pan Hvalstad płaci za jedzenie i opiekę nad Anne Sofie, 
ledwie   mi   wystarcza.   Peder   i   Kristian   też   pracują   po   lekcjach,   ale   ich 
wypłata jest bardzo skromna.

Emanuel poczerwieniał.
-   I   zamiast   poprosić   swego   męża   o   pieniądze   na   utrzymanie   domu, 

opowiadasz innym, że tak nam ciężko? - spytał wzburzony.

Elise pokręciła głową.
- Tego nie powiedziałam. Nie mówiłam o tym nikomu.
- W takim razie jak wytłumaczyć to, że ktoś podkłada nam jałmużnę pod 

drzwi? - nadal był czerwony na twarzy. Elise domyśliła się, że to dla niego 
największy wstyd, i zrobiło jej się go żal.

-   To   nie   jałmużna.   Pewnie   ktoś   chce   nam   sprawić   przyjemność, 

ponieważ dowiedział się, że jestem w ciąży. Może to pani Berg, ta, która 
zaopiekowała się Evertem? Lepiej jej się wiedzie niż innym, a poza tym 
wie, że pomogliśmy Evertowi, żeby mógł się dalej uczyć. Może myśli, że 
jestem zbyt dumna, by przyjmować upominki, lecz mimo to chce się nam 
jakoś odpłacić w imieniu Everta.

Matka przytaknęła z zapałem.
-   Uważam,   że   to   pani   Berg.   Cały   czas   podejrzewałam,   że   to   ona. 

Wyglądało na to, że Emanuel wreszcie się opanował.

- Musisz do niej pójść i podziękować, Elise. - Wyjął portfel i dał jej 

dwadzieścia koron. Spojrzała na banknoty. - Tu masz jeszcze trochę do 
czasu, aż na dobre wrócę do domu. Gdy tylko na nowo zacznę pracę w 
kantorze,   będzie   nam   łatwiej.   Wtedy   nie   będziemy   musieli   już   chyba 

background image

podnajmować poddasza. Elise starała się nie patrzeć na matkę.

- Odnoszę wrażenie, że panu Hvalstadowi się tutaj podoba, a Anne Sofie 

będzie smutno znowu się przeprowadzać.

Emanuel posłał jej zdumione spojrzenie, lecz nic nie powiedział. W tej 

samej chwili za drzwiami rozległy się głosy i hałas.

-   Chłopcy   wracają   ze   szkoły.   Na   pewno   są   całkiem  przemoknięci.   - 

Matka wstała i ruszyła do wyjścia, żeby im otworzyć.

Gdy tylko Peder i Kristian wpadli do środka, ich twarze się rozjaśniły.
- Emanuel?! - zawołał Peder wesoło. - Wróciłeś do domu?  Emanuel 

uśmiechnął się.

-  Tylko   na   przepustkę.   Muszę   wracać   jutro   wieczorem.   Peder   chciał 

dopaść do stołu, lecz matka go powstrzymała.

- Najpierw zdejmij z siebie te mokre łachy.
Zaczęła zrywać z niego ubranie, aż został całkiem nagi. Anne Sofie i 

Larsine chichotały.

- Ależ mamo - zwróciła jej uwagę Elise. - Dziewczynki na niego patrzą. 

Poza tym chłopak jest już za duży, żeby pomagać mu się rozbierać.

W tej samej chwili drzwi otworzyły się z impetem i do środka, trzęsąc 

się z zimna, wszedł równie przemoczony Asbjern Hvalstad.

- Co za pogoda! - Zdjął z głowy ociekający wodą kapelusz i powiesił na 

gwoździu. W tej samej chwili zauważył czapkę od munduru Emanuela i 
gwałtownie się odwrócił. - A więc wrócił pan do domu, panie Ringstad? - 
Nie wydaje się szczególnie zachwycony, pomyślała Elise, pewnie się boi, 
że go wyrzucą.

- Tylko na jeden dzień. Nie możemy opuścić obozu, dopóki Storting nie 

zatwierdzi porozumienia w Karlstad.

Matka pośpiesznie podeszła do kuchni i zaczęła gotować kaszę.
-  Przepraszam,  Asbjornie,   ale  nie   miałam pojęcia,  że  jest tak   późno. 

Byłam tak zaskoczona powrotem Emanuela, że zupełnie zapomniałam o 
obiedzie.

Pan Hvalstad usiadł i się uśmiechnął.
- Ten jeden raz mogę zamiast tego napić się kawy i zjeść kanapki. Jeżeli 

już skończyłyście jeść, możecie iść się pobawić.

Dziewczynki od razu usłuchały i usiadły w kucki w kąciku za dużym 

piecem. Zebrały tam wszystkie szyszki i żołnierzyki z guzików należące 
do Pedera, które tak wspaniałomyślnie zgodził się im pożyczać na czas, 
gdy sam był w szkole.

- A jakie nastroje panują w Kongsvinger? - pan Hvalstad spojrzał na 

Emanuela z zainteresowaniem.

background image

- Gniew, ponieważ musimy zlikwidować fortyfikacje, i radość z powodu 

powrotu do domu, a także ulga i rozczarowanie, że nie doszło do żadnej 
potyczki.

Hvalstad pokręcił głową ze zdumienia.
- Młodzi chłopcy nie rozumieją, co to wojna. Czy mogę cię prosić o 

odrobinę   mleka   do   kawy,   Jensine?   My   tutaj   nie   dostrzegamy   jakiegoś 
wielkiego rozczarowania - mówił dalej, zwracając się do Emanuela. - Ale 
rozumiem,   że   bogaci   chłopi   w   Hedemarken   są   innego   zdania.   Wollert 
Konow wypowiedział się, że wolałby raczej utrzymanie unii niż zgodzić 
się na przedstawione warunki.

Emanuel przytaknął.
- Dostałem list od ojca i wyrażał się podobnie. Twierdził, jak Konow, że 

podpisanie porozumienia podzieli nasz naród i że czekają nas niespokojne 
czasy. - Następnie zwrócił się do Elise. - Pisał poza tym, że na początku 
października wybierają się z mamą do Kristianii i chcieliby  się z tobą 
zobaczyć.

- Może to oni... - zaczęła pani Lovlien, ale zaraz umilkła przerażona.
- Chciałaś powiedzieć, że to oni wysłali te dwie anonimowe paczki dla 

Elise? - Emanuel uśmiechnął się, ale jego oczy pozostały poważne.

Kristian i Peder wreszcie się przebrali w suche ubrania i usiedli przy 

stole.

- Na moście stoi jakiś mężczyzna i gapi się w wodę - Kristian spojrzał 

znacząco najpierw na Elise, potem na matkę. - Pingelen twierdzi, że on 
ciągle tam stoi. To ten ranny żołnierz ze straży granicznej, mówi Pingelen. 
Pingelen myśli, że on chce się rzucić do rzeki.

-   Co   ty   wygadujesz?   -  Matka   podeszła   pośpiesznie   do   okienka   przy 

drzwiach   i   wyjrzała   na   zewnątrz.   -   Niczego   tam   nie   widzę.   Pada   tak 
straszliwie, że można by pomyśleć, że całe niebo się otworzyło.

Peder zwrócił się do matki:
- Gdyby się otworzyło, to wszyscy by powypadali. Kristian uśmiechnął 

się.

- Kto taki? Twoje anioły?
- One nie są moje. To dyrek... - urwał nagle.
Emanuel również się podniósł, podszedł do drzwi i uchylił je.
-   Nie   widzę   nikogo   na   moście.   Jesteś   pewien,   Kristianie,   że   się   nie 

pomyliłeś?

- Stał tam, kiedy przechodziliśmy. Może już skoczył?
-   Przestań.   -   Matka   posłała   mu   surowe   spojrzenie.   -   Nie   możesz 

żartować z poważnych spraw. Jeżeli ranny żołnierz chce sobie odebrać 

background image

życie, to potrzebuje pomocy.

- Nie żartowałem - odparł Kristian urażony. - To Pingelen mówił, że on 

ciągle szwenda się po okolicy. Albo myśli o tym, żeby rzucić się z mostu, 
albo obserwuje Elise.

Elise poczuła, że robi się jej gorąco.
-   Co   za   bzdury   opowiadacie?   Nie   widziałam   nikogo   na   moście. 

Zauważyła, że Emanuel się jej przygląda, jednak nic nie powiedział.

Kiedy pan Hvalstad wyszedł do kantoru, a chłopcy do pracy, Elise i 

Emanuel usiedli razem w salonie, żeby spokojnie porozmawiać.

Emanuel usadowił się na wyściełanym pluszem fotelu i wziął Elise na 

kolana.

- A więc Elise, okazuje się, że masz wielbiciela, który skrada się wśród 

krzaków, żeby na ciebie popatrzeć. - W jego głosie brzmiała wesołość, lecz 
mimo   to   Elise   czuła,   że   pod   pozorną   beztroską   kryje   się   odrobina 
podejrzliwości. Czyżby Emanuel był zazdrosny?

Roześmiała się, starała się nad sobą panować.
- Kristian i Peder opowiadają tyle dziwnych rzeczy. Peder któregoś dnia 

nazwał   Boga   dyrektorem,   czym   zdenerwował   mamę.   Mówił   też,   że 
siostrzyczka   jednego   z   kolegów   z   klasy   umarła   nagle   wskutek   ataku 
kaszlu. Strasznie dużo dzieci umiera. To mnie przeraża.

- Czy to dlatego tak się przestraszyłaś, kiedy zapukałem? Zorientowała 

się,   że   wcale   jej   nie   słuchał,   tylko   ciągle   myślał   o   rannym   żołnierzu. 
Postanowiła, że będzie z nim szczera i przedyskutuje sprawę dziwnego 
prześladowcy, choć wcześniej postanowiła, by nic Emanuelowi nie mówić.

-   No   tak.   Wyjrzałam   przez   okno   i   zauważyłam   postać   między 

jabłoniami. Potem zrozumiałam naturalnie, że to musiałeś być ty.

- Czy to znaczy, że Kristian ma rację?
- Tak, widziałam na moście mężczyznę i tak jak Kristian pomyślałam, że 

wygląda,   jak   gdyby   miał   zamiar   skoczyć.   Przeraziłam   się.   Był   późny 
wieczór i wmówiłam sobie, że mogłabym mu w tym przeszkodzić, jeśli 
przystanę   i   będę   się   mu   przyglądać.   W   końcu   odszedł,   kulejąc.   Nie 
chciałam   o   tym   mówić   w   obecności   mamy   i   chłopców,   żeby   ich 
niepotrzebnie nie denerwować.

- A potem?
-   Tego   wieczoru,   kiedy  Agnes   i   Johan   brali   ślub,   widziałam   go   w 

kościele. Pan Abrahamsen również zwrócił na niego uwagę. Mówił, że ten 
człowiek jest samotny i nieszczęśliwy.

- Chcesz powiedzieć, że poszedł do kościoła, żeby się modlić?
- Nie, myślę, że tam poszedł, żeby zobaczyć ślub. Emanuel otworzył 

background image

szeroko oczy.

-   Ślub   obcych   ludzi?   A   może   to   znajomy   Agnes   i   Johana?   Elise 

wzruszyła ramionami.

- Nie wiem. - Pogładziła Emanuela po włosach. - Żałuję, że mama i 

dziewczynki nam przeszkodziły. - Pocałowała go w policzek i szepnęła: - 
Spróbujemy   jeszcze   raz   dziś   wieczorem,   prawda?   Będziemy   mogli 
spokojnie poleżeć.

Uśmiechnął się, wyglądało na to, że na chwilę odegnał nieprzyjemne 

myśli.

- Dobrze jest być z tobą w domu, Elise. Noce w obozie tak się dłużą. - 

Wsunął rękę pod jej spódnicę i przesunął głębiej. - Następnym razem będę 
bardziej cierpliwy - szepnął jej do ucha. - To dlatego, że tak strasznie za 
tobą tęskniłem.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Elise i Emanuel siedzieli w salonie do chwili, aż Peder i Kristian wrócili 

z pracy.

Zachowywali   się   niczym   zakochana   para,   która   wymknęła   się   na 

potajemną   schadzkę,   pomyślała   Elise.   Pochłonięci   sobą   nawzajem, 
przepełnieni tęsknotą i pożądaniem. Można by odnieść wrażenie, że nigdy 
nie   zdołają   się   sobą   nasycić.   Całowali   się   do   utraty   tchu,   pieścili 
nawzajem, rozkoszowali każdą sekundą.

Matka zachodziła pewnie w głowę, czemu jest tak cicho. Elise nie czuła 

się całkiem bezpiecznie, denerwowała się, że matka w każdej chwili może 

background image

zapukać   i   zajrzeć   do   nich.   Ale   tak   się   nie   stało.   Matka   sama   była 
zakochana i pewnie domyślała się, co robią.

Mimo   że   spędzili   tak   dwie-trzy   godziny,   zdawało   im  się,   jak   gdyby 

minęło zaledwie parę minut, gdy usłyszeli Pedera i Kristiana, którzy jak 
burza   wpadli   do   kuchni.   Chłopcy   kończyli   pracę   o   tej   samej   porze   i 
zwykle wracali razem.

Elise   niechętnie   ześliznęła   się   z   kolan   Emanuela,   on   zaś  usiłował   ją 

zatrzymać.

- Nie odważą się tu wejść - rzekł podniecony, czerwony na twarzy, z 

pożądaniem w oczach. - Posiedź ze mną jeszcze trochę, Elise - prosił. - 
Pozwól się jeszcze choć trochę poprzytulać!

Elise pokręciła głową z uśmiechem.
- Już niedaleko do wieczora, Emanuelu. Chodź, pójdziemy do kuchni, 

do mamy i chłopców. Może przestało padać, to wybralibyśmy się na krótki 
spacer.

Chłopcy   poszli  do   schowka   po   drewno   i   po   wodę   do   studni.   Potem 

musieli jeszcze odrobić lekcje, choć byli bardzo zmęczeni.

Zwłaszcza Pedera Elise było żal. Właściwie nie powinien chodzić po 

lekcjach do pracy, lecz poświęcać więcej czasu na naukę, odkąd niezbyt 
dobrze mu szło w szkole.

Elise   otworzyła   drzwi,   żeby   zaczerpnąć   powietrza   odświeżonego 

deszczem. Wiało ze wschodu, nieprzyjemny zapach od rzeki unosił się w 
przeciwnym kierunku.

Emanuel stanął za nią.
- Jeszcze trochę pada, myślę, że z tym spacerem powinniśmy poczekać.
Skinęła głową i chciała wejść do środka, kiedy jej wzrok padł nagle na 

niedużą brązową paczkę, która leżała przy ganku, częściowo schowana 
pod niskim krzakiem. Elise pochyliła się szybko i podniosła pakunek.

- Co to takiego? - spytał Emanuel zdziwiony.
Elise   nie   odpowiedziała,   tylko   otworzyła   paczkę,   Emanuel   stał   w 

drzwiach i się temu przyglądał. Elise ogarnął niepokój, wszystko wydało 
się nagle takie trudne.

Wyjęła z papieru maleńką czapeczkę. W środku leżało dziesięć koron.
Elise patrzyła przerażona na to, co trzymała w ręku. Dziesięć koron. .. 

To więcej, niż zarabiała przez tydzień w przędzalni!

Emanuel stał nieporuszony i spoglądał to na czapeczkę, to na pieniądze, 

to na twarz Elise.

- Myślę, że najwyższy czas, żebyś mi to wyjaśniła, Elise. - Nie był zły, 

ale śmiertelnie poważny.

background image

Potrząsnęła głową.
-   Musisz   mi   uwierzyć,   Emanuelu.   Nie   mam   pojęcia,   skąd   się   to   tu 

wzięło i kto to położył. Nic z tego nie rozumiem.

Pani Lovlien stała w milczeniu i przyglądała się temu, co się stało.
- To na pewno ktoś z Armii - odezwała się wreszcie.
- Chyba nie przypadkiem kręci się tu w pobliżu ten ranny żołnierz, który 

jest jednym z wątpliwych przyjaciół Johana?

Elise nie miała odwagi popatrzeć Emanuelowi w oczy, czuła się zupełnie 

odrętwiała.

- Co przez to rozumiesz?
- Johan nie zapomniał o tobie, Elise. Rozmawiałem z nim któregoś dnia 

w czasie warty. Sądzę, że ożenił się z Agnes, żeby zagłuszyć gorycz, że 
stracił ciebie.

-   Mylisz   się,   Emanuelu   -   wtrąciła   się   matka.   -  A  ja   rozmawiałam   z 

wieloma osobami obecnymi w kościele na ślubie i na weselu. Wszyscy 
zgodnie   twierdzili,   że   wyglądał   na   niezwykle   zadowolonego   i 
szczęśliwego. Johan zawsze miał słabość do Agnes. Nawet wtedy, gdy był 
z Elise.

Elise wolałaby, żeby mama nic nie mówiła. Dodatkowo pogorszyła tylko 

sytuację. Widać było wyraźnie, że obawia się reakcji Emanuela, bała się, 
że będzie zazdrosny i zrobi awanturę. Przywykła do kłótni urządzanych 
przez ojca i dlatego się bała.

Elise przykuwała Emanuela wzrokiem.
-   Myślisz,   że   Johan   poprosił   któregoś   ze   swych   przyjaciół,   żeby 

podkładał   tu   prezenty?   To   całkiem   niedorzeczne.   Johan   nie   jest   taki. 
Gdyby pragnął mi coś podarować, po prostu by przyszedł i sam mi to 
przekazał.

-   Nawet   jeśli   wie,   że   nie   życzę   sobie,   byś   miała   z   nim   cokolwiek 

wspólnego?

Elise zrezygnowana pokręciła głową.
- Mylisz się, Emanuelu. Znam Johana. Kiedy już na coś się zdecyduje, 

całkowicie się w to angażuje. Zdaję sobie sprawę, że to małżeństwo spadło 
na niego tak nagle, Agnes nie ukrywała, że muszą się pobrać. Ale skoro już 
tak   się   ułożyło,   Johan   nie   jest   z   tych,   którzy   uciekają   od 
odpowiedzialności. Zrobi wszystko, co w jego mocy, żeby zaopiekować 
się żoną i dzieckiem.

- Ale to wcale nie znaczy, że nie miałby ci dawać prezentów.
-   Właśnie,   że   tak.   To   byłoby   nielojalne   wobec   Agnes.   Nie   mają 

pieniędzy,   jak   większość   z   nas.   Nawet   jeśli   odłożył   parę   koron   jako 

background image

kamieniarz,   teraz   potrzebne   mu   każde   ore,   ponieważ   muszą   z  Agnes 
poszukać jakiegoś mieszkania. W dodatku sami potrzebują ubranek dla 
dziecka.

Zawinęła   czapeczkę   z   powrotem   w   papier   pakowy,   włożyła 

dziesięciokoronówkę   do   blaszanego   pudełka,   do   którego   odkładała   po 
dziesięć   ore,   i   poszła   do   pokoiku,   żeby   schować   paczkę   do   swoje/ 
szuflady. Kiedy wracała, usłyszała, jak mama mówi:

-   Zaproponowałam,   żeby   oddała   to   Hildzie.   Ona   też   spodziewa   się 

dziecka.

- Hilda znowu jest w ciąży? - Emanuel wydawał się wstrząśnięty-
-  Wcale   tego   nie   żałuje   -  wyjaśniła   mama   pośpiesznie.   - Wierzy,  że 

majster tym razem będzie chciał zatrzymać to dziecko, żeby wreszcie stali 
się rodziną. Szanowaną rodziną - dodała szybko. - Biedna Elise, te paczki 
stają się dla niej udręką - mówiła dalej. - Początkowo również sądziłam, że 
to sprawka Johana, ale już tak nie myślę. Wtedy na pewno byśmy coś 
zauważyli, kiedy zajrzał do nas ostatnim razem.

- Był tu Johan? - spytał Emanuel na pozór obojętnie, lecz Elise wyczuła 

napięcie w jego głosie.

- Tak, odwiedził nas, kiedy przyjechał do domu na przepustkę. Wydaje 

mi się, że to było przed jego ślubem. Ciekawie opowiadał o służbie w 
straży   granicznej.   Ucieszyłam   się,   gdy   powiedział,   że   morale   wśród 
żołnierzy jest wysokie i że nie dają się przekupić Szwedom, którzy próbują 
ich   kusić.   Nawet   ci,   którzy   poważnie   się   martwili   o   swoje   rodziny 
pozostawione bez środków do życia.

Emanuel milczał.
Elise westchnęła w duchu. Miała uczucie, że wszystko poszło nie tak. 

Niczego   nie   da   się   utrzymać   w   tajemnicy   w   tej   rodzinie,   pomyślała 
zrezygnowana.

Pod   wieczór   pogoda   się   wyklarowała   i   Elise   zaproponowała   Ema-

nuelowi, by wybrali się na spacer. Przeszli przez most i postanowili pójść 
w górę Maridalsveien. Było zbyt mokro, by przechadzać się wzdłuż rzeki.

- Myślałem, że uzgodniliśmy, że Johan nie będzie przychodził do domu 

majstra. - Mówiąc to, nie patrzył jej w oczy, a jego głos wydawał się cienki 
i jakiś dziwny.

- To matka go zaprosiła, nie ja.
- Mogłaś ją uprzedzić, co o tym myślę.
-   Uważam,   że   już   więcej   tego   nie   zrobi,   Emanuelu.  Tak   się   boi,   by 

przypadkiem   nie   zrobić   czegoś   wbrew   tobie,   że   nie   ma   nawet   odwagi 
używać twoich porcelanowych filiżanek. Wyjęłyśmy je wyjątkowo tego 

background image

dnia, kiedy uczciłyśmy porozumienie w Karlstad.

- Z kim świętowaliście? Byliście tylko we czworo?
-   Dołączył   do   nas   jeszcze  Asbjorn   Hvalstad   i  Anne   Sofie.   Emanuel 

odwrócił się ku niej zdumiony.

- Widzę, że nie jest zwykłym lokatorem. Kto go zaprosił: ty czy twoja 

mama? - Uścisnął ostrożnie jej dłoń.

- To on zafundował nam drożdżówki. - Zawahała się. - Właściwie nie 

wiem, czy mama życzyłaby sobie, żebym ci o tym powiedziała już teraz, 
ale będzie nam trudno, jeżeli tego nie zrobię. Otóż mama i pan Hvalstad 
zakochali się w sobie.

Emanuel zatrzymał się i otworzył oczy ze zdumienia.
- Chcesz powiedzieć, że... Skinęła głową.
-   Myślą   o   tym,   żeby   się   pobrać,   ale   Peder   jeszcze   o   tym   nie   wie. 

Niepokoimy się, jak on zareaguje.

- A co ty na to? Wzruszyła ramionami.
- Mama zasługuje na odrobinę szczęścia po tym wszystkim, co przeszła 

z ojcem. Lecz jednocześnie trochę się denerwuję.

- Dlaczego? Powinnaś to przyjąć z ulgą, ponieważ twoja mama będzie 

miała zapewniony byt. Za kilka miesięcy będzie nam potrzebny pokoik, a 
jeśli przepracuję w tkalni cały rok, będzie nas stać, by mieć to mieszkanie 
tylko dla siebie.

Elise zamyśliła się. Obiecała sobie, że na razie nie ma potrzeby o tym 

mówić.

- Co ci jest, Elise? Nie chcesz zostać ze mną sama w domu majstra?
- Oczywiście, że chcę. Nie o to chodzi. Pomyślałam tylko o Pederze i 

Kristianie. I o Hildzie również.

- Hilda mieszka u pana Paulsena, a Kristian i Peder wyprowadzą się na 

pewno z mamą. Zostało im jeszcze wiele lat, zanim na tyle dorosną, by się 
usamodzielnić.

Elise wbiła wzrok w ziemię i nie odezwała się.
Emanuel objął ją ramieniem i przytulił.
- Widzę, że coś cię martwi. Czy nie możesz mi po prostu powiedzieć, co 

to takiego?

-   Czasami   uważam,   że   mama   zachowuje   się   dziwnie.   Jak   gdyby 

zapomniała, że Kristian i Peder są jej dziećmi. Przez ten rok, kiedy leżała 
chora,   właściwie   ponad   rok,   to   ja   musiałam   zajmować   się   Hildą   i 
chłopcami, troszczyć się, żeby mieli co jeść, pomagać w odrabianiu lekcji, 
łatać spodnie i tak dalej. Wiesz o tym, sam widziałeś. Ale teraz, kiedy 
mama   wyzdrowiała,   w  każdym  razie   prawie   odzyskała  dawne   siły,  nie 

background image

przejęła ode mnie tej odpowiedzialności. Nigdy nie pyta, co chłopcy mają 
zadane, ani im nie pomaga. Wprawdzie łata ubrania, przyszywa guziki, 
które się urwą, ale robi to tylko wtedy, kiedy ją o to poproszę. Śmieje się z 
Pedera, a kiedy przeklinają lub używają brzydkich słów, zwraca im uwagę, 
ale poza tym wygląda, jakby jej wcale nie interesowali. Mam uczucie, że 
planuje przyszłość bez chłopców.

- Ale przecież nie może tego zrobić! Jest ich matką - rzekł Emanuel 

wzruszony.

- Może pan Hvalstad ich nie chce. Może to dlatego.
- Jeżeli zamierza ożenić się z wdową z dwójką małoletnich chłopców, 

musi być tak miły i przyjąć razem z nią jej dzieci. Jeżeli tego nie zrobi, to 
jest niewiele wart.

-   Peder   bardzo   przeżyje   rozstanie   ze   mną.   Stałam   się   dla   niego   w 

pewnym sensie matką, on nie ma więcej niż dziewięć lat.

Emanuel nie odpowiedział.
- Poza tym boję się, że Hilda będzie mieć poważne kłopoty. - Może 

chyba o tym powiedzieć, pomyślała. - To nieprawda, co mówiła mama, że 
Paulsen pragnie założyć własną rodzinę. Hilda początkowo tak myślała, 
ponieważ majster ucieszył się, gdy się dowiedział, że dziewczyna znowu 
jest w ciąży. Dopiero potem uświadomiła sobie, że ten człowiek wcale nie 
zamierza zatrzymać tego dziecka.

-   Uważasz,   że   chce   oddać   bratankowi   również   drugie?   Emanuel   był 

wstrząśnięty. Elise czuła, że drży mimo kurtki.

Przytaknęła.
- Hilda nie chce się zgodzić. Myślę, że cierpiała bardzie), niż nam się 

wydaje.

-   Czy   zamierza   w   takim   razie   żyć   jako   samotna   matka   i   sama 

utrzymywać dziecko?

- Tak,  ale   nie   ma   gdzie   mieszkać.   Jeżeli  nie   zrobi  tego,   co   każe  jej 

Paulsen, majster wyrzuci ją za drzwi. Być może odzyska pracę w fabryce 
jako pomocnica, ale wtedy będzie zarabiała za mało, żeby z tego wyżyć.

Emanuel zmarszczył czoło, ale się nie odezwał.
- Przykro mi za to wszystko, Emanuelu. Gdybyś o tym wiedział, na 

pewno byś się ze mną nie ożenił. Sprawiam ci same kłopoty.

- Ożeniłem się z tobą, a nie z twoją rodziną.
Elise usiłowała sobie przypomnieć, czy obiecywał zająć się Pederem i 

Kristianem, kiedy się jej oświadczał, lecz doszła do wniosku, że tego nie 
zrobił. Zobowiązał się przyjąć na siebie rolę ojca dla dziecka, którego się 
spodziewała,   i   samo   to   uważała   za   wspaniałomyślność   z   jego   strony. 

background image

Westchnęła ciężko.

- Nie musimy teraz więcej o tym mówić. Zwykle powtarzam sobie, że 

nie należy się martwić na zapas, ponieważ tyle się jeszcze może wydarzyć. 
Cieszmy się, że jesteś w domu do jutrzejszego popołudnia i że wkrótce 
wrócisz tu na dobre.

Przytulił ją.
- Kocham cię, Elise. To, że zjawiłaś się w moim życiu, to najlepsze, co 

mnie spotkało.

Kiedy wrócili ze spaceru, matka nakryła do stołu w salonie, położyła 

odświętny   obrus,   wyjęła   porcelanowe   filiżanki   Emanuela   oraz   upiekła 
biszkopty. Przyznała się szeptem Elise, że poszła do pani Berg i pożyczyła 
jajka. W przepisie podano aż sześć jajek! Białka należało ubić i dodać pod 
koniec. Elise z trudem sobie przypominała, że mama piekła takie ciastka 
wiele lat temu. Przepis przywiozła z rodzinnego domu.

Peder i Kristian stali nieruchomo jak słupy i wpatrywali się w półmisek 

z ciastkami, można było niemal zobaczyć, jak im ślinka cieknie do ust.

- Myślę, że to jednak dobrze, że nie będzie wojny. - Peder wreszcie 

odzyskał   mowę.   Odwrócił   się   i   spojrzał   na   Emanuela.   -   Teraz   moi 
żołnierze zmienili się w lalki. Dziewczyny bawią się, że ten błyszczący 
mosiężny   guzik   jest   córką   króla,   którą   troll   ukrył   w   błękitnej   skale. 
Czasem i ja mogę się z nimi bawić, to wtedy jestem żołnierzem, który 
ratuje królewnę.

Emanuel roześmiał się.
- I otrzymuje rękę królewny i połowę królestwa, czy tak? Anne Sofie, 

która stała z boku i w milczeniu przysłuchiwała się

rozmowie, teraz wtrąciła się ożywiona.
- Dostaje złotą koronę i mnóstwo dobrego jedzenia.
- Myślałem, że w błękitnej skale zostały uwięzione trzy królewny?
Peder spojrzał na Emanuela przerażony.
- Myślisz, że powinienem ożenić się ze wszystkimi trzema? - Podrapał 

się   w   głowę.   -  Będzie   dużo   roboty.  -  Uśmiechnął   się.   - Trzy   naraz   w 
jednym łóżku?

- Ależ Peder! - mama spojrzała na niego zgorszona. - Skąd u ciebie taki 

pomysł? - Posłała Emanuelowi przepraszający uśmiech. - Tak łatwo ulega 
wpływowi   chłopaków   z   ulicy.   Czasami   myślę,   że   powinniśmy   się 
wyprowadzić z tej dzielnicy, to nie jest dla niego odpowiednie miejsce.

Emanuel potargał Pedera po włosach.'
- Nie sądzę, by Pederowi to zaszkodziło. Wręcz przeciwnie. Nauczy się 

czegoś o życiu, nie tylko o takim, jakie się wydaje z pozoru.

background image

Pani Lovlien uśmiechnęła się z wdzięcznością. W tej samej chwili pan 

Hvalstad wrócił z kantoru. Przyniósł ze sobą butelkę ponczu i postawił ją 
na stole.

- Musimy przecież jakoś uczcić naszego żołnierza, który brał udział w 

obronie ojczyzny - rzekł i uśmiechnął się do Emanuela.

Elise uderzyło, że pan Hvalstad zachowuje się jak gospodarz domu, i 

miała nadzieję, że Emanuel nie pomyślał tak samo.

Emanuel podszedł do szafy narożnej, gdzie stał jego serwis, i przyniósł 

sześć szklaneczek.

- Sześć? - matka spojrzała na niego oszołomiona. - Czy ktoś ma przyjść?
- Peder i Kristian są wystarczająco duzi, żeby trochę spróbować. Poza 

tym Peder właśnie uratował te trzy królewny i zdobył pół królestwa. - 
Mrugnął porozumiewawczo do Pedera.

Kristian ożywił się.
- „A pili i ucztowali hucznie", było napisane w tej książce. „I jeśli nie 

zapili się na śmierć, to jeszcze piją i hulają w najlepsze". - Uśmiechnął się 
dumnie. - To ja opowiadałem im tę bajkę.

Emanuel nalał do szklaneczek. Elise zauważyła, że mamie się to nie 

podobało, ale nie śmiała protestować. Na pewno pomyślała o ojcu, który 
był dobrym i wesołym człowiekiem, zanim nie zniszczył go alkohol.

- Wiesz, kim był autor tej bajki, Peter Christian Asbjornsen, Kristianie?
Kristian skinął głową.
- Nie był zbyt dobrym uczniem, dlatego wysłano go na wieś
1 tam spotkał Jorgena Moe. I razem zebrali bajki.
Emanuel przytaknął:
-   Teraz   opowiem   ci   coś,   czego   na   pewno   nie   usłyszysz   w   szkole. 

Asbjornsen zakochał się w tkaczce tu nad rzeką Aker, prawdopodobnie 
pracowała   w   tkalni   Hjula.   Była   Szwedką   i   nazywała   się   Ma-thilde 
Andersson i jako uboga dziewczyna przyszła boso z Boras do Kristianii w 
poszukiwaniu   pracy.   Była   zdolna   i   po   kilku   latach   zaczęła   pracę   w 
„Fundacji   Eugenii",   żeby   uczyć   młode   dziewczęta   tkactwa.   Potem 
zamieszkała   w   domu   bogatego   i   bezdzietnego   wdowca,   gdzie   również 
mieszkał   Asbjornsen.   Mathilde   odziedziczyła   majątek   po   bogatym 
wdowcu, dostała dom z dużym ogrodem, a Asbjornsen mieszkał u niej 
przez   resztę   życia.   Ich   dom   był   miejscem   spotkań   artystów.   Na   cześć 
Petera Asbjornsena, za jego pracę włożoną w zebranie bajek ludowych, 
przyszli do niego studenci w pochodzie z pochodniami, a na ich czele 
kroczył Bjornstjerne Bjornson. - Emanuel uśmiechnął się. - Jak widzisz, 
życie   Mathilde  Andersson   ułożyło   się   jak   w   bajce.   Z   bardzo   biednej 

background image

robotnicy stała się jedną z najbogatszych kobiet w Kristianii.

Peder wpatrywał się w Emanuela szeroko otwartymi oczami.
- Z Asbjornsenem było prawie tak jak z tym żołnierzem z bajki, który 

ożenił się z królewną, prawda?

Emanuel skinął głową.
- Co prawda nie pobrali się, ale mieszkali razem. Peder odwrócił się 

nagle do matki.

- Dokładnie tak jak ty z panem Hvalstadem, prawda, mamo? Tylko że ty 

nie masz zamku. Ale salon majstra też nie jest najgorszy, jak pan myśli, 
panie Hvalstad?

Matka zrobiła się pąsowa na twarzy, a Asbjorn Hvalstad niespokojnie się 

poruszył na krześle.

- Nie, nie jest zły, Pederze. - Uśmiechnął się przepraszająco do Elise i 

Emanuela,   jak   gdyby   to   była   jego   wina,   że   Peder   uznał   ten   dom   za 
własność matki.

Elise pośpiesznie zaczęła dolewać wszystkim kawy.
Kiedy Elise i Emanuel położyli się spać tego wieczoru, Emanuel wsunął 

ręce pod głowę i wpatrywał się w sufit.

- Mówiłaś, że nie powiedzieliście jeszcze Pederowi, że twoja matka i 

pan Hvalstad zamierzają się pobrać, ale wyraźnie widać, że chłopak co 
nieco   rozumie.   -  Uśmiechnął   się   szeroko.   -  To   było   całkiem  zabawne. 
Zwłaszcza widok twojej matki i Hvalstada, jak się zmieszali. Zastanawiam 
się, czy moja teściowa jest tak niewinna, na jaką stara się wyglądać. - 
Wyciągnął ręce do Elise. - Może jest tak pełna pożądania i ognista jak jej 
córka?

Elise   przysunęła   się   bliżej   męża   pod   pierzyną.  To   był  miły   wieczór, 

pomyślała, mimo że zapowiadał się na niespokojny.

- Teraz nikt nie przyjdzie i nam nie przeszkodzi - szepnął jej do ucha.
Pokręciła głową.
- A jeśli jednak ktoś przyjdzie, będziemy udawać, że śpimy.
Obudzili   się   następnego,   niedzielnego   poranka,   który   wstał   jasny,   z 

czystym niebieskim niebem i płonącym słońcem, przybrany w jaskrawe 
jesienne barwy.

Elise   od   razu   otrząsnęła   się   ze   snu.   Może   mogliby   się   wybrać   do 

Grefsen, pomyślała z entuzjazmem. Emanuel zamierzał wyjechać dopiero 
przed wieczorem, mieli więc dla siebie całe przedpołudnie.

Poznała po słońcu, że jest późny ranek. Nie słyszała żadnych odgłosów 

z kuchni, to dziwne, że mama i bracia jeszcze nie wstali.

- Emanuelu? - szepnęła i ostrożnie pogładziła go po policzku. Zamrugał 

background image

oczami.

- Mm.
-   Chyba   zaspaliśmy.   Masz   w   pobliżu   swój   zegarek?   Zamiast 

odpowiedzieć, przyciągnął ją ku sobie.

- Jesteś taka cudowna bez ubrania. - Zaczął pieścić jej ciało. - Chcę tak 

leżeć do samego wyjazdu.

- Dziwne, że nie słyszałam krzątaniny mamy i chłopców.
- Pewnie  przez wzgląd  na nas zachowują się  cicho, byśmy  mogli w 

spokoju się wyspać. - Pocałował ją, długo.

Poczuła,   jak   rośnie   jego   tęsknota,   i   zauważyła,   że   jej   własne   ciało 

odpowiedziało, wysyłając słodkie impulsy. Dobrze było mieć go blisko, 
skryć się w jego ciepłych, silnych ramionach, wiedzieć, że ją kocha.

Była   gotowa,   kiedy   w   nią   wszedł,   lubiła   to,   czuła   radość,   że   może 

dawać, i gdy widziała jego zapał i gotowość, by odwzajemnić się tym 
samym.   Kiedy   Emanuel   na   dobre   wróci   do   domu,   znikną   paczki   i 
mężczyzna o kulach, a także strach przed nieznaną młodą dziewczyną o 
imieniu   Signe.   Również   to   bolesne   uczucie,   którego   doznała   na   ślubie 
Johana,   zagoi   się   niczym   rana.   To   z   Emanuelem   miała   spędzić   resztę 
życia,,   to   jemu   obiecała   miłość   i   uczciwość,   dopóki   śmierć   ich   nie 
rozłączy,  to  jemu   powinna   poświęcić  całą   swoją  uwagę,  swoje  myśli i 
tęsknoty.

- Tak mi dobrze przy tobie, Elise - szepnął i na nowo zaczął ją pieścić.
W tej samej chwili usłyszeli, że drzwi z pokoiku do kuchni otworzyły 

się   z   hałasem,   potem   matkę,   uciszającą   chłopców,   i   szuranie   stołków. 
Przez ścianę dochodziły wszystkie dźwięki, nawet to, że matka rozpala w 
piecu, odsuwa na bok fajerki, żeby nastawić czajnik z kawą, jak gdyby 
znajdowali się w tym samym pomieszczeniu.

- Przecież już późno! Po co mają tyle spać? - Peder najwyraźniej nie był 

zadowolony, że sami z matką mają usiąść do śniadania.

- Pan Hvalstad i Anne Sofìe zaraz przyjdą - rozległ się cichy głos matki.
Emanuel czule gładził dłonią ciało Elise, starał się ją rozbudzić.
- Nie powinien zaraz wyjeżdżać, nie widzieliśmy go tyle czasu. - W 

głosie Pedera brzmiało rozczarowanie. - Myślałem, że pójdziemy na tamę 
Brekkedammen łowić ryby. Obiecał mi to, kiedy był tu ostatnio.

Nagle otworzyły się drzwi z korytarza i rozległ się głos pana Hvalstada, 

wypoczęty i radosny.

- Dzień dobry wszystkim. Widzieliście, jaką piękną mamy dziś pogodę? 

Nie   ma   nic   równie   pięknego   jak   kolory   września   i   października.   W 
dodatku   wieje   ze   wschodu   i   nie   czujemy   zapachu   rzeki.   Czy   państwo 

background image

Ringstadowie już wyszli z domu?

Emanuel przekręcił się na plecy, chciał, żeby Elise na nim usiadła.
- Lubię tak na ciebie patrzeć - szepnął i wziął w dłonie jej piersi.
- Boję się, że chłopcy mogą nagle wejść.
- Nie zrobią tego. Twoja matka rozumie więcej, niż myślisz. Zwróciłaś 

uwagę na jej spojrzenie, kiedy wróciła wczoraj do domu? - uśmiechnął się.

Wtedy za ścianą rozległ się znowu głos Pedera.
- Słyszałem, że ktoś tam rozmawia.
- Muszą trochę ze sobą porozmawiać w ciągu tych kilku godzin, które 

zostały   do   wyjazdu   Emanuela   -   głos   matki   brzmiał   surowo,   widać 
obawiała   się,   że   Peder   mógłby   niespodziewanie   dopaść   do   drzwi   i   je 
otworzyć.

- Jak myślisz, czy już się obudzili?
- Nie sądzisz, że powinniśmy poczekać z niedzielnym śniadaniem, aż 

wszyscy się zbiorą przy stole, Jensine? - rozległ się głos pana Hvalstada. - 
U nas w domu nikomu nie wolno było zacząć jeść, zanim wszyscy nie 
usiedli do stołu. Dla nas niedziela była dniem świętym, kładliśmy na stół 
czysty i wyprasowany obrus, a dzieci zasiadały do śniadania uczesane i 
ubrane w odświętne ubrania.

- U nas w Ulefoss było tak samo. - W głosie pani Loylien zabrzmiała 

tęsknota.   -   Wszyscy   szli   do   kościoła   i   nikt   nie   mógł   zabrać   się   do 
jakiejkolwiek pracy poza tym, co było absolutnie konieczne. Moja matka 
nawet wieczorem nie brała się do prasowania, chociaż wydaje mi się, że aż 
ją   korciło.   Miała   ośmioro   dzieci   na   wychowaniu   i   ich   skarpetki, 
rękawiczki, czapki i wstążki, musiała wykorzystywać każdą chwilę.

-   Myślę,   że   powinnaś   ich   obudzić.   Twoja   córka   będzie   na   pewno 

rozżalona, gdy się okaże, że zaspała.

Emanuel   był   w   niej,   leżał   z   zamkniętymi   oczami   i   najwyraźniej   nie 

słyszał ani słowa z rozmowy w kuchni.

- Emanuel...? Skrzywił się w odpowiedzi.
- Słyszałam, że Hvalstad zaproponował matce, żeby nas obudziła.
- Nie, Elise! - jęknął.
Nagle   Elise   wydało   się,   że   słyszy   za   drzwiami   zbliżające   się   kroki, 

przewróciła się na bok i naciągnęła pierzynę aż po brodę, paląc się ze 
wstydu.

Emanuel usiadł na łóżku.
- Co ty wyprawiasz? - spytał zdenerwowany. Rozległo się pukanie do 

drzwi.

- Elise i Emanuel? Śniadanie gotowe.

background image

Elise natychmiast odpowiedziała, zanim ktoś zdążył otworzyć.
- Już idziemy.
- Czy nie mogą nas zostawić w spokoju tego jednego ranka, który mamy 

dla siebie? - Emanuel wstał, wciągnął w pośpiechu ubranie i zacisnął usta. 
Wyglądał raczej na rozczarowanego niż rozgniewanego.

- Nie mają wcale złych zamiarów - szepnęła Elise. - Peder tak się cieszy, 

że  jesteś  w  domu,  a teraz  chcieliby  zjeść  z  nami niedzielne śniadanie. 
Możemy tu potem wrócić, gdy wszyscy wyjdą. Jestem pewna, że mama i 
pan Hvalstad dziś też pójdą na spacer, tak jak poprzedniej niedzieli.

Wstała z łóżka i zaczęła się ubierać. Włożyła białe reformy z koronką, 

które nosiła w niedzielę, zawiązała tasiemki, zapięła gorset i zawiązała 
pończochy   pod   kolanami   za   pomocą   czerwonych   wstążek.   Potem   w 
pośpiechu podeszła do Emanuela i zarzuciła mu ręce na szyję.

- Tak bardzo cię kocham, Emanuelu. Wiem, że nie jest ci łatwo, ale 

wszystko będzie inaczej, kiedy na dobre wrócisz do domu.

Skinął głową i pocałował ją.
- Na pewno, Elise.
Z   ulgą  zauważyła,   że  odzyskał  dobry   humor.   Odsunęła   się   i  zaczęła 

ubierać dalej.

Emanuel zniknął w kuchni.
- Tak długo spałaś, Elise? Przecież ty zawsze pierwsza wstajesz? - Peder 

spojrzał   na   nią   zdumiony,   kiedy   pojawiła   się   przy   stole   chwilę   po 
Emanuelu.

- Tak, zaspaliśmy. Na szczęście obudził mnie twój głos, Pederze.
Peder uśmiechnął się zadowolony.
- Widzisz, mamo? Następnym razem będę mógł was obudzić, prawda? - 

posłał Emanuelowi niewinne spojrzenie.

- Minie jeszcze trochę czasu, Pederze. Nie sądzę, bym jeszcze dostał 

przepustkę. Następnym razem, gdy przyjadę, zostanę już na stałe.

- I wtedy też będziesz spał w salonie?
- A gdzie indziej mielibyśmy spać? Tu w kuchni nie ma miejsca.
Elise zwróciła uwagę, że pan Hvalstad i matka wymienili niespokojne 

spojrzenia.   Hvalstad   na   pewno   się   obawia*   że   Emanuel   wymówi   mu 
mieszkanie, pomyślała.

Podczas   śniadania   panował   nastrój   podenerwowania.   Pani   Lovlien 

wydawała się zakłopotana, pan Hvalstad niespokojny, a chłopcy nie mogli 
usiedzieć na miejscu, zaczepiali się nawzajem, szurali stołkami i brudzili 
na stole.

-   Nie   rozumiem,   co   się   dzisiaj   z   wami   dzieje   -   rzekła   matka   zre-

background image

zygnowanym głosem. - Mówiłam, że macie siedzieć cicho przy jedzeniu.

Gdy tylko skończyli jeść, pani Lovlien zaczęła szykować się do wyjścia. 

Razem z panem Hvalstadem i Anne Sofie wybierała się do kościoła. Nie 
próbowała namówić Pedera i Kristiana, by poszli z nimi.

Elise stanęła w drzwiach i odprowadzała wzrokiem ich troje. Anne Sofie 

szła między dorosłymi, trzymała ich za rękę, podskakiwała i tańczyła całą 
drogę.   Matka   i   pan   Hvalstad   popatrzyli   na   siebie   i   uśmiechnęli   się. 
Wyglądali jak nieduża szczęśliwa rodzina, pomyślała Elise.

Nagle zorientowała się, że stanął za nią Peder i też wyjrzał na dwór.
- Anne Sofie ma teraz nową mamę. - W jego głosie nie było radości ani 

smutku, wydawało się, że po prostu stwierdził fakt.

Objęła brata ramieniem i przytuliła.
- Ale to nic nie szkodzi, Elise. Mam przecież ciebie. - Uśmiechnął się do 

niej. - Cały czas byłaś jakby moją mamą, a teraz będziesz nią naprawdę.

Popatrzyła na niego zdumiona.
- Dlaczego tak mówisz?
- Jeżeli mama i pan Hvalstad wezmą ślub i przeprowadzą się na ulicę 

nad   Wzgórzem   Świętego   Jana,   gdzie  Ar.ne   Sofie   przedtem   mieszkała, 
wtedy   naprawdę   będziesz   moją   mamą,   a   Emanuel   zostanie   moim   tatą. 
Wtedy ty i on, i Kristian, i ja będziemy jak jedna duża rodzina, a kiedy 
maleństwo   wyjdzie   z   twojego   brzucha,   to   będziemy   mieli   braciszka.   - 
Peder uśmiechnął się zadowolony.

Elise pogładziła go po głowie.
- Nie będzie ci przykro, jeżeli mama się wyprowadzi? Peder wzruszył po 

męsku ramionami.

- Nie, jeśli będę miał ciebie i Emanuela.
Elise   poczuła   dławienie   w   gardle.   Wiedziała,   że   jeśli   Emanuel   nie 

zaakceptuje takiego rozwiązania, będzie musiała dokonać wyboru.

Wiedziała, co by wybrała. Nie mogła zawieść braci, nigdy nie zgodzi się 

na to, by Kristian i Peder musieli opuścić mieszkanie majstra i nie mogli 
zostać razem z nią.

- Zimno jest, chodźmy do domu. - Drżąc, popchnęła go lekko do środka 

i zamknęła drzwi.

- I co, Pederze? Nie wyjdziesz dziś się pobawić z kolegami? - Emanuel 

stał przy piecu i dolewał sobie kawy.

- Nie, wolałbym zostać z wami.
- Elise i ja nie mamy czasu, żeby gdzieś wyjść, rozumiesz. Mamy dużo 

spraw do omówienia przed moim wyjazdem.

- To nic. Posiedzę sobie i powycinam obrazki dla pana Hvalstada.

background image

Emanuel zmarszczył czoło.
- Potrzebujesz świeżego powietrza.
-   Mam   tyle   świeżego   powietrza,   że   przelewa   mi   się   uszami.   Za-

pomniałeś, że pracuję jako pomocnik dorożkarza? - Peder popatrzył na 
Emanuela z dumą w swych dużych niebieskich oczach.

Elise drżała z niepokoju. Modliła się w duchu, żeby Emanuel nie nalegał 

dłużej. Wkrótce na dobre wróci do domu, a wtedy da mu tyle miłości, ile 
tylko zapragnie.

Przyszedł Kristian z wiadrem wody i postawił je na stołku. Potem wziął 

czerpak, który wisiał na drugim wiadrze, i napił się.

- Może moglibyście wybrać się na Brekkedammen na ryby? - Emanuel 

spojrzał na chłopców z nadzieją.

- Tak! - Peder podskoczył z radości. - Właśnie o tym myślałem! Byłem 

pewien, że nie zapomniałeś, Emanuelu!

- Dobrze, w takim razie ruszamy nad zaporę. Peder zwrócił się do Elise.
- A ty w tym czasie możesz ugotować obiad, Elise, żeby Emanuel mógł 

coś przekąsić, zanim pojedzie.

Elise   właśnie   miała   powiedzieć,   że   ma   ochotę   jechać   z   nimi,   ale 

Emanuel ją uprzedził.

- Dobry pomysł, Pederze. To będzie męska wyprawa, prawda? Peder 

roześmiał się zadowolony.

- Tak, świetnie damy sobie radę bez kobiet.
W tej samej chwili Elise zauważyła, że Kristian zerka to na Emanuela, 

to   na   nią,   i   znowu   na   Emanuela.   Dostrzegła   coś   pytającego   w   jego 
spojrzeniu, lecz chłopak nic nie powiedział.

Byli już gotowi do drogi, kiedy Kristian nagle zatrzymał się na środku 

kuchni.

-   Chyba   zostanę   w   domu.   Zapomniałem,   że   mam   dużo   lekcji   do 

odrobienia.

Emanuel   spojrzał   na   niego   zaskoczony,   potem   wzruszył   ramionami, 

wziął Pedera za rękę i wyszedł. Elise zerknęła ukradkiem na Kristiana.

- Zwykle nie masz nic zadawane na poniedziałek. Unikał jej wzroku.
- Zrobiłeś to z mojego powodu czy nie miałeś ochoty iść na ryby?
Wyraźnie się zmieszał.
- Dlaczego nie mogę zostać w domu?
Pogładziła go po włosach, jak zazwyczaj gładziła Pedera.
- Oczywiście, że możesz zostać w domu, Kristianie. Ile tylko chcesz.
I tak długo, jak chcesz, dodała w duchu.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Stół   był   nakryty,   ziemniaki   ugotowane,   a   solony   śledź   czekał   przy-

gotowany na wypadek, gdyby Pederowi i Emanuelowi nie udało się nic 
złowić.

Elise chodziła niespokojnie po kuchni tam i z powrotem. Ani matka z 

panem Hvalstadem, ani też Emanuel z Pederem jeszcze nie wrócili. Po 
słońcu   poznała,   że   zrobiło   się   późno,   a   Emanuel   miał   wrócić 
popołudniowym pociągiem do Kongsvinger. Jeśli chodzi o matkę i pana 
Hvalstada,   to   na   pewno   wybrali   się   po   mszy   na   spacer,   korzystając   z 

background image

pięknej jesiennej pogody, pomyślała.

Kristian  cały  czas trzymał się w pobliżu,  skoro wszyscy  domownicy 

wyjechali,   nanosił   drewna,   porąbał   na   mniejsze   kawałki   i   ciągle   się 
dopytywał, czy jest coś, w czym mógłby pomóc. Elise zerkała na niego 
zdziwiona, ale nie zdobyła się na to, by o coś pytać.

Wreszcie   usłyszeli   Emanuela   i   Pedera.   Peder   mówił   podniesionym   i 

ożywionym   głosem.   Elise.   usłyszała,   jak   wspomniał   o   nauczycielu 
arytmetyki,   którego   w   tajemnicy   nazywano   Glutem,   ponieważ   ciągle 
kapało   mu   z   nosa.   Peder   bał   się   go.   Kiedy   na   Pedera   wypadała   kolej 
odpowiadania przy tablicy, Glut rwał sobie włosy z głowy i krzyczał:

- Jeżeli tego nie rozumiesz, to wykuj na pamięć, Pederze! Wykuj na 

blachę, chłopcze! Wykuj! Myśleć będziesz później!

Kilka   dni   temu   wlepił   Pederowi   szóstkę   z   dwoma   minusami.   Peder 

wpadł   do   kuchni,   trzymając   w   ręku   cztery   małe   rybki.   Rozpierała   go 
duma.

- Żałuj, Kristianie, że cię nie było. To jedyne ryby w całej rzece. Kristian 

uśmiechnął się.

- Skąd wiesz?
- Gdyby pływało ich tam więcej, Emanuel złapałby je na haczyk. Na 

widok   prawdziwego   żołnierza   z   wędką   na   pewno   nie   miałyby   odwagi 
odmówić.

Emanuel rozejrzał się dookoła.
- A gdzie jest twoja matka?
- Jeszcze nie wrócili.
- Jeszcze nie? Mieli chyba tylko iść do kościoła, prawda?
-   Pewnie   wybrali   się   jeszcze   na   spacer,   skoro   jest   tak   ładnie.   Elise 

zaczęła czyścić ryby, soliła je, maczała w mące i kładła na patelnię.

W tej samej chwili na zewnątrz rozległy się podniecone głosy i szybkie 

kroki. Drzwi otworzyły się z impetem i pojawiła się w nich pani Lovlien.

- Możecie przyjść nam pomóc? Jakiś młody mężczyzna wpadł do rzeki.
Elise szybko odstawiła patelnię i ułożyła fajerki na miejsce. Wypadła na 

dwór, a za nią pośpieszyli pozostali. Po drugiej stronie mostu, gdzie rzeka 
płynie   trochę   spokojniej,   Elise   dostrzegła   pana   Hvalstada,   jak   usiłuje 
wyciągnąć na brzeg ociekającego wodą człowieka.

Emanuel   w   mgnieniu   oka   znalazł   się   przy   nim   i   pomógł   ratować 

nieszczęśnika.   Następnie   obaj   mężczyźni   podnieśli   topielca   na   nogi   i 
unieśli między sobą. Peder i Kristian chcieli im pomóc, ale zrozumieli, że 
tylko   przeszkadzają.   Elise   pobiegła   przodem,   żeby   otworzyć   drzwi   do 
kuchni, by młody człowiek szybko znalazł się w cieple.

background image

- Położymy go najpierw na podłodze, żeby zdjąć z niego mokre ubranie 

- zadecydował Emanuel zdyszany. - Wygląda na to, że stracił przytomność.

-   Poszukam   jakiegoś   ubrania   po   Mathiasie   -   zaproponowała   pani 

Lovlien żywo i ruszyła do pokoiku.

- A ja pójdę chyba na poddasze się przebrać - rzekł pan Hvalstad. Był 

blady i wyczerpany ze zdenerwowania, woda kapała z niego, głos drżał.

-   Elise   mi   pomoże   -   odparł   Emanuel   i   zaczął   rozpinać   mężczyźnie 

guziki.

Po   chwili   wróciła   matka   i   przyniosła   jakieś   znoszone   spodnie,   starą 

koszulę   i   podkoszulek.   Elise   razem   z   Emanuelem   mocowali   się   z 
nasiąkniętym   wodą   ubraniem   młodego   człowieka,   próbując   je   z   niego 
ściągnąć. Po chwili Emanuel zwrócił się do pani Lovlien:

- Jak to się stało?
- Nie wiem. To Asbjorn zauważył go z mostu. Widzieliśmy tylko ciemny 

tłumok unoszony prądem rzeki. Gdyby Asbjorn nie skoczył do wody, to na 
pewno... - zamilkła i zagryzła wargę.

- Chciałaś powiedzieć, że porwałby go wodospad? - Peder spojrzał na 

matkę przerażony.

Pani Lovlien przytaknęła i przeszedł ją dreszcz.
-   Elise,   idź   do   salonu   i   przynieś   butelkę   wódki,   która   stoi   w   szafie 

narożnej - polecił Emanuel rozgorączkowany.

Elise wyszła pośpiesznie, żeby zrobić to, o co prosił.
- Musimy z niego zdjąć tę mokrą czapkę i podkoszulek - usłyszała słowa 

matki, otwierając drzwi do salonu. Cieszyła się, że nie musi asystować do 
końca przy rozbieraniu mężczyzny. Znalazła butelkę z alkoholem i czym 
prędzej wróciła do kuchni.

W tym samym czasie zszedł na dół pan Hvalstad, zmiana ubrania nie 

zajęła mu wiele czasu.

- Jak wam idzie?
Emanuel w pośpiechu nie odpowiedział.
-   Kristian,   dołóż   więcej   drewna   do   pieca,   proszę.   Musimy   dobrze 

nagrzać, żeby nie dostał zapalenia płuc.

Matka   wyjęła   ręczniki;   jednym  z   nich   owinęła   mężczyźnie   głowę,   a 

drugim niezgrabnie próbowała go wytrzeć, zanim Emanuel wciągnął na 
niego suchy podkoszulek.

- Pewnie uległ jakiemuś wypadkowi. Połowę głowy ma ogoloną i widać 

wyraźne ślady po dużej ranie. Ma też szramy na całym ciele. Teraz kobiety 
niech się odwrócą; ściągnę mu spodnie.

Elise   zakręciło   się   w   głowie;   mruknęła   pod   nosem,   że   musi   coś 

background image

przynieść z salonu, i starając się utrzymać równowagę, ruszyła w stronę 
drzwi. Czyżby to był...? Gdy tylko znalazła się sama, oparła się o framugę; 
czuła,   jak   gdyby   cały   pokój   się   kołysał.   Panie   Jezu,   to   nie   może   być 
prawda!   Na   pewno   wielu   innych   było   rannych   w   głowę.  Tamten   miał 
bandaż, ten tylko czapkę. Poza tym nie miał kuł, to na pewno ktoś inny.

Jakiś   wewnętrzny   głos   podszepnął:   „Skąd   możesz   wiedzieć,   że   nie 

chodził o kulach?"

Kręciło jej się w głowie, nie była w stanie jasno myśleć. To nie może 

być on...

-   Elise,   czy   możesz   tu   przyjść   na   chwilę?   -   To   wołał   Emanuel. 

Zaczerpnęła głęboko powietrza i niemal zatoczyła się do tyłu.

Gdyby to był ten sam, który ją prześladował, Emanuel nie może się o 

tym dowiedzieć. Nigdy! Nie wiedział nic o rannym żołnierzu, który kręcił 
się w pobliżu domu majstra. Oszalałby z wściekłości, gdyby się o tym 
dowiedział i domyślił, kim jest uratowany mężczyzna.

- Słucham?
Matka spojrzała na nią zdziwiona.
- Czy coś się stało, Elise? Jesteś taka blada.
- Nie, tylko... ja...
- Biedactwo. W ciąży dużo gorzej się wszystko znosi. Ale będzie dobrze, 

zobaczysz. Powinniśmy dziękować Bogu, że go w porę zauważyliśmy i 
uratowaliśmy mu życie. Nie mógł zbyt długo przebywać w wodzie, na 
szczęście nie jest jeszcze tak zimno. Nie sądzę, by nabawił się zapalenia 
płuc.

-   Elise,   możesz   mi   podać   łyżeczkę?   Spróbuję   wlać   mu   do   ust   kilka 

kropel wódki.

- Mogłeś mnie o to poprosić - głos matki brzmiał nieco surowo. Elise 

przyniosła łyżeczkę, starając się nie patrzeć w dół na mężczyznę leżącego 
na podłodze.

- Pójdę się położyć, nie czuję się najlepiej - wymamrotała.
-   Tak,   połóż   się,   moje   dziecko.   Poradzimy   sobie   bez   ciebie.   Kiedy 

podeszła do drzwi, usłyszała, jak mama mówi cicho:

-   To   całkiem   naturalne.   Ja   też   przez   to   przechodziłam,   kiedy 

spodziewałam   się   dzieci.   Kobiety   są   wtedy   takie   wrażliwe,   źle   znoszą 
zarówno swoje, jak i cudze nieszczęścia.

Elise położyła się na posłaniu rozłożonym w salonie na podłodze na 

czas pobytu Emanuela na przepustce. Czuła mdłości. Zaraz zdejmą temu 
człowiekowi ręcznik z głowy. Jeżeli mężczyzna ma rude kręcone włosy, 
wtedy   już   będzie   wiedziała   na   pewno.   Nie   zniesie   tego!   Może   straci 

background image

panowanie nad sobą, może się na niego rzuci. Matka niczego nie będzie 
rozumiała.   Ani   nikt   inny.   Dopiero   potem   być   może   Emanuel   dozna 
olśnienia. Ale nie wolno jej ryzykować.

Drzwi otworzyły się cicho i do środka weszła pani Lovlien.
Elise natychmiast zamknęła oczy, udawała, że śpi.
- Elise? - matka pochyliła się nad nią i pogładziła po włosach. - Moje 

biedactwo. Mogę cię pocieszyć, że wszystko się ułoży. Już otworzył oczy i 
chyba dochodzi do siebie. Początkowo myśleliśmy, że będzie trzeba posłać 
po lekarza, ale Emanuel uważa, że powinniśmy poczekać. Jeżeli to jakiś 
nieszczęśnik, który usiłował popełnić samobójstwo, to najpierw, jak radzi 
Emanuel, trzeba spróbować z nim porozmawiać. Lekarz, gdy się o tym 
dowie, ma chyba obowiązek zgłosić to na policję. Ten mężczyzna i tak ma 
pewnie od dawna jakieś kłopoty.

Elise nie odpowiedziała, ale kiwnęła głową na znak, że słyszała. Matka 

wyprostowała się.

- Leż i odpoczywaj. Wyniesiemy do kuchni jakiś słomiany materac i 

pozwolimy   temu   człowiekowi   tu   zostać,   zanim   nie   wróci   do   zdrowia. 
Usmażę rybę do końca, żeby Emanuel mógł coś zjeść przed wyjazdem.

Elise   usłyszała,   że   matka   wyszła   do   kuchni.   Dobiegły   ją   głosy 

pozostałych domowników, którzy rozmawiali ze sobą niemal szeptem, jak 
to jest w zwyczaju, gdy w domu leży ktoś poważnie chory. Zadrżała, gdy 
pomyślała, jak to się dziwnie złożyło: oto wszyscy dmuchają i chuchają na 
„biedaka" wyłowionego z rzeki, nie mając pojęcia o tym, że to on jest 
sprawcą   jej   nieszczęścia.   Gdyby   o   tym   wiedzieli,   prawdopodobnie 
wrzuciliby go z powrotem.

Nagle poczuła nieodpartą potrzebę sprawdzenia, czy to rzeczywiście on. 

Wstała, nogi pod nią drżały. Z bijącym sercem podeszła do drzwi, uchyliła 
je i wyjrzała.

Mężczyzna leżał na jednym z materacy niedaleko od niej. Twarz miał 

odwróconą   w   drugą   stronę.   Widoczną   część   głowy   pokrywały   krótko 
przystrzyżone rude kręcone włosy.

Szybko   na   powrót   zamknęła   drzwi,   oparła   się   o   framugę,   z   trudem 

łapiąc   powietrze.   To   nie   może   być   nikt   inny!   Johan   uratował   tego 
człowieka, on wie, kto to jest. Niemożliwe, by istniało dwóch mężczyzn o 
rudych   kręconych   włosach,   którzy   mniej   więcej   w   tym   samym   czasie 
ulegli wypadkowi i zranili się w głowę.

I oto ów człowiek znajduje się w tym domu, w jej domu, opiekuje się 

nim   i   pielęgnuje   go   jej   rodzina   i   otacza   największą   troską.   Wprost 
niewiarygodne, że to się mogło zdarzyć.

background image

A  więc   jednak   zamierzał   popełnić   samobójstwo   wtedy,   gdy   stał   na 

moście   i   wpatrywał   się   w   wodę.   Jaka   szkoda,   że   go   uratowano!   Nie 
zasługuje   na   to,   by   żyć.   Właściwie   powinna   teraz   wpaść   do   kuchni   i 
wykrzyczeć, czego ten człowiek się dopuścił. Wtedy być może inaczej by 
śpiewali.

Ale nie mogła tego zrobić. Matka i bracia byli przekonani, że Emanuel 

jest   ojcem   dziecka,   którego   Elise   się   spodziewa,   i   nadal   muszą   w   to 
wierzyć. To tajemnica, którą musi nosić w sobie przez resztę życia i zabrać 
ze sobą do grobu. To niedobrze, że Agnes i Hilda znają prawdę, ale nikt 
więcej nigdy nie może jej poznać.

Elise zwinęła się w kłębek pod kołdrą i wsunęła do ust rąbek poduszki, 

żeby stłumić płacz.

Rozległo się pukanie i do salonu wszedł Emanuel. Podszedł do łóżka, 

przystanął   i   przez   chwilę   się   jej   przyglądał.   Czuła,   że   dziwi   go   jej 
zachowanie.

- Elise, muszę jechać. Uniosła głowę.
- Już? - Wstała. - Wybacz mi, Emanuelu, nagle zrobiło mi się słabo. - 

Spojrzała mu w oczy, było jej jednocześnie przykro i wstyd.

Objął ją i przytulił.
- Niedługo znowu będę w domu, Elise. Dbaj o siebie. Napiszę do ciebie, 

gdy tylko będę mógł, a i ty skreśl do mnie kilka słów.

Skinęła głową, wiedziała, że powinna pisać dużo częściej, ale nie miała 

pieniędzy na znaczki. Było. tyle innych ważniejszych wydatków.

- A jak się czuje ten mężczyzna? - Musiała bardzo się starać, by ukryć 

odrazę, która ją ogarnęła.

- Przeżyje.
- Może pan Hvalstad będzie mógł go odprowadzić? Chyba nie musimy 

trzymać go tu dłużej, niż to konieczne?

Emanuel odsunął ją nieco od siebie i przyjrzał się jej ze zdziwieniem.
- Ten człowiek miał wypadek, a teraz wpadł do rzeki. Albo zamierzał 

popełnić samobójstwo. - Zmarszczył czoło, nadal jednak bacznie się jej 
przyglądał. - Jest naszym bliźnim i potrzebuje naszej troski. Musimy się 
sobą nawzajem opiekować. Powiedziałem, że może zostać tak długo, jak 
długo to będzie konieczne. Na pewno będziesz mogła z nim porozmawiać, 
gdy się lepiej poczujesz. Chciałbym móc odłożyć swoją podróż - mówił 
dalej   -   żeby   zobaczyć,   że   wraca   do   zdrowia,   ale   muszę   jechać 
popołudniowym pociągiem, bo inaczej grozi mi paka.

Elise   skinęła   głową.   Miała   ochotę   się   rozpłakać,   ale   się   opanowała. 

Emanuel  nie  rozumiał  naturalnie,  dlaczego   tak  zareagowała.  Być może 

background image

pomyślał, że jest bezduszną egoistką. Gdyby wiedział... Zagryzła wargę.

- Ty też na siebie uważaj. Będę częściej pisać.
Kiwnął głową, po czym odwrócił się od niej i zaczął pakować rzeczy.
Musiała   go   odprowadzić,   żeby   nie   budzić   podejrzeń.   Ze   wzrokiem 

sztywno utkwionym w drzwi wyszła z Emanuelem na ganek.

- Wszystkiego dobrego, Emanuelu. - Objęła go. - Przykro mi - szepnęła 

mu do ucha. - Z powodu dzisiejszego przedpołudnia.

Uśmiechnął się.
- Dokończymy to kiedyś - odpowiedział szeptem.
Stała   i   patrzyła,   jak   przechodzi   przez   most   i   dalej   między   wielkimi 

budynkami fabryki. Powiedział, że woli iść do miasta ulicą Maridalsveien.

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Matka odwróciła się do Elise.
- Odzyskał świadomość! - rzekła z radością. - Odzyskał przytomność i 

zastanawia się, gdzie jest.

Elise zmusiła się, żeby nie spojrzeć na mężczyznę, i ruszyła prosto do 

drzwi do salonu.

- Położę się jeszcze. Przykro mi, że nie mogę wam pomóc, ale tak mi się 

kręci w głowie.

- Kochanie, co się z tobą dzieje? Dziś rano nie zauważyłam u ciebie nic 

niepokojącego. Chyba nie zjadłaś nic, co by ci zaszkodziło?

Elise pokręciła głową, czuła, że nie wytrzyma dłużej w kuchni. Kiedy 

szła do salonu, usłyszała głos Pedera.

- Zachowuje się tak, odkąd go uratowaliśmy. Myślę, że myśli o ojcu. 

Albo o braciszku Pingelena, którego Emanuel wyłowił z rzeki. Mi też jest 
trochę niedobrze - dodał i roześmiał się dziwnym, nerwowym śmiechem. - 
Ja też bym wpadł, gdyby Elise... - Urwał nagle.

- Gdyby Elise co? - pomogła mu matka.
Elise   przystanęła   w   milczeniu   z   ręką   na   klamce,   żeby   usłyszeć,   co 

odpowie.

- Tylko żartowałem, wiesz. Zawsze robisz się taka dziwna na twarzy, 

kiedy o tym mówię, że jak gdyby nie mogę się powstrzymać.

- On próbuje coś powiedzieć! - Głos pana Hvalstada dotarł przez ścianę. 

background image

- Chodź i pomóż mi, Pederze, słyszysz lepiej niż ja.

Elise  usiadła  na  brzegu łóżka  i wytężyła słuch,  żeby   wyłowić  każde 

słowo.

- Mówi, że boli go głowa i chce iść do domu.
- Jak się pan nazywa i gdzie pan mieszka? - Pan Hvalstad mówił głośno 

i wyraźnie jak do przygłuchego.

Elise   wstrzymała   oddech.   Teraz   wreszcie   otrzyma   ostateczne   po-

twierdzenie swych domysłów, pomyślała, czując, że zdrętwiała.

- Nie słyszę? - rozległ się znowu głos Hvalstada.
- Mówi, że nazywa się Ansgar Mathiesen i mieszka na Gjetemyrsveien - 

Peder powtarzał z ożywieniem, dumny, że może pomóc.

-   Jak   pan   myśli,   czy   zdoła   pan   wstać?   Musi   pan   spróbować   mówić 

trochę głośniej, bo pana nie słyszę.

- Mówi, że zranił się w nogę i chodzi o kulach. - Tym razem to Kristian 

zdołał zrozumieć, co wymamrotał nieznajomy.

Nagle   do   rozmowy   wtrąciła   się   Anne   Sofie,   która   zawołała   swym 

jasnym, czystym głosem:

- To ten biedny człowiek!
-   Widziałaś   go   przedtem,   Anne   Sofie?   -   Hvalstad   wydawał   się 

zaskoczony.

- Tak. Miał  bandaż na  głowie  i  tyczkę.  Dwie  tyczki  -  poprawiła  się 

szybko.

- Gdzie go spotkałaś?
- U mamy Larsine. Za domem.
- Mogę pójść do mamy Larsine i zapytać, czy coś o nim wie - Elise 

usłyszała,   jak   zaofiarowała   się   matka.   Zaraz   potem   rozległ   się   odgłos 
otwieranych drzwi i domyśliła się, że matka wyszła.

Na chwilę w kuchni zapanowała cisza.
- Co z nim zrobimy, panie Hvalstad?
-   Też   się   nad   tym   zastanawiam.   Szkoda,   że   pan   Ringstad   musiał 

wyjechać, bo moglibyśmy go razem wziąć pod ręce.

-   Już   wiem!   -   Elise   znowu   usłyszała   głos   Pedera.   -   Może   poproszę 

dorożkarza Karlsena! Chyba zgodzi się podwieźć go za darmo, gdy się 
dowie, że on prawie się utopił.

- To nie jest głupi pomysł, Pederze. Idź i od razu go zapytaj.
- A co zrobimy z jego ubraniem? Ma na sobie koszulę, podkoszulek i 

spodnie taty.

- Na pewno później dostaniemy to z powrotem.
W kuchni po wyjściu Pedera znowu zrobiło się cicho.

background image

Elise   nadal   siedziała   na   brzegu   łóżka,   zesztywniała   i   spięta,   i   na-

słuchiwała. Słyszała, jak pan Hvalstad tłucze garnkami i patelnią, skrobie 
sztućcami   o   blaszane   talerze,   i   domyśliła   się,   że   nałożył   sobie   obiad. 
Zaburczało jej w brzuchu z głodu.

- Dobrze, że mamy ciebie, Kristianie - rozległ się pełen uznania głos 

pana Hvalstada. - Jesteś spokojny i opanowany. Ktoś by mógł pomyśleć, 
że między tobą a Pederem jest większa różnica wieku.

Otworzyły się drzwi. Matka wróciła, była zdyszana.
- Matka Larsine nie miała pojęcia, o czym mówię, nie widziała nikogo o 

kulach i uważa, że to bujna fantazja Anne Sofie spłatała jej figla. A co z 
nim?

-   Myślę,   że   wraca   do   siebie,   ale   niełatwo   jest   cokolwiek   z   niego 

wydobyć. Peder poszedł poprosić dorożkarza Karlsena o pomoc.

- Mój drogi, nie stać nas na to! To kosztuje majątek.
- Peder pomyślał, że może pan Karlsen zrezygnuje z zapłaty, jeśli się 

dowie, o co chodzi.

- Nie jestem tego pewna. Czy Elise nadal leży? W głosie matki brzmiało 

zdumienie.

- Tak. Wygląda na to, że niewiele może znieść.
Elise   wydało   się,   że   wyczuła   w   głosie   Hvalstada   nutę   pretensji. 

Prawdopodobnie   uważał,   że   powinna   raczej   pomyśleć   o   uratowanym 
nieszczęśniku, a nie o sobie.

- Jedliście już? Obiad stoi i zsycha się. Myślę, że trochę przekąszę. Elise 

nie będzie chyba chciała nic jeść, skoro się źle czuje.

Znowu zapanowało milczenie. Elise zastanowiła się, co robią. Usłyszała 

chrobotanie   sztućców   o   blaszany   talerz   i   szuranie   taboretu   o   podłogę, 
potem   ktoś   dołożył   do   pieca   i   odsunął   na   bok   fajerki.   Może   mama 
nastawiła   czajnik   z   kawą,   żeby   pan   Hvalstad   mógł   się   napić   czegoś 
rozgrzewającego.

Wreszcie usłyszała otwierane z impetem drzwi i Pedera, który wpadł do 

kuchni jak burza.

- Koń czeka na dole i Karlsen już idzie! Pomoże nam.
- Nie weźmie zapłaty? - spytała mama z powątpiewaniem.
- Tak. My uratowaliśmy tego biedaka w połowie, a on uratuje go do 

reszty, jak powiedział. Poza tym jest mi winien trzydzieści are.

- Kochany, nie możesz poświęcać swojej wypłaty na pomoc obcemu 

człowiekowi.

- On już nie jest obcy. Wydaje mi się miły. I ma kręcone włosy. Elise 

wyobraziła sobie, że Peder zakłopotany przeciągnął dłonią

background image

po swojej niesfornej grzywce.
- Czy on tutaj leży? - odezwał się jakiś obcy głos.
- Bardzo dziękuję, panie Karlsen. - Głos mamy brzmiał przymilnie. - To 

strasznie miło z pana strony, że zgodził się pan nam pomóc. Nie mam 
pojęcia,   jak   inaczej   udałoby   się   nam   przetransportować   go   do   domu. 
Mówi, że mieszka na Gjetemyrsveien.

- Wydaje mi się, że już go kiedyś widziałem. Kręcił się tu po okolicy, 

chodził   o   kulach   i   z   bandażem   na   głowie.   Niektórzy   widywali   go   na 
moście i zastanawiali się, czy przypadkiem nie zamierza skoczyć do rzeki. 
Mówią, że był żołnierzem i że kiedyś w czasie ćwiczeń spadł z urwiska. 
Teraz przeniesiono go do cywila. Hej, kamracie! Pomóż trochę. Oprzyj się 
na mym ramieniu.

Rozległy   się   na   zmianę   lekkie   i   ociężałe   kroki   i   wreszcie   drzwi 

zatrzasnęły się. Zaległa cisza.

Elise zasłoniła ręką usta, żeby powstrzymać płacz. Sama nie rozumiała, 

dlaczego zareagowała w ten sposób. Minęło kilka miesięcy od tamtej pory, 
gdy to się stało, i chociaż wiedziała, że będzie nienawidzić tego człowieka 
do końca życia, zwątpienie już dawno minęło, a pozostała jedynie gorycz. 
To, że siedzi tu i płacze jak dziecko, to do niej niepodobne.

Długo   odczekała,   zanim   wyszła   do   kuchni.   Na   zewnątrz   zrobiło   się 

ciemno,   nad   kuchennym   stołem   zapalono   lampę   parafinową.   Siedzieli 
wokół stołu: pan Hvalstad z książką, mama ze starą gazetą, Kristian z 
zeszytem jakiejś serii, który pożyczył od kolegi z klasy. Seria nosiła tytuł 
Nat   Pinkerton   i   opowiadała   o   krwawych   walkach   między   białymi   i 
Indianami. W kącie za piecem siedzieli Peder i Anne Sofie i bawili się 
żołnierzykami z guzików, które nie były już żołnierzykami.

Matka podniosła wzrok znad gazety.
- Czy już ci lepiej? Elise skinęła głową.
- Nie rozumiem, co się ze mną stało. Czułam, jakbym miała zemdleć. 

Dokładnie jak tego dnia w przędzalni, kiedy Ropucha wymówił mi pracę.

- Połóż się wcześniej, a jutro nie przemęczaj się.
- Nie mogę. Jutro przed południem musimy oddać ostatni chodnik. A co 

z nim?

- Peder poprosił dorożkarza Karlsena o pomoc, a on okazał się miły i 

zabrał tego człowieka. Biedak, tak mi go żal. Nie udało nam się zbyt wiele 
od   niego   dowiedzieć,   ale   poznałam   po   jego   oczach,   że   jest   głęboko 
nieszczęśliwy.   Jestem   przekonana,   że   to   nie   był   wypadek,   lecz   próba 
samobójcza. Dorożkarz Karlsen opowiadał, że widywał go tu w okolicy, 
jak z bandażem na głowie kuśtykał o kulach. Niektórzy twierdzą, że był 

background image

żołnierzem, którego zwolniono z wojska, ponieważ uległ wypadkowi. To 
jeszcze gorsze. Taki młody chłopak, który bronił naszego kraju, teraz być 
może został okaleczony na całe życie.

Elise skinęła głową w milczeniu.
Nagle matka westchnęła przestraszona i poderwała się od stołu.
- Zapomnieliśmy o jego ubraniu! Leży tam w kącie na kupce. Całkiem 

mokre.

- W takim razie jesteśmy kwita - stwierdził Kristian sucho. - On ma 

rzeczy naszego ojca.

Matka unosiła ubranie, jedną sztukę za drugą.
- Nie możemy zatrzymać tego wszystkiego. Rzeczy ojca były stare i 

zniszczone, a te są porządne i drogie. Spójrzcie na tę koszulę! Jest prawie 
nowa. A ta kurtka! Takiej kosztownej kurtki Mathias nie miał nigdy w 
życiu. Koniecznie musimy je oddać.

Pan Hvalstad włączył się do rozmowy.
- Ale przecież nie wiesz, gdzie ten człowiek mieszka. 
Na Gjetemyrsveien jest wiele domów.
-   Peder   może   zapytać   o   adres   dorożkarza   Karlsena.   -   Pani   Lovlien 

zwróciła się do Elise. - Masz przecież jutro dostarczyć chodnik tej starszej 
kobiecie, która mieszka na Ullevalsveien, na samym szczycie Wzgórza 
Świętego   Jana.   Stamtąd   jest   już   niedaleko   do   Gjetemyrsveien.   Może 
mogłabyś do niego wstąpić, oddać mu te rzeczy, a przy okazji odebrać 
nasze?

Elise spojrzała na matkę przerażona.
- Chcesz powiedzieć, że mam iść do niego do domu?  Zastanów się, 

może jego rodzice nie wiedzą, co się stało?

- Skąd możesz wiedzieć, czy mieszka z rodzicami? Może jest żonaty? 

Albo   wynajmuje   u   kogoś   mieszkanie.   Tak   czy   owak,   ktoś   musiał 
zauważyć, że wrócił do domu w nie swoim ubraniu.

- Jeżeli wynajmuje mieszkanie, to nikt nie interesuje się tym, co on ma 

na sobie. Wyobraź sobie, jak ten człowiek się zawstydzi, gdy do niego 
zapukam, a on na mój widok zrozumie, że wiem, co zrobił.

- Nic na to nie poradzimy, nie możemy zachować tych drogich rzeczy. 

Nie są nasze. Byłoby to równoznaczne z kradzieżą.

Elise poczuła, że się poci.
- Nie wiem, czy jutro dam radę, mamo. Na pewno nie, jeśli będę się tak 

czuła   jak   dzisiaj.   Czy   Peder   albo   Kristian   nie   mogliby   zwrócić   tych 
rzeczy?

Matka przybrała surowy wyraz twarzy. Elise pamiętała ją taką z czasów, 

background image

kiedy łajała ich za to lub tamto.

-   Wiesz   dobrze,   jak   długo   chłopcy   pracują.   Nie   ma   znaczenia,   czy 

spędzisz przy krosnach godzinę mniej. Jeżeli nie będziesz miała siły jutro, 
możesz odłożyć to do pojutrza.

- Ale może pan Karlsen będzie kogoś wiózł do któregoś z domów w 

pobliżu,   wówczas   Peder   mógłby   podrzucić   ubranie   w   tym   czasie,   gdy 
pasażerowie będą płacić i wysiadać.

- Co się z tobą dzieje, Elise? - Matka rozłożyła ręce zrezygnowana. - 

Zwykle nie jesteś taka uparta. Poza tym istnieją niewielkie szanse, że pan 
Karlsen dostanie kurs w pobliże Gjetemyrsveien.

- A ja muszę pomagać ludziom przy wysiadaniu i nosić im pakunki - 

wtrącił się Peder ze swego miejsca w kącie, gdzie bawił się z Anne Sofie. 
Najwyraźniej przysłuchiwał się rozmowie.

- A Kristian? - Elise nie chciała się poddać.
Na   samą   myśl   o   tym,   że   miałaby   zapukać   do   drzwi   rudowłosego, 

przebiegł ją dreszcz.

- Kristian przecież nie wie, gdzie będzie musiał dostarczyć towar. Chyba 

o tym wiesz. Poza tym i tak ma dość do dźwigania, żeby jeszcze miał 
nosić ze sobą wszędzie to ubranie. Nie ma o czym mówić. - Matka była 
wyjątkowo stanowcza. - Musisz odnieść te rzeczy, Elise.

Nigdy w życiu, pomyślała Elise. Położę je na schodach i powiem, że 

odmówił   oddania   spodni   i   koszuli   ojca.   Mogę   też   powiedzieć,   że   je 
wyrzucił, gdy zobaczył, że są dziurawe i brzydkie.

Ta myśl jej pomogła.
- Dobrze, zrobię to.
Ale   kiedy   Elise   tego   wieczoru   położyła   się   do   łóżka,   długo   leżała, 

wpatrując   się   w   sufit.   Księżyc   rzucał   przez   okno   niebieskawe   światło, 
tworząc w pokoju niesamowite cienie. A jeśli rudzielec stanie w drzwiach 
dokładnie wtedy, kiedy będzie podkładała pakunek? Wtedy ona spali się ze 
wstydu!   Znał   ją.   Z   tego   czy   innego   niewiadomego   powodu   kręcił   się 
wokół ich domu, a teraz na pewno skojarzył, że ludzie, którzy uratowali 
mu życie, to jej rodzina. Musiał wiedzieć, że budzi w niej odrazę, zdawał 
sobie chyba sprawę ze skutków swego podłego czynu. I co ten bandyta ma 
scbie pomyśleć, jeśli do niego przyjdzie i jak gdyby nic się nie stało po 
prostu odda mu jego rzeczy?

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Elise przekazała gałgankowe chodniki i ruszyła w górę Ullevalsveien. 

Peder dowiedział się od dorożkarza Karlsena, gdzie mieszka rudowłosy. 
To nieduży piętrowy budynek w pobliżu dawnej polany Lokkeberg, gdzie 
teraz stoi dom dziecka, powiedział.

Elise trzymała pakunek z ubraniem pod lewą pachą. Matka rozwiesiła 

rzeczy na noc nad kuchnią, żeby wyschły, i już były suche. Potem zwinęła 
je i przewiązała sznurkiem. Elise najchętniej wrzuciłaby cały ten tłumok 
do rzeki.

Jak   Bóg   mógł   pozwolić   na   coś   takiego?   Z   wielu   tysięcy   ludzi 

mieszkających   w   Sagene   akurat   matka   i   pan   Hvalstad   musieli   go   za-
uważyć? Dlaczego nikt inny  nie zwrócił uwagi na człowieka w rzece? 
Ciągle   ktoś  przechodzi  przez  most.  Wtedy   inni  ludzie   zabraliby   go   do 
siebie i zajęli się nim.

Było   zimno,   marzły   jej   ręce,   wiatr   przenikał   przez   dziergany   szal. 

Jesień. Elise przeszedł dreszcz. Wkrótce będzie zima. Co roku zapominała, 
jak jej było ciężko, jak bardzo marzła od środka z nadejściem pierwszych 
przymrozków.

Zawsze najgorzej jest na początku, próbowała się pocieszać. Potem się 

przyzwyczajamy. Jej wzrok prześliznął się na ogromne korony drzew na 
Wzgórzu Świętego Jana, teraz w słońcu wyglądały pięknie. Elise starała 
się   nie   myśleć   o   tym,   co   ją   czeka,   lecz   cieszyła   się   barwami   jesieni. 
Złociste, żółte, pomarańczowe, czerwone - czy istniało coś cudniejszego 
niż   klony   jesienią?  Albo   brzozy?   Wyglądały   jak   morze   złota.   Czytała 
gdzieś, że na Wzgórzu Świętego Jana jakieś trzydzieści-czterdzieści lat 
temu posadzono ponad tysiąc drzew. Kiedyś z Agnes biegały nad wodę na 
szczyt, żeby podziwiać widoki.

Uczyły się w szkole, że niegdyś składano tam ofiary, to zrobiło na nich 

wrażenie.   Pani   opowiadała   również,   że   w   dawnych   czasach   nikt   z 
mieszkańców Kristianii nie interesował się tym wzgórzem, bo było tylko 
nagim, bezwartościowym górskim wzniesieniem. Później urządzono tam 
pastwiska dla koni Zrzeszenia Dorożkarzy w Kristianii, a na północnym 
kamienistym   zboczu   powstało   cmentarzysko,   gdzie   chowano   martwe 
konie. Dlatego nazywano je „Kobylim Wzgórzem". Wkrótce ludzie zaczęli 
obchodzić   w   tym   miejscu   święto   nocy   świętojańskiej,   z   tańcami   i 
ogromnym ogniskiem na szczycie, i wzgórze zmieniło nazwę.

background image

Elise zbliżała się do Gjetemyrsveien.
- Boże, spraw, by go nie było w domu. Bym mogła położyć te rzeczy i 

odejść, i nie musiała go oglądać!

Jakiś konny wóz nadjeżdżał z turkotem w jej stronę, a w górze ulicy 

Elise   dostrzegła   jadący   tramwaj.   Wiedziała,   że   Spółka   Linii 
Tramwajowych w Kristianii sześć lat temu otworzyła linię do Sagene.

Tramwaj   gnał   coraz   bliżej,   ze   zgrzytem   i   piskiem   hamulców/Mo-

torniczy, stojący  na otwartej platformie na samym przedzie, był siny  z 
zimna. Wzdłuż całego wagonu biegł napis „Spółka Linii Tramwajowych w 
Kristianii". W środku siedziało niewielu pasażerów, nie odzywali się, tylko 
przyglądali sobie nawzajem.

Tramwaj   minął   ją.   Elise   podeszła   już   blisko   celu.   W   górze   stał 

Lokkeberg, stary dom w stylu rokoko, a w pobliżu rozsiane były nieduże 
murowane budynki piętrowe.

Elise poczuła mdłości podchodzące do gardła.
- Dobry Boże, spraw, by go nie było w domu!
Zwolniła   kroku.   Mogłaby   wrzucić   pakunek   z   rzeczami   przez   płot   i 

uciec, pomyślała i rozejrzała się wokół.

Matka   powiedziała,   że   to   drogie   ubranie.   Sama   wolała   na   nie   nie 

patrzeć. Czuła odrazę.

Podeszła trochę bliżej. Tuż przy furtce, po drugiej stronie, stała jabłoń. 

Liście drzewa płonęły w słońcu. Nikogo nie było widać. A jednak nie, 
dwóch małych chłopców bawiło się piłką. Zaraz ją zauważą i spytają z 
ciekawości, dokąd idzie. Mogłaby przejść obok, udając, że wybiera się 
gdzie indziej. Może ich już nie będzie, kiedy tu znowu wróci.

Ktoś gwizdnął po drugiej stronie domu, chłopcy zniknęli. Elise spojrzała 

najpierw w górę, potem w dół chodnika. Nikogo nie zauważyła. Jeżeli po 
prostu przerzuci ubranie przez płot, ktoś inny może je znaleźć i zabrać. A 
jeśli rudzielec nagle pojawi się w ich domu i zażąda zwrotu swych rzeczy? 
Wtedy będzie musiała się przyznać przed matką, co zrobiła. Matka spojrzy 
na nią, nie rozumiejąc, i spyta: „Dlaczego nie zapukałaś?", a Elise nie 
będzie umiała jej odpowiedzieć.

Najciszej,   jak   potrafiła,   otworzyła   furtkę   do   ogrodu.   Jeżeli   położy 

pakunek na schodach, to istnieje mniejsze prawdopodobieństwo, że ktoś 
go   ukradnie.   Spocona   ze   zdenerwowania   ruszyła   bezszelestnie   przed 
siebie, zamierzając położyć ubranie przed drzwiami.

W tej samej chwili drzwi otworzyły się i ukazała się w nich kobieta w 

dużym kapeluszu i w eleganckim płaszczu. Krzyknęła przerażona.

- Czego pani tu szuka?

background image

- Ja... miałam tylko oddać jego mokre rzeczy. - Podała kobiecie pakunek 

i chciała się odwrócić, żeby jak najszybciej sobie pójść.

- Czy to pani pomogła Ansgarowi, kiedy wczoraj wpadł do rzeki? Elise 

energicznie pokręciła głową.

- Nie, ja miałam tylko to oddać. Ci, którzy... ci, którzy mu pomogli, nie 

mogli przyjść.

-   Proszę   chwilę   poczekać.   -   Odwróciła   głowę.   -  Ansgar?   Możesz   tu 

podejść na trochę? Ktoś chciałby z tobą porozmawiać!

Elise wpadła w panikę.
- Nie mam czasu. Muszę wracać do pracy. - Mówiąc to, gwałtownie 

odwróciła się i pognała do furtki. Furtka zdążyła się zatrzasnąć i teraz 
Elise, nie panując ze zdenerwowania nad ruchami, nie mogła jej od razu 
otworzyć.

-   Proszę   poczekać!   Droga   pani,   musi   pani   zabrać   ubranie,   które 

pożyczył!

- Niech je pani po prostu wyrzuci, jest niewiele warte - usłyszała swój 

własny głos, obcy i histeryczny.

Wreszcie udało jej się otworzyć zamek furtki i wypadła na chodnik. W 

drodze do domu zastanawiała się, co powie matka, gdy zobaczy, że Elise 
wróciła bez starego roboczego ubrania ojca. Ze spodni można by zrobić 
mnóstwo   łat   na   wytarte   na   pośladkach   i   kolanach   spodnie   Pedera   i 
Kristiana, a koszulę przerobić dla jednego z nich.

Biegła całą powrotną drogę. Ludzie odwracali głowy i oglądali się za 

nią.   Była   w   piątym   miesiącu   ciąży   i   miała   całkiem   spory   brzuch. 
Przechodnie   musieli   pomyśleć,   że   stało   się   coś   poważnego,   skoro   tak 
pędzi, ile sił w nogach.

Wreszcie dotarła do domu. Matka zamierzała właśnie iść do studni po 

wodę. Przystanęła i uśmiechnęła się do niej.

- Jesteś taka zgrzana, chyba nie biegłaś? Elise potrząsnęła głową.
- Zrobiło mi się gorąco, bo to jednak kawał drogi.
- A jak ci poszło? Spotkałaś go?
- Nie, oddałam rzeczy jakiejś kobiecie, która mi otworzyła, bo właśnie 

wychodziła z domu.

- Czy to jego matka?
- Tak wyglądała. Wydawała się w każdym razie za stara na jego żonę.
- Co powiedziała? Czy okazała wdzięczność, że go uratowaliśmy?
Elise nie mogła spojrzeć matce w oczy.
- Śpieszyła się, przyjechał po nią jakiś samochód. Nie zdążyła nawet 

wrócić się, by przynieść rzeczy ojca.

background image

Kłamstwo smakowało obrzydliwie.
Matka popatrzyła na Elise z niedowierzaniem.
- Nie przyniosłaś ich z powrotem? Elise potrząsnęła głową.
- Na pewno kiedyś je oddadzą.
W chwili, gdy to mówiła, dostała gęsiej skórki. A jeśli ten człowiek 

przyniesie rzeczy któregoś dnia, gdy będzie sama w domu? Gdyby nie 
była taka głupia i nie uciekła, mogłaby tego uniknąć.

- To dziwne. My ratujemy życie jej synowi, a ona nie znalazła nawet 

czasu, żeby przynieść nasze rzeczy?

- Może musiała jechać do lekarza. Albo musiała załatwić jakąś sprawę 

niecierpiącą zwłoki.

Matka przybrała ponury wyraz twarzy.
- To się nazywa wdzięczność. - Prychnęła pogardliwie. - A co z nim? 

Leżał w łóżku?

- Nie wiem. Nic nie mówiła.
- To byłoby nie do pomyślenia, gdyby zdarzyło się w naszej dzielnicy. 

Jednak ci, którzy mieszkają po drugiej stronie rzeki, są inni niż my.

Elise skinęła głową i weszła do środka.
Zdążyły zaledwie nastawić ziemniaki, kiedy otworzyły się drzwi i do 

kuchni wpadł z płaczem Peder.

- Ależ Peder, co ci się stało? - matka i Elise odwróciły jednocześnie 

głowy.

- Dostałem lanie od Gluta!
Rzadko   widywały,   by   Peder   wybuchał   takim   niepohamowanym 

płaczem. Elise czym prędzej podbiegła do brata, pochyliła się nad nim i 
przytuliła, gładząc po głowie.

- Dlaczego dostałeś lanie? Peder szlochał.
-   Nie   pamiętałem   wszystkich   nazw   miast   w   Anglii.   Wkuwałem   i 

wkuwałem w piątek i w sobotę, ale kiedy zobaczyłem, że zbliża się do 
mnie z liniałem, wszystko zapomniałem. - Wciągnął powietrze, nie mogąc 
opanować   spazmów.   -  Więc   uderzył   mnie   z   całej   siły   po   paznokciach 
ostrym   kantem.   -  Wyciągnął   ręce   noszące   wyraźne   ślady   wymierzonej 
kary.

-   Ależ   Pederze,   jak   mogłeś   wpaść   na   pomysł,   by   wybrać   się   z 

Emanuelem w niedzielę na ryby, skoro wiedziałeś, że musisz to umieć na 
dzisiaj? - matka spojrzała na niego surowo.

Peder znowu wpadł w płacz.
- Tak dawno nie byłem z Emanuelem na rybach. No i pomyślałem sobie, 

że zagryzę zęby i udowodnię sobie samemu, że potrafię wiele znieść, bo 

background image

przecież pracuję ciężko jako pomocnik dorożkarza.

Elise pocałowała go w policzek.
- Uważam, że byłeś bardzo dzielny. Gdyby mnie ktoś uderzył liniałem 

po   paznokciach,   też   bym  się   rozpłakała.   Chodź   tu  i  usiądź   sobie,   a  ja 
zrobię ci słabej kawy z mlekiem i mnóstwem cukru.

- Rozpieszczasz go, Elise. - Matka posłała jej karcące spojrzenie. - Peder 

musi zaraz iść do pracy, a przed wyjściem jeszcze zjeść polewkę.

- Jak będzie dźwigał te ciężkie paczki, jeśli ma tak obolałe palce?
- A jak inne dzieciaki radzą sobie w pracy, gdy są chore albo je coś boli? 

Dzieci muszą się uczyć ciężkiej roboty, bo tak będzie również przez resztę 
życia.

Drzwi otworzyły się znowu i do środka wpadł rozwścieczony Kristian.
-  Ten   cholerny   nerwus!   Poderżnę   mu   gardło!   Uszy   mu   poobrywam! 

Dostanie taki wycisk, że będzie błagał o litość!

-  O kim  ty  mówisz?  - Elise  popatrzyła  na  niego   zdumiona.  Kristian 

dawno nie okazywał takiej agresji.

- A jak myślisz? O Glucie oczywiście. Słyszałem, jak Peder wkuwał. 

Leżał w łóżku i mamrotał przez sen: „Liverpool, Manchester, Bradford i 
Leeds, Liverpool, Manchester, Bradford i Leeds". Myślałem, że mu się 
pomieszało w głowie.

Peder pociągnął nosem i uśmiechnął się przez łzy.
- Jeżeli mu poderżniesz gardło, to nie wiem, czy będzie mógł błagać o 

litość, Kristianie.

Pozostali nie mogli się nie roześmiać.
Peder   poczuł   się   pewniej,   widząc,   że   inni   śmieją   się   z   tego,   co 

powiedział, i zapomniał na chwilę o bolących palcach.

- Kiedy Glut zapyta Pingelena, czy woli uwagę, czy rózgi, on wybierze 

rózgi.

Kristian otworzył usta ze zdziwienia.
- Jak to?
- Jeśli Pingelen przyniesie do domu uwagę, dostanie jeszcze większe 

lanie od ojca. 

Matka nalała chłopcom polewkę.
-   Rózgi   są   nieodłączną   częścią   szkoły   życia.   Musisz   do   tego 

przywyknąć.

Elise pogładziła Kristiana po włosach.
-   To   ładnie,   że   stanąłeś   po   stronie   Pedera,   Kristianie.   Ja   też   się 

rozzłościłam.   Rozumiem,   że   nauczyciele   muszą   karać   uczniów,   którzy 
robią coś źle, ale nie podoba mi się, że stosują kary wobec tych, którzy 

background image

mają większe trudności w nauce niż inni albo się denerwują.

-   Elise!   -   przerwała   jej   matka   oburzona.   -   Chyba   nie   zamierzasz 

wstawiać się za Pederem przeciw nauczycielowi?

- Jestem za sprawiedliwością. Nie ma jej zbyt wiele na tym świecie.
Już w piątek szóstego października przyszedł list od Emanuela. Elise nie 

spodziewała   się   zbyt   wiele,   otwierając   kopertę,   ale   ciekawa   była,   czy 
wiadomo coś nowego o powrocie żołnierzy do domu.

Najdroższa Elise!
Znowu   jesteśmy   w   gospodarstwie   Lier   i   nudzimy   się.   Teraz,   kiedy 

wymarsze i ćwiczenia nie mają sensu, a powrót do domu jest tylko kwestię 
czasu, pobyt tu wydaje się bezcelowy. Napięcie minęło, zapał do pracy 
również.   Wszyscy   czekamy   na   informację,   że   możemy   wracać.   Nasz 
dowódca   przysłał   tu   orkiestrę   wojskową,   żeby   złagodzić   nieco   nasze 
zniecierpliwienie.   Budzi   nas   rano   pobudką,   przygrywa   we   dworze   w 
czasie ciszy poobiedniej, a wieczorami do skocznych rytmów tańczymy 
tańce wojenne wokół ogniska. Ciągle przyjeżdżają tu jacyś ludzie i ktoś 
nas odwiedza, a wczoraj dowiedzieliśmy się, że od tej pory łatwiej będzie 
o   przepustkę,   zwłaszcza   mniej   zamożnym   lub   tym,   którzy   mają   na 
utrzymaniu rodzinę. Ja nie jestem brany pod uwagę jako jedyny syn w 
gospodarstwie Ringstadów...

Tęsknię   za  Tobą,   Elise.   Kiedy   się   kładę   wieczorem,   myślę   o   naszej 

sobotniej nocy   i  wracam do  niej marzeniami.  Było mi  przykro,  że nie 
udało nam się zostać sam na sam w niedzielę, ale możemy to nadrobić 
kiedy   indziej.   Jestem   taki   szczęśliwy,   że   mam   Ciebie,   że   naprawdę 
zgodziłaś się za mnie wyjść. Dbaj o siebie. Zjawię się na ganku, jeszcze 
zanim się obejrzysz.

Twój Emanuel
PS. A co się stało z nieszczęśnikiem?
Elise zrobiło się gorąco. Znowu był tym dawnym, dobrym Emanuelem, 

pomyślała. Stacjonowanie tak blisko granicy w ciągłym napięciu musiało 
być ciężkim doświadczeniem, które go tak bardzo odmieniło. Gdy tylko 
wróci   do   domu,   wszystko   będzie   jak   kiedyś.   Postanowiła   poświęcić 
dziesięć ore i od razu mu odpisać.

Najdroższy Emanuelu!
Gorąco   dziękuję   Ci   za   list.   Ja   również   za   Tobą   tęsknię.   Nigdy   nie 

żałowałam   wyboru,   którego   dokonałam.   Pasujemy   do   siebie,   ty   i   ja. 
Śmiejemy   się   z   tego   samego,   cieszymy   się   razem.   Zycie   stało   się   ła-
twiejsze,   od   kiedy   Cię   spotkałam.   Teraz   nie   myślę   o   pieniądzach   czy 
mieszkaniu,   lecz   o   tym,   by   mieć   z   kim   rozmawiać,   z   kimś,   kto   mnie 

background image

zrozumie, kto myśli tak jak ja i reaguje jak ja. Widzę również, jak Peder i 
Kristian ożywiają się, kiedy tu jesteś, wiem, że bardzo Cię polubili.

Peder   rozwiązał   problem   przewiezienia   tego   rannego   do   domu   - 

dorożkarz Karjsen go zabrał. Przepraszam, że tak niewiele pomogłam, ale 
czułam się gorzej, niż mogło Ci się wydawać.

Tęsknie wyglądam dnia, kiedy staniesz na ganku i na dobre wrócisz do 

domu.

Twoja Elise
Kiedy skończyła, zamyśliła się i wpatrzyła przed siebie. Będzie musiała 

wymyślać podobne kłamstwa do końca życia, będzie musiała okłamywać 
nie tylko Emanuela, ale i matkę, Pedera, Kristiana, wszystkich, których 
kochała, wszystkich, których znała. To cena, którą musiała zapłacić, by 
oszczędzić rodzinie wstydu i zmartwienia.

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

W   niedzielę   po   południu   Elise   zobaczyła   nagłe   jakiś   powóz,   który 

zatrzymał  się  na  ulicy  tuż   obok  domu.  Właśnie  wracała   ze  schowka  z 
naręczem drewna, przystanęła i spojrzała zaciekawiona. Z powozu wysiadł 
mężczyzna   ubrany   w   czarny   frak   i   melonik   oraz   kobieta   w   długim 
płaszczu i w kapeluszu z woalką. Mężczyzna zapłacił, a stangret szarpnął 
lejce i ruszył dalej przez most.

Mężczyzna   i   kobieta   zwrócili   twarze   ku   Elise   i   obrali   kurs   na   dom 

majstra. Wyglądało na to, że jej nie zauważyli.

Wtedy   domyśliła   się,   kim   są.   Trudno   było   nie   rozpoznać   tej   silnej 

męskiej   postaci.  To   pan   Hugo   Ringstad,   ojciec   Emanuela,   i   jego   żona 
Marie!

Elise na moment się zawahała. Czy powinna najpierw zanieść drewno 

background image

do domu, czy od razu się przywitać? Ogarnął ją niepokój. Nie widziała 
teściów od ślubu i nie była pewna, co o niej myślą. Przyjęli ich bardzo 
serdecznie, kiedy razem z chłopcami odwiedziła ich dwór, ale również nie 
kryli przerażenia i niechęci, kiedy dowiedzieli się, że Emanuel się z nią 
zaręczył. Zarówno ona, jak i Emanuel byli mile zaskoczeni, kiedy pojawili 
się na ślubie. Jednak to, co wydarzyło się podczas obiadu, zapewne nie 
poprawiło ich nastawienia. Ponieważ nie odzywali się od dnia ślubu, Elise 
przyjęła to jako oznakę niechęci.

Ciotka   Ulrikke   z   pewnością   opowiedziała   im   o   swojej   wizycie   i 

napomknęła   o   tym,   że   Elise   spodziewa   się   dziecka   już   pod   koniec 
stycznia. To nie była raczej radosna nowina...

Z wahaniem wyszła im na spotkanie.
- Tutaj jesteś, Elise! - przywitał ją przyjaźnie pan Ringstad. - Wkrótce 

Emanuel znowu będzie w domu. Dziś w nocy Storting podjął ostateczną 
decyzję.

Elise otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.
- Naprawdę?
Pan Ringstad roześmiał się.
- W obozie na pewno urządzili z tej okazji wielką uroczystość.
Podeszli   do   niej   całkiem   blisko,   Elise   skinęła,   a   pani   Ringstad 

pozdrowiła ją uprzejmie. Nie mogli jej podać ręki, bo trzymała szczapy 
drewna. Elise zauważyła, że pani Ringstad zmierzyła ją wzrokiem. Teraz 
się upewniła, powiedziała do siebie.

- Proszę, wejdźcie do środka. Właśnie mieliśmy pić kawę.
Nie mamy nic, czym moglibyśmy ich poczęstować, myślała w drodze do 

drzwi.   Razem   z   matką   postanowiły,   że   przez   kilka   dni   będą   żyć 
oszczędniej, ograniczać wędliny i ser do chleba, kupować je tylko dla pana 
Hvalstada, i gotować polewkę i kaszę bez mleka w nadziei, że uda się 
odłożyć kilka ore. Owe dwadzieścia koron, które dostała od Emanuela, 
wydała na opłacenie czynszu, kupno drewna na zimę i nowej kołdry z 
gałganków dla Pedera, ponieważ stara całkiem się już rozpadła. Wyglądało 
na to, że jesień nadejdzie wcześnie, już teraz od dwóch dni z rzędu nad 
ranem ziemię pokrywał szron. A to dopiero początek października. Chyba 
nie   wypada   zaproponować   państwu   Ringstadom   suchego   chleba   z 
masłem? W domu zostało tylko trochę białego sera dla pana Hvalstada. 
Nie mieli nawet wiejskiego masła, tylko niesmaczną margarynę. Nawet 
Kiełbaska   nie   miała   dla   nich   ostatnio   okrawków   wędlin.   Domownicy 
siedzieli na ławie przy stole i zrobili wielkie oczy, gdy zobaczyli, kto ich 
odwiedził. Matka podniosła się, najwyraźniej przestraszona.

background image

- Pan i pani Ringstadowie... - rzekła i chwyciła się odruchowo za szyję, 

jak jej się zdarzało, gdy była zdenerwowana.

Pan Hvalstad jako jedyny, jak się zdawało, nie przejął się z powodu 

znakomitych odwiedzin. Wstał, wyciągnął rękę i przywitał się uprzejmie.

- Nazywam się Asbjorn Hvalstad. Wynajmuję pokój na poddaszu. A to 

moja córka, Anne Sofie.

- Ciotka Ulrikke opowiadała nam o panu. - Pani Ringstad uśmiechnęła 

się.   -   Jest   pan   chyba   jedynym,   który   martwi   się   z   powodu   powrotu 
strzelców do domu. Teraz rodzinie Elise będzie potrzebny cały dom.

Pan Hvalstad ukrył swą reakcję.
- Czy są jakieś nowe wieści?
- Nie słyszał pan? - wtrącił się pan Ringstad. - Dziś w nocy Storting 

podjął ostateczną decyzję. Dostałem telegram od przyjaciela, który  jest 
parlamentarzystą.

- Spodziewaliśmy się tego, ale stało się to szybciej, niż myślałem. Potem 

Ringstadowie przywitali się z mamą.

Mama odpowiedziała, najwyraźniej zakłopotana.
-   Przykro   mi,   że   nie   możemy   państwu   nic   zaproponować   do   kawy. 

Właśnie   zjedliśmy.   Chłopcy   są   w   wieku   największego   wzrostu   i  zjedli 
wszystkie ciastka - wyjaśniła, usprawiedliwiając się.

Elise zauważyła, że Peder już miał zaprotestować, ale Kristian dał mu 

kuksańca w bok i Peder się nie odezwał.

-   Elise,   idź   przynieś   filiżanki,   to   zrobię   więcej   kawy.   -   Mama   była 

zdenerwowana. - A może powinnam nakryć w salonie. Tu w kuchni jest 
tak ciasno wokół stołu.

Elise pośpiesznie wyszła do salonu, wyjęła odświętny obrus i zaczęła 

szybko nakrywać, a państwo Ringstadowie podążyli za nią. Pan Ringstad 
podszedł   do   okna   i   wyjrzał   na   zewnątrz,   a   pani   Ringstad   wolno 
przechadzała   się   po   pokoju   i   z   zainteresowaniem   przyglądała   się 
wszystkiemu,   od   przedmiotów   w   szafie   narożnej   po   bujne   rośliny 
doniczkowe mamy.

-   Cóż   za   wspaniała   paproć,   pani   Lovlien   -   zauważyła,   dotykając 

miękkich liści rośliny.

Matka zaczerwieniła się zmieszana i postawiła filiżankę po niewłaściwej 

stronie talerzyka deserowego, kiedy pomagała Elise nakrywać. Elise nie 
rozumiała   również,   po   co  stawia   talerzyki,   skoro   nie   mają  czym  gości 
poczęstować.

W tej samej chwili przyszedł Kristian z łyżeczkami i cukiernicą. Zerknął 

na Ringstadów i szepnął Elise na ucho:

background image

- Mama poprosiła Pedera, by pobiegł do pani Berg i spytał, czy nie 

miałaby czegoś pożyczyć.

Elise   spojrzała   na   niego   przerażona.   Jak   zdołają   to   zwrócić?   I  tak   z 

trudem   udało   im   się   oddać   sześć   jajek,   które   mama   pożyczyła   na 
biszkopty.

Matka i pan Hvalstad zniknęli w kuchni, to samo uczynili Kristian i 

Anne Sofie. Elise podejrzewała matkę, że kazała im wyjść, żeby Elise 
mogła zostać z teściami sama. Słyszała, że dołożono do pieca i że mama 
nastawiła czajnik z kawą. Miała nadzieję, że nie zostaną tam długo. O 
czym, u licha, miałaby rozmawiać z rodzicami Emanuela?

Pan Ringstad odwrócił się plecami do okna.
- Ciotka Ulrikke mówiła, że zaczęłaś tkać, Elise. To rozsądna decyzja. 

Praca w fabryce nie jest dla ciebie.

-   Nie   mogłam   zostać,   ponieważ...   -   zamilkła   i   ze   wstydem   spuściła 

głowę.

-   Ponieważ   spodziewasz   się   dziecka.   Słyszeliśmy   o   tym.   Czy   mogę 

spytać, kiedy ta szczęśliwa okoliczność nastąpi?

-   Pod   koniec   stycznia.   -   Elise   zapragnęła   zapaść   się   pod   podłogę   i 

zniknąć.

Pan Ringstad pokiwał głową w zamyśleniu. Potem odchrząknął.
-   To   spadło   na   nas   tak   nieoczekiwanie.   Moja   żona   była   bardzo 

wstrząśnięta. Nie podejrzewaliśmy o to ani ciebie, ani Emanuela. Emanuel 
wybrał   służbę   w  Armii   Zbawienia,   to   znaczy   życie   zgodnie   z   Bożym 
posłannictwem. Co się zaś ciebie tyczy, odnosiliśmy wrażenie, że jesteś 
porządną, dobrze wychowaną i cnotliwą młodą dziewczyną.

Elise wbiła wzrok w podłogę, płacz dławił ją w gardle.
- Ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, jak mówią. Czasu nie da 

się cofnąć, co się stało, to się nie odstanie. Gdybyśmy o tym wiedzieli 
wtedy,   kiedy   gościliśmy   ciebie   i   twoich   braci   w   Ringstad,   ton   naszej 
rozmowy byłby inny. - Zaczerpnął głęboko powietrza. - Ale mieliśmy do 
ciebie zaufanie, było nam ciebie żal i cieszyliśmy się, że Emanuel lituje się 
nad   ludźmi,   którzy   znaleźli   się   w   trudnym   położeniu.   -   Znowu 
odchrząknął. - Emanuel jest naszym jedynym synem, nie możemy się go 
wyrzec, ale chcemy, żebyś wiedziała, jakie to dla nas bolesne. Gdybyś 
zdawała   sobie   sprawę,   ile   zmartwień   przysporzysz   innym,   być   może 
zastanowiłabyś się, co robisz. Rozumiem, że to bardzo kuszące dla ubogiej 
robotnicy zdobyć serce dobrze sytuowanego mężczyzny, ale pieniądze to 
nie wszystko, przekonasz się o tym. - Zrobił krótką przerwę, zanim zaczął 
mówić dalej. Jego głos był teraz bardziej dobitny. - Czy kiedykolwiek my-

background image

ślałaś o tym, jak Emanuel czuje się w tym kurniku? On, który przywykł do 
salonów w Ringstad? Co to dla niego znaczy siadać głodnym do stołu i 
dostawać śledzia i ziemniaki na blaszanym talerzu? Dla niego, który na co 
dzień jadał steki serwowane na porcelanie?  Ty nie znasz innego życia, 
więc nie cierpisz z tego powodu. Ale jak byś się czuła, gdybyś musiała 
mieszkać   kątem  u   innych,   a   do   jedzenia   dostawała   tylko   pomyje?  Tak 
mniej więcej musi się czuć Emanuel.

Pani   Ringstad,   która   do   tej   pory   stała   cicho   i   słuchała,   teraz   się 

odezwała.

-   Emanuel   ma   czułe   serce   i   jest   uprzejmy,   wiedziałam,   że   łatwo   go 

wykorzystać. Teraz żałuję, że nie wychowałam go, by był twardszy, by 
potrafił się uodpornić na nieszczęście innych. I co ci to da, że złapałaś go 
na haczyk, skoro stopniowo uczynisz z niego nieszczęśliwego człowieka? 
Na   razie   jest   zakochany,   a   w   tym   stanie   można   wiele   znieść,   ale 
zakochanie   zawsze   przechodzi.   I   co   wtedy   zostaje?   Nic!   Nic   poza 
codziennym znojem, by jakoś przetrwać. Nie stać was na opiekunkę do 
dziecka  ani na lepszy  dom. W mieszkaniu  o tak cienkich ścianach  nie 
będzie   mógł   spać,   gdy   dziecko   zapłacze   w   nocy.   Jak   będzie   mógł 
pracować w kantorze, jeśli się nie wyśpi? 

I co będziecie mogli sobie ofiarować nawzajem, gdy  będziecie prze-

męczeni,   głodni   i   zmarznięci?   Żadna   miłość   nie   przeżyje   w   takich 
warunkach.   Rozejrzyj   się   po   tej   fabrycznej   dzielnicy!   Carlsenowie 
opowiadali mi, że nigdzie indziej śmiertelność dzieci nie jest tak wysoka, 
nie ma tylu alkoholików, takiej rozwiązłości. Na myśl o tym, że dziecko 
Emanuela, nasz wnuk, miałoby wzrastać w takim miejscu jak to, ogarnia 
mnie czarna rozpacz.

Elise   nie   zdołała   wydobyć   z   siebie   słowa.   Powinna   im   powiedzieć, 

dlaczego   tylu   ludzi   pije,   dlaczego   niezamężne   dziewczęta   zachodzą   w 
ciążę, dlaczego tyle małych dzieci umiera. To nie jest wina robotników. 
Winne   jest   społeczeństwo.   Bardzo   bogaci   właściciele   fabryk,   którzy 
zmuszają ludzi do pracy za głodową pensję, tak niską, że nie można z niej 
utrzymać   rodziny,   tak   niską,   że   panuje   głód   i  nędza,   tak   niską,   że   nie 
starcza pieniędzy, by wynająć coś innego niż maleńką kuchnię i pokoik, w 
najgorszym razie kąt u innych. To społeczeństwo jest winne, że nie ma 
dość   pracy   i   brakuje   mieszkań.   Przenikliwy   chłód   sprawia,   że   ludzie 
maczają kawałki chleba w wódce, żeby  choć na chwilę poczuć ciepło. 
Tylko  wódka  jest  dość  tania,  by  mogli sobie   na  nią  pozwolić.   Szary  i 
beznadziejny los skłania młodych ludzi, by szukali jedynej radości, jaką 
znają.

background image

-   Nic   nie   mówisz   -   ciągnęła   dalej   pani   Ringstad.   -   Widzę,   że   się 

wstydzisz, i masz ku temu powody. Uważamy, że byłoby błędem z naszej 
strony, gdybyśmy was utrzymywali. Jeśli Emanuel otrzyma z domu pomoc 
finansową, później zrozumie, jakie popełnił głupstwo. Miłe złego początki, 
tak mówią. Emanuel zasłużył na nauczkę. Skoro pozwoliliście sobie na 
lekkomyślność i brak rozsądku, sami musicie ponieść konsekwencje.

Otworzyły   się   drzwi   i   matka   weszła   z   kawą.   Elise   słyszała   głosy   i 

śmiech   dochodzące   z   kuchni   i  miała   nadzieję,   że   nie   było   słychać,   co 
mówili państwo Ringstadowie.

Do   domu   wpadł   zziajany   Peder,   spocony   i   zarumieniony.   Mrugnął 

porozumiewawczo do Elise, podszedł do niej i szepnął:

- Pani Berg kupiła drożdżówki, bo jutro ma gości.
Elise skinęła głową, lecz nawet nie zdołała się uśmiechnąć. Przemowa 

teściów paliła jak policzek. Niejasno przemknęło jej przez głowę, skąd 
wezmą pieniądze, żeby oddać pani Berg za drożdżówki. Jednak jej myśli 
krążyły wokół każdego ze słów, które przed chwilą usłyszała.

Usiedli do stołu. Pani Loylien nadal wydawała się skrępowana, ale pan 

Hvalstad był w dobrym humorze, mimo uwagi pani Ringstad, że wkrótce 
będzie   musiał   się   wyprowadzić.   Prawdopodobnie   się   tym  nie   przejął   i 
liczył na to, że Emanuel jednak zadecyduje inaczej. Peder i Kristian nie 
mogli usiedzieć spokojnie, pewnie na widok półmiska z drożdżówkami 
tracili   cierpliwość.   Anne   Sofie   zachowywała   się   cicho   i   nieufnie   jak 
zawsze.

Elise czuła się odrętwiała ze smutku, złości i rozczarowania. Nie liczyła 

na   pomoc   ze   strony   teściów,   nawet   by   się   nie   cieszyła.   Miała   swoją 
godność. Jednak ich słowa mocno zapiekły. Próbowała sobie wmówić, że 
nie   powiedzieliby   tego   wszystkiego,   gdyby   znali   prawdę.   Wtedy 
przynajmniej   nie   zarzuciliby   jej   i   Emanuelowi   rozwiązłości   i   braku 
rozwagi. Ale za to doznaliby większego wstrząsu, że Emanuel wziął na 
siebie odpowiedzialność za dziecko innego mężczyzny, w dodatku dziecko 
gwałciciela.   Mogliby   po   prostu   na   to   nie   pozwolić,   zagrozić,   że   go 
wydziedziczą.

- Chyba nie czujesz się źle, Elise? - matka popatrzyła na córkę, nad 

nasadą jej nosa pojawiła się głęboka bruzda.

Pokręciła głową.
Pani Ringstad zwróciła się do swego męża.
- Cieszę się, że Emanuel znowu będzie w domu. Z przerażeniem myślę, 

co by było, gdyby wybuchła wojna.

Pan Ringstad skinął poważnie, biorąc do ust wielki kęs drugiej droż-

background image

dżówki. Elise zauważyła, że Peder nie spuszczał wzroku z drożdżówki od 
chwili, gdy leżała na półmisku, do momentu, aż zniknęła w ustach pana 
Ringstada. Chłopiec musiał podzielić się swoją z Kristianem.

- Tak, powinniśmy się z tego cieszyć. Wcześniej dwa razy Norwegowie 

walczyli w pobliżu kurhanu w Lier. Na przełomie roku tysiąc osiemset 
ósmego i tysiąc osiemset dziewiątego oraz w tysiąc osiemset czternastym. 
Teraz o mało co nie doszło do walk po raz trzeci. A ponieważ tym razem 
nie   stoczono   żadnej   bitwy,   umocnienia   obronne   postawione   przez 
strzelców pozostaną jako świadectwo, że i oni wykazali wolę włączenia 
się do obrony kraju w tym trudnym okresie.

Pan Hvalstad pokiwał głową i otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale 

się powstrzymał.

Elise   pomyślała,   że   pewnie   nagle   sobie   przypomniał   reakcję   ciotki 

Ulrikke   i   nie   zamierzał   doświadczyć   tego   ponownie.   Bogaci   ziemianie 
mieli najwidoczniej inne poglądy na rozwiązanie unii.

Rozległo się słabe pukanie do drzwi.
- To na pewno Evert, Pederze. Był tu wcześniej i pytał o ciebie.
- Czy już jest zdrowy?! - Peder błyskawicznie poderwał się od stołu i 

wypadł do kuchni.

- Zamykaj za sobą drzwi, bo ciepło ucieka!
Peder zawrócił i starannie zamknął za sobą drzwi do salonu.
- Evert jest najlepszym przyjacielem Pedera - wyjaśniła pani Lovlien. - 

To   niezwykle   grzeczny   i   dobrze   wychowany   chłopiec,   mimo   ciężkich 
przeżyć.

- Tak? - pani Ringstad spojrzała na nią pytająco.
- Jest sierotą. Gmina zajęła się nim i oddała na wychowanie mężczyźnie 

z   sąsiedztwa.   Niestety   okazało   się,   że   ten   człowiek   jest   alkoholikiem. 
Dzięki Elise i Emanuelowi udało się chłopca przenieść do pewnej miłej 
starszej   pani,   która   była   naszą   sąsiadką   w   poprzednim   domu.   Teraz 
nareszcie Evertowi nie dzieje się krzywda.

- Z pewnością tu w okolicy jest wiele nieszczęścia. Matka przytaknęła 

poważnie.

- Tak, to prawda, tak jest wszędzie tam, gdzie ludzie cierpią biedę. Pani 

Ringstad zmarszczyła czoło.

- Gdyby nie wydawali pieniędzy na wódkę, wiodłoby się im na pewno o 

wiele lepiej.

Matka wolno pokręciła głową.
- Tylu ludzi rozprawia o alkoholizmie nad rzeką Aker, ale nikt nie pyta, 

jakie są jego przyczyny. Ludzie są nieszczęśliwi, pani Ringstad. Przenieśli 

background image

się ze wsi do miasta w nadziei, że tu znajdą środki do życia. Wielu spaliło 
za sobą wszystkie mosty. I co dostali w zamian? Pracę, która zabiera im 
zdrowie,   prowadzi   do   wczesnej   śmierci,   pracę   po   wiele   godzin, 
jednostajną,   w   hałasie   i   pyle,   który   powoduje   choroby   płuc.   I   za   to 
wszystko dostają pensję, z której nie daje się wyżyć. Co mają zrobić? Nie 
mają pracy, domów lub rodzin, do których mogliby wrócić. Nie widząc dla 
siebie żadnej nadziei, topią swój żal w alkoholu.

Elise spostrzegła, że zarówno pan, jak i pani Ringstad z uwagą słuchają 

słów   mamy.   To,   co   jej   się   nie   udało,   zrobiła   jej   matka,   jasno   i 
przekonująco.

Drzwi uchyliły się i Peder wsunął głowę.
- Ktoś chce z tobą porozmawiać, Elise. Elise wstała i spojrzała na brata 

pytająco.

- Kto taki?
- Nie wiem. Nie powiedział, jak się nazywa.

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Elise jakby poraziło ze strachu.
To   chyba   nie...?   Panie   Jezu,   nie   mógł  chyba   tak   po   prostu   stanąć   u 

drzwi, jak gdyby nic się nie stało, i w dodatku pytać o nią?

Odwróciła się do Ringstadów.
- Przepraszam na chwilę. Sądzę, że to zamówienie na chodniki.
W pośpiechu wyszła do kuchni i zamknęła za sobą drzwi. Nie mogła się 

przyznać na głos, że nie chce wyjść. Serce waliło jej w piersi. Ostrożnie 
przemknęła   się   w   stronę   wąskiego   okienka   przy   drzwiach   i  próbowała 
wyjrzeć na zewnątrz. Peder byłby go poznał, gdyby to był on.

Dostrzegła ciemną sylwetkę, postawną i rosłą postać. Rudowłosy był 

wysoki i chudy, to nie mógł być on. Może to ktoś, kto przynosi wieści z 
Kongsvinger? Któryś z żołnierzy na przepustce, który chce jej przekazać 
wiadomość, kiedy wróci Emanuel?

Szybko otworzyła.
To   był   on.   Rudowłosy.   Gwałciciel.   Zaparło   jej   dech.   Zamierzała 

zatrzasnąć mu drzwi przed nosem, ale błyskawicznie zablokował je nogą.

-   Czego   ode   mnie   chcesz?   -   spojrzała   na   niego   z   wściekłością. 

Wyciągnął dużą paczkę, coś obłożonego szarym papierem i przewiązanego 
sznurkiem.

- Dziękuję za pożyczkę i dziękuję za pomoc. - Wydawał się zakłopotany, 

niemal   skrępowany.   Chociaż   Elise   szybko   cofnęła   wzrok,   zdążyła 
zauważyć   w   jego   oczach   bezradność.   On   nie   mógł   jej   zgwałcić, 
przemknęło   jej   nagle   przez   głowę.   Ktoś,   kto   sprawia   wrażenie   tak 
nieśmiałego i przestraszonego, nie miałby odwagi napaść na kobietę.

Skinęła w odpowiedzi, czuła się zupełnie zbita z tropu. Jeżeli to nie on, 

to w takim razie kto? Zebrała się na śmiałość i spytała.

- Jesteś przyjacielem Lorta-Andersa? Przytaknął.
- Byłem. - W jego głosie czaił się strach.
- Znasz Agnes?
- Wiem, kto to. - Nie mówił żargonem mieszkających nad rzeką Aker.
- Szedłeś razem z nią do miasta wtedy wiosną, prawda? W tym dniu, 

kiedy wybierałam się do więzienia Akershus z listem do Johana?

background image

Skinął głową.
- Dlaczego o to pytasz? Szliśmy wtedy wszyscy razem.
Nigdy by się do tego nie przyznał, gdyby to on ją napadł, pomyślała 

Elise. Chyba jednak się pomyliła. Agnes musiała mieć rację, było ciemno, 
kiedy   to   się   stało,   a   poza   tym   zaszedł   ją   od   tyłu.   Przyjaciółka   była 
przekonana, że to nie Ansgar. Elise odczuła głęboką ulgę. Może lepiej nie 
wiedzieć, kto się tego dopuścił. Przedtem myślała coś wręcz przeciwnego, 
że   najgorsza   jest  niewiedza,   ale   po   tym,   jak   zobaczyła   tego   biedaka   z 
trudem poruszającego się o kulach, z bandażem na głowie, dobrze było 
przynajmniej dojść do wniosku, że to nie on. Żeby się całkiem upewnić, 
spytała:

- Długo zostaliście w mieście tego wieczoru?
- Byliśmy w wesołym miasteczku aż do zamknięcia. A więc to nie on.
- Podejrzewałam cię o coś niecnego, ale teraz rozumiem, że popełniłam 

błąd.

- Dlatego byłaś taka zła?
Przytaknęła, spróbowała się uśmiechnąć, ale nie zdołała.
- Dobrze zobaczyć, że wróciłeś do zdrowia. Następnym razem musisz 

trzymać się z dala od rzeki. O tej porze roku brzeg jest niebezpieczny i 
śliski.

Uśmiechnął się smutno, niepewnie.
- Pozdrów swoją mamę i resztę rodziny. Gdyby nie wy, dziś bym nie żył.
- Życie jest ciężkie, ale mimo wszystko nie chcemy go stracić. Spojrzał 

na nią zdumiony.

- Czy ty też masz czasem takie odczucie?
- A kto nie ma? Kilka miesięcy temu przydarzyło mi się coś okrutnego i 

straciłam ochotę do życia. Miłość do braci, mamy i siostry pomogła mi 
przez to przejść. Zdawałam sobie sprawę, że Peder, mój najmłodszy brat, 
mnie potrzebuje. Po tym, jak moja mama zapadła na suchoty i przez ponad 
rok nie wstawała z łóżka, zaczął mnie traktować jak matkę. Gdy ciąży na 
tobie taka odpowiedzialność, nie rzucisz się do rzeki.

Speszył  się,   wymamrotał  coś  na   pożegnanie,   odwrócił  się   i   ruszył  z 

powrotem. Zwróciła uwagę, że nie ma kul, ale utyka.

Wzięła paczkę z ubraniem i poszła do pokoiku, żeby schować je na 

miejsce. Ku swemu zaskoczeniu pośród starych zniszczonych rzeczy ojca 
znalazła malutką paczuszkę.

Dziękuję za uratowanie życia. Nigdy Wam tego nie zapomnę.
Pozdrowienia Ansgar Mathiesen
Uśmiechnęła się. Pomyśleć tylko, że przez cały czas była przekonana, że 

background image

to on. A przecież ten młody człowiek był zupełnie inny.

Gorączkowo   rozpakowała   zawiniątko.   Wewnątrz   znajdowały   się 

niemowlęce śpioszki, zrobione na drutach z tej samej wełny co kaftanik, 
który dostała wcześniej... W środku leżało sto koron.

Elise stanęła jak wryta i wpatrywała się w maleńkie, miękkie jak puch 

śpioszki. Myśli galopowały jej przez głowę. A więc to on musiał podłożyć 
trzy   pozostałe   paczki.  Ale   dlaczego...   ?   Wyłowili   go   z   rzeki   zaledwie 
tydzień temu, a paczki pojawiły się dużo wcześniej.

Pokręciła głową oszołomiona. Nie mogło istnieć inne wytłumaczenie niż 

to, że coś mu musi dolegać. Wypadek...

- Boże - szepnęła przerażona.
Jeżeli to nie on, to podsunęła Johanowi myśl, że gwałtu dopuścił się 

człowiek, który wcale tego nie zrobił. Johan zastanawiał się nawet, czy nie 
powinien   go   zostawić,   by   wykrwawił   się   na   śmierć.   Czuła   się 
odpowiedzialna   za   to,   że   niewinny   człowiek   został   znienawidzony   nie 
tylko przez nią, ale i przez Emanuela i Johana. Gdyby nie pojawił się dziś, 
być   może   nigdy   by   sobie   tego   nie   uświadomiła.   Nadal   darzyłaby   go 
nienawiścią, Johan i Emanuel tak samo. Mogło się też zdarzyć, że jeden z 
nich porwałby się na niego z pięściami i ciężko okaleczył.

A tymczasem okazało się, że to samotny, nieszczęśliwy chłopak, który 

próbował popełnić samobójstwo, dziwak, który zwrócił uwagę, że Elise 
jest w ciąży, i za swoje kieszonkowe kupuje jej ubranka dla dziecka. Może 
po kryjomu podkochuje się w niej, może od dawna o niej myśli? Biedak. 
Znowu pokręciła  głową. Szkoda  go i jego rodziców. Cudak,  cóż życie 
może mu ofiarować?

Elise pośpieszyła z powrotem do salonu, zbyt długo jej nie było.
- Kto to, u licha, był? - Matka spojrzała na nią w napięciu.
-   To   ten   ranny   żołnierz,   którego   uratowaliśmy   zeszłej   niedzieli. 

Przyszedł oddać ubrania ojca i dał nam sto koron jako podziękowanie.

Matka zwróciła się do pani Ringstad.
- Pan Hvalstad i ja zauważyliśmy-człowieka, który wpadł do rzeki, i cała 

rodzina pobiegła go ratować.

Pani Ringstad otworzyła oczy przerażona.
- I jak to się skończyło?
- Wyciągnęliśmy go na brzeg i Asbj... pan Hvalstad razem z Emanuelem 

przynieśli   go   do   kuchni,   gdzie   ściągnęliśmy   z   niego   mokre   rzeczy   i 
zaopiekowaliśmy się nim tak dobrze, jak umieliśmy.

- To chyba jakiś pijaczyna, jak sądzę - stwierdził sucho pan Ringstad.
Pan Hvalstad zaprzeczył ruchem głowy.

background image

-   Nie,   ranny   żołnierz,   którego   po   wypadku   zwolniono   do   cywila. 

Zarówno pani, jak i pan Ringstad posłali mu przerażone spojrzenie.

- Czy został ranny?
- Przypuszczalnie spadł z urwiska i zranił się w głowę.
- Ale jak to się stało, że wpadł do rzeki? - nie rozumiał pan Ringstad.
-   Nie   wiemy.   Tego   dnia   była   ładna   pogoda,   nie   mogło   być   ślisko. 

Najprawdopodobniej usiłował popełnić samobójstwo.

Pani Ringstad westchnęła.
- To straszne! Czy ów wypadek mógł być tego powodem? Urazu głowy?
- Niewykluczone.
Pani Ringstad nadal patrzyła przerażonym wzrokiem.
-   I   co   się   z   nim   dalej   stało?   Dowiedzieliście   się,   kim   jest   i   gdzie 

mieszka?

-  Pochodzi  z  bogatego   domu,   mieszka   w  domku   jednorodzinnym  na 

Gjetemyrsveien.   Ale   tak   naprawdę   pieniądze   nie   są   oznaką   dobrego 
wychowania.   Pożyczyliśmy   mu   ubranie   po   moim   mężu,   a   on   je   nam 
oddaje dopiero dzisiaj.

- Co za brak taktu. Czy to jakieś porządne rzeczy?
-  Wyjściowe   ubranie.   Ładna   koszula   i   czarne   spodnie.   -  Mówiąc   to, 

matka unikała wzroku chłopców.

Peder jako jedyny nie zrozumiał, że mama próbowała przedstawić swą 

rodzinę w lepszym świetle.

- W spodniach były dziury na kolanach. Może się zrobiły, kiedy ojciec 

klęczał   na   kolanach   w   kościele.   -   Roześmiał   się   z   własnego   dowcipu. 
Następnie   spojrzał   zdumiony   na   matkę.   -   Wydaje   mi   się,   że   nie 
rozpoznajesz   kolorów,   mamo.   Spodnie   nie   były   czarne,   ale   niebieskie. 
Takie jak kombinezony robocze.

- Naprawdę? - matka roześmiała się nienaturalnym śmiechem. - Widać 

nie przyjrzałam się dokładnie, co wyjmuję.

- Rodzice żołnierza przeżyli pewnie szok, kiedy się dowiedzieli o tym 

wypadku,   i   po   prostu   zapomnieli   o   odesłaniu   rzeczy   -   zauważyła 
wyrozumiale pani Ringstad.

-  A  więc   Emanuel   był   w   domu   w   zeszłą   sobotę   i   niedzielę?   -   pan 

Ringstad   wydawał   się   zdziwiony.   -   Myślałem,   że   tylko   najbiedniejsi 
dostają   przepustki,   ci,   którzy   muszą   zarobić   parę   koron,   żeby   rodzina 
mogła przeżyć.

Matka zerknęła na Elise i odpowiedziała, uprzedzając ją:
-   Był   w   domu   z   soboty   na   niedzielę;   w   niedzielę   przed   południem 

wybrał się z Pederem na Brekkedammen na ryby.

background image

- Złowiłeś coś, Pederze? - Pan Ringstad włożył do ust ostatni kawałek 

drożdżówki i przeżuwając, spojrzał na chłopca.

- Cztery sztuki. Ale nie wiem, jak smakowały. Właśnie wtedy żołnierz 

zaczął   się   topić   i   musiałem   biec   go   ratować.   Potem   pognałem   do 
dorożkarza Karlsena i poprosiłem, żeby zawiózł żołnierza do domu. Kiedy 
wróciłem do kuchni, ryby już były zjedzone.

Pan Ringstad roześmiał się serdecznie, po czym zwrócił się do matki.
-   Chłopak   potrafi   zabawnie   opowiadać.   Zobaczy   pani,   wyrośnie   na 

kogoś wielkiego. - Następnie spojrzał na Elise. - Mówisz, że dostałaś tylko 
sto koron? - Wydawał się oburzony. - Po tym, jak uratowaliście mu życie?

- Dla nas sto koron to dużo pieniędzy, panie Ringstad - rzekła poważnie. 

- To tyle, ile zarabiamy w ciągu czternastu tygodni. Chociaż jego rodzice 
są być może dobrze sytuowani, nie wiadomo, czy on też jest bogaty. Jako 
żołnierz w każdym razie nie zarobił zbyt wiele. Uważam, że to piękny gest 
z jego strony, że dał nam aż tyle.

Pan Ringstad burknął coś w odpowiedzi.
- Tak długo cię nie było, Elise - włączył się do rozmowy Kristian. - 

Rozmawiałaś z nim?

- Powiedziałam tylko, że musi uważać nad rzeką, bo po deszczu jest 

bardzo ślisko.

Peder spojrzał na siostrę oczami okrągłymi ze zdziwienia.
- To on nie skoczył z mostu z własnej woli?
- Nie wiem.
- Ale skąd on wiedział, jak masz na imię? Czy to nie o ciebie pytał? - 

zastanowiła się mama.

- Usłyszał pewnie więcej, niż sądzimy. Może nie miał odwagi poprosić 

ciebie albo pana Hvalstada?

Los żołnierza wyraźnie zrobił na Pederze ogromne wrażenie.
- A jak on się czuje?
- Odniosłam wrażenie, że jest jakiś dziwny.
- Chcesz powiedzieć, że coś nie w porządku z jego głową? Elise skinęła.
Pan Hvalstad, który dotąd się nie odzywał, zabrał głos:
- Ja też zauważyłem, że coś jest z nim nie tak. Że to coś więcej niż 

wypadek w czasie służby w straży granicznej i ta kąpiel w rzece. Wydaje 
mi się, że jest trochę niedorozwinięty.

- Biedak. - Matka najwyraźniej zapomniała o zażenowaniu z powodu 

obecności państwa Ringstadów. - Co za nieszczęście mieć syna, który nie 
jest w stanie zarobić na swoje utrzymanie! Co on pocznie i z czego będzie 
żył, kiedy zabraknie rodziców?

background image

- Mamy przecież gminę. - Pan Ringstad upił łyk kawy. - Poza tym jest 

tyle   zawodów,   które   nie   wymagają   myślenia,   można   odgarniać   śnieg, 
zamiatać ulice, opróżniać wychodki, być pomocnikiem dorożkarza...

- Pomocnikiem dorożkarza? - Peder posłał mu pytające spojrzenie. - Nie 

sądzę, żeby pan mógł być pomocnikiem dorożkarza, panie Ringstad. Nie 
mógłby   pan   zająć   miejsca   na   koźle,   nie   mógłby   pan   przesuwać   ani 
dźwigać paczek, parasoli i różnego rodzaju koszyków. Pan, który ma taki 
duży...  Au!   -   Kristian   kopnął   brata   pod   stołem.   Peder   zamilkł   nagle   i 
rozejrzał się wokół przerażony.

Matka zagryzła wargę; wydawała się bliska płaczu, ale na szczęście pan 

Ringstad okazał poczucie humoru.

- Racja, nie mógłbym, Pederze. Mam za duży brzuch, bym mógł tak 

szybko   biegać.   Zagalopowałem   się,   rozumiesz.   Nie   chodziło   mi   o 
pomocnika dorożkarza, ale o węglarza.

-  Ach   tak!   -   Peder   uśmiechnął   się   zadowolony.   -  A  jak   to   jest   być 

rolnikiem,   panie   Ringstad?   Czy   trzeba   być  dobrym  z   rachunków,  żeby 
wyszczotkować konia lub wydoić krowę?

Teraz pan Ringstad roześmiał się w głos.
- Myślę, że nie ma takiej możliwości, byś się nie wybił w tym świecie, 

Pederze. Z twoim żywym sposobem myślenia.

Pani Ringstad zwróciła się do Elise.
-   Rozumiem,   że   tkanie   gałgankowych   chodników   nie   jest   zbyt 

dochodowe.   Czy   nie   myślałaś   o   znalezieniu   innej   pracy?   Słyszałam   o 
pewnej   kobiecie   w   mieście,   która   odpłatnie   prała   i   prasowała   bieliznę. 
Była   taka   wprawna,   że   dostawała   zamówienia   na   prasowanie   krez   dla 
duchownych, kołnierzyków dla możnych panów i usztywnianie halek dla 
ich córek.

- Elise potrafi dobrze prasować i usztywniać zasłony - wtrąciła się pani 

Lovlien. - W piwnicy stoi rulon do maglowania. Ja mogłabym tkać, a Elise 
zajęłaby się prasowaniem.

Elise   nie   miała   ochoty   rozmawiać   z   teściową   po   tym,   co   od   niej 

usłyszała, ale teraz nie wytrzymała.

- Nie wiem, czy byłoby to lepiej płatne, ale mogę się dowiedzieć.
- A co myślisz o pracy jako pomoc domowa lub guwernantka?
- Jako pomoc domowa musiałabym zamieszkać w domu pracodawcy. 

Jestem tu mamie potrzebna, a co będzie, kiedy Emanuel wróci? Poza tym 
to mało płatna praca, dziesięć koron miesięcznie plus wyżywienie. A od 
guwernantek wymaga się lepszego wykształcenia niż moje. Ja skończyłam 
tylko szkołę ludową.

background image

-   No   tak.   -   Pani   Ringstad   pokiwała   głową   i   zmarszczyła   czoło 

niezadowolona.

Teraz będzie miała mi jeszcze więcej do zarzucenia, pomyślała Elise. W 

uszach dźwięczały jej jeszcze słowa teściowej: „Co będziecie mogli sobie 
ofiarować   nawzajem,   gdy   będziecie   przemęczeni,   głodni   i   zmarznięci? 
Żadna miłość nie przeżyje w takich warunkach".

- Jak tylko dziecko się urodzi, wrócę do pracy w fabryce. Wtedy zarobię 

siedem   koron   tygodniowo,   to   lepsze   niż   co   innego.   Poza   tym 
wynajmujemy   poddasze   i   opiekujemy   się  Anne   Sofie,   i   w   ten   sposób 
mamy parę koron dodatkowo.

- Ale chyba nie zamierzacie nadal wynajmować pokoi, kiedy Emanuel 

wróci do domu? - pani Ringstad spojrzała na Elise przestraszona.

- Będziemy do tego zmuszeni. W każdym razie na początku. Kancelista 

nie   zarabia   nie   wiadomo   ile,   a   teraz,   kiedy   zaczęliśmy   palić   w   piecu, 
zużywamy sporo drewna. Lampy parafinowe też nas trochę kosztują.

Pani Ringstad westchnęła ciężko.
- Nie rozumiem, jak on mógł tak się urządzić.
Pan   Hvalstad   wyraźnie   uznał,   że   najmądrzej   byłoby   zmienić   temat. 

Zwrócił się do pana Ringstada.

- Jak pan myśli, jaki ustrój powinniśmy mieć w kraju: republikę czy 

królestwo?

-   Gdyby   Fridtjof   Nansen   został   prezydentem,   myślę,   że   to   byłoby 

najlepsze,   lecz   jeśli   on   nie   zechce,   to   powinniśmy   wybrać   duńskiego 
księcia Carla. Królestwo scala naród. Przywykliśmy do tego w ciągu setek 
lat, a poza tym uważam, że Duńczycy, Szwedzi i Anglicy będą się do nas 
odnosić   życzliwiej,   jeśli   wybierzemy   tak   jak   oni.  To   będzie   ciekawe   - 
dodał. - Mamy mnóstwo republikanów, którzy gorąco bronią swej sprawy. 
Georg   Stang   i   Gunnar   Knudsen,   żeby   wymienić   niektórych.   Wszyscy, 
którzy   głosowali   przeciwko   porozumieniu   w   Karlstad,   pragną   ustroju 
republikańskiego.   Bjornstjerne   Bjornson   kiedyś   również   popierał 
republikę, lecz teraz zmienił zdanie. Obecnie uważa, że dynastia, dzięki 
potężnym   koneksjom,   zapewni   krajowi   większe   bezpieczeństwo   niż 
samotna republika.

- Jednak monarchia jest również symbolem nierówności społecznej - 

zaczął ostrożnie pan Hvalstad. - Poza tym może sprzyjać rozwojowi nowej 
wyższej klasy, pławiącej się w przepychu królewskiego dworu. Słyszałem, 
że   w  wielu   miejscowościach   o   dużych   różnicach   klasowych   jest  wielu 
republikanów.

Matka przytaknęła.

background image

- Z pewnością jest ich sporo w Ulefoss. Tam właściciele przedsiębiorstw 

czują się jak królowie, podczas gdy robotnicy żyją w biedzie.

- Mam nadzieję, że nastaną u nas książę Carl i jego żona, księżniczka 

Maud! - zawołała pani Ringstad zachwycona. - Widziałam ją na zdjęciu, 
jest taka urocza. I tak niewiarygodnie szczupła w talii. A książę Carl jest 
wysoki i przystojny, i ma wspaniale zakręcone wąsy.

Pan Ringstad roześmiał się.
- Jednak to nie z powodu jego wąsów go wybieramy. Ale na nas, droga 

żono, już czas. Oscar Carlsen i pani Betzy nas oczekują.

Peder pobiegł sprowadzić dorożkę. W tym czasie Elise odprowadziła 

teściów na ganek. Próbowała być miła, głównie z powodu Emanuela, lecz 
w głębi jej duszy kiełkował bunt. Ona im jeszcze pokaże! Pewnego razu 
zobaczą, że to nie piękne ubranie i eleganckie salony się liczą. Któregoś 
dnia będą musieli przyznać, że się mylili.

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

Gdy tylko Elise pożegnała teściów i zobaczyła, że dorożka przetacza się 

przez most, odwróciła się i, nie kryjąc niezadowolenia, pomaszerowała do 
kuchni.

- Co ci jest? - Matka popatrzyła na nią zaskoczona.
- I ty o to pytasz?
- Kochanie, byli tacy mili. Śmiali się z Pedera, choć myślałam, że spalę 

się  zè  wstydu.   Teraz   sobie   pewnie   myślą,   że   nie   nadaję   się   do 
wychowywania dzieci.

Pan Hvalstad poszedł na górę położyć Anne Sofìe spać. Peder i Kristian 

pobiegli do Everta, żeby pożyczyć kolejny zeszyt z serii o Orlim Oku. 
Elise i pani Lovlien zostały same.

- Są okropni!
- Jak możesz tak mówić? Wydawali mi się tacy życzliwi.
- Powinna byłaś ich posłuchać, kiedy wszyscy zniknęliście w kuchni 

background image

zaraz po ich przyjściu.

Matka wyglądała na nieszczęśliwą.
- Myślałam, że byłoby dla ciebie dobrze, gdybyś mogła porozmawiać z 

nimi chwilę na osobności. Wyszłam z założenia, że chcą ci wręczyć parę 
koron i że poczują się niezręcznie, jeśli wszyscy przy tym będziemy.

Elise prychnęła.
- Nawet gdyby dawali mi sto koron, nie przyjęłabym. Nie chcę mieć 

żadnych zobowiązań względem takich ludzi.

- Ależ droga Elise, byli bardzo uprzejmi.
-   Zarzucili   mi,   że   związałam   się   z   Emanuelem   dla   pieniędzy.   Że 

zawróciłam mu w głowie, mając nadzieję, że będzie mnie utrzymywał i że 
w dodatku zdobędę dziedzica zamożnego dworu. Byli przekonani, że tego 
pożałuję.   Żadna   miłość   nie   przetrwa   w  takiej   klitce,   gdzie   serwuje   się 
tylko solone śledzie i ziemniaki na blaszanych talerzach! Dziwili się, jak 
Emanuel to wytrzyma, on, wychowany w salonach w Ringstad i na co 
dzień karmiony stekami. I jak , znajdzie spokój w nocy, żeby się wyspać, 
gdy dziecko będzie płakać? A nas nawet nie stać na opiekunkę do dziecka! 
Tak właśnie powiedzieli!

Ogarnął ją płacz. Osunęła się na kuchenny stołek, oparła łokcie na stole i 

zasłoniła głowę rękoma.

Matka niezgrabnie gładziła ją po plecach.
- Musiałaś ich źle zrozumieć. Nie mogli być tak okrutni. Mówili chyba o 

kimś innym, kto naprawdę mieszka w klitce wielkości kurnika.

Elise, szlochając, pokręciła głową.
- Nie, mieli na myśli dom majstra. Nie mogłam ich źle zrozumieć. W ich 

oczach ten dom nie jest niczym więcej jak kurnikiem.

Matka milczała.
Kiedy   jednak   Elise   na   moment   uniosła   głowę,   zobaczyła,   że   po   jej 

policzkach płyną łzy.

- Przepraszam, mamo, nie powinnam była tego mówić. Matka skinęła 

głową.

- Nie, zrobiłaś całkiem słusznie. Jak mogę wiedzieć, co się dzieje, jeśli 

coś przede mną ukrywasz?

Elise poczuła ukłucie w sercu. Mogła co nieco matce powiedzieć, ale nie 

to najgorsze.

- Myślę, że nie powinnaś traktować tego tak poważnie - mówiła dalej. - 

Muszą najpierw przełknąć rozczarowanie. Stopniowo, w miarę jak będą 
nas poznawać, spojrzą na to inaczej.

Elise otarła oczy i wyprostowała się.

background image

- Dzięki temu rannemu żołnierzowi możemy przynajmniej zwrócić pani 

Berg za drożdżówki.

Pani Lovlien uśmiechnęła się.
- Tak, to radosna niespodzianka. Myślałam, że już nie odzyskamy rzeczy 

ojca. A tu w dodatku dostaliśmy jeszcze sto koron! Teraz możemy kupić 
parafinę i jedzenie, a Peder i Kristian będą mogli dostać trochę mleka do 
kaszy. Pewnie czasem stać nas będzie nawet na kawałek słoniny. Poza tym 
Peder i Kristian potrzebują nowych spodni.

Elise skinęła głową. Matka z pewnością miała rację, twierdząc, że jeśli 

tylko   rodzice   Emanuela   będą   mieli   trochę   czasu   na   przełknięcie 
rozczarowania, na pewno z czasem inaczej na to spojrzą.

- Ansgar Mathiesen przyniósł jeszcze coś dziwnego... - Elise zerknęła na 

matkę tajemniczo.

Następnie wstała i pośpiesznie ruszyła do pokoiku. Kiedy wróciła, w 

ręku trzymała maleńkie, mięciutkie jak puch śpioszki.

- Teraz wiem, kim jest tajemniczy ofiarodawca. To na pewno Ansgar 

Mathiesen! Patrz, to jest zrobione na drutach z tej samej wełny!

Matka pokręciła głową oszołomiona.
- Ale jak...
-   Nie   wiem.   On   nie   jest   taki   jak   inni.   Musiał   zwrócić   uwagę,   że 

spodziewam się dziecka, może sam bardzo lubi dzieci i wpadł na pomysł, 
żeby   mi   dać   te   ubranka.   Nie   chciałam   cię   wcześniej   denerwować,   ale 
widywałam, że kręcił się tu w pobliżu. Nie rozumiałam, o co mu chodzi.

- Myślisz, że się w tobie zakochał? Elise potrząsnęła głową.
- Mam nadzieję, że nie. Ze względu na niego.
- Czy widziałaś go wcześniej?
- Tak, ale nie wiedziałam, kim jest. Agnes go zna. Poza tym należał do 

bandy Lorta-Andersa, ale się wycofał.

-   Wreszcie   zrobił   coś   rozsądnego.   -   Matka   przyglądała   się   Elise 

badawczo.   -   To   niezwykła   historia.   Nigdy   nie   słyszałam   o   młodym 
mężczyźnie, który za swoje pieniądze kupowałby ubranka niemowlęce i 
ofiarowywał obcej kobiecie. W dodatku mężatce. Jak sądzisz, co na to 
powie Emanuel?

- Myślę, że mu się to nie spodoba.
-   Ja   też.   Uważam,   że   powinnaś   położyć   temu   kres,   zanim   to   się 

przerodzi   w   coś   poważniejszego.   Ten   mężczyzna   chyba   nie   jest   przy 
zdrowych   zmysłach.   Może   powinnaś   porozmawiać   o   tym   z   jego   ro-
dzicami? Pewnie się zastanawiają, co się dzieje z jego pieniędzmi.

- Myślisz, że powinnam pójść do nich do domu i o tym powiedzieć? - 

background image

Elise spojrzała na matkę przerażona. - Nie odważę się.

- Poczekajmy trochę i zobaczymy. Może nie będzie więcej ubranek? - 

Zamyśliła się. - Mam nadzieję, że...

- Że co?
-   Mam   nadzieję,   że   nie   usiłował   odebrać   sobie   życia   z   powodu 

nieszczęśliwej miłości.

Elise wzdrygnęła się.
- Przecież mnie nie zna.
- Musisz być ostrożna, Elise. Nie możesz mu w żaden sposób dawać 

nadziei.

- Dawać nadziei? To ostatnie, co bym zrobiła.
-   Sądzę...   On   nie   jest   całkiem   normalny.   Niewinny   uśmiech   może 

potraktować jako zachętę. Prawdopodobnie nigdy nie miał dziewczyny i 
marzy o takiej, którą by mógł pokochać. Najmniejszą życzliwość z twojej 
strony może uznać jako coś więcej niż współczucie.

- Mam nadzieję, że już więcej nie będę miała z nim nic wspólnego.
- Ja też, chociaż mi go żal.

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

Trzy dni później dowiedzieli się, że Johan wrócił do domu.
Pani Thoresen przyszła i o tym powiedziała. Rzadko do nich zaglądała, 

była   bardzo   zajęta.   Cały   dzień   pracowała   w   fabryce,   a   wieczorami 
zajmowała się Anną.

- Teraz jest dokładnie tak jak dawniej - uśmiechnęła się zadowolona. - 

Nie zwolniliby go, gdyby nie zrozumieli, że to porządny chłopak, a i z 
wojska nie wypuściliby go wcześniej, gdyby nie widzieli, jak bardzo jest 
nam potrzebny.

Elise nalała jej kawy.
- Mieszka z wami w domu?
- A gdzie indziej miałby mieszkać?
- Czy Agnes się do was wprowadziła? Pani Thoresen prychnęła.
- Ona? Która przywykła do własnego domu na Maridalsveien?
- U nich nie jest wcale lepiej niż w Andersengarden. Widziałaś kuchnię? 

W każdej szparze w ścianie poupychane są gazety.

Pani Thoresen wzruszyła ramionami.
- Agnes chciałaby mieć własne mieszkanie, ale jak mają je zdobyć? Ona 

nie ma pracy po tym, jak wymówiła posadę jako pomoc domowa.

Matka przerwała jej.
- Johan jest zdolny, na pewno znajdzie sobie jakieś zajęcie; albo w tkalni 

background image

płótna żaglowego, albo wróci do pracy przy obróbce kamienia.

- W tkalni? Nie wiesz, że został artystą? Dyrektor Akershus powiedział, 

że będzie z niego wielki człowiek, kiedy Johan wyjeżdżał. Może wyrzeźbi 
króla i królową, kto wie.

Elise uznała, że lepiej porozmawiać o czymś innym.
- A co słychać u Anny?
- Śpiewa i nuci, i promienieje, to chyba aż za wiele na nią jedną.
- Czy Torkild Abrahamsen nadal przychodzi do was w odwiedziny?
Pani Thoresen przytaknęła.
- I rano, i wieczorem. Mówi, że z nią ćwiczy. Ja siedzę w kuchni, ale 

zastanawiam się, co to za ćwiczenia.

-   Nie   mogą   chyba   robić   nic   złego,   skoro...   -   pani   Lovlien   zamilkła 

zawstydzona.

- Skoro Anna jest sparaliżowana, chciałaś powiedzieć? Myślałam o tym 

samym, ale nie jestem pewna. Tyle się teraz dzieje dziwnych rzeczy. A jak 
tam twój żołnierz, Elise? Musi chyba zostać, aż wszyscy strzelcy wyjadą, z 
racji swego pochodzenia?

- Nie wiem. Ostatni list, który dostałam, napisał szóstego października, 

wtedy   Storting   jeszcze   nie   uchwalił   ostatecznego   postanowienia.   Może 
Johan ma jakieś wieści?

Pani Thoresen skinęła.
-   Może   mógłby   do   nas  wpaść   i  powiedzieć,   co   wie   -  pomogła   pani 

Lovlien.

- Nie trzeba - zaprotestowała Elise. - To pewnie kwestia kilku dni.
- Mieliśmy ostatnio świetnych gości. - Matka spojrzała z dumą na panią 

Thoresen. - Odwiedzili nas rodzice Emanuela. To niezwykle mili ludzie. 
Przyjechali do Kristianii tylko po to, żeby się z nami zobaczyć.

Pani Thoresen zmrużyła oczy i spojrzała na matkę Elise.
-   Jeśli   chcesz   wiedzieć,   co   myślę,   to   powiem   ci,   że   to   tylko   niby 

kulturalni   ludzie,   którzy   siedzieli   na   przyjęciu   sztywno   jak   ołowiane 
żołnierzyki   i   prawie   nie   tknęli   lapskausu   przyrządzonego   przez   sa-
marytankę. Agnes też tak uważa, a ona wie o nich więcej niż ja.

Matka zaczerwieniła się.
- Agnes ledwie pojawiła się w drzwiach, a poza tym była...
-   A   poza   tym   była...   co?   -   pani   Thoresen   spojrzała   na   matkę 

wyzywająco.

-  Agnes   i   Elise   nie   przyjaźniły   się   zbyt   blisko   w   tym   czasie.   Nie 

mieliśmy więcej miejsc, i tak było już pełno ludzi. Myślę, że Agnes czuła 
się urażona.

background image

- Na pewno jej przejdzie. Matka skinęła głową.
-   Słyszałaś,   że   półtora   tygodnia   temu   uratowaliśmy   z   rzeki   młodego 

człowieka?

- Pani Evertsen mówiła mi o tym, ale nie bardzo wiem, co to za jeden.
- Był żołnierzem, ale został zwolniony do domu po tym, jak spadł z 

urwiska.   Zranił   się   w   głowę.   Teraz   kuśtyka   po   okolicy   i   dziwnie   się 
zachowuje, biedak.

- O rany. Skoczył do rzeki?
-   Tak   nam   się   wydaje.   Nasz   lokator,   Asbjorn   Hvalstad,   i   ja   za-

uważyliśmy go. Emanuel był akurat w domu na przepustce i pomógł nam 
go wyciągnąć na brzeg.

- Skąd wiesz, że został zwolniony z wojska? Miał mundur?
- Nie, dowiedzieliśmy się o tym od dorożkarza Karlsena, który był tak 

miły i odwiózł tego młodzieńca do domu. Zapomnieliśmy posłać z nim 
jego   przemoczonych   rzeczy   i   Elise   musiała   potem   pójść   do   niego   do 
domu.

Elise   zaczęła   się   denerwować.   Nie   chciała,   by   pani   Thoresen 

opowiedziała o tym Johanowi, zanim sama mu nie wyjaśni, że oboje się 
pomylili.

- A co ostatnio słychać w Hjula, pani Thoresen? Doszły mnie pogłoski, 

że wybuchł pożar?

Pani Thoresen machnęła tylko ręką.
- Plotki i czcza gadanina. Trochę dymu, a dziewczyny już myślą, że 

fabryka stoi w płomieniach. Jak się nazywa ten żołnierz?

Pani Lovlien odwróciła się do Elise.
- Czy nie Ansgar Mathiesen? Elise przytaknęła.
- Ansgar Mathiesen - powtórzyła pani Thoresen. - Czy to nie jeden z 

przyjaciół Lorta- Andersa?

Elise ponownie przytaknęła.
- Myślę, że Agnes wie, kto to.
- W takim razie i Johan go zna.
- Całkiem możliwe. Myślę, że go o to zapytam. Odprowadzę cię do 

domu,  gdy   będziesz  już  szła  -  dodała  ochoczo. Wolała  porozmawiać z 
Johanem w Andersengarden, niż żeby tu przychodził. Poza tym musiała 
mu   powiedzieć   o  Ansgarze   jak   najszybciej,   na   wypadek   gdyby   Johan 
spotkał go na ulicy.

Pani   Thoresen   nie   mogła   zbyt   długo   usiedzieć   spokojnie,   wkrótce 

wstała, podziękowała za kawę i ruszyła do drzwi. Elise zwróciła uwagę, że 
jeszcze bardziej się zgarbiła, a włosy tak jej się przerzedziły, że między 

background image

kosmykami   prześwitywała   błyszcząca   skóra   głowy.   Jej   szal   był 
zniszczony. To musiał być dla niej ciężki okres, gdy Johana zamknięto w 
więzieniu.

-   Mogę   przekazać   wszystko   Johanowi,   Elise   -   zaprotestowała,   kiedy 

Elise dała do zrozumienia, że zamierza iść razem z nią. - Nie musisz mnie 
odprowadzać tylko dlatego, że chcesz zapytać o Ansgara.

Elise przypomniała sobie, jak pani Thoresen dziwnie ku nim spoglądała, 

gdy oboje z Johanem stali w altanie restauracji Hasselbakken.

Najwyraźniej matkę i panią Thoresen łączyło coś wspólnego: obawa, że 

ona i Johan nie zapomnieli o sobie.

- Myślę, że mogłabym od razu odwiedzić Annę. Nie widziałam jej od 

ślubu Johana i Agnes.

Po drodze do Andersengarden Elise zauważyła, że pani Thoresen dostaje 

zadyszki. To na pewno z powodu pyłu w fabryce. Matka Johana przez całe 
życie   stała   przy   tej   samej   maszynie,   dzień   za   dniem,   w   tym   samym 
wirującym pyle. Większość robotnic miała kłopoty z oddychaniem. Teraz 
przyszła kolej na panią Thoresen.

- To był piękny ślub, pani Thoresen - zagadnęła Elise z grzeczności. - 

Pomyśleć tylko, że ojca Agnes stać było na to, żeby urządzić wesele w 
Hasselbakken.

Pani Thoresen nie od razu odpowiedziała.
- Nie wiem - rzekła powoli po jakimś czasie. - Uważam, że mógł wydać 

trochę mniej pieniędzy na tych wszystkich obcych ludzi i raczej pomóc 
Agnes i Johanowi, aż znajdą jakąś pracę.

- Ja też prawie nikogo tam nie znałam. Kim byli ci eleganccy goście 

ubrani na czarno-biało?

Pani Thoresen wzruszyła ramionami.
- Sądzę, że zaprosił ich po to, by wszystkim zaimponować. Teraz całe 

Sagene opowiada o wspaniałym weselu Agnes.

- Musi ci być miło?
Pani   Thoresen   spojrzała   na   Elise   z   ukosa,   otworzyła   usta,   żeby   coś 

powiedzieć, ale się rozmyśliła.

Pierwszą   osobą,   na   którą   natknęły   się   w  Andersengarden,   była   pani 

Evertsen.   Wypadła   jej   kolej   mycia   schodów.   Usiadła   na   najniższym 
stopniu, czerwona i spocona na twarzy, w starej, zniszczonej bluzce, która 
lepiła się do ciała. Zapach salmiaku bił w nos.

- Teraz przynajmniej nie będzie mógł powiedzieć, że pani Evertsen nie 

myje, nie szoruje i nie sprząta. Zrzęda! - dodała obruszona.

- Był tutaj? - pani Thoresen rozejrzała się wokół. Pani Evertsen skinęła 

background image

głową.

- Powiedział, że śmierdzi w mojej kuchni. Jak gdybym mogła coś na to 

poradzić, że w mojej ścianie jest zdechły szczur. O, wybrałaś się do nas, 
Elise?   Przyszłaś   się   przywitać   z   dawnym   ukochanym?   Teraz   możesz 
żałować. Żołnierz w mundurze i kamieniarz, nie sądziłaś, że tak mu się 
powiedzie.

Elise nie chciała się denerwować.
- Tak, żebyś wiedziała, że żałuję! - roześmiała się. Pani Evertsen posłała 

jej zdumione spojrzenie.

Johan siedział przy stole i czytał gazetę. Gdy tylko zobaczył Elise, jego 

twarz się rozjaśniła.

- Elise? - rzekł zaskoczony.
-   Twoja   matka   powiedziała,   że   wróciłeś.   Ciekawa   byłam,   czy   może 

wiesz coś o Emanuelu.

Jakie to dziwne, pomyślała w tej samej chwili. Nie tak dawno temu 

siedziała na jego kolanach, gdy matki nie było w domu. Pamiętała, jak 
lubiła jego silne spracowane dłonie i mocne ramiona. Przyglądała się jego 
mięśniom,   kiedy   podwijał   rękawy   koszuli.  Albo   po   prostu   patrzyła   na 
niego z zachwytem, kiedy siedział na stołku i zapalał skręta. Pamiętała, że 
dziwiło  ją,  że takie  zwyczajne,  codzienne  czynności  mogą  wywoływać 
drżenie jej ciała. Nagle odegnała tę myśl.

-  Wejdź   i   usiądź,   i   napij   się   ze   mną   kawy,   to   opowiem  ci   wieści   z 

Kongsvinger.

- Czy Abrahamsen tam jest? - pani Thoresen wskazała głową na drzwi 

pokoiku.

- Nie, wyszedł, ale wróci za chwilę.
-   W   takim   razie   trochę   tam   posprzątam,   skoro   go   nie   ma.   Johan 

uśmiechnął się, odprowadzając matkę wzrokiem, gdy znikała w pokoiku.

- Udaje, że się jej nie podoba, że Anna ma przyjaciela, ale w głębi duszy 

czuje ulgę. Wiem, że się martwi, co będzie z Anną tego dnia, kiedy jej 
zabraknie, ale boi się plotek.

- Myślisz, że to poważne, co jest między nimi?
- Tak, Torkild to dobry i porządny chłopak. Przychodzi codziennie, żeby 

ćwiczyć z Anną, bo wierzy, że będzie mogła wstać z wózka. Nie mam 
serca mu powiedzieć, że to niemożliwe. Doktor mówił, że już nigdy nie 
będzie   mogła   chodzić.   Anna   pogodziła   się   ze   swym   losem   i   jest 
szczęśliwa. Zwłaszcza teraz, kiedy on pojawił się w jej życiu.

Elise skinęła zamyślona.
- To już jest spory postęp, że może korzystać z wózka. Przedtem była 

background image

ciągle   skazana   na   łóżko.   Spotkałam   pewną   prządkę,   która   mieszka   na 
Sandakerveien,   i   mówiła,   że   często   widuje   Torkilda  Abrahamsena,   jak 
wozi Annę po okolicy.

Johan przytaknął. Potem przyjrzał się Elise badawczo.
- Co się stało, że przyszłaś?
- Czy coś w tym złego, że postanowiłam odwiedzić Annę?
-   Tak,   zwłaszcza   jeśli   twój   były   narzeczony   jest   w   domu   -   rzekł   z 

uśmiechem. - O ile zrozumiałem, twój mąż nie życzy sobie, byśmy się 
widywali.

- Właśnie dlatego tu przyszłam, żeby uniknąć krytyki.
- Lepiej, żebyś ty przyszła do mnie, niż gdybym ja odwiedził ciebie?
Elise uśmiechnęła się zawstydzona.
- Obiecałam, że cię nie wpuszczę do domu, ale nie przyrzekałam, że nie 

będę tu przychodzić.

Roześmiał się.
- Ciekawe, czy przyjąłby takie wytłumaczenie. - Spoważniał. - Widzę po 

tobie, że coś się stało. Mów!

- To nie ten, którego podejrzewaliśmy.
- O czym ty mówisz?
- To nie Ansgar Mathiesen. Ten, którego nazwałeś Tyką. Zauważyła, że 

drgnął. Zmarszczył czoło, nie rozumiejąc.

- Rozmawiałam z nim. Tego wieczoru, kiedy to się stało, był w wesołym 

miasteczku aż do zamknięcia.

Johan wyglądał, jakby go poraziło.
- Pytałaś?
-   To   długa   historia.   Zaczęło   się   od   tego,   że   zauważyłam   jakiegoś 

mężczyznę o kulach z bandażem na głowie, który stał na moście i sprawiał 
wrażenie, jakby chciał skoczyć do rzeki.

Spostrzegła,   że   Johan   otworzył   oczy   ze   zdziwienia.   Szybko   opo-

wiedziała o swoim lęku przed tajemniczym mężczyzną i o przerażeniu, 
kiedy zrozumiała, że to zapewne ten, który ją zgwałcił i którego Johan 
uratował  podczas  ćwiczeń   wojskowych  na   służbie   w  straży   granicznej. 
Potem   mówiła   o   paczkach   z   ubrankami   niemowlęcymi,   o   uratowaniu 
chłopaka   z   rzeki,   kiedy   to   matka   i   Asbjorn   Hvalstad   zauważyli   go 
unoszonego prądem, i w końcu o tej niedzieli, kiedy Ansgar nagle pojawił 
się przed drzwiami ich domu z ubraniem ojca, które mu pożyczyli, i setką 
koron   jako   podziękowaniem  za   pomoc.   Powtórzyła   Johanowi   słowo   w 
słowo   rozmowę   z   rudowłosym,   dodała,   że   wydawał   się   nieśmiały   i 
przerażony i że wszyscy w domu uznali, że był trochę dziwny, a także że 

background image

sama pomyślała, że taki nerwowy i żałosny młody człowiek nie mógłby 
zgwałcić kobiety.

- Mama twierdzi, że pewnie jest we mnie zakochany, że może od dawna 

cierpi z powodu nieszczęśliwej miłości. Żal mi go - stwierdziła na koniec.

- Myślę, że jednak widziałaś go przez moment tego wieczoru, kiedy to 

się stało.

- Ja też tak sądziłam, ale było ciemno, mogłam się pomylić. Agnes jest 

pewna, że to nie mógł być Ansgar. On nie jest taki, powiedziała. Gdyby to 
rzeczywiście   był   on,   to   nie   zapukałby   do   nas   i   nie   patrzyłby   mi   tak 
szczerze   w oczy,  kiedy  spytałam,   jak  długo   był wtedy   w mieście.   Nie 
mógłby   być   aż   tak   zatwardziały.   W   każdym   razie   nie   on,   taki 
przestraszony i zawstydzony.

Johan wrolno pokręcił głową.
- Myślę, że to wszystko brzmi jakoś dziwnie. Dlaczego miałby ci zatem 

dawać ubranka niemowlęce? Jedyny powód to taki, że podejrzewa, że jest 
ojcem dziecka.

- Dopóki robił to w tajemnicy, to zgadzam się z tobą. Ale ostatnim razem 

oddał mi paczkę do ręki. Widzi przecież, że spodziewam się dziecka, na 
pewno wie, że nie stać nas na wiele rzeczy, a jeżeli to prawda, że się we 
mnie podkochuje, to daje mi rzeczy dla maleństwa zamiast kwiatów. To 
wygląda   na   szaleństwo   i   niestety   obawiam   się,   że   to   jest   właściwe 
wytłumaczenie. On musi być nienormalny.

Johan zagryzł wargę w zamyśleniu.
- Porozmawiam z Agnes. Ma przyjaciela imieniem Gustav. Wydaje mi 

się, że on zna Tykę. Sam nigdy nie miałem z nim nic wspólnego. Może 
nawet powinienem się wybrać do więzienia Akershus i porozmawiać z 
Lortem-Andersem?

Elise zaniepokoiła się o Johana. Wiedziała, że z Lortem-Andersem nie 

ma żartów.

- Spotkałam kiedyś tego Gustava. To było tego samego wieczoru, kiedy 

szłam do ciebie do Akershus z listem. Na Maridalsveien natknęłam się 
przypadkiem na Agnes, Gustava i dwóch jego kumpli. Jednym z nich był 
Ansgar Mathiesen. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, jak się nazywa, i nie 
zwróciłam  też  na niego  szczególnej  uwagi,  ale  kiedy  mnie  napadnięto, 
wydawało mi się, że to właśnie on. Teraz, gdy się nad tym zastanawiam, 
nie wiem, jak to możliwe, bym dostrzegła jego twarz. W okolicy nie ma 
ani jednej latarni, a w lesie było ciemno jak w studni. Poza tym rzucił się 
na mnie od tyłu. Mogłam pomyśleć, że to on, ponieważ wydał mi się mało 
sympatyczny, jednak równie dobrze mógł to być ten drugi. Jeżeli to jeden 

background image

z nich.

Zapadła cisza.
- Mam wyrzuty sumienia, że zasugerowałam ci, że to ten rudowłosy - 

mówiła dalej po chwili. - Pomyślałam, że źle by się to mogło skończyć, 
gdybyś przypadkiem spotkał go na ulicy.

-   Bałaś   się,   że   mógłbym   go   dopaść   i   powalić   na   ziemię?   Przecież 

uratowałem mu życie.

- Nie wiem, co sobie wyobrażałam, wiem tylko, że w takim samym 

stopniu jak ja byłeś dotknięty tym, co się stało.

Skinął głową.
- To prawda. Czy to dziwne? Gdyby do tego nie doszło i gdybyśmy 

wyjaśnili   wszystkie   nieporozumienia   między   nami,   inaczej   by   się 
wszystko ułożyło. Bądźmy szczerzy, Elise. Ani ty, ani ja nie chcieliśmy 
zerwania zaręczyn. Zgadzasz się?

Spuściła wzrok.
-   Jak   możesz   mówić   coś   takiego   teraz,   kiedy   i   ty,   i   ja   złożyliśmy 

przysięgę komuś innemu?

- To się stało potem i właściwie nie mam z tą sprawą nic wspólnego. 

Proszę cię tylko, byś odpowiedziała mi szczerze na pytanie: zgadzasz się?

Spojrzała mu w oczy.
- Tak, zgadzam się. Płakałam dniami i nocami, kiedy dostałam twój list 

pożegnalny, ale Emanuel pomógł mi się z tym pogodzić. Peder spytał mnie 
jakiś czas temu, czy nie można kochać dwóch osób naraz. Oczywiście, że 
można. Kocham Emanuela i jest nam razem dobrze, ale to nie oznacza, że 
wymazałam wszystko, co było między nami. Zachowam to w pamięci jako 
drogocenne wspomnienie.

Johan patrzył na nią długo, nie odezwał się. Pani Thoresen weszła do 

kuchni.

- Jeszcze tu siedzisz? Mieliście chyba dużo spraw do omówienia.
Elise wstała.
- Właśnie skończyliśmy. Czy mogę zajrzeć i przywitać się z Anną?
- Tak, ale wydaje mi się, że Torkild zaraz przyjdzie, a wtedy  lepiej, 

żebyś sobie poszła - pani Thoresen roześmiała się. Brakowało jej kilku 
zębów. Prawie wszystkie kobiety w okolicy, które urodziły kilkoro dzieci, 
traciły   zęby   w   czasie   ciąży.   Lekarz   mówił,   że   to   z   powodu   złego 
odżywiania. Elise uśmiechnęła się.

- Wymknę się, jak tylko usłyszę jego kroki.
Anna siedziała na wózku inwalidzkim i wyglądała przez okno.
- Nigdy mi się nie znudzi oglądanie kolorów jesieni. - Zwróciła twarz ku 

background image

Elise. - Mama mówiła, że siedzisz z Johanem w kuchni i rozmawiasz. To 
miłe. Uważam, że to dobrze, że potraficie pozostać przyjaciółmi, mimo że 
życie nie ułożyło się wam tak, jak byście tego chcieli. Chodź i usiądź tu 
przy mnie, Elise.

Elise usłuchała.
-   Między   mną   i   Johanem   nie   pozostało   żadnych   niedomówień. 

Wyjaśniliśmy wszystkie nieporozumienia i wszystko, co bolesne, minęło. 
Mam nadzieję, że Agnes i Johan oraz Emanuel i ja możemy się spotykać 
jak   dobrzy   przyjaciele.   Będziemy   mieć   dzieci   w   jednym   wieku,   będą 
mogły się razem bawić. A co u ciebie, Anno? Wyglądasz kwitnąco.

- Bo jestem szczęśliwa. Torkild jest najmilszym człowiekiem na świecie. 

Nosi mnie na rękach, dosłownie. Nie wierzyłam, że kiedykolwiek będę 
przeżywać coś podobnego, myślałam, że to się zdarza tylko zdrowym. - 
Zaczerwieniła się. - Torkild udowodnił mi, że się potwornie myliłam.

- Serce mi rośnie, gdy ciebie słucham, Anno. Nasz mały świat jest pełen 

ludzi, którzy noszą w sobie różne tęsknoty. Wielu zagłusza je alkoholem, 
inni gorzknieją, a ty, najbardziej z nas wszystkich doświadczona przez los, 
potrafisz wszędzie dostrzec coś pozytywnego. Zasługujesz na szczęście.

- To wielkie słowa.
- To prawda.
Anna przebiegła wzrokiem wzdłuż ciała Elise.
-   Zaczynasz   się   zaokrąglać.   Czy   naprawdę   zostały   jeszcze   cztery 

miesiące?

- Niepełne.
- Boisz się?
- Trochę. Przeraża mnie, że tak często zdarzają się komplikacje. Pani 

Berg uważa, że akuszerki nie zachowują odpowiedniej higieny.

Anna   przyglądała   się   Elise   przez   dłuższą   chwilę,   po   czym   spytała 

ostrożnie:

- To znaczy, że chcesz tego dziecka?
-   Wiesz,   jak   to   się   stało.   Nikt   nie   może   ode   mnie   oczekiwać,   bym 

pragnęła takiego dziecka. Na początku w ogóle nie potrafiłam patrzeć na 
to jak na dziecko, to po prostu było „coś". Coś brudnego, obrzydliwego, 
czego najchętniej bym się pozbyła. Lecz jeśli nosisz w sobie taki zalążek 
miesiąc po miesiącu i stopniowo musisz zacząć go traktować jak żywe 
dziecko, to zachodzi w tobie jakaś przemiana. Dziecko nie jest niczemu 
winne. Takie jest moje zdanie.

- Bóg pobłogosławił cię dzieckiem, Elise. Myślę, że tak powinnaś to 

traktować. Wszystkie  kobiety   marzą  o dziecku,  ale  nie  wszystkie  mają 

background image

możliwość je urodzić.

Elise spojrzała na Annę. Za jej słowami kryło się wiele tęsknoty.
W kuchni rozległy  się głosy, zaraz potem dało się słyszeć pukanie i 

uchyliły się drzwi.

Do   środka   wszedł   Torkild   Abrahamsen,   uśmiechnięty,   o   ciepłym 

spojrzeniu.

Elise wstała.
- Muszę niestety już iść, chłopcy wrócą zaraz z pracy i trzeba im dać 

jeść.

Anna roześmiała się.
- A twojej mamy nie ma w domu?
- Jest,ale...
-  Torkild   i   ja   uważamy,   że   to   bardzo   miło,   że   nas  odwiedziłaś.   Nie 

musisz iść z naszego powodu.

- Wiem, ale to prawda, że na mnie czekają. Zajrzę innego dnia, Anno.
Kiedy   Elise   wyszła   do   kuchni,   nikogo   tam   nie   było.   Na   półpiętrze 

między parterem a pierwszym piętrem stały pani Evertsen i pani Thoresen 
i trajkotały. Ledwie zwróciły na nią uwagę.

Doszła   aż   do   narożnej   kamienicy,   kiedy   zobaczyła   Johana,   który 

rozmawiał z Evertem.

- Cześć, Evert. Dobrze cię widzieć. Cieszę się, że znów wychodzisz. 

Słyszałam, że byłeś chory.

Evert wzruszył po męsku ramionami.
-   Nie   umarłem.   Ale   nie   przeżyłbym,   gdybym   nadal   mieszkał   u 

Hermansena. - Splunął daleko, jak to robili duzi chłopcy.

Elise   zauważyła,   że   potwornie   wychudł.   Pod   zniszczoną   koszulką 

rysowały   się   wystające   kości   ramion,   skóra   na   ostrych   kościach 
policzkowych była napięta. Chłopak wydawał się bardzo blady, w dodatku 
kaszlał. Ów kaszel, głęboki i metaliczny, wydobywał się z samego dna 
płuc.

- Wydaje mi się, że jesteś za lekko ubrany. Nie masz kurtki? Pokręcił 

głową.

- Pani Berg naszywa łaty na rękawy.
- Może chcesz do nas zajrzeć? Peder i Kristian zaraz wrócą z pracy.
Twarz chłopca rozpromieniła się.
- Nie byłem tam chyba, odkąd się przeprowadziliście.
- Nie, zbyt rzadko cię widujemy. - Odwróciła się do Johana. - Wybierasz 

się do Agnes?

Skinął głową.

background image

Sama nie rozumiała, dlaczego zakłuło ją w piersi. Johan był zamkniętym 

rozdziałem w jej życiu. Kochała Emanuela.

- Pozdrów ją ode mnie. Zapytasz ją w sprawie, o której rozmawialiśmy?
- W pierwszej kolejności.
Odprowadziła go wzrokiem, kiedy przechodził przez most.
Zwróciła   uwagę,   że   Evert   dziwnie   się   jej   przygląda.   Jednak   się   nie 

odezwał. Niełatwo jest dzieciom zrozumieć świat dorosłych, pomyślała. 
Chłopak na pewno pamiętał, że ona i Johan byli zaręczeni. A teraz widzi, 
że każde z nich związało się z kimś innym.

Kiedy zbliżyli się do domu majstra, Elise dostrzegła matkę, jak stoi na 

ganku i macha do niej białą kopertą.

- Przyszedł do ciebie list od Emanuela!
- Znowu?
To dziwne, pomyślała Elise. Zaledwie tydzień temu dostała poprzedni.

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

Zabrała list do salonu, a Evert usiadł na podłodze w kuchni, by pobawić 

się z Anne Sofie i Larsine. Peder i Kristian jeszcze nie przyszli z pracy.

Moja i tylko moja kochana Elise!
Jest   niedziela   ósmego   października.   Czekamy   tylko,   aż   Storting 

zatwierdzi umowę, żebyśmy mogli wrócić do domów. Nigdy tak bardzo za 
Tobą nie tęskniłem jak teraz. Bezczynność jest źródłem wszelkiego zła, jak 
mówią, i w tych dniach mogliśmy się o tym naprawdę przekonać. Nie 
wiem, co się teraz z Tobą dzieje, mam złe przeczucie zbliżającego się 
nieszczęścia. Wszystko stało się takie trudne. Nie chodzi o obóz ani o 

background image

pozostałych żołnierzy, ale o mnie.

Wczoraj wieczorem - na szczęście wieczorem - urządziliśmy jak zwykle 

wielkie   ognisko   ze   śpiewem,   muzyką   i   tańcami.   Myślę,   że   wszyscy 
przeczuwaliśmy,   że   to   być   może   nasz   ostatni   sobotni   wieczór,   kiedy 
jesteśmy razem. Panowała dziwna atmosfera smutku zmieszanego z chęcią 
zabawy, radości z powodu powrotu do domu i żalu, że trzeba się rozstać z 
ludźmi,   których   poznaliśmy   i   których   nauczyliśmy   się   cenić.   Kiedy 
wreszcie położyłem się do łóżka, zapadłem w głęboki sen. Przyśniło mi się 
coś niesamowitego. Sen był tak żywy, że miałem uczucie, że dzieje się 
naprawdę. Śniło mi się, że dostałem się w wir wodospadu, potężnej fali 
lub rwącej rzeki, nie wiem, co to było, w każdym razie jakaś ogromna siła, 
która mnie wciągała. Ty stałaś na brzegu i patrzyłaś na mnie przerażona, 
krzyczałaś, wołałaś i zaklinałaś mnie, bym do Ciebie wrócił. Rzuciłaś linę, 
ale   była   za   krótka.   Chciałem   wyrwać   się   do   Ciebie,   walczyłem,   by 
wydostać się na lad, ale owa siła była potężniejsza. W ostatnim momencie, 
zanim pochłonęły mnie masy wody, zobaczyłem jeszcze, jak z płaczem 
upadłaś na ziemię.

Ten   sen   nadal   we   mnie   żyje,   modlę   się   do   Boga,   aby   nie   stał   się 

zapowiedzią czegoś złego. Tak bardzo Cię kocham, Elise. Sprawiłaś, że 
moje życie stało się bogatsze, jaśniejsze. Kiedy wrócę do domu, cały czas 
poświęcę Tobie i nigdy nie będę pragnął niczego innego.

Twój Emanuel
List  opadł  jej  na kolana.  Elise  w  zamyśleniu  zapatrzyła się  w  okno, 

gdzie wieczorny mrok, gęsty i czarny, napierał na szybę. Elise czuła, jak 
strach wolno pełznie do góry wzdłuż kręgosłupa.

Czy Emanuel nigdy nie wspominał, że miewa prorocze sny? Skąd u 

niego przeświadczenie o zbliżającym się niebezpieczeństwie, jeśli nie z 
powodu niezwykłej intuicji?

List został napisany w niedzielę. Dziś jest środa. Gdyby zdarzył się jakiś 

wypadek,   już   by   ją   zawiadomiono.   Nie   słyszała,   by   w   pobliżu   obozu 
znajdowały się rzeka lub wodospad.

Siedziała   przez   dłuższą   chwilę,   zanim   udało   jej   się   wyzwolić   z 

przerażających myśli, wstała i poszła do kuchni. Peder i Kristian wreszcie 
wrócili. Elise ku swej radości zauważyła, że chłopcy wzięli Anne Sofìe i 
Larsine   do   zabawy,   zamierzali   się   bawić   w   chowanego   i   właśnie 
recytowali wyliczankę „ele mele", żeby ustalić, kto ma kryć. Wypadło na 
Everta. Stał twarzą do ściany i wołał: „Pałka, zapałka, dwa kije, kto się nie 
schowa, ten kryje. Liczę: raz, dwa, trzy..." Szybko policzył do stu.

W   tym   czasie   czwórka   pozostałych   dzieci   znalazła   sobie   kryjówkę: 

background image

dwoje schowało się pod łóżkami w pokoiku, jedno do skrzyni na drewno, a 
ostatnie skuliło się pod schodami na poddasze.

- To miło, że dostałaś list od Emanuela, prawda? - Matka popatrzyła na 

Elise w napięciu.

- Tak, bardzo. Już nie może się doczekać, kiedy wróci do domu. Od 

kiedy   usłyszeli   o   zawarciu   porozumienia   w   Karlstad,   czują,   że   przy 
granicy nie mają już nic do roboty. Nudzą się.

- Dlaczego nie mogą wyjechać? Na co czekają?
- Kiedy Emanuel pisał list, Storting jeszcze nie zatwierdził warunków 

porozumienia. Już chyba niewiele dni im zostało.

Evert   znalazł   wszystkich,   którzy   się   schowali,   dzieciaki   robiły 

niesamowity   hałas.   Matka   otarła   czoło,   wyglądała   na   zmęczoną.   Elise 
musiała wrzasnąć, żeby przekrzyczeć rozbawioną gromadkę.

- Jeżeli macie robić taki rumor, dzieci, to musicie iść się bawić na dwór!
-  Ale   już   jest   ciemno   -   zauważyła   Larsine   przestraszona.   Kiełbaska 

jeszcze nie przyszła, mimo że już dawno powinna tu być.

Peder wziął małą za rękę i pociągnął za sobą.
- Chodź, Larsine! To nic, że jest ciemno. Będę was pilnował. Dzieci 

zniknęły za drzwiami.

Mama ciężko westchnęła.
- Ostatnio jestem jakaś rozdrażniona, pięcioro dzieci naraz to dla mnie 

za   dużo.   Jest   coś,   o   czym   chciałabym   z   tobą   porozmawiać,   Elise.   - 
Zawahała   się.   Poruszyła   się   niespokojnie,   musiała   chwilę   odczekać.   - 
Zdajesz   sobie   sprawę,   że   zrobiło   się   u   nas   ciasno   jak   nigdy.  Asbjorn 
dowiadywał się trochę i ustalił, że znalezienie mieszkania jest zupełnie 
niemożliwe.   Nie   tylko   biedni   mają   trudności.  Asbjorn   mówi,   że   tu   w 
mieście zawsze tak było, ale od sześciu lat jest coraz gorzej i gorzej. Po 
przełomie   w   tysiąc   osiemset   dziewięćdziesiątym   dziewiątym   roku   na 
placach   budowy   zrobiło   się   całkiem  cicho.   Już   prawie   nikt  nie   buduje 
domów   wielorodzinnych,   w   każdym   razie   z   małymi   mieszkaniami,   na 
które byłoby stać robotników.

Elise już dawno domyśliła się, do czego matka zmierza, ale pozwoliła 

jej mówić. Zresztą i tak na razie nie mogła jej dać żadnej odpowiedzi. 
Musi poczekać do powrotu Emanuela.

- Wreszcie wygląda na to, że władze dostrzegły związek przepełnionych 

szpitali   i   więzień   z   nędznymi   warunkami   mieszkaniowymi.   Dopóki 
właściciele fabryk albo inni prywatni przedsiębiorcy  nie zrobią czegoś, 
żeby zapewnić ludziom mieszkania, władze gminy wezmą się do budowy, 
ale   zanim  to  się   stanie,   prawie   niemożliwością   jest  cokolwiek   znaleźć. 

background image

Asbjorn uważa się za szczęściarza, ponieważ udało mu się wynająć u nas 
poddasze, lecz teraz obawia się, że Emanuel go wyrzuci. Zarówno jego 
ciotka, jak i Ringstadowie dali wyraz temu, że będzie nam potrzebny cały 
dom, kiedy Emanuel wróci.

- To jasne, że nie wyrzucimy go na ulicę. - Elise wycierała stół, nie 

patrząc matce w oczy. - A i ty bardzo byś za nim tęskniła.

- My... my zastanawialiśmy się, żeby w razie czego wyprowadzić się we 

dwoje.

Elise odwróciła się w jej stronę.
- I zamierzacie się pobrać?
Matka skinęła, rumieniąc się. Jej oczy promieniały szczęściem.
-   Wiem,   że   nie   jest   to   dla   ciebie   zaskoczeniem.   To   znaczy,   że 

zdecydowaliśmy   się   na   ślub   już   teraz.   Nie   trzeba   nam   wiele   miejsca. 
Wystarczy   pokój   i   kuchnia.  Ale   nawet   małych   mieszkań   w   ogóle   nie 
można znaleźć.

Elise nie zdobyła się na to, by spytać wprost, więc zmierzała do sedna 

okrężną drogą.

-   Kiedy   mieszkaliśmy   w   czynszówce   Andersengarden,   było   nas 

sześcioro. A więc i wy zmieścicie się chyba w pokoiku z kuchnią.

- Na pewno, jest nas tylko troje. Elise zmarszczyła brwi.
- Masz na myśli troje dzieci?
Pani Loylien przez moment patrzyła na córkę, nie rozumiejąc. Po chwili 

oszołomienie ustąpiło miejsca przerażeniu.

-   Chyba   nie   chcesz   powiedzieć,   że   Peder   i   Kristian   mają   się 

wyprowadzić z nami?

- Myślałam, że to ty jesteś ich matką.
- Ależ Elise? - Matka wpatrywała się w nią ze strachem w oczach. - 

Mogłabyś się rozstać z Pederem i Kristianem?

-   Nie,   muszę   przyznać,   że   bardzo   by   mi   ich   brakowało,   ale   nie 

rozumiem, jak ty mogłabyś ich zostawić.

- Zapominasz, że byłam poważnie chora i nadal jeszcze całkiem nie 

wyzdrowiałam.   Lekarz   mówi,   że   muszę   na   siebie   bardzo   uważać,   bo 
inaczej może nastąpić nawrót choroby. Zajmowanie się trójką dzieci to 
ponad moje siły.

- Pan Hvalstad jest w stanie zapewnić ci utrzymanie, żebyś nie musiała 

tkać chodników z gałganków albo pomagać Magdzie w sklepie.

-   Kanceliści   nie   zarabiają   Bóg   wie   ile.   Elise   ciężko   zaczerpnęła 

powietrza.

-   Nie   musimy   o   tym   dyskutować   teraz.   Jeżeli   nie   będziecie   mogli 

background image

znaleźć sobie mieszkania, możecie na razie mieszkać tutaj. Porozmawiam 
o tym z Emanuelem, kiedy wróci.

Matka uśmiechnęła się.
- Dziękuję, Elise. Zawsze byłaś dobrą córką. Pójdę na górę na poddasze 

i powiem o tym Asbjornowi.

Uśmiechnęła się zadowolona, odwróciła się i szybko wyszła na korytarz.
Elise   stała   w   milczeniu,   słuchając,   jak   matka   wchodzi   na   górę   po 

stromych   schodach.   Jak   zwykle   matka   usłyszała   tylko   to,   co   chciała 
usłyszeć. Co na to powie Emanuel, że wszyscy będą musieli się gnieździć 
w tym „kurniku", jak to określił pan Ringstad? Dla niej to niemal raj, ale, 
jak matka Emanuela stwierdziła, „Jak ty byś się czuła, gdybyś musiała 
mieszkać kątem u innych?" To byłoby nie do wytrzymania. Może Emanuel 
powie to samo o zamieszkiwaniu w domu majstra w siedem, a wkrótce w 
osiem osób?

Pokręciła   głową   z   niedowierzaniem.   Jak   matka   mogła   uznać   za 

oczywiste, że chłopcy tu zostaną, podczas gdy ona się wyprowadzi?

Jedno   było   w   każdym   razie   pewne:   nie   da   Pederowi   i   Kristianowi 

odczuć, że nie są mile widziani w swym własnym domu!

Otworzyły się drzwi i do kuchni wszedł Evert. Z trudem łapał powietrze, 

był blady i miał spocone czoło.

- Chyba muszę na chwilę usiąść. Gwiazdy mi wirują przed oczami.
Elise pomogła mu usiąść na skrzyni na drewno, która stała blisko pieca.
- Jeszcze ci nie przeszło, Evercie?
- Nie. Po prostu jeszcze przez jakiś czas nie mogę tyle biegać.
- Zawołam resztę dzieci, to posiedzicie sobie przy stole, powycinacie 

zdjęcia z gazety i pobawicie się w teatrzyk kukiełkowy. Staram się nie brać 
do rozpalania w piecu tych gazet, w których jest najwięcej zdjęć.

Szarobiała twarz Everta zrobiła się ogniście czerwona. Chłopiec rozpiął 

koszulę i ciężko oddychał.

- Chyba odprowadzę cię do domu, Evercie. Nie wyglądasz dobrze. Masz 

tu kilka kasztanów i włóż je do kieszeni spodni. Dam ci się jeszcze napić 
łyk   alkoholu.   Piecze   w   gardło,   ale   pomaga.   -  W  pośpiechu   wyszła   do 
salonu   i   znalazła   butelkę   Emanuela.   Następnie   nalała   trochę   do 
szklaneczki.

Evert wzdrygnął się i pociekły mu łzy, ale przełknął wódkę.
- Myślę, że już jestem całkiem zdrowy - rzekł zadowolony. Jego wzrok 

ześliznął się tęsknie na stół, gdzie leżały stare gazety.

- Masz pewnie wielką ochotę pobyć z nami jeszcze trochę i pobawić się 

w teatrzyk, prawda?

background image

Przytaknął.
Elise uchyliła drzwi i zawołała dzieci do środka. Wkrótce cała piątka 

siedziała przy stole.

Matka nadal była na poddaszu.
Elise   usiadła   na   skrzyni   na   drewno   i   zaczęła   łapać   oczka   w   poń-

czochach. Od czasu do czasu zerkała zmartwiona w stronę Everta. Był 
niepokojąco   blady;   Elise   nie   podobało   się,   że   jest   mu   na   przemian   to 
zimno, to gorąco. Akurat w tej chwili miał wypieki na policzkach, chociaż 
w   kuchni   wcale   nie   było   za   gorąco   i   już   dawno   zdołał   ochłonąć   po 
zabawie   na   dworze.   Pani   Berg   powinna   go   zaprowadzić   do   lekarza, 
pomyślała.

Przypomniała się jej rodzina Isaksenów i mała Gudny. Wynajmowali 

jeden   z   pokoików   w   mieszkaniu   pani   Albertsen.   Pani   Isaksen   była 
przekonana, że Gudny ma przewlekłą grypę. Kiedy dziewczynka budziła 
się   nad   ranem,   była  mokra   od   potu,   i  tak  się   ciągnęło   miesiącami.   Po 
jakimś czasie zaczęła kasłać. Pan i pani Isaksen rozmawiali o tym, żeby 
pójść do lekarza, ale postanowili jeszcze poczekać i obserwować dziecko. 
No bo jeśli to nie grypa, tylko coś o wiele, wiele gorszego? - mówiła pani 
Isaksen   do   pani   Evertsen,   jak   sobie   Elise   przypominała.   Najgorsze   to 
stracić nadzieję, mówiła matka małej, i usłyszeć, jak lekarz mówi: nic tu 
się   nie   da   zrobić.   Gudny   czuła   się   coraz   gorzej   i   gorzej,   aż   wreszcie 
przyszedł lekarz.  Tej  samej  nocy  dziewczynka  zaczęła   pluć  krwią.  Nie 
było już wątpliwości: Gudny zapadła na suchoty, „białą dżumę".

Dwa dni później mała Gudny umarła. Rodzice pięknie ją przystroili i 

wszyscy z kamienicy przyszli się z nią pożegnać.

Elise   zadrżała   na   sarną   myśl.   Znowu   zerknęła   na   Everta.   Od   czasu, 

kiedy tu przyszedł, nie słyszała, żeby kasłał, raz tylko, kiedy spotkała go 
wcześniej na ulicy. Gdyby miał suchoty, kasłałby dużo częściej.

Gdy tylko o tym pomyślała, Evert zaniósł się kaszlem. Elise pośpiesznie 

wstała.

- Myślę, że powinieneś pójść do domu i się położyć, Evercie. Lepiej 

zajrzyj do nas innym razem, to pobawicie się w teatrzyk.

Evert wydawał się bardzo rozczarowany, a i Peder protestował, ale Elise 

nie odważyła się zmienić zdania.

Na wszelki wypadek postanowiła go odprowadzić. Kristian spojrzał na 

nią   zdumiony,  Anne   Sofie   przestraszyła   się,   ale   Elise   zapewniła   ją,   że 
zaraz wróci.

Na dworze mocno wiało, nie zdążyli dojść dalej niż do połowy drogi, 

kiedy zaczęło padać.

background image

- Chodź, Evercie, podbiegniemy.
Wzięła chłopca za rękę i zaczęli biec. Nie powinien zmoknąć, zwłaszcza 

gdy jest tak zimno, a on nie ma nawet kurtki.

Poszła z nim aż na pierwsze piętro i zapukała do mieszkania pani Berg. 

Evert ciężko oddychał.

-   To   ty,   Elise?   O,   jesteś   wreszcie,   Evercie.  A  myślałam,   że   już   za-

pomniałeś, gdzie mieszkasz.

-   Przyszedł   do   nas   na   chwilę,   ale   zauważyłam,   że   nie   jest   całkiem 

zdrowy. Może powinien obejrzeć go lekarz, pani Berg?

Pani Berg spojrzała na Elise przestraszona.
- Czy to konieczne?
- A czy nie od dawna źle się czuje?
- No tak, ale... - Zwróciła się do Everta. - Chyba już nie jesteś chory, 

prawda, Evercie?

Evert pokręcił głową, a zaraz potem złapał go atak kaszlu.
Elise wracała do domu. Martwiła się o Everta. Jeśli Evert zapadł na 

suchoty... Nie mogła nawet o tym myśleć.

Kiedy już miała skręcić w ostatnią ulicę prowadzącą do domu, wpadła 

prosto na jakąś ciemną postać.

- Johan?
- Elise? - roześmiał się. - Chyba mnie nie prześladujesz? Roześmiała się 

w odpowiedzi, ale zaraz spoważniała.

-   Odprowadziłam   Everta   do   domu.   Wydaje   mi   się,   że   jeszcze   nie 

całkiem wyzdrowiał.

- Zaraz i ty będziesz chora, skoro wychodzisz w taką pogodę. - Zdjął z 

siebie   kurtkę   i   narzucił   na   jej   ramiona,   potem   ściągnął   cyklistówkę   i 
włożył jej na głowę. - Tak, teraz możesz biec do domu.

Zaśmiała się.
- Nie mogę przecież iść w twoim ubraniu!
- Czy ktoś słyszał takie bzdury? Biegnij do domu, powiedziałem. Nie 

chcę   cię   mieć   na   sumieniu,   jeśli   nabawisz   się   zapalenia   płuc,   skoro 
pozwoliłem ci moknąć na deszczu w samym tylko cienkim szalu, który 
wiatr przeszywa na wskroś.

Ponownie się roześmiała.
- Miałbyś mieć wyrzuty sumienia, bo mi brakuje rozsądku?
- Bez dyskusji. No, zmykaj! - odwrócił się od niej i pobiegł w stronę 

Andersengàrden.

Elise, uśmiechając się, wracała do domu. Musiała przyznać, że dobrze 

było  mieć   coś  na   głowie,   a  na   ramionach   kurtkę,   która   chroniła   przed 

background image

deszczem   i   wiatrem.   Jednak   obawiała   się,   że   kogoś   spotka.   Musiała 
komicznie wyglądać.

Gdy   tylko   stanęła   w   drzwiach,   matka   i   chłopcy   spojrzeli   na   nią 

zdumieni.  Larsine  najwidoczniej  już  odebrano,  a Anne  Sofìe  poszła  na 
górę położyć się spać.

- O rany! Wybierasz się na bal przebierańców? - Kristian popatrzył na 

nią, mrużąc oczy, nie bardzo wiedząc, jak to potraktować.

Peder natomiast uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Teraz wyglądasz jak majster.
-   Jak   Paulsen?   -   Elise   roześmiała   się.   -   On   chyba   nie   chodzi   w 

cyklistówce i bawełnianej kurtce, lecz w czarnym fraku i meloniku.

- Ale ma duży brzuch. Elise roześmiała się.
- Ta czapka przypomina mi czapkę Johana - matka spojrzała na nią z 

dziwnym wyrazem twarzy.

-   Bo   jest   jego.   W   powrotnej   drodze   natknęłam   się   przypadkiem   na 

Johana. Na dworze leje jak z cebra, więc uparł się, żebym pożyczyła jego 
czapkę i kurtkę, by nie nabawić się zapalenia płuc.

- Phi! - prychnęła matka poirytowana. - Od kiedy to ludzie pracy dostają 

zapalenia płuc od przemoknięcia? Całą zimę chodzimy w przemoczonych 
ubraniach.

Elise jęknęła w duchu. Matka znowu stała się podejrzliwa.
- W każdym razie udało mi się odprowadzić Everta do domu, zanim 

całkiem zmókł - rzekła, żeby zmienić temat. - Nie podoba mi się kolor 
jego   twarzy   ani   to,   że   ciągle   pot   mu   się   skrapla   na   czole.   Tuż   przed 
wyjściem dostał ataku kaszlu.

Matka posłała jej przerażone spojrzenie.
- Chyba nie sądzisz, że...
- W głębi duszy mam taką nadzieję, ale długo był chory. Mówiłaś, że 

czuje się lepiej, ale dziś na to nie wyglądało. Zapytałam panią Berg, czy 
nie powinna pójść z nim do lekarza, aie zobaczyłam, że się przestraszyła. 
Dokładnie tak jak kiedyś pani Isaksen... 

Matka odwróciła się w stronę pieca, pochyliła się i dołożyła drewna. 

Elise zrozumiała, że nie chce pokazać, o czym myśli.

-   Musicie   uważać,   kiedy   przebywacie   razem   z   Evertem,   chłopcy   - 

mówiła dalej Elise. - Nie rozmawiajcie o tym, żeby go nie przestraszyć, 
ale odwracajcie się, kiedy kaszle.

Skinęli głowami. Rozumieli, że nie żartuje. Elise upomniała samą siebie, 

że koniecznie musi pamiętać o oddaniu rzeczy Johanowi następnego dnia.

W środę pan Hvalstad stanął w drzwiach ożywiony, kiedy mieli siadać 

background image

do obiadu, i oznajmił uroczystym głosem:

- Pojutrze Korpus Strzelców wraca do domu!
Pani Lovlien i Elise odwróciły się ku niemu z radością.
- Czy to prawda? Skinął głową z uśmiechem.
- Przemaszerują z 0stbanestasjonen do twierdzy: w górę ulicą Karl Johan 

do Grand Hotelu, stamtąd Rosenkranzgaten, Stortingsgaten, Prinsens gate i 
Kirkegaten. Na pewno dużo ludzi wyjdzie ich witać i wiwatować na ich 
cześć, a wielu zażądało, by wydłużyli trasę przemarszu. - Czy nie będzie 
lekcji? - Peder z nadzieją wpatrywał się w pana Hvalstada.

- Tego nie wiem, Pederze, ale nie wiadomo też, kiedy przybędą, czy 

przed,   czy   po   skończonych   lekcjach.   Najpierw   przejdą   z   Lier   do 
Kongsvinger, a tam na pewno będą witani kwiatami i okrzykami radości. 
Następnie   udadzą   się   pociągiem   do   Kristianii;   po   drodze   na   stacjach 
kolejowych   zbiorą   się   tłumy   ludzi,   wiwatujące   na   ich   cześć.   Może 
będziecie mogli poprosić o wolne popołudnie w pracy? Dorożkarz Karlsen 
z   pewnością   nie   będzie   miał   nic   do   roboty,   gdy   połowa   mieszkańców 
Kristianii   zgromadzi   się   w   dole   Karl   Johan.  To   samo   pewnie   dotyczy 
twojego   sklepu,   Kristianie.   Jeśli   powiecie,   że   wasz   ojciec   jest   wśród 
strzelców, jestem pewien, że wasi pracodawcy się zgodzą.

Chłopcy zaczęli klaskać w ręce, krzyczeć „hurra!", ciesząc się już teraz.
Elise stała w milczeniu i przyglądała się im. Zastanawiała się, czy tylko 

ona zwróciła uwagę, że pan Hvalstad powiedział „wasz ojciec". Widocznie 
tak   to   rozumiał:   Elise   była   matką,   Emanuel   ojcem,   a   Jensine   jego 
ukochaną,   wolną   kobietą,   która   w   każdej   chwili   może   się   z   nim 
wyprowadzić, gdy tylko znajdą mieszkanie.

Teraz jesteś okropna, Elise, rzekła do siebie. Wiedziała, że nie miałaby 

nic przeciwko temu, ale co innego, gdy inni traktują to jak oczywistość.

Pan Hvalstad miał rację, że przyjdzie mnóstwo ludzi, pomyślała Elise, 

kiedy razem z chłopcami stała na chodniku przy Kirkeristen i czekała, aż 
Korpus Strzelców przemaszeruje w górę ulicy Karl

Johan. Zebrały się prawdziwe tłumy, wszyscy się przepychali i Elise z 

Kristianem i Pederem. musieli walczyć, by utrzymać miejsca z przodu, 
które udało im się zająć. Kiedy spojrzała w stronę dworca kolejowego, 
odniosła wrażenie, jak gdyby w połowie października obchodzili święto 
Siedemnastego   Maja.   Ludzie   wystawiali   głowy   przez   okna,   machali, 
krzyczeli „hurra!",  a  wśród   wszystkich  tych,  którzy   zgromadzili się  na 
chodniku, wielu trzymało bukiety kwiatów. Panował świąteczny nastrój i 
powszechna radość, jakiej nigdy jeszcze nie widziała.

- Idą! - zawołał mężczyzna w średnim wieku w słomkowym kapeluszu. 

background image

Stał  tuż   obok,  po   jego  policzkach   płynęły   łzy.  Z  pewnością   miał  syna 
wśród   strzelców   i   może   obawiał   się,   że   już   nigdy   go   nie   zobaczy, 
pomyślała Elise.

Niedługo   potem   usłyszeli   Marsza   strzelców   i   po   chwili   ujrzeli,   jak 

słońce odbija się w błyszczących instrumentach i w bagnetach długiego 
szeregu maszerujących żołnierzy z przywódcą korpusu i jego adiutantem 
jadącymi na przedzie na białych koniach. Żołnierze, których w sumie było 
kilkuset, maszerowali czwórkami. Ciekawe, czy Emanuel szedł bliżej nich, 
czy może z drugiej strony.

Ludzie wymachiwali chusteczkami i kwiatami, wołali „hurra!" i płakali i 

śmiali się na przemian. Większość mężczyzn miała na głowach meloniki, a 
kobiety średniej wielkości kapelusze. Elise zauważyła, że nieliczni włożyli 
cylindry.

Peder   był   tak   podniecony,   że   nie   mógł   ustać   spokojnie   na   miejscu, 

dreptał   i   podskakiwał,   rozglądał   się   dokoła   i   chciał   widzieć   wszystko 
naraz.   Zarówno   dorożkarz   Karlsen,   jak   i   właściciel   sklepu,   w   którym 
pracował   Kristian,   byli   tak   mili,   że   pozwolili   chłopcom   zrobić   sobie 
wolne,   gdy   usłyszeli,   że   z   Korpusem   Strzelców   wraca   do   domu   ich 
„ojciec".   Słyszeli,   że   żołnierze   przyjadą   dodatkowym   pociągiem,   który 
przybędzie na dworzec o wpół do trzeciej, a więc zdążyli skończyć lekcje.

Właśnie   mijali   ich   dowódca   korpusu   i   jego   adiutant   -   siedzieli 

wyprostowani i sztywni na końskich grzbietach. Potem jechała orkiestra, 
która grała tak skocznie i żywo, że ludzie przytupywali do taktu. Teraz 
Elise   i   chłopcy   mogli   zobaczyć   długi   rząd   strzelców,   ciągnący   się   od 
samego dworca.

Mężczyzna obok Elise zwrócił się do niej:
- Nigdy Norwegia nie była tak dobrze przygotowana do wojny, jak w 

tym  roku.   Czy   zdaje   sobie   pani  sprawę,   że   ponad   dwadzieścia   tysięcy 
żołnierzy   czekało   pod   bronią   i   że   wszystkie   fortyfikacje   przygraniczne 
były w pełni obsadzone?

Elise   pokręciła   głową.   Rozumiała,   że   mężczyzna   musiał   z   kimś 

porozmawiać, dziwiła się, że zwraca się do takiej biednej robotnicy jak 
ona. Wyglądało na to, że dziś radość była tak wielka, że wyrównywała 
różnice klasowe, w każdym razie na chwilę.

- Rozmawiałem przez telefon z przyjacielem - mówił dalej mężczyzna. - 

Jest jednym z oficerów, którzy właśnie wracają z Kongsvinger. Wczoraj 
dowódca korpusu przybył do Lier, żeby odsłonić pomnik, który wykuli 
strzelcy i ustawili na szczycie starego kurhanu. Kamień został wzniesiony 
na   pamiątkę   mężnych   żołnierzy,   poległych   na   przełomie   roku   tysiąc 

background image

osiemset   ósmego   i   tysiąc   osiemset   dziewiątego   oraz   w   roku   tysiąc 
osiemset   czternastym.   -   Uśmiechnął   się   do   Elise.   -   Możemy   być 
szczęśliwi,   że   tym   razem   obyło   się   bez   ofiar.   Lecz,   jak   powiedział 
pułkownik   w   swojej   przemowie:   „Jeżeli   kiedykolwiek   będzie   to 
konieczne,   wiemy,   że   zawsze   znajdą   się   Norwedzy,   którzy   wykażą   się 
odwagą   i   wolą   ofiarowania   życia   i   krwi   dla   Norwegii,   naszej   drogiej 
ojczyzny".

Elise   skinęła   głową,   ale   nie   wiedziała,   co   powiedzieć.   Mężczyzna 

wydawał się taki dostojny.

- Wieczorem mieli wielką uroczystość - mówił jegomość z ożywieniem. 

- Z wielkim ogniskiem, muzyką, tańcami. Wiele dziewcząt z tamtejszych 
stron   chętnie   zawierało   znajomość   z   naszymi   dzielnymi   żołnierzami.   - 
Roześmiał   się   cicho.   -  Z   pewnością   dziś   w   nocy   i  rano   na   dworcu   w 
Kongsvinger miało miejsce sporo rozdzierających serce rozstań. Mój syn 
napisał   list,   że   omal   się   na   śmierć   nie   zakochał   w   córce   jednego   z 
okolicznych   gospodarzy,   ale   się   opamiętał.   Zdaje   sobie   sprawę,   że 
pokrzyżowałoby to moje plany względem niego - dodał otwarcie.

- Widzisz go? - Peder wyciągał szyję i niemal nie był już w stanie dłużej 

wytrzymać   napięcia.   -   Wszyscy   wyglądają   tak   samo   w   jednakowych 
czapkach i mundurach, nie mam pojęcia, jak go rozpoznam.

Mężczyzna się roześmiał.
-   Musisz   wymachiwać   rękami   i   wołać   go   po   imieniu,   to   może   cię 

zobaczy.

Peder uczynił tak, jak mu ów człowiek poradził, zaczął machać rękami, 

ale nie miał odwagi krzyczeć.

-   Czekasz   na   swojego   ojca?   -  dopytywał   się   jegomość.   Peder  skinął 

głową.

- Nazywa się Emanuel i pochodzi z wielkiego dworu, gdzie jest dużo 

koni, owiec i świń.

- Co ty powiesz? To ciekawe. I przebyliście tak długą drogę, żeby tatę 

przywitać? A gdzie mieszkacie?

- W domu majstra - Peder z dumą spojrzał na mężczyznę.
- No proszę. Pewnie twoi dziadkowie nadal zajmują się gospodarstwem 

i mieszkają zaraz obok?

Peder pokręcił głową.
- Moja babcia umarła, zanim się urodziłem. Mój dziadek tak samo. Ale 

ojciec mego ojca był Cyganem i nikt nie wie, co się z nim dzieje.

Elise skuliła się, a Kristian szturchnął Pedera. w bok, żeby  wreszcie 

zamilkł, ale Peder, kiedy już zaczął i kiedy znalazł słuchacza, który był w 

background image

stanie go słuchać, nie mógł przestać gadać.

- Mój tato wpadł do rzeki, rozumie pan. Upił się i nie widział mostu.
- Wydawało mi się, że mówiłeś, że twój ojciec jest wśród strzelców?
W  tej   samej   chwili   dostrzegli   Emanuela   -   szedł   w   środku   szeregu   i 

jeszcze ich nie zauważył.

-   Emanuel!   -   Peder   wymachiwał   rękami   ze   wszystkich   sił,   skakał   i 

tańczył. - Jesteśmy tutaj!

Emanuel odwrócił się w stronę, skąd dochodził głos, jego twarz rozjaśnił 

szeroki uśmiech, kiedy zobaczył swych bliskich.

- Dlaczego on nie macha? - spytał Peder rozczarowany.
- Nie może machać, bo niesie bagnet - wyjaśnił Kristian cierpliwie, choć 

pewnie wstydził się za brata.

- O, a tam idzie mój syn! - zawołał radośnie mężczyzna stojący obok 

nich. Uniósł prawą dłoń i pomachał, a lewą ocierał łzy.

Peder spojrzał na niego.
- Płacze pan? - w jego głosie brzmiały zdumienie i współczucie.
- Peder! - Elise posłała mu surowe, karcące spojrzenie.
- Płaczę z radości, mój chłopcze. To mój jedyny syn, jedyne dziecko, 

które mam, a moja żona odeszła cztery miesiące temu.

Peder   w   milczeniu   przez   chwilę   przyglądał   się   mężczyźnie   dużymi 

okrągłymi oczami.

- W takim razie musi pan być biedny. Mama mówi, że pieniądze nie są 

ważne, ale to, czy masz kogoś, kogo kochasz.

Jegomość uśmiechnął się i pogładził Pedera po niesfornej czuprynie.
-  Całkiem  słusznie,   mój   chłopcze.  Ty,  który   masz   ojca   i  w  niebie,   i 

pośród strzelców, mamę, która się tobą opiekuje, i starszego brata, który ci 
pomaga, jesteś bogaty.

Peder   najpierw   popatrzył   na   niego   ze   współczuciem,   a   potem 

rozpromienił się.

-   Może   znajdziesz   sobie   nową   żonę?   Panu   Hvalstadowi   się   udało! 

Zakochał się w mojej mamie. Ale to nic nie szkodzi, bo mam Elise. - 
Uśmiechnął się do niej z dumą.

Elise poczuła, że zapłonęły jej policzki. Co zrobić, żeby ten chłopak 

wreszcie zamilkł?

Kompania strzelców już przeszła i ludzie ruszyli za nią równym, gęstym 

strumieniem.

Dziwne,   ale   ów   miły   pan   nadal   trzymał   się   tuż   obok,   choć   Elise 

spodziewała się, że będzie próbował się od nich odłączyć.

- Jak się nazywasz, młody człowieku? - spytał Pedera.

background image

-   Peder   Lovlien.   Mój   tato   nazywał   się   Mathias   Lovlien   i   był   ma-

rynarzem, zanim poszedł do pracy do tkalni i zaczął pić.

-  A  ta   młoda   pani,   która   idzie   obok   ciebie,   to   nie   twoja   mama,   jak 

sądziłem, ale pewnie siostra?

-   Jest   w   pewnym   sensie   i   jedną,   i   drugą,   rozumie   pan.   Mama   za-

chorowała na suchoty i nie mogła pomagać ani Kristianowi, ani mnie. I 
odkąd wróciła z sanatorium, jakby zapomniała, jak to jest być mamą.

- A twoja siostra ma pracę?
-   Przez   wiele   lat   pracowała   w   fabryce,   ale   teraz   nie   ma   pracy,   bo 

znalazła   męża   i   ma   dziecko   w   brzuchu.   Wie   pan   co?   Emanuel   jest 
właściwie moim szwagrem. Był nawet w Armii.

- Masz na myśli Armię Zbawienia? W takim razie to na pewno dobry 

człowiek. Ludzie, którzy tam pracują, robią dużo dobrego.

- Tak, dostałem od niego buty zimowe ze świątecznych garnków, bo 

strasznie marzły mi nogi. Podeszwy całkiem popękały i zrobiły się dziury, 
przez   które   wpadał   mi   do   środka   śnieg,   aż   siniały   mi   palce   stóp.  Ale 
Emanuel   musiał   odejść   z  Armii,   bo   nie   wolno   mu   było   się   ożenić   z 
dziewczyną bez munduru. Kiedy Emanuel wróci do domu, będzie nas przy 
stole   osiem   osób,   a   gdy   Kiełbaska   przyprowadzi   Larsine,   to   dziewięć, 
chociaż mamy tylko sześć taboretów, ale ja mogę siedzieć na skrzyni na 
drewno, to mi wcale nie przeszkadza. - Pederowi po prostu buzia się nie 
zamykała.

Jegomość się nie odzywał. Peder zerknął na niego z ukosa.
- Chyba pan już nie płacze? Mężczyzna uśmiechnął się.
- Nie, już nie płaczę. To były tylko łzy ze szczęścia, rozumiesz.
-   Może   pan   do   nas   przyjść,   my,   dzieci,   usiądziemy   na   skrzyni   na 

drewno, a pan będzie miał cały taboret dla siebie.

Nieznajomy roześmiał się serdecznie.
-   Myślę,   że   masz   serce   ze   złota,   młody   Pederze.   Dziękuję   za 

zaproszenie,   ale   nie   jestem  pewien,   czy   twojej   mamie   spodoba   się,   że 
przybył jeszcze ktoś do nakarmienia. I tak jest was dość dużo. Poza tym 
muszę zająć się moim synem, wiesz.

- Ale może pana syn przywiózł z sobą córkę gospodarza? Zanim się pan 

zorientuje, urodzi im się dziecko i już nie będzie pan taki biedny. Jak się 
pobiorą, to już pójdzie szybko. Niech pan spojrzy na Elise. - Roześmiał 
się.

Elise   mocno   ścisnęła   Pedera   za   rękę,   a   potem   zwróciła   się   do 

nieznajomego.

- Proszę wybaczyć, chłopak tak się ożywia, gdy zobaczy, że ktoś chce go 

background image

słuchać, już nie wiem, co robić, żeby się zachowywał, jak należy.

- Myślę, że rozmowa z nim to przyjemność, proszę pani, zwłaszcza miło 

się słucha jego zabawnych komentarzy.

Elise   uśmiechnęła   się   zakłopotana.   Po   raz   pierwszy   ktoś   nazwał   ją 

„panią". Ten mężczyzna nie jest widocznie taki jak inni.

Dotarli   do   placu   przy   twierdzy,   gdzie   batalion   przemaszerował   w 

otwartym czworoboku; plac wypełnił się krewnymi żołnierzy i widzami, 
zrobiło się czarno od ludzi.

Pułkownik   wygłosił   przemówienie   i   skierował   gorące   podziękowania 

zarówno do żołnierzy, jak i do dowództwa za wspaniałą postawę, jaką się 
wykazali   w   tym   jakże   ważnym   czasie.   Następnie   podziękował   im   za 
ofiarność i radość ze spełnianego obowiązku wobec ojczyzny, i to zarówno 
z bronią, jak i łopatą.

Potem   oddziały   rozproszyły   się   i   wszyscy   zaczęli   szukać   swoich 

bliskich.

Kristian dostrzegł Emanuela i energicznie pociągnął za sobą Elise. W tej 

samej   chwili  Elise   usłyszała,   jak  jegomość   mówi  do  Pedera   tuż   za  jej 
plecami:

- Masz tu, mój chłopcze, schowaj to do kieszeni i daj swojej dzielnej 

siostrze. Życzę wam miłego dnia.

Peder chwycił Elise za rękę, ale nie mogła się zatrzymać, bo Kristian 

pociągnął ją w swoją stronę.

Dopiero kiedy trochę odeszli, odwróciła głowę.
- Czy on ci coś dał, Pederze?
Peder włożył rękę do kieszeni i wyjął stukoronowy banknot. Przyglądał 

się pieniądzom jak oniemiały, a potem zerknął na Elise, jak gdyby zrobił 
coś złego.

- Wsunął mi to do kieszeni!
Elise   rozglądała   się   w   poszukiwaniu   nieznajomego,   ale   zniknął   bez 

śladu.

Nagle usłyszała swoje imię i zobaczyła, że Emanuel zbliża się ku nim 

szybkimi krokami. Za chwilę utonęła w jego ramionach.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

Matka   nakryta   do   stołu   na   ich   przyjście,   upiekła   biszkopty   i   zrobiła 

kawę, położyła odświętny obrus i wyjęła porcelanowe filiżanki. Zarówno 

background image

ona, jak i pan Hvalstad i Anne Sofię włożyli niedzielne ubranie. Larsine, 
która nie miała się w co przebrać, pożyczyła od pani Lovlien elegancki 
szal i zarzuciła na ramiona, jego frędzle zamiatały podłogę.

Peder pierwszy wpadł do domu jak burza.
- Mamo, mamo, wiesz co?  Dostałem sto koron od bogatego pana w 

cylindrze, ale one nie są dla mnie, tylko dla Elise, i nie wiadomo, czy on 
przyjdzie, chociaż powiedziałem, że może siedzieć na osobnym taborecie!

Matka   była   tak   oszołomiona,   że   z   wrażenia   zapomniała   powitać 

Emanuela; stanęła jak wryta i spojrzała na Pedera.

- Sto koron...?
Elise pośpieszyła z wyjaśnieniem i krótko opowiedziała, co się stało.
Matka wydawała się wstrząśnięta.
- Nie wolno przyjmować pieniędzy od obcych, a poza tym nie jesteśmy 

ostatnimi   biedakami,   którzy   muszą   otrzymywać   jałmużnę   od   panów   w 
cylindrach!

Uśmiech   na   ustach   Pedera   zgasł,   chłopiec   spojrzał   na   matkę   za-

wstydzony.

-   Myślę,   że   powinnaś   wysłuchać   całej   historii,   zanim   coś   powiesz   - 

rzekła   Elise   spokojnie.   -   Przypuszczam,   że   Peder   powiedział   temu 
człowiekowi coś, co dało mu do myślenia i czego długo nie zapomni. Sto 
koron nie było jałmużną, lecz podziękowaniem.

Skoro Peder mu coś dał, mężczyzna miał prawo okazać wdzięczność. 

On i Peder zgodzili się co do jednej ważnej rzeczy: że to nie pieniądze się 
liczą,   ale   to,   by   mieć   kogo   kochać.   Peder   uznał,   że   ten   człowiek   jest 
biedny, i mu współczuł, bo miał tylko jednego syna, a jego żona zmarła. 
Jegomość zaś stwierdził, że Peder jest bogaty, ponieważ ma rodzinę, w 
której do stołu siada siedem lub osiem osób.

Pani Lovlien nie wydawała się przekonana.
- Ale co Peder miał na myśli, mówiąc, że nie wiadomo, czy ten człowiek 

przyjdzie, choć miał dostać osobny taboret do siedzenia?

Elise uśmiechnęła się.
-   Peder   zaprosił   nieznajomego   do   domu,   ale   ten   mężczyzna   nie   był 

pewien, czy się ucieszysz z jego odwiedzin.

- Ależ Pederze! - matka spojrzała na niego wzburzona. - Jak mogło ci 

przyjść do głowy, żeby zapraszać do domu obcych ludzi?

- Mówiłaś, że „kto ma miejsce w sercu, znajdzie miejsce w domu", a ten 

człowiek potrzebował trochę serca, rozumiesz.

Emanuel uśmiechnął się.
- Zgadzam się z Elise. Mężczyzna dał Pederowi pieniądze nie z litości 

background image

lub współczucia, ale ponieważ uznał, że i on coś otrzymał. Proponuję, 
żeby schować pieniądze do blaszanego pudełka Elise i wydać je na coś 
dobrego do jedzenia. A teraz zapomnijmy na chwilę o tym nieszczęsnym 
człowieku i uczcijmy nasz wielki dzień.

Nie   zdążyli  usiąść   do  stołu,   gdy   rozległo   się   pukanie   do  drzwi  i  do 

środka zajrzał Evert.

-   Witaj,   Evercie!   Wejdź,   to   razem   będziemy   świętować!   -   Elise 

przyniosła jeszcze jeden stołek z kuchni. Musieli dostawiać stołki - na 
sofie   i   wyściełanych   krzesłach   Emanuela   nie   starczyło   miejsca   dla 
wszystkich.

- Przyniosłem to od pani Berg. - Evert podał Elise brązową papierową 

torbę. W środku był świeżo upieczony chleb słodowy. - Chciałem tylko się 
przywitać i złożyć życzenia. Chleb jest niemal jak w przepisie, tylko jest 
niedużo syropu, a więcej piwa.

Elise spojrzała na pachnący, ciepły chleb i ślinka jej pociekła.
- Jak to miło z jej strony. Pozdrów ją i serdecznie podziękuj.
Kiedy wszyscy usiedli do stołu, Peder rozejrzał się zadowolony i rzekł:
- Jeżeli ten pan przyjdzie, to będzie nas dziesięcioro. Matka posłała mu 

niespokojne spojrzenie.

- Chyba nie sądzisz, że on przyjdzie? Elise roześmiała się.
- Naturalnie, że nie, mamo, nie wie nawet, gdzie mieszkamy. Kristian, 

opowiedz mamie i panu Hvalstadowi, jak było dziś w mieście.

Kristian zaczął opowiadać o zatłoczonych chodnikach wzdłuż ulicy Karl 

Johan, o tych wszystkich ludziach, którzy wystawiali głowy przez otwarte 
okna i machali, o morzu czarnych meloników i cylindrów oraz damskich 
kapeluszy, które ciągnęło się aż do dworca.

-   Myślę,   że   od   Siedemnastego   Maja   nie   było   tu   jeszcze   tyle   ludzi. 

Wszyscy   machali   i   wiwatowali,   gdy   żołnierze   wreszcie   się   pojawili   - 
zakończył.

- A mój kolega miał łzy w oczach, ponieważ siadał do stołu tylko z 

synem - dodał Peder. - Uważam, że powinniśmy go zaprosić, mamo.

Pan Hvalstad wyglądał jak wielki znak zapytania.
- Najpierw nazywasz go „panem", a zaraz potem mówisz o nim „mój 

kolega". O kim ty mówisz, Pederze?

- Był panem w cylindrze, lecz został moim kolegą, bo rozmawialiśmy ze 

sobą, rozumiesz.

Pan Hvalstad posłał Elise zdziwione spojrzenie.
- Czy to tylko fantazja? Elise roześmiała się.
- Peder wdaje się w rozmowę z każdym. Ci obaj rzeczywiście stali się 

background image

niemal przyjaciółmi. Peder wysłuchał jego smutnej historii o tym, że żona 
tego jegomościa nie żyje i że jeden z powracających żołnierzy jest jego 
jedynym synem, a potem pan w cylindrze dowiedział się wszystkiego o 
nas.

-  Teraz   kłamiesz,   Elise.   -   Peder   spojrzał   na   nią   surowo.   -   Najpierw 

zaczepił   ciebie.   Nie   odzywał   się   do   mnie,   tylko   opowiadał   ci   o 
żołnierzach, którzy zakochali się w dziewczynach z Kongsvinger.

Pan Hvalstad zwrócił się do Elise.
- Tak po prostu zaczął z wami rozmawiać? Elise skinęła głową.
- Myślę, że czuł się samotny i potrzebował z kimś porozmawiać. Stał 

obok nas i po prostu zaczął opowiadać, jak gdyby znał nas od zawsze. 
Wydaje mi się, że nawet nie zwrócił uwagi na to, skąd pochodzimy. Miał 
przyjaciela, który  był oficerem w Korpusie Strzelców i który  do niego 
zadzwonił   i   opowiedział   c   przemówieniu   pułkownika   i   odsłonięciu 
pomnika na cześć poległych w tysiąc osiemset ósmym i tysiąc osiemset 
czternastym roku.

- Zadziwiające. - Pan Hvalstad popatrzył na Elise zdziwiony. - Nigdy o 

tym nie słyszałem.

Pani Lovlien zerknęła na Emanuela.
-   Czy   to   prawda,   że   wielu   strzelców   znalazło   sobie   narzeczone   w 

Kongsvinger?

W tej samej chwili Evert zaniósł się kaszlem. Kaszlał tak okropnie, że 

Elise wyprowadziła go do kuchni i poczekała, aż mu przejdzie.

- Często tak kaszlesz, Evercie? Przytaknął.
- Pojawia się krew?
Pokręcił głową, wziął czerpak i napił się kilka łyków wody. W tej samej 

chwili   Elise   przypomniała   sobie,   co   pani   Berg   mówiła   o   higienie   i 
przyczynach tak dużej liczby zachorowań. Wzięła czajnik z kawą i wylała 
nieco gorącej kawy na czerpak w miejscu, gdzie Evert dotknął go ustami.

Evert przyglądał się temu zdumiony.
- Po co to robisz?
- Żeby Peder nie zaczął kaszleć tak jak ty.
Spojrzał na nią dziwnie, wzruszył ramionami i pośpieszył do salonu.
- A teraz opowiedz trochę o służbie w straży granicznej, Emanuelu - 

usłyszała Elise głos matki, kiedy wchodziła do salonu. - Gdy usłyszeliście, 
że   nie   będzie   wojny,   to   na   pewno   nie   mogliście   się   doczekać,   kiedy 
wreszcie będziecie w domu?

Emanuel skinął głową.
- Nudziliśmy się. Żeby temu jakoś zaradzić, pułkownik przysłał nam 

background image

korpus   żołnierzy   grających   w   orkiestrze   i   wieczorami   odbywały   się 
występy komików, tancerzy i śpiewaków. Rozpalaliśmy wielkie ognisko, 
niektórzy tańczyli. Śpiewaliśmy. Więcej nie ma co o tym mówić.

- A więc wynikały z tego same korzyści, że w okolicy mieszkali chłopi.
- Tak, tylko z jednym z nich nie dało się dogadać. Nazwał nas łazęgami, 

ponieważ nie chcieliśmy poganiać dla niego koni w kieracie; mówił, że w 
porównaniu   z   wojakami   z   tysiąc   osiemset   czternastego   roku   jesteśmy 
kiepskimi żołnierzami.

Elise popatrzyła na Emanuela, nie rozumiejąc.
- Co to jestkierat?
- Koń ciągnie jeden koniec dyszla i chodzi dookoła. Drugi koniec jest 

przymocowany do koła zębatego. Używa się tego do nabierania wody i do 
młócenia zboża.

Matka zmarszczyła czoło.
-   Dlaczego   ten   chłop   był   taki   nieprzyjemny?   Emanuel   wzruszył 

ramionami.

- Nie wiem. Twierdził, że na pewno nie byłoby z nas pożytku, gdyby 

doszło do wojny. Irytował nas. Mimo wszystko zostawiliśmy nasze domy 
gotowi   poświęcić   życie   za   ojczyznę.   Kiedy   mieliśmy   opuścić   jego 
gospodarstwo,   żeby   przez   kilka   dni   w   innym   miejscu   pełnić   nieco 
spokojniejszą   służbę,   kapitan   zaproponował,   byśmy   trzy   razy   krzyknęli 
„hurra!"   na   cześć   naszego   gospodarza   w   dowód   naszej   wdzięczności. 
Jednak ani jeden z nas nie otworzył ust. Kapitan nie zrozumiał naszego 
zachowania i ukarał nas w ten sposób, że nie dał nam przepustki oraz nie 
pozwolił nam opuszczać wyznaczonego terenu. W odpowiedzi napisaliśmy 
do   niego   list   i   wyjaśniliśmy   powód   naszego   milczenia.   Przyjął   nasze 
wytłumaczenie.

Pani Lovlien westchnęła z ulgą.
- Jak dobrze, że nie doszło do żadnych walk. Mam nadzieję, że teraz 

będziemy mogli żyć w pokoju, że Norwedzy i Szwedzi będą się odnosić 
życzliwie do siebie nawzajem.

Emanuel postawił szklaneczki z wódką na stole. Podniósł swoją.
- Wypijmy! Niech żyje wolna Norwegia!
Gdy wszyscy stuknęli się szklaneczkami, zwrócił się do Elise.
- I za nas, za to, że znowu jesteśmy razem, i za naszą przyszłość! Jutro 

rano idę zdać swój militarny ekwipunek i odchodzę ze służby. Nie będzie 
dla nas ze straży granicznej żadnych laurów, nie mamy się czym chwalić, 
jednak  to  niewielki rozdział w  historii Norwegii i  znaczący   w naszym 
życiu. Mimo że nie doszło do walk, zdawaliśmy sobie sprawę z powagi 

background image

naszego zadania. Tak bardzo chcieliśmy też coś z siebie dać. Jeśli chodzi o 
mnie,   pobyt   poza   domem   utwierdził   mnie   jeszcze   w   jednym,   co 
wiedziałem już przedtem, że jesteś najlepszą żoną, jaką mogłem znaleźć. 
Na zdrowie, Elise!

Pan Hvalstad podskoczył na krześle.
- Przypomniałeś mi o tym, co minister spraw zagranicznych Lovland 

powiedział w Stortingu siódmego października. - Czym prędzej wybiegł 
do   kuchni   i   wrócił   z   wycinkiem   gazety.   Od   razu   zaczął   czytać:   - 
„Świadomość,   że   granicy   strzeże   ofiarne   wojsko,   dawała   poczucie 
bezpieczeństwa. Nie przygnębiała nas myśl, że nasz kraj jest bezbronny - 
wręcz przeciwnie, duch w armii zasługuje na najwyższą pochwałę: teraz, 
jak i dawniej w historii, wojsko było naszym wsparciem i broniło naszego 
bezpieczeństwa".

Matka podniosła szklankę i wzniosła kolejny toast.
- Jesteśmy z ciebie dumni, Emanuelu.
Emanuel   uśmiechnął   się,   opróżnił   naczynie   i   nalał   znowu.   Odkąd 

wystąpił z Armii, nie był już taki wstrzemięźliwy jak kiedyś, zauważyła 
Elise. Z pewnością w Ringstad nie stronili od wódki.

Rozległo się pukanie do drzwi i weszła Kiełbaska, żeby odebrać Larsine.
- Wejdź, Maren! - zawołała matka z ożywieniem. - Świętujemy powrót 

pana Ringstada ze służby w straży granicznej. Chodź, napij się z nami 
kawy i skosztuj chleba słodowego, który pani Berg dziś upiekła.

Kiełbaska stanęła w drzwiach zawstydzona, niska i gruba, w brudnym 

fartuchu i w chustce na głowie, która opadła nisko na czoło, z plamami od 
potu pod pachami rękawów roboczej bluzy. Widać wraca prosto z pracy.

- A mogę?
- Oczywiście, że tak. Pomyśl, jak będzie milo Larsine, że z nami chwilę 

posiedzisz.

Kiełbaska   z   wahaniem   weszła   do   salonu,   przyglądając   się   wielkimi 

oczami pięknym meblom Emanuela.

Elise   pośpiesznie   wyciągnęła   jeszcze   jedną   filiżankę;   w   serwisie   do 

kawy było ich dwanaście.

Zwróciła   uwagę,   że   pan   Hvalstad   nie   wydawał   się   zachwycony 

pojawieniem   się   jeszcze   jednego   gościa,   w   dodatku   kobiety   w   popla-
mionym   krwią   ubraniu.   Zobaczyła   jednak,   że   dobrze   ukrywał   swoje 
niezadowolenie.

Kiełbaska złapała łapczywie największy kawałek chleba na półmisku. 

Peder   przyglądał   się   jej   zmartwiony   i   jak   zwykle   nie   zdołał   się 
powstrzymać:

background image

-   W   chlebie   jest   piwo,   nie   możesz   zjeść   za   dużo,   bo   się   upijesz. 

Kiełbaska przestała gryźć i z ustami pełnymi jedzenia zerknęła

na chłopca przestraszona. Kristian roześmiał się.
- W piwie słodowym nie ma alkoholu.
Elise i Emanuel wymienili spojrzenia, zrywając boki ze śmiechu.
Gdy   tylko   matka   Larsine   wypiła   kawę   i   zjadła   kawałek   chleba 

słodowego, podniosła się od stołu.

-   Muszę   wracać   do   domu   do   pozostałych   dzieci.   Dziękuję   za 

poczęstunek.   -   Uśmiechnęła   się,   ukazując   braki   w   uzębieniu,   wzięła 
Larsine za rękę i wytoczyła się za drzwi.

Gdy tylko zniknęła, pan Hvalstad zwrócił się do matki:
- Kto to właściwie był?
Kiełbaska   nigdy   przedtem   ich   nie   odwiedzała.   Przez   pierwsze   dni 

zostawiała i odbierała Larsine na ganku, a teraz dziewczynka wracała do 
domu sama.

-   Pracuje   przy   wyrobie   kiełbasy,   jest   niezamężna   i   przygarnęła   na 

wychowanie trzy sieroty. Larsine jest najmłodsza, dwoje innych na jesieni 
poszło do szkoły.

- Gdzie ona mieszka?
- Na poddaszu u kowala Andersa, w domu koło inspektora. Evert znowu 

dostał ataku kaszlu.

Elise wyprowadziła go do kuchni, żeby nie kaszlał nad stołem. Zwróciła 

uwagę, że chłopiec zrobił się bladoszary na twarzy, a kiedy dotknęła jego 
czoła, poczuła, że jest wilgotne od potu.

- Uważam, że powinieneś pójść do lekarza, Evercie. Jestem pewna, że 

panią Berg stać na to, żeby zapłacić za wizytę. Może ona nie wie, że tak 
źle się czujesz?

- Mówi, że wszystkie dzieci zimą kaszlą.
- Czy czasami robi ci się na przemian zimno i gorąco?
- Nieraz budzę się cały mokry, a kiedy indziej tak strasznie marznę, że 

aż szczękam zębami.

- Tak nie może być. Dzisiaj też odprowadzę cię do domu i powiem pani 

Berg,   że   albo   musi   wezwać   lekarza   do   domu,   albo   cię   do   niego   za-
prowadzić. Jeśli uważa, że szkoda na to pieniędzy, ja za ciebie zapłacę. 
Wiesz, pani Berg jest już stara i zapomniała, jak to jest mieć dzieci.

Elise zajrzała do salonu.
- Odprowadzę Everta do domu, bo nie czuje się najlepiej.
Emanuel   właśnie   snuł   wesołą   opowieść   o   duchu   straszącym   w   go-

spodarstwie Lier. Wielu oficerów widziało ubraną na biało kobietę, która 

background image

wchodziła do ich pokoi, nachylała się nad łóżkiem, po czym znikała przez 
ścianę. Peder i Kristian wpatrywali się w szwagra z szeroko otwartymi 
oczami, wstrzymując oddech. Nawet pan Hvalstad przysłuchiwał się w 
napięciu   i   z   zainteresowaniem.   Elise   pomyślała   najpierw,   że   mogłaby 
jeszcze wysłuchać z Evertem do końca tej historii, ale w tej samej chwili 
Evert znowu zaczął kaszleć. Wymknęła się cicho, żeby nie przeszkadzać, 
wydawało się, że nikt nie słyszał, co powiedziała.

Powietrze było zimne. Mroźna mgła unosiła się nad rzeką, na pewno w 

nocy chwyci mróz. Elise zaczęła drżeć. Przyśpieszyła kroku. Nie podobało 
jej się, że chłopiec wychodzi na dwór tak cienko ubrany.

- Musisz powiedzieć pani Berg, że powinieneś się cieplej ubierać, gdy 

wychodzisz. Ona prawie już nie opuszcza domu i nie rozumie, że nadeszła 
jesień.

- Ona mówi, że często marzła, kiedy  była mała. Opowiada, że jadła 

korę. Kiedy spadnie jej na podłogę okruszek chleba, żegna się, podnosi go, 
otrzepuje i wkłada do ust. A kiedy przechodzi obok szkoły, zagląda do 
koszy  na śmieci na boisku; jeśli zobaczy, że ktoś z bogatych wyrzucił 
jedzenie, wyjmuje je i zabiera do domu.

Elise pokiwała głową.
- Tacy się stajemy, jeżeli nauczyliśmy się skromnie żyć.
Evert   znowu   dostał   ataku   kaszlu,   kaszel   był   tak   silny,   że   chłopiec 

zwymiotował.

Elise   zatrzymała   się   i   przyglądała   mu   się   zmartwiona.   Pomyślała   z 

sympatią   o   „panu"  Pedera   i  Ansgarze   Mathiesenie.   Po   raz   pierwszy   w 
życiu   miała   dwieście   koron.   Czuła   się   bogata.   Teraz   mogła   zapłacić 
lekarzowi za zbadanie Everta, a jeżeli pani Berg uzna, że to niepotrzebne, 
mogła   kupić   zdrowe   i   pożywne   jedzenie   dla   Pedera   i   Kristiana   i 
wystarczającą ilość drewna, by przez całą zimę mieli ciepło w kuchni. 
Emanuel   powiedział,   że   już   od   poniedziałku   zacznie   pracę   w   kantorze 
tkalni   płótna   żaglowego.   Za   półtora   tygodnia   dostanie   swoją   pierwszą 
pensję. Jeżeli w dodatku zgodzi się, żeby pan Hvalstad i Anne Sofìe nadal 
mogli wynajmować poddasze, nie będą cierpieli biedy. Nadal będą mogli 
dolewać mleka do kaszy, jeść chleb z masłem, kiełbasą lub serem i rybę na 
obiad. Może nawet mięso w niedzielę.

Kaszel Everta wreszcie ustąpił. Elise wzięła chłopca za rękę i ruszyli 

dalej.

Cieszyła   się,   kiedy   dotarli   do   schodów   domu,   w   którym  mieszkał,   i 

mogli zostawić mgłę za drzwiami.

Otworzyła im pani Berg i spojrzała na Elise przestraszona.

background image

- Chyba nie stało się nic złego?
- Evert nie czuje się dobrze, pani Berg. Brzydko kaszle.
- Ale nie pluje krwią.
- Na szczęście nie, ale uważam, że powinien go zbadać lekarz. Bardzo 

dziękujemy za chleb słodowy. Wzruszyliśmy się i jesteśmy pani naprawdę 
wdzięczni.   Obiecałam   mamie,   że   pozdrowię   panią   gorąco   od   nas 
wszystkich. - To małe kłamstwo, ponieważ mama nawet nie zauważyła, że 
Elise wychodzi. Jednak uważała, że musi tak powiedzieć.

- To nic takiego.
-   Jeżeli   obawia   się   pani   iść   z   Evertem   do   lekarza,   mogłabym   go 

zaprowadzić.

- Naprawdę, Elise? - pani Berg jakby ulżyło. - Bałam się... No, wiesz...
-   Mogę   to   zrobić   jutro,   żeby   nie   czekać   do   przyszłego   tygodnia.   - 

Pogładziła Everta po głowie. - W takim razie przyjdę po ciebie jutro rano, 
Evercie. A teraz się połóż i rozgrzej.

Właśnie wyszła na ulicę, gdy usłyszała, że drzwi do  Andersengàrden 

otworzyły   się.   Pojawiła   się   w   nich   czyjaś   ciemna   sylwetka.   Latarnia 
gazowa była zbita, wokół panowała ciemność. Mimo to Elise rozpoznała, 
kto to. Poczuła nieprzyjemne ukłucie. Nie wolno jej zatrzymać się i z nim 
rozmawiać.   Gdyby   Emanuel   to   zauważył,   bardzo   by   mu   się   to   nie 
podobało.

- Czy to ty, Elise? - nie wydawał się zaskoczony, mimo że próbował 

zrobić na niej takie wrażenie. Podejrzewała, że widział ją przez okno i 
specjalnie wyszedł z domu.

- Cześć, Johan. Odprowadziłam Everta do domu. Przyniósł nam chleb 

słodowy od pani Berg, ponieważ dowiedziała się, że Emanuel przyjechał. 

-   Gratuluję.   Słyszałem,   że   strzelcy   dziś   wrócili.   Szkoda,   że   nie 

widziałem tego gorącego powitania. Mówią, że połowa miasta wyległa na 
ulice.

- Tak, to było niesamowite. Na chodniku ulicy Karl Johan zgromadziły 

się takie tłumy ludzi, że stojący z tyłu nic nie mogli zobaczyć, i

- Byłaś z chłopcami?
- Tak, dostali wolne z pracy.
- Chyba się ucieszyli, gdy zobaczyli Emanuela?
Wyczuła jakiś smutek w jego głosie. Johan bardzo zżył się z Pederem i 

Kristianem, był z nimi od ich narodzin i Elise wiedziała, że naprawdę ich 
lubi. Właściwie nic dziwnego, że jest mu przykro na samą myśl, że to nie 
jego, lecz Emanuela wyczekują i pragną, by wrócił do domu.

-  To   było   dla   nich   wielkie   przeżycie   móc   zobaczyć  wszystkich   tych 

background image

maszerujących   żołnierzy   z   błyszczącymi   bagnetami   i   słuchać   orkiestry 
wojskowej. Peder poznał jakiegoś jegomościa w cylindrze i wszystko mu 
o sobie opowiedział. - Roześmiała się. Sama zauważyła, że mówi szybko i 
nerwowo. Po co wspomniała o tym obcym, pomyślała zła na siebie. Johan 
zaśmiał się cicho.

- Nie ma obawy, Peder da sobie w życiu radę. Na widok jego dużych 

niebieskich oczu i za te zabawne komentarze wszyscy od razu czują do 
niego sympatię. Dobrze, że przyszłaś, Elise - spoważniał nagle. - Chciałem 
z tobą porozmawiać.

-   U   nas   w   domu   jest   teraz   przyjęcie   na   cześć   powrotu   żołnierzy. 

Wyszłam   tylko   na   chwilę,   nikomu   nic   nie   mówiąc,   bo   Evert   strasznie 
kaszlał.

- To nic zajmie dużo czasu. Mogę cię odprowadzić, to pogadamy po 

drodze.

Elise zawahała się.
- Nie masz odwagi? Boisz się, że nas zobaczy?
- Tak - przyznała i wolno ruszyła w stronę domu.
- Rozmawiałem z Agnes o Tyce, Ansgarze Mathiesenie. Odwróciła ku 

niemu głowę zaciekawiona.

- Co mówiła?
-  Właściwie   nie   jest   już   taka   pewna.  To   jednak   może   być   on.   Elise 

spojrzała na niego przerażona.

- Chyba nie chcesz powiedzieć, że to prawda!
- Spotkała go z kilkoma innymi. Przechwalał się, że dopadł w zaułku 

jakąś mężatkę. I że teraz ta dziewczyna spodziewa się jego dziecka.

Elise poczuła, jak oblewa ją zimny pot.
- Nie myślisz chyba, że mówił o mnie?
- Nie wiem. Powtarzam tylko to, co powiedziała Agnes.
-   O   Jezu!   -  jęknęła   szeptem.   -   Jeżeli   to   prawda...  A  stałam  z   nim  i 

rozmawiałam, jak gdyby nigdy nic. Starałam się nawet być dla niego miła, 
bo było mi go żal...

- A więc musi być przebiegłym diabłem! - Johan był zdenerwowany. - 

Spróbuję się dowiedzieć czegoś więcej, Elise. Ten chłopak nie może ujść 
bezkarnie, jeżeli to jego sprawka! W dodatku jest tak cwany, że się tym 
przechwala,   a   jednocześnie   próbuje   wzbudzić   w   tobie   współczucie... 
Cholera! - splunął daleko.

- Agnes może się mylić.
- Znowu starasz się go usprawiedliwiać? Pokręciła głową, była bliska 

płaczu.

background image

- Próbuję tylko uchwycić się nadziei, że to nie on. To byłoby takie. .. 

takie podłe. - Na samą myśl ogarnęła ją wściekłość. - Niech go diabli! - 
Łzy trysnęły jej z oczu. - Stał na ganku i patrzył mi prosto w oczy, kiedy 
przyznałam się, że go podejrzewam! „To dlatego byłaś taka zła?" - spytał. 
Jeżeli to on, to... to wtedy nie wiem, co mu zrobię.

-   Nie   możemy   być   pewni.   Jeszcze   nie.   -   Teraz   Johan   musiał   ją 

uspokajać.

Zbliżali się do mostu.
-   Chyba   lepiej   będzie,   jak   zawrócisz,   Johanie.   Jeśli   Emanuel   nas 

zobaczy, będzie zazdrosny.

- A ma powód?
Nie odpowiedziała, uniosła spódnicę i ruszyła biegiem do domu.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

Wszyscy zwrócili ku niej twarze, gdy ukazała się w drzwiach.
- Gdzie byłaś? - matka popatrzyła na nią z wyrzutem.
-   Mówiłam,   że   idę   odprowadzić   Everta,   ale   nikt   mnie   nie   słuchał. 

Wszyscy   byliście   pochłonięci   opowieścią   Emanuela   o   duchach.   - 
Spróbowała się uśmiechnąć. - I jak było z tą Białą Damą, która mogła 
przechodzić przez ścianę? - zagadnęła Emanuela.

- Odprowadzasz Everta do domu? - spojrzał na nią dziwnie.
- Nie, ale ostatnio bardzo się o niego martwię. Dostał w kuchni ataku 

kaszlu,   a   kiedy   spytałam,   czy   poci   się   i   czy   mu   zimno   na   przemian, 
odpowiedział, że czasem rano budzi się cały mokry, a innym razem tak mu 
zimno, że szczęka zębami. Obiecałam pani Berg, że pójdę z nim jutro do 
lekarza. Sama nie ma chyba siły, żeby go zaprowadzić.

- Czy to konieczne? - spytała matka sceptycznie. Elise skinęła głową.
- Obawiam się najgorszego.
- W takim razie lekarz niewiele będzie mógł zrobić - wtrącił się Asbjorn 

Hvalstad.

Elise nie odpowiedziała. Wszyscy wiedzieli, co pan Hvalstad miał na 

myśli. 

- Ale teraz starajmy się zapomnieć o wszystkich smutkach, Elise. Dziś 

powinniśmy się tylko cieszyć. - Emanuel przywołał żonę gestem ręki. Bez 
wahania do niego podeszła i usiadła obok. Objął ją ramieniem.

-   Opowiedz   mi   dalszy   ciąg   historii   o   duchach   -   poprosiła   żałosnym 

głosem. Tak bardzo chciałaby się cieszyć, ale miała uczucie, jak gdyby 
świat jej się walił.

- Otóż kapitan opowiadał, że kilka razy ze swego pokoju widział ubraną 

na biało postać, która pojawiała się w altanie w ogrodzie, tam gdzie leżą 
pochowani polegli w bitwach Szwedzi. Postać podnosiła się, chodziła tam 
i z powrotem i wolno poruszała ramionami.

Elise spojrzała Emanuelowi w oczy.
- Czy to prawda? Emanuel skinął głową.
- Pewnej nocy oficerowie postanowili nie kłaść się spać aż do północy i 

zaczaili się w pokoju kapitana. Stali nieruchomo, tak żeby ich nie było 

background image

widać. Pokój rozświetlało tylko blade światło księżyca. Nagle zobaczyli 
białą postać, która ukazała się w altanie: wstawała powoli z wyciągniętymi 
ramionami. Oficerów zmroziło ze strachu. Kiedy wreszcie doszli do siebie, 
rzucili   się   ku   altanie,   zdążyli   jeszcze   zobaczyć   kredowobiałą   twarz 
rozpływającą się w powietrzu. Niektórzy z nich zbiegli po schodach w 
nadziei, że na piasku przed altaną znajdą jakieś ślady pozostawione przez 
zjawę. I nie zawiedli się: znaleźli odciski końskich kopyt, to musiał być 
sam diabeł!

Elise zwróciła uwagę, że Peder i Kristian nie wydawali się ani trochę 

przestraszeni.   Wręcz   przeciwnie,   zakrywali   usta   dłonią,   żeby   się   nie 
roześmiać. Domyśliła się, że już wiedzą, kto był ową „zjawą".

- Kto się przebrał? - spytała bez ogródek.
- Elise, psujesz całą zabawę - Emanuel spojrzał na nią z wyrzutem. - 

Jeszcze nie doszedłem do końca.

- Zgadłaś, Elise - Peder nie zdołał usiedzieć na miejscu, stanął przy 

stole,   przestępując   z   nogi   na   nogę.   -   To   kapitan   wszystko   wymyślił! 
Poprosił jednego porucznika, żeby udawał zjawę, bo był bardzo zwinny.

Elise roześmiała się i powiedziała żartem:
-  A  więc   to   tym   żołnierze   się   zajmują,   pełniąc   straż   przy   granicy? 

Gdybym o tym wiedziała, nie zamartwiałabym się tu całe dnie.

Emanuel również się roześmiał, chwycił ją i potrząsnął dla zabawy.
- Uważaj, bo dostaniesz lanie.
Peder   i   Kristian   też   chcieli   się   włączyć   do   walki   i   skończyło   się 

strasznym wrzaskiem.

- Moi drodzy! - jęknęła pani Lovlien. - Teraz trochę przesadziliście.
Pan Hvalstad wstał.
- Już najwyższy czas położyć Anne Sofie do łóżka. Masz ochotę pójść z 

nami, Jensine? Anne Sofie chciałaby odmówić z tobą wieczorny pacierz.

Matka nie dała się dwa razy prosić.
- Wy też musicie się już kłaść, chłopcy - zarządziła Elise.
- Mam się kłaść razem z dzieciakami? - Kristian posłał jej rozżalone 

spojrzenie.

- Jest już późno, a jutro musicie wcześnie wstać do szkoły. Anne Sofie 

może spać tak długo, jak chce.

Zaczęła   sprzątać   ze   stołu,   a   Emanuel   przysunął   się   bliżej   lampy 

parafinowej, żeby poczytać gazetę.

Kiedy Elise dokładała do pieca, żeby nagrzać wody na zmywanie, jej 

myśli zaczęły krążyć wokół tego, co mówił Johan. Czy to możliwe, żeby 
gwałcicielem okazał się jednak Ansgar Mathiesen? Wzdrygnęła się. Jak 

background image

można być tak zimnym? Patrzeć jej prosto w oczy i udawać niewiniątko, 
mając   tyle   na   sumieniu?  A  jeszcze   do   tego   ofiarowywać   jej   ubranka 
niemowlęce. Zrobiło się jej niedobrze. Jutro w ciągu dnia pójdzie do Hildy 
i odda jej wszystkie te rzeczy. Nie mogłaby ich używać.

Łobuz chodzi po okolicy i opowiada, że dopadł zamężną dziewczynę, 

która będzie z nim miała dziecko. Pomyśleć tylko, że właśnie ją miał na 
myśli. A jeśli rozpowie innym, o kogo chodzi? Emanuel dostanie szału ze 
złości.

Aż podskoczyła, kiedy zauważyła, że Emanuel wchodzi do kuchni.
- Czy coś się stało, Elise?
- Nie, dlaczego?
- Wydajesz się taka zamyślona.
-   Ja,   która   nie   posiadam   się   z   radości,   że   wróciłeś   do   domu?   - 

uśmiechnęła się do niego.

Podszedł całkiem blisko i pocałował ją w policzek.
- Czy musisz zmywać koniecznie dzisiaj? Skinęła głową.
- Nie mogę zostawić filiżanek na stole w salonie, skoro mamy tam spać, 

a tu w kuchni nie ma miejsca.

Całował ją dalej, w szyję, kark, policzki.
- Tęskniłem za tobą.
- A ja za tobą.
Stanął za plecami Elise i obsypał jej kark pocałunkami. Przesunął rękę 

do przodu i położył na jej piersi.

- Zostaw to zmywanie.
- Mama jeszcze się nie położyła.
- To nic, nie odważy się tu wejść.
- Chłopcy jeszcze nie śpią, słyszę, jak gadają.
- Oni też nie będą mieli odwagi nam przeszkodzić.
Jego   ręka   ześliznęła   się   niżej   po   dużym   brzuchu   Elise   i   zatrzymała 

między jej udami.

- Chodź, Elise, dłużej nie wytrzymam.
Odstawiła na bok czajnik z wodą, włożyła fajerki na miejsce i dołożyła 

do pieca szczapę drewna, żeby ciepło utrzymało się do rana. Teraz było ich 
na to stać. Na koniec wsunęła do piekarnika kilka polan, żeby podeschły 
przez noc.

Emanuel stał cały czas za nią i śledził jej ruchy, gładził ją po pośladkach, 

włożył rękę pod jej bluzkę, szukając nagiej skóry. Elise panicznie się bała, 
że nagle któryś z chłopców wpadnie do kuchni pod pretekstem, że musi 
wyjść   za   potrzebą.   W   ich   pokoiku   zrobiło   się   podejrzanie   cicho, 

background image

prawdopodobnie leżeli i nasłuchiwali.

Zanim   wyszła   z   kuchni,   przykręciła   knot   parafinowej   lampy,   żeby 

płomień  nie  był  zbyt  wysoki,  następnie  podkradła  się  cicho  pod  drzwi 
pokoiku i uchyliła je. Na szczęście chłopcy spali.

Kiedy   wróciła   do   salonu,   Emanuel   już   się   rozbierał.   Zgasił   lampę   i 

zostawił tylko jedną świecę.

Elise wcześniej powlokła czystą pościel i wyjęła jedyną koszulę nocną, 

jaką miała. Zaczęła się rozbierać.

Emanuel   zatrzymał   się   i   z   uwagą   ją   obserwował.   Poczuła   się   za-

kłopotana, zapragnęła, by się odwrócił. Krępowało ją, że widział, jak duży 
urósł jej brzuch, obawiała się, że w jego głowie zrodzą się myśli, których 
żadne z nich nie powinno do siebie dopuścić.

- Zapomniałam ci podziękować za ostatni list - odezwała się, żeby coś 

powiedzieć. - Przeraził mnie twój sen, o którym napisałeś.

Przez twarz Emanuela przemknął cień.
- Ja też przestraszyłem się nie na żarty. Był tak wyrazisty, że nadal mam 

uczucie, jak gdybym to naprawdę przeżył.

- Może miał ci coś przekazać.
- Co takiego?
- Nie wiem. Wszyscy od czasu do czasu miewamy dziwne sny, których 

znaczenia nie rozumiemy. - Uśmiechnęła się nagle i zażartowała. - Może 
miał być dla ciebie ostrzeżeniem, żebyś przyzwoicie się zachowywał, bo 
inaczej zjawi się wodnik i wciągnie cię w wir wodospadu.

Emanuel spróbował się roześmiać, ale nie całkiem mu się udało.
Zdjął do reszty ubranie, wskoczył do łóżka i nakrył się pierzyną.
- Teraz sobie polezę i z przyjemnością popatrzę, jak pozbywasz się całej 

reszty.

Chwyciła bluzkę i rzuciła mu prosto w twarz. Roześmiał się i zemścił w 

ten sposób, że błyskawicznie wyskoczył z łóżka, złapał Elise i pociągnął 
za sobą, aż oboje upadli na materac. Kiedy leżąc z twarzą w pierzynie, 
próbowała się podnieść, rozwiązał tasiemki jej majtek i zsunął je w dół, po 
czym wziął ją od tyłu.

- Najdroższa - szepnął, gdy skończył, i odwrócił ją na plecy. Pocałował 

w usta. - Jestem tak strasznie szczęśliwy, że ciebie mam, Elise. Bez ciebie 
moje życie straciłoby sens.

- Znalazłbyś sobie jakąś inną - nadal była w nastroju do żartów.
- Nie ma drugiej takiej jak ty. Takiej ślicznej i miłej.
- Co za bzdura. Świat roi się od pięknych dziewcząt. Sam pisałeś, że 

spodobała   ci   się   ta   Signe.   Ta,   która   miała   zamiar   wstąpić   do   Armii 

background image

Zbawienia   i   przy   której   się   czułeś,   jak   gdybyś   znał   ją   od   zawsze.   - 
Zauważyła, że drgnął, ale się tym nie przejęła. - Siedzieliście do późnej 
nocy i rozmawialiście. Byłam zazdrosna. - Pogładziła go po policzku. - A 
dzisiaj też się zaniepokoiłam, kiedy ów nieznajomy jegomość, ten, co wdał 
się w rozmowę z Pederem, opowiadał o strzelcach, którzy w Kongsvinger 
znaleźli sobie dziewczyny. - Uśmiechnęła się.

- Nie masz powodu do zazdrości, Elise - rzekł ochrypłym głosem. - Bez 

względu na to, co usłyszysz, nie musisz się obawiać. Kocham cię ponad 
wszystko i nigdy nie będę pragnął innej niż ciebie.

Ściągnął   z   Elise   resztę   ubrania   i   znowu   zaczął   pieścić   jej   ciało.   W 

salonie panowało przyjemne ciepło i Elise nie marzła, mimo że była naga.

- Tak będziemy leżeć co wieczór przez resztę naszego życia. Nie mogła 

się nie roześmiać.

- Chcesz powiedzieć, że nawet jak się zestarzejemy?
- Popatrz na swoją matkę! Jestem pewien, że oboje z panem Hvalstadem 

nie siedzą bezczynnie na poddaszu i nie trzymają się za rączki, gdy Anne 
Sofie zmorzy sen.

- Fe, wstydź się. Poza tym moja matka nie jest stara. - Zamilkła na 

chwilę, po czym zdecydowała się podzielić z nim tajemnicą. - Gdy cię nie 
było, opowiedziała mi o dziwnych zdarzeniach ze swego życia.

- To ciekawe.
Pochylił się, wziął do ust jej brodawkę i ssał. Potem leciutko muskał 

palcami jej gładką skórę.

Świeca   wypaliła   się,   buchnęła   na   moment   silniejszym   płomieniem, 

zanim zgasła. Za oknami na bezchmurnym niebie lśniły gwiazdy i świecił 
księżyc,   upiorne   niebieskawe   światło   sączyło   się   między   zasłonami   i 
rzucało cienie.

- Opowiadała mi o swojej młodości. Spotkała ojca w podróży z Ulefoss 

do Kristianii, kiedy miała zaledwie siedemnaście lat. Dostała pracę jako 
pomoc domowa i do czasu objęcia posady miała mieszkać u ciotki i wujka. 
W   czasie   podróży,   najpierw   dorożką,   potem   dyliżansem,   a   w   końcu 
pociągiem,   zakochali   się   w   sobie   bez   pamięci.   Ojcu   udało   się   mamę 
namówić, by wymykała się wieczorami. Zaledwie dwa tygodnie później 
wujostwo zauważyli to i odesłali mamę z powrotem do domu.

- To smutna historia. - Emanuel rysował palcem wskazującym kręgi na 

brzuchu Elise.

Dziewczyna potrząsnęła głową.
- Matka zaszła w ciążę. W jej brzuchu pojawiłam się ja. Otworzył oczy 

ze zdumienia.

background image

- Naprawdę? Posunęli się tak daleko? Znając się ze sobą zaledwie kilka 

dni? I chociaż miała tylko siedemnaście lat?

Elise skinęła głową, uśmiechając się i jednocześnie wstydząc za matkę.
-   I  mimo   to   wierzysz,   że   siedzą   tam   na   poddaszu   i   trzymają   się   za 

rączki? Wiesz, co myślę? - spytał, rozsuwając jej nogi i wślizgując się w 
nią jeszcze raz. - Myślę, że robią dokładnie to co my. - Emanuel wsunął się 
głębiej i poruszał powoli w górę i w dół. - Podejrzewam, że leżą w jego 
łóżku i rozkoszują się sobą nawzajem - rzekł głosem napiętym z wysiłku. - 
Może nie rozebrali się całkiem do naga w obawie, że Anne Sofie może się 
obudzić - wykrztusił zdyszany - lecz poza tym jest im prawie tak dobrze 
jak tobie i mnie. - Pocałował ją. - Tylko prawie - jęknął.

Znaleźli wspólny rytm i tym razem Emanuel postarał się, by trwało to 

dłużej.

- Jesteś taka cudowna - szeptał Elise do ucha, kąsając jego płatek. - Nie 

ma takiej drugiej jak ty, tak czułej, tak gorącej, tak pełnej pożądania.

Zamknęła   oczy   i   rozkoszowała   się   jego   pieszczotami,   ruchami 

sprawiającymi   tyle   przyjemności.   Westchnęli   chórem,   gdy   oboje 
jednocześnie dotarli do końca. Objęła Emanuela z całych sił.

- To prawda, co mówiłem - jęknął tuż przy jej szyi. - Nie ma drugiej 

takiej jak ty.

Elise sama nie rozumiała, skąd u niej ta wesołość i skłonność do żartów.
- Skąd możesz wiedzieć - mruknęła z zamkniętymi oczami, wyczerpana 

i senna. - Ty, który należałeś do Armii aż do naszego ślubu...

Nie odpowiedział, pewnie jej nie słyszał.
Ogarnęło   ją  zmęczenie.   Ziewnęła,   zapadała   już   w  sen,   ale   nie  miała 

jeszcze ochoty spać. Chciała tak leżeć z Emanuelem, rozkoszować się jego 
bliskością, czuć jego silne ciało i dotyk ciepłej skóry. Pragnęła wiedzieć, 
że ją kocha, że jeśli coś mówi, to naprawdę tak myśli.

-   Hm?   -   musnęła   ustami   jego   szyję.   -   Skąd   możesz   wiedzieć?   - 

powtórzyła, zasypiając. - Ty, który nigdy nie kochałeś nikogo innego poza 
mną?

Emanuel nadal nie odpowiadał. Śpi, pomyślała. Ziewnęła znowu, potarła 

nosem o jego ramię. Mogą dokończyć jutro rano. Każdego wieczoru przez 
resztę życia, dodała w duchu i uśmiechnęła się do siebie. Wyobraziła sobie 
siebie   i   Emanuela:   siwych,   schorowanych,   zgarbionych,   na   drżących 
nogach.

-   Dobranoc,   Emanuelu   -  szepnęła   i  ziewnęła   po   raz   trzeci.  A  potem 

ułożyła się wygodnie na jego ramieniu i dłużej nie broniła się przed snem.

Wtedy nagle poczuła coś mokrego. Najpierw pomyślała, że tylko jej się 

background image

zdawało.   W   jednej   chwili   oprzytomniała,   leżała   nieruchomo,   żeby   się 
przekonać,  co to. Wtedy  zauważyła to  znowu: coś ciepłego  i mokrego 
spływało z góry i kapało na jej włosy. Uniosła głowę.

- Emanuel?
Nie odpowiedział, ale zorientowała się, że nie śpi.
- Emanuel? Płaczesz?
Rozległ się krótki spazm. Nie mogła niemal uwierzyć, że to prawda, 

nigdy nie sądziła, że kiedykolwiek zobaczy Emanuela, jak leży i płacze.

Czyżby przeżył coś strasznego w czasie służby w straży?
- Kochanie, powiedz, co ci jest! - Zdawała sobie sprawę, że w jej głosie 

dał   się   słyszeć   strach.   Coś   ją   ogarnęło,   coś,   czego   nie   rozumiała.   Z 
jakiegoś niewiadomego powodu przeczuwała, że ma to jakiś związek z 
jego snem. Ostrzeżenie, pomyślała i poczuła, jak ciarki jej przechodzą po 
plecach.

- Powiedz mi, Emanuelu - zaklinała go szeptem, a jednocześnie coś w 

niej się buntowało, nie chciało słuchać.

- Elise... - głos Emanuela dławił płacz. - Kocham cię.
- Wiem, Emanuelu. Powiedz mi. Wiem, że jest coś, co chciałbyś mi 

wyznać.

- Nie mogę...
- Cokolwiek to jest, nic między nami nie zmieni. Jestem twoja, a ty 

jesteś mój, dopóki śmierć nas nie rozłączy

Objął ją i przytulił tak mocno, że Elise zabrakło tchu.
Ustami   przyciśniętymi   do   jej   szyi   wyjęczał   kilka   słów,   prosząc   o 

wybaczenie,   i   jeszcze   zanim   skończył,   wiedziała,   o   czym   mówi. 
Zrozumiała   to   dawno   temu,   wyczytała   między   wierszami   jego   listów, 
zgadła,   że   dziwny   koszmar   to   dręczące   go   sumienie.   Ssąca   siła,   która 
wciągnęła go w głębinę. Walczył z nią, ale na próżno, była potężniejsza 
niż jego własna wola.

Słowa zawisły  i drżały  w powietrzu jak niewidzialna bariera między 

nimi. Elise wiedziała, że musi jakoś zareagować, ale nie miała siły. Nie 
teraz.   Najchętniej   odsunęłaby   je,   wyobraziła   sobie,   że   nigdy   ich   nie 
usłyszała.   Instynktownie   czuła,   że   zarówno   jej,   jak   i   jego   los   został 
złożony w tych kilku słowach: „Jest coś, z czego muszę ci się zwierzyć..."